background image

GABRIEL GARCIA MARQUEZ

SZARAŃCZA

background image

Dla Germana Vargasa

A zaś obwieścił, aby Polinika
Nieszczęsne zwłoki bez czci pozostały,

By nikt ich płakać, nikt grześć się nie ważył;
Mają więc leżeć bez łez i bez grobu

Na pastwę ptakom żarłocznym i strawę.
Słychać, że Kreon czcigodny dla ciebie,

Co mówię, dla mnie też wydał ten ukaz
I że tu przyjdzie, by tym go ogłosić,

Co go nie znają, nie na wiatr zaiste
Rzecz tę stanowiąc, lecz grożąc zarazem

Kamienowaniem ukazu przestępcom.
Sofokles “Antygona” (przekład Kazimierza Morawskiego)

background image

Nagle, jakby trąba powietrzna zapuściła korzenie w samym środku miasteczka, 

zjawiła się kompania bananowa, a w ślad za nią szarańcza. Wymieszana, wrzaskliwa 
szarańcza, złożona z odpadków ludzkich, resztek z innych miasteczek; plewy wojny 

domowej, która wydawała się coraz bardziej odległa i nierzeczywista. Szarańcza była 
bezlitosna.   Zatruwała   wszystko   zbełtaną   wonią   tłumów,   odorem   wydzielin   skóry   i 

skrytej   śmierci.   W   niespełna   rok   rozrzuciła   po   miasteczku   zgliszcza   wielu 
wcześniejszych   od   niej   katastrof,   rozsiała   po   ulicach   swój   zagmatwany   bagaż 

odpadków. A odpady te, błyskawicznie, w oszałamiającym, nieoczekiwanym rytmie 
burzy, zaczęły oddzielać się, indywidualizować, by to, co było uliczką ograniczoną z 

jednej strony rzeką, a z drugiej zagrodą dla zmarłych, przemienić z czasem w odrębne, 
splątane miasteczko, wzniesione z odpadków innych miast.

Przybyły   tu,   wymieszane   z   ludzką   szarańczą,   porwane   przez   jej   rwącą   siłę, 

odpadki ze sklepów, szpitali, domów rozrywki, elektrowni; odpadki samotnych kobiet 

i mężczyzn, którzy przywiązywali muła do słupa przed zajazdem, mając za cały bagaż 
drewniany kufer lub tobołek z ubraniem, a którzy po kilku miesiącach posiadali już 

własny dom, dwie kochanki i stopień wojskowy, choć z jego nadaniem dotychczas 
zwlekano, bo zbyt późno ruszyli na wojnę.

Nawet   odpadki   smutnej,   miejskiej   miłości   trafiły   do   nas   z   szarańczą, 

zbudowały najpierw małe drewniane domki z wydzielonym kącikiem, gdzie resztki 

polowego   łóżka   były   ponurym   legowiskiem   na   jedną   noc,   później   hałaśliwą, 
nielegalną ulicę, wreszcie, w środku miasteczka, miasteczko rozpusty.

Wśród   tej   wichury,   tej   burzy   nieznanych   twarzy,   namiotów   rozbitych   na 

placach,   chodnikach,   w   tłumie   mężczyzn   przebierających   się   na   ulicy,   kobiet 

siedzących   na   kufrach,   pod   otwartymi   parasolami,   wśród   niekończących   się   stad 
mułów, opuszczonych, zdychających z głodu w stajni przy zajeździe, my - pierwsi - 

byliśmy ostatni; to my byliśmy przybyszami.

Po   wojnie,   gdy   przybyliśmy   do   Macondo   i   doceniliśmy   jego   ziemię, 

wiedzieliśmy, że szarańcza kiedyś i tak nadleci, ale nie przeczuwaliśmy siły uderzenia. 
Gdy poczuliśmy więc nadejście lawiny, jedyne, co mogliśmy zrobić, to wynieść talerz, 

widelec i nóż przed drzwi, usiąść cierpliwie i czekać, aż nowo przybyli poznają nas. 
Wtedy pociąg zagwizdał po raz pierwszy. Szarańcza zakłębiła się, ruszyła powitać go, a 

zawracając straciła impet,   lecz  osiągnęła jedność  i  solidną   trwałość;  i  poddała  się 
ziemi, zapadła w nią i stała się jej częścią jak wschodzące ziarno.

(Macondo, 1909)

background image

1

Po   raz   pierwszy   zobaczyłem   trupa.   Jest   środa,   ale   czuję   się,   jakby   to   była 

niedziela, bo nie poszedłem do szkoły i włożyli mi to ubranie z zielonego welwetu, 

które mnie uwiera w jedno miejsce. Trzymając się ręki mamy, idąc za dziadkiem, 
który przy każdym kroku postukuje laską, żeby na coś nie wpaść (jak jest ciemno, to 

niedowidzi i kuleje), przeszedłem obok lustra w salonie i zobaczyłem siebie całego, w 
zielonym   ubranku   z   białą   nakrochmaloną   kokardą,   która   uwiera   mnie   w   szyję. 

Zobaczyłem się w okrągłym, zabrudzonym lustrze i pomyślałem: “To jestem ja, taki, 
jakby dziś była niedziela”.

Przyszliśmy do domu, gdzie jest umarły.
W zamkniętym domu upał aż dusi. Na ulicach słychać bzyczenie słońca i nic 

więcej. Powietrze jest nieruchome; ma się wrażenie, że można go dotknąć, skręcić jak 
cienką blaszkę. W pokoju, gdzie położyli trupa, pachnie kuframi, ale nigdzie ich nie 

widzę. W kącie hamak zawieszony z jednego końca na kółku. Pachnie odpadkami. I 
myślę, że zniszczone i prawie rozpadające się przedmioty, ustawione wokoło, mają 

wygląd rzeczy, które powinny pachnieć odpadkami, choć tak naprawdę mogą mieć 
inny zapach.

Zawsze myślałem, że zmarli muszą mieć kapelusz. Teraz widzę, że nie. Widzę, 

że mają twarz stalowego koloru i szczękę obwiązaną chustką. Widzę, że mają usta 

trochę otwarte, a za sinymi wargami brudne i nierówne zęby. Widzę, że mają z jednej 
strony przygryziony język, gruby, ciastowaty, trochę ciemniejszy od twarzy, która ma 

taki sam kolor jak palec ściśnięty nitką. Widzę, że oczy mają otwarte o wiele bardziej 
niż   zwykły   człowiek,   łakome   i   wytrzeszczone,   i   że   skóra   wygląda   jakby   była   z 

wilgotnej, ubitej ziemi. Myślałem, że umarły wygląda jak spokojny, śpiący człowiek, a 
teraz widzę, że na odwrót. Widzę, że wygląda jak człowiek przebudzony i wściekły, 

jakby po bójce.

Mama też ubrała się tak, jakby dziś była niedziela. Włożyła stary słomkowy 

kapelusz, który zakrywa jej uszy, i czarną suknię, zapiętą u góry, z długimi rękawami. 
A że dziś jest środa, patrzę na nią jak na daleką, nieznaną osobę i wydaje mi się, że 

chce mi coś powiedzieć, kiedy dziadek wstaje, żeby przywitać ludzi, którzy przynieśli 
trumnę. Mama siedzi koło mnie, plecami do zamkniętego okna. Oddycha ciężko i co 

chwila poprawia sobie włosy, bo wyłażą jej spod włożonego w biegu kapelusza. Mój 
dziadek   rozkazał   ludziom,   żeby   ustawili   trumnę   przy   łóżku.   Dopiero   wtedy 

zauważyłem,   że   umarły   rzeczywiście   może   się   w   niej   zmieścić.   Kiedy   mężczyźni 

background image

przynieśli skrzynię, pomyślałem, że jest za mała na to ciało, które zajmuje całe łóżko.

Nie wiem, po co mnie przyprowadzili. Nigdy nie byłem w tym domu i nawet 

myślałem, że nikt tu nie mieszka. Jest to duży dom na rogu, którego drzwi, jak mi się 

wydaje, nigdy nikt nie otwierał. Zawsze myślałem, że dom jest pusty. Dopiero teraz, 
po   tym   jak   mama   mi   powiedziała:   “Dziś   nie   pójdziesz   do   szkoły”,   a   ja   się   nie 

ucieszyłem,   bo   powiedziała   mi   to   poważnym,   suchym   głosem,   i   zobaczyłem,   jak 
wróciła z moim welwetowym ubraniem i nic nie mówiąc włożyła mi je, i ruszyliśmy w 

stronę drzwi, żeby dołączyć do mojego dziadka, a potem minęliśmy trzy domy, co 
oddzielają  ten   dom   od   naszego,   dopiero   wtedy   zauważyłem,   że   ktoś   na   tym   rogu 

mieszkał. Ktoś, kto umarł i kto musi być tym człowiekiem, o którym myślała moja 
mama, kiedy powiedziała: “Musisz być bardzo grzeczny na pogrzebie doktora”.

Wchodząc nie zobaczyłem trupa. Zobaczyłem mojego dziadka, jak rozmawiał z 

mężczyznami,   a   później   zobaczyłem,   że   daje   nam   znak,   żebyśmy   poszli   za   nim. 

Pomyślałem   wtedy,   że   ktoś   jest   w   pokoju,   ale   wchodząc   wyczułem,   że   pokój   jest 
ciemny   i   pusty.   Zaduch   uderzył   mnie   od   razu   w   twarz   i   poczułem   ten   smród 

odpadków, który na początku był mocny i trwały, a który teraz, tak jak i zaduch, 
napływa fala za falą i znika. Mama poprowadziła mnie za rękę przez ciemny pokój i 

posadziła w kącie obok siebie. Dopiero po chwili zacząłem odróżniać rzeczy w pokoju. 
Zobaczyłem mojego dziadka, jak waląc laską w uchwyt próbuje otworzyć okno, jakby 

sczepione z framugą, przylutowane do drewna futryny, i zobaczyłem, jak po każdym 
uderzeniu unosi się kurz z marynarki. Odwróciłem głowę w tę stronę, gdzie teraz 

stanął mój dziadek, bo zrezygnował już z otwarcia okna, i dopiero teraz zauważyłem, 
że ktoś leży na łóżku. Że leży ciemny, wyciągnięty, nieruchomy mężczyzna. Wtedy 

odwróciłem się do mamy, która siedziała ciągle daleka i poważna i patrzyła w innym 
kierunku.   A   że   stopy   nie   sięgają   mi   do   ziemi,   tylko   wiszą   w   powietrzu,   więc 

podłożyłem ręce pod uda, tak że dłonie leżały na krześle, i zacząłem machać nogami, o 
niczym   nie   myśląc,   dopóki   nie   przypomniałem   sobie,   że   mama   powiedziała   mi: 

“Musisz być bardzo grzeczny na pogrzebie doktora”. Wtedy poczułem coś zimnego na 
plecach,   znowu   rozejrzałem   się   i   zobaczyłem   tylko   ścianę   z   suchego,   popękanego 

drewna. Ale to było tak, jakby ze ściany ktoś mi powiedział: “Nie machaj nogami, bo 
człowiek, który leży na łóżku, to doktor, i on nie żyje”. I kiedy popatrzyłem na łóżko, 

to już go nie zobaczyłem takiego jak przedtem. Teraz już nie leżał, tylko był nieżywy.

Od tej chwili, choćbym nie wiem jak starał się nie patrzeć na niego, czułem, 

jakby   ktoś   trzymał   mnie   za   głowę   i   odwracał   ją   w   tamtą   stronę.   I   chociaż   robię 

background image

wszystko, żeby patrzeć gdzie indziej, to i tak wszędzie go widzę, z wytrzeszczonymi w 

ciemnościach oczami, z zieloną i nieżywą twarzą.

Nie   wiem,   dlaczego   nikt   nie   przyszedł   na   pogrzeb.   Przyszedł   mój   dziadek, 

mama i czterej Indianie, którzy pracują dla mojego dziadka. Indianie przynieśli torbę 
z   wapnem   i   wysypali   je   do   trumny.   Gdyby   moja   mama   nie   była   taka   dziwna   i 

zamyślona, zapytałbym ją, po co to robią. Nie rozumiem ,dlaczego musieli wrzucić 
wapno do skrzyni. Kiedy torba była już pusta, jeden z mężczyzn wytrząsnął ją nad 

trumną, posypały się jeszcze resztki, bardziej podobne do trocin niż do wapna. Wzięli 
umarłego za ręce i nogi. Ma zwykłe spodnie z szerokim czarnym paskiem i szarą 

koszulę.   Ma   tylko   lewy   but.   Jest,   jak   mówi   Ada,   jedną   nogą   królem,   a   drugą 
niewolnikiem. Prawy but leży rzucony na łóżku. Zmarły na łóżku wyglądał, jakby mu 

nie było najlepiej. Wydaje się, że w trumnie jest mu wygodniej, że jest spokojniejszy, a 
twarz, która była twarzą człowieka żywego, przebudzonego jak po jakiejś bójce, jest 

teraz wypoczęta i pewna. profil mu złagodniał, jakby tam, w trumnie, czuł się na 
swoim miejscu, które należy mu się jako umarłemu.

Mój dziadek cały czas chodził po pokoju. Zebrał jakieś przedmioty i włożył je 

do trumny. Znowu popatrzyłem na mamę, miałem nadzieję, że mi powie, dlaczego 

dziadek wrzuca te rzeczy do trumny. Ale mama siedzi bez ruchu w czarnej sukience i 
wydaje się, że usiłuje nie patrzeć w to miejsce, gdzie leży umarły. Ja też chcę to zrobić, 

ale nie mogę. Ciągle się w niego wpatruję, dokładnie go oglądam. Dziadek wrzuca 
jakąś książkę do trumny, daje znak ludziom i trzech z nich przykrywa wiekiem trupa. 

Dopiero wtedy czuję, że się uwolniłem od rąk, które  trzymały moją głowę i odwracały 
w tamtą stronę, i zaczynam rozglądać się po pokoju.

Znowu patrzę na moją mamę. Mama, po raz pierwszy od kiedy przyszliśmy do 

tego   domu,   patrzy   na   mnie   i   uśmiecha   się   wymuszonym,   nic   nie   mówiącym 

uśmiechem; i z daleka słyszę gwizd pociągu, który znika za ostatnim zakrętem. Słyszę 
jakiś hałas w kącie, gdzie jest trup. Widzę, jak jeden z mężczyzn podnosi trochę wieko, 

a dziadek wkłada do trumny but, ten, co go zapomnieli wziąć z łóżka. Pociąg znowu 
gwiżdże, coraz dalej, i nagle myślę: “Jest wpół do trzeciej”. I przypominam sobie, że o 

tej porze (kiedy pociąg gwiżdże na ostatnim zakręcie miasteczka) chłopcy w szkole 
ustawiają się w szereg przed dzwonkiem na pierwszą popołudniową lekcję.

„Abraham” - myślę.
Nie   powinnam   była   przyprowadzać   dziecka.   To   widowisko   nie   jest 

odpowiednie   dla   niego.   Mnie   samej,   dorosłej,   prawie   trzydziestoletniej   kobiecie, 

background image

szkodzi ta atmosfera udziwaczniona przez obecność trupa. Moglibyśmy teraz wyjść. 

Moglibyśmy powiedzieć ojcu, że nie czujemy się dobrze w tym pokoju, gdzie przez 
siedemnaście lat rozsypywał się w proch człowiek odizolowany od wszystkiego, co 

nazwać   można   przyjaźnią   lub   wdzięcznością.   Może   mój   ojciec   był   jedyną   osobą, 
darzącą   go   jakąś   sympatią.   Niepojętą   sympatią,   która   teraz   przyda   się   temu 

człowiekowi, by nie zgnił w tych czterech ścianach.

Martwi mnie śmieszność, jaka jest w tym wszystkim. Niepokoi mnie myśl, że 

po jakimś czasie będziemy musieli wyjść na ulicę, iść za trumną, która w nikim nie 
wzbudzi nic prócz zadowolenia. Wyobrażam sobie w oknach twarze kobiet patrzących 

na mnie i dziecko, jak idziemy za trumną z gnijącym wewnątrz ciałem tej jedynej 
osoby,   którą   miasteczko   tak   właśnie   chciało   ujrzeć;   odprowadzaną   na   cmentarz 

pośród bezwzględnego osamotnienia, odprowadzaną przez trzy osoby, zdecydowane 
spełnić   miłosierny   uczynek,   który   powinien   być   początkiem   ich   własnej   hańby. 

Możliwe, że ta decyzja ojca sprawi, że jutro nie znajdzie się nikt, kto gotów byłby pójść 
za naszą trumną.

Chyba dlatego przyprowadziłam dziecko. Kiedy ojciec niedawno powiedział: 

“Musisz mi towarzyszyć”, pierwsze, co mi przyszło na myśl, to wziąć z sobą dziecko, 

żeby   czuć   się   bezpieczniej.   Teraz   jesteśmy   tu,   w   duszne,   wrześniowe   popołudnie, 
czując,  że  wszystkie   otaczające  nas   rzeczy   to   bezlitośni   szpiedzy   naszych  wrogów. 

Ojciec nie ma się czym przejmować. W rzeczywistości przez całe życie tak właśnie 
postępował;   zawsze   wypełniał   najbłahsze   zobowiązania,   nic   sobie   nie   robiąc   z 

konwenansów, doprowadzając ludzi do białej gorączki. Już dwadzieścia pięć lat temu, 
kiedy   ten   człowiek   zjawił   się   w   naszym   domu,   ojciec   powinien   był   się   domyślić 

(widząc absurdalne zwyczaje gościa), że dziś nie będzie w miasteczku nikogo, kto 
byłby gotów bodaj rzucić trupa sępom na pożarcie. Może ojciec przewidział wszystkie 

przeszkody, wziął pod uwagę ewentualne trudności. A teraz, po dwudziestu pięciu 
latach, czuje chyba, że jest to zaledwie wypełnienie długo obmyślanego zadania, które 

i tak mimo wszystko doprowadziłby do końca, nawet gdyby musiał sam wlec trupa 
ulicami Macondo.

A jednak gdy wybiła godzina, nie miał odwagi zrobić tego sam i zmusił mnie; 

żebym wzięła udział w spełnieniu tej niewybaczalnej obietnicy, którą złożył chyba na 

długo przedtem, zanim zdolna byłam do samodzielnego myślenia. Gdy powiedział mi: 
“Musisz   mu   towarzyszyć”,   nie   starczyło   mi   czasu,   by   zastanowić   się   nad 

konsekwencjami jego słów, nie mogłam rozważyć, ile śmieszności i hańby kryje się w 

background image

pochówku człowieka, którego wszyscy pragnęli ujrzeć rozsypującego się w proch w tej 

norze.   Bo   ludzie   nie   tylko   oczekiwali;   ale   i   przygotowywali   się   na   to,   by   sprawy 
potoczyły   się   właśnie   w   taki   sposób,   pragnęli   tego   całym   sercem,   bez   wyrzutów 

sumienia, nawet z satysfakcją wyprzedzającą dzień, w którym poczują rozkoszny odór 
tego   rozkładającego   się   ciała,   smród   roznoszony   po   całym   miasteczku,   gdzie   nie 

będzie ani jednej wstrząśniętej, poruszonej czy zgorszonej osoby, a jedynie ludzie w 
pełni zadowoleni z tego, że dożyli upragnionej  godziny, ludzie marzący o tym, by 

sytuacja przedłużała się aż do chwili, gdy poskręcany odór trupa zaspokoi najskrytsze 
urazy.

Teraz   my   pozbawimy   Macondo   tej,   od   tak   dawna   wyśnionej,   rozkoszy. 

Odnoszę wrażenie, jakby nasza decyzja miała w pewien sposób zrodzić w sercach 

ludzi nie tyle melancholijne uczucie porażki, ile uczucie chwilowego odroczenia.

Również   i   z   tego   względu   powinnam   była   zostawić   dziecko   w   domu;   nie 

narażać go na tę zmowę, która teraz obróci się przeciw nam, tak jak przez dziesięć lat 
wymierzona była w doktora. Ta obietnica nie powinna była obejmować dziecka. Mały 

chyba nawet nie wie, dlaczego znalazł się tutaj, dlaczego przyprowadziliśmy go do 
tego   pokoju   pełnego   śmiecia.   Siedzi   milczący,   bezradny,   jakby   czekał,   aż   ktoś 

wytłumaczy   mu   sens   tego   wszystkiego;   jakby   siedząc   z   nogami   dyndającymi   w 
powietrzu i dłońmi między udami a krzesłem, czekał, aż ktoś rozszyfruje za niego tę 

przeraźliwą łamigłówkę. Chcę wierzyć, że nikt tego nie zrobi, że nikt nie otworzy tych 
niewidzialnych drzwi, które uniemożliwiają mu wyjście poza jego odczucia.

Patrzył na mnie wielokrotnie i wiem, że zobaczył mnie dziwną, zmienioną nie 

do poznania, w zapiętej pod samą szyję sukni i starym kapeluszu, który włożyłam, by 

nie rozpoznały mnie nawet moje własne przeczucia.

Gdyby   Meme   żyła   w   tym   domu,   może   wszystko   byłoby   inaczej.   Można   by 

pomyśleć, że przychodzę dla niej. Można by uwierzyć, że przyszłam, by dzielić z nią 
ból,   którego   ona   nie   odczuwałaby,   ale   który   mogłaby   udawać,   a   miasteczko   - 

wytłumaczyć sobie. Meme zniknęła mniej więcej jedenaście lat temu. Śmierć doktora 
odbiera możliwość, by dowiedzieć się, gdzie przebywa Meme lub przynajmniej, gdzie 

złożone są jej kości. Meme tu nie ma, ale możliwe, że gdyby była - gdyby nie stało się 
to, co się stało, i czego nigdy nie udało się wyjaśnić - opowiedziałaby się po stronie 

miasteczka, przeciwko człowiekowi, który przez sześć lat grzał jej łóżko z miłością i 
tkliwością muła.

Słyszę gwizd pociągu na ostatnim zakręcie. “Jest wpół do trzeciej” - myślę; i nie 

background image

mogę pozbyć się wrażenia, że o tej porze całe Macondo zastanawia się, co robimy w 

tym domu. Myślę o pani Rebece, chudej, wysuszonej, mającej w sposobie patrzenia i 
ubierania się coś z domowej mary, jak siedzi przy elektrycznym wentylatorze, a na jej 

twarz   pada   cień   drucianych   siatek   w   oknach.   Pani   Rebeca   słyszy   znikający   za 
ostatnim zakrętem pociąg, pochyla głowę w stronę wentylatora, zmęczona upałem i 

rozgoryczeniem, ze śmigłami swego serca wirującymi niczym łopatki wentylatora (ale 
w odwrotnym kierunku), i szepcze: “Diabeł macza palce w tym wszystkim” - i drży, 

uczepiona życia małymi korzonkami codzienności.

A   Agueda,   paralityczka,   właśnie   widzi   jak   Solita   -   wracająca   ze   stacji,   bo 

odprowadzała narzeczonego - skręca w pustą ulicę otwierając parasolkę i czuje, jak ta 
zbliża   się,   pełna   seksualnego   zadowolenia,   kiedyś   i   przez   nią   odczuwanego, 

zadowolenia,   co   przeistoczyło   się   w   tę   cierpliwą,   religijną   chorobę,   która   każe   jej 
mówić: “Będziesz się tarzać w łóżku jak świnia w chlewie”.

Nie mogę oprzeć się temu. Nie mogę przestać myśleć, że jest wpół do trzeciej; 

że   przechodzi   muł   pocztowy   w   tumanie   rozpalonego   kurzu,   a   za   nim   mężczyźni, 

którzy przerwali środową sjestę, by odebrać pakiet gazet. Ojciec Angel śpi w zakrystii, 
siedząc  z   otwartym   brewiarzem   na   tłustym  brzuchu,   słyszy   przechodzącego   muła, 

odgania   muchy   zakłócające   jego   sen,   czka   i   mówi:   “Trujesz   mnie   tymi   twoimi 
klopsikami”.

Tata zachowuje w tym wszystkim zimną krew. Nawet wtedy, gdy każe zdjąć 

wieko i wrzuca but zapomniany na łóżku. Tylko jego mogła zainteresować pospolitość 

tego człowieka. Nie będę zaskoczona, jeśli w chwili gdy wyjdziemy za trumną, przed 
drzwiami oczekiwać nas będzie tłum z ekskrementami zebranymi przez noc i obrzuci 

nas nimi za to, że nie poddaliśmy się woli miasteczka. Być może - ze względu na tatę - 
nie zrobią tego. Być może zrobią to, ponieważ chodzi o coś tak podłego, jak odebranie 

ludziom   przyjemności   długo   smakowanej,   obmyślanej   podczas   wielu   dusznych 
popołudni, za każdym razem, gdy mężczyźni czy kobiety przechodzili obok tego domu 

i   mówili   sobie:   “Wcześniej   czy   później   nasycimy   się   tym   smrodem”.   Tak  bowiem 
mówili wszyscy, od pierwszego aż po ostatni dom.

Niedługo będzie trzecia. Panienka już to wie. Pani Rebeca zobaczyła ją, gdy ta 

przechodziła obok - i niewidzialna za osłoną okiennej siatki - zawołała ją, wyszła na 

chwilę z zasięgu wentylatora i powiedziała: “Diabeł z panienki. Panienka wie”. A jutro 
to już nie moje dziecko pójdzie do szkoły, ale inne dziecko, zupełnie inne; dziecko, 

które   dorośnie,   spłodzi   swoje   dzieci,   w   końcu   umrze   bez   zaciągniętego   długu 

background image

wdzięczności który on skredytowałby komuś, byle go pogrzebano jak chrześcijanina.

Gdyby   dwadzieścia   pięć   lat   temu   nie   przybył   do   mojego   ojca   z   listem 

polecającym ten człowiek, o którym nikt nigdy nie dowiedział się, skąd przybył, i 

gdyby   nie   pozostał   między   nami,   żywiąc   się   trawą   i   patrząc   na   kobiety   tymi 
lubieżnymi   oczyma   psa,   które   teraz   wyskoczyły   mu   z   orbit,   teraz   siedziałabym   w 

domu, spokojna. Ale kara była mi pisana zanim jeszcze przyszłam na świat, i tkwiła w 
ukryciu, powstrzymywana, hamowana aż do owego śmiertelnego roku przestępnego, 

w którym miałam skończyć trzydzieści lat, a ojciec miał mi powiedzieć: “Musisz mi 
towarzyszyć”.   A   później   -   nim   zdążyłam   o   cokolwiek   zapytać   -   uderzając   laską   o 

podłogę:   “Trzeba   z   tego   wybrnąć   za   wszelką   cenę,   córko.   Dziś   rano   doktor   się 
powiesił”.

Mężczyźni wyszli i wrócili do pokoju z młotkiem i pudełkiem gwoździ. Ale nie 

zamknęli trumny. Położyli rzeczy na stole i usiedli na łóżku, gdzie przedtem leżał 

zmarły.   Mój   dziadek   wygląda   na   spokojnego,   ale   jego   spokój   jest   niezupełny   i 
rozpaczliwy.   To   nie   jest   spokój   trupa   w   trumnie,   tylko   spokój   zdenerwowanego 

człowieka, który usiłuje ukryć zdenerwowanie. To nieprawdziwy i łapczywy spokój 
mojego   dziadka,   który   kręci   się   po   pokoju,   kulejąc,   przestawiając   nagromadzone 

rzeczy.

Kiedy  odkrywam, że w pokoju są  muchy, zaczyna męczyć mnie  myśl,  że w 

trumnie   zostało   pełno   much.   Jeszcze   nie   przybili   wieka,   ale   wydaje   mi   się,   że 
bzyczenie,   które   na   początku   wziąłem   za   szum   elektrycznego   wentylatora   w 

sąsiedztwie, to bzyczenie roju much uderzających ślepo o ściany trumny i o twarz 
zmarłego.   Potrząsam   głową;   przymykam   oczy,   widzę   dziadka,   jak   otwiera   kufer   i 

wyciąga   parę   rzeczy,   których   nie   mogę   zobaczyć;   widzę   na   łóżku   cztery   ogniki 
jarzących się papierosów, ale ludzi nie widzę. Osaczony przez duszący upał, przez 

minutę, która nie mija, przez bzyczenie much, mam wrażenie, jakby ktoś mi mówił: 
“Taki będziesz. Będziesz w trumnie pełnej much. Niedługo skończysz jedenaście lat, 

ale pewnego dnia tym będziesz, żerem dla much w środku zamkniętej skrzyni”. I 
wyciągam zmęczone nogi, i widzę moje czarne wypastowane buty. “Mam rozwiązane 

sznurowadło” - myślę i znowu patrzę na mamę. Mama też patrzy na mnie i pochyla 
się, żeby mi zawiązać sznurowadło.

Zapach unoszący się z włosów mamy, ciepły zapach szafy, zapach świeżego 

drzewa znowu przypomina mi zamkniętą trumnę. Zaczynam ciężko oddychać, chcę 

stąd   wyjść;   chcę   odetchnąć   rozżarzonym   powietrzem   ulicy   i   uciekam   się   do 

background image

ostatecznego wybiegu. Kiedy mama siada, mówię jej cicho: “Mamo”. Ona uśmiecha 

się, mówi: “No”. A ja nachylając się w jej stronę, w stronę błyszczącej, surowej twarzy, 
mówię drżąc: “Ja chcę iść tam, na tyły”.

Mama woła dziadka, mówi mu coś. Widzę jego nieruchome, wąskie oczy za 

szkłami, kiedy przybliża się do mnie i mówi: “Przyjmij do wiadomości, że teraz jest to 

niemożliwe”.   I   przeciągam   się,   i   siedzę   spokojnie,   nie   przejmuję   się   porażką.   Ale 
znowu wszystko dzieje się za wolno. Był jeden szybki ruch, jeszcze jeden, i jeszcze. A 

później mama znowu pochyla się nad moim ramieniem, mówi: “Już ci przeszło?” I 
mówi to poważnym,  rzeczowym głosem,  jakby to było  nie tyle pytanie, co zarzut. 

Brzuch mam twardy i pusty, ale po pytaniu mamy staje się miękki, pełny, rozluźniony 
i wtedy wszystko, nawet jej powaga, jest dla mnie napastliwe, wyzywające. “Nie - 

mówię. - Jeszcze nie przeszło”. Ściskam żołądek i próbuję uderzać stopami o podłogę 
(inny ostateczny środek), ale tam, w dole, trafiam tylko w pustkę, która dzieli mnie od 

podłogi.

Ktoś wchodzi do pokoju. Jest to jeden z ludzi mojego dziadka w towarzystwie 

policjanta i człowieka, który też ubrany jest w spodnie z zielonego drelichu i ma pas z 
rewolwerem i który trzyma w ręku kapelusz z szerokim rondem. Dziadek podchodzi, 

żeby się z nim przywitać. Mężczyzna w zielonych spodniach kaszle w ciemności, mówi 
coś do dziadka, znowu kaszle, i jeszcze kaszląc rozkazuje policjantowi wyważyć okno.

Drewniane ściany wyglądają na słabe. Jakby zrobiono je z zimnego, zlepionego 

popiołu. Kiedy policjant wali kolbą w uchwyt, wydaje mi się, że okno się nie otworzy. 

Dom runie, ściany rozsypią się, ale bez trzasku, tak jakby zawalił się w powietrzu 
pałac   z   popiołu.   Myślę,   że   po   drugim   uderzeniu   znajdziemy   się   nagle   na   ulicy, 

siedzący w pełnym słońcu, z głowami obsypanymi gruzem. Ale po drugim uderzeniu 
okno otwiera się i światło przenika do pokoju; wdziera się gwałtownie, tak jak wtedy, 

gdy  otwiera  się drzwi bezdomnemu  zwierzęciu,  które  nieme  biegnie,  węszy,  które 
wścieka się, śliniąc drapie ściany, a później zawraca, by spokojnie wyciągnąć się w 

najchłodniejszym kącie pułapki.

Po otwarciu okna rzeczy stają się lepiej widoczne, ale bardziej utrwalone w 

swojej dziwnej nierzeczywistości. Wtedy mama oddycha głęboko, wyciąga do mnie 
ręce, mówi: “Chodź, popatrzymy przez okno na nasz dom”. I z jej ramion raz jeszcze 

widzę miasteczko - jakbym wracał tu po jakiejś podróży. Nasz dom wydaje mi się 
bezbarwny, zniszczony, ale chłodny w cieniu migdałowców; i z tego miejsca czuję się, 

jakbym nigdy nie był w środku tego zielonego, serdecznego chłodu, jakby nasz dom 

background image

był doskonałym, wymarzonym miejscem, obiecanym przez mamę w te noce, kiedy 

dręczą   mnie   koszmary.   I   widzę,   jak   obok,   nie   dostrzegając   nas,   przechodzi   Pepe, 
zamyślony. Chłopczyk z sąsiedniego domu, który idzie pogwizdując, zmieniony nie do 

poznania, jakby przed chwilą obcięli mu włosy.

Wtedy alkad wstaje, spocony, w rozpiętej koszuli, z twarzą pełną niepokoju. 

Podchodzi do mnie zaczerwieniony z podniecenia, jakie wywołują w nim jego własne 
argumenty. “Nie możemy stwierdzić, że nie żyje, póki nie zacznie cuchnąć” - mówi i 

kończy rozpinać koszulę, i zapala papierosa, z twarzą znów zwróconą ku trumnie, 
myśląc może: “Teraz nie mogą powiedzieć, że działam bezprawnie”. Patrzę mu w oczy 

i   wiem,   że   popatrzyłem   wystarczająco   stanowczo,   by   dać   mu   do   zrozumienia,   że 
przenikam jego najskrytsze myśli. Mówię mu: “Pan działa bezprawnie, żeby tamtym 

sprawić przyjemność”. A on, jakby właśnie usłyszał to, co spodziewał się usłyszeć, 
odpowiada:   “Pan,   panie   pułkowniku,   jest   szanowanym   człowiekiem.   Pan   wie,   że 

postępuję zgodnie z prawem”. Odpowiadam mu: “Pan bardziej niż ktokolwiek wie, że 
on nie  żyje”. A on mówi:  “Prawda,  ale mimo   wszystko  jestem tylko urzędnikiem. 

Jedynie wystawienie świadectwa zgonu byłoby legalne”. A ja mu mówię: “Jeśli ma 
pan za sobą prawo, to proszę z niego skorzystać i sprowadzić lekarza, który wyda 

świadectwo zgonu”. A on, z uniesioną, ale bez pychy, głową, jednak uspokajająco, 
choć bez najmniejszego śladu słabości czy zmieszania, mówi: “Pan wie, że jest pan 

szanowanym obywatelem, i wie pan również, że byłaby to jednak samowola”. Słysząc 
to, pojmuję, że zidiociał nie tyle od wódki, ile ze strachu.

Teraz   uświadamiam   sobie,   że   alkad   podziela   wrogość   miasteczka.   Jest   to 

uczucie podsycane przez dziesięć lat, od tamtej burzliwej nocy, kiedy przynieśli pod 

drzwi rannych i krzyknęli do niego (bo nie otworzył drzwi, mówił nie ruszając się ze 
środka): “Panie doktorze, niech pan zajmie się tymi rannymi, bo inni lekarze już nie 

dają rady” - i jeszcze przed zamkniętymi drzwiami (bo drzwi ciągle się nie otwierały, 
ranni leżeli pod drzwiami): “Pan jest jedynym lekarzem, jaki nam został. Musi pan 

zrobić   ten   miłosierny   uczynek,   a   on   (także   i   wtedy   drzwi   pozostały   zamknięte) 
odpowiedział tłumowi wyobrażającemu go sobie, jak stoi na środku pokoju, trzymając 

wysoko lampę, oświetlającą twarde, żółte oczy: “Zapomniałem wszystko; co na ten 
temat wiedziałem. Zanieście ich gdzie indziej” - ciągle przy zamkniętych drzwiach (bo 

od tej pory drzwi nigdy już się nie otworzyły), podczas gdy niechęć rosła, rozgałęziała 
się, zamieniała w zbiorową śmiałość, która nie opuści Macondo, dopóki tamten będzie 

żyć, po to, by wciąż rozbrzmiewał wyrok - wykrzyczany tamtej nocy - który skazał 

background image

doktora na zginięcie pośród tych ścian.

Minęło jeszcze dziesięć lat, w czasie których nie pił nawet miejscowej wody, 

osaczony przez strach, że może być zatruta; żywił się warzywami, które on i jego 

indiańska konkubina uprawiali w ogródku. Teraz miasteczko przeczuwa, że wybija 
godzina odmowy miłosierdzia, którego on odmówił miasteczku dziesięć lat temu, i 

wiedząc już o jego śmierci (bo dziś rano wszyscy chyba obudzili się z nieco lżejszym 
sercem)   Macondo   przygotowuje   się,   by   przeżyć   tę   tak   upragnioną   rozkosz,   którą 

wszyscy uważają za w pełni zasłużoną. Pragną jedynie poczuć rozchodzący się zza tych 
drzwi, wówczas nie otworzonych, odór rozkładającego się ciała.

Teraz zaczynam wierzyć, że wobec okrucieństwa całego miasteczka na nic nie 

zda się moja obietnica, że jestem osaczony, oblężony przez nienawiść i upór bandy 

urażonych. Nawet kościół znalazł sposób, by opowiedzieć się przeciwko mojej decyzji. 
Ojciec Angel powiedział mi dziś: “Nie zezwolę na to, byście pogrzebali w poświęconej 

ziemi człowieka, który wiesza się po sześćdziesięciu latach życia z dala od Boga. Na 
pana także Zbawiciel spojrzałby łaskawszym okiem, gdyby powstrzymał się pan od 

zrobienia czegoś, co byłoby nie tyle miłosiernym uczynkiem, ile grzechem buntu”. A ja 
powiedziałem: “Chować zmarłych, tak jak zostało napisane, to miłosierny uczynek”. A 

ojciec Angel odparł: “Tak. Ale w tym przypadku nie my powinniśmy to zrobić, ale 
zakład oczyszczania miasta”.

Przyszedłem. Zawołałem czterech ludzi, którzy wychowali się w moim domu. 

Zmusiłem moją córkę Izabelę, by mi towarzyszyła. W ten sposób mój uczynek staje się 

bardziej rodzinny, bardziej ludzki, a mniej osobisty i wyzywający, niż gdybym sam 
ciągnął trupa uliczkami miasteczka aż na cmentarz. Po tym, co widziałem w ciągu 

ostatnich dwudziestu ośmiu lat, wierzę, że Macondo zdolne jest do wszystkiego. Ale 
jeśli   nawet   mają   nie   uszanować  mnie,   choćby   z   racji   mego   podeszłego   wieku  czy 

stopnia pułkownika republiki, przy tym człowieka upośledzonego na ciele, ale nie na 
umyśle,   to   mam   nadzieję,   że   przynajmniej   przez   wzgląd   na   to,   że   jest   kobietą, 

uszanują moją córkę. Nie robię tego dla siebie. Być może również nie dla spokoju 
zmarłego. Po to tylko, by spełnić święte przyrzeczenie. Jeśli przyprowadziłem Izabelę, 

to nie ze strachu, lecz z litości. Ona przyprowadziła dziecko (rozumiem, że zrobiła to z 
tych samych powodów) i teraz jesteśmy tu, w trójkę, znosząc ciężar tego bezlitosnego 

wydarzenia.

Przyszliśmy przed chwilą. Myślałem, że zastaniemy ciało wiszące jeszcze na 

sznurze, ale ludzie pospieszyli się, złożyli je na łóżku i niemal już owinęli w całun, 

background image

przekonani,   że   nie   potrwa   to   dłużej   niż   godzinę.   Wchodzę,   czekam   aż   przyniosą 

trumnę, widzę moją córkę i dziecko, jak siadają w kącie, i rozglądam się po pokoju 
myśląc,   że   doktor   zostawił   może   coś,   co   tłumaczyłoby   jego   decyzję.   Biurko   jest 

otwarte,   pełne   porozrzucanych   w   nieładzie   papierów,   z   których   żaden   nie   jest 
zapisany jego ręką. Na biurku leży oprawny receptariusz, ten sam, który miał z sobą 

przed dwudziestu pięciu laty, gdy przyszedł do domu i otworzył ten olbrzymi kufer, 
gdzie pomieściłyby się ubrania całej mojej rodziny. Ale w kufrze nie było nic poza 

dwiema lichymi koszulami, sztuczną szczęką, na pewno nie jego, bo on miał swoje 
naturalne  uzębienie,  mocne   i  całe; portret   i  receptariusz.  Otwieram  szuflady  i  we 

wszystkich   znajduję   druczki,   papiery   -   nic   więcej,   stare,   zakurzone;   a   na   dole,   w 
ostatniej szufladzie, jeszcze tę sztuczną szczękę, którą miał przed dwudziestu pięciu 

laty,   zakurzoną,   pożółkłą   z   powodu   upływu  czasu   i   nieużywania.  Na   stoliku,   przy 
zgaszonej lampie, leżą pliki  nie rozciętych gazet. Przerzucam je.  Są po francusku, 

ostatnie sprzed trzech miesięcy: lipiec 1928. I są inne, również nie rozcięte: styczeń 
1927, listopad 1926. I najstarsze: październik 1919. Myślę: “Od dziewięciu lat, rok po 

wydaniu wyroku, nie rozcinał gazet. Od tamtej pory zerwał ostatnie więzy łączące go z 
ojczyzną i rodakami”.

Ludzie przynoszą trumnę i układają w niej zwłoki. Wtedy przypominam sobie 

dzień sprzed dwudziestu pięciu lat, kiedy zjawił się w moim domu i oddał mi list 

polecający, datowany w Panamie i skierowany do mnie od Generalnego Intendenta 
Wybrzeża Atlantyckiego pod koniec wielkiej wojny, pułkownika Aureliano Buendia. 

W mroku tego bezdennego kufra przerzucam walające się drobiazgi. Kufer stoi w 
drugim kącie, bez klucza, jest w nim wszystko, co miał dwadzieścia pięć lat temu. 

Przypominam   sobie:   “Dwie   liche   koszule,   pudełko   na   zęby,   portret   i   ten   stary 
receptariusz w oprawie”. I zbieram te rzeczy, zanim przybiją wieko, i wrzucam je do 

trumny. Portret jest jeszcze na dnie kufra, prawie w tym samym miejscu co wtedy. To 
dagerotyp   jakiegoś   wojskowego   obwieszonego   medalami.   Wrzucam   portret   do 

trumny.   Wrzucam   sztuczną   szczękę   i   na   koniec   receptariusz.   Potem   daję   znać 
ludziom, by przybili wieko. Myślę: “Teraz znów udał się w podróż. Jest rzeczą jak 

najbardziej   naturalną,   by   w   tę   ostatnią   wziął   rzeczy,   które   towarzyszyły   mu   w 
przedostatniej. Przynajmniej to jest całkiem naturalne”. I wtedy wydaje mi się, że po 

raz pierwszy, odkąd umarł, jest mu wygodnie.

Rozglądam się dokładnie po pokoju i widzę, że zostawił but na łóżku. Z butem 

w ręku daję następny znak moim ludziom, a oni znów unoszą wieko dokładnie w tej 

background image

samej chwili, kiedy gwiżdże pociąg, znikający za ostatnim zakrętem miasteczka. “Jest 

wpół do trzeciej - myślę. Wpół do trzeciej, 12 września 1928 roku; prawie ta sama 
godzina, co owego dnia w 1903 roku, kiedy ten człowiek usiadł po raz pierwszy przy 

naszym stole i poprosił o trawę do jedzenia”. Adelajda spytała go wtedy: “Jakiego 
rodzaju   trawę,   panie   doktorze?”   A   on,   swoim   ospałym   głosem   przeżuwającego 

zwierzęcia, jeszcze zniekształconym mówieniem przez nos: “Zwyczajną, proszę pani. 
Taką, jaką jedzą osły”.

background image

2

Jest   prawdą,   że   Meme   me   ma   w   domu   i   że   nikt   nie   mógłby   dokładnie 

powiedzieć, od kiedy jej tu nie ma. Po raz ostatni widziałam ją jedenaście lat temu. 

Wtedy   miała   jeszcze   na   tym   rogu   sklepik,   który   wskutek   wymagań   mieszkańców 
powoli,   niedostrzegalnie   zmienił   się   w   mały   bazar.   Wszystko   na   swoim   miejscu, 

ładnie ułożone przez skrupulatną, metodyczną pracowitość Meme, która przez cały 
dzień szyła dla mieszkańców na jednej z czterech istniejących wówczas w miasteczku 

maszyn   do   szycia   “Domestic”   lub   kręciła   się   za   ladą,   obsługując   klientów   z   tą 
sympatycznością Indianki, której nigdy nie zatraciła, a która była zarazem otwarta i 

pełna rezerwy; zawiła mieszanina naiwności i podejrzliwości.

Przestałam widywać Meme od dnia, gdy opuściła nasz dom, ale tak naprawdę 

nie mogłabym już dokładnie powiedzieć, kiedy odeszła, żeby zamieszkać z doktorem, 
ani   jak   mogła   zachować   się   tak   nikczemnie,   popaść   w   taką   krańcowość   i   zostać 

konkubiną człowieka, który odmówił jej swej pomocy, pomimo iż oboje mieszkali pod 
dachem mojego ojca, ona - jako dziecko służących, a on - jako stały gość. Od mojej 

macochy   dowiedziałam   się,   że   doktor   był   człowiekiem   o   złym   charakterze,   że 
przeprowadził   z   tatą   długą   rozmowę,   by   przekonać   go,   że   choroba   Meme   to   nic 

groźnego. I mówił to nie zbadawszy jej, nie ruszywszy się ze swego pokoju. W każdym 
razie, nawet gdyby choroba Indianki była jedynie przejściową dolegliwością, powinien 

był jej pomóc, choćby przez wzgląd na to, jak traktowano go w naszym domu przez 
owe osiem lat, które w nim spędził.

Nie wiem, jak to wszystko się stało. Wiem, że pewnego ranka Meme zniknęła z 

domu i on również. Wtedy moja macocha kazała zamknąć pokój i wróciła do tego 

tematu dopiero przed dwunasty laty, kiedy szyłyśmy moją suknię ślubną.

Trzy lub cztery niedziele później, po tym, jak opuściła nasz dom, Meme zjawiła 

się   w   kościele   na   mszy   o   ósmej,   w   jaskrawej   sukni   z   wzorzystego   jedwabiu   i   w 
dziwacznym   kapeluszu,   przystrojonym   wiązanką   sztucznych   kwiatów.   W   naszym 

domu zawsze chodziła ubrana skromnie, przez większą część dnia boso, więc w tamtą 
niedzielę, gdy weszła do kościoła, wydała mi się jakąś Meme zupełnie inną od naszej. 

Wysłuchała mszy przy ołtarzu, pośród pań z towarzystwa, napuszona i afektowana w 
tym mnóstwie rzeczy, które włożyła na siebie, a które czyniły z niej kogoś nowego, 

nowością   tandetną   i   na   pokaz.   Klęczała   przy   ołtarzu.   I   nawet   pobożność,   z   jaką 
wysłuchała mszy, była u niej zupełnie odmienna; nawet w sposobie przeżegnania się 

było coś z tej przeładowanej, świecidełkowatowej pretensjonalności, z jaką weszła do 

background image

kościoła   ku   zdumieniu   tych,   którzy   znali   ją   jako   służącą   w   naszym   domu,   i 

zaskoczeniu tych, którzy nigdy jej nie widzieli.

Ja (nie miałam wtedy więcej niż trzynaście lat) zadawałam sobie pytanie, skąd 

ta nagła przemiana; dlaczego Meme zniknęła z naszego domu, a tej niedzieli zjawiła 
się w kościele wystrojona raczej jak bożonarodzeniowa szopka niż jak dama, albo tak, 

jak mogłyby się ubrać trzy damy naraz idące na mszę wielkanocną, choć pierścieni i 
paciorków było na Indiance tyle, że starczyłoby przynajmniej dla jeszcze jednej. Kiedy 

msza się skończyła, kobiety i mężczyźni stłoczyli się w przedsionku, by przyjrzeć się 
jej, gdy będzie wychodziła; ustawili się przed głównym wejściem w dwóch rzędach i 

nawet sądzę, że było coś skrycie ukartowanego w tej ospałej i kpiarskiej powadze, z 
jaką w milczeniu czekali na chwilę, w której Meme stanęła w drzwiach, zamknęła 

oczy, a następnie otworzyła je w doskonałej harmonii z siedmiobarwną parasolką. 
Szła   tak   między   dwoma   rzędami   kobiet   i   mężczyzn,   śmieszna   w   tym   pawim 

przebraniu, na wysokich obcasach, póki jeden z mężczyzn nie podszedł zamykając 
krąg, a Meme stanęła w środku, zdruzgotana, zmieszana, próbując uśmiechnąć się 

dystyngowanym   uśmiechem,   który   okazał   się   równie   przesadny   i   fałszywy   jak   jej 
wygląd. Ale w chwili, gdy Meme wyszła, otworzyła parasolkę i zaczęła iść, tata, który 

był przy mnie, zaczął ciągnąć mnie w stronę zgromadzonych. Kiedy więc mężczyźni 
zaczęli zacieśniać krąg, ojciec torował już sobie drogę ku Meme, która, zmieszana, 

próbowała się wydostać. Tata, nie oglądając się na stłoczonych ludzi, wziął ją pod rękę 
i   przeprowadził   przez   pół   placu,   przybierając   dumną   i   wyzywającą   postawę,   jak 

zawsze, gdy robi coś, z czym reszta ludzi nie będzie się zgadzać.

Minął jakiś czas, nim dowiedziałam się, że Meme poszła mieszkać z doktorem 

jako jego konkubina. Sklepik był wtedy czynny, a ona nadal przychodziła na mszę 
niczym wielka dama, nie przejmując się tym, co inni będą mówić czy myśleć, jakby 

zapomniała o wydarzeniach z pierwszej niedzieli. Mimo to w dwa miesiące później już 
jej w kościele nie ujrzano.

Pamiętałam   doktora   w   naszym   domu.   Pamiętałam   jego   czarne,   przycięte 

wąsiki i sposób, w jaki patrzył na kobiety swymi lubieżnymi i pożądliwymi oczami 

psa.  Pamiętam jednak,  że nigdy  się do niego  nie zbliżyłam,  być  może  dlatego,  że 
patrzyłam na niego jak na dziwne zwierzę, które siadało do stołu wtedy, gdy wszyscy 

od niego wstawali i żywiło się taką samą trawą, jaką daje się osłom. Do dnia, kiedy 
ojciec zachorował trzy lata temu, doktor ani razu nie ruszył się ze swego narożnego 

domu od czasu, gdy odmówił pomocy rannym, tak jak sześć lat przedtem odmówił 

background image

kobiecie,   która   dwa   dni   później   miała   zostać   jego   konkubiną.   Sklepik   został 

zamknięty, nim miasteczko wydało wyrok na doktora. Ale ja wiem, że Meme nadal tu 
żyła, wiele miesięcy lub nawet lat po zamknięciu sklepiku. Zniknąć musiała o wiele 

później,   a   w   każdym   razie   o   wiele   później   dowiedziano   się   o   tym,   bo   dopiero   z 
paszkwilu,   który   pojawił   się   na   tych   drzwiach.   Według   tego   paszkwilu   doktor 

zamordował   swoją   konkubinę   i   zakopał   w   ogródku   z   obawy,   by   miasteczko   nie 
wykorzystało tego, żeby go otruć. Ale widziałam Meme przed jedenastu laty, przed 

moim ślubem. Kiedy wracałam po odmówieniu różańca, Indianka wyszła przed drzwi 
sklepiku i powiedziała mi swoim wesołym, trochę kpiarskim tonem: “Chabela, za mąż 

wychodzisz i nawet nie przyjdziesz do mnie się pochwalić”.

- Tak - mówię mu - chyba zrobił to w ten sposób. Ciągnę wtedy za sznur, na 

jednym   z   końców   widać   jeszcze   rdzeń   włókien   niedawno   przeciętych   nożem. 
Zawiązuję ponownie węzeł, który moi ludzie przecięli by zdjąć ciało, i przerzucam 

jeden z końców nad belką, aż sznur zwiśnie, przywiązany dostatecznie mocno, by 
jeszcze niejeden człowiek znalazł na nim śmierć podobną do tej śmierci. Wtedy zaś 

alkad,   wachlując   kapeluszem   twarz   otępiałą   od   upału   i   wódki,   patrząc   w   stronę 
sznura,   mierząc   jego   wytrzymałość   mówi:   “To   niemożliwe,   żeby   taki   cienki   sznur 

utrzymał jego ciało”. A ja odpowiadam mu: “Ten sam sznur utrzymywał jego hamak 
przez wiele lat”. On przesuwa krzesło, podaje mi kapelusz i zwisa w powietrzu na 

sznurze z twarzą czerwoną od wysiłku. Następnie staje znów na krześle przypatrując 
się zwisającej linie. Mówi: “To niemożliwe. Ten sznur jest za krótki, żebym mógł go 

sobie owinąć wokół szyi”. I wtedy rozumiem, że umyślnie jest nielogiczny, że wymyśla 
przeszkody, by nie dopuścić do pogrzebu.

Stojąc na wprost niego przyglądam mu się badawczo. Mówię mu: “Czy nie 

zauważył pan, że był co najmniej o głowę wyższy od pana?” A on raz jeszcze przygląda 

się trumnie. Mówi: “Mimo wszystko nie jestem pewien, czy zrobił to na tym sznurku”.

Jestem   pewien,   że   stało   się   to   właśnie   w   ten   sposób.   I   on   wie   o   tym,   ale 

zamierza   zwlekać,   ze   strachu,   żeby   nie   narobić   sobie   kłopotów.   Jego   tchórzostwo 
rozpoznać można po tym kręceniu się bez celu. Tchórzostwo dwojakie i sprzeczne: 

żeby udaremnić ceremonię i zarazem zarządzić ją. Wtedy, kiedy staje przy trumnie, 
obraca się na piętach, patrzy na mnie, mówi: “Musiałbym zobaczyć go wiszącego, żeby 

się przekonać”.

Zrobiłbym   to.   Wydałbym   moim   ludziom   polecenie,   by   otworzyli   trumnę   i 

powiesili ponownie wisielca, tak jak wisiał niedawno. Ale tego byłoby już za wiele dla 

background image

mojej   córki.   Byłoby   za   wiele   dla   dziecka,   którego   ona   nie   powinna   była 

przyprowadzać.   Chociaż   nie   miałbym   wyrzutów   sumienia,   by   w   ten   sposób 
potraktować nieboszczyka, zgwałcić bezbronne ciało, zakłócić spokój człowieka po raz 

pierwszy   pogodzonego   z   gryzącym   go   robakiem;   nawet   jeśli   wywleczenie   trupa, 
leżącego   spokojnie   i   zasłużenie   w   swej   trumnie,   byłoby   wbrew   moim   zasadom, 

kazałbym go powiesić znowu, żeby zobaczyć, do jakich granic ten człowiek zdolny jest 
się posunąć. Ale to niemożliwe. I mówię mu to: “Może być pan przekonany, że nie 

wydam   takiego   polecenia.   Jeśli   pan   chce,   niech   go   pan   sam   wiesza   i   bierze 
odpowiedzialność za to, co się stanie. Proszę pamiętać, że nie wiemy, od jak dawna 

nie żyje”.

Nie ruszył się. Jeszcze stoi przy trumnie, patrząc na mnie, później na Izabelę, 

później  na dziecko, a  następnie raz jeszcze na  trumnę. Nagle jego twarz staje się 
posępna i złowroga. Mówi: “Powinien pan wiedzieć, co może pana przez to spotkać”. 

A   ja   potrafię   zrozumieć,   jak   dalece   prawdziwa   jest   jego   groźba.   Mówię   mu: 
“Oczywiście,   że   wiem.   Jestem   odpowiedzialnym   człowiekiem”.   A   on,   teraz   ze 

skrzyżowanymi   rękami,   pocąc   się,   kierując   się   w   moją   stronę   wystudiowanymi   i 
komicznymi ruchami, które usiłują być pełne groźby, mówi: “Mógłbym zapytać - skąd 

pan się dowiedział, że ten człowiek powiesił się dzisiejszej nocy”.

Czekam, aż dojdzie do mnie. Stoję nieruchomo, przyglądając mu się, póki nie 

uderza mnie w twarz jego ciepły i cierpki oddech; póki nie zatrzymuje się, wciąż ze 
skrzyżowanymi   rękami,   poruszając   wystającym   spod   pachy   kapeluszem.   Wtedy 

mówię  mu:  “Gdy  pan  zada mi  to  pytanie   oficjalnie,  z  wielką  przyjemnością  panu 
odpowiem”. Tkwi na wprost mnie, w tej samej pozycji. Kiedy mówię, nie okazuje ani 

zaskoczenia,   ani   rozczarowania.   Mówi:   “Oczywiście,   panie   pułkowniku.   Właśnie 
oficjalnie pana pytam”.

Gotów jestem dogadzać mu tak długo, jak tylko zechce. Jestem przekonany, że 

bez względu na to, jak długo będzie się czepiał, w końcu zmuszony będzie ustąpić 

wobec   żelaznej,   ale   cierpliwej   i   spokojnej   postawy.   Odpowiadam   mu:   “Ci   ludzie 
odcięli ciało, nie mogłem bowiem pozwolić na to, by wisiało, póki nie zdecyduje się 

pan przyjść. Dwie godziny temu prosiłem, żeby pan przyszedł, a pan potrzebował tyle 
czasu, żeby przejść dwie ulice”.

Jeszcze   się   nie   rusza.   Stoję   na   wprost,   wsparty   o   laskę,   nieco   pochylony. 

Mówię:   “A   po   drugie,   był   moim   przyjacielem”.   Nim   kończę   mówić,   uśmiecha   się 

ironicznie,   nie   zmieniając   jednak   pozycji,   wciąż   dysząc   mi   prosto   w   twarz   swym 

background image

gęstym i kwaśnym odorem. Mówi: “No, jasne, jakie to proste, nie?” I nagle przestaje 

się uśmiechać. Mówi: “To znaczy, że wiedział pan, że ten człowiek się powiesi”.

Spokojnie,   cierpliwie,   przekonany,   że   tylko   usiłuje   zawikłać   sprawę, 

odpowiadam:   “Powtarzam,   że   kiedy   dowiedziałem   się,   że   się   powiesił,   przede 
wszystkim posłałem po pana, a od tego czasu minęły dwie godziny”. A on, jakbym to 

ja go pytał, a nie zeznawał, mówi: “Jadłem obiad”. A ja mówię: “Wiem. Wydaje mi się, 
że nawet miał pan czas na małą drzemkę”.

Wtedy nie wie, co powiedzieć. Odchyla się. Patrzy na Izabelę siedzącą przy 

dziecku. Patrzy na ludzi, wreszcie na mnie. Ale teraz wyraz twarzy zmienił mu się. 

Wydaje się decydować na coś, co zajmuje jego myśli już od dłuższej chwili. Odwraca 
się, rusza w stronę funkcjonariusza, mówi mu coś. Policjant robi jakiś gest i wychodzi 

z pokoju.

Później wraca do mnie i bierze mnie pod rękę. Mówi: “Chciałbym porozmawiać 

z panem w drugim pokoju, panie pułkowniku”. Teraz jego głos zmienił się całkowicie. 
Teraz jest napięty i zmieszany. I kiedy idę do sąsiedniego pokoju czując niepewny 

ucisk jego ręki, zaskakuje mnie myśl, że wiem, co chce mi powiedzieć.

Ten   pokój,   w   przeciwieństwie   do   poprzedniego,   jest   obszerny   i   chłodny. 

Wypełniony   jest   światłem   wpadającym   z   patio.   Tu   widzę   jego   zmieszane   oczy, 
uśmiech, który nie pasuje do wyrazu jego spojrzenia. Słyszę jego głos, gdy mówi: 

“Panie   pułkowniku,   moglibyśmy   to   załatwić   w   inny   sposób”.   A   ja   nie   dając   mu 
skończyć, pytam: “Ile?” I wtedy przeistacza się w całkiem innego człowieka.

Meme przyniosła talerz ciasteczek i dwie słone bułeczki, takie, jakie nauczyła 

się   piec   od   mojej   matki.   Zegar   wybił   dziewiątą.   Meme   siedziała   w   kantorku 

naprzeciwko   mnie   i   jadła   bez   apetytu,   jakby   ciasteczka   i   bułeczki   były   tylko 
pretekstem   do   złożenia   wizyty.   Tak   to   właśnie   rozumiałam   i   pozwalałam   Meme 

błądzić w jej labiryntach, zatopić się w przeszłości z tym nostalgicznym i smutnym 
entuzjazmem,   który   powodował,   że   w   świetle   lampki   dopalającej   się   na   ladzie 

okazywała się o wiele bardziej zwiędła i postarzała niż w dniu, w którym weszła do 
kościoła w kapeluszu i na wysokich obcasach. Było oczywiste, że tamtego wieczoru 

Meme miała ochotę wspominać. I kiedy tak wspominała, ja miałam wrażenie, że przez 
poprzednie   lata   stała   w   miejscu,   w   ciągle   tym   samym,   statycznym,   bezczasowym 

wieku, i że tamtej nocy, wspominając, ponownie puściła w ruch swój osobisty czas i 
zaczęła ulegać długo odwlekanemu procesowi starzenia się.

Meme była sztywna i posępna, gdy mówiła o tym malowniczym, feudalnym 

background image

splendorze naszej rodziny w ostatnich latach ubiegłego wieku, przed wielką wojną. 

Meme wspominała moją matkę. Wspominała ją tej nocy, gdy wracałam z kościoła, a 
ona   powiedziała   mi   swym   wesołym   i   trochę   kpiarskim   tonem:   “Chabela,   za   mąż 

wychodzisz i nawet nie przyjdziesz do mnie się pochwalić”. Było to właśnie w tych 
dniach, kiedy bardzo potrzebowałam mojej matki i próbowałam przywrócić ją całą 

siłą   mojej   pamięci.   “Jesteś   żywym   jej   portretem”   -   powiedziała.   I   naprawdę   tak 
myślałam.   Siedziałam   naprzeciw   Indianki   mówiącej   tonem,   w   którym   precyzja 

przemieszana   była   z   niedokładnością,   jakby   w   tym,   co   wspominała,   było   wiele   z 
niewiarygodnej   legendy,   ale   w   taki   sposób,   jakby   wspominała   w   dobrej   wierze,   a 

nawet z przekonaniem, że upływ czasu przemienił legendę w odległą, ale nie dającą 
się   zapomnieć   rzeczywistość.   Powiedziała   mi   o   podróży   moich   rodziców   podczas 

wojny, o gorzkiej pielgrzymce, której kres miało położyć osiedlenie się w Macondo. 
Moi rodzice uciekali przed nieszczęściami wojny i szukali dostatniego, spokojnego 

zakątka, by tam osiąść, i usłyszeli, jak mówiono o złotym cielcu, i przyszli odszukać go 
w miejscu, gdzie wówczas ledwie zaczęło powstawać miasteczko, założone przez kilka 

rodzin uciekinierów, których członkowie starali się w tej samej mierze o zachowanie 
swych tradycji i religijnych zwyczajów, co o tuczenie swoich świń. Macondo było dla 

moich   rodziców   ziemią   obiecaną,   pokojem   i   złotym   runem.   Tu   znaleźli   miejsce 
odpowiednie dla zrekonstruowania domu, który po kilku latach miał stać się wiejską 

rezydencją   z   trzema   stajniami   i   dwoma   gościnnymi   pokojami.   Meme   nie 
zatrzymywała się na szczegółach - mówiła o rzeczach najbardziej ekstrawaganckich z 

niepohamowaną   wolą   przeżycia   ich   raz   jeszcze,   choć   z   bólem,   wywołanym 
oczywistością, że nie przeżyje ich po raz drugi. Nie odczuwaliśmy żadnych cierpień 

ani niedostatku w podróży, mówiła. Nawet konie spały pod moskitierą, nie dlatego, by 
mój ojciec był marnotrawcą czy szaleńcem, ale dlatego, że moja matka miała dziwne 

poczucie miłosierdzia i uważała, że oczy Boga cieszy to, że chroni się od komarów nie 
tylko człowieka, lecz i zwierzę. Wszędzie nieśli swój dziwaczny i kłopotliwy bagaż; 

kufry   pełne   garderoby   przodków   zmarłych   na   długo   przed   narodzeniem   moich 
rodziców,   przodków,   którzy   nie   mogli   spotkać   się   dwadzieścia   sążni   pod   ziemią; 

skrzynie   pełne   kuchennych   naczyń,   nie   używanych   od   wielu   lat,   a   należących   do 
najdalszych krewnych moich rodziców (byli kuzynami) i nawet kufer pełen świętych, z 

których powstawał domowy ołtarzyk wszędzie tam, gdzie się zatrzymywali. Była to 
dziwaczna   trupa   z   końmi   i   kurami,   i   czterema   Indianami   (towarzyszami   Meme), 

którzy wychowali się w domu i towarzyszyli moim rodzicom w tej wędrówce po kraju 

background image

niczym tresowane zwierzęta w cyrku.

Meme wspominała ze smutkiem. Miało się wrażenie, że uważa upływ czasu za 

osobistą stratę, jakby przeczuwała rozdartym przez wspomnienia sercem, że gdyby 

czas nie upłynął, ona jeszcze byłaby w tej pielgrzymce, która przez moich rodziców 
musiała   być   uważana   za   karę,   dla   dzieci   miała   jednak   coś   ze   święta,   pełnego 

niezwykłych widowisk, jak te z końmi pod moskitierą.

Później   wszystko   zaczęło   toczyć   się   na   odwrót,   powiedziała.   Przybycie   do 

powstającego   Macondo   w   ostatnich   dniach   wieku   było   wjazdem   zrujnowanej, 
zniszczonej   przez   wojnę   rodziny,   związanej   jeszcze   z   niedawną,   wspaniałą 

przeszłością. Indianka wspominała moją matkę, wówczas będącą w ciąży, gdy siedząc 
po damsku na mule przybyła do miasteczka, z zieloną, malaryczną twarzą, z nogami 

unieruchomionymi przez obrzęk. Być może w moim ojcu dojrzewało ziarno urazy, ale 
przybywał zapuścić korzenie na przekór wszystkim burzom, oczekując tymczasem, by 

moja   matka   doczekała   się   tego   syna,   który   podczas   podróży   zaczął   rosnąć   w   jej 
brzuchu, i który, w miarę jak zbliżała się godzina porodu, stopniowo ją uśmiercał.

Światło  lampy padało na  nią  z  boku. Meme  ze swym  surowym indiańskim 

wyrazem   twarzy,   gładkimi,   grubymi   włosami   jak   z   końskiej   grzywy,   zdawała   się 

przypominać   siedzącego   bożka,   zielonego   i   widmowego   w   gorącym   kantorze,   bo 
mówiła tak, jak mówiłby bożek wspominający swój dawny ziemski pobyt. Nigdy nie 

miałam z nią bliższego kontaktu, ale tamtej nocy, po owym nagłym i spontanicznym 
odruchu zażyłości, czułam, że łączą mnie z nią więzy silniejsze od więzów krwi.

Nagle, gdy Meme przerwała na chwilę, usłyszałam jego kaszel dochodzący z 

pokoju, z tego samego pokoju, gdzie teraz jestem z dzieckiem i moim ojcem. Zaniósł 

się   suchym,   urywanym   kaszlem,   później   odchrząknął,   a   następnie   rozległ   się   ów 
szczególny   odgłos,   jak   zawsze   kiedy   mężczyzna   przewraca   się   na   łóżku.   Meme 

natychmiast przestała mówić i na jej twarz padł ciemny, milczący cień. Zapomniałam 
o nim. Dotychczas (było około dziesiątej) czułam się, jakbyśmy były w tym domu 

same.   Później   atmosfera   stała   się   napięta.   Poczułam   zmęczenie   ręki,   w   której 
trzymałam, nic nie spróbowawszy, talerzyk z ciasteczkami i bułeczkami. Pochyliłam 

się ku niej i powiedziałam: “Nie śpi”. Ona, teraz już zimna i całkowicie obojętna, 
powiedziała: “Nie będzie spał aż do świtu”. I nagle zrozumiałam rozgoryczenie, które 

można było w niej dostrzec, gdy wspominała przeszłość naszego domu. Nasze życie 
zmieniło   się,   nastały   dobre   czasy,   a   Macondo   było   zgiełkliwym   miasteczkiem,   w 

którym dość było pieniędzy nawet na to, by marnotrawić je w sobotnie noce; Meme 

background image

żyła jednak lepszą przeszłością. Podczas gdy na zewnątrz ćwiartowano złotego cielca, 

wewnątrz, w kantorze, ona żyła swym jałowym, anonimowym życiem, całymi dniami 
za ladą, a nocami przy mężczyźnie, który nie spał aż do świtu, przez cały czas kręcąc 

się   po   mieszkaniu,   spacerując,   patrząc   na   nią   pożądliwie   tymi   swymi   lubieżnymi 
oczami psa, których nie mogłam zapomnieć. Przejmowała mnie myśl o Meme żyjącej 

z tym człowiekiem, który kiedyś odmówił jej swej pomocy, z mężczyzną, będącym 
wciąż   gruboskórnym   zwierzęciem,   nie   odczuwającym   ani   goryczy,   ani   litości,   nie 

przerywającym swej zapamiętałej krzątaniny po mieszkaniu, mogącej wyprowadzić z 
równowagi nawet najbardziej zrównoważoną osobę.

Odzyskawszy mój normalny ton, wiedząc, że on tu jest, że nie śpi, że otwiera 

być może swoje lubieżne oczy psa za każdym razem, gdy z kantoru dochodzi do niego 

odgłos naszych słów, spróbowałam zmienić temat naszej rozmowy.

- A jak interesy? - zapytałam.

Meme uśmiechnęła się. Jej uśmiech był smutny, melancholijny, jakby nie był 

wywołany   tym,   co   teraz   czuła,   ale   jakby   trzymała   go   w   szufladzie   -   wyjmując   go 

stamtąd jedynie w niezbędnych chwilach, ale używając go bez celu, tak jakby to, że 
rzadko korzystała z uśmiechu, spowodowało, iż zapomniała, w jaki sposób normalnie 

należy   się   nim   posługiwać.   “Jakoś   idzie”   -   powiedziała,   poruszając   głową   w 
dwuznaczny   sposób   i   znów   stała   się  milcząca,   nieobecna.   Wtedy   zrozumiałam,   że 

powinnam sobie pójść. Oddałam Meme talerzyk, nie tłumacząc się z tego, że jego 
zawartość jest nienaruszona, zobaczyłam, jak wstała i odstawiła go na ladę. Stamtąd 

popatrzyła na mnie i powtórzyła: “Jesteś żywym jej portretem”. Siedziałam w takim 
miejscu, że światło padało na mnie z tyłu, łamiąc się w płynącej z przeciwka jasności i 

Meme   rozmawiając   ze   mną   nie   widziała   mojej   twarzy.   Później,   kiedy   wstała,   by 
odstawić   talerz   na   ladę   za   lampą,   zobaczyła   mnie   na   wprost   siebie   i   dlatego 

powiedziała: “Jest żywym jej portretem”.

Wtedy   zaczęła   wspominać   dni,   kiedy   moja   matka   przybyła   do   Macondo. 

Natychmiast została przeniesiona z mulicy na fotel na biegunach i tkwiła w nim przez 
trzy miesiące, nie ruszając się, jedząc bez apetytu. Czasami przynoszono jej obiad, a 

ona siedziała aż do późnego popołudnia, trzymając talerz w ręku, nie bujając się, 
wyprostowana, z nogami opartymi na krześle, czując rosnącą w nich śmierć, aż w 

końcu   ktoś   przychodził   i   wyjmował   jej   talerz   z   rąk.   Kiedy   nadszedł   dzień,   bóle 
porodowe wyrwały ją z bezwładu, sama stanęła na nogi, trzeba było jednak pomóc jej, 

by przeszła dwadzieścia kroków dzielących korytarz od sypialni, zmaltretowana przez 

background image

wypełniającą   ją   śmierć,   która   w   ciągu   dziewięciu   miesięcy   milczącego   cierpienia 

utożsamiła się z nią. Jej przeprawa od fotela na biegunach aż do łóżka zawierała cały 
ból;   gorycz   i   cierpienie,   których   nie   było   w   podróży   odbytej   przed   kilkoma 

miesiącami, ale doszła tam, gdzie wiedziała, że musi dojść, zanim spełni ostatni akt 
swego życia.

Ojciec wydawał się zrozpaczony śmiercią mojej matki, powiedziała Meme. Ale 

według jego  własnych  słów,  które  wypowiedział  później,   gdy  został sam  w  domu: 

“Nikt nie może ufać w przyzwoitość domu, w którym mężczyzna nie ma u swego boku 
prawowitej małżonki”. Przeczytawszy zaś w jakiejś książce, iż kiedy umiera ukochana 

osoba,  należy  zasadzić  jaśmin,   by  każdej   nocy   ją   wspominać,  zasadził  krzew  przy 
murze patia i w rok później po raz drugi ożenił się z Adelajdą, moją macochą.

Chwilami myślałam, że Meme w trakcie opowieści rozpłacze się. Ale pozostała 

niewzruszona, zadowolona z pokuty za to, że nie jest szczęśliwa i że przestała nią być z 

własnej woli. Później uśmiechnęła się. Następnie rozsiadła się wygodnie na krześle i 
stała się całkiem ludzka. To było tak, jakby wewnętrznie rozliczała się ze swego bólu i 

kiedy   pochyliła   się   i   zobaczyła,   że   zostało   jej   jeszcze   dodatnie   saldo   w   dobrych 
wspomnieniach, wtedy uśmiechnęła się ze swoją dawną, niewyczerpaną i kpiarską 

sympatią. Powiedziała, że tamto zaczęło się pięć lat później, kiedy stanęła w drzwiach 
jadalni, w której jadł mój ojciec, i powiedziała do niego: “Panie pułkowniku, panie 

pułkowniku, w gabinecie czeka na pana jakiś przyjezdny”.

background image

3

Za   kościołem,   po   drugiej   stronie   ulicy,   znajdowało   się   niezadrzewione 

podwórze. Było to pod koniec ubiegłego roku, gdy przybyliśmy do Macondo i jeszcze 

nie rozpoczęto budowy kościoła. Był to suchy, goły grunt, na którym bawiły się dzieci 
po   wyjściu   ze   szkoły.   Później,   kiedy   rozpoczęto   budowę   kościoła,   z   jednej   strony 

podwórza wbito cztery słupy i ktoś zauważył, że ogrodzona przestrzeń nadawała się na 
wybudowanie   jakiegoś   pomieszczenia.   I   tak   zrobili.   Składowali   tam   materiały   na 

budowę kościoła.

Po zakończeniu prac przy kościele ktoś wybielił pokoik i wybił drzwi w tylnej 

ścianie wychodzącej na gołe, kamieniste podwórze, na którym nie rosła ani jedna 
kępka agawy. Po roku wybudowany pokoik sprawiał wrażenie, że mogą zamieszkać w 

nim dwie osoby. W środku pachniało palonym wapnem. Był to jedyny zapach, jaki 
przez dłuższy czas dawało się wyczuć w tym lokalu i jedyny przyjemny. Po wybieleniu 

ścian   ta   sama   ręka,   która   zakończyła   budowę,   zasunęła   rygiel   na   drzwiach   od 
podwórza i założyła kłódkę na drzwiach od ulicy.

Pokój   nie   miał   właściciela.   Nikt   nie   był   zainteresowany   tym,   by   dochodzić 

swych praw czy to wobec terenu, czy wobec materiałów budowlanych. Kiedy przybył 

pierwszy  proboszcz, zatrzymał się u jednej z zamożnych  rodzin  Macondo. Później 
został przeniesiony do innej parafii. Ale w tamtych dniach (być może zanim jeszcze 

odszedł pierwszy proboszcz) jakaś kobieta z niemowlęciem zajęła pokoik, przy czym 
nikt nie dowiedział się ani kiedy wprowadziła się tam, ani skąd przybyła, ani w jaki 

sposób   zdołała   otworzyć   drzwi.   W   kącie  stała   czarna   i  zielona   od   mchu   kadź,   na 
gwoździu wisiał dzbanek. Ale na ścianach nie było już wapna. Kamieniste podwórze 

pokryła skorupa stwardniałej od deszczów ziemi. Kobieta zbudowała dach z gałęzi, by 
osłonić   się   przed   słońcem.   A   że   nie   miała   pieniędzy   na   dach   z   liści   palmowych, 

dachówki czy blachy cynkowej, zasiała dzikie wino przy gałęziach i - by ustrzec się 
złych czarów - powiesiła gałązkę aloesu i chleb na drzwiach od ulicy.

Gdy w 1903 roku ogłoszono, że przybywa nowy proboszcz, kobieta z dzieckiem 

nadal mieszkała w pokoiku. Połowa miasteczka wyszła na główną drogę oczekując na 

przyjazd   księdza.   Orkiestra   miejscowa   grała   sentymentalne   melodie,   póki   nie 
nadleciał zadyszany, zmordowany chłopiec, by powiedzieć, że muł proboszcza jest już 

na ostatnim zakręcie drogi. Wtedy muzycy wyprostowali się i zaintonowali marsza. 
Człowiek, który miał wygłosić przemówienie powitalne, wszedł na zaimprowizowaną 

mównicę i zaczął wyglądać proboszcza, by rozpocząć ceremonię powitania. W chwilę 

background image

później przerwano jednak marsz wojskowy, mówca zszedł ze stołu, a zdumiony tłum 

ujrzał   nadjeżdżającego   przybysza,   siedzącego   na   mulicy,   na   której   grzbiecie 
podróżował   także   największy   kufer,   jaki   kiedykolwiek   widziano   w   Macondo. 

Mężczyzna, na nikogo nie patrząc, pojechał w stronę miasteczka. Chociaż proboszcz 
mógłby w podróż ubrać się po cywilnemu, jednak nikomu nie przyszło na myśl, że ten 

śniady podróżny w wojskowych sztylpach był księdzem w świeckim przebraniu.

I   rzeczywiście   nim   nie   był,   o   tej   samej   bowiem   godzinie   ktoś   widział,   jak 

skrótem, z drugiej strony miasteczka, wjeżdża dziwaczny, nieprawdopodobnie chudy 
ksiądz o suchej i podłużnej twarzy, siedzący okrakiem na mule, z podwiniętą do kolan 

sutanną,   osłaniany   od   słońca   spłowiałym   i   sponiewieranym   parasolem.   Proboszcz 
zapytał o adres kościoła, gdzie miała się mieścić plebania i widać zapytał kogoś, kto 

nie miał o niczym najmniejszego pojęcia, bo usłyszał odpowiedź: “To lokalik na tyłach 
kościoła,   proszę   księdza”.   Kobieta   wyszła,   ale   dziecko   bawiło   się   w   środku,   za 

wpółotwartymi   drzwiami.   Ksiądz   zsiadł   z   muła,   wniósł   do   pokoju   pękatą, 
niedomkniętą walizkę bez zamków i przewiązaną jedynie paskiem ze skóry innej niż 

skóra   walizki,   a   następnie,   przyjrzawszy   się   dokładnie   pomieszczeniu,   wprowadził 
muła   i   przywiązał   go   na   podwórzu,   w   cieniu   winorośli.   Później   otworzył   walizkę, 

wyciągnął hamak, który był chyba tak samo stary i zniszczony jak parasol, zawiesił go 
w   pokoju   po   przekątnej,   od   słupa   do   słupa,   zdjął   buty   i   spróbował   zasnąć,   nie 

przejmując się dzieckiem, które patrzyło na niego okrągłymi z przerażenia oczyma.

Kiedy   kobieta   wróciła,   poczuła   się   widocznie   speszona   niespodziewaną 

obecnością księdza, którego twarz była tak bez wyrazu, że niczym nie różniła się od 
krowiej czaszki. Kobieta przypuszczalnie przeszła na palcach przez pokój. Zapewne 

przesunęła składane łóżko aż do drzwi, zwinęła w tobołek rzeczy swoje i dziecka i 
wyszła, zbita z tropu, nie zainteresowawszy się kadzią ani dzbankiem, bo w godzinę 

później, gdy witający przebiegli miasteczko w odwrotnym kierunku, z orkiestrą na 
czele grającą wojskową melodię, otoczeni zgrają dzieciaków, które uciekły ze szkoły, 

znaleźli proboszcza samego w pokoju, rozwalonego w hamaku, z rozpiętą sutanną i 
bez butów. Widać ktoś zaniósł wiadomość na główną drogę, ale nikomu nie przyszło 

na   myśl   zapytać,   co   robi   proboszcz   w   tej   izbie.   Pomyślano   widocznie,   że   był 
spokrewniony z kobietą, a ona opuściła pokoik pomyślawszy, że proboszcz miał nakaz 

jego   zajęcia,   lub   że   pomieszczenie   było   własnością   kościoła,   czy   też   po   prostu   ze 
strachu, że zapytają ją, dlaczego mieszkała ponad dwa lata w tym pokoju, który do 

niej nie należał, nie płacąc komornego i nie pytając nikogo o zezwolenie. Nie przyszło 

background image

również nikomu na myśl zażądać wyjaśnień - ani wtedy, ani kiedykolwiek później - 

dlaczego   proboszcz   nie   zgodził   się   na   przemówienia,   dlaczego   odłożył   podarki   na 
podłogę i jedynie pozdrowił parafian, chłodno i z pośpiechem, gdyż według jego słów 

“przez całą noc oka nie zmrużył”.

Wobec   tego   chłodnego   przyjęcia   ze   strony   księdza,   najdziwniejszego,   jakie 

kiedykolwiek   widzieli,   ludzie   rozeszli   się.   Zauważono   twarz   podobną   do   krowiej 
czaszki,   szare   włosy   ostrzyżone   na   jeża   i   to,   że   nie   miał   ust,   a   jedynie   poziomą 

szczelinę, która, zdawać się mogło, znajdowała się w tym miejscu nie od urodzenia, 
lecz pojawiła się później, od jednego cięcia nożem. Tego samego jednak popołudnia 

wydał   się   ludziom   do   kogoś   podobny.   I   jeszcze   przed   świtem   wiedzieli   do   kogo. 
Przypomnieli sobie, że latał nago, ale w butach i w kapeluszu, z procą i kamieniami w 

czasach, gdy Macondo było skromną osadą uciekinierów. Weterani pamiętali jego 
udział w wojnie domowej z osiemdziesiątego piątego roku. Przypomnieli sobie, że 

mając siedemnaście   lat był pułkownikiem,  że  był  buntowniczy,  odważny  i   uparty. 
Tylko że w Macondo nie wiedziano nic o jego losach do dnia, kiedy wrócił, by objąć 

parafię.   Niewielu   pamiętało   imię,   jakie   dano   mu   na   chrzcie.   Za   to   większość 
weteranów   pamiętała   to,   którym   przezywała   go   matka   (był   bowiem   samowolny   i 

buntowniczy),   a   które   było   tym   samym,   pod   jakim   znali   go   wojenni   towarzysze. 
Wszyscy nazywali go: Szczeniak. I tak nazywano go w Macondo aż do godziny jego 

śmierci: - Szczeniak, Szczeniaczek.

Tak więc człowiek ten przybył do naszego domu tego samego dnia i prawie o tej 

samej godzinie, w której wrócił do Macondo Szczeniak. Tamten główną drogą, choć 
nikt go nie oczekiwał i nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jak się nazywał ani jaki był 

jego zawód;

proboszcz   zaś   skrótem,   gdy   na   głównej   drodze   czekało   na   niego   całe 

miasteczko.

Wróciłem do domu po akcie powitania. Właśnie siedliśmy do stołu - nieco 

później   niż   zazwyczaj   -   kiedy   podeszła   do   mnie   Meme,   by   powiedzieć:   “Panie 
pułkowniku,   panie   pułkowniku,   w   gabinecie   czeka   na   pana   jakiś   przyjezdny”. 

Powiedziałem: “Niech tu przyjdzie”. A Meme odpowiedziała: “Czeka w gabinecie i 
mówi, że musi się koniecznie z panem zobaczyć”. Adelajda przestała karmić zupą 

Izabelę (która miała wówczas najwyżej pięć lat) i poszła zająć się nowoprzybyłym. Po 
chwili wróciła, wyraźnie czymś przejęta:

- Chodził w kółko po gabinecie - powiedziała. Widziałem ją zza świeczników. 

background image

Następnie   zaczęła   znów   karmić   Izabelę.   “Mogłaś   go   zaprosić   do   środka”   - 

powiedziałem nie przerywając jedzenia. A ona odpowiedziała: “Właśnie miałam to 
zrobić. Ale on chodził w kółko po gabinecie, kiedy weszłam i powiedziałam dzień 

dobry,   i   nic   nie   odpowiedział,   bo   patrzył   na   tancerkę   stojącą   na   konsoli.   I   kiedy 
miałam powiedzieć jeszcze raz dzień dobry, zaczął nakręcać tancerkę, postawił ją na 

biurku i patrzył, jak tańczy. Nie wiem, czy to przez muzykę nie słyszał, że znowu 
powiedziałam   mu   dzień   dobry   i   że   stanęłam   naprzeciw   biurka,   nad   którym   był 

pochylony   i   przyglądał   się   tancerce,   która   mogła   jeszcze   długo   tańczyć,   bo   była 
nakręcona do końca”. Adelajda karmiła zupą Izabelę. Powiedziałem jej: “Widocznie ta 

zabawka   zainteresowała   go”.   A   ona,   wciąż   karmiąc   Izabelę:   “Chodził   w   kółko   po 
gabinecie, ale później, kiedy zobaczył tancerkę, zdjął ją, jakby już wiedział, do czego 

służy, jakby znał jej mechanizm. Nakręcał ją, kiedy powiedziałam mu dzień dobry po 
raz pierwszy, zanim zaczęła grać pozytywka. Wtedy postawił tancerkę na biurku i 

zaczął się jej przyglądać, ale bez  uśmiechu,  jakby interesował go nie taniec, tylko 
mechanizm”.

Nigdy nie anonsowano mi wizyt. Niemal codziennie ktoś mnie odwiedzał: moi 

znajomi   podróżni,   którzy   zostawiali   zwierzęta   w   stajni   i   przychodzili   bez   obaw,   z 

pełnym zaufaniem, jak ktoś, kto spodziewa się zawsze znaleźć wolne miejsce przy 
naszym stole. Powiedziałem Adelajdzie: “Widocznie przynosi jakąś wiadomość lub 

coś   w   tym   rodzaju”.   A   ona   powiedziała:   “Mimo   wszystko   ma   dziwny   sposób 
zachowywania się. Patrzył na tancerkę póki nie przestała tańczyć, a tymczasem ja 

stałam naprzeciwko biurka, nie wiedząc, co mu powiedzieć, bo sądziłam, że mi nie 
odpowie, póki będzie słychać melodię. Później, kiedy tancerka podskoczyła, tak jak 

zawsze, gdy przestaje tańczyć, on wciąż przyglądał jej się z zaciekawieniem, pochylony 
nad biurkiem, ale na stojąco. Wtedy popatrzył na mnie i uświadomiłam sobie, że 

wiedział, że jestem w gabinecie, ale że się mną nie interesował, bo chciał sprawdzić, 
ile czasu będzie tańczyć tancerka. Ale ja wtedy już nie powtórzyłam dzień dobry, tylko 

uśmiechnęłam się, kiedy na mnie spojrzał, bo zauważyłam, że ma olbrzymie oczy z 
żółtymi   źrenicami,   które   patrzą   jakby   obejmując   całe   ciało   naraz.   Kiedy 

uśmiechnęłam   się,   on   nadal  był   poważny,   tylko  schylił   głowę,   bardzo   grzecznie,   i 
powiedział: «Pan pułkownik? Potrzebuję pana pułkownika». Ma głęboki głos, sprawia 

wrażenie, że mógłby mówić z zamkniętymi ustami. Tak jakby był brzuchomówcą”.

Karmiła Izabelę. Ja nadal jadłem obiad, myślałem bowiem, że chodzi jedynie o 

jakąś wiadomość; nie wiedziałam, że tamtego popołudnia zaczynały się sprawy, które 

background image

dziś dobiegają końca.

Adelajda, wciąż karmiąc Izabelę, powiedziała: “Na początku chodził w kółko po 

gabinecie”. Wtedy zrozumiałem, że przybysz sprawił na niej niezwykłe wrażenie i że 

bardzo jej zależy, bym się nim zajął. Mimo to nie przerwałem obiadu, podczas gdy ona 
karmiła Izabelę i mówiła. Powiedziała: “Później, kiedy stwierdził, że chciałby zobaczyć 

się z pułkownikiem, powiedziałam mu: niech pan będzie łaskaw przejść do pokoju 
stołowego, a on wyprostował się, nie ruszając się z miejsca,

z   tancerką   w   ręku.   Wtedy   podniósł   głowę,   stanął   sztywno   na   baczność   jak 

wojskowy, tak mi się zdaje, bo ma wysokie buty i takie zwyczajne ubranie, i koszulę 

zapiętą pod samą szyję. Nie wiedziałam, co powiedzieć, kiedy nie odezwał się słowem 
i stał spokojnie, z zabawką w ręku, jakby czekał, aż wyjdę z gabinetu, żeby ją znów 

nakręcić. I nagle uświadomiłam sobie, że kogoś mi przypomina, że to wojskowy”.

Powiedziałem jej: “Uważasz więc, że to coś poważnego?”. Popatrzyłem na nią 

ponad świecznikami. Nie patrzyła na mnie. Karmiła Izabelę. Powiedziała:

- Bo przedtem, kiedy chodził w kółko po gabinecie, nie mogłam zobaczyć jego 

twarzy. Ale później, kiedy zatrzymał się przy ścianie, miał głowę tak podniesioną i 
oczy tak pewne, że wydaje mi się, że to wojskowy i powiedziałam mu: Pan chce się 

widzieć z pułkownikiem na osobności, nieprawdaż? A on przytaknął ruchem głowy. 
Wtedy znów powiedziałam sobie, że jest podobny do kogoś lub, lepiej powiedziawszy, 

że jest tą właśnie osobą, do której jest podobny, chociaż nie mogę sobie wytłumaczyć, 
jak to się stało.

Ja   nie   przerywałem   jedzenia,   ale   patrzyłem   na   nią   ponad   świecznikami. 

Przestała karmić Izabelę. Powiedziała:

- Jestem przekonana, że to nie jest żadna wiadomość. Jestem przekonana, że 

to nie to, że on jest podobny, ale że on jest tą właśnie osobą, do której jest podobny. 

Właściwie jestem przekonana, że to wojskowy. Ma czarne i podcięte wąsy i twarz 
jakby z miedzi. Ma długie buty, i jestem przekonana, że to nie to, że on jest podobny, 

ale on jest tą właśnie osobą, do której jest podobny.

Mówiła jednostajnym, monotonnym, uporczywym tonem. Było gorąco i być 

może   dlatego   zacząłem   odczuwać   irytację.   Powiedziałem:   “Aha,   a   do   kogo   jest 
podobny?” A ona powiedziała: “Kiedy chodził w kółko po gabinecie; nie widziałam 

jego twarzy, dopiero później”. A ja, zirytowany monotonią i uporczywością jej słów: 
“Już dobrze, dobrze, jak tylko skończę jeść, pójdę się z nim zobaczyć”. A ona, znów 

karmiąc Izabelę: “Na początku nie mogłam zobaczyć jego twarzy, bo chodził w kółko 

background image

po gabinecie. Ale później, kiedy powiedziałam mu: niech pan będzie łaskaw przejść, 

on   zatrzymał   się   przy   ścianie,   z   tancerką   w   ręku.   Wtedy   właśnie   przypomniałam 
sobie, do kogo jest podobny, i przyszłam ci powiedzieć. Ma olbrzymie i zbyt śmiałe 

oczy i kiedy odwróciłam się, żeby wyjść, poczułam, że patrzy prosto na moje nogi”.

Nagle   zamilkła.   W   jadalni   wibrowało   jedynie   metaliczne   dzwonienie   łyżki. 

Skończyłem jeść i przycisnąłem talerzykiem serwetkę.

Wtedy z gabinetu dobiegła wesoła melodyjka mechanicznej zabawki.

background image

4

W kuchni w moim domu jest stare krzesło z rzeźbionego drewna, bez oparcia, i 

tam, na zepsutym siedzeniu mój dziadek kładzie buty, żeby się wysuszyły przy piecu.

Tobiasz, Abraham, Gilberto i ja wyszliśmy wczoraj ze szkoły o tej samej porze i 

poszliśmy na plantacje z procą, z wielkim kapeluszem, żeby do niego wrzucać ptaki, i 

z nowym scyzorykiem. W drodze przypomniałem sobie o niepotrzebnym krześle w 
kącie   kuchni,   kiedyś   służącym   do   przyjmowania   gości,   a   teraz   używanym   przez 

zmarłego,   który   każdej   nocy   siada,   w   kapeluszu   na   głowie,   by   patrzeć   na   popiół 
wygaszony w piecu.

Tobiasz i Gilberto szli w stronę wylotu ciemnego tunelu. A że rano padało, buty 

ślizgały   im   się   na   zabłoconej   trawie.   Jeden   z   nich   gwizdał   i   ten   gwizd,   prosty   i 

chropowaty, rozlegał się w roślinnym lochu tak jak wtedy, gdy ktoś zaczyna śpiewać w 
środku tunelu. Abraham szedł z tyłu, ze mną. On z procą i kamieniem gotowym do 

wystrzelenia. Ja z otwartym scyzorykiem.

Nagle słońce rozerwało sufit twardych liści i świetliste ciało spadło na trawę 

trzepocąc jak żywy ptak. “Widziałeś go?” - zapytał Abraham. Popatrzyłem przed siebie 
i   przy   wylocie   z   tunelu   zobaczyłem   Gilberta   i   Tobiasza.   “To   nie   jest   ptak”   - 

powiedziałem. - “To słońce, które się przedarło”.

Kiedy doszli nad brzeg, rozebrali się i machając nogami zaczęli pryskać na 

siebie tą wieczorną wodą, która jakby nie moczyła ich skóry. “Dziś po południu nie ma 
ani   jednego   ptaka”   -   powiedział   Abraham.   “Kiedy   pada,   nie   ma   ptaków”   - 

powiedziałem. I sam wtedy uwierzyłem w to. Abraham zaczął się śmiać. Jego śmiech 
jest  głupi,  prosty  i brzmi jak strumyczek wody w kranie. Rozebrał się. “Wejdę ze 

scyzorykiem do wody i będę miał cały kapelusz ryb” - powiedział.

Abraham stał nago naprzeciwko mnie, z otwartą dłonią, czekając na scyzoryk. 

Nie   odpowiedziałem   od   razu.   Ściskałem   scyzoryk   w   dłoni   i   czułem   jego   czystą, 
hartowaną stal. “Nie dam mu scyzoryka”, pomyślałem. I powiedziałem mu: “Nie dam 

ci scyzoryka. Dopiero wczoraj go dostałem i będę go trzymał przez całe popołudnie”. 
Abraham nadal trzymał wyciągniętą rękę. Wtedy powiedziałem mu:

- Niekoliwemoż.
Abraham   zrozumiał   mnie.   Tylko   on   rozumiał   moje   słowa.   “Dobrze”   - 

powiedział   i   ruszył   do   wody   przez   stwardniałe   i   kwaśne   powietrze.   Powiedział: 
“Rozbieraj się, poczekamy na ciebie na kamieniu”. I mówiąc to rzucił się do wody i 

wyłonił   się   błyszczący   jak   posrebrzana,   olbrzymia   ryba,   jakby   woda   dopiero   w 

background image

zetknięciu z nim stawała się wodą.

Leżałem   wciąż   na   brzegu,   w   ciepłym   błocie.   Kiedy   raz   jeszcze   otworzyłem 

scyzoryk, przestałem patrzeć na Abrahama i spojrzałem dokładnie w drugą stronę, w 

stronę   drzew,   w   stronę   oszalałego   wieczornego   nieba,   które   było   tak   wielkie,   że 
przypominało płonącą stajnię.

“Pospiesz się” - powiedział z drugiego brzegu Abraham. Tobiasz siedział na 

skraju kamienia i gwizdał. Wtedy pomyślałem: “Dziś nie będę się kąpał. Jutro”.

Kiedy wracaliśmy, Abraham schował się za głogami. Chciałem iść za nim, ale 

on powiedział: “Nie  przychodź  tu. Jestem zajęty”.  Zostałem  na  ścieżce siedząc  na 

zwiędłych   liściach,   patrząc   na   jaskółkę,   jedyną,   która   kreśliła   koło   na   niebie. 
Powiedziałem:

- Dziś po południu jest tylko jedna jaskółka.
Abraham nie odpowiedział od razu. Milczał za głogami, jakby nie mógł mnie 

słyszeć,   jakby   czytał.   Jego   milczenie   było   głębokie   i   skupione,   pełne   ukrytej   siły. 
Dopiero po długim milczeniu westchnął. Wtedy powiedział:

- Jaskółki.
Znowu mu powiedziałem: “Dziś jest tylko jedna”. Abraham nadal siedział za 

głogami, ale nie wiem, co robił. Milczał w skupieniu, ale ten spokój nie był spokojny. 
Był to spokój niecierpliwy i porywczy. Po jakiejś chwili powiedział:

- Tylko jedna? Ach, tak. Jasne, jasne.
Teraz ja nie odpowiedziałem. To on zaczął ruszać się za głogami. Siedziałem na 

zwiędłych liściach i usłyszałem, że pod nogami Abrahama, tam gdzie był schowany, 
też trzasnęły suche liście. Potem znowu ucichł, tak jakby odszedł. Później odetchnął 

głęboko i zapytał:

- Co mówisz?

Znowu   mu   powiedziałem:   “Że   dziś   jest   tylko   jedna   jaskółka”.   I   mówiąc   to 

widziałem zakrzywione skrzydło, kreślące kółka na niewiarygodnie błękitnym niebie. 

“Wysoko leci” - powiedziałem.

Abraham odpowiedział natychmiast:

-   Tak,   tak,   jasne.   W   takim   razie   to   dlatego.   Wyszedł   zza   głogów   zapinając 

spodnie.  Popatrzył w górę, gdzie  jaskółka wciąż zataczała koła, i  patrząc na  mnie 

zapytał:

- Co mówiłeś przed chwilą o jaskółkach?

Spóźniliśmy   się   przez   to.   Kiedy   dochodziliśmy,   w   miasteczku   już   paliły   się 

background image

światła. Szybko wbiegłem do domu i w korytarzu wpadłem na dwie grube i ślepe 

kobiety, na bliźniaczki z San Jerónimo, które w każdy wtorek przychodzą śpiewać dla 
mojego dziadka, od dawna, wtedy mnie jeszcze nie było na świecie, jak powiedziała 

moja matka.

Całą noc myślałem o tym, że dziś znowu wyjdziemy ze szkoły i pójdziemy nad 

rzekę, ale bez Gilberta i Tobiasza. Chcę iść tylko z Abrahamem, żeby zobaczyć, jak 
błyszczy jego brzuch, kiedy skacze do wody i wyłania się podobny do metalicznej ryby. 

Całą noc pragnąłem, żebyśmy wracali sami przez ciemność zielonego tunelu, żeby 
pogłaskać go po udzie, jak będziemy szli. Zawsze kiedy to robię, czuję się tak, jakby 

ktoś gryzł mnie delikatnymi ukąszeniami, od których dostaję gęsiej skórki.

Jeśli ten człowiek, który wyszedł porozmawiać z moim dziadkiem do drugiego 

pokoju, przyjdzie niedługo, może uda nam się wrócić do domu przed czwartą. Wtedy 
pójdę nad rzekę z Abrahamem.

Został   w   naszym   domu.   Zajął   jeden   z   pokoi   przy   korytarzu,   ten,   który 

wychodził na ulicę, bo tak uznałem za stosowne; wiedziałem bowiem, że człowiek o 

jego   charakterze   nie   czułby   się   wygodnie   w   miejscowym   hoteliku.   Na   drzwiach 
wywiesił ogłoszenie (przed kilku laty, kiedy pomalowano dom, wisiało jeszcze w tym 

samym miejscu, wypisane jego własną ręką, ołówkiem, pochylonymi literami), a w 
następnym tygodniu trzeba było przynieść nowe krzesła w trosce o wygodę licznych 

pacjentów.

Od chwili, kiedy oddał mi list pułkownika Aureliano Buendia, nasza rozmowa 

w gabinecie przeciągnęła się tak długo, że Adelajda nie miała wątpliwości, iż chodzi o 
wysoko postawionego wojskowego wypełniającego ważną misję, i kazała zastawić stół 

jak   z   okazji   jakiegoś   święta.   Mówiliśmy   o   pułkowniku   Buendia,   jego   córeczce   - 
wcześniaku i skretyniałym pierworodnym. Ledwie zaczęliśmy rozmowę, zdałem sobie 

sprawę,   że   człowiek   ten   znał   dobrze   Intendenta   Generalnego   i   że   szanował   go   w 
wystarczającym   stopniu,   by   zasłużyć   na   jego   zaufanie.   Kiedy   Meme   przyszła 

powiedzieć nam, że podano do stołu, myślałem, że moja żona zaimprowizowała na 
przyjęcie gościa jakiś skromny poczęstunek. Ale daleko było do improwizacji temu 

okazałemu   stołowi   nakrytemu   nowym   obrusem,   zastawionemu   chińską   porcelaną, 
przeznaczoną wyłącznie na rodzinne kolacje w święta Bożego Narodzenia i Nowego 

Roku.

Adelajda stała przy jednym końcu stołu, uroczyście wyprostowana, ubrana w 

aksamitną,   zapiętą   pod   samą   szyję   suknię,   którą   nosiła   przed   naszym   ślubem   w 

background image

mieście podczas rodzinnych wizyt. Adelajda miała subtelniejsze od naszych maniery, 

pewne obycie towarzyskie, które od naszego ślubu zaczęło oddziaływać na zwyczaje 
mojego domu. Włożyła rodzinny medalion, zakładany na wyjątkowe okazje, i tak ona, 

jak i stół, jak meble, jak powietrze, jakim oddychało się w jadalni, sprawiały jakieś 
surowe wrażenie schludności i czystości. Gdy weszliśmy do salonu, nawet on, który 

nigdy nie zwracał uwagi ani na formy towarzyskie, ani na ubiór, poczuł się widocznie 
zawstydzony,   nie   przystający   do   atmosfery,   bo   sprawdził   guzik   przy   kołnierzyku, 

jakby miał krawat, i dało się zauważyć lekkie wahanie w jego stanowczym i mocnym 
kroku. Niczego nie pamiętam z taką dokładnością, jak właśnie tamtą chwilę, kiedy 

weszliśmy do jadalni i nawet ja poczułem się ubrany zbyt domowo jak na ten stół 
przygotowany przez Adelajdę.

Na talerzach leżało mięso i dziczyzna. To wszystko, prawdę mówiąc, jadaliśmy 

wtedy   codziennie,   ale   podanie   tego   na   porcelanowej   zastawie,   pośród   świeżo 

wypolerowanych świeczników, wyglądało okazale i znacznie różniło się od tego, do 
czego   byliśmy   przyzwyczajeni.   Mimo   iż   moja   żona   wiedziała,   że   będziemy   mieli 

jednego   tylko   gościa,   rozstawiła   osiem   nakryć,   a   butelka   wina   na   środku   była 
przesadnym dowodem staranności, z jaką przygotowała przyjęcie na cześć człowieka, 

którego  od   pierwszej   chwili   pomyliła   z   wybitną   osobistością   wojskową.  Nigdy   nie 
wyczuwałem w moim domu atmosfery bardziej naładowanej nierzeczywistością.

Strój   Adelajdy   mógłby   okazać   się   śmieszny,   gdyby   nie   jej   ręce   (były 

rzeczywiście   piękne   i   aż   nazbyt   białe),   które   równoważyły   swoją   autentyczną 

wytwornością   pewien   fałsz   i   zbytnią   staranność   jej   wyglądu.   Właśnie   kiedy   on 
sprawdzał guzik przy kołnierzyku i zawahał się, ja pospieszyłem powiedzieć: “Moja 

druga   żona,   panie   doktorze”.   Twarz   Adelajdy   spochmurniała,   przybrała   posępny 
wyraz. Nie ruszyła się z miejsca trzymając wyciągniętą rękę, uśmiechnięta, ale już nie 

tym ceremonialnie rozciągniętym uśmiechem, którym witała nas, gdy wchodziliśmy 
do salonu.

Gość stuknął obcasami jak wojskowy, dotknął skroni końcem wyprostowanych 

palców, następnie ruszył ku niej.

- Bardzo mi miło - powiedział. Ale nie wymienił nazwiska.
Dopiero gdy zobaczyłem, jak uścisnął, potrząsnąwszy mocno, niezręcznie dłoń 

Adelajdy, zdałem sobie sprawę z wulgarności i pospolitości jego zachowania.

Usiadł   na   drugim   końcu   stołu,   pośród   nowych   szkieł   i   świeczników.   Jego 

niedbały wygląd rzucał się w oczy jak plama zupy na obrusie.

background image

Adelajda   nalała   wina.   Jej   początkowe   podniecenie   zmieniło   się   w   bierną 

nerwowość, jakby chciała powiedzieć: “No, dobrze. Wszystko odbędzie się tak, jak 
było przewidziane, ale winien mi jesteś wytłumaczenie”. I właśnie gdy nalała wina i 

usiadła przy drugim końcu stołu, podczas gdy Meme podawała zupę, on odchylił się 
na krześle, oparł dłonie o obrus i uśmiechając się powiedział:

- Niech panienka posłucha, proszę zagotować trochę trawy i proszę mi to podać 

tak jak zupę.

Meme nie ruszyła się. Spróbowała się uśmiechnąć, ale zrezygnowawszy z tego 

odwróciła się ku Adelajdzie. Wtedy ona, również z uśmiechem, ale wyraźnie speszona, 

zapytała go: “Jakiego rodzaju trawę, panie doktorze?”. A on swoim ospałym głosem 
przeżuwającego zwierzęcia:

- Zwyczajną, proszę pani. Taką, jaką jedzą osły.

background image

5

Jest taka minuta, w której dogorywa sjesta. Nawet skrzętna, tajemna, ukryta 

żywotność owadów ustaje w tej właśnie chwili; bieg natury zostaje wstrzymany; świat 

chwieje   się   na   skraju   chaosu,   a   kobiety   wstają,   zaślinione,   z   kwiatem   poduszki 
wyhaftowanym na policzku, dusząc się od upału i lęku i myślą: “Jeszcze jest środa w 

Macondo”. Wówczas znów przykucają w kącie, spajają sen z rzeczywistością i godzą 
się   tkać   szept,   jakby   był   on   olbrzymim   prześcieradłem,   tkanym   wspólnie   przez 

wszystkie kobiety miasteczka.

Gdyby   czas   wewnętrzny   miał   ten   sam   rytm,   co   ten   na   zewnątrz,   teraz 

stalibyśmy w pełnym słońcu, z trumną na środku ulicy. Na zewnątrz byłoby później: 
byłaby   noc.   Ociężała   noc   wrześniowa   z   księżycem   i   z   kobietami   siedzącymi   na 

podwórzach, rozmawiającymi w zielonej jasności; a na ulicy my, trójka renegatów, w 
pełnym słońcu tego spragnionego września. Nikt nie przeszkodzi ceremonii. Miałam 

nadzieję, że alkad będzie nieugięty w swej decyzji i nie dopuści do pogrzebu, a my 
będziemy mogli wrócić do domu; dziecko do szkoły, a mój ojciec do swych chodaków, 

do miednicy podstawionej pod głowę ociekającą zimną wodą i do dzbana z mrożoną 
lemoniadą   z   lewej   strony.   Ale   teraz   jest   inaczej.   Mój   ojciec   znów   okazał   się 

wystarczająco stanowczy, by narzucić swój punkt widzenia i przełamać to, co ja na 
początku uznałam za niezłomną wolę alkada. Na zewnątrz jest miasteczko w stanie 

wrzenia, całkowicie zajęte tkaniem długiego, jednorodnego i bezlitosnego szeptu, i 
czysta ulica, bez odrobiny cienia na kurzu czystym i nietkniętym od czasu, gdy ostatni 

wiatr   zmiótł   ślad   ostatniego   wołu.   I   jest   to   martwe   miasteczko,   z   zamkniętymi 
domami,   gdzie   z   mieszkań   nie   dochodzi   nic   prócz   głuchego   brzęczenia   słów 

wypowiadanych ze złego serca. A w pokoju dziecko, które siedzi, sztywne, wpatrzone 
w swoje buty; to zerka jednym okiem na lampę, drugim na gazetę, to znów na buty, i 

w   końcu   obydwoma   na   wisielca,   jego   przygryziony   język,   szklane   oczy   psa, 
pozbawione teraz pożądania; psa bez apetytu, zdechłego psa. Dziecko patrzy na niego, 

myśli   o   wisielcu,   który   leży   wyciągnięty   pod   deskami;   robi   smutny   gest   i   wtedy 
wszystko się zmienia; przed drzwiami fryzjera pojawia się taboret, a za nim stolik z 

lusterkiem, pudrami i wodą kolońską. Ręka staje się piegowata i duża, przestaje być 
ręką   mojego   syna,   zamienia   się   w   dużą   i   zręczną   dłoń,   która   obojętnie,   ze 

skalkulowaną oszczędnością zaczyna ostrzyć brzytwę i kiedy ucho słyszy metaliczne 
bzyczenie hartowanego ostrza, przez głowę przebiega myśl: “Dziś przyjdą wcześniej, 

bo dziś jest środa w Macondo”. I wtedy przychodzą, wyciągają się na krzesłach w 

background image

cieniu i opierają się o chłód filarów, źli, zezowaci, z nogą założoną na nogę, z dłońmi 

splecionymi   na kolanach,  zagryzając końce  cygar; patrząc,  mówiąc o tym  samym, 
widząc   naprzeciwko   zamknięte   okno,   cichy   dom   z   panią   Rebeką   w   środku.   Ona 

również o czymś zapomniała: zapomniała wyłączyć wentylator i chodzi po pokojach o 
oknach   zasłoniętych   siatkami,   zdenerwowana,   podniecona,   przerzucająca   rupiecie 

swego wyjałowionego i zadręczonego wdowieństwa, aby przekonać siebie, nawet swój 
zmysł   dotyku,   że   nie   umarła,   że   nie   umrze,   zanim   nadejdzie   godzina   pogrzebu. 

Otwiera i zamyka drzwi swych pokoi, czekając aż patriarchalny zegar otrząśnie się z 
poobiedniej drzemki i obdaruje jej zmysły biciem trzeciej. Wszystko to w chwili, gdy 

gest dziecka zaczyna zamierać, znów staje się twardy, prosty, nie zużywszy nawet 
połowy   czasu   potrzebnego   kobiecie,   by   zszyła   ostatni   ścieg   na   maszynie   i  uniosła 

głowę pełną papilotów. Zanim dziecko znów zastyga w bezruchu, zamyślone, kobieta 
przesuwa   maszynę   w   kąt   korytarza,   a   mężczyźni   dwa   razy   zagryzają   cygara 

obserwując pełny ruch brzytwy, w dół i w górę rzemienia; a Agueda, paralityczka, robi 
ostatni wysiłek, by przebudzić obumarłe kolana; a pani Rebeca znów przekręca zamek 

w drzwiach i myśli: “Środa w Macondo. Dobry dzień na pochówek diabła”. Ale wtedy 
dziecko znowu się porusza i następuje nowa przemiana w czasie. Póki coś się rusza, 

można spostrzec, że czas mija. Przedtem nie. Przedtem, zanim się poruszy, jest czas 
wieczny,   pot,   koszula   obśliniająca   skórę   i   nieprzekupny   trup,   zimny,   ze   swym 

przygryzionym   językiem.   Dlatego   dla   wisielca   czas   nie   mija:   bo   jeśli   nawet   ręka 
dziecka wykonuje ruch, on o tym nie wie. I póki zmarły o tym nie wie (bo dziecko 

nadal   rusza   ręką),   Agueda   powinna   przesunąć   następne   ziarnko   różańca;   pani 
Rebeca, wyciągnięta na leżaku, jest zdumiona widząc, że zegar tkwi nieporuszenie na 

skraju nieuniknionej minuty, a Agueda ma czas (choć na zegarze pani Rebeki nie 
minęła sekunda) przesunąć następne ziarnko różańca i pomyśleć: “Zrobiłabym to, 

gdybym   mogła   pójść   do   ojca   Angela”.   Później   ręka   dziecka   opada,   a   brzytwa 
wykorzystuje   ten   ruch   na   rzemieniu   i   jeden   z   mężczyzn   siedzących   w   chłodzie 

podcieni   mówi:   “Chyba   będzie   gdzieś   koło   wpół   do   czwartej,   nie?”   Wtedy   ręka 
zatrzymuje   się.   Znów   obumarły   zegar   na   skraju   następnej   minuty,   znów   brzytwa 

wstrzymana w granicach własnej stali i Agueda oczekująca następnego ruchu ręki, by 
stanąć na nogi i wpaść do zakrystii z wyciągniętymi ramionami, z ożywionymi znów 

kolanami,   mówiąc:   “Ojcze,   ojcze”.   A   ojciec   Angel,   drzemiący   w   znieruchomiałym 
spokoju   dziecka,   oblizujący   wargi,   by   poczuć   lepki   smak   odbijających   mu   się 

klopsików,   na   widok   Aguedy   powiedziałby:  “To   musi   być  cud,  bez   wątpienia”   -  a 

background image

później, przewracając się jeszcze w upale sjesty, stęknąłby w przepoconej, zaślinionej 

drzemce: “Mimo wszystko, Agueda, to nie jest pora na to, by odprawiać msze na 
intencje dusz czyśćcowych”. Ale nie ma następnego ruchu, mój ojciec wchodzi do 

pokoju i obydwa czasy jednoczą się, dwie połówki dopasowują, spajają i zegar pani 
Rebeki zdaje sobie sprawę, że zmyliło go z jednej strony lenistwo dziecka, z drugiej 

niecierpliwość   wdowy,   a   wtedy   ziewa,   zamroczony   daje   nurka   w   cudowny   spokój 
chwili,   następnie   wynurza   się   spływając   wodą   czasu,   czasu   dokładnego   i 

poprawionego   i   pochyla   się,   i   mówi   z   ceremonialnym   dostojeństwem:   “Jest 
punktualnie godzina druga czterdzieści siedem”. A mój ojciec, który nie wiedząc o 

tym, że zepsuł paraliż chwili, mówi: “Bujasz w obłokach, córko”. A ja pytam: “Ojciec 
myśli, że coś się może stać?” A on, spocony, uśmiechając się: “Przynajmniej jestem 

pewien, że w wielu domach przypali się ryż i wykipi mleko”.

Teraz trumna jest zamknięta, ale pamiętam twarz zmarłego. Zapamiętałem ją z 

taką dokładnością, że patrząc na ścianę widzę otwarte oczy, wydłużone i szare jak 
mokra   ziemia   policzki,   przygryziony   z   jednej   strony   język.   Wywołuje   to   we   mnie 

palące uczucie niepokoju. Na dodatek spodnie  nigdy chyba nie przestaną uwierać 
mnie tutaj, w nogę.

Dziadek   usiadł   przy   mamie.   Kiedy   wrócił   z   sąsiedniego   pokoju,   przysunął 

krzesło i teraz siedzi tu, przy niej, bez słowa, opierając podbródek o laskę i wyciągając 

kulawą   nogę.   Mój   dziadek   czeka.   Moja   mama,   tak  jak  on,   czeka.   I   ludzie,   którzy 
przestali palić na łóżku i siedzą spokojnie, równo, nie patrząc na trumnę - oni też 

czekają.

Gdyby zawiązali mi oczy, wzięli za rękę, oprowadzili dwadzieścia razy wokół 

miasteczka i przyprowadzili z powrotem do tego pokoju, poznałbym go po zapachu. 
Nie   zapomnę   nigdy,   że   ten   pokój   pachnie   odpadkami,   nagromadzonymi   kuframi, 

chociaż widziałem tylko jeden kufer, w którym moglibyśmy się schować z Abrahamem 
i jeszcze zostałoby miejsce dla Tobiasza. Ja poznaję pokoje po zapachu.

W zeszłym roku Ada posadziła mnie na kolanach. Miałem przymknięte oczy i 

widziałem ją przez rzęsy. Widziałem ją ciemną, jakby to nie była kobieta, a tylko 

twarz, która patrzy na mnie i buja się, i beczy jak owca. Naprawdę już zasypiałem, 
kiedy poczułem ten zapach.

Nie ma w domu zapachu, którego bym nie znał. Kiedy zostawiają mnie samego 

w korytarzu, zamykam oczy, wyciągam ręce i idę. Myślę: “Kiedy poczuję lekki zapach 

rumu,   będę   przy   pokoju   mojego   dziadka”.   Idę   dalej   z   zamkniętymi   oczyma   i 

background image

wyciągniętymi rękami. Myślę: “Teraz przeszedłem obok pokoju mamy, bo pachnie 

nową talią kart. Później będzie pachnieć smołą i kuleczkami naftaliny”. Idę dalej i 
czuję zapach nowej talii kart w tej samej chwili, w której dobiega mnie z pokoju głos 

śpiewającej mamy. Wtedy czuję, jak pachnie smołą i kuleczkami naftaliny. Myślę: 
“Teraz będzie jeszcze pachnieć naftaliną. Wtedy skręcę na lewo od zapachu i poczuję 

inny - bielizny i zamkniętego okna. Tam się zatrzymam”. Później, kiedy przechodzę 
trzy kroki i staję - z zamkniętymi oczyma i wyciągniętymi rękami - słyszę głos Ady: 

“Dzieciaku! Znowu chodzisz z zamkniętymi oczyma”.

Tej   nocy,   kiedy   zaczynałem   usypiać,   poczułem   zapach,   którego   nie   ma   w 

żadnym pokoju. Był to silny i ciepły zapach, jakby potrząsano jaśminem. Otworzyłem 
oczy węsząc gęste, naładowane powietrze. Powiedziałem: “Czujesz?” Ada patrzyła na 

mnie, ale kiedy odezwałem się, zamknęła oczy i odwróciła twarz w inną stronę. Ja 
znów   spytałem:   “Czujesz?   Pachnie,   jakby   gdzieś   tu   był   jaśmin”.   Wtedy   ona 

powiedziała:

- To zapach jaśminu, który dziewięć lat temu rósł przy murze.

Rozsiadłem się na jej kolanach. “Ale teraz nie ma jaśminu” - powiedziałem. A 

ona: “Teraz nie. Ale dziewięć lat temu, kiedy się urodziłeś, przy murze rósł krzew 

jaśminu. Nocą było gorąco i pachniało tak samo jak teraz”. Ja oparłem się o jej ramię. 
Patrzyłem   na   jej   usta,   gdy   mówiła.   “Ale   to   było,   zanim   ja   się   urodziłem”   - 

powiedziałem. A ona: “Potem była ciężka zima i trzeba było oczyścić ogród”.

Zapach ciągle tam był, ciepły, prawie namacalny, poruszający inne zapachy 

nocy.   Powiedziałem   Adzie:   “Chcę,   żebyś   mi   to   opowiedziała”.   A   ona   na   chwilę 
zamilkła, później popatrzyła na pobieloną ścianę z księżycem i powiedziała:

- Jak dorośniesz, będziesz wiedział, że jaśmin to kwiat, który wychodzi.
Nie   rozumiałem,   ale   poczułem   dziwne   drżenie,   jakby   mnie   ktoś   dotknął. 

Powiedziałem: “Dobrze”; a ona: “Z jaśminami jest to samo co z ludźmi, którzy po 
śmierci wychodzą w nocy i włóczą się”.

Wciąż   siedziałem   oparty   o   jej   ramię,   nic   nie   mówiąc.   Myślałem   o   innych 

rzeczach, o krześle w kuchni, na którego zepsutym siedzeniu mój dziadek kładzie w 

deszczowe dni buty, żeby wyschły. Już wtedy wiedziałem, że w kuchni jest umarły, 
który co noc siada, nie zdejmując kapelusza, i patrzy na popiół w wystygłym piecu. Po 

chwili powiedziałem: “To chyba jest tak jak z tym umarłym, który siada w kuchni”. 
Ada spojrzała na mnie i powiedziała: “Z jakim umarłym?” A ja jej odpowiedziałem: “Z 

tym, który co noc siada na krześle, gdzie mój dziadek kładzie buty, żeby mu wyschły”. 

background image

A ona: “Tam nie ma żadnego umarłego. Krzesło stoi przy piecu, bo nie nadaje się do 

niczego innego, tylko do suszenia butów”.

To było w zeszłym roku. Teraz jest inaczej, teraz widziałem trupa i wystarczy 

zamknąć oczy, żeby nadal widzieć go w środku, w ciemności oczu. Powiem to mamie, 
ale ona zaczęła rozmawiać z dziadkiem. “Ojciec myśli, że coś się może stać?” - pyta. A 

dziadek, podnosząc podbródek oparty o laskę i ruszając głową: “Przynajmniej jestem 
pewien, że w wielu domach przypali się ryż i wykipi mleko”.

background image

6

Na początku spał do siódmej. Można go było zobaczyć, jak wchodzi do kuchni 

w   zapiętej   pod   samą   szyję   koszuli   bez   kołnierzyka,   ze   zmiętymi,   brudnymi, 

podwiniętymi do łokci rękawami, w brudnych, podciągniętych na brzuchu spodniach, 
przewiązanych paskiem dużo poniżej talii. Miało się wrażenie, że spodnie ześlizną się, 

opadną z braku ciała, na którym mogłyby się oprzeć. Nie schudł, ale w jego twarzy 
dostrzegało   się   już   nie   ową   wojskową,   dumną   minę  z   pierwszego   roku,   a   jedynie 

apatyczną   i   zmęczoną   minę   człowieka;   który   nie   wie,   co   przyniesie   mu   następna 
minuta życia i nie ma najmniejszej ochoty dowiedzieć się tego. Po siódmej pił kawę i 

wracał do pokoju, po drodze rozdzielając swoje beznamiętne “dzień dobry”.

Cztery lata już mieszkał w naszym domu i zdobył sobie uznanie w Macondo 

jako   poważny   fachowiec,   mimo   że   jego   szorstki   charakter   i   niedbałe   obejście 
wytworzyły wokół niego atmosferę bardziej przypominającą lęk niż szacunek.

Był jedynym lekarzem w miasteczku - póki nie zjawiła się kompania bananowa 

i nie rozpoczęły się prace przy kolei. Wtedy zaczęło być w pokoiku za dużo krzeseł. 

Ludzie,   którzy   przychodzili   do   niego   przez   pierwsze   cztery   lata   jego   pobytu   w 
Macondo, zaczęli omijać go, z chwilą gdy kompania zorganizowała służbę medyczną 

dla swoich pracowników. Musiał zauważyć nowe drogi, którymi nadciągała szarańcza, 
ale nic nie powiedział. Nadal otwierał drzwi od ulicy, wyciągał swoje skórzane krzesło 

i siedział na nim przez wiele godzin, i tak aż do dnia, kiedy wielu przeszło obok, ale 
nie znalazł się wśród nich ani jeden pacjent. Wtedy zaryglował drzwi, kupił hamak i 

zamknął się w pokoju.

W tym okresie Meme nabrała zwyczaju zanoszenia mu śniadania składającego 

się   z   bananów   i   pomarańczy.   Zjadał   owoce   i   rzucał   skórki   w   kąt,   skąd   Indianka 
wyciągała je w soboty, kiedy sprzątała pokój. Ale ze sposobu jego postępowania każdy 

mógł podejrzewać, że niewiele by go obeszło, gdyby pewnej soboty przestała sprzątać, 
a pokój zmienił się w chlew.

Odtąd nie robił absolutnie nic. Całymi godzinami wylegiwał się w hamaku. 

Przez   niedomknięte   drzwi   można   go   było   dostrzec   w   ciemności,   jego   suchą, 

pozbawioną wyrazu twarz, potargane włosy, chorobliwą żywotność jego żółtych oczu, 
która   nadawała   mu   charakterystyczny   wygląd   kogoś,   kto   zaczął   uważać   się   za 

pokonanego przez okoliczności.

Przez pierwsze lata jego pobytu w naszym domu Adelajda zachowała pozorną 

obojętność lub pozorne przyzwolenie, lub rzeczywiście zgodziła się z moją wolą, by 

background image

zamieszkał   u   nas.   Kiedy   jednak   zamknął   swój   gabinet,   a   pokój   zaczął   opuszczać 

jedynie w godzinach posiłków - by usiąść przy stole z tą samą co zawsze milczącą i 
ponurą   apatią   -   wyrozumiałość   mojej   żony   dobiegła   kresu.   Powiedziała   mi:   “To 

herezja utrzymywać go nadal. To tak, jakbyśmy karmili diabła”. A ja, zawsze mając do 
niego   słabość   wynikającą   z   uczucia   litości,   podziwu   i   żalu   (bo   choć   mógłbym 

próbować zniekształcić teraz to uczucie, było w nim wielu żalu), uparcie powtarzałem: 
“Trzeba   go   znosić.   To   człowiek,   który   nie   ma   nikogo   na   świecie   i   potrzebuje 

zrozumienia”.

Nieco   później   uruchomiono   linię   kolejową.   Macondo   było   bogacącym   się 

miasteczkiem, pełnym nowych twarzy, z kinem i licznymi lokalami rozrywkowymi. 
Pracy starczało dla wszystkich prócz niego. Nadal żył w zamknięciu, obojętny aż do 

dnia; kiedy nieoczekiwanie pojawił się w jadalni przy śniadaniu i wygłosił żywiołową, 
nawet entuzjastyczną mowę o wspaniałych perspektywach miasteczka. Tego ranka po 

raz pierwszy usłyszałem to słowo. On je wypowiedział: “To wszystko nadejdzie, kiedy 
przyzwyczaimy się do szarańczy”.

Parę miesięcy później można było zauważyć, że często wychodzi z domu przed 

zapadnięciem zmroku. Ostatnie godziny przed zmierzchem przesiadywał u fryzjera, 

biorąc udział w dyskusjach, jakie toczono przed drzwiami wokół stolika i wysokiego 
fotela, które fryzjer wynosił na ulicę, aby klienci korzystali z wieczornego chłodu.

Lekarze z kompanii nie poprzestali na pozbawieniu go możliwości zarobku; w 

1907 roku, gdy w Macondo nie było już ani jednego pacjenta, który by o nim pamiętał, 

i gdy on nawet już przestał ich oczekiwać, jeden z lekarzy kompanii poddał radzie 
miejskiej myśl, by przeprowadzono wśród wszystkich miejscowych lekarzy rejestrację 

dyplomów   uprawniających   do   praktyki.   Gdy   pewnego   poniedziałku   na   czterech 
rogach placu ukazało się obwieszczenie, uznał chyba, że nie dotyczy ono jego osoby. 

To ja powiedziałem mu, że należy wypełnić tę formalność. Ale on, spokojny, obojętny, 
odparł tylko: “Ja nie, pułkowniku. Ja już nie będę się bawił w te rzeczy”. Nigdy nie 

dowiedziałem się, czy rzeczywiście miał dyplom w porządku. Nawet nie dowiedziałem 
się, czy rzeczywiście był Francuzem, jak sądzono, i czy zachowywał w pamięci rodzinę, 

którą musiał przecież mieć, ale o której słowem nigdy nie wspomniał. Parę tygodni 
później, kiedy alkad i jego sekretarz stawili się w moim domu, aby zażądać od niego 

przedstawienia   dyplomu   i   licencji,   stanowczo  sprzeciwił   się   wszelkim   indagacjom. 
Tego dnia - po pięciu latach przebywania pod wspólnym dachem, jedzenia przy tym 

samym stole - uświadomiłem sobie, że nawet nie wiedzieliśmy, jak się nazywa.

background image

Nie trzeba było mieć siedemnastu lat (tyle wtedy miałam), by zauważyć - od 

czasu gdy zobaczyłam wystrojoną Meme w kościele i później, gdy rozmawiałam z nią 
w sklepiku - że w naszym domu pokoik od ulicy był zamknięty. Później dowiedziałam 

się, że macocha założyła kłódkę i sprzeciwiła się przeniesieniu mebli pozostawionych 
w  środku;   łóżka,   na   którym  doktor   spał,   póki   nie  kupił   sobie  hamaka,  stolika   na 

lekarstwa,   skąd   wziął   do   narożnego   domu   jedynie   pieniądze,   odłożone   w   swych 
najlepszych latach (tych pieniędzy musiało być sporo - w domu nie miał przecież 

żadnych wydatków - bo starczyło ich na to, by Meme otworzyła sklepik), jak również 
miednicy,   walającej   się   wśród   sterty   odpadków   i   starych   gazet   w   jego   ojczystym 

języku i bezużytecznej bielizny. Sprawiało to wrażenie, iż wszystkie te rzeczy moja 
macocha uważała za zarażone tym, co ona uznała za zły urok, diabelskie moce.

Na zamknięty pokoik musiałam zwrócić uwagę w październiku lub listopadzie 

(trzy lata po tym, jak on i Meme opuścili nasz dom), z początkiem następnego roku 

zaczęłam   bowiem   marzyć  o   umieszczeniu   w  tym   pokoju   Martina.  Pragnęłam   tam 
zamieszkać   po   ślubie;   co   chwila   o   tym   napomykałam,   w   rozmowie   z   macochą 

zaczęłam nawet sugerować, że najwyższy czas zdjąć kłódkę i znieść tę niedopuszczalną 
kwarantannę, narzuconą jednemu z najintymniejszych i najmilszych miejsc w domu. 

Ale   nim   zaczęłyśmy   szyć   moją   ślubną   suknię,   nikt   nie   mówił   ze   mną   wprost   o 
doktorze,   a   jeszcze   mniej   o   pokoiku,   który   nadal   pozostał   jakby   jego   własnością, 

częścią jego osobowości, która nie może zerwać więzów z naszym domem, póki żyć w 
nim będzie ktoś, kto mógłby go pamiętać.

Miałam wyjść za mąż przed upływem roku. Nie wiem, czy to okoliczności, w 

jakich minęło moje dzieciństwo i młodość, wpłynęły na to, że w owym czasie niejasno 

odbierałam   znaczenie   wielu   faktów   i   rzeczy.   W   każdym   razie   na   pewno   w   tych 
miesiącach przygotowań do mojego ślubu nie znałam jeszcze wielu sekretów. Na rok 

przed ślubem z Martinem widziałam go poprzez mgiełkę nierzeczywistości. Być może 
właśnie   dlatego   tak   bardzo   pragnęłam   mieć   go   blisko   siebie,   w   pokoiku:   żeby 

przekonać się, że chodzi o konkretnego mężczyznę, a nie narzeczonego znanego ze 
snu. Nie czułam się jednak na siłach, by porozmawiać z macochą o moich planach. 

Najprościej było powiedzieć: “Zdejmę kłódkę. Stół przesunę pod okno, a łóżko pod 
przeciwległą ścianę. Postawię doniczkę z goździkami na konsolecie, a nad drzwiami 

powieszę   gałązkę   aloesu”.   Ale   do   mojego   tchórzostwa,   do   całkowitego   braku 
zdecydowania dochodziła jeszcze mglista nierealność mojego narzeczonego. Jawił mi 

się   jako   niejasna,   nieuchwytna   postać,   której   jedynymi   konkretnymi   elementami 

background image

zdawały się być połyskliwe wąsy, głowa nieco przechylona w lewo i ta niezniszczalna 

marynarka, zapinana na cztery guziki.

Był w naszym domu pod koniec lipca. Całymi dniami przebywał wśród nas, w 

gabinecie rozmawiał z moim ojcem, omawiając bez końca jakąś tajemniczą sprawę, o 
której nigdy nie zdołałam dowiedzieć się czegoś konkretnego. Po południu Martin i ja 

szliśmy   z   macochą   na   plantacje.   Gdy   wracając   patrzyłam   na   niego   w   fiołkowym 
świetle   zmierzchu,   kiedy   ocierając   się   niemal   o   moje   ramię   był   najbliżej   mnie, 

wówczas wydawał się najmniej konkretny  i rzeczywisty. Wiedziałam, że nigdy  nie 
będę   potrafiła   dostrzec   w   nim   istoty   z   krwi   i   kości,   ani   znaleźć   oparcia   na   tyle 

mocnego, bym na jego wspomnienie poczuła przypływ odwagi i siły, w chwili gdy 
miałabym powiedzieć: “Przyszykuję pokój dla Martina”.

Nawet myśl, że mam wyjść za niego, wydawała mi się na rok przed ślubem 

nieprawdopodobna. Poznałam go w lutym, gdy czuwałyśmy przy zwłokach dziecka 

Paloquemada. Śpiewałyśmy i wybijałyśmy klaskaniem rytm, usiłując, na ile się da, 
wykorzystać  tę   jedyną   rozrywkę,  na   jaką   nam   pozwalano.   W   Macondo  było   kino, 

tańce przy gramofonie i wiele lokali, ale mój ojciec i macocha stanowczo sprzeciwiali 
się, by dziewczęta w moim wieku brały udział w tego typu rozrywkach. “To zabawy dla 

tej całej szarańczy” - mówili.

W lutym w południe było gorąco. Moja macocha i ja siadałyśmy na werandzie 

szyjąc bieliznę, a ojciec ucinał sobie drzemkę. Szyłyśmy, póki nie przeszedł, człapiąc 
chodakami, by zmoczyć głowę nad miednicą. Ale nocą było chłodno i ciemno, a w 

całym miasteczku słychać było głosy kobiet, które śpiewały przy trumnach dzieci.

Tej nocy, kiedy czuwałyśmy przy zwłokach dziecka Paloquemada, wyraźniej niż 

kiedykolwiek wybijał się głos Meme Orozco. Była chuda, pokraczna i sztywna jak kij, 
ale   jak   nikt   potrafiła   poddawać   ton.   W   pierwszej   przerwie   Genoveva   Garcia 

powiedziała:   “Przed   domem   siedzi   jakiś   obcy”.   Zdaje   się,   że   wszystkie,   prócz 
Remedios Orozco, przestałyśmy śpiewać. “Wyobraź sobie, że przyszedł w marynarce” 

- powiedziała Genoveva Garcia. “Gadał przez całą noc, a reszta słuchała go i nikt słowa 
nie pisnął. Ma na sobie marynarkę zapinaną na cztery guziki, nogę założył na nogę i 

widać   mu   skarpetki   z   podwiązkami   i   sznurowadła   w   butach”.   Meme   Orozco   nie 
przerwała jeszcze śpiewu, gdy klasnęłyśmy w dłonie i powiedziałyśmy: “Wyjdziemy za 

niego za mąż!”

Później, gdy wspominałam go w domu, nie mogłam znaleźć żadnego związku 

między tymi słowami a rzeczywistością. Wspominałam je, jakby były wypowiedziane 

background image

przez   grupę   nierealnych   kobiet,   które   klaskały   i   śpiewały   w   domu,   gdzie   zmarło 

nierealne dziecko. Inne kobiety paliły przy nas. Poważne, czujne, wyciągały w naszą 
stronę długie, sępie szyje. Za nimi, w cieniu framugi, inna kobieta owinięta aż po 

głowę   w   czarną   chustę   czekała,   aż   zagotuje   się   kawa.   Nagle   do   naszego   śpiewu 
przyłączył się męski głos. Z początku był niezgrany, niezdecydowany. Później stał się 

wibrujący i metaliczny, jakby mężczyzna śpiewał w kościele. Veva Garcia trąciła mnie 
łokciem  w  żebra.  Wtedy   podniosłam   wzrok  i  zobaczyłam   go  po   raz  pierwszy.   Był 

młody, schludny, miał mocną szyję i zapiętą na cztery guziki marynarkę. I patrzył na 
mnie.

Słyszałam, że powróci w grudniu, i myślałam, że nie ma dla niego lepszego 

mieszkania, niż ten zamknięty pokoik. Ale już tego sobie nie wyobrażałam. Mówiłam 

sobie: “Martin, Martin, Martin”. I to imię - skrupulatnie przebadane, smakowane, 
rozłożone na cząstki najistotniejsze - traciło dla mnie całe swe znaczenie.

Gdy wychodziłyśmy od Paloquemada, potrząsnął przy mnie pustą filiżanką. 

Powiedział:   “Wyczytałem   pani   los   w   fusach”.   Szłam   z   dziewczętami   do   drzwi   i 

słyszałam jego głęboki, namawiający, łagodny głos: “Proszę policzyć siedem gwiazd, a 
będę   się   pani   śnić”.   Przechodząc   obok   drzwi   zobaczyłyśmy   w   trumnie   dziecko 

Paloquemada,   z   twarzą   pokrytą   pyłem   ryżowym,   z   różą   w   ustach   i   powiekami 
podtrzymywanymi zapałkami. Luty owiewał nas chłodnym tchnieniem jego śmierci, a 

w pokoju unosił się zapach jaśminów i fiołków, zwarzonych od upału. Ale ten głos, 
wyodrębniony   z   milczenia   zmarłego,   był   niezmienny   i   jedyny:   “Proszę   to   dobrze 

zapamiętać. Tylko siedem gwiazd”.

W   lipcu   był   w   naszym   domu.   Lubił   opierać   się   o   ustawione   na   poręczy 

doniczki.   Mówił:   “Przypomnij   sobie,   że   nigdy   nie   patrzyłem   ci   w   oczy.   To   sekret 
mężczyzny, który zaczął się obawiać, że się zakocha”. Rzeczywiście, nie pamiętałam 

jego oczu. W lipcu nie umiałabym powiedzieć, jakiego koloru źrenice miał mężczyzna, 
którego   miałam   poślubić   w   grudniu.   Mimo   to,   sześć   miesięcy   wcześniej,   luty   był 

zaledwie głębokim milczeniem w południe; para stonóg, samiec i samica, zwijających 
się w łazience; wtorkowa żebraczka prosząca o wiązankę melisy i on, wyprostowany, 

uśmiechnięty,   z   marynarką   zapiętą   na   wszystkie  guziki:   “Doprowadzę   do   tego,  że 
będzie pani myśleć o mnie o każdej porze. Postawiłem portret za drzwiami i wbiłem 

szpilki w oczy”. A Genoveva Garcia krztusząc się ze śmiechu: “To głupoty, których 
mężczyźni uczą się od Indian”.

Pod koniec marca przychodził już chyba do domu. Długie godziny spędzał w 

background image

gabinecie ojca, przekonując go do czegoś bardzo ważnego, do czegoś, czego nigdy nie 

mogłam rozszyfrować. Minęło już jedenaście lat od mojego ślubu; dziewięć od dnia, w 
którym   zobaczyłam   go   w   oknie   pociągu,   gdy   mówił   “do   widzenia”,   gdy   kazał   mi 

przyrzec, że będę opiekować się dzieckiem, póki on po nas nie wróci. Minęło dziewięć 
lat bez żadnej wiadomości od niego, a ojciec, który pomógł mu w przygotowaniach do 

tej podróży bez końca, ani jednym słowem nie wspomniał o jego powrocie. Ale nawet 
podczas tych trzech lat naszego małżeństwa nie był bardziej konkretny i namacalny 

niż w dniu, gdy czuwałyśmy przy trumnie dziecka Paloquemada, czy w tę marcową 
niedzielę,   gdy   zobaczyłam   go   po   raz   drugi,   kiedy   Veva   Garcia   i   ja   wracałyśmy   z 

kościoła. Stał w drzwiach hoteliku z dłońmi w kieszeniach marynarki na cztery guziki. 
Powiedział: “Teraz będzie pani myśleć o mnie przez całe życie, bo szpilki już wypadły 

z portretu”. Powiedział to tak przytłumionym i napiętym głosem, że wydawało się to 
prawdą. Ale nawet ta prawda była dziwna i odmienna. Genoveva uparcie twierdziła: 

“To   świństwa   Indian”.   Trzy   miesiące   później   uciekła   z   dyrektorem   jakiegoś 
objazdowego teatru kukiełkowego, lecz tamtej niedzieli wydawała się jeszcze bardzo 

pruderyjna i poważna. Martin powiedział: “Uspokaja mnie myśl, że ktoś będzie mnie 
wspominał w Macondo”. A Genoveva Garcia, patrząc na niego z twarzą wykrzywioną 

irytacją, krzyknęła:

- Tfuj, na psa urok! Ażebyś tak zgnił razem z tą twoją marynarką na cztery 

guziki!

background image

7

Choć może spodziewał się czegoś wręcz przeciwnego, w miasteczku uważany 

był   za   osobę   dziwną,   apatyczną,   mimo   widocznych   wysiłków   z   jego   strony,   by 

udowodnić, że jest osobą towarzyską i serdeczną. Żył w Macondo między ludźmi, ale 
odizolowany   od   nich   wspomnieniem   przeszłości   nie   do   naprawienia.   Patrzono   na 

niego z ciekawością jak na ponure, posępne zwierzę, zachowujące po długim okresie 
przebywania   w   mroku   stare   odruchy,   które   miasteczko   uważać   mogło   jedynie   za 

nienaturalne, a tym samym za podejrzane.

O zmierzchu wracał od fryzjera i zamykał się w pokoju. Od pewnego czasu 

zrezygnował z kolacji i początkowo wydawało się nam, że wracał zmęczony i od razu 
rzucał się na hamak, śpiąc do rana. Wkrótce zrozumiałem jednak, że coś niezwykłego 

działo się z nim po nocach. Słychać było, jak z dręczącym i szaleńczym uporem kręcił 
się po pokoju, jakby w czasie tych nocy nachodził go duch człowieka, którym był 

dawniej,   i   obaj,   dawny   człowiek   i   człowiek   obecny   zaczynali   toczyć   między   sobą 
głuchą walkę, w której ów dawny bronił swej wściekłej samotności, swej niedostępnej 

równowagi,   swej   nieustępliwej   indywidualności,   a   obecny   swej   nieugiętej   woli 
uwolnienia się od siebie samego sprzed lat. Słyszałem, jak do świtu chodził po pokoju, 

aż w końcu jego własne zmęczenie wyczerpywało siły niewidzialnego przeciwnika.

Tylko   ja   dostrzegłem,   jak   bardzo   się   zmienił   od   czasu,   gdy   przestał   nosić 

sztylpy,   a   zaczął   codziennie   się   kąpać,   skrapiać   odzież   wodą   kolońską.   Po   paru 
miesiącach jego przemiana doszła do punktu, w którym uczucie, jakim go darzyłem, 

przestało   być   zwykłą,   pobłażliwą   tolerancją,   a   zmieniło   się   w   litość.   I   wcale   nie 
poruszył mnie jego wygląd, gdy wychodził na ulicę. Wzruszyło mnie wyobrażenie go 

sobie w nocy, zamkniętego w pokoju, zdrapującego błoto z butów, moczącego szmatkę 
w miednicy, rozmazującego pastę na zniszczonych od wieloletniego, ciągłego noszenia 

butach.   Poruszała   mnie   myśl   o   szczotce   i   pudełeczku   pasty   -   ukrywanymi   przed 
ludzkim   wzrokiem   pod   dywanem   -   jakby   były   elementami   starego,   wstydliwego 

sekretu,   zdobytego   w   wieku,   w   którym   większość   mężczyzn   staje   się   łagodnymi   i 
praktycznymi. W rzeczywistości, przeżywając późną i jałową młodość, starał ubierać 

się niczym młody chłopak, w spodnie co noc wygładzane kantem dłoni, na zimno, ale 
nie na tyle młody, by mieć przyjaciela, któremu mógłby zwierzać się ze swych złudzeń 

czy rozczarowań.

Miasteczko również musiało dostrzec tę zmianę, gdyż po jakimś czasie zaczęto 

mówić,   że   był   zakochany   w   córce   fryzjera.   Nie   wiem,   czy   istniała   jakakolwiek 

background image

podstawa   do   takich   twierdzeń,   ale   prawdą   jest,   że   dzięki   tej   plotce   zdałem   sobie 

sprawę   z   jego   przerażającego   erotycznego   osamotnienia,   biologicznej   furii,   jaka 
musiała go dręczyć w tych latach brudu i zaniedbania.

Każdego popołudnia szedł  do fryzjera coraz staranniej ubrany. W  koszuli  z 

nakładanym   kołnierzykiem,   w   mankietach   ze   złoconymi   spinkami,   w   czystych   i 

wyprasowanych spodniach, tyle że z paskiem nadal poza szlufkami; sprawiał wrażenie 
żałośnie   eleganckiego   narzeczonego   -   wiecznego   pechowca,   upadłego   kochanka, 

któremu zawsze na pierwszą wizytę potrzebny był bukiecik kwiatów.

Takim zastały go pierwsze miesiące 1909 roku, choć nadal miasteczkowe plotki 

mogły   się   karmić   jedynie   tym,   że   każdego   popołudnia   widywano   go,   jak   siedzi   u 
fryzjera,   rozmawia   z   klientami,   nikt   jednak   nie   mógłby   z   całą   stanowczością 

powiedzieć, że doktor choć raz widział córkę fryzjera. Uderzyło mnie okrucieństwo 
tych plotek. W miasteczku wszyscy wiedzieli, że córka fryzjera była panną okrągły rok 

nawiedzaną   przez   ducha,   niewidzialnego   kochanka,   który   garściami   wrzucał   jej 
ziemię do jedzenia, mącił wodę w kadzi, przysłaniał mgiełką lustra w zakładzie i bił ją, 

póki   twarz   jej   nie   zzieleniała   i   nie   zniekształciła   się.   Na   nic   zdały   się   wysiłki 
Szczeniaka, przewiązywania stułą, zawiła terapeutyka święconej wody, święte relikwie 

i środki znachorskie aplikowane z dramatyczną troską. Żona fryzjera, traktując to 
jako   ostateczny   środek,   zamknęła   zauroczoną   córkę   w   pokoju,   rozrzuciła   w   nim 

garście ryżu i oddała ją niewidzialnemu kochankowi na samotny, martwy miesiąc 
miodowy, po którym nawet mężczyźni w Macondo uznali, że córka fryzjera zaszła w 

ciążę.

Po  niecałym  roku  przestano  oczekiwać  monstrualnego  porodu,  a  ciekawość 

ludzka zwróciła się ku doktorowi; zaczęto rozpowiadać, że jest zakochany w córce 
fryzjera, chociaż wszyscy byli przekonani, że zauroczona zamknie się w pokoju, by 

rozsypać się za życia o wiele wcześniej, nim jej ewentualni pretendenci dorosną do 
żeniaczki.

Stąd   wiedziałem,   że   były   to   nie   tyle   domysły,   które   miałyby   jakieś 

uzasadnienie, ile okrutna, z całą złośliwością przemyślana plotka. Pod koniec 1909 

roku   nadal   przychodził   do   fryzjera.   Ludzie   ciągle   plotkowali,   obgadywali   przyszły 
ślub, choć nikt nie mógłby stwierdzić, że dziewczyna choć raz pokazała się w jego 

obecności, a tym bardziej, że mogli ze sobą zamienić parę słów.

Przed trzynastu laty, we wrześniu gorącym i martwym jak ten, moja macocha 

zaczęła   szyć   dla   mnie   suknię   ślubną.   Każdego   popołudnia,   kiedy   ojciec   spał, 

background image

siadałyśmy   nie   opodal   ustawionych   przy   poręczy   doniczek   z   kwiatami,   obok 

gorejącego rozmarynu. Wrzesień zawsze był taki, przez całe moje życie, trzynaście lat 
temu i wiele wcześniej. Ponieważ ślub miał być ceremonią tylko dla najbliższych (tak 

zarządził   ojciec),   szyłyśmy   bez   pośpiechu,   z   drobiazgową   pieczołowitością   ludzi, 
którym się nie spieszy, a którzy znaleźli w swojej mrówczej pracy najlepszy sposób na 

zabicie czasu. Wtedy rozmawiałyśmy. Nadal myślałam o pokoiku, zbierając się na 
odwagę,   by   powiedzieć   macosze,   że   jest   to   najlepsze   miejsce   dla   Martina.   I   tego 

południa powiedziałam jej to.

Macocha szyła właśnie długi tren z krepdeszynu, w olśniewającym świetle tego 

odległego   września,   nieznośnie   jasnego   i   dźwięcznego,   i   wydawała   się   jakby 
zanurzona po ramiona w chmurze tego właśnie września. “Nie” - odpowiedziała. A 

później, wracając do szycia i czując, jak przelatują jej przez głowę wspomnienia ośmiu 
gorzkich lat: “Oby Bóg nie dopuścił do tego, by ktoś wszedł tam znowu”.

Martin   wrócił   w   lipcu,   ale   nie   zamieszkał   u   nas.   Lubił   opierać   się   o 

poustawiane na poręczy doniczki i patrzeć na drugą stronę. Lubił mawiać: “Zostałbym 

w Macondo na całe życie”. Po południu szliśmy z macochą na plantacje. Wracaliśmy, 
nim   w   miasteczku   zapalano   światła.   Wtedy   mówił   mi:   “Bez   względu   na   ciebie 

zostałbym  na zawsze w Macondo, mimo  wszystko”.  I  to również,  przez to,  jak to 
mówił, wydawało się prawdą.

Wówczas minęły  już cztery lata, odkąd doktor opuścił nasz  dom. I właśnie 

dokładnie  wtedy, gdy  zaczęłyśmy szyć  suknię  ślubną -  tego dusznego popołudnia, 

kiedy wspomniałam jej o pokoiku dla Martina - macocha po raz pierwszy zaczęła 
mówić mi o dziwnych zwyczajach doktora.

- Pięć lat temu - powiedziała - jeszcze tam był zamknięty jak zwierzę. Bo był nie 

tylko   zwykłym   zwierzęciem,   ale   czymś   więcej;   zwierzęciem   przeżuwającym, 

trawożernym, jak pierwszy lepszy wół zaprzęgowy. Gdyby ożenił się z córką fryzjera, z 
tą cichą wodą, która wmówiła ludziom swoje wierutne kłamstwo, że zaszła w ciążę po 

niespokojnym   miodowym   miesiącu   z   duchami,   możliwe,   że   to   wszystko   nie 
wydarzyłoby się. Ale nagle przestał chodzić do fryzjera, a w ostatniej chwili dokonał 

nowej przemiany, która była niczym innym, jak tylko następnym punktem w jego 
przerażającym,   skrupulatnie   realizowanym   planie.   Oczywiście,   tylko   twojemu   ojcu 

mogło przyjść do głowy, że człowiek o tak nikczemnych manierach może pozostać w 
naszym domu po tym wszystkim, żyjąc jak zwierzę, gorsząc miasteczko i co chwila 

przyczyniając się do tego, że mówiono o nas jak o ludziach, co mają w pogardzie 

background image

moralność   i   dobre   obyczaje.   W   ucieczce   Meme   jego   plan   miał   osiągnąć   punkt 

kulminacyjny. Ale nawet wtedy twój ojciec nie przyznał się do swego, tak fatalnego 
błędu.

- Nie słyszałam nic o tym - odrzekłam.
W patio ruszył właśnie tartak świerszczy. Macocha opowiadała nie przerywając 

szycia, nie unosząc głowy z nad bębenka, na którym haftowała inicjały, wyszywała 
białe   labirynty.   Mówiła:   Tamtego   wieczoru   siedzieliśmy   przy   stole   (wszyscy   prócz 

niego, bo od dnia, kiedy wrócił po raz ostatni od fryzjera, przestał jeść kolację), gdy 
Meme przyszła podać nam talerze. Była blada. “Co ci jest?” - zapytałam. “Nic, proszę 

pani. Bo co?” Ale wiedzieliśmy, że nie czuje się dobrze - chwiała się stojąc obok lampy, 
wyglądała   na   chorą.   “Ależ,   Meme,   przecież   coś   ci   jest”   -   powiedziałam.   A   ona 

próbowała przemóc się jak tylko mogła, dopóki nie odwróciła się, niosąc tacę w stronę 
kuchni. Wtedy twój ojciec, który przez cały czas nie spuszczał z niej oka, powiedział 

jej:   “Jeśli   Meme   nie   czuje   się   dobrze,   niech   Meme   pójdzie   się   położyć”.   Nic   nie 
odpowiedziała. Nie zatrzymała się, zniknęła z tacą w korytarzu i nagle doszedł nas 

brzęk tłukącego się fajansu. Meme słaniała się, próbując resztką sił, drapiąc ścianę 
paznokciami, utrzymać równowagę. Wtedy twój ojciec udał się do tamtego pokoju, by 

poprosić o zbadanie Meme.

W ciągu ośmiu lat pobytu w naszym domu - mówiła moja macocha - ani razu 

nie   prosiliśmy   go   o   pomoc   w   żadnych   poważnych   przypadkach.   Kobiety   zaniosły 
Meme do pokoju, czekając na powrót twego ojca. Zaczęłyśmy nacierać ją spirytusem. 

Ale nie przyszedł, Izabelo. Nie przyszedł zbadać Meme, mimo iż człowiek który żywił 
go przez osiem lat, zapewniał dach nad głową i pranie, osobiście poszedł prosić go o 

pomoc. Za każdym razem, gdy przypominam to sobie, myślę, że jego przyjazd był karą 
boską.   Myślę,   że   i   ta   trawa,   którą   dawaliśmy   mu   przez   osiem   lat,   i   te   wszystkie 

starania, i ta troskliwość - wszystko to było wystawieniem nas przez Boga na próbę, 
żeby nas doświadczyć, dać lekcję ostrożności i nieufności wobec ludzi. Tak jakbyśmy 

zebrali   osiem   lat   gościny,   jedzenia,   czystego   ubrania   i   rzucili   to   świniom.   Meme 
umierała (tak przynajmniej myślałyśmy), a on - tuż obok - siedział w zamknięciu 

odmawiając tego, co nie było już miłosierdziem, ale zwykłą uczciwością, wyrazem 
wdzięczności i poszanowania dla opiekunów.

Twój   ojciec   wrócił   dopiero   o   północy   -   mówiła   dalej.   Powiedział   cichym 

głosem: “Nacierajcie ją spirytusem, ale nie róbcie lewatywy”. A ja poczułam się tak, 

jakby mnie spoliczkował. Po nacieraniu Meme nieco oprzytomniała. Rozwścieczona 

background image

krzyknęłam: “Tak, tak, spirytusem, oczywiście. Już to zrobiłyśmy i czuje się lepiej. Ale 

żeby to zrobić, nie musiałyśmy wcale żyć przez osiem lat na cudzym garnku”. A twój 
ojciec, wciąż uległy i wciąż idiotycznie nas uspokajając: “To nic poważnego. Pewnego 

dnia zrozumiesz”. Jakby tamten był jasnowidzem.

Tego popołudnia wydawało się, sądząc z egzaltacji w jej głosie i gwałtowności, z 

jaką wypowiadała każde słowo, że macocha znów przeżywa epizod tamtej odległej 
nocy, kiedy doktor odmówił pomocy Meme. Rozmaryn zdawał się dusić w oślepiającej 

jasności   września,  w  sennym   graniu   świerszczy,   w sapaniu   mężczyzn   próbujących 
wyjąć drzwi w sąsiednim pokoju.

- Ale wtedy, pewnej niedzieli, gdy Meme przyszła do kościoła wystrojona w 

swoje najlepsze rzeczy jak dama - powiedziałam. “Pamiętam, jakby to było dziś, że 

miała parasolkę mieniącą się kolorami”.

-   Meme,   Meme.   To   też   była   kara   boska.   W   tym   wszystkim,   w   tym,   że 

wyrwaliśmy ją jej rodzicom, którzy morzyli ją głodem, że zaopiekowaliśmy się nią, 
daliśmy dach nad głową, jedzenie i imię, w tym również była ręka Opatrzności. Gdy 

nazajutrz zobaczyłam ją w drzwiach, jak czekała, aż któryś z Indian weźmie jej kufer, 
nawet ja nie wiedziałam, dokąd się wybierała. Była jakaś inna, poważna, stała tam 

(mam ją jeszcze przed oczyma), przy kufrze, rozmawiając z twoim ojcem. Wszystko 
zostało   przeprowadzone   bez   skonsultowania   się   ze   mną,   Chabela;   jakbym   była 

nabazgranym na ścianie pajacem. Zanim zdążyłam zapytać, co tu się dzieje, bo w 
moim własnym domu działy się dziwne rzeczy, a ja nic o nich nie wiedziałam, twój 

ojciec przyszedł powiedzieć mi: “Nie masz co pytać Meme. Ona odchodzi, ale być 
może wróci za jakiś czas”. Zapytałam, gdzie ona odchodzi, a on nie odpowiedział. 

Odszedł, człapiąc chodakami, jakbym nie była jego żoną, tylko jakimś nabazgranym 
na ścianie pajacem.

Dopiero po dwóch dniach dowiedziałam się - mówiła - że tamten odszedł o 

świcie i nawet nie było go stać na to, żeby przyzwoicie się pożegnać. Wszedł tu jakby 

wchodził do własnego domu i po ośmiu latach wyszedł jak z własnego, bez słowa. Jak 
złodziej, po prostu jak złodziej. Sądziłam, że twój ojciec wyprosił go za to, że odmówił 

pomocy Meme. Ale kiedy zapytałam twojego ojca, odpowiedział tylko: “To temat na 
długą   rozmowę   między   nami”.   I   minęło   pięć   lat,   a   on   nawet   słowem   o   tym   nie 

wspomniał.

- Tylko twojemu ojcu i tylko w domu tak bałaganiarskim jak ten, gdzie każdy 

robi, co mu się żywnie podoba, mogło przydarzyć się coś podobnego. W Macondo o 

background image

niczym innym się nie mówiło, kiedy ja jeszcze nie wiedziałam, że Meme przyszła do 

kościoła obwieszona jak kokota, która udaje wielką damę, i że twemu ojcu na tyle 
zabrakło poczucia godności, że wziął ją pod rękę i przeprowadził przez plac. Właśnie 

wtedy dowiedziałam się, że wcale nie jest tak daleko, jak sądziłam, ale że mieszka w 
tym   narożnym   domku   razem   z   doktorem.   Tam   zamieszkali   razem,   nawet   nie 

przestępując   progu   kościoła,   jak   dwie   świnie,   mimo   że   przecież   Meme   nie   była 
poganką. Pewnego dnia powiedziałam twojemu ojcu: “Za tę herezję też spotka go kara 

boska”. Ale on nic nie powiedział. Nadal zachowywał zwykły spokój, chociaż to on 
patronował temu publicznemu konkubinatowi i skandalowi.

Teraz   jednak   jestem   mimo   wszystko   zadowolona,   że   sprawy   przybrały   taki 

obrót, i że doktor opuścił nasz dom. Gdyby to się nie stało, do dziś siedziałby jeszcze w 

pokoiku.   Ale   kiedy   dowiedziałam   się,   że   się   wyprowadził   i   że   zabrał   ze   sobą   do 
narożnego   domu   wszystkie   swoje   świństwa   i   ten   kufer,   który   nie   mieścił   się   w 

drzwiach wejściowych, poczułam się spokojniejsza. Było to moje - długo, bo osiem lat 
odwlekane - zwycięstwo.

Dwa   tygodnie   później   Meme   otworzyła   sklepik   i   nawet   miała   maszynę   do 

szycia. Za pieniądze, które on w tym domu zaoszczędził, kupiła nową “Domestic”. 

Uznałam to za obrazę i tak to powiedziałam twemu ojcu. Ale choć nie odpowiadał na 
moje protesty, można było zauważyć, że zamiast odczuwać skruchę, zdawał się być 

zadowolony   ze   swojego   dzieła.   Jakby   uratował   swoją   duszę   -   przeciwstawiając 
uczciwości   i   godności   tego   domu   swą   przysłowiową   tolerancję,   wyrozumiałość, 

liberalizm. I trochę nawet brak rozsądku. Powiedziałam mu: “Między świnie rzuciłeś 
twoje najlepsze zasady”. A on, jak zwykle:

- To też pewnego dnia zrozumiesz!

background image

8

Grudzień nadszedł niczym nieprzewidziana wiosna, jakby opisany w książce. A 

z nim Martin. Zjawił się w domu po obiedzie, z podręczną torbą, ciągle w zapinanej na 

cztery guziki marynarce, teraz czystej i świeżo wyprasowanej. Nic mi nie powiedział, 
od razu poszedł do gabinetu porozmawiać z ojcem. Datę ślubu ustalono już w lipcu. 

Ale w dwa dni po grudniowym powrocie Martina ojciec zawołał moją macochę do 
gabinetu, by powiedzieć jej, że ślub musi się odbyć w poniedziałek. Była sobota.

Suknię   już   miałam   gotową.   Martin   całymi   dniami   przesiadywał   w   domu 

rozmawiając z ojcem, który przy posiłkach przekazywał nam własne wrażenia. Nie 

znałam swojego narzeczonego. Nigdy ani przez chwilę nie byłam z nim sama. Mimo to 
zdawało  się,  że  Martina  łączy  z  moim  ojcem  przyjaźń  serdeczna  i  mocna   - ojciec 

mówił o nim takim tonem, jakby to on, a nie ja, miał poślubić Martina. 

Nie czułam żadnego podniecenia na myśl o zbliżającej się uroczystości. Nadal 

otaczała mnie owa szara mgławica, przez którą Martin przychodził, wyprostowany, 
abstrakcyjny, gestykulując przy mówieniu, zapinając i rozpinając swoją marynarkę na 

cztery guziki. W niedzielę jadł z nami. Moja macocha ustawiła krzesła wokół stołu, tak 
by Martin siedział przy moim ojcu, oddzielony ode mnie trzema miejscami. Podczas 

obiadu powiedziałyśmy z macochą zaledwie kilka słów. Ojciec i Martin rozmawiali o 
swoich sprawach; a ja - siedząc trzy miejsca dalej - patrzyłam na człowieka, który za 

rok miał być ojcem mojego syna, a z którym nie łączyła mnie nawet powierzchowna 
przyjaźń. W niedzielę wieczorem przymierzyłam ślubną suknię w pokoju macochy. 

Zobaczyłam   w   lustrze,   otoczone   chmurą   zakurzonego   krepdeszynu,   moje   blade   i 
czyste odbicie, które przypominało mi widmo mojej matki. Stojąc na wprost lustra 

mówiłam do siebie: “To jestem ja, Izabela. Mam na sobie ślubną suknię, bo o świcie 
wychodzę   za   mąż”.   I   nie   poznawałam   samej   siebie;   czułam   się   rozdwojona   we 

wspomnieniu mojej zmarłej matki. Parę dni wcześniej Meme mówiła mi o niej w tym 
narożnym domu. Powiedziała, że po moim narodzeniu ubrano matkę w ślubną suknię 

i złożono w trumnie. I teraz, patrząc na swoje odbicie, widziałam kości mojej matki 
pokryte   grobową   śniedzią,   w   stosie   zniszczonego   krepdeszynu   i   gęstego,   żółtego 

kurzu. Byłam poza lustrem. Wewnątrz, znów żywa, była moja matka, która patrząc na 
mnie,   wyciągając   ręce   ze   swej   lodowatej   przestrzeni,   próbowała   dotknąć   śmierci 

chwytającej pierwsze szpilki mojego ślubnego welonu. A z tyłu, na środku pokoju, mój 
ojciec, poważny, zdumiony: “Teraz, w tej sukni, wyglądasz tak samo jak ona”.

Tej nocy otrzymałam pierwszy, ostatni i jedyny list miłosny. List od Martina, 

background image

napisany ołówkiem na odwrocie programu kinowego. Pisał: “Ponieważ tej nocy nie 

zdążę, wyspowiadam się o świcie. Powiedz pułkownikowi, że co do naszej rozmowy, 
jest to już prawie załatwione i dlatego nie mogę przyjść teraz. Bardzo wystraszona? 

M”. Poszłam do pokoju, mając w ustach mączysty smak tego listu, a w parę godzin 
później, gdy potrząsana przez moją macochę budziłam się, czułam jeszcze gorycz na 

podniebieniu.

Nim   obudziłam   się   całkowicie,   minęło   jednak   wiele   godzin.   W   chłodnym, 

wilgotnym,   pachnącym   piżmem   świcie   znów   poczułam   na   sobie   ślubną   suknię. 
Czułam, że mam sucho w ustach jak przed podróżą, gdy z braku śliny nie można 

przełknąć chleba. Od czwartej czekali w salonie świadkowie. Znałam ich wszystkich, 
ale   teraz,   w   tych   elegancko   ubranych   mężczyznach   i   kobietach   w   kapeluszach   na 

głowie, rozprawiających i zapełniających dom gęstymi, drażniącymi oparami swych 
słów - widziałam jakieś nowe, odmienione postacie.

Kościół był pusty. Parę kobiet odwróciło się, by spojrzeć na mnie, gdy szłam 

główną nawą jak młodzieniec, na którego czeka już kamień ofiarny. Szczeniak, chudy i 

pełen godności, jedyny człowiek posiadający realne kształty w tym niespokojnym i 
milczącym koszmarze, zszedł po stopniach i czterema ruchami swych szczupłych rąk 

oddał mnie Martinowi. Martin, spokojny, stał przy mnie uśmiechając się - jak wtedy, 
gdy zobaczyłam go po raz pierwszy przy zwłokach dziecka Paloquemada, tyle że teraz 

miał obcięte włosy - jakby chciał mi pokazać, że w dniu ślubu nie żałował trudu, aby 
jego osoba wydawała się jeszcze bardziej nierzeczywista niż zazwyczaj, na co dzień.

Tego dnia rano, już po powrocie do domu, po śniadaniu i po wygłoszeniu przez 

świadków i chrzestnych zwykłych przy takich okazjach słów, mąż mój wyszedł z domu 

i wrócił dopiero po sjeście. Ojciec i macocha udali, że nie dostrzegają mojej sytuacji. 
Pozwolili,   by   dzień   upłynął   jak   zwykle,   nie   zmieniwszy   niczego   w   normalnym 

porządku zajęć, tak by nikt nie odczuł nadzwyczajnego powiewu tego poniedziałku. 
Zdjęłam ślubną suknię, zwinęłam ją w kłębek i wspominając moją matkę schowałam 

na dno komody, myśląc: “Te szmaty przydadzą mi się przynajmniej na całun”.

Nierealny nowożeniec wrócił o drugiej po południu i powiedział, że już jadł. 

Gdy zobaczyłam go, z krótko obciętymi włosami, wydało mi się, że grudzień przestał 
być   niebieskim   miesiącem.   Martin   usiadł   przy   mnie   i   chwilę   milczeliśmy.   Po   raz 

pierwszy   w   życiu   zaczęłam   bać   się,   że   nadejdzie   zmrok.   Widać   jakimś   gestem 
pokazałam   to   po   sobie,   bo   Martin   nagle   jakby   się   ożywił,   pochylił   nad   moim 

ramieniem i zapytał: “O czym myślisz?” Poczułam, jak coś przekręca mi się w sercu: 

background image

nieznany   zaczął   do   mnie   mówić   per   ty.   Spojrzałam   w   górę,   gdzie   grudzień   był 

gigantyczną,   błyszczącą   kulą,   świetlistym,   szklanym   miesiącem;   odpowiedziałam: 
“Myślę, że teraz tego tylko brakuje, żeby zaczęło padać”.

Ostatniej nocy, kiedy rozmawialiśmy na werandzie, było cieplej niż zazwyczaj. 

Za parę dni miał wrócić od fryzjera już po raz ostatni i zamknąć się w pokoju. Ale tej 

ostatniej nocy na werandzie, jednej z najcieplejszych i najgęstszych, jakie zachowałem 
w pamięci, był pełen zrozumienia, jak rzadko do tej pory. Jedyne, co wewnątrz tego 

olbrzymiego pieca zdawało się żyć, to głuche cykanie świerszczy podżeganych przez 
pragnienie natury i drobna, nieznacząca, a jednak niezmierna aktywność rozmarynu i 

tuberoz,   gorejących   wewnątrz   pustynnej   godziny.   Przez   chwilę   milczeliśmy, 
wydzielając z siebie tę tłustą i kleistą substancję, która nie jest potem, lecz płynną 

śliną żywej materii w stanie rozkładu. Czasami patrzył na gwiazdy, na niebo odarte 
przemocą   z   letniego   przepychu,   potem   znów   milczał,   jakby   całkowicie   oddany 

przemijaniu   tej   monstrualnie   żywej   nocy.   Siedzieliśmy   tak   zamyśleni,   na   wprost 
siebie, on na skórzanym krześle, ja w fotelu na biegunach. Nagle; w przelocie białego 

skrzydła,   ujrzałem   jego   smutną,   osamotnioną   głowę   przechyloną   na   lewe   ramię. 
Przypomniałem   sobie   jego   życie,   samotność,   przerażające   rozterki   duchowe. 

Przypomniałem   sobie   dręczącą   obojętność,   z   jaką   uczestniczył   w   spektaklu   życia. 
Poprzednio czułem, że darzę go uczuciami skomplikowanymi, czasem sprzecznymi i 

zmiennymi   jak   i   jego   osobowość.   Ale   w   tej   chwili   nie   miałem   najmniejszej 
wątpliwości, że zaczynam go lubić z całego serca. Wydawało mi się, że odkrywam w 

sobie tę tajemniczą siłę, która od pierwszej chwili kazała mi go chronić, i całym sobą 
poczułem ból tego dusznego pomieszczenia. Zobaczyłem, jak bardzo człowiek ten był 

przygnębiony, pokonany, zmiażdżony przez przypadki losu. I nagle, czując kolejne 
spojrzenie   jego   twardych   i   świdrujących   żółtych   oczu,   nabrałem   pewności,   że 

tajemnica labiryntu jego samotności została mi odkryta przez napięte tętno tej nocy. 
Nim zdążyłbym pomyśleć, dlaczego to robię, zapytałem:

- Proszę mi odpowiedzieć na jedno pytanie, doktorze: wierzy pan w Boga?
Spojrzał na mnie. Włosy opadły mu na czoło, cały płonął jakąś wewnętrzną 

dusznością, ale jego twarz nie ujawniała jeszcze podniecenia czy zmieszania. Po czym, 
odzyskawszy swój ospały głos przeżuwającego zwierzęcia, powiedział:

- Po raz pierwszy ktoś mi zadaje takie pytanie.
- A czy pan, doktorze, zadał je sobie kiedykolwiek?

Nie   okazał   ani   obojętności,   ani   przejęcia.   Zdawał   się   być   zaledwie 

background image

zainteresowany moją osobą. Bo już nie pytaniem, a jeszcze mniej kryjącymi się w nim 

intencjami.

- Trudno powiedzieć - odrzekł.

- Ale czy noc taka jak ta nie wzbudza w panu lęku? Nie ma pan wrażenia, że 

istnieje gdzieś człowiek o wiele większy niż wszyscy, że idzie przez plantacje i nic 

wokół się nie porusza, i wszystko wydaje się zakłopotane obecnością tego człowieka?

Teraz   zmilczał.   Świerszcze   wypełniały   przestrzeń,   wykraczając   poza   ciepły, 

żywy, nieomal ludzki zapach, który unosił się znad krzewu jaśminu zasadzonego ku 
pamięci mojej pierwszej żony. Człowiek bezmierny szedł tam, przez noc.

- Nie przypuszczam, pułkowniku, by coś takiego mogło mnie onieśmielać.
I teraz on również wydawał się zdeprymowany - jak przedmioty, jak rozmaryn i 

tuberoza w swych gorejących doniczkach.

- Jeśli mnie coś onieśmiela - powiedział długo patrząc mi w oczy, stanowczo, 

dokładnie - jeśli mnie coś onieśmiela, to istnienie kogoś takiego jak pan, kto może z 
całym przekonaniem powiedzieć, że zdaje sobie sprawę z obecności tego człowieka, 

który wędruje nocą.

- My próbujemy ratować duszę, doktorze. To jest różnica.

I wtedy poszedłem dalej niż to sobie na początku zakładałem. Powiedziałem:
- Pan go nie słyszy, bo jest pan ateistą. A on, niczym nie zmieszany, spokojnie:

- Proszę mi wierzyć, pułkowniku, nie jestem ateistą. Po prostu w zakłopotanie 

wprawia mnie zarówno myśl, że Bóg istnieje, jak myśl, że Bóg nie istnieje. W takim 

razie wolę o tym nie myśleć.

Nie   wiem,   skąd   miałem   przeczucie,   że   tak   właśnie   mi   odpowie.   “Jest 

zakłopotany Bogiem” - pomyślałem, słuchając tego, co właśnie mi mówił tak szczerze, 
jasno, precyzyjnie, jakby przeczytał to w jakiejś książce. Byłem nadal oszołomiony 

usypiającą   monotonią   nocy.   Czułem   się   jakby   w   samym   środku   ogromnej   galerii 
proroczych obrazów.

Tam,   za   balustradą,   był   ogródek,   który   uprawiała   Adelajda   z   moją   córką. 

Dlatego tak pachniał rozmaryn, każdego dnia doglądały go bowiem, wzmacniały, by w 

noce takie jak ta, jego odurzająca woń nasycała dom, pozwalała zasnąć spokojnie. 
Krzew jaśminu rozsyłał swój natarczywy zapach, a my wdychaliśmy go; bo miał tyle 

samo lat co Izabela i w pewnym sensie był przedłużeniem życia jej matki. Świerszcze 
cykały pośród zarośli przy patio, ponieważ zapomnieliśmy wyplenić chwasty, kiedy 

ustały deszcze. Jedyną niewiarygodną i cudowną rzeczą była obecność tego człowieka 

background image

ze swą olbrzymią i lichą chustką, którą ocierał błyszczące od potu czoło.

Po kolejnej chwili milczenia powiedział:
- Chciałbym wiedzieć, dlaczego zadał mi pan to pytanie, pułkowniku?

- Ach, tak nagle przyszło mi do głowy - powiedziałem.
- Być może zadałem je dlatego, że od siedmiu lat pragnę dowiedzieć się, co 

myśli taki człowiek jak pan. - Też byłem zlany potem. Mówiłem: - A być może dlatego, 
że przejmuję się pańską samotnością.

Czekałem na odpowiedź, której nie było. Przyjrzałem się siedzącej naprzeciw 

mnie postaci, nadal samotnej, smutnej. Przypomniałem sobie Macondo, szaleństwo 

mieszkańców palących na zabawach banknoty; zaślepioną szarańczę, która wszystkim 
pogardzała, tarzała się w bagnie swoich instynktów i znajdowała w rozpuście swój 

upragniony smak. Przypomniałem sobie jego życie, zanim pojawiła się szarańcza. I 
jego późniejszą egzystencję, tanie wody kolońskie, stare wypastowane buty, plotkę, 

która nie odstępowała go, jak cień przez niego samego nie dostrzegany. Zapytałem:

- Czy pan, doktorze, nigdy nie myślał o małżeństwie? Jeszcze nie skończyłem, 

gdy on już odpowiadał, zaczynając jeden ze swych długich, okrężnych wywodów:

- Pan bardzo kocha swoją córkę, pułkowniku, prawda?

Odpowiedziałem, że jest to chyba rzeczą naturalną. Mówił dalej:
- Tak, ale pan jest inny. Nikt, prócz pana, nie lubi wbijać gwoździ własnymi 

rękami. Widziałem, jak pan zakładał zawiasy w drzwiach, podczas gdy ma pan do 
swojej dyspozycji wielu ludzi, którzy mogliby to za pana zrobić. Pan to lubi. Zdaje mi 

się, że pański ideał szczęścia polega na tym, by chodzić po domu ze skrzynką narzędzi 
i szukać czegoś do naprawienia. Pan, pułkowniku, gotów jest dziękować każdemu, kto 

zepsuje panu zawiasy. I jest pan mu wdzięczny, gdyż w ten sposób daje panu okazję, 
by poczuł się pan szczęśliwy.

- To takie przyzwyczajenie - powiedziałem nie wiedząc, do czego zmierza. - 

Mówią, że moja matka była taka sama.

Zareagował. Zachowywał się spokojnie, ale stanowczo.
- Tak - powiedział. - To dobre przyzwyczajenie. Poza tym jest to najtańszy ideał 

szczęścia, jaki znam. Dlatego pana dom jest taki, jaki jest i wychował pan tak a nie 
inaczej córkę. Chcę powiedzieć, że to chyba dobrze mieć taką córkę jak pańska.

Jeszcze nie domyślałem się celu tak długiego kluczenia. Pomimo to zapytałem:
-  A  czy  pan,  doktorze,  nie pomyślał  o  tym,  jakim  dobrem  byłaby dla pana 

własna córka?

background image

-   Ja  nie,  pułkowniku   -  powiedział.   I  uśmiechnął  się,   ale  natychmiast  znów 

spoważniał. - Moje dzieci nie byłyby takie jak pańskie.

Wtedy nie miałem już najmniejszej wątpliwości: mówił poważnie i ta powaga, 

ta sytuacja, wydały mi się przerażające. Myślałem: “Za to - bardziej niż za cokolwiek 
innego - zasługuje na litość. Potrzebuje opieki”.

- Słyszał pan o Szczeniaku? - zapytałem.
Odpowiedział, że nie.

Powiedziałem: - Szczeniak jest proboszczem, ale bardziej jeszcze przyjacielem 

wszystkich. Powinien go pan poznać.

- Ach, tak, tak - odrzekł. - On też ma dzieci, tak?
- Nie to mnie teraz interesuje - powiedziałem. - Ludzie wygadują plotki na 

Szczeniaka, bo go bardzo lubią. Ale w jego osobie mamy do czynienia z ciekawym 
przypadkiem, doktorze. Szczeniak jest jak najdalej od tego, żeby być świętoszkiem, 

czy, jak to mówimy, nabożnisiem. Jest przede wszystkim mężczyzną, który wypełnia 
swoje obowiązki jak przystoi mężczyźnie.

Słuchał teraz z uwagą, w milczeniu, skupiony, nie spuszczając ze mnie swych 

twardych, żółtych oczu. Powiedział:

- To dobrze, nie?
- Myślę, że Szczeniak zostanie świętym - powiedziałem. I w tym też byłem 

szczery.

- Nigdy nie widzieliśmy w Macondo czegoś takiego. Z początku odnoszono się 

do niego nieufnie - bo jest tutejszy, bo starzy pamiętają go z czasów, gdy strzelał do 
ptaków jak wszyscy chłopcy. Walczył na wojnie, był pułkownikiem i w tym również 

tkwiła przyczyna nieufności. Wie pan, ludzie nie szanują weteranów za to samo, za co 
szanują księży. Poza tym nie byliśmy przyzwyczajeni do tego, by odczytywano nam 

kalendarz Bristol zamiast Ewangelii.

Uśmiechnął   się.   Musiało   mu   się   to   wydać   równie   zabawne   jak   nam,   w 

pierwszych dniach. Powiedział:

- To ciekawe, nie?

-   Szczeniak   już   taki   jest.   Woli   kierować   ludźmi   powołując   się   na   zjawiska 

atmosferyczne. A jego troską, niemal naczelnym problemem teologicznym, są burze. 

W każdą niedzielę mówi o nich. Z tej też przyczyny jego kazania opierają się nie tyle 
na Ewangelii, co na prognozach meteorologicznych kalendarza Bristol.

Teraz   uśmiechał   się,   słuchał   uważnie,   z   ożywieniem   i   zadowoleniem.   Ja 

background image

również czułem ponoszący mnie entuzjazm. Powiedziałem:

-   Jest   jeszcze   coś,   co  pana   powinno   zainteresować,   doktorze.  Czy   wie  pan, 

kiedy   Szczeniak   przyjechał   do   Macondo?   -   Odpowiedział,   że   nie,   -   Dziwny   zbieg 

okoliczności, ale tego samego dnia, co i pan - powiedziałem.

- I jeszcze coś. Gdyby pan miał starszego brata, jestem święcie przekonany, że 

byłby właśnie taki jak Szczeniak. Fizycznie, oczywiście.

Teraz wydawał się myśleć jedynie o tym. Widząc jego pełną powagi, skupioną 

minę, napiętą uwagę, zrozumiałem, że nadszedł moment, kiedy mogę powiedzieć mu 
to, co zamierzałem.

- A więc, doktorze - powiedziałem - proszę odwiedzić Szczeniaka, a zrozumie 

pan, że rzeczy wcale nie mają się tak, jak pan je widzi.

A on odparł, że tak, że odwiedzi Szczeniaka.

background image

9

Kłódka,   zimna,   milcząca,   energiczna,   mozolnie   wypracowuje   swoją   rdzę. 

Adelajda   założyła   ją,   gdy   dowiedziała   się,   że   doktor   odszedł   z   Meme.   Moja   żona 

uznała   odejście   doktora   za   swój   triumf,   za   ostateczny   wynik   systematycznego, 
uporczywego trudu podjętego przez nią w tej samej chwili, w której zarządziłem, by 

doktor   zamieszkał  z   nami.   Po   siedemnastu  latach  kłódka  nadal  broni  dostępu   do 
pokoju.

Jeśli w mojej postawie, od ośmiu lat niezmiennej; mogło być coś niegodziwego 

w oczach ludzi lub nikczemnego w oczach Boga, kara spotkałaby mnie wcześniej niż 

śmierć. Być może miałem za życia odpokutować to, co uważałem za zwykłą ludzką 
powinność,   chrześcijański   obowiązek.   Bo   kłódka   nie   zaczęła   jeszcze   pokrywać   się 

rdzą,   gdy   w   moim   domu   pojawił   się   Martin,   z   niezłomnym   postanowieniem 
poślubienia mojej córki, z teczką spęczniałą od projektów, których autentyczności nie 

mogłem nigdy sprawdzić. Zjawił się w domu w marynarce zapiętej na cztery guziki, z 
całej   jego   postaci   emanowała   młodość   i   dynamizm,   otoczony   był   promienną 

atmosferą uroku. Ożenił się z Izabelą w grudniu, jedenaście lat temu. Minęło dziewięć 
lat od dnia, gdy odjechał z teczką podpisanych przeze mnie obligacji, przyrzekając, że 

wróci,   jak   tylko   przeprowadzi   operację,   której   podjął   się   licząc   na   mój   majątek. 
Minęło dziewięć lat, ale nie to jest przyczyną pozwalającą mi sądzić, że był oszustem. 

Nie   mam   prawa   przypuszczać,   że   małżeństwo   było   dla   niego   jedynie   manewrem, 
mającym przekonać mnie o jego dobrej woli.

Ale   osiem   lat   doświadczeń   na   coś   się   przydało.   Martin   miał   zająć   pokoik. 

Adelajda   sprzeciwiła   się.   Jej   sprzeciw   był   tym   razem   stanowczy,   zdecydowany, 

nieodwołalny.   Wiedziałem,   że   moja   żona   kazałaby   raczej   stajnię   przemienić   w 
małżeńską sypialnię niż zezwolić, by młoda para zajęła ten pokój. Tym razem, bez 

wahania, podzieliłem jej zdanie. W ten sposób uznałem jej odwlekany przez osiem lat 
triumf. Jeśli oboje popełniliśmy błąd ufając Martinowi, to wina spada na nas dwoje. 

Żadne z nas nie odniosło ani zwycięstwa, ani porażki. A jednak to, co miało nastąpić, 
było ponad nasze możliwości i siły, niczym przepowiadane w kalendarzu zjawiska 

atmosferyczne, które nieuchronnie muszą nadejść.

Gdy powiedziałem Meme, by opuściła nasz dom i poszła drogą, którą uważa za 

najodpowiedniejszą dla siebie, i później, gdy Adelajda rzuciła mi w twarz moją słabość 
i niezdecydowanie, mogłem sprzeciwić się, narzucić, wbrew wszystkim, swoją wolę 

(zawsze  tak  robiłem)  i  uporządkować sprawy   zgodnie  z  moim  punktem  widzenia. 

background image

Czułem jednak, że jestem bezsilny wobec wydarzeń. To nie ja regulowałem ich bieg 

we własnym domu, ale jakaś tajemnicza siła, która ustalała tok naszego życia i wobec 
której byliśmy jedynie biernym i nic nie znaczącym narzędziem. Wszystko zdawało się 

wtedy poddawać naturalnemu i nieuniknionemu spełnianiu jakiegoś proroctwa.

Ze sposobu, w jaki Meme otworzyła sklepik (zresztą wszyscy byli chyba w głębi 

ducha przeświadczeni, że pracowita kobieta, która z dnia na dzień zostaje konkubiną 
miejskiego lekarza, wcześniej czy później otwiera jednak sklepik), zrozumiałem, że 

doktor zdołał odłożyć w naszym domu większą, niż mogliśmy przypuszczać, sumę 
pieniędzy, które trzymał w szufladzie nie przeliczając banknotów i monet rzucanych 

byle jak w okresie, gdy pacjenci zgłaszali się do niego.

Gdy Meme założyła sklepik, domyślano się, że doktor też tam jest, w kantorze, 

osaczony przez Bóg wie jakie bezlitosne, prorocze bestie. Wiedzieliśmy, że nie jada 
żadnych  rzeczy kupionych  w  miasteczku, że  zaczął uprawiać  ogródek,  i  że  Meme, 

która w pierwszych miesiącach kupowała dla siebie nieco mięsa, po roku zaniechała i 
tego, może ze względu na to, że ciągłe przebywanie z kochankiem spowodowało w 

końcu, że i ona stała się wegetarianką. Odtąd oboje żyli w zamknięciu - do czasu, gdy 
władze wyłamały drzwi, przeszukały cały dom; przekopały ogródek próbując odnaleźć 

ciało Meme.

Domyślano   się,   że   był   tam,   zamknięty,   bujający   się   w   starym   i   wytartym 

hamaku. Ale wiedziałem już, nawet w tym okresie, kiedy przestano oczekiwać jego 
powrotu do świata żywych, że jego uporczywe zamknięcie, głucha walka z wiszącą nad 

nim karą boską, miały osiągnąć punkt kulminacyjny o wiele wcześniej nim dosięgnie 
go śmierć. Wiedziałem, że wcześniej czy później będzie musiał wyjść, nie ma bowiem 

człowieka, który spędziłby pół życia w zamknięciu, z dala od Boga, i który nagle nie 
zapragnąłby   wyjść   i   pierwszemu   napotkanemu   na   rogu   człowiekowi   bez 

najmniejszego trudu zdać rachunek ze swych spraw, czego ani kajdany i dyby, ani 
próba ognia i wody, ani męka krzyża i łamanie kołem, ani drewno i rozżarzone żelazo 

w oczach, ani sól wieczna na języku, ani tortury ławy katowskiej, ani biczowanie i 
rozpalone   blachy,   ani   miłość   nie   wymogłyby   na   nim   w   obliczu   inkwizytorów.   A 

godzina ta miała nadejść parę lat przed jego śmiercią.

Wiedziałem o tym wcześniej - od tej ostatniej nocy, kiedy rozmawialiśmy na 

werandzie i po tym, gdy poszedłem do niego, by prosić go o pomoc dla Meme. Czy 
mogłem sprzeciwić się, by żył z nią jak mąż i żona? Przedtem, być może, tak. Teraz już 

nie, od trzech miesięcy zaczął się spełniać bowiem następny rozdział nieubłaganego 

background image

przeznaczenia.

Tej nocy nie spędził w hamaku. Leżał na łóżku, z głową odrzuconą do tyłu, ze 

wzrokiem   wbitym   w   miejsce,   gdzie,   gdyby   światło   lichtarzyka   było   mocniejsze, 

widziałby sufit. Miał w pokoju żarówkę, której nigdy jednak nie używał. Wolał leżeć w 
półmroku, z wzrokiem utkwionym w ciemność. Gdy wszedłem do pokoju, nie ruszył 

się. Spostrzegłem jednak, że z chwilą gdy przekroczyłem próg, poczuł, że nie jest w 
pokoju sam. Wtedy powiedziałem:

-   Jeśli   to   nie   sprawi   panu   zbytniego   kłopotu,   doktorze.   Wydaje   mi   się,   że 

Indianka nie czuje się najlepiej.

Usiadł na łóżku. Przed chwilą wyczuł, że nie jest sam. Teraz już wiedział, że to 

ja jestem w pokoju. Bez wątpienia były to dwa całkowicie odmienne wrażenia, bo 

teraz nastąpiła w nim gwałtowna przemiana, przygładził włosy i nadal siedząc na 
brzegu łóżka wyczekiwał.

- To ze względu na Adelajdę, doktorze. Chciałaby, żeby przyszedł pan zobaczyć 

Meme - powiedziałem.

A   on,   siedząc,   odpowiedział   mi   swym   ospałym   głosem   przeżuwającego 

zwierzęcia:

- Nie ma potrzeby. Po prostu jest w ciąży. Następnie pochylił się, zdawał się 

dokładnie wpatrywać w moją twarz i dodał:

- Meme od lat żyje ze mną.
Muszę   przyznać,   że   nie   poczułem   się   zaskoczony.   Nie   poczułem   się   ani 

speszony, ani zagniewany. Nic nie poczułem. Być może jego wyznanie było, z mojego 
punktu widzenia, zbyt poważne, może nie mieściło mi się w głowie. Stałem spokojnie, 

niewzruszony   jak   on,   jak   jego   ospały   głos   przeżuwającego   zwierzęcia.   Po   dłuższej 
chwili   milczenia,   podczas   gdy   on   nadal   siedział   na   łóżku   nieporuszony,   jakby 

oczekując, bym pierwszy się zdecydował, z całą ostrością zrozumiałem to, co mi przed 
chwilą powiedział. Ale wtedy było już za późno, bym poczuł się speszony.

- Oczywiście, zdaje pan sobie sprawę z sytuacji, doktorze - to było wszystko, na 

co mogłem się zdobyć.

Odpowiedział:
Każdy w jakiś sposób się zabezpiecza, pułkowniku. Jeśli podejmujemy ryzyko, 

wiemy,   na   co   się   narażamy.   Kiedy   nie   udaje   się,   to   dlatego,   że   czegoś   nie 
przewidzieliśmy, że coś leżało poza naszymi możliwościami.

Znałem   tego   rodzaju   okrężne   wywody.   Jak   zwykle,   nie   wiedziałem   dokąd 

background image

zmierza.   Przysunąłem   krzesło   i   usiadłem   naprzeciwko   niego.   Wtedy   wstał,   zapiął 

pasek i podciągnął spodnie. Mówił dalej, tym razem z głębi pokoju. Powiedział:

- Prawdę mówiąc zabezpieczyłem się do tego stopnia, że po raz drugi zaszła w 

ciążę. Za pierwszym razem półtora roku temu i państwo niczego nie zauważyli.

Mówił bez emocji, kierując się znów w stronę łóżka. Słyszałem dochodzący z 

mroku odgłos jego pewnie stawianych na posadzce kroków. Mówił:

- Ale wtedy ona była zdecydowana na wszystko. Teraz już nie. Dwa miesiące 

temu powiedziała mi, że znowu jest w ciąży, a ja zaproponowałem jej to samo, co za 
pierwszym  razem: przyjdź   tej  nocy,  będę  miał  już  wszystko  przygotowane.  Wtedy 

powiedziała, że dziś nie, że jutro. Kiedy poszedłem do kuchni po kawę, powiedziałem 
jej, że czekałem na nią, ale ona odpowiedziała, że nigdy już nie przyjdzie.

Doszedł   do   łóżka,   ale   nie   usiadł.   Znowu   odwrócił   się   do   mnie   plecami   i 

rozpoczął następne okrążenie. Słuchałem, co mówi. Słyszałem jego głos dochodzący to 

ciszej,   to   znów   głośniej.   Jakby   mówił   bujając   się   w   hamaku.   Mówił   o   wszystkim 
spokojnie, ale stanowczo. Wiedziałem, że nie ma co mu przerywać. Ograniczyłem się 

do słuchania. A on:

- Mimo to przyszła dwa dni później. Wszystko miałem przygotowane. Kazałem 

jej tu usiąść i podszedłem do stołu po szklankę. I wtedy, kiedy powiedziałem jej: wypij 
to, właśnie wtedy zrozumiałem, że tym razem nie zdecyduje się. Popatrzyła na mnie 

uważnie   i   powiedziała   z   nutką   okrucieństwa:   Tego   się   nie   pozbędę,   doktorze.   To 
urodzę, żeby je wychować.

Poczułem się oburzony jego spokojem. Powiedziałem mu:
-   To   niczego   nie   usprawiedliwia,   doktorze.   Pańskie   postępowanie   nie   jest 

niczym   innym   jak   nikczemnością,   i   to   nikczemnością,   której   dopuścił   się   pan 
dwukrotnie: raz - utrzymując tego rodzaju stosunki w moim domu, i drugi - usuwając 

ciążę.

- Ale przecież wie pan, pułkowniku, że zrobiłem, co mogłem. To było wszystko, 

co   mogłem.   Później,   gdy   zobaczyłem,   że   nie   da   się   rozwiązać   tej   sprawy, 
postanowiłem z panem porozmawiać. Miałem to zrobić w tych dniach.

- Przypuszczam, że pan wie, iż tego rodzaju sprawy, gdy rzeczywiście chce się 

zmyć   hańbę,   można   jednak   rozwiązać.   Pan   wie,   jakie   zasady   panują   wśród 

mieszkańców tego domu.

- Nie chciałbym sprawiać panu żadnego kłopotu. Proszę mi wierzyć. Chciałem 

oznajmić panu moją decyzję: wezmę ze sobą Indiankę, aby zamieszkała ze mną w tym 

background image

pustym, narożnym domu.

- W jawnym konkubinacie, doktorze - odparłem. - Czy nie zdaje pan sobie 

sprawy, co to dla nas oznacza?

Ponownie   stanął   przy   łóżku.   Usiadł,   pochylił   się,   mówił   opierając   łokcie   o 

kolana. Zmienił intonację głosu. Z początku mówił tonem oschłym. Teraz jego głos 

stał się okrutny, wyzywający. Powiedział:

-   Proponuję   jedyne   niekłopotliwe   dla   pana   rozwiązanie,   pułkowniku.   Inna 

możliwość, to powiedzieć, że dziecko nie jest moje.

- Ale Meme powiedziałaby, że tak - odrzekłem. Poczuł się znieważony. Mówił 

teraz tonem zbyt obraźliwym i agresywnym, bym mógł przyjmować to ze spokojem. 
Ale on, twardy, nieubłagany, powiedział:

- Proszę mi wierzyć, że Meme z całą pewnością nie powiedziałaby tego. A że 

jestem   o   tym   całkowicie   przekonany,   więc   powtarzam,   że   zabiorę   ją   do   tego 

narożnego   domu,   tylko   dlatego,   by   zaoszczędzić   panu   kłopotu.   I   to   wszystko, 
pułkowniku.

Z   takim   przekonaniem   śmiał   twierdzić,   że   Meme   nie   potwierdziłaby   jego 

ojcostwa, że teraz rzeczywiście poczułem się speszony. Zaczęła niepokoić mnie myśl, 

że siła jego przekonania brała się nie z ostrości wypowiadanych słów, ale tkwiła gdzieś 
o wiele głębiej. Powiedziałem:

-   Ufamy   Meme   jak   własnej   córce,   doktorze.   W   tym   wypadku   stanęłaby   po 

naszej stronie.

- Gdyby pan wiedział to, co ja wiem, nie powiedziałby pan tego, pułkowniku. 

Proszę   wybaczyć,   że   powiem   to   panu,   ale   jeśli   porównuje   pan   Indiankę   ze   swoją 

córką, obraża pan córkę.

- Nie ma pan podstaw, aby tak mówić - odrzekłem.

Wciąż z tą gorzką stanowczością w głosie odpowiedział:
- Mam. A jeśli twierdzę, że ona nie może powiedzieć, że ja jestem ojcem jej 

dziecka, to również mam podstawy, by tak twierdzić.

Odrzucił głowę do tyłu. Odetchnął głęboko, powiedział:

-   Gdyby   miał   pan   czas   pilnować   Meme,   gdy   wychodzi   nocą,   to   nawet   nie 

wymagałby pan ode mnie, bym zabrał ją ze sobą. Tutaj akurat tym, kto podejmuje 

ryzyko,   jestem   ja,   panie   pułkowniku.   To   ja   biorę   sobie   kłopot   na   kark,   aby   pana 
uchronić od kłopotliwej sytuacji.

Zrozumiałem,   że   nawet   nie   przestąpi   z   Meme   progu   kościoła.   Zaś 

background image

niebezpiecznym okazało się to, iż - po jego ostatnich słowach - nie wziąłbym już na 

siebie tego, co później mogłoby się okazać dla sumienia ciężarem nie do wytrzymania. 
Miałem w ręku wiele atutów. Ale ten jeden, który on miał, starczał, by pokonać opory 

mojego sumienia.

-   Dobrze,   doktorze   -   powiedziałem.   -   Dziś   jeszcze   zajmę   się   tym,   by 

przygotowano dla pana ten dom. Mimo to chciałbym podkreślić, aby nie było żadnych 
wątpliwości, że wyrzucam pana z domu, doktorze. Nie opuszcza go pan z własnej woli. 

Pułkownik Aureliano Buendia kazałby panu drogo zapłacić za to, że nadużył pan w 
ten sposób jego zaufania.

Zdawało mi się, że rozjątrzyłem go do żywego i kiedy czekałem na wybuch 

ciemnych,   prymitywnych   instynktów,   on   przygniótł   mnie   całym   ciężarem   swojej 

godności.

- Pan jest uczciwym człowiekiem, pułkowniku - powiedział. - Wszyscy o tym 

wiedzą, a dość długo tu mieszkałem, by pan musiał mi to przypominać.

Kiedy wstał, nie widać było po nim żadnych oznak triumfu. Wydawał się ledwie 

zadowolony   z   możliwości   odwzajemnienia   się   nam   za   ośmioletnią   opiekę.   To   ja 
czułem   się   winny   i   zaniepokojony.   Tej   nocy   widząc,   kiełkującą   śmierć   -   coraz 

wyraźniejszą   w   jego   twardych,   żółtych   oczach   -   zrozumiałem,   że   postąpiłem 
egoistycznie,   i   że   ta   jedna   plama   na   moim   sumieniu   jest   już   wystarczającym 

powodem, bym przez resztę życia cierpiał straszliwe męki. On zaś, mając wobec siebie 
samego czyste sumienie, dorzucił:

-   A   jeśli   chodzi   o   Meme,   to   proszę   nacierać   ją   spirytusem.   Ale   nie   robić 

lewatywy.

background image

10

Dziadek   wrócił   i   usiadł   przy   mamie.   Mama   siedzi,   kompletnie   nieobecna. 

Suknia   i   kapelusz   są   tutaj,   na   krześle,   ale   mamy   już   w   nich   nie   ma.   Dziadek 

podchodzi,   widzi   mamę   zamyśloną   i   przesuwa   laskę   przed   jej   oczami,   mówiąc: 
“Obudź się, córko”. Moja mama mruga, potrząsa głową. “O czym tak myślisz?” - pyta 

dziadek. A ona z trudem się uśmiechając: “Myślałam o Szczeniaku”.

Dziadek znów siada przy niej, opierając podbródek o laskę. Mówi: “Co za zbieg 

okoliczności. Właśnie myślałem o tym samym”.

Oni   się   rozumieją.   Mówią   nie   patrząc   na   siebie,   mama   na   krześle, 

wyprostowana,   poklepując   się   po   ramieniu,   a   dziadek   przy   niej,   wciąż   opierając 
podbródek o laskę. Ale i tak się rozumieją, tak jak ja rozumiem się z Abrahamem, 

kiedy chodzimy do Lukrecji.

Mówię do Abrahama: “Teraz okana niekośpi”. Abraham ciągle idzie z przodu, 

jakieś trzy kroki przede mną. Nie odwracając się mówi: “Jeszcze nie, za chwilę”. A ja 
mówię:   “Kiedy   niekośpi   bakaba   kosię   wścieka”.   Abraham   nie   odwraca   głowy,   ale 

słyszę, że śmieje się cicho, głupim i prostackim śmiechem, jak strużka wody skapująca 
z   pyska   wołu,   który   skończył   pić.   Mówi:   “To   zawsze   jest   gdzieś   tak   o   piątej”. 

Przyspiesza trochę i mówi: “Jeśli pójdziemy teraz, to może się wściekać bakaba”. Ale 
ja powtarzam: “I tak okana niekośpi”. On odwraca się i zaczyna biec, mówiąc: “No to 

dobrze, lećmy”.

Żeby   zobaczyć   Lukrecję,   trzeba   przejść   przez   pięć   podwórek   zarośniętych 

drzewami   i   poprzecinanych   kanalikami.   Trzeba   przejść   przez   zielony   płotek   z 
jaszczurkami,   gdzie   przedtem   liliput   śpiewał   głosem   kobiety.   Abraham   szybko 

przebiega, błyszcząc w mocnym świetle jak metalowy liść, unosząc pięty popędzane 
psim   ujadaniem.   Później   zatrzymuje   się.   W   tym   momencie   jesteśmy   przy   oknie. 

Mówimy: “Lukrecja”, tak jakby Lukrecja spała. Ale nie śpi, siedzi na łóżku, boso, w 
dużej nocnej koszuli, białej i nakrochmalonej, która sięga jej do kostek.

Kiedy odzywam się, Lukrecja podnosi wzrok, rozgląda się po pokoju i wbija w 

nas   swoje   jedno   oko,   okrągłe   i   wielkie,   jak   oko   alkarawana.   Wtedy   śmieje   się   i 

przechodzi na środek pokoju. Ma otwarte usta i przypiłowane, drobne zęby. Ma głowę 
okrągłą i włosy obcięte jak u mężczyzny. Kiedy staje na środku, przestaje się śmiać, 

schyla się i patrzy na drzwi, póki ręce jej nie dotkną kostek, i wtedy zaczyna unosić 
koszulę z wyrachowaną powolnością, w okrutnym, wyzywającym rytmie. Abraham i ja 

ciągle patrzymy przez okno, podczas gdy Lukrecja unosi koszulę, rozciąga wargi w 

background image

dyszącym,   pożądliwym   grymasie,   nie   spuszczając   z   nas   swego   błyszczącego, 

olbrzymiego oka alkarawana. Wtedy widzimy biały brzuch, który niżej przechodzi w 
gęsty błękit, a ona zasłania sobie twarz koszulą, stoi wyprostowana na środku pokoju, 

tak mocno ściskając nogi, że widać, jak drżą najpierw pięty, a później ona cała. Nagle 
odsłania   sobie   gwałtownie   twarz,   wyciąga   w   naszą   stronę   wskazujący   palec,   a 

błyszczące oko wyskakuje jej z orbity pośród strasznego wycia, które roznosi się po 
całym   domu.   Wtedy   otwierają   się   drzwi   do   pokoju   i   wpada   wrzeszcząca   kobieta: 

“Odpierdolcie się, do jasnej cholery!”

Od wielu dni nie chodzimy patrzeć na Lukrecję. Teraz chodzimy nad rzekę, 

przez plantacje. Jeśli wyjdziemy stąd wcześnie, Abraham będzie czekać na mnie. Ale 
mój dziadek ani drgnie. Siedzi przy mamie, z podbródkiem opartym o laskę. Patrzę na 

niego, próbując dojrzeć jego oczy za szkłami, a on czuje chyba, że patrzę na niego, bo 
nagle mocno wzdycha, otrząsa się i mówi do mamy smutnym i zgaszonym głosem: 

“Szczeniak by ich tu pasami przypędził”.

Później wstaje i idzie tam, gdzie leży umarły.

Po raz drugi przychodzę do tego pokoju. Pierwszy raz byłem tu dziesięć lat 

temu; wszystko stało tak samo. Jakby od tamtego czasu niczego tu nie ruszył, lub 

jakby   od   tego   odległego   świtu,   kiedy   przyszedł   tu   zamieszkać   z   Meme,   przestał 
interesować się  swym życiem.  Papiery  leżały  na  tym samym miejscu.  Stół,  trochę 

lichych ubrań, wszystko było w tym samym miejscu co i dziś. Tak samo jak wtedy, gdy 
przyszliśmy tu ze Szczeniakiem pogodzić tego człowieka z władzami.

W owym czasie kompania bananowa przestała nas uciskać i odeszła z Macondo 

z   odpadkami   odpadków,   które   przywlokła   ze   sobą.   A   z   nimi   odleciała   szarańcza, 

ostanie   ślady   tego,   czym   było   kwitnące   Macondo   z   roku   1915.   Pozostawili   tu 
zrujnowane miasteczko z czterema biednymi, obskurnymi sklepikami, zamieszkane 

przez   ludzi   bezczynnych,   bojaźliwych,   dręczonych   wspomnieniem   dostatniej 
przeszłości   i   goryczą   przytłaczającej,   statycznej   teraźniejszości.   A   jedynym,   co 

przynieść mogła ze sobą przyszłość, była ponura, groźna niedziela wyborów.

Sześć miesięcy wcześniej, o świcie, na tych drzwiach pojawił się paszkwil. Nikt 

się nim nie zainteresował i wisiał tu długo, do czasu, gdy ostatnie deszcze zmyły jego 
niewyraźne litery, a papier, porwany przez ostatnie wiatry lutego, zniknął. Ale pod 

koniec 1918 roku, gdy bliska już data wyborów nasunęła rządowi myśl o potrzebie 
utrzymywania nerwów swych wyborców w nieustannej czujności i rozdrażnieniu, ktoś 

powiadomił nowe władze o tym samotnym lekarzu, o którego życiu od dłuższego już 

background image

czasu nikt nie mógłby dać wiarygodnego świadectwa. Informator widać powiedział, że 

w pierwszych latach mieszkająca z lekarzem Indianka prowadziła sklepik, korzystając 
z   tej   samej   fali   rozkwitu,   która   swym   dobrodziejstwem   obdarzała   wówczas   w 

Macondo   nawet   najmizerniejsze   przedsięwzięcia.   Pewnego   dnia   (nikt   nie   pamięta 
dokładnej   daty,   nawet   roku)   drzwi   sklepiku   nie   otworzyły   się.   Domyślano   się,   że 

Meme i doktor nadal tam mieszkają, w zamknięciu, żywiąc się uprawianymi przez 
siebie w ogródku warzywami. Ale paszkwil, który pojawił się na drzwiach, twierdził, 

że lekarz zabił swoją konkubinę, a ciało jej zakopał w ogródku z obawy, by miasteczko 
nie   wykorzystało   tego,   by   go   otruć.   Niewytłumaczalne   jest,   że   twierdzono   tak   w 

okresie, gdy nikt nie miał powodów, by życzyć doktorowi śmierci. Zdaje mi się, że do 
owego roku, kiedy rząd wzmocnił policję i siły porządkowe swymi zaufanymi ludźmi, 

władze zapomniały o jego osobie. Dopiero wtedy odgrzebano zapomnianą legendę 
paszkwilu i policja wyłamała drzwi, przewróciła cały dom, przekopała ogródek i nawet 

przeszukała   szambo   próbując   odnaleźć   ciało   Meme.   Nie   znaleźli   jednak 
najmniejszego śladu.

Przy tej okazji prawdopodobnie wyciągnęliby doktora, zmasakrowali na oczach 

wszystkich   i   stałby   się   jeszcze   jedną   ofiarą   umęczoną   w   imię   ładu   i   skutecznego 

działania   czynników   oficjalnych.   Ale   w   jego   obronie   wystąpił   Szczeniak,   który 
przyszedł do mnie z prośbą, bym razem z nim odwiedził doktora, święcie przekonany, 

iż uzyskamy od niego zadowalające wyjaśnienie.

Gdy   weszliśmy   tylnymi   drzwiami,   w   hamaku   zastaliśmy   go   kompletnie 

opuszczonego, strzęp człowieka. Nie ma na świecie chyba nic bardziej przerażającego, 
jak człowiek doprowadzony do takiego stanu. Ale jeszcze bardziej przerażający był 

stan tego człowieka znikąd, który ujrzawszy nas, usiadł w hamaku; on też zdawał się 
być przykryty warstwą kurzu, która zakrywała wszystkie przedmioty w pokoju. Twarz 

miał koloru stali, a twarde, żółte oczy nadal zdradzały tę władczą siłę wewnętrzną, 
którą poznałem w moim domu. Miałem wrażenie, że gdybyśmy go lekko dotknęli 

paznokciem, ciało rozsypałoby się, zmieniając się w stertę ludzkich trocin. Nie miał 
już wąsów, ale zarostu nie golił, tylko strzygł nożyczkami tak, iż zdawało się, że twarz 

zarasta mu nie twardą, mocną szczeciną, ale delikatnym białym puszkiem. Patrząc na 
niego myślałem: “Teraz nie wygląda jak człowiek. Teraz wygląda jak trup, któremu 

jeszcze nie zgasły oczy”.

Kiedy odezwał się, usłyszałem ten sam, co wtedy, kiedy zjawił się u nas, ospały 

głos   przeżuwającego   zwierzęcia.   Powiedział,   że   nie   ma   nic   do   powiedzenia. 

background image

Powiedział,   jak   gdyby   sądził,   że   nic   nie   wiemy   o   tym,   że   policja   włamała   się   i 

przekopała ogródek bez jego zgody. Ale nie była to skarga. Było to zaledwie utyskujące 
i smutne wyznanie.

Zaś co do Meme - złożył wyjaśnienie, które mogło wydać się dziecinne, ale 

powiedział to takim tonem, jakby wyznawał szczerą prawdę. Powiedział, że Meme 

odeszła, to wszystko. Kiedy zamknęła sklepik, zaczęło ją męczyć siedzenie w domu. Z 
nikim nie rozmawiała, nie miała żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Mówił, 

że zobaczył ją pewnego dnia, jak zaczęła szykować walizkę i nic jej nie powiedział. 
Mówił, że nie odezwał się również w chwili, gdy zobaczył ją już ubraną, z walizką w 

ręku, jak milcząc stała w drzwiach i to też tak, jakby zaledwie chciała mu uświadomić, 
gotowa   już   do   wyjścia,   że   odchodzi.   “Wtedy   -   powiedział   -   wstałem   i   dałem   jej 

pieniądze, które zostały jeszcze w szufladzie”.

Zapytałem: - “Jak dawno temu to było, doktorze?”

A on odpowiedział: - “Proszę ocenić po moich włosach. To ona mi je obcinała”.
Szczeniak podczas tej wizyty niewiele powiedział. Od chwili gdy wszedł do tego 

pokoju, zdawał się być pod wrażeniem spotkania z jedyną osoba, której nie poznał w 
czasie   swego   piętnastoletniego   pobytu   w   Macondo.   I   tym   razem   zdałem   sobie, 

wyraźniej niż kiedykolwiek, sprawę (być może dlatego, że doktor nie miał wąsów) z 
niezwykłego podobieństwa tych obu mężczyzn. Nie byli tacy sami, ale zdawali się być 

braćmi. Jeden z nich o wiele starszy, chudszy i mizerny. Ale łączyły ich wspólne cechy, 
zawsze istniejące między braćmi, choćby jeden był podobny do ojca, a drugi do matki. 

Wtedy przypomniałem sobie o ostatniej nocy na werandzie. Powiedziałem:

- To jest Szczeniak, doktorze. Kiedyś przyrzekł mi pan, że go odwiedzi.

Uśmiechnął się. Popatrzył na księdza i powiedział:
- Rzeczywiście, pułkowniku. Nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem.

I nie przestał przyglądać się badawczo, póki Szczeniak nie odezwał się:
- Dla chcącego nigdy nie jest za późno - powiedział. - Chciałbym, byśmy zostali 

przyjaciółmi.

Szybko   zauważyłem,   że   przy   nieznajomym   Szczeniak   stracił   swą   normalną 

moc. Mówił nieśmiało, bez tej nieugiętej pewności, z jaką jego głos grzmiał z ambony, 
gdy   złowróżbnym   tonem   nawiedzonego   odczytywał   prognozy   meteorologiczne   z 

kalendarza Bristol.

Wtedy spotkali się po raz pierwszy. I również po raz ostatni. Mimo to życie 

doktora zostało przedłużone aż do dzisiejszego ranka, gdy Szczeniak raz jeszcze stanął 

background image

w jego obronie - tej nocy, kiedy błagano doktora, by zaopiekował się rannymi, a on 

nawet   nie   otworzył   drzwi   i   wykrzyknięto   mu   ten   przerażający   wyrok,   którego 
wykonaniu spróbuję się teraz przeciwstawić.

Mieliśmy   już   wychodzić,   gdy   przypomniałem   sobie   coś,   o   co   chciałem   go 

zapytać już od wielu lat. Powiedziałem Szczeniakowi, że gdy on będzie interweniował 

u władz, ja jeszcze posiedzę chwilę z doktorem. Gdy zostaliśmy sami, zapytałem:

- Proszę powiedzieć, doktorze, co się stało z dzieckiem?

Jego twarz nadal pozostała obojętna.
- Z jakim dzieckiem, pułkowniku? - odrzekł. A ja spytałem: 

- Z waszym, Meme była w ciąży, kiedy opuściła mój dom.
A on, spokojny, nieporuszony:

- Rzeczywiście, pułkowniku. Nawet i o tym zapomniałem.
Ojciec siedział w milczeniu. Później powiedział: “Szczeniak by ich tu pasami 

przypędził”. W jego oczach błyszczy tłumione zdenerwowanie. I gdy przedłuża się to 
oczekiwanie, które trwa już chyba pół godziny (jest mniej więcej trzecia), zaczynam 

martwić się bezradnością dziecka, czymś dalekim w jego twarzy, zdającej się o nic nie 
pytać, jego abstrakcyjną i zimną obojętnością, upodabniającą go do jego ojca. Mój syn 

zniknie  w rozpalonym  powietrzu  tej środy, tak jak stało się to z  Martinem, który 
dziewięć lat temu, machając ręką z okna pociągu, zniknął na zawsze. Daremny będzie 

cały mój trud, poświęcony memu synowi, jeśli będzie coraz bardziej upodabniał się do 
swego ojca. Na próżno będę błagać Boga, by uczynił z niego człowieka z krwi i kości, 

kogoś, kto miałby kształt, wagę i kolor jak ludzie. Wszystko na nic - póki w jego żyłach 
płynąć będzie krew jego ojca.

Pięć lat temu dziecko nie miało nic z Martina. Teraz nabiera wszystkich jego 

cech   -   odkąd   do   Macondo   wróciła   Genoveva   Garcia   z   sześciorgiem   dzieci,   wśród 

których były dwie pary bliźniaków. Genoveva utyła i zestarzała się. Wokół oczu miała 
błękitne żyłki, dzięki którym jej twarz, przedtem czysta i gładka, teraz wyglądała jakby 

była brudna. Stojąc, niczym kwoka, w środku swego stadka ubranego w białe buciki i 
falbanki   z   organdyny,   okazywała   hałaśliwe   i   bezładne   zadowolenie   z   życia. 

Wiedziałam, że Genoveva uciekła z dyrektorem objazdowego teatru kukiełkowego, i 
czułam   odrazę   na   widok   tych   dzieci,   które   zdawały   się   poruszać   automatycznymi 

gestami,   jakby   uruchamiane   przez   jeden   centralny   mechanizm.   Sześcioro   dzieci, 
małych, niepokojąco do siebie podobnych, w identycznych bucikach i identycznych 

falbankach.   To   jej   bezładne   zadowolenie   z   życia   wydawało   mi   się   bolesne   i 

background image

zasmucające,   jak   i   jej   przeładowana   miejskimi   rekwizytami   obecność   w   tym 

zrujnowanym,   unicestwionym   przez   kurz   miasteczku.   Było   coś   gorzkiego,   jakby 
nieukojona śmieszność, w jej sposobie poruszania się, w tym udawaniu szczęśliwej, w 

ubolewaniu nad naszym trybem życia, tak różnym - mówiła - od tego, do jakiego 
przywykła w teatrze kukiełkowym.

Patrząc na nią przypominałam sobie inne czasy. Powiedziałam jej: “Aleś utyła, 

kobieto”.   Wtedy   posmutniała.  Powiedziała:  “Widać  od   wspomnień  się   tyje”.  Przez 

chwilę uważnie przyjrzała się dziecku. Zapytała: “A co się stało z tym czarownikiem od 
czterech guzików?” Odpowiedziałam jej oschle, bo wiedziałam, że wie: “Wyjechał”. A 

Genoveva:   “I   zostawił   ci   tylko   to?”   Odparłam,   że   tak,   że   zostawił   mi   tylko   jedno 
dziecko.   Genoveva   zaśmiała   się   nieopanowanym,   wulgarnym   śmiechem:   “No,   to 

rzeczywiście trzeba być słabowitym, żeby przez pięć lat zrobić tylko jedno dziecko” - 
powiedziała - i nie przestając się kokosić, gdakać pośród szamoczącego się stadka, 

dodała: “I pomyśleć, że szalałam za nim. Przysięgam, odbiłabym ci go, gdyby nie to, że 
poznałyśmy go przy trumnie jakiegoś dziecka. Wtedy byłam bardzo przesądna”.

Zanim   się   pożegnała,   zaczęła   przypatrywać   się   dziecku   i   powiedziała: 

“Rzeczywiście przypomina ojca. Brakuje mu tylko marynarki”. I od tej chwili dziecko 

zaczęło wydawać mi się podobne do swego ojca, jakby Genoveva rzuciła na niego urok 
podobieństwa. Czasami zastaję dziecko z łokciami opartymi o stół, głową pochyloną 

na lewe ramię, z zamglonym, nic nie widzącym wzrokiem. Jest taki sam jak Martin, 
kiedy opierał się o doniczki z goździkami poustawiane przy poręczy i mówił: “Bez 

względu na ciebie, zostałbym na zawsze w Macondo, mimo wszystko”. Czasem mam 
wrażenie, że to powie, tak jak mógłby powiedzieć to właśnie teraz, gdy siedzi przy 

mnie,   milcząc,   dotykając   czerwonego   od   upału   nosa.   “Boli   cię?”   -   pytam.   A   on 
dopowiada, że nie, że myślał, że nos nie mógłby mu utrzymać okularów. “Nie masz się 

czym   przejmować”   -   mówię   i   rozwiązuję   mu   kokardę   pod   szyją.   Mówię:   “Kiedy 
wrócimy do domu, wykąpiesz się i odpoczniesz”. Później patrzę w stronę ojca, który 

przed  chwilą  zawołał najstarszego z  Indian:   “Cataure”.  Jest to  mały, krępy  chłop; 
dotąd   palił   siedząc   na   łóżku,   a   teraz,   na   dźwięk   swojego   imienia,   unosi   głowę   i 

małymi,   posępnymi   oczyma   szuka   twarzy   ojca.   Ale   gdy   ojciec   chce   coś   dodać,   z 
drugiego   pokoju   słychać   właśnie   zbliżające   się   kroki   alkada,   który   chwiejąc   się 

wchodzi do pokoju.

background image

11

To południe w naszym domu było straszne. Choć wiadomość o jego śmierci nie 

zaskoczyła   mnie,   czekałem   na   nią   bowiem   już   od   dłuższego   czasu,   nie 

przypuszczałem, że spowoduje takie przemiany w moim domu. Ktoś musiał iść ze 
mną na ten pogrzeb i myślałem, że będzie mi towarzyszyć żona, szczególnie po mojej 

chorobie sprzed trzech lat, jak i po tym wieczorze, kiedy przeszukując szufladę biurka, 
znalazła   laskę   ze   srebrną   rączką   i   nakręcaną   tancerkę.   Zdaje   się,   że   wtedy   nie 

pamiętaliśmy   już   o   zabawce.   Tego   wieczoru   jednak   nakręciliśmy   ją,   a   ona,   jak 
dawniej, zatańczyła w rytm muzyki, niegdyś wesołej, teraz, po długim milczeniu w 

szufladzie,   melancholijnej   i   smutnej.   Adelajda   patrzyła   na   tańczącą   zabawkę   i 
wspominała. Odwróciła się ku mnie, spoglądając zwilgotniałymi od smutku oczyma:

- Kogo ci przypomina? - zapytała.
Wiedziałem,   o   kim   myśli   Adelajda,   gdy   zabawka   napełniła   pokój   żałością 

swojej steranej melodyjki.

-   Co   się   z   nim   może   dziać?   -   zapytała   wspominając   Adelajda,   jakby 

przebudzona odgłosem tamtych czasów, kiedy o szóstej po południu pojawiał się w 
drzwiach pokoju i zawieszał lampę nad drzwiami.

- Mieszka w tym narożnym domu - odpowiedziałem. - Umrze któregoś dnia i 

my będziemy musieli go pochować.

Adelajda pochłonięta tańcem zabawki milczała, a ja spostrzegłem, że zarażam 

się jej nostalgią. Powiedziałem:

-   Zawsze   chciałem   wiedzieć,   z   kim   go   pomyliłaś   w   dniu   przyjazdu. 

Przygotowałaś stół, bo wydał ci się do kogoś podobny.

Adelajda odpowiedziała z bezbarwnym uśmiechem:
- Śmiałbyś się ze mnie, gdybym ci powiedziała, do kogo wydał mi się podobny, 

gdy stanął tam w kącie, z tancerką w ręku - i wyciągnęła palec w stronę pustki, gdzie 
ujrzała go dwadzieścia cztery lata przedtem, w nie zniszczonych butach i ubraniu, 

które wydawało się być wojskowym mundurem.

Myślałem,   że   tego   wieczoru   poprzez   wspomnienie   pogodzili   się;   dziś   więc 

powiedziałem żonie, by idąc ze mną włożyła czarną suknię. Ale zabawka znów jest w 
szufladzie. Muzyka straciła  swoją  moc. Adelajda umartwia  się teraz. Jest  smutna, 

zmaltretowana, całymi godzinami modli się w pokoju.

-   Tylko   tobie   mógł   przyjść   do   głowy   pomysł   urządzenia   tego   pogrzebu   - 

powiedziała.   -   Po   wszystkich   nieszczęściach,   które   na   nas   spadły,   tylko  nam   tego 

background image

przeklętego roku przestępnego brakowało. A później potop.

Próbowałem przekonać ją, że jestem związany w tej sprawie słowem honoru.
- Nie możesz zaprzeczyć, że zawdzięczam mu życie - powiedziałem.

Odparła:
- To on coś nam zawdzięczał. Ratując ci życie nie zrobił nic nadzwyczajnego, po 

prostu wyrównał rachunek za ośmioletni nocleg, jedzenie i pranie.

Następnie przysunęła krzesło do poręczy. I chyba jeszcze tak siedzi, z oczami 

zamglonymi smutkiem i zabobonnym lękiem. Wydała mi się tak zdecydowana, że 
próbowałem ją uspokoić.

- Dobrze. W takim razie pójdę z Izabelą - powiedziałem.
Nie odpowiedziała. Wciąż siedziała, nieporuszona, obojętna, aż do chwili, gdy 

już   szykowaliśmy   się   do   wyjścia   i   powiedziałem   jej,   myśląc,   że   sprawię   jej   tym 
przyjemność:

- Póki nie wrócimy, idź do kaplicy i pomódl się za nas. Wtedy obróciła głowę w 

stronę drzwi, mówiąc:

- Nawet się nie ruszę do kościoła. Moje modlitwy będą niespokojne, póki ta 

kobieta będzie przychodzić co wtorek prosić o wiązankę melisy.

W jej głosie słychać było ciemny i wzburzony bunt:
- Zostanę tutaj, w pokorze, aż do godziny Sądu. Jeśli do tego czasu termity nie 

zjedzą krzesła.

Słysząc   odgłosy   znanych   kroków,   które   przemierzają   sąsiedni   pokój,   ojciec 

zatrzymuje   się   wyciągając   szyję.   Zapomina   wtedy,   co   miał   powiedzieć   Cataure,   i 
podpierając się laską próbuje obrócić się, ale wówczas chroma noga nie wytrzymuje 

wysiłku i przez chwilę wydaje się, że upadnie, tak jak upadł trzy lata temu - w kałużę 
rozlanej   lemoniady,   wśród   brzęku   toczącego   się   po   podłodze   dzbana,   trzasku 

chodaków,   skrzypienia   fotela   na   biegunach   i   płaczu   dziecka,   które   było   jedynym 
świadkiem jego upadku.

Odtąd kuleje, wlecze za sobą nogę, sztywną po tygodniu gorzkich cierpień, z 

których, myśleliśmy, nigdy się już nie podźwignie. Teraz widząc, jak przy pomocy 

alkada   odzyskuje   równowagę,   myślę,   że   w   tej   niedołężnej   nodze   tkwi   tajemnica 
zobowiązania, które ojciec pragnie teraz, wbrew woli miasteczka, wykonać.

Być może jego wdzięczność pojawiła się tego dnia, gdy upadł na werandzie, 

mając uczucie, jak mówił później, że zepchnięto go z wysokiej wieży. Dwaj ostatni 

lekarze, jacy pozostali jeszcze w Macondo, poradzili, by przygotowano go na lekką 

background image

śmierć. Pamiętam go piątego dnia po upadku, pomniejszonego w pościeli na łóżku; 

pamiętam   jego   wyniszczone   ciało,   jak   ciało   Szczeniaka,   które   w   zeszłym   roku 
odprowadzili na cmentarz wszyscy mieszkańcy Macondo w tłumnej, wstrząśniętej i 

pełnej   kwiatów   procesji.   Wewnątrz   trumny   majestatyczność   Szczeniaka   miała   ten 
sam nieuleczalny i niepocieszony cień opuszczenia, które widziałem w twarzy mojego 

ojca w dniach, kiedy sypialnia wypełniła się jego głosem i kiedy opowiedział o tym 
dziwnym wojskowym,  który w wojnie  z osiemdziesiątego piątego  roku pojawił  się 

pewnej   nocy   w   obozie   pułkownika   Aureliano   Buendia,   w   kapeluszu   i   w   butach 
ozdobionych tygrysimi zębami, pazurami i skórą i zapytano go: “Kim pan jest?” A 

dziwny wojskowy nie odpowiedział; i zapytano go: “Skąd pan przychodzi?” I nadal nie 
odpowiadał, więc zapytano:, Po której stronie pan walczy?” I wciąż nie otrzymywali 

odpowiedzi od nieznanego wojskowego, póki jeden z ordynansów nie złapał głowni, 
nie przybliżył jej do jego twarzy, po czym przypatrywał się jej przez chwilę i krzyknął 

oburzony: “Cholera! To książę Marlborough!”

Podczas tej przerażającej halucynacji lekarze rozkazali, by go wykąpano. I tak 

zrobiono.   Ale   na   drugi   dzień   lekarze   mogli   stwierdzić   tylko   lekkie   zaburzenia 
żołądkowe...   Wówczas   opuścili   dom,   mówiąc,   że   mogą   jedynie   zalecić,   by 

przygotowano chorego na lekką śmierć.

Sypialnia zanurzyła się w milczącej atmosferze,  w której  dawało się słyszeć 

jedynie powolny i przyciszony  oddech śmierci, ten tajemny oddech,  jaki sypialnie 
umierających   nasyca   ludzkim   zapachem.   Od   udzielenia   mu   przez   ojca   Angela 

ostatniego namaszczenia minęło wiele godzin, podczas których nikt się nie ruszył, 
przyglądając się ostrym rysom nieuleczalnie chorego. Później zegar wybił godzinę i 

macocha wstała, by podać lekarstwo. Unieśliśmy ojcu nieco głowę próbując rozewrzeć 
mu zęby, aby macocha mogła wsunąć łyżkę. Wtedy właśnie w korytarzu rozległ się 

odgłos powolnych, lecz stanowczych kroków. Macocha zamarła z łyżką w powietrzu, 
przerwała   szept   modlitwy   i   odwróciła   się   ku   drzwiom,   bez   kropli   krwi   w   twarzy. 

“Nawet w czyśćcu rozpoznałabym te kroki” - zdołała powiedzieć w chwili, w której 
spojrzeliśmy ku drzwiom i zobaczyliśmy doktora. Stał tam, na progu, patrząc na nas.

Mówię córce: “Szczeniak by ich tu pasami przypędził” - i odchodzę w stronę 

trumny, myśląc: “Od czasu gdy doktor opuścił nasz dom, nabrałem przekonania, że 

naszymi   czynami   kieruje   siła   wyższa,   wobec  której   na   nic   zdałby   się   bunt,  nawet 
wtedy, gdy próbowalibyśmy tego z całych naszych sił lub też ograniczali się do jałowej 

postawy Adelajdy, która zamknęła się w modlitwach”.

background image

I   pokonując   dzielącą   mnie   od   trumny   odległość,   widząc   moich   obojętnie 

siedzących na łóżku ludzi, wydaje mi się, że wdychając pierwszy haust kłębiącego się 
nad zmarłym powietrza wciągam w płuca całą tę gorzką materię przeznaczenia, które 

zniszczyło   Macondo.   Sądzę,   że   alkad   nie   będzie   długo   zwlekać   z   zezwoleniem   na 
pogrzeb.   Wiem,   że   na   zewnątrz,   na   ulicach   udręczonych   upałem,   czekają   ludzie. 

Wiem, że przy oknach stoją kobiety z niecierpliwością oczekujące widowiska i że nie 
ruszą się stamtąd, zapomniawszy; że na kuchenkach kipi mleko i przypala się ryż. Ale 

myślę   również,   że   i   ta   ostatnia   manifestacja   buntu   jest   ponad   możliwości 
wycieńczonej, wyniszczonej grupy ludzi. Jej zdolność walki była kaleka jeszcze przed 

tamtą niedzielą wyborów, kiedy powstali, ustanowili swe plany i zostali pokonani, a 
mimo to nadal żyli w przekonaniu, że to oni są panami swego losu i swych czynów. 

Ale to wszystko zdawało się być już z góry przesądzone, by ująć w jeden nurt sprawy, 
które, krok po kroku, miały doprowadzić nas nieuchronnie do tej środy.

Dziewięć   lat   temu,   kiedy   wszystko   zawaliło   się   w   gruzy,   dla   odbudowy 

wystarczyłby wspólny wysiłek tych, którzy pragnęli się podźwignąć. Dość było wyjść 

na pola ogołocone przez kompanię bananową, wyplenić chwasty i zacząć znów od 
początku. Ale szarańczę nauczono niecierpliwości i niewiary zarówno w przeszłość, 

jak i w przyszłość. Nauczono ją wierzyć jedynie w chwilę bieżącą i w zaspokajanie w 
niej swych nienasyconych apetytów. Nie trzeba było zbyt wiele czasu, żebyśmy zdali 

sobie   sprawę,   że   szarańcza   odleciała   i   że   bez   niej   odbudowa   była   niemożliwa. 
Przyniosła ze sobą wszystko i wszystko ze sobą zabrała. Po jej odejściu została nam 

jedynie   niedziela   pośród   ruin   miasteczka   i   odwieczne   szalbierstwo   wyborcze   w 
ostatnią noc Macondo, stawiające na placu cztery gąsiory wódki do dyspozycji policji i 

sił porządkowych.

Skoro tamtej nocy Szczeniak zdołał ich powstrzymać, mimo że ich bunt miał 

jeszcze dość siły, to dziś również mógłby chodzić od domu do domu, uzbrojony w 
batog i zmusiłby ich do pogrzebania tego człowieka. Szczeniak trzymał wszystkich w 

karbach żelaznej dyscypliny. Nawet po śmierci księdza - przed czterema laty, a na rok 
przed  moją  chorobą  - zdyscyplinowanie  to ujawniło  się w spontaniczności,  z  jaką 

wszyscy zerwali kwiaty i krzewy ze swoich ogródków i zanieśli je na grób Szczeniaka, 
jakby w ten sposób chcieli, rzucając je na trumnę niczym na tacę, oddać mu ostatni 

hołd.

Doktor był jedynym człowiekiem, który nie wziął udziału w tym pogrzebie. 

Właśnie   on,   który   zawdzięczał   życie   temu   karnemu   i   pełnemu   sprzeczności 

background image

posłuszeństwu   miasteczka   wobec   księdza.   Tamtej   nocy   bowiem,   gdy   na   palcu 

postawiono cztery gąsiory wódki, a Macondo stało się miasteczkiem wydanym na łup 
bandy uzbrojonych barbarzyńców, sterroryzowanym miasteczkiem grzebiącym swych 

zmarłych we wspólnym grobie - ktoś widać przypomniał sobie, że w tym narożnym 
domu mieszka lekarz. Właśnie wtedy postawili nosze pod drzwiami i krzyknęli do 

niego (bo nie otworzył drzwi, mówił nie wychodząc na zewnątrz): “Panie doktorze, 
niech   pan   zajmie   się   tymi   rannymi,   bo   inni   lekarze   już   nie   dają   rady”.   A   on 

odpowiedział: “Zanieście ich gdzie indziej, nie znam się na tym”. I powiedzieli mu: 
“Pan   jest   jedynym   lekarzem,   jaki   nam   został.   Musi   pan   zrobić   ten   miłosierny 

uczynek”. A on (nadal nie otwierając drzwi) odpowiedział tłumowi wyobrażającemu 
go sobie, jak stoi na środku pokoju, trzymając wysoko lampę, która oświetla twarde, 

żółte oczy: “Zapomniałem wszystko, co na ten temat wiedziałem. Zanieście ich gdzie 
indziej” - ciągle przy zamkniętych drzwiach (bo drzwi już nigdy się nie otworzyły), za 

którymi   konali   mężczyźni   i   kobiety   z   Macondo.   Tamtej   nocy   tłum   był   gotów   na 
wszystko. Mieli już podpalać dom i obrócić w popiół jego jedynego mieszkańca. Ale 

wtedy pojawił się Szczeniak. Mówią, że wyglądało to tak, jakby był tam przez cały 
czas, niewidzialny, czuwając, by nie zniszczono domu i człowieka. “Niech nikt nie 

waży się dotknąć tych drzwi” - tak ponoć powiedział Szczeniak. I mówią, że tylko to 
powiedział i stanął rozkrzyżowawszy ramiona, z beznamiętną, zimną twarzą krowiej 

czaszki, na którą padał blask miasteczkowej wściekłości. I wtedy furia opadła nieco, 
tłum przyhamował, cofnął się, ale miał jeszcze dość siły, by wykrzyknąć ten wyrok, 

który zapewnił na wieki wieków nadejście dzisiejszej środy.

Idę w stronę łóżka, by poprosić moich ludzi o otwarcie drzwi, myślę: “Powinien 

nadejść lada chwila”. I myślę też, że jeśli nie przyjdzie przed upływem pięciu minut, 
wyniesiemy trumnę bez zezwolenia i postawimy zmarłego na ulicy, choćbym musiał 

wykopać grób przy samym domu. “Cataure” - wołam najstarszego z moich ludzi, ale 
ledwie zdążył unieść głowę, gdy usłyszałem rozlegające się w sąsiednim pokoju kroki 

alkada.

Wiem, że idzie prosto w moją stronę i próbuję obrócić się szybko na piętach, 

podpierając się laską, ale chora noga zawodzi mnie, tracę równowagę i gdy już jestem 
pewny,   że   zaraz   upadnę   i   rozbiję   głowę   o   kant   trumny,   napotykam   jego   ramię, 

chwytam je mocno i słyszę idiotycznie uspokajający głos: “Proszę się nie przejmować, 
pułkowniku. Zapewniam pana, że nic się nie stanie”. Wierzę w to, ale wiem, że mówi 

tak, by samemu sobie dodać odwagi. “Nie przypuszczam; aby miało się coś stać” - 

background image

odpowiadam,   myśląc   coś   zupełnie   przeciwnego.   A   on   mówi   coś   o   ceibach   na 

cmentarzu   i   wręcza   zezwolenie   na   pogrzeb.   Nie   czytając   składam   je,   chowam   do 
kieszonki kamizelki i mówię: “Mimo wszystko to musiało się stać: to tak, jakby to 

przepowiedział kalendarz”.

Alkad odwraca się do Indian. Każe im przybić wieko i otworzyć drzwi. Widzę, 

jak   wstają,   szukają   młotka   i   gwoździ,   które   już   na   zawsze   wymażą   obraz   tego 
człowieka, tego bezdomnego pana znikąd, którego widziałem po raz ostatni trzy lata 

temu,   gdy   usiadł  przy   moim   łóżku   rekonwalescenta,   z   głową   i   twarzą   wyżłobioną 
przez   przedwczesną   śmierć.   Wtedy   właśnie   wyrwał   mnie   z   jej   rąk.   Siła,   która 

powiadomiła go o mojej chorobie, która sprowadziła go tu, zdawała się być tą samą 
siłą, przytrzymującą go przy moim łóżku, gdy mówił:

- Musi pan tylko nieco rozruszać nogę. Możliwe, że teraz będzie pan musiał już 

stale używać laski.

Dwa dni później miałem zapytać go, czym mogę mu się odwdzięczyć, a on mi 

odpowiedział:

- Niczego pan mi nie zawdzięcza, pułkowniku. Ale jeśli chce mi pan zrobić 

przysługę, proszę rzucić na mnie garść ziemi, gdy zesztywnieję na amen. Jedynie tego 

potrzebuję, żeby nie zjadły mnie sępy.

Z   samej   prośby   o   tę   przysługę,   do   której   mnie   zobowiązał,   ze   sposobu   jej 

wypowiedzenia, z rytmu jego kroków stawianych na  posadzce pokoju można było 
odgadnąć, że ten człowiek zaczął umierać już wiele lat temu, mimo że minąć miały 

jeszcze trzy lata nim ta śmierć, odwlekana i niedoskonała, ostatecznie nadeszła. Tym 
dniem   stała   się   dzisiejsza   środa.   Myślę   nawet,   że   nie   potrzebowałby   sznura. 

Wystarczyłby lekki podmuch, by zgasić ostatni płomyk życia, jaki żarzył się w jego 
twardych, żółtych oczach. Przeczułem to wszystko tamtej nocy, podczas rozmowy z 

nim w pokoiku, zanim odszedł z Meme do tego domu. Gdy zobowiązywał mnie do tej 
przysługi,   którą   teraz   mu   oddam,   nie   poczułem   się   zmieszany.   Po   prostu 

powiedziałem:

- To zbyteczna prośba, doktorze. Pan mnie zna i powinien pan wiedzieć, że i 

tak   pochowałbym   pana,   wbrew   wszystkiemu   i   wszystkim,   nawet   jeśli   nie 
zawdzięczałbym panu życia.

A on, z uśmiechem w po raz pierwszy spokojnych, twardych, żółtych oczach:
- Wszystko to prawda, pułkowniku. Ale proszę nie zapominać, że zmarły nie 

mógłby mnie pochować.

background image

Teraz już nikt nie może zapobiec tej hańbie. Akad oddał ojcu zezwolenie, a ten 

powiedział:   “Mimo   wszystko   to   musiało   się   stać:   to   tak,   jakby   to   przepowiedział 
kalendarz”. I powiedział to z tą samą obojętnością, z jaką zdał się na los szczęścia 

Macondo, wierny kufrom, w których leży garderoba ludzi zmarłych na długo przed 
moim   przyjściem   na   świat.   Od   tamtej   pory   wszystko   zaczęło   podupadać.   Nawet 

energia mojej macochy, jej żelazny i despotyczny charakter przemieniły się w gorzką 
udrękę. Z każdym dniem staje się coraz bardziej daleka i milcząca, a jej rozczarowanie 

jest tak wielkie, że dziś siadła przy poręczy i powiedziała: “Zostanę tutaj, w pokorze, 
aż do godziny Sądu”.

Ojciec już w niczym nie narzuca swojej woli. Jedynie dziś stał się sobą, aby 

spełnić ten haniebny obowiązek. Jest tutaj, pewny, że wszystko zostanie załatwione 

bez poważnych konsekwencji, obserwując Indian, którzy wstali, by otworzyć drzwi i 
przybić wieko.  Widząc,  że  zbliżają  się,  wstaję,  biorę  dziecko za  rękę  i  przesuwam 

krzesło ku oknu, żeby nie być na oczach miasteczka, kiedy otworzą się drzwi.

Dziecko jest zakłopotane. Gdy wstałam, popatrzył mi w oczy z trudnym do 

rozszyfrowania,   nieco   oszołomionym   wyrazem   twarzy.   Teraz   stoi   przy   mnie, 
zakłopotany, patrząc na pocących się z wysiłku Indian odsuwających sztaby. Drzwi 

otwierają się na oścież z świdrującym i narastającym lamentem zardzewiałego metalu. 
Wtedy   znów   widzę   ulicę,   rozświetlony,   biały,   palący   kurz,   który   pokrywa   domy   i 

upodabnia miasteczko do zużytego mebla. Jakby Bóg ogłosił Macondo bezużytecznym 
gratem i rzucił je w kąt, gdzie spoczywają miasteczka, które przestały już służyć dziełu 

tworzenia.

Dziecko,   w   pierwszej   chwili   oślepione   chyba   gwałtownym   wtargnięciem 

jasności (gdy otworzyły się drzwi, jego dłoń zadrżała w mojej), unosi nagle głowę i 
teraz skupione, uważne pyta: “Słyszysz go?” Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że na 

jednym z sąsiednich patio jakiś alkarawan wyśpiewuje godzinę. “Tak - mówię. Chyba 
jest   już   trzecia”  -   prawie  w  tej   samej  chwili,  w  której   słychać  pierwsze   uderzenie 

młotka.

Próbując nie słuchać tego przejmującego dźwięku, od którego dostaję gęsiej 

skórki, by dziecko nie spostrzegło mojej udręki, odwracam głowę w stronę okna i 
widzę   przy   następnej   przecznicy,   na   tle   naszego   domu,   melancholijne,   zakurzone 

migdałowce   i   nasz   dom   w   głębi.   Targany   niewidzialnym   podmuchem   zniszczenia 
również i on jest w przededniu cichej i ostatecznej ruiny. Całe Macondo jest takie od 

czasu,   gdy   kompania   bananowa   wycisnęła   z   niego   wszystkie   siły.   Bluszcz   atakuje 

background image

domy, las zarasta zaułki, pękają mury, w biały dzień można natknąć się w sypialni na 

jaszczura.   Wszystko   popada   w   ruinę,   odkąd   przestaliśmy   doglądać   rozmarynu   i 
tuberoz, odkąd jakaś niewidzialna ręka stłukła w kredensie świąteczną porcelanę i 

zaczęła   tuczyć   mole   w   ubraniach,   których   nikt   już   na   siebie   nie   włoży.   Drzwi 
wyskakują z zawiasów i nie ma już troskliwej ręki, która by je naprawiła. Ojciec nie 

ma sił ruszać się tak jak przedtem, zanim upadł i okulał na zawsze. Pani Rebeca, za 
swym wiecznym wentylatorem, nie zajmuje się niczym, co mogłoby odstręczyć głód 

nieżyczliwości   wywołany   jej   jałowym   i   udręczonym   wdowieństwem.   Agueda   jest 
sparaliżowana, wyczerpana przez cierpliwą, religijną chorobę; a ojciec Angel wydaje 

się   znajdować   zadowolenie   jedynie   w   uporczywej   niestrawności   po   klopsikach, 
odczuwanej podczas codziennych sjest. Nie zmieniła się tylko piosenka bliźniaczek z 

San   Jerómino   i   owa   tajemnicza,   jakby   nie   starzejąca   się   żebraczka,   która   od 
dwudziestu lat przychodzi w każdy wtorek po wiązankę melisy. Jedynie gwizd żółtego 

i   pokrytego   kurzem   pociągu,   do   którego   nikt   nie   wsiada,   cztery   razy   dziennie 
przerywa   ciszę.   A   w   nocy   postukiwania   z   małej   elektrowni,   którą   odchodząc   z 

Macondo, pozostawiła kompania bananowa.

Widzę przez okno dom i myślę, że moja macocha siedzi tam, nieruchoma na 

swym   krześle,   i   myśli   może,   że   zanim   wrócimy,   nadleci   ostateczny   wiatr,   który 
zmiecie   to   miasteczko.   Wtedy   wszyscy   już   odejdą,   prócz   nas,   jesteśmy   bowiem 

przywiązani   do   tej   ziemi   poprzez   pokój   pełen   kufrów,   gdzie   złożone   są   jeszcze 
naczynia kuchenne i odzież dziadków moich dziadków, i derki, którymi okrywano 

konie   moich   rodziców,   gdy   uciekając   przed   wojną   jechali   do   Macondo.   Jesteśmy 
zakorzenieni w tej ziemi poprzez wspomnienie dawnych zmarłych, choć ich kości nie 

można by już odnaleźć dwadzieścia sążni pod ziemią. Kufry są w pokoju od ostatnich 
dni wojny; i będą tam również wtedy, gdy wrócimy z pogrzebu, o ile nie nadleci ten 

wiatr   ostateczny,   który   zmiecie   Macondo,   jego   pełne   jaszczurów   sypialnie   i   jego 
milczących ludzi, wyniszczonych przez wspomnienia.

Nagle mój dziadek wstaje, podpiera się laską i wyciąga swoją ptasią głowę, na 

której   okulary   trzymają   się   pewnie,   jakby   stanowiły   część   jego   twarzy.   Myślę,   że 

byłoby mi bardzo trudno nosić okulary. Przy pierwszym ruchu zsunęłyby mi się z 
uszu. I myśląc o tym lekko stukam się w nos. Mama patrzy na mnie i pyta: “Boli cię?” 

A ja odpowiadam, że nie, po prostu zastanawiam się, czy mógłbym nosić okulary. A 
ona   uśmiecha   się,   oddycha   głęboko   i   mówi:   “Chyba   jesteś   cały   spocony”.   I 

rzeczywiście,   ubranie   parzy   mi   skórę,   zielony   gruby   welwet,   zapięty   aż   pod   szyję 

background image

przylepia mi się do ciała i wywołuje okropne uczucie. “Tak” - mówię. A mama pochyla 

się nade mną, rozwiązuje kokardę, wachluje mi szyję i mówi: “Kiedy wrócimy do 
domu, wykąpiesz się i odpoczniesz”. “Cataure” - słyszę...

Wtedy   przez   tylne   drzwi   wchodzi   ten   człowiek   z   rewolwerem.   Stojąc   w 

otwartych drzwiach zdejmuje kapelusz i idzie ostrożnie, jakby bał się obudzić trupa. 

Ale   robi   to   po   to,   żeby   przestraszyć   dziadka,   który   popchnięty   przez   niego   traci 
równowagę, chwieje się, ale w ostatniej chwili przytrzymuje się ramienia tego samego 

mężczyzny, co chciał go powalić na ziemię. Tamci przestali palić i siedzą na łóżku 
równo, jak cztery kruki na murze. Kiedy wchodzi ten z rewolwerem, kruki nachylają 

się i szepczą tajemniczo, jeden z nich wstaje, podchodzi do stołu i bierze pudełeczko z 
gwoździami i młotek.

Przy   trumnie   dziadek   rozmawia   z   tamtym   człowiekiem.   Mężczyzna   mówi: 

“Proszę się nie przejmować, pułkowniku. Zapewniam pana, że nic się nie stanie”. A 

dziadek odpowiada: “Nie przypuszczam, by miało się coś stać”. A mężczyzna mówi: 
“Może go pan pochować po zewnętrznej stronie, przy lewym murze cmentarza, tam, 

gdzie są najwyższe ceiby”. I daje dziadkowi jakiś papierek, mówiąc: “Zobaczy pan, że 
wszystko się dobrze skończy”. Dziadek jedną ręką opiera się o laskę, a drugą bierze 

papierek i chowa do kieszeni w kamizelce, tam gdzie ma mały, kwadratowy złoty 
zegarek z łańcuszkiem. Później mówi: “Mimo wszystko to musiało się stać: to tak, 

jakby to przepowiedział kalendarz”.

Mężczyzna odpowiada: “W oknach jest trochę ludzi, ale to z czystej ciekawości. 

Kobiety z byle powodu wyglądają przez okno”. Ale myślę, że dziadek nie usłyszał go, 
bo patrzy przez okno na ulicę. Mężczyzna wtedy rusza się, podchodzi do łóżka i mówi 

ludziom, wachlując się kapeluszem: “Teraz możecie zabić wieko. I otwórzcie drzwi, 
niech wpłynie tu trochę powietrza”.

Ludzie wstają, zaczynają  się ruszać. Jeden  z nich  pochyla  się z  młotkiem  i 

gwoździami nad trumną, a reszta podchodzi do drzwi. Mama wstaje. Jest spocona i 

blada. Przesuwa krzesło, bierze mnie za rękę i odsuwa na bok, żeby mogli przejść ci 
ludzie, którzy idą otworzyć drzwi.

Najpierw próbują odsunąć zasuwę, która wydaje się przylutowana do klamer, 

ale nie mogą jej ruszyć. Tak jakby ktoś z drugiej strony z całej siły podtrzymywał 

plecami drzwi. Ale gdy jeden z ludzi opiera się o nie i uderza, w pokoju robi się głośno 
od zgrzytu drewna i zardzewiałych zawiasów, wszystkich zamków zlutowanych przez 

czas, warstwa po warstwie, i drzwi otwierają się, tak ogromne, że zmieściłoby się w 

background image

nich dwóch ludzi, jeden na drugim; i słychać narastający trzask drewna i zbudzonego 

żelaza. I zanim możemy zrozumieć, co się dzieje, do pokoju wpada od tyłu światło, 
potężne i doskonałe, bo odsunęli zaporę, która powstrzymywała je przez dwieście lat z 

siłą dwustu wołów, i pada na plecy w pokoju, pociągając za sobą w swym hałaśliwym 
upadku  cienie  przedmiotów.  Ludzie  stają  się  okrutnie   widoczni,  jak  błyskawica  w 

południe, i chwieją się, i wydaje mi się, jakby musieli się czegoś złapać, żeby jasność 
ich nie powaliła.

Kiedy drzwi się otwierają, gdzieś w miasteczku zaczyna śpiewać alkarawan. 

Teraz widzę ulicę. Widzę błyszczący i rozżarzony kurz. Widzę naprzeciwko wielu ludzi 

opierających się o ściany domów, ze skrzyżowanymi ramionami, patrzących na pokój. 
Znowu słyszę alkarawana i mówię do mamy: “Słyszysz go?” A mama mówi, że tak, że 

chyba już trzecia. Tylko że Ada powiedziała mi, że alkarawany śpiewają, kiedy czują 
zapach   śmierci.   Chcę   to   powiedzieć   mamie,   ale   w   tej   samej   chwili   słyszę   silne 

uderzenie   młotka   w   główkę   pierwszego   gwoździa.   Młotek   uderza,   uderza, 
rozbrzmiewa wszędzie; odpoczywa przez chwilę i znów uderza, raniąc drewno sześć 

razy z rzędu, wywołując długi i smutny jęk uśpionych desek, gdy tymczasem mama, z 
twarzą odwróconą w inną stronę, patrzy przez okno na ulicę.

Kiedy kończą wbijać gwoździe, słychać śpiew wielu alkarawanów. Dziadek daje 

znak swoim ludziom. Ci pochylają się, przechylają trumnę, tymczasem ten, który stoi 

w   kącie   z   kapeluszem,   mówi:   “Proszę   się   nie   przejmować,   pułkowniku”.   I   wtedy 
dziadek odwraca się w jego stronę, wzburzony, z szyją nabrzmiałą i siną jak u koguta 

przed walką. Ale nic nie mówi. Znów ten mężczyzna odzywa się z kąta. Mówi: “Myślę 
nawet, że w miasteczku nie ma nikogo, kto by o tym pamiętał”.

W tej chwili naprawdę czuję drżenie w żołądku. “Teraz naprawdę mam ochotę 

iść tam, na tyły” - myślę, ale widzę, że jest już za późno. Ludzie robią ostatni wysiłek; 

prostują się wbijając obcasy w podłogę i trumna płynie w jasności, jakby odprawiano 
pogrzeb zmarłego okrętu.

Myślę: “Teraz poczują zapach. Teraz wszystkie alkarawany zaczną śpiewać”.