background image

StephenKing
MAŁPA
(The Monkey)
przeł. Paulina Braiter

Kiedy Hal Shelburn ujrzał, jak jego syn Dennis wyci

ą

ga j

ą

 z 

nadgniłego kartonowego pudełka po purinie Ralstona, wypchni

ę

tego 

ę

boko w k

ą

t pod uko

ś

nym dachem strychu, ogarn

ę

ła go taka groza i 

rozpacz, 

ż

e przez chwil

ę

 wydało mu si

ę

ż

e zacznie krzycze

ć

. Uniósł 

do ust pi

ęść

, jakby chciał wepchn

ąć

 krzyk z powrotem do gardła... po 

czym zaledwie zakasłał. Terry ani Dennis niczego zauwa

ż

yli, lecz 

Petey obejrzał si

ę

 ciekawie.

- Hej, fajna! - rzekł z szacunkiem Dennis. Hal niecz

ę

sto ju

ż

 słyszał 

w głosie chłopca podobny ton. Dennis miał 12 lat.
- Co to? - spytał Peter. Znów zerkn

ą

ł na ojca. Potem jednak 

znalezisko starszego brata pochłon

ę

ło go bez reszty. - Co to jest, 

tatusiu? 
- To małpa, pierdoło - odparł Dennis. - Nigdy nie widziałe

ś

 małpy? 

- Nie nazywaj brata pierdoł

ą

 - upomniała automatycznie Terry i 

zacz

ę

ła ogl

ą

da

ć

 pudło zasłon. Dotkn

ą

wszy o

ś

lizgłego od ple

ś

ni 

materiału, upu

ś

ciła je szybko. - Fuj.

 

- Mog

ę

 j

ą

 sobie wzi

ąć

, tatusiu? - spytał Petey. Miał dziewi

ęć

 

lat.
- Co to znaczy mog

ę

? - krzykn

ą

ł Dennis. - Ja j

ą

 znalazłem!

- Chłopcy, prosz

ę

 - wtr

ą

ciła Terry. - Boli mnie głowa. 

Hal prawie ich nie słyszał. Błyszcz

ą

ce oczy małpy patrzyły na niego z 

r

ą

k starszego syna. Jej pysk wykrzywiał stary, znajomy u

ś

miech. Ten 

sam u

ś

miech, który nawiedzał jego koszmary w dzieci

ń

stwie i n

ę

kał go, 

póki...

Na zewn

ą

trz zerwał si

ę

 zimny wiatr; z bezcielesnych ust 

uleciało długie tchnienie, wpadaj

ą

ce ze 

ś

wistem w star

ą

przerdzewiał

ą

 rynn

ę

. Petey przysun

ą

ł si

ę

 do ojca, z niepokojem 

patrz

ą

c na szorstkie belki dachu, z których wystawały główki gwo

ź

dzi. 

- Co to było, tato? - spytał, gdy 

ś

wist zamilkł w gardłowym j

ę

ku.

- To tylko wiatr - odparł Hal, wci

ąż

 przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 małpie.  

Jej talerze, w 

ś

wietle nagiej 

ż

arówki bardziej przypominaj

ą

ce 

półksi

ęż

yce ni

ż

 pełne mosi

ęż

ne kr

ę

gi, trwały 

w bezruchu, oddalone od siebie o jak

ąś

 stop

ę

. Zapatrzony, dodał 

odruchowo: - Wiatr mo

ż

i gwi

ż

d

ż

e, ale nigdy nie 

ś

piewa. - W tym momencie u

ś

wiadomił sobie, 

ż

e to powiedzonko wujka Willa, i po plecach przebiegł mu dreszcz.

D

ź

wi

ę

k rozległ si

ę

 ponownie. Wiatr znad jeziora Crystal uderzył 

w dach i zamarł 
w rynnie. Pół tuzina szczelin przepuszczało do 

ś

rodka zimne, 

pa

ź

dziernikowe powietrze, które owiało twarz Hala. Bo

ż

e, to miejsce 

tak bardzo przypominało tylny składzik w domu w Hartford, 

ż

e poczuł 

si

ę

, jakby cofn

ą

ł si

ę

 w czasie o 30 lat.

Nie b

ę

d

ę

 o tym my

ś

lał.

Lecz oczywi

ś

cie teraz mógł my

ś

le

ć

 wył

ą

cznie o tym.

W tylnym składziku, tam wła

ś

nie znalazłem t

ę

 przekl

ę

t

ą

 małp

ę

. W tym 

samym pudle. 
Terry odeszła, aby zbada

ć

 zawarto

ść

 drewnianej skrzyni, wypełnionej 

przeró

ż

nymi rupieciami. Musiała si

ę

 schyli

ć

, bo w tym miejscu dach 

opadał nisko. 
- Nie podoba mi si

ę

 - oznajmił Petey i zacz

ą

ł maca

ć

 w poszukiwaniu 

r

ę

ki ojca. - Dennis mo

ż

e j

ą

 sobie wzi

ąć

, je

ś

li chce. Tatusiu, chod

ź

my 

ju

ż

- Boisz si

ę

 duchów, tchórzu? - spytał Dennis.

- Dennis, przesta

ń

! - rzuciła z roztargnieniem Terry i wyj

ę

ła ze 

skrzyni cieniutk

ą

 fili

ż

ank

ę

, ozdobion

ą

 chi

ń

skim wzorem. - Ładna, 

naprawd

ę

...

Hal ujrzał, 

ż

e Dennis znalazł kluczyk na plecach małpy. Groza w jego 

sercu rozwin

ę

ła czarne skrzydła.

- Nie rób tego!

background image

Zabrzmiało to ostrzej ni

ż

 planował: zanim zorientował si

ę

, co robi, 

wyrwał małp

ę

 

z r

ą

k Dennisa. Syn spojrzał na niego ze zdumieniem. Terry tak

ż

obejrzała si

ę

 przez rami

ę

a Petey uniósł wzrok. Przez chwil

ę

 wszyscy milczeli. Wiatr znów 

zagwizdał, tym razem bardzo cicho. Zabrzmiało to jak nieprzyjemne 
zaproszenie. 
- To znaczy, pewnie jest zepsuta - wyja

ś

nił Hal.

 

I była zepsuta. Chyba, 

ż

e akurat chciała działa

ć

.

- Ale nie musiałe

ś

 tak szarpa

ć

 - zaprotestował syn. 

- Dennis, zamknij si

ę

Chłopak wzdrygn

ą

ł si

ę

 i przez moment sprawiał wra

ż

enie 

zaniepokojonego. Hal od bardzo dawna tak do niego nie mówił - od 
czasu, gdy dwa lata temu stracił prac

ę

 w National Aerodyne w 

Kalifornii i cała rodzina przeniosła si

ę

 do Teksasu. Chwilowo Dennis 

postanowił nie dr

ąż

y

ć

 tematu. Odwrócił si

ę

 z powrotem do pudła po 

purinie i zacz

ą

ł w nim grzeba

ć

. Lecz odkrył jedynie 

ś

miecie. 

Zniszczone zabawki, brocz

ą

ce g

ą

bk

ą

 i spr

ęż

ynami.

Wiatr stawał si

ę

 coraz gło

ś

niejszy. Ju

ż

 nie gwizdał, lecz zawodził. 

Belki strychu zatrzeszczały cicho; zabrzmiało to jak kroki.
- Prosz

ę

, tatusiu - powtórzył Peter tak cicho, 

ż

e usłyszał go jedynie 

ojciec. 
- Zgoda - odparł. - Terry, idziemy. 
- Jeszcze nie sko

ń

czyłam... 

-  Powiedziałem: idziemy. 
Tym razem to ona spojrzała na

ń

 ze zdumieniem.

W motelu zaj

ę

li dwa s

ą

siaduj

ą

ce pokoje. O dziesi

ą

tej tego wieczoru 

chłopcy spali ju

ż

 w swojej sypialni a Terry w pokoju dorosłych. W 

czasie jazdy z domu w Casco za

ż

yła dwie tabletki valium, aby ze 

zdenerwowania nie dosta

ć

 migreny. Ostatnio łykała mnóstwo valium. 

Zacz

ę

ło si

ę

 to mniej wi

ę

cej wtedy, gdy National Aerodyne nie 

przedłu

ż

yła kontraktu z Halem. Przez ostatnie dwa lata pracował w 

Texas Instruments - oznaczało to cztery tysi

ą

ce dolarów rocznie 

mniej, ale przynajmniej miał prac

ę

. Powiedział Terry, 

ż

e mieli 

szcz

ęś

cie. Przytakn

ę

ła. Mnóstwo projektantów oprogramowania siedzi na 

zasiłku - zauwa

ż

ył. Przytakn

ę

ła. Firmowy dom w Arnette jest równie 

porz

ą

dny, jak stary we Fresno - dodał. Przytakn

ę

ła. Lecz odniósł 

wra

ż

enie, 

ż

e za ka

ż

dym razem kłamała.

Tracił te

ż

 kontakt z Dennisem. Czuł, 

ż

e dzieciak oddala si

ę

 od niego, 

osi

ą

gaj

ą

c przedwcze

ś

nie pr

ę

dko

ść

 ucieczkow

ą

. To tyle, Dennisie. 

Bywaj, nieznajomy. Miło było przejecha

ć

 si

ę

 z tob

ą

. Terry twierdziła, 

ż

e chłopak pali trawk

ę

. Czasami czuła jej zapach.  B

ę

dziesz musiał z 

nim pomówi

ć

, Hal. A on przytakn

ą

ł. Lecz jak dot

ą

d nie znalazł jeszcze 

stosownej okazji. 
Chłopcy spali. Terry spała. Hal poszedł do łazienki, zamykaj

ą

c za 

sob

ą

 drzwi. Usiadł na zamkni

ę

tej pokrywie sedesu i spojrzał na małp

ę

.

Nienawidził jej dotyku: mi

ę

kkiego, k

ę

dzierzawego, br

ą

zowego futra, 

miejscami zupełnie przetartego. Nienawidził jej u

ś

miechu. Ta małpa 

szczerzy si

ę

 jak czarnuch - powiedział kiedy

ś

 wujek Will. Ale to 

nieprawda. Nie u

ś

miechała si

ę

 jak czarnuch ani 

w ogóle jak człowiek. Ukazywała jedynie wyszczerzone z

ę

by. A je

ś

li 

nakr

ę

ciło si

ę

 mechanizm, jej wargi poruszały si

ę

, a kły zdawały si

ę

 

rosn

ąć

, zmienia

ć

 si

ę

 w z

ę

by wampira, wargi wykrzywiały si

ę

, talerze 

uderzały o siebie, głupia małpa, głupia nakr

ę

cana małpa, głupia, 

głupia...
Upu

ś

cił j

ą

. Trz

ę

sły mu si

ę

 r

ę

ce. 

Kluczyk na plecach z brz

ę

kiem uderzył o terakot

ę

. W nocnej ciszy ów 

d

ź

wi

ę

k wydał si

ę

 przera

ź

liwie gło

ś

ny. Małpa szczerzyła do niego z

ę

by, 

jej zamglone bursztynowe oczy, oczy lalki patrzyły z idiotyczn

ą

 

rado

ś

ci

ą

. Mosi

ęż

ne talerze unosiły si

ę

, jakby zaraz miały odegra

ć

 

marsza w piekielnej orkiestrze. Na spodzie wytłoczono napis: made in 
Hong Kong.
- Nie mo

ż

e ci

ę

 tu by

ć

 - szepn

ą

ł. - Kiedy miałem dziewi

ęć

 lat, 

wrzuciłem ci

ę

 do studni.

background image

Małpa u

ś

miechała si

ę

 do niego.

Na zewn

ą

trz, w mroku, czarny podmuch wiatru wstrz

ą

sn

ą

ł motelem.

*     *     *
Nast

ę

pnego dnia spotkali si

ę

 z bratem Hala Billem i jego 

ż

on

ą

 

Collette w domu wujka Willa i ciotki Idy.
- Czy kiedykolwiek przeszło ci przez my

ś

l, 

ż

ś

mier

ć

 w rodzinie to 

kiepski pretekst do odnawiania wi

ę

zi? - spytał Bill z lekkim 

u

ś

miechem. Nazwano go na cze

ść

 wuja Willa. Will 

i Bill, mistrzowie rodejo, mawiał wujek Will, czochraj

ą

c dłoni

ą

 włosy 

chłopca. To było jedno z jego powiedzonek. Tak jak to, 

ż

e wiatr mo

ż

i gwi

ż

d

ż

e, ale nigdy nie za

ś

piewa. Wujek Will umarł przed sze

ś

cioma 

laty i ciotka Ida mieszkała tu sama, a

ż

 w ko

ń

cu w zeszłym tygodniu 

powalił j

ą

 wylew. Umarła szybko, powiedział Bill, kiedy zadzwonił, by 

przekaza

ć

 Halowi wiadomo

ść

. Tak jakby wiedział. Jakby ktokolwiek mógł 

wiedzie

ć

. Mieszkała sama.

- Tak - odparł Hal. - Przeszło mi to przez my

ś

l. 

Razem przygl

ą

dali si

ę

 domowi, prawdziwemu domowi, w którym dorastali. 

Ich ojciec, marynarz ze statku handlowego, znikn

ą

ł z powierzchni 

ziemi, gdy byli bardzo mali: Bill twierdził, 

ż

e pami

ę

ta go jak przez 

mgł

ę

, lecz Hal nie miał 

ż

adnych wspomnie

ń

. Matka zmarła, kiedy Bill 

miał 10 lat, a Hal 8. Ciotka Ida przywiozła ich tutaj z Hartford 
autobusem Greyhounda. Tu si

ę

 wychowali. Tu poszli do college'u. 

Wła

ś

nie za tym miejscem t

ę

sknili. Bill został w Maine i obecnie 

prowadził popularn

ą

 kancelari

ę

 prawnicz

ą

 w Portland. 

Hal dostrzegł, 

ż

e Petey zaw

ę

drował w pobli

ż

e g

ą

szczu je

ż

yn po 

wschodniej stronie domu. 
- Nie wchod

ź

 tam, Petey! - zawołał. 

Chłopiec spojrzał na niego pytaj

ą

co. Hal poczuł, jak ogarnia go 

gwałtowna miło

ść

 do dziecka. I nagle znów pomy

ś

lał o małpie.

- Czemu, tato?
- Gdzie

ś

 tam jest stara studnia - wyja

ś

nił Bill. - Ale niech mnie 

diabli, je

ś

li pami

ę

tam gdzie. Twój tato ma racj

ę

, Petey; lepiej 

trzyma

ć

 si

ę

 z dala od tego miejsca. Spotkanie z cierniami nie byłoby 

przyjemne. Racja, Hal?
- Racja - odparł odruchowo Hal. Petey odszedł, nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 za 

siebie; pobiegł w dół zbocza wiod

ą

cego na mały skrawek pla

ż

y, gdzie 

Dennis puszczał kaczki. Dławi

ą

cy u

ś

cisk w piersi Hala zel

ż

ał lekko.

*     *     *
Bill mo

ż

e i zapomniał, gdzie była stara studnia, lecz pó

ź

niej tego 

samego popołudnia Hal pomaszerował bezbł

ę

dnie w jej stron

ę

przedzieraj

ą

c si

ę

 przez kolczaste zaro

ś

la. Ciernie szarpały flanelow

ą

 

kurtk

ę

 i si

ę

gały ku jego oczom. Dotarłszy na miejsce stan

ą

ł bez 

ruchu, dysz

ą

c ci

ęż

ko i przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 spróchniałym, spaczonym 

deskom, zakrywaj

ą

cym otwór. Po chwili wahania ukl

ą

kł (trzask 

zginanych kolan zabrzmiał niczym podwójny wystrzał 
z pistoletu) i odsun

ą

ł dwie z nich.

Z dna mokrego, tajemnego gardła spojrzała na niego ton

ą

ca twarz o 

szeroko rozwartych oczach i ustach wykrzywionych grymasem. Hal j

ę

kn

ą

ł 

cicho. Gło

ś

niejszy, wr

ę

cz ogłuszaj

ą

cy był j

ę

k jego serca. 

W ciemnej wodzie ujrzał sw

ą

 własn

ą

 twarz. 

Nie twarz małpy. Przez chwil

ę

 zdawało mu si

ę

ż

e widzi małp

ę

Dygotał cały. Wstrz

ą

sały nim dreszcze. 

Wrzuciłem j

ą

 do studni. Wrzuciłem j

ą

 do studni. Bo

ż

e, błagam, nie 

pozwól, bym zwariował. Wrzuciłem j

ą

 do studni.

Studnia wyschła tego samego lata, kiedy zgin

ą

ł Johnny McCabe, w rok 

po tym, jak Bill i Hal zamieszkali z wujkiem Willem i ciotk

ą

 Id

ą

Wujek Will po

ż

yczył z banku pieni

ą

dze 

i kazał wywierci

ć

 studni

ę

 artezyjsk

ą

, pozwalaj

ą

c, by zaro

ś

la je

ż

yn 

otoczyły star

ą

 kopan

ą

 studni

ę

. Wyschni

ę

t

ą

 studni

ę

.

Tyle 

ż

e woda wróciła, tak jak małpa.

Tym razem nie mógł ju

ż

 uciszy

ć

 wspomnie

ń

. Hal siedział bezradnie, 

dopuszczaj

ą

c je do siebie, próbuj

ą

c da

ć

 si

ę

 unie

ść

, niczym surfer 

uje

ż

d

ż

aj

ą

cy ogromn

ą

 fal

ę

, która zmia

ż

d

ż

yłaby go, gdyby spadł z deski. 

Marzył tylko o tym, by przez to przej

ść

, i znów zapomnie

ć

.

background image

*     *     *
Zakradł si

ę

 tu z małp

ą

 pó

ź

nym latem tego samego roku. Je

ż

yny ju

ż

 

dawno dojrzały 
i w powietrzu unosił si

ę

 mocny, lepki zapach. Nikt tu nie zbierał 

owoców, cho

ć

 ciotka Ida czasami stawała na skraju zaro

ś

li i zrywała 

garstk

ę

 je

ż

yn. Tu, w krzakach, je

ż

yny zd

ąż

yły ju

ż

 przejrze

ć

. Cz

ęść

 z 

nich gniła, wypuszczaj

ą

c z siebie g

ę

sty, biały, przypominaj

ą

cy rop

ę

 

płyn, a 

ś

wierszcze 

ś

piewały szale

ń

czym chórem w wysokiej trawie pod 

stopami, bez ko

ń

ca powtarzaj

ą

c: r-i-i-i-i....

Ciernie kłuły i szarpały jego skór

ę

. Na odsłoni

ę

tych r

ę

kach i 

policzkach wyst

ą

piły krople krwi. Nie próbował nawet ich unika

ć

Za

ś

lepił go strach - do tego stopnia, 

ż

e o mały włos nie wpadł na  

przegniłe deski, pokrywaj

ą

ce studni

ę

. Jeszcze chwila, a run

ą

łby 

dziesi

ęć

 metrów w dół na błotniste dno. Gwałtownie zamachał r

ę

kami, 

próbuj

ą

c utrzyma

ć

 równowag

ę

, i kolejne kolce odcisn

ę

ły swe pi

ę

tno na 

jego przedramionach. Wła

ś

nie to wspomnienie sprawiło, 

ż

e tak ostro 

zawołał Peteya.
To był dzie

ń

, w którym zgin

ą

ł Johnny McCabe - jego najlepszy 

przyjaciel. Johnny wspinał si

ę

 po drabince do domku na drzewie. Tego 

lata obaj chłopcy sp

ę

dzili tam mnóstwo czasu, bawi

ą

c si

ę

 w piratów, 

wygl

ą

daj

ą

c wyimaginowanych galeonów na jeziorze, przesuwaj

ą

c działa, 

refuj

ą

c grota (cokolwiek to znaczyło) i szykuj

ą

c si

ę

 do aborda

ż

u. 

Johnny wdrapywał si

ę

 do domku, jak to czynił tysi

ą

ce razy wcze

ś

niej, 

gdy szczebel tu

ż

 pod klap

ą

 w podłodze p

ę

kł mu w r

ę

kach i Johnny spadł 

na ziemi

ę

 z wysoko

ś

ci dziesi

ę

ciu metrów, 

i skr

ę

cił sobie kark, i wszystko to było win

ą

 małpy, małpy, tej 

przekl

ę

tej małpy. Kiedy zadzwonił telefon, gdy usta cioci Idy otwarły 

si

ę

 szeroko w niemym o grozy, kiedy jej przyjaciółka  Milly z 

s

ą

siedztwa powtórzyła co si

ę

 stało, gdy ciocia Ida powiedziała: 

"Chod

ź

 na werand

ę

, Hal. Mam złe wie

ś

ci.", natychmiast pomy

ś

lał z 

obezwładniaj

ą

c

ą

 zgroz

ą

: "Małpa! Co znów zrobiła?"

Tego dnia, gdy wyrzucił małp

ę

, na dnie studni nie dostrzegł 

uwi

ę

zionego odbicia własnej twarzy, jedynie kamyki i cuchn

ą

ce, mokre 

błocko. Spojrzał na małp

ę

 le

żą

c

ą

 po

ś

ród sztywnej trawy, rosn

ą

cej 

mi

ę

dzy spl

ą

tanymi krzakami je

ż

yn. Zabawka unosiła swe talerze, 

wyszczerzone z

ę

by połyskiwały pomi

ę

dzy rozchylonymi wargami. Patrzył 

na jej łysiej

ą

ce tu i ówdzie futro. Na szkliste oczy. 

- Nienawidz

ę

 ci

ę

! - sykn

ą

ł. Zacisn

ą

ł dło

ń

 wokół wstr

ę

tnego tułowia 

małpy, czuj

ą

c, jak k

ę

dzierzawe futro ugina si

ę

 pod palcami. Uniósł j

ą

 

do twarzy; małpa u

ś

miechała si

ę

 do niego.

- No dalej! - rzucił wyzywaj

ą

co. Po raz pierwszy tego dnia zacz

ą

ł 

krzycze

ć

. Potrz

ą

sn

ą

ł ni

ą

. Uniesione talerze zadr

ż

ały leciutko. Małpa 

psuła wszystko. Wszystko. - No ju

ż

, uderz w nie, uderz!

U

ś

miechała si

ę

.

- Dalej, uderz! - Jego głos wzniósł si

ę

 histerycznie. - No co, 

tchórzysz? Dalej! Uderz 
w nie. Wyzywam ci

ę

. WYZYWAM!

Ż

ółtobr

ą

zowe oczy. Szyderczo wyszczerzone z

ę

by.

I wtedy, oszalały z 

ż

alu i strachu, cisn

ą

ł j

ą

 do studni. Ujrzał, jak 

obraca si

ę

 w powietrzu - małpi akrobata, wykonuj

ą

cy kolejn

ą

 ewolucj

ę

Sło

ń

ce po raz ostatni zal

ś

niło na gładkiej powierzchni talerzy. Z 

głuchym łoskotem uderzyła o dno. Wstrz

ą

s musiał poruszy

ć

 mechanizmem, 

bo nagle talerze istotnie zacz

ę

ły uderza

ć

 o siebie. Ich miarowe, 

rytmiczne, metaliczne d

ź

wi

ę

ki wzlatywały ku jego uszom, odbijaj

ą

c si

ę

 

obł

ą

ka

ń

czym echem w kamiennej gardzieli martwej studni: d

ż

ang-d

ż

ang-

d

ż

ang-d

ż

ang...

Hal przycisn

ą

ł dłonie do ust. Ujrzał j

ą

 tam, mo

ż

e jedynie oczyma 

wyobra

ź

ni, le

żą

c

ą

 w błocie. Szklane oczy wpatrywały si

ę

 w male

ń

ki 

kr

ą

g chłopi

ę

cej twarzy, wygl

ą

daj

ą

cej zza cembrowiny (jakby 

zapami

ę

tywały j

ą

 na zawsze) Wargi rozszerzały si

ę

 i zw

ęż

ały wokół 

wyszczerzonych z

ę

bów, talerze uderzały o siebie. 

Ś

mieszna nakr

ę

cana 

małpka.
D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. Kto umarł? D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. Czy to 

Johnny McCabe? Spadaj

ą

cy z wytrzeszczonymi oczami, kr

ę

c

ą

cy własne 

background image

salta w jasnym, letnim, wakacyjnym powietrzu? Z p

ę

kni

ę

tym szczeblem 

wci

ąż

 tkwi

ą

cym w dłoniach. Coraz bli

ż

szy ziemi; za chwil

ę

 uderzy w 

ni

ą

 z gorzkim trzaskiem, i krew wytry

ś

nie z jego nosa, ust i oczu. 

Czy to Johnny, Hal? A mo

ż

e ty?

J

ę

cz

ą

c, Hal złapał deski i zasłonił nimi wylot studni, nie zwa

ż

aj

ą

na wbijaj

ą

ce si

ę

 

w dłonie drzazgi, nawet ich nie dostrzegaj

ą

c. Mimo to wci

ąż

 j

ą

 

słyszał. Drewniana zapora nieco tłumiła d

ź

wi

ę

k, który przez to stał 

si

ę

 jeszcze gorszy. Małpa le

ż

ała tam w kamiennej ciemno

ś

ci, wal

ą

c w 

talerze i kr

ę

c

ą

c swym ohydnym ciałem z odgłosem przypominaj

ą

cym 

koszmarny hałas ze snu.
D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. Kto umarł tym razem?

Hal rzucił si

ę

 p

ę

dem z powrotem, rozpychaj

ą

c gał

ę

zie je

ż

yn. Ciernie 

kre

ś

liły 

ś

wie

ż

e krwawe linie na jego twarzy. Li

ś

cie łopianu chwytały 

mankiety d

ż

insów i raz nawet wyło

ż

ył si

ę

 jak długi; w uszach wci

ąż

 mu 

dzwoniło, jakby d

ź

wi

ę

k go 

ś

cigał. Wujek Will znalazł go pó

ź

niej, 

siedz

ą

cego na starej oponie w gara

ż

u i zapłakanego. Uznał, i

ż

 Hal 

opłakuje martwego przyjaciela. Istotnie tak było. Jednak

ż

e płakał 

tak

ż

e, odreagowuj

ą

c strach.

Wyrzucił małp

ę

 pó

ź

nym popołudniem. Jeszcze tego wieczoru, gdy 

zmierzch zakradał si

ę

 skrycie, pochłaniaj

ą

c migotliwy płaszcz 

wieczornej mgiełki, samochód, jad

ą

cy stanowczo zbyt szybko jak na t

ę

 

widoczno

ść

, przejechał kota Manx ciotki Idy i nie zatrzymuj

ą

c si

ę

 

znikn

ą

ł w dali. Na całej drodze walały si

ę

 flaki. Bill zwymiotował, 

lecz Hal jedynie odwrócił twarz, blad

ą

, nieruchom

ą

 twarz. Szlochanie 

ciotki Idy (w poł

ą

czeniu z wie

ś

ci

ą

 o chłopaku McCabe'ów 

ś

mier

ć

 kota 

doprowadziła j

ą

 do gwałtownego ataku płaczu, granicz

ą

cego z histeri

ą

 

i wujek Will zdołał uspokoi

ć

 j

ą

 dopiero po dwóch godzinach) dobiegało 

go jakby z wielkiej oddali. W gł

ę

bi serca czuł zimn

ą

, triumfaln

ą

 

rado

ść

. To nie była jego kolej, tylko kolej kota ciotki. Nie jego, 

nie jego brata. Bila ani wujka Willa (dwóch mistrzów rodejo). Małpa 
odeszła. Le

ż

ała na dnie studni. Jeden stary kot Manx z kleszczami w 

uszach był doprawdy niewielk

ą

 zapłat

ą

. Je

ś

li nadal chciała uderza

ć

 w 

te piekielne talerze, prosz

ę

 bardzo. Mogła na nich gra

ć

 robakom i 

chrz

ą

szczom, mrocznym istotom, l

ę

gn

ą

cym si

ę

 w kamiennym brzuchu 

studni. Zgnije tam. Jej paskudne kółka, spr

ęż

ynki i przekładnie 

zardzewiej

ą

. I umrze w błocie i ciemno

ś

ci. A paj

ą

ki wysnuj

ą

 jej 

całun.
*     *     *
Ale wróciła.
Hal powoli znów zakrył studni

ę

, tak jak tamtego dnia, i nagle 

usłyszał widmowe echo talerzy małpy. D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. Kto 

umarł, Hal? Czy to Terry? Dennis? Czy to Petey, Hal? Jest twoim 
ulubie

ń

cem, prawda? Czy to on? D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang...

*     *     *
- Odłó

ż

 to! 

Petey wzdrygn

ą

ł si

ę

 i upu

ś

cił małp

ę

. Przez jeden koszmarny moment Hal 

s

ą

dził, 

ż

e to wystarczy, 

ż

e wstrz

ą

s uruchomi mechanizm i talerze znów 

zaczn

ą

 uderza

ć

 o siebie.

- Tatusiu, przestraszyłe

ś

 mnie.

- Przepraszam. Po prostu... nie chc

ę

ż

eby

ś

 si

ę

 ni

ą

 bawił.

Cała trójka pojechała do kina i s

ą

dził, 

ż

e pierwszy zd

ąż

y wróci

ć

 do 

motelu. Zabawił jednak w starym domu dłu

ż

ej ni

ż

 przypuszczał. Stare, 

znienawidzone wspomnienia poruszały si

ę

 w swej własnej strefie 

czasowej.
Terry siedziała obok Dennisa ,ogl

ą

daj

ą

c serial "The Beverly 

Hillbillies". 

Ś

ledziła stare, ziarniste obrazy z rozbawionym 

skupieniem, które 

ś

wiadczyło o tym, 

ż

e niedawno łykn

ę

ła valium. 

Dennis czytał pismo rockowe z Culture Club na okładce. Petey siedział 
na dywanie, majstruj

ą

c przy małpie.

- I tak nie działa - rzekł. 
"Co wyja

ś

nia, czemu Dennis mu j

ą

 oddał" - pomy

ś

lał Hal, i nagle 

ogarn

ą

ł go wstyd i gniew na samego siebie. Coraz cz

ęś

ciej odczuwał 

nieopanowan

ą

 wrogo

ść

 wobec starszego syna. Potem jednak czuł si

ę

 

background image

paskudnie winny, poni

ż

ony... bezradny.

- Nie - rzekł. - Jest stara, zamierzam j

ą

 wyrzuci

ć

. Daj mi j

ą

.

Wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 i Peter z niespokojn

ą

 min

ą

 wr

ę

czył mu zabawk

ę

- Ze starego robi si

ę

 niezły schizol - mrukn

ą

ł Dennis, zwracaj

ą

c si

ę

 

do matki.
Zanim zd

ąż

ył pomy

ś

le

ć

, Hal przebiegł ju

ż

 przez pokój. Wci

ąż

 trzymał w 

dłoni małp

ę

, która u

ś

miechała si

ę

 z aprobat

ą

. Złapał koszul

ę

 syna i 

szarpni

ę

ciem postawił go na nogi. Który

ś

 ze szwów pu

ś

cił z cichym 

trzaskiem. Dennis wpatrywał si

ę

 w ojca z niemal komicznym zdumieniem. 

Otwarty numer "Rockowej Fali" upadł na podłog

ę

.

- Hej! 
- Chod

ź

 ze mn

ą

 - polecił ponuro Hal, ci

ą

gn

ą

c chłopaka ku drzwiom 

prowadz

ą

cym 

do drugiego pokoju.
- Hal! - niemal krzykn

ę

ła Terry. Petey jedynie wybałuszył oczy.

Hal wci

ą

gn

ą

ł Dennisa do 

ś

rodka, zatrzasn

ą

ł drzwi i gwałtownie pchn

ą

ł 

na nie syna. Dennis zaczynał wygl

ą

da

ć

 na wystraszonego. 

- Masz zbyt niewyparzony j

ę

zyk - oznajmił Hal.

- Puszczaj! Rozdarłe

ś

 mi koszul

ę

, ty... 

Hal ponownie popchn

ą

ł chłopaka. 

- O tak - powiedział. - Naprawd

ę

 niewyparzony j

ę

zyk. Nauczyłe

ś

 si

ę

 

tego w szkole? A mo

ż

e w palarni?

Dennis zarumienił si

ę

. Przez sekund

ę

 na jego twarzy odbiło si

ę

 

poczucie winy. 
- Nie musiałbym chodzi

ć

 do tej zasranej szkoły, gdyby ci

ę

 nie wylali! 

- wybuchn

ą

ł. 

Hal raz jeszcze pchn

ą

ł Dennisa na drzwi.

- Nikt mnie nie wylał. Nie przedłu

ż

yli kontraktu. Dobrze o tym wiesz 

i nie 

ż

ycz

ę

 sobie słucha

ć

 twojego gl

ę

dzenia. Masz jaki

ś

 problem? 

Witaj na 

ś

wiecie, Dennis. Ale nie zwalaj wszystkiego na mnie. Jeszcze 

jesz, wkładasz co

ś

 na tyłek. Masz dwana

ś

cie lat i... nie... 

ż

ycz

ę

... 

sobie... wysłuchiwa

ć

... twoich... narzeka

ń

. - Podkre

ś

lał ka

ż

de słowo 

przyci

ą

gaj

ą

c chłopca do siebie tak, 

ż

e ich nosy niemal si

ę

 stykały i 

odpychaj

ą

c z powrotem. Nie czynił tego do

ść

 mocno, by bolało, lecz 

Dennis wyra

ź

nie si

ę

 bał - od czasu przeprowadzki do Teksasu ojciec 

nawet go nie tkn

ą

ł - tote

ż

 w ko

ń

cu rozpłakał si

ę

 gło

ś

nym, zdrowym, 

zawodz

ą

cym płaczem.

- No dalej, zbij mnie! - wrzasn

ą

ł. Na jego wykrzywion

ą

 twarz 

wyst

ą

piły czerwone plamy. - Zbij mnie, je

ś

li chcesz! Wiem, jak 

cholernie mnie nienawidzisz!
- Nie nienawidz

ę

 ci

ę

. Bardzo ci

ę

 kocham, Dennis. Ale jestem twoim 

ojcem i masz okazywa

ć

 mi szacunek W przeciwnym razie oberwiesz.

Dennis próbował si

ę

 wyrwa

ć

. Hal przyci

ą

gn

ą

ł do siebie syna i obj

ą

ł 

go. Przez chwil

ę

 chłopak jeszcze walczył, potem przytulił twarz do 

piersi Hala i zacz

ą

ł płaka

ć

 na dobre. Hal 

od lat nie słyszał, by które

ś

 z jego dzieci tak płakało. Zamkn

ą

ł 

oczy, u

ś

wiadamiaj

ą

c sobie, 

i

ż

 czuje ogromne znu

ż

enie. 

Terry zacz

ę

ła dobija

ć

 si

ę

 z drugiej strony. 

- Przesta

ń

, Hal! Cokolwiek mu robisz, przesta

ń

!

- Nie zabijam go - rzekł. - Odejd

ź

, Terry!

- Nie wa

ż

 si

ę

...

- Wszystko w porz

ą

dku, mamo - wtr

ą

cił Dennis stłumionym głosem, wci

ąż

 

przywieraj

ą

c do piersi ojca. 

Przez chwil

ę

 stała tam w milczeniu; wyczuwał jej zagubienie. Potem 

odeszła. Hal spojrzał na swego syna.
- Przepraszam, 

ż

e ci

ę

 tak nazwałem, tato - powiedział niech

ę

tnie 

Dennis.
- W porz

ą

dku. Przyjmuj

ę

 przeprosiny i dzi

ę

kuj

ę

. Kiedy w nast

ę

pnym 

tygodniu wrócimy do domu, odczekam dwa-trzy dni, a potem przejrz

ę

 

wszystkie twoje szuflady. Je

ś

li jest w nich co

ś

, czego nie chciałby

ś

 

mi pokaza

ć

, lepiej si

ę

 tego pozb

ą

d

ź

.

Znów ta wina winowajcy. Dennis spu

ś

cił wzrok i otarł wierzchem dłoni 

zasmarkany nos. 

background image

- Mog

ę

 ju

ż

 i

ść

? - W jego głosie ponownie zabrzmiała uraza.

- Jasne - odparł Hal i pu

ś

cił go. Wiosn

ą

 musz

ę

 zabra

ć

 go camping. 

Tylko my dwaj. B

ę

dziemy łowi

ć

 ryby jak wujek Will ze mn

ą

 i z Billem. 

Musz

ę

 si

ę

 do niego zbli

ż

y

ć

. Musz

ę

 spróbowa

ć

.

Usiadł na łó

ż

ku w pustym pokoju i spojrzał na małp

ę

. Ju

ż

 nigdy si

ę

 do 

niego nie zbli

ż

ysz, Hal - zdawał si

ę

 mówi

ć

 jej u

ś

miech. Mo

ż

esz mi 

wierzy

ć

. Wróciłam, aby wszystkim si

ę

 zaj

ąć

. Zawsze wiedziałe

ś

ż

e tak 

b

ę

dzie.

Hal odło

ż

ył j

ą

 na bok i zasłonił dłoni

ą

 oczy. 

*     *     *
Stał w łazience i rozmy

ś

lał, szczotkuj

ą

c z

ę

by. Była w tym samym 

pudle. Jak to mo

ż

liwe, by była w tym samym pudle?

Szczoteczka d

ź

gn

ę

ła w gór

ę

, bole

ś

nie uderzaj

ą

c w dzi

ą

sło. Skrzywił 

si

ę

.

Kiedy pierwszy raz ujrzał małp

ę

, miał cztery lata, a Bill sze

ść

Zanim jeszcze zgin

ą

ł, albo zapadł si

ę

 w gł

ą

b dziury na ko

ń

cu 

ś

wiata, 

czy cokolwiek go spotkało, ich zaginiony ojciec kupił dom w Hartford, 
który nale

ż

ał do nich - uczciwie, bez 

ż

adnych ale. Matka pracowała 

jako sekretarka w Holmes Aircraft, fabryce helikopterów w Westville, 
i zatrudniała cał

ą

 seri

ę

 opiekunek, zajmuj

ą

cych si

ę

 chłopcami. Tyle 

ż

e w owym czasie tylko Hal wymagał całodziennej opieki - Bill był ju

ż

 

du

ż

y i chodził do pierwszej klasy. 

Ż

adna opiekunka nie zabawiła 

długo. Zachodziły w ci

ążę

 i po

ś

lubiały swoich chłopaków, albo 

zatrudniały si

ę

 u Holmesa, albo te

ż

 pani Shelburn odkrywała, 

ż

poci

ą

gaj

ą

 ukradkiem z butelki kuchennej sherry czy koniaku, 

przechowywanego na szczególne okazje w kredensie. Najcz

ęś

ciej były to 

głupie dziewczyny, które interesowało jedynie jedzenie i spanie. 

Ż

adna z nich nie chciała czyta

ć

 Halowi, jak robiła to matka. 

Tej długiej zimy ich opiekunk

ą

 była rosła, szczupła czarna dziewczyna 

imieniem Beulah. Kiedy matka Hala przebywała w jej pobli

ż

u, Beulah 

cackała si

ę

 chłopcem; gdy jej nie było, czasem go szczypała. Mimo 

wszystko Hal nawet lubił Beulah, która od czasu do czasu czytała mu 
barwne opowie

ś

ci z jednego z pism z Prawdziwymi Historiami 

Ż

yciowymi 

b

ą

d

ź

 Detektywistycznymi ("Zmysłowa Rudowłosa w Obj

ę

ciach 

Ś

mierci" - 

intonowała złowieszczo Beulah w sennej południowej ciszy salonu i 
wsuwała do ust kolejny cukierek orzechowy  Reese'a, podczas, gdy Hal 
z uwag

ą

 studiował ziarniste zdj

ę

cia w brukowcu i popijał mleko ze 

swego kubeczka dobrych 

ż

ycze

ń

). Fakt, 

ż

e j

ą

 lubił, sprawił, i

ż

 

jeszcze gorzej zniósł to, co si

ę

 stało.

Znalazł małp

ę

 zimnego, pochmurnego marcowego dnia. Od czasu do czasu 

fala deszczu ze 

ś

niegiem zacinała o szyb

ę

. Beulah spała na kanapie z 

egzemplarzem "Mojej Historii" otwartym na bujnym biu

ś

cie.

Hal zakradł si

ę

 do składziku, by obejrze

ć

 rzeczy ojca.

Składzik był w istocie dodatkow

ą

 komórk

ą

 na całej długo

ś

ci pierwszego 

pi

ę

tra po lewej stronie, dodatkowym pomieszczeniem, którego nigdy nie 

wyko

ń

czono. Mo

ż

na si

ę

 było do

ń

 dosta

ć

 małymi drzwiami - jak te w gł

ą

króliczej nory - w sypialni chłopców, po stronie Billa. Obaj lubili 
tam chodzi

ć

, cho

ć

 w zimie był tam straszny zi

ą

b, a w lecie upał tak 

wielki, 

ż

e wyciskał z młodzie

ń

czej skóry całe wiadra potu. Długi, 

w

ą

ski, czasem duszny składzik p

ę

kał w szwach od fascynuj

ą

cych 

rupieci. Niewa

ż

ne jak wiele si

ę

 ich przejrzało, nigdy nie obejrzało 

si

ę

 wszystkich. Raz z Billem sp

ę

dzali w nim całej sobotnie 

popołudnia, ledwie odzywaj

ą

c si

ę

 do siebie, wyci

ą

gaj

ą

c rzeczy z 

pudeł, ogl

ą

daj

ą

c je, obracaj

ą

c nieustannie tak, by r

ę

ce wchłon

ę

ły 

ka

ż

d

ą

 now

ą

 rzeczywisto

ść

, i odkładaj

ą

c na miejsce. Teraz Hal 

zastanawiał si

ę

, czy wówczas nie próbowali z Billem w jedyny dost

ę

pny 

im sposób nawi

ą

za

ć

 kontaktu z zaginionym ojcem.

Ojciec był marynarzem na statku handlowym. Miał patent nawigatora, 
tote

ż

 

w składziku le

ż

ały całe stosy map, cz

ęś

ciowo poznaczonych równymi 

kółkami (po

ś

rodku ka

ż

dego widniał dołek po ostrzu cyrkla). Obok nich 

spoczywało dwadzie

ś

cia tomów zatytułowanych "Przewodnik nawigacyjny 

Barrona" i pokrzywiona lornetka, która, je

ś

li patrzyłe

ś

 w ni

ą

 zbyt 

długo, sprawiała, 

ż

e oczy zaczynały piec i dziwnie widzie

ć

. Były tam 

background image

te

ż

 turystyczne pami

ą

tki z tuzina ró

ż

nych portów - gumowe tancerki 

hula, czarny kartonowy melonik z rozdart

ą

 wst

ąż

k

ą

, na której 

napisano: "Jednym dziewczyna 

ż

ycie umili, mnie Picadilly", szklana 

kula, w której wn

ę

trzu umieszczono male

ń

k

ą

 wie

żę

 Eiffela. Były tam 

koperty z zagranicznymi znaczkami, starannie uło

ż

onymi w 

ś

rodku, i 

zagraniczne monety; próbki minerałów z hawajskiej wyspy Maui, 
szklisto czarne, ci

ęż

kie i dziwnie złowrogie, oraz dziwaczne płyty w 

obcych j

ę

zykach.

Tego dnia, gdy deszcz hipnotycznie b

ę

bnił o dach tu

ż

 na jego głow

ą

Hal przekopał si

ę

 a

ż

 na najdalszy koniec składziku. Odsun

ą

ł jaki

ś

 

karton i ujrzał za nim kolejny - pudełko po  purinie Rolstona. Znad 
tekturowej 

ś

cianki wygl

ą

dała para szklanych orzechowych oczu. Ich 

widok przestraszył go, tote

ż

 na moment odskoczył z wal

ą

cym sercem, 

jakby odkrył 

ś

miertelnie gro

ź

nego pigmeja. Pó

ź

niej jednak dostrzegł 

ich milczenie, martwy połysk, 
i poj

ą

ł, 

ż

e to jaka

ś

 zabawka. Ponownie ruszył naprzód i ostro

ż

nie 

wyj

ą

ł j

ą

 z pudła.

U

ś

miechała si

ę

 do niego w 

ż

ółtym 

ś

wietle, szczerz

ą

c z

ę

by i unosz

ą

wysoko talerze.
Zachwycony Hal zacz

ą

ł obraca

ć

 j

ą

 w dłoniach. Jego palce muskały 

k

ę

dzierzawe futro. Podobał mu si

ę

 zabawny u

ś

miech małpy. Ale czy nie 

było w niej jeszcze czego

ś

? Czy nie poczuł niemal instynktownej 

niech

ę

ci, która pojawiła si

ę

 i znikn

ę

ła zanim u

ś

wiadomił sobie co 

czuje? Mo

ż

liwe, lecz przy tak starych wspomnieniach trzeba bardzo 

uwa

ż

a

ć

, by nie uwierzy

ć

 w zbyt wiele. Stare wspomnienia mog

ą

 

kłama

ć

... ale czy

ż

 nie dostrzegł tego samego grymasu na twarzy Peteya 

na strychu w rodzinnym domu? 
Zauwa

ż

ył kluczyk, wetkni

ę

ty w zw

ęż

enie pleców, i przekr

ę

cił go. Klucz 

obracał si

ę

 stanowczo zbyt łatwo. Nie towarzyszyły mu trzaski 

zapadek. A zatem zepsuta. Zepsuta, ale wci

ąż

 fajna.

Zabrał j

ą

ż

eby si

ę

 pobawi

ć

.

- Co tam masz, Hal? - spytała Beulah, budz

ą

c si

ę

 z drzemki.

- Nic - odparł Hal. - Znalazłem to.
Postawił małp

ę

 na półce po swej stronie w sypialni. Spocz

ę

ła na 

stercie ksi

ąż

eczek do kolorowania z Lassie, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 szeroko, 

patrz

ą

c w dal, unosz

ą

c talerze. Była zepsuta, ale i tak si

ę

 

u

ś

miechała. Tej nocy Hal przebudził si

ę

 z niespokojnego snu z pełnym 

p

ę

cherzem i wstał, by skorzysta

ć

 z łazienki w korytarzu. Po drugiej 

stronie pokoju Bill spał jak kamie

ń

 pod kołdr

ą

.

Hal wrócił. Ju

ż

 prawie zasypiał, gdy nagle w ciemno

ś

ci małpa zacz

ę

ła 

uderza

ć

 talerzami.

D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang.

Natychmiast obudził si

ę

, jakby kto

ś

 uderzył go w twarz zimnym, mokrym 

r

ę

cznikiem. Jego serce szarpn

ę

ło si

ę

 gwałtownie, z gardła uleciał 

cichy mysi pisk. Szeroko otwieraj

ą

c oczy patrzył na małp

ę

. Jego wargi 

dr

ż

ały. 

D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. 

Jej ciało kołysało si

ę

 i podskakiwało na półce. Wargi otwierały si

ę

 i 

zamykały, otwierały i zamykały w grymasie potwornej rado

ś

ci, ukazuj

ą

wielkie, drapie

ż

ne z

ę

biska.

- Przesta

ń

 - szepn

ą

ł Hal.

Brat obrócił si

ę

 na drugi bok i chrapn

ą

ł. Poza tym wszystko było 

ciche... prócz małpy. Talerze uderzały o siebie z brz

ę

kiem; ich 

d

ź

wi

ę

k z pewno

ś

ci

ą

 obudzi brata, matk

ę

, cały 

ś

wiat. Zbudziłby nawet 

umarłych.
D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang.

Hal ruszył ku niej. Zamierzał jako

ś

 j

ą

 uciszy

ć

, mo

ż

e wsun

ąć

 dło

ń

 

pomi

ę

dzy talerze, póki mechanizm si

ę

 nie rozkr

ę

ci, gdy małpa sama si

ę

 

zatrzymała. Talerze zł

ą

czyły si

ę

 po raz ostatni - d

ż

ang! - a potem 

powoli powróciły na swe pierwotne pozycje. Mosi

ą

dz połyskiwał w

ś

ród 

cieni. Brudne, 

ż

ółtawe z

ę

by małpy szczerzyły si

ę

 w u

ś

miechu.

W domu znów panowała cisza. Matka odwróciła si

ę

 w łó

ż

ku i podobnie 

jak wcze

ś

niej Bill, zachrapała. Hal tak

ż

e si

ę

 poło

ż

ył i naci

ą

gn

ą

ł 

kołdr

ę

 na głow

ę

. Serce waliło mu jak młotem. Jutro odło

żę

 j

ą

 do 

background image

składziku - pomy

ś

lał. Nie chc

ę

 jej.

Lecz nast

ę

pnego ranka zupełnie zapomniał o odło

ż

eniu małpy, bo matka 

nie poszła do pracy. Beulah nie 

ż

yła. Matka nie chciała im powiedzie

ć

 

co dokładnie si

ę

 stało. 

- To był wypadek. Straszliwy wypadek - rzekła jedynie. 
Lecz tego popołudnia Bil w drodze do domu ze szkoły kupił gazet

ę

 i 

przemycił pod koszul

ą

 do sypialni czwart

ą

 stron

ę

. Gdy matka gotowała 

kolacj

ę

 w kuchni, zacinaj

ą

c si

ę

 przeczytał Halowi artykuł. Lecz Hal 

sam potrafił odczyta

ć

 nagłówek - DWIE OFIARY DOMOWEJ STRZELANINY. 

Beulah McCaffery, lat dziewi

ę

tna

ś

cie, i Sally Tremont, dwadzie

ś

cia, 

zostały zastrzelone przez chłopaka panny McCaffery, Leonarda White'a, 
lat dwadzie

ś

cia pi

ęć

, po sprzeczce, kto ma wyj

ść

 i przynie

ść

 

zamówiony chi

ń

ski posiłek. Panna Tremont umarła na izbie przyj

ęć

 w 

Hartford. Beulah McCaffery zgin

ę

ła na miejscu.

Zupełnie jakby Beulah znikn

ę

ła, przeniosła si

ę

 do jednego z jej pism 

detektywistycznych - pomy

ś

lał Hal Shelburn i poczuł, jak zimny 

dreszcz przebiega mu po kr

ę

gosłupie i okr

ąż

a serce. A potem 

u

ś

wiadomił sobie, i

ż

 do strzelaniny doszło mniej wi

ę

cej w czasie, gdy 

małpa...
*     *     *
- Hal? - Senny głos Terry. - Idziesz do łó

ż

ka?

Wypluł past

ę

 do umywalki i przepłukał usta.

- Tak - rzekł.
Wcze

ś

niej schował małp

ę

 do walizki i zamkn

ą

ł na klucz. Za dwa, trzy 

dni wracali do Teksasu. Zanim to jednak nast

ą

pi, pozb

ę

dzie si

ę

 tego 

paskudztwa. Raz na zawsze.
Zrobi to. Jako

ś

- Po południu ostro naskoczyłe

ś

 na Dennisa - powiedziała w mroku 

Terry.
- My

ś

l

ę

ż

e Dennis od dawna potrzebował, by kto

ś

 na niego wskoczył. 

Zagubił si

ę

. Nie chc

ę

, by zacz

ą

ł si

ę

 stacza

ć

.

- Z punktu widzenia psychologii, zbicie chłopca nie jest zbyt 
produktywn

ą

... 

- Na miło

ść

 bosk

ą

, Terry, ja go nie zbiłem!

- ... metod

ą

 narzucania władzy rodzicielskiej...

- Sko

ń

cz z tym terapeutycznym 

ż

argonem! - rzucił gniewnie Hal.

- Widz

ę

ż

e nie chcesz o tym rozmawia

ć

. - Jej głos był zimny.

- Kazałem mu te

ż

 pozby

ć

 si

ę

 z domu prochów.

- Naprawd

ę

? - Niedowierzanie i obawa. - Jak to przyj

ą

ł? Co 

powiedział?
- Daj spokój, Terry! Co miał powiedzie

ć

? Jeste

ś

 zwolniony?

- Hal, co si

ę

 z tob

ą

 dzieje? Zwykle taki nie jeste

ś

 - co si

ę

 stało?

- Nic - odparł, my

ś

l

ą

c o zamkni

ę

tej w walizce małpie. Czy usłyszałby, 

gdyby zacz

ę

ła uderza

ć

 talerzami? Tak, z pewno

ś

ci

ą

. Stłumiony, lecz 

wyra

ź

ny d

ź

wi

ę

k. Odgłosy zguby dla kogo

ś

, jak wcze

ś

niej dla Beulah, 

Johnny'ego McCabe'a, Stokrotki, suczki wujka Willa. D

ż

ang-d

ż

ang-

d

ż

ang-d

ż

ang. Czy to ty, Hal? - Ostatnio mam wiele na głowie.

- Mam nadziej

ę

ż

e to minie, bo nie podobasz mi si

ę

 takim.

- Nie? - Nast

ę

pne słowa wymkn

ę

ły mu si

ę

, zanim zd

ąż

ył je powstrzyma

ć

tak naprawd

ę

 jednak, wcale nie chciał ich powstrzyma

ć

. - Wi

ę

c łyknij 

sobie valium i wszystko znów b

ę

dzie dobrze.

Usłyszał, jak gło

ś

no wci

ą

gn

ę

ła powietrze i wypu

ś

ciła je z dr

ż

eniem. 

Zacz

ę

ła płaka

ć

. Mógł j

ą

 pocieszy

ć

 (mo

ż

e), lecz nie znajdował w sobie 

słów pociechy. Wyparła je groza. Kiedy małpa zniknie, wszystko b

ę

dzie 

lepiej. Je

ś

li zniknie na dobre. Prosz

ę

 ci

ę

 Bo

ż

e, na dobre.

Le

ż

ał w ciemno

ś

ciach nie 

ś

pi

ą

c, póki szaro

ść

 poranka nie rozja

ś

niła 

mroku. Wiedział, co musi zrobi

ć

.

*     *     *
Za drugim razem to Bill znalazł małp

ę

.

Było to jakie

ś

 półtora roku po tym, jak Beulah McCaffery Zgin

ę

ła Na 

Miejscu. Nadeszło lato. Hal wła

ś

nie sko

ń

czył przedszkole.

Wrócił do domu z podwórka i matka zawołała.
- Senior, umyj r

ę

ce. Jeste

ś

 brudny jak 

ś

winka. - Siedziała na 

werandzie, s

ą

cz

ą

c mro

ż

on

ą

 herbat

ę

 i czytaj

ą

c ksi

ąż

k

ę

. Była na 

background image

urlopie: dostała dwa tygodnie.
Hal przesun

ą

ł pobie

ż

nie r

ę

ce pod strumieniem zimnej wody i odcisn

ą

ł 

na r

ę

czniku brudn

ą

 piecz

ęć

.

- Gdzie jest Bill?
- Na górze.
- Powiedz mu, 

ż

e ma posprz

ą

ta

ć

 swoj

ą

 cz

ęść

 sypialni. Straszny tam 

bałagan.
Hal, który uwielbiał przynosi

ć

 podobne nieprzyjemne wie

ś

ci, pobiegł 

na gór

ę

. Billy siedział na podłodze. Małe magiczne drzwiczki wiod

ą

ce 

do składziku były uchylone. 
W r

ę

kach trzymał małp

ę

.

- Jest zepsuta - powiedział natychmiast Hal.
Czuł l

ę

k, cho

ć

 ledwie pami

ę

tał, jak owej nocy wrócił z łazienki, by 

ujrze

ć

 małp

ę

 graj

ą

c

ą

 na talerzach. Jaki

ś

 tydzie

ń

 pó

ź

niej nawiedził go 

zły sen, o małpie i Beulah - nie pami

ę

tał dokładnie jaki - i Hal 

obudził si

ę

, krzycz

ą

c. Przez moment s

ą

dził, i

ż

 mi

ę

kki ci

ęż

ar na jego 

piersi to małpa, 

ż

e otworzy oczy i ujrzy jej szyderczy u

ś

miech. Lecz, 

oczywi

ś

cie, mi

ę

kkim ci

ęż

arem okazała si

ę

 tylko poduszka, któr

ą

 

przycisn

ą

ł do siebie w panice. Po chwili zjawiła si

ę

 matka, nios

ą

ca 

szklank

ę

 wody i dwie biało-pomara

ń

czowe dzieci

ę

ce aspiryny, owe 

valium na smutki najmłodszych. S

ą

dziła, i

ż

 to 

ś

mier

ć

 Beulah wywołała 

koszmary. Owszem. Ale nie tak, jak my

ś

lała.

Teraz ledwie ju

ż

 to pami

ę

tał, ale małpa wci

ąż

 go przera

ż

ała. 

Zwłaszcza jej talerze 
i z

ę

by.

- Wiem. - Bill rzucił małp

ę

 na bok. - Jest głupia. - Zabawka 

wyl

ą

dowała na jego łó

ż

ku, patrz

ą

c w sufit i unosz

ą

c talerze. Halowi 

nie spodobał si

ę

 ten widok. - Chcesz pój

ść

 do Teddy'ego na mro

ż

ony 

sok?
- Ju

ż

 wydałem kieszonkowe - odparł Hal. - Poza tym mama kazała ci 

posprz

ą

ta

ć

 twoj

ą

 cz

ęść

 pokoju.

- Mog

ę

 to zrobi

ć

 pó

ź

niej. Je

ś

li chcesz, po

ż

ycz

ę

 ci pi

ą

taka - Bill nie 

miał nic przeciw temu, by od czasu do czasu wyci

ąć

 Halowi kawał. 

Czasem te

ż

 podstawiał mu nog

ę

, albo szczypał bez powodu, najcz

ęś

ciej 

jednak był w porz

ą

dku.

- Jasne - odparł Hal z wdzi

ę

czno

ś

ci

ą

. - Schowam tylko najpierw t

ę

 

zepsut

ą

 małp

ę

 do składziku. Zgoda?

- Nie - rzucił Bill i wstał. - Cho-cho-cho-chod

ź

my.

Hal poszedł. Nastroje Billa cz

ę

sto si

ę

 zmieniały i gdyby zwlekał, 

marnuj

ą

c czas na chowanie małpy, mógłby straci

ć

 ulubiony przysmak. 

Poszli do Teddy'ego i kupili mro

ż

ony sok na patykach, i to nie taki 

zwykły, lecz rzadk

ą

 gratk

ę

 - jagodowy. Nast

ę

pnie pomaszerowali na 

boisko: grupka dzieciaków organizowała wła

ś

nie mecz w bejsbola. Hal 

był za mały, by gra

ć

; usiadł daleko na spalonym, li

żą

c mro

ż

ony sok na 

patyku i zaj

ą

ł si

ę

 łapaniem tego, co wi

ę

ksi chłopcy nazywali 

"chi

ń

skimi odbiciami". Do domu wrócili tu

ż

 przed zmrokiem. Matka 

trzepn

ę

ła Hala za to, 

ż

e zabrudził r

ę

cznik i Billa za to, 

ż

e nie 

posprz

ą

tał swej cz

ęś

ci pokoju. A po kolacjo ogl

ą

dali telewizj

ę

 i 

przez ten czas Hal zupełnie zapomniał o małpie. W jaki

ś

 sposób 

pow

ę

drowała na półk

ę

 Billa, gdzie stan

ę

ła tu

ż

 obok zdj

ę

cia Billa 

Boyda z autografem. I została tam prawie dwa lata.
Gdy Hal sko

ń

czył siedem lat, opiekunki stały si

ę

 kosztownym kaprysem 

i codzienne po

ż

egnalne słowa pani Shelburn brzmiały: "Bill, zaopiekuj 

si

ę

 bratem".

Tego dnia jednak Bill musiał zosta

ć

 po szkole i Hal wrócił do domu 

sam, przystaj

ą

c na ka

ż

dym rogu tak długo, a

ż

 upewnił si

ę

ż

e z 

ż

adnej 

strony nie nadci

ą

ga samochód, a potem p

ę

dz

ą

c na drug

ą

 stron

ę

przygarbiony niczym 

ż

ołnierz piechoty, przekraczaj

ą

cy ziemi

ę

 niczyj

ą

Otworzył drzwi kluczem spod wycieraczki i natychmiast skierował si

ę

 

do lodówki po mleko. Wyj

ą

ł butelk

ę

, która nagle wymkn

ę

ła mu si

ę

 z 

palców i roztrzaskała na kawałeczki; Wsz

ę

dzie wokół posypały si

ę

 

odłamki szkła.
D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. Z sypialni na górze. D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-

d

ż

ang. Cze

ść

 Hal! Witaj w domu! A przy okazji, Hal, czy to ty? Czy to 

background image

twoja kolei? Czy dzi

ś

 Zginiesz na Miejscu?

Stał tam bez ruchu, patrz

ą

c na stłuczon

ą

 butelk

ę

 i kału

żę

 mleka. 

Przepełniała go groza, której nie potrafił poj

ąć

 ani nazwa

ć

. Po 

prostu j

ą

 czuł. Zdawała si

ę

 wylewa

ć

 wszystkimi porami skóry.

Odwrócił si

ę

 i 

ś

mign

ą

ł po schodach. Małpa stała na półce Billa; 

zdawało si

ę

ż

e na niego patrzy. Zrzuciła zdj

ę

cie Billa Boyda z 

autografem, twarz

ą

 w dół, na łó

ż

ko. Małpa kołysała si

ę

 i u

ś

miechała, 

i uderzała w talerze. Hal podszedł do niej powoli. Nie chciał si

ę

 

zbli

ż

a

ć

, lecz nie mógł sta

ć

 z boku. Talerze odskoczyły i zderzyły si

ę

 

gwałtownie, po czym znów odskoczyły. Zbli

ż

aj

ą

c si

ę

, usłyszał tykanie 

mechanizmu we wn

ę

trzno

ś

ciach zabawki. 

Nagle z okrzykiem grozy i wstr

ę

tu machn

ą

ł r

ę

k

ą

 i zrzucił j

ą

 z półki  

jak natr

ę

tnego owada. Małpa odbiła si

ę

 od poduszki Billa i run

ę

ła na 

podłog

ę

, wci

ąż

 uderzaj

ą

c w talerze: d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang. Jej wargi 

rozci

ą

gały si

ę

, gdy tak le

ż

ała na plecach w plamie pó

ź

nokwietniowego 

sło

ń

ca.

Kopn

ą

ł j

ą

 sw

ą

 pionierk

ą

, kopn

ą

ł z całych sił, i tym razem w jego 

krzyku zabrzmiała w

ś

ciekło

ść

. Nakr

ę

cana małpa szurn

ę

ła po podłodze, 

odbiła si

ę

 od 

ś

ciany i legła bez ruchu. Hal stał, patrz

ą

c na ni

ą

Zaciskał pi

ęś

ci, jego serce waliło. Małpa u

ś

miechała si

ę

 wyzywaj

ą

co. 

Sło

ń

ce płon

ę

ło o

ś

lepiaj

ą

co w jednym szklanym oku. Mo

ż

esz mnie kopa

ć

 

ile chcesz, zdawała si

ę

 mówi

ć

. Jestem tylko zbieranin

ą

 spr

ęż

yn, 

z

ę

batek i paru zu

ż

ytych przekładni. Kop mnie, je

ś

li masz ochot

ę

. Nie 

jestem prawdziwa. Jestem tylko zabawn

ą

, nakr

ę

can

ą

 małp

ą

. A kto nie 

ż

yje? W fabryce helikopterów doszło do wybuchu. I co wzlatuje w niebo 

niczym wielka, krwawa kula do gry w kr

ę

gle, z oczami w miejscu, gdzie 

powinny by

ć

 otwory na palce? Czy to głowa twojej mamy, Hal? Łaaa! Có

ż

 

za szalona przeja

ż

d

ż

ka! A mo

ż

e na rogu Brook Street? Uwa

ż

aj, kole

ś

Samochód jechał za szybko! Kierowca był pijany! I mamy jednego Billa 
mniej na 

ś

wiecie! Słyszałe

ś

 chrz

ę

st, gdy koła mia

ż

d

ż

yły mu czaszk

ę

, a 

mózg wypływał uszami? Tak? Nie? Mo

ż

e? Mnie nie pytaj. Ja nie wiem. 

Nie mam sk

ą

d wiedzie

ć

. Umiem tylko uderza

ć

 talerzami. D

ż

ang-d

ż

ang-

d

ż

ang. Kto Zgin

ą

ł na Miejscu, Hal? Twój brat? A mo

ż

e to ty, Hal? Mo

ż

to ty?
Skoczył ku niej, zamierzaj

ą

c j

ą

 rozdepta

ć

, zmia

ż

d

ż

y

ć

, skaka

ć

 po niej, 

póki spr

ęż

yny 

i kółka nie rozsypi

ą

 si

ę

 po pokoju, a straszliwe, szklane oczy nie 

potocz

ą

 si

ę

 po podłodze. Lecz w chwili, gdy do niej dotarł, talerze 

zderzyły si

ę

 po raz ostatni, bardzo cicho... (d

ż

ang). Gdzie

ś

 wewn

ą

trz 

spr

ęż

yna poruszyła si

ę

 leciutko i lodowata drzazga przenikn

ę

ła 

ś

cian

ę

 

jego serca, unieruchamiaj

ą

c je, wyciszaj

ą

c w

ś

ciekło

ść

 i pozostawiaj

ą

jedynie dławi

ą

c

ą

 groz

ę

. Zdawało si

ę

ż

e małpa wie - jak

ż

e szyderczo 

si

ę

 u

ś

miechała!

Podniósł j

ą

, chwytaj

ą

c jedn

ą

 z jej r

ą

k mi

ę

dzy kciuk i palec 

wskazuj

ą

cy prawej r

ę

ki. Jego usta wygi

ę

ły si

ę

 z odraz

ą

, jakby trzymał 

w dłoni trupa. Dotkni

ę

cie parszywego, sztucznego futra zdawało si

ę

 

parzy

ć

 skór

ę

. Niezgrabnie otworzył małe drzwiczki, prowadz

ą

ce do 

składziku, i wł

ą

czył 

ś

wiatło. Małpa szczerzyła z

ę

by, podczas gdy Hal 

czołgał si

ę

 wzdłu

ż

 długiego pomieszczenia pomi

ę

dzy stosami pudeł i 

kartonów, mijaj

ą

c komplet ksi

ą

g nawigacyjnych i albumy ze zdj

ę

ciami, 

roztaczaj

ą

ce wokół siebie wo

ń

 starych 

ś

rodków chemicznych, pami

ą

tek i 

znoszonych ubra

ń

. Je

ś

li znów uderzy w talerze, pomy

ś

lał, i ruszy si

ę

 

w mojej dłoni, zaczn

ę

 krzycze

ć

. A je

ś

li krzykn

ę

, nie b

ę

dzie si

ę

 tylko 

u

ś

miechała. Zacznie si

ę

 

ś

mia

ć

, wy

ś

miewa

ć

 ze mnie. A wtedy oszalej

ę

 i 

znajd

ą

 mnie tutaj za

ś

linionego i chichocz

ą

cego obł

ą

ka

ń

czo. B

ę

d

ę

 

wariatem. Prosz

ę

, dobry Bo

ż

e. Prosz

ę

, Jezu. Nie pozwól mi oszale

ć

...

Wreszcie dotarł do ko

ń

ca. Gwałtownie odsun

ą

ł dwa kartony, rozsypuj

ą

zawarto

ść

 jednego z nich, i wepchn

ą

ł małp

ę

 z powrotem do pudła po 

purinie, w najdalszym k

ą

cie. Le

ż

ała tam wygodnie, jakby w ko

ń

cu 

wróciła do domu, unosz

ą

c talerze i u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 szyderczo; 

wyra

ź

nie z jego drwiła. Hal odczołgał si

ę

 tyłem, zlany na przemian 

gor

ą

cym 

i zimnym potem. Ogie

ń

 i lód. Czekał, a

ż

 talerze zaczn

ą

 dzwoni

ć

, a 

kiedy zaczn

ą

, małpa wyskoczy z pudełka i 

ś

mignie ku niemu niczym 

ż

uk, 

background image

z chrz

ę

stem spr

ęż

yn i szale

ń

czym brz

ę

kiem talerzy, i...

... i nic si

ę

 nie stało. Wył

ą

czył 

ś

wiatło. Zatrzasn

ą

ł małe, królicze 

drzwi i oparł si

ę

 

o nie dysz

ą

c. Po chwili poczuł si

ę

 nieco lepiej. Na mi

ę

kkich nogach 

wrócił na dół, wyj

ą

ł 

ś

wie

ż

y worek i zacz

ą

ł starannie zbiera

ć

 szklane 

drzazgi i odłamki, pozostało

ś

ci stłuczonej butelki. Zastanawiał si

ę

czy skaleczy si

ę

 i wykrwawi na 

ś

mier

ć

. Czy to wła

ś

nie oznaczało 

dzwonienie  talerzy? Lecz to tak

ż

e si

ę

 nie wydarzyło. Przyniósł 

ś

cierk

ę

, starł mleko i usiadł, czekaj

ą

c czy matka i brat wróc

ą

 do 

domu.
Matka zjawiła si

ę

 pierwsza, pytaj

ą

c: gdzie Bill?

Niskim, bezbarwnym głosem, pewien, 

ż

e Bill z pewno

ś

ci

ą

 Zgin

ą

ł ju

ż

 na 

jakim

ś

 Miejscu, Hal zacz

ą

ł opowiada

ć

 o spotkaniu kółka teatralnego, 

doskonale wiedz

ą

c, 

ż

e nawet je

ś

li trwało ono bardzo długo, Bill 

powinien był zjawi

ć

 si

ę

 w domu pół godziny temu.

Matka spojrzała na niego dziwnie. Zacz

ę

ła pyta

ć

, co si

ę

 stało, gdy 

nagle drzwi otwarły si

ę

 i stan

ą

ł w nich Bill - tyle, 

ż

e nie był to 

Bill, a jedynie jego zjawa, blada i milcz

ą

ca. 

- Co si

ę

 stało?! - wykrzykn

ę

ła pani Shelburn. - Bill, co si

ę

 stało?

Bill rozpłakał si

ę

 i przez łzy wykrztusił cał

ą

 histori

ę

. Razem z 

przyjacielem Charliem Silvermanem wracali do domu po spotkaniu, kiedy 
z zza rogu Brook Street wynurzył si

ę

 jad

ą

cy zbyt szybko samochód i 

Charlie zamarł. Bill poci

ą

gn

ą

ł go za r

ę

k

ę

, ale rozlu

ź

nił uchwyt i 

samochód...
Bill zacz

ą

ł zawodzi

ć

 w głos, szlochaj

ą

c histerycznie. Matka 

przytuliła go i ukołysała, a Hal wyjrzał na werand

ę

. Ujrzał dwóch 

policjantów. Wóz patrolowy, którym dostarczyli Billa do domu, wci

ąż

 

stał przy kraw

ęż

niku. Wówczas sam zacz

ą

ł płaka

ć

... lecz były to łzy 

ulgi.
Teraz to Billa dr

ę

czyły koszmary - sny, w których wci

ąż

 od nowa 

ogl

ą

dał 

ś

mier

ć

 Charliego Silvermana, wyrzuconego z kowbojskich butów 

i ci

ś

ni

ę

tego na rdzaw

ą

 mask

ę

 hudsona horneta, którym kierował pijak. 

Głowa Charliego Silvermana i przednia szyba hudsona zderzyły si

ę

 z 

ogromn

ą

 sił

ą

. Obie si

ę

 roztrzaskały. Pijany kierowca, wła

ś

ciciel 

sklepu ze słodyczami w Milford, tu

ż

 po aresztowaniu dostał ataku 

serca (mo

ż

e sprawił to widok mózgu Charliego Silvermana, 

zasychaj

ą

cego na jego spodniach). Podczas procesu jego adwokat z 

powodzeniem u

ż

ył argumentu: "Ten człowiek został ju

ż

 dostatecznie 

ukarany". Pijak dostał sze

ść

dziesi

ą

t dni w zawieszeniu i na pi

ęć

 lat 

odebrano mu prawo prowadzenia pojazdów motorowych w stanie 
Connecticut. Pi

ęć

 lat. Mniej wi

ę

cej tyle trwały koszmary Billego 

Shelburna. Małpa znów trafiła do składziku. Bill nawet nie zauwa

ż

ył, 

ż

e znikn

ę

ła z jego półki. A je

ś

li zauwa

ż

ył, nigdy o tym nie 

wspomniał. 
Jaki

ś

 czas Hal czuł si

ę

 bezpieczny. Zaczynał powoli zapomina

ć

 o 

małpie,  czy te

ż

 wierzy

ć

ż

e była ona jedynie złym snem. Kiedy jednak 

wrócił do domu, po południu w dniu, gdy umarła jego matka, małpa znów 
siedziała na półce, unosz

ą

c talerze i u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 szyderczo. 

Podszedł do niej powoli, niemal wbrew sobie - jakby jego własne ciało 
na widok małpy zmieniło si

ę

 w nakr

ę

can

ą

 zabawk

ę

. Ujrzał, jak jego 

r

ę

ka si

ę

ga ku niej. Poczuł własn

ą

 dło

ń

, zaciskaj

ą

c

ą

 si

ę

 na 

k

ę

dzierzawym futrze. Lecz uczucie to było odległe, stłumione, jedynie 

nacisk, jakby kto

ś

 dał mu zastrzyk nowokainy. Słyszał własny oddech, 

szybki, suchy niczym szelest wiatru w

ś

ród słomy.

Odwrócił j

ą

. Chwycił klucz - i wiele lat pó

ź

niej my

ś

lał cz

ę

sto, 

ż

jego t

ę

pa fascynacja przypominała zachowanie człowieka, który 

przykłada do zamkni

ę

tego, dr

żą

cego oka luf

ę

 sze

ś

ciostrzałowca z 

jednym nabojem i poci

ą

ga spust. 

Nie. Nie. Zostaw j

ą

. Wyrzu

ć

. Nie dotykaj jej... 

Przekr

ę

cił klucz i usłyszał w ciszy seri

ę

 cichych klikni

ęć

 

nakr

ę

canego mechanizmu. Gdy go wypu

ś

cił, małpa zacz

ą

ł uderza

ć

 w 

talerze. Czuł, jak jej ciało szarpie si

ę

, zgina i szarpie, zgina i 

szarpie, jakby 

ż

yła, ona 

ż

yła, wij

ą

c si

ę

 w jego dłoni, niczym ohydny 

karzeł, 

background image

a wibracji, które czuł przez łysiej

ą

ce br

ą

zowe futro, nie wywoływały 

obracaj

ą

ce si

ę

 kółka 

i spr

ęż

yny, lecz bicie małego serca. 

Hal z gło

ś

nym j

ę

kiem upu

ś

cił małp

ę

 i cofn

ą

ł si

ę

. Przycisn

ą

ł dłonie do 

ust. Paznokcie wbiły mu si

ę

 w skór

ę

 pod oczami. Potkn

ą

ł si

ę

 o co

ś

 i 

niemal stracił równowag

ę

 (wówczas wyl

ą

dowałby na podłodze tu

ż

 obok 

niej, jego wybałuszone bł

ę

kitne oczy spojrzałyby prosto w szklane 

orzechowe 

ź

renice). Wycofał si

ę

 do wyj

ś

cia, przekroczył próg, 

zatrzasn

ą

ł drzwi i oparł si

ę

 o nie. Nagle 

ś

mign

ą

ł do łazienki i 

zwymiotował.
To pani Stukey z fabryki helikopterów przyniosła im wiadomo

ść

 i 

została z nimi przez dwie pierwsze, nie ko

ń

cz

ą

ce si

ę

 noce, póki 

ciotka Ida nie przybyła z Maine. Ich matka zmarła na zator mózgu 
wczesnym popołudniem. Stała wła

ś

nie przy dystrybutorze z kubkiem wody 

w r

ę

ku, gdy zgi

ę

ła si

ę

, jakby kto

ś

 j

ą

 postrzelił, i upadła, wci

ąż

 

ś

ciskaj

ą

c w dłoni papierowy kubeczek. Drug

ą

 r

ę

k

ą

 usiłowała chwyci

ć

 

dystrybutor i poci

ą

gn

ę

ła za sob

ą

 wielk

ą

 szklan

ą

 butl

ę

 wody Poland. 

Butla rozbiła si

ę

... lecz lekarz zakładowy, który zjawił si

ę

 biegiem, 

powiedział pó

ź

niej, i

ż

 według niego pani Shelburn zmarła, nim woda 

zd

ąż

yła wsi

ą

kn

ąć

 w jej sukienk

ę

 i zmoczy

ć

 skór

ę

. Chłopcom nigdy o tym 

nie mówiono, ale Hal i tak wiedział. Podczas długich nocy po 

ś

mierci 

matki wci

ąż

 o tym 

ś

nił. "Ci

ą

gle masz kłopoty ze snem, braciszku?", 

spytał Bill; Hal przypuszczał, i

ż

 według Billa wszystkie koszmary, 

przewracanie si

ę

 na łó

ż

ku wi

ą

zały si

ę

 z nagł

ą

 

ś

mierci

ą

 matki, i miał 

racj

ę

... lecz tylko cz

ęś

ciowo. Bo było jeszcze poczucie winy. 

Absolutna, złowroga pewno

ść

ż

e zabił sw

ą

 matk

ę

, nakr

ę

caj

ą

c małp

ę

 

owego słonecznego popołudnia po szkole.
*     *     *

Kiedy Hal w ko

ń

cu zasn

ą

ł, spał gł

ę

boko. Obudził si

ę

 tu

ż

 przed 

południem. Petey siedział na krze

ś

le po drugiej stronie pokoju, 

metodycznie zjadaj

ą

c cz

ą

stki pomara

ń

czy i ogl

ą

daj

ą

c jaki

ś

 

teleturniej.

Hal usiadł na łó

ż

ku. Czuł si

ę

, jakby kto

ś

 u

ś

pił go, zadaj

ą

ogłuszaj

ą

cy cios, a potem drugim ciosem ocucił. Ból pulsował mu w 

skroniach.

- Gdzie twoja mama, Petey?
Chłopiec rozejrzał si

ę

.

- Poszła z Dennisem na zakupy. Ja powiedziałem, 

ż

e zostan

ę

 z 

tob

ą

. Tato, czy zawsze mówisz przez sen?

Hal zmierzył syna czujnym spojrzeniem.
- Nie. Co mówiłem?
- Nic nie mogłem zrozumie

ć

. Troch

ę

 mnie wystraszyłe

ś

.

- Ale teraz jestem ju

ż

 przy zdrowych zmysłach. - Zmusił si

ę

 do 

słabego u

ś

miechu. W odpowiedzi Petey u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 szeroko, i Hal 

znów poczuł, jak ogarnia go miło

ść

 do syna, jasna, prosta, silna i 

nieskomplikowana. Zastanawiał si

ę

, czemu Petey budzi w nim zawsze 

podobne uczucie, czemu ma wra

ż

enie, 

ż

e rozumie Peteya i potrafi mu 

pomóc, gdy tymczasem Dennis pozostaje oknem zbyt ciemnym, by 
przenikn

ąć

 je wzrokiem, tajemnic

ą

 o osobliwych zwyczajach i 

pomysłach, chłopakiem z typu, którego Hal nie umie zrozumie

ć

, bo sam 

nigdy nie był tym typem chłopaka. To zbyt proste: twierdzi

ć

ż

przeprowadzka do Kalifornii odmieniła Dennisa, czy 

ż

e...

Jego my

ś

li zamarły w biegu. Małpa. Stała na parapecie, unosz

ą

talerze. Poczuł, jak serce zastyga mu w piersi, po czym podrywa si

ę

 

do galopu. 

Ś

wiat przed oczami zawirował, lekki ból głowy przerodził 

si

ę

 w niezno

ś

ne 

ś

widrowanie.

Uciekła z walizki i stała na parapecie, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 do 

niego. My

ś

lałe

ś

ż

e si

ę

 mnie pozbyłe

ś

, co? Ale kiedy

ś

 ju

ż

 tak 

s

ą

dziłe

ś

, prawda?

Tak, odparł słabo w my

ś

lach. Tak s

ą

dziłem.

- Petey, czy wyj

ą

łe

ś

 małp

ę

 z mojej walizki? - spytał, cho

ć

 z 

góry znał odpowied

ź

. Zamkn

ą

ł przecie

ż

 walizk

ę

 i schował klucz do 

kieszeni płaszcza.

Petey zerkn

ą

ł na małp

ę

 i co

ś

 dziwnego - Halowi wydało si

ę

ż

background image

niepokój - przemkn

ę

ło po jego twarzy.

- Nie - odparł. - To mama j

ą

 tam poło

ż

yła.

- Mama?
- Tak. zabrała ci j

ą

Ś

miała si

ę

.

- Zabrała mi j

ą

? O czym ty mówisz?

- Miałe

ś

 j

ą

 w łó

ż

ku. Wła

ś

nie myłem z

ę

by, ale Dennis widział. 

Mówił, 

ż

e wygl

ą

dasz jak dziecko z pluszowym misiem.

Spojrzał na małp

ę

. W ustach zaschło mu tak, 

ż

e nie mógł 

przełkn

ąć

 

ś

liny. Le

ż

ała z nim w łó

ż

ku? W łó

ż

ku? To ohydne futro 

dotykało mu policzka, mo

ż

e nawet ust, zło

ś

liwe oczy obserwowały 

u

ś

pion

ą

 twarz, z

ę

by szczerzyły si

ę

 blisko szyi? Na szyi? Dobry Bo

ż

e!

Odwrócił si

ę

 gwałtownie  i zajrzał do szafy. Walizka wci

ąż

 tam stała, 

nadal zamkni

ę

ta. Kluczyk ci

ą

gle tkwił w kieszeni płaszcza.

Za jego plecami telewizor umilkł nagle. Hal powoli zamkn

ą

ł szaf

ę

Petey patrzył na niego z powag

ą

.

- Tato, nie lubi

ę

 tej małpy - o

ś

wiadczył tak cicho, 

ż

e niemal 

niesłyszalnie.
- Ja te

ż

 nie - odparł Hal.

Petey przyjrzał mu si

ę

 uwa

ż

nie, jakby sprawdzał, czy ojciec nie 

ż

artuje. Przekonawszy si

ę

, i

ż

 mówi serio, podszedł do niego i obj

ą

ł z 

całych sił. Hal odkrył, 

ż

e syn dr

ż

y.

I wtedy Petey zacz

ą

ł szepta

ć

 mu do ucha, bardzo szybko, jakby si

ę

 

bał, 

ż

e nie starczy mu odwagi, by to powtórzy

ć

... albo 

ż

e małpa 

mogłaby podsłucha

ć

.

- Zupełnie jakby na mnie patrzyła. Patrzy na mnie, niewa

ż

ne, gdzie 

jestem. A kiedy przechodz

ę

 do drugiego pokoju, ona patrzy przez 

ś

cian

ę

. Mam wra

ż

enie, jakby... jakby czego

ś

 ode mnie chciała.

Chłopiec zadr

ż

ał. Hal 

ś

ciskał go mocno.

- Jakby chciała, 

ż

eby

ś

 j

ą

 nakr

ę

cił - doko

ń

czył.

Petey przytakn

ą

ł gwałtownie.

- Tak naprawd

ę

 nie jest zepsuta, tato?

- Czasami jest - Hal ponad ramieniem syna zerkn

ą

ł na małp

ę

. - Ale 

czasem działa.
- Cały czas miałem ochot

ę

 podej

ść

 tam i j

ą

 nakr

ę

ci

ć

. Było tak cicho, 

ż

e pomy

ś

lałem sobie: Nie mog

ę

, obudz

ę

 tat

ę

, ale ci

ą

gle tego chciałem, 

i podszedłem, i... dotkn

ą

łem jej; nienawidz

ę

 jej dotyku... ale 

jednocze

ś

nie podobał mi si

ę

... zupełnie jakby mówiła: Nakr

ęć

 mnie, 

Petey, pobawimy si

ę

, ojciec si

ę

 nie obudzi, ju

ż

 nigdy si

ę

 nie obudzi, 

nakr

ęć

 mnie, nakr

ęć

...

Chłopiec wybuchn

ą

ł płaczem.

- Ona jest zła, ja to wiem. Co

ś

 jest z ni

ą

 nie tak. Nie mogliby

ś

my 

jej wyrzuci

ć

, tato? Prosz

ę

?

Małpa szczerzyła do Hala z

ę

by w nieko

ń

cz

ą

cym si

ę

 u

ś

miechu. Czuł na 

skórze łzy syna. Mosi

ęż

ne talerze l

ś

niły w przedpołudniowym sło

ń

cu - 

ś

wiatło odbijało si

ę

 od nich i rzucało złociste smugi na biały 

stiukowy sufit.
- Czy mama mówiła, o której wróc

ą

 z Dennisem?

- Koło pierwszej. - Petey otarł zaczerwienione oczy r

ę

kawem koszuli, 

wyra

ź

nie zawstydzony swoim płaczem. Nadal jednak nie patrzył na 

małp

ę

. - Wł

ą

czyłem telewizor - szepn

ą

ł. - Nastawiłem bardzo gło

ś

no.

- Bardzo dobrze, Petey.
Jak by si

ę

 to stało? - zastanawiał si

ę

 Hal. - Atak serca? Zator, jak 

u matki? Jak? A zreszt

ą

 to przecie

ż

 niewa

ż

ne.

A potem druga, przejmuj

ą

ca chłodem my

ś

l: Pozb

ą

d

ź

 si

ę

 jej. Tak 

powiedział. Wyrzu

ć

 j

ą

. Ale czy mo

ż

na si

ę

 jej pozby

ć

? Czy to si

ę

 

kiedy

ś

 uda?

Małpa u

ś

miechała si

ę

 szyderczo, unosz

ą

c oddalone o stop

ę

 talerze. Czy 

o

ż

yła nagle tamtej nocy, gdy umarła ciotka Ida? Czy ostatnim 

d

ź

wi

ę

kiem, jaki usłyszała, było stłumione d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang małpich 

talerzy, bij

ą

cych o siebie w ciemno

ś

ciach strychu, podczas gdy wiatr 

gwizdał w rynnie?
- Mo

ż

e to jednak nie wariactwo - powiedział wolno. - Petey, id

ź

przynie

ś

 torb

ę

 lotnicz

ą

.

Syn spojrzał na niego niepewnie.

background image

- Co zrobimy?
Mo

ż

e jednak zdołamy si

ę

 jej pozby

ć

. Je

ś

li nie na zawsze, to na jaki

ś

 

czas - dłu

ż

szy b

ą

d

ź

 krótszy. Mo

ż

liwe, 

ż

e wci

ąż

 b

ę

dzie wracała, bez 

ko

ń

ca... ale mo

ż

e zdołam - zdołamy - po

ż

egna

ć

 si

ę

 z ni

ą

 na długo. Tym 

razem powrót zabrał jej dwadzie

ś

cia lat. Dwadzie

ś

cia lat wyłaziła ze 

studni...
- Wybierzemy si

ę

 na wycieczk

ę

 - oznajmił. Był całkiem spokojny, lecz 

wewn

ą

trz czuł si

ę

 dziwnie oci

ęż

ały. Miał wra

ż

enie, 

ż

e nawet jego oczy 

przybrały na wadze. - Ale najpierw we

ź

 torb

ę

 , id

ź

 na koniec parkingu 

i poszukaj trzech-czterech sporych kamieni. Włó

ż

 je do torby i 

przynie

ś

 tutaj. Zrozumiałe

ś

?

Oczy Peteya zal

ś

niły.

- Dobrze, tato.
Hal zerkn

ą

ł na zegarek. Dochodziła 12.15.

- Pospiesz si

ę

. Chc

ę

 wyjecha

ć

, zanim wróci twoja matka.

- Dok

ą

d jedziemy?

- Do wuja Willa i ciotki Idy - odparł Hal. - Do domu.
*     *     *
Hal poszedł do łazienki, zajrzał za muszl

ę

 i wyci

ą

gn

ą

ł le

żą

c

ą

 tam 

szczotk

ę

 do czyszczenia toalet. Zaniósł j

ą

 do okna i przystan

ą

ł, 

dzier

żą

c szczotk

ę

 w dłoni niczym wysadzan

ą

 klejnotami magiczn

ą

 

ż

d

ż

k

ę

. Obserwował Peteya w grubej wełnianej koszulokurtce, 

maszeruj

ą

cego przez parking z torb

ą

 lotnicz

ą

 na ramieniu; nawet z 

daleka mógł wyra

ź

nie odczyta

ć

 napis DELTA, drukowany białymi literami 

na niebieskim tle. W górnym roku okna bzyczała mucha, powolna i 
ot

ę

piała od chłodów zwiastuj

ą

cych koniec lata. Hal wiedział, jak si

ę

 

czuje.
Patrzył, jak Petey wyszukuje trzy spore kamienie i rusza z powrotem 
przez parking. Zza rogu motelu wyłonił si

ę

 samochód, samochód jad

ą

cy 

zbyt szybko, stanowczo zbyt szybko i Hal bez namysłu, z refleksem 
godnym pierwszorz

ę

dnego futbolisty wyci

ą

gn

ą

ł praw

ą

 r

ę

k

ę

, wci

ąż

 

trzymaj

ą

c

ą

 szczotk

ę

. Dło

ń

 opadła niczym w ciosie karate... i zamarła.

Talerze zamkn

ę

ły si

ę

 na niej bezszelestnie i poczuł w powietrzu co

ś

 

nowego. Co

ś

 jakby w

ś

ciekło

ść

Hamulce samochodu zapiszczały ogłuszaj

ą

co. Petey odskoczył do tyłu. 

Kierowca niecierpliwie machn

ą

ł na niego, jakby to, co omal si

ę

 nie 

wydarzyło, było win

ą

 Peteya, i chłopiec pu

ś

cił si

ę

 p

ę

dem przez 

parking. Łopocz

ą

c kołnierzem dotarł do tylnego wyj

ś

cia hotelu. 

Po piersi Hala spływał pot. Czuł go na czole niczym krople tłustego 
deszczu. Zimne talerze zaciskały si

ę

 na jego dłoni, zaczynał traci

ć

 w 

niej czucie.
No dalej, pomy

ś

lał z ponur

ą

 zawzi

ę

to

ś

ci

ą

. Dalej, mog

ę

 zaczeka

ć

. Je

ś

li 

trzeba, nawet do ko

ń

ca 

ś

wiata. 

Talerze rozsun

ę

ły si

ę

 i znieruchomiały. Hal usłyszał dobiegaj

ą

ce z 

wn

ę

trza małpy słabe klikni

ę

cie. Cofn

ą

ł r

ę

k

ę

 ze szczotk

ą

 i obejrzał 

j

ą

. Cz

ęść

 białych szczecinek poczerniała jak przypalona. 

Mucha wci

ąż

 bzyczała, d

ążą

c niestrudzenie do zimnego pa

ź

dziernikowego 

sło

ń

ca, które zdawało si

ę

 takie bliskie.

Petey wpadł do 

ś

rodka zdyszany, z zaró

ż

owionymi policzkami.

- Przyniosłem trzy pierwszorz

ę

dne kamienie, tato. Ja... - urwał. - 

Wszystko w porz

ą

dku?

- Jasne - odparł Hal. - Daj mi torb

ę

.

Zahaczył stop

ą

 stół i przeci

ą

gn

ą

ł go na miejsce obok kanapy przy 

oknie tak, by stan

ą

ł pod parapetem. Poło

ż

ył na nim torb

ę

 lotnicz

ą

 

która otwarła si

ę

 niczym złaknione usta. Widział połyskuj

ą

ce wewn

ą

trz 

kamienie Peteya. Szczotk

ą

 toaletowa zaczepił małp

ę

 i poci

ą

gn

ą

ł. Przez 

moment zabawka zakołysała si

ę

, a potem wpadła do torby. Ze 

ś

rodka 

rozległo si

ę

 cichutkie d

ż

ang!; to jeden z talerzy trafił w kamie

ń

.

 - Tato? Tatusiu! - w głosie Peteya zabrzmiał l

ę

k. Hal obejrzał si

ę

 

na niego. Co

ś

 si

ę

 zmieniło; co

ś

 było inaczej. Ale co?

I wówczas dostrzegł kierunek spojrze

ń

 Peteya i ju

ż

 wiedział. 

Bzyczenie muchy ucichło. Owad le

ż

ał martwy na parapecie. 

- Czy małpa to zrobiła? - wyszeptał Petey.
- Chod

ź

. - Hal zaci

ą

gn

ą

ł suwak torby. - Opowiem ci w drodze do domu.

background image

- Jak pojedziemy? Mama i Dennis zabrali samochód.
- Nie martw si

ę

 - Hal zwichrzył włosy Peteya.

***
Pokazał recepcjoni

ś

cie prawo jazdy i banknot dwudziestodolarowy. 

Pobrawszy w zastaw cyfrowy zegarek Hala z Texas Instruments, 
recepcjonista wr

ę

czył mu klucze do jego własnego samochodu - 

sponiewieranego AMC gremlina. Gdy ruszyli tras

ą

 302 w stron

ę

 Casco, 

Hal zacz

ą

ł mówi

ć

, z pocz

ą

tku z wahaniem, potem nieco szybciej. 

Najpierw opowiedział Peteyowi, 

ż

e najprawdopodobniej to jego własny 

ojciec przywiózł małp

ę

 z zagranicy w prezencie dla swoich synów. Nie 

była to zbyt wyj

ą

tkowa zabawka - nie miała w sobie nic osobliwego ani 

cennego. Na tym 

ś

wiecie musz

ą

 istnie

ć

 setki tysi

ę

cy nakr

ę

canych małp, 

cz

ęść

 z nich pochodzi z Hong Kongu, inne z Tajwanu, jeszcze inne z 

Korei. Lecz gdzie

ś

 po drodze - mo

ż

e nawet w mrocznym składziku domu w 

Connecticut, gdzie obaj chłopcy rozpoczynali swoje dorastanie - co

ś

 

si

ę

 z ni

ą

 stało. Co

ś

 złego. Mo

ż

liwe, powiedział Hal próbuj

ą

przekona

ć

 wóz recepcjonisty, by przyspieszył do sze

ść

dziesi

ę

ciu 

kilometrów na godzin

ę

 - 

ż

e jakie

ś

 złe rzeczy - nawet najgorsze - tak 

naprawd

ę

 nie s

ą

 

ś

wiadome tego, czym si

ę

 stały. Na tym zako

ń

czył 

temat, bo Petey i tak wi

ę

cej by nie zrozumiał, lecz jego umysł 

w

ę

drował utartym szlakiem. Pomy

ś

lał, i

ż

 zło mogło w istocie cz

ę

sto 

przypomina

ć

 małp

ę

, pełn

ą

 spr

ęż

yn i z

ę

batek; przekr

ę

casz kluczyk, 

mechanizm si

ę

 obraca, talerze uderzaj

ą

 o siebie, szyderczy u

ś

miech, 

głupie szklane roze

ś

miane oczy... a mo

ż

e tylko wydaj

ą

 si

ę

 

roze

ś

miane...

Opowiedział Peteyowi o tym, jak znalazł małp

ę

 i niewiele wi

ę

cej - nie 

chciał dodatkowo przera

ż

a

ć

 i tak wystraszonego chłopca. Ucierpiała na 

tym opowie

ść

 - stała si

ę

 chaotyczna i niejasna, ale Petey nie zadawał 

pyta

ń

; mo

ż

e sam uzupełniał braki, pomy

ś

lał Hal, tak samo jak on wci

ąż

 

na nowo 

ś

nił o 

ś

mierci matki, cho

ć

 przecie

ż

 nie było go tam.

Wuj Will i ciocia Ida przyjechali na pogrzeb. Potem wuj Will wrócił 
do Maine - wła

ś

nie zacz

ę

ły si

ę

 

ż

niwa - a ciocia Ida została z 

chłopcami dwa tygodnie, by uporz

ą

dkowa

ć

 sprawy siostry przed 

przeprowadzk

ą

 do Maine. Przede wszystkim jednak wykorzystała ten czas 

przyzwyczajaj

ą

c ich do własnej osoby - byli tak oszołomieni nagła 

ś

mierci

ą

 matki, 

ż

e sprawiali wra

ż

enie ot

ę

piałych, sennych. Gdy nie 

mogli zasn

ąć

, zjawiała si

ę

 z ciepłym mlekiem; kiedy Hal ockn

ą

ł si

ę

 o 

trzeciej nad ranem dr

ę

czony koszmarami (koszmarami, w których matka 

zbli

ż

ała si

ę

 do dystrybutora nie dostrzegaj

ą

c małpy unosz

ą

cej si

ę

 i 

podskakuj

ą

cej w zimnej szafirowej gł

ę

binie, u

ś

miechni

ę

tej, wal

ą

cej w 

talerze; ka

ż

de machni

ę

cie r

ą

k pozostawiało za sob

ą

 pasmo b

ą

belków); 

była przy nim; gdy trzy dni po pogrzebie Bill najpierw dostał 
gor

ą

czki, a potem serii bolesnych zajadów i wreszcie pokrzywki - była 

przy nim. Oswajała chłopców i nim opu

ś

cili Hartford, zmierzaj

ą

autobusem do Portland, zarówno Bill jak i Hal przyszli do niej, ka

ż

dy 

z osobna, i płakali jej na kolanach, a ona tuliła ich i kołysała. W 
ten sposób zadzierzgiwały si

ę

 wi

ę

zy.

Na dzie

ń

 przed ostatecznym wyjazdem z Connecticut "w dół, do Maine" 

(jak to wówczas nazywali) przed domem zjawił si

ę

 

ś

mieciarz w 

rozklekotanej ci

ęż

arówce i zabrał wielki stos niepotrzebnych rzeczy, 

które Bill z Halem wynie

ś

li na chodnik ze składziku. Kiedy wystawili 

ju

ż

 wszystkie 

ś

mieci, ciotka Ida poprosiła, by raz jeszcze przejrzeli 

składzik i wybrali sobie wszystkie pami

ą

tki, suweniry, które 

chcieliby zatrzyma

ć

. Nie mamy miejsca na wszystko, chłopcy, 

oznajmiła, i Hal przypuszczał, 

ż

e Bill wzi

ą

ł j

ą

 za słowo i przejrzał 

wszystkie fascynuj

ą

ce pudła, które ojciec zostawił tam przed swoim 

znikni

ę

ciem. Hal nie doł

ą

czył do starszego brata; stracił ochot

ę

 do 

grzebania w składziku. Podczas pierwszych dwóch tygodni 

ż

ałoby 

przyszła mu do głowy straszna my

ś

l: mo

ż

e ojciec nie znikn

ą

ł tak po 

prostu, ani nie uciekł, bo dr

ę

czył go niepokój , a on odkrył, i

ż

 

mał

ż

e

ń

stwo to rzecz nie dla niego. 

Mo

ż

e dostała go małpa. 

Gdy usłyszał ci

ęż

arówk

ę

 

ś

mieciarza, z rykiem, hukiem i pierdni

ę

ciami 

zmierzaj

ą

c

ą

 w ich stron

ę

, Hal spr

ęż

ył si

ę

, chwycił z półki małp

ę

background image

która tkwiła tam od dnia 

ś

mierci matki (nie wa

ż

ył si

ę

 jej dotkn

ąć

 

nawet po to, by znów wsadzi

ć

 zabawk

ę

 do składziku) i zbiegł z ni

ą

 na 

dół. Will i ciocia Ida zauwa

ż

yli go. Na beczce pełnej połamanych 

pami

ą

tek i zaple

ś

niałych ksi

ąż

ek tkwił karton po purinie, pełen 

podobnych 

ś

mieci. Hal wepchn

ą

ł małp

ę

 z powrotem do pudła, z którego 

pochodziła, histerycznie rzucaj

ą

c jej wyzwanie, by zacz

ę

ła bi

ć

 w 

talerze (no dalej, no dalej, wyzywam ci

ę

, wyzywam ci

ę

 na 

ś

mier

ć

 i 

ż

ycie!), ale małpa jedynie czekała, nonszalancko opieraj

ą

c si

ę

 o 

kartonow

ą

 

ś

ciank

ę

, zupełnie jakby wygl

ą

dała autobusu, a jej wargi 

wci

ąż

 wykrzywiał ów okropny, wszechwiedz

ą

cy u

ś

miech.

Hal stał obok, drobny chłopiec w starych sztruksach i rozdeptanych 
juniorkach. Patrzył, jak 

ś

mieciarz, włoski d

ż

entelmen, który nosił na 

szyi krzy

ż

 i pogwizdywał przez szpar

ę

 mi

ę

dzy z

ę

bami, zaczyna ładowa

ć

 

pudła i beczki na pak

ę

 

ś

redniowiecznej ci

ęż

arówki otoczon

ą

 deskami. 

Patrzył, jak m

ęż

czyzna d

ź

wiga beczk

ę

 wraz z balansuj

ą

cym na niej 

kartonem po purinie; patrzył jak małpa znika na pace; patrzył jak 

ś

mieciarz wdrapuje si

ę

 do kabiny, dono

ś

nie wydmuchuje nos w r

ę

k

ę

wyciera j

ą

 wielk

ą

 czerwon

ą

 chustk

ą

 i przy akompaniamencie 

ogłuszaj

ą

cego ryku, w oparach tłustego bł

ę

kitnego dymu, uruchamia 

silnik; patrzył jak ci

ęż

arówka odje

ż

d

ż

a coraz dalej i wówczas ogromny 

ci

ęż

ar spadł mu z serca - Hal poczuł jak znika. Dwukrotnie 

podskoczył, jak najwy

ż

ej potrafił, rozrzucaj

ą

c r

ę

ce, unosz

ą

c je 

dło

ń

mi do góry, i gdyby który

ś

 z s

ą

siadów zauwa

ż

ył go, z pewno

ś

ci

ą

 

uznałby, 

ż

e to niemal blu

ź

nierstwo - czemu ten chłopak podskakuje z 

rado

ś

ci (bo o to wła

ś

nie chodziło, trudno ukry

ć

 podskok z rado

ś

ci), 

pytaliby niew

ą

tpliwie, przecie

ż

 nie ma jeszcze miesi

ą

ca, odk

ą

pochowali

ś

my jego matk

ę

?

Robił to, bo małpa znikn

ę

ła, znikn

ę

ła na zawsze.

Albo przynajmniej tak s

ą

dził. 

Niecałe trzy miesi

ą

ce pó

ź

niej ciotka Ida posłała go na strych, aby 

przyniósł pudła ozdóbek choinkowych i kiedy czołgał si

ę

, poszukuj

ą

odpowiednich kartonów - kurz wgryzał si

ę

 w kolana spodni - nagle znów 

stan

ą

ł z ni

ą

 twarz

ą

 w twarz. Ogarn

ę

ło go zdumienie i zgroza tak 

wielka, 

ż

e musiał ugry

źć

 si

ę

 mocno w dło

ń

, by nie krzykn

ąć

... albo 

zemdle

ć

. Stała tam, szczerz

ą

c z

ę

by, z talerzami uniesionymi stop

ę

 od 

siebie i gotowymi do gry, opieraj

ą

c si

ę

 nonszalancko o 

ś

ciank

ę

 pudła 

od puriny, jakby czekała na autobus. Zdawało si

ę

ż

e mówi do niego: 

My

ś

lałe

ś

ż

e si

ę

 mnie pozbyłe

ś

, prawda? Ale mnie niełatwo si

ę

 pozby

ć

Hal. Lubi

ę

 ci

ę

, Hal. Zostali

ś

my dla siebie stworzeni, chłopiec i jego 

małpka, para starych kumpli. A gdzie

ś

 na południe st

ą

d, głupi stary 

włoski 

ś

mieciarz le

ż

y w wannie, stoj

ą

cej na szponiastych nogach, oczy 

wyła

żą

 mu z głowy, sztuczna szcz

ę

ka wypada z ust, stary 

ś

mieciarz, 

cuchn

ą

cy jak wyczerpana bateria. Zatrzymał mnie dla swojego wnuka, 

Hal, ustawił mnie na półce w łazience razem z mydłem, maszynk

ą

 i wod

ą

 

po goleniu, a tak

ż

e radiem Philco, w którym słuchał meczów 

brookli

ń

skich Dodgersów, a ja zacz

ę

łam gra

ć

, jeden z moich talerzy 

trafił stare radio, które wpadło do wanny, a wówczas ja wróciłam do 
ciebie, Hal, w

ę

drowałam noc

ą

 wiejskimi drogami, o trzeciej nad ranem 

promienie ksi

ęż

yca odbijały si

ę

 w moich z

ę

bach. Pozostawiłam za sob

ą

 

wielu ludzi, którzy Zgin

ę

li w licznych Miejscach. Przyszłam do 

ciebie, Hal, jestem twoim prezentem gwiazdkowym, wi

ę

c nakr

ęć

 mnie, 

kto nie 

ż

yje? Czy to Bill? Czy to wuj Will? A mo

ż

e ty?

Hal cofn

ą

ł si

ę

 z szale

ń

czo wykrzywion

ą

 twarz

ą

. Nie mógł skupi

ć

 wzroku 

i schodz

ą

c na dół omal nie upadł. Powiedział cioci Idzie, 

ż

e nie 

udało mu si

ę

 znale

źć

 ozdóbek choinkowych - było to jego pierwsze 

kłamstwo i ciotka dostrzegła je na twarzy chłopca, ale dzi

ę

ki Bogu 

nie naciskała - z potem, gdy Bill wrócił, poprosiła, by on tak

ż

poszukał. Bill przyniósł ozdóbki. Pó

ź

niej, gdy zostali sami, sykn

ą

ł, 

ż

e Hal to t

ę

pak, który maj

ą

c dwie r

ę

ce i latark

ę

 nie znalazłby nawet 

własnego tyłka. Hal  nie odpowiedział. Był blady i milcz

ą

cy, ledwie 

rozgrzebał kolacj

ę

. Tej nocy znów przy

ś

niła mu si

ę

 małpa; jeden z jej 

talerzy uderzył o radio Philco, z którego wydobywał si

ę

 wła

ś

nie głos 

Deana Martina, 

ś

piewaj

ą

cego: Kiedy ksi

ęż

yc ci w twarz wtem po

ś

wieci, 

ż

e a

ż

, wtedy dobrze ju

ż

 wiesz, 

ż

e to amoooore; a potem radio wpadło 

background image

do wanny, a małpa u

ś

miechała si

ę

 szyderczo uderzaj

ą

c w talerze, z 

kolejnym d

ż

ang i d

ż

ang i d

ż

ang; tyle, 

ż

e kiedy woda w wannie stała 

si

ę

 elektryczna, nie siedział w niej włoski 

ś

mieciarz. 

Tylko on sam. 
*

*

*

Hal i jego syn zbiegli niezgrabnie po zboczu za domem i skierowali 
si

ę

 do szopy na łodzie, stercz

ą

cej nad wod

ą

 na swych starych palach. 

Hal w prawej r

ę

ce trzymał torb

ę

. W gardle mu zaschło, uszy nastroiły 

si

ę

 na odbiór nienaturalnie wysokich tonów. Torba była bardzo ci

ęż

ka.

Odło

ż

ył j

ą

 na ziemi

ę

.

- Nie dotykaj - uprzedził. Zacz

ą

ł maca

ć

 w kieszeni w poszukiwaniu 

kółka kluczy, które dostał od Billa. Jeden z nich opisano starannie 
SZ-PA na kawałku ta

ś

my klej

ą

cej.

Dzie

ń

 był jasny, zimny i wietrzny, niebo miało barw

ę

 jaskrawego 

ę

kitu. Li

ś

cie drzew, stłoczonych na brzegu, tu

ż

 nad wod

ą

, przybrały 

wszelkie mo

ż

liwe jesienne odcienie - od krwistej czerwieni po 

kanarkow

ą

 

ż

ół

ć

. Rozmawiały ze sob

ą

 na wietrze. Wokół adidasów Peteya 

tak

ż

e ta

ń

czyły li

ś

cie. Hal czuł w powietrzu wo

ń

 listopada, któremu po 

pi

ę

tach depcze zima.

Klucz obrócił si

ę

 w kłódce i Hal pchn

ą

ł wahadłowe drzwi. Wspomnienia 

powróciły; nie musiał nawet patrze

ć

, by kopni

ę

ciem podsun

ąć

 

podtrzymuj

ą

cy drzwi kloc drewna. Tu panowała wo

ń

 lata: płótno, 

kolorowe drewno, resztki bujnego, zmysłowego ciepła.
Łód

ź

 wuja Willa wci

ąż

 tam była; le

ż

ała ze starannie zło

ż

onymi 

wiosłami, jakby zaledwie wczoraj załadował na ni

ą

 puszk

ę

 z przyn

ę

t

ą

 i 

dwie szóstki piwa Black Label. Bill i Hal wiele razy chodzili na ryby 
z wujkiem Willem, ale nigdy obaj naraz. Wujek Will utrzymywał, 

ż

łód

ź

 jest za mała dla trojga. Czerwona farba, któr

ą

 wujek uzupełniał 

ka

ż

dej wiosny, wyblakła i odłaziła całymi płatami; paj

ą

ki utkały na 

dziobie misterne sieci.
Hal złapał łód

ź

 i poci

ą

gn

ą

ł j

ą

 po pochylni na male

ń

ki prostok

ą

pla

ż

y. Wyprawy w

ę

dkarskie stanowiły jedno z najprzyjemniejszych 

prze

ż

y

ć

 dzieci

ń

stwa, sp

ę

dzonego w domu wujka Willa i ciotki Idy. 

Podejrzewał, 

ż

e Bill my

ś

li tak samo. Wujek Will był zazwyczaj 

niezwykle małomówny, kiedy jednak ustawił ju

ż

 łódk

ę

 tak, jak lubił, 

jakie

ś

 sze

ść

dziesi

ą

t-siedemdziesi

ą

t metrów od brzegu, gdy zarzucili 

w

ę

dki, a spławiki ta

ń

czyły na wodzie, wówczas otwierał dwa piwa - 

jedno dla siebie, drugie dla Hala (który rzadko wypijał wi

ę

cej ni

ż

 

pół dozwolonej przez wujka puszki i zawsze czynił to przy 
akompaniamencie rytualnych ostrze

ż

e

ń

, by nigdy nie wspomniał o tym 

ciotce Idzie, bo "gdyby wiedziała., 

ż

e daj

ę

 wam piwo, zastrzeliłaby 

mnie jak psa") i rozgadywał si

ę

 niepomiernie. Opowiadał wtedy 

najró

ż

niejsze historie, odpowiadał na pytania, kiedy trzeba nakładał 

now

ą

 przyn

ę

t

ę

 na haczyk Hala, a łód

ź

 dryfowała swobodnie, unoszona 

przez wiatr i łagodny pr

ą

d.

- Czemu nigdy nie wypływasz na 

ś

rodek, wujku? - spytał pewnego dnia 

Hal. 
- Spójrz tutaj - odparł wujek Will.
Hal posłuchał. Ujrzał bł

ę

kitn

ą

 wod

ę

 i 

ż

yłk

ę

 własnej w

ę

dki, znikaj

ą

ca 

w czerni w dole.
- Patrzysz na najwi

ę

ksz

ą

 gł

ę

bi

ę

 jeziora Crystal - oznajmił wujek 

Will, zgniataj

ą

c w jednej dłoni pust

ą

 puszk

ę

 po piwie. Drug

ą

 r

ę

k

ą

 

si

ę

gn

ą

ł po nast

ę

pn

ą

. - Sto stóp, bez dwóch zda

ń

. Gdzie

ś

 tam le

ż

stary studebaker Amosa Culligana. Kompletny dure

ń

, zabrał go na 

jezioro w grudniu, kiedy lód nie zd

ąż

ył jeszcze stwardnie

ć

. Miał 

szcz

ęś

cie, 

ż

e wyszedł z tego 

ż

ywy. Nigdy nie zdołali wyci

ą

gn

ąć

 jego 

wozu i nie zobacz

ą

 go a

ż

 do dnia, gdy zagraj

ą

 tr

ą

by na S

ą

Ostateczny. W tym miejscu ten kurwi syn jest najgł

ę

bszy, Hal. Tu s

ą

 

najwi

ę

ksze ryby. Nie ma sensu płyn

ąć

 dalej. Poka

ż

, jak wygl

ą

da twój 

robak. Dawaj tu tego kurwiego syna.
Hal posłuchał, i podczas gdy wujek Will wyci

ą

gał ze starej puszki po 

smarze, która słu

ż

yła mu za pojemnik z przyn

ę

t

ą

ś

wie

ż

ego robaka, on 

zafascynowany wpatrywał si

ę

 w wod

ę

, próbuj

ą

c wypatrzy

ć

 studebakera 

Amosa Culligana, pordzewiał

ą

 skorup

ę

, zasnut

ą

 wodorostami, które 

background image

wpływały do 

ś

rodka przez otwarte okno od strony kierowcy (t

ę

dy 

wła

ś

nie, w absolutnie ostatniej chwili, Amosowi udało si

ę

 uciec). 

Wodorosty oplatały kierownic

ę

 niczym gnij

ą

cy naszyjnik, zwisały z 

lusterka i kołysały si

ę

 jak niezwykły 

ż

ywy ró

ż

aniec. Widział jednak 

tylko bł

ę

kit, przechodz

ą

cy w czer

ń

, i d

ż

d

ż

ownic

ę

 owini

ę

t

ą

 wokół 

haczyka wujka Willa, wisz

ą

ca po

ś

rodku 

ś

wiata w swej własnej 

rozsłonecznionej rzeczywisto

ś

ci. W umy

ś

le Hala pojawiła si

ę

 na moment 

oszałamiaj

ą

ca wizja - wisiał bezwładnie nad bezdenn

ą

 otchłani

ą

 - i 

musiał zamkn

ąć

 oczy, aby pozby

ć

 si

ę

 nagłego l

ę

ku wysoko

ś

ci. Je

ś

li 

dobrze pami

ę

tał, tego dnia wypił cał

ą

 puszk

ę

 piwa.

...najwi

ę

ksza gł

ę

bia jeziora Crystal... sto stóp bez dwóch zda

ń

.

*     *     *
 Na moment przystan

ą

ł, zdyszany, i spojrzał na Peteya, który 

obserwował go z l

ę

kiem.

- Pomóc ci, tato?
- Za minutk

ę

.

Złapał oddech i znów zacz

ą

ł ci

ą

gn

ąć

 łód

ź

 przez w

ą

ski pas piasku do 

wody, zostawiaj

ą

c za sob

ą

 gł

ę

boki 

ś

lad. Farba si

ę

 łuszczyła, ale łód

ź

 

przechowywano w zamkni

ę

ciu. Wygl

ą

dała solidnie.

Kiedy wypływali z wujkiem Willem, wuj przeci

ą

gał łód

ź

 po pochylni i 

pla

ż

y, a gdy dziób zanurzył si

ę

 w wodzie, gramolił si

ę

 do 

ś

rodka, 

chwytał wiosło, gotów si

ę

 odepchn

ąć

, i mówił:

- Popchnij mnie, Hal... tak zarobisz na utrzymanie.
- Podaj mi torb

ę

, Petey, a potem popchnij - polecił Hal, i z lekkim 

u

ś

miechem dodał: - tak zarobisz na utrzymanie.

Petey nie odpowiedział u

ś

miechem.

- Ja nie płyn

ę

?

- Nie tym razem. Kiedy

ś

 zabior

ę

 ci

ę

 na ryby, ale nie dzi

ś

.

Chłopiec zawahał si

ę

. Wiatr zmierzwił jego br

ą

zowe włosy. Kilka 

ż

ółtych li

ś

ci, sztywnych, wyschni

ę

tych, wiruj

ą

c w powietrzu 

przeleciało nad jego ramieniem i wyl

ą

dowało w wodzie, gdzie 

zakołysały si

ę

 jak miniaturowe łódeczki.

- Trzeba było je zapcha

ć

 - powiedział cicho.

- Słucham? - Halowi był niema pewien, 

ż

e rozumie, co miał na my

ś

li 

syn.
- Obwi

ą

za

ć

 wat

ą

 talerze. Obklei

ć

 ta

ś

m

ą

Ż

eby nie mogła... robi

ć

 

hałasu.
Hal przypomniał sobie nagle Stokrotk

ę

, zbli

ż

aj

ą

c

ą

 si

ę

 ku niemu - nie 

szła, lecz potykała si

ę

 chwiejnie. Nagle z jej oczu trysn

ę

ła krew, 

strumienie krwi, które zmoczyły sier

ść

 na szyi i rozlały si

ę

 po 

podłodze stodoły, a ona osun

ę

ła si

ę

 na przednie łapy... i Hal 

usłyszał nios

ą

cy si

ę

 w nieruchomym, deszczowym, porannym powietrzu, 

dziwnie wyra

ź

ny odgłos, dobiegaj

ą

cy z odległego o pi

ęć

dziesi

ą

t metrów 

strychu: D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang!

Zacz

ą

ł histerycznie krzycze

ć

, upuszczaj

ą

c nar

ę

cz drew, które miał 

zanie

ść

 do domu. Pobiegł do kuchni po wujka Willa, który jadł wła

ś

nie 

grzanki i jajecznic

ę

, i nie zd

ąż

ył jeszcze nawet naci

ą

gn

ąć

 szelek na 

ramiona.
- Była star

ą

 suk

ą

, Hal - powiedział wujek ze zbolał

ą

, nieszcz

ęś

liw

ą

 

min

ą

; sam równie

ż

 wygl

ą

dał staro. - Miała dwana

ś

cie lat; to du

ż

o, jak 

na psa. Tylko si

ę

 nie ma

ż

. Starej Stokrotce by si

ę

 to nie spodobało.

- Stara - powtórzył weterynarz, ale i tak wygl

ą

dał na zdumionego, bo 

psy nie zdychaj

ą

 z powodu gwałtownych wylewów do mózgu, nawet je

ś

li 

maj

ą

 dwana

ś

cie lat. (Jakby kto

ś

 wsadził jej w głow

ę

 fajerwerk - 

powiedział do wuja weterynarz; Hal podsłuchał te słowa. Wujek Will 
wykopał dół za stodoł

ą

 tu

ż

 obok miejsca, gdzie w 1950 pochował matk

ę

 

Stokrotki. - "Nigdy czego

ś

 takiego nie widziałem, Will.")

ź

niej, przera

ż

ony do szale

ń

stwa, nie mógł si

ę

 powstrzyma

ć

. Zakradł 

si

ę

 na strych.

Witaj, Hal, co słycha

ć

? Małpa u

ś

miechała si

ę

 z mrocznego k

ą

ta. Jej 

talerze unosiły si

ę

, oddalone od siebie o stop

ę

. Poduszka z kanapy, 

któr

ą

 Hal wsun

ą

ł miedzy nie, le

ż

ała po przeciwnej stroni strychu. 

Co

ś

, jaka

ś

 siła, odrzuciło j

ą

 tam tak mocno, ze z rozerwanego obicia 

wysypała si

ę

 g

ą

bka. Nie martw si

ę

 o Stokrotk

ę

, szeptała małpa w jego 

background image

głowie; szklane orzechowe oczy patrzyły wprost w niebieskie oczy Hala 
Shelburna. Nie przejmuj si

ę

, Stokrotka była stara, Hal, nawet 

weterynarz tak mówił, a przy okazji, widziałe

ś

, jak krew popłyn

ę

ła 

jej z oczu? Nakr

ęć

 mnie, Hal. Nakr

ęć

, pobawimy si

ę

, i kto nie 

ż

yje? 

Czy to ty?
Kiedy znów zacz

ą

ł jasno my

ś

le

ć

,  odkrył, i

ż

 jak zahipnotyzowany 

czołga si

ę

 ku małpie, wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

k

ę

, gotow

ą

 pochwyci

ć

 klucz. 

Szarpn

ą

ł si

ę

 w tył; w po

ś

piechu omal nie spadł ze schodów; 

prawdopodobnie tak by si

ę

 to sko

ń

czyło, gdyby klatka schodowa nie 

była za w

ą

ska. Z jego gardła dobywały si

ę

 ciche j

ę

ki.

Teraz siedział w łodzi, patrz

ą

c na Peteya.

- Wytłumienie talerzy nic nie daje - rzekł. - Ju

ż

 kiedy

ś

 próbowałem.

- I co si

ę

 stało? - Petey zerkn

ą

ł nerwowo na torb

ę

.

- Nic, o czym chciałbym mówi

ć

, i nic, co chciałby

ś

 usłysze

ć

. No 

dalej, popchnij mnie.
Petey nachylił si

ę

; rufa łodzi ze zgrzytem ruszyła po piasku. Hal 

wsparł si

ę

 na wio

ś

le - i nagle uczucie zwi

ą

zania z ziemi

ą

 znikn

ę

ło. 

Łód

ź

 poruszała si

ę

 lekko, po tylu latach sp

ę

dzonych w ciemnej szopie 

znów była sob

ą

. Hal podniósł drugie wiosło i wsun

ą

ł w dulki.

- B

ą

d

ź

 ostro

ż

ny, tato! - rzucił Petey.

- To nie potrwa długo - obiecał Hal, potem jednak spojrzał na torb

ę

 i 

nie miał ju

ż

 tej pewno

ś

ci.

Zacz

ą

ł wiosłowa

ć

, prostuj

ą

c si

ę

 i pochylaj

ą

c. Stary, znajomy ból w 

krzy

ż

u i mi

ę

dzy łopatkami powrócił. Brzeg oddalał si

ę

, Petey, jak w 

magicznej sztuczce, znów stał si

ę

 o

ś

miolatkiem, sze

ś

cio-, 

czterolatkiem, stoj

ą

cym tu

ż

 nad wod

ą

. Niemowl

ę

c

ą

 dłoni

ą

 osłaniał 

oczy.
Hal zerkn

ą

ł przelotnie na brzeg, ale wiedział, 

ż

e nie mo

ż

e sobie 

pozwoli

ć

 na to, by uwa

ż

nie zbada

ć

 go wzrokiem. Min

ę

ło prawie 

pi

ę

tna

ś

cie lat, i je

ś

li przyjrzy si

ę

 brzegowi, miast podobie

ń

stw 

dostrze

ż

e ró

ż

nice, a wtedy nigdy nie trafi. Sło

ń

ce pra

ż

yło mu kark; 

wkrótce zacz

ą

ł si

ę

 poci

ć

. Zawadził wzrokiem o torb

ę

 i na moment 

zgubił rytm wiosłowania. Torba jakby... jakby si

ę

 wybrzuszała. 

Przyspieszył.
Silniejszy powiew wiatru osuszył pot i ochłodził skór

ę

 Hala. Łód

ź

 

uniosła si

ę

; opadaj

ą

cy dziób uderzył z pluskiem w wod

ę

. Czy wiatr nie 

wzmógł si

ę

 przypadkiem przez ostatni

ą

 minut

ę

? I czy Petey czego

ś

 nie 

krzyczał? Tak. Hal nie zdołał rozró

ż

ni

ć

 słów po

ś

ród szumu wiatru. 

Niewa

ż

ne. Pozby

ć

 si

ę

 małpy na nast

ę

pnych dwadzie

ś

cia lat - albo mo

ż

e

(błagam, Bo

ż

e, na zawsze)

na zawsze - oto, co si

ę

 liczyło.

Łód

ź

 wierzgn

ę

ła i opadła. Zerkn

ą

wszy w lewo Hal spostrzegł pierwsze 

nie

ś

miałe białe grzywy. Obejrzał si

ę

 na brzeg: oto Hunter's Point i 

zwalona ruina, która kiedy

ś

 była szop

ą

 na łodzie Burdonsów. A zatem 

niemal dotarł do celu, w miejsce, w którym słynny studebaker Amosa 
Culligana zapadł si

ę

 pod lód pewnego dnia dawno minionego grudnia. 

Był prawie nad najwi

ę

ksz

ą

 gł

ę

bi

ą

 jeziora.

Petey cos krzyczał: krzyczał i wskazywał; Hal wci

ąż

 go nie słyszał. 

Łód

ź

 kołysała si

ę

 i podskakiwała, spod jej obła

żą

cego z farby dziobu 

tryskała piana. W chmurze wodnego pyłu na moment zal

ś

niła t

ę

cza, 

natychmiast jednak rozwiała si

ę

. Plamy 

ś

wiatła i cienia 

ś

migały po 

wodzie, szybkie jak błysk migawki, fale nie były ju

ż

 łagodne; ich 

grzywy wyra

ź

nie urosły. Pot zasechł na pokrytej g

ę

si

ą

 skórk

ą

 skórze 

Hala; kurtka na plecach nasi

ą

kła wod

ą

. Wiosłował z ponur

ą

 

determinacj

ą

, jego wzrok w

ę

drował bez przerwy mi

ę

dzy brzegiem, a 

torb

ą

. Łód

ź

 znów si

ę

 uniosła - tym razem tak wysoko, 

ż

e jedno wiosło 

miast wody zgarn

ę

ło powietrze.

Petey wskazywał r

ę

k

ą

 niebo; jego krzyki były ju

ż

 tylko cichutkim, 

d

ź

wi

ę

cznym szmerem.

Hal obejrzał si

ę

 przez rami

ę

..

Jezioro burzyło si

ę

. Przybrało teraz złowieszczy ciemnoniebieski 

odcie

ń

 - szale

ń

czo faluj

ą

ca niebieska kapa, ozdobiona pl

ą

tanin

ą

 

białych szwów. Po wodzie sun

ą

ł ku łodzi cie

ń

; w jego kształcie było 

co

ś

 znajomego, co

ś

 straszliwie znajomego. Hal uniósł wzrok i nagle we 

background image

jego 

ś

ci

ś

ni

ę

tym gardle wezbrał krzyk.

Skryte za chmur

ą

 sło

ń

ce zmieniło j

ą

 w zgarbion

ą

 posta

ć

, unosz

ą

c

ą

 dwa 

półksi

ęż

yce o złocistych brzegach. Przez dwie wybite w chmurze dziury 

przenikały smugi 

ś

wiatła.

Gdy chmura przepłyn

ę

ła nad łodzi

ą

, talerze małpy, niemal nie 

wyciszone przez 

ś

cianki torby, zacz

ę

ły uderza

ć

 o siebie. D

ż

ang-d

ż

ang-

d

ż

ang-d

ż

ang, to ty, Hal, to w ko

ń

cu ty, jeste

ś

 teraz nad najwi

ę

ksz

ą

 

ę

bin

ą

 jeziora i nadeszła twoja kolej, twoja kolej, twoja kolej...

Wszystkie konieczne elementy zaskoczyły na miejsce. Gdzie

ś

 w dole 

spoczywały gnij

ą

ce ko

ś

ci studebakera Amosa Culligana. Tutaj 

ż

yj

ą

 

najwi

ę

ksze ryby. To wła

ś

nie było to miejsce.

Hal jednym szarpni

ę

ciem uniósł wiosła w dulkach, schylił si

ę

lekcewa

żą

c gwałtowne chybotanie łodzi, i chwycił torb

ę

. Talerze 

odgrywały sw

ą

 dzik

ą

, poga

ń

sk

ą

 melodi

ę

ś

cianki torby wydymały si

ę

 i 

kurczyły, jakby poruszane mrocznym oddechem.
- Wła

ś

nie tutaj, ty kurwi synu! - rykn

ą

ł Hal. - WŁA

Ś

NIE TUTAJ!

Wyrzucił torb

ę

 za burt

ę

.

Ton

ę

ła szybko. Przez chwil

ę

 wydało mu si

ę

ż

e wci

ąż

 

ż

yje, jej 

ś

cianki 

poruszały si

ę

, i przez t

ę

 bezczasow

ą

 chwil

ę

 nadal słyszał uderzenia 

talerzy. Czarne wody na sekund

ę

 poja

ś

niały i ujrzał potworn

ą

 gł

ę

bi

ę

miejsce, w którym 

ż

yły najwi

ę

ksze ryby. Oto studebaker Amosa 

Culligana, tyle 

ż

e za o

ś

lizgł

ą

 kierownic

ą

  siedziała matka Hala - 

u

ś

miechni

ę

ty szkielet; niewielki oko

ń

 wygl

ą

dał oboj

ę

tnie z pustego 

oczodołu. Obok niej unosili si

ę

 ciotka Ida i wujek Will. Siwoszare 

włosy ciotki zafalowały, gdy obok wiruj

ą

c przemkn

ę

ła torba w obłoku 

srebrzystych b

ą

belków. D

ż

ang-d

ż

ang-d

ż

ang... 

Hal błyskawicznie opu

ś

cił wiosła, przy okazji zadrapuj

ą

c do krwi 

kostki (o Bo

ż

e, na tylnym siedzeniu studebakera Amosa Culligana było 

pełno martwych dzieci! Charlie Silverman... Johnny McCabe...) i 
zacz

ą

ł zawraca

ć

 łód

ź

.

Pomi

ę

dzy jego stopami cos trzasn

ę

ło, sucho, gło

ś

no jak wystrzał z 

pistoletu, i nagle mi

ę

dzy dwiema deskami wezbrała woda. Łód

ź

 była 

stara; drewno bez w

ą

tpienia si

ę

 rozeschło. To tylko drobny przeciek. 

Ale Hal mógłby przysi

ą

c, 

ż

e kiedy wypłyn

ą

ł, nie było go tam.

Brzeg i jezioro zamieniły si

ę

 miejscami. Teraz siedział tyłem do 

Peteya. Nad jego głow

ą

 upiorna małpia chmura rozpływała si

ę

. Hal 

zacz

ą

ł wiosłowa

ć

. Dwadzie

ś

cia sekund wystarczyło, by uwierzył, 

ż

toczy wy

ś

cig o 

ż

ycie. Był do

ść

 przeci

ę

tnym pływakiem, a wzburzone 

wody wystawiłyby na ci

ęż

k

ą

 prób

ę

 nawet mistrza.

Nagle jeszcze dwie deski skurczyły si

ę

 z tym samym ogłuszaj

ą

cym 

trzaskiem. Do 

ś

rodka naciekło wi

ę

cej wody, zalewaj

ą

c mu buty. 

Usłyszał ciche metaliczne chrz

ę

sty - to p

ę

kały gwo

ź

dzie. Fragment 

dulki odprysn

ą

ł i wpadł do jeziora - czy cała dulka b

ę

dzie nast

ę

pna?

Wiatr dmuchał mu w plecy, jakby chciał go spowolni

ć

, albo nawet 

zepchn

ąć

 na 

ś

rodek jeziora. Hal był przera

ż

ony, lecz oprócz grozy 

czul szale

ń

cz

ą

 rado

ść

. Tym razem małpa na dobre odeszła. Sk

ą

d

ś

 to 

wiedział. Cokolwiek si

ę

 z nim stanie, małpa nie wróci, nie rzuci 

swego cienia na 

ż

ycie Dennisa i Peteya. Znikn

ę

ła; mo

ż

e le

ż

y teraz na 

dachu albo masce studebakera Amosa Culligana na dnie jeziora Crystal. 
Pozbył si

ę

 jej. Raz na zawsze.

Wiosłował, pochylaj

ą

c si

ę

 naprzód i prostuj

ą

c plecy. Znów usłyszał 

suchy trzask; zardzewiała puszka po smarze, le

żą

ca na dziobie, 

unosiła si

ę

 w gł

ę

bokiej na trzy cale wodzie. Hal poczuł na twarzy 

dotyk wodnego pyłu. Nagle ławeczka dziobowa p

ę

kła w pół. Oba kawałki 

podpłyn

ę

ły tuz do pojemnika na robaki. Z lewej burty odpadła deska, 

potem druga, po prawej, na samej linii wodnej. Hal wiosłował. Z jego 
ust z j

ę

kiem ulatywał suchy, rozgrzany oddech, w gardle wzbierał 

miedziany posmak zm

ę

czenia. Wiatr unosił mokre od potu włosy. 

W samym dnie łodzi otwarła si

ę

 zygzakowata szczelina, biegn

ą

ca od 

jego stóp a

ż

 po dziób. Do 

ś

rodka chlusn

ę

ła woda; najpierw si

ę

gała mu 

po kostki, potem do połowy łydek. Wiosłował, lecz łódka poruszała si

ę

 

bardzo opornie. Nie 

ś

miał zerkn

ąć

 przez rami

ę

, by przekona

ć

 si

ę

, jak 

bardzo si

ę

 zbli

ż

ył.

Odpadła kolejna deska. Szczelina biegn

ą

ca 

ś

rodkiem łodzi wypuszczała 

background image

gał

ę

zie, jak drzewo. Do wn

ę

trza wlewała si

ę

 woda.

Hal wiosłował coraz szybciej, gwałtownie chwytaj

ą

c powietrze. 

Poci

ą

gn

ą

ł raz... drugi... przy trzecim obie dulki odpadły. Zgubił 

jedno wiosło i cudem uratował drugie. Zerwał si

ę

 z miejsca i zacz

ą

ł 

młóci

ć

 nim wod

ę

. Łód

ź

 zakołysała si

ę

 i o mało nie wywróciła; ostre 

chybniecie cisn

ę

ło go z głuchym łomotem z powrotem na ławeczk

ę

.

W chwil

ę

 pó

ź

niej stracił kolejne deski. Ławka zapadła si

ę

, i Hal 

le

ż

ał w wodzie, wypełniaj

ą

cej dno łódki, zaskoczony tym, jak bardzo 

jest zimna. Próbował d

ź

wign

ąć

 si

ę

 na kolana, desperacko powtarzaj

ą

c w 

duchu: Petey nie mo

ż

e tego zobaczy

ć

, nie mo

ż

e widzie

ć

, jak ojciec 

tonie na jego oczach, b

ę

dziesz płyn

ą

ł, pieskiem, je

ś

li trzeba, byle 

naprzód, zrób co

ś

...

Rozległ si

ę

 kolejny gło

ś

ny trzask - niemal huk - i znalazł si

ę

 w 

wodzie, płyn

ą

c do brzegu tak, jak jeszcze nigdy w 

ż

yciu - a brzeg był 

zdumiewaj

ą

co bliski. Po minucie Hal stał ju

ż

 na dnie, zanurzony do 

pasa, pi

ęć

 metrów od płazy.

Petey z pluskiem rzucił si

ę

 ku niemu, wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

ce; krzyczał, 

płakał i 

ś

miał si

ę

 równocze

ś

nie. Hal, brodz

ą

c w wodzie, ruszył w 

stron

ę

 syna. Petey, zanurzony po pier

ś

, tak

ż

e parł naprzód.

W ko

ń

cu si

ę

 złapali.

Hal, oddychaj

ą

c ci

ęż

ko ze zm

ę

czenia, mimo wszystko d

ź

wign

ą

ł chłopca i 

zaniósł go na pla

żę

. Tam obaj padli na piasek, dysz

ą

c.

- Tato? Ju

ż

 jej nie ma? Tej brzydkiejzłej małpy?

- Tak. My

ś

l

ę

ż

e chyba si

ę

 jej pozbyli

ś

my. Tym razem na dobre.

- Łód

ź

 si

ę

 rozpadła. Tak po prostu - rozleciała si

ę

 wokół ciebie.

Hal zerkn

ą

ł na deski, unosz

ą

ce si

ę

 na wodzie jakie

ś

 dwadzie

ś

cia stóp 

dalej. Zupełnie nie przypominały solidnej łódki, któr

ą

 niedawno 

wyci

ą

gn

ą

ł z szopy na przystani.

- Ju

ż

 wszystko dobrze. - Oparł si

ę

 na łokciu. Zamkn

ą

ł oczy 

pozwalaj

ą

c, by sło

ń

ce ogrzało mu twarz.

- Widziałe

ś

 chmur

ę

? - szepn

ą

ł Petey.

- Tak. Ale teraz jej nie dostrzegam. A ty?
Spojrzeli na niebo. Tu i ówdzie pływały na nim białe obłoczki, lecz 
ani 

ś

ladu wielkiej czarnej chmury. Znikn

ę

ła, tak po prostu.

Hal poci

ą

gn

ą

ł Peteya.

- W domu b

ę

d

ą

 r

ę

czniki. Chod

ź

. - Przystan

ą

ł, patrz

ą

c na syna. - To 

wariactwo tak biec do wody.
Petey spojrzał na niego z powag

ą

.

- Byłe

ś

 bardzo odwa

ż

ny, tato.

- Naprawd

ę

? - Ani przez moment nie my

ś

lał o odwadze. Czuł wył

ą

cznie 

strach, strach tak wielki, 

ż

e przesłaniał cały 

ś

wiat. Je

ś

li ów 

ś

wiat 

w ogóle istniał. - Chod

ź

, Pete.

- Co powiemy mamie?
- Nie wiem, olbrzymie. - Hal u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do syna. - Co

ś

 wymy

ś

limy.

Przystan

ą

ł na moment, patrz

ą

c na pływaj

ą

ce w wodzie deski. Jezioro 

znów si

ę

 uspokoiło; małe zmarszczki migotały w sło

ń

cu. Nagle Hal 

pomy

ś

lał o wczasowiczach, których nawet nie znał - mo

ż

e ojcu i synu, 

zasadzaj

ą

cych si

ę

 na wielk

ą

 ryb

ę

. Mam cos, tato! - krzyczy chłopak. 

Wyci

ą

gnij, to zobaczymy - odpowiada ojciec i z gł

ę

bin, ci

ą

gn

ą

c za 

sob

ą

 zapl

ą

tane w talerze wodorosty, szczerz

ą

c z

ę

by w upiornym 

powitalnym u

ś

miechu wynurza si

ę

... małpa.

Zadr

ż

ał. Ale to w ko

ń

cu tylko jedna z mo

ż

liwo

ś

ci.

- Chod

ź

 - powtórzył i razem ruszyli 

ś

cie

ż

k

ą

 przed płomienisty 

pa

ź

dziernikowy las, do domu.

Notatka z Nowin Bridgo

ń

skich,

24 pa

ź

dziernika, 1980.

TAJEMNICA MARTWYCH RYB
Betsy Moriarty

SETKI martwych ryb zauwa

ż

ono w zeszłym tygodniu na jeziorze Crystal w 

s

ą

siednim miasteczku Casco. Najwi

ę

cej z nich zgin

ę

ło w pobli

ż

Hunter's Point, cho

ć

 pr

ą

dy w jeziorze nieco utrudniaj

ą

 dokładn

ą

 

background image

lokalizacj

ę

. W

ś

ród martwych ryb znaleziono wszystkie gatunki, 

wyst

ę

puj

ą

ce w tutejszych wodach: samogłowy, szczupaki, mi

ę

tusy, 

karpie, br

ą

zowe i t

ę

czowe pstr

ą

gi, a nawet zabł

ą

kanego łososia. 

Władze łowieckie i w

ę

dkarskie s

ą

 równie zdumione...