background image
background image

Józef Ignacy Kraszewski

Klasztor

Opowiadanie

background image

I

Od   piętnastego   wieku   począwszy,   coraz   u   nas   więcej   stawało   klasztorów   reguły   św. 

Franciszka, i żaden zakon z tych wielu, któreśmy, począwszy od benedyktynów, bożogrobców i 
cystersów gościnnie przyjęli, nie zrósł się tak jakoś z duchem i obyczajem narodu, jak dzieci 
patriarchy z Asyżu.

Pomiędzy   prawodawcą   ich,   każącym   do   ryb   i   rozmawiającym   z   ptaszkami,   przepasanym 

prostym   sznurem,   chodzącym   boso   z   wesołym   na   ustach   uśmiechem,   śpiewającym   piosenki 
jakby z ust ludu wyjęte, a dziećmi tej ziemi, rozproszonymi po lasach i pustynnych polach, z 
pieśnią tęskną na ustach i tęsknotą w duszy do nadziemskich ideałów — musiało być jakieś 
powinowactwo ducha.

Powstawały też i rosły domy zakonne synów św. Franciszka, rozrastając się wszędzie, żyjąc 

jałmużną, którą im chętnie przynoszono i aż do ostatnich czasów żaden z nich nie spustoszał, 
pełne były wszystkie. Jak mrówki roiły się w nich ludzie wszech stanów, w ciszy klasztornej 
szukający przytułku po burzach świata. Gościnne furty otwierały się zarówno dla wszystkich 
zbolałych i znękanych — dla dzieci ludu i szlachty, dla mieszczańskich synów, dla neofitów, dla 
tych wydziedziczonych wszelkiego stanu, którzy nie. mieli ani rodziny, ani ogniska.

Jak suknia gruba siermiężna, tak instytucja zakonu była w gruncie demokratyczną. Nie pytano 

o ród, nie żądano nawet wysokiej nauki; zranione serce i pobożny umysł starczyły za prawo 
przyjęcia do tego schronienia.

Bernardyni, reformaci, kapucyni przebiegali pieszo wioski i dwory, wstępowali do chat, jadali 

z chłopami, biesiadowali z panami, mieli udział czynny w życia smutkach i pociechach, wszędzie 
byli gośćmi pożądanymi, a z pobłażaniem dobrodusznym patrzyli na biedny świat, z którego 
wyszli dlatego tylko, aby mu być posługą i pokrzepieniem.

Jednym z takich gniazd starych pobożności i żywota wspólnego był klasztor w ….icach, na 

pograniczu   Korony   i   Litwy.   Założony   w   XVI   wieku,   miał   czas   do   końca   XVIII   postarzeć, 
posiwieć   i   przybrać   tę   fizjognomią   sędziwą,   która   gmachom   nadaje   powagę   i   malowniczą 
piękność.

Budowniczy   co   wznosił   te   mury   nie   był   kunsztmistrzem   wielkim,   nie   starał   się   o   styl 

wykwintny, ani o powierzchowność ozdobną. Klasztor wzniósł wedle planu jakiegoś z zagranicy 
przywiezionego,  zmieniwszy go tylko  o tyle,  o ile miejscowość tego wymagała.  Kościół też 
zastosować musiał do form tradycyjnych. Pomimo wielkiej prostoty pomysłu i niewyszukanych 
linij budowy, całość, wznosząca się na tle lasu, otoczona gęstą zielenią ogrodu, opasana murem z 
bramą i furtami, wcale pięknie stawiła się oczom wędrowca, przybywającego do małej mieściny, 
która   gościńcem   tylko   oddzieloną   była   od   zabudowań   klasztornych.   Pierwszy   założyciel 
konwentu   miał   na  myśli   to,  że   osamotnionym   potrzeba   było  dostarczyć  materiału  do  pracy, 
przestrzeni,   na   której   by  swobodniej   oddychać,   przechadzać   się,   dumać   mogli   i   modlić   się. 
Znaczną przestrzeń lasu opasano dla mnichów murem, aby z niej ogród zrobić mogli. W samych 
murach nie zapomniano o bibliotece, o refektarzu dla gości, o foresterii

*1

, o gościnnych izbach, o 

korytarzach wygodnych. Było gdzie odbywać zjazdy i wybory generałów bodaj, prowincjałów, 
definitorów   i   przełożonych;   a   gdy   szlachta   potrzebowała   przedsejmikową   złożyć   naradę, 
wpraszała się też do bernardynów, poprzedzając najazd furami, które wiozły potrzebne do kuchni 
zapasy.

Nie próżnowali ojcowie bernardyni, choć ich prześladowano tym, iż nie robili nic. Praca ich 

1

*

 F o r e s t e r i a  (z wł.) — pokój wyznaczony dla gości w klasztorach.

background image

tym zasłużeńszą była może, iż niewidoczną. Szli w pomoc proboszczom, kapelanami byli po 
dworach, trzymali szkółkę dla ubogich chłopców; w bibliotece zawsze któryś z nich siedział, a po 
celach u niejednego znalazły się obrazy, bo wielu między nimi uprawiało sztukę.

Nie   ograniczały   się   tym   ich   czynności,   bo   nieustannie   podróżując   od   dworu   do   dworu, 

niejednę waśń i spór pośrednictwem swym ukoili i przywiedli skłóconych, aby sobie podali ręce. 
Kwestarz bernardyński, ze swym tradycyjnym wózkiem, woźnicą starym, koniem niemłodym i 
niewyczerpaną wesołością, ze swymi obrazkami dla dzieci, opłatkami na święta, był wszędzie 
gościem pożądanym. W osamotnionych dworach witano go jako żywą gazetę w tych czasach, 
gdy   innych   nie   było.   Szlachcic   zmuszał   go   do   kielicha,   aby   sam   miał   pretekst   wysuszenia 
butelczyny, dzieci otaczały go ciekawie, jejmość karmiła troskliwie.

W klasztorze też, który nie miał więcej nic nad jałmużnę, nie zbywało nigdy na zapasach 

spiżarni, ani kościołowi na świetle, a odpusty napełniały skarbonki. Na święty Antoni, na św. 
Franciszek, na porcjunkułę

*

 mnogie tłumy oblegały kościół, a stół w refektarzu nie starczył dla 

gości. W tych czasach, gdy się nasze opowiadanie zaczyna, przełożonym, gwardianem klasztoru 
był ks. Rafał. Na oko podobien on się wydawał do tego najpospolitszego typu bernardyna, który 
wesołym obliczem, rumianą twarzą, tuszą dobrą, okiem jasnym zapowiadał spokojne sumienie i 
myśl nietęskliwą.

Kto nie znał o. Rafała, ten w nim widział tylko bardzo pospolitego, łagodnego a rubasznego 

mnicha. Takim on też był dla wielkiej większości pospolitych ludzi, z którymi obcował. Lecz w 
istocie, niepozorna powierzchowność ta kryła w sobie człowieka daleko głębiej widzącego, myśli 
bystrzejszych, znajomości świata większej, niż się zdawało na pierwszy rzut oka.

Nikt nie znał przeszłości o. Rafała. Przeniesionym on tu był z klasztoru jakiegoś w Wielkiej 

Polsce,   przed  laty;  wiedziano,  że   miał  pochodzić  z  rodziny  szlacheckiej,  a  domyślano  się  z 
pewnych oznak, że mógł służyć wojskowo.

Wybór na gwardiana zawdzięczał o. Rafał wielkiemu obyciu z ludźmi i światem, znajomości 

kilku języków, energii z łagodnością połączonej i towarzyskim przymiotom. Raz go wybrawszy, 
konwent nikim już zastąpić nie mógł i nie chciał.

Słusznego   wzrostu,   krzepki   i   zażywny   w   sobie,   twarzy   rumianej,   zdrowia   silnego, 

zahartowany na wszelkie niewygody, ojciec Rafał przy wielkiej powadze miał to wesele synów 
św. Franciszka, ten humor zawsze równy, który szlachta szczególniej wysoko ceniła. Był też jej 
ulubieńcem.

Pomocnikiem   jego   i   zastępcą   wybrany   od   niedawna   o.   Serafin   miał   usposobienie   więcej 

ascetyczne, milczące, twarz bladą i smutną, ale łagodności i wyrozumiałości był wielkiej. I o nim 
sąsiedzi a przyjaciele konwentu nie umieli powiedzieć wiele. O. Serafin nie był tutejszym.

Szczególne   zamiłowanie   do   dzieci,   zajmowanie   się   nimi,   troskliwość   o   ubogich, 

pieczołowitość o zbawienie i pomoc duchową dla ludu znamionowały o. Serafina. Nie bardzo 
chętnie jeździł do dworów i pałaców, czuł się w nich obcym; ale do lepianek i chatek rad jechał i 
do biednych  umiał tak mówić, jakby był z nich jednym.  Domyślano się, że musiał sam być 
„prostej kondycji”, jak naówczas mówiono. Temu jednak zdawało się przeciwić wykształcenie 
teologiczne i przyznawana mu nauka. Gdzie poparcia o. Rafał potrzebował, odwoływał się do 
Serafina, aby powagę teologiczną jak pieczęć do rzeczy przyłożył.

O. Szymon, podobno najdawniejszy klasztoru tego mieszkaniec i najstarszy z zakonników, 

odznaczał się tym, że miał na wygolonej głowie, lśniącej jak kość słoniowa, czerwoną bliznę, 
straszną, która przecinała część policzka, skroń i czaszkę. Był  to jakby głęboki rów zarosły, 
świadek straszliwej rany, a razem i przeszłości burzliwej ks. Szymona.

*  P o r c j u n k u ł a   (z lac.  portiuncula) — dosł.  cząsteczka, nazwa kościółka pod Asyżem (św. Franciszka), a 

także uroczystość obchodzona 2 sierpnia w dzień Matki Boskiej Anielskiej w kościołach bernardyńskich.

background image

Żołnierz niegdyś,  miał  on w habicie i po latach  wielu ruchy jeszcze żołnierskie, żywe,  a 

dawniej   zbroja,   później   gruba   suknia   tak   go   dobrze   zahartowały,   że   dochodząc   lat 
osiemdziesięciu, zdrowszym był od wielu, co połowy jego nie mieli. O. Szymon w obejściu się 
był   rubaszny,   gderliwy   niby,   mówił   głośno,   zażywał   tabakę   co   chwila,   potrzebował   ciągle 
zajęcia, ale i towarzystwa nie unikał. Szlachcie, z którą dobrze żył, prawdę rąbał nielitościwie.

— Ale ja was znam na wylot — powiadał — samem taki był!
Gdzie trzeba było wykłócić się, nahuczeć i surowości zażyć, delegowano ks. Szymona. Nie 

uląkł się nikogo.

Życie czynne a wstrzemięźliwe, bo pościł surowo, a w ruchu był ciągle, dziwnie starcowi szło 

na zdrowie. Na wszystkie też choroby miał i radził jedno lekarstwo:

— Głód! Głód!…. ten wszelką chorobę odpędza…
Sam się tym sposobem leczył zawsze… Pościł.
Obok ks. Szymona, między starszyznę klasztorną liczył się o. Anioł. Jako człowiek i zakonnik 

był bardzo uprzejmy, miły, wesoły i towarzyski; ale miał wadę jednę, którą mu w klasztorze 
wyrzucano, jako z powołaniem zakonnym niezupełnie zgodną….

O. Anioł nieustannie cóś majstrował. Miał do tego pasją i dowodził przykładami z żywotów 

błogosławionych   i   świętobliwych   reguły   swej,   że   w   tym   nie   tylko   grzechu   nie   było,   ale 
najzdrowsze   przeciw   wszelkim   pokusom   lekarstwo.   O.   Anioł   malował   obrazki,   dorabiał 
drewnianym posągom poutrącane części, reparował monstrancje, cerował kobierce, gotów był 
nawet klucze połamane dopiłowywać i w celi swej miał wszelkie możliwe przybory do tych 
wielorakich zatrudnień. W najweselszym był humorze, gdy mu jakieś trudne przypadło zadanie, z 
którym mierzyć się było potrzeba. Czego nie umiał, tego dochodził i odgadywał.

— Nie święci garnki lepią — było jego ulubionym aksjomatem.
Mały, okrągły, żwawy, brunet, z wielkimi czarnymi oczyma, mocno wystającymi, o. Anioł 

miał   naturę   ciekawą   i   niespokojną,   ale   zadośćuczynienia   jej   niechętnie   szukał   w   książkach, 
daleko zaś ochotniej w pracy,  która zarazem umysł  i ręce zająć mogła. Dokazywał  też nimi 
prawdziwych cudów.

Miał   klasztor   z   daru   czyjegoś   bardzo   stary   tryptyk   z   kości   słoniowej,   mocno   przez   czas 

uszkodzony. Wyprosił go sobie do celi i póty około niego dłubał, aż zupełnie w stylu dawnym 
dopełnił uszkodzone części, tak że ich starych rozpoznać nie było można. Tak samo obraz w 
bocznym ołtarzu, od wilgoci przybutwiały, nakleił i zrestaurował nader zręcznie i kunsztownie.

Na dzieła sztuki własnego pomysłu nie porywał się ks. Anioł, ale w naśladowaniu starych 

wzorów był mistrzem. Jednę kopią z Perugina

*

  na desce umyślnie dobranej odmalował i tak 

doprowadził do tonu oryginału, iż na żart kopią oddał właścicielowi, który dopiero się przekonał, 
iż była świeżą, gdy mu uradowany twórca ukazał stary obrazek i swój znaczek na nowym.

W   klasztorze,   choć   podziwiano   talent   ks.   Anioła   i   korzystano   z   niego,   z   pewnym 

politowaniem, jak na ludzką słabostkę, zapatrywano się na te jego fantazje, które uszczęśliwiały 
mnicha.

O. Gabriel, w równym wieku z Aniołem, odróżniał się od niego i wszystkich braci. Było to 

dziecię   niegdyś   możnego   domu,   jakąś   burzą   wyrzucone   z   rodzinnego   gniazda.   Cala   postać, 
twarz, ruchy,  mowa, pomimo usiłowania aby się dostroić do bernardyńskiego prostego tonu, 
ciągle w nim zdradzały arystokratyczne pochodzenie. On jeden nie miał w obliczu tego pokoju i 
wesela, które stanowił charakter i właściwość jego współbraci. Pracował nad tym, aby się okazać 
pokornym, przejednanym z losem, lecz walkę w nim jeszcze widać było.

* P e r u g i n  — P e r u g i n o , wlaśc.  P i e t r o   d i   C r i s t o f o r o   V a n n u c c i  — (ok. 1450–1523). malarz 

włoskiego   renesansu,   nauczyciel   Rafaela,   autor   obrazów   i   fresków   o   tematyce   religijnej   (m.in.   w   Kaplicy 
Sykstyńskiej w Rzymie oraz w Collegio del Cambio w Perugii)

background image

Względem siebie nikt surowszym być nie mógł nad niego; posuwał on tę surowość aż do 

ostatecznych krańców, ani chorobą, ani bezsilnością nigdy nie uwalniając się od najostrzejszych 
reguły przepisów. Posłuszeństwa i pokory przykładnej, o. Gabriel wiódł życie tak ascetyczne jak 
ks. Serafin, lecz w pierwszym ono płynęło z usposobienia i temperamentu, w nim z silnej woli.

Wesołości jednej, jako atrybutu życia zakonnego, wyrobić w sobie nie mógł. Poważano go 

powszechnie, ale  i obawiano się razem,  choć nigdy nikomu  przykrym  nie był.  Niepomierna 
ostrość, z jaką czuwał  nad sobą niewygodną  była  dla  innych,  gdy ich  obowiązki  względem 
społeczeństwa odrywały od praktyk religijnych.

On i o. Serafin byli kaznodziejami kościelnymi, ale przy wielkich zgromadzeniach ludu szedł 

na ambonę o. Szymon, którego dosadna rubaszna wymowa dla gminu zrozumialszą była.

O. Gabriel na kazalnicy niepomiernie był surowym i groźnym, lubującym się w obrazach 

pomsty i gniewu Bożego. Naganiano mu to, lecz z goryczy wewnętrznych nic innego wypłynąć 
nie mogło.

Oprócz tych pięciu starszych zakonników, w klasztorze było kilku braciszków, a między nimi 

kwestarz, już od lat wielu obowiązki te sprawujący. Brat Michał, choć nie kapłan, w konwencie 
ważne stanowisko zajmował. On to wszystkich karmił, on dostarczał zapasów, on jeden wiedział, 
gdzie i kiedy czego dostać i jak się o to przymówić. Rzadki w klasztorze gość, ciągle prawie na 
wózku, potrzebował żelaznego zdrowia, aby wszystkim wczasom i niewczasom podołać.

Naprawdę   niewygody   były   jeszcze   rzeczą   do   zniesienia   najłatwiejszą,   a   najcięższym 

dotrzymywanie placu gościnności szlacheckiej. Brata Michała przyjmował każdy, karmił, poił, 
zmuszał do jedzenia i picia, tak że biedak byłby się nieraz wykupić chciał z tego zbytku łaski; 
ale… musiał pracować dla konwentu. Do każdego dworu też zmuszony był przywieźć twarz 
wesołą, słowo żywe, rozrywkę, żarcik i być w gotowości zabawienia gospodarza, gospodyni, 
dzieci, a często i sług nawet.

Do tej  ciężkiej  służby brat Michał  tak jakoś nawykł,  że choć powracając do konwentu z 

baranami i gęśmi pot ocierał z czoła, w parę dni odpoczynkiem nużył się i już w nową drogę 
wybierał.

Nie było na jakie osiem mil dokoła wsi, dworu, dworku, chałupy, zaścianka, którego by brat 

Michał nie znał wszystkich mieszkańców, ich charakteru i stosunków.

Pięknego jesiennego dnia r. … o. Szymon chodził wieczorem po ogrodzie z ks. Aniołem.
Mówiliśmy   już   o   tym   wirydarzu

*

  zakonnym,   który   fundator,   nie   żałując,   wydzielił 

konwentowi. Ogród był obszerny, a że nad nim parę wieków razem z zakonnikami pracowało, 
był też piękny i majestatyczny. Aleje lipowe, szpalery grabowe, w pośrodku Kalwaria z rzeźbami 
kolorowanymi,  ogromne  zagony kwiatów,  dalej sad z przedziwnymi  owocami,  bukszpanowe 
kwatery, wysadzane kolorowo na murawie imiona Jezusa i Maryi — zdobiły go. Było gdzie 
usiąść w cieniu, gdzie się przejść, a kto się w tym lubował, i koło czego popracować. O. Anioł, w 
braku innego zajęcia, majstrował tu około kwiatów i obcinał bodaj szpalery.

W tej chwili jednak on i o. Szymon spokojną byli zajęci rozmową. Szeroka blizna na głowie 

ks. Szymona pokryta była czapeczką sukienną; o. Anioł szedł z odkrytą głową.

Przedmiot rozmowy nie musiał być bardziej zajmujący, gdyż to jeden, to i rzucali po słowie i 

milczeli, z wolna posuwali się ulicą — gdy bardzo czujne ucho o. Anioła jakiś gwar niezwykły 
pochwyciło i stanął. — Słyszysz, ojcze?

— Co? — odparł stary z kresą.
— U furty hałas jakiś!
Nastawili oba ucha. W istocie wśród ciszy wieczornej, od furty dochodziły głosy zmieszane, 

* W i r y d a r z  (z łac.) — ogród, park przyklasztorny.

background image

wykrzyki jakieś, pośpieszna mowa, mająca wszelkie znamiona czegoś niezwyczajnego.

— Cóż tam się stać mogło? — odezwał się o. Anioł. — O tej porze?
— Nie rozumiem — odparł Szymon, zażywając tabakę. — Może goście jacy.
O. Anioł głową potrząsnął.
— Chodźmy zobaczyć, może się tam przydamy na co.
Nie opierając się, ks. Szymon kroku przyśpieszył i z ogrodu weszli do klasztoru. W korytarzu 

na dole, od strony furty, wyraźniej teraz słychać było głos obcy i razem o. Rafała gwardiana. 
Wychodziły one najdonośniej, chociaż oprócz tego inne szmery i szepty im towarzyszyły.

Staruszek Szymon coraz żywiej iść począł, a za nim i Anioł pośpieszał. Przy furcie w istocie 

obraz ujrzeli wcale tu niezwykły i dziwny. Dwóch dostatnio odzianych pacholików w barwie 
trzymało pod ręce młodego człowieka, który miał głowę obwiniętą płachtą krwawą i rękę jednę 
zawiązaną.   Piękna   twarz,   strój   pański   wskazywały,   że   to   był   zamożny   jakiś   młodzieniec. 
Zakonnicy,   znający   wszystkich   w   sąsiedztwie,   nie   przypominali   go   sobie.   Nieznanym   był   i 
prawdopodobnie podróżnym.

Pomimo ran i utraty krwi, która go osłabić musiała, wydawał się mocno rozgorączkowanym i 

niespokojnym.

O. Rafał stał przy nim z bratem Michałem. Podróżny podniesionym głosem, ale przerywanym 

bólem, mówił do gwardiana:

— Na co ja wam tu mam być ciężarem w klasztorze? Te moje ludziska niepotrzebnie mnie tu 

gwałtem zaciągnęły. Lada gospoda starczy. Byle gdzie legnąć na sianie, a cyrulika wyszukać, co 
by rany obwiązał.

— Nam pan porucznik wcale nie będziesz ciężarem — odparł gwardian. — Jest cela gościnna, 

a wygoda lepsza będzie przecież, niż u Żyda.

Krzywił się ranny.
— Niech i tak będzie — zamruczał. — Spodziewam się, że długo tu nie zależę.
Brat Michał kręcił się już, kluczów szukając do celi na dole, bo na górę osłabłego prowadzić 

nie było można.

— Proszę za mną! — wołał do czeladzi porucznika.
Ranny z widocznym wysiłkiem sam się poruszył iść, lecz wiele zapewne krwi utraciwszy i 

mając  ranę na głowie, opadł na ręce swych  pachołków, którzy go więcej nieśli,  niż iść mu 
pomagali. Wlokły mu się nogi, stękał.

O.   Szymon,   zobaczywszy   rany,   z   którymi   się   znał,   wysunął   się   naprzód,   aby   przyjść   na 

ratunek porąbanemu.

Tymczasem brat Michał już celę otworzył i biegł do stojącego w niej łóżka, aby się przekonać 

czy siennik na nim był bardzo zleżały. Potrzeba było wpuścić oknem świeżego powietrza.

Wszyscy się zakrzątnęli około gościa, a gwardian począł po cichu wydawali rozkazy. Łóżko 

nie było ani bardzo miękkie, ani nazbyt wygodne, ale też w owych czasach nikt nie nawykł do 
miękkich pościeli. Ostrożnie złożono na nim rannego, któremu ból syczenie z ust wyrywał. O. 
Szymon stanął koło niego.

— Jeżeliby Berka cyrulika w miasteczku nie było — odezwał się, chowając w rękaw szeroki 

tabakierę — mogę i ja go jako tako zastąpić. Na ranach się trochę znam, bom je sam miewał.

Leżący podniósł oczy ku niemu.
— Głowa mocno przecięta? — zapytał Szymon.
Jeden z pachołków, słysząc to, zastąpił pana z odpowiedzią.
— A, haniebnie — rzekł — pewnie i kości się dostało! Strach!
— A ręka? — rzekł Szymon. Pachołek ramionami poruszył.
— Jeszcze gorzej, krwi ani utamować, a co jej wyciekło…

background image

— Poszedł kto po Berka? — zapytał o. Rafał.
— A jakże — odparł brat Michał — natychmiast wyprawiłem. Jeżeli jest w domu, a mieszka 

tuż, tylko co go nie widać.

W czasie tych szeptów i pytań leżący na łóżku nie odzywał się wcale. Syknął tylko czasem i  

westchnął, jakby mimo woli.

—   Tymczasem,   bracie   Michale,   ciepłej   wody,   płótna   jakiego   i   miednicę   należałoby 

przygotować  — dodał o. Szymon.  — Mnie się trochę  ręce trzęsą, ale  gdy kogo innego nie 
znajdziemy, spróbuję.

Była chwila oczekiwania; chory słabym głosem wody poprosił i podano mu ją. W korytarzu 

dały się słyszeć kroki pośpieszne; brat Michał pobiegł do progu.

Prowadzono Berka owego pożądanego, który natychmiast do łóżka przystąpił rękawy zakasał 

i do głowy chciał się brać naprzód, gdy chory zawołał:

— Z ręki krew się leje, naprzód ją tamuj.
Z medycyną  w końcu XVIII wieku, po wsiach i na prowincji niewielu  było  obeznanych; 

posługiwano się lekami babskimi, ale sztuka chirurgiczna mało komu obcą była, bo jej ciągle 
potrzebowano. Ranę opatrzeć umiał prawie każdy, bo szable nie próżnowały. Cyrulik więc tym 
bardziej znać się musiał i mieć wprawę w ratowaniu rannych. Berko zaś był bardzo zręczny i 
bywał nawet w Warszawie, a doświadczenia miał wiele.

Natychmiast ujął za rękę i począł niezgrabnie zawiązaną i ściśniętą rozpowijać. Płachty całe, 

już   krwią   przesiąkłe,   pokazywały,   że   rana   być   musiała   ciężką…   Rozcięto   rękawy,   aby   ją 
obnażyć… Chory syknął, a Żydek, pochyliwszy się, przystąpił do rozpatrywania bliższego. Brat 
Michał stał z wodą, o. Szymon trzymał bandaże.

Zawiązywanie odbyło się w milczeniu. Berkowi z twarzy można było wyczytać, iż ranę za 

bardzo ciężką uważał. Nie mówił nic… Zwijał się żywo i zręcznie.

Kolej przyszła na głowę, a o. Szymon, nie pytając, podniósł ją z lekka, aby Berkowi ułatwić 

opatrzenie. Chory nie wydawał jęku, mruczał chwilami, a twarz jego piękna zmieniona była 
cierpieniem, którego zdradzić nie chciał.

Cały   niemal   klasztor,   tym   wypadkiem   zaniepokojony,   był   na   nogach   przy   celi.   Dopiero 

wyjście z niej gwardiana i wydane przez niego rozkazy rozproszyły ciekawych. Przy chorym 
pozostali dwaj jego słudzy, cyrulik i o. Szymon.

Zmierzchło się tymczasem…
Podbudzona   była   wielce   ciekawość   tą   przygodą   i   gwardian   sam   nawet   wstrzymał   się   w 

korytarzu, chcąc jednego ze sług rozpytać o porucznika, o którym dotąd nie wiedział ani jak się 
zwał, ani nawet gdzie go spotkało to nieszczęście i od kogo.

Z mowy czeladzi tylko o tytule porucznikowskim się dowiedziano. Wóz, przy którym było 

luźnych parę koni wierzchowych, dojechał do klasztornej bramy i zapewne z rozkazu rannego do 
gospody w miasteczku zawrócił.

Na   znak   dany   przez   gwardiana,   zbliżył   się   brat   Michał   i   poszedł   wywołać   jednego   z 

pachołków.

Dosyć niechętnie dał się od łóżka pańskiego chłopak odciągnąć.
— Powiedzcie mi — spytał gwardian — któż jest pan wasz i jak się nazywa?
— Porucznik kawalerii, regimentu buławy koronnej — rzekł zapytany — Wiktor Bużeński z 

Bużenina, syna kasztelana.

—   Wiem   —   przerwał   gwardian.   —   Cóż   to   było?   Pojedynek?   Chłopiec   spuścił   głowę,   a 

ramiona podniósł i nie zaraz odpowiedział.

— Nie wiem — odparł po namyśle. — Jechaliśmy przodem, pan porucznik za nami konno. 

Nagle   posłyszeliśmy   krzyki   i   poznali   głos   pański,   a   przybiegłszy,   znaleźliśmy   porucznika 

background image

spartego o drzewo, we krwi broczącego. Tętent tylko uchodzących koni słychać było…

— Więc napaść jakaś? Nie mówił pan wasz? — badał gwardian zdziwiony.
— Nie mówił nic — zakończył chłopiec, zawracając zaraz nazad do celi, z której właśnie o. 

Szymon wychodził.

— Rany bardzo ciężkie — odezwał się do o. Rafała. — Głowę mu przerąbał do kości szpetnie, 

na ręku żyły poprzecinane…, krwi stracił wiele…, a taki tęgi chłop, że się też nie obronił!

— Niezrozumiała rzecz — dodał gwardian. — Napastników być musiało więcej niż jeden, bo 

to nie pojedynek.

O. Szymon zażył tabaki.
— Ale gdzież  zaś w tej  spokojnej  okolicy breweria  jaka? — zawołał. — Któż by tu na 

gościńcu napadał?

Wtem nadszedł brat Michał, który już z cicha sługi badał.
— To jakaś historia, w której ładu dojść trudno — rzekł. — Ale, ojcze gwardianie, kiedyśmy 

już plejzerowanego

*

 wzięli, toćby i wóz, i konie należało do klasztoru zabrać, bo w gospodzie, 

wiadoma rzecz, ludzie się popiją i szkoda być może.

— Zapewne — potwierdził o. Rafał — rozporządźcie się, proszę.
— Klasztor szkody nie poniesie na tym — dodał kwestarz. — Bużeńscy ludzie możni.
Gwardian ręką obojętnie poruszył.
— W takim razie o stratach nie myśleć.
Wydawszy rozkazy jeszcze, o. Rafał zadumany powoli do celi swej pociągnął, zapomniane 

śpiesznie zaczynając odmawiać pacierze.

* P l e j z y r o w a n y , p l e j z e r o w a n y  (z fr.) — ranny.

background image

II

Gdy w spokojne mrowisko pod sosną nagle wiatr, strąciwszy gałąź suchą, uderzy, wszystkie 

stworzonka wybiegają strwożone, roi się i porusza co żyje. Tak samo wczorajsza przygoda całą 
ciszę i spokój klasztoru zachwiała, poruszyła umysły,  obudziła ciekawość, wlała jakieś życie 
obce i niezwykłe w te mury, w których nawet zgon zakonnika nie wywoływał nigdy takiego 
niepokoju. Krwawą ręką życie zewnętrzne uderzyło w tę furtę, która klasztor od niego dzieliła.

Ani brat Michał, umiejący ludzi badać, ani o. Szymon nie potrafili z czeladzi porucznika 

Bużeńskiego wyciągnąć cóś więcej nad to, co gwardianowi powiedział pachołek.

Porucznik był w drodze do Warszawy i nie miał znajomych w tej okolicy.
Ponieważ rany mogły się stać groźnymi, a Berko jeszcze za nic nie ręczył, zdawało się o. 

Rafałowi, iż może by rodzinie porucznika donieść należało o wypadku.

Nie godziło się tego jednak czynić bez jego zezwolenia.
O. Rafał poszedł do chorego, ale ten leżał w tak silnej gorączce; iż z nim mówić nie było 

można. Cios zadany w głowę wstrząsnął mózgiem, upływ krwi był wielki, cyrulik wzdychał i 
powiadał, że nie takie czasem rany goiły się bez szkody, ale i mniej znaczące bywały śmiertelne.

Należało czekać, aby gorączka przeszła. Ranny był młodym i silnym.
Domyślano się i odgadywano, co ta napaść mogła znaczyć. — Nikt nie umiał wytłumaczyć jej 

sobie.

Tymczasem z miasteczka i gospody, w której wóz stał, nim go do klasztoru zabrano, wieść 

zaraz   poszła   po   okolicy   o   zagadkowym   wypadku,   i   najbliższy   sąsiad,   podkomorzy   Bielski, 
człowiek niezmiernie nowin chciwy, gaduła niespokojny, przybiegł do klasztoru.

Powiedziano mu, że posiekanego okrutnie i odartego przez rabusiów na gościńcu młodzieńca 

zawieziono do klasztoru.

Podkomorzy wpadł jak wiatr prosto do celi gwardiana.
— Cóż to się u nas dzieje, ojcze! Sądny dzień i rozbój!… Przyleciałem tu, aby się czegoś 

dowiedzieć…

— Ale my nic nie wiemy — odparł gwardian. Podkomorzy, przysiąść nie mogąc, biegał po 

celi.

— Jak się zowie?
— Bużeński, syn kasztelana.
— Ciężkie rany?
— Mówią, że dosyć niebezpieczne.
— A widzieć go nie można?
— Zlituj się, leży w gorączce!
— Bużeński! Bużeński! — powtarzał jakby sam do siebie podkomorzy, bijąc się w czoło. — 

Bużeński, syn kasztelana! Cóś mi się ochapia

*

! Czekajcież. Kiedyż i od kogo o nim słyszałem?

Stanął podkomorzy i podniósł głowę.
— Jestem w domu. Stanisław z Bużenina Bużeński, porucznik kawalerii pułku buławy.
Gwardian podsuwał krzesło.
— Niechże pan podkomorzy siada.
— Czekaj, ojczulku, myśli zbieram — dodał Bielski — bo to widzisz, w starej głowie jak w 

magazynie, wszystko na kupie, trzeba umieć dobyć tylko. Ale już jestem w domu. Ostatnim 
razem, gdym był w Warszawie, dużom się o nim nasłuchał. Rozpowiadał mi młody Bogusz.

* O c h a p i a ć  — przypominać sobie coś.

background image

O. Rafał przysłuchiwał się z uwagą, ale z cierpliwością też wielką.
— Ot co — zaczął podkomorzy — Bogusz mi o nim mówił z okazji awantury świeżej, której 

był świadkiem, gdy na Woli, przy śniadaniu ów Bużeński, o marną rzecz się popstrzykawszy z 
siedzącymi przy stole, trzech z nich wyzwał na rękę i wszystkich ich poobcinał. Powiadał o nim, 
że   podobnie   zuchwałego   i   napastliwego   człowieka,   nawet   pod   te   czasy,   gdy   ich   się   u   nas 
namnożyło,   trudno   spotkać.   A  przy   tym   —   podkomorzy   zniżył   głos   —   bezbożnik   być   ma, 
farmazono–wolterzysta

*

, że gdy pocznie pleść, włosy na głowie wstają.

Usłyszawszy ostatnie słowa, ks. gwardian porwał się niespokojnie z siedzenia, pod pierwszym 

wrażeniem jakie one na nim sprawiły; ale natychmiast uspokoił się, ostygł i siadł, westchnąwszy 
tylko.

—   Nieprzyjemna   to   rzecz   mieć   takiego   w   domu   gościa   —   rzekł   —   ale   obowiązek 

chrześcijański spełnić potrzeba. Więcej powiem — dodał po namyśle — jeszcze się troskliwiej 
zaopiekować należy niedowiarkiem, aby się przekonał, że wiara nakazuje dobre uczynki.

—   Święte   słowa!   —   westchnął   podkomorzy   —   ale   to   wszystko   groch   na   ścianę   z   tą 

teraźniejszą młodzieżą, dla której nic świętego nie ma. Jeżeli to ten sam Bużeński, co najpewniej, 
bo trudno aby i dwóch jednoimiennych w tym samym pułku służyło, będziecie mieli kłopot za 
miłosierdzie wasze.

O. Rafał dobrodusznie się uśmiechnął.
— Nawykliśmy do różnych w życiu przypadłości — rzekł spokojnie. Podkomorzy począł 

jeszcze niektóre szczegóły z pamięci dobywać o tym

Bużeńskim, wedle opowieści owego Bogusza.
— Wszyscy się go boją w pułku, a i w Warszawie nieradzi z nim przestają, tak skłonnym jest 

do burd i niepohamowanego języka.

Życie też ma prowadzić rozpustne i nie wątpię, że ta napaść na drodze… bądź co bądź, nie 

daremną była. Rozbójników u nas nie ma.

— Kraść ludzie kradną — rozśmiał się gwardian — ale kryminały są rzadkie. W istocie cóś tu 

innego zajść musiało, nie prosta napaść w biały dzień, na gościńcu dla rabunku.

Ks. Szymon, który był w dobrych stosunkach z podkomorzym, nadszedł gdy to mówili, a 

Bielski mu powtórzył żywo wszystko to, co zwierzył gwardianowi. Bezbożność Bużeńskiego nie 
zrobiła na starcu najmniejszego wrażenia. Zażył tabaki i rzekł:

— To bardzo dobrze, iż w nasze ręce popadł. Bernardyni go nawrócą! Na to Bielski głową 

poruszył.

— Dajże pokój, mój ojcze, na to potrzeba oo. jezuitów.
— Niekoniecznie — rzekł ks. Szymon. — Jezuici słowem nawracają, a my… łaską Bożą i 

cierpliwością. Podkomorzy myślisz, że stracona wiara odzyskuje się rozumem? Nie. Jak poszła, 
tak powraca przez serce.

Bielski głowę skłonił.
— Cóż się dzieje z chorym? — zapytał gwardian. — Nie byliście u niego?
— Owszem, idę stamtąd — rzekł o. Szymon. — Jeden z naszych siedzi tam ciągle po kolei, 

bo   go  na   łasce   cyrulika   i   jego   czeladzi   zostawić   nie   można…   Majaczy  i   rzuca   się  jeszcze. 
Gorączka,   która   zwykle   po   ranach   przychodzi,   w   silnym   człowieku   wybuchła   mocna;   ale 
przetrwają i jest nadzieja, że potem rany się zagoją, choć dużo na to czasu potrzeba.

— Sądzicie? — zapytał jakoś frasobliwie o. gwardian.
O. Szymon wskazał szram, który mu przecinał głowę.
— Widzicie, ojcze, żem expertus Robertus — dodał. — Wiem–ci z doświadczenia co to rana 

* F a r m a z o n o – w o l t e r z y s t a  (z fr.) — niedowiarek, liberał, człowiek wolnomyślny.

background image

przez łeb, a tu w dodatku i ręka jeszcze, której żyły poprzecinane.

Mimowolnie   może   o.   Rafał   westchnął   tęskno.   Chociaż   miał   miłosierdzie   nad   biednym 

człowiekiem, nie mógł się oprzeć jakiemuś wstrętowi i odrazie, którą budził w nim bezbożnik i 
farmazon.

Masoneria,  która  na dworze i  wielkim  świecie  była  właśnie  w modzie  jako nauka  nowa, 

pomiędzy   duchowieństwem   i   pobożnymi   katolikami   wywoływała   obawę   i   uważaną   była   za 
najniebezpieczniejsze kacerstwo. Z trwogą mówiono o tajemniczych obrzędach farmazonów.

O. Szymon tak był nawykłym żyć od dawna z ks. Rafałem i czytał tak dobrze w jego twarzy, 

iż myśl jego odgadywał, ale nie zdawał się jej podzielać.

Podkomorzy   siedział,   nierad   widocznie,   iż   zamiast   z   wycieczki   swej   przywieźć   jakieś 

wiadomości, sam jeszcze ich tu dostarczył, nic w zamian nie dostawszy. A że nie był nawykłym 
łatwo się zrzekać jakiejkolwiek imprezy, począł ks. gwardianowi i o. Szymonowi wmawiać, że 
koniecznie należało kogoś roztropniejszego z ludzi Bużeńskiego wziąć na spytki i cóś z niego o 
panu wydobyć.

— Pytaliśmy się już — rzekł o. Rafał — ale z nich nie można nic wybadać.
— Ba! Ba! — zawołał podkomorzy — wy byście się do tego nie zdali. Proszę was, dajcie mi 

jednego z tych ludzi, ja będę indagował sam. Nie może być, abym się czegoś nie dowiedział. 
Juścić donieść rodzinie jest obowiązkiem, więc trzeba wiedzieć gdzie, jak i komu?

Gwardian się wahał, spoglądając na o. Szymona, jakby go wzywał do rady, ale nim się na 

odpowiedzi   zdobyli,   we   drzwiach   ukazał   się   kwestarz,   brat   Michał.   Szedł   on   powitać 
podkomorzego, z którym był w bardzo miłych  stosunkach i rad je utrzymywał, bo kwesta u 
Bielskiego zawsze niespodziane obfite przynosiła owoce.

Na widok brata Michała, zaraz się humor poprawił podkomorzemu i wstał z nim się ściskać.
— Ojcze  gwardianie  — zawołał  — dalipan,  nie ujmując  nikomu,  bo szanuj  pobożność i 

naukę, ale oto brat Michał z was wszystkich najrozumniejszy. Niech on mnie sądzi, czy nie mam 
racji. Spuścił kwestarz głowę z pokorą.

— Ale co bo podkomorzy z prostaczka sobie żarty stroi? — rzekł. — Ja mam rozum tylko do 

łapania gęsi i baranów…

Ręką wstrząsnął i głowę zaszył w szerokim kołnierzu habitu.
Bielski gwałtownie przy swoim obstawał, iż należało jednego ze sług indagować. Kwestarz 

słuchał, ani potwierdzając, ni przecząc.

Gwardian w końcu, choć nie z wielką ochotą, zgodził się na przywołanie pachołka, a brat 

Michał poszedł po niego.

Był to najstarszy ze służących rannego porucznika, chłop słuszny, silny, bo takich tylko miał 

przy   sobie   Bużeński,   lecz   z   twarzy   mu   patrzyło,   że   i   nie   głupim   był,   i   ostrożnym.   Samo 
przywołanie do indagacji musiało w nim obudzić obawę. Wpadł na próg z pokłonem i stanął 
wyprostowany. Podkomorzy z powagą inkwizytora zbliżył się do niego.

— Jak się nazywasz? — spytał.
— Jaśko Sierociuk.
— A pan wasz, nieprawdaż, Stanisław z Bużenina Bużeński, porucznik?
Jaśko głową potwierdził i słuchał z natężoną uwagą, a ściągniętymi brwiami.
—   Cóż   to   za   historia   się   stała   z   panem   waszym?   —   począł   podkomorzy.   —   Musicie 

wiedzieć…

— Jechaliśmy przodem z wozem i końmi luźnymi. Dopiero gdyśmy krzyk pański posłyszeli, 

nadbiegli Marcyś i Jurko. Pan nie mówił nic… Słaniał się i krew lała się z niego.

— Nie mówił kto go napadł i ranił? — nalegał Bielski. Jaśko podumał trochę.
— Proszę jaśnie pana, nasz porucznik nie ma zwyczaju nic z ludźmi mówić. U niego czuj 

background image

duch, posłuszeństwo i gęba zamalowana!… Ja nic nie wiem.

Podkomorzy zżymnął się nieco.
—   Widzisz,   mój   kochany   Sierociuku,   trzeba   przecie   komuś   dać   znać   o   tym.   Może   ojcu 

pańskiemu. Czy ma kogo więcej z familii?

— Nie, ojca tylko — rzekł Jaśko — ale — tu się trochę zająknął — pan kasztelan podobno się 

na naszego pana od kilku lat sierdzi za cóś, a pan też na niego. To tam nie ma po co słać.

Bielski poruszył ramionami.
— Porucznik ma swój majątek? — zapytał.
— A jakże, po matce, proszę jaśnie pana, na Podlasiu, klucz duży.
— Któż tam gospodaruje? — indagował podkomorzy.
Na to pytanie Sierociuk nie odpowiedział wcale.
— Ja nie wiem — zamruczał po chwili.
Indagacja, pomimo całej umiejętności badania pana Bielskiego, jak widzimy, nie przyniosła 

nic, oprócz nowego cienia, który rzucała waśń z rodzonym

ojcem. Podkomorzy chodził po celi, o. Szymon tabakę zażywał. Gwardian słuchał spokojnie, a 

brat Michał patrzył w oczy ostrożnemu drabowi, który widocznie na baczności się miał, aby nie 
wygadać się niepotrzebnie.

— Widzisz, mój kochany Sierociuku — dodał Bielski — rzecz jest taka. Rany ciężkie, kto wie 

co z nich może być, więc komuś by o tym trzeba dać znać.

Jaśko, który z nogi na nogę niecierpliwie przestępywał, odezwał się po namyśle:
—   I,   proszę   jaśnie   pana,   nie   ma   tu   co   wielkich   rzeczy   robić   z   tego;   albo   to   dla   nas 

pierwszyzna?   Gorsze   rany   nieraz   bywały,   a   my   sobie   z   tego   nic   nie   robili.   Co   ma   być? 
Pomajaczy trochę i przyjdzie do siebie. Jakby się pan potem dowiedział, że się to roztrąbiło, zły 
byłby, bo on tego nie lubi. Nawykł sobie zawsze sam radę dawać… Nużby się potem na nas 
skrupiło, żeśmy my plotki…

Bielski słuchał z uwagą.
— Ja to pytam tylko dla mojej wiadomości — rzekł — bo to przecie powiat mój, a ja tu 

urzędnikiem…, mnie się to tyczy… Nie wiecie, czy pan w tej okolicy nie miał z kim zajścia?

Gwałtownie ruszył ramionami Sierociuk.
— Gdzie zaś! My tu nigdy nie bywali, nie znał nawet nikogo… Jechaliśmy do Białegostoku 

do chorągwi…

— Skąd?
— Od rotmistrza naszego z Zawadowic…
— Nie był gdzie indziej? Nie miał zwady jakiejś po drodze?
Wzięty na spytki Jaśko aż twarz z potu ocierał, a coraz niecierpliwiej z nogi na nogę się 

przechylał. — Proszę jaśnie pana — rzekł — ja bo jestem od koni, nie wiem nic… Mało z kim i 
gdzie przyjdzie się posporzyć, a dlatego na gościńcu ludzie nie napadają.. My nie wiemy nic.

Indagowany   wyraźnie   się   już   zabierał   do   odwrotu.   Podkomorzy,   zachmurzony,   nie 

wstrzymywał go, a gdy wyszedł, zwrócił się do gwardiana.

— Słyszeliście? — rzekł.
— Tak, od nich się niczego dowiedzieć nie można — odpowiedział gwardian. — Więc też nic 

nam nie pozostaje, jak pielęgnować go, aby co rychlej wyzdrowiał i jechał sobie z Bogiem.

— Enigma

*

, słowo daję, enigma! — zamruczał podkomorzy — ale, nie może to być, ja jej 

dojdę. Powiadam ojcu kochanemu, muszę wyszperać. Mam znajomych i w chorągwi tej, napiszę 
do Białegostoku.

* E n i g m a , e n i g m a t  (z gr.) — coś tajemniczego, zagadkowego.

background image

Zajęty tą myślą, niespokojny i nierad odjechać z niczym, podkomorzy pożegnał gwardiana i 

ojca Szymona, zapraszając go do siebie na mariasza, i przeprowadzony przez brata Michała, 
który mu aż za furtę towarzyszył, pojechał do domu.

Nazajutrz   jeszcze   chory   leżał   w   gorączce.   Berko   był   zafrasowany,   tak   mu   się   wydawała 

groźną i silną. Ojcowie wszyscy, w niedostatku innych stróżów, nie odstępowali łóżka chorego. 
Osobliwie   o.   Anioł,   który   i   do   tego   kunsztu   pielęgnowania   słabych   czuł   się   powołanym,   z 
niewieścią   prawie   starannością   okładał   głowę,   pomagał   do   opatrywania,   poił   i   okrywał 
porucznika.

W   gorączce   tej   od   rzeczy   gadając,   klął   i   wykrzykiwał   tak   furiacko,   a   tak   bezbożnie,   iż 

biednemu   Aniołowi   włosy   na   koronie   wstawały;   żegnał   siebie   i   jego.   Mieszały   się   w   tych 
wykrzykach   klątwy   polskie,   francuskie,   niemieckie   i   jakieś   niezrozumiałe,   a   przerażające 
cynizmem i namiętnością.

Ks. Anioł, gdyby był  ciekawszym,  byłby mógł  pochwycić  nazwiska i imiona  mężczyzn  i 

kobiet, które ciągle się powtarzały. Ale jedno go tylko imię Emilii uderzyło.

Gorączka wreszcie zaczęła słabnąć, chory zasypiał spokojniej, mówił i rzucał się mniej. Berko 

zapowiadał, że wkrótce przyjdzie upadek na siłach i potem nastąpi prawidłowe ran zagajanie.

W czasie, gdy w klasztorze tak byli wszyscy zajęci rannym, na drugi dzień po przeniesieniu go 

do klasztoru, w miasteczku trafiło się cóś, co mogło być w pewnym związku z tajemniczym tym 
wypadkiem.

Gościniec,  który tędy prowadził, mało był  uczęszczanym.  Rzadko się na nim ktoś ukazał 

zupełnie nie znany i z daleka. W mieście niemal wszystkich przejeżdżających znano i właściciel 
wielkiej   austerii,   która   się   zwała   Warszawską,   po   koniach   i   wozach   poznawał   z   łatwością 
podróżnych.

Tymczasem   drugiego   dnia   rano   zjawił   się  tu   poczet   konnych   ludzi,   dwóch  panów,   jeden 

starszy, młodszy drugi, z liczną służbą, bez wozu, wszyscy konno. Dwór jakiś dostatni, konie 
piękne, rzędy sute. Wszystko to najzupełniej nie znane nikomu i widocznie obce okolicy.

Wjechali w rynek, rozglądając się powoli, a gdy właściciel zajazdu wyszedł naprzeciw nich, 

długo się zdawali wahać… zajadą czy nie.

Służbę pozostawiwszy opodal, dwaj panowie podjechali ku gospodarzowi. Były to pańskie, 

marsowe, nasępione, groźne postacie. Nie zsiadając z koni, zapytali, czy gospoda próżna. Żyd 
zapewniał, że nie ma nikogo. Naówczas starszy się odezwał:

— Bo ja, widzisz, nie lubię ani dla koni, ani dla siebie żadnego sąsiedztwa.
Po tym zapytaniu, obaj panowie zsiedli z koni, oddali je służbie, a sami wolnym krokiem iść 

poczęli, tak jakby się w rynku chcieli po domach rozpatrywać.

— Cóż to u was tak pusto? — spytał starszy. — Czy to gościniec opuszczony, że nikt nie 

jeździ tędy? Nie było nikogo w tych dniach?

Gospodarz w początku obawiał się wspomnieć o porąbanym  poruczniku, zawiezionym  do 

klasztoru. Zmilczał. Po długim wahaniu się obcy panowie zajechali do Warszawskiej gospody. 
Gospodarz,   nie   śmiąc   pytać   panów   o   nic,   poczęstował   ludzi   ich   wódką   i   starał   się   czegoś 
dowiedzieć. Ale odpowiedzi były widocznie na żart umyślnie rzucane.

Jeden   powiadał,   że   jadą   panowie   Winopijscy   spod   Czopa   do   Wiadra,   drugi   prawił   o 

Pacanowie, trzeci o Osieku, a wszyscy patrzyli się sobie w oczy i śmieli. Widocznym było, iż 
mieli rozkazy niewydawania nazwiska swych panów.

Gdy   się   posilili   podróżni,   przywołano   gospodarza.   Starszy   pan   leżał   na   sianie,   z   rękami 

podłożonymi pod głowę, młodszy chodził po izbie.

Zaczęto od zwyczajnego:
— Cóż tu u was słychać?

background image

Arendarz był przywykły do takiego badania, bo albo on je sam rozpoczynał, gdy mógł się na 

to ośmielić, albo był przygotowanym, że go nie minie od gości.

— Co ma być słychać? — rzekł. — U nas, dzięki Bogu, cicho.
— W istocie, że za to możecie Bogu dziękować — odparł starszy — bo czasy są niezbyt 

spokojne… Ale to taki kąt zapadły…

Arendarzowi ta kwalifikacja zdała się honorowi miasteczka uwłaczającą.
— Z pozwoleniem jaśnie pana — rzekł — ono to nie jest taki kąt zapadłe. U nas bywają 

wielkie   odpuste   i   jarmarkie.   —   Ale   gościńce   przecie   wszędzie   bezpieczne?   —   pochwycił 
młodszy. Arendarz popatrzył bacznie.

—   Panowie   już   co   słyszeli?   —   spytał.   Pytający   zamilkł.   —   Albo   co?   —   rzekł   starszy,  

spoglądając na młodszego.

— Wczoraj się tu przytrafiła historie — rzekł arendarz — ale to taka osobliwa rzecz że tego u 

nas za ludzkiej pamięci nie bywało. — Wczoraj? — zamruczał młodszy. — Cóż tam takiego? — 
Przywieźli tu porąbanego pana, okropnie skaleczonego, co koło niego teraz Berko cyrulik siedzi. 
Powiadają, że tu niedaleko w lesie któś go napadł… i pobił…

— O! O! — zawołał starszy. — I nie wiadomo kto? A tenże porąbany? — To ciekawa rzecz 

— dodał drugi.

— Cóż się z nim stało? — odezwał się pierwszy.
— Zawieźli go do klasztoru… leży tam; kto wie czy będzie żył.
Żyd,   mówiąc,   miał   czas   rzucać   oczyma   na   słuchających   i   uderzyło   go   to,   iż   jak   mu   się 

zdawało, chwytał pewne znaki porozumienia między nimi.

— Nie wiadomo jak się ten nazywa, którego porąbano? — pytał starszy.
— Ja nie wiem, ale w klasztorze wiedzą nazwisko.
— Może kto znajomy? — dodał młodszy. — A na kogoż pada podejrzenie o tę napaść?
Poruszył ramionami arendarz.
— Tu u nas na nikogo w świecie nie może paść podejrzenie — zawołał — wszystko ludzie 

spokojni. Tego nigdy nie bywało. Pan podkomorzy Bielski przyjechał umyślnie się dowiadywać, 
bo to strach na gościńcu, w biały dzień.

Milczeli słuchający.
— A prawda — dodał starszy — że to nie tylko w tym spokojnym kącie, ale w ogóle u nas w 

kraju całym  cóś podobnego teraz się nie trafia. Rychło po barskiej mogło się co podobnego 
stać… ale dziś, gdy wszędzie spokojnie?

Arendarz to potwierdzał. Rozmowa się na chwilę urwała. — Nie wiadomo, czy ranny co 

mówił? Boć przecież żyje, musiał opowiadać co i od kogo mu się przygodziło — rzekł starszy.

— Nie, on, słyszę, nie gada nic, a ludzie nic nie wiedzą.
— Proszę! Proszę! — przebąknął drugi. — Szczególna rzecz!
— Dziś on leży w strasznej gorączce — dodał gospodarz.
Młodszy   z   dwóch   panów   znajdował   tę   przygodę   tak   ciekawą,   iż   rad   był   widzieć   się   z 

cyrulikiem,   który  około   rannego   miał   staranie.   Posłano   więc   po   Berka,   który  do   domu   jeść 
chodził, i gospodarz uprosił go, aby się do niego pofatygował.

Zaledwie się ukazał cyrulik, gdy ciekawi panowie podróżni zasypali go pytaniami. Nie było 

się czemu dziwować, gdyż istotnie wypadek mógł nawet obcych ludzi zająć.

— Rany bardzo niebezpieczne? — pytał starszy, dwuzłotówką popierając badanie, co Berka 

uczyniło otworzystszym.

— Pewnie, że one nie są bezpieczne — odparł cyrulik — kto to widział tak przez łeb ciąć, aby 

aż kość się strzaskała.

— Kość? W głowie? — podchwycił młodszy bardzo żywo.

background image

— A na ręku żyły poprzecinane — dodał Berko. — Krew udało się zatamować, ale co jej z 

niego wyciekło! A, waj!

Pytający znowu popatrzyli na siebie.
— Na takie rany trudna rada — rzekł starszy. — Beknie. Berko pociągnął sobie pejsy i głową 

strząsnął.

— Może i nie beknie — rzekł — to jest strasznie twardy człek… On jeszcze teraz jak ściśnie 

palcami, mógłby któremu kości połamać.

Podróżni nic już nie mówili, a starszy, żegnając cyrulika, zakończył:
— Dajże Boże, aby się wam udało postawić go na nogi, bo to jednak ciekawa rzecz, kto na 

niego tu napadł i co to było. Jak wyzdrowieje pewnie cóś powie.

Berko znowu głową potrząsnął.
— Ks. Michał mówi, że gdy jego do klasztoru przywieźli, mógł jeszcze gadać: pytali go, a 

tylko klął i nie chciał powiedzieć nic.

Oczyma porozumieli się słuchający i starszy żywo dodał:
— Bywaj zdrów! Bóg zapłać.
Zaraz po tej rozmowie młodszy wyszedł do koni i nie upłynął kwadrans, gdy te już były 

okulbaczone.  Rozpłacono   się, nie   targując  z  gospodarzem,  i  podróżni  odjechali.   Ale dziwna 
rzecz! Arendarz, który stał w oknie, spostrzegł, że naprzód puścili się w stronę przeciwną tej, z 
której przybyli, a potem małymi uliczkami zawrócili i tęgim kłusem pojechali z powrotem.

Wielce mu się to zagadkowym  wydawało i gdy wieczorem brat Micha przechodził mimo 

gospody,   idąc   do   proboszcza,   bo   w   miasteczku   był   kościółek   parafialny   —   arendarz   nie 
wytrzymał, żeby mu o tej wizycie, o pytaniach i powoływaniu Berka nie powiedzieć.

— Ho! Ho! — zawołał brat Michał. — To cóś jest!
Wszedł żywo do izby, w której ci goście popasali, jakby szukając po nich śladu jakiegoś… 

Pod stołem  leżał  właśnie  kawał papieru,  zatłuszczony  i pomięty…  Brat  Michał  schylił  się i 
podniósł go. Świstek ten jednak zawiódł jego nadzieje, bo to była  karta wydarta  ze starych 
jakichś regestrów gospodarskich, i już ją miał precz rzucić, gdy w nagłówku wyczytał:

„Regestr   ekspensy   i   propinacyj

*

  z   folwarku   Zabiecza   jw.   Kaspra   na   Wielkich   Mostach 

Mościskiego…”

Brat Michał schował papier do kieszeni. W okolicy, a nawet w województwie tym, o żadnych 

Mostach i Mościskach nie słyszał nigdy. Ale nuż papier mógł jakie rzucić światło na tę ciemną 
sprawę, w której, jak się zdawało bratu Michałowi, ci ichmoście nieznani jakiś udział bardzo 
mieć mogli?

Powróciwszy do klasztoru, po cichu wszystko to opowiedział kwestarz gwardianowi i corpus 

delicti

*

 złożył w jego ręce.

O.  Rafał  obejrzał  wprawdzie  papier  i  zamknął  go  do szufladki,   ale  zwierzenie   to  przyjął 

obojętnie.

— Mój bracie — rzekł do brata Michała — do nas to nie należy. Sprawiedliwość ludzka niech 

sobie bada, a my módlmy się i rany gójmy… Co nam tam do tego.

Skłonił głowę kwestarz. Nazajutrz rano miał już potrzebę i ochotę puścić się na zwykły objazd 

swojej, jak ją nazywał, parafii.

— Choć wiem, że jechać wam trzeba — westchnął Rafał — a ledwie bym nie wstrzymał. 

Pytać was będą, badać, a ja bym nierad, aby się o tym wieści rozchodziły. Kto wie, co tam siedzi 
na dnie tej historii.

— A ja co mam o niej rozpowiadać? — odparł brat Michał. — Ode mnie się o niej nie 

* Regestr ekspensy i propinacji (z łac.) — wykaz wydatków i dochodów z produkcji i sprzedaży alkoholu.
C o r p u s   d e l i c t i  (łac.) — dowód rzeczowy.

background image

dowiedzą. Ja nic nie wiem. Infirmeria

*

 do mnie nie należy, a tylko spiżarnia…

— Otóż to — potwierdził gwardian — bardzo dobrze… A wracaj nam prędko i z dobrym 

plonem.

Brat Michał uśmiechnął się, całując rękę przełożonego.
— Przy pomocy Bożej! — zakończył.
Nazajutrz wózek kwestarza wytaczał się za bramę, a na wyjezdnym żegnający go o. Szymon 

rzekł po cichu:

— Spał dobrze i odzyskał dziś przytomność; ale, co by miał dać komu dobre słowo, albo Panu 

Bogu podziękować za życie, począł od tego, że czeladź swą od psów i łajdaków zbeształ.

* i n f i r m e r i a  (z fr.) — izba przeznaczona dla chorych w klasztorze, w szkole, w wojsku.

background image

III

Niewygodnym był gościem pan porucznik Bużeński dla poczciwych zakonników, bo zaledwie 

zaczął   przychodzić   do   siebie,   z   życiem   wróciła   mu   natura   nieokiełznana,   temperament 
gwałtowny,   słowo  rubaszne,   a  często   grubiańskie…  Na  księży,   którzy  tego  słuchać   musieli, 
najmniejszego nie miał względu.

Niecierpliwiły go rany, gniewał cyrulik, którego parę razy za pejsy już wytargał, a z czeladzią 

się tak obchodził, iż latała jak oparzona.

Nawet   z   o.   Aniołem   i   otaczającymi   go   mnichami,   pełnymi   atencji,   uprzedzającymi 

najmniejsze jego żądania, ostrym był jakimś, pogardliwym, niegrzecznym.

Być może, że go jątrzyło cierpienie, że oprócz tego miał jakiś ból duszny, z którego się nie 

spowiadał, a czuł dolegający — lecz dzikszego człowieka żaden z ojców nie przypominał sobie. 
Patrzyli na niego jak na istotę dziwną,, niezrozumiałą, straszną.

Najmniej ze wszystkich miał ochoty poznawać się z porucznikiem i zbliżać do niego surowy i 

posępny o. Gabriel.

Przy jego usposobieniu starcie z tym  biedakiem rozpasanym  stawało się nieuchronnym,  a 

Berko ciągle powtarzał, że rannemu potrzeba było spokoju.

Mówił on to i jemu samemu, lecz za całą odpowiedź pozyskał:
— Co ty wiesz, Judaszu jakiś? Co ty mi będziesz komenderował!
W   końcu   jednak,   słysząc   ciągle   o.   Gabriel   o   tym   zuchwałym   człowieku,   ze   wszystkimi 

obchodzącym się tak bezwzględnie, szorstko, dumnie, domyślając się w nim jakiejś boleści, co tę 
gorycz i żółć wywoływała — ciekawym zaczął być zobaczyć go i posłyszeć.

Z kolei ciągle jeden z ojców lub braci siadywał w celi chorego, choć nie tylko nie był im za to 

wdzięcznym,   ale   ledwie   się   ich   nie   pozbywał.   O.   Gabriel   wprosił   się   jednego   wieczora   na 
godzinę.

Zastał chorego leżącego, jak zwykle, z podniesioną poduszkami głową, oczyma wlepionymi w 

sufit, dumnie podniesionymi usty, nie raczącego spojrzeć nawet na to, co go otaczało.

Na   pozdrowienie   o.   Gabriela   nie   odpowiedział   wcale.   Dopiero   nierychło   z   kwaśną   miną 

zwrócił na niego oczy i począł mu się przypatrywać.

— Ksiądz tu u mnie pierwszy raz? — zapytał szorstko.
— Tak jest. Mieniamy się, abyś pan sam nie był…
— A mnie z was co? — szydersko odparł Bużeński. .
— Posłużyć możemy, jeżeli nie pocieszyć — rzekł Gabriel. — Pocieszyć? Albo to ja pociechy 

cudzej potrzebuję? Hm?

— Jeśli nie od ludzi, to od religii — odparł zakonnik.
Powtórnie obejrzał się na niego pan Bużeński i usta mu się skrzywiły szyderstwem.
— Czy to ja dziecko? — zawołał. — Dajże pokój, księżuniu. Wszystko to dobre dla bab, dla 

dzieci i dla głupiego gminu.

O. Gabriel pobladł, słuchając.
— Prawdziwie mi was żal — odezwał się.
— A mnie nawzajem — począł żywo Bużeński. — Ja przynajmniej mówię co myślę, a wy…
Ksiądz chciał przerwać, ale nie dał mu porucznik.
— Księżuniu mój — rzekł — stare to są łachmany. Ludzie je znosili i podarli, na nic się nie 

zdały. Wy mnie nie nawrócicie, a dziś już i na stosach nie palą.

Zakonnik chwycił machinalnie różaniec wiszący u pasa i przebierał jego paciorki.

background image

— Chory pan jesteś i podrażniony, panie poruczniku — odezwał się. — Nie czas dysputować 

i ja też nie przedsiębiorę tego. Podejmie się za mnie życie.

Bużeński uśmiechnął się sucho.
— Widzisz, mój ojcze — rzekł — wszystko to na swój czas dobre było, ale światło przyszło, 

ludziom łuski, z oczów spadły. Nie zapędzicie już ich, jak dawniej, do swojej owczarni.

— Zbłąkane owieczki wracają też czasem same — cicho odezwał się o. Gabriel i zamilkł.
Zamilkł, ale słowa zamienione z chorym poruszyły go tak, że, zwykle blady, czuł jak mu się 

twarz paliła. Człowiek ten budził w nim litość niewypowiedzianą. Z tego co mówił biorąc miarę, 
wiedział, że stał na skraju i że cudu było potrzeba niemal, aby go stamtąd zawrócić. Sam ten 
bezwstyd, z jakim przed nieznajomym kapłanem, zakonnikiem nie powoływany zdradzał się ze 
swą niewiarą, chlubił się z nią niemal — miał bolesne a wielkie znaczenie.

— Jakże rany wasze? Czujecie się cokolwiek lepiej? — spytał łagodnie zakonnik umyślnie, 

chcąc myśl jego odwrócić i usta mu zamknąć na bluźnierstwa.

— Łeb mi się jeszcze trzaska i czuję w nim ból okrutny — odparł ranny. — Dla mnie to 

piekielna męczarnia leżeć tu bezwładnemu, gdy wcale gdzie indziej chciałbym i powinien być; 
ale i wam taką załogę parszywą trzymać też nie bardzo miło! Hę?

—   Mylicie   się   —   odparł   o.   Gabriel   —   my   właśnie   czujemy   się   w   obowiązku   choćby 

nieprzyjaciołom wiary i naszym dawać dowód miłości.

— A! A! Księżuniu, ale z ciebie sofista i stylista nie lada — zaśmiał się porucznik. — Ja to 

już słyszałem. Tak, tak, miłujecie, miłujecie; wołacie jak gosposia na kury, gdy jednej z nich na 
kuchnię potrzebuje. Ale mnie nie weźmiecie. Cha! cha! Pozwólcie nawzajem spytać, jakże wam 
w tym habicie, w tym więzieniu i tej wiekuistej komedii, którą grać musicie? Hę?

Zwrócił się szydersko ku zakonnikowi, który śmiało i spokojnie w oczy mu patrzył.
Nim na niewczesne i niezdarne pytanie zakonnik odpowiedział, wpadł ks. Anioł, wesół jak 

zawsze, i uwolnił go od dalszej rozmowy.

I  tego   już,  w   podobny  sposób   jak  o.   Gabriela,   zaczepiał   swymi   szyderstwami   chory,   ale 

kunsztmistrz, nie wdając się w żadne rozprawy z nim, zbywał go żartami lub milczeniem.

Ks. Anioł przychodził do łóżka, jak się w klasztorze wyrażano, „na stójkę”, to jest na swoją 

godzinę stróżowania przy chorym. Mógł więc o. Gabriel pożegnać go i odejść.

Porucznik syknął, poprawiając się na łóżku.
—   Już   to   przyznać   wam   muszę   —   odezwał   się   do   nadchodzącego   —   że   co   do   pościeli 

sybarytami nie jesteście i na miękkich puchach nie legacie.

— Bóg widzi — przerwał przybyły — żeśmy wam jeszcze dali, cośmy mieli najlepszego, bo 

my sami czasem i na gołych deskach sypiamy.

— Za to o brzuchu pamiętacie! — rzekł Bużeński.
— Tak to złośliwi ludzie głoszą — odparł wesoło o. Anioł — widząc, że wszyscy rumiano i 

zażywnie wyglądamy. Ale wy, panie poruczniku, na naszym stole niedługo byście wytrzymali.

— I próbować nie będę — zawołał chory — bo ciała męczyć dla miłości Bożej nie myślę. Na 

co się to Panu Bogu zdało?

— Zapewne — rzekł śmiało Anioł — Pan Bóg by się obszedł bez tych ofiar z naszej strony, 

ale nam z tym lepiej. Ja przynajmniej, gdy pracować mam, albo się chcę modlić, postem się do 
tego najlepiej przysposabiam. Rozśmiał się Bużeński.

— Winszuję! — rzekł krótko.
Ks. Anioł, który już obyty był w ciągu kilku dni z chorym, odwrócił rozmowę i począł o 

Warszawie, w której wiedział, że Bużeński często bywał, a razem o malarzach, których dzieła 
porucznik tam mógł oglądać.

background image

Zapytał o Smuglewicza

*

.

—   Tego   nie   znam   —   odpowiedział   chory,   chwytając   każdą   sposobność   ażeby   mnichów 

drażnić — ale co Bacciarellego, tom widział dużo pięknych kobietek, przedziwnie malowanych.

O. Anioł oczy spuścił. Porucznik szydersko się wciąż uśmiechał.
— W Białymstoku też — dodał — u hetmana są piękne obrazy; maluje mu tam Mieris

*

, ale 

także nie świętości! Hetman co innego lubi.

Zmilczeć musiał ks. Anioł znowu.
— A ty, księżuniu, pono malujesz także — przebąknął chory — no, i musisz wzorów do 

aniołów potrzebować, więc je zapewne z dziewcząt młodych bierzesz…

— Ja obrazów nie maluję — odparł ks. Anioł — stare tylko łatam. Nie porwałbym się na to.
Do izby wszedł jeden z ludzi porucznika, którego on zobaczywszy, jakby już zakonnika przy 

nim nie było, zwrócił się do pachołka.

— A co się tam w stajni dzieje? — spytał. — Siwy nie kuleje? Nie ma was komu doglądać, 

pewno konie zaniedbane. Ale, pamiętajcie, niech no ja wstanę, a znajdę, że który schudł i sierść 
mu się jak lustro nie świeci, to wam dobrze skórę wygarbuję.

Sługa cóś zamruczał tylko, a porucznik, zwracając się do ks. Anioła, począł:
— Nikomu zaufać, na nikogo się spuścić nie można. Wszystko łajdaki! Prawda, że i my może 

na ich miejscu nie bylibyśmy lepsi. Nie ma na świecie poczciwych ludzi.

— Pan porucznik nadto jesteś surowym  — szepnął Anioł. — Są ludzie różni, to Pewna, 

słabości mamy wiele, ale jak zupełnie dobrych ludzi, tak i całkowicie zepsutych mało.

— Tak to po waszemu — odparł porucznik — a u nas na świecie już tych złudzeń nie ma.  

Każdy się tylko miłością własną powoduje, więc i na nic rachować nie można dla żadnej miłości 
innej. Z marzeń tych ludzkość się przebudziła.

O. Anioł patrzył z serdecznym współczuciem na leżącego, który zdawał się w tym znajdować 

przyjemność,   gdy   głosił   zasady,   które   w   przeciwieństwie   były   z   wyznawanymi   przez   jego 
słuchaczów.

Do dysput kunsztmistrz nie miał ani zdolności, ani ochoty, zmilczał więc. A że próżnowania 

nie znosił, z szerokiego rękawa dobył maleńką, rozpoczętą z kości słoniowej trupią główką i 
nożykiem powoli dłubać począł koło niej.

— Co to ksiądz robisz? — odezwał się Bużeński.
O. Anioł pokazał mu poczętą główkę.
— To do różańca, dla o. prowincjała — odezwał się.

*  S m u g l e w i c z   —   pod   tym   nazwiskiem   znamy   czterech   malarzy  polskich:  Ł u k a s z   S m u g l e w i c z 

(1709–1780) malarz nadworny króla Augusta III. W galerii drezdeńskiej znajdują się dwa portrety Augusta III w 
stroju   koronacyjnym   i   jego   małżonki   pędzla   Łukasza;   Franciszek   Smuglewicz   (1745–1807),   syn   Łukasza, 
najznakomitszy malarz okresu Stanisława Augusta. Starannie wykształcony, długo przebywał  we Włoszech. Był 
uczniem, pomocnikiem i przyjacielem Rafała Mengsa. Wspierany przez Stanisława Augusta, po powrocie do kraju 
(1785) z polecenia króla zajął się wykonaniem  obrazów do kościoła księży bazylianów. Wiele z jego obrazów 
zakupił do swej galerii Stanisław August. Zaproszony do Wilna przez księcia biskupa Massalskiego namalował cykl  
obrazów historycznych. Obrazy jego znajdowały się u bazylianów, karmelitów bosych, w kościele Augustianów i w 
kościele popaulińskim w Warszawie. Do jego znanych obrazów historycznych należą m.in. Przysięga T. Kościuszki 
na Rynku krakowskim 
1794, Śmierć generała Jakuba Jasińskiego. A n t o n i   S m u g l e w i c z , brat Franciszka, był 
malarzem dekoracyjnym.  L u c j a n   S m u g l e w i c z , brat poprzednich, malarz al–fresco. Malował także obrazy 
olejne dla wielu kościołów. Z kontekstu wynika, iż chodzi tu o Franciszka Smuglewicza.

*  M i e r i s   — znana rodzina malarzy holenderskich:  F r a n c i s z e k   M i e r i s   (l635–1681), głowa rodziny, 

jeden z najznakomitszych malarzy rodzajowych. Obrazy jego, oprócz zbiorów holenderskich, posiadają galerie w 
Miinchen,   Dreźnie   i   Florencji.  W i l h e l m   M i e r i s   (1662–1747),   syn   i   uczeń   Franciszka,   malował,   oprócz 
rodzajowych, obrazy o tematyce religijnej. J a n   M i e r i s  (1660–1690), drugi syn Franciszka, także znany artysta, 
malował obrazy o tematyce religijnej. Z kontekstu wynika, iż chodzi tu o Wilhelma Mierisa.

background image

— Ha, trupia główka! — rzekł porucznik. — Co to za głupia  idea  śmierć  w ten sposób 

wyobrażać! — dodał. — Średniowieczny postrach… na lachy! Śmierć wcale wygląda inaczej. 
Jest to kobiecina ładna, pulchna, zwinna, tylko trochę żarłoczna. Sama źre, ale i ludziom obżerać 
się nie broni, do każdej biesiady z nimi zasiąść gotowa, do każdej rozpusty dopomóc… I nie 
krzywi się, jak wasze spróchniałe szkielety, ale się śmieje, mruga i śpiewa. To dobra kumoszka, a 
nie ta straszna kostucha, jaką wy, dzieci, tworzycie.

Ks. Anioł słuchał, ale głową potrząsał.
— Nawet poganie poważniej ją pojmowali — rzekł.
— A ja ją tak rozumiem, jako mówię — na przekorę rzekł porucznik. — Wy, inaczej ludzi w 

garść nie mogąc wziąć, musicie ich straszyć… Straszycie śmiercią, piekłem, a że i tego wam 
mało, toście czyściec wymyślili i ten wam skarbonki napełnia. Cha! Cha!

Zamilkł   zakonnik,   spuściwszy   głowę   nad   robotą.   Niepodobna   było   mówić   z   tym 

człowiekiem…  Na ratunek  jakoś nadciągnął  szczęśliwie  Berko, bo czas był  ranę opatrywać. 
Zobaczywszy go, porucznik zwrócił się ze swym sarkazmem na Żyda. Zdawało się, że wszystko 
mu było jedno, kogo jątrzyć i komu dokuczać, byle pokoju nie dał tym, co go otaczali.

—   Powiedz   no,   Żydzie   —   zakrzyczał   —   co   to   będzie,   gdy   mnie   rany   przyjdzie   słoniną 

smarować,   bo   ja   to   mam   za   pewne,   że   od   świeżej   słoniny   one   się   najprędzej   goją.   Jesteś 
cyrulikiem, będziesz musiał ze świniną mieć do czynienia! Kiedyś grzyb, leź w kosz, ja cię nie 
zwolnię.

—   Wolne   żarty   jaśnie   pana   —   odezwał   się   Berko   —   jeszcze   do   tego   świństwa,   z 

pozwoleniem, daleko…

Przystąpiono   do   opatrywania,   a   ks.   Anioł,   choć   doznał   przykrości   od   porucznika,   jął   się 

bardzo   zręcznie   pomagać   Berkowi.   Wszystkie   te   posługi   człek   ów,   dziwnie   usposobiony, 
przyjmował z jakimś lekceważeniem i nie płacąc za nie żadnym dobrym słowem.

Lecz   przyznać   mu   też   było   potrzeba   w   cierpieniu   wytrzymałość   nadzwyczajną,   męstwo 

wielkie, panowanie nad sobą ogromne. Nieraz Żyd zadawał mu mimo woli ból, który się tylko 
wyrażał kroplistym potem na czole i zaciętemi usty, ale porucznik miał sobie za punkt honoru ani 
syknąć. Gdy go mocniej zabolało, albo poświstywał, lub nucił coś niewyraźnie.

Cyrulik, który nieraz wspólnie z doktorami przy rannych bywał, nakazał dietę i posuwał ją 

może do zbytku, karmiąc porucznika kleikiem owsianym i połówkami kurczęcia…

Bużeńskiemu to było nie do zniesienia. Łajał Berka co wlazło, a ten obojętnie przyjmował 

wszystko, do rachunku zapisując obelgi.

Ks. Rafał w pierwszych dniach z wielką delikatnością napomknął o obowiązkach religijnych, 

o modlitwie, podziękowaniu Bogu za ocalenie.

— Ale daj  mi,  ojcze, pokój  z tym  — sucho  odparł porucznik  — ja jestem  niedowiarek. 

Dawnom się przestał modlić i Pana Boga czczę w naturze całej…

— I nie czujesz pan potrzeby podniesienia się ku Stwórcy i Zbawicielowi duszą?… — rzekł 

spokojnie gwardian.

Po swojemu porucznik rozśmiał się.
— Dusza moja w tym cielsku tak zagrzęzła, że jej z niego nie dobyć — odparł. — Zostawcie 

ją w tej zgniliźnie… Ze mnie pociechy mieć nie będziecie.

Te i tym podobne wybryki można sobie wyobrazić, jak biednych mnichów przerażały. O. 

Serafin, który rzadko do chorego zaglądał i brzydził się nim, jak istotą nieczystą, otwarcie mówił:

— Panu Bogu podziękuję, gdy nasz klasztor od tego farmazona uwolni, a dalipan i celę po 

nim na nowo trzeba będzie benedykować

*

, bodaj nawet korytarz, którym chodził. Dożyliśmy 

* B e n e d y k o w a ć  (z łac.) — poświęcać, błogosławić.

background image

czasów okropnych, gdy bezbożność śmie jawnie na świat wychodzić i naigrawać się z tego, co 
najświętsze dla człowieka. Powietrze nam ten człowiek zakazi.

Obstawał   o.   Serafin,   aby   przynajmniej   młodszych   braciszków   nie   posyłano   na   usługi   do 

chorego,   bo   ten   miał   sobie   za   największą   przyjemność   gorszyć   ich   i   od   życia   zakonnego 
odwodzić.

Słowem, ciężka to była dla klasztoru próba przez miłosierdzie trzymać pod swym dachem tak 

zepsutego człowieka. Gwardian wszakże chciał dopełnić obowiązku aż do ostatka i kielich ten 
dopić do dna.

— Nie zgorszy nas, mój ojcze, bądźcie spokojni — pocieszał Serafina. Wszelako nawet o. 

Rafał, czując ten ciężar, badał cyrulika, jak też prędko chory będzie mógł powstać i podróż 
przedsiębrać.

Żyd wcale nie czynił nadziei, ażeby to przed kilku miesiącami mogło nastąpić.
Niespokojny   pan   podkomorzy   Bielski,   który   ścierpieć   tego   nie   mógł,   że   się   jeszcze   nie 

zapoznał z Bużeńskim i sam z nim nie mówił, bo się z niego spodziewał cóś wyciągnąć, jak tylko 
dowiedział się, że porucznik przytomnym był i że przystąpić doń nie broniono, wybrał się do 
klasztoru.

O. gwardian przyjął go twarzą nad swój zwyczaj posępną, składając ręce rozpaczliwie.
— A, mój panie podkomorzy! — rzekł po cichu — ale to plaga prawdziwa i nasłanie ten 

człowiek!  Takiego  niedowiarka i szydercy anim widział,  ni przypuszczałem,  ażeby się mógł 
zrodzić na ziemi naszej! Gęba okropna!. Nie wstrzymuje się nawet przez poszanowanie sukni 
naszej, bluzga, wygaduje… —

— Hm! — rzekł podkomorzy — żołnierz i farmazon… co chcecie! A przy tym te rany go 

egzasperują

*

… Ale ze swą przygodą nie wygadał się?

—   My   go   przecie   badać   nie   możemy   —   rzekł   gwardian   —   zresztą   nie   ciekawiśmy.   — 

Zróbcież mi tę łaskę — dodał Bielski — zaintrodukujcie

*

 mnie do niego… Jest rzeczą naturalną, 

że brat szlachcic, podkomorzy tego powiatu, żąda mu okazać swą kommiseracją

*

.

O. Rafał nie miał nic do zarzucenia przeciwko temu.
— Jeżeli was przyjmie…
— Jakżeby miał atencją

*

 odrzucić?

Poszli   do   chorego   zaraz   i   gwardian   przedstawił   Bielskiego,   który  cum   omni   formalitate

rozpoczął komplementem kondolencyjnym, zapytując, czy może w czym p. Bużeńskiemu być 
pomocą.

Perory   tej   wysłuchał   chory,   jedno   oko   przymrużywszy,   z   zupełną   obojętnością,   okazując 

raczej znudzenie nią niż ukontentowanie.

— Wdzięczen jestem — rzekł sucho — panu podkomorzemu za jego uprzejmość. Przypadki i 

guzy   chodzą   po   ludziach,   ale   nie   ma   tu   nic   tak   dalece   ważnego…   Żołnierz   do   podobnych 
akcydensów

*

 przygotowanym być musi.

— Na wojnie, zapewne — żywo począł podkomorzy — ale jak tu, czasu pokoju, w biały 

dzień, na gościńcu, u nas… to niesłychana rzecz.

Zmarszczyły się brwi porucznikowi, jakby mu o tym mówić i słuchać było przykro.
— Bagatela! Furda! Panie podkomorzy, nie ma o czym mówić…

* E g z a s p e r o w a ć  (z łac.) — doprowadzać do rozpaczy, rozdrażniać.
* Z a i n t r o d u k o w a ć  (z łac.) — zapowiedzieć wejście.
* K o m m i s e r a c j a  (z łac.) — składanie wyrazów współczucia, ubolewania.
* A t e n c j a  (z łac.) — okazanie szczególnego szacunku, szczególnych względów.
C u m   o m n i   f o r m a l i t a t e  (lac.) — z całą dokładnością, z całym rytuałem.
* A k c y d e n s  (z łac.) — przypadek.

background image

— Mnie o powiat mój chodzi — przerwał podkomorzy.
Skrzywił się Bużeński, podparł głowę na zdrowej ręce i po chwili mruknął:
—   Prawdziwie   bym   był   obowiązanym   panu,   gdybyśmy   o   tej   okoliczności   nie   mówili… 

Niemiła to rzecz szlachcicowi i żołnierzowi być porąbanym, więc lepiej zapomnieć.

— Tandem

*

 — począł podkomorzy, ale porywczy Bużeński mówić mu nie dał.

— Suplikuję mnie nie indagować! Krew mi to psuje.
Bielski, którego ciekawość paliła, po tak kategorycznym odpaleniu nie śmiał już nastawać.
— Rad bym tylko jedno wiedział, że na mój powiat nie pada supozycja

*

 takiego rozbójniczego 

najścia — odezwał się po namyśle.

Bużeński zadumany i na to nie odpowiedział. Zacząć potrzeba było z innej beczki.
— Chociaż   osobiście  szanownej   rodzinie  pańskiej   znanym  nie  jestem  — rzekł   — gdyby 

potrzeba było do kogoś napisać, oznajmić…

— Ja, mości podkomorzy, rodziny tak jak nie mam — ofuknął się ostro Bużeński. — Z p. 

kasztelanem,   ojcem   moim,   nie   żyjemy   —   nie…   Innych   krewnych   bliskich   nie   znam,   a   nie 
nawykłem na niczyją pomoc rachować. Każdy o sobie myśli. Ja też się spodziewam albo umrzeć, 
lub się wylizać i co najprędzej ten kąt opuścić.

— A my byśmy radzi tu wszyscy pobyt ten przymusowy u nas uczynić znośnym — dodał 

podkomorzy — gdybyśmy czymś służyć mogli…

— Dziękuję — rzekł sucho porucznik. — Jakoś się sam z tego barłogu wygrzebię.
Zmiarkował p. Bielski z tego początku rozmowy, że z Bużeńskim istotnie nie było łatwo się 

pokumać. Nie wiedzieć o czym już było z nim mówić. Począł o cyruliku i doktorach.

— Natura doktór najlepszy — odparł ranny — jeżeli ta nie pomoże, żaden lekarz i apteka nie 

dadzą rady. Taki dobry Berko, jak pan La Fontaine, albo inny… Rachuję na to, żem nie przeszedł 
trzydziestki, a krew mam nie popsutą.

— To pewne i święte słowa! — potwierdził podkomorzy. — Przy pomocy Bożej…
— A! — przerwał Bużeński — na co tu do tej sprawy Pana Boga mieszać, który ma i bez tego 

zbyt wiele do czynienia. Gdyby Mu przyszło wszystkich plejzerowanych oglądać, nie miałby 
czasu na ważniejsze sprawy.

Tym  zamknął  usta pobożnemu  podkomorzemu,  który wierzył  w Opatrzność, dającą  szaty 

liliom i żywiącą ptaszki maluczkie.

Chory, któremu odwiedziny natrętne podkomorzego wcale nie były do smaku, jakby się go co 

rychlej   pozbyć   chciał,   to   wody   żądał,   to   kazał   poduszki   poprawiać   i   oznaki   dawał   bardzo 
znaczące,   że   wolałby   sam   pozostać.   Podkomorzy   zaś   nie   tracił   jeszcze   nadziei,   że   choć 
przypadkiem cóś z niego wydobędzie. Zagadnął więc o Białymstoku i o panu hetmanie.

— Ja przy chorągwi rzadko siedzę — odparł Bużeński. — Czasu pokoju nudna to rzecz, wolę 

Warszawę… Dosyć się opowiedzieć w miejscu, a potem weselej przy dworze.

Wpadł   więc   Bielski   na   narracje   o   dworze,   królu   i   koniunkturach   politycznych,   na   które 

pogardliwym uśmiechem odpowiadał Bużeński.

I z tej beczki nic utoczyć nie było można…
Ranny widocznie mówić nie chciał. Już Bielski prawie zrozpaczył, by mu się udało bliższą 

zabrać znajomość z porucznikiem, gdy on sam wreszcie zagadnął go o sąsiedztwo, obywateli i 
rodziny w okolicy mieszkające.

W tym przedmiocie nikt nad Bielskiego kompetentniejszym nie był. Z dawna osiadły, z wielu 

domami   skoligacony,   znający   wszystkich   nie   tylko   w   powiecie,   ale   w   województwie, 
wtajemniczony we wszystkie familijne sprawy — gdy raz począł mówić, starczyło mu treści nie 

T a n d e m  (łac.) — w końcu, wreszcie, nareszcie.
* S u p o z y c j a  (z łac.) — przypuszczenie, domyślanie się.

background image

na jeden dzień.

Bużeński słuchał dosyć roztargniony. Niekiedy jednak głowę podnosił i słówko jakieś rzucił, 

ale   podkomorzy   na   próżno   starał   się   odgadnąć,   co   i   kto   go   w   opowiadaniu   szczególniej 
zajmował. Czuł tylko, że rozpytywano go nie darmo. Sam bystry w poznawaniu ludzi, na ten raz 
miał do czynienia z tak przebiegłym człowiekiem, iż ten mu się uchwycić nie dawał.

Siedzieli dosyć długo. Podkomorzy wyczerpał zapas wiadomości główniejszych, a ile razy 

nawzajem sięgnął jakim pytaniem, wychodził z próżnymi rękami.

O. gwardian, w początku świadek rozmowy, w końcu samych ich pozostawił. Sług nawet nie 

było.

Obejrzawszy się dokoła, skorzystał z tego porucznik, odzywając się po cichu:
— Przyznam się acindziejowi, że mi troskliwość moich ludzi wcale niepożądaną przysługę 

uczyniła,   zaprowadzając   do   klasztoru…   Mam   wstręt   do   tych   mnichów,   próżniaków, 
darmozjadów, świętoszków… Wolałbym był w karczmie leżeć u Żyda. Podkomorzy się niemal 
przestraszył.

— Mój mości dobrodzieju — zawołał — ale to są bardzo dobrzy ludzie i spodziewam się, że 

tu mu na wygodach nie zbywa.

— A! Dobrzy ludzie, miód z cukrem! — zaśmiał się Bużeński. — Co mi tam po ich dobroci? 

Nudzą swoimi pobożnymi minami i chcą mnie nawracać, a ja jestem wolnomyślny człek i za 
stary do tych bałamuctw.

Bielski zamilkł.
— Nie są fanatycy, zaprawdę — rzeki wreszcie.
— Jeszcze by też tego brakło! — zawołał Bużeński. — Ale słyszę to ich mruczenie w chórze, 

te modlitwy, dzwonki, widzę przyklękanie i całowanie po rękach. To niewolnicze posłuszeństwo 
mnie oburza!

Pomimo  całej swej wyrozumiałości i pobłażliwości, Bielski już tego znieść nie mógł, nie 

stając w obronie księży.

— Panie poruczniku — rzekł zimniej — to ich reguła; przyjęli ją, stosują się do niej, jest im z 

tym dobrze… Nie można tego mieć za złe, owszem, zazdrościć im należy spokoju i szczęścia, 
jakiego tu kosztują.

— Próżniaki — zamruczał Bużeński — faryzeusze!
Podkomorzemu  tak  się  przykro   zrobiło,  słysząc  wyrzekania   i szyderstwa  z  ludzi,  których 

szanował, że nie będąc już nawet ciekawym człowieka, odkrywającego mu tak ohydną stronę 
swego charakteru — niewdzięczność — zaczął się zabierać do wyjścia. Ale zdawało mu się, że 
chorego nie mógł samym pozostawić, dopóki by któś nie nadszedł.

Nienawykły do tak cynicznej bezbożności podkomorzy, choć sam sobie nieraz niewinnych 

żartów z księży pozwalał, składał to rozdrażnienie chorego na stan jego.

Porucznik w czasie milczenia, które nastąpiło, przymrużywszy oko, przypatrywał się pilnie 

panu Bielskiemu.

—   Gdybym   czym   mu   służyć   mógł   —   odezwał   się   podkomorzy,   wstając,   ujrzawszy 

wchodzącego sługę.

— Uniżenie dziękuję — odparł Bużeński — nie potrzeba mi niczego, oprócz spokoju, abym 

siły pokrzepił.

Tą dosyć niegrzeczną odprawą zbywszy się Bielskiego, zaledwie ten był na progu, począł 

porucznik łajać sługę, że go odszedł i nie był na rozkazy.

Wróciwszy do sali gwardiana podkomorzy tak się upokorzonym i zafrasowanym wydał o. 

Rafałowi, że spytał się, azali czego przykrego od chorego się nie dowiedział.

— Wcalem się o niczym od niego nie dowiedział — rzekł podkomorzy — oprócz, że istotnie 

background image

farmazon  jest, jakiegom w życiu  nie  spotkał.  Powszechnie  wiadomo  — dodał  — że do lóż 
masońskich i król, i dygnitarze nasi uczęszczają, a dlatego i do kościoła chodzą, i mszy słuchają, 
i wszelkiej wiary nie wyrzekaja się. Ale ten!

O. gwardian westchnął.
— Któż to wie? — rzekł pobożnie. — Pan Bóg czyni czasem cuda. Mógł właśnie sprowadzić 

tu człowieka tego, zmuszając go przebyć czas jakiś w klasztorze, aby jakie ziarenko zasiać w 
jego duszy. Nie pochlebiam ja sobie, abyśmy go nawrócić mieli, bo to nie nasze powołanie. My 
prostaczkowie jesteśmy, ale najmniej godne naczynie może się stać laski Bożej narzędziem.

Podkomorzy zażył podanej mu tabaki.
— Dubito

*

 — rzekł. — Co prędzej, to lepiej pozbyć go się stąd. Jak skoro pozdrowieje, nie 

wstrzymujcie   go.   Cała   ta   sprawa   teraz,   gdym   go   widział   i   mówił   z   nim,   w   nowym   mi   się 
przedstawia świetle. Nie była to żadna napaść rozbójnicza, boby nie miał powodu milczeć o niej. 
Domyślam się albo zemsty, lub kłótni jakiejś, bo człowiek jest szorstki i drapieżny, a musi się 
sam czuć winnym, gdy milczy. Na naszym terytorium zakończyła się ta historia krwawo, lecz nie 
tyczy się nas ona.

O. gwardian słuchał pilnie.
— Nie dowiedzieliście się więc niczego? — zapytał.
— Najmniejszej  rzeczy — zamruczał  podkomorzy.  — Chciałem mu pomoc  z mej  strony 

ofiarować, pośrednictwo, przyjacielską usługę — odtrącił wszystko.

Rozstawił ręce podkomorzy.
— Bóg że z nim! Bóg z nim! Narzucać się mu nie będę. Ale zaprawdę, zbadanie tej tajemnicy 

bardzo by było pożądane.

Ucałowawszy ręce gwardiana, podkomorzy wolnym krokiem poszedł do furty, przy której 

konie jego stały.

D u b i t o  (wł.) — wątpić, nie mieć pewnego zdania.

background image

IV

O małą milkę od miasteczka miał zagrodę i pola szlachcic Jeremi Wojakowski. Był to jeden z 

tych Mazurów kolonistów, którzy od wieków po całym obszarze Rzeczypospolitej w lasach, na 
równinach,   w   stepach   rozsiadali   się,   zaludniali   je   i   ciężką   pracą   na   biedny   kawałek   chleba 
zarabiali.

Spokojniejszego człowieka nad starego Jeremiasza nie było na świecie. Pracowity, milczący, 

wolał z ludźmi nie obcować, niż najmniejsze z nimi mieć zajście. Tak żył tu dziad i ojciec jego, 
w ślady ich poszedł on i zapewne syna by na godnego po sobie następcę wychował, gdyby mu go 
Pan Bóg był dał.

Lecz stare małżeństwo, Jeremi i Basieczka, pomarszczona, zgrzybiała, starszą się wydająca od 

niego — małżeństwo przypominające bajecznego Filemona i Baucis

*

 — miało tylko dwie córki. 

Jedna z nich była o mil kilka za ekonomem, druga w domu przy rodzicach. Oprócz tego miał 
Wojakowski sierotę Mazura, parobka do pomocy, istotę upośledzoną, chłopa silnego, zdrowego, 
lecz tępego na umyśle, tak iż tylko zwierzęcą swą siłą mógł się przydać na cóś komu, a cierpliwy 
tylko Jeremi wyżyć z nim zdołał.

Oboje Wojakowscy, ludzie pobożni, bywali w kościele regularnie i w miasteczku niekiedy, ale 

się w ogóle mało pokazywali i na świat wychodzili. W klasztorze, gdzie ich znano, szczególnie o. 
Szymon był im przychylnym i on w razie choroby, gdy pociechy lub rady potrzebowali, zwykle 
pieszo ich odwiedzał.

Jeremi, bojaźliwy z natury, gdy najmniejszą miał wątpliwość lub troskę, przychodził zawsze 

do o. Szymona na konsylium.

Dawno go tu już jakoś nie widziano, gdy dnia jednego zjawił się u furty. A że nigdy nie 

przychodził z próżnymi rękami, bo jałmużnę dla księży miał sobie za obowiązek, i tym razem 
naprzód bratu szafarzowi oddał jaja, które przyniósł, a potem, włosów przygładziwszy, udał się 
do celi o. Szymona.

— No! Jakże ty mi się masz, mój stary? — zawołał księżyna, zobaczywszy go i śpiesząc 

naprzeciw szlachcicowi, który wpół zgięty do ucałowania ręki się nachylał. — Kopę lat jak was 
nie widziałem, ale w tym po trosze wina moja, bom był powinien was odwiedzić.

—   Roboty   w   polu   było   dużo   —   rzekł,   wzdychając,   Wojakowski.   —   Jesień   mieliśmy 

niestateczną, tak że z pola zebrać trudno było.

— No, ale chwalić Boga — przerwał zakonnik.
— Jakoś się to pościągało.
Westchnął   ciężko   stary,   a   twarz   wielki   wydawała   frasunek.   Po   chwilce   tajemniczo   się 

przysunął do o. Szymona.

—   Ja   tu   do   dobrodzieja,   jak   do   ojca   rodzonego   —   rzekł   cicho.   —   Ciężka   nas   spotkała 

przygoda.

Potarł się po głowie.
— No, cóż takiego? Mów!
— Tygodni już temu para będzie — mówił, zniżywszy głos, Jeremi — właśnie z pola na 

połudenek przyszedłem do mojej starej i miałem zasiąść do miski… gdy przed chatą zatętniało. 
Co takiego? Ażem się zerwał do okna, bo to u nas dziura taka, że nikt nigdy nie zajrzy. Dokoła 
lasy… Patrzę, koni z dziesięć, ktoś u wrót… państwo jakieś znaczne; ale ja, co wszystkich w 

*  F i l e m o n   i   B a u c i s   — historia mityczna, której wątek oparty jest na fragmencie  Przemian  Owidiusza 

(rozdz. VIII), wielokrotnie wykorzystywana w literaturze.

background image

sąsiedztwie znam, zaraz powiedziałem żonie: Jacyś z daleka! A tu, nim ja miałem czas na próg, 
już drzwi się otworzyły nagle i wpadł w czapce jeden niemłody, bardzo dostatnio odziany, a taki 
jakiś zdyszany i przelękły, że słowa z piersi dobyć nie mógł w początku… Spojrzał na mnie.

— Tyś gospodarz? Obejrzał się po chacie.
— Masz komorę jaką dla chorego?
Jegomość znasz naszę chatę, gdzie u nas komora taka. Ruszyłem ramionami.
— Widzicie — rzekłem — mnie samemu ciasno. Mała mila do miasteczka na prost, tam 

wszelką wygodę znajdziecie. Myśmy ludzie ubodzy.

— Nagrodzi się wam sowicie — krzyknął — do miasteczka go wieźć nie można, musi u was 

poleżeć.

Wpadł zaraz, nie pytając, do komory i obejrzał się.
— Wyście przecie ludzie,  co Boga w sercu macie…  (zobaczył  obrazy święte na ścianie) 

ratujcie! Człowieka tego dalej wieźć nie można.

Nie   było   sposobu   ani   się   sprzeczać,   ani   opierać.   Moja   poszła   zaraz   wybierać   z   komory 

naprzeciwek co było i łóżko słać, a tu już ludzie nieśli chorego. Ale, jako żywo, nie chory on był, 
tylko zrąbany i to tak szpetnie, że już ledwie dychał. Głowę miał posieczoną i pierś przeciętą tak, 
że zdawało się do wieczora nie dotrwa. Co było robić? Przyjęliśmy biedaka, nie wiedząc ani 
skąd, ani kto, ani gdzie tej rany i z jakiej okazji dostał.

Wojakowski potarł głowę.
Starszy   pan   rzucił   mi   na   stół   —   mówił   dalej   —   sakiewkę,   w   której   my   potem   z   żoną 

naliczyliśmy dukatów obrączkowych dwadzieścia, a talarów srebrnych cztery. Ledwie się to stało 
a myśmy rozpytywać chcieli, gdy zawołał starszy.

— Zgłosimy się tu po niego, a proszę żebyście mieli o nim staranie.
Potem mi się schylił do ucha: Jeśli umrze, pochować go każcie po chrześciańsku, a nagroda 

nie minie. Rzekł tych kilka słów i już do proga śpieszył; ja za nim, żeby rozpytać się lepiej, ale 
wszyscy zaraz na konie, na łeb, na szyję, i puścili się cwałem polami, jakby ich kto gonił. Ja i 
moja stara małośmy nie poszaleli. Co tu czynić? Basieczka się tam koło chorych i na ranach zna, 
więc poszła do jęczącego. Ja też, choć była robota w polu, porzuciłem wszystko i jęliśmy się 
ratować. Sprowadziłem babę Salomoniakową, robiliśmy, co mogli. Co tu mówić długo — dodał 
Wojakowski — mimo wszelkiego starania, żyć nie będzie. Daremna rzecz, bo ma cóś w piersi 
popsutego i żebra w nią powbijane.

— Żyjeż jeszcze? — przerwał o. Szymon.
— Dychać dycha — rzekł Jeremi i skłonił się ojcu do kolan. — Ja do dobrodzieja, żeby choć 

się wyspowiadał, a potem co ja tu pocznę z tym pogrzebem.

O. Szymon przeszedł się po swej celi.
— Kiedyż to było? — zapytał.
Jeremi oznaczył dzień. Uderzyło księdza, że właśnie ten sam był, którego Bużeńskiego do 

klasztoru przywieziono.

— Pieszo przyszedłeś? — zapytał Wojakowskiego.
— Mam kałamasz

*

 na mieście — rzekł Jeremi.

— U mnie wybór krótki — dodał o. Szymon, ale o. gwardianowi opowiedzieć się potrzeba, a i 

przenajświętszy sakrament i oleje zabrać z sobą. Czekaj tu na mnie!

Żywym   krokiem   wyszedł   starzec,   bo   gdy  obowiązek   miał   do   spełnienia,   zdawało   się,   że 

młodzieńcze odzyskiwał siły. O. gwardiana znalazł w celi i w krótkości mu opowiedział, z czym 
Wojakowski przybył.

*  K a ł a m a s z k a   —   mała   bryczka   jedno—   lub   dwukonna,   ozdobniejsza   od   zwyczajnej   bryczki,   często 

malowana.

background image

— Jawna  rzecz  — westchnął  o. Rafał  — że  to jeden z tych,  którzy naszego  porucznika 

napadli. Może się w ten sposób rzeczy wyjaśnią. Jedźcie z Bogiem, ale rozgłaszać zawczasu nie 
trzeba. Któż wie, co w tym wszystkim tkwi?

W kwadrans potem o. Szymon ubrany, z torebką na piersiach, modląc się, jechał na wózku 

Wojakowskiego, który jak mógł, nie żałując konia, poganiał.

Gdy wydobywszy się z lasu zobaczyli chatę, stała przed nią oczekująca niespokojnie na męża 

przybycie   stara   Basieczka.   Zobaczywszy   o.   Szymona,   wbiegła   nazad   do   domu,   aby   się   na 
przyjęcie przygotować.

Wojakowski wychodzącą naprzeciw nim córkę zapytał:
— Żyje?
Odpowiedziała skinieniem głowy tylko rozpaczliwym, które oznaczało, życia tego niewiele 

już w nim pozostało.

Tymczasem  o. Szymon,  modląc  się ciągle,  wchodził z wolna do przyciemnionej  komory. 

Potrzebował czasu trochę, nim się oczy po blasku dziennym z mrokiem tym oswoiły. Wniosła też 
zapaloną gromnicę stara Basieczka i dwa świec złomki, aby je na stole ustawić. Teraz dopiero 
zakonnik mógł się lepiej rysom umierającego przypatrzeć.

Był   to   człowiek   młody   jeszcze,   uderzającej   piękności   rysów,   chociaż   nic   w   nich 

wypieszczonego, arystokratycznego nie było. Twarz wyrażała energię i męstwo, którymi nawet 
cierpienie   i   śmierć   zbliżająca   się   zachwiać   nie   potrafiły.   Rozpacz   milcząca,   cicha,   oblekła 
marmurowe oblicze.

Żył jeszcze, ale oczy jego blasku już nie miały;  twarz wychudzoną, bladą, martwa barwa 

powlekała.   Oddychał   przyśpieszonym   piersi   wysiłkiem;   chrzęszczenie   w   nich   słychać   było 
przykre, a ręce zbielałe chwytały dokoła okrycie, jakby szukając ratunku, podpory…

W sam czas przybywał o. Szymon; poznał, że ostatnia nadchodziła godzina.
Zobaczywszy go, chory usiłował się podnieść na próżno. Dłoń jedną błogosławiącą chwycił i 

do ust przyciągnął. Widać było, że wysilał się, aby przemówić, lecz z piersi wyrywał się świst 
tylko i chrzęszczenie; głos dobyć się nie mógł. Czoło okrywał pot.

O.   Szymon   przeżegnał   go,   pomodlił   się   i   począł   spowiedź   ostatnią,   żądając   tylko   oznak 

skruchy.

Łzy toczyły się z oczu umierającego, który wciąż niespokojnie rękami poruszał, aż nareszcie 

słabnąć zaczął. Nie przemówił ani słowa.

Z tym widokiem, który na nie oswojonych z nim ludziach czyni tak wielkie wrażenie, obytym 

był zakonnik. Widywał śmierć na polu bitwy, spotykał się z nią ciągle w swoich wycieczkach po 
chatach i dworach. Dla niego był to obraz znany, który w nim tylko pobożność obudzał.

Wzruszenie, jakiego doznał ranny, i wysiłek przyśpieszyły może nieuchronny już koniec. O. 

Szymon poznał łatwo, że w ostatnim oddechu dusza opuściła ziemskie swe mieszkanie i głosem 
podniesionym rozpoczął Anioł Pański.

Poklękłszy   na   progu,   połączyli   się   z   nim   w   modlitwie   oboje   Wojakowscy   i   ich   córka. 

Modlitwa ta trwała chwilę zaledwie; trzeba było zaraz obmyślić pogrzeb i naradzić się o to z o. 
Szymonem. Stara Basieczka, choć trochę popłakawszy, wzięła się, nakrywszy ciało, do zapalenia 
świec   przy   nim   i   ustawienia   krucyfiksu.   Mówiono   po   cichu,   jak   gdyby   szanując   spokój 
nieboszczyka.

— Wiecie kto on taki był? Skąd? Jak się nazywał? Tyle dni tu przeleżawszy, musiał wam co 

powiadać o sobie.

Jeremi potarł głowę.
— Otóż bo to — rzekł — że nam chorego badać nie wypadało, a on wcale o niczym nie 

mówił, tylko co chwila dopytywał, czy kto nie przyjechał i nie dowiadywał się o niego. Ciągle się 

background image

na próżno spodziewał…

— Ale jakże to może być — przerwał o. Szymon — aby tak ciężko porąbanego porzuciwszy,  

ani się nawet zgłosili do niego? To niepojęta rzecz! Znajdą się może przy nim jakie papiery.

Jeremi potrząsł głową.
— Zaraz pierwszego dnia, gdyśmy go rozbierali i odzienie zdjęli, umyślnie przepatrzyłem 

kieszenie. Nie było nic, oprócz woreczka z kilku talarami i sygnetem, który zachowałem.

To mówiąc, poszedł stary do szufladki, otworzył ją i dobywszy zielonej sakiewki, położył ją 

przed księdzem.

Dla o. Szymona równie jak dla biednych Wojakowskich, była to rzecz dziwna i nieprzyjemna. 

Należało pochować tego nieznajomego, o którym nie wiedziano co za jeden był, a nawet z jakiej 
przyczyny   tak   gwałtowną   z   ran   odniesionych   śmiercią   ginął.   Lecz   cóż   z   tym   począć   było? 
Wojakowski ofiarował się z pieniędzy, jakie mu zostawiono, na pogrzeb przystojny łożyć, ile 
było potrzeba. O. Szymon miał się naradzić z proboszczem, aby pogrzeb się odbył niezwłocznie i 
Wojakowscy od nieprzyjemnego widoku zwłok byli uwolnieni. Biednym starym cała ta smutna 
historia bardzo była nie na rękę, ale ludzie dawnego autoramentu, pamiętając, że do obowiązków 
chrześcijanina należało „umarłych grześć”, spełniali powinność swą bez szemrania. Parę tygodni 
tych usług przy rannym zbliżyły go do nich, obudziły politowanie, pewien rodzaj przywiązania. 
Basieczka i jej córka płakały po cichu nad losem tego pięknego młodzieńca, który nie miał nawet 
pociechy u łoża swego widzieć kogo z krewnych i przyjaciół i umarł z tą myślą bolesną, że przez 
nich został opuszczonym.

Jak   cały   dworek   Wojakowskich   teraz   musiał   być   na   usługi   zmarłego,   tak   i   stara   klacz 

Jeremiego, zaledwie przekąsiwszy, musiała nazad o. Szymona wieźć do klasztoru. Tym razem 
tylko powoził milczący parobek, bo Jeremi, zmęczony i zakłopotany, w domu pozostać musiał.

Za   powrotem   do   klasztoru,   o.   Szymon   naprzód   się   rozmówił   z   o.   gwardianem,   potem   z 

proboszczem. Wszyscy byli tego przekonania, że zmarły na Wojakowszczyźnie i chory Bużeński 
musieli w jednej uczestniczyć awanturze. Nie wypadało jednakże pytać o to porucznika, który i 
tak był aż nadto podrażniony, rozgorączkowany, a wyleczenie go wymagało spokoju.

Proboszcz   i   bernardyni   zgodzili   się   skromny   pogrzeb   nieznajomemu   sprawić   jak 

najmniejszym kosztem, aby starego Jeremiego, i tak już dotkniętego wypadkiem, na koszta nie 
wyciągać.

W   klasztorze   wiadomość   o   tej   śmierci   uczyniła   wielkie   wrażenie.   Bużeński,   który   wciąż 

obcował z zakonnikami, byłby może dostrzegł po nich jakiegoś poruszenia i domyślił się czegoś 
niezwyczajnego, ale zupełnie fałszywie sobie wyobrażając życie zakonne, przypisywał to, co 
widział, wewnętrznym jakim rozterkom. Żartował więc z księży jak zwykle, w sposób cyniczny. 
Wszyscy przed nim milczeli. Rzecz byłaby się zataiła, gdyby w czasie pogrzebu nieznajomego z 
Wojakowszczyzny ludzie Bużeńskiego nie dowiedzieli się o wszystkim, biegając na miasteczko.

Dobrze   powiada   przysłowie:   jaki   pan,   taki   kram.   Służba   porucznika   miała   cóś   z   jego 

charakteru  niespokojnego i obyczajów. Kłóciła się między sobą i z parobkami  klasztornymi, 
wylatywała   na   miasteczko   i   plotki   niedorzeczne   przynosiła   panu   dla   zabawy.   Starszy   a 
najulubieńszy porucznikowi dworzanin Chychłowski, który pomimo faworów co dzień z błotem 
bywał   zmieszany   i   nieraz   w   kark   dostawał,   nie   miał   nic   pilniejszego   nad   doniesienie 
Bużeńskiemu o tym jakimś szlachcicu nieznajomym, który z ran umarł, nic nie powiedziawszy o 
sobie.

Z   ust   do   ust   przechodzące   opowiadanie   o   nim   wzrosło   już   było   na   bajkę   wcale   udatną. 

Opowiadano, że szlachcic po nim wziął ogromną sumę pieniędzy i klejnoty, że człowiek był jakiś 
pańsko wyglądający, że zostawił zlecenia tajemnicze do osób wysoko położonych itp.

Gdy Chychłowski począł opowiadać panu o tym, Bużeński o mało się z łóżka nie porwał, ale 

background image

rany mu nie dały. Oczy się zaiskrzyły, szybko dopytywać począł, kto przy umierającym był z 
księży, chciał, aby mu go zaraz przywołano, ale o. Szymon jeszcze był z pogrzebu nie powrócił.

Musiał więc czekać. Chychłowski tylko postrzegł, że nie bardzo się przysłuchując temu, co 

prawił, niespokojnym się stał wielce, a koniecznie Szymona się domagał.

Twarz Bużeńskiego, trochę uspokojonego ostatnimi dniami, zarumieniła się, on sam dziwnie 

się   zaraz   ożywił,   roznamiętnił,   mówił   cóś   sam   do   siebie,   mruczał,   wykrzykiwał   i   na   drzwi 
spoglądał.

Tak nareszcie doczekał się powrotu o. Szymona, który słysząc, że niecierpliwie go wyglądał, 

nawet nie zrzuciwszy płaszczyka, poszedł do niego.

— Mój ojcze — zakrzyczał, zobaczywszy go porucznik — na miłego Boga, co mi tu bajki 

plotą, jakobyście wy dysponowali na śmierć porąbanego jak ja… gdzieś tu w sąsiedztwie… Któż 
to? Co za jeden? Zmarł?

Zasypał tak pytaniami zakonnika, który się namyślał, co miał odpowiedzieć.
— Któż wam o tym mówił? — zapytał.
— Moi ludzie. Cóż to, sekret jest? Albom ja dziecko, żeby przede mną trzeba było taić, że 

któś nogi zadarł? Tfu! Albo ja się boję śmierci?

Z gniewem prawie to mówił, patrząc w oczy Szymonowi.
— Któż to był taki? — dodał.
—   Nie   wiadomo   —   rzekł   zakonnik.   —   Istotnie   z   ran   umarł,   w   dworku   szlachcica 

Wojakowskiego.

— A jakże się tam dostał?
— Ja się o te rzeczy, co do mnie nie należą, dopytywać tak bardzo nie zwykłem — rzekł 

mnich. — Moim obowiązkiem było wyspowiadać go i pogrzebać.

Bużeński głową pokręcił.
— Jakaś zaraza na te rany od szabel — rzekł. — Cóś się tak składa, jakby człowiek ten 

równocześnie ze mną był porąbany. Z tego co mi Chychłowski mówił, tak wnoszę. Ale, ojcze 
kochany, któż to był taki? Przecież nie mógł taić się z nazwiskiem?

O. Szymon, po namyśle, sądził, że gdy już Bużeński o tym wiedział, reszty szczegółów taić 

nie było  potrzeba. Jeśli był  sprawcą śmierci nieboszczyka, powinien był  uczuć to, a może i 
skruchę wiadomość sprowadzić miała.

— Nazwiska — rzekł poważnie zakonnik — nie wiem ja i nikt nie wie. Za to zaręczyć mogę.
— Ach, ach! — zamruczał porucznik. — Aleście nieboszczyka widzieli. Jak wyglądał?
— Piękny, młody mężczyzna — westchnął o. Szymon. — W kwiecie wieku, wielka szkoda!
— Jest takich młokosów pod dostatkiem — rzekł lekceważąco Bużeński. — Nie macie się co 

nad losem jego rozpadać. Nie wiecie, ojcze, jaką ranę otrzymał, że na nią rady nie było?

— Był podobno kilkakroć ranny — odezwał się o. Szymon — ale najniebezpieczniejsza pierś 

mu i żebra pogruchotała.

Porucznik drgnął i zbladł nieco i w tejże chwili krew mu na twarz powróciła.
— A, a! — szepnął i tchnął silnie. — Byłoż go choć pogrzebać za co? — Dodał po krótkim 

milczeniu. — Gdyby nie stało, zawsze to brat szlachcic, gotówem sumpt łożyć.

O. Szymon spojrzał na niego.
— Nie potrzeba nic — odparł. — Wojakowski, u którego zmarł, proboszcz i my postaraliśmy 

się o to, aby trumnę miał, pogrzeb chrześcijański i modlitwę za duszę…

Porucznik zadumany nie odpowiedział na to.
Nigdy od pierwszych dni ks. Szymon nie widział go tak wzruszonym, niespokojnym. Razem z 

tym jednak nie było po nim widać smutku ani żalu, lecz przeciwnie, jakby uczucie odniesionego 
tryumfu.

background image

— To jakaś historia arcana

*

 — zwrócił się do o. Szymona. — Żeby też nie wiedziano ni kto, 

ni skąd, ani przez kogo był odwieziony i powierzony szlachcicowi. Cóż? Znalazł go może na 
polu czy w lesie, hm?

—   Nie   —   rzekł   ks.   Szymon,   który   umyślnie   mówił   otwarcie,   badając,   jakie   to   uczyni 

wrażenie.  —  Odwieźli  go  jacyś   panowie  towarzysze.   Mieli   się  zgłosić   i,  choć   parę  tygodni 
upłynęło, nikt ani przybył, ni się dowiadywał.

Złośliwie zaśmiał się porucznik.
— Ho! Bo to widzicie, ojcze, snadź był chudy pachołek, a tamto dostojni panowie. Łba za 

nich nastawił, spełnił obowiązek i — basta. Co o nim mają pamiętać? Dobrze trutniowi tak, 
niechby na wysokie progi nóg nie zadzierał!

Zmilczał trochę Bużeński i znowu począł gorączkowo:
— Przecież choć świstek, znaczek, papierek zostać musiał po zmarłym.
— Sygnet pono i sakiewka…
— Nie bardzo nabita! — dodał porucznik. — A na sygnecie co? Chyba figa.
Czoło mu się namarszczyło.
Wtem Berko nadszedł dla opatrywania, a porucznik zawołał, podnosząc pięść: — Żydzie ty, 

niewiaro! Chcesz mieć uszy całe i dostać dobrą rękompensę za swoje plastry, to prędzej mnie 
lecz! Słyszysz? Potrzebuję być zdrów. Gadaj, rychło wstanę?

Berko, nawykły już do połajań i gróźb, do serca ich nie brał.
— Ja nie jestem Pan Bóg — odparł — ani cudów robić nie umiem. Nie mogę wiedzieć, kiedy 

jaśnie pan wstanie, a co mam kłamać i obiecywać!

— Osioł jesteś! — krzyknął Bużeński i zamilkł.
Gdy wieczorem przyszedł na swoją „stójkę” o. Anioł, do którego najwięcej miał zaufania i 

poufałości porucznik, po raz pierwszy nieco grzeczniej się z nim obszedłszy, poprosił go, aby mu 
krótki list napisał, gdyż on sam nie mógł jeszcze pióra utrzymać.

Miał on być wysłanym do pierwszej poczty najbliższej. Chętnie się za sekretarza ofiarował 

zakonnik,   a   list   też   nie   był   długi   i   zawierał   tylko   wezwanie   do   towarzysza   chorągwi   w 
Białymstoku stojącej, pana Kalasantego Zerwikaptura, aby co prędzej dla widzenia się z rannym 
Bużeńskim pośpieszał.

Jak tylko  pismo  było  gotowe,  porucznik  Chychłowskiego  zawołał   i,  pomimo  nocy,   kazał 

pachołka na deresza wsadzić i jechać z nim do najbliższej poczty.

Nazajutrz   i   dni   następnych   wszyscy   uważali   pewną   zmianę   w  Bużeńskim.   Posądzano   go 

wielce o to, że on, nie kto inny, owego nieznajomego o śmierć przyprawił; lecz skruchy nie 
widać było wcale po nim. Wesół był w sposób jakiś chorobliwy, gorączkowy; szydził jeszcze 
okrutniej ze wszystkiego, dokuczał dotkliwiej jeszcze zakonnikom.

Zwykle dla ludzi ostry, teraz się okazywał nielitościwym. Jakby mu milczenie i samotność 

dolegały, mówił ciągle. Starał się dowcipkować, lecz żółć tryskała z każdego słowa.

Już po pogrzebie biednego nieznajomego, gdy wszystko u Wojakowskich weszło w karby 

powszedniego życia i porządku, a stary Jeremi chodził znów za pługiem, jednego dnia przybiegła 
do niego córka, boso, ledwie się chustką okrywszy, i co żywiej zawezwała do matusi, do chaty, 
mówiąc, że jakaś jejmość stara przybyła i chciała z nim mówić.

Domyśliła   się,   że   to   pewnie   tyczyło   się   nieboszczyka.   Pośpieszył   Wojakowski,   pług 

porzuciwszy w polu, i zastał przed chatą brykę dosyć porządną, którą wyrostek powoził w parę 
tęgich   koni.   We   dworku   siedziała,   oczekując   na   niego,   kobieta   niemłoda,   rozmawiając   z 
Basieczką i rozpytując istotnie o zmarłego. Nie musiała to być jednak ani krewna żadna, ani w 

H i s t o r i a   a r c a n a  (łac.) — tajemnicza historia.

background image

bliższych   z   nim   stosunkach   zostająca   osoba,   gdyż   nie   okazywała   zbytniego   żalu,   a   więcej 
ciekawości.

Gdy Wojakowski nadszedł, wytłumaczyła mu się, iż była uproszoną dowiedzieć się o rannego 

i nie spodziewała się, że go już nie zastanie. Nade wszystko chodziło jej o to, czy po nim listów 
jakich i papierów nie było, a gdy ją Wojakowski upewnił, iż ani świstka nie znaleziono, nazwiska 
nie wiedziano, a sygnet tylko w woreczku z talarami kilku, wolniej odetchnęła i twarz się jej 
rozjaśniła.

Wojakowski spodziewał się, że od jejmości tej na pewno się dowie teraz, kto był ranny i gdzie 

miał rodzinę, ale kobieta, zająknąwszy się, zakłopotawszy, odparła, że o tym się później od kogo 
innego dowiedzą, a jej tylko zlecono o papiery się zapytać.

Nie chciał jej tak puścić szlachcic, niemal napastliwie dopominając się nazwiska i wiadomości 

o rodzinie, ale przybyła, na stół tylko położywszy woreczek, jako tymczasowe wynagrodzenie, 
sama do bryczki zaraz pobiegła i kazała co żywiej popędzać.

Wojakowski byłby może gonił za nią, lecz w stajni, oprócz starej kobyły, nie miał konia, a 

nimby pobiegł na pole i sprowadził, okulbaczył, siadł, niepodobieństwem już było dopędzić.

W worku pozostawionym, z prostej siatki nicianej, nie było więcej nad dziesięć czerwonych 

złotych i to monety osobliwej, starej jakiejś, różnego stempla, chociaż bardzo ważnych.

Do mnogich zagadek przybyła tedy jeszcze jedna, kim była ta kobieta, skąd, i o jakie papiery 

tak   się   niepokoiła.   Wojakowski   z   powodu   roboty   w   polu   nie   mógł   zaraz   iść   z   tym   do   ks. 
Szymona;   musiał   czekać   do   niedzieli   i   dopiero   po   sumie   pochwycił   księdza   na   cmentarzu, 
spowiadając mu się z nowej tej przygody.

Dawała ona do myślenia, bo tak staranne ukrywanie nazwiska i ten niepokój o listy jakieś czy 

papiery, które nieboszczyk, jak mówiła jejmość, miał zawsze nosić na piersiach, jakąś dziwną 
komplikacją tajemniczej tej sprawie nadawały. Wojakowski z ubrania, uprzęży, bryczki wnosząc, 
utrzymywał, że jejmość z daleka, o mil przynajmniej kilkanaście, przybyła.

Szlachcicowi szło i o to, czy z sumieniem czystym mógł dukaty porzucone zatrzymać, o co ks. 

Szymon go uspokoił. Starowina jednak przy tym stał, zdaniem swoim i Basieczki, aby choć z 
tych pieniędzy krzyż postawić na mogile.

Ale cóż na nim napisać było? O. Szymon radził dzień tylko śmierci położyć i prośbę o Anioł 

Pański…

background image

V

Bużeński jeszcze z łóżka nie wstawał, gdy codziennie oczekiwany przyjaciel, przezywany 

przez niego Kalasem, dnia jednego do miasteczka przybył i z pyłu się otrząsnąwszy, odziawszy 
się przystojnie, mundurowo, oznajmiony już naprzód Bużeńskiemu, nadszedł do klasztoru.

Z porucznika wnosząc, po jego najserdeczniejszym przyjacielu, za którym tak tęsknił, można 

się było spodziewać drugiego takiego zawadiaki i szaleńca, jakim on był.

W związkach  serdecznych  ludzkich  bywają wszakże  tajemnice,  równie niezbadane,  jak w 

chemicznych   powinowactwach.   Łączą   się   z   sobą   charaktery   i   temperamenty   często 
najsprzeczniejsze.

Ów   Kalas   Zerwikaptur   przedstawiał   typ   swojego   czasu,   zupełnie   różny   od   przyjaciela 

Bużeńskiego.   Piękny   bardzo   mężczyzna   i   do   swej   piękności   a   elegancji   ją   uwydatniającej 
przywiązujący wagę nadzwyczajną  — Kalas nie miał  ani zuchwalstwa, ani rubasznej  mowy 
porucznika. Galant, sentymentalny, nie bardzo nawet stworzonym był na żołnierza i tylko woli 
ojca zadość czyniąc, który go zahartować chciał służbą — chorągwi się trzymał, za światem 
salonowym tęskniąc.

Gdy Bużeński przejęty już był do szpiku kości doktrynami wieku najskrajniejszymi, Kalas 

grzeszył wcale innym usposobieniem.

Był   zupełnie   obojętnym   na   sprawy   religii,   chodził   do   kościoła   dla   widywania   pięknych 

twarzyczek,  duchownym  oddawał poszanowanie należne,  z farmazonami  śmiał  się z praktyk 
religijnych, wierzył we wszystkie niedorzeczności świeże i jakby go to wcale nie obchodziło — 
ani się spierał, ani mówił o tym. Przekonań nie miał określonych żadnych.

Lubił   żyć   wesoło,   to   było   jego   zasadą   i   osią   życia.   Smutkowi,   pod   jakąkolwiek   formą 

przychodzącemu, opędzał się rozpaczliwie; gotów był do największych ustępstw, byle go nie 
męczono. Często gęsto powtarzał, co było hasłem jego:

— Raz się żyje!
Kalas był przy tym usłużny, grzeczny, łatwy w pożyciu, już dlatego, aby nikt nie miał powodu 

wody mu zamącić.

Gdy się w klasztorze dowiedziano o powołaniu towarzysza tego i jego przybyciu, o. Rafał, 

człowiek cierpliwości świętej, ale już zmęczony jednym farmazonem, zachmurzył się na tę myśl, 
że mu jeszcze drugi taki przybył.

Odetchnął jednak, gdy w korytarzu się z nim spotkawszy, po bardzo uniżonym powitaniu, 

zobaczył młodzieńca gładkiego, słodkiego i wcale do Bużeńskiego niepodobnego.

Na   widok   przybywającego   jedną   zdrową   rękę   wyciągnął   porucznik   i   począł   go   witać 

wymówkami.

— Bodajżeś przepadł! Toś się wlókł na raku!… Schnąłem z niecierpliwości. Na tym drzwi 

zamknięto, przyjaciele pozostali z sobą sami, a w korytarzu słychać było tylko długo nadzwyczaj 
ożywioną, hałaśliwą rozprawę.

Chychłowski   stał,   z   polecenia   pana,   na   straży,   aby   jej   nikt   nie   przerywał.   Nawet   Berka, 

przybywającego dla opatrywania rany, zatrzymano.

Gdy   w   końcu   Bużeński   począł   w   dłonie   klaskać   i   zawołał   dworzanina,   a   ten   wszedł   z 

cyrulikiem, po obu towarzyszach widać było znużenie wielkie.

Bużeński leżał na pościeli czerwony,  dyszący,  a Kalas siedział z nogami wyciągniętymi  i 

głową na piersi spuszczoną, smutny, jakby ciężar wielki spadł na niego. Milczeli obaj.

Zerwikaptur   był   tak   zmęczony,   że   obejrzawszy   się,   zażądał   wyjść   na   świeże   powietrze, 

background image

odetchnąć trochę.

— Idź do ogrodu, choć to już jesień i nie ma tam co widzieć, ale się ochłodzisz….
Posłuchawszy tej rady, jakby upojony, wyszedł z celi Kalas.
Zaledwie kilka zrobił kroków w korytarzu, gdy go z uprzejmością powitał o. Anioł, choć 

nieznajomy, ciesząc się z jego przybycia dla porucznika, który za nim tęsknił. Ofiarował się też 
przewodnikiem   być   po   ogrodzie.   Zerwikaptur,   odpowiadając   grzecznie,   szedł   w   myślach 
zatopiony.

— Lękam się — rzekł, pomilczawszy — aby mój przyjaciel nie był ojcom bardzo przykrym 

gościem.   Natura   to   do   zbytku   żywa,   niepohamowana,   niecierpliwa,   a   tu   jeszcze   i   niemałe 
cierpienie padło na nią. Rany jak rany — dodał — te się znoszą łatwiej, ale Bużeński ma innych 
utrapień wiele. Żal mi tego człowieka.

—   Nam   też   wszystkim   go   żal   —   rzekł   ks.   Anioł   —   tym   bardziej,   że   my   mu   pociechy 

przynieść nie możemy.

— I nikt w świecie — dokończył Kalas.
Badać   przyjaciela   o   te   utrapienia   moralne,   o   których   wspomniał,   nie   chciał   ks.   Anioł. 

Mówiono o rzeczach obojętnych.

Zerwikaptur   zdawał   się  interesować   życiem  klasztornym,   chwalił   je,  znajdował  tę   ciszę   i 

spokój godnymi zazdrości. W istocie więcej może przez grzeczność niż z zamiłowania jakiegoś 
okazywał zajęcie żywe wszystkim, o czym mu ks. Anioł mówił. Ogród mu się podobał, klasztor 
wydawał bardzo pięknym, okolica miłą. Unosił się nad gościnnością zakonników itp.

—   Rad   bym   —   dodał   —   wyzwolić   ojców   od   tej   niepotrzebnej   załogi   i   zabrać   z   sobą 

Bużeńskiego;  ale,  na nieszczęście,  widzę, że rany są daleko  gorsze, niż sądziłem,  i podróży 
rychło nie zniesie.

— My sobie nie przykrzymy z nim wcale — przerwał Anioł. — Troską tylko naszą jedyną, że 

go tak przyjąć i dać mu takich wygód, jakbyśmy pragnęli, nie możemy. Nawykliśmy do życia 
prostego… źle tu mu być musi.

— Owszem, owszem! — przerwał Kalas — jest mu doskonale.
Wśród przechadzki, ostrożnie i dyskretnie, przybyły usiłował się dowiedzieć o o. Szymona, 

który był przy zmarłym niedawno w okolicy nieznajomym. O. Anioł zapewnił go, że się z nim 
będzie mógł widzieć. Dodał towarzysz, iż rad by z nim na osobności pomówić.

Powrócili potem do klasztoru i Zerwikaptur wszedł do celi przyjaciela, który już spoczywał po 

dosyć burzliwym opatrywaniu rany, przy którym nieszczęśliwy Berko wiele ucierpiał. Zdawało 
się, że przybycie Kalasa, zamiast uspokoić chorego, rozdrażniło go jeszcze.

O. Szymon, dowiedziawszy się, iż przybyły widzieć się z nim po obiedzie przyszedł do celi, 

poznał się z nim, wesołą zawiązał rozmowę, a gdy Bużeński milczący zdawał się potrzebować 
spoczynku, obaj razem wysunęli się potem do o. Szymona.

Wiadomo powszechnie, iż w klasztorach ściślejszej reguły cele zakonników niczym się od 

siebie nie różnią. Ograniczona w nich jest ilość sprzętów, ich kształty, a ubogi mnich, nie mający 
żadnej osobistej własności, bo nawet habit, który nosi, nie należy do niego, nie może niczym tego 
szczupłego schronienia swego przystroić. Jakkolwiek bądź, każdą z tych celek jednakże charakter 
osobisty   człowieka   w   niej   mieszkającego   piętnuje,   często   jednym   niczym,   oznaką   prawie 
niepostrzeżoną, a znaczącą. Tak cela o. Szymona, niegdyś żołnierza i wojaka, miała cóś w sobie 
pachnącego obozowiskiem… Nie było tu tego ścisłego porządku w ustawieniu stoików i półek, 
jak gdzie indziej, żadnego starania o wygodę dozwoloną i ozdobę, żadnego kwiatka, żadnego 
obrazka.

Klęcznik twardy, drewniany, z krzyżykiem, ręcznik na kołku, para książek do modlitwy, nic 

więcej… Łóżko, na którym spłaszczony siennik ledwie się dawał dojrzeć, wyglądało jak deska… 

background image

Sukienna poduszka zdawała się dla formy tylko na nim rzucona.

Jedynym dodatkiem zbytkownym był w kącie stojący kij prosty, wyłamany gdzieś w lesie, a 

używaniem wyślizgany. Nie był to dziś już kawał suchej gałęzi, ale istota jakaś, cóś niezbędnego 
dla o. Szymona, co by się niczym innym zastąpić nie dało. W tym kątku, w którym on miejsce 
zajmował, prawie go widać nie było; stał tam skromnie, czekając aż będzie potrzebny, ale gdyby 
go zabrakło, stary czułby się osieroconym.

O. Szymon, wychodząc, gdy przyjaciela tego miał wziąć z sobą nie potrzebował go szukać, 

ani patrzeć nawet; sięgał szeroką dłonią i był pewnym, że go w niej uczuje…

Jak ten kamień Mickiewicza, z którego łza pociec była powinna, tak z kija tego, noszonego 

przez lata długie, teraz by wycisnąć się może dały mnogie wspomnienia. Razem ze starcem ileż 
to   oni   odwiedzili   chat,   ile   przebyli   dróg!   Po   kiju   tym,   stojącym   pokornie   przy   drzwiach, 
poznawano bytność o. Szymona… Zdawało się, że sękate drzewo nabyło fizjognomii jakiejś, 
przypominającej swego pana.

Był to kij taki, który czasem kładną do trumny…
O. Szymon, gdy szedł pieszo, choćby się na nim opierać nie potrzebował, brał go zawsze z 

sobą. Zdawało mu się, że on tak by tęsknił po nim, jak stary po tym niemym przyjacielu.

Jak zawsze, nawet zimą, okno celi o. Szymona było i teraz otwarte. Potrzebował powietrza… 

Wprowadziwszy tu Kalasa, chciał je zamknąć staruszek; ale grzeczny młodzieniec zaręczył, że i 
on bardzo lubi powietrze.

Rozmowa się poczęła o Bużeńskim. Niedługo lawirując, Kalas wprost przystąpił  ad rem

*

, 

chcąc   wybadać   cóś więcej   o nieznajomym.   Wzdychał   biedak  i  nie  taił   tego,  że  w  zmarłym 
domyślał się przeciwnika swego przyjaciela.

— Na nieszczęście, ja waćpanu o nim nic więcej powiedzieć nie potrafię nad to, com p. 

Bużeńskiemu mówił. Nie chcę być natrętnym ani badać waćpana o historią porucznika, lecz dla 
nas też świadomość jej nie byłaby obojętną. Umielibyśmy się z nim może obchodzić właściwiej. 
Bużeński ciągle się wydaje podrażnionym,  zniecierpliwionym…  Możeśmy temu winni mimo 
woli…

Kalas stal zakłopotany.
Nikt temu nie winien oprócz niego samego — rzekł. — Historią mojego przyjaciela znam jak 

swoję własną, lecz gdy on milczy i tai się z nią, mogęż ja się z nią zwierzać?

Nie nalegam też — rzekł o. Szymon. — Żal mi go bardzo… Zagrzązł w świata tego kale i 

więzach… człowiek biedny! — Tak i bardzo biedny — odparł Kalas. — Cóż, gdy na to pono 
rady nie ma.

Spojrzał na o. Szymona, dla którego czuł jakąś sympatią. Był w usposobieniu skłonnym do 

wywnętrzania się.

— Gdybyś, ojcze szanowny, przyrzekł mi, że to, co powiem, za te ściany nie wyjdzie — dodał 

— zaprawdę, wyspowiadałbym się za Bużeńskiego, bobyście może wy mnie wskazali, a ja bym 
jemu wskazał drogę, aby wynijść z tego zawikłania.

O. Szymon stał dosyć obojętny.
— Nie chcę namawiać na żadną spowiedź — rzekł powoli. — Jeśli sądzicie, że ona się przyda 

na co, to wiecie, że kapłan i obowiązany jest, i nawykły do milczenia.

Kalas siadł na wskazanym krześle i zadumał się.
— Będzie to długie opowiadanie — rzekł — gdyż inaczej zrozumiałym by się nie stało.
Zamyślił się nieco. O. Szymon, nie chcąc wyzywać, patrzył i milczał.
— Od tego począć muszę — odezwał się Zerwikaptur — iż przyjaciel mój u matki jednym 

A d   r e m  (łac.) — do rzeczy.

background image

dziecięciem  był,  że w początkach  i pięknością, i żywością,  i rozumem jako cóś cudownego 
zachwycał. Za wcześnie mu dano swobodę wielką.

Dom   był   bardzo   możny,   pański,   życie   zbytkowne,   gwarne,   wesołe.   Wychowywali   go 

dworacy, nosząc na ręku i dogadzając mu; później cudzoziemcy, służalcy, którzy na wszystko 
pozwalali.

Gdy komu długo trybularzem

*

 kadzą, w końcu się bożkiem uczuć musi.

Pojechał potem za granicę — mówił dalej Kalas. — Ja go naówczas nie znałem jeszcze tak z 

bliska,   ale   wiem   o   tym,   co   mówię,   z   jego   własnego   Powiadania,   gdyż   Bużeński,   ostry   dla 
drugich, tak samo szydzi i wyśmiewa samego siebie i zna się na wylot.

Podróż ta, jak on sam powiada, zmieniła go wielce, nie poznawał sam siebie. Buta, z którą 

wyjechał, wzrosła do najwyższej potęgi.

Między nim a ojcem, człowiekiem dumnym i równie jak syn gwałtownym, już czasu podróży 

powstały nieporozumienia. Kasztelan kazał powracać. Syn nie chciał. Wydatki były wielkie, a 
gdy   ojciec   mu   je   wyrzucał,   Bużeński   odpowiedział,   że   ma   macierzysty   majątek   i   nim 
rozporządzać prawo.

Za powrotem starli się z sobą.
Ojciec   wypuścił   mu   znaczną   bardzo   majętność   po   matce,   ale   razem   zerwał   z   synem   i 

zapowiedział, że po nim grosza nie weźmie.

Rozstali się. Jednakże, ponieważ poprzednio było życzeniem ojca, aby służył w wojsku i o 

zapisanie   się   do   chorągwi   starania   poczyniono,   spełnił   —   chociaż   z   ojcem   zerwał   —   wolę 
ojcowską i począł służbę wojskową.

Służyliśmy   razem,   ale   wiecie,   mój   ojcze,   co   u   nas   służba   taka   znaczy.   Kto   siedzi   przy 

chorągwi? Przyjdzie się raz, drugi, wstąpi, pokaże i wraca na wieś lub do Warszawy.

Tak i on, i ja przesiadywaliśmy w Warszawie. Tu, na nieszczęście swoje, poznał Bużeński 

panienkę   zamożnego   domu,   piękności   nadzwyczajnej,   ale   wychowaną   inaczej   niż   nasze 
wszystkie dziewczęta i jakby na umęczenie go stworzoną.

Pociągnął i mnie z sobą do domu pana Mościskiego. Widy wałem ją, jak on, więc o tym z 

własnego przeświadczenia mówić mogę.

Mościski, pewnie starego, ale zubożałego rodu, jakim się sposobem gdzieś na ukrainnych 

krajach   dorobił   majątku,   nikt   nie   mógł   tego   spenetrować.   Przyszedł   do   niego   nagle,   a   z 
majątkiem pycha i ochota pańska.

Jak   nikt   nie   wie   skąd   wziął   dostatki,   tak   nie   wiadomo   skąd   wziął   żonę,   cudzoziemkę, 

Francuzkę podobno, z której Pan Bóg mu dał córkę.

Panna   Emilia   mogła   i   musiała   przypaść   do   serca   Bużeńskiemu,   raz   dla   piękności   swojej 

nadzwyczajnej, a potem dlatego, że charakterem do niego była podobną.

Wcześnie jej dano swobodę zupełną i wychowanie jakieś na pół męskie. Robiła co chciała: 

jeździła   konno,   strzelała   doskonale,   mówiła   śmiało   i   w   zadumienie   a   admiracją   wprawiała 
szlachtę naszą, która podobnej niewiasty nie tylko nie widziała nigdy, ale i nie przypuszczała, 
aby na świecie cudactwo podobne mogło się zjawić. ,

Salwowało ją to, że tak nadzwyczajnie była piękna. Młodzieży się koło niej zwijało mnóstwo; 

szaleli wszyscy, ale starać się i żenić z nią nikt ani pomyślal.

Matkę już straciła, został tylko ojciec, młody bratanek, którego on przybrał sobie do boku, i 

panna Emilia, w domu będąca gospodynią, gospodarująca też jak się Jej podobało. Panna lubiła 
zabawy i to właśnie takie, które jak najmniej wiekowi jej i płci przystały.

Innych by to może odstręczało, a Bużeńskiego pociągnęło właśnie. Począł tedy u Mościskich 

* T r y b u l a r z  (z łac.) — kadzielnica kościelna.

background image

przesiadywać, z panną jeździć, polować, służyć jej, słowem jawnie o nią się starać.

Nigdy nic przez pół nie robiąc, zakochał się do szaleństwa, stracił głowę. My wszyscy, patrząc 

jak panna płochą była, reflektowaliśmy go, aby się za daleko nie posuwał i nie wiązał. Słuchać 
nas nie chciał.

Mościski konkury syna kasztelańskiego widocznie faworyzował. Przyjmował go serdecznie. 

Emilia też była dla niego bardzo uprzejmą. Wszyscy jednak patrzący z boku widzieli to, że 
szczególnego afektu dla niego nie miała.

Chciała się wydać za mąż.
Inna, znając Bużeńskiego, byłaby się może zlękła jego gwałtownego temperamentu — ona się 

go nie obawiała.

Obserwując co się działo w domu Mościskich, ludzie dostrzegli, że panna jakoby od dawna 

zakochana była i dozwalała z sobą romans prowadzić bardzo przystojnemu chłopcu, szlachcicowi 
ubogiemu, który u starego Mościskiego był rezydentem. Zwał się Bernat Zaręba.

We dworze u Mościskich o tych stosunkach panny wiedzieli wszyscy, ojciec może także się 

domyślał, ale mało sobie to ważył.

Na ostatek plotka czy prawda ta doszła do Bużeńskiego. Nie chciał wierzyć, oburzył się i na 

złość wszystkim, co go przestrzegali, natychmiast z panną się zaręczył jawnie i głośno, po całej 
Warszawie o tym rozpowiadając.

On   sam   mi   powiadał,   że   wprost   pannę   spytał   o   Bernata   tego,   a   gdy   ona,   śmiejąc   się, 

ramionami ruszyła, ponieważ zakochany był, na wszelkie gadania nie zważając, prosił o jej rękę i 
przy świadkach, bo może pięćdziesiąt osób zaproszono na zrękowiny, zamienił pierścionki.

Termin ślubu był naznaczony.
Ale   w   Bużeńskim   jednakże   podejrzenie   jakieś   pozostało.   Zaczął   śledzić   pannę   Emilię, 

podkradać się, płacić ludzi, dowiadywać się. Jeden ze sług zdradził pannę.

— Ma romans od dawna z Bernatem, a chcesz się pan o tym przekonać, to wnijdź wieczorem 

do ogrodu: zobaczysz ich, jak w czułej parze chodzą z sobą, nie bardzo z tym kryjąc się nawet.

Bużeński jeszcze to miał za potwarz i kłamstwo, ale zasiadł w ogrodzie.
Tu, w samej istocie, naprzód zobaczył oczekującego rezydenta, potem przybywającą pannę i 

jak   pod   rękę   się   z   sobą   wziąwszy   zaczęli   się   przechadzać.   Podkradlszy   się,   nawet   słyszał 
rozmowę i to, że z niego sobie żartowali… Panna Emilia obiecywała Bernatowi, jak skoro za 
mąż wyjdzie, wziąć go do domu i była pewną, że na to małżonka namówi.

Ktokolwiek zna Bużeńskiego jak ja, ten nierad wierzyć temu, że on tego wieczora, wypadłszy 

ze swojej kryjówki, oboje ich tam w miejscu trupem nie położył. Tymczasem nie tylko, że się 
wstrzymał od wszelkiego kroku podobnego, ale złość i gniew umiał tak dobrze ukryć w sobie, iż 
się niczego nie domyślano.

On sam powiada, że tylko straszne pragnienie zemsty mogło mu dać taką nadzwyczajną siłę.
Do wesela czynił wszelkie przygotowania, z panną był jak dawniej, a ona tak pewną się czuła 

tego, iż szalał dla niej, że nie postrzegła ani z oczów, ni z mowy, co w nim kipiało.

Nadszedł termin naznaczony i z wielką paradą pojechał porucznik na wesele.
Doprowadził do tego obrząd, że aż w kościele dopiero, przed ołtarzem, pannie pierścionek 

rzucił pod nogi, życząc, aby się nim zaślubiła z Bematem, a sam, uczyniwszy jej ten afront 
publiczny, wyszedł wśród osłupienia powszechnego z kościoła, siadł na koń, i nim się ludzie 
gonić i mścić zebrali, wyjechał…

O.   Szymon   słuchał   opowiadania,   cały   pogrążony   w   myślach,   wstrząsając   się   niekiedy. 

Doszedłszy do ślubu tego, Kalas się zatrzymał, spoglądając na niego.

— Reszty, mój ojcze — rzekł — domyśleć się już łatwo.
Mościski  stary  nic  z  początku  nie  czynił  —  zatarł   wypadek.  Powiadano  z  ich  strony,  że 

background image

Bużeński oszalał i że go własny ojciec miał u bonifratrów osadzić.

Panna się nie pokazywała w Warszawie, siedziała na wsi, a co najdziwniejsze, nawet tego 

Bernata nie odprawiono ode dworu, aby okazać, że wszystko było potwarzą.

Zasłyszeli potem widać, że Bużeński miał jechać w te strony, i uczynili zasadzkę na niego. 

Ubiliby go pewnie, bo ich była gromada, a on jeden, ale im przeszkodził ktoś nadjeżdżający… 
Bużeński strasznie porąbany, a Bernat… zabity, bo zdaje się nie ulegać wątpliwości, że to on 
zmarł u tego szlachcica… Bużeński o ile pamięta, powiada, że go okrutnie w piersi płatnął.

O. Szymon zdawał się słuchać jeszcze, choć Kalas skończył powieść swoją; na koniec rzekł 

smutnie:

Któż by tu się domyślił z tego, co mi opowiadacie, że to historia naszego kraju i czasu? Gdzie 

tu chrześcijańska miłość? Gdzie niewieścia skromność? Gdzie prawda i szczerość? Wzdrygnąć 
się trzeba, słuchając. Niewiasta brzydale taką ją głupi ojciec uczynił Bużeński wasz szlachetniej 
byłby   postąpił,   gdyby   zemsty   niechając,   dziewczę   zawstydził   na   cztery   oczy   i   do   żalu   a 
opamiętania otworzył jej wrota… Cóż mu z tego wszystkiego przyszło? Poganie jesteście! — 
westchnął o. Szymon.

— Ludzie jesteśmy — odparł Kalas — namiętności panują nam.
— Gorzej niż one — rzekł ksiądz — bo namiętność wybucha na razie, a taka rozmyślna 

zemsta i znęcanie się nad słabą niewiastą…

— Ależ zdrada z jej strony — zawołał Kalas — czyż na karę nie zasługiwała?
— Karę potrzeba było Bogu zostawić, a politowanie tylko mieć w sercu. Patrzcież, co ofiar! 

Kobieta zgubiona, człowiek jeden zabity, drugi ledwie z życiem wyszedł i cóż mu pozostaje? 
Zgryzoty i gorzkie wspomnienia.

— Ojcze mój — odezwał się Kalas — i nad nim raczej mieć potrzeba politowanie, niż go 

potępiać.

— Nie potępiam też nikogo — rzekł o. Szymon. — Człowiek nieszczęśliwy jest, bo go i ta 

tragedia nie poprawiła. Zamiast kajać się, szaleje i rozpacza.

O. Szymon założył ręce na piersi i poszedł do okna, świeżym odetchnąć powietrzem.
— Gorsze to nad wszystko — westchnął Kalas — iż o ile z rozmowy z nim miarkować mogę 

nie odjęła mu niewiara w tę niewiastę miłości dla niej i dziś tak jest zakochany, jak był.

Milcząc, podniósł zakonnik ręce.
— Więc i dobrze jest może — odezwał się — że go choroba dłużej tu w klasztorze potrzyma i 

zapobieży nowemu wybrykowi jakiemu.

— A cóż on dziś już może przedsięwziąć? Chyba męczyć się sam tylko, boć do panny, po 

takim skandalu, już nie przystąpi… Zna on ją i wie, że w niej zemsta mieszka nieubłagana. 
Ojciec też poślubił sprawę córki i pewnie mścić się jeszcze na Bużeńskim będą usiłowali.

Tak, tak! Brzydki to chwast ta zemsta — rzekł o. Szymon. — Dosyć małego ziarenka, aby się 

do nieskończoności rozrastał.

Zwrócił się do słuchającego Kalasa.
— Wy wszyscy — mówił dalej — żyjący na świecie, w tej naszej wierze i w jej zakonie 

szukacie   dziś   plam,   odrzucacie   ją   pod   pozorem,   że   krępuje   wolność   waszę,   że   was   pęta. 
Spójrzcież na tych, co zrzucili z siebie tę niewolę: jak żyją i czy im z tym lepiej? Po owocach  
poznać drzewa, a jakież owoce zrodził libertynizm wasz, który żadnych praw i granic znać nie 
chce? Waszmościn przyjaciel Bużeński, wyśmiewa się z naszej reguły, z pokory, posłuszeństwa: 
ale owocem ich jest spokój ducha, z którym my szczęśliwymi się czujemy, a wy?… Kalas nic nie 
odpowiadał; myślą pewnie był nawet gdzie indziej.

— Być może — odezwał się po chwili — iż dla Bużeńskiego pobyt tutaj, na ustroniu, w 

samotności   będzie   zbawiennym   i   uspokajającym.   Dlatego   ja   też   nie   bardzo   go   stąd   chcę 

background image

wyciągnąć,   a   gdybym   nawet   i   zapragnął,   dziś   to   niepodobieństwo.   Z   ranami   tymi   nie 
wytrzymałby podróży.

Raz   jeszcze   uprosiwszy   o.   Szymona,   aby   powierzonej   sobie   historii   Bużeńskiego   nie 

rozpowiadał   nikomu,   może   żałując   już   nawet,   że   się   z   nią   wygadał   —   Kalas   powrócił   do 
przyjaciela, którego zastał już nieprzytomnym. Domagał się powrotu Kalasa, kazał go szukać po 
klasztorze i napadł na niego, zobaczywszy wychodzącego.

— Gdzież ty się włóczysz? Przyjechałeś do mnie i dla mnie, a siedzisz w kącie i z mnichami 

się zabawiasz. Gdzie byłeś?

— U o. Szymona — rzekł przybyły.
— A! Stary żołnierz, z kresą przez łeb, podobną do tej, która i mnie na pamiątkę zostanie. 

Jakim sposobem wojak przedzierzgnął się w zakonnika i tak w nim wszystko wygasło? Mnie się 
zdaje, że i ten komedią gra, jak oni tu wszyscy.

Kalas, nie chcąc się sprzeciwiać, nie odpowiedział nic.
— Komedianci! — dodał Bużeński. — Słodkie to wszystko, dobre, bez żółci… jakby z nich 

wątrobę wypruto; ale między sobą, po cichu muszą się jeść…

Przerwał, widząc, że Zerwikaptur mu nie odpowiada i zapytał:
— A o mnie co oni powiadają? Hę?
— Rozumiesz przecie, iż przede mną, o tobie nic mówić nie mogą — odezwał się Kalas. — 

Mają dla ciebie wielką kompasją

*

.

— I ja też dla nich. Lecz byłem się stąd mógł wyrwać co prędzej, bo w tej norze się uduszę… 

— Nie możesz narzekać — przerwał Zerwikaptur.

— Dajmy temu pokój — urwał nagle Bużeński — ty jesteś gładki i akomodujący się wszędzie 

i zawsze. Sądzę, że gdyby cię nawet wsadzono pod kaptur, nałamalbyś się do niego.

niego wybrnąć nie można? Cóż pomoże rwać się, gdy wyrwać nie ma siły?
—   Baba   jesteś   —   zawołał   Bużeński   —   baba.   Mężczyzna   powinien   walczyć,   zawsze   i 

wszędzie!   Walka   to   życie.   Zgniłbym   bez   niej.   —   Sadzę,   że   masz   jej   przecie   już   dosyć   — 
rozśmiał się Zerwikaptur.

— Mylisz się. Upłynęło ze mnie wiele krwi, ale z nią nie wyszła natura… Wstanę takim, 

jakim się położyłem.

Zerwikaptur zabawił przy Bużeńskim dni kilka, wziął od niego polecenia rozmaite, przyrzekł 

odwiedzić znowu, a przez czas pobytu poznawszy się i poprzyjaźniwszy z zakonnikami, opuścił 
klasztor niemal z żalem.

Pobyt   jego   cokolwiek   wpłynął   na   uśmierzenie   porucznika.   Przed   przyjacielem   mógł   się 

wygadać, wyburzyć, spędzić na nim długo w sobie tajone bóle. Stał się też spokojniejszym nieco, 
zrezygnował się nawet na dłuższy w klasztorze pobyt, którego rana wymagała. Zerwikaptur dla 
potwierdzenia   tego,   co   Berko   o   ranach   powiadał,   przysłał   uproszonego   lekarza   Niemca, 
nadwornego ks.ks. Ogińskich. Ten, obejrzawszy Bużeńskiego, zostawił instrukcje cyrulikowi i 
zabronił myśleć nawet o poruszeniu się z klasztoru, dopóki by lepsza pora nie nadeszła. Zima 
właśnie srożyć się zaczynała.

* K o m p a s j a  (z łac.) — współczucie, litość.

background image

VI

Po   odjeździe   przyjaciela,   po   wizycie   doktora,   porucznik   znowu,   jak   powiadał,   skazanym 

został na mnichów.

Oswajał się on z nimi, jak człowiek zwykł się zawsze ze wszystkim, co go otacza, powoli 

zżywać i godzić; jednakże uprzedzenia przeciwko zakonowi i zakonnikom, jakie przywiózł z 
sobą, pozostały w nim niezachwiane.

Gorycz, jaką miał w duszy, oddziaływała zresztą na sposób zapatrywania się nie tylko na 

klasztor, ale i na świat cały.

Niepojętym dla niego było, że tych, jak zwał, komediantów widział ciągle i zawsze z obliczem 

wesołym, spokojnym i jakby szczęśliwym. Przypisywał to jednak nawyknieniu do udawania.

Po Nowym Roku Bużeński się czuł tak silnym, że począł wstawać z łóżka. Nie wychodził 

wprawdzie   z   izby,   ale   mógł   się   po   niej   przechadzać,   z   jedną   ręką   na   temblaku   i   z   głową 
poobwiązywaną.

Pomimo   młodości   i   krwi   zdrowej,   rany   nie   wiedzieć   dlaczego   powolnie   się   goiły.   Z 

nadtrzaskanej,   jak   się   okazało,   czaszki,   cieniuchne,   delikatne   jak   włos,   wychodziły   jeszcze 
kosteczki, ręka nie miała ruchów swobodnych. Ogólny jednak stan zdrowia był dosyć dobry.

Chociaż po bliższym zapoznaniu się z tym nie dającym się pohamować Bużeńskim zakonnicy 

nie   mogli   dla   niego   powziąć   szczególnej   sympatii,   spełniali   dzieło   miłosierdzia   zawsze   z 
łagodnością   i   dobrocią.   Przychodzili   go   zabawiać,   znosili   jego   przykre   często   żarciki   i 
wyszukiwali środków zajęcia go czymś i wyrwania nudom.

Lecz wszystek ten pokarm duchowy, jaki oni mu podać mogli, dla spieczonych ust zepsutego 

człowieka był mdłym i niesmacznym.

Potrzeba było nawet ostrożnie mówić z nim, aby nie narażać się na cyniczne z rzeczy świętych 

szyderstwa.

O. Szymon, który jak wiemy, sam jeden był w historią życia Bużeńskiego wtajemniczony, 

może z tego powodu najtrafniej umiał przemawiać do niego.

Pewien rodzaj zbliżenia z nim sam porucznik przypisywał przeszłości zakonnika i bliźnie, jaką 

zostawiła po sobie.

Starzec też nigdy wprost z morałami nie występował, nie rozprawiał z nim; zajmował umysł 

jego opowiadaniami na pozór obojętnymi o rzeczach i ludziach, jakich spotykał w życiu. Był w 
tym jednak wybór pewien i umiejętne zastosowanie, którego Bużeński nie domyślał się. Właśnie 
to stanowiło skuteczność przykładów.

Zima po Nowym Roku złagodniała, powietrze było tak ocieplone, jakby przedwczesna wiosna 

przyjść już miała. Nudząc się w ciasnej celi, Bużeński domagał się, aby mu choć po korytarzu 
chodzić było wolno. Cyrulik nie mógł mu wzbronić.

Gdy po raz pierwszy wyrwał się na tę cząstkową swobodę, Bużeński weselszym się stał. Na 

dole, dawnym obyczajem, w klasztorze były krużganki, otaczające wewnętrzne podwórze, na 
sposób włoski urządzone. W pośrodku niego stał dosyć nadpsuty, stary posąg Matki Boskiej z 
kamienia, u stóp którego dawniej wytryskała woda. Dziś już ona, gdy się wodociąg popsuł, nie 
przypływała. Wkoło były kwatery z bukszpanu i kilka drzewek iglastych. Jeden szczególniej 
wyrosły   smukło   jałowiec,   który   z   krzaka   wyrobił   się   na   drzewko,   był   w   swoim   rodzaju 
osobliwością.

Krużganki wprawdzie nie mogły iść w porównanie z tymi ślicznymi, jakie po sobie czasy 

dawniejsze pozostawiły w klasztorach z XIII i XIV wieku, lecz budownictwo epoki Odrodzenia, 

background image

choć siliło się na cóś nowego, stworzyło tylko niebrzydkiego hybryda, który przypominał swoich 
protoplastów.

Galeria   ta,   obchodząca   wkoło   dziedzińczyk,   zaszklona,   przyozdobiona   była   obrazami   i 

wizerunkami.

W pośrodku na ścianie zawieszony był ogromny krucyfiks drewniany, pomalowany olejno, 

który   mimo   bardzo   pierwotnej   roboty   artysty   samouka,   miał   wiele   wyrazu.   Studiów 
anatomicznych   szukać   w   nim   nie   należało,   ale   spuszczona   głowa,   cierniem   ukoronowana, 
uderzała naiwnie uwydatnioną boleścią.

Każdy   przechodzący   około   figury   zakonnik   i   braciszek,   przyklękał   tu   i   mówił   krótką 

modlitewkę.

Mnogie drzwi, ponad którymi stały napisy łacińskie pobożne, prowadziły do cel i sal dolnych. 

Pomiędzy nimi ściany wszędzie były pozawieszane obrazami cudów z historii św. Franciszka z 
Asyżu i jego rodziny duchowej. Były to płótna stare, kopie z jakichś nieznanych oryginałów, 
którym lata długie nadały prawie charakter monochromów. Rzadko gdzie odzywała się nie dobita 
farba   czerwona   lub   sczerniała   zieloność.   Wszędzie   powietrze   pożółkło,   a   niebiosy   i   ziemia 
dostroiły się do jednego tonu. Potrzeba było dobrze się wpatrzeć w obrazy,  aby je od ścian 
odróżnić…

Baczniejsze dopiero wejrzenie wprowadzało ciekawego widza w ten świat całkiem nowy, inny 

jakiś, który one przedstawiały.

Nie   były   to   momenty   powszedniego   życia,   ani   wizerunek   ludzi   pospolitych,   jakich   się 

codziennie spotyka. Cud tryskał z każdego płótna. Powietrze napełniali aniołowie, od ziemi w 
zachwycie   podnosiły   się   postacie   i   stały   zawieszone   w   powietrzu.   Straszne   męczarnie 
wywoływały uśmiechy. Na niektórych z twarzy tych nieudolny pędzel wyraził jednak uniesienie i 
ekstazę.

Z obłoków spadające promienie, aureole otaczające  głowy,  całe sceny odgrywające się w 

niebiosach, muzyki i chóry aniołów, dramaty grobowe i męczeńskie na ziemi, w sprzeczności z 
niebem rojącym się istotami powietrznymi — wszystko to przenosiło patrzącego w jakieś wieki i 
dzieje jakby przez poezją stworzone, w chwili pobożnego marzenia.

W pośrodku między wielkimi scenami z żywotów, wisiały gdzieniegdzie portrety, realizmem 

nielitościwym urągające się tym scenom idealnym.

Zjawiali   się   tu   wyschli   asceci,   jakimś   ogniem   wewnętrznym   wygorzeli   i   spaleni   jak 

Kapistran

*

, ludzie z twarzami pospolitymi, rysów gminnych, w których świętość kryła się pod 

pokorną   brzydotą;   zadumani   mężowie,   z   trupią   głową   pod   krzyżem;   święci,   do   których 
zstępowali z komunią anioły, z liliami cherubiny…

Gdy wychodząc z celi po raz pierwszy spojrzał na ściany porucznik, ogarnął go niemal strach 

jakiś, tak mu się to wydało dzikie i brzydkie. Nawykł był w malowaniach szukać tylko mdłego 
wdzięku bez myśli, tu myśl była dlań spowitą, niedostępną — hieroglifem.

Wolał też odwrócić oczy….
Długi korytarz jednostajny wydał mu się smutnym jak więzienie, a podwórko z posągiem i 

jałowcem przypominało campo santo

*

 w Pizie i cmentarz.

Lecz właśnie promień słońca wdarł się aż na posadzkę i ściany. Wróble szczebiotały około 

okien. Tam u góry było życie, za murami swoboda.

Porucznik westchnął, myśląc, że przecież kiedyś się stąd uwolni. Mimo woli przypomniała mu 

się przeszłość pełna życia, ruchu, dramatu, a w takiej sprzeczności z tym spokojem, który tu od 

* K a p i s t r a n  — Jan Kapistran (1385–1456), święty, franciszkanin.
*  C u m p o   s a n t o   (wł.) — typ cmentarza w formie dziedzińca otoczonego krużgankiem, w którego ścianie 

znajdują się nagrobki, epitafia.

background image

lat kilkuset nie był przerwany na chwilę.

Jak ten zegar czasu niepostrzeżenie się wlókł, jak życie musiało się wydawać długim!
Bużeński   wolnym   krokiem   przeszedł   cale   krużganki   i   przeczytał   podpisy   pod   niektórymi 

wizerunkami.

Wlókł się tak zadumany, gdy mu o. Anioł drogę zastąpił, ze swą twarzą zawsze ożywioną i 

błyszczącymi oczyma.

— W korytarzu trochę chłodno, poruczniku — rzekł. — Ba! A mnie w celi naprzykrzyło się 

już siedzieć — zawołał Bużeński. — Dobrze to wam, coście już w tej skorupie zadomowieni, ale 
ja do ruchu i zmiany powietrza jestem nawykły…

— Dla rozmaitości proszęż w gościnę choć do mnie — rzekł wesoło zakonnik. — Muszę 

tylko uprzedzić, że u mnie nieład wielki.

— Gdzież ta cela wasza? Chodźmy — odparł Bużeński.
— Tu na dole — mówił, prowadząc już o. Anioł. — Dano mi, właściwie mówiąc, nie zwykłą 

celę, ale dosyć dużą izbę. Łaska to ks. gwardiana, który widząc, że ja zawsze cóś majstruję, miał 
wzgląd na tę słabość moję.

To   mówiąc,   o.   Anioł   otworzył   drzwi   i   Bużeńskiego   zaprosił   do   obszernej   izby,   którą 

zajmował.

W istocie celą tego nazwać nie było można, chyba fantastycznym jakimś warsztatem. W kątku 

o. Anioł miał nędzne łóżeczko i klęcznik, ale to nikło pośród mnogich akcesoriów, świadczących 
o zajęciach zakonnika.

W pośrodku stał drewniany anioł bez ręki, z którego złocenie i barwy pospadały i grunt tylko 

jakiś białawy, na którym niegdyś były umieszczone, jakby plamami świecił. Biedny anioł był 
straszliwie wygięty, wymuszony, w pretensjach, ale stał tak wysoko w kościele, a tak tam był 
potrzebny, iż go koniecznie należało z ran i kalectwa wyleczyć.

Obok na ziemi leżał święty biskup, jak ze sztywności jego widać było, nierównie od anioła 

starszy i w daleko opłakańszym stanie. Rzeźbiarz z jednej tylko strony nieforemnemu klocowi 
nadał   postać   ludzką   i   to   tak   nieudolnie,   jakby   się   porwał   nad   siły;   ale   wstęga   z   napisem 
dowodziła poważnej starożytności pomnika. O. Anioł postanowił mu przywrócić dawną utraconą 
świeżość.

Na niezgrabnie wyciosanej sztaludze widać było obrazek, dalej od stołu przypięty szrubsztak i 

narzędzia stolarskie. Stolik, półki, podłoga po kątach różnymi gratami były zarzucone, pomiędzy 
którymi i starożytne meble połamane sterczały.

O. Anioł śmiał się, wprowadzając porucznika.
— Widzicie, że nie próżnuję — rzekł. — Mam taki już nałogowy świerzb w rękach, że ciągle 

cóś robić muszę, co mi jednak nie przeszkadza modlić się.

Bużeński obejrzał się, siadając.
— Ale, mój ojcze — rzekł — ja tu pośród tego łomu nie widzę ani jednej rzeczy, która by 

waszej pracy warta była.

— Ba! Ba! — odparł o. Anioł. — Tak to się wydaje. Pamiątkom sztuki czas nadaje cenę. Są to 

świadectwa rozmaitej pracy, nieudolności i walki człowieka z myślą. Często dzieło sztuki wydaje 
się na pierwszy rzut oka zupełną brzydotą. Ale my patrzeć nie umiemy. Powoli, gdy człowiek 
wnikać zacznie, rozglądać się, znajdzie w tym cóś przedziwnie naiwnego… czego najwyższy 
kunszt nie dosięga. Są to, wierzcie mi, drogie pamiątki… Mój anioł ten, taki wykrygowany, nosi 
na sobie piętno wieku, równie jak sztywny ów biskup…

Porucznik ruszył ramionami.
— Przepraszam cię, ojcze — rzekł — to co mówisz, przypomina mi ludzi, którzy smakują w 

pająkach i smażą sobie żabki dla popsutego podniebienia… Ja wolę wołowinę.

background image

— Moje smakoszostwo — rozśmiał się Anioł — nie przeszkadza mi prawdziwie pięknych 

rzeczy cenić. Lecz wieleż jest dzieł ręki ludzkiej, które by były całkowitymi arcydziełami?

Ziewnął porucznik, ale bacznie się przypatrywał…
— Juściż u was wszystkie cele tak nie wyglądają, jak wasza — rzekł.
— A nie! — zawołał Anioł — i prawdę powiedziawszy nadużyciem to jest, że ja, zamiast 

pracować duchem, robię cóś rękami, ale… caro infirma

*

.

— Ja już jednak wolę was, niż tych innych próżniaków — dodał Bużeński.
— A któż u nas próżnuje? — odparł z podziwieniem o. Anioł. — Mylicie się. Pomiędzy mną 

a ojcami innymi ta tylko różnica, że oni w istocie pracują, a ja się bawię. O. Serafin po całych 
dniach   w   księgach   siedzi;   o.   Gabriel   pomaga   w   parafii,   układa   kazania;   Szymon   ciągle   w 
rozjazdach,   a   gwardian   ma   na   głowie   cały   konwent.   Dodawszy   do   tego   obowiązkową 
modlitwę…

— Jakże wy możecie to nazywać modlitwą? Zarumienił się o. Anioł.
— Mój Boże — odezwał się — rybak dwadzieścia razy wędkę zarzuca, nim ułowi płotkę, a 

nam   nie   wolno   zarzucić   modlitwy   w  duszę,   aby  z   niej   dobyła   zastygłą   pobożność.   A  i   tak 
powtarzamy modlitwy, lecz wierzcie mi, że nie zawsze bez skutku.

— Wyście sofistą — rzekł Bużeński — a ja prostym dziecięciem natury. Wszystkim nam 

pono lepiej by było do niej powrócić.

—   Do   natury?   —   zapytał   z   cicha   o.   Anioł   —   to   chyba   do   zwierzęcia,   boć   ono   jej 

najwierniejsze jest; ale w nim duszy nie ma.

—   Duszy?   podchwycił   porucznik,   ruszając   ramionami.   —   Dajmy   już   pokój,   za   daleko 

zajechaliśmy, a jam gotów powiedzieć jaką niedorzeczność, która wam przykrość sprawi. Jak 
wam ręce, tak mnie język świerzbi. Rozśmiał się o. Anioł, spoglądając na niego.

— Przyznam się wam — rzekł po przestanku Bużeński — żem nigdy tego pojąć nie mógł, jak 

człowiek   przy   zdrowych   zmysłach   od   rodziny,   z   czynnego   życia   może   dobrowolnie   pójść 
zakopać się w takiej dziurze?

— W istocie, dla pana porucznika to może być niepojętym — odparł o. Anioł.
— Argumentu tego, że my tu Boga chwalimy i Bogu służymy, nie chcę używać, bobyś pan 

porucznik go nie akceptował, ani też, że ludziom służymy, pocie — szamy ich, krzepimy itp. Ale 
proszę sobie powiedzieć, że myśmy chorzy i że to jest szpital. Iluż to ludzi nie ma dosyć siły 
woli, aby sobą na świecie sterować, ilu nie umie sobie poradzić ani na zdobycie chleba bez sromu 
i   grzechu,   ani   na   uzyskanie   pokoju!   Naówczas   klasztor   przytułkiem,   posłuszeństwo 
dobrodziejstwem.   Gdy   nie   stanie   klasztorów,   pomnoży   się   liczba   bezchlebnych   ludzi, 
występnych a samobójców…

— Ba! Ba! Ba! — zakrzyknął porucznik. — Ja bym jednego dnia wszystkie klasztory poznosił 

i pozakładał w ich miejsce fabryki.

O. Anioł się rozśmiał.
—   Wierzcie   mi,   kochany   panie   —   rzekł   —   iż   nic   nie   zastąpi   tej   miłości,   która   buduje 

klasztory i wznosi ołtarze. Pomnożą się fabryki, a z nimi ich ofiary. Nie samym chlebem żyje 
człowiek. Ale…

— Ale my, o. Aniele, nie zrozumiemy się nigdy — zawołał Bużeński.
— Nigdy? — Nie. Za to ręczyć nie można, ale dziś — to prawda. Gwardian, który się właśnie 

dowiedział o pierwszym wyjściu chorego i chciał mu powinszować, wszedł w tej chwili do celi, 
uradowany i z twarzą jak zawsze jasną.

— Jakże mnie to cieszy, że porucznik uczułeś się lepiej — zawołał.

C a r o   i n f i r m a   (!ac.) — słodka choroba, miła słabość.

background image

— Ojcze szanowny — rzekł, powstając, Bużeński — lepiej mi niewiele, alem się okrutnie 

znudził…

— No, a u o. Anioła jest się czym zabawić.
— Kłócimy się — rzekł Bużeński.
— Jest to także rozrywka — odparł gwardian — ale jeżeli już raz jesteś pan porucznik na 

nogach, czy nie mógłbym prosić do refektarza? Mamy gościa, jest podkomorzy Bielski.

— Ba — skrzywił się porucznik — znacie przysłowie: na bezrybiu i rak ryba.
— O! O! — zawołał gwardian, zgorszony nieco zastosowaniem przysłowia do podkomorzego.
Bużeński refektarza dotąd nie widział, poszedł więc za o. gwardianem.
Rozmiary jego świadczyły, że fundator klasztoru daleko większą ilość mnichów przypuszczał, 

niż się później znaleźć miała. Jak celi dość teraz stało pustych, tak i refektarz mógł objąć dziesięć 
razy większą liczbę, niżeli ta, jaka tu zwykle zasiadała do stołu.

Sala   sklepiona   była   ogromna.   Zdobił   ją,   tak   samo   jak   korytarz,   krucyfiks   olbrzymi,   przy 

którym stały z drzewa rzeźbione figury Matki Boskiej, św. Jana, a poniżej klęczał Franciszek 
święty.

Stała też na uboczu zaniedbana katederka, z której czasu jedzenia we wszystkich klasztorach 

czytano Żywoty, lub inne pisma pobożne. Proste stoły i ławy, a na części jednego z nich nakrycie 
ubogie, smutno kryły się w tej wielkiej pustce.

Porucznik, który napatrzył  obrazków, już w końcu XVIII w. bardzo rozpowszechnionych, 

wystawiających opasłych mnichów wśród baryłek wina i tłustych gęsi i kapłonów — zdziwił się 
temu posępnemu refektarzowi, w którym cienkusz piwny i olej w powietrzu czuć było. Miejsce 
wcale  się nie  nadawało  do tych  bachanaliów,  o które i on ich  posądzał.  Wiedział  zresztą  z 
doświadczenia własnego, że stół był bardzo skromny, a braciszek kuchmistrz, oprócz stokfiszu, 
nic tak dalece gotować nie umiał.

Na osobnym rogu stołu przysposobiono nakrycia dla podkomorzego i porucznika.
Bielski,   trochę   już   zapomniawszy   o   wrażeniu,   jakie   na   nim   uczynił   Bużeński,   będąc 

charakteru wyrozumiałego i przyjacielskiego, powitał go wesoło i winszując mu polepszenia na 
zdrowiu. Ale ten pokazał mu rękę wiszącą na chustce.

— Nie mam się czym chwalić — rzekł — ręka zawsze jeszcze jak była nabrzmiała i goić mi 

się nie chce, a biedni bernardyni pokutują za to, zmuszeni znosić naprzykrzonego gościa.

Gwardian zaprotestował.
Podkomorzy, który nowiny chętnie łapał i zwoził, zbliżył się do Bużeńskiego z taką miną, jak 

gdyby miał mu cóś do powiedzenia.

— Czytujesz asindziej gazetę księdza Łuskiny? — zapytał.
— Nigdym się w gazetach i bibule w ogólności nie kochał — odparł porucznik, pogardliwą 

robiąc minę — a tu nikt pono nigdy gazety nie widział.

— Bo my jej nie potrzebujemy — przerwał o. Rafał. — Dowiedziona rzecz, że najświeższe i 

najpewniejsze wiadomości rozwozi poczta pantoflowa. My się nią kontentujemy…  resztyśmy 
nieciekawi.

Podkomorzy zdawał się czegoś szukać w kieszeni, ale powoli i ociągając się.
— Prawda to — dodał — że gazeciarze częstokroć i nieprzyjemne wiadomości podają, ale 

człowiek o złym i dobrym wcześnie winien być poinformowany, aby jednemu zapobiegł, a z 
drugiego korzystał.

Wtem zwrócił się do Bużeńskiego.
— Z domu i od najbliższej rodziny nie miałeś pan wiadomości?
— Zdaje mi się — rzekł zapytany — że już podkomorzemu mówiłem o tym, jako dziwnym 

składem okoliczności ojca jednego tylko mając z rodziny, i z tym nie mam żadnych stosunków. 

background image

On się mnie wyrzekł, a ja nawet rodzonemu ojcu narzucać się nie chcę.

Ubodło widocznie pytanie Bużeńskiego, który zdał się czekać na objaśnienia..
— Zawsze jednak los ojca musi porucznika obchodzić — odezwał się podkomorzy, z wolna 

papier wyciągając z kieszeni tylnej kontusza.

— To się rozumie! — zawołał niecierpliwie Bużeński. — Cóż tedy?
— Oto co pisze ks.Łuskina — dodał, rozkładając ćwiartkę papieru szarego i szukając po niej 

oczyma Bielski.

„Dnia   wczorajszego   w   kościele   św.   Krzyża,   jm.   ks.   biskup   Młodziejowski   pobłogosławił 

związek małżeński, który połączył dwie dostojne rodziny. Jm. Pan kasztelan Bużeński, wdowiec 
po… zaślubił jm. pannę podstolankę Różę Zabłocką..

Licznie zgromadzona familia, nowożeńcy, przyjaciele i koligaci podejmowani byli później 

sumptem wielkim, z okazałością przez oboje państwa podstolich. Jutro udają się do rezydencji 
kasztelana, dokąd zaproszeni goście towarzyszyć im mają.”

Porucznik słuchał, a twarz mu się wyrazem ironicznym wykrzywiała. Ręką zdrową pokręcił 

wąsa i milczał.

— Szczęść Boże! — odezwał się po chwili — kasztelan ma sześćdziesiąt z okładem, a jeśli się 

nie   mylę,   podstolanka   Jezusowe  latka,   małżeństwo   dobrane  i  czemu   by  szczęśliwym   być,   a 
konsolacyj

*

  się  doczekać  nie  miało?  Rycerska  odwaga  jest  u  nas  we krwi  — dodał  —  boć 

ożenienie to jej dowodzi.

Milczeli wszyscy. Porucznik patrzył na stół.
— Spodziewałem się tego — szepnął — że kasztelan, nie mając pociechy z jedynego syna, 

który mu się nie udał, zapragnie popróbować szczęścia; ale że podstolanka się zrezygnowała na 
oddanie mu ręki….

Nie dokończył Bużeński. Podano właśnie prostą ale starą wódkę gościom, po którą mimo 

zakazu cyrulika i porucznik sięgał. Gwardian mu przypomniał przepis, lecz ręką machnąwszy 
porucznik rzekł tylko:

— Co ten judasz zna?
Zabrali się więc do jedzenia.
Bużeński, choć jawnie silił się na to, aby nie okazać, iż odebrana wiadomość podziałała na 

niego, był milczący. Wiedział dobrze, znając ojca swego że małżeństwo zawarte głównie na celu 
miało okazanie mu zupełnego rozbratu i było niejako zemstą za postępowanie jego z ojcem. 
Dotknęło   go   to   więcej,   niż   sam   się   spodziewał,   ale   czuł   zarazem,   iż   kasztelan   był 
usprawiedliwiony.

— Wdzięczen jestem podkomorzemu — rzekł — za udzielenie mi wiadomości, bo, jak ono 

jest to jest, list kondolencyjny kasztelanowi ode mnie się należy.

Bielski spojrzał nań zdziwiony.
— Gratulacyjny — poprawił.
—   Ja   stoję   przy   swoim   —   odparł   porucznik   —   mam   bowiem   przyjemność   znać   pannę 

podstolankę. Swojego czasu była to piękność upajająca jak wino, ale lata je w ocet zmieniły, a 
kasztelan kwas ten pić będzie musiał.

Ruszył ramionami.
— Posag — dodał — wcale nieznaczny, a wymagania będą wielkie, fortuna zaś kasztelana 

znacznie jest uszczuplona i ja nawet na niej jestem na pięćdziesiąt tysięcy intabulowany

*

których 

teraz rychło potrzebować będę.

Milczeli wszyscy.

* K o n s o 1 a c j a  (z łac.) — pociecha.
* I n t a b u 1 o w a n y  (z lac.) — wpisany do ksiąg urzędowych, przede wszystkim hipotecznych.

background image

— Na nieszczęście — kończył, gorączkowo się rozgadując Bużeński — trzyma mnie tu ta 

rana, a cyrulik niepoczciwy jakby naumyślnie jej nie goi.

—   Przecież   i   Niemiec   doktór,   jak   słyszałem   —   wtrącił   zawsze   dobrze   poinformowany 

podkomorzy — prędkiej konwalescencji nie obiecywał.

— Cóż w. pan dobrodziej chcesz — cyrulik Żyd, a doktór Niemiec, znają się jak łyse konie… 

Obiad,  chociaż  dla gościa  był  nieco  wykwintniejszy i naleśnikami  pomnożony,  skończył  się 
rychło  i  braciszek   posługujący pozbierał   talerze.  Pozostali   jednak  wszyscy  w refektarzu,   a  i 
księża także, po skończonym swoim obiedzie, powoli się do tego zaludnionego stołu przybliżać 
zaczęli.

Znaleźli się tu o. Szymon, Anioł, Gabriel, a nieco opodal stał z surową swą twarzą milczący o. 

Serafin, który mało się do Bużeńskiego zbliżał.

Gwardian nie odchodził, dosiadując dla Bielskiego. Ten, korzystając z milczenia porucznika, 

półgłosem   udzielał   zakonnikom   bieżących   nowin   z   sąsiedztwa.   W   skład   ich   wchodziły   i 
odwiedziny   nieznajomej   kobiety   u   Wojakowskich,   na   których   opowieść   nastawiał   ucha 
Bużeński.

— Słowem — kończył podkomorzy wesoło — my, cośmy tu w okolicy przeżyli lat kilka bez 

żadnego ewenementu, tak dalece, żeśmy spaloną szopą na Wólce rok się prawie karmili, szukając 
ognia przyczyny, mamy na to nowe lato nowin rarytnych pod dostatkiem. Zabitego szlachcica, o 
którym nie wie nikt, co za jeden był ani kto go uśmiercił, nabiegających nieznanych ludzi….

— No i rannego mnie dodaj, panie podkomorzy — wtrącił Bużeński.
— Ale pewnie — rzekł Bielski — i to na pierwszym miejscu stawię; a ludzie, skłonni zawsze 

do związywania rzeczy nawet z sobą żadnego nie mających związku, łączą to wszystko w jeden 
snop.

— Hm — przebąknął zadumany Bużeński — może i nie bez racji. Ale nie umiałbyś  mi, 

szanowny podkomorzy, powiedzieć, jak ta niewiasta wyglądała, która przyjeżdżała tak troskliwie 
o papiery po nieboszczyku się dopytywać? Stara, młoda?

— Niemłoda, o ile mi rozpowiedziano, z tego co Wojakowska mówiła — rzekł Bielski — 

wcale niemłoda. Porucznik ramionami potrząsnął.

— Z tego wnosić należy — dodał — że sprawa zmarłego anonimusa musi się wyjaśnić, gdy są 

ludzie, których on obchodzi.

— Dowiedziona rzecz — objaśnił podkomorzy — że nawet najtajniejsze arkana w końcu czas 

—  edax

*

, ale i  genitor rerum

*

  — rozświeca… Wszak nawet owa maska żelazna francuskiego 

więźnia, o której tyle pisano, podniosła się po śmierci.

Oo. bernardyni, którzy o masce nie wiedzieli, spojrzeli po sobie. — Groby najlepiej zostawić 

w pokoju — odezwał się aforystycznie o. Serafin — nie badajmy ich tajemnic, a sprawiedliwości 
Bożej pomstę nad grzesznymi powierzmy.

— Sit eis term levis

*

! — dodał o. Gabriel.

Zamilczano.
Z posępną twarzą Bużeński ruszył się z ławy, pożegnał grzecznie, ale zimno podkomorzego, 

jeszcze mu dziękując za przywiezioną wiadomość, i wyszedł powoli przeprowadzony przez o. 
Anioła. Powiedli wszyscy oczyma za odchodzącym, a o. gwardian wskazał nań podkomorzemu.

— Może lepiej było choremu tego nie komunikować — szepnął.
— Dlaczego? — podchwycił Bielski. — Owszem! Doszłoby go to z innej strony, a mężczyzną 

jest i ma dosyć energii, aby znieść co los zsyła, albo raczej co sam sobie zgotował.

E d a x  (łac.) — pożeracz.
G e n i t o r   r e r u m  (łac.) — twórca rzeczy.
S i t   e i s   t e r m   l e v i s  (łac.) — niech mu ziemia lekką będzie.

background image

Westchnął ks. gwardian i dodał ze smutkiem:
— Nie uwierzysz pan, jaką mamy wszyscy litość rad tym człowiekiem. Patrzymy na niego, 

jak na owo dzikie stworzenie, rzucone do klatki, które zamiast w niej siedzieć spokojnie, rzuca 
się i bije o ściany. Takim jest ten człowiek, którego życie okiełznać i poskromić nie mogło. A 
jestże widok przykrzejszy nad człowieka buntującego się przeciw woli Bożej i próżną walką z 
losem wycieńczającego się?

Przeżegnał o. Rafał stronę, w którą odszedł Bużeński i szepnął:
— Niech mu Bóg miłościw będzie!…

background image

VII

Nadchodziła wiosna. Jak gdyby z tą porą roku, która świat do życia rozbudziła, i w poruczniku 

krew żywiej płynąć zaczęła, wyglądał oknem, otwierał je, tęsknił, narzekał, a właśnie teraz, gdy 
mu   z   klasztoru   wyjść   najpilniej   było,   rany   obie   zajątrzyły   się   niespodzianie   i   stan   chorego 
pogorszył.

Berko dowodził, gdy go Bużeński łajał i targał nielitościwie za włosy, że on sam winien temu.
— Trzeba być spokojnym; pan w sobie krew poburza. Na to lekarstwa nie ma ani doktora, 

kiedy kto chce sam być chory.

Gniewał się Bużeński, nie chcąc tych dowodzeń słuchać.
— Osioł jesteś! — krzyczał. — Gdybym  się dostał w ręce tego, co mnie po pojedynku z 

Salmisem leczył, już bym dawno zdrów był.

Berko ramionami ruszał.
Niewola ta w celi tak znużyła Bużeńskiego, że skoro tylko zaświeciło słońce, choć powietrze 

było chłodne, żadnych nie słuchając przestróg i refleksyj, wybiegał to do stajen, to do ogrodu.

Z litościwych ojców, choć towarzystwo porucznika wcale im przyjemnym nie było, a często 

nieznośnym, gdy w cyniczne swe wpadł usposobienie, zawsze ktoś mu towarzyszył lub był w 
pogotowiu go rozrywać.

Z  wiosną  spodziewał   się  Bużeński   odwiedzin  swego  Kalasa,  ale  ten   mu  dał   znać,  że   od 

chorągwi jeszcze absentować się nie może.

Wszystko   razem   niecierpliwiło   go   do   najwyższego   stopnia.   Zmęczony   bezczynnością   i 

bezbarwnością jednostajnego życia, często błądził jak męczennik po klasztorze całym i z biedy a 
nudów zwiedzał wszystkie jego zakątki.

Tak dnia jednego, niespodzianie klucz w zamku zobaczywszy we drzwiach bibliotecznych, 

wiedząc, że tam pewnie znajdzie o. Serafina, choć z nim najmniej miał stosunków — przez 
ciekawość wsunął się do wielkiej sali, której dotąd nie oglądał.

Odpowiadała   ona   rozmiarami   na   dole   znajdującemu   się   refektarzowi,   lecz   okna   większe 

czyniły ją świetlejszą i weselszą od niego.

Fundator konwentu, choć wiedział, że zadaniem zakonów św. Franciszka nie była uczoność, 

ale   praktyka   pobożności   i   czyny   nieustannego   miłosierdzia   a   pokory   —   chciał,   aby   im   nie 
zbywało i na pokarmie dusznym. Przewidział to, że w licznym zgromadzeniu znajdzie się zawsze 
kilku,  lub  choćby jeden,  któremu  czytanie  i  studia  będą  potrzebą   i  rozkoszą.  Pierwiastkową 
bibliotekę, dosyć już przy założeniu liczną i zaopatrzoną w dzieła kosztowne pomnożyły potem 
wieki   powoli   darami   różnymi,   nieznacznymi   przyrostem   rękopisów   i   przypadkowo   tu 
ściągającymi się księgami.

Wielka sala cała była odziana szafami skromnymi, ale dla miej umyślnie zbudowanymi, i dziś 

półki jej tak były pełne, że w niektórych musiano po dwa rzędy umieścić.

Nieco   występujące   dolne   kompartymenty

*

  szaf   mieściły   folianty,   rzadko   przez   kogo 

poruszane, i kosztowniejsze rękopisma.

Na  ogromnym  stole   w  pośrodku,  przy  którym  kilka  drewnianych   krzeseł   się  znajdowało, 

leżały książki, powydobywane dla użytku, lub przeznaczone do oglądania ciekawym.

Tu też stał staroświecki globus, pewnie fundatora pamiętający, u góry dobrze pyłem przysuty.
Cisza jakaś i spokój panowały w tym przybytku, którego sufit malarz ten sam co kościół 

przyozdabiał, okrył zbladłym malowidłem wystawującym Sapientią, wedle religijnego jej pojęcia 

* K o m p a r t y m e n t y  (z łac.) — część symetrycznie podzielonej powierzchni.

background image

i symboliki.

U okna, z wielkim na kolanach foliałem pism Bernarda świętego siedział o. Serafin. Tu on 

zwykł był spędzać znaczniejszą część dnia, wolną od obowiązków w chórze i poza kościołem a 
klasztorem. Nawet zimą, choć biblioteka nie była opalaną, wytrzymywał w niej i dowodził, że 
nie pieszcząc się, powietrze znośnym tam było.

Zobaczywszy wchodzącego, który się wsuwał dosyć ostrożnie i cicho, jak na zawadiakę, o. 

Serafin wstał, foliant położył na stole i postąpił kilka kroków.

— Ciekawość mnie i tu przyprowadziła — odezwał się porucznik, rozglądając się. — Piękny 

zbiór książek! Szkoda, że mało komu przystępny, bo to wszystko być musi łacina i teologia.

— Po większej części — rzekł ręce zakładając w rękawy o. Seraifn. Jednakże dobroczyńca 

nasz, zakładając konwent, opatrzył go i w to, co ciekawości ludzkiej dogodzić mogło. Są podróże 
dawne, są dzieła piękne o historii naturalnej, w której wszechmocną rękę Bożą podziwiać można.

Ojciec tu królujesz sam — dodał Bużeński — bo wątpię, aby inny czas mieli i ochotę do 

czytania.

— I owszem — odparł o. Serafin. — Przychodzi często o. Gabriel, żywi się Anioł, pożyczają 

czasem dzieł potrzebnych duchowni.

O. Serafin, który kochał tę swoją bibliotekę i wysoko ją cenił, począł pokazywać bogactwa, na 

których porucznik poznać się nie mógł. Zaimponowali mu jednak oprawą Bolandyści i Summa 
św. Tomasza, folianty, nad którymi stanął zamyślony.

— Życia by ludzkiego nie starczyło, chcąc to wszystko przeczytać — rzekł, uśmiechając się 

— zapewne są ludzie już do tego stworzeni, którym i przyjemność to sprawia, i czas zajmuje, bo 
z nim nie wiedzieliby,  co począć. Ale życie  na to człowiekowi dane, aby żył,  a nie żeby z 
zeschłymi myślami miał do czynienia. Wszak ci to jak rośliny w szkolnych zielnikach, gdzie 
pozapuszczane są kwiaty, które straciły woń i barwę.

— Myśl nie usycha nigdy — odezwał się o. Serafin. — To w niej cudowne, że zrodzona przez 

wieki, jak owe ziarna, o których powiadają, że je przy egipskich mumiach znaleziono, posiano i 
poschodziły — odradza się po tysiącu latach w ludziach nowych i puszcza bujno.

— A cóż z niej, jeśli się nie staje czynem? — zapytał Bużeński.
— Sama ona największym z czynów ludzkich — rzekł łagodnie o. Serafin — a obok tego 

niezaprzeczonym jest, iż czyny rodzi.

Bużeński się ironicznie uśmiechał.
— A mój ojcze! — odezwał się — iluż to bohaterów czytać i pisać nie umiało, nie uczyło się 

niczego…

— Alboż myśl tylko przez czytanie i pismo się krzewi? — spytał zakonnik. — Długo u ludów 

wielu, u wszystkich niemal, pismo było w małym używaniu, szła myśl z ust do ust, tradycją, nie 
potrzebowano jej zapisywać. Cudowniejsze to jeszcze, że ją ludzie czytali w dziełach Bożych, w 
naturze — bo nie ma kamienia, co by nie mówił do człowieka. I Pismo Święte powiada, że gdy 
głos ludzi milknie, głazy wstają.

Bużeński słuchał z uwagą.
—   Wszystko   to   być   może   —   odezwał   się   —   jednakże   trzeba   stworzonym   się   czuć   do 

karmienia tym pokarmem…

— Dosyć na to woli — rzekł o. Serafin.
— Ja się temu tylko dziwię, że człek ze krwi i kości może się czuć szczęśliwym, żyjąc bez 

życia, i ograniczyć tą strawą.

— A być sytym i szczęśliwym — dodał o. Serafin.
— Szczęśliwym? Hm… — podszepnął Bużeński.
— Tak jest — potwierdził zakonnik — zupełnie szczęśliwym. Żyliście i żyjecie w świecie 

background image

ruchu   i   czynu   cielesnego,   panie   poruczniku,   wiecie   więc,   bo   was   tego   nauczyć   musiało 
doświadczenie, że po wszystkich tych tak zwanych rozkoszach ziemskich następuje znużenie, 
rozczarowanie, przesyt i smutek, często gorzej, bo zgryzota i rozpacz.

— Toć właśnie stanowi życia dramat, mój ojcze, złożony z jasnych dni i czarnych nocy. Pod 

pogodnym niebem bez chmury i zachodu słońca człowiek by nie wyżył.

O. Serafin uśmiechnął się.
Zaczęli z wolna przechadzać się około stołu.
Rozpoczęta rozmowa przerwaną została.
— Im dłużej u was w klasztorze tym siedzę — odezwał się porucznik — tym zamiast lepiej 

was rozumieć, coraz mocniej podziwiam… Młodość moja waszego ukojonego wieku pojąć nie 
może.

— Są i młodzi między nami — przerwał o. Serafin, a ci nie tęsknią do tej burzy, od której się 

tu schronili.

— Tak, jest to przedsmak grobowego milczenia i pokoju… Jest to owo średniowieczne  in 

pace

*

 żywcem zamurowanych.

Rozśmial się zakonnik.
— Którzy by za nic muru co ich otacza zburzyć nie dozwolili — dokończył spokojnie.
Pomimo   woli   burzliwy   i   cyniczny   Bużeński,   tu   w   atmosferze   bibliotecznej,   przy   tym 

poważnym  mnichu, który mu się nie dawał przekonać i tak mężnie a spokojnie bronił swej 
sprawy, czuł się jakby spętanym i nieswoim.

Ciekawość   go  tu   wprowadziła…   Obejrzał   się   na  malowany   sufit   i  alegoryczną   świątynię 

mądrości o siedmiu wieżycach, po szafach, z których wiele pootwieranych całe rzędy ksiąg jak 
białych zębów mu pokazywało, pokłonił się o. Serafinowi i wyszedł.

Niedostępny wrażeniom tego rodzaju, jakie go tu spotykały na każdym kroku, Bużeński czuł 

się jednak jakby zachwianym w swych pojęciach. Literatura współczesna francuska nauczyła go 
widzieć fałsz w tych instytucjach, komedią w tych obyczajach, które on, oglądając z bliska, 
znajdował — wedle siebie — obłędem, ale nie widział tu ani owej hipokryzji zapowiedzianej, ani 
udawania i przymusu.

Gniewało go to niemal, iż wszystkich znajdował życiem swym szczęśliwych i dziwnie na 

duchu spokojnych, a niedostępnych pokusom jego słów, argumentom i urokom tego świata, do 
którego on wzdychał.

Zmęczony i upokorzony tym widowiskiem, mruczał pod nosem: „Wałachy! Trupy!’’
Z   biblioteki   ażeby   stęchliznę   jej   wydychać,   pociągnął   do   ogrodu.   Tu   znowu   widok 

opasujących go murów rozgniewał Bużeńskiego. — Niewola! Więzienie!

Lecz   pierwsze   znamiona   rozwijającej   się   wiosny   kazały   mu   zapomnieć   o   klasztorze. 

Tajemniczy ów związek myśli i wrażeń, który wonią kwiatka często przypomina dawno ubiegłe 
lata   i   pewne   godziny   przeżyte   —   rozbudził   w   nim   widokiem   zieleni   i   pączków,   latających 
owadów i ptaków cały szereg wspomnień przeszłości.

Przesunęły się przed nim dzieciństwo, młodość, podróże, pobyt w domu rodzicielskim i za 

granicą; potem owa miłość dla pięknej Emilii i wszystkie jej następstwa.

Zstępując   w   ten   grób   pogrzebanych   swych   nadziei,   przypomniał   też   sobie   słowa   świeżo 

słyszane o. Serafina, że wszystko niemal w życiu zostawia po sobie przesyt i rozczarowanie.

Do niego się to stosowało w najściślejszym wyrazu znaczeniu. Nie było w jego skarbnicy 

przeszłości ani jednego klejnotu nie oprawnego żałobą, nie pokalanego goryczą.

Ze wstrętem odwracał się od tego, ku czemu serce niedawno biło jeszcze. I myślał, azali w 

I n   p a c e   (łac.) — część zwrotu r e q u i e s c a t   i n   p a c e , odpoczywaj w pokoju.

background image

przyszłości takichże samych owoców nie zbierze…

Co miał czynić po wyjściu z tego szpitala, który go w takiej trzymał niewoli? — Nie wiedział 

jeszcze.

Dramat jeden został skończony, zasłona zapadła, nie pozostało nic, tylko drugi rozpocząć.
W głębi serca zgniecionego znajdował tak żywe jeszcze uczucie dla niewiernej , dla tej, którą 

takim sromem publicznym ukarał — iż pytał się z trwogą sam siebie, czy nie będzie zmuszonym 
namiętnością bezrozumną pójść, paść Przed nią i błagać o przebaczenie.

Na samo to przypuszczenie ogarniała go złość taka przeciwko samemu sobie, taki wstyd, iż 

zdawało mu się, że z rozpaczy mógłby sobie odebrać życie.

A jednak silił się na próżno, aby przemóc się i zapomnieć. Coraz z większą siłą i potęgą barw 

stawał przed nim wizerunek tej kobiety, tak cudownie pięknej, tak na świecie zdającej mu się 
jedyną.

Śnił o niej i marzył nieustannie, a gniewając się na samego siebie, przypisywał to klasztorowi.
—   Gdybym   się   tylko   mógł   stąd   wyrwać   —   powtarzał   —   to   widma   te   poszłyby   precz. 

Samotność i nudy mnie dręczą… ta cisza…

Żywy chód, który posłyszał za sobą, zdający się nie zapowiadać mnicha, zmusił go odwrócić 

się w tę stronę, skąd pochodził.

Z okrzykiem radości, zobaczywszy przyjaciela Kalasa, pośpieszył ku niemu.
— A! niepoczciwy, żeś mi tak długo kazał czekać na siebie! Ale ja się tu piekę, jak św. 

Wawrzyniec   na   ruszcie.   Widzisz,   że   nauka   nie   idzie   w   las,   i   że   wiem   o   męczeństwie   św. 
Wawrzyńca, jak gdybym był jego świadkiem, Kalasie! Umieram, zwariuję!

— No, ale ręka i głowa?
— Cyrulik judasz, łotr, zdrajca! Wystawże sobie… każą mi jeszcze cztery tygodnie rekolekcji 

tu odbywać. Grywam w szachy, w warcaby, w mariasza na fasolę i wściekam się. Powietrza! 
Słońca! Swobody!

— Ale naprzód wyzdrowieć trzeba — śmiał się Kalas. — Cierpliwości! Bużeński milczał.
— Wiesz o kasztelanie? — wybuchnął nagle, głowę podnosząc. — Naiwni bałwan, sąsiad 

klasztoru za specjalik przywiózł mi co najrychlej milą wiadomość o jego mariażu.

— Spodziewam się, że cię to ani zmartwiło, ni zdziwiło — rzekł Kalas. — Mógłżebyś się nie 

spodziewać tego? Byłbyś chyba naiwnym.

— Przewidywałem — prawda — odparł Bużeński, a jednak uczyniło to na mnie wrażenie… 

Podstolanka moją macochą! Biedny stary! Bo nie wątpię, że ona mnie pomści.

— Mylisz się; o ile wiem, przynajmniej dotąd — zaczął Kalas — głoszą wszyscy, że jest 

najsłodszą   z   małżonek,   że   kasztelan   cały   majątek   zapisał   jej   na   przeżycie   i   że   odmłodniał 
szczęśliwością.

Tu Kalas głos nieco zniżył.
— I ja też, jak ów naiwny sąsiad — dodał — przywożę ci nowinę, z tą różnicą, iż moja jest 

pomyślną…

— Cóż by to było? — kwaśno spytał Bużeński i stanął.
— Panna Emilia Mościska wyszła za mąż — rzekł, patrząc mu w oczy Kalas.
Porucznik rzucił się i pobladł, usta zacięły mu się, jak gdyby go największy gniew porwał.
— Do miliona!… A to mi dobra nowina! — krzyknął.
— Jak to? — odstępując krok, dodał Kalas — co tobie? Chciałżeś tak dalece na niej zemstę 

rozciągnąć, ażeby jej nawet wyjścia za mąż zabronić? Wiesz jak ojciec jest bogaty,  jak ona 
piękna.   To   było   można   przewidzieć.   Bużeński   zdrową   ręką   chwycił   za   ramię   przyjaciela   i 
zatrząsł nim silnie. — Jakżeś ty nie odgadł, ślepy człecze, że ją dotąd kocham, że ja szaleję!…

— Nie, tegom ani przypuszczał — rzekł Kalas — ani przypuściwszy, mógłbym zrozumieć. 

background image

Tak! To w istocie jest szaleństwo.

Ręka opadła Bużeńskiemu, który stał jak skamieniały. W twarzy wyraz boleści wykrzywił ją i 

zmienił straszliwie.

— Upamiętaj się — odezwał się przyjaciel — to wprost sensu nie ma. Po tym, coś uczynił, 

jakżeś mógł przypuszczać…

— Ale ja nie przypuszczałem, nie spodziewałem się niczego, chyba zabić ją, aby się pozbyć 

męczarni — począł Bużeński — Cóż chcesz? Jestem głupi wariat.

Kalas odwrócił się od niego zniecierpliwiony.
— Gadać z tobą nie można.
Ochłonął nieco porucznik. W uliczce, na której stali, „tam i nazad zrobił kroków kilka, kręcąc 

się bezprzytomnie.

— Za kogoż poszła? Kiedy? — począł badać.
—   Naprzód   oprzytomnij,   ochłoń,   uspokój   się,   potem   gadać   będziemy   —   rzekł   Kalas. 

Porucznik tarł czoło.

— Bierzesz mnie na tortury! Gadaj! — krzyknął.
Zawachawszy   się   nieco   i   popatrzywszy   na   Bużeńskiego,   Zerwikaptur   z   wolna   rozpoczął 

narracją.

— Słyszałeś pewnie o tym panu wojewodzie in partibus infidelium

*

, którego krzesło zostało 

poza   nowymi   granicami,   a   on   sam   wewnątrz…   Zostały   tam   i   bardzo   odłużone   majątki 
białoruskie, tak iż senator, z młodym swym dziedzicem, niemal był na łasce króla, koligatów i 
imienników.

Rozumiesz to dobrze, że gdy się było wojewodą i ma się wojewodzica, chciałoby się, aby on 

nie zszedł na łaskawy chleb krewnych. Chłopak wcale kształtny, ale głowa do pozłoty… Czy 
wojewoda   w   całej   rozciągłości   znał   historią   panny,   dosyć   w   kraju   znaną,   czy   mu 
wyperswadowano, że ona jest potwarzą, nie wiem…  Mościski potrzebował wydać córkę, on 
gwałtownie   chciał   syna   ożenić   bogato.   Pośrednicy   w   to   weszli,   zawieziono   pretendenta, 
zaprezentowano — umowa i intercyza

*

 zawarte zostały z niezmierną łatwością i natychmiast ślub 

nastąpił.

Król ozdobił nowożeńca orderem swojego imienia do ślubu; małżeństwo jest w Warszawie i 

w łaskach pani krakowskiej…

Wojewodzicowa   robi   furorę…   wszystkie   panie   są   zazdrosne…   Strojami   i   elegancją   je 

zaćmiewa.

Bużeński słuchał.
— Wszystko to są preliminarze — odezwał się — ale gadaj mi, jakże ona sama sobie radzi? 

Co mówią nie o strojach i piękności, ale o niej? Jest trusią, czy zuchwałą?

— Znasz ją — rzekł Kalas — zdaje mi się, że powinien byś się domyśleć. Jaką była, taką 

pozostała.  Śmiałą  aż do zuchwalstwa, swobodną i wesołą, jakby w sercu krwi przelanej  nie 
nosiła. Srebrny jej uśmiech, na pokojach królewskich się rozlegający, porównywają do śpiewu 
ptaszka jakiegoś. Męża zawojowała tak, iż go dziś już zdeptanym nazywają pantoflem… króluje! 
Cóż chcesz — ma piękność i odwagę.

— Zwyciężyła! — mruknął Bużeński — ale ja przecież kiedyś wyzdrowieję, do stu katów! I 

pojadę się tam zaprezentować. Mościski mnie nie ubije wprzód… Śmiałą jest, ale i ja mam 
odwagi trochę!

Kalas nie odpowiadał długo; porucznik skorzystał z tego i począł z wielkim pośpiechem:
— Zaprawdę wiele bym dał, żebym prędzej mógł dojechać do Warszawy i żeby mi się nie 

I n   p a r t i b u s   i n f i d e l i u m  (łac.) — poza granicami kraju, w obcej stronie.
I n t e r c y z a  (z łac.) — umowa przedślubna ustalająca sprawy majątkowe przyszłych małżonków.

background image

wyślizgnęła ofiara! Drżę na tę myśl, że mogą wyjechać, zakopać się na wsi i zrehabilitowawszy 
w ten sposób, nie pokazywać już w stolicy. A, podła ta ręka! — krzyknął z niecierpliwością.

— Ręka — przerwał Kalas — ale i blizna okropna na głowie. Część jej ogolona.
— Wziąłbym perukę! — zawołał Bużeński. — Co mi tam! Pięknym być nie chcę, ale — 

strasznym.

— Zdaje mi się, że oni ci nie uciekną — począł Kalas — ale mówmy na serio. Napadli cię raz 

Mościscy, a nic nie ręczy za to, że sprawa z nimi skończona. Gdy ci przyjdzie wyjeżdżać stąd, 
jestem przekonanym, że wiedzieć będą i czatować. Ludzi znajdą… Potrzeba więc nadzwyczajnej 
ostrożności.

— A, a! — przerwał Bużeński — imaginacja!
— Nie odważą się! Dałem im naukę… Nie lękam się… Dziwactwo.
— Ja to widzę inaczej — rzekł Kalas. — Nie chcę powiedzieć, ażebym miał jakieś poszlaki, 

może to być przywidzeniem; ale jestem pewnym, że za wygraną nie dali. Ojciec swoją drogą, a i 
za córkę nie ręczę.

— Nie wierzę w to — odpowiedział porucznik — ale gdyby tak nawet było, dosyć mamy 

czasu obmyśleć środki i podróż odbywać oględnie. Najmniejszej nie mam ochoty być znowu 
napadniętym przez całą kupę, a jakim dwom, trzem gdy do sil przyjdę, dam radę. Dałem dowód 
tego na Bernacie.

Szli jeszcze, gdy o. Anioł się zbliżył z uwagą, że powietrze zaczynało być chłodnym i że lepiej 

było powrócić do celi.

Grzeczny Zerwikaptur, przywitawszy się z nim i uznając słuszność przestrogi, natychmiast 

nawrócił ku klasztorowi, usiłując nie dać poznać księdzu, jak obaj byli roznamiętnieni rozmową.

Bużeński   szedł,   dając   się   prowadzić,   niemy,   zamyślony,   zmarszczony.   Kalas   za   niego 

podżartowywał i uśmiechał się.

W celi, gdy tylko pozostali sami, rozmowa na nowo się zawiązała w tym samym przedmiocie.
Bużeński chciał się rwać do Warszawy, Kalas mówił o możliwym napadzie i dowodził, że 

należało zawczasu obmyśleć środki ostrożności. Sam ofiarował się przybyć dla konwoju.

— Bylem raz mógł jechać i byłem się stąd potrafił wyrwać — wolał porucznik — reszta 

furda! Nie mogę stać na drodze miesiącami, a ja wyjadę tak, że nikt się ani domyśli. Spodziewam 
się, że w klasztorze szpiegów nie mają.

— A w miasteczku?
Porucznik głową potrząsał i powtarzał swoje: „Furda i furda!” Kalas zabawił dni kilka, a nic 

mu nie mogło wybić z głowy raz powziętej myśli, że Mościscy będą jeszcze starali się mścić na 
poruczniku i zgładzić go ze świata. Poczciwy, a trochę podlegający wybrykom fantazji bujnej, 
Kalas nie bez przyczyny może upierał się przy tym. Bużeński śmiertelnie obraził i zbezcześcił 
rodzinę w ten sposób, że ona od sądów i sprawiedliwości nie mogła żądać zadośćuczynienia i 
kary. Dopóki żył Bużeński, póty miała w nim nieprzyjaciela swej dobrej sławy. Rodzina więc 
zmuszona była niejako szukać na nim pomsty, tym bardziej że świeżo się dorobiwszy majątku i 
wszedłszy w wyższe sfery, dbać musiała o nieposzlakowane imię. Śmierć Bużeńskiego zamykała 
wszystkim usta; można było potem na jego warcholstwo złożyć wszystko.

Z tą myślą przybywszy Kalas do klasztoru, pokoju nie miał, póki nie wypytał wszystkich, czy 

się tu jacy ludzie nieznajomi nie snuli i nie dopytywali o porucznika. A że do kościoła i klasztoru 
mnóstwo  osób  przybywało  znanych  i   nieznanych   —  trudno  mu   było   dowiedzieć  się  czegoś 
pewnego.   Szczególniej   czeladź   Bużeńskiego   wziął   na   spytki   Kalas   i   od   jednego   z   ludzi, 
Boruszki,  posłyszał,  że  w istocie   kilka  razy go  jakiś  niemłody  człek  miodem   w miasteczku 
traktował, dowiadując się o zdrowie Bużeńskiego i czy rychło a dokąd stąd jechać myśli.

Boruszko nie widział w tym nic podejrzanego, że się o pana jego dopytywano, bo przygoda 

background image

głośna w okolicy ciekawość obudzała.

Kalas mu przykazał, aby jeżeli ten stary człek jeszcze się raz zjawi, dał mu o tym wiedzieć. O 

niczym jednak Bużeńskiemu nie mówił. Tkwiło w nim to przekonanie, że z Mościskimi rzecz nie 
jest skończona. Z opowiadania porucznika miał też wyobrażenie o charakterze wojewodzicowej 
Emili takie, iż ją o poprzysiężoną zemstę posądzał.

Boruszko, znęcony przyobiecaną nagrodą, tak się ułożył, iż w dni kilka znowu spotkawszy się 

z nieznajomym, zostawił go w karczmie, pod pozorem że się pójdzie czegoś więcej dowiedzieć, i 
kazał mu czekać na siebie. Oznajmiwszy o nim Kalasowi, sam powrócił i siadł rozmawiać ze 
starym.

Kalas narzuciwszy lada jaką opończę na siebie, wszedł do izby szynkowej, niby przypadkiem, 

i udawał starszego sługę porucznika.

Stary, którego tu zastał, nietutejszy był i zdawał się usprawiedliwiać powzięte podejrzenie. 

Zaprosił   on   na   miód   Kalasa   i   począł   rozmowę   o   tym   i   o   owym,   ale   z   wyraźnym   celem 
informowania się o chorym. Zerwikaptur począł ubolewać nad stanem jego i opowiadać, że choć 
pora była cieplejsza, trudno mu będzie ruszyć rychło z klasztoru. Dodał i to, że gdyby wracał, to 
nie   do   chorągwi   do   Białegostoku,   ale   do   majątku   swego   pojedzie,   aby   wypocząć.   Słowem 
jednym, starał się zbałamucić wypytującego i zbić go z tropu, jeśli już jakiego napytał.

Jako próbę stanowczą, czy to istotnie szpieg był Mościskich, lub po prostu próżniak, chciwy 

jakiej nowiny, Kalas postanowił na końcu wmieszać w rozmowę nazwisko Mościskich, aby się 
przekonać, jakie ono uczyni wrażenie na starym szlachcicu.

Wyglądał on dobrodusznie, z oczu mu wielka bystrość nie patrzyła, ale Kalas podejrzywał, że 

się tak prostacko maskował.

Naprowadził więc gawędę na dawne przygody Bużeńskiego, jako pana swojego i wspomniał o 

jego staraniu o pannę Mościską.

Mówiąc  to, z  oka nie spuszczał  starego,  który w tej  chwili  sięgnął  po kubek z  miodem.  

Dostrzegł tylko bardzo wyraźnie, że ręka silnie mu zadrżała; stary zawahał się, biorąc lampkę, i 
żywo ją potem pochwycił, oczu nie podnosząc.

Uderzyło i to, że tak bardzo ciekawym będąc, nie spytał o tych Mościskich. Zamilkł, a nawet 

wprędce jakoś potem, rozpłaciwszy się, przepadł jak kamień w wodę.

Arendarz   pytany   powiedział,   że   od   niejakiego   czasu   człowiek   ten   często   przejeżdżał   i 

popasywał, ale ani on, ani nikt go tu nie znał. Podejrzenie więc utrzymywało się.

Kalas,   nie   chcąc   tym   nadaremnie   nudzić   chorego,   wymógł   tylko   na   nim   słowo,   że   nie 

wyjedzie   stąd   bez   niego.   Bużeński   tak   był   znudzony,   zniecierpliwiony,   zły   w   końcu,   iż   w 
jakimkolwiek by stanie rany się znajdowały, postanowił jechać w maju.

— Niech będzie co chce, a ja tu dłużej załogą siedzieć nie mogę i nie będę. pierwszych dni 

maja wyjadę, choćbym się na drodze miał położyć. Ale diabli mnie nie wezmą!

Kalas, wymógłszy słowo uroczyste, że bez niego nie wyjedzie, obiecał się na dziesiąty maja.
Termin ten postanowiwszy, Bużeński trochę już był spokojniejszym, twarz mu się uśmiechała.
— Ja ci mówię — powtarzał Kalasowi — dłużej w tej trumnie żyjąc czuję, że zgniłbym. Nie 

powiem nic złego na mnichów: ludziska są niczego… Nauczyli się kłamać światu i sobie, tak, że 
w końcu wierzą w to co mówią i zdaje się im, że są szczęśliwi. Ale człowiekowi jak ja za nogę 
być przywiązanemu w tej klatce… no to oszaleję! Przybywaj więc maja i… w świat! Znajdę 
doktora, co mnie prędzej wyleczy niż ten głupi Berek… A! Tak mi pilno stanąć przed obliczem 
wojewodzicowej i oczyma jej powiedzieć:

„Pani, oto jestem, chociażeście mnie na śmierć skazali. Żyw stoję przed tobą i wojnę będę 

prowadził aż do zgonu!”

Kalas, pożegnawszy się z Bużeńskim, wyjechał nazad do Białegostoku.

background image

Po wyjeździe jego, Bużeński, zostawiony sam sobie i myślom swym, smutniejszy i bardziej 

niż kiedy podrażniony, pozostał, dni licząc, które mu do przebycia w klasztorze pozostały.

background image

VIII

Trudnym   to   do   uwierzenia,   a   jednak   prawdą   było,   że   od   czasu   przeniesienia   swego   do 

klasztoru, Bużeński ani razu w kościele nie był.

Z początku dziwić to nie mogło, boć z celi nie wychodził; później, włócząc się po całym  

klasztorze,   przechadzał   po   krużgankach,   często   po   kilka   godzin   spędzał   w   ogrodzie,   słyszał 
dzwony   i   dzwonki   powołujące   na   nabożeństwo   Dochodziły   go   śpiewy;   księża   rozmaitymi 
sposobami nieznacznie starali się go skłonić, aby zaszedł się pomodlić; ks. Anioł zaciekawiał go 
obrazami  i rzeźbionymi  ławami  w chórze — ale porucznik wszystkiego tego zdawał się nie 
rozumieć i nie słuchać.

Nigdy też nikt z nich nie widział go modlącym się, a choćby żegnającym. Ale ani o. gwardian, 

ani surowy Serafin i Gabriel nie próbowali go gwałtownie ciągnąć na nabożeństwo, nawet w dni 
świąteczne.

Obojętność ta naówczas była niebezprzykładną, a z tych, co dla pokoju domowego, na usilne 

prośby żon, jeździli do kościołów, wielu już a wielu było takich, co czynili to tylko dla ludzkiego 
oka.

Porucznik   więc   nie   —   był   nadzwyczajnością.   Ojcowie   bernardyni   z   tymi   domami 

poszlakowanymi o obojętność obchodzili się w sposób sobie właściwy. Nie wdawali się ani w 
polemikę, ani w propagandę żadną, ale niedowiarstwo to ignorowali po prostu.

Jeździli do zobojętniałych i nieprzyjaznych, tak samo jak do pobożnych i gorliwych, mówili z 

nimi, jakby nie przypuszczali i nie brali na serio ich dziwactwa. Zasiadali do stołu wesoło, znosili 
prześmiewania cierpliwie, a nie dawali pokoju zastygłym.

Częstokroć   skutkiem   takiego   postępowania   było,   że   ludzie   zawstydzeni   nawracali   się   po 

trosze, gdy domy skazane na anatema

*

 opuszczone były zupełnie.

To   apostolstwo   tolerancji   nie   dochodziło   jednak   do   pobłażania.   Zagadnięci   umieli   dać 

świadectwo prawdzie, ale w sposób spokojny i łagodny, z wiarą, iż ona gwałtownej broni nie 
potrzebowała.

Tak samo postępowano z porucznikiem, który jawnie afiszował swe niedowiarstwo, a słuchać 

musiał nieraz religijnych uniesień o. Serafina i Gabriela. Jego szyderstwa przelatywały około 
uszu   spokojnych   zakonników,   jak   te   strzały,   na   które   czasem   z   politowaniem   odpowiadano 
słowem   krótkim,   głębokiego   znaczenia,   wiele   do  myślenia   dającym.   Pobyt   w  klasztorze   nie 
podziałał na porucznika dotąd jawnie, ale z tych myśli, z którymi się ciągle spotykał, wiele w nim 
utkwiło. Nie zeszły one od razu, lecz nie odbiły się od opoki: pozostały w jej szczerbach.

Zbliżał się w końcu miesiąc maj — miesiąc kwiatów i Maryi, i zawczasu w ogrodzie wielki 

był  zachód i  staranie,  aby wonnych  bzów, czeremch,  róż  i wszelkiego  kwiecia  starczyło  do 
ubrania   ołtarza,   który  przez   miesiąc   cały   miał   dzień   i   noc   gorzeć   światłem,   zionąć   wonią   i 
rozlegać się pieśnią.

Porucznik, wychodzący często do ogrodu, który teraz w całym był blasku, spotkał się tu z o. 

Aniołem,   mającym   w   opiece   ołtarz,   który   ubierał   i   starał   się   uczynić   jak   najpiękniejszym. 
Niezmierne   zajęcie   nim   bawiło   Bużeńskiego   tak   niemal,   jakby   się   dziecinnej   przypatrywał 
zabawce. Śmiał się, drażnił go, lecz chodził za nim i gdziekolwiek go spotkał, zapytywał, czy 
białe lilie zakwitną w porę, a bez perski starczy zapachem do ostatnich dni maja.

O. Anioł tak był tym dziełem swym zaprzątnięty, tak nim szczęśliwy, że wcale się żartami 

Bużeńskiego nie obrażał. Na zapytanie o ukwiecenie i przyozdobienie ołtarza, odpowiadał mu 

* A n a t e m a  (z gr.) — klątwa.

background image

prawie zawsze:

— Kiedy porucznik przyjdzie i zobaczy, nie powstydzę się.
Nastąpiło otwarcie nabożeństwa uroczyste, a śpiewy dochodziły do Bużeńskiego w ogrodzie; 

ale ponieważ za dni dziesięć miał stąd odjechać, tak był zajęty swoją podróżą, iż oprócz niej nic 
go nie obchodziło. Podróż ta dla niego znaczyła nową zemstę, po którą śpieszył, której łaknął. Im 
się ona bardziej zbliżała, tym był jej chciwszym i wpadł w rodzaj gorączki.

Rany się goiły. Na głowie mało co pozostało, oprócz głębokiego rowu, który nigdy włosami 

nie miał zarosnąć; ale mężczyzny szrama taka nie szpeci. Zawsze ona dozwala przypuszczać, że 
została zdobytą nie w sprawie zemsty własnej, ale w obronie kraju.

Ręka   była   znacznie   lepiej;   nawet   władza   w   niej   powracała,   chociaż   dwa   palce,   jak   się 

zdawało, miały na wieki pozostać martwymi.

Czeladź porucznika, równie jak on szczęśliwa, że się do domu dostanie, z wolna zaczynała 

ładować się, gotować wozy i konie.

Bużeński co dzień rozkazy ponawiał, chodził do stajni i konie swe opatrywał. Chciało mu się 

bardzo jechać konno, nie na wozie i miał nadzieję, że tego dokaże.

Zajęcia teraz nie brakło. Przychodziły i kilkomiesięczne rachunki do załatwienia, a porucznik 

chciał je wszystkie popłacić honeste

*

, tak aby ludzie pamiętali, że mieli do czynienia nie z lada 

jakim szerepetką. Trzeba było Berka wynagrodzić, a co najtrudniejsza, należało się w sposób 
delikatny wywdzięczyć oo. bernardynom, którzy z nim i kłopotu niemało, i kosztu mieli dosyć.

O zapłacie wprost ani mówić było można. Radził się o to porucznik o. Anioła, z którym był 

najpoufalej; ale ten mu zaręczył, że gwardian nic przyjąć nie może i nie zechce.

Nie pozostawało więc nic niedowiarkowi temu, nad ofiarę jakąś dla kościoła. Myśląc o tym 

sam   on   się   uśmiechał.   Odjechać   znowu,   nie   odwdzięczywszy   się,   było   niepodobieństwem. 
Napisał więc do Kalasa, aby mu srebrne ampułki i lampę podobną przywiózł od złotnika.

Po cichu powtarzał sobie: „Wlazłszy między wrony, trzeba krakać jak i ony”….
Dzień uchodził za dniem, maj się rozpoczął, lecz pospolitym u nas trybem był słotny. Miało to 

zwiastować żyto jak gaj, ale tymczasem było dosyć nudnym.

W przerwach między deszczami, gdy się tylko słonko ukazało, Bużeński wybiegał do ogrodu i 

tu sam, lub z którym z mnichów, chodził godzinami. Znał już wszystkie jego cieniste kryjówki, 
ławki ulubione, uliczki wonne, niemal drzewa okazalsze.

Zakonnicy, jak zawsze, zabawiali go chętnie rozmową, choć ona się niekiedy stawała przykrą 

tym cynizmem, z którego porucznik czynił sobie jakąś chlubę i popisywać się z nim lubił. Ale 
bywały   godziny   chóru,   nabożeństwa,   gdy   wszyscy   go   opuszczali,   naówczas   błądził   sam   z 
myślami.

Tak jednego wieczora znalazł się u furtki, która prowadziła na dziedziniec wewnętrzny, a do 

niego bokiem jednym przypierał kościół.

Prawie bezmyślnie wyszedłszy na to podwórze, Bużeński począł się murom przyglądać. Z 

dawnych   czasów,   z   lat   pierwszych   po   założeniu,   było   tu   kilka   wpuszczonych   w   ściany 
nagrobków rzeźbionych, z napisami.

Zwrócił   uwagę   jego   grobowiec   jeden,   w   którym   pod   krzyżem   klęczały   dwie   postacie   w 

dawnych strojach — mężczyzna i kobieta, dosyć niezgrabnie wyciosane.

Wpatrując się i czytając prośbę o modlitwę, Bużeński tuż postrzegł boczne drzwi kościoła, 

stojące otworem. W czasie nabożeństwa majowego bywał on zawsze do bardzo późna otwarty 
dla pobożnych.

Jak się to stało, że Bużeński zapragnął zobaczyć wnętrze kościoła czy ołtarz ubrany przez o. 

H o n e s t e  (łac.) — godnie, honorowo, uczciwie, szlachetnie.

background image

Anioła — sam on może nie umiał sobie wytłumaczyć. Dosyć, że szedł z wolna, zdjął czapkę i 
począł się rozglądać.

Budowa   nie   była,   jak   mówiliśmy,   bardzo   starożytną   ani   się   wykwintną   odznaczała 

architekturą; ale okazałą wydawała się rozmiarami, a wieczór, w którego mrokach nikły zbyt 
jaskrawe szczegóły, nadawał całości harmonię spokojną i piękną.

Oknami   z   góry   wpadało   jeszcze   blade   światło   wieczora.   Uroczysta   cisza   doskonale   się 

jednoczyła z tym półcieniem świątyni. porucznik oczyma szukał tego ołtarza Maryi, o którym się 
nasłuchał od o. Anioła, ale go spostrzec nie mógł. Kościół, oprócz trzech naw zwykłych, miał 
dwa rzędy kaplic, oddzielonych od niego żelaznymi przezroczystymi wroty.

W jednej z nich właśnie ubranym był ów ołtarz majowy, lecz należało przejść dokoła kościół, 

aby go znaleźć.

Wrażenie, jakie gmach ten, śpiący tak w mrokach i milczeniu, zrobił na poruczniku, było 

niemal bolesne. Dawniej widywał on wprawdzie kościoły i bywał w nich częściej, ale nie trafiło 
mu się w życiu nigdy znaleźć się w żadnym o tej porze, samemu, wśród wieczornych cieniów. 
Chód jego własny, rozlegający się dziwnie w tej próżni, raził go. Począł stąpać ciszej. Milczenie 
zdawało się tu obowiązkowym.

Z wolna postępował dalej.
Na   ścianach   spotykały   go   kamienie   grobowe,   którym   już   przypatrzeć   się   nie   mógł. 

Występowały   nad   ławami   chorągwie,   których   złociste   obszycia   gdzieniegdzie   pobłyskiwały 
światłem przez okna wpadającym.

Coraz to jakiś przedmiot, dawno nie widziany, a w dzieciństwie znajomy, przywodził mu na 

pamięć   lata   ubiegłe   i   pogrzebione.   Stawał   i   myślą   wracał   do   dni   tych,   tak   różnych   od 
dzisiejszych, tak przejrzysto–jasnych i spokojnych.

Z kolei obszedł cały kościół dokoła i dopiero w końcu jego zobaczył, jak gwiazdami, małymi 

lampkami otoczony posąg N. Panny, cały utopiony w bujnej zieleni.

Nie mógł jeszcze z dala rozeznać dobrze szczegółów, lecz tajemnicza ta kapliczka, świecąca 

sama jedna, żyjąca jeszcze, gdy wszystko było uśpione dokoła — wydała mu się istotnie piękną. 
Dla niego jednak był to tylko obrazek ładny.

W miarę jak się zbliżał ku niemu, zyskał on jeszcze. Stary posąg kamienny, trochę ostrych 

rysów   we   dnie,   teraz   obleczony   jakby   mgłą   mroków   występował   na   tle   gałęzi   ciemnych 
tajemniczo, jakby życiem obdarzony. Mrugające lampki poruszały na nim cienie.

Wkoło   cały   ołtarz   był   jakby   jednym   kwiecia   wieńcem;.   Bzy,   wieczorem   więdniejąc, 

wydawały woń najsilniejszą, mieszającą się z zapachem liści brzozowych,  kwiatów różnych, 
pogaszonych świec woskowych i rozwianych w powietrzu kadzideł.

O. Anioł mógł się istotnie dziełem swoim pochwalić. Nie: żałował on na nie ani młodych 

brzózek,   ani   świerków,   ani   bzów   i   czeremch   z   ogrodu.   Posadzka,   wysłana   liśćmi   kosaćca 
(tatarskim zielem), nadawała trochę mdłym woniom innym silny swój zapach, goryczą zaprawny.

Teraz dopiero, przybliżając się ku ołtarzowi, na którego białym antepedium

*

  wyszyta była 

złotem cyfra Maryi, dostrzegł porucznik, że przed nim klęczał na modlitwie jeden z zakonników, 
ale choć słyszał go nadchodzącego, nie przerwał jej i nie zwrócił się nawet.

Bużeński też stanął w pewnym oddaleniu, przypatrując się misternej budowie o. Anioła, w 

której poczucie piękna wielkie malowało się w zręcznym ugrupowaniu gałęzi.

Na samym ołtarzu piętrzyły się najrozmaitsze kubki i naczyńka, kwiatów pełne. Były one 

bardzo  rozmaite   i proste  i  łatwo  się  domyślić  było,  że  pochodziły  z ofiar   pobożnych,   które 
zakonnik starał się tak ustawić, aby i one tu były, a nie raziły pospolitością lub szpetotą.

* A n t e p e d i u m  (z łac.) — zasłona okrywająca z przodu dolną część ołtarza.

background image

Obok  dzbanuszka  porcelanowego   stał  i  kubek gliniany,  mówiąc  o  skromnej   ofierze.   Sam 

posąg nawet nie obronił się przyozdobieniu!, bo na szyi jego widać było kilka rzędów paciorek 
kolorowych, bursztynów i korali.

Wszystko   to   razem   fantastycznie   się   wyłaniało   z   nocy,   a   małe   lampki   i   jedna   większa, 

zwieszona od sufitu, łagodnymi światełkami grały na tej arfie tonów stłumionych.

Dalej już w prawo nie widać było nic, tylko szerokie linie ścian i koliste sklepienia, a na tle 

ich posągi ledwie dojrzane i obrazy, jakby ciemnością zamknięte.

Bużeński stał, wpatrując się bardzo długo i ciekawie. Obraz dla niego by nowym zupełnie i to, 

co widział, w osobliwszy sposób godziło się ze wspomnieniami jego, bo i one tak mglisto a 
niewyraźnie występowały na tle zabrukanym pamięci.

Sceptyk i szyderca, znajdował dziwne jakieś upodobanie w tym widowisku, nie mogąc sobie 

wytłumaczyć, co go tu przykuwało. Oczyma ciekawymi sięgał na prawo i lewo po przedmiotach 
niewyraźnych, usiłując odgadnąć ich tajemnice.

Wszędzie stała przed nim powaga i groza życia lub przypomnienie śmierci, o której on nigdy 

nie myślał. Tak samo i ta strona surowa żywota była mu obcą: z niej tryskały myśli prawie 
niezrozumiałe, lecz tak z rzeczywistością zgodne, że ich o przesadę i fałsz nie mógł obwiniać. 
Dla niego był to jakby nowy świat, który miał prawo bytu, choć on stał poza nim. Zatem były 
dwa życia, dwa światy w walce z sobą, a prawda tylko w jednym z nich mieszkać mogła. W 
prawo, dalej trochę, spoza filaru, silniej od okna  górnego oświecona, wisiała chorągiew żałobna. 
Trupie głowy biało, wyraziście odbijały się na niej. Bużeński długo się im przypatrywał, myśląc 
od dawna po raz pierwszy o śmierci.

Nie lękał się on jej, ale nigdy poza nią nie wybiegał myślą. Dla niego głębiej, dalej była tylko 

noc i nicość.

Poruszenie   zakonnika,   który,   ukończywszy   modlitwę,   podniósł   się   z   wolna,   rozbudziło   i 

porucznika z zadumy tak duszącej go, iż tchnąć musiał piersią całą, aby do życia powrócić.

W z wolna idącym mnichu poznał, zdziwiony trochę, nie żadnego z ascetów starszych, ale — 

wesołego   prostaczka,   kwestarza,   brata   Michała,   który,   zobaczywszy   porucznika,   zrobił   ruch 
malujący zdziwienie, a razem twarz mu się wyjaśniła wesoło.

Bużeńskiemu może nie było zbyt miło być pochwyconym na uczynku, tak sprzecznym z tym, 

co   zawsze   wygłaszał;   pośpieszył   więc   po   cichu,   idąc   ku   drzwiom   z   bratem   Michałem, 
wyspowiadać mu się z tego, iż go tu prosta ciekawość sprowadziła.

Wyszli bocznymi drzwiami w dziedziniec.
— Tyle mi o tym swoim ołtarzu prawił ojciec Anioł, że go raz przecież widzieć chciałem — 

rzekł śmiejąc się, Bużeński.

— Ale po nocy mało co dojrzeć można — rzekł brat Michał.
— Owszem, piękniejszy może jest teraz niż we dnie.
Stali jeszcze we drzwiach, gdy nadbiegł sam o. Anioł.
— O cudo! — zawołał, składając ręce — prawdziwy cud Maryi! Byłeś porucznik w kościele, 

a ja, a my po całym klasztorze i ogrodzie szukaliśmy go, nie wiedząc, co się z nim stało.

— Przecież  dzieło  rąk waszych  musiałem  widzieć,  o którym  mi  tyle  rozpowiadaliście  — 

zawołał Bużeński. — No, i przyznać wam muszę, że się to wcale pięknie prezentuje.

— Ale gdzie  tam  — przerwał  o. Anioł  — wiele  rzeczy mi  brakło.  Tak  bym  był  życzył  

rozkwitłych parę oleandrów starych. Mówiono mi, że tam nad Jordanem tyle dziko ich kwitnie. I 
cóżeście mogli widzieć w tym mroku? — dodał z zapałem. — To oglądać trzeba, gdy wszystkie 
światła rzęsiście dokoła płoną, a obłoki kadzideł odrywają posąg i ołtarz od ziemi. Wszystko to 
zdaje się wtedy kwitnąć w niebiosach.

Bużeński stał już ostygły i milczący. Poczęli wolnymi krokami iść ku klasztorowi.

background image

— Mój Boże — dodał o. Anioł — jakżem ja szczęśliwy, że mój ołtarz nareszcie porucznika 

do kościoła zwabił.

— Ha — przerwał smutnie Bużeński — znasz księże przysłowie: „Co po psie w kościele”? 

Tak i ze mną! — poruszył ramionami. — Dawnom zapomniał się modlić — dodał — a komu raz 
umrze na ustach modlitwa, nie wskrzesi jej już nic.

— O, nie! — zaprzeczył zakonnik — przeciwko temu ja się piszę z protestem.
Bużeński począł cóś podśpiewywać umyślnie, aby się nie okazać poruszonym, i pożegnawszy 

zakonników   zwrócił   się   do   swojej   celi.   Z   nową   jakąś   gwałtownością   i   pośpiechem   nakazał 
przygotowywać się ludziom do wyjazdu.

—   Dziś   już   ósmy   —   rzekł   —   najdalej   dziesiątego   Zerwikaptur   nadjedzie,   a   gdy   się   go 

doczekam, ani chwili nie zabawię tu dłużej.

Zapewniali go ludzie, że wszystko było w pogotowiu.
Rzecz dziwna jednak: Bużeński ciągle na pobyt swój w klasztorze skarżył się i narzekał, śmiał 

się   z   zakonników   i   ich   życia,   a   teraz,   gdy   tak   upragniony   wyjazd   się   zbliżał,   doświadczał 
osobliwego uczucia. Jakoś mu żal było tych mnichów, z którymi się zżył, czuł, że mu po nich 
tęskno będzie, że nawet ta nieznośna cisza grobowa przypomni mu się nieraz wśród wrzawy. 
Wszyscy ci ludzie występowali przed nim zagadkowo, ale sympatycznie. „Dobre ludziska” — 
powtarzał.

Lecz wnet przypomniał sobie swoją przeszłość, z którą był związany łańcuchem krwi; budziła 

się niedorzeczna namiętność ku kobiecie, którą razem kochał i pogardzał nią.

W tych sprzecznościach z samym sobą czekał na Kalasa.
Tymczasem, próbując się już ubierać, choć żupan i kontusz na ręku musiał być rozpruty i 

pozawiązywany, chodził po celach z pożegnaniami.

— Na świecie się już pewnie nie zobaczymy — powtarzał z uśmieszkiem — a gdzie indziej 

nie mam nadziei spotkać się, bo ichmość będziecie śpiewali Gloria in excelsis

*

, a ja będę wył z 

potępieńcami.

— Ale wybór  od pana porucznika  zależy  — mówił  o. Anioł.  — Myliślicie?  — mruczał 

Bużeński.

Im   ów   dziesiąty   zbliżał   się   więcej,   tym   porucznik   niespokojniejszym   się   okazywał.   Miał 

wprawdzie   list   od   Kalasa,   zapewniający,   że   przybędzie   w   terminie,   ale   dnia   dziesiątego 
Zerwikaptur nie przyjechał. Bużeński chodził, klnąc go i niepokojąc się.

Na ostatek jedenastego rano Kalas, który z całym swym obozem, bo ludzi z sobą wziął kilku, 

stanął na mieście, przyszedł do klasztoru. Można sobie wystawić, jak go Bużeński witał.

Rad był tego samego dnia wieczorem jechać, ale konie były pomęczone i mnóstwo jeszcze 

rzeczy zostawało do załatwienia.

Na   dobitkę   podkomorzy,   od   gwardiana   się   dowiedziawszy,   że   porucznik   miał   opuścić 

klasztor, obiecał się na ten dzień z pożegnaniem.

Nie   mogąc   mu   oddać   wizyty,   porucznik   przynajmniej   czekać   na   niego   musiał,   aby   się 

wytłumaczyć.

Bielski przybył dopiero po obiedzie, w wyśmienitym humorze, z małymi podarkami na drogę. 

Wiózł też zapas nowin zwykły. Wiedział, kto się w Warszawie narodził, umarł, ślubował i jacy 
dostojnicy na zamku byli przyjmowani i kto ostatnimi czasy zaszczycony został Orderem Orla 
Białego   i   św.   Stanisława.   Pomiędzy   udekorowanymi   wymienił   podkomorzy   jm.   pana   na 
Wielkich Mostach Mościskiego.

— Ale to, mości dobrodzieju — dodał, nie wiedząc o stosunkach porucznika — nieczysta 

G l o r i a   i n   e x c e l s i s  (łac.) — chwała na wysokości.

background image

historia tego na Wielkich Mostach Mościskiego, boby się on chyba na dziurawym moście pisać 
powinien. Posądzam go, że szlachectwem się szczyci podejrzanym i wszył się w cudzą skórę. A 
co to za buta! Co za fumy!  Ho! Ho! Zdaje się, że kędyś tu przechodzić musi droga z jego 
majętności Zabierza do owych Mostów, bo oto, nie dalej jak wczoraj, ludzie mi mówili, że w 
karczmie  na gościńcu w Krzywdzie  spotkali  jakiś oddział salw — gwardii tego pana, dosyć 
liczny, popasający czy nocujący. Co to, słyszę, za uzbrojenie i barwy od sajet! Daj go katu!

Kalas i Bużeński spojrzeli po sobie.
— Gdzie ci ludzie popasali? — zapytał Kalas.
— W Krzywdzie, na gościńcu w lesie — rzekł podkomorzy — a pili, słyszę, na umór, a 

krzyczeli…

— I dużo ich było?
— Powiadali mi, że dobrze kilkunastu. Chłop w chłopa jak dęby.
Porucznik zdrową ręką wąsa kręcił. Śmiały mu się oczy.
Bielski, wysypawszy nowiny, wyściskawszy obu ichmościów, napiwszy się starego miodu dla 

konkokcji

*

, odjechał wieczorem. Zaledwie był za furtą, gdy Kalas przybiegł do porucznika.

— A co! Nie mówiłem? — zawołał.
— Ale ja się z tego niewymownie cieszę — odezwał się Bużeński.
— Ilu nas będzie?
— Co ty myślisz? — przerwał Kalas.
— Co! Oczywista rzecz, wprost na nich jechać. Z satysfakcją się z nimi rozprawię. Po długim 

wypoczynku większego specjału nie ma nad taką okazyjkę.

Kalas się zżymnął cały.
— Ja na to nie pozwolę — rzekł. — Wiemy, szczęściem, że czekają na nas pod Krzywdą, 

pominiemy ich łatwo, a leźć im na sztych po co? Tyś jeszcze chory. Albo ta hałastra tego warta? 
Tfu do licha!

— Lubku mój! — przerwał Bużeński. — Miałoby to pozór, jakbyśmy się ich ulękli. Słuchaj 

tylko. Wielu ich? Kilkunastu, a nas, z moją i twoją czeladzią, doliczym się do dziesiątka; czyż 
przyzwoita rzecz ich omijać?

— Nie pojadę na Krzywdę! — zawołał Kalas. — Gdyby się to na co mogło przydać, nie 

mówię.

— Satysfakcja! — zawołał Bużeński. — Człek się odświeży, jakby w żywej wodzie skąpał.
Zerwikaptur ani słuchać nie chciał.
— Szlachcic ze szlachcicem wybić się, czemu nie? — wołał. — Ale to ciury!
Sprzeczali się tak z sobą i do wieczora ani jeden, ani drugi nie ustępował, a że Kalas w celi 

przyjaciela   na   podłodze   spał,   dobra   część   nocy   zeszła   jeszcze   na   upieraniu   się,   każdy   przy 
swoim.

Nazajutrz   Bużeński   chciał   już   jechać   na   gwałt;   tymczasem   koń   zakulał.   Dozorujący   go 

masztalerz otrzymał obietnicę stu batów wolniejszym czasem.

Szczodrym był na to Bużeński, lecz groźby te, jeśli na razie wykonane nie zostały, nigdy się 

potem nie spełniły.

Koń był przy kuciu zagwożdżony, a po usunięciu ufnala trzeba było dać nodze choć dzień 

spoczynku.

Tymczasem, jak skoro sami z sobą zostali, zaczynali się sprzeczać zajadle, czy jechać na 

Krzywdę, czy nie?

Kalas stał twardo przy swoim.

* K o n k o k c j a  (z łac.) — trawienie, strawność.

background image

Porucznik też dopiero tym został rozbrojony, gdy mu przyjaciel przypomniał, że dla marnej, 

jak   on   ją   zwal,   satysfakcji,   dostawszy   znowu   rany   —   bo   to   chodzi   po   ludziach   —   opóźni 
przybycie do Warszawy i tę wielką scenę, którą tak pragnął odegrać z wojewodzicową.

W istocie zaś Zerwikaptur miał nadzieję w czasie podróży, i nimby się do Warszawy dostali, 

przekonać powoli Bużeńskiego, iż sceny tej powinien był także zaniechać.

Postanowiono więc, zamiast wielkim gościńcem na Krzywdę, ruszyć w lewo, omijając ją, na 

Suchą Wolę.

— Kat ich bierz — zakończył Bużeński — można suponować, żeśmy o nich nie wiedzieli. 

Niech tam stoją i czekają. Mnie do Warszawy pilno.

— Pomimo to — dodał Kalas — chociaż podkomorzy o nich mówił, że się tam znajdują, 

powinniśmy się mieć na baczności. Mogą i oni się poinformować, drogę zabiec. Musiemy iść 
zwartym szeregiem, ławą i wszyscy razem.

— Zdaję na ciebie komendę — odezwał się porucznik — rób jak chcesz, byle w drogę raz… 

w pole, na świat i adieu — tym murom, które mnie tak długo trzymały. No, ale wiesz co, Kalas, 
śmiej się ze mnie, dalipan, że mi tych trutniów mnichów żal będzie.

background image

IX

Znanym jest serca ludzkiego przymiotem, że się przywiązuje do tych, którym mogło usłużyć. 

Odwrotną stroną medalu tego jest równie dowiedziony pewnik, że dobrodziejstwo upokarza i 
najczęściej wywołuje niewdzięczność.

Oo.bernardyni,   pomimo   wszystkiego   czego   doświadczyli   od   Bużeńskiego   bo   ten,   jak 

widzieliśmy,  wcale delikatnym nie był i obchodził się z nimi często grubiańsko, a zawsze z 
pewnym   lekceważeniem   —   przywiązali   się   do   tego   nieszczęśliwego.   Z   dobrocią   ludzi   do 
pobłażania nawykłych, starali się w nim wynajdywać strony jasne, popędy szlachetne, upatrywali 
pewne zmiany charakteru, na przyszłość obiecujące poprawę. Jednym słowem, niewdzięczny ten 
gość, który nadużywał ich serdecznej uprzejmości dla siebie, w ciągu kilkumiesięcznego pobytu 
stał się dla wszystkich już jakby cząstką potrzebną i czymś konwentowi należnym.

Był to probierz ich cierpliwości. Wybaczano mu wiele, przepuszczano mimo uszu cyniczne 

wybryki, miano dla niego litość i współczucie.

Wszyscy przygotowani byli do tego, że ich miał opuścić, a nie znalazł się ani jeden, który by 

go nie żałował.

Oni wszyscy czuli się tu tak bezpieczni w tym cichym kąciku i nie mogli pomyśleć bez trwogi 

o tym, na co zuchwały człek miał być narażony, znowu się na świat wyrywając.

O. Szymon pocieszał się tym, że różnymi drogami prowadzi Opatrzność ludzi do poprawy, że 

wielu potrzeba być wprzódy w srogim ogniu, nim ochłody zapragną i poznają, gdzie szukać jej 
powinni.

O. Anioł zawczasu myślał, jak mu będzie smutno przechodzić później około tej celi pustej, 

którą przez tak długi czas biedny porucznik zajmował.

Tymczasem w wigilią dnia odjazdu wozy już stały popakowane. Bużeński rozdał podarki i 

pamiątki i, sam dosyć wzruszony rozstaniem, położył się ostatni raz spać pod gościnnym dachem 
klasztoru. Paliła go już gorączka wyrwania się znowu w świat, do boju.

Z rana, gdy wozy i ludzie porucznika i Kalasa stały już u bramy klasztoru, do wyruszenia, w 

murach   panował   nadzwyczajny   ruch   i   wszyscy   byli   zaprzątnięci   wyjazdem.   Co   żyło, 
powysuwało   się   z   cel   i   komórek.   Służba   klasztorna,   po   pańsku   wynagrodzona,   żałowała 
Bużeńskiego i jego czeladzi, z którą żyła w najlepszej komitywie. Wszyscy niemal z orszaku 
porucznika raniuchno na intencją podróży poszli słuchać mszy świętej przed ołtarzem N. Panny, 
odprawionej przez o. Gabriela. Bo choć pan bezbożnikiem był, a niewiara jego oddziaływała po 
trosze na służbę, w prostaczkach nie tak łatwo zachwiać tym, co z mlekiem wyssali.

Gdy   się   to   działo,   Bużeński   się   odziewał   do   drogi,   którą   uparł   się   odbywać   konno, 

przynajmniej dopóty, dopóki starczą siły. Był tego przekonania, że na koniu rychlej odzyszcze 
postradaną swobodę ruchów i dawną rześkość.

Jeszcze się obaj z Kalasem nie poprzepasywali do drogi, gdy już zakonnicy na pożegnanie 

schodzić się zaczęli.

Jeden   z   pierwszych   przybył   o.   Rafał,   jako   gospodarz.   Tęskno   mu   było,   że   ten   gość   po 

staroświecku i po chrześciańsku nie chciał wnijść do kościoła ani na chwilę, podziękować Bogu 
za wyzdrowienie, a prosić o błogosławieństwo. W rytuałach kościelnych, w starych agendach 
znajduje się wszakże taka benedykcja podróżnych.

Dawniej, gdy wszystkie podróże były z wielu niebezpieczeństwami połączone, obyczaj prawie 

powszechny prowadził zabierających się w drogę do kościoła. Bużeńskiemu jednak o tym ani 
mówić nie było można. O. Rafał patrzył na śpieszącego i rozgorączkowanego swojego gościa z 

background image

politowaniem wielkim.

— Jeszcze raz, ojcze gwardianie — odezwał się rubasznie porucznik — tysiączne dzięki wam! 

Byliście   dla   mnie,   nieznośnego   natręta,   bardzo   miłościwymi.   Nie  umiem   wypowiedzieć,   jak 
wdzięczen jestem. Sam to czuję, żem dokuczał, ale naturę mam psią, zjadliwą.

— Wierzcie mi, poruczniku — przerwał ksiądz — że nie tylkoście nam się nie naprzykrzyli, 

ale tęskno będzie po was wszystkim. Nie umiemy inaczej okazać wam afektu, tylko po mniszemu 
modlić się za was będziemy.

Drzwi nie domknięte otworzyły się i wszedł o. Serafin, z książeczką w ręku. Z nim najmniej 

obcował Bużeński, ale miał wielkie poszanowanie dla niego i jakąś niewytłumaczoną przed nim 
trwogę.

O. Serafin wsunął się jakby zakłopotany i bardzo po cichu cóś do Bużeńskiego przemówił. 

Głos mu drżał.

— Niech Bóg prowadzi! — rzekł. — Wyście po sobie klasztorowi zostawili pamiątki, otóż i ja 

wam chcę też narzucić jedną. Wiem, że rychło jej nie spożytkujecie, ale — któż wie, przyjdzie 
może taka w życiu waszym godzina, gdy… otworzycie, choćby przez ciekawość, książeczkę, 
którą wam przynoszę.

To mówiąc, małą, oprawioną w skórę czarną z klamrami książkę, o. Serafin, obejrzawszy się 

dokoła, wcisnął w podróżną sakwę porucznika, która jeszcze nie była zasznurowaną.

Bużeński, nawet nie spojrzawszy na książkę, począł dziękować, a o. Serafin, jakby ciężkiego 

dopełniwszy obowiązku, cofnął się przed przybywającym o. Gabrielem.

Ten w krótkich słowach przynosił także błogosławieństwa i życzenia. Na twarzy jego widać 

było niepokój o tego człowieka, ale zarazem smutne przekonanie, że godzina nawrócenia go nie 
wybiła jeszcze.

Oo.   Anioł,   Szymon,   nawet   kwestarz   Michał   znaleźli   się   w   celi,   wszyscy   spoglądając   na 

przygotowującego się z serdecznym uczuciem. Na niektórych obliczu czytać było można jakby 
przeczucie, iż nowe niebezpieczeństwa zuchwałemu szlachcicowi groźnymi będą.

O. Anioł na próżno się silił na wesołość.
Sam Bużeński, natura wcale niesentymentalna, czuł się poruszonym głęboko, choć wesołego 

chciał udawać. Zapowiadał on ojcom, że chyba żyw nie będzie, a przy pierwszej sposobności 
odwiedzić ich musi.

Chciano się nastroić na ton wesoły, ale w glosach brzmiała jakaś nuta smutna.
Dla o. Michała Bużeński szedł na stracenie. Jeden o. Serafin, który mu wcisnął naśladowanie 

Chrystusa Pana, miał jakąś nadzieję.

Ks. Michał, świadom dróg i dworów, dowiedziawszy się, którędy jechać mają, informował ich 

o mostach niepewnych, o groblach jeszcze nie wyschłych, o grzęzawicach i objeżdżkach. Był 
nawet tego zdania, że noclegi i popasy po dworach raczej niż po gospodach odprawiać byli 
powinni, dla bezpieczeństwa i dla przyjemności. Porucznik się temu opierał, z powodu, że do 
szlachcica zajechać było łatwo, ale wydobyć się trudno, i podróż musiałaby się nie wiedzieć jak 
długo przeciągnąć.

W   końcu   Bużeński   schylił   się   przed   gwardianem   raz   ostatni,   ujął   za   czapkę   i   ruszył, 

obejrzawszy się po celi.

Ojcowie,   wszyscy   zasmuceni,   jak   w   procesji   go   przeprowadzili.   Mimo   woli.   Kalas   się 

skrzywił i pomyślał: brak tylko świec, a wyglądałby pochód nasz jak pogrzeb.

Bużeński   szedł,   rozmawiając   wesoło,   ale   spoglądając   się   smutnie   po   korytarzach   i 

krużgankach.   Co chwila   ukazywał   się  któryś  z  braciszków,  żegnając  go jeszcze  pokłonem  i 
szeptem:

— Bóg prowadź!

background image

Pożegnano się u furty, przy której pozostali o. Rafał z Serafinem, reszta towarzyszyła aż do 

bramy… Tu stali ludzie na koniach, wozy i wierzchowce dla ichmościów.

Żegnano się jeszcze. O. Anioł błogosławił krzyżem świętym.
Bużeńskiemu oczy się śmiały do konia i skoczył na siodło raźno, ale na krótką chwilę cóś go 

jakby zaślepiło… płatki przeleciały przed oczyma, potarł ręką po czole, i dopiero odetchnąwszy, 
dał znak:

— Naprzód!
Zza bramy stojący zakonnicy spoglądali jeszcze.
Wielu z nich po tym  krnąbrnym  i zuchwałym  żołnierzu  tęskno już było.  Na ostatek cała 

kawalkata znikła za pierwszymi domami miasteczka i wrota się zamknęły.

Po tych miesiącach kilku rekolekcyj, Bużeński, choć się na pozór wcale nie zmienił, znalazł 

się wszakże na swobodzie jakby innym. Nie był już tym nieustraszonym zapaśnikiem w walce z 
losem,   co   wprzódy.   Wola   była   taż   sama,   lecz   energia   w   wykonaniu   osłabła.   Gwałtowne 
postanowienia poddawał jakiejś rachubie, czego dawniej nie bywało.

Tak teraz z początku zażądał się puścić na Krzywdę i narazić na napaść, a dał się przełamać 

przyjacielowi   i   od   zamiaru   odstąpił   —   a   myśląc   o   Warszawie   i   spotkaniu   z   panią 
wojewodzicową, choć się z tego nie zwierzał Kalasowi, wahał się, jak tego dopełnić.

Podróż,   przedsięwzięta   z   ostrożnością   i   oględnością   wielką,   poszła   pomyślnie.   Zasadzka 

Mościskich, jeżeli w istocie zamierzoną była, pozostała za nimi, a o pogoni mowy być nie mogło, 
gdy raz na wielki dostali się gościniec.

Porucznik   wprost   dążył   do   Warszawy.   Kalas   mu   chciał   towarzyszyć   aż   tam   i   dni   kilka 

pozostać,   aby,   jeżeli   można,   odwieść   go   od   zamiaru   zrobienia   nowej   awanii

*

  kobiecie   i 

ściągnięcia na siebie zemsty jeszcze straszniejszej. Bużeński miał tu stosunki bardzo rozległe i 
powszechnie   był   lubianym.   Bywał   na   dworze   i   we   wszystkich   znaczniejszych   domach. 
Przyjaciele jego, w czasie niebytności, starali się wieści, jakie chodziły o nim, obrócić na korzyść 
jego. Było cóś tajemniczego w tym, lecz wierzyli wszyscy, znając Bużeńskiego, że nic honorowi 
jego   uwłaczającego   być   nie   mogło.   Zaraz   po   przybyciu   co   najpilniej   posłał   się   porucznik 
dowiadywać, czy wojewodzicowa z mężem jest w Warszawie. Kalas życzył gorąco, by jej nie 
zastali. Stało się jednak inaczej. Starego Mościskiego nie było, ale córka z mężem właśnie jako 
gwiazda nowa przyświecała horyzontowi.

Spotkanie się było nieuchronnym.
Zerwikaptur sądził, że może zawczasu rozgłaszając o przybyciu Bużeńskiego, wypłoszy stąd 

piękną panią. Wiedział dowodnie o tym, że przyjazd porucznika doszedł do jej wiadomości, nie 
ruszyła się jednak i nie zdawała chcieć zmienić życia trybu.

Porucznik potrzebował dni paru, nimby pierwsze wizyty oddawać począł. Ręka jego jeszcze 

wymagała pewnych  ostrożności, lecz suknie tak zręcznie  mu porozparano dla niej, że mógł, 
mimo to, ze zwykłą elegancją wystąpić.

Kalasowi   się   nie   zwierzał   już,   gdzie   i   jak   miał   wojewodzicowa   Emilią   po   raz   pierwszy 

powitać, nie chciał się bowiem przyznać do tego, że gdy wprzód gwałtownie sobie życzył tego 
spotkania, teraz zdawał je na losy i powiedział sobie, że to ma być udziałem przypadku.

Tymczasem   kasztelanic,   jak  wszyscy   owej   epoki   zabawiający   się  wesoło,   był   namiętnym 

graczem. Drugiego czy trzeciego dnia spotkał się w ulicy z szambelanem króla, u którego co 
wieczór grywano — można było nawet powiedzieć i co rano, bo najczęściej poczęta wieczorem 
gra przeciągała się do świtu.

Szambelan gwałtownie  prosić go począł, aby na wieczerzę  przybył  koniecznie. Mieli być 

* A w a n i a  (z fr.) — obelga, krzywda, afront.

background image

mężczyźni sami.

— Mam z sobą swego przyjaciela, Kalasantego — rzekł porucznik — opuścić go nie mogę.
— Przyjdźcie we dwu, proszę — dodał szambelan. — Plus on est desfous, plus on rit

*

.

O godzinie dziewiątej, nie bez bicia serca, Bużeński, po raz pierwszy od wypadku, ukazał się 

w gronie dawnych znajomych.

Powitano go radośnie, ale z należną dyskrecją, nie zarzucając pytaniami do zbytku. W liczbie 

gości znajdujących się tu uderzyła Bużeńskiego figura, obca mu, młodego, delikatnego, dosyć 
przystojnego jegomościa, który mówiąc szeplenił trochę i miał głosik cienki, niby niewieści, niby 
dziecinny.

Nadzwyczaj grzeczny dla wszystkich, nieznajomy ten, ni z tego, ni z owego, wśród rozmowy, 

kazał się zaprezentować

Bużeńskiemu. Był to pan wojewodzic, mąż Emilii.
Osłupiał niemal porucznik, gdy ten swym cieniuchnym głosikiem, słodziuchno przemówił do 

niego, że wiele o nim słyszał od żony, że bardzo pragnął zrobić z nim znajomość, a w końcu 
wyraził się, iż ma nadzieję widzieć go w domu swoim.

Zuchwały i niczym się nie dający zmieszać, Bużeński tym razem tak był niespodzianką tą 

odurzony,  iż  z  początku  odpowiedzieć  nie  umiał.  Zamruczał   cóś, kłaniając   się. Wojewodzic 
rozpoczął z nim swobodną rozmowę i dał mu poznać w niej całą swą nicość.

Głos dziecinny doskonale w nim odpowiadał umysłowi, na wieczne skazanemu dzieciństwo.
Gdy się wojewodzic oddalił, a Bużeński mógł zbliżyć do Kalasa i spojrzeli sobie w oczy, 

Zerwikaptur zapytał go:

— Cóż ty myślisz?
— Naturalna rzecz, że zaproszenia nie mogę odrzucić. Sami mnie wyzywają.
— Ja to rozumiem inaczej — odparł Kalas. — Jejmość chce przejednania.
Bużeński się zadumał.
— Wszystkiegom się spodziewał, ale tego — przyznaję się — nie. Bądź co bądź, nie ujdę z 

placu.

W kilka dni potem porucznik pojechał z wizytami i kartę swą wyrzucił w pałacyku, który 

wojewodzie z żoną zajmował na Krakowskim Przedmieściu.

Był to krok pierwszy.
Nazajutrz wojewodzie go odwiedził wzajemnie. Wiadomo było powszechnie, że nic nie czynił 

bez wiedzy żony, całe to więc wystąpienie jej przypisać należało.

Na wieczorze u pani lubelskiej, na którym tłum był wielki, a chwilowo i król się znajdował, 

porucznik   znajdował   się   także.   Tu   miał   szczęście   zwrócić   na   siebie   naprzód   łaskawe   oko 
najjaśniejszego pana, który go przywitał, zapytał o zdrowie, powiedział, iż słyszał o chorobie i 
grzecznie pożegnał życzeniem, aby tak miłego człowieka societe

*

 stolicy nie straciła… Stanisław 

August   miał   zawsze   na   zawołanie   uśmiech   ten   zdawkowy,   którym   wszystkich   czarował. 
Obdarzył   nim   i   Bużeńskiego.   W   chwilę   potem,   o   trzy   kroki   od   siebie,   niespodzianie   ujrzał 
wojewodzicową. Tyle mu ona przypominała, iż mimo całego męstwa swego zaniemiał i pobladł.

Nadzwyczaj   strojna,   jaśniejąca   pięknością,   której   znamieniem   była   śmiałość   i   zuchwałe 

narzucanie się, okryta brylantami, obwita w koronki, stała przed nim jak urągające się widmo 
jakieś.

W twarzyczce jej nie dostrzegł ani cienia strachu, niepewności, wahania się. Zmierzyła go 

wielkimi   oczyma,   a   gdy,   przystąpiwszy,   ukłonił   się   jej,   pierwsza   go   powitała   ze   swobodą 
niepojętą.

P l u s   o n   e s t   d e s f o u s ,   p l u s   o n   r i t  (fr.) — im więcej ludzi, tym jest weselej.
S o c i e t e  (fr.) — towarzystwo, społeczność.

background image

— Miło mi pana porucznika tu spotkać.
Wachlarzyk   przyłożyła   do ust  i  patrząc  nań  zaczęła   się uśmiechać.  Bużeński  stał  jeszcze 

skamieniały.

— Mąż mój mówił mi, iż miał przyjemność zrobić z nim znajomość. Bużeński dostrzegł, że ze 

stron zwracano na nich oczy; to mu bodźca dodało.

— Pani mi dozwoli, abym jej złożył uszanowanie?
— Spodziewam się! — przerwała młoda pani. — Czekam na wizytę i mam do niej prawo.
Nie   uszło   zapewne   oka   wojewodzicowej   wrażenie,   jakie   uczyniła   na   dawnym   swym 

wielbicielu. Była pewną, że panowanie nad nim odzyska i korzystając z tego, że towarzystwo 
otaczające zajęte było przybywającym Anglikiem jakimś, dodała półgłosem:

— Przeszłości trzeba zapomnieć i wzajemne winy sobie przebaczyć. Rozumiesz mnie pan?…
Resztę wzrokiem dopełniwszy skinęła na męża wachlarzem, a gdy ten, przebiwszy się przez 

tłum, przyleciał natychmiast, zawołała, wskazując porucznika:

— Prośże pana Bużeńskiego, aby bez ceremonij przyszedł do nas na obiad we czwartek.
Wojewodzie oburącz uchwycił dłoń porucznika, a gdy się ta ceremonia odbywała, piękna pani 

skorzystała z chwili, wstała i odeszła.

Długo potem Bużeński przyjść do siebie nie mógł.
Na wieczorze u pani lubelskiej nie było Kalasa, porucznik natychmiast wyjechał, aby się z 

nim rozmówić o tym, co go spotkało. Nie zastał jednak przyjaciela i miał czas, czekając na niego, 
rozmyślać, ważyć, jak mu postąpić należało. Własne jego zuchwalstwo, które on sam uważał za 
nadzwyczajne, przeszła śmiałość i energia tej kobiety. Był na pierwszym wstępie zwyciężonym 
już przez nią.

Gdy Kalas o północy wrócił i usłyszał opowiadanie przyjaciela, z początku wierzyć nie chciał. 

Zdawało mu się to niepodobieństwem.

— Wiesz co — rzekł w końcu — na twym miejscu, zaprawdę, strzegłbym się jeść i pić w 

domu tej kobiety. Żeby ona ci mogła przebaczyć, temu nigdy nie uwierzę. Ma jakąś zemstę na 
oku — strzeż się!

Bużeński się rozśmiał.
— Śni ci się; jaką ona zemstę knuć może? Nie lękam się jej, a przyznam ci się że mnie  

widokiem swej piękności do najwyższego stopnia na nowo rozkochała. Małżonek jest zerem.

Nie dokończył. Kalas, chłodniejszy, na próżno starał się ostudzić go i baczniejszym uczynić.
Po owym obiedzie czwartkowym powrócił Bużeński jeszcze bardziej rozmarzony i spętany 

zupełnie. Przyjaciela ani słuchać już nie chciał i gniewał się na niego. Szał nim owładnął jakiś.

Kalas, trwożliwy, na próżno starał się przeniknąć, co to wszystko znaczyć  miało. Nic nie 

mogło mu wybić z głowy zemsty, lecz tak misternie osnutej, że rodzaju jej i dróg niepodobna 
jeszcze było wyśledzić.

Chciał   pozostać   tu   na   straży   przy   Bużeńskim,   który   oświadczył,   że   służbę   porzuca, 

porucznikowstwo sprzedaje i ma zamieszkać w Warszawie, ale dla Kalasa było to poświęcenie 
się niepodobieństwem.

Po kilku tygodniach, gdy coraz ściślejsze stosunki zawiązywały się pomiędzy wojewodzicem, 

jego żoną i Bużeńskim, a Kalas na próżno prawił kazania o ostrożności — musiał w końcu 
odjechać do chorągwi, zdając przyjaciela na opiekę losu.

Przewidzieć było poniekąd łatwo, że Bużeński, pod wpływem tej kobiety, tam pójdzie, gdzie 

ona zechce.

Przez dosyć długi czas Kalas, wyjechawszy do Białegostoku, unikał stosunków z Warszawą, 

nie   dowiadywał   się   o   poruczniku,   lękając   się   czegoś   straszliwego   dowiedzieć.   Stosunki 
rezydencji   pani   krakowskiej   ze   stolicą   były   bardzo   częste   i   łatwe,   przejeżdżających   i 

background image

przybywających   wielu.   Snadnie   więc   mógł   informować   się   Zerwikaptur,   lecz,   jakby 
przeczuciem, słuchać nie chciał i nie pytał.

Tak cały rok upłynął. Bużeński ani razu się nie zgłosił, nie napisał nawet.
Kalasa   wysłano   po   lenungi

*

  do   Warszawy.   Rad   nierad,   jechać   musiał.   Miał   zamiar, 

odebrawszy ze skarbu przyobiecaną i asygnowaną sumę, natychmiast odjeżdżać. Tymczasem 
formalności się znalazły do dopełnienia, zwlekano wypłatę.

Kalas mało się gdzie pokazywał. Miał tu siostrę cioteczną, kobietę żyjącą cicho, słabowitą, i u 

niej jednej czasem bywał.

Dom to był zamknięty, chociaż nie bez stosunków ze światem. Chora pani starościna spędzała 

znaczniejszą   część   dnia,   leżąc   na   kanapie,   zajęta   dwojgiem   swych   dzieci.   Kilka   dobrych 
przyjaciółek, odwiedzając ją, przynosiło ten chleb powszedni wszystkich miast wielkich — plotki 
i pogłoski.

Jednego   dnia   Kalas   trafił   właśnie   na   opowiadanie   o   nadzwyczajnych   zbytkach   i 

marnotrawności   swojego   przyjaciela,   który,   jak   w   mieście   mówiono,   dla   pięknej 
wojewodzicowej, dla towarzystwa jej, dla przypodobania się i popisu, majątek tak szybko tracił, 
a w karty przy tym tak wiele przegrywał, że miała mu w prędkim czasie grozić nieuchronna 
ruina.

Opowiadano   o  wydawanych  przez   niego  na   wsi  i   w mieście   fetach,   których  Emilia  była 

królową, tysiącami dukatów kosztujących.

Mąż był z nim w najlepszych stosunkach, Bużeński przyjacielem domu. Kredyt, jaki miał w 

początku, już był silnie zachwiany, mówiono, że wpadł w ręce lichwiarzy,  że część majątku 
chciał sprzedać.

Kalas tak wziął to do serca, iż nazajutrz pobiegł do Bużeńskiego bardzo rano, aby go zastać w 

domu na pewno.

Porucznik spał jeszcze, miał czas przyjaciel rozpatrzeć się w domu, na stopie nadzwyczaj 

pańskiej   postawionym,   pełnym   służby   i   nieładu.   Przypuszczony   potem   do   sypialni,   znalazł 
Bużeńskiego przerażająco zmienionym.

Zawsze   piękny   jeszcze,   gwałtownie   w   ciągu   tego   roku   postarzał,   podrażniony   był, 

niecierpliwy, a słowa goryczy pełne wyrywały mu się z ust mimo woli, choć dowodził, że bardzo 
jest szczęśliwy.

Z   rozmowy   się   okazało,   że   niedawno   przegrał   około   pięciu   tysięcy   czerwonych   złotych. 

Troska o dostanie pieniędzy była widoczną. Kalas spróbował dawać rady zdrowe, ale Bużeński 
powitał je śmiechem.

— Dajże mi pokój! Przegrałem wczoraj, jutro mogę wygrać. Życia, do którego nawykłem, nie 

rzucę, bo nie mogę. Nie wytrzymałbym już, nie kąpiąc się w tym wrzątku… Ale to się nazywa — 
żyć… a kisnąć, jak wy ludzie rozsądni, to największa nędza i głupota! Jak co komu służy. Krótko 
a dobrze, to moje godło!

— Ależ czy dobrze? — pytał Kalas. — Nie wyglądasz wcale tak szczęśliwym.
— Mylisz się. Za nic w świecie trybu życia bym nie zmienił.
Rozmowa zwróciła się na wojewodzicową.
— Widzisz — rzekł Bużeński — jakie miałeś podejrzenia i przeczucia śmieszne. Jesteśmy z 

nią   i   z   nim   w   najlepszej   przyjaźni…   Kobieta   zachwycająca,   a   charakter   jej   tak   mojemu 
odpowiada, że myśli swe zgadujemy.

Kalas patrzył nań wielkimi oczyma.
— Mąż najwygodniejsze w świecie stworzenie. Począł się śmiać.

* L e n u n g  (z niem.) — żołd.

background image

— Zalotną jest, to prawda, ale któraż piękna jak ona kobieta jest od tego wolną?
— Ludzie głoszą, że ona cię rujnuje.
— To pocieszne! — odparł Bużeński. — Ona nie potrzebuje niczego, bo jest bogatszą daleko 

ode mnie. Ja, jeśli się rujnuję, to dla siebie, nie dla niej. Bawimy się razem, to prawda.

Zasępiło się czoło porucznikowi na to wspomnienie ruiny.
— Nie będę kłamał przed tobą — dodał. — Istotnie w tym towarzystwie przeszastałem wiele, 

a po ojcu, jak wiesz, niczego się już spodziewać nie mogę ale… jakoś to będzie! Karty mnie dużo 
kosztują, lecz parę wieczorów szczęśliwych i mogę stanąć na nogi.

Kalasowi tak przykro było słuchać tych wyznań i widzieć już jawnie pochyłość, po której 

przyjaciel   leciał   w   przepaść,   że   pożegnawszy   go   dnia   tego,   choć   parę   dni   bawił   jeszcze   w 
Warszawie, widzieć go już nie chciał.

Życie   Bużeńskiego,   o   którym   go   dochodziły   z   różnych   stron   wieści,   nawet   w   tej   epoce 

rozprzężenia i jakiegoś bezmyślnego szału, obudzało w ludziach politowanie.

Kalas w tym wszystkim dostrzegł jakby umyślną, podżegającą, popychającą do zguby dłoń 

wojewodzicowej.   Ciągle   myśl   ta   go   dręczyła,   iż   mściwa   niewiasta   prowadzi   do   ruiny 
Bużeńskiego, aby się w ten sposób za doznane upokorzenie odpłacić.

Z tymi myślami smutnymi wyjechał Zerwikaptur do Białegostoku i znowu przez czas dosyć 

długi  nie  miał  żadnej  o przyjacielu  wiadomości.  Przykro  mu  było  przypomnieć  sobie  swoją 
ostatnią bytność w Warszawie, rozmowę z Bużeńskim i wszystko, co biło w oczy z jego sposobu 
życia. Z trwogą myślał, ażali groźna jaka wiadomość nie przyjdzie o nim… Znając gwałtowny 
charakter porucznika, przewidywał jakiś koniec tragiczny. W ciągu całego jednak następnego 
roku, o Bużeńskim nic słychać nie było. Dwa lata upłynęły od jego osiedlenia się w Warszawie.

Następny lenung dla chorągwi już inny z panów towarzyszów jechał odebrać w Warszawie, 

Kalas się wymówił od tego. Po powrocie kolegi nie śmiał badać nawet Zerwikaptur, ale on sam 
przyszedł, ukłon mu przynosząc od dawnego towarzysza.

— Cóż się z nim dzieje? — zapytał Kalas.
— Mówią, że ostatkami goni — rzekł przybyły — ale zawsze to są jeszcze pańskie ostatki. Na 

grze spędza większą część czasu, a co gorzej, głoszą nieprzyjaźni mu, że co dawniej sam się 
zgrywał, teraz na spółkę z jakimś Francuzem ogrywa drugich. Krzywo nań patrzeć poczynają.

— Na Boga! — zawołał, protestując, Kalas. — To są potwarze! Znam tego człowieka: może 

się zrujnować, ale się nie splami.

— Tak tyś go znał i myśmy go wszyscy znali — odparł towarzysz. — Ale tempora mutantur

*

. 

Po krzywej  drodze zajść można  tam,  gdzie się nie spodziewało.  Nie chciał  ani słuchać, ani 
wierzyć   temu   Kalas.   To   pewnym   było   jednak,   że   majątki   wszystkie,   zadłużone,   już 
poprzechodziły   w   obce   ręce,   że   porucznik   nie   miał   nic,   a   żył   na   pańskiej   stopie   i   w 
najściślejszych stosunkach z człowiekiem podejrzanym, że jest graczem z rzemiosła.

Z wojewodzicową i jej mężem, jak powiadał przybyły, stosunki miały być nie zerwane, ale 

znacznie osłabłe. Z domu dawnej przyjaciółki wychodziły właśnie wieści uwłaczające sławie 
porucznika.

Wkrótce potem wiadomość o chorobie i śmierci ciotecznej siostry Kalasa zmusiła go udać się 

do Warszawy. Nie miał zamiaru ani szukać tu już Bużeńskiego, ani się z nim widzieć — ale los 
rozporządził inaczej.

T e m p o r a   m u t a n t u r  (łac.) — czasy się zmieniają.

background image

X

Po pogrzebie i ułożeniu interesów zmarłej z rodziną, Kalas wybierał się już z powrotem do 

Białegostoku, gdy z rana usłyszał głos donośny, chociaż ochrypły,  dopytujący się o niego w 
gospodzie pod Orłem Białym. Nie poznał w nim Bużeńskiego, chociaż on to był, który go szukał.

Ukazujący   się   w   progu   był   cieniem   obrzydliwie   wykoszlawionym   tego   pięknego   i 

szlachetnego oblicza mężczyzny, jakim Kalas znał go niegdyś.

Twarz obrzękła, skrzywiona, zaczerwieniona chorobliwie, oczy jakby krwią zaszłe, wyraz ust, 

dawniej   energiczny,   dziś   cynicznie   szyderski   —   czyniły   go   wstrętliwym.   Ubiór   jeszcze   po 
dawnemu   wytworny   był,   choć   niesmaczny,   a   dowodził,   że   zrujnowany   chciał   się   pokazać 
bogatym. Łańcuchy, pierścienie, spinki kosztowne błyszczały na szatach drogich, ale pomiętych. 
Na czole straszna troska kryła się w zmarszczkach przedwczesnych, gdy usta zdawały się drwić i 
urągać ze świata.

— Cóż to za moda znowu? — zawołał od progu. — Być w Warszawie, a starego przyjaciela i 

brata nawet nie nawiedzić? Trzeba wypadku, aby się Bużeński dowiedział o Kalasie i sam mu 
przyszedł się narzucać, hę?

— Proszę cię, na pogrzeb przybyłem — rzekł zmieszany Zerwikaptur.
— Cóż to ma do tego? Umarłych się grzebie, a z żywymi  się je i pije. To mówiąc, siadł  

Bużeński.

— Hę? Cóż słychać?
Kalas, przejęty widokiem strasznym upadku tego człowieka, prawie się nie umiał zebrać na 

odpowiedź.

— No, a u ciebie? — odparł.
— U mnie? Cóż chcesz? Żyje się. Pozbyłem się do kaduka dóbr, na których okradano, jestem 

teraz swobodny, procul negotiis

*

.

Rozśmiał się szydersko.
— Ludzie ci powiedzą może, iż zrujnowany jestem. Kłamstwo! Jestem na drodze do fortuny. 

Przyjdź kiedy chcesz do mnie wieczorem, zobaczysz jak mieszkam, zjesz kolację i przekonasz 
się,   jakiego   mam   kucharza.   Spędzisz   kilka   godzin   w   towarzystwie   najweselszych   ludzi   w 
Warszawie, zobaczysz kupy złota na stolikach…

Milczał Kalas, a Bużeński koniec laski ze złotą gałką wziął w usta i przestał mówić na chwilę.
— Z wojewodzicową moją — dodał ciszej — trochęśmy na zimno. Kobieta piękna, dziś może 

rozkwitła jeszcze śliczniej, ale zalotna i bałamutka. Starliśmy się parę razy ostro.

— Bywasz u nich jeszcze? — spytał Kalas.
— Nie, bo ten błazen mąż  mi się sprzykrzył.  Ślepy jest, chciałem się nim posłużyć,  aby 

drugich odpędzić.

Bużeński nie dokończył.
— Przyjdziesz do mnie na wieczerzę? — zapytał.
— A cóż bym tam robił? — odparł Kalas. — Wiesz, że w karty nie grywam, a wieczerzy nie 

jadam. Towarzystwa twojego nie znam.

— Poznać je warto — wtrącił Bużeński — bo to są najpiękniejsze imiona i ludzie wysoko 

położeni. Nie ma jak karty, aby się przy stoliku zrównali wszyscy.

Nagle porucznik się poprawił, obrócił, sparł rękę na poręczy krzesła i ciszej począł:
— Wystaw sobie, co to za podłość tych ludzi. Mówię o wojewodzicu i jego żonie. Żyliśmy na 

P r o c u l   n e g o t i i s  (łac.) — wolny od obowiązków.

background image

takiej stopie poufałej, a gdy mi się interesa czasowo zawikłały, mizernych tysiąca czerwonych 
złotych   mi   odmówili.   Między   nami   mówiąc,   jejmość   ode   mnie   wprzódy   przyjmowała 
kosztowniejsze prezenta, niż to, o com na kilka dni prosił. Kobieta piękna, ale jak była, tak jest 
niewiele warta.

— Przestrzegałem cię — szepnął Kalas.
— Ano, pamiętam o tym, alem był pod urokiem naówczas. Teraz mi się oczy otworzyły — 

dodał smutnie. — A co powiesz? Gdyby chciała ta wiedźma, jeszcze by mnie wzięła, taką ma 
władzę przeklętą nade mną.

Zaczął śpiewać Bużeński, dobył zegarka kosztownego, spojrzał i rzekł:
—   Nalegam,   abyś   przyszedł   do   mnie   na   wieczerzę,   dlatego   tylko,   abyś   głupcom, 

rozgłaszającym ruinę moją, mógł gębę zatkać.

Wstał, mówiąc to, i pochwycił rękę Kalasa.
—   Co   u   licha!   Nie   dróż   się,   przyjdź!   Co   jest   najznakomitszego,   najsławniejszego   w 

Warszawie, poznasz u mnie. Sama ciekawość cię sprowadzić powinna.

Okręcił się na nodze, z udaną wesołością.
— Czekam nieodmiennie. Możesz przyjść nawet po północy.
Po wyjściu gościa, Kalas długo siedział smutny, przerażony tym widokiem upadku człowieka, 

który był mu niegdyś sympatycznym. Majątkowa jego ruina niczym się zdawała obok moralnej, 
tak wypiętnowanej na obliczu, w mowie, w stroju, obejściu się człowieka, że Kalas powtarzał 
sobie: Byćże by mogło, aby się do tego stopnia zszargał i zbrukał?

Wiele było i dawniej w zuchwałym, młodym szlachcicu rażącego często przesadą, lecz teraz 

wszystko zdawało się fałszem, udawaniem, kłamstwem przeciwko samemu sobie. Ten Bużeński, 
co   w   klasztorze   mnichów   nieustannie   komedią   prześladował,   dziś   sam   najnikczemniejszego 
pajaca   grał   rolę,   udając   państwo,   dostatek   i   w   społeczeństwie   należenie   do   sfery,   w   której 
utrzymać się nie mógł.

Z tonu mowy, z wejrzeń, z pewnego troskliwie ukrywanego zakłopotania wnosił Kalas — 

który nie był wielkim znawcą ludzi — że Bużeński sam czuć musiał ruinę własną i okłamywał 
również siebie, jak drugich.

Przeczuciem jakimś Kalasowi na ten wieczór i wieczerzę bardzo się iść nie chciało, choć był 

ciekawym   rzucić   okiem   na   ten   świat   dla   siebie   nowy.   Wiedział,   że   powróci   ze   wstrętem   i 
obrzydzeniem. Ociągał się długo, lecz nareszcie, dość późno już, postanowił dotrzymać danego 
słowa. Poszedł.

Mieszkanie, które porucznik zajmował wraz z Francuzem jakimś, tytułującym się margrabią, z 

daleka już jaśniało, oświecone tak rzęsisto, że ludzie ulicami przechodzący stawali, aby mu się 
przypatrywać.   Cały   rząd   okien   na   pierwszym   piętrze   bił   światłem   aż   na   błoto   uliczne. 
Kilkanaście powozów różnych stało przed wrotami, a woźnica i służba od koni, pozsiadawszy z 
kozłów, hałaśliwie się też zabawiali.

Schody   były   oświetlone,   a   i   tu   pachołkowie,   lokaje,   hajduki,   pilnujący   płaszczów   w 

przedpokoju i sieniach, grali w karty i głośnymi śmiechy świadczyli o dobrym humorze.

Cały szereg sal i pokojów ciągnął się, na przestrzał otwarty. Atmosferę czuć było jedzeniem, 

winem, ponczem, tytuniem i wonnościami, jakie naówczas były w modzie. Kilkanaście osób 
przechadzało się kupkami, gwarząc żywo, niektórzy leżeli na kanapach, ale znaczniejsza część 
zgromadzona była przy stolikach gry, które w każdym prawie pokoju rozstawiono. Około nich 
ścisk był największy i po chwilowym milczeniu oczekiwania rozległy się wykrzykniki.

U  jednego stolika   dostrzegł  Kalas  niemłodego   mężczyznę,  w którym  się  domyślił   owego 

margrabiego, z zakasanymi rękawami, trzymającego bank. Duża kupa złota leżała przed nim. 
Francuz z elegancją i dumą, z wielką zręcznością władał kartami, oczyma mierząc otaczających 

background image

go dostojnych graczów.

W drugiej sali, za takim samym stołem, porozpinany, z szyją obnażoną, rozparty na krześle, z 

zuchwałym wejrzeniem, ciągnął

Bużeński. Z dala spostrzegłszy Kalasa, kiwnął mu głową i wskazując na bank, zawołał:
— Si le coeur vous en dit

*

….

Ale   Kalas   najmniejszej   nie   miał   ochoty   ani   wygrywać,   ani   tracić.   Skrył   się   za   innymi   i 

przypatrywał nie tak wesołemu, jak mocno roznamiętnionemu i rozgrzanemu towarzystwu.

Roznoszono napoje chłodzące i rozgrzewające.
Pańskie to przyjęcie — choć miało pozór wszelki dostatku, zarazem nosiło na sobie jakieś 

piętno nieładu i rozpusty.  Słudzy chodzili tak, jakby się panów swych  ani obawiali, ani ich 
szanowali. Zdawali się niemal z nich urągać.

Kalas,   nieznany   tu,   błądził   wśród   zgromadzonych,   którzy   wcale   nie   zważając   na   niego, 

rozmawiali swobodnie. Z kilku kupek zaleciały go cicho, ale dobitnie wyrażone zdania wcale 
niepochlebne o Francuzie i o Bużeńskim.

— Nie może  to być,  aby on nie wiedział,  że jest spólnikiem  i pomocnikiem  pospolitego 

szalbierza. Tu grać nie można, to po prostu jaskinia rozbójników.

— To się smutnie skończyć musi — dodawał inny.
Kilka razy aż zadrżał Kalas, słysząc nagle powstającą przy stołach gry burzę, ale wnet jakoś 

się uspokajało. Grano dalej.

Niektórzy   wychodzili   roznamiętnieni,   nie   widząc   nic,   mrucząc   sami   do   siebie,   nie 

odpowiadając na zapytania.

Wśród tego gwaru słudzy oznajmili, że wieczerza była na stole i banki pozamykano, bo sala 

jadalna została otwarta.

Na chwilę nadbiegający do przyjaciela Bużeński porwał go i prawie gwałtem posadził przy 

stole. Dał mu takie miejsce, aby w sąsiedztwie znalazł dawnego znajomego i towarzysza spod tej 
samej chorągwi, którego teraz dopiero zobaczył Kalas.

Był to starszy od niego niejaki Paweł Sas — Sasin, człek dziwny, ponury, który swojego czasu 

między wojskowymi uchodził za nudnego warchoła. Milczał, albo się kłócił zawsze. Kalas nie 
był z nim nigdy blisko, ale koleżeństwo, po upływie pewnego czasu, stanowi węzeł i ludzi kuma 
ze sobą.

Sasin się z nim przywitał grzecznie.
— Co asindziej tu robisz? — spytał. — Nigdym go nie widział jeszcze u Bużeńskiego.
— Przypadkiem jestem, przejazdem tylko.
— Ano! — odparł Sasin — a ja też, choć siedzę w Warszawie i uczęszczam dla ciekawości do 

tego przybytku fortuny, nie wdaję się w zapasy z nią. Schylił się do ucha Kalasowi.

— Co mówisz? Hę? To wszystko mi pachnie jakąś nadciągającą katastrofą. Hę?
— Niestety, i na mnie to takie czyni wrażenie — rzekł Kalas. — Rzecz ciekawa! — mruczał  

Sasin. — Na co to zeszło Bużeńskiemu! Popatrzyli sobie w oczy.

— Ja przyznaję się — dodał Sasin — jestem tu raz ostatni. Nie chciałbym być wmieszanym w 

awanturę, a czuję ją w powietrzu.

Po chwili  Sasin, który rozpatrywał  się po gościach nie znanych  Kalasowi, zaczął  mu  ich 

wskazywać   po   nazwiskach   i   tytułach.   Zgromadzenie   było   istotnie   świetne,   ale   złożone   ze 
znanych hulaków, nie mających jutra.

Po cichu przez ciąg wieczerzy rozmawiali tak z Sasinem, gdy już namiętność gry niespokojna 

zaczęła   znaczniejszą   część,   osobliwie   przegranych,   odciągać   od  stołu.   Margrabia   i   Bużeński 

S i   l e   c o e u r   v o u s   e n   d i t … (fr.) —jeżeli serce ci dyktuje…, tu w znaczeniu: jeżeli masz ochotę…

background image

wstali, ulegając natarczywemu domaganiu się o banki.

Kalas i Sasin siedzieli przy kieliszku wina burgundzkiego jeszcze, gdy rychło po wieczerzy z 

sali, w której bank trzymał Bużeński, głośniejsza wrzawa dochodzić ich zaczęła. Słychać było 
parę razy podnoszący się głos gospodarza, zagłuszony wykrzyknikami. Nastąpiło milczenie i 
spór zawzięty znowu.

— Wieczerza cóś ich bardzo zaanimowała — rzekł Sasin, oglądając się. Kilka już razy i przed 

wieczerzą   powstawały   spory,   lecz   teraz   one   widocznie   przybierały   jakiś   gwałtowniejszy 
charakter.

Sasin potrząsał głową.
— Wiesz co, kolego — szepnął do Kalasa — dopij kieliszka i wynośmy się. Pachnie mi tu 

burdą.

Ledwie miał czas słów tych domówić, gdy w sali powstał taki krzyk i hałas, jakby się już 

mordowano. Bużeńskiego ponad wszystkimi było słychać, ale natychmiast zakrzykiwano.

— To infamia

*

! To rozbój!

Nim powstali od stołu, łomot krzeseł, stuk, szczęk okrutny zwiastował, że przyszło do starcia.
Niektórzy wynosili się co rychlej za drzwi, inni biegali, kapelusze włożywszy na głowę.
Bużeński krzyczał schrypły:
— Sprawa honorowa! Ja mej krzywdy nie daruję!
— Nikt się z tobą bić nie będzie, chyba kijem.
Sasin i Kalas wpadli do sali, gdy ona już była prawie opróżnioną. Stół leżał wywrócony, kilka 

krzeseł zdruzgotanych, po ziemi walały się karty i rozsypane złoto. Bużeński, pąsowy z gniewu, 
w rozpiętej sukni, bijąc się kułakami w piersi, latał jak szalony po sali.

Margrabia,   równie   przerażony   i   gniewny,   stał   na   uboczu,   jakby   niepewny,   co   ma   robić. 

Obłąkanymi oczyma rzucał dokoła.

Już byli w progu, gdy Sasin, rzuciwszy okiem na to, co się działo, wstrzymał towarzysza.
— Dajmy pokój, my tu nic nie pomożemy. Zejdźmy im z oczu lepiej, niech się to bez nas 

wyklaruje.

I porwawszy za rękę Kalasa, uprowadził go wprost do sieni i na schody.
— Nie mówiłem, że katastrofa za pasem? Inaczej się to skończyć nie mogło.
Przeciskając się przez gości, Sasin i Kalas, zdziwieni i strwożeni, nie posłyszeli ani jednego 

głosu,   który   by   się   odezwał   za   gospodarzami.   Wszyscy   teraz   utrzymywali,   iż   od   dawna   to 
widzieli, co się dnia tego objawiło jasno i na jaw wyszło.

Na Bużeńskiego składano winę całą, bo gdyby nie on, nikt by z nieznanym przybłędą, takim 

chevalier d’industrie

*

 nie chciał się zadawać.

Struty okrutnie, Kalas, pożegnawszy w ulicy Sasina, powlókł się do gospody. Zawsze mu, 

pomimo wszystko, żal było

Bużeńskiego; rad by się dowiedział nazajutrz, na czym to wszystko skończyć się miało. Lecz 

w stolicy, naówczas pełnej sejmowego gwaru, niemal codzienne przygody jakieś były chlebem 
powszednim. Nazajutrz Kalas nie mógł się o niczym dowiedzieć.

Poszedł na oślep ku Krakowskiemu Przedmieściu, aby około mieszkania Bużeńskiego dostać 

języka. Na pierwszym piętrze okna wszystkie były pootwierane, jakby mieszkanie opuszczone 
przewietrzano.   W   domu   cicho   było   i   pusto.   Zbliżywszy   się   do   sąsiedniego   sklepu,   Kalas   z 
łatwością   się   dowiedział,   że   szulernia   na   pierwszym   piętrze,   po   nocnej   awanturze,   została 
opróżnioną. Francuz miał zniknąć nad ranem, a z towarzyszem jego nie wiedziano, co się stało.

Ponieważ Sasin dał mu adres swój, a Kalas przez miłosierdzie losu dawnego towarzysza będąc 

* I n f a m i a  (z łac.) — niesława, hańba.
C h e v a l i e r   d ’ i n d u s t r i e  (fr.) — oszust, spekulant, tu w znaczeniu: niebieski ptak.

background image

ciekawym, sądził, że się o nim dowie u obytego z miastem człowieka — poszedł do niego. Stary 
dziwak,   z   fajką   na   niepomiernie   długim   cybuchu,   chodził   po   bardzo   skromnym   swym 
mieszkanku. Zobaczywszy Kalasa, podał mu szeroką dłoń w milczeniu.

— A co, nie mówiłem? — odezwał się. — Katastrofa nastąpiła. — Cóż się z Bużeńskim 

stało?

— Chce się bić — rzekł Sasin — ale nikt z nim nie stanie. Francuz złodziej czmychnął, 

szalbierstwo było jawne. Nie pozostaje mu, chyba sobie w łeb palnąć.

— A cóż to pomoże? — odparł Kalas — tym się nie zrehabilituje.
— A czymże u kaduka z takiego błota czy smoły się dobyć? — począł Sasin. — Jak to raz 

przywrzeje do człowieka, nie zmazać niczym .

Zresztą Sasin nie wiedział więcej nic.
Parę dni jeszcze dla własnych interesów wstrzymać się w Warszawie zmuszony, Kalas już 

nawet nie pytał o dawnego towarzysza, tak się lękał dowiedzieć o nim czegoś złego. Bolał go los 
jego niewymownie.

Tymczasem na drugi dzień ceremonialny stary Sasin przyszedł mu się wypłacić wzajemnymi 

odwiedzinami.   Rozmowa   naturalnie   znów   zwróciła   się   na   Bużeńskiego,   ale   nic   nowego   nie 
wiedział o nim dawny towarzysz broni.

—   Wszystko   to,   co   w   tak   krótkim   czasie   zaszło   —   mówił   —   od   dawna   można   było 

przewidzieć. Pchnęła go na tę drogę zemsta kobiety, o której mówią, że mając do Bużeńskiego 
niedarowaną obrazę, umyślnie go pociągnęła ku sobie, pracowała nad zrujnowaniem go i — 
dobiła wreszcie. Ona pierwsza drzwi mu zamknęła. Ludzie mówią o niesłychanej perfidii, z jaką 
ta jejmość nadzwyczaj zręcznie miała chodzić około zguby tego człowieka. Naprzód dla niej 
stracił wszystko, a gdy nie stało na życie rozpasane, rzucił się na manowce. Mówią, że teraz ona i 
jej przyjaciele błotem obrzucają nieszczęśliwego, aby już nigdzie oczów pokazać nie mógł.

— Tak się to wydawać może, kto zna historią porucznika — rzekł Kalas — lecz sądzę, że 

chyba   więcej   los   i   charakter   jego   własny   niż   taka   przemyślna   i   obrachowana   zemsta 
poprowadziły go do upadku. — A ja ci powiadam — przerwał Sasin — ja, co nie od dziś znam 
kobiety,  że to sprawa wojewodzicowej. W tych  czasach, kiedy na oko z nim najlepiej była, 
myślisz, że się taiła z tym, iż go nienawidzi? Wszystkie jej przyjaciółki wiedziały, co zamierza. 
W kobiecych kołach, gdy on wydawał fety kosztujące tysiące, powtarzano sobie na ucho, co 
powiadała wojewodzicowa. Jeszcze kilka takich, a… wszystko runie. Z początku może naiwny 
mąż użyty był jako narzędzie; później i on pomagał ze świadomością. Powiadała mu słyszę, a on 
to drugim powtarzał: „My się go inaczej nie pozbędziemy, tylko gdy się do szczętu zrujnuje. Im 
prędzej,  tym  lepiej!”   Dziś  wojewodzicowa  i   jej   mąż  po  całym   mieście  się  z   tym  noszą,  że 
wszystkie drzwi przed Bużeńskim zamknąć się powinny. Na nieszczęście i ojca ma przeciw sobie 
— dołożył Sasin — bo ten i macocha z nim, usprawiedliwiając siebie, jego potępiać muszą. — 
Nieszczęśliwy! — zawołał Kalas. — Nie wiecie, co się z nim dzieje?

— Nie, nie słychać nic.
Tegoż dnia wieczorem, gdy już Kalas w łóżku był, do drzwi jego gwałtownie się dobijać 

zaczęto.

Tknęło go coś, iż to być może Bużeński, kazał więc chłopcu wstać i otworzyć. On to był w 

istocie.

Wpadł jak burza, sapiąc i klnąc, a z głosu i postawy poznał Kalas, iż był mocno napiły. Nie 

witając się, jak gdyby tylko co się rozstał z Kalasem, począł, upadłszy na krzesło:

— To nie koniec! O nie, początek dopiero! Ja im pokażę, co to Bużeński znaczy — ja im 

pokażę! Ja się śmierci nie boję, a potwarz z siebie krwią ich zmyję. Inaczej jak krwawo nie może 
to się skończyć.

background image

Nagle zadumał się i westchnął, jakby zapominając, gdzie i z kim był.
— Dziwne losy! Szelma Francuz! Ale nie dowiodą mi tego, nie! Bić się nie chcą, to ostrzelam 

plac   i  będę   do   nich   jak  do   psów  palił.   Wystaw   sobie   ta…   paskudna  Emilia,   i   ta   mi   drzwi 
zamknęła. Wychodzi lokaj z zuchwałą miną i powiada mi, że ma rozkaz nigdy mnie na próg nie 
puszczać, żebym o tym raz na zawsze wiedział. Plunąłem w oczy chamowi. Wojewodzica na 
ulicy zbiję kijem przy pierwszym  spotkaniu. Wszystkich  ich ten los czeka. Nie, nie koniec, 
panowie moi… poznacie mnie!

Mówił tak więcej do siebie niż do Kalasa, nie patrząc na niego, siedząc z głową i oczyma 

spuszczonymi, widocznie już zapomniawszy, gdzie jest.

Wstał potem i zdał się czegoś dokoła szukać oczyma. Ustami poruszał, jakby w nich zaschło. 

Wejrzenie obłąkane biegało, nie widząc nic.

Siedział znowu przy łóżku.
— Nikogo! Wszyscy odstąpili — począł wołać. — Zabawna rzecz… Wczoraj jeszcze pili i 

jedli u mnie, dziś żaden znać nie chce.

Zamruczał coś niewyraźnie.
— To nikczemne stworzenie, ten Francuz… Zląkł się, zabrał wszystko, sprzątnął i nimem się 

opatrzył, już go nie było. Wziął, słyszę, pocztę w nocy. Grosza nie zostawił, tylko długi. Niech 
go szukają, ja za nic nie odpowiadam.

Rozśmiał się szydersko..
— Zmuszony byłem  pisać do kasztelana — dodał — odesłał mi list nie odpieczętowany. 

Ojciec! Urzędownie słyszę się mnie wyrzekł.

Wtem obróciwszy się do Kalasa, który nic nie mówił, gwałtownie zakrzyczał:
— Nie powiadaj mi tego, żem ja sam temu winien, kłamstwo! Fałsz! Ja wiem czyja wina, 

wiem… Nie moja. Naprawić dziś niepodobna, ale trzeba skończyć jak należy. Poznają mnie. 
Zakrztusił się, pięść nastawił i spojrzawszy na Kalasa, zawołał szorstko:

— Czy i ty z nimi? Patrz — (wywrócił kieszeń) — nie mam szeląga. Dasz mi, czy nie? Kalas 

pośpieszył spod poduszki dobyć zieloną sakiewkę; w milczeniu wytrząsł z niej, co miał, odliczył 
w   oczach   jego   i   dał   mu   połowę.   Bużeński   rękę   wyciągnął,   złoto   wsypał   do   kieszeni,   nie 
powiedział słowa i wyszedł.

Kalas   koniecznie   już   chciał   wybrać   się   do   domu   nazajutrz,   lecz   przeszkoda   nowa   go 

wstrzymała.

Biegał po mieście za ostatnimi jakimiś sprawunkami, gdy się z Sasinem spotkał. Z dala już 

stary mu dawał znaki.

— A co — rzekł — porwał się w ulicy nie wiem do kogo z kijem i wzięto go pod straż. 

Mówiono mi, że w areszcie bije się jak szalony o ściany.

Zdjęty litością, Zerwikaptur w pierwszej chwili chciał iść starać się albo o uwolnienie go, lub 

próbować   ukołysać   rozjątrzonego;   lecz   trudno   się   było   i   dowiedzieć   gdzie   go   zamknięto,   i 
docisnąć do niego.

— Instyguje

*

 przeciwko niemu osób wiele — rzekł Sasin — nie zrobisz nic. Wsadzą go do 

czubków… i to jeszcze dobrze będzie dla niego, gdy się na tym skończy.

Zmuszony do wyjazdu, nie spodziewając się być pomocą Bużeńskiemu, Kalas szedł już na 

powrót do gospody — gdy przed sobą spostrzegł idącego wolnym krokiem bernardyna. Suknia ta 
żywo mu przypomniała pobyt w klasztorze i te lepsze czasy, gdy nie można było przewidzieć 
nawet,   jak   smutny   los   spotka   Bużeńskiego.   Przypatrywał   się   idącemu   naprzeciw   siebie 
zakonnikowi, gdy ten uśmiechać się zaczął, rękę podniósł do czapeczki i pozdrowił go.

* I n s t y g o w a ć  (z łac.) — poduszczać, ukrycie inspirować.

background image

— Jeżeli się nie mylę…
Kalas poznał w nadchodzącym starego o. Szymona.
— Nie mylisz się, mój ojcze — witając, odparł Kalas. — Ale cóż was tu sprowadziło?
— Zwykła zmiana — rzekł o. Szymon łagodnie. — Klasztory się dopełniają mieniają wedle 

potrzeby członkami konwentu, posyłają ich, gdzie potrzebniejsi być mogą.

— I nie tęskno wam za waszym miłym, spokojnym gniazdem? — zapytał Kalas.
—   Mój   panie   drogi   —   odezwał   się   zakonnik   —   my   nie   mamy   prawa   tęsknić,   tylko   za 

niebieskimi rzeczami. Myślą człowiek powraca do tych miejsc, w których lat wiele przeżył, lecz 
myśl to wdzięczna, nie tęskna. Ale powiedzcież mi, proszę, z porucznikim co się stało?

Kalas pochwycił się za głowę.
— Nie pytajcie lepiej — rzekł cicho.
Milczeli obaj czas jakiś. Na twarzy o. Szymona malowały się smutek i współczucie.
— Spotkało go nieszczęście jakie? — począł o. Szymon.
— Największe, jakie człowieka może dotknąć — rzekł Kalas. — Właśnie spotkaliście mnie w 

chwili, gdy o nim otrzymałem wiadomość. Jest uwięziony; lecz niczym by to było, ojcze mój. 
Ale   sponiewierał   się   człowiek,   w   którym   było   sił   wiele   na   dobre   mogących   się   obrócić. 
Wszystkie się zwróciły na zgubę, niestety!

O.   Szymon,   słuchając   z   zajęciem   gorącym,   zdawał   się   modlić   w   duszy.   —   Nie   maszże 

ratunku? — szepnął.

—   Ja   już   nie   widzę   żadnego   —   mówił   Kalas   smutnie.   —   Widzieliście   go,   ojcze   mój, 

urągającym się losowi, majętnym, śmiałym, pewnym siebie — a dziś! Zubożały, odepchnięty, 
wzgardzony, może w sumieniu własnym upokorzony… ach!

Nie odpowiadając nic o. Szymon zapytał tylko o to, gdzie się porucznik znajduje, pod jaką 

strażą.

Kalas musiał mu opowiedzieć wszystko, czego był świadkiem ostatnich dni w Warszawie.
Na starcu uczyniło to głębokie wrażenie.
—   Byłeś   przyjacielem   jego   —   rzekł   —   teraz   pora   dowieść   mu   miłosierdzia   i   miłości 

braterskiej. Kochać tych, co zasługują na to, aby byli kochani, bardzo łatwo; ale miłość mieć dla 
upadłych i nie porzucić ich, gdy wszystko opuściło, chrześcijańskim jest dziełem.

Próbujcie, azali się wam nie uda ocalić go.
— Jak? — zapytał, ręce łamiąc, Kalas. — Możnaż ratować tego, który sam nie chce być 

ocalonym?

— Ale gdy go wszyscy opuszczą i zostawiony będzie na pastwę sobie, cóż wówczas? Chodź 

ze mną — dodał żywo o. Szymon — we dwu prosić będziemy, aby nas do niego dopuszczono. 
Nie   pochlebiam   sobie,   abym   go   potrafił   opamiętać,   ale   któż   wie?   Próbujmy.   To   mówiąc, 
litościwy zakonnik pociągnął z sobą Kalasa, który dał mu się przekonać i ująć.

O.   Szymon   obeznany   tu   już   był   i   miał   wszędzie   poszanowanie.   Łatwiej   mu   się   było 

dopytywać o Bużeńskiego; lecz w początku nikt nic o nim powiedzieć nie umiał. Po długich 
badaniach, błądzeniu po zamku, udało się dostać języka.

Wskazano   im   tu   więzienie,   w   którym   się   miał   znajdować.   Trafili   właśnie   na   chwilę 

największego zamieszania. Więzień zamknięty tu, który w początku rzucał się jak lew po klatce, 
trzęsąc drzwiami, wołając o urzędników, grożąc i szalejąc, uspokoił się był po niejakim czasie. 
Lecz gdy ostrożnie potem chciano zajrzeć do niego, aby mu dać posiłek, okazało się, że słabo 
obwarowane okno wyłamawszy, skoczył na pusty dziedziniec i uszedł bez śladu… Na zamku 
próżno go było szukać… miał wszelką łatwość wyślizgnięcia się z niego, razem z mnóstwem 
ludzi, którzy się tu ciągle kręcili.

O. Szymon pożegnał się z Kalasem, który, już nie mając co robić w stolicy, co prędzej z niej 

background image

chciał uciekać. W Białymstoku dowiedział się później od kogoś przybywającego z Warszawy, iż 
na wojewodzica wracającego do domu napadli jacyś  nieznajomi  ludzie i ranionym  być  miał 
śmiertelnie.

O Bużeńskim wcale słychać nie było. Wpadł jak kamień w wodę.

background image

XI

Lat kilka upłynęło od opisanych wypadków. Zerwikaptur porzucił służbę wojskową, sprzedał 

swą szarżę i osiadł na wsi, gospodarując. Zamyślał się żenić, lecz trochę za długo nawykłszy do 
kawalerskiego stanu, wzdychał wprawdzie, pragnąc zmiany jego, ale w stanowczej chwili nie 
śmiał się ważyć na nią.

Wieś, która mu w dziale przypadła, znajdowała się wypadkiem o kilka mil od tego klasztoru, 

pamiętnego mu pobytem przy rannym poruczniku.

Kalas nie mógł bez bólu wielkiego pomyśleć teraz o człowieku, którego kochał, żałował go, a 

od ucieczki z więzienia nie mógł najmniejszej o nim powziąć wiadomości.

Co się z nim stało? Niepodobna było odgadnąć. Należało przypuszczać, że mógł sobie życie 

odebrać   chyba,   bo   gdyby   na   świecie   był,   z   gorącym   temperamentem,   z   nieuchodzonym 
zuchwalstwem, nie umiałby się ukryć w tłumie.

Kalas był tego przekonania, lecz niemal z pociechą myślał, że nie żył, bo cóż warta była 

ocalona resztka życia, skalanego i zmarnowanego?

Z tych, co na losy Bużeńskiego wpływali, ojciec już nie żył. Wdowa po nim wychowywała 

pozostałych dzieci dwoje. Wojewodzicowa, której mąż, ranny w tajemniczej na ulicy napaści, 
długo leżał chory, owdowiała także i wydała się wprędce za jednego z licznych cudzoziemców, 
których stolica naówczas pełną była. Znikła też zupełnie z horyzontu i pozostawiła tylko po sobie 
wspomnienie jednej z tych piękności, które kwitły tak obficie na dworze Stanisława Augusta.

Z powodu interesów swych, rad zawsze, gdy się cokolwiek mógł przetrząść, pan Kalasanty, 

który się nudził na wsi, razem z jednym z sąsiadów wyruszy późną jesienią do Warszawy.

Zgłodniałemu życia i ruchu Kalasowi, po jego wiosce cichej i gospodarstwie jednostajnym, 

usypiającym, stolica w pierwszych dniach tak się wydawała zajmującą, ciekawą, zabawną, że i 
on,   i   sąsiad,   z   którym   przybył,   chwili   nie   mieli   swobodnej   od   rana   do  wieczora.   Wszystko 
widzieć było potrzeba, każdej rzeczy skosztować, z chwilki najmniejszej korzystać. Kalas, który 
jadąc tu, miał na myśli dowiedzieć się o Bużeńskiego, zapomniał potem zupełnie o nim. Dopiero 
przypadkiem w ulicy spotkawszy starego Sasina, spytał go, czy też nie wie czego o znikłym bez 
wieści poruczniku.

— Przepadł biedaczysko — westchnął Sasin. — Nie mogło być inaczej. Po stromej górze kto 

się puści, im dalej leci, tym szybciej, dopóki łba nie rozbije. Nie jestem pewnym, ale mi się zdaje, 
że się krył, wałęsał po Warszawie i pod zmienionym nazwiskiem żył między ostatnią szują. Jak 
człowiek lepiej wychowany, nawykły do towarzystwa przyzwoitszego, mógł spaść tak nisko, to 
dla mnie rzecz niepojęta. Zdaje mi się, żem go parę razy spotkał obszarpanym, odartym i bardzo 
zmienionym, lecz ilekroć się to trafiło, unikał i uchodził, wstydząc się i nie dając poznać. Od 
dłuższego już jednak czasu nie musi tu być, bom go nie widział. Łatwo mógł paść ofiarą jakiej 
bójki, lub…

Sasin ręką poruszył, nie kończąc.
— Niech Bóg mu będzie miłosierny!
Kalas, któremu na sercu leżał los przyjaciela, z bólem zaczął opowiadać o dawnej ich służbie, 

o pobycie w klasztorze i dodał, prawie mimo woli,: jak Bużeński naówczas z mnichów i życia 
zakonnego szydził i wyśmiewał je.

— Tak — przerwał Sasin — to buta i zuchwalstwo a lekkomyślność go zaślepiała i zgubiła. 

Śmiał się z zakonów i zakonników, a właśnie dla takich jak on ludzi, co sami sobą rządzić nie 
umieją, klasztory i ostra ich reguła są jedynym przytułkiem. Kto swą własną wolą nie potrafi się 

background image

kierować, winien mieć ten rozum, aby się jej zrzec. W takim konwencie czuwałoby nad nim 
prawo i wola przełożonego, tak jak nad obłąkanymi czuwa straż. Obłąkanie czy słabość równie 
potrzebują opieki. Wierz mi — dokończył  Sasin — gdy przytułków dla słabych na woli nie 
stanie, zwiększy się liczba nieszczęśliwych i występnych.

Pożegnali się, a że Kalasowi ta rozmowa  przypomniała  o. Szymona,  choć nie bardzo się 

spodziewał go tu jeszcze zastać, bo wiedział, ile lat liczył sobie, gdy się po raz ostatni zeszli — 
zawrócił do klasztoru, aby się o niego dowiedzieć.

Na zapytanie u furty braciszek mu odpowiedział skinieniem ręki. O. Szymon był żyw i zdrów.
Kalas zastał go w celi, tak w najmniejszej rzeczy nie zmienionym, jakby wczoraj się z nim 

rozstał. Stary powitał go wesoło.

— Bóg zapłać, że o znajomych nie zapominacie! Widzicie, trzymam się… Czasem trochę 

sztywnieją mi nogi, ale na to nie majak ruch. Nie trzeba się pieścić.

Pomimo chłodnej pory, okno u o: Szymona stało otwarte. Na twarzy wyglądał czerstwo i 

zdrowo.

—   Nie   śmiem   was   zapytać,   kochany   ojcze   —   odezwał   się   Kalas   —   ale,   mieszkając   w 

Warszawie, czyście czego nie słyszeli, albo nie spotkali tego nieszczęśliwego?

Zakonnik stanął zamyślony i milczał czas jakiś.
— Lepiej  się  nie  dowiadujcie  o  niego  — rzekł  —  nic  pocieszającego   nie  mam  wam  do 

powiedzenia. Tak jest, spotkałem go nieraz, ale w takich miejscach i okolicznościach, że wstręt 
mam i przykrość wspominać o tym. Tułał się i doszedł do nędzy prawie. Nazwisko swe rzucił… 
Zmienił się, upadł… lecz kto wie, Bóg łaskaw, ja nie rozpaczam jeszcze o nim.

Kalas spojrzał bacznie, pytająco.
— Tak było — począł o. Szymon. — Wiecie zapewne, że kasztelan, ojciec jego, zmarł tutaj, 

w Warszawie. Pogrzeb był nader wspaniały, starała się o to pozostała po nim wdowa. Wszystkie 
zakony wezwane były i myśmy też szli za trumną. Wśród tłumu naówczas, w odartej opończy, 
dostrzegłem i poznałem Bużeńskiego. Krył się z sobą, lecz szedł za pogrzebem aż na cmentarz. 
Zobaczywszy go, nie spuszczałem z niego oka. Wątpię, ażeby kto, oprócz mnie, domyślił się w 
tym odartym biedaku syna kasztelana. Samo już to, że za pogrzebem ojca szedł, było dla mnie 
znakiem,   iż  w  nim   się  coś  odezwało.   Po  odśpiewaniu  Salve   Regina

*

  na  cmentarzu,   gdy  się 

wszyscy porozjeżdżali i porozchodzili a my też, pogasiwszy świece, zabieraliśmy się do powrotu, 
postrzegłem go, jak wziąwszy łopatę od grabarza, ziemi kilka grudek rzucił na grób, a potem 
stanął i stał długo zadumany,  tak że myśmy musieli odejść, a on tam jeszcze na cmentarzu 
pozostał. Otóż — dokończył o. Szymon — zdaje mi się, że ten pogrzeb może w nim obudził jakiś 
żal i opamiętanie. Od tej pory już go tu widać nie było.

— Cóż by począł? — zawołał Kalas. — Stosunki wszystkie zerwał, nie miałby się do kogo 

udać, ani o czym. Z takiego upadku niełatwo się podźwignąć bez pomocy cudzej, a on nie miał 
żadnej.

— Nie zapominajcie o tym, że to człowiek był swego czasu energiczny i zuchwały; jeżeli mu 

myśl jakaś zaświeciła, nie wahał się pewnie, choć z największą ofiarą, doprowadzić jej do skutku 
— rzekł o. Szymon.

— Ja się lękam  samobójstwa — odparł Kalas. — Na taki  gwałtowny jakiś krok szalony 

łatwiej mu się porwać było, niż na cóś, co by długiego wytrwania potrzebowało. Bernardyn 
zamilkł.

— Wierzcie mi — rzekł w końcu — że z ludźmi jak on nigdy odgadnąć niepodobna, jakimi 

drogami pójdą; lecz to pewna, że gdy obiorą drogę, nie skręcą ani w prawo, ani w lewo, pójdą 

Salve Regina (łac.) — Witaj Królowo…, początek pieśni kościelnej.

background image

choć w przepaść.

— Czy sądzicie, iż Bużeński widział was i poznał, mój ojcze? — zapytał Kalas.
— Czy mnie postrzegł, nie wiem, ale że zakonnikom się pilno przypatrywał, bo mu może 

pobyt w klasztorze przypominali, tego jestem pewnym. Daj Boże, by mu to wspomnienie dobrą 
jaką myśl poddało.

Kalas   z   takim   miłosierdziem   troszczył   się   o   los   przyjaciela,   że   od   o.   Szymona   chciał 

wskazówek, gdzie by się o nim mógł dowiedzieć. Bernardyn starał się go odwieść od myśli 
indagowania   i   poszukiwań   i   ze   wstrętem   potem   podszepnął   o   salach   gry,   najostatniejszego 
rodzaju, po których miał się tułać nieszczęśliwy.

Ówczesny szał do gry hazardowej, jak wszystkie podobne namiętności, z góry schodził do 

najniższych warstw ludności, naśladującej obyczaj panów. Na srebrnych i złotych salach grywało 
mieszczaństwo, oficjaliści, czeladź magnatów; były to prawdziwe jaskinie rozbójnicze.

W jednej z nich, do której o. Szymon był wezwany dla spowiedzi niebezpiecznie ranionego 

człowieka, miał mu się, jak powiadał, nawinąć porucznik, ale się natychmiast ukrył.

Zerwikaptur nie wahał się wyszukać tej brudnej dziury, która po dniu ohydniej jeszcze niż 

nocą   przy   świetle   wyglądała.   Śmiesznie   wystrojona,   brudna,   otyła   jejmość,   będąca   tu 
gospodynią, przyjęła go kwaśno i dumnie. Z początku nie chciała go rozumieć.

Usiłowała  się   pozbyć  —  i  dopiero   w  końcu  ledwie   nieledwie  zmuszona,   przebąknęła,  że 

pewnie mu chodziło o tego, którego tu na przemiany pułkownikiem i kasztelanem nazywano.

Rysopis i inne wskazówki nie dozwalały wątpić, że mówiła o Bużeńskim.
— Nie chcę go znać ani wiedzieć o nim — poczęła z gniewem jejmość. — O! To ptaszek! Bił, 

mordował, łajał, zagrabiał, co chciał, i Panu Bogu dziękuję, że w końcu gdzieś w świat poszedł. 
Uczciwej kobiecie z nim nie można było wytrzymać… Czysty rozbójnik!

— Ale cóż się z nim stało? .
Kobieta wpadła w pasją okrutną.
— A co mnie tu kto będzie badał, co się z nim stało? Albo to mnie go przykazano pilnować?  

Cóż to on mnie brat czy swat?

Przybłęda jakiś, marnotrawnik, pijak. Jak się tu przywałęsał, tak potem jednego dnia znikł bez 

wieści,   ani   dobrego   słowa   mi   nie   powiedziawszy.   Oj,   to   ptaszek   był,   ptaszek!   Koszuli   na 
grzbiecie nie miał, a dęło się to, dęło! Ani przystępu bywało! A pój, a karm, a chodź koło niego 
na palcach. Wpadnie w złość, to ciśnie co ma pod ręką, karafkę, krzesełko. Panu Bogu dziękuję, 
że przepadł. Nic nie wiem, nic i niech ginie marnie a nie powraca, bodaj go oczy moje więcej nie  
oglądały!

Tyle   tylko   mógł   z   niej   wyciągnąć   Kalas   i   dając   już   pokój   dalszemu   śledzeniu,   razem   z 

sąsiadem   wybrał   się   w   podróż   z   powrotem.   W   pół   drogi   jednak   towarzysz   go   opuścił, 
zboczywszy do familii, u której chciał święta przepędzić, a Zerwikaptur wprost do domu jechał.

Rozpoczynała się właśnie zima, a jak na złość, dzień po dniu śniegiem miotło i ciągle zadymki 

pospieszyć nie dozwalały. Kalas musiał bryczkę na sanie położyć i przerzynać się przez zaspy 
śnieżne.

Lasami jeszcze jechać było jako tako, bo choć droga kopna, ale zbłądzić nie dawały wyręby. 

Na polach za to co dnia prawie tracili gościniec i błąkali się z wielką czasu stratą.

Po kilku dniach takiego utrapienia, zbliżał się już Kalas ku domowi, gdy w ogromnych lasach 

sapieżyńskich   pod   wieczór   woźnica   puścił   się   w   bok   nieostrożnie.   Noc   nadeszła,   zadymka 
straszna wszelki ślad ludzki pokryła i trzeba było ważyć się na przepędzenie długich godzin do 
świtu w lesie, pod sosnami, bo konie zmęczone dalej iść już nie mogły.

A   że   w   puszczy   i   wilcy   włóczący   się   około   Gromnic   nierzadko   kupami   się   spotykają, 

zwłaszcza  gdy im  koń  zapachnie,   Kalas  musiał   strzelbę   dobyć  i  ludziom   kazał   mieć   się  na 

background image

baczności.

Ponieważ w lesie szum wichru nie tak się czuć dawał, a z pewnych  oznak po drzewach 

domyślali się, że niedaleko od ludzkich osad być mogą — ludzie poczęli hukać, a Kalas mający 
ładunków dosyć, kilka razy wystrzelił, nuż kto gdzie usłyszy i na ratunek przyjdzie.

Mało jednak mieli nadziei, aby to poskutkować mogło. Z pół godziny stali, poglądając tylko 

jak śnieg ich i konie coraz przysypywał, gdy po nowych dwóch czy trzech wystrzałach Kalas 
dojrzał w dali cóś, jakby człowieka na małym koniu, ku nim podjeżdżającego.

W początku wziął się do strzelby, bo nie był pewnym czy to zwierz, czy człowiek był, a i z 

czym przybywał.

Konny, gdyż w istocie nim się okazał czarny ów przybysz — schrypłym głosem począł od 

setnego łajania.

— Kaci was po nocach w taką porę noszą! Bodaj was wilcy zjedli… Pijani, czy szaleni…
Kalas odezwał się też gniewnie, obiecując nagrodę, ale łając nawzajem. Na to mu stojący na 

koniu odparł gburowato: — Myślisz, że się tu kto na twoję nagrodę głupią połakomi?

Od słowa do słowa łająć się poczęli, ale w końcu człek na koniu zawołał:
— Jedźcie za mną, jeśli możecie.
Nie tak to jednak łatwym było, bo naprzód sanie ciężkie, wóz na gryndżach

*

, musieli ludzie z 

Kalasem ruszyć, a potem bez drogi, zaspami po nawałach, gałęziach, dolach sunąć się za tym 
niechętnym przewodnikiem.

Wlekli się tak noga za nogą, a konny, zwolniwszy też kroku, począł obok sani jechać. Nie 

mówił nic, aż go Kalas zaczepił, pytając, gdzie by byli.

— Gdzie? W puszczy! — zawołał człek. — Tu naokół osady nie ma, las i las; niedźwiedzi i 

wilków panowanie i moje! — dodał groźno. — Nie wiecie, że to Czartowe góry? Czart, zwierz i 
ja tu mieszkamy. Noclegu się nie spodziewajcie innego, tylko takiego, jaki czarci dać mogą.

Dziwny   głos,   którym   to   mówił,   jakoś   znajomo   brzmiał   Kalasowi   chwilami.   Cóś   mu 

przypominał… Jadący obok to milczał, to klął.

— Licho was tu nadało z waszym strzelaniem. Nie wiem, po co ruszyłem was ratować, bo 

jakbyście zmarzli w lesie, no to co? Mało na świecie trutniów? A po co się włóczycie po nocy?

Od Kalasa, który milczał zły, niczego się nie dopytawszy, przewodnik do idącego przodem 

sługi podjechał.

— Kto ten twój pan, słyszysz?
Sługa  nie   śmiał   ani  zataić,   ani  skłamać   nazwiska.  Posłyszawszy  je,  człek  zamilkł.   Jechał 

długo, nie mówiąc nic. Wtem Kalas zapytał:

— A daleko tam jeszcze?
— Do czego daleko? — odparł przewodnik. — Myślisz, że gospodę znajdziesz? Nie ma tu 

nic, jeno mój nędzny szałas… w którym do jutra musicie przestać. Nawet żłobu dla koni nie 
znajdziecie.

Nie mówili już z sobą, wlokąc się niezmiernie wolno. Na ostatek, wśród drzew, pokazało się 

cóś jakby licha zagroda. Ponieważ na dachu chaty śnieg leżał, nie można nic było rozpoznać, 
tylko czarne ściany.

Chałupa   była  mała,  nędzna,  z  przypierającą   do  niej  szopką.   Gdy przed   nią  stanęli,   człek 

przeprowadzający zsiadł, konika poprowadził do stajenki, a sam, powróciwszy, począł mówić:

— Konie ponakrywajcie i zasypcie im obroku, jeśli macie, bo ja go nie mam. A i wy mości 

podróżni, najlepiej zrobilibyście, zostając na wozie, bo u mnie w chacie tak zimno prawie jak na 
dworze i strawy pewnie u was w nogach więcej, niż u mnie na policy. Jutro rano drogę wam 

*  G r y n d ż e   (grążel)   —   pierścienie   żelazne   nawleczone   na   powróz   dolnego   niewodu,   aby

dobrze przylegał do ziemi.

background image

pokażę.

— Ale, na rany Pańskie, cóż to znowu jest?! — krzyknął Kalas. — Choćby chlew był, zawsze 

w nim lepiej niż na zamieci. Żebyście zbłąkanemu podrożnemu drzwi nie chcieli otworzyć…

— No, a jakbym  nie chciał, to co? A mnie co zbłąkany podróżny?  — począł gburowato 

przewodnik. — Podziękujcie Bogu, żem wam ginąć nie dał.

Kalas, pomimo odmowy przytułku, wyskoczył  z woza i szedł ku drzwiom, które mrucząc 

otwierał niegościnny człowiek. Nie wzbraniał on mu iść za sobą.

W istocie, w chałupie, do której się po ciemku dostali, tak było ciemno jak na podwórzu i 

niewiele zaciszniej.

Nie zważając na natrętnego gościa, począł ognia spod popiołu w piecu dobywać gospodarz i 

łuczywo rozpalać.

Blade światełko dozwoliło się rozpatrzeć w nędznej izbie, w której lepiony piec lichy, barłóg 

w kącie i rodzaj stołu, a na ścianie półek parę, tak wiele miejsca szczupłego zajmowały, że w 
środku ledwie się można było obrócić.

Ubóstwo   straszne   lub   zaniedbanie   się   widać   było   w   tym   schronieniu,   ledwie   mogącym 

starczyć człowiekowi. Ciągle tyłem zwrócony do Kalasa przewodnik, gdy ognia trochę rozniecił, 
nie patrząc na niego, począł mruczeć.

— Widzisz, że to nie gospoda, ale barłóg. Zagrzej się i idź do woza: tu nie ma nic dla was.
Zerwikaptur teraz, gdy głos pośród ścian inaczej mu brzmiał, nagle powziął myśl jakąś.
— Bużeński! — zawołał. — Jak mi Bóg miły, tyś Bużeński. Nie było długo odpowiedzi; stał 

tyłem zwrócony przewodnik.

— Bużeńskiego — rzekł wreszcie — na świecie nie ma Zwrócił się potem powoli ku niemu i 

w   świetle   ognia   Zerwikaptur   postrzegł   twarz   wychudłą,   zarosłą   siwiejącym   przedwcześnie 
włosem, w której chyba on jeden byłby mógł poznać Bużeńskiego, a nawet on nie domyśliłby 
się, gdyby głosu nie posłyszał. Dziko patrzył na niego stojąc jak wryty porucznik.

— Nie ma już Bużeńskiego na świecie — powtórzył. — Nie budź bestii, gdy śpi.. Dajcie mi, 

jak  dzikiemu  zwierzęciu,   które   na  zdychanie  do  lasu  idzie,   zdechnąć   tu  i  sczeznąć,   gdy  mi 
odwagi brakło życie sobie odebrać!

To mówiąc, rzucił się na swój barłóg i podparł na ręku.
— O nic nie pytaj — dodał — o niczym mi nie mów. Co było, przepadło… Nie chcę wiedzieć 

ni słyszeć nic. Dosyć mam wszystkiego. I was wszystkich!

— Jam ci przecie nie zawinił — zawołał Kalas.
— Jak to nie? Zawiniłeś! Boś był mi powinien w łeb strzelić, gdym do ciebie przyszedł, 

widząc, że ja na to siły nie mam — krzyknął porucznik. — Dałeś mi się zwalać i jeszcześ mi 
pieniędzy rzucił garść… Tyś taki jak i drudzy. Pozbyć ci się było pilno.

Nie wiedział co odpowiedzieć Zerwikaptur. Stał smutny, zawiesiwszy ręce; poszedł potem, 

milcząc, zagrzać się u małego ognia rozpalonego. Spotkanie to bolesne i przygniatające czyniło 
na nim wrażenie. Leżący na barłogu swym Bużeński sapał, oddech jego ciężki słychać było. W 
przyciemnionym kątku, w którym leżał, oczy jego świeciły jak wzrok dzikiego zwierza.

— Gdybym  wiedział, że ciebie nadybię w lesie, ani bym wylazł z tej nory — zamruczał 

Bużeński. — Myślałem, że jakie chłopisko, których ja tu łaski skarbić sobie muszę, aby mnie 
precz nie wygnali. Ty po świecie o Bużeńskim rozniesiesz, a Bużeńskiego nie ma. Rozumiesz?

— Rozumiem przecie — rzekł urażony Kalas.
— Tu jest tylko nędzarz, co przyszedł świat kląć i zdychać, gdzie go ludzie nie znają i nie 

zobaczą — dodał Bużeński.

— Obwiniasz ludzi — odparł Kalas. — Nie będę ja ich bronił i są po świecie różni; ale 

wnijdźże sam w siebie!

background image

— Myślisz, żem ja na to czasu nie miał? — przerwał leżący. — Rzuć najzdrowszy owoc 

między zgniłe, a gnić będzie. Zgnilizną wy jesteście wszyscy. Czego ramionami zżymasz? Kto z 
was ma odwagę prawdę powiedzieć? Patrzycie się na zło i uśmiechacie się grzecznie. Pięścią je 
gnieść trzeba, nie głaskać! Tak było ze mną. O, dobrzy ludzie! Wyście dobrzy — dla siebie. Kto 
na drodze wam stoi, choćby w przepaść, aby zszedł… Braterstwo ludzi! Piękni mi bracia… Zjeść 
by rad jeden drugiego!

Wyrzekań   tych   oklepanych   Kalas   słuchał   z   politowaniem,   nie   poruszony   nimi   wcale. 

Bużeński, mrucząc, dokończył, jakby sam do siebie. Widząc, że wcale go przyjmować nie myśli, 
zmarzły i zgłodzony Zerwikaptur już nie zważał na niego. Rozprawiać z nim nie było warto. 
Poprawił ogień i dołożył suchych gałęzi do niego, otworzył drzwi i zawołał na sługi, aby mu 
puzderko i jedzenie przynieśli.

Bużeński leżał nieruchomo, wcale też nie zważając na niego.
Rozpatrując się po izbie, dawny przyjaciel nieszczęśliwego wystawiał sobie, jakie on tu życie 

musiał   prowadzić.   Pojąć   było   trudno,   czym   się   żywił.   Na   półce   leżał   czarny   chleb   i   kilka 
czerepów jakichś stojących obok kazało się domyślać, że w nich cóś mógł gotować. Woda w 
lichym wiaderku stała w kącie. Kupa gałęzi suchych około pieca leżała, aby nimi łatwiej było 
ogień rozpalać.

— Życie tu osobliwe prowadzisz — odezwał się Kalas. — Strach pomyśleć! — I ty to życiem 

nazywasz? — odparł porucznik. — Wolę takie konanie, niż na oczach ludzi, niż litość waszę 
głupią, podobną do miłosierdzia starych bab, które dzieci na śmierć zakołysują, aby same zasnąć 
mogły… Wolę głód, wolę mróz, abym sam był… Znowu Kalas, poruszywszy ramionami, nie 
znalazł na to odpowiedzi.

— Całe życie psie — dodał Bużeński. — Oszukaństwo, komedia, szalbierstwo!
Nastąpiło milczenie.
— Tobie lepiej na świecie, ty komediancie, co się każdemu podlizać umiesz, aby cię nikt nie 

szturgnął, hę?

— Odpowiedziałbym ci inaczej, gdybym litości nad tobą nie miał — rzeki Kalas.
— Ale ja litości ani twojej, ani czyjejkolwiek nie chcę! — krzyknął Bużeński. — Pluję na tę 

waszą litość! Zwierzęta, gdy widzą skaleczonego śmiertelnie, to go dobiją. To mi litość! A wy go 
karmicie, aby się dłużej męczył i żebyście chwalić się mogli, żeście takie anioły serdeczne.

Rozśmiał się straszliwie Bużeński.
Kalas, widząc, że go już nie potrafi z tego rozpaczliwego szyderstwa wywieść, nie zważał na 

niego. Zajął się przyniesionym jadłem, napił wódki i jął zimne mięso, dobyte z woza, pożywać.

— Chcesz jeść ze mną? — zapytał.
— Nie chcę — odparł leżący — aby mi jutro mój chleb z wodą wydał się obrzydliwszym. 

Wielka łaska!

— Gdybyś nie tak szalonym był, jak jesteś — począł Kalas — powiedziałbym ci: siądź jutro 

na mój wóz i jedź do mnie. Chleba ci nie pożałuję.

—   Abyś   się   czwanił,   żeś   tego   łotra   od   głodnej   śmierci   na   puszczy   ratował   —   zawołał 

Bużeński. — Daj mi pokój, nie proszę o nic i nie chcę niczego, oprócz tego jednego, żebyś 
zapomniał, żeś mnie widział i był tu… Zdechnę prędko, a wilcy się z kośćmi uwiną i to najlepszy 
pogrzeb; długo gnić nie trzeba. Kalas ramionami ruszał, coraz więcej zniecierpliwiony.

— No, ty gadaj, co robisz na świecie? — odezwał się trochę ciszej Bużeński. — Łżesz jak 

drudzy i drogę sobie tym torujesz?

— Siedzę na wsi, hreczkę sieję i nie potrzebuję nikomu kłamać, bo, dzięki Bogu, od nikogo 

nic nie potrzebuję.

— Ożeniłeś się, co? Zwodzi cię żona, czy ty kogo bałamucisz? Bo to inaczej nie może być — 

background image

rzekł Bużeński.

— Ano inaczej jest — oparł się Kalas. — Swojej nie mam, a cudzych nie bałamucę.
— Święty człowiek — rozśmiał się gospodarz. — W dziurze siąść, łapę ssać… i to ma być 

życie!

Nie chcąc wywoływać nowych podobnych szyderstw, Kalas milczał. Położyć się spać nie było 

gdzie,   siedział   więc   w   kącie,   kiedy   niekiedy   ognia   podkładając,   a   prosząc   Boga,   aby   dzień 
nadszedł prędzej. Lecz długie są te zimowe noce.

Dla   obu   była   to   męczarnia,   bo   Bużeński,   zamiast   pociechy   jaką   by   miał   z   dawnego 

towarzysza, złościł się na niego, że go wyszukał, widział i był świadkiem nędzy, w jaką popadł. 
Kalas, nie mogąc go poratować, bolał, lecz wszelkie usiłowanie przemówienia do niego rozbijało 
się o gorycz tę i żółć, jaką Bużeński miał w duszy.

Po dłuższym  milczeniu, Zerwikaptur, chcąc przekonać przyjaciela, że i w tej podróży nie 

zapomniał o nim, począł mu opowiadać, jak śladów jego szukał po Warszawie. Przypomnienie 
jej gniew tylko wywołało z piersi zdziczałego człowieka.

— No widzisz! — krzyknął ze złością. — Pan Bóg twe dobre serce wynagrodził i masz 

przyjemność oglądać Łazarza na barłogu.

A jużciż przyjemność, bo to słodka rzecz myśleć sobie: ot gnije ta paskudna bestia, a jam 

zdrów i cały.

Obruszył się Kalas na to.
— Nie udawaj lepszego, niż jesteś — przerwał grubiańsko Bużeński. — Dość, żeś człowiek, 

byś podłym musiał być!

— Nie ma więc już na świecie dobrego człowieka? — odparł Kalas.
— A nie ma! — zawołał Bużeński. — Psy są dobre czasami, a ludzi nie ma poczciwych. Na to 

rozum mają, aby szelmami ich robił.

Widząc, że do niczego rozmowa taka nie doprowadzi, umilkł Kalas.
Poszedł do okienka, wielkiego jak dwie dłonie, w którym kawałek wprawiony był, i wyjrzał, 

czy się nareszcie świt nie robi.

Na podwórzu śnieg biały i zamieć  tylko  widać było.  Podłożył  ognia. Dotrwali  tak aż do 

chwili, gdy sługa Kalasa drzemiącemu już panu przyszedł oznajmić, że na dworze dniało.

Zadymka   nieco   się   zmniejszyła.   Bużeński   na   barłogu   swym   chrapał   w   śnie   jakimś 

gorączkowym. Poruszenie się Kalasa zbudziło go. Wstał i on, nic nie mówiąc. Poszedł do konia 
swego do szopki, wrócił prędko i odezwał się zimno:

—   Konie   każ   okiełznać   i   w   drogę.   Doprowadzę   jużciż   do   gościńca…   Miło   mi   uczynić 

przysługę tę, bo wiem, że dłużej żyjąc, będziesz ją przeklinał. Życie doje ci, jak mnie! Każdy 
musi się męczyć, a ty coś się dotąd z prawa tego wyłamywał, pójdziesz pod nie, jak i ja! W 
drogę! — krzyknął, wychodząc.

Wszystko gotowym było. Bużeński siadł na lichą szkapę swoją; wóz ruszył z ciężkością z 

miejsca.

Godzin parę wlekli się tak aż do skraju lasu. Dobiwszy się tu, Bużeński stanął i ręką wskazał 

na prawo.

— Trzymać się ponad lasem aż do karczmy, dalej gościniec pokaże. I nie spojrzawszy nawet 

na Kalasa, zawrócił konia w gąszcze.

background image

XII

Na święty Antoni odpust był w kościele oo. Bernardynów, na który corocznie tysiące ludu się 

zgromadzało.   Ożywiało   się   naówczas   i   miasteczko,   bo   z   uroczystością   kościelną   łączył   się 
jarmark; a ściągali nań i rozwożący towary kupcy ruscy, i Izraelici z większych miast, i wiejscy 
rzemieślnicy.

Na wiosenny ten jarmark nie przywożono wprawdzie kożuchów, nie rozprzedawano wiele 

bydła, ledwie odżywionego po zimie — ale budy z łokciowym towarem, garnki i wszelki sprzęt 
gospodarski się znalazł. Na kilka mil wokoło, św. Antoni gromadził tu pobożnych i ciekawych. 
Drobnej szlachty, oficjalistów, a nawet pańskich bryczek, wózków i kałamaszek przybywało tyle, 
iż ich gościnne domy pomieścić nie mogły. Ci też, których nabożeństwo tylko tu sprowadzało, 
obozem się rozkładali pod murem klasztornym. Konie posilały się z torebek, które im zarzucano 
na głowę, a woźnice stali u bramy, gwarząc, o ile im do niej zbliżyć się dozwalał cały zastęp 
żebraków, obsiadujący i wielkie wrota, i część murów, i całą drogę do kościoła prowadzącą..

Dziadów i bab natłok tu był  nadzwyczajny,  a śpiewy ich, pisk, wołanie, kłótnie niekiedy 

dźwięk dzwonów głuszyły.

Oprócz   nich   pod   samą   bramą   dwa   kramiki,   w   których   sprzedawano   obrazki,   medaliki, 

krzyżyki i świeczki — zatrzymywały po drodze pobożnych pielgrzymów.

Nie mniej życia dnia tego było i w samym kościele, i klasztorze. Duchowieństwa świeckiego 

przybywało   wiele,   gości   z   sąsiedztwa,   dobrych   przyjaciół   oo.   bernardynów,   mnóstwo   także. 
Gwardian   musiał   swych   benefaktorów

*

  przyjmować   wedle   możności   zakonu,   żyjącego   z 

jałmużny.

Pomimo iż niemało kłopotu dnia tego mieli wszyscy, a poprzedzające i następne dni od niego 

wolne   nie   były,   wszystkie   twarze   się   tu   dnia   uroczystego   uśmiechały,   począwszy   od 
najmłodszego braciszka, który najwięcej miał do czynienia, aż do ks. prowincjała, zwykle także 
odpustowi asystującego.

Już w wigilią musiano myśleć o przystrojeniu ołtarza, o przybraniu kościoła, o wszystkim co 

na ten dzień potrzeba było mieć w zakrystii, na chórze, w kościele. Światło, wino, ampułki, 
bielizna, lampy,  kadzielnice, kobierce do wysłania stopni ołtarza — dobywały się z szafy,  z 
szuflad i opatrywały starannie.

Na   ten   dzień   też   zwykle   dobywano   kosztowną   monstrancją   koralową,   dar   fundatora, 

wspaniały pacyfikał

*

, wielki krzyż srebrny i kadzielnicę, którą chłopak ledwie mógł dźwignąć. 

Wszystkie wspaniałości musiały się oczom pobożnych ukazać dnia tego.

Lecz i o. prowincjał, i o. gwardian, i konwent cały mogli się pochwalić, że nigdzie piękniej, 

wspanialej, pobożniej nie obchodzono dnia wielkiego świętego padewskiego niż tutaj.

Najbardziej przyczyniła się do tego i wiosna, już cała w kwieciu, a ciepła i promienna. U nas 

czerwiec zastępuje prawie maj, który płacze i drży z zimna.

I teraz dopisał dzień tym piękniejszy, że się nawet, dzięki wietrzykowi, nie obiecywał zbyt 

gorącym.   Zjazd   był   nadzwyczaj   liczny.   W   miasteczku   rynek   był   jak   nabity.   Cała   droga   do 
klasztoru roiła się tłumami, a około muru ledwie się można było przecisnąć. I twarzy prawie 
smutnej wśród tej ciżby nie można się było dopatrzeć.

W   kościele,   strojnym   w   kwiaty   i   światło,   przy   ołtarzu   św.   Antoniego,   wtajemniczeni 

ukazywali sobie ozdobę dotąd nie widzianą.

* B e n e f a k t o r  (z łac.) — dobroczyńca, dobrodziej.
* P a c y f i k a ł  (z łac.) — naczynie do chowania świętości.

background image

Na prawo i na lewo klęczały dwa nowiuteńkie anioły, z główkami podniesionymi do góry ku 

il santo

*

, jakby się wystawiały do niego za pobożnych ludzi, ołtarz tłumnie otaczających.

Wśród przyciemniałych ornamentacyj otaczających obraz, okryty srebrno — złocistą szatą, 

dwie te nowe postacie odbijały nie tylko  świeżością swoją, ale jakimś wdziękiem naiwnym, 
którego żadne inne figury dawne nie miały.

Była   to   widocznie   jakaś   nowa   ofiara,   przyniesiona   patronowi,   zapewne   drogo   kupiona, 

sprowadzona z daleka, bo ludzie się kunsztowi, z jaką wykonaną była, dziwili. Braciszek w 
komży, który chodził z długim prętem, na końcu mającym przymocowany stoczek, szeptał po 
cichu ciekawym, dowiadującym się o proweniencją aniołów, że one były zrobione tu na miejscu, 
w klasztorze. Ale imienia ich twórcy, uśmiechając się, wyjawić nie chciał.

W istocie, były one dziełem ręki ojca Anioła, który, póki rzeźbił je, bardzo się radował swej 

pracy, a teraz, oglądając ją na ołtarzu, wstydził się i znajdował biedną.

O. Rafał i wszyscy zresztą podziwiali piękną robotę samouczka, który tak umiał proste kloce 

lipowe, dostarczone przez podkomorzego, przeistoczyć na dwie zaklęte w drzewo modlitwy.

Msze następowały jedne po drugich. Wyszła suma z akolytami

*

, uroczysta, a po ewangelii o. 

Serafin ukazał się na ambonie, wymownie opowiadając nie tylko o żywocie i cudach świętego, 
ale o pierwocinach zakonu św.Franciszka i wielkiego ducha założycielu.

Całe nabożeństwo wesoło, pięknie, bez najmniejszego wypadku, jaki się czasem trafia mimo 

pilności i dozoru, przeszło aż do końca i do tych śpiewów, które je zamykają. Żadna świeca nie 
zgasła, nie zapaliła się żadna firanka, nie zemdlał nikt w ciżbie kościół przepełniającej.

Wszyscy powoli opuszczali świątynię, a honoratiores

*

, znajomi, przyjaciele, sąsiedzi, ciągnęli 

do refektarza na skromny posiłek.

Zdziwionym był o. Rafał, gdy w progu refektarza ujrzał już prawie zapomnianego Kalasa, 

tego Zerwikaptura, który na myśl mu przywiódł nieszczęśliwego porucznika; tłumaczył on tym 
swe przybycie na odpust, że towarzyszył swej dalekiej krewnej, której imię było Antonina.

— Chciałem, korzystając z bytności mojej, pokłonić się ojcu gwardianowi i jeszcze mu raz za 

gościnność podziękować.

Gwardian westchnął. Wiedział  on, choć niespełna,  o losach porucznika i nie śmiał  nawet 

spytać o niego Kalasa, który natychmiast się chciał oddalić, ale nadchodzący podkomorzy go 
zatrzymał.

Postarzały trochę Bielski pochwycił Zerwikaptutra, rad, że od nowego człowieka czegoś się 

może dowie nowego.

W refektarzu gwar, powitania, rozmowy, ruch panował jak nigdy. Skromna przekąska prawie 

zapomnianą była, tak wszyscy, spotykający się tu, mieli z sobą wiele do mówienia. Ojcowie 
gospodarowali, nie wyjmując nawet o. Serafina i dwu młodszych, świeżo przybyłych księży, oo. 
Dydaka i Kolumbana.

O. Anioł jak mógł się wymykał od tych, którzy mu jego dwu pięknych klęczących imienników 

winszowali, rumieniąc się jak panienka.

Kwestarz   Michał   podnosił   ogórki   na   żartobliwych,   którzy   sobie   pozwalali   zbyt   wesołych 

konceptów.   Zapach   doskonałego   bigosu,   fundowanego   całą   faską   przez   podkomorzego, 
rozchodził się po refektarzu, mieszając do innych woni jadalnych mniej wybitnego charakteru, 
gdy w podwórzu usłyszano gwar, który zwrócił wszystkich uwagę, gdyż  zupełnie tonem się 
różnił od tego, jaki tu panował.

Il santo (wł.) — święty.
*  A k o 1 y t ,   a k o l i t   (z gr.) — jeden z niższych stopni duchownych w Kościele katolickim a także osoba 

towarzysząca,

Honoratiores (łac.) — dostojni goście.

background image

O. Anioł i brat Michał pobiegli co prędzej, domyślając się jakiegoś zajścia, lub nieprzyzwoitej 

bójki   między   czeladzią   gościnną,   a   do   refektarza   z   raportem   wbiegł   braciszek   Krescentyn 
zmieszany i wprost się skierował ku gwardianowi.

— Co to tam za wrzawa? — zapytał niespokojny o. Rafał.
— Na rynku w miasteczku powstała jakaś bójka — rzekł żywo braciszek. — Nie wiadomo o 

co poszło, ale jakiegoś nieszczęśliwego tak pobito, że go tu niosą na ratunek, bo w miasteczku 
obawiano się, aby szlachta gorzej go jeszcze nie mordowała.

Smutną tę odebrawszy wiadomość, która wesołe święto zatruła, pośpieszył gwardian sam, i 

gdy   ludzie   w   dziedzińcu   rozstępujący   się   przepuścili   go,   spostrzegł   na   ziemi   leżącego, 
okrwawionego, w nędznej odzieży, odartego mężczyznę. Twarzy jego krew, którą była okryta, 
rozpoznać nie dawała.

Pobity,  chociaż  straszliwie  stłuczony,  ledwie dyszący,  ruszał się jeszcze, jakby mordować 

chciał nieprzyjaciół. Kto to był, o co poszło, nie wiedział nikt, nie umiał nikt powiedzieć. Ci, co 
pobili biedaka, pouciekali ze strachu.

Kalas, powracający do swoich kobiet, wyszedł był z refektarza i musiał pomijać leżącego na 

ziemi,   na   którego   spojrzał;   ale   w   tejże   chwili   poskoczył   ku   niemu,   pochylił   się,   aby   lepiej 
przypatrzeć, i cóś o. gwardianowi na ucho szeptać zaczął.

O. Rafał zbliżył się także i ręce załamał.
Natychmiast wydał rozkazy, młodych kilku braciszków wzięło ostrożnie na ręce stękającego 

człowieka i w milczeniu nieść go poczęto do klasztoru. Kalas i o. Rafał szli za nimi.

— Klucz! Klucz od celi! — zawołał gwardian, wskazując tę, w której niegdyś tak długo leżał 

porucznik.

Widok pobitego mógł w istocie litość obudzić, tak nie tylko odzież jego, ale niesłychanie 

wynędzniała   twarz,   całe   ciało,   ze   skóry   tylko   i   kości   złożone,   okropną   nędzę   opowiadały. 
Pomimo to, oblicze było dumne i zuchwałe, a teraz gniewem do szału posuniętym wyszpecone 
straszliwie.

Nowo zaciągnięty do klasztoru braciszek Dydak, który tak jak o. Anioł do dzieł kunsztu, miał 

powołanie   na   szpitalnego   dozorcę   i   posądzano   go,   że   musiał   może   praktykę   przy   cyruliku 
odbywać, natychmiast nie proszony wziął się do opatrywania złożonego na tapczanie biedaka.

Znano   już   w   klasztorze   jego   zręczność   i   umiejętność,   nie   zabroniono   mu   więc   zająć   się 

rannym, a o. Rafał naprzód niepotrzebnych tu świadków, oprócz Kalasa, z celi wyprosił i drzwi 
zamknął.

Pobity z początku bronił się Dydakowi i opatrywanym być nie chciał, lecz wkrótce sił mu 

zabrakło i leżał już bezwładny.

Potrzeba było z niego zwlec w części ubranie, aby się przekonać, czy mu kości nie połamano. 

Ciało  całe  niemal   okryte  było   sińcami,   krwawymi  plamami   i  guzami.  Nie   poszanowano   też 
głowy ani piersi i można było powiedzieć, że wszystek był jakby jednym sinym obrzmieniem.

Kalas   patrzył   milczący   z   politowaniem.   W   tym   nieszczęśliwym   poznał   on   od   razu 

Bużeńskiego.

O przyczynie tego zajścia, o sprawcach okropnego pobicia na próżno się czegoś dowiedzieć 

chciano.

Wójt, który nadszedł z miasteczka za pobitym, opowiadał o. gwardianowi, że gdy na wrzawę 

nadbiegł   tam,   gdzie   pijana   hałastra   mordowała   tego   nieznajomego,   już   go   zastał   na   ziemi 
leżącym i okrwawionym.

Bądź co bądź, dziwny zbieg okoliczności, jak gdyby ręka Opatrzności po raz wtóry już do 

tego klasztoru sprowadzała człowieka, którego pierwszy pobyt był tu jeszcze pamiętnym.

Lecz jakże lata ubiegłe zmieniły nieszczęśliwego rozbitka!

background image

Kalas siedział ze łzami na oczach. Oddalił się na krótko do kobiet, z którymi przybył, aby im 

wytłumaczyć,   dlaczego   towarzyszyć   im   nazad   pewnie   nie   będzie   mógł,   i   wrócił   do   łoża 
Bużeńskiego.

Brat Dydak prawie musem napoił go jakąś polewką, obłożył chustami, w winie z rozmarynem 

zmoczonym, otulił i siadł pilnować.

Osłabły porucznik spał, chorobliwie się rzucając; można się było domyślać, że mu głowę 

potłuczono, gdyż gorączka i inne symptomata dowodziły tego.

Miałli   osłabły   i   wycieńczony   wytrzymać   to   pobicie?   Możnaż   go   było   ocalić?   Tego   nikt 

powiedzieć nie umiał. Brat Dydak szeptał, że naturze należało zostawić resztę.

Wypadek  ten, który na chwilę wesoły odpust zakłócił,  wkrótce innymi  wrażeniami  został 

zatarty. Rozpoczęły się uroczyste nieszpory z wystawieniem N. Sakramentu i śpiewy. Kazanie 
wieczorne powiedział o. Gabriel.

W końcu goście się sprzed kościoła rozjeżdżać zaczęli; pod murem zostało jeszcze trochę 

żebractwa, a w miasteczku tylko gwar pijanych przedłużył się do późna.

Piękny,   spokojny  wieczór   późnej   wiosny,   ze   śpiewem   słowików  i   skrzeczeniem   żabek,   z 

powiewem wietrzyka wonnym, z gwiaździstym niebem i ciszą swą uroczą rozpostarł się nad 
miasteczkiem.

Z dala brzmiały piosenki i wykrzyki powracających z jarmarku.
Jak   niegdyś   przy   dostatnim   panu   poruczniku,   tak   teraz   przy   nędznym   ubogim,   którego 

nazwiska nie wyjawiano, ojcowie chodzili z tym poszanowaniem dla niedoli i cierpienia, które 
jest najpiękniejszą z cnót chrześcijańskich.

Wiedział o. gwardian od Kalasa, że Bużeńskiego doznane od losu plagi nie nawróciły, że 

zbuntowany ten, choć obalony, niedowiarek pozostał zawsze sobą. Budziło to tym większą w 
nim litość.

— Któż wie? Palec Boży! — szeptał o. Serafin. — Czekajmy… może duszę ocalimy.
Zerwikaptur pragnął bardzo pozostać przy chorym,  lecz okazało się to niepodobieństwem. 

Kobiety czekały na niego i same jechać nie chciały.  Wstąpił tylko późnym wieczorem do o. 
gwardiana.

—  Mój   ojcze   —  rzekł,   schylając  się  przed   nim  —  o  jednę  bym   łaskę  was  prosił.  O  ile 

możności wstrzymujcie tego biedaka w klasztorze. Ja, gdy tylko będę mógł, przybiegnę tu, a 
koszta, jakie za sobą pobyt jego i kuracja pociągnie, powrócę z wielką wdzięcznością.

— Nie bójże się, nie wygnamy go, nie puścimy — odparł o. Rafał. — Zrobimy co można, by 

go zatrzymać; ale wiecie jak zuchwały jest i samowolny, a gwałtu popełnić nie możemy.  O. 
Dydak powiada, że w najszczęśliwszym razie, nim wstać i chodzić będzie mógł o swej sile, kilka 
tygodni upłynie. Pobicie okrutne, a inny by je pewnie życiem przypłacił. Któż wie, co z nim 
będzie?

Z   tym   odjechał   Zerwikaptur,   najmocniejsze   mając   postanowienie   powrócić   co   rychlej   do 

klasztoru, bo mu Bużeńskiego żal było i ratować go chciał koniecznie, zamierzając zabrać na 
wieś do siebie.

Ale chłop strzela…
Panna Antonina cześnikówna, dla której pobożną pielgrzymkę odprawiał, a do której rączki 

aspirował od roku, nie mogąc się zebrać na oświadczenie, w ciągu podróży, wraz z matką swą, 
tak okazała się łaskawą dla Kalasa, iż insperate

*

 się jej na popasie, po trzech kieliszkach wódki 

wypitych dla kurażu, oświadczył i… został przyjęty.

To   go   tak   wstrząsnęło   razem   i   uszczęśliwiło,   tak   poruszyło,   iż   zupełnie   o   Bużeńskim 

Insperata (łac.) — nieoczekiwanie.

background image

zapomniał.

Oświadczenie się pociągnęło za sobą następstwa nieskończone. Stracił głowę Kalas. Jeżdżąc 

po krewnych panny, umawiając się o termin wesela, czyniąc przygotowania, nie miał już na nic 
więcej czasu.

Sumienie   swe   uspokajał   tym,   gdy   mu   Bużeński   na   myśl   przyszedł,   że   poczciwi   ojcowie 

bernardyni  nie opuszczą  biedaka, że zrobią  dla niego, co tylko  się da uczynić,  aby ratować 
nieszczęśliwego.

Odkładając od tygodnia do tygodnia, potem od miesiąca do miesiąca, napisał do gwardiana, 

prosząc, aby mu dał znać tylko, gdyby Bużeński się gwałtem z klasztoru chciał wyrywać. A że 
odpowiedzi na list ten nie było, uspokojony, zajął się znowu przygotowaniem do wesela. Dopiero 
w sierpniu ruszyło go sumienie dowiedzieć się o porucznika i, parę dni na to przeznaczywszy, 
pojechał do klasztoru.

Do miasteczka przybywszy przed wieczorem, nie tracąc czasu, ledwie się otrząsłszy z pyłu, 

pobiegł   Kalas   do   o.   gwardiana.   Chciał   naprzód   od   niego   zasięgnąć   wieści,   co   się   działo   z 
Bużeńskim, i strach go opanowywał na myśl, czego się tu dowie.

O. Rafała zastał na poufnej konferencji z kwestarzem Michałem.  Obaj przywitali go z tą 

niczym nigdy nie zamąconą wesołością, która niczego domyślać się nie dawała. Kalas pośpieszył 
z pytaniem:

— Cóż się z tym biedakiem dzieje?
— No, nic złego — odparł, prosząc siedzieć, gwardian. — Nie możemy się pochwalić, aby był 

na   duszy zdrów,  tak   jak  jest,  dzięki  Bogu,  na   ciele;  ale  stan  teraźniejszy  zawsze   lepszy  od 
dawnego.

— Jest tu? — wtrącił Kalas.
— A jakże! — zawołał, ręce trąc, kwestarz — i nie ma wielkiej ochoty uciekać, wierzcie mi.
Zerwikaptur, zdumiony wielce, umilkł, spoglądając na wesołe oblicze księży.
—  To  prawie   nie  do  wiary!  —  zawołał.   —  Gdy go  widziałem   raz  ostatni,  był   w stanie 

rozpaczliwym.

— Mówiłem już acanu dobrodziejowi — przerwał gwardian — że i teraźniejszy stan nie jest 

bardzo błogim. Wiele zostaje do życzenia, ale zobaczycie go sami. Sądzę, że różnica wielka od 
tego, co było.

— Gdzież mam go szukać? — zapytał, wstając, już niecierpliwy Kalas. — Ja zaprowadzę — 

odparł kwestarz. — Pewny jestem, że w ogrodzie być musi, bo tam najczęściej siedzi, a czasem i 
pracuje.

— Pracuje? — z niedowierzaniem zapytał Zerwikaptur.
— No, tak się to nazywa; jeśli chcecie, powiedzmy, że się bawi — dodał brat Michał. — 

Chodźmy.

Wieczór był piękny; w milczeniu przeszli korytarze klasztorne i z nich dostali się do ogrodu, 

którego gęstą zieleń oblewały ostatnie promienie zachodzącego słońca.

W ulicach widać było kilku zakonników, przechadzających się z brewiarzykami w ręku. Inni 

stali parami na rozmowie.

Kalas,   szukając   oczyma,   nie   dostrzegł   Bużeńskiego.   Brat   Michał   także   oglądał   się   na 

wszystkie  strony i  poprowadził  na lewo. Uszli kilkadziesiąt  kroków, gdy z  dala ukazała  się 
chuda, sucha postać człowieka w obcisłej sukni, butach do kolan, w czapce na głowie wyłysiałej. 
W niej Kalas więcej się domyślił, niż poznał Bużeńskiego.

Szedł on z głową spuszczoną, krokiem wolnym, nakuliwając na jedną nogę. Kalas, zbliżając 

się, myślał jak go ma przywitać. Nie taił tego przed sobą, że swym przybyciem poruszy struny, 
które brzmieć przestały…. i mogą wydać dźwięk przykry. Powoli podchodził, tak że Bużeński, 

background image

kroki usłyszawszy, wzrok podniósł i zatrzymał się. W twarzy jego spostrzec mógł Kalas drganie 
jakieś.

— Jak się masz? — odezwał się, nie wysilając na powitanie.
— No, widzisz, żyw jestem — odparł Bażeński dosyć spokojnie, choć głos mu nieco drżał. — 

Kazali mi gwałtem żyć bernardyni — i muszę!

Kalas nie wiedział już naprawdę, o czym zagaić, tak się lękał rozdrażnić go.
— Cóż cię tu przygnało? — spytał porucznik.
— Przejeżdżałem tędy — skłamał Kalas.
Brat Michał, widząc, że rozmowa się spokojnie rozpoczęła, usunął się na bok, zostawiając ich 

samych. Zaczęli razem iść ulicą. Uderzało to szczególniej w Bużeńskim, że dawniej gwałtowny, 
wzburzony,   niepokojący   się,   teraz   wyglądał   jakby   odrętwiały   i   zastygły.   Twarz   zestarzała, 
zżółkła, nie miała wyrazu szyderstwa… Była zmęczoną i obojętną. Bużeński, równie jak Kalas, 
zdawał   się   mieć   trudności   w   prowadzeniu   rozmowy,   nie   chcąc   także   poruszyć   popiołów   i 
rumowisk.

Wśród tego milczącego pochodu nastręczył  się im o. Anioł, który o przybyciu Kalasa nie 

wiedząc, teraz dopiero go zobaczywszy, z serdecznością wielką witać zaczął i zwrócił się do 
Bużeńskiego:

— Widzisz pan, na moim stanęło; pewien byłem, że przyjaciel odwiedzi was.
— I byłbym to daleko wcześniej uczynił — rzekł Kalas — ale w istocie zaszły przeszkody 

nadzwyczajne.

Bużeński ciekawie obejrzał się na niego. Uśmieszek dziwny, jaki dawniej nigdy się na jego 

ustach nie ukazywał, przesunął się po nich.

— Przysięgłbym — rzekł — że Kalasisko albo się ożenił, lub żeni, bo on należy do tego 

rodzaju ludzi, którzy w końcu zawsze muszą parę znaleźć sobie.

— Trafnie odgadłeś — rzekł, rad z tego zwrotu, Kalas — w istocie, żenię się.
Wejrzenie   na   Bużeńskiego,   w   którego   twarzy   lękał   się   spotkać   urągowisko,   zdziwiło   go 

znowu. Porucznik skłonił głowę i rzekł:

— Byłem tego pewnym.
O. Anioł wtrącił się do rozmowy, z życzeniem szczęścia.
Idąc tak powoli, znaleźli się w ulicy, w której ozdoba nowa uderzyła Kalasa. Nie przypominał 

jej   sobie  w  dawniej   znanym  mu  ogrodzie.  Przy  murze  rodzaj   małej   groty zawierał  w sobie 
klęczącego na modlitwie w ekstazie św. Franciszka z Asyżu. Drewniana figura, pomalowana, 
miała wiele wyrazu.

— Coś nowego — wtrącił Kalas.
— Robota o. Anioła — rzekł porucznik, trochę się ożywiając. — Człowiek szczęśliwy. Na 

wszystko ma czas, godzin w chórze nie opuszcza nigdy, modli się jak nikt goręcej… a rzeźbi, 
złoci, maluje, toczy, naprawia kobierce…. i czas mu tak schodzi.

Zamilkł i obracając się do Kalasa, dodał nagle, śmiejąc się:
— Wiesz, to paradna rzecz! Nie dasz chyba wiary. Ja tu wyjdę pono na organistę! Niegdyś — 

dawne dzieje — grywałem licho na klawikordzie. Otóż tu począłem próbować organów. Okazuje 
się, że nic nie umiem, ale ucho mam; więc gdy brat Antoni niedomaga, ja obejmuję klawiaturę.

Dziwnie sucho, smutnie począł się śmiać Bużeński. Kalas słuchał niemal osłupiały. Chodził 

więc już do kościoła  porucznik.  Wtem powołano ich  na wieczerzę  do refektarza  i Bużeński 
poszedł razem. Siadł w końcu stołu, zachował się milcząco i spokojnie, a w czasie modlitwy, 
choć nie odmawiał jej, wstał. Kalas potem z nim razem udał się do tej samej celi, którą i teraz 
jeszcze zajmował.

Mimo obawy, aby jakim słowem nieostrożnym nie rozbudzić starych wspomnień, rozstać mu 

background image

się z Bużeńskim trudno było. Obudzał w nim, oprócz innych uczuć, ciekawość. Rad był zajrzeć 
w głąb tej duszy poranionej, zabliźnionej i zapewne bolejącej jeszcze.

Gdy   do   celi   weszli,   porucznik   się   przeszedł   po   niej   parę   razy   milczący,   a   potem   stanął 

naprzeciw Kalasa.

— Ciąży mi to wielce, że ja tu dla tych ludzi, co z jałmużny żyją, brzemieniem jestem — rzekł 

cicho.

— Nic łatwiejszego, jak się z tego położenia wyzwolić — odparł Kalas. — Mam lasy, mam 

dwór dla leśniczego. Lubisz samotność. Chcesz, to osiądź sobie spokojnie u mnie. Najmniejszej 
mi nie zrobisz różnicy.

Bużeński nie ruszał się z miejsca, zadumany.
—   Dziękuję   —   rzekł.   —   Przyjąłbym   twoją   ofiarę;   lecz   mam   li   prawdę   rzec?   Zupełnej 

samotności z sobą samym się lękam. Śmieszno mi się przyznać, ale prawdziwie nie wiem jak, 
przyzwyczaiłem się do tych ludzi i ich życia. Wstyd mi, bo słabość to jest… Nie dokończywszy 
chodzić, począł znowu:

— Religii nie miałem i nie mam — rzekł. — Dawniej jej w drugich nie uznawałem, dziś się to 

zmieniło… Zazdroszczę im. Oni są z tym szczęśliwi! Szpital to jest ten klasztor — dodał. — No 
tak… ale okazuje się, iż bez nich obejść się trudno. Przez czas tej mojej choroby, ciągle się 
spodziewając umrzeć, patrzyłem i obserwowałem wiele. Co by taki asceta, jak o. Serafin, na 
świecie robił, gdyby go stąd wygnano? Słowo daję nie wiem. A o. Gabriel podobnież, a o. Anioł, 
który   pono   artystą   by   nie   potrafił   być,   gdyby   go   na   swobodę   puścili,   boby   mu   się   głowa 
zawróciła?… Wszyscy tu oni na swym miejscu, a że bab nie ma, sami są, siedzą jak u Pana Boga  
za piecem.

Jedno wspomnienie kobiet było jakby oddźwiękiem przeszłości. Kalas unikał podniesienia go 

umyślnie. — Ta chata w lesie smakowałaby mi może — mówił dalej Bużeński — ale boję się 
samotności. Powtarzam… Wzdrygnął się.

— Nie wiem na co żyję, bo ochoty ani potrzeby życia dla siebie nie czuję, dla drugich zaś na 

nic się nie zdałem. Ale trzeba tę farsę dograć do końca. Nie chciałbym już w niej ani monologów 
zbyt tragicznych, ani zakończenia. Spokojnie skuliwszy się… umrzeć. Tu, gdzie zaczyna mi być 
w duszy mroczno i czuję, że na burzę by się zebrać mogło, idę grać na organach, pomagam o. 
Aniołowi w obrabianiu kloców, kopię w ogrodzie, i tak ogłupiawszy, spotniawszy, śpię potem 
bez snów.

Słuchając, Kalas na próżno szukał na to odpowiedzi.
— Chciałbym w istocie ojcom być w czymś użytecznym — dokończył Bużeński — aby mnie 

nie wygnali.

— O to się nie masz co obawiać — wtrącił Kalas.
— Tak — odparł Bużeński — lecz jak ono jest, to jest — reguła… to nie szpital ani przytułek  

dla podupadłej szlachty. W końcu mi muszą drzwi pokazać.

— Ja się rozmówię o tym z gwardianem — rzekł Kalas.
— Daj  pokój,  nie,  nie  trzeba!   Miłosierdzia   nie  chcę!  — zawołał   Bużeński.  — Organista 

wkrótce zdaje się pójdzie muzykować gdzie indziej, a ja się nałamię do organów.

Zwrócił się do Kalasa, rękę mu kładąc na ramieniu.
— Cóż ty na to? Hę! Bużeński dławidudą u bernardynów! Naprawdę, trzeba było osobliwego 

zbiegu okoliczności.

Godzina się zbliżała, w której Kalas musiał klasztor opuścić, bo miał nocować w mieście. 

Rozstali   się   do   jutra.   Wyszedłszy   za   furtę,   Zerwikaptur   przeżegnał   się   mimo   woli,   tak   był 
zdumiony, tak nie pojmował tego, co się z Bużeńskim stało. Wydawało mu się to jeśli nie cudem, 
to czymś do tego zbliżonym.

background image

Nazajutrz rano wstąpił do kościoła i pod chórem zobaczył w kącie stojącego z założonymi 

rękami Bużeńskiego. Nie modlił się wprawdzie, ale znalazł się tu, gdzie dawniej nie bywał nigdy.

Po mszy wyszli razem.
— Słyszałeś — odezwał się porucznik — jak obrzydliwie ten stary przygrywał na organach? 

Ja ci powiadam, że za kilka miesięcy potrafię lepiej. Klucze już wypróbowałem. Nogami po 
pedałach źle chodzę, ale tam jak jednę nutę pociśniesz kiedy niekiedy, tak huczy, że jej starczy.

W ciągu dnia ani razu nie zachmurzył się i nie uniósł po dawnemu Bużeński. Po cichu spytał 

Kalas o. Gabriela, kto tak cudownie uchodził tę naturę, dotąd nieokiełznaną i buntowniczą.

—   Kto?   —   odparł   o.   Gabriel.   —   Chyba   sama   ta   atmosfera   klasztorna.   Żaden   z   nas   nie 

próbował   go   nawracać,   nie   czując,   aby   był   przygotowanym.   W   duszy   jego   własne   siły 
uspokajająco działały. Jestem pewny, że czas więcej jeszcze uczyni.

Z   o.   gwardianem   na   osobności   się   widząc,   Kalas   począł   go   usilnie   prosić   o   to,   aby 

Bużeńskiego nie wyganiano z klasztoru.

— Nikt o tym ani myśli! Zlituj się! — zawołał gwardian. — Znamy położenie jego. Byłoby to 

zbrodnią znowu go w świat rzucić. On sam chyba…

— Nie, on o tym ani myśli — odpowiedział Kalas. — Zapraszałem go na wieś do siebie… 

Odmówił.

Dwa dni tu zabawiwszy, Zerwikaptur do domu powracać musiał. Z Bużeńskim pożegnali się 

trochę chłodno. Była chwila, iż chciał przeprowadzić Przyjaciela na miasteczko, do gospody, ale 
zawahał się u furty, uściskał Kalasa i zawrócił, jakby się zląkł tego powietrza, które go zewnątrz 
owionąć miało.

Zerwikaptur wkrótce się ożenił, a w miodowych miesiącach nie dziw, że trochę o przyjacielu 

zapomniał.   O.   gwardian   przyrzekł   mu   najmocniej,   gdyby   co   zaszło   z   Bużeńskim 
niespodziewanego, że go natychmiast zawiadomi.

Nie odbierając wieści żadnych, Kalas uspokoił się i nie myślał o poruczniku, przerobionym na 

organistę…

Rok tak upłynął, a żona jego, która przypisywała pono św. Antoniemu wynalezienie męża, 

zażądała być znowu na odpuście…

Wchodziło   to   tak   dobrze   w  plan   Kalasa   i   odpowiadało   życzeniu   jego,   iż   z   największym 

zapałem myśli tej przyklasnął.

Posłano tylko przodem kuchtę, aby w gospodzie zajął izbę, o którą czasu odpustu było trudno, 

a państwo nocować tam chcieli. Wieczorem, przybywszy już po nieszporach, Kalas nie wybrał 
się do klasztoru, na jutro to odkładając.

Odpust   i   w   tym   roku,   chociaż   dni   były   gorące,   wielką   się   odznaczał   frekwencją   osób   z 

dalekich stron przybyłych. Od rana klasztor był w oblężeniu.

Po wotywie, nie czekając sumy,  żonę z matką jej pozostawiwszy w kościele, Zerwikaptur 

pobiegł do klasztoru.

Pierwszym znajomym, którego tu spotkał, był ks. Anioł. Ten spojrzał mu w oczy pytająco 

jakoś i dziwnie…

— A cóż wasz organista? — spytał Kalas.
— Jak to? Pan nic nie wiesz?
— Cóż się stało?
— Pochowaliśmy biedaka niespełna cztery tygodnie temu.
Tyle tylko mógł powiedzieć o. Anioł, bo już go z zakrystii wołano. Musiał, chcąc się czegoś 

dowiedzieć, czekać Kalas, aż się całe nabożeństwo skończy. W refektarzu ten sam był natłok 
wesołych gości. Witali go znajomi.

Ponieważ gwardian nadto był zajęty, zwrócił się do podkomorzego przybyły; ale ten, oprócz 

background image

podziwu nad cudownym Opatrzności zrządzeniem, która dała tu burzliwego życia dokończyć 
człowiekowi skołatanemu — o zgonie, o przyczynach jego nie umiał nic powiedzieć.

W czasie nieszporów o. Serafin był  wolny,  poszedł do niego Kalas, niespokojny,  aby się 

czegoś dowiedzieć o przyjacielu.

— Z czegóż zmarł Bużeński? — spytał.
— Zaprawdę dla nas wszystkich to było i jest zagadką — rzekł o. Serafin. — Nie był chory, 

słabł tylko w oczach i niknął, gasł jak wypalony kaganek, nie cierpiąc nawet. Dniem dopiero 
przed śmiercią, poskarżywszy się, że mu nogi nie służą, że słabym się czuje, położył się do łóżka. 
Nie przeczuwał ani domyślał się zgonu i my też, wiedząc jak silną była i wytrwałą ta natura, nie 
przypuszczaliśmy tak rychłego końca. Bylibyśmy z obowiązku starali się tę biedną duszę, w 
którą może  promyk  już jakiś wstąpił, uratować. Drugiego dnia, gdy długo nie wstawał, brat 
Dydak poszedł zajrzeć do niego i znalazł już ostygłym…

— A w ostatnich czasach — wtrącił Kalas — nie widać w nim było zmiany?
— To co się w nim działo — rzekł o. Serafin — zakrytym było dla nas. Zmienił się na lepsze, 

to   pewna,   lecz   przychodziło   to   tak   nieznacznie   i   z   wolna,   że   dostrzec   było   trudno.   Żartem 
zaczynał niby mówić o tym, że dla zupełnego uspokojenia rad by wdziać sukienkę, przypisując 
jej cudowne działanie, lecz do tego nie przyszło. Chodził i pracował w ogrodzie, ciosał u o. 
Anioła, próbował przygrywać na organach, ale sił mu później brakło, choć widać było, że się nie 
poddawał osłabieniu, które czuł w sobie. W ostatnich dniach spokojnym był i wesołym nawet. O 
przeszłości swojej nie wspominał. Żal nam go bardzo. Któż wie?… Trochę dłuższe życie może 
by…

O. Serafin, nie kończąc, ręką rzucił i zamilkł smutny.
— Bóg — dodał — łaskaw będzie duszy, która w walce z życiem przecierpiała wiele.


Document Outline