background image

 

 

 

 

O polskiej rzeczywistości moralnej 

Autor: Andrzej Walicki 

 

Wypowiadanie  się  po  raz  któryś  z  rzędu  na  temat  moralnych  problemów 
współczesnej  Polski  –  problemów  bardzo  bolesnych,  moim  zdaniem,  od-

różniających  Polskę  na  niekorzyść  od  krajów  ustabilizowanej  demokracji 

liberalnej – nie było moim pomysłem i nie budziło we mnie entuzjazmu. Po 
pierwsze  dlatego,  że  nie  lubię  się  powtarzać,  ale  także  dlatego,  że  w 

ostatnim czasie, po odsunięciu od władzy PiS, dostrzegam pod tym wzglę-
dem  zmiany  na  lepsze  i  to  nie  tylko  w  porównaniu  z  okresem  ofensywy 

ideologicznej zwolenników IV RP, ale również w zestawieniu z idealizowa-

ną dziś III RP – zwłaszcza po inauguracji prezydentury Wałęsy i po zwy-
cięstwie postkomunistycznej lewicy w wyborach 1993 roku.  

Przyznaję jednak, że słuszna jest podstawowa teza socjotechniki, mówią-
ca,  że  przebicie  się  danych  poglądów  do  znaczącego  odłamu  opinii  pu-

blicznej zależne jest od ciągłego ich powtarzania. Ponadto poprawa, o któ-

rej wspomniałem jest względna jedynie i częściowa, a więc warto być mo-
że raz jeszcze wyliczyć sprawy, które przeszkadzały nam cieszyć się nie-

podległością, wzrostem gospodarczym i bezpieczniejszym niż kiedykolwiek 
położeniem Polski w zmieniającym się świecie. 

 

background image

I.  Konfrontacja  (w  imię  walki  o  władzę)  zamiast  narodowego  po-

jednania 

U  źródeł  problematyki  niniejszej  wypowiedzi  widzę  ten  właśnie  problem. 

Termin „Trzecia Rzeczpospolita” (o czym zwykle zapominamy) pojawił się 

po  raz  pierwszy  w  inauguracyjnym  przemówieniu  Lecha  Wałęsy:  „Staję 
przed  wami  jako  pierwszy  prezydent  Polski  wybrany  bezpośrednio  przez 

cały naród. Z tą chwilą zaczyna się uroczyście III Rzeczpospolita Polska”). 

Było to jednoznacznym stwierdzeniem, że okres kohabitacji premiera Ma-

zowieckiego  z  prezydentem  Jaruzelskim  nie  był  jeszcze  prawdziwym  po-
czątkiem niepodległej Polski. Symbolikę aktu inauguracji wzmacniało nie-
zaproszenie na nią ustępującego prezydenta oraz przejęcie insygniów wła-

dzy  z  rąk  emigracyjnego  prezydenta  Ryszarda  Kaczorowskiego.  W  ten 
sposób  Polska  powróciła  symbolicznie  do  roku  1939,  redukując  PRL  do 

„czarnej dziury” w dziejach narodu. Nie był to akt pojednania narodowego, 

ale gest triumfalistyczny. Większość Polaków przyjęła to biernie, nie zda-
jąc sobie sprawy, że konsekwencją tej symbolicznej przemowy było uzna-

nie działalności wewnątrzpaństwowych struktur PRL za formę kolaboracji z 
nielegalną,  okupacyjną  w  istocie  władzę.  Można  wątpić,  czy  pogląd  taki, 
przy należytym wyjaśnieniu jego treści, miałby szansę aprobaty w ogólno-

narodowym  referendum.  Można  też  sądzić,  że  decyzja  o  tak  radykalnym 
zerwaniu  ciągłości  (w  sensie  moralnym,  bo  w  sensie  prawnym  było  to 
niemożliwe)  powinna  być  przedyskutowana  i  poddana  głosowaniu  przez 

parlament. Niestety, nie miało to miejsca. 

W moim przekonaniu, a nie byłem w tym odosobniony, wybrana wówczas 

polityka  była  nie  tylko  szkodliwa  i  błędna,  ale  również  sprzeczna  z  wolą 
znacznej większości społeczeństwa. Zbyt łatwo zapomniano, że odrzucało 
ją również środowisko paryskiej „Kultury”, czyli najświatlejsza część emi-

gracji: Jerzy Giedroyć podkreślał przecież, że rok 1945 jest „cezurą osta-

tecznie  zamykającą  świat  przedwojenny”,  a  w  idei  powrotu  do  rzeczywi-

stości przedwrześniowej widział  (podobnie jak Miłosz) największe niebez-

background image

pieczeństwo dla Polski. Jeszcze dziwniejsza, a przy tym zupełnie obca po-

glądom  olbrzymiej  większości  Polaków,  była  teza  (powszechnie  przyjęta 
przez polityków obozu postsolidarnościowego na początku lat 90.), że rok 

1945  przyniósł  Polsce  jedynie  zmianę  okupacji  niemieckiej  na  rosyjską. 

Podpisywałem  się  pod  diagnozą  Leszka  Kołakowskiego  (sformułowaną  w 
roku 1975 na łamach „Kultury”), że ludzie traktujący PRL jako „złagodzony 

wariant Generalnej Guberni”, winni byli „zasadniczego brak solidarności z 
narodem”. Obywatele Polski Ludowej świadomi byli ogromnych ograniczeń 

jej suwerenności, ale mimo to – przynajmniej od roku 1956 – traktowali ją 
jako  państwo  własne,  a  nie  tylko  „nienaturalną  przerwę  między  dwoma 

realnymi światami – jednym pamiętanym, drugim – wyczekiwanym”. Od-

rzucali pogląd, że wasalny status państwa jest tym samym, co okupacja, i 
że skoro nie ma autentycznej niepodległości, to „im gorzej, tym lepiej”).  

Czy  istniała  jednak  możliwość  zapoczątkowania  dziejów  III  RP  pod  zna-

kiem narodowego pojednania, a nie poniżania niedawnych przeciwników?  

Moim  zdaniem  tak,  choć  dobrze  rozumiem  dlaczego  tak  się  nie  stało. 

Umiejscowienie  PRL  w  kontekście  innych  państw  „realnego  socjalizmu” 
uświadamia  bowiem,  że  był  to  kraj  wyjątkowy,  najmniej  socjalistyczny  i 
najbardziej  swobodny  na  przestrzeni  od  Berlina  do  Chin  i  Władywostoku. 

Współtwórca współczesnej teorii totalitaryzmu, Zbigniew Brzeziński, auto-
rytatywnie  stwierdził,  że totalitaryzm  skończył  się  w  PRL  w  roku 1956,  a 
znakomity politolog oksfordzki, Zbigniew Pełczyński, uzupełnił to szczegó-

łową  analizą  pokazującą,  że  rok  ten  zapoczątkował  też  „polską  drogę  od 
komunizmu”, czyli proces faktycznej dekomunizacji. Trudno, abym nie do-

dał,  że  takie  same  poglądy  formułowałem  w  szeregu  prac  w  języku  pol-
skim i angielskim od początku lat 80., i podziela je m.in. Bronisław Łagow-
ski i Ludwik Stomma.  

Dzięki  tym  zasadniczym  odmiennościom  od  obowiązującego  teoretycznie 

ustroju, Polska Ludowa była krajem, którego obywatele korzystali z duże-

go zakresu wolności osobistej, religijnej i kulturalnej, dzięki czemu mogli 

background image

„czuć  się  u  siebie”.  Mimo  nawrotów  autorytaryzmu,  takich  jak  w hanieb-

nym roku 1968, władza partyjna łatwo rezygnowała z  ideologicznych do-
gmatów  na  rzecz  geopolitycznego  realizmu,  poszukiwania  legitymizacji 

narodowej i rozwiązań czysto pragmatycznych. „Reformatorzy” w jej sze-

regach nie mieli wprawdzie atrakcyjnych pomysłów na wybicie się na nie-
podległość,  ale  dzięki  nim  jednak  przestawała  być  siłą  wyobcowaną,  od-

dzieloną od społeczeństwa murem ideologii. To właśnie uczyniło ja zdolną 
do  bezprecedensowego  kompromisu  Okrągłego  Stołu.  Gdyby  ówczesna 

opozycja zdolna była ocenić to wszystko bezstronnie, musiałaby przyznać, 
że  do  wyjścia  Polski  z  „realnego  socjalizmu”  przyczyniły  się  obie  strony 

Okrągłostołowego kompromisu i że jej własne istnienie było niezamierzo-

nym rezultatem całej ewolucji „realnego socjalizmu” w Polsce.  

Polityce  zmiany  ustroju  w  klimacie  narodowego  pojednania  przeszkodziło 
jednak doświadczenie kilku lat intensywnej walki. Skłonny jestem oceniać 

stan wojenny w kategoriach racji podzielonych, w tym zwłaszcza klasycz-
nego konfliktu między racją stanu (zawsze czyjąś) a aspiracjami społecz-

nymi. Sądzę jednak, że koszta społeczne i psychologiczne okazały się du-
żo  większe  niż  oczekiwano:  stworzyły  bowiem  kapitał  nienawiści,  do  dziś 
dnia  przeszkadzający  porozumieniu  się  Polaków.  Ale  dostrzegam  też,  że 

jedną z przyczyn tego stanu rzeczy był, tak bardzo idealizowany, pokojo-
wy charakter solidarnościowej rewolucji. Zgodnie z teorią „nowego ewolu-
cjonizmu”,  głoszącego  „wymuszanie”  zmian  przez  społeczną  presję,  była 

to wielka krucjata moralna, ćwiczenie się w radykalizmie, w demonizowa-
niu przeciwnika i w odrzucaniu dialogu z nim. Normalna wojna może wy-

rabiać nawet szacunek dla drugiej strony, ale wojna moralna, totalny boj-
kot,  bezwarunkowa  konfrontacja  wymagała  napięcia  nienawiści,  pogardy, 
umiejętności  dyskontowania  ustępstw  bez  odwzajemnienia  i  kwitowania 

.Tak widać być musiało, skoro chodziło o wojnę moralną właśnie, o całko-
witą delegitymizację strony przeciwnej.  

Trudno  więc  dziwić  się,  że  w  środowisku  kombatantów  opozycji  pojawiły 
się nastroje dalekie od demokratycznego kompromisu. W ludziach dawne-

background image

go ustroju (jeśli nie odżegnali się totalnie od własnej tożsamości) poczęto 

widzieć nowe wcielenie starego wroga, z którym nie wolno było „dzielić się 
Polską”.  Jak  stwierdził  z  ubolewaniem  Adam  Michnik,  po  zwycięstwie  w 

walce o wolność musiał nastąpić czas bezwzględnej walki o władzę. 

 

II. Moralistyka zwycięzców, czyli metoda moralnego dyktatu 

Z punktu widzenia drogich mi wartości – i to wartości moralnych właśnie, 
takich  jak  wolność  światopoglądowa  i  autentyczna  (a  nie  instrumentalna 

tylko) tolerancja, prawdziwą klęską było posługiwanie się w tej walce nie 
zawsze  szczerym  absolutem  moralnym,  przeciwstawianym  nie  tylko  ko-
munizmowi,  lecz  także  nihilistycznym  rzekomo  konsekwencjom  liberali-

zmu. W tej perspektywie brak rozliczenia z peerelowskim „komunizmem” 
wydawał się moralną katastrofą, ignorowaniem podziału na „ dobro” i „zło” 

w sferze publicznej. Nawet człowiek tak światły i zacny jak Jerzy Turowicz 

uważał wybór „postkomunisty” na stanowisko  prezydenta RP za moralnie 
niedopuszczalny, a Jan Rokita wpadł histerię ogłaszając, że tradycyjny Ko-

ściół  jest  „ostatnim  bastionem”  przeciwko  wrogowi  nr  1,  czyli  „kwa-
śniewszczyźnie”.  

Praktycznym  zastosowaniem  poglądu  o  niezbędności  walki  z  moralnym 

relatywizmem i nihilizmem stały się metody moralnego dyktatu, urzeczy-
wistniane dwoma sposobami:  

1) próbami wykluczenia przez ostracyzm i izolację, 

2) próbami legislacji moralności, czyli uczynienia moralne słusznych 
poglądów prawnie obowiązującymi.  

Jako  przykład  pierwszej  z  tych  metod  przypomnę  ciekawą  skądinąd  dys-
kusję w „Znaku” (w której brałem udział) na temat moralności w polityce. 

Na  pytanie  Michnika  dlaczego  nie  zaproszono  do  dyskusji  przedstawicieli 

background image

SLD, np. Cimoszewicza czy prof. Reykowskiego, redaktor pisma, Jarosław 

Gowin,  odpowiedział:  „Uczestnictwo  postkomunistów  w  tej  dyskusji  uwa-
żałbym  za  naruszenie  pewnego  tabu,  za  symboliczne  zamazanie  granic 

dobra i zła, prawdy i fałszu… Ja po prostu konstatuję fakt, że podejmując 

takie a nie inne wybory moralne w czasach komunizmu ludzie ówczesnego 
obozu władzy obiektywnie postawili się poza wspólnotą moralną”. 

Dziś, jak ośmielam się  sądzić, stawianie wymienionych wyżej osób „poza 
wspólnotą  moralną”  byłoby  chyba  nie  do  pomyślenia.  Nie  jestem  jednak 

przesadnie  optymistyczny.  Słynna  propozycja  Michnika  i  Cimoszewicza, 

aby ująć w punktach te wydarzenia z najnowszej historii Polski, co do któ-
rych  istnieje  zgodność  interpretacji,  a  resztę  pozostawić  historykom,  wy-

wołała (również w środowisku „Gazety Wyborczej”) gwałtowne oburzenie i 
do dziś dnia nikt nie śmie podjąć jej na nowo – tak silna jest obawa przed 
przyznaniem  postkomunistom  choćby  cząstkowej  racji.  Co  więcej:  20. 

rocznicę  wyborów  4  czerwca  1989  roku  uroczyście  obchodzono  w  całym 
kraju bez wzmianek o poprzedzających je porozumieniach Okrągłego Sto-

łu, bez udziału przedstawiciela ówczesnego obozu władzy i oczywiście bez 
gen.  Jaruzelskiego,  który  osłaniał  te  wybory  i  został  po  nich  pierwszym 
prezydentem  niekomunistycznej  Polski.  Spędził  on  ten  dzień  w  sądzie,  z 

oskarżenia  o  przestępstwo  pospolite.  Małoduszność  etyczna  wciąż  święci 
więc triumfy i nie zanosi się, aby znikła.  

Drastycznym przykładem drugiej z wymienionych metod było żądanie „So-

lidarności”, aby w nowej konstytucji znalazło się potępienie PRL. Prób ta-
kich było jednak więcej, a ostatnio modne stało się uchwalanie przez par-

lament obowiązujących interpretacji historii. Aleksander Małachowski pisał 
o  tym  w  roku  1998  w  felietonie  pod  wymownym  tytułem  „Zagrożenie”: 
„Coraz bardziej absurdalne uchwały podejmowane w parlamencie czy to w 

sprawie ciągłości prawnej Polski sanacyjnej z obecną, czy to  uchwała po-
tępiająca PRL, czy wreszcie jawnie neototalitarny projekt ustawy dekomu-

nizacyjnej  stawiają  nie  tylko  opozycję  pokomunistyczną,  ale  wszystkich 
przyzwoitych ludzi w trudnej sytuacji moralnej”.  

background image

W przekonaniu piszącego te słowa wszelkie próby połączenia moralności z 

przymusem  –  nie tylko z  przymusem  prawnym,  ale  również  z  zorganizo-
waną zbiorową presją społeczną, są w istocie głęboko amoralne. Leon Pe-

trażycki miał rację pisząc o zasadniczej różnicy między prawem a moral-

nością  jako  dwoma  systemami  normatywnymi.  Prawo,  aby  być  etyczne, 
nie  może  być  instrumentem  czyjejś  moralności,  a  moralność  powinna 

wznosić się ponad prawną sprawiedliwość. Mobilizacja zbiorowego nacisku 
moralnego niszczy źródła moralności, ponieważ niezgodna jest z wolnością 

sumienia  i  ideałem  Caritas.  Moralność  nie  może  narzucać  swych  norm 
przez ustawodawstwo, powinna działać za pomocą przykładu, a nie przez 

tworzenie atmosfery wymuszonego konformizmu.  

W odróżnieniu od moralności, prawo musi sięgać po przymus, ale tylko w 
wyraźnie i mocno ograniczonym zakresie. Moralność jest zawsze absolutna 
i  totalna,  pretenduje  więc  do  kontroli  nad  całokształtem  nie  tylko  zacho-

wań, lecz nawet myśli ludzkich. Stawia też przed ludźmi zadania wymaga-
jące nieustannego wysiłku – nigdy bowiem nie jest się dość moralnym. Ale 

dlatego właśnie życie społeczne musi  być regulowane  przez prawo, które 
określa  tylko  granice  indywidualnej  wolności,  zabezpieczając  każdej  jed-
nostce  wolność  sumienia  i  swobodę  wyboru.  Podporządkowanie  prawa 

społecznej moralności owocuje zniewoleniem teokratycznym (w przypadku 
moralności religijnej) lub totalitaryzmem (w przypadku moralności świec-
kiej).  

Społeczeństwo polskie pozbyło się niechcianego ustroju dzięki olbrzymiej i 
wyraźnie ukierunkowanej politycznie mobilizacji moralnej. Miało to jednak 

wiele nieprzewidzianych i niepożądanych konsekwencji. Poważnie nadwą-
tliło zdolność do uznawania różnic politycznych za rzecz normalną, nie po-
ciągającą za sobą zrywania przyjaźni i kontaktów towarzyskich. Szczegól-

nie rozpowszechnioną forma etycznego antyliberalizmu stała się w Polsce 
szeroka akceptacja poglądu, że tak czy inaczej pojmowana zbiorowość ma 

prawo  do  rozległej  normatywnej  kontroli  nad  jednostką,  obejmującej  w 
zasadzie  wszystko.  Wiele  powiedzieć  mogą  na  ten  temat  obrońcy  praw 

background image

kobiet i mniejszości seksualnych – zwłaszcza w świetle wyjątkowo upoka-

rzających i bezprecedensowo brutalnych ataków na Alicję Tysiąc. Ale kon-
trola, o której mowa, dotyczy również spraw ściśle politycznych: jej cechą 

wyróżniającą jest przecież uprawomocnianie roszczeń grupy rządzącej do 

„prześwietlania” całego przebiegu życia obywatelskiego.  

Najjaskrawszym  przejawem  tej  kolektywistyczno-despotycznej  tendencji 

jest oczywiście popularność, którą cieszyła się niedawno idea powszechnej 
lustracji,  również  dziś  mająca  wielu  zwolenników.  Liczba  pryncypialnych 

przeciwników  tej  idei,  takich  jak  Andrzej  Romanowski,  Adam  Michnik  i 

Barbara  Skarga,  była  zaskakująco  mała,  co  świadczyło  o  niewielkim  zro-
zumieniu  elementarnych  praw  jednostki.  A  przecież  była  to  idea  jedno-

znacznie  totalitarna,  przekreślająca  prawo  do  domniemania  niewinności 
wymagająca  od  ludzi  samooskarżeń  i  wymownych  aktów  skruchy,  co  w 
czasach  stalinowskich  nazywano  „rozbrajaniem  się  przed  kolektywem”. 

Dominowała w niej myśl, że jednostka nie może się zmienić, jest bowiem 
„geneologicznie” uwarunkowana – na wzór niezmiennego „uwarunkowania 

przez pochodzenie klasowe” w radzieckim komunizmie.  

Ciekawe, że sama myśl o przebaczeniu uznawana była za liberalny permi-
sywizm,  a  nie  za  głęboko  chrześcijańską  wartość.  Również  hierarchowie 

Kościoła głosić poczęli, że warunkiem przebaczenia jest poniesienie kary, a 
przynajmniej  przyznanie  się  do  winy  i  wyrażenie  skruchy. Gdzie  podziała 
się  więc  rdzennie  ewangeliczna  myśl  o  przebaczeniu  bezwarunkowym  i 

powszechnym?  

Wielki  filozof  polskiego  romantyzmu,  August  Cieszkowski,  wiele  pisał  na 

ten temat w swej głębokiej analizie Modlitwy Pańskiej, zatytułowanej Oj-
cze Nasz. Podsumował te rozważania zdaniem o konieczności „powszech-
nej świata amnestii – wszyscy bowiem zawinili przeciwko wszystkim”. Są-

dzę, że powinniśmy zapamiętać tę myśl – jako antidotum na deficyt wiel-

koduszności, małostkowe frustracje i marzenia o odwecie.  

background image

Uzasadnieniem  prawa do takich  marzeń stała się teoria głosząca, że kul-

tywowanie pamięci – na równi z prawem do wykluczania – jest fundamen-
tem  wspólnoty  narodowej.  Zapomniano  oczywiście,  że  Ernest  Renan  w 

klasycznym tekście „Co to jest naród?” (1882) uznał, że równie istotnym 

warunkiem istnienia narodu jest zapominanie, bez którego wiele narodów, 
np. francuski, nie mogłoby ukształtować się i przetrwać. Zignorowano kul-

turę starożytnych Greków, powszechnie aprobujących nakaz zapominania 
(amnezja)  o  rzeczach  złych  w  celu  zachowania  pokoju  –  tak  jakby  jedy-

nym wzorem do naśladowania był żydowski zahor, czyli obowiązek pamię-
ci. Nie chciano jednak pamiętać o tym, co niewygodne, np. o tym, że kon-

stytucja francuska 1814 roku zakazywała wszelkiego dochodzenia kto nim 

był przed restauracją, a także o tym, że w demokratycznej Hiszpanii, któ-
ra początkowo miała być dla nas modelem, nie wolno było wspominać kto 
był po czyjej stronie w wojnie domowej. W ten sposób pamięć narodowa 

przekształciła się w nieznośną pamiętliwość, celebrującą doznane krzywdy 

i nieprzyjazne uczucia wobec sąsiadów, w połączeniu z poczuciem własnej 

moralnej wyższości.  

Szkodliwość tych postaw znacznie pogłębia fakt, że głosiciele „polityki hi-
storycznej” i ideologowie z IPN skłonni są przypisywać Polakom jednolitą, 

moralnie obowiązującą tożsamość, nie przyjmując do wiadomości, że no-
woczesny naród, w odróżnieniu od plemienia, jest wspólnotą pluralistycz-
ną,  wielotożsamościową,  połączoną  kulturą  i  wspólną  historią,  ale  miesz-

czącą w sobie różne opcje światopoglądowe i różne warianty historycznej 
pamięci. Znaczna część elit postsolidarnościowych chce jednak przywłasz-

czyć sobie prawo do reprezentowania „prawdziwego” narodu (w odróżnie-
niu  od  Polaków  „metrykalnych”  jedynie  lub  „polskojęzycznej  ludności”)  i 
zmonopolizowania  narodowej  pamięci.  Nazwałem  to  nacjonalizmem  inte-

gralnym  skierowanym  do  wewnątrz,  dążącym  do  zdominowania  i  ideolo-
gicznego  podporządkowania  własnego  społeczeństwa.  Jest  to  zjawisko 

ważne  i  niezmiernie  niepokojące,  zasługujące  na  odrębną  analizę,  której 

nie jestem w stanie dokonać w ramach niniejszej wypowiedzi. 

background image

III. Liberalizm bez sprawiedliwości 

Charakterystyczną  cechą  polskiego  krajobrazu  ideologicznego  jest  także 
szczególne  połączenie  moralistyki  antykomunistycznej  i  narodowej  z  czy-

sto  ekonomicznym  liberalizmem,  głoszącym  bez  skrupułów  program  po-

wrotu do  bezwzględnych reguł wolnorynkowej konkurencji oraz drastycz-
nego  wzrostu  nierówności  społecznych, kosztem  obniżenia  poziomu  życia 

pracowników  najemnych,  strukturalnego  bezrobocia  i  zepchnięcia  części 
ludności do wegetowania poniżej społecznego minimum.  

Zwolennicy takiego wariantu rozwoju odpierają się zwykle tezą Hayeka o 
konieczności  wyeliminowania  z  ekonomii  pustego  rzekomo  pojęcia  „spra-
wiedliwości  społecznej”.  Hayek  jednakże,  czego  uparcie  nie  chcą  zrozu-

mieć jego polscy entuzjaści, był przedstawicielem „staroliberalizmu”, prze-
ciwstawiającym  się ewolucji liberalizmu w skali ogólnoświatowej, uzasad-

niającej  przyznanie  jednostkom  nie  tylko  tradycyjnych  praw  „wolnościo-

wych”,  lecz  również  praw  ekonomicznych  i  socjalnych,  uznawanych  mię-
dzynarodowo  i  urzeczywistnionych  w  liberalno-demokratycznych  „pań-

stwach  dobrobytu”.  Przed  pojawieniem  wolnorynkowego  neokonserwaty-
zmu Margaret Thatcher i Ronalda Reagana najbardziej reprezentatywnym 
myślicielem liberalnym był John Rawls, dla którego najważniejszą częścią 

liberalnej  filozofii  społecznej  była  właśnie  teoria  sprawiedliwości,  uzasad-
niająca  socjalizację  liberalizmu,  odrzucaną  przez  neoliberalnych  apologe-
tów samowładztwa rynku.  

Mówiąc  najkrócej,  Rawls  zdefiniował  sprawiedliwość  jako  maksymalizację 

społecznego  minimum.  Oznacza  to,  że  nierówność  społeczna,  będąca  re-

zultatem  „prymatu  wolności”,  usprawiedliwiona  jest  tylko  wtedy,  gdy  w 
efekcie  daje  taki  przyrost  ogólnych  zasobów  społecznych,  który  polepsza 
sytuację  ludzi  najmniej  uprzywilejowanych.  Nic  natomiast  nie  usprawie-

dliwia  takiego  wzrostu  nierówności,  za  który  płacić  muszą  najbiedniejsi. 

Jak łatwo zauważyć, zasada ta uprawnia redystrybucyjne zadania państwa 

i nie daje się pogodzić z absolutyzowaniem praw własnościowych.  

background image

Można  bronić  poglądu,  że  teoria  ta  nie  uwzględnia  sytuacji  krajów  zmu-

szonych dokonać w krótkim czasie radykalnej transformacji ustrojowej i że 
tak właśnie było w Polsce. Zwolennik Rawlsa odpowiedziałby, że są to sy-

tuacje  wyjątkowe,  wymagające  czasowego  pogwałcenia  sprawiedliwości  i 

że  należy  nazywać  to  po  imieniu.  Nie  mógłby  jednak  udzielić  zgody  na 
trwałe pogarszanie się losu najgorzej uposażonych, na określenie ich pro-

testów  mianem  „populistycznych  roszczeń”  i  na  świadomą  rezygnację  z 
regulowania gospodarki rynkowej w celu zabezpieczenia każdemu obywa-

telowi społecznego minimum.  

Niestety jednak, to właśnie stało się w naszym kraju. Solidarność z neoli-
beralizmem,  czyli  liberalizmem  restauracyjnym,  odrzucającym  samą  ideę 

społecznej sprawiedliwości, uznaliśmy za rodzaj narodowej misji, za prze-
jaw  dynamizmu  naszego  regionu,  przeciwstawiający  nas  inercyjnemu 
bezwładowi „starej Europy”. Publicyści uważający się za liberałów powrócili 

do  języka  prymitywnej  Spencerowskiej  apologetyki,  wedle  której  bogac-
two społeczne wytwarzają tylko prywatni pracodawcy, a ludzie  pracy na-

jemnej  są  nieoprawnymi  „roszczeniowcami”,  źródłem  społecznych  kłopo-
tów.  Powoływanie  się  na  międzynarodowo  uznane  prawa  socjalne  uważa 
się za „ roszczeniowość” właśnie. Za „roszczeniowców” uważa się ludzi za-

rabiających  nędzne  grosze  i  walczących  o  absolutne  minimum  życiowe; 
popieranie  tych  ludzi  określa  się  pogardliwie  jako  „populizm”,  a  termin 
„trybun ludu” używa się jako szyderstwa. 

W  odpowiedzi  na  ankietę  rozpisaną  w  roku  1999  przez  Stowarzyszenie 
Studiów i Inicjatyw Społecznych „Polska przed nowymi problemami”, sko-

mentowałem to następująco: „Za szczególnie oburzający uważam fakt, że 
firmują to wszystko ludzie dawnej „S”, którzy reprezentowali w latach PRL 
ruch  skrajnie  egalitarny  i  „roszczeniowy”,  domagający  się  absolutnych  li-

mitów  na  zarobki  i  stan  posiadania,  formułujący  postulaty  absurdalnego 
wręcz powiększenie uprawnień socjalnych (np. trzyletnich aż urlopów ma-

cierzyńskich).  Jak  można  tak  dużo  mówić  o  «tożsamości»  i  dzielić  społe-
czeństwo  wedle  «rodowodów»,  skoro  radykalnie  zmieniło  się  własną  toż-

background image

samość,  przerzucając  się  od  wulgarnego  socjalizmu  w  wulgarny  kapita-

lizm?  O  tożsamości  można  mówić  w  takiej  sytuacji  pod  jednym  warun-
kiem: jeśli redukuje się «tożsamość» do lojalności grupowej, nie mającej 

nic wspólnego z tożsamością ideową”. 

Karol Modzelewski dziwił się łatwości z jaką dokonano tej zdrady własnego 
elektoratu i wyrażał wstyd z tego powodu. Aleksander Małachowski propo-

nował  „pokorne  wyznanie”:  „Oszukaliśmy  was  –  prosimy  o  wybaczenie, 
gdyż nie uczyniliśmy tego świadomie”. Nasuwa się także myśl, że w wielu 

wypadkach  mieliśmy  do  czynienia  ze  spełnieniem  przewidywań  Jana  Wa-

cława  Machajskiego,  że  inteligencja  czyli  „posiadacz  kapitału  umysłowe-
go”, wykorzysta ruch robotniczy instrumentalnie, jako narzędzie realizacji 

własnych  interesów.  Warto  odnotować,  że  amerykański  socjolog  węgier-
skiego  pochodzenia,  Ivan  Szelenyi,  dowiódł  płodności  tej  myśli  w  swych 
badaniach  nad  formowaniem  się  elit  rządzących  w  postkomunistycznych 

państwach Europy Środkowej, zwłaszcza na Węgrzech i w Polsce. 

W  ścisłym  związku  z  powyższym  kompleksem  zagadnień  pozostaje  kwe-

stia  reprywatyzacji  –  nie  prywatyzacji,  którą  można  pojmować  czysto 
pragmatycznie,  lecz  reprywatyzacji,  jako  restytucji  „świętego  prawa  wła-
sności”. Zwrot w tym kierunku był dogmatyczną arogancją w stosunku do 

olbrzymiej  większości  społeczeństwa  polskiego  lat  powojennych,  która  w 
pełni  aprobowała  reformy  nacjonalizacyjne.  Arogancja  ta  obrażała  przy 
okazji  znaczną  część  środowisk  emigracyjnych,  w  tym  środowisko  pary-

skiej  „Kultury”,  które  uznawało  potrzebę  reform  nacjonalizacyjnych  i  ich 
nieodwracalność. Można było i należało naprawić krzywdy wynikłe z prze-

prowadzenia  reform  w  atmosferze  braku  szacunku  dla  prawa.  Żenujące 
było  jednak  rozpętanie  z  tego  powodu  kampanii  indoktrynacyjnej,  wma-
wiającej społeczeństwu, że bezwarunkowa własność prywatna była zawsze 

przez  nikogo  nie  kwestionowanym  „fundamentem  zachodniej  cywilizacji”, 
że postulat redystrybucji lub „unarodowienia” własności nigdy nie pojawiał 

się w dziejach myśli polskiej i temu podobne ideologiczne nonsensy. Żenu-
jąca  była  też  okoliczność,  że  Kościół  katolicki,  wbrew  własnej  tradycji  i 

background image

„nauce społecznej”, wykazał w tych sprawach bardo daleko posuniętą kor-

poracyjną interesowność, dochodząc praw właścicielskich sprzed setek lat, 
lub  występując  w  roli  naturalnego  spadkobiercy  dóbr  kościelnych  na  zie-

miach poniemieckich.  

Jacek  Kuroń  i  Karol  Modzelewski,  w  artykule  pt.  „Cena  reprywatyzacji”) 
sprzeciwili się reprywatyzacji wskazując na jej kolosalne koszty – blisko 44 

mld z budżetu państwa, co uniemożliwiłoby zabezpieczenie zdrowia i życia 
obywateli,  realizację  powszechnego  prawa  do  edukacji  i  oczywiście,  nie-

zbędną modernizację kraju. Bronisław Łagowski, skupiając się na proble-

mie  strat  poniesionych  w  czasie  wojny,  pisał  o  nonsensowności  żądania 
odszkodowań za kataklizmy dziejowe; wskazywał, że „mieszkańcy zburzo-

nej  Warszawy  mają  takie  same  prawa  do  odszkodowań  jak  zabużanie”  i 
konkludował: „Wszystkie prawne i moralne przesłanki, jakimi rząd solidar-
nościowy  kieruje  się  w  sprawie  reprywatyzacji,  są  fałszywe”.  Ja  z  kolei 

podkreślałem,  że  nowoczesny  liberalizm  nie  stoi  na  stanowisku  „nieprze-
dawnionych praw własności” i nie daje żadnego alibi zwolennikom ustawy, 

która przywracałaby prywatną własność sprzed wielu lat kosztem najuboż-
szych członków społeczeństwa.  

Niewiele  można  do  tego  dodać.  Ale  przypomnienie  tej  debaty  jest  wciąż 

aktualne, bo sprawa nie została rozstrzygnięta i wciąż zachodzi niebezpie-
czeństwo, że rozstrzygnie się w duchu dogmatów przestarzałej i moralnie 
zdyskredytowanej ideologii. 

 

IV. Nacjonalizm antyrosyjski, czyli kultywowanie mitu wroga 

O tej ostatniej sprawie napisałem już bardzo wiele, a więc zmuszony będę 
powtarzać się. Nie mogę jednak  uchylić się od tego,  bo sprawa jest zbyt 
ważna.  A  zgadzam  się  niestety  z  opinią  Michaiła  Gorbaczowa,  że  „jeśli 

chodzi o stosunek do Rosji, w Polsce wszystko jest zniekształcone”.  

background image

Opinia  ta  nie  uwzględnia  oczywiście  polskich  prac  naukowych  –  bardzo 

różnorodnych,  dążących  do  obiektywizmu  i  często  bardzo  przychylnych 
wobec  rosyjskiej  kultury.  Na  poziomie  funkcjonowania  politycznego  jest 

jednak inaczej. Od samego początku polskiej niepodległości środki maso-

wego  przekazu  wbijały  Polakom  do  głowy,  że  Rosja  jest  krajem  obcym 
cywilizacyjnie  i  organicznie  wrogim  Polsce  i  Europie,  że  różnica  między 

ZSRR  a  przedrewolucyjną  Rosją  jest  mało  ważna  wobec  wspólnego  mia-
nownika  jakim  był  i  jest  nadal  rosyjski  imperializm,  że  data  17  września 

jest  w  gruncie  rzeczy  ważniejsza  niż  1  września,  że  największą  zbrodnią 
popełnioną na Polakach w czasie II wojny światowej był Katyń i że odpo-

wiedzialność za tę zbrodnię ponosi Rosja jako naród, a nie stalinizm, któ-

rego  główną  ofiarą  byli  przecież  Rosjanie;  to  właśnie  sprawiło,  że  przy 
otwarciu  cmentarza  katyńskiego  nie  doszło  do  spotkania  Lecha  Wałęsy  z 
Borysem  Jelcynem  i  Aleksandrem  Sołżenicynem,  chociaż  tak  miało  być  i 

być powinno.  

Od  samego  początku  świadomie  pomniejszano  znaczenie  Gorbaczowow-

skiej pierestrojki (jakby w obawie, że docenienie jej potencjału osłabi ar-
gumentację  na  rzecz  „ucieczki  Polski  na  Zachód”);  od  samego  początku 
podejrzewano  o  imperializm  nawet  Jelcyna  (mimo  że  wzywał  on  autono-

miczne części  Federacji Rosyjskiej do „brania tyle suwerenności, ile tylko 
udźwigną”), popierano natomiast, z zapałem godnym lepszej sprawy, Jel-
cynowskie reformy ekonomiczne, które przyniosły Rosji (również w opinii 

ich  amerykańskiego  współtwórcy,  Jeffreya  Sachsa,  który  przyznał  się  do 
tragicznej  omyłki)  bezprecedensową  klęskę  gospodarczą,  obniżającą  po-

ziom życia ludności prawie o połowę, skracającą o kilka lat średnią życia i 
–  tym  samym  –  radykalnie  podważającą  w  Rosji  autorytet  rynkowej  de-
mokracji.  Do  Władimira  Putina,  który  jednak  wyciągnął  Rosję  z  zapaści, 

odnoszono  się  wrogo  nie  tylko  dlatego,  że  wzmocnił  w  Rosji  tradycyjnie 
autorytarne  („wertykalne”)  struktury  władzy,  ale  głównie  dlatego,  że  mu 

się powiodło. Obowiązywał bowiem – i obowiązuje nadal – pogląd, że Rosji 

nie  należy  życzyć  dobrze, jej  sukcesy  bowiem  są  zasadniczo  sprzeczne z 

background image

interesami Polski, a jej klęski są jej własną winą. Rosjanie  bowiem  – jak 

się argumentuje – nie są ofiarami komunizmu, ponieważ sami go wybrali; 
komunizm jako taki jest tworem Rosji właśnie, a nie myśli zachodniej; nie 

jest  nawet  prawdą,  że  w  osobie  Sołżenicyna  Rosja  wyraziła  skruchę  za 

komunizm,  w  gruncie  rzeczy  bowiem  autor  „Archipelagu  Gułag”  był  dla 
swych rodaków nazbyt pobłażliwy.  

Wynotowałem  to  polskie  credo  nie  z  prasy  prawicowo-nacjonalistycznej, 
lecz  z  programowego  artykułu  Ernesta  Skalskiego  „Czerwona  zaraza, 

czarna śmierć” wydrukowanego w „Gazecie Wyborczej”. Niestety, harmo-

nizował  on  z  ogólną  linią  tego  znakomitego  skądinąd  pisma.  Przypomnę, 
że z  okazji  wizyty  Putina  w  Polsce  ta  sama  „Gazeta  Wyborcza” opubliko-

wała  komentarz  Krystyny  Kurczab-Redlich,  nazywający  prezydenta  Rosji 
„dzisiejszym Stalinem” lub „faszystą”, wierzącym w knut i skutecznie dła-
wiącym nie tylko wolność słowa, lecz nawet wolność myślenia”; że publi-

cyści  tej  gazety  z  życzliwą  wyrozumiałością  odnosili  się  do  czeczeńskich 
akcji  terrorystycznych  i  to  w  dodatku  wykonywanych  pod  kierownictwem 

jordańskiego  fundamentalisty  emira  Chattaba,  osobiście  powiązanego  z 
Bin Ladenem, który nakazał mu „zniszczenie Rosji”; że na czeczeńską na-
paść  na  orkiestrę  wojskową  w  Kaspijsku,  przechodzącą  przez  miasto  w 

otoczeniu dzieci i weteranów wojny z okazji obchodów Dnia Zwycięstwa (w 
wyniku  tej  napaści  zginęło  41  osób)  „Gazeta  zareagowała  nie  wyrazami 
solidarności z ofiarami terroru (jak to uczynił m.in. prezydent G.W. Bush), 

lecz artykułem W. Jagielskiego o bohaterskim Chattabie, którego śmierć z 
rąk Rosjan dała Czeczenom powód do krwawego odwetu w Kaspijsku. Ar-

tykuł  ten,  warto  dodać,  opatrzony  był  wizerunkiem  Chattaba  i  wyrażał 
wielki, graniczący z podziwem szacunek dla jego działalności. 

W roku 2005 odbyły się w Moskwie uroczyste obchody 60. rocznicy zwy-

cięstwa  nad  hitlerowskimi  Niemcami.  Chętnie  zgodzę  się,  że  Putin  nadał 
im  charakter  mocarstwowo-triumfalistyczny,  co  kontrastowało  z  polityką 

przemilczania straszliwych kosztów zwycięstwa, będących rezultatem sta-
linowskich  represji.  Nie  ulega  też  wątpliwości,  że  Putin  nie  powinien  był 

background image

reagować na wystąpienia antyrosyjskie w prasie polskiej (wzywające pre-

zydenta  Kwaśniewskiego  do  zbojkotowania  obchodów)  przemilczeniem 
polskiego wkładu w zwycięstwo. Ale oczywiste jest również, że nie doszło 

by do tego, gdyby prasa polska akceptowała obchody zwycięstwa – akcen-

tując, że było to również zwycięstwo polskie – a nie prześcigała się w wy-
powiedziach nawołujących do bojkotu tej uroczystości.  

W prasie polskiej oceniono Putinowskie obchody zwycięstwa bardzo nega-
tywnie,  traktując  je  jako  przejaw  rosyjskiej  pychy  imperialnej  i  wrogości 

wobec Polski, wymagającej zdecydowanego odporu. Zapomniano jednak o 

tym, co było 10 lat temu – w okresie, gdy Rosja przeżywała głębokie roz-
czarowanie  do  wyników  zmiany  ustrojowej,  przeżywając  okres  upokorze-

nia  i  nie  mogąc  nawet  marzyć  o  jakiejkolwiek  dumie  imperialnej.  Otóż 
prezydent  Wałęsa  odmówił  wówczas  przybycia  na  uroczystą  defiladę  w 
Moskwie  z  okazji  50.  rocznic  zwycięstwa  nad  Niemcami  i  oświadczył,  że 

premier  Oleksy  będzie  tam  prezentować  wyłącznie  siebie  i  bliskie  sobie 
siły  polityczne  oraz  że  jego  decyzja  przyjazdu  do  Moskwy  jest  w  istocie 

aktem zdrady politycznej, podobnym do Targowicy i zasługującym na osą-
dzenie przez Trybunał Stanu.  

Tym samym Rosja została potraktowana jako formalny wróg Polski – po-

mimo  że  w  uroczystościach  moskiewskich  wziął  udział  prezydent  USA, 
prezydent  Francji,  a  nawet  kanclerz  zjednoczonych  Niemiec.  Aby  zrozu-
mieć, jak odebrano to w Rosji trzeba zdawać sobie sprawę, że po dyskre-

dytacji  komunizmu  zwycięstwo  w  wojnie  z  Hitlerem  stało  się  dla  Rosjan 
najważniejszym  źródłem  dumy  narodowej.  Okupiono  to  zwycięstwo  ofia-

rami niewiarygodnie wysokimi (oddało życie blisko 27 milionów ludzi), ale 
uzyskano w zamian rzecz ogromnie dla Rosjan ważną: poczucie, że ocalili 
Europę, że zostało to docenione i że mają być z czego dumni. Olbrzymia 

cześć  Rosjan  pogodziła  się  z  utratą  terytorialnych  zdobyczy  tej  wojny, 
przyjęła do wiadomości brak efektywnej pomocy Zachodu w okresie eko-

nomicznej zapaści, nie dotrzymanie obietnic danych Gorbaczowowi i dość 
powszechny brak entuzjazmu wobec idei „powrotu Rosji do wspólnego eu-

background image

ropejskiego domu”. Ale właśnie dlatego nie można było oczekiwać od Ro-

sjan,  że  rozbroją  się  moralnie  wyrzekając  się  pamięci  o  dniach  swojej 
chwały.  

Zbojkotowanie przez niepodległą Polskę największego święta postkomuni-

stycznej Rosji przesądziło negatywnie sprawę polsko-rosyjskiego pojedna-
nia – w tym również sprawę wspólnego uczczenia ofiar zbrodni katyńskiej. 

Rosja zareagowała na to wyniosłym nieco ignorowaniem Polski. Polska na-
tomiast zaangażowała się rodzaj moralnej walki z Rosją, prowadzonej przy 

pomocy  nieprzyjaznych  i  zaczepnych  gestów  symbolicznych,  zmierzają-

cych do moralnego upokorzenia Rosjan, nawet za cenę rezygnacji z mate-
rialnych korzyści, które można by mieć w zamian za bardziej pragmatycz-

ną  politykę  wobec  byłego  hegemona  regionu.  W  ocenie  przyczyn  upadku 
ZSRR za wyraz naiwności uznano pogląd, że główną z nich był kryzys legi-
tymizacji  systemu,  a  więc  czynnik  moralno-ideowy;  przyjęto  natomiast 

brutalną  diagnozę  Zbigniewa  Brzezińskiego,  dowodzącą,  że  Rosja  jest  po 
prostu „krajem pokonanym”, który przegrał „zimną wojnę” i zmuszony zo-

stał  do  kapitulacji.  Skoro  zaś  pokonani  z  natury  rzeczy  muszą  żywić  na-
dzieję  na  odwet,  przeto  nie  należy  ustawać  w  dyktowaniu  im  surowych 
warunków, aby do końca wykorzystać odniesione zwycięstwo. 

Cele polskiej polityki zagranicznej określone zostały (jak to wyraził z apro-
batą  Bogdan  Cywiński)  jako  „kopanie  i  pogłębianie  obronnej  fosy  między 
sobą a Rosją”. Co ciekawsze, wykopywano tę fosę nie tylko przy pomocy 

normalnych  (a  więc  maskujących  swe  istotne  cele)  działań  dyplomatycz-
nych,  lecz  również  używając  i  nadużywając  gestów  jawnie  wrogich,  nie 

mających  żadnego  konkretnego  celu  poza  drażnieniem  i  upokarzaniem 
wschodniego  sąsiada.  Jaki  bowiem  sens  miało  zburzenie  toruńskiego  po-
mnika  żołnierzy  radzieckich  w  lipcu  1997  roku,  powtarzane  parokrotnie 

(bo nie było to technicznie łatwe), wbrew protestom z Rosji, Ukrainy i Bia-
łorusi i  wbrew poglądom  większości mieszkańców miasta? Jaki konkretny 

sens miało usunięcie z Krakowa pomnika marszałka Koniewa, który ocalił 
Kraków  i  Częstochowę  przed  zniszczeniem,  zaskakując  Niemców  niespo-

background image

dziewanym  manewrem  oskrzydlającym?  Czemu  służyć  miało  pokazanie 

Putinowi w Oświęcimiu nie dokumentów na temat wyzwolenia obozu przez 
Armię Radziecką, ale wystawy na temat zniewolenia narodów ZSRR?  

Piszę te słowa w listopadzie 2009 roku, a więc w okresie, gdy rząd Donal-

da Tuska poczynił pewne kroki na rzecz normalizacji stosunków z Rosją, a 
premier Rosji, Władimir Putin, wziął udział w polskich obchodach 70. rocz-

nicy  wybuchu  II  wojny  światowej,  poprzedzając  swój  przyjazd  publikacją 
obszernego i  pełnego dobrej woli „Listu do Polaków”. Wróciłem  właśnie z 

Moskwy,  z  międzynarodowej  konferencji  pt.  „Polska  i  Rosja:  obowiązek 

pamięci i prawo do zapomnienia”, zorganizowanej z intencją przyczynienia 
się  do  wzajemnego  zrozumienia  i  pojednania  między  Rosją  a  Polską.  Jej 

obrady  sprawiały  wrażenie,  że  w  stosunkach  między  Polską  a  Rosją 
wszystko jest w jak najlepszym porządku, że dzielą nas tylko różne ukie-
runkowania historycznej pamięci, ale że są to różnice, które dziś nie mu-

szą uniemożliwiać wzajemnej życzliwości i współpracy.  

Tak  się  jednak  złożyło,  że  tuż  przed  wyjazdem  do  Moskwy  wpadły  mi  w 

ręce  materiały  innej  konferencji,  zorganizowanej  w  marcu  ub.  roku  we 
Wrocławiu,  pod  auspicjami  Kolegium  Europy  Wschodniej  im.  Jana  Nowa-
ka-Jeziorańskiego  i  wydane  pt.  Polska  polityka  wschodnia.  Czytamy  w 

niej,  że  polskim  interesem  narodowym  jest,  od  XIV  stulecia  bez  zmian, 
„okcydentalizacja polityczna, gospodarcza i cywilizacyjna Ukrainy, Białoru-
si,  Mołdawii  i  być  może  również  krajów  kaukaskich”  (ale  nie  Rosji!),  co 

stawia  nas  „w  zasadniczej  sprzeczności  z  polityką  rosyjską”;  że  chcemy 
być  „w  centrum  Europy”  czyli  odepchnąć  Rosję  jak  najdalej  na  wschód, 

Rosja zaś, o zgrozo, nie pozwala nam realizować tej polityki, że jest to na-
szą „strategią narodową”, a jeśli nie podoba się Unii Europejskiej, to „po-
winniśmy codziennie powtarzać, że kochamy Rosję najbardziej na świecie, 

a  jednocześnie  robić  swoje”.  Są  to  wypowiedzi  Jerzego  Marka  Nowakow-
skiego,  dyrektora  Centrum  Wschodniego  Polish  Open  University.  Wtóruje 

mu  dzielnie  poseł  Paweł  Zalewski,  dowodzący,  że  „własny  interes,  zdefi-
niowany przez polską historię” sięga Morza Kaspijskiego, zaś udział Pola-

background image

ków w rozwoju Tbilisi jest „częścią naszego dziedzictwa”, i że również na 

Zakaukaziu  i  w  Armenii  „jesteśmy  w  stanie  odegrać  rolę  wiarygodnego 
promotora przemian demokratycznych” itd.  

Inni  uczestnicy  tej  konferencji  wypowiadali  się  mniej  zdecydowanie,  ale 

nie było żadnego głosu przeciw (z wyjątkiem wypowiedzi Rosjanina, prof. 
Mikołaja  Iwanowa).  Zastanawia  też  brak  tradycyjnych  argumentów  o  za-

grożeniu  Polski  przez  rosyjski  imperializm.  Uczestnicy  konferencji  nie  za-
kwestionowali  opinii  dyrektora  Polskiego  Instytutu  Spraw  Międzynarodo-

wych,  Sławomira  Dębskiego,  że  za  cenę  uznania  status  quo  mielibyśmy 

dobre  relacje  z  Rosją,  tak  jak  Węgry.  Rzecz  w  tym  jednak,  że  to  Polska 
chce  zmiany  status  quo  na  swoją  korzyść,  kosztem  Rosji.  Wyrażając  to 

dobitnie, lecz ściśle, to Polska właśnie jest państwem rewizjonistycznym.  

Wypowiedź niniejsza nie jest miejscem dla polemiki z tą wizją wschodniej 

misji Polski. Uważam ją za dogłębnie nierealistyczną, ale chcę koncentro-

wać się na problemach moralnych. Otóż w stosunku do Rosji w znacznej 
części  klasy  politycznej  dzisiejszej  Polski  dostrzegam  coś,  co  bardzo  źle 

kojarzy mi się moralnie. Z jednej strony ustawiamy się na pozycji niewin-
nej ofiary rosyjskiego imperializmu, rzeczywistego lub urojonego, przyzna-
jąc  sobie  prawo  do  przemawiania  do  Rosjan  tonem  moralnej  wyższości, 

wiedząc, że są na to wrażliwi i licząc, że podkopie to ich wiarę w siebie. Z 
drugiej  strony,  wchodzimy  w  anachroniczną  rolę  quasi-  imperialnego  ry-
wala Rosji, przeceniając w śmieszny czasem sposób swe własne możliwo-

ści, nie licząc się ani z Unią Europejską, której jesteśmy członkiem, ani z 
opinią  większości  własnego  społeczeństwa,  zupełnie  przeważnie  obcego 

takim  ambicjom.  Co  ciekawe,  wolimy  „okcydentalizować”  Zakaukazie  niż 
Rosję, co potwierdza podejrzenie, że chodzi nam w istocie nie o szerzenie 
na  Wschodzie  europejskości,  lecz  o  promowanie  własnych  politycznych 

wpływów.  

Tym  samym  marnujemy,  niestety,  duże  możliwości  naszego  kraju  we 

wpływaniu na pozytywny rozwój sytuacji w Rosji, w integrowaniu jej z Za-

background image

chodem. Wielu z nas bowiem boi się nie przysłowiowego „barbarzyństwa” 

rosyjskiego niedźwiedzia, lecz właśnie europejskiego rozkwitu i odrodzenia 
Rosji. 

 

Autor jest jednym z najwybitniejszych historyków, członkiem rze-
czywistym  Polskiej  Akademii  Nauk,  Em.  profesorem  na  wielu 

uczelniach,  w  tym  Notre  Dame  University  w  Stanach  Zjednoczo-
nych.