background image

 
 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 
 
 
 
 
 

 
Jacek Sawaszkiewicz 
Przybysz  
Wyznanie  
Potestas 
 

background image

Przybysz 

I. WIZJA LOKALNA 

Komandora Milady'ego poznałem w czasie mojej pi

ę

cioletniej słu

Ŝ

by wojskowej w Royal 

Cosmos Force. Był wtedy komandorem podporucznikiem. Dowodził 19 Eskadr

ą

 słyn

ą

c

ą

 w 

Siłach z karno

ś

ci i wyszkolenia. Zaj

ę

cia z nowicjuszami rozpoczynał od słów: „Nazywam si

ę

 

Milady. Milady z akcentem na igrek, panowie aspiranci". Wykłady prowadził wydeptuj

ą

ś

cie

Ŝ

k

ę

 

mi

ę

dzy ekranem rzutnika a katedr

ą

 i wyró

Ŝ

niaj

ą

c wa

Ŝ

niejsze kwestie trzepni

ę

ciami trzciny po 

swych szerokich i sztywnych spodniach. Niekiedy j go masywna sylwetka nieruchomiała; Milady 
precyzyjnie skierowywał trzcin

ę

 w rozgadanego kadeta i rzucał: 

„Powtórz!" Na odpowied

ź

 czekał zawsze pi

ęć

 sekund, po czym o

ś

wiadczał: ..Ju

Ŝ

 ja ci

ę

 

przewioz

ę

, ptaszyno". i odwróciwszy si

ę

 plecami do audytorium dodawał: 

„Akrofobia tego choler

ę

!" Nale

Ŝ

ało to do rytuału i Milady nigdy nas nie zawiódł. Niektórzy 

utrzymywali, 

Ŝ

e Milady wtedy si

ę

 u

ś

miecha; je

Ŝ

eli tak — był to u

ś

miech bezlitosny: 

kto si

ę

 naraził, po lekcji latania, której mu udzielił komandor Milady, ze „Stardasha" wychodził 

zielony. A przecie

Ŝ

 go lubili

ś

my. Lubili

ś

my jego sto

Ŝ

kowat

ą

 czaszk

ę

 i tubalny głos. Ka

Ŝ

dy z nas, 

siadaj

ą

c za sterami, ufnie oddawał si

ę

 pod jego rozkazy. Na Ziemi straszyli

ś

my si

ę

 wzajemnie 

przeró

Ŝ

nymi okropno

ś

ciami rzekomo czyhaj

ą

cymi na nas w kosmosie, i niejeden szykuj

ą

c si

ę

 do 

samotnego lotu miał rzadk

ą

 min

ę

: poza Ziemi

ą

, gdy eskadr

ę

 prowadził Milady. czuli

ś

my si

ę

 jak w 

hali szkoleniowej przed dioram

ą

 trena

Ŝ

era. 

Pi

ę

tna

ś

cie lat temu paskudny wypadek wyeliminował mnie z szeregów kadry Royal Cosmos 

Force. Wkrótce te

Ŝ

 zlikwidowano 60 procent etatów w Siłach, pozostał

ą

 cz

ęść

 RCF 

zreorganizowano. Straciłem kontakt z komandorem Milady. Przed trzema tygodniami, po tej 
długiej przerwie, otrzymałem od niego wiadomo

ść

. Posłaniec wcisn

ą

ł si

ę

 za mn

ą

 do mieszkania i 

zamarł przy drzwiach. 
— Pan czeka na odpowied

ź

 ?   zapytałem tego chmurnego młodziana, ani chybi kadeta.   Nie 

wiem. czy b

ę

dzie... 

— Na pewno b

ę

dzie — odparł z flegm

ą

.             .; 

Niecodzienna forma korespondencji podra

Ŝ

niła moj

ą

 ciekawo

ść

. ,,Je

Ŝ

eli to prawda — pisał 

Milady — 

Ŝ

e z Ciebie taki awanturnik i łowca przygód, jak o Tobie powiadaj

ą

, niew

ą

tpliwie zaraz 

po przeczytaniu niniejszego zechcesz si

ę

 ze mn

ą

 spotka

ć

". 

— Milady jest w Decksance? — rzuciłem znad kartki. 
— Komandor aa pana czeka — odpowiedział posłaniec wymijaj

ą

co.   • 

Zapomniałem nawet zaproponowa

ć

 mu co

ś

 do picia czy przek

ą

szenia; zapakowałem swój 

reporterski magnetofon, wzi

ą

łem zapas kaset i o

ś

wiadczyłem, 

Ŝ

e jestem gotów. Zeszli

ś

my do 

zaparkowanych przed domem dwuosobowych „taczek". Kadet usiadł za kierownic

ą

, ja obok. Po 

dwudziestu minutach byli

ś

my poza miastem, po nast

ę

pnych dotarli

ś

my na zapomniane lotnisko. 

Z daleka zobaczyłem stoj

ą

cy na płycie samotny 

ś

migłowiec, bełtaj

ą

cy duszne i gor

ą

ce powietrze. 

Wnikn

ę

li

ś

my w otwarty luk jak torpeda. 

Ś

migłowiec natychmiast wystartował. Przypominało to 

kiepskie porwanie. Milady kocha si

ę

 w efektach, w akcjach „zapi

ę

tych na ostatni guzik". Jest 

troch

ę

 niedzisiejszy z tym swoim umiłowaniem postaw, znamiennych dla minionej epoki, i staroci. 

Skupuje drewniane meble, gromadzi obrazy i ksi

ąŜ

ki, ma w domu autentyczny patefon i lamp

ę

 

naftow

ą

ś

artowano, 

Ŝ

e gdyby mógł, uzbroiłby Siły w balony i machiny miotaj

ą

ce. 

Wyl

ą

dowali

ś

my po godzinie lotu na sp

ę

kanym pasie nieczynnego — jak pod Decksance — 

lotniska. Kadet uruchomił silnik „taczek"; zjechali

ś

my na pas i wzbijaj

ą

c bure tumany rozgrzanego 

piaehu pomkn

ę

li

ś

my w stron

ę

 niszczej

ą

cej wie

Ŝ

y. W zmurszałych wrotach hangaru, oparty o 

błotnik Rolispeeda. stał Milady. U

ś

miechni

ę

ty podszedł do hamuj

ą

cych z piskiem „taczek". 

— Nie zawiodłe

ś

 mnie, Lutz — stwierdził z zadowoleniem. To był ten sam Milady co przed 

pi

ę

tnastu laty, zwalisty i niezgrabny, z siwym je

Ŝ

ykiem, który jeszcze bardziej wydłu

Ŝ

ał mu głow

ę

jowialny w pozasłu

Ŝ

bowych kontaktach. Miał na sobie ubranie cywilne. Wyci

ą

gn

ą

ł nied

ź

wiedzi

ą

 

łap

ę

 i przygl

ą

dał mi si

ę

 jak nowej konstrukcji. 

— Na razie nie zadawaj 

Ŝ

adnych pyta

ń

, Lutz. Chc

ę

Ŝ

eby

ś

 wprzód to obejrzał. 

Zaprosił mnie na tylne siedzenie Rolispeeda. Podryguj

ą

cy za kierownic

ą

, przystojny jak anioł, 

czarnoskóry chłopak wyszarpn

ą

ł słuchawk

ę

 z ucha i obrzucił Milady'ego pytaj

ą

cym spojrzeniem. 

Milady skin

ą

ł głow

ą

. Ruszyli

ś

my w kierunku Quondamon drugorz

ę

dn

ą

 szos

ą

, z przepisow

ą

 

background image

szybko

ś

ci

ą

. Milady rozpytywał o moich kolegów z Akademii RCF. przerywał mi, by co

ś

 doda

ć

myl

ą

c przy tym fakty, nazwiska i roczniki, wreszcie o

ś

wiadczył, 

Ŝ

e wi

ą

zał ze mn

ą

 wielkie nadzieje 

Ŝ

e gdyby nie ten pechowy wypadek, byłbym dzi

ś

 pewnie jego zast

ę

pc

ą

. Powiedział tak 

oczywi

ś

cie dlatego, 

Ŝ

e go do niczego to nie zobowi

ą

zywało. Potem 

Ŝ

 kieszeni w drzwiczkach samochodu wygrzebał dwa klipsy ze znaczkiem spec-słu

Ŝ

by; 

zatrzasn

ą

ł jeden na klapie bluzy i kazał mi z drugim zrobi

ć

 to samo. Pi^

ć

-sze

ść

 kilometrów przed 

Quondamon wjechali

ś

my na autostrad

ę

, która zawiodła nas a

Ŝ

 pod magazyny sprz

ę

tu 

elektronicznego. Tu, na utwardzonym dziedzi

ń

cu, zatrzymali

ś

my si

ę

. Trzy brudnoszare budynki 

stały jeden przy drugim i tworzyły liter

ę

 C. Miały po dwadzie

ś

cia siedem kondygnacji naziemnych 

i po osiem piwnicznych. Okna magazynów wygl

ą

dały jak otwory strzelnicze dawnych fortyfikacji. 

Sceneria chyba miła takiemu antykomanowi, jak Milady. W bramie 

ś

rodkowego budynku sterczał 

porz

ą

dkowy z nonszalancko zatkni

ę

tym za pas traumatem. Zerkn

ą

ł na nasze klapy i słu

Ŝ

bowo 

usun

ą

ł si

ę

 z drogi. Milady mrugn

ą

ł do mnie. 

— Spójrz — rzekł. 
Skrzydło bramy magazynu, wyrwane z zawiasów i wtłoczone w gł

ą

b korytarza, opierało si

ę

 o 

ś

cian

ę

. Listwa zamkowa, normalnie osłaniaj

ą

ca futryn

ę

, była rozszczepiona; jej drzazgi za

ś

ciełały 

przedpro

Ŝ

e. Ze stropu zwisały strz

ę

py metalowej siatki wzmacniaj

ą

cej tynk, rozdartej o

ś

cie

Ŝ

nic

ą

 

wgniecion

ą

 na kilkana

ś

cie centymetrów do wewn

ą

trz. Podobne szkody wyrz

ą

dziłby samochód 

dostawczy usiłuj

ą

cy wjecha

ć

 tutaj przez zamkni

ę

t

ą

 bram

ę

. Weszli

ś

my do 

ś

rodka. Zaczerpn

ą

łem 

do płuc chłodnego powietrza. Pachniało 

ś

wie

Ŝą

 farb

ą

 i pokostem. Milady bezceremonialnie 

wył

ą

czył magnetofon, który przygotowałem do nagrywania. Oznajmił, 

Ŝ

e na górze nie mamy 

czego szuka

ć

, natomiast w podziemiach poka

Ŝ

e mi co

ś

 rewelacyjnego. Zjechali

ś

my na ni

Ŝ

sz

ą

 

kondygnacj

ę

. Od szybu windy gwia

ź

dzi

ś

cie rozchodziły si

ę

 hale, pod sufit zastawione 

nacechowanymi i starannie uło

Ŝ

onymi pakami. Komandor podszedł do najbli

Ŝ

szego stosu skrzy

ń

 

i przeci

ą

gn

ą

ł po górnej palcem. Została jasna smuga. 

— Zalegaj

ą

 tu od lat — mrukn

ą

ł. Dobiegł nas szybki trucht. Z hali po przeciwnej stronie szybu 

wypadł, powiewaj

ą

c połami rozpi

ę

tego fartucha, drobny m

ęŜ

czyzna o wygl

ą

dzie kreta w 

okularach. Spojrzał na nas z irytacj

ą

— Czy to si

ę

 nigdy nie sko

ń

czy?! — pisn

ą

ł oburzony. — Wy sobie my

ś

licie, 

Ŝ

e co? Wczoraj 

czwarty raz zacz

ą

łem inwentaryzacj

ę

— Niczego nie b

ę

dziemy rusza

ć

 — obiecał Milady. •— 

I zaraz wychodzimy. 
Skr

ę

cili

ś

my w hal

ę

 III. M

ęŜ

czyzna dreptał za nami 

i złorzeczył policji, która w jego magazynach narobiła w sumie wi

ę

cej bałaganu ni

Ŝ

 włamywacze. 

Zaskoczony ' popatrzyłem na Milady'ego. Włamania czy kradzie

Ŝ

e zdarzaj

ą

 si

ę

 wyj

ą

tkowo 

rzadko, ale to nie powód, 

Ŝ

eby w 

ś

ledztwo anga

Ŝ

owa

ć

 Royal Cosmos Force. Milady nakazał mi 

milczenie. Wyprzedził mnie i stan

ą

ł naprzeciwko kupy roztrzaskanych skrzy

ń

. W mocnym 

jarzeniowym 

ś

wietle, na szarej posadzce, wida

ć

 było rozlan

ą

 szeroko plam

ę

, zrudział

ą

 i szklist

ą

plam

ę

 po czym

ś

, co wyciekło ze stłuczonego pojemnika. 

— Kalafonia — powiedział Milady. — W tych butlach jest spirytusowy roztwór kalafonii. Pl

ą

druj

ą

tutaj, sprawca rozbił jedn

ą

 z butli, a pó

ź

niej wdepn

ą

ł w kału

Ŝę

 i... — komandor odchylił le

Ŝą

c

ą

 

par

ę

 kroków dalej plastykow

ą

 płyt

ę

 przykrywaj

ą

c

ą

 niewyra

ź

ny odcisk na ziemi — ... zostawił 

ś

lad. 

Zbli

Ŝ

yłem si

ę

. Był to odcisk czteropalczastej stopy wielkiej na pół metra. 

— 

ś

arty — parskn

ą

ł m

ęŜ

czyzna w fartuchu. — Kto

ś

 

zwyczajnie z was zakpił. Niebawem b

ę

d

ą

 tu 

ś

ci

ą

ga

ć

 

pielgrzymki. 
Milady opu

ś

cił płyt

ę

 i wyprostował si

ę

— Zgadzam si

ę

 z panem — rzekł. — Dłu

Ŝ

ej nie b

ę

dziemy 

si

ę

 naprzykrza

ć

.               » 

W Rolispeedzie zapytałem Milady'ego, jakie skradziono 
przedmioty. 
— Pewne przestarzałe typy układów scalonych — odparł. — Trzymano je dla cyberamatorów czy 
mo

Ŝ

e po prostu 

Ŝ

al było je wyrzuci

ć

, bo kiedy

ś

 przecie

Ŝ

 sporo zainwestowano w ich produkcj

ę

Ale na razie nie wysnuwaj ^

Ŝ

adnych wniosków. 

Lokalizacji drugiego miejsca, dok

ą

d zawiózł mnie Milady, ze wzgl

ę

dów wojskowych poda

ć

 nie 

mog

ę

: była nim Przechowalnia Paliw J

ą

drowych. Przybyli

ś

my tam tego samego dnia. Komandor 

background image

wprowadził mnie do zautomatyzowanego przej

ś

cia dla personelu. Uwi

ęź

li

ś

my w nim na pół 

godziny: Milady wsun

ą

ł palce do weryfikatora daktyloskopijnego i natychmiast w bloku za 

ogrodzeniem rozj

ę

czał si

ę

 alarm, a przed i za nami zatrzasn

ę

ły si

ę

 grodzie i do tak powstałej 

komory wtrysn

ą

ł gaz obezwładniaj

ą

cy. Usłyszałem tylko: „Bodajby akrofobia..." Ockn

ę

li

ś

my si

ę

 

na powietrzu, wewn

ą

trz ogrodzenia. Otaczali nas ludzie w kombinezonach. W

ś

ród nich był lekarz 

i sumituj

ą

cy si

ę

 niepotrzebnie stra

Ŝ

nik. Nikt tu nie zawinił; Milady do weryfikatora wetkn

ą

ł 

zraniony palec, co c2ytnik papilarny uznał za prób

ę

 oszustwa. Nadgorliwy lekarz cackał si

ę

 z 

nami bez ko

ń

ca, jak gdyby okazja udzielenia pomocy komandorowi była dla

ń

 nie lada gratk

ą

To, co Milady mi pokazał, rzeczywi

ś

cie warte było obejrzenia. Zaprowadził mnie do głównej 

składnicy, budowli ogromnej i ci

ęŜ

kiej jak schron. Pozwolił mi nasyci

ć

 wzrok t

ą

 

Ŝ

elbetowo-

ołowian

ą

 konstrukcj

ą

, która mimo swej masy o dziwo nie zapadła si

ę

 w grunt (jakie

Ŝ

 tam musz

ą

 

by

ć

 fundamenty!), po czym wskazał mi wej

ś

cie. Stalowe, opatulone płatami ołowiu wierzeje były 

rozdarte i wygi

ę

te na boki. 

— Do 

ś

rodka nie ma po co wchodzi

ć

 — powiedział Milady. — Znikn

ą

ł cały zapas paliwa. Jakby 

spełniaj

ą

c jego skryte 

Ŝ

yczenie, spojrzałem pod nogi. Stałem po

ś

rodku wgł

ę

bienia, które w 

miałkim piasku pozostawiła półmetrowa stopa. Takich 

ś

ladów było wi

ę

cej. Biegły od rozprutych 

wierzei dziesi

ęć

 metrów w gł

ą

b dziedzi

ń

ca i z powrotem. Urywały si

ę

 przy koleinach, które 

przecinały dziedziniec i gin

ę

ły za bram

ą

— To bynajmniej nie s

ą

 

Ŝ

arty, Lutz — stwierdził gorzko Milady, gdy

ś

my wrócili do Rolispeeda. — 

Stra

Ŝ

nicy z nocy, kiedy dokonano rabunku, jeszcze 

ś

pi

ą

, chocia

Ŝ

 min

ę

ły ju

Ŝ

 dwie doby. I nie 

mo

Ŝ

emy znale

źć

 

Ŝ

adnych 

ś

wiadków. Na szcz

ęś

cie koleiny wy

Ŝ

łobione tym niesamowitym 

pojazdem zawiodły nas do miejsca do

ść

 jasno okre

ś

laj

ą

cego obecn

ą

 kryjówk

ę

 rabusiów. 

— Na co wi

ę

c czekacie? — spytałem. Milady sprawdził godzin

ę

— Zd

ąŜ

ymy przed zmierzchem — o

ś

wiadczył. Przez krótkofalówk

ę

, jak gdyby znudziła mu si

ę

 

zabawa w „dopracowan

ą

 akcj

ę

", wezwał 

ś

migłowiec. Przesiedli

ś

my si

ę

 do niego na zamkni

ę

tym 

dla ruchu odcinku autostrady. 
— Emit-Second — powiedział Milady do pilota i obejrzał si

ę

 na mnie, 

Ŝ

eby zobaczy

ć

 moj

ą

 min

ę

Emit-Second to nazwa zast

ę

pczego kosmodromu poło

Ŝ

onego na południe od Quondamon. W 

latach o

Ŝ

ywionej eksploracji Układu kosmodromów pobudowano sporo; ka

Ŝ

dy miał rezerwowe 

l

ą

dowisko i obsługa ka

Ŝ

dego rezerwowego l

ą

dowiska psioczyła na nadmiar pracy. Ale Emit-

Second nawet w okresie najwi

ę

kszego ruchu nie przyj

ą

ł ani jednego statku. Był kosmodromem 

od pocz

ą

tku pechowym. Zaraz po budowie płyty musiano podło

Ŝ

e futrowa

ć

 zastrzykami betonu, 

bo jego g

ę

sto

ść

 nie była równomierna i w płycie 

powstały niebezpieczne napr

ęŜ

enia. Kiedy wzniesiono 

kopuł

ę

 wie

Ŝ

y kontrolnej, nagłe t

ą

pni

ę

cie zrównało j

ą

 

z ziemi

ą

. Mno

Ŝ

yły si

ę

 awarie urz

ą

dze

ń

. Przepełniony Emit- 

—First zamiast do le

Ŝą

cego tu

Ŝ

 Emit-Second odsyłał przeto statki do odległego o ponad sto 

czterdzie

ś

ci mil Spirt-First. Nim uporano si

ę

 z trudno

ś

ciami technicznymi, zainteresowanie 

kosmosem znacznie zmalało i zast

ę

pczy kosmodrom Emit-Second przestał by

ć

 potrzebny. 

Dzisiaj zarasta zielskiem i mało kto, patrz

ą

c na ten betonowy plac. domy

ś

li si

ę

 jego szczytnego w 

zamiarze przeznaczenia. 

Ś

migłowiec nasz wyl

ą

dował na skraju płyty, opodal rz

ę

du drzemi

ą

cych 

transporterów, spowitych zapachem rozgrzanego smaru. W przedzie szumiała polowa siłownia. 
Przeszli

ś

my obok spoczywaj

ą

cej na trawie grupki m

ęŜ

czyzn w niekompletnych mundurach RCF. 

Palili papierosy i oboj

ę

tnie patrzyli, jak idziemy do transportera dowódcy. W niczym nie 

przypominali dawnych kadetów z osławionej „szkółki Milady'ego" pr

ęŜą

cych si

ę

 na widok ka

Ŝ

dej 

belki na r

ę

kawie. Milady przybył tu incognito i nie mógł mie

ć

 pretensji do tych chłopców, mimo to, 

gdy weszli

ś

my do transportera, warkn

ą

ł pod adresem podrywaj

ą

cego si

ę

 blondasa: 

— Burdel, nie dyscyplina, kapitanie! Min

ą

ł go zdetonowanego, podszedł do stolika i odwrócił do 

siebie le

Ŝą

ce tam plany. Kapitan zapi

ą

ł bluz

ę

. Był niewiele starszy od swych podwładnych. 

Nie

ś

miało zbli

Ŝ

ył si

ę

 do komandora i stan

ą

ł za jego plecami. 

— Ska

Ŝ

enie zmalało tysi

ą

ckrotnie — wyrecytował. — Obiekt w zasi

ę

gu. Ci

ą

gle na parkingowej. 

Milady poprosił go, 

Ŝ

eby zostawił nas samych. Kapitana jakby kto zdmuchn

ą

ł. Po chwili 

usłyszeli

ś

my jego stłumione wrzaski. Perswazj

ą

 skłaniał swoich kadetów do wi

ę

kszej 

subordynacji i dbało

ś

ci o wygl

ą

d zewn

ę

trzny. 

background image

n. ANALIZA SYTUACJI 

Milady sprawdził, czy drzwiczki transportera s

ą

 dokładnie zamkni

ę

te, i usiadł na wprost mnie, za 

stolikiem. W pancernej budzie było duszno i gor

ą

co. 

— 

Ś

lady tego pojazdu urywaj

ą

 si

ę

 tu, na płycie, przy radioaktywnej plamie. Tutaj wyl

ą

dował i st

ą

wystartował kosmiczny statek, Lutz. Teraz jest poza Ziemi

ą

, ale nie schodzi z parkingowej. 

Przesta

ń

 grzeba

ć

 przy tym magnetofonie i posłuchaj:    • Nie wiadomo, sk

ą

d przybył i od jak 

dawna wisi nam nad 
głow

ą

. Stacje wypatrzyły go dopiero wczoraj mi

ę

dzy ró

Ŝ

nymi orbituj

ą

cymi rupieciami. Nie wiemy, 

jak długo przebywał na Ziemi i jakie s

ą

 zamiary tych, co w nim siedz

ą

. Wiemy natomiast, 

Ŝ

e Obcy 

odwiedzili magazyny. Buchn

ę

li, lekko licz

ą

c, 500 funtów elektronicznego szmelcu i 

dziewi

ę

tna

ś

cie ton paliwa j

ą

drowego. Wszystko to działo si

ę

 dwa dni temu, pod naszymi nosami. 

Popisali si

ę

 znakomit

ą

 orientacj

ą

 w terenie: ten wybór kosmodromu, zapomnianego i le

Ŝą

cego na 

odludziu, a jednocze

ś

nie tak blisko 

ź

ródeł potrzebnych im materiałów... 

— Tego nie rozumiem — wtr

ą

ciłem. — Mamy niechybnie do czynienia z groteskow

ą

 mistyfikacj

ą

 

grupy rozwydrzonych młokosów, amatorów przygód, gro

ź

niejszego gatunku blind kosmicznych, a 

pan, jak jaki dysydent z Sekty Wyznawców Odwiedzin, wmawia mi... 
— Spokojnie; Lutz. Niczego ci nie wmawiam. Takie s

ą

 fakty. 

— Pozaukładowy statek o nap

ę

dzie j

ą

drowym? 

— „Starfiashe" maj

ą

 nap

ę

d te

Ŝ

 j

ą

drowy, a przecie

Ŝ

 ich zasi

ę

g wynosi ponad 100 miliparseków, 

cho

ć

 to maszyny do zada

ń

 ledwie przyorbitalnych i wi

ę

cej d

ź

wigaj

ą

 uzbrojenia ni

Ŝ

 paliwa. 

Teoretycznie, po przeróbce pokładowych arsenałów na zbiorniki, mogłyby pokona

ć

 odległo

ść

 

dziesi

ę

ciu parseków. 

— W jakim czasie? Milady 

Ŝ

achn

ą

ł si

ę

— Cywilizacja, której spieszno w kosmos, nie dba o czas. 
— Dogmaty zm. 
— Nazywaj to, jak chcesz. Jedno jest pewne: obiekt w niczym nie przypomina statków 
budowanych dot

ą

d, a stocznie nie realizuj

ą

 zamówie

ń

 prywatnych. O tropach na dziedzi

ń

cu 

Przechowalni i na posadzce magazynu Milady nie wspomniał. Mo

Ŝ

e uznał, 

Ŝ

e s

ą

 to dowody zbyt 

Ŝ

enuj

ą

ce, aby si

ę

 na nie powoływa

ć

. Odnosiłem wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e wci

ąŜ

 kr

ąŜ

ymy wokół sedna. 

Przecie

Ŝ

 nie przywlekałby mnie tu dla jakich

ś

 tanich sensacyjek, włócz

ą

c si

ę

 ze mn

ą

 wprzód po 

całym hrabstwie, a na koniec nie pozwalaj

ą

c mi przygotowa

ć

 d

ź

wi

ę

kowej relacji, bodaj 

parominutowej. Chyba 

Ŝ

e była to z jego strony kokieteria. Milady zabiegaj

ą

cy o rozgłos? 

Niew

ą

tpliwie chorował na szlify kontradmirała, niew

ą

tpliwie zasłu

Ŝ

ył na nie, ale nawet gdyby 

chroniczna krótkowzroczno

ść

 Admiralicji Royal Cosmos Force udaremniała mu awans, Milady 

nie uciekłby si

ę

 do reklamiarstwa. Nie umie sprzedawa

ć

 swoich osi

ą

gni

ęć

, i tyle. Przypatrywałem 

mu si

ę

; patrzyłem na jego 

zaczerwienione i opuchni

ę

te powieki, na jego pociemniałe od jednodobowego zarostu policzki i 

na jego dłonie, du

Ŝ

e, spocone i dr

Ŝą

ce. Był zm

ę

czony. Był zm

ę

czony jak po zaoraniu 

ś

wiata. 

Pewnie od tych dwu dób nie zmru

Ŝ

ył oka. 

— Imali

ś

my si

ę

 ró

Ŝ

nych chwytów, Lutz. Obiekt nie reaguje na nasze sygnały. Ale od procesów 

biologicznych w nim a

Ŝ

 kipi. Pelengatory biofizyków 

ś

ledz

ą

 go nieustannie, szkopuł w tym, 

Ŝ

e nie 

potrafi

ą

 ustali

ć

, czy rejestrowane przebiegi czynno

ś

ci fizjologicznych zachodz

ą

 w istotach 

rozumnych i w jakim stopniu rozumnych. Znakomita orientacja tych istot w terenie jeszcze 
sprawy nie przes

ą

dza; 

mogły si

ę

 kierowa

ć

 tropizmem.... 

— Ich statek kosmiczny to tak

Ŝ

e wynik tropizmu? Milady z westchnieniem oparł łokie

ć

 o blat 

stolika i na otwartej dłoni uło

Ŝ

ył sw

ą

 kwadratow

ą

 

Ŝ

uchw

ę

. Przygl

ą

dał mi si

ę

 ze znu

Ŝ

eniem. Na 

dworze ucichły łajania dowódcy, daleko szumiała siłownia. Wzrok Milady'ego to m

ę

tniał, to 

nabierał ostro

ś

ci, jakby Milady walczył z ogarniaj

ą

c

ą

 go senno

ś

ci

ą

. Pytanie pozostawało bez 

odpowiedzi, pauza przeci

ą

gała si

ę

. Na co komandor czekał? Skoro liczono si

ę

 z realnym 

niebezpiecze

ń

stwem, trzeba było niezwłocznie co

ś

 przedsi

ę

wzi

ąć

. „Imali

ś

my si

ę

 ró

Ŝ

nych 

chwytów", „nie potrafi

ą

 ustali

ć

", „w jakim stopniu" — a wi

ę

c Admiralicja nie miała pełnego 

rozeznania. Oczywi

ś

cie zaczn

ą

 od wysłania grupy rozpoznawczej... Wlepiłem w Milady'ego 

zdumione spojrzenie. Wci

ąŜ

 czekał. I ju

Ŝ

 wiedział, 

Ŝ

e domy

ś

liłem si

ę

 i 

Ŝ

e chocia

Ŝ

 wygl

ą

dałem na 

przestraszonego, w gruncie rzeczy wyraziłem zgod

ę

. Było za pó

ź

no, by zwyczajnie wsta

ć

background image

podzi

ę

kowa

ć

 za miłe popołudnie i oddali

ć

 si

ę

, unosz

ą

c swój honor, rzekom

ą

 nie

ś

wiadomo

ś

ci

ą

 

ochroniony przed zszarganiem. Obaj zdawali

ś

my sobie spraw

ę

Ŝ

e Milady nie mo

Ŝ

e mi nic kaza

ć

 

ani proponowa

ć

, nawet nie wypada mu prosi

ć

 mnie. Decyzja nale

Ŝ

ała wył

ą

cznie do mnie i 

powinienem j

ą

 powzi

ąć

 spontanicznie. Milady prawdopodobnie równie dobrze jak ja wiedział, 

Ŝ

wła

ś

nie taki układ nie pozwala mi, bez uszczerbku na honorze, odmówi

ć

, w istocie bowiem 

werbalnie nie było czego odmawia

ć

Ale dlaczego ja? Odpowied

ź

 nasuwała si

ę

 sama. Zreorganizowana i ograniczona do roli sekcji 

szkoleniowej Akademia Royal Cosmos Force od pi

ę

tnastu lat produkowała zniewie

ś

ciałych, 

psychicznie rozmamłanych pilotów, co to zapisali si

ę

 do RCF ze snobizmu albo 

Ŝ

eby imponowa

ć

 

dziewczynom, albo te

Ŝ

 dlatego, 

Ŝ

e nie chciała ich 

Ŝ

adna inna uczelnia. Admiralicja potrzebowała 

za

ś

 faceta, 

który mało 

Ŝ

e opu

ś

cił Akademi

ę

 RCF w ^starych, dobrych czasach", ale lizn

ą

ł co nieco z 

dziedziny biologii, był urodzonym hazardzist

ą

, a przy tym miał niewiele do stracenia. 

— Nie musiano pyta

ć

 komputera, Lutz. Twoj

ą

 kandydatur

ę

 

zgłoszono i przyj

ę

to jednogło

ś

nie. 

Naturalnie poza moimi plecami; wtedy gdy ja, pogr

ąŜ

ony 

w błogiej niewiedzy, poprawiałem czyj

ąś

 tam dysertacj

ę

 lub 

gdy le

Ŝ

ałem u boku Elie i wsłuchiwałem si

ę

 w jej oddech, 

po raz pierwszy po tej kilkudniowej nerwówie gł

ę

boki 

i równomierny. Marzyłem wówczas o jednym: aby nikomu 
nie przyszła ochota telefonowa

ć

 do mnie teraz — wideofon 

stał poza zasi

ę

giem r

ę

ki i nie mogłem go wył

ą

czy

ć

 nie 

budz

ą

c Elie, gdy

Ŝ

 jej głowa spoczywała na moim ramieniu. 

Wideofon wszak

Ŝ

e zadzwonił, 

Ŝ

ona spała godzin

ę

 

i czterdzie

ś

ci osiem minut. Telefonowano z kliniki. Twarz 

doktora Zenda z ekraniku promieniowała szcz

ęś

ciem. 

— Nie było powodów do obaw — oznajmił. — hnplantat 
przyj

ą

ł si

ę

 jak sadzonka w cieplarni. 

Elie stała obok i zaciskała palce na moim barku. 
— Hej, Elie — powiedział Zend z u

ś

miechem. — Pani syn b

ę

dzie sprawniejszy ni

Ŝ

 przedtem. 

Memu synowi wszczepiono atomowe serce. Takie, jakie ma jego ojciec. 
Atomowe serce to jest co

ś

, co ludzie mog

ą

 wybaczy

ć

. Ka

Ŝ

dy inny, oboj

ę

tnie jaki, sztuczny organ 

zamienia człowieka w cyba, czyli w istot

ę

 ni

Ŝ

sz

ą

; tak przynajmniej uwa

Ŝ

a wi

ę

kszo

ść

. Słowo „cyb" 

wymawia si

ę

 z ironiczn

ą

 pogard

ą

, a w pewnych kr

ę

gach traktuje si

ę

 je jako wyzwisko. Ale dla 

niektórych cybiofikacja to jedyna szansa prze

Ŝ

ycia. Człowiek przestał by

ć

 kowalem swego losu. 

Niewielu siadaj

ą

c za sterami „Starfiasha" przewidzi, 

Ŝ

e maszyna zaraz po starcie roztrzaska si

ę

bo mechanik-elektryk nie znał si

ę

 na elektronice, a zmianowy inspektor podbił kart

ę

 przegl

ą

du 

nie wy

ś

ciubiaj

ą

c nosa ze słu

Ŝ

bówki. Niewielu te

Ŝ

 po runi

ę

ciu wraz z maszyn

ą

 typu „Starfiash" z 

wysoko

ś

ci kilometra na skały b

ę

dzie zdolnych do samodzielnego decydowania o swym losie. 

Chirurdzy ratuj

ą

c ludzkie 

Ŝ

ycie nie ogl

ą

daj

ą

 si

ę

 na takie czy owakie wzgl

ę

dy i bywa, 

Ŝ

e pacjent 

opuszcza szpital maj

ą

c z własnych narz

ą

dów wewn

ę

trznych jedynie w

ą

trob

ę

ś

ledzion

ę

 i cz

ą

stk

ę

 

przewodu pokarmowego, a korpus i ko

ń

czyny, z wyj

ą

tkiem głowy, cybiofikowane w 80 

procentach. Ma zatem rzeczywi

ś

cie du

Ŝ

o mniej do stracenia ni

Ŝ

 plakatowy, wychuchany kadet. 

Wymiana protez to jak zmiana obuwia. 
— Przygotujemy ci „Starfiasha", na jakich si

ę

 szkoliłe

ś

 — podj

ą

ł Milady. Jego głowa 

podskakiwała na wspieraj

ą

cej j^ dłoni. — Ryzyko jest znikome. 

— Lubi

ę

 ryzyko. Ale pan raczej chciał powiedzie

ć

, 

Ŝ

w razie czego gwarantujecie mi najwy

Ŝ

szej jako

ś

ci cz

ęś

ci 

zamienne. 
Milady opu

ś

cił r

ę

k

ę

 na stolik, przygarbił si

ę

. Sennym 

wzrokiem zlustrował mnie całego. 
— Twój organizm — rzekł — nie potrzebuje tyle po

Ŝ

ywienia i tlenu, co organizm zwykłego 

ś

miertelnika, zawieraj

ą

cy wszystkie te o

ś

lizłe i nietrwałe narz

ą

dy jednorazowego w ko

ń

cu u

Ŝ

ytku. 

— (No, prosz

ę

 — pomy

ś

lałem — apoteoza cyba). — Zapotrzebowanie twego organizmu na 

w

ę

glowodany, białka, tlen, itede jest czterokrotnie mniejsze. Ufam, 

Ŝ

e wiesz, jakie ma to 

znaczenie poza Ziemi

ą

— Patrz

ą

c pod tym k

ą

tem, panie komandorze, przyszłych kadetów natychmiast po rekrutacji 

poddawa

ć

 by nale

Ŝ

ało kompletnemu ucyborgowieniu. 

background image

— Zgadzam si

ę

Ŝ

e system przysposobienia do słu

Ŝ

by w RCF ma pewne wady. 

„Jak odró

Ŝ

ni

ć

 cyba od idioty? Daj im do rozwi

ą

zania proste zadanie matematyczne. Idiota nie 

brz

ę

czy." 

— B

ę

dziemy nad tob

ą

 czuwa

ć

. Eskadra „Starfiashy"... 

— ...i cybo-serwis. — Roze

ś

miałem si

ę

. — Przepraszam, komandorze. To odezwały si

ę

 we mnie 

uczucia rozbitego samochodu na widok pomocy drogowej. 

m. WST

Ę

PNE ROZPOZNANIE 

Przenocowałem w transporterze dowódcy. Rankiem komandora odwołano do Admiralicji. 
Poleciał 

ś

migłowcem. Do mojej dyspozycji zostawił swego Rolispeeda wraz z sympatycznym 

czarnoskórym kierowc

ą

. Chłopak był niewyspany, bo z autostrady, gdzie

ś

my go wczoraj 

zostawili, 

ś

ci

ą

gn

ą

ł pó

ź

n

ą

 noc

ą

. Wojskowy kubek smolistej kawy   

i wetkni

ę

ta do ucha słuchawka 

t

ę

tni

ą

ca giantlike-shakiem przywróciły mu rze

ś

ko

ść

. Kazałem wie

źć

 si

ę

 prosto do domu, ale na 

rogatkach Decksance postanowiłem zboczy

ć

 do szpitala. Zastałem tam 

Ŝ

on

ę

. Stała na korytarzu, 

przed pokoikiem syna, i rozmawiała z doktorem Zendem. Doktor Zend, mały pulchny szatyn 
zawsze promienny jak sło

ń

ce, kiedy mnie spostrzegł, jeszcze bardziej si

ę

 rozpromienił. Roztaczał 

wokół cierpk

ą

 wo

ń

 septofobu. On i Elie wygl

ą

dali jak rodze

ń

stwo. 

— 

Ś

pi — powiedziała na mój widok 

Ŝ

ona. 

Przez uchylone drzwi zajrzałem do pokoiku syna. W obszernym, białym ło

Ŝ

u wydawał si

ę

 

bardziej w

ą

tły 

i mniejszy. 
— Za trzy dni pozwolimy mu na pierwszy krótki spacer — o

ś

wiadczył Zend. — A za dwa tygodnie 

przybiegnie do pana i zarzuci panu r

ę

ce na szyj

ę

. Cofn

ą

łem si

ę

, ostro

Ŝ

nie zamkn

ą

łem drzwi. 

— I co dziesi

ęć

 lat — dodałem — b

ę

dzie tutaj wraca

ć

 po nowy wkład energetyczny. 

Zend nadal był promienny. Ale patrzył na mnie ju

Ŝ

 inaczej — badawczo. 

Po

Ŝ

egnałem si

ę

 z nim i otoczyłem Elie ramieniem. Zeszli

ś

my do Rolispeeda. Kierowca drzemał z 

głow

ą

 odrzucon

ą

 do tyłu. Pełen emfazy, bzycz

ą

cy głos wykrzykiwał mu co

ś

 wprost do ucha. 

Pojechali

ś

my do „Elaborate" na obiad, na który Elie zaprosiła kierowc

ę

. Piłem du

Ŝ

o. nie 

Ŝ

ałowałem sobie, jak gdybym chciał si

ę

 upi

ć

. co zreszt

ą

 udało mi si

ę

 i co poprawiło mi 

samopoczucie — nie z powodu euforyzuj

ą

cego działania alkoholu, ale poniewa

Ŝ

 stwierdziłem, 

Ŝ

alkohol wpływa na mnie dokładnie tak samo. jak wtedy, gdy nie wiedziałem jeszcze, 

Ŝ

„Starfiashe" nie s

ą

 niezawdone. Nie pami

ę

tam, co powiedziałem wówczas 

Ŝ

onie; czy 

Ŝ

e mam 

robi

ć

 reporta

Ŝ

 z pracy Luny VIII, czy 

Ŝ

e wybieram si

ę

 do redakcji „Chubu Nippon Shimbun" w 

jakich

ś

 tam zawodowych sprawach. Kiedy wieczorem otrze

ź

wiałem, Elie pakowała moje 

nesesery. Cho

ć

 cywilna odzie

Ŝ

 nie była mi potrzebna, nie protestowałem, 

Ŝ

eby zachowa

ć

 pozory. 

Obudziłem kierowc

ę

 drzemi

ą

cego w s

ą

siednim pokoju i w trójk

ę

 zjedli

ś

my kolacj

ę

. Elie uprzedziła 

mnie, 

Ŝ

e je

ś

li moja nieobecno

ść

 si

ę

 przeci

ą

gnie, jak tylko stan Alberta b

ę

dzie na to pozwalał, 

zabierze go z kliniki i wyjedzie z nim gdzie

ś

 nad morze. Wyruszyłem nazajutrz, skoro 

ś

wit. 

Poprosiłem kierowc

ę

, by nastawił radio gło

ś

no, i przez cał

ą

 drog

ę

 sycili

ś

my uszy muzyk

ą

, jak 

jacy

ś

 zwariowani melomani. Za wiaduktem Kennedy'ego był zator. Mijali

ś

my go nieprzepisowo, 

pasem wydzielonym dla obsługi autostrady, i zatrzymał nas funkcjonariusz Oddziału Drogowego. 
Na szcz

ęś

cie miałem w klapie znaczek spec-słu

Ŝ

by, ten od komandora Milady'ego, i 

funkcjonariusz, robi

ą

c konspiracyjne miny, pozwolił nam odjecha

ć

. Przed wjazdem na teren 

O

ś

rodka Szkoleniowego RCF usun

ą

łem znaczek z klapy, 

Ŝ

eby nie wzbudza

ć

 niech

ę

ci panów 

oficerów Royal Cosmos Force, bo — jak wiadomo — przedstawiciele ró

Ŝ

nych formacji 

tradycyjnie si

ę

 nawzajem nie cierpi

ą

Jak troskliwie przy obu bramach O

ś

rodka zajmowano si

ę

 moj

ą

 osob

ą

, skrupulatnie sprawdzaj

ą

c, 

com za jeden, tak gdy wreszcie przest

ą

piłem ogrodzenie, zupełnie mnie ignorowano. Nikt nic nie 

wiedział, zwłaszcza gdzie kogo mo

Ŝ

na zasta

ć

. Czarnoskóry kierowca zostawił mnie z walizami 

na rozpalonym 

Ŝ

wirowanym placu, mi

ę

dzy dwoma szeregami popielatych pi

ę

trowych budynków 

koszarowych. Po namy

ś

le skierowałem si

ę

 do budynku oznaczonego liter

ą

 „E": tam kiedy

ś

 

mie

ś

cił si

ę

 sztab O

ś

rodka. Dy

Ŝ

urny nieufnie spojrzał na moje walizy i na mój cywilny strój, po 

czym poprawiwszy na ramieniu daj

ą

c

ą

 mu władz

ę

 opask

ę

, odparł, 

Ŝ

e komandor Milady „chyba 

gdzie

ś

 tu jest". „Tu" oznaczało 426 hektarów zabudowa

ń

 mieszkalnych, gospodarczych oraz 

parku maszynowego wraz z pasami skróconego startu. Zdałem dy

Ŝ

urnemu opiek

ę

 nad baga

Ŝ

em 

background image

i udałem si

ę

 do hangarów. Poszedłem na przełaj przez na zmian

ę

 betonowe to trawiaste pasy. 

Powietrze było zaci

ą

gni

ę

te sin

ą

 mgiełk

ą

 i pachniało litergolem. W oddali, pod wiatami o 

podniesionych teraz dachach, na lekkim wzniesieniu zwanym przez kadetów . „górk

ą

 

rozrz

ą

dow

ą

" srebrzyły si

ę

 w sło

ń

cu trójk

ą

ty „Starflashy", gotowych do kołowania na pasy 

startowe. St

ą

d górka rozrz

ą

dowa, albo po prostu „górka", wygl

ą

dała jak pokryty łuskami, wzd

ę

ty 

bok ryby. Ju

Ŝ

 z daleka usłyszałem tubalny głos Milady'ego. Raczył mechaników akrofobi

ą

 i sadził 

cholerami. Pod jedn

ą

 z maszyn czaiły si

ę

 skurczone sylwetki chłopaków z obsługi, którzy woleli 

nie pcha

ć

 si

ę

 Milady'emu na oczy. Milady od czasów, kiedy słu

Ŝ

yłem w RCF, awansował z 

dowódcy 19 Eskadry na zast

ę

pc

ę

 dowódcy O

ś

rodka d/s technicznych, cho

ć

 według mnie był 

lepszym dowódc

ą

 liniowym i niejednego stratega z Admiralicji wywiódłby w pole. Stał przy 

wymontowanym z kadłuba „Starflasha" rozbabranym agregacie chłodniczym, w lepkiej kału

Ŝ

y, 

przed wyci

ą

gni

ę

tym na baczno

ść

, pobladłym gołow

ą

sem; 

pokazywał mu swe pochlapane nogawki i ur

ą

gał. Przera

Ŝ

ony chłopczyna 

ś

ciskał w dłoniach 

pust

ą

 misk

ę

 olejow

ą

. Ongi

ś

 byłem kilkakrotnie w jego sytuacji. Milady nosił wtedy trzcin

ę

— Jestem — oznajmiłem si

ę

 z cywiln

ą

 swobod

ą

 i komandor przerwał peror

ę

— Wy

ś

mienicie — powiedział. Spiorunował chłopaka 

spojrzeniem i jak bocian wydostał si

ę

 z kału

Ŝ

y. — Cholerna 

niezdara. 
Podałem mu chusteczk

ę

— Nie, dzi

ę

kuj

ę

, Lutz. I tak zaraz portki zmieni

ę

. Nakrywał nas trójk

ą

tny cie

ń

 maszyny wspartej 

a

Ŝ

urowym podwoziem o beton; blisko 

ć

wier

ć

 hektara cienia. Ni

Ŝ

ej startowe pasy rozpełzały si

ę

 

wbrew perspektywie. Czas   ' osi

ą

gni

ę

cia pełnej gotowo

ś

ci bojowej tego O

ś

rodka RCF wynosi 

kwadrans. W ci

ą

gu kwadransa od ogłoszenia alarmu wszystkie maszyny powinny wej

ść

 na orbit

ę

 

okołosłoneczn

ą

. Milady mawiał: „Rozumie si

ę

Ŝ

e gdyby chodziło o bab

ę

, co tchu by

ś

cie si

ę

 

kopn

ę

li do »Starflashy«, 

Ŝ

eby przed innymi dopa

ść

 ciepłych betów, ale zaprawd

ę

 powiadam wam 

(był okres, gdy komandor „zaprawdał" bez umiaru), 

Ŝ

e z 

Ŝ

adn

ą

 bab

ą

 i w 

Ŝ

adnych betach nie 

pohulacie tak, jak na 

ć

wiczeniach, i wprawdzie nie zawsze lepszy ten, kto na orbicie pierwszy, 

radz

ę

 wam si

ę

 tam 

ś

pieszy

ć

, bo inaczej ja z wami pohulam, ptaszyny". 

— Zakwaterowano ci

ę

? Zaprzeczyłem. 

— W „A" czeka na ciebie pokój. Dziewi

ą

tka. Aha, i z Admiralicji przyszła twoja nominacja. Na 

czas akcji otrzymasz stopie

ń

 komandora podporucznika. 

ś

eby

ś

 nie musiał dryga

ć

 przed byle 

oficerkiem. Od ciebie zale

Ŝ

y, czy ci ten stopie

ń

 zostawi

ą

— Nie n

ę

ci mnie kariera wojskowa. Milady pu

ś

cił t

ę

 uwag

ę

 mimo uszu. 

— Kasyno jest w bloku „B", jak dawniej. Po obiedzie, je

Ŝ

eli zechcesz, zajrzyj do hangarów i 

pogadaj z mechanikami. A jutro zobaczymy, co

ś

 wart. 

W drodze do budynku „A" odebrałem od dy

Ŝ

urnego walizy. Przydzielona mi kwatera 

przypominała pokój w hotelu klasy standard. Wypakowałem przybory do mycia i golenia oraz 
zmian

ę

 bielizny, reszt

ę

 rzeczy, nie wyjmuj

ą

c z waliz, wepchn

ą

łem do szafy. W 

ś

ciennej wn

ę

ce 

wisiał bezwymiarowy ubiór kompensacyjny. Granatowo-oliwkowy, o r

ę

kawach ozdobionych 

dwoma złotymi szlaczkami — szerokim i cienkim z gwiazdk

ą

. Marzenie ka

Ŝ

dego kadeta. 

Praktycznie — granica awansu w słu

Ŝ

bie liniowej. W łazience spłukałem z ciała podró

Ŝ

ny kurz, a 

potem wdziałem ten mój nowy ubiór. Czułem si

ę

 w nim jak w cudzej skórze. Nazajutrz odbyłem 

próbny lot. Jedyny, bo Milady uznał, 

Ŝ

e jestem w takiej formie, jakbym trenował codziennie, i w 

zwi

ą

zku z tym nie ma sensu zwleka

ć

 z rozpocz

ę

ciem akcji. Jako

ś

 mi to nie pasowało do 

miladiowskiej celebracji „dopracowywania szczegółów" i dzisiaj skłonny jestem twierdzi

ć

Ŝ

e ów 

po

ś

piech był wynikiem nacisków ze strony Admiralicji. 

„Starfiash", który dla mnie wyszykowano, nie ró

Ŝ

nił si

ę

 nadto od tych sprzed pi

ę

tnastu lat. Na 

takich jak ten latano obecnie. Były maszynami generacji ósmej, ale wygl

ą

dem zewn

ę

trznym nie 

odbiegały od swego prototypu. Zmiany konstrukcyjne dotyczyły głównie osłony biologicznej, 
układów nad

ąŜ

nych i serworegulatorów. Do kabiny wsiadałem wi

ę

c jak do swego samochodu, 

którym zrobiłem ju

Ŝ

 tyle kilometrów, 

Ŝ

e starczyłoby ich na trzykrotne objechanie naszego globu. Z 

lewej, pod prostok

ą

tnym, panoramicznym iluminatorem, połyskiwał wska

ź

nikami pulpit kontrolny, 

z prawej — indykatory zespołu VIS. Fotel otulił mnie sob

ą

; spocz

ą

łem w pozycji półle

Ŝą

cej. 

Zwisaj

ą

cy za oparciem, jak kaptur peleryny, kask opadł mi na głow

ę

. Ten wi

ę

cej spodziewany ni

Ŝ

 

rzeczywisty ból trwał ułamek sekundy. Elektrody przyssały si

ę

 do mej czaszki i przestałem by

ć

 

background image

tylko człowiekiem. Stałem si

ę

 tak

Ŝ

e maszyn

ą

. Czułem j

ą

 cał

ą

; jej bloki nap

ę

dowe, mechanizmy 

sterownicze i wyrzutnie — wszystko rw

ą

ce si

ę

 do działania, pełne ognia, jak rumak pod 

je

ź

d

ź

cem. Niecierpliwie czekałem na sygnał startu. 

Milady akcj

ę

 odwołał. Przez radio wezwał mnie do sztabu. Nie jestem za „ miladiowsk

ą

 

organizacj

ą

", ale jak dot

ą

d te przygotowania do powa

Ŝ

nej było nie było akcji za bardzo tr

ą

ciły 

indolencj

ą

. U Milady'ego zastałem tykowatego cywila z długim, zaczerwienionym nosem, na 

którym jak przewrócona ósmeka tkwiły słabe szkła w drucianej oprawie. Facet, ulizany, schludny 
i sztywny, wyci

ą

gn

ą

ł ko

ś

cist

ą

 r

ę

k

ę

, a gdy podałem mu swoj

ą

, skłonił si

ę

 tak nisko, jak gdyby 

chciał cmokn

ąć

 mnie w dło

ń

— To jest komandor podporucznik Lutz — powiedział Milady — a to pan Karvitsch. Człowiek z 
Communication with Extra-Terrestrial Intelligence. Słowo „pan" Milady wymówił tak, jakby 
przedstawiał kogo

ś

 zupełnie niedorosłego, ale komu pragnie sprawi

ć

 przyjemno

ść

. Obaj dopiero 

co wrócili z odprawy u dowódcy O

ś

rodka. Człowiek z CETI miał obra

Ŝ

on

ą

 min

ę

 i chyba nie 

spodziewał si

ę

 po mnie wyrafinowanej galante

ń

i w obej

ś

ciu. 

— Miło mi — zełgałem. 
„Nasz system obronny — powiadał Milady —jest bezbł

ę

dny 

i je

Ŝ

eli jaka

ś

 cholerna kometa albo bolid trafi jednak 

w Ziemi

ę

, b

ę

dzie to zasług

ą

 wył

ą

cznie tych uczonych z CETI, 

co to nim pozwol

ą

 nam zniszczy

ć

 jakikolwiek meteor, musz

ą

 

najpierw upewni

ć

 si

ę

, czy przypadkiem nie załatwiła na nim 

potrzeb naturalnych jaka

ś

 pozaziemska istota." 

— Odwołali

ś

my akcj

ę

, Lutz, bo dotarła do nas wiadomo

ść

Ŝ

e od Obiektu odł

ą

czył si

ę

 drugi, 

mniejszy obiekt. Kr

ąŜ

y teraz po ciasnej orbicie. Przypuszczalnie tym wła

ś

nie wehikułem 

dostarczono na pokład Obiektu zw

ę

dzone paliwo i elektrocjonalia. Spodziewamy si

ę

Ŝ

e b

ę

dzie 

l

ą

dował. A ten pan jest tu po to, 

Ŝ

eby nie spuszcza

ć

 nas z oczu. K-arvitsch 

ś

ci

ą

gn

ą

ł usta. 

— Za pozwoleniem — b

ą

kn

ą

ł. 

— Oczywi

ś

cie nie nas, lecz naszych go

ś

ci — sprostował błaze

ń

sko Milady. 

I zostawił nas samych. Było cicho. Karvitsch podszedł do okna. Wyjrzał na 

Ŝ

wirowany, pustawy 

plac i wysi

ą

kał nos w biał

ą

 chusteczk

ę

— A wi

ę

c to pan jest owym katem — powiedział z wyrzutem. 

— Nie rozumiem — odparłem chłodno. Zanosiło si

ę

 na niemił

ą

 dla mnie rozmow

ę

— Rzekomym obro

ń

c

ą

 rzekomo zagro

Ŝ

onej ludzko

ś

ci — 

dodał. 
Dobrze znam facetów w rodzaju Kandtscha, facetów, na 
których widok dostaj

ę

 mdło

ś

ci. Hipochondrycy obnosz

ą

cy 

si

ę

 z katarem, chrypk

ą

 czy udawanym kaszelkiem albo 

uskar

Ŝ

aj

ą

cy na zmy

ś

lon

ą

 nadkwasot

ę

, bideusze, co na 

ka

Ŝ

dym kroku podkre

ś

laj

ą

 słabo

ść

 konstytucji swego ciała, 

którego jednak nie wspomog

ą

 najniewinniejsz

ą

 cho

ć

by 

protez

ą

, gdy

Ŝ

 równałoby si

ę

 to profanacji organizmu — 

tego ołtarza natury. Si

ą

kanie, chrypienie, rz

ęŜ

enie i czkanie 

to s

ą

 ich niby nobilituj

ą

ce atrybuty. 

„Co robi cyb, gdy jest chory? Dzwoni po mechanika. A gdy 
jest umieraj

ą

cy? Dzwoni do składnicy złomu." 

W drzwiach stan

ą

ł Milady. 

— Wyl

ą

dował! — oznajmił. — Znowu na Emit-Second. Lutz, zaprowad

ź

 pana do parku i 

wsi

ą

d

ź

cie do 

ś

migłowca. Ja zaraz tam b

ę

d

ę

IV. PIERWSZE KONSTATACJE 

Milady był w

ś

ciekły. Odk

ą

d na kosmodromie Emit-Second wsiedli

ś

my w trojk

ę

 do tego 

ś

migłowca, nie otworzył ust, nawet 

Ŝ

eby zakl

ąć

. Lecieli

ś

my od godziny w kierunku Livingstone, 

komandor obok pilota, ja z tyłu, obok przedmuchuj

ą

cego nos człowieka z CETI. Człowiek z CETI 

te

Ŝ

 był w

ś

ciekły; naturalnie za ten stan rzeczy win

ą

 obarczał Milady'ego. Silnik warkotał basowo, 

a pod nami przesuwały si

ę

 miniatury osiedli. 

Kiedy wyl

ą

dowali

ś

my na Emit-Second, było ju

Ŝ

 po wszystkim. Po

ś

rodku płyty sterczała mała 

rakietka z otwartym włazem, od dołu osmolona, jak te z Museum of Space Ships w Sherridon. 
Podwładni jasnowłosego kapitana, biwakuj

ą

cy wokół transporterów, po

ś

piesznie doprowadzali do 

background image

porz

ą

dku swój wygl

ą

d zewn

ę

trzny. Milady dotkn

ą

ł ziemi przed 

ś

migłowcem. „Przeczuwał co

ś

 od 

pocz

ą

tku". Pobiegłem za nim do id

ą

cego nam naprzeciw kapitana. 

— Przyjechali tu z Admiralicji — zameldował kapitan — i zabrali tego... tego... 
— Kogo? 
— Tego si

ę

 nie da wyrazi

ć

 słowami, panie komandorze — odparł dowódca. Spojrzał na mnie, na 

mój nowy ubiór i oczy zrobiły mu si

ę

 jeszcze bardziej okr

ą

głe. 

— Ja bym to nazwa

ć

 potrafił! — wybuchn

ą

ł Milady, nie bacz

ą

c, 

Ŝ

e słysz

ą

 go kadeci.   To 

post

ę

powanie Admiralicji! Człowiekowi ka

Ŝą

 uzgadnia

ć

 z nimi najdrobniejsze głupstwo, a sami, ci 

nad

ę

ci panowie admirałowie, nie licz

ą

 si

ę

 z nikim i z niczym i wywołuj

ą

 taki rozpieprz... Za nami 

rozległo si

ę

 si

ą

kanie. 

— O

ś

mielam si

ę

 zauwa

Ŝ

y

ć

 — wtr

ą

cił Karvitsch — 

Ŝ

pozwala pan sobie... 

— Stul pan pysk! — hukn

ą

ł Milady. Z powrotem zwrócił pochylon

ą

 głow

ę

 w stron

ę

 kapitana. 

Spytał spokojniej: — Co to było? Kapitan wetkn

ą

ł palec za kołnierzyk i potarł szyj

ę

— Terminologia wojskowa jest zbyt uboga... 
— Gdzie to teraz jest? 
— Ci z Admiralicji wywie

ź

li to poduszkowcem do Livingstone, do Centrum Biofizycznego. Tam 

was oczekuj

ą

. Wszystkich trzech. 

— A pan, jakie otrzymał dyspozycje, kapitanie? 
— 

ś

adnych, panie komandorze. 

— Zatem niech pan tu tkwi nadal i pilnuje tego truchła. — Milady sapn

ą

ł. — Do 

ś

migłowca, Lutz! 

Karvitsch ruszył za nami. 
Wystartowali

ś

my w milczeniu i w milczeniu upłyn

ę

ło nam dziewi

ęć

dziesi

ą

t minut lotu. Nadci

ą

gał 

zmierzch, a wraz z nim czarne, ci

ęŜ

kie chmury. Było parno i duszno. Pilot wł

ą

czył o

ś

wietlenie 

przyrz

ą

dów. Strzałka tachometru wskazywała 250. Karvitsch przestał poci

ą

ga

ć

 nosem, ale 

chusteczki nie schował. Co rusz ocierał ni

ą

 spocony kark i czoło. R

ę

cz

ę

Ŝ

e gotował si

ę

 w tej 

swojej schludnej, granatowej kurteczce. 
— To nie to, co pi

ę

tna

ś

cie lat temu — odezwał si

ę

 raptem Milady. W jego głosie nie było ju

Ŝ

 

zło

ś

ci. — Prawda, Lutz? Brak koordynacji, współpracy, przestrzegania regulaminu... Kto do 

sztabu przyjdzie pierwszy, ten rz

ą

dzi. Słyszałe

ś

Ŝ

eby głowa wydawała ciału rozmaite i sprzeczne 

polecenia równocze

ś

nie, przy czym nie kontroluj

ą

c, czy i jak zostaj

ą

 one spełnione, sama si

ę

 z 

nich wywi

ą

zywała? 

— Owszem. Na przykład w epilepsji. Z tyłu nie widziałem, ale Milady u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 chyba. 

Przelatywali

ś

my nad południowym przedmie

ś

ciem Livingstone. Paliły si

ę

 latarnie uliczne i 

kolorowe 

ś

wiatełka sygnalizacyjne na szczytach wie

Ŝ

owców. 

— Ten chaos to syndrom współczesno

ś

ci — kontynuował Milady. — W naszym 

zinstytucjonalizowanym społecze

ń

stwie warto

ść

 ma praca tylko w urz

ę

dach najwy

Ŝ

szego 

szczebla. Obowi

ą

zki rzadko kiedy s

ą

 przekazywane w dół, do jednostek podległych, bo 

obowi

ą

zki to dzisiaj perspektywy, a perspektywy to luksus. Wysoko sobie cenimy pełni

ę

 

Ŝ

ycia, 

dlatego d

ąŜ

ymy do o

Ŝ

ywienia , , własnej psychiki, dlatego powstaje tyle sekt mistycznych, ^ 

dlatego ludzie coraz rzadziej nadstawiaj

ą

 karku         g, w najbardziej nieprawdopodobnych 

przedsi

ę

wzi

ę

ciach — 

Ŝ

eby prze

Ŝ

y

ć

 co

ś

 naprawd

ę

 intensywnie. Dawniej lansowano tez

ę

Ŝ

perspektyw

ę

 stanowi

ą

 osi

ą

gni

ę

cia materialne. Po ekspansji ekonomiczno-technologicznej, kiedy 

wszelkie mo

Ŝ

liwe do zdobycia dobra znalazły si

ę

 w r

ę

kach wszystkich ludzi, osi

ą

gni

ę

cia 

materialne utraciły charakter perspektywy.   , Po doj

ś

ciu do sukcesu ludzi ogarn

ę

ło zw

ą

tpienie. 

Ze społecze

ń

stwem stało si

ę

 to samo, co z tym zblazowanym erotomanem, który na staro

ść

 

oszalał dla jednej spódniczki, uganiał si

ę

 za ni

ą

 przez lata, składaj

ą

c dowody m

ę

stwa i 

wytrzymało

ś

ci, pokonuj

ą

c pi

ę

trz

ą

ce si

ę

 przeszkody, aby wreszcie, gdy dopi

ą

ł celu, tu

Ŝ

 przed 

sfinalizowaniem sprawy, kompletnie opa

ść

 z sił i stwierdzi

ć

 z gorycz

ą

Ŝ

e drałował za tym, co 

dostałby od ka

Ŝ

dej innej, w ka

Ŝ

dym miejscu i o ka

Ŝ

dej godzinie. Ty byłe

ś

 za młody, ale ja 

pami

ę

tam te rozruchy, kiedy palono archiwa, niszczono komputery i dewastowano urz

ą

dzenia, 

Ŝ

eby „zacz

ąć

 wszystko od nowa". To była robota rozhisteryzowanych malkontentów i nie zdała 

si

ę

 na nic, ale u

ś

wiadomiła społecze

ń

stwu, 

Ŝ

e w naszym ustabilizowanym dobrobycie co

ś

 si

ę

 

załamało. Ci, którzy dotychczas od rana do wieczora gnu

ś

nieli przed telewizorami, bez 

umiarkowania opychali si

ę

 frykasami, a w chwilach wzmo

Ŝ

onej aktywno

ś

ci wybierali si

ę

 na 

przeja

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 wind

ą

 po bloku, wyrwali si

ę

 nagle z domowych 

background image

pieleszy, rozp

ę

dzili roboty porz

ą

dkowo-usługowe i wzi

ę

li si

ę

 do najdziwniejszych zaj

ęć

. A to 

bezinteresownie plewili ziele

ń

ce na skwerach, a to wspaniałomy

ś

lnie udra

Ŝ

niali miejskie kanały 

lub myli szyby wystawowe. Szczycili si

ę

 tym. 

Ŝ

e znajomi i nieznajomi mówili o nich: „To ten. co 

dzie

ń

 w dzie

ń

 rano zamiata chodnik na skrzy

Ŝ

owaniu 38 ze 127. Byli znani nie tyle z nazwiska, 

ile z funkcji, któr

ą

 z całym samozaparciem i społecznie sprawowali. Jeszcze dzisiaj spotkasz 

takich. Za wszelk

ą

 cen

ę

 pragn

ą

 si

ę

 wyró

Ŝ

ni

ć

. zwróci

ć

 na siebie uwag

ę

, wybi

ć

 si

ę

 ponad 

przeci

ę

tno

ść

. Szwendaj

ą

 si

ę

 po ulicach niedomyci i obszarpani albo ubrani tak. 

Ŝ

e człowiek nie 

wie, dok

ą

d ucieka

ć

, ale bezsprzecznie s

ą

 bardziej o

Ŝ

ywieni psychicznie od tych nierozkr

ę

conych. 

tak zwanych normalnych i solidnych obywateli, którzy nie mog

ą

 si

ę

 pozby

ć

 uczucia, 

Ŝ

e co

ś

 trac

ą

Nakładaj

ą

 na siebie. chocia

Ŝ

 nie słu

Ŝ

bowe, przecie

Ŝ

 obowi

ą

zki, a obowi

ą

zki to perspektywy 

lepszego, pełniejszego 

Ŝ

ycia psychicznego. I maj

ą

 perspektywy szersze ni

Ŝ

 pracownik urz

ę

du 

ni

Ŝ

szego szczebla, pracownik, któremu pazerna jednostka nadrz

ę

dna sprz

ą

ta sprzed nosa cał

ą

 

robot

ę

 i ka

Ŝ

e bezczynnie gni

ć

 za biurkiem. 

Karvitsch przywarł do bocznej szyby, podkre

ś

laj

ą

c sw

ą

 poz

ą

Ŝ

e wywody komandora ma gdzie

ś

 i 

Ŝ

e w ogóle nie chce lego słucha

ć

. Pilot kr

ę

cił si

ę

, jak gdyby chciał dorzuci

ć

 swoje trzy grosze, 

("mnie 

ś

wierzbił j

ę

zyk. Milady zapomniał o sytuacji takich jak ja, którym własna odmienno

ść

 za 

bardzo dopiekła, 

Ŝ

eby si

ę

 ni

ą

 cieszy

ć

 i chlubi

ć

, i którym ta odmienno

ść

 stwarzała takie 

perspektywy, 

Ŝ

e nic, tylko wskoczy

ć

 do „Starfiasha", wej

ść

 na orbit

ę

, wył

ą

czy

ć

 blok 

bezpiecze

ń

stwa i z pr

ę

dko

ś

ci

ą

 kosmiczn

ą

 pu

ś

ci

ć

 si

ę

 przez atmosfer

ę

Wyl

ą

dowali

ś

my po zachodzie sło

ń

ca, na zaj

ę

tym przez dwa zmiennopłaty placyku, przed 

gmachem Centrum Biofizycznego. Rozpi

ę

ta wysoko siatka luminescencyjna o

ś

wietlała równym 

ś

wiatłem przyległy teren ł

ą

cznie z zaparkowan

ą

 opodal gmachu kolumn

ą

 poduszkowców. Odgłos 

naszych kroków, kiedy weszli

ś

my do jasnego holu, przywołał stra

Ŝ

nika; ten zaprowadził nas do 

sali głównej. Były tam dwie osoby — kobieta i m

ęŜ

czyzna. Stali przed obszernym jak pół 

amfiteatru pulpitem wysadzanym wszystkim tym, co humanist

ę

 mo

Ŝ

e doprowadzi

ć

 do obł

ę

du. 

Mieli na sobie kitle. Kobieta nie zrobiła na mnie dobrego wra

Ŝ

enia, i nie dlatego, 

Ŝ

e nie lubi

ę

 

postawnych blondynek, zwłaszcza tych. które spaceruj

ą

c po ulicach albo wysiadaj

ą

c z 

samochodu lub wbiegaj

ą

c przed tob

ą

 po eskalatorze 

potrz

ą

saj

ą

 i kr

ę

c

ą

 swymi atutami, i jakby mogły, wlazłyby ci tymi wszystkimi obfito

ś

ciami na kark, 

ani te

Ŝ

 dlatego, 

Ŝ

e . naukowiec w spódnicy to nawet brzmi podejrzanie, lecz dlatego, 

Ŝ

e nie 

znosz

ę

 egzaltowanych sawantek. Jestem zdecydowanie za rozdzieleniem seksu od erudycji; 

seks i erudycja to tak unikalny, jak i nieudany maria

Ŝ

. M

ęŜ

czyzna za

ś

 przedstawiał si

ę

 ciekawie: 

o półtorej głowy ni

Ŝ

szy od kobiety, za

Ŝ

ywny, z rozczochran

ą

, przetłuszczon

ą

 i ciemn

ą

 fryzur

ą

kostropaty. Obrzucił nas przenikliwym spojrzeniem malutkich czarnych oczu. Nos miał szeroki i 
kaczy i był niestarannie ogolony. 
— Jeste

ś

cie — powiedział falsetem, nieomal jodłuj

ą

c. Nosił nazwisko stosowne do wygl

ą

du: 

Gnom

ę

. Gdy mówił, patrzył na wszystko, tylko nie na swego rozmówc

ę

. — Tamci odjechali.                          

.•• Porozumiałem si

ę

 z Miladym wzrokiem,,;' 

— Cholera — mrukn

ą

ł Milady.       i;; 

— Za pozwoleniem — wtr

ą

cił Karvitsch. — Owe poduszkowce przed wej

ś

ciem... 

— A, tak — pisn

ą

ł Gnom

ę

. — Go

ś

cia zostawili. Jest w wiwarium. 

Obrócił si

ę

 do pulpitu, trzasn

ą

ł przeł

ą

cznikiem i na głównym ekranie pojawił si

ę

 obraz. Długo 

wpatrywałem si

ę

 w poszczególne elementy, nim zdołałem je powi

ą

za

ć

 i skleci

ć

 z nich cał

ą

 

sylwetk

ę

. Ta niby-ludzka, niby-owadzia forma posiadała głow

ę

 i tułów oraz dwie pary ko

ń

czyn. 

Stwór miał symetryczn

ą

 budow

ę

 i ludzki korpus, ale jego ramiona i nogi, niepomiernie 

wydłu

Ŝ

one, podobne były raczej do odnó

Ŝ

y jakiego

ś

 stawonoga. Wysoko sklepion

ą

 czaszk

ę

 

porastała skołtuniona, szarobr

ą

zowa sier

ść

, a pod pergaminow

ą

 skór

ą

 małego tułowia ostro 

rysowały si

ę

 kr

ę

gi 

Ŝ

eber i ko

ś

ci miednicy. Stwór był nagi i był, według mej oceny, 

stuprocentowym samcem. Dłonie i stopy miał nienaturalnie wielkie, uzbrojone w rogowate, 
połamane pazury. Sfuszerowany cyb — przemkn

ę

ło mi przez my

ś

l. Gnom

ę

 wykonał zbli

Ŝ

enie i 

ujrzeli

ś

my fizys stworu: 

człowiecz

ą

 i zastygł

ą

, jak kamienna maska. Tylko 

w jarz

ą

cych si

ę

 w gł

ę

bi oczodołów 

ś

lepiach przebijał si

ę

 

jaki

ś

 wyraz, mo

Ŝ

e strachu. 

background image

— Człowiek-paj

ą

k — szepn

ą

ł Milady ze wstr

ę

tem.. Kobieta, faluj

ą

c tym wszystkim pod kitlem, 

odwróciła si

ę

 do nas. Dot

ą

d bez skr

ę

powania przypatrywała si

ę

 gołemu stworowi. 

— Wysoko

ść

: dwa dwadzie

ś

cia siedem — oznajmiła swobodnie. — Rozpi

ę

to

ść

 ramion: dwa 

dziewi

ęć

dziesi

ą

sze

ść

. Waga: siedemdziesi

ą

t siedem kilogramów — przest

ą

piła z nogi na nog

ę

 kołysz

ą

zach

ę

caj

ą

co tyłem w stron

ę

 stworu na ekranie. 

— Organy wewn

ę

trzne jak u człowieka — zajodłował 

Gnom

ę

. — Wprost wierzy

ć

 si

ę

 nie chce! 

Kobieta mu przerwała. 
Przez kilka minut popisywała si

ę

 znajomo

ś

ci

ą

 anatomii. 

na koniec rzekła z uniesieniem: 
— Kiedy go tu u

ś

pionego przywie

ź

li, był brudny i upaprany odchodami. I wprost cuchn

ą

ł! 

— Jest wspaniały — powiedział Karvitsch. Wysmarkał si

ę

 ostentacyjnie, błysn

ą

ł okularami i 

stan

ą

ł przy kobiecie, pod ekranem. Wraz ze stworem tworzyli dobran

ą

 trójk

ę

. Ciekn

ą

cy nos. 

obfito

ś

ci pod kitlem i wypró

Ŝ

niaj

ą

cy si

ę

 niefrasobliwie stwór — wszystko to było przecie

Ŝ

 tak 

cudownie ludzkie, 

Ŝ

e niepodzielne. — Kto by si

ę

 spodziewał! Pod wpływem strachu zareagował 

jak człowiek! 
— Nic tu po nas, Lutz — mrukn

ą

ł Milady. — Pan, jak si

ę

 domy

ś

lam, tutaj zostaje? 

Człowiek z CETI spojrzał czule na ekran i na kobiet

ę

, po czym przytakn

ą

ł. 

V. PRÓBA ZROZUMIENIA 

Nast

ę

pne cztery doby sp

ę

dziłem w O

ś

rodku Szkoleniowym RCF. Troch

ę

 latałem swoim 

..Starfiashem" — raczej dla zabicia czasu ni

Ŝ

 dla „podnoszenia kwalifikacji". Pogoda zepsuła si

ę

 i 

wystarczyło popatrze

ć

 na zaci

ą

gni

ę

te chmurami niebo, aby bez pomocy synoptyków stwierdzi

ć

Ŝ

e taka utrzyma si

ę

 co najmniej tydzie

ń

. Cz

ę

sto przesiadywałem na „górce rozrz

ą

dowej". Ód 

mechaników i kadetów dowiedziałem si

ę

 o wadach i zaletach „Starfiashy" wi

ę

cej, ni

Ŝ

bym si

ę

 

dowiedział od tych wypatruj

ą

cych awansu instruktorów. Odwiedzałem tak

Ŝ

e biura projektowe: 

konstruktorzy ch

ę

tnie pokazywali mi plany, na których jak na dłoni wida

ć

 było zawił

ą

 ewolucj

ę

 

maszyn. Z generacji na generacj

ę

 stawały si

ę

 sprawniejsze, czulsze, zarazem bardziej 

skomplikowane, a jednocze

ś

nie .trwalsze i mniej zawodne. Ich ey-olucja. cho

ć

 przebiegała pod 

kontrol

ą

 ludzi i dzi

ę

ki ludziom, była konsekwencj

ą

 ła

ń

cucha przyczyn i skutków, na które ludzie 

mieli wpływ cz

ę

stokro

ć

 minimalny. ..Starfiash". gdy przyjmuje do siebie człowieka, przeistacza si

ę

 

w samodzielny organizm i wtedy ka

Ŝ

da naprawa b

ą

d

ź

 wymiana podzespołu jest jakby operacj

ą

 

na 

Ŝ

ywym ciele. A przecie

Ŝ

 w warunkach bojowych dokonuje si

ę

 napraw 

tylko takich; pilot najlepiej wie, bo „czuje", co dolega jego maszynie. Stale wracałem do tych 
planów, albowiem domy

ś

lałem si

ę

Ŝ

e zawieraj

ą

 wa

Ŝ

n

ą

 dla mnie prawd

ę

. Z Centrum 

Biofizycznego docierały do nas sk

ą

pe wie

ś

ci. Próby porozumienia si

ę

 z Przybyszem spełzły na 

niczym. Od stra

Ŝ

ników Przechowalni Paliw J

ą

drowych, którzy tymczasem odzyskali przytomno

ść

równie

Ŝ

 nie usłyszano niczego; tyle 

Ŝ

e zgodnie z regulaminem pełnili słu

Ŝ

b

ę

, a

Ŝ

 naraz ockn

ę

li si

ę

 

w szpitalu. Milady przebywał poza O

ś

rodkiem. O najdziwniejszych porach telefonował do mnie i 

powtarzał, 

Ŝ

e mam by

ć

 gotów do startu. W przypływach dobrego humoru dzielił si

ę

 ze mn

ą

 

nowinami. Ju

Ŝ

 na drugi dzie

ń

, gdy

ś

my wrócili z Centrum Biofizycznego, oznajmił mi poufnie, 

Ŝ

biofizycy postanowili skonstruowa

ć

 stworopodobnego cyborga. Ustalono, 

Ŝ

e zamiast Przybysza 

on wsi

ą

dzie do stercz

ą

cej na Emit-Second rakietki, wejdzie na orbit

ę

, a nast

ę

pnie dostanie si

ę

 do 

wn

ę

trza Obiektu. Nie obiecywano sobie po tej ekspedycji wiele, bo spec-cyborg nie był zdolny do 

samodzielnego działania, i ci z Admiralicji spodziewali si

ę

Ŝ

e Przybysze szybko mistyfikacj

ę

 

odkryj

ą

, łudzono si

ę

 jednak, 

Ŝ

e przedtem spec-cyborg zd

ąŜ

y przekaza

ć

 do punktu dowodzenia 

nieco informacji, bodaj ogólnych. Ta mechaniczna kukła miała by

ć

 sterowana z Ziemi; z 

piekielnym po

ś

piechem wła

ś

nie j

ą

 montowano. Ale po kiego czorta trzymano w odwodzie mnie? 

Czwartego dnia pobytu w O

ś

rodku RCF zdecydowałem si

ę

 skontaktowa

ć

 z Elie. Brakowało mi jej 

i czyniłem sobie wyrzuty z powodu moich kr

ę

tackich wyja

ś

nie

ń

 w „Elaborate", gdzie z ni

ą

 i 

czarnoskórym kierowc

ą

 jadłem ostatni cywilny obiad. Rozmawiałem ze swego pokoju, przez 

radiowifon. Kiedy kupili

ś

my komplet tych aparacików, umówili

ś

my si

ę

 z Elie, 

Ŝ

e nigdy si

ę

 z nimi 

nie rozstaniemy 

background image

— 

Ŝ

eby ka

Ŝ

de z nas w ka

Ŝ

dej chwili mogło si

ę

 z drugim bez kłopotu poł

ą

czy

ć

. Dawno nie 

ogl

ą

dałem 

Ŝ

ony tak wypocz

ę

tej i 

ś

wie

Ŝ

ej. Fryzur

ę

 miała uło

Ŝ

on

ą

 w rudawe loki, a jej szafirowe 

oczy błyszczały niczym kamienie pierwszej wody. Na tym male

ń

kim ekraniku jej bu

ź

ka wygl

ą

dała 

jak twarz z malowidła, które widziałem u Milady'ego, w jego mieszkaniu-lamusie (Milady wyjawił 
mi, 

Ŝ

e to oryginalny Rubens). 

— Jeste

ś

my u Alberta — powiedziała. — Albert chodzi na spacery i jutro lub pojutrze zabior

ę

 go 

do domu. Elie bardzo prze

Ŝ

yła wypadek syna. Od dnia, w którym Albert wraz z kolegami urz

ą

dził 

te biegi przełajowe, do jego operacji była fenomenologicznie jak martwa; szcz

ęś

ciem 

doktor Zend, stary praktyk, go

ś

cił akurat w Decksance i podj

ą

ł si

ę

 implantacji. Zobaczyłem 

Alberta. 
— Cze

ść

, tatusiu! Kiedy przyjedziesz? 

— Niebawem — odparłem. Chłopiec był jeszcze blady i miał podkr

ąŜ

one oczy. — To potrwa 

dosłownie kilka dni. 
— Na drugi tydzie

ń

 lecimy z mam

ą

 nad Atlantyk. Do Maceio albo Joao Pessoa. 

— Przylec

ę

 do was. 

— No to cze

ść

, bo pan doktor chce z tob

ą

 mówi

ć

Ujrzałem promienn

ą

 twarz Zenda. U

ś

miechał si

ę

 jak 

triumfator. 
Doktor Zend jest mistrzem chirurgii implantacyjnej i nigdy 
nie zawiódł. 
Naprawił to, co ja sknociłem. 
„Cybka, kład

ą

c dło

ń

 na zaokr

ą

glonym brzuchu, do cyba: 

— Nasz mały jest z czego

ś

 niezadowolony. 

— Kopie? 
— Nie, terkocze." 
Elie musiała by

ć

 mu wdzi

ę

czna. Bardzo, bardzo wdzi

ę

czna. 

— Có

Ŝ

e

ś

 si

ę

 pan tak nabzdyczył, Lutz? 

— Dzi

ę

kuj

ę

 panu, doktorze. 

Zend patrzył na mnie badawczo. Nie przestawał si

ę

 

u

ś

miecha

ć

— Je

Ŝ

eli pan b

ę

dzie w Decksance — powiedział — niech pan wpadnie do kliniki. 

Przyrzekłem go odwiedzi

ć

 i przerwałem poł

ą

czenie. Potem zrobiłem porz

ą

dek w rzeczach 

osobistych. Brałem ciepły prysznic, gdy przybiegł dy

Ŝ

urny kadet, zdyszany i przej

ę

ty. 

Naramienna opaska zrolowała mu si

ę

 i przekrzywiła; 

w gar

ś

ci 

ś

ciskał szary, płaski pakiet. 

— Alarm, panie komandorze! — wrzasn

ą

ł. 

Owin

ą

łem biodra r

ę

cznikiem. Woda 

ś

ciekała mi z włosów na 

tors i plecy. 
— A co mnie to obchodzi, u licha? — spytałem. — Ja nie mam 

Ŝ

adnych zada

ń

 bojowych. 

— Ma pan — odparł kadet wr

ę

czaj

ą

c mi szary pakiet. Była to koperta alarmowa. — Mog

ę

 

odej

ść

? — Chłopak dreptał w miejscu, jak gdyby 

ś

pieszyło mu si

ę

 do toalety.   

W budynku zawodziła syrena, na zewn

ą

trz narastał zgiełk. 

— Zmykaj. 
Mokrymi palcami rozerwałem kopert

ę

. Wyszarpn

ą

łem z niej 

zło

Ŝ

on

ą

 we dwoje kartk

ę

W oddali zagrzmiało raz i drugi. 
Komandor podporucznik Lutz Seymour. Zadanie: 
— start w trybie alarmowym z JB 406 maszyn

ą

 typu „Starfiash", numer XHH 164; 

— lot bojowy w kierunku Emit-Second; 
— l

ą

dowanie na Emit-Second; 

— zło

Ŝ

enie meldunku dowódcy Akcji „Przybysz". 

Dowódca Akcji „Przybysz" Komandor Franklin Milady 

Pokrzykiwania na dworze ton

ę

ły w warkocie 

ś

migłowców l

ą

duj

ą

cych wła

ś

nie na 

Ŝ

wirowanym 

placu: warkot 

ś

migłowców ton

ą

ł we wzmagaj

ą

cym si

ę

 dalekim grzmocie. No tak, te koperty 

alarmowe, zadania bojowe, gor

ą

czkowa bieganina i ci trac

ą

cy głow

ę

 dy

Ŝ

urni — to była robota i 

Ŝ

ywioł Milady'ego. Ale nie podrywa si

ę

 całej jednostki Royal Cosmos Force bez powodu. Na 

wilgotne ciało nawlokłem ubiór kompensacyjny i wybiegłem na dwór. ..Górka rozrz

ą

dowa" trz

ę

sła 

si

ę

 w posadach; otaczały j

ą

 kł

ę

by dymu i pyłu. Spod niej waliły z rykiem w niebo krótkie 

background image

błyskawice startuj

ą

cych maszyn. Bli

Ŝ

ej, na placu, wrzało. Likwidacyjne grupy kadetów wynosiły 

ze sztabu opancerzone skrzynie i taszczyły je do ta

ń

cz

ą

cych tu

Ŝ

 nad ziemi

ą

 

ś

migłowców. To 

ogólne podniecenie udzieliło si

ę

 i mnie. Poczułem szarpni

ę

cie za biodrowy pas. Siedz

ą

cy za 

kierownic

ą

 „taczek" kadet zrywał sobie gardło, 

Ŝ

eby mi co

ś

 zakomunikowa

ć

, i wskazywał miejsce 

obok siebie. Zaj

ą

łem je bez namysłu. Pognali

ś

my mi

ę

dzy szeregami popielatych budynków 

koszarowych, przez pasy startowe wy

ś

cielone gryz

ą

c

ą

 płuca warstw

ą

 spalin, do ju

Ŝ

 samotnie 

stoj

ą

cej na zamilkłej raptem „górce" maszyny XHH 164. Milady byłby zbudowany moj

ą

 

gotowo

ś

ci

ą

 bojow

ą

. Po chwili siedziałem za sterami „Starfiasha". w obj

ę

ciach fotela. Kask opadł 

mi na głow

ę

; poczułem jeszcze chłodn

ą

 stru

Ŝ

k

ę

 wody 

ś

ciekaj

ą

cej wzdłu

Ŝ

 kr

ę

gosłupa... Bloki 

nap

ę

dowe — w normie. Układy sterownicze — w normie. Aparatura kontrolna — w normie. 

Zespół VIS — w normie. Blok bezpiecze

ń

stwa — w normie. Zapłon! 

Z piekielnym wizgiem pokołowałem na pas startowy. Wystrzeliłem prawie z miejsca z takim 
przy

ś

pieszeniem, 

Ŝ

interweniował blok bezpiecze

ń

stwa. Ten blok jest po to, aby udaremnia

ć

 wszelkie karkołomne 

ewolucje ró

Ŝ

nym ekwilibrystom, jacy niekiedy zdarzaj

ą

 si

ę

 w

ś

ród pilotów, a w razie potrzeby, aby 

przej

ąć

 sterowanie maszyn

ą

. Nieuzasadnione zerwanie plomb bloku bezpiecze

ń

stwa jest 

przest

ę

pstwem równie ci

ęŜ

kim, jak spowodowanie 

ś

mierci człowieka. Otworzyłem oczy. Warstwy 

stratusów i stratocumulusów smagały dziobowy iluminator. Przebiłem si

ę

 przez chmury i wzi

ą

łem 

kurs na Emit-Second. Leciałem pełnym ci

ą

giem zimnego nap

ę

du; nade mn

ą

 wisiała jaskrawa 

kula sło

ń

ca, pode mn

ą

 rozci

ą

gał si

ę

 siny kobierzec. Tam pod chmurami, na samym dole, w tych 

rozrzuconych byle jak miasteczkach i osiedlach 

Ŝ

yli spokojni, cisi ludzie i teraz, kiedy 

przelatywałem nad nimi, wydawało si

ę

 im, 

Ŝ

e oto na ich głowy z hukiem spada niebo. Za ten 

efekt d

ź

wi

ę

kowy, jaki wywołuje lec

ą

cy pełnym ci

ą

giem „Starfiash", niechaj podzi

ę

kuj

ą

 

komandorowi Milady'emu. L

ą

dowałem po kozacku, 

Ŝ

eby co

ś

 udowodni

ć

. Co? Mo

Ŝ

e, 

Ŝ

e jestem 

równie dobry albo i lepszy od tych wymuskanych bubków z kategori

ą

 zdrowia „I". Zanurkowałem i 

lotem kosz

ą

cym przemkn

ą

łem nad płyt

ą

. Tam musiało wszystko a

Ŝ

 zadygota

ć

 ł

ą

cznie z 

transporterami (było ich znacznie wi

ę

cej ni

Ŝ

 kilka dni temu) i t

ą

 osmalon

ą

, smukł

ą

 rakietk

ą

, co 

sterczała jak ostrze gwo

ź

dzia wystaj

ą

ce z deski. Zawróciłem i z przera

ź

liwym piskiem hamulców 

usiadłem — bliski kapotowania. Zaraz zamrowilo si

ę

 przy transporterach. Na płyt

ę

 weszło par

ę

 

osób; z daleka rozpoznałem masywn

ą

 sylwetk

ę

 Milady'ego. Wyskoczyłem z nagrzanej kabiny i 

ruszyłem im naprzeciw. Spotkali

ś

my si

ę

 w pobli

Ŝ

u rakietki. Płyta była wilgotna: m

Ŝ

yło. 

Komandorowi towarzyszyli dwaj kontradmirałowie, czy raczej to on towarzyszył im, oraz znajomy 
kapitan i człowiek z CETI. Karvitsch podał mi r

ę

k

ę

 pow

ś

ci

ą

gliwie i grzecznie i tak jak za 

pierwszym razem zamierzył si

ę

 na moj

ą

 dło

ń

 zaczerwienionym nochalem. 

— Oszcz

ę

dzaj nasze nerwy, Lutz — powiedział Milady. 

— Zastanawiamy si

ę

 — wtr

ą

cił z u

ś

miechem jeden 

z kontradmirałów — czy nie zmieni

ć

 kryteriów przyjmowania 

kandydatów na pilotów do Sił. 
— Chyba pan sam w to nie wierzy — odparłem. Mimo munduru nie czułem si

ę

 skr

ę

powany 

szar

Ŝą

 tych z Admiralicji. Za bardzo byłem przesi

ą

kni

ę

ty cywilem. Milady udał zainteresowanie 

konstrukcj

ą

 rakietki. Karvitsch smarkn

ą

ł w chusteczk

ę

, krytycznym wzrokiem obrzucił niebo. 

— Si

ą

pi. Mo

Ŝ

e si

ę

 gdzie

ś

 skryjemy? 

— O, tak — zareagował stoj

ą

cy na boku kapitan. — 

Łaskawie prosz

ę

 do mego wozu. 

Chłopcy kapitana tkwili mi

ę

dzy transporterami, ustawieni — 

nie wiadomo po co — w kolumn

ę

 marszow

ą

. Tulili głowy 

w ramiona. Szedłem obok Milady'ego, za kapitanem 
i obydwoma kontradmirałami. Karvitsch człapał z tyłu. 
— Cały O

ś

rodek wci

ąŜ

 w górze? — spytałem półgłosem. 

— To ci — sykn

ą

ł Milady. — Ogłosili 

ć

wiczebny alarm. Ale 

dla ciebie nie b

ę

d

ą

 to 

ć

wiczenia. 

W pi

ą

tk

ę

 (kapitan został przy swych kadetach) weszli

ś

my do 

transportera. 

VI. TAKTYKA POST

Ę

POWANIA 

background image

„Starfiash" przywarł do kadłuba Obiektu. Obiekt był sze

ś

ciokrotnie wi

ę

kszy od mojej maszyny i 

stoj

ą

c na jego rufie z trudem dostrzegało si

ę

 dziób. Nie skłami

ę

, je

ś

li przyznam, 

Ŝ

e dopiero teraz 

mogłem spokojnie i bez po

ś

piechu rozwa

Ŝ

y

ć

 sytuacj

ę

. W transporterze, podczas tej krótkiej 

odprawy, nie dano mi zebra

ć

 my

ś

li. Kontradmirał, ten z blizn

ą

 — ci

ą

gn

ę

ła si

ę

 od skroni a

Ŝ

 po 

górn

ą

 warg

ę

 — powiedział z punktu: 

— Ma pan dwadzie

ś

cia do startu. — Spojrzał na Milady'ego, potem znów na mnie. — Wiem, 

Ŝ

niektórzy oficerowie Royal Cosmos Force s

ą

 zdania, 

Ŝ

e ka

Ŝ

d

ą

 akcj

ę

 trzeba wprzód szczegółowo 

zaplanowa

ć

, cho

ć

by akcja miała trwa

ć

 pi

ęć

 minut, a jej planowanie rok, lecz Siły to organizm 

wojskowy, a wojska nie sta

ć

 na marnotrawienie czasu i strz

ę

pienie j

ę

zyków, wojsku musz

ą

 

wystarczy

ć

 ogólne i dora

ź

ne zało

Ŝ

enia strategiczne, taktyk

ę

 post

ę

powania za

ś

 ka

Ŝ

dy 

Ŝ

ołnierz 

powinien obra

ć

 sam, po bezpo

ś

rednim i osobistym zapoznaniu si

ę

 z warunkami i mo

Ŝ

liwo

ś

ciami 

zarówno swoimi, jak i przeciwnika. Milady z uwag

ą

 ogl

ą

dał swe wielkie dłonie. 

— Jak pan wie, Obiekt nie odpowiada na nasze sygnały. — Drugi kontradmirał mówił cicho i 
bezbarwnie. — Nie dały te

Ŝ

 rezultatu próby porozumienia si

ę

 z Przybyszem. Mo

Ŝ

emy si

ę

 jedynie 

domy

ś

la

ć

, i

Ŝ

 wyl

ą

dował on na Emit-Second powtórnie z tych samych powodów, dla których 

wyl

ą

dował tu po raz pierwszy. Sytuacja nie jest gro

ź

na, niemniej nie wolno niczego lekcewa

Ŝ

y

ć

a wtargni

ę

cie Obiektu do naszego Układu nale

Ŝ

y traktowa

ć

 jako naruszenie bezpiecze

ń

stwa. 

Powagi tego wykroczenia wcale nie pomniejsza fakt, 

Ŝ

e Obcy, przebywaj

ą

c na Ziemi, konkretnie 

— na terenie 
naszego kraju, w zasadzie nie zagrozili 

Ŝ

yciu naszych obywateli. Obecnie obiekt kr

ąŜ

y po 

stacjonarnej orbicie okołoziemskiej i oczywi

ś

cie czeka na powrót swego wysłannika. Rakietka 

niebawem wystartuje, ale za jej sterami nie b

ę

dzie siedział Przybysz, lecz przybyszopodobny 

cyborg. Najprawdopodobniej ci z Obiektu rozprawi

ą

 si

ę

 z nim, jak tylko wpadnie im w łapy, mamy 

jednak nadziej

ę

 do tego czasu zdoby

ć

 najpotrzebniejsze informacje. Pan, panie komandorze 

podporuczniku, wystartuje razem z rakietk

ą

 i lotem aborda

Ŝ

owym dostanie si

ę

 w pobli

Ŝ

e Obiektu. 

Chodzi o to, 

Ŝ

eby pokładowe urz

ą

dzenia Obcych nie wykryły pa

ń

skiego „Starfiasha". Nast

ę

pnie 

odł

ą

czy si

ę

 pan od rakietki, rakietka podejdzie do 

ś

luzy, a pan posadzi swoj

ą

 maszyn

ę

 na 

Obiekcie. To wszystko. 
— Wszystko? 
Ten z blizn

ą

 poruszył si

ę

— Taktyk

ę

 post

ę

powania — rzekł — post

ę

powania dalszego, obierze pan tak

ą

, jak

ą

 pan uzna za 

stosown

ą

— Zale

Ŝ

nie od okoliczno

ś

ci — odpowiedziałem sobie sam. Kontradmirał łypn

ą

ł na mnie, 

niepewny, czy pokpiwam. Dorzucił co

ś

 o konieczno

ś

ci dotarcia do wn

ę

trza Obiektu, naturalnie 

nie przez 

ś

luz

ę

, bo przecie

Ŝ

 Obcy dobrowolnie . mnie nie wpuszcz

ą

, i wtedy poj

ą

łem, w czym 

rzecz. Człowiek z CETI. Gdyby tego faceta tu nie było, panowie kontradmirałowie powiedzieliby 
mi wprost, 

Ŝ

eby Obiekt rozpru

ć

 i wyłuska

ć

 ze

ń

 Obcych, 

Ŝ

ywych czy umarłych, albo wr

ę

cz — 

zaj

ąć

 pozycj

ę

 horyzontaln

ą

 i wygarn

ąć

 do Obiektu z wyrzutni zespołu VIS. 

— Czy który

ś

 z panów chce zabra

ć

 głos? — spytał ten 

z blizn

ą

Karvitsch rozsi

ą

kał si

ę

— Tak — wyparskał w chusteczk

ę

. — Je

Ŝ

eli panowie pozwol

ą

... — otarł nos i usta i zwrócił si

ę

 

do mnie: — Ufam, 

Ŝ

e w trakcie wykonywania zada

ń

 b

ę

dzie pan powodowa

ć

 si

ę

 przede 

wszystkim uczuciem przyja

ź

ni do naszych go

ś

ci oraz zasadami najszerzej rozumianego 

humanitaryzmu. 
— Pan, panie Karvitsch — mrukn

ą

ł z przek

ą

sem Milady — mo

Ŝ

e by

ć

 spokojny o los naszych 

go

ś

ci. Lutz to człowiek o przysłowiowo goł

ę

bim sercu i gdyby trafił na zabł

ą

kanego Przybysza, na 

pewno by go przygarn

ą

ł i adoptował. Rakietka znikn

ę

ła wi

ę

c w czelu

ś

ci luku, a ja stałem na rufie i 

patrzyłem w stron

ę

 dziobu, odcinaj

ą

cego si

ę

 od tła jasnej, gigantycznej kuli zawieszonej poni

Ŝ

ej. 

Nad ni

ą

 wisiała druga, mniejsza kula, od góry okryta cieniem: Ksi

ęŜ

yc. 

No i ten woal kosmosu — usiany g

ę

sto cekinami. Pod wpływem sztucznej grawitacji Obiektu 

krew napłyn

ę

ła mi do skroni, jakbym zwisał głow

ą

 w dół, przytwierdzony do sufitu magnetycznym 

obuwiem. 
Kiedy odszedłem ze słu

Ŝ

by w RCF, wyrzekłem si

ę

 wypraw poza Ziemi

ę

; nawet turystycznych. 

Kosmos, powiedziałem sobie, to nie jest miejsce dla ludzi. Aby wytrwa

ć

 w postanowieniu, 

background image

wspominałem to przygn

ę

biaj

ą

ce i upokarzaj

ą

ce—tak, tak, upokarzaj

ą

ce!—uczucie zagubienia, 

którego chyba ka

Ŝ

dy doznaje, staj

ą

c u wrót Wszech

ś

wiata (doznaje, mimo 

Ŝ

e ludzki umysł nie 

jest w stanie ogarn

ąć

 Jego rozmiarów, i tak naprawd

ę

 — do dzi

ś

 nie wie nic o Jego 

Ŝ

yciu. Ta 

swoista ludzka t

ę

pota to t

ę

pota ochronna. Zabezpiecza nas przed obł

ę

dem, w jaki bez w

ą

tpienia 

by

ś

my wpadli, gdyby w naszych nie ograniczonych ni

ą

 umysłach zbudziła si

ę

 

ś

wiadomo

ść

 o 

własnej wobec Wszech

ś

wiata warto

ś

ci). Z czasem jednak wspomnienia osłabły. Poleciałem robi

ć

 

reporta

Ŝ

 z rozbiórki słynnej ORB-66, pó

ź

niej na Ksi

ęŜ

yc... — Tnij! — rozkazałem „Bumerowi". 

Miałem na sobie ubiór kompensacyjny i hełm, który wło

Ŝ

yłem przed opuszczeniem kabiny 

„Starflasha". O łopatki opierał mi si

ę

 pojemnik z suchym tlenem. Zapas dobowy — dla 

normalnego człowieka. Mnie na pewno starczy na trzy do czterech dób. Te resztki somy 
zu

Ŝ

ywały niewiele tlenu, nawet gdy wykonywałem ci

ęŜ

k

ą

 prac

ę

 fizyczn

ą

. Oparłem dło

ń

 na kolbie 

traumatu. Siła od

ś

rodkowa wiruj

ą

cego Obiektu odrzuciła metrowej 

ś

rednicy kr

ą

g wyci

ę

ty w 

pancernym poszyciu. Przyjrzałem si

ę

 obna

Ŝ

onym przewodom przebiegaj

ą

cym pod płaszczem 

tego statku. Mi

ę

dzy splotem ró

Ŝ

nokolorowych kabli a ruroci

ą

giem, którego wida

ć

 było ledwie bok, 

znajdowała si

ę

 ponad półmetrowa przestrze

ń

 wolna od instalacji. Tam, w wewn

ę

trznym poszyciu 

Obiektu, kazałem „Bumerowi" wyci

ąć

 nast

ę

pny otwór. J

ę

zyk plazmy szybko wtopił si

ę

 w stalow

ą

 

powierzchni

ę

. Automat zwi

ę

kszył moc i po chwili z wypalonej dziury wytrysn

ą

ł pióropusz 

zestalaj

ą

cego si

ę

 błyskawicznie powietrza. Pod stopami czułem drgni

ę

cia <j korpusu: w gł

ę

bi 

Obiektu zapadały gazoszczelne grodzie.^, To był jednak prymitywny statek. „Bumer" sko

ń

czył 

ci

ąć

, nim z wn

ę

trza uciekły Ostatki powietrza. Wypchni

ę

ty ci

ś

nieniem plaster poszycia wzleciał 

przed szyb

ą

 mego hełmu i poszybował w kosmos. Pochyliłem si

ę

 nad otworem. W 

ś

wietle 

reflektora ujrzałem spi

ę

te klamrami i przymocowane do 

ś

cian jakie

ś

 paki, nic ponadto. 

Słusznie zdecydowałem si

ę

 wyci

ąć

 otwór w cz

ęś

ci rufowej, gdzie na mój rozum winny by

ć

 

ładownie, wi

ę

c gwałtowna dekompresja nie mogła bezpo

ś

rednio zagrozi

ć

 

Ŝ

yciu załogi. 

Odesłałem „Burnera" do baga

Ŝ

nika „Starflasha", po czym wsun

ą

łem głow

ę

 i tułów w gł

ą

b otworu i 

wolno wpełzłem do 

ś

rodka. Wokół panowała ciemno

ść

. Reflektor wypłukiwał z niej kontury 

pomieszczenia niedu

Ŝ

ego i chyba rzadko odwiedzanego. Jedyne drzwi, wgniecione do wewn

ą

trz, 

zwisały pod k

ą

tem do podłogi, zahaczone zamkiem o nadwer

ęŜ

on

ą

 o

ś

cie

Ŝ

nic

ę

; gdy je 

potr

ą

ciłem, obsun

ę

ły si

ę

 bezszelestnie na posadzk

ę

, wzbijaj

ą

c chmur

ę

 kurzu. Za nimi był 

korytarz. Po jego przeciwnej stronie znajdowały si

ę

 równie

Ŝ

 komory magazynowe. Drzwi do nich, 

wyssane pró

Ŝ

ni

ą

, le

Ŝ

ały zwichrowane lub strzaskane. Pod podeszwami kruszyły si

ę

 odłamki 

plastyku pochodz

ą

ce z rozerwanych dekompresj

ą

 opraw o

ś

wietleniowych. Instalacja elektryczna, 

radiofoniczna i pomiarowo-kontrolna wylazła ze 

ś

cian i zwisała jak porwana serpentyna; po 

osprz

ę

cie pozostały jedynie dziury w boazeriach. Korytarz z obu stron za

ś

lepiały gazoszczelne 

grodzie. Byłem w wi

ę

zieniu, z którego mogłem si

ę

 wydosta

ć

, dopóki w poszyciu statku istniał 

wyci

ę

ty przez „Bumera" otwór. Lecz wkrótce kto

ś

 z załogi otwór ten zacementuje, a grodzi nie 

wolno mi forsowa

ć

, zreszt

ą

 nie miałem czym... Tkni

ę

ty przeczuciem wróciłem do „Starflasha" po 

miotacz plazmowy. Traumatem mo

Ŝ

na razi

ć

 skutecznie sił

ę

 

Ŝ

yw

ą

, ale nie — no có

Ŝ

, i to 

wypadało wzi

ąć

 pod uwag

ę

 — sprz

ę

t bojowy. Wcisn

ą

łem si

ę

 w k

ą

t, mi

ę

dzy paki, i zgasiłem 

reflektor. W zupełnej ciszy i ciemno

ś

ci zacz

ą

łem czeka

ć

. Z dołu, przez czarn

ą

 przer

ę

bel, 

spogl

ą

dały na mnie jasne i kłuj

ą

ce jak ostrza szpilek punkciki gwiazd... Załoga prawdopodobnie 

najpierw zasklepi otwór w płaszczu. Potem, kiedy zza podniesionych grodzi napłynie tutaj 
powietrze, zajmie si

ę

 napraw

ą

 poszycia wewn

ę

trznego i zrujnowanych wn

ę

trz... ...Zapasowych 

drzwi mogliby poszuka

ć

 na Ziemi... ...Wyl

ą

duj

ą

 przed magazynami wyposa

Ŝ

enia 

mieszkaniowego... 
...Z burty statku wyłania si

ę

 trap i zje

Ŝ

d

Ŝ

a po nim p

ę

katy wehikuł... 

...„Lutz — mówi komandor Milady — jeste

ś

my przygotowani na wszystko. Plany obronne s

ą

 

gotowe od pi

ę

tnastu lat"... 

... A tu z wehikułu wynurza si

ę

 monstrualny paj

ą

k. Snuje za sob

ą

 ni

ć

 i oplata ni

ą

 komandora 

Milady'ego i mnie, i magazyny. Ci z Admiralicji wrzeszcz

ą

... 

... Karvitsch podskakuje i krzyczy: „Dobrze wam tak, dobrze wam tak! Zyg-zyg-zyg!" Kl

ę

ka 

przed kobiet

ą

 w podkasanym kitlu... ...Paj

ę

cza ni

ć

 oplata nas bardziej... ...„Milady, co z pa

ń

skimi 

planami?!"... ...„Lutz!!"... 

background image

Spałem sto czterdzie

ś

ci minut. Zasn

ąć

 w takich okoliczno

ś

ciach! (Pó

ź

niej doktor Zend 

wytłumaczył mi, 

Ŝ

e w szczególnie trudnych warunkach psychofizycznych u człowieka mog

ą

 

wyst

ą

pi

ć

 objawy zwolnienia funkcji fizjologicznych ł

ą

cznie z okresow

ą

 utrat

ą

 przytomno

ś

ci). 

D

ź

wigaj

ą

c si

ę

 na nogi usłyszałem szmery swych porusze

ń

. A wi

ę

c w komorach nie było ju

Ŝ

 

pró

Ŝ

ni. Tak, nawet czuło si

ę

 ten delikatny opór powietrza. Spu

ś

ciłem wzrok i zapaliłem reflektor. 

Niedawny otwór wypełniała pancerna plomba. W 

ś

wietle reflektora zobaczyłem te

Ŝ

 inne łaty. 

Pokrywały cał

ą

 niemal posadzk

ę

 tego pomieszczenia i cz

ęś

ciowo korytarza. Ponownie 

przyjrzałem si

ę

 boazeriom. Dziury, które, jak zrazu s

ą

dziłem, powstały po zniszczonym 

dekompresj

ą

 instalacyjnym osprz

ę

cie, były wynikiem działania tych samych czynników, co 

zamieniły w rzeszoto posadzk

ę

. Statek przeszedł przez rój, i to przeszedł do

ść

 dawno, 

zwa

Ŝ

ywszy warstw

ę

 kurzu powlekaj

ą

cego roztrzaskane skrzydła drzwiowe, które — jak z tego 

wynikało — nie ja zniszczyłem. Załoga ograniczyła si

ę

 do załatania pancerza, nie dbaj

ą

c o 

usuni

ę

cie szkód wewn

ę

trznych. I to było niezwykłe. Tusz

ą

c, 

Ŝ

e i tym razem nikt tu nie zajrzy, 

wyszedłem na korytarz. W tej ciszy kroki rozbrzmiewały jak uderzenia młota, cho

ć

 ci

ąŜ

enie nie 

przekraczało tutaj 0,8 grawitacji ziemskiej i starałem si

ę

 st

ą

pa

ć

 mi

ę

kko. Za gazoszczeln

ą

 

o

ś

cie

Ŝ

nic

ą

 uniesionej grodzi trafiłem na drzwi. Zwolniłem rygiel i ostro

Ŝ

nie je pchn

ą

łem. Przez 

szpar

ę

 wdarło si

ę

 

ś

wiatło i słaby hałas. Na tym odcinku korytarz był tak

Ŝ

e pusty, ale nie 

opuszczony. W

ś

lizn

ą

łem si

ę

 tam. Stan

ą

łem przed pierwszym z długiego szeregu wej

ść

. W 

odrzwia, na wysoko

ś

ci mych oczu, wtopiona była tabliczka. Wygrawerowane na niej łaci

ń

skie 

litery układały si

ę

 w napis: 

Zamra

Ŝ

alnia — F. 

Przeczytałem go kilkakrotnie. 
Bezwiednie wyci

ą

gn

ą

łem r

ę

k

ę

 i wtedy drzwi samoczynnie si

ę

 

otworzyły. Fotokomórka albo sensor. Za tymi drzwiami 
znajdowały si

ę

 drugie — ocieplane, zamkni

ę

te na 

magnetyczny zatrzask. Nacisn

ą

łem je ramieniem. W 

ś

rodku 

zabłysło 

ś

wiatło. Przed sob

ą

 miałem wypełniaj

ą

cy cał

ą

 

zamra

Ŝ

alni

ę

 stela

Ŝ

, oszroniony, d

ź

wigaj

ą

cy przezroczyste skrzynie. Nie potrzebowałem si

ę

 do 

nich zbli

Ŝ

a

ć

: st

ą

d widziałem, 

Ŝ

e spoczywały w nich istoty; istoty, które naprawd

ę

 i najsłuszniej 

mo

Ŝ

na nazwa

ć

 lud

ź

mi. To byli ludzie. Martwi. 

Wycofałem si

ę

 ze zdławionym gardłem. Min

ą

łem zamra

Ŝ

alni

ę

 E, D, C, B i A. Za nimi, we wn

ę

ce, 

zobaczyłem kr

ę

te schodki prowadz

ą

ce na górne pokłady i odnog

ę

 ł

ą

cz

ą

c

ą

 równoległe korytarze. 

Poszedłem prosto, konsekwentnie zmierzaj

ą

c w stron

ę

 dziobu. Gazoszczelne 

ś

luzy dzieliły ten 

najni

Ŝ

szy pokład na odcinki długo

ś

ci kolejowego wagonu. Zatrzymałem si

ę

 w trzecim licz

ą

c od 

komór magazynowych. Tu mie

ś

ciły si

ę

, je

ś

li wierzy

ć

 napisom na tabliczkach, kabiny osobowe. 

Do dzisiaj nie wiem, czy tamte drzwi otworzyły si

ę

 same, czy te

Ŝ

 ja je otworzyłem. Ujrzałem 

wpatrzonego we mnie Obcego, który zdawał si

ę

 wiedzie

ć

Ŝ

e nadchodz

ę

, i od dawna czeka

ć

, a

Ŝ

 

przest

ą

pi

ę

 próg. Stał przede mn

ą

 nagi, na rozkraczonych, paj

ę

czastych nogach. Za nim 

spacerował drugi Obcy. Poruszał si

ę

 jak mechanizm: po ka

Ŝ

dym kroku zamierał na ułamek 

sekundy. Ten przede mn

ą

 wydał z siebie ostrzegawczy skrzekot i tamten zwrócił si

ę

 ku mnie. To 

była samica. Stali

ś

my naprzeciw siebie milcz

ą

cy i nieruchomi. Patrzyłem tak, 

Ŝ

eby widzie

ć

 ich 

oboje; 
widziałem równie

Ŝ

 skł

ę

bione bety na kojach, wytart

ą

 wykładzin

ę

 podłogow

ą

, poplamione 

ś

ciany i 

brudne drzwiczki szaf. Słyszałem 

ś

wiszcz

ą

ce oddechy Obcych i to dalekie człapanie. Cholernie 

Ŝ

ałuj

ę

, Milady, 

Ŝ

e nie zapoznałem si

ę

 z aneksem „o wariantach porozumienia" do pa

ń

skiego z 

pewno

ś

ci

ą

 rzetelnie opracowanego dossier Akcji „Przybysz". 

Człapanie było coraz bli

Ŝ

sze. Odsun

ą

łem si

ę

 od drzwi, przytuliłem plecy do boazerii i zacisn

ą

łem 

palce na kolbie traumatu. Na progu zatrzymał si

ę

 robot. Nie mogłem si

ę

 myli

ć

: identycznego 

ogl

ą

dałem u komandora. Milady trzyma tego gruchota dla zabawy; jego robot tkwi na korytarzu, 

wita i 

Ŝ

egna go

ś

ci, i pełni funkcje od

ź

wiernego oraz szatniarza. Liczy sobie ponad sto 

pi

ęć

dziesi

ą

t lat, podobno brał udział w jednej z pierwszych mi

ę

dzygwiezdnych wypraw, po czym 

został mu na piersi emblemat opatrzony nazw

ą

 statku: Deltus. Ten w drzwiach te

Ŝ

 nosił taki 

emblemat, z t

ą

 ró

Ŝ

nic

ą

Ŝ

e wytłoczone w nim litery tworzyły nazw

ę

Audax. 
Samiec, nie otwieraj

ą

c ust, zaskrzekotał przeci

ą

gle. 

W cz

ęś

ci czołowej robota zapłon

ę

ła kontrolka. To była 

background image

kontrolka wewn

ę

trznego toru. Robot wi

ę

c drog

ą

 radiow

ą

 z kim

ś

 si

ę

 porozumiewał, a o ile znam 

si

ę

 na zasadach organizacji ł

ą

czno

ś

ci, tym torem mógł si

ę

 porozumiewa

ć

 wył

ą

cznie z innym 

robotem lub centralnym komputerem statku. Obcy nadal stali nieporuszeni, robot zagradzał mi 
drog

ę

 do wyj

ś

cia. Było cicho, tylko gdzie

ś

 w gł

ę

bi rozległ si

ę

 szybki t

ę

tent. Kto

ś

 biegł, ci

ęŜ

ko, 

jakby d

ź

wigał zbroj

ę

. Wetkn

ą

łem traumat za biodrowy pas i powoli zdj

ą

łem z ramienia miotacz. 

Oparłem kolb

ę

 o biodro, lew

ą

 dłoni

ą

 uj

ą

łem r

ę

koje

ść

, praw

ą

 poło

Ŝ

yłem na spu

ś

cie. Wiesz co, 

Karvitsch, wypchaj si

ę

 ty z tym swoim szeroko rozumianym humanitaryzmem. Wymierzyłem luf

ę

 

ś

wiatło drzwi. T

ę

tent dobiegał ju

Ŝ

 zza 

ś

ciany. Robot odst

ą

pił od wej

ś

cia i w tej

Ŝ

e chwili do 

kabiny wpadł automat bojowy. Zapomniałem o robocie i tych stoj

ą

cych opodal stworach, które 

mogły mnie przecie

Ŝ

 zaatakowa

ć

; widziałem jedynie błyszcz

ą

cy profil automatu i jego ruch, kiedy 

omiataj

ą

c spojrzeniem kabin

ę

 okr

ę

cał si

ę

 wokół swej osi, z ka

Ŝ

d

ą

 setn

ą

 sekundy bli

Ŝ

szy zaj

ę

cia 

w stosunku do mnie pozycji frontalnej. Wykonał cz

ęść

 ruchu potrzebnego, by-zwróci

ć

 si

ę

 do mnie 

frontem, gdy w jego pancerzu rozwarła si

ę

 szczelina, w której zal

ś

nił wylot lasera. Wtedy 

nacisn

ą

łem spust. Nie, wtedy postanowiłem nacisn

ąć

 spust. Impulsy nerwami cybiofikowanymi 

rozchodz

ą

 si

ę

 pr

ę

dzej ni

Ŝ

 nerwami somatycznymi, mimo to od wydania przez mózg dyspozycji 

do jej realizacji upłyn

ę

ło około siedemdziesi

ę

ciu pi

ę

ciu tysi

ą

cznych sekundy. Przez ten czas 

automat zdołał obróci

ć

 si

ę

 o dalsze 40 stopni i otworzy

ć

 ogie

ń

. Promie

ń

 lasera, zmierzaj

ą

c ku 

ś

rodkowi mej klatki piersiowej, j

ą

ł ci

ąć

 moje rami

ę

 w tym samym momencie, w którym 

uruchomiłem spust miotacza. Tam gdzie stał automat i robot, zaja

ś

niała jaskrawa łuna. Ogie

ń

 

smagn

ą

ł nagie ciała Obcych, podmuch cisn

ą

ł ich na br

ą

zowiej

ą

c

ą

 od 

Ŝ

aru po

ś

ciel. Znikn

ę

ły oba 

androidy, znikn

ę

ło skrzydło drzwi i fragment 

ś

ciany. Kabin

ę

 wypełniły smoliste kł

ę

by dymu. 

Komórki cybiofikowane s

ą

 równie wra

Ŝ

liwe na ból, co komórki somatyczne, ale ja nie czułem 

bólu, nie czułem go nawet potem, kiedy schylaj

ą

c si

ę

 po upuszczony miotacz, ujrzałem le

Ŝą

c

ą

 u 

mych stóp r

ę

k

ę

, któr

ą

 automat zd

ąŜ

ył mi odstrzeli

ć

. Pu

ś

ciłem si

ę

 p

ę

dem przez korytarz. „Chcesz 

si

ę

 przekona

ć

, czy twój znajomy nie jest aby cybem? Napomknij mu, 

Ŝ

e do pobliskiego 

magazynu dostarczono wła

ś

nie nowe dyferencjały. Je

ś

li nie przypomni sobie nagle, 

Ŝ

e za 

kwadrans ma pilne spotkanie, mo

Ŝ

esz by

ć

 o niego spokojny." 

Zaczynał mi dr

ę

twie

ć

 bark. W biegu nało

Ŝ

yłem na kikut ramienia łat

ę

 kompensacyjn

ą

. Przed 

uchylonymi drzwiami do pogr

ąŜ

onych w ciemno

ś

ci komór magazynowych zapaliłem reflektor. 

Ś

lizgaj

ą

c si

ę

 po okruchach plastyku dotarłem do mojej komory. Wycelowałem miotacz w 

posadzk

ę

. W o

ś

lepiaj

ą

cym rozbłysku otwarła si

ę

 pode mn

ą

 czarna, gwia

ź

dzista otchła

ń

. Po 

ś

wiec

ą

cych wi

ś

niowo brzegach wyrwy przemkn

ę

ły z suchym trzaskiem iskry strzelaj

ą

ce z 

rozerwanej instalacji; z przewodów buchn

ę

ły białosine obłoki. P

ę

d powietrza pchn

ą

ł mnie ku 

czelu

ś

ci, za mn

ą

 załomotały spadaj

ą

ce grodzie. Wypu

ś

ciłem miotacz i uczepiłem si

ę

 mi

ę

kkiej 

jeszcze ko

ń

cówki rury, co prostuj

ą

c pod wpływem udaru termicznego jakie

ś

 swoje wygi

ę

cie, 

wysun

ę

ła si

ę

 spod wewn

ę

trznego poszycia i sterczała w wypalonym otworze. Podci

ą

gn

ą

łem 

kolana i trafiłem stopami na płaszcz statku. Podeszwy solidnie przywarły do pancerza. Pu

ś

ciłem 

koniec rury i wyprostowałem grzbiet. Do głowy napływała mi krew, a uci

ę

te rami

ę

 szarpał 

pulsuj

ą

cy ból. Z dziury w pancerzu wychyn

ą

ł mój miotacz i poszybował w kosmos. Spojrzałem w 

kierunku „Starfiasha". Jego panoramiczny iluminator błyszczał w sło

ń

cu jak lustro. Krok po kroku, 

w zupełnej ciszy, pokonałem dziel

ą

c

ą

 mnie od niego przestrze

ń

. Z wysiłkiem wczołgałem si

ę

 do 

kabiny. W

ą

tpi

ę

, wy „naprawd

ę

 ludzcy ludzie", czy ktokolwiek z was, maj

ą

c tylko jedn

ą

 r

ę

k

ę

potrafiłby poradzi

ć

 sobie z ujemn

ą

 grawitacj

ą

. Szczerze mówi

ą

c, nie wiem; jak udało si

ę

 to mnie. 

Spocz

ą

łem w swojskich obj

ę

ciach fotela. Przewentylowałem kabin

ę

 i zdj

ą

łem pró

Ŝ

niowy hełm. 

Poczułem na głowie ucisk elektrod kasku. Zapłon! Grawitacja zanikła. 
— Jestem ranny — oznajmiłem gło

ś

no. 

— Przejmujemy sterowanie — odparł przez radio tubalny głos Milady'ego. 

Vn. ODKRYCIE PRAWDY 

Le

Ŝ

ałem w ciszy (ziemskiej ciszy — ta cisza nie ma nic wspólnego z cisz

ą

 kosmosu) i w bieli. 

Prosto z Emit- 
—Second konwert

ą

 sanitarn

ą

 przetransportowano mnie tu, do kliniki w Decksance. bo tu był 

doktor Zend, jeden z najlepszych współczesnych implantatologów. Wdychałem szpitalny zapach i 

ć

wiczyłem sw

ą

 now

ą

, odzyskan

ą

 r

ę

k

ę

, która dłu

Ŝ

ej nie u

Ŝ

ywana, lubiła cierpn

ąć

background image

Zend zapewnił mnie, 

Ŝ

e cierpni

ę

cie ust

ą

pi, kiedy zregeneruj

ą

 si

ę

 poł

ą

czenia. Przebywałem tu od 

tygodnia i w tym czasie Wy

Ŝ

 z południa rozgonił chmury. Niebo było pogodne, Milady — 

przeciwnie: na skraju kozetki przycupn

ą

ł zachmurzony i pos

ę

pny. Odło

Ŝ

yłem ci

ąŜ

ki i spu

ś

ciłem 

nogi na podłog

ę

— Analizowali

ś

cie seans? — zapytałem. 

Milady pokazał mi sw

ą

 bezradn

ą

 min

ę

. Jego szeroka, 

ogorzała twarz wyra

Ŝ

ała wi

ę

cej ani

Ŝ

eli słowa. 

— Gdybym powiedział wam to sam, bez tego hipnotycznego seansu — dodałem — chyba by

ś

cie 

mi nie uwierzyli. 
— Szkopuł w tym, 

Ŝ

e my i tak nie bardzo w to wszystko wierzymy. Pod

ś

wiadomo

ść

 nie kłamie, 

lecz pochodz

ą

ce od niej informacje mog

ą

 by

ć

 fałszywe. 

— Pan mnie intryguje. 
— Dzieje si

ę

 tak wtedy, gdy produkty zbyt bujnej wyobra

ź

ni hipnotyzowanego oddziaływaj

ą

 na 

pod

ś

wiadomo

ść

 albo gdy do pod

ś

wiadomo

ś

ci zostaj

ą

 wyparte tre

ś

ci zdarze

ń

 wprawdzie 

autentycznych, ale zinterpretowanych bł

ę

dnie. 

— Przypu

ść

my, 

Ŝ

e jestem znowu na tamtym statku. Czuj

ę

Ŝ

e zagra

Ŝ

a mi niebezpiecze

ń

stwo. Do 

kabiny wpada automat z laserem gotowym do pracy. Jestem przekonany, 

Ŝ

e zaraz wymierzy go 

we mnie, wi

ę

c strzelam. W rzeczywisto

ś

ci jednak automat ten. znaj

ą

c lepiej ni

Ŝ

 ja sytuacj

ę

 na 

statku i wiedz

ą

c, jaki jest stosunek Obcych do ludzi, zapłon

ą

wszy raptem małpi

ą

 miło

ś

ci

ą

 do 

mnie, przybył mi z odsiecz

ą

. Niestety, to, co było ratunkiem, wzi

ą

łem za napa

ść

 i nawet moja 

pod

ś

wiadomo

ść

 b

ę

dzie si

ę

 upiera

ć

 przy napa

ś

ci. Czy o to panu idzie? 

— Poniek

ą

d. Chocia

Ŝ

 akurat w tym przypadku wspomniany automat miał wobec ciebie zamiary 

wrogie, o czym najdobitniej 

ś

wiadczy twoja r

ę

ka. 

— Dlaczego wi

ę

c nie wierzycie w pozostałe fakty? Milady sapn

ą

ł. Oparł dłonie o uda i wstał z 

kozetki, oci

ęŜ

ale, jak wyła

Ŝą

cy z błotnej k

ą

pieli hipopotam. Wyprostował ko

ś

ci, po czym usiadł z 

powrotem na tym samym miejscu. 
— Powiem ci, co my

ś

my widzieli — o

ś

wiadczył. Od pocz

ą

tku jego wizyty czekałem na te słowa. 

Komandor za

ś

 zrazu z nowinami zwlekał, jak gdyby w duchu rozwa

Ŝ

ał, czy nie s

ą

 one obj

ę

te 

tajemnic

ą

— Mieli

ś

my z cyborgiem nieprzerwany kontakt — powiedział teraz. — Zgodnie z naszymi 

przewidywaniami rakietka, po oderwaniu si

ę

 od twego „Starflasha", została wessana przez 

ś

luz

ę

Ś

wiatła było tam sk

ą

po, ale kiedy po usuni

ę

ciu dekompresji do 

ś

luzy weszli Obcy, bez trudu 

mogli

ś

my rozró

Ŝ

ni

ć

 poszczególne sylwetki. Te stwory poruszały si

ę

 jak... Wiesz, co mi to 

przypominało? Pokaz musztry na zwolnionym filmie. 
— Albo jakby na

ś

ladowały ruchy prymitywnych robotów, prawda ? — podsun

ą

łem, uderzony 

nagle tym podobie

ń

stwem. Milady przytakn

ą

ł i bez zastanowienia kontynuował: 

— Lewa noga do przodu, a prawa r

ę

ka do tyłu i przerwa; 

potem na odwyrtk

ę

 i znów przerwa. Ka

Ŝ

dy zwrot ciała zaakcentowany przerw

ą

. Słyszeli

ś

my 

tak

Ŝ

e głosy tych istot. Chyba wymieniały mi

ę

dzy sob

ą

 jakie

ś

 uwagi. 

— Z tego, co pan mówi, wnosz

ę

Ŝ

e odst

ą

pił pan od swej teorii kosmicznego tropizmu? 

— Ach — Milady 

Ŝ

achn

ą

ł si

ę

. — Wtedy chciałem ci

ę

 sprowokowa

ć

. To jasne, 

Ŝ

e mamy do 

czynienia z istotami rozumnymi; nie umiemy tylko okre

ś

li

ć

 ich mentalno

ś

ci. Przyzna

ć

 jednak 

nale

Ŝ

y, 

Ŝ

e do naszego cyborga wzi

ę

li si

ę

 w taki sposób, w jaki my by

ś

my si

ę

 wzi

ę

li do cyborga 

cudzego. Kiedy zawiodły ich próby porozumienia si

ę

 ze spec-cybem, nabrali podejrze

ń

 i zawlekli 

go do laboratorium. Tam podł

ą

czyli go do jakiej

ś

 cudacznej aparatury, chyba diagnostycznej, a 

ź

niej, po godzinnym skrzekotaniu, potraktowali go lancetem. No i podst

ę

p wykryli. Wiwisekcji 

dokonały ich roboty; sprawnie, jakby były do tego specjalnie przyuczone. — Milady klepn

ą

ł si

ę

 po 

udzie. — Na podłodze! Stół operacyjny był za mały... — zamilkł. Podj

ą

ł ze wzburzeniem: — Tam 

wszystko jest za małe! Ich przeci

ę

tna wzrostu to dwa metry pi

ę

tna

ś

cie, a koje, które widziałe

ś

stół operacyjny, sprz

ę

ty, pomieszczenia Obiektu — wszystko to rozmiarami pasuje raczej do ich 

robotów. We

ź

my cho

ć

by t

ę

 rakietk

ę

Ŝ

eby zmie

ś

ci

ć

 si

ę

 w jej kabinie, spec-cyborg musiał si

ę

 

skr

ę

ci

ć

 jak joga. Nie s

ą

dz

ę

, aby to była ich ulubiona pozycja, zwłaszcza 

Ŝ

e prawie uniemo

Ŝ

liwia 

sterowanie. 
— Przyjrzeli

ś

cie si

ę

 tym robotom? — wtr

ą

ciłem. 

Milady, któremu moje pytanie zm

ą

ciło tok wywodu, zastygł 

z otwartymi ustami. 

background image

— Ja si

ę

 przyjrzałem im dobrze. Stałem z nimi oko w oko. Kształtem do złudzenia przypominaj

ą

 

nas. Jakby ich budowniczowie zapatrzyli si

ę

 w ludzi. 

— Obserwowali

ś

my pewnego osobnika, jak si

ę

 posilał — powiedział komandor zaprz

ą

tni

ę

ty 

własnymi my

ś

lami. —^ Kiedy naszego cyborga wprowadzono do tego laboratorium, był tam 

golas, który wy

Ŝ

erał co

ś

 z miski. Jedzenie brał w gar

ś

cie i wtykał do g

ę

by, jak moja wnuczka, gdy 

si

ę

 dorwie do puszki z „Ambrozj

ą

"... 

— Zaraz, wi

ę

c co si

ę

 wam wła

ś

ciwie nie zgadza?      ',' Milady westchn

ą

ł. Z zakłopotaniem potarł 

sw

ą

 kwadratow

ą

 szcz

ę

k

ę

. Wreszcie si

ę

 zdecydował. 

— Dwie sprawy nas dr

ę

cz

ą

, Lutz. Sprawa pierwsza, to te tabliczki z łaci

ń

skimi napisami: 

„zamra

Ŝ

alnia", „komory magazynowe", „kabiny załogi" i tak dalej. Sprawa druga, to ci zamro

Ŝ

eni 

ludzie. Ludzie... 
— Ale

Ŝ

 ja... 

— W porz

ą

dku, Lutz. Przy

ś

lemy ci tutaj psychoanalityka. Podczas hipnotycznego snu 

utrzymywałe

ś

Ŝ

e korytarz, którym szedłe

ś

, był podobny do korytarza w wagonie kolejowym, a 

drzwi do kolejnych pomieszcze

ń

 były rozmieszczone jak drzwi do przedziałów. 

— Owszem, ale... 
— Otó

Ŝ

 faceci z Admiralicji przypuszczaj

ą

Ŝ

e w dzieci

ń

stwie byłe

ś

 

ś

wiadkiem albo i uległe

ś

 

wypadkowi. Jechałe

ś

 poci

ą

giem, gdy wydarzyło si

ę

 co

ś

 strasznego: nagłe hamowanie, p

ę

kni

ę

cie 

toru... Zderzenie raczej nie, bo przy dwustu plus drugie dwie

ś

cie z przeciwka wyzwoliłoby si

ę

 tyle 

energii, 

Ŝ

e... No wi

ę

c jechałe

ś

 poci

ą

giem. Pasa

Ŝ

erowie jak to pasa

Ŝ

erowie zlekcewa

Ŝ

yli przepisy 

i nie zapi

ę

li pasów; ty jeden w przedziale miałe

ś

 je zapi

ę

te. Kiedy si

ę

 to stało, wybiegłe

ś

 na 

korytarz, krzyczałe

ś

, przera

Ŝ

ony zagl

ą

dałe

ś

 do przedziałów, gdzie le

Ŝ

ały skotłowane ciała... 

— Do licha, to bym pami

ę

tał! 

— Niekoniecznie. Pami

ęć

 tamtego wypadku szok mógł wyprze

ć

 do pod

ś

wiadomo

ś

ci. Dopiero 

gdy znalazłe

ś

 si

ę

 w równie stresogennej sytuacji, powróciły rzekomo zapomniane obrazy. 

Uzupełniła je troch

ę

 wyobra

ź

nia... Do pokoju wkroczył doktor Zend. U

ś

miechni

ę

ty i radosny. 

— Przepraszam — powiedział. — Nie zamierzałem panom przeszkadza

ć

— I nie przeszkodził pan — odparł Milady zeskakuj

ą

c z kozetki. U

ś

cisn

ą

ł mi rami

ę

. — Do 

zobaczenia, Lutz. Do widzenia panu, doktorze. Zend odprowadził go wzrokiem. 
— Jak r

ę

ka, samopoczucie? — zagadn

ą

ł mnie, gdy drzwi za Miladym si

ę

 zamkn

ę

ły. Uniosłem 

ci

ąŜ

ki ponad głow

ę

— R

ę

ka sprawuje si

ę

 znakomicie, z samopoczuciem jest gorzej — odparłem. — Nie tylko jestem 

cybem, ale do tego cierpi

ą

cym na zaburzenia umysłowe. Doktor Zend pozostał promienny, lecz 

patrzył na mnie 
badawczo —jak wtedy w holu, przed pokoikiem Alberta. Wyj

ą

ł mi z dłoni ci

ąŜ

ki. Jego kitel 

roztaczał znajom

ą

 wo

ń

 septofobu. 

— Chyba nadszedł czas, 

Ŝ

eby

ś

my ze sob

ą

 szczerze pogadali — o

ś

wiadczył. 

— Co

ś

 z Albertem? — zaniepokoiłem si

ę

— Ach nie, sk

ą

d

Ŝ

e! Albert czuje si

ę

 wybornie. Wczoraj telefonowała z Maceio pa

ń

ska mał

Ŝ

onka. 

Albert jest bardzo 

Ŝ

ywy i pani Elie pytała, czy nadmiar ruchu mu nie zaszkodzi. 

— A jak si

ę

 czuje 

Ŝ

ona? 

— Przypuszczam, 

Ŝ

e dobrze. — Zend usiadł tam, gdzie siedział Milady. Jego stopy nie dotykały 

podłogi. Elie, gdyby tu usiadła, te

Ŝ

 by mogła swobodnie majta

ć

 nogami. Elie i Zend wygl

ą

daj

ą

 

niczym rodze

ń

stwo. 

— Czy chce pan ze mn

ą

 rozmawia

ć

 o Elie? Doktor Zend zamrugał powiekami. U

ś

miechał si

ę

 

dobrotliwie. 
— Nie mam nic przeciwko temu tematowi, wszelako wolałbym porozmawia

ć

 o panu. A raczej o 

nas... O nas wszystkich. — Odwrócił głow

ę

. Równie

Ŝ

 z profilu przypominał mi Elie. — To 

delikatna materia i trudno o niej mówi

ć

, tym bardziej 

Ŝ

e poruszaj

ą

c j

ą

, post

ę

puj

ę

 niezgodnie z 

przepisami. Niemniej ufam, 

Ŝ

e zostanie mi to darowane, bo przecie

Ŝ

 na pełny sukces 

terapeutyczny mog

ę

 liczy

ć

 tylko wówczas, gdy wprowadz

ę

 pana w te zagadnienia. 

— Zamierza pan podda

ć

 mnie dalszej kuracji? 

— Zamierzam panu pomóc. 
— No, o ile... 
Zend chwycił mnie za nadgarstek. Gestykulacj

ą

, bo zabrakło mi konceptu, starałem si

ę

 

przedstawi

ć

 mu swój punkt widzenia i wtedy przytrzymał moj

ą

 dło

ń

background image

— Co pan wie o cybiofikacji? — zagadn

ą

ł łagodnie. 

— Pytanie! 
— Tak s

ą

dziłem: ocenia pan j

ą

 subiektywnie. Ale ja my

ś

l

ę

 o cybiofikacji w ogóle — doktor nie 

puszczał mojej dłoni. Zni

Ŝ

ył głos: — Seymour, czy pan wie... czy wiesz, 

Ŝ

e nasi przodkowie kładli 

si

ę

 do grobu z własnym uz

ę

bieniem? Czy wiesz, 

Ŝ

e dopiero od stu lat ludzie u

Ŝ

ywaj

ą

 

ś

rodków na 

porost włosów i 

Ŝ

e ongi

ś

 włosy im rosły same? A czy wiesz, 

Ŝ

e powonienie naszych przodków 

było dziesi

ę

ciokrotnie czulsze od naszego i 

Ŝ

e ich paznokcie z łatwo

ś

ci

ą

 rozdrapywały skór

ę

? To 

jest ewolucja i w 

Ŝ

adnym wypadku nie ma dla nas powrotu. Zawsze do przodu, Seymour. By

ć

 

mo

Ŝ

e stracimy w

ę

ch całkowicie, 

by

ć

 mo

Ŝ

e znikn

ą

 nam paznokcie i st

ę

pieje słuch, ale niewykluczone, 

Ŝ

e w zamian rozwin

ą

 si

ę

 w 

nas inne zdolno

ś

ci: 

telepatyczne, telekinetyczne i teleplastyczne. Póki co jednak musimy ratowa

ć

 si

ę

 protezami. 

Dawniej ochron

ą

 przed zimnem była sier

ść

, która okrywała człowieka od pi

ę

t po czubek czaszki, 

ź

niej człowiek przyodziewał si

ę

 w futra, wprzód w naturalne, nast

ę

pnie w sztuczne, ciało 

dzisiejszego cyborga jest odporne i mało wra

Ŝ

liwe na temperatur

ę

 i w zasadzie mo

Ŝ

e on 

paradowa

ć

 nago zarówno w strefie tropikalnej, jak i podbiegunowej. Dawniej człowiek miał 

pazury i kły. pó

ź

niej łamliwe paznokcie i ko

ś

lawe. próchniej

ą

ce pie

ń

ki, dzisiaj ma na ko

ń

cach 

palców słab

ą

 rybi

ą

 łusk

ę

 i w wieku szesnastu-siedemnastu lat gołe dzi

ą

sła Przez wieki człowiek 

zmieniał warunki swego 

ś

rodowiska i wraz z nim zmieniał si

ę

 sam. Przyroda jest idealnym 

przykładem stanu równowagi chwiejnej; usuni

ę

cie czy wprowadzenie bodaj jednego czynnika 

ekologicznego nieuchronnie wywołuje lawin

ę

 skutków trwaj

ą

c

ą

 do momentu, w którym nie 

zostanie na nowo osi

ą

gni

ę

ty stan równowagi. Człowiek zakłócał t

ę

 równowag

ę

, odk

ą

d zdobył 

narz

ę

dzia, a narz

ę

dziami posługiwał si

ę

 po to, 

Ŝ

eby warunki 

Ŝ

ycia uczyni

ć

 zno

ś

niejszymi. 

Polepszaj

ą

c swój byt, truł powietrze, ziemi

ę

 i wod

ę

, nitrował si

ę

 chemikaliami, a

Ŝ

 narobił takiego 

bałaganu w swoich genach, 

Ŝ

e trzeba mu było pomy

ś

le

ć

 nie tylko o dalszym przekształceniu 

otoczenia, lecz tak

Ŝ

e własnego ustroju. I musiał my

ś

le

ć

 szybko, poniewa

Ŝ

 ta metamorfoza 

genetyczna stała si

ę

 najbardziej bezlitosnym czynnikiem selekcyjnym. 

Ś

mier

ć

 zebrała wtedy 

obfite 

Ŝ

niwo, pojawili si

ę

 mutanci, i gdyby nie zdobycze nauki, mieliby

ś

my dzi

ś

 tak

ą

 dyferencjacj

ę

 

w ludzkich genotypach, 

Ŝ

e człowiek od człowieka byłby si

ę

 ró

Ŝ

nił jak szympans od diugonia. 

Szcz

ęś

ciem zmiany w chromosomach przebiegały wolno i łagodnie, a kontrolowany i racjonalny 

dobór i rozmaite ogólnospołeczne zabiegi medyczne zapobiegły ró

Ŝ

nicowaniu si

ę

 naszego 

gatunku. Całym 

ś

wiatem rz

ą

dzi mi

ę

dzy innymi prawidło: ..Co

ś

 za co

ś

". Za przekształcenie 

ś

rodowiska człowiek zaphicif stosunkowo nisk

ą

 cen

ę

. je

ś

li za

ś

 zbada

ć

 spraw

ę

 dogł

ę

bniej, nie 

zapłacił nic; przeciwnie - zyskał. Bo twoje ciało, Seymour, jest teraz o niebo doskonalsze, ani

Ŝ

eli 

było przed cybiofikacj

ą

. I to powiniene

ś

 sobie wreszcie u

ś

wiadomi

ć

. Zreszt

ą

 nie tylko ty. to 

powinni sobie u

ś

wiadomi

ć

 wszyscy ludzie, gdy

Ŝ

 ich wszystkich to dotyczy. Tak, nie przesłyszałe

ś

 

si

ę

. wszystkich albo przynajmniej przytłaczaj

ą

c

ą

 wi

ę

kszo

ść

. Ludzie nie zagl

ą

daj

ą

 do statystyk. 

ich lektur

ą

 s

ą

 głównie programy telewizyjne i 

Ŝ

urnale. ale 

gdyby do nich zajrzeli, przekonaliby si

ę

Ŝ

e sze

ść

dziesi

ą

t kilka procent obywateli naszego kraju to 

cyby! Pozostałych, t

ę

 najmłodsz

ą

 cz

ęść

 społecze

ń

stwa, tych twoich kadetów i tych jeszcze 

młodszych, pr

ę

dzej czy pó

ź

niej równie

Ŝ

 czeka cybiofikacj

ą

. Wstydzimy si

ę

 przed bli

ź

nimi swych 

implantatów, tak jak nasi przodkowie wstydzili si

ę

 swych chorób; demonstracyjnie szydzimy z 

cybów. dr

Ŝą

c jednocze

ś

nie, aby kto

ś

 nie dowiedział si

ę

 o nas prawdy. Udajemy, 

Ŝ

e szpitale takie 

jak ten to wyj

ą

tki, a w pozostałych leczy si

ę

 normalne przezi

ę

bienia lub zaburzenia w konkokcji, 

gdy tymczasem z podziemnych, automatycznych, obsługiwanych przez dyskretne roboty ta

ś

produkcyjnych schodz

ą

 dziennie tysi

ą

ce sztucznych nerek, 

Ŝ

ą

dków, płuc i serc. Wierz mi, dzi

ś

 

bym nie zliczył operacji, które przeprowadziłem, ale w całej mojej praktyce nie było pacjenta, 
który by nie zapytał, czy obowi

ą

zuje mnie tajemnica zawodowa. Ty wyjawiłe

ś

 Elie, kim jeste

ś

Elie powiedziała ci o sobie, ale 

Ŝ

adne z was nie odwa

Ŝ

yłoby si

ę

 wyzna

ć

 tego w gronie 

znajomych, cho

ć

 sze

ś

cioro z ka

Ŝ

dej dziesi

ą

tki osób mo

Ŝ

e wam poda

ć

 r

ę

k

ę

. Tak

ą

 jak ta! Doktor 

Zend pu

ś

cił mój nadgarstek i podsun

ą

ł mi pod nos sw

ą

 delikatn

ą

 dło

ń

— Tak, Seymour, jestem cybem, jestem wi

ę

kszym cybem ni

Ŝ

 

ty. Mam nawet cybiofikowan

ą

 g

ę

b

ę

Popatrzyłem mu w twarz. Była łagodna i promienna. 
— To nie efekt plastyczny, Seymour. Ja taki naprawd

ę

 jestem. 

background image

— Wiem o tym, stary. 

Vm. TEORIA EWOLUCJI 

Mimo protestów Zenda, mimo jego gró

ź

b, 

Ŝ

e zerwie ze mn

ą

 stosunki towarzyskie i nawet je

ś

li 

b

ę

d

ę

 w przyszło

ś

ci potrzebował pomocy („

Ŝ

ycz

ę

 ci, 

Ŝ

eby ten twój »Starflash« po starcie zgubił 

silnik"), ryzykuj

ą

c sw

ą

 karier

ą

, nie udzieli mi jej — mimo wszelkich tych prób sympatycznego 

szanta

Ŝ

u, nazajutrz rankiem zamieniłem szpitaln

ą

 pi

Ŝ

am

ę

 na granatowo-oliwkowy ubiór 

kompensacyjny, w którym przywiozła mnie tutaj konwerta sanitarna. Moje cywilne ciuchy zostały 
w kwaterze numer dziewi

ęć

 budynku „A" O

ś

rodka Szkoleniowego RCF. Aby je odzyska

ć

telefonicznie skomunikowałem si

ę

 z Miladym i spytałem go, czy nie mógłby mi załatwi

ć

 wst

ę

pu 

na teren O

ś

rodka. Milady odparł, 

Ŝ

e dopóki nosz

ę

 mundur, ,,nawet taki, co ma jeden r

ę

kaw 

krótszy", O

ś

rodek jest do mojej dyspozycji 

o ka

Ŝ

dej porze dnia i nocy, ponadto wyraził zadowolenie 

z faktu, 

Ŝ

e tak rychło przyszedłem do siebie. 

O psychoanalityku, który miał ze mnie zrobi

ć

 ofiar

ę

 

katastrofy kolejowej, ani nie wspomniał. Był „piekielnie 
zaj

ę

ty", a przy tym poirytowany. 

Ze szpitala wymkn

ą

łem si

ę

 bocznym wyj

ś

ciem, aby czasem 

nie wpa

ść

 na Zenda. Doktorze, kiedy tylko ureguluj

ę

 swoje 

sprawy, niezawodnie ci

ę

 odwiedz

ę

, co wi

ę

cej — b

ę

d

ę

 ci

ę

 

adorował. Przedtem jednak rad bym wytchn

ąć

 przy Elie 

i Albercie, chocia

Ŝ

 przez miesi

ą

c, na który wszak 

zapracowałem. 
W O

ś

rodku spakowałem cywilne manatki, odwiesiłem do 

szafy ubiór kompensacyjny i porozumiałem si

ę

 z dy

Ŝ

urnym. 

czy nie ma dla mnie jakich

ś

 dyspozycji. Nie miał. 

Wdzi

ę

czno

ść

 wojskowa, psiakrew. 

Kiedy wychodziłem z budynku, podkusiło mnie. 

Ŝ

eby zaj

ść

 

do biur projektowych. Przed startem grzebałem tam 
w dokumentacji i odt

ą

d nie mogłem pozby

ć

 si

ę

 my

ś

li, 

Ŝ

w tych papierach kryje si

ę

 naprawd

ę

 co

ś

 wa

Ŝ

nego. Główny 

konstruktor wpu

ś

cił mnie do archiwum. S

ą

siadowało ono 

z pracowni

ą

 projektow

ą

 i przez uchylone drzwi słyszałem 

rozmow

ę

. Otworzyłem teczk

ę

 z planami zespołu VIS 

generacji czwartej. Dlaczego akurat czwartej? Bo le

Ŝ

ała 

na wierzchu. 
— ...i wyl

ą

dowała. 

— Gdzie? 
— Gdzie! Na Emit-Second, oczywi

ś

cie. Nasi wpierw odczekali, a potem weszli do 

ś

rodka. 

— No? 
— Była pusta. 
— I to było wczoraj? 
— Mhm. Powiadaj

ą

Ŝ

e Paj

ą

ki wysłały j

ą

 po swojego. Licz

ą

Ŝ

e go uwolnimy. 

— Ostatecznie my by

ś

my zrobili tak samo. 

— Ale przedtem by

ś

my rzucili piguł

ę

Ŝ

eby pokaza

ć

, jacy 

Ŝ

e

ś

my mocni... 

Nie, to nie to. Odnalazłem plany zmodyfikowanych układów sterowniczych. Przekartkowałem je 
pobie

Ŝ

nie. 

— ...stary był po cywilnemu, ten kapitan nie poznał go i powiedział, 

Ŝ

eby mu si

ę

 nie wtr

ą

cał do 

dyscypliny. Stary zło

Ŝ

ył na niego raport. 

— Stary ma racj

ę

. Z tego kapitana to taki oiicer, jak ze mnie kawalerzysta. a tym jego chłopakom 

to si

ę

 '.wdaje, 

Ŝ

e s

ą

 na wczasach. 

— A wiecie, 

Ŝ

e nasi nagrali te skrzekoty Paj

ą

ków, co je 

przekazywał spec-cyborg? Pu

ś

cili je temu Paj

ą

kowi z Centrum Biofizycznego. 

— No? 
— Nic. Tylko wybałuszał 

ś

lepia. Potem si

ę

 uspokoił. 

— Ciekawe, czym go karmi

ą

— Jaki

ś

 profesor, Gnom

ę

 albo podobnie, powiedział,* 

Ŝ

e za kilkaset lat, jak si

ę

 wcze

ś

niej 

wszyscy nie pozamieniamy w cyby, b

ę

dziemy wygl

ą

dali jak te Paj

ą

ki. To jest niby jedna z 

alternatyw ewolucji. 

background image

Poczułem si

ę

 tak, jakbym si

ę

 otarł o wyja

ś

nienie tego, co mnie trapiło. Odło

Ŝ

yłem na półk

ę

 plany 

i wszedłem do pracowni. Ale ci młodzi ludzie mówili ju

Ŝ

 o czym

ś

 innym. Kto

ś

 opowiadał dowcip o 

cybach. „Za czym najbardziej przepada cyb?..." Po

Ŝ

egnałem ich pr

ę

dko. Przed bram

ą

, obok 

Rolispeeda, czekał znajomy czarnoskóry kierowca. Zadzierał twarz do sło

ń

ca i obcasem wybijał 

rytm. Z radia w samochodzie waliła muzyka. 
— Znowu mnie potrzebuj

ą

? — zapytałem. 

— Mam pana odwie

źć

 do domu, panie komandorze. 

— Nie jestem ju

Ŝ

 komandorem. Kierowca błysn

ą

ł z

ę

bami. 

— Przeciwnie. Dopiero teraz rzeczywi

ś

cie nim pan jest. Wczoraj odczytano stosowny rozkaz 

wiceadmirała Hope'a. Pa

ń

skie walizy wło

Ŝ

yłem do baga

Ŝ

nika. 

— Do licha z tym stopniem! 
— Niech pan pomy

ś

li o rencie, panie komandorze. Radio zostawi

ć

— Tak. 
Trzasn

ę

ły drzwiczki. Ruszyli

ś

my, a

Ŝ

 

Ŝ

wir wystrzelił spod opon. Ten chłopak umiał prowadzi

ć

. I 

miał jedn

ą

 wspaniał

ą

 zalet

ę

: podczas jazdy nie gadał i nie m

ę

czył człowieka pytaniami. 

Odpowiadał zapytany, grzecznie, ale lakonicznie. Przewa

Ŝ

nie chłon

ą

ł muzyk

ę

. Muzyka to był 

jego 

ś

wiat, tak jak moim 

ś

wiatem od tej pory zaczynała na powrót stawa

ć

 si

ę

 Elie. Elie, Albert i 

Maceio ze swymi gor

ą

cymi pla

Ŝ

ami. Ciało cyba nie jest w stanie reagowa

ć

 na sło

ń

ce, wiatr i 

morsk

ą

 wod

ę

 tak subtelnie, jak ciało somatyczne, sztuczne receptory nie potrafi

ą

 przekaza

ć

 do 

mózgu tej gamy bod

ź

ców, a przecie

Ŝ

, bez wzgl

ę

du na to, kim jeste

ś

my, przemo

Ŝ

nie ci

ą

gnie nas 

tam, sk

ą

d wzi

ę

li

ś

my swój pocz

ą

tek. W Decksance zaprosiłem kierowc

ę

 do „Elaborate". Chłopak 

przyj

ą

ł zaproszenie skwapliwie: był tak samo głodny jak ja, a ja od wczoraj nie miałem nic w 

ustach. Zjedli

ś

my spó

ź

niony obiad — czy raczej wczesn

ą

 kolacj

ę

 — przy tym .stoliku, przy 

którym tak si

ę

 zalałem czterna

ś

cie dni temu. 

Dziobi

ą

c wymy

ś

ln

ą

 piecze

ń

 nadaremnie próbowałem porachowa

ć

, ile razy, w tej erze znakomicie 

rozwini

ę

tej ł

ą

czno

ś

ci, bez istotnej potrzeby przemierzyłem tras

ę

 Decksance — O

ś

rodek 

Szkolenia Royal Cosmos Force i z powrotem. Powiedziałem o tym kierowcy. Miał na imi

ę

 Peter, 

nosił trudne do zapami

ę

tania, egzotyczne nazwisko. Pochodził z Estremadura i chełpił si

ę

 sw

ą

 

czyst

ą

 murzy

ń

sk

ą

 krwi

ą

. Zbyt długo pracował w wojsku, 

Ŝ

eby si

ę

 dziwi

ć

 marnotrawieniu 

ludzkiego czasu i energii. Po obiedzie wybrałem si

ę

 na zakupy. Znam dobrze gust Elie, tote

Ŝ

 

wybór upominku dla niej nie sprawił mi kłopotu. W souvenirshopie kupiłem srebrn

ą

 statuetk

ę

 

Panny (Elie urodziła si

ę

 8 wrze

ś

nia) z wyrze

ź

bionymi na cokoliku pozostałymi jedenastoma 

znakami Zodiaku. Albert jest za mały, 

Ŝ

eby cieszyły go takie prezenty, i za du

Ŝ

y, 

Ŝ

eby go 

zadowoli

ć

 byle czym, pojechałem przeto do dzielnicy handlowej „Child". Po drodze 

zarezerwowałem na jutro bilet lotniczy do Maceio. Zatrzymali

ś

my si

ę

 przed głównym salonem 

zabawkarskim. Od kraw

ęŜ

nika do wej

ś

cia sun

ą

ł ruchomy chodnik tak sprytnie szeroki, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy, 

kto przechodził tamt

ę

dy, musiał na niego nast

ą

pi

ć

 i w efekcie l

ą

dował w poduszkach 

powietrznych przedsionka sklepowego. Nim zd

ąŜ

yłem si

ę

 otrz

ą

sn

ąć

, delikatne, lecz stanowcze 

pchni

ę

cie skierowało mnie do wn

ę

trza salonu. Na gł

ę

bokich, wij

ą

cych si

ę

 standach le

Ŝ

ały 

przedpotopowe gady, mechaniczne zwierz

ę

ta, pojazdy dwu-, trój-, cztero-, sze

ś

ciokołowe, tak

Ŝ

lataj

ą

ce i pływaj

ą

ce, instrumenty muzyczne, animowani bohaterowie bajek, czasomierze, 

krótkofalówki, cybernetyczne komplety, projektory, kamery, imitacje starej broni, zestawy 
budowlane, miniosiedla z bie

Ŝą

c

ą

 wod

ą

 i elektryczno

ś

ci

ą

, domowe sadzawki i terraria, sprz

ę

radarowy i sygnalizacyjny, „Mali..." jacy

ś

 tam specjali

ś

ci, testery, trena

Ŝ

ery i układanki, automaty 

zr

ę

czno

ś

ciowe, magnetowidy. Wszystko to zgodnie ze sob

ą

 s

ą

siadowało. Klienci 

niezdecydowanie przebierali w tej mechaniczno-sier

ś

ciastej masie. Nie było tu tylko dzieci; ani 

jednego dziecka. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e mój syn w zeszłym roku przez cały dzie

ń

 bawił si

ę

 znalezionym 

na skwerku kawałkiem uschni

ę

tego korzenia, gdy tymczasem w bawialni rosła warstwa kurzu na 

zautomatyzowanym lotnisku, miniandroidach, kolei podziemnej, dziesi

ą

tkach zwierzaków, 

kolumnach wozów, nie otwartym nawet „Małym psychometrze" i czort wie, na czym jeszcze. Ci, 
którzy maj

ą

 dzieci, sami najlepiej wiedz

ą

, w jaki

Ŝ

 ambaras wprawia nas wybór nowej zabawki dla 

dziecka. 
W

ś

ród kupuj

ą

cych wypatrzyłem ekspedientk

ę

postawn

ą

 szatynk

ę

 o zielonkawych oczach. 

— Ile latek ma pa

ń

ski syn? — spytała, gdy si

ę

 jej 

background image

zwierzyłem ze swego zmartwienia. 
Stali

ś

my obok androidalnego robota, który kr

ę

cił głow

ą

błyskał 

ś

wiatełkami i co pewien czas powtarzał: „We

ź

 mnie, 

prosz

ę

". 

— Jedena

ś

cie. Interesuje si

ę

 sportem i przyrod

ą

. Tak, przyrod

ą

. Lubi filmy przyrodnicze i ma 

bujn

ą

 wyobra

ź

ni

ę

. Ekspedientka zło

Ŝ

yła r

ę

ce w małdrzyk, deformuj

ą

c swój wysoki, kształtny 

biust, i zastanowiła si

ę

— Wobec tego mo

Ŝ

e wła

ś

nie film? Mamy na składzie dwudziestopi

ę

cioodcinkowy serial pod 

tytułem „Tarzan". 
— We

ź

 mnie, prosz

ę

 — odezwał si

ę

 robot. 

— O czym to jest? — zapytałem. 
— O człowieku wychowanym przez małpy. Sfilmowana powie

ść

 jakiego

ś

 staro

Ŝ

ytnego czy 

ś

redniowiecznego pisarza. Tarzan jako niemowl

ę

 dostaje si

ę

 w łapy małp i odt

ą

d zaczyna... 

— We

ź

 mnie. prosz

ę

 — zaskrzekotał nachalnie robot. Jego głos wydobywał si

ę

 nie wiadomo 

sk

ą

d, a w cz

ęś

ci czołowej robota płon

ę

ła kontrolka. Jak wówczas u tego na obcym statku, na 

statku, który wci

ąŜ

 kr

ąŜ

ył. Ekspedientka mówiła o człowieku wychowanym przez małpy i o tym, 

Ŝ

e człowiek ten... Człowiek? Homo sapiens? Stałem skamieniały. Byłem bliski, bardzo bliski 

czego

ś

 najwa

Ŝ

niejszego. 

— We

ź

 mnie, prosz

ę

Homo ferus... 
Ludzie wychowani przez zwierz

ę

ta... Tarzan, Mowgli, Lokis... 

Lokis! Reakcje Lokisa! 
O tym uczono mnie na studiach. A

Ŝ

 dr

Ŝ

ałem. Ale uczepiłem 

si

ę

 tej my

ś

li. Nie mogłem pozwoli

ć

 jej umkn

ąć

, jak tamtej, 

która kołatała mi si

ę

 po głowie, kiedy wertowałem plany 

w biurach projektowych. Jakie plany, czego dotyczyły? 
Osłona biologiczna „Slarfiashy" generacji pierwszej, drugiej, 
trzeciej, czwartej, pi

ą

tej i szóstej, jak równie

Ŝ

 wszelkich 

innych, budowanych do niedawna statków kosmicznych. 
przepuszczała pewien typ promieniowania korpuskularnego, 
odkryty zreszt

ą

 dopiero przed kilkudziesi

ę

ciu laty... Tak! Po 

stokro

ć

 TAK!! 

Nagle zrozumiałem wszystko. 
Promieniowanie korpuskularne, osmalona rakietka 
z Museum of Space Ships w Sherridon. człowiek wychowany. 
przez zwierz

ę

ta, robot posługuj

ą

cy si

ę

 mow

ą

 bez udziału ust. 

reakcje Lokisa. teoria ewolucji biofizyka Gnome'a — te elementy utworzyły w mym umy

ś

le logiczn

ą

 

konstrukcj

ę

— ...prosz

ę

. Rzuciłem si

ę

 do drzwi. 

— Pa

ń

skie kasety?! 

Pomyliłem wej

ś

cie z wyj

ś

ciem i przez chwil

ę

 biegłem w miejscu, po ruchomym chodniku. Kierowca bez 

słowa zapu

ś

cił silnik. 

— Przed siebie! 
Odwołałem rezerwacj

ę

 biletu lotniczego do Maceio 

i poł

ą

czyłem si

ę

 ze Stołecznym Centrum Informacyjnym. 

Za

Ŝą

dałem podania wszystkich danych o ha

ś

le „Audax". 

Zgodnie z mymi podejrzeniami były to dane wyj

ą

tkowo 

sk

ą

pe. Nie były to 

Ŝ

adne dane. 

— Poda

ć

 nazwy dziesi

ę

ciu pierwszych statków 

pozaukładowych. 
Komputer z CI na ekranie samochodowego monitora 
wy

ś

wietlił: Informacje niekompletne. W trakcie 

uzupełniania. 
— Poda

ć

Nazwy .,Audax" nie było. Nie było jej tak

Ŝ

e w nast

ę

pnej dziesi

ą

tce. Nie było jej w ogóle. Ogarn

ę

ła mnie 

rozpacz. Poleciłem kierowcy wydosta

ć

 si

ę

 z miasta i jecha

ć

 w kierunku na Quondamon. Wybrałem numer 

O

ś

rodka Szkoleniowego RCF. Na szcz

ęś

cie Milady jeszcze tam był. Pogratulował mi awansu i przeprosił, 

Ŝ

e zapomniał zrobi

ć

 to rano. 

— Panie komandorze — przerwałem mu. Z trudem panowałem nad sob

ą

. — Prosz

ę

 mi powiedzie

ć

, czy w 

swych zbiorach ma pan gazety sprzed stu... nie, dwustu lat? Milady poruszył kanciast

ą

 brod

ą

— Owszem... Interesuj

ą

 ci

ę

 starocie? Umówmy si

ę

 wi

ę

c na jaki

ś

 dzie

ń

background image

— Chciałbym je obejrze

ć

 natychmiast. Komandor wlepił we mnie wzrok. 

— Ty co

ś

... 

— Tak. 
My

ś

lał, cholera, jak on długo my

ś

lał! I patrzył tak, jak 

gdyby miał nadziej

ę

Ŝ

e tym. co wiem, zaraz si

ę

 z nim 

podziel

ę

— No có

Ŝ

... W takim razie jed

ź

 do mnie, wiesz, gdzie mieszkam. S

ą

siedzi dadz

ą

 ci zapasowe 

klucze, uprzedz

ę

 ich. W bibliotece, w regale trzecim od lewej, na dole znajdziesz roczniki ..Daily 

Express". Przypominam, 

Ŝ

e te zbiory maj

ą

 warto

ść

 muzealn

ą

. Po rozruchach, po tej całej 

pseudorewolucji informacyjnej, s

ą

 to, kto wie, czy nie jedyne 

egzemplarze... Aha. a kiedy sko

ń

czysz, rozgo

ść

 si

ę

 i poczekaj na mnie. B

ę

d

ę

 jutro przed 

południem. Milady mieszka 36 mil przed Quondamon, w Beville. Przybyli

ś

my tam po północy. 

Kazałem kierowcy zaparzy

ć

 kaw

ę

. a sam udałem si

ę

 wprost do biblioteki. Nawet nie szukałem 

długo, cho

ć

 tych roczników była poka

ź

na sterta. Wyci

ą

gn

ą

łem kilka wygl

ą

daj

ą

cych szczególnie 

s

ę

dziwie i od razu trafiłem. Mo

Ŝ

e dlatego, 

Ŝ

e spraw

ę

 wyprawy ..Audaxa" wałkowano w prasie 

okr

ą

gły rok, a i pó

ź

niej do niej cz

ę

sto wracano. 

„Audax" był trzecim mi

ę

dzygwiezdnym statkiem wystrzelonym z orbity okołoziemskiej. 175 lat 

temu wzi

ą

ł kurs na Centaura. Na pokładzie znajdowało si

ę

 dwudziestu o

ś

miu członków załogi i 

osobliwa aparatura z nie mniej osobliw

ą

 zawarto

ś

ci

ą

. Kontakt z ..Audaxem" Ziemia utraciła w 

niespełna trzy lata po jego starcie. ..Audax" przebył przez ten czas 0,0469 drogi. Trwaj

ą

ca 

kilkana

ś

cie lat akcja poszukiwawcza zako

ń

czyła si

ę

 fiaskiem. Po dalszych pi

ęć

dziesi

ę

ciu latach 

..Audax" został skre

ś

lony z rejestru kosmicznych statków. 

..Audaxa" wiódł elektroencelalos   redundancyjny komputer o sporych, jak na tamte czasy, 
umiej

ę

tno

ś

ciach. Zadania załogi ograniczały si

ę

 do skrupulatnego prowadzenia dziennika 

pokładowego, pełnienia dy

Ŝ

urów i czuwania nad t

ą

 aparatur

ą

, któr

ą

 ówczesna prasa niezbyt 

ś

ci

ś

le okre

ś

lała mianem genezatora. Genezulor był zmodyfikowan

ą

 sztuczn

ą

 macic

ą

 i zawierał 

Ŝ

e

ń

skie oraz m

ę

skie komórki rozrodcze, które pobrano od AISD (..artifical inseminalion special 

donor"). Po przebyciu dwóch trzecich drogi, co ..Audaxowi" nie powinno było zaj

ąć

 wi

ę

cej ani

Ŝ

eli 

41 lat. elektroencefalos. pod kontrol

ą

 ludzi, miał dokona

ć

 w genezatorze stu czterdziestu aktów 

zapłodnienia. a nast

ę

pnie dba

ć

 o prawidłowy rozwój zarodków. Po roku opiek

ę

 nad 

niemowl

ę

tami mieli przej

ąć

 ludzie. Mielj im pomóc sta

ć

 si

ę

 pełnowarto

ś

ciowymi lud

ź

mi. 

Człowieka trzeba uczy

ć

 wszystkiego; pocz

ą

wszy od prawidłowego trzymania ły

Ŝ

ki po my

ś

lenie 

abstrakcjami. Człowiek musi mie

ć

 za przewodnika człowieka. w przeciwnym wypadku zostanie 

psychiczn

ą

 hybryd

ą

. Pami

ę

tam te szokuj

ą

ce wykłady docenta Furlotta. kiedy mówił o dzieciach 

porwanych i wychowanych przez małpy. wilki, nied

ź

wiedzie, rysie czy kozice; pami

ę

tam 

dokumentalne filmy o daremnych próbach przystosowania tych zdziczałych nastolatków do 

Ŝ

ycia 

w

ś

ród ludzi i równie daremne próby nauczenia ich bodaj paru słów lub gestów albo poruszania 

si

ę

 w pozycji pionowej i wykonywania najprostszych czynno

ś

ci; pami

ę

tam nastolatki, które nie 

umiały inaczej chodzi

ć

, jak na czworakach, nie umiały inaczej je

ść

. jak bez pomocy r

ą

k, prosto z 

podłogi, 

ś

wietnie natomiast na

ś

ladowały głosy zwierz

ą

t, wdrapywały si

ę

 na laboratoryjne szafy 

lub po nich skakały. Pami

ę

tam te

Ŝ

 ich zniekształcone członki, skór

ę

 na kolanach i dłoniach grub

ą

 

niczym podeszwa, ciała całe w bliznach i ranach, str

ą

kowate, spadaj

ą

ce a

Ŝ

 na łopatki włosy i t

ę

 

w wieku mego syna dziewczynk

ę

, która, wspi

ą

wszy si

ę

 na obudow

ę

 komputera. wyła zdartym 

sopranem i szczerzyła z

ę

by na eksperymentatora, i jej oczy przera

Ŝ

one i pałaj

ą

ce... Lokisi... 

Reakcje Lokisa   nad nimi to wła

ś

nie z lubo

ś

ci

ą

 rozwodził si

ę

 docent Furlott. Ubolewał, 

Ŝ

obecnie nie zdarzaj

ą

 si

ę

 porwania dzieci przez zwierz

ę

ta, chyba 

Ŝ

e sporadycznie, kiedy jaka

ś

 

łakn

ą

ca przyrody rodzinka, pomimo zakazu, zap

ę

dzi si

ę

 na teren rezerwatu; ale wtedy 

zawieruszonego dzieciaka patrole ekologiczne migiem odnajduj

ą

. Brakowało mu materiału do 

do

ś

wiadcze

ń

... 

,.Audax" niósł na pokładzie sto czterdzie

ś

ci potencjalnych zarodków. Zamro

Ŝ

one komórki nie 

potrzebuj

ą

 pokarmu i nie zu

Ŝ

ywaj

ą

 tlenu. Czterech dodatkowych ,.Audaxów" trzeba by było. 

Ŝ

eby 

w pobli

Ŝ

e Tolimana przenie

ść

 tyle ludzi. Jakie

Ŝ

 to koszta! Dlatego zdecydowano si

ę

 na 

dwudziestoo

ś

mioosobow

ą

 załog

ę

 zło

Ŝ

on

ą

 ze specjalistów-pedagogów oraz na genezator. Dla 

przyszłych 140 eksplorerów (niewykluczone te

Ŝ

Ŝ

e i kolonizatorów) przygotowano sale 

audiowizualne, aparaty przyspieszonej edukacji, filmo- i ta

ś

moteki, aule repetycyjne. symultanki. 

background image

Tam. pod okiem dwudziestu o

ś

miu pedagogów, mieli zdoby

ć

 wiedz

ę

. Teoretyczn

ą

. Dodatkow

ą

 

zalet

ą

 wychowanków ,.Audaxa" byłoby to, 

Ŝ

e ich umysłów nie obarczałaby wiedza 

Ŝ

yciowa, 

potrzebna na Ziemi, lecz zbyteczna na statku. gdzie mogliby wypracowa

ć

 własne i najwła

ś

ciwsze 

normy bytu. a równie

Ŝ

 i to, 

Ŝ

e do Tolimana dotarliby młodzi. Takie były plany. Wszelako po 

dwóch latach i dwustu osiemdziesi

ę

ciu dziewi

ę

ciu dniach podró

Ŝ

y ..Audax" dostał si

ę

 w stref

ę

 

morderczego promieniowania korpuskularnego. Osłona biologiczna statku była równie marna, co 
osłona ..Starfiashy" pierwszych generacji, i kiedy statek wyszedł ze strefy, 
dwudziestoo

ś

mioosobow

ą

 załoga ju

Ŝ

 nie 

Ŝ

yła, w magazynach pami

ę

ci elektroencefalosu zaszły 

nieodwracalne zmiany, a w komórkach rozrodczych umieszczonych w genezatorze nast

ą

piły 

genetyczne 
deformacje. „Audax" mkn

ą

ł dalej, ale wiódł go komputer ,;„ dotkni

ę

ty amnezj

ą

, niepomny zada

ń

 i 

celów. Ocalałe resztki pami

ę

ci kazały mu umie

ś

ci

ć

 ludzkie zwłoki w zamra

ź

alni, a gdy nadszedł 

czas — wysła

ć

 stosowny impuls do genezatora. Poł

ą

czone komórki zacz

ę

ły si

ę

 mno

Ŝ

y

ć

 i 

rozwija

ć

. Min

ę

ły trzy kwartały i oto z inkubatorów wyl

ę

gły si

ę

 paj

ą

kowate stworki: defektywni 

potomkowie naszych AISD — donorów starannie wyselekcjonowanych pod wzgl

ę

dem 

genetycznym, psychicznym i twórczym. W zdziesi

ą

tkowanych magazynach pami

ę

ci zachowały 

si

ę

 informacje dotycz

ą

ce opieki nad noworodkami. Ludzie zgin

ę

li, w tej sytuacji elektroencefalos 

zrobił jedyne, co mógł 
— opiek

ę

 poruczył robotom. Konsekwencji nie potrafił przewidzie

ć

. Wiedział, 

Ŝ

Ŝ

ycie drzemi

ą

ce 

w genezatorze ma priorytet ochrony i on je ochronił; skutki nie były dla

ń

 w 

Ŝ

adnym wypadku 

istotne: programi

ś

ci ani przez chwil

ę

 nie pomy

ś

leli, 

Ŝ

e oka

Ŝą

 si

ę

 inne ni

Ŝ

 z góry zakładane. Kto

ś

kto widział dziecko wychowane przez wilczyc

ę

, wyimaginuje sobie takie, które wychował robot. 

Jakich

Ŝ

e odruchów i reakcji mały człowiek mo

Ŝ

e si

ę

 nauczy

ć

 od mechanicznej nia

ń

ki, która 

wydaje z siebie skrzekotliwe d

ź

wi

ę

ki, porusza si

ę

 jak 

Ŝ

ołnierz na mustrze, a to, co malec 

identyfikuje ze sw

ą

 twarz

ą

, ma pozbawione mimiki ? Aparatura przyspieszonej edukacji, aule 

repetycyjne czy symultanki nie naucz

ą

 nikogo zachowa

ń

 wła

ś

ciwych gatunkowi ludzkiemu, cho

ć

 

o tych

Ŝ

e zachowaniach mog

ą

 powiedzie

ć

 wi

ę

cej ani

Ŝ

eli pułk psychologów. Elektroencefalos 

prowadził wi

ę

c statek, aczkolwiek nie wiedział, po co i dok

ą

d. Naczelnym jego zadaniem stała si

ę

 

troska o stworzenia zamieszkuj

ą

ce pokłady ,,Audaxa", stworzenia, dla których „Audax" był ich 

ś

wiatem. Dlaczego ,,Audax" wrócił? I czy istotnie wrócił? Mo

Ŝ

e elektroencefalos nadal był 

ś

wiadom tego, 

Ŝ

e szukaj

ą

 planet podobnych do Ziemi, i kiedy po dotarciu do Centaura 

skonstatował, 

Ŝ

e orbity wokół Tolimana i Proximy s

ą

 puste 

— pod

ąŜ

ył dalej, a

Ŝ

 podczas swej dewiacji trafił z powrotem do Układu Słonecznego, który 

potraktował jako kolejny układ planetarny godny przebadania? Wypraw

ę

 „Audaxa" przygotowano 

w zasadzie z my

ś

l

ą

 o planetach nie zamieszkanych, niemniej liczono si

ę

 z ewentualno

ś

ci

ą

 

napotkania obcej cywilizacji i na t

ę

 ewentualno

ść

 przygotowano specjaln

ą

 procedur

ę

 

post

ę

powania. Ale elektroencefalos nie znał tej procedury, a nowa załoga o jej istnieniu 

prawdopodobnie nie wiedziała. Trudno si

ę

 wi

ę

c dziwi

ć

Ŝ

e nie usiłowano nawi

ą

za

ć

 z nami 

kontaktu. Bo przecie

Ŝ

 l

ą

dowania rakietki na Emit-Second nie mo

Ŝ

na uzna

ć

 za kontakt, tak samo 

jak nie mo

Ŝ

na uzna

ć

 za prób

ę

 kontaktu formy powitania, które mi zgotowano na statku. „Audax" 

miał poza sob

ą

 175 lat lotu i jego zapasy były na wyczerpaniu. Musiał je uzupełni

ć

. Podobnie 

rozpaczliwie wygl

ą

dała sytuacja w składzie z cz

ęś

ciami elektronicznymi, bez których nie do 

pomy

ś

lenia jest sprawne funkcjonowanie urz

ą

dze

ń

. ..Audax" dogorywał, a zawarto

ść

 ziemskich 

magazynów sprz

ę

tu elektronicznego          a^ i Przechowalni Paliw J

ą

drowych była dla

ń

 jedyn

ą

je

ś

li nitf 

v

' ostatni

ą

 szans

ą

.                                     '

0

^ Odsun

ą

łem rocznik ..Daily E\press" na skraj 

biurka i oparłem nogi na blacie. Za oknami 

ś

witało. Kawa wystygła. a z przyległego pokoju 

dobiegała 

ś

ciszona muzyka i dono

ś

ne pochrapywanie czarnoskórego kierowcy. Spa

ć

 nie miałem 

ochoty. Czekałem na Milady'ego. 

..I na tym ko

ń

czymy publikowanie wspomnie

ń

 komandora podporucznika Royal Cosmos Force - 

Seymoura Lutza. głównego bohatera Akcji «Przybysz»". Przed trzema dniami z Instytutu 
J

ę

zykoznawstwa w Atlancie otrzymali

ś

my depesz

ę

, w której kierownik Sekcji Kryptologicznej 

informuje nas. 

Ŝ

e badania nad j

ę

zykiem istot ze statku kosmicznego ..Audax" zostały pomy

ś

lnie 

zako

ń

czone. J

ę

zyk ten jest kompilacj

ą

 j

ę

zyka literackiego o nieco archaicznej składni z gwar

ą

 

wykształcon

ą

 na bazie je

Ŝ

yka dydaktyczno-nonnatywnego i naukowego. zawieraj

ą

cego du

Ŝą

 

background image

ilo

ść

 homonimicznych neologizmów. Wadliwa artykulacja oraz brak wymowy ko

ń

cówek. w 

poł

ą

czeniu z fataln

ą

 dykcj

ą

, uczyniły ze

ń

 j

ę

zyk całkowicie dla nas niezrozumiały. 

Równocze

ś

nie do naszej redakcji nadszedł telefonogram od ekspertów radiotechnicznych. Na 

podstawie historycznej literatury fachowej zrekonstruowali oni urz

ą

dzenie nadawczo--odbiorcze. 

jakiego przed dwoma wiekami u

Ŝ

ywano w ł

ą

czno

ś

ci kosmicznej. Za pomoc

ą

 owego urz

ą

dzenia 

stwierdzono, i

Ŝ

 ..Audax" wci

ąŜ

 utrzymuje kontakt z Ziemi

ą

! Jest to naturalnie kontakt 

jednostronny: ..Audax" emituje w kosmos fale elektromagnetyczne bez nadziei na odpowied

ź

Emisja tych fal dzi

ś

 ju

Ŝ

 nie słu

Ŝ

y nikomu i niczemu i jak przypuszcza

ć

 nale

Ŝ

y, stała si

ę

 zwykłym 

rytuałem. Jednakowo

Ŝ

 emitowane fale nios

ą

 informacje konkretne i bie

Ŝą

ce. Elektroencefalos 

ś

le 

meldunki do enigmatycznego w jego poj

ę

ciu adresata, o którym nie wie 

nawet, czy ów istnieje. Jeden z ostatnich meldunków brzmiał: 
,.W napotkanym Układzie tylko Trzecia posiada zno

ś

ne warunki ekologiczne. Zamieszkuje j

ą

 

cywilizacja 

ś

rednio rozwini

ę

ta, dysponuj

ą

ca atoli energi

ą

 j

ą

drow

ą

 (...) Po uzupełnieniu zapasów 

opuszczamy Układ zgodnie z programem." 
Trzymany w Centrum Biofizycznym ..Obcy" powrócił na swój statek. ..Audax" mknie teraz ku 

ś

rodkowi Galaktyki. Pozwolili

ś

my mu odlecie

ć

, ale w ka

Ŝ

dej chwili mo

Ŝ

emy go zawróci

ć

. Czy 

rzeczywi

ś

cie mo

Ŝ

emy? Czy mamy do tego prawo? 

Zetkn

ę

li

ś

my si

ę

 z potomkami naszych przodków. Nie była to dla nas konfrontacja przyjemna. 

Spotkały si

ę

 dwa ró

Ŝ

ne 

ś

wiaty. 

Przybysze nie widz

ą

 mo

Ŝ

liwo

ś

ci porozumienia si

ę

 z nami i nie chc

ą

 tego. My tak

ą

 mo

Ŝ

liwo

ść

 

widzimy, ale czy naprawd

ę

 chcemy? / drugiej strony ci

ąŜ

y na nas odpowiedzialno

ść

 za los tych 

istot   b

ą

d

ź

 co b

ą

d

ź

 naszych bardzo bliskich krewnych. Poddajemy ten dylemat pod publiczn

ą

 

dyskusj

ę

. Niechaj wypowie si

ę

 ka

Ŝ

dy, kto czuje potrzeb

ę

. Nim jednak w powy

Ŝ

s/ej sprawie 

opublikujemy pierwszy glos. raz jeszcze udzielimy go Seymourowi Lutzowi. który przed paroma 
dniami napisał do nas z Maceio. Przytaczamy urywek jego listu: 
...l kiedy

ś

my tak z Flie i Albertem stali wpatrzeni w ten łagodny ocean, 

Ŝ

ona powiedziała: 

Kilka milionów lat temu podobny do ..Audaxa" statek mógł wyl

ą

dowa

ć

 na Ziemi. Mo

Ŝ

e w nim 

te

Ŝ

 były obci

ąŜ

one dziedzicznie istoty, zabł

ą

kane i nie znaj

ą

ce swej przeszło

ś

ci. Zacz

ę

ły j

ą

 

tworzy

ć

 dopiero tutaj, na naszej planecie, wpierw trac

ą

c wszystko, 

Ŝ

eby

ś

my pó

ź

niej my mogli 

tym wi

ę

cej zyska

ć

. A je

ś

li lak. to czy

Ŝ

 nie ma czego

ś

 wspaniałego w tej czekaj

ą

cej spełnienia 

misji „Audaxa"? 

Wyznanie 

— Pan si

ę

 dziwi, redaktorze, 

Ŝ

e ci

ą

gle jeszcze nosz

ę

 na piersi emblemat Słu

Ŝ

by Kosmicznej? 

Przywykłem do niego jak do czubka swego nosa: nie musz

ę

 na

ń

 patrze

ć

, aby wiedzi

ć

Ŝ

znajduje si

ę

 na swoim miejscu. Gdybym go zdj

ą

ł, czułbym si

ę

 za bardzo... incognito. Byłbym 

jednym z wielu, zgin

ą

łbym w tłumie cywilów, czego si

ę

 boj

ę

, podobnie jak schodz

ą

cy ze sceny 

aktor. Pró

Ŝ

no

ść

? Raczej poczucie przynale

Ŝ

no

ś

ci, potrzebne mi zwłaszcza dzisiaj, kiedy jestem 

tu, w tym szpitalu... 
Oczywi

ś

cie zdaj

ę

 sobie spraw

ę

Ŝ

e nie przyszedł pan tutaj, by słucha

ć

 mych biadole

ń

; zreszt

ą

 nie 

rozwodz

ę

 

Ŝ

ali. bo je

ś

li wierzy

ć

 lekarzom, za kwartał b

ę

d

ę

 w lepszej kondycji ni

Ŝ

 przed 

wypadkiem. 
Nic pan nie mówi. redaktorze, i wiem dlaczego: pozwala pan mi si

ę

 wygada

ć

, suponuj

ą

słusznie, 

Ŝ

e w ko

ń

cu podejm

ę

 temat, który pana interesuje. Nie pojmuj

ę

 tylko. czemu pan 

zakłada, 

Ŝ

e powiem w tej sprawie co

ś

 nowego: 

pa

ń

scy poprzednicy wyci

ą

gn

ę

li ze mnie wszystko, dosłownie wszystko, a ja doprawdy nie mam 

nic do ukrycia i niczego przed nimi nie zataiłem. Jest mi te

Ŝ

 najzupełniej oboj

ę

tne, co o mnie 

pisz

ą

 i jak oceniaj

ą

 moje post

ę

powanie; nie przejmuj

ę

 si

ę

 nawet tym, 

Ŝ

e pewne grupy, zbli

Ŝ

one 

do kół rz

ą

dowych, usiłuj

ą

 obarczy

ć

 mnie win

ą

 za wzniecenie niesnasek mi

ę

dzy pa

ń

stwem 

naszym a s

ą

siednim. Poszło, jak 

i pan wie. o satelit

ę

 s

ą

siadów, którego, rzekomo zło

ś

liwie. 

j zniszczyłem. Gdyby

Ŝ

 to była prawda! My. pracownicy Słu

Ŝ

by Kosmicznej, jeste

ś

my 

kosmonautami z odsiewu. Zdaniem Komisji Kwalifikacyjnej nie nadajemy si

ę

 ani na pilotów 

dalekich wypraw, ani do słu

Ŝ

by w szeregach Royal Cosmos Force. Powody s

ą

 ró

Ŝ

ne: 

Harrison, na przykład, podczas treningów stracił pi

ęć

 procent 

background image

zdrowia. Lukas ma wrodzon

ą

 idiosynkrazj

ę

 do wind, 

Bovely'ego w młodo

ś

ci wychowywała macocha psychicznie 

dominuj

ą

ca w rodzinie, co utrudniło mu proces identyfikacji 

z rol

ą

 m

ę

sk

ą

. York cierpi na zaburzenia snu, ja za

ś

 mam 

konfliktowy charakter. Ci. którzy lec

ą

 do gwiazd, musz

ą

 by

ć

 

doskonali, nam. z usterkami, pozostaje w najlepszym 
wypadku praca na stacjach orbitalnych. Je

Ŝ

eli chodzi 

o mnie. zaraz po szkoleniu otrzymałem przydział do Sekcji 
Porz

ą

dkowej. Takie kosmiczne przedsi

ę

biorstwo 

oczyszczania. 
Do moich obowi

ą

zków nale

Ŝ

ało zdejmowanie wraków 

z naszej za

ś

mieconej orbity. Od dnia wystrzelenia pierwszego 

sputnika uzbierała si

ę

 tam zastraszaj

ą

ca ilo

ść

 wszelkiego 

rodzaju astronautycznych odpadów. Te 

ś

wiadectwa 

Ŝ

ywej 

i radosnej działalno

ś

ci naszych przodków spowodowały ju

Ŝ

 kilka niebezpiecznych kolizji, a 

katastrofa „Speedy Junior" na długo pozostanie w ludzkiej pami

ę

ci. Sekcja Porz

ą

dkowa zatrudnia 

ś

rednio dziesi

ę

ciu pilotów; pracuj

ą

 siedem na trzydzie

ś

ci, czyli tydzie

ń

 poza Ziemi

ą

 i miesi

ą

odpoczynku. Zawsze na orbicie kr

ąŜą

 nie wi

ę

cej ni

Ŝ

 dwa odkurzacze, 

Ŝ

eby nie robi

ć

 zbytniego 

tłoku. Załogi odkurzaczy s

ą

 jednoosobowe. Ka

Ŝ

da radiostacja ma inne wydzielone i zastrze

Ŝ

one 

pasma, bo piloci w kosmosie zdradzaj

ą

 skłonno

ść

 do nadmiernego gadulstwa, a to rozprasza 

uwag

ę

 i zmniejsza wydajno

ść

. Pilot w trakcie lotu jest wi

ę

c skazany na samotno

ść

, utrzymuje 

ł

ą

czno

ść

 jedynie z wie

Ŝą

 Słu

Ŝ

by Kosmicznej, nieskorej do pogwarek. Sypia zazwyczaj mało i 

kiepsko. Reszt

ę

 czasu sp

ę

dza przy urz

ą

dzeniach penetracyjnych i namiarowych. Praca nie jest 

akordowa. niemniej za odłowione sztuki przysługuj

ą

 specjalne premie. Wła

ś

nie dlatego ..Paper 

Central Garamount" nazwał mnie ..kosmicznym harpagonem" — 

ś

mieszne, gdy

Ŝ

 ja akurat jestem 

filantropem. 
Pokładowe komputery odkurzaczy wyposa

Ŝ

one s

ą

 w przystawk

ę

 ze skatalogowanymi satelitami, 

wszystkimi. jakie ludzie kiedykolwiek wyekspediowali. Jest ona przydatna do identyfikacji 
napotkanych w kosmosie obiektów oraz ich weryfikacji, koniecznej, niektóre pa

ń

stwa bowiem 

zawarowuj

ą

 sobie prawo decydowania o losie własnych satelitów — dotyczy to szczególnie tych 

nadal sprawnych. Do bazy wróciłem na trzy dni przed startem. Podczas pobytu na Ziemi 
uczestniczyłem w rozmaitych sekciarskich obrz

ę

dach, wiecach i manifestacjach, bez których 

nasze władze czułyby si

ę

 jak w składzie manekinów. Moje prywatne sprawy układały si

ę

 irytuj

ą

co 

dobrze — irytuj

ą

co. bo kiedy idzie mi jak po ma

ś

le, popadam w nerwowo

ść

musz

ę

 ustawicznie działa

ć

, zabiega

ć

 o co

ś

. bodaj kłóci

ć

 si

ę

 z przyjaciółmi, inaczej wydaje mi si

ę

Ŝ

e lada moment odwołaj

ą

 mnie — jako bezu

Ŝ

ytecznego — z tego 

ś

wiata. Społecze

ń

stwo — po 

ostatnich demonstracjach przeciwko budowie supersonicznej kolei i po odst

ą

pieniu przez rz

ą

d od 

owego projektu, co srodze rozczarowało wszystkich demonstruj

ą

cych — ogarn

ą

ł bezwład. 

Nudziłem si

ę

. ale

Ŝ

 si

ę

 nudziłem! 

We wtorek... nie. w 

ś

rod

ę

, wczesnym rankiem, gdy zawiodły 

ś

rodki nasenne, po trzech 

godzinach gimnastyki w skł

ę

bionej po

ś

cieli, wyszedłem na spacer. Szwendałem si

ę

 po 

sk

ą

panych w 

ś

wietle ulicach pulsuj

ą

cych neonami, zagl

ą

dałem do witryn i szyb wystawowych, 

szukałem kogo

ś

, kto razem ze 

mn

ą

 popsioczyłby na całe to warte swej inercji społecze

ń

stwo. Nie znalazłem takiego. Napotkani 

o tej porze dziel

ą

 si

ę

 na dwie kategorie: trwoni

ą

cych wolne godziny w lokalach i zaj

ę

tych 

przygotowaniem sieci handlowo-usługowej miasta do rozpoczynaj

ą

cego si

ę

 wkrótce dnia. Jedni 

ponuraków nie lubi

ą

, drudzy nie maj

ą

 dla nich czasu. W nocy tylko martwe rzeczy potrafi

ą

 by

ć

 

wdzi

ę

cznymi i cierpliwymi słuchaczami. Zatrzymałem si

ę

 przed kokietuj

ą

cym przechodniów trafi 

k-automatem i zacz

ą

łem mu wyłuszcza

ć

 swój pogl

ą

d na 

Ŝ

ycie. Porz

ą

dkowy, który si

ę

 wła

ś

nie 

napatoczył, uniósł dło

ń

. aby poło/y

ć

 mi j

ą

 na ramieniu i — zapewne — przerwa

ć

 mój liryc/ny 

monolog: spostrzegł jednak emblemat Słu

Ŝ

by Kosmicznej na mojej bluzie i machn

ą

ł r

ę

k

ą

szczerz

ą

c z

ę

by w szerokim u

ś

miechu. Mo

Ŝ

e i wzbudzamy w ludziach estym

ę

. jeste

ś

my dla nich 

„twardymi chłopcami stamt

ą

d". ale powszechnie uwa

Ŝ

a si

ę

 nas za dziwaków — nie bez racji, bo 

praca w kosmosie sprzyja dewiacjom umysłowym. Porz

ą

dkowy, wci

ąŜ

 wyszczerzony, okr

ę

cił si

ę

 

na pi

ę

cie i rzucił mi na odchodnym u

Ŝ

ywane w naszym hermetycznym gronie zawołanie: 

..Ci

ą

gu!", co zabrzmiało równie komicznie. jak ..darzbór!" w wydaniu szaraka. Zły na siebie, na 

background image

porz

ą

dkowego, na wszystkich tych ludzi rozbawionych b

ą

d

ź

 zapracowanych, jeszcze tego dnia 

wsiadłem w samolot. Do bazy przyleciałem podminowany. Szef w mig zmiarkował, co si

ę

 ze mn

ą

 

dzieje, i nie bacz

ą

c, 

Ŝ

e jestem na urlopie. bezceremonialnie zagonił mnie do roboty w hangarach. 

Byłem mu za to wdzi

ę

czny. 

Wystartowałem ze Spirt-First w niedziel

ę

, minut

ę

 po północy. Kwadrans przede mn

ą

 z s

ą

siedniej 

płyty wystartował Eliot. ten. który w dzieci

ń

stwie przyjmował sztuczny pokarm, jakie

ś

 

syntetyczne, witaminizowane papki, i w jego chromosomach brakowało genów warunkuj

ą

cych 

odporno

ść

 organizmu na pewne choroby młodego wieku, a poniewa

Ŝ

 ich nie przebył 

— co mogłoby spowodowa

ć

 nabycie po

Ŝą

danych odporno

ś

ci 

— ów brak wykluczył go ze słu

Ŝ

by w Royal Cosmos Force. Zmieniali

ś

my Harrisona i Yorka, 

którzy wyl

ą

dowali tu

Ŝ

 przed naszym startem; York słaniał si

ę

 na nogach, bo przespał w sumie 

dwadzie

ś

cia godzin. Ruszyłem trop w trop za Eliotem. aby nie dziurawi

ć

 dodatkowo ozono- i 

jonosfery, po czym zaj

ą

łem miejsce na wyznaczonej orbicie. Zacz

ę

ła si

ę

 pierwsza z siedmiu 

samotnych dób. Ilekro

ć

 wisz

ę

 nad Ziemi

ą

, odnosz

ę

 wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e dzieli mnie od niej ledwie 

kilkaset metrów i wystarczy wyskoczy

ć

 z kabiny, by po krótkim locie osi

ąść

 na powierzchni tej 

gargantuicznej piłki. Raz— pami

ę

tam—wiedziony 

dr

ę

cz

ą

cym pragnieniem runi

ę

cia w t

ę

 przepa

ść

, swobodnego szybowania w przestrzeni, 

zwolniłem ju

Ŝ

 zatrzaski pasów i d

ź

wign

ą

łem si

ę

 z siedzenia, dopiero opór klapy włazu przywrócił 

mi przytomno

ść

Kabina odkurzacza jest tak skonstruowana, 

Ŝ

e daje si

ę

 otworzy

ć

 jedynie z zewn

ą

trz. Człowiek 

siedzi w niej niczym w batyskafie. Kabina stanowi odr

ę

bn

ą

, autonomiczn

ą

 cało

ść

w razie potrzeby mo

Ŝ

e zosta

ć

 odpalona od ładunkowej cz

ęś

ci odkurzacza i sprowadzona na 

Ziemi

ę

, tak

Ŝ

e zdalnie — na wypadek gdyby pilot nie był w stanie sam tego zrobi

ć

. Drugiego dnia 

orbitowania natkn

ą

łem si

ę

 na satelit

ę

 tak starego, 

Ŝ

e aby ustali

ć

 jego personalia i stwierdzi

ć

, czy 

chroni go ekscept wła

ś

ciciela, nie potrzebowałem radzi

ć

 si

ę

 przystawki. Był ciemny i omszały, 

Ŝ

eglował jak wielki nietoperz, z rozpostartymi skrzydłami zrujnowanych baterii słonecznych. 

Lancetem laserowym po

ć

wiartowałem go. gdy

Ŝ

 nie zmie

ś

ciłby si

ę

 w furcie burtowej. Przez 

kolejne trzy dni trafiały mi si

ę

 same drobiazgi; szóstego — licz

ą

c od dnia startu — wyrwał mnie 

ze snu impuls budz

ą

cy. Po takim impulsie człowiek, cho

ć

by najbardziej rozespany, natychmiast 

odzyskuje pełn

ą

 

ś

wiadomo

ść

, jak kot. Obrzuciłem wzrokiem przyrz

ą

dy. Na ekranie radaru "drzyła 

si

ę

 pi

ę

ciomilimetrowa kreska. 

Odległo

ść

 była znaczna, wi

ę

c i obiekt był spory. Wycelowałem we

ń

 kamery; na par

ę

 sekund 

ą

czyłem silniki głównego ci

ą

gu — wtłoczyło mnie w fotel — potem korekcyjne. Odkurzacz i ten 

obiekt dryfowały teraz obok siebie. Uruchomiłem przystawk

ę

 i przekazałem jej dane o obiekcie. 

Odpowied

ź

 nadeszła z nie zdarzaj

ą

c

ą

 si

ę

 dot

ą

d zwłok

ą

. Brzmiała: sztuczny satelita typu takiego 

a takiego, numer ten a ten. ubiegły wiek. Procedura w stosunku do wszystkich satelitów 
wystrzelonych w ubiegłym wieku jest identyczna i prosta: w odkurzacz, na Ziemi

ę

 i do 

indukcyjnego pieca. 

ś

adne z pa

ń

stw nie ma prawa stanowi

ć

 o losie tak przestarzałych sputników. 

Wygl

ą

dał osobliwie. Ogołocony z anten, tych charakterystycznych dla staro

ś

wieckich modeli, 

przesadnie długich i stercz

ą

cych urz

ą

dze

ń

 nadawczo-odbiorczych, przypominał 

zminiaturyzowany element jakiej

ś

 archaicznej ziemskiej fabryki. Trzy przylegaj

ą

ce do siebie, 

nieznacznie spłaszczone kule ł

ą

czyła g

ę

sta kratownica. Zmatowiała, pokryta pyłem powierzchnia 

nadawała mu pi

ę

tno czasu. Miałem go z boku, na wprost furty burtowej. Furty w odkurzaczach 

zamocowane s

ą

 na prowadnicach 

i otwieraj

ą

 si

ę

 jak migawka szczelinowa. W ładunkowej cz

ęś

ci panuje stałe pole magnetyczne 

unieruchamiaj

ą

ce zebrany z orbity szmelc, 

Ŝ

eby si

ę

 nie przewalał w trakcie manewrowania 

statkiem. W momencie rozchylenia furty pole gwałtownie wzrasta i wsysa do ładowni ka

Ŝ

de 

Ŝ

elastwo, jakie si

ę

 znajdzie w jego zasi

ę

gu. Ale obiekt ani drgn

ą

ł. Spokojnie dryfował naprzeciw 

otwartego luku. Zwi

ę

kszyłem pole do maksimum. Bez rezultatu. Rozwa

Ŝ

ałem, czy nie poł

ą

czy

ć

 

si

ę

 z wie

Ŝą

 Spirt-First, w ko

ń

cu uznałem, 

Ŝ

e nie ma sensu. Znam na pami

ęć

 te od

Ŝ

ywki 

dy

Ŝ

urnych: .,A od czego ty tam jeste

ś

?" Skontrolowałem tylko wskazania przyrz

ą

dów. Były 

wła

ś

ciwe. I tak ci

ę

 wezm

ę

, truposzu — postanowiłem. Obiekt towarzyszył mi wiernie, nawet o cal 

nie przesuwaj

ą

c si

ę

 w kierunku czelu

ś

ci stoj

ą

cej otworem furty. Dałem słaby ci

ą

g boczny. 

Spodziewałem si

ę

Ŝ

e przy aborda

Ŝ

u wraczysko samo mi wpadnie do ładowni. Na ekranie 

background image

widziałem burt

ę

 swego statku i zbli

Ŝ

aj

ą

cy si

ę

 do niej obiekt. Płyn

ę

ły minuty. odległo

ść

 malała. 

Gdzie

ś

 w gł

ę

bi odkurzacza j

ę

kn

ę

ło poszycie i zachrobotało: kadłub obiektu otarł si

ę

 o o

ś

cie

Ŝ

nic

ę

 

luku. Wł

ą

czyłem na krótko silniki korekcyjne. Centymetr po centymetrze wrak nikn

ą

ł w otworze 

ładowni. Poczekałem, a

Ŝ

 zniknie na dobre, po czym zwolniłem furt

ę

. I wtedy w zamykanym luku 

ukazał si

ę

 wierzchołek kuli oplecionej kratownic

ą

. Schwytany satelita wycofywał si

ę

. jak gdyby 

zniech

ę

cony mało go

ś

cinnym wn

ę

trzem komory ładunkowej. Nie zd

ąŜ

yłem zatrzyma

ć

 

zatrzaskuj

ą

cej si

ę

 furty. Rozp

ę

dzona osiemnastotonowa płyta niemal przeci

ę

ła obiekt. Ekrany 

rozpalił błysk eksplozji, piekielny grzmot przetoczył si

ę

 po 

ś

ródokr

ę

ciu i ucichł, jak uci

ę

ty no

Ŝ

em, 

jednocze

ś

nie mia

Ŝ

d

Ŝą

ca siła wprasowała mnie w fotel, a

Ŝ

 zatrzeszczały mi 

Ŝ

ebra dobiwszy do 

jego stalowej konstrukcji... Ciemno

ść

 zalała mi mózg. straciłem przytomno

ść

. Do

ść

 szybko 

ś

ci

ą

gni

ę

to mnie na Ziemi

ę

. Mój pokładowy znamiennik ułatwił zadanie ekipie poszukiwawczej. W 

szpitalu powiedziano mi. 

Ŝ

e katapultowałem. Wybuch nadał kabinie dodatkowe przy

ś

pieszenie, 

które zdemolowało moje narz

ą

dy wewn

ę

trzne. Miałem podobno cholerne szcz

ęś

cie: gdy mnie 

znaleziono, ko

ń

czył si

ę

 zapas tlenu, bo kabina straciła szczelno

ść

. Po cz

ęś

ci ładunkowej 

odkurzacza nie zostało 

ś

ladu. Po tamtym obiekcie równie

Ŝ

. Trudno wi

ę

c dzisiaj udowodni

ć

 

naszym zagranicznym s

ą

siadom, 

Ŝ

e to nie był ich satelita. Nie wierz

ą

 w jego diamagnetyzm ani 

w eksplozj

ę

: utrzymuj

ą

Ŝ

e zniszczyłem go z premedytacj

ą

. poniewa

Ŝ

 mam przewrotn

ą

 i 

konfliktow

ą

 natur

ę

. Zreszt

ą

 eksperci z Admiralicji te

Ŝ

 mi nie wierz

ą

. Orzekli, 

Ŝ

e nikt nie 

umieszczał na orbicie diamagnetycznych satelitów i 

Ŝ

e te. które kr

ąŜą

 wokół Ziemi, s

ą

 tak samo 

zdolne do wybuchu jak bulwy ziemniaczane. Nawet koledzy przygl

ą

daj

ą

 mi si

ę

 podejrzliwie, a za 

moimi plecami szepc

ą

 pomi

ę

dzy sob

ą

 i stukaj

ą

 si

ę

 znacz

ą

co w czoło. Oby racja była po ich 

stronie! 
Pana dziwi moje 

Ŝ

yczenie, redaktorze? Zatem prosz

ę

 zwa

Ŝ

y

ć

: je

ś

li nie potrafimy konstruowa

ć

 

satelitów z materiału o ujemnej podatno

ś

ci magnetycznej, je

ś

li 

Ŝ

aden z dotychczas 

wystrzelonych nie został wyposa

Ŝ

ony w 

ź

ródło energii — i to pot

ęŜ

ne, o czym przekonałem si

ę

 

na własnej skórze, je

ś

li ani jeden z nich nie zdoła samodzielnie wykona

ć

 najprostszego manewru 

— tamten, jak pan pami

ę

ta, zmienił kierunek lotu — je

ś

li wi

ę

c s

ą

 bezwolnymi i potulnymi 

maszynami, có

Ŝ

 to 

oznacza? 
Przystawka katalogowa wprawdzie jednoznacznie — cho

ć

 nie bez trudu  sklasyfikowała obiekt, 

ale ona bierze poprawki na pometeoroidowe odkształcenia i deformacje satelitów; 
niewykluczone, 

Ŝ

e ów statek podobny był do jakiego

ś

 naszego satelity i to wystarczyło, aby 

przystawka wzi

ę

ła go za naszego satelit

ę

 wła

ś

nie, przyj

ą

wszy. 

Ŝ

e rój oberwał mu baterie, anteny 

czy co tam jeszcze, albo te

Ŝ

 wszystko naraz. Nie. nie przesłyszał si

ę

 pan. istotnie, powiedziałem 

..statek", bo to był statek, statek Obcych... Nie powitali

ś

my ich jak przyjaciół... Teraz pan chyba 

wie, czego si

ę

 obawiam. Lepiej mie

ć

 do rozwi

ą

zania problem załagodzenia konfliktu 

mi

ę

dzypa

ń

stwowego ni

Ŝ

 mi

ę

dzycywilizacyjnego. A taki problem 

Ŝ

ycie niew

ą

tpliwie przed nami 

postawi. Bodajbym si

ę

 mylił! 

Potestas 

Le

Ŝą

 przede mn

ą

 trzy kasety. Zawieraj

ą

 ta

ś

my z utrwalonym obrazem i d

ź

wi

ę

kiem. Dwie z nich 

nagrane zostały tu, na Ziemi, trzecia pochodzi z „czarnej skrzynki" zainstalowanej w sterowni 
statku „Potestas". Tak, tego. który Herp Finger odnalazł w rejonie Alabastrowego Płaskowy

Ŝ

u na 

planecie Oval w Układzie Giantfour. Wła

ś

ciwie jest to kopia, oryginalna ta

ś

ma znajduje si

ę

 w 

archiwum Admiralicji Roya! Cosmos Force. Kopi

ę

 t

ę

 oraz kaset

ę

 z relacj

ą

 Herpa Fingera 

otrzymałem przed miesi

ą

cem. Po obejrzeniu i wysłuchaniu zapisów z obu ta

ś

m wysłałem je 

memu przyjacielowi — Williamowi Macaulayowi, którego spo

ś

ród współczesnych astrobiologów 

ceni

ę

 najwy

Ŝ

ej. W imieniu naszej redakcji poprosiłem go o wypowied

ź

 na temat przyczyn 

tragicznej 

ś

mierci załogi „Potestasa". Wczoraj zwrócił mi obie ta

ś

my, zał

ą

czaj

ą

c do nich jeszcze 

jedn

ą

, z własnym komentarzem. Komentarz ów, b

ę

d

ę

 szczery, nieco mnie rozczarował, 

aczkolwiek zawarta w nim hipoteza jest godna zastanowienia, a co wi

ę

cej, w porównaniu z 

tajemniczym i budz

ą

cym nieufno

ść

 milczeniem specjalistów Royal Cosmos Force — 

przynajmniej jest sensown

ą

 prób

ą

 wyja

ś

nienia całej zagadki. Bo jedyne, na co wspomnianych 

specjalistów było sta

ć

. to sugestie pod adresem Admiralicji, aby kolejnymi sukcesami odwróciła 

uwag

ę

 opinii publicznej od tragicznego niepowodzenia ,,Potestasa". Wkładam do ampexu 

background image

pierwsz

ą

 kaset

ę

. Na tej ta

ś

mie zarejestrowana jest praca załogi w sterowni w ci

ą

gu ostatnich 

dwudziestu czterech godzin. Ludzie odzyskali ju

Ŝ

 normalny wygl

ą

d i nie zna

ć

 po nich skutków 

wieloletniej anabiozy. S

ą

 niespokojni i podenerwowani. Wcze

ś

niej na ich twarzach malowało si

ę

 

zaskoczenie, niepewno

ść

 i rado

ść

. Przedstawiam ko

ń

cowy fragment zapisu: 

(Rozmowa toczy si

ę

 w napr

ęŜ

onej atmosferze. Zebrani 

w sterowni patrz

ą

 na kapitana z wyczekiwaniem). 

Radiooficer: Ziemia nadal nie odpowiada. 
Kapitan: Niech pan wywołuje. 
Radiooficer: Robi

ę

 to od doby! 

Kapitan (uruchamia interkom): Rubie! 
Pilot (z ekranu interkomu): Zgłaszam si

ę

Kapitan: Chwileczk

ę

. (Do radiooficera:) Wi

ę

c co z Ziemi

ą

Radiooficer: Panie kapitanie, jak pan widzi, wywołuj

ę

 

Ziemi

ę

 bez przerwy, i autorytatywnie stwierdzam, 

Ŝ

Ziemia milczy. Nie działaj

ą

 nawet radiolatamie; Ziemia 

wydaje si

ę

 radiowo martwa. 

Kapitan: Ta pa

ń

ska aparatura... Rubie! Przygotuj 

„Starflasha-Recon"! 
Pilot: Jest gotowy, kapitanie. 
Kapitan: Poszukasz jakiego

ś

 l

ą

dowiska i podasz nam sygnał znamiennika. B

ę

dziesz nasz

ą

 

radiolatami

ą

. Pilot: Z

ę

by zjadłem na tym, kapitanie. Kapitan: Zezwalam na start. 

(Wył

ą

cza interkom. Twarze załogi rozpogadzaj

ą

 si

ę

. Radiooficer ci

ą

gle 

ś

l

ę

czy nad urz

ą

dzeniem 

nadawczo--odbiorczym). 
Biolog: Jaka procedura? Kapitan: Procedura? Jeste

ś

my na Ziemi. Nawigator: Jeste

ś

my na Ziemi. 

Tyle 

Ŝ

e Ziemia zdaje si

ę

 tego nie dostrzega

ć

Radiooficer: Rubie wystartował. Kapitan: Niech melduje. Pilot: Schodz

ę

Fizyk: Zastanawiam si

ę

, jak wytłumaczymy swój powrót. Nawigator: Nie wiadomo nawet, czy w 

ogóle opu

ś

cili

ś

my Układ Słoneczny. 

Biolog: Nie tkwili

ś

my tu chyba przez tyle lat... Co za przypuszczenia! 

Nawigator: Komputery temu nie zaprzeczaj

ą

. Cybernetyk: Po tych przebiciach w mnemolicie 

komputery ju

Ŝ

 niczemu nie zaprzecz

ą

 ani niczego nie potwierdz

ą

. Pilot: Jestem na dwustu. 

Widoczno

ść

 słaba. Schodz

ę

 ni

Ŝ

ej. Kapitan (staje przed ekranem, obok radiooficera): Obraz, 

pilocie! 
Fizyk (patrz

ą

c kapitanowi przez rami

ę

): Wata. Kapitan: Daj nam podgl

ą

d na tach

Ŝ

yro, Rubie. W 

porz

ą

dku. (Do radiooficera:) Ma pan współrz

ę

dne? Niech pan go naprowadza... Dok

ą

d najbli

Ŝ

ej? 

Radiooficer: Emit-First. Kapitan: Dobrze, Emit-First. 
Biolog: To ja jestem prawie jak w domu. Po wyl

ą

dowaniu nikt mnie w tym pudle nie zatrzyma. 

Kapitan: Nie zamierzam nikogo tu zatrzymywa

ć

. L

ą

dujemy na Ziemi, do licha! Pilot: Jestem na 

pi

ęć

dziesi

ę

ciu. 

Kapitan: Wystarczy. Rubie. Teraz uwa

Ŝ

aj — wchodzimy ci na zdalne. (Do radiooficera:) Niech go 

pan prowadzi a

Ŝ

 do 

zero. 

Fizyk: To co, chyba mo

Ŝ

na zacz

ąć

 si

ę

 przygotowywa

ć

Kapitan: Zostaje radiooficer i nawigator. Reszta do 
kabin. 
(Załoga rozchodzi si

ę

). 

Pilot: Hej, kapitanie, czy to nie Spirt-First? 
Kapitan: To Emit-First, Rubie. Zara

ź

cie posadzimy. Podaj 

sygnał znamiennika. 
Pilot: Podaj

ę

Radiooficer: Potwierdzam.   

Pilot: To

Ŝ

 to nasze stare Emit-First! Kapitan: Oczywi

ś

cie, Rubie, to nasze stare Emit-First. 

Pokołuj na rubie

Ŝ

. Wkrótce do ciebie dokooptujemy. Nawigatorze — samostery na radiopeleng! 

W dalszej cz

ęś

ci ta

ś

my zarejestrowane zostały wszystkie fazy przeprowadzonego przez 

automaty l

ą

dowania. Zaraz po tym, jak „Potestas" dotkn

ą

ł Alabastrowego Płaskowy

Ŝ

u na 

planecie Oval, cała załoga opu

ś

ciła statek. Tyle ta

ś

ma pierwsza. Zakładam do ampexu ta

ś

m

ę

 

drug

ą

. Na ekraniku pojawiła si

ę

 twarz Herpa Fingera. Herp Finger, m

ęŜ

czyzna około 

background image

pi

ęć

dziesi

ę

cioletni, ma lekko sko

ś

ne oczy i kształtn

ą

, l

ś

ni

ą

c

ą

 czaszk

ę

. W kamer

ę

 patrzy nieufnie i 

wrogo. W jego wzroku jest co

ś

 niemal zwierz

ę

cego. Mówi: 

— Na pewno chce pan wiedzie

ć

 wszystko? Tak jak było? Po co? Ten obraz, który sobie wy, 

ziemskie krety, stworzyli

ś

cie, diabelnie odbiega od prawdy. Wam si

ę

 wydaje, 

Ŝ

e go

ś

cie z erceefu 

to szlachetni i nieustraszeni rycerze; 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy, kto pracuje w kosmosie, musiał wpierw stawa

ć

 

przed dziesi

ą

tkami komisji i pokazywa

ć

 rozmaitym typasom, jaki jest uzdolniony, 

predysponowany i wyszkolony, i 

Ŝ

e czego jak czego, ale postawy 

Ŝ

yciowej mo

Ŝ

e by

ć

 

przykładem. No wi

ę

c niekoniecznie. W

ą

tpi

ę

, czy kto

ś

 mnie zechciałby stawia

ć

 za wzór. 

W czwartym roku mojej słu

Ŝ

by w erceefie powiedziałem jednemu kontradmirałowi, słusznie 

zreszt

ą

Ŝ

e jest głupim gnojkiem. Obni

Ŝ

ono mi stopie

ń

 i karnie przeniesiono do grupy 

remontowej, chocia

Ŝ

 nie miałem wymaganych kwalifikacji. Po kwartale który

ś

 z konserwowanych 

przeze mnie „Starfiashy" rozwalił si

ę

 w czasie manewrów. Mimo 

Ŝ

za stan techniczny ka

Ŝ

dej 

maszyny odpowiada pi

ęć

 osób, w tym trzy kontroluj

ą

ce, o niedbalstwo oskar

Ŝ

ono wył

ą

cznie 

mnie. Na procesie prokurator wywlókł t

ę

 histori

ę

 z kontradmirałem i to, 

Ŝ

e chodz

ę

 na seanse zen-

buddyzmu, 
•co w erceefie nie jest mile widziane. S

ą

d wojskowy ma inne taryfy ni

Ŝ

 s

ą

d cywilny; skazano mnie 

na pi

ęć

 lat robót na „Irydowej Mary

ś

ce". Ta planetoida kr

ąŜ

y wokół Sło

ń

ca, a wi

ę

c w kosmosie, i 

trzeba nielichej odporno

ś

ci psychofizycznej, 

Ŝ

eby wytrwa

ć

 tam bodaj rok, a przecie

Ŝ

 na tej 

planetoidzie pracuj

ą

 nie herosi, lecz ci, którzy s

ą

 rzekomo gorsi nawet od was, ziemskich kretów. 

Ale ja nie uwa

Ŝ

ałem 

si

ę

 za co

ś

 gorszego i nie miałem zamiaru przez pi

ęć

 lat ładowa

ć

 w kontenery irydowych 

okruchów. Czułem si

ę

 niewinny, a przynajmniej nie na tyle winny, 

Ŝ

eby oddycha

ć

 tym samym, 

ci

ą

gle nie

ś

wie

Ŝ

ym powietrzem bazy, co reszta z „Irydowej Mary

ś

ki". W drugim roku, kiedy przy 

planetoidzie przycumował kolejny kontenerowiec, uprowadziłem go i wyruszyłem... dok

ą

d? W 

podró

Ŝ

 po Układzie. Tropiono mnie przez miesi

ą

c. Dałem si

ę

 schwyta

ć

 tylko dlatego, 

Ŝ

e zabrakło 

mi paliwa. A potem wyl

ą

dowałem w Izolatce... Wie pan, co to jest Izolatka? To takie 

pomieszczenie, sze

ś

cian dwa na dwa metry. Nie docieraj

ą

 tam 

Ŝ

adne d

ź

wi

ę

ki, nie ma okien, 

drzwi ani sprz

ę

tów; gołe, gładkie 

ś

ciany, strop i posadzka. Z sufitu pada 

ś

wiatło jednakowe przez 

okr

ą

ą

 dob

ę

. Ukryte czujniki bez przerwy kontroluj

ą

 stan fizjologiczny twego organizmu. Gdy 

chcesz spa

ć

, ze 

ś

ciany wysuwa si

ę

 prycza, gdy chcesz je

ść

 — kaloryczne i witaminizowane 

posiłki, gdy wydala

ć

 — stosowne urz

ą

dzenie. Do przepływaj

ą

cego przez Izolatk

ę

 powietrza w 

miar

ę

 potrzeb dodawane s

ą

 odpowiednie 

ś

rodki lecznicze, 

Ŝ

eby

ś

 aby nie zaniemógł, gdy

Ŝ

 

musiano by ci

ę

 przenie

ść

 do szpitala, a to jest wszak niepo

Ŝą

dana przerwa w odbywaniu kary. 

Bo kara polega na całkowitej izolacji od 

ś

wiata... Kr

ąŜ

ysz mi

ę

dzy gołymi 

ś

cianami i z wolna 

tracisz rachub

ę

 dni, a wreszcie i 

ś

wiadomo

ść

 upływu czasu. Zegary dla ciebie stan

ę

ły, gubisz 

gdzie

ś

 rytm snu i czuwania, rozkojarzasz si

ę

 coraz bardziej, masz ochot

ę

 wy

ć

, kiedy 

ś

ciana 

usłu

Ŝ

nie rozkłada przed tob

ą

 prycz

ę

, w ko

ń

cu stwierdzasz, 

Ŝ

e nie potrafisz ju

Ŝ

 mówi

ć

; recytujesz 

gło

ś

no jaki

ś

 wiersz czy tekst piosenki, lecz ta cisza zagłusza twoje słowa i słyszysz tylko 

mlaskanie warg. Izolatka przeobra

Ŝ

a si

ę

 w kolapsuj

ą

cy wszech

ś

wiat i nic poza ni

ą

 nie istnieje; 

ludzie wraz ze 

ś

wiatem scze

ź

li, pozostało jedynie to zautomatyzowane pomieszczenie, które 

b

ę

dzie sztucznie utrzymywa

ć

 ci

ę

 przy 

Ŝ

yciu, dopóki nie zmusisz swego serca, by przestało bi

ć

inaczej bowiem tam, w tej Izolatce, nie zdołasz si

ę

 unicestwi

ć

... 

Wła

ś

ciwie byłem bliski stania si

ę

 obiektem eksperymentalnym dla adeptów psychiatrii, obiektem, 

któremu nie mo

Ŝ

e pomóc ani zaszkodzi

ć

 

Ŝ

adna terapia. Po półrocznej kuracji pod kontrol

ą

 

do

ś

wiadczonych psychoterapeutów wykaraskałem si

ę

 jednak. Odwiedził mnie wówczas 

przedstawiciel erceefu i zaproponował mi nast

ę

puj

ą

cy układ: Ja polec

ę

 na Oval, w 

ś

lad za 

„Potestasem", z którym urwała si

ę

 ł

ą

czno

ść

, Admiralicja natomiast przywróci mi stopie

ń

 i wyma

Ŝ

z pami

ę

ci 

personalnego komputera pewne fakty dotycz

ą

ce mej przeszło

ś

ci. Spytałem wtedy tego go

ś

cia, 

czy Admiralicja bardzo b

ę

dzie rozczarowana, je

ś

li odmówi

ę

; na to on zapytał mnie. czy wiem. 

Ŝ

odsiedziałem w Izolatce zaledwie okres próbny. Tak wi

ę

c do

ść

 szybko osi

ą

gn

ę

li

ś

my 

porozumienie 
Poleciałem ..Rapidem". stateczkiem małym, ale chy

Ŝ

ym jak 

ś

wiatło. Podró

Ŝ

 upłyn

ę

ła mi bez 

zakłóce

ń

, jak to w anabiozie. Przed wej

ś

ciem ..Rapida" do Układu Giantfour automaty mnie 

zbudziły. Kiedy wstałem, cały Układ był ju

Ŝ

 z grubsza przebadany, bo ..Rapid" to prawdziwe 

background image

automatyczne cacko. Poprosiłem o materiał dotycz

ą

cy planety Oval. W

ś

ród tej masy informacji, 

co si

ę

 sypn

ę

ła z drukarki, wyłowiłem kilka interesuj

ą

cych danych. mianowicie, 

Ŝ

e planeta posiada 

magnetosfer

ę

. w dodatku identyczn

ą

 z magnetosfer

ą

 ziemsk

ą

Ŝ

e temperatura powierzchniowa w 

pasie równikowym tej planety wynosi 324 stopnie Kelvina i 

Ŝ

e otaczaj

ą

ca planet

ę

 powłoka 

gazowa zawiera cyjanowodór   nie pami

ę

tam w jakim — ale w znacznym st

ęŜ

eniu. Automaty 

odkryły te

Ŝ

 i zlokalizowały jedyne na Oval 

ź

ródło fal radiowych, zainstalowane — jak si

ę

 pó

ź

niej 

okazało   w kabinie ..StarfIasha-Recon". Był to pracuj

ą

cy znamiennik tej maszyny. Wyl

ą

dowałem 

tam. na tym płaskowy

Ŝ

u, obok „Potestasa". Grunt miał barw

ę

 ko

ś

ci słoniowej i ci

ą

gn

ą

ł si

ę

 równo 

a

Ŝ

 po horyzont. Na jasnym tle granatowe skafandry wida

ć

 było wyra

ź

nie; wszyscy członkowie 

załogi mieli je na sobie, ale 

Ŝ

aden nie zabrał hełmu. I tego nie mog

ę

 zrozumie

ć

. Przecie

Ŝ

 znali 

skład atmosfery, a gdyby nawet nawaliły im analizatory, to. do cholery, nikt na nie zbadanej 
jeszcze planecie nie zachowuje si

ę

 jak na Ziemi! Le

Ŝ

eli w ró

Ŝ

nych miejscach, wi

ę

kszo

ść

 u 

podnó

Ŝ

a „Potestasa". Najbardziej od statku oddalił si

ę

 kapitan, prawie o pół kilometra. Jednego 

znalazłem we wn

ę

trzu „Starfiasha". innego znów ponad trzysta metrów na zachód od rakiety. To 

był biolog. Jego skafander był otarty, jakby 

ś

mier

ć

 zaskoczyła tego człowieka, kiedy biegł. Wielu 

nie mogłem rozpozna

ć

, cho

ć

 wygl

ą

d ka

Ŝ

dego, nim wystartowałem z Ziemi, na trwałe zapisano mi 

w pami

ę

ci. Zwłoki były wyschni

ę

te i pomniejszone, przypominały ludzkie szkielety obci

ą

gni

ę

te 

czarnobrunatnym pergaminem. Spoczywały na tym gigantycznym jasnobe

Ŝ

owym katafalku w 

całkowitej ciszy, pod 

Ŝ

ółtym jak oliwa niebem. Opodal wznosił si

ę

 statek, nieco dalej stał 

„StarfIash-Recon". a poza tym nic. zupełnie nic. Sporz

ą

dziłem dokumentacj

ę

 fotogrametryczn

ą

wymontowałem „czarn

ą

 skrzynk

ę

" ze 

sterowni ..Potestasa" i... to wszystko. To wszystko, co mam do powiedzenia. No i co. 
usatysfakcjonowałem pana? Zna pan teraz drug

ą

 prawd

ę

 o „zdobywcach kosmosu". Człowiek, 

je

ś

li nawet uwierzy, 

Ŝ

e jest herosem, gdy go pozostawi

ć

 na dłu

Ŝ

ej w trudniejszych warunkach 

psychofizycznych, pr

ę

dzej czy pó

ź

niej straci t

ę

 wiar

ę

 i przeobrazi si

ę

 w zwykłego ziemskiego 

kreta... Obraz ciemnieje. Wkładam do ampexu trzeci

ą

, ostatni

ą

 w tej sprawie, kaset

ę

. T

ę

. któr

ą

 

przysłał mi William Macaulay. Przyjaciel u

ś

miecha si

ę

 do mnie z ekranu bezradnie i pociera swój 

podbródek. — Ta tragedia mn

ą

 wstrz

ą

sn

ę

ła — stwierdza poruszony. — Relacja Herpa Fingera 

stawia Admiralicj

ę

 w niedwuznacznej sytuacji, a post

ę

powanie załogi „Potestasa". ludzi, jak mi 

podpowiada logika, z całych Sił najbardziej podówczas do tej wyprawy predysponowanych i 
przygotowanych, było, ogl

ę

dnie mówi

ą

c, dziwne. Przyczyna ich 

ś

mierci jest oczywista: 

cyjanowodór. Przy tym st

ęŜ

eniu zabił ich w ci

ą

gu czterech-pi

ę

ciu minut. Zwłoki pozostawione 

przez kilkana

ś

cie lat w suchym, przewiewnym i ciepłym otoczeniu. czyli takim, które hamuje 

rozwój bakterii gnilnych i działanie enzymów własnych ustroju, bardzo pr

ę

dko utraciły wod

ę

. a w 

ko

ń

cu uległy mumifikacji. Nie trzeba by

ć

 ekspertem, 

Ŝ

eby to ustali

ć

. Inaczej przedstawia si

ę

 

problem ustalenia faktów zaistniałych przed tym tragicznym wypadkiem, zwłaszcza tu

Ŝ

 przed 

wyl

ą

dowaniem „Potestasa" na Oval. Nieustannie dr

ę

czy mnie pytanie, co sprawiło, 

Ŝ

e załoga 

tego statku uznała Oval za Ziemi

ę

... Zapoznałem si

ę

 z danymi zebranymi przez automaty 

„Rapida". Oval jest istotnie uderzaj

ą

co podobna do Ziemi. Obie planety posiadaj

ą

 identyczn

ą

 

pr

ę

dko

ść

 orbitaln

ą

ś

rednic

ę

 równikow

ą

, mimo

ś

ród. mas

ę

ś

redni

ą

 g

ę

sto

ść

, grawitacj

ę

, albedo. 

Co wi

ę

cej, ich ksi

ęŜ

yce równie

Ŝ

 s

ą

 do siebie podobne. Wszelako z fotografii wykonanych przez 

„Rapida" wynika, 

Ŝ

e widziana z orbity planeta Oval do tego stopnia odbiega wygl

ą

dem od naszej 

planety, i

Ŝ

 nawet dziecko spostrzegłoby ró

Ŝ

nice. A jednak nikt z załogi „Potestasa" ró

Ŝ

nic tych nie 

spostrzegł. Ich przekonanie, 

Ŝ

e maj

ą

 przed sob

ą

 Ziemi

ę

, było tak mocne, 

Ŝ

e zlekcewa

Ŝ

yli 

alarmuj

ą

cy wszak brak jakiegokolwiek radio

ź

ródła. Mało tego, zdania nie zmienili do ostatnich 

chwil. Nało

Ŝ

yłem wykonan

ą

 przez Fingera mapk

ę

 na plan kosmodromu Emit-First. Na mapce 

oznaczone s

ą

 punkty, w których Finger znalazł ciała członków załogi, oraz poło

Ŝ

enie ..Potestasa" 

i „StarfIasha-Recon". Porównuj

ą

oba dokumenty kartometryczne, stwierdziłem, 

Ŝ

e ciało kapitana le

Ŝ

ało w tym miejscu, w którym 

znajduje si

ę

 wej

ś

cie do wie

Ŝ

y kontrolnej na Emit-First, ciało biologa za

ś

 — na linii ł

ą

cz

ą

cej 

podstaw

ę

 rakiety z jego domem, usytuowanym, jak wiemy, w pobli

Ŝ

u kosmodromu. Je

Ŝ

eli chodzi 

o „StarfIasha-Recon", stał on na rubie

Ŝ

y l

ą

dowiska, zgodnie z poleceniem kapitana. 

Zbiorow

ą

 halucynacj

ę

 wykluczam. Zakładam, 

Ŝ

e ci ludzie, patrz

ą

c na Oval i przebywaj

ą

c na niej, 

rzeczywi

ś

cie widzieli Ziemi

ę

 oraz kosmodrom Emit-First, a 

ś

ci

ś

lej — widzieli fatamorgan

ę

fatamorgan

ę

 o niebywałym zasi

ę

gu, bo rozci

ą

gaj

ą

c

ą

 si

ę

 na cał

ą

 planet

ę

. Zało

Ŝ

enie powy

Ŝ

sze 

background image

wyda

ć

 si

ę

 mo

Ŝ

e niedorzeczne, albowiem o tego typu zjawiskach współczesnej nauce nie jest nic 

wiadomo. Zjawisko kosmicznej fatamorgany mogło powsta

ć

 — jak s

ą

dz

ę

 — dzi

ę

ki podobie

ń

stwu 

Oval do Ziemi. Jest ono przecie

Ŝ

 znaczne, obejmuje nie tylko rozmiary, kształt, mas

ę

 et cetera, 

lecz równie

Ŝ

 magnetosfer

ę

 i aurosfer

ę

. Na tej ostatniej wła

ś

nie pragn

ą

łbym si

ę

 zatrzyma

ć

Wiemy, 

Ŝ

e ka

Ŝ

da sko

ń

czona forma ma swoj

ą

 aur

ę

, dotyczy to tak

Ŝ

e Ziemi i planet w Układzie 

Giantfour. W normalnych warunkach aura, podobnie jak fale radiowe, nie jest postrzegalna 
ludzkimi zmysłami, w pewnych okoliczno

ś

ciach jednakowo

Ŝ

 — i tu znowu analogia do fal 

radiowych, zwłaszcza stosowanych w telewizji — staje si

ę

 widzialna. Okoliczno

ś

ci takie 

zachodz

ą

 pod wpływem promieniowania ektoplazmatycznego. Przypominam sobie nast

ę

puj

ą

ce 

do

ś

wiadczenie: 

w przyciemnionej pracowni eksperymentalnej, pomi

ę

dzy generatorem promieni 

ektoplazmatycznych a goł

ą

 

ś

cian

ą

, umieszczono pelargoni

ę

. Po wł

ą

czeniu generatora kilka 

milimetrów przed 

ś

cian

ą

 pojawił si

ę

 dokładny i przestrzenny wizerunek tego kwiatu, jego kopia. 

Gdyby taki eksperyment, tyle 

Ŝ

e na miar

ę

 kosmiczn

ą

, przeprowadzi

ć

 nie z pelargoni

ą

, ale z 

Ziemi

ą

, zmodulowany ziemsk

ą

 aur

ą

 strumie

ń

 ektoplazmy, po natrafieniu na odpowiedni

ą

posiadaj

ą

c

ą

 własn

ą

 aur

ę

 „

ś

cian

ę

", niew

ą

tpliwie naniósłby na ni

ą

 szczegółowy obraz naszego 

globu. Spenetrowałem archiwa Obserwatorium Satelitarnego i znalazłem tam ciekaw

ą

 

informacj

ę

. Otó

Ŝ

 Ziemia, kilkadziesi

ą

t lat temu, przebywała przez dziewi

ęć

 dni w strefie 

promieniowania ektoplazmatycznego. Obliczyłem, 

Ŝ

e promieniowanie to dotarło do Układu 

Giantfour w tym samym czasie, w którym dotarł tam „Potestas". Tyle ci mog

ę

 powiedzie

ć

 — 

William Macaulay u

ś

miecha si

ę

 

z ekranu. — Jestem naukowcem i nie chc

ę

 narazi

ć

 si

ę

 na kpiny, wyci

ą

gaj

ą

c zbyt daleko id

ą

ce 

wnioski. U

ś

miecham si

ę

 i ja. Wyjmuj

ę

 z ampexu ta

ś

m

ę

 nagran

ą

 przez przyjaciela i kład

ę

 j

ą

 obok 

dwu poprzednich. Na poparte badaniami potwierdzenie hipotezy Macaulaya trzeba jeszcze 
poczeka

ć

. Naukowcy na razie milcz

ą

, tak samo jak milcz

ą

 specjali

ś

ci Royal Cosmos Force. I 

znowu wypada ust

ą

pi

ć

 pola fantastom.