background image

Franciszek Bernaś

Śmierć 

w Tokio

z dziejów terroryzmu politycznego

Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych

Warszawa 1989

Projekt okładki i strony tytułowej 

Henryk Laskowski

Redaktor 

Barbara Graczyk

Redaktor techniczny 

Witold Gidzewicz

Korektor 

Małgorzata Bielińska

(C) Copyright by Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych Warszawa 1989

INSTYTUT WYDAWNICZY ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH 

WARSZAWA 1989

Wydanie I. 

Nakład 29 780+220 egz. 

Ark, wyd. 16,3; ark, druk. 18,75. 

Papier drukowy ki. III, 71 g. A1. 

Oddano do składania 11.1.1989 r. 

Podpisano do druku w marcu 1989 r. 

Druk zakończono w kwietniu 1989 r. 

Nr prod. WW/1217/KE/87. 

Zam. 25/89. A-89.

Drukarnia Instytutu Wydawniczego Związków Zawodowych

background image

Wstęp

W   końcu   XIX   wieku  na   arenie   międzynarodowej   pojawiło  się   nowe   mocarstwo   -   imperialistyczna   i 
militarystyczna   Japonia.   Ten   kraj,   po   „rewolucji   Meidzi”,   wkroczył   na   drogę   szybkiego   nadrabiania 
dotychczasowego zacofania wobec wielkich potęg kapitalistycznego Zachodu, przezwyciężania, dającego 
mu   się   tak   we   znaki,   uzależnienia   od   europejskich   i   amerykańskich   zdobywców,   stając   się   wkrótce  
jednym   z   imperialistycznych   rabusiów,   tyle   tylko,   iż   jeszcze   bardziej   bezwzględnym   i   drapieżnym, 
podobnie jak w Europie Niemcy.  Wojna i wychowanie  dla wojny stały się jednym  z podstawowych  
atrybutów   nowoczesnej   Japonii.   Wydarzenia   związane   z   kolejnymi   wojnami:   chińsko-japońską   z 
1894/1895, rosyjsko-japońską z 1904/1905, japońsko-niemiecką z 1914 r. czy też wyprawą japońską do 
Chin w końcu I wojny światowej i udziałem Japonii w antyradzieckiej interwencji zbrojnej 14 państw 
imperialistycznych   w   latach   1918-1922   zrodziły   specyficzny   klimat,   w   którym   działalność   rządu 
zmierzająca do rozpętania najeźdźczej wojny, rokującej Nipponowi nowe zdobycze i korzyści, stawała się  
zaczynem do powstawania tajnych związków, organizacji i stowarzyszeń, które służyły wsparciem dla 
polityki  wojny,  a jeżeli  było trzeba to i strzałem zza węgła czy ciosem sztyletu w plecy. Przeciwnicy 
polityki  rozpętywania  wojen - a takich wbrew potocznym  opiniom nigdy w Japonii nie brakowało - 
musieli zawsze liczyć się z tym, iż grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Co więcej, to tajne zaplecze 
japońskich „jastrzębi” tak się z czasem wyemancypowało, iż ci, którym niegdyś posłusznie służyło, stali 
się   z   czasem   zakładnikami.   Stojący  na   czele   państwa:   premierzy,   ministrowie   kluczowych   resortów, 
generałowie i admirałowie podlegali siłą rzeczy różnorakim wahaniom politycznej koniunktury. Stawiając 
na   wojnę,   jako   generalny   sposób   realizacji   wytyczonych   sobie   celów,   nie   chcieli   rezygnować   z 
pokojowych  metod  ekspansji, uznając je w danym  momencie  za bardziej dogodne i skuteczne. Tego 
rodzaju finezja nie zawsze była właściwie pojmowana przez fanatycznych braci spod znaku „Czarnego 
Oceanu” czy „Czarnego Smoka”, i zamiast  uznania ten dyplomatyczny unik brany był  przez nich za 
zdradę narodowych interesów Nipponu. Wtedy dochodziło do dramatycznych wydarzeń bulwersujących 
nie tylko opinię publiczną samej Japonii, ale często i całego świata. Był rok 1921. Imperializm japoński 
poniósł   właśnie   kilka   bolesnych   porażek.   Załamywała   się   stopniowo   akcja   soldateski   japońskiej   na 
radzieckim Dalekim Wschodzie.  Pod zdecydowaną  presją  Stanów Zjednoczonych  i Wielkiej Brytanii 
Japończycy zmuszeni byli zrezygnować z utrzymania w swym ręku większości zdobyczy terytorialnych 
uzyskanych   w latach  I wojny światowej  w  Chinach.  W  kołach militarystycznych  Nipponu panowało 
wielkie   rozgoryczenie.   Wielu   przedstawicieli   japońskich   kół   rządzących,   a   zwłaszcza   wojskowych, 
domagało się utrzymania siłą tego wszystkiego, co już zdobyto, bez oglądania się na stanowisko Londynu 
czy Waszyngtonu, nawet gdyby przyszło odwołać się do argumentu miecza. Inni - a tych było wówczas 
więcej - uważali, iż na podjęcie tego rodzaju kroków, grożących Japonii wybuchem wielkiej wojny z 
Anglią i USA, Nipponu jeszcze nie stać. A więc, rozumowali, należy zacisnąć zęby i oddać to, czego i tak 
utrzymać się nie da, a moment nieuniknionego starcia zbrojnego z wciąż jeszcze silniejszymi rywalami 
odłożyć  na później. Takie stanowisk reprezentował m.in. ówczesny premier  Japonii, 65-letni Takashi 
Hara. Naraził się tym swym prawicowym oponentom. W dniu 4 listopada 1921 r. członek „Czarnego 
Smoka”,   student   tokijskiego   uniwersytetu,   zaatakował   premiera   na   peronie   stołecznego   dworca 
kolejowego zabijając go jednym ciosem samurajskiego miecza.

Lata trzydzieste przyniosły Japonii wzrost napięcia politycznego, co wiązało się z przejściem przez 

koła rządzące kraju do realizacji programu otwartej ekspansji, której ofiarą miała paść przede wszystkim  

background image

chińska   Mandżuria,   ówczesny   premier   Japonii,   60-letni   Osachi   Hamaguchi,   był   politykiem 
doświadczonym   ale   zbyt   -   jak   to   oceniali   jego   przeciwnicy   z   prawego   skrzydła   -   ostrożnym   i  
flegmatycznym. Postanowiono więc pozbyć się go. Ponieważ nie miał on zamiaru dobrowolnie ustąpić, 
czego od niego żądano w poufnych rozmowach i radzono mu to po przyjacielsku, do akcji weszli i tym 
razem ludzie z „Czarnego Smoka”. W dniu 14 listopada 1930 r. na dworcu kolejowym w Tokio młody  
Japończyk oddał kilka strzałów do premiera raniąc go śmiertelnie. Hamaguchi z przestrzelonym w ośmiu 
miejscach jelitem męczył się jeszcze kilka miesięcy w szpitalu, umierając w 1931 r. Na fotelu premiera  
zasiadł,   cieszący  się   większym   od   swego   poprzednika   zaufaniem   ekspansjonistów   japońskich,   baron 
Shidehara.

Przejście w 1931 r. Japonii do jawnej agresji przeciwko Chinom (zagarnięcie w wyniku incydentu 

mukdeńskiego   Mandżurii   i   stopniowe   przenikanie   zbrojne   w   głąb   Chin   północnych   i   północno-
wschodnich a następnie i środkowych) zaostrzyło sytuację wewnętrzną Nipponu. Rządy cywilne - choć 
bez   reszty  wspierające   agresywne   poczynania   kół   wojskowych   -   przestały  już   wystarczać   japońskim 
militarystom.  Ci ostatni domagali się w coraz to bardziej zdecydowany sposób ustanowienia w kraju 
rządów   armii,   dyktatury   wojskowej.   Ponieważ   tego   rodzaju   postulaty   kwitowane   były   milczeniem,  
zwolennicy dyktatury armii postanowili działać. Inspirowana przez grupę generałów i tajne kierownictwo 
„Czarnego   Smoka”   grupa   młodych   oficerów   garnizonu   tokijskiego   wzięła   sprawę   w   swe   ręce 
postanawiając dokonać siłą zamachu stanu.

W dniu 16 maja 1932 r. do stołecznej rezydencji premiera, 77-letniego Tsuyoshi Inukai, wdarło się  

około godziny 17.00 pięciu poruczników i trzynastu kadetów. Po zlikwidowaniu ochrony spiskowcy ranili 
śmiertelnie Inukai, który wkrótce zmarł. Inne grupy spiskowców zaatakowały w tym samym czasie szereg 
ważnych obiektów w stolicy, obsadzając wiele z nich na kilka godzin. Zamach nie powiódł się jednak. 
Generalicja japońska jako całość nie poparła młodych oficerów. Nie poparły ich więc i inne oddziały 
wojska. Zamachowcy zostali rozbrojeni. Ujętych postawiono przed sądem i skazano na karę śmierci. Ich  
los wkrótce zmienił się, zostali ułaskawieni przez cesarza; od dnia 24 marca 1933 r. objął bowiem w  
Japonii władzę rząd cywilno-wojskowy. W kraju zlikwidowano resztki swobód demokratycznych, a armia 
japońska rozpoczęła operacje wojenne przeciwko Chinom na znacznie większą niż dotąd skalę.

Stałe   rozszerzanie   się   agresji   japońskiej   w   Chinach   wpłynęło   na   dalsze   zaostrzenie   się   sytuacji  

wewnętrznej w samej Japonii, pogłębianie się procesów militaryzacji wszystkich dziedzin życia. Ale w 
kołach rządzących Tokio a nawet w samej armii i marynarce wojennej nie było jedności poglądów. Wielu 
generałów i admirałów nadal wypowiadało się za ostrożnym i stopniowym działaniem bez ryzykowania 
globalnego konfliktu z Anglią i USA. Inni uważali, iż nie ma na co czekać i należy działać zdecydowanie, 
ryzykując nawet rozpętanie wielkiej wojny na Pacyfiku. Ten spór w „rodzinie” doprowadził wkrótce do 
nowego wybuchu.

W  nocy z 25 na 26 lutego 1936 r. grupa młodych  oficerów z  tajnej  organizacji  Kodoha  (frakcja 

Sprzysiężenia Szlaku Cesarskiego) podjęła próbę dokonania zamachu stanu. Obsadzono wiele obiektów 
strategicznych  w   stolicy,   gmachów   rządowych,   zbudowano   barykady.   Zamordowani  zostali:   admirał 
Makoto Saito, minister finansów Korekiyo Takahashi, generał Jotaro Watanabe, admirał Kantaro Suzuki. 
Premier Japonii, Keisuke Okada,
ocalał cudem. Spiskowcy zamiast niego zabili jego szwagra. Przez kilka dni w Tokio trwało wrzenie. 
Rząd   ogłosił   stan   wojenny.   Po   kilku   dniach   spiskowcy,   na   których   czele   stał   Teruzo   Ando,   zostali 
zmuszeni do złożenia broni, ujęci, a następnie skazani na śmierć  i straceni. Niemniej jednak Japonia 
uczyniła   dalszy   krok   na   prawo,   w   kierunku   wielkiej   wojny.   Nastąpiło   dalsze   pogłębienie   procesu 

background image

militaryzacji kraju, a już w rok później, w lipcu 1937 r. rozpoczęła się otwarta wojna chińsko-japońska.

Potem wydarzenia zaczęły rozwijać się już w coraz to bardziej zawrotnym tempie. Nadszedł rok 1941 

a z nim wybuch wielkiej wojny na Oceanie Spokojnym. Wyprawa na podbój Azji nie przyniosła jednak 
Nipponowi powodzenia. Wielkie sny samurajów o panowaniu nad niezmierzonymi przestrzeniami Azji 
kontynentalnej   i   archipelagów   Pacyfiku   zakończyły   się   tragicznym   przebudzeniem.   Japonia   poniosła 
sromotną klęskę. W chwili gdy wojska amerykańskie zaczęły zagrażać inwazją macierzystym wyspom  
Japonii, kiedy nad Hirosimą i Nagasaki wybuchły amerykańskie bomby atomowe, a na skoncentrowane w 
Mandżurii   wojska   japońskie   uderzyły   armie   radzieckie,   japońskie   koła   rządzące   i   dworskie   podjęły 
dramatyczną decyzję kapitulacji, aby uratować kraj przed całkowitą katastrofą. Decyzji tej raz jeszcze nie  
zrozumiała część młodej generacji armii. W nocy z 14 na 15 sierpnia 1945 r., gdy miało być nadane przez 
radio,   nagrane   uprzednio   na   płytę,   przemówienie   cesarza   zapowiadające   kapitulację   Japonii,   grupa 
młodych  oficerów garnizonu tokijskiego postanowiła przeszkodzić zaprzestaniu walki, uważając to za 
hańbę. Spiskowcy opanowali pałac cesarski zabijając generała Mori Takeshi, dowódcę gwardii cesarskiej 
i kilka innych osobistości świata politycznego i armii. Planowano zabójstwo wszystkich polityków, o 
których spiskowcy wiedzieli, iż wypowiadają się za kapitulacją (Suzuki, Hiranuma, Kido). Zamach stanu 
nie udał się. Rano spiskowcy wycofali się do koszar. Przywódcy spisku popełnili samobójstwo.

Nagła śmierć przestała na jakiś czas zagrażać tym japońskim politykom, którym wojna nie wydawała 

się   najkorzystniejszym   rozwiązaniem   stojących   przed   krajem   problemów.   Jeden   z   rozdziałów 
współczesnych dziejów Nipponu był już definitywnie zamknięty.

Rozdział I

Cios samurajskiego 
miecza

Śmiertelny błysk

Stało się to w dniu 4 listopada 1921 r. na centralnym dworcu kolejowym w Tokio. Premier 

Japonii, 65-letni Takashi Hara, spacerował po peronie w oczekiwaniu na pociąg, którym zamierzał udać 
się   do   swej   rezydencji   w   Jokohamie,   gdzie   miał   spotkać   się   z   grupą   zaproszonych   tam  polityków   i 
przemysłowców japońskich reprezentujących te wpływowe koła ludzi interesu, o których poparcie od 
dłuższego już czasu intensywnie zabiegał. Na dworzec przybył  nieco przed czasem, stąd teraz musiał  
czekać.   Kilka   kroków   dalej   za   premierem   kroczył,   starając   się   nie   zmniejszać   ani   nie   zwiększać 
kilkumetrowego   dystansu,   członek   specjalnej   ochrony,   dyskretnie   strzegący   bezpieczeństwa   szefa 
gabinetu. Na peronie było tego dnia raczej pusto. Kilka grup, oczekujących również na ten sam pociąg, 
pasażerów   zebrało   się   dalej   w   sektorze,   gdzie   zatrzymywały   się   wagony   III   i   IV   klasy.   Tu   gdzie 
spacerował premier, nie było właściwie nikogo, poza siedzącym na małej ławeczce młodym mężczyzną, 
który okryty długim wełnianym płaszczem czytał gazetę, wyraźnie nie interesując się tym wszystkim, co 
działo się na peronie.

Gdy zegar dworcowy wskazywał godzinę 13.50, spikerka kolejowa zapowiedziała oczekiwany pociąg, 

background image

który miał właśnie za kilkanaście sekund wjechać na tor przy peronie trzecim, po którym od jakiegoś już 
czasu

 

krążył   spacerowym   krokiem   premier   Hara.   W   chwili,   gdy   umilkł   głos   informatorki,   z   bramy 

wyjściowej dworca wbiegło na trzeci peron dwóch mężczyzn z dużymi walizami, kierując się do sektora 
II  i  I  klasy.   Pojawienie   się   nowych  osób  na  peronie   przyciągnęło  na   chwilę  uwagę   agenta  ochrony. 
Odrywając na ułamek sekundy wzrok od premiera, agent nie zauważył,  iż w tym  właśnie momencie  
młody człowiek, siedzący dotąd spokojnie na ławce i pogrążony pozornie bez reszty w lekturze gazety,  
zerwał się i odrzucając na bok jednym błyskawicznym ruchem płaszcz, skoczył ku premierowi trzymając 
w ręku charakterystyczny samurajski miecz. Hara zdążył tylko wydać krótki okrzyk przerażenia, na który 
zareagował natychmiast agent ochrony. Nim jednak zdołał zrobić choć krok naprzód, miecz błysnął w 
powietrzu, godząc śmiertelnie premiera, który zalany krwią runął na kamienną  płytę  peronu. Zabójca 
zrobił   krok   do   tyłu,   jakby  szukając   możliwości   ucieczki.   Nim   jednak   zdołał   się   odwrócić   w   stronę 
wyjścia, dopadł go agent ochrony. Wywiązała się krótka walka. Mimo odniesienia kilku groźnych ran, 
zadanych tym samym  mieczem, od którego zginął premier Hara, powalony jego śmiertelnym ciosem,  
funkcjonariuszowi   udało   się   obezwładnić   zamachowca   i   przy   pomocy   kilku   przygodnych   świadków 
zajścia przekazać w ręce nadbiegających policjantów.

Wokół leżącego na płycie peronu premiera zaczął tymczasem gromadzić się tłum. W kilka minut po 

dokonaniu zamachu zjawił się lekarz, ale na udzielenie jakiejkolwiek pomocy było już za późno. Premier, 
ugodzony silnym ciosem samurajskiego miecza w bezpośrednią okolicę serca, już nie żył.

W kilka dni później zabójca premiera Hary, 21-letni student uniwersytetu tokijskiego, Nitta Maresuke, 

stanął   przed   sądem.   Rozprawa   toczyła   się   -   ze   względu   na   sprawy   bezpieczeństwa   państwa   -   przy 
drzwiach zamkniętych. Dlatego też niewiele z tego, co działo się wówczas na sali sądowej, przedostało się 
na zewnątrz. Japońska opinia publiczna musiała zadowolić się więc jedynie lakoniczną treścią oficjalnego 
komunikatu, podanego 
przez   całą   prasę   japońską.   Wynikało   z   niego,   iż   zabójca   był   młodzieńcem   niezrównoważonym 
psychicznie.   Uważając   Harę   za   winnego   ostatnich   niepowodzeń   Japonii   na   arenie   międzynarodowej, 
postanowił   go   zabić,   co   też   i   uczynił   w   dniu   4   listopada   1921   r.   W   sentencji   wyroku   podkreślono 
wyraźnie, iż zamachowiec działał sam, bez jakiejkolwiek pomocy czy inspiracji ze strony osób trzecich.  
Sprawa   była   więc   oczywista   i   nie   wymagała   podjęcia   specjalnego   dochodzenia   czy   śledztwa   w   tej 
sprawie. Cóż bowiem mogło dać najbardziej nawet drobiazgowo prowadzone śledztwo w sprawie tak 
ewidentnej, jaką jest akt indywidualnego szaleństwa i fanatyzmu. Ani więc policja tokijska, ani też sąd nie 
bawiły się w specjalne ceregiele i zabiegi. Studenta osądzono, skazano na śmierć i już w kilka dni później 
stracono, zamykając w ten sposób definitywnie cały ten tragiczny epizod z 4 listopada 1921 r.

Szpony „Czarnego Smoka”

Oficjalny komunikat na temat tragicznej śmierci premiera Hary nie wyczerpał jednak sprawy.  

Bardziej   wścibscy  i   operatywni   w   swym   zawodzie,   od  swych   japońskich  kolegów,   okazali   się   dwaj 
dziennikarze amerykańscy: John Sward i Stephen Waters. Im to właśnie udało się zdobyć nieco więcej 
ciekawego   materiału   o   zabójcy   premiera.   A   dodajmy,   materiał   ten   opublikowany   później   w   prasie 
amerykańskiej i angielskiej absolutnie nie potwierdzał japońskiej oficjalnej wersji w tej sprawie, choć 
istotnie   zasadniczym   powodem   dokonanego   mordu   było   niezadowolenie   z   porażek   premiera   Hary  w 
dziedzinie zwłaszcza polityki zagranicznej. Nie chodziło tu jednak o niezadowolenie nic nie znaczącego 
studenta, który zademonstrował go błyskiem samurajskiego miecza, ale o niezadowolenie kogoś zupełnie 

background image

innego; kogoś, z którego gniewem nie wolno było się nikomu w ówczesnej Japonii nie liczyć.  I tak 
bowiem okazało się, iż  zabójca z tokijskiego dworca był członkiem tajnego stowarzyszenia  znanego w 
Japonii   i   poza   jej   granicami   pod   nazwą   „Czarnego   Smoka”.   To   stowarzyszenie   wraz   z   kilku   mu 
podobnymi organizacjami odgrywało od lat wielką rolę w japońskim świecie politycznym, działając za 
pomocą mafijnych powiązań, działań i nacisków, a gdy było trzeba to i aktów bezwzględnego terroru.

Zwycięstwo militarne Japonii nad Chinami w wojnie 1894/1895 a następnie seria pozornie drobnych, 

lecz w rzeczywistości boleśnie dokuczliwych porażek dyplomacji Tokio wpłynęło niezwykle pobudzająco 
na rozwój szowinizmu japońskiego nierozerwalnie sprzęgniętego z militaryzmem tysiącami widocznych i 
niewidocznych   nici.   Umocnione   w   1895   r.   przekonanie,   iż   zwycięska   wojna   może   najskuteczniej   i 
najpełniej   urzeczywistnić   gospodarcze,   polityczne   i   militarne   plany   rozwoju   wielkiego   Nipponu   i 
zapewnić   mu   wspaniałą   przyszłość,   stworzyło   niezwykle   podatny   grunt   dla   narodzin   i   początku 
działalności wielu skrajnie nacjonalistycznych,  tajnych  związków, bractw, organizacji i stowarzyszeń, 
których celem było wspieranie wszelkimi siłami, środkami i metodami programu japońskiej ekspansji.

Dwa  z nich - jak się wydaje  największe liczebnie i najlepiej zorganizowane - Związek Czarnego  

Oceanu i Stowarzyszenie Czarnego Smoka powstały jeszcze przed wybuchem wojny chińsko-japońskiej z 
1894 r. Prowadzona przez nie działalność sprowadzała się początkowo głównie do wspierania najbardziej 
awanturniczych   polityków   japońskich.   Z   czasem  jednak   zaczęły   one   rozwijać   szeroką   działalność 
wywiadowczo-szpiegowską i terrorystyczną w Korei, w Chinach i w carskiej Rosji. Każdy z wstępujących 
do jednego z tych tajnych bractw składał - utrzymaną w atmosferze mafijnego ceremoniału - uroczystą 
przysięgę   na   wierność   „boskiemu   cesarzowi”   i   wspólnym   celom   wszystkich   stowarzyszonych   braci. 
Pośrednim   ogniwem   łączącym   działania   obu   tych   stowarzyszeń   było  działające   jawnie   Wschodnio-
Azjatyckie Towarzystwo Jedności Kulturalnej. Jego działalność koncentrowała się głównie w Chinach, zaś 
cel jaki mu oficjalnie przyświecał - to praca na rzecz ujednolicenia pisowni i alfabetu. W rzeczywistości 
WATJK   zajmowało   się   prowadzeniem   działalności   szpiegowsko-dywersyjnej   i   terrorystycznej   w 
Chinach,   werbowaniem   i   szkoleniem   szpiegów,   którzy  zasilali   później   siatkę   organizacyjną   Związku 
Czarnego Oceanu i Stowarzyszenia Czarnego Smoka.

Działalność   WATJK   zaktywizowała   się   bardzo   po   wojnie   1894/1895.   Wówczas   to   bowiem   rząd 

chiński wyraził, pod presją Tokio, zgodę na otwarcie w Szanghaju Akademii Tung Wen, której oficjalnym 
zadaniem   było   kształcenie   pedagogów   i   działaczy   kulturalnych,   poświęcających   się   krzewieniu   idei 
wspólnoty krwi wszystkich ludzi żółtej rasy.  Kim byli  naprawdę słuchacze i absolwenci tej „zacnej”  
uczelni, pokazać miała dopiero przyszłość.

Należy dodać, iż uczelnia ta nie cierpiała nigdy na brak funduszy i odpowiedniej kadry wykładowców,  

którymi  byli  głównie oficerowie japońskiego Sztabu Głównego i wywiadu  wojskowego oraz wybitni 
filolodzy z wyższych uczelni Tokio, Osaki i Kobe. Wspólnym wysiłkiem obu tych, tak pozornie różnych, 
grup pedagogów, kształcono szpiegów, dywersantów i terrorystów, którzy rozpoczynali następnie swoją, 
już w pełni samodzielną, działalność na bezkresnych obszarach całej Azji (w Chinach, azjatyckiej części 
Rosji carskiej, Annamie, Tonkinie i Kambodży, na Malajach, w Birmie, Indiach, na Filipinach, w Indiach 
Holenderskich, Australii i Nowej Zelandii, a nawet w Afganistanie). Naczelnym dyrektorem Akademii był 
przez wiele lat Ki Inukai - członek ścisłego kierownictwa Związku Czarnego Oceanu. Jego zastępcą był  
jeden   z   intelektualnych   asów   wywiadu   japońskiego   -   Ali   Kuhrban,   który   zasłynął   później   ze   swej 
działalności szpiegowskiej w Mandżurii w latach wojny rosyjsko-japońskiej 1904/1905.

W zależności od układów wewnętrznych i personalnych przetasowań Akademia znajdowała się pod 

dominującym wpływem kadry kierowniczej bądź to „Czarnego Oceanu” bądź to „Czarnego Smoka”. Z 

background image

ramienia tej ostatniej organizacji działał tu, odgrywając czołową rolę, założyciel „Czarnego Smoka” - 
Riohei Ucida.

Początkowo   mury   uczelni   opuszczało   rocznie   około   250-300   absolwentów.   Liczba   ich   wzrosła 

następnie do ponad 1500, a słuchaczy do 5000. Po „pomyślnym ukończeniu studiów” i zdaniu wszystkich 
egzaminów absolwenci Akademii Tung Wen wyjeżdżali do krajów, których język, kulturę, historię i życie 
współczesne   poznawali   w   murach   swej   „Alma   Mater”,   obejmując   z   reguły   kluczowe   stanowiska   w 
działających tam komórkach i ekspozyturach japońskiego wywiadu.

Ponieważ   życie   szło   naprzód,   wraz   z   tym   rosło   stale   zapotrzebowanie   wywiadu   na   doskonale 

wyszkolonych   agentów   i   organizatorów   służby   wywiadowczej;   Stowarzyszenie   Czarnego   Smoka 
otrzymało   wkrótce   nowe,   poufne   zadanie   uruchomienia   dalszych   tego   typu   uczelni.   Tym   razem 
zorganizowano je w samej Japonii. Jedna z nich powstała w Tokio, otrzymując nazwę - raczej mylącą -  
Cesarskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Drugą utworzono w Osace i nazwano Wyższą  Szkołą 
Języków Obcych. Programy dydaktyczne obu tych uczelni oparte zostały na sprawdzonych już wzorach 
Akademii   Tung   Wen.   Nieco   wyższy   poziom   osiągnęły   tu   -   ze   względu   na   bliskość   szerokiej   bazy 
wojskowej   -   zajęcia   praktyczne   uczące   posługiwania   się   bronią   i   rozwijające   sprawność   fizyczną 
słuchaczy.

W miarę nieustannego wzmagania się agresywnych nastrojów i ekspansjonistycznych tendencji wśród 

kół   rządzących   Japonii,   główną   niemalże   monopolistyczną   rolę   w   tajnych,   szowinistycznych 
organizacjach odgrywać zaczęło Stowarzyszenie Czarnego Smoka, odsuwając na dalszy plan Związek 
Czarnego Oceanu, będący najstarszą tego typu  organizacją ówczesnej Japonii. „Czarny Smok”  zdołał 
podporządkować sobie wkrótce i inne mniejsze tajne stowarzyszenia i związki, takie np. jak: Daiakigai, 
Związek Odrodzenia Wielkiej Azji czy Turan.

Szczególnie cennym nabytkiem dla „Czarnego Smoka” było przejęcie w pierwszych latach XX wieku 

„interesów”   Daiakigai,   która   poza   centralą

 

w   Tokio   miała   swe   sprawnie   pracujące   ekspozytury   w 

Mukdenie,   Pekinie,   Szanghaju,   Kantonie,   Władywostoku,   Chabarowsku,   Bangkoku,   Singapurze, 
Kolombo,   Rangunie,   Bombaju,   Kalkucie   a   nawet   w   Kabulu.  Głównym   działaniem   Daiakigai   było 
rozwijanie antychińskiej i  antyrosyjskiej propagandy oraz szerokie propagowanie wszelkich osiągnięć i 
sukcesów Japonii, predestynujących ją - zgodnie z naczelną ideą programu tej organizacji - do odegrania 
hegemonistycznej roli w Azji. Organizacja ta, mimo iż była niezbyt wielka pod względem liczebnym,  
dysponowała całą siecią nowoczesnych drukarń, co umożliwiało jej wydawanie wielu książek, broszur, 
periodyków,   plakatów   oraz   różnego   rodzaju   ogłoszeń   i   reklam.   Prowadzona   przez   Daiakigai   swego 
rodzaju   dywersja   ideologiczna   stała   się   ważnym   uzupełnieniem   wywiadowczo-szpiegowskiej   i 
dywersyjno-terrorystycznej działalności Stowarzyszenia Czarnego Smoka.

Inną   rolę   odgrywała   w   siatce   „Czarnego   Smoka”   tajna   organizacja   Turan.   Działała   ona   w 

muzułmańskich krajach Azji, a jej zadaniem było zjednywanie sympatii ich narodów dla Japonii i jej  
planów wyparcia z Azji wpływów i pozycji innych mocarstw imperialistycznych, w myśl lansowanego w 
Tokio hasła: „Azja dla Azjatów” - czytaj: „Azja dla Japończyków”. Agenci Turanu rozwijali zwłaszcza 
bardzo   ożywioną   działalność   w   Holenderskich   Indiach   Wschodnich   (dziś   Indonezja),   na   Półwyspie 
Malajskim, w Indiach, Iranie i Turcji, a nawet i na Bałkanach.

Podobną rolę odgrywała, podporządkowana również organizacyjnie „Czarnemu Smokowi”, inna tajna 

organizacja występująca pod nazwą Związku Białego Wilka, penetrująca głównie środowiska rosyjskich i 
tureckich emigrantów w Japonii i innych krajach Azji. Warto dodać, iż pod wpływem tej organizacji 
powstało tureckie tajne stowarzyszenie - Bractwo Szarego Wilka. Na zrębach tej organizacji powstała i 

background image

rozwinęła się w wiele lat później turecka organizacja terrorystyczna, której członkiem był Mehmet Ali  
Agca. To przez niego oddane strzały ugodziły w dniu 13 maja 1981 r. papieża Jana Pawła II w Rzymie na 
Placu św. Piotra.

Działania Związku Białego Wilka, obejmujące swym zasięgiem nawet kraje Środkowego i Bliskiego 

Wschodu   oraz   Półwyspu   Bałkańskiego,   ułatwiały   powiązania   tajnych   służb   Japonii   z   tajną   turecką 
organizacją Związku Szarego Wilka z Istambułu oraz Ligą Panturecką.

Funkcjonowanie   dziesiątków   przeróżnych   tajnych   związków,   stowarzyszeń   i   organizacji   nie 

prowadziło   do   wzajemnych   antagonizmów,   starć   i   walki   konkurencyjnej,   tak   typowej   np.   dla   mafii 
amerykańskiej. Wspólny był tu bowiem cel, wspólna inspiracja i równie wspólny kierunek uderzenia. Nie 
bez znaczenia był również fakt, iż działaniu całego tego tak niezwykle skomplikowanego tajnego świata  
patronował   jeden   z   współtwórców   konstytucji   japońskiej   i   najbliższych   współpracowników  cesarza  - 
baron   Ito   Hirobumi,   wieloletni   premier   i   wybitny   polityk  japoński.   Jego   bezpośrednie   kontakty   z 
przywódcami   Związku   Czarnego   Oceanu,   Stowarzyszenia   Czarnego   Smoka,   Związku   Odrodzenia 
Wielkiej Azji czy Wschodnio-Azjatyckiego Towarzystwa Jedności Kulturalnej stworzyły gwarancje, iż 
działania wszystkich tych organizacji zmierzać będą w kierunku wytyczonym przez koła rządzące kraju, 
bez ryzyka wzajemnych starć i antagonizmów.

Pisząc o szpiegowsko-dywersyjnej działalności Związku Czarnego Oceanu, Stowarzyszenia Czarnego 

Smoka czy też Daiakigai i Turanu, nie można tracić z oczu i innego, nie mniej ważnego aspektu ich  
istnienia. Polegał on na ścisłym powiązaniu ze sobą tajnych organizacji mafijnych i współpracującego z 
nimi   bezpośrednio   japońskiego   wywiadu   i   kontrwywiadu   z   oficjalnym   światem   wielkiej   polityki   i 
dyplomacji, działającym już otwarcie pod najwyższym patronatem cesarza i jego rządu. Znani politycy 
japońscy: Ki Inukai, Cici Owoda, Koki Fukusima, Shigenobu Okuma, Mitsuru Tojama, byli jednocześnie 
twórcami   i   asami   japońskiego   wywiadu   a   także   czołowymi   działaczami   tajnych   stowarzyszeń   i 
organizacji. Wytworzyło to sytuację, w której wszystkie te organizacje, stowarzyszenia i związki stały się 
narzędziem   rządu   w   realizacji   jego   polityki   imperialistycznej   ekspansji,  będąc   równocześnie   silnym   i 
sprawnie działającym instrumentem nacisku wewnętrznego na rząd i poszczególnych jego przedstawicieli, 
wpływającym  na to, aby rząd ten jako całość i jego ministrowie nigdy od takiej właśnie polityki nie  
ważyli się odstąpić.

Co więcej, tym, co mogło wyróżniać japońską służbę wywiadowczą spośród podobnych służb innych  

mocarstw,   była   jej   masowość   i   uniwersalność   społeczna.   Agentami   wywiadu   japońskiego   -   jak   to 
potwierdzić miała historia - byli  rozsiani po całym świecie Japończycy:  drobni kupcy i rzemieślnicy, 
księgarze,   sprzedawcy   pornograficznych   obrazków   i   fotografii,   handlarze   narkotyków,   instruktorzy 
modnych dyscyplin sportu, przewodnicy turystyczni i turyści, właściciele kasyn gry i domów publicznych, 
sutenerzy i prostytutki, właściciele hoteli, taksówkarze, kolejarze, lekarze, adwokaci. Większość z nich nie 
otrzymywała  za swą działalność szpiegowską czy dywersyjną,  a jak było trzeba i terrorystyczną, bez  
względu na stopień ponoszonego ryzyka, żadnego specjalnego wynagrodzenia. Źródłem ich utrzymania 
były dochody uzyskiwane z wykonywanego oficjalnie zawodu. Jedynie większe fundusze, potrzebne np. 
na   sfinalizowanie   jakiejś   poważniejszej   akcji   szpiegowskiej   czy   wręcz   transakcji   kupna   tajnych 
dokumentów, dostarczane były agentom za pośrednictwem odpowiedniej ekspozytury wywiadu czy też 
komórki dyspozycyjnej  „Czarnego Smoka”. Regułą był  natomiast zwyczaj wyposażania wysłanego w 
świat  agenta   tak,  aby mógł  on  otworzyć  własny  sklep,   warsztat   rzemieślniczy,   hotel  czy  jakieś  inne 
przedsiębiorstwo,   umożliwiające   mu   później   prowadzenie   normalnej   egzystencji   bez   budzenia 
jakichkolwiek i czyichkolwiek podejrzeń.

background image

Wszystko to dowodzi, iż większość agentów japońskich tajnych organizacji pracowała i narażała się 

nie dla pieniędzy. Cechował ich fanatyzm i bezprzykładne oddanie sprawie cesarza i wypełniania jego  
świętej woli oraz bezgraniczna wierność tej tajnej organizacji, której byli członkami. Niedochowanie tej 
wierności równało się zresztą śmierci - i o tym każdy z japońskich agentów i członków tajnych bractw 
doskonale pamiętał.

Tak   więc   tajne   organizacje   wywierały  również   silny  wpływ   i   nacisk   na   własne   sfery  rządowe,   a 

zwłaszcza   konkretnych   polityków,   i   wyższych   funkcjonariuszy   państwowych   Japonii,   poddając   ich 
postępowanie   woli   najbardziej   reakcyjnych   i   powiązanych   z   militaryzmem   kół   politycznych   kraju. 
Człowiekiem, który nadawał ton „polityce personalnej” japońskiego mafijnego „czarnego” światka, był  
Mitsuru   Tojama.   Na   jego   zlecenie   podejmowano   działania,   w   wyniku   których   schodzili   z   areny 
politycznej  kraju ludzie  nie  cieszący się  już  zaufaniem  liderów  „Czarnego Smoka”.  On  też,  kierując 
bezpośrednio pracami tajnego trybunału, nakazywał zgładzenie, z tych samych powodów, tego lub innego 
polityka. Stąd też tak  wiele było w wewnętrznym życiu Japonii skrytobójczych mordów  politycznych i 
nigdy do końca nie wyjaśnionych tajemniczych zgonów znanych powszechnie osobistości politycznych 
kraju wschodzącego słońca. Zarówno sam Tojama, jak też i jego najbliżsi współpracownicy mogli mimo 
to czuć się w pełni bezpieczni i bezkarni. Wielu z nich miało bezpośredni dostęp do samego cesarza, 
premiera i jego ministrów. Wiedzieli o wszystkich najbardziej poufnych posunięciach i decyzjach rządu, 
sami z kolei informując go o pracy swych agentów i jej efektach.

Znaczne   ożywienie   działalności   tajnych   stowarzyszeń   japońskich   nastąpiło   po   zwycięstwie   nad 

Chinami w wojnie 1894/ /1895. W tym też czasie - tak jak w innych dziedzinach życia Nipponu - wywiad 
japoński przejął najlepsze wzory działań od podobnych mu służb innych krajów. W swej pracy japońscy 
organizatorzy   szpiegostwa,   dywersji   i   sterowanego   przez   państwo   terroryzmu   zaczęli   wzorować   się 
zwłaszcza   na   wypróbowanych  już metodach działania wywiadu niemieckiego, głównie na szkole jego 
wieloletniego szefa - Wilhelma Stiebera. W Tokio nie przypuszczano zapewne wówczas, iż kiedyś, w wiele 
lat później, Hitler i jego współpracownicy  w

 

rodzaju Himmlera, Heydricha, Canarisa, Rosenberga czy 

Bohlego studiować będą równie uważnie dzieje japońskiego tajnego świata, czerpiąc z nich wiele cennego 
materiału   i   tworzywa   do   budowy   struktur   organizacyjnych   i   opracowania   najskuteczniejszych   metod 
działania faszystowskiej V kolumny.

Szkoła   Stiebera   zapłodniła   Japończyków   myślą   tworzenia   całej   sieci   luksusowych   domów 

publicznych,   tzw.   zielonych   domów,   zaspokajających   najróżnorodniejsze   gusta   erotyczne   klientów. 
Zatrudnione   w   nich   prostytutki   były   agentkami   wywiadu   japońskiego.   Od   swych   przygodnych 
kochanków, z reguły miejscowych notabli, ludzi wpływowych, wiele wiedzących, wyciągały interesujące 
ich   tokijskich   szefów   wiadomości   i   informacje,   często   o   bezcennym   znaczeniu.   Wobec   osób 
odwiedzających te domy stosowano szantaż, za pomocą którego skłaniano ich do współpracy z wywiadem 
japońskim.   Szantaż   stosowano   zwłaszcza   wobec   tych   ludzi,   na   których   pozyskaniu   bardzo   temu 
wywiadowi zależało.

Szybka   rozbudowa   sieci   szpiegowskiej   wywiadu   japońskiego,   jak   też   zadania   stawiane   mu   przez 

najwyższych   zwierzchników   z   Ministerstwa   Wojny   wzmagały   zapotrzebowanie   na   kadrę   dobrze   i 
wszechstronnie wyszkolonych agentów. Dlatego też już w końcu XIX wieku uruchomiono w Japonii kilka 
specjalnych szkół wojskowych, których zadaniem było szkolenie agentów wywiadu. Najstarsza z nich 
powstała   w   Sapporo   na   wyspie   Kokkaido,   działając   pod   patronatem   Związku   Czarnego   Oceanu   i 
osobiście samego Mitsuru Tojamy. Nauka trwała w niej niecałe dwa lata. Jej słuchacze uczyli się języków 

background image

obcych, a zwłaszcza: koreańskiego, chińskiego, rosyjskiego i angielskiego, opanowywali wszelkie tajniki 
dżiu-dżitsu i karate, zapoznawali się z trudną sztuką charakteryzacji. Dzięki niej to bowiem dzisiejszy 
handlarz jutro mógł już być posłusznym sługą, a następnego dnia naprawiaczem garnków i to broń Boże 
nie Japończykiem, bo na tych policja chińska czy rosyjska mogła zwracać baczniejszą uwagę, ale

 

właśnie 

Chińczykiem czy Koreańczykiem.

O roli odegranej przez tajne stowarzyszenia japońskie w dziele realizowania kolejnych etapów rozwoju 

militaryzmu japońskiego i jego podbojów można by napisać całe tomy. Siłą rzeczy ograniczymy się do  
tematyki bezpośrednio związanej z treścią książki.

W   interesującym   nas   tu   bezpośrednio   okresie,   najsilniejszym   liczebnie   i   najmocniejszym 

organizacyjnie było Stowarzyszenie Czarnego Smoka, założone w 1901 r. przez Richei Ucidę. Nazwa 
Stowarzyszenia  pochodziła od rzeki Amur,  czyli  - jak nazywali  ją  tubylcy -  rzeki  Czarnego Smoka,  
tworzącej naturalną granicę między chińską Mandżurią a wówczas carską Rosją.

„Wszyscy jego członkowie założyciele  - stwierdza Ronald Seth w swej pracy pt.  Tajni agenci  (z 

dziejów wywiadu japońskiego) - zdobyli  już doświadczenie szpiegowskie na kontynencie  azjatyckim. 
Ucida   zorganizował   szkołę   dżiu-dżitsu   Związku   Czarnego   Oceanu   we   Władywostoku;   Sugijama   był 
kierownikiem «Hali Rozkoszy» w Hankou; Mitsuru Tojama (...) założyciel Związku Czarnego Oceanu, 
nim umarł w sędziwym wieku w roku 1944, był przez długie lata doradcą Związku Czarnego Smoka, a 
jednocześnie prezesem Stowarzyszenia Pomocy Rządowi Cesarskiemu, oficjalnej organizacji politycznej 
Japonii.

W roku 1944 Stowarzyszenie Czarnego Smoka posiadało około 10 tysięcy członków i miało już za 

sobą długoletnią działalność, obejmującą tak odległe od siebie obszary, jak Stany Zjednoczone, Ameryka 
Łacińska,   Abisynia   i   Afryka   Północna.   Aż   do   chwili   rozwiązania,   w   szeregach   Stowarzyszenia   była 
ogromna liczba wysokich funkcjonariuszy państwowych, włącznie z jednym z ostatnich premierów, Koki 
Hirotą.

Ostatnim prezesem Stowarzyszenia Czarnego Smoka był Josihisu Kurusu, również jeden z prezesów 

Stowarzyszenia Pomocy Rządowi
Cesarskiemu.   Kurusu,   nie   zaś   przedstawiciel   rządu,   był   tym,   który   3   czerwca   1943   roku   groził  
telegraficznie prezydentowi Rooseveltowi i premierowi Churchillowi okrutnymi  konsekwencjami, jeśli 
siły   aliantów   nie   skapitulują   bezwarunkowo   przed   Japonią.   Jest   to   dowód,   jaką   potęgę   stanowiło 
Stowarzyszenie przez cały czas swego istnienia”.

I właśnie temu Stowarzyszeniu naraził się premier Hara, przepłacając to własną głową.

Trudności i kontrowersje

Wybuch 1 wojny światowej otworzył przed Japonią okres kilkuletniej politycznej prosperity, 

dając   jej   ogromną   szansę   uzyskania   poważnych   i   łatwych   zdobyczy   na   Dalekim   Wschodzie.   Po 
zagarnięciu   posiadłości   wyspiarskich   Niemiec   na   Oceanie   Spokojnym   i   ich   koncesji   w   Chinach, 
Japończycy zaczęli coraz to mocniej usadawiać się na chińskim terytorium, korzystając z wewnętrznego 
rozbicia wielkich Chin. Wybuch i zwycięstwo Wielkiej Socjalistycznej  Rewolucji Październikowej w 
Rosji,   a   następnie   rozpętanie   przez   białą   kontrrewolucję   krwawej   wojny   domowej   wspartej   przez 
mocarstwa imperialistyczne interwencją zbrojną 14 państw postanowił wykorzystać militaryzm japoński 
do podjęcia próby rozszerzenia ekspansji japońskiej również i na ogromne obszary rosyjskiego Dalekiego 
Wschodu, ciągnące się od wybrzeży Pacyfiku aż po Ural. Na terenie Przymorza, nad Amurem i dalej na 

background image

zachód na całej niemal Syberii aż zaroiło się od japońskich dywizji. W Tokio zaczęto już sądzić, iż być  
może za kilka miesięcy, a najdalej za rok lub półtora całe północne i północno-wschodnie Chiny oraz 
Syberia   staną   się   obszarem   politycznej   i   gospodarczej   dominacji   japońskiej.   Z   każdym   dniem   rosły 
apetyty,  wysuwano coraz to nowe ekspansjonistyczne postulaty i żądania, rozbudowywała się armia i 
marynarka wojenna, rosły w siłę tajne związki i stowarzyszenia. Szybko okazało się jednak, iż radość tych 
wszystkich, którzy widzieli już wielką Japonię
w granicach od Bajkału po Hunagho, była co najmniej przedwczesna.

Na konferencji pokojowej w Wersalu, obradującej od 18 stycznia do 28 czerwca 1919 r., nie udało się 

Japończykom, mimo usilnych i niezwykle zręcznych zabiegów dyplomatycznych przedstawiciela rządu 
japońskiego Makino Nobuaki, uzyskać aprobaty innych wielkich mocarstw dla większości wojennego 
łupu   Nipponu.   Co   prawda   Waszyngton,   Londyn   i   Paryż   zgodziły   się   na   pozostawienie   w   rękach 
japońskich na   99 lat   niemieckich  posiadłości   wyspiarskich  na   Pacyfiku   (wyspy:   Karoliny,   Mariany  i 
Marshalla) i pewnych koncesji w Chinach, ale o aprobacie dla mocnego usadowienia się samurajów w 
chińskiej Mandżurii, nie mówiąc już o innych rejonach Chin, nie mogło być mowy. Wkrótce załamała się 
też   i   japońska   wyprawa   do   Radzieckiej   Rosji.   Co   prawda,   ostatnie   oddziały   japońskie   opuściły 
Władywostok   dopiero   w   listopadzie   1922   r.,   ale   już   w   połowie   1921   r.   jasne   było,   iż   ani   dywizje 
japońskie, ani wspierane przez nie oddziały białych generałów i atamanów nie pokonają sił rewolucyjnej 
Rosji. Nie mogło też wzbudzić większego optymizmu w Tokio zwołanie na dzień 12 listopada 1921 r. w 
Waszyngtonie  konferencji  dziewięciu państw (Stany Zjednoczone,  Wielka  Brytania,  Francja,  Japonia, 
Chiny,  Włochy,  Holandia, Belgia i Portugalia), która - jak już zdawano sobie z tego sprawę - miała  
przypieczętować   dyplomatyczną   klęskę   Japonii,   zmuszając   Nippon   do   faktycznego   i   prawnego 
zrezygnowania prawie z wszystkiego, co udało mu się zagarnąć w poprzednim, korzystnym dlań, okresie. 
Należy  przy  tym   dodać,   iż   dość   nieśmiałe   jeszcze   wówczas   próby   militarnego   utrzymania   pewnych 
pozycji   w   północno-wschodnich   Chinach,   mimo   początkowych   sukcesów,   zakończyły   się   ostatecznie 
porażką.   Rzecz   w   tym,   iż   po   lokalnych   starciach   z   niewielkimi   stosunkowo   oddziałami   chińskimi   i 
osiągnięciu   w   nich   sukcesu   należałoby   następnie   rzucić   do   akcji   większe   siły,   by   ten   sukces 
przypieczętować. Należałoby tak uczynić nawet bez aprobaty, a co więcej - wbrew stanowisku innych  
wielkich mocarstw. Rząd premiera Hary na taki właśnie krok nie odważył się. Premier należał do grona 
tych polityków japońskich, którzy opowiadając się za ekspansją japońską na kontynencie azjatyckim i 
terenach   wyspiarskich   wielkiego   oceanu,   uważali,   iż   Japonia   jest   jeszcze   do   takiej   ekspansji   nie 
przygotowana,   a   ustępując   znacznie   pod   względem   gospodarczym   i   militarnym   takim   wielkim 
mocarstwom,   jak   Stany   Zjednoczone   i   Wielka   Brytania,   bezpośrednio   zainteresowanych   rozwojem 
wydarzeń w strefie Oceanu Spokojnego, nie może jeszcze ryzykować otwartego z nimi konfliktu. Na razie 
więc należało ustępować i godzić się na chwilowy odwrót i utratę nawet tego, co dopiero udało się zdobyć 
i opanować.

Ale   zdania   premiera   Hary  -   choć   nie   można   mu   było   odebrać   logiczności   w  rozumowaniu   -   nie 

uznawali za swoje wszyscy przedstawiciele japońskich kół rządzących. Wielu polityków japońskich, a 
zwłaszcza   tych,   którzy  powiązani   byli   z   armią,   nie   mówiąc   już   o   wojskowych,   uważało,   iż   taktyka 
premiera jest niesłuszna a nawet wręcz szkodliwa dla interesów narodowych Nipponu. Uważali, iż trzeba 
dalej   robić   swoje   bez   oglądania   się   na   stanowisko   Stanów   Zjednoczonych   czy   Wielkiej   Brytanii, 
konferencji międzynarodowych i światowej opinii publicznej. Tam, gdzie nie można było rozstrzygnąć 
sprawy przy użyciu dwóch dywizji, radzili wysłać dalszych pięć. Możliwości wielkiego konfliktu nie brali 
w ogóle pod uwagę, a w razie jego wybuchu twierdzili, iż Japonia i tak sobie da radę.

background image

Wyrok

Pogląd premiera Hary, mimo coraz to silniejszej wobec niego opozycji, nadal był obowiązującą 

dyrektywą   działania   w   japońskiej   polityce   zagra/licznej.   Popierało   go   kilku   wybitnych   polityków   z 
bliskiego   kręgu   cesarza,   którzy   też   optowali   za   ostrożnością   i   rozsądkiem,   przeciw   łatwemu 
awanturnictwu. W tej sytuacji przeciwnicy politycznego kursu premiera postanowili odwołać się do sądu 
„Czarnego Smoka”.  Na

 

zorganizowanej w głębokiej tajemnicy naradzie wąskiego grona przywódców 

„Czarnego   Smoka”,   jaka   odbyła   się   w   końcu   października   1921   r.   na   jednym   z   przedmieść   Tokio, 
postanowiono  „poradzić”   premierowi,   aby  podał   się   do   dymisji.   W   razie   odrzucenia   przez   niego  tej 
„propozycji” Hara miał zostać zlikwidowany. Na dwunastu obecnych braci dziesięciu oddało białe kule, 
które oznaczały śmierć.

Wytypowano od razu wykonawcę  wyroku,  którym  miał być  młody student, od dwóch dopiero lat 

członek stowarzyszenia, ale wywodzący się z rodziny od wielu już lat związanej z „Czarnym Smokiem”. 
Młodzieniec ten już od 25 października miał być gotowy w każdej chwili na wezwanie braci, aby spełnić 
to:   „co   musiało   się   spełnić”.   30   października   premiera   odwiedził   jeden   z   jego   przyjaciół,   z   którym  
przedtem odbył  dłuższą rozmowę  emisariusz „Czarnego Smoka”. O czym  rozmawiali wówczas dwaj 
przyjaciele - jeszcze z czasów ławy szkolnej - nie wiadomo. Sam premier nie ukrywał jednak później,  
skarżąc się swym kolegom z rządu i osobom zaprzyjaźnionym, iż pewne wpływowe koła podjęły przeciw 
niemu kampanię polityczną, chcąc go zastraszyć i zmusić do ustąpienia. Próbę tego rodzaju powtórzono 
jeszcze dwukrotnie, ale premier - być może nie doceniając czy też wręcz lekceważąc przeciwnika - nie  
ustąpił, odrzucając zdecydowanie przekazane mu za pośrednictwem osób trzecich dobre rady „Czarnego 
Smoka”.

W tej sytuacji w dniu 2 listopada, przewidziany na wykonawcę wydanego już wyroku, młodzieniec 

otrzymał   polecenie   wykonania   powierzonego   mu   zadania   oraz   krótki   samurajski   miecz.   Wraz   z   tym 
otrzymał  też dokładne instrukcje dotyczące  czasu, miejsca i bezpośrednich okoliczności akcji. Reszta 
miała już zależeć tylko od niego. Wiedział, iż będzie sam i że liczyć może tylko i wyłącznie na własne  
siły. Wiedział też, iż w przypadku ujęcia - a na szczęśliwe dla siebie opuszczenie miejsca zamachu raczej  
nie mógł liczyć - nie wolno mu będzie ani słowem wspomnieć o tych, którzy dali mu do ręki broń i kazali 
jej użyć. Wiedział, iż od momentu spotkania się

na dworcu tokijskim z premierem będzie już do końca swych dni sam, nie mogąc nawet liczyć na łaskę  

czy pobłażanie sądu. Mimo to ów młody człowiek, student, syn tokijskiego lekarza, wychowany w duchu 
bezwzględnego posłuszeństwa wobec woli starszych braci spod znaku „Czarnego Smoka”, nie zawahał się 
ani przez chwilę, przyjmując bez dyskusji przekazany rozkaz.

Tak nadszedł dzień 4 listopada 1921 r. Krótki błysk samurajskiego miecza zakończył życie premiera 

Takashi Hary, który ośmielił się zlekceważyć „dobre rady Czarnego Smoka”.

Rozdział II

Strzały na dworcu

W gordyjskim splocie

background image

I  wojna   światowa   doprowadziła   do  ukształtowania   się   nowego  układu  sił   w   strefie   Oceanu 

Spokojnego. Spośród państw imperialistycznych dwa zwłaszcza wyszły z niej poważnie wzmocnione, 
wstępując w szranki wyraźnej rywalizacji i walki konkurencyjnej, której ostateczną stawką miały być 
dalsze losy niezmierzonych obszarów Pacyfiku i przyległych doń ziem równie ogromnego kontynentu 
azjatyckiego. Mocarstwami tymi były Stany Zjednoczone i Japonia.

Na   takich   wyspach,   jak   Wake,   Guam,   Fidżi,   Hawaje   i   Filipiny  rozbudowano   amerykańskie   bazy 

morskie i lotnicze, a także stacje międzykontynentalnej łączności kablowej, zapewniającej komunikację i 
łączność między Ameryką, Azją i Australią.

Nie   mniej   istotne   było   znaczenie   gospodarcze   tego   obszaru,   odgrywającego   ogromną   rolę   w 

przewozach handlowych  i ruchu pasażerskim.  Na tysiącach wysp Oceanu Spokojnego znajdowały się  
porty   docelowe   i   bazy   zaopatrzeniowe   statków   handlowych   i   pasażerskich,   okrętów   wojennych   i 
samolotów   w   żywność,   wodę   pitną   oraz   paliwo.   Tu   też   krzyżowało   się   aż   18   szlaków   morskich   i 
powietrznych, łączących Stany Zjednoczone z Japonią oraz innymi  krajami Azji, jak też z Australią i 
Nową Zelandią. Sześć z tych szlaków prowadziło przez Hawaje. Dwanaście pozostałych biegło do portów 
położonych na wschodnich i zachodnich wybrzeżach Pacyfiku. Już wkrótce powstać miało tu ponad 30 
lotnisk cywilnych zbliżających do siebie wyspy rozsiane na wielkim obszarze Oceanu Spokojnego.

Należy   dodać,   iż   cały   ten   niezmierzony   świat   wyspiarski   Oceanu   Spokojnego,   określany   często 

ogólnym mianem Oceanii, a już wówczas zaczynający się powoli przekształcać w przysłowiową „kość 
niezgody” między Tokio a Waszyngtonem, dzieli się według kryteriów etnograficznych na cztery wielkie 
regiony: Melanezję, Polinezję, Mikronezję i Nową Zelandię. Ogólna powierzchnia lądu wynosi tu 1 502 
676 km2.

Cały ten wielki obszar Oceanii, penetrowany przez białych przybyszów już od XVI wieku, stał się  

obiektem intensywnej kolonizacji w drugiej połowie XIX wieku, padając łupem Hiszpanów, Holendrów, 
Francuzów, Anglików, Niemców, Portugalczyków i Amerykanów. Przegrana przez Hiszpanów wojna z 
USA w 1899 r. wyeliminowała ich z obecności w tym rejonie. Po I wojnie światowej wyparci zostali stąd  
i Niemcy. Posiadłości ich podzielili między siebie Anglicy i Japończycy.

Ze strategicznego znaczenia Oceanii zdawano sobie dobrze sprawę zarówno w Tokio, jak też i w 

Waszyngtonie.   Dla   Japonii   panowanie   nad   Oceanią   oznaczało   otwarcie   drogi   do   opanowania 
amerykańskich   wówczas   Filipin,   do   Chin,   francuskich   Indochin   (obecnie   Socjalistyczna   Republika 
Wietnamu, Laos i Kampucza), Holenderskich Indii Wschodnich (dzisiejsza Indonezja) oraz brytyjskich 
posiadłości   kolonialnych:   Malajów,   Birmy,   Indii,   Cejlonu,   Australii   i   Nowej   Zelandii.   Dla   Stanów 
Zjednoczonych opanowanie Oceanii oznaczało zaś stworzenie możliwości powstrzymywania ekspansji 
japońskiej w głąb Azji Południowo-Wschodniej.

Ta globalna strategia dwu głównych konkurentów w strefie Oceanu Spokojnego i ich wykluczających  

się wzajemnie interesów, mimo iż mogła w dniach zamykających historię I wojny światowej wydawać się 
jeszcze pieśnią bardzo odległej przyszłości, to jednak już wówczas znalazła swój wyraz w rozgrywających  
się wydarzeniach, tworząc zarzewie przyszłego wielkiego konfliktu, którego głównymi ogniwami miały 
się stać Stany Zjednoczone i Japonia.

Przekształcenie   się   po   I   wojnie   światowej   Stanów   Zjednoczonych   w   pierwsze   mocarstwo   świata 

imperialistycznego znalazło z miejsca swój wyraz w zmianie układu sił na arenie międzynarodowej, a 
zwłaszcza w strefie Pacyfiku. Monopole amerykańskie nie tylko broniły swych własnych rynków i stref 
zainteresowania,   ale   wyraźnie   dążyły   do   ich   poszerzenia   odpowiadającego   aktualnemu   potencjałowi 
gospodarczo-finansowej potęgi USA. W tej pogoni za nowymi rynkami szczególne miejsce zajął Daleki 

background image

Wschód.   I   tu   właśnie   imperialistyczne   interesy   finansowo-przemysłowej   oligarchii   Stanów 
Zjednoczonych starły się z podobnymi interesami militarystycznej Japonii, traktującej Chiny i całą Azję 
Wschodnią i Południowo-Wschodnią jako strefę jej wyłącznych wpływów. Należy dodać, iż globalna 
wartość   produkcji   przemysłowej   Japonii   wzrosła   w   tym   czasie   5-krotnie.   Jednym   z   widocznych 
przejawów jej potęgi gospodarczo-finansowej w okresie I wojny światowej stał się fakt, iż ponad połowa 
handlu zagranicznego Chin znalazła się w rękach japońskich.

W latach wojny Japonia uchwyciła mocno wiele ważnych punktów oparcia w Chinach, jak też na 

obszarze   Oceanu   Spokojnego,   rozbudowując   m.in.   swe   bazy   na   Wyspach   Mariańskich,   Wyspach 
Karolińskich i Wyspach Marshalla.

Coraz dobitniej i hałaśliwiej wysuwane przez Tokio hasło: „Azja dla Azjatów” rozumiane było przez 

koła   polityczne   zainteresowanych   mocarstw   jako   chęć   przekształcenia   całej   Azji   Wschodniej   i 
Południowo-Wschodniej w strefę wyłącznych  wpływów  Japonii i przeciwstawienia umacnianiu się tu 
Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji. Dlatego też z tak wielkim niepokojem śledzono w 
Waszyngtonie i Londynie coraz to nowe agresywne poczynania japońskie w Chinach, takie jak choćby 
działalność przedstawiciela banków japońskich Nisihary w Pekinie, który już w 1918 r. doprowadził do 
dalszego uzależnienia finansowo-gospodarczego Chin od Japonii.

Rozwijająca się od chwili pojawienia się na arenie dziejowej współczesnej Japonii walka o Chiny i 

strefę Oceanu Spokojnego weszła po 1918 r. w nową jakościowo fazę, w której głównym węzłem, iście 
gordyjskim, międzynarodowych sprzeczności imperialistycznych, brzemiennych w możliwość wybuchu 
nowego wielkiego konfliktu zbrojnego, stały się stosunki japońsko-amerykańskie. Wskazywał na to W. I. 
Lenin,   stwierdzając   już   na   początku   lat   dwudziestych   z   proroczą   przenikliwością:   „Sprzecznością 
określającą   międzynarodową   sytuację   Rosji   jest   walka   konkurencyjna   pomiędzy   Japonią   i   Ameryką. 
Rozwój   ekonomiczny   tych   państw   w   okresie   kilku   dziesięcioleci   nagromadził   tak   wiele   zapalnego 
materiału, iż zacięte starcie tych mocarstw o panowanie nad Oceanem Spokojnym i jego wybrzeżem stało 
się nieuniknione. Cała dyplomatyczna i gospodarcza historia Dalekiego Wschodu dowodzi niezbicie, iż na 
gruncie   stosunków   kapitalistycznych   narastającemu   ostremu   konfliktowi   między   Japonią   i   Ameryką 
zapobiec się nie da”.

Zarysowany tak mocno już w latach 1918-1922 konflikt japońsko-amerykański, dalej rozwijał się i 

pogłębiał. Początkowo stroną przegrywającą, wypieraną, stała się Japonia, tracąc wiele z tego, co udało 
się   osiągnąć,   zdobyć   przed   i   w   czasie   I   wojny   światowej.   Porażki   dyplomatyczne   poniesione   na 
Konferencji Waszyngtońskiej w 1922 r., a następnie klęski militarne i polityczne na kontynencie chińskim 
w 1928 i 1929 r. nie skłoniły jednak militaryzmu  japońskiego do rezygnacji z planów podboju Azji.  
Wprost   przeciwnie,   zdopingowały   najbardziej   awanturnicze   koła   wojskowe   i   polityczne   Tokio   do 
wzmożenia wysiłków zmierzających do wydania konkurentom Japonii pierwszej generalnej bitwy, której 
polem stać się miała wkrótce Mandżuria, stanowiąca integralną część terytorium państwowego Republiki 
Chińskiej. Nie miała to być zresztą jakaś przypadkowa, nie przygotowana, żywiołowa akcja zbrojna, ale w 
pełni świadoma, dobrze i drobiazgowo przygotowana i zaplanowana operacja wojenna. Traktowano ją w 
Tokio od samego początku jako jedynie pierwszy krok w marszu militarystycznej Japonii na podbój Chin 
i   całej   Azji.   Armia   japońska   działać   miała   w   Mandżurii   w   myśl   szczegółowo   przemyślanego   i 
opracowanego planu ekspansji, wyłożonego bez ogródek w tajnym memorandum, czy jak to też później 
określano - testamencie barona, generała Tanaki.

Nim   jednak   ten   plan   mógł   zacząć   być   realizowany,   musiało   dokonać   się   w   Tokio   wiele   bardzo 

istotnych zmian i przetasowań na czołowych stanowiskach w rządzie oraz dowództwie naczelnym sił 

background image

lądowych i marynarki wojennej. Niektóre z tych zmian, zwłaszcza na stanowisku premiera, dokonywały 
się w sposób niezwykle burzliwy i gwałtowny, na wzór wydarzeń opisanych w poprzednim rozdziale. 
Politycy bardziej spokojni, nastawieni na stopniowe uzyskiwanie sukcesów i osiągnięć, musieli ustępować 
miejsca  zdecydowanym  na wszystko  ludziom armii.  Gdy zaś ośmielili  się  oponować i bronić  swego 
stanowiska i polityki, stawali się z miejsca obiektem skoncentrowanego ataku i intryg, a gdy i to nie 
pomagało, wręcz brutalnej przemocy, kiedy miejsce argumentów zajmowały kule z rewolweru.

Testament barona Tanaki

Wiosna 1927 r. nie wróżyła Japonii spokoju. Jednego z pierwszych dni kwietnia prasa tokijska, a 

za nią następnie i prowincjonalna, doniosła o upadku gabinetu premiera Teijiro Wakatsuki, oskarżonego 
przez   militarystyczne   koła   Japonii   o   prowadzenie   „pasywnej”   czy   wręcz   „negatywnej”   polityki 
zagranicznej, a więc kunktatorstwo, nieudolność i słabość. Na czele nowego gabinetu stanął przywódca  
najbardziej reakcyjnych i agresywnych kół militaryzmu japońskiego, zaufany człowiek cesarza, członek 
Tajnej Rady Stanu, owej osławionej genro, generał, baron Giichi Tanaka, mocny człowiek Tokio. To z 
jego   nazwiskiem   zrosnąć   miały   się   na   długie   lata   losy   Nipponu   i   całego   bezkresnego   kontynentu 
azjatyckiego.

W ciągu kilkunastu zaledwie godzin, jakie upłynęły od zmiany premiera, dokonano w rządzie i jego 

poszczególnych resortach wielu bardzo poważnych zmian. Cywilnych polityków na najwyższym szczeblu 
biurokratycznej machiny państwowej zmienili wojskowi lub przedstawiciele wielkich koncernów, takich 
jak np. „Mitsui” i „Mitsubishi”, a zwłaszcza tzw. nowych koncernów, wiążący swą przyszłość z rozwojem 
przemysłu  ciężkiego,  głównie  zbrojeniowego. Wszystko  wskazywało  jednoznacznie  na  to,  iż dymisja 
parlamentarnego gabinetu premiera Wakatsuki, ustępującego miejsca rządowi kliki wojskowej, jest czymś 
znacznie więcej niż tylko wyrazem kolejnego przesilenia rządowego spowodowanego trudnościami natury 
polityczno-gospodarczej, jak to już nieraz miało tu miejsce. Dlatego też nikogo z tokijskich wyższych sfer 
politycznych,  a tym  bardziej stałych  bywalców stołecznej rezydencji premiera  nie zdziwił charakter i 
temat ściśle tajnej narady politycznej, zwołanej przez premiera Tanakę na dzień 30 kwietnia 1927 r. 
Szczególnie   wymowne   było   tu   zwłaszcza   to,   iż   głównymi   bohaterami   tej   narady   stali   się   eksperci 
premiera   do   spraw   chińskich   oraz   specjalnie   ściągnięci   do   stolicy   tego   dnia   oficerowie   komórek 
wywiadowczych działających przy sztabach większych japońskich związków taktycznych, stacjonujących 
od dłuższego już czasu na terytorium Chin. Proszeni kolejno przez sekretarza premiera o zabranie głosu,  
referowali sprawy,  które nakładając się na siebie, tworzyły ogólny obraz sytuacji kształtującej się od 
pewnego czasu w Chinach.

„W Chinach, ekscelencjo - mówił zwracając się bezpośrednio do samego premiera, jeden z głównych 

referentów, najzdolniejszy ekspert do spraw chińskich tokijskiego Ministerstwa Wojny, pułkownik Siro 
Tokuda - dokonała się już diametralna zmiana sytuacji wewnętrznej...”.

„To już wiemy, pułkowniku - przerwał Tokudzie z widocznym zniecierpliwieniem Tanaka. - Proszę 

określić bliżej, na czym ta zmiana polega, w czym się wyraża i co z tego wynika dla nas?”

„Otóż to, ekscelencjo - kontynuował nie zrażając się pułkownik - chiński kocioł, kipiący chaosem i 

nieustanną rywalizacją zwalczających się wzajemnie klik lokalnych tükinów, to już zjawisko przeszłości. 
Zamiast kilkudziesięciu czy co najmniej kilkunastu lokalnych ośrodków władzy będziemy tu mieli do 
czynienia   z   dwiema   głównymi   siłami,   których   nie   sposób   nie   dostrzec:   Czang   Kai-szek   z   jednej   i 
komuniści z drugiej strony...”.

background image

„Czy pan trochę nie przesadza z tą polaryzacją sił politycznych w Chinach, pułkowniku? - przerwał 

znowu Tokudzie Tanaka. - Przecież jest tu jeszcze marszałek Czang Tso-lin, a i sam Czang Kai-szek nie  
osiągnął jeszcze wszystkiego, co zamierza i... wcale nie jest powiedziane, że w ogóle to kiedyś osiągnie”.

„Ma   pan   rację,   ekscelencjo   -   zareplikował   natychmiast   Tokuda   -   chińska   gra   nie   jest   jeszcze 

zakończona. Karty zostały już jednak rozdane, a krąg pozostałych przy stole graczy zmniejszył się do 
minimum. Zostali już tylko najsilniejsi. Nie muszę dodawać, że jest wielu takich, którym zależy, żebyśmy  
tymi ogranymi zostali. Marszałek Czang Tso-lin był i jest nadal naszym głównym sprzymierzeńcem w  
«Kraju Środka», ale zarówno on, jak i my musimy liczyć się z całkowitą zmianą sytuacji na interesującym 
nas obszarze. Chaos polityczny, wewnętrzne rozbicie kraju i jego podział na wiele prawie niezależnych  
państewek   rządzonych   przez   skłóconych   ze   sobą   tükinów   ułatwiał   nam   znacznie   działania, 
zwielokrotniając   szansę   powodzenia.   Rewolucja   na   południu   i   utworzenie   w   Kantonie   silnego 
rewolucyjnego a jednocześnie nacjonalistycznego centrum politycznego stały się punktem wyjścia dla 
rozwoju całkowicie nowej sytuacji w Chinach, która budzi i musi budzić nasz niepokój”.

„Czy chce pan, pułkowniku, powiedzieć, że - przerwał znów Tokudzie Tanaka - możemy liczyć się z 

możliwością pojawienia się już w najbliższej przyszłości obok czerwonej Rosji takich samych Chin?”

„Nie, ekscelencjo! - odparł Tokuda. - Ja tego nie powiedziałem. Czang Kai-szek nie jest komunistą. 

Współpracował co prawda jakiś czas z nimi, wtedy gdy byli mu potrzebni do rozszerzenia wpływów  
Kuomintangu i pozyskania poparcia ze strony chińskiej lewicy, poparcia, które było mu konieczne do 
wyjścia na szerokie wody. Nie trwało to jednak długo. Już 20 marca 1926 r. Czang Kai-szek dokonał w 
Kantonie   pierwszego   zamachu   stanu,   pozbywając   się   z   rządu   komunistów   i   tzw.   lewicowych 
kuomintangowców. Wówczas jednak nie zdecydował się na pełny i ostateczny rozbrat z czerwonymi i  
związaną z nimi  lewicą własnej partii, uważając, iż utrudniłoby mu  to rozpoczęcie zaplanowanej już 
wyprawy wojennej na północ i mogłoby przeszkodzić w zrealizowaniu planów zdobycia  władzy nad 
całymi Chinami. Wyszedł z założenia, że ten, kto rusza na wojnę, nie pozbywa się w tym momencie  
żadnych   sojuszników,   którzy,   być   może,   mogą   okazać   się   jeszcze   potrzebni.   Dalszy  bieg   wydarzeń, 
panowie,   znacie,   stąd   też   nie   będę   go   tu   dokładnie   referował,   ograniczając   się   jedynie   do   pewnych 
podstawowych   punktów.   Już   w   lipcu   1926   r.   wojska   Czang   Kai-szeka,   złożone   z   nacjonalistów   i 
komunistów,  opuściły rejon Kantonu i ruszyły na północ.  30 lipca  zdobyły  miasto Czangsza,  stolicę 
prowincji Hunan. Opanowały je zresztą oddziały dowodzone przez komunistę generała Je Tinga. Potem 
Czang Kai-szek wkroczył do Hanjang i Hankou, rozbijając tu wojska Wu Pei-fu. Wkrótce upadł też i 
Wuhan. W lutym następnego roku armie Czang Kai-szeka wznowiły po krótkiej przerwie dalsze działania 
ofensywne w kierunku Szanghaju. Zdobycie tego największego portu i miasta Chin wraz z pobliskim 
Nankinem oznaczało dla niego opanowanie środkowych Chin i otwarcie sobie drogi do Chin północnych. 
Należy   dodać,   że   tej   tak   efektywnej   kampanii   militarnej   Czang   Kai-szeka   towarzyszyła   nie   mniej 
ożywiona   batalia   dyplomatyczna,   mająca   na   celu   pozyskanie   poparcia   Londynu   i   Waszyngtonu.   Jak 
można się było tego spodziewać, Brytyjczycy i Amerykanie obiecali mu pomoc finansową i polityczną w 
zamian za ostateczne zerwanie przez Kuomintang z komunistami i zdławienie ich ruchu w Chinach oraz 
za udostępnienie całego obszaru, zjednoczonych pod batutą Czang Kai-szeka, Chin w celu swobodnej 
penetracji kapitału z Wall Street i City, oczywiście kosztem pogwałcenia naszych interesów. Zerwanie 
sojuszu z komunistami i wyparcie nas z Chin to cena, za jaką rządy USA i Wielkiej Brytanii zobowiązały 
się poprzeć Czang Kai-szeka w walce o ustanowienie jego władzy w całych Chinach. Ale dalsze wypadki 
potoczyły się niezupełnie tak, jak wyobrażał to sobie Czang Kai-szek. Zarówno bowiem Szanghaj, jak i 
Nankin opanowali czerwoni, którzy w wyniku zorganizowanego tu przez siebie powstania robotników 

background image

obalili władzę lokalnego rządu, otwierając bramy swych miast nadciągającym właśnie wojskom Czang 
Kai-szeka. I w tym właśnie momencie zaczął działać sojusz zawarty już uprzednio w tajemnicy między 
Czangiem a mocarstwami zachodnimi. Na dzielnice Nankinu opanowane przez komunistów otwarły ogień 
amerykańskie i brytyjskie okręty wojenne, a następnie uderzyły na nie wojska Kuomintangu. Komunistów 
pokonano, rozbrojono, a ich przywódców zlikwidowano. W sześć dni później, 18 kwietnia 1927 r., Czang 
Kai-szek utworzył w Nankinie rząd cieszący się poparciem Waszyngtonu i Londynu. W jego skład weszli 
prawicowi   nacjonaliści.   Wielkie   Chiny   podzieliły   się   w   tym   momencie   na   trzy   główne   obszary. 
Większość Chin południowych i środkowych, od granicy francuskich Indochin aż po Szanghaj i Nankin, 
znalazła się w rękach rządu Czang Kai-szeka. Część obszaru chińskiego południa pozostała w rękach 
rządu utworzonego przez lewicę Kuomintangu i komunistów w Wuhanie. Jedynie północ kraju pozostała 
pod wpływem władz lokalnych podporządkowanych związanemu z nami marszałkowi Czang Tso-linowi. 
Północ jest więc wciąż jeszcze w zasięgu naszych interesów i miecza, ale Czang Kai-szek szykuje się już  
do wznowienia marszu swych wojsk na północ. Nadszedł czas, kiedy musimy powiedzieć sobie otwarcie i 
jasno, że aprobując w pełni rozprawę Czang Kai-szeka z komunistami, nie możemy w żaden sposób 
pogodzić się z faktem dojścia do władzy w Chinach silnego rządu centralnego związanego sojuszem z 
mocarstwami   zachodnimi.   Ponieważ   zaś   jasne   jest,   iż   sam   Czang   Tso-lin,   choć   wsparty   naszymi  
pieniędzmi i bronią, nie potrafi się oprzeć naporowi wojska Kuomintangu, tamę dalszemu ich marszowi 
na północ musimy postawić my sami siłą naszego samurajskiego miecza”.

„A więc uważa pan, pułkowniku, iż nadszedł już czas naszej bezpośredniej ingerencji zbrojnej w 

Chinach? - przerwał raz jeszcze Tokudzie baron Tanaka. - Sam również uznaję, iż taka interwencja jest  
nieodzowna. Ale czy właściwa godzina już wybiła?”

„Sądzę, ekscelencjo - stwierdził Tokuda - iż czas już najwyższy, aby nasza armia dała nauczkę Czang  

Kai-szekowi, przekonując go argumentem siły, że na północy nie ma nic do szukania. Sądzę też...”.

W tym momencie zadzwonił telefon. Podnosząc słuchawkę, sekretarz premiera rzucił gniewnie:
„Przecież zapowiadałem, aby nie łączyć! Co, tak... rozumiem, natychmiast przekażę...”.
Po odłożeniu słuchawki zwrócił się do zebranych:
„Panie premierze! Panowie! Ministerstwo Wojny upoważnia mnie do poinformowania szefa gabinetu i 

wszystkich tu zebranych, że dziś rano wojska Czang Kai-szeka, kontynuując swą ofensywę na północ w 
kierunku  Pekinu,   opanowały  znaczną   część   Półwyspu   Szantung,   wkraczając   do  stolicy  tej   prowincji, 
miasta   Tsinan.   W   wielu   punktach   doszło   do   lokalnych   potyczek   ze   stacjonującymi   tam   naszymi  
wojskami”.

„A więc stało się - przerwał sekretarzowi Tanaka. - Niech pan przejdzie, pułkowniku, do wniosków. 

Nie ma już, jak sądzę, potrzeby nikogo tu przekonywać co do tego, czy ingerować, czy nie. Musimy 
natomiast omówić szczegóły przeprowadzenia odpowiedniej operacji zbrojnej”.

Narada trwała...
A tymczasem sytuacja wewnętrzna w Chinach komplikowała się dalej. Już w dniu 3 maja 1927 r.  

wojska japońskie zaatakowały w rejonie Tsinanu oddziały Czang Kai-szeka. Doszło do tzw. incydentu 
tsinańskiego. Natarcie Japończyków zaskoczyło siły  kuomintangowskie i zatrzymało ich dalszy marsz w 
prowincji   Szantung.   Po   zastosowaniu   akcji   zbrojnej   zaczęli   aktywnie   działać   tokijscy   dyplomaci, 
przekazując rządowi nankińskiemu żądanie premiera  Tanaki wycofania wojsk chińskich z Szantungu. 
Szantaż ten, wsparty argumentem siły militarnej, przyniósł  rezultaty.  Czang Kai-szek przestraszył  się 
„mocnego” człowieka z Tokio i wstrzymał na jakiś czas ofensywę swych wojsk z Szanghaju. Nie był to 
jednak   sukces,   który   mógł   zadowolić   Tokio.   Okazało   się   bowiem,   iż   zatrzymanie   natarcia   wojsk 

background image

kuomintangowskich   w   Szantungu   przez   Japończyków   nie   oznaczało   bynajmniej   całkowitego 
zahamowania ich ofensywy na północ. A dalszą drogę wiodącą z Nankinu na Pekin i dalej na Mukden 
zagrodzić mogły wojskom Czang Kai-szeka jedynie naprawdę poważne siły regularnej armii japońskiej, a 
na   wysłanie   ich   do   Chin   w   sposób   oficjalny   nawet   rząd   barona   Tanaki   wówczas   jeszcze   się   nie 
zdecydował.

Akcja wojsk japońskich w Szantungu w swym ostatecznym efekcie miała jedynie znaczenie lokalne, a 

ponadto   spowodowała   w   całych   Chinach   masowy   bojkot   towarów   japońskich.   Jednocześnie   rząd 
nankiński odwołał się do Ligi Narodów, oskarżając Japonię o agresję wobec Chin. W odpowiedzi na to 
rząd   japoński   przekazał   wszystkim   wielkim   mocarstwom   memorandum,   w   którym   domagał   się 
zorganizowania   wspólnej   akcji,   której   celem   miało   być   niedopuszczenie   do   wojny   domowej   w 
północnych Chinach. Ta propozycja, mająca na celu powstrzymanie marszu wojsk Czang Kai-szeka na 
północ, nie znalazła, jak można się było tego spodziewać, poparcia ze strony Wielkiej Brytanii i Stanów 
Zjednoczonych. Wprost przeciwnie, to właśnie akcja zbrojna wojsk japońskich w Szantungu spotkała się z 
ostrym   potępieniem   ze   strony   Waszyngtonu   i   Londynu.   Zaprotestował   również   rząd   radziecki, 
stwierdzając w nocie dyplomatycznej, iż akcja w Szantungu stanowi wyraźne pogwałcenie suwerenności 
Chin.   W   tej   sytuacji   Japończycy   postanowili   na   razie   zrezygnować   z   przekształcenia   tej   operacji   w 
otwartą wojnę z Czang Kai-szekiem.  Ten skorzystał z tego, ruszając dalej na Pekin, który w dniu 5  
czerwca   został   opanowany   przez   oddziały   generała   Feng   Ju-sianga.   Generał   ten   nie   uznał   jeszcze 
formalnie zwierzchnictwa Nankinu, jednakże nie ukrywał, że zamierza to już w najbliższej przyszłości 
uczynić. Po utracie Pekinu sprzymierzony z Japonią marszałek Czang Tso-lin wycofał się do Mandżurii, 
wciąż jeszcze licząc, iż uda mu się tam utrzymać, odpierając ataki wojsk Kuomintangu.

Dalszy  bieg   wydarzeń   w   Chinach,   coraz   mniej   pomyślny   dla   Tokio,   skłonił   nowego   szefa   rządu 

Japonii, barona Tanakę, do podjęcia próby przeforsowania w kołach rządzących swego kraju koncepcji 
zbrojnego   rozstrzygnięcia   obecności   japońskiej   na   terytorium   chińskim,   a   zwłaszcza   w   Szantungu   i 
Mandżurii. Tanaka zdawał sobie oczywiście doskonale sprawę, że tego rodzaju próba rozstrzygnięcia, 
zarysowującego się coraz ostrzej, konfliktu Tokio - Czang Kai-szek napotkać może zdecydowane veto  
mocarstw   zachodnich,   które   nie   ukrywały   już,   iż   są   po   stronie   Czanga,   uzyskując   w   zamian   jego 
gwarancję   dla   pomyślnego   rozwoju   ich   interesów   w   Państwie   Środka.   W   tej   sytuacji   jasne   było,   iż 
wzniesiony nad Chinami samurajski miecz Tokio mógł łatwo skrzyżować się z równie ostrymi mieczami 
Amerykanów i Brytyjczyków.

I świadomość takiej właśnie ewentualności była tu niezwykle istotna. Idea otwartej wojny z samymi 

Chinami nie napotkałaby z pewnością poważniejszego sprzeciwu nawet ze strony najbardziej ostrożnych 
polityków rządzącego obozu. Inaczej jednak wyglądałaby sytuacja z możliwością globalnego konfliktu, w 
którym potencjalnymi  przeciwnikami Japonii mogły stać się obok Chin również Stany Zjednoczone i 
Wielka Brytania. Do takiej wojny Japonia nie była  jeszcze przygotowana. Wiedzieli o tym  w Tokio 
dobrze chyba wszyscy, nie wyłączając oczywiście i samego barona Tanaki, który konflikt wojenny uważał 
za nieuchronny, ale i niezbyt odległy. Wśród rządzącej góry byli również ludzie, którzy reprezentowali 
inne stanowisko w tej kwestii.

Baron Tanaka, jako orędownik i szermierz tezy o konieczności zdobycia przez Japonię panowania nad 

całą Azją i strefą Oceanu Spokojnego, które postanowił osiągnąć w drodze wojny z Chinami, Związkiem 
Radzieckim, Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, przewidywał rozegranie całej tej gigantycznej 
batalii   partiami,   niejako   na   raty,   przez   wytrącanie   z   rąk   przeciwników   kolejnych   atutów,   likwidację 
poszczególnych ogniw systemu ich obrony. Tę metodę już niedługo mieli zastosować w Europie Hitler i 

background image

Mussolini.

Należy dodać, iż Tanaka zdawał sobie dobrze sprawę, iż realizacja tego procesu „dźwigania się”, jak 

on   to   nazywał,   militarystycznej   Japonii   musi   odbywać   się   w   myśl   doskonale   opracowanego 
długofalowego programu.  Dlatego też wykorzystując  tezy zawarte w starym  planie cesarza Mutshito, 
opracował taki właśnie, w pełni uaktualniony i odpowiadający pod każdym względem wymogom chwili, 
program  działania,   który później   w  postaci   tajnego memorandum   przedstawiony  został   do akceptacji 
cesarzowi   Hirohito.   Nim   jednak   dokument   ten,   stanowiący   plan   dalszego   działania   militaryzmu  
japońskiego   na   arenie   światowej,   dotarł   do   rąk   cesarza,   zaprezentowany   został   szerszemu   gronu 
wybitnych osobistości z rządzącej elity na tajnej konferencji zorganizowanej w Tokio w końcu czerwca 
1927 r. Wzięli w niej udział przedstawiciele armii, kół politycznych i świata gospodarczego, a zwłaszcza 
ci, którzy przez wiele lat przebywali i działali w Chinach.

Konferencja ta była ściśle tajna i jej temat utrzymany był niemal do końca dla większości uczestników 

w   głębokiej   tajemnicy.   Tylko   niewielu   spośród   osobistości   zaproszonych   wówczas   do   tokijskiej 
rezydencji premiera wiedziało, iż zapozna się ich tam z dokumentem prezentującym maksymalny program 
wewnętrznej ekspansji Japonii, który odtąd miał się stać podstawą japońskiej polityki zagranicznej aż po 
dzień klęski wojennej Nipponu w sierpniu 1945 r. Mimo iż Tanaka nie zaprosił do siebie nowicjuszy i 
większość   zebranych   stanowiło   grono   doświadczonych   polityków,   to   tekst   tajnego   memorandum 
odczytany przez premiera zrobił na nich kolosalne wrażenie. Długi czas po umilknięciu głosu Tanaki na  
sali panowała głucha cisza.

Był to istotnie dokument niecodziennej wagi.
„W celu samoobrony, jak też dla obrony innych, Japonia - stwierdzono m.in. w tym memorandum - nie 

będzie mogła usunąć trudności istniejących we Wschodniej Azji inną drogą jak polityką krwi i żelaza. 
Jednakże realizując taką politykę,  staniemy twarzą w twarz przeciwko Stanom Zjednoczonym.  Jeżeli 
chcemy w przyszłości uchwycić w swoje ręce kontrolę nad Chinami, będziemy musieli złamać Stany 
Zjednoczone, to znaczy postąpić z nimi tak samo jak podczas wojny rosyjsko- japońskiej. Aby opanować 
Chiny, musimy najpierw zdobyć Mandżurię i Mongolię. Aby zawojować świat, musimy najpierw dokonać 
podboju Chin. Jeżeli uda się nam opanować Chiny, wówczas z obawy przed nami skapitulują wszystkie 
inne państwa w Azji i kraje Mórz Południowych.

W celu wywalczenia realnych praw na terenie Mandżurii i Mongolii musimy te obszary zyskać jako 

bazę   i   przedostać   się   z   niej   w   głąb   właściwych   Chin   pod   pozorem   rozwijania   tam   naszego   handlu. 
Korzystając ze zdobytych uprawnień, uchwycimy w swoje ręce zasoby całego kraju, a rozporządzając 
nimi, przystąpimy do podboju Indii, Archipelagu, Małej Azji, Azji Środkowej, a nawet Europy. Jeżeli 
jednak rasa Yamato pragnie zasłynąć na kontynencie azjatyckim, to pierwszym krokiem w tym kierunku 
będzie opanowanie Mandżurii i Mongolii. Program naszego rozwoju narodowego przewiduje konieczność 
ponownego   skrzyżowania   broni   z   Rosją   na   polach   Mongolii   celem   opanowania   bogactw   północnej 
Mandżurii. Póki ta wystająca rafa nie będzie wysadzona w powietrze, poty okręt nasz nie będzie mógł 
posuwać się szybko naprzód.

Mandżuria   i   Mongolia   są   tymi   krajami   Wschodu,   które   trwają   w   stanie   zupełnego   zacofania. 

Wcześniej czy później dojdzie również na tych terenach do zbrojnego starcia z Rosją”.

Memorandum barona Tanaki, które później wielu wtajemniczonych w tajne arkana polityki japońskiej 

nazywało testamentem zmarłego już wkrótce militarysty,  przypominało w jakiejś mierze  Mein Kampf  
Adolfa   Hitlera.   I   tu   bowiem   uważna

 

lektura   tego   dokumentu   pozwalała   myślącemu   czytelnikowi 

przewidzieć dalsze groźne działania militaryzmu japońskiego.

background image

O tym zaś, jakie wrażenie wywarło wystąpienie Tanaki na zebranych w jego gabinecie politykach i 

wojskowych, świadczy najlepiej fakt, iż nikt z obecnych nie podjął się wówczas najmniejszej choćby 
próby skomentowania, uzupełnienia czy też poddania krytyce treści zaprezentowanego dokumentu.

Mijały dni. Wielu uczestników czerwcowej narady w tokijskiej rezydencji premiera zadawało sobie 

wówczas  pytanie:   czego  było   więcej   w przedstawionym  memorandum   -  wydumanej   fikcji  szalonego 
umysłu czy też trzeźwej kalkulacji wytrawnego gracza politycznego, opartej w równej mierze na poczuciu 
własnej siły, co i dobrej znajomości słabych stron przeciwnika? Na pytanie to trudno było jednak jeszcze 
wówczas   miarodajnie   komukolwiek   odpowiedzieć.   Memorandum   barona   Tanaki,   podobnie   jak  Mein 
Kampf 
Hitlera, było w chwili swego powstania bliższe fikcji niż realnej rzeczywistości. Po pewnym czasie 
jednak   zaczęło   nabierać   zupełnie   innego   charakteru,   przekształcając   się   w   groźną   rzeczywistość.   A 
wówczas...

Niepotrzebni muszą odejść

Rozwój   sytuacji   w   Chinach   niezupełnie   pokrywał   się   tymczasem   z   założeniami   tajnego 

memorandum barona Tanaki. Japońska próba utrzymania siłą Szantungu zakończyła się niepowodzeniem. 
Co więcej, nawet stary najmita Tokio, marszałek Czang Tso-lin, zaczął zastanawiać się, czy nie czas mu 
już   zmienić   mocodawcę,   i   rozpoczął   w   związku   z   tym,   w   tajemnicy   przed   Tokio,   rozmowy   z 
przedstawicielami brytyjskich i amerykańskich kół politycznych oraz rządu Czang Kai-szeka. Dlatego też 
po   oświadczeniu   rządu   japońskiego   z   18   maja   1928   r.   stwierdzającym,   że   Japonia   nie   dopuści   do 
przekroczenia przez wojska Kuomintangu linii Wielkiego Muru Chińskiego, zaczęto rozmyślać w Tokio o 
przywołaniu do

 

porządku, a w razie potrzeby i ukaraniu „krnąbrnego” Czang Tso-lina. Jednakże Czang 

Tso-lin nie wziął sobie zbytnio do serca ostrzeżeń japońskich i dalej robił swoje; postanowiono więc po 
prostu pozbyć się go.

W dniu 4 czerwca 1928 r. marszałek Czang Tso-lin znajdował się w drodze do Mukdenu wraz z grupą 

oficerów swego osobistego sztabu. Bawił w luksusowej salonce doczepionej na końcu mknącego z wielką 
prędkością pociągu pospiesznego. Marszałek, jak też i jego oficerowie byli w doskonałych humorach. Tu,  
w   najbliższym   otoczeniu   tego   starego   północno-chińskiego   militarysty,   wiedziano   już   dobrze,   że 
zarysowujące   się  od pewnego czasu  widmo  utraty  władzy  i związanego z  nią  ich  dolce  vita  zostało 
zażegnane.   W   zamian   za   uznanie   suwerennej   władzy   rządu   nankińskiego   nad   Mukdenem,   siedzibą 
lokalnych   władz   Czang Tso-lina,   Nankin godził   się   na   utrzymanie  w  mocy  wszystkich   przywilejów, 
apanaży   i   atrybutów   władzy   Czang   Tso-lina   w   Mandżurii.   Było   to,   mówiąc   szczerze,   sprzeczne   ze 
zobowiązaniami marszałka wobec jego japońskich sprzymierzeńców i mocodawców, ale z tym postanowił 
się już Czang Tso-lin nie liczyć. To bowiem, co już otrzymał z Tokio na walkę z Czang Kai-szekiem, 
Czang Tso-lin miał zamiar i tak zatrzymać, licząc, iż nikt nie będzie mu w mocy tego odebrać. Marszałek 
i jego ludzie obawiali się, co prawda, reakcji Tokio, ale mimo to uważali, że zanim Japończycy zdecydują 
się na podjęcie jakichś konkretnych kroków natury wojskowej, mających na celu opanowanie Mukdenu, 
będzie   już   po  wszystkim,   a   wówczas   Japonia   nie   zdecyduje   się   już   na   nic,   co   mogłoby  równać   się 
rozpętaniu otwartej wojny z Chinami i kryjącymi się za ich plecami Amerykanami i Brytyjczykami.

Mimo   tych   rozważań   nastrój   w   salonce   był   raczej   radosny.   Wszystko   jak   dotąd   rozwijało   się 

pomyślnie i nic nie wskazywało, aby coś mogło nagle przerwać tę idyllę. Sztabowcy marszałka byli coraz 
bardziej rozbawieni, nic też dziwnego, że korzystali skwapliwie z serwowanych  im nieustannie przez 
usłużnego kelnera wyśmienitych trunków i wykwintnych zakąsek. Czas się tu nikomu nie dłużył, a kres  

background image

podróży był coraz bliżej. Mukden był już tuż, tuż...

Ten   tak   miły   nastrój   w   salonce   Czang   Tso-lina   szybko   ustąpiłby   atmosferze   przerażenia,   gdyby 

znajdujący  się   tam  oficerowie   wiedzieli,   iż   już   przed  kilku  dniami   w   Tokio  wydano   na   nich  wyrok 
śmierci.   Decyzję   taką   podjęto   w   tokijskiej   siedzibie   Kempeitai   po   otrzymaniu   ostatniego   raportu 
pułkownika   Doihary,   z   którego  wynikało,   iż   marszałek  Czang  Tso-lin  wycofuje   swe   wojska   z   Chin 
centralnych w kierunku Mukdenu, gdzie była już skoncentrowana część jego wojsk pod wodzą jego syna,  
Czang Sue-lianga. Doihara donosił również, iż Czang Tso-lin zawarł rozejm z marszałkiem Czang Kai-
szekiem   i   zaraz   po   powrocie   do   Mukdenu   zamierzał   wypowiedzieć   swe   dotychczasowe   poddaństwo 
wobec Tokio, informując o porozumieniu z rządem centralnym Kuomintangu. Dla zmylenia czujności 
Czang Tso-lina w pociągu specjalnym starego marszałka zajął miejsce bliski współpracownik Doihary,  
oficer sztabu armii kwantuńskiej, pułkownik Iwasaki. On też przez dłuższy czas towarzyszył Czang Tso-
linowi i jego oficerom w salonce marszałka, bawiąc zebranych wspaniałymi anegdotkami, które raz po raz 
powodowały głośne wybuchy śmiechu. Dopiero przed samym Mukdenem pułkownik Iwasaki pożegnał 
gospodarza   i   udał   się   do  swego  przedziału,   który  jakimś   dziwnym   trafem   znajdował   się   w  ostatnim 
wagonie pociągu. I właśnie wtedy, gdy pociąg wjechał na strzeżony przez żołnierzy japońskich most na 
rzece Lian-hon, przykryty płytą  wiaduktu ruchu kołowego, rozległ się piekielny huk niezwykle silnej 
eksplozji. Po nim nastąpiło jeszcze kilka wybuchów już o nieco mniejszej sile. Runęła płyta wierzchnia 
mostu miażdżąc pod sobą wagony środka składu wraz z salonką marszałka. Runęły też przęsła mostu, 
waląc się z rozbitymi  wagonami  do rzeki. Znajdujący się w pobliżu saperzy japońscy zorganizowali 
natychmiast akcję ratunkową. W jej wyniku wydobyto wkrótce z rzeki 19 trupów oficerów sztabowych 
armii mandżurskiej, a wśród nich marszałka Czang Tso-lina oraz generała Wu Cun-szenga.

W kilka dni później w Mukdenie odbył się uroczysty pogrzeb marszałka Czang Tso-lina i generała Wu 

Cun-szenga oraz poległych  wraz z nimi  oficerów. Za trumnami  dwu najwyższych  dostojników armii 
mandżurskiej,   ustawionych   na   armatnich  lawetach,   kroczyła   ze  śmiertelną powagą oficjalna delegacja 
armii kwantuńskiej z generałami: Hondzio i Nanao oraz pułkownikami: Doiharą, Kawamoto i Iwasaki na 
czele.

Przeprowadzone   już   później   śledztwo   wykazało,   iż   w   chwili   eksplozji   na   moście   kilku   silnych 

ładunków wybuchowych,  podobny wybuch nastąpił również w salonce marszałka. Wskazywała  na to 
rozsadzona od wewnątrz lodówka, w której musiano podłożyć bombę. Wybuch tej ostatniej był wspaniale 
zsynchronizowany z wybuchami  na moście. Cóż, pułkownik Doihara był  przecież mistrzem w swym 
zawodzie. Ale o tym wszystkim wtedy jeszcze nie wiedziano. Faktem była tylko śmierć wiernego przez 
tyle lat wasala Tokio, marszałka Czang Tso-lina. Ale tak to już bywa.... Murzyn zrobił swoje, Murzyn  
mógł odejść, tym bardziej iż przestał być posłuszny... I odszedł na zawsze.

Przy okazji zamachu na życie  marszałka Czang Tso-lina warto wspomnieć o jeszcze jednym jego 

współorganizatorze, bliskim przyjacielu pułkownika Doihary i zaufanym człowieku wielkich koncernów 
japońskich. Nazywał się on Shumei Okawa. W latach dwudziestych i trzydziestych był prezesem zarządu 
Rady Dyrektorów  Spółki Akcyjnej  Kolei Południowo-mandżurskiej. Jego osobisty majątek był  raczej 
niewielki, ale z racji swego stanowiska i koneksji człowieka interesu obracał kapitałem ponad 2,5 miliarda 
jenów. Broniąc tych kapitałów, czy też raczej dbając o ich szczęśliwe pomnażanie, Okawa robił co tylko  
mógł, aby zapewnić sobie ochronę ze strony japońskich bagnetów. Temu zaś dziełu służyły najlepiej takie 
przedsięwzięcia, jak skrytobójcze zamordowanie Czang Tso-lina, a następnie sprowokowanie incydentu z 
1931 r., który oddał całą Mandżurię w ręce militarystów japońskich. Rolę dra Okawy jako jednego z 
głównych ideologów i inspiratorów rozpętania wielkiej wojny na Pacyfiku, wojny mającej oddać całą  

background image

Azję   (i   nie   tylko)   w   ręce   Japonii,   uwypuklił   z   całą   mocą   tokijski   proces   japońskich   zbrodniarzy 
wojennych.

„Jeszcze przed rokiem 1928 - stwierdzono w akcie oskarżenia Międzynarodowego Trybunału - Okawa 

jawnie nawoływał do tego, aby Japonia rozszerzyła swoje terytorium na kontynencie azjatyckim przez  
zastosowanie przemocy zbrojnej. Nawoływał także do tego, aby Japonia dążyła do ustanowienia swojego 
panowania w Syberii Wschodniej i na wyspach Mórz Południowych.

Zapowiadał, że propagowany przez niego polityczny kurs powinien doprowadzić do wojny między 

Wschodem a Zachodem, w której Japonia będzie stała na straży interesów Wschodu. Jego działalność na 
rzecz tego planu znajdowała zachętę i wsparcie ze strony japońskiego sztabu generalnego. (Dodajmy, iż 
łącznikiem między Okawą a japońskim sztabem generalnym był przez wiele lat generał Araki - dopełn. 
F.B.). Celem tego planu był w istocie spisek (...). Przy opisie stanu faktycznego sprawy odnotowaliśmy 
znaczną liczbę zacytowanych oświadczeń spiskowców, formułujących cel swojej działalności. Nie różnią 
się one niczym w swojej istocie od wcześniejszego oświadczenia Okawy”.

Na procesie tokijskim podkreślono, iż osławione memorandum barona Tanaki, owe japońskie „Mein 

Kampf”, w znacznej mierze przesiąknięte było ideami i wskazaniami dra Okawy. Ponieważ jednym z 
bliskich współpracowników Okawy w czasie jego pobytu w Mandżurii był wyższy oficer japońskiego 
sztabu generalnego, pułkownik Kingoro Hashimoto (odpowiedzialny za sprawy rosyjskie), też wówczas 
siedzący na ławie oskarżonych, zażądano od niego szeregu wyjaśnień w sprawie działalności dra Okawy.  
Wywiązał się wówczas dłuższy, niezwykle zacięty słowny pojedynek rozegrany w osobliwie finezyjny 
sposób   z   oskarżonym   przez   oskarżyciela   amerykańskiego,   Tavennera.   W   toku   tego   przesłuchania 
pułkownik przyznał się do swego i Okawy udziału w incydentach w Mukdenie, kiedy to doszło do śmierci 
marszałka Czang Tso-lina, a następnie do rozpoczęcia agresywnych działań armii kwantuńskiej”.

Warto tu też podkreślić, wyprzedzając nawet pewne wydarzenia, co ma oparcie w materiałach procesu  

tokijskiego, że udział Okawy w spiskach miał na celu również zmianę rządów w Tokio.

„Jak wskazuje wyrok, w ciągu pierwszego kwartału 1932 r. Hashimoto i Okawa - stwierdzają ówcześni 

oskarżyciele ze strony ZSRR, Lew Smirnow i Jewgienij Zajcew w pracy pt. Przed tokijskim trybunałem 
przygotowywali   grunt   do   «reorganizacji   lub   odnowienia   państwa»,   rozumiejąc   pod   tym   określeniem 
faszyzację kraju. Okawa stworzył nowe stowarzyszenie imienia legendarnego cesarza Jimmu i wysunął na 
piedestał   jego  stare   zasady  «kodo»   i   «hakko   ichiu».   W   nowej   interpretacji   oznaczały  zlikwidowanie 
parlamentu i partii, utworzenie reżimu totalitarnego i wszczepienie Japończykom ambicji przewodzenia w 
całej Azji. Do tego dodano demagogiczne hasło «sprawowanie kontroli nad koncernami» (właśnie to 
posunięcie   było   wysunięte   pod   wpływem   generała   Araki   dla   zaspokojenia   postulatów   «młodych 
oficerów»   -   dopełn.   F.B.),   żeby   kierować   ekspansją   gospodarczą   na   zewnątrz,   jak   gdyby   japońskie 
monopole w tych latach trzeba było przymuszać do tego, co było ich rzeczywistym celem. Tutaj Okawa 
jawnie   kopiował   niemieckich   nazistów,   którzy   przed   dojściem   do   władzy   również   demagogicznie 
ogłaszali antymonopolistyczne hasła.

W dniu Nowego Roku 1932 ukonstytuował się w Tokio rząd Inukai, w którym ministrem finansów był  

Takahashi, ściśle związany ze starą oligarchią finansową. Naturalnie, odpowiednio dzielono też pierwsze 
owoce agresji, uzyskane w Mandżurii. Ponieważ nie odpowiadało to «nowym» koncernom zmierzającym 
do skupienia całej kontroli nad gospodarką w swym ręku, a więc tym samym nie odpowiadało Shumei 
Okawie   -   sięgnięto   po   pogróżki   i   szantaż.   Zdecydowano,   że   należy   pokazać   Takahashiemu,   iż   jego 
przeciwnicy są zdecydowani i dysponują środkami do prowadzenia walki. Dnia 9 lutego 1932 r. został  

background image

zamordowany kolega partyjny Takahashiego i jego poprzednik na stanowisku ministra finansów - Inoue. 
Zabójstwo nastąpiło w czasie, gdy Inoue, jeden z liderów partii «Minseito», przemawiał do wyborców.  
Zbrodniarz ujęty został na miejscu z jeszcze dymiącym  pistoletem. Okazał się nim młody człowiek - 
Masashi Onuma. Podczas przesłuchań uporczywie twierdził, że działał z własnej inicjatywy, chcąc ukarać 
Inoue, który «ma bezpośredni wpływ na trudności aktualnie trapiące wieś» (...).

Jednak   Takahashi   nie   okazał   się   dość   zręczny   i   nie   wykorzystał   szansy.   Wtedy   nastąpiło   drugie 

uderzenie: dnia 5 marca 1932 r. został zamordowany znany działacz finansowy - baron Dan Takuma, ze  
«starego» zarządu koncernu «Mitsui». Schwytani dwaj terroryści przyznali się do swoich powiązań z 
tajnym stowarzyszeniem «Timeidan» (dosłownie - «Sojusz krwi»).

Wyjaśniono, że do tej organizacji należał zabójca Inoue - Masashi. Instruował terrorystów i uzbroił ich  

w   pistolety   oficer   marynarki   -   Fuji   Imasa.   Towarzystwo   «Timeidan»   działało   pod   demagogicznymi  
hasłami walki z «partyjnymi biurokratami» i wszechwładzą monopoli, walki o interesy ludzi pracy na wsi, 
(tu znów mamy do czynienia z hasłami lansowanymi przez generała Araki - dopełn. F.B.), która wówczas 
przeżywała ostry kryzys  ekonomiczny.  Przed sądem wyjaśniło się, że «Timeidan» to kierowana przez 
oficerów szeroka sieć terrorystyczna organizacji faszystowskich w wojsku i marynarce.

Zdecydowane i efektywne działania towarzystwa «Timeidan» wywołały panikę w kołach rządowych i 

zachęciły  terrorystów   do  ostatecznego  uderzenia:   15  maja   1932  r.   grupa   oficerów   według   uprzednio 
ułożonego planu wdarła się do kancelarii premiera Inukai i zabiła go. (...).

Inspiratorami   spisków   byli   Hashimoto   i   Okawa.   Jednak   Okawa   wymigał   się   krótkim   pobytem   w 

więzieniu. (...)

W końcu 1935 r. po wyjściu z więzienia Okawa znów znalazł się w kręgu intryg i spisków. Jego 

prawdziwi   mocodawcy,   władcy   «nowych»   koncernów   «Kuhara-Ayukawa»,   działający   w   Mandżurii, 
pragną ustanowienia wojskowej dyktatury i realizacji planów ekspansji dla umocnienia swoich pozycji. Po 
jego stronie jest siedmiu członków wyższej rady wojskowej, a wśród nich tacy znani militaryści, jak  
generałowie: Sadao Araki, Jinsaburo Mazaki, Senjuro Hayashi i Nobuyuki Abe.

Dnia 26 lutego 1936 r. około 1500 żołnierzy pod dowództwem «młodych oficerów» faktycznie zajęło 

stolicę kraju Tokio i w ciągu trzech dni terroryzowało jej mieszkańców”.

Nie uprzedzajmy jednak zbytnio toku wydarzeń. Zapamiętajmy jednak ich głównego, choć zawsze 

ukrytego w cieniu, bohatera - dra Okawę.

Długo nie wyjaśnione do końca okoliczności śmierci Czang Tso-lina zawiodły jednak nadzieje barona 

Tanaki,   sprawiając   za   to   wiele   kłopotu   gabinetowi   premiera.   Co   więcej,   skrytobójczy   mord   pod 
Mukdenem   nie   zdołał   odwrócić   już   dotychczasowego   biegu   wydarzeń.   Władzę   w   Mandżurii   objął 
bowiem syn zamordowanego przez wywiad japoński marszałka, Czang Sue-liang. Ten, mimo ostrzeżeń 
Tokio, zerwał kontakty z mocodawcami swego ojca i podporządkował się rządowi Czang Kai-szeka w 
Nankinie, otwierając mu dalszą drogę na północ. Dnia 8 czerwca 1928 r. wojska Kuomintangu wkroczyły 
do Pekinu, przemianowanego wówczas na Beipin, a 29 grudnia tegoż roku flaga Kuomintangu powiewała 
już nad Mukdenem, stolicą Mandżurii. Była to bolesna porażka dla Tokio. Całe Chiny, nie wyłączając 
Mandżurii, z wyjątkiem obszarów opanowanych na południu przez siły ludowej partyzantki kierowanej 
głównie przez komunistów chińskich, znalazły się w rękach rządu Czang Kai-szeka. W Tokio zdano sobie 
sprawę, iż wszystko, jeżeli idzie o Chiny, trzeba będzie zaczynać niemal od początku. Uznanie rządu 
Czang Kai-szeka przez wszystkie wielkie mocarstwa zmusiło do tego kroku w końcu również i Japonię, 
która uczyniła to 3 czerwca 1929 r. Nie była to zresztą jedyna gorzka pigułka, którą musiał przełknąć 
wówczas gabinet barona Tanaki.

background image

W tym czasie sprawa Chin i japońskiej obecności politycznej, gospodarczej i militarnej w Mandżurii 

ustąpiła zresztą na jakiś czas miejsca problematyce zbrojeń morskich, związanej bezpośrednio z dalszym  
rozwojem stosunków japońsko-amerykańsko-brytyjskich. Postanowienia konferencji waszyngtońskiej z 
1922   r.   nie   zahamowały,   wbrew   pozorom,   wyścigu   zbrojeń   morskich   na   Pacyfiku.   Przestrzeganie 
ustalonego wówczas parytetu utrzymania floty pancerników nie przeszkadzało sygnatariuszom układu w 
coraz   to  intensywniejszej   rozbudowie   ich   flot   wojennych.   Budowano   nowe   krążowniki,   niszczyciele, 
torpedowce   i   okręty   podwodne,   bazy   morskie   i   porty   wojenne.   Wszystko   to   łączyło   się   ze   stale 
wzmagającymi   się   i   zaostrzającymi   sprzecznościami   w   rejonie   Oceanu   Spokojnego.   Były   to   przede 
wszystkim konflikty między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią w Ameryce Łacińskiej i w Azji 
(a m.in. w Chinach) oraz sprzeczności amerykańsko-japońskie w Chinach i całej Azji, jak też różnice 
interesów Japonii i Anglii w Chinach. Wszystkie te sprzeczności, burzące coraz wyraźniej możliwości 
pokojowego   porozumienia   się   imperialistycznych   potęg,   dały   o   sobie   znać   również   i   na   zwołanej   z 
inicjatywy dyplomacji amerykańskiej konferencji morskiej w Genewie. W obradach konferencji, które 
rozpoczęły się w dniu 20 lipca 1927 r., udział wzięły delegacje Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii 
i Japonii. Francja i Włochy, mimo oficjalnego zaproszenia, odmówiły udziału w obradach. Celem, z jakim 
przybyła do Genewy delegacja amerykańska, było zahamowanie zbrojeń morskich, a zwłaszcza budowy 
krążowników przez Anglię i Japonię. Pod tym bowiem względem flota brytyjska przewyższała znacznie 
marynarkę   wojenną   USA,   która   ustępowała   zresztą   w   tej   dziedzinie   również   i   marynarce   wojennej 
Japonii. Konferencja zakończyła się jednak fiaskiem, nie doprowadzając do zawarcia żadnego wiążącego 
układu. W toku dyskusji delegacja japońska wystąpiła wówczas z projektem ustalenia nowego parytetu, 
dotyczącego   aktualnego   stanu   posiadania   i   programów   dalszej   rozbudowy   flot   wojennych   trzech 
rokujących   ze   sobą   mocarstw.   Miał   się   on   wyrażać   stosunkiem   5:5:3   i   obejmować   już   nie   tylko  
pancerniki, ale również wszystkie inne jednostki. Projekt ten delegacja japońska następnie zmodyfikowała 
na korzyść interesów brytyjskich.

Sam premier Tanaka miał tymczasem coraz to poważniejsze kłopoty natury wewnętrznej. Część prasy 

japońskiej, związanej z przeciwnikami politycznymi barona, podniosła oskarżenie wysunięte przez Czang 
Sue-lianga,   zarzucając   premierowi   gabinetu   japońskiego   zorganizowanie   udanego   zamachu   na   życie 
Czang   Tso-lina.   Przeprowadzone   w   tej   sprawie   oficjalne   śledztwo   nie   postawiło,   co   prawda, 
przysłowiowej kropki nad „i”, ale mówiąc o zabójcach marszałka wskazywano powszechnie, wcale się z 
tym   nie   kryjąc,   na   barona   Tanakę   i   jego   ludzi.   Nie   wzmacniały   też   pozycji   Tanaki   niepowodzenia 
poniesione   ostatnio   w   Chinach,   obnażające   w   sposób   dotkliwy   mit   mocnego   człowieka.   Te   koła 
polityczne Japonii, które uważały za słuszne przeciwstawić się sferom wojskowym dążącym do wojny, 
zaczęły coraz śmielej i głośniej domagać się dymisji gabinetu barona Tanaki i przekazania władzy w ręce  
rządów parlamentarnych.

Na skutki tego rodzaju kampanii politycznej nie trzeba było zresztą zbyt długo czekać. Dnia 1 lipca 

1929 r. gabinet barona podał się do dymisji. Wkrótce, 29 września 1929 r. baron Tanaka, załamany 
poniesioną porażką, zmarł na atak serca. Koła wojskowe wykorzystały pogrzeb Tanaki do zorganizowania 
olbrzymiej demonstracji polityczno-wojskowej, wymierzonej przeciwko kręgom politycznym, które stojąc 
na gruncie demokracji parlamentarnej, starały się powstrzymać militarystów w ich zapędach, uważając iż 
awanturnictwo   wojenne   w   dalszej   konsekwencji   nie   przyniesie   nic   dobrego   interesom   kraju.   To,   co 
zaczęło jednak dziać się w Japonii, wskazywało, iż trudno było tu liczyć na jakąś rzeczywistą stabilizację 
polityczną.

background image

Nowa ofiara

Nowym   premierem   rządu   japońskiego   po   dymisji   barona   Tanaki   został   przywódca   partii 

„Mineseito”   Osochi   Hamaguchi.   Przejmując   w   swe   ręce   ster   władzy   państwowej   „Kraju   Kwitnącej 
Wiśni”,   Hamaguchi   i   jego   współpracownicy   nie   zdawali   sobie   jeszcze   w   pełni   sprawy   z   trudności  
piętrzących   się   przed   ich   gabinetem.   Były   to   trudności   wewnętrzne,   jak   też   i   o   charakterze 
międzynarodowym.

Raz jeszcze, jak przysłowiowy bumerang, powróciła sprawa zbrojeń morskich, stając się przedmiotem 

obrad konferencji londyńskiej, trwającej od stycznia do kwietnia 1930 r. Wzięły w niej udział delegacje 
Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Japonii, Francji i Włoch. Po długich pertraktacjach doszło do 
podpisania 22 kwietnia 1930 r. układu rozszerzającego postanowienia konferencji waszyngtońskiej  w 
kwestii pancerników, z pewnymi drobnymi modyfikacjami, również i na inne typy okrętów. Jedynie w 
zakresie   okrętów   podwodnych   pozostawiono   sygnatariuszom   układu   możliwość   utrzymania   równego 
parytetu sił. Należy dodać, iż Francja i Włochy nie podpisały tej części porozumienia, która dotyczyła  
krążowników i okrętów podwodnych.

Fakt   podpisania   układu   przez   delegację   japońską   wywołał   istną   burzę   w   Tokio.   Z   ostrą   krytyką  

wystąpił   m.in.   sztab   japońskiej   marynarki   wojennej.   Admirałowie:   Kato,   Okada,   Togo   i   Suetsugu 
oskarżyli nowy rząd japoński premiera Hamaguchi o brak troski o interesy obronności kraju. Rozpętana 
została również przeciwko gabinetowi parlamentarnemu gwałtowna kampania propagandowa, w której 
wzięły udział wszystkie najbardziej szowinistyczne i nacjonalistyczne organizacje, nie wyłączając tajnych 
stowarzyszeń   w   rodzaju   „Czarnego   Smoka”.   Atakowano   osobiście   premiera   i   wielu   jego   ministrów. 
Oskarżano  ich o naruszenie  obowiązujących  w  kraju  zwyczajów,  m.in.  o to,  że  zaakceptowali  układ 
dotyczący   spraw   obrony   Japonii   bez   uzgodnienia   ze   sztabem   morskim   i   cesarzem.   Wkrótce   zresztą 
zaczęto ich oskarżać wręcz o zdradę. Koła militarystyczne brały wyraźny odwet za upadek w dniu 1 lipca 
1929 r. wojskowego gabinetu barona Tanaki. Demonstracyjne podanie się do dymisji kilku japońskich 
admirałów, a następnie ostra krytyka rządu przez przedstawicieli armii lądowej dolały oliwy do ognia. W 
Tokio dojrzewał grunt do nowych gwałtownych działań.

Na początku listopada 1930 r. w tokijskiej dzielnicy Nakano, w domku Nagata Masanao, członka  

stołecznego kierownictwa „Czarnego Smoka”, zebrało się kilku członków tego tajnego stowarzyszenia. 
Temat spotkania był jeden - zdrada premiera Hamaguchi, który zamiast bronić mocarstwowych interesów 
Japonii w Chinach i na morzu, uprawiał „niegodną Japończyka kapitulancką politykę”, zaprzepaszczając 
w ten sposób wszystko co zdołał osiągnąć jego poprzednik na stanowisku premiera, czyli baron Tanaka. 
Gospodarz   poinformował   zebranych,   iż   właściwi   ludzie   podjęli   już   decyzję   zmuszenia   premiera 
Hamaguchi   do   ustąpienia,   w   innym   bowiem   przypadku   Japonia   poniesie   klęskę   w   rywalizacji 
międzynarodowej.   Premier   jest   nieudolny,   bojaźliwy   i   niezdecydowany.   Jako   polityk   nie   dorósł   do 
pełnienia   powierzonej   mu   funkcji.   W   najbliższych   dniach   ma   być   przeprowadzona   z   Hamaguchim 
rozmowa, w której ktoś, z kim premier się liczy, postara się go przekonać, aby sam, dobrowolnie zrzekł 
się premierostwa. Jeżeli odmówi, powstanie zupełnie nowa sytuacja, którą również należy przewidzieć.  
„Głos zabierzemy wówczas my, bracia sprzysiężeni. Do nas należeć będzie ukaranie zdrajcy! Wykonawca  
woli nieba jest już wybrany. Jest nim jeden z was - stwierdził gospodarz - ale ten, kto nim jest, dowie się o 
tym wówczas, gdy przyjdzie na to czas”.

W kilka dni później premier Hamaguchi miał istotnie niezbyt miłą dla siebie rozmowę. Człowiek, z 

którym   od  wielu  lat   był   zaprzyjaźniony  -   jak  skarżył   się   jednemu   z   przyjaciół   dnia   następnego,   nie 

background image

wymieniając   jednak   nazwiska   swego   rozmówcy   -   bardzo   źle   wyrażał   się   o   polityce   jego   rządu,   a  
zwłaszcza oszczędnościach finansowych i radził mu, w dość zresztą obcesowy sposób, zrezygnować z 
działalności   politycznej   a   przede   wszystkim   z   urzędu   premiera.   Hamaguchi   był   jednak   na   swe 
nieszczęście   uparty.   Odmówił.   W   tej   sytuacji   do   akcji   weszli   -   wzorem   akcji   z   roku   1921   -   ludzie 
„Czarnego Smoka”.

Był dzień 14 listopada 1930 r. Premier Osachi Hamaguchi udawał się właśnie w podróż służbową do 

Jokohamy.   W   chwili,   gdy  premier   stawiał   już   nogę   na   stopniu   wagonu,   z   boku,   z   odległości   kilku 
zaledwie metrów młody człowiek, liczący nie więcej jak 20-25 lat, oddał siedem strzałów z rewolweru 
celując  w  tułów  ofiary.  Funkcjonariusz   ochrony,  znajdujący się  akurat   po drugiej  stronie  wejścia   do 
wagonu, był całkowicie bezradny. Nim zdołał dosięgnąć zamachowca, ten wystrzelił już siedem razy,  
trafiając   trzema   kulami   w   premiera.   Jedna   z   ran,   jakie   odniósł   wówczas   Hamaguchi,   okazała   się 
szczególnie bolesna i niebezpieczna, a w ostatecznym wyniku śmiertelna. Był to bezpośredni postrzał w 
brzuch. Premiera zabrano natychmiast do kliniki tokijskiej, gdzie przez kilka godzin trwała walka o życie 
rannego. Wycięcie przestrzelonego w wielu miejscach jelita nie zdołało jednak uratować życia rannemu, 
choć zgon nie nastąpił szybko. Hamaguchi miał męczyć się jeszcze dobrych kilka miesięcy, zanim zmarł 
26 sierpnia 1931 r. Do zdrowia i sił nie wrócił już nigdy, jak też na zwolnione w ten sposób stanowisko 
premiera.

Zamachowca ujętego przez ochronę, przy pomocy przypadkowych świadków zbrodni, przewieziono 

natychmiast do tokijskiej komendy policji. Komunikat opublikowany w prasie rządowej, na podstawie 
złożonego   w   sprawie   zamachu   oświadczenia   przedstawiciela   japońskiego   Ministerstwa   Spraw 
Wewnętrznych, stwierdzał, iż zamachowiec działał sam, bez żadnych wspólników. Zamach nie był więc - 
jak   sugerował   to   komunikat   -   wynikiem   jakiegoś   spisku,   a   jedynie   wybrykiem   jednostki,   być   może 
niezrównoważonej psychicznie. A więc jeszcze jeden szaleniec porywający się z bronią w ręku na szefa  
rządu z jakiegoś tam bliżej nie wyjaśnionego powodu. W kilka dni później władze policyjne i inspirowane 
przez nie redakcje zaczęły jak gdyby zmieniać nieco ton swych informacji i komentarzy. Tu i ówdzie - 
dość zresztą nieśmiało - zaczęto sugerować, iż młodzieniec z dworca tokijskiego, strzelający do premiera, 
to sympatyk  jakiejś bliżej nieokreślonej organizacji opozycyjnej, która w ten sposób chciała rzekomo  
zaprotestować   przeciwko   polityce   rządu  prowadzonej   na   arenie   międzynarodowej,   zwrócić   uwagę   na 
konieczność   utrzymania   prestiżu   Japonii   i   poszanowania   jej   siły.   Innymi   słowy,   policja   starała   się 
wmówić japońskiej opinii publicznej, iż do premiera strzelał ktoś, kto chciał w ten sposób zaprotestować 
przeciwko   japońskim   przygotowaniom   do   wojny.   Był   to   oczywisty   absurd,   ale   wszyscy   czekali   z 
niecierpliwością na proces zamachowca. Ale zamiast procesu, po dłuższym okresie milczenia, Japończycy 
dowiedzieli się, z lakonicznej zresztą tylko informacji, iż młodzieniec z dworca popełnił w więzieniu  
tokijskim samobójstwo. Tajemnica zamachu na premiera, który choć jeszcze żył, ale już z wypisanym w 
dokumentach medycznych wyrokiem śmierci, pozostałaby w ten sposób na zawsze nieujawniona, gdyby 
nie pewna niedyskrecja jednego z funkcjonariuszy tokijskiej komendy policji z wydziału kryminalnego. 
Nazwiska tego funkcjonariusza nigdy zresztą nie rozszyfrowano. On to właśnie w kilka lat po całej tej  
historii powiedział coś nie coś jednemu z dziennikarzy francuskich pracującemu w Japonii w charakterze 
korespondenta   „L'Aurore”.   Opublikowane   przez   niego   materiały   pozwoliły   na   rzucenie   nieco   więcej 
światła na zamach z 14 listopada 1930 r. oraz przypomnienie dziejów „Czarnego Smoka”, który wciąż, 
jak widać, miał jeszcze niezwykle ostre pazury.

Sam zresztą sens zamachu odsłaniał dalszy bieg wydarzeń. Po Hamaguchim, który nie mógł już wrócić 

background image

na swe stanowisko, premierem Japonii został inny przywódca partii „Minseito”, Reijiro Wakatsuki. Jego 
rząd   usiłował   kontynuować   politykę   pasywną   swego   poprzednika,   unikając   napięć   wewnętrznych   i 
większych  zadrażnień w stosunkach z innymi  mocarstwami  na arenie międzynarodowej. Już wkrótce 
jednak   miało   okazać   się,   iż   było   to   niemożliwe.   Japonia,   podobnie   jak   większość   krajów 
kapitalistycznych, znalazła się w drugiej połowie 1929 r. w kleszczach wielkiego kryzysu ekonomicznego  
lat 1929-1933.

Japonia, która zdołała już stworzyć i rozwinąć na wielką skalę własny przemysł, w tym zwłaszcza 

przemysł ciężki, stanęła nagle w obliczu problemów trudnych do rozwiązania. Ogółem wartość produkcji 
przemysłowej Japonii podniosła się z 7029 mln jenów w 1926 r. do 7938 mln jenów w 1929 r. Produkcja  
stali np. wzrosła z 1 300 000 t w 1925 r. do 2 292 000 t w 1929r. I tę właśnie tak pomyślną prosperitę  
przerwał ostry kryzys. Rozwijający się dotąd szybko eksport japoński skurczył się nagle o 31%, a import  
o   30%   i   spadał   dalej.   Związany  z   tym   gwałtowny  spadek   produkcji   przemysłowej   spowodował   falę 
bezrobocia, które już w 1931 r. objęło ponad 3 mln ludzi. Szczególnie tragiczna stała się sytuacja wsi 
japońskiej. Połączenie kapitalistycznego wyzysku z półfeudalną eksploatacją doprowadziło do głębszego 
niż   w   innych   krajach   zaostrzenia   kryzysu   agrarnego.   Cena   ryżu,   tego   podstawowego   produktu 
japońskiego gospodarstwa wiejskiego, spadła w 1930 r. o 50%, jeszcze bardziej spadła cena surowego  
jedwabiu. Spadek produkcji przemysłowej  i bezrobocie w mieście, pogłębiająca się z każdym  dniem 
nędza wsi zaostrzyły sprzeczności klasowe. Liczba strajków wzrosła z 576 w 1929 r. i z 907 w 1930 r. do  
998 w 1931 r., a liczba konfliktów dzierżawnych na wsi z 1501 w 1929 r. do 2231 w 1931 r.

Wzrost napięć społecznych związanych z kryzysem ekonomicznym,  jak też zamierzenia niektórych 

członków   gabinetu   parlamentarnego   szukania   dróg   oszczędności   przez   ograniczanie   wydatków   na 
zbrojenia, rozbudowę marynarki wojennej i sił lądowych, nie mówiąc już o całej serii niepowodzeń na  
arenie   międzynarodowej,   zaktywizowały   siły   reakcji   i   militaryzmu,   a   zwłaszcza   koła   wojskowe.   Po 
redukcji wydatków przewidzianych w budżecie państwa na potrzeby marynarki wojennej, minister skarbu, 
Junnosuke   Inoue,   zapowiedział   wiosną   1931   r.   dalszą   redukcję   wydatków   na   cele   wojskowe. 
Zdopingowało to sfery wojskowe do kontrakcji. Nawet ci wojskowi, którzy, jak np. generał Kazushige 
Ugaki, związani byli z wielkimi koncernami i burżuazyjnymi  partiami politycznymi  i ich frakcjami w 
parlamencie,   zaczęli   teraz   wypowiadać   się   za   ograniczeniem   uprawnień   parlamentu,   odejściem   od 
„negatywnej”   polityki   zagranicznej,   przywróceniem   armii   jej   uprzywilejowanej   sytuacji.   Na   pierwszą 
linię frontu walki o rząd dyktatury wojskowej, dostosowanej oczywiście do specyfiki cesarstwa, wysunęli  
się na początku lat trzydziestych „młodzi oficerowie”, tworzący ugrupowanie militarystyczne o wyraźnym  
zabarwieniu faszystowskim.

Wśród młodych oficerów należących do tej właśnie na wpół tajnej organizacji, czy - jak oni sami to 

nazywali   -   ruchu,   było   wielu   aktywnych   członków   tajnego  bractwa   „Czarnego   Smoka”,   szukających 
nowych   możliwości   aktywnego   działania,   uważających,   iż   stare   struktury   organizacyjne   „Czarnego 
Smoka”   nie   odpowiadają   już   wymogom   współczesności.   Reprezentujący   korpus   niższych   i   średnich 
dowódców   „młodzi   oficerowie”,   rekrutujący   się   już   nie   tylko   z   dawnych   rodów   samurajskich,   lecz 
również   z   mieszczaństwa,   inteligencji,   bogatego   chłopstwa,   zrujnowanych   rodzin   obszarniczych   i 
burżuazji, widzieli niezawodne lekarstwo na wszystkie bieżące kłopoty Japonii - polityczne, gospodarcze, 
społeczne i międzynarodowe - w ustanowieniu w kraju rządów silnej ręki i przejściu do otwartej agresji w 
Chinach. Bardziej wpływowe koła wojskowe, obejmujące swym kręgiem wielu wybitnych generałów i 
admirałów, mniej skłonne do publicznego ujawniania swych rzeczywistych poglądów i planów, kryły się 
za ruchem „młodych  oficerów”, sterując umiejętnie ich działalnością w dogodnym  dla siebie i ściśle  

background image

zamierzonym kierunku.

Dlatego   też   prawdziwi   władcy   armii   japońskiej,   potrzebując   „młodych   oficerów”   jako   taranu 

uderzeniowego   dla   torowania   drogi   swej   polityce,   gotowi   byli   pozwolić   na   wiele   swym   młodszym 
kolegom,   nawet   jeżeli   to   „wiele”   oznaczać   miało   skrytobójcze   zamordowanie   jakiegoś   polityka, 
dokonanie takich lub innych krwawych porachunków z przeciwnikami, czy też głoszenie demagogicznych  
haseł o konieczności walki z plutokracją

 

finansową. To ostatnie zresztą nie oznaczało bynajmniej, iż 

soldateska   japońska   zamierzała   na   serio   wydać   wojnę   społeczną   wielkim   koncernom   a   jedynie,   że 
przygotowuje się do usunięcia, tą lub inną drogą, rządu burżuazyjnego partii „Mineseito”, sprawującego 
władzę w imieniu parlamentu i zastąpienie go gabinetem związanym bezpośrednio z armią. Postanowiono 
wykorzystać również bojowy, fanatyczny duch „młodych oficerów”, którzy wychowani na samurajskich 
tradycjach, dawali na każdym kroku wyraz swym dążeniom do wojny, na której chcieli zasłynąć, wyrobić 
sobie nazwiska. Nieprzypadkowo zresztą faktycznymi przywódcami ruchu „młodych oficerów” byli nie 
porucznicy czy kapitanowie, a tacy wpływowi generałowie, jak Sadao Araki czy Yukichi Mazaki.

Szczególnie   wartą   podkreślenia   osobowość   reprezentował   generał   Araki.   Był   nie   tylko   żądnym 

podbojów militarystą, ale również politykiem i zdolnym propagatorem reprezentowanych przez siebie 
idei. Jego więź z ruchem „młodych oficerów” polegała na wspieraniu ich dążeń do odtwarzania dawnych, 
feudalnych   stosunków  między  wsią  a   miastem.  Był   to  swoisty  samurajski   konserwatyzm,  mający  na 
względzie obronę sytuacji ekonomiczno-społecznej wielkich, średnich i drobnych właścicieli ziemskich 
oraz bogatych chłopów przed finansową i polityczną supremacją wielkiego kapitału. Podejmując postulaty 
„młodych oficerów” wywodzących się w znacznej mierze z wiejskiej szlachty samurajskiej, często już  
zubożałej i stojącej w obliczu gospodarczego bankructwa, generał Araki wysuwał demagogiczny program, 
w którym  akcentował bardzo mocno konieczność zrewidowania polityki państwa wobec wsi w takiej 
zwłaszcza dziedzinie, jak obciążenie podatkowe oraz „nożyce cen”, wyrażające się w taniości produktów 
wytwarzanych przez rolnictwo i drożyźnie artykułów przemysłowych.

Generał Araki był też niezłym demagogiem. Mimo iż był jednym z najbardziej drapieżnych japońskich 

„jastrzębi” tego czasu, przybierał często maskę zdeklarowanego obrońcy pokoju w Azji, twierdząc, iż 
Europejczycy   i   Amerykanie   pragną   rozpętać   wojnę   na   Dalekim   Wschodzie   broniąc   swych 
imperialistycznych interesów, Japonia zaś - jeżeli nawet zdecyduje się na użycie argumentu siły - myśli 
jedynie   o   zapewnieniu   całej   strefie   Pacyfiku   trwałego   pokoju.   Tę   swą   demagogiczną   postawę   umiał 
generał   Araki   odpowiednio   wykorzystać   w   działalności   propagandowej,   mającej   na   celu   rozgrzeszać 
przed   światem   kolejne   działania   agresywne   armii   japońskiej.   Wielkie   wrażenie   na   świecie   wywarł 
zwłaszcza,  wyprodukowany  przy bezpośrednim  udziale  koncepcyjnym   generała  Araki,  propagandowy 
dokumentalny film japoński, wyświetlany na ekranach kin całego świata w latach trzydziestych, już po 
ataku japońskim na Mandżurię. Jako komentarz do odpowiednio zebranych  i eksponowanych  zdjęć i 
kronik   filmowych,   jak   też   map   aktualnych   i   perspektywicznych   posłużyły   słowa   z   równie   celnie 
dobranych przemówień generała Araki. I tak, gdy na ekranie ukazywała się wielka mapa Azji, z Japonią 
jako   widocznym   centrum   niezmierzonego   obszaru   krajów   Oceanu   Spokojnego,   powiązaną   w   sensie 
politycznym, gospodarczym i społecznym z krajami jej podległymi: Chinami, Indiami, Syberią, Birmą, 
Malajami, Indiami Wschodnimi, Filipinami i tysiącami archipelagów i wysp Pacyfiku, widzowie mogli 
jednocześnie   wysłuchać   politycznego   credo samego   generała  Araki,   odczytywanego  przez  filmowego 
spikera, z powołaniem się na jedno z wygłoszonych przez generała przemówień.

„Czy możemy oczekiwać, że wody Oceanu Spokojnego - stwierdzał generał Araki - pozostaną w takim 

samym stopniu pokojowe, jak są dzisiaj? Świętą misją Japonii jest ustanowienie pokoju na Wschodzie 

background image

(...). Liga Narodów nie uznaje tej misji (...). Oblężenie Japonii przez cały świat pod przewodem Ligi  
Narodów   w   okresie   «incydentu   mandżurskiego»  było   tego  dowodem.   Nadejdzie   jednak   dzień,   kiedy 
zmusimy cały świat do uznania naszych cnót narodowych”.

Właśnie:  „zmusimy”,  a zmusza  się z  reguły przy użyciu  siły...  Ale tego wątku już  oczywiście  w 

komentarzu filmowym generał Araki oczywiście nie rozwijał. Energia generała i jego silna pozycja w II  
oddziale japońskiego Sztabu Generalnego zapewniły mu wielki mir wśród japońskiej kadry oficerskiej,

 

zwłaszcza wśród „młodych oficerów”. Podobne „walory” reprezentował i generał Mazaki, choć ten był 
raczej zawodowym wojskowym niż politykiem. Jako dobry szkoleniowiec i znawca wartości kadrowych 
armii był niezwykle pomocny w podejmowaniu przez generała Araki i jego ludzi wszelkich poczynań 
kadrowo-organizacyjnych   w   wojskach   lądowych.   Poczynając   od   momentu   rozpoczęcia   awantury 
mandżurskiej,   wpływy   generałów:   Araki   i   Mazaki   stale   rosły.   Oni   to,   wykorzystując   wzrost 
szowinistycznych nastrojów w kraju, doprowadzili na początku 1931 r. do dymisji ówczesnego ministra 
wojny,   generała   Kazushige   Ugaki,   zbyt   ich   zdaniem   uległego   wobec   „negatywnej”   polityki   rządu 
parlamentarnego premiera Wakatsuki. Nowym ministrem wojny został mianowany Jiro Minami, który,  
jak   to   się   już   wkrótce   okazało,   odciął   się   całkowicie   od   polityki   i   taktyki   stosowanej   przez   swego 
poprzednika, stając się pojętym wykonawcą woli generała Araki i jego zwolenników.

Zaraz po objęciu teki ministra wojny przez generała Minami podjęta została na naradzie, w której obok 

ministra wojny wzięli również udział: szef sztabu generalnego i generalny inspektor wyszkolenia armii,  
decyzja   w   sprawie   kategorycznego   odrzucenia   przygotowywanego   przez   rząd   wniosku  zakładającego 
redukcję   wydatków   budżetowych   na   potrzeby   armii   lądowej   i   marynarki   wojennej.   Następnym 
wydarzeniem prowadzącym do zdominowania Japonii przez armię stało się słynne przemówienie generała 
Minami z 4 sierpnia 1931 r., w którym skrytykował niezwykle ostro politykę ówczesnego ministra spraw 
zagranicznych,   Kijuro   Shidehary,   podkreślając,   iż   prowadzi   ona   do   zaprzepaszczenia   wszystkich 
zdobyczy Nipponu w Chinach, a zwłaszcza do utraty Mandżurii.

Można bez najmniejszych  wątpliwości stwierdzić, iż właśnie już wówczas koła wojskowe Japonii 

podjęły   decyzję   narzucenia   krajowi   „aktywnej”   polityki   zagranicznej   -   tj.   polityki   agresji,   stawiając 
Japonię   i   jej   rząd   w   obliczu   faktów   dokonanych,   których   jedyną   logiczną   konsekwencją   mogło   być 
uwikłanie jej w agresywne działania wojenne w Chinach, i to nawet wówczas, gdyby miało to grozić 
Tokio początkiem wielkiej wojny na Pacyfiku.

W ten sposób Japonia znalazła się w przededniu niezwykle burzliwych i dramatycznych wydarzeń 

zarówno w skali międzynarodowej, jak też i sytuacji wewnętrznej. Agresywnym poczynaniom japońskiej 
soldateski w Mandżurii przyjść miały w sukurs brutalne akty gwałtu i przemocy w samej Japonii. Przy 
czym tym razem strzelać mieli nie pojedynczy fanatycy wysłani ze śmiercionośną misją przez bractwo 
„Czarnego Smoka”, ale całe oddziały zabójców w mundurach, święcie przekonanych, iż to właśnie od  
celności ich strzałów zależy przyszłość i pomyślność ich kraju.

W ten sposób jak gdyby „procentowała” tragiczna śmierć premiera Hamaguchi, który choć nie był z 

pewnością przysłowiowym gołębiem pokoju, nie chciał być też i „jastrzębiem” japońskiego militaryzmu. 
Ponieważ  przeszkadzał  militarystom   z  ugrupowania  generała  Araki,   musiał   odejść.   Nie  chciał  odejść 
dobrowolnie,   musiał   więc   zginąć   -   taka   była   bowiem   ówczesna   logika   życia   wewnętrznego   kraju 
wschodzącego słońca, tak egzotycznego dla przeciętnego Europejczyka.

Rozdział III

background image

Pucz młodych oficerów

Goście generała Minami

Prowadzone   od   lat   przez   militarystów   japońskich   przygotowania   do   podboju   Azji   i   całej 

niezmierzonej strefy Oceanu Spokojnego miały - jak to zakładano w Tokio - rozpocząć się od aneksji 
chińskiej Mandżurii. Wybór  Mandżurii nie był  przypadkowy.  Przemawiały za  nim zarówno względy 
gospodarcze, jak też i strategiczne. Bogactwa naturalne Mandżurii: złoża rudy żelaza, węgla kamiennego, 
lasy,   rozwinięta   sieć   linii   kolejowych   ułatwiająca   ich   eksploatację,   były   tym   czynnikiem,   który 
gwarantował   armii   japońskiej   -   inspiratorce   agresywnych   działań   -   poparcie   rodzimych   wielkich 
koncernów   zainteresowanych   bezpośrednio   w   zdobyciu   odpowiednich   baz   surowcowych, 
umożliwiających   dalszy  szybki   rozwój   ciężkiego   przemysłu   i   jego   uniezależnienie   się   od   stosunków 
gospodarczych z Zachodem. Nie mniej istotne było znaczenie strategiczne Mandżurii, traktowanej przez 
soldateskę japońską jako dogodna baza wyjściowa do kontynuowania agresywnych działań przeciwko 
Chinom, jak też jako baza do rozpoczęcia ewentualnych działań przeciwko ZSRR. Już zresztą wówczas,  
na  początku lat  trzydziestych,  opracowano w Tokio dokumenty dotyczące  przygotowań  do wojny ze 
Związkiem Radzieckim, której cel sprowadzać miał się: „Nie tyle do obrony Japonii przed komunizmem,  
ile do podboju radzieckiego Dalekiego Wschodu i wschodniej Syberii”.

Ponieważ   rozpoczęcie   otwartych   działań   wojennych   w   Mandżurii   grozić   mogło   japońskim   kołom 

wojskowym wielu komplikacjami natury wewnętrznej i międzynarodowej, których konsekwencje trudno 
było   przewidzieć,   militaryści   japońscy   postanowili   przygotować   odpowiedni   grunt   polityczny   dla 
zaplanowanej przez siebie operacji. Istotną rolę miały tu odegrać różnego rodzaju incydenty i prowokacje, 
mające uzasadnić przygotowywaną agresję. Zorganizowaniem ich zajął się japoński wywiad wojskowy.

I tak, już w lipcu 1931 r. w miejscowości mandżurskiej Wangpaoszan, w rejonie Czangczunu, doszło 

do   zainicjowanego   przez   agentów   japońskich   starcia   między   koreańskimi   osiedleńcami   (ludność 
koreańska przesiedlona przymusowo przez Japończyków z anektowanej przez nich Korei do Mandżurii) a 
miejscową   ludnością   chińską.   Zajścia   w   Wangpaoszan   posłużyły   za   pretekst   do   rozpętania   przez 
Japończyków   antychińskiej   propagandy,   do   zastosowania   fali   pogromów   ludności   chińskiej 
zamieszkującej w Korei. Zginęło wówczas blisko 100 Chińczyków, a ponad 400 zostało rannych.

W   tym   samym   czasie   inspirowana   przez   koła   wojskowe   prasa   japońska   opublikowała   materiały 

dotyczące   zastrzelenia   przez   żołnierzy  chińskich   na   granicy  chińsko-mongolskiej   w   czerwcu   1931   r. 
japońskiego uczonego-agronoma. W rzeczywistości ów „uczony” był oficerem wywiadu japońskiego w 
stopniu kapitana i nazywał się Nakamura. Jego badania to zbieranie materiałów szpiegowskich. Mimo to 
stronę chińską oskarżono o bestialstwo, anarchię, traktując cały incydent jako obelgę i otwarte wyzwanie 
rzucone potężnemu cesarzowi. W Tokio zaczęto mówić coraz głośniej o konieczności „ukarania” Chin, a 
co   więcej   zmuszenia   rządu   Czang   Kai-szeka   do   rozpoczęcia,   przy   współudziale   oficerów   policji 
japońskiej,   śledztwa   w   sprawie   zastrzelenia   Nakamury   i   surowego   ukarania   odpowiedzialnych   za   to 
wydarzenie.   Inspiratorzy   całej   tej   anty   chińskiej   burzy   propagandowej   odwoływali   się   wyraźnie   do 
fanatyzmu armii, a zwłaszcza jej młodej kadry oficerskiej, starając się pozyskać poparcie już nie tylko  
korpusu   oficerskiego,   ale   i   mas

 

żołnierskich   za   pomocą   mitu   o   wystawieniu   rzekomo   na   szwank   w 

Mandżurii honoru armii  japońskiej, utraconej czci samurajskiej, którą według nich przywrócić można 
było już tylko siłą miecza.

background image

W   takiej   to   atmosferze,   zaostrzającej   się   z   każdym   dniem   histerii   wojennej   i   towarzyszącej   jej 

szowinistycznej kampanii antychińskiej, odbyła się w dniu 15 września 1931 r. w Tokio tajna narada 
przedstawicieli najwyższego dowództwa japońskich sił zbrojnych z udziałem szefa wywiadu stacjonującej 
w Mandżurii armii kwantuńskiej - pułkownika Kendzi Doihary, na której zapadła decyzja rozpoczęcia w 
najbliższych dniach działań wojennych w Mandżurii przeciwko znajdującym się tam, zgodnie z prawem, 
wojskom chińskim. Narada odbywała się w pieczołowicie strzeżonej przez żołnierzy i cywilnych agentów 
kempeitai, willi generała Jdziro Minami. Wśród zgromadzonych tu osobistości znaleźli się reprezentanci  
sztabu generalnego wojsk lądowych, generałowie - Sadao Araki i Mazaki; przywódca i organizator ruchu 
osadnictwa japońsko-koreańskiego w Mandżurii - pułkownik Tomija; szef wywiadu armii kwantuńskiej - 
pułkownik   Doihara;   przedstawiciel   marynarki   wojennej   -   admirał   Jonai;   reprezentanci   japońskiego 
wielkiego kapitału monopolistycznego i wielkiej finansjery - Iwasaki i Aiukawa; przedstawiciele skrajnie 
nacjonalistycznych mafijnych, tajnych organizacji w rodzaju „Czarnego Smoka” i Towarzystwa „Sakura-
kai”   -   dr   Okawa   i   pułkownik   Hasimoto   oraz   dwaj   przedstawiciele   najwyższej   biurokracji   dworskiej, 
którzy  demonstrowali   na   każdym   kroku  wyraźny   dystans   i  rezerwę   -  markiz   Kido,   strażnik  wielkiej 
pieczęci cesarskiej i książę Saionji, członek wszechpotężnej genro, czyli Tajnej Rady, nazywany często  
przez wtajemniczonych „człowiekiem, który wyznaczał i zmieniał premierów”.

Sprawy,  o których miało rozstrzygnąć zebrane u generała Minami doborowe grono reprezentantów 

japońskiej góry rządzącej, nie były łatwe do rozwiązania. Mijały godziny pod znakiem przeciągającej się 
nieskończenie i coraz to bardziej burzliwej dyskusji, a ustaleń nie było żadnych. Armia, a zwłaszcza jej 
młody   trzon   oficerski,   chciała   wojny.   Uważała,   iż   nadszedł   już   dogodny   moment   przystąpienia   do 
realizacji   pierwszej   części   testamentu   politycznego   zmarłego   niedawno   barona   Tanaki,   w   której 
przewidywano uderzenie na Mandżurię i opanowanie jej. Przedstawiciele armii: generałowie - Minami,  
Araki i Mazaki, przekonywali zebranych, iż Chiny rozdarte wojną domową toczącą się między wojskami  
rządu centralnego  Czang Kai-szeka   a  wciąż   jeszcze  starającymi   się  zachować   resztki  samodzielności 
lokalnymi władcami oraz siłami rewolucyjnej lewicy nie są w stanie stawić skutecznego oporu doskonale 
przygotowanej, świetnie uzbrojonej armii japońskiej. Mówili o chaosie panującym w Chinach, o słabości 
armii chińskiej, źle uzbrojonej i pozbawionej scentralizowanego dowództwa. Twierdzili również, iż w 
ówczesnej sytuacji żadne z wielkich mocarstw nie wystąpi zbrojnie przeciwko Japonii a w obronie Chin, i  
to  tym   bardziej,   iż   działania   wojsk  japońskich  na   obszarze   graniczącym   z  ZSRR   uśpią   z  pewnością 
czujność kół politycznych Londynu i Waszyngtonu, które nie będą troszczyć się o Chiny, ale oczekiwać z 
niecierpliwością   ataku   Japończyków   na   Związek   Radziecki.   Tak   więc   natychmiastowe   uderzenie 
japońskie na Mandżurię to, zdaniem wojskowych, wykorzystanie niepowtarzalnej szansy, a ryzyko żadne. 
Generałów poparł w swym długim wystąpieniu pułkownik Doihara, człowiek znający chyba najlepiej ze 
wszystkich tu zebranych sytuację w Mandżurii.

„Jesteśmy   panowie   -   przekonywał   zebranych   generał   Minami   -   świadkami   wydarzeń,   w   wyniku 

których możemy pozyskać panowanie nad Chinami, jeżeli tylko potrafimy wykorzystać tę historyczną 
szansę dawaną przez opatrzność wielkim narodom raz na sto, a może i raz na tysiąc lat. Chiny są teraz, 
wbrew pozorom stwarzanym przez liderów Kuomintangu, nadal słabe, bardzo słabe. Ich jedność jako 
wielkiego, nowoczesnego mocarstwa, którą usiłuje demonstrować na każdym kroku Czang Kai-szek, jest 
nadal fikcją, choć nie wiadomo na jak jeszcze długo. Czangowi wciąż drepczą po piętach «czerwoni» i on 
sam nie wie już, kogo boi się bardziej, ich czy nas?

Jest to taka sama prawda, jak i to, że również Londyn  i Waszyngton nie będą miały nic przeciw  

naszym działaniom na dalekowschodnich granicach Rosji bez względu na to, przeciwko komu działania te 

background image

będą wymierzone.

Innymi   słowy,   jestem   przekonany,   że   nasze   wojska   wkraczając   do   Mandżurii   nie   napotkają 

poważniejszego oporu ze strony oddziałów Czang Kai-szeka. Co więcej, możemy być również pewni i 
tego,   iż   zarówno   Stany   Zjednoczone,   jak   i   Wielka   Brytania   nie   zrobią   nic   w   obronie   praw   rządu 
nankińskiego do Mandżurii i pozostałej części Chin północnych. Czas nagli. Nasi żołnierze w Mandżurii 
są już gotowi. Czekają tylko na rozkazy, na nasze decyzje.

- Tak, teraz chodzi już tylko o to, co powie tu w Tokio sztab generalny i rząd - poparł generała  

Minami szef wywiadu armii kwantuńskiej, pułkownik Doihara. - Tam w Mandżurii wszystko jest już 
gotowe do działań. Właściwi ludzie zajmują już wyznaczone im stanowiska. Wystarczy tylko sygnał, jakiś 
wybuch,   wystrzał   czy   coś   w   tym   rodzaju   i...   zaprawiona   w   boju   armia   kwantuńska   ruszy   naprzód  
miażdżąc wszelki opór, o ile go w ogóle napotka. Moi ludzie zrobili wszystko, aby ułatwić zadanie ich 
kolegom w mundurach.

- Nie tylko pańscy ludzie, pułkowniku, wesprą armię kwantuńska, kiedy padnie rozkaz wymarszu - 

wtrącił szef osiedleńców, pułkownik Tomija. - Również i moi pionierzy zrobią wszystko, aby przyczynić 
się do zwycięstwa wielkiego Nipponu...”.

I tak padały coraz to nowe słowa, pojawiały się coraz to nowe argumenty, składano nowe zapewnienia 

gwarantujące pełny sukces i powodzenie planowanej przez armię wyprawy wojennej.

Wbrew   jednak   całej   tej   argumentacji   generałów   i   pułkowników,   wspieranych   aktywnie   przez 

przedstawicieli   nowych   wielkich   monopoli   i   koncernów   oraz   tajnych   towarzystw   nacjonalistycznych, 
politycy   cywilni:   Kido   i   Saionji,   do   których   przyłączył   się   bardziej   trzeźwo   myślący   przedstawiciel 
marynarki wojennej admirał Jonai, nadal twierdzili, iż Japonia nie jest jeszcze dostatecznie przygotowana  
do   wielkiej   wojny   na   Pacyfiku,   w   której   musiałaby,   prędzej   czy   później,   stawić   czoła   Stanom 
Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii. Nie dawali się także przekonać co do tego, iż rozpoczęcie działań  
wojennych przez siły japońskie w Mandżurii uda się zamknąć w ramach odizolowanego konfliktu i że nie 
spowoduje   on   wybuchu   wojny  światowej.   I   choć   byli   również   zwolennikami   zbrojnego   opanowania 
Mandżurii, a nawet wojny na wielką skalę, uważali jednak, iż czas podjęcia takiej operacji jeszcze nie 
nadszedł.

„-  Wojownik,   który   zapomniał   o   swym   powołaniu   -   skontrował   wówczas   argumenty   swych 

oponentów generał Araki - stracił swój zamek; polityk zajmujący się jedynie teorią prowadzi państwo do 
zguby”.

Ostatecznie   posiedzenie   zakończyło   się   pozornie   na   niczym.   Zebrani   rozeszli   się,   pozostając   przy 

swoich   stanowiskach.   Nie   podjęto   żadnej   uzgodnionej,   wiążącej   decyzji.   Ale   gra   nie   była   jeszcze 
zakończona. Grupa wojskowych i podobnie jak oni myślących przedstawicieli „nowych” monopoli, a 
zwłaszcza koncernu „Mantecu”, eksploatującego od dawna już bogactwa Mandżurii, nie opuściła willi, 
pozostając dalej w gościnie u generała Minami. Na tym drugim, bardziej już kameralnym zebraniu rej 
wodził,   jak   można   się   było   tego   spodziewać,   pułkownik   Doihara,   nazywany   przez   wtajemniczonych 
Lawrence'em Dalekiego Wschodu. O czym konkretnie radziła ta grupka ludzi - po odejściu cywilnych  
polityków i ich stenografów - pozostało do dziś tajemnicą, choć niedaleka już przyszłość dowieść miała, 
iż tam i właśnie wówczas zapadła decyzja, która nie licząc się z obawami polityków cywilnych, postawić 
miała   Japonię  i jej  rząd  wobec  faktów dokonanych,  którym  żadna  z  najbardziej  nawet  wpływowych  
osobistości politycznych Japonii przeciwstawić się nie potrafiła czy też nie chciała i to bez względu na 
zajmowane uprzednio stanowisko.

Jedynym przeciekiem z tej drugiej części narady u generała Minami było ostrzeżenie wypowiedziane  

background image

przez   generała   Araki   wobec   przeciwników   polityki   armii   a   powołujące   się   na   ostre   szable   młodych  
oficerów,   którzy   wierni   kodeksowi   samurajów   potrafią   w   razie   potrzeby   wymusić   szacunek   dla 
wojskowego munduru. Mało kto mógł przypuszczać wówczas, iż słowa te już niedługo nabiorą aż nadto 
realnych kształtów.

Późną nocą, gdy luksusowe limuzyny zdążyły już porozwozić do domów ostatnich gości generała 

Minami, pułkownik Doihara leciał już na pokładzie specjalnego samolotu wojskowego do Port Arthur, 
aby zameldować się tam natychmiast w sztabie naczelnego dowództwa armii kwantuńskiej, u jej dowódcy 
generała   Hondzio.   Po   krótkiej   rozmowie   z   dowódcą   pułkownik   Doihara   przeniósł   swą   kwaterę   do 
Mukdenu.   Przez   cały  czas  podróży  z   Tokio  do  Port   Arthur,   a   stąd  do  Mukdenu,   stolicy  Mandżurii,  
pułkownik Doihara ściskał kurczowo pod pachą małą czarną teczkę, w której spoczywał zatwierdzony 
przez   generałów:   Minami,   Araki   i   Mazaki   a   przez   niego   uprzednio   opracowany   plan   uderzenia   na  
Mandżurię. Teraz wydarzenia zaczęły rozwijać się w błyskawicznym tempie.

Wieczorem   17   września   1931   r.   do   sztabu   armii   kwantuńskiej   w   Mukdenie   wezwano   nagle,   na 

polecenie   pułkownika   Doihary,   wszystkich   dowódców   japońskich   oddziałów   wojskowych   i   służb 
specjalnych   m.in.   wojsk  ochrony  kolei.   I  tak  w  samym   sercu  stolicy  Mandżurii,   Mukdenie,   tuż   pod  
bokiem kwatery głównej wojsk chińskich marszałka Czang Kai-szeka, dopracowywano ostatnie szczegóły 
akcji zbrojnej wprowadzającej Japonię na drogę, z której nie było już odwrotu. Podobna narada odbywała  
się w tym samym czasie i w Port Arthur w kwaterze generała Hondzio, gdzie udał się z Mukdenu szef 
sztabu   armii   kwantuńskiej,   pułkownik   Itagaki.   Atmosfera   obu   tych   narad   była   niesłychanie   napięta. 
Biorący  w   niej   udział   oficerowie   wiedzieli,   iż   rząd   japoński,   kierowany  aktualnie   przez   polityków   - 
zwolenników „pasywnej” polityki zagranicznej, tj. polityki ostrożnej, unikającej awanturniczych posunięć 
militarnych,   wyraził   już   zgodę  na  chińsko-japońską   konferencję   polityczną,   wyznaczoną   na  dzień 20 
września 1931 r., której celem miało być pokojowe rozstrzygnięcie i uregulowanie wszystkich problemów 
spornych między Japonią a lokalnymi władzami Mandżurii kierowanymi za zgodą rządu centralnego w 
Nankinie przez marszałka Czang Sue-lianga. Udział w konferencji wziąć miał również przedstawiciel  
chińskiego rządu centralnego. Dojście do skutku takiej konferencji, a tym bardziej osiągnięcie przez nią 
choćby tylko częściowego porozumienia, przekreślało cały, tak misternie ułożony, plan działania armii w 
Mandżurii. Tych, których teraz jeszcze uważano za co najwyżej zbyt zapalczywych obrońców sławy i 
honoru   cesarstwa,   jutro,   po   podpisaniu   ewentualnego   porozumienia   chińsko-japońskiego,   nawet   ich 
najzagorzalsi zwolennicy musieliby uznać w razie samowolnego wystąpienia, naruszającego sygnowany 
przez rząd i władcę dokument, za zwykłych buntowników. Do konferencji takiej nie można więc było za 
żadną  cenę  dopuścić.  Wszystko   musiało  się  rozegrać   wcześniej.  Należy zresztą  dodać,   iż   prowadząc 
odprawę ze swymi oficerami, pułkownik Doihara miał w rękach list przysłany mu już po jego przylocie  
do Mukdenu przez specjalnego kuriera z Port Arthur od pułkownika Itagaki - a opublikowany już po 
wojnie w materiałach tokijskiego procesu przeciwko japońskim zbrodniarzom wojennym - zawierający 
następującą informację:

„Otrzymałem poufną informację z Tokio. Do Mukdenu przybywa generał Tatekawa. Ma on z rozkazu 

ministra wojny dokonać przeglądu naszych oddziałów, stacjonujących w rejonie Mukdenu. Wydaje mi 
się, że Tokio nie chce, przynajmniej na razie i oficjalnie, zajmować stanowiska w sprawie nadciągających  
wydarzeń”.

Wszystko było już jasne. Role zostały rozdane i oficerowie armii kwantuńskiej zaczęli się rozchodzić, 

szybko zajmując wyznaczone im stanowiska i posterunki.

Teraz   wszystko   zaczęło   rozwijać   się   w   iście   zawrotnym   tempie.   Było   już   zupełnie   ciemno,   gdy 

background image

porucznik Kawamoto wraz ze swym oddziałem wojsk ochrony kolei znalazł się na torach bocznicy w 
miejscowości   Beidan   położonej   na   przedmieściach   Mukdenu.   Zgodnie   z   otrzymanym   wcześniej 
poleceniem,   porucznik   rozstawił   straże   otaczające   całą   najbliższą   okolicę   bocznicy   gęstą   siecią 
posterunków. Żołnierzom zakazano palenia

 

papierosów i prowadzenia jakichkolwiek rozmów. Wszędzie 

panowała   głęboka   cisza.   Szczególne   środki   ostrożności   starano   się   zachować   w   pobliżu   muru 
odgradzającego tory kolejowe od budynków koszar wojsk chińskich.

Korzystając z tak silnej osłony, na tory wypełzli, kryjąc się w ciemnościach, dywersanci z oddziału 

specjalnego   pułkownika   Doihary,   zakładając   w   odpowiednich   miejscach,   przewidzianych   przez   sztab 
operacji, silne ładunki dynamitu. Teraz wszystko stało się już tylko kwestią chwili.

I tak, w nocy z 18 na 19 września 1931 r. około godziny 21 kilkuosobowa grupa ludzi pułkownika 

Doihary, przebranych w mundury żołnierzy chińskich, podłożyła ładunki wybuchowe pod tory bocznicy 
kolejowej w miejscowości Beidan pod Mukdenem, w pobliżu koszar chińskiej 7 brygady piechoty z armii 
marszałka Czang Sue-lianga. W chwilę później tory te wysadzono w powietrze. Dywersantów osłaniał 
przez   cały   czas   skutecznie   oddział   japońskich   wojsk   ochrony   kolei,   dowodzony   przez   porucznika 
Kawamoto.   Silny   wybuch   eksplozji   podłożonych   ładunków   stał   się   sygnałem   dla   wojsk   japońskich 
znajdujących się już od wielu godzin w stanie pełnej gotowości bojowej. O godzinie 23.20 japońskie 
grupy szturmowe, wspierane ogniem artylerii i ciężkich karabinów maszynowych, uderzyły jednocześnie 
na wszystkie ważniejsze obiekty strategiczne Mukdenu, a również i na wspomniane już koszary chińskiej 
7 brygady piechoty. Zaskoczono straże. Wyrwani z głębokiego snu żołnierze chińscy nie zdołali stawić  
napastnikom skutecznego oporu. W walce o koszary padło 320 chińskich żołnierzy,  a w walkach na 
ulicach Mukdenu 75 chińskich policjantów. Pozostali przy życiu chińscy żołnierze opuścili w popłochu 
miasto,   zaprzestając   oporu.   W   ciągu   kilku   zaledwie   godzin   cały   Mukden   znalazł   się   w   rękach 
Japończyków przy niewielkich stratach własnych. W boju zginęło zaledwie kilkunastu Japończyków a 
kilkudziesięciu zostało rannych.

Powoli milkł w Mukdenie huk wystrzałów. Co prawda, japoński konsul generalny w Mukdenie, nie 

wtajemniczony  przez   sztab armii   kwantuńskiej  w  szczegóły spisku,  usiłował   interweniować   na  rzecz 
przywrócenia   spokoju   i   załagodzenia   konfliktu,   wysyłając   nawet   w   tym   celu   swego   przedstawiciela, 
wyższego urzędnika konsulatu, Morisimę do sztabu pułkownika Itagaki, lecz nadaremnie. Urzędnik ten 
wrócił wkrótce z niczym do gmachu konsulatu, stwierdzając, że w sztabie armii nie chciano z nim nawet 
rozmawiać, a co więcej „poproszono go uprzejmie” o niewtrącanie się do spraw wojska, wymachując 
przed nim bronią. W tej sytuacji Morísima, pod groźbą podniesionej do ciosu szabli adiutanta pułkownika  
Itagaki oraz wycelowanych weń pistoletów kilku młodych oficerów, opuścił niegościnne progi sztabu, 
decydując się na powrót do konsulatu. Po otrzymaniu tego rodzaju informacji konsul natychmiast połączył 
się   z   Tokio,   powiadamiając   rząd   japoński   o   krokach   podjętych   w   Mukdenie   przez   oddziały   armii 
kwantuńskiej. Przekazując swój meldunek był pewien, że spowoduje tym natychmiastową interwencję 
rządu, który nakaże „zbuntowanym”  oddziałom powrót do koszar, a następnie zajmie się pokojowym 
uregulowaniem sprowokowanego przez podkomendnych Doihary i Itagaki konfliktu.

Wbrew jednak oczekiwaniom konsula, Tokio na jego informację nie zareagowało. I tak okazało się, że 

rząd japoński nie zdecydował  się na otwarty konflikt z armią. Milczał pozostawiając sprawę dalszemu 
rozwojowi wydarzeń. W ten sposób kości zostały rzucone. Polityka faktów dokonanych, zaplanowana w 
czasie nocnej biesiady w willi generała Minami, przyniosła Japończykom oczekiwany sukces.

A tymczasem już wczesnym rankiem 19 września 1931 r. wszystkie arsenały miasta oraz miejscowe 

lotnisko, jak i cały Mukden były w rękach japońskich. W mieście zjawił się, przybyły tu z Port Arthur 

background image

specjalnym   pociągiem   pancernym,   dowódca   armii   kwantuńskiej,   generał   Hondzio,   wydając 
nadzwyczajną, demagogicznie kłamliwą odezwę do ludności, w której stwierdził m.in.:

„Rząd Cesarstwa Nipponu i dowództwo cesarskich sił zbrojnych zwracają się z apelem do wszystkich 

mandżurskich i mongolskich patriotów, aby zjednoczyli się we wspólnych

wysiłkach na rzecz powstania niezawisłego państwa Mandżurów i Mongołów. Na straży granic tego 

potężnego państwa o wielkich tradycjach historycznych stanęłaby cała siła zbrojna cesarstwa japońskiego. 
Bohaterskich   żołnierzy   Nipponu   wspieraliby   w   tym   wspaniałym   czynie   wierni   synowie   narodu 
mandżurskiego   i   mongolskiego.   Na   skutek   agresywnych   i   prowokacyjnych   wystąpień   chińskich 
oddziałów wojskowych armia japońska zmuszona została do podjęcia energicznej akcji odwetowej, która 
umożliwi   przywrócenie   praw   Japonii   na   terenach   Mandżurii   oraz   przywrócenie   narodowych   praw 
Mandżurów i Mongołów, uciskanych dotąd okrutnie przez reżim Czang Kai-szeka, Czang Sue-lianga oraz 
ich popleczników. Słuszne, mocą prawa chronione, interesy cesarstwa japońskiego na terytorium państwa 
Mandżurów i Mongołów muszą być odtąd w pełni szanowane”.

Na wzgórzach Mandżurii

Prowokacja mukdeńska dywersantów pułkownika Doihary spełniła więc wyznaczoną jej rolę. 

Oficjalna wersja wydarzeń z nocy z 18 na 19 września 1931 r. przedstawiona przez porucznika Kawamoto 
a zawarta w jego raporcie dla generała Hondzio, przedstawiała się następująco:

„Podczas   patrolowania   odcinka   torów   przez   oddział   żołnierzy   japońskich   nastąpił   w   pewnym 

momencie, w odległości około 200 metrów za nim, potężny wybuch. Dowódca patrolu, udawszy się na 
miejsce   eksplozji,   ustalił,   iż   część   torów   wysadzono   w   powietrze.   W   tym   momencie   patrol   został 
ostrzelany przez oddziały piechoty chińskiej. W czasie strzelaniny, jaka się następnie wywiązała, zostało 
zabitych dwóch chińskich żołnierzy”.

Wersję tę podważyła  natychmiast  strona chińska. Jeden z oficerów chińskich 7 brygady piechoty, 

naoczny   świadek   ówczesnych   wydarzeń   w   Mukdenie,   tak   zrelacjonował   później   ich   przebieg   przed 
międzynarodową komisją:

„Około godz. 20.00 na torach kolejowych naprzeciwko koszar zatrzymał się czterowagonowy pociąg z 

lokomotywą   o   niecodziennym   wyglądzie.   W   godzinę   później   nastąpiła   potężna   eksplozja,   po   czym 
odezwały się strzały karabinowe”.

Podobną wersję podał inny naoczny świadek tych wydarzeń, brytyjski attaché wojskowy, stwierdzając, 

iż wkrótce po rzekomym wysadzeniu głównego toru, jak to twierdzili Japończycy, nie chcąc przyznać, iż 
zniszczeniu   uległ   jedynie   tor   boczny,   nikomu   właściwie   niepotrzebny,   przejechał   po   nim   bez 
najmniejszego nawet szwanku japoński ekspres. Co więcej, trupy rzekomych  chińskich dywersantów, 
które   wówczas   uprzejmie   raczyli   dwukrotnie   pokazać   oficerowi   brytyjskiemu   Japończycy,   były   raz 
ubrane w mundury chińskich piechurów, drugi zaś raz w uniformy saperów, tak jak gdyby nieboszczycy 
sami mogli zmieniać swe ubiory.

Wszystko to nie było jednak ważne. Japończycy nie przejmowali się bowiem zbytnio wiarygodnością 

swej wersji i tym, czy świat uwierzy im czy też nie. Pretekst został stworzony, a następnie natychmiast  
wykorzystany. Reszta należała już tylko do armii i zależała od szybkości jej działania.

A   armia   japońska   działała   istotnie   szybko,   nie   oglądając   siena   nikogo   i   na   nic.   Po   opanowaniu 

Mukdenu, jego arsenałów, odlewni dział i lotniska, na którym napastnicy zagarnęli w nienaruszonym  
stanie   ponad   200   chińskich   samolotów   wojskowych,   kolumny   armii   kwantuńskiej   ruszyły   w   głąb 

background image

Mandżurii, nacierając na Antung, Penci, Ingkou, Niuczuang, Teling, Czang-tu, Fuszan i Czangczun, które 
zajęły już 20 września. Następnego dnia Japończycy opanowali Kirin. W ten sposób w ciągu kilkunastu 
zaledwie dni zajęli całą południową Mandżurię. Najeźdźcom pomagali niektórzy militaryści chińscy, jak 
np.   generał   mandżurski   Czang   Tsing-huei.   Największą   jednak   pomoc   agresorowi   w   jego   podboju 
Mandżurii okazał sam Czang Kai-szek, nakazując wojskom marszałka Czang Sue-lianga niestawianie 
oporu, celem niezaostrzania sytuacji, tak jak gdyby można tu było coś jeszcze bardziej zaostrzyć.

Sprawę obrony praw Chin do Mandżurii pozostawił Czang Kai-szek Lidze Narodów, której werdykt 

zmusić   miał   Japończyków,   jak   to  twierdził   wówczas   szef   kuomintangowskiego   rządu  w   Pekinie,   do 
zwrócenia   zagarniętych   przez   nich   obszarów.   W   tej   sytuacji   opór   Japończykom   stawiały   jedynie 
poszczególne, pozostawione same sobie przez własny rząd oddziały chińskie, co nie mogło oczywiście 
doprowadzić do powstrzymania triumfalnego niemal marszu Japończyków w głąb Mandżurii.

Po ujarzmieniu całej południowej Mandżurii przystąpiono do opanowywania północnej części kraju. 

Tu wojska japońskie napotkały początkowo bardziej zorganizowany opór ze strony wojsk niektórych 
generałów chińskich. Do poważniejszych walk doszło zwłaszcza na linii rzeki Nonni, bronionej przez 
wojska generała Ma Czang-szana w listopadzie 1931 r. Ale i tu oddziały chińskie, nie otrzymawszy żadnej 
pomocy ze strony rządu centralnego, zmuszone zostały do odwrotu. W dniu 19 listopada Japończycy 
wkroczyli do stolicy mandżurskiej prowincji Heilungkiang - Cicikaru. Następnie zajęli Simintun i ruszyli 
na Tahuszan. W grudniu uderzyli trzema kolumnami na Cinczou zajmując to miasto bez większego oporu 
ze strony wojsk chińskich. Po krótkiej przerwie w działaniach wojennych Japończycy wznowili natarcie, 
zajmując   5   lutego   1932   r.   Charbin.   W   ten   sposób   agresorzy   zdobyli   całą   południową   i   północną 
Mandżurię i to zaledwie w ciągu niespełna kilku miesięcy. Pod okupacją znalazło się kilkadziesiąt miast 
trzech prowincji mandżurskich: mukdeńskiej, kirińskiej i heilungkiangskiej.

„Napadłszy na Mandżurię - czytamy w pracy pt. Najnowsza historia Chin, opracowanej przez grupę 

wykładowców   Wojskowo-Politycznej   Akademii   Tungpei,   uczestników   wojny  narodowowyzwoleńczej 
narodu chińskiego przeciwko zaborcom japońskim - zaborcy japońscy zajęli faktycznie cztery prowincje 
północno-wschodnie.   Była   to   największa   strata   Chin   w   ciągu   ostatnich   100   lat.   Cztery   prowincje 
północno-wschodnie   zajmowały   terytorium   o   powierzchni   2   mln   km2,   co   kilkakrotnie   przewyższa 
terytorium Japonii, i liczyły przeszło

 

30 mln mieszkańców, co stanowi połowę ludności Japonii. Ponadto 

na   prowincje   północno-wschodnie   przypadało   37%   zasobów   rudy   żelaza   całych   Chin.   79%   wytopu 
surówki,   2%   złóż   naftowych,   93%   wydobycia   ropy  naftowej,   55%   wydobycia   złota,   23%   produkcji 
energii elektrycznej, 41% linii kolejowych i 37% handlu zagranicznego. Były to ziemie obfitych zbiorów 
soi   i   upraw   zbożowych,   bogate   w   drzewo,   w   futra,   wełnę   i   bydło.   Wartość   skonfiskowanego   przez 
zaborców japońskich mienia chińskiego sięgała 4 800 mln dol., przy czym  liczba ta nie obejmowała 
jeszcze   wartości   majątków   prywatnych,   przedsiębiorstw   i   banków   należących   do   militarystów, 
kapitalistów  i   obszarników   trzech  prowincji   wschodnich.   Przejście   w   ręce   zaborców   japońskich  tych 
prowincji z ich bogatymi zasobami surowcowymi i liczną siłą roboczą, wzmocniło sytuację gospodarczą 
Japonii, co z kolei jeszcze bardziej podsycało zachłanne dążenie japońskich imperialistów. Knuli oni już 
dalsze plany ujarzmienia całych Chin i zbrojnego zaboru wszystkich terytoriów środkowej i południowej 
części Oceanu Spokojnego. Przemysł ciężki, zagarnięty przez Japończyków w Mandżurii, dawał przeszło 
40% całej produkcji japońskiego przemysłu ciężkiego”.

I tak płynęły dni. Siły armii  kwantuńskiej, wzmacniane nowymi  oddziałami  kierowanymi  na front 

mandżurski głównie z Korei, posuwały się nieustannie naprzód, prowadząc swoisty wyścig z czasem,  
gwoli wykonania zadania postawionego im przez Tokio - jak najszybszego osiągnięcia linii Wielkiego 

background image

Muru Chińskiego. O tym zaś, co miało być później, żołnierze armii kwantuńskiej na razie jeszcze nie 
myśleli,   wierząc  zresztą,  iż  myślą   już  o tym   za  nich  ci,  którzy  rzucili  ich do walki  o  Mandżurię  w 
pamiętną noc z 18 na 19 września 1931 r.

Powodzenie ofensywy japońskiej w Mandżurii wzmogło skrajnie szowinistyczne  nastroje w samej 

Japonii, jak też propagandę wojenną rozwijaną zwłaszcza przez koła wojskowe i związaną z nimi prasę. 
Zalewała ona teraz swych czytelników mnóstwem materiału pokazującego „dzielnych żołnierzy cesarza”, 
którzy wzorem dawnych samurajów okazywali na każdym kroku niezwykłą odwagę i pogardę śmierci. 
Byli oczywiście zawsze rycerscy i sprawiedliwi wobec cywilnej ludności podbitych obszarów i wziętych 
do niewoli żołnierzy przeciwnika. O tym,  jak było naprawdę, prasa japońska wolała nie pisać. Armia  
kwantuńska   nie   lubiła   brać   jeńców.   Dlatego   też   wziętych   do   niewoli   żołnierzy   chińskich   po   prostu 
rozstrzeliwano lub też, gdy taka była fantazja japońskiego dowódcy, amatora ćwiczeń fechtunku, ścinano 
samurajskim mieczem lub zwykłą szablą. Głowy zamordowanych w ten sposób ofiar zatykano później na 
kawaleryjskie piki, pręty bambusa lub też zawieszano w małych drewnianych klateczkach na okolicznych 
drzewach. Chodziło o zastraszenie miejscowej ludności tak, aby nie przyszło jej na myśl stawianie oporu 
zaborcom. Nie cackano się też zresztą i z ludnością cywilną. Palono całe wsie i małe miasteczka czy 
dzielnice w większych miastach, grabiono bezlitośnie prywatne mienie, gwałcono kobiety i dziewczęta. 
Najmniejszy opór stawiany gwałcicielowi czy grabieżcy równał się natychmiastowej śmierci.

Proklamowana  w 1928 r. przez barona Tanakę, w jego tajnym  memorandum a realizowana przez 

japońskie żołdactwo w Mandżurii, „polityka krwi i żelaza” znalazła szybko swe rozwinięcie i szersze 
uzasadnienie   w   dorabianej   na   siłę   przez   propagandę   japońską   tezie,   według   której   to,   co   działo   się 
aktualnie w Mandżurii, nie było wojną, a jedynie „lokalnym, incydentem”, a stawiający opór najeźdźcom 
żołnierze chińscy nie byli jakoby integralną częścią chińskich sił zbrojnych, których obowiązkiem było  
bronić własnego kraju przed obcą inwazją, a tylko zwykłymi „bandytami”. Tezę tę podchwyciła zresztą i 
delegacja   japońska,   której   przypadła   w   udziale   obrona   w   Genewie,   na   forum   Ligi   Narodów,   tego 
wszystkiego, cc działo się w Mandżurii okupowanej przez wojska Nipponu.

„Przyjęcie takiej eufeministycznej nomenklatury - stwierdzał Lord Russel w swej pracy pt.  Rycerze 

Busido - miało w pojęciu Japończyków uzasadnić ich twierdzenie, że prawa i zwyczaje wojny nie stosują 
się do działań wojennych w Chinach i nie muszą być przestrzegane.

Pod tym pretekstem odmawiano praw jeńców wojennych żołnierzom chińskim, którzy w czasie walki 

zostali wzięci do niewoli przez wojska japońskie. Mordowano ich, torturowano łub wysyłano do obozów 
pracy.  W jednym  tylko takim obozie pracy przymusowej  na wyspie  Honsiu z 900 więźniów połowa  
zmarła z głodu oraz w wyniku tortur.

Kampania   w   Chinach   została   podjęta,   jak  twierdzili   Japończycy,   w   tym   celu,   aby  «ukarać   naród 

chiński»   za   to,   że   nie   chciał   on   uznać   wyższości   i   przewodnictwa   rasy   japońskiej   oraz   odmówił  
współpracy.

Japończycy z góry postanowili, że wojnę w Chinach prowadzić będą po barbarzyńsku. W ten sposób 

pragnęli złamać w narodzie chińskim wolę walki i obrony swych domostw i swej ojczyzny. W tym celu 
opracowane zostały plany nalotów terrorystycznych”.

„Mam nadzieję - mówił wówczas na posiedzeniu parlamentu japońskiego, uzasadniając barbarzyńskie 

postępowanie   Japończyków   w   Mandżurii,   człowiek   Tajnej   Rady   cesarza,   Kucziro   „Hiranuma   -   że 
Chińczycy zrozumieją intencje Japonii i będą z nami współpracować. W stosunku do tych, którzy nie  
potrafią tego zrozumieć, mamy tylko jedno wyjście - eksterminację”.

O tym zaś, jak starano się wymusić wśród ludności chińskiej to, tak podkreślane przez Hiranumę, 

background image

„zrozumienie”   dla   działań   wojsk   japońskich   w   Chinach,   świadczyć   może   jeden   z   niezliczonych  
przykładów bestialstwa soldateski japońskiej wobec mieszkańców okupowanych obszarów Mandżurii, 
podany w cytowanej już pracy pt. Rycerze Busido.

„W końcu 1931 r. - pisze dalej lord Russel - główne siły armii chińskiej wycofały się za Wielki Mur, 

ale   na   dużych   obszarach   w   rejonie   Mukdenu,   Haiczengu   i   Ingkou   działały   jednostki   ochotników 
chińskich, stawiając Japończykom poważny opór.

Pewnego   razu,   późnym   latem   1932   r.   wojska   japońskie   w   pościgu   za   cofającymi   się   oddziałami 

ochotników   chińskich   wkroczyły   do   trzech   miasteczek   w   pobliżu   Fuszun.   Japończycy   podejrzewali 
tutejszych   mieszkańców,   że   w   czasie   walki   pomagali   tzw.   «bandytom»,   a   następnie   udzielili   im 
schronienia. We wszystkich trzech miasteczkach żołnierze japońscy wywlekli z domów ludność cywilną, 
także kobiety i dzieci, a następnie ustawili wszystkich w rzędzie wzdłuż rowów przy szosie i kazali  
uklęknąć; potem otworzyli do nich ogień z karabinów maszynowych. Kilka osób, które ocalały, zakłuto 
bagnetami.   Ogółem   zginęło   wtedy  2700   osób   -   mężczyzn,   kobiet   i   dzieci.   Naczelny  dowódca   armii 
kwantuńskiej   widział   w   tej   masakrze   częściowe   wykonanie   programu   eksterminacji   «bandytów»   i 
całkowicie ją usprawiedliwiał”.

Ówczesna prasa japońska nie tylko aprobowała, czy wręcz apoteozowała najazd armii kwantuńskiej na 

Mandżurię, lecz również starała się prawnie i historycznie uzasadnić ten akt gwałtu a co więcej - stworzyć  
korzystną   atmosferę   dla   dalszej   agresji   terytorialnej   Nipponu.   Proklamowaną   wówczas   przez   prasę 
japońską   ideę   podboju   Mandżurii   starano   się   oprzeć   na   dwóch   zasadniczych   przesłankach,   które 
całkowicie rozgrzeszać miały najeźdźców: pierwsza głosiła, że Chiny nie są państwem scentralizowanym,  
a   więc   trudno   mówić   w   ich  przypadku   o   suwerenności   i   integralności   terytorialnej;   druga   natomiast 
podkreślała rzekome niebezpieczeństwo szybkiego „zbolszewizowania” Chin.

Walka podjęta przez Japonię z tym właśnie „czerwonym niebezpieczeństwem” prowadzona była - jak 

to   podkreślała   na   każdym   kroku   prasa   japońska   -   nie   tylko   w   interesie   samej   Japonii,   ale   i   całego 
kapitalistycznego świata.

Warto podkreślić, iż zwłaszcza ta ostatnia argumentacja znalazła wówczas wielu zwolenników również 

poza   granicami   Nipponu.   Rekord   łatwowierności   czy   też   raczej   chęci   zarobienia   dodatkowych 
niebagatelnych zresztą sum, wypłacanych w jenach, pobił tu niejaki Bronson Ree, redaktor czasopisma  
„Far Eastern Review”, który w publikowanych przez siebie artykułach lansował tezę, iż Chin nie można 
uważać za państwo

 

bronione statutem Ligi Narodów, w związku z tym należałoby dokonać ich rozbioru w 

celu utworzenia z nich trzech samodzielnych państw: Mandżurii, Chin Środkowych i Chin Południowych,  
powiązanych z wielkimi mocarstwami.

Atak na Szanghaj

A tymczasem Japończycy zachęceni tak szybkim i łatwym, a co więcej, zupełnie bezkarnym  

podbojem   Mandżurii   postanowili   sięgnąć   po   nowe   zdobycze.   Tym   razem   ich   uwagę   przyciągnął 
Szanghaj,   wielki   port   o   ogromnym   znaczeniu   handlowym   i   strategicznym   na   Dalekim   Wschodzie. 
Szanghaj   to   jednocześnie   wielkie   miasto,   będące   jednym   z   głównych   ośrodków   społecznego   i 
kulturalnego  życia  Chin.  żyło  w  nim  wówczas  ponad  3 mln  mieszkańców.   W  mieście   była   również 
dzielnica   europejska,   którą   zamieszkiwali:   Anglicy,   Amerykanie,   Francuzi,   Włosi,   Niemcy, 
Portugalczycy,  Holendrzy,  Belgowie, strzegący swych  koncesji, oraz dzielnica chińska, położona nad 
bagnistymi i bardzo niezdrowymi brzegami rzeki Hhan Pao. Właśnie w Szanghaju ogniskował wtedy swą 

background image

działalność patriotyczny ruch antyjapoński, stawiający sobie za cel zmuszenie rządu Czang Kai-szeka do 
zerwania z kapitulancką polityką wobec agresora.

I tu, podobnie jak w Mandżurii, militaryści japońscy postanowili wykorzystać kilka zainicjowanych  

przez siebie prowokacji i incydentów. I tak, w dniu 18 stycznia 1932 r. na dziedzińcu jednej z fabryk  
przemysłowej  dzielnicy Szanghaju - Czapei doszło do starcia między chińskimi  robotnikami  z załogi 
zakładu   a   grupą   Japończyków,   którzy   zjawili   się   tu   bez   żadnego   uzasadnienia   i   wkrótce   zaczęli  
demolować urządzenia fabryczne. Japończyków udało się przepędzić. W starciu jednak kilka osób zostało 
ciężko rannych, a jeden Japończyk przebrany za mnicha buddyjskiego zmarł w kilka godzin później w 
szpitalu na skutek odniesionych ran. O tym, iż mnich ten był w rzeczywistości porucznikiem japońskiego 
wywiadu z grupy agenturalnej pułkownika Doihary, nikt wówczas w Szanghaju nie wiedział.

Do drugiego, jeszcze poważniejszego starcia doszło tu nieco później, w momencie gdy o wiele już  

liczniejsza grupa Japończyków usiłowała podpalić tę właśnie fabrykę i napotkała zdecydowany opór ze 
strony chińskiej załogi robotniczej. Tym razem ofiar było znacznie więcej.

Natychmiast po tych prowokacyjnych zajściach japoński konsul generalny w Szanghaju złożył w dniu 

20 stycznia 1932 r. na ręce burmistrza miasta ultimatum, w którym zażądał:

- oficjalnego uznania przez burmistrza odpowiedzialności władz chińskich za antyjapońskie zajścia w 

Czapei;

- surowego ukarania Chińczyków;
- wypłacenia   odpowiedniego   odszkodowania   Japończykom,   którzy   w   trakcie   zajść   zostali 

poszkodowani;

- objęcia przez władze miasta ścisłą kontrolą rozwijającego się tu ruchu antyjapońskiego;
- rozwiązania wszystkich działających w Szanghaju masowych organizacji antyjapońskich.
W dniu 21 stycznia dowódca wojsk japońskich stacjonujących w japońskiej części eksterytorialnej 

dzielnicy   międzynarodowej   Szanghaju,   admirał   Joshidzawa,   zażądał   od   władz   chińskich 
natychmiastowego spełnienia warunków zawartych w ultimatum konsula, grożąc, iż w przeciwnym razie 
wymusi ich wykonanie przy użyciu siły. Jednocześnie z Japonii przybywać zaczęły do Szanghaju nowe 
kontyngenty wojsk; skierowano tu też silny zespół okrętów wojennych, które zarzuciły kotwice w zatoce 
Wu Sung.

Tymczasem  burmistrz   Szanghaju,   generał  Wu  Te-cien,  przyjął  początkowo  trzy  pierwsze  warunki 

ultimatum   japońskiego,   a   następnie,   zdając   sobie   sprawę   z   powagi   sytuacji   i   zamiarów   przeciwnika, 
traktującego cały konflikt jako dogodny pretekst do zaatakowania miasta, przyjął już w nocy z 27 na 28 
stycznia  dwa  dalsze punkty,  stwierdzając jednocześnie, iż została już rozwiązana, działająca dotąd w 
Szanghaju, antyjapońska liga bojkotu towarów japońskich, a jej siedziba zajęta przez policję chińską. 
Mimo   tego   oświadczenia,   już   około   godziny   12.30   dnia   28   stycznia   dowódca   wojsk   japońskich   w 
Szanghaju   powiadomił   burmistrza   miasta,   iż   kieruje   do   chińskich   dzielnic   Szanghaju   silne   oddziały 
wojskowe rzekomo celem ochrony życia i mienia żyjących tam Japończyków. Japoński admirał był przy 
tym tak pewien siły swych oddziałów, iż w raporcie wysłanym jednocześnie do Tokio zapewnił swych  
przełożonych, że opanuje Szanghaj w ciągu najwyżej trzech godzin, a na podbój całych Chin wystarczy 
mu trzy miesiące.

Słowa   nie   były  tu  zresztą   ważne.   Nim  bowiem  burmistrz   Szanghaju  mógł   zapoznać   się   z   treścią 

ostatniego oświadczenia japońskiego admirała, miasto znalazło się nagłe w strefie działań wojennych. 
Jeszcze   przed   wybuchem   godziny   24.00   runęła   na   nie   28   stycznia   japońska   lawina   ognia   i   żelaza. 
Piekielny ryk  dział, przeraźliwy jazgot ciężkich karabinów maszynowych,  huk pękających raz po raz 

background image

granatów ręcznych i gęsta palba strzałów karabinowych poderwały na nogi ponad 2 mln mieszkańców 
centrum miasta. Całą dzielnicę chińską, zamieszkałą przez milion ludzi, ogarnęła błyskawicznie panika. 
Tłum przerażonych, wyrwanych ze snu gwałtowną strzelaniną ludzi wyległ na ulicę, kłębiąc się i miotając 
w ciemnościach nocy. I w ten to właśnie zdezorientowany, nieszczęsny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci bić 
zaczęły celnym, zmasowanym ogniem japońskie ciężkie karabiny maszynowe, ścinając z nóg wszystkich, 
którzy   znaleźli   się   w   polu   ich   ognia   na   długich,   schodzących   prostopadle   ku   wybrzeżu   ulicach. 
Dramatyczne   sceny   rozgrywały   się   zwłaszcza   przy   bramach   nowoczesnych   żelbetowych   domów, 
zamykanych przez dozorców przed szukającymi tam schronienia uciekinierami. Grozę sytuacji pogłębiał 
wielki pożar, który wybuchł już w wielu punktach Czapei, rozszerzając się błyskawicznie na coraz to  
nowe domy i ulice.

Przerażona   ludność   cywilna   nie   wiedziała,   co   ma   robić   -   czy   uciekać   z   płonących   domów   na  

ostrzeliwane nieustannie przez wroga ulice, czy też chronić się w tych płonących domach przed gradem 
kul japońskich zbierających obfite żniwo na ulicach?

Mijały   godziny.   Gdy   wstał   świt,   japońscy   piechurzy   i   marynarze   ruszyli   naprzód   docierając   do 

kompleksu zabudowań Dworca Północnego, gdzie zostali jednak przez Chińczyków zatrzymani.

Ranek 29 stycznia przyniósł pewne uspokojenie. Przycichła nieco uliczna strzelanina. Wykorzystując 

to, ludność chińska w popłochu zaczęła opuszczać ogarniętą groźnym pożarem dzielnicę, kierując się ku 
arteriom wylotowym oraz dworcom kolejowym w celu ewakuowania się do Nankinu. Na ulicach Czapei  
panował trudny do wyobrażenia tłok spowodowany przez uciekinierów. Wszędzie słychać było okrzyki, 
płacz i rozpaczliwy lament. Próbowano też uciekać drogą wodną. Zajmowano, nieraz nawet siłą, statki i 
łodzie   z   rzecznych   przystani.   Wyrzucano   z   nich  wszystkie   zbędne   rzeczy,   aby  wygospodarować   jak 
najwięcej miejsca dla ludzi. Wiele osób starało się znaleźć schronienie w dzielnicy europejskiej. Ale tu 
wpuszczano   tylko   bogatych.   Żołnierze   brytyjscy   i   włoscy   brutalnie   odpędzali   kolbami   karabinów 
chińskich uciekinierów, nie litując się nawet nad kobietami i dziećmi.

Przez kilka godzin, tak gdzieś do południa 29 stycznia, panował w Czapei względny spokój. Pomiędzy 

siedzibami  sztabów obu walczących stron krążyli  parlamentariusze. Około godziny 10 rano dowódca 
wojsk   inwazyjnych,   admirał   Joszidzawa,   przyjął   na   pokładzie   swego   okrętu   flagowego,   wielkiego 
nowoczesnego   pancernika,   osobistego   wysłannika   burmistrza   Szanghaju,   żądając   natychmiastowego 
opuszczenia   przez   wojska   chińskie   całego   miasta.   O   warunkach   tych   Japończycy   poinformowali 
natychmiast przedstawicieli władz municypalnych koncesji cudzoziemskich w Szanghaju na specjalnie w 
tym celu zwołanej konferencji w gmachu japońskiego konsulatu generalnego.

To nowe ultimatum japońskie zostało jednak, wbrew oczekiwaniom Japończyków, odrzucone. Wojska 

chińskie postanowiły nie opuszczać Szanghaju, zresztą od strony Nankinu zaczęły już napływać pierwsze 
posiłki. Do okrętów japońskich

 

Chińczycy otwarli ogień artyleryjski z fortów obrony nadbrzeżnej miasta. 

Japońskie   działa   okrętowe   odpowiedziały   również   ogniem.   Nad   Szanghajem   pojawiły   się   złowrogie 
sylwetki japońskich samolotów bojowych. Już po chwili na miasto spadały pierwsze bomby. W wielu 
punktach Czapei wybuchły nowe, groźne pożary. Ci, którzy nie zdążyli jeszcze opuścić płonącego miasta, 
zaczęli   kryć   się   szukając   w   piwnicach   domów   schronienia   przed   bombami.   Lotnicy   japońscy,  
wykorzystując brak chińskiej obrony przeciwlotniczej, zaczęli coraz niżej schodzić nad dachy domów. Ich 
uwagę przyciągnęły m.in. pociągi ewakuacyjne. Również i je zaczęli obrzucać bombami oraz ostrzeliwać 
z broni pokładowej. Nad Szanghajem rozszalało się teraz istne piekło. Płonął jak jedna wielka pochodnia 
wielki teatr szanghajski - Odeon. W płomieniach stał też i budynek główny Dworca Północnego. Do portu 
zaczęły tymczasem przybywać nowe oddziały japońskiej piechoty morskiej, przerzucone tu z Sasebo na 

background image

pokładach czterech krążowników.

Dzielnicy  Czapei,  zaatakowanej  przez  Japończyków  w  nocy  z 28 na  29 stycznia   1932  r., broniła 

stacjonująca tu kantońska dywizja piechoty z 19 armii  dowodzonej przez generała Tsai Tingkaia. W 
momencie   uderzenia   wojsk   japońskich   żołnierze   tej   dywizji   stawili   napastnikom   zdecydowany   opór, 
wspierani przez miejscową ludność. Mimo huraganowego ognia japońskiej artylerii polowej i ciężkich 
dział okrętowych oraz ataków bombowych z powietrza Japończycy po dwu dniach zaciętego boju ponieśli 
porażkę i zostali powstrzymani. Atakujące oddziały japońskie musiały się cofnąć na pozycje wyjściowe. 
Udało się też powstrzymać na jakiś czas lądowanie w Szanghaju nowych oddziałów wroga.

Ale bój toczył się dalej. Nad ranem 30 stycznia Japończycy wznowili szturm, uderzając na dworzec 

kolejowy. Ale Chińczycy trzymali się nadal, mając tu już ponad 30 tys. żołnierzy. Przez wiele godzin 
trwała   zacięta   walka   o   Dworzec   Północny,   który   tego   dnia   kilkakrotnie   przechodził   z   rąk   do   rąk. 
Wieczorem   30   stycznia   Japończycy   jednak   musieli   opuścić   jego   rejon,   wycofując   się   do   wcześniej 
przygotowanych okopów. Jednocześnie wykorzystując swe kontakty dyplomatyczne  z Amerykanami  i 
Brytyjczykami w Szanghaju, wznowili Japończycy rokowania ze stroną chińską. Ale była to tylko chęć 
zyskania na czasie. Świadczył o tym najlepiej fakt przerzucania do Szanghaju z Sasebo coraz to nowych  
oddziałów wojskowych. Już zresztą wkrótce, po otrzymaniu znacznych posiłków, Japończycy zerwali 
prowadzone rozmowy i ponownie uderzyli ze wzmożoną siłą na Czapei. Cały Szanghaj stał już w ogniu. 
Ostrzeliwany   przez   artylerię   japońską,   bombardowany   z   powietrza   przez   wrogie   samoloty   bojowe, 
atakowany przez czołgi i piechotę stawiał zacięty opór Japończykom. Ci nie liczyli się jednak z nikim i z 
niczym. Burzyli całe dzielnice. I tu, podobnie jak w Mandżurii, ginęła masowo ludność cywilna. Japońscy 
żołdacy,   ruszając   do   ataku,   pędzili   przed   sobą   tysiące   bezbronnych   cywilów,   w   tym   setki   nagich, 
zgwałconych kobiet i dziewcząt, kryjąc się za ich plecami przed kulami obrońców Czapei.

W dniu 31 stycznia bój o Szanghaj toczył się dalej, stając się coraz bardziej zacięty i krwawy. Ogień  

artylerii nasilał się z obu stron. Po nadejściu posiłków z Honan, w tym kilkunastu baterii, Chińczycy 
otwarli   ogień   ze   swych   dział   na   teren   koncesji   japońskiej   w   Szanghaju,   na   którym   najeźdźcy 
skoncentrowali   swe   główne   siły   i   skąd   prowadzili   natarcie   oraz   gdzie   zainstalowało   swe   punkty 
dowodzenia japońskie naczelne dowództwo. Już wkrótce okazało się, że chińscy artylerzyści  potrafią 
celnie strzelać. Ich pociski zburzyły wiele domów zajętych przez Japończyków, wzniecając też liczne 
pożary.   Legł   w   gruzach   budynek,   w   którym   mieściła   się   przez   dwa   dni   kwatera   sztabu   admirała 
Joshidzawy.

Chcąc   zastraszyć   przeciwnika,   Japończycy   skierowali   tymczasem   w   górę   rzeki   Jangcy-Ciang,   w 

kierunku   Nankinu,   silny   zespół   okrętów   wojennych,   złożony   z   pięciu   nowoczesnych   niszczycieli,   z 
rozkazem ostrzeliwania nadbrzeżnych fortów chińskich, dróg, dworców i linii kolejowych oraz większych 
skupisk ludności cywilnej, nie mówiąc już o zauważonych transportach wojsk. Manewr ten nie załamał  
jednak oporu Chińczyków, choć istotnie przestraszył  na tyle Czang Kai-szeka, iż ten opuścił wraz ze 
swym rządem Nankin, ewakuując się do Lo Jang.

W samym Szanghaju zaś walk szalały dalej. W mieście zamarło życie. Ulice, wczoraj jeszcze rojne i  

gwarne,   jak   np.   Ezra-Road,   Brodway,   Nankin-Road   czy   Bund,   rzęsiście   iluminowane   tysiącami 
krzykliwych, bajecznie kolorowych reklam, teraz zawalone były gruzem, tonęły w dymie i ogniu coraz to 
nowych pożarów. Z ulic zniknęły luksusowe limuzyny i riksze. Zamknięte były fabryki, banki, kantory 
handlowe, sklepy, urzędy, biura podróży, restauracje i bary. W całym mieście coraz więcej było wojska. 
Za zasiekami z drutu kolczastego, okalającymi cudzoziemskie koncesje dzielnicy europejskiej Szanghaju, 
stały   uzbrojone   patrole   i   posterunki   wojsk   brytyjskich,   amerykańskich,   francuskich   i   włoskich,   nie 

background image

mówiąc   już   o   Japończykach,   którzy   przygotowując   się   do   rozszerzenia   swych   agresywnych   działań 
bojowych w Szanghaju, koncentrowali tu wciąż nowe siły.

Do portu szanghajskiego zawijały coraz to nowe okręty wojenne obcych mocarstw. W dniu 31 stycznia  

było tu już 37 japońskich okrętów wojennych, 12 brytyjskich, 6 amerykańskich, 5 francuskich i 3 włoskie. 
W drodze zaś były już dalsze, jak informowała o tym prasa światowa, wskazując jednocześnie na fakt  
pojawienia   się   silnych   zespołów   okrętów   wojennych   na   redach   innych   portów   chińskich,   takich   jak: 
Kanton, Nankin. Swatou, Tiencin. Było oczywiste, że Tokio przygotowuje się do otwartej wielkiej wojny 
z Chinami, choć nadal japońscy politycy, dyplomaci i wojskowi pytani o to odpowiadali cynicznie, wbrew 
faktom,   iż   o żadnej   wojnie   nie   może   być   nawet  mowy,  lecz   jedynie   o jakimś  lokalnym  incydencie. 
Podkreślali jednak również, że oni, potomkowie samurajów, takiej wojny się nie boją.

„-   Drogi   Panie   -   stwierdził   w   odpowiedzi   na   zadane   mu   w   tej   kwestii   pytanie   przez   polskiego 

korespondenta   koncernu   prasowego   IKCa   na   Dalekim   Wschodzie   młody   kapitan   ze   sztabu   admirała 
Joshidzawy w dniu 31 stycznia na zorganizowanej ad hoc konferencji prasowej - w Chinach nie toczy się 
wojna. Na północy odbywają się manewry armii lądowej, w Szanghaju zaś przeprowadzamy ćwiczenia 
floty. Wojny się nie boimy. Przecież zna pan nasze stare przysłowie, że najstraszniejszą dla Japończyka  
rzeczą jest: dzissin, kaminari, ojadzi (trzęsienie ziemi, piorun, gniew rodziców)”.

I tak mijały godziny. 19 armia chińska wspierana przez miejscową ludność stawiała dalej zacięty opór.  

Na   barykadach   Czapei   walczyły   obok   żołnierzy   drużyny   robotnicze.   Całe   miasto   ogarnął   strajk 
powszechny, który sparaliżował pracę fabryk produkujących na potrzeby armii japońskiej oraz urządzeń 
portowych wykorzystywanych przez Japończyków do wyładunku wojska i sprzętu. Do walki włączyli się 
masowo studenci chińscy i uczniowie.

Jedynie rząd Czang Kai-szeka nadal starał się pozostawać formalnie na uboczu, nie decydując się na 

wypowiedzenie wojny agresorowi i rzucenie przeciwko niemu do walki wszystkich swych sił. Centralny 
rząd chiński pozostawał wierny swej polityce „nieprowokowania napastnika”, wydając rozkaz 19 armii, 
aby opuściła Szanghaj. Rozkaz ten nie został jednak wykonany. Armia chińska biła się dalej, mimo iż 
przestała otrzymywać posiłki, a co gorsza, przerwano jej dostawy amunicji i sprzętu. Stojąca w porcie  
szanghajskim   silna   eskadra   chińskiej   marynarki   wojennej,   posłuszna   rozkazom   Czang   Kai-szeka, 
obserwowała biernie płonące miasto, nie atakując agresora.

Pozostawienie   armii   chińskiej   samej   sobie   musiało,   mimo   woli   walki   szeregowych   żołnierzy   i 

frontowych oficerów, siłą rzeczy osłabić jej możliwości obrony. Tu i ówdzie wróg zaczął wdzierać się w  
głąb Czapei. Padł w końcu Dworzec Północny. Japończycy opanowali coraz to nowe domy i ulice. Ale 
walka toczyła się dalej. Jednym z głównych bastionów obrony 19 armii, osłaniających Czapei, był na 
przełomie stycznia i lutego 1932 r. Fort Wu Sung. Obrona tego bastionu budziła powszechny podziw. Fort 
Wu Sung był bowiem stary. Zbudowano go jeszcze w połowie XIX wieku z drewna i usypanych z ziemi 
szańców   oraz,   co   było   najmocniejszym   jego   atutem,   wyrytych   w   skalistym   zboczu   górskim   długich 
sztolni. Nie było tu żelbetowych stropów i schronów, ścian pancernych i innych tego typu nowoczesnych 
umocnień.   Jego   siłą   ognia   stanowiły  stare   działa   polowe,   pamiętające   jeszcze   czasy  wojny  chińsko-
japońskiej z 1891-1895 roku. Ale mimo to bronił się, odpierając pomyślnie jeden japoński atak po drugim, 
dodając w ten sposób otuchy walczącemu miastu. Co więcej, jego działa blokowały okrętom japońskim 
wejście na wody rzeki Wan Pu, uniemożliwiając im w ten sposób wysadzenie desantu na tyłach obrońców 
Czapei. Stąd też zarówno admirał Joshidzawa, jak i jego następcy:  admirał Nomura  i generał Ujeda, 
dopingowali nieustannie swych żołnierzy, nakazując im jak najszybsze zdobycie fortu. Ten jednak bronił 
się   dalej,   mimo   gniewu   japońskich   dowódców   i   wściekłych   szturmów   japońskich   piechurów   oraz 

background image

huraganowego   ognia   wielu   baterii   artylerii   polowej   i   ciężkich   dział   okrętowych.   O   sile   tego   ognia  
świadczyło najlepiej zryte pociskami przedpole fortu jak i spalona do szczętu pobliska wioska Wu Sung.

Z   upływem   czasu   agresor   coraz   bardziej   tracił   twarz,   a   wraz   z   nią   swój   dotychczasowy   spokój. 

Zaplanowane na co najwyżej trzy-cztery dni błyskawiczne opanowanie Szanghaju okazało się nierealne. 
Niezwyciężona   dotąd   armia   japońska   dreptała   żałośnie   w   miejscu,   nie   mogąc   złamać   oporu  o   wiele 
słabszego   liczebnie   oraz   znacznie   gorzej   uzbrojonego   od   siebie   przeciwnika.   W   Tokio   panowała 
atmosfera   pełna   napięcia   i   zdenerwowania.   Miejsce   odwołanego   admirała   Joshidzawy   zajął   admirał 
Nomura, który natychmiast po objęciu stanowiska naczelnego dowódcy wojsk japońskich w Szanghaju 
rozkazał inwazyjnym wojskom japońskim przejść do generalnego szturmu.

Zgodnie z planem działań ofensywnych Nomury, główne uderzenie japońskie skierowane zostało w 

sam środek frontu na pozycje chińskie w rejonie wsi Kjan Wan. Uderzenia pomocnicze wyprowadzone 
zostały  jednocześnie   na   Czapei   na   południowym   skrzydle   frontu   i   na   wioskę   Wu   Sung   na   skrzydle 
północnym. Natarcia piechoty wsparto ogniem dział oraz silnym atakiem bombowym z powietrza.

Natarciem   oddziałów   35   i   37   pułków   piechoty  na   wioskę   Kjan   Wan   dowodził   osobiście   generał 

Tokuno, dowódca słynnej brygady piechoty z Kandazawa. Początkowo Japończykom, po kilku godzinach 
rozpoczętego wczesnym rankiem szturmu, udało się na małym odcinku frontu wedrzeć na około 8 km w 
głąb pozycji chińskich, ale już wieczorem żołnierze 19 armii chińskiej, wspierani na skrzydłach przez 
jednostki  dywizji   kantońskiej  oraz  bataliony  87  i 88 dywizji  nankińskich,  odrzucili  agresora  na  jego 
pozycje wyjściowe. Niewiele dało Japończykom wprowadzenie nawet do walki czołgów, które na skutek 
błędnego, zbyt powierzchownego przed bitwą, rozpoznania terenu, wpadły na pole minowe, ponosząc 
dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie. Ostatecznie wynik boju o wieś Kjan Wan, powstrzymał  marsz  
Japończyków, a w konsekwencji wymusił ich dalszy odwrót na pozycje usytuowane już na samym brzegu 
rzeki Wan Pu. Porażka Japończyków pod Kjan Wan mogłaby zakończyć się ich całkowitą klęską, gdyby  
nie   nieustanne   naloty   samolotów   japońskich,   które   atakując   raz   po   raz   posuwających   się   naprzód 
Chińczyków, skutecznie zastopowały ich kontruderzenie.

Niepomyślnie dla Japończyków rozwijały się również bezpośrednie działania bojowe w Czapei. I tu 

bowiem ich natarcie, prowadzone wąskimi uliczkami i zaułkami tej robotniczo-przemysłowej dzielnicy, 
nie przyniosło oczekiwanych  w Tokio rezultatów. Co więcej, agresor  ponosił z każdą godziną coraz 
większe   straty.   Szczególnie   boleśnie   dawali   się   we   znaki   Japończykom   chińscy   strzelcy   wyborowi 
prowadzący celny ogień z dachów i wyższych pięter okolicznych domów.

I tak, japoński blitzkrieg w Szanghaju przekształcił się, nie wiedząc nawet kiedy, w przewlekłą wojnę 

pozycyjną.   Sytuacja   obrońców  Szanghaju  uległa  widocznemu   pogorszeniu  dopiero  w momencie,   gdy 
Japończykom udało się wysadzić desant na tyłach 19 armii w miejscu, które powinna była obsadzić w 
odpowiednim momencie znajdująca się w pobliżu 5 armia chińska. Ta nie mogła jednak wykonać tego 
zadania, gdyż zawrócił ją, już po wyruszeniu na linię frontu, specjalny rozkaz samego Czang Kai-szeka. 
W ten sposób 19 armia zagrożona oskrzydleniem zmuszona została do odwrotu na nowe pozycje, odległe 
o blisko 20 km od dotychczasowej rubieży obronnej. Chińczycy wycofali się w nocy z 1 na 2 marca 1932 
r. z pola walki gęsto zasłanego własnymi i japońskimi trupami. Opuścili okopy tak cicho, iż nieprzyjaciel  
nawet nie zauważył tego odskoku, tkwiąc nadal na zajmowanych pozycjach. Nim wstał świt 2 marca, 
wojska chińskie opuściły bez walki: Wu Sung, Pao Sian, Kjan Wan, Tan Zan i Czapei. Japończycy 
spostrzegli ich brak dopiero rano i z głośnym okrzykiem „banzai!” wdarli się do pustych już okopów 
chińskich.

Czapei   padło,   ale   walka   o   Szanghaj   toczyła   się   dalej.   Próba   zaskoczenia   i   postawienia,   zarówno 

background image

samych Chin, jak też i całego świata przed nowym faktem dokonanym, tym razem się Japończykom nie 
udała. Przeciągające się walki uliczne w wielomilionowym  mieście, jak też zaniepokojenie rozwojem 
sytuacji   w   wielkim,   o  charakterze   międzynarodowym,   porcie   okazane   przez   rządy  innych   mocarstw,  
posiadających tu swe własne interesy, stworzyły niekorzystne warunki i atmosferę dla najeźdźcy, z czym 
musiał się on, chcąc nie chcąc, jednak liczyć.

Nic   też   dziwnego,   iż   już   w   dniu   3   marca   1932   r.,   gdy   tylko-uchwalona   została   na   specjalnym 

zgromadzeniu Ligi Narodów rezolucja wzywająca Chiny oraz Japonię do przerwania walk w Szanghaju, 
została ona przez obie strony wzięta pod uwagę i przyjęta do wiadomości. Walki zostały przerwane. W 
rokowaniach chińsko-japońskich, jakie rozpoczęły się w Szanghaju w celu pokojowego uregulowania 
konfliktu,   wzięli   również   udział,   zgodnie   z   decyzją   Ligi   Narodów,   przedstawiciele:   Stanów 
Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. W dniu 3 maja 1932 r. podpisane zostało chińsko-
japońskie   porozumienie,   na   mocy   którego   wojska   japońskie   wycofały   się   z   Czapei   na   terytorium 
japońskiego sektora międzynarodowej dzielnicy Szanghaju, a wojska chińskie pozostały na zajmowanych 
aktualnie pozycjach.

W ten sposób atak japoński na Szanghaj nie przyniósł Nipponowi oczekiwanego sukcesu. Pewną rolę 

w jego załamaniu się odegrała też potęgująca się walka partyzancka w Mandżurii. Część wojsk japońskich 
zaangażowanych początkowo w Szanghaju musiała zostać jeszcze w trakcie zaciekłego boju o Czapei 
wycofana i przerzucona do Mandżurii.

Krach   japońskiego   planu   opanowania   Szanghaju,   w   toku   przeprowadzonego   błyskawicznie, 

zdecydowanego, miażdżącego uderzenia japońskich sił morskich, lądowych i powietrznych, zmusił Tokio 
do chwilowej rezygnacji z zagarnięcia, wzorem Mandżurii, również i Chin środkowych. Rezygnacja ta, 
wymuszona siłą woli oporu chińskiego żołnierza, wspartego zdecydowaną postawą szanghajskiej klasy 
robotniczej, była  niezwykle  bolesną pigułką, jaką musieli przełknąć przywódcy kół wojskowych.  Nie 
będzie chyba błędem stwierdzenie, iż porażka Japończyków w Szanghaju wiosną 1932 r. odsunęła dzień 
generalnego, otwartego ataku Japonii na Chiny na dobre kilka lat, aż do lipca 1937 r. Co więcej, porażka 
ta osłabiła na jakiś czas, czy też raczej podważyła pozycję armii i jej naczelnego dowództwa w japońskim 
świecie politycznym.

Nie bez znaczenia był również fakt, iż Londyn, Waszyngton i Paryż, łatwiej godzące się na połknięcie 

przez   Japonię   chińskiej   Mandżurii,   tu   w   Szanghaju   wykazały   w   pewnym   momencie   swe   wyraźne 
niezadowolenie, obawiając się utraty własnych interesów w tym wielkim porcie Chin środkowych.

Tymczasem   i   sprawa   Mandżurii   znalazła   się   nagle   w   orbicie   zainteresowań   światowej   opinii 

publicznej, stając na forum obrad Ligi Narodów.

Narodziny Mandżukuo

Po wniesieniu skargi przez Pekin do Rady Ligi Narodów, oskarżającej Japonię o agresywne 

działania w Mandżurii, Rada Ligi postanowiła wysłać do Mandżurii komisję

 

międzynarodową. Zadaniem 

komisji miało być stwierdzenie, po czyjej stronie jest racja.

Na   czele   komisji   stanął   dyplomata   brytyjski,   lord   Victor   A.   Lytton.   Ponadto   w   jej   skład   weszli: 

Amerykanin   -   gene-xa!   Franc   Ross   Mcoy;   Francuz   -   generał   Henri   Caludel;   Niemiec   -   dr   Heinrich 
Schnee; dyplomata włoski - Luigi Aldro-vandi-Marescotii oraz w charakterze doradców: przedstawiciel 
Japonii - Isaburo Joshida i Chin - Wellington Koo (Ku Wei-czun).

W samej Japonii doszło tymczasem do dalszego umocnienia się sił prawicowo-wojskowych. Upadł 

background image

rząd partii „Mineseito”. Nowy rząd japoński utworzyła partia „Seiyukai”. Wojska japońskie, oskarżając 
Chiny o dalsze „antyjapońskie prowokacje”, zajęły strefę neutralną, wkraczając m.in. do miasta Cinczou.

A tymczasem powołana w dniu 10 grudnia 1931 r. przez „Radę Ligi Narodów komisja lorda Lyttona  

przybyła w połowie marca 1932 r. do Szanghaju i po odwiedzeniu kolejno: Nankinu, Pekinu, Kantonu i 
Hankou   zjawiła   się   w   połowie   kwietnia   w   Mukdenie.   Nie   wdając   się   w   szczegóły   pracy   komisji, 
stwierdzić należy, że interwencja Ligi Narodów nie przyniosła w zasadzie żadnych liczących się efektów.  
Zarówno komisja, jak też później Rada Ligi - na podstawie materiałów Lyttona - uznała, iż racje Japonii 
co do jej praw do Mandżurii są wątpliwe i niczym nie uzasadnione, ale na jakąś akcję przeciw Japonii czy 
choćby jej potępienie się nie zdobyła. Mimo to Japonia, chcąc mieć całkowicie wolną rękę w swych  
działaniach w Mandżurii i w Chinach, wystąpiła - po odegraniu dramatycznej sceny w Genewie - z Ligi 
Narodów. Po dokonaniu tego kroku Tokio przystąpiło do politycznego  usankcjonowania i utrwalenia 
swego mandżurskiego podboju. W myśl planu ułożonego przez pułkownika Doiharę, odpowiednią formą 
najdogodniejszego dla Japonii rozwiązania sprawy mandżurskiej było powołanie pseudo „niepodległego” 
cesarstwa Mandżukuo, na którego czele zamierzano postawić byłego cesarza Chin z dynastii mandżurskiej 
Pu-I, który po obaleniu tronu Tsinów w Chinach w 1911 r. (był dzieckiem) żył sobie spokojnie w Pekinie 
w jednym z pałaców, dobrze zaopatrzony finansowo i raczej zadowolony ze swego swobodnego trybu  
życia.

W chwili, gdy cała Mandżuria stała już w ogniu, a przez jej terytorium przewalała się stalowa machina 

pełznącej na południe w kierunku Wielkiego Muru Chińskiego armii kwantuńskiej, w pekińskim pałacu 
Tsinów   pojawili   się   wysłannicy   pułkownika   Doihary,   nawiązując   natychmiast   kontakt   z   czołowymi 
osobistościami  dworu księcia Pu-I, od dawna już, uczestniczącymi  w zorganizowanym  przez wywiad 
japoński   spisku.   Nadszedł   już   bowiem   czas   realizacji   starych   planów,   czas   urzeczywistnienia 
przedsięwzięcia, dawno już opracowanego w najdrobniejszych nawet szczegółach.

Na dłuższe dyskusje nie było wtedy czasu. Stąd też już po krótkiej rozmowie przeprowadzonej przez 

majora   Nori,   ze   sztabu   pułkownika   Doihary,   z   mistrzem   ceremonii   dworu   Tsinów,   ci,   których 
obowiązkiem było sprawowanie pieczy nad sypialnią księcia, obudzili go, nie bacząc na późną porę. 
Wyrwanemu z głębokiego snu księciu Pu-I oświadczono, iż grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, że rząd 
Czang Kai-szeka podjął» decyzję jego aresztowania i przewiezienia pod eskortą wojskową do Nankinu, 
gdzie może spotkać go coś złego. Nie chcąc do tego dopuścić, wierni poddani, ostrzeżeni w porę przez 
swych ludzi z chińskich sfer rządowych, postanowili ratować swego władcę. Przed pałacem czeka już 
samochód,   którymi   książę   musi   udać   się   do   portu   w   Tientsinie,   skąd   przewieziony   zostanie   przez 
oczekujących go tam przyjaciół w bezpieczne miejsce.

Trudno dziś oczywiście  powiedzieć,  czy książę  Pu-I  uwierzył   w  tę  opowiedzianą  mu   pospiesznie 

historię. Faktem pozostaje tylko to, że nie zadając żadnych zbędnych w takiej sytuacji pytań ubrał się 
natychmiast i już wkrótce mknął w kierunku Tientsinu bez świateł wielką, luksusową limuzyną, w której 
obok niego znajdowało się jeszcze kilku nieznanych mu bliżej dżentelmenów. Ich sylwetki przypominały 
mu z wyglądu japońskich oficerów. Nikt się tu zresztą nikogo o nic nie pytał. Przez cały czas podróży w 
samochodzie panowało głuche milczenie. Książe, nie wiedział jeszcze, iż w ślad za nim mkną już i dalsze 
limuzyny dworskie, którymi kierowali się w tę samą stronę dostojnicy jego dworu. Obszerne bagażniki 
tych aut pełne były waliz i kufrów, w których wywożono całe archiwum dworu Tsinów.

W tym właśnie miejscu warto chyba przybliżyć nieco czytelnikowi postać japońskiego arcyszpiega, 

pułkownika Doihary. Pisaliśmy o nim już przy okazji skrytobójczego zamachu na życie mandżurskiego 
marszałka Czang Tso-lina, wspominaliśmy o jego roli w dziele zaboru Mandżurii, wspominamy teraz przy 

background image

okazji porwania z Pekinu i osadzenia na tronie Mandżukuo ostatniego Tsina - cesarza Pu-I.

Jest to zresztą temat nie tylko wart podjęcia ze względu na swą sensacyjność, ale też niezwykle istotny 

ze względu na całokształt prezentowanego tu materiału historycznego. Pułkownik Doihara na drogę tajnej 
wojny  wstąpił   bardzo   wcześnie,   mając   zaledwie   kilkanaście   lat.   Będąc   niezwykle   pojętnym   uczniem 
„pedagogów” z „Czarnego Smoka”, szybko przyswoił sobie prawdy, zgodnie z którymi przyszłość jego 
biednego kraju zależała od podboju sąsiednich kontynentów i wysp, pełnych surowców, żywności i taniej 
siły roboczej. Był bardzo zdolny, co wyrażało się m.in. w szybkim przyswajaniu sobie dziejów innych  
krajów   i   narodów,   poznawaniu   ich   specyfiki   narodowej,   słabych   i   mocnych   stron.   Bardzo   szybko   i 
skutecznie uczył się też języków obcych, dzięki czemu stał się wkrótce prawdziwym poliglotą. Wrodzony 
spryt, brak jakichkolwiek skrupułów, bezwzględność i zdecydowanie, nie mówiąc już o odwadze i energii, 
składało się na całokształt postaci, o której przez wiele lat mówić miano tak wiele nie tylko w samej 
Japonii, ale także w Chinach, ZSRR i innych krajach Azji.

To właśnie pułkownik Doihara był tym człowiekiem, który od samego początku wielkiej rozgrywki o 

Mandżurię krył się za każdym niemal przedsięwzięciem militaryzmu japońskiego na obszarze północno-
wschodnich Chin. On to bowiem umożliwił generałom: Minami, Araki i Mazaki, zrealizowanie ich planu 
rozpoczęcia we wrześniu 1931 r. podboju Mandżurii. On, był też inicjatorem planu powołania do życia  
marionetkowego   tworu   państwowego   w   postaci   państewka,   podniesionego   wkrótce   z   łaski   Tokio   do 
umownej rangi cesarstwa Mandżukuo. I on to wreszcie wygrzebał z lamusa historii, a później skłonił do 
przyjęcia zaoferowanej mu przez Tokio roli, ostatniego potomka cesarskiego domu Tsinów - Henri Pu-I.

Sama zresztą kariera polityczna Doihary warta jest poznania. I tak już w 1914 r. Kendzi Doihara,  

bardzo jeszcze młody,  bo liczący zaledwie 21 lat, wpadł na bezczelny, ale jak się okazało skuteczny  
pomysł przesłania wykonanych przez siebie osobiście fotoaktów swej młodszej, piętnastoletniej siostry 
członkowi rodziny cesarskiej, księciu Cicibu. „Strzał” okazał się niezwykle celny. Już po kilku dniach 
równie   przebiegły   co   i   pozbawiony   wszelkich   skrupułów   młodzieniec   zaproszony   został   do   pałacu 
cesarskiego.   Książę   olśniony   niezwykłą   urodą   młodziutkiej   dziewczyny   wyraził   chęć   poznania   jej. 
Wkrótce została ona jego przyjaciółką, w zamian za co książę zaofiarował bratu swej wybranki przyjaźń i 
pomoc. A Doiharze o to przecież tylko chodziło.

I tak piękna piętnastoletnia siostra Doihary znalazła się w pałacu cesarskim w Tokio, szybko zresztą 

zasmakowując w nowym życiu. Doihara mógł teraz liczyć już nie tylko na wdzięczność samego księcia, 
ale i własnej siostry.

-  Bądź tak miła, siostrzyczko - mówił wówczas do niej. Kendzi - chciej powiedzieć swemu księciu, iż 

twój ukochany brat nie tylko zna dobrze samurajskie rzemiosło, ale włada również dziewięcioma obcymi 
językami”.

Siostra nie pozostała widać głucha na te słowa, bo już w kilka miesięcy później Kendzi Doihara w 

stopniu   majora   wysłany   został   do   Chin   wraz   z   generałem   Hondzio,   którego   mianowano   attaché 
wojskowym Japonii w Pekinie. Doihara towarzyszył generałowi w charakterze jego zastępcy. Tak zaczęła 
się równie błyskawiczna co błyskotliwa kariera Kendzi Doihary - jednego z głównych  organizatorów 
japońskiej V kolumny w Azji - na ziemi chińskiej. Zdobywał coraz to nowych przyjaciół, zawierał coraz 
to nowe znajomości.

„Doihara ma chyba więcej znajomych Chińczyków - stwierdził niegdyś jeden z polityków chińskich - 

niż jakikolwiek z najbardziej nawet czynnych chińskich działaczy politycznych”.

Mijały lata. Wiążąc się z wpływowymi kręgami militarystów pekińskich, z tzw. kliki Anfu, Doihara 

załatwiał   wiele   korzystnych   transakcji   i   koncesji   finansowo-gospodarczych   dla   swego   kraju   i   siebie 

background image

osobiście.   Potrafił   zresztą   już   wkrótce   odwdzięczyć   się   swym   „chińskim   przyjaciołom”.   W   czasie 
rozruchów antyrządowych w Pekinie Doihara uratował życie znienawidzonemu przez lud prezydentowi 
Su Sy-czengowi, którego ludzie Doihary wynieśli z oblężonego przez studentów pałacu w wielkim koszu 
na brudną bieliznę.

Z czasem Doihara, awansowany już do stopnia pułkownika, skupił całą swą uwagę na Mandżurii, 

stając się gorącym  orędownikiem oderwania jej od Chin i przyłączenia w takiej lub innej formie  do 
Japonii.

Swą działalność w Mandżurii Doihara prowadził od 1922 r. u boku ówczesnego wielkorządcy Chin 

północnych, starego militarysty chińskiego - marszałka Czang Tso-lina.

„Podobnie jak Schulmeister - pisze na ten temat Ronald Seth w pracy pt.  Tajni agenci. Z dziejów  

wywiadu   japońskiego  -   as   wywiadu   Napoleona,   oraz   Wilhelm   Stieber,   twórca   wywiadu   pruskiego, 
pułkownik   Kendzi   Doihara   był   urodzonym   szpiegiem   i   szefem   wywiadu.   Posiadał   wszystkie   cechy 
nieodzowne   dla   dobrego   szpiega,   jakąś   szczególną   intuicję   i   przebiegły   umysł   oraz   bezwzględny 
charakter.

Stworzył   własną   siatkę,   a   raczej   siatki   szpiegowskie.   Największa,   zwana   tajnym   wywiadem 

kombatantów, składała się z 5 tysięcy przestępców kryminalnych, którzy po rewolucji zbiegli z Rosji. 
Inne siatki złożone były z «białych» Rosjan, a poza tym miał on do dyspozycji ogromną armię 80 tysięcy 
renegatów   chińskich,   zwanych   Czang-maopai,   «sektą   długowłosych»,   która   była   gotowa   wykonać 
rozkazy   Doihary   w   zamian   za   poparcie   jej   celów   przez   Japonię.   Doihara   bowiem,   choć   na   razie 
skoncentrował uwagę na Mandżurii, nie zaniedbywał jednocześnie Chin, a zwłaszcza pięciu prowincji  
północnych, które według planów japońskich miały dostać się pod kontrolę japońską w następnej kolejce.

Oprócz tych band agentów, używanych raczej do aktów sabotażu, zabójstw i wzniecania rozruchów niż 

dla   celów   czysto   wywiadowczych,   Doihara   posługiwał   się   wieloma   innymi   nikczemnymi   środkami, 
czasem takimi, o których wręcz nie sposób mówić.

Zgodnie z jego moralnymi zasadami narkomania była cnotą, abstynencja zaś występkiem. Tak zwane 

kluby chińskie przekształcał w kombinację szynku, szulerni, domu publicznego i palarni opium, przy 
czym ta ostatnia funkcja była najważniejsza.

Zatrudniał handlarzy opium,  którzy wędrowali po Mandżurii, Chinach i zachodzili na każdy targ. 

Ustawiali stragany i zachowali gwarantowane lekarstwo na gruźlicę. Kiedy nieszczęsne ofiary stały się już 
niewolnikami nałogu, dzielił ich tylko niewielki krok od roli niewolników i informatorów Doihary, który 
skupiał w swym ręku całą dystrybucję narkotyków.

Wielu ludzi pracujących dla niego zatrudniało ze swej strony robotników. Z jego polecenia robotnicy 

otrzymywali zapłatę początkowo w połowie w gotówce, a w połowie w opium; później zaś wyłącznie w 
opium.

Na jego prośbę japońscy fabrykanci tytoniowi zaczęli produkować nową markę papierosów «Złoty 

Kij».  Sprzedaż  tych  papierosów w kraju macierzystym  była  zakazana; przeznaczano je wyłącznie  na 
eksport. Doihara kontrolował dystrybucję tych papierosów w Mandżurii i Chinach. W ustnikach ukryte 
były   małe   dawki   opium   albo   heroiny  i   w   ten   sposób   wielu   palaczy  nieświadomie   dołączyło   się   do  
nieustannie rosnącej armii narkomanów Doihary.

Doihara robił tu rzecz straszną. Celowo i świadomie dążył do tego, by zniszczyć pół kontynentu za  

pomocą narkotyków i różnych deprawacji”.

Później, gdy miłość Czang Tso-lina do Tokio osłabła, Doihara podjął - jak wiemy - w myśl instrukcji 

ówczesnego premiera japońskiego, barona Tanaki, działania mające na celu pozbycie się raz na zawsze  

background image

krnąbrnego wasala, organizując skrytobójczy zamach pod Mukdenem, w wyniku którego Czang Tso-lin 
stracił   życie.   Śmierć   Czang   Tso-lina   nie   rozwiązała   jednak,   wbrew   nadziejom   Doihary,   problemu 
utrzymania   Mandżurii   przez   Japonię.   Walka   o   ziemię   mandżurską   rozgorzała   na   nowo,   przybierając 
początkowo coraz bardziej niepomyślny dla Japończyków obrót. I znów głównym bohaterem zaciętych 
zmagań o Mandżurię stał się pułkownik Kendzi Doihara.

„Przez następne trzy lata - stwierdza cytowany już Ronald Seth - Doihara i jego zbiry spiskowali, 

mordowali skrytobójczo, podżegali do buntów i w dalszym ciągu szerzyli demoralizację, ale wszystko to 
na nic się zdało.

W końcu rząd japoński doszedł do wniosku, że może osiągnąć swe cele jedynie przez bezpośrednie 

użycie   siły   i   we   wrześniu   1931   r.   wstrząsnęła   światem   wiadomość   o   inwazji   na   Mandżurię,   którą 
Japończycy dla niepoznaki nazwali «incydentem mandżurskim».

We   wrześniu  1931  r.  Japończycy  zajęli   Mukden;   5  lutego  padł   Harbin.   W   dwa   tygodnie   później 

ogłosili oni «niepodległość» Mandżurii”.

Na podboju Mandżurii nie zakończyła się jednak rola Doihary.  Nie tylko bowiem zrobił, co tylko  

mógł, aby oderwać Mandżurię od Chin w postaci marionetkowego tworu państwowego (Mandżukuo), ale 
co więcej, postarał się o to, aby tworowi temu dać władcę odpowiednio „czcigodnym” rodowodem. To 
właśnie Doihara odkrył Pu-I, a następnie skłonił go, przy użyciu siły i szantażu, do wzięcia udziału w 
grze, do czego ostatni z Tsinów wcale nie miał początkowo ochoty. Niepoślednią rolę w wywarciu tej  
presji na Pu-I odegrała piękna awanturnica, agentka Doihary, japońska księżniczka z panującego niegdyś 
rodu Su, Josiko Kamadzima. Z poręki Doihary została, jeszcze w Pekinie, konkubiną Pu-I i od tej chwili 
stała   się   jedną   z   pierwszych   osobistości   dworu   byłego   cesarza   Chin   z   mandżurskiej   dynastii   Tsin. 
Bezwzględnie narzucała swą wolę słabemu Pu-I, a gdy ten miał już dosyć  kurateli swej przyjaciółki,  
chwytała się nawet takich argumentów „łagodnej” perswazji, jak sztylet czy specjalnie wyszkolone żmije,  
których widok tak zawsze przerażał Pu-I, iż godził się na wszystko, aby tylko Josiko schowała je szybko z 
powrotem do wiklinowego koszyka. Gdy Pu-I zasiadł już mocno na tronie mandżurskim, Doihara uznał, 
iż Josiko mie jest tu już potrzebna i skierował ją do Nankinu, gdzie na dłuższy czas ślad po niej zaginął.  
Dopiero po wojnie prasa światowa doniosła, iż w dniu 11 listopada 1945 r. księżniczka japońska Josiko  
Kamadzima,  niebezpieczny szpieg  i agent  pułkownika  Doihary,   została  w  Pekinie  aresztowana  przez 
oficerów chińskiego kontrwywiadu.

Podbój Mandżurii nie zakończył oczywiście błyskotliwej kariery pułkownika Doihary. Od 1935 r. zajął 

się opracowywaniem nowego planu działania, którego celem było tym razem zagarnięcie przez Japonię  
całych Chin.

„On sam - czytamy na ten temat w  Tajnych agendach  Rolanda Setha - zaczął rozpracowywać ludzi 

wysoko postawionych. Nie wszyscy dali się złapać na jego łapówki i obiecanki, ale niektórzy padli jego 
ofiarą. Do tych ostatnich należał Huang Sen, urzędnik Centralnego Banku Chińskiego.

Doihara   uchodził   w   Peipingu,   jak   wówczas   nazywano   Pekin,   za   japońskiego   finansistę,   estetę   i 

mecenasa sztuki, o nazwisku Ito Soma. W tej roli zawarł znajomość z Mei Lang-fanem, wielkim aktorem  
teatru chińskiego, który z kolei przedstawił go Huang Senowi.

Ito Soma,  Mei Lang-fan i Huang Sen spotykali się nocą przy pełni księżyca  na schodach Ołtarza 

Nieba,   gdzie   dyskutowali   o   poezji,   malarstwie,   filozofii   i   ulubionym   zajęciu   Huang   Sena   -   złotych 
rybkach.   Ito   Soma   znał   nazwy   i   obyczaje   sześciuset   gatunków   złotych   rybek.   Huang   Sen   był   nim  
oczarowany.

Kiedyś, podczas rozmowy o zwyczajach pewnego gatunku ryb w czasie tarła, Huang Sen wyznał, że 

background image

ma jeszcze inne «hobby» - kobiety. Niestety, był teraz w tarapatach finansowych i nie mógł poświęcić się  
swemu «hobby» z takim zapałem, jakby chciał. W dzień czy w dwa dni później otrzymał on ku swemu  
zdumieniu podarunek - 200 tysięcy chińskich dolarów. Najpierw nie chciał ich przyjąć, ale Soma go  
uspokoił, a pokusa była naprawdę zbyt wielka.

Niedługo później Huang Sen został sekretarzem generała Czang Kai-szeka. Kiedy groźby japońskie 

stały   się   gwałtowniejsze,   Czang   Kai-szek   zwołał   naradę,   w   której   obok   niego   brali   jedynie   udział 
generałowie Feng Ju-siang i Pai Tsung-ci oraz jego zaufany sekretarz, Huang Sen.

Generałowie   powzięli   plan  urządzenia   zasadzki   na   dużą   flotyllę   japońską,   zakotwiczoną   na   rzece 

Jangcy pod Hankou. W jakiś sposób Japończycy dowiedzieli się o tym planie i gdy chińskie siły przybyły 
na miejsce, nie zastały tam ani jednego okrętu.

Czang zarządził natychmiast  śledztwo i wtedy wyszło  na  jaw,  że  jego sekretarz zdradził plan Ito 

Somie, alias Kendzi Doiharze. Huang Sen został skazany na karę śmierci.

W roku 1938, w czasie realizowania przez Japończyków następnej fazy planu, Czang Kai-szek musiał 

skazać na śmierć ośmiu dowódców dywizji, którzy okazali się agentami Doihary.

Zamieszanie,   które   siał   wśród   przeciwników   Japonii   ten   jeden   człowiek   i   korzyści,   jakie   jego  

działalność przynosiła rządowi i armii japońskiej, nigdy nie będą w pełni docenione. Sieci jego były 
bowiem tak daleko rozrzucone, że nie sposób ogarnąć je spojrzeniem.

Nazwanie Doihary Lawrence'em Mandżurii jest może profanacją pamięci Lawrence'a, ale osiągnięcia 

Doihary   pod   względem   zakresu   wagi,   znaczenia   i   rezultatów   przewyższają   działalność   pięciu 
Lawrence'ów”.

Taka   była   niezwykła,   ale   przecież   prawdziwa   historia   kariery   wywiadowczej   pułkownika   Kendzi 

Doihary, jednego z najzdolniejszych organizatorów japońskiej V kolumny na Dalekim Wschodzie, który 
całą energię swego życia poświęcił brudnemu dziełu podboju Chin i rozpętaniu wielkiej wojny na Oceanie 
Spokojnym. Za to wszystko zapłacił w końcu własną głową w 1948 r., kiedy to osądzono go i stracono na  
mocy wyroku Międzynarodowego Trybunału jako jednego z głównych japońskich zbrodniarzy wojennych 
odpowiedzialnych za rozpętanie wojny i okrutne przestępstwa przeciwko ludzkości.

Należy dodać, iż ci, którzy w Japonii nie zapomnieli o latach „wojennej świetności Nipponu”, wznieśli 

Doiharze i straconym wraz z nim japońskim zbrodniarzom wojennym wspaniały pomnik. Wyryty na nim 
napis głosi, iż kamień ten kryje prochy wielkich samurajów, którzy oddali swe życie za wielkość Japonii.

Ale   wracajmy   do   głównego   wątku.   I   tak   oto   książę   Pu-I,   sam   niezbyt   dobrze   orientujący  się   w 

rzeczywistym  rozwoju sytuacji, wykradziony przez  swych  dworzan wprowadzonych  w arkana spisku 
japońskiego,   przeniósł   się   nagle   z   własnego   pałacu   na   pokład   japońskiego   niszczyciela,   na   którym  
dopłynął wkrótce do Dairenu. Stąd przewieziono go specjalnym pociągiem, pod silną eskortą żołnierzy 
japońskich, do Mukdenu, gdzie ogłoszono go w dniu 1 marca 1932 r. głową „niezależnego państwa” 
Mandżukuo.

Wieści, które nadeszły z Mukdenu o objęciu władzy nad okupowaną przez Japończyków Mandżurią 

przez księcia Pu-I, zaskoczyły początkowo Pekin, który był przekonany, iż książę Pa-I przebywa nadal w 
swym pekińskim pałacu, a wiadomości o proklamowaniu państwa Mandżukuo pod władzą Pu-I są po 
prostu kolejnym wymysłem japońskiej propagandy. Wkrótce jednak przekonano się, iż pałac pekiński 
Tsinów stoi pusty i że w związku z tym gra o Mandżurię poważnie się skomplikowała, wchodząc w nowe  
stadium, w którym trudno było myśleć o pokojowym rozstrzygnięciu tego problemu.

Tymczasem zaś w samej Mandżurii rozpoczął się wielki spektakl zainscenizowany przez pułkownika 

Doiharę  i jego  ludzi.  Na  stolicę  nowego  państwa  wybrano,   wbrew powszechnym  oczekiwaniom,  nie 

background image

Mukden,   który  był   dotąd   głównym   politycznym   i   administracyjnym   ośrodkiem  Mandżurii,   ale   małe, 
zaledwie 50-tysięczne miasteczko Czangczun, położone o około 300 km na północ od dawnej stolicy. 
Wielkie   przemysłowe   miasto   uznano   w   Tokio   za   zbyt   niepewne   dla   władcy   utrzymującego   swe 
panowanie za pomocą japońskich bagnetów.

Spokojne dotychczas i z reguły pustawe ulice Czangczunu zaroiły się teraz tysiącami przybyszów z 

Mukdenu, Harbinu i Tokio, pełno było tubylców, którzy zgodzili się przyjąć służbę u nowych władców 
Mandżurii oraz ich japońskich chlebodawców.

Sam Pu-I zjawił się w Czangczunie 8 marca 1932 r. przywieziony tu specjalnym pociągiem przez 

Japończyków.   Cały   pociąg   przybrany   był   girlandami   świeżych,   bajecznie   kolorowych   kwiatów.   Na 
przodzie lokomotywy łopotały na wietrze dwie skrzyżowane ze sobą flagi: japońska i mandżurska. Gdy 
Pu-I (wówczas jeszcze tylko prezydent) wyszedł na peron wraz ze swą małżonką odzianą w stary chiński 
strój   kobiecy,   oczekujące   na   dworcu   tłumy   „wiernych   poddanych”   -   spędzonych   tu   przez   japońską 
żandarmerię   -   wznosić   zaczęły   okrzyki   powitalne   na   cześć   swego   „umiłowanego   pana   i   władcy”,  
zagłuszane jednak bezapelacyjnie gromkim japońskim: „banzai”.

Widać było, iż sam Pu-I, ubrany po europejsku, czuł się raczej nieswojo i szybko, omijając wiwatujący 

na   jego   cześć   tłum,   skrył   się   za   ustawionym   przed   dworcem   kolejowym   czworobokiem   japońskich 
żołnierzy. Tu nastąpiła właściwa scena powitania Pu-I przez oczekujących go na klęczkach mandżurskich 
notabli. W chwili, gdy głowy usłużnych dworaków pochyliły się w składnym ukłonie, orkiestra armii 
kwantuńskiej zagrała hymn mandżurski, a żołnierze japońscy sprezentowali broń.

Po   tym   uroczystym   powitaniu   na   dworcu   Pu-I   ruszył   wraz   ze   swą   świtą   do   starego   pałacu   w 

Czangczunie, w którym dotychczas mieściła się siedziba zarządu miejskiego. Pałac ten, który od tej chwili 
miał być siedzibą rządu państwa Mandżukuo oraz miejscem pobytu prezydenta, otoczony był zewsząd 
zwartym kordonem żołnierzy japońskich. I w tym to właśnie pałacu odbyło się następnego dnia, 9 marca  
1932   r.,   uroczyste

 

proklamowanie   państwa   Mandżukuo   i   objęcie   w   nim   władzy   przez   Pu-I.   Gości 

przybywających tu z zaproszeniami podpisanymi przez byłego wychowawcę Pu-I, a aktualnie premiera 
nowego państwa, Czen Siao-szu, witała u wejścia japońska straż wojskowa, prezentując za każdym razem 
broń. Po wejściu do pałacu wszystkich gości kierowano do dużej sali posiedzeń, na środku której stał teraz 
wielki   tron,   przyozdobiony   dawnymi   emblematami   cesarzy   chińskich   z   dynastii   Tsin.   Nad   tronem 
zatknięto pięciobarwną flagę nowej Mandżurii (kolory: żółty, czerwony, niebieski, biały i czarny).

I tu właśnie, u stóp tronu, zebrali się członkowie rządu mandżurskiego, na czele z premierem Czen 

Siao-szunem, ministrowie: spraw wewnętrznych - Kan Si-ji; wojny - generał Maa; spraw zagranicznych - 
Ksie Ci-si;  skarbu -  Ksi  Kaj-hsia;  handlu i przemysłu  - Kian Jen-ciu;  komunikacji -  Cin Czenk-siu; 
sprawiedliwości - Fan Han-ciu. Wszyscy ministrowie wystąpili w długich jedwabnych, czarnych szatach i 
małych tradycyjnych czapeczkach mandżurskich na głowach.

Z   prawej   strony  tronu   stała   grupa   wyższych   oficerów   armii   kwantuńskiej.   Obecny  był   też   i   sam 

naczelny dowódca armii,  generał Hondzio. Towarzyszyli  mu  jego najbliżsi współpracownicy:  generał 
Muri, major Ucida i konsul generalny Tashiro. Nie zabrakło też i co bardziej wpływowych bankierów oraz 
przemysłowców z Mukdenu, liczących na otrzymanie korzystnych zamówień i kontraktów.

Gdy wszyscy zaproszeni goście na uroczyste proklamowanie Mandżukuo zebrali się już wokół tronu, 

do   sali   wkroczył   Pu-I,   przybrany   w   szaty  cesarskie,   noszone   przez   swych   poprzedników   za   czasów  
największej potęgi dynastii Tsin. Przed Pu-I kroczyło trzech mistrzów ceremonii i czterech szambelanów.  
Idąc bardzo powoli, krok za krokiem, Pu-I wstąpił na tron wraz z towarzyszącą mu małżonką, dopiero  
wówczas zwracając się twarzą do zebranych.

background image

Teraz nadszedł czas na główny punkt ceremonii. Do Pu-I podszedł jeden z mistrzów ceremonii dworu 

mandżurskiego,   Kian   Kiun-li,   wręczając   prezydentowi   dokument   zalakowany

 

czterema   złotymi 

pieczęciami. Pu-I złamał je i rozpoczął czytać strofy uroczystej przysięgi na wierność Mandżurii.

Gdy   Pu-I   skończył   odczytywanie   swej   przysięgi,   japońska   orkiestra   wojskowa   odegrała   hymny: 

mandżurski i japoński. Uroczystość dobiegała końca. Wszyscy przeszli teraz do sąsiedniej sali, w której 
prezydent Mandżukuo podjął swych gości wystawnym śniadaniem. Sala tonęła we flagach i kwiatach. Na 
stole pełno było pięknych srebrnych i złotych naczyń. Służba serwowało wciąż nowe dania, przystawki i  
zakąski oraz przednie trunki. Uwagę wszystkich przyciągał wielki piękny, złoty kilim z wyszytym na nim  
wizerunkiem czarnego smoka, zawieszony na ścianie za plecami siedzącego przy stole prezydenta. Po 
śniadaniu   Pu-I   wraz   ze   swą   świtą   przeszedł   do   pobliskiego   salonu,   gdzie   udzielił   kilku   wywiadów  
przedstawicielom   prasy   zagranicznej.   Jednym   z   nich   był   wówczas   również   korespondent   polski, 
reprezentujący   redakcję   krakowskiego   tygodnika   ilustrowanego   „Światowid”.   Tak   oto   zrelacjonował 
spotkanie z Pu-I:

„Po śniadaniu, w salonie, widząc, że etykietę dworską pozostawiono w sali koronacyjnej, zbliżyłem się 

do   niego   z   oficerem   japońskim.   Na   moją   uwagę,   że   Mandżuria   wkroczyła   obecnie   na   nowe   tory,  
potwierdził  z zapałem:  «O  tak, chciałbym,  aby Mandżuria, ziemia  moich  przodków, stała  się silna  i 
bogata.   Pójdę   śladami   Czang   Tso-lina   i   postaram   się   rozszerzyć   jego   dzieło,   skoro   uporamy   się   z 
bandytyzmem».

Z   pałacu   wyszedłem   pod  wrażeniem   bezpośredniej   rozmowy   z   byłym   władcą   czterystu   milionów 

ludzi.

Z zamyślenia wyrwała mnie dopiero ironiczna uwaga mojego kolegi po fachu, Anglika: «Wie pan,  

nowy   prezydent   będzie   rządził   bardzo   dobrze.   Z   zamiłowaniem   oddawał   się   muzyce,   a   słuch   ma  
doskonały. Uważnie będzie słuchał rad Japończyków».

W głębi duszy przyznałem mu rację”.
Uroczystej   oprawie   intronizacji   Pu-I   w   Czangczunie   nie   towarzyszyła,   wbrew   oczekiwaniom 

Japończyków,   ogólna   stabilizacja   życia   politycznego,   gospodarczego,   społecznego   i   kulturalnego   w 
Mandżurii. Poparcia nowej władzy udzieliły jedynie niektóre, bardzo wąskie zresztą, kręgi miejscowych  
posiadaczy: obszarników, bankierów, przemysłowców, bogatych kupców i rzemieślników oraz chłopów, a 
głównie   mandżurskich   militarystów   wywodzących   się   z   dawnej   kamaryli   marszałka   Czang   Tso-lina. 
Aktywną podporą rządów Pu-I i jego kliki dworskiej stali się niektórzy przedstawiciele białej emigracji 
rosyjskiej, którzy żyli tu po zwycięstwie Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej w Rosji. 
Liczyli oni, że wykorzystując antyradziecki kurs polityki zagranicznej Tokio, uda się im jeszcze odegrać 
odpowiednio   eksponowaną   i   wiodącą   rolę   w   organizowaniu   w   Mandżurii   antyradzieckiego   frontu. 
Olbrzymia   większość   rdzennej   ludności   Mandżurii,   którą   stanowili   biedni   chłopi,   robotnicy,   drobni 
rzemieślnicy oraz znaczna część burżuazji narodowej, była wrogo nastawiona do nowej władzy, nie chcąc 
pogodzić się żadną miarą z oderwaniem ich ziemi od Chin. Jedyną zresztą siłą, na którą mógł liczyć bez  
żadnych wątpliwości Pu-I jako prezydent Mandżukuo, była armia kwantuńska. Szybko jednak okazało się, 
że   armia   ta   jest   wciąż   jeszcze   za   słaba   liczebnie,   aby   móc   złamać   szerzący   się   w   całej   Mandżurii  
antyjapoński ruch oporu.

Dlatego też raz po raz do Czangczunu, siedziby rządu Pu-I, i Mukdenu, w którym mieściła się siedziba  

sztabu   i   naczelnego   dowództwa   armii   kwantuńskiej,   nadchodziły   dramatyczne   wieści   o   starciach 
zbrojnych w różnych częściach kraju lub nawet otwartych atakach partyzantów na miasta i miasteczka 
Mandżurii, gdzie stacjonowały małe garnizony japońskie. Donoszono m.in. o ataku partyzantów na miasto 

background image

Nun Gan, o walkach toczonych na stepach Dalaj Noru, które z trudnością tylko udało się okupantom 
japońskim rozstrzygnąć na swą korzyść. Do zaciętych walk doszło nawet pod murami samego Mukdenu.

Siły porządkowe Mandżukuo, czyli wojska marionetkowe, jak je wówczas zaczęto tu nazywać, były za 

słabe,   aby   skutecznie   przeciwstawić   się   partyzantom.   Swą   słabość   oddziały   te   nadrabiały   krwawym 
terrorem   stosowanym   bezlitośnie   wobec   wszystkich   przeciwników   rządu.   Partyzantów,   czyli   tzw. 
wolnych strzelców, wziętych do niewoli z bronią w ręku, rozstrzeliwano lub wieszano bez sądu. Często 
mordowano też członków ich rodzin, nie wyłączając kobiet i dzieci. Ale i stosowanie takich metod nie 
przynosiło większych efektów. W samych zresztą oddziałach marionetkowych wojsk Mandżukuo sytuacja 
daleka była od stabilizacji. Pusty skarb wyniszczonego wojną kraju uniemożliwiał terminowe wypłacanie 
żołdu. Słabe uzbrojenie oraz złe traktowanie żołnierzy mandżurskich przez oficerów japońskich stale 
przerzedzało szeregi armii rządowej Pu-I, a dezerterzy z niej zasilali co jakiś czas partyzantów.

Bank   państwa,   który   wiosną   1932   r.   rozpoczął   działanie   w   Mukdenie,   dysponował   początkowo 

kapitałem wynoszącym zaledwie 30 mln srebrnych dolarów. Dlatego też dyrektor banku zwrócił się do 
przedstawicieli japońskiej finansjery z gorącym apelem o przyznanie mu odpowiednio wysokiej dotacji 
oraz   równie   wysokiej   pożyczki   państwowej   w   zamian   oczywiście   za   zagwarantowanie   kapitałowi 
japońskiemu uprzywilejowanej pozycji gospodarczej w Mandżurii.

Najenergiczniejsze   działania   bojowe   przeciwko   partyzantom   prowadziła   w   Mandżurii   armia 

kwantuńska dowodzona nadal przez generała Hondzio. I ona jednak kierowała wówczas swą główną 
uwagę   na   utrzymanie   frontu   walki   z   regularnymi   siłami   armii   chińskiej,   skoncentrowanej   na   linii 
Wielkiego Muru Chińskiego, przywiązując znacznie mniejszą wagę do zwalczania partyzantki działającej 
na okupowanych już przez wojska japońskie obszarach Mandżurii.

Walka z antyjapońskim ruchem oporu w Mandżurii prowadzona była głównie przez ekspedycje karne, 

w których brały udział japońskie oddziały wojskowe oraz jednostki marionetkowej armii mandżurskiej. 
Ekspedycje te spadały znienacka na zaskoczone we śnie wioski i małe miasteczka. Podpalały je, mordując 
całą   ich  ludność.   Ofiary  tych   zbiorowych   mordów   rozstrzeliwano,   wieszano  lub   ścinano   uderzeniem 
katowskiego miecza.  Dla  Japończyków   ekspedycje   te  były  czymś   w rodzaju naturalnych  manewrów, 
umożliwiających dowództwu przeszkolenie bojowe młodych rekrutów przerzuconych tu bezpośrednio z 
koszar i poligonów z wysp japońskich. Tutaj rekruci dowiadywali się, do czego w praktyce wojennej 
służy   karabin,   hełm,   granat   ręczny   czy   bagnet.   Poznawali   okrutne   prawa   wojny,   wyzbywając   się 
elementarnych uczuć ludzkich i przekształcając stopniowo w bezduszne narzędzia, którym zdołano wpoić 
żelazną zasadę: „Zabijaj bez litości wrogów Nipponu, a jak będzie trzeba, umieraj bez lęku za swego 
cesarza, nieśmiertelnego Tenno”.

Ucząc się współczesnej sztuki wojennej i uczestnicząc w masowych  mordach, młodzi Japończycy, 

żołnierze armii kwantuńskiej - wczoraj jeszcze normalni, spokojni chłopcy - przekształcali dzień po dniu  
Mandżurię w istne piekło, które i ich miało kiedyś pochłonąć. I taki był właśnie ten codzienny, powszedni 
dzień okupowanej Mandżurii - głodny, chłodny i okrutny, dzień bez perspektyw, bez nadziei, zaś iskier tej  
ostatniej szukał lud Mandżurii w bezpardonowej walce z okupantem, walce o wolność, godność i życie.

I właśnie pewnego takiego dnia zjawiła się w Mukdenie i Czangczunie wspomniana już wyżej komisja  

Ligi Narodów, kierowana przez lorda Lyttona. Mimo nieskrywanych sympatii dla Tokio, angielski lord i 
jego koledzy byli na tyle uczciwi, iż w sporządzonym raporcie nie mogli sformułować wniosków dla  
Japończyków pozytywnych. Określili Mandżukuo jako twór sztuczny, powołany tylko i wyłącznie przez 
Japończyków i tylko w ich interesie. Uznali Mandżurię za integralną część Chin, lecz nie potrafili się  
zdobyć   na   sprecyzowanie   decyzji   o   konieczności   uznania   Japonii   za   agresora   i   zmuszenia   jej   do 

background image

opuszczenia Mandżurii, choćby tylko w drodze ogłoszenia przez Ligę Narodów sankcji ekonomicznych 
wobec Nipponu. Innymi  słowy,  komisja Lyttona a za nią Liga Narodów potępiły działania Japonii w 
Mandżurii, ale nie wyciągnęły z tego żadnych praktycznych wniosków.

Wnioski takie wyciągnęli, i to błyskawicznie, sami Japończycy. Po odegraniu swoistej tragifarsy w 

Genewie, Japonia opuściła Ligę Narodów, stwierdzając jednocześnie, iż sprawa okupacji Mandżurii, a 
nawet Chin, jest jej sprawą wewnętrzną i nikt nie ma prawa się do niej wtrącać. Aby zaś nikt nie miał już 
żadnej wątpliwości, iż podbój Mandżurii, zawoalowany utworzeniem „niepodległego” Mandżukuo, jest 
faktem, którego nikt już nie może zmienić, Japonia uznała rząd prezydenta Pu-I de jure i zawarła z nim  
przymierze polityczne i wojskowe. Jak można się było tego spodziewać wkrótce - choć nie zaraz - śladem 
Tokio poszło kilka innych, zaprzyjaźnionych z Japonią państw, uznając również de jure lub de facto rząd 
Mandżukuo.

Wówczas nie wszyscy jeszcze wiedzieli, iż już za dwa lata, w dniu 1 marca 1934 r. w Czangczunie 

odbędzie się nowa wspaniała ceremonia - uroczyste proklamowanie cesarstwa Mandżukuo z cesarzem Pu-
I na czele.

Mało kto wiedział też wówczas, iż człowiekiem, który od samego początku narodzin „niezależnego 

państwa” Mandżukuo odgrywał rolę ich głównego akuszera, był znany nam już pułkownik Doihara, jeden 
z asów japońskiego wywiadu, autor planu oderwania siłą od Chin Mandżurii i powołania marionetkowego 
tworu państwowego w postaci państwa, a następnie cesarstwa Mandżukuo.

Pisząc o zaborze Mandżurii i jej włączeniu w system gospodarczo-militarny Japonii, nie sposób nie 

poświęcić   nieco   uwagi   jednemu   z   współtwórców   tego   przedsięwzięcia,   ówczesnemu   wodzirejowi 
japońskiej dyplomacji i polityki zagranicznej, Matsuoce.

Yosuke   Matsuoka   urodził   się   w   marcu   1880   r.   Wyższe   studia   prawnicze   ukończył   w   Stanach 

Zjednoczonych na uniwersytecie w Oregon. W swej burzliwej a zarazem szybkiej i błyskotliwej karierze 
politycznej był: w 1914 r. konsulem japońskim w Szanghaju, w 1907 r. sekretarzem japońskiego MSZ, 
następnie   trzecim   sekretarzem   ambasady   japońskiej   w   Belgii,   jeszcze   później   drugim   sekretarzem 
ambasady w Pekinie, w 1912 r. drugim sekretarzem ambasady w Petersburgu.

W   latach   1914-1917   był   pierwszym   sekretarzem   ambasady   w   Waszyngtonie.   W   lutym   1919   r. 

Matsuoka wysłany zostaje do Paryża jako członek japońskiej delegacji rządowej na pokojową konferencję 
wersalską. W 1921 r. Matsuoka zaprzestaje pracować w dyplomacji przerzucając się na wielki biznes,  
działając   na   tym   polu   głównie   w   Mandżurii.   Szybko   też   stał   się   jednym   z   głównych   decydentów 
gospodarczych  tego regionu - najpierw jako dyrektor a potem zastępca prezesa spółki akcyjnej  kolei 
południowomandżurskiej. Był  też w tym  samym  czasie posłem do parlamentu tokijskiego, członkiem 
państwowego zarządu konsorcjum naftowego oraz członkiem komitetu rządowego powołanego w Tokio 
na początku lat trzydziestych do spraw „pozyskania terenów Chin północnych i centralnych”. Później zaś, 
gdy sprawa faktycznej aneksji Mandżurii stała się faktem dokonanym, Matsuoka przywdział ponownie 
dyplomatyczny   frak   starając   się   wynegocjować   -   jako   oficjalny  przedstawiciel   Tokio   na   posiedzenie 
Zgromadzenia Ligi Narodów w Genewie - że zabór Mandżurii przez Japonię nie jest żadnym zaborem,  
tylko   po   prostu   wyjściem   naprzeciw   skrytym   marzeniom   wszystkich   mieszkańców   Mandżurii.   O 
zdolnościach dyplomatycznych Matsuoki świadczył również fakt, iż pierś jego zdobiło wiele japońskich, a 
zwłaszcza   obcych   odznaczeń   najwyższej   klasy.   Sąsiadowały   tu   ze   sobą:   japoński   order   „Jedynego  
Promienia Wschodzącego Słońca”, otrzymany w 1906 r. za usługi w wojnie rosyjsko-japońskiej 1904-
1905; carski Order Stanisława II klasy, za zasługi dla carskiej Rosji w I wojnie światowej; Chiński Order 
Smoka; japoński order „Świętego Skarbu” V klasy i wiele, wiele innych, dowodzących w gruncie rzeczy 

background image

nie tyle o zasługach co o sprycie i przebiegłości nagrodzonego.

O   demagogii   i   swoistej   bezczelności   Matsuoki,   jak   też   o   braku   skrupułów   świadczyło   osławione 

przemówienie  tego dyplomaty w Genewie,  w Lidze  Narodów,  gdzie  odrzucając  tezy raportu komisji 
Lyttona udowadniające, iż Mandżuria jest integralną częścią Chin i została im przemocą zabrana, ośmielił 
się przyrównać ówczesną militarystyczną Japonię do Chrystusa Narodów, mówiąc:

„Wyznaję   religię   chrześcijańską,   wierzę   w   Boga   i   nie   zapominam,   że   dwa   tysiące   lat   temu 

ukrzyżowano  Chrystusa  tylko dlatego, że niósł światu nową  prawdę. Teraz my,  Japończycy,  chcemy 
również nowego życia dla poniżonych i eksploatowanych ludów Azji. (...) Za to niektóre możne kraje 
chcą ukrzyżować Japonię na swoim złotym krzyżu. Ale niech nie zapominają, że nasze państwo jest  
niewinnym, lecz nie bojaźliwym jagnięciem”.

I temu właśnie „niewinnemu jagnięciu” pożerającemu jedną prowincję Chin za drugą, a szykującemu 

się   już   do   połykania   innych   krajów   i   obszarów   Azji,   Matsuoka   służył   wiernie   z   wielkim   talentem, 
wspierając  w Japonii  te  siły,   które  prowadziły  kraj  do  wielkiej  wojny,   do  zbliżenia  z  nazistowskimi  
Niemcami Adolfa Hitlera i faszystowskimi Włochami Benito Mussoliniego.

Zatrute ziarno

Prowadzenie japońskiej polityki „z pozycji siły”, które znalazło m.in. wyraz w błyskawicznym i 

całkowicie bezkarnym podboju Mandżurii, nie oznaczało jednak, iż połączonemu tandemowi krewkich 
samurajów   i   równie   przebiegłych   dyplomatów   z   samurajskim   rodowodem   udało   się   już   całkowicie 
oczyścić, z niebezpiecznych dla nich raf, drogę dalszej, zaprogramowanej już dawno, ekspansji Nipponu. 
Pierwsze symptomy pojawienia się pewnych trudności, z którymi przychodziło się borykać Japonii w toku 
realizacji jej militarnego programu agresji, wystąpiły już wiosną 1932 r.

Niepowodzeniem zakończyła się, jak wiadomo, japońska wyprawa na Szanghaj ze stycznia 1932 r. 

Trudno też było uznać za sukces dyplomacji japońskiej, sprowokowaną brutalną agresywnością Nipponu, 
notę   amerykańskiego   sekretarza   stanu,   Henry  Lewisa   Stimsona,   z   7   stycznia   1932   r.   skierowaną   do 
rządów Chin i Japonii po zajęciu przez armię kwantuńską miasta Cinczou. W nocie tej Stimson ostrzegał, 
iż rząd Stanów Zjednoczonych:

„Nie   może   zgodzić   się   na   uprawomocnienie   faktów   dokonanych   i   nie   uzna   żadnej   umowy   czy 

porozumienia zawartego między obu krajami lub ich przedstawicielami, które mogłoby ograniczyć prawa 
USA lub ich obywateli w Chinach, czyli prawa znanego pod nazwą polityki drzwi otwartych. USA nie  
zamierzają godzić się z sytuacją, która mogłaby w formie umowy czy porozumienia powstać jako rezultat 
zastosowania metod sprzecznych z warunkami czy zobowiązaniami wynikającymi z paktu paryskiego z 
27 sierpnia 1928 r., podpisanego zarówno przez Chiny i Japonię jak i przez Stany Zjednoczone”.

Wbrew   ówczesnym   intencjom   Stimsona,   Wielka   Brytania   nie   poparła   swym   działaniem 

dyplomatycznym noty amerykańskiej. Już jednak wkrótce, po wydarzeniach szanghajskich rząd brytyjski  
zaniepokojony zagrożeniem interesów Anglii w Chinach centralnych zgłosił w Lidze Narodów rezolucję, 
stwierdzającą m.in., iż:

„Członkowie   Ligi   Narodów   nie   powinni   uznać   żadnych   umów,   porozumień   czy   sytuacji,   które 

powstałyby   lub   zostały   osiągnięte   sposobami   sprzecznymi   ze   Statutem   Ligi   Narodów   lub   z   paktem 
paryskim.

Wszystko   to   nie   wpłynęło   jednak   w   sposób   zasadniczy   na   dalszy   bieg   wydarzeń   na   Dalekim 

Wschodzie   i   zmianę   japońskiej   polityki   faktów   dokonanych.   Od   czasu   zapoczątkowania   wydarzeń 

background image

mandżurskich militaryzm japoński rozrósł się, wywierając coraz większy wpływ na rozwój i kierunek  
japońskiej polityki zagranicznej. Parlamentarny gabinet premiera Wakatsuki coraz wyraźniej odgrywał 
rolę   jedynie   wygodnego   parawanu   dla   całkiem   nieparlamentarnej   działalności   japońskich   kół 
wojskowych.   Niemniej   jednak   porażka   w   Szanghaju   i   dające   się   coraz   wyraźniej   zauważyć 
niezadowolenie,

 

strony mocarstw zachodnich stopniowym przesuwaniem się agresji japońskiej w Chinach 

na południe, zaczęły przynosić pewne niekorzystne dla militarystów skutki w samej Japonii. Otóż wielu 
polityków   japońskich,   nie   mających   zresztą   w   rzeczy   samej   nic   przeciwko   zagarnięciu   przez   armię 
kwantuńską   chińskiej   Mandżurii,   zaczęło   obawiać   się,   iż   nieprzerwana   kontynuacja   przez   armię 
agresywnych   działań   na   kontynencie,   przybierająca   -   zdaniem   wielu   -   formę   ryzykanckiego 
awanturnictwa, doprowadzić może kraj do katastrofy i utraty tego wszystkiego, co już zostało zdobyte. 
Politycy ci twierdzili, co było  zresztą zgodne z prawdą, iż Japonia nie jest jeszcze przygotowana do  
ryzykowania otwartego konfliktu zbrojnego z mocarstwami zachodnimi, że musi na jakiś przynajmniej 
czas   okiełznać   swe   apetyty   dla   nabrania   oddechu   przed   nowym   skokiem.   Wojskowi   tymczasem, 
rozkołysani   falą   powodzenia,   nie   mieli   zamiaru   „przestać”,   rozkręcając,   wbrew   radom   polityków  
cywilnych, machinę agresji, nie chcąc zatrzymać marszu swych wojsk, stale posuwających się w głąb 
Chin z terenu Mandżurii. O tak jednoznacznej i zdecydowanej postawie kół wojskowych, a zwłaszcza tej 
ich części, która skupiała się głównie wokół generałów: Sadao Araki (minister wojny od grudnia 1931 r. 
do stycznia 1934 r.), Dzinzaburo Mazaki (zastępca szefa sztabu generalnego sił lądowych w latach 1931-
1933 i główny inspektor szkolenia armii) oraz Tomojuki Jamasita (szef działu spraw wojskowych sztabu 
generalnego).   Oni   przewodzili   bowiem   grupie   generalskiej,   która   wkrótce   nazwana   została   frakcją 
Sprzysiężenia   Szlaku   Cesarskiego   (Kodoha).   Program   polityczny   tego   ugrupowania   zakładał 
przyspieszoną militaryzację kraju przy jednocześnie stopniowej, stale wzmaganej ekspansji skierowanej 
przeciwko Chinom, a w następnej kolejności przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Program ten zakładał 
również gruntowną przebudowę ustroju politycznego Japonii, polegającą przede wszystkim na likwidacji 
parlamentaryzmu i zastąpieniu go czymś w rodzaju faszystowskiej dyktatury wojskowej. Przeciwników 
tego rodzaju programu ugrupowanie Kodoha miało jednak nie tylko wśród polityków cywilnych, ale i w 
armii. I tam byli bowiem ludzie

 

bardziej trzeźwi i ostrożni, którzy wypowiadając się również za polityką 

ekspansji, doradzali umiar, ostrożność i rozwagę. Tych ostatnich skupiało ugrupowanie Toseiha (Frakcja 
Kontroli). Członkowie tego ugrupowania obawiali się zwłaszcza wciągnięcia Japonii przez awanturniczą 
politykę generała Araki do wojny z ZSRR, którego uważali za niezwykle trudnego i niebezpiecznego 
przeciwnika. Względną równowagę między tymi dwoma ugrupowaniami generałów cesarskiej japońskiej 
armii   burzyło   trzecie   ugrupowanie   wojskowych,   które   choć   występowało   samodzielnie,   w   praktyce 
ulegało wpływom i polityce Kodohy. To trzecie ugrupowanie nosiło nazwę Seinen sioko undo, czyli Ruch 
Młodych Oficerów. Nie było ich wielu, zaledwie trzystu może pięciuset: poruczników, kapitanów i kilku 
majorów. Trzon grupy stanowili oficerowie 1 stołecznej dywizji piechoty. Wsłuchani w demagogiczne 
wystąpienia generała Araki, gotowi byli wesprzeć go siłą swoich pistoletów i szabel, gdy uznałby to za 
konieczne. To oni właśnie, młodzi oficerowie, wysunęli się na pierwszy plan w momencie, gdy w Tokio 
zaczęły   brać   górę   tendencje   polityczne   zmierzające   do   pewnego   utemperowania   rozbuchanej 
ekspansywności armii działającej w myśl wytycznych generała Araki. Dokumentując na każdym kroku, iż 
nie są zadowoleni ze sprawowania władzy przez parlamentarny rząd premiera Wakatsuki, domagali się  
coraz jawniej wprowadzenia w kraju rządów dyktatury wojskowej. Temperatura życia politycznego w 
Japonii zbliżała się wyraźnie do punktu wrzenia. Już 17 października 1931 r. wykryto istnienie spisku 
wojskowego zorganizowanego przez Ruch Młodych Oficerów. Było to wtedy, gdy ważyły się sprawy 

background image

uderzenia na Mandżurię. Poplecznicy generała Araki gotowi byli w razie potrzeby, tj. opozycji rządowej  
wobec akcji armii kwantuńskiej w Mukdenie, wesprzeć ją wystąpieniem zbrojnym w Tokio. 3 listopada 
tegoż   roku   policja   japońska   znalazła   materiał   świadczący   o   przygotowaniu   w   kraju   nowego   spisku  
wojskowego,   którego   celem   miało   być   dokonanie   przewrotu   rządowego.   W   samym   zresztą   rządzie 
premiera   Wakatsuki   znaleźli   się

 

ludzie,   którzy   solidaryzując   się   z   poglądami   „młodych   oficerów”, 

wypowiadali się otwarcie za dymisją własnego gabinetu. Wyrazicielem opinii tych ostatnich był m.in.  
minister   spraw   zagranicznych   a   jednocześnie   jeden   z   przywódców   partii   „Mineseito”,   mający   silne 
powiązania   z   armią   -   Adachi.   On   to   właśnie   wystąpił   z   wnioskiem   o   utworzenie   w   Japonii   „rządu 
narodowego” złożonego z przedstawicieli obu głównych partii politycznych kraju oraz kół gospodarczych 
i wojskowych. Po odrzuceniu tego wniosku przez większość rządową partii „Mineseito” (była za rozwagą 
i ostrożnością w działaniach na zewnątrz) Adachi rozpoczął otwarte sabotowanie gabinetu Wakatsuki, 
wstrzymując swą działalność na zajmowanym stanowisku, a jednocześnie nie godząc się na podanie się do 
dymisji, czego żądał od niego premier. Taktyka ta okazała się zresztą bardzo skuteczna. 11 stycznia 1932  
r. rząd Wakatsuki upadł, a jego miejsce zajął rząd partii „Seiyukai”. Premierem został Ki Inukai. Tekę 
ministra   wojny   objął   (właśnie   wówczas)   generał   Araki.   Sam   Adachi   wystąpił   wkrótce   z   partii 
„Mineseito”,   zakładając   nową   partię   polityczną   -   „Konkumin   Domei”,   do   której   akces   zgłosiło   30 
deputowanych z jego dawnej frakcji parlamentarnej.

W   atmosferze   zaostrzającej  się  z  każdym  dniem  sytuacji  wewnętrznej   kraju  rząd premiera   Inukai 

ogłosił odejście Japonii od parytetu złota i zakazał jego wywozu poza granice państwa, przeprowadzając  
równocześnie zaplanowaną inflację. To posunięcie uderzyło boleśnie w ludzi pracy i ich warunki bytowe,  
rozpętując   jednocześnie   spekulację   walutową,   na   której   krociowe   zyski   uzyskały   wielkie   koncerny.  
Następnym   posunięciem   rządu   było   rozwiązanie   parlamentu,   w   którym   nadal   znaczna   przewaga   sił 
znajdowała   się   po   stronie   partii   „Mineseito”   (247  mandatów   przeciwko   171  z   partii   „Seiyukai”).   W 
wyniku  przeprosin! 7.onych  w dniu 20 lutego 1932 r. nowych  wyborów  do parlamentu,  zwycięstwo 
wyborcze odniosła, wspierana przez koła wojskowe, partia „Seiyukai”, zdobywając 303 mandaty wobec 
144 z „Mineseito”.

Bunt

Cieszący się teraz poparciem większości parlamentarnej, rząd premiera Inukai podporządkował 

całkowicie politykę zagraniczną kraju politycznemu dyktatowi kół wojskowych. Był to właśnie ten rząd, 
który zaakceptował podbój Mandżurii, a następnie usankcjonował utworzenie marionetkowego państwa 
Mandżukuo.   Rząd   Inukai   wykonywał   w   zasadzie   wiernie   wszystkie   zalecenia   i   życzenia   wysoko  
postawionych  i wpływowych  ludzi  w mundurach. Mimo  to nie  cieszył  się  ich szczerą  sympatią,  nie 
znajdując zwłaszcza uznania w środowisku młodych oficerów. Być może, wpłynął na to brak jedności 
poglądów w samym  rządzie, wyrażający się głównie w tarciach między ministrem wojny,  generałem 
Araki,   a   ministrem   finansów,   Korekujo   Takahasi,   zaufanym   człowiekiem   tzw.   „starych   koncernów” 
(znacznie   mniej   związanych   z   armią   niż   tzw.   nowe   koncerny   *   i   stąd   często   w   opozycji   wobec 
ekspansywnych   działań   kół   wojskowych).   Wpływy   ministra   finansów   wciąż   jeszcze   dominowały   w 
rządzie.

* „Stare koncerny” działały od lat w strukturze gospodarczej kraju, natomiast nowe koncerny powstały na początku lat 30-

tych i były związane z armią i jej problemami.

Sytuacja wewnętrzna ówczesnej Japonii z każdym dniem zaostrzała się. Przyczyną tego była walka 

background image

między   określonymi   kołami   japońskiego   kapitału   monopolistycznego   -   zacięta   rywalizacja   między 
„starymi”  a „nowymi”  koncernami. Te ostatnie związane były mocno z ruchem „młodych  oficerów”. 
Programową   kością   niezgody   było   stanowisko   „starych   koncernów”   odrzucających   konieczność 
wprowadzenia kontroli państwowej nad całą działalnością gospodarczą. W warunkach prowadzonej de 
facto wojny była to przede wszystkim kontrola armii nad całością produkcji przemysłowej i finansów 
kraju, czego domagali się najbardziej otwarcie właśnie „młodzi oficerowie” i za czym opowiadały się też  
„nowe koncerny”, zainteresowane głównie dodatkowymi zyskami płynącymi z zamówień wojskowych i 
nie   obawiające   się   tak   jak   „stare   koncerny”   takiej   kontroli   i   dyktatury   wojskowej.   Siłą   „starych  
koncernów” było ich powiązanie z tak wszechwładną dotąd w Japonii koterią pałacową, wywodzącą się 
głównie ze starej szlacheckiej biurokracji, przeciwnej idei przejęcia pełnej władzy w Japonii przez klikę 
wojskową.

Starły się tu więc dwie koncepcje rozwoju kapitału monopolistycznego, odpowiadające warunkom 

współczesnej   Japonii:   stara,   odwołująca   się   do   wciąż   jeszcze   w   jakiejś   mierze   swobodnej   gry   sił   i 
żywiołowej konkurencji; i nowa, zakładająca nieuchronność zrośnięcia się kapitału monopolistycznego z 
aparatem  władzy  państwowej,   a   nawet   więcej,   bo  ścisłego  połączenia   w  jedną,   sprężyście   działającą 
całość   gospodarczej   dyktatury   wielkich   kapitalistycznych   monopoli   i   odpowiadającej   jej   klasowo 
dyktatury politycznej armii. Ta druga koncepcja znalazła wielu gorących zwolenników. Programowym  
wzorcem,   niemalże   standardowym   ideałem,   takiej   właśnie   jedności   koncentracji   wielkiego   kapitału   i 
koncentracji   władzy   polityczno-państwowej   w   jednym   scentralizowanym   ośrodku   dyspozycyjno-
organizatorskim stała się wysunięta przez „ruch młodych oficerów” idea zbudowania nowego ładu we 
współczesnej Japonii.

„«Młodzi oficerowie» - charakteryzował oblicze polityczne tego ugrupowania Ch. Ejdus w swej pracy 

pt.  Japonia   między   wojnami  -   w   dalszym   ciągu   prowadzili   demagogiczną,   faszystowską   i   jakoby 
antykapitalistyczna   propagandę.   Manifestując   swą   wierność   dla   cesarza,   głosili   ideę   tzw.   restauracji 
Showa. Według oświadczenia «młodych oficerów» restauracja ta polegała na wyzwoleniu cesarza spod 
wpływu kapitalistów i koterii pałacowych; kapitaliści mieli oddać swe bogactwa w celu zaprowadzenia w 
Japonii   państwowego   socjalizmu.   Demagogia   antykapitalistyczna   kojarzyła   się   w   pojęciu   «młodych 
oficerów» i ich stronników z propagandą starych, reakcyjno-szowinistycznych, rasowych idei japonizmu 
(boskość cesarza jako potomka bogini słońca Amaterasu, święta misja narodu japońskiego, mającego jako 
wyższa rasa prawo do rządzenia

 

całym światem itp.) oraz ideami panazjatyckimi (Azja dla Azjatów).

Szerzenie tych idei sprzyjało powstaniu licznych w tym okresie organizacji nacjonalistycznych. Wiele 

z nich miało charakter terrorystyczny. Członkowie ich zaczęli wprowadzać w życie sławetną «restaurację 
Showa», stosując przy tym terror”.

A tymczasem barometr wewnętrznego życia  politycznego Japonii szedł nieustannie w górę. Coraz 

bardziej aktywizowały się ugrupowania i organizacje  nacjonalistyczno-terrorystyczne,  przechodząc od 
słów do zdecydowanego działania. Wkrótce Japonię ogarnęła prawdziwa epidemia mordów politycznych, 
różnego rodzaju  zamachów  i  spisków.  Jako jedna  z  pierwszych   ruszyła  do  ataku skrajnie  reakcyjna, 
terrorystyczna organizacja, związana z ruchem młodych oficerów, powstała w 1930 r., a występująca pod  
nazwą „Sojusz Braterstwa Krwi”.

W połowie kwietnia 1932 r. odbyło się w Tokio, w małym domku położonym na cichym przedmieściu 

stolicy,   utrzymane   w   głębokiej   tajemnicy,   spotkanie   małej   grupki   „młodych   oficerów”   a   zarazem 
członków „Sojuszu Braterstwa Krwi”. Zebrani uznali, iż nadszedł już czas zbrojnego utorowania drogi 
prowadzącej do ustanowienia w Japonii rządów dyktatury wojskowej i uderzenia całą siłą na Chiny bez  

background image

oglądania się na reakcję światowej opinii publicznej. W celu zrealizowania tego zadania postanowiono 
zamordować  premiera  i kilku wpływowych  ministrów. Spiskowcy byli  przekonani, iż za przykładem 
grupki straceńców pójdzie cała armia. Po uzgodnieniu stanowisk aprobujących podjęcie takich działań 
przywódca grupy, kapitan Hamagata, przedstawił zebranym plan akcji. Rozdano role, ustalono miejsca 
zbiórek i kierunki oraz miejsca uderzeń.

Minęły trzy tygodnie. W stolicy Japonii panował jeszcze spokój, ale tu i ówdzie mówiło się, iż policja 

tokijska wpadła na trop jakiegoś antyrządowego spisku. Nikt nie znał jednak szczegółów, a policja nie 
podejmowała,   praktycznie   biorąc,   żadnych   kroków   mających   na   celu   udaremnienie   ewentualnego 
zamachu stanu. Z przecieków informacji z komendy policji

 

tokijskiej można było zresztą wywnioskować, 

iż władze lekceważą posiadane informacje na temat przygotowywanego spisku przypominając marzec  
1931 r. Wtedy bowiem też policja wykryła podobne przygotowania ze strony pewnych kół wojskowych. 
Mówiło   się,   iż   na   czele   akcji   stali   wówczas   generałowie   Tatekawa,   Koiso   i   Nagata,   zamierzający 
wesprzeć   działania   armii   kwantuńskiej   w   Mandżurii   przewrotem   wojskowym   w   Tokio.   Ostatecznie 
jednak do żadnego przewrotu ani nawet próby zamachu  stanu nie doszło i wszystko  rozeszło się po 
kościach. Dlaczego by i tym razem miało być inaczej? A tymczasem nadszedł dzień 15 maja 1932 r. 
Około godziny 17.10 przed mieszkaniem premiera, 77-letniego Tsuyoshi Inukai, zatrzymało się cicho 
kilka osobowych samochodów. Wysiadło z nich 18 ludzi w mundurach japońskiej piechoty. Wśród nich 
było   pięciu   poruczników   i   trzynastu   kadetów.   Kilku   z   przybyłych   otoczyło   dom   premiera,   pozostali 
ruszyli do, wejścia. Prowadzący grupę porucznik Jozube zadzwonił. Na pytanie agenta ochrony, kto i w 
jakim celu? - porucznik odpowiedział, iż przywozi ważne papiery z Ministerstwa Wojny dla premiera do 
natychmiastowego zapoznania się i akceptacji. Dla poparcia swych słów Jozube machnął przed nosem  
agenta jakąś wielokrotnie zalakowaną kopertą z odpowiednim ministerialnym nadrukiem i znaną w kołach 
policyjnych   dobrze   wielką   pieczęcią:   „ściśle   tajne!”.   Pozbywszy   się   swych   rutynowych   wątpliwości, 
funkcjonariusz otworzył drzwi i w tej samej chwili otrzymał silny cios w głowę, za którym natychmiast 
poszło pchnięcie ostrzem szabli. Zaskoczenie było pełne, ale wbrew planom napastników agent, padając 
na ziemię, zdążył jeszcze krzyknąć: „na pomoc!... napad!”. I tak, gdy spiskowcy wdarli się w głąb holu i  
ruszyli schodami na piętro willi, gdzie znajdowały się apartamenty premiera, na znajdującej się w pół  
drogi antresoli pojawili się dwaj inni agenci ochrony. W rękach trzymali już odbezpieczone pistolety. W 
kilka   sekund   później   w   rezydencji   Inukai   zabrzmiały   strzały.   W   wyniku   krótkiej,   zaledwie 
kilkuminutowej wymiany ognia obaj funkcjonariusze ochrony zostali zabici. Zginęło też dwóch kadetów. 
Napastnicy ruszyli dalej. Przeskakując leżące na antresoli ciała, dobiegli do wielkich, dębowych drzwi, 
zamykających im dalszą drogę. Drzwi były zamknięte. O tym,  iż zostaną dobrowolnie otworzone, po  
zakończonej dopiero co strzelaninie na schodach, nie można było przecież myśleć. Nie namyślając się 
więc długo, Jozube zawiesił na klamce drzwi ręczny granat wyszarpując zawleczkę. Napastnicy skryli się  
za   załomem   ściany   korytarza.   W   kilkanaście   sekund   później   rozległ   się   huk   eksplozji.   Wyszarpane  
wybuchem   drzwi   stały   przed   napastnikami   otworem.   Nie   zastanawiając   się   wiele,   ruszyli   hurmem 
naprzód. Ale znów rozległy się strzały. W samym wejściu padł jeszcze jeden ze spiskowców. To strzelał  
celnie, czwarty, ostatni już funkcjonariusz policji z ochrony premiera. W czasie, gdy jego dwaj koledzy  
starali się zatrzymać napastników na schodach, on usiłował wyprowadzić premiera bocznym wyjściem,  
przez  kuchnię, pomieszczenie dla służby i garaż, na  małą  boczną  uliczkę.  Inukai nie chciał uciekać. 
Szarpiąc się z agentem, krzyczał, że chce wyjść do napastników i przemówić im do rozumu. Był pewien,  
że gdy go tylko zobaczą i usłyszą jego głos, opuszczą natychmiast broń i zawrócą tam, skąd przybyli. Gdy 
w czasie tej szarpaniny drzwi wyleciały z zawiasów, wysadzone wybuchem granatu, agent puścił premiera 

background image

i zaczął strzelać do intruzów, zabijając pierwszego z nich. Zaraz jednak potem sam padł na ziemię trafiony 
celną kulą jednego z atakujących  oficerów. Po sforsowaniu wielkiego gabinetu napastnicy wpadli do 
następnego, znacznie mniejszego już pomieszczenia, które stanowiło pokój odpoczynku premiera. Przy 
małym  biurku stał premier  Inukai. Spoglądając pogardliwie na uzbrojonych intruzów, wezwał ich do 
natychmiastowego opuszczenia jego domu i powrotu do koszar. Były to jednak puste słowa, których nikt 
tu nie zamierzał słuchać.

„- Byłeś wrogiem wielkiej armii Nipponu - krzyknął porucznik - musisz zginąć!”
Inukai* podniósł do twarzy rękę, jakby chciał się zasłonić przed gradem kul, które uderzyły teraz weń 

z kilku jednocześnie pistoletów. Premier zwalił się na ziemię śmiertelnie ranny. Spiskowcy, nie zadając 
sobie nawet trudu sprawdzenia czy premier istotnie zginął, opuścili rezydencję Inukai. Sprowadzona w 
chwilę później, przez zaalarmowaną strzałami służbę, pomoc lekarska nic nie zdołała już uczynić. Premier  
wkrótce skonał.

*   Premier   Inukai   miał   w   chwili   śmierci   77   lat.   Był   przeciwnikiem   rządów   dyktatury   armii,   stojąc   na   gruncie 

parlamentaryzmu. Był zwolennikiem ostrożnej, bardzo wyważonej polityki zagranicznej i równie ostrożnej ekspansji. Ostrzegał,  

iż awanturnictwo polityczne może doprowadzić kraj do katastrofy.

Tymczasem   zaś   już   w   całym   Tokio   rozległy   się   odgłosy   strzałów   i   głuche   wybuchy   granatów 

ręcznych. To weszły do akcji inne grupy spiskowców, atakując kilka wytypowanych wcześniej w planie 
akcji gmachów publicznych. Między innymi obrzucono wówczas granatami monumentalny gmach banku 
Japonii,   budynki   Ministerstw:   Sprawiedliwości,   Spraw   Wewnętrznych   i   Spraw   Zagranicznych. 
Zaatakowano również granatami rezydencje kilku innych polityków, ale już bez próby wdzierania się do  
wnętrz.   Napastnicy   atakowali   znienacka   i   równie   błyskawicznie   znikali,   nie   wdając   się   w   dłuższą 
strzelaninę z ochroną zaatakowanych obiektów. Widać było zresztą, iż spiskowcy nie mają ani sił, ani  
chęci   na   dokonanie   jakiegoś   przewrotu   czy   zamachu   stanu.   Ich   widocznym   zamiarem   było   jedynie 
zamordowanie premiera i zademonstrowanie przed społecznością stolicy siły armii. Realizując swój plan, 
spiskowcy byli przekonani, iż generałowie z frakcji Kodoha wezmą teraz sprawę w swe ręce, ogłaszając w 
kraju stan wojenny i utworzenie nowego, tym razem czysto wojskowego rządu. Tak się jednak nie stało. 
Generałowie przestraszeni nagle gwałtowną śmiercią starego premiera, który cieszył się sympatią samego 
cesarza, odżegnali się od kontaktów z ruchem „młodych oficerów”. Armia nie wyszła z koszar, a nowy 
rząd,

 

utworzony po śmierci premiera  Inukai, pozostał nadal rządem cywilno-wojskowym.  Wszystkich 

spiskowców po powrocie do koszar natychmiast aresztowano. Do Tokio powrócił spokój. Ale przez wiele 
jeszcze   dni   tłumy   mieszkańców   Tokio  oglądały  z   przerażeniem  budynki:   rezydencji   zamordowanego 
premiera Inukai, gmach Banku Państwowego, budynek rezydencji kanclerza Nobuski Makimo, budynek 
Banku   Mitsubishi,   gmach   stołecznej   komendy   policji,   budynek   centralnych   władz   partii   „Seiyukai”, 
pomieszczenia  redakcji  wielkiego  dziennika   burżuazyjnego   „Asahi”   i  wiele  jeszcze   innych  obiektów, 
Które   w   dniu   15   maja   stały   się   miejscem   starcia   ze   zbuntowanymi   oficerami.   Dziury   w   ścianach,  
powyrywane okna, rozerwane płyty chodnikowe, ślady kul i granatów ręcznych, których nie żałowali tego 
dnia swym ofiarom napastnicy.

Rozpoczęło się śledztwo. U aresztowanych przez policję zamachowców znaleziono listę zawierającą 

nazwiska   znanych   polityków,   przemysłowców,   finansistów,   nawet   i   wojskowych,   których   terroryści 
zamierzali zamordować. Na liście tej znaleźli się m. in..: Kintsune Saionji, przewodniczący Izby Parów - 
Tokugawa, Nobuaki Makino, jeden z najbardziej wpływowych członków Tajnej Rady - książę Nubumi 
Ito; a także przywódcy obu partii: „Mineseito” i „Seiyukai” oraz przedstawiciele wielkich koncernów 
japońskich: Mitsui, Mitsubishi, Yasuda, Okura i Sumimoto.

background image

W toku przeprowadzonego pod presją opinii publicznej, zaniepokojonej tymi  wydarzeniami,  przez 

policję   śledztwa   ujawniono,   iż   cała   ta   akcja   terrorystyczna   dokonana   została   przez   członków   tajnej 
organizacji   „Sojusz   Braterstwa   Krwi”   a   jednocześnie   reprezentantów   ruchu   „młodych   oficerów”, 
powiązanych z frakcją Kodoha. Ujętych terrorystów postawiono przed sądem, przy czym widać było, iż 
zarówno prowadzący śledztwo, jak i sądzący starali ograniczyć się w prowadzeniu sprawy do samych  
oskarżonych,   bez   odsłaniania   łączących   ich   powiązań   i   szerszego   politycznego   tła   działania   ich 
organizacji. Niezwykle wymowny był przy tym fakt, iż natychmiast po rozpoczęciu się rozprawy sądowej 
przeciwko mordercom premiera i pozostałym organizatorom zamachów bombowych w Tokio wystąpiła w 
ich   obronie   niemal   cała   prawicowa   część   prasy   japońskiej,   określając   postawionych   przed   sądem 
morderców w mundurach mianem „gorących patriotów” czy też „pełnych poświęcenia bojowników o 
dobro narodu”.

Wszystko to świadczyło wymownie o postępującej faszyzacji życia wewnętrznego Japonii.
Zamachowców skazano początkowo na karę śmierci. Potem jednak wyrok ten złagodzono w trakcie 

rewizji na karę 15 lat więzienia. Już jednak w kilka miesięcy później, gdy armia wzmocniła swe pozycje  
w rządzie, wszyscy, nie wyłączając zabójców premiera, zostali na wniosek Ministerstwa Wojny, poparty 
przez prokuraturę generalną, a przedstawiony cesarzowi, ułaskawieni i wypuszczeni na wolność. Wszyscy 
też bez najmniejszych kłopotów powrócili do swych macierzystych jednostek wojskowych, awansowani z 
reguły o jeden stopień wyżej. No cóż, coś nie coś ryzykowali i jakaś satysfakcja im się widać należała.

Tragiczna śmierć premiera Inukai postawiła sprawę sukcesji władzy. Partia „Seiyukai” zaproponowała 

powierzenie stanowiska szefa nowego gabinetu swemu przewodniczącemu - Suzuki Kisaburo. Przeciwko 
tej kandydaturze wystąpili jednak zdecydowanie zwolennicy generała Araki, stwierdzając otwarcie, iż 
armia nie pozwoli na powołanie jeszcze jednego rządu partyjnego. Ze swej strony „arakiści” wysunęli  
własną   kandydaturę   na   stanowisko   premiera,   przywódcę   skrajnie   szowinistycznej   organizacji 
„Kokuhonsha” i wiceprzewodniczącego Tajnej Rady - Kicziro Hiranumy. Tę propozycję odrzucił jednak 
książę   Saionji,   doprowadzając   do   powierzenia   stanowiska   premiera   emerytowanemu   już   admirałowi 
Makoto Saito, byłemu gubernatorowi Korei.

Utworzony  w   ten   sposób,   w   wyniku   skrzyżowania   się   dwu   różnych   tendencji   politycznych,   rząd 

premiera   Saito,   krył   w   sobie   element   chwilowego   kompromisu   o   nieokreślonej   czasowo   stabilności. 
Wyrazem tego kompromisu były z jednej strony ożywione kontakty samego premiera z koterią dworską 
oraz „starymi koncernami” jak też wpływy w rządzie zaufanego człowieka „starych koncernów”, ministra 
finansów,   Takahashi,   z   drugiej   zaś   utrzymanie   się   na   stanowisku   ministra   wojny   generała   Araki, 
skompromitowanego bliskimi powiązaniami z grupą bezpośrednich zabójców poprzedniego premiera. Co 
prawda generał Araki usiłował tym kontaktom zaprzeczyć, powołując się przy tym na fakt, iż spiskowcy 
obrzucili granatami i jego ministerstwo, ale wszyscy wiedzieli, iż właśnie tak uczynili, aby Araki mógł  
później to wykorzystać dla własnej obrony.

Tymczasem  rząd Saito uchodził  za  „rząd  narodowy”,  a  więc  taki,  jakiego domagali  się  w swych  

dokumentach programowych spiskowcy, i rząd ponadpartyjny, choć zarówno „Minseito” jak i „Seiyukai”, 
a   zwłaszcza   ta   pierwsza   partia   miała   w   nim   wiele   do   powiedzenia.   W   rzeczywistości   gabinet   Saito 
niewiele różnił się od gabinetu tragicznie zmarłego Inukai.

„O działalności Japonii w Mandżurii i Chinach - stwierdzał Ch. Ejdus w cytowanej już pracy - po  

dawnemu decydowała klika wojskowa. Zagadnienia polityki wewnętrznej wywoływały w rządzie Saito 
takie   same   tarcia   jak   w   poprzednim.   Przedstawiciele   «starych   koncernów»   w   dalszym   ciągu   z 

background image

powodzeniem opierali się naciskowi soldateski arakistów, nie dopuszczając do zmonopolizowania przez 
nich władzy i protestując przeciwko ich wtrącaniu się do życia gospodarczego. Arakiści pod naciskiem 
młodych  oficerów żądali pomocy od państwa dla obszarników i bogaczy wiejskich, których  sytuacja 
bardzo się pogorszyła z powodu kryzysu agrarnego. Takahashi odrzucał żądania arakistów, tłumacząc się 
niemożliwością   nałożenia   nowych   podatków   na   kapitalistów,   w   rzeczywistości   nie   chciał   poświęcać 
interesów kapitału finansowego na korzyść obszarników i bogaczy wiejskich.

Wszystkie klasy i grupy rządowe w Japonii były zgodne i nie prowadziły sporów tylko co do jednego 

zagadnienia polityki wewnętrznej - konieczności bezwzględnego dławienia walki klasowej proletariatu i 
chłopstwa oraz wszelkich objawów niezadowolenia z rządów reakcji i z wojny. Pod tym względem rząd 
admirała Saito, uważany za liberalny, nie był ani na jotę lepszy od rządu skrajnego reakcjonisty, generała  
Tanaki. Szczególnie ostry terror stosowany był w stosunku do Partii Komunistycznej. W październiku 
1932   r.   rząd   przeprowadził   masowe   aresztowania   komunistów,   członków   lewicowych   związków 
zawodowych i członków organizacji inteligenckich o radykalnych poglądach. Aresztowano ponad 1200 
osób”.

Gabinet   admirała   Saito   był   tym   rządem,   który   zaakceptował   przekształcenie   zrabowanej   Chinom 

Mandżurii w faktyczny protektorat japoński, podejmując szereg kroków mających na celu uwiecznienie 
tego   stanu   rzeczy.   8   sierpnia   1932   r.   ambasadorem   japońskim   w   Mandżurii,   a   jednocześnie   nowym 
dowódcą   armii   kwantuńskiej   i   generał-gubernatorem   „dzierżawionej”   rzekomo   od   Chin   prowincji 
Kuantung   mianowany   został   przez   rząd   Saito   jeden   z   przywódców   kliki   wojskowej   generała   Araki, 
generał Muto. 15 września 1932 r. rząd admirała Saito uznał de iure państwo Mandżukuo, zawierając z  
nim   „umowę”   potwierdzającą   wszystkie   przywileje,   jakie   kiedykolwiek   Chiny   przyznały   Japonii   w 
Mandżurii. W zamian Japonia „zgodziła się” rozlokować swe siły zbrojne w granicach Mandżukuo i 
bronić ich przed obcymi zakusami, za które uchodzić mogły np. dążenia Chin do odzyskania własnego 
terytorium, utraconego w wyniku japońskiej agresji. Jak wiadomo, uznanie de iure państwa Mandżukuo 
przez   Japonię   nastąpiło   na   ponad   dwa   tygodnie   przed   ogłoszeniem   raportu   komisji   Lyttona,  
kwestionującego  powstanie   tego  państwa   jako  sztucznie   utworzonego  tworu  państwowego  w   wyniku 
agresywnych działań militaryzmu japońskiego.

Wnioski komisji Lyttona zostały jednak odrzucone przez rząd admirała Saito, podobnie zresztą jak i 

decyzja specjalnego komitetu utworzonego przez Ligę Narodów do zbadania sprawy Mandżurii. Tokio 
zlekceważyło też w ten sam sposób wyniki głosowania w Zgromadzeniu Ogólnym Ligi Narodów z 24 
lutego 1933 r., które 42 głosami przeciwko jednemu (głos delegata Japonii) przyjęło wnioski komisji 
Lyttona. Odpowiedź premiera Saito na te poczynania Ligi Narodów była jednoznaczna. 27 marca 1933 r. 
Japonia demonstracyjnie opuściła Ligę Narodów, a jeszcze wcześniej, bo już 26 lutego, wojska japońskie 
zajęły   chińską   prowincję   Dżehol,   przyłączając   ją   do   Mandżukuo.   „Liberalny”   rząd   admirała   Saito 
odsłaniał   stopniowo   swe   prawdziwe,   militarystyczne,   oblicze.   Wojska   japońskie   maszerowały   dalej, 
wkraczając wkrótce do drugiej prowincji Mongolii Wewnętrznej - Czachar, stanowiącej integralną część 
Chin, i zajęły w maju tegoż roku miasto Dolonor. Po sforsowaniu linii Wielkiego Muru Chińskiego 
oddziały armii kwantuńskiej wdarły się również i do innej prowincji chińskiej - Hopei, kierując się już 
wówczas wyraźnie i bezpośrednio na tak ważne ośrodki Chin, jak: Tientsin i Pekin. W końcu maja 1933 r. 
Japończycy znaleźli się na bezpośrednim przedpolu stolicy Chin.

Polityka siły dawała Japończykom wciąż oczekiwane profity. Już wkrótce Tokio wymogło bowiem na 

Czang   Kai-szeku   zawarcie   nowego   „porozumienia”   chińsko-japońskiego,   na   mocy   którego   wielka 

background image

prowincja Hopei o powierzchni ponad 200,7 tys. km2 przekształcona została w strefę neutralną, z której  
Chiny musiały wycofać swe wojska. Japończycy tymczasem mogli tam utrzymywać swe siły „policyjne”. 
W ten sposób siły japońskie znalazły się na linii odległej już tylko o 12 mil  od Pekinu i 35 mil od  
Tientsinu. W strefie tej strona chińska utrzymywać mogła tylko niewielkie oddziały policji porządkowej, 
złożone   z   ludzi   „przyjaznych   Japonii”   i   przez   Japończyków   uznanych   za   takich.   Japończycy   mogli 
natomiast   utrzymywać   swe   garnizony,   potrzebne   rzekomo   dla   ochrony   biegnącej   przez   Hopei   linii 
kolejowej.   W   ten   sposób   ważny   cel   polityki   japońskiej   został   osiągnięty.   Droga   do   Pekinu,   stolicy 
kuomintangowskich Chin, stała przed Japończykami otworem.

Bunt „młodych oficerów” dokonany w dniu 15 maja 1932 r. wzmocnił pozycje armii, a zwłaszcza jej  

najbardziej   krewkich   i   awanturniczych   kół.   Śmierć   premiera   Inukai   stanowiła   ostrzeżenie   dla   wielu 
polityków   japońskich,   uświadamiające   każdego,   iż   armii   nie   należy   się   narażać.   Jawne   zadarcie   z 
generałem Araki groziło bowiem wiadomymi  już konsekwencjami. Umocniła się też pozycja „nowych 
koncernów” związanych z armią i dla armii pracujących. Niemniej jednak walka między bierną (czytaj: 
ostrożną, umiarkowaną)  a aktywną  (tj, skrajnie agresywną,  wręcz awanturniczą) polityką  zagraniczną 
Japonii nadal nie była do końca rozstrzygnięta. Stopniowa militaryzacja życia kraju wskazywała, iż lada 
dzień można spodziewać się nowego, jeszcze bardziej zdecydowanego uderzenia armii. Można też było 
przewidzieć, iż i tym razem siłą uderzeniową wojska będzie grupa „młodych oficerów”. Ci ostatni stali 
się,   co   prawda,   na   jakiś   czas   niewidoczni.   Wzorem   rannego   zwierzęcia   leczyli   odniesione   rany. 
Uzupełniali   wyszczerbione   nieco   szeregi,   zmieniali   formy   organizacyjne   ruchu.   Surowe   początkowo 
wyroki na uczestników majowego buntu ochłodziły najpierw rozognione umysły wielu poruczników i 
kapitanów, stanowiących  trzon ruchu, ale późniejsze złagodzenie kar, a wreszcie pełne uniewinnienie 
dodało nowego animuszu. Władza, która potrafiła wybaczyć zabójcom zamordowanie premiera, znanego 
polityka   i   mającego   niezwykle   bliskie   i   mocne   powiązania   z   dworem,   traciła   w   oczach   „młodych  
oficerów” autorytet. Nic też dziwnego, iż początkowy szok spowodowany zapadłymi wyrokami śmierci, 
po   narodowym   przebaczeniu,   ustąpił   miejsca   nowej   fali   optymizmu   czy   wręcz   euforii.   „Młodzi 
oficerowie” zawiedzeni początkowo tym, iż nie zostali we właściwym momencie poparci przez całą armię  
a   zwłaszcza   swych   politycznych   idoli   z   generałem   Araki   na   czele,   pojęli   teraz   reguły   wielkiej   gry 
politycznej, dochodząc do wniosku, iż to, co zrobili w maju 1932 r., okazało się pożyteczne i nie poszło na 
marne. Deklarowali więc tam, gdzie to było oczekiwane, iż są gotowi służyć dalej polityce armii i jej 
dowódczym koteriom.

Chwilowy   spokój   panujący   w   życiu   wewnętrznym   kraju   i   przyciszenie   działalności   krewkich 

poruczników wynikało i z tego faktu, iż militaryzm japoński musiał poświęcić nieco czasu na efektywne 
polityczno-organizacyjne spożytkowanie tego wszystkiego, co już udało się Japonii w ciągu ostatnich 
kilku lat osiągnąć, jak choćby umocnienie władzy nad podbitymi, bez otwartej wojny, obszarami Chin. 
Wiele kłopotu sprawiała Japonii w tym czasie zwłaszcza sytuacja międzynarodowa. Choć nikt bowiem nie 
miał zamiaru siłą pozbawiać Nipponu jego dotychczasowych zdobyczy, to jednak żadne z liczących się 
mocarstw   nie   miało   też   zamiaru   uznawać   tego   podboju   za   akt   usankcjonowany   prawem.   W   Tokio 
rozumiano już dobrze, że droga agresywnych działań armii na kontynencie azjatyckim, tak korzystna jak 
dotąd dla wzmożenia potencjału gospodarczego kraju, prowadzi jednocześnie Japonię w ślepą uliczkę 
międzynarodowego wyizolowania. Obliczając jednak wszystkie „za” i „przeciw” takiej polityki, uznano w 
Tokio, iż daje ona więcej pożytku niż strat i zdecydowano się ją kontynuować... Tylko spierano się nadal 
co do tempa rozwoju działań i następujących w ich wyniku wydarzeń.

„Mandżuria ze swoimi  zasobami  węgla, ropy naftowej i rudy żelaza była  zbyt  ważna dla ubogiej 

background image

Japonii, by z niej zrezygnować - pisze na ten temat Jolanta Tubilewicz w pracy pt. Historia Japonii. Ceną, 
którą   trzeba   było   zapłacić,   stało   się   wyobcowanie   Japonii   na   arenie   międzynarodowej.   Dyplomaci   i 
cywilni politycy trochę protestowali, ale armia triumfowała, a przemysłowcy japońscy rzucili się z energią 
do eksploatowania nowych terenów. Mandżukuo stało się wielkim rejonem doświadczalnym dla polityki 
kolonizacyjnej.   W   ręce   japońskie   powoli   zaczęły   przechodzić   mandżurskie   organa   administracji, 
przemysłu   i   handlu.   Doradcy  japońscy  byli   wszechobecni,   a   funkcje   wiceministrów   resortowych   też 
pełnili Japończycy wypierając po trochu Mandżurów. Koncerny japońskie tworzyły w Mandżukuo swoje 
filie, powstawały też nowe koncerny mieszane, dążące do wchłonięcia gospodarki Mandżukuo w jeden 
blok   z   Japonią   i   Koreą.   Japończycy   i   Koreańczycy   byli   przesiedleni   na   tereny   mandżurskie   celem 
opanowania   rolnictwa.   Instrukcje   w   sprawie   korzystnych   (dla   Japonii)   upraw   szły   z   japońskiego 
Ministerstwa Rolnictwa. (...)

Od   momentu   utworzenia   Mandżukuo   przedstawiciele   armii   kwantuńskiej   i   rozmaici   tajni   agenci 

zaczęli żywą penetrację Chin północnych i Mongolii wewnętrznej. Przy pomocy lokalnych kolaborantów 
utworzone   zostały   z   kilku   prowincji   autonomiczne   państewka   (Hopei,   Czahar,   1935).   Na   zasadzie 
«umowy Ho-Umedzu» z 10 VI 1935 r. armia chińska wycofała się z Hopei, podczas gdy Japończycy 
nadal   mieli   prawo   utrzymywać   tam   swoje   siły   bezpieczeństwa.   Atmosfera   w   Chinach   północnych 
gęstniała. Komunistyczna Partia Chin 1 VIII 1935 r. wydała deklarację o walce z Japonią, a w Japonii  
zaczynała narastać wojenno-szowinistyczna histeria”.

Wejście Japonii na drogę agresji i wojny nie odbywało się jednak w myśl zasad prostego ruchu po linii 

wznoszącej. Droga ta obfitowała w różnego rodzaju polityczne i taktyczne łamańce. Dokonywanym od 
czasu do czasu zmianom w taktyce działania odpowiadały często - choć nie zawsze - podobne łamańce,  
często wręcz dla wielu szokujące, w dziedzinie personalnej. Jeden z takich łamańców dokonał się na 
przełomie lat 1934-1935, zaskakując wielu, w tym i przywódców ruchu „młodych oficerów”.

Podłożem   dokonanego   wówczas   przetasowania   sił   było   pomyślne   od   końca   1932   r.   rozkręcanie 

gospodarczej koniunktury w Japonii. Przeprowadzona w 1932 r., jeszcze przez premiera Inukai, inflacja, 
jak również odstąpienie od parytetu złota powodujące spadek wartości jena o 60% odbiły się korzystnie na 
zwiększeniu japońskiego  eksportu.  Niemniej   istotnym   czynnikiem  rozkręcania  japońskiej  koniunktury 
przemysłowej był kryzys agrarny, zmuszający dziesiątki tysięcy chłopów japońskich do szukania pracy w 
mieście, co przyczyniło się do stałego tanienia japońskiej siły roboczej. Wzrost cen, znaczny spadek płac  
realnych umożliwiał kapitalistom japońskim poważne obniżenie kosztów produkcji, a w konsekwencji 
zalewanie rynków światowych  towarami o niskich dumpingowych cenach, które wskutek tego mogły  
konkurować pomyślnie z towarami innych krajów. Szczególnie boleśnie odczuł konkurencję japońską 
przemysł i handel brytyjski.

Dalszy   rozwój   przemysłu   japońskiego   i   sukcesy   japońskiego

 

handlu   zagranicznego   wzmocniły 

znaczenie   gospodarcze   i   polityczne   pozycje   „starych   koncernów”   czerpiących,   największe   zyski   z 
eksportu   i   mających   największe   powiązania   handlowe  i  zagranicą.   Towarzyszący   tej   specyficznej 
prospericie   wielkiego   kapitału   japońskiego   kryzys   agrarny,   rujnujący  równisà  średnich   posiadaczy 
ziemskich   i   bogatych   chłopów,   wzmagał   jednak   dalej   ferment   i   niezadowolenie   wśród   „młodych  
oficerów”, wywodzących się w znacznej mierze z tych właśnie warstw. Widząc ruinę gospodarstw swych  
ojców   czy  braci,   „młodzi   oficerowie”   zaczęli   bardziej   energicznie   naciskać   na   swych   protektorów   z 
Kodoha, aby ci podjęli jakieś działania zmierzające do ochrony własności ziemskiej przed rujnującą wieś 
polityką   „starych   koncernów”.   Ale   zarówno   sam   generał   Araki,   jak   też   i   jego   przyjaciele,   inni 

background image

generałowie, nie bardzo wiedzieli, co mają w tej sytuacji zrobić. Taka sytuacja trwała nadal, nie ulegała 
żadnej   poprawie,   a   wprost   przeciwnie,   jedynie   się   zaostrzała.   „Młodzi   oficerowie”   zaczęli   więc 
krytykować już i samego generała Araki, swego dotychczasowego protektora i duchowego przywódcę, 
głównie za to, iż nie zdołał zmusić góry rządzącej kraju do uwzględnienia postulatów politycznych  i 
gospodarczych   ruchu   „młodych   oficerów”.   Krytyka   ta   okazała   się   dla   generała   Araki   bardzo 
niebezpieczna „Młodzi oficerowie” stanowili bowiem najtrwalszą ostoję wpływów i poparcie generała. 
Teraz gdy i oni stracili dlań swe poprzednie uczucie, generał Araki nagle poczuł się osamotniony.  Z 
godziny na godzinę tracił swą popularność i zwolenników. Już w styczniu 1934 r. generał Araki ustępuje 
ze stanowiska ministra wojny, podając się do dymisji. Jego miejsce zajmuje generał Gonsuke Hayashi, 
stojący poza ruchem „młodych oficerów” i mający silne powiązania ze „starymi koncernami”.

Tymczasem w Japonii wykryto wielką aferę finansową. Wielu wyższych urzędników państwowych 

oskarżonych   zostało   o   nadużycie   finansowo-gospodarcze,   a   nawet   branie   łapówek.   Po   ujawnieniu   w 
śledztwie kontaktów oskarżonych, urzędników i działaczy gospodarczych z kołami rządowymi gabinet 
premiera Saito zgłosił w dniu 3 lipca 1934 r. swą dymisję. Dymisja została przyjęta. Nowy rząd utworzył, 
z poręki księcia Saionji, admirał Kedsuke Okada, powiązany mocno ze „starymi koncernami” jak też i 
partią „Minseito”. Partia „Seiyukai” coraz bardziej jawnie reprezentująca interesy „nowych koncernów” 
znalazła się w opozycji. Ministrem finansów w nowym rządzie, aczkolwiek nie od samego początku jego 
istnienia, został znowu zaufany człowiek „starych koncernów” - Takashashi.

W   polityce   zagranicznej   rząd   premiera   Okady   reprezentował   ten   sam   kierunek   działania   co   i 

zdymisjonowany gabinet premiera Saito, nie przestając rozwijać agresywnej polityki wobec Chin, choć 
kładąc przy tym większy nacisk na stronę dyplomatyczną podejmowanych działań.

Należy dodać, iż japońska polityka agresji w Chinach, uwieńczona w jej pierwszym etapie podbojem a 

następnie aneksją Mandżurii, zaczęła wówczas przechodzić w swą drugą fazę, w której zainteresowania 
najeźdźcy skupiły się na pięciu prowincjach Chin północnych: Hopei, Czahar, Szansi, Siujuan i Szantung. 
Część tego obszaru zalazła się już na przełomie lat 1934-1935 w rękach Japończyków, pozostałą wojska 
japońskie   powoli   stopniowo   zajmowały.   Napastnikom   nie   chodziło   bynajmniej   tylko   o   czasowe 
okupowanie ziem tego regionu. Zamierzali go, wzorem Mandżurii, oderwać od Chin i nadać mu następnie 
autonomię.

Przygotowaniom militarnym do takiego rozwoju sytuacji w Chinach towarzyszyły nadal zacięte i coraz 

bardziej   skomplikowane   rozgrywki   wewnątrzpolityczne   w   samej   Japonii.   A  w   rozgrywkach   tych   raz 
jeszcze miało nie zabraknąć ruchu „młodych oficerów”.

Rozdział IV

Rebelia

Gry ciąg dalszy

Gdy rozpoczynał się nowy rok, rok 1935, w Tokio myślano już poważnie o przejściu do nowego  

etapu   podboju   Chin,   rozpętaniu   agresji,   której   nie   ograniczano   by   już   jedynie   do   północnego   czy 
południowo-wschodniego krańca wielkiego „Państwa Środka”. Przygotowaniom militarnym do nowego 

background image

uderzenia   na   Chiny   towarzyszyła   ożywiona   działalność   wywiadu   japońskiego.   Miał   on   za   zadanie 
„dostarczyć”   armii   kwantuńskiej   różnego   rodzaju   incydentów   i   prowokacji,   które   można   byłoby 
wykorzystać w dogodnym momencie jako pretekst do rozpoczęcia nowej, wielkiej ofensywy w głąb Chin. 
I tak, w styczniu 1935 r. dowództwo armii kwantuńskiej oskarżyło  chińskiego gubernatora prowincji 
Czachar   o   zorganizowanie   napaści   na   prowincję   Dżehol,   okupowaną   już   przez   wojska   japońskie   i 
przyłączoną   do   Mandżukuo.   W   czerwcu   tegoż   roku   Japończycy   oskarżyli   Chińczyków   o   złośliwe 
aresztowanie przez policję chińską kilku oficerów armii kwantuńskiej wysłanych z Dolonoru do Kałganu i 
bezprawne przetrzymywanie ich w areszcie. O tym zaś, iż oficerowie ci, ubrani po cywilnemu, nie mieli  
przy sobie żadnych dokumentów, strona japońska wolała nie wspominać.

Jednocześnie   wywiad   japoński   przystąpił   do   organizowania   na   obszarze   Czacharu   i   Siuijuanu 

antychińskich   wystąpień   garstki   subsydiowanych   przez   Tokio   feudałów   mongolskich   z   osławionym 
księciem Thewangiem na czele. Ten ostatni miał już zresztą wkrótce wesprzeć na czele swych oddziałów 
wojska japońskie w walce przeciwko Chinom.

Dla kontrastu z tymi rzekomo brutalnymi antyjapońskimi prowokacjami władz chińskich Japończycy 

zaczęli demonstrować, jedynie zresztą w sferze propagandowej, swe rzekomo pokojowe zamiary wobec 
Chin. I tak, w dniu 22 stycznia 1935 r. minister Hirota złożył w parlamencie japońskim oświadczenie, w 
którym m. in., stwierdził: „Japonia przeciwna jest wszelkiej agresji i dąży do ustalenia dobrosąsiedzkich 
stosunków z Chanami”.

Należy dodać, iż wysłany w związku z tym oświadczeniem Hiroty do Tokio chiński minister spraw 

zagranicznych na próżno usiłował nawiązać jakiś kontakt z japońskim MSZ. Ani bowiem sam Hirota, ani 
nikt z jego współpracowników nie miał czasu na przyjęcie chińskiego gościa i pokojowe uściskanie jego 
wyciągniętej ku zgodzie ręki. Więcej niewątpliwie czasu i inwencji miała natomiast armia kwantuńska, 
która   już   wkrótce   po   pokojowym   oświadczeniu   ministra   Hiroty,   wiosną   1935   r.   wdarła   się   w   głąb 
prowincji Hopei, podchodząc niemalże pod same mury Pekinu i Tientsinu. I wówczas to w Tientsinie  
wydarzył się nowy groźny incydent. W tajemniczych okolicznościach zamordowano tu dwu Chińczyków 
pracujących   w   jednej   z   japońskich   drukarń*.   Japończycy   natychmiast   oskarżyli   o   dokonanie   tego 
morderstwa   władze   chińskie,   stwierdzając,   iż   zabójstwo   to   było   częścią   organizowanej   przez   Pekin 
antyjapońskiej kampanii. Wykorzystując incydent, Japończycy zażądali natychmiastowego odwołania ze 
stanowiska chińskiego burmistrza Tientsinu oraz wycofania z prowincji Hopei wszystkich znajdujących 
się tu jeszcze (a były to już jedynie siły porządkowe) oddziałów wojskowych-z armii marszałka Czang 
Sue-lianga. Nie czekając zresztą nawet na wygaśnięcie terminu tego ultimatum, armia kwantuńska ruszyła  
naprzód,   ścigając   rzekomo   -   jak   twierdziła   prasa   tokijska   -   „chińskie   bandy   maruderów”,   które 
dopuszczały się jakoby antyjapońskich prowokacji na obszarze całej strefy neutralnej. Chiny i tym razem 
ustąpiły, przyjmując warunki Tokio, co formalnie potwierdzone zostało umową podpisaną w lipcu 1935 r. 
przez   chińskiego ministra  wojny,  Ho  Ing-cinga  i  ówczesnego dowódcę  wojsk japońskich  w Chinach 
północnych, generała Josidziro Umedzu.

* Byli to dwaj dziennikarze chińscy kolaborujący z władzami japońskimi.

Podpisanie   tej   umowy   nie   przeszkodziło   jednak   Japończykom   w   podjęciu   wielkiej   kampanii 

propagandowej mającej na celu proklamowanie „autonomii” pięciu prowincji Chin północnych. Dążąc do 
załagodzenia sytuacji i ugłaskania agresora, rząd chiński rozwiązał w sierpniu 1935 r. Pekińską Radę  
Polityczną oraz zawiesił działalność organizacji partyjnych Kuomintangu w prowincji Siuijuan. Dało to 
jednak   niewiele.   Już   bowiem   24   września   1935   r.   nowy   dowódca   wojsk   japońskich   w   Chanach 
północnych, generał Tada, wygłosił na zwołanej przez siebie konferencji prasowej (dla dziennikarzy prasy 

background image

światowej)   niezwykle   agresywne   i   butne   przemówienie,   w   którym   uzasadniał   historyczną   rzekomo 
konieczność i aktualną potrzebę polityczną oderwania Chin północnych od reszty kraju i przekształcenia 
ich w „samodzielne terytorium autonomiczne”. Opowiedział się on również za stworzeniem wspólnej  
chińsko-japońskiej platformy działania politycznego i militarnego w celu „ratowania Chin przed groźbą 
sowietyzacji”.

W   tym   też   czasie   rząd   japoński   wystąpił   z   propozycją   ustalenia   podstawowych   wytycznych 

dotyczących nowej polityki wobec Chan. Zasadnicze punkty tej rzekomo nowej polityki wyłożone zostały 
w nocie japońskiej z 28 października 1935 r. przesłanej do Pekinu oraz w rozmowie ministra Hiroty z  
ambasadorem Chin przeprowadzonej w Tokio. Wytyczne te zakładały:

- przyjaźń Chin z Japonią jako przeciwwagę stosunkom Chin z Zachodem;
- współpracę   Chin.   Japonii   i   Mandżukuo   w   dziele   rozwoju   Chin,   przy   uznaniu   przez   Chiny 

niepodległości Mandżukuo oraz specjalnych praw i interesów Japonii w Chinach;

-   wspólny   front   Chin.   Japonii   i   Mandżukuo   w   walce   z   komunizmem,   przewidujący   wystąpienie 

przeciwko ZSRR, przy uznaniu prawa Japonii do wprowadzenia jej wojsk do każdego punktu obszaru 
Chin.

Te trzy punkty, określone wkrótce mianem punktów Hiroty, przedstawione zostały również 21 stycznia 

1936 r. podczas debaty w parlamencie japońskim.

Już   w   listopadzie   1935   r.   w   Tientsinie   zjawił   się   szef   wywiadu   armii   kwantuńskiej,   pułkownik 

Doihara, rozpoczynając zakulisowe rozmowy z przedstawicielami chińskiej administracji pięciu prowincji 
Chin północnych. Jednocześnie generał Tada skoncentrował na linii Wielkiego Muru Chińskiego siły 
czterech dywizji japońskich. Ustalony przez pułkownika Doiharę plan akcji przewidywał zwołanie na 20 
listopada do Pekinu zjazdu chińskich gubernatorów pięciu prowincji północnych, na którym zamierzano 
ogłosić   ich  autonomię  pod  wysokim   protektoratem  Nipponu.   Rzecz   bowiem  w  tym,   iż   w  momencie 
otwarcia zjazdu, zarówno Tientsin jak i Pekin, miały zostać zajęte przez nagłe, zaskakujące uderzenie  
wojsk japońskich. Presja bagnetów i planowane w obu miastach masowe aresztowania przeciwników 
„zbratania z Japonią” miały, zdaniem Doihary, zapewnić pełny sukces jego planu. Plan ostatecznie jednak 
nie powiódł się. Doihara nie przewidział bowiem, że gubernatorzy, czując podświadomie, że „coś tu jest 
nie tak”, odmówili przyjazdu na zjazd i w ten sposób cała ta tak „pięknie” zapowiadająca się impreza 
zakończyła   się   pełnym   fiaskiem.   Jedynie   tylko   we   wschodniej   części   prowincji   Hopei   udało   się 
Japończykom utworzyć 24 listopada 1935 r., Przy pomocy agenta japońskiego In Ju-kenga, hopeiską radę 
autonomiczną,   która   podporządkowując   się   całkowicie   agresorowi,   ogłosiła   oderwanie   się 
administrowanego przez nią obszaru od Chin.

Wszystko   to   wywołało   nową   falę   masowych   wystąpień   anty-japońskich   w   Chinach.   Pierwszego 

listopada 1935 r. dokonano,

 

nieudanego zresztą, zamachu na życie premiera rządu pekińskiego, japonofila 

-   Wang   Cing-weja.   W   grudniu   tegoż   roku   rozpoczęły   się   w   całych   Chinach   masowe   antyjapońskie 
wystąpienia studentów, które weszły do historii pod nazwą ruchu „9 grudnia”.

Zaostrzeniu kursu polityki japońskiej wobec Chin towarzyszyły nieustanne prowokacje antyradzieckie, 

organizowane   przez   armię   kwantuńską   i   jej   agentów.   „Młodzi   oficerowie”   nadal   domagali   się 
zaatakowania granic Związku Radzieckiego. O ile jednak sprawa rozwijania agresji w Chinach zdołała  
zyskać już sobie pełną aprobatę, niemalże znacznej większości japońskich kół wojskowych, politycznych 
i gospodarczych, przynosząc im odczuwalne na każdym kroku profity i korzyści, to o tyle możliwość  
wybuchu   otwartej   wojny   japońsko-radzieckiej   budziła   w   Tokio   nadal   bardzo   poważne   obawy. 
Wymownym tego wyrazem było znamienne oświadczenie japońskiego ministra finansów Takahashiego, 

background image

który stwierdził przemawiając w dniu 26 listopada 1935 r.:

„W obecnej sytuacji międzynarodowej Japonii nie zagraża niebezpieczeństwo wojny czy to ze strony 

Stanów Zjednoczonych, czy Związku Radzieckiego. Japonia powinna więc kroczyć drogą pokoju i unikać 
wszelkich posunięć, które mogłyby wywołać zadrażnienia z innymi państwami” *.

* Z materiałów procesu tokijskiego.

Prowokacje antyradzieckie trwały jednak dalej. Jednocześnie militaryści japońscy podejmować zaczęli 

próby opanowania obszaru Mongolskiej Republiki Ludowej. Już w styczniu 1935 r. patrole japońskie 
usiłowały w kilku miejscach przekroczyć jej granice. W czerwcu tegoż roku władze japońskie zażądały od 
Mongolii, aby uznała de iure Mandżukuo oraz wpuściła na swe terytorium japońską misję wojskową. Po 
odrzuceniu tego rodzaju żądań Japończycy zagrozili, iż wymuszą ich przyjęcie siłą. W dniach od 8 do 10  
lutego   1936   r.   silne   zgrupowanie   wojsk   japońskich   i   oddziałów   marionetkowej   armia   mandżurskiej, 
wsparte artylerią, czołgami i lotnictwem, przekroczyło granice Mongolii wdzierając się w głąb kraju. Już 
wkrótce jednak napastnicy zostali powstrzymani i odparci z wielkimi stratami.

Poważnemu   zaostrzeniu   uległy   też   w   tym   samym   czasie   stosunki   japońsko-amerykańskie.   Już   w 

grudniu 1934 r. rząd japoński zerwał jednostronnie układ waszyngtoński w sprawie ograniczenia zbrojeń 
morskich. W grudniu 1935 r. Japonia, po odrzuceniu jej żądań w sprawie zrównania tonażu japońskiej 
marynarki wojennej z tonażem floty Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, opuściła demonstracyjnie 
obrady konferencji morskiej w Londynie.

Niepowodzenia kliki wojskowej zmierzającej do ustanowienia swej pełnej dyktatury w samej Japonii 

skłoniły ją do realizacji swych planów politycznych przynajmniej na okupowanym obszarze Chin. Już w 
marcu 1934 r. szef sztabu armii kwantuńskiej, generał Kuniaki Koiso, powiadomił Tokio o wprowadzeniu 
pełnej kontroli armii nad całym przemysłem pracującym w Mandżurii. Pod opiekuńczymi  skrzydłami  
armia,   decydującą   rolę   w   gospodarce   Mandżukuo   odgrywać   zaczął   jeden   z   czołowych   „nowych 
koncernów”, Kuhara Ayukawa „Nissan” (Japońskie Przemysłowe Towarzystwo Akcyjne).

Wszystko to, co działo się wówczas w Mandżuria, znajdowało oczywiście również swój wyraz  w 

sytuacji wewnętrznej samej Japonii. Ostra walka wewnętrzna rozgorzała już nawet w szeregach samej  
armii, podzielonej na trzy podstawowe odłamy: skrajnie awanturnicze ugrupowanie arakistów, któremu po 
dymisji   generała   Araki   przewodził   generał   Dzinzaburo   Mazaki,   zajmujący   nadal   ważne   stanowisko 
generalnego inspektora wyszkolenia wojskowego; centrowe ugrupowanie generała Hayashi nieco bardziej 
realistycznie myślące, choć również silnie zaangażowane w agresywną politykę wobec Chin; i najbardziej 
umiarkowane, powiązane ze „starymi koncernami”, ugrupowanie generała Ugaki.

W   obliczu   nieuniknionej,   nowej   próby   sił   w   armii   generał   Hayashi   rozpoczął   czystkę   w   armii,  

usuwając   ze   stanowisk   przedstawicieli   ruchu   „młodych   oficerów”   i   ludzi   powiązanych   z   tajnymi  
stowarzyszeniami   o   charakterze   mafijno-terrorystycznym.   W   lipcu   1935   r.   usunięty  został   ze   swego 
stanowiska   również   i   generał   Mazaki,   którego   miejsce   jako   generalnego   inspektora   wyszkolenia 
wojskowego zajął generał Jotaro Watanabe.

Młodzi oficerowie po raz drugi

Wszystko to, a zwłaszcza zdymisjonowanie generała Mazaki zdopingowało „młodych oficerów” 

do wznowienia, uśpionej nieco po porażce roku 1932, działalności. Znów w Tokio zaczęto mówić  o 
jakichś tajemniczych spotkaniach ludzi w mundurach i cywilów, na które nikt z postronnych osób nie jest 
dopuszczany.   Do   Ministerstwa   Wojny   napływać   zaczęły   też   meldunki   o   jakimś   dziwnym   ruchu   w 

background image

niektórych jednostkach stołecznego garnizonu. Znów, podobnie jak wiosną roku 1932, zaczęło się wiele 
mówić w Tokio o ruchu „młodych oficerów”, o ich rodowodzie politycznym, planach i zamiarach. Sprawa 
ta stała się też przedmiotem badań wąskiego kręgu oficerów śledczych tokijskiej komendy policji.

Według   danych   zebranych   przez   odpowiednie   organa   komendy,   ruch   „młodych   oficerów” 

reprezentował nadal poważną siłę i zdolny był do zorganizowania jakiegoś liczącego się wystąpienia. Kim 
właściwie   są   „młodzi   oficerowie”?   Zarówno   policja   tokijska,   jak   i   odpowiednie   komórki   służb 
specjalnych.   Ministerstwa   Wojny   podjęły   się   odpowiedzieć   na   to   pytanie.   Z   setek   różnorakich) 
dokumentów, charakterystyk  i oświadczeń oraz meldunków i raportów zarysował się wkrótce szerszy 
obraz ruchu, o którym tyle już w Japonii słyszano, a i jeszcze więcej miano usłyszeć.

Ideologia ugrupowania „młodych oficerów” zrodziła się o wiele wcześniej, niż można było zacząć 

mówić   o   powstaniu   ich   ruchu   i   początkach   jego   zorganizowanej,   w   sposób   wyraźny   i   świadomy,  
działalności. Otóż w połowie lat dwudziestych bramy wielu japońskich szkół wojskowych otwarły się 
szerzej   niż   dotąd   przed   znaczną   grupą   kadetów,   synów   biednych   chłopów-dzierżawców.   Obnażony 
wówczas status wymagań wobec kandydatów (polegający głównie na rezygnacji z cenzusu wykształcenia) 
umożliwił wejście na drogę kariery wojskowej nowej warstwie młodych mężczyzn, wyczulonych - ze  
względu   na   swe   pochodzenie   społeczne   i   własne   doświadczenia   życiowe   -   na   sprawy   związane   ze 
społecznymi skutkami nierówności społecznej.

Poddani   wychowawczo-propagandowej   machanie   organizacyjnej   swych   uczelni,   przejawiali 

samurajski tryb myślenia i widzenia świata, ulegli wpajanym im, od pierwszych dni nauki, ideom, według 
których Japonia, rządzona przez Syna Nieba, miała do spełnienia, zgodnie z wolą Niebios, szczególną 
misję wyzwolenia całej Azji spod władzy białych i zjednoczenie jej pod jednym - właśnie japońskim - 
panowaniem. Zaczęli też wierzyć, iż wybranym przez Niebiosa narzędziem do spełnienia tego wielkiego 
dzieła jest armia japońska, której czołowym oddziałem są właśnie oni. Wiedzieli, że dzieła owego nie da 
się zrealizować bez armii, bez walki, bez wojny. Po to zaś, aby móc wyruszyć na wielką wojnę, trzeba  
było mieć nie tylko dobrze zorganizowany i doskonale wyszkolony korpus oficerski, lecz również wielką 
armię, liczącą miliony zwykłych żołnierzy, równie chętnych do walki jak przewodzący im oficerowie. I tu  
właśnie  zrodziła  się  w umysłach  wielu owych   kadetów pewna  obawa.  Czy zwykły żołnierz,  w swej 
większości biedny chłop-dzierżawca, klepiący nieustannie biedę, okrutnie wyzyskiwany przez posiadaczy 
ziemi, zmuszony oddawać im nieraz i 4/5 swych zbiorów a w latach szczególnej nędzy i kryzysu do  
przymierania głodem, sprzedawania swych córek do domów publicznych itp., będzie chciał walczyć i 
umierać dla tych celów? Czy bez dokonania zmian w strukturze agrarnej kraju da się wprzęgnąć cały 
naród do rydwanu świadomej swych celów armii? Czy w takiej sytuacji powołani do wojska rekruci nie 
zaczną łatwo ulegać liberalnej, pacyfistycznej, czy wręcz komunistycznej, antywojennej propagandzie? 
Snując   tego   typu   rozważania,   kadeci   owi   dalecy   byli   od   chęci   demokratycznego   rozwiązania 
nabrzmiałych w Japonii problemów życia społeczno-gospodarczego. Nie zamierzali nikogo zbawiać, jak 
też nikogo wydziedziczać.  Uważali  jedynie,  że  kraj potrzebuje  pewnej reorganizacji  - zmniejszenia  i 
ograniczenia   rozmiarów   bieguna   nędzy   na   dole   i   bieguna   bogactwa   na   górze.   Ulegali   przy   tym 
demagogicznej wierze, iż dokonać tego może jedynie faszystowskie państwo, które poddając wszystkich 
swej   nieograniczonej   kontroli,   będzie   w   stanie   pogodzić   nawet   obszarnika   z   biednym   chłopem-
dzierżawcą, robotnika z kapitalistą. Przodującą zaś, organizatorską siłą tych przeobrażeń w Japonii miała 
być właśnie armia i jej wspaniała kadra dowódcza.

Tego rodzaju poglądy znalazły dość szybko zwolenników a nawet protektorów wśród generałów z 

ugrupowania Kodoha. To połączenie społecznej demagogii z nacjonalistyczno-faszystowskim programem 

background image

działania przypadło zwłaszcza do gustu generałowi Mazaki, który był w latach 1923-1927 komendantem 
głównym Akademii Wojskowej w Tokio. On to zresztą, widząc w swych wychowankach tak pojętnych  
uczniów - zadbał o ściągnięcie do uczelni odpowiedniej kadry wykładowców, których zadaniem było nie 
tylko nauczenie ich wojennego rzemiosła ale i wypełnienie ich umysłów przydatną im w przyszłym życiu  
ideologią.   Jednym   z   tych   wykładowców   był   dr   Diumei   Okawa,   faszyzujący   socjolog,   zdecydowanie 
zwalczający   zarówno   demokrację   parlamentarną,   jak   też   i   marksizm,   określający   je   mianem 
destrukcyjnych tworów zgniłego Zachodu. Pod, bezpośrednim wpływem Okawy kilku kadetów wystąpiło 
z armii zajmując się później szeregiem poglądów i idei Okawy w Japonii i Chinach. Wielki wpływ na  
ukształtowanie   ideowe   umysłów   owych   kadetów   miał   też   inny   nacjonalistyczny   mistyk   -   Ikki   Kita, 
członek kierownictwa Stowarzyszenia Czarnego Smoka. Kita nie tylko głosił swe idee i nauczał, ale też 
pisał, pozostawiając po sobie dość pokaźną literaturę. Główne myśli swej ideologii zawarł w broszurze 
wydanej pt. Zarys planu reorganizacji Japonii. Broszura dobrze była znana kadetom, a co więcej, właśnie 
przez nich szeroko kolportowana.

W broszurze Kita postulował:
- ograniczenie własności prywatnej w przemyśle i rolnictwie do ustalonego przez państwo poziomu;
- upaństwowienie tej wielkiej własności, która przekraczałaby ową granicę;
- pewien   procent   zysku   z   owej   zracjonalizowanej   własności   miałby   być   przeznaczony,   przez 

zarządzające nim państwo, na pomoc dla najuboższych;

- obciążenie państwa obowiązkiem dbania o sprawiedliwy podział zysku między właściciela fabryki  

a jego robotników oraz zapewnienie minimum socjalnego dla warstwy pracującej;

- przyznanie prawa do nauki wszystkim obywatelom bez różnicy płci;
- przyznanie prawa wyborczego wszystkim mężczyznom w wieku powyżej 25 lat;
- oddanie sprawy realizacji tego programu w ręce cesarza, który powinien zawiesić konstytucję i 

oprzeć się na armii, rozwiązując jednocześnie parlament i wszystkie partie polityczne;

- poparcie tak widzianej misji cesarza przez wojskowy zamach stanu i utworzenie paramilitarnej 

organizacji rezerwistów, która byłaby prawą ręką cesarza w dziele zarządzania państwem;

- podjęcie się przez Japonię misji wyzwolenia Azji spod białej dominacji, a następnie zjednoczenie 

całego świata pod panowaniem władcy Nipponu;

- uświadomienie wszystkim Japończykom, iż siłą motoryczną realizacji tego programu jest w sferze 

materialno-organizatorskiej - armia, a w sferze ideologicznej - buddyzm.

Kończąc swe rozważania, Kita przedstawił dzieje współczesnego świata jako swoistą walkę klas w 

wymiarze sytuacji międzynarodowej, przy czym Japonię uważał za proletariusza, Wielką Brytanię i Stany 
Zjednoczone za bankiera-kapitalistę, a ZSRR za obszarnika.

Należy dodać, iż Ikki Kita był jednym z czołowych, o ile nie sztandarowych ideologów imperializmu i  

militaryzmu  japońskiego. Już w 1919 r. niedługo po podpisaniu przez przedstawicieli Japonii traktatu 
pokojowego w Wersalu, Kita pisał (cytat za A. Zischka: La Japon dans le monde, Paryż 1936):

„Cesarstwo japońskie ma  bezsporne prawo wszcząć wojnę w obronie własnej. Toczyć  ją będzie z 

narodami  posiadającymi  terytoria   zbyt  rozległe  albo rządzone   w  sposób  wręcz   nieludzki.  Trzeba  np. 
oderwać   Australię   od   Wielkiej   Brytanii   albo   Syberię   wschodnią   od   Rosji.   Nasze   państwo   będzie 
uprawnione  do  prowadzenia  wojen dla  wyzwolenia  uciskanych  ludów Azji.  (...)  Możemy np.  podjąć 
walkę w celu wyzwolenia Indii spod brytyjskiego jarzma, a Chin spod obcego ucisku”.

Idee Kity znalazły swe rozwinięcie w znanym memorandum barona Tanaki, w poglądach generałów 

Araki, Mazaki czy Minami. Idea dachu o czterech rogach, którym miała się stać Japonia przykrywająca 

background image

sobą, a więc wchłaniająca, cały świat, pochodziła właśnie od Kity, choć i on zaczerpnął ją z bardziej 
odległych tradycji.

Kształtowani przez uczelnie wojskowe, wychowywani w duchu skrajnego szowinizmu i nacjonalizmu, 

w   duchu   starej,   samurajskiej   legendy  i   moralności,   urabiani   politycznie   przez   takich   ideologów,   jak 
Nizawa   czy  Kita,   wczorajsi   kadeci,   a   następnie   porucznicy   i   kapitanowie   stworzyli   na   początku   lat 
trzydziestych formalną grupę, którą wkrótce określać zaczęto mianem ruchu „młodych oficerów”. Mimo  
dość   znacznego   liczebnie   kręgu   sprzysiężonych   i   sympatyków   ruch   nigdy   nie   był   siłą   w   pełni 
samodzielną. Chcąc nie chcąc, oglądał się od początku i musiał się oglądać - z racji choćby tylko swego 
usytuowania w armii - na ludzi w generalskich mundurach. Dopiero bowiem ich uznanie i opieka mogły 
nobilitować ruch nadając mu właściwe znaczenie i rangę. Swych protektorów szukali „młodzi oficerowie” 
w   skrajnej   prawicy   ugrupowań   generalskich,   wśród   największych   orędowników   rządów   dyktatury 
wojskowej   w   kraju,   polityki   zaborczej,   wojny   i   podbojów.   Czuli   się   przecież   sercem   wojska,   jego 
najżywotniejszą tkanką, z wojskiem wiązali całe swe życie, karierę. A gdzież zdobywa się awanse, szarże 
i prestiż, jeżeli chce się nosić mundur niejako zawodowo? - Tylko na wojnie lub w kraju, dla którego  
wojna staje się życiową koniecznością.

Podbój Mandżurii i związana z nim stopniowa militaryzacja życia Japonii, następnie równie stopniowe 

nasilanie   się   agresji   w   Chinach   zachęciło   „młodych   oficerów”   do   zaakcentowania   swej   politycznej  
obecności. I zaakcentowali wychodząc z bronią w ręku w dniu 15 maja 1932 r. na ulice Tokio, mordując 
premiera Inukai, dokonując zamachów na rezydencje kilku innych wybitnych  osobistości japońskiego 
świata politycznego. Za krok ten o mały włos wielu z nich nie zapłaciłoby własną głową. Pozostawieni 
samym sobie przez protektorów w generalskich mundurach, nie wsparci przez armię jako całość, „młodzi  
oficerowie” cofnęli się na jakiś czas, znikając z pola widzenia. Zaskoczeni, zdezorientowani sytuacją w 
jakiej   się   nagle   znaleźli,   zaczęli   nawet   bardziej   podejrzliwie   przyglądać   się   swym   dotychczasowym  
idolom: generałom Araki czy Mazaki, którzy nie odważyli się wystąpić oficjalnie, otwarcie w ich obronie.  
Ale życie jest silniejsze od chwilowych uraz czy animozji. Naturalni sojusznicy lgną żywiołowo do siebie, 
choćby tylko dlatego, iż nie mają innego wyboru. Tak było i tym razem. Po dymisjach generałów: Araki a 
następnie  i Mazaki,  górę  w  armii   i  kołach  rządowych  wzięli,  jak pamiętamy,  zwolennicy  większego 
spokoju i zwolnienia tempa rozwijania agresji. Reprezentant tych sił, generał Hayashi, rozpoczął czystkę 
zarówno w grupie generałów z Kodoha, jak i dosięgając ugrupowania „młodych oficerów”. Ci ostatni 
postanowili więc znów wystąpić, aby zniszczyć „wrogów cesarza i armii”. Na czoło ruchu wysunęli się  
teraz   czterej   kapitanowie:   Kodzi   Muranaka,   Teruzo   Ando,   Asaici   Isobe   i   Saburo   Suganami.   Ich, 
politycznym natchnieniem nadal pozostawali ideolodzy: Nizawa i Kita.

Widząc, iż górę w naczelnych organach armii biorą stopniowo ich przeciwnicy, „młodzi oficerowie” 

zaczęli snuć plany nowego puczu. Stąd właśnie owe meldunki o tajnych spotkaniach jakichś oficerów, 
które napływać zaczęły wiosną 1935 r. do tokijskiej komendy policji. A sytuacja polityczna w stolicy 
Japonii zaczęła istotnie stawać się coraz bardziej napięta.

Oczyszczenie armii z niepewnych elementów, które rozpoczął generał Hayashi, wzburzyło młodych  

oficerów, skłaniając ich w końcu do otwartego wystąpienia. Pozornie w Tokio panował spokój. Już jednak 
w dniu 12 sierpnia 1935 r. doszło do pierwszego ostrego incydentu. Otóż jeden z młodszych oficerów 
zgrupowania Kodoha, bliski przyjaciel generała Araki, wczorajszy „młody oficer”, pułkownik Aizawa 
zastrzelił   szefa   biura   spraw  wojskowych   sztabu  generalnego  sił   lądowych   generała   Tetsuzan  Nagatę. 
Nagata (bliski przyjaciel generała Hayashi) uważany był za osobistego wroga generała Araki i naraził się 
zarówno notablom wojskowym z Kodoha, jak i „młodym oficerom” przeprowadzeniem czystki w armii.

background image

Nowy minister wojny (Hayashi ustąpił przerażony rozłamem w armii) - utajony sympatyk generałów 

Araki   i   Mazaki   -   generał   Josidiuki   Kwasima,   wydał   zgodę   na   proces  zabójcy  generała   Nagaty  przy 
drzwiach otwartych. W ten sposób w styczniu 1936 r. rozpoczął się w stolicy kraju prawdziwy spektakl  
propagandowy na rzecz wzmocnienia ugrupowania Kodoha i „młodych  oficerów”. Inspirowana przez 
arakistów prawicowa prasa gloryfikowała zabójcę, nie wahając się twierdzić, iż prawdziwym potworem 
był zabity, a zabójca niemalże ofiarą podłych intryg tamtego. Zebrani na sali rozpraw oficerowie też nie 
ukrywali, iż są po stronie oskarżonego.

Temperatura sytuacji politycznej w Tokio była coraz bardziej gorąca. Co prawda, generał Kawasima 

wstrzymał rozpoczętą przez swego poprzednika czystkę w armii, ale nie mogło to już ostudzić animuszu 
młodych oficerów, ani wstrzymać zapoczątkowanego już toku wydarzeń. Narastał niepokój, którego nie 
ukrywał   nawet   generał   Kawasima,   licząc   się   z   możliwością   jakichś   niekontrolowanych   i   niezbyt 
przemyślanych  wystąpień „młodych  oficerów”. Chcąc im zapobiec, a wiedząc, iż większość oficerów  
ruchu służy w 1 dywizji tokijskiej, zaplanował wysłanie tej dywizji do Mandżurii. Wydany w tej sprawie  
rozkaz był ściśle tajny, ale nim jeszcze nabrał mocy, przestał być tajemnicą. Gdy o tym zamiarze ministra 
wojny dowiedzieli się „młodzi oficerowie”, zdecydowali się przyspieszyć, zaplanowane już, wystąpienie 
zbrojne. Należy dodać, iż atmosfera polityczna, jaka wówczas panowała w Tokio, sprzyjała realizacji 
planów   puczu.   Skrajna   prawica   rozpętała   już   w   końcu   1934   r.   istną   nagonkę   na   ludzi   o   bardziej  
liberalnych, demokratycznych poglądach. Ten klimat polowania na czarownice utrzymał się przez cały 
rok 1935 i początek 1936.

Działalność japońskich „gniewnych” ogniskowała się wówczas wokół postaci profesora Minobe. Otóż 

w   1934   r.   zmarł   nagle   przewodniczący   Tajnej   Rady.   Następcą   zmarłego   został   zaufany   dworu 
cesarskiego,   baron   Ikki,   nie   cieszący   się   popularnością   w   kołach   wojskowych.   Dlatego   też   armia 
domagała   się   powierzenia   stanowiska   wiceprzewodniczącego   Tajnej   Rady   przedstawicielowi   skrajnie 
reakcyjnej i militarystycznej orientacji japońskich sfer politycznych - baronowi Hiranumie. Kandydatury 
tej nie udało się jednak wojskowym przeforsować na skutek zdecydowanego sprzeciwu dworu. Wzburzeni 
tym wojskowi, a zwłaszcza arakiści, rozpoczęli walkę z baronem Ikki. Tego ostatniego nie odważono się 
jednak - ze względu na jego koneksje z dworem - zaatakować wprost. Wybrano więc drogę okrężną,  
uderzając najpierw w bliskiego przyjaciela Ikki, profesora Minobe. Ten ostatni w licznych dziełach i  
rozprawach naukowych, znanych zresztą nie tylko w Japonii, lecz również i poza jej granicami, odwołując 
się do obowiązującej oficjalnie w Japonii konstytucji, stwierdził, że władza cesarza nie pochodzi od Boga,  
ale jest jedynie jednym z wielu organów władzy państwowej i powinna podlegać kontroli parlamentu. 
Armia ostro zaatakowała profesora za głoszenie tego rodzaju poglądów, oskarżając go o obrazę cesarza, tj. 
świętokradztwo   i   podkopywanie   istniejącego   ustroju   państwa.   Wkrótce   zresztą   profesor   Minobe   padł 
ofiarą,   nieudanego   co   prawda,   zamachu   na   jego   życie,   a   następnie   władza,   ulegając   zorganizowanej 
nagonce prawicy, pozbawiła profesora Minobe wszelkich pełnionych przezeń dotąd godności i stanowisk, 
doprowadzając w końcu do usunięcia go z Izby Parów.

Był to już drugi, po zamordowaniu generała Nagaty, sukces skrajnie prawicowych i szowinistycznych  

kół armii. Ale na tym

 

koła te nie zamierzały poprzestać, zdając sobie zresztą dobrze sprawę, iż ogólna 

sytuacja   społeczna   i   polityczno-gospodarcza   kraju   staje   się   dla   nich   coraz   mniej   korzystna. 
Szowinistyczne nastroje, rozbudzone podbojem Mandżurii, zaczęły wyraźnie słabnąć, przytłumiane stale 
pogarszającą   się   sytuacją   wewnętrzną   kraju.   Zjawisku   ciągle   rosnących   zysków   wielkich   koncernów 
towarzyszył permanentny spadek siły nabywczej japońskich mas pracujących. Rosły ceny, spadały płace 
robotników,   wzmagała   się   nędza   chłopów-dzierżawców,   potęgowała   się   ruina   gospodarstw   średnich 

background image

posiadaczy ziemskich i bogatych chłopów. Wiele obszarów wiejskich kraju objęła klęska głodu. Tylko w 
jednej prowincji Tokoka aż 700 000 ludzi stanęło w połowie 1934 r. w obliczu groźby śmierci głodowej. 
Ratunku   w   tej   tak  tragicznej   sytuacji   wiele   rodzin   chłopskich  szukało  w   sprzedaży  swych   córek  do 
miejskich domów publicznych.

„Nie ma ryżu do jedzenia - pisał wówczas jeden z dzienników tokijskich - nie pomaga najcięższa 

praca,   płaczą   dziewczęta   sprzedawane   przez   rodziców,   ludzie   uciekają   z   wiosek,   dzieci   i   starcy 
przymierają głodem. Oto prawdziwy stan wsi japońskiej”.

Nie   lepiej   przedstawiała   się   i   sytuacja   w   miastach,   zalewanych   potokami   uciekinierów   ze   wsi, 

poszukujących tu na próżno pracy i zarobku. Wszystko to dopingowało japońską klasę robotniczą do 
organizowania   się   i   wysuwania   żądań,   które   z   czasem   przestały  dotyczyć   tylko   sfery  ekonomicznej. 
Wzrostowi   świadomości   i   organizacji   proletariatu   towarzyszyła   stopniowa   radykalizacja 
drobnomieszczaństwa i inteligencji. Ugrupowania reakcyjne i militarystyczne zaczęły powoli tracić swe 
poprzednie wpływy w związkach zawodowych. Przerzucanie ciężaru wydatków wojennych na barki ludzi 
pracy,   przy   jednoczesnym   zagarnianiu   wszystkich   zysków   płynących   z   zaangażowania   militarnego 
Japonii w Chinach przez wielkie koncerny, zaczęło coraz bardziej oburzać szerokie kręgi społeczne kraju, 
domagające   się   utworzenia   szerokiego   frontu   antywojennego.   Tendencje   te   stały   się   już   tak   silne   i  
widoczne, iż dały o sobie znać nawet w szeregach jednej z dwu głównych

 

partii politycznych kraju - partii 

„Minseito”. Czołową rolę organizacyjno-ideową w tym nurcie narastającej opozycji odgrywała Japońska 
Partia   Komunistyczna,   która   mimo   wielokrotnie   przeprowadzanych   przez   władze   aresztowań 
komunistów, działała nadal, zyskując sobie coraz to nowych zwolenników i sympatyków.

Jednym   z   głównych   środków   walki   z   lewicą,   zastosowanych   przez   rząd,   była   ustawa   „o 

niebezpiecznych   myślach”,   której   projekt   przedstawiony   w   parlamencie   w   1935   r.   przewidywał   za 
szerzenie lewicowych, postępowych poglądów bardzo surowe kary aż do kary śmierci włącznie. Mimo to 
nastroje antywojenne szerzyły się nadal w kraju, co znalazło m. in. swój wyraz również w wyborach do  
parlamentu, jakie odbyły się 20 lutego 1936 r. Partia „Minseito”, która występowała przeciwko arakistom, 
wzmocniła swój stan posiadania w parlamencie ze 127 do 205 mandatów, a partia „Seiyukai”, powiązana 
z   arakistami,   zmniejszyła   go  z   242  do   174  mandatów.   Wzmocniła   się   też   partia   „Shakai   Taistouto” 
(socjaldemokratyczna) uzyskując 18 mandatów (poprzednio zdobyła jedynie 3).

Czas   zaczął   więc   coraz   wyraźniej   pracować   przeciwko   „młodym   oficerom”   i   ich   protektorom   z 

Kodoha. Uznali więc, że trzeba już zacząć działać. Do akcji dopingowały ich też uzyskane poufną drogą z 
Ministerstwa Wojny informacje o planach przerzucenia 1 dywizji tokijskiej do Mandżuria.

Zawiązany już uprzednio spisek wszedł w pierwszych dniach lutego w stadium realizacji. Na czele 

powołanego przez spiskowców sztabu akcji stanęli, zwolnieni z armii po wydarzeniach majowych 1932 r., 
kapitanowie - Muranaka i Ando oraz będący nadal w służbie czynnej oficerowie: kapitan Siro Nonaka 
oraz porucznik Ido Kurihara.

Plan   akcji,   ułożony   przez   tę   czwórkę,   przewidywał   opanowanie   przez   spiskowców   wszystkich 

ważniejszych   obiektów   strategicznych   i   administracyjnych   Tokio,   zamordowanie   kilkudziesięciu 
czołowych polityków i wyższych, wojskowych, których „młodzi oficerowie” uznali za zdrajców. Otoczyć 
miano   też   dyskretną   siecią   posterunków   pałac   cesarski,   aby   uniemożliwić   przeciwnikom   puczu 
schronienie się pod opiekuńcze skrzydła Sytna Niebios, a i jego samego odizolować od rozgrywających 
się wydarzeń. Ustalono też, iż dzień „x”, który miał stać się dniem narodzin nowej Japonii, nastąpić miał  
26 lutego 1936 r.

background image

Godziny grozy

I   rzeczywiście.   Wczesnym   rankiem   26   lutego   1936   r.   oficerowie,   uczestnicy   sprzysiężenia, 

wyprowadzili na ulice stolicy ponad 1500 żołnierzy i podoficerów 1 tokijskiej dywizji piechoty. Działając 
w myśl dawno już opracowanego scenariusza akcji, spiskowcy podzielili się zaraz po opuszczeniu koszar 
na małe oddziałki, z których każdy przystąpił do wykonania przydzielonego mu zadania.

Około połowę swych sił skierowali spiskowcy do centrum Tokio z zadaniem opanowania głównych 

obiektów strategicznych oraz gmachów publicznych. Zadanie to zrealizowano zresztą błyskawicznie i w 
stu   procentach.   Nim   bowiem   ktokolwiek   zdążył   się   tu   zorientować   w   rozwoju   sytuacji,   oddziały 
rebeliantów zajęły bez walki: gmach komendy policji, kompleks budynków Ministerstwa Wojny i sztabu 
generalnego,   gmach   parlamentu   oraz   budynki   wszystkich   znajdujących   się   w   rejonie   śródmieścia 
ministerstw.   Należy   dodać,   iż   ani   wojsko,   ani   policja,   ani   żandarmeria   nie   stawiały   spiskowcom 
efektywnego oporu, wycofując się bez walki lub też składając broń. Jedynie w rejonie pałacu cesarskiego 
spiskowcy   ponieśli   porażkę.   Tu   bowiem   nie   udało   się   im   zrealizować   swego   planu   akcji.   Próba 
zamknięcia  pałacu szczelnym   kordonem  załamała   się,  gdy do kontrakcji  przeszły oddziały  cesarskiej 
gwardii, uniemożliwiając zamachowcom opanowanie zaplanowanych obiektów. Nie chcąc wdawać się w 
niepotrzebne, w tym stadium działań, walki, spiskowcy cofnęli się, otaczając pałac już bardziej szerokim i 
mniej szczelnym kordonem posterunków obserwacyjnych.

W opanowanych  przez rebeliantów obiektach nic się właściwie nadzwyczajnego nie działo. Nadal  

pracowały   mieszczące   się   w   nich   biura   i   urzędy.   Nadal   dzwoniły  telefony,   przybywali   i   odchodzili 
interesanci. Jedynie gmachy wojskowe zostały na jakiś czas całkowicie odizolowane, a pracujący w nich 
personel, w mundurach i bez, został przejściowo internowany.

Ale nie wszędzie było tak spokojnie. W Tokio zaczęły działać inne grupy spiskowców, które można by 

określić europejskim mianem „komand śmierci”.

Długą listę nazwisk różnorakich ważnych osobistości, które miały tego dnia rozstać się z życiem;,  

otwierali: były premier i aktualny kanclerz - admirał Saito; minister finansów - Takahahsi; premier -  
admirał   Okada;   generalny  inspektor   wyszkolenia   wojskowego   -   generał   Watanabe;   marszałek   dworu 
cesarskiego - admirał Suzuki; członkowie Tajnej Rady: książę Saionji i baron Makino.

Już wkrótce wszystkie rezydencje wyżej wymienionych osobistości stały się obiektem ataku ze strony 

doskonale uzbrojonych grup spiskowców. Po obrzuceniu atakowanych, budynków ręcznymi granatami 
rebelianci wdzierali się do wewnątrz, szukając swych ofiar. Jedna z pierwszych grup szturmowych wdarła 
się do mieszkania ministra finansów Takahashiego. Minister nie zdążył nawet wypowiedzieć słowa, gdy 
leżał już we krwi na podłodze swej sypialni. Rozsiekanego szablami dobito jeszcze dla pewności salwą z 
pistoletów.   Później,   gdy   rebelianci   opuszczali   już   ów   dom   śmierci,   podpalono   go.   Podobna   scena 
rozegrała się w chwilę później w rezydencji admirała Suzuki. I on został zaskoczony nie mając możności  
ucieczki. Zabito go ciosami szabel i strzałami z pistoletów. W tym samym mniej więcej czasie zastrzelono 
również generała Watanabe.

Mniej udał się spiskowcom atak na rezydencję premiera Okady. I on, co prawda, dał się zaskoczyć, ale 

w   ostatniej   dosłownie   chwili   zdążył   się   skryć   w   jednym   z,   tajnych   schowków.   Gdyby   rebelianci 
rozpoczęli   dokładne   przeszukiwania   pomieszczenia   rezydencji,   mieli   szansę   premiera   odnaleźć   i 
dokończyć zamierzonego dzieła mordu. Rzecz jednak w tym, iż go nie szukali. Byli bowiem pewni, iż 
właśnie przed chwilą premier zginął od ciosów ich szabel i kul. W chwili, gdy wdarli się do gabinetu 
premiera, zastali tam człowieka, którego wzięli za Okadę. Był to szwagier premiera, pułkownik Denko 

background image

Matsui, istotnie podobny do Okady jak dwie krople wody, tyle tylko, że trochę młodszy. Gdy spiskowcy 
opuścili   już   rezydencję,   podpalając   ją,   premier   Okada   wyszedł   z   kryjówki.   Ratując   dalej   swe   życie 
udawał, przy pomocy służby, jednego z żałobników wynoszących z płonącej rezydencji „ciało zabitego 
premiera”.   Okada   dopiero   w   dwa   dni   później   zdołał   przedostać   się   do   pałacu   cesarskiego,   na   swe  
nieszczęście   już   po   złożeniu   przez   cesarza   kondolencji   jego   rodzinie.   Po   tym   akcie   Okada,   choć   w 
rzeczywistości   żywy,   musiał   zejść   ze   sceny.   Uznany   przez   cesarza   za   zmarłego   przestał   być   dla 
współczesnych żywym (cesarz nie może się mylić).

Tego dnia zginęło jeszcze w Tokio kilku pomniejszych notabli, którzy kiedyś tam i czymś  zdołali 

narazić się „młodym oficerom”. Nie udało się natomiast rebeliantom „upolować” ani księcia Saionji, ani 
barona Makino. Ci byli widocznie lepiej poinformowani o tym, co może nastąpić, gdyż w porę zdołali 
opuścić swe rezydencje i tak się ukryć, iż mimo wytężonych poszukiwań kilkudziesięciu ludzi nie udało  
się ich odnaleźć i zamordować.

Gdy dzień 26 lutego zbliżał się już do końca, sytuacja w Tokio zaczęła się jak gdyby normalizować.  

Ucichły   strzały.   Dopalały   się   rezydencje   zamordowanych   osobistości,   rebelianci   nadal   okupowali 
wszystkie zajęte przez siebie gmachy i budynki publiczne. Nikt z nikim nie walczył, nikt nikogo nie 
atakował. Spiskowcy dumni z tak pomyślnie wykonanego dzieła nie szli dalej, pewni, iż teraz wejdą do 
akcji ich wysoko postawieni protektorzy w generalskich mundurach. I działania takie zostały istotnie 
podjęte. Już pod wieczór 26 lutego w pałacu cesarskim zjawiło się kilku generałów z grupy Kodoha. W 
układny sposób starali się przekonać cesarza i jego świtę, iż spiskowcy, okupujący od kilku już godzin 
całe prawie centrum Tokio, to nie zwykli buntownicy, ale gorący patrioci. Jako młodzi, bardziej burzliwie 
podchodzą   do   życia   i   nie   mogąc   pogodzić   się   z   wrogą   wobec   państwa   polityką   niektórych   wysoko 
postawionych   osobistości,   sami   ich   ukarali,   chcąc   jednocześnie   ułatwić   cesarzowi   wzięcie   sprawy 
wielkości Japonii we własne ręce. Ich żądania są minimalne. Chodzi tylko o odsunięcie od tronu jeszcze  
kilkunastu   kapitulantów,   i   mianowanie   wodzem   wojsk   japońskich   w   Chinach   generała   Araki. 
Zbuntowanych nie należy karać a jedynie umożliwić im pójście na front, gdzie będą mogli potwierdzić  
swym męstwem przywiązanie do tronu i Ojczyzny.

Argumenty   były   pozornie   mocne   i   przystrojone   w   piękne   ozdobniki.   Wbrew   jednak   nadziejom 

generała Araki i jego przyjaciół nie zrobiły oczekiwanego rezultatu. Cesarz wysłuchał wszystkiego bardzo 
uważnie, ale ku wielkiemu zdziwieniu wygłaszających tego rodzaju zdania „doradców” stwierdził, iż ma 
dosyć oficerskich wystąpień, tak w roku 1932 jak i obecnie, iż raz był już łaskawy dla buntowników, i że 
nie może pozwolić, aby jego, i to bliscy mu, poddani ginęli z ręki spiskowców. Dlatego też nie będzie 
żadnych rozmów, ustępstw i łaski. Rebelianci muszą wrócić do koszar, złożyć broń, zostać aresztowani i  
postawieni przed sądem, no i... oczywiście bardzo surowo ukarani.

Spiskowcy tymczasem nie wiedząc o tym,  jak ich akcje źle stoją, wbrew pozornemu sukcesowi z 

pierwszego  dnia   puczu,  zajmowali  opanowane   obiekty,   czekając   spokojnie   na  dalszy  bieg  wydarzeń. 
Liczyli,   iż   lada   chwila   po   ich   stronie   opowie   się   cała   armia   a   cesarz   pobłogosławi   ich   dzieło,   tak 
efektywnie   rozpoczęte.   Jak   na   razie   rząd   również   nie   podejmował   żadnych   widocznych   kroków 
zmierzających   do   rozprawy   z   rebeliantami.   Władze   ograniczyły   się   jedynie   do   wprowadzenia   stanu 
wojennego   oraz   ściągnięcia   do   rejonu   stolicy   kilku   pułków   piechoty   oraz   znacznych   sił   policji   i 
żandarmerii.

Stan taki trwał przez całe prawie trzy dni. W pałacu cesarskim jeszcze kilka razy podejmowano różne 

próby mediacji. W obronie spiskowców występowali generałowie: Araki i Mazaki, admirał książę Fusima, 
a nawet dowódca garnizonu tokijskiego generał Kasi, nie ukrywający swego przekonania, iż słuszność 

background image

znajduje się po stronie „młodych oficerów”. Lecz z czasem obrońców spiskowców było coraz mniej.  
Nawet generał Araki przestał się do nich przyznawać.

Wszystkie te mediacje i wstawiennictwa nie dały ostatecznie żadnych pomyślnych dla buntowników 

rezultatów.   Co   więcej,   wraz   z   upływem   czasu,   gdy   w   Tokio   zaczęły   odbywać   się   demonstracyjne  
pogrzeby pomordowanych osobistości, przy licznym udziale przedstawicieli armii i mieszkańców stolicy, 
atmosfera rozmów w pałacu cesarskim zaczęła się zagęszczać, stając się coraz bardziej dla „młodych  
oficerów” niekorzystna.

Ci wciąż jeszcze łudzili się, że cała armia pójdzie wreszcie ich śladem, i stali na zajętych w pierwszym  

dniu   puczu   stanowiskach.   Nadzieje   te   okazały   się   jednak   płonne.   Trzeciego   dnia   puczu   spiskowcy 
otrzymali rządowe ultimatum. Stwierdzało ono, iż jeżeli natychmiast nie opuszczą opanowanych przez 
siebie obiektów, nie powrócą do koszar i nie oddadzą się dobrowolnie w ręce władz, zostaną zmuszeni do 
tego siłą przez skierowane przeciw nim wojsko i policję. Dla potwierdzenia tych słów do centrum miasta 
wkraczać zaczęły silne oddziały wojska, policji i żandarmerii, otaczając powoli całe dzielnice i gmachy  
opanowane   przez   spiskowców.   Tkwiący   przy   ministerialnych   telefonach   przywódcy   rebelii   zaczęli 
otrzymywać  też telefoniczne rady,  aby przyjęli ultimatum, gdyż inaczej zostaną starci na proch przez  
atakujące   oddziały  wsparte   czołgami   i   artylerią.   Przywódcy   spisku   wciąż   jeszcze   zwlekali   z   decyzją 
złożenia broni. Gdy jednak kapitanowi Muranake udało się połączyć z generałem Araki, ten też doradził 
odwrót.   Buntownicy   powiadomili   przez   telefon   komendanta   stołecznego   garnizonu,   iż   opuszczają 
zajmowane   przez   siebie   obiekty   i   wracają   do   koszar,   gdzie   zameldują   się   u   swych   bezpośrednich 
przełożonych. Tak się też stało. Po trzech dniach okupacji centrum stolicy przez siły buntowników sytuacja 
wróciła   do   normy.   Miejsca   opuszczone   przed   chwilą   przez   rebeliantów   zaczęły   zajmować   teraz   silne 
oddziały policji d żandarmerii. Gdzieniegdzie stały czołgi i samochody pancerne. Obok nich widać było 
stanowiska   lekkich   działek   i   ciężkich   karabinów   maszynowych.   Już   jednak   po   kilku   godzinach   i   to 
zniknęło   z   ulic   Tokio.   Życie   stolicy   Japonii   wracało   do   normy,   tylko   ruiny   rezydencji   niektórych  
dostojników państwowych, spalonych przed kilku dniami przez rebeliantów, przypominać miały jeszcze 
przez jakiś czas mieszkańcom Tokio o wydarzeniach, jakie rozegrały się tu w dniach 26-28 lutego 1936 r.

Tymczasem zaś w koszarach i dywizji rozgrywał się już drugi akt dramatu. Wszystkich oficerów i 

podoficerów biorących udział w puczu aresztowano. Żołnierzy odizolowano od pozostałych, poddając 
wielogodzinnym przesłuchaniom. Niektórych z nich - po udowodnieniu świadomego udziału w rebelii - 
również aresztowano, większość skierowano do karnych kompanii i wysłano do jednostek działających w 
Chinach.   Koszary,  w  których   umieszczono  aresztowanych   oficerów,   otoczone   były  silnym   kordonem 
policji i marynarzy. Warto tu dodać, iż tych, którzy opowiadali się zdecydowanie za stłumieniem puczu 
siłą, poparła zwłaszcza marynarka  wojenna. Wśród aresztowanych  zabrakło jednak kilku z głównych  
przywódców   buntu,   którzy,   jak   np.   kapitan   Siro   Nonaka,   zdążyli   w   ostatnim   momencie   przed 
aresztowaniem popełnić samobójstwo.

W   toku   rozpoczętego   śledztwa   odsłonięto   wkrótce   kulisy   zdławionego   dopiero   co   spisku,   jego 

rzeczywiste rozmiary i społeczny zasięg, wykraczający znacznie poza samą armię. Okazało się bowiem, iż  
w chwili gdy „młodzi oficerowie” zajmowali centrum Tokio lub palili rezydencje nie lubianych przez 
siebie dostojników mordując ich gospodarzy, ideolodzy ruchu: Kita i Nisida rozesłali po kraju dokumenty 
tłumaczące postępowanie ich kolegów w mundurach i zapowiadające narodziny nowej ery w dziejach 
Japonii,   tzw.   restauracji   Showa,   O   tym,   iż   apele   i   wezwania   Nisidy  i   Kity  nie   pozostały  bez   echa,  
dowodził najlepiej fakt, iż z niektórych rejonów kraju ruszyła spiskowcom pomoc. Między innymi  na 
odsiecz im przybył na czele grupy oficerów, porzucając swą jednostkę wojskową, książę Cicibu. Grup  

background image

takich przybyło do stolicy więcej. Nie włączyły się jednak do akcji, widząc odbywającą się właśnie na 
przedmieściach   Tokio   koncentrację   wojsk   rządowych   oraz   zgrupowane   w   Zatoce   Tokijskiej   eskadry 
japońskiej marynarki, wojennej, deklarującej wierność rządowi.

Z   relacji,   odtworzonych   w   czasie,   prowadzonego   coraz   energiczniej   śledztwa   wynikało,   iż 

dramatyczne wieści o sytuacji w mieście, opanowanym przez spiskowców w dniu 26 lutego, dotarły do 
pałacu cesarskiego w dniu 27, kiedy to zjawił się tu cudem ocalały premier Okada. Wtedy też wydano  
pierwsze rozkazy zdecydowanego stłumienia rebelii i postawienia winnych udziału w puczu przed sądem. 
Okazało się też, iż większość japońskiej generalicji - wyłączając arakistów - przyłączyła się do zdania, iż 
spisek należy zdławić i ukarać jego uczestników. Niemniej jednak zamachowcy odnieśli pewien sukces, 
choć nie oni sami mieli zbierać jego plony. Okazało się bowiem, iż armia wyszła z wydarzeń tych w 
zasadzie wzmocniona. Do dymisji podać musiał się premier Okada, który jako raz uznany przez cesarza 
za tragicznie zmarłego nie mógł już dalej pełnić swych funkcji. Jego następcą został związany z armią i  
skrajnie reakcyjny Hirota. Tak więc jeden z głównych celów puczu - skierowanie kraju na prawo - został 
spełniony.   Nieoczekiwanym   natomiast   efektem   zdławionego   puczu   było   dojście   przez   większość 
przedstawicieli japońskiej generalicji do wspólnego wniosku, iż należy skończyć  z sytuacją, w której 
ludzie w tych samych mundurach zaczynają się nawzajem mordować. Aby temu zapobiec na przyszłość, 
postanowiono   dać   raz   na   zawsze   potencjalnym   naśladowcom   „bohaterów”   z   26   lutego   odpowiednio 
odstraszający przykład. Poważnym przy tym oskarżeniem ze strony wyższego dowództwa pod adresem 
„młodych oficerów” było to, iż w odróżnieniu od wydarzeń z 1932 r., kiedy w spisku wzięli udział sami 
tylko oficerowie, wciągnęli tym  razem i podoficerów i żołnierzy.  Generałowie twierdzili, że minione 
wydarzenia   osłabiły,   i   podważyły  spoistość   i   morale   armii   jako  całości   i   dlatego  wybryk   ten  należy 
bezwzględnie potępić a winnych ukarać. Ster losów armii wzięła teraz, wypierając arakistów, tzw. grupa 
kontroli,   stawiając   kołom   politycznym,   przerażonym   rozwojem   niedawnych   wydarzeń,   bezwzględne 
warunki. Za cenę przywołania do porządku „młodych oficerów” armia zażądała znacznego zwiększenia 
jej wpływów w życiu politycznym i gospodarczym kraju. Dlatego też rząd Hiroty stał się gabinetem, w 
którym   decydujący   głos   i   rola   przypadły   klice   wojskowej.   Prawdziwym   szefem  rządu   stał   się   nowy 
minister   wojny,   generał   Terauchi.   Po   odniesieniu   tego   sukcesu   naczelne   dowództwo   japońskich   sił 
zbrojnych zabrało się z wielką energią do przywrócenia dyscypliny w wojsku.

Na ławie oskarżonych

Przed specjalnym trybunałem, którego sesje odbywały się od wiosny 1936 do maja 1937 r., 

stanęło w Tokio 124 spiskowców (z 1483 biorących w nim udział). W gronie oskarżonych znalazło się 19 
oficerów, 73 podoficerów i 19 szeregowych oraz 10 osób cywilnych. Wyrok ogłoszono w lipcu 1936 r. , - 
17 oskarżonych skazano na karę śmierci i już w kilka dni później rozstrzelano; 5 skazano na dożywocie. 
Inni otrzymali wyroki więzienia od 4 do 10 lat pozbawienia wolności. Odbył się w tym też czasie proces 
zabójcy generała Nagaty - pułkownika Aizawy.  I jego również skazano na śmierć  i stracono. Wśród 
rozstrzelanych znaleźli się m. in., przywódcy spisku a zarazem przywódcy ruchu „młodych oficerów”: 
kapitanowie - Muranaka, Ando, Izobe i Kurihara. W kilka miesięcy później, bo już w 1937 r. odbył się  
proces cywilnych uczestników puczu, wśród których czołową rolę odgrywali ideolodzy ruchu: Nisida i 
Kita.   Oni   również   otrzymali   wyroki   śmierci,   stając   w   48   godzin   później   przed   lufami   plutonu 
egzekucyjnego.

Represje wobec uczestników rebelii z 26 lutego 1936 r. objęły również, choć nie w tym stopniu i nie w 

background image

tej   skali,   grupę   generałów,   która   w   mniej   lub   bardziej   bezpośredni   sposób   patronowała   „młodym 
oficerom”.   Przed   sądem   stanęło   ich   tylko   dwóch.   Byli   to   generałowie:   Mazaki   i   Saito   (nie   mylić   z 
zamordowanym byłym premierem). Mazaki został uniewinniony, Saito skazany na 5 lat więzienia. Inni 
uniknęli konieczności zasiadania na ławie oskarżonych, ale też zapłacili słoną cenę za wybryk  swych  
pupilków. Zmuszono ich, aby składali zeznania jako świadkowie na procesach uczestników puczu. Na sali 
zebrane   było   doborowe   grono   ludzi   w   generalskich   i   admiralskich   mundurach.   Dlatego   też   każdy  z 
zeznających ważył każde wypowiadane słowo, wiedząc, iż od tego, być  może, co powie, zależy jego  
dalsza kariera wojskowa, awans, korzystny przydział itp. Z reguły nikt więc, nawet najbardziej zajadły 
dotąd arakista, nie bronił „młodych oficerów”. Wprost przeciwnie, każdy ich potępiał, oskarżając o sianie  
anarchii   i   zarzewia   szkodliwego   dla   armii   buntu.   Była   to   kolejna,   bardzo   bolesna   klęska   „młodych  
oficerów”,   którzy  zrozumieli,   iż   byli   jedynie   narzędziem   w   ręku,   możniejszych   od   siebie,   graczy  w  
generalskich mundurach. Mimo jednak politycznego odwrotu arakistów wielu z nich nie ominęła fala  
represji. Co prawda, nie stawiano ich przed sądem, nie skazywano i nie rozstrzeliwano, ale aż siedmiu z  
nich musiało podać się do dymisji, przestając być członkami Najwyższej Rady Wojennej. Aż czterech z 
tych siedmiu musiało nawet zdjąć mundury i opuścić szeregi czynnej służby. Byli to generałowie: Araki, 
Mazaki, Hayashi i Abe. Przez jakiś czas mówiło się w Tokio o możliwości aresztowania i postawienia 
przed sądem generała Mazaki. Okazało się bowiem, iż w rękach policji znalazł się ważny dokument, w  
którym spiskowcy wysuwali kandydaturę generała na premiera nowego rządu japońskiego, który miał 
zostać   utworzony   po   zwycięstwie   puczu.   Generał   Mazaki   zdołał   się   jednak   jakoś   odciąć   od   swych 
dawnych uczniów z Akademii Wojskowej i pozostał na wolności, choć już tylko jako oficer rezerwy. W  
czasie akcji tłumienia puczu policja aresztowała również kilku przedstawicieli „nowych koncernów”, a  
m.in. znanego przemysłowca - Kuharę. Zarówno jednak jego, jak też i jego kolegów wkrótce zwolniono, 
uwalniając od winy i kary a nawet podejrzenia o uczestnictwo w buncie. I tak, zamiast początku „Ery 
Showa” wydarzenia lutowe 1936 r. weszły do historii Japonii jako „incydent z 26 lutego” (ni-nirokujiken).

Porażka taktyczna i klęska moralna spowodowały zanik działalności ruchu „młodych oficerów”, o 

których   miano   usłyszeć   dopiero  latem  1945  r.,  gdy  ważyły   się   losy  Japonii   w   przededniu  jej   klęski 
wojennej. Ani jednak ci z nich, którzy stanęli latem 1937 r. przed lufami plutonu egzekucyjnego, ani ci, 
którym  udało się ocaleć, nie wiedzieli, iż po wielu latach doczekają się gloryfikacji. I tak, w latach  
sześćdziesiątych   znany   wówczas   japoński   pisarz,   skrajny   nacjonalista,   głosiciel   haseł   nawrotu   do 
samurajskich tradycji, Juko Misima, przypomniał swym piórem dzieje zamachu stanu z 26 lutego 1936 r. 
Saim Misima popełnił zresztą wkrótce potem - w 1970 r. harakiri, chcąc w ten sposób zaprotestować 
przeciwko   odchodzeniu   przez   współczesną   Japonię   od   dawnych   tradycja   wychowania,   przeciwko 
zrywaniu z samurajskim kodeksem norm życia.

Co dalej?

Stłumienie   puczu,   rozprawienie   się   z   ugrupowaniem   „młodych   oficerów”   i   umocnienie   w 

rządzie wpływów  armii  koła wojskowe wykorzystały do przeforsowania wszystkich swych  głównych  
żądań i postulatów. Między innymi armia zażądała teraz: znacznego zwiększenia wydatków budżetowych, 
na cele wojskowe, bez względu na spowodowaną tym konieczność znacznego podniesienia podatków; 
poddania produkcji przemysłowej kontroli państwa sprawowanej w praktyce przez ludzi w mundurach; 
zreformowania   struktury   parlamentu   w   kierunku   ograniczenia   jego   praw;   osłabienia   roli   partii 
politycznych;  utrzymania  „pozytywnego”, tj. agresywnego kierunku i charakteru polityki  zagranicznej 

background image

przy   całkowitym   jej   podporządkowaniu   naczelnej   wobec   niej   idei   agresji   i   ekspansji   zewnętrznej. 
Wszystko   to   zresztą   przypominało   swą   treścią   dokumenty   programowe   ruchu   „młodych”   oficerów”, 
którzy - jak mówili wówczas niektórzy w Tokio - zginęli po to, aby armia mogła zebrać zatruty plon z ich 
krwawego siewu.

Wszystkie żądania armii zostały w zasadzie uwzględnione, a rząd premiera Hiroty zaczął je realizować 

nie oglądając się ani na opinię publiczną w kraju, ani na wynikające stąd niebezpieczeństwo uwikłania 
Japonii w wielką awanturę wojenną. W ten sposób bunt „młodych oficerów” spełnił, choć może nie tak 
jak   to   sobie   wyobrażali   jego   uczestnicy,   swą   rolę,   oddając   władzę   nad   krajem   w   ręce   militaryzmu 
japońskiego.

Nowy   minister   finansów   Baba,   pomny   losu   swego   poprzednika,   spełniał   wszystkie   żądania   kół 

wojskowych, nie żałując pieniędzy na cele wojskowe. Nadszedł teraz czas załatwienia i innych spraw, na  
których zależało armii. Pod presją kół wojskowych podał się do dymisji przewodniczący Tajnej Rady, 
baron Ikki, a jego następcą został baron Hiranuma, któremu jeszcze do niedawna nie chciano powierzyć 
stanowiska   wiceprzewodniczącego   tejże   Rady.   Przywrócono   starą,   obowiązującą   do   1913   r.   ustawę, 
według której ministrem wojny mógł być tylko generał w służbie czynnej. Wykorzystując wydarzenia  
lutowe   1936   r.   rząd   Hiroty   przedłużył   wprowadzony   wówczas   stan   wyjątkowy   aż   do   lipca   1936   r. 
Utrzymanie   stanu   wyjątkowego   ułatwiło   władzom   wydanie   zarządzenia   w   sprawie   rozwiązania 
organizacji związków zawodowych zrzeszających robotników i pracowników arsenałów oraz zakładów 
przemysłu zbrojeniowego, jak też wszystkich instytucji pracujących na potrzeby wojska. W grudniu 1936 
r. przeprowadzono w całej Japonii masowe aresztowania komunistów i innych działaczy postępowych.

Już w maju 1936 r. rząd przeprowadził uchwalenie nowej ustawy „o ochronie ładu społecznego”, 

wymierzonej przeciwko demokratycznej, a zwłaszcza komunistycznej opozycji. Rozpoczęto też prace nad 
przygotowaniem   innych   ustaw   zmierzających   do   dalszego   ograniczenia   swobód   obywatelskich   oraz 
konstytucyjnych praw parlamentu, m.in. do ograniczenia praw stawiania wniosku o wotum nieufności dla 
rządu,   jak   również   ograniczenia   powszechnego   prawa   wyborczego   dla   mężczyzn.   Odtąd   prawo   to 
przysługiwać miało tylko głowom rodzin i tym, którzy odbyli obowiązkową służbę wojskową.

I w polityce  zagranicznej  nowy rząd Japonii  szedł posłusznie na  pasku kół  wojskowych.  Premier 

Hirota   podporządkował   ją  wyraźnie  przygotowaniom  do  otwartej   wojny z  Chinami.  Za   rezygnacją   z 
dotychczasowej   polityki   półśrodków   militarnych   i   przejściem   do   otwartego   podboju   całych   Chin 
wypowiadały się już nie tylko kola wojskowe i związane z nimi „nowe koncerny”, ale i cała finansjera 
japońska. Wzmagające się z każdym dniem przygotowania wojenne i rosnące stale zamówienia wojskowe 
stworzyły atmosferę prosperity dla sfer ciężkiego przemysłu japońskiego, a zwłaszcza zbrojeniowego. 
Nastąpił ożywiony rozwój hutnictwa, górnictwa, przemysłów: chemicznego, budowy maszyn, silników, 
stoczniowego, samochodowego, lotniczego. Perspektywa szybkiego zagarnięcia dalszych obszarów Chin 
otwierała nowe miraże rozwoju i obfitych zysków.

Swą nową politykę wobec Chin, zmierzającą wyraźnie do wywołania otwartego konfliktu zbrojnego, 

rozpoczął Hirota akcją mającą na celu gospodarcze osłabienie i zniszczenie od wewnątrz przeciwnika. 
Wzmożono   kontrabandę   towarów   japońskich   przerzucanych   do   Chin   przez   prowincję   Hopei. 
Przemytników wspierały japońskie oddziały wojskowe, niszczące chińskie urzędy celne, mordujące lub 
porywające chińskich urzędników i strażników celnych. Znaczną część tych szczególnie ochranianych 
przez soldateskę japońską towarów stanowiły transporty opium, tej strasznej trucizny, która rujnowała 
organizmy   ludzkie,   niszczyła   wolę   człowieka,   przekształcała   w   krótkim   czasie   najsilniejszego   nawet 
mężczyznę w żałosny strzęp ze stłamszoną psychiką i całkowicie zniszczonym zdrowiem fizycznym.

background image

Jednocześnie   Japończycy   zaczęli   zwiększać   stan   liczebny   swych   garnizonów   wojskowych 

rozlokowanych   na   bezpośrednim   przedpolu   rejonu:   Pekin-Tientsin   oraz   zmuszać   stronę   chińską   do 
wycofania z prowincji Hopei i Czachair pozostałych tam jeszcze, nielicznych zresztą, jednostek regularnej 
armii   chińskiej.   Szczególnie   istotne   było   tu   zmuszenie   rządu   pekińskiego   do   wycofania   garnizonu 
chińskiego z miasta Fyntaj, ważnego węzła kolejowego na linii: Pekin-Hankou. Opanowanie tego miasta 
odcinało stolicę Chin od pozostałej części kraju.

Coraz silniejsza stała się też presja japońskich kół gospodarczych, mająca na celu uzyskanie dalszych  

koncesji ekonomicznych na obszarze prowincji Hopei i Czachar. Chodziło tu głównie o dalszą rozbudowę 
na tym obszarze japońskich linii kolejowych, zwiększenie udziału kapitału japońskiego w eksploatacji 
znajdujących się tu licznych kopalń węgla, rudy żelaza i soli oraz przyznanie przez Pekin Japończykom 
prawa wybudowania portu w Tokio.. Japończycy zażądali również od Pekinu przyznania im prawa do 
założenia   w   tym   rejonie   plantacji   bawełny  oraz   do  uzyskania   koncesji   na   budowę   elektrowni   i   linii 
elektryfikacyjnych, jak też budowę wodociągów, ponadto do zorganizowania linii komunikacji lotniczej 
między Japonią a Chinami północnymi.

Już   we   wrześniu   1936   r.   władze   japońskie   zaproponowały   stronie   chińskiej   przystąpienie   do 

konkretnych   rozmów   na   temat   realizacji   tych   postulatów.   Japończycy   domagali   się   przy   tym,   aby 
rozmowy w tej sprawie prowadził ambasador japoński w Pekinie Kawagoe bezpośrednio z samym Czang 
Kai-szekiem. Rokowania te toczyć miały się w ścisłej tajemnicy. Nieprzypadkowo na wodach chińskich, a 
zwłaszcza w rejonie Szanghaju, pojawiły się wówczas silne zespoły japońskich okrętów wojennych.

Jak   można   było   przypuszczać,   w   momencie   rozpoczęcia   się   bezpośrednich   rozmów   japońsko-

chińskich   Japończycy   przesunęli   ich   główny   akcent   z   tematyki   gospodarczej   na   sferę   problematyki 
politycznej   i   militarnej.   Wysunięte   wówczas  przez   Tokio  warunki   porozumienia   chińsko-japońskiego 
przedstawiały się następująco:

- udział wojsk japońskich i wojsk chińskich w walce przeciw chińskiej Armii Czerwonej w Chinach 

północnych   oraz   utworzenie   autonomicznych   Chin   północnych,   składających   się

 

z   pięciu   prowincji: 

Hopei,  Czachar,  Suijuan,   Szansi  i  Szantung,   całkowicie   oddzielonych  od  pozostałych   części   Chan,   z 
wyjątkiem prawa zachowania flagi państwowej;

- oficjalne uznanie przez Chiny państwa Mandżukuo;
- zaproszenie japońskich wojskowych i cywilnych doradców do wszystkich działów administracji;
- stłumienie ruchu antyjapońskiego w Chinach;
- obniżenie chińskich taryf celnych na towary japońskie;
- współpraca gospodarcza Japonii z Chinami.
Krótko mówiąc, Japonia zaproponowała Chinom, jak na razie w dość jeszcze grzecznej i układnej 

formie, aby te równie grzecznie zechciały wyrzec się dobrowolnie niepodległości i wyraziły zgodę na 
stopniową okupację swego terytorium przez wojska japońskie. Na to nawet kapitulancki rząd Czang Kai-
szeka zgody wyrazić nie mógł. Tym  bardziej, iż całe Chiny ogarnęła właśnie potężna fala nastrojów 
antyjapońskich.   Masy   ludowe   domagały   się   od   rządu   zaprzestania   bratobójczej   walki   z   siłami 
rewolucyjnymi   i   skierowania   wszystkich   sił   kuomintangowskich   do   odparcia   agresji   japońskiej   oraz 
zerwania z polityką kapitulanctwa wobec militaryzmu japońskiego i zdecydowanego przeciwstawienia się 
japońskiej agresji. Najistotniejszym żądaniem mas był postulat domagający się od rządu Czang Kai-szeka 
przerwania   walki   z   chińską   Armią   Czerwoną   i   Partią   Komunistyczną   i,   na   bazie   zawartego   z   nimi 
kompromisu,   utworzenia   jednolitego,   antyjapońskiego   frontu   narodowego,   którego   podstawowym 
zadaniem   miało   być   ratowanie   Chin   przed   groźbą   przekształcenia   ich   w   kolonię   japońskiego 

background image

imperializmu. Naprzeciw tym żądaniom wychodził manifest Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii 
Chin z sierpnia 1936 r.*, wzywający naród do stworzenia wspólnego, jednolitego frontu i zjednoczonej 
armii do walki przeciwko Japończykom.  Manifest ten znalazł również szeroki oddźwięk w części kół 
wojskowych i politycznych Kuomintangu. W tej sytuacji rząd pekiński odważył się powiedzieć „nie!”, 
odrzucając

 

japońskie postulaty jako nie do przyjęcia, a co więcej, zażądał wycofania wojsk japońskich z 

prowincja Hopei i Czachar, jak też rewizji niektórych niekorzystnych dla Chin warunków porozumienia z 
Tangku oraz bezwzględnego i natychmiastowego przerwania japońskiego przemytu.

Najnowsza historia Chin. Warszawa 1954.

Japończycy byli zaniepokojeni tego rodzaju rozwojem sytuacji. Postanowili więc jeszcze raz sięgnąć 

do argumentu siły, aby skłonić Pekin do kapitulacji. Tym razem Japończyków spotkało rozczarowanie. Na 
wiadomość o wdarciu się wojsk japońskich w głąb prowincji Siuijuan Pekin przerwał rozmowy z Tokio, a 
wojska chińskie, stawiając zacięty opór, zatrzymały wkrótce natarcie wroga i w listopadzie odniosły tu 
nawet poważny sukces, zmuszając Japończyków do odwrotu.

Nie zdołało to jednak otrzeźwić japońskich militarystów, którzy dalej robili wszystko, aby zaostrzyć  

sytuację w Chinach, wzmagali prowokacje na granicy mandżursko-radzieckiej. W 1936 r. w Mandżurii 
skoncentrowali oni już ponad 300-ty-sięczną armię, zwróconą w kierunku granicy z ZSRR. Ponad dwa 
tysiące   kilometrów   licząca   granica   mandżursko-radziecka,   z   reguły   biegnąca   przez   dzikie   odludzia, 
stwarzała   wymarzony   wprost   teren   dla   różnorakich   prowokacji   i   incydentów.   Już   od   końca   1931   r. 
dochodziło   tu   do   coraz   to   nowych   incydentów   zbrojnych,   prowokowanych   przez   oddziały   armii 
kwantuńskiej. Raz patrol radziecki ostrzelany został znienacka przez patrol japoński, innym razem na 
Amurze zatopiony został jakiś radziecki statek lub też kuter patrolowy. Przez granicę przechodziły też  
grupy   dywersantów,   złożone   głównie   z   byłych   białogwardzistów   rosyjskich,   którzy   po   zwycięstwie 
Rewolucji   Październikowej   opuścili   ZSRR,   znajdując   schronienie   w   Chinach  lub  Japonii   i   z   czasem 
znaleźli się na żołdzie Kempeitai. Ci zapuszczali się często bardzo daleko w syberyjskie lasy, napadając 
stojące na odludziu samotne domy, urzędy radzieckie, placówki handlowo-myśliwskie, kołchozy a nawet 
mniej  liczne placówki straży granicznej czy milicji. Za nami  ruszały też w głąb terytorium Związku  
Radzieckiego konne patrole japońskie, co stanowiło już wyraźne naruszenie granic wielkiego są-siada, z 
którym przecież Nippon nie prowadził działań wojennych. Szczególnego rozgłosu nabrała sprawa ataku 
silnego zgrupowania japońsko-mandżurskiego na terytorium ZSRR w rejonie jeziora Chassan. Atak ten 
nie przyniósł jednak napastnikom zamierzonego sukcesu. Natychmiastowy kontratak oddziałów Armii 
Czerwonej zmusił nieprzyjaciela do odwrotu z poważnymi stratami. Nastąpiło też w tym czasie widoczne 
ochłodzenie   stosunków   między   Tokio   a   Waszyngtonem   i   Londynem.   I   w   tym   właśnie   czasie,   na 
przełomie   lat   1936-1937,   zaczyna   dochodzić   do   zbliżenia   pomiędzy   dwoma   głównymi   ośrodkami 
niepokoju i przemocy: militaryzmem japońskim a niemieckim faszyzmem. W dniu 20 listopada 1936 r. 
podpisany został, po rozmowach przeprowadzonych w Berlinie przez attaché wojskowego Japonii w III 
Rzeszy generała Hiroshi Oshimę, traktat niemiecko-japoński, tzw. pakt antykominternowski, do którego 
nieco   później,   bo   6   listopada   1937   r.   przystąpiły   również   i   faszystowskie   Włochy.   Pakt   ten   był  
wymierzony swym głównym,  bezpośrednim ostrzem przeciwko ZSRR, pośrednio jednak, jak miała to 
wykazać   niedaleka   już   przyszłość,   stwarzał   zalążek  niemiecko-włosko-japońskiego   sojuszu  militarno-
politycznego zagrażającego również interesom Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Podpisanie w 
Berlinie paktu „antykominternowskiego” zaostrzyło poważnie stosunki japońsko-radzieckie.

Wszystko to, a m.in. pogorszenie się sytuacji w Chinach jak też pogłębienie trudności wewnętrznych w 

samej Japonii, postawiło rząd premiera Hiroty w obliczu nowej fali silnego niezadowolenia japońskiej  

background image

opinii publicznej. Do ostrego spięcia doszło nawet w parlamencie, gdzie z krytyką  rządu wystąpili w 
styczniu  1937  r.   przedstawiciele  obu  rywalizujących  ze   sobą   partii:  „Minseito”  i   „Seiyukai”.  Ustami 
rzecznika   parlamentarnego,   Hamady,   wypowiedzieli   się   przeciwko   utrwalaniu   w   Japonii   rządów 
dyktatury wojskowej, która  opanowała  władzę  w 1936 r. wykorzystując  rebelię  „młodych  oficerów”, 
przeciwko wzrostowi wydatków na cele wojskowe, przeciwko będącej tego skutkiem drożyźnie i nędzy 
ludzi pracy. Ostrzegli, iż prowadzona przez armię i uległy jej rząd polityka grozi Japonia nieobliczalnymi  
konsekwencjami.   To   wystąpienie   politycznej   opozycji   parlamentarnej   przeciwko   rządowi   Hiroty 
zaskoczyło koła wojskowe. Na trzy dni zawieszono obrady parlamentu. Minister wojny, Terauchi, zażądał 
od premiera rozwiązania parlamentu. Hirota na ten krok się jeszcze nie odważył. Cofnęły tymczasem swój 
kredyt  zaufania  rządowi  „stare  koncerny”,   niezbyt  zadowolone  z  tak szybkiego  i  daleko posuniętego 
zbliżenia z III Rzeszą, zbliżenia, które słusznie potraktowały jako początek niebezpiecznego naruszenia  
światowego układu sił i zaostrzenia stosunków Japonii już nie tylko z ZSRR ale i z Zachodem. W tej  
sytuacji   rząd   premiera   Hiroty   podał   się   do   dymisji.   Misję   utworzenia   nowego   gabinetu   powierzono 
generałowi Ugaki. Jednakże przeciwko jego kandydaturze na premiera wypowiedziały się zdecydowanie 
koła wojskowe.

Zaczęły się przetargi. Tu i ówdzie mówiono nawet w Tokio> iż znów może dojść w stolicy do jakiegoś 

puczu wojskowego. Ale do tego nie doszło. Na czele nowego rządu japońskiego, który utworzony został 2 
lutego 1937 r., stanął Hayashi. W skład jego gabinetu nie wszedł żaden przedstawiciel partii politycznych. 
Wszyscy jego ministrowie wywodzili się z kręgów wojskowych i związanej z nimi biurokracji. Zarówno  
polityka wewnętrzna, jak i zagraniczna rządu generała Hayashi nie różniła się w niczym od polityki jego  
poprzednika. Głównym celem działania tego gabinetu stało się przygotowanie wielkiej wojny z Chinami.  
Podporządkowując   wszystko   temu   właśnie   celowi,   rząd   zwiększył   budżet   wojskowy,   zasilając   go 
podniesieniem   podatków.   Rosnąca   drożyzna   potęgowała   nędzę   mas   pracujących.   Prowadziło   to   do 
zaostrzenia się antagonizmów klasowych, co dawało o sobie znać m.in. wzmożonym ruchem strajkowym.  
Pogorszyła się też dla Japonii i sytuacja w Chinach. W grudniu 1936 r. część generalicji chińskiej, na  
czele   z   marszałkiem   Czang   Sue-liangiem,   zmusiła   Czang   Kai-szeka   w   mieście   Siun   do   przyjęcia 
postulatów komunistów chińskich w sprawie przerwania bratobójczej wojny domowej i zorganizowania 
wspólnej walki przeciwko agresji japońskiej. W samej Japonii wzmożenie nastrojów opozycyjnych wobec 
rządu   i   jego   polityki   doprowadzało   do   powstania   legalnej,   lewicowej   partii   „Nihon   Musamto”, 
wypowiadającej się jawnie przeciwko faszyzmowi i wojnie.

Rząd zaczął wzmagać terror wewnętrzny. Nastąpiły aresztowania przeciwników reżimu wojskowego. 

Premier   Hayashi   wystąpił   z   koncepcją   całkowitego   rozwiązania   parlamentu   i   wszystkich   partii 
politycznych oraz utworzenia na ich miejsce jednej rządowej partii. 31 marca 1937 r. Hayashi rozwiązał 
parlament i rozpisał nowe wybory. Mimo jednak wzmożonego terroru i prześladowań wszelkiej opozycji, 
nowe wybory do parlamentu, jakie odbyły się w dniu 30 kwietnia tegoż roku, przyniosły sukces opozycji  
politycznej.   Partie   „Minseito”   i   „Seyiukai”,   występujące   teraz   zgodnie   przeciwko   rządowi,   zdobyły 
odpowiednio: 179 i 173 mandaty, partia „Shakai Taishuto” 37 (wszystkich miejsc w parlamencie było 
466). W wyborach wzięło udział 10 mln głosujących. Z nich tylko milion oddało swe głosy za rządem.  
Początkowo generał Hayashi usiłował zlekceważyć wyniki wyborów, lecz w końcu musiał się ugiąć pod 
presją opinii publicznej i w miesiąc po wyborach, tak sromotnie przez siebie przegranych, podał się do  
dymisji.

Sytuacja   w   Japonii   osiągnęła   swój   punkt   przełomowy.   Zbliżał   się   nieuchronnie   moment 

rozstrzygających   decyzji,   moment   wyboru   drogi.   Miał   on   zaważyć   na   dalszych   losach   kraju   i   jego 

background image

przyszłości. Ponownie w Tokio zaczęto mówić o jakimś krwawym puczu armii, która przygotowuje się do 
urządzenia demokratom i pacyfistom prawdziwej rzezi.

Japonia wchodziła tymczasem w swój najtrudniejszy okres, zbliżając się w trakcie kolejnych przesileń 

rządowych do chwili, gdy armia, wyrosła na awanturze mandżurskiej i kolejnych puczach, wziąć miała 
niepodzielnie w swe ręce losy kraju, rzucając go w odmęty wielkiej wojny: najpierw w lipcu 1937 r. z  
Chinami, a nieco później w grudniu 1941 r. w wir II wojny światowej.

Tak zatrute ziarno, zrodzone agresją japońską w Mandżurii, plonować zaczęło najpierw orgią mordów 

politycznych w samej Japonii, zaznaczonych krwawą amplitudą wydarzeń lat 1932 i 1936, a następnie 
wielką katastrofą narodową kraju.

W chwili, gdy zapadały wyroki śmierci na przywódców puczu „młodych oficerów” z 26 lutego 1936 r. 

i gdy nieco później stawali oni przed lufami plutonów egzekucyjnych, japońskie dywizje koncentrowały 
się już na przedpolach Pekinu, szykując się do uderzenia, które miało rozpocząć ponad ośmioletnią wojnę  
z Chinami. W samej Japonii władza stopniowo przechodziła w ręce armii, której dyktatura zamknąć miała 
niezadługo skutecznie usta wszystkim przeciwnikom polityki wojny i wojennych awantur. Już wkrótce 
treści kolportowanego wiosną 1936 r. przez Kitę i Nisidę memoriału „młodych oficerów” zaczęły obrastać 
w ciało, stawać się codzienną rzeczywistością Japonii na wiele lat. Przypuszczalnie, gdyby nie gniew 
samego cesarza, którego niesłychanie wzburzyły krwawe jatki zgotowane przez ludzi kapitana Muranaki 
przeciwnikom wojennego awanturnictwa, uczestnicy puczu ocaleliby wzorem roku 1932 i mogli sami 
zbierać zasiane przez siebie ziarno. Na swoje nieszczęście, przedobrzyli swą misję i za cudzą rozlaną krew 
musieli zapłacić własną. Niebawem zresztą i ta, i tamta krew miała przestać się liczyć. Japonia, i za jej  
sprawą cała Azja, stanąć miała w ogniu pożaru wielkiej wojny, spływając od krańca po kraniec całymi  
rzekami ludzkiej krwi.

Rozdział V

Ostatni bunt samurajów

Kres złudzeń

Był rok 1,945. Rozwiał się już ostatecznie japoński sen ç panowaniu nad bezkresnymi obszarami 

Azji i Oceanu Spokojnego. Co prawda, wojska japońskie wciąż jeszcze walczyły w Chinach, Birmie,  
Indochinach, Indiach Holenderskich, na Filipinach, ale ich siła ofensywna była załamana, a siły zbrojne  
Stanów  Zjednoczonych,   realizując   strategię  „skoku żaby”  autorstwa   generała   Douglasa   Mac   Arthura, 
zbliżały się coraz bliżej do granic macierzystych wysp japońskich. Samoloty amerykańskie mogły teraz 
atakować Japonię nie tylko z lotniskowców, ale z odebranych Japończykom wysp. W powietrzu panowali 
już   niepodzielnie   Amerykanie,   a   z   wspaniałej   jeszcze   wczoraj   japońskiej   floty   wojennej   pozostały 
zaledwie żałosne szczątki, niezbędne do efektywnego przeciwstawienia się przybliżającym się ku Japonii 
wojskom przeciwnika. Kończyła się też i wojna w Europie. Z zagrażającej światu, złowrogiej osi: Berlin-
Rzym-Tokio   pozostała   tylko   Japonia.   Stawiało   to   na   porządku   dnia   skierowanie   wszystkich   sił 
sprzymierzonych   przeciw Tokio,  nie  mówiąc  już  o możliwości   włączenia  się  do  walki  sił  zbrojnych  
ZSRR.

background image

W   dniu   21   czerwca   1945   r.   wojska   amerykańskie   zakończyły   operację   dającą   im   możliwość 

bezpośredniego uderzenia na Kiusiu, jedną z czterech macierzystych wysp japońskich, najdalej wysuniętą 
na   południe.   Tego   bowiem   dnia   na   Okinawie   ustały   krwawe   walki,   toczone   tam   od   1   kwietnia.   W 
zażartym boju, jaki stoczono o Okinawę, Japończycy stracili ponad 100 000 żołnierzy i oficerów oraz 
ponad   40   000   ludności   cywilnej.   Zniszczono   tu   też   ponad   2500   japońskich   samolotów.   Bolesnymi  
stratami okupili swój sukces na Okinawie i Amerykanie. Zginęło tam wówczas 7613 żołnierzy i oficerów 
a   31   807   zostało   rannych.   Walka   stawała   się   więc   coraz   bardziej   zacięta   i   krwawa.   Na   wieść   o 
bezwarunkowej kapitulacji Niemiec  propaganda  japońska  odpowiada  falą oburzenia,  stwierdzając bez 
ogródek, iż niewiele warci byli widać Niemcy, jeżeli wyrazili zgodę na taki finał wojny.

„My - krzyczały japońskie gazety - na to nie pójdziemy. Będziemy walczyli do końca, nawet gdyby 

zginąć miał ostatni Japończyk. Wróg nie wytrzyma takiego oporu i zrezygnuje z podboju naszych wysp”. 
Łatwo było jednak zagrzewać do walki naród, gdy wojna toczyła się o setki i tysiące kilometrów od samej  
Japonii. Teraz jednak było to czynić o wiele trudniej. Cała Japonia znała już bowiem okrutny smak wojny.  
Niebo nad Japonią zaroiło się od złowrogich, wielkich ptaków z białymi gwiazdami, niosącymi milionom 
Japończykom śmierć i zniszczenie.

W dniu 24 maja 1945 r. nad Tokio pojawiło się 550 amerykańskich superfortec B-29. Dywanowy nalot 

zmiótł całe dzielnice stolicy Nipponu. Ledwie zresztą zdołał nieco przygasnąć, spowodowany nalotem, 
gigantyczny pożar miasta, pojawiła się nad nim w nocy z 25 na 26 maja druga fala superfortec, złożona z 
500 maszyn. Obiektem ich ataku stają się dalsze dzielnice.

„Nieprzyjacielski dywan rozwija się z bezlitosną regularnością... - pisze naoczny świadek opisywanych 

tu wydarzeń, korespondent francuskiej agencji «Havasa» w Tokio, Robert Guillain, w swej pracy pt. Od 
Pearl Harbour do Hirosimy. 
- Równinne dzielnice między portem a wzgórzami, wysoko położona część 
miasta,   którą   otaczały   dzielnice   cudzoziemskich   rezydencji   i   ambasad,   Sinagawa   i   jej   przedmieścia, 
Gotanda,   gdzie   mieszkałem   przed   opuszczeniem   Tokio,   cały   zachodni   pas   miasta,   wielkie   strefy 
przemysłowe Ueno i Nippori, przedmieścia Nakano i Sekiguci, urocze zakątki Omori - wszystko płonie  
pod   niewiarygodnie   gęstym   gradem   bomb.   (...)   Pod   skrzydłami   stalowych   potworów,   rozjaśnionych 
luminiscencia piekła, całe niebo - według relacji świadków - rozkwita bukietami ognia. Przy styku z  
ziemią cylindryczne pojemniki strzelają w górę wysokim płomieniem, podobnym - jak odnotowały gazety 
- «skaczącym tygrysom».

Zaraz   po   północy   wszystkie   stanowiska   strażackie   w   Tokio   zostały   nagle   poruszone   specjalnym 

sygnałem alarmowym: pałac cesarski w ogniu! Po raz pierwszy w «zakazane miasto» w samym centrum  
stolicy,   dotychczas   oszczędzane   przez   wroga,   gruchnęła   wielka   ilość   bomb   zapalających.   Władcy, 
przebywającemu w umocnionym schronie, stanowiącym część rozległych żelazobetonowych piwnic, nie 
grozi niebezpieczeństwo; niedawno obok podziemnego lokum Jego Cesarskiej Mości wydrążono obszerne 
sale, dostosowane do narad sztabowych. Na powierzchni pożary ogarnęły zewsząd zespół pałacowy - 
skomplikowaną barokową plątaninę budynków, będącą zlepkiem surowości czystego stylu japońskiego i 
złego   smaku   monumentalnych   galerii   rodem   prosto   z   Niemiec   (...).   Strażacy   świadomie   skazują   na 
zagładę całe dzielnice stolicy, a także dworzec centralny i ratusz, byle tylko uratować pałac. (...)

Z oblicza ziemi zostały starte ostatnie skarby architektury starego Tokio, które oparły się trzęsieniu 

ziemi   w   1923   r.:   pagoda   Siby,   świątynia   w   dzielnicy   Jojogi   z   «popiołami   prawdziwego   Buddy», 
ofiarowanymi Wielkiej Japonii przez Tajlandię w 1942 r., mauzoleum z czarnej laki i złota siogunów z 
rodu Tokugawa - wszystko to przestaje istnieć w ciągu owych tragicznych 48 godzin między 24 a 26  
maja. Podczas pierwszego nalotu Amerykanie zrzucili 4500 ton bomb zapalających, a następnej nocy - 

background image

4000   ton;   w   sumie   ponad   2,5   mln   ładunków,   z   których   każdy   wystarczy   na   zniszczenie   jednego 
japońskiego domu.

Spośród  sześciu  największych   miast   japońskich  ocalały  jedynie:     Kioto   -   miasto   tysiąca   świątyń,  

Jokohama (cudem) i w połowie Osaka. (...)

Jednak nocą  28  maja  1945  r.,  w  cztery dni  po  wielkim  nalocie   na  Tokio,  600  nieprzyjacielskich 

samolotów pojawia się nad Jokohamą: wśród nich jest 300 superfortec B-29, a reszta - to myśliwce z 
Iwodzimy. Nalot przeszedł do historii racji swego bezprzykładnego okrucieństwa. Nie naruszone dotąd 
miasto   o   powierzchni   stanowiącej   zaledwie   trzecią   część   obszaru   stolicy   zostało   w   dwie   godziny 
zrównane z ziemią  przez 3200 ton bomb zapalających  - jak rzeczowo poinformują  Amerykanie.  (...) 
Również rzekome bezpieczeństwo Osaki kończy się tragedią: ów Manchester Wschodu, zamieniony w 
gigantyczną fabrykę amunicji i sprzętu lotniczego, ulatuje 1 czerwca 1945 r. z dymem w deszczu 300 ton 
bomb zapalających. (...)

Wielkie miasta japońskie przestały istnieć. 15 mln ludności miejskiej pozostaje bez dachu nad głową. 

Przyszła   kolej   na   miasta   średniej   wielkości   o   przeciętnym   zaludnieniu   w   granicach   100-300   tys.  
mieszkańców: już 24 maja - w tym samym czasie co Tokio - ogień strawił przemysłowe Hamamatsu, a  
dzieła zniszczenia dokonała ledwo czterdziestka superfortec B-29.

W czerwcowe dni tej pamiętnej wiosny do wszystkich - od Tokio aż po Kagasimę na Kiusiu, krańcowy 

punkt archipelagu japońskiego - dociera już brutalna prawda, że wojna jest przegrana, a klęska będzie 
całkowita. Mieszkańcom miast nie pozostawia żadnej nadziei widok sczerniałej pustyni, która jeszcze 
niedawno tętniła życiem”.

1   tak,   przez   całą   Japonię   ciągnęły   ku   górskim   zboczom   i   leśnym   masywom   dziesiątki   tysięcy 

bezdomnych ludzi, którym oprócz życia udało się uratować zaledwie kilka jakiś szmat i drobiazgów. W 
oczach ich malowało się przerażenie i rozpacz. Wielu z ich najbliższych zginęło, cały dobytek, często  
dorobek poprzednich pokoleń, poszedł z dymem. A jednak ludzie ci wciąż jeszcze nie zdołali wyzwolić 
się spod przemożnej władzy wojennej propagandy kół wojskowych. Wciąż jeszcze nie myśleli o tym, aby 
zacząć domagać się od swego rządu zakończenia wojny. Gdy wojskowi rzucili hasło walki do ostatniego 
Japończyka,   nawet   ci   nieszczęśni   uciekinierzy   ze   spalonego   Tokio   sporządzać   zaczęli   ostre   dzidy   z 
bambusa   i   ćwiczyć   nimi   ataki   na   „zamorskich   diabłów”.   Te   żałosne   „szarże   bandzai”   nie   miały  
oczywiście żadnych szans powodzenia, ale robiły istotnie wrażenie i podnosiły co poniektórych na duchu. 
Ochotnikom   ludowej   samoobrony,   uzbrojonym   w   bambusowe   dzidy   i   już   znacznie   rzadziej   w   stare 
drewniane strzelby,  dostarczano rządowe ulotki, propagujące następujący sposób myślenia  (co podaje 
cytowany już wcześniej Robert Guillain): „Aby zmusić Japonię do kapitulacji, należy ją zwyciężyć, a aby 
ją zwyciężyć, trzeba zadać po kolei śmierć Stu Milionom Japończyków. Tego nie jest w stanie dokonać 
żadna   armia   świata;   jest   to   fizycznie   niemożliwe   nawet   dla   armii   amerykańskiej.   Tak   więc   my   nie 
możemy zostać pobici”.

Argumenty tego rodzaju wciąż jeszcze trafiały wielu do przekonania. Tymi  zaś, którzy zdołali już 

przejrzeć   na   oczy   i   zrozumieć   cały   bezsens   prowadzonej   wojny,   zajmowała   się   Kempeitai   lub 
żandarmeria. Dla „defetystów” nie mogło być bowiem miejsca w ówczesnej Japonii. Jednocześnie starano 
się karmić naród zatrutą papką fałszywych informacji, według których żołnierz japoński nadal zwyciężał 
w wielu regionach Pacyfiku swych wrogów, a jedynie w powietrzu udało się nieprzyjacielowi uzyskać tak 
widoczną przewagę, co też wykorzystuje  w sposób zbrodniczy i okrutny.  Koła militarystyczne,  które 
wprzęgły niegdyś kraj w rydwan wojennych zmagań za pomocą nacjonalistycznych legend, usiłowały 
teraz w ten sam mitomański sposób odwrócić uwagę narodu od nadciągającej nieuchronnie katastrofy.

background image

„W   roku   1942   mit   «wojny   błyskawicznej»,   wyrosły   z   nadziei   fanatyków,   obiecywał   narodowi 

natychmiastowe zwycięstwo - pisze na ten temat R. Guillain. - W 1945 r. mit «ostatniej bitwy», powstały 
po utracie resztek nadziei, utrzymuje naród w iluzji zwycięstwa w «ostatniej chwili» - «za pięć dwunasta». 
Ukrywana przed nim do ostatka prawda o sytuacji na froncie sprawia, że nie dostrzega on faktu, że cała  
wojna jest wszak wojną morską i nie podejrzewa, że Japonia nie ma już floty, by stoczyć ostatnią bitwę”.

Fanatyzm,   strach   i   ogłupienie   rodziły   więc   sytuację,   w   której   zbiorowe   samobójstwo   75   mln 

Japończyków (bo tyle naprawdę liczyła sobie ludności wówczas Japonia) stawało się całkiem realne. Na  
szczęście jednak dla Japonii w militarystyczno-feudalnej strukturze państwa pojawiły się na przełomie lat  
1944-1945 dwa poważne pęknięcia. Działalność przeciwko „wojnie do ostatniego Japończyka” podjęła 
grupa wybitnych polityków japońskich. W zwycięstwo i „wyższy sens walki aż do samozatracenia” zaczął 
tracić wiarę i cesarz. Było to niezwykle ważne, ale początkowo nikt prawie nie zdawał sobie z tego  
sprawy. Wojskowi niepewnych polityków odizolowali od społeczeństwa często trzymając ich wręcz pod 
strażą.   Cesarza   karmiono   natomiast   stale   specjalnie   dlań   przygotowanymi   raportami   i   meldunkami,  
według których sytuacja wojenna nie przedstawiała się najlepiej, ale przecież daleka była od określenia 
mianem   katastrofalnej.   Wojskowi-zwolennicy   wojny   do   końca   umiejętnie   wykorzystując   wciąż 
skrupulatnie   przestrzegane   zasady  tradycyjnego   ceremoniału   dworskiego,   przez   długi   czas  skutecznie 
izolowali cesarza od tych polityków, którzy mogli powiedzieć mu prawdę. Ceremoniał ten nie dopuszczał  
w zasadzie możliwości poproszenia przez tego lub innego polityka o audiencję u cesarza. Do „boskiego 
Tenno” można było być tylko wezwanym. Zwyczaj nakazywał jednocześnie cesarzowi, aby zapraszał do 
siebie jedynie osobistości sprawujące aktualnie władzę. Koło więc zamykało się. Do cesarza docierali 
jedynie   ci,   którym   pozwalali   na   to   zwolennicy   dalszego   prowadzenia   wojny.   Ich   przeciwnicy   tej 
możliwości   nie   mieli.   Jedynym   wyjątkiem   byli   tylko   członkowie   wielkiej   Tajnej   Rady   państwowej. 
Dlatego też dopiero rozłam w jej gronie przyczynił się do korzystnej zmiany tej sytuacji. Poczynając od  
lata 1944 r. cesarz zaczyna powoli otrząsać się z kurateli armii. Robi pierwszy krok doprowadzając do 
dymisji czołowego lidera partii wojennej, premiera Hideki Tojo. Pod presją cesarza nowym premierem 
został,   niechętnie   przyjęty   przez   armię,   generał   Kuniaki   Koiso.   Jedną   z   czołowych   postaci   nowego 
gabinetu, wprowadzoną tu też pod presją cesarza, staje się admirał Mitsumasa Jonai. W bezpośrednim 
otoczeniu   cesarza   aktywizują   się   też   ludzie,   jak   np.   szef   Biura   Informacyjnego   Ogata,   czy   minister 
finansów   Sotaro   Isiwatari,   którzy   zaczynają   dbać   o   to,   aby   Hirohito   otrzymywał   pełne   serwisy 
prawdziwych informacji na temat sytuacji w kraju i na frontach.

Kształtująca się od jakiegoś czasu grupa antywojenna zaczynała powoli aktywizować swą działalność, 

cały czas bacznie obserwując zachowanie wojskowych, tak aby nagle nie zostać oskarżoną o wrogą wobec 
państwa postawę i nie znaleźć się następnie za wysokimi murami któregoś z więzień Kempeitai. W grupie 
tej   byli   czterej   dawni   premierzy   Japonii:   książę   Fumimaro   Konoje,   admirał   Keisuke   Okada,   baron  
Reidziro Wakatsuki i aktualny premier admirał Mitsumasa Jonai. Z upływem czasu do tej grupy zbliżyło 
się wielu dalszych osobistości politycznych kraju, które nie cieszyły się uznaniem ze strony wojskowych,  
jak dyplomata Tosikadzu Kase, baron Kidziuro Sidehara, baron Seihin Ikeda, dyplomata Sigeru Josida, 
dyplomata Ioiro Hatojama. Poplecznikami tej grupy w najbliższym otoczeniu samego cesarza stali się:  
brat władcy, książę komandor Takamatsu i kuzyn cesarski, książę generał Higasikuni. Ich działaniom 
patronowała cesarzowa-matka Sadako, matka cesarza, synowa cesarza Meidzi i wdowa po cesarzu Taisio. 
Jak widać, „partia antywojenna” w Tokio była już na przełomie lat 1944-1945 dostatecznie silna, ale 
jednak   jeszcze   za   słaba,   aby   powiedzieć   armi   „dość!”.   Sam   cesarz,   mimo   narastających   w   nim 
wątpliwości, wciąż jeszcze wierzył swym krewkim generałom, iż nie jest jeszcze tak źle, aby uznać się za 

background image

pokonanych, że wciąż jeszcze są szanse na odwrócenie losów wojny. W końcu jednak Hirohito decyduje 
się na wezwanie do siebie księcia Konoje. Ten przybywa do podziemi pałacu cesarskiego uzbrojony w 
obszerny   memoriał,   który  zostawia   władcy   po   odbytej   rozmowie.   Słowa   Konoje,   ostrzegające   przed 
bezsensownym   kontynuowaniem   walki   aż   do   zupełnego   wyniszczenia   kraju,   potwierdzają   wezwani 
wkrótce do cesarza inni politycy.  Wydarzeniem, które być może odegrało decydującą rolę w postawie 
cesarza, był wielki nalot amerykańskich superfortec B-29 z marca 1945 r. na Tokio. Oto jak pisze o tym 
wydarzeniu cytowany już Robert Guillain: „Stopniowe nasilanie się nieprzyjacielskich nalotów, jakie od 
początku   roku   znosi   stolica,   niepokoi   cesarza   coraz   bardziej   -   o   wiele   bardziej   niż   przedstawiane 
pesymistyczne raporty. Mimo nalegań armii, która usiłowała izolować władcę na uboczu w którymś z 
pałaców, na przykład w Nikko, gdzie schroniło się liczne grono książąt krwi, ten odmawia opuszczenia 
Tokio. Nie opuścił zresztą odważnie stolicy przez cały okres wojny. Wydrążono dla niego bezpieczny 
podziemny schron, do którego schodzi podczas alarmów, lecz - jak zapewniają wiarygodni świadkowie - 
czyni to dopiero w ostatniej chwili i o wiele mniej ulegle, niż życzyliby sobie tego ci, którzy czuwają nad  
jego bezpieczeństwem.  11 marca 1945 r., po apokaliptycznym  nalocie na Tokio, do pałacu docierają 
strzępy informacji o straszliwych spustoszeniach dokonanych przez ogień. Cesarz wzywa ministra spraw 
wewnętrznych,   lecz   dostarczony   przezeń   raport,   minimalizujący   rozmiary   szkód   i   liczbę   ofiar,   nie 
pokrywa   się  z   wiadomościami   pochodzącymi   ze  źródeł   nieoficjalnych.   Syn   Nieba   zwierza  się   swym 
bliskim z zamiaru naocznego przekonania się o zasięgu katastrofy. Na wieść o tym koła dworskie uknuły 
całą intrygę, próbując pokrzyżować plan cesarza. Dowództwo armii, które ma swoich zaufanych ludzi na 
dworze, obawia się, by widok zrównanego z ziemią Tokio nie wpłynął na zasadniczą zmianę poglądów 
władcy. Inne osobistości, w tym markiz Kido, które czują, że wiatr zmienił kierunek, przychylają się do  
decyzji Hirohita. Wreszcie cesarz wyraża formalne życzenie, co równa się rozkazowi, i kawalkada rusza  
w objazd. Z mniejszą niż tego wymaga etykieta dworska eskortą Syn Nieba udaje się do Fukagawy, która 
to   dzielnica   jest   dla   Tokio   tym,   czym   East   End   dla   Londynu.   Z   osłupieniem   widzi,   że   od   samego  
Nihombasi,   zamienionego   w   stos   gruzów   centrum   handlowego   miasta,   jego   samochód   bezustannie 
przemierza pustynię popiołów i ruin. Dzielnice najbardziej dotknięte wojennym kataklizmem po drugiej 
stronie   Sumidy   przebywa   pieszo,   zatrzymując   się   w   obozie   dla   ocalonych   i   rozmawiając   z   biedotą, 
szukającą schronienia w norach.

Po   kilku   dniach   zwęglone   trupy   usunięto,   ulice   oczyszczono.   Do   świadomości   cesarza   dociera 

wreszcie z całą bezwzględnością okrutna, oczywista prawda, którą narzuca widok unicestwionej stolicy.  
Napawa go przerażeniem liczba ofiar, która według pierwszych oficjalnych szacunków wynosi 120-150 
tys. zabitych podczas jednego nalotu w ciągu jednej nocy, a prawdopodobnie została ona zaniżona.

Wizyta   cesarska   w   Fukagawie   i   północno-wschodnich   dzielnicach   Tokio   wywrze   bardzo   głęboki 

wpływ na postawę władcy i dalszy przebieg wojny. Od tej chwili cesarz utwierdza się w postanowieniu 
powstrzymania   hekatomby,   dając,   wbrew   czynnikom   hamującym   jego   wolę,   dowód   odwagi   ludzi 
nieśmiałych, którą okupi dawną słabość”.

Czując poparcie cesarza, wzmaga swe wysiłki antywojenna opozycja na dworze Hirohito. Na początku 

kwietnia 1945 r. podaje się do dymisji rząd premiera generała Koiso. Nowym premierem zostaje oddany 
cesarzowi admirał Suzuki. On to wydaje wkrótce polecenie powołania specjalnego komitetu ekspertów, 
którego zadaniem miało być opracowanie raportu na temat militarnych, politycznych i ekonomicznych 
możliwości prowadzenia nadal działań wojennych. Jak można się było tego spodziewać, raport ten był  
bardziej niż pesymistyczny. Znajdująca się w stanie widocznej agonii japońska marynarka wojenna nie 
była już zdolna do przeciwstawienia się siłom morskim sprzymierzonych. To samo było z lotnictwem, 

background image

którego najlepsi piloci już dawno polegli. Nieustanne bombardowania powietrzne Japonii doprowadziły 
do   zastraszającego   spadku   produkcji   przemysłowej,   sparaliżowały   niemalże   całkowicie   transport. 
Walczyć można było jeszcze oczywiście dalej, ale tylko za cenę olbrzymich, coraz większych strat i to  
bez najmniejszych nawet szans uniknięcia ostatecznej klęski. Tej ostatecznej konkluzji raportu nie mogło 
w   niczym   osłabić   zapewnienie   przedstawicieli   sił   lądowych,   iż   armia   japońska,   skoncentrowana   na 
wyspach macierzystych, liczy jeszcze ponad 2 mln żołnierzy i oficerów i potrafi stawić skuteczny opór  
wojskom   generała   Mac   Arthura.   A   przecież,   dodawali   autorzy   raportu,   lada   chwila   można   było  
spodziewać się wsparcia sił amerykańskich przez Armię Radziecką. W Tokio wiedziano bowiem dobrze, 
iż   już   w   czasie   obrad   konferencji   jałtańskiej,   w   lutym   1945   r.   Stalin   zapewnił   swych   zachodnich 
sprzymierzeńców,  iż wojska radzieckie podejmą  działania militarne przeciw Japonii w ciągu najdalej 
trzech miesięcy od chwili zakończenia działań w Europie.

Ci,   którzy  nadal   zdecydowani   byli   prowadzić   wojnę,   niepoprawni   militaryści   i  fanatycy,   skupieni 

wokół   sztabu   generalnego   japońskich   sił   lądowych,   z   niepokojem   obserwowali   polityczne   manewry 
przeciwników   wojny   oraz   zmiany   zachodzące   w   postawie   i   stanowisku   cesarza.   O   tym,   co   myśleli 
wówczas ci ludzie i do czego zdecydowani byli nadal zmierzać, mówiły najlepiej słowa ogłoszonego 
wówczas   -   w   dniu   29   maja   1945   r.,   za   pośrednictwem   prasy   i   radia   Tokio   -   apelu   do   narodu   a 
sygnowanego przez grupę generałów.

„Musimy przygotować się na najgorsze - stajemy wobec wyboru: zwyciężyć lub umrzeć. Niech nasze 

ciała przeistoczą się w żywe bomby przeciw wrogowi. Niech w każdym mężczyźnie i w każdym chłopcu  
odezwie się bohaterstwo Kusonokiego,  który ongiś skierował  do Syna  Niebios te  oto słowa: «Kiedy 
wiadomość, że uniżony sługa nie żyje, dotrze do Waszej Dostojnej Wysokości, może zechce Ona łaskawie 
wejrzeć na moją ofiarę, poniesioną w imię ponownego rozkwitu szczęścia Waszej Wysokości...» Niech 
każda niewiasta stanie się tarczą cesarza, podobnie jak jej poprzedniczki, które oddały życie za rodzinę 
cesarską w okresie Restauracji. Niech młodzież naśladuje członków grupy Biakkotai, którzy poświęcili 
swe życie dla idei sprawiedliwości. Samobójstwo «Stu Milionów» w postaci żywych  bomb nie może 
ograniczyć się do słownej deklaracji. «Sto Milionów» powinno być godnym następcą kamikadze. Stawić 
czoło śmierci - to zadecyduje, czy pozostawimy po sobie, czy też uchronimy przed spuścizną hańby na 
tysiące lat i popełnieniem świętokradztwa niewierności wobec naszej pełnej chwały trzechtysiącletniej 
tradycji” *.

* Z materiałów procesu tokijskiego.

Jak widać, walka między fanatykami a realistami wciąż jeszcze nie była w Tokio rozstrzygnięta. Co 

więcej, fanatycy wciąż byli jeszcze silni i z ich wolą musieli się, chcąc nie chcąc, liczyć nawet najbardziej 
zagorzali i odważni przeciwnicy idei prowadzenia wojny aż do pełnego unicestwienia. Wymownym tego 
dowodem   staje   się   fakt,   iż   pod   bezpośrednim   naciskiem   kół   wojskowych,   reprezentowanych   przez 
generała Anami i admirała Tojodę, Rada Sześciu zatwierdza przedłożony jej nowy plan mobilizacyjny,  
przewidujący   powołanie   do   szeregów   armii   całej   ludności   Japonii,   a   więc   plan   totalnej   mobilizacji 
wszystkich   Japończyków.   Gdy   plan   ten   przedstawiono   na   spotkaniu   z   cesarzem,   Hirohito   nie 
wypowiedział   się   ani   za,   ani   przeciw.   Rząd   uznał   więc,   iż   plan   uzyskał   milczącą   aprobatę   cesarza.  
Oznaczało to sukces partii wojennej. Na szczęście jednak gra przeciw wojnie toczyła się dalej, schodząc 
tylko bardziej w podziemia, z obawy przed możliwą, gwałtowną kontrakcją armii. Warto również dodać, 
iż w tajemnicy, a przynajmniej bez rozgłosu, dyplomacja japońska podjęła rozmowy z radzieckim MSZ, 
licząc,   iż   tą   drogą   uda   się   Tokio   skłonić   Stalina   i   Mołotowa   do   mediacji   między   Tokio   z   jednej   a 
Waszyngtonem i Londynem z drugiej strony. Szybko jednak okazało się, iż wysiłki te skazane są z góry 

background image

na niepowodzenie.

Narada u cesarza

W deklaracji uchwalonej 26 lipca 1945 r. w Poczdamie, w której rządy Stanów Zjednoczonych, 

Wielkiej   Brytanii   i   Chin   wezwały   Japonię   do   bezwarunkowej   kapitulacji,   znalazły   się   następujące 
postulaty:

- odsunięcie od władzy w Japonii wszystkich tych, którzy przyczynili się do prowadzenia polityki 

agresji i podbojów światowych;

- okupowanie   Japonii   przez   czas   nieodzowny   aż   do   zlikwidowania   następstw   militarystycznej 

polityki jej władców;

- jak najsurowsze ukaranie wszystkich zbrodniarzy wojennych;
- rozbrojenie i demobilizacja całej armii i marynarki japońskiej;
- pozbawienie Japonii wszystkich terytoriów zagrabionych;
- demokratyzacja Japonii *.

* Z materiałów konferencji poczdamskiej.

W dniu 27 lipca tekst tajnej deklaracji-ultimatum, grożącego Japonii w razie jego odrzucenia totalną 

zagładą, był już znany rządowi japońskiemu. A nie był to już rząd generała Kuniaki Koiso. Ten bowiem 
upadł 5 kwietnia 1945 r. po wypowiedzeniu przez rząd ZSRR radziecko-japońskiego paktu o neutralności. 
Na   czele  nowego  rządu Japonii  stanął  wówczas  77-letni  admirał  Kantaro Sudzuki,  zaufany  człowiek 
dworu.

Wypowiedzenie   tego paktu przez  rząd  ZSRR  było  bolesnym   ciosem  dla   Tokio,   mającym  wielkie 

znaczenie polityczne, wojskowe i moralne. Znamienna była przy tym treść oświadczenia radzieckiego 
ludowego komisarza spraw zagranicznych, Wiaczesława M. Mołotowa. Przekazane zostało ono do Tokio 
za   pośrednictwem   ambasadora   Japonii   w   Moskwie.   Szef   radzieckiej   dyplomacji   a   jednocześnie 
wicepremier stwierdzał w nim, co następuje:

„Pakt o neutralności pomiędzy Związkiem Radzieckim i Japonią został zawarty 13 kwietnia 1941 r., tj. 

przed   napaścią   Niemiec   na   ZSRR   i   przed   wybuchem   wojny   pomiędzy   Japonią   z   jednej   a   Stanami 
Zjednoczonymi   Ameryki   i   Anglią   z   drugiej   strony.   Od   tego  czasu   sytuacja   zmieniła   się   zasadniczo. 
Niemcy zaatakowały ZSRR a Japonia, sojuszniczka Niemiec, pomaga im w ich walce z ZSRR. Poza tym 
Japonia walczy z Anglią i USA, które są sprzymierzone z ZSRR. Wobec takiego stanu rzeczy pakt o 
neutralności pomiędzy Japonią a ZSRR stracił swój sens i dalsze jego przedłużenie stało się niemożliwe. 
W myśl powyższego i zgodnie z § 3 wyżej wymienionego paktu, który przewiduje prawo wypowiedzenia 
go   na   rok   przed   wygaśnięciem   pięcioletniego   terminu   ważności   paktu,   rząd   radziecki   niniejszym  
zawiadamia rząd Japonii o swym zamiarze wypowiedzenia paktu z 13 kwietnia 1941 r.*”

* „Prawda” z 26.VII.1945 r.

Wkrótce potem hitlerowskie Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji, której warunki weszły 

w   życie   o   świcie   9   maja   1945   r.   Japonia   pozostała   sama.   Rozmowy   prowadzone   zakulisowo   przez 
japońskich   emisariuszy   dyplomatycznych,   działających   w   krajach   neutralnych,   dowodziły,   iż   przed 
Japonią stanęło jedyne wyjście - bezwarunkowa kapitulacja. Na to zaś również i premier Sudzuki nie 
chciał się jeszcze zgodzić, oświadczając, iż w tej tak trudnej i dramatycznej sytuacji wypowiada się za 
walką do ostatecznego końca.

Następnym,  poważniejszym  dokumentem dla polityków  japońskich, po radzieckim wypowiedzeniu 

background image

paktu   o   neutralności,   nad   którym   musieli   oni   dobrze   się   zastanowić,   była   wspomniana   już   wyżej  
deklaracja poczdamska z 26 lipca 1945 r. Stwierdzała ona m. in..:

„Olbrzymie   siły   zbrojne   lądowe,   morskie   i   powietrzne   USA,   Imperium   Brytyjskiego   i   Chin, 

wielokrotnie   powiększone   przez   siły   armii,   lotnictwa   i   floty   z   Zachodu,   są   gotowe,   aby   zadać   cios 
ostateczny.   Wykorzystanie   całkowitej   naszej   potęgi   wojennej   będzie   oznaczało   zupełne   zniszczenie 
japońskich sił zbrojnych i całkowite zniszczenie terytorium Japonii”.

Jedyną oficjalną odpowiedzią na to alianckie ultimatum był komunikat opublikowany przez japońską 

agencję telegraficzną „Domei Teushin”. Stwierdza on:

- „Wiadomo jest ze źródeł miarodajnych, że Japonia pozostawi bez odpowiedzi wspólną deklarację 

Churchilla, Trumana i Czang Kai-szeka, wzywającą Japończyków do bezwarunkowej kapitulacji. Japonia 
będzie prowadziła wojnę do samego końca, zgodnie z przyjętą przez nią linią polityczną”.

Tak   więc   rząd   japoński   odrzucił   deklarację   poczdamską   wzywającą   Nippon   do   podpisania 

bezwarunkowej kapitulacji. Decyzja ta nie była jednak ani tak jednomyślna, ani tak jednoznaczna, jak 
wynikało to z treści wspomnianego komunikatu „Domei Teushin”. Natychmiast po otrzymaniu tekstu 
deklaracji premier Sudzuki i minister spraw zagranicznych, Sigenori Togo, wspólnie z przewodniczącym 
Tajnej Rady, baronem Kiiciro Hiranuma i księciem Fumimaro Konoje oraz strażnikiem tajnej pieczęci, 
markizem Koici Kido, i dyrektorem Biura Informacyjnego, ministrem bez teki Shinomurą, zjawili się u 
cesarza w jego rezydencji w celu przedstawienia mu tekstu deklaracji poczdamskiej. Togi, Sudzuki i Kido 
błagali cesarza o rozpoczęcie rokowań z aliantami a zwłaszcza z Ameryką, w celu wytargowania, póki 
jeszcze   czas,   możliwie   najdogodniejszych   warunków   pokoju.   Cesarz   wydawał   się   przychylać   do 
argumentów   swych   doradców,   sam   jednak   nie   chciał   podjąć   żadnej   ostatecznej   decyzji,   polecając 
zwołanie Najwyższej Rady Wojennej dla wysłuchania jej opinii w tej sprawie.

W roli głównego referenta wystąpił na posiedzeniu Rady minister Togo, raz jeszcze wypowiadając się 

za natychmiastowym rozpoczęciem rokowań i poszukiwaniem możliwości jak najszybszego zakończenia 
wojny, która jego zdaniem była i tak już przegrana. Formułę działania zaproponowaną wówczas przez 
Togo można było ująć w słowach:

„Nie odrzucać i nie przyjmować, zachować możność manewru aż do czasu całkowitego! wyjaśnienia 

sytuacji i wszystkich istotnych, dla zakończenia wojny, szczegółów”.

Podobne stanowisko zajął premier Sudzuki. Z ostrą ripostą wystąpił natomiast przedstawiciel armii,  

minister wojny generał Korecika Anami, który zdecydowanie wypowiedział się za kontynuacją wojny, 
przedstawiając jednocześnie plan dalszej walki. W myśl  tego planu, należało skrócić linię japońskiej 
obrony,   ewakuować   obszary,   których   obronić   się   nie   da,   przygotować   wojsko   i   ludność   cywilną   do 
stawienia oporu Amerykanom, gdyby ci chcieli wylądować na wyspach japońskich, przekształcić Koreę i 
Mandżurię oraz Chiny północne w niezdobyty bastion oporu, broniony przez nienaruszone dotąd siły 
armii kwantuńskiej. Potęga tej ostatniej była - według słów generała Anami - tak wielka, iż można było 
być pewnym, że zatrzyma w razie potrzeby atak Armii Radzieckiej, a co więcej, po rozbiciu sił zbrojnych  
ZSRR będzie mogła podjąć marsz na Czytę, Chabarowsk, Nikolsk i Władywostok. W przypadku zaś 
gdyby Amerykanom udało się jednak wylądować na wyspach japońskich, należało - jak to stwierdził 
generał Anami - zastosować postanowienia planu: „Jaspis w szczątki”.

Szczegóły   tego   planu   wyłożył   zebranym   szef   japońskiego   sztabu   generalnego,   generał   Iosidziro 

Umedzu.   Swe   wywody   rozpoczął   od   (krótkiego   przedstawienia   planów   przeciwnika.   „Amerykanie 
zamierzają   -   jak   stwierdził   generał   Umedzu   -   lądować   na   wyspie   Kiusiu,   realizując   założenie   planu 
«Olympic»,   lub   też,   czy   ewentualnie   później,   na   wyspie   Hondo   w   Zatoce   Tokijskiej,   zgodnie   z 

background image

założeniami planu operacji «Coronet». Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku Amerykanie 
spotkają   się   nie   ze   słabymi   oddziałami   japońskimi,   ale   z   całymi   armiami   żołnierzy   samobójców   i 
cywilów, dla których śmierć za cesarza i ojczyznę będzie tylko wybawieniem przed hańbą grożącej im 
niewoli. Cały obszar macierzystej Japonii podzielony zostanie na dwie części, których obroną zajmą się 
dwie grupy armii, dowodzone przez tak doświadczonych dowódców jak marszałek Hadzime Sugijama i 
generał Siunroku Hata. W razie gdyby Amerykanom udało się jednak wylądować i wedrzeć następnie w 
głąb wysp japońskich, każda dywizja japońska, każdy pułk, każdy batalion i każda mniejsza jednostka  
prowadzić miały dalej samodzielnie walkę na własną rękę, starając się zadawać jak największe straty 
wrogowi   bez   względu   na   własne.   Do   żołnierzy   mieli   przyłączyć   się   i   cywile,   walcząc   aż   do 
samounicestwienia. Cesarz miał wówczas opuścić Tokio i udać się do Mandżurii pod ochroną bagnetów 
wiernej i niepokonanej do końca armii kwantuńskiej. Japonii Amerykanie nie zdobędą, jeżeli wszyscy 
Japończycy walczyć będą aż do pełnego unicestwienia siebie i swych najbliższych, a całe społeczeństwo  
japońskie rozpadnie się jak jaspis na najdrobniejsze cząstki. Japonii nie da się opanować, można ją tylko 
zniszczyć,   ale   za   taką   cenę,   iż   się   to   Amerykanom   nie   opłaci.   Jeżeli   Amerykanie   tego   jeszcze   nie 
rozumieją, to pojmą to wkrótce po wylądowaniu na którejś, wszystko jedno jakiej, z japońskich wysp 
macierzystych.   I   wtedy   będą   bardziej   skłonni   do   zawarcia   honorowego   pokoju   z   Japonią,   już   bez 
upierania się przy formule «bezwarunkowej kapitulacji», która dla Nipponu jest nie do przyjęcia”.

Słowa generała Umedzu, szefa sztabu generalnego wojsk lądowych, które poparł też admirał Goemu  

Tojoda,   dowódca  sił   morskich  Japonii,   jednych   przeraziły,  drugich  pokrzepiły,  zachęcając  do  dalszej 
walki, w której sens zaczynali już wątpić. W obliczu zdecydowanej postawy przedstawicieli sił zbrojnych  
reprezentowanych   na   naradzie   głównie   przez:   Anami,   Umedzu,   Tojodę   i   admirała   Mitsumasa   Iorai, 
premier  Sudzuki poparł ich w obecności cesarza, uznając słuszność stanowiska armii. Tak doszło do 
decyzji   odrzucenia,   czy  też   raczej   skwitowania   milczeniem  deklaracji   poczdamskiej.   Natychmiast   po 
zakończeniu   narady   klika   wojskowa,   chcąc   sparaliżować   możliwość   jakichkolwiek   wystąpień 
antywojennych   w   Japonii,   rozpętała   krwawy   terror   wymierzony   przeciwko   przeciwnikom   idei 
prowadzenia wojny aż do ostatecznego końca. Utratę wiary w zwycięstwo, czyli hołdowanie defetyzmowi  
- jak to określiła Kempeitai - karano wówczas śmiercią.

O Kempeitai pisaliśmy tu już wielokrotnie, przy okazji omawiania różnorakich epizodów i aspektów 

jej działalności. Wydaje się, iż w tym właśnie miejscu warto powiedzieć coś więcej o tej organizacji, a 
właściwie   instytucji,   związanej   ściśle   z   wszystkimi   poczynaniami   militaryzmu   japońskiego,   nie 
wyłączając działalności typu terrorystycznego.

Kempeitai,   będąca   instytucją   pośrednią   między   policją   polityczną   a   wojskowym   wywiadem   i 

kontrwywiadem, powstała w końcu XIX wieku na bazie tajnych związków, towarzystw i stowarzyszeń, o 
których   mówiliśmy   wiele   razy.   Gdy   po   1871   r.   szkolenie   armii   japońskiej   przejęli   od   Francuzów 
oficerowie niemieccy, w Tokio zjawił się też i Wilhelm Stieber, twórca wywiadu pruskiego. On to stał się  
wówczas oficjalnym doradcą Japończyków przy tworzeniu pierwszych zrębów nowoczesnego wywiadu i 
kontrwywiadu oraz związanej z nimi, i pracującej w ramach jednej organizacji, policji politycznej. Praca  
szła   mu   znakomicie,   gdyż   -   jak   sam   zresztą   przyznał   w   swych   wspomnieniach   -   Japończycy   byli  
niezwykle zdolnymi uczniami i bardzo szybko uczyli się wpajanych im prawd i reguł gry, uzupełniając je 
własnymi pomysłami i oryginalnymi rozwiązaniami. Nie wdając się w rozważania wychodzące poza ramy 
tematyczne   tej   książki,   można   jedynie   wspomnieć   o   sukcesach   Kempeitai   w   latach   wojny  rosyjsko-
japońskiej   1904-1905.   Były   one   związane   m.in.   z   działalnością   kapitana   Fuidzo   Sattori   we 
Władywostoku, pułkownika Kototsiro Akasi w Petersburgu, kupca Eisaku Ishigary w Nikołajewsku itd.

background image

Kempeitai od samego początku swego istnienia zajmowała specyficzną, wyraźnie uprzywilejowaną 

pozycję w ogólnej strukturze państwa. Wyrosła ze struktur tajnych stowarzyszeń „patriotycznych” i na 
zasadach   samurajskiego   kodeksu   „busido”,   zaszczepiła   swym   ludziom   zasady   działania   znacznie 
aktywizujące   ich   działalność   i   bezgraniczne   oddanie   sprawie.   W   myśl   tych   zasad   -   szpiegowanie, 
donoszenie,   bezwzględność,   okrucieństwo   i   zdecydowanie   na   wszystko,   jeżeli   tylko   służyły   dobru 
cesarstwa, były najwyższymi  cnotami  prawdziwego Japończyka.  Ponieważ Kempeitai oddawała armii 
japońskiej nieocenione wprost usługi, stale ją rozbudowywano organizacyjnie i liczebnie. Pod koniec II 
wojny światowej w jej szeregach znajdowało się ponad 40 tys. oficerów oraz ponad 55 tys. podoficerów i 
blisko   600   tys.   nieetatowych   współpracowników,   nie   licząc   tych   pracowników   Kempeitai,   którzy 
zatrudnieni byli w działających jawnie placówkach policyjnych. Tych ostatnich też było około 50 tys. 
Odznaką wyróżniającą wojskowych funkcjonariuszy Kempeitai, działających przy sztabach wszystkich 
jednostek wojskowych Nipponu, był wyszyty na rękawie stylizowany kwiat chryzantemy. Agenci cywilni 
Kempeitai mieli taki sam znaczek chryzantemy ukryty pod klapą marynarki.

Zdanie funkcjonariuszy Kempeitai było z reguły rozstrzygające, jeżeli idzie o los więźniów, jeńców 

wojennych czy osób internowanych podczas wojny na Pacyfiku, jak też własnych oficerów i żołnierzy 
oskarżanych o dezercję czy „defetyzm”. Podejrzanych aresztowała Kempeitai na wniosek tejże Kempeitai, 
sądziła Kempeitai i natychmiast po zapadnięciu wyroku śmierci dokonywała egzekucji też Kempeitai. Jak 
widać,   Kempeitai   spełniała   tu   rolę:   policji   politycznej,   żandarmerii   wojskowej,   kontrwywiadu   oraz 
płytkiego i głębokiego wywiadu.

Regułą przy rekrutacji do Kempeitai było pozyskiwanie ludzi, którzy przeszli co najmniej 6-lethią 

zawodową  służbę wojskową, a co więcej, rekomendowani  byli  przez tajne stowarzyszenia, takie jak: 
Związek Czarnego Oceanu, Stowarzyszenie Czarnego Smoka, czy Stowarzyszenie Kwitnącej Wiśni, owe 
osławione „Sakurakai”. Każdy z wstępujących w szeregi Kempeitai, mimo takich walorów, poddawany 
był jeszcze intensywnemu szkoleniu, trwającemu około 12-15 miesięcy.

Jedną   z   bardzo   widocznych   cech   Kempeitai   była   jej   wszech-obecność   w   życiu   kraju.   Jej   agenci 

penetrowali   wszystkie   prawie   środowiska   i   skupiska   ludności.   Byli   na   wsi,   w   fabrykach,   biurach, 
koszarach, a później na każdym z terenów okupowanych. Obserwowali dworce kolejowe, porty morskie, 
lotniska, hotele, parki miejskie, herbaciarnie i restauracje. Nadzorowała ściśle ruch kadrowy, przeglądając 
wstępnie   i   opiniując   wszystkie   kwestionariusze   personalne   i   podania.   Jej   też   cenzurze   poddana   była 
korespondencja   oraz   rozmowy   telefoniczne.   Nadzorowała   układanie   programów   szkolnych   i   ich 
praktyczną realizację.

Gdy   w   trakcie   II   wojny   światowej   Japończycy   opanowali   olbrzymie   obszary   Azji   d   Pacyfiku, 

Kempeitai objęła swą władzą już nie tylko Chiny, ale też Filipiny, Hongkong, Malaje wraz z Singapurem, 
Birmę,   Tajlandię,  Holenderskie  Indie  Wschodnie  (dzisiejsza  Indonezja)  i  tysiące  większych   i małych 
wysp

 

i wysepek Oceanu Spokojnego. Ona to nadzorowała tysiące obozów dla jeńców wojennych i osób 

internowanych, w których wymordowano w okrutny sposób setki tysięcy ludzi. Oficerowie Kempeitai z 
marynarki   wojennej   często   też   decydowali   o   losie   wziętych   do   niewoli   marynarzy   amerykańskich, 
brytyjskich czy holenderskich. Nic też dziwnego, iż z imieniem Kempeitai związano cały ogrom zbrodni 
wojennych   ludobójstwa,   popełnionych   w   latach   1941-1945   na   niezmierzonych!   przestrzeniach 
dalekowschodniego teatru działań wojennych.

Gdy zaś rozpętana przez militaryzm japoński w grudniu 1941 r. wielka wojna na Oceanie Spokojnym 

pokazała;   Nipponowi   swe   drugie   oblicze   -   twarz   klęski,   i   gdy   sami   Japończycy   zaczęli   odczuwać 
tragiczne   skutki   wojny,   Kempeitai   stała   się   głównym   instrumentem   utrzymania   w   kraju   nastrojów 

background image

posłuszeństwa i bezwzględnego poddania się interesom prowadzonej wojny.

Innymi słowy, Kempeitai w wielu aspektach swej działalności przypominała - znane nam, Polakom, 

tak   dobrze   z   lat   II   wojny   światowej   i   okupacji   hitlerowskiej   -   niemieckie   gestapo,   choć   o   żadnej 
dosłowności nie może być tu oczywiście mowy.

W ślepym zaułku

Tymczasem   Związek   Radziecki   wierny   swym   obietnicom   -   złożonym   rządom   mocarstw 

sprzymierzonych na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie - przyjścia im z pomocą w wojnie 
przeciwko Japonii w 6 miesięcy po zakończeniu działań wojennych w Europie, przygotowywał się już do 
ich zrealizowania. Przygotowania te i odpowiadającą im koncentrację sił i środków rozpoczęto jeszcze w 
czasie   zmagań   wojennych   z   Niemcami,   zaraz   po   rozgromieniu   wojsk   hitlerowskich   w   Prusach 
Wschodnich   przez   wojska   3   Frontu   Białoruskiego.   Dowódca   tego   Frontu,   marszałek   Aleksander 
Wasilewski, został dowódcą wojsk radzieckich na Dalekim Wschodzie.

Szefem jego sztabu został generał S. Iwanow, a członkami Rady Wojennej generał I. Szyszkin.
Zadania postawione przed tym  dowództwem były pozornie nie do wykonania. W okresie bowiem 

zaledwie 3 miesięcy (od maja do lipca 1945 r.) miano przerzucić na Daleki Wschód, głównie z obszarów  
Karelii,   Prus   Wschodnich   i   Czechosłowacji,   blisko   1,5   mln   ludzi,   26   000   dział   i   moździerzy,   5500 
czołgów i samobieżnych  dział pancernych oraz 4000 samolotów, nie mówiąc już o olbrzymiej masie 
różnego rodzaju sprzętu i zaopatrzenia wojskowego i to na odległość od 9 do 11 000 km, a co więcej, 
jednym szlakiem Transsyberyjskiej Linii Kolejowej za pomocą 136 000 wagonów.

W ciągu tych 3 miesięcy marszałek Wasilewski i jego sztabowcy musieli opracować również plan 

wielkiej   i   błyskawicznej   operacji   ofensywnej   przeciwko   japońskiej   armii   kwantuńskiej.   Mimo 
dysponowania najlepszą, doświadczoną kadrą dowódców, marszałek Wasilewski miał pełne ręce roboty. 
On i jego sztabowcy pracowali po 16-18 godzin na dobę. W wyniku tej gigantycznej pracy i równie 
gigantycznego   przegrupowania   sił   i   środków   na   dalekowschodnich   rubieżach   Związku   Radzieckiego 
utworzone zostało wielkie zgrupowanie wojsk Armii Radzieckiej gotowe do wykonania postawionych 
przed nimi zadań.

W   rejonie   Władywostoku   i   nad   rzeką   Ussuri   zajęły   pozycje   wyjściowe   wojska   1   Frontu 

Dalekowschodniego marszałka Kiriłła Mierieckowa, w którego składzie znalazły się, 1, 5, 25 i 35 armie 
ogólnowojskowe, 9 armia lotnicza, Czugujewska Grupa Operacyjna oraz 10 korpus zmechanizowany. Na 
północy, w rejonie wybrzeża, na odcinku od miejscowości Sowiecka Gawań aż po Nikołajewsk zajęły 
stanowiska bojowe wojska 2 Frontu Dalekowschodniego generała Maksima Purkajewa, złożone z: 2, 15 i 
16   armii   ogólnowojskowych,   10   armii   lotniczej,   5   korpusu   piechoty   oraz   oddziałów   Kamczackiego 
Rejonu   Obronnego.   We   wschodniej   części   Mongolskiej   Republiki   Ludowej   skoncentrowano   wojska 
Frontu Zabajkalskiego marszałka Rodiona Malinowskiego. W jego skład wchodziły: 17, 36, 39 i 53 armie 
ogólnowojskowe,   6   armia   pancerna,   12   armia   lotnicza   oraz   radziecko-mongolska   grupa   konno-
zmechanizowana generała Issy Plijewa (jego zastępcą był generał mongolski Dżamjagijn Ihagwasuren a 
dowództwo   polityczne   sprawował   generał   Jumdżagijn   Cedenbał).   Grupa   ta   miała   w   swym   składzie: 
jednostki radzieckie - 43 brygadę pancerną, 25 brygadę zmechanizowaną, 27 brygadę zmotoryzowaną, 59 
dywizję  kawalerii,  35  brygadę   artylerii   przeciwpancernej,  30  pułk  motocyklistów,   1919 i  1917  pułki 
artylerii   przeciwlotniczej,   350   pułk   lotnictwa   myśliwskiego,   60   pułk   artylerii   rakietowej,   batalion 
inżynieryjno-saperski oraz mongolskie - 5, 6 i 7 dywizje kawalerii, 7 brygadę pancerną, 3 pułk czołgów, 3  

background image

pułk artylerii, dywizję lotniczą i pułk łączności.

Ogółem wojska radzieckie na Dalekim Wschodzie miały w swym składzie 80 dywizji, w tym 6 dywizji 

kawalerii, 2 dywizje pancerne, 4 korpusy pancerne i zmechanizowane. Skoncentrowano tu 1 557 728 
żołnierzy i oficerów, 26 137 dział i moździerzy, 5556 czołgów i samobieżnych dział pancernych i 3446  
samolotów   bojowych.   Siły   te   wspierała   radziecka   marynarka   wojenna   mająca   w   swym   składzie   3 
krążowniki, 18 niszczycieli, 19 dozorowców, 89 okrętów podwodnych, 52 trałowce, 49 ścigaczy, 204 
kutry torpedowe i 1547 samolotów.  Istotną rolę w operacji odegrać miała  również Amurska  Flotylla  
Wojenna złożona z 8 monitorów, 11 kanonierek, 52 kutrów opancerzonych i 12 trałowców.

Plan dalekowschodniej operacji zaczepnej, opracowany przez sztabowców marszałka Wasilewskiego, 

przewidywał   wyprowadzenie   głównych  uderzeń  na  skrzydła  armii  kwantuńskiej  przez  wojska  Frontu 
Zabajkalskiego   od   zachodu   i   przez   wojska   1   Frontu   Dalekowschodniego   od   wschodu.   Uderzenie 
pomocnicze od północy zadać miał 2 Front Dalekowschodni. Radziecka Kwatera Główna Naczelnego 
Dowództwa świadoma była gigantycznych rozmiarów przygotowywanej operacji. Objąć miała ona obszar 
ponad 1,5 mln km2 (sama Mandżuria - 1320 km2), przy czym długość granicy państwowej ZSRR i MRL 
z Mandżurią d Koreą, stanowiąca linię rozwinięcia działań zaczepnych wojsk radzieckich, wynosiła ponad 
4000 km. Dla porównania warto przypomnieć, iż długość wszystkich unii frontów w Europie w latach II 
wojny światowej wynosiła 3500 km.

Zadanie   stojące   przed   Armią   Radziecką   było   tym   trudniejsze,   iż   Japończycy   spodziewali   się 

radzieckiego   uderzenia   i   od   dawna   przygotowywali   się   do  wojny  z   ZSRR,   gromadząc   w   Mandżurii 
poważne   siły.   Mandżurii   i   Północnej   Korei   broniła,   skoncentrowana   tu   od   lat,   armia   kwantuńska, 
wzmocniona oddziałami marionetkowej armii mandżurskiej. Dowódcą armii kwantuńskiej był  generał 
Otodzo Janada, zaś jego szefem sztabu - generał Hikosaburo Hata. Pod ich rozkazami znajdowało się 31 
dywizji i 9 brygad piechoty, 2 brygady pancerne i 2 armie lotnicze, ogółem 1 443 308 ludzi, 6700 dział i  
moździerzy, 1215 czołgów i 1800 samolotów. Siły japońskie rozwinięte były następująco: nad granicą 
radzieckiego Przymorza zgrupował swe oddziały 1 Front Wschodniomandżurski generała, Seiichi Kity (3 
i 5 armie) mający w swym składzie 10 dywizji i 1 brygadę piechoty. Osłaniał on kierunek uderzenia na 
Harbin. W południowej części Mandżurii, w rejonie Mukdenu i Czang-czunu zgrupowano dla osłony 
granicy koreańskiej i wybrzeża Morza Żółtego wojska 3 Frontu Zachodniomandżurskiego generała Tsun 
Uisiroku, złożone z 30 i 44 armii (8 dywizji i 3 brygady piechoty oraz 1 brygada pancerna). W rejonie  
wyznaczonym trójkątem miast: Hajłar, Harbin. Hejho, jak też łukiem rzek: Argun i Amur rozlokowała się 
3 samodzielna armia północnomandżurska generała Mikii Uemury (3 dywizje i 4 brygady piechoty). W 
składzie armii kwantuńskiej znajdowały się również: 20 armia lotnicza oraz sungaryjska flotylla rzeczna 
(4 kanonierki, 22 kutry pościgowe, 110 barek desantowych i trzy pułki piechoty morskiej). Szereg dywizji  
i brygad pozostawiono w odwodzie głównym armii. Dowództwu armii kwantuńskiej podporządkowano 
także 17 Front Koreański generała Kodzuki (34 i 59 armie oraz 5 armia lotnicza) mający w swym składzie 
9 dywizji  piechoty.   Marionetkowa  armia   mandżurska  składała  się  z  2  dywizji   i 12 brygad   piechoty.  
Kolaborancka armia tzw.

 

Mongolii Wewnętrznej księcia Te Wanga, miała w swym składzie 6 dywizji 

piechoty oraz 5 dywizji i 2 pułki kawalerii.

Japoński plan obrony przewidywał pozostawienie w strefie granicznej silnej osłony (1/3 ogółu sił), 

której   zadaniem   miało   być   przyjęcie   na   siebie   pierwszego   impetu   radzieckiego   natarcia   i   przy 
wykorzystaniu nadgranicznych umocnień, usytuowanych z reguły w trudno dostępnym terenie (góry lub 
pustynie), jak największe wyczerpanie i wykrwawienie przeciwnika. Tymczasem główne siły japońskie 
zgrupowano   na   obszarze   Niziny   Mandżurskiej   w   centrum   bronionego   terytorium,   w   bezpośredniej 

background image

bliskości   głównych   miast   i   węzłów   komunikacyjnych   Mandżurii   przygotowano   do   wyprowadzenia 
silnych kontruderzeń w dowolnie wybranym kierunku.

8 sierpnia 1945 r. radziecki ludowy komisarz spraw zagranicznych, Wiaczesław Mołotow, poprosił do 

siebie   we   wczesnych   godzinach   rannych   ambasadora   Japonii   w   Moskwie,   Naotako   Sato,   w   celu 
przekazania mu oficjalnego oświadczenia rządu ZSRR z prośbą o powiadomienie o jego treści rządu 
japońskiego.

„Po klęsce i kapitulacji hitlerowskich Niemiec - stwierdzono w oświadczeniu - Japonia jest obecnie 

jedynym wielkim państwem wciąż jeszcze usiłującym przedłużyć wojnę.

Wysunięte   26   lipca   przez   trzy   mocarstwa:   Stany   Zjednoczone,   Wielką   Brytanię   i   Chiny   żądanie 

bezwarunkowej kapitulacji japońskich sił zbrojnych  zostało przez Japonię odrzucone. Na skutek tego 
propozycja pośredniczenia w sprawie zakończenia wojny na Dalekim Wschodzie, z jaką zwrócił się rząd 
japoński do rządu Związku Radzieckiego, traci wszelką podstawę.

Biorąc pod uwagę odmowną odpowiedź Japonii w sprawie kapitulacji, sojusznicy zwrócili się do rządu 

radzieckiego   z   propozycją   wzięcia   udziału   w   wojnie   z   agresorem   japońskim,   w   celu   przyspieszenia 
zakończenia   wojny,   zmniejszenia   liczby   ofiar   oraz   współpracy   nad   jak   najszybszym   przywróceniem 
powszechnego pokoju.

Wierny swym zobowiązaniom rząd radziecki przyjął propozycję swych sojuszników i przyłączył się do 

oświadczenia państw sojuszniczych z 26 lipca br.

Rząd   radziecki   uważa,   że   jedynie   w   drodze   obranej   przezeń   polityki   można   przyspieszyć   pokój, 

uchronić narody od dalszych ofiar i cierpień oraz dać możność narodowi japońskiemu uniknięcia tych 
niebezpieczeństw i zniszczeń, które przeżyły Niemcy po odmowie podpisania bezwarunkowej kapitulacji.

W myśl powyższego rząd radziecki oświadcza, że od dnia jutrzejszego, to jest od 9 sierpnia, Związek  

Radziecki będzie uważał, że znajduje się w stanie wojny z Japonią”.

W nocy z 8 na 9 sierpnia 1945 r. o godzinie 0.10 ruszyły do natarcia wojska Frontu Zabajkalskiego.  

Już o godzinie 4.30 główne siły Frontu uderzyły z obszaru MRL w głąb Mandżurii. Jednocześnie do akcji 
weszło lotnictwo radzieckie bombardując fortyfikacje wroga, jego główne węzły komunikacyjne i punkty 
zaopatrzenia oraz koncentracje. Przełamanie obrony wojsk osłaniających granice nastąpiło błyskawicznie, 
niemalże   z   marszu.   Dlatego   też   już   wieczorem   9   sierpnia   piechota   radziecka   mogła   zameldować   o 
posunięciu się na odległość 50-60 km, wojska zaś pancerno-motorowe o ponad 150 km. Silniejszy opór 
udało  się   Japończykom   stawić   jedynie   na   lewej   flance,   gdzie   prowadziła   natarcie   36  armia   generała 
Aleksandra   Łuczińskiego.   Mimo   to   i   ona   dała   sobie   doskonale   radę   i   łamiąc   opór   nieprzyjaciela, 
sforsowała rzekę Argun, a następnie przełamała pierścień obrony japońskiej w rejonie stacji kolejowej - 
Mandżuria.

Ogółem   pod   koniec   pierwszego   dnia   ofensywy   wojska   Frontu   Zabajkalskiego   weszły   w   obszar 

strategicznej obrony wroga na głębokość ponad 40 km. Bój toczył się teraz już na przedpolach miasta  
Hajłar,   bronionego   przez   3000   żołnierzy   generała   Nomury.   Przez   cały   czas   natarcia   wojsk   Frontu 
Zabajkalskiego na jego czele parła naprzód 6 armia pancerna generała Amdrieja Krawczenki, zmiatając  
po drodze japońskie bunkry, schrony bojowe i inne umocnienia polowe. Setki czołgów T-34 czy IS-2 i  
samobieżnych   dział   pancernych   SU-100,   SU-122   i   ISU-152   jak   potężna   fala   przewaliło   się   przez 
mandżurski pustynny step lub kamienne pustynie, nie dając się niczemu i nikomu zatrzymać. Oddziałom 6 
armii pancernej sekundowała dzielnie 53 armia zmechanizowana generała Iwana Managarowa. One to 
bowiem tworzyły wspólną potężną, równie miażdżącą co i szybką w uderzeniu, pięść (pancerną, której 
zadaniem było błyskawiczne przedarcie się przez trudno dostępne grzbiety górskie Wielkiego Chinganu i 

background image

wyjście   na   równinę   środkowo-mandżurską   w   celu   opanowania   rejonu:   Czyfeng-Mukden-Czangczun-
Czalantun. Wykonanie tego zadania oznaczało odcięcie armii kwantuńskiej od wojsk japońskiego Frontu 
Północnego,   którego  siły  prowadziły  walkę   w   Chinach.   Nieprzyjaciel   zdawał   sobie   dobrze   sprawę   z 
grożącego mu niebezpieczeństwa i bronił się zaciekle. Czołgi radzieckie sunęły jednak naprzód, a za nimi 
posuwała się radziecka piechota 39 armii generała Ludnikowa, 36 armia generała Łuczińskiego oraz siły 
konno-zmechanizowanej grupy radziecko-mongolskiej generała Plijewa. W górze uwijały się nieustannie 
setki   radzieckich   samolotów   bojowych,   wspierając   natarcia   swych   wojsk   i   zapewniając   im   osłonę   z 
powietrza,   jak   też   niszcząc   główne   punkty   obrony   wroga   oraz   dezorganizując   jego   komunikację   i 
zaplecze. Najdalej tego dnia posunęła się brygada pancerna 12 korpusu 6 armii pancernej pułkownika 
Pawła Orszina, włamując się na głębokość 150 km w obronę nieprzyjaciela.

Po zdobyciu Hajłaru wojska radzieckie mogły wyrównać linię frontu i ruszyć dalej szeroką ławą w 

głąb Mandżurii. Wycofujący się nieprzyjaciel niszczył co tylko mógł i zdążył. Wysadzano w powietrze  
mosty, przewracano słupy telegraficzne, zatruwano studnie i źródła. Ale Armia Radziecka szła mimo to 
naprzód. Już 11 sierpnia czołgi generała Krawczenki sforsowały górskie grzbiety Wielkiego Chinganu, 
wychodząc na Nizinę Mandżurską. Przebyto dalsze 40 km. Wielką rolę w tak pomyślnym  i szybkim  
rozwoju działań bojowych odegrali radzieccy lotnicy z 12 armii lotniczej marszałka S. Cudjakowa, którzy 
atakując   nieustannie   drogi,   węzły   komunikacyjne,   mosty   drogowe   i   kolejowe,   wszystkie   ważniejsze 
punkty   nieprzyjacielskiej   koncentracji,   paraliżowali   ruch   wojsk   japońskich,

 

ułatwiali   łamanie   oporu 

wroga.   W   ciągu   trzech   dni   zaciętych   walk   sforsowała   Wielki   Chingan   piechota   39   armii   generała 
Ludnikowa, napotykając zaciętą obronę japońską w rejonie miasta Chałun Arszan. Mimo wielkiej siły 
ogniowej setek żelbetonowych bunkrów, 12 sierpnia miasto padło i 39 armia ruszyła naprzód, a następnie 
po opanowaniu miast: Salun i Ułan-choto wyszła, na Nizinę Mandżurską.

W ten sposób w okresie pierwszych 6 dni operacji ofensywnej siły Frontu Zabajkalskiego wdarły się  

na   200-250   km   w   głąb   obrony  strategicznej   wroga,   wychodząc   na   jego   dalekie   tyły.   Średnie   tempo 
natarcia osiągnęło 42 do 66 km ma dobę, co w tym pustynno-górzystym terenie oznaczało bardzo wiele.

Szybki   marsz   naprzód   wojsk   Frontu   Zabajkalskiego   ubezpieczała   od   południa   swym   natarciem 

radziecko-mongolska grupa konno-zmechanizowana generała Plijewa, która rozwinęła się na froncie o 
długości   ponad   350   km.   Zadaniem   grupy  było   poprowadzenie   natarcia   przez   pustynię   Gobi   w   dwu 
zasadniczych   kierunkach   odległych   od   siebie   o   180-120   km.   Osiągnięcie   zaplanowanej   rubieży 
operacyjnej   wymagało   od   grupy   przebycia   ponad   500   km   bezwodnej   pustyni.   Osiągnięcie   jej   zaś 
oznaczało przecięcie wszelkich połączeń między walczącą w Mandżurii armią kwantuńską a wojskami 
japońskimi zgrupowanymi w Chinach północnych.

Równie   pomyślnie   rozwijała   się   ofensywa   1   Frontu   Dalekowschodniego.   Tu   natarcie   radzieckie 

rozpoczęło się 9 sierpnia o godzinie 1.10 w czasie gwałtownej ulewy.  Z nieba lały się potoki wody.  
Ciemności   nocy   raz   po   raz   rozświetlały   rozdzierające,   oślepiające   błyskawice.   Przy   każdym   blasku 
błyskawicy uwidoczniały się niesamowite kontury niemalże księżycowego krajobrazu. Strzelały w górę 
porwane,   ostro   zarysowujące   się   szczyty   górskie,   poprzecinane   głębokimi   rozpadlinami   licznych, 
wąwozów i schodzących w dół skalistych stoków. Wojska radzieckie nacierały tu, podobnie zresztą jak i  
na odcinku Frontu Zabajkalskiego, bez huraganowego ognia artylerii, co tak charakterystyczne było dla 
wszystkich uderzeń Armii Radzieckiej w toku wojny z hitlerowską III Rzeszą. I ten właśnie sposób walki 
zaskoczył Japończyków, którzy byli zupełnie pewni, iż nim Rosjanie ruszą naprzód, będą przez wiele 
godzin ostrzeliwać pozycje nieprzyjacielskie ogniem dziesiątków tysięcy dział. Myśląc tak, sztabowcy 
armii kwantuńskiej zapomnieli o tym, iż każdy teren walki dyktuje, specyfiką swego położenia, konkretne 

background image

postępowanie.   Tu   zaś   taki   walec   ogniowy,   jakim   miażdżono   niejedną   rubież   hitlerowskiego   oporu, 
niewiele by dał, przedłużając tylko etap wstępny operacji, przynosząc w efekcie jedynie stratę czasu, który 
liczył  się   na  wagę   zwycięstwa.  Liczyć   bowiem  na  efekt  bombardowania   artyleryjskiego  wyrytych  w 
skałach bunkrów i schronów nie było można. Tu w grę wchodzić mogła jedynie taktyka: błyskawicznego 
uderzenia, zaskoczenia przeciwnika, przesunięcia działań wojennych jak najszybciej do centrum obrony 
wroga   i   wyjścia   na   jego   głębokie   tyły;   sparaliżowania   całego   systemu   obrony   nieprzyjacielskiej; 
załamania morale wroga i uniemożliwienia mu na ponowne zebranie sił i przejście do kontr uderzenia. 
Stąd  też   na   tym   froncie   zbędny  był,   miażdżący  wszystko   co  żyje,   ogień  artylerii.   Tu  decydowało   o 
wszystkim   całkowite   panowanie   nad   nielicznymi   drogami,   jedynymi   szlakami,   którymi   można   było 
przedostać się przez piaszczyste i skalne pustynie w głąb Mandżurii i dalej ku brzegom wielkiego oceanu.  
Właśnie to zadanie stało się główną wytyczną działania radzieckiego dowództwa i podległych mu wojsk.

Dlatego też ruszającym do natarcia w nocy z 8 na 9 sierpnia 1945 r. żołnierzom marszałka Miereckowa  

towarzyszył jedynie huk bijących co chwilę piorunów a nie tysięcy własnych dział. Ale zaskoczenie udało 
się   w   stu   procentach.   Radzieccy  piechurzy,   jak   niewidzialne   duchy,   wyłonili   się   nagle   z   ciemności,  
likwidując w mig japońskie straże i ubezpieczenie. Wpierw niż wróg zdołał zorientować się w wielkości 
zagrażającego   mu   niebezpieczeństwa,   piechota   radziecka   opanowała   już   dziesiątki   bunkrów 
zagradzających podejście do dróg, którymi rozwijać się musiało radzieckie natarcie. Celem pierwszej fazy 
operacji ofensywnej na tym odcinku było szybkie opanowanie twierdzy Wołynskaja, która zagradzała 
dalszą drogę

 

natarcia radzieckiej 5 armii generała Nikołaja Kryłowa w kierunku Mutanciangu.

Za wojskami pierwszego rzutu o godzinie 8.30 granice Mandżurii przekroczyły i siły główne Frontu.  

35 armia generała N. Zachwatajewa sforsowała rzekę Ussuri a następnie i rzekę Sungarię. Zapadając się 
po   piersi   w   bagnistym   grzęzawisku,   żołnierze   radzieccy   szli   naprzód,   osiągając   wkrótce   głębokość 
przełamania około 8 km. Tu w tajdze nie było żadnych dróg. Chcąc przeprowadzić czołgi, samobieżne 
działa   pancerne   i   inne   pojazdy  zmechanizowane,   trzeba   było   budować   drogi.   Za   pomocą   czołgów   i 
specjalnych   buldożerów,   różnego   rodzaju   spychaczy   i   innego   sprzętu   przebijano   przez   tajgę   i   jej 
grzęzawiska   prosty  szlak,   na   którym   zwalano   wyrwane   z   korzeniami   pnie   drzew.   Zasypane   z   lekka 
ziemią, ubite gąsienicami T-34 układały się w bity trakt, którym ruszyć mogły naprzód długie kolumny 
radzieckich   wojsk   pancernych   i   zmechanizowanych.   Mimo   niezwykle   trudnych   warunków   wojska 
radzieckie posunęły się tu szybko naprzód przebywając w ciągu dwóch pierwszych dni walki ponad 75 
km.

Japończycy po otrząśnięciu się z pierwszego wrażenia poniesionej porażki starali się za wszelką cerne 

zatrzymać   napór   wojsk   radzieckich   na   linii   rzek   Mulin-ho   i   Mutangciang,   a   zwłaszcza   pod   murami 
miasta-twierdzy Mutangciang, które zagradzało dalszą drogę do natarcia wojsk radzieckich na Harbin. Na  
Mutangciang, broniony przez 5 armię japońską generała Shaizu, uderzyły z dwu stron wojska radzieckich 
armii zmechanizowanych: 1 armia generała Afanasija Biełoborodowa i 5 armii generała Kryłowa. Bój o 
miasto był  niezwykle  zaciekły.  Japończycy raz po raz rzucali do akcji żołnierzy samobójców,  którzy 
obwieszeni ładunkami wybuchowymi rzucali się na radzieckie czołgi a nawet filary mostów, starając się 
je w ten sposób wysadzić w powietrze razem z sobą. Tak też usiłowali Japończycy wysadzić ważny most  
na rzece Mutangciang. 15 żołnierzy samobójców wyleciało w powietrze, ale most na szczęście pozostał 
nienaruszony.   14   sierpnia   gwałtowny   kontratak   wojsk   japońskich   wyparł   żołnierzy   radzieckiego   26 
korpusu, którzy walczyli już w centrum miasta, na odległość 8-10 km od jego przedmieść. W tej sytuacji, 
nie   chcąc   na   próżno   tracić   cennego   czasu,   a   jednocześnie   dążąc   do   wykonania   przełamania   w 
zaplanowanym czasie obrony wojsk japońskich na Nizinie Mandżurskiej i połączenia się tu z wojskami  

background image

Frontu   Zabajkalskiego,   marszałek   Mierieckow   wydał   rozkaz   obejścia   Mutangciangu   od   południa   i 
poprowadzenia natarcia dalej prosto na Kirin-Czangczun. I tak po sześciu dniach zaciekłych walk wojska 
marszałka Mierieckowa posunęły się o 100 km naprzód w głąb Mandżurii, stwarzając korzystne warunki 
wyjściowe do uderzenia w kierunku Korei.

Wczesnym   rankiem   9   sierpnia   ruszyły   też   do   natarcia   i   wojska   2   Frontu   Dalekowschodniego, 

wysuwając  do przodu 15 armię  generała S. Mamonowa  i 5 korpus generała I. Paszkowa. Celem ich  
natarcia, wyprowadzonego z rejonu miasta Sikin nad Ussuri, było opanowanie w pierwszej kolejności 
miasta Rache. Padające w tym rejonie od jakiegoś czasu ulewne deszcze spowodowały powódź. Wystąpił  
ze   swych   brzegów   kapryśny   Amur,   zalewając   olbrzymie   obszary   pobliskich   łąk   i   lasów.   Tereny 
nadbrzeżne   Amuru   przekształciły  się   teraz   w   jedno   wielkie   grzęzawisko.   Zalane   zostało   też   miejsce 
zaplanowanej koncentracji wojsk radzieckich. Ale czerwonoarmiści dali sobie radę. Pomogła im w tym 
wydatnie   Amurska   Flotylla   Wojenna   kontradmirała   N.   Antonowa.   Przy   jej   pomocy   już   9   sierpnia 
sforsowano Ussuri i opanowano Tangan. W nocy z 9 na 10 sierpnia sforsowano też rzekę Sungarię i  
zdobyto   miasto   Tungczang.   Zacięty  bój   wywiązał   się   i   o   miasto   Fukting,   które   zdobyto   dopiero   14 
sierpnia.   Ten   ostatni   sukces   otwierał   wojskom   radzieckim   dalszą   drogę   natarcia   na   rejon   Harbinu.  
Również w nocy z 9 na 10 sierpnia okręty i statki desantowe Amurskiej Flotylli Wojennej przerzuciły 
wojska   2   armii   generała   M.   Tieriechina   przez   Amur   do   rejonu   położonego   na   południe   od 
Błagowieszczenska i Bojarkowa. Już 11 sierpnia wojska Tieriechina nacierały z wielkim impetem na 
Cycykar.

Tak więc w ciągu zaledwie sześciu pierwszych dni wojny Armia Radziecka przełamała pierwszą linię 

obrony   japońskiej,

 

rozbiła   około   połowę   wojsk   przeciwnika,   podchodząc   na   rubież   zasadniczej   linii 

obrony nieprzyjaciela, położonej w centrum atakowanego obszaru a wytyczonej takimi miastami, jak: 
Harbin. Czangczun, Mukden. Był to śmiertelny cios dla cesarstwa, cios w samo serce. Teraz cesarz nie  
czekał   już   na   opinię   swych   doradców   politycznych   czy   wojskowych,   wydając   rozkaz   ministrowi   - 
strażnikowi pieczęci Kido, aby natychmiast opracował i przedstawił mu plan działań mających na celu jak  
najszybsze zakończenie wojny.

A tymczasem natarcie wojsk radzieckich rozwijało się dalej, mimo stale pogarszających się warunków 

terenowych i atmosferycznych. Brak dróg utrudniał ruch oddziałów tyłowych i kolumn zaopatrzeniowych. 
Na pierwszej linii frontu brakować zaczęło paliwa dla czołgów i innych pojazdów zmechanizowanych,. 
Zarysowała się sytuacja, w której mogły stanąć wszystkie wojska pancerne. W obliczu takiej możliwości 
dowództwo radzieckie zaczęło tworzyć pancerno-motorowe zgrupowania szturmowe, które zaopatrywano 
w paliwo w pierwszej kolejności kosztem innych jednostek, które chwilowo mogły pozostać na tyłach. 
Korzystano również z pomocy lotnictwa, które zaczęło masowo zrzucać w wyznaczonych punktach na  
linii frontu zasobniki z paliwem. I natarcie rozwijało się dalej. 12-13 sierpnia wojska prawego skrzydła 
Frontu Zabajkalskiego połączyło się z oddziałami chińskiej 8 armii ludowo-wyzwoleńczej generała Czu 
Te. W nocy z 15 na 16 sierpnia wojska 2 Frontu Dalekowschodniego opanowały miasto Jiamusy nad 
rzeką Sungari.

17 sierpnia 1945 r. naczelne dowództwo armii kwantuńskiej zdało sobie sprawę, iż nie uda się mu  

powstrzymać  radzieckiego natarcia. Ci, którzy tak jeszcze niedawno zapewniali cesarza, sami  zresztą 
święcie w to wierząc, że w razie wybuchu wojny z ZSRR za kilka dni będą we Władywostoku i nad 
Bajkałem, nareszcie pojęli, iż wojna ta jest już przegrana. W tej sytuacji armia kwantuńska zwróciła się do 
marszałka Wasilewskiego z prośbą o zawieszenie broni, licząc, iż uda się jej zyskać nieco na czasie, przed 
powzięciem   ostatecznych   decyzji   co   do   dalszego   postępowania.   Ale   odpowiedź   była   treściwa   i 

background image

lakoniczna.

„Proponuję Dowódcy Wojsk Armii Kwantuńskiej - stwierdzał w odpowiedzi marszałek Wasilewski - 

zaprzestanie o godzinie 12.00, 20 sierpnia wszelkich działań wojennych przeciwko wojskom radzieckim 
na całym froncie, złożenie broni i oddanie się do niewoli. Skoro tylko wojska japońskie zaczną składać 
broń, wojska radzieckie zaprzestaną działań wojennych” *.

Klęska Armii Kwantuńskiej. Warszawa 1968.

Już w kilka godzin później o godzinie 17.00, 17 sierpnia sztab armii kwantuńskiej odpowiedział, iż  

przyjmuje  warunki radzieckie i wojska japońskie rozpoczną 20 sierpnia składać broń. W tej sytuacji 
marszałek Wasilewski wydał rozkaz wprowadzenia do akcji wojsk desantu powietrznego i opanowania 
przy   jego   pomocy   głównych,   a   jeszcze   nie   zajętych/,   miast   Mandżurii.   18   sierpnia   kilkaset 
spadochroniarzy radzieckich opanowało Harbin. W ten sam sposób wyzwolono tego dnia: Kirin. Mukden 
i Czangczun. W dwie godziny później po opanowaniu lotniska mukdeńskiego wydarzył się niecodzienny 
wypadek.  Nad  lotniskiem pojawił   się  nagle  jakiś  samolot  bez   znaków  rozpoznawczych.  Natychmiast 
wzbiły   się   w   powietrze   radzieckie   myśliwce,   zmuszając   przybysza   do   lądowania.   Okazało   się,   iż 
pasażerem samolotu był sam cesarz Mandżukuo, Henry Pu-I (właśc. Suang-tung), któremu towarzyszyło 
kilka czołowych osobistości jego dworu.

I tak oto na lotnisku mukdeńskim zamknęła się historia japońskiego podboju Mandżurii. Teraz było już 

właściwie   po   wszystkim.   Przestało   istnieć   cesarstwo   Mandżukuo,   a   jego   cesarz   Pu-I   stał   się   znów 
zwykłym obywatelem, skarżącym się otaczającym go oficerom radzieckim, iż był tylko więźniem swych 
zaprzedanych Tokio dworaków i japońskich żandarmów.

19   sierpnia   1945   r.   w   kwaterze   głównej   marszałka   Wasilewskiego   zjawił   się   szef   sztabu   armii 

kwantuńskiej,   generał   Hata,   któremu   wręczono   ultimatum   radzieckiej   Kwatery   Głównej   Naczelnego 
Dowództwa, o następującej treści:

  „Niezwłocznie zaprzestać wszędzie działań bojowych, a tam gdzie szybkie podanie do wiadomości 

wojsk rozkazu o natychmiastowym zaprzestaniu działań bojowych okaże się niemożliwe, zaprzestać walki 
najpóźniej o godzinie 12.00, 20 sierpnia” *.

* Tamże.

Tego   też   dnia   wojska   radzieckie   opanowały   miasto   Cycykar,   biorąc   tu   do   niewoli   ponad   6000 

żołnierzy przeciwnika. 20 sierpnia radzieckie oddziały pancerne wkroczyły do opanowanych już przez 
spadochroniarzy największych miast Mandżurii: Mukdenu, Kiriu, Czangczunu, Dalienu i Port Arthur. 
Armia kwantuńska, chluba i oczko w głowie, główny trzon japońskich sił lądowych, przygotowująca się 
od 14 z górą lat do ataku na ZSRR, już nie istniała i to po zaledwie 10 dniach walki z Armią Radziecką. 
W walkach tych Japończycy stracili ponad 700 000 ludzi. 83 737 żołnierzy japońskich poległo, a 594 000  
żołnierzy i oficerów, w tym 148 generałów, dostało się do niewoli. Armia Radziecka zdobyła 1665 dział, 
2139   moździerzy,   600   czołgów,   831   samolotów,   11   988   cekaemów,   310   000   karabinów,   2129 
samochodów, 17 497 koni i cały stan jednostek pływających japońskiej flotylli sungaryjskiej.

Siły zbrojne ZSRR straciły tu 8219 poległych a 22 264 żołnierzy zostało rannych. Na brzeg wielkiego 

oceanu wyszły radzieckie dywizje i pułki pancerne, piechoty i kawalerii. Radzieccy żołnierze i marynarze 
podnieśli w górę swój bojowy sztandar na wzgórzach dominujących nad Port Arthur, tam gdzie niegdyś  
bronili honoru rosyjskiego żołnierza admirał Makarów i generał Kondratienko.

Uderzeniu wojsk radzieckich na Mandżurię towarzyszyła operacja mająca na celu wyzwolenie Korei. 

Podjęła   ją   25 armia  generała  Michaiła   Czistiakowa  z   1 Frontu  Dalekowschodniego,  wspierana   przez 
radziecką Flotyllę Oceanu Spokojnego oraz samoloty lotnictwa morskiego generała Liemieszkina. Wojska 

background image

radzieckie,   nacierając   częścią   sił   wzdłuż   wschodniego   wybrzeża   Półwyspu   Koreańskiego,   wyzwoliły 
kolejno   porty:   Ungi,   Nadzin.   Chongdzin.   Z   wojskami   Armii   Radzieckiej   współdziałały

 

oddziały 

koreańskich partyzantów kierowane przez komunistów. 11 sierpnia wyzwolono Ungi, 12 sierpnia Nadzin. 
13 sierpnia Chongdzin. Tu wywiązały się ciężkie walki. Wojska radzieckie zostały nawet z Chongdzinu 
przejściowo wyparte przez Japończyków i odzyskały go 16 sierpnia.

19 sierpnia wojska radzieckie opanowały port koreański Ode-din. 21 sierpnia ważny port Wonsan a 25 

sierpnia  wyzwoliły największe  miasto  północnej   Korei,  obecną  stolicę   KRLD   -  Phenian.  26  sierpnia 
oddziały Armii Radzieckiej osiągnęły rubież 38 równoleżnika, która stanowiła linię rozdzielającą strefy 
działania wojsk radzieckich, i amerykańskich. Linia ta stać się miała wkrótce granicą między Koreańską 
Republiką Ludowo-Demokratyczną a Koreą Południową. W toku wyzwalania Korei wojska radzieckie 
wzięły do niewoli 170 00 żołnierzy, japońskich, w tym 27 generałów i 6000 oficerów.

Działania   wojenne   objęły   wówczas   również,   okupowany   od   40   lat   przez   Japończyków,   obszar 

południowego   Sachalinu  i  Wysp   Kurylskich.   Misję   wyzwolenia   południowego  Sachalinu  powierzono 
oddziałom 56 korpusu generała Diakorowa, w którego składzie znajdowały się m.in.: 79 dywizja i 2 oraz 
5   brygady   piechoty,   jak   też   214   brygada   pancerna   oraz   178   i   678   bataliony   czołgów.   Oddziały   te 
wspierały: z morza - północna Flotylla Oceanu Spokojnego wiceadmirała A. Andrejewa; z powietrza -  
zespół samolotów bojowych z 255 dywizji lotniczej w sile 100 maszyn  bojowych. Plan sachalińskiej 
operacji zaczepnej przewidywał poprowadzenie natarcia wzdłuż głównej drogi prowadzącej w kierunku 
miast Honda i Koton.

Natarcie wojsk radzieckich rozpoczęło się w dniu 11 sierpnia 1945 r. Japończycy walczyli zaciekle 

atakując z zasadzek jednostki radzieckie, usiłujące utorować sobie drogę do miasta Honda. Wówczas 
wojska radzieckie ruszyły w tajgę, zamierzając obejść pozycje japońskie. Taktyka ta dała oczekiwane 
rezultaty. 13 sierpnia padła Honda, a już 16 sierpnia piechota radziecka uderzyła na Koton. Japończycy 
atakowani od czoła i z obu skrzydeł poszli wkrótce w rozsypkę i 13 sierpnia 3000 żołnierzy i oficerów 
załogi Koton złożyło broń.

Teraz  wojska  radzieckie   uderzyły  na   największe   miasto   południowego  Sachalinu  -  Tojoka  (Jużno 

Sachalińsk). Natarcie to rozpoczęło się jeszcze przed upadkiem Kotonu. W dniu 16 sierpnia w porcie Toro 
(Chołomsk) wysadzony został desant radziecki złożony z 1500 żołnierzy, który zmusił wojska japońskie 
do opuszczenia miast Toro i Ksutoru. 19 sierpnia wysadzono drugi desant w sile 3400 ludzi w porcie 
Maoka (Newelsk). Tu w dwa dni później przerzucono drogą morską z Władywostoku oddziały trzech 
radzieckich  dywizji   piechoty.   Był   to  już   koniec   walki   o  Sachalin.   26  sierpnia   1945  r.   resztki   wojsk 
japońskich złożyły broń. Do niewoli oddało się 18 320 Japończyków.

Nadszedł też czas wyzwolenia Wysp Kurylskich. Wyspy te rozrzucone długim łukiem na przestrzeni 

640 mil stanowiły naturalny pomost pomiędzy cyplem Kamczatki a wyspami japońskimi, oddzielający 
wody Morza Ochockiego od akwenu Oceanu Spokojnego. Cały archipelag obejmuje 55 wysp i wysepek, 
w tym 30 większych. Ogólna ich powierzchnia wynosi 15,6 tys. km2.

Plan operacji bojowej, której celem było wyzwolenie Kurylów, przewidywał, iż w akcji desantowej na 

wyspach północnej części archipelagu a zwłaszcza wyspach:  Szumszu, Paramuszir  i Onekatan, miała  
wziąć  udział  101  dywizja   piechoty  generała  P.  Djakowa,  wsparta  batalionem  piechoty morskiej  i  78 
samolotami ze 128 dywizji lotniczej. Dowodził całością operacja generał A. Gnieczko.

Walka   o wyspę   Szumszu   rozpoczęła   się  wczesnym  rankiem 18  sierpnia   1945 r.  o godzinie   4.30. 

Japońska załoga wyspy składała się z 6 batalionów piechoty,  275 cekaemów, 98 dział i 60 czołgów. 
Japończycy dali się zaskoczyć  i rozpoczęli kontrakcję dopiero wtedy,  gdy na wyspie wylądowały już 

background image

główne   siły   desantu.   Jednakże   podjęte   w   południe   tego   dnia   silne   kontr-natarcie   japońskie,   wsparte 
czołgami, postawiło piechotę radziecką w niezwykle trudnym położeniu. Sytuację uratowały, wspierające 
lądowanie   desantu,   radzieckie   okręty   wojenne.   Ogień   ich   dział   zniszczył   15   japońskich   czołgów. 
Pozostałe   zawróciły  i   kontratak  japoński   załamał   się.   Na   wyspie   lądować   zaczął   drugi   rzut   desantu. 
Między innymi  wyładowano artylerię i czołgi. Około godziny 14.00 Japończycy raz jeszcze usiłowali 
kontratakować, ale i tym razem kontruderzenie to załamało się po zniszczeniu 17 czołgów japońskich z 18 
biorących udział w akcja. 21 sierpnia Japończycy wyrazili formalnie zgodę na kapitulację, ale nadal nie  
składali broni udając, iż nie wszystko rozumieją z tego, czego od nich żądano. Pod presją jednak groźby 
rozpoczęcia ataku przez wojska radzieckie Japończycy zaczęli się poddawać. W dniach od 22 do 28 
sierpnia 1945 r. wojska radzieckie opanowały dalsze wyspy północnej części Wysp Ku-rylskich, biorąc do 
niewoli 30 442 żołnierzy i oficerów japońskich, zdobywając 303 działa i 60 czołgów. Do 3 września siły 
zbrojne ZSRR zajęły pozostałą część archipelagu Wysp  Kurylskich, biorąc do niewoli dalsze 24 000 
japońskich żołnierzy.

Klęska armii kwantuńskiej, jak też opanowanie przez wojska amerykańskie Iwo Dzimy i Okinawy, 

wysp   umożliwiających   już   bezpośrednie   zaatakowanie   macierzystej   Japonii,   nie   były   jedynymi  
dzwonkami   alarmowymi,   nakazującymi   Tokio   rozsądek.   Nie   mniej   istotny   był   tu   jeszcze   jeden 
dramatyczny   sygnał   ostrzegawczy   -   dwie   amerykańskie   bomby   atomowe   zrzucone   na   Hirosimę   i 
Nagasaki.

I   tak,   gdy   wojna   na   Pacyfiku   zaczęła   wchodzić   w   swe   ostatnie,   rozstrzygające   stadium,   w 

Waszyngtonie   zaczęto   zastanawiać   się,   jak   ją   zakończyć.   Na   przełomie   marca   i   kwietnia   1945   r. 
połączony Komitet Szefów Sztabów miał już opracowanych kilka wariantów finału wojny na Pacyfiku. 
Amerykanie byli przekonani, po zmaganiach, o Iwo Dzimę i Okinawę, iż walkę z amerykańską armią  
inwazyjną podejmie cała ludność Japonii a nie tylko jej wojska. W Waszyngtonie obawiano się, że przy 
takim rozwoju wydarzeń wojna potrwać może do jesieni lub nawet zimy 1946 r. i że zginąć w niej będzie 
musiało ponad milion żołnierzy amerykańskich. Przerażało to amerykańskich polityków i sztabowców, ale 
cóż było robić - wojnę trzeba było prowadzić dalej. Dlatego też nie oglądając się na nic, zaplanowano w 
Waszyngtonie nowe uderzenie. 1 listopada

1945   r.   wojska   amerykańskie   wylądować   miały   na   wyspie   Kiusiu.   W   operacji   inwazyjnej, 

zaszyfrowanej   kryptonimem   „Olimpie”,   wziąć   miało   udział   13   dywizji   6   armii   generała   Kruegera. 
Dopiero po opanowaniu Kiusiu, Szikoku i południowo-zachodniej części wyspy Hon, uderzyć miano już 
bezpośrednio na rejon Tokio. W tej ostatniej operacji, zaszyfrowanej kryptonimem „Coronet-Diadem”, 
planowano- użyć  25 dywizji (trzy armie), wspartych przez 15 000 samolotów i potężne siły morskie, 
mające w swym składzie: 90 lotniskowców, 23 pancerniki, 52 krążowniki, 323 niszczyciele, 298 okrętów 
eskortowych, 181 okrętów podwodnych, 160 stawiaczy min i trałowców, 1060 okrętów pomocniczych i 
2783 statki i okręty transportowo-desantowe.

Była to jedna strona przysłowiowego medalu. Ale była i druga. W Waszyngtonie przygotowywano się 

do przeprowadzenia tych operacji inwazyjnych, ale jednocześnie bano się panicznie ich wyników czy 
raczej kosztów tego, iż za swój ostateczny sukces Amerykanie zapłacić będą musieli istną hekatombą  
ofiar.   Pomyślano   więc   jeszcze   o   czymś   więcej,   o   czymś   co   mogłoby   sparaliżować   wolę   walki 
Japończyków, a jednocześnie odegrać rolę politycznego straszaka dla całego pozostałego świata. Tym 
czymś była bomba atomowa. Już w lipcu 1945 r. zakończono odpowiednie przygotowania do jej użycia 
przeciwko   Japonii.   Jak   pamiętamy,   już   27   lipca   1945   r.   opublikowano   tzw.   deklarację   poczdamską, 
podpisaną przez: Trumana, Churchilla i Czang Kai-szeka, a wzywającą Tokio do kapitulacji. 29 lipca 

background image

Japonia ultimatum to odrzuciła.

W   nocy   z   5   na   6   sierpnia   1945   r.   z   lotniska   na   wyspie   Tinian   wystartowały   trzy   bombowce 

amerykańskie B-29. Pierwszy z nich „Enoia Gay”, pilotowany przez załogę pułkownika Paula Werfielda 
Tibbetsa,   niósł   na   swym   pokładzie   bombę   atomową.   Dwa   pozostałe   miały   dokonać   odpowiednich 
obserwacji   i   pomiarów   miejsca   wybuchu   nowej   śmiercionośnej   broni.   Już   o   godzinie   8.15   maszyna  
Tibbetsa znalazła się nad wyznaczonym jej celem, którym było miasto Hirosima. Z wysokości 10 500 m 
major Ferebec zrzucił na spadochronie bombę  atomową  na niespodziewające się ataku miasto. W 50 
sekund później, gdy samolot  Tibbetsa zdążył  już oddalić się o 24 km,  nastąpił piekielny wybuch na 
wysokości około 600 m. W miejscu wybuchu temperatura osiągnęła 50 milionów ° Celsjusza. W ciągu 12 
godzin spłonęło doszczętnie 13 km2 powierzchni mieszkalnej miasta. Zniknęło z powierzchni ziemi 80% 
budynków Hirosimy, a dalszych 16,7% uległo poważnemu uszkodzeniu. Zginęło 92 133 ludzi, 37 422 
zostało rannych, 235 656 zostało poparzonych. 9 sierpnia o godzinie 11.01 inny bombowiec amerykański 
B-29 nazwany „Bock's Car”, pilotowany przez załogę majora Charlesa Sweeneya, zrzucił drugą bombę 
atomową (o innych właściwościach technicznych i mniejszej sile niszczenia) na miasto i port Nagasaki. 
Tu zginęło 35 000 ludzi a 60 000 zostało rannych. Należy dodać, iż eksplozja amerykańskiej bomby 
atomowej w Hirosimie spowodowała, doliczając zgony osób w okresie powojennym z powodu choroby 
popromiennej, śmierć ponad 200 000 osób.

O   tym,   jak   wyglądał   ów   sądny   dzień   dla   blisko   400-tysięcznego   miasta,   mówią   m.   in.,   dwie 

zacytowane niżej relacje:

„Hirosima, poniedziałek 6 sierpnia 1945 r. - pisze Robert Guillain. - W kilkanaście sekund po godzinie 

8.15 oślepiający błysk, «jaśniejszy niż tysiąc słońc», rozdziera niebo nad centrum miasta. Gigantyczny 
podmuch unosi w górę ogromny słup dymu i szczątków. Wszystko wokół zalewa ocean ognia. Atomowy 
kataklizm unicestwia około 300-tysięczne miasto w chwili, gdy zabierało się do pracy. Śmiercionośne 
promienie dopełniają dzieła zagłady. Tysiące drewnianych domów przemienia się w miliony płonących 
szczap, rzadkie murowane  budynki  stają się stertą dymiących  zgliszcz, płomienie buzują po ścianach 
szkół, gdzie właśnie rozpoczynały się lekcje, palą się koszary pełne wojska i przewrócone tramwaje nabite 
pasażerami. Pod szczątkami zdruzgotanych ulic i uliczek śmierć dopada tłumy» prostych ludzi, udających  
się   do   pracy.   Znikają   bez   śladu   stare   świątynie.   Jeden   ognisty   błysk   zwiastuje   straszliwy   koniec 
przeważającej części mieszkańców centrum miasta. Miazga krwawiących, zwęglonych istot, czołgających 
się, umierających w drgawkach na ziemi, ginących pod gruzami domów, płonących żywcem,  na poły 
oszalałych, pędzących na oślep przed siebie, byle wyrwać się z koszmaru... Nagie sczerniałe ciała żywcem 
obdarte ze skóry, nadwęglone twarze, niewidzące oczy...

«Było to rankiem 6 sierpnia - przytacza dalej R. Guillain wspomnienie 35-letniej Japonki, pani Futaba 

Kitajama, mieszkanki Hirosimy, która w chwili wybuchu znajdowała się w odległości około 1700 m od 
centrum eksplozji. - Dogoniłam grupę kobiet, które podobnie jak ja pracowały ochotniczo przy robieniu 
przerw przeciwpożarowych na wypadek nalotów bombowych. Rozwalałyśmy całe szeregi domów (...).

Nasza grupa przeszła gęsiego most na Tsurumi, gdy nagle bez uprzedniego alarmu pojawił się bardzo 

wysoko   nad   naszymi   głowami   pojedynczy   nieprzyjacielski   samolot.   Dotąd   pamiętam   jego   srebrne 
skrzydła,   błyszczące   ostro   w   blasku   słońca.   Jedna   z   kobiet   krzyknęła:   „Patrzcie,   spadochron!”. 
Odwróciłam się na ten okrzyk i właśnie w tym momencie przenikliwy błysk zakrył całe niebo.

Co   było   pierwsze:   błysk   czy   huk   wybuchu,   który   zdawał   się   rozdzierać   mnie   na   kawałki?   Nie  

pamiętam... Rzuciło mnie na ziemię i natychmiast świat zaczął się walać wokół mnie, na mnie, na moją  
głowę... Przestałam cokolwiek widzieć. Pomyślałam, że nadeszła moja ostatnia godzina. Myślałam też o 

background image

trójce   moich   dzieci,   które   w   przewidywaniu   nalotów   zostały  ewakuowane   na   wieś.   Nie   mogłam   się 
ruszyć: padające zewsząd szczątki belek i dachówek tworzyły stos, spod którego nie sposób było się 
wydostać.

Próbowałam się jakoś wyczołgać. W końcu udało mi się wyswobodzić. Poczułam straszliwy odór,. 

Sądząc, że bomba, która w nas uderzyła, mogła być bombą zapalającą z żółtego fosforu, jakie spadły na  
tyle innych miast, zaczęłam dość mocno pocierać nos moją tenugui - taką serwetką, zawieszoną przy 
pasku. Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że w serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy... Ach! 
I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać! Od łokcia aż po końce palców cała skóra z 
prawego przedramienia «odkleiła się» i śmiesznie zwisała. Z lewej ręki, z wszystkich pięciu palców, skóra 
zeszła   mi   jak   rękawiczka.   Siedząc   na   ziemi,   zupełnie   wyczerpana,   powoli   przychodziłam   do   siebie. 
Stopniowo zaczęłam sobie uświadamiać, że gdzieś zniknęły bez śladu wszystkie moje towarzyszki... Co 
się z nimi stało? Ogarnęła mnie nagle panika. Chciałam uciekać, ale dokąd? Wszędzie wokół szczątki, 
deski, belki, dachówki - żadnego punktu, według którego mogłabym się zorientować, gdzie jestem...

Co się stało z niebem - błękitnym jeszcze przed chwilą? Teraz było czarne, jakby zapadła głęboka noc. 

Wszystko wydawało się niewyraźne jak we mgle. Miałam wrażenie, że stanęła mi jakaś chmura przed 
oczyma,   której   nie   mogłam   przeniknąć.   Czyżbym   zaczęła   tracić   zmysły?   W   końcu   dostrzegłam 
niewyraźny   kontur   mostu   na   Tsurumi   i   pobiegłam   w   jego   kierunku.   Przedzierałam   się   przez   sterty 
gruzów. Tego, co wówczas zobaczyłam pod mostem, nigdy nie potrafię zapomnieć.

Setki ludzi wypełniały rzekę. Nie umiem powiedzieć, czy to byli mężczyźni, czy kobiety, wszyscy  

budzili przerażenie swym wyglądem: spopielałe obrzękłe twarze, zjeżone włosy, ręce wzniesione do góry. 
Jęcząc z bólu, rzucali się do wody. Sama miałam gwałtowną ochotę uczynić to samo wskutek bólu, który 
palił mi całe ciało. Pomyślałam jednak, że nie umiem pływać, i to mnie powstrzymało.

Nagle spostrzegłam, że cała dzielnica Hatciobori po drugiej stronie rzeki zaczyna się palić na moich  

oczach. Sądziłam., że tylko dzielnica, z której się wyrwałam, została zbombardowana... Popędziłam przed 
siebie, głośno wykrzykując imiona moich dzieci. Dokąd biegłam? Nie wiem, w oczach pozostały mi tylko  
obrazy straszliwych cierpień... (...).

Pod mostem Kodzin, na poły zawalonym, ze zniszczonymi żelazobetonowymi barierami, unosiła się 

na wodzie wielka masa prawie nagich trupów. Przypominały zdechłe psy... (...).

Musiałam tak błądzić po zgliszczach pewnie ze dwie godziny, nim znalazłam się na placu ćwiczeń  

wojskowych położonym na wschodniej dzielnicy. Oparzenia sprawiały mi okropny ból.

Był to inny ból niż przy zwykłym oparzeniu - dotkliwy i niepokojący, wydawał się pochodzić jakby 

spoza mojego ciała. Z rąk wydzielała mi się jakaś żółta ropa. Pomyślałam, że chyba i moja twarz musi  
wyglądać strasznie...

Wokół na placu ćwiczeń ujrzałam gromady uczniów szkół podstawowych i licealistów - chłopców i 

dziewcząt. Przerażeni agonią, jeszcze chcieli się stąd wyrwać, uciec przed śmiercią... Podobnie jak ja  
należeli   do   ochotniczego   korpusu   obrony   przeciwlotniczej.   Dotąd   pamiętam   ich   oszalałe   wołania: 
«Mamo!  Mamo!» Byli  straszliwie poparzeni i silnie krwawili - ten widok był  nie do zniesienia! (...) 
Patrzyłam tylko, jak umierają jedno po drugim, przyzywając nadaremnie matki na pomoc...»„.

I jeszcze jedna relacja, pochodząca jak poprzednie z książki R. Guillaina, od bezpośredniego świadka 

atomowego kataklizmu, tym razem opowiadająca o tragedii Nagasaki.

«Nagły błysk - wspominał dzień 9 sierpnia 1945 r. godzinę 11.01 doktor i literat, profesor Takasi  

Nagai, autor głośnej książki Dzwony Nagasaki, zmarły w sześć lat po zagładzie swego miasta w wyniku 
postępów choroby popromiennej. - Kiedy oprzytomniałem, wokół piętrzyły się gruzy szpitala. Nic nie 

background image

było widać. Wszyscy twierdzą, że to bomba... Prawdopodobnie nie jestem ranny, lecz jeśli wybuchnie 
ogień, to będzie koniec...

Zaczynają skądś wyłazić nasi chorzy, napływają ranni z zewnątrz - wszyscy nadzy, pokrwawieni i 

prawie   odarci   ze   skóry.   Spalone   i   zjeżone   włosy,   zwęglone   twarze,   spopielałe   lub   niemal   czarne,  
przypominają potępieńców. Czołgają się po ziemi, nie mogąc ustać na nogach.

Jeden z moich asystentów, który przed chwilą przybył z miasta, opowiada, że na ulicach wszędzie leżą 

ludzie - całe zwały trupów i rannych, tak że nie można się poruszać. Rozglądam się wokół - jak okiem  
sięgnąć, szaleje ogień. Miasto zostało starte na prochu.»„.

Wybuch bomb atomowych nad Hirosima i Nagasaki zaskoczył przywództwo wojskowe i polityczne 

Japonii. Przez wiele godzin Tokio nie mogło w ogóle połączyć się z Hirosima. Wszelka bowiem łączność 
telefoniczna i telegraficzna, jak też radiowa została zerwana. O tym, co się stało w Hirosimie, dowiadują 
się przywódcy Japonii dopiero z nasłuchu audycji radiostacji amerykańskiej z San Francisco. Komunikat 
amerykański   stwierdzał,   iż   użyto   tam   po   raz   pierwszy   nowej   broni,   bomby   atomowej.   Mówiono   o 
zaobserwowanym  z powietrza zniszczeniu miasta, o straszliwej sile rażenia, olbrzymiej  temperaturze, 
promieniowaniu radioaktywnym. W świetle tragedii Hirosimy plan japońskich generałów obrony kraju do 
ostatniego człowieka, mający zniechęcić Amerykanów do zdobywania Nipponu ceną życia setek tysięcy 
żołnierzy USA, stracił nagle cały swój, i tak już wątpliwy, sens. Wielu z liderów politycznego świata  
Japonii mogło po Hirosimie dojść do logicznie nasuwającego się wniosku: po co Amerykanie mają w  
ogóle lądować w Japonii i walczyć z milionami Japończyków, kiedy mogą ich uprzednio wybić do nogi za 
pomocą bomb atomowych.

„Zwolennicy zakończenia wojny uważają, że bomba otwiera drogę ku pokojowi - stwierdza Robert 

Guillain.   -   Koncepcja   «ostatniej   bitwy»   upada   pod   naporem   realiów:   wszak   Amerykanie   przed 
wylądowaniem   mogą   za   pomocą   paru   eksplozji   nuklearnych   zmienić   w   pustynię   całe   połacie   gęsto 
zaludnionych wybrzeży japońskich. Nim nadejdzie wrzesień - prawdopodobna pora ofensywy - to, co 
pozostało jeszcze z Tokio, może w każdej chwili zostać «zatomizowane». Wojna zmieniła dotychczasowy 
charakter. Jeśli będzie toczyć się nadal, przekształci się w wojnę atomową, która przyniesie miliony ofiar  
w ciągu kilku tygodni, a może nawet dni. Rzecznicy pokoju uznają, że bomba pozwala na «zachowanie 
twarzy».   Podnoszą   się   gwałtowne   protesty   przeciwko   «okropnościom»   spowodowanym   wybuchem 
jądrowym - i stanowią one dostateczną rację przemawiającą za złożeniem broni. Na usprawiedliwienie  
można zawsze dowieść, że armia japońska oczekiwała w gotowości na lądowanie nieprzyjaciela i była w 
stanie odnieść zwycięstwo, lecz nieludzka broń zmusiła ją do kapitulacji, by nie narażać na okrutną śmierć 
milionów cywilów.

Choć   powyższe   argumenty   zdobyły   dla   pokoju   wielu   niezdecydowanych,   nie   podważyły   jednak 

pozycji zatwardziałych desperatów, gotowych do ostatka stawiać beznadziejny opór. Mając oparcie w 
siłach   zbrojnych,   czują   się   oni   wciąż   potężni,   tym   bardziej   że   naród   jest   nieświadomy   rozpaczliwej  
sytuacji   kraju.   Dowództwo   jeszcze   raz   próbuje   zastosować   wypróbowany   unik:   zamiast   brutalnie 
przedstawić społeczeństwu cała prawdę i wydrzeć mu zgodę na hańbiący akt kapitulacji, wolałoby ukryć 
lub przynajmniej pomniejszyć skutki użycia nowej broni. W kręgach władzy ścierają się przeciwstawne 
stanowiska. Przedstawiciele armii nie chcą ustąpić, w końcu jednak są zmuszeni przyznać, że tajemnica 
nie da się długo utrzymać.  Wyrażają  więc zgodę na opublikowanie dość mglistego komunikatu. Ten 
kolejny przedziwny dokument, który ukazał się 8 sierpnia w dziennikach porannych, zawiera tylko kilka 
wierszy. Stwierdza się w nim, że nieprzyjaciel zrzucił na Hirosimę nowego typu bombę i miasto poniosło 
ogromne straty”.

background image

Wojskowi   wiedzieli   jednak,   że   w   ten   sposób   „tajemnicy”   Hirosimy   nie   da   się   utrzymać.   Nawet 

bowiem posiadane przez ludność odbiorniki radiowe - bez zakresu fal długich i krótkich - dostosowane w 
zasadzie   jedynie   do   odbioru   radiostacji   japońskich,   łapały   audycje   z   Okinawy,   zajętej   już   przez 
Amerykanów. Ci zaś zdołali zainstalować tam już kilka niezwykle silnych nadajników, które nadawały 
stałe komunikaty,  apele i wezwania w języku japońskim. Stąd też wojskowi upierając się przy swym 
planie „walki do końca”, zaczęli myśleć  o odwołaniu się, w razie zaistnienia takiej konieczności, do 
najbardziej  fanatycznych  kół  armii,   a  zwłaszcza  do młodych  oficerów.  Oni  to  przecież  już  nieraz  w  
ostatnim   dziesięcioleciu   efektywnie   wspierali   politykę   generalicji   demonstracją   siły,   co   wielekroć 
przybierało nawet formę pozornego czy też rzeczywistego buntu wobec najwyższej władzy państwa, jeżeli 
ta ostatnia nie chciała czynić tego, co nakazywała jej armia. Sytuację tę - charakteryzującą się dalszym  
osłabieniem   zwolenników   kontynuacji   wojny,   a   co   za   tym   idzie   coraz   bardziej   zainteresowanych   w 
zorganizowaniu   wojskowego   spisku   przeciw   idei   ratowania   kraju   -   pogłębiło   jeszcze   wkroczenie   do 
wojny ZSRR.

Wbrew jednak pozorom, czego dowieść miał zresztą wkrótce dalszy bieg wydarzeń w Tokio, bomby  

amerykańskie na Hirosimę i Nagasaki nie były koniecznością. Oba te posunięcia były dla Amerykanów 
całkowicie zbędne z punktu widzenia militarnego, gdyż sprawa szybkiego zakończenia wojny i tak miała 
się rozstrzygnąć już w najbliższych dniach zupełnie gdzie indziej i w inny sposób, o czym zadecydować 
miała   właśnie   ofensywa   Armii   Radzieckiej.   Dlatego  też   oba   te   atomowe   naloty  spotkały  się   z   ostrą 
krytyką   przytłaczającej   części   światowej   opinii   publicznej.   Nawet   brytyjski   historyk   wojskowy, 
fanatyczny wręcz rzecznik wojny powietrznej, generał John Frederic Fuller, ocenił negatywnie osobistą  
decyzję prezydenta Harrego Trumana, pisząc następujące słowa:

„Chociaż   chwalebne   jest   oszczędzanie   życia   ludzkiego,   jednak   nie   usprawiedliwia   to   w   żadnym  

wypadku użycia środków sprzecznych z wszelkimi nakazami humanizmu i zwyczajami wojny. Gdyby 
przyjąć   punkt   widzenia   prezydenta   Trumana,   że   zrzucenie   dwu   bomb   na   Japonię   przyczyni   się   do 
skrócenia wojny, a tym samym do zaoszczędzenia życia setek tysięcy ludzi, zarówno Amerykanów, jak i 
Japończyków, wówczas pod tym pretekstem można by usprawiedliwić każde okrucieństwo. W wyniku 
wybuchu   dwóch   bomb   atomowych   zamordowano   lub   okaleczono   ćwierć   miliona   istnień   ludzkich. 
Mieszkańcy Hirosimy i Nagasaki zwęgleni zostali niczym heretycy i czarownice w wiekach minionych”.

Gdy liczyły się godziny

Druzgocące uderzenie Armii Radzieckiej, która w ciągu niespełna dwóch tygodni rozbiła blisko 

1,5-milionową   armię   kwantuńską,   skoncentrowaną   na   obszarze   Mandżurii,   Korei,   Sachalinu   i   Wysp 
Kurylskich,   jak   też   hekatomba   atomowa   ofiar   Hirosimy   i   Nagasaki   zmusiły   Japonię   do   kapitulacji, 
odbierając jakikolwiek sens dalszej walce. Bastion mandżurski, który miał - w myśl planów generałów:  
Anami   i   Umedzu   -   stać   się   niezdobytą   twierdzą,   schronieniem   dla   cesarza   w   razie   wylądowania 
Amerykanów pod Tokio, przestał nagle istnieć.

 

Stąd też już 10 sierpnia, gdy stało się jasne, że Armia 

Radziecka przełamała po kilku godzinach walki cały system obrony armii kwantuńskiej i powstrzymać się 
nie da, a co więcej, lada chwila może wysadzić swe desanty na Hokkaido, minister spraw zagranicznych. 
Japonii,   Sigenori   Togo,   złożył   ambasadorowi   ZSRR   w   Tokio,   który   nie   zdążył   jeszcze   wyjechać, 
następujące ważne oświadczenie:

„Rząd japoński gotów jest przyjąć warunki podane w deklaracji z 26 lipca, do której przyłączył się 

również   rząd   radziecki.   Rząd   japoński   uważa,   że   deklaracja   nie   zawiera   żądań,   które   by   naruszały 

background image

przywileje cesarza jako suwerennego władcy Japonii. Rząd japoński prosi o wyraźne wypowiedzenie się 
w danej sprawie” *.

• „Prawda” z 12 VII 1945 r.

Widać było, iż Togo wiedział o dyskusji, jaka toczyła się na łamach prasy chińskiej czy amerykańskiej 

na   temat   przyszłego   losu   cesarza   Hirohito.   Blisko   50%   wypowiadających   się   w   niej   postulowało 
potraktowanie   cesarza   jako   zbrodniarza   wojennego   i   postawienie   go   przed   Trybunałem   Narodów. 
Znamiennym   był   fakt,   iż   w   dyskusji   tej   zabrakło   wypowiedzi   osobistości   oficjalnych   mocarstw 
zachodnich, ale sprawa wymagała wyjaśnienia, tym bardziej iż los cesarza był już ostatnim problemem,  
który mógł wpłynąć na ostateczne decyzje Tokio co do zakończenia wojny czy też jej dalszej kontynuacji. 
Stąd   też   pytanie   Togo   i   dyplomatyczna   próba   wyjaśnienia   tej   sprawy.   Treść   tego   oświadczenia  
przedstawiona   została   rządom   Stanów   Zjednoczonych,   Wielkiej   Brytanii   i   Chin.   Odpowiedź   została 
udzielona   niemalże   natychmiast   w   formie   noty   amerykańskiego   sekretarza   stanu,   Jamesa   Francisa 
Byrnesa, z 11 sierpnia 1945 r. wystosowanej do rządu japońskiego we wspólnym imieniu rządów USA, 
ZSRR, Anglii i Chin.

„W związku z oświadczeniem rządu japońskiego - stwierdzono w nocie - komunikującym o przyjęciu 

warunków   deklaracji  poczdamskiej,   lecz   zawierającym   zastrzeżenie   pod   warunkiem,   że   wymieniona 
deklaracja   nie   zawiera   żadnych   żądań,   naruszających,   przywileje   Jego   Wysokości   jako   suwerennego 
monarchy, stoimy na następującym stanowisku:

Z   chwilą   kapitulacji   władza   cesarza   i   rządu   japońskiego   odnośnie   kierowania   państwem   będzie 

podporządkowana dowództwu mocarstw sojuszniczych, które zastosuje środki, jakie uzna za konieczne 
dla zadośćuczynienia warunkom kapitulacji.

Cesarz powinien usankcjonować i zagwarantować podpisanie przez rząd Japonii i cesarską kwaterę 

główną warunków kapitulacji, konieczną w celu zadośćuczynienia warunkom deklaracji poczdamskiej, i 
będzie obowiązany wydać rozkazy do wszystkich japońskich władz wojskowych, morskich i lotniczych 
oraz do wszystkich podlegających sił zbrojnych, gdziekolwiek będą się znajdować, by przerwały działania 
wojenne   i   złożyły   broń,   jak   również   wydać   wszelkie   inne   rozkazy,   których   może   zażądać   dowódca 
naczelny w celu zadośćuczynienia warunkom kapitulacji.

Niezwłocznie po kapitulacji rząd japoński odeśle jeńców wojennych, i internowane osoby cywilne do 

miejsc bezpiecznych, które będą wskazane, skąd osoby te będą mogły być szybko przejęte na pokłady 
transportowców sojuszniczych..

Ostateczna forma rządzenia w Japonii zostanie zadecydowana zgodnie z deklaracją poczdamską przez 

wyrażoną swobodnie wolę narodu japońskiego.

Siły zbrojne mocarstw sojuszniczych pozostaną w Japonii do czasu, aż zostaną osiągnięte postulaty 

deklaracji poczdamskiej” *.

* „Prawda” z 12.VII.1945 r.

Należy dodać, iż nim jeszcze doszło do tej wyjaśniającej wymiany not, w Tokio rozegrało się wiele 

dramatycznych   i   pełnych   napięcia   wydarzeń,   które   miały   poważny  i   bezpośredni   wpływ   na   decyzje 
zapadające w sferach politycznej góry Japonii, od których zależeć miały dalsze losy kraju. Już 8 sierpnia,  
wkrótce po przekazaniu do Tokio ostrzeżenia Mołotowa, premier Sudzuki usiłował zwołać nadzwyczajne 
posiedzenie swego gabinetu, ale na próżno. Większość ministrów okazała się czy

 

też starała się udawać, 

że jest nieuchwytna. Mijały godziny. Wreszcie 9 sierpnia przed południem, około godziny 10.30 w pałacu 
cesarskim rozpoczęło się nadzwyczajne  posiedzenie Najwyższej Rady Wojennej. Wielka Tajna Rada, 
czyli tzw. Wielka Szóstka obradowała już od kilku dni niemalże nieustannie. Pierwszy zabrał głos premier 

background image

Sudzuki, Po poinformowaniu zebranych o fakcie wypowiedzenia wojny Japonii przez ZSRR i wkroczenia 
wojak radzieckich do Mandżurii, premier oświadczył, iż biorąc pod uwagę ten fakt, jak też zrzucenie  
przez Amerykanów bomby atomowej na Hirosimę oraz to, że flota morska Japonii i jej lotnictwo przestały 
już w zasadzie istnieć, Nipponowi pozostało już tylko przyjęcie deklaracji poczdamskiej i kapitulacja. W 
podobnym duchu wypowiedział się również admirał Mitsumasa Jonai, domagając się jedynie wyraźnego 
wyjaśnienia sprawy losu cesarza po kapitulacji kraju. Następni mówcy: minister wojny generał Anami i 
szefowie sztabów sił lądowych i marynarki wojennej: generał Umedzu i admirał Tojoda byli już mniej  
pewni siebie tak jak poprzednio, nadal jednak uważali, iż Japonia może zgodzić się na złożenie broni  
jedynie pod warunkiem zrezygnowania przez sprzymierzonych z zamiaru okupacji Nipponu. Zebrani nie 
wiedzieli jeszcze, iż w tym właśnie czasie nad Nagasaki wybuchła druga amerykańska bomba atomowa. 
Warto dodać, iż w pewnym momencie, gdy premier zapytał generała Anami, czy gwarantuje on sukces w 
totalnej obronie według planu „Ketsy-Go”, ten odpowiedział:

„Nie... ale mogę stwierdzić, z całą odpowiedzialnością, iż potrafimy zadać wrogowi niezwykle ciężkie 

straty”.

W chwili gdy posiedzenie dobiegało końca, dyrektor Biura Informacyjnego, Simomura, działając na 

osobiste polecenie premiera, przyjęty został na audiencji przez cesarza. Bawił w gabinecie władcy przez 
ponad 2 godziny, choć przestrzegany dotąd z całą surowością etykiety dworskiej zwyczaj nie pozwalał na 
dłuższe   przebywanie   sam   na   sam   z   boskim   Tenno   jak   przez   pół   godziny.   To,   o   czym   wówczas  
rozmawiano w gabinecie cesarza, nie zostało nigdy ujawnione. Faktem było tylko to, iż natychmiast po 
powrocie od cesarza dyrektor Simomura oświadczył swym przyjaciołom, że władca wyraził zgodę na 
zabranie głosu przez radio w celu ogłoszenia swym poddanym decyzji w sprawie złożenia broni lub też  
kontynuowania   wojny.   Cesarz   przyjął   też   zaproszenie   premiera   na   wzięcie   udziału   w   najbliższym 
posiedzeniu Rady. Jaka konkretnie miała być decyzja cesarza, Simomura nie powiedział. Dodał tylko, że 
członkowie Najwyższej Rady Wojennej powinni się nie rozchodzić i czekać na przybycie cesarza.

Tak   od   godziny   23.30,   prawie   przed   północą   w   dusznym   schronie   przeciwlotniczym   pałacu 

cesarskiego 24 najbardziej wpływowych ludzi Japonii czekało na nadejście władcy. Pomieszczenie, w 
którym odbyć się miało posiedzenie, stanowiła mała półokrągła salka, chroniona ponad 15-metrowym  
stropem i 7-metrowymi ścianami z żelazobetonu. Było tu wilgotno i duszno.

Nie   uprzedzajmy   jednak   faktów.   Nim   bowiem   Simomura   wrócił   od   cesarza,   jego   koledzy   z 

Najwyższej Rady mieli już za sobą wystarczająco długą i męczącą dyskusję, dla której mottem mogłyby 
być słowa premiera Sudzuki:

„Ciosem wstrząsającym - stwierdzał wówczas premier - była bomba atomowa zrzucona na Hirosimę. 

Przystąpienie   dziś   rano   ZSRR   do   wojny   stawia   nas   ostatecznie   w   sytuacji   bez   wyjścia   i   czyni 
niemożliwym dalsze kontynuowanie wojny”.

A więc pozostawała już tylko kapitulacja. Przedstawiciele armii mówili jednak wciąż jeszcze „nie” lub 

milczeli,   gdy  przygważdżano   ich   do  muru   rzeczowymi   argumentami.   Zarówno   to  „nie”,   jak  i   próba 
dyplomatycznego milczenia zaczęła wkrótce wyprowadzać innych z równowagi.

„Dlaczego milczycie - zwrócił się w pewnym momencie do generała Anami admirał Jonai. - Przecież 

niczego w ten sposób nie uzyskamy”.

Dyskusja trwać miała zresztą dalej, choć na nieco innym forum i w nieco innym gronie. O 14.30  

rozpoczęło się bowiem jednak, i tak już znacznie opóźnione, nadzwyczajne posiedzenie Rady Ministrów, 
którego   jedynym   punktem   porządku   obrad   była   znów   sprawa   przyjęcia   lub   odrzucenia   deklaracji 
poczdamskiej. Dwaj główni oponenci - Togo i Anami nadawali ton całej dyskusji. Togo podkreślał fakt  

background image

gwałtownego wyczerpywania się wszelkich rezerw kraju, mówił o kurczeniu się racji żywnościowych,  
stawiającym  ludność w obliczu klęski głodu. Przysłuchujący się uważnie wystąpieniu ministra spraw 
zagranicznych, generał Anami przyznawał, iż Togo mówi prawdę, ale jednocześnie domagał się, aby nie 
składać broni przed stoczeniem rozstrzygającej bitwy, której - według Anami - jeszcze nie było, a która 
odwrócić może zdecydowanie bieg wydarzeń wojennych, przynosząc Japonii zwycięstwo. Głos zabierali 
inni, wypowiadając się bądź w duchu Togo, bądź tak jak Anami. O godzinie 17.30 zarządzono godzinną 
przerwę, po czym wznowiono obrady gabinetu.

Jeden z mówców, minister spraw wewnętrznych, sprzeciwił się przyjęciu deklaracji poczdamskiej i 

kapitulacji,   wyraźnie   ostrzegając   zebranych   przed   możliwością   -   w   razie   innego   biegu   wydarzeń   - 
zbrojnego wystąpienia przeciwko rządowi części armii a zwłaszcza młodych oficerów, którzy nie zgodzą 
się   nigdy   na   hańbę   poddania   się   wrogowi.   W   końcu   obrady   przerwano   nie   osiągając   żadnego 
porozumienia, żadnego wspólnego stanowiska. O wszystkim zadecydować miał cesarz.

Dopiero o godzinie 23.50 Hirohito zjawił się wśród zebranych członków Rady, dostojników swego 

dworu i rządu. Liczący wówczas 44 lata cesarz ubrany był w mundur generalski koloru khaki. Gdy cesarz 
zajął przeznaczone dlań miejsce, premier Sudzuki poprosił sekretarza generalnego gabinetu, Hisatsune 
Sakomidzu,   o   odczytanie   pełnego   tekstu   deklaracji   poczdamskiej.   Później   zaś,   z   poczuciem 
nieukrywanego   zdenerwowania,   przeprosił   cesarza   za   to,   iż   ani   jego   gabinet,   ani   Najwyższa   Rada 
Wojenna   nie   potrafiły   same,   bez   absorbowania   władcy,   rozstrzygnąć   sprawy   -   co   powinna   uczynić  
obecnie Japonia, kapitulować czy walczyć dalej, bez względu na konsekwencje tego kroku. Niemożność 
znalezienia odpowiedzi zmusiła zebranych do odwołania się do najwyższego autorytetu kraju, boskiego 
Tenno. Teraz przyszedł czas na prezentację stanowisk, poglądów i racji poszczególnych dostojników. Za 
kapitulacją wypowiedział się zdecydowanie minister Togo. Poparł go, admirał Jonai i baron Hiranuma.  
Przeciw - podobnie jak dotąd - byli Anami, Umedzu i Tojoda, choć byli już nieco mniej apodyktyczni i 
pewni siebie.

„Pozostaje nam tylko droga walki - mówił generał Anami - i ostatnia bitwa, jaką trzeba będzie stoczyć 

na terenie macierzy. Być może, nie przyniesie ona zwycięstwa, ale w historii japońskiego narodu zapisze 
się nieśmiertelnym czynem stu milionów, którzy gotowi są polec w obronie honoru.

Zbyt wielu Japończyków złożyło życie za Cesarza, by ich ofiara miała iść na marne (...). Sto milionów 

Japończyków gotowych jest polec w obronie honoru, ku chwale naszej rasy. I to przejdzie do historii”.

„Chociaż przystąpienie ZSRR do wojny - stwierdził generał Umedzu - stwarza poważną sytuację, nie 

wpływa to jednak na przygotowanie do ostatniej bitwy na terenie macierzystego kraju (...). Jeżeli chodzi o 
ataki   atomowe,   to   może   je   powstrzymać   odpowiednia   obrona   przeciwlotnicza.   W   każdym   razie 
gromadzimy siły do przyszłych operacji i w swoim czasie przejdziemy do kontrataku”.

„Nie możemy powiedzieć - mówił admirał Tojoda - że ostateczne zwycięstwo jest rzeczą pewną, ale 

jednocześnie nie wierzymy, byśmy mieli zostać całkowicie pokonani”.

Przypierani do muru wypowiedziami bardziej trzeźwych polityków, przedstawiciele armii uporczywie 

wypowiadali   się   przeciw   złożeniu   broni,   przyznawali   jednaki   iż   sytuacja   sił   zbrojnych   i   narodu   jest 
niezwykle trudna. Swą zgodę na rozpoczęcie rozmów pokojowych z aliantami uzależnili od wstępnego 
zagwarantowania przez Waszyngton, Londyn, Moskwę i Czungking:

- poszanowania praw tronu cesarskiego japońskiego monarchy; 
- prawa Japonii do samodzielnego i niekontrolowanego rozbrojenia;
- zasady, iż sądzić Japończyków za przestępstwa wojenne będą mogły tylko sądy japońskie;
- praw Japonii do ograniczenia wysokości kontyngentów wojsk okupacyjnych.

background image

Był   już   10   sierpnia,   godzina   2.00   w   nocy.   Widząc,   iż   tocząca   się   tu   dyskusja   do   niczego   nie 

doprowadzi, premier Sudzuki wstał i zbliżając się do cesarza, zgiął stare plecy w głębokim ukłonie.

„W tych warunkach pozostaje mi - oświadczył - z całą należną pokorą stanąć u stóp tronu i błagać 

dostojną Mądrość cesarską o rozsądzenie sporu zgodnie z decyzją Jego Cesarskiej Mości”.

I   wreszcie   głos   zabrał   sam   cesarz,   też   uważając   widocznie,   iż   przedłużanie   tej   dyskusji   nic   już  

właściwie nie da i dać nie może.

„Przemyślałem sprawę z całą powagą - mówił Hirohito nie ukrywając silnego wzruszenia i wilgotności  

oczu - i uznałem, że kontynuowanie wojny może oznaczać tylko ruinę dla narodu, dalszy rozlew krwi i 
okrucieństwo. Nie mogę dłużej znieść cierpień mego niewinnego ludu. Zakończenie wojny jest jedyną 
drogą do odbudowania pokoju światowego, uwolnienia narodu od ciężkiej niedoli, która stała się jego 
udziałem.  Kraj nie jest przygotowany do obrony.  Jak potwierdzają fakty,  istniała zawsze rozbieżność 
między zapowiedziami kierownictwa armii a ich wykonaniem.

Smutek   ogarnia   mnie,   gdy  myślę   o   poddanych,   którzy  służyli   mi   tak   wiernie,   o   żołnierzach   i   o 

marynarzach zabitych lub rannych na odległych polach bitewnych i o rodzinach, które straciły swoje 
doczesne dobra - a często i życie  - w czasie nalotów w swym  kraju. Czyż  trzeba mówić, że nie do  
zniesienia   dla   mnie   jest   rozbrojenie   dzielnych   i   lojalnych   wojowników   Japonii   i   ukaranie   ich   jako 
sprawców wojny? Ale teraz oto nadszedł czas, kiedy musimy znieść to, co jest nie do zniesienia.

Kiedy   sięgam   do   przeszłości,   kiedy   myślę   o   uczuciach   mego   przodka,   cesarza   Meiji,   o   tym,   co 

przeżywał  w czasie interwencji trzech mocarstw, to dławię moje  łzy i aprobuję propozycję  przyjęcia 
sojuszniczej deklaracji na podstawach przedstawionych przez ministra spraw zagranicznych”.

Cesarz skończył. Odwrócił się i opuścił salę posiedzeń. Była godzina 2.00 w nocy. Zebrani jeszcze 

jakiś czas pozostali w milczeniu, które przerywał tylko trudno stłumiony szloch. O godzinie 2.30 zaczęto 
się wreszcie rozchodzić.

I   znów   mijały   godziny.   W   Ministerstwie   Wojny   generał   Anami   zebrał   swych   wiernych 

współpracowników, relacjonując im przebieg niedawnych  posiedzeń najwyższego kierownictwa kraju. 
Ariami nie krył swego przygnębienia, jak też nie szczędził ostrych słów potępienia dla tych, którzy - jego 
zdaniem   -   zbyt   łatwo   i   szybko   stracili   wiarę   w   zwycięstwo   i   zdołali   omotać   cesarza   siecią   swych  
defetystycznych intryg. Generał wyraźnie nie popierał tego, oo się już stało, ale jednocześnie apelował o 
spokój i rozwagę, odradzając swym,  co bardziej krewkim,  oficerom jakąś myśl  o buncie czy jawnej 
dezaprobacie dla zapadłych już, przy współudziale cesarza, ważkich decyzji, bez względu na ich sens i  
charakter. Zebrani w Ministerstwie Wojny przedstawiciele armii wiedzieli, iż sytuacja wewnętrzna kraju 
przestała być już stabilna, i że nastroje ludności też ulegają z godziny na godzinę radykalnym zmianom.  
Za oknami słychać było nieustanne wybuchy. Na Tokio jak też na dziesiątki innych większych i średnich 
miast   Japonii,   sypał   się   z   góry   grad   amerykańskich   bomb   burzących   i   zapalających.   Wielka   fala 
superfortec B-29 z białymi gwiazdami na skrzydłach dokonała akurat tego dnia kolejnego, zmasowanego 
nalotu na Japonię. Wojskowi dowiedzieli się też, iż premier Sudzuki i minister Togo nawiązali przed 
chwilą, za zgodą cesarza, kontakt z aliantami, powiadamiając ich o zamiarze rządu japońskiego przyjęcia 
deklaracji poczdamskiej. Odpowiedzi sprzymierzonych spodziewano się w dniu 11 sierpnia wieczorem.

Tak więc rząd i dwór wyraziły już w zasadzie swą wolę zakończenia wojny. Armia milczała jednak 

dalej,   nie   ujawniając   swego   stanowiska.   W   kraju,   kierowanym   dotąd   z   żelazną   dyscypliną   według 
jednolitych, z góry wytyczonych założeń i dyrektyw, zaczął wytwarzać się chaos i dezorganizacja. W  

background image

miejscu   jednolitej,   skoncentrowanej   w   ręku   armii   władzy   centralnej   powstały   nagle   dwa,   wyraźnie  
konkurujące ze sobą, ośrodki dyspozycyjne. Ich działania zaczęły iść rozbieżnym torem. Zarówno zresztą 
rząd, jak też przedstawiciele kół wojskowych starali się, aby naród wiedział jak najmniej o toczącej się 
między nimi rozgrywce. Stąd też publikowane w prasie komunikaty z posiedzeń Rady czy gabinetu były 
tak enigmatyczne, mało spójne i konkretne, iż nic z nich właściwie nie wynikało: Wojskowi nadal zresztą  
publikowali   swe   mobilizacyjne   apele   i   instrukcje   totalnej   walki,   rząd   zaś   nawiązywał   zakulisowe 
rozmowy   z   aliantami.   Dopingiem   dla   tych   ostatnich   wysiłków   były   zresztą   coraz   bardziej   widoczne 
sukcesy Armii Radzieckiej w Mandżurii oraz docierające do Tokio, tajnymi  kanałami z Waszyngtonu, 
wieści   o   możliwości   dokonania   w   dniach   13   i   16   sierpnia   dwóch   dalszych   ataków   atomowych   na 
Japonię*. Wiadomości te zostały później sprawdzone i okazały się prawdziwe. Na wyspie Tinian stały już 
dwie superfortece B-29 gotowe do zabrania dwóch nowych bomb ,.A” dostarczonych tu z USA. Dla 
wszystkich było jasne, iż już najbliższe godziny będą musiały przynieść ostateczne rozstrzygnięcie, na 
które czekała nie tylko Japonia, ale i cały świat. Większość polityków była już przekonana, iż lada chwila 
wojna zostanie zakończona.

* W. T. Kowalski: Wielka Koalicja. 1941-1945. Warszawa 1974.

Spisek

A tymczasem w jednym z tajnych pomieszczeń schronu Ministerstwa Wojny zebrało się grono 

15 oficerów, zdecydowanych przeciwników idei kapitulacji. Zebraniu przewodniczył szwagier ministra 
generała Anami, pułkownik Masahiko Takesita. Jego prawą ręką był niezwykle energiczny major

 

Kendzi 

Hatanaka. Zebrani postanowili obronić kraj przed „pacyfistyczną zdradą” i zrobić wszystko, co jeszcze 
tylko było możliwe, dla kontynuowania wojny aż do zwycięstwa. Ułożono plan działania. Zgodnie z nim 
miano   doprowadzić   do   „uwolnienia”   cesarza   od   wpływu   i   presji   zdrajców,   skłonienia   „uczciwych” 
członków gabinetu do odrzucenia idei kapitulacji. Po to jednak, aby można było wszystko to zrealizować, 
należało zlikwidować „jawnych zdrajców”, którzy zdołali już sprzedać Nippon Amerykanom. Na listę 
ludzi, których należy jak najszybciej zgładzić, w imię ratowania ginącego imperium, spiskowcy wpisują 
pospiesznie   nazwiska   czołowych   osobistości   gabinetu:   premiera   -   generała   Sudzuki,   admirała   Jonai, 
ministra spraw zagranicznych - Togo-, strażnika tajnej pieczęci - markiza Kido, członka Izby Parów - 
księcia Konoje, przewodniczącego Tajnej Rady - barona Hiranumy, dyrektora Biura Informacji - Hirosi, 
sekretarza stanu w MSZ - Sigemitsu i wielu jeszcze innych przedstawicieli kół politycznych i dworskich 
Tokio. Do spisku wciągnąć miano w ciągu kilku następnych godzin setki młodych oficerów, zwłaszcza z 
dwóch dywizji gwardii cesarskiej, stacjonujących w stolicy. Ich zadaniem miało być wykonanie wyroku 
śmierci   na   zdrajcach   oraz   wzięcie   udziału  w  dalszych)   działaniach   tej   akcji.   Otóż   dowodzone   przez 
oficerów - uczestników spisku oddziały gwardii cesarskiej otoczyć miały pałac cesarski i usunąć stąd  
poprzednie  straże  oraz załogę policyjną,  a  także zdobyć  wszystkie  ważniejsze gmachy państwowe  w 
Tokio a zwłaszcza budynek radiowej rozgłośni tokijskiej, skąd kapitulanci mogli nadać wezwanie do 
złożenia broni, a spiskowcy natomiast mogli apelować o kontynuację walki. Pułkownik Takesita zapewnił 
zebranych spiskowców, iż mogą liczyć w swym działaniu na pomoc ministra wojny, generała Anami, i 
szefa sztabu generalnego, generała Umedzu. Obiecał też, iż według jego rozeznania większość wyższych  
dowódców tokijskiego garnizonu przyłączy się do akcji, mającej na celu ratowanie Japonii przed hańbą 
kapitulacji.

Zagrzani słowami Takesity oficerowie ruszyli do swych jednostek wierząc, iż już za kilka najdalej 

background image

godzin zmienią bieg wydarzeń, zaprogramowanych przez ludzi o wiele od nich potężniejszych.

A tymczasem 12 sierpnia około godziny 18.30 odebrano w japońskim MSZ tekst depeszy z treścią 

odpowiedzi   rządu   Stanów   Zjednoczonych   na   notę   japońską   z   10   sierpnia.   Treść   noty  minister   Togo 
przekazał natychmiast premierowi i członkom Tajnej Rady, zatajając początkowo przed innymi fakt jej  
otrzymania. Stąd też oficjalna data otrzymania opiewała - według odpowiedniego urzędowego stempla - 
na 13 sierpnia, rano. Minister Togo wypowiedział się jednocześnie za szybkim przyjęciem warunków noty 
alianckiej. Ostrzegł przy tym  swoich kolegów z rządu, iż jakakolwiek zwłoka może  tylko pogorszyć 
sprawę   stosunku   sprzymierzonych   do   Japonii,   a   co   więcej   grozi   poważnymi   komplikacjami   natury 
wewnętrznej. Togo wspomniał, iż doszły go wieści o nowym spisku młodych oficerów, którzy wzorem lat  
1932 i 1936 chcą raz jeszcze wziąć losy kraju w swe ręce. „Grozi nam bunt armii”  - mówił  Togo, 
wzywając do pośpiechu.

A   tymczasem   12  sierpnia   o  godzinie   10.00   w   gabinecie   generała   Anami   w   Ministerstwie   Wojny 

zjawiła się delegacja oficerów, w której imieniu głos zabrał pułkownik Masahiko Takesita, stwierdzając:

„Nie   możemy   dopuścić   do   kapitulacji.   Wojna   nie   jest   jeszcze   przegrana.   Minister   wojny,   który 

wyraziłby zgodę na hańbę złożenia broni, powinien najpierw popełnić seppuku”.

Takesita mówił dalej, iż tak jak on myśli wielu innych ludzi w Japonii, podając jako przykład grupę 

studentów wyższej szkoły przemysłowej w Jokohamie, którzy też oświadczyli, iż wystąpią z bronią w 
ręku   przeciwko   kapitulantom.   A   generał   Anami   milczał.   Wśród   oficerów   zaczęło   panować 
zdenerwowanie. Major Kendzi Hatanaka zaczął nawet grozić ministrowi, że jeżeli nie wypowie się za 
spiskiem wojskowym mającym na celu ratowanie kraju, to i on może zginąć. Inny ze spiskowców, szef 
sztabu operacyjnego armii lądowej, generał Arao, stwierdził, iż dalej należy prowadzić wojnę, za zgodą 
cesarza lub nawet wbrew jego woli, ale za to na pewno w imię ratowania

jego praw do tronu. Spiskowcy domagali się, aby na czele sprzysiężenia wojskowego stanęli: minister 

wojny   -   generał   Amami,   szef   sztabu   generalnego   wojsk   lądowych   -   generał   Umedzu,   dowódca 
wschodniego okręgu wojskowego - generał Tamaka i dowódca 1 dywizji gwardii cesarskiej - generał  
Mori. Przewrotu wojskowego dokonać miano już następnego dnia, 13 sierpnia 1945 r. o godzinie 10.00 
rano. Mimo nalegań oficerów generał Anami nie zdeklarował się za spiskiem, żądając przedstawienia mu  
szczegółowego planu działania. Spiskowcy opuścili gabinet ministra obiecując zjawić się tu ponownie za 
kilka godzin. Tak też zresztą uczynili. Ale gabinet ministra zastali pusty. Generał Anami brał już bowiem  
udział w kolejnym posiedzeniu Najwyższej Rady Wojennej a następnie gabinetu.

Tymczasem   spiskowcy  nie   próżnowali.   Mimo   braku   kontaktu  z   generałem  Anami,   wykorzystując 

własne   kanały  i   kontakty,   przekazali   rankiem  13  sierpnia   prasie   tokijskiej,   zredagowany  rzekomo   w 
cesarskiej kwaterze głównej japońskich sił zbrojnych, komunikat wzywający armię i cały naród japoński 
do   stawienia   najeźdźcom   amerykańskim   bezwzględnego,   totalnego   oporu.   Komunikat   w   sposób 
bezkompromisowy odrzucał warunki deklaracji poczdamskiej. Cel autorów treści tego falsyfikatu był 
jasny:

„Niech Amerykanie dowiedzą się, że ich warunków Japonia nie przyjmuje. Wówczas nie czekając na 

nic, uderzą rezygnując z dalszych rokowań. Japończycy, nie mając innego wyjścia, będą musieli walczyć  
i... wszystko potoczy się tak jak to zaplanowali spiskowcy”.

Ludzie pułkownika Takesity mieli jednak tym  razem widocznego pecha. Zupełnie przypadkiem w 

gmachu   centralnej   agencji   tokijskiej   „Domei”,   gdzie   właśnie   dostarczono   tekst   owego   „bojowego” 
komunikatu, zjawił się dyrektor Biura Informacji, Hirosi. Natychmiast, gdy tylko wpadł mu w ręce ów  
papierek,   dokładnie   go   przestudiował   i   po   wykonaniu   kilku   telefonów   do   pałacu   cesarskiego   wydał 

background image

bezwzględny zakaz jego druku, o czym  powiadomiono zresztą natychmiast całą prasę. W ten

 

sposób 

dokument Takesity i Hatamaki nigdy nie doczekał się druku.

Hirosi nie ograniczył się jednak tylko do wycofania w ostatniej niemal chwili dokumentu, który mógł 

okazać się prawdziwym detonatorem narodowej tragedii, ale starał się dojść i tego, kto był jego autorem. 
Początkowo podejrzewał   o to generałów:  Amami   i  Umedzu.   Ci  jednak  potrafili   udowodnić,   co  było 
zresztą zgodne z prawdą - iż z elaboratem tym nie mieli nic wspólnego. Na dalsze wyjaśnianie sprawy nie 
było już jednak czasu. Sytuacja wewnętrzna kraju zaczęła się ponownie gwałtownie komplikować, co 
było oczywiście tylko na rękę spiskowcom.

Kolejne   posiedzenie   gabinetu   rozpoczęło   się   przed   nadejściem   odpowiedza   amerykańskiej   i   przy 

akompaniamencie wysiłków ministra Togo, który nie oglądając się już na nic, chciał za wszelką cenę  
sprawę przyjęcia przez rząd japoński deklaracji poczdamskiej doprowadzić do finału. Wszystko zaczęło 
się   znów   komplikować.   Teraz   nawet   premier   Sudzuki,   tłumacząc   się   niepewnością   co   do   planów 
sojuszników wobec osoby cesarza, uważał, że należałoby wstrzymać się z podjęciem ostatecznej decyzji.

„Trzeba   jeszcze   raz   wyjaśnić   stanowisko   sojuszników   -   replikował   premier   na   nalegania 

zdenerwowanego Togo. - Jeżeli nie zgodzą się, nie pozostaje nic poza walką”.

A tymczasem w nocy z 12 na 13 sierpnia o godzinie 0.30 w gabinecie generała Anami zjawił się 

ponownie pułkownik Takesita. Raz jeszcze domagał się, aby Anami wystąpił na najbliższym posiedzeniu 
rządu przeciwko podjęciu decyzji kapitulacji, a w razie odrzucenia jego veta - wezwał na pomoc armię  
przeciwko   zdrajcom   i   kapitulantom.   Anami   się   wahał.   Takesitę   poparli:   major   Kendzi   Hatanaka   i 
podpułkownik   Masotaka   Ida.   Generał   Anami   postanowił   zasięgnąć   języka.   Jego   adiutanci   dotarli   do 
generała Umedzu  i markiza Kido z zadanym  im przez generała Anami  pytaniem - czy możliwe  jest 
jeszcze   cofnięcie   decyzji   przyjęcia   warunków   sprzymierzonych?   Odpowiedź   była   negatywna.   Markiz 
Kido stwierdził, iż cesarz podjął już decyzję i gdyby ją teraz odwołał, naraziłby na szwank swój honor.  
Generał Umedzu oświadczył  natomiast, iż nie jest już za kontynuacją wojny,  bo jest to rzeczywiście  
utopia. Wielkie znaczenie dla generała Anami miały tu argumenty markiza Kido, który potwierdził je w 
osobistej rozmowie z generałem. Nic też dziwnego, iż generał Anami powiedział ostatecznie spiskowcom 
„nie”. Mimo tego nie zrobił nic, aby im przeszkodzić w realizacji planów, o których wiedział tyle sarnio  
co   i   najbardziej   aktywni   uczestnicy   sprzysiężenia.   Co   więcej,   nie   zerwał   z   nimi   kontaktu,   doradzał 
większą ostrożność i na zakończenie rozmowy zaprosił ich do złożenia mu ponownie wizyty za kilka 
godzin.

Dzień   13   sierpnia   okazał   się   niezwykle   gorący   dla   japońskich   polityków.   O   godzinie   7.00   rano 

nastąpiło spotkanie dwu generałów: Anami ii Umedzu. W krótkiej rozmowie uzgodnili ostatecznie swe 
stanowisko wobec spisku młodych oficerów i tych wszystkich, którzy się z nimi związali, uznając za bunt, 
któremu nie można było udzielić poparcia. W dwie godziny później Anami ponownie nagabywany przez 
spiskowców nie tylko odmówił im swego udziału w spisku, ale ostrzegł generałów Tanakę i Mori o  
grożącym im niebezpieczeństwie. Spiskowcy zamierzali bowiem wezwać ich do Ministerstwa Wojny z 
zamiarem zaagitowania do akcji lub też w razie odmowy aresztować.

Niemal natychmiast po> tym generał Anami udał się do pałacu cesarskiego, gdzie o godzinie 10.50 

rozpoczęło obrady, z udziałem 24 najwyższych dostojników japońskich, kolejne nadzwyczajne połączone 
posiedzenie Najwyższej  Rady Wojennej i Rady Ministrów. Cesarz przybył  na obrady przyodziany w 
mundur   wojskowy  ale   bez   jakichkolwiek  dystynkcji.   Po   krótkich,   niewiele   już   wnoszących   nowego, 
wystąpieniach wojskowych głos zabrał premier Sudzuki, który bez dłuższych wstępów zwrócił się do  
cesarza   o   podjęcie   ostatecznej   decyzji   w   sprawie   dalszych   losów   kraju,   w   związku   z   nadejściem 

background image

wyjaśniającej noty amerykańskiej. Wzrok wszystkich zebranych skierowany był na Hirohito.

„Cisza   w   zatłoczonym,   dusznym   i   małym   pomieszczeniu   stała   się   zupełna   -   relacjonują   tę   scenę 

historycy japońscy - 24 ludzi, którzy po raz drugi oczekiwali na głos żurawia, miało świadomość, że 
kończy się era, że wszystkie ofiary i zniszczenia ostatnich 44 miesięcy miały teraz przynieść swoje owoce  
- upadek japońskiego imperium”.

I cesarz zabrał głos, podnosząc się powoli z miejsca i ocierając chustką widoczne dobrze łzy,  nie 

dającego się ukryć wzruszenia.

„Z uwagą wysłuchałem wszystkich argumentów wypowiedzianych przeciwko poglądowi, że Japonia 

powinna akceptować odpowiedź sojuszników tak, jak jest ona sprecyzowana, bez dalszych wyjaśnień czy 
modyfikacji, ale moje własne myśli nie uległy żadnej zmianie. Uważam, iż dalsza kontynuacja wojny nie 
może przynieść nic oprócz nowych zniszczeń. Mimo iż wielu z was żywi dające się wytłumaczyć uczucie 
nieufności wobec aliantów, uważam, że natychmiastowe zakończenie wojny jest korzystniejsze niż obraz 
doszczętnie zniszczonego kraju. W naszej obecnej sytuacji mamy jeszcze szanse na odrodzenie narodu.

Nie   przeraża   mnie   obawa   o   mój   własny  los.   Ponieważ   jednak   naród   japoński   nie   wie   jeszcze   o 

powstałej sytuacji, zdaję sobie sprawę, iż wielu ludzi będzie wstrząśniętych, podjętą przez nas decyzją.  
Nasze   postanowienia   mogą   zwłaszcza   wydać   się   zaskakujące   dla   żołnierzy.   Gotów   jestem   uczynić 
wszystko, co ode mnie zależy, by wyjaśnić im cel naszych działań.

Jest moim pragnieniem, byście wy, ministrowie stanu, przychylili się do mych życzeń i bezzwłocznie 

przyjęli odpowiedź sojuszników, a po to, by lud mógł poznać moją decyzję, proszę o przygotowanie zaraz 
cesarskiego reskryptu tak, by można było go nadać do narodu. W końcu wzywam każdego z was do 
wytężenia wszystkich sił, byśmy mogli podołać tym trudnym dniom, które są przed nami”.

Po wygłoszeniu tych słów cesarz opuścił salę, pozostawiając zebranych własnym rozmyślaniom. Tu i 

ówdzie rozległ się stłumiony szloch. Kilka osób rzuciło się na ziemię. Po chwili i inni zaczęli opuszczać 
salę,   wychodząc   stąd   -   według   określenia   japońskiego   szambelana   dworu   -   jak   pokutnicy.   Wszyscy 
zdawali sobie sprawę, iż ostateczna decyzja już zapadła. Tekst reskryptu cesarskiego polecono opracować 
dyrektorowi gabinetu premiera Sekomidzu i jednemu z najzdolniejszych publicystów „Nippon Times”. 
Opracować miano też specjalną edycję reskryptu przeznaczoną dla armii.

Mijały godziny. Pozornie wszystko było już zadecydowane. W rozgłośni radia tokijskiego czekano na 

gotowy dokument, w postaci nagranego na płyty oświadczenia cesarza. Wiedziano jednak, iż reskrypt ten 
przed   odczytaniem   musi   zostać   jeszcze   zatwierdzony   przez   rząd.   Miała   to   być   już   tylko   zwykła  
formalność. Niemniej jednak stwarzało to warunki do jeszcze jednej próby sił. I na to stawiali właśnie  
spiskowcy.   Niedługo   po   posiedzeniu   Rady   pułkownik   Takesita   mógł   raz   jeszcze   porozmawiać   z 
generałem Anami.

„Niech Pan przejmie inicjatywę, generale - krzyczał niemal pułkownik - zmobilizuje wojsko. Szef 

sztabu zmienił zdanie i jest przeciwko kapitulacji”.

„Nie - odparł spokojnie Anami - cesarz podjął już decyzję. Nie mam tu nic do dodania. Jako japoński 

żołnierz muszę być posłuszny woli mego władcy”.

„Ależ Panie generale - nie dawał za wygraną Takesita - będzie jeszcze posiedzenie Rady Ministrów dla  

formalnego przyjęcia dokumentu. Ma Pan wielką okazję, może Pan podać się do dymisji. Jeżeli złoży Pan  
rezygnację, nastąpi upadek rządu, a wówczas nie będzie można zakończyć wojny. Czy zgodzi się Pan  
złożyć dymisję?”.

„Nie!” - odparł Anami. - Nawet jeżeli zrezygnuję, wojna i tak się zakończy. To jest pewne. Jeżeli 

background image

zrezygnuję, to... to nigdy nie zobaczę cesarza”.

W chwilę później, około 15.30 generał Anami zarządził odprawę w Ministerstwie Wojny.
„Cesarz powiadomił nas o swej decyzji - stwierdził minister - nie mam więc innego wyboru, jak być jej 

posłusznym. Każdy, kto się z tym nie zgadza, może to zrobić, ale po moim trupie”.

Anami nie dodał już, iż nieco wcześniej zapewnił cesarza, do którego doszły słuchy o niepokojach w 

wojsku, iż ręczy za siły lądowe, talk jak admirał Jonai ręczył za spokój w marynarce wojennej. Po tym  
właśnie   oświadczeniu   generał   Anami   i   jego   najbliżsi   współpracownicy   z   kierownictwa   Ministerstwa 
Wojny podpisali - a stało się to już około godziny 14.30 - akt lojalności wobec cesarza.

A tymczasem po południu dnia 13 sierpnia radio San Francisco nadało komunikat, w którym rząd 

Stanów   Zjednoczonych   oskarżał   Tokio   o   celowe   zwlekanie   z   odpowiedzią   na   żądanie   aliantów   i 
przeciąganie struny. W komunikacie znalazło się też ostrzeżenie sugerujące, iż taka polityka może drogo 
Japonię kosztować. Tego samego dnia, 13 sierpnia, nad Japonią pojawiły się ponownie, po dwudniowej 
przerwie, setki amerykańskich superfortec B-29, zrzucając tysiące  bomb  burzących  i zapalających  na  
Tokio i inne miasta. Poważnie ucierpiał wówczas zwłaszcza wielki region przemysłowy Keihin, położony 
między Tokio a Jokohamą. Zniszczono m.in. wielkie zakłady przemysłowe Kawasaki i niemal wszystkie 
tokijskie lotniska i dworce kolejowe. Towarzyszące bombowcom amerykańskim myśliwce atakowały, w 
locie koszącym z broni pokładowej, szosy i pociągi.

Kraj ogarniać zaczęła stopniowo panika. Wśród ludności krążyć zaczęły pogłoski, iż lada chwila ma  

być   zrzucona   przez   wroga   trzecia   bomba   atomowa,   tym   razem   na   Tokio.   Niepokój   ten   pogłębiały 
oficjalne komunikaty radia Tokio, nadawane co pewien czas, a apelujące o szczególną ostrożność:

„Chrońcie się nawet na widok jednego wrogiego samolotu! Zamykajcie szczelnie schrony!  Noście 

białą odzież, która lepiej chroni przed oparzeniami niż ciemna!”.

Gubić zaczęli się też i politycy. Wiele zamieszania w kołach politycznych Tokio sprawiła informacja, 

nie sprawdzona zresztą do końca i nie potwierdzona przez żadne oficjalne źródło, jakoby generał Mac 
Arthur oświadczyć miał w swej kwaterze na Filipinach, że nie zobowiązuje się do zachowania cesarstwa 
w Japonii d praw do tronu dla Hirohito i jego następców. Wieść tą podchwycili natychmiast przeciwni  
kapitulacji   generałowie,   aby   raz   jeszcze   usiłować   storpedować   wysiłki   polityków   zmierzające   do 
zakończenia wojny.

W nocy z 13 na 14 sierpnia generałowie Amami i Umedzu złożyli niespodziewaną wizytę premierowi 

Sudzuki. W długiej, burzliwej rozmowie starali się go przekonać, aby wymógł na cesarzu odstąpienie od 
powziętej już decyzji przyjęcia warunków sprzymierzonych.  Proponowali, aby rząd wystosował nową 
notę do rządu Stanów Zjednoczonych i rządów pozostałych trzech wielkich mocarstw: Wielkiej Brytanii, 
ZSRR   i  Chin,   w  której   miał   być  postawiony zasadniczy warunek zachowania  w  Japonii  cesarstwa  i 
władzy panującej dynastii. Premier się wahał. Ale obecny przy rozmowie minister Togo kategorycznie 
odrzucił żądanie wojskowych. Wiedział bowiem, iż sprzymierzeni nie pójdą już na żadne dyskusje i każda 
zwłoka w przyjęciu ich poprzednich warunków nic już nie da, a może jedynie  bardzo drogo Japonię 
kosztować. Ostatecznie, około 2.00 w nocy, generałowie zrezygnowali, oświadczając premierowi, iż jego 
decyzja utrzymania w mocy poprzednich ustaleń doprowadzi do wewnętrznych zamieszek i chaosu.

Wstał świt dnia 14 sierpnia. O godzinie 10.00 rano miało odbyć się w rezydencji premiera kolejne  

posiedzenie   gabinetu.   Gdy   wszyscy   ministrowie   zebrali   się   już   w   wyznaczonym   na   posiedzenie 
pomieszczeniu, przybył - prosto z pałacu cesarza - premier Sudzuki, oświadczając, iż posiedzenie zostało 
odłożone. Przed nim odbędzie się bowiem jeszcze jedna narada u cesarza.

„Konferencja rozpoczyna się przed godziną 11.00 - relacjonuje przebieg narady Robert Guillain. - W 

background image

schronie pałacowym spotykają się prawie te same osoby, które uczestniczyły w konferencji cesarskiej 9 
sierpnia. Tylko cywile - którym nie starczyło czasu na przebranie się w obowiązujące żakiety - przybyli za 
specjalnym   zezwoleniem   w   marynarkach.   Tym   razem   generał   Anami   po   kilku   słowach   oddaje   głos 
szefowi sztabu armii generałowi Umedzu. Ten, poparty przez szefa sztabu marynarka admirała Tojodę,  
wyraża ponownie gorący sprzeciw wobec kapitulacji, której nie towarzyszą niezbędne gwarancje i która 
nie   zapewnia   jednoznacznie   utrzymania   dynastii.   Podczas   tego   wystąpienia   wyraźnie   wyczuwa   się 
milczącą wrogość większości obecnych osobistości. Decyzji o epokowym wymiarze nie można jednak 
podjąć większością głosów. Każdy zdaje sobie sprawę, że istota problemu sprowadza się do tego, czy 
armia nie zamierza odmówić kapitulacji i podnieść buntu, wciągając do rewolty dobrowolnie bądź siłą  
masy. Wiarygodne informacje wskazują, że od przeszło doby trwają przygotowania grup ekstremistów do 
zamachu stanu i że ich poczynania wspiera lotnictwo specjalnych oddziałów samobójczych. Należy więc 
przede wszystkim przekonać armię o bezowocności dalszego oporu.

Interweniuje cesarz. Jego głos wydaje się jeszcze bardziej energiczny niż przed pięciu dniami, ale i on 

znajduje się u kresu wytrzymałości nerwowej: przemawia ze łzami w oczach. Udzielał konsekwentnego 
poparcia propozycjom ministra Togo, który prowadził grę stanowczo, a zarazem odważnie i zręcznie. 
Hirohito zdecydowanym tonem wyraża życzenie, by rząd przyjął odpowiedź Waszyngtonu jako wiążącą - 
bez żądania od Amerykanów nowych wyjaśnień. Wszyscy pojmują, że życzenie władcy jest rozkazem.  
Cesarz milczy chwilę, ręką w białej rękawiczce przecierając okulary zwilżone łzami. Następnie podejmuje  
wątek swego zaimprowizowanego wystąpienia. Z głęboką sympatią - oświadcza - odnosi się do uczuć 
dowódców   armii   i   marynarki,   którzy   w   latach   zmagań   militarnych   tylekroć   dowiedli,   że   dla   słowa 
«kapitulacja»  nie  ma   w japońskim  kodeksie  honorowym  miejsca.  Jednakże  ponad  sto miast   na  całej 
przestrzeni kraju zostało zmiecionych  z powierzchni ziemi,  naloty spowodowały śmierć setek tysięcy 
ludzi i przysporzyły nieszczęść milionom poddanych cesarstwa. Nawet w tej chwili może  uderzyć  w 
stolicę bomba atomowa... «O ludzie myślę (...). Nie mogę dłużej patrzeć na jego niekończące się ofiary i 
cierpienia»   -   dodaje   cesarz.   Obecni   słuchają   ze   spuszczonymi   głowami,   zalani   łzami.   Sam   władca,  
mozolnie   wyrzucający   z   siebie   ciężkie   słowa,   nie   przestaje   ocierać   łez,   wolno   spływających

 

mu   po 

policzkach.   Spokojniejszym   już   głosem   zaczyna   mówić   o  «nowej   Japonii»  -  która   będzie   członkiem 
międzynarodowej społeczności i poświęci się sprawie pokoju. Aby ocalić kraj od straszliwej katastrofy, 
pozostaje dziś - podkreśla dobitnie - tylko jedna droga: przyjęcie deklaracji poczdamskiej. «Cokolwiek 
może mnie spotkać osobiście, jestem zdecydowany znieść to, co jest nie do zniesienia (...). Na mocy  
władzy, jaka mi jest dana, kładę kres tej wojnie».

Decydujące   słowa.   Słowa,   które   mogą   obrócić   się   przeciw   cesarzowi,   albowiem   ujawniając   teraz 

potęgę swej władzy, nie potrafił jej wykorzystać w 1941 r., by zapobiec wojnie. Słowa, które zarazem 
mogą być rozgrzeszeniem, gdyż w ogólnym chaosie władca jako jedyny wykazał się dalekowzrocznością 
historycznego spojrzenia, zrozumieniem dla nauki płynącej z wydarzeń i umiejętnością przezwyciężenia - 
najpierw w samym sobie - biernej postawy, odważnie narzucając otoczeniu i krajowi swą decyzję.

Konferencja kończy się postanowieniem, że Hirohito wygłosi przez radio przemówienie do narodu, 

przedstawiając swą wolę. Nigdy dotąd w historii Syn Nieba nie zwracał się bezpośrednio do swego ludu 
ani też nigdy nie dał mu możliwości usłyszenia brzmienia swego głosu. Późnym popołudniem gabinet 
opracowuje  tekst ostatecznej  odpowiedzi Japonii  na  ultimatum  poczdamskie,  która  tym  razem jest  w 
istocie rzeczy akceptacją bezwarunkowej kapitulacji. Wieczorem cesarz przystawia pod nią swą pieczęć i 
tekst w wersji angielskiej zostaje przekazany aliantom via Berno i Oslo.

Wystąpienie radiowe Hirohito przewidziano na dzień 15 sierpnia w południe, lecz zapada decyzja, by 

background image

dla oszczędzenia cesarzowi trudu przejazdów nagrać je na płytę w przeddzień wieczorem. Po godzinie 
21.30   zjawia   się   więc   w   pałacu   grupa   techników   «Radia   Tokio»   pod   kierownictwem   szefa   Biura 
Informacyjnego   Simomury   Kainana.   W   apartamentach   cesarskich,   przeniesionych   do   usytuowanego 
pośrodku   parku   ocalałego   pawilonu   japońskiego,   następuje   nagranie   historycznych   płyt.   Tekst 
przemówienia przygotował na podstawie wypowiedzi cesarza na dwu ostatnich konferencjach cesarskich 
sekretarz   generalny   gabinetu   Sakomidzu.   Wskutek   trudności   technicznych   (pierwsze   nagranie   było 
niezbyt udane i trzeba je było powtórzyć) i że względu na wymogi protokolarne nagranie kończy się  
dopiero po północy”.

Należy   dodać,   iż   o   tym,   co   działo   się   w   pałacu   cesarskim,   nikt   nic   w   Tokio   nie   wiedział.   Ani  

mieszkańcom Tokio, ani całej Japonii nie znane były losy politycznych zmagań między zwolennikami  
kapitulacji a szermierzami  kontynuowania wojny,  jak też treść dokumentów,  kursujących  już między 
Tokio   a   stolicami   wielkich   mocarstw   sprzymierzonych.   Ale   nagle...   wszystko   to   przestało   być   - 
przynajmniej w jakiejś części - tajemnicą. Otóż w dniu 14 sierpnia Amerykanie zdenerwowani japońską  
„grą na zwłokę” - bo tak odbierali upływający czas, w którym gabinet japoński nie mógł się ostatecznie  
zdecydować   na   przyjęcie   deklaracji   poczdamskiej   -   postanowili   zagrać   w   otwarte   karty.   Nad   Tokio 
pojawił się, lecąc na bardzo wysokim pułapie, ledwie widoczny gołym okiem, samotny bombowiec B-29. 
Tych, którzy zdołali go w porę zauważyć, ogarnęła panika. Czyżby bomba atomowa na Tokio? Ale nie! 
Nagle   bowiem   zamiast   bomby   czy   bomb...   na   miasto   spadła   biała   lawina   setek   tysięcy   ulotek. 
Informowały one naród japoński, iż wojna zbliża się do końca, że rząd japoński wyraził już w zasadzie 
zgodę na kapitulację... tylko  nie wiadomo dlaczego zwleka z momentem podania tego do publicznej  
wiadomości.

„Do Japończyków - stwierdzała m. in., owa ulotka: Amerykańskie samoloty nie rzucają dziś na was 

bomb. Rzucają ulotki, gdyż japoński rząd zgodził się na kapitulację. Każdy Japończyk ma prawo znać jej 
warunki (...). Wasz rząd może obecnie natychmiast zakończyć wojnę...”.

W Tokio zawrzało. Coś nagle trzasło, załamało się, pękło w świadomości wielu tysięcy ludzi. Wszyscy 

mieli już dosyć tej przeklętej wojny, która zamiast wspaniałego, błyskawicznego zwycięstwa przyniosła 
Japonii gorycz straszliwej klęski, okupionej na dodatek zagładą wielkiej liczby ofiar. Każdy zaczął nagle 
zadawać sobie cisnące się na usta pytania: po co była ta wojna, po co był ten marsz najpierw w głąb Chin,  
a potem dalej w głąb Azja Południowo-Wschodniej, po co te setki tysięcy japońskich grobów rozsianych 
po wszystkich niemal wyspach południowego Pacyfiku, w Indochanach, Indiach Holenderskich, Birmie, 
Indiach, Filipinach, po co te zamienione w pustynie miasta japońskie? Czy po to, aby kraj musiał nagle 
stanąć w obliczu możliwości lądowania Amerykanów pod Tokio czy Rosjan na Hokkaido? Ale mimo 
oczywistego   niemal   dla   wszystkich  bezsensu  tej  wojny  u wielu rodziła  się   rozpacz,   determinacja  i... 
następne pytanie, co stanie się jutro? Obok samurajskiej ideologii, którą przez wieki wpajano milionom 
Japończyków, według której śmierć była lepsza od klęski, zaczynał też dawać o sobie znać zwykły, ludzki 
strach   podniecony   latami   propagandy,   w   myśl   której   wróg   po   zajęciu   wysp   japońskich   dokona   tu 
makabrycznej rzezi, mordując, grabiąc, paląc i gwałcąc. I tak rodziło się trzecie pytanie... może więc  
lepiej jednak walczyć dalej?

Stolicę   ogarniać   zaczął   powoli   chaos.   Rozdzwoniły   się   telefony   do   redakcji,   agencji   prasowych, 

gabinetów   poszczególnych   ministerstw.   Spokojni   dotąd,   wręcz   apatyczni   Japończycy,   przyjmujący   z 
dobrodzaejsitwem   losu   to   co   im   niosła   najgorsza   nawet   rzeczywistość,   teraz   zaczynali   nagle   chcieć 
wiedzieć,   wątpić,   wyrażać   swą   opinię.   Wszystko   to   zdopingowało   również   młodych   oficerów, 
fanatycznych  zwolenników dalszej walki. W kołach politycznych  Tokio zrozumiano,  iż czas zaczyna  

background image

nagle uciekać, iż trzeba działać błyskawicznie, bo każda godzina może pokrzyżować ustalone już plany i 
powzięte decyzje.

A   tymczasem   na   zwołanym,   po   drugiej   konferencji   cesarskiej,   posiedzeniu   gabinetu   japońskiego 

wojskowi raz jeszcze próbowali przeciwstawić się woli polityków - zwolenników kapitulacji, choć w 
bardziej już zawoalowany sposób, skrępowani wyraźnie decyzjami władcy. Generał Anami nie podał się 
co prawda do dymisji - jak doradzali mu spiskowcy. Dymisja ta spowodowałaby upadek rządu a więc  
zniknięcie na jakiś czas, aż do chwili powołania nowego gabinetu, organu nieodzownego do zatwierdzenia 
reskryptu cesarza. Innymi słowy, dymisja generała Anami mogła odwlec, być może nawet na kilka dni, 
sprawę możliwości ogłoszenia kapitulacji. Anami tego nie uczynił, zdając sobie dobrze sprawę, iż takim 
krokiem wystąpiłby już bezpośrednio przeciw cesarzowi, ale ostro i zdecydowanie zakwestionował jedno 
ze sformułowań przygotowanego już tekstu projektu reskryptu cesarskiego, które brzmiało tak: „Sytuacja 
wojenna stawała się dla nas coraz bardziej niepomyślna z każdym dniem”.

„W każdym  wypadku nie przegraliśmy jeszcze wojny - protestował Anami  - jedynie  sytuacja nie 

obróciła się na naszą korzyść”.

„Japonia   jest   na   granicy   zniszczenia   -   zareplikował   wówczas   nie   mniej   ostro   admirał   Jonai.   - 

Zostaliśmy pokonani, jesteśmy po prostu pobici!”

Ale generał Anami nie ustąpił i musiano złagodzić wspomniany fragment reskryptu, dopiero wówczas 

zgodził się złożyć swój podpis. I tak doszło wreszcie do zatwierdzenia przez rząd reskryptu cesarza w 
sprawie kapitulacji Japonii. Następnie został on podpisany przez cesarza, opatrzony jego pieczęcią i po  
północy  nagrany   z   głosem   cesarza   na   płyty.   Te   ostatnie   ukrył   u   siebie   w   tajnym   schowku   jeden   z 
szambelanów dworu.

Tak minął dzień 14 sierpnia 1945 r. w pałacu cesarskim i siedzibie japońskiej rady ministrów. Bo  

wszystko  co się tam tego dnia wydarzyło,  stanowiło jedynie  jeden nurt rozgrywających  się w Tokio 
wydarzeń. Drugim nurtem była działalność spiskowców, którzy wtedy właśnie podjęli próbę przekreślenia 
działalności premiera Sudzuki i ministra Togo, zmierzającej do natychmiastowego zakończenia wojny.  
Oba   te   nurty   -   ten   oficjalny,   rządowy,   i   ten   podziemny,   spiskowy   -   nakładały   się   na   siebie   i   choć 
wzajemnie prawie niewidoczne występowały obok siebie, operując na tym samym terenie i w tym samym  
czasie.

Tak być  zresztą musiało. Spiskowcy,  chcąc nie chcąc, musieli - by zapewnić sobie powodzenie - 

opanować pałac cesarski, najważniejsze gmachy publiczne stolicy,  a zwłaszcza budynek Ministerstwa 
Wojny,   gmach   urzędu   Rady   Ministrów,   budynek

 

rozgłośni   radiowej.   Planowali   też   złożenie   „wizyt 

domowych” wszystkim znajdującym się na liście „zdrajcom” w celu zamordowania oraz spalenia lub 
wysadzenia w powietrze ich domostw i rezydencji.

Jak już wspominaliśmy, akcja spiskowców rozwijała się już od kilku dni i w nocy z 13 na 14 sierpnia  

osiągnęła   sitan   pełnej   gotowości.   Spiskowcom   wciąż   jednak   brak   było   „głowy”,   człowieka,   którego 
osobowość, nazwisko, powszechny autorytet mógłby otworzyć im wiele drzwi lepiej niż szable, bagnety i 
karabiny. Początkowo liczyli na generałów Umedzu i Anami czy Tanakę. Ale ci, choć wciąż nie mogli 
zdobyć  się na Wydanie  spiskowcom rozkazu zaprzestania działań, nie odważyli  się też na ich jawne 
poparcie i przyłączenie się do buntu w roli jego przywódców. Najbardziej i najdłużej liczyila spiskowcy 
na   generała   Anami.   Obserwując   bacznie   jego   walkę   w   łonie   gabinetu   ze   zwolennikami   kapitulacji,  
przywódcy spisku: pułkownik Takesita i major Hatanaka wierzyli, iż generał Anami przyłączy się do nich 
w ostatniej chwili i stanie na czele desperackich rot, wzywając jednocześnie całą armię do poparcia akcji 
spiskowej, przypieczętowując to wezwanie swym autorytetem ministra wojny, generała cieszącego się tak 

background image

długo zaufaniem samego cesarza.

Stąd też już w nocy z 13 na 14 sierpnia u generała Anami zjawił się po raz wtóry pułkownik Takesita. I 

tym razem chciał namówić ministra do wzięcia udziału w buncie armii, ale raz jeszcze na próżno. A 
machina   spisku  puszczona   została   tymczasem   w   ruch.   Już   bowiem   14  sierpnia,   wkrótce   po   północy 
przyjaciel   pułkownika   Takesity,   kapitan   Yasuna   Kotsono,   wysłał   zaszyfrowane   depesze   do   sztabów 
generalnych wojsk lądowych i marynarki wojennej, wzywające ich oficerów do wystąpienia przeciwko 
zdrajcom i kapitulantom, sam zaś wyruszył natychmiast do bazy lotniczej Atsugi, w której stacjonowała 
302 grupa japońskich sił powietrznych złożona z ponad 7000 ludzi. Gdy dotarł tam, była już 2.00 w nocy.

Tymczasem zaś w sztabie 1 dywizji gwardii cesarskiej zebrała się centralna grupa spiskowców. Celem 

spotkania było

 

ustalenie ostatecznego wariantu akcji. Znaleźli się tu m.in.: podpułkownik Sidzaki, major 

Hatanaka, major Isihara i major Koga. Zebrani uznali, iż Japonia może walczyć dalej, a cesarza zmusili do 
podjęcia decyzji kapitulacji sprzedajni politycy, których należy odizolować, uwalniając boskiego Tenno 
spod ich szkodliwego wpływu. W tym celu należało zacząć działać, rzucając do akcji wojsko na wzór  
wydarzeń z 1936 r., kiedy to młodzi oficerowie wystąpili przeciwko kołom politycznym wrogim armii.

Wkrótce   po   północy   14   sierpnia   o   godzinie   4.00   do   gabinetu   dowódcy   wschodniego   okręgu 

wojskowego,   generała   Sidzuici   Tanaki,   którego   kwatera   mieściła   się   w   budynku   towarzystwa 
ubezpieczeniowego „Dayiti”, wdarli się siłą, odsuwając na bok zagradzającego im drogę adiutanta, major 
Hatanaka   i   podpułkownik   Sidzaki.   Major   Hatanaka   chciał   właśnie   poinformować   Tanakę,   swego 
bezpośredniego dowódcę, o celach i zadaniach spisku oficerów i wezwać go, aby stanął na czele wojsk,  
które miały obalić rząd kapitulantów i zdrajców, ale generał Tanaka nie dał mu dojść do słowa i wyrzucił  
go po prostu za drzwi. Sprawy organizatorów spisku nie wyglądały więc najlepiej. Ale mimo to, w Tokio  
zaczęło się jednak coś dziać.

I tak bowiem na dziedziniec pałacu cesarskiego wkroczył około godziny 5.00 rano drugi batalion 2 

pułku 1 dywizji gwardii cesarskiej, wzmacniając formalnie jednostki tejże dywizji pełniące już tu straż.  
Wielkie   napięcie   panowało  też   i   w   gmachu   tokijskiej   rozgłośni   radiowej,   której   personel   spikerski   i 
techniczny   gotów   był   już   od   kilku   godzin   do   nadania   zapowiedzianego   reskryptu   cesarskiego 
skierowanego do narodu. Zapowiedzianych płyt jednak ciągle nie było.

Przewodniczący   Rady   Państwowej,   Hasunuma,   wezwał   tymczasem   do   siebie   dowódcę   1   dywizji 

gwardii cesarskiej, generała Mord, i informując go o wydarzeniach politycznych, jakie zaszły w stolicy w 
ciągu   ostatnich   godzin,   poprosił,   aby   nie   pozwolił   swym   młodym   oficerom   na   zrobienie   jakiegoś 
głupstwa.

Reskrypt cesarski był tymczasem gotów już od godziny 20.30 14 sierpnia, kiedy to cesarz Hirohito 

podpisał   opracowany   w   jego   imieniu   tekst   dokumentu   i   przyłożył   pod   nim   wielką   pieczęć   cesarską 
stawiając jednocześnie datę: „czwartego dnia ósmego miesiąca dwudziestego roku epoki Showa”. Później 
nastąpić miało nagranie. Ponieważ było już za późno na radiową emisję reskryptu cesarza, jego nadanie 
przesunięto na dzień następny,  15 sierpnia godzinę 12.00. W tym czasie generał Anami otrzymał  już 
polecenie rozwiązania Ministerstwa Wojny. Dokonując ostatnich czynności urzędowych, generał Anami 
raz jeszcze wezwał do siebie generała Arao, nakazując mu, aby dopilnował młodych oficerów tak, by nie 
popełnili oni jakiejś niesubordynacji.

W pałacu cesarskim tymczasem przystąpiono do nagrywania reskryptu cesarskiego na płyty. Hirohito 

przyodziany tym razem w mundur generalissimusa wystąpił w pełnej gali i instruowany dokładnie przez 
dyrektora Simomurę o sposobie techniki nagrywania odczytał przed mikrofonem aparatury nagrywającej 
tekst   zatwierdzonego   przed   pół   godziną   reskryptu.   Już   w   kilka   minut   po   dwukrotnym   nagraniu 

background image

wystąpienia   cesarza   zaczęły   stukać   dalekopisy   japońskiego   MSZ,   przekazujące   treść   reskryptu   do 
Moskwy, Waszyngtonu, Londynu i Czungkingu.

A   równolegle   do   tego   rozwijały   się   działania   spiskowców.   Już   od   godziny   major   Hatanaka   i 

podpułkownik   Sidzaki   usiłowali   przekonać   dowódcę   2   pułku   1   dywizji   gwardii   cesarskiej,   aby   siłą 
odizolował cesarza od otaczających go zdradzieckich i sprzedajnych polityków. Chcąc podnieść rangę 
swej   argumentacji,   obaj   uczestnicy   spisku   starali   się   wmówić   pułkownikowi   Hodze,   że   działają   na 
polecenie generałów Anami i Umedzu, co - oczywiście - nie było zgodne z prawdą. Ale pułkownik Hoga, 
nie mając dowodów, iż jego goście mówią prawdę, milczał, nie mówiąc „tak”, choć nie zdobył się też na 
jasne odpowiedzenie - „nie”.

Bardziej owocnie spędził czas kapitan Kotsono w bazie 302 grupy lotniczej, któremu udało się szybko 

przekonać większe grono młodych oficerów, iż mając nagromadzone w bazie zapasy paliwa, amunicji, 
żywności, medykamentów i sprzętu bojowego, wystarczające na dwa lata prowadzenia działań, mie mogą 
zgodzić się na kapitulację. Nawet jeżeli poddadzą się inni, nawet jeżeli skapituluje Japonia, to oni tu - w 
Atsugi mogą się bić dalej, broniąc honoru japońskiej armii i cesarza. W Japonii jest jeszcze - wskazywał  
dalej kapitan Kotsono - 350 000 alianckich jeńców wojennych i internowanych cywilów, można będzie 
wykorzystać  ich  jako zakładników.  I tak  w toku  dłuższej  i  coraz  bardziej  burzliwej  dyskusji   młodzi 
oficerowie   doszli   do   przekonania,   że   wszystkiemu   wanien   jest   rząd,   a   zwłaszcza   premier   Sudzuki   i 
minister spraw zagranicznych Togo, których należy zlikwidować.

Mijały godziny. Wstawał już świt 15 sierpnia 1945 r., gdy do pokoju, w którym siedział dowódca 1 

dywizji   pałacowej   gwardii   cesarskiej,   generał   Takesi   Mori,   wraz   ze   swym   szwagrem,   pułkownikiem 
Michinori Shiraishim, weszli nagle, bez pukania i uprzedniego zameldowania, pułkownicy: Masataka Ida i 
Takesi   Sidzaka.   Reprezentowali   oni   spiskowców.   Przybyli   tu,   aby   przekonać   generała   Mori   o 
konieczności przyłączenia się do spisku i obalenia, przy użyciu jego wojsk, rządu premiera Sudzuki. Ale 
misja ta nie została uwieńczona powodzeniem. Obaj pułkownicy odeszli z niczym. I wtedy, w drugiej 
niejako turze perswazji, wdarli się do gabinetu generała bardziej zdecydowani i energiczni spiskowcy:  
major Hatanaka i kapitan Uchera. Generał tym razem był spokojniejszy. Wysłuchał uważnie młodych  
oficerów i nie mówiąc im „nie?” stwierdził, iż nim coś będzie mógł im powiedzieć, musi pójść pomodlić 
się   do  świątyni   Meidzi,   aby  tam   móc   „wolny  od  wszelkich  ziemskich   namiętności   i   zapalczywości,  
rozważyć całą sprawę”.

Major Hatanaka - dobrze już zdający sobie sprawę, iż czas ucieka i być może mijają już bezpowrotnie 

ostatnie   godziny,   kiedy   spiskowcy   mogą   coś   jeszcze   istotnie   zdziałać   -   nie   zgodził   się   na   takie 
rozwiązanie, żądając od generała natychmiastowej zgody. Gdy generał Mori potraktował tego rodzaju 
„nachalstwo” z wyraźną pogardą, major Hatanaka rzucił się na generała z szablą. Generał Mori i jego 
szwagier dobywają swoich szabli, ale do samurajskiego pojedynku na białą broń

 

nie dochodzi. Major 

Hatanaka i towarzyszący mu kapitan dobywają błyskawicznie pistoletów. Pada kilka strzałów. Generał i 
pułkownik  padają   martwi   na   podłogę.   Hatanaka   może   wreszcie   działać   swobodnie.   Nie   osiągnął,   co 
prawda, tego |po co tu przybył, ale gabinet generała Mori jest w jego rękach. Zabiera urzędowe blankiety 
oficjalnych   rozkazów   generała   i   jego   pieczęcie.   Nie   namyślając   się   wiele,   natychmiast,   jeszcze   w 
gabinecie generała Mori, Hatanaka podpisuje - w zastępstwie zabitego dowódcy (o czym nikt jeszcze 
oczywiście nie wiedział), rozkaz nr 584 nakazujący oddziałom 1 dywizji cesarskiej gwardii pałacowej, 
aby   w   dniu   15   sierpnia   zajęły   cały   pałac   cesarski,   zablokowały   sąsiednie   ulice   stolicy,   opanowały 
pomieszczenia tokijskiej rozgłośni radiowej w celu niedopuszczenia do ogłoszenia kapitulacji Japonii. 
Pod tekstem rozkazu major Hatanaka postawił swój podpis (wz) przystawiając jednocześnie, wyjętą z  

background image

biurka   zamordowanego   generała,   jego  wielką   pieczęć   dowódcy  dywizji.   Następnie   rozkaz   ten   zabrał 
pułkownik Sadzaki zawożąc go sztabowym  autem 1 dywizji  do pałacu cesarskiego. Tam wręczył  go 
pułkownikowi   Hodze   jako   rozkaz   generała   Mori.   Tym   razem   pułkownik   Hoga   już   nie   oponował 
zabierając   się   z   miejsca   do  wykonania   wydanych   mu   poleceń.   „Dalszy  przebieg  spisku  przypominał 
mieszaninę farsy z tragedią - pisze na ten temat. Andrzej Mozołowski w pracy pt. Tak upadło imperium. 
Żołnierze strzegący pałacu nie mieli pojęcia, iż biorą udział w rewolcie. Oficerowie działali świadomie, w  
przekonaniu jednak, iż wykonują rozkazy swego dowódcy, generała Mori. W miarę upływu czasu jego 
nieobecność napełniała ich coraz większym niepokojem. Inni oficerowie, przekonani przez pułkowników 
Ida i Hoga, iż na czele rewolty stoją generałowie z Rady Najwyższej, zaczęli dziwić się, dlaczego żaden z  
nich nie przyszedł do pałacu, by przedstawić cesarzowi nowo powstałą sytuację. Pułkownicy Ida i Hoga 
uświadomili sobie, że o udziale generałów w spisku wiedzą tylko od majora Hatanaki, który zresztą też się 
gdzieś zapodział. W najwyższej rozterce pułkownik Ida poszedł do domu ministra wojny, by osobiście 
wyjaśnić sytuację.

Hoga, pozostawiony sam sobie, stwierdził z desperacją, że został jedynym dowódcą zrewoltowanych 

oddziałów - które zresztą nie wiedzą o tym, że biorą udział w rewolcie - i że powinien coś zrobić. Nie 
miał pojęcia co. Pozostał więc bezczynny, akcja buntowników zamarła”.

Bardziej energicznym był inny uczestnik spisku oficerów, major Koga. Zadzwonił on do sztabu armii 

wschodniej, informując, iż 1 dywizja gwardii cesarskiej odmówiła wyrażenia zgody na kapitulację kraju i 
postanowiła obalić rząd zdrajców. Dywizję tę poprze wkrótce cała armia. Kogo dowodził następnie, iż 
masy żołnierskie armii wschodniej i większość jej oficerów już wystąpiły przeciwko defetystom, teraz  
chodzi już tylko o to, by uczyniło to też i jej dowództwo. Telefon odebrał podpułkownik Fucha, który 
natychmiast poinformował o treści zakończonej przed chwilą rozmowy swego przełożonego, szefa sztabu 
armii wschodniej, generała Takasimę. Ten zachował daleko idącą powściągliwość, wydając jednocześnie 
rozkaz swym oficerom dokładnego sprawdzenia o co tu właściwie chodzi i co się dzieje w Tokio, a 
zwłaszcza w pałacu cesarskim. W chwilę później w sztabie armii wschodniej zjawili się pułkownicy Ida i 
Midutani,   którzy   stwierdzili,   iż   generał   Mori   został   zabity   a   gwardia   cesarska   wypowiedziała 
posłuszeństwo   rządowi   i   opanowała   pałac   cesarski,   uwalniając   cesarza   od   wpływu   zdradzieckich 
polityków. Obaj pułkownicy nalegali na generała Takasimę, aby przyłączył  się wraz ze swą armią do 
gwardii. Generał Takasima nie powiedział, wzorem swych wielu kolegów, ani „tak”, ani „nie”. Czekał na 
potwierdzenie słów Idy, jak też na rozkazy od swego przełożonego, generała Tanaki.

Tymczasem pałac cesarski był już istotnie od ponad pół godziny w rękach zbuntowanych czy też raczej 

zdezorientowanych fałszywym rozkazem oddziałów 1 dywizji cesarskiej gwardii pałacowej. Rozbrojono 
policję pałacową. Zablokowano silnymi posterunkami całą sąsiednią dzielnicę. Jeden z licznych patroli 
zatrzymał  samochód,  którym  jechał dyrektor  Biura Informacji, Simamura  wraz ze swym  sekretarzem 
Kawamoto.

Obu aresztowano i zawieziono pod strażą do koszar „zbuntowanej” dywizji.
Najistotniejszym działaniem, jakie podjęli spiskowcy, a nadzorował je osobiście major Hatanaka, było 

opanowanie przez oddział 1 dywizji tokijskiej rozgłośni radiowej.

Po   opanowaniu   rozgłośni   przywieziono   tu  aresztowanego  również   dyrektora   japońskiej   korporacji 

radiowej, Hatiro Ohasi, jak też kalku odpowiedzialnych pracowników merytorycznych  i technicznych 
radia, domagając się od nich wydania płyt z nagranym reskryptem cesarskim. Zatrzymani ich jednak nie 
mieli i na nic zdały się tu perswazje a nawet groźby.  Płyt  tych nie znaleźli również koledzy majora 
Hatanaki, przeszukujący pomieszczenia pałacu cesarskiego. W kierownictwie spisku nastąpił tymczasem 

background image

rozłam. Załamał się podpułkownik Ida i zaczął namawiać majora Hatanakę, aby ten odwołał wydane  
rozkazy i wycofał swe oddziały do koszar. Ten jednak nie chciał ustąpić. Dwoił się i troił. Szukał płyt w 
pałacu, przesłuchiwał już w chwilę później radiowców, przeprowadzał rozmowy z dowódcami innych 
jednostek wojskowych, starając się pozyskać sobie nowych sprzymierzeńców.

Do   Tokio   zbliżały   się   tymczasem   posiłki   dla   buntowników,   w   postaci   kilkunastu   ciężarówek 

załadowanych   zwolennikami   dalszego   prowadzenia   wojny,   wśród   których   znajdowali   się   oficerowie, 
żołnierze i studenci, którzy nazywając  się: „Kokumin kamikadze  tsi” (Narodowy korpus kamikadze), 
deklarowali chęć oddania życia za cesarza. Całą tę zbieraninę prowadził kapitan Sasaki z gwardyjskiego  
pułku   w   Jokohamie.   Kolumna   ta   po   wjeździe   do   Tokio   zaatakowała,   otwierając   ogień   z   broni 
maszynowej, rezydencję premiera. Ten jednak - na swe szczęście zdołał w porę zbiec, chroniąc się w 
swym prywatnym mieszkaniu.

U generała Anami zjawił się tymczasem pułkownik Ida informując ministra o tym, co działo się w 

Tokio.   Ale   generał   Anami   nie   przejmował   się   już   zbytnio   otrzymanymi   informacjami,   oświadczając 
swemu gościowi, iż właśnie przygotowuje się do popełnienia seppuku (harakiri). Ida widząc, iż nie ma tu 
już nic do roboty, opuścił ministra. Z Anami pozostał już tylko pułkownik Takesita, który towarzyszyć  
miał już generałowi do ostatnich sekund życia. Anami rozciął sobie brzuch, a następnie przeciął tętnicę na 
szyi, mimo to śmierć nie przyszła szybko. Anami męczył się długo i dopiero miecz samurajski Takesity 
zakończył tę mękę.

W Tokio oddziały „zbuntowanej” 1 dywizji cesarskiej gwardii pałacowej przystąpiły do dokładnej 

penetracji zajętego przez nie gmachu rozgłośni radiowej. W centralnym studiu zgrupowano wszystkich 
odpowiedzialnych pracowników rozgłośni. Wkrótce wczesnym rankiem 15 sierpnia ponownie zjawił się 
tu major Hatanaka i grożąc spikerowi rewolwerem domagał się wydania poszukiwanych płyt. Następnie 
Hatanaka domagał się, aby umożliwiono mu wygłoszenie przemówienia przez radio do narodu. Jednak 
spiker,   Mori   Tateno   -   mimo   wymierzonego   weń   rewolweru   -   odmówił,   tłumacząc   się,   iż   nie   może 
dopuścić do żadnej emisji radiowej bez pisemnej zgody dowódcy armii wschodniej, generała Tanaki. 
Major   Hatanaka   był   buntownikiem  i   chciał   ten   rozkaz   złamać,   bo  bez   tego  nie   mógł   zwrócić   się   z 
radiowym apelem o pomoc do wojska i ludności i powiadomić ich o rozpoczętej przez siebie akcji, ale był 
też jeszcze i oficerem, który przez całe życie szanował rozkazy swych przełożonych. I tak major zamiast  
coś robić dalej, schował rewolwer do kabury i gdy w chwilę później wezwany nagle do telefonu usłyszał  
w słuchawce głos generała Tanaki nakazujący mu powrót do koszar, opuścił wraz ze swoimi żołnierzami  
gmach radiostacji.

Bardziej dramatyczne sceny rozegrały się w domu premiera Sudzuki, którego ostrzeżono telefonicznie, 

iż   spiskowcy   po   spaleniu   jego   rezydencji   zamierzają   poszukać   go   we   własnym   mieszkaniu   i   tam 
zamordować. Premier Sudzuki na wpół tylko ubrany zdołał dosłownie w ostatniej chwili opuścić swe 
mieszkanie wraz z żoną i synem, gdy pojawili się tu już ludzie kapitana Sasaki.

Ale były to już tylko ostatnie gasnące ognie samurajskiego puczu. W pałacu cesarskim zjawił się  

bowiem dowódca armii wschodniej, generał Tanaka. Nie patrząc na ustawione pod pałacem cekaemy i 
lekkie działka, generał minął straże i wzywając do siebie pułkownika Hogę poinformował go, iż rozkaz nr 
584 był sfałszowany przez spiskowców po zamordowaniu generała Mori. Po tym wyjaśnieniu pułkownik 
Hoga, wykonując posłusznie rozkaz generała Tanaki, zabrał swych ludzi i pomaszerował na ich czele do  
koszar. Oficerów i świadomych  uczestników spisku aresztowano. Teren pałacu zajęły jednostki armii 
wschodniej. W chwilę później dowiedział się o tym przebywający w pobliżu major Hatanaka. Rozumiał 
już, iż wszystko było skończone. Podszedł do bramy pałacu i o godzinie 11.20 strzelił sobie w skroń.  

background image

Opuścił też Tokio oddział kapitana Sasaki ruszając o godzinie 7.00 do Jokohamy.

Nim jednak doszło do spacyfikowania sytuacji w Tokio, rozegrało się tu jeszcze wiele dramatycznych,  

wydarzeń, które cudem tylko nie doprowadziły do poważnego przelewu krwi. Już podczas poszukiwania 
w pałacu cesarskim przez oficerów majora Hatanaki płyt z nagraniem reskryptu cesarskiego urzędnikom 
cesarskim grożono wielekroć bronią. Tylko przypadek sprawił, iż pracownikom radia kierowanym przez 
Simomurę udało się opuścić po dokonaniu nagrania pałac bocznym wyjściem i to w chwili kiedy żołnierze 
i oficerowie Hatanaki usilnie ich poszukiwali. Daleko zresztą nie uszli, gdyż już za pałacem, na ulicy 
schwytał ich patrol „zbuntowanej” 1 dywizji. Simomura i jego technicy radiowi płyt jednak ze sobą na 
szczęście nie mieli. Tak więc po dokładnej rewizji połączonej z pobiciem nic im nie zrobiono a jedynie 
zamknięto pod strażą. Gdy spiskowcy zorientowali się, że płyty ktoś zdołał już dobrze ukryć, postanowili 
zamordować markiza Kido i ministra dworu cesarskiego - Sotaro Isiwatariego. Ci jednak ostrzeżeni w 
porę zdołali zbiec, kryjąc się w jednym z tajnych pomieszczeń pałacu.

Podobnie dramatyczne sceny rozegrały się w oficjalnej rezydencji premiera Sudzuki. Po ostrzelaniu jej 

z   karabinów   maszynowych   i   obrzuceniu   granatami   ręcznymi   do   środka   budynku   wdarła   się   grupa 
młodych oficerów. Wystraszona służba kłuta bagnetami informuje spiskowców, iż premier bawi w swym  
prywatnym domku w Koisikawie. Buntownicy podpalają rezydencję nie szczędząc na to kilku galonów 
rozlanej benzyny i ruszają kilkoma samochodami  ku Koisikawie. Jadą szybko. Spiskowcy zapomnieli 
jednak zniszczyć  (telefon w podpalonej rezydencji i jeden ze służących premiera zadzwonił do niego  
ostrzegając, iż lada chwila odwiedzi go grupa buntowników zamierzająca go zamordować. Dzięki tej 
właśnie informacji premier Sudzuki zdołał, dosłownie w ostatniej chwili, uciec wraz z rodziną z domku,  
który już w kilka minut później płonął.

Tej samej nocy buntownicy zaatakowali rezydencję innych dostojników dworu i członków gabinetu, 

przeciwników   dalszej   wojny,   takich   jak:   baron   Hiramuna,   wiceminister   spraw   zagranicznych   - 
Matsumota, minister Togo i jeszcze kilku innych. Na szczęście dla potencjalnych ofiar spisku, wszyscy 
oni - być może przewidując taką możliwość - nie nocowali w swych domach i rezydencjach, ukrywając  
się u przyjaciół, w miejscach buntownikom nieznanych.

„Nocą z 15 na 16 sierpnia doszło do kilku innych poważnych incydentów - pisze Robert Guillain. - 

Grupa   spiskowców   -   członków   organizacji   nacjonalistyczno-terrorystycznej   działającej   pod   hasłami: 
«Czcijcie Cesarza i przegońcie cudzoziemców!»

- dokonuje napadu z bronią w ręku na dom markiza Kido w Akasace, szczęściem nieobecnego w tym  

czasie   w   domu.   Nie   dostaną   Kido   w   swe   ręce   również   dniem   podczas   szturmu   na   jego   kryjówkę 
mieszczącą się po sąsiedzku u jednego z krewnych.  Okopują się więc na wzgórzu świątyni Atago w 
dzielnicy Siba, a gdy w kilka dni później policja próbuje ich aresztować, sześciu mężczyzn i trzy kobiety 
wysadzą się granatami w powietrze”.

Do podobnych zajść doszło wówczas w wielu innych  punktach Tokio. Z reguły jednak uderzenia 

spiskowców trafiały w pustkę. Pucz był na szczęście dla Japonii źle przygotowany, spiskowcy nie zdołali 
uzyskać aktywnej aprobaty dla swej akcji ze strony wyższych dowódców, nie uzyskali też poparcia ze 
strony   zmęczonych   wojną,   sterroryzowanych   nalotami,   zdezorientowanych   błyskawicznym   tempem 
wydarzeń mieszkańców stolicy.  Spiskowców - ku ich wielkiemu zdumieniu - otaczała zewsząd pełna 
obojętność. Przyłączały się do nich jedynie małe grupki młodych: studentów i uczniów liceów. Bierna 
była też masa żołnierska, którą do buntu porwać mogły jedynie rozkazy generałów. Wydaje się zresztą, iż 
sami przywódcy spisku nie za bardzo dobrze wiedzieli, co właściwie mają robić dla osiągnięcia sukcesu.  
Mówił o tym wiersz znaleziony w kieszeni munduru majora Hatanaki po jego samobójstwie.

background image

.,Nie żałuję niczego 
Teraz, gdy zniknęły czarne chmury 
Rzucające cień na panowanie Cesarza.”

Reskrypt cesarski

Na falach eteru radia Tokio o godzinie 7.21 zabrał głos spiker Mori Tateno, odczytując słowa  

nadzwyczajnego komunikatu ogłaszającego, iż o godzinie 12.00 nadany zostanie reskrypt  cesarza. 15 
sierpnia   o   godzinie   11.00,   17   czołowych   postaci   japońskiego   świata   politycznego,   członków   Rady 
Państwa, zatwierdziło ostatecznie po 10-minutowej debacie, zaaprobowaną już znacznie wcześniej przez 
rząd, treść reskryptu cesarskiego w sprawie zakończenia działań wojennych. I punktualnie o godzinie 
12.00 spiker centralnej rozgłośni tokijskiego radia, otoczonej gęstym kordonem żandarmów i żołnierzy 
generała Tanaki, wezwał wszystkich Japończyków w kraju i na frontach, aby powstali w celu wysłuchania 
słów reskryptu cesarza Hirohito. Następnie rozległy się tony narodowego hymnu Japonii „kamigajo” i 
wreszcie popłynęły słowa, na które czekała cała Japonia, a wraz z nią i cały świat.

„Do moich dobrych i wiernych poddanych. Po głębokim rozważeniu ogólnych tendencji światowych i 

obecnych   warunków,   jakie   dziś   mamy   w   naszym   imperium,   zdecydowaliśmy   dokonać   rozwiązania 
obecnej sytuacji przez zastosowanie nadzwyczajnych środków”.

Już   w   kilka   godzin   wcześniej,   jeszcze   14   sierpnia   rząd   Stanów   Zjednoczonych   i   rządy   innych 

mocarstw   sojuszniczych   otrzymały   następujące   oświadczenie   rządu   japońskiego,   które   poprzedziło  w 
czasie wygłoszenie cesarskiego reskryptu:

„W   związku   z   notą   rządu   japońskiego   z   10   sierpnia   w   sprawie   przyjęcia   warunków   deklaracji 

poczdamskiej i odpowiedzią rządów Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego i 
Chin, przesłaną przez amerykańskiego sekretarza stanu Byrnesa a datowaną 11 sierpnia, rząd japoński ma  
zaszczyt zakomunikować rządom czterech mocarstw, co następuje:

1. Jego Cesarska Wysokość wydał reskrypt cesarski o przyjęciu przez Japonię warunków deklaracji 

poczdamskiej.

2. Jego Cesarska Wysokość gotów jest sankcjonować i zabezpieczyć  podpisanie przez jego rząd i 

cesarską   kwaterę   główną   warunków   koniecznych   do   wykonania   uchwał   zawartych   w   deklaracji 
poczdamskiej.   Jego   Wysokość   również   gotów   jest   wydać   rozkazy   do   wszystkich   japońskich   władz 
wojskowych, morskich i lotniczych oraz wszystkich podległych mu sił zbrojnych, gdziekolwiek się będą 
znajdować, by przerwały działania wojenne i złożyły broń, jak również wydać inne rozkazy, których może 
zażądać   dowódca   naczelny   sojuszniczych   sił   zbrojnych   w   celu   zrealizowania   wyżej   wymienionych 
warunków”.

Tak oto skomentowała ten dokument moskiewska „Prawda” z 15 sierpnia 1945 r. w artykule pt. Klęska 

imperializmu japońskiego:

„Bezwarunkowa kapitulacja Japonii jest logicznym następstwem rozwijających się wydarzeń. Sytuacja 

agresora stała się zdecydowanie groźna po całkowitej klęsce jego niemieckiego sprzymierzeńca. Stała się 
beznadziejna, gdy Związek Radziecki rzucił swe siły zbrojne na pomoc  sojusznikom i wypowiedział 
wojnę Japonii, spełniając swe zobowiązania sojusznicze i dążąc do przyspieszenia chwili powszechnego 
pokoju. Armia Czerwona podjęła zwycięską ofensywę rozbijając i niszcząc żywe siły armii japońskiej i jej 
wyposażenie techniczne, co w znacznym stopniu przyspieszyło wojskową i polityczną katastrofę Japonii”.

background image

I tak Japonia przyjęła deklarację poczdamską, zgodziła się złożyć  broń. Ale wojna jeszcze trwała. 

Wojska   radzieckie   łamiąc   opór   resztek  rozbitych   oddziałów   armii   kwantuńskiej,   prowadziły  operacje 
oczyszczające w Mandżurii i na Kurylach aż do pierwszych dni września 1945 r.

Bezwarunkowa kapitulacja

Z chwilą, gdy sprawa kapitulacji Japonii zaczęła wchodzić w sferę faktów, wyłonił się problem,  

kto przyjmie kapitulację japońskich sił zbrojnych jako Naczelny Wódz Armii Mocarstw Sojuszniczych na 
Dalekim Wschodzie. Rząd Stanów Zjednoczonych domagał się, aby dowódcą tym został generał Douglas 
Mac   Arthur.   Propozycja   została   przez   wszystkie   rządy  sprzymierzone   przyjęta.   Zgodę   wyraził   na   to 
również rząd ZSRR, mianując jednocześnie swego przedstawiciela przy Naczelnym Dowódcy, którym 
został generał Kuźma N. Dieriewianko. W tym też czasie, 14 sierpnia Amerykanie opracowali projekt 
ogólnego rozkazu nr 1, który ustalał rejony przyjmowania kapitulacji wojsk japońskich przez każde ze  
sprzymierzonych mocarstw: Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Wielką Brytanię i Chiny. Zgodnie z 
tym rozkazem wojska japońskie kapitulować miały: w Mandżurii i Korei północnej do 38 równoleżnika 
oraz na Sachalinie i Wyspach. Kurylskich przed radzieckim naczelnym dowództwem; w samej Japonii i w 
Korei na południe od 38 równoleżnika przed amerykańskim naczelnym dowództwem; w Chinach i w 
Hongkongu   przed   dowództwem   chińskim;   w   Birmie,   na   Malajach,   w   Indonezji,   w   Indochinach,   w 
Syjamie przed dowództwem brytyjskim, australijskim i nowozelandzkim

Prace   związane   z   przygotowaniem   ceremonii   podpisania   aktu   bezwarunkowej   kapitulacji   Japonia 

prowadzone były przez sztab generała Mac Arthura w Manili, gdzie już od 19 sierpnia przebywała 19-
osobowa delegacja japońska z generałem Terashiro Kawabe na czele. 26 sierpnia generał Mac Arthur 
powiadomił Cesarską Kwaterę Główną o tym, iż na wody Zatoki Tokijskiej wpływać zaczęły kolejno 
wielkie zespoły alianckiej floty wojennej, złożonej  z  383 okrętów i 1300 samolotów pokładowych. W 
dniach   28   i   29   sierpnia   1945   r.   na   tokijskim   lotnisku   Atsugi,   wylądował   desant   amerykańskich  
spadochroniarzy i komandosów z 11 dywizji powietrzno-desantowej, z którą przybył tu sam generał Mac 
Arthur w celu zorganizowania biura zarządu okupacyjnego w stolicy Japonii. Jego żołnierze obsadzili  
tokijską rozgłośnię radiową i kilka innych obiektów szczególnej wagi strategicznej.

I wreszcie w dniu 2 września 1945 r. doszło do podpisania na pokładzie pancernika amerykańskiego 

„Missouri”,   zakotwiczonego   w   Zatoce   Tokijskiej,   aktu   bezwarunkowej   kapitulacji   Japonii,   na   mocy 
którego władza cesarza i rządu japońskiego poddana została Naczelnemu  Dowódcy Wojsk Mocarstw 
Sprzymierzonych. O godzinie 8.03 do burty pancernika przybił niszczyciel „Buchanan”, który przywiózł 
na   swym   pokładzie   przedstawicieli   mocarstw   sojuszniczych:   generała   Kuźmę   Dieriewianko   (ZSRR), 
admirała Bruce Austina Frasera (Wielka Brytania) i generała Philippe Francois Marie de Hautecloque 
Leclerca (Francja). O godzinie 8.43 „Buchanan” po raz drugi przybił do burty pancernika, przywożąc tym 
razem generała Mac Arthura i kilku generałów alianckich zwolnionych z niewoli japońskiej, a m. in.,  
generałów Jonathana Mayhewa Wainwrighta i Arthura Ernesta Percivala. O godzinie 8.56 pojawiła się na 
„Missouri” delegacja japońska. O godzinie 9.04 zaczęła składać swe podpisy pod aktem bezwarunkowej 
kapitulacji.   Cała   ceremonia   podpisania   aktu  odbyła   się   „...w  atmosferze   zimnej   formalistyki   -   jak  to 
podkreślali   później   naoczni   świadkowie   tego  wydarzenia   -   bez   galanterii,   bez   werbli,   przekazywania 
szpad, nawet bez uścisku dłoni (...). Atmosfera była jednak naładowana emocją”.

Podpisany   przez   delegację   japońską   i   delegacje   mocarstw   sprzymierzonych,   akt   bezwarunkowej 

kapitulacji Japonii zawierał następujące sformułowania:

background image

„1. My, działając z rozkazu i w imieniu cesarza, rządu japońskiego i japońskiego cesarskiego sztabu 

generalnego, niniejszym  przyjmujemy  warunki deklaracji opublikowanej 26 lipca w Poczdamie  przez 
szefów rządów Stanów Zjednoczonych, Chin i Wielkiej Brytanii, do których następnie przyłączył  się 
ZSRR, które to cztery mocarstwa będą zwane w dalszym ciągu mocarstwami sojuszniczymi.

2. Niniejszym oświadczamy o bezwarunkowej kapitulacji wobec mocarstw sojuszniczych japońskiego 

cesarskiego   sztabu   generalnego   i   wszystkich   sił   zbrojnych,   znajdujących   się   pod   kontrolą   japońską, 
niezależnie od tego, gdzie się one znajdują.

3. Niniejszym   rozkazujemy   wszystkim   wojskom   japońskim,   gdziekolwiek   się   one   znajdują,   i 

narodowi   japońskiemu   niezwłocznie   zaprzestać   działań   wojennych,   ochraniać   i   nie   dopuszczać   do 
uszkadzania   okrętów,   samolotów   i   majątku   wojskowego   i   cywilnego,   a   także   wykonywać   wszelkie 
żądania, które mogą być wysunięte przez naczelnego dowódcę mocarstw sojuszniczych lub według jego 
poleceń przez organa rządu japońskiego.

4. Niniejszym   rozkazujemy   japońskiemu   cesarskiemu   sztabowi   generalnemu   niezwłocznie   wydać 

rozkazy dowódcom wszystkich wojsk japońskich i wojsk znajdujących się pod ich kontrolą, gdziekolwiek 
się   znajdują,   bezwarunkowo,   osobiście   kapitulować,   a   także   zabezpieczyć   bezwarunkową   kapitulację 
wszystkich wojsk, znajdujących się pod ich dowództwem.

5. Wszyscy   oficjalni   przedstawiciele   władz   cywilnych,   wojskowych   i   marynarki   powinni 

podporządkować się i wypełniać wszystkie polecenia, rozkazy, dyrektywy, które naczelny dowódca wojsk 
mocarstw sojuszniczych będzie uważał za konieczne w celu zrealizowania niniejszej kapitulacji i które 
będą   wydane   przez   niego   osobiście   lub   za   jego   upoważnieniem.   Polecamy   tym   wszystkim   osobom 
oficjalnym,   by   pozostały   na   swoich   stanowiskach   i   pełniły   nadal   obowiązki   zlecone   w   warunkach 
pokojowych, z wyjątkiem wypadków, gdy zostaną od nich zwolnione specjalnym rozkazem wydanym  
przez naczelnego dowódcę wojsk mocarstw sojuszniczych lub z jego polecenia.

6. Niniejszym składamy zobowiązanie, że rząd japoński i jego następcy będą sumiennie wykonywali 

warunki deklaracji poczdamskiej i wydawać takie zarządzenia i podejmować takie czynności, których, w 
celu   wprowadzenia   w   życie   tej   deklaracji,   zażąda   naczelny   dowódca   mocarstw   sojuszniczych,   lub 
jakikolwiek przedstawiciel wyznaczony przez mocarstwa sojusznicze.

7. Niniejszym   polecamy   japońskiemu   rządowi   cesarskiemu   i   japońskiemu   cesarskiemu   sztabowi 

generalnemu   zwolnić   niezwłocznie   wszystkich   jeńców   wojennych   i   internowane   osoby   cywilne, 
znajdujące się pod nadzorem japońskim i zapewnić im bezpieczeństwo, utrzymanie i opiekę, jak również 
niezwłoczne odtransportowanie ich na wskazane miejsca.

8. Cesarz i rząd japoński będą sprawowali władzę w państwie pod kontrolą naczelnego dowódcy 

mocarstw sojuszniczych, który będzie przedsiębrał takie kroki, jakie uzna za konieczne dla zrealizowania 
warunków kapitulacji”.

Tak zakończyła się po 1364 dniach, 5 godzinach i 4 minutach trwania wielka wojna z Japonią na, 

Pacyfiku.   Tym   samym   zakończył   się,   trwający  w  historii   Japonii   ponad  pół   wieku,   okres  prawie   że  
nieprzerwanej   agresji.   Wielka   wojna   na   Pacyfiku   zakończyła   się   druzgocącą   klęską   imperializmu   i 
militaryzmu japońskiego.

Epidemia seppuku

Klęska wojenna Japonii wywołała jeszcze jedno charakterystyczne zjawisko, o którym wypada  

tu   wspomnieć,   a   mianowicie   istną   falę   samobójstw   dokonywanych   z   reguły   zgodnie   z   rytualnym  

background image

ceremoniałem   seppuku,   czy   jak   to   określają   inni,   harakiri.   Ten   średniowieczny   sposób   samurajów 
rozstawania   się   z   życiem,   skłonionych   do   tego   wymogami   czci,   honoru   lub   też   innymi   względami, 
odżywał od czasu do czasu i w nowożytnym okresie historii Japonii. Odnotować tu można przypadek 
zdobywcy   Port   Arthur   w   1905   r.   generała   hrabiego   Maresuke   Nogi,   który   w   1912   r.   po   pogrzebie 
zmarłego cesarza Meiji (Mutsuhito) odebrał sobie życie zgodnie ze średniowiecznym seppuku.

Po   załamaniu   się   buntu   oficerów   występujących   przeciwko   decyzji   kapitulacji   jego   przywódcy 

popełnili seppuku. Seppuku popełnił też generał Anami, który choć nie poparł bezpośrednio i osobiście 
buntowników, to jednak wiedząc prawie wszystko o spisku nie zrobił nic, co mogło przeszkodzić jego 
rozwojowi, a co więcej, swym działaniem na forum rządu wymierzonym przeciwko kapitulacji wzmagał 
nastroje oporu i buntu wśród tych, którzy na serio brali jego słowa wypowiedziane wówczas na jednym z 
posiedzeń gabinetu:

„Nawet gdybyśmy mieli jeść trawę, znosić zniewagi i leżeć w błocie, będziemy walczyć do upadłego 

wsparci wiarą, że znajdziemy życie w śmierci”.

Słowa te były mocne. Wielu - w ich właśnie imię - wybrało śmierć. Być może, właśnie dlatego przy 

zwłokach   Anami   znaleziono   kartkę   z   kilku   odręcznie   nakreślonymi   przez   generała   zdaniami:   „Za 
popełnienie   mej   największej   zbrodni   błagam   o   przebaczenie   poprzez   akt   śmierci.   Korecika   Anami, 
minister wojny. Noc 14 sierpnia 1945 r.”

W dniu 15 sierpnia 1945 r. popełnił też samobójstwo jeden z głównych inspiratorów i organizatorów 

buntu oficerów, major  Hatanaka, strzelając sobie w skroń u bramy pałacu cesarskiego. Stojący obok 
przyjaciel dobił Hatanakę ciosem samurajskiej szabli a następnie sam popełnił seppuku. Jak mówili o tym 
bezpośredni świadkowie ostatnich godzin życia majora Hatanaki, przed śmiercią przez ponad godzinę 
próbował   rozdawać   przechodzącym   obok   niego   mieszkańcom   stolicy   ulotki   wzywające   do   walki   z 
kapitulantami. Ku wielkiemu zdziwieniu, a później wręcz przerażeniu majora nikt nie chciał brać od niego 
owych ulotek. A ci, którym udało mu się je wcisnąć do ręki, rzucali je po chwili na ziemię, nie wykazując 
żadnego zainteresowania. Być może, był to dla Hatanaki cios mocniejszy od uderzenia kuli czy ostrza 
szabli.

Tego też dnia, 15 sierpnia popełnił seppuku zastępca szefa sztabu generalnego marynarki wojennej i 

twórca korpusu kamikadze - wiceadmirał Takijiro Ohnishi. W kilka godzin później zginął śmiercią pilota 
samobójcy, lecąc na czele grupy bojowej złożonej z 11 pilotów kamikadze, wiceadmirał Matome Ugaki.  
Próbował też popełnić samobójstwo były premier Tojo, ale go odratowano. Udało się to natomiast byłemu 
ministrowi wojny,  generałowi Sugijamie, który strzelił sobie w serce. Popełniła również samobójstwo 
żona generała Sugiijamy, zażywając śmiertelną dawkę cyjanku a następnie padając tak, aby nadziać się na 
nastawione   na   sztorc   ostrze   sztyletu.   Otruł   się   też   książę   Konoje.   Ogółem   popełniło   wówczas 
samobójstwo około tysiąca wojskowych i polityków, w tym kilkudziesięciu wyższych oficerów.

* * *

II wojna światowa dobiegła już swego kresu i na Pacyfiku. Militaryzm japoński musiał pogodzić się z 

poniesioną klęską. Ostatni bunt samurajów, który zawrócić miał bieg historii, zakończył się, na szczęście 
dla Japonii, pełnym fiaskiem.

Być może, właśnie wtedy zaczęła rodzić się nowa Japonia, dla której militaryzm i ślepy fanatyzm 

przestawały być  głównym sensem życia. Nastał dzień, kiedy załamał się ostatecznie pucz oficerski, a 
miliony   Japończyków   usłyszeć   mogły   głos   cesarza   nakazującego   Nipponowi   i   jego   siłom   zbrojnym 

background image

poddanie się woli sprzymierzonych. Ten dzień był niewątpliwie dla Japonii szokiem, który pozwolił na 
stosunkowo bezbolesne przełknięcie tego, co było dla niej jeszcze niedawno nie do przełknięcia, a co  
musiało się stać.

„15 sierpnia w samo południe nadano cesarskie orędzie do narodu przez radio - czytamy w naukowej  

pracy Jolanty Tubielewicz pt.  Historia Japonii  - ale ze względu na zakłócenia w eterze prawie nic nie 
można było zrozumieć. Do słuchaczy docierały jedynie pojedyncze słowa wypowiadane namaszczonym a 
żałosnym   głosem   władcy.   Konsternacja   zapanowała   w   narodzie.   Wkrótce   jednak   oślepiająca   prawda 
dotarła do wszystkich obywateli. Dla wielu była to przede wszystkim hańba porażki, ale dla większości  
kapitulacja oznaczała jedynie koniec wojny, koniec głodu, nędzy, wyrzeczeń, strachu, nalotów i śmierci.

Zadziwiająca   zmiana   dokonała   się   w   narodzie.   Znikła   gdzieś   histeria   nacjonalistyczna,   wściekła 

nienawiść do cudzoziemców, chęć walki do ostatniej kropli krwi. Kiedy generał Douglas Mac Arthur 30 
sierpnia   wylądował   na   lotnisku   Atsugi,   cała   Japonia   czekała   spokojna   i   potulna.   Nie   było   żadnych 
incydentów, nikt nie protestował ani nie okazywał wrogości. Japonia pokonana różniła się diametralnie od 
Japonii walczącej”.

Zakończenie

Gdy  padają   słowa:   terroryzm,   terrorysta,   zamach   -   ogromna   większość   słuchaczy,   jak  też   i 

czytelników   wyobraża   sobie,   iż   mowa   będzie   o   karbonariuszaeh   (jeśli   mowa   o   dalekich   czasach), 
anarchistach (jeśli o trochę bliższych), czy też wreszcie o lewakach z zachodnioniemieckiego RAF-u czy 
włoskich   czerwonych   brygadach   (jeśli   dotyczy   to   współczesności).   Nic   jednak   bardziej   błędnego   i 
uproszczonego. Jak już wspomnieliśmy we wstępie do tej książki, międzynarodowy terroryzm polityczny 
to   zjawisko   niezwykle   bogate   pod   względem   form,   rodzajów   i   charakteru   swej   istoty   i   przejawów  
działania,   genezy   i   przyczyn   narodzin   i   wreszcie   stosowanych   metod   i   środków,   nie   mówiąc   już   o 
przyświecających tym działaniom celach.

Śmierci w Tokio przypomnieliśmy kilka dramatycznych epizodów z najnowszych dziejów Japonii, 

rzuconych na szerokie tło warunkujących je wydarzeń. Można powiedzieć, iż jest to historia tragicznej 
śmierci,   zamordowanych,   skrytobójczo   -   premierów   japońskich:   Takashi   Hara,   Osachi   Hamaguchi, 
Tsuyoshi Inukai, Makoto Saito; mandżurskiego marszałka Czang Tso-lina; ministrów, członków rządu 
japońskiego: Koekiyo Takashi, Kantaro Suzuki; generałów: Jotaro Watanabe i Takeshi Mori oraz osób, 
które padły wraz z nimi od kul i ciosów samurajskich szabel.

Ich zabójcami  nie byli  anarchiści czy inni „wywrotowcy”,  zamierzający tą drogą doprowadzić do 

obalenia istniejącej władzy, zlikwidowania kierowanego przez nią państwa. Zabójcami byli obrońcy tego 
państwa, przekonani, że mordują właśnie w interesie tego państwa, w imię jego umocnienia i rozkwitu. 
Byli to ludzie w mundurach, ludzie armii, młodzi fanatycy, wychowani w duchu samurajskiej legendy.  
Działali   rzekomo   dla   przyszłości,   w   rzeczywistości   broniąc   rozpaczliwie   mrocznej   przeszłości, 
wekslującej kraj ku wielkiej narodowej katastrofie. Byli to więc terroryści nietypowi - w powszechnym 
rozumieniu tego słowa - wręcz dziwni i tym bardziej przerażający. Mimo iż sami uważali się za wiernych 
poddanych Syna Nieba, za zdyscyplinowanych obrońców japońskiego ładu i porządku, w rzeczywistości 
swymi działaniami, podejmowanymi w różnych latach i różnymi rękami, zapisali jeden z najkrwawszych 
rozdziałów w księdze dziejów międzynarodowego terroryzmu politycznego. Działaniami tymi dowiedli 

background image

również, w sposób oczywiście zupełnie niezamierzony,  iż współczesne państwo, gdy tylko zaczynają 
dominować w nim: szowinizm, faszyzm, militaryzm i dyktatura, staje się otwarte dla narodzin takiego 
właśnie,   związanego   z   nim   terroryzmu.   Powiązane   z   totalitarnym   rządem,   wspierające   go,   różnego 
rodzaju mafijne organizacje jak też służby specjalne armii i policji, nieraz sięgają do ich terrorystycznych 
usług, w przypadku napotykanych trudności w rozprawieniu się z opozycją bardziej legalną i spokojną 
drogą. Tak więc uprawiany aż nadto często przez państwa totalitarne terroryzm państwowy na zewnątrz 
(vide działalność wywiadu hitlerowskiego na arenie międzynarodowej wyrażająca się w organizowaniu 
zamachów skrytobójczych, których ofiarami padali wybitni politycy europejscy, przeciwnicy Hitlera) miał 
też swego odpowiednika w totalistycznym terroryzmie wewnętrznym. Te same były metody i cele, inna 
była tylko płaszczyzna działania.

Wydarzenia z tej książki nie są bynajmniej już tylko historią. Wciąż jeszcze w różnych zakątkach  

naszej niespokojnej planety dzieją się, niestety, rzeczy podobne. Różnego rodzaju mafie czy szwadrony 
śmierci wciąż jeszcze dają o sobie znać dziesiątkami zamordowanych Skrytobójczo ofiar, jak gdyby dla 
zrównoważenia śmierci zadawanej przez lewackich awanturników.

W samej  Japonii po szoku spowodowanym  klęską wojenną nastąpiło w zasadzie w tej dziedzinie 

poważne uspokojenie.

„W latach 1946-1970 w Japonii dokonano tylko jednego zamachu - pisze na ten temat Longin Tadeusz 

Szmidt w pracy pt. Terroryzm a państwo. - 14 lipca 1960 r. o godzinie 14.30 60-letni Faisuko Aramaki, 
członek organizacji «Czarny Smok» (i znów ten „Czarny Smok” - dopełnienie F.B.) zaatakował premiera 
Nobosuke Kishi.

Motywem  zamachu była  zemsta  za  to, że ustępujący premier  Kishi  nie  desygnował  prawicowego 

działacza Chno na szefa rządu. Kishi jako polityk, który utracił przywództwo partii liberalnej na rzecz H. 
Ikedy, musiał zgodnie z zasadami parlamentaryzmu japońskiego wysunąć kandydaturę swego następcy. 
Rezygnację z funkcji premiera złożył  Kishi 10 lipca, ale do 15 lipca, do czasu objęcia urzędu przez  
nowego premiera, sprawował nadal swoje funkcje.

14 lipca urządził pożegnalne przyjęcie. Zamachowiec uzyskał na nie zaproszenie. Wypiwszy trochę 

alkoholu, podszedł do Kishi i dźgnął go sześć razy sztyletem. Goście obezwładnili sprawcę. Premiera 
odwieziono do szpitala, skąd wyszedł po kilkunastu dniach po udanej operacji. Aramaki został skazany na 
dwa lata więzienia za narażenie na szwank zdrowia przywódcy państwowego”.

Warto też wspomnieć w tym miejscu o zamordowaniu przez innego członka „Czarnego Smoka” w 

okresie powojennym lidera partii socjalistycznej, gdy przemawiał on na wielkim wiecu w Tokio. Zabójca 
podbiegł   do przemawiającego i   kilkoma   ciosami  samurajskiego sztyletu  w  brzuch  i  klatkę  piersiową 
pozbawił swą ofiarę życia.

Można   też   powołać   się   na   jeszcze   inny   przykład,   bardzo   zresztą   japoński,   próby   współczesnego 

nawiązania do starych  dziejów  militarystycznego terroryzmu.  Otóż na przełomie lat  sześćdziesiątych i 
siedemdziesiątych wybuchł w Japonii wielki kryzys polityczny, spowodowany wykryciem przez władze 
amerykańskie w Stanach Zjednoczonych a następnie japońskie w Japonii gigantycznej, międzynarodowej 
afery Lockheeda. Chodziło o to, iż ów wielki amerykański koncern lotniczy zdobywał dla produkowanych 
przez   siebie   samolotów   wojskowych   i   cywilnych   rynki:   zachodnioniemieckie,   brytyjskie,   włoskie, 
holenderskie, japońskie i inne, za pomocą rozwiniętej do perfekcji polityki przekupywania najbardziej 
wpływowych osobistości krajów, potencjalnych nabywców maszyn latających Lockheeda. Po wykryciu 
tej   sprawy   w   Stanach   Zjednoczonych   i   zajęciu   się   nią   przez   specjalną   komisję   senacką,   której 
przewodniczył senator Frank Church, okazało się, iż według uzyskanych przez komisję danych na liście 

background image

osób   biorących   łapówki   od   przedstawicieli   Lockheeda   znaleźli   się   m.   in.,   tacy   wybitni   politycy 
międzynarodowego formatu, jak: lider bawarskiej CSU - Franz Josef Strauss w RFN, holenderski książę 
małżonek - Bernhard w Holandii i premier  Tanaka w Japonii. Ten ostatni, w odróżnieniu od dwóch 
wcześniej wymienionych osobistości, musiał podać się do dymisji, został aresztowany i po udowodnieniu 
mu w czasie rozprawy sądowej zarzuconych czynów - skazany i osadzony w więzieniu, kończąc w ten 
sposób zapowiadającą się początkowo wspaniałą karierę polityczną. Człowiekiem, który bezpośrednio 
pośredniczył   między   premierem   Tanaką   a   przedstawicielami   firmy   Lockheeda,   był   niejaki   Kodama, 
niegdyś zwykły gangster, później zaufany człowiek CIA w Japonii i człowiek wielkiego interesu.

Gdy japoński trop afery Lockheeda przestał być tajemnicą garstki wtajemniczonych polityków i ludzi 

wielkiego   interesu,   gdy   zaczęły   o   nim   pisać   wszystkie   japońskie   gazety,   doszło   w   Japonii   do 
niecodziennego wydarzenia.

Otóż Maeda, jeden ze znanych aktorów tokijskich, a jednocześnie działacz polityczny, związany ze 

skrajną   prawicą,   powiązany   z   politycznymi   pozostałościami   „Czarnego   Smoka”,

 

gloryfikujący   dotąd 

zarówno   samego   Tanakę,   jak   też   d   Kodamę   jako   mocnych   ludzi,   zdolnych   do   odbudowy   starej 
samurajskiej   Japonii,   załamał   się,   gdy   jego   ideowe   bożyszcza   okazały   się   być   jedynie   wielkimi 
łapownikami. Uważając, iż Tanaka i Kodama, a zwłaszcza Kodama jako ten, który wciągnął osobiście 
Tanakę   w   bagno   lockheedowskiej   afery   łapówkarskiej,   zdradzili   wielkie   idee   samurajskiej   Japonii   - 
postanowił zabić Kodamę. Ten tymczasem znajdował się z powodu choroby i trwałego przykucia do łóżka 
w swej pięknej willi położonej na jednym z uroczych, tonących w zieleni wzgórz stolicy.

I tak Maeda, wyznający skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne i militarystyczne poglądy, utrzymujący 

ścisłe kontakty z ludźmi  „Czarnego Smoka”  i różnych  innych,  działających  wciąż  jeszcze  w Japonii 
legalnie lub w podziemiu organizacji, a w życiu prywatnym będący pilotem-amatorem, wypożyczył  w 
prywatnym   przedsiębiorstwie   lotniczym   mały   sportowy  samolot   i   z   dużej   wysokości,   z   okrzykiem   - 
odebranym   na   falach   radiowych   przez   wieżę   kontrolną   stołecznego   lotniska   -   „Niech   żyje   cesarz!” 
(„Tenno heika banzai!”) runął w samobójczym locie na willę Kodamy. W ten sposób Maeda zamierzał  
widać wymierzyć sam sprawiedliwość człowiekowi, który zawiódł jego nadzieje, a co więcej, naraził na 
szwank wielkiego lidera politycznego, z którym wiązała poważne nadzieje cała japońska prawica. Zamiar 
ten jednak nie powiódł się. Zginął jedynie sam Maeda. Co prawda willa Kodamy istotnie stanęła cała w 
płomieniach i dość szybko spłonęła, ale nim się to stało, służba zdołała wynieść z płonących pomieszczeń 
łóżko wraz z Kodama.

Przypominając   w   sposób   monotematyczny   dzieje   terroryzmu   uprawianego   przez   japońskie   koła 

militarystyczne   i   powiązane   z   nimi   tajne   stowarzyszenia   nacjonalistyczne,   nie   chcemy   oczywiście 
twierdzić, iż w tym czasie nie miały w Japonii miejsca zamachy dokonywane przez inne siły: lewackie 
czy anarchistyczne.

A   oto   krótko  i   o   nich.   W   dniu   17   grudnia   1923  r.   Taisuke   Namba,   syn   japońskiego  senatora,   a 

jednocześnie   członek   tajnej   organizacji   anarchistycznej,   usiłował   zastrzelić,   wówczas

 

jeszcze   tylko 

regenta,   następcę   tronu,   księcia   Hirohito.   Stało   się   to   w   Toranomon.   Gdy  Hirohito   jechał   otwartym  
powozem do gmachu parlamentu, Namba zaatakował cesarza, oddając doń kilka strzałów z odległości 
kilkunastu zaledwie kroków, tj. z takiej, na jaką pozwolił mu się zbliżyć do celu kordon policji. Strzały 
chybiły,   strzaskując   jedynie   szyby   drzwiczek   powozu   oraz   drewniane   elementy   odrzwi.   Widząc,   iż 
zamach się nie udał, sprawca rzucił się do ucieczki. Ale i ta mu się nie powiodła. Za uciekającym rzucili  
się   w   pogoń   policjanci   i   przypadkowi   przechodnie.   Już   po   kilku   zaledwie   minutach   został   ujęty.  
Postawiony przed sądem został skazany na śmierć i stracony.

background image

Po raz drugi dokonano zamachu na Hirohito w dniu 8 stycznia 1932 r. gdy był już cesarzem (od 1926 

r.). Cesarz przejeżdżał wówczas, po odebraniu defilady wojskowej w Tokio, konno ulicami stolicy, witany 
przez zebrane tłumy. W pewnym momencie, zza kordonu policji wyskoczył na jezdnię jakiś człowiek,  
rzucając bombę w stronę zbliżającej się kawalkady. Grupa konnych policjantów i oficerów, otaczających 
cesarza - również na koniach, osłoniła jednak w porę Hirohito. Odłamki wybuchającej bomby położyły 
kilka koni, wiele poraniły. Rannych też zostało kilku ludzi z eskorty. Sam cesarz wyszedł z zamachu bez  
szwanku. Sprawcę zamachu ujęto. Okazało się, iż był on Koreańczykiem, usiłującym zaprotestować w ten 
sposób przeciwko okupacji i kolonizacji Korei przez Japonię.

Zamach o mały włos nie spowodował ostrego kryzysu politycznego w Japonii. Na znak bowiem swej 

winy   wobec   cesarza,   za   niedostateczne   zadbanie   o   jego   bezpieczeństwo,   cały   gabinet   podał   się,  
natychmiast po zajściu, do dymisji. Cesarz dymisji tej jednak nie przyjął, wyrażając jedynie zgodę na 
odejście ministrów: spraw wewnętrznych i wojny.

Podobno między jednym a drugim zamachem wspomnianymi tu, dokonano na Hirohito jeszcze dwa, 

ale żadnych na ten temat materiałów ani informacji nigdy i nikomu nie udostępniono.

Głośny był też zamach bombowy dokonany przez koreańskiego studenta w dniu 29 kwietnia 1932 r. w 

Szanghaju, w czasie obchodzonych tu uroczyście przez armię japońską urodzin cesarza. Po wspaniałej 
defiladzie japońskich oddziałów wojskowych Koreańczyk ów zbliżył  się do trybuny,  rzucając na nią, 
skonstruowaną przez siebie, bombę  o silnej mocy.  Rzut był  celny.  Ofiarą wybuchu padli dowodzący 
wojskiem   japońskim,   atakującym   w   tym   czasie   Szanghaj:   generał   Yoshinori   Shirakawa   i   admirał 
Kichisaburo Nomura oraz minister pełnomocny Mamoru Shigemitsu. Generał Shirakawa wkrótce zmarł. 
Więcej szczęścia miał ambasador Shigemitsu tracąc jedynie nogę. Admirał Nomura po dłuższej kuracji  
powrócił do służby. Zamachowca ujęto i natychmiast stracono.

* * *

Wydaje   się,   iż   należy   tu   również   wspomnieć   -   choć,   wykracza   to   z   pewnością   poza   nakreślone 

świadomie   ramy  książki  - o współczesnym  terroryzmie  w  wydaniu   japońskim.   Czynimy   to zresztą  i 
dlatego, by wykazać, iż mimo całkowitej zmiany swego charakteru i celów działania (jest to terroryzm w 
swej   lwiej   części   lewacki),   to   nie   uniknął   on   pewnych   tradycyjnych   wzorów,   przejętych   z   arsenału 
tradycji samurajskich. Należą do nich choćby więzi rodowe odgrywające zasadniczą rolę w formowaniu  
terrorystycznych   komand,   mistyczne   formułowanie   celów   podejmowanych   działań,   szczególne 
okrucieństwo w zwalczaniu przeciwników.

W   wiele   dramatycznych   wydarzeń   obrosła   już   historia   Japońskiej   Czerwonej   Armii   („Nihon 

Sekigun”).   Powstała   ona,   jeżeli   w   ogóle   można   tu   jakąś   datę   ustalić,   w   końcu   lat   sześćdziesiątych,  
wyłaniając się w drodze rozłamu z lewackiej organizacji pod nazwą Liga Komunistyczna. Gdy w Japonii,  
tak   jak   w   wielu   krajach   świata,   zwłaszcza   Europy,   wystąpiły   rozruchy   studenckie,   a   w   niedalekich 
Chinach dawała się we znaki wszystkim „rewolucja kulturalna”, podczas której zrewoltowani studenci 
opanowali siłą wiele wyższych uczelni, doprowadzając do przerwania zajęć, wtedy to po raz pierwszy 
zaczęto mówić o „Nihon Sekigun”. Na czele organizacji stanęła, niewiadomo zresztą czy od samego  
początku,   młoda,   wielkiej   urody   kobieta,   niczym   z   wyglądu   nie   przypominająca   groźnej   terrorystki. 
Nazywała się Fusako Shigenobu. Była córką kupca, członka niezwykle niegdyś groźnej, a powiązanej z 
ruchem „młodych oficerów”, militarystyczno-nacjonalistycznej organizacji terrorystycznej - „Braterstwa 
krwi”.

background image

Panna   Fusako   przez   wiele   lat   niczym   nie   odróżniała   się   od   tysięcy   podobnych   jej   dziewcząt  

japońskich. Chwalili ją rodzice, nauczyciele, sąsiedzi. Była miła, grzeczna, uprzejma, dobrze się uczyła. 
Nikt nie pamiętał, aby w latach szkolnych, zarówno w podstawówce, jak i później w liceum handlowym,  
pasjonowała się kiedykolwiek polityką. Kochała poezję, sama zresztą pisała wiersze. Po podjęciu pracy 
zawodowej w fabryce sosu sojowego nie zrezygnowała z nauki, prosząc o przyjęcie na studia wieczorowe 
Uniwersytetu Tokijskiego. Została przyjęta.

Ale gdy młoda Fusako przybyła do miasteczka uniwersyteckiego, mając ze sobą wszystkie potrzebne 

papiery oraz przybory - nauka właśnie zamarła. Bramy uczelni były zamknięte. Przed nimi, jak i na wielu 
ulicach Tokio, stały barykady bronione przez studentów i młodzież  licealną, atakowane przez silne i 
doskonale uzbrojone oddziały policji. Momentem politycznego „chrztu” Fusako był dzień 26 kwietnia 
1969 r., ogłoszony przez opozycję japońskim „dniem Okinawy”. Demonstrująca młodzież domagała się 
opuszczenia Okinawy przez Amerykanów, zlikwidowania na tej wyspie amerykańskich baz wojskowych 
z rakietami o głowicach jądrowych. Doszło do poważnych, zaciekłych starć ulicznych z policją. Fusako 
początkowo donosiła pałki, kastety i tym podobny sprzęt bojowy swym starszym kolegom, lecz wkrótce 
sama wzięła udział w walce, zostając nie raz dotkliwie pobita. I tak się zaczęło...

Panna   Fusako,   będąca   już   członkiem   lewacko-trockistowskiej   Ligi   Komunistycznej,   porzuca   ją 

wkrótce, by wejść w skład nowej organizacji „Sekigun”, która wówczas w końcu roku 1969, liczyła 
według danych z archiwum tej „Czerwonej Armii” - około „300 żołnierzy i 15 oficerów”. Należy dodać, 
iż Fusako była jednym z tych 15 oficerów, by już wkrótce stać się generałem, szefem całej tej organizacji. 
Nim jednak do tego doszło, zajść miało jeszcze nieco istotnych wydarzeń.

W   połowie   1970   r.   ogłoszony   zostaje   program   „Komitetu   Wojskowo-Rewolucyjnego   Japońskiej 

Czerwonej Armii”. Był to przedziwny dokument. Nie mniej nie więcej tylko „Sekigun” wypowiadał w 
nimi wojnę zarówno samej Japonii, jak i całemu światu. Proklamując rychły krach światowego systemu  
kapitalistycznego w toku następujących wojen, „Sekigun” stwierdzał, iż chcąc ten kres przybliżyć, już  
teraz podejmuje działania bojowe przeciwko światowej burżuazji, zamierzając uderzać w najczulsze jej 
miejsca,   a   zwłaszcza   w   ludzi,   przywódców   światowego   kapitału.   Nie   oszczędzono   też   i   krajów 
socjalistycznych, stwierdzając w tym dokumencie, iż one również reprezentują stary świat, skazany na  
zagładę, wysługując się w rzeczywistości imperializmowi. Jako potencjalne bazy „prawdziwej rewolucji 
socjalistycznej”   program   „Sekigun”   wymieniał   cztery   kraje:   Japonię,   Kubę,   amerykański   region   San 
Francisco (sic!) i Północną Koreę.

Swą własną ofensywę przeciwko kapitałowi „Sekigun” obiecywał rozpocząć od zastrzelenia kilkuset 

japońskich policjantów. Aby być do tego zdolnym, grupy bojowe organizacji rozpoczęły wiosną 1970 r. 
intensywne   ćwiczenia   bojowe   w   japońskich   Alpach.   Dochodzące   stamtąd   odgłosy   wystrzałów 
karabinowych i wybuchów granatów zwróciły szybko uwagę osób postronnych, a za ich pośrednictwem i 
policji. Zorganizowana natychmiast przez policję i wojsko obława doprowadziła do wykrycia w górach 
kryjówki-bazy   „Sekigunu”.   Po   kilkugodzinnym   oblężeniu   siły   „Sekigun”   zostały   rozgromione   i 
zniszczone.   Ujęci   żywcem   bojowcy  „Czerwonej   Armii”   zostali   aresztowani   i   osadzeni   w   więzieniu. 
Wbrew jednak nadziejom władz nie był to koniec dziejów zlikwidowanej pozornie organizacji. Okazało 
się bowiem, iż kilku jej członkom udało się uniknąć ujęcia. Ci zaś nie mieli zamiaru rezygnować.

Już wkrótce wystartował z lotniska cywilnego w Tokio samolot pasażerski japońskich linii lotniczych 

Boeing 727 Japan Air Lines, na którego pokładzie znajdowało się 99 pasażerów i

 

11 członków załogi. W 

kwadrans po starcie samolot opanowany został przez dziewięciu młodzieńców uzbrojonych w pistolety, 
granaty i samurajskie miecze. Zażądali zwrotu na północ i wylądowania w Phenianie, stolicy Koreańskiej 

background image

Republiki Ludowo-Demokratycznej. W razie odrzucenia ich żądań grozili wymordowaniem pasażerów i 
załogi.   Aby   nie   było   wątpliwości,   iż   są   gotowi   do   wykonania   swych   obietnic,   zaczęli   wybierać   już 
przyszłe ofiary; ustalać kolejność ich likwidacji, ostrzyć szable itp.

Załoga samolotu, widząc, iż ma do czynienia ze zdecydowanymi na wszystko fanatykami, wykonała 

postulowany zwrot, porozumiewając się jednocześnie, bez wiedzy porywaczy, z bazą lotniczą w Tokio. 
Rozdzwoniły się natychmiast telefony. Ponieważ w Tokio nie mieli pewności co stanie się w Phenianie, 
jako że stosunki między Japonią a KRL-D nie były wówczas najlepsze, postanowiono zagrać, licząc na 
prymitywizm porywaczy.  Otóż załoga porwanej maszyny otrzymała polecenie wylądowania w stolicy 
Korei Południowej - Seulu. Samo zaś lotnisko seulskie tamtejsze władze, poinstruowane odpowiednio z 
Tokio, urządziły na poczekaniu tak, aby wyglądało na port lotniczy Phenianu. Wszędzie powiewały flagi 
KRL-D,   tu   i   ówdzie   wywieszono   duże   portrety  Kim   Ir   Sena,   a   wielki   transparent   umieszczony  nad 
wejściem   do   centralnego   budynku   lotniska   ogłaszał   wszem   i   Wobec:   „Witajcie   w   Korei   Ludowo-
Demokratycznej”. Aby zaś nic już nie mogło zmienić wrażenia, że to właśnie Phenian a nie Seul, wszyscy 
znajdujący się na płycie  lotniska funkcjonariusze policji, straży granicznej, celnicy itp. byli  ubrani w 
mundury północnokoreańskie, a grupa niby przypadkowo zebranych na lotnisku dziewcząt koreańskich z 
wielkimi bukietami kwiatów w rękach też ubrana była w ludowe stroje z rejonu Phenianu. Autorzy tej 
wielkiej   mistyfikacji   liczyli,   iż   zachwyceni   tym   widokiem   terroryści   zejdą   natychmiast   z   pokładu 
samolotu,   pozostawiając   w   nim   oswobodzonych   w   ten   sposób,   i   wtedy   będzie   ich   można   bez 
najmniejszego ryzyka dla kogokolwiek zgarnąć. Stało się jednak zupełnie inaczej...

Terroryści czuli widać podświadomie podstęp. Po wylądowaniu w Seulu, tak cudownie przestrojonym  

na Phenian, nie opuścili samolotu nadal „opiekując” się pasażerami i załogą. Na płytę lotniska zszedł 
tylko jeden z porywaczy. Poprosił, aby podszedł doń oficer straży granicznej w randze kapitana. I mimo 
że ten był niezwykle miły,  układny i nie zaprzestawał co chwila tytułować swego japońskiego gościa 
„drogim   towarzyszem”   i   „bojownikiem”,   porywacz   zaczął   go   nagle   egzaminować   ze   znajomości 
marksizmu-leninizmu. I tu cała maskarada zawiodła. Japończyk w mig zorientował się, że rozmawiający z 
nim kapitan nie jest z pewnością oficerem komunistycznej armii. Podziękował za rozmowę i nie mówiąc 
co będzie dalej, wrócił na pokład samolotu i dopiero stąd powiadomił przez megafon i radio, że albo zaraz 
odlecą do Phenianu, albo rozpocznie się za chwilę egzekucja zakładników. I samolot odleciał, jak tego 
chcieli   porywacze.   Phenian   nie   był   oczywiście   uszczęśliwiony   lądującym   ni   stąd   ni   zowąd   na   jego 
lotnisku samolotem z Tokio. Kierując się jednak względami humanitarnymi, samolot przyjął. Porywacze 
zostali   tu   natychmiast   aresztowani,   pasażerowie   i   załoga   uwolnieni,   mogąc   natychmiast   odlecieć   z 
powrotem do Japonii.

Cała sprawa z samolotem była więc zakończona, nie przynosząc ludziom z „Sekigun” oczekiwanego 

profitu. Co więcej - a jest to fakt wanty zanotowania - aresztowani wówczas w Phenianie porywacze,  
mimo  odbycia kary więzienia, na które zostali skazani przez sąd KRL-D za piractwo powietrzne, po  
odbyciu kary wyrazili chęć pozostania w Phenianie i zajęcia się normalną pracą. Nigdy już nie wrócili do  
Japonii ani też do uprawianej poprzednio „profesji terrorysty”. Ale dzieje „Sekigun” biegły dalej...

Następny  etap  w   historii   organizacji,   po   okresie   chwilowego   uspokojenia,   to   luty  1972   r.   Policja 

japońska powiadomiona została przez swych informatorów, iż w górach, w pobliżu miejsca gdzie już raz 
zaskoczono obóz „Sekigun”, znajduje się dobrze ukryta i zamaskowana pieczara, w której mieści się  
kryjówka sztabu tej organizacji terrorystycznej. Zorganizowana

 

natychmiast wielka obława, przy udziale 

ponad 300 policjantów, dała więcej niż oczekiwany rezultat. W chwili gdy policjanci zbliżali się do 
pieczary, znajdujący się bojowcy otworzyli ogień. Przez kilka godzin trwała przewlekła strzelanina. Od 

background image

kul broniących się zginęło dwu policjantów a blisko 10 zostało rannych, w tym trzech poważnie. W końcu 
oblężeni,   którym   zaczęło   brakować   już   amunicji,   poddali   się.   Aresztowano   wówczas   przywódcę 
„Sekigun” Tsuneo Mori i jego prawą rękę, młodziutką, bo zaledwie 18-letnią pannę Hiroko Nagatę, a 
wraz z nimi 20 innych członków organizacji. I znów policji wydawało się, iż tym razem dzieje „Sekigun”  
dobiegły swego kresu. Tym bardziej, iż ujawnione w śledztwie przez policję materiały kompromitowały 
Mori i ludzi z jego ścisłego otoczenia. Okazało się bowiem, że na krótko przed swym aresztowaniem 
osądzili   14   członków   swej   organizacji   za   naruszenie   dyscypliny   (dotyczyło   to   takich   spraw,   jak: 
wzajemna miłość, zajście w ciążę bez powiadomienia o tym szefa itp.) i w okrutny sposób zamordowali w 
jednej   z   górskich   jaskiń.   Zwłoki   zamordowanych   odnaleziono.   Wśród   nich   było   12   chłopców   i   8 
dziewcząt. Należy dodać, iż wśród aresztowanych wówczas wraz z Mori członków „Sekigun” znalazła się 
również  i  panna  Fusako.  Ponieważ  nic  jej   nie   można  było   specjalnie   zarzucić,  została  wkrótce  -  po 
wciągnięciu   do   rejestru   skazanych,   pobraniu   odcisków   palców   i   wykonaniu   odpowiednich   zdjęć   - 
zwolniona. Wkrótce też wyszła za mąż za studenta Taikashi Okudaira, który nigdy nie był karany ani też o 
nic przez policję podejrzewany. Małżeństwo to więc policja tokijska potraktowała jako dojście wreszcie 
przez pannę Fusako do rozumu i bez większych wahań wydała jej wraz z mężem paszport na wyjazd w 
podróż poślubną do... Bejrutu.

O tym zaś, że Fusako była akurat bardzo skłócona z Mori i chciała się od niego za wszelką cenę 

uwolnić, nie narażając się przy tym na oskarżenie o zdradę i w związku z tym na skrytobójczą śmierć,  
policja   nie   wiedziała.   Przedmiotem   sporu   była   sprawa   strategii   działania   ruchu:   o   ile   bowiem   Mori 
uważał, iż „Sekigun” powinien ograniczyć się do prowadzenia działań w pierwszym etapie skierowanych 
przeciwko państwu japońskiemu, o tyle Fusako uważała, iż „ruch rewolucyjny”, któremu służyć mieli  
ludzie z „Sekigun”, ogarnąć powinien cały świat. Innymi  słowy,  panna Fusako uważała, iż terroryści  
japońscy powinni nawiązać kontakt z terrorystami wszelkiej maści, gdzie tylko się znajdowali i wspierać 
ich swą walką i działaniem zdecydowanym na wszystko, byle tylko coś mogło się dziać, byle tylko mogła 
lać się krew, byle tylko mogli ginąć ludzie, udowadniając swą śmiercią jakieś bliskie terrorystom prawdy.

W tym też kontekście należy widzieć cel wyjazdu młodej pary właśnie do Bejrutu. Tu Fusako i jej mąż 

nawiązują   kontakt   z   grupą   ekstremistów   arabskich   z   Ludowego   Frontu   Wyzwolenia   Palestyny.   Z 
przedstawicielem tej grupy Fusako spotkała się już kiedyś, w 1969 r. w Tokio. Wiosną 1972 r. Fusako  
ściąga z Tokio do Bejrutu jeszcze dwu dalszych Japończyków, członków „Sekigun”. Wszyscy przechodzą 
intensywne przeszkolenie bojowe w jednym z obozów fedainów. Tu też zaprzyjaźniają się z późniejszą 
słynną   porywaczką   samolotów   Leilą   Chalid.   Sama   Fusako   występowała   tam   pod   pseudonimem 
„Dżamilii”.

Nawiązany   w   ten   sposób   sojusz   między   ekstremistycznym   ugrupowaniem   Palestyńczyków   a 

japońskim „Sekigun”   miał  dać  już  wkrótce   określone  i  głośne  niestety  wyniki.  Już   31 maja  1973  r. 
dochodzi   do   pamiętnej   masakry   na   izraelskim   lotnisku   pasażerskim   Lod   pod   Tel-Awiwem.   Trzech 
terrorystów japońskich po opuszczeniu samolotu, którym właśnie przylecieli do Tel-Awiwu, wydobywa  
nagle z futerałów pistolety maszynowe i otwiera bezładny ogień do zebranych u wejścia portu lotniczego 
pasażerów. Zabitych zostało wówczas 26 bezbronnych przygodnych ofiar, a ponad 120 odniosło rany, w 
tym 80 poważne. Zamachowcy wiedzieli, iż nie mają szans ocalenia. Byli zewsząd otoczeni. W trakcie 
walki z policyjną strażą lotniska dwu Japończyków zostało zabitych. Jednym z nich był mąż Fusako. 
Tylko jeden ocalał, Kozo Okamoto. Ranny został ujęty, osądzony i skazany na długoletnie więzienie. W 
czasie procesu wygłosił słowa, które można uznać za straszliwie groźne w swym fanatyzmie credo wielu 
współczesnych,   a   może   i   wszystkich   na   świecie   terrorystów:   „Zadawana   przez   nas   śmierć   jednoczy 

background image

zabójców i ich ofiary. Wspólnie rozpoczynają oni nowe życie jako gwiazdy, których światło przyniesie  
ziemi trwały pokój”.

I tak zaczęła się międzynarodowa kariera terrorystki z „Sekigun”, już nie panny, a wdowy Fusako. Na 

razie nie ma zamiaru powrócić do Japonii. Staje na czele grupy terrorystów operujących poza granicami  
Nipponu. Raz po raz świat dowiaduje się o coraz to nowych wyczynach podkomendnych pani Fusako. 
Bojowcy „Sekigun” porywają samoloty, atakują gmachy ambasad, a m. in. francuską w Hadze i japońską 
w Kuwejcie, usiłują, na szczęście bez powodzenia, podpalić wielką rafinerię ropy naftowej Sheila w 
Singapurze, a uciekając wdzierają się na prom, opanowują go, biorąc pasażerów i załogę na zakładników.

Do   liczącego   się   starcia   dochodzi   w   sierpniu   1975   r.   Grupa   terrorystów   z   „Sekigun”   opanowuje 

budynek ambasady Stanów Zjednoczonych w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Napastnicy powiadamiają 
natychmiast o swym wyczynie zarówno Waszyngton, jak też i Tokio. Jednocześnie informują obie strony, 
iż pozostawią przy życiu wziętych tu dyplomatów amerykańskich, jeżeli rząd w Tokio spełni ich żądanie 
uwolnienia i umożliwienia swobodnego wyjazdu z kraju pięciu znajdującym się w japońskich więzieniach 
terrorystów „Sekigun”. Warto podkreślić, iż akcja ta była niezwykle sprytnie zgrana w czasie z oficjalną 
wizytą, jaką właśnie składał premier Japonii Miki w USA. Warunki zamachowców zostały spełnione.  
Terroryści zostali uwolnieni i zaopatrzeni przez rząd w pokaźną sumę pieniędzy, dostarczeni do Kuala 
Lumpur, stąd zaś razem z grupą okupującą nadal gmach ambasady amerykańskiej i z zakładnikami udali 
się na lotnisko. Odlecieli podstawionym  przez rząd Malezji samolotem do Libii. Tu dopiero zwolnili 
samolot i zakładników.

Tymczasem   „Sekigun”   wzmaga   swą   działalność   -   porywa   samoloty,   opanowuje   budynki 

przedstawicielstw dyplomatycznych  i innych,  przetrzymuje  zakładników. W zamian  za  pozostawienie 
przy życiu zakładników terroryści  domagają się z reguły zwolnienia z więzień tych  swych  kolegów,  
którym wcześniej powinęła się noga, zostali ujęci przez policję i trafili do więzienia. Domagają się też 
coraz częściej okupów pieniężnych. No cóż, terrorysta zmieniający wciąż swe miejsce pobytu i to już nie 
tylko na obszarze swego kraju, ale i całego świata potrzebuje wiele, bardzo wiele pieniędzy. Broń też 
zresztą   kosztuje.   Należy  przyznać,   iż   rząd   japoński,   podejmujący   w   kraju   raz   po   raz   masowe   akcje 
antyterrorystyczne, w takich wypadkach jak porwanie czy uprowadzenie nie żałował gestów: zwalniał 
aresztowanych, płacił każde żądane sumy. A terroryści chcieli coraz więcej i byli coraz bardziej odważni i  
bezczelni. O pani Fusako, która kierowała tymi wszystkimi akcjami, było coraz głośniej i nie tylko w 
samej Japonii ale i poza jej granicami. „Sekigun” wziął wkrótce pod swe opiekuńcze skrzydła i inne  
powstałe w Japonii organizacje terrorystyczne, które starały się dorównać swym „braciom” z „Czerwonej 
Armii”.   A   było   ich   w   latach   siedemdziesiątych   kilka:   „Zjednoczona   Armia   Czerwona”, 
„Wschodnioazjatycki Antyjapoński Zbrojny Front”, „Siew jutra”. Niektóre z nich specjalizowały się np. w 
podkładaniu bomb i różnorakich ładunków wybuchowych w biurach wielkich koncernów. Policja dość 
szybko potrafiła wykryć sprawców i zlikwidować kryjącą się za ich plecami organizację. Ale terrorystom 
z   WAZF   przyszła   z   pomocą   organizacja   pani   Fusako.   Jedno   porwanie   samolotu   i   znów   w   Tokio 
zwolniono grupę terrorystów.

W Tokio zaczęły rozlegać się głosy, iż w ten sposób niczego się nie osiągnie. Terroryści zaczynali być 

niemalże bezkarni. Groziła im tylko śmierć w samej akcji. Więzienie przestawało być miejscem dłuższego 
odosobnienia. Wychodziło się (stąd dość szybko. Tyle jest przecież samolotów do porwania czy ambasad, 
w których można było brać zakładników. Zaczęto mówić, iż należy wreszcie powiedzieć terrorystom - 
nie!... I to bez względu na konsekwencje.

28 września 1977 r. - kiedy to pani Fusako obchodziła właśnie swe 33-lecie urodzin - porwany zostaje  

background image

przez terrorystów z „Sekigun” samolot Japan Air Lines lecący z Bombaju do Tokio. Porywacze żądają 
uwolnienia swych 9 kolegów z japońskich więzień i okupu w wysokości, bagatelka... 6 núlioñów dolarów. 
Rząd japoński, po krótkim namyśle i konsultacjach, warunki te spełnia. Groźba zastrzelenia zakładników 
spośród pasażerów, w tym  kilku Amerykanów ze sfer wielkiego kapitału i tym  razem zrobiła swoje. 
Samolot ląduje najpierw w Dhace w Bangladeszu, a potem odlatuje do Algierii wraz ze zwolnionymi 6 
terrorystami (3 odmówiło powrotu do dawnego procederu) i pieniędzmi.

Później działalność „Sekigun” w samej Japonii, jak też i organizacji jej pokrewnych jakby przycichła. 

Wiele   natomiast   mówiło   się   o   terrorystach   japońskich   działających   w   różnych   międzynarodowych 
organizacjach   terrorystycznych.   Pisaliśmy   już   o   krwawym   wyczynie   trzech   japońskich   terrorystów 
„wspierających”,   we   właściwy   sobie   sposób,   sprawę   Palestyńczyków   na   lotnisku   pod   Tel-Awiwem. 
Wielkiego rozgłosu nabrała też swego czasu głośna sprawa ataku międzynarodowej grupy terrorystycznej 
na ambasadę francuską w Hadze. W akcji wzięli udział terroryści z „Sekigun” i ekstremiści palestyńscy,  
zaś broń użyta wówczas przez napastników pochodziła z magazynów Bundeswehry, skąd wykradziona 
została przez zachodnioniemiecką Frakcję Czerwonej Armii (RAF).

Terroryści   japońscy  wzięli   również   udział   w  próbie   uwolnienia   zachodnioniemieckiego   terrorysty, 

Rolfa Pohle, znajdującego się w jednym z greckich więzień.

* * *

Tak można by zakończyć tę historyczną opowieść o terrorystycznej działalności młodych samurajów w 

oficerskich   mundurach   z   okresu   pełnej   świetności,   dawnej   militarystycznej   Japonii,   uzupełnionej 
króciutkim suplementem,  odnoszącym  się już do współczesności. „Śmierć  w Tokio” to już w jakiejś 
mierze przeszłość, choć nikt tu nie zaręczy, czy jest to przeszłość bezpowrotna. Terroryzm jest bowiem 
wciąż zjawiskiem żywym i co więcej, niezwykle żywotnym. O jego sile i dezorganizującym znaczeniu 
wiedzą wszyscy, a więc i ci, którym w różnych okolicznościach może zależeć na jego wykorzystaniu.  
Dochodzi do tego jeszcze fanatyzm i towarzyszący mu swoisty mistycyzm, stawiający wyżej kapłanów 
śmierci   nad   pasterzami   życia.   Terroryzm   zaś,   w   swym   militarystycznym   wydaniu,   zajmuje   nadal 
określone miejsce w taktycznym arsenale broni i działań tych państw, które nie wyrzekły się myśli o 
narzuceniu swej woli i panowania innym, jak też tych państw, które własne trudności wewnętrzne starają 
się rozwiązywać poprzez terroryzm i przemoc. O tym zaś, jak broń ta jest straszna a jednocześnie zgubna 
w skutkach dla krajów ją stosujących, świadczy właśnie treść tej książki. Samurajski szlak, jaki przebyła 
Japonia od końca XIX wieku po rok 1945 docierając niemalże do samego krańca narodowej katastrofy, 
poprzez   piekło   nieustannych   wojen   i   jawnie   uprawianego   ludobójstwa,   był   w   poważnym   stopniu 
utorowany funkcjonowaniem terroryzmu, któremu poświęciliśmy tę pracę. Armia japońska chciała wojny, 
w niej widziała szczęśliwą przyszłość swego kraju, chciała podbojów i panowania nad Azją a później i 
nad całym światem. Ponieważ zaś nie wszyscy Japończycy myśleli podobnie, trzeba było zamknąć im 
usta,   zmusić   do   milczenia,   a   gdy   to   nie   wystarczało,   po   prostu   zlikwidować.   I   wtedy   na   widownię 
wychodzili „młodzi oficerowie”, członkowie „Czarnego Smoka” i tym  podobni straceńcy,  od których 
później można się było łatwo odciąć, gdy już wykonali powierzone im zadanie.

Taka jest generalna wymowa Śmierci w Tokio, książki traktującej o wydarzeniach dnia wczorajszego, 

ale czy tylko...

background image

Spis treści

Wstęp

5

Rozdział I
Cios samurajskiego miecza

11

Śmiertelny błysk .. 

11

Szpony „Czarnego Smoka”

13

Trudności i kontrowersje

23

Wyrok

25

Rozdział II
Strzały na dworcu .. 

28

W gordyjskim splocie

28

Testament barona Tanaki

32

Niepotrzebni muszą odejść

42

Nowa ofiara

52

Rozdział III
Pucz młodych oficerów

62

Goście generała Minami

62

Na wzgórzach Mandżurii

72

Atak na Szanghaj

79

Narodziny Mandżukuo

90

Zatrute ziarno  .

109

Bunt

114

Rozdział IV
Rebelia

130

Gry ciąg dalszy

130

Młodzi oficerowie po raz drugi

136

Godziny grozy

146

Na ławie oskarżonych

153

Co dalej?

155

Rozdział V
Ostatni bunt samurajów

165

Kres złudzeń

165

Narada u cesarza

175

W ślepym zaułku

183

Gdy liczyły się godziny

207

Spisek

216

Reskrypt cesarski

241

background image

Bezwarunkowa kapitulacja

243

Epidemia seppuku

246

Zakończenie

...

250