background image

GABRIEL GARCIA MARQUEZ

KRONIKA ZAPOWIEDZIANEJ 

ŚMIERCI

Przełożył:

Carlos Marrodan Casas

background image

W dniu, w którym miał zostać zabity, Santiago Nasar wstał o piątej trzydzieści rano, 

chcąc zdążyć na uroczystość powitania statku wiozącego biskupa. Śniło mu się, że szedł w 

mżawce przez gaj figowców, i przez chwilę był  szczęśliwy we śnie, ale obudziwszy się, 

poczuł się cały zbryzgany ptasimi gówienkami. „Zawsze śniły mu się drzewa - powiedziała 

mi Placida Linero, jego matka, odtwarzając w dwadzieścia siedem lat później szczegóły tego 

nieszczęsnego poniedziałku. - Tydzień wcześniej śniło mu się, że leciał sam w samolocie z 

cynfolii,   który   swobodnie   przelatywał   pomiędzy   migdałowcami”.   Cieszyła   się   w   pełni 

zasłużoną sławą nieomylnej tłumaczki cudzych snów, pod warunkiem że opowiadano je na 

czczo, nie dostrzegła jednak żadnej złowróżbnej przepowiedni w snach swego syna - ani w 

tych dwóch ostatnich, ani w poprzednich z drzewami, które opowiadał jej we wszystkie ranki 

poprzedzające jego śmierć.

Santiago Nasar również nie dostrzegł złej wróżby. Spał krótko i źle, nie zdejmując 

ubrania. Obudził się z bólem głowy, czując na podniebieniu smak miedzianego strzemienia, 

szybko jednak uznał to za naturalne skutki weselnej hulanki, która przedłużyła się do rana. 

Nie dość tego: wiele osób napotkanych przez niego od momentu, gdy wyszedł z domu o 

szóstej   pięć,   aż   do   chwili   kiedy   w   godzinę   później   został   zaszlachtowany   jak   wieprz, 

wspominało,   iż   był   wówczas   nieco   ospały,   ale   w   dobrym   humorze,   i   że   wszystkim 

mimochodem napomknął coś o pięknym dniu. Nikt nie był pewien, czy miał na myśli pogodę. 

Wielu   jednomyślnie   wspominało,   że   ranek   był   pogodny,   z   nadlatującą   od   plantacji 

bananowych morską bryzą, a więc taki, jakiego można było się spodziewać po dobrym lutym 

tamtych  czasów. Większość zgodnie jednak stwierdzała, że pogoda była pod psem, niebo 

niskie i posępne, w powietrzu unosiła się stęchlizna stojących wód, a w chwili nieszczęścia 

siąpiła mżawka, taka sama, jaką widział Santiago Nasar w lesie swego snu. Jeśli zaś chodzi o 

mnie,   to   po   weselnej   pijatyce   wracałem   do   przytomności   na   apostolskim   łonie   Marii 

Alejandriny Cervantes i obudziły mnie dopiero dzwony bijące na trwogę, choć myślałem, że 

uderzono w nie na cześć biskupa.

Santiago Nasar ubrał się w białe lniane spodnie, nie krochmalone, takie same jak te, 

które miał na sobie poprzedniego dnia na weselu. Było to ubranie na wielkie okazje. Gdyby 

nie wizyta biskupa, włożyłby spodnie i koszulę koloru khaki i buty do jazdy konnej, czyli to, 

w   co   ubierał   się   w   każdy   poniedziałek,   gdy   jechał   do   hacjendy   „Divino   Rostro”, 

odziedziczonej po ojcu i zarządzanej przez niego roztropnie, choć bez większych sukcesów. 

Gdy wyruszał konno, przypinał do pasa magnum 357, którego pociski z pancernej stali, jak 

mawiał,   mogły   przeciąć   konia   na   pół.   W   sezonie   polowań   na   kuropatwy   brał   swoje 

sokolnicze akcesoria. Poza tym w swoim arsenale miał: manlicher schonauer 30.06, holand 

background image

magnum   300,   hornet   22   z   celownikiem   optycznym   i   wielostrzałowego   winczestera.   Spał 

zawsze tak jak jego ojciec, trzymając broń w poszewce poduszki, tego dnia jednak przed 

wyjściem z domu wyjął naboje i schował do szufladki nocnego stolika. „Nigdy nie zostawiał 

broni nabitej” - powiedziała mi jego matka. Wiedziałem o tym, tak jak wiedziałem, że broń 

chował   w   jednym   miejscu,   amunicję   zaś   jak   najdalej   od   niej,   tak   by   nikt,   choćby 

przypadkiem, nie uległ pokusie załadowania broni wewnątrz domu. Był to roztropny nawyk 

narzucony przez ojca od tego dnia, kiedy to rano jedna ze służących, chcąc zdjąć poszewkę z 

poduszki, zaczęła nią potrząsać; pistolet wypadł i uderzając o podłogę wystrzelił, kula zaś 

roztrzaskała szafę w pokoju, przebiła ścianę salonu, z bitewnym gwizdem przeleciała przez 

jadalnię   sąsiedniego   domu   i   obróciła   w   gipsowy   proch   świętego   naturalnej   wielkości   z 

głównego ołtarza kościoła na drugim końcu placu. Santiago Nasar, wówczas małe dziecko, 

nie zapomniał nigdy tej poglądowej lekcji udzielonej przez nieszczęśliwy traf.

Ostatnim obrazem syna, jaki zachowała w pamięci matka, była wizja jego przelotnego 

pobytu  w sypialni.  Obudził  ją, gdy usiłował  po omacku  znaleźć w  łazienkowej  apteczce 

tabletkę aspiryny; matka zapaliła wówczas światło i ujrzała go, jak wyłaniał się w drzwiach 

ze   szklanką   wody   w   ręku,   i   takim   miała   go   zapamiętać   na   zawsze.   Santiago   Nasar 

opowiedział jej wówczas sen, ona jednak nie zwróciła uwagi na drzewa.

- Wszystkie sny z ptakami oznaczają dobre zdrowie - powiedziała.

Ujrzała go, leżąc w tym samym hamaku i w tej samej pozycji, w jakiej zastałem ją, 

powaloną przez ostatnie światła starości, kiedy wróciłem do tego zapomnianego miasteczka, 

próbując   złożyć   z   tylu   rozproszonych   odłamków   rozbite   zwierciadło   pamięci.   Nawet   w 

pełnym świetle z trudem rozpoznawała kształty, a do skroni przyłożone miała zioła mające 

uśmierzyć wieczny ból głowy, który pozostawił jej syn,  gdy  po raz ostatni przeszedł przez 

sypialnię. Leżała na boku, próbując podnieść się uczepiona pali u wezgłowia hamaka, w 

półmroku zaś unosił się ten sam zapach baptysterium, który tak mnie zdziwił w ów ranek, gdy 

popełniono zbrodnię.

W  chwili,   kiedy  pojawiłem  się  w   pustce  drzwi,   pomyliła  mnie  ze   wspomnieniem 

Santiago Nasara. „Tam stał - powiedziała mi. - Miał na sobie białe lniane ubranie, prane w 

samej   wodzie,   bo  miał   tak   delikatną   skórę,   że   nie   znosił   chrzęstu   krochmalu”.   Siedziała 

dłuższy czas w hamaku żując nasionka rzeżuchy, póki nie otrząsnęła się ze złudzenia, że syn 

wrócił. Wówczas westchnęła: „To był mężczyzna mojego życia”.

Zobaczyłem go w jej pamięci. W ostatnim tygodniu stycznia skończył dwadzieścia 

jeden lat, był smukły, blady, miał arabskie rzęsy i kręcone włosy swego ojca. Był jedynym 

synem   małżeństwa   z   rozsądku,   które   nie   zaznało   chwili   szczęścia.   Ale   Santiago   Nasar 

background image

wydawał   się   szczęśliwy   przy   ojcu,   póki   ten   nagle   nie   zmarł,   i   przez   następne   trzy   lata 

wydawał się nadal szczęśliwy przy samotnej matce aż do poniedziałku swojej śmierci. Po niej 

odziedziczył   instynkt.   Od   ojca   nauczył   się,   jeszcze   jako   dziecko,   władania   bronią   palną, 

miłości do koni i układania do łowów drapieżnych ptaków, ale również wypróbowanej sztuki 

odwagi i ostrożności. Między sobą rozmawiali po arabsku, ale w obecności Placidy Linero po 

hiszpańsku,   żeby   nie   czuła   się   odepchnięta.   Nigdy   nie   widziano   ich   uzbrojonych   w 

miasteczku i tylko raz pojawili się ze swymi wytresowanymi sokołami, i to z okazji pokazu 

sokolnictwa podczas specjalnego kiermaszu na cele dobroczynne. Śmierć ojca zmusiła go do 

przerwania nauki pod koniec szkoły średniej, musiał bowiem objąć rodzinną hacjendę. Sobie 

samemu już Santiago Nasar zawdzięczał, iż był wesoły, spokojny i kochliwy.

W   dniu,   w   którym   miał   zostać   zabity,   matka,   ujrzawszy   go   ubranego   na   biało, 

pomyślała,   że   pomylił   mu   się   dzień.   „Przypomniałam   mu,   że   dziś   jest   poniedziałek”   - 

powiedziała mi. Ale wytłumaczył jej, że ubrał się odświętnie na wypadek, gdyby nadarzyła 

się okazja ucałować pierścień biskupa. Nie okazała tym najmniejszego zainteresowania.

- Nawet nie zejdzie ze statku - odparła. - Udzieli błogosławieństwa z obowiązku, jak 

zwykle, i odpłynie tam, skąd przypłynął. Nienawidzi tego miasteczka.

Santiago Nasar wiedział, że matka ma rację, ale splendor uroczystości kościelnych 

wzbudzał   w   nim   nieodparty   zachwyt.   „To   jest   jak   wino”   -   wyznał   mi   kiedyś.   Jedynym 

zmartwieniem matki w związku z wizytą biskupa było, żeby jej syn nie zmókł na deszczu, 

słyszała bowiem, jak kichał przez sen. Poradziła mu, żeby wziął parasol, ale on pomachał jej 

ręką na pożegnanie i wyszedł z pokoju. Widziała go po raz ostatni.

Victoria Guzman, kucharka, była całkowicie pewna, że nie padało ani tego dnia, ani 

przez cały luty. „Wprost przeciwnie - powiedziała mi, kiedy odwiedziłem ją na krótko przed 

jej śmiercią. - Słońce zaczęło grzać wcześniej niż w sierpniu”. Oprawiała na śniadanie trzy 

króliki, atakowana przez dyszące psy, gdy Santiago Nasar wszedł do kuchni. „Zawsze gdy 

wstawał, wyglądał, jakby łajdaczył się całą noc” - wspominała bez czułości Victoria Guzman. 

Divina  Flor,  jej  rozkwitająca   właśnie  córka,  podała  mu  jak  w  każdy poniedziałek   kubek 

gorzkiej kawy z odrobiną wódki z trzciny cukrowej, by mógł znieść ciężar minionej nocy. 

Ogromna kuchnia z rozlegającym się w niej sykiem ognia i kurami śpiącymi na żerdkach 

wydawała tajemnicze oddechy. Santiago Nasar przełknął kolejną aspirynę i usiadł, by łyk po 

łyku  popijać  kawę z dużego  kubka, pogrążając  się w leniwych  myślach  i nie  odrywając 

wzroku od obydwu kobiet patroszących króliki nad piecykiem. Victoria Guzman mimo swego 

wieku zachowała urodę. Dziewczynkę, dziką jeszcze trochę i nie oswojoną, zdawały się już 

rozpierać hormony.  Gdy podeszła, żeby zabrać  pusty kubek, Santiago  Nasar złapał ją za 

background image

przegub dłoni.

- Już można cię ujeżdżać - powiedział. Victoria Guzman pogroziła mu zakrwawionym 

nożem.

- Ty ją, biały, puść - rozkazała mu nie na żarty. - Z tej studni się nie napijesz, póki ja 

żyję.   Została   uwiedziona   przez   Ibrahima   Nasara   w   pełni   swej   młodości.   Przez   wiele   lat 

kochał się z nią po stajniach swej hacjendy i sprowadził na służbę do domu, gdy zauroczenie 

mu   przeszło.   Divina   Flor,   córka   z   późniejszego   już   małżeństwa,   czuła,   że   jest   jej 

przeznaczone   kłusownicze   łóżko   Santiago   Nasara   i   przeświadczenie   to   budziło   w   niej 

przedwczesny niepokój. „Taki mężczyzna już się nigdy nie narodzi” - powiedziała mi, gruba, 

przywiędła i otoczona dziećmi po innych miłościach. „Wykapany ojciec - odparowała jej 

Victoria Guzman. - Zasraniec”. Ale nie potrafiła opanować gwałtownego dreszczu trwogi na 

wspomnienie przerażenia Santiago Nasara, kiedy jednym  szarpnięciem wyrwała z królika 

dymiące wnętrzności i rzuciła je psom.

- Nie bądź taka okrutna - powiedział jej. - A gdyby to był człowiek?

Victoria Guzman potrzebowała niemal dwudziestu lat, by zrozumieć, że mężczyzna 

przyzwyczajony   do   zabijania   bezbronnych   zwierząt   mógł   się   tak   nagle   przerazić.   „Boże 

Święty - krzyknęła wystraszona - i pomyśleć, że to było dla mnie takim odkryciem”. W ten 

poranek zbrodni było w niej jednak tyle tłumionych urazów, iż nie przestała rzucać psom 

wnętrzności królików. Byle tylko uprzykrzyć śniadanie Santiago Nasarowi. W tym to właśnie 

momencie całe miasteczko zostało zerwane na nogi brutalnym rykiem parowca wiozącego 

biskupa.

Mieszkali w starym dwupiętrowym domu, byłym magazynie, o ścianach z surowych 

desek  i   dwuspadowym cynkowym   dachu,  na  którym  siadały  sępy  wyglądając  portowych 

odpadków. Został zbudowany w czasach, kiedy rzeka była na tyle żeglowna, iż barki, a nawet 

niektóre   statki   pełnomorskie   zapuszczały   się   aż   tutaj   poprzez   bagniska   estuarium.   Gdy 

Ibrahim Nasar przybył pod koniec wojen domowych z ostatnimi Arabami, morskie statki nie 

przypływały już wskutek zmiany nurtu, wobec czego magazyn stał się bezużyteczny. Ibrahim 

Nasar   kupił   go   niemal   za   darmo,   planując   założenie   w   nim   sklepu   z   artykułami 

importowanymi, którego nigdy nie otworzył, i dopiero przed ślubem przerobił go na dom 

mieszkalny.   Na   parterze   urządził   salon   do   wszystkiego,   w   głębi   dobudował   stajnię   dla 

czterech koni, służbówki i folwarczną kuchnię z oknami wychodzącymi na port, przez które o 

każdej porze wpadał fetor wód. W salonie pozostawił jedynie kręcone schody wyłowione po 

jakiejś katastrofie okrętowej. Na piętrze, gdzie przedtem mieściły się biura urzędu celnego, 

urządził   dwa   obszerne   pokoje   i  pięć   kajut   dla   gromady   dzieci,   które   chciał   mieć,   a   nad 

background image

rosnącymi   na   placu   drzewami   migdałowymi   zbudował   balkon,   gdzie   Placida   Linero 

siadywała   w   marcowe   popołudnia,   by   tam   znaleźć   ulgę   w   swej   samotności.   Od   frontu 

zachował główne drzwi i dorobił dwa wysokie okna z toczonymi gałkami. Pozostawił też 

tylne drzwi, podwyższając je nieco, tak by mieścił się w nich koń. Zachował również część 

dawnego nabrzeża. Właśnie te drzwi były najczęściej używane, choć nie dlatego, iż były 

najprostszym wejściem do stajni i kuchni, ale przede wszystkim dlatego, że bezpośrednio 

wychodziły   na   ulicę   nowego   portu,   oszczędzając   drogi   przez   plac.   Główne   drzwi,   poza 

świątecznymi okazjami, zawsze były zamknięte i zaryglowane. Pomimo tego właśnie przy 

nich, a nie przy tylnych drzwiach czekali na Santiago Nasara ludzie, którzy zamierzali go 

zabić, i właśnie nimi wyszedł Santiago Nasar na uroczystość powitania biskupa, aczkolwiek 

musiał okrążyć dom, żeby dojść do portu.

Nikt nie mógł pojąć zbiegu tylu fatalnych okoliczności. Przybyły z Riohacha sędzia 

śledczy musiał je spostrzec, lecz nie miał odwagi ich uznać, a świadczą o tym jego zabiegi w 

aktach, by faktom nadać racjonalną interpretację. Drzwi wychodzące na plac wielokrotnie 

pojawiały   się   w   zeznaniach   pod   nazwą   z   powieści   odcinkowej   jako   „Fatalne   drzwi”.   W 

istocie zaś jedyną wiarygodną interpretacją wydawało się wyjaśnienie Placidy Linero, która 

odpowiadając   na   pytanie   użyła   matczynego   argumentu:   „Mój   syn   nigdy   nie   wychodził 

tylnymi drzwiami, kiedy był dobrze ubrany”. Zdawała się to być prawda tak prosta, iż sędzia 

śledczy odnotował ją na marginesie, nie wciągnął jej jednak do akt.

Victoria Guzman ze swej strony kategorycznie zaprzeczyła, jakoby ona i jej córka 

wiedziały,  że na Santiago Nasara czekano, by go zabić. Ale po latach przyznała, że obie 

wiedziały   już   o   tym,   kiedy   wszedł   do   kuchni,   żeby   wypić   kawę.   Powiedziała   jej   o   tym 

żebraczka, która przyszła nieco po piątej prosząc o mleko; powiedziała też, dlaczego chcą go 

zabić i gdzie na niego czekają. „Nie uprzedziłam go, bo myślałam, że te groźby to pijackie 

gadanie” - dodała Victoria. Ale podczas którychś z rzędu odwiedzin, gdy Victoria Guzman 

już nie żyła, Divina Flor wyznała mi, że jej matka nie powiedziała nic Santiago Nasarowi, bo 

w skrytości serca chciała, żeby go zabito. Ona zaś nie uprzedziła go, bo wtedy była tylko 

przestraszoną dziewczynką, niezdolną do podjęcia samodzielnej decyzji, a przestraszyła się 

jeszcze bardziej, kiedy chwycił ją za przegub i poczuła dotyk dłoni, lodowatej i skamieniałej 

jak ręka trupa.

Santiago Nasar przeszedł długimi krokami przez półmrok domu, poganiany radosnym 

buczeniem biskupiego statku. Divina Flor wyminęła go, by otworzyć mu drzwi, i usiłowała 

nie dać się złapać pomiędzy klatkami śpiących ptaków w jadalni, pomiędzy wiklinowymi 

meblami i wiszącymi paprociami w salonie, ale gdy odsunęła zasuwę, nie zdołała już uniknąć 

background image

wyciągniętych szponów drapieżnego krogulca. „Złapał mnie za całą pipę - powiedziała mi 

Divina Flor. - Zawsze to robił, kiedy mnie przyłapał w jakimś kącie, ale tamtego dnia nie 

przestraszyłam się jak zwykle, tylko strasznie zachciało mi się płakać”. Przepuściła go, by 

mógł  wyjść, i przez  uchylone  drzwi zobaczyła  na placu  migdałowce  ośnieżone  blaskiem 

świtu, ale bała się zobaczyć cokolwiek więcej. „Wtedy statek przestał wyć i zaczęły piać 

koguty - powiedziała. - Zrobił się taki harmider, że trudno było uwierzyć, aby w miasteczku 

znajdowało się aż tyle kogutów, i pomyślałam, że przypłynęły razem z biskupem”. Jedyne, co 

mogła zrobić dla mężczyzny, który nigdy nie miał być jej mężczyzną, to zostawić wbrew 

poleceniom   Placidy   Linero   nie   zaryglowane   drzwi,   aby   mógł   w   razie   czego   wejść   z 

powrotem.   Ktoś,   kogo   nigdy   nie   zidentyfikowano,   wsunął   pod   drzwi   kopertę   z   kartką 

ostrzegającą Santiago Nasara, że czekają na niego, by go zabić, ujawniając przy tym miejsce, 

motywy i inne szczegóły intrygi. Ostrzeżenie leżało już na podłodze, gdy Santiago Nasar 

wychodził z domu, nie dostrzegł go jednak, tak jak nie dostrzegła go również Divina Flor, nie 

dostrzegł go zresztą nikt jeszcze długo po tym, jak zbrodnia została dokonana.

Minęła już szósta, jednak światła uliczne jeszcze się paliły. Z gałęzi migdałowców i 

niektórych   balkonów   zwisały   kolorowe   weselne   girlandy   i   można   było   pomyśleć,   że 

powieszono je dopiero co na cześć biskupa. Ale wyłożony płytami plac, gdzie stał podest dla 

muzyków,  wyglądał niczym  śmietnisko pełne pustych  butelek, przeróżnych  pozostałości i 

odpadków   po   publicznej   zabawie.   Gdy   Santiago   Nasar   wychodził   z   domu,   wiele   osób 

przynaglonych buczeniem statku biegło w stronę portu. Jedynym czynnym na placu lokalem 

był sąsiadujący z kościołem sklep z nabiałem, gdzie w tym czasie siedzieli dwaj mężczyźni 

czekający na Santiago Nasara, żeby go zabić. Clotilde Armenta, właścicielka sklepu, ujrzała 

go w brzasku świtu i odniosła wrażenie, że ubrany jest w aluminium. „Już wtedy wyglądał jak 

zjawa” - powiedziała mi. Mężczyźni, którzy mieli go zabić, zasnęli na krzesłach, przytulając 

do piersi noże owinięte w gazetę. Clotilde Armenta wstrzymała oddech, żeby ich nie obudzić.

Pedro i Pablo Vicario byli bliźniakami. Mieli po dwadzieścia cztery lata i byli tak do 

siebie podobni, że z trudem ich rozróżniano. „Ociężałego wyglądu, ale dobrego charakteru” - 

głosił akt sprawy. Ja, znając ich od szkoły podstawowej, opisałbym ich tak samo. Tego dnia 

rano mieli jeszcze na sobie ciemne weselne garnitury, zbyt ciężkie i zbyt przyzwoite jak na 

Karaiby, i choć ich twarze nosiły ślady wielu godzin rozpusty, dopełnili jednak porannego 

rytuału i ogolili się. Chociaż pili nieprzerwanie od przededniu wesela, po tych trzech dniach 

nie   byli   już   pijani,   wyglądali   tylko   jak   niewyspani   lunatycy.   Zasnęli   przy   pierwszych 

podmuchach świtu, po prawie trzech godzinach oczekiwania w sklepie Clotilde Armenta, i to 

był ich pierwszy sen od piątku.

background image

Gdy   statek   zabuczał   po   raz   pierwszy,   obaj   ocknęli   się,   ale   instynkt   wyrwał   ich 

całkowicie ze snu, dopiero gdy Santiago Nasar opuścił swój dom. Każdy z nich chwycił 

wówczas za swój pakiet owinięty w gazetę, a Pedro Vicario zaczął wstawać.

- Na miłość boską - szepnęła Clotilde Armenta. - Zostawcie to na później, choćby 

przez wzgląd na księdza biskupa.

„Jakby mnie   Duch Święty nawiedził”  -  często  powtarzała  później.  Był  to  istotnie 

opatrznościowy przypadek, choć nie na wiele się zdał. Po tym, co powiedziała, bliźniacy 

Vicario zreflektowali się i ten, który już wstał, ponownie usiadł. Obaj odprowadzili wzrokiem 

Santiago Nasara przechodzącego przez plac. „Patrzyli  na niego raczej z żalem” - mówiła 

Clotilde   Armenta.   W   tej   samej   chwili   przez   plac   przeszły   bezładnie   w   swych   sierocych 

mundurkach wychowanki szkoły prowadzonej przez zakonnice.

Placida   Linem   miała   rację;   biskup   w   ogóle   nie   zszedł   na   ląd.   W   porcie,   poza 

miejscowymi  władzami i dziećmi ze szkół, zebrała się masa ludzi i wszędzie pełno było 

klatek z podtuczonymi kogutami przyniesionymi w prezencie dla biskupa, zupa z kogucich 

grzebieni była bowiem jego ulubionym przysmakiem. Przy nabrzeżu zwalono tyle stosów 

drewna, iż załadowanie ich na statek trwałoby co najmniej dwie godziny. Ale statek w ogóle 

nie przybił do brzegu. Wypłynął zza zakrętu rzeki dysząc niby smok i wówczas orkiestra 

zagrała   hymn   biskupi,   a   koguty   w   klatkach   zaczęły   piać,   budząc   wszystkie   koguty   w 

okolicznych osadach.

W   owej   epoce   legendarne   parostatki   z   paleniskami   na   drewno,   napędzane   kołem 

łopatkowym, zanikały już powoli, a kursujące niedobitki nie dość, że nie miały już pianol ani 

specjalnych kajut na miodowe miesiące, to ledwie mogły jeszcze płynąć pod prąd. Ten był 

jednak   nowy   i   zamiast   jednego   komina   miał   dwa,   opasane,   niczym   banderolą,   barwami 

narodowymi,  zaś koło łopatkowe od rufy nadawało mu impet  pełnomorskiego statku. Na 

najwyższym mostku przy kapitańskiej kabinie w otoczeniu swej świty Hiszpanów, stał biskup 

w białej sutannie. „Pogoda była jak na Boże Narodzenie” - powiedziała moja siostra Margot. 

Przepływając bowiem wzdłuż portu, jak wynika z jej opowieści, statek wydał gwizd i trysnął 

strumieniem   sprężonej   pary,   mocząc   tych,   którzy   stali   przy   samym   brzegu.   Wszystko 

wydawało się ulotną złudą: biskup, znalazłszy się na wprost zgromadzonych przy nabrzeżu 

tłumów,   zaczął   kreślić   w   powietrzu   znak   krzyża   i   nieprzerwanie   udzielał   swego 

błogosławieństwa,   z   przyzwyczajenia,   bez   cynizmu   i   bez   uduchowienia,   póki   statek   nie 

zniknął z oczu pozostawiając za sobą wrzawę kogutów.

Santiago   Nasar   miał   powody,   by   poczuć   się   rozgoryczonym.   Uczestniczył   w 

przygotowaniach w odpowiedzi na publiczne apele księdza Carmen Amadora, znosząc wiele 

background image

wiązek   drewna   i   osobiście   wybierając   koguty   o   najbardziej   apetycznych   grzebieniach. 

Uczucie zawodu nie trwało jednak długo. Zdaniem mojej siostry Margot, która stała razem z 

nim przy nabrzeżu, był w bardzo dobrym humorze i pełen chęci do kontynuowania zabawy, 

mimo uporczywego bólu głowy. „Nie wyglądał na przeziębionego i tylko cały czas rozmyślał 

o tym, ile kosztowało wesele” - powiedziała mi. Towarzyszący im Cristo Bedoya ujawnił 

liczby, które spotęgowały jego podziw. Był na weselu z Santiago Nasarem i ze mną prawie do 

czwartej, ale zamiast wrócić do swoich rodziców, spędził resztę nocy na rozmowach w domu 

swych dziadków. Uzyskał tam szereg informacji brakujących mu dotąd do obliczenia kosztów 

wesela. Oszacował, że pod nóż poszło dla gości czterdzieści indyków i jedenaście świń, i 

cztery jałówki, które pan młody kazał upiec dla wszystkich na głównym placu miasteczka. 

Oszacował też, że wypito dwieście pięć skrzyń alkoholu z przemytu, a prawie dwa tysiące 

butelek rumu rozdano tłumom. Nie było takiej osoby, ni biednej, ni bogatej, która w ten czy 

inny sposób nie uczestniczyłaby w najgłośniejszym weselu, jakie kiedykolwiek widziano w 

miasteczku. Santiago Nasar pomarzył na głos:

-   Taki   będzie   mój   ślub   -   powiedział.   -   Życia   wam   nie   starczy,   żeby   o   nim 

rozpowiadać.

Moja siostra poczuła, że anioł przeleciał. Raz jeszcze pomyślała o szczęściu Flory 

Miguel, która mając w swym życiu już tak wiele, na dodatek miała dostać jeszcze Santiaga 

Nasara na tegoroczne święta Bożego Narodzenia. „Nagle zdałam sobie sprawę, że nie mogło 

być lepszej partii od niego - powiedziała mi. - No bo pomyśl: ładny, dobrze wychowany i w 

wieku dwudziestu jeden lat z własnym majątkiem”. Miała zwyczaj zapraszania go do nas, 

kiedy na śniadanie były placki maniokowe, a tego dnia rano moja matka właśnie je robiła. 

Santiago Nasar z entuzjazmem przyjął zaproszenie.

- Tylko się ,przebiorę i zaraz cię dogonię - powiedział i nagle zauważył, że zostawił 

zegarek na nocnym stoliku. - Która jest godzina?

Była szósta dwadzieścia pięć. Santiago Nasar wziął pod rękę Cristo Bedoyę i ruszył z 

nim w stronę placu.

- Za piętnaście minut jestem u ciebie - powiedział mojej siostrze.

Nalegała, by pójść od razu razem, gdyż śniadanie było już gotowe. „To naleganie było 

dziwne - powiedział mi Cristo Bedoya. - Tak dziwne, iż czasami myślałem, że Margot już 

wiedziała, że mają go zabić, i chciała go ukryć w twoim domu”. Mimo to Santiago Nasar 

namówił ją, by pierwsza poszła do domu, on zaś w tym  czasie przebierze się w ubranie 

jeździeckie,  miał  być bowiem  wcześnie  w „Divino  Rostro”,  by kastrować młode  byczki. 

Pożegnał ją tym samym ruchem ręki, którym pożegnał swoją matkę, i oddalił się w stronę 

background image

placu, trzymając pod rękę Cristo Bedoyę. Widziała go po raz ostatni.

Wiele osób zgromadzonych w porcie wiedziało, że mają zabić Santiago Nasara. Don 

Lazaro Aponte, emerytowany dyplomowany pułkownik i alkad od jedenastu lat, pomachał 

mu   ręką.   „Miałem   realne   podstawy,   by   sądzić,   że   nie   zagraża   mu   już   żadne 

niebezpieczeństwo” - powiedział mi. Ksiądz Carmen Amador również się nie przejął. „Kiedy 

zobaczyłem, że jest zdrów i cały, pomyślałem, że to wszystko było fałszywą pogłoską” - 

wyznał   mi.   Nikt   wówczas   nawet   nie   zadał   sobie   pytania,   czy   Santiago   Nasar   został 

przynajmniej ostrzeżony, wszystkim bowiem wydawało się nieprawdopodobne, by mogło być 

inaczej.

Moja siostra Margot była w istocie jedną z tych niewielu osób, które nie wiedziały, że 

grozi mu śmierć. „Gdybym wiedziała, przyprowadziłabym go do domu, choćbym musiała go 

związać” - oświadczyła sędziemu śledczemu. Dziwne, że o tym nie wiedziała, ale jeszcze 

dziwniejsze było to, że nie wiedziała o tym również moja matka, osoba dowiadująca się o 

wszystkim wcześniej niż ktokolwiek w rodzinie, mimo że od lat nie wychodziła z domu, 

nawet na mszę. Podziwiałem tę jej właściwość od czasu, gdy zacząłem wcześnie wstawać, by 

iść do szkoły. Co rano zastawałem ją taką, jaką była w owych czasach - bladą i tajemniczą, 

zamiatającą podwórze miotłą z gałęzi w popielatym blasku świtu i spowiadającą mi między 

jednym a drugim łykiem kawy, co wydarzyło się na świecie, podczas gdyśmy spali. Zdawała 

się być zespolona z innymi ludźmi w miasteczku niewidzialnymi nitkami tajemnej łączności, 

szczególnie   z   ludźmi   w   jej   wieku,   czasem   bowiem   zaskakiwała   nas   wieściami 

wyprzedzającymi sam bieg wydarzeń, które znać mogła tylko dzięki sztuce jasnowidzenia. 

Ale tego ranka nie przeczuła pierwszych ziaren tragedii, które zaczęły wschodzić o trzeciej 

nad  ranem. Wymiotła  już  patio,  a kiedy moja siostra  Margot wychodziła  na przywitanie 

biskupa, zastała ją mielącą maniok. „Słychać było koguty” - mówi zazwyczaj moja matka 

wspominając tamten dzień. Nie skojarzyła nigdy odległej wrzawy z przyjazdem biskupa, lecz 

z dogasającym weselem.

Nasz dom stał z dala od głównego placu w zagajniku drzew mangowych nie opodal 

rzeki. Moja siostra szła do portu cały czas wzdłuż brzegu, a ludzie byli  zbyt podnieceni 

wizytą biskupa, by zajmować się innymi sensacjami. Złożono chorych w bramach, by mogli 

przyjąć boże lekarstwo, kobiety wybiegały z podwórzy z indykami, prosiakami i z wszystkim, 

co nadawało się do jedzenia, z drugiego zaś brzegu przypływały czółna ozdobione kwiatami. 

Później   jednak,   gdy   biskup   przepłynął   obok   miasteczka   nie   postawiwszy   nawet   nogi   na 

lądzie,   ta   druga   tajona   dotąd   wiadomość   nabrała   wymiarów   sensacyjnego   skandalu.   To 

właśnie wówczas moja siostra Margot poznała ją w całej okazałości i brutalności: Angela 

background image

Vicario, owa piękna dziewczyna, która wyszła za mąż poprzedniego dnia, została zwrócona 

do domu swych rodziców, małżonek bowiem odkrył, że nie była dziewicą. „Poczułam się tak, 

jakbym to ja miała umrzeć - powiedziała moja siostra. - Ale choć rozwodzili się nad tą bujdą, 

nikt nie mógł mi wytłumaczyć, jak to się stało, że biedny Santiago Nasar został wplątany w 

podobną intrygę”. Pewne było tylko to, że bracia Angeli Vicario czekają na niego, żeby go 

zabić.

Moja siostra wróciła do domu ledwo powstrzymując płacz. W jadalni zastała mają 

matkę   przystrojoną   w   niedzielną   suknię   w   niebieskie   kwiaty,   na   wypadek   gdyby   biskup 

przyszedł nas pozdrowić, i śpiewającą podczas nakrywania stołu faso o niewidzialnej miłości. 

Siostra dostrzegła, że położyła o jedno nakrycie więcej niż zazwyczaj.

-   To   dla   Santiago   Nasara   -   powiedziała   jej   moja   matka.   -   Powiedziano   mi,   że 

zaprosiłaś go na śniadanie.

- Zabierz je - odrzekła moja siostra.

Wówczas opowiedziała jej wszystko. „Ale to było tak, jakby już wiedziała - zwierzyła 

mi się. - Tak jak zwykle, gdy zaczynasz jej coś opowiadać i nie dojdziesz do połowy, ona już 

wie, jaki jest koniec”. Ta zła wiadomość była zaszyfrowanym węzełkiem dla mojej matki. 

Młodemu Santiago nadano to imię na jej cześć, ponadto była jego matką chrzestną. Była 

jednak również w jakimś stopniu spowinowacona z Purą Vicario, matką zwróconej panny 

młodej. Mimo to, nie czekając już końca opowieści, włożyła pantofle na obcasach i narzuciła 

mantylkę  do mszy, używaną  wówczas  przez  nią  jedynie  do wizyt  kondolencyjnych.  Mój 

ojciec, który wszystko słyszał leżąc w łóżku, pojawił się w jadalni w piżamie i wystraszony 

zapytał, gdzie idzie.

-   Uprzedzić   kumę   Placidę   -   odpowiedziała.   -   To   niesprawiedliwe,   żeby   wszyscy 

wiedzieli, że mają zabić jej syna, a ona była jedyną, która nic o tym nie wie.

- Jesteśmy z nią spokrewnieni w tym samym stopniu, co z rodziną Vicario - odparł 

ojciec.

- Zawsze trzeba być po stronie zabitego - odpowiedziała.

Moi   młodsi   bracia   zaczęli   wychodzić   ze   swych   pokoi.   Najmłodsi,   smagnięci 

powiewem tragedii, uderzyli w płacz. Matka po raz pierwszy w życiu nie przejęła się nimi i 

nie zwróciła również uwagi na męża.

- Poczekaj, ubiorę się - powiedział jej.

Była   już   na   ulicy.   Mój   brat   Jaime,   wówczas   niespełna   siedmioletni,   jedyny   ze 

wszystkich dzieci był już ubrany do szkoły.

- Idź z nią - rozkazał mu ojciec.

background image

Jaime pobiegł za nią, nie wiedząc, co się dzieje ani dokąd idą, i chwycił się jej ręki. 

„Gadała   sama   do   siebie   -   powiedział   mi   Jaime.   -   Złoczyńcy,   mówiła   po   cichu,   zasrane 

bydlaki, nie potrafią nic zrobić, co by nie było nieszczęściem”. Nie zdawała sobie nawet 

sprawy   z   tego,   że   prowadzi   za   rękę   dziecko.   „Ludzie   myśleli   chyba,   że   zwariowałam   - 

powiedziała mi. - Pamiętam tylko, że z daleka słychać było ludzki tumult, tak jakby od nowa 

zaczęło się wesele, i że wszyscy biegli w stronę placu”. Przyspieszyła kroku z determinacją, 

na jaką ją tylko było stać, gdy chodziło o ludzkie życie, dopóki ktoś biegnący w przeciwnym 

kierunku nie zlitował się nad jej obłędem.

- Może sobie pani dać spokój, Luisa Santiago - krzyknął mijając ją. - Już go zabili.

Bayardo San Roman, który oddał swoją żonę jej rodzicom, przyjechał do nas po raz 

pierwszy   w   sierpniu   poprzedniego   roku,   sześć   miesięcy   przed   ślubem.   Przypłynął   na 

kursującym   raz   w   tygodniu   statku;   przez   ramię   miał   przewieszone   skórzane   sakwy   ze 

srebrnymi   ozdobami,   dopasowanymi   do   klamry   przy   pasku   i   sprzączek   przy   getrach. 

Dochodził   trzydziestu   lat,   dość   dobrze   jednak   skrywanych,   miał   bowiem   wąskie   biodra 

początkującego toreadora, złotawe oczy i skórę sprażoną saletrzanym powietrzem. Przyjechał 

w krótkiej kurtce i w bardzo wąskich spodniach, jedno i drugie z niebarwionej skóry cielęcej, 

i w rękawiczkach z koźlej skóry w tym samym kolorze. Magdalena Oliver przypłynęła razem 

z nim i przez całą podróż nie mogła oderwać od niego oczu. „Wyglądał na pedała. Aż żal było 

patrzeć, bo był taki cudny, że tylko wysmarować go masłem i schrupać całego”. Nie tylko jej 

przyszło  to na myśl  i nie ona ostatnia miała  zrozumieć,  że Bayardo  San Roman nie był 

mężczyzną, którego rozpoznaje się od pierwszego wejrzenia.

Pod koniec sierpnia moja matka wysłała mi do szkoły list, w którym mimochodem 

napisała: „Przyjechał bardzo dziwny człowiek”. W następnym liście napisała: „Ten dziwny 

człowiek nazywa się Bayardo San Roman i wszyscy mówią, że jest czarujący, ale ja osobiście 

go nie widziałam”. Nikt nie dowiedział się nigdy, po co przyjechał. Komuś, kto uległ pokusie, 

by   go   zapytać   o   to   na   krótko   przed   ślubem,   odpowiedział:   „Jeździłem   po   wszystkich 

miasteczkach,  żeby  znaleźć   sobie   żonę”.   Być   może   powiedział  prawdę,  ale  mógł   równie 

dobrze powiedzieć cokolwiek innego, miał bowiem taki sposób mówienia, dzięki któremu 

bardziej ukrywał myśli, niż je wyjawiał.

Tej   samej   nocy   dał   w   kinie   do   zrozumienia,   że   jest   inżynierem   kolejnictwa   i 

rozprawiał   o   naglącej   potrzebie   wybudowania   linii   kolejowej   aż   po   interior   w   celu 

zabezpieczenia się przed kaprysami rzeki. Następnego dnia musiał wysłać telegram i nadał go 

background image

osobiście,   ucząc   przy   okazji   telegrafistę   sposobu   zużytkowania   już   wyczerpanych 

akumulatorów. Z tą samą znajomością rzeczy rozmawiał o chorobach strefy przygranicznej z 

lekarzem wojskowym, który w tych miesiącach przeprowadzał u nas werbunek. Lubił długie i 

huczne zabawy, ale głowę miał mocną, potrafił wspaniale łagodzić wszelkie zatargi i był 

wrogiem karcianych oszustw. Pewnej niedzieli, po mszy, rzucił wyzwanie najsprawniejszym 

pływakom, a było ich wielu, wyprzedzając tych najlepszych o dwadzieścia długości. Matka 

opisała mi to w liście, na koniec zaś dodała komentarz w swoim stylu: „Zdaje się, że także 

opływa   w   złoto”.   Odpowiadało   to   przedwczesnej   legendzie,   według   której   Bayardo   San 

Roman   nie   tylko   potrafił   zrobić   wszystko,   i   to   bardzo   dobrze,   ale   miał   również 

nieograniczone możliwości.

Matka   moja   udzieliła   mu   ostatecznego   błogosławieństwa   w   jednym   z 

październikowych listów: „Ludzie bardzo go lubią - pisała - bo jest uczciwy i dobrego serca, a 

w zeszłą niedzielę przyjął komunię na kolanach i służył do mszy po łacinie”. W owym czasie 

nie można było przyjmować komunii na stojąco, a msze odprawiano wyłącznie po łacinie, 

niemniej moja matka zazwyczaj czyni takie zbyteczne uściślenia, kiedy chce dotrzeć do sedna 

sprawy. A mimo to, wydawszy ten uświęcający werdykt, w następnych dwóch listach w ogóle 

nie wspominała o Bayardzie San Roman, nawet wtedy gdy już dla nikogo nie było tajemnicą, 

że chce się ożenić z Angelą Vicario. Dopiero w wiele lat po nieszczęsnym weselu wyznała 

mi, że poznała go, kiedy było już za późno, by sprostować list z października, i że jego złote 

oczy przyprawiły ją o dreszcze przerażenia.

„Wydawał mi się diabłem - powiedziała mi - ale ty sam mi powiedziałeś, że takich 

rzeczy nie wolno pisać w listach”.

Poznałem go nieco później niż ona, podczas ferii świątecznych, i nie zrobił na mnie 

wrażenia   człowieka   tak   dziwnego,   jak   mówiono.   Owszem,   wydał   mi   się   atrakcyjny,   ale 

bardzo daleki od idyllicznej wizji Magdaleny Oliver. Wydał mi się wbrew swoim wybrykom 

mężczyzną poważnym, który pod zbyt hojnie roztaczanym urokiem ledwie skrywa tłumione 

napięcie. Przede wszystkim wydał mi się jednak człowiekiem bardzo smutnym. W tym czasie 

sformalizował już swe miłosne uczucia względem Angeli Vicario.

Nigdy   nie   zdołano   ustalić   z   całkowitą   pewnością,   jak   się   poznali.   Właścicielka 

pensjonatu dla samotnych mężczyzn, gdzie zamieszkał Bayardo San Roman, opowiadała, że 

gdzieś   pod   koniec   września,   gdy   jej   gość   po   obiedzie   drzemał   w   bawialni   w   fotelu   na 

biegunach,   Angela   Vicario   ze   swą   matką   przechodziły   przez   plac,   niosąc   dwa   kosze 

sztucznych  kwiatów. Bayardo  San Roman ocknął się, zobaczył obie ubrane w bezlitosną 

czerń kobiety, które wydawały się jedynymi żywymi istotami w martwocie drugiej godziny 

background image

po południu, i zapytał, kim jest ta dziewczyna. Właścicielka odpowiedziała mu, że jest to 

najmłodsza córka towarzyszącej jej kobiety i że nazywa się Angela Vicario. Bayardo San 

Roman odprowadził je spojrzeniem do przeciwległego końca placu.

- Imię pasuje do niej jak ulał - powiedział. Następnie złożył głowę na oparciu i znowu 

zamknął oczy.

- Kiedy się obudzę - powiedział - proszę mi przypomnieć, że mam się z nią ożenić.

Angela   Vicario   wyznała   mi,   że   właścicielka   pensjonatu   opowiedziała   jej   o   tym 

zdarzeniu,   jeszcze   zanim   Bayardo   San   Roman   zaczął   się   do   niej   zalecać.   „Bardzo   się 

przestraszyłam”   -   powiedziała.   Trzy   osoby   przebywające   wówczas   w   pensjonacie 

potwierdziły, że zdarzenie to rzeczywiście miało miejsce, ale pozostałe cztery powątpiewały 

w jego prawdziwość. Za to wszystkie wersje były zgodne co do tego, że Angela Vicario i 

Bayardo San Roman spotkali się po raz pierwszy w październiku, w dniu święta narodowego, 

na festynie dobroczynnym, gdzie jej zadaniem było ogłaszanie wylosowanych numerów. Gdy 

Bayardo   San   Roman   przyszedł   na   festyn,   udał   się   prosto   do   stoiska   loterii   fantowej 

prowadzonego przez bladą i wbitą w futerał żałoby sprzedawczynię losów i zapytał ją, ile 

kosztuje patefon inkrustowany macicą perłową, który miał być największą atrakcją festynu. 

Odpowiedziała mu, że nie jest na sprzedaż, tylko do wylosowania.

- To i lepiej - odpowiedział. - W ten sposób będzie łatwiejszy do nabycia, a poza tym 

tańszy. Wyznała mi, że udało mu się wówczas wywrzeć na niej wrażenie, ale z przyczyn nie 

mających   nic   wspólnego   z   miłością,   wprost   przeciwnie.   „Gardziłam   wyniosłymi 

mężczyznami, a nigdy nie spotkałam nikogo aż tak zarozumiałego - wyznała mi wspominając 

tamten dzień. - Poza tym pomyślałam, że to Polak”. Jej zdumienie było jeszcze większe, gdy 

ogłosiła pośród pożądliwego oczekiwania tłumu numer losu wygrywającego patefon i okazało 

się, iż rzeczywiście wygrał go Bayardo San Roman. Nie mieściło jej się w głowie, że wykupił 

wszystkie losy loterii tylko po to, by zrobić na niej wrażenie.

Tego   wieczoru   Angela   Vicario   wróciwszy   do   domu   natknęła   się   na   patefon 

zapakowany w  elegancki papier  przewiązany wstążką  z organdyny.  „Nigdy  nie zdołałam 

ustalić,   skąd   wiedział,   że   właśnie   są   moje   urodziny”   -   powiedziała   mi.   Wiele   wysiłku 

kosztowało ją przekonanie swych rodziców, że nie dała żadnych powodów Bayardowi San 

Roman, by ośmielił się przysłać jej aż taki prezent, a tym bardziej by zrobił to w sposób tak 

ostentacyjny, że musieli to zauważyć wszyscy. Koniec końców jej starsi bracia, Pedro i Pablo, 

odnieśli patefon do hotelu, by zwrócić go właścicielowi, robiąc wokół tego tyle szumu, iż nie 

było nikogo, kto ujrzawszy jak wędrował w jedną stronę, nie zobaczyłby, jak potem wracał. 

Rodzina nie wzięła jednak pod uwagę nieodpartego uroku Bayarda San Roman. Bliźniacy 

background image

powrócili   dopiero  następnego  dnia  o  świcie   zamroczeni  alkoholem,  taszcząc  z  powrotem 

zarówno patefon, jak i Bayarda San Roman, by kontynuować zabawę już w domu.

Angela Vicario była najmłodszą córką w niezbyt zamożnej rodzinie. Jej ojciec, Poncio 

Vicario, był skromnym złotnikiem, ale stracił wzrok od ciągłego cyzelowania cacuszek ze 

złota, walcząc w ten sposób o zachowanie szacunku dla siebie i rodziny.

Pura del Carmen, jej matka, była nauczycielką, póki nie wyszła za mąż raz na zawsze. 

Jej   łagodny   i   nieco   przygnębiony   wygląd   znakomicie   skrywał   surowość   charakteru. 

„Wyglądała   jak   zakonnica”   -   wspomina   Mercedes.   Poświęciła   się   z   tak   bezgranicznym 

oddaniem opiece nad mężem i wychowywaniu swych dzieci, iż niejeden zapomniał czasami o 

jej istnieniu. Obie starsze córki wyszły za mąż bardzo późno. Poza nimi, Angelą i bliźniakami 

mieli jeszcze jedną średnią córkę, która zmarła na zapalenie opon mózgowych i przez dwa 

lata po jej śmierci obchodzili po niej żałobę, nieco złagodzoną w domu, ale rygorystycznie 

przestrzeganą poza nim. Braci wychowywano po to, żeby byli mężczyznami. One zostały 

wychowane po to, żeby wyjść za mąż. Potrafiły haftować na bębenku, szyć na maszynie, 

robić   koronki   klockowe,   prać   i   prasować,   wyrabiać   sztuczne   kwiaty   i   fantazyjne   desery, 

kaligrafować zawiadomienia o zaręczynach, a w odróżnieniu od ówczesnych dziewcząt, które 

zaniedbały kult śmierci, wszystkie były mistrzyniami w starej sztuce czuwania przy chorych, 

niesienia   pociechy   umierającym   i   owijania   zmarłych   w   całun.   Jedyne,   co   miała   im   do 

zarzucenia moja matka, to zwyczaj czesania się przed pójściem spać. „Dziewczęta - mówiła 

im - nie czeszcie się na noc, bo żeglarze się spóźniają”. Poza tym uważała, iż nie było lepiej 

wychowanych córek. „Są doskonałe - mawiała bardzo często. - Każdy mężczyzna będzie z 

nimi   szczęśliwy,   bo   zostały   wychowane   po   to,   żeby   cierpieć”.   A   jednak   mężom   obu 

najstarszych córek było niezmiernie trudno przełamać tę rodzinną zaporę, nigdy się bowiem 

nie rozstawały, razem organizowały potańcówki dla kobiet i wciąż doszukiwały się niecnych 

intencji w zamiarach mężczyzn.

Angela   Vicario   była   najładniejszą   ze   wszystkich   czterech   sióstr,   zaś   matka   moja 

mawiała, że urodziła się tak jak wielkie królowe w przeszłości: z pępowiną owiniętą wokół 

szyi.   Zaniedbany   wygląd   i   ubóstwo   ducha   wróżyły   jej   jednak   niepewną   przyszłość. 

Widywałem ją rokrocznie podczas ferii bożonarodzeniowych i za każdym razem wydawała 

się coraz bardziej upośledzona, gdy tak tkwiła w oknie swego domu, w którym siadywała po 

południu,   by   robić   kwiaty   ze   szmat   i   razem   z   sąsiadkami   śpiewać   walce   niezamężnych 

panien.

„Już   nadaje   się   do   nadziania   -   mawiał   mi   Santiago   Nasar   -   ta   twoja   głupiutka 

kuzynka”.   Niespodziewanie,   na   krótko   przed   śmiercią   jej   siostry,   spotkałem   ją   na   ulicy 

background image

ubraną po raz pierwszy jak dorosła kobieta, z zakręconymi włosami, i nie mogłem wprost 

uwierzyć, że to ona we własnej osobie. Ale było to przywidzenie: jej upośledzenie pogłębiało 

się z roku na rok. Gdy rozniosło się zatem, że Bayardo San Roman chce się z nią ożenić, 

wielu pomyślało, że to jakiś perfidny pomysł przybysza. Rodzina przyjęła nowinę nie tylko z 

należną powagą, ale i z dużą radością. Oprócz Pury Vicario, która postawiła warunek, by 

Bayardo San Roman poświadczył swą tożsamość. Do tej pory bowiem nikt nie wiedział, kim 

jest. Wiedza o jego przeszłości nie sięgała poza owo popołudnie, kiedy zszedł na ląd w swym 

stroju   artysty,   zachowując   odtąd   tyle   dyskrecji   co   do   swego   pochodzenia,   że   każdy 

najbardziej   nawet   szaleńczy   wymysł   mógł   okazać   się   prawdą.   Doszło   do   tego,   że 

rozpowiadano, iż zrównał z ziemią całe miasteczka i jako dowódca oddziału zaprowadził 

terror w Casanare, że był zbiegiem z Cayenne, że widziano go w Pernambuco, jak próbował 

nabić sobie kabzę dzięki wytresowanej parze niedźwiedzi, i że dotarł w kanale Los Vientos 

do szczątków hiszpańskiego galeonu załadowanego złotem. Bayardo San Roman sam położył 

kres tym domysłom w bardzo prosty sposób: sprowadził całą swoją rodzinę.

Było ich czworo: ojciec, matka i dwie oszałamiające siostry. Przybyli  o jedenastej 

rano w fordzie T ze służbową rejestracją, napełniając ulice niesamowitą wrzawą kwaczącego 

klaksonu.   Matka,   Alberta   Simonds,   rosła   Mulatka   z   Curacao,   mówiąca   hiszpańszczyzną 

przesiąkniętą jeszcze tamtejszą mową, za swej młodości została  uznana za najpiękniejszą 

spośród dwustu najpiękniejszych z całych Antyli. Siostry dopiero co rozkwitłe zdawały się 

być dwiema narowistymi źrebicami. Największym atutem był jednak ojciec: generał Petronio 

San Roman, bohater wojen domowych z ubiegłego wieku i jedna z największych sław rządu 

konserwatywnego od czasu, gdy zmusił pułkownika Aureliana Buendia do odwrotu w bitwie 

pod Tucurinca. Moja matka była jedyną osobą, która nie poszła się z nim przywitać, gdy 

dowiedziała się, kim jest. „Nie miałam nic przeciwko ich małżeństwu, wprost przeciwnie - 

powiedziała mi. - Ale ślub to jedno, a czymś zupełnie innym jest podanie ręki człowiekowi, 

który kazał strzelić w plecy Gerineldowi Marquezowi”. Z chwilą kiedy wychylił się w białym 

kapeluszu z okna samochodu, wszyscy rozpoznali go dzięki popularności jego portretów. 

Ubrany   był   w   płócienny   garnitur   koloru   pszenicy,   getry   z   kurdybanu   ze   sznurowadłami 

wiązanymi na krzyż, zaś na nosie miał binokle przytroczone łańcuszkiem do jednej z dziurek 

w kamizelce. W klapie miał order za odwagę, w ręku zaś laskę z wyrytym na gałce godłem 

państwowym. Wysiadał pierwszy z samochodu, cały pokryty palącym kurzem naszych złych 

dróg, i wystarczyło, że pojawił się na stopniach, żeby wszyscy zrozumieli, że Bayardo San 

Roman ożeni się, z kim mu się będzie żywnie podobało.

To Angela Vicario nie chciała wyjść za niego. „Był, jak dla mnie, za bardzo męski” - 

background image

powiedziała mi. Poza tym Bayardo San Roman nie próbował jej nawet uwieść, ograniczając 

się do zauroczenia całej rodziny swym wdziękiem. Angela Vicario nie zapomniała nigdy 

trwogi owej nocy, kiedy to jej rodzice i starsze siostry ze swymi mężami, zebrani w salonie, 

zmusili ją do wyjścia za mąż za mężczyznę, którego dopiero co poznała. Bliźniacy trzymali 

się   na   uboczu.   „To   były   dla   nas   babskie   duperele”   -   powiedział   mi   Pablo   Vicario. 

Decydującym   argumentem   rodziców   było   stwierdzenie,   że   rodzina   zawdzięczająca   swą 

godność skromności nie ma prawa wzgardzać takim zrządzeniem losu. Angela Vicario ledwie 

odważyła się napomknąć o istnieniu takiej przeszkody jak brak miłości, ale matka obaliła to 

jednym zdaniem:

- Miłości też się można nauczyć.

W odróżnieniu od ówczesnych narzeczeństw, trwających długo i surowo strzeżonych, 

ich narzeczeństwo trwało jedynie cztery miesiące ze względu na niecierpliwość Bayarda San 

Roman. A nie było ono krótsze tylko dlatego, że Pura Vicario zażądała, by ślub odwlec do 

dnia, gdy skończy się rodzinna żałoba. Czas ten jednak minął spokojnie dzięki urzekającej 

łatwości, z jaką Bayardo San Roman załatwiał wszystkie sprawy. „Pewnej nocy zapytał mnie, 

jaki dom najbardziej mi się podoba - opowiadała mi Angela Vicario. - A ja odpowiedziałam 

mu, zupełnie nie wiedząc, po co mnie o to pyta, że najładniejszym domem w miasteczku jest 

domek   wdowca   Xius”.   Osobiście   odpowiedziałbym   tak   samo.   Domek   ten   stał   na 

wysmaganym przez wiatry wzgórzu, z którego widać było bezkresny raj bagnisk pokrytych 

fioletowymi   zawilcami,   zaś   w   jasne   letnie   dni   można   było   ujrzeć   przejrzysty   widnokrąg 

Karaibów i transatlantyki pasażerskie w Cartagena de Indias. Bayardo San Roman udał się 

jeszcze  tej  samej  nocy do Club Social  i przysiadł  się do stolika  wdowca  Xius  na partię 

domina.

- Szanowny wdowcze - powiedział mu - kupuję pański dom.

- Nie jest na sprzedaż - odrzekł wdowiec. - Kupuję ze wszystkim, co jest w środku. 

Wdowiec Xius wytłumaczył mu ze staroświecką uprzejmością, że wszystkie znajdujące się w 

domu   przedmioty   były   kupowane   przez   jego   małżonkę   w   ciągu   całego   życia   pełnego 

wyrzeczeń i że tym samym stanowią dla niego jakby cząstkę jej samej. „Mówił ze ściśniętym 

sercem - powiedział mi grający wówczas z nimi doktor Dionisio Iguaran. - Byłem pewien, że 

wolałby umrzeć, niż sprzedać dom, w którym był szczęśliwy przez ponad trzydzieści lat”. 

Bayardo San Roman również uznał jego racje.

- Dobrze - powiedział. - Wobec tego niech mi pan sprzeda pusty dom.

Wdowiec bronił się jednak do końca gry. Po trzech nocach Bayardo San Roman, już 

lepiej przygotowany, ponownie przysiadł się do stolika gry w domino.

background image

- Szanowny wdowcze - zaczął znów - ile kosztuje dom?

- Jest bezcenny.

- Proszę podać jakąkolwiek cenę.

- Przykro  mi, Bayardo  - odparł  wdowiec - ale wy, młodzi,  nie rozumiecie,  co to 

znaczy słuchać głosu serca.

Bayardo San Roman nawet się nie namyślał.

- Powiedzmy, pięć tysięcy pesos - zaproponował.

- Gra pan uczciwie - odparł mu wdowiec starając się zachować godność. - Ten dom 

nie jest tyle wart.

- Dziesięć tysięcy - powiedział Bayardo San Roman. - Od ręki i gotówką, banknot po 

banknocie.

Wdowiec popatrzył na niego oczyma pełnymi łez. „Płakał z wściekłości - wyznał mi 

doktor   Dionisio  Iguaran,  który  nie  tylko  był lekarzem,  ale   miał  też   zacięcie  literackie.  - 

Wyobraź sobie: taka suma w zasięgu ręki, a tu trzeba odmówić przez zwykłą słabość serca”. 

Wdowiec Xius nie mógł wydać z siebie głosu, lecz bez wahania odmówił ruchem głowy.

-   Wobec   tego   proszę,   by   wyświadczył   mi   pan   ostatnią   grzeczność   -   powiedział 

Bayardo San Roman. - Proszę tu na mnie zaczekać pięć minut.

Po pięciu minutach rzeczywiście wrócił do Club Social z sakwami inkrustowanymi 

srebrem   i   położył   na   stole   dziesięć   plików   banknotów   po   tysiąc,   jeszcze   opasanych 

sygnowanymi   banderolami   Banku   Narodowego.   Wdowiec   Xius   umarł   w   dwa   miesiące 

później. „To go zabiło - mawiał doktor Dionisio Iguaran. - Był zdrowszy od nas wszystkich, 

ale kiedy się osłuchiwało jego serce, w środku słychać było plusk łez”. Sprzedał bowiem nie 

tylko dom łącznie ze wszystkim, co się w nim znajdowało, ale oprócz tego poprosił Bayarda 

San Roman, by należność spłacał mu ratami, gdyż nie pozostała mu na pocieszenie nawet 

skrzynia, w której mógłby schować tyle pieniędzy.

Nikomu przez myśl by nie przeszło i zresztą nikt tego nigdy nie powiedział, że Angela 

Vicario nie była dziewicą. Nikt nigdy nie słyszał, by miała narzeczonego, dorastała zaś przy 

swoich siostrach w żelaznym rygorze matki. Nawet kiedy do ślubu pozostało niespełna dwa 

miesiące,   Pura   Vicario   nie   pozwoliła,   by   Angela   poszła   sama   z   Bayardem   San   Roman 

obejrzeć dom, gdzie mieli zamieszkać, wobec czego matka i ślepy ojciec towarzyszyli im jako 

strażnicy jej czci. „Błagałam Boga tylko o to, aby dodał mi odwagi, żebym mogła się zabić” - 

wyznała mi Angela Vicario. Była już tak ogłupiona, że postanowiła wreszcie wyznać matce 

całą prawdę, byle tylko uwolnić się od męczarni, wówczas jednak jej dwie, jedyne zresztą, 

powierniczki i pomocnice przy konfekcjonowaniu szmacianych kwiatów w oknie odwiodły ją 

background image

od   tych   zbożnych   zamiarów.   „Ślepo   im   uległam   -   powiedziała   mi   -   bo   dały   mi   do 

zrozumienia, że miały już doświadczenie w oszukiwaniu mężczyzn”. Zapewniły ją, że niemal 

wszystkie kobiety tracą dziewictwo w przypadkowych przygodach dziewczęcych. Uparcie 

utrzymywały, że nawet nie dający się zwieść poddawali się w końcu, pod warunkiem, że nikt 

się o tym nie dowie. Przekonały ją ostatecznie tym, że mężczyzna w noc poślubną jest już tak 

spanikowany,  że bez pomocy żony nie może nic zrobić i w godzinę prawdy nie jest już 

świadom własnych czynów. „Wierzą tylko w to, co zobaczą na prześcieradle” - powiedziały 

jej. W rezultacie wyuczyły ją wielu rajfurskich forteli zdolnych na tyle podrobić jej utracone 

klejnoty,   by   o   pierwszym   poranku   świeżo   poślubionej   małżonki   mogła   nad   podwórzem 

wystawić na pełne słońce lniane prześcieradło z plamą swego honoru.

Z tym złudzeniem wyszła za mąż. Bayardo San Roman zaś żenił się przypuszczalnie 

w przekonaniu, iż kupuje szczęście za niezwykłą cenę własnej wartości i fortuny, im bardziej 

bowiem rozrastały się projekty  uroczystości,  tym  więcej rodziło się w nim obłąkańczych 

pomysłów, by uczynić ją jeszcze większą. Gdy zapowiedziano przyjazd biskupa, usiłował 

odwlec wesele o jeden dzień, pragnąc, by ślubu udzielił im dostojny gość, ale Angela Vicario 

sprzeciwiła się. „Prawdę mówiąc - powiedziała mi - nie chciałam, żeby błogosławieństwa 

udzielił mi człowiek, który kogutom tylko odcinał grzebienie na zupę, a resztę wyrzucał na 

śmieci”. A jednak mimo braku biskupiego błogosławieństwa uroczystości nabrały rozmiarów 

trudnych do opanowania i nawet Bayardowi San Roman wymknęły się spod kontroli, stając 

się w końcu wydarzeniem publicznym.

Generał Petronio San Roman i jego rodzina przybyli tym razem statkiem należącym 

do   Kongresu   Narodowego   i   przeznaczonym   do   wyjątkowych   uroczystości,   który   po 

zacumowaniu   stał   do   końca   przy   nabrzeżu,   z   nimi   zaś   przypłynęło   wiele   znakomitości, 

zupełnie   jednak   niezauważalnych   w  chaosie  tylu   nowych   twarzy.  Przywieźli  ze   sobą   tak 

olbrzymie ilości prezentów, że trzeba było wyremontować zapomniany budynek pierwszej 

elektrowni, by zaprezentować te najbardziej godne podziwu, resztę zaś odwieziono hurtem do 

starego, gotowego już do przyjęcia nowożeńców domu wdowca Xius. Pan młody otrzymał w 

prezencie kabriolet ze swym  imieniem  wygrawerowanym  pismem gotyckim  pod znakiem 

fabrycznym. Pannie młodej podarowano komplet sztućców z czystego złota na dwadzieścia 

cztery osoby. Poza tym przywieźli ze sobą trupę tancerzy i dwie orkiestry salonowe, które 

tworzyły   wyraźny   dysonans   zarówno   wobec   miejscowych   orkiestr,   jak   i   wielu   kapel   i 

zespołów akordeonowych, które ściągały zewsząd przywabiane zgiełkiem zabawy.

Rodzina Vicario mieszkała w skromnym domu o ścianach z cegieł i dachu z drewna 

palmowego zwieńczonym  dwoma mansardami,  pod których  daszkami jaskółki co styczeń 

background image

lepiły swe gniazda. Od frontu dom miał balkon niemal w całości zastawiony donicami z 

kwiatami, tam też znajdowało się wejście na duże podwórko z drzewami owocowymi, po 

którym   chodziły   kury.   W   głębi   podwórza   bliźniacy   mieli   swój   chlew,   kamień   do 

szlachtowania i stół do ćwiartowania, które od czasu gdy oślepł Poncio Vicario, przynosiły 

rodzinie niezłe dochody. Początkowo zajmował się tym Pedro Vicario, kiedy jednak został 

powołany do wojska, jego brat również nauczył się fachu rzeźnika.

Wewnątrz domu ledwie starczało miejsca do mieszkania. Z tego też powodu starsze 

siostry, gdy zdały sobie sprawę z planowanych rozmiarów uroczystości, zaczęły starać się o 

wynajęcie większego lokalu. „Wyobraź sobie - powiedziała mi Angela Vicario - myślały 

nawet o domu Placidy Linem, ale na szczęście moi rodzice uparli się, jak zwykle, że albo 

nasze córki wychodzą za mąż w naszym chlewiku, albo w ogóle nie wychodzą za mąż”. 

Pomalowali   więc   swój   dom   na   jego   pierwotny   żółty   kolor,   wyprostowali   drzwi, 

uporządkowali pokoje, doprowadzając mieszkanie, o ile było to możliwe, do stanu godnego 

wesela   z   taką   pompą.   Bliźniacy   przenieśli   świnie   gdzie   indziej   i   wyczyścili   chlew 

niegaszonym wapnem, ale mimo tych wysiłków widać było, że miejsca jednak nie starczy. 

Ostatecznie,   dzięki   usilnym   prośbom   Bayarda   San   Roman,   usunęli   ogrodzenie   wokół 

podwórza, poprosili sąsiadów o udostępnienie na tańce przyległych terenów i wstawili duże 

stoły, by można było przy nich biesiadować w cieniu liści tamaryndowców.

Jedyny niespodziewany wypadek miał miejsce w dniu wesela rano, i to z winy pana 

młodego, który przyszedł po Angelę Vicario z dwugodzinnym opóźnieniem, podczas gdy ona 

nie chciała założyć ślubnej sukni, dopóki nie ujrzy go w domu. „Wiesz - powiedziała mi - 

nawet bym się ucieszyła, gdyby w ogóle nie przyszedł, ale nigdy bym sobie nie wybaczyła, 

gdyby zostawił mnie już wystrojoną”. Jej przezorność była uzasadniona, nie było bowiem dla 

kobiety większego wstydu i nieszczęścia, niż zostać na lodzie w sukni ślubnej. Niemniej sam 

fakt, że Angela Vicario śmiała nałożyć welon i przyjąć wiązankę kwiatów pomarańczy nie 

będąc dziewicą, bywał niejednokrotnie uznawany za profanację symbolów czystości. Tylko 

moja matka uważała za akt odwagi to, że Angela Vicario do końca grała swymi znaczonymi 

kartami. „W tamtych czasach - wytłumaczyła mi - Bóg rozumiał te sprawy”. Nikt zaś do tej 

pory nie wie, jakimi kartami grał Bayardo San Roman. Od momentu, kiedy wreszcie pojawił 

się wystrojony w surdut i cylinder, do chwili, gdy -wymknął się z miłością swego życia, był 

doskonałym uosobieniem szczęśliwego nowożeńca.

Nigdy nie dowiedziano się również, jakimi kartami grał Santiago Nasar. Byłem z nim 

przez cały czas, zarówno w kościele, jak i na weselu, razem z Cristo Bedoyą i moim bratem 

Luisem Enrique, i nikt z nas nie spostrzegł choćby najmniejszej zmiany w jego zachowaniu. 

background image

Musiałem   to   wielokrotnie   powtarzać,   cała   nasza   czwórka   bowiem   trzymała   się   razem   w 

szkole, tworząc później tę samą wakacyjną paczkę, i nikt nie mógł uwierzyć, by ktoś z nas 

mógł mieć jakiś sekret nie dzieląc się nim z pozostałymi, a tym bardziej sekret tak olbrzymi.

Santiago   Nasar   uwielbiał   uroczystości   i   zabawy,   a   największą   radość   przeżył   w 

przededniu   swej   śmierci   obliczając   koszty   wesela.   W   kościele   oszacował,   że   kwiatów 

porozwieszano za kwotę równą cenie czternastu pogrzebów pierwszej klasy. Ta szczegółowa 

kalkulacja męczyła mnie przez wiele lat, Santiago Nasar bowiem często mawiał mi, że zapach 

kwiatów w zamkniętym pomieszczeniu ma bezpośredni związek ze śmiercią, owego zaś dnia 

powtórzył mi to wchodząc do kościoła. „Nie chcę kwiatów na moim pogrzebie” - powiedział, 

nie wyobrażając sobie nawet, że następnego dnia właśnie ja będę musiał zatroszczyć się o to, 

by ich nie było. W drodze z kościoła do domu Vicariów oszacował cenę kolorowych girland 

zdobiących ulice, wyliczył koszty orkiestr i fajerwerków, a nawet ryżowego deszczu, którym 

przywitano nas na weselu. W dusznym upale południa młoda para zwyczajowo obeszła całe 

podwórze. Bayardo San Roman szybko został naszym przyjacielem, takim od wypitki, jak to 

wówczas mawiano, i przy naszym stole zdawał się być szczęśliwy. Angela Vicario, już bez 

welonu i wianka, w satynowej przepoconej sukni, bardzo szybko przybrała wyraz twarzy 

kobiety zamężnej. Santiago Nasar obliczył i powiedział to Bayardowi San Roman, że jak do 

tej pory wesele kosztuje około dziewięciu tysięcy pesos. Nie ulegało wątpliwości, że Angela 

Vicario uznała to za impertynencję. „Moja matka nauczyła mnie, że nigdy nie należy mówić o 

pieniądzach   w   obecności   innych   ludzi”   -   powiedziała   mi.   Bayardo   San   Roman,   wprost 

przeciwnie, przyjął to z humorem, a nawet z pewnego rodzaju satysfakcją.

- Prawie - powiedział - ale to dopiero początek. Pod koniec wynosić to będzie mniej 

więcej dwa razy tyle.

Santiago Nasar postanowił sprawdzić to co do grosza i ledwie starczyło  mu na to 

życia. Następnego dnia uzyskał w porcie od Cristo Bedoi najświeższe dane i stwierdził na 

czterdzieści pięć minut przed śmiercią, iż rzeczywiście szacunki San Romana były dokładne.

Osobiście zachowałem o weselu dość mgliste wspomnienia, dopóki nie zdecydowałem 

się ich odgrzebać, okruch po okruchu, z cudzych pamięci. Przez wiele lat ciągle opowiadano 

w   moim   domu,   jak   to   mój   ojciec   po   raz   pierwszy   od   czasów   swej   młodości   zagrał   na 

skrzypcach na cześć młodej pary, jak moja siostra zakonnica zatańczyła merengue w swym 

habicie siostry furtianki, jak doktor Dionisio Iguaran, kuzyn mojej matki, zdołał wywalczyć 

miejsce na rządowym statku i odpłynąć nim, byle tylko nie być w miasteczku następnego 

dnia, podczas wizyty biskupa. W trakcie mych  poszukiwań dla potrzeb niniejszej kroniki 

odtworzyłem wiele pomniejszych szczegółów, a pośród nich dość zabawne wspomnienie o 

background image

siostrach Bayarda San Roman, których aksamitne suknie z olbrzymimi motylimi skrzydłami, 

przyczepionymi  do pleców złotymi  klamerkami,  zwróciły większą uwagę niż pióropusz i 

pancerz   wojennych   orderów   ich   ojca.   Wielu   wiedziało,   że   w   weselnym   upojeniu 

zaproponowałem   Mercedes   Barda,   kończącej   wówczas   zaledwie   szkołę   podstawową,   by 

wyszła za mnie za mąż, jak mi to sama przypomniała, kiedy pobraliśmy się czternaście lat 

później. Najwyrazistszym obrazem, jaki na zawsze zachowałem z tej fatalnej niedzieli, był 

widok starego Poncio Vicario, samotnie siedzącego na stołku pośrodku podwórza. Posadzono 

go tam, sądząc być może, iż jest to honorowe miejsce, lecz goście obijali się o niego, mylili 

go z kimś innym, przesadzali w inne miejsce, żeby nie przeszkadzał, on zaś poruszał swą 

ośnieżoną głową na wszystkie strony z błędnym wyrazem twarzy dopiero co ociemniałego 

ślepca,   odpowiadając   na   pytania   nie   do   niego   skierowane   i   na   przelotne   pozdrowienia, 

których nikt mu nie słał, szczęśliwy w swym kręgu zapomnienia, w nakrochmalonej koszuli i 

z laską z drewna gwajakowego, którą kupiono mu specjalnie na wesele.

Część oficjalna zakończyła się o szóstej po południu, kiedy to pożegnali się goście 

honorowi. Statek odpłynął z zapalonymi światłami, pozostawiając za sobą smugę walców z 

pianoli i przez chwilę dryfowaliśmy nad przepaścią niepewności, póki nie zaczęliśmy się 

wzajemnie rozpoznawać i nie zanurzyliśmy się w bagnisko zabawy. Nowożeńcy pojawili się 

nieco później w odkrytym samochodzie, z trudem torując sobie drogę poprzez tłum. Bayardo 

San Roman sam strzelał petardami, pił wódkę prosto z butelek wyciąganych w jego stronę, 

następnie   wyszedł   z   samochodu   z   Angelą   Vicario,   by   włączyć   się   w   taneczny   krąg 

cumbiamby. Wreszcie rozkazał, byśmy dalej balowali na jego koszt, póki nam życia starczy, i 

odwiózł swą dręczoną trwogą małżonkę do domu jej snów, tam gdzie był kiedyś szczęśliwy 

wdowiec Xius.

Około północy zabawa weselna rozbiła się na drobne grupki, jedynym zaś otwartym 

lokalem był wówczas sklepik Clotilde Armenta na placu. Santiago Nasar i ja, razem z moi 

bratem Luisem Enrique i z Cristo Bedoyą, poszliśmy do domu miłosierdzia Marii Alejandriny 

Cervantes.   Pośród   wielu   innych   przewinęli   się   wówczas   przez   ten   dom   również   bracia 

Vicario,   pijąc   tam   z   nami   i   śpiewając   z   Santiago   Nasarem   na   pięć   godzin   przed   jego 

zamordowaniem. W tym czasie tu i ówdzie tliły się chyba jeszcze dogorywające odpryski 

właściwego   wesela,   z   różnych   stron   dochodziły   nas   bowiem   falami   odgłosy   muzyki   i 

odległych bijatyk i echa te docierały do nas jeszcze przez dłuższy czas, coraz smutniejsze, 

dopóki nie zabuczał statek biskupa.

Pura   Vicario   opowiedziała   mojej   matce,   że   położyła   się   o   jedenastej   w   nocy, 

uporządkowawszy nieco z pomocą starszych córek poweselny rozgardiasz. Około dziesiątej, 

background image

kiedy  po  patio   błąkało  się  jeszcze  kilku  śpiewających  pijaków,   Angela  Vicario  przysłała 

gońca po walizeczkę z osobisty mi rzeczami, znajdującą się w szafie jej sypialni.  Matka 

chciała co prawda odesłać jej również walizkę z dziennym ubraniem, goniec jednak spieszył 

się. Spala głęboko, gdy zapukano do drzwi. „To były trzy, bardzo wolne stukania - wyznała 

mojej   matce   -   ale   miały   w   sobie   coś   dziwnego,   coś   takiego   jak   złe   wiadomości”. 

Opowiedziała   jej,   że   otworzyła   drzwi   nie   zapalając   światła,   by   nie   zbudzić   nikogo,   i 

zobaczyła Bayarda San Roman w świetle ulicznej latarni w nie zapiętej jedwabnej koszuli i w 

fantazyjnych spodniach podtrzymywanych elastycznymi szelkami. „Był zielony taką zielenią 

ze snów” - powiedziała Pura Vicario mojej matce.  Angela Vicario stała w cieniu, matka 

zauważyła ją dopiero wtedy, gdy Bayardo San Roman złapał Angelę za ramię i postawił w 

świetle. Jej satynowa suknia była w strzępach, do pasa zaś owinięta była ręcznikiem. Pura 

Vicario pomyślała, że spadli samochodem w przepaść i leżą teraz martwi na jej dnie.

-   Matko   Przenajświętsza!   -   wykrzyknęła   przerażona.   -   Powiedzcie,   czy   jesteście 

jeszcze z tego świata.

Bayardo San Roman, nie przekroczywszy progu pchnął swoją żonę do środka, nie 

wypowiadając przy tym ani słowa. Następnie pocałował Purę Vicario w policzek i przemówił 

do niej tonem głębokiego rozczarowania, ale z wielką czułością.

- Dzięki za wszystko, mamo - powiedział. - Mama jest świętą kobietą.

Tylko Pura Vicario wie, co robiła przez następne dwie godziny. Zabrała swój sekret 

do grobu. „Pamiętam tylko, że jedną ręką trzymała mnie za włosy, a drugą waliła z taką 

wściekłością,   że   myślałam,   że   mnie   zabije”   -   opowiedziała   mi   Angela   Vicario.   Ale   i   to 

czyniła w takim milczeniu, iż ani jej mąż, ani starsze córki, śpiące w innych pokojach, nie 

zdawali sobie sprawy z niczego, aż do świtu, gdy było już po nieszczęściu.

Bliźniacy wrócili do domu nieco przed trzecią, wezwani nagle przez matkę. Zastali 

Angelę Vicario leżącą na brzuchu, na kanapie w jadalni, z twarzą zmaltretowaną od razów. 

Już jednak nie płakała. „Już się nie bałam - powiedziała mi. - Wprost przeciwnie: czułam się 

tak,   jakbym   wreszcie   wyrzuciła   z   siebie   ten   śmiertelny   koszmar,   i   tylko   chciałam,   żeby 

wszystko   się   jak   najszybciej   skończyło,   żebym   mogła   wreszcie   zasnąć”.   Pedro   Vicario, 

bardziej zdecydowany z braci, chwycił ją wpół, uniósł w powietrze i posadził na stole w 

jadalni.

- No, mała - powiedział, trzęsąc się z wściekłości - powiedz nam, który to.

Odczekała tylko tyle, ile trzeba było, by wypowiedzieć imię. Odszukała je w mrokach, 

napotkała od razu pośród tylu mylących się imion z tego i z tamtego świata i wbiła je w 

ścianę jedną celną strzałą, niczym bezwolnego motyla, na którego wyrok został już dawno z 

background image

góry wydany.

Santiago Nasar - powiedziała.

Adwokat   podtrzymał   tezę   o   zabójstwie   dokonanym   z   pobudek   wynikających   z 

całkowicie usprawiedliwionej  obrony honoru, co zostało uznane  przez ławę przysięgłych, 

bliźniacy   oświadczyli   zaś   w   ostatnim   dowie,   iż   zrobiliby   to   tysiąc   razy   z   tych   samych 

powodów. Oni sami dostrzegli tę linię obrony z chwilą, gdy w parę minut po zbrodni uciekli 

pod   skrzydła   Kościoła.   Dysząc   wpadli   na   plebanię,   doganiani   już   przez   grupę 

rozwścieczonych Arabów, i złożyli oczyszczone ostrza noży na stole ojca Amadora. Obaj byli 

skrajnie wyczerpani potworną, śmiertelną pracą, ubrania i ręce mieli całe mokre, a twarze 

ociekały im potem i jeszcze ciepłą krwią, ale proboszcz wspominaj ich poddanie się jako akt 

wielkiej szlachetności.

- Zabiliśmy go świadomie - powiedział Pedro Vicario - ale jesteśmy niewinni.

- Być może wobec Boga - odrzekł ojciec Amador.

- Wobec Boga i wobec ludzi - stwierdził Pablo Vicario. - To była sprawa honoru.

Mało   tego,   przy   odtwarzaniu   wydarzeń   upozorowali   zajadłość   jeszcze 

bezwzględniejszą,   niż   to   naprawdę   miało   miejsce,   a   przecież   i   tak   główne   drzwi   domu 

Placidy Linero, zostały całkowicie zdemolowane ostrzami  noży i  trzeba było je naprawić z 

funduszy publicznych. W areszcie śledczym w Riohacha, gdzie przebywali przez trzy lata w 

oczekiwaniu na rozprawę, nie mieli bowiem czym  opłacić kaucji, by uzyskać  zwolnienie 

warunkowe, aresztanci o najdłuższym stażu wspominali ich dobry charakter, ich towarzyską 

naturę,   ale   nigdy   nie   dostrzegli   w   nich   jakichkolwiek   oznak   skruchy.   Pomimo   to   fakty 

świadczyłyby, iż bracia Vicario nie uczynili niczego, co byłoby niezbędne, by zabić Santiago 

Nasara znienacka i bez publicznego rozgłosu, a wprost przeciwnie, zrobili o wiele więcej, niż 

można było sobie wyobrazić, aby ktoś uniemożliwił im morderstwo, lecz nie zdołali tego 

osiągnąć.

Zgodnie z tym, co powiedzieli mi wiele lat później, zaczęli od szukania go w domu 

Marii Alejandriny Cervantes, gdzie byli razem z nim do drugiej. Ten fakt, jak i wiele innych, 

nie znalazł się w aktach śledztwa. W rzeczywistości Santiago Nasara nie było już tam o tej 

godzinie, kiedy to ponoć, jak sami zeznali, poszli tam po niego, wyszliśmy bowiem, by obejść 

miasteczko z naszymi serenadami; w każdym razie nieprawdą było, że tam poszli. „Na pewno 

by już stąd nie wyszli - powiedziała mi Maria Alejandrina Cervantes i znając ją dobrze nigdy 

w  to nie  wątpiłem.  Poszli  za to  do lokalu Clotilde  Armenta,  by tam  na niego  zaczekać, 

background image

aczkolwiek wiedzieli, że tamtędy może przejść połowa miasteczka, ale nie Santiago Nasar. 

„Był to jedyny otwarty lokal” - zeznali sędziemu śledczemu. „Wcześniej czy później musiał 

się tam znaleźć” - powiedzieli mi po uwolnieniu. A przecież wszyscy wiedzieli, że główne 

drzwi od domu Placidy Linero były zawsze zaryglowane od środka, nawet w ciągu dnia, i że 

Santiago Nasar nigdy nie rozstawał się z kluczami od tylnego wejścia. I rzeczywiście tym 

wejściem wrócił do domu, gdy bliźniacy Vicario już od godziny czekali na niego z drugiej 

strony, a jeżeli później, udając się na powitanie biskupa wyszedł drzwiami od strony placu, to 

uczynił to z pobudek tak niespodziewanych, iż nawet sam sędzia śledczy nie potrafił tego 

zrozumieć.

Nigdy nie było śmierci bardziej zapowiedzianej. Po ujawnieniu przez siostrę imienia 

winnego, bliźniacy Vicario udali się do chlewu, gdzie trzymali komplet narzędzi rzeźniczych 

i wybrali dwa najlepsze noże: jeden do ćwiartowania, o długości dziesięciu cali i szerokości 

dwa i pół cala, drugi zaś do czyszczenia, o długości siedmiu cali i szerokości półtora cala. 

Owinęli   noże   w   szmaty   i   poszli   je   naostrzyć   na   targ   mięsny,   gdzie   dopiero   co   zaczęto 

otwierać   niektóre   kramiki.   Niewielu   było   pierwszych   klientów,   jednak   dwadzieścia   dwie 

osoby   zeznały,   iż   słyszały   każde   słowo   wypowiedziane   przez   braci,   i   wszyscy   zgodnie 

potwierdzili swe wrażenia, że jedynym zamiarem obu braci było wypowiedzieć je tak, by 

wszyscy słyszeli. Faustino Santos, rzeźnik zaprzyjaźniony z nimi, zobaczył obu, jak przyszli o 

trzeciej   dwadzieścia,   gdy   uruchamiał   właśnie   swoje   stoisko   z   podrobami,   i   nie   potrafił 

zrozumieć,   dlaczego   przychodzą   w   poniedziałek,   i   to   tak   wcześnie,   do   tego   jeszcze   w 

ciemnych świątecznych garniturach. Przyzwyczajony był, że przychodzili zawsze w piątek, 

ale znacznie później i w skórzanych fartuchach, które zakładali na czas uboju. „Pomyślałem, 

że są tak pijani - powiedział mi Faustino Santos - że nie tylko pomyliła im się godzina, ale i 

dzień”. Przypomniał im, że jest poniedziałek.

- A któż by o tym nie wiedział, stary pierdoło - odpowiedział mu grzecznie Pablo 

Vicario. - Przyszliśmy tylko naostrzyć noże.

Naostrzyli je na kamieniu szlifierskim, tak jak to zawsze robili: Pedro podtrzymywał 

obydwa noże i na przemian przykładał je do ostrzałki. Pablo zaś kręcił korbką. Jednocześnie 

rozmawiali z resztą rzeźników o świetności i przepychu wesela. Co poniektórzy skarżyli się 

im, iż  nie otrzymali  swej porcji  tortu weselnego, mimo że są kolegami  po fachu, bracia 

przyrzekli więc, że tort zostanie im przysłany trochę później. Wreszcie dociskane do kamienia 

noże zaczęły śpiewać, a Pablo położy ł swój nóż pod lampą, tak by rozbłyskała jego stal.

- Idziemy zabić Santiago Nasara - powiedział.

Cieszyli się tak ugruntowaną opinią dobrodusznych chłopaków, że puszczano to mimo 

background image

uszu.   „Myśleliśmy,   że   to   pijackie   bredzenie”   -   zeznało   wielu   rzeźników,   podobnie   jak 

Victoria   Guzman   i   wielu   innych,   którzy   widzieli   ich   później.   Niejednokrotnie   pytałem 

rzeźników, czy ich zawód nie ujawnia predyspozycji do zabijania ludzi. Protestowali: „Kiedy 

bijesz zwierzę, nie masz odwagi spojrzeć mu w oczy”. Jeden z nich powiedział mi, że nie 

może jeść mięsa zwierzęcia, które sam ubił. Inny wyznał, że nie byłby w stanie zabić krowy, 

którą znałby wcześniej, tym bardziej jeśli pił jej mleko. Przypomniałem im, że bracia Vicario 

szlachtowali świnie hodowane przez siebie samych i że byli zżyci z nimi do tego stopnia, iż 

nazywali je po imieniu. „To prawda - odparł mi jeden z nich. - Ale proszę zauważyć, że nie 

nadawali  im ludzkich imion,  tylko  nazwy kwiatów”. Faustino Santos był  jedynym,  który 

dostrzegł cień prawdy w groźbach Pabla Vicario, i żartem zapytał go, dlaczego akurat mają 

zabijać Santiago Nasara, jeśli jest jeszcze tylu bogaczy, którzy bardziej zasługują na to, żeby 

umrzeć przed nim.

- Santiago Nasar wie, dlaczego - odpowiedział mu Pedro Vicario.

Faustino Santos opowiedział mi, że wątpliwości nadal go dręczyły i poinformował o 

tym   policjanta,   który   pojawił   się   nieco   później,   by   kupić   dla   alkada   na   śniadanie   funt 

wątróbki. Funkcjonariusz, zgodnie z tym, co podają akta, nazywał się Leandro Pornoy i zmarł 

w następnym roku, gdy podczas odpustu byk przebił mu rogiem żyłę szyjną. Nie miałem więc 

nigdy okazji, by z nim porozmawiać, niemniej Clotilde Armenta potwierdziła, że policjant był 

pierwszą osobą, która zjawiła się w jej sklepie, gdy bliźniacy już tam siedzieli i czekali.

Clotilde   Armenta   zastąpiła   właśnie   swego   męża   za   ladą.   Był   to   już   uświęcony 

zwyczaj. W sklepie sprzedawano o świcie mleko, a w ciągu dnia artykuły żywnościowe, zaś 

od szóstej po południu lokal przekształcał  się w bar. Clotilde Armenta otwierała sklep o 

trzeciej trzydzieści rano. Jej mąż, zacny don Rogelio de la Flor, zajmował się barem aż do 

jego zamknięcia. Tej nocy miał jednak tylu zabłąkanych z wesela klientów, iż poszedł spać 

już po trzeciej, w ogóle nie zamykając  sklepu, gdy Clotilde Armenta była już na nogach 

wcześniej niż zwykle, chciała bowiem uporać się z robotą przed przyjazdem biskupa.

Bracia Vicario weszli o czwartej dziesięć. O tej porze sprzedawano tylko żywność, ale 

Clotilde Armenta sprzedała im butelkę wódki z trzciny cukrowej, nie tylko dlatego, że ich 

lubiła, ale również dlatego, że była im wdzięczna za przysłanie porcji tortu weselnego. Wypili 

całą butelkę dwoma długimi pociągnięciami, lecz bez widocznych skutków. „Byli już całkiem 

ugotowani   -   powiedziała   mi   Clotilde   Armenta   -   i   nawet   nafta   nie   ścięłaby   ich   z   nóg”. 

Następnie zdjęli marynarki, powiesili je starannie na oparciach krzeseł i poprosili o drugą 

butelkę. Koszule mieli brudne od zaschniętego potu, a nie golony od wczoraj zarost nadawał 

im prostacki wygląd. Kolejną butelkę wypili już siedząc, powoli, uporczywie patrząc w stronę 

background image

stojącego po przeciwnej stronie placu domu Placidy Linero, w którego oknach nie świeciło 

się żadne światło. Największe okno balkonowe przylegało do sypialni Santiago Nasara. Pedro 

Vicario spytał Clotilde Armenta, czy widziała światło w tym oknie, a ona odpowiedziała, że 

nie, ale ciekawość ta wydała jej się dość dziwna.

- Stało mu się coś? - zapytała.

- Nie, nic - odpowiedział jej Pedro Vicario. - Tylko chcemy go zabić.

Była   to   odpowiedź   tak   spontaniczna,   iż   nie   mogła   uwierzyć   w   jej   szczerość. 

Dostrzegła jednak, że bliźniacy mieli dwa rzeźnickie noże owinięte w kuchenne szmaty.

- A można wiedzieć, dlaczego chcecie go zabić o tak wczesnej porze? - spytała.

- On wie, dlaczego - odparł jej Pedro Vicario. Clotilde Armenta przyjrzała im się 

poważnie. Znała ich tak dobrze, że potrafiła ich rozróżniać, szczególnie po powrocie Pedra 

Vicario z koszar. „Zachowywali się jak dzieciaki” - powiedziała mi. I myśl ta przeraziła ją, 

zawsze bowiem sądziła, że tylko dzieci są zdolne do wszystkiego. Skończyła więc zmywanie 

i przygotowywanie naczyń do mleka i poszła obudzić męża, by opowiedzieć, co się dzieje w 

sklepie. Don Rogelio de la Flor słuchał jej wpółprzytomny ze snu.

- Nie  bądź  kretynką  -  powiedział  jej  -  ci  dwaj   nie  zabiją  nikogo, a  tym  bardziej 

bogacza.

Kiedy   Clotilde   Armenta   wróciła   do   sklepu,   bliźniacy   rozmawiali   z   policjantem 

Leandro Pornoy, który przyszedł po mleko dla alkada. Nie słyszała, o czym mówili, ale po 

tym, jak wychodząc spojrzał na noże, wywnioskowała, że musieli mu zdradzić swe zamiary.

Pułkownik Lazaro Aponte wstał tuż przed czwartą. Skończył się właśnie golić, gdy 

policjant Leandro Pornoy ujawnił mu plany braci Vicario. Tej nocy położył kres już tylu 

przyjacielskim  sprzeczkom, iż nie spieszył się zbytnio,  by załagodzić  jeszcze jeden spór. 

Ubrał się spokojnie, wielokrotnie usiłując zawiązać muszkę, póki nie zrobił tego nienagannie, 

i powiesił sobie szkaplerz Sodalicji Mariańskiej na powitanie biskupa. Podczas śniadania, gdy 

jadł duszoną wątróbkę pokrytą plasterkami cebuli, żona, niezwykle podniecona, opowiedziała 

mu,   że   Bayardo   San   Roman   zwrócił   rodzicom   Angelę   Vicario,   ale   on   nie   przyjął   tej 

wiadomości równie dramatycznie.

- Mój Boże! - zakpił - co sobie biskup pomyśli. Nim skończył śniadanie, przypomniał 

sobie   jednak,   co   przed   chwilą   powiedział   mu   ordynans,   połączył   obydwie   informacje   i 

natychmiast odkrył, że pasowały do siebie niczym dwie części łamigłówki. Udał się wówczas 

na plac, kierując się tam przez ulicę nowego portu, gdzie z powodu wizyty biskupa domy 

zaczynały się budzić do życia. „Pamiętam z całą pewnością, że była prawie piąta i zaczynało 

padać” - powiedział mi pułkownik Lazaro Aponte. Po drodze zatrzymały go trzy osoby, by 

background image

donieść mu w sekrecie, że bracia Vicario czekają na Santiago Nasara, żeby go zabić, ale tylko 

jedna z nich potrafiła mu powiedzieć, gdzie są.

Odnalazł ich w sklepiku Clotilde Armenta. „Kiedy ich zobaczyłem, pomyślałem, że to 

najzwyklejsza fanfaronada - powiedział z właściwą sobie logiką - bo nie byli aż tak pijani, jak 

sądziłem”. Nie wybadał nawet ich rzeczywistych zamiarów, odebrał im jedynie noże i kazał 

pójść spać. Traktował ich z taką samą, sobie właściwą pobłażliwością, z jaką zbagatelizował 

przerażenie żony.

- Pomyślcie sobie - wytłumaczył im - co powie biskup, jak was zobaczy w takim 

stanie.

Poszli.   Clotilde   Armenta   poczuła   się   po   raz   któryś   z   rzędu   zawiedziona 

lekkomyślnością alkada, gdyż sądziła, iż powinien on aresztować braci do chwili wyjaśnienia 

prawdy. Pułkownik Aponte pokazał jej noże jako ostateczny argument.

- Już nie mają czym zabijać - stwierdził.

- To nie o to chodzi - odparła Clotilde Armenta. - Rzecz w tym, żeby uwolnić tych 

biednych chłopaków od strasznego obowiązku, jaki na nich spadł.

Przeczuła bowiem wszystko. Była przeświadczona, że bracia Vicario pragnęli nie tyle 

wykonać wyrok, co spotkać kogoś, kto zechciałby im w tym przeszkodzić. Ale pułkownik 

Aponte postąpił całkowicie zgodnie z własnym sumieniem.

-   Nie   aresztuję   nikogo   wyłącznie   na   podstawie   podejrzeń   -   powiedział.   -   Teraz 

pozostaje tylko ostrzec Santiago Nasara i daj nam Boże zdrowie.

Clotilde Armenta zawsze wspominała, że krępa postać pułkownika Aponte kojarzyła 

jej się z jakimś nieszczęściem, ja zaś pamiętam go jako człowieka szczęśliwego, choć nieco 

zdziwaczałego   wskutek   samotnych   praktyk   spirytualistycznych,   których   nauczył   się 

korespondencyjnie.   Zachowanie   pułkownika   w   tamten   poniedziałek   było   ostatecznym 

dowodem jego lekkomyślności. Prawdą jest, że zapomniał już o Santiago Nasarze, póki nie 

zobaczył go w porcie i wówczas pogratulował sobie podjęcia słusznej decyzji.

Bracia Vicario powiedzieli o swych zamiarach co najmniej kilkunastu osobom, które 

przyszły do sklepiku po mleko, te z kolei rozpowszechniły wiadomość przed szóstą w całym 

miasteczku.   Clotilde   Armenta   wydawało   się   wręcz   nieprawdopodobne,   by   w   domu 

naprzeciwko nic o tym nie wiedziano. Przypuszczała, że Santiago Nasara tam nie ma, gdyż 

nie zauważyła, by w jego sypialni zapaliło się światło, więc prosiła, kogo tylko mogła, by go 

ostrzegł,   gdziekolwiek   go   spotka.   Kazała   nawet   poinformować   ojca   Amadora   za 

pośrednictwem   pełniącej   służbę   nowicjuszki,   która   przyszła   po   mleko   dla   zakonnic.   Po 

czwartej, gdy zobaczyła  światła w kuchni domu Placidy Linero, posłała Victorii Guzman 

background image

ostatnią,   naglącą   wiadomość   przez   żebraczkę,   która   codziennie   przychodziła   prosząc   0 

odrobinę mleka. Kiedy zabuczał statek biskupa, prawie wszyscy już wstali, by zebrać się na 

molo, i niewielu z nas nie wiedziało, że bliźniacy Vicario czekają na Santiago Nasara, żeby 

go zabić, a wówczas już i przyczyny były znane w najdrobniejszych szczegółach.

Clotilde Armenta nie skończyła jeszcze sprzedaży mleka, gdy bracia Vicario wrócili z 

dwoma innymi  nożami, owiniętymi  w gazety. Jeden z nich służył do ćwiartowania, miał 

twarde, oksydowane ostrze o długości dwunastu i szerokości trzech cali i został zrobiony 

przez   Pedra   Vicario   z   piły,   w   okresie   gdy   z   powodu   wojny   nie   docierały   do   nas   noże 

niemieckie. Drugi był krótszy, ale szeroki i zakrzywiony. Sędzia śledczy narysował go w 

aktach,   być   może   dlatego,   że   nie   potrafił   go   opisać,   gdyż   odważył   się   tylko   na   ryzyko 

porównania   go   do   zminiaturyzowanego   jatagana.   Tymi   właśnie   najzwyklejszymi,   często 

używanymi nożami popełniono zbrodnię.

Faustina  Santos nie mógł  zrozumieć,  co się właściwie  stało. „Przyszli  jeszcze  raz 

naostrzyć noże - powiedział mi - i znów zaczęli się wydzierać, tak żeby ich dobrze słyszano, 

że   flaki   wyprują   Santiago   Nasarowi,   pomyślałem   więc,   że   sami   sobie   dodają   animuszu, 

przede wszystkim dlatego, że nie przyjrzałem się nożom i pomyślałem, że to te same”. Tym 

razem jednak Clotilde Armenta spostrzegła, w chwili gdy zobaczyła  ich wchodzących do 

sklepu po raz drugi, że nie są już tak zdeterminowani jak przedtem.

Prawda zaś była taka, że doszło między nimi do pierwszego konfliktu. Różnili się 

bowiem   nie   tylko   zachowaniem   w   stopniu   znacznie   większym,   niż   wynikałoby   to   z   ich 

fizycznego podobieństwa, ale w sytuacjach trudnych ich charaktery były krańcowo odmienne. 

Będąc ich przyjaciółmi spostrzegliśmy to już w szkole podstawowej. Pablo Vicario, o sześć 

minut starszy od brata, aż do pełnoletności odznaczał się większą energią i wyobraźnią. Pedro 

Vicario zawsze wydawał się bardziej uczuciowy, a tym samym bardziej despotyczny. Gdy 

ukończyli dwadzieścia lat, stawili się razem przed komisją poborową i Pablo Vicario został 

zwolniony, by mógł utrzymywać rodzinę. Pedro Vicario przez jedenaście miesięcy odbywał 

służbę   w   patrolach   żandarmerii.   Wojskowy   rygor,   zaostrzony   strachem   przed   śmiercią, 

pogłębił  jego  skłonność  do rządzenia  i  zwyczaj  decydowania   za  swego  brata.  Wrócił  do 

cywila z sierżancką rzeżączką, która zniosła najbrutalniejsze metody wojskowej medycyny, 

zastrzyki   z   arszeniku   i   dezynfekcje   z   nadmanganianu   potasu   doktora   Dionisio   Iguarana. 

Zdołano go wyleczyć dopiero w więzieniu. My wszyscy, jego przyjaciele, byliśmy zgodni, że 

Pablo Vicario popadł nagle w dziwną zależność od młodszego brata, kiedy Pedro Vicario 

wrócił nabywszy koszarowych manier i nawyku unoszenia koszuli, by każdemu, kto chciał, 

pokazać bliznę po sączku na lewym boku. Wreszcie Pablo zaczął odczuwać rodzaj fascynacji 

background image

rzeżączką prawdziwego mężczyzny,  z którą jego brat obnosił się niczym  z odznaczeniem 

wojennym.

To Pedro Vicario - jak sam zeznał - podjął decyzję co do zabicia Santiago Nasara, jego 

brat zaś z początku jedynie mu towarzyszył. Ale również to on był raczej skłonny uznać 

obowiązek za spełniony, z chwilą gdy alkad ich rozbroił, i wówczas to Pablo Vicario przejął 

dowództwo. Żaden z nich nie wspominał o tym konflikcie w swych zeznaniach składanych 

osobno sędziemu śledczemu. Pablo Vocario potwierdził mi wielokrotnie, że z wielkim trudem 

przyszło mu przekonać brata do ostatecznego rozwiązania. Być może był to w rzeczywistości 

tylko   krótkotrwały   objaw   paniki,   faktem   jest   jednak,   że   Pablo   Vicario   sam   wszedł   do 

chlewika po następne noże, podczas gdy jego brat konał z bólu usiłując kropla po kropli 

wysikać się pod tamarydowcami. „Mój brat nigdy nie rozumiał, co to znaczy - powiedział mi 

Pedro   Vicario   podczas   naszej   ostatniej   rozmowy.   -   To   było   tak,   jakbyś   sikał   drobno 

potłuczonym szkłem”. Gdy Pablo Vicario wrócił z nożami, zastał go wciąż obejmującego 

drzewo. „Był oblany zimnym potem - powiedział mi - i próbował powiedzieć, żebym poszedł 

sam, bo on nie czuje się na siłach, żeby kogokolwiek zabijać”. Usiadł na jednym ze specjalnie 

zbitych   stołów   ustawionych   na   wesele   pod   drzewami,   i   spuścił   spodnie   do   kolan.   „Co 

najmniej przez pół godziny zmieniał gazę, którą owijał sobie kutasa” - powiedział mi Pablo 

Vicario.   W   rzeczywistości   nie   trwało   to   dłużej   niż   dziesięć   minut,   ale   było   to   coś   tak 

niezrozumiałego i tajemniczego dla Pabla Vicario, że uznał to za następny wybieg brata, by 

zyskać na czasie i doczekać świtu. Wsadził mu więc nóż do ręki i niemal siłą wywlókł na 

ulicę by pomścić utraconą cześć siostry.

- Nie ma wyjścia - powiedział mu - to tak jakby się nam to już zdarzyło.

Ujadały za nimi psy podwórzowe, gdy z nie owiniętymi nożami wychodzili drzwiami 

od chlewika. Zaczynało świtać. „Nie padało” - wspominał Pablo Vicario. „Wprost przeciwnie 

- wspominał Pedro - od morza wiał wiatr i jeszcze można było palcem policzyć gwiazdy”. 

Wiadomość już się tak wówczas rozniosła, że gdy Hortensja Baute otworzyła drzwi, właśnie 

w chwili gdy przechodzili obok jej domu, jako pierwsza w miasteczku opłakała Santiago 

Nasara.   „Myślałam,   że   już   go   zabili   -   powiedziała   mi   -   bo   zobaczyłam   noże   w   świetle 

wschodzącego   słońca   i   wydawało   mi   się,   że   spływa   z   nich   krew”.   Jednym   z   niewielu 

otwartych na tej odludnej ulicy domów był dom Prudencii Cotes, narzeczonej Pabla Vicario. 

Bliźniacy, zawsze gdy przechodzili tamtędy o tej porze, zwłaszcza w piątki, kiedy szli na targ, 

wstępowali,   żeby   napić   się   pierwszej   porannej   kawy.   Gdy   pchnęli   drzwi   od   podwórza 

natychmiast opadły ich psy, które rozpoznały ich w półmroku świtu. Wchodząc do kuchni 

pozdrowili matkę Prudencii Cotes. Kawy jeszcze nie było.

background image

- Przyjdziemy później - powiedział Pablo Vicario - teraz się spieszymy.

- Wyobrażam sobie, synkowie - odpowiedziała - honor nie czeka.

Mimo to poczekali  i właśnie wówczas  Pedro Vicario  pomyślał,  że brat specjalnie 

zwleka. Gdy pili już kawę, do kuchni weszła Prudencia Cotes w całej pełni swej młodości, z 

plikiem starych gazet, by w piecu rozpalić ogień. „Wiedziałam już, do czego się szykują - 

powiedziała mi - i nie tylko się z nimi całkowicie zgadzałam, ale nigdy nie wyszłabym za 

Pabla, gdyby w tym momencie nie zachował się jak mężczyzna”. Nim opuścili kuchnię, Pablo 

Vicario  wziął  od niej  dwie gazety i  jedną dał  bratu  do owinięcia  noża. Prudencia  Cotes 

zaczekała w kuchni, póki nie zobaczyła, że wychodzą drzwiami od podwórza, i tak czekała, 

bez chwili wahania, przez trzy lata, póki Pablo Vicario nie wyszedł z więzienia i nie został jej 

mężem na całe życie.

- Uważajcie na siebie - powiedziała im. Clotilde Armenta nie bez racji sądziła więc, że 

bliźniacy nie mieli tej samej determinacji co przedtem, toteż podała im butelkę dziewanny z 

nadzieją, że tym ich dobije. „Tego dnia zdałam sobie sprawę - powiedziała mi - jak bardzo 

my, kobiety, jesteśmy na świecie osamotnione!” Pedro Vicario poprosił ją, by pożyczyła mu 

mężowskie przybory do golenia, przyniosła mu więc pędzelek, mydło,  wiszące lusterko i 

maszynkę z nową żyletką, ale on ogolił się nożem do ćwiartowania. Clotilde Armenta uznała 

to za zbyt już ekstrawagancki gest silnego mężczyzny.  „Wyglądał jak czarny charakter” - 

wspominała. On jednak wytłumaczył mi wiele lat potem, i rzeczywiście była to prawda, że w 

koszarach nauczył się używać brzytwy i już nigdy później nie potrafił się golić inaczej. Jego 

brat z kolei ogolił się w sposób znacznie prostszy, maszynką pożyczoną od don Rogelia de la 

Flor. ~Wreszcie w milczeniu sięgnęli do butelki i wypili ją bardzo wolno, z tępym wyrazem 

twarzy osób przebudzonych o świcie wpatrzeni w ciemne okno naprzeciwko, nie zwracając 

uwagi na wchodzących pozornych klientów kupujących bez potrzeby mleko i pytających o 

nie   istniejące   artykuły   żywnościowe   z  zamiarem  przekonania  się,   czy  to   aby  prawda,  że 

czekają na Santiago Nasara, żeby go zabić.

Braciom Vicario nie było dane zobaczyć świateł w tym oknie. Santiago Nasar wrócił 

do domu o czwartej dwadzieścia, ale żeby dojść do sypialni, nie musiał on zapalać żadnego 

światła,   lampka   na   schodach   paliła   się   bowiem   przez   całą   noc.   W   ubraniu   rzucił   się   w 

ciemnościach na łóżko, bo została mu tylko godzina na sen, i tak leżącego zastała Victoria 

Guzman, gdy weszła na górę, by obudzić go w związku z przyjazdem biskupa. Byliśmy 

razem   w   domu   Marii   Alejandriny   Cervantes   do   momentu,   kiedy,   już   po   trzeciej,   sama 

odprawiła muzyków  i zgasiła światło na patio przeznaczonym  do tańców, jej Mulatki od 

płatnych rozkoszy mogły wreszcie udać się na spoczynek. Pracowały bez chwili przerwy już 

background image

trzeci dzień i trzecią noc, wpierw opiekując się potajemnie wszystkimi honorowymi gośćmi, a 

później już jawnie i na całego nami wszystkimi, weselnymi niedobitkami. Maria Alejandrina 

Cervantes, o której zwykliśmy mówić, że uda się jej zasnąć na dobre dopiero po śmierci, była 

najelegantszą i najczulszą kobietą, jaką kiedykolwiek poznałem, a zarazem najusłużniejszą w 

łóżku, ale i najbardziej bezwzględną. Urodziła się i wychowywała tutaj, w domu o otwartych 

drzwiach, z dużą ilością pokoi do wynajęcia i ogromnym patiem do tańca, nad którym wisiały 

lampiony z tykw zakupione w chińskich sklepikach w Paramaribo. To ona pozbawiła cnoty 

całe moje pokolenie. Nauczyła  nas o wiele  więcej, niż powinniśmy wiedzieć, ale przede 

wszystkim nauczyła nas, że nie ma smutniejszego miejsca na świecie niż puste lóżko. Gdy 

Santiago Nasar ujrzał ją po raz pierwszy, stracił głowę. Ostrzegałem  go: sokół, który na 

wojowniczą   czaplę   spada,   sam   się   naraża.   Ale   nie   usłuchał   mnie,   oszołomiony 

chimerycznymi   gwizdami   Marii   Alejandriny   Cervantes.   Była   jego   niepohamowaną 

namiętnością,   panią   nauczycielką   jego   łez   piętnastolatka,   póki   Ibrahim   Nasar   pasem   nie 

wyrzucił go z jej łóżka i nie zamknął na ponad rok w „Divino Rostro”. Od tej chwili związani 

byli uczuciem poważnym, ale pozbawionym chaosu miłości, ona zaś odczuwała dla niego tyle 

szacunku, że już nigdy nie poszła z innym do łóżka w jego obecności. Podczas tych ostatnich 

wakacji żegnała się z nami dosyć wcześnie pod nieprawdopodobnym u niej pretekstem, że 

jest   już   zmęczona,   pozostawiała   jednak   nie   zaryglowane   drzwi   i   w   korytarzu   zapaloną 

lampkę, bym mógł tam po kryjomu wrócić.

Santiago Nasar miał magiczny niemal talent i zamiłowanie do przebieranek, a jego 

ulubioną   zabawą   było   całkowite   przebieranie   Mulatek.   Plądrował   garderoby   jednych,   by 

przebrać pozostałe, póki wszystkie nie poczuły się zupełnie inne od samych siebie, tożsame 

zaś z tymi, którymi nie były. Kiedyś jedna z nich ujrzała się odtworzona w innej Mulatce z 

tak uderzającym podobieństwem, że wpadła w histeryczny płacz. „Poczułam się tak, jakbym 

wyszła   ze   zwierciadła”   -   powiedziała.   Ale   tamtej   nocy   Maria   Alejandrina   Cervantes   nie 

pozwoliła, by Santiago Nasar po raz ostatni dał folgę swoim sztuczkom, a posłużyła się tak 

błahymi   pretekstami,   iż   gorzki   smak   tego   wspomnienia   całkowicie   odmienił   jej   życie. 

Wzięliśmy więc ze sobą muzyków, by towarzyszyli naszym serenadom, i bawiliśmy się dalej 

na własny rachunek, gdy tymczasem bliźniacy Vicario czekali już na Santiago Nasara, żeby 

go zabić. To on, tuż przed czwartą, wpadł na pomysł, byśmy wyszli na wzgórze wdowca 

Xius, by odśpiewać coś młodej parze.

Nie tylko odśpiewaliśmy pod ich oknami, ale w ogrodach wystrzeliliśmy również race 

i petardy, nie dostrzegliśmy jednak w domu żadnego znaku życia. Nie przyszło nam nawet na 

myśl, że w środku może nikogo nie być, przede wszystkim dlatego, że przy drzwiach stał 

background image

nowy   samochód   z   dachem   jeszcze   złożonym,   przystrojony   satynowymi   wstążkami   i 

wiązankami kwiatów pomarańczy z parafiny, którymi obwieszono nowożeńców na weselu. 

Mój   brat   Luis   Enrique,   w   owych   czasach   grający   na   gitarze   jak   profesjonalista, 

zaimprowizował   na   cześć   młodej   pary   piosenkę   o   małżeńskich   niesnaskach.   Dotąd   nie 

padało. Wprost przeciwnie, księżyc świecił pośrodku nieba, powietrze było przezroczyste, a 

na  dnie przepaści  widać  było  poblask błędnych  ogników na cmentarzu.  Z drugiej  strony 

widoczne   były   plantacje   bananowe,   niebieskie   w   świetle   księżyca,   smutne   bagniska   i 

fosforyzująca   linia  Morza  Karaibskiego  na  horyzoncie:  Santiago   Nasar  pokazał pulsujące 

światło   na   morzu   i   powiedział   nam,   że   jest   to   udręczona   dusza   statku   do   przewozu 

niewolników, który zatonął z ładunkiem Murzynów z Senegalu przy dużym wejściu do portu 

Cartagena de Indias. Nie sposób było w ogóle wyobrazić sobie, by odczuwał jakieś wyrzuty 

sumienia, chociaż nie wiedział wówczas, że efemeryczne życie małżeńskie Angeli Vicario 

zakończyło się dwie godziny temu. Bapardo San Roman odprowadził ją do domu rodziców na 

piechotę, by warkot silnika nie ujawnił jego nieszczęścia przed czasem, a teraz znów był sam 

przy zgaszonych światłach w szczęśliwej chatce wdowca Xius.

Kiedy   zeszliśmy   ze   wzgórza,   mój   brat   zaprosił   wszystkich   na   smażone   ryby   do 

kramików na targowisku, ale Santiago Nasar odmówił, chciał bowiem do chwili przyjazdu 

biskupa przespać się z godzinę. Poszedł z Cristo Bedoyą brzegiem rzeki, nie opodal ruder w 

starym porcie, gdzie zaczęty już się zapalać światła, i zanim skręcił za róg, pomachał nam 

ręką na pożegnanie. Widzieliśmy go ostatni raz.

Cristo Bedoya, z którym umówił się na spotkanie w porcie, pożegnał się z nim przy 

tylnych drzwiach jego domu. Psy obszczekały Santiago Nasara, jak zwykle, gdy czuły, że 

wchodzi do domu, ale on uspokoił je, podzwaniając w półmroku kluczami. Victoria Guzman 

pilnowała ekspresu do kawy na palenisku, gdy przechodził przez kuchnię kierując się do 

środka mieszkania.

- Biały! - zawołała doń - zaraz będzie kawa. Santiago Nasar odpad, że wypije kawę 

później, i poprosił ją, by powiedziała Divinie Flor, że ma go obudzić o wpół do szóstej i 

przynieść mu ubranie na zmianę, takie samo jak to, które miał na sobie. W chwilę po jego 

wejściu   na   górę,   gdzie   poszedł   się   przespać,   Victoria   Guzman   otrzymała   wiadomość   od 

Clotilde Armenta za pośrednictwem proszącej o mleko żebraczki. O piątej trzydzieści spełniła 

polecenie,   by   go   obudzić,   ale   nie   posłała   Diviny   Flor,   tylko   sama   weszła   do   sypialni   z 

lnianym ubraniem, nie traciła bowiem żadnej okazji, by chronić swą córkę przed szponami 

tego bojara.

Maria Alejandrina Cervantes zostawiła drzwi domu nie zaryglowane. Pożegnałem się 

background image

z bratem, przeszedłem przez korytarz, gdzie spały zwinięte między tulipanami koty Mulatek, i 

bez pukania pchnąłem drzwi od sypialni. Światła były zgaszone, ale gdy tylko wszedłem, 

poczułem zapach ciepłej kobiety i ujrzałem w ciemnościach oczy bezsennej lamparcicy, a 

później zatraciłem świadomość samego siebie, do chwili kiedy zaczęły bić dzwony.

Wracając do domu, brat mój zaszedł do sklepu Clotilde Armenta po papierosy. Wypił 

tyle,  że jego wspomnienia  z tamtego spotkania były  zawsze dosyć mętne,  nie  zapomniał 

jednak   nigdy   piekielnego   trunku,   którym   poczęstował   go   Pedro   Vicario.   „To   był   czysty 

ogień” - powiedział mi. Pablo Vicario, który zaczynał przysypiać, gwałtownie obudził się, 

kiedy poczuł jego kroki, i pokazał mu nóż.

- Zabijemy Santiago Nasara - powiedział.

Mój  brat  nie  pamiętał  tego.  „Ale  nawet  gdybym   pamiętał,   to bym  nie  uwierzył  - 

powtarzał mi wielokrotnie. - Komu, do jasnej cholery, przyszłoby do głowy, że bliźniacy 

mogą   kogokolwiek   zabić,   tym   bardziej   nożem   przeznaczonym   do   świniobicia!”.   Później 

zapytali go, gdzie jest Santiago Nasar, bo widzieli ich razem, lecz mój brat nie zapamiętaj 

również własnej odpowiedzi. Clotilde Armenta i bracia Vicario byli jednak tak zdziwieni, gdy 

ją usłyszeli, że każdy z osobna przekazał ją w swych zeznaniach. Według nich mój brat 

powiedział:   „Santiago   Nasar   nie   żyje”.   Później   udzielił   episkopalnego   błogosławieństwa, 

potknął się o próg i zataczając się, wyszedł. Na środku placu minął się z ojcem Amadorem. 

Ten szedł już w stronę portu ubrany w szaty liturgiczne, za nim dzwoniący akolita i szereg 

pomocników   niosących   ołtarz   do   mszy   polowej,   którą   miał   odprawić   biskup.   Widząc 

przechodzącego księdza bracia Vicario przeżegnali się.

Clotilde Armenta opowiedziała mi, że stracili już wszelką nadzieję, kiedy proboszcz, 

nie zatrzymując się, minął jej dom. „Pomyślałam, że nie otrzymał mojej informacji”. Ojciec 

Amador wyznał mi jednak w wiele lat później, gdy odsunął się już od świata w posępnym 

Domu Zdrowia w Calafell, iż w rzeczywistości otrzymał wiadomość od Clotilde Armenta i 

inne alarmujące wieści, gdy szykował się do wyjścia do portu. „Prawdę mówiąc, po prostu 

nie wiedziałem, co robić - powiedział mi. - Wpierw pomyślałem, że to nie moja sprawa tylko 

władz cywilnych, ale później postanowiłem, że po drodze powiem coś Placidzie Linero”. 

Jednakże gdy przechodził przez plac, całkiem o tym zapomniał. „Musi to pan zrozumieć - 

powiedział - tego nieszczęsnego dnia miał być u nas biskup”. W chwili zbrodni poczuł się tak 

zrozpaczony   i   tak   haniebnie   winien,   że   nic   innego   nie   przyszło   mu   na   myśl,   jak   tylko 

rozkazać, by zadzwoniono na trwogę.

Mój brat Luis Enrique wszedł do domu drzwiami od kuchni, których moja matka nie 

zamykała, żeby ojciec nie zdawał sobie sprawy z tego, kiedy wracamy. Przed snem poszedł 

background image

do łazienki, ale siedząc na sedesie zasnął i kiedy mój brat Jaime wstał, żeby iść do szkoły, 

znalazł go leżącego z twarzą w miednicy i śpiewającego przez sen. Moja siostra zakonnica, 

która nie wybierała się na przywitanie biskupa, bo miała czterdziestostopniowego kaca, nie 

zdołała go obudzić. „Właśnie wybijała piąta, kiedy poszłam do łazienki” - powiedziała mi. 

Nieco   później,   kiedy   moja   siostra   Margot   poszła   wykąpać   się   przed   wyjściem   do   portu, 

zdołała z trudnością przenieść go do sypialni. Z drugiego brzegu snu, nie budząc się, usłyszał 

pierwsze   buczenie   statku   biskupa.   Następnie   zasnął   głęboko,   wykończony   weselem,   póki 

moja siostra zakonnica nie wpadła do sypialni usiłując w biegu założyć habit i nie obudziła go 

obłąkańczym krzykiem:

- Zabili Santiago Nasara!

Straszliwe   rany   od   noży   stanowiły   zaledwie   początek   bezlitosnej   autopsji,   do 

przeprowadzenia której został zmuszony ojciec Carmen Amador pod nieobecność doktora 

Dionisio Iguarana. „To było tak, jakbyśmy go, już zabitego, ponownie zabijali - powiedział 

mi były proboszcz w swym odosobnieniu w Calafell. - Ale to był rozkaz alkada, a rozkazy 

tego barbarzyńcy, nawet najgłupsze, trzeba było wypełniać”. Tylko po części miał rację. W 

zamieszaniu tego niedorzecznego poniedziałku pułkownik Aponte natychmiast skontaktował 

się   telegraficznie   z   gubernatorem   prowincji,   ten   zaś   zezwolił   mu   na   przeprowadzenie 

wstępnego postępowania, póki nie zostanie przysłany sędzia śledczy. Alkad, były  oficer nie 

posiadający żadnego doświadczenia w kwestiach prawnych, był jednak zbyt zarozumiały, by 

poradzić się kogokolwiek, od czego powinien byt zacząć. Przede wszystkim niepokoiła go 

autopsja.   Cristo   Bedoya,   student   medycyny,   zdołał   wymówić   się   ze   względu   na   bliską 

przyjaźń   z   Santiago   Nasarem.   Pułkownik   pomyślał,   że   ciało   można   do   powrotu   doktora 

Dionisio Iguarana przechować w lodówce, ale nie znalazł lodówki wielkości człowieka, a 

jedyna,   używana   na   targowisku,   która   mogłaby   pasować,   była   uszkodzona.   Ciało, 

wyciągnięte na wąskiej żelaznej pryczy, zostało wystawione na widok publiczny pośrodku 

salonu, póki nie przygotowano mu trumny bogacza. Z sypialni i niektórych sąsiednich domów 

przyniesiono wentylatory, było jednak tylu chętnych, by go zobaczyć, iż mimo wyniesienia 

mebli, klatek i donic paproci duchota była nie do wytrzymania. Poza tym trwogę potęgowały 

psy podekscytowane zapachem śmierci. Nie przestawały szczekać od chwili, kiedy wszedłem 

do domu, gdzie dogorywał jeszcze w kuchni Santiago Nasar, i natknąłem się na płaczącą 

histerycznie Divinę Flor, która machając sztabą odganiała psy.

- Proszę mi pomóc - krzyknęła do mnie - one chcą zeżreć wnętrzności.

background image

Zamknęliśmy je na kłódkę w stajniach. Placida Linero zarządziła później, by do czasu 

pogrzebu wyprowadzić je w odleglejsze miejsce. Około południa jednak, nie wiadomo, w jaki 

sposób, uciekły z miejsca swego zamknięcia i oszalałe wpadły do domu. Placida Linero po 

raz pierwszy straciła panowanie nad sobą.

- Zasrane psy! - krzyknęła. - Zabić je!

Rozkaz wypełniono natychmiast i w domu zaległa cisza. Stan ciała nie wzbudzał do 

tej pory żadnych obaw. Twarz pozostała nietknięta, miała ten sam wyraz, który Santiago 

przybierał, kiedy śpiewał, zaś Cristo Bedoya ułożył wnętrzności na swym miejscu i owinął 

ciało   płóciennym   bandażem.   Mimo   to   po   południu   z   ran   zaczęła   wypływać   ciecz,   która 

ściągnęła muchy; zaś wokół ust wystąpiła sina plama, rozrastając się powoli, niczym cień 

chmury na wodzie, po korzonki włosów. Zawsze pobłażliwa twarz nabrała wrogiego wyrazu, 

wobec  czego  matka  przykryła  ją   chustką.  Pułkownik  Aponte   zrozumiał  wówczas,  że   nie 

można  dłużej zwlekać,  i rozkazał ojcu  Amadorowi, by dokonał sekcji.  ;;Będzie znacznie 

gorzej,  jeśli  trzeba  go  będzie  odgrzebać  po  tygodniu”  -  powiedział.   Proboszcz   studiował 

medycynę i chirurgię w Salamance, ale wstąpił do seminarium nie ukończywszy tych studiów 

i nawet alkad wiedział, że autopsja pozbawiona jest jakiejkolwiek mocy prawnej. Mimo to 

kazał wypełnić polecenie.

Masakry dokonano w szkole publicznej przy pomocy aptekarza, który notował wyniki, 

i   studenta   pierwszego   roku   medycyny,   przebywającego   właśnie   tutaj   na   wakacjach. 

Dysponowali   jedynie   niektórymi   narzędziami   małej   chirurgii,   resztę   stanowiły   przybory 

rzemieślnicze. Pomijając rzeź, jakiej dopuścił się na zwłokach ojciec Amador, jego raport 

zdawał   się   być   poprawny,   sędzia   śledczy   załączył   go   więc   do   akt,   uznawszy   jego 

użyteczność.

Z wielu zadanych ran siedem było śmiertelnych. Wątroba, w wyniku dwóch głębokich 

pchnięć od strony przedniej, była niemal przecięta. Denat miał cztery nacięcia w żołądku, a 

jedno z nich tak głębokie, że przeszyło żołądek całkowicie i zniszczyło trzustkę. Poza tym 

miał sześć mniejszych cięć w okrężnicy poprzecznej i wiele ran w jelicie cienkim. Jedyne, 

które miał zadane od strony pleców na wysokości trzeciego kręgu lędźwiowego, przecięło 

prawą nerkę. Jamę brzuszną zalegały duże sople krwi, a spośród bagniska treści pokarmowej 

żołądka   wynurzył   się  medalik   Najświętszej   Panny  z   Góry   Karmel,   który  Santiago   Nasar 

połknął   mając   cztery  lata.   Na  klatce   piersiowej   widoczne   były   dwie   perforacje:   jedna   w 

drugiej komorze międzyżebrowej prawej, docierająca do płuc, a druga bardzo blisko lewej 

pachy. Poza tym miał sześć mniejszych ran na ramionach i rękach i dwa cięcia poprzeczne: 

jedno na prawym udzie, a drugie na mięśniach brzucha. Na prawej dłoni było widać głębokie 

background image

ukłucie. Raport mówi: „Podobne było do stygmatu Ukrzyżowanego”. Mózgowie ważyło o 

sześćdziesiąt gramów więcej niż u normalnego Anglika, a ojciec Amador zapisał w raporcie, 

że   Santiago   Nasar   odznaczał   się   wysokim   stopniem   inteligencji   i   miał   olśniewającą 

przyszłość   przed   sobą.   Pomimo   to   w   końcowej   nocie   stwierdził   hipertrofię   wątroby, 

przypisując ją źle leczonemu zapaleniu. „To znaczy - powiedział mi - że mimo wszystko 

pozostało   mu   niewiele   lat   życia”.   Doktor   Dionisio   Iguaran,   który   rzeczywiście   leczył 

Santiago Nasarowi owo zapalenie, gdy ten miał dwanaście lat, oburzał się na wspomnienie 

owego orzeczenia: „To tylko ksiądz mógł być takim durniem - powiedział mi. - Nie było 

sposobu, żeby w końcu zrozumiał, że my cv tropikach mamy o wiele większe wątroby niż 

Hiszpanie”.   Raport   kończył   się   konkluzją,   że   przyczyną   śmierci   byk   silny   krwotok 

spowodowany którąkolwiek z siedmiu większych ran.

Oddali nam nie to samo ciało. Połowa czaszki została zdruzgotana przy trepanacji, a 

twarz uwodziciela, którą śmierć zachowała, teraz straciła swą tożsamość. Poza tym proboszcz 

wyrwał jednym szarpnięciem poćwiartowane trzewia i w końcu nie wiedząc, co z tym zrobić, 

udzielił   im   z   wściekłości   błogosławieństwa   i   wyrzucił   do   kubka   na   śmieci.   Ostatnim 

ciekawskim   zaglądającym   przez   okna   nie   starczyło   już   w   tym   momencie   odporności, 

pomocnik   zemdlał,   a   pułkownik   Lazaro   Aponte,   który   widział   i   sam   był   sprawcą   wielu 

masakr dokonanych w celach represyjnych, przeistoczył się w końcu swoich dni nie tylko w 

spirytystę,   ale   i   w   wegetarianina.   Pusta   skorupa   zwłok,   nafaszerowana   szmatami   i 

niegaszonym  wapnem, zszyta  byle  jak pospolitym  szpagatem i igłami do szycia worków, 

niemal się rozpadła, kiedy składaliśmy ją w nową trumnę wyściełaną pikowanym jedwabiem. 

„Myślałem,   że   tak   dłużej   przetrwa”   -   powiedział   ojciec   Amador.   Stało   się   na   odwrót: 

musieliśmy pogrzebać go szybko o świcie, zwłoki były już bowiem w takim rozkładzie, iż nie 

można było znieść ich dłużej wewnątrz domu.

Świtał mętny wtorek. Nie miałem odwagi spać samotnie po tak przygnębiającym dniu, 

pchnąłem więc drzwi domu Marii Alejandry Cervantes, chcąc sprawdzić, czy nie zasunęła 

zamka. Na drzewach paliły się lampiony z tykw, a na podwórzu przeznaczonym do tańców 

płonęło kilka drewnianych stosów pod olbrzymimi dymiący mi saganami, w których Mulatki 

farbowały w żałobnej czerni swoje suknie weselne. Marię Alejandrinę Cervantes zastałem 

obudzoną jak zwykle o świcie i całkowicie nagą, jak zwykle gdy w domu nie było obcych. 

Siedziała po turecku na królewskim łóżku przed babilońskim półmiskiem pełnym jedzenia: 

cielęcych kotletów, ugotowanej kury, schabu i dodatków, bananów i jarzyn, w ilościach, które 

starczyłyby  na pięć osób.  Potrafiła  rozpaczać jedynie  w ten sposób - jedząc bez umiaru, 

pierwszy  raz   jednak   widziałem,   by   robiła   to   z   taką   trwogą.   Położyłem   się   obok   niej,   w 

background image

ubraniu, zaledwie coś bąknąwszy i również płacząc na swój sposób. Myślałem o Santiago 

Nasarze i okrucieństwie jego losu, który kazał sobie zapłacić za dwadzieścia lat szczęścia nie 

tylko śmiercią, ale i poćwiartowaniem ciała, jego rozrzuceniem i unicestwieniem. Śniłem, że 

do pokoju weszła kobieta z dziewczynką na ręku, żarłocznie chrupiącą ziarna kukurydzy, 

które   wpół   zgryzione   spadały   na   gorset.   Kobieta   powiedziała   mi:   „Ona   je   gryzie,   jakby 

chciała i nie mogła w żaden sposób”. Nagle poczułem łapczywe palce rozpinające mi guziki 

od   koszuli;   poczułem   niebezpieczny   zapach   miłosnej   bestii   leżącej   za   moimi   plecami; 

poczułem, że zanurzam się w rozkoszach  ruchomych  piasków jej miłości.  Ale raptownie 

powstrzymała się, zakasłała z daleka i wyśliznęła się z mojego życia.

-   Nie   mogę   -   powiedziała   -   śmierdzisz   nim.   Nie   tylko   ja.   Owego   dnia   wszystko 

śmierdziało Santiago Nasarem. Bracia Vicario poczuli to w areszcie, w którym osadził ich 

alkad do czasu podjęcia decyzji co do ich dalszego losu. „Choć szorowałem się i szorowałem 

mydłem i gąbką, nie mogłem zmyć z siebie tego smrodu” - powiedział mi Pedro Vicario. Nie 

spali już trzy noce, ale mimo to teraz też nie mogli odpocząć, bo gdy tylko zaczęli zasypiać, 

znów popełniali zbrodnię. Pablo Vicario, już niemal u progu starości, usiłując wytłumaczyć 

mi swój stan w owym nie kończącym się dniu, powiedział mi nie zastanawiając się: „To było 

tak, jakby być podwójnie obudzonym”. Wtedy zrozumiałem, że w areszcie najtrudniejsza do 

zniesienia musiała być dla nich jasność umysłu.

Cela miał trzy metry szerokości, bardzo wysokie okno z żelaznymi kratami, polowy 

sedes, umywalkę z miednicą i dzbanem i dwie prycze zasłane matami. Pułkownik Aponte, 

pod którego kierunkiem ją wybudowano, zwykł mawiać, że nigdy nie było bardziej ludzkiego 

hotelu. Mój brat Luis Enrique podzielał ten sąd, pewnej nocy aresztowano go bowiem za 

bójkę   między   muzykantami,   alkad   zaś   pozwolił   z   litości,   by   towarzyszyła   mu   jedna   z 

Mulatek. Być może bracia Vicario pomyśleli to samo o ósmej rano, kiedy poczuli się ocaleni 

przed   Arabami.   W   tym   momencie   utrzymywała   ich   przy   siłach   duma   ze   spełnienia 

obowiązku, a niepokoiła jedynie trwałość woni. Poprosili o dużą ilość wody, szarego mydła i 

gąbki, by zmyć krew z rąk i z twarzy, a także uprać koszule, nie zdołali jednak odpocząć. 

Pedro   Vicario   poprosił   również   o   swoje   środki   przeczyszczające   i   moczopędne   oraz 

opakowanie gazy wyjałowionej, by móc zmienić sobie opatrunek, a rano zdołał nawet dwa 

razy oddać mocz. Mimo to z upływem dnia było im coraz trudniej, tak iż zapach zszedł na 

drugi plan. O drugiej po południu, kiedy to mogła ich wreszcie powalić senność upału, Pedro 

Vicario był  tak zmęczony,  że nie mógł już wytrzymać  leżenia na łóżku, to samo jednak 

zmęczenie nie pozwalało mu ustać. Ból w pachwinie promieniował aż po szyję, nie mógł 

oddać moczu i opanowała go przerażająca pewność, że nie zaśnie już do końca życia. „Nie 

background image

spałem jedenaście miesięcy” - powiedział mi, i znałem go na tyle dobrze, by być pewnym, że 

nie kłamie. Nie mógł jeść nic. Pablo Vicario zaś spróbował wszystkiego, co mu przyniesiono, 

i   w   kwadrans   później   rozłożyła   go   cuchnąca   choleryna.   O   szóstej   po   południu,   gdy 

przeprowadzano jeszcze sekcję zwłok Santiago Nasara, alkad został wezwany na ratunek. 

Pedro Vicario był bowiem święcie przekonany, że brata otruto. „Wylała się ze mnie cała 

woda - powiedział mi Pablo Vicario - i owładnęła nami myśl, że to jakieś sztuczki Turków”. 

Do tej pory zalał już dwukrotnie sedes polowy, po czym strażnik musiał go jeszcze sześć razy 

prowadzić do ubikacji w radzie miejskiej. Tam właśnie zastał go pułkownik Aponte, gdy w 

szalecie   bez   drzwi,   pod   okiem   celującego   weń   strażnika,   wydalał   z   siebie   tak   obfite 

strumienie   wody,   iż   myśl   o   truciźnie   wcale   nie   wydawała   mu   się   aż   tak   absurdalna. 

Podejrzenie to natychmiast jednak odrzucono, gdy okazało się, iż spożył jedynie to jedzenie i 

wodę, które przysłała im Pura Vicario. Niemniej jednak zrobiło to na alkadzie takie wrażenie, 

że zabrał więźniów ze sobą do własnego domu, gdzie przetrzymywał ich pod specjalną strażą, 

póki nie przybył sędzia śledczy i nie przeniósł ich do aresztu w Riohacha.

Obawy bliźniaków zgodne były z nastrojami ulicy. Nie odrzucano myśli o zemście 

Arabów, ale nikt poza braćmi Vicario nie pomyślał o truciźnie. Sądzono raczej, że poczekają, 

aż zapadnie zmierzch, by wlać przez lufcik benzynę i spalić więźniów żywcem w areszcie. 

Ale   i   ten   domysł   był   zbyt   prosty   i   łatwy.   Arabowie   stanowili   wspólnotę   pokojowo 

nastawionych imigrantów, którzy w początkach wieku osiedlili się w najróżniejszych, nawet 

tych najdalszych i najbiedniejszych miasteczkach wybrzeża Morza Karaibskiego i pozostali 

już   tam,   sprzedając   kolorowe   gałganki   i   odpustową   tandetę.   Byli   ludem   zjednoczonym, 

pracowitym i religijnym. Żenili się między sobą, importowali swoją pszenicę, hodowali owce 

na podwórzach, uprawiali lebiodkę i bakłażany, a ich jedyną ślepą namiętnością byty karty. 

Starsi nadal mówili swym wiejskim arabskim przywiezionym z ojczystej ziemi, zachowując 

ten język w nietkniętym stanie nawet w drugim pokoleniu, najmłodsi jednak, z wyjątkiem 

Santiago Nasara, wysłuchiwali swych rodziców mówiących po arabsku, ale odpowiadali im 

już po hiszpańsku. Trudno więc było przypuścić, aby nagle mogli sprzeniewierzyć się swemu 

pasterskiemu usposobieniu chcąc pomścić śmierć, której winni mogliśmy być wszyscy.  Z 

kolei nikomu na myśl nie przyszła zemsta ze strony najbliższych  Placidy Linem, rodu w 

swoim   czasie,   póki   fortuna   im   sprzyjała,   tyle   władczego   co   wojowniczego,   który   zdołał 

spłodzić znacznie więcej niż dwóch knajpianych zabijaków, chronionych wdziękiem swego 

nazwiska.

Pułkownik Aponte, przejęty pogłoskami, odwiedził Arabów, każdą rodzinę z osobna, i 

okazało   się,   że   przynajmniej   tym   razem   wyciągnął   prawidłowe   wnioski.   Zastał   ich 

background image

zatrwożonych   i   smutnych,   przy   ołtarzykach   przybranych   symbolami   żałoby,   kilka   osób 

siedząc na podłodze płakało nawet rozdzierająco, ale nikt z nich nie nosił się z najmniejszym 

zamiarem zemsty.  Poranne reakcje były bezwiednym  odruchem po dokonanej dopiero co 

zbrodni i sami sprawcy przyznali, iż poza pobiciem nie doszłoby w żadnym wypadku do 

niczego   więcej.   Przeciwnie,   to   właśnie   Suseme   Abdala,   stuletnia   matrona,   poradziła,   by 

zastosować cudotwórczy wyciąg z kwiatów męczennicy i piołunu, który zatamował wreszcie 

cholerynę   Pabla   Vicario   otwierając   zarazem   ożywczy   strumień   u   jego   bliźniaka.   Pedro 

Vicario zapadł wówczas w bezsenną drzemkę, a wyleczony brat zapadł w swój pierwszy sen 

bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. W tym stanie zastała ich Pura Vicario we wtorek o 

trzeciej nad ranem, kiedy alkad przyprowadził ją, by mogła się z nimi pożegnać. Z inicjatywy 

pułkownika Aponte wyjechała cała rodzina, nawet najstarsze córki z mężami. Odjechali przez 

nikogo   nie   zauważeni,   pod   osłoną   znużenia   całego   miasteczka,   podczas   gdy   my,   jedyni, 

którzy byliśmy  w stanie . ustać  na nogach i nie spaliśmy po tym  nieodwracalnym  dniu, 

grzebaliśmy Santiago Nasara. wyjechali, by zgodnie z decyzją alkada powrócić wtedy, gdy 

uspokoją się nastroje, ale nie wrócili już nigdy. Pura Vicario swej oddanej z powrotem córce 

owinęła   twarz   chustą,   ażeby   nikt   nie   dostrzegł   śladów   pobicia,   i   ubrała   ją   w   krzykliwą 

czerwień, by nikomu nie przyszło na myśl, iż nosi żałobę po swym sekretnym kochanku. 

Przed wyjazdem poprosiła ojca Amadora, by wyspowiadał w więzieniu jej synów, ale Pedro 

Vicario odmówił i przekonał brata, że nie mają po czym wyrażać skruchy. Zostali sami i w 

dniu przetransportowania ich do Riohacha byli już tak przekonani o swych racjach, że nie 

chcieli,   by   wywożono   ich   nocą,   jak   uczyniono   to   z   rodziną,   lecz   w   biały   dzień   i   z 

podniesionymi   głowami.   Ojciec   Poncio   Vicario   niebawem   umarł.   „Zabiło   go   cierpienie 

moralne” - powiedziała mi Angela Vicario. Gdy bliźniacy zostali uwolnieni, zamieszkali w 

Riohacha,   dzień   drogi   od   Manaure,   gdzie   mieszkała   reszta   rodziny.   Tam   też   pojechała 

Prudencia Cotes, by wyjść za Pabla Vicario, który w warsztacie swego ojca wyuczył się 

zawodu i został jubilerem. Pedro Vicario, bez miłości i pracy, zgłosił się w trzy lata później 

do sił zbrojnych, dosłużył się stopnia sierżanta, by pewnego wspaniałego poranka razem ze 

swym oddziałem przedostać się, z piosenkami o kurwach na ustach, na terytorium opanowane 

przez partyzantkę, i tyle o nich słyszano.

Większość ludzi uważała, że ofiarą padł tylko jeden człowiek: Bayardo San Roman. 

Sądzono, że inni bohaterowie tragedii wypełnili z godnością, a nawet z pewną wzniosłością, 

tę   część   łaski,   której   udzieliło   im   życie.   Santiago   Nasar   odpokutował   zniewagę,   bracia 

Vicario   potwierdzili   swą   kondycję   prawdziwych   mężczyzn,   a   uwiedziona   siostra   znów 

odzyskała swą utraconą cześć. Jedynym,  który stracił wszystko, był Bayardo San Roman. 

background image

„Ten   biedny   Bayardo”,   jak   wspominano   go   przez   wiele   lat.   A   jednak   wszyscy   o   nim 

zapomnieli   aż   do   następnej   soboty,   po   zaćmieniu   księżyca,   kiedy   to   wdowiec   Xius 

opowiedział alkadowi, iż zobaczył jakieś świecące ptaszysko trzepocące nad jego dawnym 

domem i pomyślał, że to duch jego żony domaga się swej własności. Alkad uderzył się w 

czoło, co nie miało zresztą żadnego związku z przywidzeniem wdowca.

- Cholera! - krzyknął. - Zapomniałem o tym biednym człowieku.

Wszedł w eskorcie na wzgórze i zobaczył odkryty samochód obok domku i w sypialni 

samotne światełko, nikt mu jednak nie odpowiedział na jego wołania. Wobec tego wyważyli 

boczne   drzwi   i   przebiegli   wszystkie   pokoje   oświetlone   jeszcze   dogasającą   łuną   zachodu. 

„Wszystko   wyglądało   tak,   jakby   było   pod   wodą”   -   opowiedział   mi   alkad.   Bayardo   San 

Roman   leżał   nieprzytomny   na   łóżku,   a   wygląd   jego   nie   różnił   się   od  stanu,   w   jakim   w 

poniedziałek o świcie ujrzała go Pura Vicario, cały czas miał bowiem na sobie fantazyjne 

spodnie, jedwabną koszulę i tylko buty zdołał zrzucić. Na podłodze walały się puste butelki, 

przy łóżku zaś stało jeszcze więcej nie otwartych, nigdzie nie było jednak śladu jedzenia. 

„Znajdował   się   już   w   ostatnim   stadium   zatrucia   alkoholowego”   -   powiedział   mi   doktor 

Dionisio Iguaran, który natychmiast przybył na ratunek. Bayardo San Roman wrócił jednak 

po   kilku   godzinach   do   siebie   i   gdy   tylko   odzyskał   świadomość,   natychmiast   wyrzucił 

wszystkich z domu, obchodząc się z nimi możliwie najukładniej:

- Odpierdolcie się wszyscy - powiedział. - Łącznie z moim kochanym tatusiem i jego 

kombatanckimi jajami.

Alkad poinformował o tym epizodzie generała Petronio San Roman przytaczając bez 

najmniejszych   zmian   ostatnie   zdanie   w   telegramie   utrzymanym   w   alarmistycznym   tonie. 

Generał San Roman dosłownie widać odczytał  wolę swego syna,  zrezygnował bowiem z 

osobistego przyjazdu, wysyłając jedynie żonę z córkami i dwie starsze kobiety, które, zdaje 

się,   były   jego   siostrami.   Przypłynęły   statkiem   towarowym   z   rozpuszczonymi   z   boleści 

włosami i szczelnie aż po szyję okryte żałobą z powodu nieszczęścia Bayarda San Roman. 

Zanim zeszły na ląd, zdjęły pantofle, by następnie przejść boso całą drogę aż do wzgórza w 

parzącym pyle południa, wyrywając sobie włosy i zanosząc się tak rozdzierającym płaczem, 

iż zdawało się, że krzyczą z radości. Widziałem kondukt stojąc na balkonie Magdaleny Oliver 

i pamiętam, że pomyślałem, iż podobną rozpacz można było udawać tylko po to, by ukryć 

inne, większe hańby.

Pułkownik Lazaro Aponte towarzyszył im aż do stojącego na wzgórzu domu, gdzie 

nieco później wjechał na swym mule od nagłych wypadków doktor Dionisio Iguaran. Gdy 

zelżał   upał,   dwóch   funkcjonariuszy   władz   miejskich   zniosło   Bayarda   San   Roman   w 

background image

zawieszonym na drążku hamaku, okrytego kocem aż po głowę; w asyście żałobnych płaczek. 

Magdalena Oliver pomyślała, że nie żyje.

- Na jajca Trójcy świętej - krzyknęła po katalońsku. - Cóż za marnotrawstwo!

Alkohol znowu zwalił go z nóg. Nie sposób jednak było uwierzyć, że niosą żywego 

człowieka, jego prawe ramię wlokło się bowiem po ziemi, a przenoszone przez matkę na 

hamak natychmiast opadało pozostawiając ślad od skraju przepaści aż do pokładu statku. I to 

było ostatnie wrażenie, jakie nam po sobie zostawił: wspomnienie tego, który padł ofiarą.

W domu niczego nie ruszono. Penetrowałem tę posiadłość z moimi braćmi dość często 

podczas   naszych   nocnych   zabaw   wakacyjnych,   za   każdym   :razem   odnajdując   w 

opuszczonych pomieszczeniach coraz mniej cennych rzeczy. Kiedyś trafiliśmy na podręczną 

walizeczkę, o której przysłanie Angela Vicario prosiła swą matkę w noc poślubną, do jej 

odnalezienia jednak nie przywiązywaliśmy większego znaczenia. To, co zawierała, uznaliśmy 

za najzwyklejsze środki higieniczne i kobiece kosmetyki, a o ich rzeczywistym przeznaczeniu 

dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy Angela Vicario opowiedziała mi wiele lat później, na 

czym   polegały   rajfurskie   fortele,   których   ją   nauczono,   by   mogła   oszukać   męża.   Była   to 

jedyna  pamiątka, jaką zostawiła po sobie w pokojach, które były jej domem małżeńskim 

przez pięć godzin.

Po wielu latach, gdy wróciłem, by dotrzeć do ostatnich świadectw dla potrzeby tej 

kroniki,   nie   zachował   się   nawet   najmniejszy  ślad   szczęścia   Yolandy  de   Xius.   Wszystkie 

rzeczy, mimo ścisłego nadzoru pułkownika Lazaro Aponte, powoli zniknęły, nawet olbrzymia 

szafa o sześciu lustrach, którą cieśle z Mompox musieli złożyć wewnątrz domu, nie mieściła 

się   bowiem   w   drzwiach.   Wdowiec   Xius   był   początkowo   szczęśliwy,   sądząc,   że   to   są 

pośmiertne   starania   żony,   by   odebrać   wszystko,   co   do   niej   należało.   Pułkownik   Lazaro 

Aponte wyśmiewał się z niego. Ale pewnej nocy zdarzyło mu się wziąć udział w seansie 

spirytystycznym   mającym   wyjaśnić   tajemnicę   i   duch   Yolandy   de   Xius   potwierdził 

własnoręcznym podpisem, że w rzeczy samej to właśnie ona odzyskuje dla swojego domu 

wszystkie pamiątki szczęścia. Posiadłość zaczęła obracać się w ruinę. Samochód stojący przy 

drzwiach rozpadał się powoli, wreszcie została z niego tylko zżarta przez ulewy karoseria. 

Przez wiele lat nie było żadnych wieści o jego właścicielu. W aktach widnieje jego zeznanie, 

ale jest ono tak krótkie i konwencjonalne, iż wydaje się być spreparowane w ostatniej chwili, 

by dopełnić nieuchronnej formalności. Jedyny raz, gdy spróbowałem z nim porozmawiać 

dwadzieścia   trzy   lata   później,   przyjął   mnie   dość   wrogo   odmawiając   wniesienia   choćby 

najmniejszego szczegółu, który pozwoliłby rozjaśnić nieco udział w dramacie. W każdym 

razie nawet jego rodzice nie wiedzieli o nim więcej od nas, nie mając najmniejszego pojęcia, 

background image

co go przywiodło do zagubionego miasteczka, jeśli - jak widać - jego jedynym zamiarem było 

małżeństwo z kobietą, której nigdy przedtem nie widział na oczy.

Za to o Angeli Vicario miałem zawsze przelotne wiadomości, które przyczyniły się do 

stworzenia przeze mnie wyidealizowanego obrazu. Moja siostra zakonnica wędrowała przez 

jakiś   czas   po   górnej   Guajira   usiłując   nawrócić   ostatnich   bałwochwalców   i   zazwyczaj 

zatrzymywała się na rozmowę u Angeli

Vicario, w miasteczku zżartym przez sól Morza Karaibskiego, gdzie matka usiłowała 

pogrzebać ją za życia. „Masz pozdrowienia od swojej kuzynki” - mówiła mi zawsze. Moja 

siostra Margot, która w pierwszych latach również składała jej wizyty,  opowiadała mi, że 

kupili murowany dom z dużym patio otwartym na wiatry, gdzie jedyną uciążliwością były 

noce   w   czasie   przypływów,   gdy   woda   wylewała   się   przez   ubikacje   tak,   iż   o   świcie   po 

pokojach   skakały   ryby.   Wszyscy   znający   Angelę   z   tych   czasów   zgodnie   podkreślali,   że 

pochłaniała ją bez reszty jej zręczna praca przy maszynie do haftowania i że dzięki temu 

zdołała osiągnąć zapomnienie.

Wiele lat później, w epoce niepewności, w której starałem się zrozumieć coś z siebie 

samego, sprzedając encyklopedie i książki medyczne po miasteczkach Guajiry przypadkiem 

dotarłem   do   tego   indiańskiego   odludzia.   W   oknie   domu   na   wprost   morza,   haftując   na 

maszynie w porze największego upału, siedziała siwa kobieta w drucianych okularach i jakby 

w żałobie, a nad jej głową wisiała klatka z kanarkiem, który nie przestawał śpiewać. Kiedy ją 

zobaczyłem w tym idyllicznym obramowaniu okna, nie mogłem uwierzyć, że to właśnie ona, 

gdyż nie chciałem przystać na to, że życie może być w końcu tak podobne do złej literatury. 

Ale to była ona: Angela Vicario w dwadzieścia trzy lata po dramacie.

Przyjęła mnie jak zwykle, jak dalekiego kuzyna, i odpowiedziała na moje pytania z 

rozsądkiem i poczuciem humoru. Była tak dojrzała i rozgarnięta, że z wielkim trudem można 

było uwierzyć, że to ta sama kobieta. Najbardziej zdziwił mnie sposób, w jaki doszła do 

zrozumienia własnego życia. Po paru minutach nie wydawała mi się już tak postarzała jak na 

pierwszy rzut oka, ale niemal tak młoda jak we wspomnieniach, i nie miała nic wspólnego z 

tą dziewczyną, którą w dwudziestym roku życia zmuszono do wyjścia za mąż bez miłości. Jej 

matka, zgorzkniała wskutek źle znoszonej starości, przyjęła mnie jak nienawistne widmo. Nie 

chciała mówić o przeszłości i pisząc tę kronikę musiałem zadowolić się niektórymi luźnymi 

zdaniami z jej rozmów z moją matką i z paru innymi osobami przywołanymi w mej pamięci. 

Zrobiła o wiele więcej, niż to możliwe, by Angela Vicario umarła za życia, ale jej własna 

córka pokrzyżowała te zamiary, nigdy bowiem nie robiła tajemnicy ze swego nieszczęścia. 

Wprost przeciwnie, każdemu, kto chciał jej  wysłuchać,  opowiadała  o tym  ze wszystkimi 

background image

szczegółami, oprócz tego jednego, który zawsze miał pozostać nie wyjaśniony:  kto, jak i 

kiedy był prawdziwym sprawcą jej krzywdy, nikt bowiem naprawdę nie wierzył, że to był 

Santiago Nasar. Należeli do dwóch odrębnych światów. Nikt ich nigdy nie widział razem, a 

tym  bardziej na osobności. Santiago Nasar był zbyt  wyniosły, by zwrócić na nią uwagę. 

„Twoja   głupiutka   kuzynka”,   tak   ją   nazywał,   kiedy   o   niej   rozmawialiśmy.   Poza   tym,   jak 

wówczas   zwykliśmy   mówić,   był   krogulcem   na   kurczaki.   Chodził,   tak   jak   i   jego   ojciec, 

własnymi ścieżkami, zrywając pączek każdej zbłąkanej pannie, która zaczynała rozkwitać w 

tych stronach, ale w miasteczku wiedziano jedynie o jego konwencjonalnym związku z Florą 

Miguel oraz o burzliwym romansie z Marią Alejandriną Cervantes, który przez czternaście 

miesięcy   doprowadzał   go   do   obłędu.   Wersja   najbardziej   rozpowszechniona,   być   może 

dlatego,   że   i   najbardziej   perwersyjna,   głosiła,   że   Angela   Vicario   chroniła   kogoś,   kogo 

naprawdę   kochała,   i   wskazała   nazwisko   Santiago   Nasara,   gdyż   nie   przypuszczała,   że   jej 

bracia odważą się wystąpić przeciwko niemu. Ja sam próbowałem wydobyć z niej prawdę, 

kiedy odwiedziłem ją po raz drugi, wytaczając wszystkie starannie przygotowane argumenty, 

ona jednak ledwie podniosła wzrok znad haftu, żeby je odeprzeć.

- Daj już temu spokój, kuzynie - powiedziała. - To był on.

Całą   resztę   opowiedziała   bez   niedomówień,   nie   pomijając   nawet   szczegółów 

katastrofy nocy poślubnej. Opowiedziała, jak przyjaciółki wyuczyły ją, żeby w łóżku upiła 

męża   do nieprzytomności,   udawała  większy  wstyd,   niż  będzie naprawdę  czuła,  po to  by 

zmusić go do zgaszenia światła, żeby podmyła się mocnym roztworem ałunu, podrabiając w 

ten sposób utratę dziewictwa, a także poplamiła prześcieradło chromianem rtęci, by wywiesić 

je następnego dnia na swym patio młodej mężatki. Dwóch tylko rzeczy nie wzięły pod uwagę 

osłaniające ją wspólniczki: niezwykłej pijackiej odporności Bayarda San Roman oraz zwykłej 

prawości,   którą   Angela   Vicario   ukrywała   pod   wmówioną   jej   przez   matkę   głupotą.   „Nie 

zrobiłam nic z tego, czego mnie nauczyły - powiedziała mi - bo im więcej o tym myślałam, 

tym   bardziej   zdawałam   sobie   sprawę,   że   byłoby   to   świństwo,   którego   nie   można   zrobić 

nikomu, a już zwłaszcza temu biednemu człowiekowi, który miał pecha ożenić się ze mną”. 

Tak więc bez oporów dała się rozebrać w oświetlonym pokoju, wolna już od wszystkich 

wyuczonych strachów, które złamały jej życie. „To było bardzo łatwe - powiedziała mi - bo 

byłam gotowa umrzeć”.

Prawda zaś jest taka, że mówiła o swoim nieszczęściu bez żadnego wstydu, by zataić 

inne nieszczęście, to rzeczywiste, które paliło jej wnętrzności. Do momentu gdy zdecydowała 

mi się to powiedzieć, nikomu przez myśl by nawet nie przeszło, że Bayardo San Roman 

pozostał w jej życiu na zawsze od tej chwili, kiedy zaprowadził ją z powrotem do domu. Było 

background image

to gwałtowne nawiedzenie. „Nagle, gdy mama zaczęła mnie bić, zaczęłam go wspominać” - 

powiedziała mi. Uderzenia bolały ją coraz mniej, gdyż wiedziała, że cierpi dla niego. Myślała 

o nim dalej dziwiąc się samej sobie, gdy płakała leżąc na sofie w jadalni. „Nie płakałam z 

bólu ani z powodu tego wszystkiego, co się stało - powiedziała mi - ale płakałam za nim”. 

Myślała   o   nim,   gdy   matka   okładała   jej   twarz   kompresami   z   pomornika,   i   jeszcze 

intensywniej,  gdy usłyszała  krzyki  na ulicy i dzwony na trwogę, a jej  matka  weszła, by 

powiedzieć, że teraz już może spać spokojnie, bo najgorsze minęło.

Odtąd stale myślała o nim bez żadnej nadziei i sporo czasu upłynęło do dnia, kiedy 

wybrała się z matką na badanie oczu do szpitala w Riohacha. Wstąpiły po drodze do Hotelu 

del Puerto, którego właściciela znały, i Pura Vicario poprosiła w barze o szklankę wody. Piła 

ją   właśnie,  odwrócona   plecami  do  córki,   kiedy  ta  ujrzała  swoje  własne   myśli  odbite  we 

wszystkich lustrach na sali. Angela Vicario z zapartym tchem odwróciła głowę i zobaczyła 

go, jak nie widząc jej przeszedł obok i wyszedł z hotelu. Następnie z trwogą w sercu spojrzała 

raz jeszcze na matkę. Pura Vicario skończyła pić, otarła rękawem usta i w nowych okularach 

uśmiechnęła się do niej zza lady. W tym uśmiechu po raz pierwszy od swych narodzin Angela 

Vicario  ujrzała  ją taką, jaką była  naprawdę:  biedną kobietą oddaną kultowi swoich wad. 

„Gówno” - powiedziała sobie. Była tak skołowana, że przez całą podróż śpiewała na głos, a 

po powrocie rzuciła się na łóżko, by płakać przez trzy dni.

Urodziła   się   na   nowo.   „Oszalałam   z   miłości   do   niego   -   powiedziała   mi   -   bez 

opamiętania”. Wystarczyło jej zamknąć oczy, by go zobaczyć, w szumie morza dyszała jego 

oddech,   o   północy   w   łóżku   budził   ją   płomień  jego   ciała.   Pod   koniec   tego   tygodnia,   nie 

odzyskawszy   spokoju   ani   na   minutę,   napisała   do   niego   po   raz   pierwszy.   Był   to 

konwencjonalny liścik, w którym opowiadała, że widziała go, jak wychodził z hotelu, i że 

byłoby jej przyjemnie, gdyby ją zauważył. Na próżno czekała na odpowiedź. Po upływie 

dwóch   miesięcy,   zmęczona   czekaniem,   wysłała   mu   następny   list,   pisany   tymi   samymi 

ukośnymi literkami co poprzedni, którego jedynym celem było, jak się wydaje, wytknięcie 

mu   braku   dobrego   wychowania.   Przez   sześć   następnych   miesięcy   napisała   sześć   listów; 

odpowiedzi nie było, ale zadowoliła się stwierdzeniem, że listy te do niego dochodzą.

Będąc   po   raz   pierwszy  panią   swego   losu  Angela   Vicario   odkryła,   że   nienawiść   i 

miłość są namiętnościami, które się uzupełniają. Im więcej listów wysyłała, tym  bardziej 

rozpalała ogień swej gorączki, ale i podsycała szczęśliwą dla niej urazę do swej matki, „Na 

sam jej widok przewracały mi się wnętrzności - powiedziała mi - ale nie mogłam jej widzieć 

nie   wspominając   go”.  Jej  życie   zwróconej  mężatki  było  równie   zwyczajne   jak  panieński 

żywot  i mijało na  haftowaniu  razem  z przyjaciółkami,  tak jak  przedtem upływało  jej  na 

background image

wyrabianiu tulipanów z gałganków i ptaków z papieru, ale gdy jej matka kładła się spać, ona 

zostawała   w   pokoju,   by  aż   do   świtu   pisać   listy  bez   żadnej   przyszłości.   Stała   się  bystra, 

stanowcza, była teraz panią swojej woli i tylko dla niego była znów dziewicą i prócz jego 

władzy nie uznał żadnej innej ani żadnej uległości poza uległością wobec swej obsesji.

Przez pół życia pisała jeden list tygodniowo. „Czasami nie wiedziałam, co pisać - 

opowiadała mi trzęsąc się ze śmiechu - ale wystarczało mi wiedzieć, że on otrzymuje moje 

listy”.   Z   początku   były   to   listy   konwencjonalne,   później   liściki   potajemnej   kochanki, 

perfumowane bileciki przelotnej narzeczonej, sprawozdania handlowe, dokumenty miłosne, 

w końcu podłe listy porzuconej żony, która wymyślała sobie okrutne choroby, by zmusić go 

do powrotu. Pewnej nocy wylał się jej atrament na gotowy już list i zamiast go podrzeć, 

dodała w postscriptum: „Na dowód mej miłości posyłam ci moje łzy”. Czasami, zmęczona 

już płaczem, kpiła ze swego szaleństwa. Sześć razy zmieniano urzędniczkę na poczcie i sześć 

razy zdołała skłonić każdą do wspólnictwa. Nigdy jednak nie przyszło jej na myśl, żeby się 

poddać. Mimo to on wydawał się niewrażliwy na jej obłęd: było tak, jakby pisała w pustkę.

Pewnego ranka w czasie silnych wiatrów, gdzieś w dziesiątym roku pisania, obudziło 

ją   przekonanie,   że   on   leży   nagi   w   jej   łóżku.   Napisała   mu   wówczas   żarliwy 

dwudziestostronicowy list, w którym wyrzuciła z siebie bez żadnego wstydu prawdy gorzkie i 

już   przegniłe,   które   nosiła   w   sercu   od   owej   fatalnej   nocy.   Opowiedziała   mu   o   trwałych 

bliznach, jakie zostawił na jej ciele, o soli jego języka, o ognistym cepie jego afrykańskiego, 

murzyńskiego członka. Oddała list pocztowej urzędniczce, która przychodziła w piątkowe 

popołudnia haftować i odbierać od niej listy, przekonana, że ten końcowy wybuch będzie 

ostatnim w jej agonii. Ale nie było odpowiedzi. Od tego czasu już nie zdawała sobie sprawy, 

co pisała ani do kogo, ale nadal pisała bez litości przez siedemnaście lat.

W   pewne   sierpniowe   południe,   gdy   haftowała   z   przyjaciółkami,   poczuła,   że   ktoś 

zbliża się do drzwi. Nie musiała odwracać się, by wiedzieć kto. „Był gruby, zaczynały mu 

wypadać włosy i już potrzebował okularów, żeby patrzeć z bliska - powiedziała mi. - Ale to 

był on, cholerny skurwysyn, to był on”. Przestraszyła się, gdyż wiedziała, że widzi ją tak 

samo zmienioną na gorsze jak ona jego, i nie wierzyła, by miął w sobie tyle miłości co ona, 

by to znieść. Miał na sobie koszulę przesiąkniętą potem, jak wtedy gdy zobaczyła go po raz 

pierwszy na odpuście, i nosił ten sam pas i te same sakwy z rozpruwającej się skóry ze 

srebrnymi ozdobami. Bayardo San Roman postąpił krok do przodu nie zwracając uwagi na 

oszołomione hafciarki i położył sakwy na maszynie do szycia.

- No dobrze - powiedział - jestem.

Miał ze sobą walizkę z ubraniem, żeby już zostać, i drugą taką samą, wypełnioną 

background image

prawie dwoma tysiącami listów, które ona do niego napisała. Były uporządkowane według 

dat,   w   paczuszkach   związanych   kolorowymi   wstążkami,   i   wszystkie   co   do   jednego   nie 

rozpieczętowane.

Przez   wiele   lat   nie   mogliśmy   mówić   o   niczym   innym.   Nasze   codzienne   życie, 

podporządkowane   do   tego   dnia   tylu   zwykłym   i   regularnym   przyzwyczajeniom,   zaczęło 

obracać się gwałtownie wokół wspólnego wszystkim niepokoju. Koguty zaskakiwały nas o 

świcie przy próbach porządkowania tylu połączonych ze sobą przypadków, które umożliwiły 

ten   absurd,   i   oczywistym   było,   że   nie   robiliśmy   tego   z   żądzy   wyjaśnienia   tajemnic,   ale 

dlatego, że nikt z nas nie mógł już żyć bez określenia z całkowitą pewnością, jakie miejsce i 

rolę wyznaczył mu los.

Wielu   nigdy   się   tego   nie   dowiedziało.   Cristo   Bedoya,   który   został   cenionym 

chirurgiem, nie mógł sobie nigdy wytłumaczyć, dlaczego uległ chwilowej pokusie, by dwie 

godziny brakujące do przyjazdu biskupa przeczekać u swoich dziadków, zamiast udać się na 

spoczynek do rodziców czekających nań aż do świtu, by go ostrzec. Ale większość tych, 

którzy mogli coś zrobić,  by zapobiec zbrodni,  i jednak  nie zrobili  tego, rozgrzeszała  się 

pretekstem,   że   sprawy   honoru   są   świętością,   do   którego   dostęp   mają   tylko   bohaterowie 

dramatu.   „Honor   to   miłość”   -   mawiała   moja   matka.   Hortensja   Baute,   której   udział   w 

wydarzeniach   ograniczył   się   do   ujrzenia   dwóch   zakrwawionych   noży,   w   chwili   gdy   nie 

zostały   jeszcze   użyte,   tak   bardzo   przejęła   się   własną   halucynacją,   iż   popadła   w   stan 

nieustającej pokuty i pewnego dnia, nie mogąc już tego wytrzymać, rzuciła się nago na ulicę. 

Flora Miguel, narzeczona Santiago Nasara, z rozgoryczenia uciekła z porucznikiem wojsk 

pogranicza,   który   następnie   sprostytuował   ją   w   obozach   zbieraczy   kauczuku   w   Vichada. 

Anna   Villeros,   akuszerka,   która   pomogła   w   przyjściu   na   świat   trzem   pokoleniom, 

dowiedziawszy się o zbrodni dostała skurczu pęcherza i aż do dnia swojej śmierci musiała 

oddawać mocz za pomocą sondy. Don Rogelio de la Flor, zacny mąż Clotilde Armerita, w 

wieku   osiemdziesięciu   sześciu   lat   cudowny   okaz   żywotności,   wstał   po   raz   ostatni,   by 

zobaczyć, jak zarzynają Santiago Nasara opartego o zamknięte drzwi swego własnego domu, 

i tego wstrząsu już nie przeżył. Drzwi w ostatniej chwili zamknęła Placida Linero, ale szybko 

uwolniła się od poczucia winy. „Zamknęłam je, bo Divina Flor przysięgła, że widziała, jak 

mój syn wszedł do domu - powiedziała mi - a to była  nieprawda”. Natomiast nigdy nie 

wybaczyła sobie pomylenia wspaniałej wróżby drzew z niosącą nieszczęście wróżbą ptaków i 

uległa zgubnemu przyzwyczajeniu swoich czasów - żucia nasion rzeżuchy.

background image

Dwanaście dni po zbrodni sędzia śledczy zastał miasteczko rozjątrzone do żywego. W 

obskurnym biurze urzędu celnego w Pałacu Municypalnym, popijając zaparzoną w garnku 

kawę z rumem przeciwko przywidzeniom z upału, musiał zażądać dodatkowych posiłków 

wojskowych, by zaprowadzić spokój w napierającym tłumie tych wszystkich, którzy wcale 

nie wzywani pragnęli złożyć zeznania chcąc ujawnić swe kluczowe znaczenie w dramacie. 

Był świeżo po dyplomie, chodził jeszcze w czarnym uniformie szkoły prawniczej, obnosił 

złoty   sygnet   z   emblematem   swego   roku   i   pretensje   oraz   liryzm   szczęśliwego   debiutanta. 

Nigdy jednak nie poznałem jego nazwiska. Wszystko, co wiemy o jego charakterze, zostało 

wywiedzione   z   akt   odnalezionych   przeze   mnie   przy   pomocy   wielu   osób   w   Pałacu 

Sprawiedliwości w Riohacha, w dwadzieścia lat po zbrodni. Archiwa nie posiadały żadnej 

numeracji,   zaś   dokumenty   gromadzone   tu   od   ponad   wieku   walały   się   po   podłodze 

kolonialnego gmachu w ruinie, który przez parę dni był główną kwaterą Francisa Drake'a. 

Parter zalewany był falami przypływu, a w opuszczonych urzędach unosiły się podarte tomy. 

Sam, brodząc po kostki w wodzie, wielokrotnie przeszukiwałem dno tego stawu zagubionych 

spraw   i   jedynie   przypadek   pozwolił   mi   odzyskać   po   pięciu   latach   poszukiwań   trzysta 

dwadzieścia dwie luźne kartki z ponad pięciuset, jakie liczyły akta.

Nazwisko sędziego nie pojawiło się na żadnej z nich, ale jest rzeczą oczywistą, że był 

to człowiek trawiony przez gorączkę literatury. Bez wątpienia czytał hiszpańskich klasyków, 

niektórych pisarzy łacińskich i znał bardzo dobrze Nietzschego, który był modnym autorem 

wśród prawników jego generacji. Notatki na marginesie, i to nie tylko ze względu na kolor 

atramentu, zdawały się być pisane krwią. Był tak zaszokowany tajemniczą sprawą, której 

rozwiązywanie przypadło mu w udziale, iż wielokrotnie uciekał się do lirycznych igraszek 

przeciwnych  rygorom   jego  zawodu.  Przede   wszystkim  zawsze  wydawało   mu  się  wysoce 

podejrzane to, że życie posłużyło się naraz tyloma przypadkami zakazanymi literaturze, by 

bez żadnych przeszkód spełniła się śmierć tak zapowiedziana.

Ale tym, co go najbardziej zaniepokoiło pod koniec nadgorliwego dochodzenia, była 

jego   całkowita   bezradność   w   odnalezieniu   jakiegokolwiek   śladu,   choćby   najmniej 

prawdopodobnego,   wskazującego   na   to,   że   Santiago   Nasar   rzeczywiście   był   sprawcą 

zhańbienia. Te z przyjaciółek Angeli Vicario, które były jej wspólniczkami w oszukaństwie, 

przez długi czas opowiadały, że przed ślubem dopuściła je do swej tajemnicy, ale nie ujawniła 

żadnego   nazwiska.   W   dochodzeniu   zeznały:   „Powiedziała   nam   o   cudzie,   ale   nic   nie 

wspominała o świętym”. Angela Vicario ze swej strony obstawała przy swoim. Kiedy sędzia 

śledczy zapytał ją w swym pokrętnym stylu, czy wie, kim był nieboszczyk Santiago Nasar, 

ona z kamiennym wyrazem twarzy odpowiedziała:

background image

- Był moim sprawcą.

Tak   zapisane   jest   w   aktach,   ale   bez   żadnych   dodatkowych   uwag   dotyczących 

okoliczności i miejsca. Podczas trwającej jedynie trzy dni rozprawy oskarżyciel prywatny 

największy nacisk położył na słabość tego zarzutu. Zaskoczenie sędziego śledczego brakiem 

dowodów przeciwko Santiago Nasarowi było tak olbrzymie, że jego rzetelną robotę zdaje się 

chwilami wypaczać rozczarowanie. Na stronie 416 własnoręcznie i czerwonym atramentem z 

receptariusza dopisał na marginesie: „Dajcie mi przesąd, a poruszę świat”. Pod tą parafrazą 

zniechęcenia  trafną  kreską  nakreśloną tym  samym  atramentem  dorysował serce przeszyte 

strzałą. Dla niego, tak jak i dla najbliższych przyjaciół zamordowanego, samo zachowanie 

Santiago Nasara w ostatnich godzinach było ostatecznym dowodem jego niewinności.

Santiago Nasar w dniu swej śmierci rzeczywiście nie miał cienia wątpliwości, choć 

bardzo dobrze wiedział, jaka jest cena hańby, którą mu przypisywano. Znał obłudny charakter 

swojego   świata   i   nie   mógł   nie   wiedzieć,   że   naturalna   prostota   bliźniaków   niezdolna   jest 

przyjąć takiej zniewagi obojętnie. Nikt nie znał zbyt dobrze Bayarda San Roman, ale Santiago 

Nasar znał go na tyle, by wiedzieć, że pod wielkoświatowymi pretensjami był, jak każdy, 

całkowicie   uległy   wobec   swych   wielowiekowych   przesądów.   Świadome   lekceważenie 

sprawy byłoby więc samobójstwem. Zresztą gdy w ostatniej chwili dowiedział się wreszcie, 

że   bracia   Vicario   czekają   nań,   by   go   zabić,   wcale   nie   zareagował,   wbrew   temu,   co 

rozpowiadano, panikarskim strachem, ale raczej zakłopotaniem niewinnego człowieka.

Osobiście mam wrażenie, że umarł nie rozumiejąc swojej śmierci. Obiecawszy mojej 

siostrze Margot, że przyjdzie do nas na śniadanie, odszedł nabrzeżem trzymany pod ramię 

przez Christo Bedoyę i obaj zdawali się być tak niefrasobliwi, że wzbudzili wiele fałszywych 

złudzeń. „Szli tacy uradowani - powiedziała mi Meme Loaiza - że podziękowałam Bogu, bo 

pomyślałam, że wszystko skończyło się dobrze”. Nie wszyscy oczywiście tak lubili Santiago 

Nasara. Polo Carrillo, właściciel elektrowni, sądził, że jego spokój bierze się z cynizmu, a nie 

z niewinności. „Wydawało mu się, że dzięki swej forsie jest nietykalny” - powiedział mi. 

Fausta Lopez, jego żona, dodała: „Jak każdy Turek”. Indalencio Pardo był właśnie w sklepie 

Clotilde   Armenta,   gdzie   bliźniacy   powiedzieli   mu,   że   gdy   tylko   odpłynie   biskup,   zabiją 

Santiago Nasara. Pomyślał, jak tylu innych, że były to jakieś majaki bliźniaków znajdujących 

się w stanie mocno wczorajszym, ale Clotilde Armenta dała mu do zrozumienia, że nie są to 

czcze przechwałki, i poprosiła, by odnalazł Santiago Nasara i uprzedził go.

- Nie masz co się fatygować - powiedział mu Pedro Vicario - było nie było, jest tak, 

jakby już nie żył.

Było to wyzwanie nazbyt oczywiste. Bliźniacy znali więzi łączące Indalencia Pardo z 

background image

Santiago   Nasarem   i   przypuszczalnie   pomyśleli,   że   jest   to   najodpowiedniejsza   osoba,   by 

zapobiec zbrodni, tak by i oni czuli się wolni od hańby. Ale Indalencio Pardo, spotkawszy 

Santiago   Nasara   prowadzonego   pod   ramię   przez   Cristo   Bedoyę   między   grupkami 

opuszczającymi   port,   nie   odważył   się   go   ostrzec.   „Rura   mi   zmiękła”   -   powiedział   mi. 

Poklepał każdego po ramieniu i zszedł im z drogi. Oni zaś ledwie go zauważyli, całkowicie 

zaabsorbowani obliczaniem kosztów wesela.

Ludzie rozchodzili się idąc w stronę placu, w tym samym co i oni kierunku. Był to 

zwarty tłum, niemniej Scholastyce Cisneros zdawało się, iż widzi, jak obaj przyjaciele idą 

środkiem   bez   żadnych   trudności   wewnątrz   pustego   kręgu,   ludzie   bowiem   wiedzieli,   że 

Santiago   Nasar   ma   zginąć,   i   nie   mieli   odwagi   go   dotknąć.   Cristo   Bedoya   również 

przypomniał   sobie   dziwne   zachowanie   ludzi.   „Patrzyli   na   nas   tak,   jakbyśmy   mieli 

pomalowane twarze” - powiedział mi. Więcej, Sara Noriega otworzyła swój sklep obuwniczy 

właśnie w tej chwili, gdy przechodzili obok, i przeraziła się bladością Santiago Nasara. Ale 

on ją uspokoił:

- Niech się tak ciocia Sara nie dziwi - powiedział jej  nie zatrzymując  się - mam 

takiego kaca.

Celeste Dangond siedział w piżamie w drzwiach swego domu naśmiewając się z tych, 

którzy ubrali się odświętnie, by przywitać biskupa, i zaprosił Santiago Nasara na kawę. „To 

było   tylko   dla   zyskania   na   czasie,   dopóki   bym   czegoś   nie   wymyślił”   -   powiedział   mi. 

Santiago Nasar odpowiedział mu jednak, że spieszy się, bo musi się przebrać na śniadanie z 

moją siostrą. „No i sam się wpuściłem w kanał - tłumaczył mi Celeste Dangond - bo wydało 

mu się nagle, że nie mogą go zabić, jeśli on jest taki pewien tego, co będzie robić”. Jedynie 

Yamil Shaium zrobił to, co sobie założył. Gdy tylko usłyszał pogłoskę, stanął w drzwiach 

swego sklepu czekając na Santiago Nasara, by go ostrzec. Przybył tu jako jeden z ostatnich 

Arabów, razem z Ibrahimem Nasarem, był jego partnerem w kartach aż do śmierci i wciąż 

pozostawał rodzinnym doradcą. Nikt nie miał takiego jak on autorytetu, by porozmawiać z 

Santiago   Nasarem.   Mimo   to   uznał,   że   jeśli   pogłoska   okaże   się   bezpodstawna,   to   może 

spowodować niepotrzebny popłoch, wolał więc porozmawiać wpierw z Cristo Bedoyą, na 

wypadek gdyby ten okazał się lepiej poinformowany. Gdy nadchodzili, zawołał go. Cristo 

Bedoya już przy rogu placu klepnął lekko Santiago Nasara po plecach i usłuchał wezwania 

Yamila Shaiuma.

- Do soboty - powiedział Santiagowi.

Santiago Nasar nic mu nie odpowiedział, tylko  zwrócił się po arabsku do Yamila 

Shaiuma, ten zaś odrzekł mu coś, również po arabsku, skręcając się ze śmiechu. „To była taka 

background image

gra słów, która zawsze nas bawiła” - wytłumaczył mi Yamil Shaium. Nie zatrzymując się 

Santiago Nasar pomachał im ręką na pożegnanie i skręcił na plac. Widzieli go po raz ostatni.

Cristo   Bedoya,   ledwo   wysłuchawszy   informacji   Yamila   Shaiuma,   wyskoczył   ze 

sklepu i rzucił się biegiem za Santiago Nasarem. Ujrzał go jeszcze, jak skręcał za róg, ale nie 

zdołał go już odnaleźć pomiędzy grupkami ludzi rozchodzących się po placu. Wiele osób, 

które wypytywał o niego, odpowiedziało mu identycznie:

- Przed chwilą widziałem go z tobą. Wydawało mu się niemożliwe, by w tak krótkim 

czasie Santiago Nasar zdążył dojść do swego domu, zajrzał tam jednak, by o niego zapytać, 

drzwi od frontu zastał bowiem uchylone, z odsuniętą zasuwą. Wszedł, nie dostrzegłszy kartki 

na podłodze, przeszedł przez salon w półmroku, usiłując nie robić hałasu, było bowiem zbyt 

wcześnie jak na odwiedziny, ale psy wewnątrz domu zaniepokoiły się i wybiegły mu na 

spotkanie. Uspokoił je pobrzękując kluczami, tak jak się tego nauczył od ich pana, i w ich 

otoczeniu ruszył do kuchni. W korytarzu minął się z Diviną Flor niosącą wiadro i szczotkę, 

by wyszorować pokoje na parterze. Zapewniła go, że Santiago Nasar nie wrócił. Victoria 

Guzman   właśnie   postawiła   na   ogniu   potrawkę   z   królików,   kiedy   wszedł   do   kuchni. 

Zrozumiała natychmiast. „Serce mu wyskakiwało” - powiedziała mi. Cristo Bedoya zapytał 

ją, czy Santiago Nasar jest w domu, a ona z udawaną naiwnością odparła, że jeszcze nie 

przyszedł spać.

- To poważna sprawa - powiedział jej Cristo Bedoya - szukają go, żeby go zabić.

Victoria Guzman zapomniała o naiwności.

- Ci biedni  chłopcy nikogo nie zabiją - odrzekła.  - Piją bez przerwy od soboty - 

powiedział Cristo Bedoya.

- Właśnie dlatego - wyjaśniła. - Nie ma pijaka, który by zjadł własne gówno.

Cristo   Bedoya   wrócił   do   salonu,   gdzie   Divina   Flor   otworzyła   właśnie   okna. 

„Oczywiście, że nie padało - stwierdził Cristo Bedoya. - Zbliżała się siódma i przez okna 

wpadało złote słońce”. Ponownie zapytał Divinę Flor, czy jest pewna, że Santiago Nasar nie 

wszedł drzwiami od salonu. Wtedy nie była już tego tak pewna jak za pierwszym razem. 

Zapytał   ją  o  Placidę   Linem  i  odpowiedziała   mu,  że   przed  chwilą   postawiła   jej   kawę  na 

nocnym stoliku, ale że jej nie budziła. Tak było zawsze: o siódmej obudzi się, wypije kawę i 

zejdzie, by wydać polecenia co do śniadania. Cristo Bedoya spojrzał na zegarek: była szósta 

pięćdziesiąt sześć. Wówczas wszedł na piętro, by przekonać się osobiście, czy Santiago Nasar 

nie wrócił.

Drzwi   do   sypialni   były   zamknięte   od   wewnątrz,   Santiago   Nasar   wyszedł   bowiem 

przez sypialnię matki. Cristo Bedoya nie tylko znał ten dom równie dobrze jak swój, ale był 

background image

również na tyle spoufalony z rodziną, że pchnął drzwi do sypialni Placidy Linero, by przejść 

do   sąsiedniego   pokoju.   Przez   okno  wpadał   snop   zakurzonego   słońca,   zaś   piękna   kobieta 

śpiąca w tej poświacie w hamaku, z dłonią panny młodej na policzku, wyglądała nierealnie. 

„Była jak zjawa” - wyznał mi Cristo Bedoya. Patrzył na nią przez chwilę, zafascynowany jej 

urodą, następnie  przeszedł w milczeniu  przez  pokój, minął  łazienkę i wszedł do sypialni 

Santiago   Nasara.   Łóżko   było   nietknięte,   a   na   fotelu   leżał   idealnie   wyprasowany   strój 

jeździecki, na nim jeździecki kapelusz, a na podłodze, przy ostrogach, stały buty. Na nocnym 

stoliku zegarek Santiago Nasara wskazywał szóstą pięćdziesiąt osiem. „Nagle pomyślałem, że 

wrócił, aby się uzbroić” - powiedział mi Cristo Bedoya. Ale odnalazł magnum w szufladce 

nocnego   stolika.   „Nigdy   w   życiu   nie   strzelałem   -   wyznał   mi   Cristo   Bedoya   -   ale 

postanowiłem wziąć rewolwer, żeby zanieść go Santiago Nasarowi”. Wsadził go za pas, pod 

koszulę, i dopiero po dokonanej zbrodni zdał sobie sprawę, że był on nie naładowany. Placida 

Linero pojawiła się w drzwiach z filiżanką kawy w chwili, gdy zamykał szufladę.

- Boże Święty! - wykrzyknęła. - Aleś mnie wystraszył!

Cristo Bedoya również się przestraszył. Zobaczył )ą w pełnym świetle, w szlafroku w 

złote skowronki, z potarganymi włosami, i oczarowanie prysło. Nieco zmieszany zaczął się 

tłumaczyć, że wszedł, żeby odnaleźć Santiago Nasara.

- Poszedł na powitanie biskupa - odparła Placida Linero.

- Przepłynął tylko - powiedział.

- Tak przypuszczałam - odrzekła. - To syn najgorszej matki.

Przerwała, w tej samej bowiem chwili uświadomiła sobie, że Cristo Bedoya nie wie, 

co z sobą zrobić. „Mam nadzieję, że Bóg mi wybaczył - wyznała mi Placida Linero - ale 

zauważyłam, że był bardzo zmieszany, i nagle przyszło mi na myśl, że przyszedł tu kraść”. 

Zapytała go, co mu jest. Cristo Bedoya zdawał sobie sprawę, iż znajduje się w podejrzanej 

sytuacji, ale nie miał jednak odwagi wyznać jej prawdy.

- Nie spałem ani minuty - powiedział jej. Odszedł bez żadnych innych wyjaśnień. 

„Tak czy siak - powiedział mi - ona zawsze wyobrażała sobie, że ją okradają”. Na placu 

spotkał ojca Amadora, który wracał z kościoła z akcesoriami nie odbytej mszy, nie wydało 

mu się jednak, by ten mógł cokolwiek zrobić dla Santiago Nasara poza ocaleniem jego duszy. 

Szedł ponownie w stronę portu, kiedy usłyszał, że od sklepiku Clotilde Armenta wołają go. W 

drzwiach   stał   Pedro   Vicario,   blady,   rozczochrany,   w   rozpiętej   koszuli,   z   podwiniętymi 

powyżej łokci rękawami i z nożem, który sam zrobił z ostrza piły. Jego zachowanie było zbyt 

zuchwałe, aby mogło być przypadkowe, a przecież nie robił tego po raz pierwszy i nawet nie 

tak jawnie w porównaniu z tym, co usiłował zrobić w ostatnich minutach, by uniemożliwiono 

background image

mu popełnienie zbrodni.

- Cristobal - krzyknął - powiedz Santiagowi Nasarowi, że czekamy tutaj na niego, 

żeby go zabić. Cristo Bedoya uczyniłby mu nawet przysługę, by uniemożliwić jego zamiary. 

„Gdybym umiał strzelać z rewolweru, to Santiago Nasar żyłby” - powiedział mi. Ale już sama 

myśl   o   strzelaniu   sparaliżowała   go,   po   tym   wszystkim,   co   usłyszał   o   niszczącej   sile 

opancerzonej kuli.

-   Ostrzegam   cię,   że   jest   uzbrojony   w   magnum   zdolne   przebić   silnik   na   wylot   - 

krzyknął.

Pedro Vicario wiedział, że to nieprawda. „Nigdy nie chodził z bronią, jeśli nie był 

ubrany do jazdy” - powiedział mi. Ale kiedy podjął decyzję o zmyciu hańby siostry, mimo 

wszystko wziął pod uwagę to, że mógł być uzbrojony.

- Umarli nie strzelają - odkrzyknął.

Wtedy w drzwiach pojawił się Pablo Vicario. Był równie blady jak brat, miał na sobie 

marynarkę z wesela, a w ręku nóż owinięty w gazetę. „Gdyby nie to - zwierzył mi się Cristo 

Bedoya - nigdy bym nie wiedział, który z nich jest który”. Zza Pabla Vicario wyszła Clotilde 

Armenta i krzyknęła do Cristo Bedoi, żeby się pospieszył, bo w tym miasteczku mięczaków 

tylko taki mężczyzna jak on może zapobiec tragedii.

To,   co   wydarzyło   się   do   tej   pory,   widzieli   wszyscy.   Wracający   z   portu   ludzie, 

zaalarmowani   krzykami,   zaczęli   zajmować   miejsca   na   placu,   by  być  świadkami   zbrodni. 

Cristo   Bedoya   rozpytywał   znajomych   o   Santiago   Nasara,   nikt   go   jednak   nie   widział.   W 

drzwiach Club Social natknął się na pułkownika Lazaro Aponte i opowiedział mu, co przed 

chwilą zdarzyło się przy sklepie Clotilde Armenta.

- Niemożliwe - stwierdził pułkownik Aponte - przecież kazałem im pójść do łóżka.

- Przed chwilą widziałem ich z nożami do świniobicia - odparł Cristo Bedoya.

- Cholera - krzyknął alkad - to znaczy, że chyba wrócili z innymi!

Przyrzekł zająć się tym natychmiast, ale wszedł do Club Social, by umówić się na 

partyjkę domina na wieczór, a kiedy wyszedł, zbrodnia została już dokonana. Cristo Bedoya 

popełnił wówczas swój śmiertelny błąd: pomyślał, że Santiago Nasar postanowił w ostatniej 

chwili zjeść śniadanie u nas nie przebierając się, ruszył  więc tam. Rzucił się pospiesznie 

brzegiem rzeki, pytając każdego, kogo spotkał, czy widział go gdzieś po drodze, nikt jednak 

nie   potrafił   mu   odpowiedzieć.   Nie   przestraszył   się,   gdyż   do   naszego   domu   prowadziły 

również inne drogi. Prospera Arango, pięknisia, zaczęła go błagać, by zrobił coś dla jej ojca, 

który konał na progu swego domu, nie tknięty ulotnym błogosławieństwem biskupa. „Jak 

przechodziłam, to go widziałam - powiedziała mi moja siostra Margot - i już miał trupią 

background image

twarz”. Cristo Bedoya potrzebował czterech minut, by ustalić stan chorego, i przyrzekł wrócić 

później,   by   znaleźć   jakiś   doraźny   środek,   ale   stracił   następne   trzy   minuty   pomagając 

Prosperze Arango zanieść ojca do sypialni. Kiedy wyszedł, usłyszał odległe krzyki i wydało 

mu się, że w okolicach placu strzelają z petard. Usiłował pobiec, ale przeszkodził mu w tym 

rewolwer źle umieszczony za pasem. Minąwszy ostatni zakręt rozpoznał od tyłu moją matkę, 

która nieomalże wlokła za sobą najmłodszego syna.

- Luiso Santiago - wykrzyknął - gdzie jest pani chrześniak?

Moja matka ledwie odwróciła twarz oblaną łzami.

- Och, synu - odpowiedziała - mówią, że go zabili!

Tak było w istocie. Podczas gdy Cristo Bedoya szukał go wszędzie, Santiago Nasar 

zaszedł do domu Flory Miguel, swej narzeczonej, tuż za rogiem, gdzie widzieli się po raz 

ostatni. „Do głowy mi nawet nie wpadło, że mógł tam zajść - powiedział mi - bo ci ludzie 

nigdy nie wstawali przed południem”. To, że cała rodzina z rozkazu Nahira Miguela, mędrca 

całej   wspólnoty,  spała  zawsze   do  dwunastej,  było  dość  rozpowszechnioną  pogłoską.  „To 

dlatego Flora Miguel, która już dawno przestała być podlotkiem, trzymała się jak róża” - 

mówi Mercedes. To prawda, że do późna nie otwierali domu, tak jak wielu innych, ale byli 

ludźmi pracowitymi i w rzeczywistości wstawali bardzo wcześnie. Rodzice Santiago Nasara i 

Flory   Miguel   uzgodnili,   że   ich   dzieci   pobiorą   się.   Santiago   Nasar,   gdy   w   pełni   dojrzał, 

przystał na tę umowę i gotów był jej dotrzymać, być może dlatego, że miał o małżeństwie 

takie samo utylitarne pojęcie jak jego ojciec. Flora Miguel ze swej strony odznaczała się 

rozkwitającą  urodą,  niemniej  pozbawiona  była   zarówno  wdzięku,  jak   rozsądku,  i  całemu 

pokoleniu służyła podczas ślubów za druhnę, kontrakt był więc dla niej opatrznościowym 

rozwiązaniem.   Narzeczeństwo   ich   było   łatwe,   bez   grzecznościowych   odwiedzin   ani 

sercowych   niepokojów.   Ślub,   odkładany   już   wielokrotnie,   został   wreszcie   ustalony   na 

najbliższe Boże Narodzenie.

Flora Miguel obudziła się w ten poniedziałek z pierwszym buczeniem statku biskupa, 

zaś wkrótce potem dowiedziała się, że bracia Vicario oczekują Santiago Nasara, żeby go 

zabić. Mojej siostrze zakonnicy, jedynej, która z nią rozmawiała po nieszczęściu, przyznała 

się, że nie pamięta nawet, kto jej to powiedział. „Wiem tylko, że o szóstej rano wszyscy już o 

tym wiedzieli” - powiedziała jej. Mimo to wydało jej się to niepojęte, by rzeczywiście mogli 

zabić Santiago Nasara, za to pomyślała, że zmuszą go do małżeństwa z Angelą Vicario, by 

zwrócił   jej   honor.   Poniżenie   spowodowało   u   niej   szok.   Podczas   gdy   połowa   miasteczka 

czekała na biskupa, ona zamknęła  się w sypialni,  płacząc z wściekłości  i porządkując w 

szkatułce listy, które Santiago Nasar pisał do niej z internatu szkolnego.

background image

Zawsze gdy wstępował do domu Flory Miguel, nawet jeśli nie było nikogo, Santiago 

Nasar chrobotał kluczami o metalową siatkę na oknach. W ten poniedziałek czekała już na 

niego przyciskając do piersi szkatułkę z listami. Santiago Nasar nie mógł jej dostrzec z ulicy, 

ona natomiast zauważyła go przez siatkę, zanim zaczął pobrzękiwać kluczami zbliżając się do 

domu.

- Wejdź - powiedziała.

Nikt, nawet lekarz, nie wszedł nigdy do tego domu o szóstej czterdzieści pięć rano. 

Santiago Nasar zostawił właśnie Cristo Bedoyę przy sklepie Yamila Shaiuma, na placu zaś 

zgromadziło się tyle ludzi oczekujących jego nadejścia, iż było czymś niepojętym, że nikt nie 

dostrzegł, jak wchodził do domu narzeczonej. Sędzia śledczy szukał choć jednej osoby, która 

widziałaby   wchodzącego   Santiago   Nasara,   i   czynił   to   równie   uporczywie   jak   ja,   ale   nie 

sposób   było   odnaleźć   nikogo   takiego.   Na   marginesie   strony   382   akt   dopisał   czerwonym 

atramentem kolejną sentencję: „Fatum czyni nas niewidzialnymi”. Faktem jest, że Santiago 

Nasar wszedł głównym wejściem, na oczach wszystkich i nie robiąc nic, żeby nie zostać 

dostrzeżonym. Flora Miguel czekała na niego w salonie, zielona z wściekłości, w jednej z 

tych  swoich  sukien  z nieszczęsnymi  żabotami,  które miała  zwyczaj  zakładać przy okazji 

pamiętnych uroczystości, i wepchnęła mu w ręce szkatułkę.

- Masz to - powiedziała mu. - I oby cię zabili.

Santiago Nasar był tak zaskoczony, że szkatułka wypadła mu z rąk, a jego pisane bez 

miłości listy rozsypały się po podłodze. Spróbował dogonić Florę Miguel w sypialni, ale 

zamknęła drzwi i zaryglowała je. Pukał wiele razy i wołał ją głosem zbyt przynaglającym jak 

na tę godzinę, w rezultacie czego zbiegła się cała zaalarmowana rodzina. Licząc najbliższych 

członków   rodziny   i   dalekich   krewnych,   starszych   i   niepełnoletnich,   było   ich   razem 

czternaścioro. Ostatni zjawił się ojciec, Nahir Miguel, rudobrody, w przywiezionej ze swoich 

stron dżilabie Beduina, którą zawsze nosił w domu. Widziałem go wiele razy, był olbrzymi i 

flegmatyczny, ale najbardziej działał na mnie blask jego autorytetu.

- Floro - zawołał w swoim języku. - Otwórz drzwi.

Wszedł do sypialni córki, podczas gdy cała rodzina wpatrywała się z przejęciem w 

Santiago   Nasara.   Klęczał   zbierając   z   podłogi   listy   i   układając   je   w   szkatułce.   „Jakby 

odprawiał pokutę” - powiedzieli mi. Nahir Miguel wyszedł z sypialni po paru minutach, dał 

znać ręką i cała rodzina zniknęła.

Zaczął mówić do Santiago Nasara po arabsku. „Natychmiast zrozumiałem, że nie ma 

najmniejszego pojęcia, co do niego mówię” - wyznał mi. Wówczas zapytał go wprost, czy 

wie, że bracia Vicario szukają go, żeby go zabić. „Zbladł i tak stracił panowanie nad sobą, że 

background image

trudno uwierzyć, aby udawał” - powiedział mi. Zgodził się, że zachowanie Santiago Nasara 

spowodowane było nie tyle strachem co zakłopotaniem.

- Ty wiesz najlepiej, czy mają rację, czy też nie - powiedział mu. - Ale w każdym 

przypadku zostają ci tylko dwa wyjścia: albo schowasz się tutaj, bo to jest twój dom, albo 

wyjdziesz z moją strzelbą.

- Ni cholery nie rozumiem - powiedział Santiago Nasar.

Były   to   jedyne   słowa,   jakie   zdołał   powiedzieć,   i   powiedział   je   po   hiszpańsku. 

„Wyglądał  jak zmoczone pisklę” - powiedział  mi Nahir Miguel. Musiał wyjąć  mu z rąk 

szkatułkę, ten nie wiedział bowiem, gdzie ją odstawić, żeby otworzyć sobie drzwi.

-   Będzie   dwóch   na   jednego   -   powiedział   mu.   Santiago   Nasar   wyszedł.   Ludzie 

poustawiali się na placu jak w dniach defilad. Wszyscy widzieli, jak wychodził, i wszyscy 

zrozumieli, że już wie, że mają go zabić, i był tak przerażony, iż nie potrafił znaleźć drogi do 

swego domu. Podobno ktoś krzyknął z balkonu: „Nie tędy, Turku, przez stary port”. Santiago 

Nasar zaczął rozglądać się za głosem. Yamil Shaium krzyknął, by schował się w jego sklepie, 

sam zaś wszedł, by odnaleźć swą myśliwską strzelbę, ale nie pamiętał, gdzie schował naboje. 

Ze   wszystkich   stron   zaczęto   krzyczeć   do   Santiago   Nasara,   ten   zaś   kręcił   się   w   kółko, 

odchodził raz w lewo, raz w prawo, oszołomiony tyloma  głosami na raz. Było  jasne, że 

pragnie dostać się do domu przez drzwi kuchenne, ale widać przypomniał sobie nagle, że 

główne drzwi są otwarte.

- Idzie - powiedział Pedro Vicario.

Obaj zauważyli go w tym samym momencie. Pablo Vicario zdjął marynarkę, złożył na 

stołku i odwinął nóż z gazety w kształcie jatagana. Zanim opuścili sklep, obaj, nie umawiając 

się, przeżegnali się. Clotilde Armenta złapała wówczas Pedra Vicario za koszulę i krzyknęła 

do   Santiago   Nasara,   żeby   uciekał,   bo   chcą   go   zabić.   Był   to   krzyk   tak   rozpaczliwy,   że 

przytłumił wszystkie pozostałe. „Najpierw przestraszył się - powiedziała mi Clotilde Armenta 

- bo nie wiedział, kto do niego krzyczy ani skąd”. Ale kiedy ją zauważył, dostrzegł również 

Pedra Vicario, który jednym pchnięciem rzucił ją na ziemię i dogonił brata. Santiago Nasar, 

znajdując się co najmniej pięćdziesiąt metrów od domu, zaczął biec w stronę głównych drzwi.

Pięć minut wcześniej Victoria Guzman opowiedziała w kuchni Placidzie Linero to, co 

wiedzieli już wszyscy. Placida Linero była kobietą o twardych nerwach, nie dała więc po 

sobie poznać zdenerwowania. Zapytała Victorię Guzman, czy powiedziała o tym jej synowi, 

ta zaś świadomie kłamiąc odparła, że kiedy Santiago Nasar zszedł wypić kawę, ona jeszcze o 

niczym   nie   wiedziała.   Zmywając   wciąż   podłogę   w   salonie   Divina   Flor   ujrzała   w   tym 

momencie, jak Santiago Nasar wrócił drzwiami od placu i okrętowymi schodami wszedł na 

background image

górę. „To było bardzo wyraźne przywidzenie - opowiedziała mi Divina Flor. - Miał na sobie 

białe ubranie, a w ręku coś trzymał, nie mogłam tego dobrze zobaczyć, ale wydawało mi się, 

że to bukiet róż”. Kiedy więc Placida Linero zapytała o niego, Divina Flor uspokoiła ją.

- Przed minutą wszedł do pokoju - powiedziała jej.

Placida Linero ujrzała wówczas kartkę na podłodze, ale nie przyszło jej na myśl, aby 

ją podnieść, a o jej treści dowiedziała się dopiero wtedy, gdy ktoś pokazał jej ten list w 

zamieszaniu   tragedii.   Przez   drzwi   zobaczyła   braci   Vicario   biegnących   w   stronę   domu   z 

obnażonymi nożami. Z miejsca, w którym się znajdowała, mogła ich zobaczyć, ale nie mogła 

widzieć syna, biegnącego ku drzwiom z drugiej strony. „Pomyślałam, że chcą dostać się do 

domu, żeby zabić go w środku” - powiedziała mi. Podbiegła wówczas do drzwi i zatrzasnęła 

je   jednym   ruchem.   Ryglowała   je,   kiedy   usłyszała   krzyki   Santiago   Nasara   i   usłyszała 

przerażające walenie o drzwi, ale pomyślała, że on jest na górze i obrzuca obelgami braci 

Vicario z balkonu swojej sypialni. Poszła na górę, by mu dopomóc.

Santiago Nasarowi  zabrakło zaledwie kilku sekund, by schronić się w domu, gdy 

drzwi   zatrzasnęły   się.   Zdołał   jeszcze   uderzyć   w   nie   parę   razy   pięściami   i   natychmiast 

odwrócił się, by z gołymi rękami stawić czoło swym wrogom. „Przestraszyłem się, kiedy go 

zobaczyłem na wprost siebie - powiedział mi Pablo Vicario - bo wydał mi się jakby dwa razy 

większy, niż był w rzeczywistości”. Santiago Nasar uniósł rękę, by odparować pierwszy cios 

Pedra Vicario, który zaatakował go z prawej strony prostym nożem.

- Skurwysyny - wrzasnął.

Nóż przebił mu prawą dłoń, a następnie zanurzył się cały w boku. Wszyscy usłyszeli, 

jak zaskowyczał z bólu.

- Mamo!

Pedro Vicario cofnął dłoń bezwzględnym ruchem rzeźnika i zadał drugi cios, niemal 

w to samo miejsce. „Najdziwniejsze było to, że nóż wychodził czysty - zeznał Pedro Vicario 

sędziemu śledczemu. - Zadałem mu co najmniej trzy ciosy i nie było ani jednej kropli krwi”. 

Santiago Nasar po trzecim pchnięciu skręcił się z rękoma skrzyżowanymi na brzuchu, wydał 

z siebie jęk cielaka i usiłował odwrócić się plecami. Pablo Vicario stojący z zakrzywionym 

nożem w jego lewej strony zadał mu wówczas jedyne pchnięcie od tyłu i strumień krwi pod 

wysokim ciśnieniem zbryzgał mu koszulę. „Miała ten sam zapach co on” - powiedział mi. 

Trzykrotnie już ugodzony śmiertelnie, Santiago Nasar ponownie odwrócił się do nich twarzą i 

oparł plecami o drzwi domu swojej matki, nie stawiając najmniejszego oporu, jakby chciał 

dopomóc im, by wreszcie zabili go z obu stron po równo. „Już nie krzyczał - zeznał Pedro 

Vicario sędziemu śledczemu. - Na odwrót, wydawało się, że się śmieje”. Wówczas obaj, nie 

background image

przestając przybijać go do drzwi, zaczęli na przemian zadawać łatwe ciosy unosząc się na 

powierzchni oślepiającej zatoki spokojnych wód, którą napotkali po drugiej stronie strachu. 

Nie słyszeli krzyków całego miasteczka przerażonego własną zbrodnią. „Czułem się jak ktoś 

galopujący na koniu” - zeznał Pablo Vicario. Obaj jednak nagle wrócili do rzeczywistości, 

poczuli się bowiem całkowicie wyczerpani, a mimo to wydawało im się, że Santiago Nasar 

nigdy   nie   padnie.   „Cholera,   kuzynie   -   powiedział   mi   Pablo   Vicario   -   nawet   sobie   nie 

wyobrażasz,   jakie   to   trudne   zabić   człowieka!”   Usiłując   skończyć   raz   na   zawsze,   Pedro 

Vicario zaczął szukać serca, ale umiejscowił je nieomal pod pachą, tam gdzie mają je świnie. 

W rzeczywistości zaś Santiago Nasar nie padał, gdyż oni sami podtrzymywali go przybijając 

nożami   do   drzwi.   Zrozpaczony   Pablo   Vicario   ciął   go   w   poprzek   brzucha   i   wszystkie 

wnętrzności wypłynęły. Pedro Vicario miał zamiar zrobić to samo, ale przerażenie wykręciło 

mu dłoń i zadał chybiony cios w udo. Santiago Nasar stał jeszcze oparty o drzwi, póki nie 

dostrzegł w słońcu własnych trzewi, czystych i niebieskich, i po chwili padł na kolana.

Placida Linero, bezskutecznie wołając go po pokojach i słysząc nie wiadomo skąd 

dochodzące wrzaski, które nie były jego krzykami, wyjrzała przez okno wychodzące na plac i 

zobaczyła bliźniaków Vicario biegnących w stronę kościoła. Tuż na nimi biegł Yamil Shaium 

ze swoją strzelbą na jaguary i inni Arabowie bez broni, Placida Linero pomyślała więc, że 

niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wyszła na balkon od sypialni i zobaczyła  Santiago 

Nasara przy drzwiach, leżącego twarzą w pyle, usiłującego powstać z kałuży własnej krwi. 

Podniósł się przechylony na bok i zaczął iść lunatycznym  krokiem, podtrzymując rękami 

wypływające wnętrzności.

Przeszedł   ponad   sto   metrów   całkowicie   okrążając   dom,   by   wejść   kuchennymi 

drzwiami. Był na tyle jeszcze przytomny, by nie iść ulicą, która była najdłuższą drogą, tylko 

wszedł   przez   przyległy   dom.   Poncho   Lanao,   jego   żona   i   pięcioro   dzieci   w   ogóle   nie 

zorientowali się, co stało się przed chwilą dwadzieścia kroków od ich drzwi. „Usłyszeliśmy 

wrzaski   -   powiedziała   mi   żona   -   ale   pomyśleliśmy,   że   to   biskupia   feta”.   Zaczęli   jeść 

śniadanie, kiedy zobaczyli wchodzącego Santiago Nasara spływającego krwią i niosącego w 

dłoniach kiść swych wnętrzności. Poncho Lanao powiedział mi: „Nigdy nie zapomnę tego 

straszliwego smrodu gówna”. Ale Argenida Lanao, starsza córka, opowiedziała, że Santiago 

Nasar szedł tak samo dumnie jak zawsze, stawiając uważnie kroki, a jego twarz Saracena z 

potarganymi   kędzierzawymi   włosami   była   piękna   jak   nigdy.   Przechodząc   obok   stołu 

uśmiechnął się do nich i poszedł przez pokoje do tylnego wejścia domu. „Sparaliżował nas 

strach” - powiedziała mi Argenida Lanao. Moja ciotka, Wenefrida Marquez, skrobała rybę na 

patio swego domu, po drugiej stronie rzeki, i ujrzała go, jak schodził po schodkach starego 

background image

nabrzeża szukając pewnym krokiem drogi do swego domu.

- Santiago, synu! - krzyknęła. - Co ci jest? Santiago Nasar rozpoznał ją.

- Zabili mnie, ciociu Wene - odpowiedział. Potknął się na ostatnim schodku, ale wstał 

natychmiast.   „Nawet   zadbał   o   to,   by   strzepnąć   ręką   ziemię,   która   została   mu   na 

wnętrznościach”   -   powiedziała   mi   moja   ciotka  Wene.   Następnie   wszedł   do   swego   domu 

tylnymi drzwiami otwartymi od szóstej i padł w kuchni na twarz.