background image

 

Clive Barker 

 

 

ŻYCIE ŚMIERCI 

 

 

 

 

 
      
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Dla Dave’a 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

       Było to pierwsze wydanie gazety tego dnia i Elaine przeczytała ją z zapałem, od 
deski do deski, siedząc w szpitalnej poczekalni. Zwierzę (myślano, że pantera), które 
terroryzowało okolice Epping Forest przez dwa miesiące, zostało zastrzelone i okazało 
się, iż był to dziki pies. Archeolodzy w Sudanie odkryli fragmenty kości, które według 
ich  opinii  miały  doprowadzić  do  absolutnej  rewolucji  w  badaniach  prapoczątków 
człowieka.  W  pobliżu  Claphan  zamordowano  młodą,  obiecującą  tancerkę;  zaginął 
ż

eglarz  samotnie  opływający  świat;  nadzieje  na  skuteczność  nowego  lekarstwa 

przeciwko  katarowi  okazały  się  płonne.  Czytała  doniesienia  ze  świata  i  trywialne 
ciekawostki  z  jednakowym  zapałem  -  wszystko,  aby  nie  myśleć  o  czekającym  ją 
badaniu  -  ale  dzisiejsze  wiadomości  przypominały  wczorajsze,  zmieniły  się  tylko 
nazwiska. 
       Doktor Sennett poinformował ją, że leczenie przebiega znakomicie tak wewnątrz, 
jak  i  na  zewnątrz,  i  jeśli  tylko  okaże  się  dostatecznie  odporna  psychicznie,  będzie 
mogła  powrócić  do  pracy.  Stwierdził,  że  powinna  umówić  się  z  nim  na  wizytę            
w  pierwszym  tygodniu  nowego  roku  i  wtedy  zostaną  przeprowadzone  ostatnie 
badania. A więc umywał ręce. 
       Po  długim  siedzeniu  w  poczekalni,  nie  miała  ochoty  iść  na  przystanek  i  wracać 
autobusem  do  domu.  Postanowiła  się  przespacerować.  Niezbyt  daleko,  przystanek, 
może  dwa.  To  powinno  jej  dobrze  zrobić,  a  grudniowy  dzień,  choć  nieciekły,  był 
wyjątkowo pogodny. 
       Plan okazał się jednak nazbyt ambitny. Już po kilku minutach marszu poczuła ból 
w  dolnej  części  brzucha  i  wzbierające  mdłości,  toteż  skręciła  z  głównej  ulicy, 
poszukując  miejsca,  gdzie  mogłaby  chwilę  odpocząć  i  wypić  filiżankę  herbaty. 
Przydałoby  się  również  coś  zjeść,  choć  nigdy  nie  miewała  zbytniego  apetytu,  a  od 
czasu  operacji  jadła  wyjątkowo  mało.  Jej  wysiłki  zostały  nagrodzone.  Znalazła 
niewielką  restaurację  gdzie,  pomimo  iż  była  za  pięć  pierwsza,  panował  względny 
spokój.  Niska  kobieta  o  bezwstydnie  rażącej  rudej  peruce  przyniosła  jej  herbatę            
i  omlet  z  grzybami.  Elaine  usiłowała  zjeść  jak  najwięcej,  ale  bez  powodzenia. 
Kelnerka była szczerze zaniepokojona. 
- Nie smakuje? - spytała z rezerwą w głosie. 
- O, nie - zapewniła ją Elaine. - Taka już jestem. 
       Mimo to kelnerka sprawiała wrażenie urażonej. 
- Czy mogę prosić o drugą herbatę? - zapytała Elanie.  
       Elanie  odsunęła  od  siebie  talerz  w  nadziei,  że  kelnerka  niebawem  go  zabierze. 
Widok stygnącej potrawy zmieniającej się na białym talerzu w nieapetyczną breję nie 

background image

wpłynął  dobrze  na  jej  nastrój.  Nienawidziła  tej  swojej  nie  chcianej  wrażliwości  –  to 
absurdalne,  aby  talerz  nie  zjedzonych  jajek  wprawił  ją  w  stan  przygnębienia,  ale  nic 
nie  mogła na  to poradzić.  We wszystkim odnajdywała drobne echa tego, co utraciła.  
W cebulkach roślin, które hodowała w doniczce na parapecie okna, a które obumarły, 
kiedy po łagodnym listopadzie nadeszły ostre przymrozki; we wspomnieniu dzikiego 
psa zastrzelonego w Epping Forest, o czym czytała tego ranka.  
       Kelnerka wróciła, niosąc drugą herbatę, ale nie zabrała talerza. Elaine zawołała ją, 
aby to zrobiła. Kobieta niechętnie wypełniła polecenie.  
       Oprócz Elaine w restauracji nie było innych gości i kelnerka zajęła się wymianą 
menu z zestawami obiadowymi na dania wieczorne. 
       Elaine  siedziała  i  spoglądała  przez  okno.  Ulicą  snuły  się  kłęby  niebieskoszarego 
dymu, srebrząc promienie słońca. 
- Znowu palą - odezwała się kelnerka. - Wszędzie czuć ten cholerny smród. 
- Co palą? 
-  Kiedyś  to  był  przytułek.  Rozwalają  budynek,  żeby  postawić  w  jego  miejsce  nowy.    
I tak trwonione są pieniądze podatników. 
       Dym  rzeczywiście  napływał  do  restauracji.  Elaine  to  nie  przeszkadzało  - 
przypominał jesień - jej ulubioną porę roku. Zaintrygowana, dopiła herbatę, zapłaciła 
rachunek  i  postanowiła  odnaleźć  miejsce,  skąd  wydobywał  się  dym.  Nie  musiała  iść 
daleko.  Na  końcu  ulicy  znajdował  się  niewielki  skwer.  Jego  centrum  stanowił 
budynek, który właśnie wyburzano. Przytułek, o którym wspomniała kelnerka, mieścił 
się,  jak  wszystko  na  to  wskazywało,  w  starym  kościele.  Z  dachu  budynku  zerwano 
arkusze  ołowianej  blachy  oraz  dachówki,  pozostawiając  obnażone  legary.  W  oknach 
nie było już szyb, a z trawnika z boku budynku usunięto warstwę darni. Ścięto również 
dwa drzewa, które tam rosły. To właśnie one, płonąc,  wydzielały ów drażniący  dym     
i zapach. 
       Nie sądziła, aby budynek był piękny, ale widząc to, co jeszcze z niego pozostało, 
przypuszczała,  że  mógł  mieć  swój  urok.  Zwietrzały  kamień  raził  w  zestawieniu                       
z  otaczającymi  go  cegłami  betonem,  ale  „stan  oblężenia”,  w  jakim  się  znajdował 
(robotnicy  pracujący  przy  rozbiórce,  buldożer  spragniony  gruzów),  nadawał  mu 
specyficznego uroku. 
       Dwóch  robotników  zauważyło,  że  się  im  przygląda,  ale  nie  próbowali  jej 
powstrzymać, kiedy przeszła przez plac do frontowego portyku kościoła i zajrzała do 
ś

rodka.  Wnętrze,  pozbawione  kamiennych  ozdób,  bez  ambony,  ławek,  chrzcielnicy      

i całej reszty zwyczajnego wyposażenia było po prostu pomieszczeniem o kamiennych 
ławkach,  kompletnie  pozbawionym  atmosfery  dostojeństwa  czy  powagi.  Mimo  to 
komuś wydało się ono interesujące. Na drugim końcu pomieszczenia, tyłem do Elaine, 
stał mężczyzna i z uwagą wpatrywał się w podłogę. Słysząc odgłos kroków za sobą, 
odwrócił się zakłopotany. 
- Och - powiedział. - Już wychodzę. 
- W porządku - stwierdziła Elaine. - Chyba oboje wkroczyliśmy tu bezprawnie. 
       Mężczyzna pokiwał głową. Był ubrany szykownie i elegancko, ale strój miał dość 
ponury  -  z  wyjątkiem  zielonego  krawatu.  Oblicze  nieznajomego,  pomimo  ubioru          
i szpakowatych włosów typowych dla wieku średniego, było kompletnie pozbawione 
zmarszczek,  jak  gdyby  żaden  uśmiech  czy  grymas  dezaprobaty  nigdy  nie  naruszyły 
jego idealnej obojętności. 

background image

- Smutne - powiedział - jest oglądanie tego typu miejsc, prawda? 
- Bywał pan w tym kościele? 
- Czasami - odparł - ale nigdy nie przychodziło tu wiele osób. 
- Pod jakim był wezwaniem? 
- Wszystkich Świętych. Zbudowano go, o ile wiem, w siedemnastym wieku. Lubi pani 
kościoły? 
- Nieszczególnie. Po prostu zobaczyłam dym i… 
- Wszyscy lubią rozbiórki - stwierdził. 
- Tak - odparła. - Chyba tak. 
- To jak oglądanie pogrzebu. Lepiej oni niż my, no nie? 
       Bąknęła coś potakująco, ale myślami błądziła zupełnie gdzie indziej. Znowu była            
w  szpitalu.  Powróciła  w  myślach  do  swojego  bólu  i  okresu  rekonwalescencji  po 
operacji,  do  swojego  życia  uratowanego  tylko  dzięki  utracie  zdolności  do  dalszego 
istnienia. LEPIEJ ONI NIŻ MY. 
- Nazywam się Kavanagh - powiedział mężczyzna, wyciągając do niej rękę. 
- Jak się masz - rzuciła. - Jestem Elaine Rider. 
- Elaine - powiedział. - Czarujące imię. 
- Przyszedłeś tu, żeby ostatni raz spojrzeć na ten kościół, zanim zostanie zburzony? 
-  Zgadza  się.  Patrzyłem  na  inskrypcje  na  kamiennych  płytach.  Niektóre  z  nich  są 
szczególnie wymowne. - Odsunął stopą kawałek drewna z jednej z płyt. - Co za strata. 
Jestem pewny, że kiedy zaczną zrywać podłogę, rozbiją te płyty na kawałki. 
       Spojrzała  na  kamienną  posadzkę.  Nie  wszystkie  płyty  były  oznakowane,  a  na 
wielu  widniały  jedynie  nazwiska  i  daty.  Na  niektórych  jednakże  znajdowały  się 
dodatkowe napisy. Płyta po lewej stronie, obok tej, na której stał Kavanagh ozdobiona 
była  wizerunkiem  skrzyżowanych  piszczeli,  przypominających  pałeczki  perkusisty,     
i zaskakującym podpisem: ODKUPIĆ CZAS. 
- Przypuszczam, że gdzieś tu, pod posadzką, musi znajdować się krypta. 
- Ach, rozumiem, a to są ludzie, których tam pochowano. 
- No cóż, nie widzę innego powodu na istnienie tych inskrypcji, a ty? Chciałem spytać 
robotników…  -  przerwał  nagle  -  …nie,  na  pewno  pomyślisz,  że  to  szalony  pomysł                   
i w ogóle… 
- O co chodzi? 
- Chciałem uratować przed zniszczeniem jedną czy dwie ciekawsze płyty. 
- Nie uważam tego pomysłu za szalony - odparła. - Są bardzo piękne. 
       Jej odpowiedź najwyraźniej dodała mu otuchy. 
- Może  powinienem  porozmawiać z nimi już teraz - oświadczył.  - Przeproszę cię na 
chwilę. 
      Zostawił  ją  w  nawie  jak  porzuconą  pannę  młodą  i  poszedł,  aby  porozmawiać         
z którymś z robotników. Zbliżyła się do miejsca, gdzie znajdował się ołtarz; po drodze 
odczytywała  nazwiska.  Kto  znał  albo  kogo  obecnie  obchodziło  miejsce  spoczynku 
tych  ludzi?  Umarli  dwieście  lat  temu,  a  może  nawet  więcej  i  zamiast  żyć  dalej            
w pamięci potomnych, zostali zapomniani.  
      Nagle niesprecyzowane nadzieje na życie po śmierci, które hołubiła w sobie przez 
34 lata, prysnęły niczym mydlana bańka - niejasne ambicje dostania się po śmierci do 
nieba  przestały  mieć  dla  niej  jakiekolwiek  znaczenie.  Któregoś  dnia,  może  nawet 
DZISIAJ,  umrze,  tak  samo  jak  ci  ludzie,  i  to  nie  będzie  miało  żadnego  znaczenia. 

background image

Wszelkie  dążenia,  aspiracje  i  marzenia  były  niczym.  Stała  w  przytłumionych  przez 
dym promieniach słońca, rozmyślając o tym, i była prawie szczęśliwa. 
      Kavanagh wrócił po skończonej rozmowie z brygadzistą. 
- Faktycznie jest tutaj krypta - oznajmił - ale jeszcze nie została opróżniona. 
- Och. 
      A więc oni nadal byli tam, na dole - pomyślała. - Proch i kości. 
-  Najwyraźniej  mają  kłopoty  z  dotarciem  do  środka,  a  wszystkie  wejścia  zostały 
zamurowane.  To  dlatego  kopią  dookoła  fundamentów  budynku.  Chcą  znaleźć  jakieś 
inne wejście. 
- Czy zamurowywanie krypt było powszechne w tamtym okresie? 
- Nie spotkałem jeszcze krypty zamkniętej równie szczelnie jak ta. 
- Może nie mieli już więcej miejsca - powiedziała. 
      Kavanagh potraktował tę uwagę całkiem poważnie. 
- Być może - mruknął. 
- Dadzą ci te płyty? 
- Twierdzą, że to nie zależy od nich. - Pokręcił głową. - To tylko pionki. Tańczą tak, 
jak  im  Rada  zagra.  Najwidoczniej  jest  specjalna  grupa,  która  zajmie  się 
wydobywaniem  szczątków  i  przewiezie  je  do  nowego  miejsca  spoczynku.  Wszystko 
ma zostać przeprowadzone z należytą oprawą i szacunkiem. 
- Bardzo się o nie troszczyli, nie ma co - mruknęła Elaine, ponownie przyglądając się 
płytom. 
-  Racja  -  stwierdził  Kavanagh.  -  Fakty  mówią  same  za  siebie.  A  może  nie  jesteśmy 
dostatecznie bogobojni. 
- Prawdopodobnie. 
-  Tak  czy  inaczej,  powiedzieli,  żebym  przyszedł  za  dzień,  dwa  i  poprosił  o  płyty 
facetów od przeprowadzek. 
      Wybuchnęła śmiechem na myśl o przeprowadzce umarłych. Wyobraziła ich sobie, 
jak pakują swoje rzeczy i dobytek. Kavanagh wydawał się zadowolony z żartu, nawet 
jeśli był on zgoła niezamierzony. 
      Idąc za ciosem, zapytał: 
- Czy mógłbym zaprosić cię na drinka? 
- Raczej nie jestem w formie na tego typu wypad - stwierdziła. - Czuję się okropnie 
zmęczona. 
- Może spotkalibyśmy się później - zaproponował. 
      Odwróciła  wzrok  od  jego  przepełnionego  entuzjazmem  oblicza.  Na  swój  sposób 
był całkiem miłym facetem. Przypadł jej do gustu jego zielony krawat - niewątpliwie 
dobrał  go  do  brązowego  garnituru  dla  żartu,  aby  zakpić  ze  swojego  surowego  stylu 
ubierania.  Podobała  się  jej  także  jego  powaga,  ale  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  że 
idzie z nim na drinka - w każdym razie nie dzisiejszego wieczoru. Przeprosiła go, po 
czym wyjaśniła, że niedawno chorowała i nie doszła jeszcze do siebie. 
- Może kiedy indziej? - delikatnie ponowił propozycję. 
      Brak natarczywości w jego słowach ostatecznie przekonał Elaine i powiedziała: 
- Bardzo chętnie. Dziękuję. 
      Zanim  się  rozstali,  wymienili  numery  telefonów.  Sprawiał  wrażenie  czarująco 
podnieconego  myślą  o  ich  kolejnym  spotkaniu  i  pomimo  tego  wszystkiego,  czego 
została pozbawiona, ponownie poczuła się kobietą. 

background image

      Powróciwszy  do  mieszkania,  zastała  na  progu  paczkę  od  Mitcha  oraz 
wygłodniałego kota. Nakarmiła  domagające się jedzenia zwierzę, po czym  zaparzyła 
sobie  kawę  i  otworzyła  paczkę.  Wewnątrz,  owinięty  kilkoma  warstwami  bibułki, 
znajdował  się  jedwabny  szalik,  dobrany  dla  niej  przez  Mitcha  jak  zwykle  z  wielkim 
wyczuciem  i  gustem.  Na  dołączonym  bileciku  przeczytała:  -  TO  TWÓJ  KOLOR. 
KOCHAM CIĘ… MITCH. 
      Miała  ochotę  podnieść  słuchawkę  i  zadzwonić  do  niego,  ale  myśl  o  rozmowie        
z nim wydała  się jej nader deprymująca. Być może odnowiłyby się świeżo zagojone 
rany. Spytałby zapewne, jak się czuje, a ona odparłaby, że dobrze, wtedy on zapytałby 
jeszcze  raz:  „NA  PEWNO?”  i  w  odpowiedzi  usłyszałby:  „Jestem  pewna.  Wyjęli  ze 
mnie połowę  wnętrzności, do cholery, i już nigdy nie będę  miała dzieci. Ani z tobą, 
ani  z  nikim  innym,  więc  to  chyba  koniec,  prawda?”  Sama  myśl  o  tej  rozmowie 
sprawiła,  że  łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i  w  przypływie  niewytłumaczalnego  gniewu 
owinęła szalik z powrotem w papier i schowała na dno najniższej szuflady. Niech go 
szlag! Teraz usiłował wszystko naprawić, a kiedy najbardziej go potrzebowała, mówił 
tylko  o  tym,  jak  bardzo  chciał  zostać  ojcem  i  że  przez  jej  nowotwór  nie  będą  mieć 
dzieci. 
      Wieczór był pogodny - chłodna barwa nieba rozciągnęła się nad miastem. Elaine 
nie  zaciągnęła  zasłon  we  frontowym  pokoju,  choć  przechodnie  mogli  zaglądać  do 
mieszkania, gdyż żal jej było nie oglądać cudownego nadejścia zmierzchu. 
      Siedząc przy oknie, patrzyła, jak niebo robi się coraz ciemniejsze. Dopiero kiedy 
przybrało ostateczny odcień, zamknęła okno, bo zrobiło się zimno. 
      Nie  miała  apetytu,  ale  mimo  to  przygotowała  sobie  co  nieco  i  jedząc,  oglądała 
telewizję.  Nie  skończywszy  posiłku,  odłożyła  tacę,  a  potem  przysnęła;  sporadycznie 
docierały do niej fragmenty programów. Jakiś komik byle kaszlnięciem doprowadzał 
publiczność  do  paroksyzmów  śmiechu;  film  przyrodniczy  o  życiu  w  Serengeti; 
wiadomości.  Wszystko,  co  powinna  wiedzieć,  przeczytała  rano  w  gazecie,  nagłówki 
nie zmieniły się. 
      Mimo  to  jej  ciekawość  wzbudził  wywiad  z  żeglarzem  samotnie  opływającym 
ś

wiat,  Michaelem  Mayburym,  który  został  tego  dnia  odnaleziony  po  dwóch 

tygodniach  dryfowania  na  Pacyfiku.  Wywiad  nadano  z  Australii  i  połączenie  było 
kiepskie; zdjęcie przedstawiające ogorzałe od słońca, brodate oblicze Maybury’ego raz 
po  raz  zamazywał  gęsty  śnieg.  Obraz  był  nieważny:  relacja  na  temat  feralnego  rejsu 
była  jedynie  dźwiękowa,  ale  kiedy  żeglarz  opowiadał  o  pewnym  zdarzeniu,  w  jego 
głosie wyraźnie dało się wyczuć przejęcie i niepokój. Utknął w strefie ciszy morskiej, 
a  ponieważ  łódź  nie  miała  silnika,  musiał  czekać  na  wiatr.  Na  próżno.  Wiatr  się  nie 
zrywał.  Minął  tydzień,  a  on  przepłynął  zaledwie  pół  mili.  Ocean  był  gładki  jak  stół; 
monotonii  krajobrazu  nie  zakłócił  żaden  przepływający  statek  ani  przelatujący  ptak.   
Z każdą mijającą godziną coraz bardziej narastało w nim uczucie klaustrofobii, a gdy 
ósmego  dnia  osiągnęło  rozmiary  paniki,  żeglarz  wyskoczył  za  burtę  i  odpłynął  od 
jachtu,  aby  choć  na  chwilę  znaleźć  się  z  dala  od  jego  pokładu.  Z  łodzią  łączyła  go 
jedynie  lina  ratunkowa,  którą  był  przewiązany  w  pasie.  Jednak  kiedy  oddalił  się  od 
jachtu,  pływając  w  nieruchomej,  ciepłej  wodzie,  nieoczekiwanie  poczuł,  że  nie  chce 
wracać na pokład. Czemu nie rozwiązać węzła - pomyślał - i nie odpłynąć stąd? 
- Co sprawiło, że zmienił pan zdanie? - spytał reporter. 

background image

      Maybury zasępił się. Najwyraźniej dotarł do sedna swojej opowieści, ale nie chciał 
jej skończyć. Reporter powtórzył pytanie. W końcu, z wyraźnym wahaniem, Maybury 
odpowiedział: 
- Spojrzałem w stronę jachtu i zobaczyłem kogoś na pokładzie. 
      Reporter niepewny, czy dobrze usłyszał, zapytał: 
- Zobaczył pan KOGOŚ NA POKŁADZIE? 
- Zgadza się - odparł Maybury. - Ktoś tam był. Widziałem go bardzo wyraźnie. 
- Czy… czy wie pan, kim był ten… PASAŻER NA GAPĘ? - padło pytanie. 
      Maybury  zamilkł,  wyczuwając,  że  reporter  traktuje  jego  opowieść  z  pewną  dozą 
sarkazmu. 
- Kto to był? - naciskał reporter. 
- Nie wiem - odparł Maybury. - Wydaje mi się, że… Śmierć. 
- Ale oczywiście, w końcu wrócił pan na jacht. 
- Oczywiście. 
- I po tajemniczym gościu nie było śladu? 
- Przecież przeżyłem, prawda? - odparł Maybury. 
      Reporter mruknął, że nie zrozumiał, co żeglarz chciał przez to powiedzieć. 
-  Nie  utonąłem,  a  mogłem  utonąć,  gdybym  tylko  zechciał.  Wystarczyłoby,  żebym 
rozwiązał linę… To nie potrwałoby długo. 
- Ale nie utonął pan. A następnego dnia… 
- Następnego dnia zerwał się wiatr. 
- To doprawdy niesamowita historia - powiedział reporter, zadowolony, że ma już za 
sobą najbardziej „śliski” fragment wywiadu. 
-  Na  pewno  nie  może  się  pan  już  doczekać,  aby  spędzić  z  rodziną  święta  Bożego 
Narodzenia. 
      Elaine  nie  słuchała  ostatnich  żarcików.  Jej  wyobraźnia  została  przywiązana 
mroczną  liną  do  pokoju,  w  którym  się  znajdowała;  palce  bawiły  się  węzłem.  Skoro 
Ś

mierć  potrafiła  odszukać  jacht  na  bezkresnej  połaci  Pacyfiku,  to  na  pewno 

odnalezienie JEJ byłoby dla Posępnego Żniwiarza dużo łatwiejsze. Być może siedział 
u  jej  boku,  kiedy  spała,  lub  obserwował  ją,  gdy  użalała  się  nad  sobą.  Wstała                  
i wyłączyła telewizor. Nagle w mieszkaniu zapanowała grobowa cisza. Nasłuchiwała 
niecierpliwie,  ale  najwyraźniej  żaden  gość,  ani  oczekiwany,  ani  nieoczekiwany  nie 
zamierzał zapukać do jej drzwi. 
      Nagle  poczuła  w  ustach  dziwny  smak.  I  doszła  ją  woń.  Słony  zapach.  Bez 
wątpienia był to zapach oceanu. 
 

 
      Kiedy Elaine wyszła ze szpitala, otrzymała kilka propozycji. Ojciec zaprosił ją do 
Aberdeen;  siostra,  Rachel,  kilkakrotnie  nakłaniała  ją,  aby  spędziła  parę  tygodni                 
w Buckinghamshire; przeprowadziła też krótką rozmowę z Mitchem, który bardzo jej 
współczuł i nakłaniał, aby wspólnie spędzili święta. Odmówiła wszystkim, twierdząc, 
ż

e chciała najszybciej jak to tylko możliwe powrócić do poprzedniego rytmu życia; do 

swojej pracy oraz do kolegów i przyjaciół z biura. 
      Prawdę mówiąc, powody odmowy były nieco innej natury. OBAWIAŁA SIĘ ich 
sympatii, niepokoiła się, że zbytnio mogłaby się do nich przywiązać, a przywiązanie 

background image

szybko  przeszłoby  w  uzależnienie.  Umiłowanie  niezależności,  które  było  główną 
przyczyną  jej  przybycia  do  tego  nieprzyjaznego  miasta,  prowokowało  stale  nowe 
wyzwania, niejako dla kontrastu z przygasającym pragnieniem bezpieczeństwa. 
      Gdyby  oddała  się  w  ręce  swoich  ukochanych  bliskich,  wiedziała,  że  zapuściłaby   
u  nich  korzenie  niczym  roślina  pragnąca  przezimować  i  nie  odważyłaby  się  ich 
opuścić przez co najmniej rok. Jakie przygody mogłyby ją ominąć przez ten czas? 
      Tymczasem wróciła do pracy najszybciej jak tylko była w stanie, mając nadzieję, 
ż

e  choć  nie  wykonywała  wszystkich  dotychczasowych  obowiązków,  codzienny  tok 

zajęć pozwoli jej na powrót do poprzedniego trybu życia. 
      Kuglarska  sztuczka  niezupełnie  się  udała.  Co  kilka  dni  coś  się  jej  przytrafiało  - 
przypadkiem  wychwyciła  czyjąś  uwagę  albo  spojrzenie,  którego  nie  powinna 
zobaczyć  i  dzięki  temu  uświadomiła  sobie,  że  obchodzono  się  z  nią  jak  z  jajkiem,        
a  koledzy  uważali,  że  choroba  zmieniła  ją  diametralnie.  To  doprowadziło  Elaine  do 
szewskiej pasji. Miała  chęć wykrzyczeć im swoje podejrzenia prosto w oczy, napluć 
im  w  twarz,  powiedzieć,  że  ona  i  jej  macica  nie  są  tożsame  i  że  usunięcie  narządu 
rozrodczego nie oznacza kalectwa jej osobowości. 
      Jednak dziś, po przyjściu do biura, w głębi duszy zastanawiała się, czy przyjaciele 
nie  mieli  racji.  Wydawało  się  jej,  jakby  nie  spała  od  wielu  tygodni,  choć  naturalnie 
każdej  nocy  sypiała  długo  i  smacznie.  Wszystko,  na  co  patrzyła,  zdawało  się  nijakie    
i zamazane, a swoją pracę wykonywała z wyjątkową niechęcią i dystansem, jak gdyby 
coraz bardziej oddalała się od tego, co robiła, od swojego biurka, od swoich odczuć,    
a nawet  myśli. Dwukrotnie tego  ranka przyłapała się na tym, że coś  mówiła, i nagle 
zaczynała się zastanawiać, kto był odpowiedzialny za te słowa. Na pewno nie ONA - 
była zbyt zajęta słuchaniem ich. 
      Godzinę  po  lunchu  sprawy  nieoczekiwanie  przybrały  gorszy  obrót.  Została 
wezwana do gabinetu kierownika i poproszono, aby usiadła. 
- Nic ci nie jest, Elaine? - spytał pan Chimes.  
- Nie - odparła. - Czuję się świetnie. 
- Budzisz zaniepokojenie, Elaine… 
- Czym? 
      Chimes sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego. 
- Swoim zachowaniem - powiedział w końcu. - Nie myśl, proszę, że wtykam nos w nie 
swoje  sprawy,  Elaine.  Jeżeli  jednak  potrzebujesz  trochę  więcej  czasu  na  dojście  do 
siebie, to… 
- Czuję się wyśmienicie. Teraz jest już wszystko w porządku. 
- Ale kiedy płakałaś… 
- Co? 
- Płakałaś dzisiaj. Martwimy się o ciebie… 
- Płakałam? - wykrztusiła z niedowierzaniem. - Przecież ja nie płakałam. 
      Kierownik był wyraźnie zmieszany. 
- Naprawdę przez cały dzień ryczałaś jak bóbr. Zresztą, teraz też płaczesz. 
      Elaine z wahaniem przyłożyła dłoń do policzka. RZECZYWIŚCIE PŁAKAŁA. Jej 
policzek był mokry od łez. Wstała wstrząśnięta. 
-  Ja…  ja  nie  wiedziałam  -  rzuciła.  Te  słowa,  pomimo  że  brzmiały  absurdalnie,  były 
prawdziwe.  NIE  ZDAWAŁA  SOBIE  Z  TEGO  SPRAWY.  Dopiero  teraz,  kiedy  jej      
o  tym  powiedziano,  poczuła  smak  łez  w  gardle  i  jednocześnie  przypomniała  sobie 

background image

moment,  kiedy  ogarnęła  ją  ta  dziwna  choroba  -  wczoraj  wieczorem,  kiedy  siedziała 
przed telewizorem. 
- Może wzięłabyś wolne na resztę dnia? Co ty na to, Elaine? 
- Tak. 
- Jeśli chcesz, weź urlop do końca tygodnia - zaproponował Chimes. - Jesteś ważnym 
ogniwem  naszego  zespołu,  Elaine,  nie  muszę  ci  tego  mówić.  Nie  chcemy,  aby 
przytrafiło ci się coś złego. 
      Ostatnia uwaga szczególnie ją zabolała. Czy uważali, że może się targnąć na życie; 
czy  dlatego  traktowali  ją  tak  nadopiekuńczo?  Na  litość  boską,  przecież  ona  tylko 
PŁAKAŁA, roniła łzy z taką obojętnością, że nawet nie zdawała sobie sprawy, że to 
robi. 
- Pójdę do domu - powiedziała. - Dziękuję za pańską… TROSKĘ. 
      Kierownik spojrzał na nią z pewną konsternacją. 
- To musiało być bardzo wstrząsające przeżycie - stwierdził. - Wszyscy zdajemy sobie 
z tego sprawę. Naprawdę. Jeśli kiedykolwiek będziesz miała ochotę porozmawiać na 
ten temat… 
      Odmówiła, ale ponownie mu podziękowała. 
      Dopiero  gdy  spojrzała  na  swoje  odbicie  w  lustrze  w  damskiej  toalecie, 
uświadomiła  sobie,  jak  okropnie  wygląda.  Skórę  miała  zaczerwienioną,  oczy 
podpuchnięte. Zrobiła, co mogła, aby zatuszować oznaki tego nieświadomego smutku, 
po czym zabrała swój płaszcz i wyszła z biura. Skierowała się w stronę domu. Kiedy 
dotarła na stację metra, zrozumiała, że powrót do pustego mieszkania to nie najlepszy 
pomysł. Cóż mogła robić w domu? Myśleć, spać (ostatnio sporo spała, ale nie miewała 
ż

adnych snów), jednak ani jedno, ani drugie nie mogło wpłynąć korzystnie na jej stan 

psychiczny. 
      I  nagle  dźwięk  dzwonu  z  kościoła  pod  wezwaniem  Świętych  Niewiniątek, 
rozbrzmiewający  w  pogodne  popołudnie,  przypomniał  jej  o  dymie,  skwerze                 
i mężczyźnie nazwiskiem Kavanagh. Postanowiła pójść tam. Uznała, że spacer dobrze 
jej  zrobi.  Mogła  rozkoszować  się  słoneczną  pogodą  i  rozmyślać  do  woli.  Być  może 
znów spotka nieznajomego wielbiciela. 
      Łatwo  znalazła  drogę  do  kościoła  Wszystkich  Świętych,  ale  tam  spotkało  ją 
rozczarowanie.  Teren  rozbiórki  został  ogrodzony,  granice  robót  oznaczono 
drewnianymi  kozłami,  pomiędzy  którymi  rozciągnięto  czerwoną,  fluorescencyjną 
taśmę. Obszaru tego strzegło czterech policjantów, którzy wskazywali przechodniom 
okrężną  drogę  wokół  placu.  Robotników  z  młotami  zastąpiła  inna  grupa  -  ludzie 
ubrani  w  garnitury  i  przypominający  naukowców.  Jedni  rozmawiali  o  czymś 
zawzięcie,  inni  stali  w  błotnistej  ziemi  i  wpatrywali  się  z  zaciekawieniem                    
w  zrujnowany  kościół.  Południowy  transept  i  większość  otaczającego  go  terenu 
zasłonięto przed oczyma ciekawskich brezentowym płótnem i płachtami plastiku. Od 
czasu  do  czasu  ktoś  wyłaniał  się  spoza  tej  kotary  i  dołączał  do  oczekujących  na 
zewnątrz.  
      Elaine zauważyła, że wszyscy, którzy tam pracowali, nosili rękawice; kilku miało 
nawet maski. Zupełnie jakby za parawanem przeprowadzano jakąś operację. Być może 
usuwano  nowotwór  z  trzewi  kościoła  Wszystkich  Świętych.  Podeszła  do  jednego         
z funkcjonariuszy. 
- Co się tu dzieje? - zapytała. 

background image

-  Fundamenty  są  niepewne  -  odparł.  -  Najwyraźniej  budynek  może  zawalić  się  lada 
chwila. 
- Dlaczego oni są w maskach? 
- To tylko zabezpieczenie przed pyłem. 
      Nie okazała zdziwienia, choć to wyjaśnienie wydało się jej mało przekonujące. 
-  Jeśli  chce  pani  dojść  do  Temple  Street,  będzie  pani  musiała  obejść  plac  na  tyłach 
kościoła - powiedział policjant. 
      Elaine  naprawdę  chciała  zostać  tutaj  i  przyglądać  się  prowadzonym  pracom,  ale 
mundurowy kwartet onieśmielał ją, więc postanowiła wrócić do domu. Idąc w stronę 
głównej  ulicy,  na  końcu  przyległej  alejki  zauważyła  znajomą  postać.  Był  to  bez 
wątpienia pan Kavanagh. Zawołała go, choć już zniknął jej z oczu i z zadowoleniem 
zobaczyła, że znów się pojawił, odwrócił do niej i nieznacznie skinął głową. 
- No, no, no - powiedział, kiedy podszedł bliżej. - Nie spodziewałem się spotkać cię 
tak szybko. 
- Przyszłam zobaczyć zakończenie rozbiórki - tłumaczyła się. 
      Jego twarz była czerwona z zimna, a oczy błyszczące. 
-  Jestem  bardzo  zadowolony.  Czy  miałabyś  ochotę  na  filiżankę  herbaty?  Za  rogiem 
jest mała kafejka. 
- Z przyjemnością. 
      Po drodze spytała go, czy wiedział, co obecnie dzieje się w kościele. 
- Chodzi o kryptę - powiedział, potwierdzając jej przypuszczenia. 
- Otworzyli ją? 
- Na pewno znaleźli jakieś wejście. Przyszedłem tu dziś rano… 
- Po płyty? 
- Zgadza się. Właśnie wtedy zaczęli rozciąganie tych brezentowych parawanów. 
- Niektórzy mają maski… 
- Tam na dole nie pachnie różami. Nie po tak długim czasie. 
      Myśląc  o  płóciennej  zasłonie  pomiędzy  nią  a  kryjącą  się  wewnątrz  tajemnicą, 
powiedziała: 
- Zastanawiam się, co tam się znajduje. 
- Kraina czarów - odparł Kavanagh.  
      Była to dziwna odpowiedź, ale nie zareagowała na te słowa, a przynajmniej nie od 
razu.  Dopiero  później,  kiedy  siedzieli  już  w  kafejce  i  rozmawiali  ponad  godzinę, 
poczuła się nieco swobodniej i zapytała o tamto porównanie. 
- Chodzi mi o to, co powiedziałeś na temat krypty… 
- Tak? 
- Że to kraina czarów. 
-  Ja  tak  powiedziałem?  -  stwierdził  z  pewnym  zakłopotaniem.  -  I  co  ty  sobie  teraz       
o mnie pomyślisz? 
- Po prostu byłam zdziwiona. Zastanawiałam się, co miałeś na myśli, mówiąc to. 
-  Lubię  miejsca,  gdzie  przebywają  umarli  -  zaczął.  -  Zawsze  lubiłem.  Cmentarze  są 
bardzo  piękne,  nie  sądzisz?  Mauzolea  i  grobowce;  tyle  wspaniałych  dzieł  mistrzów 
rzemiosła  zgromadzonych  w  jednym  miejscu.  Nawet  zmarli  zasługują  czasem  na 
bliższą  uwagę.  -  Spojrzał  na  nią,  aby  sprawdzić,  czy  nie  posunął  się  za  daleko,  ale 
stwierdziwszy, że przyglądała mu się z fascynacją, podjął swój monolog. - Niekiedy są 
naprawdę wspaniali. Widzisz, oni posiadają swoisty urok i czar. Szkoda, że mogą go 

background image

podziwiać  jedynie  przedsiębiorcy  pogrzebowi  i  pracownicy  kostnic.  To 
niesprawiedliwe. - Na jego wargach pojawił się figlarny uśmieszek. - Jestem pewien, 
ż

e w tej krypcie jest wiele do oglądania. Dziwne widoki. Piękne widoki. 

- Tylko raz widziałam zmarłego człowieka. Moją babcię. Byłam wtedy mała… 
- Przypuszczam, iż to doświadczenie diametralnie zmieniło twoje życie. 
- Nie sądzę. Prawdę mówiąc, prawie tego nie pamiętam. Przypominam sobie tylko, że 
wszyscy strasznie płakali. 
- Ach. - Pokiwał głową. - To takie egoistyczne - powiedział. - Nie uważasz? Zakłócać 
ostatnie pożegnanie szlochami i siąkaniem w chustki. 
      Ponownie  spojrzał  na  nią,  aby  oszacować,  jak  to  przyjęła,  i  jeszcze  raz                   
z zadowoleniem stwierdził, iż nie była ani zszokowana, ani urażona. 
- Opłakujemy samych siebie, nieprawdaż? Nie zmarłych. Im jest to już obojętne. 
-  Tak  -  wyszeptała,  a  potem  nieco  głośniej  dorzuciła:  -  Mój  Boże,  tak.  Masz  rację. 
Zawsze opłakujemy tylko samych siebie. 
-  Widzisz,  ile  mogą  nas  nauczyć  zmarli,  tylko  dzięki  temu,  że  leżą  tam,  w  swoich 
grobach i kręcą młynka kościstymi kciukami? 
      Roześmiała się, on również. Źle oceniła podczas pierwszego spotkania, sądząc, że 
jego  oblicze  jest  nienawykłe  do  uśmiechu;  wcale  tak  nie  było.  Jednak  rysy  jego 
twarzy,  kiedy  przestał  się  śmiać  natychmiast  przybrały  na  powrót  ten  sam  dziwny 
wyraz, spokoju i obojętności, jak wtedy, gdy zobaczyła go w kościele. 
      Kiedy po półgodzinie lakonicznych uwag powiedział, że jest umówiony na ważne 
spotkanie i musi już iść, podziękowała mu za dotrzymanie towarzystwa i stwierdziła: 
- Już od wielu tygodni tak się nie uśmiałam. Jestem ci bardzo wdzięczna. 
-  POWINNAŚ  się  śmiać  -  odrzekł.  -  Jest  ci  z  tym  do  twarzy.  -  Po  czym  dorzucił:  - 
Masz przepiękne zęby. 
      Kiedy odszedł, jeszcze długo zastanawiała się nad tą uwagą i nad wieloma innymi, 
które  usłyszała  z  jego  ust  tego  popołudnia.  Był  niewątpliwie  jednym  z  najbardziej 
niezwykłych mężczyzn, jakich kiedykolwiek spotkała, a na dodatek pojawił się w jej 
ż

yciu  -  ze  swoim  zamiłowaniem  do  mówienia  o  kryptach,  umarłych  i  jej  pięknych 

zębach  -  we  właściwym  momencie.  Stanowił  idealną  odskocznię  od  głęboko  w  niej 
tkwiących  smutków  i  sprawił,  że  jej  obecne  aberracje  były  niczym  w  porównaniu        
z jego problemami. Wracała do domu we wspaniałym nastroju. Gdyby nie znała siebie 
lepiej, pomyślałaby, iż jest o krok od zadurzenia się w Kavanaghu. 
      W  drodze  powrotnej  i  później  tego  wieczora  zastanawiała  się  przede  wszystkim 
nad  jego  żartobliwym  stwierdzeniem  o  zmarłych  kręcących  młynka  kościstymi 
kciukami  i  to  nieuchronnie  przywiodło  jej  na  myśl  ukryte  za  ciemnym  parawanem 
tajemnice starej krypty. Jej rozbudzoną ciekawość niełatwo było zaspokoić - narastała 
w  niej  wraz  z  pragnieniem  przedostania  się  pomiędzy  kozłami  z  czerwoną  wstęgą        
i obejrzenia na własne oczy odkopanego grobowca. Nigdy dotąd nie przyznałaby się 
do  tego  typu  pragnień.  (ILE  RAZY  ODDALAŁA  SIĘ  Z  MIEJSCA  WYPADKU, 
USIŁUJĄC  STŁUMIĆ  W  SOBIE  PRZEMOŻNĄ,  ACZ  WSTYDLIWĄ  CHĘĆ 
PODEJŚCIA  BLIŻEJ  I  PRZYJRZENIA  SIĘ  OFIAROM?)  Kavanagh  obnażył  jej 
żą

dze swoim jawnym entuzjazmem dla umarłych i wszystkiego, co się z nimi wiązało. 

      Teraz,  kiedy  tabu  zostało  złamane,  miała  ochotę  wrócić  do  starego  kościoła, 
spojrzeć  Śmierci  prosto  w  twarz,  a  kiedy  ponownie  spotka  się  z  Kavanaghem, 
opowiedzieć  mu  kilka  własnych  historyjek.  Pomysł  z  fazy  wstępnej  przeszedł 

background image

błyskawicznie do fazy realizacji i późnym wieczorem Elaine ponownie wyszła z domu 
i udała się w stronę znajomego placu. 
      Do  kościoła  Wszystkich  Świętych  dotarła  po  wpół  do  dwunastej,  ale  na  placu 
wciąż jeszcze widać było oznaki pracy. Reflektory zamontowane na stojakach i ścianie 
kościoła oświetlały cały teren. Trzech techników, „zespół przeprowadzkowy”, jak ich 
określił  Kavanagh,  stało  pod  brezentowym  parawanem;  ich  oblicza  przepełniało 
zmęczenie, a oddechy na mroźnym powietrzu znaczyły smugi białej mgiełki. 
      Stanęła w miejscu, gdzie nie mogli jej zobaczyć i obserwowała. Robiło się coraz 
zimniej,  blizny  zaczęły  dawać  o  sobie  znać,  niemniej  nie  ulegało  wątpliwości,  że 
nocna praca miała się ku końcowi. Po krótkiej wymianie zdań z policjantami, technicy 
odeszli. Wyłączyli wszystkie reflektory - oprócz jednego - pozostawiając plac, kościół, 
brezentowy parawan i błotnistą ziemię wokoło pogrążone w posępnym cieniu. 
      Dwaj policjanci, których ustawiono na straży, nie wypełniali swoich obowiązków 
nadgorliwie. Jaki idiota - uważali zapewne - mógłby o tej porze i przy tej temperaturze 
przyjść  tutaj  z  zamiarem  ograbienia  starej  krypty?  Po  kilku  minutach  przebierania 
nogami  na  mrozie  wycofali  się  z  posterunku  do  względnie  ciepłego  i  wygodnego 
baraku dla robotników. 
      Elaine  wymknęła  się  ze  swojej  kryjówki  i  ostrożnie,  najciszej  jak  potrafiła, 
podeszła do wstęgi oznaczającej granice terenu rozbiórki.  W baraku włączono radio; 
jego  dźwięki  (Muzyka  dla  zakochanych,  od  zmierzchu  do  świtu  -  zamruczał  odległy 
głos) zagłuszyły chrzęst jej kroków po marznącej ziemi. 
      Kiedy  tylko  przeszła  przez  zaporę  i  znalazła  się  na  zakazanym  terytorium, 
przestała się wahać. Błyskawicznie przeszła po twardej ziemi - zryte kołami ciężkiego 
sprzętu bruzdy były twarde jak beton - i zbliżyła się do kościoła. Blask reflektora był 
oślepiający - w ostrym świetle jej oddech wydawał się niczym dym, który widziała tu 
wczoraj.  Z  tyłu  płynęły  smętne  dźwięki  romantycznej  muzyki.  Nikt  nie  wyszedł          
z  baraku,  nie  usłyszała  niczyjego  napomnienia,  nie  rozległo  się  ostre,  dojmujące 
brzęczenie alarmowych dzwonków. Bez przeszkód dotarła do brezentowego parawanu 
i zajrzała do środka. 
      Robotnicy  z  firmy  rozbiórkowej,  mając  na  uwadze  bardzo  specyficzne  instalacje 
budynku  i  traktując  obiekt  swoich  prac  ze  szczególnym  pietyzmem,  obkopali  ściany 
kościoła  do  głębokości  ośmiu  stóp,  obnażając  fundamenty  budowli.  Czyniąc  to, 
odsłonili  wejście  do  komnaty  pogrzebowej,  które  tak  starannie  zabudowały  dłonie 
dawnych  murarzy.  Aby  ukryć  je,  nie  tylko  przysypano  od  tej  strony  ścianę  kościoła 
pryzmą ziemi, ale nawet usunięto drzwi krypty i zamurowano wejście do podziemnego 
pomieszczenia. Najwyraźniej bardzo im się spieszyło, gdyż ich dziełu daleko było do 
doskonałości.  Po  prostu  zapełnili  otwór  kamieniami,  po  czym  pokryli  tę  nierówną 
ś

cianę  grubą  warstwą  zaprawy.  Na  jej  chropowatej  powierzchni,  choć  nieco  została 

zniszczona  przez  robotników  od  rozbiórek,  widniał  sześciostopowy  krzyż.  Wysiłki, 
aby  należycie  zabezpieczyć  kryptę  i  dzięki  znakowi  krzyża  uchronić  ją  przed 
bezbożnikami,  spełzły  na  niczym.  Zamykające  dostęp  pieczęcie  zostały  złamane, 
zaprawa skruszona, a kamienie wyrwane. Obecnie pośrodku dawnego wejścia rysował 
się niewielki otwór, dostatecznie jednak duży, aby jedna osoba mogła prześliznąć się 
do środka. Elaine bez chwili wahania zsunęła się po stromiźnie wykopu ku naruszonej 
ś

cianie i przecisnąwszy się przez szczelinę, znalazła się wewnątrz krypty. 

background image

      Spodziewała  się,  że  będzie  tam  ciemno,  wzięła  więc  ze  sobą  zapalniczkę,  którą 
Mitch podarował jej trzy lata temu. Zapaliła ją. Płomyk był mały. Przekręciła zębate 
kółeczko  regulacji  natężenia  ognia  i  w  silniejszym  świetle  badała  przestrzeń  przed 
sobą. Nie weszła do samej krypty, ale do wąskiego westybulu. Mniej więcej jard przed 
sobą dostrzegła kolejną ścianę i drugie drzwi. Tych nie zamurowano cegłami. I na nich 
w  drewnie  wyryto  krzyż.  Podeszła  do  drzwi.  Zamek  został  wymontowany  - 
prawdopodobnie przez brygadę rozbiórkową - a drzwi przewiązano sznurem. 
      Rozwiązanie  sznura  przyszło  jej  bez  trudu,  choć  potrzebowała  do  tego  obu  rąk       
i musiała to zrobić po ciemku. Kiedy mocowała się z węzłami, nagle usłyszała głosy. 
Gliniarze - niech ich szlag - wyszli z baraku na nocny obchód. 
      Puściła sznur i przywarła plecami do ściany westybulu. Głosy policjantów stały się 
wyraźniejsze - rozmawiali o dzieciach i wzrastających kosztach świątecznych uciech. 
Znajdowali się teraz o kilka jardów od wejścia do krypty. Stali - jak przypuszczała - 
ukryci  za  brezentowym  parawanem.  Na  szczęście  nie  usiłowali  zejść  z  pochyłości, 
lecz  skończyli  pobieżną  inspekcję  na  skraju  wykopu  i  zaraz  zawrócili.  Ich  głosy 
przycichły. 
      Zadowolona,  że  znaleźli  się  w  odległości,  skąd  nie  mogli  jej  zobaczyć  ani 
usłyszeć,  ponownie  zapaliła  zapalniczkę  i  powróciła  do  drzwi.  Były  wielkie                  
i piekielnie ciężkie; jej pierwsza próba otwarcia ich zakończyła się niepowodzeniem. 
Spróbowała  ponownie.  Tym  razem  uchyliły  się,  przesuwając  się  z  chrzęstem  po 
ż

wirze  pokrywającym  podłogę  westybulu.  Kiedy  otworzyły  się  na  tyle,  aby  mogła 

przecisnąć się do wnętrza, przestała napierać. 
      Płomyk  zapalniczki  zamigotał,  jakby  wewnątrz  ktoś  był  i  nagle  wypuścił 
powietrze.  Na  chwilę  płomień  zmienił  kolor  z  żółtego  na  niebieskawy.  Elaine  nie 
zatrzymując się, pośpiesznie wśliznęła się do obiecanej krainy czarów. 
      Płomyk  przybrał  na  sile  -  stał  się  większy  i  niespokojnie  migotał.  Przez  chwilę 
było  tak  jasno,  że  prawie  nic  nie  widziała.  Zmrużyła  oczy,  aby  przyzwyczaić  je  do 
ś

wiatła i ponownie się rozejrzała. 

      A  więc  to  była  Śmierć.  Nie  miała  w  sobie  jednak  nic  ze  sztuki,  uroku  czy 
dostojeństwa,  o  których  mówił  Kavanagh;  z  przykrytych  całunami  piękności 
spoczywających na chłodnych  marmurowych  marach  nie emanował spokój; nie było 
kunsztownych relikwiarzy ani wyrytych aforyzmów o marności ludzkiego żywota; nie 
było nawet nazwisk czy dat. W większości ciała nie miały nawet swoich trumien. 
      Krypta  w  rzeczywistości  była  kostnicą.  Wszędzie  wznosiły  się  stosy  ciał;  całe 
rodziny  były  wciśnięte  w  nisze  przeznaczone  na  jedną  trumnę,  tuziny  innych  zwłok 
leżały  bez  zamierzonego  porządku.  Kryptę  -  choć  panowała  absolutna  cisza  - 
przepełniała  atmosfera  pośpiechu  i  paniki.  Malowało  się  to  wyraźnie  na  twarzach 
wyłaniających  się  ze  stosów  umarłych:  usta  szeroko  otwarte  w  milczącym  proteście, 
oczy nieomal wychodzące z oczodołów. Świadczył o tym również sposób pogrzebania 
zmarłych:  od  ustawionych  równo  i  starannie  trumien  na  dalekim  końcu  krypty, 
poprzez  rzędy  stojących  jedna  na  drugiej  topornych  skrzyń  imitujących  trumny  (ich 
ś

cianki  były  nierówne,  a  wieka  nie  oznakowane,  miały  jedynie  niechlujnie 

namalowane krzyże) aż do zwłok pozostawionych pośpiesznie w  każdym  możliwym 
miejscu.  W  miarę  narastającej  histerii  przy  „pochówku”  zapomniano  nie  tylko             
o godności należnej doczesnym szczątkom, ale również o ceremonii i modlitwie, które 
powinny temu towarzyszyć. 

background image

      To  musiał  być  jakiś  kataklizm  -  Elaine  nie  miała  co  do  tego  wątpliwości;  nagły 
wzrost umieralności tak mężczyzn, jak i kobiet oraz dzieci (u swoich stóp dostrzegła 
niemowlę, które zapewne nie żyło dłużej niż jeden dzień). Ludzie umierali jak muchy, 
w takim tempie, że nie było nawet czasu na zamknięcie im oczu przed wrzuceniem do 
tej  krypty.  Być  może  wytwórcy  trumien  również  pomarli  i  leżeli  wśród  swoich 
klientów;  podobnie  jak  tkacze  całunów  i  księża.  Wszyscy  odeszli  w  ciągu  jednego 
apokaliptycznego  miesiąca  lub  tygodnia,  a  ich  pozostali  przy  życiu  krewni  byli  albo 
zbyt wstrząśnięci wydarzeniami, albo zbyt przerażeni, aby dbać o drobiazgi i pragnęli 
jedynie pozbyć się trupów. 
      Zastanawiające,  że  zwłoki  potraktowane  z  taką  bezdusznością  całkiem  nieźle 
przeszły  próbę  czasu.  Zamurowanie  krypty,  odcięcie  jej  od  powodującego  proces 
rozkładu powietrza sprawiło, że ciała pozostały niemal nienaruszone. Obecnie, kiedy 
tajemne pomieszczenie zostało otwarte, gnicie rozpoczęło się na nowo. 
      Elaine  dostrzegła  na  ciałach  oznaki  postępującego  rozkładu,  a  więc  ociekające 
ropą  rany,  bąble  oraz  krosty.  Uniosła  zapalniczkę,  aby  lepiej  się  przyjrzeć,  choć 
przybierająca na sile woń zgnilizny przyprawiała ją o zawroty głowy. Wszędzie, gdzie 
okiem  sięgnąć,  natrafiała  na  budzące  grozę  sceny.  Dwoje  dzieci  leżało  razem, 
obejmując  się  ramionami;  kobieta,  której  ostatnią  czynnością  było,  jak  się  zdaje, 
malowanie  twarzy,  jak  gdyby  w  chwili  śmierci  szykowała  się  nie  do  złożenia  do 
grobu, ale na spotkanie z kochankiem.  
      Elaine  patrzyła  w  twarze  zmarłych,  a  jej  fascynacja  pozbawiała  ich  prywatności. 
Było tu tyle do oglądania i zapamiętania. Czy po zobaczeniu tego wszystkiego będzie 
nadal tą samą Elaine? Chyba nie. Jej uwagę przykuł trup do połowy przykryty innym 
ciałem:  była  to  młoda  kobieta  o  tak  gęstych,  cudownych  kasztanowych  włosach,  że 
Elaine  prawdziwie  jej  ich  pozazdrościła.  Podeszła  bliżej,  aby  się  lepiej  przyjrzeć,  po 
czym przezwyciężając resztki nieśmiałości, uchwyciła oburącz zwłoki leżące na trupie 
kobiety i odciągnęła je na bok. 
      Ciało zmarłego było śliskie w dotyku i pozostawiło lśniące smugi na jej dłoniach, 
ale wcale się tym nie zraziła. Odsłonięte zwłoki kobiety leżały z rozrzuconymi szeroko 
nogami, a ciężar towarzysza, który długo na nich spoczywał, sprawił, że wygięły się 
pod nieprawdopodobnym kątem. Rana, która zapewne była przyczyną śmierci pokryła 
jej uda krwią i przylepiła przemoczoną spódnicę do brzucha i krocza kobiety. Poroniła 
- zastanawiała się Elaine - czy może w jej wnętrzu zagnieździła się jakaś choroba? 
      Patrzyła i patrzyła, pochylając się niżej, aby przestudiować grymas malujący się na 
oszpeconej zgnilizną twarzy kobiety. Co było przyczyną, że przyszło ci tutaj spocząć - 
pomyślała - nadal skalana własną krwią. Kiedy następnym razem spotka Kavanagha, 
powie  mu,  jak  bardzo  się  mylił,  snując  swoje  sentymentalne  opowieści  o  spokoju 
panującym pod ziemią. 
      Dość  się  naoglądała,  prawdę  mówiąc  zobaczyła  więcej,  niż  się  spodziewała. 
Wytarła  dłonie  w  płaszcz,  wróciła  do  drzwi,  zamknęła  je  za  sobą  i  ponownie 
obwiązała  sznurkiem.  Następnie  wspięła  się  po  stromiźnie  wykopu  i  wyszła                 
z kościoła. 
      Policjantów  nigdzie  nie  było  widać  i  Elaine  opuściła  teren  rozbiórki  nie 
zauważona, jak cień albo duch. 
 

background image

      Kiedy zdołała pokonać żal na widok martwych dzieci oraz kobiety o kasztanowych 
włosach,  choć  obie  te  reakcje  -  zarówno  smutek,  jak  i  odraza  -  były  dość  łatwe  do 
stłumienia, ogarnęła ją zimna obojętność. 
      Podobnych wrażeń doznałaby, widząc śmierć psa pod kołami samochodu, a może 
byłyby  głębsze  niż  te,  które  ogarnęły  ją,  kiedy  stała  w  środku  krypty  w  kościele 
Wszystkich Świętych, a ze wszystkich stron otaczały ją zwały trupów. Kiedy tej nocy 
kładła się spać i uświadomiła sobie, że nawet nie drży ani nie zbiera się jej na mdłości, 
poczuła się silna. 
      Czegoż  jeszcze  mogła  się  obawiać,  skoro  z  taką  łatwością  zniosła  przerażający 
pokaz ludzkiej śmiertelności? Spała smacznie i obudziła się pokrzepiona. 
      Tego  ranka  wróciła  do  pracy,  przepraszając  pana  Chimesa  za  swoje  zachowanie 
poprzedniego dnia i zapewniła go, że  od wielu  miesięcy  nie  była równie szczęśliwa. 
Aby  się  zrehabilitować  za  poprzednie  dni,  starała  się  stale  być  wśród  ludzi, 
zagadywała  zaniedbywanych  znajomych  i  raz  po  raz  czarowała  promiennym 
uśmiechem.  Z  początku  napotykała  pewien  opór;  czuła,  że  koledzy  wątpili,  czy  ta 
jedna jaskółka może być oznaką wiosny. Jednak kiedy jej nastrój przez cały ten dzień  
i  następny  nie  uległ  zmianie,  zaczęli  reagować  bardziej  spontanicznie.  Do  czwartku 
zupełnie  zapomniano  o  incydencie  z  poprzedniego  tygodnia,  zachowywali  się,  jakby  
w  ogóle  nic  się  nie  wydarzyło.  Zaczęto  prawić  jej  komplementy,  mówić,  że  pięknie 
wygląda.  To  była  prawda  -  wystarczyło  spojrzeć  w  lustro,  aby  utwierdzić  się               
w  prawdziwości  tych  spostrzeżeń.  Jej  oczy  błyszczały,  cera  nabrała  barw.  Była 
obrazem witalności. 
      W  czwartek  po  południu  siedziała  za  biurkiem,  przeglądając  zbiór  ankiet,  kiedy 
nagle  do  pokoju  wpadła  jedna  z  sekretarek,  mamrocząc  coś  bez  ładu  i  składu.  Ktoś 
podbiegł,  aby  jej  pomóc  -  szlochała  jak  bóbr.  Z  jej  bełkotu  można  było  jedynie 
zrozumieć, że mówiła o Berenice, kobiecie, którą Elaine znała z widzenia. Kiedy się 
mijały, uśmiechały się do siebie nawzajem. Najwyraźniej miał miejsce jakiś wypadek 
-  kobieta  mówiła  o  krwi  na  podłodze.  Elaine  wstała  i  dołączyła  do  tych,  którzy 
wychodzili na korytarz, aby sprawdzić, co się stało. 
      Kierownik stał przed drzwiami damskiej toalety, na próżno usiłując powstrzymać 
ciekawskich,  a  jakaś  dziewczyna,  najwyraźniej  jeszcze  jeden  świadek,  opowiadała 
swoją wersję wydarzeń: 
- Stała tam i nagle zaczęła się trząść. Myślałam, że ma jakiś atak. Krew poleciała jej    
z nosa. A potem z ust. Wylewała się z niej jak woda z dziurawego dzbana. 
- Tam nie ma nic do oglądania - powtarzał Chimes. - Cofnijcie się. 
      Jednak zupełnie go ignorowano. Przyniesiono koce, aby przykryć kobietę, i kiedy 
drzwi toalety otworzyły się, tłumek ciekawskich jeszcze raz naparł do przodu. Elaine 
dostrzegła  postać  leżącą  na  podłodze,  zwijającą  się  jakby  w  konwulsjach  czy 
skurczach,  i  nie  miała  ochoty  dłużej  tego  oglądać.  Pozostawiła  stłoczonych  przed 
wejściem  do  toalety,  którzy  rozmawiali  o  Berenice,  jakby  dziewczyna  już  nie  żyła. 
Elaine wróciła do swego pokoju i usiadła za biurkiem. Miała tyle do zrobienia, tyle dni 
przepełnionych smutkiem i żalem, które musiała odrobić. 
      Nagle  przyszedł  jej  do  głowy  trafny  zwrot.  ODKUPIĆ  CZAS.  Zapisała  te  dwa 
słowa w notesie, aby je zapamiętać. Gdzie je usłyszała czy zobaczyła? Skąd je znała? 
Nie  mogła  sobie  przypomnieć.  To  nieważne.  Czasami  niepamięć  bywa  przejawem 
mądrości. 

background image

 

      Kavanagh zadzwonił do niej tego wieczora i zaprosił na kolację nazajutrz. Bardzo 
chciała porozmawiać  z nim o swoim ostatnim  wyczynie,  musiała  wszakże odmówić, 
gdyż jej przyjaciele urządzali akurat niewielkie party z okazji jej powrotu do zdrowia. 
Zapytała, czy chciałby wziąć w nim udział. Podziękował za zaproszenie i stwierdził, 
ż

e duże grono ludzi zawsze go onieśmielało. Zażartowała, żeby się nie wygłupiał, że 

jej  przyjaciele  przyjmą  go  bardzo  ciepło  i  serdecznie  i  że  bardzo  chce  go  im 
przedstawić.  W  odpowiedzi  usłyszała,  że  jest  gotów  przyjść  jedynie  wówczas,  jeżeli 
jego ego stanie na wysokości zadania, i że ma nadzieję, iż nie będzie poczytywać mu 
za złe, jeżeli mimo wszystko się nie pojawi. Starała się załagodzić jego obawy. Zanim 
rozmowa  dobiegła  końca,  nieśmiało  napomknęła,  że  kiedy  się  spotkają,  opowie  mu 
bardzo ciekawą historię. 
      Kolejny dzień przyniósł niepomyślne wieści. Berenice zmarła w piątek, wczesnym 
rankiem,  nie  odzyskawszy  przytomności.  Przyczyna  śmierci  nie  została  jeszcze 
dokładnie ustalona. Biurowi plotkarze zgodnie stwierdzili, że nie należała do silnych 
osób - spośród wszystkich pracowników zawsze przeziębiła się  pierwsza i zdrowiała 
ostatnia.  Tu  i  ówdzie  przebąkiwano  również  nieśmiało  na  temat  jej  sposobu 
prowadzenia się. Najwidoczniej nie szczędziła swoich wdzięków i nie była wybredna, 
jeśli  chodziło  o  dobór  partnera.  Było  to  raczej  nierozsądne.  W  sytuacji,  gdy 
zachorowalność na choroby weneryczne przybierała rozmiary epidemii, czyż nie była 
to najbardziej prawdopodobna przyczyna jej śmierci? 
      Opowieści  te,  pomimo  iż  dawały  pole  do  popisu  zapalonym  plotkarzom,  nie 
wpłynęły dobrze na ogólne morale. 
      Tego ranka zachorowały dwie inne dziewczyny, a podczas lunchu wydawało się, 
ż

e po ostatnich wydarzeniach tylko Elaine nie straciła apetytu. Zupełnie jakby chciała 

najeść  się  za  nich  wszystkich.  Czuła  potworny,  dojmujący  głód;  jej  ciało  nieomal 
boleśnie domagało się pożywienia. To było dobre uczucie, po tylu długich miesiącach 
apatii  i  zmęczenia.  Kiedy  rozejrzała  się  wokoło,  wodząc  wzrokiem  po  znużonych 
twarzach  osób  siedzących  przy  stole,  poczuła  nagle,  że  nic  jej  z  nimi  nie  łączy;  ani       
z nimi, ani z ich plotkami czy trywialnymi opiniami, drażniło ją również, że głównym 
tematem  ich  rozmów  była  nagła  śmierć  Berenice,  jak  gdyby  nigdy  dotąd  o  tym  nie 
myśleli i dziwili się, że to w ogóle mogło się zdarzyć. 
      Elaine  wiedziała  lepiej.  Jeszcze  nie  tak  dawno  była  bardzo  bliska  śmierci  i  to 
niejeden raz - podczas kuracji, która przygotowywała ją do operacji usunięcia zżeranej 
przez  nowotwór  macicy,  kiedy  komórki  rakowe  nieoczekiwanie  podwoiły  swoje 
rozmiary, jak gdyby czuły, że są zagrożone; na stole operacyjnym, kiedy dwukrotnie 
chirurdzy  myśleli,  że  ją  stracili;  i  ostatnio,  w  krypcie,  kiedy  stała  twarzą  w  twarz         
z tymi potwornymi trupami o szklanych oczach. 
      Śmierć  była  wszędzie.  Właśnie  dlatego  śmieszyło  ją,  że  z  zaskoczeniem  przyjęli 
pojawienie  się  Posępnego  Żniwiarza  w  ich  małym  i  kompletnie  pozbawionym 
wdzięku światku. Jadła z apetytem, pozwalając, aby dalej szeptali między sobą. 
 

 

background image

      Party odbywało się w domu Reubena. Przybyli: Elaine, Hermione, Sam i Nellwyn, 
Josh i Sonia. To był przyjemny wieczór; okazja, aby dowiedzieć się, jak wiodło się jej 
przyjaciołom, aby wybadać, jak zmieniają się ich statusy i ambicje. Alkohol zadziałał 
błyskawicznie i pomógł rozwiązać i tak skore do gadania języki. 
      Nellwyn,  zalewając  się  łzami,  wzniosła  toast  za  Elaine;  Josh  i  Sonia 
przeprowadzili  krótką,  acz  zjadliwą  dyskusję  na  temat  ewangelizmu;  Reuben 
małpował swoich kolegów, mecenasów. Było jak za starych czasów, z tą różnicą, że 
jeszcze nie ubarwili spotkania wspomnieniami. 
      Kavanagh  się  nie  pojawił  i  Elaine  w  gruncie  rzeczy  była  z  tego  zadowolona. 
Pomimo  swoich  protestów  podczas  rozmowy  z  nim,  wiedziała,  że  w  gronie  jej 
przyjaciół czułby się źle i obco. 
      Mniej  więcej  około  wpół  do  pierwszej,  kiedy  zebrani  podzielili  się  na  małe, 
dyskutujące  na  różne  tematy  grupki,  Hermione  napomknęła  o  żeglarzu.  Choć 
znajdowała  się  prawie  na  drugim  końcu  pokoju,  Elaine  całkiem  wyraźnie  usłyszała 
jego nazwisko. Przerwała rozmowę z Nellwyn i, omijając wyciągnięte w rozleniwieniu 
nogi gości, podeszła do Hermione i Sama. 
- Słyszałam, że rozmawiacie o Mayburym - powiedziała. 
- Tak - odrzekła Hermione. - Sam i ja mówiliśmy właśnie, jakie to dziwne… 
- Słyszałam go w wiadomościach - oświadczyła Elaine. 
- Smutna historia, nieprawdaż? - wtrącił Sam. - Sposób, w jaki to się stało. 
- Dlaczego smutna? 
- Opowiadał, że Śmierć była na jachcie razem z nim… 
- I niedługo potem zginął. 
- Zginął? - spytała Elaine. - Kiedy to się stało? 
- Pisali o tym we wszystkich gazetach. 
- Nie czytałam - odparła Elaine. - Co się stało? 
- Zginął - powiedział Sam. - Przewozili go na lotnisko, skąd miał wrócić samolotem 
do domu, i zdarzył się wypadek. Śmierć na miejscu, o tak… - Sam pstryknął palcami. 
- Facet zgasł jak świeca. 
-  To  takie  smutne  -  stwierdziła  Hermione  i  spojrzała  na  Elaine,  a  jej  oblicze 
przepełniło zatroskanie. 
      Spojrzenie  to  wprawiło  Elaine  w  zakłopotanie,  gdy  nagle  -  z  takim  samym 
zdumieniem i niedowierzaniem jak w  biurze pana Chimesa, kiedy  poczuła, że po jej 
policzkach spływają łzy - uświadomiła sobie, że się uśmiecha. 
 

 

      A więc żeglarz umarł. 
      Kiedy  party  dobiegło  końca,  wczesnym  rankiem  w  sobotę,  gdy  wymieniano 
ostatnie  uściski  i  całusy,  i  gdy  Elaine  dotarła  wreszcie  do  swojego  mieszkania, 
powróciła myślami do zasłyszanego wywiadu z Mayburym. Przypomniała sobie jego 
ogorzałe od słońca oblicze, oczy wyczerpane przez bezlitosny ocean, który o mało go 
nie pochłonął, jak również dziwny niepokój i pewne zakłopotanie, z jakim opowiadał 
o  swojej  przygodzie.  I  naturalnie  jego  ostatnie  słowa,  kiedy  reporter  wypytywał  go, 
kto mógł być owym tajemniczym pasażerem na gapę. 
 

background image

- Wydaje mi się, że… Śmierć - powiedział. 
      Miał rację. 
 

 

      Obudziła się przed południem bez specjalnego kaca. 
      W  skrzynce  znalazła  list  od  Mitcha.  Nie  otworzyła  go,  lecz  zostawiła  na 
obmurowaniu  kominka  z  zamiarem  przeczytania  później,  w  wolnej  chwili.  Wiatr 
unosił  pierwsze  płatki  tegorocznego  śniegu.  Były  jeszcze  zbyt  wilgotne,  aby  mogły 
utworzyć  na  ulicach  biały,  puszysty  kobierzec.  Sądząc  jednak  po  skrzywionych 
twarzach  przechodniów,  było  zimno.  Jakimś  dziwnym  trafem  w  ogóle  tego  nie 
odczuwała.  Choć  w  mieszkaniu  nie  był  włączony  grzejnik,  a  ona  była  boso,  ubrana 
tylko w lekki szlafroczek, czuła jakby w niej płonął ogień. 
      Wypiła kawę i poszła się wykąpać. W otworze odpływowym dostrzegła plątaninę 
włosów  -  wyjęła  je,  spuściła  w  ubikacji  i  ponownie  podeszła  do  umywalki.  Odkąd 
zdjęto  jej  opatrunki,  starała  się  unikać  widoku  własnego  ciała,  ale  dzisiaj  przestała 
odczuwać jakikolwiek niepokój czy wstyd. Zdjęła szlafrok i obejrzała się krytycznie. 
      Była  zadowolona  z  tego,  co  zobaczyła.  Piersi  miała  pełne  i  śniade,  jej  skóra 
zdawała się błyszczeć, a włosy łonowe urosły bujniejsze i bardziej gęste niż przedtem. 
Blizny  w  dalszym  ciągu  znaczyły  brzuch  i  wydawały  się  świeże,  ale  ona  miała 
wrażenie,  jakby  stanowiły  przedłużenie  jej  sromu.  Z  obawą  pomyślała,  że  któregoś 
dnia jej pochwa rozszerzy się, rozciągając się od pępka po odbyt (a może nawet dalej), 
otwierając ją szeroko i zamieniając w potwora. 
      To niewątpliwie paradoks, że dopiero teraz, wydrążona przez chirurgów, czuła się 
dojrzała  i  kobieca.  Stała  przed  lustrem  przez  ponad  pół  godziny,  podziwiając  swoje 
ciało i pozwalając myślom odpływać w dal. 
      W  końcu  wróciła  pod  prysznic.  Wykąpawszy  się,  nago  wróciła  do  frontowego 
pokoju.  Nie  miała  zamiaru  się  ukrywać,  wręcz  przeciwnie.  Podeszła  do  okna,              
a  w  głowie  kłębiły  się  jej  tuziny  idiotycznych  myśli.  Śnieg  padał  teraz  mocniej. 
Poprzez  wirujące  płatki  dostrzegła  jakieś  poruszenie  w  alejce,  pomiędzy  dwoma 
budynkami  naprzeciwko.  Ktoś  tam  był  i  obserwował  ją,  ale  nie  była  w  stanie  nic 
więcej  dojrzeć.  Nie  miała  nic  przeciwko  temu.  Stała,  patrząc  na  podglądacza                 
i zastanawiała się, czy zdobędzie się na odwagę, aby się jej pokazać. Jednak nie zrobił 
tego. 
      Stała przy oknie przez kilka minut, zanim uświadomiła sobie, że jej bezwstydność 
musiała  wystraszyć  nieznajomego  obserwatora.  Rozczarowana  wróciła  do  sypialni       
i  ubrała  się.  Teraz  powinna  coś  przekąsić  -  znów  poczuła  znajome,  nieprzyjemne 
ssanie w żołądku. Lodówka była prawie pusta. Będzie musiała wyjść i zrobić zakupy 
na weekend. 
      W  supermarketach  panował  niesamowity  ruch,  zwłaszcza  w  soboty,  ale  była         
w zbyt dobrym nastroju, aby się przejmować koniecznością przedzierania przez tłumy 
kupujących.  Prawdę  mówiąc,  tego  dnia  z  prawdziwą  przyjemnością  chłonęła  obrazy 
wszechobecnej  konsumpcji:  wózki  i  koszyki  wypełnione  po  brzegi  żywnością;  oczy 
dzieci  pożerających  wzrokiem  ciastka  w  cukierniach  i  wypełniające  się  łzami,  kiedy 
rodzice  odmawiali  kupna  im  choćby  jednego;  kobiety  lustrujące  ogromne  baranie 

background image

udźce,  podczas  gdy  mężowie  równie  taksującymi  spojrzeniami  obrzucali  ponętne 
sprzedawczynie. 
      Nabyła  na  weekend  dwukrotnie  więcej  jedzenia,  niż  niedawno  kupiłaby  na  cały 
tydzień.  Zapach  unoszący  się  w  delikatesach  i  u  rzeźnika  sprawił,  że  była  wściekle 
głodna. Mogłaby zjeść konia z kopytami. Zanim wróciła do domu, prawie się trzęsła 
na  myśl  o  czekającej  ją  uczcie.  Kiedy  postawiła  wypchane  torby  na  progu                     
i gorączkowo zaczęła szukać kluczy, usłyszała za sobą trzask drzwiczek samochodu. 
- Elaine? 
      To była Hermione. Po sporej ilości czerwonego wina, którą wypiła ubiegłej nocy, 
wydawała się nieświeża, a skórę jej twarzy pokrywały drobne plamki. 
- Dobrze się czujesz? - spytała Elaine. 
- Raczej ciebie powinnam o to zapytać - odparła Hermione. 
- Czuję się świetnie. Czemu miałoby być inaczej? 
      Hermione spojrzała na nią dziwnym wzrokiem. 
-  Sonia  czymś  się  zatruła.  Reuben  też.  Wpadłam  po  prostu,  żeby  sprawdzić,  czy          
u ciebie wszystko w porządku. 
- Jak powiedziałam, czuję się doskonale. 
- Nie rozumiem. 
- A co z Nellwyn i Samem? 
-  Nie  zastałam  ich  w  domu,  ale  z  Reubenem  jest  źle.  Zabrali  go  do  szpitala,  żeby 
przeprowadzić jakieś testy. 
- Wejdziesz na filiżankę kawy? 
-  Nie,  dziękuję.  Muszę  wracać,  żeby  zobaczyć  się  z  Sonią.  Po  prostu  nie  chciałam, 
ż

ebyś pomyślała, że jesteś zdana tylko na siebie, gdyby przytrafiło ci się to samo co 

im. 
      Elaine uśmiechnęła się. 
-  Jesteś  aniołem  -  powiedziała  i  pocałowała  Hermione  w  policzek.  Ten  gest 
najwyraźniej  ją  zaskoczył.  Cofnęła  się  o  krok,  wpatrując  się  w  Elaine  z  wyrazem 
niepewności i zakłopotania. 
-  Muszę…  muszę  już  iść  -  powiedziała,  odwracając  się,  jakby  z  obawą,  że  jej  twarz 
może ją zdradzić. 
- Zadzwonię do ciebie później - rzuciła Elaine - żeby sprawdzić, jak się czują. 
- Świetnie. 
      Hermione  obróciła  się  na  pięcie  i  szybko  przeszła  chodnikiem  do  samochodu. 
Choć starała się zrobić to możliwie jak najdyskretniej, Elaine zauważyła, że przyłożyła 
dłoń do policzka w miejscu, gdzie została pocałowana, i zaczęła pocierać je palcami, 
jakby chciała zetrzeć ślady fizycznego kontaktu. 
 

 

      To  nie  była  dobra  pora  dla  much,  ale  te,  które  przetrwały  ostatnie  chłody,                
z brzęczeniem latały w kółko po całej kuchni, podczas gdy Elaine ukroiła parę kromek 
chleba, szynki oraz czosnkowej kiełbasy i z niecierpliwością zasiadła do stołu. 
      Była  głodna  jak  wilk.  Spałaszowała  wszystko  w  pięć  minut,  ale  to  tylko                
w nieznacznym stopniu załagodziło uczucie głodu. 

background image

      Zajadając  na  deser  figi  i  ser,  pomyślała  o  omlecie  z  grzybami,  którego  nie 
skończyła  w  restauracji  w  dniu  swojej  wizyty  w  szpitalu.  Jedna  myśl  prowadziła  do 
następnej;  od  omletu  do  dymu,  i  dalej  do  placu,  do  Kavanagha,  do  jej  ostatniej 
bytności  w  kościele…  Wspomnienie  tego  miejsca  zaowocowało  entuzjastyczną 
decyzją,  aby  zobaczyć  je  raz  jeszcze,  zanim  zostanie  całkowicie  zrównane  z  ziemią. 
Prawdopodobnie  jednak  było  już  za  późno.  Zwłoki  zostaną  wyjęte  i  przewiezione      
w inne miejsce, krypta odkażona i oczyszczona, ściany zburzone. Mimo to wiedziała, 
ż

e nie będzie zadowolona, póki nie zobaczy tego na własne oczy. 

      Po posiłku, po którym jeszcze kilka dni temu wymiotowałaby jak chory kot, czuła 
się  lekko  oszołomiona  i  raźnym  krokiem  pomaszerowała  w  kierunku  kościoła 
Wszystkich Świętych. Wyglądała, jakby miała trochę w czubie. Nie zalana w pestkę, 
jak bywało, kiedy była z Mitchem, ale przepełniona euforią, która czyniła ją nieomal 
niezwyciężoną.  Miała  wrażenie,  że  nareszcie  odnalazła  jasną,  dobrą  i  niezniszczalną 
część siebie samej i od tej pory nie może się jej przydarzyć nic złego. 
      Spodziewała się, że na miejscu kościoła Wszystkich Świętych zastanie tylko ruiny, 
ale  się  omyliła.  Budowla  stała  nadal,  jej  mury  były  nie  tknięte,  a  obnażone  belki 
sklepienia wciąż rozcinały niebo. Być może i mnie nie można zniszczyć - pomyślała - 
możliwe że ja i ten budynek jesteśmy jak nieśmiertelne bliźnięta. 
      Jej  podejrzenia  wzbudził  widok  gromadki  gapiów,  którzy  zebrali  się  przed 
kościołem.  Policjantów  było  trzy  razy  tyle  co  poprzednio,  a  brezentowy  parawan 
osłaniający  wejście  do  krypty  zastąpiono  ogromnym  namiotem,  rozpiętym  na 
specjalnym  rusztowaniu,  który  całkowicie  zakrywał  boczną  ścianę  budowli.  Stojący 
obok namiotu ministranci mieli maski i rękawice; księża, którym pozwolono wejść do 
wnętrza  Najświętszej  Świętości,  byli  od  stóp  do  głów  odziani  w  ochronne 
kombinezony. 
      Wmieszawszy  się  w  tłumek  ciekawskich,  przypatrywała  się  nabożnym  gestom 
duchownych oraz opłukiwaniu kombinezonów mężczyzn, którzy wychodzili z wnętrza 
namiotu.  Opryskiwano  ich  strugą  gryzącego  płynu,  którego  woń  przepełniała 
powietrze niczym zapach kadzidła. 
      Jakiś mężczyzna zwrócił się do jednego z policjantów: 
- Po kiego te kombinezony? 
- Z uwagi na groźbę zarażenia - padła odpowiedź. 
- Po tylu latach? 
- Nigdy nic nie wiadomo. 
- Choroby nie trwają wiecznie, no nie? 
- W tej krypcie grzebano ofiary zarazy - odparł funkcjonariusz. 
      Elaine  przysłuchiwała  się  tej  wymianie  zdań  i  korciło  ją,  by  się  odezwać.  Mogła 
oszczędzić im żmudnych badań, wystarczyłoby tylko kilka jej słów. Stanowiła wszak 
ż

ywy dowód, że owa zaraza, która zabiła tych wszystkich zamurowanych w krypcie - 

czymkolwiek  była  -  utraciła  już  swoją  zabójczą  moc.  Oddychała  przecież  tamtym 
powietrzem,  dotykała  gliniastej  skóry  zmarłych,  a  czuła  się  lepiej  niż  kiedykolwiek 
przedtem.  Było  raczej  wątpliwe,  aby  przyjęli  jej  wyznania  z  wiarą  i  wdzięcznością. 
Byli  zbyt  pochłonięci  swymi  rytuałami,  być  może  to  koszmarne  odkrycie  nawet  ich 
podniecało,  a  ich  niepokój  wzmagała  i  pobudzała  możliwość,  że  uwięzione  tu  moce 
mogły  być  nadal  żywe.  Nie  miała  zamiaru  tłumić  ich  entuzjazmu  zapewnieniem,  że 
czuje się nadspodziewanie dobrze, a nawet, można by rzec, kwitnąco. 

background image

      Miast  tego  odwróciła  się  plecami  do  kapłanów  i  ich  obrzędów,  do  kropel  cieczy    
o zapachu kadzidła, unoszących się w powietrzu, i zaczęła oddalać się od placu. Kiedy 
wyrwała  się  z  chwilowego  zamyślenia  i  uniosła  wzrok,  zobaczyła  znajomą  postać 
przyglądającą się jej z rogu sąsiedniej uliczki. 
      Odwrócił  się,  kiedy  spojrzała  w  jego  stronę.  Bez  wątpienia  był  to  Kavanagh. 
Zawołała go i zaczęła iść w tym kierunku, ale on nawet się nie obejrzał. Szedł szybkim 
krokiem z nisko pochyloną głową. Zawołała go ponownie i tym razem się odwrócił - 
na  jego  twarzy  pojawił  się  grymas  udawanego  zdziwienia.  Podszedł  do  niej,  aby  się 
przywitać. 
- Słyszałeś, co tam znaleźli? - spytała. 
- Tak - odparł. 
      Pomimo  że  ich  znajomość  pomyślnie  się  rozwijała,  ponownie  stwierdziła,  że 
Kavanagh należał do ludzi, którzy niechętnie mówią na temat swoich odczuć. 
- W tej sytuacji na pewno nie dadzą ci tych płyt - stwierdziła. 
- Przypuszczam, że nie - odparł, najwyraźniej nie zmartwiony niepowodzeniem. 
      Chciała  mu  powiedzieć,  że  widziała  na  własne  oczy  kryptę  ofiar  zarazy.  Miała 
nadzieję, że ta informacja rozpromieni jego oblicze, ale zalana słońcem ulica nie była 
odpowiednim  miejscem  na  tego  typu  rozmowę.  Poza  tym  miała  wrażenie,  jakby  on      
o  tym  wiedział.  Patrzył  na  nią  tak  dziwnie;  ciepło  towarzyszące  ich  poprzedniemu 
spotkaniu gdzieś się rozpłynęło. 
- Czemu wróciłaś? - spytał. 
- Po prostu chciałam zobaczyć - odparła. 
- Pochlebia mi to. 
- Pochlebia? 
- Że moje zamiłowanie do krypt i mauzoleów jest zaraźliwe. 
      Nadal się jej przyglądał, a kiedy ona spojrzała na jego twarz, uświadomiła sobie, 
ż

e miał niesamowite oczy - zimne jak lód i nieprawdopodobnie błyszczące. 

      Zupełnie jakby  były  ze szkła - pomyślała - a jego skóra wydaje się nalepiona na 
subtelną strukturę czaszki. 
- Powinnam już iść - powiedziała. 
- Obowiązki czy przyjemność? 
- Ani jedno, ani drugie - odparła. - Kilkoro moich przyjaciół zachorowało. 
- Ach! 
      Odniosła wrażenie, że miał ochotę uciec jak najdalej od niej i że jedynie lęk przed 
ośmieszeniem się nie pozwalał mu tego uczynić. 
- Może jeszcze się zobaczymy - powiedziała. - Kiedyś. 
- Jestem pewien, że tak - odrzekł, wykorzystując skwapliwie sytuację i wycofując się 
wzdłuż ulicy. - A, i pozdrów ode mnie swoich przyjaciół. 
 

 

      Nawet  gdyby  chciała  przekazać  Reubenowi  i  Soni  pozdrowienia  od  Kavanagha, 
nie  mogłaby  tego  zrobić.  Ani  Hermione,  ani  tamci  nie  odbierali  telefonu.  Mogła  co 
najwyżej  zostawić  informację  nagraną  na  automatycznej  sekretarce  Reubena. 
Otępienie, jakie odczuwała wcześniej tego dnia, wraz z nadejściem wieczoru zmieniło 
się w dziwny półsen. 

background image

      Znowu  jadła,  aczkolwiek  stan  sytości  ani  trochę  nie  zapobiegł  pogłębieniu  się 
stanu  oderwania  od  rzeczywistości.  Czuła  się  dość  dobrze;  ogarniające  ją  wrażenie 
nietykalności nie osłabło. Jednak, od czasu do czasu, gdy dzień chylił się ku końcowi, 
stwierdzała, że nie wiedząc czemu, znalazła się nagle przed domem lub też stojąc na 
ulicy,  podziwiała  nadchodzący  zmierzch.  I  nie  miała  pewności,  czy  była  oglądającą 
czy może raczej oglądaną. 
      Była zadowolona, podobnie jak muchy. Latały, brzęcząc wokół niej, nawet już po 
zmroku. 
      Około  siódmej  rano  usłyszała  przed  domem  jakiś  samochód,  a  w  chwilę  potem 
rozległ  się  dzwonek  przy  wejściu.  Podeszła  do  drzwi  swojego  mieszkania,  ale  nie 
kwapiła  się,  aby  wyjść  na  klatkę  schodową  i  wpuścić  gościa.  Prawdopodobnie  to 
znowu  była  Hermione,  a  Elaine  nie  miała  ochoty  na  posępną  pogawędkę.  Ogólnie 
rzecz  biorąc,  nie  miała  ochoty  na  przebywanie  w  czymkolwiek  towarzystwie  -                   
z wyjątkiem much. 
      Dzwoniący  nie  rezygnował,  stawał  się  coraz  bardziej  natarczywy,  a  Elaine  coraz 
bardziej  zdecydowana,  aby  nikogo  nie  wpuścić.  Usiadła  pod  drzwiami,  oparła  się 
plecami  o  ścianę  i  przysłuchiwała  się  stłumionej  debacie,  jaka  toczyła  się  przed 
domem.  To  nie  była  Hermione  ani  nikt,  kogo  znała.  Teraz  zaczęto  dzwonić 
systematycznie  do  mieszkania  na  górze,  dopóki  pan  Prudhoe  nie  zszedł  z  ostatniego 
piętra  i  mamrocząc  coś  bez  przerwy  pod  nosem,  nie  otworzył  drzwi.  Z  rozmowy, 
której strzępki docierały do niej, zrozumiała tylko tyle, że sprawa była nader poważna 
i pilna, ale jej rozkojarzony umysł nie był w stanie wychwycić szczegółów. Przekonali 
pana Prudhoe’a, aby wpuścił ich na klatkę schodową. Podeszli do drzwi jej mieszkania 
i  zastukali  energicznie,  wołając  ją  po  imieniu.  Nie  odpowiedziała.  Zastanawiała  się, 
czy  słyszeli,  jak  śmiała  się  w  ciemnościach.  W  końcu  -  po  kolejnej  wymianie  zdań      
z Prudhoe’em - odeszli. 
      Nie  wiedziała,  jak  długo  kucała  przy  drzwiach,  ale  kiedy  wreszcie  się  podniosła, 
nogi  miała  całkiem  sztywne  i  znów  była  piekielnie  głodna.  Jadła  łapczywie, 
pochłaniając prawie wszystkie zapasy kupione tego ranka. W ciągu kilkunastu godzin 
namnożyło  się  jeszcze  więcej  much,  łaziły  po  stole,  częstując  się  okruchami. 
Pozwoliła im jeść. One też miały swoje życie. 
      W  końcu  zdecydowała  się  wybrać  na  mały  spacer.  Jednak  kiedy  tylko  wyszła        
z mieszkania, u szczytu schodów pojawił się zacięty pan Prudhoe i zawołał ją. 
- Panno Rider! Proszę zaczekać. Mam dla pani wiadomość. 
      Zastanawiała się, czy nie zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale wiedziała, że nie 
spocznie,  dopóki  nie  przekaże  jej  wzmiankowanej  informacji.  Zszedł  szybko  po 
schodach - Kasandra w przydeptanych kapciach. 
- Była tu policja - stwierdził, zanim dotarł do ostatniego stopnia. - Szukali pani. 
- Och - powiedziała. - Czy mówili, czego chcieli? 
- Porozmawiać. NIEZWŁOCZNIE. Dwoje pani przyjaciół… 
- Co z nimi? 
- Umarli - odrzekł. - Dziś po południu. Zarazili się jakąś chorobą. 
      W ręku trzymał niewielką białą kartkę. Podał jej papier, lecz wypuścił go z dłoni  
w momencie, gdy sięgnęła ku niemu. 
- Zostawili numer, pod który powinna pani zadzwonić - oświadczył. - Najszybciej jak 
to możliwe. - Przekazawszy wiadomość, natychmiast ruszył po schodach na górę. 

background image

      Elaine  wbiła  wzrok  w  kartkę  papieru,  na  której  widniał  rządek  cyfr.  Zanim 
przeczytała  sześciocyfrowy  numer,  Prudhoe’a  już  nie  było.  Wróciła  do  swojego 
mieszkania.  Z  jakiegoś  powodu  nie  myślała  o  Reubenie  ani  Soni  -  których,  jak  się 
wydawało,  już  nigdy  nie  zobaczy  -  tylko  o  żeglarzu,  o  Mayburym,  który  zobaczył 
Ś

mierć  i  zdołał  jej  umknąć,  choć  jedynie  na  chwilę,  gdyż  Śmierć  podążała  za  nim 

niczym  wierny  pies,  wyczekujący  na  dogodny  moment,  aby  skoczyć  i  polizać  go  po 
twarzy.  Elaine  usiadła  przy  telefonie  i  wpatrywała  się  w  cyfry  na  kartce  papieru, 
patrzyła też na palce trzymające biały świstek oraz na swoje smukłe, białe dłonie. Czy 
delikatne muśnięcie jej dłoni mogło zabijać? Czy właśnie po to przyszli tu policjanci? 
Aby  powiedzieć,  że  jej  przyjaciele  umarli  WSKUTEK  JEJ  DOTYKU?  Jeżeli  tak,  to 
ilu  jeszcze  ludzi  dotknęła  bądź  omiotła  swoim  oddechem  od  czasu  swojej  wizyty         
w krypcie ofiar moru? Na ulicy, w autobusie, w supermarkecie, w pracy, na przyjęciu. 
Pomyślała o Berenice leżącej na podłodze w toalecie, o Hermione wycierającej dłonią 
policzek, gdzie ją pocałowała - jak gdyby poczuła, że w ten sposób została naznaczona 
ś

miercią. 

      I  nagle  w  głębi  duszy  WIEDZIAŁA,  że  podejrzenia  jej  prześladowców  były 
słuszne i przez wszystkie te senne dni wykarmiła zabójcze dziecię. Stąd jej głód i stąd 
uczucie niezaspokojenia. 
      Odłożyła  kartkę  i  siedziała  w  półmroku,  usiłując  zlokalizować  w  sobie  miejsce, 
gdzie  zagnieździła  się  zaraza.  Może  w  koniuszkach  palców,  w  brzuchu,  a  może          
w  oczach?  W  żadnym,  a  zarazem  w  każdym  z  nich.  Jej  pierwsze  przypuszczenia 
okazały się błędne. To w ogóle nie było dziecko. Nie nosiła go w żadnej konkretnej 
komórce.  To  było  WSZĘDZIE.  Ona  i  TO  były  jednym.  Dlatego  nie  dałoby  się  go 
usunąć, wyciąć jak nowotwór z resztą zaatakowanych przez raka tkanek. 
      Zdawała sobie sprawę, że oni też o tym myśleli. Przecież przyszli tutaj zapewne, 
aby uwięzić ją w czterech ścianach sterylnego pomieszczenia, pozbawić ją własnego ja 
oraz godności i uczynić z niej bezwolny obiekt swoich bezdusznych badań. Ta  myśl 
budziła  w  niej  odrazę  i  wolę  walki;  wolała  umrzeć  jak  ta  kobieta  o  kasztanowych 
włosach, której ciało widziała w krypcie, niż ponownie oddać się w ich ręce. Podarła 
kartkę, pozwalając, by strzępki opadły na podłogę. 
      Zresztą  i  tak  było  już  za  późno  na  jakiekolwiek  rozwiązanie.  Robotnicy  „od 
przeprowadzki”  otworzyli  drzwi  i  okazało  się,  że  po  drugiej  stronie  czeka  Śmierć 
spragniona  dawno  nie  oglądanego,  dziennego  światła,  a  Elaine  stała  się  jej  agentką. 
Ś

mierć  -  w  swojej  mądrości  -  obdarzyła  ją  odpornością;  dała  jej  siłę,  radość                  

i  marzenia,  a  pozbawiła  strachu.  Ona  w  zamian  szerzyła  posłanie  Posępnego 
Ż

niwiarza i teraz nie było już odwrotu. Było za późno. Dziesiątki, a może nawet setki 

ludzi,  których  zaraziła  przez  ostatnie  dni,  wróciło  do  swoich  rodzin  i  przyjaciół,  do 
swoich  miejsc  pracy  i  odpoczynku,  aby  wszędzie,  gdzie  się  pojawili,  głosić  słowo 
Ś

mierci. Przekazywali jej fatalną obietnicę swoim dzieciom, kiedy układali je do snu,  

i  swoim  kochankom  w  czasie  miłosnego  aktu.  Księża  niewątpliwie  czynili  to  samo, 
podając wiernym  komunię, a  właściciele sklepów, wydając resztę  z pięciofuntowego 
banknotu. 
      Kiedy o tym myślała - o zarazie rozprzestrzeniającej się niczym pożar w składzie 
opału  -  ponownie  rozległ  się  dzwonek  u  drzwi.  Wrócili.  I  jak  poprzednio  zaczęli 
dzwonić  do  innych  mieszkań.  Usłyszała,  że  pan  Prudhoe  schodzi  po  schodach.  Tym 

background image

razem wiedział, że była w mieszkaniu. Powie im. Zaczną dobijać się do drzwi, a kiedy 
nie odpowie… 
      Kiedy  pan  Prudhoe  otworzył  frontowe  drzwi,  pobiegła  do  tylnego  wyjścia. 
Wymykając  się  chyłkiem  na  podwórze,  usłyszała  najpierw  stłumione,  acz  stanowcze 
głosy  mężczyzn  nakazujących,  aby  otworzyła,  po  czym  dobiegły  ją  odgłosy 
bezceremonialnego walenia pięściami w drzwi. 
      Otworzyła  bramkę  i  umknęła  w  mrok  sąsiedniej  alejki.  Nie  usłyszała  już,  jak 
zaczęli wyważać drzwi - była zbyt daleko. 
 

 

      Z całego serca pragnęła wrócić do kościoła Wszystkich Świętych, ale wiedziała, że 
było  to  ryzykowne.  To  byłoby  igranie  z  losem.  Mogła  zostać  aresztowana. 
Prawdopodobnie spodziewali się, że pójdzie tym tropem, licząc na jej wierność wobec 
Pierwszej  Przyczyny.  Pomimo  to  pragnęła  jeszcze  raz  zobaczyć  oblicze  Śmierci, 
pragnęła  tego  bardziej  niż  kiedykolwiek  czegokolwiek.  Porozmawiać  z  Posępnym 
Ż

niwiarzem. Pomówić o jego strategii. O ICH strategii. Zapytać, dlaczego ją wybrał. 

      Wyszła z alejki i z rogu ulicy obserwowała, co działo się przed domem, w którym 
mieszkała.  Tym  razem  było  ich  więcej  -  zauważyła  co  najmniej  czterech  mężczyzn 
wchodzących i wychodzących z budynku. Co robili? Najprawdopodobniej przeglądali 
jej bieliznę, czytali listy miłosne, szukali na pościeli jej włosów i gapili się w jej lustro 
wypatrując  jakichś  śladów.  Nawet  gdyby  przewrócili  mieszkanie  do  góry  nogami, 
zbadali  każdy  odcisk  i  ślad,  jaki  zostawiła,  nie  znajdą  tego,  czego  szukali.  Niech 
szukają.  Kochanka  uciekła.  Pozostały  tylko  ślady  jej  łez  i  muchy  krążące  wokół 
lampy, wychwalające ją swym brzęczeniem. 
 

 

      Noc była pełna gwiazd, ale kiedy szła przez centrum miasta, ich blask tonął wśród 
ozdobionych  i  silnie  oświetlonych  z  okazji  świąt  drzew  oraz  budynków.  O  tej  porze 
większość sklepów była zamknięta, ale na ulicach wciąż roiło się od krążących leniwie 
spacerowiczów.  Niebawem  jednak,  zwabiona  widokiem  świecidełek  i  kolorowych 
manekinów, skręciła w boczną uliczkę. Było tu ciemniej, co odpowiadało mrocznemu 
stanowi  jej  umysłu.  Przez  otwarte  drzwi  baru  dobiegał  śmiech  i  dźwięki  muzyki;  na 
górze, w sali gier, rozgorzała bójka; słychać było odgłosy uderzeń; w bramie opodal 
dwoje kochanków oddawało się miłości, nie dbając o dyskrecję; w sąsiednim wejściu 
nieskrępowanie odlewał się jakiś mężczyzna. 
      Dopiero  teraz,  kiedy  w  tle  panowała  względna  cisza,  uświadomiła  sobie,  że  nie 
była  sama.  Ktoś  szedł  za  nią,  zachowując  dyskretny  dystans,  nigdy  jednak  nie 
pozostawał zbyt daleko w tyle. Słyszała odgłos jego kroków. Czy to jej prześladowcy? 
Ś

ledzili  ją,  przygotowując  się  do  pojmania  jej  i  osadzenia  w  jednym  ze  swych 

zamkniętych  klasztorów?  Jeżeli  tak,  ucieczka  byłaby  jedynie  odwlekaniem  tego,  co 
nieuchronne. Lepiej od razu stawić im czoło, sprawić, by znaleźli się w jej zabójczym 
zasięgu. 
      Ukryła  się  w  bramie  i  nasłuchiwała  odgłosu  kroków.  Kiedy  były  dostatecznie 
blisko,  wyszła  ze  swej  kryjówki.  To  nie  był  policjant,  lecz  Kavanagh.  Wrażenie 

background image

pierwszego  szoku  natychmiast  zostało  zastąpione  zdziwieniem.  DLACZEGO 
Kavanagh  ją  śledził?  Przyjrzała  mu  się  z  uwagą.  Skóra  na  czaszce  mężczyzny  była 
naciągnięta tak mocno, że nawet w słabym świetle widziała, jak prześwitują kości. Jak 
to  się  stało  -  zapytywała  siebie  w  duchu  -  że  nie  rozpoznała  go  wcześniej?  Nie 
rozpoznała go przy pierwszym spotkaniu, kiedy mówił o umarłych i ich uroku, będąc 
zarazem ich twórcą? 
- Szedłem za tobą - powiedział. 
- Całą drogę od domu? 
      Skinął głową. 
- Co ci powiedzieli? - zapytał. - Policjanci. Co powiedzieli? 
- Nic, czego sama bym się nie domyśliła - odparła. 
- Wiedziałaś? 
-  Można  tak  powiedzieć.  Musiałam  to  zrobić  z  potrzeby  całego  mojego  serca. 
Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę? 
      Mruknął potakująco. 
- Wszystko, co powiedziałeś na temat Śmierci. Cóż za egoizm. 
      Uśmiechnął się nagle. 
- Tak - powiedział. - Wyobrażam sobie, co o mnie myślisz. 
-  Nawet  wtedy  to  miało  dla  mnie  swoisty  sens,  choć  nie  wiedziałam  wówczas 
dlaczego. Nie zdawałam sobie sprawy, co przyniesie przyszłość. 
- A co przyniosła? - zapytał łagodnie. 
      Wzruszyła ramionami. 
- Przez cały czas czekała na mnie Śmierć, zgadza się? 
-  O  tak  -  powiedział  zadowolony,  że  jest  świadoma  sytuacji  pomiędzy  nimi.  Zrobił 
krok w jej stronę i wyciągnął rękę, aby dotknąć jej twarzy. 
- Jesteś wyjątkowa - rzekł. 
- Ależ skąd. 
- Jesteś taka silna. Nie przejęłaś się tym ani trochę. 
- A czego miałabym się obawiać? - rzuciła. 
      Pogładził  ją  po  policzku.  W  głębi  duszy  spodziewała  się,  że  w  tej  samej  chwili 
powłoka  jego  skóry  zostanie  rozszczepiona,  a  szklane  kulki  tkwiące  w  oczodołach 
wypadną  i  roztrzaskają  się  o  chodnik.  Ale  jego  kamuflaż  pozostał  niewzruszony, 
prawdopodobnie chciał zachować obecny wygląd. 
- Pragnę cię - powiedział. 
- Tak - szepnęła. 
      Oczywiście,  że  jej  pragnął.  To  było  zawarte  w  każdym  jego  słowie  od  samego 
początku,  ale  nie  była  dość  bystra,  aby  to  zrozumieć.  Każda  historia  miłosna  jest  - 
koniec końców - historią o śmierci, a przynajmniej tak przedstawiają ją poeci. Czemu 
nie miałoby być na odwrót? Powiedział, że nie mogą wrócić do jego mieszkania, gdyż 
policja na pewno też tam będzie; musieli wiedzieć o ich romansie. Powrót do jej domu 
również nie wchodził w rachubę. 
      Znaleźli  mały  hotelik  i  wynajęli  pokój.  Jeszcze  gdy  jechali  skrzypiącą  windą, 
zaczął pieścić palcami jej włosy, a następnie, gdy nie zaoponowała, położył dłoń na jej 
piersi. 
      Wystrój pokoju był skromny, ale uroku dodawały mu kaskady kolorowych świateł 
z choinki stojącej na ulicy, pod oknem. Upiorny kochanek ani na chwilę nie spuszczał 

background image

z  niej  wzroku,  jakby  obawiał  się,  że  najmniejsza  zmiana  jego  zachowania  może 
wywołać u Elaine chęć ucieczki. 
      Nie  musiał  się  martwić;  pieścił  ją  tak,  że  nie  miała  powodu  do  niezadowolenia. 
Jego pocałunki były natarczywe, ale nie niemiłe, sposób, w jaki ją rozbierał, pomimo 
iż  robił  to  nieco  niezdarnie  (Miły  przejaw  człowieczej  natury  -  pomyślała),  stanowił 
pokaz finezji i pociągającej doniosłości zamiaru. 
      Zdziwiło  ją,  że  nie  wiedział  o  jej  bliźnie.  Przypuszczała,  iż  ich  intymny  związek 
zaczął  się  jeszcze  na  stole  operacyjnym,  kiedy  dwukrotnie  znalazła  się  w  jego 
objęciach  i  dwukrotnie  była  z  nich  wyciągana,  dzięki  nieustającym  wysiłkom 
chirurgów.  Być  może,  jako  że  nie  należał  do  istot  sentymentalnych,  po  prostu 
zapomniał o ich pierwszym spotkaniu. Niezależnie co było tego powodem, kiedy już 
ją  rozebrał,  wyglądał  na  bardzo  zdenerwowanego.  Trząsł  się  jak  liść  osiki  i  miała 
wrażenie, że ją odrzuci. Nie trwało to jednak długo - w chwilę potem sięgnął ręką do 
jej brzucha i przesunął palcami wzdłuż białawej blizny. 
- Jesteś piękna - powiedział. 
      Była szczęśliwa. 
- O mało nie umarłam na stole operacyjnym - powiedziała. 
-  To  byłaby  wielka  strata  -  rzucił,  przesuwając  dłoń  wyżej  ku  jej  piersiom.  To 
najwyraźniej  go  pobudziło,  bo  kiedy  znów  się  odezwał,  jego  głos  brzmiał  bardziej 
gardłowo.  -  Co  oni  ci  zrobili?  -  zapytał,  przesuwając  dłonie  wyżej  do  łagodnego 
wgłębienia za obojczykiem i delikatnie pieszcząc to miejsce. 
      Od  wielu  miesięcy  nikt  jej  nie  dotykał,  z  wyjątkiem  dłoni  w  gumowych 
rękawiczkach,  więc  jego  delikatność  wzbudziła  w  niej  falę  przejmujących  dreszczy. 
Rozkosz była tak ogromna, że Elaine nie odpowiedziała mu. 
      Powtórzył pytanie, wsuwając się pomiędzy jej nogi. 
- Co ci powiedzieli? 
      Drżąc ze zniecierpliwienia, wyszeptała: 
- Zostawili numer telefonu, pod który miałam zadzwonić. Żeby im pomóc… 
- Ale nie chciałaś im pomóc? 
- Nie. Dlaczego miałabym to zrobić? 
      Przez  zmrużone  powieki  dostrzegła  uśmiech  na  twarzy  Kavanagha.  Chciała 
zupełnie  zamknąć  oczy,  gdyż  jego  wygląd  wcale  jej  nie  podniecał,  prawdę  mówiąc, 
uważała,  że  jego  przebranie  (a  zwłaszcza  zielony  krawat)  było  idiotyczne.  Dopiero 
zamknąwszy  oczy  mogła  zapomnieć  o  tak  nieistotnych  szczegółach,  mogła  zerwać      
z niego maskę i wyobrazić go sobie w rzeczywistej postaci. Kiedy pomyślała o tym, 
jej umysł zaczął wirować. 
      Przestał  ją  dotykać  -  otworzyła  oczy.  Gmerał  niezdarnie  przy  pasku.  Kiedy  to 
robił,  na  ulicy  ktoś  krzyknął  głośno.  Jego  głowa  odwróciła  się  błyskawicznie              
w kierunku okna - ciało znieruchomiało, mięśnie napięły się niczym struny. Zdziwiła 
się jego nieoczekiwanym zaniepokojeniem. 
- To nic takiego - powiedziała. 
      Pochylił się do przodu i położył dłoń na jej szyi. 
- Ani słowa - rozkazał. 
      Uniosła  wzrok,  przyglądając  się  jego  obliczu.  Był  spocony.  Rozmowa  na  ulicy 
trwała jeszcze kilka minut. To dwaj miłośnicy hazardu nie mogli się rozstać. 
      Dopiero teraz uświadomił sobie swój błąd. 

background image

- Wydawało mi się, że usłyszałem… 
- Co? 
- Miałem wrażenie, że usłyszałem, jak mnie wołali. 
- Kto to mógł być? - spytała. - Nikt nie wie, że tu jesteśmy. 
      Odwrócił się od okna. W mgnieniu oka utracił całą poprzednią determinację; jego 
twarz zwiotczała. Wyglądał prawie idiotycznie. 
- Byli blisko - powiedział. - Nigdy jednak mnie nie znajdą. 
- Blisko? 
- Zbliżają się do ciebie. - Położył dłonie na jej piersiach. - Tak BARDZO BLISKO - 
wyszeptał. 
      Czuła, jak krew pulsuje w jej żyłach. 
- Ale ja jestem szybki - powiedział - i niewidzialny. 
      Jego dłoń przesunęła się, jakby od niechcenia, w dół, do jej blizny i jeszcze niżej. 
- I zawsze działam czysto; jestem zawsze taktowny. 
      Westchnęła, kiedy nasilił pieszczoty. 
-  Jestem  pewny,  że  za  to  mnie  właśnie  podziwiają.  Nie  sądzisz,  że  muszą  mnie 
podziwiać? Za to, że jestem taki taktowny i czysty. 
      Przypomniała  sobie  kryptę  i  panujący  w  niej  chaos;  oznaki  zaniedbania                      
i lekceważenia, bałagan… 
- Nie zawsze - powiedziała. 
      Przestał ją pieścić. 
- O TAK - powiedział. - O tak. Nigdy nie przelałem krwi. To moja zasada. NIGDY nie 
przelewam krwi. 
      Uśmiechnęła  się,  słysząc  jego  przechwałki.  Teraz  mu  opowie  -  choć  na  pewno            
i tak już to wiedział -  o swojej  wizycie  w kościele  Wszystkich  Świętych i obrazach, 
jakie tam zobaczyła, a które były jego dziełem. 
- Czasami nie można zapobiec przelewowi krwi - stwierdziła. - Nie winię cię za to. 
      Usłyszawszy te słowa, zadygotał. 
- Co oni ci o mnie powiedzieli? Jakimi KŁAMSTWAMI cię nafaszerowali, co? 
- Nic - odparła zdziwiona jego odpowiedzią. - Co oni mogli wiedzieć? 
- Jestem profesjonalistą - oznajmił, a jego dłoń znów uniosła się ku jej twarzy. 
      Poczuła,  że  znów  odnalazł  w  sobie  cel.  Przylgnął  do  niej  mocniej,  opierając  się 
całym ciężarem. Ponownie emanował powagą. 
- Nie pozwolę im oczerniać mnie - powiedział. - Nie pozwolę. - Uniósł głowę znad jej 
piersi i spojrzał na nią. - Ja tylko zatrzymuję pompę - oznajmił. 
- Pompę? 
- Muszę zatrzymać ją czysto i taktownie. I szybko. 
      Mrugające światła choinki za oknem sprawiały, że jego twarz w jednej chwili była 
czerwona,  następnie  zielona,  a  zaraz  potem  żółta  -  barwy  zlewały  się  i  mieszały  jak 
plakatówki w pudełku. 
- Nie pozwolę, aby cię okłamywali - powtórzył - mówiąc, że przelewam krew. 
- Nic mi nie powiedzieli - zapewniła. 
      On  tymczasem  porzucił  wszelkie  konwenanse,  przesunął  się  i  usiadł  na  niej 
okrakiem. Jego dłonie nie były już delikatne i czułe. 
- Pokazać ci, jak czysto działam? - spytał. - Z jakim wdziękiem zatrzymuję pompę? 

background image

      Zanim zdążyła odpowiedzieć, zacisnął obie dłonie na jej szyi. Nawet nie zdążyła 
westchnąć, a co dopiero krzyknąć. Jego kciuki były nader sprawne; odnalazły jej krtań 
i naparły z całej siły. Usłyszała, jak pompa rozbrzmiewająca w jej uszach przyspiesza 
swój rytm. 
-  To  się  stanie  szybko.  I  czysto.  Schludnie  -  mówił,  a  barwy  zmieniały  się  jak              
w  kalejdoskopie,  zachowując  stałą  kolejność:  czerwona,  żółta,  zielona,  czerwona, 
ż

ółta, zielona… 

      Wiedziała,  że  gdzieś  tkwił  błąd,  ale  nie  potrafiła  go  umiejscowić.  Nie  potrafiła 
tego zrozumieć, pomimo iż bardzo się starała. Usiłowała powiedzieć „nie rozumiem”, 
ale z jej zmiażdżonej krtani dobył się jedynie niezrozumiały bełkot. 
- Za późno na przeprosiny - mruknął, kręcąc głową. - Przyszłaś do mnie, pamiętasz? 
Chciałaś, abym zatrzymał twoją pompę. Czego jeszcze chciałaś? 
      Wzmocnił  ucisk.  Odniosła  wrażenie,  że  jej  twarz  zaczyna  puchnąć,  a  krew 
pulsowała tak, jakby lada chwila miała wytrysnąć jej oczami. 
- Czy nie zdajesz sobie sprawy, że przyszli, aby ostrzec cię przede mną? - Zmarszczył 
brwi, wytężając wszystkie siły. - Przyszli, aby mi cię odebrać, mówiąc, że przelałem 
krew. 
- NIE. - Wypowiedziała to słowo, poświęcając resztki oddechu, ale on jakby w ogóle 
go nie usłyszał i jeszcze mocniej zacisnął dłonie na jej szyi. 
      Hałas pompy był teraz ogłuszająco głośny. Pomimo iż usta Kavanagha przez cały 
czas  poruszały  się,  nie  słyszała  już,  co  mówił.  To  nie  miało  większego  znaczenia. 
Teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  był  Posępnym  Żniwiarzem,  strażnikiem  z  czystej, 
lśniącej kości, na którego czekała. W swojej gorliwości oddała się w ręce zwyczajnego 
zabójcy,  ulicznego  Kaina.  Chciała  splunąć  na  niego  ze  wzgardą,  ale  traciła 
ś

wiadomość, a pokój, światła i twarz zdawały się pulsować w rytm pracującej pompy. 

      A potem wszystko ustało. 
      Spojrzała  w  dół,  na  łóżko.  Spoczywało  na  nim  bezwładnie  jej  ciało.  Jedna  dłoń 
zaciśnięta rozpaczliwie na prześcieradle, pomimo iż nie było już w  niej życia, wciąż 
ś

ciskała  je  kurczowo.  Z  otwartych  ust  wystawał  obrzmiały  język,  na  posiniałych 

wargach widniały kropelki śliny. 
      Ale (tak jak obiecał) nie było ani kropli krwi. 
      Unosiła się w powietrzu, choć nie powodowała przy tym najlżejszego podmuchu 
powietrza, który poruszyłby zwisające pod sufitem pajęczyny, i patrzyła, podczas gdy 
Kavanagh kontynuował swoje obrzędy towarzyszące zabójstwu. 
      Pochylił  się  nad  ciałem  i  szepnął  mu  coś  do  ucha;  poprawił  pościągane 
prześcieradła.  Następnie  rozpiął  spodnie,  obnażając  tę  kość,  której  zaognienie  było 
najszczerszą  formą  pochlebstwa.  To  co  było  potem,  wydało  się  wręcz  komiczne         
w swojej niezgrabności, tak jak komiczne było jej ciało z bliznami i miejscami, które 
zniekształcił bezlitosny czas. Z pewnym dystansem obserwowała jego nieudolne próby 
spółkowania. 
      Miał  blade  pośladki  porysowane  śladami  od  slipek,  które  nosił;  ich  ruch 
przywodził jej na myśl mechaniczną zabawkę. 
      Kopulując, pocałował ją i wraz z jej śliną połknął zarazki choroby; kiedy odsuwał 
dłonie od jej ciała, były pokryte masą jej zarażonych komórek. Oczywiście on o tym 
nie  wiedział.  Był  absolutnie  nieświadomy,  że  ciało,  które  obejmował,  stanowiło 

background image

siedlisko zarazy i że z każdym kolejnym pchnięciem pochłania coraz większą dawkę 
zabójczych bakterii. 
      Wreszcie  skończył.  Nie  było  żadnego  zduszonego  jęku  czy  krzyku.  Po  prostu 
przestał wykonywać mechaniczne ruchy, zszedł z niej, wytarł się rogiem prześcieradła 
i zapiął guziki w spodniach. 
      Wzywali  ją  przewodnicy.  Czekały  ją  liczne  podróże  i  spotkania.  Ale  nie  chciała 
odchodzić - jeszcze nie. Skierowała pojazd będący jej duchem do nowego miejsca pod 
sufitem, skąd mogła lepiej przyjrzeć się twarzy Kavanagha. Jej wzrok czy jakikolwiek 
inny zmysł, którym się obecnie posługiwała, pozwolił jej dostrzec sposób, w jaki jego 
rysy  były  ukształtowane  na  podkładzie  z  mięśni  i  jak  pod  tym  skomplikowanym 
schematem  błyszczała  powierzchnia  kości.  Ach,  te  kości.  Oczywiście  nie  był 
Posępnym  Żniwiarzem,  ale  w  pewnym  sensie  również  nim  BYŁ.  Miał  przecież 
czaszkę,  prawda?  I  któregoś  dnia,  dzięki  błogosławionemu  procesowi  rozkładu, 
odsłoni ją.  Cóż za  szkoda, że pomiędzy nią  a gołym okiem znajdowała się cieniutka 
warstwa ciała. 
      Chodź  już  -  przynaglały  ją  głosy.  Wiedziała,  że  nie  zostało  jej  już  wiele  czasu. 
Niecierpliwili  się.  I  rzeczywiście,  zauważyła  wśród  nich  kilku,  którzy  wydawali  się 
znajomi. CHWILECZKĘ - poprosiła błagalnie - JESZCZE TYLKO CHWILECZKĘ. 
      Kavanagh  skończył,  co  miał  do  zrobienia  na  miejscu  zbrodni.  Przejrzał  się            
w  lustrze,  po  czym  podszedł  do  drzwi.  Podążyła  za  nim  zaintrygowana  ogólną 
banalnością  jego  wyrazu  twarzy.  Wyszedł  na  spowity  ciszą  podest,  zszedł  po 
schodkach, zaczekał, aż nocny portier się czymś zajmie, i nie zauważony wyszedł na 
ulicę. Był wolny. 
      Czy  to  świt  tak  rozjaśnił  niebo,  czy  to  raczej  blask  oświetlonego  świątecznie 
miasta?  Być  może  przyglądała  mu  się  z  rogu  pokoju  dłużej,  niż  sądziła  -  a  w  jej 
obecnym stanie godziny mijały równie szybko jak krótka chwilka. 
      W końcu jej trud został wynagrodzony. Nie na próżno tak długo go obserwowała. 
Bez trudu rozpoznała grymas, który pojawił się na twarzy Kavanagha. Głód! 
      Mężczyzna  był  głodny.  Zaraza  nie  zabije  go,  tak  jak  oszczędziła  ją.  Obecność 
moru w jego ciele nadała mu nowego blasku - skóra uzyskała barwę, a żołądek nowe 
pragnienie do zaspokojenia. 
      Przyszedł  do  niej  jako  zabójca  mało  ważny,  a  odszedł  jako  wcielenie  Śmierci. 
Roześmiała  się,  kiedy  uświadomiła  sobie,  że  przepowiednia,  którą  mimowolnie 
zapoczątkowała, w zasadzie spełniła się sama. 
      Na chwilę zwolnił kroku, jak gdyby ją usłyszał. 
      Ale  nie  -  on  szedł  zasłuchany  w  szum  swojej  pompy,  tętniącej  mu  w  uszach 
głośniej  i  bardziej  nagląco  niż  zazwyczaj,  zaś  jego  każdy  krok  przepełniał  nowy, 
zabójczy wigor. 

 
 
 
 
 
 
 
 

Rautha 2011