background image

Celina  Budzyńska 

Ignacy Tom 

„Janusz” 

(1902 – 1937) 

W   materiałach   i   dokumentach   IV   Konferencji   KPP  z   1925   roku 

zachowała się odręcznie wypełniona ankieta: 

Janusz ur. 1902 r. w Szwajcarii, narodowość polska, wykształcenie  

średnie,   1   rok   uniwersytetu.   W   1918   r.   był   członkiem   grupy  
młodzieżowej   przy   PPS-Lewicy,   do   KPRP   należy   od   momentu 
powstania,   od   1922   r.   jest   jednocześnie   członkiem   ZMK.   3-krotnie  
aresztowany siedział 2 lata, z pierwszej sprawy uniewinniony, drugi raz 
zbiegł. Obecnie jest sekretarzem KC ZMK w P(olsce). W kraju przebywa  
nielegalnie. W konferencji uczestniczy jako delegat Związku Młodzieży  
Komunistycznej w Polsce ' .

'  

Ankieta uczestnika IV Konferencji KPP, Archiwum Zakładu Historii Partii. 

Tyle   suchy   dokument,   notatka   biograficzna   –   a   człowiek...?   Jak 

trudno po tylu latach odtworzyć obraz człowieka, wówczas, gdy burze 
dziejowe zmiotły niemal wszystkie ślady, gdy zachowało się zaledwie 
parę artykułów w nielegalnej prasie, krótkie sprawozdanie z działalności 
ZMK   –   przez   niego   pisane,   no   i   oczywiście   „urzędowe”   relacje   w 
archiwach   policyjnych.   Tak   niewielu   pozostało   wśród   żyjących   ludzi, 
którzy   z   nim   razem   pracowali,   a   pamięć   zachowała   jakieś   strzępy 
wspomnień, mało ważne scenki i fakty, z których – jak ze szczątków 
cennej   porcelany   –   trudno   skleić   całość   i   pokazać   sylwetkę   żywego 
człowieka, działacza, serdecznego przyjaciela. 

Był to koniec 1924 lub początek 1925 roku. Brudny, rozdeptany 

śnieg leżał na ulicach Warszawy, chlupał pod nogami, przedostając się 
przez  dziury w butach.  Pracowałam  wówczas  w „technice centralnej” 
ZMK i bieganina z „podpunktu” na „lokal”, z redakcji do drukarni kojarzy 
mi się w pamięci z wiecznie mokrymi nogami, z ciągłym pośpiechem, z 
przemierzanymi w nieskończoność ulicami warszawskiego proletariatu i 
żydowskiej   biedoty.   Wola,   Powązki,   Muranów,   Powiśle   –   były   to 
dzielnice, gdzie najczęściej mieściły się konspiracyjne lokale „starych”, 

background image

jak   w   gwarze   codziennej   nazywaliśmy   kapepowców   i   nasze, 
młodzieżowe „meliny”.  Mimo konspiracyjnych warunków spotykało się 
wówczas   mnóstwo   ludzi,   znało   się   wielu   aktywistów   i   sympatyków. 
Lokali konspiracyjnych , tak niezbędnych w nielegalnej pracy, było mało, 
zwłaszcza na brak lokali cierpiała młodzież i – dosłownie – deptaliśmy 
sobie po piętach. Często jedno i to samo mieszkanie służyło „starym” 
dla  celów konspiracyjnych, a w sekrecie przed „starymi”  korzystała z 
niego młodzież. Cóż, uczyliśmy się dopiero konspiracji... 

W   tym   właśnie   czasie,w   jakimś   małym   mieszkanku   odrapanej 

kamienicy na Nowolipiu, wykorzystywanym wówczas przez Sekretariat 
KC ZMK, spotkałam nowego, nieznajomego człowieka. Był to właśnie 
„Janusz”, który widocznie wtedy właśnie objął funkcję sekretarza KC. 
Może   dlatego   zapamiętałam   tak   dobrze   to   pierwsze   spotkanie,   że 
„Janusz” zewnętrznie bardzo się odcinał od otoczenia, od pewnego typu 
działacza   młodzieżowego,   który   dominował   wówczas   w   naszym 
środowisku. Częściowo z braku środków materialnych, głównie chyba 
jednak z pogardy dla „atrybutów ginącego świata”, nie przywiązywaliśmy 
większej   wagi   do   wyglądu   zewnętrznego.   Zwłaszcza   młodzież 
inteligencka uważała niemal za punkt honoru chodzenie w rozchełstanej 
koszuli i w nie oczyszczonych butach. 

„Janusz”   nie   maskował   niczym   swojej   „inteligenckości”, 

powiedziałabym   nawet,   że   trochę   ją   jak   gdyby   podkreślał.   W   dobrze 
leżącym ubraniu, z zawiązaną na kokardę wstążką, zamiast krawatu – 
wyglądał   raczej   na   poetę,   niż   na   rewolucyjnego   działacza.   Na   tle 
ubogiego   mieszkanka   uderzyła   mnie   wówczas   jego   uroda   –   jasna, 
pociągła twarz, kasztanowate,  lekko wijące się  włosy i żywe  błękitne 
oczy. Przemknęła nawet przez głowę myśl - „skąd się wziął tutaj ten 
paniczyk”. Ale już po chwili rzeczowe pytania i krótkie instrukcje, które 
od   niego   otrzymałam,   rozwiały   pierwsze   wrażenie.   Nie   wiedziałam 
wówczas   jeszcze,   kim   jest   ten   „nowy”,   poczułam   jednak 
doświadczonego praktyka, działacza. 

Pracowałam   później   z   „Januszem”   dość   długo,   widywałam   go 

niemal   codziennie   i   przestało   mnie   dziwić   to,   że   w   najgorszych 
warunkach,   po   nocach   spędzonych   w   dusznych,   ciasnych   izbach 
„Janusz”   wyglądał   zawsze   „jak   z   igły”,   nawet   kanty   na   spodniach 
posłusznie wytrzymywały tarapaty nielegalnego żywota. Później dopiero 
przekonałam   się,   że   ta   dbałość   o   wygląd   zewnętrzny   nie   była   tylko 
nawykiem,   wyniesionym   z   domu   rodzinnego,   ale   zasadą   dobrego 
konspiratora,   który   uważał,   że   człowiek,   żyjący   w   nielegalnych 
warunkach powinien jak najbardziej przystosować się do otaczającego 
świata i nie wyglądać na to, czym jest w istocie. 

background image

O warunkach, w których wyrósł, wiem bardzo niewiele, chociaż z 

siostrą jego – Renią – uczyłam się w jednej szkole. Wiem, że pochodził 
z rodziny inteligenckiej, chyba postępowej, związanej w jakimś stopniu z 
ruchem rewolucyjnym, prawdopodobnie z PPS-Lewicą. Ojciec jego był 
nauczycielem, „Janusz” urodził się w Zurychu, w Szwajcarii, gdzie ojciec 
jego przebywał widocznie na studiach. Sądzę, że atmosfera panująca w 
domu   rodzinnym   wpłynęła   na   tak   wczesne   związanie   się   młodego 
chłopca z ruchem rewolucyjnym. „Janusz” mając 16 lat należał do grupy 
młodzieżowej   PPS-Lewicy,   a   już   po   kilku   miesiącach   –   od   chwili 
zjednoczenia   ruchu   robotniczego   –   był   członkiem   KPRP.   Od 
siedemnastego roku życia „Janusz” był funkcjonariuszem partyjnym. To 
znaczy – bez żadnej przenośni – obrał sobie zawód rewolucjonisty, od 
wczesnej młodości i na całe życie. 

Kiedy   go   poznałam   miał   23   lata   i   doświadczenie   prawie   7   lat 

rewolucyjnej działalności. 

Nie lubił mówić o sobie. O tym, na przykład, że w 1921 roku był 

uczestnikiem kursu dla działaczy kulturalnych, zorganizowanego przez 
Międzynarodówkę   Komunistyczną   –   dowiedziałam   się   dopiero   teraz, 
wertując   ankiety   ze   zjazdów   KPP.   Był   działaczem   partyjnym   zanim 
powstało   ZMK,   a   kiedy   zaszła   potrzeba,   aktywnie   uczestniczył   w 
organizowaniu Związku Młodzieży Komunistycznej. 

W 1921 r. zostaje pierwszy raz aresztowany w lokalu Uniwersytetu 

Ludowego przy ul. Oboźnej 4, gdzie koncentrowało się wówczas życie 
kulturalne   warszawskiej   lewicy,   gdzie   grupowała   się   rewolucyjna 
młodzież. Po trzech tygodniach „z braku dowodów winy” zwolniono go, 
śledztwo zostało umorzone. 

Meldunek   policji   z   27.VIII.1922   r.   podaje,   że  (…)   w   związku   z 

ujawnieniem wojskówki ZMK i składu literatury komunistycznej przy ul. 
Konopackiej – został aresztowany Ignacy Tom. 
Faktycznie jednak areszt 
nastąpił   nieco   wcześniej,   bo   15   maja   w   mieszkaniu   nieco   starszego 
towarzysza   Salomona   Garfinkla.   Była   to   głośna   w   tych   latach   tzw. 
sprawa Teoplitza. Pod zarzutem działalności komunistycznej w wojsku 
aresztowani zostali Leon Teoplitz, Antoni Piwowarczyk, Jan Pomorski, 
Julia Heflich, Ignacy Tom oraz kilku żołnierzy-szeregowców. 

Sprawa   była   poważna,   ale   „Janusz”   miał   widocznie   szczęście   i 

zdolności konspiratorskie. Bo znowu policja mimo wielkich starań – nie 
mogła znaleźć dowodów jego antypaństwowej działalności. Wprawdzie 
w akcie oskarżenia zarzuca mu się przynależność do ZMK, ale sąd z 
braku dowodów uniewinnia Ignacego Toma i jeszcze czterech spośród 
jedenastu oskarżonych w tym procesie. 

background image

I   znowu   „Janusz”   znajduje   się   na   wolności,   wraca   do   pracy   w 

organizacji   młodzieżowej,   która   po   I   Zjeździe,   w   marcu   1922   roku, 
zaczyna się umacniać, organizując szereg masowych akcji. 

1   maj   1923   roku   dowodzi   znacznego   wzrostu   liczebności   i 

wpływów   ZMK.   Ale   wkrótce   po   święcie   majowym   zaczyna   się   fala 
represji i aresztów, które objęły cały kraj. 

Widocznie   maj   był   dla   „Janusza”   pechowym   miesiącem,   bo 

13.V.1923 roku następuje wielka wsypa. W lokalu Związku Zawodowego 
Służby   Domowej   przy   ulicy   Długiej   61   w   Warszawie   aresztowano 
wszystkich   uczestników   Krajowej   Konferencji   ZMK.   Wśród   21 
aresztowanych   znalazł   się   również   Ignacy   Tom.   Teraz   już   bramy 
więzienia   mokotowskiego   zamknęły   się   za   nim   na   dłużej.   W   aktach 
więziennych   zachowała   się   decyzja   o   aresztowaniu   i   nakaz   z   dnia 
16.V.1923 roku osadzenia w więzieniu (…) Ignacego Toma, s. Alfreda i 
Emilii, studenta prawa, oskarżonego z paragrafu 103 kodeksu karnego. 

Więzienie było uniwersytetem młodych działaczy komunistycznych. 

W   „Mokotowie”   siedziało   wówczas   wielu   wybitnych   komunistów-
praktyków i teoretyków, jak np. Alfred Lampe, Juliusz Rydygier, Henryk 
Lauer   (Ernest   Brand),   Adam   Landy,   Szczepan   Rybacki,   Mojżesz 
Nowogródzki, Jakub Cyterszpiler i wielu innych. 

Uczyli   się   wszyscy,   ale   najwięcej   korzystała   z   tego   młodzież. 

Komuna   więzienna   miała   własną,   nielegalną   bibliotekę,   w   celach 
odbywały się wykłady, dyskusje. Wśród więźniów ujawniały się talenty, 
zmiłowania.  Szczególnie obfitowała wówczas  Komuna Mokotowska w 
talenty   matematyczne.   Wybitnym   matematykiem   był   Henryk   Lauer-
Brand,   który   zresztą   wkrótce   opuścił   Mokotów   –   wysłany   w   ramach 
wymiany   więźniów   politycznych   –   do   ZSRR.   Wiedzę   matematyczną 
popularyzował wśród więźniów starosta Komuny Juliusz Rydygier, który 
zamienił   ofiarowywaną   mu   katedrę   matematyki   w   Sorbonie   na   żywot 
nielegalnego   rewolucjonisty.   Pod   jego   kierownictwem   młody   robotnik 
Jan   Szczęśniak   -   „Kaśka”,   który   ukończył   zaledwie   kilka   klas 
„powszechniaka”,   opanował   arkana   wyższej   matematyki   i   niemalże 
prześcignął mistrza.  Ale wszystkie rekordy pobił Julian Ortwein, który 
najzawilsze równania matematyczne rozwiązywał w pamięci, nie notując 
ani jednej cyfry. 

„Janusz”   był   widocznie   dziedzicznie   obciążony   tzw.   „dobrym 

piórem”,   ale   chyba   dopiero   w   więzieniu   ujawniły   się   jego   talenty 
poetyckie, które zresztą nie budziły widocznie zachwytu towarzyszy, bo 
w żartobliwej piosence szopki mokotowskiej, śpiewano: 

background image

(…) W ciupie pisywał rzecz oczywista, 
Bo to najtęższy u nas stylista, 
Elegie rzewne, poezje śpiewne, 
tra – la – la – la – la 
A gdy przeczytał swoje utwory 
każdy towarzysz poczuł się chory (…) ' 

'  

Autor piosenki – Józef Koen. 

Piosenka była długa i złośliwa, dowcipu i humoru nie brakowało 

wówczas, co w niczym zresztą nie psuło wzajemnych stosunków. 

Ale nauka, poezja, humor więzienny ani na chwilę nie przytłumiały 

ostrej   tęsknoty   do   wolności,   do   pracy.   Wykorzystywano   wszystkie 
możliwości dla kontaktów ze światem zewnętrznym, z partią. Pewnego 
dnia,   strażnik   więzienny,   rewidując   rzeczy,   zwracane   rodzinie   przez 
więźnia – Ignacego Toma – znalazł 6 „grypsów” ' , ukrytych wewnątrz 
butelki. Była tam pisana przez „Janusza” informacja o walce więźniów 
przeciwko szykanom władz, analiza składu komuny więziennej, wiersz, 
a raczej fragment poematu o Leninie. Za te grypsy Ignaś pozbawiony 
został   widzeń   z   rodziną.   Urwała   się   jeszcze   jedna   nitka,   łącząca 
młodego więźnia ze światem zewnętrznym. Ale w tym samym czasie 
rodzina   z   ogromnym   wysiłkiem   i   uporem   stara   się   wydostać   go   z 
więzienia.   Ojciec   wydeptuje   progi   urzędów,   uzyskując   w   końcu 
zwolnienie na konsylium  lekarskie. Dzięki opinii profesora Kazimierza 
Dłuskiego, szwagra Marii Curie-Skłodowskiej, który orzekł, że młodemu 
więźniowi   grozi   ciężka   choroba   płuc,   sędzia   zezwolił   na   wniesienie 
kaucji przez rodzinę – i „Janusz” po 1 1/2 rocznym pobycie w więzieniu 
mokotowskim wydostaje się na wolność. 

'  

„Gryps” - list nielegalnie wysyłany z więzienia lub odwrotnie. Grypsy pisano 

   drobniuteńkim maczkiem na bibułkach, szmatkach, skrawkach papieru. 

Kiedy   w   kilka   miesięcy   później   odbywa   się   proces   uczestników 

konferencji przy ulicy Długiej, „Janusz” na sprawę  się nie stawia.  Za 
zbiegłym oskarżonym Ignacym Tomem 
sąd rozsyła listy gończe. 

„Janusz”   pełni   wówczas   funkcję   sekretarza   KC   ZMK,   jest   już 

„nielegalnikiem” w pełnym znaczeniu tego słowa. Mniej więcej od tego 
czasu datuje się moja z nim znajomość. 

Trudny   żywot   zawodowego   rewolucjonisty   „Janusz”   znosił 

doskonale. Prosty, bardzo bezpośredni i ujmujący w obejściu, zdobywał 
sobie szybko sympatię wśród bardzo różnorodnych ludzi, z którymi się 
stykał. Lubiły go sterane życiem matki towarzyszy, u których nocował, 
starały się podkarmiać go kapuśniakiem czy grochówką, ale „Janusz” 

background image

unikał tego, nie chciał obciążać i tak skromnego budżetu robotniczych 
rodzin.   Przez   jakiś   czas   mieszkał   przy   biednej   rodzinie   żydowskiego 
kamasznika, przy ulicy Smoczej. Śmiał się, że początkowo, jak przynosił 
sobie   kawałek   kiełbasy   na   kolację,   to   gospodyni   mieszkania,   zwana 
przez nas „ciotką” Taubą, wyganiała go na schody, żeby jej „chałupy nie 
strefnił”, a później córki jej razem z nim tę kiełbasę jadły i „ciotka” Tauba 
cierpliwie to znosiła. 

Kiedy w nocy rozlegały się na podwórzu ciężkie kroki i podejrzany 

szczęk – co zdarzało się dosyć często, bo to ogromne domisko o trzech 
podwórzach   i   labiryncie   schodów,   korytarzy   i   zakamarków   –   było 
przytuliskiem złodziei i paserów - „ciotka” Tauba cicho budziła „Janusza”, 
szepcząc: „Masz coś? Daj lepiej mnie, ja schowam...” A przecież „ciotka” 
Tauba   była   niepiśmienną,   starą   Żydówką   w   peruce,   która   bała   się 
„polityki”   i   bardzo   bolała   nad   tym,   że   jej   dzieci   zajmują   się   takimi 
„paskudnymi” sprawami. Ale „Janusza” lubiła... 

Ponieważ „Janusz” był nie tylko sekretarzem KC, ale i człowiekiem 

„piszącym”,   często   przesiadywał   całymi   dniami   zamknięty   w   jakimś 
mieszkaniu, pisząc odezwy, artykuły do Towarzysza, czy sprawozdania. 
Przynosiłam mu wówczas żywność – bułki, wędlinę, a czasem, chcąc 
mu   sprawić   przyjemność   kupowałam   za   parę   groszy   torebkę 
gotowanego   bobu,   który   ogromnie   lubił.   Wracałam   zazwyczaj   z   tych 
odwiedzin, niosąc w kieszeni gotowy artykuł lub odezwę, które trzeba 
było szybko przekazać do drukarni. 

W   tym   nielegalnym   życiu   jedno   tylko   ciążyło   „Januszowi”   - 

konieczność konspiracji przed własną rodziną. Przywiązany był bardzo 
do   rodziny,   ale   szczególnie   kochał   ojca,   niepokoił   się   stanem   jego 
zdrowia. Dlatego właśnie konspirował się przed nią, utrzymując ich w 
przekonaniu, że wyemigrował z kraju. Zachowała mi się w pamięci taka 
scenka.   Szliśmy   razem   z   „Januszem”   ulicą   Złotą   w   słoneczny,   letni, 
dzień, „Janusz” coś mi z ożywieniem opowiadał, nagle zamilkł i szybko 
przebiegł na drugą stronę ulicy. Kiedy po chwili dogoniłam go, zdziwiła 
mnie jego zmieniona twarz. „Co się stało? Szpicla zobaczyłeś, czy co?” - 
zapytałam.   „Janusz”   milczał   przez   chwilę,   a   potem   powiedział   cicho. 
„Nie – tam szedł naprzeciwko mój „stary”. Dobrze, że ma krótki wzrok, 
nie chciałbym go martwić”. 

W   późniejszym   okresie   siostra   jego,   Renia,   dostąpiła 

wtajemniczenia. Od niej przynosiłam „Januszowi” wiadomości o ojcu, o 
rodzinnych troskach i radościach. 

Wśród   działaczy   ZMK   panowały   wówczas   serdeczne, 

przyjacielskie stosunki, nie naruszone jeszcze późniejszymi konfliktami, 
wynikającymi z walk frakcyjnych. W stosunkach wzajemnych panowała 

background image

pełna demokracja. Jeżeli już coś budziło respekt, to nie ranga, a staż w 
pracy nielegalnej, a zwłaszcza staż więzienny. Ale stąd właśnie rodził się 
pewien   dystans   w   stosunkach   między   nami   -   „techniczkami”   i 
łączniczkami   z   najmłodszego   wówczas   pokolenia   ZMK,   a   niektórymi 
„kacykami” (członkami Komitetu Centralnego). Z „Januszem” łączyła nas 
po   prostu   przyjaźń,   bez   żadnego   dystansu,   co   bynajmniej   nie 
pomniejszało   naszego   uznania   i   szacunku.   To   wynikało   z   jego 
charakteru. „Januszowi” obca była wszelka sztywność, nie miał żadnych 
inklinacji   do   wywyższania   się,   był   niezwykle   serdeczny   i   troskliwy   w 
stosunku do towarzyszy. Te cechy zachował przez całe swoje krótkie 
życie. 

Przypominają   mi   się   takie   drobne   przykłady   jego   troskliwości. 

Razem   ze   mną   w   „technice   centralnej”   pracowała   „Zocha”   (Natalia 
Kowner) – młoda towarzyszka z Łodzi. Żyłyśmy obie „manną niebieską”. 
„Zocha” zerwała wtedy z domem, a ja rzuciłam korepetycje, bo praca w 
„technice”  zabierała cały czas. Oczywiście o swoich trudnościach nie 
mówiłyśmy nikomu. Ale „Janusz” miał dobre oko... Miejscem naszych 
konspiracyjnych spotkań były najczęściej małe, zatłoczone kawiarenki 
na Muranowie, gdzie przy szklance herbaty załatwiało się różne sprawy. 
„Janusz”   nagle   zmienił   „geografię”   spotkań   i   zaczął   się   umawiać   w 
wędliniarniach   Frydmana,   gdzie   można   było   zjeść   gorące   parówki   z 
kapustą.   Tłumaczył   tę   zmianę   względami   konspiracyjnymi.   Byłyśmy 
zachwycone tą innowacją, gorące parówki, za które, oczywiście, płacił 
„Janusz”, to było zupełnie co innego, niż mdła, letnia herbata. Dopiero 
znacznie   później   „Janusz”   się   wygadał,   że   nie   chodziło   o   żadne 
„względy konspiracyjne”, a po prostu o dokarmienie głodomorów. 

Pewnego   razu   podczas   jakiegoś   kolejnego   spotkania”Janusz” 

wyjął z portfelu pieniądze i powiedział, że Sekretariat przyznał „Zośce” i 
mnie po pół „funkcjonarki” ' . Byłyśmy bardzo młode, pracę w „technice” 
uważałyśmy   za   wielki   zaszczyt   i   propozycję   przyjęcia   nawet 
najdrobniejszej sumy za tę zaszczytną pracę przyjęłyśmy ze szczerym 
oburzeniem.   Na   próżno   „Janusz”   usiłował   wybić   nam   z   głowy   te 
„pensjonarskie   fochy”.   Wzruszył   ramionami,   schował   pieniądze   do 
portfela,   po   chwili   jednak   wyjął   z   drugiej   kieszeni   kilka   papierków   i 
zapytał: „A jak wam dam ze swoich – to weźmiecie?” Wzięłyśmy, nie 
zastanawiając się wiele – choć wiedziałyśmy dobrze, że jemu też często 
nie starczało pieniędzy na skromne wydatki. 

'  

Funkcjonariusze partyjni czy młodzieżowi otrzymywali bardzo skromną 

   kwotę na utrzymanie. 

background image

Z   „Zochą”   kojarzy   mi   się   takie   wspomnienie   z   nieco 

wcześniejszego   okresu,   kiedy   ona   dopiero   przyjechała   z   Łodzi   i   nie 
znała jeszcze towarzyszy z centralnego aktywu. 

Natalia Kowner 

Kiedyś   tak   wypadło,   że   „Zocha”   musiała   iść   zamiast   mnie   na 

umówione spotkanie z „Januszem”. Nieraz już musiałyśmy poznawać 
nieznajomych   towarzyszy   tylko   według   opisu   –   miałyśmy   więc   niezłą 
praktykę. Wyprawiłam „Zochę” - opisawszy jej jak najdokładniej wygląd 
„Janusza”   -   widocznie   użyłam   przy   tym   przymiotnika   „przystojny”. 
„Zocha”   czekała   godzinę,   „Janusza”   nie   spotkała,   wróciła   zła   i 
zdenerwowana.   Istotnie   były   powody   do   niepokoju   –   bo   może   być 
„wsypa” - a w każdym razie utrata kontaktu, który tak trudno później 

background image

nawiązać.   Szukaj   igły   w   stogu   siana,   a   nielegalnika   w   ludnej 
Warszawie... Biegam więc, szukam i jestem szczęśliwa, kiedy wreszcie 
„Janusz” - zdrów i cały - „myje mi głowę” za niesubordynację. Z kolei ja 
„myję głowę” „Zośce”, a ta jeszcze oburza się na mnie, że to niby ja 
jestem wszystkiemu winna. 

„Dlaczego ja – dziwię się – kręciłaś się koło niego godzinę, a ja ci 

go tak dokładnie opisałam. Sama jesteś niedorajda...” 

„Zocha” protestuje. 
„Bo  ty mówiłaś,  że  przystojny,   a  on  jest  przecież   ładny,  ale  nie 

przystojny – bo przystojny – to musi być wysoki...” 

I  rzeczywiście  -  „Janusz”  był średniego wzrostu, ale  mnie jakoś 

słowo „przystojny” nie kojarzyło się ze wzrostem. Widocznie miałyśmy 
różne pojęcie o przystojności. Później już byłam bardzo ostrożna przy 
używaniu przymiotników. 

„Janusz” często wyjeżdżał. Nie było go przez pewien czas latem 

1925 roku, znikł również z Warszawy jesienią. Nikomu – rzecz prosta – 
nie   przyszłoby   na   myśl   zapytać,   dokąd   wyjeżdża.   Później   dopiero 
wyjazdy   te   zaczynały   kojarzyć   się   w   naszej   świadomości   ze 
sprawozdaniami ze zjazdów, konferencji. Właśnie w listopadzie 1925 r. 
„Janusz” był delegatem na IV Konferencji KPP. 

Było to po krótkim okresie ultra-lewicowego kierownictwa w KPP ' . 

'  Kierownictwo ultralewicowe w KPP. - W 1925 roku do kierownictwa KPP 
  weszli przedstawiciele ultralewicowego kierunku partii z „Domskim” 
  (Henrykiem Steinem) na czele. Kierunek ten cechowało niedocenienie 
  sojuszu robotniczo-chłopskiego i kwestii narodowej, co wiązało się z 
  negowaniem celowości wysuwania przez partię haseł demokratycznych. 

Przebieg   konferencji   był   bardzo   burzliwy.   Chodziło   przecież   o 

sprawy  dla partii  najważniejsze,  o prawidłową  ocenę sytuacji,  o więź 
partii z masami, o przezwyciężenie sekciarskich błędów,  które w tym 
czasie   przejawiały   się   w   całym   ruchu   robotniczym,   a   w   KPP 
doprowadziły   niemal   do   kryzysu   wewnętrznego.   Nic   dziwnego,   że 
dyskusja na Konferencji była zaciekła. 

Dostało   się   tam   i   „Januszowi”   jako   przedstawicielowi   ZMK. 

Wprawdzie w referacie sprawozdawczym KC KPP zostało podkreślone, 
że błędy popełnione przez ZMK były konsekwencją lewackiego kierunku 
w linii politycznej KPP. Krytykowano jednak ostro kierownictwo ZMK za 
zastępowanie   szerokiej   pracy   propagandowej   wśród   młodzieży, 
pochopnie organizowanymi akcjami, które często spalały na panewce. 

Kierownictwo   ZMK   wyciągnęło   wnioski   z   tej   krytyki.   Już   kilka 

miesięcy   później   „Janusz”   pisał   w   artykule   „Najbliższe   zadania   ZMK” 
(Nowy Przegląd  1926 r., nr 3.) o poważnych zmianach, jakie zaszły w 

background image

działalności   ZMK   po   IV   Konferencji,   o   rozszerzeniu   wpływów   wśród 
młodzieży,   udziale   ZMK   w   organizowaniu   strajków   ekonomicznych. 
Główne   zadania   –  pisał   „Janusz”   w   imieniu   kierownictwa   ZMK   –  to 
wzmożenie   pracy   wśród   młodzieży   wielkoprzemysłowej,   praca   w 
sekcjach   młodzieżowych   zw[iązków]   zawodowych,   walka   o   jednolity 
front   młodzieży.  
Nawiązując   do   uchwały   TUR   w   sprawie   walki   z 
militaryzmem - „Janusz” apeluje do nich: „Walczmy razem”. Nie były to 
wówczas   hasła   łatwo   przyjmowane   przez   młodzież   komunistyczną, 
wśród   której   dominowała   nienawiść   do   ugodowców   i   niewiara   w 
możliwość wspólnej walki. 

Nie pamiętam dokładnie, kto zastępował „Janusza” w czasie jego 

nieobecności, natomiast utkwił mi w pamięci dzień jego powrotu. Był to 
zimowy,   mroźny   wieczór.   Zmęczona,   zziębnięta   po   całodziennej 
wędrówce   zadzwoniłam   do   mieszkania   przy   ulicy   Wilczej,   które 
stanowiło   wówczas   „bazę”   Sekretariatu   KC.   Otworzył   mi   drzwi 
nieznajomy   młody   człowiek   o   wyglądzie   lalusia   –   przedziałek,   wąsik, 
krawacik.   Odruchowo   cofnęłam   się,   sądząc,   że   to  tajniak,   i   że   lepiej 
umykać   póki   czas,   gdy   po   znajomym   uśmiechu   i   błękitnych   oczach 
poznałam „Janusza”. Metamorfoza była tak udana, że dość długo nie 
mogłam się przyzwyczaić do jego nowej „skóry” i wciąż zdawało mi się, 
że to ktoś obcy. Cóż - „Janusz” był przecież dobrym konspiratorem... 

Związek się rozrastał, powstawały nowe okręgi, pracy było coraz 

więcej. W tym czasie, a może nieco wcześniej, „Janusz” pisze niewielką 
broszurę,   poświęconą   trzechleciu   ZMK.   Była   to   pierwsza   próba 
przedstawienia krótkiej wówczas jeszcze, ale burzliwej i trudnej historii 
narodzin i rozwoju  młodzieżowego ruchu komunistycznego  w  Polsce, 
pokazania,   jak   z   małych   rozproszonych   grupek   młodzieży 
komunistycznej tworzą się zalążki organizacji, jak mimo terroru policji i 
własnych   błędów   –   związek   umacniał   się   i   rozwijał.   O   dynamice 
nielicznej wówczas organizacji świadczą przeprowadzone w tych latach 
akcje   masowe:   obchody   1-majowe,   kampania   antymilitarystyczna   w 
1923 r. i wiele innych. 

Mimo   zdolności   konspiratorskich   „Janusza”,   dalsze   jego 

przebywanie   w   kraju   stawało   się   coraz   trudniejsze.   W   1926   roku 
„Janusz”   wyjeżdża   za   granicę,   tym   razem   na   dłużej.   Pełni   wówczas 
funkcję   przedstawiciela   ZMK   przy   Komunistycznej   Międzynarodówce 
Młodzieży,   uczestniczy   w   rozszerzonej   Egzekutywie   III 
Międzynarodówki.   Wkrótce   potem   zostaje   skierowany   na   studia   do 
Leninowskiej Szkoły przy Kominternie. 

Moskwa   żyła   w   tych   trudnych   latach   napiętym   życiem.   Warunki 

materialne   były   bardzo   ciężkie,   kraj   z   trudem   wydobywał   się   z 

background image

powojennego chaosu i zniszczeń. Życie polityczne toczyło się burzliwie 
– ścierały się różne kierunki, poglądy. W tych warunkach niełatwo było 
intensywnie uczyć się, wykorzystując jedyną może w życiu okazję. Mimo 
wytężonej   pracy   „Janusz”   ani   na   chwilę   nie   zapomniał   o   kraju,   pisał 
nadal   do   nielegalnej   prasy   krajowej,   zbierał   korespondencje   z   życia 
Związku Radzieckiego. Pisywał również artykuły do prasy radzieckiej o 
sytuacji w Polsce. 

W   Moskwie   znalazła   się   wówczas,   na   emigracji,   spora   grupa 

młodzieży   ZMK,   większość   z   nich   uczyła   się   w   Komunistycznym 
Uniwersytecie   Mniejszości   Narodowych   Zachodu.   Warunki,   w   których 
żyliśmy,   były   więcej   niż   skromne.   Stołówka   ledwo   zaspokajała   głód, 
stypendium   starczało   na   najtańsze   papierosy   i   to   nie   dłużej,   niż   na 
tydzień. Tak uczyły się wówczas masy młodzieży radzieckiej. „Janusz” 
był w nieco lepszych warunkach, zazwyczaj miał jakiś grosz w kieszeni z 
honorariów za artykuły. Starał się nas podkarmiać, „fundował” bilety do 
kina, czy teatru.  Dzięki niemu widziałam  wówczas sporo sztuk,  które 
dziś  przeszły już  do historii,  na  przykład „Krzyczcie Chiny”  w teatrze 
Meyerholda, sztuki Bil-Biełocerkowskiego i inne. 

Ale to były krótkie chwile odprężenia. Atmosfera polityczna w tych 

latach była bardzo napięta. Walka z opozycją w Związku Radzieckim, 
walka frakcyjna w KPP, między tzw. „mniejszością” i „większością” ' - to 
były sprawy, pochłaniające nas całkowicie. 

'  Walki frakcyjne w KPP - „większość” i „mniejszość” - nazwy 2 grup KPP, 
   które zarysowały się po przewrocie majowym Piłsudskiego w roku 1926. 
   W składzie plenum KC KPP, wybranego na IV Konferencji KPP w grudniu 
   1925 r. jedna z tych grup posiadała większość, druga – mniejszość i stąd 
   powstały nazwy obu grup. Na czele „większości” stali A. Warski, Wera 
   Kostrzewa, E. Próchniak, E. Stefański, E. Brand, W. Krajewski i inni, 
   na czele „mniejszości” - J. Leński, F. Fiedler, H. Henrykowski, J. Paszyn, 
   A. Lampe, J. Brun i inni. Bezpośrednim powodem rozbicia były różnice 
   w ocenie przewrotu majowego, główną jednak przyczyną były rozbieżności 
   w sprawach taktyki KPP. 

Na   tle   różnic   politycznych   toczyły   się   zaciekłe   spory,   rwały   się 

więzy wieloletniej przyjaźni. W naszej młodzieżowej grupie przeważali 
„mniejszościowcy”,   ale   jednak   różnic   w   poglądach   na   poszczególne 
sprawy   było   mnóstwo.   Właściwy   młodzieży   brak   tolerancji   utrudniał 
rzeczową dyskusję i wzajemne zrozumienie. Zresztą wśród starszych 
towarzyszy   wcale   nie   było   lepiej,   walka   poglądów   przybierała   bodaj 
jeszcze   ostrzejszy   charakter.   Chyba   wtedy   już   rodziły   się   zalążki   tej 
ciężkiej choroby, która w późniejszym okresie tak tragicznie zaciążyła na 
ruchu rewolucyjnym – choroby nieufności wzajemnej, nieuzasadnionej 
podejrzliwości.   „Janusza”   dyskusje   te   pochłaniały   tak   samo   jak 

background image

wszystkich,   aktywnie   uczestniczył   w   walce   frakcyjnej,   ale   w   tych 
trudnych   latach   wyróżniał   się   jakimś   większym   umiarem,   co   w 
panującym   wówczas   klimacie   frakcyjnego   zacietrzewienia, 
niejednokrotnie mu wypominano. 

W   1928   roku   „Janusz”   wraca   do   kraju.   Znowu   wpada   w   wir 

nielegalnej   pracy,   jest   wówczas   kierownikiem   Sekretariatu   KC   ZMK. 
Organizacja   rozrosła   się   w   ciągu   tych   lat;   wyrósł   nowy   aktyw,   część 
„starej gwardii” znalazła się „za kratami”, niektórzy musieli emigrować z 
kraju. Sytuacja ekonomiczna i polityczna stawała się coraz trudniejsza, 
trzeba   było   dostosowywać   zadania   i   metody   pracy   do   nowych 
warunków. „Janusz” szybko wciągnął się do pracy, ale wkrótce, bo już 
12   grudnia   1928   r.,   zamyka   się   znów   za   nim   brama   więzienia 
mokotowskiego. Trudno dociec dziś, czy areszt ten spowodowany był 
przez przypadek czy prowokację, ale „Janusz” jeszcze raz okazał się 
dobrym   konspiratorem.   Mimo   usilnych   starań   policji   nie   udało   się 
znaleźć żadnych dowodów jego działalności. Wyciągnięto więc z lamusa 
zakurzone akta procesu z 1925 r. i wznowiono sprawę na mocy starej 
decyzji sądu o rozesłaniu listów gończych za zbiegłym Ignacym Tomem.  
W   dniu   28.II.1929   r.   sąd   okręgowy   w   Warszawie   skazał   go   za 
przynależność   do   ZMK   w   1925   r.   na   2   lata   ciężkiego   więzienia   z 
zaliczeniem aresztu zapobiegawczego.  
Do odsiedzenia pozostało więc 
tylko kilka miesięcy. Już we wrześniu „Janusz” jest na wolności, znowu 
obejmuje kierownictwo Sekretariatu KC. Z więzienia wyszedł w bardzo 
gorącym   dla   organizacji   okresie.   Zdążył   jeszcze   wyjechać   jako 
przedstawiciel   ZMK   na   Plenum   Komunistycznej   Międzynarodówki 
Młodzieży, a po powrocie zająć się przygotowaniem II Zjazdu ZMK. 

Trudno   dziś   sobie   wyobrazić,   ile   trudności   i   niebezpieczeństwa 

wiązało   się   wówczas   z   przygotowaniem   Zjazdu.   Dokonanie   analizy 
sytuacji   politycznej   i   ekonomicznej,   opracowanie   sprawozdania, 
projektów   uchwał,   wymagało   oczywiście   ogromnego   wysiłku.   Były 
jednak i trudności innego rodzaju, wynikające stąd, że związek działał w 
podziemiu. 

Znalezienie miejsca możliwie bezpiecznego, gdzie można byłoby 

spokojnie   obradować,   zapewnienie   każdemu   delegatowi   dotarcia   do 
celu, zorganizowanie drogi przez „zieloną granicę” - wszystko to było 
związane   z   ogromnymi   trudnościami   i   niebezpieczeństwem.   Pomogli 
młodzi   komuniści   niemieccy.   Zjazd   odbył   się   w   lutym   1930   r.   w 
Niemczech, w górskiej miejscowości, niedaleko miasta Zittau. Miejscem 
obrad Zjazdu było schronisko turystyczne. 

Zjazd  ten odegrał  poważną  rolę  w rozwoju  organizacji,  nakreślił 

kierunek   działalności,   wskazał   na   konieczność   dostosowania   metod 

background image

pracy do potrzeb i zainteresowań młodzieży. Założenia te znalazły wyraz 
w   zmianie   nazwy   organizacji.   „Związek   Młodzieży   Komunistycznej” 
został   przemianowany   w   „Komunistyczny   Związek   Młodzieży   Polski”. 
Zmiana   nazwy   odzwierciedlała   zmianę   stosunku   do   zmiany 
członkostwa, podkreślano w ten sposób, że członek związku nie musi 
być   dojrzałym   już   komunistą,   że   organizacja   winna   stać   się   szkołą 
komunizmu i w swych szeregach wychowywać młodzież. Konieczność 
zmiany nazwy organizacji uzasadniał na Zjeździe „Janusz”. 

II Zjazd był jak gdyby klamrą, zamykającą działalność „Janusza” w 

ruchu   młodzieżowym,   działalność,   która   rozpoczęła   się   wraz   z 
narodzinami ZMK i trwała aż do pełnego rozkwitu organizacji. Wkrótce 
po   Zjeździe   „Janusz”   na   polecenie   partii,   przekazuje   kierownictwo 
Sekretariatu w ręce Włodzimierza Zawadzkiego - „Jasnego” i przechodzi 
do   pracy   partyjnej:   o   tym   okresie   jego   życia   wiem   bardzo   niewiele. 
Jednak dla pełnego obrazu trzeba przedstawić choćby w wielkim skrócie 
dalsze koleje losu „Janusza”. 

Z materiałów policyjnych wynika, że w marcu 1931 r. aresztowano 

w   Warszawie   kierownictwo   Wydziału   Zawodowego   KPP.   Wśród 
aresztowanych   był   również   „Janusz”.   Widocznie   jednak   policja   nie 
znalazła   zbyt   wiele   materiału   obciążającego,   rozesłano   bowiem   do 
wszystkich komend powiatowych następujące pismo okólne: 

Zawiadamia się o zatrzymaniu w Warszawie w dn. 5.III.1931 r. pod  

zarzutem udziału w rozszerzonym Plenum Wydziału Zawodowego KC 
KPP następujące osoby: 

Leśkiewicz  Adam,   Tom   Ignacy,   Górski   Władysław,   Eiger   Maria,  

Puchała   Jan,   Aniołkowski   Wincenty,   Szkudlarek   Antoni,   Wuzenfeld 
Mojżesz, Dąbrowski Stanisław. 

Przesyła się odbitki fotograficzne – celem nadesłania informacji o  

działalności w/w. 

I znowu w aktach więzienia mokotowskiego pojawia się lakoniczna 

notatka   o   przedłużeniu   aresztu   zapobiegawczego   i   zatrzymaniu   w 
więzieniu   Ignacego   Toma.   A   więc   znów   przymusowy   odpoczynek   i 
dobrze   znane   mury   mokotowskiego   więzienia.   Są   to   już   lata   rządów 
sanacyjnych. Warunki więzienne są nieporównanie gorsze niż dawniej, 
więźniowie   polityczni   toczą   nieustanną   walkę   przeciwko   szykanom 
władz. 

Po   kilku   latach   „Janusz”   znowu   przedostaje   się   do   Związku 

Radzieckiego. Jest to już okres drugiej pięciolatki. Minęły lata zaciekłych 
walk frakcyjnych, ludzie pochłonięci są konstruktywną pracą, socjalizm 

background image

buduje się z ogromnym wysiłkiem, ale efekty już są widoczne, zmienia 
się   oblicze   kraju,   zmienia   się   Moskwa.   „Janusz”   z   dziecinnym 
zachwytem ogląda pierwszą linię metro, nowe fabryki, nowe gmachy. 
Jest pełen optymizmu, chociaż ciąży mu oderwanie od kraju. Pracuje 
początkowo jako kierownik działu polskiego w wydawnictwie partyjnym 
WKP(b). Nie zmienił się zupełnie w ciągu tych lat, zachował młodzieńczy 
wygląd, prostotę i bezpośredniość. 

Współpracownicy   lubią   go;   cenią   za   skromność,   takt   i 

doświadczenie.  Ale  po  kilku  miesiącach  Dział  Polski  w  wydawnictwie 
zostaje zlikwidowany, a „Janusza” skierowano do Kijowa, na stanowisko 
redaktora gazety polskiej  Sierp.  Zaczyna się najcięższy okres w jego 
życiu. 

Nadchodził   tragiczny   1935   rok,   atmosfera   stawała   się   coraz 

bardziej   napięta.   Zabójstwo   Kirowa   spotęgowało   narastającą   już   od 
dłuższego   czasu   falę   nieufności,   podejrzeń.   Ciężko   było   „Januszowi” 
żyć w tej atmosferze, jego wrażliwa, szczera natura nie mogła pogodzić 
się   z   mroźnym   klimatem   tych   lat.   Lubił   ludzi,   wierzył   im,   nieufność, 
podejrzliwość nie leżały w jego charakterze. Chodził struty, zgaszony, 
czuł,   że   dzieje   się   coś   niedobrego,   obcego   samej   istocie   idei 
komunizmu; coś nieuchwytnego, czemu trudno się przeciwstawić. 

Nastrój przygnębienia rozproszył VII Kongres Kominternu. Głęboka 

marksistowska   analiza   sytuacji   międzynarodowej,   prawdziwie 
humanistyczne   wnioski,   zmierzające   do   skupienia   wszystkich 
postępowych   sił   świata   w   walce   przeciwko   faszyzmowi   –   obudziły 
nadzieję,  że  skończy  się  okres   sekciarstwa,   zasklepienia,  niewiary  w 
ludzi. 

Ale   wkrótce   po   pełnych   otuchy   dniach   VII   Kongresu   nastąpiły 

areszty   wśród   przebywających   w   Kijowie   polskich   działaczy 
młodzieżowych. Pierwszym był Bronisław Berman - „Stasiak”, jeden z 
założycieli   ZMK.   Następną   ofiarą   był   Józek   Konecki,   wieloletni 
współtowarzysz walki, kompan w celi więzienia mokotowskiego. Józek – 
wątły, ułomny, o niewyczerpanej energii, płomiennych oczach i ciętym 
„nie   wyparzonym”   języku...   „Janusz”   głęboko   przeżył   ten   cios,   nie 
należał   do   tych,   którzy   do   faktów   starali   się   dobrać   argumenty.   Nie 
wierzył w winę Józka i czuł, że na tym się nie skończy. Po kilku dniach – 
w   sierpniu   1935   roku   –   nastąpiły   w   Kijowie   dalsze   areszty.   Kiedy 
„Janusza” zabierano z domu, jego młoda żona – Krysia – nawet się z 
nim nie pożegnała, bo jak powiedziała: „nie chcę mieć nic wspólnego z 
wrogiem   narodu”.   Nie   –   to   nie   było   tchórzostwo   ani   dwulicowość... 
Dzielna,   pełna   zapału   Krysia,   która   pod   sercem   nosiła   dziecko   tego 

background image

„wroga narodu”, na pewno szczerze wierzyła w nieomylność organów 
władzy. I na tym chyba polegał największy tragizm tych lat... 

Pamiętam taką znamienną rozmowę z bliskim „Janusza” i moim 

przyjacielem – Antkiem B. Byliśmy oboje wstrząśnięci wiadomością o 
kijowskich aresztach, ale Antek po chwili zaczął zastanawiać się nad 
pochodzeniem   „Janusza”   i   w   powiązaniach   rodzinnych   szukać 
uzasadnień rzekomej jego winy. Powiedziałam mu wówczas, że wolę 
wierzyć   w   omyłki   organów   władzy,   niż   w   to,   że   ludzie,   którzy   całym 
życiem   swoim   zasłużyli   na   zaufanie   –   mieliby   okazać   się   zdrajcami. 
Może później, w dalekim, Sołowieckim obozie, Antek przypomniał sobie 
gorzkie słowa, które wyrwały mi się w tej bolesnej rozmowie: „nie wiem 
kto z nas będzie następny, ale oby twoi przyjaciele, w podobnej jak my 
dziś sytuacji, nie powiedzieli: jacy my byliśmy naiwni – przecież Antek 
miał   brata   endeka   –   jasne,   że   to   był   zamaskowany   wróg...”   Biedny 
Antek. Nie wybaczył mi chyba tych słów, aż do chwili, kiedy zamknęła 
się za nim brama więzienna. 

W   1936   roku   wpadła   mi   przypadkiem   w   ręce   pocztówka, 

porzucona   na   jakimś   biurku   w   redakcji  Trybuny   Radzieckiej.  
adresowanej bezimiennie do redakcji kartce „Janusz” pytał o żonę, o to, 
czy   dziecko   się   urodziło,   czy   żyje...   Napisałam   kilka   słów,   starannie 
wypisałam   adres   składający   się   z   tajemniczych   wówczas   dla   mnie 
cyferek skrzynki pocztowej gdzieś na Dalekim Wschodzie. Może to była 
ostatnia   wiadomość   „ze   świata”,   jaką   otrzymał...   Według 
niesprawdzonych wiadomości „Janusz” pracował w kopalni miedzi na 
półwyspie Kołymskim i tam w 1937 czy 1938 roku zmogła go gruźlica. 
Miał wówczas 35 lat, z których przeszło połowę oddał walce o lepsze 
jutro polskiej klasy robotniczej.