background image
background image

Michelle Celmer

Cena namiętności

Tłu​ma​cze​nie:

Edy​ta Tom​czyk

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W cią​gu dwu​dzie​stu trzech lat, dzie​wię​ciu mie​się​cy i szes​na​stu dni Lucy Ba​tes

pod​ję​ła  wię​cej  błęd​nych  de​cy​zji,  niż  prze​wi​du​je  nor​ma.  Z  po​wo​du  im​pul​syw​nej
na​tu​ry,  spon​ta​nicz​nej  cie​ka​wo​ści  –  a  spo​ra​dycz​nie  bra​ku  ele​men​tar​ne​go  zdro​-
we​go  roz​sąd​ku  –  zna​la​zła  się  w  nie​jed​nej  skom​pli​ko​wa​nej  sy​tu​acji.  Jed​nak  jej
obec​ne zmar​twie​nie prze​bi​ło na gło​wę wszyst​kie inne.

Pa​mię​taj: Na​stęp​nym ra​zem, gdy wpad​niesz na ge​nial​ny po​mysł, by odejść od

fa​ce​ta i prze​nieść się na dru​gi ko​niec kra​ju w na​dziei, że ru​szy za tobą w po​goń,
da​ruj so​bie.

Tony nie tyl​ko nie ru​szył za nią w po​goń, ale zna​lazł so​bie nową dziew​czy​nę.

Po pra​wie roku nie​zo​bo​wią​zu​ją​ce​go związ​ku z Lucy – bez za​jąk​nię​cia się na​wet
o ko​lej​nym eta​pie – że​nił się te​raz z oso​bą nie​mal nie​zna​jo​mą. Spo​ty​kał się z nią
rap​tem od dwóch mie​się​cy, na do​da​tek ta nowa nie była z nim w cią​ży.

W  prze​ci​wień​stwie  do  Lucy,  któ​ra  po​nad​to  mo​gła  uosa​biać  cho​dzą​cy  ste​reo​-

typ. Ubo​ga dziew​czy​na, co to za​ko​cha​ła się w bo​ga​tym chło​pa​ku, po czym za​li​-
czy​ła wpad​kę. I choć sy​tu​acja była znacz​nie bar​dziej zło​żo​na, wie​dzia​ła, że każ​-
dy tak wła​śnie ją oce​ni. Na​wet Tony.

– Je​ste​śmy na miej​scu – oznaj​mił tak​sów​karz, za​trzy​mu​jąc się przed po​se​sją.
Lucy  wyj​rza​ła  przez  okno.  Re​zy​den​cja  Ca​ro​sel​lich,  po​ło​żo​na  w  jed​nej  z  naj​-

star​szych  i  naj​bar​dziej  pre​sti​żo​wych  dziel​nic  Chi​ca​go,  na​wet  w  tej  oko​li​cy  mu​-
sia​ła  ro​bić  wra​że​nie.  Wie​ko​wa  i,  jak  na  jej  gust,  nie​co  krzy​kli​wa.  Ale  bar​dzo
oka​za​ła.

Wzdłuż  uli​cy  sta​ły  za​par​ko​wa​ne  luk​su​so​we  sa​mo​cho​dy,  a  w  par​ku  po  dru​giej

stro​nie jezd​ni ba​wi​ły się dzie​ci. Kie​dyś Tony po​wie​dział, że jego dzia​dek, twór​ca
cze​ko​la​dek Ca​ro​sel​li, lu​bił prze​sia​dy​wać w biu​rze, w uko​cha​nym fo​te​lu, i ob​ser​-
wo​wać te ba​wią​ce się dzie​ci. Ma​wiał, że przy​po​mi​na mu to ro​dzin​ny kraj. Miał
na my​śli Wło​chy.

Po​da​ła kie​row​cy resz​tę go​tów​ki, jaką dys​po​no​wa​ła, i wy​do​sta​ła się z tak​sów​ki.

Słoń​ce świe​ci​ło, ale w po​wie​trzu czuć było chłód.

Wy​czy​ści​ła  swo​je  kon​to  oszczęd​no​ścio​we,  pła​cąc  nie​bo​tycz​ną  kwo​tę  za  bi​let

z Flo​ry​dy do Chi​ca​go i z po​wro​tem na lot w nie​dzie​lę, więc od​tąd musi ko​rzy​stać
z kar​ty kre​dy​to​wej. Je​śli prze​kro​czy li​mit… cóż, coś wy​my​śli. Jak za​wsze.

Ale  te​raz  nie  cho​dzi  już  tyl​ko  o  nią.  Musi  za​cząć  my​śleć  jak  mat​ka  –  przede

wszyst​kim o dziec​ku.

Po​ło​ży​ła  rękę  na  wy​pu​kłym  brzu​chu,  wy​czu​ła  ude​rze​nie  ma​leń​kiej  stop​ki  –

w ca​łym swo​im ży​ciu nie była tak zdez​o​rien​to​wa​na i prze​ra​żo​na, a jed​no​cze​śnie
szczę​śli​wa. Te​raz zło​ży​ła so​bie obiet​ni​cę, że je​śli tyl​ko zdo​ła roz​wią​zać ten pro​-
blem, ni​g​dy nie zro​bi już ni​cze​go pod wpły​wem im​pul​su.

background image

I tym ra​zem za​mie​rza​ła sło​wa do​trzy​mać.
– Do​sta​niesz od nie​go, co ze​chcesz – po​ucza​ła Lucy mat​ka, gdy rano je​cha​ły na

lot​ni​sko jej gru​cho​tem, któ​ry spra​wiał wra​że​nie, jak​by był ku​pio​ny na zło​mo​wi​-
sku. – Co​kol​wiek ci za​pro​po​nu​je za mil​cze​nie, za​żą​daj dwa razy wię​cej.

Taka wła​śnie była mat​ka, cała ona.
– Nie po​lu​ję na jego pie​nią​dze – od​par​ła Lucy. – Nic od nie​go nie chcę. Uwa​-

żam tyl​ko, że przed ślu​bem po​wi​nien do​wie​dzieć się o dziec​ku.

– Masz za​miar po​psuć mu przy​ję​cie za​rę​czy​no​we?
– Ni​cze​go nie po​psu​ję. Po​roz​ma​wiam z nim przed przy​ję​ciem.
Nie  wzię​ła  jed​nak  pod  uwa​gę,  że  sa​mo​lot  się  spóź​ni,  więc  te​raz  mia​ła  tyl​ko

dwie  go​dzi​ny  na  do​tar​cie  do  Tony’ego  i  z  po​wro​tem  na  lot​ni​sko.  W  tej  sy​tu​acji
musi z nim po​roz​ma​wiać pod​czas przy​ję​cia. Jed​nak nie za​mie​rza​ła ro​bić sce​ny.
Przy  odro​bi​nie  szczę​ścia  lu​dzie  po​my​ślą,  że  jest  jed​nym  z  za​pro​szo​nych  go​ści.
Przy​ja​ciół​ką na​rze​czo​nej, na przy​kład.

Gdy​by  Tony  ze​chciał  uczest​ni​czyć  w  ży​ciu  dziec​ka,  by​ło​by  wspa​nia​le.  Gdy​by

do​rzu​cił  się  cza​sem  do  wy​dat​ków,  by​ła​by  mu  do​zgon​nie  wdzięcz​na.  Gdy​by  nie
chciał mieć nic wspól​ne​go z nią i dziec​kiem, by​ła​by roz​cza​ro​wa​na, ale by zro​zu​-
mia​ła.  W  koń​cu  czy  to  nie  ona  na​ci​ska​ła  na  luź​ny  zwią​zek?  Zero  zo​bo​wią​zań,
zero ocze​ki​wań.

–  Na​wet  gdy​by  nie  był  za​rę​czo​ny,  ni​g​dy  by  się  z  tobą  nie  oże​nił  –  twier​dzi​ła

mat​ka. – Męż​czyź​ni tacy jak on krę​cą się koło ko​biet ta​kich jak my tyl​ko w jed​-
nym celu.

O  praw​dzie  tej  z  lu​bo​ścią  przy​po​mi​na​ła  cór​ce  przy  każ​dej  nada​rza​ją​cej  się

oka​zji. I mia​ła ra​cję. Lucy set​ki razy po​wta​rza​ła so​bie, że Tony jest dla niej za
do​bry,  że  na​wet  je​śli  któ​re​goś  dnia  ze​chce  się  ustat​ko​wać,  zro​bi  to  z  kimś  ze
swo​ich krę​gów. I wła​śnie tak po​stą​pił.

A  ona  może  je​dy​nie  pod​jąć  pró​bę  po​sprzą​ta​nia  baj​zlu,  któ​re​go  na​ro​bi​ła.  Co

ozna​cza odło​że​nie dumy na bok i za​ak​cep​to​wa​nie po​mo​cy fi​nan​so​wej, je​śli taką
jej za​pro​po​nu​je.

A  więc,  po​my​śla​ła,  pa​trząc  na  roz​cią​ga​ją​cą  się  przed  nią  re​zy​den​cję,  te​raz

albo  ni​g​dy.  Ze  ści​śnię​tym  ser​cem  wkro​czy​ła  na  we​ran​dę  i  za​pu​ka​ła  do  drzwi.
Nogi mia​ła jak z waty, ser​ce jej wa​li​ło, a gdy przez mi​nu​tę lub dwie nikt się nie
po​ja​wił, za​pu​ka​ła po​now​nie. Od​cze​ka​ła chwi​lę, ale na​dal nikt nie re​ago​wał.

Po​czu​ła  się  nie​co  zbi​ta  z  tro​pu.  Czy  oso​ba,  któ​ra  przy​sła​ła  mej​la,  po​my​li​ła

datę? Go​dzi​nę? A może na​wet miej​sce? I kto przy zdro​wych zmy​słach uwie​rzył​-
by w wia​do​mość przy​sła​ną przez ano​ni​mo​we​go „przy​ja​cie​la”?

Ona uwie​rzy​ła. A te​raz nie ma już od​wro​tu.
Gdy spró​bo​wa​ła prze​krę​cić gał​kę, oka​za​ło się, że drzwi są otwar​te. Te​raz do

li​sty jej wy​kro​czeń moż​na bę​dzie do​dać kra​dzież z wła​ma​niem.

Pchnę​ła lek​ko drzwi i zaj​rza​ła do środ​ka. Ni​ko​go nie do​strze​gła, więc we​szła

do środ​ka. Hol i są​sia​du​ją​cy z nim sa​lon były ele​ganc​ko urzą​dzo​ne, do​pra​co​wa​-
ne w naj​mniej​szych szcze​gó​łach. I sta​now​czo za ci​che. Gdzie, do dia​bła, wszy​scy
się po​dzia​li?

background image

Już  mia​ła  od​wró​cić  się  i  wyjść,  gdy  usły​sza​ła  nie​wy​raź​ne  dźwię​ki  mu​zy​ki  do​-

bie​ga​ją​ce  z  głę​bi  domu.  In​stru​men​ty  smycz​ko​we.  Czyż​by  kwar​tet?  Nie  mo​gła
roz​po​znać me​lo​dii.

Ru​szy​ła więc tro​pem mu​zy​ki i we​szła do im​po​nu​ją​cej ja​dal​ni utrzy​ma​nej w głę​-

bo​kich od​cie​niach czer​wie​ni i zło​ta, z tak du​żym sto​łem, że zmie​ści​ła​by się przy
nim nie​wiel​ka ar​mia. Mu​zy​ka urwa​ła się na​gle, a ona od​wró​ci​ła się. Na​prze​ciw​-
ko ja​dal​ni znaj​do​wał się ogrom​ny po​kój dzien​ny z ka​mien​nym ko​min​kiem, któ​ry
się​gał su​fi​tu o wy​so​kich skle​pie​niach. Po​mię​dzy rzę​da​mi krze​seł roz​cią​gnię​to je​-
dwab​ny chod​nik…

O mój Boże.
To nie przy​ję​cie za​rę​czy​no​we. To ślub!
Ude​rzy​ło ją, że wszyst​ko jest ta​kie oczy​wi​ste. Tra​dy​cja. Wia​nu​szek we​sel​nych

go​ści sie​dzą​cych na po​kry​tych sa​ty​ną skła​da​nych krze​słach. Pan​na mło​da o dłu​-
giej ele​ganc​kiej szyi i wy​raź​nie za​ry​so​wa​nych ko​ściach po​licz​ko​wych. Jej luź​na
su​kien​ka  w  od​cie​niu  zła​ma​nej  bie​li,  jed​no​cze​śnie  pro​sta  i  sty​lo​wa,  od​sła​nia​ła
nogi.  Były  tak  smu​kłe  i  dłu​gie,  że  nie​mal  do​rów​ny​wa​ła  wzro​stem  Tony’emu,
a  ten,  ma​jąc  metr  dzie​więć​dzie​siąt,  do  ni​skich  nie  na​le​żał.  A  je​śli  cho​dzi
o Tony’ego…

Gdy go zo​ba​czy​ła, ser​ce jej za​mar​ło. W szy​tym na mia​rę gar​ni​tu​rze, z za​cze​-

sa​ny​mi do tyłu wło​sa​mi wy​glą​dał, jak​by zstą​pił z okład​ki GQ – w non​sza​lanc​kiej
wer​sji, w sty​lu „je​stem tak sek​sow​ny, że ubra​nia przy mnie bled​ną”.

I co te​raz? Czy po​win​na przy​siąść na krze​seł​ku i uda​wać, że na​le​ży do gro​na

go​ści, a po​roz​ma​wiać z nim po ce​re​mo​nii? A może od​wró​cić się, wy​biec z po​ko​ju
i za​dzwo​nić póź​niej, jak ra​dzi​ła mat​ka.

– Lucy? – ode​zwał się Tony.
Wy​rwa​na z osłu​pie​nia zda​ła so​bie spra​wę, że Tony pa​trzy pro​sto na nią. Tak

jak pan​na mło​da. Wła​ści​wie to wszy​scy się od​wró​ci​li i utkwi​li w niej spoj​rze​nia.

A niech to. Sta​ła nie​ru​cho​mo, za​sta​na​wia​jąc się, co ro​bić. Zna​la​zła się tu, by

po​roz​ma​wiać  z  To​nym,  a  nie  psuć  jego  ce​re​mo​nię  ślub​ną.  Ale  ślub  już  zo​stał
prze​rwa​ny, więc uciecz​ka nie wcho​dzi w ra​chu​bę. Dla​cze​go za​tem nie prze​pro​-
wa​dzić tego, po co przy​je​cha​ła?

–  Prze​pra​szam  –  po​wie​dzia​ła,  jak​by  prze​pro​si​ny  mo​gły  w  ta​kiej  chwi​li  coś

zmie​nić. – Nie chcia​łam prze​szka​dzać.

– A jed​nak tu je​steś – od​parł Tony bez​na​mięt​nie.
– Mu​szę z tobą po​roz​ma​wiać. Na osob​no​ści.
– Te​raz? Wła​śnie się że​nię, je​śli nie za​uwa​ży​łaś.
Tak, za​uwa​ży​ła. Pan​na mło​da ga​pi​ła się to na nie​go, to na nią. Jej twarz zbla​-

dła, wy​glą​da​ła, jak​by mia​ła ze​mdleć. A może za​wsze pa​trzy w ten spo​sób? Je​śli
się za​sta​no​wić, była za​dzi​wia​ją​co po​dob​na do Mor​ti​cii Adams.

– Tony? Kto to jest? – spy​ta​ła, marsz​cząc brwi.
– Nikt waż​ny. – Sło​wa te bar​dzo Lucy za​bo​la​ły. Przy opty​mi​stycz​nym za​ło​że​niu

Tony od​wo​ła je bar​dzo szyb​ko, choć nie​spe​cjal​nie po​mo​że to w za​ist​nia​łej sy​tu​-
acji.

background image

–  Co​kol​wiek  masz  mi  do  za​ko​mu​ni​ko​wa​nia,  mo​żesz  po​wie​dzieć  tu  –  wy​ce​dził

Tony. – Przed moją ro​dzi​ną.

To nie jest do​bry po​mysł. Jed​nak roz​po​zna​ła tę sztyw​ną po​sta​wę, to nie​wzru​-

szo​ne spoj​rze​nie. Nie za​mie​rzał ustą​pić. Cóż, je​śli na​praw​dę tego so​bie ży​czy…

Unio​sła gło​wę, wy​pro​sto​wa​ła się, roz​pię​ła kurt​kę i od​sło​ni​ła brzuch, któ​ry wy​-

py​chał jej do​pa​so​wa​ny T-shirt, po czym sku​li​ła się pod wpły​wem chó​ral​ne​go wes​-
tchnie​nia,  ja​kie  prze​rwa​ło  ci​szę  i  od​bi​ło  się  echem  od  wy​ło​żo​nych  ak​sa​mi​tem
ścian. Do koń​ca ży​cia nie zdo​ła za​po​mnieć tego od​gło​su ani min obec​nych. Je​śli
Tony chciał wpra​wić w za​kło​po​ta​nie Lucy lub ją upo​ko​rzyć, ob​ró​ci​ło się to prze​-
ciw​ko nie​mu. To pan​na mło​da wy​glą​da​ła na upo​ko​rzo​ną.

– Czy to two​je? – za​py​ta​ła, a Tony spoj​rzał na Lucy py​ta​ją​co. Zmie​rzy​ła go po​-

sęp​nym wzro​kiem i od​rze​kła:

– A jak my​ślisz?
Tony zwró​cił się do na​rze​czo​nej i po​wie​dział:
–  Tak  mi  przy​kro,  Ali​ce,  ale  daj  mi  chwi​lę,  mu​szę  po​roz​ma​wiać  z  moją…

z Lucy.

– Po​dej​rze​wam, że po​trwa to nie​co dłu​żej niż chwi​lę – stwier​dzi​ła Ali​ce głu​cho.

Z  dłu​gie​go  i  nie​co  szpo​nia​ste​go  pal​ca  zsu​nę​ła  pier​ścio​nek  z  bry​lan​tem,  oznaj​-
mia​jąc: – A coś mi mówi, że już nie będę go po​trze​bo​wać.

– Ali​ce…
– Kie​dy zgo​dzi​łam się wyjść za cie​bie, nikt nie wspo​mniał, że czę​ścią na​sze​go

ukła​du jest cię​żar​na ko​chan​ka. Prze​rwij​my to, póki czas, do​brze? Za​cho​waj​my
reszt​ki god​no​ści.

Czyż​by ten ślub tyl​ko tyle dla Ali​ce zna​czył? Układ? Wy​glą​da​ła na upo​ko​rzo​ną

i zi​ry​to​wa​ną, ale czy cier​pia​ła? Nie​spe​cjal​nie. Lucy pa​trzy​ła, jak bawi się pier​-
ścion​kiem.  Spra​wia​ła  wra​że​nie,  że  ma  ocho​tę  wy​dra​pać  nowo  przy​by​łej  oczy.
Z ko​lei Tony nie za​mie​rzał Ali​ce nic tłu​ma​czyć, a Lucy od​nio​sła wra​że​nie, że wy​-
rzą​dzi​ła mu przy​słu​gę, choć wąt​pi​ła, że jej za to po​dzię​ku​je. Za​pew​ne ni​g​dy jej
tego nie wy​ba​czy. Ali​ce pró​bo​wa​ła od​dać mu pier​ścio​nek, ale po​trzą​snął gło​wą.

– Za​trzy​maj go w ra​mach prze​pro​sin – po​wie​dział.
Bio​rąc pod uwa​gę roz​mia​ry ka​mie​nia, mu​sia​ły to być co naj​mniej pię​cio​cy​fro​-

we prze​pro​si​ny. W su​mie  dzię​ki na​gro​dzie po​cie​sze​nia Ali​ce  nie wy​szła na tym
naj​go​rzej.

Ukry​ła w dło​ni pier​ścio​nek, ak​cep​tu​jąc po​raż​kę z dużą dozą wdzię​ku. Lucy na​-

praw​dę jej współ​czu​ła.

– Idę po rze​czy.
Ko​bie​ta  w  bliż​szym  rzę​dzie,  mat​ka  Tony’ego,  któ​rą  Lucy  zna​ła  ze  zdjęć,  ze​-

rwa​ła  się  z  miej​sca.  Mimo  dzie​się​cio​cen​ty​me​tro​wych  ob​ca​sów  le​d​wie  się​ga​ła
nie​do​szłej sy​no​wej do ra​mie​nia.

–  Ali​ce,  po​zwól,  że  ci  po​mo​gę  –  po​wie​dzia​ła,  obej​mu​jąc  ją  i  wy​pro​wa​dza​jąc

z  po​miesz​cze​nia.  Spoj​rze​nie  rzu​co​ne  Lucy  mó​wi​ło:  Tyl​ko  po​cze​kaj,  jak  wpad​-
niesz w moje ręce.

Jesz​cze  je​den  głu​pi  po​stę​pek,  któ​re​go  może  po​ża​ło​wać.  Jej  re​la​cja  z  bab​cią

background image

dziec​ka zo​sta​ła za​prze​pasz​czo​na. W świe​cie Lucy ta​kie rze​czy były na po​rząd​ku
dzien​nym, ale człon​ko​wie rodu Ca​ro​sel​lich byli kul​tu​ral​ni i wy​twor​ni, a te​raz już
na wła​sne oczy wi​dzia​ła, że i z cał​kiem in​nej ligi. Mat​ka mia​ła ra​cję.

Z chwi​lą, gdy Ali​ce znik​nę​ła, ci​sza ustą​pi​ła szep​tom. Lucy nie mo​gła usły​szeć

słów, ale mia​ła wy​obraź​nię.

Męż​czy​zna, w któ​rym roz​po​zna​ła ojca Tony’ego, pod​szedł do syna i ujął go za

rękę,  by  z  nim  po​roz​ma​wiać.  Pod  wzglę​dem  fi​zycz​nym  wszyst​ko  ich  róż​ni​ło.
Tony był wy​so​ki, szczu​pły i wy​spor​to​wa​ny, na​to​miast oj​ciec – niż​szy i przy​sa​dzi​-
sty. Wy​ją​tek sta​no​wi​ły nosy – któ​re po​dob​nie jak u więk​szo​ści człon​ków rodu –
były  iden​tycz​ne.  Po  kil​ku  krót​kich  ostrych  sło​wach  star​szy  Ca​ro​sel​li  opu​ścił  ja​-
dal​nię, uda​jąc się za żoną, przed​tem jed​nak rzu​cił Lucy krót​kie ostre spoj​rze​nie.

Tony pod​szedł do niej z nie​od​gad​nio​ną miną. Wy​glą​dał jed​nak tak do​brze, że

po​czu​ła ucisk w ser​cu. Mia​ła ocho​tę wziąć go w ra​mio​na i ob​jąć ze wszyst​kich
sił.

Nie  mo​żesz  go  mieć.  Na  po​cząt​ku  zna​jo​mo​ści  uzna​wa​ła  to  za  za​le​tę  –  jego

emo​cjo​nal​na  nie​do​stęp​ność  bar​dzo  ją  po​cią​ga​ła.  Głu​pio  wie​rzy​ła,  że  po​nie​waż
ni​g​dy nie po​zwo​li​ła so​bie na mi​łość, nic jej nie gro​zi. A gdy z cza​sem zda​ła so​bie
spra​wę, co się z nią dzie​je, było już za póź​no. Za​ko​cha​ła się w nim.

Ale gdy​by ja​kimś cu​dem za​mie​rzał wziąć ją w ra​mio​na i wy​znać mi​łość, to był

wła​ści​wy mo​ment. Za​miast tego za​ci​snął pal​ce na jej ręce i ode​zwał się na​pię​-
tym gło​sem:

– Idzie​my.
– Do​kąd?
–  Gdzie​kol​wiek  –  mruk​nął,  spo​glą​da​jąc  na  go​ści,  któ​rzy  te​raz  w  ma​łych  gru​-

pach ob​ser​wo​wa​li roz​wój ak​cji z cie​ka​wo​ścią. Czyż nie mó​wił jej set​ki razy, jak
bar​dzo  wścib​ską  ma  ro​dzi​nę,  jak  bar​dzo  pra​gnie,  by  każ​dy  pil​no​wał  wła​sne​go
nosa? Czy mo​gła wy​brać gor​sze miej​sce?

Gry​mas  na  twa​rzy  Tony’ego  był  tak  sta​now​czy,  że  mo​gła  co  naj​wy​żej  sta​rać

się na​dą​żyć za jego za​ma​szy​stym kro​kiem, pod​czas gdy on na wpół wy​pro​wa​dził,
a  na  wpół  wy​cią​gnął  ją  z  domu  i  do​ho​lo​wał  do  sa​mo​cho​du.  Otwo​rzył  drzwi  od
stro​ny pa​sa​że​ra, po​tem za​jął miej​sce kie​row​cy, ale nie włą​czył sil​ni​ka. Cze​ka​ła
na wy​buch gnie​wu, tym​cza​sem on wy​buch​nął śmie​chem.

Pa​trzy​ła na nie​go, jak​by po​stra​dał zmy​sły, i chy​ba mia​ła ra​cję. Po​ja​wi​ła się ni​-

czym bo​ska in​ter​wen​cja do​kład​nie w chwi​li, gdy wła​śnie miał po​peł​nić naj​więk​-
szy błąd swo​je​go ży​cia. A gdy od​wró​cił się i ją zo​ba​czył, po​my​ślał: Chwa​ła Bogu,
nie mu​szę tego ro​bić.

– Co ci jest? – za​py​ta​ła Lucy, przy czym wy​glą​da​ła tak, jak​by po​waż​nie mar​twi​-

ła się o jego stan umy​sło​wy.

Nie  mógł  mieć  jej  tego  za  złe.  Od  cza​su,  gdy  ode​szła,  po​dej​mo​wał  same  nie​-

prze​my​śla​ne, a cza​sem i ir​ra​cjo​nal​ne de​cy​zje. Jak pro​po​zy​cja ukła​du zło​żo​na Ali​-
ce za​le​d​wie po mie​sią​cu zna​jo​mo​ści. Nie byli w so​bie za​ko​cha​ni, ale ona pra​gnę​-
ła dziec​ka, a on po​trze​bo​wał mę​skie​go po​tom​ka. Wo​bec per​spek​ty​wy trzy​dzie​-

background image

sto​mi​lio​no​we​go spad​ku kto wi​nił​by go za to kom​pro​mi​so​we roz​wią​za​nie?

Ale te​raz wie​dział już, jak wiel​ki był​by to błąd. Gdy roz​le​gły się dźwię​ki mar​-

sza  we​sel​ne​go  i  zo​ba​czył  nad​cho​dzą​cą  na​rze​czo​ną,  zdał  so​bie  spra​wę,  że  nie
dość, że jej nie ko​cha, to na​wet nie za bar​dzo ją lubi, i cho​ciaż mają to​le​ro​wać
się na​wza​jem tyl​ko przez rok, bę​dzie to o rok za dłu​go.

Kry​zys zo​stał za​że​gna​ny dzię​ki Lucy. Jak to jest, że za​wsze po​ja​wia się, gdy jej

po​trze​bu​je?  Sta​no​wi​ła  jego  głos  roz​sąd​ku,  gdy  za​cho​wy​wał  się  jak  bę​cwał.
A  ostat​nio,  szcze​gól​nie  od​kąd  ode​szła,  stał  się  nie​kwe​stio​no​wa​nym  kró​lem  bę​-
cwa​łów. Po​chy​lił się nad jej brzu​chem.

– Czy dla​te​go ode​szłaś?
Przy​gry​zła war​gę i przy​tak​nę​ła.
– Cze​goś tu nie ro​zu​miem. Dla​cze​go po pro​stu mi nie po​wie​dzia​łaś?
Uni​ka​ła jego wzro​ku, za​ci​ska​jąc pal​ce na ko​la​nach.
– Przy​zna​ję, źle to wszyst​ko ro​ze​gra​łam. Nie je​stem tu dla​te​go, że cze​goś od

cie​bie ocze​ku​ję. Nie przy​je​cha​łam też, żeby uda​rem​nić twój ślub. Zja​wi​łam się
tyl​ko w złym mo​men​cie.

– A więc dla​cze​go przy​je​cha​łaś wła​śnie te​raz?
– Do​szły mnie słu​chy, że się że​nisz i po​my​śla​łam, że po​wi​nie​neś wcze​śniej do​-

wie​dzieć się o dziec​ku. Ale nie mia​łam po​ję​cia, że ślub ma być dzi​siaj. Do​sta​łam
in​for​ma​cję o za​rę​czy​nach.

To  by  wy​ja​śnia​ło  jej  zszo​ko​wa​ne  spoj​rze​nie,  gdy  zda​ła  so​bie  spra​wę,  w  co

wdep​nę​ła.

– In​for​ma​cję od kogo?
– A czy to na​praw​dę ma zna​cze​nie? Przy​się​gam, chcia​łam tyl​ko z tobą po​roz​-

ma​wiać.

Lucy  nie  szu​ka​ła  kło​po​tów  –  do  dia​bła,  nie  mia​ła  mści​wej  na​tu​ry  –  a  jed​nak

z kło​po​ta​mi czę​sto mu​sia​ła się mie​rzyć. I choć miał naj​święt​sze pra​wo, żeby być
na nią zły, to gdy zo​ba​czył, jak sta​ła z usta​mi otwar​ty​mi ze zdzi​wie​nia, in​stynk​-
tow​nie chciał chwy​cić ją w ra​mio​na i przy​tu​lić.

– Więc mów. Dla​cze​go nie po​in​for​mo​wa​łaś mnie wcze​śniej?
–  Wiem,  że  po​win​nam  –  przy​zna​ła,  ba​wiąc  się  su​wa​kiem  kurt​ki  –  tyl​ko  nie

chcia​łam…,  że​byś  my​ślał,  że  za​li​czy​łam  ce​lo​wo  wpad​kę,  że​byś  czuł  się  wo​bec
mnie  zo​bo​wią​za​ny.  Na​wet  nie  je​stem  pew​na,  jak  do  tego  do​szło.  Prze​cież  za​-
wsze bar​dzo uwa​ża​li​śmy.

– Od razu wy​ja​śnij​my so​bie jed​no – ode​zwał się. – Wiem, że nie mo​gła​byś zro​-

bić cze​goś tak pod​łe​go. Znam cię, to po pro​stu nie twój styl. Fa​tal​nie tyl​ko, że mi
nie po​wie​dzia​łaś o dziec​ku.

– Wiem. Nie wi​nię cię, że je​steś zły.
– Nie je​stem zły… tyl​ko za​wie​dzio​ny.
Przy​gry​zła war​gę, łzy za​krę​ci​ły się w jej oczach.
– Na​praw​dę mi przy​kro. Mam wy​rzu​ty su​mie​nia z po​wo​du two​jej na​rze​czo​nej.
– Ali​ce nic nie bę​dzie.
Tony sta​rał się prze​ko​nać sa​me​go sie​bie, że wszy​scy my​li​li się co do niej, bo

background image

w głę​bi du​szy wie​dział, że oka​za​ła​by się okrop​ną żoną, a jesz​cze gor​szą mat​ką.
To rosz​cze​nio​wa ma​te​ria​list​ka, skon​cen​tro​wa​na wy​łącz​nie na so​bie. Go​dzi​na​mi
mo​gła mó​wić o mo​dzie i swo​jej ka​rie​rze mo​del​ki, a on, choć pró​bo​wał uda​wać
za​in​te​re​so​wa​nie, czę​sto wy​łą​czał się i nie słu​chał.

Ale mia​ła też za​le​ty. Była atrak​cyj​na, mia​ła nie​złe po​czu​cie hu​mo​ru, no i seks

był okej, choć ni​g​dy nie two​rzy​li praw​dzi​we​go związ​ku. Nie tak jak w przy​pad​ku
jego i Lucy. Z Ali​ce nic go nie łą​czy​ło. Ona lu​bi​ła te​atr, on wo​lał do​bre fil​my z ro​-
dza​ju  „za​bi​li  go  i  uciekł”  –  im  wię​cej  ak​cji,  tym  le​piej.  Ona  była  ko​cia​rą,  on  –
aler​gi​kiem. Była we​gan​ką, on mi​ło​śni​kiem scha​bo​we​go z ziem​nia​ka​mi. Słu​cha​ła
ne​wa​ge’owe​go  hi​pi​sow​skie​go  popu,  on  pusz​czał  so​bie  kla​sycz​ne​go  roc​ka.  Im
gło​śniej, tym le​piej. Nie było mniej pa​su​ją​cej do sie​bie pary.

– Ko​chasz ją? – spy​ta​ła Lucy.
– Nasz zwią​zek jest… był skom​pli​ko​wa​ny.
Łu​dził się, że coś się wy​da​rzy, za​nim bę​dzie za póź​no. Na​wet non​no, któ​ry od

lat sta​rał się zmu​sić go do ożen​ku i po​su​nął się do tego, że pró​bo​wał prze​kup​-
stwa, za​pi​su​jąc mu trzy​dzie​ści mi​lio​nów do​la​rów w spad​ku, od​mó​wił po​ja​wie​nia
się na ślu​bie.

– Po​win​naś mieć do mnie tro​chę za​ufa​nia – stwier​dził. – Po​win​naś po​wie​dzieć

mi praw​dę i coś by​śmy wy​my​śli​li.

– Po​peł​ni​łam błąd, ale chcę wszyst​ko na​pra​wić.
Czyż​by? A może po po​wro​cie do domu któ​re​goś dnia za rok lub dwa stwier​dzi,

że znów dała nogę?

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tony miał tyle py​tań, tyle rze​czy chciał po​wie​dzieć, że nie wie​dział, od cze​go

za​cząć. Pa​mię​tał szok, ja​kie​go do​znał, gdy kil​ka mie​się​cy temu od współ​lo​ka​tor​-
ki do​wie​dział się, że Lucy wró​ci​ła na Flo​ry​dę. Była bar​dzo skry​tą oso​bą i prze​-
waż​nie nie miał po​ję​cia, co dzie​je się w jej gło​wie.

Do​pie​ro  te​raz  zdał  so​bie  spra​wę,  jak  bar​dzo  za  nią  tę​sk​nił,  jak  bar​dzo  ce​nił

ich  przy​jaźń.  Może  dla​te​go  jej  odej​ście  było  dla  nie​go  ta​kim  cio​sem.  W  cią​gu
ostat​nich trzy​dzie​stu lat ro​bił, co mógł, by uni​kać huś​ta​wek emo​cjo​nal​nych.

Ktoś za​pu​kał w szy​bę, a Tony pra​wie do​stał za​wa​łu. Oka​za​ło się, że to ku​zyn

Nick.  Chry​ste,  mi​nę​ło  za​le​d​wie  dzie​sięć  mi​nut,  a  już  ktoś  z  ro​dzi​ny  mu​siał  się
wtrą​cić. Po​dej​rze​wał, że Chri​sti​ne i Ela​na, jego młod​sze sio​stry, ma​cza​ły w tym
pal​ce. Tony opu​ścił szy​bę:

– O co cho​dzi?
Nick po​chy​lił się i za​py​tał:
– Wszyst​ko w po​rząd​ku?
– Lucy, pa​mię​tasz Nic​ka? – spy​tał Tony.
– Cześć, Lucy – przy​wi​tał się Nick, po​sy​ła​jąc jej olśnie​wa​ją​cy uśmiech. – Przyj​-

mij​cie ode mnie, jako pierw​sze​go, gra​tu​la​cje.

Tony za​uwa​żył błysk cie​ka​wo​ści w oczach Nic​ka i już wie​dział, o czym ku​zyn

my​śli.  Za​sta​wia  się,  czy  Tony  ma  jesz​cze  szan​sę  na  trzy​dzie​ści  mi​lio​nów  do​la​-
rów. On i Rob zre​zy​gno​wa​li ze spad​ku, aby ra​to​wać swo​je mał​żeń​stwa. Ale Tony
nie mu​siał nic ra​to​wać, choć po​wi​nien po​ślu​bić Lucy. Ta​kie były za​sa​dy gry usta​-
lo​ne przez non​na.

– Moja żona też jest w cią​ży – Nick zwró​cił się do Lucy. – Zna​my już datę: dwu​-

dzie​ste​go pierw​sze​go wrze​śnia.

–  U  mnie  po​czą​tek  czerw​ca  –  od​par​ła  Lucy,  a  Tony  wi​dział,  jak  Nick  li​czy

w  my​ślach.  Lek​ki  ruch  gło​wą  i  zmarsz​czo​ne  czo​ło  świad​czy​ły  o  wy​cią​gnię​ciu
iden​tycz​ne​go wnio​sku: Lucy wie​dzia​ła o dziec​ku, za​nim wy​je​cha​ła.

– My​śla​łem, że to ko​lej​ny nud​ny ślub – stwier​dził Nick z sze​ro​kim uśmie​chem –

ale  prze​bi​łeś  na​wet  ślub  sio​stry,  kie​dy  oj​ciec  wdał  się  w  bój​kę  z  chło​pa​kiem
mamy.

To wy​róż​nie​nie Tony z chę​cią by so​bie da​ro​wał.
– A co z Ali​ce? – spy​tał Tony.
– Car​rie od​wie​zie ją do domu. Aha, mam ci prze​ka​zać, że​byś się wy​niósł, za​-

nim wy​ru​szą.

Car​rie była żoną Roba i naj​lep​szą przy​ja​ciół​ką Ali​ce. To ona ich so​bie przed​-

sta​wi​ła, cze​go pew​nie w tej chwi​li gorz​ko ża​łu​je. Gdy​by mógł wy​ciąć te dwa mie​-
sią​ce ze swo​je​go ży​cia, gdy​by mógł cof​nąć czas, po​je​chał​by za Lucy na Flo​ry​dę,

background image

prze​ko​nał do po​wro​tu i za​opie​ko​wał się nią. Stwo​rzy​li​by ro​dzi​nę, na​wet je​śli nie
w tra​dy​cyj​nym sen​sie. Cóż, mą​dry Włoch po szko​dzie.

– Car​rie chce tak​że wie​dzieć, czy Ali​ce zo​sta​wi​ła u cie​bie ja​kieś rze​czy – do​dał

Nick.

– Nie są​dzę, ale spraw​dzę.
Ali​ce była u nie​go tyl​ko kil​ka razy. Już sam ten fakt świad​czył o tym, że po​mysł

ze ślu​bem był sza​lo​ny.

– Zrób to szyb​ko – od​parł Nick. – Za dwa dni chce wra​cać do No​we​go Jor​ku.
– Na do​bre?
– O ile wiem, to tak.
Tony nie za​mie​rzał wy​pę​dzać jej z Il​li​no​is, ale dzię​ki tej de​cy​zji nie bę​dzie mu​-

siał jej wi​dy​wać.

Fron​to​we drzwi re​zy​den​cji non​na otwo​rzy​ły się i lu​dzie za​czę​li wy​cho​dzić na

we​ran​dę. Na szczę​ście nie było wśród nich Ali​ce. Ani jego sióstr.

– Po​jedź​my do mnie – zwró​cił się Tony do Lucy.
Ski​nę​ła gło​wą, zer​ka​jąc z nie​po​ko​jem na drzwi.
– Po​ga​da​my póź​niej – po​wie​dział do Nic​ka, któ​ry wy​pro​sto​wał się i ge​stem po​-

ka​zał „zdzwoń​my się”.

Ród  Ca​ro​sel​lich  zna​ny  był  z  dwóch  rze​czy:  cze​ko​la​dy  i  skłon​no​ści  do  plo​tek.

Tony,  je​śli  miał  być  szcze​ry,  nie  tra​wił  żad​nej  z  nich.  Chciał  wy​do​stać  się  spod
lupy. Chciał wol​no​ści i ży​cia – pry​wat​ne​go oraz za​wo​do​we​go – we​dług wła​sne​go
po​my​słu. A trzy​dzie​ści mi​lio​nów było do tego prze​pust​ką. Za​pa​lił sil​nik i ru​szył.

–  To…  dziw​ne  –  za​uwa​ży​ła  Lucy,  a  on  zer​k​nął  na  nią.  Mu​siał  sto​czyć  z  sobą

wal​kę, by nie wziąć jej za rękę, by jej nie do​tknąć. Jed​nak nie był to od​po​wied​ni
mo​ment.

– Co?
– My​śla​łam, że po tym, co zro​bi​łam, two​ja ro​dzi​na mnie znie​na​wi​dzi.
Tym​cza​sem ro​dzi​na Tony’ego nie była szcze​gól​nie cie​pło na​sta​wio​na do Ali​ce.

Wła​ści​wie  nikt,  z  wy​jąt​kiem  Roba.  Nie  da​lej  jak  wczo​raj  usły​szał,  jak  jego  sio​-
stra Ala​na w roz​mo​wie z mat​ką na​zwa​ła Ali​ce strzy​gą.

– Zo​staw​my moją ro​dzi​nę na boku – od​parł. – Mu​si​my po​roz​ma​wiać o dziec​ku.

I o nas.

– Masz ra​cję.
Za​do​wo​lo​ny,  że  się  z  nim  zga​dza,  cią​gnął  roz​mo​wę,  choć  na​dal  był  w  sta​nie

umiar​ko​wa​ne​go szo​ku.

– Czy ty i dziec​ko je​ste​ście zdro​wi?
– Czu​ję się świet​nie, a ono się ru​sza i ko​pie, jak po​win​no.
– Chło​piec?
Cień uśmie​chu prze​mknął po jej twa​rzy.
– Albo dziew​czyn​ka. Cho​ciaż mam sil​ne prze​czu​cie, że to chło​pak.
To by się świet​nie skła​da​ło.
– Gdzie two​ja wa​liz​ka?
–  Przy​le​cia​łam  bez  ba​ga​żu.  Nie  pla​no​wa​łam  dłu​gie​go  po​by​tu.  Wła​ści​wie…  –

background image

Z  kie​sze​ni  kurt​ki  wy​ję​ła  te​le​fon  i  spoj​rza​ła  na  wy​świe​tlacz.  –  Nie​dłu​go  mu​szę
wra​cać na lot​ni​sko, więc nie mamy wie​le cza​su.

W pierw​szej chwi​li my​ślał, że żar​tu​je. Czy na​praw​dę wie​rzy​ła, że po​zwo​li jej

znów odejść? Może tego nie pla​no​wa​li, ale te​raz czu​je się za nią od​po​wie​dzial​ny,
więc na ra​zie Lucy nie uwol​ni się od nie​go. A je​śli uro​dzi się chło​piec, jego tata
sta​nie się bar​dzo bo​ga​tym czło​wie​kiem. No, o ile jego mama za nie​go wyj​dzie.
Brzmia​ło to lo​gicz​nie, tyl​ko że Lucy, tak jak i on, nie lu​bi​ła związ​ków. Chy​ba na​-
wet bar​dziej od nie​go.

– Masz bi​let? – A gdy przy​tak​nę​ła, za​py​tał: – Mogę zo​ba​czyć?
Z wy​ra​zem zdzi​wie​nia wy​ję​ła zło​żo​ną kart​kę z sa​szet​ki, pra​wie cał​kiem ukry​-

tej  pod  krą​gło​ścią  brzu​cha.  Od​kąd  ją  po​znał,  za​wsze  no​si​ła  rze​czy  oso​bi​ste
w  sfa​ty​go​wa​nym  ple​ca​ku,  któ​ry  wy​szu​ka​ła  w  pra​cy,  wśród  rze​czy  po​rzu​co​nych
przez klien​tów, albo w przy​twier​dzo​nej do pasa sa​szet​ce. Ni​g​dy nie wi​dział, by
no​si​ła kon​wen​cjo​nal​ną to​reb​kę. W ogó​le w przy​pad​ku Lucy trud​no uży​wać sło​-
wa „kon​wen​cjo​nal​ny”.

Gdy po​da​ła mu kart​kę, przedarł ją na pół.
– Och, ja​kie to dra​ma​tycz​ne – skwi​to​wa​ła. – Zda​jesz so​bie oczy​wi​ście spra​wę,

że mogę to po​now​nie wy​dru​ko​wać?

Zgniótł pa​pier i rzu​cił go na tyl​ne sie​dze​nie.
– Mo​żesz to na​zwać sym​bo​licz​nym ge​stem.
– A co to ma sym​bo​li​zo​wać.
– Nie wra​casz na Flo​ry​dę.
Za​mru​ga​ła ocza​mi ze zdzi​wie​nia.
–  Czyż​by?  Gdzie  się  po​dzie​ję?  Moja  współ​lo​ka​tor​ka  prze​nio​sła  się  do  Ohio.

Poza tym nie mam pra​cy.

– Za​miesz​kasz ze mną. A jak tyl​ko za​ła​twi​my for​mal​no​ści, wyj​dziesz za mnie.
Je​śli  tak  we​dług  Tony’ego  wy​glą​da​ją  oświad​czy​ny,  nic  dziw​ne​go,  że  jest  sin​-

glem. Na​wet nie był za​in​te​re​so​wa​ny, czy ona się zga​dza. Wy​dał po​le​ce​nie.

– Dla​cze​go mia​ła​bym to zro​bić? – za​py​ta​ła.
– Ze wzglę​du na do​bro dziec​ka – od​parł.
Zła od​po​wiedź, ko​leś. Nie tyl​ko wy​lał dziec​ko z ką​pie​lą, ale i wa​nien​kę roz​bił

na ka​wał​ki. Cóż, bez owi​ja​nia w ba​weł​nę za​ko​mu​ni​ko​wał, że oże​ni się z nią wy​-
łącz​nie dla do​bra dziec​ka. Dla​cze​go po pro​stu nie poda jej cy​ku​ty?

– To ra​czej mar​ny po​mysł – ode​zwa​ła się, a jego zmarsz​czo​ne brwi mó​wi​ły, że

ma inny po​gląd.

– Wca​le nie – od​parł twar​dym to​nem.
–  Je​śli  za  cie​bie  wyj​dę,  po​twier​dzę,  co  wszy​scy  my​ślą.  Że  ce​lo​wo  za​szłam

w cią​żę, aby cię zła​pać na dziec​ko.

Tak wła​śnie było w przy​pad​ku mat​ki Lucy. Pod​czas krót​kie​go związ​ku jej wy​-

bra​nek za​po​mniał co praw​da wspo​mnieć o żo​nie i dzie​ciach, po​tem zaś nie za​-
mie​rzał być oj​cem dla swo​jej nie​ślub​nej cór​ki. Prze​sy​łał raz w mie​sią​cu czek, ale
gdy zmarł trzy lata póź​niej, ten ła​twy zysk i na​dzie​je Lucy, że go po​zna, umar​ły
wraz z nim.

background image

– Do​pil​nu​ję, żeby do wszyst​kich do​tar​ło, że nie o to cho​dzi​ło – za​pew​nił Tony.
Gdy​by to było ta​kie pro​ste.
– Lu​dzie wie​rzą w to, w co chcą wie​rzyć. – Jego zmarsz​czo​ne czo​ło mó​wi​ło, że

sta​je się iry​tu​ją​ca. – Nie mogę wyjść za cie​bie.

– A zgo​dzisz się zo​stać ze mną? Przy​naj​mniej do cza​su na​ro​dzin dziec​ka?
– Nie mogę.
Z jego miny od​czy​ta​ła, że uwa​ża ją za upar​tą i może tro​chę miał ra​cję. Ale czy

moż​na ją wi​nić? Spra​wa była pro​sta. Ko​cha​ła Tony’ego, a on tyl​ko czuł się zo​bo​-
wią​za​ny. Wspól​ne miesz​ka​nie by​ło​by bo​le​sne, ale po​ślu​bie​nie go – tor​tu​rą. Ślub
je​dy​nie dla do​bra dziec​ka wy​da​wał się smut​ny i ża​ło​sny. Może gdy​by byli u nie​-
go, wziął​by ją w ra​mio​na i po​wie​dział, że czuł się sa​mot​nie i pod​le, gdy ode​szła.
Oczy​wi​ście,  po​dał​by  bar​dzo  lo​gicz​ny  –  nie  wspo​mi​na​jąc  o  ro​man​tycz​nym  –  po​-
wód, że nie po​je​chał za nią. Ale gdy​by bab​cia mia​ła wąsy…

Tony skrę​cił w uli​cę, przy któ​rej miesz​kał, i zna​lazł wol​ne miej​sce koło blo​ku.

Za pierw​szym ra​zem, gdy ją tu przy​wiózł, była lek​ko zszo​ko​wa​na. Wszyst​ko, co
wią​za​ło się z To​nym, biło po oczach bo​gac​twem i kla​są. Jeź​dził luk​su​so​wym au​-
tem,  pi​jał  naj​lep​szą  szkoc​ką,  miał  sza​fę  peł​ną  mar​ko​wych  ubrań,  ale  miesz​kał
w ni​ja​kim miesz​ka​niu w rów​nie prze​cięt​nym bu​dyn​ku, przy uli​cy, któ​ra wy​da​wa​-
ła  się  jed​ną  z  naj​nud​niej​szych  w  Chi​ca​go.  Ale  po  co  –  wy​ja​śnił  –  miał​by  pła​cić
kro​cie na miesz​ka​nie, w któ​rym pra​wie ni​g​dy nie prze​by​wa?

Daw​niej, gdy wcho​dzi​li do bu​dyn​ku, trzy​mał ją za rękę. Czę​sto pod​czas jaz​dy

win​dą do​ty​kał nie tyl​ko jej dło​ni, ale nie tym ra​zem. Po​czu​ła z tego po​wo​du ulgę
i roz​cza​ro​wa​nie.

Po no​ma​dycz​nej prze​szło​ści na​uczy​ła się nie przy​wią​zy​wać do miejsc, ale gdy

Tony otwo​rzył drzwi i we​szła do miesz​ka​nia, po​czu​ła ucisk w gar​dle. Tak wie​le
cu​dow​nych wspo​mnień wią​za​ło się z tym miej​scem. W pew​nym mo​ne​cie za​czę​ła
trak​to​wać je jak dru​gi dom i oszu​ki​wa​ła sie​bie, my​śląc, że może w głę​bi du​szy
on też chce, by dzie​li​ła z nim tę prze​strzeń.

Tony za​mknął drzwi, a gdy do​tknął jej ra​mie​nia, ser​ce w niej za​mar​ło. Jed​nak

tyl​ko po​mógł jej zdjąć kurt​kę, któ​rą rzu​cił po​tem na opar​cie sofy. Po chwi​li wy​lą​-
do​wa​ła na niej jego ma​ry​nar​ka, a na sa​mej gó​rze – kra​wat.

– Chcesz się cze​goś na​pić? Mam sok i die​te​tycz​ną kolę. Mogę też zro​bić her​-

ba​tę.

– Wy​star​czy woda – od​par​ła.
Sto​lik do kawy za​sła​ny był ga​ze​ta​mi, nie​bie​ski je​dwab​ny kra​wat le​żał na opar​-

ciu obi​te​go skó​rą krze​sła. Miesz​ka​nie wy​peł​nia​ły ty​po​wo mę​skie me​ble. Skó​ra,
me​tal,  szkło  i  ni​czym  nie​przy​kry​te  drew​nia​ne  pod​ło​gi.  My​śla​ła,  że  może  coś
zmie​ni​ło  się  przez  czte​ry  mie​sią​ce,  gdy  jej  tu  nie  było,  ale  wszyst​ko  wy​glą​da​ło
iden​tycz​nie. Nie do​strze​gła też śla​du żad​nej ko​bie​ty.

– Sia​daj – po​wie​dział, wska​zu​jąc ka​na​pę, co bar​dziej za​brzmia​ło jak roz​kaz niż

su​ge​stia. Była spię​ta, a stan ten po​wo​do​wał, że dziec​ko za​czę​ło wy​ko​ny​wać cyr​-
ko​we akro​ba​cje.

Choć  mi​ni​ma​li​stycz​ną  kuch​nię  od​dzie​la​ła  od  sa​lo​nu  ścia​na,  sły​sza​ła,  jak  Tony

background image

otwie​ra lo​dów​kę. Po se​kun​dzie już był z po​wro​tem, nio​sąc bu​tel​kę wody i piwo.

Usiadł koło niej, a pra​gnie​nie, aby go do​tknąć, było rów​nie sil​ne jak za​wsze.

Ma​rzy​ła, by wziął ją w ra​mio​na, tu​lił i obie​cał, że wszyst​ko bę​dzie do​brze. A po​-
tem ko​chał się z nią tak dłu​go, że ostat​nie czte​ry mie​sią​ce prze​sta​ły​by mieć zna​-
cze​nie.

– Nie po​zwo​lę ci znów wy​je​chać. – To były je​dy​ne sło​wa, ja​kie pa​dły z jego ust.
Po​win​na  wie​dzieć,  że  nie  od​pu​ści.  Był  przy​zwy​cza​jo​ny  do  tego,  że  wszyst​ko

dzie​je się zgod​nie z jego wolą.

– Nie do cie​bie na​le​ży de​cy​zja.
– Wiem, do dia​bła – od​parł za​ska​ku​ją​co ostrym to​nem. Ni​g​dy nie pod​no​sił gło​-

su w jej obec​no​ści. – By​cie oj​cem nie za​czy​na się po na​ro​dzi​nach dziec​ka – do​-
dał.

Miał ra​cję. Po​zba​wi​ła go wie​lu do​świad​czeń. Po​zba​wi​ła też sie​bie moż​li​wo​ści

dzie​le​nia tego do​świad​cze​nia z kimś, kto aku​rat nie miał jej w no​sie.

W  prze​ci​wień​stwie  do  mat​ki,  któ​ra  przez  pół​to​ra  mie​sią​ca  prze​ko​ny​wa​ła  ją,

by „po​zby​ła się pro​ble​mu”.

W ostat​nim cza​sie żyła bez pod​sta​wo​wych wy​gód. Ka​na​pa mat​ki była ża​ło​śnie

nie​wy​god​na. Rano prze​waż​nie bu​dził ją sil​ny ból w dole ple​ców albo ze​sztyw​nia​-
ły  kark.  A  cza​sem  obie  te  do​le​gli​wo​ści  na​raz.  Per​spek​ty​wa  łóż​ka  i  spo​koj​ne​go
wy​po​czyn​ku była ku​szą​ca. Ale jak to od​bi​je się na uczu​ciach?

– Hi​po​te​tycz​nie przy​pu​ść​my, że zgo​dzę się za​miesz​kać tu z tobą – stwier​dzi​ła.

– Mu​szę mieć wła​sną sy​pial​nię.

– Mo​że​my dzie​lić moją.
Jego  ręka  spo​czę​ła  na  jej  udzie.  Nie  mu​sia​ła  pa​trzeć  na  nie​go,  by  wie​dzieć,

jaki ma te​raz wy​raz twa​rzy – tym wzro​kiem zdo​ła ją zmięk​czyć w cią​gu kil​ku se​-
kund. Nie​za​leż​nie od tego, jak bar​dzo było to ku​szą​ce, przez wzgląd na wła​sną
god​ność  nie  mo​gła  wró​cić  do  po​przed​nie​go  ukła​du.  Je​śli  ma  tu  zo​stać,  mu​szą
usta​lić  za​sa​dy.  Jed​na  z  nich  to:  zero  ro​man​sów.  Za​bra​ła  jego  rękę  ze  swo​je​go
uda.

– My​ślę, że dla do​bra dziec​ka po​wi​nien nas łą​czyć pla​to​nicz​ny zwią​zek. Żeby

się nie po​gu​bić.

– Nie mo​żesz wi​nić fa​ce​ta, że pró​bu​je – od​parł, a ona tym ra​zem spoj​rza​ła na

nie​go,  co  było  ko​lo​sal​ną  głu​po​tą.  Niech  go  szlag  tra​fi,  jego  i  jego  znie​wa​la​ją​cy
uśmiech. Oraz to prze​cią​głe na​mięt​ne spoj​rze​nie. – Mo​żesz za​jąć moją sy​pial​nię
– do​dał. – Będę spać w ga​bi​ne​cie.

Za​nim  zdą​ży​ła  za​pro​te​sto​wać,  jego  ko​mór​ka  za​czę​ła  dzwo​nić.  Wy​cią​gnął  ją

z kie​sze​ni spodni, zer​k​nął na ekran i za​klął pod no​sem.

–  To  non​no  –  po​wie​dział,  pod​no​sząc  się  i  kie​ru​jąc  w  stro​nę  kuch​ni.  –  Mu​szę

ode​brać.

Lucy nie zna​ła dziad​ka Tony’ego, ale wie​le sły​sza​ła na jego te​mat. Dziw​ne, że

nie za​uwa​ży​ła go dziś wśród we​sel​nych go​ści. Roz​mo​wa trwa​ła nie​ca​łą mi​nu​tę.

–  Dzwo​ni​ła  mama  –  wy​ja​śnił  Tony,  cho​wa​jąc  te​le​fon  do  kie​sze​ni.  –  Sprzą​ta

u  dziad​ka.  Py​ta​ła,  czy  wszyst​ko  w  po​rząd​ku.  Chcą,  że​by​śmy  wpa​dli  do  nich  ju​-

background image

tro.

Ze stra​chu zro​bi​ło jej się sła​bo. Naj​wy​raź​niej było to po niej wi​dać, gdyż Tony

ode​zwał się:

– Nie martw się. Po​wie​dzia​łem, że dam znać, gdy bę​dzie​my go​to​wi.
Ro​zu​miem, że ni​g​dy. Choć z dru​giej stro​ny po co uni​kać tego, co nie​uchron​ne.

Mo​gła tyl​ko wszyst​kich prze​pro​sić i mieć na​dzie​ję, że jej będą współ​czuć.

– Jak naj​szyb​ciej chcę mieć to za sobą – oznaj​mi​ła.
– Nie ma po​śpie​chu.
Na​praw​dę?
– Wy​obraź so​bie, co byś czuł, gdy​by twój syn że​nił się, a ja​kaś ko​bie​ta, któ​rej

nie  wi​dzia​łeś  na  oczy,  twier​dzi​ła,  że  nosi  jego  dziec​ko.  Nie  chciał​byś  wie​dzieć,
kim jest?

–  Mó​wisz,  jak​by  tyl​ko  cie​bie  to  do​ty​czy​ło,  a  do  tan​ga  trze​ba  dwoj​ga.  Je​stem

tak samo od​po​wie​dzial​ny jak ty.

Moc​no wąt​pi​ła, że jego ro​dzi​na tak to oce​ni.
– Czy z dziad​kiem wszyst​ko w po​rząd​ku? – Zmie​ni​ła te​mat.
– Dla​cze​go py​tasz? – Był jak​by zdzi​wio​ny.
– Nie wi​dzia​łam go na ślu​bie. My​śla​łam, że może nie czu​je się do​brze.
– Nic mu nie jest. To tyl​ko upór.
Nie bar​dzo wie​dzia​ła, co ślub ma z tym wspól​ne​go, ale za​nim za​py​ta​ła, te​le​fon

Tony’ego  znów  za​dzwo​nił.  Po​now​nie  zer​k​nął  na  ekran,  wy​mam​ro​tał  prze​kleń​-
stwo i od​rzu​cił po​łą​cze​nie. Nie zdą​żył scho​wać te​le​fo​nu do kie​sze​ni, gdy po raz
ko​lej​ny roz​legł się dzwo​nek. I tym ra​zem nie ode​brał, po czym wy​łą​czył dźwięk
i, mam​ro​cząc coś pod no​sem, zwró​cił się do Lucy:

– A więc zo​sta​jesz?
– Po​win​nam chy​ba za​wia​do​mić mat​kę, że nie po​trze​bu​ję trans​por​tu z lot​ni​ska

ani jej ka​na​py – od​par​ła.

Tony zmarsz​czył brwi.
– Ka​za​ła ci spać na ka​na​pie?
– Albo ka​na​pa, albo pod​ło​ga.
Któ​ra wca​le nie była mniej wy​god​na, choć Lucy wzdry​ga​ła się na myśl o tym,

ja​kie okro​pień​stwa mogą znaj​do​wać się we włók​nach sta​re​go wy​tar​te​go dy​wa​-
nu. Przy​ja​cie​le mat​ki – o ile mo​gła ich tak na​zwać – to prze​cież zbie​ra​ni​na nar​-
ko​ma​nów i al​ko​ho​li​ków.

Gdy​by Tony wie​dział, jaki styl ży​cia wio​dła jej mat​ka… Jed​nak pra​wie nic nie

wie​dział o jej ro​dzi​nie – i wo​la​ła, by tak po​zo​sta​ło. Nie miał po​ję​cia o jej kosz​-
mar​nym  dzie​ciń​stwie.  Wie​dział,  że  nie  zna​ła  ojca,  ale  nie  wie​dział  dla​cze​go.
A o mat​ce tyl​ko to, że za​wsze się kłó​ci​ły. Nie miał po​ję​cia, że od​kąd Lucy skoń​-
czy​ła osiem lat, mat​ka zo​sta​wia​ła ją samą w domu i czę​sto wra​ca​ła do​pie​ro nad
ra​nem.  Że  wie​lu  „przy​ja​ciół”  mat​ki  ga​pi​ło  się  na  Lucy  z  lu​bież​nym  uśmie​chem
i  wy​po​wia​da​ło  spro​śne  uwa​gi  pod  jej  ad​re​sem.  Mat​ka  ma​wia​ła,  że  Lucy  jest
sama so​bie win​na. Że sama się o to pro​si, wy​sy​ła​jąc „sy​gna​ły”. A Lucy jako na​iw​-
na na​sto​lat​ka wie​rzy​ła jej bez za​strze​żeń.

background image

Za​sta​na​wia​ła się, co Tony my​ślał​by o niej, gdy​by znał praw​dę. Gdy​by wie​dział,

z ja​kie​go po​cho​dzi śro​do​wi​ska i ja​kie geny ma ich dziec​ko. A co po​wie​dzia​ła​by
na to jego ro​dzi​na? Tym​cza​sem Tony po​dał jej te​le​fon, mó​wiąc ła​god​nie, ale sta​-
now​czo:

– Nie każę ci spać na ka​na​pie. Dzwoń.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Choć for​mal​nie Tony miał wol​ne z po​wo​du nie​do​szłe​go ślu​bu, na​stęp​ne​go ran​-

ka naj​pierw po​szedł po​ćwi​czyć, a po​tem do biu​ra. Do​sko​na​le wie​dział, że w któ​-
rymś mo​men​cie dnia zo​sta​nie na​gab​nię​ty przez pra​wie każ​de​go człon​ka ro​dzi​ny.
Po  nie​ode​bra​nych  te​le​fo​nach  i  ese​me​sach  bez  od​po​wie​dzi  prze​sta​li  za​wra​cać
mu  gło​wę  oko​ło  dzie​sią​tej  wie​czo​rem.  Na​praw​dę  ko​chał  ro​dzi​nę  i  wie​dział,  że
za​wsze może na nich li​czyć, byli jed​nak tak cho​ler​nie wścib​scy. Wło​ska przy​pa​-
dłość, bez wąt​pie​nia.

W koń​cu zmu​szą go, by sta​wił im czo​ła. Naj​ła​twiej i naj​szyb​ciej by​ło​by zwo​łać

kon​fe​ren​cję  pra​so​wą.  Al​ter​na​tyw​ny  po​mysł  wią​zał  się  z  sie​dze​niem  w  domu
i cze​ka​niem, kie​dy Lucy się obu​dzi. Wczo​raj po zje​dze​niu dań na wy​nos z chiń​-
skiej  re​stau​ra​cji  po​ło​ży​ła  się  na  chwi​lę,  by  od​po​cząć,  i  od  tam​tej  pory  spa​ła.
Przez po​nad dwa​na​ście go​dzin.

Na​dal nie mógł po​jąć, dla​cze​go mat​ka Lucy po​zwo​li​ła spać cię​żar​nej cór​ce na

nie​wy​god​nej ka​na​pie. Ro​dzi​na Lucy była te​ma​tem tabu. Te​raz jed​nak po​zna​nie
jej  mat​ki  wy​da​wa​ło  się  nie​unik​nio​ne.  Zo​sta​nie  prze​cież  oj​cem  jej  wnu​ka  lub
wnucz​ki.

Głos se​kre​tar​ki Tony’ego przy​wo​łał go do rze​czy​wi​sto​ści.
– Przy​szli Rob i Nick. Mó​wią, że to pil​ne.
Ski​nął gło​wą. A więc za​czy​na się. Zre​zy​gno​wa​ny spoj​rzał na go​dzi​nę wi​docz​ną

na mo​ni​to​rze kom​pu​te​ra. Dzie​wią​ta pięt​na​ście. Nie cze​ka​li prze​sad​nie dłu​go.

Drzwi otwo​rzy​ły się i ku​zy​ni we​szli do środ​ka. Trud​no uwie​rzyć, że za​le​d​wie

pół roku temu byli bez​dziet​ny​mi ka​wa​le​ra​mi. Te​raz dwóch jest po ślu​bie, a cała
trój​ka ocze​ku​je na przyj​ście na świat dzie​ci. Wszyst​ko z po​wo​du dziad​ka.

– Więc – po​wie​dział Nick, sia​da​jąc na krze​śle na​prze​ciw​ko biur​ka – czy mam

zro​bić miej​sce w ka​len​da​rzu?

– Na co?
–  Na  twój  ko​lej​ny  ślub  –  wy​ja​śnił  Rob,  któ​ry  z  za​ło​żo​ny​mi  rę​ka​mi  sta​nął  za

Nic​kiem.

– Tyl​ko się nie zdziw.
Nick wy​glą​dał na zdu​mio​ne​go.
–  Nie  że​nisz  się  z  nią?  Pan  cho​dzą​ca  od​po​wie​dzial​ność.  Za​wsze  po​stę​pu​jesz,

jak na​le​ży.

– Wiesz, dla​cze​go wy​je​cha​ła? – za​py​tał Nick. – I dla​cze​go tak dłu​go zwle​ka​ła

z in​for​ma​cją o dziec​ku?

– Je​steś pew​ny, że to two​je? – spy​tał Rob.
– Tak, je​stem pew​ny. A co do po​wo​du, dla któ​re​go wy​je​cha​ła i wró​ci​ła, to spra​-

wa mię​dzy nią i mną.

background image

– Mówi pew​nie, że to był przy​pa​dek – za​uwa​żył Rob.
Bo to był przy​pa​dek. Lucy nie pra​gnę​ła dziec​ka tak jak on, za​ło​że​nia ro​dzi​ny.
– Może to pu​łap​ka?- wtrą​cił swo​je trzy gro​sze Nick.
– Na pew​no nie. Za​mie​rza​ła wczo​raj wra​cać na Flo​ry​dę. Nie mia​ła z sobą na​-

wet ubrań na zmia​nę.

– Może sta​wia​ła, że ją za​trzy​masz.
– Za​trzy​masz? Prak​tycz​ne mu​sia​łem ją bła​gać, żeby za​miesz​ka​ła ze mną. Ale

od​mó​wi​ła wyj​ścia za mnie.

– Nie zgo​dzi​ła się? Nie mogę zro​zu​mieć dla​cze​go.
– Wiem, że to dziw​ne, ale Lucy za​wsze ja​sno sta​wia​ła spra​wę: w grę wcho​dził

wy​łącz​nie luź​ny zwią​zek. Jest nie​zwy​kle nie​za​leż​na, a do tego twar​do stą​pa po
zie​mi.

– To chło​pak? – spy​tał Rob.
– Jesz​cze nie wie​my.
– A je​śli? – wtrą​cił Nick.
– Tak, bio​rę kasę. Dla​cze​go miał​bym tego nie zro​bić? Mu​si​cie zro​zu​mieć róż​-

ni​cę  mię​dzy  nami.  Wy  szczę​śli​wie  po​ślu​bi​li​ście  ko​bie​ty,  któ​re  ko​cha​cie.  Zre​zy​-
gno​wa​li​ście z mi​lio​nów, żeby im to udo​wod​nić.

– Nie ko​chasz Lucy?- za​py​tał Nick.
– Moje uczu​cia nie mają tu zna​cze​nia. Ale wiem, jak się czu​je Lucy, a to ona

roz​da​je w tej chwi​li kar​ty. Więc do cza​su na​ro​dzin bę​dzie​my miesz​kać ra​zem.

– A co po​tem?
– Nie mamy jesz​cze dal​szych pla​nów. Mamy czas.
– Tak my​ślisz? – spy​tał Nick.
– Po Ter​ri le​d​wie wi​dać cią​żę, a już za​pi​sa​ła dziec​ko na li​stę ocze​ku​ją​cych do

przed​szko​la.

– Przed​szko​la? Nie żar​tuj.
– Za na​szych cza​sów było ina​czej – stwier​dził Rob. – Dziś, aby dziec​ko mia​ło

szan​sę na do​bry col​le​ge, musi do​stać się do do​brej pod​sta​wów​ki, a żeby tak się
sta​ło, naj​pierw musi tra​fić do do​bre​go przed​szko​la.

Tony  nie  miał  po​ję​cia,  czy  po​słał​by  swo​je  dziec​ko  do  pry​wat​nej  szko​ły.  Sam

jako chło​piec od​dał​by wszyst​ko, by cho​dzić do szko​ły pań​stwo​wej, cho​ciaż​by po
to,  żeby  cie​szyć  się  choć  odro​bi​ną  pry​wat​no​ści  i  ano​ni​mo​wo​ści.  Jego  nie​szczę​-
ścia i pro​ble​my były po​żyw​ką dla ca​łej ro​dzi​ny.

Nie  ma​rzył  oczy​wi​ście  o  tym,  by  zo​stać  chu​li​ga​nem.  Jako  dru​gi  w  ko​lej​no​ści

naj​star​szy ku​zyn – Jes​si​ca, sio​stra Nic​ka, była od nie​go o pół​to​ra roku star​sza –
sta​wiał so​bie po​przecz​kę wy​żej niż inni. Jak ma​wiał oj​ciec, An​to​nio se​nior, któ​ry
sam był naj​star​szym z bra​ci, młod​si pa​trzy​li na nie​go z po​dzi​wem i dla​te​go mu​-
siał  da​wać  do​bry  przy​kład.  Ta​kie  re​gu​ły  obo​wią​zy​wa​ły  w  ro​dzi​nie  Ca​ro​sel​lich.
Żad​ne​go po​świę​ce​nia nie uwa​ża​no za zbyt duże.

Pra​ca w ro​dzin​nej fir​mie nie była pierw​szym wy​bo​rem Tony’ego, ale do​sto​so​-

wał  się,  po​nie​waż  tego  od  nie​go  ocze​ki​wa​no.  Jed​nak  każ​de​go  dnia  co​raz  bar​-
dziej  zbli​żał  się  do  czter​dziest​ki.  Kie​dy  za​cznie  wresz​cie  żyć  we​dług  wła​snych

background image

za​sad? Gdy osią​gnie wiek non​na?

– My​ślę, że zo​ba​czy​my z Lucy, co przy​nie​sie ży​cie – zwró​cił się do ku​zy​nów. –

Co by​ło​by o wie​le ła​twiej​sze, gdy​by wszy​scy dali nam spo​kój.

– Wszy​scy chcą do​brze – od​parł na to Nick.
Co  nie  zmie​nia  fak​tu,  że  przez  ro​dzi​nę  sy​tu​acja  sta​wa​ła  się  co​raz  bar​dziej

stre​su​ją​ca.

– Jest jesz​cze jed​na spra​wa, o któ​rej przy​szli​śmy po​ga​dać – po​wie​dział Rob. –

Mar​twi nas Rose.

W ze​szłym roku Rose Gol​dwyn, cór​ka nie​ży​ją​cej już se​kre​tar​ki non​na, zgło​si​ła

się do nich, szu​ka​jąc pra​cy. Po​nie​waż jej mat​ka Phyl​lis przez po​nad dwa​dzie​ścia
lat pra​co​wa​ła w fir​mie, czu​li się w obo​wiąz​ku ją za​trud​nić. Nie​ste​ty z Rose coś
było nie w po​rząd​ku. Opi​nię tę po​dzie​la​ła więk​szość ro​dzi​ny i jej ko​le​dzy z pra​-
cy.

– Wczo​raj za​cze​pi​ła mnie Me​gan – re​la​cjo​no​wał Rob. Me​gan, młod​sza sio​stra

Roba, wła​śnie ku​pi​ła pierw​szy dom i przy​ję​ła Rose na współ​lo​ka​tor​kę. – Po​wie​-
dzia​ła, że Rose zdra​dza nie​zwy​kłe za​in​te​re​so​wa​nie na​szą ro​dzi​ną. Za​da​je mnó​-
stwo py​tań na te​mat non​na i non​ny.

– Co ją ob​cho​dzi mał​żeń​stwo dziad​ków?
– Jesz​cze dziw​niej​sze było to, że wy​py​ty​wa​ła Meg o sta​re fil​my ro​dzin​ne.
– My z Ter​ri na​kry​li​śmy ją, jak szła od stro​ny ga​bi​ne​tu dziad​ka w dniu na​sze​go

ślu​bu  –  do​dał  Nick.  –  Utrzy​my​wa​ła,  że  szu​ka  to​a​le​ty  i  się  zgu​bi​ła,  ale  po​tem
zbie​gła na dół, nie ko​rzy​sta​jąc z ła​zien​ki. Zło​ży​łem to na karb zde​ner​wo​wa​nia,
w koń​cu pierw​szy raz bra​ła udział w ro​dzin​nej gali, co może być przy​tła​cza​ją​ce
dla ko​goś z ze​wnątrz. Ale Ter​ri była prze​ko​na​na, że kła​ma​ła.

– Z ko​lei dwa mie​sią​ce temu Car​rie zła​pa​ła ją na go​rą​cym uczyn​ku, gdy for​so​-

wa​ła za​mek do drzwi ga​bi​ne​tu ojca – do​dał Rob.

–  Chy​ba  po​wi​nie​neś  wspo​mnieć  o  czymś  tak  waż​nym  jak  pró​ba  wła​ma​nia  do

biu​ra na​czel​ne​go dy​rek​to​ra? – za​uwa​żył cierp​ko Tony.

–  Twier​dzi​ła,  że  po​trze​bo​wa​ła  ja​kichś  pa​pie​rów,  któ​re  zo​sta​wi​ła  tam  dla  niej

se​kre​tar​ka ojca. Po​wie​dzia​ła, że bała się kon​se​kwen​cji służ​bo​wych. Po​tem znie​-
nac​ka do​sta​ła te​le​fon, że jed​nak nie musi ich brać. Chcia​łem to zba​dać, ale wła​-
śnie wte​dy oka​za​ło się, że Car​rie jest w cią​ży i cał​kiem wy​le​cia​ło mi to z gło​wy.

– Się ro​zu​mie – od​parł Nick.
– Nie żar​tuj – wy​mam​ro​tał Tony, a Rob za​chi​cho​tał.
–  Czy  je​ste​śmy  pew​ni,  że  Rose  to  cór​ka  Phyl​lis?  –  za​py​tał  Nick.  –  Phyl​lis  już

nam tego nie​ste​ty nie po​wie. Rose może być oszust​ką, szpie​giem szu​ka​ją​cym ta​-
jem​nic  fir​my  albo  dzien​ni​kar​ką  zbie​ra​ją​cą  ma​te​ria​ły  do  de​ma​ska​tor​skiej  pu​bli​-
ka​cji.

–  De​ma​ska​tor​ska  pu​bli​ka​cja  o  cze​ko​la​dzie?  –  scep​tycz​nie  stwier​dził  Tony.  –

Dla​cze​go? A może dzie​je się tu coś, o czym nie wiem?

– Je​śli coś jest na rze​czy, nie mam o tym po​ję​cia – od​parł Rob.
– Mo​że​my wszyst​ko opo​wie​dzieć ro​dzi​com – za​pro​po​no​wał Nick.
–  Le​piej  naj​pierw  ją  po​ob​ser​wuj​my  –  od​rzekł  Rob.  –  Nie  chcę  roz​dmu​chi​wać

background image

spra​wy, je​śli nie zro​bi​ła nic złe​go.

– Two​ja de​cy​zja – pod​su​mo​wał Tony.
– Daj mi dwa ty​go​dnie – po​pro​sił Rob.
Tony miał na​dzie​ję, że Rob zdo​ła coś od​kryć, dzię​ki cze​mu na chwi​lę znaj​dzie

się  poza  cen​trum  za​in​te​re​so​wa​nia.  Przy​naj​mniej  do​pó​ki  nie  wy​my​śli,  co  da​lej.
Lucy  w  koń​cu  za  nie​go  wyj​dzie,  co  do  tego  nie  miał  wąt​pli​wo​ści.  Było  to  tyl​ko
kwe​stią cza​su.

Za​chę​ca​ją​cy za​pach sma​żo​ne​go bocz​ku spra​wił, że Lucy obu​dzi​ła się z uśmie​-

chem na twa​rzy. Tony przy​go​to​wy​wał dla niej śnia​da​nie, gdy zo​sta​wa​ła u nie​go
na  noc.  Jej  ulu​bio​ny  ze​staw  zo​sta​wiał  na  spe​cjal​ne  oka​zje  jak  ta  –  co  zresz​tą
zda​rza​ło się czę​sto w cią​gu kil​ku ty​go​dni przed jej wy​jaz​dem. Aż do te​raz Lucy
ni​g​dy  nie  za​sta​na​wia​ła  się,  jak  miły  był  to  gest.  Nie  mo​gła  po​wstrzy​mać  się
przed my​ślą, że go nie do​ce​nia​ła.

Otwo​rzy​ła oczy i spoj​rza​ła na ze​gar. Za​mru​ga​ła kil​ka razy, my​śląc, że wzrok

spła​tał  jej  fi​gla.  Je​de​na​sta  trzy​dzie​ści?  Nie​moż​li​we!  Spa​ła  pra​wie  osiem​na​ście
go​dzin. Jej te​le​fon, któ​ry le​żał na sto​li​ku noc​nym, za​bu​czał. Do​sta​ła no​we​go ese​-
me​sa. Prze​krę​ci​ła się i się​gnę​ła po apa​rat. A niech to! Sześć ese​me​sów. Wszyst​-
kie od mat​ki.

Wczo​raj  wie​czo​rem  wy​bra​ła  tchórz​li​we  roz​wią​za​nie.  Wy​sła​ła  mat​ce  wia​do​-

mość, że nie po​trze​bu​je trans​por​tu z lot​ni​ska i że zo​sta​je w Chi​ca​go nie​co dłu​-
żej, niż za​mie​rza​ła. „Jak dłu​go i z kim?”, za​py​ta​ła na​tych​miast mat​ka. Ku​si​ło ją,
by od​po​wie​dzieć: „Z pa​nem ni​g​dy-by-się-nie-oże​nił-z-ko​bie​tą-taką-jak-ja, po​ca​łuj
mnie w ty​łek”. Jed​nak po za​sta​no​wie​niu uzna​ła, że prze​lot​ne uczu​cie sa​tys​fak​cji
nie  jest  tego  war​te.  Im  mniej  mat​ka  na  ra​zie  wie,  tym  le​piej.  Od​po​wie​dzia​ła
więc: „U przy​ja​ciół​ki, nie wiem, jak dłu​go, póź​niej ci wy​ja​śnię”.

Te​raz  wy​to​czy​ła  się  z  łóż​ka  i  po​szu​ka​ła  wzro​kiem  ubrań.  Po  chwi​li  przy​po​-

mnia​ła so​bie, że Tony  za​pro​po​no​wał, że je upie​rze.  Pew​nie za​po​mniał wy​jąć je
z  su​szar​ki.  Chwy​ci​ła  więc  jego  fla​ne​lo​wy  szla​frok  wi​szą​cy,  jak  za​wsze,  na
drzwiach sza​fy od we​wnątrz. Za​pach my​dła i pły​nu po go​le​niu le​ciut​ko draż​nił jej
nos, gdy wkła​da​ła go na bia​ły pod​ko​szu​lek, któ​ry dał jej wczo​raj. O ile pod​ko​szu​-
lek był tak ol​brzy​mi, że się​gał pra​wie do ko​lan, o tyle szla​frok le​d​wo za​kry​wał
brzuch.

Po​nie​waż dziec​ko wy​ko​ny​wa​ło akro​ba​cje na pę​che​rzu, pierw​sze kro​ki skie​ro​-

wa​ła do to​a​le​ty. Tony za​wsze trzy​mał jej ja​skra​wo​ró​żo​wą szczo​tecz​kę do zę​bów
w  szu​fla​dzie  to​a​let​ki,  ale  pew​nie  daw​no  ją  wy​rzu​cił.  Otwo​rzy​ła  szu​fla​dę  i  wes​-
tchnę​ła, wi​dząc, że leży ona obok pa​sty do zę​bów, jej ulu​bio​nej. Jak mógł o tym
pa​mię​tać?

Umy​ła zęby, pal​ca​mi uło​ży​ła wło​sy. Za​wsze lu​bi​ła krót​kie, ale jej obec​na fry​zu​-

ra à la roz​czo​chra​na chłop​czy​ca była o wie​le prak​tycz​niej​sza, wie​dzia​ła też, że
po​do​ba  się  Tony’emu.  Po​nad​to  im  mniej  bę​dzie  zaj​mo​wać  się  sobą,  tym  wię​cej
cza​su po​świę​ci dziec​ku.

Wie​dząc  o  cze​ka​ją​cej  ich  roz​mo​wie,  we​szła  do  kuch​ni  lek​ko  zde​ner​wo​wa​na.

background image

Gdy  zo​ba​czy​ła,  kto  stoi  przy  kuch​ni,  za​sty​gła  w  drzwiach,  go​rącz​ko​wo  my​śląc,
czy uda​ło​by się jej wró​cić do sy​pial​ni. Jed​nak mat​ka Tony’ego naj​wy​raź​niej mia​ła
oczy z tyłu gło​wy.

– Do​brze spa​łaś? – za​py​ta​ła i, na​dal nie pa​trząc na Lucy, prze​kła​da​ła wi​del​cem

chru​pią​ce ka​wał​ki bocz​ku z pa​tel​ni na pa​pie​ro​wy ręcz​nik. Na ku​chen​nym bla​cie
stał ta​lerz ze zło​tą grzan​ką zro​bio​ną z gru​be​go chru​pią​ce​go wło​skie​go chle​ba.
Iden​tycz​ną, jaką Tony ro​bił dla niej.

– Gdzie Tony? – za​py​ta​ła Lucy. I co u li​cha tu​taj ro​bisz, przy​go​to​wu​jąc dla mnie

śnia​da​nie?

– Wy​szedł – od​par​ła mat​ka Tony’ego. We wsu​wa​nych bu​tach na pła​skim ob​ca​-

sie była mniej wię​cej wzro​stu Lucy, ale na tym po​do​bień​stwa się koń​czy​ły.

– Kie​dy?
– Ja​kieś pół go​dzi​ny temu. – Wy​ło​ży​ła bo​czek na ta​lerz, od​wró​ci​ła się do Lucy

i rzu​ci​ła jej prze​lot​ne spoj​rze​nie. – Mam na​dzie​ję, że je​steś głod​na.

Po​tem  po​da​ła  ta​lerz  Lucy,  któ​rej  drża​ły  ręce.  Na​wet  je​śli  mat​ka  Tony’ego  to

za​uwa​ży​ła, oka​za​ła się na tyle uprzej​ma, że nie sko​men​to​wa​ła tego gło​śno.

– Sia​daj i jedz póki go​rą​ce.
Lucy po​słusz​nie usia​dła. Wy​glą​da​ło na to, że kosz​ma​ry noc​ne wła​śnie się speł​-

nia​ją. Stoi twa​rzą w twarz z mat​ką męż​czy​zny, któ​re​go dziec​ko nosi, jest z nią
sam na sam, a na do​da​tek w jego T-shir​cie i szla​fro​ku.

– Chy​ba po​win​nam za​dzwo​nić po Tony’ego – rze​kła Lucy, po​pra​wia​jąc szla​frok

na brzu​chu.

–  A  może  by​śmy  przez  chwi​lę  same  po​roz​ma​wia​ły?  –  za​pro​po​no​wa​ła  mat​ka

Tony’ego i usia​dła. – Chcia​ła​bym do​wie​dzieć się cze​goś bli​żej o mo​jej przy​szłej
sy​no​wej.

O mój Boże, wy​ja​śnie​nia roz​ba​wią wszyst​kich do łez.
– Opo​wiedz mi o so​bie. Jak po​zna​łaś mo​je​go syna?
– Po​zna​li​śmy się w ba​rze, gdzie pra​co​wa​łam – od​rze​kła i na tym po​prze​sta​ła.
Gdy mat​ka Tony’ego zro​zu​mia​ła, że to było wszyst​ko, co Lucy za​mie​rza​ła po​-

wie​dzieć, za​py​ta​ła:

– Jak dłu​go z sobą cho​dzi​cie?
– Pro​szę pani…
– Mów mi Sa​rah. Albo mamo. Jak wo​lisz.
Mamo. Na pew​no nie jest na to go​to​wa.
– Nie chcia​ła​bym, że​byś źle mnie zro​zu​mia​ła. Ja i Tony nie je​ste​śmy… by​li​śmy

za​wsze tyl​ko przy​ja​ciół​mi. Wiem, że trud​no w to uwie​rzyć, ale nie przy​je​cha​łam,
żeby  prze​szko​dzić  mu  w  ślu​bie.  Nie  wie​dzia​łam  na​wet,  że  tego  dnia  miał  być
ślub. Chcia​łam po​wie​dzieć mu o dziec​ku i wró​cić na Flo​ry​dę.

– A co Tony na to? – spy​ta​ła Sa​rah z roz​ba​wie​niem.
Lucy za​czę​ła wier​cić się na krze​śle.
– Po​wiedz​my, że mu​si​my wie​le kwe​stii wy​pra​co​wać.
–  In​ny​mi  sło​wy,  mam  pil​no​wać  swo​je​go  nosa  –  pod​su​mo​wa​ła  Sa​rah,  bar​dziej

uba​wio​na, niż zła.

background image

– Sa​rah, mogę tyl​ko wy​obra​zić so​bie, co o mnie my​ślisz. Ty i cała two​ja ro​dzi​-

na.

– Lucy… mogę tak się do cie​bie zwra​cać?
– O-oczy​wi​ście. Jak naj​bar​dziej.
– Masz na to moje sło​wo, że każ​dy, kto zo​ba​czył two​ją twarz, gdy we​szłaś do

sa​lo​nu, wie​dział, że by​łaś tak samo zszo​ko​wa​na na nasz wi​dok, jak my na twój.
Na​to​miast,  wi​dząc  re​ak​cję  mo​je​go  syna,  są​dzę,  że  musi  was  łą​czyć  bar​dzo
skom​pli​ko​wa​ny zwią​zek.

Nie mia​ła o tym po​ję​cia.
– Nie mu​sisz na to od​po​wia​dać – za​pew​ni​ła Sa​rah. – Dla mnie przede wszyst​-

kim li​czy się to, że po​wstrzy​ma​łaś Tony’ego przed po​ślu​bie​niem tej okrop​nej ko​-
bie​ty.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Okrop​na ko​bie​ta? Lucy za​mru​ga​ła ocza​mi.
– Nie lu​bi​łaś Ali​ce?
–  Nikt  jej  nie  lu​bił.  Je​śli  mam  być  szcze​ra,  to  chy​ba  na​wet  Tony  za  nią  nie

prze​pa​dał. Ani ona za nim.

– Co? To dla​cze​go za​mie​rza​li się po​brać?
– Wła​śnie, wszy​scy się nad tym gło​wi​li. Za​kła​da​li​śmy, że jest w cią​ży.
Lucy  z  wra​że​nia  wstrzy​ma​ła  od​dech,  a  żo​łą​dek  pod​szedł  jej  do  gar​dła.  Nie

przy​szło jej do gło​wy, że Ali​ce też może być w cią​ży. To tłu​ma​czy​ło​by po​śpiesz​ny
ślub. Choć ry​zy​ko, że ko​lej​ne ko​bie​ty Tony’ego przy​pad​ko​wo za​li​czy​ły wpad​kę,
nie wy​da​wa​ło się wy​so​kie.

– Czy to moż​li​we? – za​py​ta​ła Lucy prze​ra​żo​na.
– Kie​dy zo​ba​czy​łam, jak w przed​dzień ślu​bu pije szam​pa​na, po​de​szłam do niej

i za​py​ta​łam. Nie była.

Dzię​ki Bogu.
–  Też  po​czu​łam  ulgę.  Spra​wia​ła  wra​że​nie  po​zba​wio​nej  in​stynk​tu  ma​cie​rzyń​-

skie​go – stwier​dzi​ła Sa​rah.

– Nie wszy​scy na​da​ją się na ro​dzi​ców – za​uwa​ży​ła Lucy. – Nie​któ​rzy są zbyt​ni​-

mi ego​ista​mi.

– Nie​któ​rzy na pew​no. Ale nie ty, wiem to.
Lucy po​ło​ży​ła rękę na brzu​chu, na jej twa​rzy po​ja​wił się lek​ki uśmiech za​do​-

wo​le​nia.

– To dziec​ko jest dla mnie wszyst​kim.
– Wiesz, czy to chło​piec, czy dziew​czyn​ka?
Po​trzą​snę​ła gło​wą.
– Czu​ję jed​nak, że to chło​pak.
–  Kie​dy  by​łam  w  cią​ży  z  To​nym,  wie​dzia​łam,  że  uro​dzi  się  chło​piec.  Czy  po​-

znasz płeć przed na​ro​dzi​na​mi?

– Po​cząt​ko​wo chcia​łam, ale te​raz wolę, żeby to była nie​spo​dzian​ka. Tak dłu​go

cze​ka​łam, więc ko​lej​ne trzy mie​sią​ce nie zro​bią róż​ni​cy.

– Też lu​bię nie​spo​dzian​ki – od​par​ła Sa​rah. – w więk​szo​ści przy​pad​ków.
Czy nie​ślub​ny wnuk rów​nież do nich na​le​ży?
– Czu​ję się nie​co za​kło​po​ta​na.
– Słu​cham?
–  Masz  wszel​kie  po​wo​dy,  żeby  mnie  nie  lu​bić  lub  przy​naj​mniej  mi  nie  ufać,

a je​steś dla mnie miła.

Wy​da​wa​ło się, że jej uwa​ga roz​ba​wi​ła Sa​rah.
– Czy Tony mó​wił ci, że by​łam w czwar​tym mie​sią​cu cią​ży, kie​dy wy​szłam za

background image

mąż?

Lucy za​prze​czy​ła.
– Moi te​ścio​wie przy​je​cha​li do Chi​ca​go pro​sto z Włoch. Byli bar​dzo kon​ser​wa​-

tyw​ni – cią​gnę​ła Sa​rah – i kie​dy oka​za​ło się, że je​stem w cią​ży, byli wście​kli. Nie
tyl​ko od​mó​wi​li sfi​nan​so​wa​nia ślu​bu, ale mój mąż mu​siał ich bła​gać, żeby w ogó​le
wzię​li w nim udział.

– W koń​cu przy​szli?
– Tak, ale pa​trząc wstecz, wła​ści​wie tego ża​łu​ję. Za​cho​wy​wa​li się wo​bec mnie

wro​go,  upo​ko​rzy​li  mnie  przed  ro​dzi​ną  i  przy​ja​ciół​mi.  Czu​łam  się  nie​swo​jo.
Pierw​szy  rok  mał​żeń​stwa  po​wi​nien  być  naj​szczę​śliw​szym  okre​sem  w  moim  ży​-
ciu, tym​cza​sem czu​łam się nie​szczę​śli​wa i sa​mot​na.

– Ale po​tem zmie​ni​ło się na lep​sze, praw​da?
– Mu​sia​ło mi​nąć kil​ka lat. W koń​cu ja i An​ge​li​ca zo​sta​ły​śmy na​wet przy​ja​ciół​-

ka​mi. Oka​za​ło się, że mamy z sobą wie​le wspól​ne​go. Obie uwiel​bia​my go​to​wać,
obie uro​dzi​ły​śmy się we Wło​szech, choć moja ro​dzi​na po​cho​dzi z pół​no​cy.

To  wy​ja​śnia​ło  ja​sne  wło​sy  i  kar​na​cję.  I  ozna​cza​ło,  że  Tony  to  stu​pro​cen​to​wy

Włoch.

–  To  smut​ne,  że  tyle  lat  stra​ci​ły​śmy  na  nie​sna​ski.  Przy​rze​kłam  so​bie,  że  je​śli

jako mat​ka znaj​dę się w po​dob​nej sy​tu​acji, naj​pierw za​dam so​bie trud, żeby ko​-
goś po​znać, za​nim zaj​mę sta​no​wi​sko. I wła​śnie to te​raz ro​bię.

– Dzię​ku​ję.
Lucy nie na​le​ża​ła do płacz​li​wych osób, ale w tym mo​men​cie oczy pie​kły ją od

łez. Do​brze wie​dzieć, że ma sprzy​mie​rzeń​ca, na​wet je​śli Sa​rah sta​no​wi wy​ją​tek
wśród wro​gów.

– Sko​ro już wszyst​ko wy​ja​śni​ły​śmy – Sa​rah pod​su​nę​ła ta​lerz do Lucy – to jedz!

Je​steś chu​da jak szcza​pa.

– Wiem, że je​stem zbyt szczu​pła – ode​zwa​ła się Lucy, a jej po​licz​ki po​czer​wie​-

nia​ły ze wsty​du. Z po​wo​du dziec​ka sta​ra​ła się zdro​wo od​ży​wiać. Nie​ste​ty je​dze​-
nia, a już szcze​gól​nie tego zdro​we​go, bra​ko​wa​ło w domu mat​ki. Z ko​lei Lucy, nie
ma​jąc pra​cy, nie mia​ła też pie​nię​dzy.

–  Nie  martw  się,  za​mie​rzam  cię  utu​czyć  –  stwier​dzi​ła  Sa​rah.  –  Tak  jak  tyl​ko

praw​dzi​wa wło​ska mat​ka po​tra​fi.

Dla od​mia​ny było miło, że ktoś się o nią trosz​czy. Mia​ła też na​dzie​ję, że zo​sta​-

ną  przy​ja​ciół​ka​mi,  choć  to  ozna​cza​ło​by  zwie​rze​nia,  któ​rych  nikt  z  ro​dzi​ny
Tony’ego nie po​wi​nien po​znać. Zresz​tą, pew​nie i tak jej nie za​ak​cep​tu​ją. A na​-
wet  go​rzej,  mogą  nie  za​ak​cep​to​wać  dziec​ka.  A  na  to  nie  mo​gła  po​zwo​lić.  Tak
bar​dzo chcia​ła, by jej dziec​ko mia​ło ko​cha​ją​cą i tro​skli​wą ro​dzi​nę – taką, ja​kiej
ona ni​g​dy nie mia​ła.

Oko​ło  dru​giej  po  po​łu​dniu,  gdy  Tony  je​chał  do  domu,  zo​stał  we​zwa​ny  przez

dziad​ka. Kie​dy udzie​lał au​dien​cji, na​le​ża​ło grzecz​nie się na niej sta​wić. Tak więc
Tony zna​lazł się w ga​bi​ne​cie dziad​ka, gdzie cze​kał go za​pew​ne su​ro​wy wy​kład.
Co  do  te​ma​tu  –  to  nie  był  pe​wien.  Mógł  on  bo​wiem  do​ty​czyć  naj​roz​ma​it​szych

background image

kwe​stii.

Non​no sie​dział jak zwy​kle w fo​te​lu i pa​trzył na park. Jego ko​ści​ste dło​nie spo​-

czy​wa​ły  na  ko​la​nach.  Prze​cięt​ne​mu  ob​ser​wa​to​ro​wi  wy​da​wał  się  nie​groź​ny.  Ła​-
god​ny  sta​ru​szek  z  bły​skiem  w  oku.  Tony  znał  jed​nak  praw​dę.  Mimo  de​li​kat​nej
kon​dy​cji fi​zycz​nej non​no miał umysł ostry ni​czym brzy​twa i trzy​mał ro​dzi​nę że​-
la​zną ręką. Oj​ciec Tony’ego i jego bra​cia chcie​li wie​rzyć, że to oni spra​wu​ją wła​-
dzę, ale była to ilu​zja. To non​no po​cią​gał za sznur​ki. Cza​sa​mi Tony za​sta​wiał się,
jak jego oj​ciec zdo​łał za​cho​wać zdro​we zmy​sły, cho​dząc przez wszyst​kie lata na
pa​sku tego star​ca.

– A więc ślub prze​rwa​ła ja​kaś dziew​czy​na. – Non​no zmie​rzał pro​sto do celu. –

Czy nosi two​je dziec​ko?

– Tak.
– Je​steś pe​wien?
– Wie​rzę Lucy. Jest god​ną za​ufa​nia przy​ja​ciół​ką.
Non​no mru​gnął po​wie​ką.
– Wy​da​je się, że czymś wię​cej.
– Wiem, że może to tak wy​glą​dać…
– Czy to chło​piec?
– Jesz​cze nie wie​my, ale Lucy tak są​dzi.
Non​no z za​du​mą po​ki​wał gło​wą.
– Je​śli ma ra​cję, mo​żesz stać się bar​dzo bo​ga​tym czło​wie​kiem.
– Jest tyl​ko mały pro​blem. Lucy nie chce za mnie wyjść.
Wy​da​wa​ło się, że wia​do​mość roz​ba​wi​ła dziad​ka.
– Czy po​wie​dzia​ła dla​cze​go?
– Nie chce, żeby ro​dzi​na my​śla​ła, że ce​lo​wo za​szła w cią​żę.
– A było tak?
– Nie, do dia​bła. To nie w jej sty​lu.
– Więc kie​dy wszy​scy w ro​dzi​nie po​zna​ją praw​dę, pro​blem znik​nie, praw​da?
– Tak, to po​win​no za​ła​twić spra​wę.
– Ta ko​bie​ta, czy ona cię ko​cha?
Tech​nicz​nie rzecz bio​rąc, dzia​dek ni​g​dy nie po​wie​dział Tony’emu, że musi ko​-

chać mat​kę dziec​ka albo ona jego, aby odzie​dzi​czyć pie​nią​dze. Po​wie​dział tyl​ko,
że mu​szą wziąć ślub.

– Nasz zwią​zek z Lucy jest inny. Je​ste​śmy przy​ja​ciół​mi.
Non​no uniósł brwi po raz ko​lej​ny.
– Czy su​ge​ru​jesz, że to nie​po​ka​la​ne po​czę​cie?
– Oczy​wi​ście, że nie. My tyl​ko…
Tyl​ko co? Za​ba​wia​li​śmy się? O Boże, wła​śnie re​la​cjo​nu​je wła​sne ży​cie sek​su​-

al​ne dzie​więć​dzie​się​cio​dwu​let​nie​mu dziad​ko​wi. Już ni​żej nie moż​na upaść, a je​śli
nie bę​dzie uwa​żał, za​raz za​czną oma​wiać kwe​stię jego mę​sko​ści.

– Znasz zja​wi​sko przy​jaźń plus seks?
– Nie je​stem aż tak sta​ry – od​parł non​no uba​wio​ny i do​dał: – Czy​li jest na tyle

do​bra, żeby z nią sy​piać i mieć dziec​ko, ale nie na tyle, żeby się z nią oże​nić?

background image

– Pro​si​łem, żeby za mnie wy​szła. Nie mogę jej zmu​sić.
– Po​wie​dzia​łeś, że ją ko​chasz?
Któ​re​go  ele​men​tu  czło​nu  w  zwro​cie  „przy​jaźń  plus  seks”  dzia​dek  nie  zro​zu​-

miał?

– Za​pew​ni​łem, że tak bę​dzie naj​le​piej dla dziec​ka. Nie wiem, co jesz​cze mogę

zro​bić. – od​parł. Może non​no zgo​dzi się na kom​pro​mis, je​śli Tony obie​ca mu, że
dziec​ko bę​dzie no​si​ło na​zwi​sko Ca​ro​sel​lich. – Na​wet je​śli jej nie po​ślu​bię, dam
dziec​ku moje na​zwi​sko.

Choć  wy​ma​ga​ło  to  wy​sił​ku,  non​no  po​chy​lił  się  w  jego  kie​run​ku,  wy​krę​ca​jąc

gło​wę w lewą stro​nę.

– Czy pro​sisz mnie o zmia​nę wa​run​ków umo​wy?
– Miał​byś prze​cież spad​ko​bier​cę, o któ​re​go ci cho​dzi.
–  To  praw​da…  –  Od​chy​lił  się  i  za​my​ślił,  a  Tony  na​brał  na​dziei.  Po​tem  jed​nak

dzia​dek po​trzą​snął gło​wą i po​wie​dział: – Nie, nie mogę tego zro​bić.

Mógł, tyl​ko nie chciał.
– To nie by​ło​by w po​rząd​ku. Je​śli chcesz spa​dek, ożeń się z nią. – Ton wska​zy​-

wał, że te​mat jest za​mknię​ty.

– Jak mam to zro​bić? Za​par​ła się i nie ustą​pi.
– Wy​my​ślisz coś, wie​rzę w cie​bie.
Tym ra​zem wia​ra może wca​le nie prze​nieść góry. Lucy była pra​wie tak samo

upar​ta jak non​no.

– Przy​pro​wadź ją do mnie – rzekł dzia​dek. – Po​roz​ma​wiam z nią.
Trud​no o gor​szy po​mysł.
– Nie wy​da​je mi się…
– A mnie tak – skwi​to​wał non​no tak sta​now​czo, że dal​sza dys​ku​sja była bez​-

przed​mio​to​wa. – Przy​pro​wadź ją ju​tro. Spo​ty​ka​my się o trze​ciej w moim ga​bi​ne​-
cie.

To może się bar​dzo źle skoń​czyć.
– Przy​pro​wa​dzę, tyl​ko.... obie​caj, że bę​dziesz dla niej wy​ro​zu​mia​ły. Nie chcę,

że​byś po​trak​to​wał ją jak moją mamę.

Non​no uniósł brwi.
– Wiesz o tym?
– Oczy​wi​ście, że tak. Wiem, że ani ty, ani bab​cia nie za​ak​cep​to​wa​li​ście jej. Nie

ro​zu​mia​łem dla​cze​go. Do dziś za​sta​na​wiam się, dla​cze​go by​li​ście dla niej tak su​-
ro​wi?

Non​no wyj​rzał przez okno.
– Są rze​czy, o któ​rych się nie roz​ma​wia. Dla do​bra ro​dzi​ny.
Cho​dzi na pew​no o do​bro ro​dzi​ny? Co​kol​wiek by to było, Lucy nie bę​dzie za​-

kład​nicz​ką jego gnie​wu.

– Lucy czu​je się za​gu​bio​na, boi się. Nie po​zwo​lę jej za​stra​szyć. Tak​że to​bie.
Do​tąd Tony nie ośmie​lił się pod​nieść gło​su w obec​no​ści dziad​ka. A choć go​tów

był te​raz po​nieść kon​se​kwen​cje, non​no wy​glą​dał na bar​dziej za​in​try​go​wa​ne​go,
niż roz​złosz​czo​ne​go.

background image

– A więc to tak – mruk​nął drwią​cym to​nem, jak​by kpił z tego, że Tony ośmie​lił

się mu prze​ciw​sta​wić.

Tony nie da się za​stra​szyć. Nie ro​zu​miał, dla​cze​go oj​ciec po​zwo​lił na tak złe

trak​to​wa​nie  swo​jej  żony,  ale  on  nie  za​mie​rzał  tego  zno​sić.  To  jego  obo​wią​zek:
chro​nić Lucy, a nie wrzu​cać ją w pasz​czę lwa. I tak dużo prze​szła.

– Ostat​nią rze​czą, ja​kiej pra​gnę, to oka​zać ci brak sza​cun​ku, ale je​stem te​raz

od​po​wie​dzial​ny za Lucy.

– Na​wet je​śli nie chce za cie​bie wyjść?
– To nie ma zna​cze​nia.
Non​no wła​ści​wie uśmiech​nął się.
– Je​śli tak się spra​wy mają, obie​cu​ję, że po​trak​tu​ję ją z sza​cun​kiem i życz​li​wo​-

ścią.

A niech to! Po​szło zbyt gład​ko. A gdzie ha​czyk?
– W ta​kim ra​zie sta​wia​my się ju​tro o trze​ciej.
– Chcę po​roz​ma​wiać z Lucy na osob​no​ści.
A więc o to cho​dzi.
– Non​no…
– Przy​wieź ją i daj mi go​dzi​nę. A te​raz zo​staw mnie, pro​szę. Mu​szę od​po​cząć.
Tony’emu  nie  po​do​bał  się  po​mysł,  by  Lucy  zna​la​zła  się  sam  na  sam  z  dziad​-

kiem, ale gdy ten że​gnał się z go​ściem, roz​mo​wa była za​koń​czo​na.

Gdy w koń​cu zna​lazł wol​ne miej​sce prze​czni​cę od swo​je​go blo​ku, przy​siągł so​-

bie,  że  jego  na​stęp​ne  miesz​ka​nie  bę​dzie  mia​ło  pry​wat​ny  par​king.  Prze​cho​dząc
przez  uli​cę,  za​uwa​żył  przed  blo​kiem  zna​jo​me​go  mer​ce​de​sa.  Och,  nie!  Nie  po​-
win​na tego ro​bić. Przy​spie​szył i resz​tę dro​gi po​ko​nał bie​giem, a za​miast cze​kać
na win​dę, wy​brał scho​dy. Gdy wpadł do miesz​ka​nia, nie zo​ba​czył jej od razu, ale
ten za​pach per​fum roz​po​znał​by wszę​dzie.

– Mamo! – krzyk​nął zde​spe​ro​wa​ny.
Mat​ka  wy​ło​ni​ła  się  z  kuch​ni  z  pa​pie​ro​wym  ręcz​ni​kiem,  w  któ​ry  wy​cie​ra​ła

ręce.  Mia​ła  na  so​bie  luź​ne  be​żo​we  spodnie  i  ró​żo​wy  swe​ter  o  war​ko​czo​wym
ście​gu.  Z  upię​ty​mi  do  tyłu,  pra​wie  bia​ły​mi  wło​sa​mi  wy​glą​da​ła  mło​do,  choć  nie​-
daw​no ob​cho​dzi​ła sześć​dzie​sią​te trze​cie uro​dzi​ny.

– Cześć, ko​cha​nie.
Cześć, ko​cha​nie, a niech cię!
–  Na​praw​dę,  mamo.  –  Tony  ci​snął  kurt​kę  na  ka​na​pę.  –  Nie  mo​głaś  po​cze​kać

kil​ka dni, jak pro​si​łem?

Z wes​tchnie​niem po​wie​si​ła kurt​kę w sza​fie.
– A ty nie mo​głeś ten je​den dzień zo​stać w domu? Gdy oj​ciec za​dzwo​nił i po​-

wie​dział, że po​ja​wi​łeś się w pra​cy, nie mo​głam prze​stać my​śleć, że zo​sta​wi​łeś tę
bied​ną dziew​czy​nę cał​kiem samą. Bez środ​ka trans​por​tu i, jak zga​dłam, bez je​-
dze​nia.

Za​brzmia​ło to jed​no​znacz​nie: gdy​by nie ona, Lucy umar​ła​by z gło​du.
– Gdzie ona jest?

background image

– Bie​rze prysz​nic. Zro​bi​łam jej po​rząd​ne śnia​da​nie.
– Od jak daw​na tu je​steś?
–  A  co  to  za  róż​ni​ca?  Do​brze,  że  oj​ciec  za​dzwo​nił,  i  do​brze,  że  na​dal  mam

klucz do two​je​go miesz​ka​nia.

Opa​no​wał gniew.
– Czy przy​naj​mniej za​pu​ka​łaś?
– Oczy​wi​ście, ale nikt nie od​po​wie​dział.
Więc po pro​stu we​szła do środ​ka. W jej świe​cie było to naj​zwy​klej​sze za​cho​-

wa​nie.

–  Prze​waż​nie  zna​czy  to,  że  albo  ni​ko​go  nie  ma  w  domu,  albo,  je​śli  ktoś  tam

jest, nie ży​czy so​bie, aby mu prze​szka​dza​no.

–  Szczę​śli​wie  się  zło​ży​ło,  że  na​dal  spa​ła.  Nie  obu​dzi​ła  się  więc  w  pu​stym

miesz​ka​niu z rów​nie pu​stą lo​dów​ką. Mo​żesz być mi wdzięcz​ny.

Oczy​wi​ście, wie​dział, że chcia​ła do​brze, ale i tak do​pro​wa​dzi​ła go do wście​kło​-

ści.  Choć,  nie  da  się  ukryć,  mia​ła  też  spo​ro  ra​cji.  Za​nim  wy​szedł,  po​wi​nien  był
spraw​dzić, czy Lucy ma wszyst​ko, co po​trzeb​ne. Po pro​stu nie przy​wykł do od​-
po​wie​dzial​no​ści za in​nych. Uspo​ko​ił się i po​wie​dział:

– Do​ce​niam, że przy​szłaś, ale te​raz ja przej​mu​ję obo​wiąz​ki.
–  To  dla  mnie  coś  no​we​go  –  od​par​ła.  –  Nie​czę​sto  mam  oka​zję  po​znać  two​je

dziew​czy​ny.

– Ona nie jest… Zresz​tą nie​waż​ne.
– Tony, ko​cha​nie. – Po​ło​ży​ła rękę na jego pier​si, po​kle​pa​ła czu​le, a jed​no​cze​-

śnie pa​trzy​ła na nie​go tak, jak​by na​dal był dziec​kiem. – Obie​caj mi, że bę​dziesz
cier​pli​wy. To bar​dzo trud​ny okres. Lucy po​trze​bu​je ogrom​ne​go wspar​cia.

– Dzię​ku​ję za radę. Wiem, że chcesz do​brze, ale na​wet jej nie znasz.
–  Ko​cha​nie  –  od​par​ła  mat​ka  ze  smut​nym  uśmie​chem  –  by​łam  taka  jak  ona.

Wiem, przez co prze​cho​dzi.

Gdy​by  się  głę​biej  za​sta​no​wić,  pew​nie  mia​ła  ra​cję.  Dla  wła​sne​go  do​bra  po​wi​-

nien jej wy​słu​chać.

– Więc co mam ro​bić?
– Bądź z nią. Chroń ją. I daj jej czas. Po​trze​bu​je cię, na​wet je​śli boi się to oka​-

zać. I na Boga, za​bierz ją na za​ku​py. Po​ja​wi​ła się bez ni​cze​go. Po​trze​bu​je ca​łej
masy rze​czy.

– Na przy​kład…
–  Szam​po​nu,  dez​odo​ran​tu,  szczot​ki  do  wło​sów.  I  tro​chę  w  mia​rę  do​bra​nych

ubrań.

Cał​kiem pro​ste spra​wy, na któ​re po​wi​nien sam wpaść. Do dia​bła, co się z nim

dzie​je? Czy to jej wi​dok i wia​do​mość o dziec​ku wpra​wi​ły go w ten stan roz​ko​ja​-
rze​nia? Za​cho​wał się jak ego​ista.

Wła​śnie  dla​te​go  uni​kał  po​waż​niej​szych  związ​ków.  Nie  był  do​bry  w  te  kloc​ki.

Choć  układ  z  Lucy  zda​wał  się  taki…  pro​sty.  Ona  mia​ła  swo​je  ży​cie,  on  swo​je,
a  cza​sem  ich  świa​ty  się  spo​ty​ka​ły.  Na​praw​dę  świet​ny  układ.  Wy​da​wa​ło  się,  że
dla oboj​ga.

background image

A te​raz mat​ka znów przy​bie​gła mu na ra​tu​nek. Zdjął jej dłoń ze swo​jej pier​si

i po​ca​ło​wał ją.

– Obie​cu​ję, mamo, po​sta​ram się. I dzię​ku​ję.
Uśmiech​nę​ła się i po​kle​pa​ła go po po​licz​ku, a on po​czuł się, jak​by miał sześć

lat.

– Grzecz​ny chło​piec.
Oto cały on, za​wsze po​słusz​ny sy​nek. Ale może tym ra​zem nie trze​ba się cze​-

piać. Choć cza​sem do​pro​wa​dza​ła go do sza​leń​stwa, li​czy​ły się in​ten​cje. Ro​bi​ła to
z mi​ło​ści.

– Pój​dę po​roz​ma​wiać z Lucy.
– A ja do domu. Oj​ciec za​po​wie​dział, że za​bie​rze mnie wie​czo​rem do re​stau​ra​-

cji. Za​dzwoń, jak​byś cze​go po​trze​bo​wał.

– Obie​cu​ję.
Gdy drzwi za mat​ką się za​mknę​ły, skie​ro​wał się do sy​pial​ni. Miał na​dzie​ję, że

ta wi​zy​ta nie była dla Lucy zbyt trau​ma​tycz​na. Przy​zwy​cza​jo​ny do jej obec​no​ści,
nie po​my​ślał, że na​ru​sza jej pry​wat​ność, wcho​dząc bez pu​ka​nia.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Choć  wła​ści​wie  nie  wsty​dzi​ła  się  swo​je​go  cia​ła,  a  Tony  wie​le  razy  wi​dział  ją

nagą,  bez​wied​nie  pró​bo​wa​ła  za​sło​nić  się  rę​ka​mi.  Sta​nik  i  figi  przy​kry​wa​ły  co
praw​da naj​in​tym​niej​sze par​tie cia​ła, ale i tak czu​ła się ob​na​żo​na. Czy Tony uzna
jej cia​ło za od​py​cha​ją​ce? W tej sy​tu​acji w su​mie nie by​ło​by to złą rze​czą.

– Prze​pra​szam. Po​wi​nie​nem za​pu​kać. Nie my​śla​łem… – Za​milkł, gdy zo​ba​czył

jej brzuch, i otwo​rzył sze​ro​ko oczy. – O rany, ale je​steś duża. – Pod wpły​wem jej
spoj​rze​nia  albo  nie​co  spóź​nio​nej  re​flek​sji,  szyb​ko  do​dał:  –  To  zna​czy  twój
brzuch, nie ty cała. Wła​ści​wie moja mama ma ra​cję. Je​steś chu​da. – Za​wa​hał się.
– Choć w atrak​cyj​ny spo​sób.

– Cały Ca​ro​sel​li, jak zwy​kle nie do pod​ro​bie​nia – wtrą​ci​ła, za​nim zdą​żył po​grą​-

żyć się jesz​cze bar​dziej.

Jak  przy​sta​ło  na  wy​kształ​co​ne​go  i  do​brze  wy​cho​wa​ne​go  męż​czy​znę,  strze​lał

gafy we wła​snym sty​lu. Mimo że cza​sa​mi wy​pro​wa​dzał ją z rów​no​wa​gi, tę jego
nie​po​rad​ność uzna​wa​ła za uro​czą ce​chę. Uśmiech​nął się do niej sze​ro​ko, a pod
nią ugię​ły się nogi.

Cał​kiem na​tu​ral​nie mo​gła go te​raz ob​jąć i po​pchnąć na łóż​ko, tak jak ro​bi​ła to

tyle razy wcze​śniej. Nie, nie wol​no tego zro​bić.

– Czy wła​śnie się po​ru​szy​ło?
Ach, co za efek​tow​na za​mia​na te​ma​tu.
– Gim​na​sty​ku​je się cały dzień. Chy​ba sma​ko​wa​ło mu śnia​da​nie, któ​re zro​bi​ła

two​ja mama.

– Wy​glą​da, jak​by to bo​la​ło – stwier​dził Tony, za​hip​no​ty​zo​wa​ny jej brzu​chem.
– Zwy​kle nie, chy​ba że jego sto​pa lą​du​je na mo​jej klat​ce pier​sio​wej. Nie jest to

zbyt przy​jem​ne. Lubi też le​żeć na pę​che​rzu.

– Mogę do​tknąć? – po​pro​sił.
To nie​do​bry po​mył. Po​win​na się nie zgo​dzić? Prze​cież stra​cił już wy​star​cza​ją​-

co dużo. I to przez nią. Od tej chwi​li chcia​ła, by w peł​ni się za​an​ga​żo​wał.

– Oczy​wi​ście, mo​żesz.
Z dzie​cię​cym dresz​czy​kiem emo​cji w oczach usiadł na brze​gu łóż​ka i zna​lazł

się  na  wy​so​ko​ści  jej  brzu​cha,  któ​ry  za​czę​ła  ma​so​wać,  pró​bu​jąc  wy​czuć  ja​kąś
część cia​ła.

–  Chy​ba  te​raz  leży  na  ple​cach.  Cze​kaj…  wy​czu​wam  go.  –  Po​ło​ży​ła  rękę

Tony’ego na brzu​chu. – Tu przy​ci​śnij.

Le​ciut​ko na​ci​snął dłoń we wska​za​nym miej​scu.
– Tak nic nie po​czu​jesz. Mu​sisz na​praw​dę ma​cać.
Po​pa​trzył na nią, jak​by po​stra​da​ła zmy​sły.
– Nie żar​tu​ję. – Na​kry​ła ręką jego dłoń i przy​ci​snę​ła tak moc​no, aż na​po​tka​li

background image

coś twar​de​go wiel​ko​ści oko​ło dwóch, trzech cen​ty​me​trów. – Czu​jesz?

Prze​szył ją wzro​kiem.
– Czy to dziec​ko?
Uśmiech​nę​ła się i po​wie​dzia​ła:
– Wy​da​je mi się, że noga. Cza​sem trud​no stwier​dzić.
– Fa​scy​nu​ją​ce – od​parł, a po​tem zła​pał jej brzuch obie​ma dłoń​mi i prze​su​wał

po nim kciu​ka​mi.

Oczy​wi​ście nie za​mie​rzał bu​dzić jej zmy​słów, ale spró​buj to wy​tłu​ma​czyć cia​łu.

Wy​glą​da na to, że nie do​strze​ga ono róż​ni​cy. I tak z nad​mia​ru hor​mo​nów Lucy
bu​zo​wa​ła. Gdy​by choć mia​ła na so​bie ubra​nie…

Tym​cza​sem Tony przy​su​nął się bli​żej i na​ci​snął po​licz​kiem jej brzuch, Lucy zaś

wzię​ła głę​bo​ki od​dech. Prze​cież mu​siał do​ty​kać jej w tym miej​scu z ty​siąc razy,
ale do​pie​ro dziś jego za​rost spra​wił, że po​czu​ła, jak​by prze​szył ją prąd. Tak sil​-
ny, że roz​pa​lił jej li​bi​do, a pro​duk​cja hor​mo​nów osią​gnę​ła naj​wyż​szy po​ziom. Gdy
spoj​rzał na nią prze​cią​gle, po​czu​ła, że pod wpły​wem jego ab​sur​dal​nie uro​cze​go
spoj​rze​nia wprost się topi.

– Za moc​no? – spy​tał.
Tak i nie. Nie prze​ry​waj, pro​szę. A je​śli już je​steś tam w dole…
– Twój za​rost – wy​krztu​si​ła.
– Prze​pra​szam. Nie zdą​ży​łem się ogo​lić.
Bro​da  ro​sła  mu  tak  szyb​ko,  że  w  cią​gu  dnia  mu​siał  się  po​wtór​nie  go​lić.  Tak

prze​ja​wia​ły się jego wło​skie geny. Lucy była prze​ko​na​na, że z od​po​wied​nio bli​-
skiej od​le​gło​ści da się za​ob​ser​wo​wać pro​ces wzro​stu.

– Mam na​dzie​ję, że mama cię nie zbesz​ta​ła – ode​zwał się z po​licz​kiem na​dal

przy​ci​śnię​tym do jej brzu​cha. Ła​sko​ta​nie bro​dy, cie​pły od​dech i chęć, by pal​ca​mi
prze​je​chać  po  jego  wło​sach,  były  nie  do  znie​sie​nia.  –  Zna​na  jest  z  tego,  że  od
cza​su do cza​su wy​cho​dzi przed sze​reg.

– Wła​ści​wie od​no​si​ła się do mnie na​praw​dę miło. Pew​nie bar​dziej, niż na to za​-

słu​gi​wa​łam, zwa​żyw​szy oko​licz​no​ści.

– Zro​bi​łaś to, co uzna​łaś na słusz​ne. Nikt nie może mieć do cie​bie pre​ten​sji.
Nie, wy​bra​ła prost​sze roz​wią​za​nie. Ucie​kła. Po​zo​sta​nie na miej​scu ozna​cza​ło

kon​fron​ta​cję ze swo​imi błę​da​mi i po​no​sze​nie kon​se​kwen​cji.

– Dziś roz​ma​wia​łem z moją sio​strą Chris. Do​sta​łem na​zwi​ska i nu​me​ry te​le​fo​-

nów do jej gi​ne​ko​lo​ga  i pe​dia​try. Z gi​ne​ko​lo​giem  po​zwo​li​łem so​bie umó​wić  nas
na ju​tro, na dzie​wią​tą rano.

– Je​stem pod wra​że​niem, że uda​ło ci się we​pchnąć nas już na ju​tro. Chy​ba ktoś

od​wo​łał wi​zy​tę.

– Nie​ko​niecz​nie. – Uśmiech​nął się sze​ro​ko i do​dał: – Po​tra​fię być bar​dzo prze​-

ko​nu​ją​cy.

Na​praw​dę? Co ty nie po​wiesz.
– A po le​ka​rzu za​bie​ram cię do skle​pu. Ku​pi​my wszyst​ko, cze​go po​trze​bu​jesz.

I na​wet nie pró​buj mó​wić, że mi od​dasz. Ja pła​cę.

Tak  wła​śnie  za​mie​rza​ła  po​wie​dzieć.  I  zwy​kle  swo​je  sta​no​wi​sko  po​par​ła​by

background image

choć​by nie​wiel​ką utarcz​ką słow​ną, ale te​raz była po pro​stu po​twor​nie zmę​czo​-
na. Cóż za miłe uczu​cie po​zwo​lić ko​muś, żeby się o nią za​trosz​czył.

–  Od​by​łem  dziś  in​te​re​su​ją​cą  roz​mo​wą  z  dziad​kiem  –  ode​zwał  się  Tony.  –  Za​-

pro​sił mnie do sie​bie.

– Był na cie​bie wście​kły?
– Chce się z tobą spo​tkać.
Po​czu​ła nie​po​kój, co mu​sia​ło być wi​dać.
– Nie martw się. Wy​mo​głem na nim, żeby za​cho​wy​wał się w cy​wi​li​zo​wa​ny spo​-

sób.

Fakt,  że  mu​siał  taką  obiet​ni​cę  wy​móc,  źle  wró​żył.  Zresz​tą  stop​nie  ucy​wi​li​zo​-

wa​nia by​wa​ją róż​ne.

–  Prze​pra​szam,  że  zo​sta​wi​łem  cię  dziś  samą.  –  Zmie​nił  te​mat.  –  Po​wi​nie​nem

po​cze​kać, aż się obu​dzisz. I dać ci śnia​da​nie.

–  Zro​bi​łeś  to,  co  za​wsze,  gdy  zo​sta​wa​łam  u  cie​bie  na  noc.  Rano  sze​dłeś  do

pra​cy, a ja wra​ca​łam do sie​bie. Poza tym spra​wy wy​glą​da​ją te​raz nie​co ina​czej –
do​da​ła.

– Ale nie mu​szą. Dla​cze​go nie mo​że​my wró​cić do punk​tu wyj​ścia?
Po​pa​trzył na nią ta​kim wzro​kiem, że od​ga​dła, o czym my​śli. Je​śli na​dal za​mie​-

rza tak po​stę​po​wać, ona może za​po​mnieć się i co wte​dy? W cią​ży już jest, więc
co gor​sze​go jej się przy​da​rzy? Bar​dziej się w nim za​ko​cha? Utra​ci wię​cej god​no​-
ści? Bę​dzie mieć bar​dziej roz​dar​te ser​ce?

– Je​dy​na róż​ni​ca po​le​ga na tym, że nie wra​cam rano do domu – od​par​ła.
– Czy​li mamy żyć jak współ​lo​ka​to​rzy.
– Wła​śnie.
To  dość  smut​ne,  że  po  roku  zna​jo​mo​ści  za​koń​czo​nej  cią​żą  uda​ło  im  się  osią​-

gnąć  sta​tus  współ​lo​ka​to​rów.  Co,  praw​dę  mó​wiąc,  było  kro​kiem  wstecz  na​wet
w sto​sun​ku do ich przy​jaź​ni z sek​sem w tle.

Lucy  sie​dzia​ła  na  fo​te​lu  gi​ne​ko​lo​gicz​nym,  przy​trzy​mu​jąc  ob​szer​ny  pa​pie​ro​wy

szla​frok  w  ocze​ki​wa​niu  na  dok​to​ra  Han​na​na.  Ton​ny  usiadł  na  krze​śle  i  spraw​-
dzał mej​le w te​le​fo​nie. W prze​ci​wień​stwie do dar​mo​we​go ośrod​ka zdro​wia, do
któ​re​go  uczęsz​cza​ła  na  Flo​ry​dzie,  to  miej​sce  tchnę​ło  no​wo​cze​sno​ścią.  We​dług
sio​stry Tony’ego wszyst​kie ko​bie​ty z ro​dzi​ny Ca​ro​sel​lich tu się le​czy​ły.

Tony, od​kąd zo​sta​wił Lucy samą wczo​raj rano, dwo​ił się i tro​ił, by oto​czyć ją

na​le​ży​tą opie​ką. Rano przy​niósł jej do łóż​ka śnia​da​nie, po​tem, gdy bra​ła prysz​-
nic, od​świe​żył jej ubra​nia że​laz​kiem pa​ro​wym. A kie​dy mie​li wyjść i oka​za​ło się,
że na dwo​rze mży, nie po​zwo​lił, by sta​ła w desz​czu przed blo​kiem, aż on pod​je​-
dzie. Ope​ra​cja z au​tem po​wtó​rzy​ła się, kie​dy do​tar​li do le​ka​rza – Lucy wy​sia​dła
przed drzwia​mi kli​ni​ki, na​to​miast Tony od​pro​wa​dził sa​mo​chód na par​king.

– Je​stem cie​ka​wa – ode​zwa​ła się Lucy, a Tony pod​niósł wzrok znad te​le​fo​nu.
– Czy​li wszyst​ko po sta​re​mu – sko​men​to​wał jej sło​wa z uśmie​chem.
– Tę​sk​nisz za nią?
Spoj​rzał na nią w osłu​pie​niu.

background image

– Za kim?
Na​praw​dę? Nie po​tra​fił zgad​nąć?
– Za two​ją na​rze​czo​ną Ali​ce.
– A, za nią – po​wie​dział, jak​by zu​peł​nie o niej nie pa​mię​tał. Co z oczu, to z ser​-

ca? Czy rów​nie szyb​ko za​po​mniał o niej, Lucy?

– Czy to praw​da, że spe​cjal​nie jej nie lu​bi​łeś?
– Niech zgad​nę. Usły​sza​łaś to od mo​jej mat​ki.
– Wy​da​je się, że nie bar​dzo lu​bi​ła Ali​ce.
– Nie bądź taka za​do​wo​lo​na.
Kto, ona?
– Na​praw​dę nie je​stem, przy​się​gam.
Jego wzrok mó​wił, że jego zda​niem jest, i to bar​dzo.
–  Okej,  może  trosz​kę.  Ale  dla​cze​go  miał​byś  że​nić  się  z  kimś,  kogo  nie  ko​-

chasz…

– To dłu​ga hi​sto​ria – od​parł ze wzro​kiem utkwio​nym w ekra​nie te​le​fo​nu.
O któ​rej nie chciał opo​wia​dać. Z kło​po​tu wy​ba​wił go le​karz, któ​ry w tym mo​-

men​cie otwo​rzył drzwi. Był to star​szy męż​czy​zna o wy​glą​dzie dżen​tel​me​na z si​-
wy​mi  wło​sa​mi  i  miłą  apa​ry​cją.  Przed​sta​wił  się,  po​dał  im  rękę  i  zwró​cił  się  do
niej, uży​wa​jąc na​zwi​ska Ca​ro​sel​li.

– Na​zy​wam się Ba​tes – wy​ja​śni​ła. – Ale pro​szę do mnie mó​wić Lucy.
–  Świet​nie,  Lucy  –  od​parł  i  prze​biegł  wzro​kiem  jej  kar​tę  zdro​wia,  któ​ra  –

w prze​ci​wień​stwie do kar​ty z daw​ne​go ośrod​ka – znaj​do​wa​ła się w lap​to​pie.

Co przy​po​mnia​ło jej, że zo​sta​wi​ła no​te​bo​ok na Flo​ry​dzie. Nie było sen​su pro​-

sić  mat​kę  o  po​moc.  Pew​nie  już  zdą​ży​ła  go  za​sta​wić.  Zresz​tą  był  sta​ry  i  le​d​wo
dzia​łał. Może Tony po​zwo​li jej od cza​su do cza​su uży​wać kom​pu​te​ra. Po​trze​bo​-
wa​ła do​stę​pu do swo​je​go dzien​ni​ka, gdzie każ​de​go dnia sta​ra​ła się ro​bić wpi​sy.

– Naj​pierw cię zba​da​my, a po​tem po​roz​ma​wia​my w moim ga​bi​ne​cie – oznaj​mił

le​karz.

Ba​dał ją, a przy oka​zji bom​bar​do​wał py​ta​nia​mi. Wie​le z nich za​da​ła już wcze​-

śniej  pie​lę​gniar​ka,  zu​peł​nie  jak​by  chcie​li  spraw​dzić,  czy  nie  kła​mie.  Nud​no​ści
są? Nie​spe​cjal​nie. Wy​so​kie ci​śnie​nie? Ni​g​dy. Co z wi​ta​mi​na​mi przed cią​żą? Tyl​-
ko jako su​ple​ment die​ty. Czy dziec​ko dużo się ru​sza? Ni​czym olim​pij​czyk. Dok​-
tor Han​nan był nie​zwy​kle do​kład​ny.

Tony stał przy wez​gło​wiu fo​te​la i, me​cha​nicz​nie głasz​cząc jej ra​mię, przy​glą​-

dał  się  za​fa​scy​no​wa​ny  i  może  nie​co  prze​ra​żo​ny,  jak  le​karz  wy​ko​nu​je  ba​da​nie
we​wnętrz​ne,  mie​rzy  ob​wód  brzu​cha  i  słu​cha  tęt​na  dziec​ka.  Wresz​cie  ba​da​nie
do​bie​gło koń​ca. Dok​tor wstu​kał coś do lap​to​pa i rzekł:

– Pro​szę się ubrać i zaj​rzeć do mo​je​go ga​bi​ne​tu: ostat​nie drzwi po le​wej stro​-

nie, na dole.

– Nie my​śla​łem, że to aż tak… in​wa​zyj​ne ba​da​nie – ode​zwał się Tony po wyj​-

ściu  le​ka​rza,  od​wra​ca​jąc  się,  by  Lucy  mo​gła  się  ubrać.  –  Czy  mu​sisz  przez  to
prze​cho​dzić co mie​siąc?

Wło​ży​ła dżin​sy.

background image

– Nie, do tej pory cho​dzi​ło tyl​ko o kon​tro​lę brzu​cha.
Gdy skoń​czy​ła się ubie​rać, ze​szli na dół. Lucy spo​dzie​wa​ła się ty​po​we​go pod​-

su​mo​wa​nia wi​zy​ty, jed​nak zmarszcz​ka na czo​le le​ka​rza świad​czy​ła o tym, że tym
ra​zem nie wszyst​ko było w po​rząd​ku.

– Nie je​stem pe​wien, czy dziec​ko roz​wi​ja się pra​wi​dło​wo – oznaj​mił.
Lucy  wstrzy​ma​ła  od​dech,  a  sie​dzą​cy  obok  niej  Tony  na​piął  bez​wied​nie  mię​-

śnie.

–  Ale…  wszyst​ko  było  w  po​rząd​ku  pod​czas  ostat​niej  wi​zy​ty  –  od​par​ła  Lucy.  –

Po​wie​dzia​no  mi,  że  dziec​ko  jest  małe,  ale  pew​nie  dla​te​go,  że  ja  do  ol​brzy​mów
nie na​le​żę.

–  Nie  cho​dzi  o  wiel​kość.  Nie  jest  wy​star​cza​ją​co  roz​wi​nię​te  fi​zycz​nie.  My​ślę,

że z po​wo​du nie​do​ży​wie​nia.

–  Nie​do​ży​wie​nia?  –  po​wtó​rzył  Tony  to​nem,  jak​by  usły​szał  naj​bar​dziej  ab​sur​-

dal​ną rzecz w ży​ciu. – Jak to moż​li​we?

Lucy mia​ła ocho​tę za​paść się pod zie​mię. Albo wo​la​ła​by, żeby Tony’ego tu nie

było.  Le​karz  mu​siał  wy​ja​śnić  parę  rze​czy,  tych  sa​mych,  do  któ​rych  nie  chcia​ła
przy​znać się Tony’emu. Mo​gła​by co praw​da tym ra​zem tro​chę ściem​nić, ale jak
wia​do​mo, jed​no kłam​stwo pro​wa​dzi do dru​gie​go, a to do na​stęp​ne​go. I za​nim​by
się  zo​rien​to​wa​ła,  po​mi​nę​ła​by  coś  waż​ne​go  i  dziec​ko  uro​dzi​ło​by  się  z  trze​cim
okiem, pią​tą koń​czy​ną lub czymś jesz​cze gor​szym. Je​śli mają z To​nym dzie​lić się
wy​cho​wa​niem dziec​ka, musi być z nim szcze​ra.

– Z mo​je​go do​świad​cze​nia wy​ni​ka, że dzie​ci Ca​ro​sel​lich ro​dzą się duże – wy​ja​-

śniał le​karz – może mamy więc do czy​nie​nia z za​bu​rze​nia​mi me​ta​bo​licz​ny​mi.

– Ja​kie​go ro​dza​ju? – za​py​tał Tony.
– Wszyst​ko po ko​lei – od​parł i zwró​cił się do Lucy. – Jak się od​ży​wiasz?
– No więc… w nie​spe​cjal​nie wy​szu​ka​ny spo​sób. – Skur​czy​ła się pod wpły​wem

jego wzro​ku. Pew​nie my​śli so​bie: co za bied​na głu​piut​ka dziew​czy​na, zbyt pro​-
sta, żeby znać się na zdro​wym od​ży​wia​niu.

– Je​stem pe​wien, że twój po​przed​ni le​karz wy​ja​śniał, jak waż​na jest zbi​lan​so​-

wa​na die​ta. To nie czas na li​cze​nie ka​lo​rii.

– To ra​czej kwe​stia do​stęp​no​ści – wy​ja​śni​ła, a na​po​tkaw​szy za​kło​po​ta​ny wzrok

le​ka​rza,  do​da​ła:  –  Kie​dy  jem,  wy​bie​ram  na​praw​dę  zdro​we  rze​czy.  Pro​blem
w tym, że przez ostat​nie mie​sią​ce dys​po​no​wa​łam ogra​ni​czo​nym bu​dże​tem.

Za​mil​kła w ocze​ki​wa​niu na gwał​tow​ną re​ak​cję Tony’ego, ale nie wy​dał z sie​bie

żad​ne​go dźwię​ku. Co pew​nie było jesz​cze gor​sze.

– Po​daj, co i jak czę​sto ja​da​łaś – po​pro​sił le​karz.
O mój Boże, za​czy​na się.
– No więc sta​ra​łam się jeść przy​naj​mniej raz dzien​nie. Je​śli ku​po​wa​łam, to tyl​-

ko zdro​we rze​czy, przed​kła​da​jąc ja​kość nad ilość. Ale te​raz za​ku​py nie sta​no​wią
już pro​ble​mu.

– Tak, nie sta​no​wią – za​pew​nił zwięź​le Tony.
Wi​dzia​ła, że jest zły, ale czy mo​gła go wi​nić? Wy​sta​wi​ła na nie​bez​pie​czeń​stwo

ży​cie jego dziec​ka. Sama na sie​bie była zła.

background image

– Pro​szę przyjść ju​tro na ba​da​nie USG – po​le​cił dok​tor Han​nan. – Je​śli z dziec​-

kiem bę​dzie do​brze, to  zo​ba​czy​my się za mie​siąc.  Ale chciał​bym, że​byś  po​szła
do die​te​ty​ka.

Ko​lej​na rzecz, za któ​rą Tony za​pła​ci. Przy​pusz​czal​nie ni​g​dy nie bę​dzie w sta​-

nie mu tego zwró​cić.

Gdy za​pi​sy​wa​li się na USG, Tony mil​czał, nie od​zy​wał się rów​nież, gdy kie​ro​-

wa​li się do wyj​ścia. Nie na​le​żał do osób, któ​re wpra​wi​ły​by ko​goś, w tym i sie​bie,
w za​kło​po​ta​nie, urzą​dza​jąc sce​nę w obec​no​ści in​nych. Cze​kał pew​nie, aż zo​sta​-
ną sami.

– Co za spo​tka​nie. – Lucy usły​sza​ła zna​jo​my głos. Był to Nick z ko​bie​tą, któ​ra

mu​sia​ła być jego żoną. Po​de​szli do nich, trzy​ma​jąc się za ręce.

– Cześć, Lucy, to moja żona, Ter​ri.
Ter​ri  uśmiech​nę​ła  się  za​ska​ku​ją​co  miło  i  nad​spo​dzie​wa​nie  moc​no  uści​snę​ła

dłoń Lucy. Mia​ła nie​co chło​pię​cą uro​dę. Wy​so​ka i szczu​pła z nie​zwy​kle dłu​gi​mi
no​ga​mi i życz​li​wym wy​ra​zem twa​rzy.

– Jak miło cię po​znać, Lucy. I mó​wię to szcze​rze. Two​je nie​dziel​ne wej​ście było

ide​al​ne. Choć pew​nie, gdy​byś ty nie za​in​ter​we​nio​wa​ła, ktoś inny by to zro​bił.

Za​in​ter​we​nio​wa​ła? Za​brzmia​ło to, jak​by za​mie​rza​ła prze​szko​dzić w ślu​bie.
– To nie tak. Na​wet nie wie​dzia​łam o ślu​bie. Był to czy​sty zbieg oko​licz​no​ści.
Tony po​ru​szył się, czu​ła, że za​czy​na​ją mu pusz​czać ner​wy.
– Przy​je​cha​li​ście na wi​zy​tę? – zwró​cił się do Ter​ri.
– USG – od​rze​kła.
– My mamy ju​tro – do​da​ła Lucy.
– Chce​cie po​znać płeć dziec​ka?
– Nie, lu​bię nie​spo​dzian​ki.
– A ja prze​ciw​nie. Chcę się przy​go​to​wać. Żad​nych neu​tral​nych ubra​nek w zie​-

lo​nym i żół​tym ko​lo​rze.

– Czy dzi​siaj się do​wie​cie?
– Tro​chę jesz​cze za wcze​śnie, ale je​śli bę​dzie​my mie​li szczę​ście, może.
– Ter​ri uwa​ża, że to dziew​czyn​ka – wtrą​cił się Nick – ale ja wiem, że to chło​-

pak.

– Trzy​ma​my kciu​ki – ode​zwał się Tony, do​ty​ka​jąc ra​mie​nia Lucy tyl​ko po to, by

po​cią​gnąć ją w kie​run​ku sa​mo​cho​du.

– Miło było cię po​znać, Lucy – za​wo​ła​ła za nimi Ter​ri, a Lucy po​ma​cha​ła jej na

po​że​gna​nie.

Tony szedł tak szyb​ko i sta​wiał tak duże kro​ki, że z tru​dem za nim na​dą​ża​ła.

Całe  szczę​ście,  że  sa​mo​chód  stał  bli​sko.  Otwo​rzył  drzwi  od  jej  stro​ny,  ob​szedł
auto i wsiadł, jed​nak nie za​pa​lił sil​ni​ka. Po pro​stu sie​dział spię​ty i prze​su​wał rę​-
ka​mi po kie​row​ni​cy. Nie po​do​ba​ło jej się to.

–  To  ra​czej  kwe​stia  do​stęp​no​ści?  –  prze​mó​wił  w  koń​cu,  od​wra​ca​jąc  gło​wę

w jej stro​nę.

– Mu​sia​łam coś po​wie​dzieć…
–  Więc  two​ja  mat​ka  nie  tyl​ko  ka​za​ła  ci  spać  na  ka​na​pie  –  prze​rwał  jej  –  ale

background image

i cię nie kar​mi​ła?

Lucy za​mru​ga​ła ocza​mi. Mat​ka? A co ona ma z tym wspól​ne​go?
– Moja mat​ka jada naj​czę​ściej w mie​ście – wy​ja​śni​ła. W rze​czy​wi​sto​ści je​dze​-

nie  w  mie​ście  ozna​cza​ło  orzesz​ki,  piwo  i  pa​pie​ro​sy.  One  wła​śnie  oraz  cza​sem
ham​bur​ge​ry sta​no​wi​ły pod​sta​wę jej  die​ty. – Nie trzy​ma  dużo je​dze​nia w  domu,
a ja nie by​łam przy ka​sie, więc…

–  Trze​ba  było  do  mnie  za​dzwo​nić.  –  Nie  wy​glą​dał  na  roz​złosz​czo​ne​go.  Bar​-

dziej przy​po​mi​na​ło to… le​d​wo po​wstrzy​my​wa​ny wy​buch wście​kło​ści. Wy​da​wa​ło
się, że je​śli za​raz jej z sie​bie nie wy​rzu​ci, to eks​plo​du​je. – Za​jął​bym się tobą.

– Wiem. Źle zro​bi​łam. Mogę tyl​ko po​wie​dzieć, że mi strasz​nie przy​kro. Masz

pra​wo być na mnie wcie​kły.

Od​wró​cił się i spoj​rzał na nią onie​mia​ły.
– My​ślisz, że je​stem na cie​bie wście​kły?
– A niby na kogo? Tak bar​dzo na​mie​sza​łam.
– Lucy, ja je​stem wcie​kły na sie​bie.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Czuł,  że  robi  mu  się  nie​do​brze.  Nie​do​brze  do  gra​nic  wy​trzy​ma​ło​ści.  Gdy  on

sie​dział w Chi​ca​go, pod​ry​wa​jąc i za​ba​wia​jąc się z Ali​ce, Lucy na dru​gim koń​cu
kra​ju wła​ści​wie gło​do​wa​ła. Dla​cze​go za nią nie po​je​chał? W grun​cie rze​czy wie​-
dział, że mu​sia​ło się coś wy​da​rzyć – nie znik​nę​ła​by prze​cież tak bez sło​wa wy​ja​-
śnie​nia. Z po​wo​du wro​dzo​nej głu​po​ty i de​bil​nej mę​skiej dumy ich dziec​ku mo​gło
za​gra​żać nie​bez​pie​czeń​stwo. Gdy​by coś się sta​ło, ni​g​dy by so​bie tego nie wy​ba​-
czył.

– Dla​cze​go miał​byś być na sie​bie wście​kły? – spy​ta​ła.
Moc​no ude​rzył rę​ka​mi o kie​row​ni​cę.
– Po​wi​nie​nem był się tobą za​jąć.
Mil​cza​ła przez kil​ka se​kund, a po​tem za​uwa​ży​ła:
– My​ślę, że wszyst​ko ro​bi​my na opak.
– Na opak?
–  Tak.  Czy  nie  po​win​ni​śmy  ra​czej  ob​wi​niać  się  wza​jem​nie?  Dla​cze​go  każ​de

z nas chce wziąć na sie​bie winę? To… ta​kie dziw​ne.

Lucy ma ra​cję. W jego przy​pad​ku wza​jem​ne ob​wi​nia​nie się pro​wa​dzi​ło do roz​-

pa​du więk​szo​ści związ​ków. No ale jego zwią​zek z Lucy żad​ne​go z po​przed​nich
nie przy​po​mi​nał.

– Chy​ba sami je​ste​śmy dziw​ni.
– Może.
Nie​za​leż​nie od tego, co my​śla​ła, za​wiódł ją. Ale to się nie po​wtó​rzy. Do koń​ca

ży​cia nie za​brak​nie jej już ni​cze​go. Na​wet je​śli nie zgo​dzi się za nie​go wyjść, za​-
wsze bę​dzie się o nią trosz​czył. Bar​dzo pra​gnął wziąć ją w ra​mio​na i przy​tu​lić,
ale wie​dział, że to może być błąd.

– Do​kąd chcia​ła​byś po​je​chać na za​ku​py? – za​py​tał.
– Zwy​kle cho​dzę do se​con​dhan​du przy Mon​tro​se – od​par​ła. – Mają tam ład​ne

rze​czy.  Jest  mnó​stwo  no​wych  ubrań,  z  met​ka​mi,  po  nie​zwy​kle  oka​zyj​nych  ce​-
nach.

Po jego tru​pie. Za​miast tego za​brał ją do cen​trum han​dlo​we​go, gdzie jego sio​-

stra i mama lu​bi​ły ro​bić za​ku​py. I do​pie​ro tam zro​zu​miał, jak oszczęd​ną i zdy​scy​-
pli​no​wa​ną oso​bą jest Lucy. Po​szła pro​sto do czę​ści z prze​ce​na​mi, a gdy coś jej
się spodo​ba​ło, wy​my​śla​ła po​wód, dla​cze​go wła​ści​wie da​nej czę​ści gar​de​ro​by nie
po​trze​bu​je. W prze​ci​wień​stwie do Ali​ce, któ​ra nie mia​ła skru​pu​łów w ko​rzy​sta​-
niu z jego kar​ty. Lucy mia​ła kla​sę i god​ność, a dumy wręcz za dużo.

– Nie ma nic złe​go w ład​nych rze​czach – za​pew​nił Lucy po tym, gdy od​mó​wi​ła

kup​na pary oku​la​rów prze​ciw​sło​necz​nych za pięć​dzie​siąt do​la​rów.

– Wiem, ale ja ich nie po​trze​bu​ję.

background image

– Co z tego? Po​do​ba​ją ci się, więc je bierz.
– W moim przy​pad​ku tak to nie dzia​ła.
Ale nie tym ra​zem.
– Do​bra, ku​pu​ję je. Noś je lub nie, jak uwa​żasz.
Wy​jął  z  jej  rąk  oku​la​ry  i  zna​lazł  naj​bliż​szą  kasę.  Za​nim  zdo​ła​ła  go  do​go​nić,

oku​la​ry zo​sta​ły ku​pio​ne.

– Wi​dzisz, nie bo​la​ło – oznaj​mił. – Praw​da?
Lucy stłu​mi​ła uśmiech.
– Chy​ba po pro​stu nie je​stem przy​zwy​cza​jo​na do tego, że ktoś chce zro​bić dla

mnie coś mi​łe​go.

–  Więc  za​cznij  się  przy​zwy​cza​jać.  I  le​piej  wy​bierz  so​bie  ja​kieś  ubra​nia  albo

zro​bię to za cie​bie. A jak wiesz, na mo​dzie znam się jak kura na pie​przu.

– Szcze​rze, te stro​je nie są za bar​dzo w moim sty​lu – przy​zna​ła. – Sto​sow​ne,

ale po pro​stu nie dla mnie.

Uświa​do​mił so​bie, że Lucy ma ra​cję. Stro​je były gu​stow​ne i ele​ganc​kie, ale od​-

po​wied​nie ra​czej dla ko​bie​ty z kor​po​ra​cji. Chrza​nić sto​sow​ność, za​le​ża​ło mu tyl​-
ko na tym, by czu​ła się kom​for​to​wo.

– To znaj​dzie​my coś w two​im sty​lu.
Krą​żąc po cen​trum, na​tknę​li się na bu​tik dla cię​żar​nych, Bun in the Oven. Gdy

Tony  zo​ba​czył  wi​try​nę,  zro​zu​miał,  że  tego  szu​ka​li.  Ubra​nia  były  mod​ne,  szy​te
z mięk​kich ko​bie​cych ma​te​ria​łów. Gdy we​szli do środ​ka, Lucy wy​da​ła stłu​mio​ny
okrzyk za​chwy​tu.

–  Ni​g​dy  nie  wi​dzia​łam  tak  pięk​nych  ubrań.  –  Do​tknę​ła  je​dwab​ne​go  rę​ka​wa

bluz​ki w ty​pie chłop​ki, i się​gnę​ła po met​kę z ceną.

– Na​wet o tym nie myśl – oznaj​mił i ści​snął jej dłoń. – Od tej chwi​li nie wol​no ci

pa​trzeć na ceny.

Eks​pe​dient​ka po​wi​ta​ła ich cie​pło, a jej oczy roz​bły​sły z za​do​wo​le​nia, gdy Tony

oznaj​mił, że mu​szą skom​ple​to​wać całą gar​de​ro​bę. Sam nie lu​bił ro​bić za​ku​pów.
Czę​ściej wzy​wał kraw​co​wą, któ​rej mó​wił, cze​go po​trze​bu​je, a rze​czy w ma​gicz​-
ny  spo​sób  po​ja​wia​ły  się  ty​dzień  lub  dwa  póź​niej.  O  wie​le  za​baw​niej  ku​po​wać
ubra​nia dla ko​goś in​ne​go, pa​trzeć na Lucy ob​ra​ca​ją​cą się przed lu​strem i przy​-
mie​rza​ją​cą jed​ną rzecz za dru​gą.

Na chwi​lę zo​sta​wił ją w do​świad​czo​nych rę​kach sprze​daw​czy​ni, a sam udał się

na  eks​plo​ra​cję  skle​pu  z  bi​żu​te​rią.  Gdy  wró​cił,  Lucy  na​dal  była  za​ję​ta  przy​mie​-
rza​niem.  Go​dzi​nę  póź​niej  wy​szli  z  bu​ti​ku  z  po​kaź​ny​mi  tor​ba​mi  ubrań  po​trzeb​-
nych  Lucy  do  koń​ca  cią​ży.  Po  na​ro​dzi​nach  dziec​ka  za​mie​rzał  ak​cję  po​wtó​rzyć.
Miał przy tym na​dzie​ję, że na​stęp​nym ra​zem uda się tego do​ko​nać bez zbęd​nych
dys​ku​sji.

– To naj​mil​sza rzecz, jaka mi się kie​dy​kol​wiek przy​da​rzy​ła – stwier​dzi​ła Lucy.

Jej oczy błysz​cza​ły, a po​licz​ki za​ró​żo​wi​ły się z za​do​wo​le​nia.

– Za​cznij się przy​zwy​cza​jać – od​rzekł.
Za​trzy​ma​ła się przy sto​ją​cej w po​bli​żu ław​ce, gdzie mo​gła po​ło​żyć za​ku​py, po​-

tem ge​stem na​ka​za​ła mu, by po​szedł w jej śla​dy. Gdy za​sko​czo​ny od​sta​wił tor​by,

background image

Lucy ob​ję​ła go i szcze​rze mu po​dzię​ko​wa​ła.

–  Cała  przy​jem​ność  po  mo​jej  stro​nie  –  od​parł,  przy​cią​ga​jąc  ją  do  sie​bie.  –

A mó​wiąc o przy​jem​no​ści…

Za​pach jej wło​sów i skó​ry, od​dech mu​ska​ją​cy jego szy​ję, cie​płe cia​ło do​ty​ka​ją​-

ce jego… to za dużo.

– Lucy – za​czął schryp​nię​tym gło​sem. Chciał wy​pu​ścić ją z ra​mion, ale w tej sa​-

mej chwi​li spoj​rza​ła na nie​go tym swo​im sar​nim spoj​rze​niem i zmie​nił za​miar.

Lucy  ci​cho  wes​tchnę​ła,  gdy  do​tknął  jej  warg,  po  czym  wsu​nę​ła  pal​ce  w  jego

wło​sy na kar​ku. Jej usta były tak mięk​kie i słod​kie, jak pa​mię​tał. Na kil​ka chwil
cał​kiem za​po​mniał o zdro​wym roz​sąd​ku, a ona nie zro​bi​ła nic, by go po​wstrzy​-
mać. Wła​ści​wie to po​głę​bi​ła po​ca​łu​nek. Gdy​by zda​rzy​ło się to w domu, zmie​rza​-
li​by już do sy​pial​ni. Nie​ste​ty, znaj​do​wa​li się w miej​scu pu​blicz​nym… Mu​siał zmo​-
bi​li​zo​wać całą swo​ją wolę, ale w koń​cu od​su​nął się od niej.

–  Ojej  –  ode​zwa​ła  się  Lucy,  z  tru​dem  ła​piąc  od​dech.  Cof​nę​ła  się  o  krok,  a  jej

wzrok  wska​zy​wał  na  to,  że  jest  oszo​ło​mio​na  i  może  tro​szecz​kę  zgor​szo​na.  –
Chy​ba… eee nie po​wi​nie​neś tego wię​cej ro​bić.

Był prze​ko​na​ny, że po​wi​nien to po​wtó​rzyć przy naj​bliż​szej do​god​nej oka​zji.
– Co po​wiesz na lunch? – za​py​tał.
– Świet​ny po​mysł. Zje​my w ja​kimś ba​rze tu​taj?
– A nie wo​la​ła​byś pójść do ja​kie​goś przy​jem​niej​sze​go miej​sca?
– Żar​tu​jesz, praw​da? – od​par​ła, zbie​ra​jąc po​roz​kła​da​ne tor​by. – Uwiel​biam fa​-

st​fo​ody.

Wzru​szył  ra​mio​na​mi.  Dla  sie​bie  za​mó​wił  ham​bur​ge​ra  z  fryt​ka​mi,  dla  Lucy  –

sa​łat​kę Ce​zar z po​dwój​nym kur​cza​kiem i pie​czo​ne​go ziem​nia​ka. Salę wy​peł​nia​li
sta​li  klien​ci,  zna​leź​li  jed​nak  wol​ny  po​dwój​ny  sto​lik  przy  oknie  z  wi​do​kiem  na
kon​te​ne​ry ze śmie​cia​mi.

– Uro​czy wi​dok, nie ma co – za​uwa​żył, po​le​wa​jąc ke​czu​pem ham​bur​ge​ra.
Lucy po​chła​nia​ła sa​łat​kę.
– Po pro​stu nie patrz w okno.
W  ra​mach  re​kom​pen​sa​ty  po​win​ni  pójść  do  re​stau​ra​cji  na  ko​la​cję.  I  może  do

kina. Daw​niej czę​sto tak ro​bi​li. Zwy​kle w nie​dziel​ne po​ran​ki, gdy bi​le​ty kosz​to​-
wa​ły po​ło​wę ceny, po​nie​waż Lucy za​wsze pła​ci​ła za sie​bie.

– Co po​wiesz na ko​la​cję na mie​ście i kino wie​czo​rem? – za​py​tał. – Może wy​-

pró​bu​je​my nową wło​ską knajp​kę w cen​trum, po​noć do​brą?

– Wła​ści​wie po tych za​ku​pach pa​dam z nóg. A może chiń​skie da​nie na te​le​fon

i film z DVD w domu?

– Je​steś pew​na?
– Szcze​rze? Będę w szo​ku, je​śli pad​nę póź​niej niż po ósmej.
–  To  może  za​wieźć  cię  do  domu,  że​byś  od​po​czę​ła  przed  spo​tka​niem  z  dziad​-

kiem?

– Och, zu​peł​nie za​po​mnia​łam. Nie są​dzę, że zdo​ła​ła​bym za​snąć.
–  Więc  pod​rzu​cę  cię  do  dziad​ka,  a  po​tem  zaj​rzę  na  chwi​lę  do  praw​ni​ka.  Po

pro​stu za​dzwoń, gdy bę​dziesz wol​na.

background image

Pa​trzy​ła na nie​go z dziw​ną miną, trzy​ma​jąc wi​de​lec tuż przy ustach:
– Jak to pod​rzu​cę? Czy chcesz po​wie​dzieć, że nie zo​sta​niesz ze mną?
– Non​no nie chce, że​bym przy​szedł.
– Więc za​mie​rzasz mnie tam zo​sta​wić samą?
– Dasz so​bie radę.
Nie wy​glą​da​ła na prze​ko​na​ną. Prze​sta​ła co praw​da na​le​gać, ale na​gle stra​ci​ła

za​in​te​re​so​wa​nie je​dze​niem.

– Po co je​dziesz do praw​ni​ka?
– Mamy roz​ma​wiać z przed​sta​wi​cie​lem Re​al​tor w Boca Ra​ton.
Wzbu​dzi​ło to jej za​in​te​re​so​wa​nie.
– Chcesz ku​pić ko​lej​ną nie​ru​cho​mość?
– Roz​wa​żam. To by​ła​by szó​sta.
– Fan​ta​stycz​nie.
– Tyl​ko wy​da​je się, że będę mu​siał ogar​nąć wie​le spraw zwią​za​nych z na​ro​dzi​-

na​mi dziec​ka.

– Ale to uwiel​biasz.
Nie  my​li​ła  się.  Nie​ru​cho​mo​ścia​mi  za​in​te​re​so​wał  się  przy​pad​ko​wo.  Za  czy​jąś

radą zro​bił błęd​ną in​we​sty​cję i, gdy na​stą​pi​ła re​ce​sja, stra​cił po​nad po​ło​wę ma​-
jąt​ku. Od tego cza​su szu​kał nie​ob​cią​żo​nych ry​zy​kiem dłu​go​fa​lo​wych in​we​sty​cji.
Praw​nik za​su​ge​ro​wał mu, by in​we​sto​wał w nie​ru​cho​mo​ści, na przy​kład domy let​-
nie.

Jako dy​rek​tor do spraw pro​duk​cji i sprze​da​ży za​gra​nicz​nej dużo po​dró​żo​wał.

Płyn​nie po​ro​zu​mie​wał się w czte​rech ję​zy​kach, a o dro​gę mógł za​py​tać w ko​lej​-
nych sze​ściu. Po​my​ślał, że przy​jem​nie by​ło​by mieć dom gdzieś za gra​ni​cą, w cie​-
płym  kli​ma​cie.  Wy​brał  Cabo.  Szyb​ko  oka​za​ło  się,  że  nie  ma  cza​su,  by  tam  jeź​-
dzić, a na do​da​tek musi po​no​sić kosz​ty utrzy​ma​nia. Naj​pierw uznał, że znów po​-
słu​chał  złej  rady,  ale  ktoś  mu  pod​po​wie​dział,  że  może  prze​cież  dom  wy​na​jąć.
Świet​ny po​mysł. Wy​na​jem nie tyl​ko po​kry​wał kosz​ty, ale na​wet przy​no​sił do​chód.
Gdy za​tem nada​rzy​ła się oka​zja, za​ry​zy​ko​wał, a po​tem ku​po​wał ko​lej​ne domy.

Do​ma​mi za​rzą​dza​ła wy​na​ję​ta przez nie​go fir​ma, ale chciał ro​bić to sam. Jed​-

nak  to  było  peł​no​eta​to​we  za​ję​cie,  co  ozna​cza​ło  odej​ście  z  Ca​ro​sel​li  Cho​co​la​te.
Po​trze​bo​wał  też  du​żych  pie​nię​dzy  jako  ka​pi​ta​łu,  na  przy​kład  trzy​dzie​stu  mi​lio​-
nów  od  dziad​ka.  Był  tak  bli​sko  nich,  że  pra​wie  czuł  bank​no​ty  mię​dzy  pal​ca​mi.
Jed​nak je​śli Lucy się myli i uro​dzi się dziew​czyn​ka…

Ro​dzi​na wie​dzia​ła o nie​ru​cho​mo​ściach, lecz tyl​ko Lucy zna​ła jego aspi​ra​cje za​-

wo​do​we.

Tony nie miał po​ję​cia, co by zro​bił po ukoń​cze​niu col​le​ge’u, gdy​by nie za​czął

pra​co​wać w fir​mie. Gdy​by to od nie​go za​le​ża​ło, spę​dził​by rok lub dwa, po​dró​żu​-
jąc z przy​ja​ciół​mi po Eu​ro​pie, ale oj​ciec się na to nie zgo​dził, a on, jako do​bry
syn, był po​słusz​ny.

Cza​sa​mi za​sta​na​wiał się, jak by po​to​czy​ło się jego ży​cie, gdy​by bar​dziej przy​-

po​mi​nał  wuja  De​mi​tria.  Z  tego,  co  mó​wił  oj​ciec,  De​mi​trio  w  mło​do​ści  spra​wiał
kło​po​ty. Po jed​nej z wie​lu prze​jaż​dżek po​li​cyj​nym ra​dio​wo​zem do ak​cji wkro​czył

background image

dzia​dek.  Dał  De​mi​trio​wi  wy​bór:  ar​mia  albo  wię​zie​nie  plus  wy​dzie​dzi​cze​nie.
Dzia​dek wie​rzył w su​ro​we wy​cho​wa​nie.

Woj​sko  oka​za​ło  się  zba​wien​nym  roz​wią​za​niem.  Po  od​by​ciu  służ​by  De​mi​trio

wy​je​chał do Fran​cji na stu​dia, któ​re ukoń​czył z wy​róż​nie​niem. Po​tem oże​nił się
z ko​le​żan​ką z col​le​ge’u, Ma​de​li​ne, wró​cił do Sta​nów i za​jął na​leż​ne mu miej​sce
w ro​dzin​nej fir​mie, gdzie szyb​ko awan​so​wał. Gdy dzia​dek prze​cho​dził na eme​ry​-
tu​ję,  wy​brał  go  na  na​czel​ne​go  dy​rek​to​ra  ku  roz​cza​ro​wa​niu  dwóch  po​zo​sta​łych
bra​ci.

Tony  raz  czy  dwa  za​py​tał  wuja,  dla​cze​go  wró​cił  do  Ca​ro​sel​li  Cho​co​la​te,  je​śli

mógł ro​bić co​kol​wiek. Tak jak Tony miał zdol​no​ści ję​zy​ko​we, a sy​tu​acja fi​nan​so​-
wa po​zwa​la​ła mu żyć w do​wol​nym miej​scu na świe​cie. Dla​cze​go tu​taj?

– Zrań mnie, a będę krwa​wić cze​ko​la​dą – od​po​wie​dział mu na to De​mi​trio.
W ży​łach Tony’ego pły​nę​ła jed​nak zwy​kła krew. I nie lu​bił cze​ko​la​dy.

Lucy ni​g​dy by nie przy​pusz​cza​ła, że kie​dyś znów znaj​dzie się na we​ran​dzie re​-

zy​den​cji Ca​ro​sel​lich i za​pu​ka do drzwi. Choć od po​przed​nie​go razu mi​nę​ło za​le​d​-
wie dwa dni, w pew​nym sen​sie wy​da​wa​ło się, jak​by było to w in​nym ży​ciu.

Może i non​no obie​cał, że bę​dzie dla niej miły, ale to nic nie zna​czy​ło. Lu​dzie

tak po​tęż​ni jak Gu​isep​pe Ca​ro​sel​li po​stę​pu​ją we​dług wła​snych za​sad. Po​dej​rze​-
wa​ła, że pla​nu​je prze​kup​stwo, by się jej po​zbyć, tym ra​zem na do​bre. Jezu, za​-
czy​na my​śleć jak wła​sna mat​ka.

Przy​naj​mniej jest ubra​na sto​so​wa​nie do oka​zji. Nie na​wy​kła do ład​nych ubrań,

cały czas prze​sad​nie uwa​ża​ła, by się nie ubru​dzić. Za​da​ła so​bie trud i pod​kre​śli​-
ła kred​ką oczy, usta po​cią​gnę​ła szmin​ką. Drzwi otwo​rzył wie​ko​wy ka​mer​dy​ner,
ubra​ny w uni​form.

– Je​stem Lucy – przed​sta​wi​ła się. – Przy​szłam do pana Ca​ro​sel​le​go.
Z wi​docz​ną trud​no​ścią ski​nął gło​wą i ge​stem za​pro​sił ją do środ​ka.
– Ocze​ku​je pani. Pro​szę za mną.
Spo​tka​nie go w nie​dzie​lę uzna​ła​by za nie​zły ka​wał, choć nie spra​wiał wra​że​nia

oso​by ce​nią​cej żar​ty. Wcho​dzi​ła za nim po scho​dach po​wo​li, czu​jąc się jak ma​rio​-
net​ka ste​ro​wa​na przez na​pię​te ner​wy, nie​po​kój i ura​żo​ną dumę.

Ka​mer​dy​ner otwo​rzył drzwi w koń​cu ko​ry​ta​rza.
– Pan​na Lucy do pana, sir.
Ręką za​pro​sił ją do środ​ka, do ga​bi​ne​tu non​na. Tony po​wie​dział, że obec​nie to

stąd dzia​dek za​rzą​dza swym im​pe​rium. W skó​rza​nym fo​te​lu, z książ​ką le​żą​cą na
chu​dych udach, wy​glą​dał nie​po​zor​nie i kru​cho. Nie​groź​nie. Nie dała się jed​nak
zwieść po​zo​rom. Tony wie​le razy opo​wia​dał, jak bez​względ​ny po​tra​fi być dzia​-
dek. Jak że​la​zną ręką rzą​dzi całą ro​dzi​ną.

– Dzię​ku​ję, Wil​lia​mie – ode​zwał się, da​jąc Lucy znak, by po​de​szła bli​żej, i po​-

pa​trzył  na  nią  znad  okrą​głych  oku​la​rów.  Zlu​stro​wał  ją  wzro​kiem,  a  jego  brwi
lek​ko unio​sły się, jak​by nie był pe​wien, czy po​do​ba mu się to, co wi​dzi.

– A więc to jest ko​bie​ta, o któ​rej tak wie​le sły​sza​łem.
– Miło mi pana po​znać – od​rze​kła, choć praw​dę mó​wiąc, zbie​ra​ło jej się na wy​-

background image

mio​ty.

– Po​dejdź bli​żej, niech ci się przyj​rzę.
Zbli​ży​ła się, sta​ra​jąc się nie otrzą​snąć, gdy wło​żył jej pra​wą rękę w swo​je dło​-

nie. Jego skó​ra była chłod​na, su​cha i tak prze​zro​czy​sta, że mo​gła do​strzec sia​-
tecz​kę nie​bie​ska​wych ży​łek na wierz​chu ar​tre​tycz​nych, po​kry​tych pla​ma​mi dło​-
ni. Prze​krę​cił jej rękę, obej​rzał z każ​dej stro​ny i był na tyle miły, że nie sko​men​-
to​wał po​ogry​za​nych pa​znok​ci i nie​wy​cię​tych skó​rek. Co te​raz? Kon​tro​la zę​bów?
Uszu?

–  Cie​ka​wy  pier​ścio​nek  –  stwier​dził,  po​cie​ra​jąc  kciu​kiem  nie​bie​sko​zie​lo​ny  ka​-

mień osa​dzo​ny na srebr​nej ob​rącz​ce o splo​cie war​ko​cza.

– To ro​dzaj tur​ku​sa. Na​le​żał do mo​jej bab​ki, w po​ło​wie wy​wo​dzi​ła się z In​dian

Na​wa​ho.

– Ach, tak – od​parł z roz​tar​gnie​niem, jak​by już to wie​dział, po czym wy​pu​ścił

jej rękę i wska​zał ka​na​pę. – Sia​daj, Lucy. Po​roz​ma​wiaj​my.

Bę​dzie  to  roz​mo​wa  czy  prze​słu​cha​nie?  Usia​dła  z  wy​pro​sto​wa​ny​mi  ple​ca​mi

i dłoń​mi na ko​la​nach, przy​go​to​wu​jąc się na naj​gor​sze. No i się do​cze​ka​ła.

– Mój wnuk mówi, że nie chcesz za nie​go wyjść.
A  niech  to!  Wali  pro​sto  z  mo​stu,  choć  nie  mo​gła  za​prze​czyć,  że  po​mi​nię​cie

wstęp​nej gad​ki-szmat​ki ma swe za​le​ty.

– Fak​tycz​nie, nie zgo​dzi​łam się. To nie ten ro​dzaj związ​ku.
– Przy​jaźń plus seks, tak Tony to na​zwał.
O mój Boże. Na​praw​dę Tony tak po​wie​dział? Po​licz​ki za​pło​nę​ły jej z za​kło​po​-

ta​nia. Nie wie​dzia​ła, ile jesz​cze zdo​ła znieść.

– Pa​nie Ca​ro​sel​li…
– Uro​dzisz mo​je​go pra​wnu​ka. Mów mi non​no.
Świe​eet​nie.  Se​kun​dę  wcze​śniej  była  zdzi​rą,  a  te​raz  ma  na​zy​wać  go  dzia​du​-

niem? W co on po​gry​wa?

– Je​śli zo​sta​łam we​zwa​na, aby mógł mi non​no udo​wod​nić, że nie je​stem od​po​-

wied​nią  par​tią  dla  jego  wnu​ka,  to  może  sama  roz​wie​ję  te  wąt​pli​wo​ści,  dzię​ki
cze​mu  unik​nie​my  tej  bar​dzo  nie​przy​jem​nej  dla  nas  oboj​ga  roz​mo​wy.  Świet​nie
zda​ję  so​bie  spra​wę  z  tego,  że  nie  je​stem  od​po​wied​nią  par​tią  dla  Tony’ego.
I wbrew temu, co wszy​scy my​ślą, nie za​szłam w cią​żę ce​lo​wo ani nie zja​wi​łam
się, żeby nie do​pu​ścić do ślu​bu.

– A tak wszy​scy my​ślą?
A niby jak mają my​śleć?
– I dla​te​go ucie​kłaś? – spy​tał.
– Nie ucie​kłam. Wy​je​cha​łam. To nie to samo. Zro​bi​łam to, co uwa​ża​łam, że bę​-

dzie dla Tony’ego naj​lep​sze. Wie​dzia​łam, że nie my​śli o za​ło​że​niu ro​dzi​ny.

– A może ra​czej wy​je​cha​łaś, bo go ko​chasz i mia​łaś na​dzie​ję, że za tobą po​je​-

dzie?

Mimo sta​rań nie uda​ło jej się ukryć za​sko​cze​nia. Nie​za​leż​nie skąd to wie​dział,

spra​wia​ło mu przy​jem​ność, że zbił ją z tro​pu.

–  Je​śli  chcesz  do​wie​dzieć  się  cze​goś  o  mi​ło​ści,  mu​sisz  roz​ma​wiać  ze  sta​ry​mi

background image

ludź​mi – do​dał jak​by ty​tu​łem wy​ja​śnie​nia. – Oni wie​dzą.

– Mi​łość nie ma tu nic do rze​czy.
– Ach, ci mło​dzi lu​dzie… – Po​trzą​snął gło​wą, mam​ro​cząc coś po wło​sku.
– Je​śli chce non​no  ko​goś  wi​nić  za  to,  co  się  sta​ło,  to  tyl​ko  mnie  –  od​par​ła.  –

Tony nie po​no​si żad​nej winy.

– Tony to do​bry chło​pak. Nie znaj​dziesz ko​goś bar​dziej lo​jal​ne​go lub od​da​ne​go

ro​dzi​nie. – Przez dłuż​szą chwi​lę pa​trzył na nią, a po​tem za​py​tał: – Umiesz go​to​-
wać, Lucy?

Co za na​gła zmia​na te​ma​tu. A może to py​ta​nie z ga​tun​ku pod​chwy​tli​wych? Tyl​-

ko wy​traw​na go​spo​dy​ni jest wy​star​cza​ją​co do​bra dla jego wnu​ka.

– Tak so​bie. Czy zro​bie​nie grzan​ki się li​czy?
– Tony uwiel​bia sos do spa​ghet​ti, taki, jaki ro​bi​ła moja żona. Wpad​nij w pią​tek,

na​uczę cię go przy​go​to​wy​wać.

Co?  Te​raz  za​mie​rza  ją  uczyć  ulu​bio​ne​go  da​nia  Tony’ego?  Tak  nie  za​cho​wu​je

się czło​wiek, któ​ry sta​ra się ko​goś po​zbyć.

– Oczy​wi​ście, o ile to nie bę​dzie za duży kło​pot.
– Bądź punk​tu​al​nie o pierw​szej.
– Do​brze.
Od​wró​cił się i wyj​rzał przez okno, po​tem wziął głę​bo​ki od​dech i za​mknął oczy,

co Lucy uzna​ła za znak, że roz​mo​wa do​bie​gła koń​ca. Wy​szła ci​cho z ga​bi​ne​tu,
my​śląc, że nie taki dia​beł strasz​ny, jak go ma​lu​ją. Pra​wie z za​do​wo​le​niem my​śla​-
ła o piąt​ku. I tak nie mia​ła nic do ro​bo​ty, a poza tym za​wsze chcia​ła uczyć się go​-
to​wa​nia.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Tony  pa​trzył  za​fa​scy​no​wa​ny  na  mo​ni​tor  ul​tra​so​no​gra​fu,  pod​czas  gdy  pie​lę​-

gniar​ka prze​su​wa​ła gło​wi​cę po brzu​chu Lucy, wy​sma​ro​wa​nym nie​bie​ska​wym że​-
lem. Wie​dział, że ul​tra​so​no​graf 4D po​ka​zy​wał wie​le szcze​gó​łów, ale nie spo​dzie​-
wał  się,  że  zo​ba​czy,  jak  dziec​ko  ko​pie  i  ssie  pal​ce.  A  na​wet  zie​wa.  Co  wię​cej,
prze​ko​nał  się,  że  ma  nos  Ca​ro​sel​lich,  uszy  Lucy.  Bio​rąc  pod  uwa​gę,  że  mia​ło
jesz​cze  przed  sobą  dwa  i  pół  mie​sią​ca  ży​cia  w  brzu​chu,  wca​le  nie  spra​wia​ło
wra​że​nia zbyt ma​łe​go.

–  Czy  chcie​li​by​ście  pań​stwo  po​znać  płeć  dziec​ka?  –  spy​ta​ła  w  pew​nej  chwi​li

pie​lę​gniar​ka.

– Tak – od​parł Tony.
– Ab​so​lut​nie nie – rów​nie szyb​ko za​re​ago​wa​ła Lucy.
Roz​trzą​sa​li tę kwe​stię cały wczo​raj​szy wie​czór i dzi​siej​szy po​ra​nek. Z oczy​wi​-

stych po​wo​dów Tony pra​gnął to wie​dzieć jak naj​szyb​ciej.

– Chcę, żeby to była nie​spo​dzian​ka – wy​ja​śni​ła pie​lę​gniar​ce, a po​tem zwró​ci​ła

się do Tony’ego: – A je​śli ty się do​wiesz, na pew​no wy​pa​plasz.

– Nie po​wiem, sło​wo – od​parł. – Za​ufaj mi.
–  Uwa​ga!  Je​śli  nie  chce​cie  pań​stwo  wie​dzieć,  nie  pa​trz​cie  na  ekran  –  rze​kła

pie​lę​gniar​ka nie​co zde​spe​ro​wa​na. Choć pew​nie nie pierw​szy raz była świad​kiem
sprzecz​ki mię​dzy przy​szły​mi ro​dzi​ca​mi.

– Od​wróć wzrok – roz​ka​za​ła Lucy, pa​trząc na ścia​nę.
– Po​wiem, kie​dy skoń​czę – ode​zwa​ła się pie​lę​gniar​ka.
Tony  rzu​cił  prze​lot​ne  spoj​rze​nie  na  ekran,  ale  pierw​sze,  co  za​uwa​żył,  to

zmarsz​czo​ne czo​ło pie​lę​gniar​ki. Czy tyl​ko się kon​cen​tro​wa​ła, czy zo​ba​czy​ła coś
nie​po​ko​ją​ce​go? Spoj​rzał za nią na ekran i…

Gdy  mó​wi​ła,  że  płeć  bę​dzie  oczy​wi​sta,  nie  żar​to​wa​ła.  Ta​jem​ni​ca  zo​sta​ła  roz​-

wią​za​na. I na​gle fakt, że miał zo​stać oj​cem, stał się re​al​ny. Po​win​no go to prze​-
ra​żać, tym​cza​sem za​la​ła go fala do​brych emo​cji i spo​ko​ju. Za​wsze po​wta​rzał, że
pew​ne​go  dnia  bę​dzie  chciał  mieć  dziec​ko,  te​raz  czuł  się  na  to  go​to​wy.  Na​gle
mie​sią​ce, ja​kie zo​sta​ły do na​ro​dzin dziec​ka, wy​da​ły mu się wiecz​no​ścią.

– Skoń​czy​łam – po​wie​dzia​ła pie​lę​gniar​ka, po​da​jąc Lucy pa​pie​ro​we ręcz​ni​ki do

wy​tar​cia żelu i wyj​mu​jąc pły​tę CD z kie​sze​ni apa​ra​tu. – Wró​cę za mi​nu​tę.

Tony wziął Lucy za rękę i po​mógł jej usiąść.
– Nie mia​łam po​ję​cia, że wszyst​ko tak wy​raź​nie wi​dać – ode​zwa​ła się.
– Ja też nie. Nos ma zu​peł​nie jak ja.
– A uszy sło​nia po mnie.
Uśmiech​nął się sze​ro​ko i po​tarł pal​ca​mi pła​tek jej le​we​go ucha.
– Mnie two​je sło​nio​we uszy się po​do​ba​ją.

background image

Uśmiech​nę​ła  się,  a  on  po​pa​trzył  jej  w  oczy.  Spoj​rze​nie,  ja​kim  się  ob​da​rzy​li,

było z ro​dza​ju tych, któ​rych mie​li te​raz po​noć nie wy​mie​niać. Może to dziw​ne,
ale w cią​ży Lucy wy​da​wa​ła mu się rów​nie atrak​cyj​na jak za​wsze, a na​wet jesz​-
cze bar​dziej go po​cią​ga​ła. Za​sta​na​wiał się, jak wy​glą​dał​by te​raz seks. Czy mu​-
siał​by być de​li​kat​niej​szy? W łóż​ku Lucy nie co​fa​ła się przed ni​czym.

– Mam dla cie​bie pre​zent – oznaj​mił i wy​jął ak​sa​mit​ne pu​de​łecz​ko z kie​sze​ni

ma​ry​nar​ki.  –  Chcia​łem  dać  ci  go  póź​niej,  ale  czu​ję,  że  te​raz  jest  wła​ści​wy  mo​-
ment.

Dzię​ki cze​mu prze​sta​nie ob​se​syj​nie my​śleć, żeby ją ro​ze​brać. Gdy uj​rza​ła pu​-

deł​ko, jej oczy się roz​sze​rzy​ły.

– Co to?
– No więc naj​pierw zde​cy​do​wa​łem się na bry​lan​ty – wy​znał, prze​kła​da​jąc pu​-

deł​ko z ręki do ręki – ale po​tem po​my​śla​łem so​bie, że je​steś zbyt wy​jąt​ko​wa na
zwy​kłe bry​lan​ty. – Po​dał jej pu​de​łecz​ko. – Kie​dy je zo​ba​czy​łem, od razu wie​dzia​-
łem, że mu​szę ci je po​da​ro​wać.

Otwie​ra​ła  je  bar​dzo  po​wo​li,  jak​by  spo​dzie​wa​ła  się,  że  coś  z  nie​go  wy​sko​czy.

Gdy uj​rza​ła kol​czy​ki spo​czy​wa​ją​ce na bia​łej sa​ty​nie, wy​szep​ta​ła:

– Tur​ku​sy z ko​pal​ni Ajax, te same, co na moim pier​ścion​ku! Uwiel​biam je!
Z  miej​sca  je  za​ło​ży​ła,  a  przy  jej  ciem​nych  wło​sach  i  oczach  oraz  oliw​ko​wej

skó​rze błę​kit ka​mie​ni na​praw​dę błysz​czał.

– Czy​ste pięk​no – pod​su​mo​wał z sze​ro​kim uśmie​chem, nie ma​jąc na my​śli bi​żu​-

te​rii.

Po  raz  ko​lej​ny  wy​mie​ni​li  spoj​rze​nia.  Lucy  wy​su​nę​ła  ko​niu​szek  ję​zy​ka,  jak​by

an​ty​cy​pu​jąc po​ca​łu​nek. Wte​dy wkro​czy​ła pie​lę​gniar​ka i znisz​czy​ła ten ma​gicz​ny
mo​ment.

– Po​dzię​ku​ję ci póź​niej – po​wie​dzia​ła mięk​ko, a on miał na​dzie​ję, że mia​ła na

my​śli to samo co on.

– Czy mo​że​cie pań​stwo przejść do po​cze​kal​ni?
Jego ser​ce moc​no za​bi​ło, a Lucy zbla​dła.
– Czy coś jest nie tak?
– Dok​tor Han​nan po​trze​bu​je chwi​lę, żeby obej​rzeć skan. Je​śli bę​dzie chciał się

z wami zo​ba​czyć, zo​sta​nie​cie o tym po​in​for​mo​wa​ni.

W  po​cze​kal​ni,  szczę​śli​wie  pu​stej,  wy​bra​li  miej​sca  w  rogu.  Tony  wi​dział,  że

Lucy jest zde​ner​wo​wa​na, więc sam się za​czął de​ner​wo​wać.

– Masz wra​że​nie, że dzie​je się coś złe​go? – za​py​ta​ła, a ich krót​kie tête-à-tête

na do​bre wy​le​cia​ło im z gło​wy.

– To pew​nie prze​sad​na ostroż​ność z ich stro​ny, bo dziec​ko jest małe. – Kła​mał.

Wi​dział  spoj​rze​nie  pie​lę​gniar​ki.  Te​raz  na​brał  prze​ko​na​nia,  że  do​strze​gła  coś
nie​po​ko​ją​ce​go.

– Przy​kro ci, że nie po​zna​li​śmy płci dziec​ka?
– Hm. – Od​chrząk​nął.
Za​mru​ga​ła ocza​mi.
– Co to mia​ło zna​czyć.

background image

– Tyl​ko hm.
– Pod​glą​da​łeś, praw​da?.
– Dla​cze​go miał​bym to zro​bić?
– Nie pró​buj mnie okła​my​wać. Pa​trzy​łeś. Przy​znaj.
Tyl​ko się uśmiech​nął.
– Prze​cież usta​li​li​śmy. Ale nie waż się mi o tym mó​wić.
– A co z ogło​sze​niem w „Tri​bu​ne”?
Jej zde​spe​ro​wa​ne spoj​rze​nie roz​ba​wi​ło go.
– Na​praw​dę nie chcę wie​dzieć.
– Nie pi​snę słów​ka. Ni​ko​mu.
– Obie​cu​jesz?
– Na​wet gdy​byś mnie bła​ga​ła. Nie po​wiem ci. Obie​cu​ję.
Spoj​rza​ła  na  nie​go  prze​cią​gle,  przy  czym  sta​ra​ła  się  przy​brać  su​ro​wą  minę,

ale w głę​bi du​cha się śmia​ła.

Drzwi do po​cze​kal​ni otwo​rzy​ły się i na​pię​cie wró​ci​ło.
–  Pani  Ba​tes,  dok​tor  za​pra​sza  –  po​wie​dzia​ła  pie​lę​gniar​ka,  któ​ra  wy​ło​ni​ła  się

z ga​bi​ne​tu.

Lucy za​klę​ła ci​cho. Było to prze​kleń​stwo z ga​tun​ku tych cięż​szych. Tony ni​g​dy

nie sły​szał, by mó​wi​ła coś ta​kie​go. Wziął ją za rękę i splótł pal​ce z jej pal​ca​mi,
ona na​to​miast, idąc do ga​bi​ne​tu, przy​tu​li​ła się do nie​go.

– Za​raz do pań​stwa przyj​dzie – do​da​ła pie​lę​gniar​ka, wy​cho​dząc z po​miesz​cze​-

nia i za​my​ka​jąc drzwi.

– Na​wet nie wie​my, czy jest ja​kiś pro​blem.
–  Gdy​by  wszyst​ko  było  w  po​rząd​ku,  nie  sie​dzie​li​by​śmy  tu​taj  –  za​uwa​ży​ła  po​-

sęp​nie Lucy.

– Nie martw się na za​pas – stwier​dził, choć my​ślał tak samo. Strach, że może

cho​dzić o coś po​waż​ne​go, za​mie​nił jego żo​łą​dek w ka​mień. Nie za​mie​rzał jed​nak
oka​zy​wać zde​ner​wo​wa​nia. Lucy musi wie​dzieć, że za​wsze jest sil​ny.

Sie​dzie​li tak przez pra​wie dwa​dzie​ścia mi​nut i, peł​ni nie​po​ko​ju, pro​wa​dzi​li nie​-

zo​bo​wią​zu​ją​cą roz​mo​wę dla za​bi​cia cza​su, ale nie po to, by po​wie​dzieć coś waż​-
ne​go.

– Prze​pra​szam, że tak dłu​go mu​sie​li​ście cze​kać – po​wie​dział dok​tor Han​nan,

wcho​dząc do ga​bi​ne​tu.

– Czy wszyst​ko jest w po​rząd​ku? – za​py​ta​ła Lucy, pod​czas gdy le​karz mie​rzył

jej ci​śnie​nie.

–  Po​pro​szę  pie​lę​gniar​kę,  żeby  po​bra​ła  ci  krew  –  po​in​for​mo​wał  dok​tor.  –

Chciał​bym zro​bić kil​ka do​dat​ko​wych ba​dań. – Po​tem osłu​chał jej ser​ce i płu​ca. –
Do  cza​su,  kie​dy  do​sta​nę  wy​ni​ki,  uni​kaj  dłu​gie​go  cho​dze​nia.  Chcia​ła​bym,  że​byś
jak naj​wię​cej od​po​czy​wa​ła.

– Mam le​żeć w łóż​ku?
– Nie, ale się nie prze​mę​czaj. Je​śli coś ro​bisz dłu​go na sto​ją​co, zrób so​bie co

go​dzi​nę prze​rwę, daj od​po​cząć no​gom przez kil​ka mi​nut.

– Okej – zgo​dzi​ła się, ale Tony wie​dział, co te​raz Lucy my​śli. Nie była przy​zwy​-

background image

cza​jo​na do bez​czyn​no​ści. Bę​dzie to dla niej trud​ne.

–  Czy  po​win​ni​śmy  się  mar​twić?  –  spy​tał,  za​sta​na​wia​jąc  się,  z  jak  po​waż​nym

pro​ble​mem przyj​dzie im się zmie​rzyć. Co in​ne​go ko​niecz​ność od​po​czyn​ku, a co
in​ne​go ko​lej​ne ba​da​nia. Nie brzmia​ło to do​brze.

–  Praw​do​po​dob​nie  wszyst​ko  jest  w  po​rząd​ku  –  za​pew​nił  le​karz  –  chcę  tyl​ko

mieć pew​ność, że cze​goś nie prze​oczy​łem. Po​pro​szę, żeby po​spie​szy​li się z wy​ni​-
ka​mi. Ju​tro po​wi​nie​nem je do​stać. Naj​póź​niej w pią​tek.

Cze​kać aż dwa dni? Do tego cza​su osza​le​ją.
– Na pierw​szy rzut oka wszyst​ko jest w naj​lep​szym po​rząd​ku. Wiel​kość dziec​-

ka  może  być  pro​ble​mem,  ale  wie​rzę,  że  od​po​wied​nie  od​ży​wia​nie  spra​wi,  że  ty
i dziec​ko osią​gnię​cie od​po​wied​nią wagę.

Le​karz uzu​peł​nił no​tat​ki, a po​tem pie​lę​gniar​ka po​bra​ła jej krew do trzech fio​-

lek. Twarz Lucy była bla​da, wy​glą​da​ła, jak​by na​praw​dę mia​ła ane​mię. Po czte​-
rech  mie​sią​cach  na  Flo​ry​dzie  po​win​na  być  prze​cież  opa​lo​na?  No,  chy​ba  że  za
dużo nie wy​cho​dzi​ła na dwór.

W  dro​dze  po​wrot​nej  głów​nie  mil​cza​ła  i  me​cha​nicz​nie  po​cie​ra​ła  brzuch.  Tony

włą​czył ra​dio dla za​głu​sze​nia uciąż​li​wej ci​szy, przy czym spe​cjal​nie wy​brał sta​-
cję  z  dud​nią​cym  tech​no  dan​ce.  Chwi​lę  póź​niej  za​czął  się  czuć,  jak​by  ktoś  wbił
mu igły w skroń. Lucy po​chy​li​ła się i wy​łą​czy​ła ra​dio.

– Jak po​wie​dział dok​tor, nie trze​ba się mar​twić tak dłu​go, aż znaj​dzie się po​-

wód do zmar​twie​nia.

– Ła​two ci mó​wić.
– Nie – spoj​rzał na nią prze​lot​nie – nie​ła​two. Też się mar​twię.
– Prze​pra​szam – po​wie​dzia​ła. – To nie fair. Oczy​wi​ście, że się mar​twisz.
– Wiesz, co mo​gło​by uła​twić spra​wę.
– Co?
– Gdy​byś wy​szła za mnie.
Rzu​ci​ła mu spoj​rze​nie, któ​re wy​ra​ża​ło sprze​ciw.
– Nie​waż​ne, co by było, ale zmie​rzy​li​by​śmy się z tym ra​zem. Zresz​tą wszyst​ko

bę​dzie do​brze.

– Masz ra​cję – od​rze​kła z uśmie​chem, któ​ry był pra​wie szcze​ry. – Trze​ba my​-

śleć po​zy​tyw​nie.

Cie​szył się, że mu uwie​rzy​ła. Te​raz musi tyl​ko prze​ko​nać o tym sa​me​go sie​bie.

Gdy non​no mó​wił, że na​uczy ją przy​go​to​wy​wać sos, Lucy za​ło​ży​ła, że on bę​-

dzie go​to​wał, a ona pa​trzeć. No cóż, my​li​ła się. Dzia​dek uwa​żał chy​ba wy​ko​ny​-
wa​nie wszyst​kich czyn​no​ści za in​te​gral​ną część pro​ce​su na​uki. Choć na​dal czu​ła
nie​po​kój  na  myśl  o  wi​zy​cie  w  re​zy​den​cji,  na  pew​no  wo​ła​ła  to  od  sie​dze​nia
w  domu  i  za​sta​na​wia​nia  się,  co  dzie​je  się  z  dziec​kiem.  Lub  z  nią.  Albo  jesz​cze
go​rzej, i z nią, i z dziec​kiem. Tony czuł się po​dob​nie, bo za​miast wró​cić do domu,
po​je​chał do biu​ra, choć przy​się​gał, że do koń​ca ty​go​dnia weź​mie wol​ne.

Tym​cza​sem  non​no  przy​niósł  ze  spi​żar​ki  i  lo​dów​ki  po​trzeb​ne  skład​ni​ki,

a  z  szaf​ki  wy​jął  srebr​ny  gar​nek,  któ​re​go  wy​raź​nie  uży​wa​no  do  go​to​wa​nia  na

background image

otwar​tym  ogniu.  Po​tem  usiadł  na  stoł​ku  przy  ku​chen​nej  wy​spie  i  za​czął  in​stru​-
ować  ją  krok  po  kro​ku,  co  ro​bić,  cze​go  i  ile  do​dać.  Ani  razu  nie  ka​zał  jej  użyć
miar​ki.

– Wła​ści​wie to nie ta​kie trud​ne – pod​su​mo​wa​ła, wy​cie​ra​jąc ręce w far​tuch. –

I pach​nie cu​dow​nie.

– Chy​ba masz na​tu​ral​ny ta​lent.
– Go​to​wa​nie jest na​praw​dę za​baw​ne. Jed​nak nie wiem, czy wszyst​ko za​pa​mię​-

tam.

– Nie martw się. Dam ci prze​pis.
– Z in​for​ma​cją, ile cze​go użyć?
– Tak, tak.
– Po​win​nam prze​pi​sać go do dzien​ni​ka, żeby za​wsze mieć pod ręką.
–  An​ge​li​ca,  moja  żona,  pro​wa​dzi​ła  dzien​nik  –  od​rzekł.  –  Wło​ży​łem  go  do  jej

gro​bu. Dzie​ci mia​ły mi to za złe.

– Czy chcia​ły go prze​czy​tać?
– Tak, ale to były jej in​tym​ne my​śli, na​le​ża​ły tyl​ko do niej.
– Ja też pro​wa​dzę dzien​nik, ale on-line, mogą go czy​tać tyl​ko oso​by ma​ją​ce ha​-

sło. – Wska​zał na sto​ją​cy przy nim sto​łek. – Usiądź, pro​szę.

Za​sta​na​wia​ła się, czy Tony po​in​for​mo​wał go, że ma dużo od​po​czy​wać. Po bez​-

czyn​nym sie​dze​niu w domu przez dwa dni, do​brze było wyjść z miesz​ka​nia. Gdy​-
by le​karz ka​zał jej le​żeć, tra​fi​ła​by do psy​chia​try​ka już w pierw​szym ty​go​dniu.

– Od​pocz​nij tro​chę – po​wie​dział non​no – za​nim za​bie​rze​my się za ma​ka​ron.
Na​wet ona po​tra​fi ugo​to​wać ma​ka​ron.
Umy​ła ręce, a po​tem usia​dła obok nie​go.
– Jak na​uczy​łeś się go​to​wać?
– Dzię​ki mo​jej ma​dre. Pra​co​wa​ła jako ku​char​ka w domu bo​ga​tej ro​dzi​ny, w na​-

szej wsi. Wy​ra​bia​ła tak​że cu​kier​ki i sprze​da​wa​ła lo​kal​nym kup​com. Po​ma​ga​łem
jej przy tym.

– Czym zaj​mo​wał się oj​ciec?
– Był kup​cem. Ale zmarł, gdy by​łem bar​dzo mały.
– Miesz​ka​łeś tyl​ko z mat​ką?
–  Tak,  tyl​ko  my  dwo​je.  By​li​śmy  bar​dzo  bied​ni.  Czę​sto  cho​dzi​li​śmy  do  łóż​ka

głod​ni.

To przy​naj​mniej ich łą​czy​ło.
– Jak ty – stwier​dził. Już wie​dział. – Zo​ba​czy​łem to w two​ich oczach. – do​dał.

Dło​nią  przy​krył  jej  ręce  i  de​li​kat​nie  je  po​kle​pał,  a  gest  ten  spra​wił,  że  mia​ła
ocho​tę  się  roz​pła​kać.  –  Jako  dziec​ko  po​ma​ga​łem,  ile  mo​głem.  Gdy  pod​ro​słem,
sprze​da​wa​łem sło​dy​cze na uli​cy. Każ​de​go dnia cho​dzi​łem od drzwi do drzwi, aż
wó​zek był pu​sty. Tak po​zna​łem An​ge​li​cę.

– Czy była to mi​łość od pierw​sze​go wra​że​nia?
– W moim przy​pad​ku tak. Ale ona po​cho​dzi​ła z bo​ga​tej ro​dzi​ny i jej ro​dzi​ce nie

chcie​li do​mo​krąż​cy za zię​cia.

– Ucie​kli​ście?

background image

– Chcie​li​śmy, ale jej ro​dzi​ce się do​wie​dzie​li i wy​wieź​li ją do Ame​ry​ki.
Oj, też nie miał lek​ko. Wy​wieźć cór​kę na dru​gi ko​niec świa​ta, żeby się go po​-

zbyć!

– I co zro​bi​łeś?
– Po​je​cha​łem za nią.
– Gdzie? Do Chi​ca​go?
Przy​tak​nął,  a  wspo​mnie​nia  spra​wi​ły,  że  uśmiech  roz​świe​tlił  jego  twarz  mło​-

dzień​czym bla​skiem. Wspo​mnie​nia mają wiel​ką moc.

– Była mi​ło​ścią mo​je​go ży​cia. Moją dru​gą po​ło​wą. Po​ru​szył​bym nie​bo i zie​mię,

żeby z nią żyć.

Wy​glą​da​ło na to, że fak​tycz​nie po​ru​szył.
–  Za​czę​li​śmy  spo​ty​kać  się  po  kry​jo​mu,  ale  wkrót​ce  jej  oj​ciec  do​wie​dział  się

o nas.

– I co zro​bił?
– Kie​dy zro​zu​miał, że tak ła​two nie od​pusz​czę, wy​mu​sił na mnie zo​bo​wią​za​nie.

Mo​głem  do​stać  rękę  jego  cór​ki,  je​śli  zdo​łam  za​pew​nić  jej  utrzy​ma​nie  na  od​po​-
wied​nim po​zio​mie. Nie było to ła​twe za​da​nie dla mło​de​go czło​wie​ka sprze​da​ją​-
ce​go cze​ko​lad​ki, za​pew​niam cię. W dniu, w któ​rym otwo​rzy​łem pierw​szy sklep
Ca​ro​sel​li Cho​co​la​te w cen​trum Chi​ca​go, po​no​wi​łem proś​bę. Tym ra​zem na​zwał
mnie głup​cem, prze​po​wia​dał, że mi się nie uda, że ni​cze​go nie osią​gnę i nie będę
wy​star​cza​ją​co do​bry dla jego cór​ki. Rok póź​niej mia​łem już trzy skle​py i znów
go od​wie​dzi​łem.

– I?
– I dał nam swo​je bło​go​sła​wień​stwo.
Lucy opar​ła pod​bró​dek na ręce i wes​tchnę​ła.
– To chy​ba naj​bar​dziej ro​man​tycz​na hi​sto​ria, jaką kie​dy​kol​wiek usły​sza​łam.
Tony opo​wia​dał jej o przy​jeź​dzie dziad​ka do Sta​nów z dwu​dzie​sto​ma do​la​ra​mi

w kie​sze​ni, ale nie zda​wa​ła so​bie spra​wy, jak bar​dzo był bied​ny i jak cięż​ko pra​-
co​wał, by dojść do ma​jąt​ku. Z ja​kie​goś po​wo​du ta myśl spra​wi​ła, że stał się nie​co
mniej prze​ra​ża​ją​cy.

– A wra​ca​jąc do ma​ka​ro​nu – rzekł, za​cie​ra​jąc dło​nie z nie​cier​pli​wo​ści – po​trze​-

bu​je​my mąki i ja​jek.

Mąki i ja​jek? Do cze​go są po​trzeb​ne przy go​to​wa​niu ma​ka​ro​nu?
– W spi​żar​ni na gór​nej pół​ce znaj​dziesz ma​szyn​kę do ma​ka​ro​nu.
Co? Ma​szyn​ka do ma​ka​ro​nu?
– Chcesz po​wie​dzieć, że sami zro​bi​my ma​ka​ron? Tak od zera?
– We​dług prze​pi​su mo​jej mat​ki – od​rzekł i pu​ka​jąc się w skroń, do​dał: – Pa​mię​-

tam co do sło​wa.

No to ła​twa część za​da​nia się skoń​czy​ła, po​my​śla​ła. Jed​nak oka​za​ło się, że ro​-

bie​nie ma​ka​ro​nu nie jest aż tak trud​ne. Non​no po​ka​zał jej, jak zro​bić dziu​rę po​-
środ​ku mąki, do​da​wać płyn​ne skład​ni​ki, a po​tem za​gnia​tać do cza​su, aż po​łą​czą
się w jed​no​li​tą masę. Faj​nie było prze​pusz​czać cia​sto przez wał​ki i pa​trzeć, jak
sta​je się co​raz cień​sze i na​da​je się do cię​cia. Po​cię​ty ma​ka​ron kła​dli na de​sce do

background image

wy​schnię​cia.  Gdy  skoń​czy​li,  Lucy  pod​nio​sła  się  ze  stoł​ka,  by  za​mie​szać  sos.
Pach​niał na​praw​dę świet​nie.

– Nie mogę się do​cze​kać, żeby spró​bo​wać. Co praw​da zro​bi​li​śmy tego tyle, że

moż​na by wy​ży​wić całą ar​mię.

– Rze​czy​wi​ście, dziś trze​ba bę​dzie na​kar​mić spo​ro lu​dzi.
Jej ręka za​trzy​ma​ła się w trak​cie mie​sza​nia. Czy do​brze usły​sza​ła?
– Ja​kich lu​dzi?
– Z ro​dzi​ny, oczy​wi​ście.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Przy​cho​dzą na ko​la​cję co mie​siąc, w ostat​ni pią​tek.
Fak​tycz​nie  tego  dnia  wy​pa​dał  ostat​ni  pią​tek.  A  niech  to!  Wie​dzia​ła  prze​cież,

że Tony jada u dziad​ka raz w mie​sią​cu, ale nie sko​ja​rzy​ła daty. Na​gle prze​sta​ła
być głod​na.

– Mu​szę chwi​lę od​po​cząć – ode​zwał się non​no, nie​co chwiej​nie wsta​jąc ze stoł​-

ka. – Kie​dy się obu​dzę, przy​go​tu​je​my sa​ła​tę.

Ocze​ki​wał więc, że zo​sta​nie, a to ozna​cza​ło spo​tka​nie ca​łej ogrom​nej ro​dzi​ny

Tony’ego na​raz. Dla​cze​go po pro​stu nie wsa​dził jej do klat​ki peł​nej głod​nych wil​-
ków lub ba​se​nu wy​peł​nio​ne​go pi​ra​nia​mi? Tak czy ina​czej zo​sta​nie ro​ze​rwa​na na
ka​wał​ki.

–  Chodź  ze  mną  –  do​dał  non​no,  wspie​ra​jąc  się  na  jej  ra​mie​niu  dla  zła​pa​nia

rów​no​wa​gi.

Gdy  szli  wol​no  przez  kuch​nię  w  kie​run​ku  win​dy,  my​śla​ła  o  jego  ży​ciu.  Mo​gła

tyl​ko ma​rzyć o tym, że kie​dyś ją też ktoś tak bar​dzo po​ko​cha, że bę​dzie go​tów
na wszyst​ko.

– Masz ra​cję – przy​zna​ła, a sło​wa same po​pły​nę​ły z ust. – Wy​je​cha​łam, ma​jąc

na​dzie​ję, że Tony po​je​dzie za mną. Ale tego nie zro​bił.

Wy​zna​nie to za​bo​la​ło. Po​dob​nie jak przy​zna​nie się do wła​snej sła​bo​ści. Po raz

pierw​szy w ży​ciu zdo​by​ła się na od​wa​gę, żeby cze​goś pra​gnąć. Cze​goś wiel​kie​-
go. Bez​wa​run​ko​wej mi​ło​ści.

–  Nie  po​win​nam  się  w  nim  za​ko​chi​wać  –  po​wie​dzia​ła  ty​tu​łem  wy​ja​śnie​nia.  –

Nie są​dzi​łam na​wet, że po​tra​fię ko​goś po​ko​chać. Aż tu na​gle by​łam za​ko​cha​na.
Ale on mo​ich uczuć nie od​wza​jem​nił. Co za iro​nia.

– Czy po​wie​dzia​łaś mu, że go ko​chasz?
– Oczy​wi​ście, że nie. To by​ło​by upo​ka​rza​ją​ce.
Spo​glą​dał na nią za​kło​po​ta​ny.
– Bo za​kła​dasz, że on cię nie ko​cha?
– Wy​da​je się to pew​ne, jak dwa plus dwa.
–  Jed​nak  czy​ta​nie  w  czy​ichś  my​ślach  może  pro​wa​dzić  na  ma​now​ce.  Jak  Tony

może do​wie​dzieć się, co do nie​go czu​jesz, je​śli mu tego nie po​wiesz?

– Prze​cież Tony sam to po​twier​dził: je​ste​śmy przy​ja​ciół​mi, któ​rzy z sobą sy​pia​-

ją.

– Two​je uczu​cia się zmie​ni​ły. Czy jego nie mo​gły też ulec zmia​nie?
Dla​cze​go tak bar​dzo drą​ży ten te​mat?
– Czy Tony coś ci po​wie​dział?
W jego zmę​czo​nych oczach po​ja​wił się uśmiech.
– Tony mówi mi wie​le rze​czy.

background image

Nie wie​dzia​ła, jak to zro​zu​mieć. Drzwi win​dy otwo​rzy​ły się, a on pu​ścił jej ra​-

mię i wy​szedł. Spo​dzie​wa​ła się, że od​wró​ci się i coś doda, ale ru​szył pro​sto do
swo​je​go po​ko​ju. Co, do dia​bła, pró​bo​wał jej po​wie​dzieć?

Scho​dząc  na  dół,  po​sta​no​wi​ła,  że  za​dzwo​ni  do  Tony’ego.  Tym​cza​sem  we​szła

do  kuch​ni  i  uj​rza​ła  męż​czy​znę,  któ​ry  na​chy​lał  się  nad  garn​kiem  z  so​sem.  Po
chwi​li zda​ła so​bie spra​wę, że to Tony. Trze​ba przy​znać, że miał nie​zwy​kłe wy​-
czu​cie cza​su.

– Hej, wła​śnie mia​łam do cie​bie za​dzwo​nić – ode​zwa​ła się.
Od​wró​cił  się,  wy​pro​sto​wał  i  do​pie​ro  wte​dy  za​uwa​ży​ła,  że  wło​sy  męż​czy​zny

przy​pró​sza si​wi​zna.

– Prze​pra​szam. – Jej po​licz​ki za​czer​wie​ni​ły się z za​kło​po​ta​nia. – My​śla​łam, że

to Tony.

– De​mi​trio – przed​sta​wił się. – Je​stem jego wu​jem.
A  więc  tak  wy​glą​da  na​czel​ny  dy​rek​tor  Ca​ro​sel​li  Cho​co​la​te.  Spo​dzie​wa​ła  się

ko​goś bar​dziej bu​dzą​ce​go re​spekt. W dżin​sach i ko​szul​ce polo spra​wiał wra​że​-
nie zwy​kłe​go czło​wie​ka.

– Ty pew​nie je​steś Lucy.
Po​da​ła mu rękę. To zdu​mie​wa​ją​ce, że on i Tony nie tyl​ko byli do sie​bie łu​dzą​co

po​dob​ni,  ale  mie​li  tak​że  ta​kie  same  gło​sy.  Gdy​by  słu​cha​ła  ich  z  za​mknię​ty​mi
ocza​mi, mia​ła​by trud​no​ści, by ich roz​po​znać.

– Pew​nie za​sta​na​wiasz się, co tu​taj ro​bię? – spy​ta​ła.
Uśmiech​nął się tym sa​mym in​try​gu​ją​cym, trosz​kę skrzy​wio​nym, ale sze​ro​kim

uśmie​chem, któ​ry wi​dzia​ła u Tony’ego set​ki razy.

– Ubru​dzo​ny po​mi​do​ra​mi far​tuch mówi sam za sie​bie.
– No tak. – Za​po​mnia​ła, że ma go wciąż na so​bie. – Lek​cja go​to​wa​nia.
– Do​my​śli​łem się. Gdzie non​no?
– Po​szedł się zdrzem​nąć.
– Oto mój wkład w ko​la​cję – po​wie​dział De​mi​trio, wska​zu​jąc na sto​ją​cą na sto​-

le  tor​bę  wy​peł​nio​ną  pła​ski​mi  bo​chen​ka​mi  chle​ba.  –  Mogę  się  tro​chę  spóź​nić,
więc po​my​śla​łem so​bie, że le​piej je przy​wieźć te​raz.

Uśmiech​nął się w spo​sób tak łu​dzą​co po​dob​ny do Tony’ego, że lek​ko za​drża​ła.

Chy​ba było to po niej wi​dać, bo za​py​tał:

– Czy wszyst​ko w po​rząd​ku?
Ock​nę​ła się. Zda​je się, że ro​bi​ła z sie​bie jesz​cze więk​szą idiot​kę niż zwy​kle.
–  Tak,  prze​pra​szam.  Nie  chcia​łam  się  tak  ga​pić.  To  z  po​wo​du  po​do​bień​stwa.

Ty i Tony ma​cie na​wet ta​kie same gło​sy.

Jego uśmiech stał się cierp​ki.
– Zu​peł​nie, jak​by​śmy byli z sobą spo​krew​nie​ni.
Mie​li więc tak​że to samo iro​nicz​ne po​czu​cie hu​mo​ru.
– Cześć, Lucy! – ktoś za​wo​łał. Od​wró​ci​li się i uj​rze​li wcho​dzą​cą do kuch​ni mat​-

kę Tony’ego. Uśmiech​nę​ła się do Lucy, ale gdy za​uwa​ży​ła De​mi​tria, za​trzy​ma​ła
się gwał​tow​nie, a uśmiech znik​nął.

– O, cześć, De​mi​trio.

background image

– Cześć, Sa​rah – od​parł spię​tym gło​sem, choć jo​wial​nie ki​wał gło​wą. – Wła​śnie

wy​cho​dzi​łem.

Ups, co za na​pię​cie. Chy​ba ta dwój​ka za sobą nie prze​pa​da.
– Miło było cię po​znać, Lucy – do​dał.
– Cie​bie też. Do zo​ba​cze​nia.
Gdy  wy​szedł,  Sa​rah  od​wró​ci​ła  się  i  znów  uśmiech​nę​ła,  ale  Lucy  wi​dzia​ła,  że

była  po​ru​szo​na  nie​ocze​ki​wa​nym  spo​tka​niem.  Oczy​wi​ście  za​sta​na​wia​ła  się  dla​-
cze​go, choć to na​praw​dę nie był jej in​te​res.

– Chcia​łam upew​nić się, że non​no cię nie wy​koń​czy – rze​kła Sa​rah. – Tony mó​-

wił mi, że le​karz ka​zał ci się nie prze​mę​czać.

– Ach tak? – Czyż nie usta​li​li, że nie po​wie​dzą nic ro​dzi​nie, za​nim nie po​zna​ją

wy​ni​ków ba​dań?

– Praw​dę mó​wiąc, Tony nie wy​ja​wił mi tego sam z sie​bie, ale wczo​raj ja​dłam

lunch z Giną i ona wspo​mnia​ła, że Nick i Ter​ri spo​tka​li was u dok​to​ra Han​na​na.
Wte​dy wy​cią​gnę​łam z nie​go szcze​gó​ły.

– Z Giną?
–  Moją  szwa​gier​ką,  mat​ką  Nic​ka.  Tech​nicz​nie  rzecz  bio​rąc,  moją  byłą  szwa​-

gier​ką, od​kąd roz​wio​dła się z Leo, moim szwa​grem. Ale wła​śnie usta​li​li datę ślu​-
bu.

– Po​wtór​nie bio​rą ślub?
Sa​rah wzru​szy​ła ra​mio​na​mi na znak, że też tego nie ro​zu​mie:
– Uwie​rzę, jak zo​ba​czę. Ko​cham Ginę jak wła​sną sio​strę, ale ona za​wsze była

tro​chę… jak by to rzec, eks​cen​trycz​na. Ale kim je​stem, żeby ko​goś oce​niać? No
to tyle na te​mat mo​ich zwa​rio​wa​nych ku​zy​nów. – Pod​su​mo​wa​ła i szyb​ko zmie​ni​ła
te​mat: – Jak się czu​jesz?

– Fi​zycz​nie do​brze.
– Dok​tor Han​nan nie dzwo​nił?
– Jesz​cze nie. Obie​cał, że naj​póź​niej dziś się ode​zwie.
–  No  cóż,  sta​raj  się  nie  mar​twić.  Mój  in​stynkt  mówi,  że  wszyst​ko  bę​dzie  do​-

brze. A je​śli cho​dzi o ta​kie rze​czy, to mam szó​sty zmysł.

Lucy mia​ła na​dzie​ję, że Sa​rah się nie myli. Z jej do​świad​cze​nia wy​ni​ka​ło, że,

je​śli  coś  złe​go  mo​gło  się  wy​da​rzyć,  to  zwy​kle  się  wy​da​rza​ło.  Ni​g​dy  nie  była
szcze​gól​nie  wie​rzą​ca,  ale  je​śli  Bóg  ist​nie​je,  mia​ła  na​dzie​ję,  że  tym  ra​zem  ją
oszczę​dzi.

– Czy za​czę​łaś już przy​go​to​wy​wać li​stę rze​czy, ja​kich bę​dziesz po​trze​bo​wa​ła?

– spy​ta​ła Sa​rah.

– Rze​czy?
– Dla dziec​ka. Trzy mie​sią​ce to niby dużo cza​su, ale, uwierz na sło​wo mat​ce

trój​ki dzie​ci, dni mi​ja​ją nie​zau​wa​że​nie. Do​brze jest się przy​go​to​wać.

–  Po​trze​bu​ję  masy  rze​czy.  Może  jed​nak  po​win​ni​śmy  po​cze​kać  do  roz​mo​wy

z  le​ka​rzem,  żeby  nie​po​trzeb​nie  nie  wy​da​wać  pie​nią​dze  na  rze​czy,  któ​rych  się
nie uży​je.

–  Och,  Lucy  –  rze​kła  Sa​rah,  a  po​tem  zro​bi​ła  coś  nie​ocze​ki​wa​ne​go:  ob​ję​ła  ją

background image

i moc​no uści​snę​ła.

Lucy była tak za​sko​czo​na, że nie wie​dzia​ła, jak za​re​ago​wać. Nie pa​mię​ta​ła, by

mat​ka trzy​ma​ła ją w ra​mio​nach w taki spo​sób, a co do​pie​ro ktoś obcy. Z ta​kim
współ​czu​ciem i tro​ską. Z jed​nej stro​ny chcia​ła ode​pchnąć Sa​rah, trzy​mać na dy​-
stans,  ale  z  dru​giej  stro​ny  mia​ła  już  do​syć  sa​mot​no​ści.  Wzię​ła  głę​bo​ki  od​dech,
przy​tu​li​ła Sa​rah i wy​bu​chła pła​czem. A po​tem nie mo​gła już prze​stać.

–  Och,  ko​cha​nie,  wszyst​ko  bę​dzie  do​brze  –  za​pew​ni​ła  ją  Sa​rah,  gła​dząc  de​li​-

kat​nie po ple​cach. Jak praw​dzi​wa mama. – Wy​rzuć to z sie​bie.

Lucy wie​dzia​ła, że się kom​pro​mi​tu​je, ale nie mo​gła nic na to po​ra​dzić. Po​cie​-

sza​ła się, że przy​naj​mniej oprócz Sa​rah nikt nie wi​dział, jak się po​sy​pa​ła.

– Coś mnie omi​nę​ło? – do​biegł je ko​bie​cy głos, a sło​wa, któ​re pa​dły, wy​po​wie​-

dzia​ne zo​sta​ły z wy​raź​nym fran​cu​skim ak​cen​tem.

Do dia​bła! Lucy ze​sztyw​nia​ła i otwo​rzy​ła sze​ro​ko oczy. W drzwiach sta​ła wy​-

so​ka dłu​go​no​ga blon​dyn​ka, któ​ra, choć była co naj​mniej w wie​ku Sa​rah, wy​glą​-
da​ła mło​do i sty​lo​wo w kre​mo​wym kasz​mi​ro​wym swe​ter​ku i ob​ci​słych dżin​sach,
z wło​sa​mi upię​ty​mi w ele​ganc​ki ku​cyk. Ale gdy zo​ba​czy​ła łzy na po​licz​kach Lucy,
spo​waż​nia​ła i rzu​ci​ła tor​bę na blat.

– O Boże, kto umarł?

– Tony! Obudź się.
Bu​dząc  się,  za​mru​gał  ocza​mi.  Po​cząt​ko​wo,  nie  wie​dział,  co  się  z  nim  dzie​je.

Po​tem zro​zu​miał, że na​dal jest w biu​rze i sie​dzi w fo​te​lu.

–  Je​dziesz  do  non​na?  –  W  drzwiach  stał  wuj  De​mi​trio,  za  oknem  za​pa​dał

zmierzch. Jak dłu​go spał?

– Tak, oczy​wi​ście.
– Pod​wie​ziesz sta​re​go wuja? Ciot​ka Ma​de​li​ne wzię​ła mój sa​mo​chód.
– Oczy​wi​ście – od​parł, prze​cie​ra​jąc oczy. – Któ​ra go​dzi​na?
De​mi​trio po​pa​trzył na ze​ga​rek.
– Szó​sta trzy​dzie​ści.
Tony ze​rwał się na rów​ne nogi. Jak przez mgłę przy​po​mi​nał so​bie, że wy​cią​-

gnął się w fo​te​lu i za​mknął oczy. Li​czył, że dwu​dzie​sto​mi​nu​to​wa drzem​ka do​brze
mu zro​bi. Było to dwie i pół go​dzi​ny temu. Lucy go za​bi​je.

– Za​spa​ło się? – za​py​tał De​mi​trio lek​ko roz​ba​wio​ny.
Och, do​brze mu tak żar​to​wać.
– Nie​wie​le sy​piam, od​kąd Lucy wró​ci​ła.
Wuj uśmiech​nął się sze​ro​ko, a Tony zdał so​bie spra​wę, że zo​stał źle zro​zu​mia​-

ny.

–  Chcę  po​wie​dzieć,  że  od​da​łem  Lucy  łóż​ko  i  sy​piam  na  roz​kła​da​nej  ka​na​pie

w ga​bi​ne​cie, któ​rej wy​go​da nie ustę​pu​je śre​dnio​wiecz​nym na​rzę​dziom tor​tur.

– A więc wy dwo​je nie…?
– Wła​ści​wie nie wiem, co nas łą​czy. – Pod​niósł się z fo​te​la. – Go​to​wy do wyj​-

ścia?

– Oczy​wi​ście. – De​mi​trio wzru​szył ra​mio​na​mi.

background image

Tony po​chwy​cił kurt​kę i wło​żył ją w dro​dze do win​dy.
– Wy​czu​wam, że ci się spie​szy.
– Chcia​łem do​trzeć do non​na jak naj​wcze​śniej, gdy Lucy bę​dzie wszyst​kich po​-

zna​wać. Ona wła​ści​wie nie ma ro​dzi​ny, a wiesz, że na​sza może wpra​wić w prze​-
ra​że​nie.

De​mi​trio wy​buch​nął śmie​chem.
– De​li​kat​nie mó​wiąc.
Wsie​dli do win​dy i zje​cha​li do ga​ra​żu.
– Zje​dzą ją żyw​cem.
– Co to, to nie wiem. Po​zna​łem dziś Lucy, gdy wpa​dłem na chwi​lę do dziad​ka.

Spra​wi​ła na mnie wra​że​nie oso​by, któ​ra umie o sie​bie za​dbać.

– Tak, na pew​no, ale by​ło​by miło, żeby nie mu​sia​ła tego ro​bić.
W  mie​ście  były  kor​ki,  więc  za​nim  do​tar​li  na  miej​sce,  ko​la​cja  za​czę​ła  się  bez

nich, jak za​wsze, punk​tu​al​nie o go​dzi​nie siód​mej. Tak było, od​kąd Tony pa​mię​tał.
Nie  spóź​niaj  się  albo  bę​dziesz  jadł  zim​ne  da​nia,  o  ile  w  ogó​le  zo​sta​nie  coś  na
sto​le.  W  ten  je​den  dzień  w  mie​sią​cu  wszy​scy  od​pusz​cza​li  so​bie  i  za​po​mi​na​li
o die​cie.

Zo​ba​czył, że Lucy sie​dzi koło non​na, któ​ry za​wsze zaj​mo​wał miej​sce u szczy​tu

sto​łu. Po jej le​wej stro​nie była mama, a obok niej tata. Wy​glą​da​ło na to, że Lucy
pro​wa​dzi​ła z nimi oży​wio​ną kon​wer​sa​cję.

I śmia​ła się. Ale jej uśmiech wy​glą​dał dziś ina​czej. Dla​cze​go ni​g​dy nie za​uwa​-

żył,  że  wprost  roz​świe​tla  jej  twarz?  Za​pra​gnął  jak  naj​szyb​ciej  zna​leźć  się  koło
niej i po pro​stu wziąć w ra​mio​na, na​wet je​śli mia​ła na to pa​trzeć cała jego ro​dzi​-
na. Chciał jej tyl​ko do​tknąć. I chciał prze​pro​sić, że oka​zał się cho​ler​nie nie​tak​-
tow​ny.

–  Spóź​ni​li​ście  się  –  oznaj​mił  non​no,  zwra​ca​jąc  na  nowo  przy​by​łych  uwa​gę

wszyst​kich bie​siad​ni​ków.

Lucy od​wró​ci​ła się i spoj​rza​ła na nie​go. Spo​dzie​wał się, że na jego wi​dok spo​-

waż​nie​je, ale uśmiech​nę​ła się jesz​cze sze​rzej. Czy to moż​li​we, że się ucie​szy​ła?

– Sia​daj​cie – po​le​cił non​no.
Ciot​ka  Ma​de​li​ne  za​kle​pa​ła  miej​sce  dla  wuja,  więc  Tony  za​jął  je​dy​ne  wol​ne

krze​sło koło Nic​ka, któ​ry sie​dział da​le​ko od Lucy, na dru​gim koń​cu sto​łu. Pół​mi​-
ski z je​dze​niem krą​ży​ły, Tony na​peł​niał swój ta​lerz, ale z tru​dem po​wstrzy​my​wał
się,  by  nie  zer​kać  na  Lucy.  Na​brał  pew​no​ści,  że  za​szła  w  niej  ja​kaś  trud​na  do
okre​śle​nia zmia​na. Jej skó​ra lśni​ła, a oczy błysz​cza​ły. Zu​peł​nie jak​by na​bra​ła ży​-
cia,  od​kąd  po  po​łu​dniu  zo​sta​wił  ją  w  domu  dziad​ka.  A  może  to  w  nim  się  coś
zmie​ni​ło?

– Lucy do​brze wy​glą​da – za​uwa​żył Nick, po​da​jąc Tony’emu du​szo​ną mar​chew​-

kę. – Wszy​scy ją lu​bią i za​sta​na​wia​ją się, dla​cze​go do​pie​ro te​raz ją po​zna​li.

I niech się da​lej za​sta​na​wia​ją, bo to nie ich spra​wa.
– Ile cho​dzi​li​ście z sobą? Rok?
– Pra​wie.
Trud​no  to  na​zwać  cho​dze​niem.  Po  pro​stu…  do​brze  się  ba​wi​li.  A  gdy​by  Nick

background image

ocze​ki​wał  szcze​gó​łów,  bar​dzo  by  się  roz​cza​ro​wał.  Na  szczę​ście  jego  uwa​gę
zwró​ci​ła mu​cha owo​ców​ka, więc Tony bez pro​ble​mu skie​ro​wał roz​mo​wę na inny
te​mat. Nick uwiel​biał roz​ma​wiać o so​bie i swo​ich spra​wach.

– A jak USG? – za​py​tał Tony. – Czy zna​cie już płeć?
– No tak… z po​wo​du spóź​nie​nia omi​nę​ła cię ta wia​do​mość – od​parł Nick, sze​-

ro​ko się uśmie​cha​jąc.

– Co mnie omi​nę​ło? – do​cie​kał Tony.
– Na​sze dzi​siej​sze oświad​cze​nie. Ter​ri chcia​ła zro​bić to z pom​pą. Z kla​są.
– Jezu, na​praw​dę sta​je się jed​ną z nas, nie są​dzisz?
– Tak, to prze​ra​ża​ją​ce, wiem.
–  Wszyst​ko  sły​sza​łam  –  wtrą​ci​ła  się  Ter​ri,  któ​ra  sie​dzia​ła  dwa  krze​sła  da​lej

i po​sła​ła swo​je​mu mę​żo​wi prze​cią​głe spoj​rze​nie.

Nick  pu​ścił  do  niej  oko,  po​słał  jej  ca​łu​sa,  a  kar​cą​ce  spoj​rze​nie  żony  zmie​ni​ło

się w uśmiech.

– To dziew​czyn​ka – po​in​for​mo​wa​ła Tony’ego.
– Su​per, gra​tu​la​cje!
– Ter​ri przez mie​siąc mę​czy​ły po​ran​ne nud​no​ści – ode​zwał się Nick – któ​re ni​-

g​dy nie wy​stę​po​wa​ły, co dziw​ne, ran​ka​mi. Ani nic ich nie za​po​wia​da​ło. Na​gle jej
twarz  zmie​nia​ła  się  i  je​śli  w  po​bli​żu  nie  było  ła​zien​ki,  mu​sie​li​śmy  być  bar​dzo
kre​atyw​ni.

Sie​dzą​ca po dru​giej stro​nie sto​łu jego sio​stra Jes​si​ca prze​chy​li​ła się do przo​du.
– Hej, czy mo​że​my przy je​dze​niu mó​wić o czymś in​nym niż po​ran​ne wy​mio​ty?
–  Tak,  masz  ra​cję,  prze​pra​sza​my  –  od​parł  Tony,  da​jąc  Nic​ko​wi  kuk​sań​ca

w bok.

– Dzię​ki Bogu, to już się skoń​czy​ło – do​dał Nick. – Pierw​sze trzy mie​sią​ce to

był kosz​mar, je​śli chcesz wie​dzieć.

On nic na ten te​mat nie wie​dział.
– Ten epi​zod aku​rat stra​ci​łem.
– Więc mo​żesz uwa​żać się za szczę​ścia​rza.
Jed​nak Tony za szcze​gól​ne​go szczę​ścia​rza się nie uwa​żał. Na​to​miast czuł, że

po​peł​nił wiel​ki błąd, co naj​wy​raź​niej od​ma​lo​wa​ło się na jego twa​rzy.

Nick odło​żył wi​de​lec.
– Tony, na​praw​dę mi przy​kro. To, co po​wie​dzia​łem, świad​czy o bra​ku wraż​li​-

wo​ści.

– Nie przej​muj się. – Tony wzru​szył ra​mio​na​mi.
– Chcesz mnie za to wal​nąć?
Tony za​śmiał się.
– Nie, wszyst​ko w po​rząd​ku, choć do​ce​niam pro​po​zy​cję.
– Wiesz, ostat​nio je​steś ja​kiś inny – stwier​dził Nick.
– Nie co ty​dzień do​wia​du​jesz się, że two​ja eks jest z tobą w cią​ży.
– Nie o to cho​dzi – od​parł Nick. – To za​czę​ło się ja​kiś czas temu. Na​wet jesz​-

cze  przed  Ali​ce.  Wła​ści​wie  dało  się  za​uwa​żyć  mniej  wię​cej  w  cza​sie,  gdy  Lucy
wy​je​cha​ła.

background image

Kie​dy  wy​je​cha​ła,  cze​kał,  aż  wszyst​ko  wró​ci  do  nor​my  i  bę​dzie  tak  jak  wcze​-

śniej. Jed​nak oka​za​ło się, że Lucy trwa​le zmie​ni​ła jego ży​cie i jego sa​me​go. Nie
zda​wał so​bie z tego spra​wy, do​pó​ki nie znik​nę​ła.

– Przy​pusz​czam, że jej odej​ście moc​niej mnie do​tknę​ło, niż chcia​łem przy​znać.
– Mi​łość to za​baw​na spra​wa. My z Ter​ri przy​jaź​ni​li​śmy się przez pra​wie dwa​-

dzie​ścia  lat,  za​nim  zda​li​śmy  so​bie  spra​wę,  że  je​ste​śmy  so​bie  pi​sa​ni.  Gdy​by  nie
non​no i jego spa​dek, mo​gli​by​śmy całe ży​cie prze​żyć jako przy​ja​cie​le.

Czy to samo z nim się dzia​ło? Czy wła​śnie za​ko​chi​wał się w Lucy, a może już ją

ko​chał?

Na​gle wy​da​ło mu się, że ko​la​cja cią​gnie się w nie​skoń​czo​ność. Po​tem Lucy po​-

ma​ga​ła sprzą​tać ze sto​łu, co za​ję​ło ko​lej​ne dzie​sięć mi​nut. Póź​niej z ko​lei oj​ciec
i wuj Leo wcią​gnę​li go w roz​mo​wę o pra​cy. Gdy zdo​łał się od nich uwol​nić, zo​ba​-
czył,  że  Lucy  sie​dzi  na  ka​na​pie  w  oto​cze​niu  dzie​ci.  Za​uwa​ży​ła  go  i  po​sła​ła  mu
uśmiech. Ru​chem gło​wy dał jej znak, by po​szła za nim, ale wte​dy wła​śnie za​trzy​-
ma​ła ją jego sio​stra Ala​na.

Cu​dow​nie, że wszy​scy po​lu​bi​li Lucy. Może są gło​śni, okrop​ni i wścib​scy, ale na​-

praw​dę mie​li do​bre chę​ci. Był im za to wdzięcz​ny. Ale na te​raz wy​star​czy. Pod​-
szedł do Lucy po​grą​żo​nej w roz​mo​wie z sio​strą.

– Czy mogę po​rwać Lucy?
– Miło, że wpa​dłeś – po​wi​ta​ła go Ala​na. – Gdy​bym była Lucy, też bym za cie​bie

nie wy​szła.

– A wszy​scy dzi​wią się, że nie przy​pro​wa​dzam ni​ko​go na te ko​la​cje – od​gryzł

się, bio​rąc Lucy za rękę.

Za​pro​wa​dził  ją  na  górę  do  wol​nej  sy​pial​ni.  Po​tem  wziął  ją  w  ra​mio​nach  i  od​-

wró​cił twa​rzą do sie​bie.

– No, no…
Po​pa​trzy​ła kry​tycz​nie na dół, a po​tem na nie​go.
– Wiem, je​stem ogrom​na.
– Nie, wy​glą​dasz prze​pięk​nie.
– Och, to ta su​kien​ka – od​par​ła i po​gła​dzi​ła je​dwab​ny ma​te​riał na brzu​chu.
Je​śli miał​by być szcze​ry, to na​wet nie za​uwa​żył, co mia​ła na so​bie, ale te​raz,

gdy się przyj​rzał, uznał, że su​kien​ka mu się po​do​ba. Była ni​czym… lu​kier na cie​-
ście. Choć w ju​to​wym wor​ku Lucy też by go po​cią​ga​ła.

– Nie cho​dzi o su​kien​kę, ale o cie​bie. – Za​czer​wie​ni​ła się z za​do​wo​le​nia. – Tak

mi przy​kro. Chcia​łem być przy to​bie, kie​dy wszyst​kich po​zna​wa​łaś.

– Nie ma spra​wy.
Po​krę​cił prze​czą​co gło​wą.
Wła​śnie że jest.
– Na​praw​dę. My​ślę, że do​brze się sta​ło. Do​brze też, że nie wie​dzia​łam o ko​la​-

cji. Ina​czej pew​nie zna​la​zła​bym pre​tekst, żeby nie wziąć w niej udzia​łu.

– Jak to nie wie​dzia​łaś o ko​la​cji? Prze​cież to ostat​ni pią​tek mie​sią​ca.
– Tak, ale wy​le​cia​ło mi z gło​wy. Ostat​nio tyle się dzia​ło.
Co za po​wścią​gli​wość.

background image

– Lucy, jesz​cze raz prze​pra​szam… Po pro​stu ko​la​cje u dziad​ków od​by​wa​ją się

re​gu​lar​nie, od​kąd pa​mię​tam. Na​wet nie do koń​ca bio​rę w nich udział świa​do​mie.
Po pra​cy wsia​dam w sa​mo​chód, a on sam mnie tu przy​wo​zi.

– Daj spo​kój, przy​jem​nie spę​dzi​łam czas. Non​no  wca​le  nie  jest  taki  strasz​ny.

Zresz​tą nikt z ro​dzi​ny nie jest strasz​ny.

– A cze​go się spo​dzie​wa​łaś?
– No – za​wa​ha​ła się – nie przed​sta​wia​łeś ich w naj​lep​szym świe​tle, więc…
Nie, to nie​moż​li​we. Na​praw​dę tak kry​tycz​nie wy​ra​żał się o ro​dzi​nie?
– A przy oka​zji, kto to jest Car​rie?
– Żona Roba. Dziś jej nie wi​dzia​łem.
– O ile wiem, jest w Los An​ge​les. Wszy​scy py​ta​li się, czy już ją po​zna​łam. Za​-

kła​dam, że nie bez po​wo​du.

Pew​nie, że nie.
– Jest naj​lep​szą przy​ja​ciół​ką Ali​ce.
– Och, już ro​zu​miem – rze​kła i po​pro​si​ła: – Wiem, że do​pie​ro przy​je​cha​łeś, ale

czy mo​gli​by​śmy już wra​cać? Albo choć pod​rzuć mnie do domu. Pa​dam z nóg.

– A mia​łaś od​po​czy​wać.
–  I  od​po​czy​wa​łam  zgod​nie  z  za​le​ce​niem.  My​ślę,  że  to  cze​ka​nie  mnie  wy​kań​-

cza.

– Ro​zu​miem, że dok​tor się nie ode​zwał.
Po​trzą​snę​ła gło​wą.
– Mia​łam taką na​dzie​ję, ale mało praw​do​po​dob​ne, żeby dzwo​nił w nocy, nie są​-

dzisz?

Mia​ła  ra​cję.  Mu​szą  po​cze​kać  do  po​nie​dział​ku,  a  więc  ry​su​je  się  przed  nimi

nie​zwy​kle dłu​gi week​end.

Gdy  po​sta​no​wi​li  wra​cać,  była  ósma  trzy​dzie​ści,  a  gdy  uda​ło  im  się  wsiąść  do

sa​mo​cho​du, do​cho​dzi​ła dzie​wią​ta. Lucy nie mia​ła po​ję​cia, że że​gna​nie się może
tyle trwać. Nie pa​mię​ta, kie​dy ostat​nio tyle razy zo​sta​ła uści​ska​na i wy​ca​ło​wa​-
na… Ro​dzi​na Ca​ro​sel​lich była gło​śna i wścib​ska, ale jed​no​cze​śnie cu​dow​na. Pra​-
wie po​czu​ła się jej czę​ścią.

– Więc tak to jest żyć w du​żej ro​dzi​nie – pod​su​mo​wa​ła.
– W zde​cy​do​wa​nie zwa​rio​wa​nej ro​dzi​nie.
– Ale nie za​mie​nił​byś jej na inną.
– No, nie wiem. Mógł​bym po​ne​go​cjo​wać. – Zer​k​nął na nią z uśmie​chem. – Co

pro​po​nu​jesz?

– Uwa​żaj, cze​go so​bie ży​czysz. – Przy​ję​ła​by ich z miej​sca, a z chę​cią od​da​ła​by

ko​muś swo​ją mamę w za​mian.

– Może nie za​mie​nił​bym jej na inną – stwier​dził – ale z przy​jem​no​ścią bym ich

ko​muś wy​po​ży​czył.

Ro​dzi​na z wy​po​ży​czal​ni? Czy to nie lep​sze niż brak ro​dzi​ny?
– Two​ja mama była dla mnie nie​zwy​kle miła i na​praw​dę po​lu​bi​łam wuja De​mi​-

tria.

– Tak, ko​cham wuja Lea, ale z ja​kie​goś po​wo​du De​mi​trio za​wsze był mi bliż​-

background image

szy.

– Je​steś do nie​go nie​zwy​kle po​dob​ny.
– Na​praw​dę?
Czyż​by tego nie za​uwa​żył? Czy męż​czyź​ni ni​g​dy nie prze​glą​da​ją się w lu​strze?
– Czy on i two​ja mama za sobą nie prze​pa​da​ją? Kie​dy we​szła do kuch​ni, po​ja​-

wi​ło się na​pię​cie.

–  Sta​re  spra​wy,  zresz​tą  nie  wiem.  Kil​ka  mie​się​cy  temu  oj​ciec  i  De​mi​trio  po​-

przty​ka​li się, wła​ści​wie do​szło do praw​dzi​wej awan​tu​ry.

– Se​rio?
– Leo mu​siał ich roz​dzie​lać. Chy​ba mia​ło to ja​kiś zwią​zek z tym, że moja mama

cho​dzi​ła kie​dyś z De​mi​triem.

– Kie​dy? – A to cie​ka​we.
– Za​nim za​cią​gnął się do ar​mii. Gdy wy​je​chał, mama za​czę​ła spo​ty​kać się z oj​-

cem.

– To mu​sia​ło być dla two​jej mamy trud​ne. Ona i dwaj bra​cia.
–  Może  to  na​dal  bu​dzi  złe  emo​cje.  Praw​dę  mó​wiąc,  sta​ram  się  od  tego  trzy​-

mać z da​le​ka.

Za​nie​mó​wi​ła ze zdu​mie​nia. Naj​wy​raź​niej Tony nie zda​je so​bie spra​wy z tego,

co  jej  wy​da​wa​ło  się  oczy​wi​ste.  De​mi​trio  może  być  jego  oj​cem.  Czy  dla​te​go
dziad​ko​wie byli z po​cząt​ku wro​go na​sta​wie​ni do Sa​rah? Może to nie​co na​cią​ga​-
ne, ale, pra​cu​jąc jako bar​man​ka, Lucy na​uczy​ła się jed​nej rze​czy: każ​dy ma ja​kiś
se​kret,  nie​za​leż​nie  od  po​cho​dze​nia  lub  sta​tu​su  spo​łecz​ne​go.  W  tym  przy​pad​ku
dość ła​two to od​kryć. To zna​czy: gdy​by Tony na​praw​dę był sy​nem De​mi​tria, ktoś
by to już daw​no od​krył. Pu​ści​ła wo​dze wy​obraź​ni. Po raz ko​lej​ny.

–  Skąd  to  na​głe  za​in​te​re​so​wa​nie  wu​jem?  –  za​py​tał  Tony,  a  ona  za​sta​na​wia​ła

się, czy po​win​na mu wspo​mnieć o swo​ich po​dej​rze​niach. Do​szła jed​nak do wnio​-
sku, że chy​ba nie. Po co wy​wo​ły​wać wil​ka z lasu?

– Tak tyl​ko py​tam – od​par​ła, a on przy​jął tę wy​mów​kę bez za​strze​żeń. Za​nim

do​je​cha​li do domu, uzna​ła swo​je po​dej​rze​nia za ab​sur​dal​ne. Poza tym to nie jej
spra​wa.

Tony pod​wiózł ją pod bu​dy​nek i po​pro​sił, by nie cze​ka​ła, aż za​par​ku​je.
Gdy usły​sza​ła, że wcho​dzi do miesz​ka​nia, mia​ła już na so​bie pi​ża​mę i sie​dzia​ła

w łóż​ku, szu​ka​jąc w tor​bie te​le​fo​nu. Tony chciał ku​pić jej de​si​gner​ską to​reb​kę,
co oczy​wi​ście wy​śmia​ła. Wy​da​wa​ło jej się zdu​mie​wa​ją​ce, że ktoś przy zdro​wych
zmy​słach jest go​tów pła​cić set​ki do​la​rów za ka​wa​łek skó​ry z kie​sze​nia​mi z po​-
wo​du na​zwi​ska pro​jek​tan​ta. Za tę kwo​tę mo​gła prze​cież żyć przez mie​siąc. Gdy
po​mysł z to​reb​ką nie wy​pa​lił, Tony za​pro​po​no​wał nowy ple​cak – oczy​wi​ście sy​-
gno​wa​ny – ale za nie​go też po​dzię​ko​wa​ła. Jej ple​cak był jesz​cze cał​kiem do​bry,
nie li​cząc kil​ku plam i prze​tar​tych miejsc, a po​nad​to czu​ła się do nie​go przy​wią​-
za​na. Zna​la​zła go wśród rze​czy po​rzu​co​nych przez klien​tów w dzień, kie​dy Tony
po raz pierw​szy przy​szedł do baru.

– A niech to, co za re​kor​do​we tem​po – oznaj​mił Tony, za​glą​da​jąc do sy​pial​ni –

Już w pi​ża​mie?

background image

– To cud, że jesz​cze nie pa​dłam.
– Mogę coś za​brać z sza​fy?
– Bierz – od​po​wie​dzia​ła.
Do​pó​ki  nie  usta​lą  za​sad  współ​ży​cia,  wspól​nie  ko​rzy​sta​li  z  jego  sza​fy.  Była

o  wie​le  za  duża  jak  na  nich  dwo​je.  Tony  jako  ty​po​wy  ka​wa​ler  ubra​nia  trzy​mał
w ko​szu sto​ją​cym koło su​szar​ki. Wy​grze​by​wał je stam​tąd, od​pra​so​wy​wał – wiel​-
kie szczę​ście, że miał że​laz​ko – i wkła​dał na sie​bie. Lucy zna​la​zła wresz​cie te​le​-
fon i zer​k​nę​ła na ekran:

– O Boże, dzwo​nił!
– Dok​tor? – Tony wy​nu​rzył się z sza​fy.
–  Dzie​sięć  mi​nut  temu.  Te​le​fon  był  w  ple​ca​ku.  –  Jej  ser​ce  za​czę​ło  wa​lić  tak

moc​no,  że  po​czu​ła  lek​ki  ból  gło​wy.  –  Jaki  le​karz  dzwo​ni  do  pa​cjen​ta  w  pią​tek
o dzie​wią​tej wie​czór?

– Za​pra​co​wa​ny.
– Zo​sta​wił wia​do​mość. Boję się od​słu​chać.
Tony pod​szedł do niej z wy​cią​gnię​tą ręką.
– Daj apa​rat. Ja od​słu​cham.
Wy​stu​ka​ła nu​mer pocz​ty gło​so​wej i po​da​ła mu ko​mór​kę. Tony słu​chał nie dłu​-

żej niż dzie​sięć se​kund.

– Zo​sta​wił nu​mer ko​mór​ki i pro​sił, żeby za​dzwo​nić, kie​dy bę​dzie nam od​po​wia​-

dać. O do​wol​nej po​rze.

No tak, wszyst​ko ja​sne. Tony po​dał jej te​le​fon, usiadł obok niej i oto​czył ra​mie​-

niem.

– To nie ozna​cza złych wia​do​mo​ści.
Włą​czy​ła  tryb  gło​śno​mó​wią​cy  i  wy​bra​ła  nu​mer.  Dok​tor  Han​nan  ode​brał  po

dru​gim sy​gna​le.

– Do​bry wie​czór, Lucy.
– Skąd pan wie​dział, że to ja?
– Wy​świe​tlił mi się nu​mer.
Oczy​wi​ście, jak​że​by ina​czej.
- Wszyst​ko w po​rząd​ku. Z tobą i dziec​kiem – oznaj​mił le​karz.
– Jest pan stu​pro​cen​to​wo pew​ny?
– Tak, Dziec​ko jest małe, ale zdro​we.
Od​czu​ła taką ulgę, że z tru​dem po​wstrzy​ma​ła płacz.
– Czy to ozna​cza, że nie mu​szę już tak bar​dzo uwa​żać na sie​bie?
– Tre​no​wa​nie do ma​ra​to​nu od​pa​da, ale mo​żesz wró​cić do co​dzien​nych za​jęć.

Zo​ba​czy​my się za mie​siąc. W przy​pad​ku pro​ble​mów dzwoń.

– Do​brze. Dzię​ku​ję, dok​to​rze.
– Do​bra​noc, Lucy.
Za​koń​czy​ła po​łą​cze​nie, spoj​rza​ła na Tony’ego i wy​buch​nę​ła pła​czem. Już dru​gi

raz  tego  dnia.  Tony  oto​czył  ją  ra​mie​niem.  Przy​tu​li​ła  się  i  zmo​czy​ła  mu  ko​szu​lę
łza​mi. On tym​cza​sem szep​tał jej sło​wa wspar​cia, za​pew​niał, że wszyst​ko bę​dzie
do​brze. De​spe​rac​ko tego chcia​ła, jed​nak nie mo​gła po​zbyć się złych prze​czuć.

background image

Na szczę​ście ten atak pła​czu na​le​żał do krót​kich i gdy łzy usta​ły, Tony po​dał jej

chu​s​tecz​kę, mó​wiąc:

– Już le​piej?
Po​cią​gnę​ła no​sem i przy​tak​nę​ła.
– Prze​pra​szam. Mu​sia​łam być nie​źle ze​stre​so​wa​na.
Po​ca​ło​wał ją w czo​ło, po​cie​ra​jąc skó​rę za​ro​stem.
– Wszyst​ko bę​dzie okej. Nie mu​sisz już się wię​cej mar​twić.
Trzy​mał  jej  twarz  w  rę​kach  i  pa​trzył  jej  w  oczy,  któ​re  na  pew​no  są  wil​got​ne

i za​czer​wie​nio​ne, po​my​śla​ła Lucy.

– Wyjdź za mnie – po​pro​sił. – Nie myśl, po pro​stu po​wiedz tak.
Sło​wo na „t” po​ja​wi​ło się na koń​cu ję​zy​ka. Pra​gnę​ła je wy​po​wie​dzieć, ale nie

była w sta​nie. Nie chcia​ła mał​żeń​stwa z roz​sąd​ku.

– Lucy?
Tym ra​zem pa​trzył na nią ja​koś ina​czej i gdy​by nie zna​ła go le​piej, uzna​ła​by, że

jest to spoj​rze​nie oso​by za​ko​cha​nej. Umysł znów pła​ta jej fi​gle. Wi​dzi to, co chce
zo​ba​czyć.

– Wiem, uwa​żasz, że tak bę​dzie naj​le​piej dla dziec​ka…
– Może tak bę​dzie naj​le​piej dla mnie.
No cóż, fak​tycz​nie. Czyż nie dla​te​go na​le​gał? Gdy zdał so​bie spra​wę z tego, co

po​wie​dział, po​trzą​snął gło​wą.

– Nie, nie o to mi cho​dzi​ło. Tak bę​dzie le​piej dla nas. Dla na​szej trój​ki.
Nie do koń​ca go ro​zu​mia​ła.
– Nie mogę.
Sfru​stro​wa​ny wy​pu​ścił gwał​tow​nie po​wie​trze z płuc.
– To zna​czy, że nie wyj​dziesz za mnie?
– Nie mogę, nie wyj​dę. To bez róż​ni​cy.
– Nie zga​dzam się – oznaj​mił, jak​by miał ja​kiś wy​bór.
Po​wiedz, że mnie ko​chasz i nie mo​żesz beze mnie żyć, chcia​ła od​po​wie​dzieć.

Na​wet je​śli to nie​praw​da. Ale pew​nie by się zgo​dzi​ła. A gdy​by tak zro​bi​ła, jej ży​-
cie sta​ło​by się kłam​stwem.

– Osza​le​ję przez cie​bie – pod​jął Tony, do​ty​ka​jąc czo​łem jej gło​wy. – Gdy​byś tyl​-

ko…

– Gdy​bym co? – Zła​ma​ła za​sa​dy? Stra​ci​ła god​ność?
Wy​dał z sie​bie pe​łen fru​stra​cji po​mruk, od​szedł od łóż​ka i za​czął prze​mie​rzać

sy​pial​nię ni​czym dzi​kie zwie​rzę klat​kę. Co go tak roz​wście​czy​ło?

– Po​słu​chaj – po​wie​dzia​ła. – Wiem, że je​steś przy​zwy​cza​jo​ny, że za​wsze do​sta​-

jesz to, co chcesz, ale…

– Żar​ty so​bie ze mnie stro​isz? – Od​wró​cił się w jej stro​nę. – Kie​dy do​sta​łem to,

cze​go chcia​łem?

Nie mia​ła po​ję​cia, co od​po​wie​dzieć, choć od​nio​sła wra​że​nie, że jest to py​ta​nie

re​to​rycz​ne.

– Pra​cu​ję, ro​bię ka​rie​rę, któ​rą gar​dzę, ze wzglę​du na ro​dzi​nę. – Mó​wił co​raz

wyż​szym to​nem. – Za​wsze ro​bi​łem to, cze​go ode mnie ocze​ki​wa​no. I co z tego

background image

mam? Nie mogę na​wet oże​nić się z ko​bie​tą, któ​rą ko​cham. Więc po​wiedz, pro​-
szę, jak to jest, że do​sta​ję to, cze​go chcę?

Prze​sta​ła go słu​chać przy sło​wie „ko​cham”. Sły​sza​ła, że da​lej mówi, wi​dzia​ła

jego  po​ru​sza​ją​ce  się  usta,  roz​po​zna​wa​ła  dźwię​ki,  ale  zna​cze​nie  jej  umy​ka​ło.
Prze​rwa​ła mu w pół sło​wa.

– Co wła​śnie po​wie​dzia​łeś?
Otwo​rzył usta, a po​tem je za​mknął. Zmarsz​czył czo​ło.
– O któ​ry frag​ment cho​dzi?
– Kie​dy po​wie​dzia​łeś, że mnie ko​chasz?
Przy​mknął oczy.
–  Prze​pra​szam,  wy​mknę​ło  mi  się.  –  Jest  mu  przy​kro?  –  Nie  –  cią​gnął.  –  Pie​-

przyć to. Nie jest mi przy​kro. Pew​nie jesz​cze bar​dziej się ode mnie od​su​niesz,
ale… Lucy, ko​cham cię.

Dla​cze​go  z  tego  po​wo​du  mia​ła​by  się  od  nie​go  od​su​nąć?  Otwo​rzy​ła  usta,  by

o to za​py​tać, ale nie zdo​ła​ła mu prze​rwać.

– Wiem, że chy​ba to ostat​nia rzecz, jaką chcesz w tej chwi​li usły​szeć – kon​ty​-

nu​ował.

Ostat​nia rzecz? Czyż​by?
– Ale mu​sia​łem to po​wie​dzieć, choć pró​bo​wa​łem z tym wal​czyć. A żeby być już

cał​kiem szcze​ry…

– Tony!
– Co?
– Och, za​mknij się już, pro​szę – rze​kła i za​nim zdo​łał się ode​zwać, po​ca​ło​wa​ła

go.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Lucy  nie  była  pew​na,  jak  to  się  sta​ło,  że  wy​lą​do​wa​li  w  łóż​ku.  Albo  jak  Tony

zdo​łał ścią​gnąć z nich ubra​nia tak szyb​ko. Do li​cha, po​tra​fił być szyb​ki, gdy mu
za​le​ża​ło.  Jego  za​pach,  smak  ust,  za​rost  na  skó​rze  –  tak  bar​dzo  zna​jo​me  jak
i sam Tony. Jed​nak czu​ła eu​fo​rię i pod​nie​ce​nie, jak​by ro​bi​li to pierw​szy raz. Za​-
mknę​ła oczy i po​czu​ła, że jego war​gi de​li​kat​ne mu​ska​ją jej usta.

– Je​steś taka pięk​na – wy​szep​tał, pa​trząc na nią tak, jak​by miał do czy​nie​nia

z dzie​łem sztu​ki. Po​ca​łun​ka​mi zna​czył jej skó​rę. Były tak zmy​sło​we, że po​czu​ła,
jak pod ich wpły​wem top​nie​je, cała się roz​pły​wa.

– Obie​caj mi, że wło​żysz jesz​cze tę su​kien​kę.
– Jaką? – Dło​nie Lucy prze​su​wa​ły się po jego mu​sku​lar​nych ra​mio​nach.
– Tę, któ​rą mia​łaś dziś na so​bie – wy​ja​śnił, a jed​no​cze​śnie gła​skał jej uda. – Co

za  de​li​kat​ny  i  śli​ski  ma​te​riał…  –  Wy​da​ła  z  sie​bie  zdu​szo​ny  okrzyk,  gdy  wsu​nął
w nią pal​ce i z po​cią​ga​ją​cym uśmie​chem do​dał: – Zu​peł​nie jak ty.

Do​ty​kał jej raz nie​śpiesz​nie i de​li​kat​nie, to znów śmia​ło i na​mięt​nie, roz​pa​la​jąc

w niej wszyst​kie zmy​sły. Po​tem scho​dził co​raz ni​żej, aż do​tarł do wzgór​ka We​ne​-
ry  i  tam  tak​że  pie​ścił  ją  usta​mi.  Ogar​nę​ło  ją  obez​wład​nia​ją​ce  po​żą​da​nie.  Jego
od​dech  na  jej  skó​rze  dzia​łał  ni​czym  bry​za  pod​sy​ca​ją​ca  ogień.  Da​lej  ca​ło​wał  ją
i  pie​ścił,  mru​cząc  sło​wa,  któ​re  zle​wa​ły  się  i  mie​sza​ły,  za​tra​ca​jąc  sens.  Oplo​tła
dło​nie wo​kół jego szyi i przy​cią​gnę​ła go do sie​bie.

Wpa​da​ją​cy  przez  okno  pro​mień  księ​ży​ca  oświe​tlił  go,  pod​kre​śla​jąc  de​ta​le:

pięk​nie wy​skle​pio​ną pierś, sze​ro​kie ra​mio​na, sil​ne ręce. Splótł pal​ce z jej pal​ca​-
mi,  przy​trzy​mu​jąc  ręce  Lucy  w  gó​rze.  Po​tem  wszedł  w  nią  płyn​nym  po​wol​nym
ru​chem…

Spoj​rzał  na  nią  z  góry  za​mglo​nym  i  nie​wi​dzą​cym  wzro​kiem  i  wy​szep​tał  jej

imię. Już samo to spra​wi​ło, że pra​wie osią​gnę​ła or​gazm. Ba​lan​so​wa​ła na gra​ni​cy
tego nie​wy​obra​żal​ne​go sta​nu, a prze​bie​ga​ją​ce przez nią iskry przy​bli​ża​ły ją nie​-
uchron​nie do eks​plo​zji. Tony ca​ło​wał ją na​mięt​nie, a jed​no​cze​śnie draż​nił krót​ki​-
mi  pchnię​cia​mi  bio​der.  Przy​lgnę​ła  do  nie​go  moc​no,  wbi​ła  pa​znok​cie  w  jego  ra​-
mio​na,  wy​gię​ła  cia​ło  w  nie​cier​pli​wym  ocze​ki​wa​niu.  Ni​g​dy  do​tąd  tak  się  nie  za​-
tra​ci​ła, nie dała po​rwać po​żą​da​niu. Tony wy​mam​ro​tał coś nie​zro​zu​mia​łe​go, po​-
tem ści​snął jej ręce moc​niej i za​czął wcho​dzić w nią te​raz głę​biej, wy​no​sząc na
cał​kiem nowy po​ziom speł​nie​nia. Sły​sza​ła tyl​ko swój stłu​mio​ny jęk, gdy ogar​nę​ła
ją roz​kosz i wzię​ła w swo​je po​sia​da​nie.

Była nie​wia​ry​god​na i cu​dow​na.
Oby​dwo​je cięż​ko od​dy​cha​li. Lucy nie mia​ła stu​pro​cen​to​wej pew​no​ści, ale seks

w cią​ży wy​da​wał się bar​dziej… na​mięt​ny. Bar​dziej in​ten​syw​ny.

Czy dla​te​go czu​ła się te​raz jesz​cze bar​dziej za​gu​bio​na i nie​pew​na? Tony ją ko​-

background image

cha, chce się z nią oże​nić, a ich dziec​ko jest zdro​we. Jego ro​dzi​na ją po​lu​bi​ła, do
tego ze wza​jem​no​ścią. Wła​śnie za​czy​na mieć wszyst​ko, o czym za​wsze ma​rzy​ła.
Po​win​na try​skać szczę​ściem, więc dla​cze​go czu​je się jak oszust​ka?

Tony bez​wied​nie do​star​czył na to py​ta​nie od​po​wie​dzi. Przy​su​nął się bli​żej i po​-

ło​żył gło​wę na po​dusz​ce.

– Ko​cham cię.
On ją ko​cha? Prze​cież na​wet jej nie zna. Pra​gnę​ła go bar​dzo, ale nie za wszel​-

ką  cenę.  W  każ​dym  mo​men​cie  jej  prze​szłość  mo​gła  dać  znać  o  so​bie,  a  wte​dy
Tony po​czu​je się oszu​ka​ny. Po​wi​nien po​znać praw​dę.

Na szczę​ście to nie ta​kie trud​ne. Wy​star​czy opo​wie​dzieć mu wszyst​ko po ko​-

lei. A po​tem, je​śli na​dal bę​dzie jej pra​gnął…

–  Nie  by​łam  z  tobą  cał​kiem  szcze​ra,  je​śli  cho​dzi  o  mój  wy​jazd  na  Flo​ry​dę  –

ode​zwa​ła się.

Jej ser​ce za​czę​ło bić moc​niej, a ręce – drżeć. No da​lej, Lucy, po pro​stu mu to

po​wiedz.

– Po pierw​sze mia​łam na​dzie​ję, że po​je​dziesz za mną. – Zero re​ak​cji. – Bo…

eee… za​ko​cha​łam się w to​bie i ba​łam się to wy​znać. Wie​dzia​łam, że nie prze​pa​-
dasz za związ​ka​mi i, co może wy​dać się dziw​ne, ja też. Gdy​byś po​je​chał za mną,
zna​czy​ło​by to, że mnie ko​chasz. Dla​te​go nie po​wie​dzia​łam ci też o dziec​ku. Zda​-
wa​łam  so​bie  spra​wę,  że  ze​chcesz  po​stą​pić  ho​no​ro​wo,  ale  dla  mnie  ślub  z  roz​-
sąd​ku nie wcho​dził w ra​chu​bę.

Za​mil​kła na chwi​lę, spo​dzie​wa​jąc się, że Tony ze​chce sko​men​to​wać jej sło​wa,

gdy  na​gle  usły​sza​ła  le​ciut​kie  po​chra​py​wa​nie.  Och,  nie,  czyż​by…  Pod​nio​sła  się
i zo​ba​czy​ła jego twarz. Spał jak ka​mień.

W  so​bot​ni  po​ra​nek  Tony  obu​dził  się  o  dzie​sią​tej  trzy​dzie​ści,  po  dłu​gim  śnie,

naj​głęb​szym, jaki zda​rzył mu się w tym ty​go​dniu. Su​per. Czy mi​nął za​le​d​wie ty​-
dzień? Tak wie​le się wy​da​rzy​ło, a wczo​raj w nocy na​stą​pił w ich związ​ku prze​-
łom.  Naj​trud​niej​sze  spra​wy  mają  już  za  sobą  i  mogą  te​raz  ru​szać  na​przód.
W pew​nym sen​sie za​cząć od nowa.

Wło​żył  szla​frok  i  po​szedł  po​szu​kać  Lucy,  ale  zna​lazł  tyl​ko  na  swo​im  lap​to​pie

na​pi​sa​ną przez nią kart​kę. Ogar​nę​ło go prze​ra​że​nie. Czyż​by ubie​gła noc oka​za​-
ła się ka​ta​stro​fal​nym błę​dem? Tak ją wy​stra​szy​ła, że ucie​kła? Się​gnął po pa​pier
i z nie​po​ko​jem za​czął czy​tać.

Ko​cha​ny  Tony,  NIE  WY​JE​CHA​ŁAM.  Od  razu  wy​ja​śniam,  bo  pew​nie  tak  wła​-

śnie po​my​śla​łeś, gdy zo​ba​czy​łeś tę kart​kę.

Po​trzą​snął gło​wą i się uśmiech​nął. Zna​ła go na wy​lot.
Je​stem  z  Two​ją  mamą.  Za​dzwo​ni​łam  do  niej  rano,  żeby  prze​ka​zać  wie​ści

o dziec​ku, a ona wy​cią​gnę​ła mnie na za​ku​py. Wczo​raj za​sną​łeś, więc nie mia​-
łam oka​zji, żeby Ci po​wie​dzieć, jak było miło. Wię​cej niż miło.

On też, ale…
Okej, a te​raz na po​waż​nie.

background image

No, te​raz się za​cznie.
Ko​cham Cię. Wiem, że To​bie też wy​da​je się, że mnie ko​chasz, ale tak na​praw​-

dę wca​le mnie nie znasz. Może brzmi to bez​sen​sow​nie, ale za​raz zro​zu​miesz.
Zrób coś dla mnie. Pa​mię​tasz, mó​wi​łam Ci, że pro​wa​dzę dzien​nik?

Oczy​wi​ście, że pa​mię​tał. Za​czę​ła go pro​wa​dzić w ra​mach pro​jek​tu szkol​ne​go,

a po​tem kon​ty​nu​owa​ła. Cza​sa​mi, gdy była u nie​go, sia​da​ła z lap​to​pem i pi​sa​ła.

Ni​g​dy nie są​dzi​łam, że ko​go​kol​wiek o to po​pro​szę, ale chcę, że​byś go prze​-

czy​tał. Mu​szę Cię jed​nak ostrzec, że bę​dzie do dłu​ga lek​tu​ra i że do​wiesz się
wie​lu  rze​czy,  o  któ​rych  wo​la​ła​byś  nie  wie​dzieć.  Z  góry  prze​pra​szam.  Jed​nak
MU​SISZ je po​znać. Je​śli po prze​czy​ta​niu CA​ŁO​ŚCI na​dal bę​dziesz chciał mnie
po​ślu​bić  (choć  cał​ko​wi​cie  zro​zu​miem,  je​śli  zmie​nisz  zda​nie),  to  moja  od​po​-
wiedź brzmi „tak” – pra​gnę wyjść za Cie​bie za mąż. W mej​lu wy​sy​łam link do
stro​ny, na​zwę użyt​kow​ni​ka i ha​sło.

Ko​cham Cię, Lucy

Za​sko​czo​ny odło​żył list i przez kil​ka mi​nut stał bez ru​chu, tra​wiąc prze​czy​ta​ne

sło​wa i pa​trząc na za​mknię​ty lap​top. Pra​wie bał się go otwo​rzyć. Mu​sia​ła​by zro​-
bić  coś  na​praw​dę  strasz​ne​go,  by  prze​stał  ją  ko​chać.  Na  pew​no  prze​sa​dza​ła…
A je​śli nie? Do​bra, jest tyl​ko je​den spo​sób, żeby się prze​ko​nać.

Zro​bił so​bie ku​bek moc​nej kawy, a po​tem usiadł przy sto​li​ku i otwo​rzył kom​pu​-

ter. Mejl z po​trzeb​ny​mi da​ny​mi do​szedł, a jego oba​wy tak się na​si​li​ły, że lo​gu​jąc
się, miał na​dzie​ję, że ja​kimś szczę​śli​wym tra​fem do​stęp do stro​ny bę​dzie za​blo​-
ko​wa​ny. Jed​nak za​lo​go​wa​nie się po​wio​dło.

Wpi​sy,  po​dzie​lo​ne  na  lata,  za​czy​na​ły  się,  gdy  Lucy  mia​ła  je​de​na​ście  lat.  Naj​-

now​szy po​wstał o pią​tej czter​dzie​ści rano. Oparł się chę​ci przej​ścia od razu do
ostat​nich za​pi​sków, przy​pusz​czal​nie naj​waż​niej​szych, i za​czął od po​cząt​ku. Not​-
ki  z  pierw​szych  mie​się​cy  przed​sta​wia​ły  ty​po​we  pro​ble​my  na​sto​la​tek.  Nie  mógł
po​zbyć się wra​że​nia, że mar​nu​je czas, a z Lucy wy​ła​zi głę​bo​ko skry​wa​ny po​ciąg
do  dra​ma​ty​zo​wa​nia.  Z  tru​dem  do​cią​gnął  do  koń​ca  czę​ści  pi​sa​nej  w  ra​mach
szkol​ne​go pro​jek​tu – a wraz z nią znik​nął też ide​al​ny lu​kro​wa​ny świat, któ​ry opi​-
sy​wa​ła. Ko​lej​ny wpis za​czy​nał się bo​wiem od słów: „Znów eks​mi​sja. Wró​ci​łam ze
szko​ły, a wszyst​kie moje rze​czy znaj​do​wa​ły się w kon​te​ne​rze na śmie​ci”. A po​-
tem za​czę​ła się jaz​da bez trzy​man​ki.

Po prze​czy​ta​niu wpi​sów z na​stęp​nych dwóch ty​go​dni po​czuł ucisk w żo​łąd​ku.

Opis ko​lej​nych dwóch ty​go​dni spra​wił, że ze​bra​ło mu się na wy​mio​ty. Na​sto​lat​ki
zwy​kle no​to​wa​ły w dzien​ni​kach imio​na naj​mod​niej​szych gwiazd popu lub chło​pa​-
ków, z któ​ry​mi chcia​ły​by się ca​ło​wać. Nie, że „chło​pak” mamy pró​bo​wał je ob​-
ma​cy​wać,  gdy  ona  tego  nie  wi​dzia​ła.  Albo  o  tym,  że  bu​dzą  się  w  środ​ku  nocy
i wi​dzą, że inny „chło​pak” ro​bił im we śnie zdję​cia. Gdy koń​czył lek​tu​rę wpi​sów
z pierw​sze​go roku, po​waż​nie roz​wa​żał wy​na​ję​cie ko​goś od mo​krej ro​bo​ty, by za​-
jął  się  mat​ką  Lucy.  Był  Wło​chem,  po​tra​fił  do​trzeć  do  kogo  trze​ba.  Mat​ka  Lucy
na​le​ża​ła do lu​dzi, któ​rzy ży​wią się cier​pie​niem in​nych, a Tony, któ​ry uczęsz​czał
w col​le​ge’u na za​ję​cia z psy​cho​lo​gii, umiał roz​po​znać ce​chy so​cjo​pa​ty. Nikt ob​-

background image

da​rzo​ny su​mie​niem nie trak​to​wał​by swo​jej cór​ki tak jak mat​ka Lucy. Była wcie​-
lo​nym złem.

Przy​po​mniał so​bie, jak cza​sem skar​żył się Lucy na swo​ją ro​dzi​nę i po​czuł się

znie​sma​czo​ny. Jego dzie​ciń​stwo, całe jego ży​cie, było pie​przo​ną uto​pią w po​rów​-
na​niu z tym, co ona prze​szła. W wie​ku sie​dem​na​stu lat wy​pro​wa​dzi​ła się z domu
i za​miesz​ka​ła ze zna​jo​mym. Ale wkrót​ce zna​jo​my za​czął być zbyt przy​ja​ciel​ski,
a Lucy, nie​sko​ra do po​głę​bia​nia w ten spo​sób ich przy​jaź​ni, zna​la​zła się na bru​-
ku. Przez na​stęp​ne lata żyła z dnia na dzień, czę​sto zmie​nia​jąc ad​re​sy i na​wią​zu​-
jąc prze​lot​ne zna​jo​mo​ści. Gdy coś do​bre​go zda​rza​ło się w jej ży​ciu, inne rze​czy
od razu na​wa​la​ły. Zu​peł​nie jak​by mia​ła złą kar​mę.

Wte​dy po​zna​ła Tony’ego. Choć mi​nął już po​nad rok, wspo​mnie​nie tam​tej nocy,

gdy po raz pierw​szy zo​ba​czył ją za ba​rem, na do​bre wry​ło się w jego pa​mięć. Co
za świe​żość – ta​kie było jego pierw​sze wra​że​nie. Mło​dzień​cza i try​ka​ją​ca ener​-
gią, ład​na i na​tu​ral​na. Nie mógł ode​rwać od niej wzro​ku. Wy​da​wa​ło mu się, że
mię​dzy nimi za​iskrzy​ło, lecz po​cząt​ko​wo za​mie​nia​li z sobą za​le​d​wie kil​ka słów,
gdy wpa​dał do baru. Gdy po raz pierw​szy za​pro​po​no​wał Lucy rand​kę, usły​szał,
że nie uma​wia się z klien​ta​mi.

We​dług dzien​ni​ka wzbu​dził jed​nak jej za​in​te​re​so​wa​nie, mia​ła więc zdu​mie​wa​-

ją​cą umie​jęt​ność ukry​wa​nia uczuć – sam ni​g​dy by się nie do​my​ślił, jak bar​dzo ją
po​cią​gał.  Jed​nak  w  cią​gu  na​stęp​nych  ty​go​dni  stop​nio​wo  prze​ła​my​wał  jej  opór.
Wte​dy też ton jej  wpi​sów uległ ra​dy​kal​nej zmia​nie.  Zu​peł​nie jak​by oglą​dał film
po​klat​ko​wy o roz​wi​ja​ją​cym się kwie​cie. Lucy po​wo​li za​czy​na​ła się otwie​rać, ufać
mu. Za​ko​chi​wać się w nim.

Ofia​ro​wa​ła mu nie​zwy​kły pre​zent – dzien​nik, któ​ry dał mu do​stęp do jej du​szy.

I mia​ła ra​cję. Od tej pory bę​dzie po​strze​gał ją, a tak​że sie​bie, w zu​peł​nie nowy
spo​sób. Rocz​na te​ra​pia nie mo​gła dać wię​cej niż ta lek​tu​ra. Gra​ni​czy​ło z cu​dem,
że po wszyst​kim, co prze​szła, po cier​pie​niach, kłam​stwach i zła​ma​nych obiet​ni​-
cach, ja​kich do​świad​czy​ła, otwo​rzy​ła się przed nim. I mu za​ufa​ła.

Wtem  usły​szał  klucz  prze​krę​ca​ny  w  drzwiach  i  uniósł  zmę​czo​ny  wzrok  znad

kom​pu​te​ra. Lucy. Ku jego uldze bez mat​ki. Gdy go uj​rza​ła, za​trzy​ma​ła się w pół
kro​ku, a na jej twa​rzy po​ja​wił się wy​raz zdzi​wie​nia.

– Je​steś cho​ry?
– Nie, dla​cze​go py​tasz?
– Już szó​sta, a ty na​dal w pi​ża​mie.
To by zna​czy​ło, że prze​sie​dział tak pra​wie sie​dem go​dzin, bez śnia​da​nia oraz

lun​chu.

– Czy​ta​łem.
Za​mru​ga​ła ocza​mi.
– Aha… To do​brze.
– To były ogrom​ne za​ku​py – za​uwa​żył. – Gdzie są te wszyst​kie rze​czy?
– Żad​na z nas nie mia​ła siły, żeby wnieść je na górę. – Zdję​ła kurt​kę. – Two​ja

mama  za​pro​si​ła  nas  na  ju​tro  na  ko​la​cję  i  przy  oka​zji  mo​że​my  za​brać  od  niej
część za​ku​pów. Oczy​wi​ście z wy​jąt​kiem rze​czy, któ​re mia​ły być do​star​czo​ne tu​-

background image

taj.

– Do​star​czo​ne?
– Me​ble, któ​re two​ja mama ku​pi​ła – wy​ja​śni​ła Lucy z miną cier​pięt​ni​cy. – Pro​-

te​sto​wa​łam, ale nic nie zdo​ła​ło jej po​wstrzy​mać.

Za​mil​kła i za​czę​ła gryźć dol​ną war​gę, zwró​co​na do nie​go, i wła​ści​wie na nie​go

nie pa​trząc, spy​ta​ła:

– Więc wszyst​ko prze​czy​ta​łeś?
– Wy​star​cza​ją​co dużo. Pra​wie wszyst​ko.
– Nie mam po​ję​cia, gdzie je po​mie​ści​my. Te me​ble. O ile jesz​cze…
– Ja​kie me​ble?
– Dzie​cię​ce. Z klo​no​we​go drze​wa, do​bre i dla chłop​ca, i dla dziew​czyn​ki. A ko​-

ły​ska zmie​nia się w łó​żecz​ko, co jest świet​nym roz​wią​za​niem. Kom​plet z pię​ciu
ele​men​tów.

– Więc to chy​ba roz​strzy​ga spra​wę – oznaj​mił.
– Co roz​strzy​ga?
Tu zro​bił dra​ma​tycz​ną pau​zę dla wzmoc​nie​nia efek​tu i za​wa​żył, że Lucy fak​-

tycz​nie wstrzy​ma​ła od​dech.

– Po​trze​bu​je​my wię​cej prze​strze​ni.
– My to zna​czy ty i dziec​ko?
– My to zna​czy na​sza trój​ka.
– Mamy wy​na​jąć inne miesz​ka​nie?
– To nie​zbyt prak​tycz​ne. – Po​trzą​snął gło​wą.
– Ku​pić miesz​ka​nie?
– Nie. Uwa​żam, że po​trze​bu​je​my domu.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

– Chcesz, że​by​śmy żyli w domu? Wspól​nie?
–  Czy  nie  tak  ro​bią  lu​dzie  po  ślu​bie?  Mają  dzie​ci,  ku​pu​ją  domy.  Żyją  dłu​go

i szczę​śli​wie. I tak da​lej.

– Na​dal chcesz się ze mną oże​nić?
– Czy nie tak się robi, gdy się ko​goś ko​cha?
Ogar​nę​ło ją po​czu​cie bez​tro​skiej lek​ko​ści.
– Też cię ko​cham.
Wziął ją w ra​mio​na i przy​tu​lił bar​dzo moc​no.
– Na​praw​dę się ba​łam, że kie​dy prze​czy​tasz dzien​nik, twój sto​su​nek do mnie

zmie​ni się – po​wie​dzia​ła przy​tłu​mio​nym przez jego szla​frok gło​sem.

– Fak​tycz​nie, tak się sta​ło. By​łaś moją naj​lep​szą przy​ja​ciół​ką, moją po​wier​ni​-

cą, ko​bie​tą, któ​rą ko​cham. – Uniósł jej twarz tak, by jej spoj​rzeć w oczy. – Te​raz
je​steś dla mnie wzo​rem.

– Mia​ła​bym być dla ko​goś wzo​rem? – Za​mru​ga​ła.
– Je​steś naj​dziel​niej​szą oso​bą, jaką znam.
– Su​per, ale jed​nak kimś, kogo nie zna​łeś.
– Nie, oka​za​ło się po pro​stu, że je​steś lep​sza, niż mi się wy​da​wa​ło.
– Ale moje po​cho​dze​nie, moja ro​dzi​na…
– Ty i two​ja ro​dzi​na to dwie róż​ne rze​czy. A je​śli o mnie cho​dzi, to uwa​żam, że

po​win​naś za​po​mnieć o tej dzie​jo​wej po​mył​ce, czy​li o swo​jej mat​ce. Wła​ści​wie to
na​le​gam.

–  Nie  chcia​ła  mieć  dziec​ka  –  wy​zna​ła  Lucy.  –  In​te​re​so​wa​ły  ją  tyl​ko  ali​men​ty,

któ​re mo​gła wy​cią​gać. Nie prze​wi​dzia​ła jed​nak, że źró​dło do​cho​dów tak szyb​ko
umrze. – Po​ło​ży​ła rękę na brzu​chu. – Mam go​rą​cą na​dzie​ję, że na​sze dziec​ko nie
odzie​dzi​czy ge​nów z mo​jej stro​ny.

–  Lucy,  na​sze  dziec​ko  bę​dzie  ta​kie  jak  ty:  in​te​li​gent​ne,  sil​ne,  dziel​ne,  pra​we.

Bę​dzie mia​ło ser​ce ze szcze​re​go zło​ta i zdol​no​ści, któ​re wy​ko​rzy​sta do ro​bie​nia
pięk​nych i za​ska​ku​ją​cych rze​czy.

Jego sło​wa po​zba​wi​ły ją tchu.
– Czy tak wła​śnie mnie po​strze​gasz? Ojej. To chy​ba naj​mil​sza rzecz, jaką kie​-

dy​kol​wiek usły​sza​łam.

– Więc naj​wyż​szy czas, żeby to ktoś do​bit​nie po​wie​dział. Je​steś wy​jąt​ko​wa.
– Ro​bię nędz​ną mar​ga​ri​tę.
– Umiesz słu​chać lu​dzi.
– Lu​bię po​zna​wać ich hi​sto​rie. Nie jest to ja​kiś szcze​gól​ny ta​lent.
– Wiesz, z cze​go zda​łem so​bie spra​wę, czy​ta​jąc twój dzien​nik? Że ty też masz

dużo do opo​wie​dze​nia.

background image

– A co mia​ła​bym opo​wie​dzieć?
– Chcę ci coś za​pro​po​no​wać, co za​pew​ne nie wzbu​dzi two​je​go en​tu​zja​zmu, ale

wy​słu​chaj mnie, pro​szę.

– Okej.
– Uwa​żam, że po​win​naś opu​bli​ko​wać dzien​nik.
– Opu​bli​ko​wać? Nie zda​jesz so​bie pra​wy, ja​kie mia​łam opo​ry, żeby po​ka​zać go

to​bie.  Nie  wy​obra​żam  so​bie,  żeby  wszy​scy  w  cy​ber​prze​strze​ni  mie​li  do  nie​go
do​stęp.

– Nie, to zły po​mysł. My​ślę, że po​win​naś go wy​dać w wer​sji książ​ko​wej.
Cof​nę​ła się o krok. On żar​tu​je.
– Wy​słu​chaj mnie. To, przez co prze​szłaś… – Po​trzą​snął gło​wą, jak​by pró​bu​jąc

ode​pchnąć na​tłok ob​ra​zów w gło​wie. – Nie cho​dzi tyl​ko o cie​bie. Mo​gła​byś po​-
móc in​nym lu​dziom.

– W jaki spo​sób?
– Prze​ko​nu​jąc ich, że nie są sami. Wy​ko​rzy​stu​jąc ta​lent, któ​ry wiem, że masz.

Uczu​cia izo​la​cji i sa​mot​no​ści są naj​gor​sze, praw​da? To, że nikt nie jest w sta​nie
cię zro​zu​mieć? Mo​żesz dać lu​dziom na​dzie​ję.

Ni​g​dy tak na to nie pa​trzy​ła.
– Ale… nie je​stem prze​cież pi​sar​ką.
– Wła​śnie, że je​steś. Masz ta​lent. Nie mar​nuj go.
– Od cze​go mia​ła​bym za​cząć?
–  Je​den  z  mo​ich  ko​le​gów  z  col​le​ge’u  jest  agen​tem  li​te​rac​kim.  Chciał​bym  cię

z nim skon​tak​to​wać.

– Och, sama nie wiem, Tony.
Myśl, że lu​dzie po​zna​li​by jej prze​szłość, szcze​gól​nie ro​dzi​na Tony’ego, prze​ra​-

ża​ła ją. Czy rze​czy​wi​ście tego by chcia​ła? A może jed​nak jej obo​wiąz​kiem jest
po​moc in​nym znaj​du​ją​cym się w po​dob​nej sy​tu​acji? Wresz​cie, zna​jąc jej pe​cha,
czy książ​ka nie oka​że się to​tal​ną kla​pą? Nie wie​dzia​ła, co ro​bić.

– Po​zwól, że się za​sta​no​wię.
– Oczy​wi​ście. Mogę za​dzwo​nić do nie​go w po​nie​dzia​łek i po pro​stu po​ga​dać.

A przy oka​zji, pro​szę, nie miej wy​rzu​tów su​mie​nia z po​wo​du Ali​ce.

A więc fak​tycz​nie dużo prze​czy​tał.
– Nic na to nie po​ra​dzę, żal mi jej.
– Był to zwy​kły układ, nic wię​cej. Nikt na tym nie ucier​piał.
– Nie​za​leż​nie od wszyst​kie​go zo​sta​ła upo​ko​rzo​na. Choć to miłe, że zo​sta​wi​łeś

jej pier​ścio​nek.

– Skór​ka war​ta wy​praw​ki. A je​śli o tym mowa – Tony zmie​nił te​mat – mam coś

dla cie​bie. Daj mi tyl​ko mo​ment.

Wy​koń​czo​na wy​da​rze​nia​mi z tego na ra​zie naj​waż​niej​sze​go ty​go​dnia w jej ży​-

ciu Lucy opa​dła na ka​na​pę, zrzu​ci​ła buty i wy​cią​gnę​ła obo​la​łe nogi na sto​ją​cym
obok sto​li​ku. Tony chy​ba nie zna​lazł tego, cze​go szu​kał, po​nie​waż wró​cił z pu​-
sty​mi rę​ka​mi.

– W prze​ci​wień​stwie do cie​bie nie mam daru po​słu​gi​wa​nia się sło​wa​mi – oznaj​-

background image

mił – więc po​wiem po pro​stu… – A po​tem przy​klęk​nął przed nią, a ona wstrzy​ma​-
ła od​dech.

Trzy​maj  się,  Lucy.  Za  chwi​lę  sta​nie  się  to,  cze​go  pra​gnę​łaś,  ale  pod  żad​nym

po​zo​rem nie waż się roz​ry​czeć.

Z kie​sze​ni szla​fro​ka Tony wy​jął zie​lo​ne ak​sa​mit​ne pu​de​łecz​ko, nie​co po​żół​kłe

ze  sta​ro​ści.  Otwo​rzył  je,  a  ona  wes​tchnę​ła,  wi​dząc  w  środ​ku  pier​ścio​nek.
Z  ogrom​nym  bry​lan​tem  o  szli​fie  prin​cess,  któ​ry  mi​go​tał  w  pro​mie​niach  słoń​ca
za​glą​da​ją​ce​go przez okno. Ka​mień ota​czał wia​nu​szek ma​lut​kich ru​bi​nów.

– Lucy, spraw, żeby moje ży​cie sta​ło się peł​ne. Wyjdź…
– Tak – prze​rwa​ła mu. – Po sto​kroć tak!
– To jest pier​ścio​nek mo​jej pra​bab​ki – oświad​czył, wsu​wa​jąc go na jej pa​lec. –

Jest w mo​jej ro​dzi​nie od po​nad stu lat.

I on go jej po​wie​rza? Unio​sła dłoń. Bry​lant mi​go​tał, zło​to po​ły​ski​wa​ło. W naj​-

śmiel​szych snach nie wy​obra​ża​ła so​bie, że bę​dzie no​si​ła tak pięk​ny pier​ścio​nek.
Co oczy​wi​ście wzbu​dzi​ło w niej lęk. Co się sta​nie, je​śli go uszko​dzi albo, co gor​-
sza, zgu​bi?

– Do​sta​łem go jako naj​star​szy wnuk.
– I chcesz, że​bym go no​si​ła?
– Prze​cież sam wsu​ną​łem ci go na pa​lec.
Tak, a na do​da​tek miał ide​al​ny roz​miar. Jego pra​bab​ka mu​sia​ła być tak drob​na

jak  ona.  Zu​peł​nie  jak​by  cze​kał  na  nią.  Czyż​by  znów  pusz​cza​ła  wo​dze  fan​ta​zji.
A je​śli na​wet, co w tym złe​go? Jest szczę​śli​wa po raz pierw​szy w ży​ciu. Po​czu​ła
się,  jak​by  mo​gła  prze​no​sić  góry.  Na​wet  je​śli  to  sen,  to  niech  cho​ciaż  bę​dzie
wspa​nia​ły.

Na​stęp​ne​go  dnia  pod​czas  ko​la​cji  prze​ka​za​li  no​wi​nę  jego  ro​dzi​com,  a  mama

Tony’ego mu​sia​ła, oczy​wi​ście, za​dzwo​nić do jego sióstr. Pięt​na​ście mi​nut póź​niej
wie​dzia​ła o tym cała ro​dzi​na. Do dia​bła, może i cały świat.

Przez  pra​wie  dwa  dni  –  wy​da​wa​ło  się,  że  bez  prze​rwy  –  od​bie​ra​li  te​le​fo​ny,

mej​le  i  kart​ki  z  ży​cze​nia​mi.  Daw​niej  do​pro​wa​dzi​ło​by  go  to  do  szew​skiej  pa​sji,
ale dzien​nik Lucy spra​wił, że zmie​nił prio​ry​te​ty. Prze​stał wi​nić ro​dzi​nę za to, że
zde​cy​do​wał się na pra​cę w Ca​ro​sel​li Cho​co​la​te, bo to on pod​jął tę de​cy​zję. Był
zbyt le​ni​wy lub tchórz​li​wy, żeby opu​ścić ro​dzin​ne gniaz​do. Ale ten etap ży​cia ma
już za sobą. Te​raz zro​bi to, o czym ma​rzy. Trze​ba tyl​ko po​cze​kać na od​po​wied​ni
mo​ment.

Jed​nak  naj​pierw  musi  za​jąć  się  tym,  by  on,  Lucy  i  dziec​ko  mie​li  gdzie  miesz​-

kać.  A  to  ozna​cza  zna​le​zie​nie  domu.  Gdy  pod​jął  ten  te​mat  po​now​nie,  Lucy  za​-
kwe​stio​no​wa​ła po​mysł.

– Nie mo​żesz za​prze​czyć, że po​trze​bu​je​my więk​szej prze​strze​ni – tłu​ma​czył.

Na​wet te​raz, gdy znów dzie​lą sy​pial​nię, bra​ko​wa​ło miej​sca.

– Mo​gli​by​śmy wy​na​jąć więk​sze miesz​ka​nie – za​pro​po​no​wa​ła.
– Dom był​by po​waż​ną in​we​sty​cją.
– Co ozna​cza​ło​by uży​cie pie​nię​dzy, któ​re zbie​ra​łeś, żeby roz​po​cząć wła​sny in​-

te​res.

background image

Czy o to wła​śnie cho​dzi? O pie​nią​dze?
– Lucy, nie martw się o pie​nią​dze.
– Oczy​wi​ście, że się mar​twię! Wiem, jak nie​pew​na jest sy​tu​acja eko​no​micz​na

po re​ce​sji. Nie po​zwo​lę, że​byś wy​dał je na dom, któ​re​go nie po​trze​bu​je​my.

– Wiesz, ile za​ra​biam rocz​nie?
Po​trzą​snę​ła gło​wą i rze​kła:
– Nie mam bla​de​go po​ję​cia, ale jeź​dzisz bmw, więc za​kła​dam, że cał​kiem do​-

brze.

Żył nie​prze​sad​nie roz​rzut​nie, więc nic dziw​ne​go, że nie zda​wa​ła so​bie spra​wy

z  tego,  o  ja​kich  oszczęd​no​ściach  mowa.  Gdy  po​wie​dział  jej,  ile  za​ra​bia,  mu​siał
przy​znać, że jej mina war​ta była dwa razy tyle.

–  Czy  po​wie​dzia​łeś  mi​lion?  –  spy​ta​ła,  otwie​ra​jąc  sze​ro​ko  oczy.  –  Czy​li  je​steś

mi​lio​ne​rem?

– Są​dzi​łem, że wiesz. Czy te​raz mo​że​my ku​pić dom?
– Tak, oczy​wi​ście – zgo​dzi​ła się oszo​ło​mio​na.
Jesz​cze  tego  sa​me​go  po​po​łu​dnia  Tony  za​dzwo​nił  do  swo​je​go  agen​ta  z  biu​ra

nie​ru​cho​mo​ści.  Dwa  dni  póź​niej  do​stał  li​stę  do​mów  do  obej​rze​nia.  Więk​szość
z nich sta​no​wi​ły pra​wie nowe wil​le.

W so​bo​tę nie zna​leź​li nic. Tony’emu po​do​ba​ło się kil​ka do​mów, ale Lucy twier​-

dzi​ła, że są albo zbyt duże, albo zbyt dro​gie, albo i jed​no, i dru​gie. A i on mu​siał
przy​znać,  że  więk​szość  z  nich  nie  mia​ła  od​po​wied​nie​go  ogro​du.  Wy​da​wa​ło  się,
że nie​dzie​la też za​koń​czy się kla​pą, gdy agent otrzy​mał in​for​ma​cję o nowo wy​-
sta​wio​nym na sprze​daż domu.

– Po​trze​bu​je nie​wiel​kie​go re​mon​tu – po​in​for​mo​wał ich. – Znaj​du​je się w cie​ka​-

wej i ro​ku​ją​cej dziel​ni​cy. Je​śli szu​kasz do​brej in​we​sty​cji, to jest to. Wy​sta​wia​ją
go po​ni​żej ceny ryn​ko​wej, więc pew​nie szyb​ko zo​sta​nie sprze​da​ny.

–  Nie  za​szko​dzi  obej​rzeć.  –  Mają  jesz​cze  tro​chę  cza​su  na  re​mont,  za​nim

dziec​ko przyj​dzie na świat.

Był to sta​ry wik​to​riań​ski bu​dy​nek z pię​cio​ma sy​pial​nia​mi i ogrom​ną we​ran​dą,

róż​nią​cy się od no​wych sztam​po​wych do​mów, któ​re do​tąd wi​dzie​li. Jed​nak sama
kon​struk​cja nie bu​dzi​ła za​ufa​nia.

– Jest ide​al​ny – za​chwy​ci​ła się Lucy.
Ide​al​ny? Czyż​by po​stra​da​ła zmy​sły?
– To kom​plet​na ru​ina.
– Ale mógł​by być taki pięk​ny.
– No do​brze, obej​rzyj​my go w środ​ku.
Mógł tyl​ko wy​obra​żać so​bie, co tam na nich cze​ka, ale wła​ści​wie nie było aż

tak źle. Po​ko​je wy​ma​ga​ły re​no​wa​cji, ale fun​da​men​ty do​brze się trzy​ma​ły. Cena
nie sta​no​wi​ła pro​ble​mu, na​to​miast czas po​trzeb​ny na re​mont – tak.

– Już go ko​cham – wy​zna​ła Lucy, gdy wy​szli z agen​tem na dwór. – To kwin​te​-

sen​cja domu, ja​kie​go za​wsze pra​gnę​łam. I do tego ogrom​ny ogród. Wy​ma​ga tyl​-
ko tro​chę czu​ło​ści. – Dom wy​ma​gał o wie​le wię​cej, ale pod​nie​ce​nie w jej oczach,
ru​mień​ce na po​licz​kach świad​czy​ły, że pod​ję​ła de​cy​zję.

background image

– Re​no​wa​cja może trwać mie​sią​ce – ostrzegł. – Co ozna​cza, że do tego cza​su

bę​dzie​my mu​sie​li zo​stać u mnie, więc bę​dzie nam cia​sno.

– Z chę​cią to znio​sę.
– Więc jaką de​cy​zję po​dej​mu​je​cie? – za​py​tał agent.
Lucy  spoj​rza​ła  na  Tony’ego  z  bła​ga​niem  w  oczach.  On  zwró​cił  się  do  agen​ta

i rzekł:

– Wy​glą​da na to, że ku​pu​je​my.
– Dzię​ku​ję! – Lucy ob​ję​ła go moc​no.
Agent miał bar​dzo za​do​wo​lo​ną minę.
– Wspa​nia​le. Za​pra​szam do biu​ra, żeby przy​go​to​wać ofer​tę.
Za​pro​po​no​wa​li  kwo​tę  o  dzie​sięć  pro​cent  wyż​szą  od  wyj​ścio​wej  ceny,  płat​ną

go​tów​ką. W cią​gu go​dzi​ny wła​ści​ciel przy​stał na ich pro​po​zy​cję i we wto​rek pra​-
ce re​no​wa​cyj​ne ru​szy​ły.

Z oka​zji rów​ne​go mie​sią​ca, jaki upły​nął od po​wro​tu Lucy, Tony za​sko​czył ją mi​-

ni​va​nem wy​po​sa​żo​nym w róż​ne ga​dże​ty: wbu​do​wa​ne sie​dze​nia, wy​so​kiej ja​ko​ści
apa​ra​tu​rę na​gła​śnia​ją​cą z od​twa​rza​czem DVD i sys​tem na​wi​ga​cji. A co naj​waż​-
niej​sze, z do​sko​na​łym wskaź​ni​kiem bez​pie​czeń​stwa.

Był to go​rą​cy okres w ich ży​ciu, tak​że z po​wo​du pla​no​wa​ne​go ślu​bu, ale Tony

czuł, że wszyst​ko ukła​da się w ca​łość. Po​wi​nien wie​dzieć, że jest to tyl​ko spo​kój
przed bu​rzą.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Ty​dzień po Wiel​ka​no​cy, któ​ra jest sza​lo​nym okre​sem dla pro​du​cen​tów cze​ko​-

la​dy, gdy Tony wresz​cie miał tro​chę spo​ko​ju w pra​cy, do jego ga​bi​ne​tu wpadł jak
bu​rza zzia​ja​ny Rob.

– Bierz kurt​kę i chodź.
Tony zła​pał kurt​kę i ru​szył za Ro​bem w kie​run​ku win​dy.
– Cho​ciaż po​wiedz, do​kąd je​dzie​my? – za​py​tał Tony, gdy zjeż​dża​li do ga​ra​żu.
– Do non​na.
Pod To​nym ugię​ły się ko​la​na.
– Coś się sta​ło z dziad​kiem?
– Nic mu nie jest.
Nick cze​kał na nich w sa​mo​cho​dzie. Rob usiadł z przo​du, Tony z tyłu.
– Czy ktoś mógł​by mi po​wie​dzieć, co jest gra​ne? – ode​zwał się Tony, pod​czas

gdy Nick wy​jeż​dżał na uli​cę.

Rob od​wró​cił się.
–  Zda​je  się,  że  mie​li​śmy  ra​cję  co  do  Rose.  Dziś  rano  zja​wi​ła  się  u  non​na

i chcia​ła się z nim wi​dzieć. Twier​dzi​ła, że jest przy​ja​ciół​ką ro​dzi​ny.

– Wil​liam jej nie wpu​ścił, praw​da?
– Fakt, nie za​re​ago​wał na dzwo​nek. Ale Rose tam jest i ka​te​go​rycz​nie żąda wi​-

dze​nia z dziad​kiem.

– Cze​kaj, cze​goś tu nie ro​zu​miem – od​parł Tony. – Je​śli Wil​liam jej nie wpu​ścił,

to kto?

Rob zer​k​nął na Nic​ka, a ten kiw​nął gło​wą.
– Sta​ry, to Lucy ją wpu​ści​ła.
Jego na​rze​czo​na, w za​awan​so​wa​nej cią​ży, prze​by​wa pod jed​nym da​chem z wa​-

riat​ką?

– My​śla​łem, że wzią​łeś spra​wy w swo​je ręce – zi​ry​to​wa​ny zwró​cił się do Roba.
– I wzią​łem, ale ni​cze​go nie od​kry​łem. Jest tym, za kogo się po​da​je. Brak jej

tyl​ko pią​tej klep​ki, ot co.

Fan​ta​stycz​nie.
Jaz​da do re​zy​den​cji dziad​ka cią​gnę​ła się jak ni​g​dy. Na pod​jeź​dzie zo​ba​czy​li sa​-

mo​chód  wuja  De​mi​tria,  za​par​ko​wa​ny  tuż  za  sta​rym  se​da​nem.  Tony  wła​ści​wie
spo​dzie​wał  się  po​li​cyj​nych  wo​zów  z  mi​ga​ją​cy​mi  ko​gu​ta​mi.  Czyż​by  nikt  nie  za​-
wia​do​mił po​li​cji? Tony pierw​szy wy​sko​czył z auta i wpadł do środ​ka.

Jego oj​ciec i dwaj wu​jo​wie sta​li przy bar​ku i ci​cho z sobą roz​ma​wia​li. Na ka​-

na​pie sie​dzia​ła Lucy, trzy​ma​jąc za rękę Rose. Gdy zo​ba​czy​ła Tony’ego, uśmiech​-
nę​ła się, a jej uśmiech zna​czył: spo​koj​nie, wszyst​ko pod kon​tro​lą. Szep​nę​ła coś
Rose do ucha, a po​tem wsta​ła i ge​stem na​ka​za​ła Tony’emu i jego ku​zy​nom, by za

background image

nią po​szli. Za​pro​wa​dzi​ła ich do ko​ry​ta​rza przy kuch​ni, na tyle da​le​ko, żeby nikt
nie mógł ich usły​szeć.

– Co tu się, do cho​le​ry, dzie​je? – za​py​tał Tony.
–  Nic  ta​kie​go,  upar​ła  się  tyl​ko  po​roz​ma​wiać  z  dziad​kiem  –  wy​ja​śni​ła  Lucy.  –

Nie wie​rzę, że jest nie​bez​piecz​na albo że chce wy​rzą​dzić ko​muś krzyw​dę.

– Po co przy​szła? – spy​tał Nick.
– Wy​da​je jej się, że jest nie​ślub​ną cór​ką non​na.
– To śmiesz​ne – wtrą​cił Rob.
Tony przy​znał mu ra​cję. Zna​czy​ło​by to, że non​no miał ro​mans ze swo​ją se​kre​-

tar​ką, co nie wcho​dzi​ło w ra​chu​bę. Uwiel​biał bab​cię, nie​mal ca​ło​wał zie​mię, po
któ​rej stą​pa​ła. Ni​g​dy by jej nie zdra​dził.

– Jej opo​wieść brzmi bar​dzo prze​ko​nu​ją​co – cią​gnę​ła Lucy – to zna​czy jak na

sza​lo​ną oso​bę. Mnie się wy​da​je, że jest po pro​stu bar​dzo sa​mot​na i za​gu​bio​na,
po​trze​bu​je pro​fe​sjo​nal​nej opie​ki.

– Dla​cze​go Wil​liam nie od​po​wie​dział na dzwo​nek? – za​py​tał Nick.
– Był na gó​rze, w sy​pial​ni dziad​ka. Otwo​rzy​łam drzwi, a ona we​szła jak gdy​by

ni​g​dy nic do środ​ka. Po​wie​dzia​ła, że na​le​ży do ro​dzi​ny, ale była zde​ner​wo​wa​na.
Kil​ka mi​nut trwa​ło, za​nim do​wie​dzia​łam się, jak się na​zy​wa. Po​tem prze​pro​si​łam
ją, po​szłam do ła​zien​ki i za​dzwo​ni​łam do Sa​rah, a ona do two​je​go ojca. Przy​je​-
chał ra​zem z brać​mi i pró​bu​ją z nią roz​ma​wiać, ale ona cze​ka na non​na.

– Więc niech ze mną po​roz​ma​wia.
Od​wró​ci​li się i zo​ba​czy​li non​na, któ​ry nad​cho​dził z Wil​lia​mem, szu​ra​jąc no​ga​-

mi.

– Czy to na pew​no do​bry po​mysł? – za​py​tał Rob. – Jest naj​wy​raź​niej za​bu​rzo​-

na.

Za​miast zwró​cić się o po​moc do jed​ne​go z wnu​ków, dzia​dek ski​nął na Lucy.
– Za​pro​wadź mnie do niej.
Lucy bez sło​wa wzię​ła go pod ramę. Od kie​dy to są tak bli​ski​mi przy​ja​ciół​mi?
Na wi​dok non​na Rose sko​czy​ła na rów​ne nogi i za​żą​da​ła:
– Po​wiedz im praw​dę.
– A jak ta praw​da brzmi, mło​da damo? – za​py​tał non​no i krzy​wiąc się, usiadł

z po​mo​cą Lucy w fo​te​lu sto​ją​cym bli​sko ka​na​py. Tony pod​szedł do Lucy i po​ło​żył
rękę na jej ra​mie​niu. Tak na wszel​ki wy​pa​dek.

– Że je​stem two​ją cór​ką – od​rze​kła Rose drżą​cym gło​sem.
Sy​no​wie dziad​ka po​stą​pi​li krok do przo​du.
– Za​pew​niam cię, że nie je​steś – od​parł non​no.
– Po śmier​ci mat​ki zna​la​złam li​sty. Wiem, co zro​bi​łeś. – Od​wró​ci​ła się do jego

sy​nów. – Wiem wszyst​ko na te​mat wa​szej ro​dzi​ny i ro​dzin​nych se​kre​tów.

Co to ma zna​czyć? Tony już chciał ru​szyć z miej​sca, ale Lucy zła​pa​ła go za ra​-

mię.

– A więc za​prze​czasz, że pi​sa​łeś mi​ło​sne li​sty do mo​jej mat​ki? Za​prze​czasz, że

mia​łeś z nią ro​mans?

Non​no wy​glą​dał na cał​ko​wi​cie nie​wzru​szo​ne​go.

background image

– Ni​cze​mu nie za​prze​czam, ale to nie zna​czy, że je​steś moją cór​ką.
Czy na​praw​dę wła​śnie przy​znał się do ro​man​su? Tony ocze​ki​wał na zbio​ro​wą

re​ak​cję, ale tyl​ko on, jego ku​zy​ni i Lucy wy​glą​da​li na zdzi​wio​nych. Czyż​by ro​dzi​-
ce o wszyst​kim wie​dzie​li?

– Chcę, że​byś zro​bił test na oj​co​stwo – rze​kła Rose.
–  To  nie  bę​dzie  ko​niecz​ne  –  od​rzekł  non​no,  po​chy​la​jąc  się  do  przo​du.  –  Je​śli

tak dużo wiesz o mo​jej ro​dzi​nie, jak twier​dzisz, mło​da damo, to nie mu​szę ci mó​-
wić,  że  pra​wie  pięć​dzie​siąt  lat  temu  pod​da​łem  się  wa​zek​to​mii.  Ile  masz  lat,
Rose?

Rose za​mru​ga​ła ocza​mi zdez​o​rien​to​wa​na. Wy​glą​da​ła na bar​dziej zdru​zgo​ta​ną

niż nie​bez​piecz​ną, ale De​mi​trio, któ​ry wy​raź​nie miał już do​syć, zna​lazł się mię​-
dzy nimi.

– Z pew​no​ścią wiem, że to praw​da i z ła​two​ścią moż​na tego do​wieść na pod​-

sta​wie kar​ty zdro​wia, któ​rą mo​żesz do​stać, zwra​ca​jąc się do na​sze​go praw​ni​ka.
Do tego cza​su na​le​gam, że​byś trzy​ma​ła się z dala od na​szej ro​dzi​ny, w tym i mo​-
jej  cór​ki  Me​gan.  Do​pil​nu​ję,  żeby  two​je  rze​czy  zo​sta​ły  spa​ko​wa​ne  i  prze​sła​ne
pod wska​za​ny przez cie​bie ad​res.

Rose uśmiech​nę​ła się z roz​tar​gnie​niem.
– Je​steś bar​dzo pew​ny sie​bie, De​mi​trio, jak na ko​goś, kto ma tyle do ukry​cia. –

Po czym nie​na​tu​ral​nie spo​koj​nym gło​sem zwró​ci​ła się do Roba, Tony’ego i Nic​-
ka. – Nie są​dzi​cie, chło​pa​ki?

De​mi​trio nie za​re​ago​wał na jej sło​wa.
– Wil​lia​mie, czy mo​żesz od​pro​wa​dzić na​sze​go go​ścia do drzwi? A je​śli wró​ci,

pro​szę dzwo​nić na po​li​cję.

Przez kil​ka mi​nut po wyj​ściu Rose pa​no​wa​ła krę​pu​ją​ca ci​sza. Coś było jed​nak

na rze​czy, Tony czuł to.

–  A  niech  to  –  ode​zwał  się  w  koń​cu  Nick.  –  Mu​sia​ła  zjeść  do​dat​ko​wą  por​cję

sza​le​ju na śnia​da​nie.

– O co jej cho​dzi​ło z tymi se​kre​ta​mi ro​dzin​ny​mi? – Tony spy​tał ojca. – Mamy ja​-

kieś se​kre​ty?

Wszy​scy  wy​mie​ni​li  spoj​rze​nia,  ale  nikt  się  nie  ode​zwał.  Tony’ego  ogar​nę​ło

przy​kre uczu​cie, że wszy​scy z wy​jąt​kiem nie​go wie​dzą, w czym rzecz. Po​dej​rze​-
nie prze​szło w pew​ność, gdy zdał so​bie spra​wę, że nikt nie pa​trzy mu w oczy.

– Ni​ko​go poza mną to nie in​te​re​su​je? – za​py​tał.
– To wa​riat​ka – od​rzekł Nick. – Sta​wiam, że na​wet nie wie​dzia​ła, co mówi.
– Ko​niec te​ma​tu. – Non​no prze​ry​wał dal​szą dys​ku​sję. – Je​stem zmę​czo​ny i mu​-

szę od​po​cząć.

Ski​nął nie na Wil​lia​ma, ale na Lucy, a ona po​de​szła i po​da​ła mu ra​mię.
Tony mógł go za​trzy​mać, na​le​gać, by ktoś wy​ja​śnił mu, o co cho​dzi. Jed​nak nie

zro​bił  tego.  Nie  był  pe​wien,  czy  chce  po​znać  praw​dę,  któ​ra  wy​raź​nie  do​ty​czy
jego oso​by.

– Czy mam ra​cję, za​kła​da​jąc, że wie​dzie​li​ście o ro​man​sie dziad​ka? – za​miast

tego spy​tał, od​wra​ca​jąc się w stro​nę ojca i wu​jów.

background image

–  Wie​dzie​li​śmy  –  przy​tak​nął  oj​ciec  –  ale  nie  jest  to  te​mat,  któ​ry  po​ru​sza  się

przy ko​la​cji. Cóż, nie jest cho​dzą​cym ide​ałem, jak zresz​tą ża​den z nas.

Gdy to mó​wił, pa​trzył na Tony’ego, ale ten od​niósł wra​że​nie, że te sło​wa były

prze​zna​czo​ne dla ko​goś in​ne​go. Nie uwa​żał sie​bie za ide​ał, ale nie miał też ni​-
cze​go do ukry​cia. No, pra​wie ni​cze​go.

– Chy​ba po​win​ni​śmy iść – wtrą​cił się De​mi​trio. – Daj​my dziad​ko​wi od​po​cząć.
Tony  i  Lucy  wy​cho​dzi​li  jako  ostat​ni.  Gdy  w  koń​cu  zo​sta​li  sami,  Tony  ob​jął  ją

moc​no i przy​tu​lił.

– Kie​dy Rob po​wie​dział mi, że tu je​steś z Rose, ba​łem się, że może ci się coś

stać…

Wspię​ła się na pal​cach i go po​ca​ło​wa​ła.
– Je​stem tward​sza, niż my​ślisz.

Lucy od​wio​zła Tony’ego do biu​ra, a po​nie​waż wcze​śniej tam nie była, opro​wa​-

dził  ją  po  bu​dyn​ku.  Nick  po​zwo​lił  na​wet,  by  zwie​dzi​ła  gór​ne  pię​tro  z  kuch​nią,
gdzie nad​zo​ro​wał two​rze​nie no​wych pro​duk​tów. Był to ho​nor, któ​re​go nie​wie​lu
do​stą​pi​ło.

Na  koń​cu  Tony  za​pro​wa​dził  ją  do  swe​go  kró​le​stwa  i  przed​sta​wił  se​kre​tar​ce.

Choć do​tąd nie spo​tka​ły się oso​bi​ście, w cią​gu ostat​nich kil​ku ty​go​dni roz​ma​wia​-
ły  przez  te​le​fon  wie​le  razy,  więc  przy​wi​ta​ły  się  jak  sta​re  przy​ja​ciół​ki.  Za​nim
Tony zdo​łał ją stam​tąd za​brać, za​pla​no​wa​ły już wspól​ny lunch, bo Fa​edra chcia​ła
prze​ka​zać  Lucy  pu​deł​ko  z  dzie​cię​cy​mi  rze​cza​mi,  jak​by  nie  mo​gła  dać  ich
Tony’emu. Ra​czej więc był to pre​tekst do spo​tka​nia. Tony ni​g​dy nie ro​zu​miał, po
co lu​dzie wy​my​śla​ją wy​mów​ki. Je​śli on chciał iść na lunch, to na nie​go szedł. Wy​-
star​cza​ją​cym po​wo​dem był głód. Naj​wy​raź​niej ko​bie​ty ina​czej to po​strze​ga​ją.

– Och, ale prze​stron​ny – zdu​mia​ła się Lucy, gdy we​szli do jego ga​bi​ne​tu. Po​tem

od​wró​ci​ła  się  i  szel​mow​sko  się  uśmiech​nę​ła:  –  A  więc  ga​bi​net  tak​że  masz
ogrom​ny?

O nie, spo​glą​da​ła na nie​go w taki spo​sób, jak​by mó​wi​ła, że ma za​mknąć drzwi

na  klucz.  Za​wsze  en​tu​zja​stycz​nie  pod​cho​dzi​li  do  sek​su,  ale  ostat​nio  Lucy  była
cią​gle nie​za​spo​ko​jo​na. Zda​rza​ło się, że ko​cha​li się dwa, cza​sa​mi trzy razy dzien​-
nie. Te​raz sta​ła już przy oknie i za​su​wa​ła ro​le​ty i choć ko​cha​li się rano, naj​wy​-
raź​niej przy​go​to​wy​wa​ła się na ko​lej​ny raz.

Za​mknął drzwi na klucz i roz​luź​nił kra​wat. Pa​trzył, jak Lucy ścią​ga su​kien​kę

i  rzu​ca  na  pod​ło​gę.  Po​tem  przy​szła  ko​lej  na  sta​nik  i…  mógł​by  przy​siąc,  że  za
każ​dym ra​zem wy​glą​da sek​sow​niej i pięk​niej. Roz​piął ko​szu​lę i już miał ją zdjąć,
gdy go za​trzy​ma​ła.

– Zo​staw – po​le​ci​ła, roz​pi​na​jąc mu roz​po​rek i wkła​da​jąc tam rękę. Po​ca​ło​wa​ła

go, lek​ko sku​biąc w war​gę. Świet​nie wie​dzia​ła, co go krę​ci. – Ja naga, ty w ubra​-
niu. To pod​nie​ca​ją​ce, a na​wet tro​chę nie​przy​zwo​ite.

Szcze​gól​nie jed​na część jego cia​ła zga​dza​ła się z nią cał​ko​wi​cie: ta, któ​ra te​-

raz pul​so​wa​ła w ręce Lucy. Jej co​raz więk​szy brzuch i jego waga zmu​sza​ły ich
do twór​czych po​szu​ki​wań.

background image

– Gdzie? W fo​te​lu, na biur​ku?
Ze zmy​sło​wym uśmie​chem opu​ści​ła mu spodnie, od​wró​ci​ła się do nie​go ty​łem

i opar​ła o biur​ko, a po​tem zer​k​nę​ła na nie​go przez ra​mię.

– A te​raz weź mnie.

Z  wy​ra​zem  speł​nie​nia  na  twa​rzy  wy​cią​gnę​ła  się  koło  Tony’ego  na  sto​ją​cej

w  ga​bi​ne​cie  ka​na​pie.  Tony  wy​słał  se​kre​tar​ce  wia​do​mość,  że  jest  za​ję​ty  i  żeby
prze​ło​ży​ła spo​tka​nia na inny ter​min.

–  Nie  mam  po​ję​cia,  dla​cze​go  je​steś  taki  wy​koń​czo​ny  –  stwier​dzi​ła  prze​wrot​-

nie.

– Je​stem zmę​czo​ny – od​parł – bo je​stem sta​ry.
– Co, a ile masz wła​ści​wie lat? Trzy​dzie​ści osiem? Trzy​dzie​ści dzie​więć? Nie

je​steś taki sta​ry.

Spio​ru​no​wał ją wzro​kiem.
– Wiesz, że mam trzy​dzie​ści pięć.
W od​po​wie​dzi uśmiech​nę​ła się sze​ro​ko.
– Trzy​dzie​ści pięć to nie​zbyt dużo. Na​wet two​ich ro​dzi​ców nie uwa​żam za sta​-

rych. Sta​ry to jest non​no.

– A pro​pos, co was łą​czy? Wy​glą​da​cie jak para kum​pli.
Lucy uśmiech​nę​ła się.
– Lu​bię go. Uwiel​biam słu​chać, jak opo​wia​da. Miał tak in​te​re​su​ją​ce ży​cie. By​-

łam w szo​ku, kie​dy do​wie​dzia​łam się o ro​man​sie. Kie​dy po​ma​ga​łam mu dojść do
po​ko​ju, spy​tał, czy je​stem nim roz​cza​ro​wa​na.

– A je​steś?
– Nie zna​jąc szcze​gó​łów? Kim je​stem, żeby go oce​niać! Mo​gło to się zda​rzyć

z mi​lio​na po​wo​dów.

Dziec​ko za​czę​ło się ru​szać, więc wzię​ła dłoń Tony’ego i po​ło​ży​ła na brzu​chu.

W ze​szłym mie​sią​cu brzuch osią​gnął gi​gan​tycz​ne roz​mia​ry, wziąw​szy pod uwa​gę
jej drob​ną syl​wet​kę. Pod​czas wczo​raj​szej wi​zy​ty le​karz oce​nił, że dziec​ko uro​sło
o jed​ną trze​cią od cza​su, gdy była u nie​go po raz pierw​szy.

Przez kil​ka mi​nut Tony mil​czał, a ona czu​ła, że chce coś po​wie​dzieć. Co wię​-

cej, była pew​na, że wie, co.

– Dziś u dziad​ka mia​łem wra​że​nie, że wszy​scy oprócz mnie o czymś wie​dzą –

ode​zwał się w koń​cu. – Wiesz może, o co cho​dzi?

Oczy​wi​ście, mia​ła swo​ją hi​po​te​zę…
– Lucy?
Usia​dła, czu​jąc się na​gle nie​pew​nie.
– To tyl​ko czy​ste spe​ku​la​cje…
Tony uniósł się na łok​ciach. Z prze​ście​ra​dłem owi​nię​tym wo​kół ud i po​ciem​nia​-

ły​mi  od  za​ro​stu  po​licz​ka​mi  wy​glą​dał  po​cią​ga​ją​co.  Być  może  jest  to  naj​sek​sow​-
niej​szy pro​ces my​ślo​wy, jaki kie​dy​kol​wiek wi​dzia​ła.

– Do​bra – ode​zwał się. – Da​waj.
– My​ślę, że De​mi​trio może być two​im oj​cem.

background image

Klnąc pod no​sem, opadł z po​wro​tem na ka​na​pę.
–  Oba​wia​łem  się,  że  to  po​wiesz.  Mama  cho​dzi​ła  z  De​mi​triem,  więc  samo  się

na​rzu​ca. Choć ni​g​dy nie do​pusz​cza​łem do sie​bie tej my​śli.

–  To  by  wy​ja​śnia​ło  wie​le  rze​czy:  sto​su​nek  dziad​ków  do  two​jej  mamy  i  two​je

po​do​bień​stwo do De​mi​tria.

– Chciał​bym, oczy​wi​ście, po​znać praw​dę, ale jed​no​cze​śnie się jej boję.
– Mnie na tym nie za​le​ża​ło. No ale w moim przy​pad​ku cho​dzi o cu​dzo​łoż​ni​ka,

któ​ry prze​le​ciał sie​dem​na​sto​lat​kę.

–  Chy​ba  po​wi​nie​nem  po​roz​ma​wiać  z  mat​ką.  –  W  tym  mo​men​cie  za​dzwo​ni​ła

jego ko​mór​ka. – To Ri​chard Stark.

Ser​ce Lucy za​bi​ło szyb​ciej. Choć Tony mu​siał wy​ka​zać się nie​zwy​kłym da​rem

prze​ko​ny​wa​nia, w koń​cu zgo​dzi​ła się prze​słać dzien​nik agen​to​wi. Zda​wa​ła so​bie
spra​wę, że szan​se na to, by chciał ją re​pre​zen​to​wać, są bar​dzo ni​kłe, żeby nie
rzec żad​ne. Dzwo​ni pew​nie po to, by po​wie​dzieć im bez ogró​dek, że to gniot.

– Chcesz z nim po​roz​ma​wiać? – za​py​tał Tony.
Nie mia​ła​by po​ję​cia, co od​po​wie​dzieć.
– Mo​żesz naj​pierw do​wie​dzieć się, cze​go chce?
Ode​brał więc po​łą​cze​nie. Po kil​ku mi​nu​tach po​ga​węd​ki spo​waż​niał. Przez na​-

stęp​ną mi​nu​tę lub dwie głów​nie ki​wał gło​wą i mó​wił rze​czy w ro​dza​ju: „tak, ro​-
zu​miem” i „je​śli tak są​dzisz”. Jego wy​raz twa​rzy wy​raź​nie świad​czył o złych no​-
wi​nach. No cóż, trud​no. Z jed​nej stro​ny po​czu​ła ulgę, że cały świat nie uzy​ska
do​stę​pu  do  jej  pry​wat​nych  my​śli,  z  dru​giej  –  lek​kie  roz​cza​ro​wa​nie.  Roz​mo​wa
trwa​ła jesz​cze chwi​lę, a po​tem Tony za​koń​czył po​łą​cze​nie.

– Więc – za​czął, od​kła​da​jąc ko​mór​kę na sto​lik – Ri​chard prze​czy​tał twój dzien​-

nik.

– I uwa​ża, że jest do ni​cze​go – prze​rwa​ła, wstrzy​mu​jąc od​dech i cze​ka​jąc na

nie​uchron​ną klę​skę.

– Wprost prze​ciw​nie, zro​bił na nim ogrom​ne wra​że​nie.
– Nie, to nie​moż​li​we. Żar​tu​jesz so​bie ze mnie.
– Po​wie​dział, że jest przej​mu​ją​cy i wzru​sza​ją​cy.
– Bzdu​ra.
– Chce cię re​pre​zen​to​wać. Uwa​ża, co praw​da, że to trud​ny tekst do sprze​da​-

nia, więc żeby nie ro​bić so​bie za du​żych na​dziei. Pro​si, że​byś się nad tym za​sta​-
no​wi​ła i od​dzwo​ni​ła do nie​go.

– O rany – wy​krztu​si​ła. To chy​ba jed​nak ja​kiś wy​ra​fi​no​wa​ny żart albo sen. – To

nie​wia​ry​god​ne!

– A mnie to nie dzi​wi – od​rzekł. – I je​stem pe​wien, że ktoś to kupi.
Po tylu la​tach słu​cha​nia opi​nii mat​ki, że nic ni​g​dy nie osią​gnie, Lucy za​czy​na​ła

wie​rzyć w sie​bie. I oto jest o je​den krok bli​żej do tego, by zo​stać praw​dzi​wą au​-
tor​ką. Z pod​nie​ce​nia za​krę​ci​ło jej się w gło​wie.

– Chcesz, żeby cie​bie re​pre​zen​to​wał?
Je​śli ozna​cza to, że po​ten​cjal​nie po​mo​że in​nym lu​dziom, dla​cze​go nie spró​bo​-

wać? A udo​wod​nie​nie mat​ce, że się my​li​ła, bę​dzie wi​sien​ką na tor​cie.

background image

– Ni​g​dy bym nie przy​pusz​cza​ła, że to mi się przy​da​rzy – wy​zna​ła. – Dzię​ku​ję ci

bar​dzo – do​da​ła, rzu​ca​jąc mu się w ra​mio​na.

– Nic nie zro​bi​łem. Za​wdzię​czasz to wy​łącz​nie so​bie.
– Nie, bez cie​bie ni​g​dy bym nie ze​bra​ła się na od​wa​gę, żeby ko​mu​kol​wiek po​-

ka​zać dzien​nik. Wie​rzysz we mnie, a dzię​ki temu za​czę​łam wie​rzyć w sie​bie.

– Od mo​men​tu, kie​dy cię po​zna​łem, wie​dzia​łem, że je​steś wy​jąt​ko​wa – za​pew​-

nił ją.

Choć to trosz​kę dziw​ne, ale za​czy​na​ła mu wie​rzyć.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Przez  kil​ka  dni  Tony  bił  się  z  my​śla​mi.  Czy  po​wi​nien  po​roz​ma​wiać  z  mat​ką?

Z oj​cem? Z wu​jem? Je​śli tak dłu​go go oszu​ki​wa​li, dla​cze​go te​raz mie​li​by po​wie​-
dzieć praw​dę? W koń​cu pod​jął de​cy​zję.

Wy​ko​nał  krót​ki  te​le​fon,  a  po​tem  zna​lazł  się  przed  drzwia​mi  domu  ro​dzi​ców.

Za​nim zdą​żył za​dzwo​nić, otwo​rzy​ła mu mama.

– Co za nie​spo​dzian​ka? – ucie​szy​ła się z uśmie​chem z ro​dza​ju tych, któ​re nie

obej​mu​ją oczu. – Wchodź, wła​śnie przy​go​to​wa​łam dzba​nek z kawą.

Po​szedł za nią do kuch​ni.
– Za kawę dzię​ku​ję.
Wy​da​wa​ło się, że mat​ka go nie sły​szy.
– Za​raz ci po​dam.
Mio​ta​ła  się  mię​dzy  szaf​ka​mi  w  po​szu​ki​wa​niu  kub​ków,  po​tem  cu​kru  i  mle​ka,

choć oby​dwo​je pi​ja​li kawę bez do​dat​ków. Lucy była taka sama, ni​g​dy dłu​go nie
sta​ła  w  jed​nym  miej​scu.  Za​wsze  w  ru​chu,  mia​ła  tyle  rze​czy  do  zro​bie​nia.  Gdy
o tym po​my​śleć, jego mat​ka i Lucy były strasz​nie do sie​bie po​dob​ne.

Mama po​sta​wi​ła przed nim ku​bek z kawą, któ​rej nie chciał, oraz mle​ko i cu​-

kier,  któ​rych  nie  uży​wał.  W  pew​nym  sen​sie  to  za​baw​ne,  jak  się  de​ner​wu​je,
zwłasz​cza że zda​rza​ło się to nie​zwy​kle rzad​ko. Choć nie​do​brze wró​ży​ło to z ko​-
lei jego spra​wie.

– Pew​nie tata mó​wił ci o in​cy​den​cie u dziad​ka? Rose utrzy​my​wa​ła, że zna ro​-

dzin​ne se​kre​ty.

– Od po​cząt​ku wie​dzia​łam, że coś z nią nie tak – od​par​ła, na​peł​nia​jąc swój ku​-

bek. – Mó​wi​łam two​je​mu ojcu, że jest nie​zrów​no​wa​żo​na.

– To za​baw​ne, że wspo​mnia​łaś o ojcu – wtrą​cił.
Obo​je wie​dzie​li, że coś wisi w po​wie​trzu, więc dla​cze​go od razu nie przejść do

sed​na? Był czło​wie​kiem czy​nu i ta po​ga​węd​ka za​czy​na​ła mu dzia​łać na ner​wy.

– Mamo, chy​ba wiesz, dla​cze​go tu je​stem. Może po pro​stu po​wiedz, co masz

mi do po​wie​dze​nia. Po​myśl, jaka to bę​dzie ulga po tych wszyst​kich la​tach.

Drżą​cą ręką do​tknę​ła ust, a jej oczy wy​peł​ni​ły się łza​mi.
– Czy De​mi​trio jest moim oj​cem?
Za​mknę​ła oczy, jak​by nie mo​gła znieść jego spoj​rze​nia, po​tem ski​nę​ła gło​wą.
– Tak, to twój oj​ciec.
I choć Tony są​dził, że jest na to przy​go​to​wa​ny, oka​za​ło się, że bar​dzo się my​lił.

Gdy​by nie czy​tał dzien​ni​ka Lucy, pew​nie już by go tu nie było. Pie​kło, przez któ​-
re prze​szła, nada​wa​ło ży​ciu wła​ści​wą per​spek​ty​wę. Na​wet je​śli męż​czy​zna, któ​-
ry go wy​cho​wał, nie był jego bio​lo​gicz​nym oj​cem, Tony prze​cież ni​g​dy tego nie
od​czuł.  Zo​stał  wy​cho​wa​ny  przez  ro​dzi​ców,  któ​rzy  go  ko​cha​li  i  trosz​czy​li  się

background image

o nie​go.

Usły​szał, że fron​to​we drzwi otwie​ra​ją się, i ser​ce za​czę​ło mu wa​lić. Gdy jego

oj​ciec w to​wa​rzy​stwie wuja we​szli do środ​ka, twarz mat​ki zbla​dła.

– Co wy tu obaj ro​bi​cie?
– Po​pro​si​łem ich, żeby przy​szli – ode​zwał się Tony. Ich sto​ic​ki spo​kój świad​czył

o tym, że po​go​dzi​li się z sy​tu​acją. – Mu​si​my po​roz​ma​wiać.

De​mi​trio i jego mat​ka wy​mie​ni​li spoj​rze​nia i od​wró​ci​li od sie​bie wzrok. Oj​ciec

pa​trzył w pod​ło​gę i krę​cił gło​wą.

– Je​ste​ście mi win​ni praw​dę.
De​mi​trio zmarsz​czył brwi.
– Tyl​ko nie tym to​nem.
Ach,  jak  przy​wykł  do  roz​ka​zy​wa​nia.  Tony  opa​no​wał  się,  spoj​rzał  mu  w  oczy

i rzekł:

– Nie bę​dziesz mi mó​wił, co mam ro​bić.
– Je​stem two​im oj​cem – od​parł De​mi​trio.
Nie, po​my​ślał Tony, nie je​steś. Jest nim czło​wiek, któ​ry mnie wy​cho​wał. An​to​-

nio Ca​ro​sel​li se​nior. Na​wet je​śli nie uczest​ni​czył w po​czę​ciu.

– Ko​cham cię, uwa​żam za wspa​nia​łe​go czło​wie​ka, ale nie je​steś moim oj​cem.

Ty​tuł ten jest już za​ję​ty.

Po twa​rzy De​mi​tria prze​biegł gry​mas cier​pie​nia.
– Nie są​dzi​łem, że bę​dzie to ta​kie bo​le​sne.
Po​wi​nien był o tym po​my​śleć trzy​dzie​ści pięć lat temu.
– Mia​łem na​dzie​ję, że pew​ne​go dnia na​wią​że​my re​la​cję oj​ciec-syn – wy​znał.
– Może gdy​byś nie cze​kał tak dłu​go…
– Zro​bi​li​śmy, co uwa​ża​li​śmy dla cie​bie za naj​lep​sze – ode​zwał się jego oj​ciec. –

To była trud​na de​cy​zja.

– Czy wie​dzia​łeś, że mama jest w cią​ży, kie​dy wy​jeż​dża​łeś? – za​py​tał Tony De​-

mi​ti​ria.

– Nie. Póź​niej, kie​dy się o tym do​wie​dzia​łem, po​dej​rze​wa​łem, że dziec​ko może

być moje. Ale co mia​łem zro​bić? Two​ja mama po​ślu​bi​ła w mię​dzy​cza​sie mo​je​go
bra​ta. Po​zna​łem praw​dę, kie​dy by​łeś pra​wie na​sto​lat​kiem.

– Je​śli coś po​dej​rze​wa​łeś, to mo​głeś do​cie​kać praw​dy wcze​śniej.
– Ale tego nie zro​bi​łem. I będę tego ża​ło​wać do koń​ca ży​cia.
Oj​ciec sta​nął u boku bra​ta.
– Je​śli mu​sisz ko​goś wi​nić, to wiń mnie. To ja prze​ko​na​łem two​ją mat​kę, żeby

mil​cza​ła. De​mi​trio też chciał, że​byś po​znał praw​dę. Ostat​nio wręcz na​ci​skał. Ale
my nie czu​li​śmy się go​to​wi.

– Czy kie​dy​kol​wiek by​li​by​ście go​to​wi?
– Mu​sisz zro​zu​mieć na​szą sy​tu​ację – wtrą​ci​ła mat​ka. – Chcie​li​śmy tyl​ko two​je​-

go do​bra.

– Okła​mu​jąc mnie? – za​py​tał Tony ze zło​ścią. – Nic nie świad​czy o tym, że choć

tro​chę bra​li​ście pod uwa​gę moje uczu​cia. Wła​ści​wie wy​glą​da na to, że po pro​stu
chro​ni​li​ście wła​sne tył​ki.

background image

– By​li​śmy sa​mo​lub​ni? – za​py​tał re​to​rycz​nie De​mi​trio. – Cał​ko​wi​cie. Ale każ​dy

spo​strze​gaw​czy  czło​wiek  wi​dział,  ja​kim  by​łeś  na​sto​lat​kiem.  Za​wsze  trzy​ma​łeś
się  nie​co  z  boku,  by​łeś  niby  obec​ny,  ale  nie​za​an​ga​żo​wa​ny.  Wie​dzia​łem,  że  po​-
trze​bu​jesz sta​bil​nej ro​dzi​ny. Kie​dy uro​dzi​łeś się, by​łem lek​ko​myśl​ny, nie​doj​rza​ły
i do​pó​ki się nie po​zbie​ra​łem, nie nada​wa​łem się na ojca. Tyl​ko skom​pli​ko​wał​bym
ci ży​cie.

– A po​tem, gdy do​ro​słem?
– Ko​cha​nie – wtrą​ci​ła mama – je​steś do​ro​słym męż​czy​zną i wkrót​ce sam zo​sta​-

niesz  oj​cem.  Po​sta​raj  się  po​sta​wić  na  na​szym  miej​scu.  Wy​obraź  so​bie,  że  z  ja​-
kie​goś po​wo​du ty i Lucy nie scho​dzi​cie się i czter​na​ście lat póź​niej do​wia​du​jesz
się, że masz dziec​ko. Jak byś się za​cho​wał?

Do​bre py​ta​nie.
Kto mu dał zresz​tą pra​wo, by ich są​dzić? Prze​cież pra​wie stra​cił oka​zję do po​-

zna​nia  swo​je​go  dziec​ka.  Gdy  Lucy  wy​je​cha​ła,  oka​zał  się  tchó​rzem.  Ja​kiś  głos
w jego gło​wie mó​wił, że pew​nie zwią​za​ła się z kimś in​nym. Kimś lep​szym. Więc
oczy​wi​ście po​stą​pił lo​gicz​nie, zgod​nie z za​sa​dą: nie je​stem gor​szy – i zna​lazł so​-
bie ko​goś. Co oka​za​ło się fa​tal​nym błę​dem.

Jego ro​dzi​ce nie byli ide​al​ni, ale wie​dział, że go ko​cha​ją i miał do nich za​ufa​-

nie.

– Czy dla​te​go ska​ka​li​ście so​bie do gar​deł? – za​py​tał Tony.
– Na​ci​ska​łem na two​ich ro​dzi​ców, żeby po​wie​dzie​li ci praw​dę – od​parł De​mi​-

trio.

– Wie​dzia​łam, że coś się z tobą dzie​je – oznaj​mi​ła Sa​rah. – Mo​żesz to na​zwać

in​tu​icją mat​ki. Nie by​łam pew​na co, ale coś było na rze​czy.

Mu​sia​ło cho​dzić o ten okres, gdy Lucy wy​je​cha​ła, o naj​gor​sze mie​sią​ce w jego

ży​ciu. Co by się sta​ło, gdy​by wła​śnie wte​dy do​wie​dział się, że wuj jest w rze​czy​-
wi​sto​ści jego bio​lo​gicz​nym oj​cem? Wzdry​gnął się na samą myśl.

– Za​bra​łem się do tego w nie​do​bry spo​sób – przy​znał De​mi​trio, ki​wa​jąc gło​wą

w ak​cie skru​chy. – W mo​ich żą​da​niach była aro​gan​cja. Naj​wy​raź​niej się my​li​łem.

– Do ni​cze​go by nie do​szło, gdy​by nie ja – od​rze​kła mama, wy​cie​ra​jąc oczy. –

Od po​cząt​ku po​wi​nie​neś znać praw​dę. Tak mi przy​kro, De​mi​trio.

– Wy​glą​da na to, że mu​si​cie to prze​ga​dać – wy​ce​dził.
–  Wy​ba​czysz  nam?  –  za​py​ta​ła  mat​ka  z  tak  zroz​pa​czo​ną  miną,  że  mu​siał  się

uśmiech​nąć.

– Oczy​wi​ście – od​parł, a na​pię​cie w pier​si ze​lża​ło. Oto​czył ją ra​mio​na​mi i przy​-

tu​lił.  Oj​ciec  ob​jął  ich  obo​je.  Sto​ją​cy  kil​ka  me​trów  da​lej  De​mi​trio  wy​glą​dał  na
osa​mot​nio​ne​go.

– Chodź do nas. – Tony za​pro​sił De​mi​tria ge​stem.
Ten za​wa​hał się, po​tem pod​szedł bli​żej i oto​czył całą trój​kę ra​mio​na​mi.
Tony uznał, że tym ra​zem weź​mie przy​kład z Lucy i skon​cen​tru​je się na rze​-

czach  naj​waż​niej​szych.  Resz​ta  może  po​cze​kać.  Te​raz  chciał  tyl​ko  wró​cić  do
domu i wziąć z ko​lei w ob​ję​cia ko​bie​tę swo​ich ma​rzeń. Mat​kę jego dziec​ka. Mi​-
łość swo​je​go ży​cia.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Ślub  oka​zał  się  naj​bar​dziej  ma​gicz​ną  chwi​lą  w  ży​ciu  Lucy.  Ni​g​dy  nie  bra​ła

udzia​łu w tra​dy​cyj​nej ce​re​mo​nii, co wię​cej, nie spo​dzie​wa​ła się, że kie​dy​kol​wiek
sama wyj​dzie za mąż. Nie mia​ła też bla​de​go po​ję​cia, jak na​le​ży ją przy​go​to​wać.
Na szczę​ście Sa​rah, sio​stry Tony’ego Chris i Ela​na, oraz Jes​si​ca, sio​stra Nic​ka,
z ra​do​ścią do​łą​czy​ły do przy​go​to​wań.

Z po​mo​cą spe​cja​li​sty cał​ko​wi​cie prze​kształ​ci​ły ogród na ty​łach domu ro​dzi​ców

po​ło​żo​ny nad brze​giem je​zio​ra Mi​chi​gan. Ude​ko​ro​wa​ły go sa​ty​no​wy​mi dra​pe​ria​-
mi,  de​li​kat​ny​mi  ró​żo​wy​mi  ró​życz​ka​mi  i  mi​nia​tu​ro​wy​mi  lamp​ka​mi  mi​go​czą​cy​mi
bia​łym świa​tłem.

Kie​dy Lucy szła w  to​wa​rzy​stwie ro​dzi​ców Tony’ego do  oł​ta​rza, czu​ła się  tro​-

chę jak Kop​ciu​szek w dro​dze bal. Do tego ten ogrom​ny brzuch: do po​ro​du zo​stał
tyl​ko ty​dzień. Tony cze​kał na nią przy schod​kach al​tan​ki. Ubra​ny w smo​king, wy​-
da​wał się jesz​cze przy​stoj​niej​szy niż zwy​kle.

Sło​wa  mał​żeń​skiej  przy​się​gi  wy​po​wia​da​li  przy  pro​mie​niach  za​cho​dzą​ce​go

słoń​ca i od​gło​sach fal ude​rza​ją​cych o brzeg je​zio​ra. A gdy wy​mie​nia​li ob​rącz​ki
i po​ca​łu​nek, po raz pierw​szy jako mąż i żona, Lucy nie mia​ła wąt​pli​wo​ści, że jej
hi​sto​ria zna​la​zła szczę​śli​we za​koń​cze​nie.

Po ce​re​mo​nii ślub​nej w ogro​dzie od​by​ło się przy​ję​cie wy​da​ne przez ro​dzi​ców

Tony’ego.  Za​czę​to  od  wy​śmie​ni​tej  czte​ro​da​nio​wej  ko​la​cji,  po  któ​rej  na​stą​pi​ło
uro​czy​ste  kro​je​nie  tor​tu.  Po​tem  para  mło​da  za​tań​czy​ła  swój  pierw​szy  ofi​cjal​ny
ta​niec.  Po  nim  przy​ję​cie  za​mie​ni​ło  się  w  spon​ta​nicz​ną  im​pre​zę.  Al​ko​hol  lał  się
stru​mie​nia​mi,  a  di​dżej  w  słu​chaw​kach  na  uszach  pusz​czał  mu​zy​kę  ta​necz​ną.
W  koń​cu  po​ja​wi​li  się  za​nie​po​ko​je​ni  ha​ła​sem  są​sie​dzi  i  zo​sta​li  za​pro​sze​ni  do
wspól​nej za​ba​wy. Gdy póź​nym wie​czo​rem Lucy po​ma​ga​ła zmę​czo​ne​mu dziad​ko​-
wi dojść do sy​pial​ni, była pew​na, że bawi się u nich już po​ło​wa lu​dzi z są​siedz​-
twa.

Był to cu​dow​ny ślub. Cu​dow​ny dzień.
A chwi​lę póź​niej już taki nie był.
Lucy wra​ca​ła wła​śnie do go​ści, gdy tuż za drzwia​mi sy​pial​ni wpa​dła na Car​rie,

żonę  Roba:  ład​ną  blon​dyn​kę  pra​wie  tak  drob​ną  jak  Lucy,  z  uro​czym  cią​żo​wym
brzusz​kiem pod ob​ci​słym to​pem. Z wy​jąt​kiem oka​zjo​nal​nych ro​dzin​nych kon​tak​-
tów uni​ka​ły się wza​jem​nie – z po​wo​du Ali​ce.

–  Faj​ny  ślub  –  ode​zwa​ła  się  Car​rie  i  choć  jej  głos  brzmiał  szcze​rze,  błysk

w  oczach  spra​wił,  że  Lucy  ogar​nę​ło  na​pię​cie.  –  O  wie​le  faj​niej​szy  niż  ostat​ni  –
do​da​ła.

To ab​sur​dal​ne. Czy im się to po​do​ba, czy nie, są te​raz ro​dzi​ną. Nie mo​gły​by

za​ko​pać to​po​ra wo​jen​ne​go?

background image

– Car​rie, wiem, że mnie nie lu​bisz i nie wi​nię cię za to.
– Ja​kie to miłe z two​jej stro​ny – wy​ce​dzi​ła, nie pró​bu​jąc ukryć nie​za​do​wo​le​nia.
– Jest mi na​praw​dę przy​kro z po​wo​du Ali​ce.
– Mó​wisz o tym, jak do​sta​ła ko​sza przed oł​ta​rzem? Nie wy​glą​da​łaś wte​dy na

spe​cjal​nie zmar​twio​ną. Na​to​miast Ali​ce była za​ła​ma​na.

No da​lej, kop le​żą​ce​go. Nie wy​glą​da​ło na to, że roz​mo​wa sta​nie się przy​jem​-

niej​sza. Może dzi​siej​szy wie​czór nie na​stro​ił jej naj​le​piej, a może smut​na praw​-
da brzmia​ła, że ona i Car​rie ni​g​dy nie zo​sta​ną przy​ja​ciół​ka​mi.

– Mu​szę wra​cać na przy​ję​cie – rze​kła Lucy, ma​jąc na​dzie​ję, że uda jej się za​-

koń​czyć roz​mo​wę. Jed​nak gdy chcia​ła odejść, Car​rie za​stą​pi​ła jej dro​gę.

– Czy znasz płeć dziec​ka? – za​py​ta​ła, a wy​raz jej twa​rzy świad​czył o nie​zbyt

szla​chet​nych in​ten​cjach, żeby nie rzec o wy​ra​cho​wa​niu.

O co jej cho​dzi​ło?
– Chcę, żeby to była nie​spo​dzian​ka, ale po pro​stu wiem, że to chło​pak. Czu​ję

to.

– Mogę się za​ło​żyć, że Tony jest z tego po​wo​du bar​dzo szczę​śli​wy.
–  Pew​nie.  –  Któ​ry  męż​czy​zna  nie  był​by  szczę​śli​wy,  ma​jąc  syna?  Choć  cór​ka

rów​nież by go uszczę​śli​wi​ła.

– Więc ja​kie to uczu​cie cho​dzić z trzy​dzie​sto​ma mi​lio​na​mi w brzu​chu?
Lucy zmarsz​czy​ła brwi i na​bra​ła naj​gor​szych prze​czuć.
– Nie wiem, o czym mó​wisz.
–  O  umo​wie  mię​dzy  To​nym  a  dziad​kiem.  Do​sta​nie  trzy​dzie​ści  mi​lio​nów,  je​śli

spło​dzi mę​skie​go po​tom​ka. To był je​dy​ny po​wód jego ślu​bu z Ali​ce. Za​war​li umo​-
wę. Ale po​tem ty się zja​wi​łaś, już w cią​ży. Do​brze się zło​ży​ło, praw​da?

Nie​praw​da. Car​rie na pew​no in​try​gu​je.
– Sko​ro tak mó​wisz…
– Ale wcze​śniej mu​siał wziąć ślub. To była część umo​wy.
Czy​ste kłam​stwo. Car​rie mści się na niej za Ali​ce.
Gdy tym ra​zem chcia​ła odejść, Car​rie ją prze​pu​ści​ła, a po​tem za​wo​ła​ła:
– Mi​łej za​ba​wy!
Cho​le​ra, wła​śnie, że bę​dzie miła. Nie po​zwo​li ze​psuć so​bie naj​szczę​śliw​sze​go

dnia  w  ży​ciu.  Prze​szła  przez  sa​lon  do  prze​szklo​nych  drzwi  pro​wa​dzą​cych  do
ogro​du. Gdy po​ło​ży​ła rękę na gał​ce, za​wa​ha​ła się.

Tony cię ko​cha, jest two​im mę​żem, mu​sisz mu ufać. Idź i baw się do​brze, po​-

wta​rza​ła  w  my​ślach.  Jed​nak  nie  wy​szła  do  go​ści,  a  wró​ci​ła  do  sy​pial​ni.  Ze  ści​-
śnię​tym  ser​cem  za​pu​ka​ła  ci​cho,  ma​jąc  jed​no​cze​śnie  w  głę​bi  du​szy  na​dzie​ję,  że
non​no śpi.

– Kto tam? – za​py​tał.
Otwo​rzy​ła drzwi i zo​ba​czy​ła go sie​dzą​ce​go na brze​gu łóż​ka, jak​by na nią cze​-

kał.

– Mu​szę z tobą po​roz​ma​wiać.
Wy​glą​dał na bar​dzo zmę​czo​ne​go i smut​ne​go.
– Wiem – od​rzekł.

background image

– Sły​sza​łeś moją roz​mo​wę z Car​rie? – Ski​nął gło​wą. – Czy to praw​da?
– Dla​cze​go nie za​py​tasz męża?
Och, nie.
–  Po​nie​waż  py​tam  cie​bie.  Czy  za​ofe​ro​wa​łeś  Tony’emu  pie​nią​dze  za  po​tom​ka

płci mę​skiej?

– Nie chcia​łem, żeby na​zwi​sko Ca​ro​sel​lich znik​nę​ło, a wnu​ko​wie się sta​rze​li.

Uzna​łem, że po​trze​bu​ją za​chę​ty.

Po tych sło​wach ogar​nął ją ból tak wiel​ki, że nie mo​gła od​dy​chać.
– Uwa​ża​łam cię za mo​je​go przy​ja​cie​la. Za dziad​ka, któ​re​go ni​g​dy nie mia​łam.

Jak mo​głeś mi o tym nie po​wie​dzieć?

Uniósł z dumą gło​wę.
–  Do​kąd  żyję,  będę  lo​jal​ny  wo​bec  wnu​ków.  Ro​dzi​nę  sta​wia  się  za​wsze  na

pierw​szym miej​scu.

– Ja nie mia​łam ro​dzi​ny. My​śla​łam, że te​raz to się zmie​ni​ło. Ale naj​wy​raź​niej

się my​li​łam. – Od​wró​ci​ła się i ru​szy​ła do wyj​ścia.

– Lucy, wróć. – Nie przy​wykł do tego, że lu​dzie wy​cho​dzą od nie​go, kie​dy chcą,

a gdy nie za​trzy​ma​ła się, jego ton z aro​ganc​kie​go i pew​ne​go sie​bie zmie​nił się
w bła​gal​ny: – Lucy, pro​szę. Po​peł​ni​łem błąd.

Za​trzy​ma​ła się tuż za drzwia​mi zroz​pa​czo​na.
– Nie każ Tony’emu pła​cić za moją po​mył​kę. To do​bry chło​pak i lo​jal​ny wnuk.
Od​wró​ci​ła się w jego stro​nę.
– Ale nie bar​dzo lo​jal​ny mąż. – Przy​naj​mniej te​raz wie, dla​cze​go Tony tak bar​-

dzo chciał ją po​ślu​bić i dla​cze​go oświad​czył się po ba​da​niu USG. A wszyst​ko, co
o niej mó​wił… to były kłam​stwa?

– Lucy, on cię ko​cha.
Zna​lazł nie​zwy​kły spo​sób, żeby to oka​zać.
– Cza​sem to nie wy​star​czy.
Za​mknę​ła drzwi i po​szła, choć nie była pew​na, do​kąd zmie​rza. Kon​cen​tro​wa​ła

się  na  od​dy​cha​niu.  Wdech,  wy​dech.  Wdech,  wy​dech.  Od​czu​wa​ła  ból  w  każ​dej
czą​st​ce  cia​ła.  Sta​re  rany  w  ser​cu  –  ura​za  i  od​rzu​ce​nie  –  oży​ły,  za​tru​wa​jąc  jej
umysł i cały or​ga​nizm. Czu​ła, że roz​pa​da się na ka​wał​ki.

Nie mo​gła znieść wnio​sków, któ​re same się na​su​wa​ły. To dla​te​go Tony chciał

ku​pić dom i nie prze​szka​dza​ło mu, że wyda aż tyle pie​nię​dzy. Wie​dział, że przy​-
pływ go​tów​ki na​stą​pi po na​ro​dzi​nach dziec​ka. Wie​dział, że jest usta​wio​ny. Gra​-
tu​la​cje, mamo, tra​fi​łaś w sed​no. Męż​czyź​ni tacy jak on krę​cą się wo​kół dziew​-
cząt  ta​kich  jak  ona  tyl​ko  w  jed​nym  celu.  Ostat​ni​mi  cza​sy  na  pew​no  do​brze  go
ob​słu​gi​wa​ła. Wy​ko​rzy​stał ją, a naj​gor​sze jest to, że nie wie​dzia​ła, czy zda​wał so​-
bie z tego spra​wę.

– Lucy?
Od​wró​ci​ła się, zo​ba​czy​ła Tony’ego i nogi się pod nią ugię​ły. Był tak przy​stoj​ny,

że jego wi​dok spra​wiał ból.

– Wszyst​ko w po​rząd​ku? – spy​tał za​nie​po​ko​jo​ny.
Co za pod​chwy​tli​we py​ta​nie. Nie da Car​rie sa​tys​fak​cji, na​wet je​śli ślub był tyl​-

background image

ko ilu​zją, roz​gryw​ką mię​dzy człon​ka​mi ro​dzi​ny, bo ro​dzi​nę sta​wia się za​wsze na
pierw​szym miej​scu.

Uśmiech​nę​ła się z tru​dem i od​rze​kła:
– Je​stem zmę​czo​na, a na do​da​tek od po​po​łu​dnia bolą mnie ple​cy.
–  Też  je​stem  wy​koń​czo​ny.  –  Pod​szedł  do  niej,  przy​tu​lił,  po​ca​ło​wał  w  czo​ło.

A ona do​ko​na​ła he​ro​icz​ne​go wy​czy​nu, by trzy​mać ję​zyk za zę​ba​mi, nie rzu​cić się
na nie​go z pię​ścia​mi i nie za​cząć wy​krzy​ki​wać py​tań. Za​mknę​ła oczy i skon​cen​-
tro​wa​ła się na tym, by się nie roz​kle​ić. Ko​cha go i nie​na​wi​dzi jed​no​cze​śnie.

– Przy​ję​cie to​czy się wła​snym to​rem. Nikt nie bę​dzie miał za złe, jak się urwie​-

my – za​uwa​żył.

Dzię​ki Bogu, po​nie​waż nie mia​ła po​ję​cia, jak dłu​go zdo​ła​ła​by jesz​cze wy​trzy​-

mać.

– To co, że​gna​my się i spa​da​my do domu?
Dom. W cią​gu pięt​na​stu mi​nut sło​wo to na​bra​ło no​we​go zna​cze​nia, ale po​sła​ła

mu bla​dy uśmiech i się zgo​dzi​ła.

Krą​ży​li wśród go​ści, po​licz​ki bo​la​ły ją od wy​mu​szo​nych uśmie​chów. Czu​ła się

roz​bi​ta. Trzy​ma​ła się reszt​ką sił, gdy w koń​cu ru​szy​li do sa​mo​cho​du. Jesz​cze tyl​-
ko pięt​na​ście mi​nut i do​trą do domu, gdzie w czte​rech ścia​nach bę​dzie mo​gła do​-
ciec praw​dy. I zde​cy​do​wać, co za​mie​rza zro​bić z resz​tą ży​cia.

Ni​g​dy nie od​czu​wa​ła ta​kie​go smut​ku, nie czu​ła się tak strasz​nie sa​mot​na. Aby

po​zbyć się tę​pe​go bólu w ple​cach, od​wró​ci​ła się w kie​run​ku okna. Otwo​rzy​ła je
i  czu​ła  te​raz  na  twa​rzy  cie​płe  po​wie​trze,  któ​re  osu​sza​ło  łzy  na  po​licz​kach.  To
nie fair. Ale ży​cie ni​g​dy nie jest fair. Przy​naj​mniej dla niej.

Wy​sa​dził ją pod drzwia​mi, a sam po​je​chał za​par​ko​wać. Po chwi​li zła​pa​ła się na

tym, że my​śli o tym, jak miło bę​dzie mieć ga​raż. Na​praw​dę? Co ją te​raz cze​ka?
Roz​wód? Anu​lo​wa​nie ślu​bu?

We​szła do miesz​ka​nia. Świa​tło w kuch​ni pa​li​ło się – za​wsze za​po​mi​na​li je ga​sić

– lam​pa przy ka​na​pie też była za​pa​lo​na. Ro​zej​rza​ła się: jego i jej rze​czy le​ża​ły
wo​kół prze​mie​sza​ne z sobą, jak​by był to dla nich stan na​tu​ral​ny. Moż​na po​czuć
się jak w domu. Ale wszyst​ko oka​za​ło się ilu​zją.

Zna​la​zła swój ple​cak i z pu​deł​kiem chu​s​te​czek pod pa​chą za​mknę​ła się w ła​-

zien​ce,  by  w  koń​cu  się  wy​pła​kać.  Ale  oczy​wi​ście  łzy  nie  chcia​ły  le​cieć.  Może
była zbyt za​ła​ma​na, zbyt odrę​twia​ła. Dała więc so​bie spo​kój, prze​szła do sy​pial​-
ni i nie za​pa​la​jąc świa​tła, opa​dła na łóż​ko. Co da​lej?

Usły​sza​ła, że Tony wszedł. Brzęk klu​czy świad​czył o tym, że rzu​cił je jak zwy​-

kle  na  stół,  gdzie  ban​ko​wo  le​ża​ła  ga​ze​ta  lub  for​mu​la​rze  od  kon​tra​hen​tów.  Po​-
wta​rzal​ność czyn​no​ści spra​wia​ła, że gdy gi​nę​ły mu po​wiedz​my klu​cze, Lucy zwy​-
kle znaj​do​wa​ła je przed nim. Ru​ty​na.

– Nie śpisz? – za​py​tał Tony, za​glą​da​jąc do sy​pial​ni, gdzie le​ża​ła. Przy​pusz​czal​-

nie wy​glą​da​ła ni​czym wie​lo​ryb wy​rzu​co​ny na brzeg. Czu​ła się strasz​li​wie zmę​-
czo​na,  a  jed​no​cze​śnie  tak,  jak​by  ni​g​dy  nie  mia​ła  już  za​snąć.  Tony  wy​wró​cił  jej
świat do góry no​ga​mi.

– Nie – od​par​ła.

background image

Za​pa​lił sto​ją​cą przy łóż​ku lam​pę.
– Szko​da, że nie mo​że​my po​fi​glo​wać.
– Nie chcesz przed​wcze​sne​go po​ro​du, praw​da?
Po​ru​szy​ła się, pró​bu​jąc zna​leźć wy​god​ną po​zy​cję. Ple​cy bo​la​ły ją nie​mi​ło​sier​-

nie. W cią​ży ob​se​syj​nie uni​ka​ła środ​ków prze​ciw​bó​lo​wych, ale być może tym ra​-
zem bez aspi​ry​ny się nie obej​dzie.

– Wy​glą​dasz na obo​la​łą.
– Oczy​wi​ście, że czu​ję się obo​la​ła – od​burk​nę​ła. – Je​stem w po​ło​wie dzie​wią​te​-

go mie​sią​ca cią​ży, ogrom​na jak słoń, moje nogi przy​po​mi​na​ją ba​lo​ny, a ból w ple​-
cach stał się nie do znie​sie​nia.

Drgnął, jak​by współ​od​czu​wał jej ból.
– Może po​win​naś po​ło​żyć się na boku i owi​nąć wo​kół po​dusz​ki?
Chcia​ła, by prze​stał być taki miły. Wy​da​wał się taki szcze​ry, taki zmar​twio​ny.

Nie mo​gła dłu​żej tego znieść. Mu​sia​ła coś po​wie​dzieć. Tony wy​szedł do ła​zien​ki,
a chwi​lę póź​niej usły​sza​ła, jak myje zęby.

No da​lej, Lucy, bądź dziel​na.
– A więc Rose za​bi​ła wam ćwie​ka tymi se​kre​ta​mi ro​dzin​ny​mi? – za​wo​ła​ła.
W od​po​wie​dzi do​biegł ją nie​zro​zu​mia​ły beł​kot.
– Ale prze​cież każ​dy ma ja​kiś se​kret – oświad​czy​ła. – Na​wet ty.
Wy​su​nął gło​wę z ła​zien​ki i po​słał jej sze​ro​ki uśmiech. Z pa​stą na bro​dzie wy​-

glą​dał tak uro​czo, że mia​ła ocho​tę wal​nąć go pię​ścią.

– Moje ży​cie to otwar​ta księ​ga.
Z wie​lo​ma bra​ku​ją​cy​mi stro​na​mi. Nad​szedł czas, by je za​peł​nić.
– Czyż​by?
Usły​sza​ła  od​głos  od​kła​da​nej  szczo​tecz​ki,  wie​dzia​ła,  że  te​raz  Tony  wy​cie​ra

bro​dę  ręcz​ni​kiem  wi​szą​cym  koło  umy​wal​ki.  Od​wie​si  go  na  chy​bił  tra​fił,  więc
pew​nie lewa stro​na znów znaj​dzie się na wierz​chu. Zna​ła jego przy​zwy​cza​je​nia
jak wła​sną kie​szeń.

– Skon​cen​truj się.
Usiadł na ma​te​ra​cu koło niej i po​gła​skał jej brzuch.
–  Lucy,  co  się  dzie​je?  Czy  coś  się  wy​da​rzy​ło  na  przy​ję​ciu?  Czy  ktoś  zro​bił  ci

przy​krość?

Nie​spe​cjal​nie, w koń​cu Car​rie tyl​ko wspie​ra swo​ją naj​lep​szą przy​ja​ciół​kę.
– Trzy​dzie​ści mi​lio​nów to na​praw​dę zło​ty in​te​res.
Tony  opadł  gło​wą  na  po​dusz​kę  i  wy​mam​ro​tał  pod  no​sem  prze​kleń​stwo.  Wie​-

dział, że to schrza​nił.

– Kto ci po​wie​dział?
– To bez zna​cze​nia.
– Lucy…
– Na​wet nie wiem, co mam po​wie​dzieć.
– Mu​sisz wie​dzieć, że nie cho​dzi​ło o pie​nią​dze. Ni​g​dy o nie nie cho​dzi​ło.
– Mam ci uwie​rzyć na sło​wo?
– No więc – ode​zwał się spo​koj​nie, jak​by te mi​lio​ny były tyl​ko nie​po​ro​zu​mie​-

background image

niem – mia​łem na​dzie​ję, że mi ufasz, ale je​śli po​trze​bu​jesz do​wo​du, mogę ci go
dać.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Fakt, by​ło​by do​brze, po​my​śla​ła Lucy.
– Więc go daj.
– Nie mogę, jesz​cze nie te​raz.
–  Co  to  zna​czy?  –  To  była  naj​bar​dziej  ab​sur​dal​na  rzecz,  jaką  kie​dy​kol​wiek

usły​sza​ła. – Niby dla​cze​go?

– Już mam prze​chla​pa​ne. A moja wina sta​nie się nie do od​ku​pie​nia, je​śli na do​-

da​tek zła​mię obiet​ni​cę.

– Któ​rą zło​ży​łeś dziad​ko​wi – do​koń​czy​ła, a pust​ka w jej ser​cu ro​sła. Po raz ko​-

lej​ny ro​dzi​na ją oszu​ka​ła.

– Nie, nie jemu.
To ją tro​chę zdzi​wi​ło.
– W ta​kim ra​zie komu?
– Nie mogę ci po​wie​dzieć.
– Dla​cze​go?
– Bo zła​mał​bym obiet​ni​cę. Czy to ja​sne?
Co prze​ga​pi​ła? Wo​bec kogo Tony jest tak lo​jal​ny, że go​tów jest na​ra​zić na nie​-

bez​pie​czeń​stwo  wła​sne  mał​żeń​stwo?  I  co  sta​no​wi​ło​by  do​wód,  że  nie  cho​dzi
o pie​nią​dze? Nie mia​ła po​ję​cia, co to mia​ło zna​czyć.

– Mu​sisz po​wie​dzieć coś wię​cej.
– Nie mogę. – Wzru​szył ra​mio​na​mi.
Lucy skon​cen​tro​wa​ła się i  spró​bo​wa​ła ja​sno my​śleć. Coś  za​świ​ta​ło jej w  gło​-

wie, wy​da​ła zdu​szo​ny okrzyk, a po​tem ro​ze​śmia​ła się peł​ną pier​sią.

– O mój Boże, bę​dzie​my mie​li cór​kę!
Uśmiech na twa​rzy Tony’ego mó​wił sam za sie​bie. Dziew​czyn​kę. A on wie​dział

to przez cały czas. Wziął ją w ra​mio​na i moc​no przy​tu​lił. Wy​cią​gnę​ła po​chop​ne
wnio​ski i uniesz​czę​śli​wi​ła sie​bie bez po​wo​du. Po wszyst​kim, co ra​zem prze​szli,
po​win​na mu była ufać.

– Je​stem taką idiot​ką – przy​zna​ła.
– Nie je​steś. Po​wi​nie​nem po​wie​dzieć ci o pie​nią​dzach – od​parł – ale obie​ca​łem

dziad​ko​wi.

– A ro​dzi​nę sta​wia się u was za​wsze na pierw​szym miej​scu… Tak, wiem.
Ujął jej twarz w dło​nie.
– Nie, ty je​steś naj​waż​niej​sza. Ty i dziec​ko – rzekł, po czym zło​żył po​ca​łu​nek

na jej ustach.

– Mo​głeś mi po​wie​dzieć.
– Nie po​pi​sa​łem się, ale nie chcia​łem być du​po​wa​tym fa​ce​tem.
– Ja​kim?

background image

–  Ta​kim,  któ​ry  w  głę​bi  du​szy  wie,  że  nie  za​słu​gu​je  na  ko​bie​tę,  któ​rą  ko​cha,

i wy​obra​ża so​bie, że je​śli po​wie jej praw​dę, ta ni​g​dy mu nie wy​ba​czy jego bez​-
den​nej głu​po​ty.

Nie wy​ba​czy? Prze​cież wła​śnie to naj​bar​dziej w nim ko​cha​ła.
Tony uca​ło​wał jej dłoń.
–  Lucy,  kie​dy  wy​je​cha​łaś,  nie  mo​głem  się  po​zbie​rać.  Pod​ją​łem  kil​ka  bar​dzo

kiep​skich de​cy​zji, jak na przy​kład ta, żeby nie po​wie​dzieć ci praw​dy od razu. Nie
po​pi​sa​łem się. I pew​nie w przy​szło​ści jesz​cze nie​raz się nie po​pi​szę, bo naj​wy​-
raź​niej taki wła​śnie je​stem. Jest jed​nak coś, co mnie mę​czy – do​dał, zmie​nia​jąc
te​mat. – Skąd wie​dzia​łaś, że bio​rę ślub?

– Przy​ja​ciel. Tak był pod​pi​sa​ny mejl wy​sła​ny z ad​re​su, któ​re​go nie zna​łam.
Tony ro​ze​śmiał się.
– Chcesz po​wie​dzieć, że nie wiesz, kto go wy​słał?
Przy​gry​zła war​gę i po​krę​ci​ła gło​wą.
– Czy​li w su​mie przy​je​cha​łaś na wła​sne ry​zy​ko.
Albo z naj​zwy​klej​szej głu​po​ty. Tak czy ina​czej, wszyst​ko skoń​czy​ło się do​brze.

Ob​ję​ła go moc​no.

– Prze​pra​szam, że ci nie ufa​łam. To się wię​cej nie po​wtó​rzy.
– Są​dzę, że jed​nak tak, bo taka wła​śnie je​steś.
Nie chcia​ła tego przy​znać, ale Tony ma ra​cję. Nie ufa​ła lu​dziom – było to sil​-

niej​sze od niej.

– Przy​kro mi. Sta​ram się.
Do​tknął jej twa​rzy.
– Hej, po​trze​ba cza​su, ale uda nam się. Oboj​gu. Nikt nie mó​wił, że bę​dzie ła​-

two, praw​da? – Fak​tycz​nie. – Od tej chwi​li, je​śli po​ja​wią się pro​ble​my, oma​wia​my
je naj​pierw z sobą.

– Zgo​da – od​rze​kła.
Ple​cy bo​la​ły ją tak bar​dzo, że się wy​gię​ła w łuk.
– Po​łóż się – za​pro​po​no​wał. – Roz​ma​su​ję ci ple​cy.
Prze​wró​ci​ła się na bok i owi​nę​ła wo​kół po​dusz​ki.
– Czy to znów rwa kul​szo​wa? – za​py​tał, de​li​kat​nie ma​su​jąc mię​śnie, któ​re po

mi​nu​cie za​czę​ły się roz​luź​niać.

– To sil​ny tępy ból przy​po​mi​na​ją​cy skurcz.
– A czy ten skurcz po​ja​wia się i zni​ka?
Po​pa​trzy​ła na nie​go przez ra​mię.
– Czy nie to jest ce​chą skur​czu?
– Jak czę​sto masz te skur​cze?
– Nie wiem. Nie za​sta​na​wia​łam się spe​cjal​nie.
– Może trze​ba się za​sta​no​wić.
– To tyl​ko ból ple​ców. Skur​cze po​ro​do​we są ostre i in​ten​syw​ne, no i z przo​du,

a czu​ję tępy ból w dole ple​ców.

– Pa​mię​tam, że ku​zyn​ka Jes​si​ca mó​wi​ła, że ją bo​la​ły wła​śnie ple​cy.
– Jest za wcze​śnie.

background image

– Je​steś w trzy​dzie​stym ósmym ty​go​dniu. To był​by po​ród w ter​mi​nie.
– Tony, to nie są skur​cze po​ro​do​we. Nie je​stem poza tym go​to​wa.
– Nie są​dzę, żeby po​ród od​by​wał się na ży​cze​nie.
O mat​ko, niech so​bie od​pu​ści.
– Mniej ga​da​nia, wię​cej ma​so​wa​nia – prych​nę​ła.
Po​tem uśmiech​nę​ła się i za​mknę​ła oczy. Gdy otwo​rzy​ła je po​now​nie, sy​pial​nia

po​grą​żo​na  była  w  ciem​no​ści,  a  Tony  le​żał  owi​nię​ty  wo​kół  niej,  po​grą​żo​ny  we
śnie.

Spał jak za​bi​ty. Obu​dził się oko​ło trze​ciej trzy​dzie​ści, a gdy chciał przy​tu​lić się

do Lucy, oka​za​ło się, że miej​sce obok nie​go jest cie​płe, ale pu​ste. Pew​nie po​szła
do ła​zien​ki, po​my​ślał i po​now​nie usnął. Gdy zbu​dził się kil​ka go​dzin póź​niej wraz
z pierw​szy​mi ró​żo​wa​wy​mi pro​mie​nia​mi brza​sku, od​krył, że znów jest sam. Tym
ra​zem miej​sce, gdzie le​ża​ła Lucy, było zim​ne. Jak daw​no wsta​ła? Prze​tarł oczy,
wło​żył dżin​sy i po​szedł jej szu​kać.

Po​pi​ja​ła w kuch​ni her​ba​tę i cho​dzi​ła tam i z po​wro​tem. Wy​glą​da​ła na wy​koń​-

czo​ną.

– Dzień do​bry – przy​wi​tał się, a ona za​trzy​ma​ła się tyl​ko na mo​ment, by go po​-

ca​ło​wać. – Ple​cy na​dal cię bolą?

– Chy​ba osza​le​ję – od​par​ła ze znu​że​niem. – My​ślę, że mo​żesz mieć ra​cję.
– Czy​li skur​cze prze​po​wia​da​ją​ce?
– Tak, albo ka​mie​nie ner​ko​we. Pró​bo​wa​łam mie​rzyć czas, ale raz są co dwie

mi​nu​ty, a raz co pięt​na​ście.

– Od jak daw​na je​steś na no​gach?
– Od kil​ku go​dzin – od​par​ła. Wy​glą​da​ła na zmę​czo​ną i nie​szczę​śli​wą.
– Trze​ba było mnie obu​dzić.
– Nie​wie​le byś po​mógł, a po​trze​bu​jesz snu. Je​śli to skur​cze prze​po​wia​da​ją​ce,

przed nami dłu​gi dzień. Do​brze, że cho​ciaż po​cze​ka​ła, aż wzię​li​śmy ślub.

Przy​naj​mniej może do​trzy​mać jej to​wa​rzy​stwa.
– Chodź tu. Po​chyl się i oprzyj łok​cie na bar​ku.
Za​czął  ma​so​wać  dol​ny  od​ci​nek  ple​ców,  a  ona  opa​dła  na  zim​ny  mar​mu​ro​wy

blat.  Kon​ty​nu​ował  de​li​kat​ny  ma​saż,  wy​czu​wa​jąc  pod  pal​ca​mi  na​pię​te  mię​śnie,
gdy nad​szedł ko​lej​ny skurcz. A po nim po kil​ku mi​nu​tach na​stęp​ny. Rytm ten, jak
wska​zy​wał  ze​gar  w  jego  ko​mór​ce,  wy​stę​pu​ją​cy  co  dwa​na​ście  do  pięt​na​stu  mi​-
nut, utrzy​my​wał się przez trzy kwa​dran​se. Le​karz mó​wił im, że po​ród na​stę​pu​je,
gdy skur​cze po​ja​wia​ją się co pięć mi​nut.

–  Co  mogę  dla  cie​bie  zro​bić?  –  za​py​tał.  Wszyst​ko  by  dał,  żeby  ból  ustą​pił.

Żeby nie cier​pia​ła.

– Za​dzwoń do szpi​ta​la – od​par​ła, wal​cząc z ko​lej​nym skur​czem i płyt​ko od​dy​-

cha​jąc. – Po​wiedz, że wkrót​ce przy​je​dzie​my.

– To może po​trwać – rzekł.
– Nie są​dzę. Albo pę​cherz na​wa​lił, albo wła​śnie ode​szły mi wody pło​do​we.
Gdy do​tar​li do szpi​ta​la, Lucy mia​ła za​le​d​wie dwu​cen​ty​me​tro​we roz​war​cie. Po

background image

trzech  go​dzi​nach  spa​ce​rów  na  od​dzia​le  po​ro​do​wym,  z  To​nym  i  jego  mat​ką  do​-
trzy​mu​ją​cą im to​wa​rzy​stwa, roz​war​cie zwięk​szy​ło się o cen​ty​metr. Pie​lę​gniar​ka
zro​bi​ła  za​strzyk  przy​spie​sza​ją​cy  po​ród  i  czas  mię​dzy  skur​cza​mi  skró​cił  się
z sze​ściu do dwóch mi​nut, a we​dług za​pi​su na mo​ni​to​rze sta​ły się one dwu​krot​-
nie  sil​niej​sze.  Do​tąd  Lucy  nie  chcia​ła  znie​czu​le​nia  ze​wną​trzo​po​no​we​go  ani  in​-
nych środ​ków prze​ciw​bó​lo​wych. Trzy skur​cze póź​niej bła​ga​ła o co​kol​wiek.

Na​stą​pił  nowy  etap.  Tony  był  prze​ję​ty  i  prze​ra​żo​ny,  ale  przede  wszyst​kim

dum​ny z Lucy. Na​wet gdy​by wcze​śniej nie uznał jej za cho​dzą​cy ide​ał, zro​bił​by
to  te​raz.  Każ​da  ro​dzą​ca  za​słu​gu​je  na  me​dal.  Wi​dział,  że  gdy  nad​cho​dzi​ła  fala
bólu, Lucy oka​zy​wa​ła że​la​zną wręcz siłę woli.

– Mam na​dzie​ję, że  bę​dzie szczę​śli​wa jako je​dy​nacz​ka  – wy​dy​sza​ła Lucy, do​-

cho​dząc do sie​bie po szcze​gól​nie sil​nym skur​czu.

–  Każ​da  nowo  upie​czo​na  mama  tak  mówi  –  od​rze​kła  Sa​rah,  prze​cie​ra​jąc  jej

twarz mo​krą szmat​ką.

Wło​sy Lucy były wil​got​ne od potu i le​pi​ły się do czo​ła. Tony po​ca​ło​wał ją i od​-

gar​nął je do tyłu.

– Świet​nie so​bie ra​dzisz. Je​stem z cie​bie dum​ny.
– Chcę tyl​ko, żeby ból ustał – od​par​ła sła​bym gło​sem.
– Usta​nie – obie​cał. – Wy​trzy​maj jesz​cze tro​chę.
Po ko​lej​nych kil​ku skur​czach na​de​szła pie​lę​gniar​ka, by spraw​dzić po​stęp ak​cji

po​ro​do​wej. Lucy po​pro​si​ła ją o znie​czu​le​nie ze​wną​trzo​po​no​we. Była do​tąd twar​-
da, ale Tony wi​dział, że jest wy​koń​czo​na.

– Zo​bacz​my naj​pierw, co tam się dzie​je. – Pie​lę​gniar​ka zba​da​ła Lucy. – Od​dy​-

chaj głę​bo​ko, ko​cha​nie – po​le​ci​ła.

Lucy za​sto​so​wa​ła się do proś​by, a po​tem za​py​ta​ła:
– Czy mogę do​stać już to znie​czu​le​nie?
– Przy​kro mi, złot​ko, ale masz peł​ne roz​war​cie. Za​raz bę​dziesz ro​dzić.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Dziec​ko  wa​ży​ło  trzy  ki​lo​gra​my  i  dwie​ście  gra​mów,  i  uro​dzi​ło  się  z  gę​sty​mi

czar​ny​mi wło​sa​mi. Mia​ło oczy Lucy, a nos Tony’ego, no i… było chłop​cem.

– Na​dal nie mogę w to uwie​rzyć – ode​zwał się Tony, sie​dząc na bu​ja​nym fo​te​lu

koło łóż​ka i ko​ły​sząc ich syna.

Gdy przy po​ro​dzie le​karz za​wo​łał:
– To chło​pak! – Tony za​pro​te​sto​wał:
– Pod​czas USG wy​raź​nie wi​dzia​łem dziew​czyn​kę! – a le​karz od​parł, że to nie​-

moż​li​we, gdyż mimo obie​go​wej opi​nii płód ludz​ki spon​ta​nicz​nie nie zmie​nia płci.

– Do​brze, że mi nie po​wie​dzia​łeś – rze​kła Lucy – bo nasz syn miał​by spo​ro ró​-

żo​wych ubra​nek.

– Zda​jesz so​bie spra​wę, że je​śli Rob i Nick nie będą mie​li sy​nów, to ten ma​lu​-

szek jako je​dy​ny może za​pew​nić cią​głość na​zwi​sku Ca​ro​sel​lich.

– Tyl​ko je​śli bę​dzie tego chciał – stwier​dzi​ła Lucy. – Nasz syn zo​sta​nie, kim ze​-

chce.

Do mamy Tony’ego do​łą​czył jego tata. Kwia​ty i od​wie​dza​ją​cy za​czę​li na​pły​wać

w re​gu​lar​nych od​stę​pach cza​su, w koń​cu po​kój pę​kał w szwach. Czę​sto​wa​li się
cze​ko​la​do​wy​mi cy​ga​ra​mi, są​czy​li mu​su​ją​cy cydr. Byli gło​śni, wścib​scy i zwa​rio​-
wa​ni, ale ich ko​cha​ła. Włą​czy​li ją do ro​dzin​ne​go krę​gu. Te​raz była jed​ną z nich.

Rob  przy​szedł  sam  i  po  obej​rze​niu  ich  syn​ka,  któ​ry  spał  w  ra​mio​nach  ojca,

przy​siadł na łóż​ku.

– Chciał​bym cię prze​pro​sić w imie​niu żony. Za​cho​wa​ła się okrop​nie.
Tym​cza​sem Lucy wła​śnie za​czy​na​ła my​śleć, że Car​rie wy​świad​czy​ła jej przy​-

słu​gę. Dzię​ki niej zro​zu​mia​ła, że po​win​na ufać Tony’emu.

– Nie mu​sisz prze​pra​szać. Wszyst​ko do​brze się skoń​czy​ło.
– Car​rie czu​je się na​praw​dę pod​le.
– Cóż, wszy​scy po​peł​nia​my błę​dy – od​rze​kła.
Za​po​wia​dał się ko​lej​ny ide​al​ny dzień.
Wte​dy  przy​szedł  non​no.  Choć  Lucy  mia​ła  pra​wo  być  na  nie​go  zła,  była  zbyt

szczę​śli​wa, by ze​psuć ten szcze​gól​ny dzień. Szko​da, że non​no ni​g​dy nie bę​dzie
dla niej kimś wię​cej niż tyl​ko dziad​kiem Tony’ego, ale ja​koś to prze​ży​je. Do​pó​ki
mia​ła Tony’ego i ich syna, nie po​trze​bo​wa​ła ni​ko​go wię​cej.

Stop​nio​wo wszy​scy wy​cho​dzi​li, aż po​zo​sta​li tyl​ko ro​dzi​ce Tony’ego i non​no.
– Chciał​bym za​mie​nić kil​ka słów na osob​no​ści z moim wnu​kiem – ode​zwał się

non​no, ro​dzi​ce Tony'ego sko​rzy​sta​li więc z oka​zji i po​szli coś zjeść. – Mam coś
dla cie​bie – po​wie​dział non​no, zwra​ca​jąc się do Tony’ego.

Tony roz​ło​żył ar​ku​sik pa​pie​ru i otwo​rzył sze​ro​ko oczy.
– O mój Boże, czek na dzie​sięć mi​lio​nów. Nie mogę go przy​jąć. Ab​so​lut​nie nie.

background image

– To two​ja od​pra​wa.
– Od​pra​wa? – Tony za​mru​gał ocza​mi.
– Za lata, któ​re po​świę​ci​łeś Ca​ro​sel​li Cho​co​la​te.
– Chcesz po​wie​dzieć, że je​stem zwol​nio​ny?
– Tak, od dzi​siaj.
– Ale… – Tony za​milkł, po​krę​cił gło​wą i wy​buch​nął śmie​chem. – Skąd wie​dzia​-

łeś, że chcę odejść?

–  Taka  jest  moja  rola.  Nie  bez  po​wo​du  uwa​żam  cię  za  naj​bar​dziej  lo​jal​ne​go

z wnu​ków. Wiem też, co dla cie​bie naj​lep​sze.

–  To  ty  by​łeś  tym  „przy​ja​cie​lem”  –  pal​ca​mi  po​ka​zał  znak  cu​dzy​sło​wu  –  któ​ry

na​pi​sał do Lucy. Ja​koś się o niej do​wie​dzia​łeś. I o dziec​ku. Praw​da? Ty nas po​łą​-
czy​łeś.

– Masz buj​ną wy​obraź​nię, An​to​nio.
– Za​wsze wy​da​wa​ło mi się, że je​stem prak​tycz​nym czło​wie​kiem jak mój dzia​-

dek.  Gdy​bym  miał  kie​dyś  prze​ku​pić  wnu​ków  trzy​dzie​sto​ma  mi​lio​na​mi,  za​ło​żył​-
bym, że je​śli na​praw​dę się za​ko​cha​ją, nie będą chcie​li pie​nię​dzy.

Ze słów Tony’ego wy​ni​ka​ło, że non​no wszyst​ko za​pla​no​wał, a co wię​cej, ni​g​dy

nie miał za​mia​ru da​wać wnu​kom pie​nię​dzy.

– Ach, mło​dzi… – mruk​nął non​no, po​trzą​sa​jąc gło​wą.
Lucy  i  Tony  wie​dzie​li,  że  na​wet  za  ty​siąc  lat  nie  przy​zna  się  do  ni​cze​go.  Po

chwi​li oznaj​mił, że czu​je się zmę​czo​ny, więc Tony od​pro​wa​dził go do sa​mo​cho​du.
Gdy wró​cił, przy​tu​lił Lucy i dziec​ko. A Lucy po​my​śla​ła, że tak wy​glą​da praw​dzi​-
we szczę​ście.

–  Ni​g​dy  nie  mo​głem  znieść  –  ode​zwał  się  Tony  –  że  non​no  uzur​po​wał  so​bie

pra​wo do tego, aby mó​wić in​nym, jak mają żyć, ale po​patrz, jacy je​ste​śmy szczę​-
śli​wi. Rob i Nick też. Mu​szę przy​znać, że on wie, co dla nas naj​lep​sze. Wiesz, co
jest  naj​bar​dziej  prze​ra​ża​ją​ce?  Dzię​więć​dzie​się​cio​dwu​let​ni  sta​rzec  wszyst​ko  to
za​aran​żo​wał i prze​pro​wa​dził zgod​nie ze swo​imi za​mie​rze​nia​mi.

– Fak​tycz​nie – zgo​dzi​ła się. – Ale chy​ba za​po​mi​nasz o naj​waż​niej​szym.
– O czym?
Uśmiech​nę​ła się i go po​ca​ło​wa​ła.
– O tym, że my też zre​ali​zo​wa​li​śmy wszyst​ko zgod​nie z pla​nem.


Document Outline