background image
background image

 

Lucy Maud Montgomery

 

 

 

Pożegnanie z Avonlea

 

 

Przełożyła Ewa Fiszer

Tytuł oryginału Further Chronicles of Avonlea

background image

 

background image

Perska kotka ciotki Cyntii

 

 

Ilekroć  ktoś  wspom ni  o  kotce,  Maks  rozpły wa  się  nad  ty m   zwierzakiem   i  nie  m ogę  zaprzeczy ć,  że  w  końcu  wszy stko  obróciło  się  na  dobre.  Ale  kiedy   pom y ślę,  co  obie  z  Iza  wy cierpiały śm y   przez  tę  podłą  kocicę,  nie  czuj ę  do  niej

ży czliwości.

Nigdy  nie przepadałam  za kotam i, choć j e doceniam  i nic nie m am  przeciwko starem u poczciwem u kotu, który  zna swoj e m iej sce i z którego j est j akiś poży tek. Za to Iza kotów nienawidzi i zawsze ich nienawidziła.

Ciotka Cy ntia, która w przeciwieństwie do nas koty  uwielbia, nigdy  nie potrafiła zrozum ieć, że ktoś m oże ich nie lubić. By ła głęboko przekonana, ze obie z Izą w gruncie rzeczy  koty  kocham y  i ty lko z wrodzonej  perwersy j nej  przekory  nie

chcem y  się do tego przy znać.

Spośród wszy stkich kotów naj większą niechęć wzbudzała we m nie biała perska kotka ciotki Cy ntii. Zresztą później  okazało się, że — j ak to od dawna podej rzewały śm y  — ciotka nie ty le j ą kochała, ile by ła z niej  bardzo dum na. Na pewno

dużo więcej  przy j em ności dostarczy łoby  ciotce towarzy stwo zwy kłego podwórzowego kocura niż tej  rozpieszczonej  pięknotki. Ale posiadanie perskiej  kotki z rodowodem , i to wartej  co naj m niej  sto dolarów, tak łechtało dum ę ciotki Cy ntii, iż
wm ówiła sobie, że kocha j ą niczy m  źrenicę własnego oka.

Ciotce Cy ntii przy wiózł z Persj i m ałe kocię j ej  siostrzeniec m isj onarz i przez następne trzy  lata cały  dom  ciotki tańczy ł wokół tego zwierzaka. Kotka by ła śnieżnobiała, na koniuszku j ej  ogona widniała niebieska plam ka, m iała błękitne oczy,

by ła głucha i wątła. Ciotka Cy ntia wciąż się zam artwiała, że kotka gotowa j est zaziębić się i zdechnąć. Iza i j a m arzy ły śm y  o ty m , m iały śm y  naprawdę dość wy słuchiwania opowieści o wy czy nach i kapry sach owego kota. Ale oczy wiście nie
powiedziały śm y  tego ciotce Cy ntii. Pewnie by  się do nas więcej  nie odezwała, a niem ądrze by łoby  j ą sobie zrazić. Kiedy  m a się niezam ężną ciotkę z pokaźny m  rachunkiem  w banku, należy  by ć z nią w j ak naj lepszy ch stosunkach. Zresztą
bardzo j ą w gruncie rzeczy  lubiły śm y  — ty le że nie zawsze. Ciotka Cy ntia należała do ty ch m ęczący ch osób, które wciąż wiercą ci dziurę w brzuchu, a kiedy  zaczy nasz ich nienawidzić, nagle okazuj ą ci taką dobroć i uczy nność, że m usisz j e
znów kochać.

Zatem  potulnie wy słuchiwały śm y  opowieści ciotki o Fatim ie — kotka nazy wała się Fatim a — a później  zostały śm y  srogo ukarane za to, że tak podle ży czy ły śm y  j ej  śm ierci.

W listopadzie ciotka Cy ntia „przy pły nęła” do Spencervale. To znaczy  przy j echała koczem , do którego zaprzężony  by ł tłusty  siwy  kucy k, ale widząc nadj eżdżaj ącą ciotkę Cy ntię, zawsze m y ślało się o nadpły waj ący m  okręcie.

By ł to feralny  dzień. Od rana nękały  nas niepowodzenia. Iza popry skała tłuszczem  aksam itny  żakiecik, bluzka, którą szy łam , leżała na m nie krzy wo, piec kuchenny  dy m ił, a chleb skwaśniał. Co gorsze. Hilda Key son, nasza zaufana rodzinna

niańka  i  kucharka,  która  rządziła  nam i  żelazną  ręką,  dostała  „podagry ”  w  ram ieniu.  Hilda  Key son  by ła  zwy kle  naj m ilszą  starszą  panią,  ale  kiedy   dostawała  podagry,  reszta  dom owników  m arzy ła,  żeby   uciec  z  dom u,  a  ponieważ  by ło  to
niem ożliwe, czuliśm y  się j ak święty  Wawrzy niec na stosie.

I wreszcie ta wizy ta ciotki Cy ntii i j ej  prośba.

— No, no — m ruknęła ciotka Cy ntia pociągaj ąc nosem . — Czuj ę dy m . Widać, że nie um iecie się obchodzić z piecem . Mój  nigdy  nie dy m i. Ale czegóż m ożna oczekiwać po dwóch dziewczy nach, które bez m ęskiej  pom ocy  próbuj ą

prowadzić dom .

—  Świetnie  sobie  bez  tej   m ęskiej   pom ocy   radzim y,  droga  ciociu  —  oświadczy łam   wy niośle.  Maks  się  akurat  od  czterech  dni  nie  pokazał  i  choć  nikt  specj alnie  nie  m iał  ochoty   go  widzieć,  zastanawiałam   się,  co  się  z  nim   stało.  —

Mężczy źni potrafią ty lko plątać się pod nogam i.

— No, nie udawaj , że tak m y ślisz — oświadczy ła ironicznie ciotka Cy ntia. — Żadna kobieta tak nie uważa. Jestem  pewna, że ta ładna Ania Shirley, która przy j echała z wizy tą do Eli Kim ball, wcale tak nie sądzi. Widziałam  j ą dziś po

południu z doktorem  Irvingiem  i m ieli bardzo zadowolone m iny . Jeśli ty , Zuziu, będziesz dalej  gry m asić, Maks prześlizgnie ci się m iędzy  palcam i.

Nie  by ła  to  nazby t  taktowna  wy powiedź,  wiadom o  by ło,  że  ty le  j uż  razy   odpowiadałam   odm ownie  na  oświadczy ny   Maksa,  iż  zupełnie  straciłam   rachubę.  Poczułam   wściekłość,  zatem   uśm iechnęłam   się  słodko  do  m oj ej   potrafiącej

doprowadzić do szału ciotki.

— Ciociu, niech m nie ciocia nie rozśm iesza — powiedziałam  grzecznie. — Ciocia m ówi tak, j akby m  m iała wobec Maksa j akieś zam iary .

— Bo m asz — odparła ciotka Cy ntia.

— Czem u zatem  nie przy j m uj ę j ego oświadczy n? — spy tałam  z uśm iechem . Ciotka Cy ntia świetnie o ty m  fakcie wiedziała. Maks za każdy m  razem  j ej  się zwierzał.

— Tego nikt nie wie — m ruknęła ciotka. — Ale on gotów cię wziąć za słowo. Ta Ania Shirley  j est fascy nuj ącą panną.

— Ależ tak — zgodziłam  się. — Ma naj ładniej sze oczy , j akie widziałam  w ży ciu. By łaby  dla Maksa bardzo odpowiednią żoną, m am  nadziej ę, że uda m u się j ą zdoby ć.

— Hm  — pry chnęła ciotka Cy ntia. — Cóż, nie będę cię prowokować do dalszy ch kłam stw. Nie przy j echałam  tu w taki wiatr po to, żeby  wbić ci do głowy  trochę zdrowego rozsądku. Jadę na dwa m iesiące do Halifaxu i chcę oddać wam

pod opiekę m oj ą Fatim ę.

— Fatim ę! — zawołały śm y .

— Tak. Boj ę się zostawić j ą ze służbą. Pam iętaj cie, że trzeba j ej  podgrzewać m leko i pilnować, żeby  nie wy szła z dom u.

Spoj rzałam  na Izę. Iza spoj rzała na m nie. Wiedziały śm y, że nie m a wy j ścia. Gdy by śm y  odm ówiły, ciotka Cy ntia śm iertelnie by  się na nas obraziła. Co więcej , gdy by m  próbowała wy razić sprzeciw, ciotka Cy ntia by łaby  pewna, że

robię to ty lko dlatego, że uraziły  m nie j ej  uwagi na tem at Maksa, i dręczy łaby  m nie przez długie lata. Niem niej  zebrałam  się na odwagę i spy tałam :

— Ale j eśli w czasie cioci nieobecności coś się j ej  stanie?

— Właśnie po to, by  nic j ej  się nie stało, chcę powierzy ć j ą waszej  opiece — oświadczy ła ciotka Cy ntia. — Musicie o to zadbać. Przy da wam  się odrobina odpowiedzialności. I nareszcie przekonacie się, j akie to czaruj ące stworzenie. No,

załatwione. Jutro j ą wam  Przy ślę,

— Sam a się będziesz m usiała zaj ąc tą wstrętną Fatim ą — oznaj m iła Iza, gdy  ty lko zam knęły  się za ciotką drzwi. — Ja się j ej  nie dotknę. Jakim  prawem  zgodziłaś się j ą wziąć?

— Ja się zgodziłam ? — zapy tałam  ze złością. — To ciotka Cy ntia uznała naszą zgodę za coś zupełnie oczy wistego. Wiesz równie dobrze j ak j a, że nie m ogły śm y  odm ówić. Więc nie zrzędź!

— Jeśli coś j ej  się stanie, ciotka Cy ntia nam  tego nigdy  nie wy baczy  — zauważy ła ponuro Iza.

— Czy  Ania Shirley  j est rzeczy wiście zaręczona z Gilbertem  Bly the? — zapy tałam  z ciekawością.

background image

— Tak sły szałam  — odparła z roztargnieniem  Iza. — Powiedz, czy  ona j ada coś oprócz m leka? Czy  m ożna j ej  dać m y sz?

— Chy ba tak. Jak sądzisz, czy  Maks naprawdę się w niej  zakochał?

— Niewy kluczone. Nareszcie się od ciebie odczepi.

— No właśnie — oświadczy łam  chłodno. — Ży czę powodzenia Ani Shirley  albo j akiej ś innej  Ani, która będzie m iała na m ego ochotę. Ja nie m am . Izo Meade, j eżeli ten piec nie przestanie dy m ić, pęknę ze złości. Co za potworny  dzień.

Ach, j ak j a j ej  nie cierpię!

— Nie powinnaś tak m ówić, przecież j ej  wcale nie znasz — zaprotestowała Iza. — Wszy scy  uważaj ą, że Ania Shirley  j est bardzo m iła i…

— Mówię o Fatim ie! — wrzasnęłam .

— Aha.

Iza czasem  by wa niem ądra. To j ej  aha zabrzm iało bardzo niem ądrze.

Fatim a poj awiła się następnego dnia. Maks przy niósł j ą w zam knięty m  koszy ku wy słany m  j edwabną poduszką. Maks lubi koty  i bardzo lubi ciotkę Cy ntię. Wy łoży ł nam , j ak się m am y  z Fatim ą obchodzić, a kiedy  Iza wy szła z pokoj u — Iza

zawsze wy chodzi, gdy  wie, że m i zależy  na j ej  obecności — znów się oświadczy ł. Oczy wiście, tak j ak zwy kle odpowiedziałam  „nie”, ale bardzo się ucieszy łam . Maks od dwóch lat oświadcza m i się co dwa m iesiące. Ty m  razem  od ostatnich
oświadczy n upły nęły  trzy  i zastanawiałam  się nad powodam i. A więc j ednak nie interesuj e się Anią Shirley, poczułam  ulgę. Nie m iałam  zam iaru wy chodzić za Maksa, ale lubiłam  j ego towarzy stwo i bardzo by  m i go brakowało, gdy by  go
złapała j akaś inna dziewczy na. Miały śm y  z niego m asę poży tku, przy bij ał na dachu gonty , woził nas do m iasta, rozkładał dy wany  — krótko m ówiąc w każdej  potrzebie służy ł nam  swoj ą pom ocą.

Wobec tego m iło się uśm iechałam  m ówiąc sakram entalne nie. Maks zaczął coś liczy ć na palcach. Kiedy  doszedł do ośm iu, pokiwał głową i zaczął liczy ć od początku.

— O co chodzi? — spy tałam .

— Próbuj ę policzy ć, ile razy  ci się oświadczy łem . Ale nie m ogę sobie przy pom nieć, czy  oświadczy łem  się tego dnia, kiedy  kopaliśm y  w ogródku. Jeśli oświadczy łem  się, to razem  będzie…

— Nie, wtedy  się nie oświadczy łeś — przerwałam .

—  No  to  dziś  j est  j edenasty   raz  —  oznaj m ił  z  nam y słem   Maks.  —  Zbliży liśm y   się  do  górnej   granicy.  Moj a  m ęska  dum a  nie  pozwoli  m i  oświadczy ć  się  tej   sam ej   dziewczy nie  więcej   niż  tuzin  razy.  Zatem   pam iętaj ,  kochanie,  że

następny m  razem  będzie to raz ostatni.

— Hm  — szepnęłam  i nawet zapom niałam  obrazić się na to ..kochanie”. Pom y ślałam  sobie, że kiedy  Maks przestanie m i się oświadczać, czeka m nie bardzo nudne ży cie. By ła to m oj a j edy na rozry wka. Ale — rzecz j asna — tak będzie

naj lepiej , nie m oże się to wlec w nieskończoność. Więc, żeby  zręcznie zm ienić tem at, zapy tałam  go o pannę Shirley .

— Urocza dziewczy na — oświadczy ł Maks. — Wiesz, że zawsze podobały  m i się szarookie dziewczęta z ty cj anowskim i włosam i.

Ja j estem  brunetką i m am  piwne oczy . Poczułam  do Maksa nienawiść. Wstałam  i poszłam  po m leko dla Fatim y .

W kuchni zastałam  wściekłą Izę. Poszła po coś na stry ch i po nodze przebiegła j ej  m y sz. My szy  zawsze źle działały  na Izę.

— Niewątpliwie przy dałby  się nam  kot — wy buchła. — Kot, nie ta rozpuszczona Fatim a! Na stry chu roi się od m y szy . Więcej  m nie tam  nikt nie zobaczy .

Z Fatim ą m iały śm y  m niej  kłopotu, niż oczekiwały śm y. Hilda polubiła j ą, a Iza wbrew swoim  deklaracj om  starannie dbała o j ej  potrzeby. Czasem  nawet wstawała w nocy  i sprawdzała, czy  Fatim ie nie j est zim no. Co dzień przy chodził

Maks i udzielał nam  dobry ch rad.

Ale oto pewnego dnia, w trzy  ty godnie po wy j eździe ciotki Cy ntii. Fatim a znikła dosłownie rozpły nęła się w powietrzu. Poszły śm y  z wizy tą i zostawiły śm y  j ą zwiniętą w kłębek przy  piecu, gdzie spała sobie pod czuj ny m  okiem  Hildy.

Kiedy  wróciły śm y , po Fatim ie nie by ło śladu.

Hilda płakała i zachowy wała się tak, j akby  bogowie pokarali j ą utratą zm y słów. Przy sięgała, że przez cały  czas nie spuszczała Fatim y  z oczu, z wy j ątkiem  trzech m inut, kiedy  pobiegła na stry szek po cząber. Kiedy  wróciła, drzwi by ły

otwarte, a Fatim a znikła.

Obie z Izą szalały śm y . Biegały śm y  po ogrodzie, przeszukały śm y  wszy stkie szopy  i lasek za dom em , nawoły wały śm y . Wszy stko na próżno. Iza usiadła na frontowy ch schodkach i rozpłakała się.

— Zabłądziła gdzieś, przeziębi się i um rze, a ciotka Cy ntia nigdy  nam  tego nie wy baczy .

— Idę do Maksa — oświadczy łam . I pobiegłam  przez świerkowy  lasek i pola ile sil w nogach, dziękuj ąc niebiosom , że istniej e Maks, do którego m ogę się udać z prośbą o pom oc.

Przy szedł Maks, j eszcze raz przeszukaliśm y  całe obej ście — ale na próżno. Mij ały  dni, a nam  nie udawało się odnaleźć Fatim y. Gdy by  nie Maks, na pewno postradałaby m  zm y sły. W ciągu tego okropnego ty godnia j ego obecność by ła

na wagę złota. Nie ośm ieliły śm y  się dać ogłoszenia, bo m ogłaby  j e zobaczy ć ciotka Cy ntia, ale wszędzie wy py ty wały śm y  o białego perskiego kota z błękitną plam ką na ogonie i ofiarowały śm y  dużą nagrodę. Nikt j ednak takiego kota nie widział,
choć dniem  i nocą poj awiali się ludzie z kotem  w koszy ku py taj ąc, czy  nie j est to przy padkiem  ten kot.

— Nigdy  j uż nie zobaczy m y  Fatim y ! — oświadczy łam  któregoś popołudnia zrozpaczony m  tonem . Właśnie odprawiłam  j akąś starą kobietę, która przy niosła wielkiego żółtego kota i upierała się, że m usi to by ć nasz kot… Przy szedł do nas i

strasznie m iauczał, a nikt na drodze do Grafton nigdy  go przedtem  nie widział…”

— I j a tak m y ślę — odparł Maks. — Musiała j uż dawno zdechnąć z zim na.

— Ciocia Cy ntia nigdy  nam  nie wy baczy  — powtarzała ponury m  tonem  Iza. — Od chwili kiedy  ta kotka poj awiła się w naszy m  dom u czułam , że to się źle skończy .

Nigdy  co prawda o ty m  nie wspom inała, ale Iza często m iewała przeczucia, o który ch m ówiła dopiero później . — Co zrobim y ? — spy tałam . — Maksie, wy m y sł coś.

—  Daj cie  ogłoszenie  w  gazetach  Charlottetown,  że  chcecie  kupić  biała  perską  kotkę  —  zaproponował  Maks.  —  Może  ktoś  zechce  taką  kotkę  sprzedać.  No  to  j ą  kupicie  i  oddacie  waszej   kochanej   cioci  j ako  Fatim ę.  Ciocia  j est  m ocno

krótkowzroczna, więc nie powinna się zorientować.

— Ale Fatim a m a na ogonie błękitną plam kę — zauważy łam .

— No to m usicie dać ogłoszenie, że szukacie kotki z błękitną plam ką na ogonie.

— Będziem y  m usiały  wy dać całe nasze oszczędności. A tak nam  potrzeba nowy ch futer — zauważy łam  sm utnie. — Ale nie m a innego wy j ścia. Jeszcze drożej  kosztowałby  nas gniew ciotki Cy ntii. Ona gotowa pom y śleć, że um y ślnie

wy puściły śm y  Fatim ę.

No i dały śm y  ogłoszenie. Maks poj echał do m iasta i zaniósł j e do naj bardziej  poczy tnej  gazety . Prosiliśm y , żeby  właściciel białej  perskiej  kotki, którą zechciałby  odstąpić, napisał do Gońca na nazwisko pana M. J.

background image

Nie m iały śm y  wielkiej  nadziei, bardzo więc zdziwiły śm y  się i ucieszy ły, kiedy  w cztery  dni później  Maks przy wiózł z m iasta list. List by ł napisany  na m aszy nie, wy słany  z Halifaxu i oznaj m iał, że j ego nadawca gotów j est odstąpić białą

perską kotkę z błękitną plam ką na ogonie. Cena wy nosi sto dziesięć dolarów, pan M. J. m oże się zgłosić i obej rzeć kotkę w Halifaxie, na ulicy  Hollis pod num erem  10.

— Nie cieszcie się zby tnio — zauważy ła ponuro Iza. — Kotka m oże by ć zupełnie inna. Ta błękitna plam ka m oże by ć za duża albo za m ała, albo w zupełnie inny m  m iej scu. Nie wierzę, żeby  ta rozpaczliwa historia m ogła się dobrze

skończy ć.

W ty m  m om encie zastukano do drzwi, więc wy szłam . Chłopak z poczty  przy niósł telegram . Otworzy łam  go, spoj rzałam  i wróciłam  pędem  do pokoj u.

— Co się stało? — zawołała Iza widząc m ój  wy raz twarzy .

Podałam  j ej  telegram . Wy słała go ciotka Cy ntia. Prosiła, żeby śm y  naty chm iast przy słały  Fatim ę do Halifaxu.

Po raz pierwszy  Maks nie pospieszy ł z dobrą radą. To j a m usiałam  zabrać głos.

—  Maksie  —  poprosiłam .  —  Pom ożesz  nam ?  Ani  j a,  ani  Iza  nie  m ożem y   teraz  j echać  do  Halifaxu.  Poj edź  j utro  rano.  Idź  na  ulicę  Hollis  i  spy taj   o  tę  perską  kotkę.  Jeśli  przy pom ina  Fatim ę,  kup  j ą  i  zanieś  ciotce  Cy ntii.  Jeżeli  nic

przy pom ina… nie, to niem ożliwe! Poj edziesz?

— To zależy  — odparł Maks.

Spoj rzałam  na niego z niedowierzaniem , takie to by ło do niego niepodobne.

— Chcesz m nie wy siać z bardzo niebezpieczną m isj ą — oświadczy ł chłodny m  tonem . A j eśli ciotka Cy ntia m im o swej  krótkowzroczności zorientuj e się? Ładnie będę wtedy  wy glądał.

— Och, Maksie — szepnęłam  bliska łez.

— Inaczej  by  to wy glądało zauważy ł Maks wpatruj ąc się i nam y słem  w ogień na kom inku — gdy by m  by ł członkiem  waszej  rodziny . Ale tak…

Iza wstała i wy szła.

— Maksie, proszę cię — szepnęłam .

— Zuziu, czy  wy j dziesz za m nie? — spy tał surowo Maks. — Jeśli zgodzisz się za m nie wy j ść, poj adę do Halifaxu i stawię czoło lwu w j ego j askini. W naj gorszy m  razie zawiozę ciotce Cy ntii czarnego ulicznego kota i przy sięgnę, że to

Fatim a. Wy ciągnę cię z ty ch tarapatów. Udowodnię ciotce, że nigdy  nie m iałaś Fatim y  albo że Fatim a czeka bezpiecznie w dom u, albo że Fatim a w ogóle nie istniała. Zrobię wszy stko i powiem  wszy stko, ale ty lko dla m oj ej  przy szłej  żony .

— W żadny m  inny m  wy padku?

— W żadny m .

Zebrałam  m y śli. Maks zachowy wał się ohy dnie, ale… ale… w gruncie rzeczy  by ł cudowny m  człowiekiem … i to by ł ten dwunasty  raz… no i istniała Ania Shirley ! W głębi serca wiedziałam , że ży cie bez Maksa będzie nie do zniesienia.

No i na pewno dawno by m  j uż za niego wy szła, gdy by  ciotka Cy ntia od chwili j ego przy j azdu do Spencervale nie usiłowała nas wy swatać.

— Dobrze — oświadczy łam  gniewny m  tonem .

Maks wczesny m  rankiem  wy j echał do Halifaxu. Nazaj utrz otrzy m ały śm y  telegram , ze wszy stko j est w porządku. I następnego dnia wieczorem  Maks wrócił do Spencevale. Iza i j a usadowiły śm y  go w fotelu i niecierpliwie czekały śm y .

Maks zaczął się śm iać i śm iał się tak, że aż zsiniał.

Bardzo się cieszy m y , że tak się dobrze bawisz — zauważy ła chłodno Iza. Ale Zuzia i j a także by śm y  się chętnie pośm iały .

— Trochę cierpliwości, dziewczęta poprosił Maks. Gdy by ście wiedziały , z j akim  trudem  udało m i się zachować powagę w Halifaxie, darowały by ście m i ten wy buch śm iechu.

— Daruj em y , daruj em y  — zawołałam . Ale nam  wreszcie opowiedz, co się stało!

— Zaraz po przy j eździe do Halifaxu pobiegłem  na ulicę Hollis. Ŕ propos, dlaczego powiedziały ście m i, że wasza ciotka m ieszka na ulicy  Przy j em nej ?

— Bo m ieszka.

— Nie. Gdy by ście spoj rzały  na adres na telegram ie, zobaczy ły by ście, że m ieszka przy  ulicy  Hollis. Przed ty godniem  przeprowadziła się tam  do innej  przy j aciółki.

— Maksie!

— To szczera prawda. Zadzwoniłem  do drzwi i kiedy  m iałem  j uż podać pokoj ówce hasło „perski kot”, w holu poj awiła się ciotka Cy ntia i zaraz się na m nie rzuciła.

— Maksie! — zawołała. — Przy wiozłeś m i Fatim ę?

— Nie — odparłem , próbuj ąc zebrać m y śli, a ona zaprowadziła m nie do biblioteki. — Nie, j estem  przej azdem  w Halifaxie, m am  tu coś do załatwienia.

— Coś podobnego — rozgniewała się ciotka Cy ntia. — Gdzie te dziewczy ny  m aj ą głowę? Depeszowałam  do nich, żeby  naty chm iast przy słały  m i Fatim ę. I ciągle j ej  nie m a, a j a z m inuty  na m inutę oczekuj ę wizy ty  kogoś, kto chce j ą

kupić.

— Ach tak — szepnąłem  usiłuj ąc zebrać m y śli.

— Tak — ciągnęła wasza ciotka. — W Gońcu poj awiło się ogłoszenie, że ktoś szuka perskiej  kotki, i odpowiedziałam  na nie. Z Fatim a j est m nóstwo zachodu, w każdej  chwili gotowa j est przeziębić się i zdechnąć, a to by  by ła straszna strata,

więc choć j estem  do niej  bardzo przy wiązana, postanowiłam  się z nią rozstać.

Przy szedłem  j uż do siebie i zrozum iałem , że naj m ądrzej  będzie powiedzieć część prawdy , zręcznie j ą ubarwiaj ąc.

— Co za przedziwny  zbieg okoliczności! — zawołałem . — Ależ panno Ridley , to j a właśnie um ieściłem  to ogłoszenie. Prosiła m nie o to Zuzia. Obie z Izą doszły  do wniosku, że chcą m ieć taką sam ą kotkę j ak Fatim a.

— Szkoda, że nie widziały ście, j ak się ona rozprom ieniła. Oświadczy ła, iż zawsze wiedziała, ze wy  w gruncie rzeczy  lubicie koty, ty lko nie chcecie się do tego przy znać. Zaraz więc załatwiliśm y  transakcj ę — bez zm rużenia oka wzięła

wasze sto dziesięć dolarów — i j esteście odtąd właścicielkam i Fatim y . Winszuj ę!

background image

— Stare skąpiradło — pry chnęła Iza. Miała na m y śli ciotkę Cy ntię i przy pom niawszy  sobie nasze wy leniałe futra m usiałam  j ej  przy znać racj ę.

— Ale przecież Fatim y  nie m a — zauważy łam  niepewny m  tonem . — Co powiem y , j ak ciotka Cy ntia wróci do dom u?

— Wasza ciotka m a wrócić dopiero za m iesiąc. Gdy  wróci, powiecie j ej ,  że  kotka  zginęła,  ale  nie  m usicie  j ej   m ówić,  kiedy   zginęła.  Skoro  odtąd  Fatim a  należy   do  was,  ciotka  Cy ntia  nie  będzie  m ogła  robić  wam   wy rzutów.  Ty le  że

nabierze j eszcze gorszej  opinii o waszy ch um iej ętnościach zaj m owania się dom em .

Kiedy  Maks wy szedł, wy j rzałam  za nim  przez okno. By ł naprawdę przy stoj ny  i by łam  z niego dum na. Przy  bram ie odwrócił się, by  pom achać ręką, i spoj rzał w górę. Nawet z tej  odległości zobaczy łam , j ak m u się zm ieniła twarz. I

zaczął biec w kierunku dom u.

— Izo, chy ba pali się dach — krzy knęłam  i pobiegłam  do drzwi.

— Zuziu — zawołał Maks — w okienku stry chu zobaczy łem  ducha Fatim y .

— Co za bzdury ! — zaprotestowałam . Ale Iza by ła j uż na schodach i pobiegliśm y  za nią. Aż na stry ch. A tam  w okienku wy grzewała się w słońcu tłusta i zadowolona Fatim a.

Maks znów zaczął się zaśm iewać.

— Przecież nie m ogła tam  siedzieć cały  czas — j ęknęłam . — Usły szały by śm y , j ak m iauczy .

— Ale nie usły szały ście — zauważy ł Maks.

— Mogła um rzeć z zim na — m artwiła się Iza.

— Ale nie um arła.

— Mogła się zagłodzić na śm ierć! — zawołałam .

— Tu aż się roi od m y szy  — zauważy ł Maks. — Nie, dziewczęta, nie m a żadny ch wątpliwości. Ta kotka spędziła na ty m  stry chu całe dwa ty godnie. Widać owego dnia wślizgnęła się za Hildą. Dziwne, że nie sły szały ście m iauczenia —

ale m oże nie m iauczała. A zresztą wy  śpicie na parterze. I pom y śleć, że żadnej  z was nie przy szło do głowy  tu zaj rzeć!

— Kosztowało nas to sto dziesięć dolarów — zauważy ła Iza patrząc z obrzy dzeniem  na Fatim ę.

— Mnie znacznie więcej  — odparłam  idąc w kierunku schodów.

Maks zatrzy m ał m nie i poczekał, aż Iza z Fatim a zej dą na dół.

— Zuziu, czy  naprawdę uważasz, że cię to zby t wiele kosztowało? Spoj rzałam  na niego spod oka. By ł kochany  i aż biło od niego ciepło.

— Nnie… — szepnęłam . — Ale kiedy  się pobierzem y , sam  będziesz m usiał zaj ąć się Fatim ą. Ja się j ej  nie tknę.

— Kochana Fatim a! — zauważy ł Maks, a w j ego głosie brzm iała wdzięczność.

background image

 

background image

O tym, jak zmaterializował się Cecil

 

 

Nie wy szłam  za m ąż i choć całe Avonlea patrzy  z góry  na stare panny, wcale się ty m  nie m artwiłam , szczerze j ednak przy znaj ę, że by ło m i przy kro, iż nikt się nigdy  o m nie nie starał. Wiedziała o ty m  nawet Nancy, m oj a dawna

piastunka, i bardzo się nade m ną litowała. Nancy  by ła także starą panną, ale w swoim  czasie m iała dwóch konkurentów. Nie przy j ęła żadnego z nich, gdy ż j eden by ł wdowcem  z siedm iorgiem  dzieci, a drugi znany m  lekkoduchem , niem niej
j eśli ktoś wy pom niałby  Nancy  j ej  staropanieństwo, m ogłaby  z dum ą oświadczy ć, że to ona nie chciała wy j ść za m ąż. Gdy by m  nie spędziła całego ży cia w Avonlea, nie oparłaby m  się m oże chęci opowiadania o kim ś, kto zabiegał o m oj e
względy , ale niem al się stąd nie ruszałam  i wszy scy  wszy stko o m nie wiedzieli, a przy naj m niej  sądzili, że wiedzą.

Często zastanawiałam  się, czem u nikt się nigdy  we m nie nie zakochał. By łam  niebrzy dka, kiedy ś Jerzy  Adoniram  May brick napisał nawet wiersz, w który m  wy chwalał m oj ą urodę: co prawda Jerzy  Adoniram  pisał wiersze do wszy stkich

ładny ch dziewczy n, choć w gruncie rzeczy  obchodziła go ty lko zezowata i ruda Flora King, niem niej  świadczy  to o ty m , że nie zawinił m ój  wy gląd. Ani fakt, że j a także pisałam  wiersze, gdy ż utrzy m y wałam  to w głębokiej  taj em nicy. Kiedy
nawiedzało m nie natchnienie, zam y kałam  się w sy pialni i wy j m owałam  album , który  zawsze znaj dował się pod kluczem . Album  ten j est j uż obecnie niem al zapisany, nigdy  bowiem  nie przestałam  układać wierszy. By ła to j edy na rzecz, którą
udało m i się zachować w taj em nicy  przed Nancy. Nancy  i tak uważała, że nie um iem  sobie radzie w ży ciu, ale drżę na m y śl, co by  powiedziała, gdy by  dowiedziała się o istnieniu tego album u. Jestem  przekonana, że posłałaby  z punktu lekarza,
a nim  by  przy szedł, obłoży łaby  m nie gorczy czny m i plastram i.

 

Niem niej   nie  przestałam   pisać  wierszy   i  ży łam   sobie  naprawdę  szczęśliwie  wśród  m oich  kwiatów,  kotów  i  ilustrowany ch  pism   Choć  bolało  m nie,  gdy   Adela  Gilbert  z  przeciwka,  która  sam a  m a  m ęża  pij aka,  litowała  się  nad  ..biedną

Karoliną”, że nie udało j ej  się wy j ść za aż Biedna Karolina! Gdy by m  uży wała m etod Adeli Gilbert to… nie powinnam  tak m y śleć, to nie po chrześcij ańsku.

 

W dzień m oich czterdziesty ch urodzin odby wało się u Marii Gilespie zebranie Kółka Robótek Ręczny ch. Od dawna j uż nie wspom inałam  o m oich urodzinach, choć nie na wiele się to m ogło zdać w Avonlea, gdzie wszy scy  dobrze wiedzą,

ile kto m a lat — a j eśli się czasem  m y lą, to nie na korzy ść ofiary. Ale Nancy  przy zwy czaiła się obchodzić m oj e urodziny  i nie m ogłam  j ej  tego wy perswadować, a zresztą m iło j est, kiedy  ktoś koło ciebie skacze. Nancy  przy niosła m i do łóżka
śniadanie — w żadny m  inny m  wy padku nie pozwoliłaby  m i na takie leniuchowanie. Przy gotowała wszy stkie m oj e ulubione  przy sm aki  i  przy brała  tacę  różam i  z  ogródka  i  liśćm i  paproci,  które  rosły   w  lasku  za  dom em .  Rozkoszowałam   się
każdy m  kęsem  tego  śniadania,  potem   wstałam   i  włoży łam   m uślinową  sukienkę.  Chętnie  włoży łaby m   m oj ą  naj ładniej szą  sukienkę,  ale  nie  zrobiłam   tego  ze  strachu  przed  Nancy,  wy obrażam   sobie,  co  by   zaczęła  wy gady wać,  urodziny   nie
urodziny !… Podlałam  kwiaty , nakarm iłam  koty , potem  zam knęłam  się na klucz i napisałam  wiersz o czerwcu. Przestałam  pisać urodzinowe ody  j uż wówczas, gdy  skończy łam  trzy dzieści lat.

Po południu wy brałam  się na zebranie Kółka, Kiedy  ubrałam  się, spoj rzałam  w lustro chcąc zobaczy ć, czy  naprawdę wy glądam  na czterdziestoletnią kobietę. Upewniłam  się, że nie. Włosy  bły szczały, m iałam  zaróżowione policzki i

niem al nie widać by ło zm arszczek, choć to m ożna by  przy pisać ciem nawem u światłu, lustro bowiem  powiesiłam  m ożliwie naj dalej  od okna. Nancy  nie m ogła tego zrozum ieć. Oczy wiście, wiedziałam , że m am  zm arszczki, ale skoro ich nie
wdziałam , łatwo m i przy chodziło o nich zapom nieć.

Mnóstwo  kobiet  uczestniczy ło  w  zebraniach  naszego  Kółka,  i  to  zarówno  stary ch  j ak  m łody ch.  Nie  m ogę  powiedzieć,  żeby   dotąd  te  spotkania  sprawiały   m i  przy j em ność,  ale  pilnie  na  nie  uczęszczałam   uważaj ąc  to  za  swój   święty

obowiązek. Mężatki rozm awiały  o m ężach i dzieciach, więc rzecz j asna nie m ogłam  zabierać głosu, dziewczęta gadały  po kątach o swoich wielbicielach i m ilkły , gdy  się do takiej  grupki zbliżałam , zupełnie j akby  by ły  przekonane, że stara panna,
która nigdy  nie m iała wielbiciela, nie j est w stanie ich zrozum ieć. Inne stare panny  plotkowały  na potęgę, a j a tego nie lubiłam . Wiedziałam , że za m oim i plecam i plotkuj ą także o m nie, daj ą do zrozum ienia, że farbuj ę włosy, i utrzy m uj ą, że
kobieta pięćdziesięcioletnia ośm iesza się wkładaj ąc różową m uślinową sukienkę przy ozdobioną koronką.

Tego dnia znalazły śm y  się w pełny m  składzie, gdy ż przy gotowy wały śm y  wentę ozdobnej  galanterii na rzecz rem ontu plebanii. Dziewczęta by ły  wesolutkie i zachowy wały  się j eszcze głośniej  niż zwy kle. Rej  wodziła Wilhelm ina Mercer.

Mercerowie zam ieszkali w Avonlea zaledwie dwa m iesiące tem u.

Siedziałam  przy  oknie, a tuż przede m ną grupka dziewcząt: Wilhelm ina Mercer, Madzia Henderson, Zuzia Cross i Georgie Hali. Nie przy słuchiwałam  się ich paplaninie i zdziwiłam  się, gdy  Georgie zawołała nagle:

— Panna Karolina się z nas śm iej e. Pewnie uważa nas za niem ądre gąski, które wciąż paplaj ą o chłopcach.

Rzeczy wiście uśm iechałam  się, bo przy szedł m i do głowy  pom y sł wiersza o róży czkach wspinaj ący ch się na okno. Słowa Georgie sprowadziły  m nie na ziem ię i j ak to zwy kle by wa — zabolały .

— Panno Holm es, czy  pani m iała kiedy ś konkurenta? — spy tała ze śm iechem  Wilhelm ina Mercer.

Akurat w pokoj u zapadła cisza i wszy scy  usły szeli py tanie Wilhelm iny .

Nie wiem  do dziś, co we m nie wstąpiło. Na ogół j estem  prawdom ówna i brzy dzę się kłam stwem . Ale nie potrafiłam  — w ty m  pokoj u pełny m  kobiet — odpowiedzieć Wilhelm inie, że nie. My ślę, że złoży ły  się na to wszy stkie przy cinki,

które znosiłam  przez piętnaście lat, „skum ulowały  się w organizm ie”, j ak to określał nasz nowy  lekarz.

— Tak, raz — odparłam  spokoj nie.

Moj e słowa wy wołały  sensacj ę. Wszy stkie obecne kobiety  przestały  szy ć i spoj rzały  na m nie. Większość z niedowierzaniem . Ale Wilhelm ina nie m iała wątpliwości. Na j ej  ładnej  buzi poj awiła się ciekawość.

— Och, niech nam  pani o nim  opowie, panno Holm es! — poprosiła przy m ilnie. — Dlaczego pani za niego nie wy szła?

— Tak, panno Mercer, niech j ą pani nam ówi, żeby  nam  opowiedziała — wtrąciła się Józefina Cam eron z obrzy dliwy m  uśm ieszkiem . — Nigdy  nie sły szały śm y  o żadny m  konkurencie Karoliny .

Gdy by   Józefina  tego  nie  powiedziała,  pewnie  by m   um ilkła.  Ale  w  dodatku  zobaczy łam ,  j ak  Maria  Gillespie  i  Adela  Gilbert  wy m ieniaj ą  porozum iewawcze  spoj rzenia.  Wstąpił  we  m nie  duch  przekory.  „Powiedziało  się  a,  trzeba

powiedzieć b” — pom y ślałam  i oświadczy łam  z rozm arzony m  uśm iechem :

— Nikt o ty m  nie wiedział, a by ło to dawno, dawno tem u.

— Jak on się nazy wał? — spy tała Wilhelm ina.

— Cecil Fenwick — odparłam  bez nam y słu. Cecil by ło to m oj e ulubione im ię. A nazwisko Fenwick widniało na złożonej  gazecie, którą trzy m ałam  w ręku, by  odm ierzać nią szerokość obrębka. „Stosuj  ty lko plastry  Fenwicka”.

— Gdzie go pani spotkała? — spy tała Georgie.

Szy bko przebiegłam  m y ślą całą m oj ą przeszłość. Ty lko raz wy j echałam  na dłużej  z Avonlea w odwiedziny  do ciotki w Nowy m  Brunszwiku.

— W Blakely , w Nowy m  Brunszwiku — odpowiedziałam  i sam a niem al w to uwierzy łam , widząc, że nie wzbudziłam  żadny ch podej rzeń. — Miałam  wtedy  osiem naście lat, a on dwadzieścia trzy .

— Jak wy glądał? — chciała się dowiedzieć Zuzia.

background image

— By ł bardzo przy stoj ny. — Muszę ze wsty dem  przy znać, że zaczęłam  się świetnie bawić. Zobaczy łam  w oczach dziewcząt szacunek i wiedziałam , że odtąd nikt nie zarzuci m i staropanieństwa. Będę kobietą z rom anty czną przeszłością,

wierną j edy nej  m iłości swego ży cia.

— By ł wy soki, m iał gęste kędzierzawe czarne włosy  i by stro patrzące oczy . Miał piękny  nos, m ocno zary sowaną brodę i czaruj ący  uśm iech.

— Kim  by ł? — spy tała Madzia.

— Młody m  prawnikiem . — O wy borze zawodu m ego konkurenta zadecy dował stoj ący  obok m nie na sztalugach portret zm arłego brata Marii Gillespie. On by ł prawnikiem .

— Dlaczego pani za niego nie wy szła? — zaciekawiła się Zuzia.

— Pokłóciliśm y  się — odpowiedziałam  ze sm utkiem . — By liśm y  oboj e m łodzi i niem ądrzy . To j a zawiniłam . Cecil rozgniewał się, do flirtowałam  z inny m  m ężczy zną —— zdecy dowanie szło m i coraz lepiej  i w; j echał na zachód. Nigdy

go odtąd nie widziałam , nie wiem  nawet, czy  ży j e. Ale nigdy  j uż, nigdy , nie potrafiłam  się zainteresować inny m  m ężczy zną.

— Jakie to piękne! — westchnęła Wilhelm ina. — Uwielbiam  sm utne historie m iłosne. Ale, panno Holm es, on przecież m oże j eszcze wrócić.

Och, teraz j uż na pewno nie — powiedziałam  kręcąc przecząco głową. — Dawno j uż m usiał o m nie zapom nieć. A j eśli nawet nie zapom niał, to m i nie wy baczy ł.

W ty m  m om encie Maria Gillespie zaprosiła nas na podwieczorek i bardzo się ucieszy łam , bo j uż zaczęła m nie zawodzić wy obraźnia, a nie wiedziałam , o co te dziewczęta zechcą się m nie j eszcze spy tać. Ale czułam  j uż, że stosunek

obecny ch do m nie zm ienił się, otaczała m nie zupełnie inna atm osfera i by łam  podniecona i zachwy cona Ani się nie wsty dziłam , ani nie żałowałam  tego, co powiedziałam . Szkoda, że j uż dawno nie wpadłam  na ten pom y sł.

Przez następne dwa m iesiące ży łam  sobie m iło i wesoło. Nikt j uż nie wy py ty wał m nie o Cecila Fenwicka, a dziewczęta zaczęły  m i się zwierzać. By ło to bardzo przy j em ne, polubiłam  więc posiedzenia naszego Kółka. Sprawiłam  sobie

parę nowy ch sukienek oraz śliczny  kapelusz, przy j m owałam  wszy stkie zaproszenia.

Ale j ednej  rzeczy  każdy  m oże by ć pewny . Że za każde wy kroczenie czeka go kiedy ś kara. Mnie spotkało to po dwóch m iesiącach i by ło straszne.

Tej  wiosny  oprócz rodziny  Mercerów zam ieszkali też w Avonlea Maxwellowie. By ła to zam ożna para w średnim  wieku. Pan Maxwell kupił tartak i dawną posiadłość Spencerów, czy li m iej scową ..rezy dencj ę”. Prowadzili spokoj ny  try b

ży cia, a pani Maxwellowa by ła wątła i niem al nigdzie nie by wała. Nigdy  j ej  nie spotkałam , bo nie by ło m nie w dom u, gdy  przy szła złoży ć m i wizy tę, a kiedy  j a z kolei wy brałam  się do niej  — także j ej  nie zastałam .

Znów odby wało się zebranie naszego Kółka, ty m  razem  u Sary  Gardiner. Spóźniłam  się i kiedy  przy szłam , wszy stkie panie siedziały  j uż w saloniku i od razu zorientowałam  się, że cos m usiało się stać. Wszy scy  patrzy li na m nie j akim ś

dziwny m  wzrokiem . Oczy wiście pierwsza wy rwała się Wilhelm ina Mercer.

— Panno Holm es, czy  pani go j uż widziała?

— Kogo? spy tałam  wy j m uj ąc naparstek i m ci.

— No j ak to? Cecila Fenwicka. Przy j echał do Avonlea odwiedzić swoj ą siostrę, panią Maxwel1ową.

Zachowałam  się chy ba tak, j ak tego po m nie oczekiwano. Upuściłam  wszy stko, co trzy m ałam  w ręku, a Józefina Cam eron powtarzała później  na lewo i na prawo, ze zbladłam  j ak trup.

— Niem ożliwe szepnęłam .

— Ależ to prawda! — wy krzy knęła Wilhelm ina zachwy cona rom anty cznością sy tuacj i. — By łam  wczoraj  wieczorem  u pani Maxwell i go poznałam .

— To nie m oże by ć ten sam  Cecil Fenwick — oznaj m iłam , bo wszy scy  oczekiwali, że coś powiem .

— Ależ tak, to on. Pochodzi z Blakely  w Nowy m  Brunszwiku, j est prawnikiem  i dwadzieścia dwa lata tem u wy j echał na zachód. Jest strasznie przy stoj ny , wy gląda zupełnie tak, j ak go pani opisała, ty le że osiwiał. Jest nieżonaty  — py tałam

pani Maxwellowej  nigdy  się nie ożenił, więc na pewno o pani nie zapom niał. Teraz wszy stko cudownie się ułoży .

Nie by ła w stanie zarazić m nie ty m  swoim  entuzj azm em . Przeraziłam  się i by łam  tak zm ieszana, że nie wiedziałam , co powiedzieć. Miałam  uczucie, że to j akiś koszm arny  sen — to m usiał by ć sen — przecież Cecil Fenwick nie istniał!

Trudno wy razić, co przeży wałam . Na szczęście wszy scy  przy pisali m oj e wzburzenie zupełnie inny m  powodom  i uprzej m ie zostawili m nie w spokoj u. Nigdy  nie zapom nę tego potwornego popołudnia. Zaraz po podwieczorku przeprosiłam
gospody nię i wróciłam  j ak naj szy bciej  do dom u. A tam  zam knęłam  się w sy pialni, ty m  razem  nie po to, by  pisać wiersze. Nie wiersze by ły  m i w głowie.

Próbowałam  spoj rzeć faktom  w oczy. Zatem  Cecil Fenwick istniej e a co gorsze znaj duj e się w Avonlea. Wszy scy  m oi przy j aciele — a także wrogowie sądzili, że j est m oim  dawny m  ukochany m . Jeśli pozostanie dłużej  w Avonlea albo

usły szy  o tej  historii, zaprzeczy  — a j a przez resztę ży cia będę wy stawiona na pośm iewisko, albo odj edzie — a wszy scy  doj dą do wniosku, że o m nie zapom niał, i będą się nade m ną litować. Ale i tak pierwsza m ożliwość by ła dużo gorsza i całą
noc m odliłam  się, ach, j ak j a się m odliłam , żeby  wy j echał naty chm iast. Opatrzność j ednak zrządziła inaczej ,

Cecil Fenwick nie wy j echał. Został w Avonlea, a Maxwellowie rozpoczęli na j ego cześć prowadzić oży wione ży cie towarzy skie. Pani Maxwellowa urządziła przy j ęcie, dostałam  zaproszenie i oczy wiście nie poszłam , choć Nancy  bardzo

nalegała. Potem  wszy scy  urządzali przy j ęcia na cześć pana Fenwicka i zapraszali m nie. Odm awiałam . Wilhelm ina Mercer przy szła do m nie i błagała, żeby m  się pokazała, bo pan Fenwick gotów pom y śleć, że wciąż ży wię do niego urazę, i nie
ośm ieli się zrobić poj ednawczy ch kroków. Wilhelm ina m iała j ak naj lepsze zam iary , ale niestety  nie grzeszy  ona rozum em .

Cecil Fenwick spodobał się wszy stkim , tak stary m , j ak m łody m . By ł bardzo bogaty  i Wilhelm ina twierdziła, że połowa dziewcząt stara się m u zawrócić w głowie.

— Gdy by  to nie chodziło o panią, panno Holm es, sam a próbowałaby m  go uwieść, m im o ty ch j ego siwy ch włosów i m im o że pani Maxwellowa utrzy m uj e, iż straszny  z niego złośnik — oświadczy ła pół żartem , pół serio Wilhelm ina.

Ty m czasem  j a w ogóle przestałam  wy chodzić z dom u, nawet do kościoła. Zam artwiałam  się, straciłam  apety t i przestałam  pisać wiersze. Nancy  rozpaczała i usiłowała faszerować m nie swy m i ulubiony m i pigułkam i. Potulnie ły kałam

pigułki, bo sprzeciwianie się Nancy  to czy sta strata czasu i energii, ale .rzecz j asna, nic m i one nie pom ogły. Srogo zostałam  ukarana za m oj e kłam stwa. Przestałam  abonować  Przewodnik Tygodniowy,  bo  wciąż  się  tam   ukazy wała  reklam a
plastrów i nie m ogłam  tego widoku znieść. Przecież gdy by  nie to ogłoszenie, nie wy m y śliłaby m  nazwiska Fenwick i nie m iała teraz kłopotu.

Któregoś wieczoru, kiedy  siedziałam  osowiała w swoj ej  sy pialni, weszła na górę Nancy .

— Panno Karolino, czeka na panią w saloniku j akiś pan.

Zam arło m i serce.

— Nancy , kto to j est? — wy j ąkałam .

— Chy ba to ten pan Fenwick, o który m  się teraz ty le m ówi — powiedziała Nancy , która na szczęście nic nie wiedziała o m oim  wy im aginowany m  rom ansie. — Wy gląda na rozwścieczonego.

— Powiedz m u, że zaraz zej dę — oświadczy łam  spokoj nie. Narzuciłam  koronkowy  szal i zatknęłam  za pasek dwie chusteczki do nosa, pewna bowiem  by łam , że j edna nie wy starczy. Znalazłam  stary  num er  Przewodnika i zeszłam  do

bawialni czuj ąc się j ak skazaniec, którego prowadzą na egzekucj ę. Od tej  pory  j estem  zażartą przeciwniczką kary  śm ierci.

Weszłam  do saloniku i starannie zam knęłam  za sobą drzwi, bo Nancy  lubi podsłuchiwać. Ugięły  się pode m ną nogi i nawet dla ocalenia ży cia nie m ogłaby m  zrobić kroku. Stałam  z ręką na klam ce i trzęsłam  się j ak listek.

background image

 

Przez okno wy glądał j akiś pan, teraz odwrócił się i j ak to słusznie zauważy ła Nancy  wy glądał na rozwścieczonego. By ł bardzo przy stoj ny, a siwizna dodawała m u dy sty nkcj i. Choć uprzy tom niłam  to sobie dopiero później , w danej  chwili

nie by łam  w stanie zebrać m y śli.

 

Nagle zdarzy ło się coś dziwnego… z j ego twarzy  znikł gniew. Teraz wy glądał na zdziwionego. Zaczerwienił się. Ja stałam  i wpatry wałam  się w niego, niezdolna wy m ówić słowa.

— Czy  m am  przy j em ność z panną Holm es? — spy tał. — Ja… j a… ach, niech to licho. Przy biegłem  tu wściekły , bo usły szałem  głupie plotki. Krety n ze m nie, widzę, że to nieprawda. Niech m i pani wy baczy . Już uciekam .

— Nie — z trudem  odzy skałam  głos. — Proszę zostać i m nie wy słuchać. Muszę panu coś wy znać. Te plotki… tak, j a to wy m y śliłam , ale nie wiedziałam  wówczas, że istniej e prawdziwy  Cecil Fenwick.

Tak j ak m iał do tego pełne prawo, zrobił zdum ioną m inę. Potem  uśm iechnął się, wziął m nie za rękę — wciąż j eszcze trzy m ałam  się klam ki — i zaprowadził na kanapę.

—  Usiądźm y   i  pogadaj m y   —  zaproponował,  więc  opowiedziałam   m u  całą  tę  zawsty dzaj ącą  historię.  Czułam   się  okropnie  upokorzona,  ale  słusznie  m i  się  to  należało.  Opowiedziałam   m u,  j ak  zawsze  kpiono  ze  m nie,  że  nie  m iałam

wielbiciela, i j ak do tego doszło, że w końcu zdecy dowałam  się na kłam stwo. Jako dowód pokazałam  m u reklam ę plastrów.

Wy słuchał m nie bez słowa, a potem  odchy lił do ty łu głowę i zaczął się śm iać.

— Nareszcie rozum iem  te wszy stkie taj em nicze aluzj e, z który m i zetknąłem  się w Avonlea — oświadczy ł. — A dziś po południu przy szła do m oj ej  siostry  pani Gilbertowa i opowiedziała j ej  j akąś bzdurną historię o m oj ej  rzekom ej

m iłości  do  zam ieszkałej   w  Avonlea  Karoliny   Holm es.  I  twierdziła,  że  sły szała  o  ty m   z  pani  ust.  Wy znaj ę,  że  wpadłem   w  szał.  Jestem   w  gorącej   wodzie  kąpany   i  pom y ślałem   sobie,  co  u  licha,  j akaś  zwariowana  stara  panna  zabawia  się
opowiadaj ąc o m nie zm y ślone history j ki. Ale kiedy  panią zobaczy łem , od razu zrozum iałem , że to nie pani wina.

— Owszem , m oj a — zaprzeczy łam  ze skruchą. — Nie powinnam  by ła kłam ać. Ale kto m ógł przy puścić, że w Blakely  naprawdę m ieszkał Cecil Fenwick. To niezwy kły  zbieg okoliczności.

— To więcej  niż zwy kły  zbieg okoliczności — zaprotestował pan Fenwick. — Tak chciało przeznaczenie! No, m ówm y  o czy m ś inny m .

I zaczęliśm y  rozm awiać, a właściwie by ł to m onolog pana Fenwicka, bo j a wciąż j eszcze czułam  się zby t zawsty dzona. Trwało to długo, aż Nancy  zaczęła tupiąc krąży ć po sieni, ale pan Fenwick nie przy j m ował tego do wiadom ości.

Kiedy  wreszcie zdecy dował się wy j ść, zapy tał, czy  m oże znów do m nie wpaść.

— Naj wy ższy  czas, by  położy ć kres tej  starej  sprzeczce — oznaj m ił ze śm iechem .

A j a, czterdziestoletnia stara panna, zarum ieniłam  się j ak m łoda dziewczy na. Bo poczułam  się m łodą dziewczy ną. Wy j aśnienie tej  sprawy  przy niosło m i wielką ulgę. Nie ży wiłam  nawet urazy  do Adeli Gilbert. Zawsze by ła urodzoną

intry gantką, ale j ak się j uż ktoś taki urodzi, to nie należy  go obwiniać, ty lko m u współczuć. Przed pój ściem  spać napisałam  wiersz — od m iesiąca nie m ogłam  pisać i przy j em nie by ło znów chwy cić za pióro.

Pan  Fenwick  przy szedł  po  dwóch  dniach.  I  zaczął  przy chodzić  tak  często,  że  nawet  Nancy   pogodziła  się  z  j ego  obecnością.  Wreszcie  m usiałam   j ej   coś  oznaj m ić.  Bardzo  się  przed  ty m   wzdragałam ,  bo  obawiałam   się,  że  sprawię  j ej

przy krość.

— Och, dawno tego oczekiwałam  — oświadczy ła ponury m  tonem . Jak ty lko poj awił się w dom u, wiedziałam , że będą z nim  kłopoty. No cóż, panno Karolino, ży czę pani szczęścia. Nie wiem , j ak zniosę ten kalifornij ski klim at, ale będę się

m usiała przy zwy czaić.

— Ależ Nancy  — zawołałam  — nie m ogę cię prosić, żeby ś ze m ną poj echała. To by  by ło zby t wielkie poświęcenie.

A niby  dokąd m am  poj echać? — spy tała autenty cznie zdziwiona Nancy . — Jak by  sobie panienka beze m nie poradziła z dom em ? Nic m am  zaufania do ty ch żółtków z warkoczam i. Nie, panno Karolino, nie m a co, j adę z panią.

Bardzo się ucieszy łam , bo nawet dla Cecila przy kro by  m i by ło rozstać się z Nancy . Nie opowiedziałam  j eszcze m em u m ężowi o album ie wierszy , ale kiedy ś to na pewno zrobię. I znów zaabonowałam  Przewodnik Tygodniowy.

background image

 

background image

Córka swego ojca

 

 

No i oczy wiście zaprosim y  ciotkę Janinę — oświadczy ła pani Spencerowa.

Rachela podniosła w proteście duże kształtne białe dłonie, j akże rożne od chudy ch, sękaty ch i ciem ny ch dłoni m atki. Dłonie te nie wy glądały  tak dlatego, że zniszczone by ły  robotą — Rachela też całe ży cie ciężko pracowała. Takie ręce

obie kobiety  odziedziczy ły  po swoich przodkach. Spencerowie, żeby  nie wiadom o co robili, m ieli pulchne białe dłonie o długich toczony ch palcach, a ręce Chiswicków, nawet ty ch, który m  nie śniło się tknąć roboty , by ły  sękate i kościste.

— Nie widzę powodu, żeby  zapraszać ciotkę Janinę — zaprotestowała niecierpliwie Rachela, choć niecierpliwość ta wcale nie pasowała do j ej  m iękkiego głosu. — Ciotka Janina m nie nie lubi, a j a też za nią nie przepadam .

— Nie rozum iem , czem u j ej  nie lubisz — zdziwiła się pani Spencerowa. — Jesteś niewdzięczna. Zawsze by ła dla ciebie bardzo dobra.

—  Jedną  ręką  dawała,  drugą  odbierała  —  uśm iechnęła  się  Rachela.  —  Nigdy   nie  zapom nę,  j ak  poznałam   ciotkę  Janinę.  Miałam   wówczas  sześć  lat.  Dała  m i  aksam itną  poduszeczkę  do  szpilek,  haftowaną  paciorkam i.  By łam   bardzo

nieśm iała i nim  zdoby łam  się, by  j ej  podziękować, stuknęła m nie naparstkiem  w głowę, żeby  m nie nauczy ć ..dobry ch m anier”. Pam iętam , j ak rozbolała m nie głowa. Ciotka Janina zawsze się tak zachowy wała. Kiedy  by łam  j uż za duża, by
stukać m nie naparstkiem , posługiwała się j ęzy kiem  i to by ło znacznie gorsze. I chy ba nie zapom niała m am a, co ona wy gady wała o m oich zaręczy nach. Jeśli będzie w zły m  hum orze, zatruj e nam  całą uroczy stość. Nie chcę, żeby  przy szła na
m ój  ślub.

— Musi zostać zaproszona. Nie m ożem y  dawać powodu do plotek.

— Jakich plotek? Przecież ona j est m oj ą cioteczną babką ty lko przez m ałżeństwo. Zresztą niech sobie ludzie plotkuj ą. Tak czy  owak znaj dą j akiś powód.

— Ciotka Janina będzie na twoim  ślubie — oświadczy ła pani Spencerowa z determ inacj ą, która cechowała wszy stkie j ej  wy powiedzi i czy ny. Nie warto by ło z ty m  walczy ć. Nikt, kto j ą dobrze znał, nie próbował, obcy  tracili niekiedy

czas zwiedzeni pozoram i.

Izabella Spencerowa by ła niewy soką kobietką, m iała bladą ładna twarz, szarawe oczy  o długich rzęsach, gęste j edwabiste długie brunatne włosy, drobne ry sy  i dziecięce czerwone usteczka. Wy glądała tak, j akby  by le powiew m ógł j ą

zbić z nóg. Ale w rzeczy wistości nawet taj fun nie zm usiłby  j ej  do zboczenia o centy m etr z obranej  drogi.

Przez chwilę Rachela wy glądała tak, j akby  zam ierzała się zbuntować, zaraz j ednak ustąpiła j ak zwy kle wówczas, gdy  m iała inne zdanie niż m atka. Nie warto by ło się kłócić o względnie m ało ważną obecność ciotki Janiny. Czekała j ą

poważniej sza  batalia,  należało  oszczędzać  sił.  Wzruszy ła  ram ionam i  i  na  listę  gości  wpisała  duży m i  niezby t  kształtny m i  literam i  nazwisko  ciotki  Janiny.  Jej   charakter  pism a  zawsze  iry tował  m atkę.  Racheła  nie  potrafiła  tego  zrozum ieć.  Nie
wiedziała, że podobny  charakter pism a widniał na wy płowiały ch kartkach listów spoczy waj ący ch na dnie kufra w sy pialni pani Spencerowej . Stem ple na kopertach pochodziły  ze wszy stkich portów świata. Pani Spencerowa nigdy  do tego kufra
nie zaglądała, ale dobrze pam iętała kształt każdej  litery .

Izabelli Spencer dzięki j ej  sile woli i wy trwałości udawało się uporać z niem al każdą sprawą. Ale nic nie m ogła poradzić na to, że Rachela pod każdy m  względem  podobna j est do oj ca. Izabella Spencer znienawidziłaby  j ą — gdy by  j ej  tak

bardzo nie kochała. Ale i tak często odwracała od j ej  twarzy  zniecierpliwiony  wzrok.

Za dwa ty godnie m iał się odby ć ślub Racheli z Franciszkiem  Bellem . Pani Spencerowa pochwalała ten związek. Lubiła Franciszka, j ego farm a znaj dowała się dosy ć blisko, m iała więc nadziej ę, że nie całkiem  utraci córkę. Rachela by ła

m atce bardzo oddana i uważała, że nic nie j est w stanie ich rozdzielić, ale Izabella Spencer m iała dość doświadczenia, by  się nie łudzić.

Siedziały  w saloniku om awiaj ąc szczegóły  weselnego przy j ęcia i przy gotowuj cie listę gości. Wrześniowe słońce przesączało się przez liście j abłoni rosnącej  pod niskim  oknem . Złociste plam ki pląsały  po alabastrowej  twarzy  Racheli.

Grube złote warkocze upięte by ły  w koronę. Miała wy sokie j asne czoło. By ła m łoda i pełna nadziei. Serce m atki ścisnęło się. Jakże ta dziewczy na by ła podobna do… by ła podobna do Spencerów. Łagodne ry sy  i duże uśm iechnięte błękitne
oczy , ładnie zary sowana broda. Izabella Spencer zacięła usta i próbowała zdławić niem iłe sercu wspom nienie.

— Przy j dzie m niej  więcej  sześćdziesiąt osób oświadczy ła tonem  osoby, która m y śli o czy m ś inny m . — Musim y  stąd wy nieść wszy stkie m eble i wstawić duży  stół. Jadalnia j est za m ała. Trzeba będzie poży czy ć od pani Brown noże i

widelce. Nigdy  by m  j ej  nie poprosiła, ale sam a m i to zaproponowała. Jutro wy bielim y  nasz adam aszkowy  obrus. Nikt w Avonlea nie m a tak pięknego obrusa. A na podeście schodów ustawim y  stolik na prezenty .

Rachela  nie  m y ślała  ani  o  prezentach,  ani  o  kłopotach  związany ch  z  organizacj ą  przy j ęcia.  Zarum ieniła  się,  przy spieszony   oddech  świadczy ł  o  zdenerwowaniu.  Wiedziała,  że  zbliża  się  kry ty czny   m om ent.  Zdecy dowany m   ruchem

dopisała do listy  gości j eszcze j edno nazwisko i podkreśliła j e.

— No co, skończy łaś? — spy tała niecierpliwie m atka. — Pokaż, sprawdzę, czy  o nikim  nie zapom niałaś.

Rachela bez słowa podała przez stół kartkę. Wy dało j ej  się, że w pokoj u zapanowała straszna cisza. Sły szała, j ak na szy bach bzy czą m uchy, sły szała szum  wiatru i bicie własnego serca. By ła przerażona i zdenerwowana, ale gotowa na

wszy stko.

Pani Spencerowi półgłosem  odczy ty wała nazwiska, kiwaj ąc z aprobatą głową. Ale ostatniego nazwiska nie wy m ówiła. Spoj rzała ostro na Rachelę i w j ej  wy blakły ch oczach poj awiła się iskra. Na twarzy  odm alował się gniew, zdziwienie,

niedowierzanie.

Ostatnim  nazwiskiem  na liście by ło nazwisko Dawida Spencera. Dawid Spencer m ieszkał sam otnie w Zatoczce. By ł żeglarzem  i ry bakiem . I by ł także m ężem  Izabelli i oj cem  Racheli.

— Rachelo Spencer, chy ba postradałaś zm y sły ! Co ci strzeliło do głowy ?

— Chcę po prostu, żeby  na m oim  ślubie by ł także mój oj ciec.

— Nie w m oim  dom u — wy krzy knęła pani Spencerowa zbielały m i warganii.

Rachela nachy liła się, oparła o siół ręce i spoj rzała rozgory czonej  m atce prosto w oczy. Przestała się bać. Teraz, kiedy  j uż doszło do otwartej  sprzeczki, poczuła zadowolenie. Trochę j ą to zdziwiło, pom y ślała, ze m usi by ć z natury  zła. Nie

m iała żadny ch skłonności do analizowania swoich uczuć, inaczej  doszłaby  do wniosku, że przy j em ność sprawiło j ej  zaj ęcie wreszcie własnego stanowiska, gdy ż doty chczas podporządkowy wała się zawsze m atce,

— Zatem , m am o, wesele się nie odbędzie. Franek i j a pój dziem y  wziąć ślub do pastora i wrócim y  prosto do dom u. Skoro nie m ogę zaprosić własnego oj ca, nie interesuj ą m nie inni goście.

Zacisnęła usta. I Izabella Spencer po raz pierwszy  zobaczy ła w twarzy  córki własną twarz, dziwne nieokreślone podobieństwo należące do strefy  ducha. Mim o gniewu poczuła m iły  dreszcz. Uświadom iła sobie lepiej  niż doty chczas, ze ta

dziewczy na, dziecko j ej  i dziecko j ej  m ęża, stanowi łączący  ich ży wy  węzeł. I zrozum iała, ze potulna i posłuszna Rachela zam ierza ty m  razem  przeprowadzić własną wolę.

— Trudno m i zrozum ieć, czem u ci zależy , żeby  oj ciec by ł na twoim  ślubie zauważy ła szy derczo. — On nigdy  nie pam iętał, że j est twoim  oj cem . Jem u nigdy  na tobie nie zależało,

Rachela nie zareagowała na gorzkie szy derstwo m atki. Nie m ogło j ej  ono zaboleć, wiedziała bowiem  coś, o czy m  nie wiedziała m atka.

background image

— Albo zaproszę oj ca na wesele, albo się ono nie odbędzie — powtórzy ła stanowczo, uciekaj ąc się do takty ki m atki, która zawsze trwała przy  swoim  nie odpowiadaj ąc na argum enty .

— No to go zaproś — warknęła pani Spencerowa. Przy zwy czaj ona, że zawsze udaj e j ej  się przeprowadzić swoj ą w clę, nie um iała ustępować. — I tak to się na m c nie zda. On nie przy j dzie.

Rachela  nie  odpowiedziała.  Teraz,  kiedy   odniosła  zwy cięstwo,  m iała  ochotę  się  rozpłakać.  Szy bko  wstała  i  poszła  do  siebie  na  górę,  do  swego  m alutkiego  panieńskiego  pokoiku,  pod  którego  oknam i  rosły   brzozy.  Położy ła  się  na  biało–

błękitnej  narzucie i gorzko się rozpłakała.

Serce  wy ry wało  j ej   się  do  tego  prawie  nieznanego  oj ca.  Wiedziała,  że  m atka  m a  racj ę  twierdząc,  że  on  nie  przy j dzie.  Rachela  czuła,  że  sakram ent  m ałżeństwa  nie  będzie  prawdziwy m   sakram entem ,  j eśli  oj ciec  nie  usły szy

wy powiadany ch przez nią słów przy sięgi.

Ślub Dawida Spencera i Izabelli Chiswick odby ł się dwadzieścia pięć lat tem u. Złośliwcy  utrzy m y wali, że Izabella niewątpliwie wy szła za Dawida z m iłości, gdy ż nie m ogła wy j ść dla pieniędzy, skoro on nie m iał grosza przy  duszy.

Dawid by ł piękny m  m ężczy zną, a w j ego ży łach pły nęła krew żeglarzy .

By ł tak j ak j ego oj ciec i dziad m ary narzem , ale kiedy  ożenił się z Izabellą, ona nam ówiła go, by  zrezy gnował z m orza i zaj ął się farm ą, którą pozostawił j ej  oj ciec. Izabella lubiła pracę na roli, kochała swoj ą ży zną ziem ię i buj ne sady.

Czuła odrazę do m orza. Nie ty le bała się go, ile by ła głęboko przekonana, że m ary narze zaj m uj ą dość podrzędne m iej sce w hierarchii społecznej  — należą do gatunku m oże poży teczny ch, ale j ednak włóczęgów. Uważała, że zawód ten m a w
sobie coś hańbiącego. Dawid m usi się stać solidny m , m iłuj ący m  dom  rolnikiem .

Przez pięć lat wszy stko się j akoś układało. Jeśli Dawida nawoły wał zew m orza, to um iał m u się oprzeć. By li oboj e bardzo szczęśliwi, sm ucił ich ty lko brak dziecka.

W szósty m  roku nastąpił kry zy s. Kapitan Barrett, stary  druh Dawida, poprosił go, by  wy ruszy ł z nim  na m orze j ako m at. I Dawid nie potrafił dłużej  tłum ić tęsknoty  za błękitny m  przestworem  oceanu i słony m  m orskim  wiatrem . Musi

odby ć tę podróż z Jakubem  Barrettem , m usi. Potem  znów wróci do osiadłego ży cia.

Izabella wy rażała swój  sprzeciw zapalczy wie i niem ądrze, obsy py wała go niezasłużony m i wy m ówkam i, szy dziła z j ego nam iętności. I nagle dał o sobie znać drzem iący  w naturze Dawida upór i przy szedł w pom oc tęsknocie, której

Izabella, m aj ąca za sobą pięć pokoleń związany ch z ziem ią przodków, nie um iała i nie chciała zrozum ieć.

Dawid postanowił, że popły nie, i oświadczy ł to Izabelli.

— Obrzy dło m i doj enie krów! — zawołał zapalczy wie.

— Chcesz powiedzieć, że obrzy dło ci cnotliwe ży cie — zakpiła Izabella.

— Możliwe — zgodził się Dawid, wzgardliwie wzruszaj ąc ram ionam i. Tak czy  owak wy ruszam  na m orze.

— Dawidzie Spencer, j eżeli poj edziesz, m ożesz tu więcej  nie wracać. Dawid nie potraktował ty ch słów poważnie i wy j echał. Izabella uznała, że j ą zlekceważy ł. Dawid nie wiedział, że żegna się z kobietą, zewnętrznie niby  to spokoj ną, ale

w której  sercu wrze wulkan gniewu i której  dum a została głęboko zraniona.

I kiedy  wrócił, opalony , radosny , zaspokoiwszy  chwilowo tę swoj ą wanderlust, gotów znów chętnie zaj ąć się rolą i by dłem  — powitała go właśnie taka kobieta.

Izabella stała w drzwiach, ponura, zim na, z zacięty m i wargam i.

— Czego sobie ży czy sz? — spy tała tonem , który m  zwracała się do włóczęgów i wędrowny ch handlarzy .

— Czego sobie ży czę? — Dawid by ł tak zdziwiony , że zabrakło m u słów. — Wróciłem  do m oj ej  żony  i do m oj ego dom u.

— To nie j est twój  dom . I j a nie j estem  twoj ą żoną. Dokonałeś wy boru wy j eżdżaj ąc — odpowiedziała Izabella. Potem  wróciła do dom u i zatrzasnęła m u przed nosem  drzwi.

Dawid przez parę m inut stał j ak ogłuszony . Potem  odwrócił się i odszedł wy sadzaną brzozam i alej ką. Nie powiedział słowa — ani wówczas, ani później . Od tego dnia nigdy  j uż nie wy m ówił im ienia żony .

Poj echał prosto do portu i zaciągnął się na statek kapitana Barretta. Kiedy  po m iesiącu wrócił, kupił dom ek i postawił go w „Zatoczce”, na pustkowiu, gdzie nikt nie m ieszkał. I tam , m iędzy  podróżam i m orskim i, ży ł j ak pustelnik, łowiąc

ry by  i graj ąc na skrzy pcach. Rzadko wy chodził z dom u i nikogo nie zapraszał.

Izabella Chiswick obrała tę sam ą takty kę m ilczenia. Kiedy  oburzeni Chiswickowie z ciotką Janiną na czele próbowali z nią dy skutować, robiła taką m inę, j akby  nie sły szała, i nigdy  nie raczy ła odpowiadać. Pokonała ich bez wy siłku. Jak to

określiła ciotka Janina: „Co m ożna zrobić z kobietą, która nie raczy  się odezwać?”

Rachela urodziła się w pięć m iesięcy  po ty m , j ak j ej  m atka wy rzuciła za drzwi Dawida Spencera. Może gdy by  wtedy  poj awił się skruszony  Dawid, zm iękłoby  serce Izabelli rozradowane długo oczekiwany m  m acierzy ństwem , m oże

wy zby łaby  się urazy . Ale Dawid nie przy szedł i niczy m  nie okazał, że obchodzą go narodziny  upragnionego dziecka.

Kiedy  Izabella wstała, j ej  blada twarz przy brała j eszcze surowszy  wy raz. Gdy by  ktoś j ą obserwował, zauważy łby, że w j ej  sposobie by cia nastąpiła pewna zm iana. Przedtem  obj awiało się nerwowe napięcie, zupełnie j akby  czegoś

oczekiwała, teraz stała się spokoj niej sza i sm utniej sza. Przestała podświadom ie oczekiwać powrotu m ęża. W głębi duszy  sądziła bowiem , że się poj awi, i gotowa by ła m u wy baczy ć, j eśli dość pokornie będzie j ą o to prosił przy znaj ąc się do
winy . Ale teraz wiedziała, że nie przy j dzie j ej  przeprosić, i resztka dawnej  m iłości zam ieniła się w nienawiść.

Rachela odkąd pam iętała, wiedziała, że j ej  ży cie różni się od ży cia znaj om y ch dzieci. Długo zastanawiała się, na czy m  to polega. Wreszcie j ej  dziecinny  um y sł rozwiązał zagadkę — różnica polegała na ty m , że inne dzieci m iały  oj ca, a

ona nie. Nie m iała nawet oj ca na cm entarzu tak j ak Kara Bell i Lilka Boulter. Dlaczego? Poszła do m atki, oparła się o j ej  kolano i wznosząc błękitne oczęta zapy tała:

— Mam o, dlaczego nie m am  tatusia tak j ak inne dziewczy nki?

Izabella Spencer odłoży ła robótkę, wzięła na kolana siedm ioletnią córeczkę i opowiedziała całą historię nie szczędząc ostry ch słów, które zapadły  w pam ięć dziecka. Mała Rachela zrozum iała, że sprawa j est beznadziej na.

— Wy bij  sobie z głowy  oj ca — oświadczy ła na koniec Izabella Spencer. — Nic go nie obchodzisz i nigdy  nie obchodziłaś. Więc nigdy  i z nikim  o nim  nie m ów.

Rachela w m ilczeniu ześlizgnęła się z kolan m atki i z ciężkim  sercem  wy biegła do ogrodu. Tam  rozpłakała się żałośnie. To straszne — oj ciec j ej  nie kocha, to straszne — nie wolno j ej  o nim  m ówić.

Może to dziwne, niem niej  Rachela wy słuchawszy  opowieści m atki o tam tej  kłótni, stanęła po stronie oj ca. Nigdy  nie ośm ieliłaby  się by ć nieposłuszna m atce. Nigdy  więc o oj cu nie wspom niała — j ednakże Izabella nie zabroniła j ej  o nim

m y śleć. Zatem  Rachela wciąż o nim  rozm y ślała i stał się w ten sposób niewidzialny m  świadkiem  j ej  wszy stkich poczy nań.

By ła dzieckiem  obdarzony m  buj ną wy obraźnią, często więc przeży wała w m y ślach spotkanie z oj cem . Nigdy  go nie widziała, by ł j ednak dla niej  kim ś bardziej  rzeczy wisty m  niż większość otaczaj ący ch j ą osób. Bawił się z nią, a ona

rozm awiała z nim  tak, j ak nigdy  nie rozm awiała z m atką. Towarzy szy ł j ej  w spacerach po sadzie i łąkach, o zm ierzchu zasiadał koło j ej  łóżka i to j em u zwierzała się ze swoich sekretów.

Kiedy ś m atka spy tała j ą gniewnie, czem u wciąż coś do siebie m ówi.

— Nie m ówię do siebie. Rozm awiam  z kim ś z m oich przy j aciół — oświadczy ła poważny m  tonem .

— Niem ądre dziecko — roześm iała się m atka, bez złości, ale z dezaprobatą.

background image

W dwa lata później  Rachela przeży ła piękny  dzień. Któregoś popołudnia wy brała się z kilkom a koleżankam i nad zatokę. Takie wy prawy  zdarzały  się rzadko, zwy kle wolno j ej  by ło wy chodzić z dom u j edy nie w towarzy stwie m atki. A

Izabella nie by ła dobrą kom panką. Zatem  wy cieczki Racheli z m atką nie należały  do udany ch.

Dziewczy nki uszły  brzegiem  m orza spory  szm at drogi i znalazły  się w zakątku, którego Rachela nie znała. Zatoka by ła tu pły tka, spod szem rzącej  wody  prześwity wał złoty  piasek. A dalej  m ieniło się w słońcu granatowe niespokoj ne m orze.

Tu wiatr by ł łagodny  i m iękki, tam  m usiał by ć pory wisty  i silny. Na brzegu leżała na deskach łódź obok dziwacznego dom ku, który  wy glądał j ak wy rzucona przez fale m uszla. Rachela patrzy ła z zachwy tem . I ona, tak j ak j ej  oj ciec, kochała
m orze i sam otność.

— Zm ęczy łam  się — oświadczy ła. — Zostanę tu i odpocznę. Idźcie sam e do Przy lądka Mew. Poczekam  tu na was.

— Sam a? — spy tała ze zdziwieniem  Kara Bell.

— Ja się nie boj ę by ć sam a — odparła dum nie Rachela.

Dziewczy nki odeszły , a Rachela usiadła na deskach w cieniu wielkiej  białej  łodzi. Oparła o nią j asną główkę i oddała się m arzeniom , zapatrzona w perłowy  hory zont.

Nagle usły szała z ty łu kroki. Kiedy  odwróciła głowę, zobaczy ła, że stoi za nią j akiś m ężczy zna i patrzy  na nią roześm iany m i błękitny m i oczy m a. Rachela by ła pewna, że nigdy  go nie widziała, ale te oczy  wy dały  j ej  się znaj om e. Poczuła

do niego sy m patię. I nie by ła onieśm ielona, choć zwy kle obawiała się obcy ch ludzi.

By ł to wy soki, tęgi m ężczy zna w ry backim  kom binezonie. Miał j asne faliste gęste włosy  i ogorzałą twarz, a kiedy  się uśm iechał, widać by ło białe i równe zęby. Rachela pom y ślała, że m usi j uż by ć niem łody, j ego skronie przy prószone

by ły  siwizną.

— Wy patruj esz sy ren?

 

Rachela poważnie skinęła głowa, choć norm alnie wsty dziła się do tego przy znać.

 

— Tak — oznaj m iła. — Mam a m ówi, że sy ren nie m u, ale j a lubię j e sobie wy obrażać. Czy  pan widział kiedy ś sy reny ?

Wy soki m ężczy zna spoj rzał na wy rzucony  przez m orze biały  i uśm iechnął się.

— Niestety  nie. Za to widziałem  wiele inny ch cudowny ch rzeczy . Usiądźm y , to ci opowiem .

Rachela podeszła do niego bez wahania. Posadził j a sobie na kolanach i bardzo j ej  się to spodobało

— Miła z ciebie dziewczy nka — powiedział. Dasz m i całusa? Na ogół Rachela nie znosiła, by  ktoś j ą całował. Nie chciała całować nawet swoich wuj ów, a oni wiedzieli o ty m  i tak się z nią droczy li, że kiedy ś wy krzy knęła, iż nie cierpi

m ężczy zn. Ale teraz obj ęła tego obcego m ężczy znę za szy j ę i głośno cm oknęła w policzek.

— Lubię pana — wy znała.

Poczuła, że obej m uj e j ą j eszcze m ocniej . Jego błękitne oczy  zam gliły  się, poj awiła się w nich wielka czułość. I nagle Rachela dom y śliła się, kim  on j est. To by ł oj ciec. Nic nie powiedziała, ale oparła o tego ram ię główkę i ogarnęło j ą

uczucie szczęścia,

Jeśli Dawid Spencer zorientował się, ze go rozpoznała, to niczy m  tego nie okazał. Zaczął opowiadać o cudach, które widy wał podczas wy praw do odległy ch kraj ów. Zafascy nowana Rachela słuchała j ak naj piękniej szej  baj ki. Tak, on by ł

takim , j akim  go sobie wy obrażała. Wiedziała, że będzie snuł naj cudowniej sze opowieści.

— Chodź do m nie do dom u, to ci coś pokażę — zaproponował. Nastąpiła wspaniała godzina. Mały  niski pokoik z kwadratowy m i okienkam i pełen by ł pam iątek z j ego wędrówek — znaj dowały  się tam  przedm ioty  piękne i dziwne, i takie,

który ch się w ogóle nie da opisać. Naj bardziej  zachwy ciły  Rachelę dwie wielkie m uszle na parapecie kom inka. Bladoróżowe m uszle w pąsowe cętki.

— Nie wiedziałam , że na świecie m oże by ć coś aż tak pięknego! — zawołała.

— Jeśli chcesz… — zaczął m ężczy zna i zaraz urwał. Po chwili powiedział: — Pokażę ci coś j eszcze ładniej szego.

Rachela czuła, że zdanie to m iało brzm ieć początkowa zupełnie inaczej , ale przestała się nad ty m  zastanawiać, gdy  zobaczy ła, co wy j ął z kredensiku. By ł to purpurowy  czaj niczek w złote sm oki. Pokry wka wy glądała j ak złocisty  kwiat.

Rachela usiadła i wpatrzy ła się z zachwy tem .

— Obecnie j est to j edy na cenna rzecz, j aką posiadam  — powiedział.

 

Rachela wy czuła w j ego głosie sm utek, sm utek poj awił się w oczach.

Miała ochotę pocałować go i pocieszy ć. Ale on nagle zaczął się śm iać, przy niósł j ej  talerz przepy szny ch łakoci. Zaczęła j e pałaszować, on zaś wziął skrzy pce i grał, a ta m uzy ka wzy wała do śpiewu i tańca. Rachela by ła uszczęśliwiona.

Pragnęła na zawsze pozostać w ty m  pokoiku pełny m  skarbów.

— Widzę, że nadchodzą twoj e przy j aciółki — powiedział m ężczy zna. —— Musisz iść. Zabierz słody cze.

Obj ął j ą i przez chwilę m ocno przy ciskał do piersi. Czuła, że całuj e j ą we włosy .

— Biegnij , m ała. Do widzenia.

— Dlaczego pan m nie nie zaprasza, żeby m  tu znów przy szła? — spy tała Rachela bliska łez. — I tak przy j dę.

— — Przy j dź, kiedy  ty lko będziesz m ogła — powiedział. — Jeśli nie przy j dziesz, zrozum iem , że to dlatego, iż nie m ożesz. Jestem  szczęśliwy  m aleńka, że choć raz m ogłem  cię tu gościć.

Kiedy  koleżanki wróciły , Rachela siedziała grzecznie na deskach. Nie widziały , j ak wy chodziła z tego dom ku, a ona nie opowiedziała im  o swoj ej  przy godzie. Uśm iechnęła się ty lko taj em niczo, gdy  py tały , czy  nie czuła się osam otniona.

Tego wieczoru podczas pacierza po raz pierwszy  pom odliła się za oj ca. Odtąd nigdy  o ty m  nie zapom inała. Co wieczór kończy ła m odlitwę słowam i: „Pobłogosław, Panie Boże, m am ę… i oj ca”. Ta krótka pauza m ówiła o ich tragiczny m

rozstaniu. I słowo „oj ca” wy m awiała czulszy m  tonem .

Rachela nigdy  j uż nie odwiedziła Zatoczki. Kiedy  Izabella Spencer dowiedziała się, że dzieci tam  by ły , zabroniła córce wy cieczek na tam tą część wy brzeża.

background image

Rachela opłakała ten zakaz, ale by ła m u posłuszna. I odtąd nie m iała j uż kontaktu z oj cem , j eśli nie liczy ć taj em nego porozum ienia serc.

 

Zaproszenie na ślub córki zostało wy słane do Dawida Spencera wraz z inny m i zaproszeniam i, a ostatnie dni panieństwa Racluzia spędziła w wirze przy gotowań, w który ch wy ży wała się m atka, a które by ły  j ej  przy kre.

Wreszcie nadszedł dzień ślubu, wrześniowy  dzień tak ciepły  i piękny , j akby  to by ł czerwiec.

Cerem onia ślubu została wy znaczona na ósm ą wieczór. O siódm ej  ubrana j uż Rachela stała w swej  sy pialni. Nie m iała druhny  i poprosiła kuzy nki, by  zostawiły  j ą sam ą. Ślicznie wy glądała w przesączaj ący m  się przez liście brzóz blasku

zachodzącego  słońca.  Ślubna  sukienka  z  cienkiej   białej   organdy ny   by ła  skrom na,  ale  śliczna.  Na  rozpuszczony ch  włosach  m iała  wianek  z  biało–różowy ch  kwiatów,  przy słany ch  przez  oblubieńca.  Czuła  się  bardzo  szczęśliwa,  choć  szczęście
zabarwione by ło sm utkiem , który  nieodłącznie towarzy szy  każdej  zm ianie.

Weszła m atka z koszy czkiem  w ręku.

Przy niósł to dla ciebie. Rachelo, chłopak z portu. Miał przy kazane oddać ci to osobiście. Wzięłam  ten koszy czek i odesłałam  go.

Matka m ówiła chłodny m  tonem . Dobrze wiedziała, kto przy słał ten koszy czek, i by ła bardzo niezadowolona. Niem niej  nie m ogła opanować ciekawości. I pilnie przy glądała się, j ak Rachela otwiera koszy k.

Racheli drżały  ręce. Naj pierw wy j ęła dwie różowe m uszle. Nigdy  ich nie zapom niała! A pod nim i leżał owinięty  starannie w j edwabną, dziwnie pachnącą chustkę czaj niczek ze sm okam i. Wzięła go do ręki i w j ej  oczach poj awiły  się łzy .

— Przy słał to twój  oj ciec — powiedziała dziwny m  tonem  Izabella Spencer. — Pam iętam  ten czaj niczek. Odesłałam  m u go wraz z inny m i rzeczam i. Jego oj ciec przy wiózł go z Chin dobre pięćdziesiąt lat tem u. Mówiono, że j est bardzo

cenny .

— Mam o, proszę cię, zostaw m nie na chwilę sam ą — szepnęła Rachela. Zobaczy ła pod czaj niczkiem  kartkę i czuła, że nie m oże j ej  przeczy tać w obecności m atki.

Pani Spencerowa po raz pierwszy  w ży ciu potulnie wy szła i Rachela podbiegła do okna, by  w gasnący m  świetle dnia przeczy tać list oj ca… By ł bardzo krótki, pism o by ło pism em  człowieka, który  rzadko bierze do ręki pióro.

 

Moja  kochana  dziewczynko!  Bardzo  żałuję,  ale  nie  mogę  przyjść  na  twój  ślub.  Wiem,  że  to  Ty  mnie  zaprosiłaś,  takie  to  do  Ciebie  podobne,  gardzą  chciałbym  zobaczyć  Twoje  zaślubiny,  ale  nie  mogę  przyjść  do  domu,  z  którego  mnie

wyrzucono. Z całego serca życzę Ci szczęścia, posyłam Ci muszle i czajniczek, które tak Ci się podobały. Czy pamiętasz ten dzień, kiedy tak nam było z sobą dobrze? Chciałbym Cię zobaczyć, nim wyjdziesz za mąż, ale to niemożliwe.

Twój kochający ojciec

Dawid Spencer

 

Rachela  przy m knęła  powieki,  by   zatrzy m ać  łzy.  Ogarnęła  j ą  niepoham owana  chęć  zobaczenia  oj ca.  Musi  go  zobaczy ć,  m usi  otrzy m ać  j ego  błogosławieństwo  na  nową  drogę  ży cia.  I  podj ęła  nagłą  decy zj ę,  odsuwaj ąc  na  bok

konwenanse.

By ło  j uż  niem al  ciem no.  Goście  zj awią  się  dopiero  za  pół  godziny.  Do  Zatoczki  m ożna  doj ść  skrótem   przez  wzgórza  w  piętnaście  m inut.  Rachela  pospiesznie  włoży ła  nowy   płaszcz  od  deszczu  i  zarzuciła  na  głowę  ciem ną  chustkę.

Otworzy ła drzwi i cichutko zbiegła na dół. Pani Spencerowa i j ej  pom ocnice by ły  w kuchni. Rachela znalazła się w ogrodzie. Pój dzie przez pola. Nikt j ej  nie zobaczy .

Kiedy  doszła do Zatoczki, by ło j uż ciem no. Na kry ształowy m  sklepieniu nieba m rugały  gwiazdy. Ciszę przery wał szum  fal. Miękki wiatr poj ękiwał na poddaszu szarego dom ku, w który m  sam otnie siedział Dawid Spencer trzy m aj ąc na

kolanach skrzy pce. Próbował grać, ale j akoś m u to nie wy chodziło. Serce wy ry wało m u się do córki — a także do dawno utraconej  żony . Zaspokoił tęsknotę za m orzem , m iłość do żony  i dziecka okazała się silniej sza niż gniew i uraza.

Nagle otworzy ły  się drzwi i stanęła w nich Rachela, zrzuciła płaszcz i chustę, by ła śliczna i prom ienna.

Oj cze! — zawołała zduszony m  głosem  i znalazła się w j ego ram ionach.

Ty m czasem   w  j ej   dom u  zaczęli  się  poj awiać  goście.  Śm iano  się  i  żartowano.  Przy szedł  także  pan  m łody   i  potaj em nie  wszedł  na  Palcach  na  górę,  na  podeście  schodów  spotkał  panią  Spencerowa.  Chciałem   zobaczy ć  Rachelę,  nim

zej dziem y  na dół — wy znał rum ieniąc się.

Pani Spencerowa położy ła trzy m any  w ręku ozdobny  obrus na pełny m  j uż ślubny ch upom inków stole, otworzy ła drzwi pokoj u Racheli i zawołała j ą. Nikt się nie odezwał, w pokoj u by ło ciem no. Zaalarm owana Izabella Spencer chwy ciła

stoj ącą na podeście lam pę. W pokoiku panowała pustka, nie by ło w nim  panny  m łodej . Ale na stoliczku leżał list Dawida Spencera. Przeczy tała go.

— Rachela wy szła — j ęknęła. Dom y śliła się, dokąd poszła j ej  córka.

— Wy szła! — powtórzy ł blednąc Franciszek. Jego rozpacz pom ogła j ej  się opanować. Roześm iała się gorzko.

— Nie bój  się, Franku. Nie uciekła ci, wej dź i zam knij  drzwi. Nikt nie powinien się o ty m  dowiedzieć. Dopiero by  się zaczęły  plotki. Ta wariatka pobiegła do Zatoczki do… do swego oj ca. Tak, tak, to do niej  podobne. Przy słał j ej  prezenty  i

ten list. Przeczy taj  go. Pewno poszła go nam ówić, by  się poj awił. Strasznie j ej  na ty m  zależało. A tu j uż przy szedł pastor, j est pół do ósm ej . Zniszczy  sukienkę i zakurzy  pantofelki. Nie daj  Boże, żeby  j ą ktoś zobaczy ł! To dziecko zupełnie
zwariowało.

Franciszek przy szedł do siebie. Rachela opowiedziała m u o oj cu.

— Pój dę po nią — oznaj m ił. — Wezm ę ty lko kapelusz i płaszcz. Zbiegnę ty lny m i schodam i.

— Musisz wy j ść przez okno spiżarni — nakazała stanowczo pani Spencerowa, wprowadzaj ąc j ak zwy kle akcent kom iczny . — W kuchni j est pełno pań. Nie chcę, żeby  się o ty m  dowiedziały .

Franciszek m im o m łodego wieku wiedział, że kobietom  należy  w drobiazgach ustępować, przecisnął się więc przez okienko spiżarni i pobiegł przez brzezinę. A pani Spencerowa stała na straży , póki nie zniknął.

Zatem  Rachela poszła do oj ca. Te wszy stkie lata poszły  na m arne…

„Na nic się nie zda walczy ć z naturą człowieka — pom y ślała gorzko. — Zostałam  pokonana. Widać m u j ednak na niej  zależało, skoro przy słał j ej  ten czaj niczek i napisał. I co to znaczy, że by ło im  tak dobrze z sobą. Cóż, pewnie j uż kiedy ś

go odwiedziła i ukry ła to przede m ną”.

Pani Spencerowa zam knęła głośno okno.

— Oby  ty lko wróciła szy bko z Franciszkiem , to uda się uniknąć plotek i będę m ogła j ej  wy baczy ć — szepnęła do siebie, wracaj ąc do kuchni.

Kiedy  Franciszek wszedł do szarego dom ku, Rachela siedziała na kolanach oj ca obej m uj ąc go za szy j ę. Zerwała się, zarum ieniła, j ej  twarz przy brała błagalny  wy raz, a w oczach poj awiły  się łzy. Franciszek pom y ślał, że nigdy  j eszcze

background image

nie by ła taka śliczna.

— To j uż tak późno? Franciszku, gniewasz się na m nie? — spy tała nieśm iało.

— Nie, nie, kochanie. Nie gniewam  się, skąd. Ale chy ba powinnaś j uż wrócić? Zbliża się ósm a i wszy scy  czekaj ą.

— Próbuj ę nam ówić tatę, żeby  przy szedł — powiedziała Rachela. — Pom óż m i.

— Tak, j a też bardzo proszę, żeby  pan przy szedł — zaczął serdecznie nalegać Franciszek.

Dawid Spencer pokręcił stanowczo głową.

— Nie, nie m ogę pój ść do tego dom u. Pokazano m i tam  drzwi. Nie zwracaj cie na m nie uwagi. I tak j estem  szczęśliwy , że zobaczy łem  m oj ą dziewczy nkę. Chętnie by łby m  na j ej  ślubie, ale to niem ożliwe.

— Owszem , m ożliwe! — rezolutnie oświadczy ła Rachela. — Będziesz. Franku, chcę wziąć ślub tutaj , w dom u m oj ego oj ca! Tak by ć powinno. Idź i sprowadź tu pastora i gości.

Franciszek przeraził się. Dawid Spencer zaprotestował: — Nie, m alutka, to by  by ło…

— Ty m  razem  nie ustąpię — oznaj m iła Rachela z pełną serdeczności stanowczością. — Idź, Franku. Będę ci posłuszna całe ży cie, ale teraz m usisz to dla m nie zrobić. Spróbuj  m nie zrozum ieć — dodała błagalny m  tonem .

— Och, rozum iem  cię — zapewnił j ą Franciszek. — I chy ba m asz racj ę. Ale co z twoj ą m atką? Przecież nie zechce tu przy j ść.

— Powiedz j ej , że j eśli nie przy j dzie — to ślub się nie odbędzie — nagle Rachela uj awniła, że potrafi postępować z ludźm i. Wiedziała, że ty m  oświadczeniem  skłoni Franciszka, by  nie dał się zby ć m atce.

Franciszek ku rozpaczy  pani Spencerowej  wszedł frontowy m i drzwiam i. Rzuciła się i zabrała go do bocznego pokoj u.

— Gdzie Rachela? Dlaczego wszedłeś tędy ? Wszy scy  cię zobaczy li.

— To j uż nie m a znaczenia. I tak się zaraz o wszy stkim  dowiedzą. Rachela chce wziąć ślub w dom u oj ca, grozi, że inaczej  w ogóle nie wy j dzie za m ąż. Kazała m i to pani powtórzy ć.

Izabella spurpurowiała.

— Rachela oszalała. Um y wam  ręce. Róbcie, co chcecie. Zabierz gości… i kolacj ę także, j eśli będziesz w stanie j ą unieść.

— Na kolacj ę wrócim y  tutaj  — powiedział Franciszek, nie zwracaj ąc uwagi na szy derstwa Izabelli. — No, pani Spencerowo, m usim y  się z ty m  pogodzić, proszę się szy kować.

— Czy  naprawdę sądzisz, że j a pój dę do dom u Dawida Spencera? — spy tała ostro Izabella Spencer.

— Błagam  panią! Musi pani przy j ść — zawołał z rozpaczą biedny  Franciszek. Zaczął się obawiać, że upór ty ch trzech osób uniem ożliwi j ego ślub. — Rachela powiedziała, że j eśli pani odm ówi, nie wy j dzie za m nie. Niech pani ty lko

pom y śli, j ak ludzie będą plotkować. A Rachela uparła się i nie zm ieni zdania.

Izabella Spencer też by ła o ty m  przekonana. I m im o gniewu postanowiła nie dopuścić do skandalu. Strach przed skandalem  by ł silniej szy  niż wściekłość.

— Skoro m uszę, to m uszę — powiedziała lodowaty m  tonem . — Nie przebij e się głową m uru. Idź i zawiadom  gości.

W pięć m inut później  sześćdziesięcioro gości m aszerowało polam i w stronę Zatoczki. By li zby t zdum ieni, by  om awiać to niesły chane wy darzenie. Z ty łu szła sam otnie Izabella Spencer.

Wszy scy  stłoczy li się w m ały m  pokoiku, zapadła uroczy sta cisza przery wana ty lko zawodzeniem  wiatru i pom rukiem  fal. Dawid Spencer podprowadził córkę do narzeczonego, ale po cerem onii ślubnej  pierwsza chwy ciła j ą w ram iona

Izabella Spencer. Obj ęła j ą i ucałowała, po bladej  twarzy  spły wały  łzy , zapom niała o wszy stkim , insty nkt m acierzy ński zwy cięży ł.

— Rachelo, Rachelo, m odlę się o twoj e szczęście — szepnęła łam iący m  się głosem .

Zebrani tłoczy li się radośnie, by  składać ży czenia m łodej  parze i Izabella znalazła się w kącie, gdzie wisiały  żagle i liny. Zobaczy ła koło siebie Dawida Spencera. Mąż i żona spotkali się po raz pierwszy  od dwudziestu lat. Izabelli zakołatało

serce, drżała.

— Izabello! — usły szała głos Dawida, pełen czułości i prośby, głos wielbiciela z dziewczęcy ch lat. — Czy  nie m ożesz m i wy baczy ć? Czy  j uż za późno? By łem  niem ądry m  uparciuchem , ale przez te wszy stkie lata bez przerwy  m y ślałem

o tobie i o m ałej . Tęskniłem  do ciebie.

Izabella Spencer nienawidziła tego człowieka, ale ta nienawiść by ła sztuczny m  tworem . I teraz pod wpły wem  j ego słów znikła, poj awiła się j awna m iłość.

— Dawidzie… to by ła m oj a wina — wy j ąkała i pocałunek m ęża zam knął j ej  usta.

Kiedy  um ilkła wrzawa, Izabella Spencer przem ówiła do zebrany ch. Ona też wy glądała na oblubienicę, zarum ieniła się, zabły sły  j ej  oczy .

— Teraz pój dziem y  na kolacj ę, tak będzie naj rozsądniej  — oświadczy ła zwięźle. — Rachelo, twój  oj ciec też z nam i pój dzie i j uż zostanie w dom u. — Tu spoj rzała wy zy waj ąco. — No, ruszaj m y .

Wszy scy  ze śm iechem  wracali przez pola wy srebrzone poświatą księży ca, który  poj awił się nad wzgórzam i. Młoda para pozostawała w ty le, oboj e by li bardzo szczęśliwi, ale nie aż tak j ak rodzice Racheli, którzy  szy bkim  krokiem  szli na

czele orszaku. Dawid trzy m ał Izabellę za rękę, a ona chwilam i nie widziała księży ca, gdy ż łzy  zam gliły  j ej  oczy .

— Dawidzie — westchnęła, gdy  pom agał j ej  przej ść przez płot. — Czy  naprawdę potrafisz m i wy baczy ć?

— Nie m am  ci nic do wy baczenia — oznaj m ił. — Przed chwilą wzięliśm y  ślub. Kto to widział, żeby  pan m łody  m iał żal do panny  m łodej ? Zaczy nam y  nowe ży cie.

background image

 

background image

Córeczka Janki

 

Kiedy  pan Natan Patterson wj echał na podwórze, panna Rosetta Ellis z głową owiniętą kraciasty m  fartuchem , spod którego wy zierały  papiloty, trzepała właśnie dy wany. Panna Rosetta widziała, j ak pan Patterson wj eżdża na wzgórze, ale

nie przy puszczała, że o tak wczesnej  porze zechce złoży ć j ej  wizy tę. Zatem  nie schowała się w dom u. Panna Rosetta nie dopuszczała nigdy, by  ktoś zobaczy ł j ą w papilotach na głowie; nawet j eśli chodziło o sprawę ży cia i śm ierci, gość m usiał
czekać, aż panna Rosetta się uczesze. Wiedzieli o ty m  wszy scy  w Avonlea, zresztą w Avonlea wszy scy  o wszy stkich wiedzieli absolutnie wszy stko.

Ale pan Patterson zj awił się tak szy bko i niespodziewanie, że panna Rosetta nie zdąży ła uciec. Z trudem  udało j ej  się zachować spokój .

— Dzień dobry, panno Ellis — powiedział pan Patterson tak ponury m  tonem , że od razu zrozum iała, że poj awił się j ako zwiastun hiobowy ch wieści. Zazwy czaj  okrągła twarz pana Pattersona prom ieniała j ak księży c w pełni, ale dziś

m alowała się na niej  m elancholia i przem awiał grobowy m  tonem .

— Dzień dobry  — panna Rosetta odparła ochoczo i radośnie, nie zam ierzała bowiem  pogrążać się w otchłani sm utku, a w każdy m  razie nie przedtem , nim  się dowie, o co chodzi. — Mam y  dziś piękny  dzień!

— Bardzo piękny  — przy świadczy ł pan Patterson. — Zaj rzałem  przed chwilą do Wheelerów i m uszę panią, panno Ellis, zawiadom ić z żalem …

— Karolina zachorowała! — wy krzy knęła panna Rosetta. — Od dawna się tego spodziewałam ! Wiedziałam , że do tego doj dzie. Kobieta, która nie potrafi usiedzieć w dom u, m usi dostać ataku serca. Ja nie wy chodzę za furtkę, a wciąż

widzę,  j ak  ona  gdzieś  pędzi.  Ciekawe,  kto  zaj m uj e  się  gospodarstwem ?  Nie  ufałaby m   tem u  naj em nem u  parobkowi…  Cóż,  bardzo  to  uprzej m ie  z  pana  strony,  panie  Patterson,  że  przy j echał  pan  powiadom ić  m nie  o  chorobie  siostry,  ale
naprawdę szkoda by ło faty gi. Pan, panie Patterson wie lepiej  niż ktokolwiek, że nic m nie to nie obchodzi. Odkąd Karolina zwariowała i wy szła za m ąż za tego podstępnego nicponia Jakuba Wheelera… Pani Wheelerowa cieszy  się dobry m
zdrowiem  — panu Pattersonowi udało się wreszcie przerwać potok słów panny  Rosetty . — Nic j ej  nie j est. Przy j echałem  powiedzieć pani…

— No to czem u utrzy m y wał pan, że zachorowała? Śm iertelnie się przeraziłam ! — zawołała z oburzeniem  panna Rosetta. — Ja też m am  słabe serce, u nas to rodzinne i lekarz ostrzegał m nie, żeby m  unikała nagły ch wzruszeń. Więc nie

zam ierzam  się wzruszy ć, nawet gdy by  Karolina m iała dostać ataku. Niech pan nie próbuj e m nie roztkliwić, panie Patterson.

— Święci pańscy , o czy m  pani m ówi? — zaprotestował doprowadzony  do rozpaczy  pan Patterson. — Przy j echałem  powiedzieć pani…

— O czy m ? — spy tała ponuro Rosetta. — Czy  długo j eszcze zam ierza pan trzy m ać m nie w niepewności? Pan, panie Patterson, m a pewnie m nóstwo czasu, ale j a nie!

Powiedzieć, że pani siostra, pani Wheelerowa, otrzy m ała list od waszej  kuzy nki, tej  z Charlottetown, j ak ona się nazy wa? Chy ba pani Roberts.

— Janina Roberts — wtrąciła panna Rosetta. — Przed ślubem  nazy wała się Janina Ellis. No i co napisała do Karoliny ? To znaczy, m ało m nie to obchodzi, nie interesuj e m nie korespondencj a Karoliny. Ale j eżeli Janka  musiała napisać,  to

powinna napisać do m nie. Jestem  starsza. Karolinie nie wolno przy j m ować od niej  listu nie zawiadam iaj ąc m nie. Zawsze by ła podstępna. Bez słowa uciekła z dom u, by  wy j ść za tego nikczem nika Jakuba Wheelera…

Pani Roberts j est ciężko chora — panu Pattersonowi udało się wreszcie doj ść do słowa, by  powiedzieć, co m iał do powiedzenia. — Ona um iera…

Janka chora! Janka um iera! — zawołała panna Rosetta. — Przecież zawsze by ła naj zdrowsza w świecie. Co prawda nie widziałam  j ej , odkąd piętnaście lat tem u wy szła za m ąż. Pewnie z tego m ęża by ł brutal i to j ą powoli wy kończy ło.

Wiem , co m y śleć o m ężach! Proszę spoj rzeć na Karolinę. Wszy scy  wiedzą, j ak traktował j ą Jak Wheeler. Zasługiwała na to, tak, ale…

— Mąż pani Roberts nie ży j e — powiedział pan Patterson. — Um arł dwa m iesiące tem u. A ona m a półroczne dziecko i pom y ślała, że m oże pani Wheelerowa ze względu na dawną przy j aźń zechce…

— Czy  Karolina prosiła, by  pan m nie o ty m  zawiadom ił? — spy ta skwapliwie panna Rosetta.

— Nie, nic o pani nie wspom inała, ale kiedy  m i o ty m  opowiedziała, pom y ślałem , że trzeba dać pani znać…

— Wiedziałam ! — oświadczy ła z gory czą panna Rosetta. — Z góry  wiedziałam . Karolina sam a nie zawiadom iłaby  m nie o chorobie Janki. Karolina bałaby  się, że zechce wziąć dziecko, przecież to j a by łam  przy j aciółką Janki. I to j a

m am  do tego prawo. To j a j estem  starsza I m am  doświadczenie w wy chowy waniu dzieci. Niech Karolina sobie nie wy obraża, że będzie rządziła naszą rodziną ty lko dlatego, że wy szła za m ąż.

— Muszę j uż j echać — oświadczy ł pan Patterson chwy taj ąc lej ce,

— Jestem  panu bardzo wdzięczna, że zawiadom ił m nie pan o chorobie Janki, choć zm arnowałam  przez pana m nóstwo czasu — oświadczy ła panna Rosetta. — Gdy by  nie pan, pewno by m  się o ty m  w ogóle nie dowiedziała. Spakuj ę się i

ruszam  do m iasta.

— Musi się pani pospieszy ć, j eśli chce pani wy przedzić panią Wheelerowa — poradził pan Patterson. — Ona j uż się spakowała i j edzie j utro poranny m  pociągiem .

— Ja poj adę dziś, popołudniowy m  — odpowiedziała trium falnie panna Rosetta. — Pokażę Karolinie, że nie będzie się rządziła u Ellisów. Wy szła za Wheelera, więc niech się trzy m a Wheelerów. Jakub Wheeler by ł…

Ale pan Patterson j uż odj echał. Czuł, że spełnił swój  obowiązek i nie chciał znów wy słuchiwać obelg pod adresem  Jakuba Wheelera.

Rosetta Ellis i Karolina Wheeler od dziesięciu lat nie odzy wały  się do siebie. Przedtem  by ły  sobie bardzo oddane i m ieszkały  razem  w dom ku Ellisów przy  drodze do Biały ch Piasków; m ieszkały  tam  od śm ierci rodziców. Nieporozum ienia

zaczęły  się, kiedy  poj awił się Jakub Wheeler i ruszy ł w konkury  do Karoliny, m łodszej  i ładniej szej  z dwóch panien, które, szczerze m ówiąc, przestały  by ć j uż m łode i ładne. Rosetta od początku ostro się tem u m ałżeństwu sprzeciwiała. O
Jakubie Wheelerze m iała j ak naj gorsze zdanie. Złe j ęzy ki utrzy m y wały, że to dlatego, iż wy żej  wy m ieniony  Jakub zaszczy cił swy m i względam i nie tę siostrę, którą należało. Jakkolwiek by  by ło, panna Rosetta głośno i zapalczy wie utrudniała
zaloty  Jakuba. Wreszcie któregoś poranka Karolina po cichutku wy m knęła się z dom u i bez wiedzy  panny  Rosetty  poślubiła Jakuba Wheelera. Panna Rosetta nigdy  j ej  tego nie wy baczy ła, a Karolina nie potrafiła j ej  zapom nieć słów, które
padły, gdy  przy szła ze świeżo poślubiony m  Jakubem  do dom u Ellisów. Odtąd m iędzy  siostram i zapanowała wrogość. Panna Rosetta swoj e pretensj e do siostry  głosiła wszem  wobec, Karolina zaś nie wy m ówiła j uż nigdy  im ienia Rosetty.
Nawet śm ierć Jakuba Wheelera, która nastąpiła w pięć lat po ślubie, nie przy czy niła się do polepszenia stosunków.

Panna Rosetta wy j ęła papiloty , spakowała walizkę i tak j ak groziła, zdąży ła na popołudniowy  pociąg do Charlottetown. Przez całą drogę siedziała szty wno wy prostowana i w m y ślach wy kłócała się z siostrą.

„Nie, Karolino Wheeler, nie dostaniesz dzieciaka Janki, m y lisz się bardzo, j eśli sądzisz, że ci się to uda! No dobrze — zobaczy m y. Choć wy szłaś za m ąż, nigdy  nie m iałaś do czy nienia z dziećm i! A j a tak. Czy  po śm ierci żony  William a

Ellisa nie wzięłam  do dom u ich dzidziusia? Co ty  na to Karolino? I wy chowałam  go na zdrowego chłopca. Tak, Karolino Wheeler, nawet ty  m usisz przy znać, że m ały  by ł zdrowy  i silny. A m im o to m asz czelność zabiegać o dziecko Janki. Tak,
to po prostu zwy kła bezczelność! Czy  nie pam iętasz, j ak m alec William a czepiał się m nie i płakał, kiedy  oj ciec ożenił się powtórnie i chciał go zabrać? Wiesz dobrze, że tak by ło, Karolino Wheeler. Możesz sobie robić, co chcesz, ale to j a wezm ę
dziecko Janki. Gdy by m  tak j ak ty  wy kradła się z dom u, by  wziąć ślub, wsty dziłaby m  się przez resztę ży cia spoj rzeć ludziom  w oczy ”.

Panna  Rosetta  tak  by ła  zaj ęta  prawieniem   kazania  Karolinie  i  planowaniem   przy szłości  dziecka  Janki,  że  podróż  do  Charlottetown  wcale  j ej   się  nie  dłuży ła.  Szy bko  odszukała  dom ,  w  który m   m ieszkała  j ej   kuzy nka.  Tam   ku  swem u

przerażeniu dowiedziała się, że pani Robertsowa zm arła o czwartej  po południu.

— Strasznie chciała doczekać wiadom ości od krewny ch z Avonlea — poinform owała pannę Rosettę j akaś kobieta. — Pisała do nich, czy  by  się nie zaj ęli j ej  córeczką. Jestem  j ej  bratową, zam ieszkała u m nie po śm ierci m ęża. Robiłam

dla niej , co m ogłam , ale sam a m i liczną rodzinę i nie m ogę zatrzy m ać m ałej . Biedna Janka, tak czekaj  żeby  się poj awił ktoś z Avonlea, no i nie doczekała się. Strasznie nieboga nacierpiała, a taka by ła cierpliwa…

background image

— Jestem  j ej  kuzy nką — oświadczy ła panna Rosetta ocieraj ąc łzy  — i przy j echałam  po dziecko. Zaraz po pogrzebie zabiorę j e do dom u, ale chciałaby m , pani Gordon, żeby  do m nie przy wy kła. Nieszczęsna Janka. Tak żałuj ę, że nie

zdąży łam  j ej  zobaczy ć, kiedy ś bardzośm y  się przy j aźniły . By łam  z nią bliżej  niż Karolina i Karolina dobrze o ty m  wie.

Zdanie to ogrom nie zaskoczy ło panią Gordon, która w ogóle . wiedziała, o co chodzi. Zaraz j ednak zaprowadziła panną Rosettę pokoj u, w który m  spało dziecko.

— Kochane m aleństwo! — zawołała panna Rosetta i przestała by ć zdziwaczałą starą panną, a twarz j ej  rozprom ieniła się m acierzy ński uczuciem . — Jaki to rozkoszny  dzidziuś!

Dzidziuś by ł rzeczy wiście słodki, złociste loczki okalały  m aleńką główkę. Kiedy  panna Rosetta nachy liła się nad koły ską, m ała otworzy ła oczka i z pełny m  zaufaniem  wy ciągnęła do niej  rączki.

— Moj e śliczności! — szepnęła z zachwy tem  panna Rosetta biorąc dziewczy nkę na ręce. — Teraz należy sz do m nie, kochanie, a nie do tej  podstępnej  Karoliny ! Pani Gordon, j ak ona m a na im ię?

— Jeszcze nie m a im ienia — odparła pani Gordon. — Może j ą pani nazwać, j ak pani chce.

— Będzie  się  nazy wała  Kam illa  Janina  —  oświadczy ła  bez  nam y słu  panna  Rosetta.  —  Janina  po  m atce,  a  im ię  Kam illa  zawsze  uważałam   za  naj ładniej sze.  Karolina  na  pewno  wy m y śliłaby   j ej   j akieś  pogańskie  im ię.  Gotowa  by   to

niebożątko nazwać na przy kład Penelopą.

Panna Rosetta postanowiła zostać w Charlottetown aż do pogrzebu. Tej  pierwszej  nocy  leżała z dzieckiem  w ram ionach i ze wzruszeniem  wsłuchiwała się w j ego oddech. Wolała rozm y ślać niż zdać się na łaskę snów. A od czasu do czasu

wy krzy kiwała j akąś złośliwość pod adresem  Karoliny .

Oczekiwała, że ta poj awi się skoro świt i przy gotowała się do utarczki. Ale Karolina nie poj awiła się. Ani rano, ani wieczorem , ani następnego dnia. Panna Rosetta nie wiedziała, co o ty m  m y śleć.

Co się stało? Czy żby  Karolina dostała ataku serca dowiedziawszy  się, że ona pierwsza dotarła do Charlottetown? By ło to zupełnie m ożliwe. Wszy stkiego m ożna by ło oczekiwać po kobiecie, która poślubiła Jakuba Wheelera!

Ty m czasem  zdarzy ło się zupełnie coś innego, a m ianowicie zaraz po wy j eździe panny  Rosetty  parobek pani Jakubowej  Wheeler złam ał nogę i trzeba by ło odesłać go do odległego dom u. A pani Wheelerowa nie m ogła się ruszy ć, póki nie

znalazła innego parobka. I do Charlottetown dotarła dopiero wieczorem  po pogrzebie, a kiedy  wchodziła do dom ku Gordonów, spotkała pannę Rosettę niosącą biały  becik.

Spoj rzały  na siebie spod oka. Na twarzy  panny  Rosetty  m alował się trium f obok żałobnego sm utku. Twarz pani Wheelerowej  nie wy rażała j ak zwy kle nic — ty lko oczy  by ły  wy m owne. Pani Wheelerowa nie przy pom inała w niczy m

wy sokiej , tłustej , j asnowłosej  panny  Rosetty , by ła m ała, ciem na, chudziutka i m iała zatroskaną twarz.

— Co z Janką? — spy tała, po raz pierwszy  od dziesięciu lat odzy waj ąc się do siostry .

— Zm arła biedaczka i właśnie pochowaliśm y  j ą — oświadczy ła spokoj nie panna Rosetta. — Zabieram  do dom u m ałą Kam illę Janinę.

— Ta m ała należy  do m nie! — krzy knęła pory wczo pani Wheelerowa. — Janka m i j ą powierzy ła. Tak napisała. Właśnie po nią przy j echałam .

— To wrócisz bez niej  — odparła panna Rosetta, spokoj na, że posiadanie to dziewięć dziesiąty ch prawa. —  Mała  j est  m oj a  i  pozostanie  m oj a.  Musisz  się  z  ty m   pogodzić,  Karolino  Wheeler.  Zresztą  nie  należałoby   powierzać  dziecka

kobiecie, która uciekła z dom u, by  wy j ść za m ąż. Jakub Wheeler…

Ale  pani  Wheelerowa  przebiegła  obok  niej   i  wpadła  do  dom u.  Panna  Rosetta  spokoj nie  wsiadła  do  dorożki  i  poj echała  na  dworzec.  Zadzierała  trium falnie  głowę,  a  j ednocześnie  radowała  się  potaj em nie,  że  po  raz  pierwszy   od  lat

przem ówiła do niej  siostra. Panna Rosetta nigdy  by  się do tego nie przy znała, ale naprawdę się cieszy ła.

Panna Rosetta z Kam illą Janiną w ram ionach bezpiecznie doj echała do Avonlea i w ciągu dziesięciu godzin cała wieś dowiedziała się, co zaszło, i każda kobieta, która m ogła się utrzy m ać na nogach, odwiedziła dom ek Ellisów, by  obej rzeć

dziecko. Pani Wheelerowa po dwudziestu czterech godzinach wróciła z Charlottetown i zaszy ła się w dom u. Kiedy  sąsiedzi wy rażali j ej  swoj e współczucie, nic nie odpowiadała, ale czuło się, że j est gotowa na wszy stko. W ty dzień później  pan
William  Blair, sklepikarz z Carm ody, opowiedział swy m  klientom  dziwną historię. Oto pani Wheelerowa przy szła do sklepu i kupiła wiele m etrów cienkiej  flanelki i m uślinu, i koronek. Na co j ej  to m ogło by ć potrzebne? Pan William  Blair na
próżno się nad ty m  zastanawiał i wcale m u się to nie podobało. Dotąd zawsze wiedział, czem u m a służy ć kupiony  u niego przedm iot.

Panna  Rosetta  j uż  od  m iesiąca  rozkoszowała  się  obecnością  m ałej   Kam illi.  Czuła  się  tak  szczęśliwa,  że  j uż  nawet  przestała  obrzucać  inwekty wam i  swoj ą  siostrę.  Dotąd  każda  rozm owa  z  nią  zbaczała  na  tem at  Jakuba  Wheelera,  teraz

zastąpiła go Kam illa i wszy scy  uznali to za duży  postęp.

Któregoś popołudnia panna Rosetta zostawiła w kuchni śpiącą w koły sce Kam illę i pobiegła na koniec ogródka nazry wać porzeczek. Kępa czereśni zasłaniała dom , ale panna Rosetta zostawiła w kuchni otwarte okno, by  usły szeć, j eśli m ała

obudzi się i zacznie płakać. Panna Rosetta podśpiewy wała. Po raz pierwszy  od czasu, gdy  Karolina wy szła za Jakuba Wheelera, czuła się szczęśliwa, tak szczęśliwa, że w j ej  sercu nie  by ło  j uż  m iej sca  na  gniew.  Rozm y ślała  o  przy szłości,
wy obrażała sobie Kam illę j ako urzekaj ącą i śliczną m łodą panienkę.

„Będzie piękna — cieszy ła się. — Janka by ła przecież ładną dziewczy ną. Sprawię j ej  m nóstwo wy tworny ch sukienek, kupię organy, będzie się uczy ła grać i m alować. Kiedy  skończy  osiem naście lat, urządzę bal i dostanie naj m odniej szą

suknię. Już się tego nie m ogę doczekać, choć z drugiej  strony  j est teraz taka słodka, że chciałoby  się, by  na zawsze pozostała m ały m  dzieckiem ”.

Kiedy  panna Rosetta wróciła do kuchni, zobaczy ła pustą koły skę. Kam illa Janina znikła.

Panna Rosetta wy dała okrzy k rozpaczy . Od razu wiedziała, co się stało. Półroczne dziecko nie wy łazi sam o z koły ski i nie otwiera sobie zam knięty ch drzwi.

— To Karolina — j ęknęła panna Rosetta. — Karolina wtargnęła tu i ukradła Kam illę. Tego należało się spodziewać. Powinnam  się by ła dom y ślić, kiedy  dowiedziałam  się, że kupiła m uślin i flanelkę. To do niej  podobne. Ale j a j ej  pokażę.

Przekona się, że m a do czy nienia z Rosettą Ellis, nie z ty m i swoim i Wheeleram i.

Zapom niała o papilotach i j ak oszalała zbiegła ze wzgórza kieruj ąc się w stronę farm y  Wheelerów, choć zawsze twierdziła, że j ej  noga tam  nie postanie.

Wiatr wiał od lądu i pom arszczy ł powierzchnię zatoki. Drobne chm urki rzucały  cienie na błękitną wodę.

Szary   dom ek  stoj ący   tak  blisko  m orza,  że  podczas  sztorm ów  fale  zalewały   schodki,  wy glądał  na  pusty.  Panna  Rosetta  zaczęła  łom otać  do  drzwi.  Bez  rezultatu.  Obeszła  więc  dom ek  dookoła  i  zastukała  do  kuchenny ch  drzwi.  Żadnej

odpowiedzi. Panna Rosetta nacisnęła klam kę. Drzwi by ły  zam knięte.

— Oho, m a nieczy ste sum ienie i nie otwiera — pry chnęła panna Rosetta. — Cóż, choćby m  m iała całą noc spędzić na ty m  podwórzu, doczekam  się tej  podłej  Karoliny .

Panna Rosetta by ła do tego na pewno zdolna, ale okazało się to niepotrzebne. Gdy  zaj rzała przez okno kuchni, poczuła, j ak serce wzbiera j ej  gniewem , gdy ż przy  stole siedziała spokoj nie Karolina trzy m aj ąc na kolanach Kam illę. Obok

stała ozdobiona m uślinem  koły ska, a na krześle leżała sukieneczka, w którą panna Rosetta rano ubrała m ałą. Teraz Kam illa m iała na sobie nowe szatki i wy glądała na zadowoloną z ży cia. Śm iała się i gruchała usiłuj ąc tłustą łapką dotknąć twarzy
Karoliny .

— Karolino Wheeler! — krzy knęła panna Rosetta stukaj ąc w szy bę. — Przy szłam  po m ałą. Naty chm iast m i j ą oddaj ! Jak śm iałaś wkraść się do m oj ego dom u i zabrać dziecko? Jesteś zwy kłą włam y waczką. Oddaj  m i zaraz m oj ą Kam illę

Janinę.

Karolina podeszła do okna trzy m aj ąc m ałą w ram ionach, a w j ej  oczach bły szczał trium f.

— Nie m a w ty m  dom u dziecka, które nazy wałoby  się Kam illa — oświadczy ła. — To j est Barbara Janina i należy  do m nie.

I pani Wheelerowa spuściła żaluzj ę.

background image

Panna Rosetta m usiała j ak niepy szna wrócić do dom u. Nic j ej  innego nie pozostało. Wracaj ąc spotkała pana Pattersona i opowiedziała m u całą historię. Przed wieczorem  znało j ą całe Avonlea i wy wołała ona sensacj ę. Od dawna j uż nie

zdarzy ła się taka py szna okazj a do plotek.

Przez sześć ty godni pani Wheelerowa radowała się posiadaniem  Barbary  Janiny, a panna Rosetta usy chała z tęsknoty  i próbowała coś wy m y ślić, by  odzy skać m ałą. I ona z kolei próbowałaby  j ą ukraść, ale wy glądało to beznadziej nie.

Wiedziała od parobka pani Wheelerowej , że pani Wheelerowa nie spuszcza m ałej  z oczu ani w dzień, ani w nocy . Nawet idąc doić krowy  zabiera ze sobą dziecko.

— Ale przy j dzie j eszcze m oj a kolej  — powtarzała ponuro panna Rosetta. — Kam illa Janina j est m oj ą Kam illą i m c nie zm ieni tego faktu, choćby  przez sto lat przezy wano j ą  Barbarą.  Barbara,  coś  podobnego!  Mogłaby   j ą  od  razu

nazwać Matuzalem em .

Któregoś popołudnia, kiedy  panna Rosetta zry wała j abłka i rozm y ślała sm ętnie o utraconej  Kam illi, wbiegła na podwórze zdy szana kobieta. Panna Rosetta aż krzy knęła ze zdziwienia i upuściła koszy k z j abłkam i. Coś takiego! Tą kobietą

by ła Karolina, która nie poj awiała się tutaj  od dziesięciu lat, załam uj ąca ręce Karolina z rozwiany m  włosem  i przerażony m i oczy m a. Panna Rosetta wy biegła j ej  naprzeciw.

— Pewnie poparzy łaś Kam illę! Wiedziałam , że tak się stanie!

— Na litość Boską, Rosetto, chodź — wy j ąkała Karolina. — Barbara dostała konwulsj i. Nie wiem , co  robić.  Posłałam   parobka  po  lekarza.  Ty   m ieszkasz  naj bliżej ,  więc  przy leciałam   do  ciebie!  Zostawiłam   m ałą  z  Jenny,  która  akurat

wpadła. Błagam  cię. Rosetto, j eśli m asz Boga w sercu, to ze m ną pój dziesz. Pam iętam , j ak wy leczy łaś z konwulsj i m alca Ellisów. Błagam  cię, ocal ży cie Barbary  Janiny .

— Masz na m y śli Kam illę Janinę? — spy tała bardzo poruszona, ale nieugięta panna Rosetta.

Karolina Wheeler zawahała się. Ale zaraz zawołała pory wczo.

— Tak, tak, Kam illę, m ożesz j ą nazwać, j ak chcesz. Ty lko chodź!

Panna Rosetta przy szła dosłownie w ostatniej  chwili. Dziecko by ło w okropny m  stanie, a lekarz m ieszkał o osiem  m il stam tąd. Obie kobiety  z pom ocą Jenny  White przez wiele godzin nie ustawały  w wy siłkach. Kiedy  m ała usnęła, by ło j uż

ciem no. Lekarz wy szedł oświadczy wszy  pannie Rosetcie, że ocaliła ży cie Kam illi. Wtedy  dopiero siostry  uświadom iły  sobie sy tuacj ę, w j akiej  się znalazły .

—  Cóż  —  westchnęła  z  ulgą  panna  Rosetta  opadaj ąc  na  fotel  —przy znasz  chy ba  sam a.  Karolino  Wheeler,  że  nie  j esteś  osobą,  której   m ożna  powierzy ć  dziecko.  A  ty   j e  ukradłaś.  Mam   nadziej ę,  że  czuj esz  wy rzuty   sum ienia,  o  ile

oczy wiście kobieta, która m ogła ukradkiem  poślubić Jakuba Wheelera, wie, co to sum ienie i…

— Tak strasznie pragnęłam  tego dziecka — łkała Karolina. — Czułam  się tu taka sam a… I przecież Janka powierzy ła j e w liście m oj ej  opiece. Ale ty , Rosetto, ocaliłaś m u ży cie, więc m asz prawo j e zabrać, choć złam ie m i to serce. Ty lko

pozwól m i czasem  przy j ść i zobaczy ć tę m oj ą m aleńką. Tak bardzo j ą kocham .

— Karolino — oświadczy ła stanowczo panna Rosetta. — Naj m ądrzej  będzie, j eśli razem  z m ałą wrócisz do dom u. Zaharowy wałaś się na śm ierć, żeby  utrzy m ać tę zadłużoną farm ę. Sprzedaj  j ą i wracaj . I razem  zaj m iem y  się Kam illą.

— Tak, tak, Rosetto — bąkała Karolina. — Od dawna… od dawna j uż m arzy łam , żeby  się z tobą pogodzić. Ale by łaś taka sroga, że bałam  się próbować.

— Niewy kluczone, że zby t wiele gadałam  — przy znała panna Rosetta — ale powinnaś m nie na ty le znać, żeby  wiedzieć, że to nic nie znaczy. By łam  wściekła, bo żeby m  nie wiem  co m ówiła, ty  na to nie odpowiadałaś. Puśćm y  wszy stko

w niepam ięć i wracaj m y  do dom u.

— Tak, wrócę — zdecy dowany m  tonem  odrzekła Karolina. — Obrzy dła m i sam otność i tarapaty  z parobkam i. Jak naj chętniej , Rosetto, wrócę do dom u, m ówię ci szczerą prawdę. Przeży łam  wiele ciężkich chwil. Powiesz pewnie, że na

to zasłuży łam , ale pokochałam  Jakuba i…

— Jasne, j asne. Dlaczego nie m iałaby ś pokochać? — chętnie zgodziła się panna Rosetta. — Nie wątpię, że Jakub Wheeler, choć z lekka pom y lony  i leniwy, by ł j ak naj lepszy m  człowiekiem . Nikom u nie dam  powiedzieć o nim  złego słowa.

Spój rz na tę m aleńką, Karolino. Czy ż nie j est to naj słodsze dziecko na świecie? Strasznie się cieszę, że wracasz. Odkąd uciekłaś, nie j adłam  porządnej  m ary naty, a ty  j esteś specj alistką od m ary nat. Teraz znów będziem y  ży ć w zgodzie i spokoj u
— ty , j a i nasza m ała Kam illa Barbara Janina.

background image

 

background image

Zjawa

 

Wiosną wszy stkim , każdem u m ężczy źnie i każdej  kobiecie, powinno by ć lekko na sercu. Poj awia się duch zm artwy chwstania i puka prom ienny m i palcam i do wrót zim owego grobowca, gdzie spoczy wa ży cie ziem i. Budzi radość, j aką

znaliśm y  w latach dzieciństwa. A dusze ludzkie, j eżeli ty lko zechcą, m ogą się zbliży ć do Boga na odległość wy ciągniętej  ręki. Nadchodzi cudowny  czas nowo narodzonego ży cia, wpadam y  w zachwy t podobny  ekstazie aniołka, kiedy  aż klaskał
widząc dzieło stworzenia świata. A przy naj m niej  tak powinno by ć i j eśli chodzi o m nie, tak by ło aż do tej  wiosny , kiedy  w naszy m  ży ciu poj awiła się zj awa chłopca.

Tego  roku  j a,  który   zawsze  wiosnę  kochałem ,  znienawidziłem   j ą.  Kochałem   j ą  j ako  chłopak,  kochałem   j ako  m łody   m ężczy zna.  To  wiosną  zakwitło  m oj e  szczęście.  To  wiosną  pokochaliśm y   się  z  Józefiną,  a  w  każdy m   razie

uświadom iliśm y  sobie naszą m iłość. Sądzę, że naprawdę kochaliśm y  się od dzieciństwa, a każda kolej na wiosna pogłębiała nasze uczucia, aż tej , naj piękniej szej , zrozum ieliśm y , co czuj em y .

Jakże ta wiosna by ła piękna. I j akże piękna by ła m oj a Józefina. My ślę, że w oczach każdego zakochanego j ego wy branka j est naj cudowniej szą dziewczy ną, inaczej  cóżby  by ł z niego za kochanek? Józefina by ła wiotka j ak trzcina, wdzięk

j ej  by ł wdziękiem  m łodej  gołębicy. Ciem ne faliste włosy  okalały  twarz j ak aureola, błękitne oczy  przy pom inały  bezchm urne niebo w czerwcowy  dzień. Rzęsy  by ły  czarne i długie, czerwone usteczka drżały, gdy  się sm uciła i radowała, a także
wówczas,  gdy   wy m awiała  słowa  m iłości.  I  wtedy   wprost  m usiałem   j ą  całować.  Pobraliśm y   się  następnej   wiosny   i  zabrałem   j ą  do  m oj ego  starego  szarego  dom ostwa  nad  brzegiem   szarej   zatoki.  Mieszkańcy   Avonlea  uważali,  że  m łodej
oblubienicy  będzie tam  doskwierać sam otność. Ale tak się nie stało. Józefina czuła się tam  szczęśliwa nawet podczas m oj ej  nieobecności. Pokochała burzliwą zatokę i przestwór m glistego m orza. Pokochała przy pły wy  oceanu i m ewy, i pom ruk
fal, i świst wichrów w j odłowy m  lesie, i spokoj ne noce, kiedy  gwiazdy  zdawały  się kąpać w m orzu. Pokochała to wszy stko tak, j ak kochałem  to j a. Nie, nigdy  nie skarży ła się na sam otność.

Nadeszła trzecia wiosna i narodził się nasz sy n. Cały  czas uważaliśm y  się za szczęśliwy ch, ale teraz zrozum ieliśm y, czy m  j est prawdziwe szczęście. Sądziliśm y  j uż przedtem , że nasza m iłość j est doskonała, ale gdy  zobaczy łem  bladą i

ściągniętą  twarz  żony   po  przeby ty m   bólu  i  spoj rzałem   w  j ej   oczy   zasnute  łzam i,  lecz  pełne  blasku  m acierzy ństwa,  uświadom iłem   sobie,  że  dopiero  narodziny   naszego  sy na  przy niosły   pełnię  uczucia.  A  dochodziła  do  niego  radość  i  dum a
oj costwa.

Kiedy ś m oj a żona powiedziała:

— Odkąd m ały  przy szedł na świat, wy daj e m i się, że wszy stkie m oj e m y śli stały  się czy stą poezj ą.

Nasz sy n ży ł dwadzieścia m iesięcy . By ł ruchliwy m  krzepkim  łobuziakiem , stale śm iał się i psocił, kiedy  więc nagle zachorował i po godzinie um arł — wy dawało się to zupełnie niem ożliwe.

My ślę,  że  przeży łem   śm ierć  sy nka  tak  ciężko,  j ak  m oże  to  przeży ć  m ężczy zna.  Ale  serce  oj ca  j est  czy m ś  inny m   niż  serce  m atki.  Czas  nie  goił  ran  Józefiny,  gry zła  się  i  usy chała  z  żalu,  zapadły   się  j ej   policzki,  zbladły   usta.  Miałem

nadziej ę, że odży j e z wiosną. Wierzy łem , że kiedy  zazieleni się ziem ia, m ewy  powrócą nad szarą zatokę, a j ej  szarość rozzłoci się blaskiem , znów zobaczę uśm iech m oj ej  żony. Ale kiedy  nadeszła wiosna, poj awiła się ta senna m ara — zj awa
chłopca i odtąd strach towarzy szy ł m i od zachodu słońca do zachodu słońca.

Której ś nocy  obudziłem  się i poczułem , że j estem  sam . Zacząłem  nadsłuchiwać, czy  żona krząta się po dom u. Dobiegł m nie ty lko plusk fal i cichy  szum  odległego oceanu.

Wstałem  i przeszukałem  dom . Józefiny  nie by ło. Nie wiedziałem , gdzie m oże by ć, ale na los szczęścia ruszy łem  brzegiem  zatoki.

Blada  poświata  księży ca  okry ła  ziem ię.  Przy stań  wy glądała  j ak  duch,  a  noc  by ła  zim na  i  nieruchom a  j ak  twarz  zm arłego  człowieka.  Wreszcie  spostrzegłem   żonę,  szła  brzegiem   zatoki.  Od  razu  wiedziałem ,  że  m oj e  naj gorsze  obawy

sprawdziły  się.

Kiedy  zbliży ła się do m nie, zobaczy łem , że płakała; twarz poplam iona by ła łzam i, ciem ne włosy  zwisały  w nieładzie. Wy glądała na bardzo zm ęczoną, chwilam i załam y wała ręce.

Uj rzawszy  m nie, nie okazała zdziwienia, ty lko wy ciągnęła ku m nie ręce, j akby  uradował j ą m ój  widok.

— Pobiegłam  za nim , ale nie m ogłam  go dogonić — powiedziała łkaj ąc. — On by ł wciąż o parę kroków przede m ną. A potem  zniknął — i zawróciłam . Wierz m i, zrobiłam , co m ogłam … Jestem  taka zm ęczona…

— Józiu, kochanie, o czy m  ty  m ówisz? — spy tałem  przy tulaj ąc j ą do siebie. — Dlaczego wy szłaś po nocy  z dom u? I to sam a!

Spoj rzała na m nie ze zdum ieniem .

— Przecież m usiałam . Wołał m nie.

— Kto cię wołał?

— Chłopiec — odpowiedziała szeptem . — Nasze dziecko. Obudziłam  się i usły szałam , j ak woła m nie w ciem nościach. Tak sm utno zawodził, m usiało m u by ć zim no, bał się i wzy wał m atki. Wy biegłam , ale nie m ogłam  go  znaleźć. Ale

sły szałam  szloch i biegłam  za nim  brzegiem . W świetle księży ca zobaczy łam , j ak kiwa na m nie rączką. Ale nie m ogłam  go dogonić. A potem  płacz ustał i by łam  zupełnie sam a na ty m  zim ny m  szary m  brzegu. Ogarnęło m nie straszne znużenie i
zawróciłam  do dom u. To okropne, że go nie odszukałam . Może on nawet nie wie, że próbowałam  go znaleźć? My śli, że j ego m atka nie odpowiedziała na wołanie. Nie zniosę tego.

— To by ł zły  sen, kochanie — powiedziałem . Starałem  się m ówić naturalny m  tonem , ale nie by ło to łatwe.

— Nie, to nie by ł sen — odparła z wy m ówką w głosie. — Mówię ci, że m nie wołał. Mnie — m atkę! Musiałam  pój ść. Nie rozum iesz tego — ty  j esteś ty lko oj cem . Nie ty  go urodziłeś. To j a urodziłam  go w bólu i m ęce. Ciebie nie wołał —

wzy wał m atkę.

Zaprowadziłem  j ą do dom u, położy łem  do łóżka, nie protestowała i wkrótce zasnęła, zupełnie wy czerpana. Czuwałem , a wraz ze m ną czuwał m ój  strach.

Kiedy  żeniłem  się z Józefiną, j edna z ty ch natrętny ch krewny ch, dla który ch m ałżeństwo j est powodem  do plotek, opowiedziała m i, że babka Józefiny  pod koniec ży cia postradała zm y sły. Tak rozpaczała po śm ierci ukochanego dziecka, że

odebrało j ej  rozum . A pierwszą tego oznaką by ło poj awiaj ące się j ej  i nawołuj ące j ą dziecko.

Wtedy  śm iałem  się z tego. Owe ponure stare dziej e nie m iały  nic wspólnego z wiosną, m iłością i Józefiną. Ale teraz przy pom niałem  to sobie i powiększy ło to m oj e przerażenie. Czy żby  podobny  los m iał spotkać m oj ą żonę? Strach by ło

pom y śleć. By ła tak m łoda i słodka, i dziewczęca. Nie, to by ł ty lko zły  sen, z którego nie m ogła się przebudzić. A przy naj m niej  tak się pocieszałem .

Kiedy  rano Józefina wstała, nie wspom niała słowem  o nocny ch wy darzeniach, a j a nie ośm ieliłem  się zacząć o ty m  m ówić. By ła pogodniej sza niż doty chczas i żwawo krzątała się po dom u. Przestałem  się bać. Tak, to by ł ty lko zły  sen.

Upewniłem  się o ty m , gdy  dwie następne noce upły nęły  spokoj nie.

Ale trzeciej  nocy  znów wezwała Józefinę zj awa chłopca. Obudziłem  się i zobaczy łem , że gorączkowo się ubiera.

— Woła m nie! — krzy knęła. — Nie sły szy sz? Ty go nie sły szy sz? Tak, woła cicho, ale strasznie żałośnie. Już, kochanie, m am a zaraz nadej dzie. Poczekaj . Grzeczny  chłopczy k poczeka na swoj ą m am usię.

Wziąłem  j ą za rękę i dałem  się prowadzić. Poszliśm y  za zj awą dziecka na brzeg zatoki. Cały  czas utrzy m y wała, że sły szy  wołanie. Błagała chłopca, by  na nią poczekał, płakała i błagała naj czulszy m i m atczy ny m i słowam i. Wreszcie

przestała sły szeć j ego głos i szlochaj ąc pozwoliła m i zabrać się do dom u.

background image

Piękna wiosna zam ieniła się w koszm ar. Niem al co noc zj awa chłopca wzy wała m atkę i biegaliśm y  po szary m  brzegu nie ustaj ąc w poszukiwaniach.

W dzień Józefina zachowy wała się norm alnie, ale gdy  zapadała noc, zaczy nała się niespokoj nie wiercić, póki nie usły szała wołania. I wtedy  wy biegała, choćby  nawet szalała burza. By ły  to potworne wy prawy, ona usiłowała dogonić

zj awę, a j a z rozpaczą w sercu czuwałem  nad j ej  bezpieczeństwem , a potem  zapłakaną zabierałem  do dom u.

Brzem ię to dźwigałem  w ukry ciu, nie chciałem , by  rozpętały  się plotki. Nie m ieliśm y  bliskich krewny ch — nikogo, kto m iałby  prawo dzielić nasze nieszczęście, zatem  m ilczałem , ból by wa często dum ny .

Uznałem  j ednak, że powinienem  się poradzić lekarza i podzieliłem  się sekretem  z naszy m  stary m  doktorem . Usły szawszy  m oj ą opowieść zasępił się; nie podobała m i się j ego m ina ani kilka ostrożny ch uwag. Oświadczy ł, że na nic się tu

nie zda j ego pom oc, Józefinę m oże uleczy ć ty lko czas, a j a nie powinienem  się j ej  sprzeciwiać, ty lko pilnie strzec. Tego nie m usiał m i m ówić.

Minęła wiosna i nadeszło lato. Groza rosła. Wiedziałem , że ludzie zaczęli szeptać. Widy wano nas podczas nocny ch wędrówek i patrzono na nas z litością.

Któregoś ponurego deszczowego popołudnia znów odezwała się zj awa chłopca. Wiedziałem , że zbliża się koniec. Sześćdziesiąt lat tem u kry zy s nastąpił wówczas, gdy  babce Józefiny  zj awa ukazała się w dzień. Kiedy  opowiedziałem  to

lekarzowi, oznaj m ił, że m uszę zatrudnić pielęgniarkę. Sam  nie dam  rady  pilnować Józefiny  i w dzień, i w nocy . Mnie też grozi załam anie.

Nie zgadzałem  się z nim . Wierzy łem  w siłę m iłości. I by łem  zdecy dowany , że nie dopuszczę, by  zabrano m oj ą żonę do szpitala.

Nigdy  nie rozm awiałem  z nią o zj awie chłopca. Sprzeciwił się tem u lekarz. Wpły nęłoby  to ty lko na pogłębienie j ej  uroj eń. Wspom niał o szpitalu. Spoj rzałem  na niego tak, że zaraz um ilkł.

Pewnego sierpniowego wieczoru po upalny m  duszny m  dniu nastąpił m roczny  zachód słońca. Morze nie by ło błękitne, lecz przeraźliwie czerwonawe. Stałem  przed dom em  na brzegu, póki się zupełnie nie ściem niło. Zza zatoki dobiegało

bicie dzwonów. W kuchni nuciła żona. Ostatnio często wpadała w podniecenie i śpiewała stare piosenki. Ale w ty m  śpiewie by ło coś dziwnego, kry ł się bolesny  krzy k. Przy kro by ło j ej  słuchać.

Kiedy  wróciłem  do dom u, zaczęło padać, ale w powietrzu panowała przeraźliwa cisza, j akby  świat wstrzy m y wał oddech oczekuj ąc katastrofy .

Józefina stała koło okna wy glądaj ąc i nadsłuchuj ąc. Próbowałem  nam ówić j ą, by  się położy ła, ale ona pokręciła przecząco głową.

— Gotowa j estem  usnąć i nie usły szeć j ego wołania — powiedziała. — Boj ę się spać. On będzie m nie wzy wał i pom y śli, że m atka go zawiodła.

Wiedziałem , że nic nie poradzę, usiadłem  przy  stole i próbowałem  czy tać. Minęły  trzy  godziny . Kiedy  zegar wy bił północ, ona zerwała się, w j ej  oczach poj awił się dziki bły sk.

—  Woła!  —  krzy knęła.  —  Boi  się  sztorm u.  Tak,  kochanie,  idę!  Otworzy ła  drzwi  i  zbiegła  ścieżką  na  brzeg.  Chwy ciłem   latarnię  i  pospieszy łem   za  nią.  By ła  to  naj czarniej sza  noc,  j aką  widziałem   w  ży ciu,  czarna  j ak  śm ierć.  Lało.

Dogoniłem  Józefinę, wziąłem  j ą za rękę i szliśm y  poty kaj ąc się, ale bardzo szy bko. Mały  krąg światła latarni zdawał się nas bronić przed straszny m i, niem y m i ciem nościam i.

— Gdy by ż  choć  raz  udało  m i  się  go  dogonić  —  łkała  Józefina.  —  Ucałować  go  i  przy tulić  do  serca.  Wtedy   m oże  opuściłby   m nie  ten  nieznośny   ból.  Maleńki,  poczekaj   na  m am ę!  Idę  do  ciebie.  Posłuchaj ,  Dawidzie,  j ak  on  płacze.

Sły szy sz?

usłyszałem. Odległy  żałosny  płacz. Co to? Czy żby m  j a także postradał zm y sły, czy  też naprawdę ktoś płakał i nawoły wał szukaj ąc ludzkiej  m iłości i chowaj ąc się na odgłos ludzkich kroków. Nie j estem  przesądny, niem niej  długa udręka

osłabiła m ój  sy stem  nerwowy. Ogarnęło m nie przerażenie. Cały  się trząsłem , z czoła spły wał zim ny  pot, m arzy łem  o j edny m , by  zawrócić i uciec. Ale Józefina m ocno trzy m ała m nie za rękę i szła naprzód. Wciąż sły szałem  ten płacz. Ale
coraz głośniej  i bliżej .

I nagle zobaczy liśm y  wy rzucone przez przy pły w na brzeg m aleńkie czółno. A w czółnie by ło dziecko — chłopczy k, m oże dwuletni, który  po pas stał w wodzie, duże błękitne oczy  by ły  oszalałe z przerażenia, blada buzia poplam iona łzam i.

Kiedy  nas dostrzegł, znów zapłakał i wy ciągnął ręce. Opuścił m nie strach. To by ło ży we dziecko. Nie zastanawiałem  się, skąd m ogło się tu znaleźć. Wy starczy ło m i, że płacz nie by ł płaczem  ducha.

— Biedne m aleństwo! — zawołała m oj a żona.

Nachy liła się nad czółnem  i wzięła chłopaczka w ram iona. Jego długie j asne włoski opadły  j ej  na ram ię, przy tuliła j ego buzię do własnej  twarzy  i owinęła go szalem .

— Daj  m i go, kochana — poprosiłem . — Jest cały  m okry  i za ciężki dla ciebie.

— Nie, nie, to j a m uszę go zanieść do dom u. Nareszcie m oj e ram iona nie są puste. Dawidzie, ten straszny  ból ustał. Ten m ały  poj awił się, żeby  zaj ąć m iej sce naszego sy nka. Bóg m i go zesłał. Cicho, m aleńki, zaraz będziem y  w dom u.

Milcząc  poszedłem   za  nią.  Zerwał  się  wiatr,  groźny   i  pory wisty,  nadchodził  sztorm ,  ale  zdąży liśm y   się  przed  nim   schronić.  Kiedy   zam y kaliśm y   drzwi,  burza  zaatakowała  dom   z  ry kiem   rozj uszonej   bestii.  Dziękowałem   Bogu,  że  nie

j esteśm y  na wy brzeżu, że nie gonim y  zj awy  chłopca.

— Naj pierw m uszę się zaj ąć dzieckiem  — oświadczy ła stanowczo. — Przecież widzisz, że j est wy czerpany  i zziębnięty . Dawidzie, rozpal szy bko ogień, a j a poszukam  ubranka.

Musiałem  się zgodzić. Przy niosła rzeczy  naszego sy nka, wy tarła m alca, przebrała go, uczesała, śm iej ąc się i tuląc go do siebie. Znów by ła dawną Józefiną.

Ja czułem  się zupełnie oszołom iony . Zadawałem  sobie ty siąc py tań. Czy j e to m ogło by ć dziecko? Skąd wzięło się w tej  łódce? Co to wszy stko znaczy ?

By ło to ładne dziecko; j asne, różowe i pulchne. Kiedy  zostało nakarm ione, usnęło w ram ionach Józefiny . Nachy lała się nad nim  z zachwy tem . Z trudem  nam ówiłem  j ą, by  się z nim  na chwilę rozstała i przebrała. Ona nie zastanawiała się,

czy j e to m oże by ć dziecko i skąd się znalazło na brzegu. Tego m alca przy słało j ej  m orze, zaprowadziła j ą do niego zj awa chłopca, m ocno w to wierzy ła i nie ośm ieliłem  się podważać tej  wiary. Położy ła się spać z m alcem  w ram ionach, a j ej
twarz we śnie by ła znów twarzą m łodej  dziewczy ny , spokoj ną i beztroską.

Oczekiwałem ,  że  rano  ktoś  poj awi  się  szukaj ąc  dziecka.  Doszedłem   do  wniosku,  że  m alec  m usiał  m ieszkać  w  Zatoczce  z  drugiej   strony   zatoki,  gdzie  znaj dowała  się  ry backa  wioska.  Cały   dzień,  kiedy   Józefina  bawiła  się  z  m ały m ,

nadsłuchiwałem  kroków. Ale nikt nie przy szedł. Mij ały  dni i wciąż panowała głucha cisza.

Zupełnie nie wiedziałem , co m y śleć. Co powinieniem  zrobić? Wzdragałem  się przed m y ślą, że trzeba będzie oddać m alca. Odkąd znaleźliśm y  go — zniknęła zj awa chłopca. Moj a żona wróciła z niebezpiecznej  krainy. Teraz by ła j uż

zawsze sobą, pogodna i uśm iechnięta oddawała się nowy m  obowiązkom  m acierzy ńskim . Dziwne by ło j edno — tak spokoj nie przy j ęła to wy darzenie, j akby  by ło czy m ś naj norm alniej szy m  w świecie. Nie zastanawiała się, czy j e to m oże by ć
dziecko, nie przy szło j ej  na m y śl, że ktoś m oże j e nam  odebrać, i nazy wała j e im ieniem  naszego sy nka.

Po ty godniu wy brałem  się do naszego starego doktora.

— Dziwna sprawa — powiedział z nam y słem . — Tak, m usi to by ć dziecko ze Świerkowej  Zatoczki. Nie rozum iem  j ednak, j ak się to stało, że nikt go nie poszukuj e. Ale na pewno da się to łatwo wy tłum aczy ć. Radzę panu wy brać się do

Zatoczki. Kiedy  odszuka pan rodziców lub opiekunów dziecka, powinien pan ich ubłagać, żeby  na j akiś czas powierzy li wam  m alca. Ten chłopiec ocalił pańską żonę. Widy wałem  takie przy padki. Tam tej  nocy  nastąpił kry zy s. By le drobiazg m ógł
j ą wtrącić w ciężką chorobę, ale m ógł j ą też uleczy ć. Wierzę, że zdarzy ło się to ostatnie i j eżeli przez j akiś czas będzie m ogła cieszy ć się obecnością dziecka — doj dzie do siebie.

Tego sam ego dnia obj echałem  dokoła zatokę. Pierwszą osobą, którą spotkałem  w Świerkowej  Zatoczce, by ł stary  Abel Blair. Spy tałem  go, czy  w okolicy  nie zaginęło żadne dziecko. Spoj rzał na m nie ze zdziwieniem , pokręcił przecząco

głową i oświadczy ł, że nic takiego nie m iało m iej sca. Nie zwierzałem  m u się, opowiedziałem  ty lko, że spaceruj ąc z żoną po wy brzeżu znaleźliśm y  czółno, a w nim  chłopca.

— Zielone czółno! — wy krzy knął. — Ty dzień tem u znikło stare zielone czółno Bena Forbesa, ale by ło tak zbutwiałe, że nawet go nie szukał. Ale to dziecko? Nic nie rozum iem . Jak ono wy gląda?

Opisałem  m ożliwie dokładnie chłopca.

background image

— Wy gląda na m ałego Harry ’ego Martina — zauważy ł stary  Abel. — Ale to niem ożliwe. Albo coś tu śm ierdzi. Zeszłej  zim y  um arła żona Jakuba Martina, a wkrótce potem  on sam . Zostało po nich dziecko — i niewiele poza ty m . Chłopca

wzięła  przy rodnia  siostra  Jakuba,  Magda  Flem ing.  Też  m ieszkała  w  Zatoczce,  ale  źle  o  niej   m ówiono.  Ludzie  oburzali  się,  bo  skandalicznie  zaniedby wała  m alca.  Wiosną  zaczęła  m ówić,  że  wy j edzie  do  Stanów.  Podobno  ofiarowano  j ej   w
Bostonie dobrą posadę, więc poj edzie i zabierze z sobą m ałego Harry ’ego. I poj echała w sobotę. Ostatni raz widzieliśm y  j ą, j ak szła na dworzec niosąc chłopca. I nie zaprzątaliśm y  ty m  sobie więcej  głowy. Pom y śleć, że pewnie wsadziła tego
niewinnego m alca do zbutwiałego czółna i posłała na pewną śm ierć… Nie, z Magdy  by ł wy ciruch, ale w to trudno m i uwierzy ć.

— Proszę przy j ść do nas i zobaczy ć, czy  poznaj e pan dziecko — poprosiłem . — Jeśli j est to Harry  Martin, zatrzy m am y  go. Żona ciężko przeży ła śm ierć naszego sy nka, a tego m alca j uż pokochała.

Stary  Abel przy szedł i rozpoznał Harry ’ego Martina.

Harry  pozostał z nam i. Dzięki niem u m oj a żona wróciła do zdrowia. Urodziły  nam  się następne dzieci. Józefina j e kocha — ale ten m alec, który  nosi im ię naszego zm arłego sy nka, j est j ej  naj bliższy .

background image

 

background image

Niewydarzony brat

 

 

Rodzina Monroe święciła Boże Narodzenie w stary m  rodzinny m  dom u w Biały ch Piaskach. Bracia i siostry  spotkali się tu po raz pierwszy  od śm ierci m atki, która m iała m iej sce trzy dzieści lat tem u. By ł to pom y sł Edy ty  Monroe. Wiosną

przeszła ciężkie zapalenie płuc, zachorowała w Stanach wśród obcy ch ludzi i podczas uciążliwej  rekonwalescencj i, kiedy  nie m ogła dawać koncertów i m iała m nóstwo wolnego czasu, poczuła tęsknotę do rodziny. Napisała do Jakuba, tego z
braci,  który   pozostał  w  dom u  Monroe’ów  —  no  i  w  rezultacie  odby ł  się  ów  rodzinny   zj azd.  Nawet  Ralf  Monroe  odłoży ł  na  bok  pilne  interesy,  przestał  na  chwilę  m y śleć  o  pom nażaniu  swy ch  m ilionów  i  odby ł  z  dawna  obiecy waną  i  stale
odkładaną podróż z Toronto. Malcolm  Monroe przy by ł z położonego na zachodzie kraj u uniwersy tetu, którego by ł rektorem . Poj awiła się Edy ta, po zakończeniu tournee, które by ło j edny m  wielkim  sukcesem . Z Nowej  Szkocj i przy j echała pani
Woodburn, czy li Małgorzata Monroe, szczęśliwa m ałżonka wy bij aj ącego się m łodego adwokata. W stary m  dom ostwie powitał ich serdecznie zadowolony  z ży cia Jakub, którego gospodarstwo dzięki j ego fachowej  wiedzy  wręcz kwitło.

Zapom nieli o troskach, zapom nieli o upły wie lat i weselili się j ak za m łodu. Jakub m iał liczne potom stwo, Małgorzata przy wiozła dwie błękitnookie córeczki. Z Ralfem  i z Malcolm em  przy j echali ich sy nowie: sy n Ralfa by ł ciem nowłosy  i

m iał wy j ątkowo inteligentną twarz, oczy  sy na Malcolm a m iały  ostry  wy raz, nie by ło w nich nic chłopięcego, wy glądał na twardą sztukę. Obaj  kuzy ni by li w ty m  sam y m  wieku i rodzinny  żarcik głosił, że w swoim  czasie bocian m usiał się
pom y lić i zam ienić niem owlęta.

Ukoronował  spotkanie  przy j azd  ciotki  Izabelli.  By ła  to  im ponuj ąca  stara  dam a,  która  w  osiem dziesiąty m   piąty m   roku  ży cia  zachowała  ży wość  um y słu  trzy dziestolatki  i  prom ieniała  dum ą  ze  swy ch  siostrzeńców  i  siostrzenic,  którzy

wy szedłszy  ze skrom nego dom u potrafili zdoby ć poklask świata.

Zapom niałam  o Robercie. Łatwo zapom inało się o Robercie Monroe. Choć by ł naj starszy , m ieszkańcy  Biały ch Piasków, m ówiąc o rodzinie Monroe, na końcu wy m ieniali j ego im ię, i to tonem  zdziwienia.

Mieszkał  na  wy brzeżu,  m iał  niewielką  ubożuchną  farm ę.  Kiedy   wieczorem   poj awił  się  u  Jakuba,  wszy scy   powitali  go  serdecznie  i radośnie,  a  potem   gwarząc  i  zaśm iewaj ąc  się  zapom nieli  o  j ego  istnieniu.  Robert  usiadł  w  kącie  i

przy słuchiwał się z uśm iechem , ale ani razu nie zabrał głosu. Niezadługo ukradkiem  wy szedł i nikt tego nie zauważy ł. Wszy scy  zby t by li zaj ęci opowiadaniem  sobie, co ostatnio zdarzy ło się w ich ży ciu.

Edy ta dzieliła się wrażeniam i z ostatniego pełnego sukcesów tournee. Malcolm  opowiadał z dum ą o planach rozbudowy  ukochanego uniwersy tetu, Ralf chwalił się, gdzie, m a zam iar zbudować następną linię kolej ową i ile przeciwieństw

udało m u się przezwy cięży ć. Jakub na uboczu rozm awiał z Małgorzatą o sadzie i ostatnich zbiorach, gdy ż Małgorzata stosunkowo niedawno opuściła dom  i wszy stkie te sprawy  ży wo j ą interesowały. Ciotka Izabella szy dełkowała i uśm iechała się
z aprobatą, od czasu do czasu zabierała głos, dum na, że oto ona, osiem dziesięciopięcioletnia kobieta, która z rzadka opuszczała Białe Piaski, m oże rozm awiać z Ralfem  o świecie finansów, z Malcolm em  o świecie nauki, a Jakubowi udzielać rad w
sprawie m elioracj i pól.

Nauczy cielka z Biały ch Piasków, pochodząca z Avonlea panna Bell  o filuterny ch oczach, która m ieszkała u państwa Jakubostwa, świetnie się bawiła w towarzy stwie dwóch m łodzieńców. Wszy scy  zatem  by li bardzo zaj ęci i nie zauważy li

wy j ścia Roberta, który  śpieszy ł się do dom u, gdy ż j ego stara gospody ni bała się zostawać w nocy  sam a.

Robert  poj awił  się  następnego  popołudnia.  Na  podwórzu  dowiedział  się  od  Jakuba,  że  Malcolm   i  Ralf  poj echali  do  portu,  Małgorzata  i pani  Jakubowa  wy brały   się  z  wizy tą  do  przy j aciół  w  Avonlea,  a  Edy ta  poszła  do  lasu.  W  dom u

znaj dowała się ty lko ciotka Izabella i m łoda nauczy cielka.

— Pewnie niedługo wrócą. Zaczekaj .

Robert przeszedł przez podwórze i usiadł na ławce obok ganku. By ł wy j ątkowo ładny  grudniowy  dzień, tak łagodny  j ak w j esieni, ziem ia na polach by ła brunatna i pulchna. Nad m orzem  czerwonawe zachodzące słońce chowało się w

ciem ne chm ury  i dobiegał m iękki plusk fal.

Robert  oparł  brodę  o  rękę  i  patrzy ł  w  dal.  By ł  wy sokim   przy garbiony m   m ężczy zną,  m iał  rzadkie  siwe  włosy,  pom arszczoną  twarz,  a  głęboko  osadzone  łagodne  brunatne  oczy   patrzy ły   tak,  j ak  patrzą  oczy   człowieka,  który   za  sm utną

rzeczy wistością widzi ukry te cuda.

Robert czuł się szczęśliwy . Głęboko kochał rodzinę i radował się, że znów są wszy scy  razem . By ł dum ny  z sukcesów rodzeństwa. Cieszy ł się, że farm a Jakuba tak świetnie ostatnio prosperuj e. W j ego sercu nie kry ł się nawet cień zazdrości.

Nieuważnie  przy słuchiwał  się  stłum iony m   głosom   dobiegaj ący m   przez  wy chodzące  na  ganek  okno  sieni,  w  której   ciotka  Izabella  rozm awiała  z  Kasią  Bell.  Po  chwili  ciotka  Izabella  podeszła  do  okna  i  j ej   słowa  stały   się  przeraźliwie

wy raźne:

— Tak, panno Bell, bardzo j estem  dum na z m oich siostrzeńców i siostrzenic. To m ądrale. Powiodło im  się, a zaczy nali z niczego. Ralf nie m iał grosza, a został m ilionerem . Ich oj ciec chorował, stracił dużo pieniędzy, bo zbankrutował j ego

bank i nie m ógł im  w niczy m  pom óc. Ale wszy scy  do czegoś doszli z wy j ątkiem  tego biednego Roberta, on j eden nam  się nie udał. Niedołęga!

— Ależ nie, proszę pani — próbowała się sprzeciwić nauczy cielka.

— Niewy darzony  niedołęga! — powtórzy ła z naciskiem  ciotka Izabella. Nikom u nie pozwalała sobie przeczy ć, a co dopiero tej  m ałej  Bellównie z Avonlea. — Od urodzenia by ł niedoraj dą. Jedy ny  Monroe, który  przy nosi wsty d rodzinie.

Wy obrażam  sobie, co m y ślą o ty m  j ego bracia i siostry . Ma sześćdziesiąt lat i niczego w ży ciu nie dokonał. Nawet ta j ego farm a ledwie zipie. Ty le że nie m a długów.

— Wielu ludziom  to się nie udaj e — szepnęła nauczy cielka. Przeraźliwie bała się przem ądrzałej  i władczej  ciotki Izabelli i ten ; nieśm iały  protest by ł doprawdy  heroiczny m  wy czy nem .

— Od Monroe’ego wy m aga się więcej  — oświadczy ła m aj estaty cznie ciotka Izabella. — Robert j est niewy darzony m  niedołęgą i inaczej  się tego nie da nazwać.

Robert Monroe wstał, lekko zam roczony. Ciotka Izabella twierdzi, że j est niewy darzony m  niedołęgą i przy nosi wsty d swy m  naj bliższy m ! Tak, to prawda, nigdy  sobie przedtem  tego nie uświadom ił. Wiedział, że nie zdobędzie ani władzy,

ani pieniędzy, ale nie wy dawało m u się to ważne. Teraz wzgarda ciotki Izabelli uprzy tom niła m u, j ak m usi wy glądać w oczach świata, w oczach braci i sióstr. Na ty m  polegał dram at. Mało go obchodziła opinia świata, ale czy żby   naprawdę
przy nosił swej  rodzinie wsty d? Co za udręka! Jęknął i ruszy ł przez podwórze m y śląc ty lko o ty m , by  ukry ć swój  ból, w j ego oczach poj awił się wy raz sm agniętego batem  zwierzęcia.

Z drugiej  strony  ganku stała Edy ta, która dotąd nie zdawała sobie sprawy  z obecności Roberta, a teraz zobaczy ła j ego wzrok. Przed chwilą słowa ciotki Izabelli wzbudziły  j ej  gniew, teraz napły nęły  j ej  do oczu łzy .

Im pulsy wnie ruszy ła w kierunku Roberta, ale zaraz zapanowała nad swoim  odruchem . Jego rana by ła zby t głęboka,  aby   m ogła  m u  w  tej   chwili  pom óc.  Nie,  Robert  nie  powinien  się  dowiedzieć,  że  by ła  świadkiem   j ego  upokorzenia.

Patrzy ła  przez  łzy,  j ak  idzie  nadm orskim i  polam i,  by   schronić  się  pod  własny j n  dachem .  Dałaby   wszy stko,  by   m óc  go  pocieszy ć,  ale  wiedziała,  że  tej   pociechy   m u  w  tej   chwili  nie  trzeba.  Należało  m u  oddać  sprawiedliwość,  ty lko
sprawiedliwość m ogła wy rwać żądło zniewagi, inaczej  rana ta będzie się j ątrzy ć aż do śm ierci.

Na podwórze wj echali Ralf i Malcolm . Edy ta podbiegła do nich.

— Chłopcy  — zawołała. — Mam  z wam i do pom ówienia.

 

Podczas świątecznego gwiazdkowego obiadu w stary m  dom u zapanowała beztroska wesołość. Pani Jakubowa przy gotowała ucztę godną Lukullusa. Śm iano się, żartowano, padały  dowcipne riposty. Zdawało się, że nikt nie zauważa, iż

Robert niewiele j e, wcale się nie odzy wa i siedzi zgarbiony  w ty m  swoim  wy szarzały m  odświętny m  garniturze, j eszcze niżej  niż zwy kle opuściwszy  siwą głowę. Kiedy  ktoś się do niego zwracał, odpowiadał j ak naj krócej  i znów zapadał się w
sobie.

background image

Wreszcie wszy scy  naj edli się do sy ta i ze stołu sprzątnięto resztki świątecznego puddingu. Robert westchnął z ulgą. Obiad się wkrótce skończy . Będzie m ógł wy m knąć się i ukry ć przed roześm iany m  wzrokiem  ty ch kobiet i m ężczy zn, którzy

zdoby li sobie prawo d śm iechu w świecie, gdzie ich sukcesy  zapewniły  im  poczesne m iej sce; Ty lko on by ł „niewy darzony ”.

Niecierpliwie czekał, by  pani Jakubowa wstała. Ale pani Jakubów; rozparła się wy godnie w krześle ze słuszny m  zadowoleniem  osoby , która zaspokoiła naj bardziej  wy bredne gusta biesiadników, i spoj rzał; na Malcolm a.

Malcolm  wstał. Wszy scy  zam ilkli i wszy scy  — poza Robertem  skwapliwie oczekiwali j ego słów. Robert nadal siedział z pochy loną głową oddaj ąc się gorzkim  rozm y ślaniom .

— Poproszono m nie, by m  przem ówił pierwszy  — oświadczy ł Malcolm  — j ako że cała rodzina wierzy  w m ój  dar słowa. Ale nie zam ierzam  dzisiaj  uciekać się do retory czny ch efektów. Chcę m ówi j ak naj prościej , by  wy razić, co czuj ę.

Bracia i siostry , spotkaliśm y  się dzisiaj  pod naszy m  rodzinny m  dachem . Mam  nadziej ę, że znaj duj ą się wśród nas niewidzialni goście — duchy  ty ch, którzy  ten dom  zbudowali. Każdem u z nas przy padł w udziale pewien sukces, ale ty lko j eden z
naszy ch braci w pełni wy korzy stał swoj e ży cie i zdoby ł to, co naj ważniej sze. Jego altruizm  i poświęcenie pozostawią bowiem  trwały  ślad w sercach ludzi.

Opowiem  ty m , którzy  tego nie znaj ą, m oj ą własną przy godę. Kiedy  m iałem  szesnaście lat, zacząłem  pracować, by  zdoby ć środki na wy kształcenie. Może pam iętacie, że stary  pan Blair z Avonlea zatrudnił m nie na lato w sklepie, płacąc

dobrą pensj ę, m iałem  więc nadziej ę, że uda m i się pokry ć dużą część wy datków związany ch ze wstąpieniem  na Akadem ię. Ochoczo zabrałem  się do roboty. Całe lato starałem  się j ak naj lepiej  wy kony wać m oj e obowiązki. We wrześniu
zdarzy ło  się  nieszczęście.  Z  kasy   zniknęła  pokaźna  sum a  pieniędzy.  Podej rzenie  padło  na  m nie,  z  dnia  na  dzień  wy rzucono  m nie  za  drzwi,  Wszy scy   sąsiedzi  wierzy li  w  m oj ą  winę,  nawet  część  m oj ej   własnej   rodziny   patrzy ła  na  m nie
podej rzliwie. Nie m ogę im  tego brać za złe, gdy ż sprzy sięgły  się przeciwko m nie okoliczności.

Ralf i Jakub spuścili zawsty dzeni oczy , Edy ta i Małgorzata, który ch nie by ło j eszcze wówczas na świecie, patrzy ły  z zaciekawieniem . Robert nawet nie drgnął, wy dawało się, że w ogóle nie słucha.

— By łem  zdruzgotany  — ciągnął Malcolm . — Uważałem , że j uż po m oj ej  karierze, że m uszę pożegnać się z am bicj am i i wy j echać dokądś, gdzie nikt nie sły szał o m nie ani o ciążący ch na m nie zarzutach. Ale znalazł się ktoś, kto wierzy ł

w m oj ą niewinność. Powiedział: „Nie wolno ci się poddawać. Nie wolno ci zachowy wać się tak, j akby ś przewinił. Jesteś niewinny  i czas to udowodni. A teraz m asz się zachować j ak m ężczy zna. Dużo j uż oszczędziłeś, a j a dołożę brakuj ącą
sum kę, żeby ś m ógł poj echać na zim ę do Akadem ii. Nie poddawaj  się, nie wolno się poddawać, kiedy  się niczy m  nie przewiniło”.

Posłuchałem  j ego rady. Wstąpiłem  na Akadem ię. Ale tam  szy dzono ze m nie i pom iatano m ną. Wiele razy, gdy by  nie rady  m oj ego brata, rozpacz pody ktowałaby  m i odwrót. Ale czułem  j ego wsparcie. Uczy łem  się ze wszy stkich sił i

zostałem  pry m usem . Wy dawało się, że w lecie nie uda m i się znaleźć roboty. Jednakże zatrudnił m nie farm er z Nowy ch Mostów, którego m ało obchodziła reputacj a pracownika, j eśli gotów on by ł pracować do siódm y ch potów. Nie by ło to
przy j em ne, ale zdecy dowałem  się. Skłonił m nie do tego człowiek, który  m i ufał. Następną zim ę znów — całkowicie osam otniony  — spędziłem  na studiach w Akadem ii. Zdoby łem  sty pendium  Farrella i poj echałem  na uniwersy tet w Redm ond.
Tam  z początku nikt nic o m nie nie wiedział, ale potem  rozeszły  się pogłoski i znów spotkałem  się z podej rzliwością i wzgardą. Ale w roku m oj ego dy plom u siostrzeniec pana Blaira przy znał się do winy  i zostałem  oczy szczony  w oczach świata. I
potem  kolej no zdoby wałem  akadem ickie zaszczy ty, śm iało m ożna powiedzieć, że zrobiłem  prawdziwą karierę. Ale — i tu Malcolm  odwrócił się i położy ł rękę na ram ieniu Roberta — wszy stko to zawdzięczam  m em u bratu Robertowi. To by ł
jego sukces, nie m ój , i dziś dziękuj ę m u za wszy stko, co dla m nie zrobił, chcę m u wy razić m oj ą wdzięczność, chcę, żeby  wiedział, j ak j estem  dum ny , iż m am  tak wspaniałego brata.

Zaskoczony  Robert spoj rzał na niego z niedowierzaniem . Zarum ienił się. Malcolm  usiadł. Z kolei wstał Ralf.

— Nie j estem  złotousty m  m ówcą tak j ak Malcolm  — oświadczy ł wesoło — ale chcę wam  opowiedzieć coś, o czy m  wie ty lko j eden z obecny ch. Czterdzieści lat tem u, kiedy  zacząłem  robić interesy, brakowało m i gotówki. A by ła m i ona

strasznie potrzebna. I nagle poj awiła się okazj a zdoby cia duży ch pieniędzy. Nie by ł to czy sty  interes, choć pozornie wszy stko by ło w porządku. Ale kry ło się w ty m  pewne szalbierstwo. By łem  za głupi, żeby  to sobie uświadom ić. Na szczęście
zwierzy łem  się z m oich planów Robertowi. A on się zorientował i wy j aśnił m i, w czy m  rzecz, nie szczędząc przy  okazj i kazania o trady cj ach rodziny  Monroe’ów, której  zawsze by ł drogi honor i prawda. Przy siągłem  sobie wówczas, ze nigdy
nie będę szukał szy bkiego zarobku nie m aj ąc całkowitej  pewności, że sprawa j est czy sta. Tej  przy sięgi dotrzy m ałem . Jestem  dziś bogaty m  człowiekiem , ale nigdy  nie tknąłem  „brudny ch” pieniędzy. To nie m oj a zasługa. To zasługa Roberta. W
gruncie  rzeczy   to  Robert  zdoby ł  dla  m nie  m oj ą  fortunę.  Gdy by   nie  on,  zbankrutowałby m   pewno  albo  wręcz  znalazł  się  za  kratkam i  j ak  niektórzy   z  m oich  niedoszły ch  wspólników.  Jest  tu  ze  m ną  m ój   sy n.  Mam   nadziej ę,  że  dorówna
wy kształceniem  i m ądrością swoj em u stry j owi Malcolm owi, ale przede wszy stkim  chciałby m , by  stał się tak dobry m  i godny m  czci człowiekiem  j ak j ego stry j  Robert.

Robert znów spuścił głowę i ukry ł twarz w dłoniach,

— Teraz m oj a kolej  — oznaj m ił Jakub. — Nie m am  wiele do powiedzenia. Ty lko j edno. Po śm ierci m atki dostałem  ty fusu. By łem  tu sam . I to Robert przy szedł i pielęgnował m nie. By ł naj czulszą, naj troskliwszą pielęgniarką, j aką m ożna

by  sobie wy m arzy ć. Lekarz twierdził, że ocalił m i ży cie. Kto z nas m oże się poszczy cić ocaleniem  kom uś ży cia?

Edy ta otarła łzy  i zerwała się.

— Przed laty  by ła sobie uboga dziewczy na, która m iała piękny  głos i wielkie am bicj e. Marzy ła, by  uczy ć się śpiewu, j edy ną szansą by ło uzy skanie dy plom u nauczy cielki, by  j ako nauczy cielka zarobić na kształcenie głosu. Uczy ła się i

uczy ła, ale nie m ogła dać sobie rady  z m atem aty ką i nie zdała egzam inu. Wpadła w rozpacz. Począwszy  od następnego roku, żeby  zostać nauczy cielką trzeba by ło skończy ć Akadem ię Królewską, a na to nie m iała środków. Wówczas przy szedł
do niej  naj starszy  brat i oznaj m ił, że wy śle j ą na rok do konserwatorium  w Halifaxie. Zm usił j ą, by  przy j ęła od niego pieniądze. Dopiero dużo później  dowiedziała się, że sprzedał w ty m  celu ukochanego konia. W ciągu roku udało j ej  się
zdoby ć sty pendium . By ła szczęśliwa i odniosła sukcesy . A to wszy stko zawdzięcza swem u bratu Robertowi.

Edy tę zawiódł głos. Płacząc usiadła. Małgorzata nawet nie próbowała wstać.

— Miałam  pięć lat, gdy  um arła m atka — szlochała. — Robert stał się dla m nie oj cem  i m atka. Nigdy  żadne dziecko nie m iało tak troskliwego opiekuna, nigdy  nie zapom nę tego, czego on m nie nauczy ł. Ty lko dzięki Robertowi wy rosłam

na przy zwoitego człowieka, j em u ty lko m am  to do zawdzięczenia. Często by łam  uparta i sam owolna, a on nigdy  nie tracił cierpliwości. Wszy stko m u zawdzięczam .

Nagle zerwała m c m ała nauczy cielka, zarum ieniona, ze łzam i w oczach.

— Ja też chcę coś powiedzieć — oświadczy ła rezolutnie. Każde z państwa m ówiło o sobie. A j a chcę powiedzieć coś w im ieniu m ieszkańców Biały ch Piasków. Cała wieś kocha tego człowieka. Czy  wiedzą państwo, co on zrobił?

Zeszłej  j esieni podczas październikowego sztorm u na latarni m orskiej  zawisła czarna flaga. Ty lko j eden człowiek m iał dość odwagi, by  dopły nąć do latarni i dowiedzieć się, co się stało. By ł to Robert Monroe. Okazało się, że latarnik złam ał

nogę. Pan Robert popły nął z powrotem  i zmusił przerażonego, opieraj ącego się lekarza, by  wraz z nim , na j ego łódce dotarł do latarni. Widziałam , j ak rozm awiał z lekarzem , i przy sięgam  wam , że nikt nie m ógł się w tej  chwili oprzeć woli
Roberta Monroe’ego.

Przed czterem a laty  m iano zabrać do przy tułku starą Sarę Cooper, By ła zrozpaczona. I znalazł się człowiek, który  tę nieszczęsną, złożoną niem ocą kobietę wziął do swego dom u, opłacał lekarza i sam  j ą pielęgnował, gdy ż j ego gospody ni

nie m ogła znieść j ej  napadów złego hum oru i ciągły ch wy rzekań. Sara Cooper zm arła w dwa lata później  błogosławiąc naj lepszego z ludzi — Roberta Monroe’ego.

Osiem   lat  tem u  Janek  Blewett  szukał  pracy.  Nikt  nie  chciał  go  zatrudnić,  gdy ż  j ego  oj ciec  siedział  w  więzieniu,  a  wiele  osób  uważało,  że  Janek  też  się  tam   powinien  znaleźć.  Robert  Monroe  wziął  go  do  pom ocy,  zaj ął  się  j ego

wy chowaniem , pilnował, by  nie zboczy ł z prostej  ścieżki — i dziś Janek Blewett j est pracowity m , przy zwoity m  m łodzieńcem  i będzie z niego rzetelny  człowiek. W Biały ch Piaskach każdy  m ężczy zna, każda kobieta i każde dziecko m aj ą coś do
zawdzięczenia Robertowi Monroe’em u.

Kiedy  Kasia Bell usiadła, zerwał się Malcolm  i wy ciągnął rękę.

— Teraz wszy scy  wstaniem y  i odśpiewam y  Auld Land Syne — zawołał.

Wszy scy  wstali, wzięli się za ręce, nie śpiewał ty lko Robert Monroe. Siał wy prostowany , z rozprom ienioną twarzą. Spadł m u ciężar z serca, bo oto j ego naj bliżsi zerwali się, by  go uczcić.

Kiedy  um ilkła pieśń, oschły  sy n Malcolm a podszedł uścisnąć dłoń Roberta.

— Stry j u Robercie — oświadczy ł serdecznie — chciałby m  osiągnąć w ży ciu to, co stry j .

— Okazuj e się — szepnęła do m ałej  nauczy cielki ciotka Jzabella ocieraj ąc łzy  — że by waj ą niepowodzenia, które są naj większy m  sukcesem .

background image

 

background image

Powrót Estery

 

 

Kiedy  zaczęło się zm ierzchać, poszłam  na górę i włoży łam  m uślinową suknię. Cały  dzień sm aży łam  konfitury  z truskawek — Mary ni Sloane nie m ożna by ło pod ty m  względem  ufać — by łam  bardzo zm ęczona i chętnie by m  się nie

przebierała, zwłaszcza że od śm ierci Estery  nikogo to nie obchodziło, nikt zresztą poza Mary nią nie m iał m nie j uż dziś zobaczy ć, a Mary nia się nie liczy ła.

Zrobiłam  to j ednak, gdy ż Esterze zawsze zależało, żeby m  o siebie dbała. Zatem  m im o znużenia włoży łam  błękitną sukienkę i uczesałam  się,

W tej  fry zurze by ło m i do twarzy, ale nie pochwalała j ej  Estera, pom y ślałam  więc. .ze zachowuj ę się nieloj alnie, i upięłam  włosy  w gładki staroświecki kok. W m u ich włosach poj awiły  się j uż gdzieniegdzie srebrne nitki, wciąż, j ednak

by ły  brunatne i gęste, m ato m nie to j ednak cieszy ło. Nic nie cieszy ło m nie od śm ierci Ester, i od tam tego dnia, kiedy  po raz drugi dałam  odprawę Hugonowi Blairowi.

Mieszkańcy  Nowy ch Mostów dziwili się, czem u nie ubieram  się na czarno. Nie wy j aśniłam  im , że ży czy ła sobie tego Estera. Estera przeciwna by ła noszeniu żałoby, twierdziła zawsze, ze j eśli nie czuj e się żałoby  w sercu, to nic nie

pom oże czarna krepa. Na dzień przed śm iercią prosiła m nie, żeby m  ubierała się tak j ak zawsze i żeby m  niczego nie zm ieniała w try bie m oj ego ży cia.

— Wiem  przecież, j ak będziesz cierpieć.

I tak się stało. Ale czasem  zastanawiałam  się, bliska wy rzutów sum ienia, czy  cierpię tak ty lko z powodu zniknięcia Estery  czy  też ufnego, że po raz drugi, ze względu na złożoną j ej  obietnicę, zam knęłam  drzwi przed ty m , którego kochałam .

Ubrałam  się, zeszłam  na dół i usiadłam  na kam ienny ch schodkach przed frontowy m i drzwiam i. By łam  sam a, Mary nia Sloane pobiegła do Aum lea.

By ł  piękny   wieczór,  nad  zalesiony m i  wzgórzam i  poj awił  się  księży c  w  pełni  i  j ego  poświata  opadała  na  ogród  m iędzy   liśćm i  topoli.  Widziałam   srebrnobłękitny   skrawek  nieba  na  zachodzie.  Ogród  wy glądał  ślicznie,  by ła  to  pora  róż,

wszy stkie nasze róże zakwitły , i te wielkie czerwone, i białe, i żółte.

Estera  kochała  róże,  wciąż  j ej   by ło  m ało  róż.  Jej   ulubiony   krzak  rósł  j uż  koło  schodków,  wielkie  białe  róże  w  środku  lekko  różowe.  Zerwałam   j edna  i  przy pięłam   na  piersi.  Ale  m oj e  oczy   wy pełniły   się  łzam i,  czułam   się  strasznie

opuszczona.

By łam  sam a i ogarnęło m nie rozgory czenie. Róże, choćby  naj piękniej sze, nie zastępowały  towarzy stwa ludzi. Chciałam  dotknąć czy j ej ś ręki, zobaczy ć w czy ichś oczach blask uczucia. I znów zaczęłam  m y śleć o Hugonie.

Całe ży cie m ieszkałam  z Esterą. Nie pam iętam  rodziców, um arli, kiedy  by łam  m ały m  dzieckiem . Estera by ła ode m nie o piętnaście lat starsza i zawsze traktowałam  j ą raczej  j ak m atkę niż siostrę. By ła dla m nie bardzo dobra i niczego m i

nie odm awiała, prócz tej  j ednej  i j edy nej  rzeczy , która by ła naj ważniej sza.

Miałam  j uż dwadzieścia pięć lat, kiedy  poj awił się m ój  pierwszy  wielbiciel. Nie, nie by łam  m niej  pociągaj ąca od inny ch dziewcząt. Rodzina Meredithów by ła „pierwszą” rodziną Nowy ch Mostów. Traktowano nas z poważaniem , pewnie

dlatego, że by ły śm y  wnuczkam i tutej szego dziedzica. Miej scowi m łodzi ludzie uważali, że nie m aj ą szans ubiegać się o m oj ą rękę.

Powinnam   się  m oże  tego  wsty dzić,  ale  zupełnie  wy zby ta  by łam   rodzinnej   dum y.  Męczy ło  m nie  osam otnienie,  wolałaby m   zrezy gnować  z  m oj ej   pozy cj i  i  bawić  się  tak  j ak  inne  dziewczęta.  Ale  Estera  nie  pozwalała,  by m   zeszła  z

piedestału i brała udział w towarzy skim  ży ciu m łodzieży  Nowy ch Mostów. Miałam  by ć wobec niej  uprzej m a i uczy nna — – — ale nie wolno m i by ło zapom inać, że j estem  Meredithówną.

Kiedy   skończy łam   dwadzieścia  pięć  lat,  w  Nowy ch  Mostach  poj awił  się  Hugo  Blair  i  kupił  farm ę  położoną  tuż  za  wsią.  Pochodził  z  Dolnego  Carm ody   i  nie  zaprzątał  sobie  głowy   rzekom ą  wy ższością  Meredithów.  By łam   dla  niego

dziewczy ną taką j ak inne, do której  każdy  m ężczy zna m ógł się zalecać, by le by ł przy zwoity m  człowiekiem . Poznałam  go w Avonlea na pikniku niedzielnej  szkoły, w który m  brałam  udział z m oim i m ały m i uczennicam i. By ł bardzo przy stoj ny  i
m ęski. Dużo ze m ną rozm awiał, a potem  odwiózł m nie do Nowy ch Mostów. I w następną niedzielę wieczorem  czekał na m nie przed kościołem , by  odprowadzić do dom u.

Oczy wiście, nigdy  by  się to nie m ogło zdarzy ć, gdy by  nie nieobecność Estery . Wy j echała na m iesiąc odwiedzić j akichś przy j aciół.

W ciągu tego m iesiąca przeży łam  całe ży cie. Hugo zabiegał o m oj e względy  tak, j akby m  by ła j edną z dziewcząt z Nowy ch Mostów. Zabierał m nie na przej ażdżki bry czką i często zaglądał do m nie pod wieczór. Zwy kle siady waliśm y  w

ogrodzie. Nie lubiłam  ponurego i szty wnego salonu Meredithów, a Hugo źle się tam  czuł. Jego szerokie ram iona i głośny  śm iech nie pasowały  do staroświeckich m ebli.

Mary nia Sloane zachwy cona by ła wizy tam i Hugona. Martwiła się zawsze, że nie m am  wielbicieli, uważała, iż przy nosi m i to uj m ę. Robiła, co m ogła, by  go zachęcić.

Ale kiedy  wróciła Estera i się o ty m  dowiedziała, rozgniewała się i co gorsze, wpadła w rozpacz. Oświadczy ła, że się na m nie zawiodła i wizy ty  Hugona m uszą ustać.

Nigdy   dotąd  nie  bałam   się  Estery,  teraz  j ednak  przeraziła  m nie.  Ustąpiłam .  Tak,  okazałam   słabość,  zawsze  zresztą  by łam   słaba  i  uległa.  Pewnie  właśnie  dlatego  tak  m nie  pociągała  siła  Hugona.  Szukałam   opieki  i  m iłości.  Estera  by ła

m ocny m  człowiekiem , nie potrzebowała oparcia, wy starczała sam ej  sobie, nie potrafiła zatem  m nie zrozum ieć. Patrzy ła na m nie ze wzgardą.

Nieśm iało oznaj m iłam  Hugonowi, że Estera nie pochwala naszej  przy j aźni i m usim y  przestać się widy wać. Przy j ął to na pozór spokoj nie i odszedł. Doszłam  do wniosku, ze niezby t m u na m nie zależało, i to j eszcze powiększy ło m ój  ból.

Długo czułam  się bardzo nieszczęśliwa, ale starałam  się, by  nie zauważy ła tego Estera, i sądzę, że m i się to udało. Nie by ła zby t spostrzegawcza.

Po j akim ś czasie przy szłam  do siebie, czy li przestałam  tak nieustannie cierpieć. Ale nic j uż nie by ło takie j ak przedtem . Mim o Estery , róż i szkoły  niedzielnej , ży cie wy dawało m i się sm utne i puste.

Przy puszczałam ,  że  Hugo  Hlair  ożeni  się  wkrótce  z  j akaś  inną  dziewczy ną,  ale  tak  się  nie  stało.  Lata  m ij ały   i  j uż  nigdy   nie  spotkaliśm y   się,  choć  widy wałam   go  w  kościele.  Estera  bacznie  m nie  wówczas  obserwowała,  choć  by ło  to

zupełnie niepotrzebne. Hugo nie próbował do m nie podej ść, a zresztą i tak nie zaczęłaby m  z nim  rozm awiać. Choć wy ry wało m i się do niego serce. Sam olubnie cieszy łam  się, ze się nie ożenił. Przy naj m niej  m ogłam  o nim  m y śleć i do niego
tęsknić. Ta tęsknota by ła pewnie bardzo niem ądra, ale m usiałam  wy pełnić czy m ś m oj e ży cie.

Z początku każda m y śl o nim  sprawiała m i wielki ból. Jednakże po j akim ś czasie zaczęłam  o nim  m y śleć z przy j em nością, j ak o utracony m  cudowny m  kraj u.

Upły nęło dziesięć lat. Estera um arła. Nagle zachorowała, choroba trwała krótko, lecz przed śm iercią zdąży ła uzy skać ode m nie obietnicę, że nigdy  nie wy j dę za m ąż za Hugona Blaira.

Od lat nie wy m ieniała j ego nazwiska, sądziłam , że j uż dawno o nim  zapom niała.

— Ależ siostrzy czko, po cóż m am  ci to obiecy wać? — spy tałam  płacząc. Hugo Blair j uż na pewno przestał o m nie m y śleć. Nawet m u nie przy j dzie do głowy , żeby  się o m nie starać.

— Nie ożenił się. Nie zapom niał o tobie — szepnęła z zawziętością w głosie. Nie zaznam  spokoj u w grobie, j eżeli ty . Małgorzato, zhańbisz nasze nazwisko wy chodząc za człowieka nierównego ci urodzeniem . Przy sięgnij !

Przy sięgłam . Zrobiłaby m  wszy stko, by  ty lko ulży ć j ej  agonii. Zresztą, co to m iało za znaczenie? By łam  pewna, że nic j uż nie obchodzę Hugona.

Estera uśm iechnęła się i uścisnęła m i dłoń.

background image

— Moj a kochana siostrzy czka. Tak. Małgorzato, zawsze by łaś dobry m  i posłuszny m  dzieckiem , chociaż często by wałaś senty m entalna i niem ądra. Jesteś podobna do naszej  m atki, ona także by ła słaba i łatwo poddawała się em ocj om . Ja

wdałam  się w Meredithów.

Istotnie. Nawet w trum nie na j ej  twarzy  m alowała się stanowczość i dum a. I to utkwiło m i w pam ięci zacieraj ąc wspom nienia serdeczności, z j aką zwy kle na m nie patrzy ła. Nie m ogłam  sobie z ty m  poradzić. Chciałam  m y śleć o j ej

dobroci i m iłości do m nie, a widziałam  chłód i dum ę, z j akim i potraktowała m oj e uczucia. Ale nie czułam  do niej  urazy . Wiedziałam , że w swoim  przekonaniu postąpiła tak dla m oj ego dobra. Ty le że się m y liła.

W m iesiąc po śm ierci Estery  Hugo Blair przy szedł i poprosił, żeby m  została j ego żoną. Wy znał, że cały  czas m nie kochał, nie potrafił pokochać innej  kobiety .

Znów odży ła m oj a stłum iona m iłość. Chciałam  powiedzieć: tak, chciałam , żeby  m nie obj ął, chciałam  znaleźć oparcie w cieple j ego uczucia.

Ale istniała ta przy sięga, złożona Esterze na łożu śm ierci. Nie m ogłam  j ej  złam ać i m usiałam  m u to powiedzieć. Nic nigdy  nie przy szło m i z taką trudnością.

Ty m  razem  nie odszedł bez słowa. Błagał m nie, starał się przekonać, robił m i wy m ówki. Każde j ego słowo bolało j ak pchnięcie nożem . Ale nie wolno m i by ło złam ać przy sięgi. Gdy by  Estera ży ła, stawiłaby m  j ej  czoło, zniosła j ej  gniew

i poszła za nim .

Wreszcie wy biegł zrozpaczony  i zagniewany. By ło to trzy  ty godnie tem u — i teraz siedziałam  w zalany m  światłem  księży ca ogródku i płakałam . Po chwili łzy  wy schły  i ogarnęło m nie przedziwne uczucie. Jakby m  znalazła się w czy ichś

czuły ch obj ęciach.

Teraz nastąpi naj dziwniej sza część m oj ej  opowieści, w którą trudno wręcz uwierzy ć. Gdy by  nie pewien szczegół — sam a by m  nie wierzy ła. Uznałaby m , że by ł to sen. Niem niej  wiem , że nie by ł to sen. Otaczała m nie cicha i spokoj na

noc. Śladu wiatru. Księży c świecił j aśniej  niż kiedy kolwiek. W sam y m  środku ogrodu, tam  gdzie nie padał cień topól, j asno by ło j ak w dzień. Można by  czy tać książkę. Powietrze by ło słodkie i nabrzm iałe m arzeniam i, uroda świata zapieniła
dech,

I nagle zauważy łam , że z głębi ogrodu nadchodzi kobieca postać. My ślałam  z początku, że to Mary nia Sloane, ale gdy  zbliży ła się, zobaczy łam , że nie j est to krępa niska sy lwetka naszej  starej  służącej , ale ktoś wy soki i wy prostowany .

Ten ktoś przy pom inał m i Esterę, ale j eszcze nie podej rzewałam  prawdy . Choć Estera zawsze lubiła w księży cowa noce przechadzać się po ogrodzie. Widziałam  to ty siąc razy .

Zastanawiałam  się, kim  m oże by ć ta kobieta. Pewnie któraś z sąsiadek. Ale dlaczego nadchodzi z tej  strony ? I idzie tak wolno. Wciąż zatrzy m uj e się i nachy la, j akby  chciała pogłaskać j akiś kwiat.

Wreszcie znalazła się na środku ogrodu. Zam arło m i serce, zerwałam  się. By ła to Estera.

Trudno m i wy razić, co przeży łam . Wiem , że nie zdziwiłam  się. By łam  i nie by łam  przerażona. W głębi serca nie by łam . Wiedziałam , ze widzę siostrę, nie m am  więc powodu się bać. Ona m nie przecież kocha, tak j ak kochała zawsze.

Estera zatrzy m ała się o parę kroków przede m ną. Widziałam  wy raźnie j ej  twarz, na której  m alował się nie znany  m i wy raz lękliwej  czułości. Estera często spoglądała na m nie z m iłością, ale m iłość wy zierała spoza m aski dum y  i surowej

powagi. Teraz ta m aska znikła, czułam , że siostra bliższa m i j est niż za ży cia. I zrozum ie m nie.

Estera skinęła i powiedziała:

— Chodź.

Wstałam  i poszłam  za nią. Wy szły śm y  z ogrodu alej ką wśród brzóz i znalazły śm y  się na wiej skiej  drodze. Czułam  się j ak we śnie. Poruszałam  się nie o własnej  sile. Choćby m  chciała, nie m ogłaby m  przy stanąć. Ale nie chciałam . Wciąż

czułam  tę przedziwną błogość.

Teraz by ły śm y  na ty m  odcinku drogi wśród j abłoni, którą Ania Shirley  z Avonlea nazwała Białą Drogą Rozkoszy. Tu by ło niem al ciem no, j ednakże widziałam  twarz Estery  równie wy raźnie j ak przedtem , w księży cowej  poświacie.

Estera patrzy ła wciąż na m nie z tkliwy m  uśm iechem .

Przej echał koło nas Jakub Trent. Nawiedzaj ą nas naj dziwniej sze uczucia. Rozgniewało m nie, że Jakub Trent, naj większy  plotkarz w Nowy ch Mostach widzi m nie z Esterą i zacznie o ty m  na lewo i na prawo opowiadać.

Ale Jakub Trent skinął ty lko głową i zawołał:

— Dobry  wieczór, panno Małgorzato. Spaceruj e pani sobie przy  księży cu? Piękna noc.

W ty m  m om encie koń nagle się spłoszy ł i ruszy ł galopem . W sekundę zniknęli za zakrętem  drogi. Poczułam  ulgę, ale zrobiło m i się niewy raźnie. Jakub Trent nie zobaczy ł Estery .

Za wzgórzem  by ła farm a Hugona Blaira. Estera weszła w bram ę. Dopiero wtedy  zrozum iałam , czem u powróciła, i ogarnęła m nie szalona radość. Estera zaj rzała m i w oczy , ale nie odezwała się.

Przed  nam i  stał  dom   Hugona,  obrośnięty   dzikim   winem .  Z  prawej   strony   znaj dował  się  ogród,  gdzie  bezładnie  rosły   starom odne  kwiaty.  Weszłam   na  grządkę  m ięty,  j ej   zapach  zdał  m i  się  kadzidłem   zapalony m   na  cześć  dziwnego

obrządku. Czułam  się niewy słowienie szczęśliwa.

Kiedy  znalazły śm y  się pod drzwiam i. Estera powiedziała:

— Zapukaj . Małgorzato.

Zapukałam . Hugo otworzy ł drzwi. I wtedy  zdarzy ło się to, co upewnia m nie, że nie poniosła m nie wy obraźnia, ze nie by ł to sen, lecz rzeczy wistość. Hugo nie spoj rzał na m nie, lecz za m nie.

— Estera! — zawołał, a w j ego głosie brzm iało niekłam ane przerażenie. Oparł się o fram ugę drzwi, i on, wielki, silny  m ężczy zna, drżał od stóp do głów.

— Nauczono m nie — powiedziała Estera — że na ty m  stworzony m  przez Pana Boga świecie ważna j est ty lko m iłość, Tam , gdzie by łam , nie m a m iej sca na py chę, nie liczą się fałszy we wartości.

Hugo i j a spoj rzeliśm y  na siebie ze zdum ieniem . Po chwili uprzy tom niliśm y  sobie, że j esteśm y  sam i.

background image

 

background image

Brunatny albumik panny Emilii

 

Tego pierwszego lata, które pan Irving i panna Lawenda — Diana i j a, m im o że wy szła za m ąż, tak j ą nadal nazy wały śm y  — spędzili po ślubie w Chatce Ech, by ły śm y  tam  obie częsty m i gośćm i. Poznały śm y  m nóstwo osób z Grafton, a

wśród nich rodzinę pana Marka Leitha. Wieczorem  chodziły śm y  często do państwa Leithów grać w krokieta. Misia i Małgosia Leithówny  by ły  bardzo m iłe, m ili by li także ich bracia. Polubiły śm y  całą rodzinę z wy j ątkiem  biednej  starej  panny
Em ilii Leith. Próbowały śm y  j ą polubić, gdy ż ona zdawała się nas darzy ć dużą sy m patią i wciąż chciała z nam i rozm awiać, choć m y  wolały by śm y  inne rozry wki. Często niecierpliwiła nas, ale pocieszam  się, że nigdy śm y  tego nie okazy wały .

By ło j ej  nam  zresztą żal. Mieszkaj ąca u brata stara panna znaj dowała się w ty m  dom u na drugim  planie. Więc współczuły śm y  j ej , ale nie potrafiły śm y  polubić. By ła m arudna i natrętna, wścibiała we wszy stko nos, a w dodatku nie

odznaczała się taktem . Miała ostry  j ęzy k, dokuczała m łodzieży , wy kpiwała j ej  m iłostki. Obie z Dianą przekonane by ły śm y , że nigdy  nie by ła zakochana i nikt nie obdarzał j ej  swy m i względam i.

Jakoś  trudno  by ło  wy obrazić  sobie  wielbiciela  panny   Em ilii.  By ła  niska  i  kluskowata,  m iała  okrągłą  czerwoną  tłustą  twarz,  która  wy dawała  się  pozbawiona  ry sów,  rzadkie  włosy   by ły   zupełnie  siwe,  chodziła  j ak  kaczka  —  bardzo  ty m

przy pom inała panią Małgorzatę Linde — i j uż po paru krokach zaczy nała ciężko dy szeć. Niełatwo przy chodziło nam  uwierzy ć, że kiedy ś m usiała by ć m łodą dziewczy ną, ale sąsiad Leithów, pan Murray, nie ty lko usiłował nas o ty m  upewnić,
ale przy sięgał, że panna Em ilia by ła wówczas bardzo ładna.

Niem ożliwe! — szepnęła do m nie Diana. Nagle panna Em ilia um arła. Z przy krością m uszę stwierdzić, że nikt j ej  zby tnio nie opłakiwał. To chy ba naj gorsze, co m oże się człowiekowi zdarzy ć. Znika z tego świata i nikom u go nie brak. O

śm ierci panny  Em ilii dowiedziały śm y  się dopiero po j ej  pogrzebie. Wróciłam  któregoś dnia z Sosnowego Wzgórza i zobaczy łam  w m oim  pokoiku na Zielony m  Wzgórzu m alutki zniszczony  kuferek nabij any  m osiężny m i gwoździam i. Mary la
oświadczy ła m i, że przy niósł go Janek Leith. Panna Em ilia um ieraj ąc poprosiła, by  m i go oddać.

— Co to j est?… — spy tałam . — Co m am  z ty m  zrobić?

— Nie wiem . Janek powiedział ty lko, że sam i nie wiedzą, co w ty m  kuferku j est. Nie otwierali go. Dziwna historia, ale tobie, Aniu, zawsze się zdarzaj ą dziwne historie. Naj prościej  będzie go otworzy ć, tu j est klucz. Janek Leith m ówił, że

panna Em ilia zapisała ci ten kuferek, bo cię kochała i przy pom inałaś j ej  utraconą m łodość. Chy ba przed śm iercią m aj aczy ła, bo powtarzała, że chce, aby ś j ą „m ogła zrozum ieć”.

Pobiegłam  po Dianę na Sosnowe Wzgórze, chciałam , żeby  razem  ze m ną zaj rzała do kuferka. Nikt m i nie nakazy wał sekretu, wiedziałam  zresztą, że panna Em ilia na pewno nie żądałaby, aby m  ten dar zachowała w taj em nicy  przed

Dianą.

By ło chłodne szare popołudnie; kiedy  wróciły śm y  na Zielone Wzgórze, zaczął padać deszcz. Weszły śm y  do m oj ej  izdebki i zerwał się wiatr. Świszczał za oknem  w gałęziach starej  Królowej  Śniegu. Diana by ła podniecona i chy ba troszkę

przerażona.

Otworzy ły śm y  stary  kuferek. By ł m alutki, a w środku znaj dowało się ty lko duże tekturowe pudło. By ło związane sznurkiem , a węzły  sznurka zostały  zalakowane. Otworzy ły śm y  pudło. Nasze palce spotkały  się i obie zawołały śm y : „Jakie ty

m asz zim ne ręce!”

W pudle leżała dziwaczna, staroświecka ale nie wy płowiała, bardzo ładna sukienka z błękitnego m uślinu. Pod nią szarfa, pożółkły  wachlarz z piór i koperta pełna zasuszony ch kwiatków. A na sam y m  spodzie brunatny  album ik.

By ł m alutki i cienki j ak zeszy t, kartki by ły  kiedy ś błękitne i różowe, ale wy płowiały  i zżółkły. Na ty tułowej  kartce widniał napis „Em ilia Małgorzata Leith” i ten sam  delikatny  charakter pism a pokry wał pierwsze stronice. Reszta by ła pusta.

Usiadły śm y  obie z Dianą na podłodze i razem  zaczęły śm y  czy tać. Za oknam i dudnił w szy by  deszcz.

19 czerwca 18..

 

Przy j echałam  dziś do Charlottetown, do ciotki Małgorzaty. Bardzo tu u niej  ładnie i dużo przy j em niej  niż u nas na farm ie. Nie m uszę doić krów ani karm ić świni. Ciotka Małgorzata sprawiła m i śliczną m uślinową błękitną sukienkę i w

przy szły m  ty godniu włożę j ą na garden party  w Brighton. Nigdy  dotąd nie m iałam  m uślinowej  sukienki — wciąż nosiłam  te brzy dkie kretoniki albo ciem ne wełny. Chciałaby m , żeby śm y  by li bogaci tak j ak ciotka Małgorzata. Ciotka Małgorzata
śm iała się, kiedy  powiedziałam  to głośno, i oznaj m iła, że chętnie oddałaby  całe swoj e bogactwo za m oj ą m łodość i urodę, i beztroskę. Mam  dopiero osiem naście lat i wiem , że j estem  pogodna, ale zastanawiam  się, czy  naprawdę j estem  ładna.
Kiedy  przeglądam  się w piękny ch lustrach ciotki Małgorzaty, wy daj e m i się, że — owszem  — j estem . Wy glądam  w nich zupełnie inaczej  niż w ty m  stary m  nadtłuczony m  lustrze w m oim  pokoiku, m am  w nim  zawsze wy krzy wioną twarz i
j estem  zielona. Ale ciotka Małgorzata zaraz wszy stko popsuła, bo oświadczy ła, że wy glądam  dokładnie tak j ak ona kiedy  by ła w m oim  wieku. Nie wiem , co by m  zrobiła, gdy by m  kiedy ś m iała wy glądać tak j ak ona. Jest taka czerwona i tłusta.

29 czerwca

 

W zeszły m  ty godniu by łam  na ty m  garden party  i poznałam  m łodego człowieka, który  się nazy wa Paweł Osborne. To m alarz z Montrealu, j est na wakacj ach w Heppoch. I j est piękny ; bardzo wy soki i szczupły, m a rozm arzone ciem ne

oczy  i m ądrą bladą twarz. Wciąż o nim  m y ślę, a dziś przy szedł i spy tał, czy  m ógłby  m nie nam alować. Strasznie m i to pochlebiło i cieszę się, bo ciotka Małgorzata się zgodziła. Powiedział, że chce m nie nam alować j ako „Wiosnę”. Będę stała
pod topolam i i przez ich liście będzie na m nie spły wać słońce. I m am  włoży ć tę m oj ą błękitną m uślinową sukienkę, a na głowę wianek z kwiatów. Powiedział, że nigdy  nie widział takich piękny ch włosów z bladego złota. Odkąd j e pochwalił,
wy daj ą m i się naprawdę ładne.

Dziś dostałam  list z dom u. Mam a pisze, że szara kura wy prowadziła gdzieś czternaście kurcząt i że tatuś sprzedał to cętkowane cielę. Jakoś m nie to teraz m ało obeszło.

9 lipca

 

Pan Osborne m ówi, że obraz się uda. Maluj e m nie ładniej szą, niż j estem , ale on upiera się, że stara się ty lko oddać sprawiedliwość m oj ej  urodzie. Pośle ten obraz na wielką wy stawę, ale zrobi dla m nie m ałą kopię akwarelą.

Co dzień przy chodzi i m nie m aluj e, dużo rozm awiam y  i czy ta m i ciekawe rzeczy. Nie wszy stko rozum iem , ale próbuj ę, a on m i wszy stko cierpliwie wy j aśnia. I m ówi, że j ak ktoś m a takie oczy  i włosy, i kolory t, to nie m usi by ć m ądry. I

uważa, że m ój  śm iech j est naj weselszy  i naj dźwięczniej szy  na cały m  świecie. Ale nie będę tu zapisy wała wszy stkich j ego kom plem entów. Pewnie tak gada, żeby  gadać.

Wieczorem  spaceruj em y  wśród świerków albo siedzim y  na ławce pod akacj ą. Niekiedy  m ilczy m y, ale czas nigdy  m i się nie dłuży. Minuty  lecą, a potem  nad przy stanią poj awia się czerwony  i okrągły  księży c i pan Osborne wzdy cha, i

m ówi, że czas powiedzieć dobranoc.

24 lipca

 

Jestem  taka szczęśliwa, że aż strach. Nie przy puszczałam , że ży cie m oże by ć takie piękne.

Paweł m nie kocha! Powiedział m i to dziś wieczorem , kiedy  patrzy liśm y , j ak nad zatoką zachodzi słońce, i poprosił, żeby m  została j ego żoną. Ja kocham  go od pierwszej  chwili, ale boj ę się, że nie j estem  dość wy kształcona i m ądra. Jestem

ty lko głupiutką wiej ską dziewczy ną, która całe ży cie spędziła na farm ie i m a ręce stwardniałe od roboty. Powiedziałam  m u to, a on się ty lko roześm iał i zaczął m nie całować po rękach. Potem  zaj rzał m i w oczy  i znów się roześm iał, bo nie
potrafiłam  ukry ć, j ak bardzo go kocham .

background image

Pobierzem y  się następnej  wiosny  i Paweł chce m nie zabrać do Europy . Ale nieważne, gdzie będziem y , by leby m  ty lko m ogła by ć z nim !

Rodzina Pawła j est bogata i j ego m atka i siostry  są bardzo wy kwintne. Strasznie się ich boj ę, nie powiedziałam  tego j ednak Pawłowi, bo za nic w świecie nie chciałaby m  m u sprawić przy krości.

Zrobiłaby m  dla niego wszy stko, choćby m  m iała nie wiem  j ak cierpieć. Nie przy puszczałam , że człowiek m oże coś takiego czuć. Zawsze m y ślałam , że kiedy  kogoś pokocham , to będę chciała, by  cały  czas okazy wał m i m iłość i nosił m nie

na rękach. A j est zupełnie inaczej . Jak się kogoś kocha, to m arzy  się ty lko, żeby  m óc coś dla niego zrobić.

10 sierpnia

 

Dziś Paweł odj echał do dom u. To okropne, nie wiem , j ak bez niego wy trzy m am . Jestem  niem ądra — on m usiał wy j echać, ale będzie do m nie często pisał i często do m nie przy j eżdżał. Ale czuj ę się strasznie sam a. Nie płakałam , kiedy

się ze m ną żegnał, bo chciałam , żeby  m nie zapam iętał uśm iechniętą, za to teraz bez przerwy  płaczę. Spędziliśm y  takie cudowne dwa ty godnie, Każdy  dzień by ł piękniej szy  i m ilszy  od poprzedniego, a obecnie wszy stko się skończy ło i wy daj e
m i się, że nigdy  j uż nie będzie tak, j ak by ło. Bardzo j estem  niem ądra, ale tak go kocham  i wiem , że j eśli by m  m iała go utracić, to um rę.

17 sierpnia

 

Moj e serce um arło. Nie, nie um arło, bo zanadto m nie boli.

Przy j echała dziś m atka Pawła. Nie gniewała się i by ła uprzej m a. Mniej  by m  się j ej  bała, gdy by  się zwy czaj nie rozzłościła. A tak nie potrafiłam  wy doby ć z siebie słowa. Jest bardzo piękna i m aj estaty czna, m a zim ny  głos i dum ne oczy.

Z twarzy  podobna j est do Pawła, ale nie m a j ego wdzięku.

Długo do m nie przem awiała — m ówiła okropne rzeczy  — okropne, bo wiem , że to prawda. Mówiła, że Paweł zakochał się w m oj ej  m łodości i urodzie, ale to nie będzie długo trwało, a co poza ty m  m am  m u do zaofiarowania? Mówiła, że

Paweł m usi się ożenić z kobietą ze swoj ego środowiska, która potrafi ocenić j ego talent i zadbać o pozy cj ę społeczną. Mówiła, że j est niezwy kle zdolny  i czeka go wielka kariera, a m ałżeństwo ze m ną zruj nuj e m u ży cie.

Musiałam  się z nią zgodzić i oświadczy łam  w końcu, że nie wy j dę za Pawła i m oże m u to ode m nie powtórzy ć. A ona uśm iechnęła się i zauważy ła, że on nikom u nie uwierzy, m uszę m u to powiedzieć sam a. Chciałam  j ą błagać, żeby  m i

tego oszczędziła, ale wiedziałam , że na nic się to nie zda. Nie m ożna by ło oczekiwać od niej  litości. I zresztą m iała racj ę.

Kiedy  podziękowała m i za rozsądek, oznaj m iłam  j ej , że nie robię tego dla niej , lecz dla Pawła, bo nie chcę m u zruj nować ży cia, a j ą będę j uż zawsze nienawidzić. Znów się uśm iechnęła i wy szła.

Jak j a to zniosę? Nie wiedziałam , że m ożna aż tak cierpieć.

18 sierpnia

 

Zrobiłam  to. Napisałam  dziś do Pawła. Wiedziałam , że m usi to by ć list; gdy by śm y  się zobaczy li, nie uwierzy łby  m i. Bałam  się, że nawet w liście nie potrafię przekony waj ąco kłam ać. Wy kształconej  dziewczy nie udałoby  się to bez trudu,

ale  j a  j estem   głupia.  Wiele  razy   pisałam   ten  list  i  go  darłam ,  bo  by łam   pewna,  że  nie  przekona  Pawła.  Wreszcie  chy ba  m i  się  udało.  Wiedziałam ,  że  powinien  to  by ć  list  lekkom y ślnej   wietrznicy.  Um y ślnie  zrobiłam   parę  błędów
gram aty czny ch i ortograficzny ch. Napisałam , że ty lko z nim  flirtowałam , bo naprawdę zależy  m i na inny m  facecie. Uży łam  tego słowa „facet”, bo wiedziałam , że to go odstręczy . Napisałam  m u, że przez chwilę rzeczy wiście m y ślałam , by  za
niego wy j ść, bo j est bogaty .

Kiedy  pisałam  te ohy dne kłam stwa, sądziłam , że pęknie m i serce. Ale robiłam  to przecież dla niego, żeby  nie zruj nować m u ży cia. Jego m atka utrzy m y wała, że będę m u ciąży ła j ak uwiązany  u szy i m ły ński kam ień. Tak bardzo kocham

Pawła, że wolę zrobić wszy stko, aby  ty lko tego uniknąć. Łatwo by  m i przy szło dla niego um rzeć, ale nie wiem , j ak tu teraz ży ć. My ślę, że ten list przekona Pawła.

 

Pewnie przekonał, bo reszta kartek album iku by ła czy sta. Kiedy  skończy ły śm y  czy tać, obie z Dianą płakały śm y  rzęsiście.

— Biedna, biedna panna Em ilia — szlochała Diana. — Tak m i przy kro, że uważałam , iż j est nudna i natrętna.

— By ła wspaniały m , silny m  i dzielny m  człowiekiem ! — zawołałam . — Nigdy  nie zdoby łaby m  się na taki brak egoizm u.

I przy szedł m i na m y śl wiersz Whittiera.

„Widzimy tylko pozór rzeczy

Nie znamy ukrytych sprężyn”.

 

Na końcu album iku znalazły śm y  wy blakłą akwarelkę przedstawiaj ącą m łodą dziewczy nę — śliczną, sm ukłą, z ogrom ny m i błękitny m i oczy m a i długim i falisty m i złocisty m i włosam i. W rogu widniał podpis Pawła Osborne’a.

Schowały śm y  wszy stko z powrotem  do pudła. I siedziały śm y  w m ilczeniu przy  oknie, aż deszczowy  zm ierzch zakry ł świat.

background image

 

background image

Duch przekory

 

Ciepły  czerwcowy  blask słoneczny  torował sobie drogę wśród biały ch kwiatów j abłoni i kładł się m ozaiką na nieskazitelnie czy stej  podłodze kuchni pani Ebenowej  Andrews. Przez otwarte drzwi wpadał wietrzy k przy nosząc woń koniczy ny

z pól i kwiecia z sadu, a siedząca przy  oknie pani Ebenowa i j ej  gość m ogły  spoglądać na dolinę opadaj ącą ku iskrzącem u się m orzu.

Pani  Jonaszowa  Andrews  przy szła  spędzić  popołudnie  ze  swą  szwagierką.  By ła  dużą  zaży wną  niewiastą  o  pełny ch  różowy ch  policzkach  i  wielkich  rozm arzony ch  brunatny ch  oczach.  Za  j ej   dziewczęcy ch  lat  oczy   te  wy glądały

rom anty cznie, ale teraz tak nie pasowały  do j ej  wy glądu, że wręcz śm ieszy ły .

Pani Ebenowa, siedząca z drugiej  strony  ustawionego pod oknem  stoliczka, by ła chudziutką kobietką o spiczasty m  nosie i wy blakły ch niebieskich oczach. Wy glądała na osobę stanowczą, która m a o wszy stkim  zdecy dowane zdanie i nie j est

skłonna go zm ieniać.

— Jak Sarze wiedzie się w Nowy ch Mostach? — spy tała pani Jonaszowa biorąc drugi kawałek niezrównanego placka z czarny m i j agodam i. By ł to wielki kom plem ent i pani Ebenowa go doceniła.

— Cóż,  woli  w  każdy m   razie  uczy ć  w  tam tej   szkole  niż  u  nas,  w  Biały ch  Piaskach  —  odparła  pani  Ebenowa.  —  Owszem ,  j est  w  sum ie  zadowolona.  Oczy wiście,  m a  kawał  drogi  tam   i  z  powrotem .  Uważam ,  że  m ądrzej   by   zrobiła

m ieszkaj ąc, tak j ak w zim ie, u Morrisonów, ale ona woli spędzać wieczory  w dom u. I m uszę powiedzieć, że te spacery  zdaj ą się j ej  służy ć.

— Wczoraj  wy brałam  się do Nowy ch Mostów odwiedzić ciotkę Jonasza. Ponoć m ówi się tam , że Sara zdecy dowała się wreszcie na Leona Baxtera i j esienią m aj ą się pobrać. Py tała, czy  to prawda.

Przy znałam , że nic m i o ty m  nie wiadom o, ale bardzo by m  tego pragnęła. Czy  ty , Luizo, coś o ty m  wiesz?

— Niestety, ani j ej  to w głowie — odparła z żalem  pani Ebenowa. — Wy kłócałam  się z nią j ak głupia. Powiadam  ci, Am elio, j estem  rozczarowana i rozgory czona. Zawsze m arzy łam , żeby  Sara wy szła za Leona, a ona nie chce na niego

patrzeć.

— Niem ądra dziewczy na — orzekła pani Jonaszowa. — Kogo j ej  się zachciewa? Jak śm ie pom iatać Leonem ?

— A w dodatku j est zam ożny  — przy świadczy ła pani Ebenowa. — Robi świetne interesy, cała wieś nie m oże się go nachwalić. Ten dom , który  ostatnio zbudował w Nowy ch Mostach, j est wręcz śliczny. Francuskie okna i parkiety ! Dużo

by m  dała, żeby  zobaczy ć tam  Sarę.

— Może j eszcze zobaczy sz — pocieszy ła j ą pani Jonaszowa, która opty m isty cznie podchodziła do ży cia i nawet duch przekory  Sary  nie m ógł j ej  w ty m  opty m izm ie zachwiać. Ale i ona odczuwała lekkie zniechęcenie.

Jeśli Leonowi Baxterowi nie udało się zdoby ć Sary  — nie stało się tak z braku ludzkiej  pom ocy . Cały  klan Andrewsów od dwóch lat stawał na głowie, by  doprowadzić do tego m ałżeństwa, i pani Jonaszowa dzielnie w ty m  uczestniczy ła.

Pani Ebenowa chciała coś odpowiedzieć, ale poj awiła się Sara. Stała chwilę w drzwiach i z lekkim  rozbawieniem  spoglądała na ciotki. Świetnie wiedziała, że rozm awiały  o niej . Pani Jonaszowa nigdy  nie um iała ukry ć swy ch uczuć, więc

widać by ło, że m a nieczy ste sum ienie, a pani Ebenowa by ła zatroskana.

Sara odłoży ła książki, ucałowała rum iany  policzek pani Jonaszowej  i usiadła przy  stoliku. Pani Ebenowa przy niosła świeżą esencj ę, gorące bułeczki i słoiczek ulubiony ch konfitur Sary  oraz ukraj ała placek. Niecierpliwił j ą duch przekory

Sary , ale i tak j ą rozpieszczała, gdy ż pozbawiona własny ch dzieci darzy ła bratanicę prawdziwie m acierzy ńskim  uczuciem .

Ściśle biorąc Sara Andrews nie by ła ładna, nikt j ednak nie m ógł przej ść obok niej  oboj ętnie. By ła brunetką, m iała aksam itne czarne oczy , pąsowe usta i ży we rum ieńce.

Zaj adała bułeczki z apety tem  wy ostrzony m  długą drogą z Nowy ch Mostów i opowiadała dowcipnie o swoim  dniu w szkole, a obie kobiety  zaśm iewały  się i co chwila spoglądały  na siebie, dum ne z j ej  by strości. Po podwieczorku Sara

wy lała resztę śm ietanki na spodeczek.

— Muszę nakarm ić m oj ą kicię — oznaj m iła wstaj ąc od stołu.

— Ach, ta Sara! — westchnęła pani Ebenowa. — Znasz naszego czarnego kota? Mam y  go j uż od lat i oboj e z Ebenem  bardzo by liśm y  do niego przy wiązani, a Sara nie cierpiała go. Biedny  kot nie m ógł się spokoj nie wy grzać przy  piecu,

bo Sara stale go przepędzała. Niedawno złam ał łapę i uważaliśm y, że trzeba go uśpić. Ale Sara wpadła w szał. Zdoby ła skądś łupki, nastawiła m u łapę, zabandażowała i cackała się z nim  j ak z chory m  dzieckiem . Łapa się zrosła, j est j uż zdrów, a
ona go nadal rozpieszcza. Taka j uż j est. Koło chory ch kurcząt też się przez ty dzień krzątała i wpy chała im  do dziobów proszki. I trzęsie się nad ty m  zm arniały m  cielakiem , odkąd się otruł, a na inne nawet nie spoj rzy .

Mij ało lato i pani Ebenowa usiłowała pogodzić się z faktem , że z j ej  zam ków na lodzie nic nie będzie. Często j ednak gderała na Sarę.

— Saro, dlaczego ty  właściwie nie lubisz Leona? To taki wspaniały  chłopak.

— Nie lubię wzorowy ch m łody ch ludzi — odparła ziry towana Sara. — I chy ba znienawidzę Leona Baxtera. Wciąż m uszę wy słuchiwać, ile on m a zalet. Nie pij e, nie pali, nie kradnie, nie kłam ie, nigdy  nie traci głowy, nie klnie i chodzi

regularnie do kościoła. Nie zniosłaby m  takiej  chodzącej  doskonałości. Nie, nie, ciociu Luizo, inna kobieta będzie królowała w ty m  pałacu w Nowy ch Mostach.

Kiedy  j abłonie, biało–różowe w czerwcu, porudziały  j esienią, pani Ebenowa w październiku zaprosiła znaj om e panie. Miały  wspólnie uszy ć narzutę. Naj m odniej szy m  wzorem  w Avonlea by ł wzór „Wschodząca Gwiazda”. Pani Ebenowa

m iała zam iar dać tę narzutę w wy prawie Sarze i zszy waj ąc białe i czerwone rom by  wy obrażała sobie, że narzuta okry wa j uż łóżko w gościnny m  pokoj u dom u w Nowy ch Mostach, a ona przy szedłszy  z wizy tą kładzie na niej  swój  kapelusz i
szal. Teraz ta wizj a znikła i pani Ebenowa straciła serce do wy kańczania narzuty .

Kiedy  Sara w sobotę po południu wróciła do dom u, wszy stkie przy j aciółki pani Ebenowej  siedziały  wokół narzuty, pilnie szy j ąc, i nie próżnowały  też ich j ęzy ki. Sara zaczęła się krzątać pom agaj ąc ciotce w przy gotowaniach do kolacj i.

Właśnie wy j m owała z kredensu czarki na krem , gdy  poj awiła się pani Jerzowa Py e.

Pani Jerzowa m iała prawdziwy  talent do spóźniania się. Dziś spóźniła się j eszcze bardziej  niż zwy kle i by ła ogrom nie podekscy towana. Zgrom adzone wokół „Wschodzącej  Gwiazdy ” kobiety  uznały , że warto będzie j ej  posłuchać, i zapadła

wy czekuj ąca cisza.

Pani Jerzowa by ła wy soką chudą niewiastą, m iała długą bladą twarz i wodniste zielone oczy . Rozej rzała się wokoło z m iną kota, który  oblizuj e się połknąwszy  sm aczny  kąsek.

— Pewnie j uż wiecie, co się stało? — zapy tała, choć, rzecz j asna, by ła przekonana, że nikt nic nie wie. Wszy stkie panie siedzące wokół rozpiętej  na ram ie narzuty  przestały  szy ć. Pani Ebenowa stanęła w drzwiach z bry tfanną pełną

gorący ch ciasteczek. Sara przestała liczy ć czarki i odwróciła się. Nawet czarny  kot przestał się m y ć. Pani Jerzowa m ogła się napawać niczy m  nie zakłóconą uwagą swego audy torium .

— Bracia Baxter są zruj nowani. Podej rzane bankructwo! — zawołała i aż zaświeciły  j ej  się oczy . — Czeka ich hańba!

Przerwała, ale widząc, że j ej  słuchaczki ze zdziwienia nie są w stanie wy krztusić słowa, ciągnęła:

— Właśnie m iałam  wy j ść z dom u, kiedy  Jerzy  wrócił z Nowy ch Mostów. Mało m nie nie zbiło z nóg. Niby  m iała to by ć taka solidna firm a! A zbankrutowała do szczętu! Luizo, daj  m i igłę.

background image

Luiza upuściła na stół patelnię. Z kredensu rozległ się brzęk — Sara m usiała coś stłuc. Rozwiązały  się j ęzy ki i wszy stkie panie zaczęły  naraz m ówić, nie udało im  się j ednak zagłuszy ć przenikliwego głosu pani Jerzowej  Py e.

— Tak, tak. To hańba! A wszy scy  im  bezwzględnie ufali! Jerzy  sporo straci, wielu porządny ch ludzi dało się nabrać. Wszy stko pój dzie pod m łotek — farm a Piotra Baxtera i ten wspaniały  nowy  dom  Leona. Pani Piotrowa przestanie

zadzierać nosa. Jerzy  widział Leona, j est okropnie przy bity  i zawsty dzony .

— Ale kto zawinił tem u bankructwu? Czy  coś się stało? — spy tała ostro pani Małgorzata Linde. Nie lubiła pani Jerzowej .

— Każdy  m ówi co innego — brzm iała odpowiedź. — O ile Jerzy  m ógł się zorientować, Piotr Baxter spekulował cudzy m i pieniędzm i i oto rezultaty. Wszy scy  podej rzewali, że z niego kawał kanciarza, ale wierzy li, że Leon go dopilnuj e. O

nim m ówiło się j ak o święty m .

— Leon na pewno nic o ty m  nie wiedział!— zauważy ła z oburzeniem  pani Małgorzata.

— A powinien! Albo też j est łotrem , albo idiotą! — zawołała pani Herm anowa Andrews, która dotąd należała do naj gorętszy ch wielbicielek Leona. — Powinien patrzeć Piotrowi na ręce i pilnować interesów. No, Saro, okazuj e się, że

by łaś rozsądniej sza od nas! Ładnie by ś wy glądała, gdy by ś wy szła za Leona. Nawet j eśli nie poniesie uszczerbku na opinii — nie będzie m iał złam anego grosza.

— Wszy scy  m ówią, że Piotr szwindlował i będzie proces — zakom unikowała pani Jerzowa Py e, pilnie szy j ąc. — Większość osób uważa, że to sprawka Piotra i nie m ożna obwiniać Leona. Ale co to m ożna wiedzieć? Według m nie Leon też

po uszy  ugrzązł w błocie. Zawsze uważałam , że człowiek nie m oże by ć aż tak święty .

Znów zabrzęczało szkło, Sara postawiła tacę. Podeszła i stanęła za panią Małgorzatą Linde, kładąc na j ej  ram ionach ręce. By ła bardzo blada, ale bły szczały  j ej  oczy. Poszukała wzrokiem  pani Jerzowej  i spoj rzała na nią ostro. Przem ówiła

drżący m  z podniecenia głosem , a w tonie kry ła się wzgarda.

— Teraz, kiedy  Leonowi Baxterowi nie powiodło się, wszy stkie na niego napadacie. A przedtem  nie m ogły ście się go nachwalić. Nie m am  zam iaru wy słuchiwać waszy ch aluzj i co do rzekom ej  nieuczciwości Leona. Wszy stkie wiecie, że

j est naj przy zwoitszy m  człowiekiem  pod słońcem , nawet j eśli m a pecha i j ego brat j est pozbawiony  zasad. Pani, pani Py e, wie o ty m  lepiej  niż ktokolwiek i m im o to m iesza go pani z błotem , bo przy darzy ło m u się nieszczęście. Jeśli ktoś powie
j eszcze j edno słowo przeciwko Leonowi Baxterowi, wy j dę z dom u i nie wrócę, póki wy  tu będziecie!

Tak spoj rzała na zgrom adzone wokół narzuty  kobiety, że plotki naty chm iast um ilkły. Nawet pani Jerzowa Py e spuściła oczy. Kiedy  Sara wy chodziła ze szklankam i, panowała cisza. Potem  ośm ieliły  się ty lko szeptać i j edy nie pani Py e,

wściekła, że dostała po nosie, zawołała: — Boże, m iej  nas w swoj ej  opiece! — gdy  Sara zatrzasnęła za sobą drzwi.

Przez następne dwa ty godnie Avonlea i Nowe Mosty  huczały  od plotek, a pani Ebenowa drżała na widok gości.

— Znów będą gadać o bankructwie Baxterów i kry ty kować Leona — skarży ła się pani Jonaszowej . — A to rozwściecza Sarę. Przedtem  wciąż powtarzała, że nie m oże patrzeć na Leona, a teraz nie pozwala powiedzieć na niego złego

słowa. Ja tam  nic nie m ówię. Żal m i go i pewna j estem , że to nie j ego wina. Ale nie m ogę zam knąć ludziom  ust.

Któregoś wieczoru poj awił się Harm on Andrews przy nosząc nowe wieści.

— No, nareszcie koniec tej  sprawy  Baxterów. Piotrowi udało się uniknąć procesu i przestało się m ówić o j ego oszustwach. Jem u zawsze udaj e się wy ślizgnąć. Nic się ty m  wszy stkim  nie przej m uj e, ale Leon wy gląda j ak zdj ęty  z krzy ża.

Ludzie się nad nim  lituj ą, ale j a uważam , że powinien by ł pilnować Piotra. Podobno wiosną wy j eżdża na zachód, do Alberty  i spróbuj e tam  założy ć farm ę. Mądrze robi, bo tu wszy scy  m aj ą dosy ć Baxterów. Nareszcie Nowe Mosty  pozbędą
się ich.

Sara, która siedziała w ciem ny m  kącie koło pieca, zerwała się strącaj ąc z kolan czarnego kota. Pani Ebenowa spoj rzała na nią błagalnie, bała się, by  j ej  bratanica nie nakrzy czała na Harm ona.

Ale  Sara  wy biegła  z  kuchni,  ciężko  dy sząc.  W  sieni  chwy ciła  szal,  otworzy ła  frontowe  drzwi  i  pom knęła  alej ką  w  chłodny m   rześkim   powietrzu  j esiennego  wieczoru.  Serce  wezbrało  j ej   litością,  którą  zawsze  obdarzała  chory ch  i

pokrzy wdzony ch.

Szła na oślep, m aj ąc nadziej ę, że ruch ukoi ból, m ij ała szare ponure pola i sosnowe lasy  spowite w fiolet, zaczepiała sukienką o zeschłe paprocie, wilgotny  wiatr rozwiewał j ej  włosy  i m okre kosm y ki opadały  na czoło.

Wreszcie znalazła się przed furtką prowadzącą do lasu. Furtka by ła związana witkam i wikliny ; kiedy  na próżno próbowała otworzy ć j ą zgrabiały m i palcam i, usły szała z ty łu m ęskie kroki i wziął j ą za rękę Leon.

— Leonie — szepnęła i zabrzm iało to j ak szloch.

Leon otworzy ł furtkę i pom ógł j ej  wej ść. Dalej  trzy m ał j ą za rękę. Szli leśną ścieżką roztrącaj ąc gałęzie m łody ch sosen i wdy chaj ąc słodki zapach lasu.

— Dawno cię nie widziałam , Leonie — szepnęła wreszcie Sara. Leon spoj rzał na nią sm utny m  wzrokiem .

— Tak. I nie m uszę ci m ówić, j ak m i się dłuży ł czas. Ale, Saro, po ty m , co powiedziałaś wiosną, nie sądziłem , że by ś chciała się ze m ną spotkać. Zresztą wiesz, że wszy stko sprzy sięgło się przeciwko m nie. Ludzie m ówili o m nie straszne

rzeczy . Miałem  pecha, Saro, przewiniłem  m oże lekkom y ślnością, ale zapewniam  cię, że nie m am  na sum ieniu żadny ch krętactw. Nie wierz, j eśli ci powiedzą…

— Ani przez sekundę tak nie m y ślałam  — wy  buchnęła Sara.

— Dziękuj ę ci. Wkrótce wy j adę. Bardzo cierpiałem , kiedy  nie zgodziłaś się za m nie wy j ść, ale dobrze się stało. Teraz cieszę się, że nie obarczy łem  cię m oim i kłopotam i.

Sara przy stanęła i zwróciła się w j ego stronę. Za nim i ścieżka wy chodziła na pole i m rok rozświetlało j asne j ezioro różowawego nieba. Pokazał się nów księży ca, srebrny  bły szczący  bułat. Sara zobaczy ła go przez lewe ram ię. Na twarzy

Leona m alowało się zm ieszanie i czułość.

— Leonie — spy tała cicho — to ty  m nie j eszcze kochasz?

— Przecież sam a wiesz — odparł sm utno Leon.

Sara na to ty lko czekała. Nagły m  ruchem  obj ęła go za szy j ę i przy tuliła ciepły , wilgotny  od łez policzek do j ego lodowatej  twarzy .

 

Kiedy   ta  zadziwiaj ąca  wieść,  że  Sara  wy chodzi  za  Leona  Baxtera  i  wy j eżdża  na  zachód,  dotarła  do  wszy stkich  członków  klanu  Andrewsów,  j edni  potrząsali  głowam i,  drudzy   podnosili  do  góry   ręce.  Pani  Jonaszowa  wdrapała  się  na

wzgórze,  by   upewnić  się,  czy   to  prawda.  Kiedy   poj awiła  się  zdy szana,  pani  Ebenowa  wy kańczała  „Irlandzki  Łańcuch”  tak  gorliwie,  j akby   od  tego  zależało  j ej   ży cie,  a  Sara  z  m iną  m ęczennicy   zszy wała  rom by   następnej   „Wschodzącej
Gwiazdy ”. Sara nienawidziła szy cia narzut, ale woli pani Ebenowej  niełatwo by ło się oprzeć.

— Saro Andrews, musisz zrobić tę narzutę. Skoro j uż m asz zam iar zam ieszkać na dzikich preriach, będzie ci potrzeba wielu ciepły ch narzut i choćby m  m iała urobić sobie ręce po łokcie, uszy j ę ci j e, ale ty  m i w ty m  dopom ożesz.

I Sara pom agała.

Kiedy  weszła pani Jonaszowa, pani Ebenowa szy bko wy słała Sarę na pocztę, by  pod j ej  nieobecność m óc się swobodnie wy gadać.

— A więc ty m  razem  to prawda? — spy tała pani Jonaszowa.

background image

— Prawda — odparła raźnie pani Ebenowa. — Sara się uparła. Wiesz, że na j ej  upór nie m a rady, więc nawet nie próbowałam  na nią wpły nąć. Zresztą nie j estem  chorągiewką na dachu. Ostatecznie Leon Baxter pozostał ty m  sam y m

Leonem  Baxterem . Zawsze uważałam  go za wspaniałego człowieka. A j eśli chodzi o pieniądze, to j a i Eben też zaczy naliśm y  z niczego.

Pani Jonaszowa westchnęła z ulgą.

— Cieszę  się,  że  tak  uważasz,  Luizo.  Podzielam   twoj e  zdanie,  choć  wolałaby m ,  żeby   nie  dowiedziała  się  o  ty m   pani  Harm onowa.  Zdarłaby   ze  m nie  skórę.  Zawsze  lubiłam   Leona,  ale  przecież  Sara  dotąd  nie  chciała  na  niego  nawet

patrzeć?

—  Cóż,  tego  właśnie  należało  się  spodziewać  —  zauważy ła  pani  Ebenowa.  —  To  ta  przekora  Sary.  Każde  kulawe  kaczę  naty chm iast  zdoby wało  j ej   zainteresowanie.  Śm iało  m ożna  powiedzieć,  że  bankructwo  Leona  stało  się  j ego

naj większy m  sukcesem .

background image

 

background image

Jedynak

 

Thy ra Carewe czekała na powrót sy na. W charaktery sty czny m  dla siebie bezruchu siedziała przy  oknie w kuchni, patrząc w gęstniej ący  . m rok. Nawet nie drgnęła. Cokolwiek robiła, oddawała się tem u całą sobą. Teraz oddawała się

czekaniu.

— Nawet kam ienny  posąg wy glądałby  przy  niej  j ak ży wy  — zauważy ła pani Cy ntia White, sąsiadka zza drogi. — Aż m nie ciarki przechodzą, kiedy  patrzę, j ak tak siedzi i nawet nie m rugnie okiem . Mam  wrażenie, że od j ej  wzroku

gotowa się zapalić droga. Ile razy  sły szę przy kazanie „Nie będziecie m ieć Bogów cudzy ch przede m ną”, m uszę m y śleć o Thy rze. Ona tego swoj ego sy na uwielbia tak, j akby  to on by ł Stworzy cielem  nieba i ziem i. Zostanie za to ukarana.

Pani White bacznie obserwowała Thy rę, nie przestawała j ednak wy wij ać drutam i, by  nie m arnować czasu. Ręce Thy ry  bezczy nnie spoczy wały  na podołku. Od chwili gdy  usiadła przy  oknie, w j ej  twarzy  nie drgnął ani j eden m ięsień.

Pani White uskarżała się, że często oblatuj e j ą strach.

— To j est przeciwne naturze — orzekła. — Czasem  m y ślę, że dostała wy lewu, tak j ak ten j ej  wuj  Horacy , i na m iej scu trafił j ą szlag.

By ł  j esienny   chłodny   wieczór.  Na  m orzu,  tam   gdzie  zaszło  słońce,  poj awiła  się  czerwona  ognista  plam a,  po  szafranowy m   niebie  sunęły   fioletowe  chm ury.  Pły nąca  za  posiadłością  Carewe’ów  rzeka  by ła  sina,  a  m orze  ciem ne  i

wzburzone.  Niem al  każdy   wzdry gnąłby   się  w  przeczuciu  nadchodzącej   zby t  wcześnie  zim y,  ale  Thy ra  lubiła  takie  ponure  wieczory,  przem awiało  do  niej   groźne  piękno  nieży czliwej   przy rody.  Nie  zapaliła  lam py,  żeby   nie  tracić  widoku
posępnego m orza i nieba. Wolała w ciem nościach czekać na powrót Chestera.

Tego wieczoru się spóźniał. Przy puszczała, że coś zatrzy m ało go w porcie, i nie niepokoiła się. By ła przekonana, że gdy  ty lko załatwi swoj e sprawy, pospiesznie wróci do dom u — do niej . My ślam i wy biegła m u naprzeciw aż nad to

wietrzne  m orze.  Widziała,  j ak  swobodny m   krokiem   idzie  piaszczy sty m i  zapadlinam i  w  chłodny m   świetle  nieprzy j aznego  zachodu  słońca,  silny   i  piękny,  z  ciem noszary m i  szczery m i  oczy m a  oj ca  i  z  j ej   własny m   podbródkiem   z  dołkiem
pośrodku. Żadna kobieta w Avonlea nie m iała takiego wspaniałego sy na. Kiedy  czasem , na krótko, wy j eżdżał, tęskniła za nim  aż do bólu. Ze wzgardliwą litością pom y ślała o Cy ntii White, która z drugiej  strony  drogi robiła na drutach. Ta kobieta
nie m iała sy na — sam e bledziutkie córki. Thy ra nigdy  nie chciała m ieć córki, kobiety  pozbawione sy na wzbudzały  w niej  politowanie i wzgardę.

Na  schodkach  przed  dom em   zaskom lał  żałośnie  pies  Chestera.  Miał  dosy ć  wy siady wania  na  zim ny m   kam ieniu,  m arzy ł  o  swoim   ciepły m   legowisku  za  piecem .  Thy ra  usły szała  go  i  uśm iechnęła  się.  Nie  m iała  zam iaru  go  wpuścić.

Utrzy m y wała zawsze, że nie lubi psów,  ale  prawdą  by ło,  że  nie  cierpi  tego psa,  gdy ż  Chester  go  kocha.  Nawet  z  niewinny m   zwierzęciem   nie  chciała  się  dzielić  m iłością  sy na.  Kochała  ty lko  j ego  i  żądała,  by   odwzaj em niał  j ej   się  równie
wy łączny m  uczuciem . Toteż skom lenie psa sprawiło j ej  pewną przy j em ność.

By ło  j uż  zupełnie  ciem no,  nad  zżęty m i  polam i  zabły sły   gwiazdy,  a  Chester  wciąż  się  nie  poj awiał.  Cy ntia  White  opuściła  swój   punkt  obserwacy j ny,  spuściła  zasłonę  i  zapaliła  lam pę.  Poj awiły   się  cienie  krzątaj ący ch  się  po  kuchni

dziewczy nek. Uprzy tom niło to Thy rze j ej  dzisiej szą sam otność. Doszła do wniosku, że pój dzie na spotkanie Chestera i zaczeka na niego przy  m oście. Ale w tej  chwili ktoś zastukał do drzwi.

Dom y śliła się, że m usi to by ć August Vorst, i bez pośpiechu zapaliła lam pę. Nie przepadała za nim , by ł j ednak uprzy wilej owany m  gościem .

Trzy m aj ąc lam pę w ręku podeszła do drzwi, j ej  oświetlona od dołu twarz wy glądała j ak twarz zj awy. Nie zam ierzała wpuścić Augusta do dom u, ale on wszedł ochoczo, nie czekaj ąc na zaproszenie. August by ł garbaty m  i kulawy m

karłem , m iał j uż swoj e lata, ale zachował twarz chłopca, a w czarny ch oczach m igotała złośliwość.

Wy ciągnął z kieszeni zm iętą gazetę i wręczy ł j ą Thy rze. By ł nieoficj alny m  listonoszem  Avonlea. Przy nosił z poczty  gazety  i listy, a każdy  chętnie wręczał m u j akiś drobny  datek. Na rozm aite sposoby  zarabiał niewielkie sum y, które

m usiały  m u wy starczy ć na ży cie. W j ego plotkach kry ł się zawsze j ad. Mówiło się, że w ciągu j ednego dnia potrafi wy rządzić więcej  szkody  niż inni przez cały  rok, tolerowano go j ednak ze względu na kalectwo. By ło w ty m  dużo poczucia
wy ższości  i  August  zdawał  sobie  z  tego  sprawę.  Naj bardziej   nienawidził  ty ch,  którzy   by li  dla  niego  dobrzy,  a  j uż  zwłaszcza  nienawidził  Thy ry.  Nie  cierpiał  także  Chestera,  gdy ż  czuł  zawiść  w  stosunku  do  wszy stkich  silny ch,  przy stoj ny ch
m ężczy zn. Nareszcie m ógł zadać oboj gu ból i aż biła od niego radość. Thy ra zauważy ła to i ogarnęły  j ą złe przeczucia. Wskazała m u ruchem  ręki fotel, ale by ł to ruch, j akim  kierowałaby  psa na słom iankę.

August wlazł na fotel i uśm iechnął się. Za chwilę ta kobieta, która zawsze patrzy ła na niego j ak na płaza, zacznie się wić z bólu.

— Czy  nie spotkałeś po drodze Chestera? — spy tała Thy ra. August ty lko na to czekał. — Chester poszedł po podwieczorku do portu, by  zobaczy ć się z Józkiem  Ray m ondem , od którego chce poży czy ć łódź, i j akoś nie wraca. Nie wiem , co

go m ogło zatrzy m ać.

— Jak to co? To, co zatrzy m uj e każdego m ężczy znę, poza takim i kreaturam i j ak j a. Dziewczy na. Śliczna dziewczy na, Thy ro. Miło na nią spoj rzeć. Nawet garbusowi wolno patrzy ć. Nadzwy czaj na dziewczy na.

— Co ty  wy gaduj esz? — spy tała zdum iona Thy ra.

— Mówię o Dam arze Garland. Chester siedzi teraz u Tom a Blaira i nie spuszcza z niej  oczu. Cóż, raz ty lko by wa się m łody m , Thy ro, prawda? Nawet m ały  August Vorst by ł kiedy ś m łody .

— Co ty  baj durzy sz?

Siedziała naprzeciwko niego ze spleciony m i rękam i. By ła zawsze blada, ale teraz zbielały  j ej  nawet usta. August Vorst zauważy ł to z przy j em nością. I j eśli lubiło się ranić ludzi — a by ło to j edy ną rozry wką Augusta — należało zobaczy ć

j ej  wzrok! August napawał się ty m  widokiem , by ła to słodka zem sta za długie lata wzgardliwej  łaskawości.

— Przecież wiesz, Thy ro.

— Nie wiem  nic o twoj ej  m łodości, Auguście Vorst. Ale m ówisz o m oim  sy nu i Dam arze — powiedziałeś Dam arze, prawda? — tak, j akby  coś m iędzy  nim i by ło. Py tam , co m asz na m y śli?

— Nic strasznego, Thy ro. Nie m usisz tak na m nie patrzy ć. Młodzi ludzie to m łodzi ludzie i nie m a w ty m  nic złego, że Chester zainteresował się dziewczy ną, lubi na nią spoj rzeć i z nią pogadać. Ferty czna dzierlatka! Będą ładną parą.

Chester też nie j est brzy dkim  chłopcem .

— Auguście, nie naduży waj  m oj ej  cierpliwości — chłodno napom niała go Thy ra. — Odpowiedz na m oj e py tanie. Więc Chester siedzi spokoj nie u Tom a Blaira, choć wie, że j a tu na niego czekam ?

August skinął potakuj ąco głową. Zrozum iał, że nie m oże dłużej  droczy ć się z Thy rą.

— Tak. Już tam  by ł, kiedy  wpadłem . Siedział w kącie z Dam arą i pożerał j ą wzrokiem . Czem u się tak ty m  przej m uj esz, Thy ro? Wszy scy  wiedzą, że od chwili przy j azdu Dam ary  do Avonlea Chester koło niej  skacze. I co z tego? Przecież

nie będzie się wiecznie trzy m ał m am usinego fartuszka. Musi sobie sam  znaleźć żonę. A zważy wszy, że z niego chłop j ak świeca, Dam ara spoj rzy  pewnie na niego łaskawy m  okiem . Zresztą stara Marta Blair twierdzi, że ona j uż nie widzi poza
nim  świata.

W trakcie ty rady  Augusta Thy ra wy dała z siebie dziwny  dźwięk, który  brzm iał j ak stłum ione łkanie. Potem  słuchała go bez ruchu. Wreszcie wstała i uciszy ła go groźny m  wzrokiem .

— Powiedziałeś, co wiedziałeś, i aż pękałeś z radości, a teraz zm y kaj .

— Ależ, Thy ro — zaczął, ona j ednak nie dopuściła go do słowa.

— Wy noś się. I nie przy noś m i więcej  poczty ! Mam  dosy ć ty ch twoich łgarstw!

background image

August wy szedł, ale przy stanął w drzwiach, by  zadać ostatni cios.

— Nie skłam ałem , Thy ro… Całe Avonlea przy świadczy, że m ówię prawdę. Chester szalej e za Dam arą Garland. My ślałem , że wiesz. Ale z ciebie taka zazdrośnica, że pewnie wolał to utrzy m y wać w taj em nicy, żeby  uniknąć awantury.

A j a nigdy  ci nie zapom nę, że wy rzuciłaś m nie za drzwi za to, iż przy padkiem  opowiedziałem  ci coś, co ci się nie spodobało.

Thy ra nic nie odrzekła. Zam knęła za nim  drzwi i zgasiła lam pę. Potem  rzuciła się na kozetkę i wy buchnęła płaczem . Ból przeszy ł j ą aż do szpiku kości. Płakała tak niepoham owanie, j ak zwy kli płakać bardzo m łodzi ludzie, a przecież nie by ła

j uż m łoda. Płakała tak, j akby  bała się przestać płakać, gdy ż wtedy  m usiałaby  zacząć m y śleć, a to wy dawało j ej  się czy m ś nie do zniesienia. Po j akim ś czasie j ednak łzy  wy schły  i zaczęła rozpam ięty wać każde słowo wy powiedziane przez
Augusta Vorsta.

Thy rze nigdy  dotąd nie przy szło na m y śl, że j ej  sy n m oże pokochać j akąś dziewczy nę. Nie wierzy ła, żeby  w ogóle m ógł pokochać kogoś prócz niej , skoro ona darzy  go aż taką m iłością. A teraz uświadom iła sobie tę potworną m ożliwość.

Kiedy  Chester urodził się, by ła j uż w ty m  wieku, w który m  kobiety  zwy kły  godzić się z m y ślą, że ich dzieci opuszczą wkrótce dom . Macierzy ństwo Thy ry  nadeszło późno, przeży wała j e więc ty m  intensy wniej . Po narodzinach sy na

ciężko chorowała, długie ty godnie m usiała leżeć nieruchom o i patrzy ć, j ak inne kobiety  piastuj ą j ej  dziecko. Nigdy  im  tego nie darowała.

Mąż Thy ry  zm arł, gdy  Chester m iał zaledwie roczek. Gdy  um ierał, włoży ła m u sy nka w ram iona i odebrała dziecko wraz z ostatnim  błogosławieństwem . Owa chwila pozostała dla Thy ry  święta. By ło tak, j akby  to dziecko zostało j ej  dane

po raz wtóry  i ty lko ona m iała do niego prawo, którego nikt i nic nie by ło w stanie j ej  pozbawić.

Małżeństwo! Nigdy  j ej  to nie przy szło na m y śl. Oj ciec Chestera ożenił się dopiero koło sześćdziesiątki. Z nią, Thy rą Lincoln, która też zbliżała się j uż do czterdziestki. Lincolnowie i Carewe’owie j eśli się w ogóle żenili — żenili się późno.

Chester by ł dla niej  ciągle j ej  m ały m  sy nkiem . Jej  własnością.

A teraz inna kobieta ośm ieliła się spoj rzeć na niego wzrokiem  m iłości. Dam ara Garland! Thy ra przy pom niała j ą sobie. Niedawno, po śm ierci m atki, przy j echała do Avonlea i zam ieszkała u wuj ostwa. Thy ra kiedy ś spotkała j ą na m oście.

Tak, na pewno m ogła się podobać m ężczy znom  — niskie czoło otoczone aureolą rudawy ch włosów, porcelanowa cera i bardzo czerwone usta. Thy ra zapam iętała j ej  oczy , orzechowe i roześm iane.

Dziewczy na m inęła j ą z uśm iechem . Kroczy ła zadowolona z siebie, popisuj ąc się swoj ą urodą. Ale rzeczy wiście m iło by ło na nią spoj rzeć, przy znała w m y śli Thy ra.

I to z tą dziewczy ną siedzi dziś u Blairów j ej  sy n, kiedy  ona, j ego m atka, oczekuj e go sam otnie w ciem nościach. Ta dziewczy na na  pewno go kocha, a on odwzaj em nił j ej  się uczuciem . My śl o ty m  wy dała się Thy rze gorsza od śm ierci.

Jak ona śm ie! Gniew Thy ry  skierował się przeciwko Dam arze. Usidliła Chestera, a on, j ak to m ężczy zna, dał się uwieść szelm owskim  oczom  i pąsowy m  usteczkom . Thy ra z wściekłością m y ślała o urodzie panny  Garland.

— Nie, nie dostanie go — oświadczy ła z nam aszczeniem . — Nigdy  nie oddam  go żadnej  kobiecie, a co dopiero jej! Ona będzie chciała wy przeć m nie całkowicie z j ego serca, m nie — m atkę, która om al nie um arła daj ąc m u ży cie. On

należy  do m nie! Niech ta dziewczy na poszuka sobie sy na innej  kobiety  — takiej , która m a wielu sy nów. Nie oddam  j ej  m oj ego j edy naka!

Wstała, narzuciła na głowę chustę i wy szła w srebrzy sty  wieczór. Chm ury  znikły, świecił księży c. Powietrze by ło chłodne i przej rzy ste. Kiedy  szła nad rzeką i wchodziła na m ost, brzm iał j ej  w uszach szum  olch. Zaczęła tam  i z powrotem

biegać po m ostku wpatruj ąc się w drogę; chwilam i opierała się o poręcz i patrzy ła, j ak po czarnej  powierzchni wody  ślizga się księży cowe światło. Z rzadka ktoś m ij ał j ą, zastanawiaj ąc się, co ona robi tu o tej  porze i czem u tak dziwacznie
wy gląda. Zobaczy ł j ą m iędzy  inny m i Karol White i tak potem  opowiadał żonie:

— Biegała po m oście j ak oszalała! Z początku m y ślałem , że to ta stara wariatka Maria Blair. Co ona tam  m ogła robić?

— Na pewno wy patry wała tego swoj ego sy nalka — odpowiedziała Cy ntia. — Nie wrócił j eszcze do dom u. Pewnie znów wy siaduj e u Blairów. Zastanawiam  się, czy  Thy ra wie, że on kręci się koło Dam ary. Nie śm iałam  j ej  o ty m

powiedzieć. Gotowa by  się rzucić na m nie z pazuram i!

— W każdy m  razie wy brała dziwną noc, żeby  się gapić na księży c — odparł Karol, który  by ł j owialny m  i prostoduszny m  człowiekiem . — Straszny  ziąb. Idzie m róz. Swoj ą drogą szkoda, że nie m ożna j ej  wy perswadować, że Chester j uż

dorósł i m usi się zabawić. Gotowa zwariować tak j ak j ej  babka, Lincolnowa. Może by m  poszedł na m ost i przem ówił j ej  do rozsądku?

— O nie! — krzy knęła Cy ntia. — Jak j uż Thy rze coś strzeli do głowy, to naj lepiej  dać j ej  spokój . Każdej  innej  kobiecie w Avonlea dałoby  się m oże coś przetłum aczy ć. Ale ona tak szalej e na punkcie Chestera, że wolałaby m  m ieć do

czy nienia z ty gry sem . Nie zazdroszczę Dam arze Garland, j eśli rzeczy wiście coś z tego będzie. Thy ra gotowa j ą udusić!

— Wy, kobiety, zawsze naskakuj ecie na tę biedną Thy rę — zauważy ł zacny  Karol. Kiedy ś, dawno tem u, podkochiwał się w Thy rze i dalej  j ą bardzo lubił. Zawsze wy stępował w j ej  obronie, gdy  napadały  na nią panie z Avonlea. Całą

noc m artwił się o nią przy pom inaj ąc sobie, j ak wy glądała na ty m  m oście. I żałował, że pom im o protestów Cy ntii nie poszedł tam .

 

Chester wracaj ąc do dom u spotkał na m oście m atkę. W księży cowej  poświacie dziwnie by li do siebie podobni, ty le że Chester m iał łagodniej szy  wy raz twarzy. Chester by ł bardzo przy stoj ny  i Thy ra m im o bólu i zazdrości zachwy ciła się

j ego urodą. Miała ochotę wy ciągnąć rękę i pogładzić go po twarzy , ale j ej  głos brzm iał bardzo ostro, gdy  spy tała, czem u tak się spóźnił.

— Wracaj ąc z portu zaj rzałem  do Tom a Blaira — odparł, chcąc iść dalej . Ona j ednak chwy ciła go za ram ię.

— Poszedłeś tam  zobaczy ć się z Dam arą? — spy tała srogim  tonem . Chester poczuł się nieswoj o. Choć bardzo kochał m atkę, trochę się j ej  zawsze bał, ona tak chętnie robiła z by le czego tragedię. Z niechęcią pom y ślał, że żadnem u

innem u m łodem u człowiekowi w Avonlea nie m ogło się coś podobnego przy darzy ć! Żeby  m atka czekała na niego o północy  i żądała wy j aśnień, czem u kogoś odwiedził! Na próżno próbował uwolnić ram ię, wiedział, że nie uniknie odpowiedzi.
By ł z natury  prawdom ówny , nie potrafił więc wy kręcić się sianem , ale słowo: — Tak! — wy krzy knął z gniewem . Nigdy  dotąd nie odezwał się do m atki podobny m  tonem .

Thy ra puściła j ego ram ię i ze szlochem  załam ała ręce. W owej  chwili by łaby  zdolna wbić nóż w serce Dam ary .

— Przestań, m am o — niecierpliwie napom niał j ą Chester. — Zm arzniem y  tutaj . Po coś tu przy szła? Kto cię na m nie napuścił? Co ci szkodzi, że chodzę do Dam ary ?

— Ooo… — j ęknęła Thy ra. — Ja tu na ciebie czekam  w ty ch ciem nościach, a ty  m y ślisz ty lko o niej ! Chesterze, odpowiedz m i uczciwie, kochasz j ą?

Chłopak zaczerwienił się. Mruknął coś pod nosem  i ruszy ł w stronę dom u, ona j ednak znów złapała go za ram ię. Starał się opanować gniew.

— A j eśli tak, m am o? Czy żby  to by ło takie straszne?

— To co będzie ze m ną?! — zawołała Thy ra. — Mnie j uż nie kochasz?

— Ty  j esteś m oj ą m atką. Nie będę cię m niej  kochał, choćby m  pokochał dziewczy nę.

— Nie pozwolę ci nikogo kochać! — krzy knęła Thy ra. — Potrzebuj ę całej  twoj ej  m iłości, sły szy sz, całej ! Czy m  j est dla ciebie ta lalka w porównaniu z m atką? Mam  do ciebie prawo. Nikom u cię nie oddam !

Chester zrozum iał, że nie pom ogą żadne argum enty . Próbował zaprowadzić j ą do dom u i odłoży ć tę rozm owę do chwili, gdy  m atka trochę się uspokoi. Ale Thy ra nie zam ierzała dać za wy graną.

— Obiecaj  m i, że więcej  do niej  nie pój dziesz — błagała. — Obiecaj , że przestaniesz się z nią widy wać.

— Nie, tego ci nie m ogę obiecać — sprzeciwił się ze złością. Jego gniew zabolał j ą wprost fizy cznie, ale nie ustąpiła.

— Jesteś z nią zaręczony ?

background image

— Mam o, uspokój  się. Usły szy  cię cała wieś. Dlaczego wy stępuj esz przeciwko Dam arze? Nie znasz j ej , ona j est taka słodka…

— Nie m am  zam iaru j ej  poznawać! — krzy czała Thy ra. — Nie dostanie ciebie, o nie!

Nie odpowiedział. Wy buchnęła płaczem  i zaczęła głośno szlochać. Stropił się i obj ął j ą.

— Mam o, przestań. Nie m ogę patrzeć na twoj e łzy . Czem u j esteś taka nierozsądna? Czy  nigdy  nie przy szło ci na m y śl, że będę chciał się ożenić?

— Nie. I nie zniosę tego. Obiecaj , że j ej  więcej  nie zobaczy sz. Nie wrócę do dom u, póki m i tego nie przy rzekniesz! Musisz m i obiecać, że przestaniesz o niej  m y śleć!

— Mam o, przecież tego nie m ogę obiecać. Mam o, czem u j esteś dla m nie taka niedobra? Proszę cię, chodź do dom u. Drży sz z zim na. Rozchoruj esz się.

— Nie ruszę się stąd, póki m i nie obiecasz. Powiedz, że przestaniesz widy wać tę dziewczy nę, a nie m a rzeczy , której  by m  dla ciebie nie zrobiła. Ale j eśli wy bierzesz j ą — to nie wrócę do dom u. Nigdy j uż nie wrócę do dom u.

Nie  by ła  to  czcza  pogróżka,  Chester  dobrze  o  ty m   wiedział.  Wiedział,  że  Thy ra  dotrzy m a  słowa.  I  w  dodatku  obawiał  się  o  nią,  w  przy pły wie  szału  m ogłaby   zrobić  sobie  coś  złego.  W  rodzinie  Lincolnów  zdarzały   się  przy padki

niepoczy talności. Kiedy ś któraś Lincolnówna utopiła się… Chester spoj rzał na rzekę i zdrętwiał z przerażenia. Jego m iłość do Dam ary  zeszła na drugi plan.

— Mam o, uspokój  się. Chodź. Pogadam y  o wszy stkim  j utro. Obiecuj ę cię wy słuchać. Chodź.

Thy ra wy puściła go z ram ion i cofnęła się o krok. Spoj rzała na niego tragiczny m  wzrokiem , wy ciągnęła rękę i oświadczy ła uroczy ście:

— Chesterze, m usisz wy brać j edną z nas. Jeżeli wy bierzesz j ą, odej dę i więcej  m nie nie zobaczy sz.

— Mam o!

— Tak, Chesterze!

Całe ży cie ulegał m atce. Nie m ógł więc aż tak nagle wy zwolić się spod j ej  wpły wu. Zawsze dotąd by ł j ej  posłuszny. Zresztą kochał j ą głębiej  i bardziej  wy rozum iale, niż zwy kle sy n kocha m atkę. Zatem  uświadom ił sobie, że nie m a

wy boru.

— Będzie, j ak zechcesz — szepnął sm utnie.

Podbiegła do niego i przy tuliła go do serca, śm iej ąc się i płacząc. Ach, j ak dobrze! Teraz wszy stko będzie dobrze — nie wątpiła o ty m , gdy ż wiedziała, że on dotrzy m a tej  niechętnie złożonej  obietnicy .

— Sy nku, sy nku — szeptała — um arłaby m , gdy by ś j ą wy brał. Teraz znów j esteś m oim  dobry m  chłopcem .

Nawet nie zauważy ła j ego sm utku, nie widziała, że czuj e do niej  wielki żal. Nie zaniepokoiło j ej  nawet j ego m ilczenie, gdy  wracali do dom u. I tej  nocy  spała spokoj ny m  snem . Upły nęło wiele dni, nim  zorientowała się, że choć Chester

form alnie dotrzy m uj e swoj ej  obietnicy, to nie potrafi przestać o Dam arze m y śleć. Odebrała go tej  dziewczy nie — ale nie odzy skała go dla siebie. Poj awiła się m iędzy  nim i bariera. Chester by ł dla niej  m iły  i dobry, ale cierpiał i unikał j ej
towarzy stwa. Widziała to. I nienawidziła Dam ary !

— On o niej  cały  czas m y śli — skarży ła się sam ej  sobie. — Boj ę się, że m nie znienawidzi za to, że kazałam  m u się j ej  wy rzec. Ale wolę to, niźli by m  m iała dzielić się nim  z inną kobietą. Och, sy nu, sy nu!

Wiedziała, że Dam ara także cierpi. Kiedy ś spotkała j ą i wy czy tała to z j ej  twarzy . To uradowało Thy rę. Nieznośny  ból zelżał, odkąd przekonała się, że nie ty lko j ą boli serce.

Teraz Chester rzadko by wał w dom u. Większość wolnego czasu spędzał w porcie w towarzy stwie Józka Ray m onda i j ego kolegów. Mieszkańcy  Avonlea uważali, że nie są oni dla niego odpowiednim i przy j aciółm i.

Pod koniec listopada Chester wy ruszy ł z Józkiem  na żeglugę łodzią wzdłuż wy brzeża. Thy ra protestowała, ale Chester wy śm iał j ej  obawy .

Thy ra pożegnała go z przerażeniem  w sercu. Nie lubiła m orza i się go bała.

Chester od dzieciństwa m orze kochał. Ry bacy  chętnie zabierali go na połów, a Thy ra zawsze starała się tem u przeszkodzić. Ale teraz utraciła nad nim  władzę.

Po wy j eździe Chestera nie m ogła sobie znaleźć m iej sca, chodziła od okna do okna i wpatry wała się w ponure niebo. Wpadł z wizy tą Karol White i nie potrafił ukry ć przerażenia, gdy  usły szał, że Chester wy ruszy ł na m orze z Józkiem .

—  O  tej   porze  roku  to  niebezpieczne  —  oburzy ł  się.  —  Po  ty m   lekkoduchu  Józku  Ray m ondzie  wszy stkiego  się  m ożna  spodziewać.  Wszy scy   uważaj ą,  że  prędzej   czy   później   się  utopi.  Co  za  pom y sł,  żeby   w  listopadzie  pły nąć  wzdłuż

wy brzeża! Thy ro, nie powinnaś by ła na to pozwolić.

— Nie udało m i się go zatrzy m ać. Żeby m  nie wiem , co m ówiła, i tak by  wy pły nął. Ty lko śm iał się, gdy  m ówiłam , że to niebezpieczne. On się tak strasznie zm ienił. Wiem  dlaczego. I nienawidzę j ej  za to…

Karol wzruszy ł ram ionam i. Wiedział, że to sprawka Thy ry , że Chester Carewe i Dam ara Garland przestali się widy wać, całe Avonlea o ty m  plotkowało. Jednakże współczuł Thy rze. W ciągu ostatniego m iesiąca bardzo się postarzała.

— Nie powinnaś tak traktować Chestera, Thy ro. Dorósł i nie m oże trzy m ać się wciąż fartuszka m atki. Pozwól starem u przy j acielowi powiedzieć, że źle z nim  postępuj esz. Nie m ożesz, Thy ro, by ć aż tak zazdrosna i wy m agaj ąca.

— Nic nie rozum iesz! Ty  nie m asz sy na! — zauważy ła nie bez okrucieństwa Thy ra, która dobrze wiedziała, że Karol nad ty m  potaj em nie cierpi. — Nie wiesz, co to znaczy  kochać kogoś z całego serca i zawieść się.

Karol nie potrafił rozm awiać z Thy rą. Nigdy, nawet za dawny ch czasów, nie rozum iał j ej . Poszedł więc do dom u, dalej  wzruszaj ąc ram ionam i i ciesząc się w głębi duszy, że za m łody ch lat Thy ra nie spoj rzała na niego łaskawy m  okiem .

Łatwiej  by ło współży ć z Cy ntią.

Nie ty lko Thy ra spoglądała tej  nocy  z niepokoj em  na niebo i m orze. Także Dam ara Garland wsłuchiwała się w huk oceanu, pełna zły ch przeczuć. A robotnicy  portowi potrząsali ty lko głowam i powtarzaj ąc, że Chester i Józek m usieli

zwariować, żeby  w taki czas ruszy ć na m orze.

— Z listopadowy m i sztorm am i nie m a żartów — m artwił się Abel Blair. By ł j uż stary  i niej edno widział.

Thy ra nie zm ruży ła tej  nocy  oka. Kiedy  nawałnica zaatakowała dom , wstała i ubrała się. Wiatr ry czał za oknam i j ak ranny  zwierz. Thy ra całą noc krąży ła po dom u, to płacząc i załam uj ąc ręce, to znów m odląc się zbielały m i wargam i.

Cały  następny  dzień szalał sztorm , ale w nocy  ucichł i wstał pogodny  poranek. Na wschodzie wy złocone chm ury  zwiastowały  słoneczny  świt. Thy ra wy j rzała przez kuchenne okno i zobaczy ła na m oście kilku m ężczy zn. Rozm awiali z

Karolem  White’em  i spoglądali w stronę j ej  dom u.

Wy biegła do nich. Żaden z nich nie zapom niał nigdy  widoku j ej  pobladłej , zeszty wniałej  twarzy .

— Macie dla m nie wiadom ości… — szepnęła. Mężczy źni spoj rzeli po sobie, żaden nie śm iał się odezwać.

background image

— Nie bój cie się — oświadczy ła chłodno Thy ra. — Wiem , co chcecie m i powiedzieć. Mój  sy n nie ży j e.

— Tego j eszcze nie wiem y , pani Carewe — zawołał szy bko stary  Abel Blair. — Jeszcze nie tracim y  nadziei. Ale w nocy  znaleziono o czterdzieści m il stąd wy rzucone na brzeg czółno Józka Ray m onda.

— Nie patrz tak, Thy ro — poprosił Karol White. — Może ocaleli. Ktoś m ógł ich wy łowić z m orza.

Thy ra spoj rzała na niego niewidzący m  wzrokiem .

— Wiesz, że to niem ożliwe. Żaden z was w to nie wierzy . Nie m am  j uż sy na. Zabrało m i go m orze.

Odwróciła się i weszła do pustego dom u. Nikt nie ośm ielił się za nią pój ść. Karol White wrócił do siebie i poprosił żonę, żeby  do niej  zaj rzała.

Kiedy  Cy ntia przy szła, Thy ra siedziała w ty m  sam y m  kącie, co zwy kle; na kolanach dłońm i do góry  leżały  bezradnie ręce. Suche oczy  płonęły . Cy ntia patrzy ła na nią ze współczuciem , a ona uśm iechnęła się ze skruchą.

—  Dawno  tem u,  Cy ntio,  rozzłościłaś  się  na  m nie  i  powiedziałaś,  że  spotka  m nie  kara  boska  za  to,  że  zanadto  ubóstwiam   sy na.  Pam iętasz?  Miałaś  racj ę.  Pan  Bóg  zobaczy ł,  że  bardziej   kocham   Chestera,  i  postanowił  m i  go  odebrać.

Pokrzy żowałam  Jego plany, gdy  zm usiłam  Chestera, by  wy rzekł się Dam ary. Ale nie m ożna walczy ć z Wszechm ogący m  Bogiem . Musiałam  nie w ten, to w inny  sposób utracić m oj ego sy na. Został m i odebrany. I nawet nie będę m ogła
chodzić na j ego grób.

— Żeby ś ty  widział j ej  oczy. Do szczętu zwariowała — zwierzała się potem  Cy ntia m ężowi. Ale Thy rze tego nie powiedziała. Choć by ła powierzchowna i niezby t m ądra, um iała współczuć. Usiadła obok Thy ry  i obj ęła j ą. I ze łzam i w

oczach szepnęła drżący m  głosem :

— Thy ro, wiem , j ak cierpisz. Ja też straciłam  dziecko… m ego nowo narodzonego sy nka. A Chester by ł takim  wspaniały m , kochany m  chłopcem …

Przez chwilę Thy ra próbowała się uwolnić z j ej  obj ęć. Potem  wstrząsnął nią dreszcz i rozpłakała się. Nareszcie poj awiły  się łzy .

Kiedy  rozeszła się ta sm utna wiadom ość, wszy stkie kobiety  z Avonlea kolej no przy chodziły  wy razić Thy rze swe współczucie. Większość z potrzeby  serca, ale by ły  też takie, które sprowadziła ciekawość. Thy ra wiedziała o ty m , ale nie

czuła urazy , choć dawniej  nie opanowałaby  gniewu. Potulnie wy słuchiwała tak sztuczny ch, j ak prawdziwy ch słów pociechy .

Kiedy  zapadł wieczór, Cy ntia m usiała wrócić do dom u, ale zapowiedziała, że przy śle j edną z córek.

— Nie m ożesz zostać sam a.

Thy ra spoj rzała na nią dziwny m  wzrokiem .

— Tak. Ale proszę cię, poślij  po Dam arę Garland.

— Dam arę Garland! — powtórzy ła Cy ntia nie wierząc własny m  uszom . Po Thy rze m ożna by ło wszy stkiego oczekiwać, ale coś takiego!

— Tak. Powiedz j ej , że proszę, by  do m nie przy szła. Na pewno nienawidzi m nie, ale przecież zostałam  j uż ukarana. Poproś, żeby  zrobiła to dla Chestera.

Cy ntia posłusznie wy słała córkę po Dam arę. I czekała na nią u Thy ry . Żadne dom owe obowiązki nie skłoniły by  j ej  do wy j ścia, m usiała by ć świadkiem  spotkania Thy ry  z Dam arą. Ciekawość by ła silniej sza.

Przy puszczała, że Dam ara m oże odm ówić przy j ścia. Ale Dam ara poj awiła się. Thy ra wstała i przez chwilę na siebie patrzy ły .

Uroda Dam ary  zbladła. Oczy  m iała zapuchnięte od łez, twarz zszarzała. Ty lko włosy, które kaskadą wy pły wały  spod chusty, świeciły  od blasku zachodzącego słońca i okalały  aureolą zm izerowaną twarz. Thy ra patrzy ła na nią, pełna

wy rzutów sum ienia. Wy ciągnęła ku niej  ręce.

— Dam aro, wy bacz m i. Obie kochały śm y  go i niech to nas połączy .

Dam ara podeszła, obj ęła i ucałowała Thy rę. Cy ntia White zrozum iała, że nie m a tu dla niej  m iej sca. Jej  gniew skrupił się na niewinnej  córce.

— Chodźm y  — szepnęła gniewnie. — Czy  nie widzisz, że przeszkadzam y ?

 

Pod  koniec  grudnia  Dam ara  wciąż  j eszcze  m ieszkała  u  Thy ry.  Zostało  postanowione,  że  nie  opuści  j ej   aż  do  wiosny.  Thy ra  nie  chciała  się  z  nią  ani  na  chwilę  rozstać.  Wciąż  rozm awiały   o  Chesterze.  Thy ra  wy znała,  j ak  j ej   kiedy ś

nienawidziła. Dam ara przebaczy ła j ej , ale Thy ra nie potrafiła sobie wy baczy ć. Zm ieniła się, opuściła j ą surowość, stała się czuła i m iękka. Posunęła się nawet do tego, że posłała po Augusta Vorsta i przeprosiła go za swoj e zachowanie.

Tego roku zim a opóźniła się, wciąż by ło ciepło. Nie spadł j eszcze śnieg i któregoś dnia, w m iesiąc po ty m , j ak m orze wy rzuciło na brzeg łódź Józka Ray m onda, Thy ra znalazła pod zeschły m i liśćm i w ogrodzie kwitnące bratki. Zaczęła j e

zry wać dla Dam ary , kiedy  usły szała na m oście stukot kół. W parę m inut później  zobaczy ła, j ak biegną przez swe podwórze Karol i Cy ntia. Karol by ł zaczerwieniony , a Cy ntia płakała.

Thy ra skam ieniała ze strachu. Czy żby  coś przy darzy ło się Dam arze? Nie, przez okno zobaczy ła, że dziewczy na spokoj nie siedzi w dom u coś szy j ąc.

— Thy ro, Thy ro! — wołała Cy ntia.

— Przy gotuj  się na dobre wiadom ości, Thy ro — poprosił Karol. — Przy nosim y  dobrą nowinę.

Thy ra patrzy ła na nich oszalały m  wzrokiem .

— Czy  to m ożliwe?… Chester…

— Tak. Chester ży j e. Jest cały  i zdrów. I on, i Józek. Cy ntio, podtrzy m aj  j ą.

— Nie, nie zam ierzam  zem dleć — oświadczy ła Thy ra opieraj ąc się o ram ię Cy ntii. — Mój  sy n ży j e? Skąd wiecie? Gdzie on j est?

— Dowiedziałem  się w porcie, Thy ro. Przy pły nął z Magdaleny  statek Michała McCready,  Nora  Lee. Tam tej   nocy   pły nąca  do  Quebecu  Nora  Lee wy łowiła  ich  z  m orza.  Ale  została  uszkodzona  i  m usiała  zboczy ć  z  kursu.  Przy biła  na

Magdalenę i tam  j ą dotąd reperowano. Kabel na wy spę został zerwany  i by ła odcięta od świata, bo o tej  porze roku nie zawij aj ą tam  statki z pocztą. Gdy by  zim a się nie opóźniła, Nora Lee zostałaby  tam  aż do wiosny. Nigdy  nie widziałaś takiej
radości j ak dziś w porcie, kiedy  Nora Lee wpły nęła z flagam i na m asztach.

— Gdzie j est Chester?

Karol i Cy ntia spoj rzeli na siebie.

background image

— Thy ro, j est u nas w dom u. Karol przy wiózł go z portu, ale chcieliśm y  cię przy gotować. Czeka na ciebie.

Thy ra ruszy ła w kierunku furtki. Ale zawróciła.

— Nie. Ona m a do niego większe prawa. Bogu dzięki, m ogę m u wy nagrodzić to, co zrobiłam . Bogu dzięki.

Weszła do dom u i zawołała Dam arę. Kiedy  dziewczy na schodziła po schodach, Thy ra wy ciągnęła ku niej  ręce, a j ej  twarz rozświetliła się.

— Dam aro — szepnęła. — Wrócił do nas Chester. Czeka u White’ów. Idź po niego i przy prowadź go do dom u.

background image

 

background image

Edukacja Bietki

 

 

Kiedy  Sara Currie wy szła za Janka Churchilla, złam ała m i serce… a w każdy m  razie m ocno w to wówczas wierzy łem ; dwudziestodwuletniem u chłopcu wszy stko, co czuj e, wy daj e się naj prawdziwszą prawdą. Nikom u się z tego nie

zwierzałem ,  Douglasowie  zawsze  by li  dum ni  i  zależało  m i  na  zachowaniu  rodzinny ch  trady cj i.  Wiedziała  o  ty m   ty lko  Sara,  a  w  każdy m   razie  tak  wówczas  m y ślałem ,  choć  teraz  przy puszczam ,  że  m usiała  opowiedzieć  o  ty m   Jankowi.  W
każdy m  razie nigdy  się z ty m  nie zdradził i nie okazy wał m i fałszy wego współczucia, wręcz przeciwnie, poprosił m nie, żeby m  został j ego drużbą. Janek by ł prawdziwy m  dżentelm enem .

Drużbowałem  więc na j ego weselu. By liśm y  zawsze naj serdeczniej szy m i przy j aciółm i i choć straciłem  ukochaną, nie zam ierzałem  w dodatku utracić przy j aciela. Sara m ądrze wy brała, Janek by ł dużo więcej  wart niż j a, m oże dlatego,

że od dzieciństwa m usiał na siebie pracować.

Zatem  wy tańcowy wałem  na weselu Sary  udaj ąc, że m i lekko na sercu, ale potem  zam knąłem  na cztery  spusty  Klonowy  Dom  i wy j echałem  za granicę. Jak j uż wspom niałem , należałem  do ty ch niefortunny ch śm iertelników, którzy  nie

m uszą się liczy ć z czasem  ani z pieniędzm i. Przez dziesięć lat buj ałem  po świecie, a w m oim  dom u zagnieździły  się m ole i paj ąki. Dobrze się bawiłem , ale nie przy znawałem  się do tego sam  przed sobą, uważaj ąc, że nie przy stoi to człowiekowi
o złam any m  sercu. Udawałem , że wciąż rozm y ślam  o przeszłości, ale teraźniej szość by ła bardzo przy j em na, a j eśli chodzi o przy szłość… nie, nie zastanawiałem  się nad przy szłością.

Biedny  Janek Churchill um arł. W rok po j ego śm ierci wróciłem  do dom u i j eszcze raz, tak j ak nakazy wało m i poczucie honoru, oświadczy łem  się Sarze. Sara znów m i odm ówiła, daj ąc do zrozum ienia, że j ej  i serce spoczęło w grobie

Janka. Okazało się, że niezby t się ty m  przej ąłem … no tak, trzy dziestoletni m ężczy zna nie bierze j uż ty ch rzeczy  tak do serca j ak głupi dwudziestolatek. By łem  zresztą bardzo zaj ęty  doprowadzaniem  do porządku Klonowego Dom u, no i m usiałem
się zaj ąć edukacj ą Bietki.

Bietka  by ła  dziesięcioletnią,  niem ożliwie  rozpuszczoną  córką  Sary.  Sara  pozwalała  j ej   na  wszy stko  i  Bietka,  która  odziedziczy ła  po  Janku  m iłość  do  przy rody,  po  prostu  zdziczała.  By ła  urwisem   j ak  m ało  który   chłopak,  w  niczy m   nie

przy pom inała Sary, nie odziedziczy ła j ej  urody. Bietka wdała się w oj ca, by ła ciem na, a kiedy  j ą pierwszy  raz zobaczy łem , widać by ło ty lko nogi i chudą szy j ę. Trzeba się j ej  by ło dobrze przy j rzeć, by  zobaczy ć, że m a piękne m igdałowe
oczy , m aleńkie kształtne rączki i nóżki oraz dwa grube orzechowe warkocze.

Ze względu na pam ięć Janka postanowiłem  się zaj ąć wy chowaniem  j ego córki. Sara tego nie potrafiła, zresztą nawet nie próbowała. Widziałem , że j eśli ktoś nie weźm ie Biety  m ocno w garść, dziewczy na gotowa się zm arnować. Nikogo

poza m ną zdawało się to nie interesować, postanowiłem  zatem , że zobaczę, j ak sobie z nią poradzi taki stary  kawaler j ak j a. Mógłby m  by ć j ej  oj cem , ale j ej  oj cem  by ł m ój  naj lepszy  przy j aciel. Któż zatem  m iał większe prawo, by  zaj ąć się
j ego córką? Miałem  zam iar stać się dla niej  drugim  oj cem  i zrobić wszy stko, co m ógłby  zrobić naj bardziej  oddany  krewny . Uznałem  to za swój  obowiązek.

Powiedziałem  Sarze, że zam ierzam  się zaj ąć edukacj ą Bietki. Sara żałośnie westchnęła — kiedy ś zachwy całem  się j ej  westchnieniam i, ale teraz ku swem u wielkiem u zdziwieniu stwierdziłem , że m nie one iry tuj ą — i oświadczy ła, że

będzie m i bardzo wdzięczna.

— Wiem , że nie dałaby m  sobie z ty m  rady, Stefanie — wy znała. — Bietka j est dziwny m  dzieckiem  — wy kapana Churchillówna. Jej  biedny  oj ciec na wszy stko j ej  pozwalał, a ona wie, czego chce. Nie m am  na nią żadnego wpły wu.

Cały  dzień gania po polach i lasach i ruj nuj e sobie cerę. Co prawda nie bardzo m a co ruj nować. Churchillowie nie odznaczaj ą się piękną karnacj ą… — Sara z zadowoleniem  przej rzała się w lustrze. — Próbowałam  zm usić Bietkę, żeby  nosiła
kapelusik od słońca, ale równie dobrze m ogłaby m  przem awiać do wiatru.

Wy obraziłem  sobie Bietę w kapelusiku i tak m nie to rozbawiło, że z wdzięczności obsy pałem  Sarę kom plem entam i.

— Tak, to wielka szkoda, że Bietka nie odziedziczy ła po m atce tego cudownego kolory tu — powiedziałem  — ale m usim y  się zastanowić, co m ożem y  dla niej  zrobić. Zresztą na pewno wy przy stoj niej e, gdy  dorośnie. A przede wszy stkim

m usim y  zadbać, by  wy rosła na prawdziwą dam ę. Obecnie zachowuj e się raczej  j ak rozhukany  chłopak, ale w końcu pły nie w niej  krew Churchillów i Curriech. Ty le, że trzeba do niej  m ądrze podej ść. Obiecuj ę, że zrobię, co będę m ógł. Odtąd
m oim  powołaniem  będzie walka z tą sły nną „naturą” Wordswortha, zawsze czułem  do niej  nieufność m im o ty ch j ego przewrotny ch wierszy . Sara m nie oczy wiście nie zrozum iała, ale też wcale nie udawała, że rozum ie.

— Stefanie, powierzam  ci wy chowanie Bietki — powiedziała, znów wzdy chaj ąc. — Jestem  pewna, że nie m ogłaby m  j ej  oddać w lepsze ręce. Na tobie zawsze m ożna by ło polegać.

 

Cóż, by ło to pewne zadośćuczy nienie za m oj e wierne oddanie. Odpowiadała m i pozy cj a nieoficj alnego doradcy  Sary  i sam ozwańczego opiekuna Biety. A ponieważ wziąłem  sobie tę sprawę do serca, rad by łem , że Sara odrzuciła m oj ą

propozy cj ę m ałżeństwa. Jakiś szósty  zm y sł m ówił m i, że łatwiej  poradzi sobie z Bietą stary  przy j aciel rodziny  niż oj czy m . Dla Biety  pam ięć j ej  oj ca by ła święta i gdy by m  zaj ął j ego m iej sce, uraziłoby  to j ą i przestałaby  m i ufać.

 

Na szczęście Bieta lubiła m nie. Oświadczy ła m i to ze wzruszaj ącą otwartością, równie otwarcie zawiadom iłaby  m nie o swoj ej  nienawiści, gdy by  przy padkiem  j ą czuła.

— Ty , Stefanie, j esteś naj m ilszy m  starszy m  panem , j akiego znam . Faj ny  z ciebie facet.

Zatem  m iałem  stosunkowo łatwe zadanie. Drżę na m y śl, co by  by ło, gdy by  Bieta nie uważała m nie za „faj nego faceta”. I tak by m  nie zrezy gnował, ale m iałby m  zatrute ży cie. Bieta genialnie um iała zadręczać nielubiane przez siebie

osoby .

Następnego dnia po rozm owie z Sarą wy brałem  się do Glenby, chcąc pogadać z Bietą i doj ść z nią do porozum ienia. Bieta by ła by stry m  dzieckiem  i należało postępować z nią otwarcie, uznałem  więc, że należy  powiedzieć j ej  wprost, iż

zdecy dowałem  się zaj ąć j ej  edukacj ą.

Spotkałem   Bietę  na  bukowej   alei,  pędziła  zdy szana  przed  siebie  wraz  ze  swoim i  psam i,  m iała  rozwiane  włosy,  które  wy rażały   ducha  niezależności.  Posadziłem   j ą  przed  sobą  na  koniu  i  przekonałem   się,  że  Sara  oszczędziła  m i  trudu

wy j aśnienia j ej  sy tuacj i.

Mam a powiedziała, że chcesz się zaj ąć m oj ą edukacj ą — oznaj m iła Bieta, gdy  ty lko złapała oddech. — Bardzo się cieszę, bo j ak na dorosłego człowieka j esteś zupełnie rozsądny. Skoro tak czy  owak m uszę się kształcić, to j uż wolę, żeby ś

m nie kształcił ty .

— Dziękuj ę ci. Bietko — powiedziałem  uroczy ście. — Mam  nadziej ę, ze nie zawiodę cię. Ale oczekuj ę, że będziesz się m nie słuchać.

— Będę — odparła Bieta. — Jestem  pewna, że nie każesz m i robić niczego, czego nienawidzę. Nie zam kniesz m nie chy ba w pokoj u i nie każesz szy ć? Tego by m  nie zniosła.

Zapewniłem  j ą, że nie m am  takich zam iarów.

— I nie poślesz m nie do szkoły  z internatem ? — nalegała Bieta. — Mam a stale m i ty m  groziła. Pewnie by  to j uż dawno zrobiła, ale wiedziała, że ucieknę.

— Nie poślę — zgodziłem  się chętnie. — Nawet m i to nie przy szło na m y śl, żeby  takie dzikie stworzonko j ak ty  zam y kać w klatce.

— Wiedziałam , ze świetnie się dogadam y  — oświadczy ła przy m ilnie Bieta ocieraj ąc się policzkiem  o m oj e ram ię. — Ty  um iesz zrozum ieć człowieka. Mało kto potrafi. Nawet tatuś nie bardzo m nie rozum iał— Pozwalał m i na wszy stko,

ale nie rozum iał, dlaczego nie potrafię siedzieć w dom u i bawić się lalkam i. Nie cierpię lalek! Małe dzieci m ogą by ć zabawne, ale sto razy  wolę psy  i konie.

background image

— Musisz się j ednakże uczy ć. Wy biorę dla ciebie nauczy cieli i sam  będę sprawdzał twoj e postępy . Mam  nadziej ę. Bietko, że nie przy niesiesz m i wsty du.

— Będę próbowała, słowo daj ę. Stefanie, będę próbowała.

Z początku uważałem  kształcenie Biety  za swój  obowiązek, wkrótce stało się to przy j em nością i naj większą pasj ą m oj ego ży cia. Tak j ak przy puszczałem , Bietka by ła zdolna i łatwo przy chodziło form ować j ej  um y sł. Z dnia na dzień, z

ty godnia na ty dzień i z m iesiąca na m iesiąc rozwij ała się i zm ieniała.

Bieta wy rosła na taką dziewczy nę, j aką według m nie powinna by ć córka Janka Churchilla. Pełna werwy  i dum y, loj alna i kochaj ąca, nienawidziła fałszu i obłudy, by ła kry ształowo czy sty m  lustrem , każdy  m ężczy zna, który  w to lustro

spoj rzał, widział na wy lot swoj e słabości i wsty dził się. Bieta by ła tak m iła, iż utrzy m y wała, że wszy stkiego, co wie, nauczy ła się ode m nie. Ale naprawdę to j a wiele się od niej  nauczy łem . To j a zaciągnąłem  wobec niej  dług.

Sara by ła zadowolona. By ła nawet tak uprzej m a, że stwierdziła, iż to nie z m oj ej  winy  Bieta nie j est ładniej sza. Natom iast na pewno zrobiłem  wszy stko, co się dało, by  ukształtować j ej  charakter i um y sł. Zachowanie Sary  dawało do

zrozum ienia, że j est to nieważny  drobiazg, skoro Bieta nie m a białoróżanej  cery  i dołeczków, by ła j ednak na ty le wspaniałom y ślna, że m nie o to nie obwiniała.

— Kiedy  Bieta skończy  dwadzieścia pięć lat — oświadczy łem , zdoby waj ąc się na cierpliwość, a coraz trudniej  m i to przy chodziło — będzie piękną kobietą, piękniej szą, Saro, niż ty  by łaś w czasach twej  różanej  m łodości. Gdzie ty  m asz

oczy, kobieto, ze tego nie widzisz. — Bietka m a siedem naście lat i j est tak sam o śniada i chuda, i niezdarna, j ak by ła m aj ąc lat dziesięć — westchnęła Sara. — Kiedy  j a m iałam  siedem naście lat, by łam  królową piękności całego powiatu i
otrzy m ałam  pięć propozy cj i m ałżeńskich. A założę się, że Bietce w ogolę nie przy szło j eszcze do głowy  pom y śleć o wielbicielach.

Mam  nadziej ę — oświadczy łem  krótko i z niezadowoleniem . Bietka j est j eszcze dzieckiem . Na litość boską, Saro, nie podsuwaj  j ej  takich pom y słów.

Niestety  niczego nie potrafię j ej  wbić do głowy  — rozpaczała Sara — My śli ty lko o książkach i takich rzeczach. W pełni ci. Stefanie, ufam , zdziałałeś cuda, ale czy  nie sądzisz, że Bietka j est teraz za m ądra? Mężczy źni nie lubią zby t

m ądry ch kobiet. Jej  biedny  oj ciec m awiał zawsze, że to przeciwne naturze, żeby  dziewczy na wolała książki od wielbicieli.

Nie wy obrażam  sobie, by  Janek m ógł powiedzieć cos tak niem ądrego. Sara m usiała to wy m y ślić. Ale nie podobało m i się, iż przy równuj e Bietę do sawantek.

Kiedy  nadej dzie odpowiedni czas. Bieta na pewno zainteresuj e m c m ężczy znam i. Chwilowo na pewno lepiej , żeby  m y ślała o książkach, niż nabij ała sobie głowę uroj ony m i senty m entam i. Niełatwo m nie zadowolić, ale z Biety  j estem

dum ny , tak, dum ny . Sara westchnęła.

— Och, nie m am  j ej  nic do zarzucenia. Stefanie, i j estem  ci bardzo wdzięczna. Sam a by m  z nią sobie nie poradziła. To nie twoj a wina, rzecz prosta, ale wolałaby m , żeby  by ła bardziej  podobna do inny ch dziewcząt.

Wy j echałem  z Glenby  wściekły  i pędziłem  do dom u galopem . Co za szczęście, że Sara nie wy szła za m nie, kiedy  by łem  nierozum ny m  m łodzikiem . Oszalałby m ! Te j ej  westchnienia i ta tępota! Nie, stop. By ła przecież dobrą, m iłą

kobieciną,  uszczęśliwiła  Janka  i  wy dała  na  świat  istotę  tak  wy j ątkowa  j ak  Bieta.  Za  to  wiele  m ożna  j ej   by ło  wy baczy ć.  Więc  kiedy   znalazłem   się  w  Klonowy m   Dom u  i  zapadłem   w  wy godny m   stary m   fotelu  w  bibliotece,  nie  ty lko  j ej
wy baczy łem , ale zacząłem  się poważnie zastanawiać nad ty m , co powiedziała.

Czy   Bieta  by ła  rzeczy wiście  niepodobna  do  inny ch  dziewcząt?  I  czy m   się  to  obj awiało,  czy   chodziło  o  coś  ważnego?  Tego  by m   sobie  nie  ży czy ł;  by łem   zatwardziały m   stary m   kawalerem ,  ale  uważałem   m łode  dziewczęta  za

naj piękniej szy  dar Pana Boga. Chciałem , żeby  Bieta by ła prawdziwą m łodą dziewczy ną w naj lepszy m  znaczeniu tego słowa.

W ciągu następnego ty godnia bacznie j a obserwowałem , co dzień j eździłem  do Glenby, a wieczoram i oddawałem  się m edy tacj om . Wreszcie powziąłem  decy zj ę, która m nie sam ego zdziwiła. Bieta m usi poj echać do szkoły  z internatem ,

m usi spędzić rok wśród swoich rówieśnic.

Następnego  dnia  zastałem   Bietę  pod  bukiem   na  trawniku,  właśnie  wróciła  z  przej ażdżki  konnej .  Siedziała  na  j abłkowitej   klaczy,  którą  j ej   ofiarowałem   na  ostatnie  urodziny   i  zaśm iewała  się  z  harców  psów.  Patrzy łem   się  na  nią  z

przy j em nością i rad by łem , że wciąż j eszcze j est dzieckiem . By ła wy soka, tak j ak prawdziwa Churchillówna, ale na plecy  opadały  nadal grube warkocze, a buzia wciąż by ła dziecinna. Śniada cera, nad którą tak ubolewała Sara zarum ieniła się
od galopu, podłużne ciem ne oczy  patrzy ły  z m łodzieńczą naiwnością.

Kiedy  powiedziałem  Bietce, że m usi na rok wy j echać do szkoły, obruszy ła się i zasępiła, ale zgodziła się. Nauczy ła się m nie słuchać, nawet j eśli się j ej  to nie podobało, choć z początku sądziła, że nie będzie m usiała robić niczego, co by

j ej  by ło przy kre.

— Jeśli tak by ć m usi, Stefanie, to poj adę. Ale dlaczego tego chcesz? Na pewno m asz j akieś powody  — niczego nie robisz bez powodu. Powiedz m i, o co chodzi?

— Sam a się o ty m  przekonasz. My ślę, że wracaj ąc będziesz j uż świetnie wiedziała. Jeżeli nie — to okaże się, iż nie m iałem  racj i, i nie będzie o czy m  m ówić.

Pożegnałem  Bietę nie zam ęczaj ąc j ej  dobry m i radam i.

— Pisz do m nie co ty dzień i nie zapom inaj , że j esteś Churchillówna. Bieta stała wśród psów na schodach dom u. Zeszła i obj ęła m nie za szy j ę.

— Będę pam iętała, że j esteś m oim  przy j acielem  i nie przy niosę ci wsty du — oznaj m iła. — Do widzenia, Stefanie.

Pocałowała m nie parę razy, by ły  to serdeczne głośne całusy, czy ż nit m ówiłem , że wciąż j eszcze by ła dzieckiem ? A kiedy  odj eżdżałem , kiwała m i długo ręką. Doj echawszy  do końca alei obej rzałem  się i widziałem , j ak wciąż stoi, bez

kapelusza, w tej  swoj ej  krótkiej  spódniczce i nieustraszony m i oczy m a patrzy  w słońce. I tak po raz ostatni zobaczy łem  Bietkę–dziecko.

By ł to sm utny, sam otny  rok. Nic j uż nie zaj m owało m oich  m y śl i obawiałem  się, że w przy szłości nie będę j uż Biecie potrzebny. Ży cic stało się puste i nudne. Jedy ną rozry wkę stanowiły  coty godniowe list} Biety. By ły   obrazowe  i

dowcipne. Okazało się, że m a prawdziwy  talent pisarski. Z początku potwornie tęskniła do dom u i błagała, by m  pozwolił j ej  wrócić. Kiedy  odm ówiłem  — a przy szło m i to z naj wy ższą trudnością — nadeszły  trzy  zagniewane listy, ale potem
pogodziła się z losem , a nawet zaczęło j ej  się to nowe ży cie bardzo podobać. Ale dopiero pod koniec roku napisała:

„Teraz j uż wiem , Stefanie, po co m nie tu przy słałeś, i cieszę się, że to zrobiłeś.

W dzień powrotu Biety  do dom u m iałem  coś ważnego do załatwienia. Poj echałem  do Glenby  następnego popołudnia. Zastałem  ty lko Sarę. Prom ieniała. Zachwy cała się zm ianam i, j akie zaszły  w Biecie. Nie poznam  tego „kochanego

dziecka”.

To m nie przeraziło. Co oni z Biety  zrobili? Dowiedziałem  się, że Bieta poszła na spacer do lasu i pobiegłem  tam . Kiedy  zobaczy łem , j ak nadchodzi długą złocistą alej ą, schowałem  się za drzewo, by  j ej  się przy j rzeć, zanim  m nie zobaczy.

Kiedy  podeszła bliżej , spoj rzałem  na nią ze zdziwieniem , dum ą i zachwy tem  — a j ednocześnie poczułem  dziwny  ból w sercu, nie, nigdy  j eszcze czegoś podobnego nie czułem , nawet wówczas, kiedy  Sara dała m i kosza.

Bietka stała się kobietą! Nie chodziło tu o j ej  zgrabną sy lwetkę, której  linię uwy datniała biała sukienka, nie chodziło o brunatne loki okalaj ące j ej  twarz, ale o rozm arzony  wy raz oczu. By ł to wzrok kobiety, która podświadom ie szuka i

oczekuj e m iłości.

Wstrząśnięty  zbladłem . Powinienem  by ł się cieszy ć. Stała się taka, j ak tego pragnąłem . Ale zatęskniłem  za Bietką–dzieckiem , ta kobieca Bietka przestała do m nie należeć.

Wy szedłem  zza drzewa, zobaczy ła m nie i rozj aśniła j ej  się twarz. Ale nie zaczęła biec, by  m i się rzucić w ram iona, tak j ak by  to się stało przed rokiem , podeszła ty lko szy bko i wy ciągnęła rękę. Z daleka wy dała m i się bledziutka, ale

m usiałem  się m y lić, na policzkach widniały  rum ieńce. Uścisnąłem  j ej  dłoń — ty m  razem  nie by ło pocałunków.

— Witaj  w dom u, Bietko.

— Ach, Stefanie, tak się cieszę, że wróciłam  — szepnęła i zabły sły  j ej  oczy .

Nie powiedziała, że cieszy  się, iż m nie widzi, a bardzo na to liczy łem . I poza tą chwilą powitania zachowy wała się chłodno i z rezerwą. Przez godzinę spacerowaliśm y  po lesie i rozm awialiśm y. Bieta opowiadała bły skotliwie i dowcipnie,

by ła absolutnie czaruj ąca. Chodząca doskonałość — a j ednak dalej  bolało m nie serce. Cudowna m łoda dziewczy na, ach, ta cudowna m łodość. Szczęśliwy  m ężczy zna, którem u uda się j ą zdoby ć. Na pewno w Glenby  poj awi się całe stado

background image

wielbicieli. Ilekroć przy j adę, natknę się na j akiegoś wzdy chaj ącego m łodzika. No i co z tego? Bieta m usi wy j ść za m ąż. A do m nie należy  przy pilnować, żeby  znalazła dobrego, godnego j ej  m ęża. Cóż stąd, że m ilej  m i by ło zaj m ować się j ej
wy kształceniem . W gruncie rzeczy  chodziło o to sam o. Teraz m a przed sobą naj trudniej szą lekcj ę ży cia — m iłość. I j a, wy próbowany  przy j aciel rodziny, m uszę dopilnować, by  znalazła odpowiedniego nauczy ciela. Dopiero wtedy  skończy  się
j ej  edukacj a.

Zasępiony  wróciłem  do dom u. I teraz zrobiłem  coś, czego nie robiłem  od lat — przej rzałem  się w lustrze. Uderzy ło m nie, j ak bardzo się postarzałem . Na twarzy  poj awiło się wiele zm arszczek, na skroniach siwe włosy . Kiedy  Bietka m iała

dziesięć lat, nazwała m nie „starszy m  panem ”. Teraz osiem nastoletniej  Biecie m usiałem  się wy dawać przedpotopowy m  wy kopaliskiem . Hm , nie m a to przecież naj m niej szego znaczenia. A j ednak… zobaczy łem  j ą oczy m a wy obraźni na tej
ścieżce wśród sosen i znów ścisnęło m i się serce.

Sprawdziły   się  m oj e  przewidy wania  co  do  wielbicieli.  Wkrótce  w  Glenby   zaroiło  się  od  m łody ch  ludzi.  Diabli  wiedzą,  skąd  się  wzięli.  W  całej   okolicy   by ło  ich  dużo  m niej .  Sara  by ła  w  siódm y m   niebie.  Nareszcie  Bietka  cieszy   się

należny m  powodzeniem . Ilu konkurentów oświadczy ło się? Cóż, Bietka nie należała do dziewczy n przechwalaj ący ch się skalpam i, ale od czasu do czasu który ś z m łodzieńców znikał i m ożna się by ło dom y ślać, co to oznacza.

Bieta wy glądała na zachwy coną. Z przy krością m uszę powiedzieć, że okazała się kokietką. Próbowałem  na to wpły nąć, ale po raz pierwszy  nie udało m i się j ej  przekonać. Na próżno wy głaszałem  kazania, Bieta się ty lko śm iała i flirtowała

dalej . Chłopcy  poj awiali się i znikali, a Bieta nie przestawała flirtować. Przez rok to wy trzy m y wałem , a potem  doszedłem  do wniosku, że m uszę tem u zaradzić. Sam  znaj dę m ęża dla Bietki… to m ój  oj cowski obowiązek… więcej , m uszę to
zrobić ze względu na bezpieczeństwo publiczne.

Żaden z m ężczy zn, którzy  poj awiali się w Glenby, nie by ł dla niej  odpowiednim  partnerem . Pom y ślałem  o m oim  bratanku, Franciszku. By ł to wspaniały  chłopak, przy stoj ny  i o kry ształowy m  charakterze. Sara także uzna go za dobrą

partię, m iał pieniądze i pozy cj ę społeczną, zapowiadał się na świetnego adwokata. Idealnie nadawał się — niech go licho porwie — na m ęża dla Biety .

Nigdy  się dotąd nie spotkali. Od razu zabrałem  się do dzieła, żeby  j ak naj prędzej  m ieć to z głowy. Nienawidzę zam ieszania, ale zachowałem  się j ak wy trawny  swat. Zaprosiłem  Franka, a nim  przy j echał, parokrotnie wspom niałem  o nim

Biecie, wcale go przesadnie nie chwaląc, a nawet wy suwaj ąc pewne zastrzeżenia. Dziewczęta nie lubią wzorowy ch m łodzieńców. Bieta słuchała m nie z zainteresowaniem , a nawet zadała parę py tań, co uznałem  za dobry  znak.

Frankowi nic o Biecie nie opowiedziałem , ty lko zabrałem  go do Glenby . Spotkaliśm y  Bietkę, j ak o zachodzie słońca spacerowała wśród buków, i przedstawiłem  go.

By łby  chy ba nienorm alny, gdy by  się w niej  z punktu nie zakochał. Żadne m ęskie serce nie m ogło się oprzeć j ej  prom ieniuj ącej  kobiecości. Miała na sobie białą sukienkę, kwiaty  we włosach i przez chwilę m iałem  ochotę zam ordować

Franka, zam ordować każdego m ężczy znę, który  ośm ieliłby  się świętokradczo starać o j ej  względy .

Potem  opanowałem  się i zostawiłem  ich sam y ch. Mogłem  pój ść do Sary  i powspom inać z nią stare dziej e — ale tego nie zrobiłem . Błądziłem  po lesie i usiłowałem  zapom nieć, j akim  Franek j est piękny m  chłopcem  i j ak na widok Sary

zabły sły  m u oczy . No i co z tego? Przecież po to go tu przy wiozłem . Powinienem  się cieszy ć, że m ój  plan się powiódł. Ależ tak, cieszę się. Jestem  wprost zachwy cony .

Następnego dnia Franek wy brał się do Glenby, nawet nie udaj ąc, że pragnie m oj ego towarzy stwa. Podczas j ego nieobecności doglądałem  budowy  nowej  cieplarni. Ale m ało m nie to obchodziło. W cieplarni m iałem  zam iar hodować

róże, a to przy pom niało m i bladożółte róży czki, które Bietka przy pięła na piersi ty dzień tem u, kiedy  zaj rzałem  wieczorem . Choć raz nie natrafiłem  na żadnego wielbiciela i spacerowaliśm y  po lesie gadaj ąc tak j ak dawniej , nim  nie rozdzieliła
nas j ej  rozkwitła kobiecość i m oj e siwe włosy. Jedna z róż upadła na brunatne igliwie i po odprowadzeniu Bietki do dom u pobiegłem  po nią ukradkiem . Teraz róży czka ta spoczy wała w m oim  portfelu. Co u licha, przy szłem u wuj owi wy pada
chy ba kochać przy szłą bratanicę?

Zaloty  Franka zdawały  się cieszy ć powodzeniem . Inni wielbiciele znikli. Bieta uśm iechała się zachęcaj ąco, Sara prom ieniała, a j a pochlebiałem  sobie, że za kulisam i pociągam  za sznurki.

Pod koniec m iesiąca coś się popsuło. Któregoś wieczoru Franek wrócił z Glenby  zasępiony  i przestał się odzy wać. Trzeciego dnia wy brałem  się więc do Biety. W ciągu tego m iesiąca rzadko tam  zaglądałem , ale teraz uznałem  to za swój

obowiązek.

Jak zwy kle Bietka spacerowała po lesie. By ła blada i sm utna, uznałem , że m artwi się sprzeczką z Frankiem . Rozj aśniła się na m ój  widok, pewnie oczekiwała, że przy j eżdżam , by  wszy stko naprawić. Udawała j ednak oboj ętność.

— Cieszę się, że nie całkiem  o nas zapom niałeś — oświadczy ła chłodny m  tonem . — Nie widziały śm y  cię j uż od ty godnia.

— Bardzo m i pochlebia, że to zauważy łaś — powiedziałem  siadaj ąc na zwalony m  pniu i patrząc, j ak stoi nade m ną, wy soka i sm ukła. Opierała się o starą sosnę i nie spoglądała w m oj ą stronę. — Nie sądziłem , by ś pragnęła, żeby  taki

zgrzy biały  starzec j ak j a plątał ci się pod nogam i zakłócaj ąc idy llę.

— Dlaczego wciąż powtarzasz, że j esteś stary ? — spy tała gniewnie Bietka pom ij aj ąc m ilczeniem  aluzj ę do Franka.

— Bo j estem . Świadczą o ty m  m oj e siwe włosy . Zdj ąłem  kapelusz, by  j ej  to udowodnić.

Bieta ledwie na nie spoj rzała.

— Masz  akurat  na  ty le  przy prószone  skronie,  żeby   ci  to  dodawało  dy sty nkcj i.  Przecież  m asz  dopiero  czterdzieści  lat.  To  naj lepszy   wiek  dla  m ężczy zny.  Dopiero  wtedy   nabiera  on  rozsądku  —  choć  j ak  widać  nie  zawsze  —  dorzuciła

im perty nencko.

Zabiło m i serce. Czy żby  Bietka coś podej rzewała? Czy  to zdanie m iało świadczy ć o ty m , że odkry ła prawdę, i teraz się ze m nie śm iej e?

— Przy j echałem  dowiedzieć się, co zaszło m iędzy  tobą a Frankiem ? Bieta zagry zła usta.

— Nic — odparła.

— Bietko — powiedziałem  z wy m ówką w głosie — wy chowy wałem  cię, a w każdy m  razie starałem  się wy chować w poszanowaniu dla prawdy. Nie m ów, że to m i się nie udało. Daj ę ci j eszcze j edną szansę. Czy  posprzeczałaś się z

Frankiem ?

— Nie — odparła ta nieznośna Bieta. — To on pokłócił się ze m ną. Wy szedł wściekły  i wcale m i nie zależy , by  tu wrócił.

Pokręciłem  głową.

— Tak nie m ożna, Bietko. Jako stary  przy j aciel dom u zastrzegam  sobie prawo strofowania cię, aż do chwili twego zam ążpój ścia. Nie wolno ci dręczy ć Franka. On na to nie zasługuj e. Musisz za niego wy j ść.

— Muszę? — spy tała Bieta z wy piekam i na policzkach. Spoj rzała na m nie tak, że poczułem  się nieswoj o. — Czy  ty, Stefanie, naprawdę chcesz, żeby m  wy szła za Franka?

Bieta m iała denerwuj ący  zwy czaj  podkreślania zaim ków.

— Tak, chcę. Wy daj e m i się, Bietko, że Franek j est naj odpowiedniej szy m  kandy datem  na twoj ego m ęża. Ufam  m u. A j ako twój  opiekun pragnę, żeby ś m ądrze wy brała. Zawsze dotąd słuchałaś m oich rad i wy chodziło ci to na dobre.

Prawda, Bietko? Franek j est wspaniały m  człowiekiem  i kocha cię cały m  sercem . Wy j dź za niego. Nie nakazuj ę ci tego, nie m am  prawa nic ci nakazać, a nawet gdy by m  m iał prawo, to j esteś j uż zby t dorosła, żeby  ci cokolwiek nakazy wać. Ale
ci szczerze radzę.

Nie patrzy łem  na nią, wpatry wałem  się w rozsłonecznione sosny . Każde słowo rozdzierało m i serce. Tak, Bietka powinna zostać żoną Franka. Ale co wówczas stanie się ze m ną?

Bieta podeszła do m nie i spoj rzała m i w oczy . Nie m ogłem  j uż dłużej  unikać j ej  wzroku. Patrzy ła hardo, z wy soko podniesioną głową, pałały  j ej  oczy , na policzkach poj awiły  się wy pieki. Ale to, co powiedziała, brzm iało potulnie.

— Jeśli naprawdę sobie tego, Stefanie, ży czy sz, wy j dę za Franka. Jesteś m oim  przy j acielem . Zawsze słuchałam  twoich rad i, j ak to słusznie zauważy łeś, nigdy  tego nie żałowałam . Ty m  razem  też cię posłucham , ale sprawa j est zby t

poważna i m uszę wiedzieć, czy  naprawdę tego chcesz. Spój rz m i w oczy  — od chwili m ego powrotu ani razu nie spoj rzałeś m i prosto w oczy  — i powiedz, że ży czy sz sobie, by m  wy szła za Franka Douglasa.

background image

Musiałem  więc spoj rzeć j ej  w oczy  i cała m oj a natura zbuntowała się przeciwko kłam stwu, które m iałem  zam iar wy powiedzieć. Jej  władczy  wzrok sprawił, że wy znałem  prawdę.

— Nie, nie chcę, żeby ś poślubiła Franka, nie chcę. Kocham  cię, Bieto. Jesteś m i droższa niż ży cie, droższa niż szczęście. Ale chcę, żeby ś ty by ła szczęśliwa i dlatego nam awiałem  cię na m ałżeństwo z Frankiem , gdy ż uważam , iż m oże cię

on uszczęśliwić. Oto cała prawda.

Bieta spuściła główkę.

— Nie by łaby m  szczęśliwa wy chodząc za m ąż nie za tego, kogo kocham  — szepnęła.

Wstałem .

— Bieto, kogo ty  kochasz? — spy tałem  j ą także szeptem .

— Ciebie — odparła potulnie.

— Bietko… Przecież j estem  dla ciebie za stary , m iędzy  nam i j est ponad dwadzieścia lat różnicy … nie, to niem ożliwe…

— Co ty  powiesz! — Bietka tupnęła nogą. — Przestań m i zawracać głowę tą swoj ą rzekom ą starością! Kochałaby m  cię, nawet gdy by ś by ł w wieku Matuzalem a! Ale nie zam ierzam  ubiegać się o twoj ą rękę. Nie chcesz, to nie! Mogę

zostać starą panną. Ale albo wy j dę za ciebie, albo za nikogo!

Odwróciła się na pół śm iej ąc się, na pół płacząc, a j a schwy ciłem  j ą w ram iona i zam knąłem  usta pocałunkiem .

— Bietko, j estem  naj szczęśliwszy m  człowiekiem  na cały m  świecie, a przy chodząc tu cierpiałem  j ak potępieniec.

— I słusznie — zauważy ła Bietka. — Jeśli ktoś j est tak niem ądry, należy  m u się, żeby  cierpiał. Pom y śl, j ak  ja się czułam . Kochałam  cię, a ty  starałeś się m nie wy dać za innego m ężczy znę. Stefanie, przecież j a cię j uż od dawna kocham ,

ale  zrozum iałam   to  dopiero  wtedy,  gdy   posłałeś  m nie  do  tej   ohy dnej   szkoły.  I  m y ślałam ,  że  po  to  właśnie  m nie  tam   wy słałeś.  Ale  kiedy   wróciłam ,  om al  nie  złam ałeś  m i  serca.  To  dlatego  flirtowałam   z  ty m i  poczciwy m i  chłopcam i  —
chciałam  cię zranić, chciałam  cię sprowokować. Ale ty  wciąż zachowy wałeś się po oj cowsku. Już niem al zupełnie straciłam  nadziej ę i kiedy  sprowadziłeś tu Franka, usiłowałam  pogodzić się z losem  i wy szłaby m  za niego, gdy by ś nalegał. Ale
m usiałam  spróbować i zdoby łam  się na odwagę, bo widziałam , j ak tam tego wieczoru wróciłeś po m oj ą różę. Ja też poszłam  z powrotem  do lasu, żeby  m óc się spokoj nie wy płakać.

— Wprost trudno m i uwierzy ć, że m ogło m i się przy trafić coś tak cudownego j ak twoj a m iłość — szepnąłem .

— To chy ba nie takie nieoczekiwane — zauważy ła Bietka przy tulaj ąc głowę do m oj ego ram ienia. — Ty, Stefanie, nauczy łeś m nie wszy stkiego, co um iem , więc to  ty właśnie powinieneś m nie nauczy ć m iłości. Musisz dokończy ć m oj ej

edukacj i.

— Bietko, kiedy  nasz ślub?

— Jak ty lko wy baczę ci, że chciałeś m nie zm usić do m ałżeństwa z inny m  m ężczy zną.

Wszy stko to m usiało stać się dla Franka ciężkim  przeży ciem . Ale człowiek j est z natury  egoistą, więc nie zaprzątaliśm y  ty m  sobie głowy. A Franek zachował się j ak przy stało Douglasowi. Kiedy  zawiadom iłem  go o m oich zaręczy nach,

zbladł, złoży ł m i naj lepsze ży czenia i zaraz wy j echał.

Po j akim ś czasie ożenił się i, o ile wiem , j est szczęśliwy . Ale nie tak szczęśliwy  j ak j a, bo na świecie j est ty lko j edna Bieta, a Bieta j est m oj ą żoną.

background image

 

background image

Istota całkowicie niesamolubna

 

By ł to początek m aj a i pory wisty  wieczorny  wiatr wy dy m ał firanki w sy pialni, w której  um ierała Naom i Etolland. Przenikliwe wilgotne powietrze wy pełniało pokój , ale chora nie pozwalała zam knąć okna.

— Nie, Karolino Holland, nie zam y kaj , bo nie uda m i się złapać oddechu. Nie m am  zam iaru się udusić.

Przed oknem  rosła wiśnia przy prószona biały m i pączkam i, Naom i wiedziała, że nie zobaczy  j uż kwiecia. Zza gałęzi przeświecała am arantowa kopuła nieba. Powietrze by ło pełne odgłosów wiosny. Ktoś pogwizdy wał w stodole, potem

dobiegł cichy  śm iech. Na gałązce wiśni przy siadł i zaświergotał ptak.

Pokoik by ł niewielki i ubogi, na podłodze z desek leżał ty lko szm aciany  chodnik, ty nk by ł poobdłupy wany, ściany  nagie i brudne. Naom i Holland nigdy  zby tnio nie dbała o to, j ak wy gląda j ej  otoczenie, ale teraz, w chwili śm ierci, uderzy ła

j ą j ego brzy dota.

Stoj ący  przy  otwarty m  oknie dziesięcioletni chłopiec opierał się o parapet i pogwizdy wał. Jak na swój  wiek by ł wy soki. I by ł śliczny  — kasztanowe włosy  zwij ały  się w pukle, m iał bardzo białą cerę i rum ieńce na policzkach, niewielkie

zielonkawe oczy  ozdobione by ły  długim i czarny m i rzęsam i, usta by ły  pełne, ty lko lekko cofnięta broda wskazy wała na brak charakteru.

Łóżko stało w naj bardziej  oddalony m  od okna kącie, a chora m im o straszny ch cierpień leżała zupełnie nieruchom o. Naom i Holland nigdy  się nie skarży ła; kiedy  ból stawał się nie do zniesienia, zagry zała bezkrwiste usta i wpatry wała się w

ścianę takim  wzrokiem , że obecny ch przechodziły  ciarki, nigdy  j ednak nie wy dała j ęku.

W krótkich chwilach ulgi dalej  interesowała się ty m , co dziej e się wokół niej . Nic nie um y kało j ej  by stry m  oczom  i czuj ny m  uszom .

Tego wieczoru leżała wy czerpana na zm iętoszony ch poduszkach, po południu m iała ciężki atak. Jej  wy dłużona twarz robiła w półm roku wrażenie twarzy  nieboszczki. Ciężki warkocz czarny ch włosów spły wał na kołdrę. Z dawnej  urody

pozostały  j uż ty lko te włosy , z który ch wciąż by ła dum na. I niezależnie od wszy stkiego żądała co dzień, by  j e szczotkować i zaplatać.

U wezgłowia łóżka siedziała na krześle czternastoletnia dziewczy nka złoży wszy  głowę na poduszce. Stoj ący  przy  oknie chłopiec by ł j ej  przy rodnim  bratem , ale Nika Carr w niczy m  nie przy pom inała Krzy sia Hollanda.

Nagle ciszę przerwało stłum ione łkanie. Chora, która wpatry wała się w wieczorną gwiazdę, niecierpliwie odwróciła głowę.

— Przestań, Niko — powiedziała ostro. — Nie ży czę sobie, żeby  m nie za ży cia opłakiwano, a i po m oj ej  śm ierci będziesz m iała co innego do roboty. Gdy by  nie Krzy ś, um arłaby m  bez przy krości. Kiedy  się m iało takie ży cie j ak j a,

śm ierć człowieka nie przeraża. Ty le, że powinno się um rzeć od razu, a nie po kawałeczku. To niesprawiedliwe!

Ostatnie  zdanie  wy głosiła  takim   tonem ,  j akby   zwracała  się  do  niewidzialnego  ty rana,  a  głos  by ł  przenikliwy   i  silny.  Chłopiec  przestał  pogwizdy wać,  a  dziewczy nka  wy tarła  oczy   w  spłowiały   fartuch.  Naom i  dotknęła  ustam i  swego

warkocza.

— Ty , Niko, nigdy  nie będziesz m iała takich włosów. Prawda, że szkoda j e pogrzebać razem  ze m ną? Pam iętaj , żeby ś m nie ładnie uczesała przed położeniem  do trum ny .

Dziewczy nka j ęknęła, a zabrzm iało to j ak skowy t rannego zwierzęcia. W tej  sam ej  chwili otworzy ły  się drzwi i weszła j akaś kobieta.

— Krzy siu — napom niała ostro. — Ach, ty  leniuchu. Naty chm iast leć po krowy . Świetnie wiesz, że czas j e przy prowadzić z pastwiska, a ty  tu bezczy nnie wy siaduj esz i m uszę cię szukać po cały m  dom u!

Chłopiec spoj rzał spode łba na ciotkę, ale nie śm iał zaprotestować i wy szedł, m rucząc coś pod nosem .

Ciotka zrobiła taki ruch, j akby  chciała dać m u po uszach, ale opanowała się spoj rzawszy  na Naom i Holland, która wprawdzie um ierała, ale nawet w takiej  chwili należało się obawiać j ej  gniewu. I ciotka, i j ej  pom ocnica lękały  się, że

paroksy zm y  furii Naom i świadczą, że opętał j ą diabeł. Ostatni raz m iało to m iej sce trzy  dni tem u, kiedy  Krzy ś poskarży ł się na ciotkę. Nie, nie m iała zam iaru przeży wać tego po raz wtóry . Podeszła do łóżka i poprawiła pościel.

— Naom i, Sara i j a pój dziem y  wy doić krowy . Zostanie z tobą Nika. Przy biegnie po nas, j eśli znów dostaniesz ataku.

Naom i spoj rzała na szwagierkę ze złośliwą saty sfakcj ą.

— Nie, Karolino, nie dostanę ataku. Dziś w nocy  um rę. Ale nie m usicie spieszy ć się z doj eniem . Zaczekam .

Z przy j em nością zobaczy ła zaalarm owaną twarz Karoliny . Warto by ło j ą przerazić.

— Czy  gorzej  się czuj esz? — spy tała Karolina drżący m  głosem . — Może poślę Karola po lekarza?

— Nie, nie poślesz. Na co m i lekarz? Niepotrzebne m i j ego pozwolenie, żeby  um rzeć. Idź spokoj nie wy doić krowy . Nie um rę, póki nie wrócisz, nie chcę cię pozbawić przy j em ności asy stowania przy  m oj ej  śm ierci.

Pani Hollandowa zacisnęła wargi i wy szła z twarzą m ęczennicy. Naom i nie by ła zby t wy m agaj ącą pacj entką, ale z dużą saty sfakcj ą wy głaszała złośliwe ty rady  i przy  żadnej  okazj i nie odm awiała sobie tej  przy j em ności. Nawet na łożu

śm ierci dawała upust swej  nienawiści do bratowej .

Przed dom em  czekała z wiadram i na m leko Sara Spencer. Sarę Spencer zawsze m ożna by ło znaleźć tam , gdzie ktoś chorował. By ła świetną pielęgniarką dzięki swem u doświadczeniu i zupełnem u brakowi wrażliwości. Wy soka, brzy dka,

m iała pom arszczoną twarz i szpakowate włosy . Schludna i drobna Karolina o okrągłej  twarzy  wy glądała przy  niej  j ak dziewczy na.

Obie kobiety  poszły  do obory  rozm awiaj ąc półgłosem  o Naom i. W dom u zapanowała cisza.

W sy pialni Naom i zapadł zm rok. Nika nachy liła się nieśm iało nad m atką.

— Mam o, zapalić lam pę?

— Nie. Patrzę na tę gwiazdę nad wiśnią. Chcę zobaczy ć, j ak znika za wzgórzem . Od dwunastu lat patrzy łam  na nią i chcę się z nią pożegnać. Bądź cicho. Muszę parę rzeczy  przem y śleć i nie chcę, by  m i przeszkadzano.

Dziewczy nka bezszelestnie wstała i oparła się o poręcz łóżka. Ukry ła twarz w rękach i gry zła j e, by  nie płakać.

Naom i Holland nie widziała j ej . Patrzy ła na wiszącą nad hory zontem  gwiazdę. Kiedy  gwiazda znikła, dwukrotnie klasnęła w ręce, a na j ej  twarzy  poj awił się przerażaj ący  wy raz. Ale gdy  odezwała się, j ej  głos brzm iał spokoj nie.

background image

— Teraz, Niko, m ożesz zapalić świecę. Postaw j ą na półce, żeby  światło nie raziło m nie w oczy . I usiądź w nogach łóżka, bo chcę cię widzieć. Mam  ci coś do powiedzenia.

Nika usłuchała. Blade światło świecy  pozwalało zobaczy ć, że dziewczy nka j est chuda i niezgrabna. Jedno ram ię sterczało wy żej . By ła ciem na tak j ak m atka, ale m iała nieregularne ry sy, a na twarz opadały  j ej  włosy  w strąkach. Nad

okiem  widniało czerwone znam ię.

Naom i Holland patrzy ła na nią z lekceważący m  pobłażaniem , nigdy  nie ukry wała, że ty lko takim  uczuciem  darzy  córkę, całą m iłość ofiarowała sy nowi.

— Niko, czy  drzwi są zam knięte?

Nika skinęła głową.

— Nie chcę, żeby  nagle wpadła tu Karolina i znów zaczęła się wtrącać. Teraz doi krowy , m am y  chwilę spokoj u i m uszę j ą wy korzy stać. Niko, j a um ieram  i…

— Mam o!

— No, no, nie wy dziwiaj . Od dawna wiesz, że m uszę um rzeć. Gonię j uż resztkam i sił, więc m i nie przery waj  i słuchaj .

— Tak, m am o.

— Chodzi o Krzy sia. Odkąd zachorowałam , wciąż o nim  m y ślę. Przez cały  rok próbowałam  ze wzglądu na niego walczy ć z chorobą, ale nic z tego. Muszę um rzeć, a tak się o niego boj ę. Bardzo m nie to dręczy .

Um ilkła i wy chudzoną ręką uderzy ła w stół.:

— Gdy by  by ł starszy, dałby  sobie radę w ży ciu. Ale j est m ały m  chłopcem , a Karolina go nie cierpi. A oboj e, póki nie dorośniecie, będziecie m usieli u niej  m ieszkać. Karolina gotowa się nad nim  pastwić. On pod wielom a względam i

przy pom ina oj ca, j est tak sam o uparty  i łatwo wpada w złość. Nie potrafi sobie z nią poradzić. Niko, obiecaj  m i, że po m oj ej  śm ierci zaopiekuj esz się Krzy siem . I tak j est to twoim  święty m  obowiązkiem , ale chcę, żeby ś m i to przy sięgła. —
Dobrze, m am o — szepnęła uroczy ście dziewczy nka.

— Nie j esteś silna, nigdy  nie by łaś. Ani zby t by stra. Gdy by ś by ła, m ogłaby ś m u wiele pom óc. Ale i tak m usisz zrobić dla niego wszy stko, co potrafisz. Przy sięgnij  m i, że będziesz go bronić i nigdy  go nie opuścisz, póki będzie twoj ej

pom ocy  potrzebował. Niko, przy sięgnij  m i.

Twarz Niki by ła blada i napięta. Złoży ła ręce j ak do m odlitwy .

— Przy sięgam , m am o.

Naom i wy czerpana opadła na poduszki. Podniecenie m inęło, z oczu wy zierała śm ierć.

— Lżej  m i. Ach, gdy by m  m ogła j eszcze poży ć chociażby  rok. Nienawidzę Karoliny. Nienawidzę. Niko, nie pozwól j ej  dręczy ć m oj ego chłopca. Bo wstanę z grobu i przy j dę do ciebie! Ze spadkiem  nie będzie kłopotów, wszy stko zostało

prawnie załatwione. Krzy ś otrzy m a farm ę, gdy  skończy  lat osiem naście i będzie m ógł j ą prowadzić, zadba wówczas o twoj e potrzeby . Niko, nie zapom nij  o swoj ej  przy siędze.

W m leczarni Karolina Holland i Sara Spencer wlewały  m leko do wirówki, zasępiony  Krzy sztof pom pował. Dom  Naom i stał z dala od drogi, prowadziła do, niej  ruda ścieżka, dopiero za polem  znaj dowała się stara farm a Hollandów, gdzie

m ieszkała Karolina, a teraz, gdy  opiekowała się Naom i, obj ęła tam  rządy  j ej  niezam ężna szwagierka Eliza.

Dziś Karolina m iała m ieć wolną noc i wrócić do dom u, ale prześladowały  j ą słowa Naom i, choć przy pisy wała j e czy stej  „przewrotności”.

— Zaj rzy j  do niej , Saro — poprosiła m y j ąc wiadra — i zobacz, czy  nie powinnam  j ednak zostać. Jeśli trzeba, to zostanę. Z każdą inną kobietą człowiek wiedziałby , czego się trzy m ać, ale ona m ogła nas po prostu chcieć przerazić.

Kiedy  Sara weszła do sy pialni, uznała, że Naom i nie pogorszy ło się, i tak też powiedziała Karolinie, ta j ednak postanowiła zostać.

Naom i  j ak  zwy kle  zachowy wała  się  wy zy waj ąco.  Kazała  im   sprowadzić  Krzy sia,  by   m u  powiedzieć  dobranoc  i  ucałować  go.  Potem   przez  chwilę  patrzy ła  na  niego  z  zachwy tem   —  na  j asne  loczki,  różowe  policzki  i  zręczną,  silną

sy lwetkę. Chłopiec poczuł się nieswoj o i szy bko zlazł z łóżka. Kiedy  wy chodził, patrzy ła za nim  wy głodniały m  wzrokiem . Zam knął drzwi, a ona j ęknęła. Sara Spencer przeraziła się. Nigdy  dotąd nie sły szała j ęku Naom i.

— Naom i, gorzej  się czuj esz? Wraca ból?

— Nie. Idź i każ Karolinie, żeby  dała Krzy siowi przed snem  trochę galaretki z winogron. Znaj dzie j ą w kom órce pod schodam i.

W dom u zapanowała całkowita cisza. Karolina zasnęła na kozetce w bawialni z drugiej  strony  sieni. Sara siedząc przy  stoliku w sy pialni Naom i kiwała się nad robótką. Kazała Nice iść się położy ć, ale dziewczy nka nie zgodziła się. Wciąż

siedziała skulona w nogach łóżka, wpatruj ąc się bacznie w twarz m atki. Zdawało się, że Naom i śpi. Powoli dopalała się świeca. Nika m iała wrażenie, że na nią m ruga. Na ściance koły sał się cień głowy  Sary. Firanki powiewały, j akby  poruszała
j e ręka duchów.

O północy  Naom i Holland otworzy ła oczy . W owej  chwili, gdy  m iała przekroczy ć granicę niewidzialnego świata, by ła z nią ty lko niekochana córka. — Niko, pam iętaj !

By ł to cichutki szept. Odchodząca dusza zdoby ła się na ostatni wy siłek. Po twarzy  przebiegł dreszcz.

Rozległ się straszny  krzy k. Zaspana Sara Spencer zerwała się i z konsternacj ą spoj rzała na rozpaczaj ącą dziewczy nkę. Wbiegła Karolina. Na łóżku leżała m artwa Naom i.

Naom i Holland leżała w trum nie w sy pialni, w której  um arła. By ło tu ciem no i cicho, w reszcie dom u toczy ły  się przy gotowania do pogrzebu. Nika krzątała się, spokoj na i m ilcząca. Od tam tej  strasznej  chwili nie przelała j uż łzy, niczy m

nie okazy wała swego bólu. Pewnie, j ak to przewidziała m atka, nie m iała na to czasu. Musiała się zaj ąć Krzy siem . Rozpaczał burzliwie i głośno. Płakał aż do ostatecznego wy czerpania. Nika pocieszała go, karm iła, ani na chwilę nie opuszczała.
Wieczorem  zabrała go do swego pokoj u i czuwała nad j ego snem .

Po pogrzebie część m ebli spakowano, a część sprzedano. Zam knięto dom , farm ę oddano w dzierżawę. Dzieci zabrał stry j . Karolina nie lubiła ich, ale uważała to za swój  obowiązek. Miała własny ch pięcioro dzieci, z który m i Krzy ś kłócił

się, odkąd zaczął chodzić.

Karolina nigdy  nie przepadała za Naom i. Mało kto czuł do niej  sy m patię. Beniam in Holland późno się ożenił, a j ego żona zaraz zaczęła woj ować z nową rodziną. By ła obca — przy j echała do Avonlea j ako wdowa, z trzy letnią córeczką.

Znalazła niewielu przy j aciół. Sporo osób utrzy m y wało, że nie j est zupełnie norm alna.

Po roku m ałżeństwa urodził się Krzy ś i od tej  chwili m atka nie widziała poza nim  świata. Uwielbiała go. Dla niego harowała i oszczędzała. Kiedy  wy chodziła za Beniam ina Hollanda, niewiele m iał, a w sześć lat potem  um arł j ako zam ożny

człowiek.

Naom i nawet nie udawała, że go opłakuj e. Wszy scy  wiedzieli, że ży li z sobą j ak pies z kotem . Karol Holland i j ego żona by li oczy wiście po stronie Beniam ina i Naom i sam otnie m usiała stawiać czoło m ężowi. Po j ego śm ierci sam a

zaj m owała się farm ą i farm a przy nosiła dochód. Kiedy  dopadła j ą owa taj em nicza choroba, która skróciła j ej  ży cie, walczy ła z nią zaciekle i uporczy wie. Wy walczy ła rok ży cia i m usiała się poddać. W dniu, w który m  nie m ogła j uż wstać z
łóżka, zaznała całej  gory czy  śm ierci widząc, j ak j ej  nieprzy j aciółka obej m uj e we władanie dom .

Karolina Holland nie by ła złą kobietą. Nie darzy ła m iłością ani Naom i, ani j ej  dzieci, ale skoro ta kobieta um ierała, przy zwoitość nakazy wała się nią zaj ąć. Karolina uważała, że sum iennie wy pełniła ten obowiązek.

background image

Kiedy  na cm entarzu w Avonlea wzgórek czerwonawej  gliny  wskazał m iej sce pochówku Naom i, Karolina zabrała do siebie Nike i Krzy sia. Krzy ś nie chciał opuścić dom u, ale uległ naleganiom  Niki. Tulił się do niej  szukaj ąc pociechy  w

bólu.

W ciągu następny ch dni Karolina Holland doszła do wniosku, że bez pom ocy  Niki nie dałaby  sobie rady  z Krzy siem . By ł uparty  i nieznośny , ale siostra m iała na niego wielki wpły w.

W dom u Karola HoUanda nikt nie j adł za darm o chleba. Karol m iał sam e córki, więc Krzy ś przy dał się do drobny ch prac gospodarskich. Musiał pracować — czasem  zlecano m u zby t wiele. Ale Nika pom agała m u i w taj em nicy  przed

wszy stkim i wy kony wała przy naj m niej  połowę j ego roboty . Kiedy  kłócił się z kuzy nkam i, stawała zawsze po j ego stronie, a kiedy  coś zbroił, ona przy znawała się do winy .

Eliza Holland by ła niezam ężną siostrą Karola. Przed m ałżeństwem  Beniam ina prowadziła m u gospodarstwo i nigdy  nie wy baczy ła Naom i, że ta wy sadziła j ą z siodła. Nienawidziła j ej  i tą nienawiścią obdarzy ła teraz j ej  dzieci. Na sto

sposobów starała się im  dokuczy ć. Nika znosiłaby  to cierpliwie, ale buntowała się ze względu na Krzy sia. Kiedy ś Eliza m ocno trzepnęła chłopca. Nika, która siedziała przy  stole robiąc na drutach, zerwała się. Nagle stała się podobna do m atki.
Podniosła rękę i dwukrotnie spoliczkowała Elizę, na j ej  twarzy  pozostały  dwa czerwone ślady .

— Za każdy m  razem  kiedy  ciocia uderzy  m oj ego brata — oświadczy ła wolno i m ściwie — spoliczkuj ę ciocię! Ciocia nie m a prawa go doty kać.

— A to m ała j ędza! — krzy knęła Eliza. — Wy kapana m atka! Opowiedziała o ty m  wy darzeniu Karolinie i Nika została surowo ukarana. Ale odtąd Eliza nigdy  j uż nie dręczy ła Krzy sia.

 

Nie da się powiedzieć, by  na farm ie Hollandów panowała zgoda i harm onia, ale dzieci dorastały. Znękana Karolina m arzy ła, by  j ak naj prędzej  dorosły. Kiedy  Krzy sztof Holland skończy ł siedem naście lat, by ł j uż m ężczy zną, krzepkim ,

wy sokim  m ężczy zną. Chłopięca uroda znikła, ale większość osób uważała, że j est przy stoj ny .

Obj ął farm ę m atki i rodzeństwo rozpoczęło wspólne ży cie w dom u, który  tak długo świecił pustkam i. Kiedy  opuszczali siedzibę Hollandów, obie strony  odczuły  ulgę. Nika by ła wręcz szczęśliwa.

W ciągu ostatniego roku Krzy sztofa trudno by ło „okiełznać”, j ak to m awiał j ego stry j . Znalazł sobie podej rzany ch koleżków i wieczoram i późno wracał. Wtedy  Karol Holland wpadał w gniew i coraz częściej  dochodziło do przy kry ch

konfliktów.

Po powrocie do dom u Nika przez cztery  lata m iała ciężkie ży cie. Krzy sztof lenił się i hulał. Zy skał opinię nicponia, stry j  um y ł ręce. Ty lko Nika stała po j ego stronie, nie robiła m u nigdy  wy m ówek i ty rała ponad siły, żeby  gospodarstwo

nie podupadło. I j ej  cierpliwość odniosła skutek. Krzy sztof poprawił się i zaczął pracować. Nigdy  zresztą, nawet w przy stępie złości, nie by ł dla niej  niedobry. Nie doceniał j ej  przy wiązania, nie um iał się j ej  za nie odwdzięczy ć, ale tolerował j e
i to by ło j ej  j edy ną pociechą.

Kiedy   Nika  skończy ła  dwadzieścia  osiem   lat,  zapragnął  się  z  nią  ożenić  Edward  Bell.  By ł  on  wdowcem   w  średnim   wieku  obarczony m   czwórką  dzieci,  ale  j ak  Karolina  nie  om ieszkała  przy pom nieć  Nice,  ta  nigdy   j eszcze  nie  m iała

konkurenta; Karolina na serio zabrała się da swatów. Pewnie by  się j ej  to udało, gdy by  nie postawa Krzy sztofą Kiedy  m im o zręczny ch m anewrów Karoliny  przewąchał prawdę, wpadł w furię. Jeśli  Nika  zostawi  go  i  wy j dzie  za  m ąż,  on
sprzeda]  farm ę  i  ruszy   w  diabły.  Do  Klondike.  Nie  zostanie  tu  bez  niej .  Karolina  proponowała  rozm aite  rozwiązania,  ale  on  by ł  na  wszy stkie  argum enty   głuchy   i  w  końcu  Nika  nie  wy szła  za  Edwarda  Bella.  Nie  może opuścić  Krzy sztofa,
oświadczy ła i Karolinie nie udało się j ej  przekonać.

— Głupia j esteś, Niko — m ówiła. — Już ci się taka okazj a nie trafi. A Krzy ś za rok, dwa ożeni się i co wtedy ? Jego żona wy sadzi cię z siodła!

To by ł trafny  strzał. Nika zbladła. Ale odpowiedziała cicho:

— Dom  j est duży . Pom ieścim y  się. Karolina pry chnęła.

— Może. Przekonasz się sam a. Ale widzę, że cię nie przekonam . Jesteś równie uparta j ak m atka. Mam  nadziej ę, że tego nie pożałuj esz.

Minęły  trzy  lata. Krzy sztof zaczął starać się o Wiktorię Py e. Dopiero po j akim ś czasie wieść o ty m  dotarła do uszu Hollandów i Niki. Wtedy  rozpętało się piekło. Hollandowie i Py e’owie od trzech pokoleń nie rozm awiali. Nikt nie pam iętał

j uż, o co poszło, ale w grę wchodziła dum a rodzinna. Hollandowie nie zadaj ą się z Py e’am i.

Karol Holland choć postanowił, że nie będzie więcej  zaj m ował się sprawam i Krzy sztofa, przy biegł, by  m u przem ówić do rozsądku. Karolina prawiła kazania Nice, tak przej ęta, j akby  to chodziło o j ej  własnego brata.

Nike m ało obchodziła rodzinna waśń. Wiktoria by ła dla niej  po prostu ry walką, tak j akby  nią by ła każda dziewczy na, którą pokochałby  Krzy ś. Po raz pierwszy  w ży ciu poczuła zazdrość. Przeży wała koszm ar. Więc podbechty wana przez

Karolinę postanowiła pogadać z Krzy siem . Bała się, że go rozzłości, ale on przy j ął to pogodnie. Nawet go to lekko rozbawiło.

— Co m asz przeciwko Wiktorii? — spy tał.

Nika nie wiedziała, co odpowiedzieć. To prawda, nie m iała Wiktorii nic konkretnego do zarzucenia. Poczuła się bezradna. Krzy sztof roześm iał się.

— Pewnie j esteś zazdrosna — zauważy ł — ale przecież wiedziałaś, że kiedy ś się ożenię. Dom  j est duży , pom ieścim y  się. Bądź rozsądna. Nie słuchaj  ty ch bzdur, które wy gaduj ą stry j ostwo. Mężczy zna żeni się dla siebie.

Pewnego dnia Krzy sztof wrócił bardzo późno. Nika j ak zwy kle czekała. By ł chłodny  wiosenny  wieczór. Nika usiadła pod oknem  w wy sprzątanej  kuchni.

Nie zapaliła lam py. Przez okno zaglądało światło księży ca. Wiał wiatr i przy nosił z ogródka zapach m ięty. Ogródek by ł staroświecki, rosło w nim  wiele by lin zasadzony ch j eszcze przez Naom i. Nika skrupulatnie o nie dbała. Tego dnia też

pracowała w ogródku i czuła się bardzo zm ęczona.

By ła sam a i sam otność zaczęła j ej  nagle dokuczać. Usiłowała pogodzić się z m ałżeństwem  Krzy sztofa i częściowo j ej  się to udało. Powtarzała sobie, że i tak będzie m ogła się nim  zaj m ować i dbać o j ego wy gody. Postara się pokochać

Wiktorię, m oże zresztą m iło będzie m ieć w dom u drugą kobietę.

Kiedy  usły szała kroki Krzy sztofa, zerwała się, by  zapalić świecę. On na j ej  widok nastroszy ł się, nigdy  nie lubił, żeby  na niego czekała. Usiadł przy  piecu i zdj ął buty, a Nika przy gotowała m u coś do przekąszenia. Zj adł w m ilczeniu, ale

nie wstał, by  pój ść do łóżka. Nike ogarnęły  złe przeczucia. I wcale nie zdziwiła się, gdy  nagle oświadczy ł:

— Niko, m am  zam iar ożenić się j eszcze tej  wiosny .

Nika pod stołem  splotła ręce. Oczekiwała tego i oświadczy ła to bezbarwny m  tonem .

— Musim y  coś dla ciebie wy m y ślić — ciągnął Krzy sztof. — Wiktoria nie ży czy  sobie… Wiktoria uważa, że m łoda para powinna by ć sam a, i m y ślę, że m a racj ę. Tobie też by łoby  przy kro odstąpić j ej  m iej sce pani dom u.

Nika próbowała coś odpowiedzieć, ale nie m ogła wy krztusić słowa, z j ej  ust wy doby ł się ni to szloch, ni to pom ruk. Krzy sztof spoj rzał na nią. Rozgniewał go wy raz j ej  twarzy . Niecierpliwie odepchnął krzesło.

— No, Niko, ty lko nie wy dziwiaj . To się na nic nie zda. Bądź rozsądna. Jestem  do ciebie bardzo przy wiązany , ale m ężczy zna m usi się liczy ć z żoną. Ale nie bój  się, zapewnię ci przy zwoite utrzy m anie.

— Chcesz powiedzieć, że twoj a żona wy gania m nie z dom u? — wy j ąkała Nika.

Krzy sztof zm arszczy ł brwi.

— Wiktoria powiada, że nie wy j dzie za m nie, j eśli będzie m usiała z tobą m ieszkać. Boi się ciebie. Tłum aczy łem  j ej , że nie będziesz się do niej  wtrącać, ale ona nie wierzy. To twoj a wina, Niko. Zawsze  byłaś taka skry ta, że ludzie uważaj ą

cię za dziwaczkę. Wiktoria j est m łodą, ży wą dziewczy ną i źle by  się wam  współży ło. Nikt cię nie wy gania. Zbuduj ę ci gdzieś dom ek i będzie ci tam  dużo lepiej . Więc nie zawracaj  m i głowy .

background image

Nika nie wy glądała na kogoś, kto chciałby  zawracać głowę. Siedziała j ak skam ieniała. Krzy sztof wstał z ulgą, że m a j uż tę rozm owę za sobą.

— Pój dę spać. Ty  j uż dawno powinnaś się by ła położy ć.

Kiedy  wy szedł. Nika zaszlochała i rozej rzała się nieprzy tom ny m  wzrokiem . Miała ciężkie ży cie, ale nie zaznała j eszcze takiej  rozpaczy .

Wstała, przeszła przez sień i otworzy ła drzwi pokoj u, w który m  um arła m atka. Pokój  ten by ł zawsze zam knięty  i wy glądał tak j ak wówczas. Nika chwiej nie podeszła do łóżka i usiadła.

Przy pom niała sobie obietnicę złożoną m atce. Teraz więc nie będzie m ogła j ej  dalej  wy pełniać. Ma opuścić dom  i j edy ną istotę, którą kocha. A Krzy sztof zgadza się na to, zapom niawszy  o j ej  poświęceniach. Tak, bardziej  m u zależy  na

tej  czarnookiej  dziewczy nie niż na siostrze. Nika zakry ła rękam i płonące oczy  i głośno j ęknęła.

 

Karolina Holland, dowiedziawszy  się o ty m , przeży ła wspaniałą chwilę. Mało rzeczy  m ogłoby  j ej  sprawić taką saty sfakcj ę, co oświadczenie: „A nie  m ówiłam ?”  Niem niej   wy powiedziawszy   te  słowa  zaproponowała  Nice,  by   u  nich

zam ieszkała. Eliza zm arła, Nika, j eżeli zechce, m oże zaj ąć j ej  m iej sce.

— Nie m ożesz m ieszkać sam a… To bzdury. Jeśli Krzy sztof zam ierza pokazać ci drzwi — m y  cię weźm iem y. Zawsze by łaś niem ądra, że go tak rozpieszczałaś. Widzisz, j ak ci się odwdzięcza! Wy rzuca cię j ak psa na skinienie palcem

przy szłej  żoneczki. Żałuj ę, że nie widzi tego wasza m atka!

To chy ba po raz pierwszy  po śm ierci Naom i Karolina wy raziła żal. Ostro natarła na Krzy sztofa, a ten zwy m y ślał j ą i kazał się nie wtrącać.

Kiedy  Karolina ochłonęła, om ówiła z Krzy sztofem  dalsze losy  Niki, a ta zgodziła się na wszy stko. Mało j ą obchodziło, co się z nią stanie. Kiedy  Krzy sztof sprowadził Wiktorię do dom u, w który m  kiedy ś harowała i cierpiała j ego m atka,

Niki j uż tam  nie by ło. Zaj ęła u Karolostwa Hollandów m iej sce Elizy  — bezpłatnej  służącej  nieco wy ższego rzędu.

Karol i Karolina traktowali j ą dobrze, m iała m nóstwo roboty. Przez pięć lat prowadziła nudne, m onotonne ży cie. Ani razu nie przekroczy ła progu dom u, w który m  Wiktoria Holland, tak j ak kiedy ś Naom i, sprawowała absolutną władzę.

Ciekawość Karoliny  zwy cięży ła gniew i zaglądała tam  czasem , dzieląc się z Niką swoim i obserwacj am i. Ale ta raz ty lko okazała zainteresowanie, a to wówczas gdy  dowiedziała się, że Wiktoria urządziła salonik w pokoj u, w który m  um arła
Naom i. Nika na m y śl o ty m  świętokradztwie poczerwieniała i zabły sły  j ej  oczy . Ale nie wy powiedziała słowa nagany .

Nika tak j ak całe Avonlea wiedziała, że m ałżeństwo Krzy sztofa nie układa się naj lepiej . Oczy wiście obwiniała za to, zresztą niesłusznie, Wiktorię i znienawidziła j ą j eszcze bardziej .

Krzy sztof rzadko zaglądał do dom u Karola. Pewnie się wsty dził. By ł ponury  i m ilczący . Mówiono, że znów zaczął pić.

Której ś j esieni Wiktoria Holland wy brała się do m iasta odwiedzić zam ężną siostrę. Zabrała z sobą j edy naczkę. Krzy sztof został w dom u sam .

Owa j esień pozostała w pam ięci Avonlea. Opadły  j uż liście, skróciły  się dni, poj awił się strach. To Karol Holland przy niósł któregoś wieczoru ponure wieści.

— W Charlottetown poj awiła się ospa. Zachorowało j uż kilka osób. Przy wieźli j ą m ary narze. Jeden z nich przy szedł na koncert w m ieście, a zaraz następnego dnia zabrano go do szpitala.

Charlottetown by ło blisko i wszy scy  tam  często j eździli, zapanowało więc ogólne przerażenie.

Kiedy  następnego dnia Karolina opowiedziała o ty m  Krzy sztofowi, ten zbladł. Otworzy ł usta, j akby  chciał coś powiedzieć, ale zaraz j e zam knął. Siedzieli w kuchni, Karolina przy biegła oddać poży czoną herbatę i przy  okazj i przy j rzeć się

pod nieobecność Wiktorii, czy  utrzy m uj e ona w porządku dom . Cały  czas rozglądała się, nie zauważy ła więc bladości bratanka.

— Jak się ktoś zaraził, to po j akim  czasie zachoruj e? — spy tał Krzy sztof, gdy  Karolina zbierała się j uż do odej ścia.

— Dziesięć dni do dwóch ty godni — odpowiedziała. — Muszę zaraz zaszczepić córki. Może by ć epidem ia. Kiedy  oczekuj esz powrót Wiktorii?

— Jak się j ej  zachce wrócić — brzm iała szorstka odpowiedź.

W ty dzień później  Karolina zauważy ła do Niki:

— Nie wiem , co się stało Krzy sztofowi. Cały  czas wy siaduj e w dom u. To coś nowego! Może się rozkoszuj e spokoj em . Chy ba zaj rzę po wy doj eniu krów. Chodź ze m ną, Niko.

Nika  przecząco  potrząsnęła  głową.  By ła  równie  uparta  j ak  m atka  i  nie  zam ierzała  przekroczy ć  progu  dom u  Wiktorii.  Cierpliwie  cerowała  skarpetki  siedząc  na  swy m   ulubiony m   m iej scu  przy   wy chodzący m   na  zachód  oknie,  skąd  za

opadaj ący m  w dół polem  i klonowy m  gaikiem  widziała utracony  dom .

Po wy doj eniu krów Karolina narzuciła na głowę chustę i pobiegła przez pola. Dom  wy glądał na opuszczony . Kiedy  walczy ła ze skoblem  bram y , otworzy ły  się kuchenne drzwi i w progu stanął Krzy sztof.

— Niech ciocia nie podchodzi! — krzy knął.

Karolina aż się cofnęła. Jakaś nowa sprawka Wiktorii?

— Niech ciocia wróci do dom u i poprosi stry j a, żeby  wezwał doktora Spencera. Jestem  chory .

Karolina przeraziła się i znów cofnęła o parę kroków.

— Co ci j est?

— By łem  w Charlottetown na tam ty m  koncercie. Ten m ary narz siedział koło m nie. Wy glądał na chorego. To by ło równo dwanaście dni tem u. I od wczoraj  źle się czuj ę. Poślij cie po lekarza. I niech nikt nie zbliża się do m ego dom u.

Wszedł do środka i zam knął drzwi. Karolina chwilę stała ogarnięta paniką. Potem  pobiegła, j akby  j ą ktoś gonił. Nika zobaczy ła j ą i podeszła do drzwi.

— Niech Bóg m a nas w swoj ej  opiece! — zawołała Karolina. — Krzy sztof j est chory  i boi się, że to ospa. Gdzie Karol?

Nika oparła się o drzwi. Chwy ciła się za serce, ostatnio często wy kony wała ten ruch. Karolina, m im o że tak przej ęta, zauważy ła to.

— Niko, czem u się wciąż chwy tasz za serce? Boli cię? — spy tała ostro.

— Nie wiem . Tak, coś m nie zakłuło, ale j uż przeszło. Czy  ciocia powiedziała, że Krzy sztof m a ospę?

— On tak twierdzi i zważy wszy  na okoliczności, j est to zupełnie m ożliwe. Nigdy  się tak nie przeraziłam . Muszę zaraz znaleźć Karola…

background image

Nika ledwie j ej  słuchała. Krzy sztof j est chory  — i sam  — ona m usi do niego pój ść. Kiedy  Karolina bez tchu wróciła z obory , Nika w chuście na głowie stała przy  stole pakuj ąc rzeczy .

— Niko! Gdzie się wy bierasz?

— Do dom u — odparła Nika. — Krzy sztofa trzeba będzie pielęgnować, więc m uszę się ty m  zaj ąć.

— Weroniko Carr! Chy ba zwariowałaś. To ospa! Ospa! Zabiorą go do szpitala w m ieście. Nie wolno ci wchodzić do tego dom u.

— Muszę — Nika stawiła czoło ciotce. Jak zwy kle w chwilach napięcia zrobiła się podobna do m atki. — Nie dam  go zabrać do szpitala. Tam nie będzie m iał dostatecznej  opieki. Niech ciocia nie próbuj e m nie zatrzy m y wać, przecież cioci

nic nie grozi.

Karolina bezradnie usiadła. Czuła, że niczego nie wy perswaduj e tej  zdeterm inowanej  kobiecie. Może, gdy by  by ł tu Karol… Ale Karol pobiegł po lekarza.

Nika stanowczy m  krokiem  ruszy ła ścieżką polną, którą j uż od ty lu lat nie szła. Nie czuła strachu, lecz radosne podniecenie. Krzy sztof znów j ej  potrzebuj e, nie m a tej , która ich rozdzieliła. Przenikliwe wieczorne powietrze przy pom niało j ej

tam tą wiosnę i złożoną m atce obietnicę.

 

Krzy sztof zobaczy ł, że nadchodzi, i zaczął j ej  dawać znaki, by  się cofnęła.

— Nie zbliżaj  się, Niko. Czy  Karolina nie powiedziała ci, że pewnie m am  ospę?

Nika nie przy stanęła. Przeszła przez podwórze i znalazła się na schodkach ganku. On cofnął się i usiłował zam knąć drzwi.

— Zwariowałaś! Uciekaj , póki czas.

Nika pchnęła drzwi i stanowczo weszła do środka.

— Już za późno. Jestem  tu i będę cię pielęgnować, j eśli rzeczy wiście dostaniesz ospy. Może j ednak nie. Teraz każdy, kogo zaboli m ały  palec, uważa, że to ospa. Tak czy  owak powinieneś się zaraz położy ć, żeby  się nie zaziębić. A j a zapalę

lam pę i ci się przy j rzę.

Krzy sztof opadł na krzesło. Jego zwy kły  egoizm  wziął górę i nie usiłował j uż przekony wać Niki, by  odeszła. Ona postawiła koło niego lam pę i przy j rzała się bacznie j ego twarzy .

— Musisz m ieć dużą gorączkę. Co ci dolega? Kiedy  zachorowałeś?

— Wczoraj . Dostałem  dreszczy  i łam ało m nie w kościach. Niko, j ak m y ślisz, to naprawdę ospa? Um rę?

Chwy cił j ą za rękę i patrzy ł błagalny m  wzrokiem  dziecka. Nika poczuła, że fala m iłości zalewa j ej  wy głodniałe serce.

— Nie m artw się, wielu chory ch na ospę zdrowiej e, j eśli się ich dobrze pielęgnuj e, a j a będę cię pielęgnować. Karol pobiegł po lekarza i dowiem y  się, co ci j est. Kładź się do łóżka.

Zdj ęła  chustę  i  powiesiła  na  kołku.  Czuła  się  tak,  j akby   nigdy   nie  opuszczała  tego  dom u.  Wróciła  do  swego  królestwa  i  nikt  nie  zam ierzał  go  j ej   odebrać.  Kiedy   w  dwie  godziny   później   poj awił  się  doktor  Spencer  ze  stary m   Idzim

Blewettem , który  za m łodu przeszedł ospę, dom  by ł sprzątnięty  i unosił się w nim  zapach środków odkażaj ący ch. Z bawialni Wiktorii Nika wy rzuciła m eble. Na dole nie by ło sy pialni, tu więc zam ierzała położy ć chorego Krzy sztofa.

Lekarz m iał strapioną m inę.

— Bardzo m i się to nie podoba, ale nie m am  j eszcze pewności. Jeśli to ospa — j utro poj awi się wy sy pka. Może zabierzem y  go do szpitala?

— Nie — odparła zdecy dowanie Nika. — Sam a będę go pielęgnować. Nie boj ę się i j estem  zdrowa i silna.

Lekarz skinął głową.

— Dobrze. By ła pani szczepiona?

— Tak.

— Cóż, w tej  chwili nic się nie da zrobić. Niech się pani położy  i odpocznie.

Ale Nika nie chciała o ty m  sły szeć. Należało się zaj ąć m nóstwem  rzeczy. Wy szła do sy pialni i otworzy ła okno. W bezpiecznej  odległości stał na uboczu Karol Holland. Wiatr przy niósł woń środków dezy nfekuj ący ch, który m i się sowicie

skropił.

— Co m ówi lekarz? — zawołał.

— Przy puszcza, że to ospa. Czy  dał stry j  znać Wiktorii?

— Tak, Kuba Blewett poj echał do m iasta i j ą zawiadom ił. Zostanie na czas choroby  Krzy sia u siostry . Tak będzie naj m ądrzej . Strasznie się wy straszy ła.

Nika wzgardliwie wy dęła usta. Nie m ogła zrozum ieć, j ak żona m oże opuścić m ęża w chorobie, niezależnie o j aką chorobę chodzi. Ale to i lepiej , będzie m iała Krzy sztofa ty lko dla siebie.

Noc by ła długa i m ęcząca, ale i tak świt poj awił się zby t wcześnie, gdy ż przy niósł z sobą sm utną pewność — by ła to ospa. Lekarz nie m iał j uż wątpliwości. Nika do tej  chwili m iała j eszcze nadziej ę, ale kiedy  dowiedziała się naj gorszego,

zachowała spokój .

W południe nad dom em  zawisła żółta flaga i podj ęto nieodzowne decy zj e. Karolina m iała dla nich gotować, Karol przy nosić posiłki i zostawiać j e na podwórzu. Stary  Idzi Blewett będzie co dzień przy chodził, zaj m ie się gospodarstwem . A

Nika zaczęła długą, beznadziej ną walkę ze śm iercią.

By ła ona bardzo wy czerpuj ąca. Krzy sztof w tej  przerażaj ącej  chorobie wy glądał tak, że m ożna by  wy baczy ć naj bliższej  m u osobie, gdy by  uciekła. Nika ani na chwilę nie odeszła od j ego łóżka. Czasem  drzem ała w stoj ący m  obok fotelu,

„ale nigdy  się nie kładła. By ła niezwy kle wy trzy m ała, a j ej  cierpliwość i czułość m iały  w sobie coś nadludzkiego. Krzątała się bezszelestnie, z uśm iechem  na ustach, a w oczach poj awił się wy raz, j aki widuj e się na obrazkach święty ch. Cały
świat zam y kał się dla niej  w czterech ścianach pokoj u, w który m  leżał ukochany , j akże odstręczaj ąco wy glądaj ący , chory  brat.

Któregoś  dnia  lekarz  po  zbadaniu  pacj enta  zasępił  się.  Choć  j ego  zawód  uodpornił  go  na  wiele  rzeczy,  nie  czuł  się  na  siłach,  by   uprzedzić  Nikę,  że  j ej   brat  nie  m a  j uż  żadny ch  szans.  Nigdy   nie  widział,  by   ktoś  aż  z  takim   oddaniem

pielęgnował bliską osobę. Jak tu powiedzieć, że j ej  poświęcenie nie zdało się na nic?

background image

Ale Nika sam a to zobaczy ła. Lekarz uznał, że przy j ęła to bardzo spokoj nie. I doczekała się nagrody .

W nocy  nachy liła się nad Krzy sztofem , a on otworzy ł spuchnięte powieki. By li sam i, w szy by  bębnił deszcz.

Krzy sztof uśm iechnął się spieczony m i wargam i i wy ciągnął do siostry  rękę.

— Niko — szepnął — j esteś naj wspanialszą siostrą na cały m  świecie. Źle cię potraktowałem , a ty  m nie nie odstąpiłaś. Powiedz Wiktorii, że m a cię kochać i…

Jego głos zam ienił się w niewy raźny  pom ruk. Nika została sam a.

Następnego  dnia  w  pośpiechu  pogrzebano  Krzy sztofa  Hollanda.  Doktor  zdezy nfekował  dom ,  a  Nika  m usiała  w  nim   pozostać  i  poddać  się  kwarantannie.  Nie  przelała  ani  j ednej   łzy,  lekarz  dziwił  się,  ale  pełen  by ł  adm iracj i  dla  niej .

Oświadczy ł, że nigdy  nie spotkał tak świetnej  pielęgniarki. Nike m ało interesowały  pochwały  czy  nagany . Coś w niej  pękło. Zastanawiała się, j ak będzie dalej  ży ć.

Późny m  wieczorem  weszła do pokoj u, w który m  um arła j ej  m atka i um arł j ej  brat. Okno by ło otwarte i powiew świeżego powietrza sprawił j ej  przy j em ność. Uklękła koło łóżka.

— Mam o — powiedziała głośno — dotrzy m ałam  m oj ej  przy sięgi. Kiedy  po długiej  chwili spróbowała wstać, zatoczy ła się i upadła na łóżko, chwy taj ąc się za serce. Rano znalazł j ą tam  stary  Idzi Blewett. Na j ej  twarzy  zasty gł uśm iech.

background image

 

background image

Ten pospolity facet

 

W dzień ślubu m oj ej  m aleńkiej  obudziłam  się wcześnie i pobiegłam  do j ej  sy pialni. Dawno, dawno tem u kazała m i obiecać, że to j a, nie kto inny , obudzi j ą tego poranka.

— To ty , ciociu Rachelo, wzięłaś m nie pierwsza w ram iona, kiedy  przy szłam  na świat — powiedziała — i chcę, żeby ś ty  pierwsza uściskała m nie w ten cudowny  dzień.

Ale to by ło naprawdę dawno tem u i teraz serce m ówiło m i, że nie będę m usiała j ej  budzić. Miało racj ę. Filipa j uż nie spała, leżała oparłszy  głowę na ręce i wpatry wała się w okno, przez które sączy ł się blady  świt przej m uj ąc dreszczem .

Miałam   raczej   ochotę  płakać  niż  się  radować  i  znów  zabolało  m nie  serce,  kiedy   zobaczy łam   j ej   bladą  sm utną  twarz,  wy glądała,  j akby   czekał  j ą  całun,  a  nie  ślubny   welon.  Ale  kiedy   usiadłam   na  łóżku  i  wzięłam   j ą  za  rękę,  dzielnie  się
uśm iechnęła.

— Wy glądasz, m aleńka, j akby ś nie zm ruży ła dziś oka.

— Bo tak by ło — odparła. — Ale ta noc nie dłuży ła m i się, przeciwnie, wy dała m i się zby t krótka. My ślałam  o ty lu rzeczach… Która to godzina, ciociu Rachelo?

— Piąta.

— Zatem  za sześć godzin…

Nagle usiadła, gęsta grzy wa ciem ny ch włosów opadła j ej  na ram iona, obj ęła m nie, ukry ła m i twarz na piersiach i zaczęła płakać. Tuliłam  j ą i pocieszałam , nie m ówiąc słowa. Po chwili przestała szlochać, nie podniosła j ednak główki, nie

chciała, żeby m  zobaczy ła j ej  twarz.

— Inaczej  to sobie wy obrażały śm y , prawda, ciociu Rachelo?

— Bo powinno by ć inaczej  — oświadczy łam . Nigdy  nie ukry wałam , co m y ślę o ty m  m ałżeństwie, nie potrafię udawać. By ło ono dziełem  m acochy  Filipy, co do tego nie m iałam  naj m niej szy ch . wątpliwości. Gdy by  nie ona, nigdy  by

do tego m ałżeństwa nie doszło, , m oj a m aleńka nigdy  by  nie przy j ęła oświadczy n Marka Fostera.

— Nie m ówm y  o ty m  — poprosiła błagalnie. Takim  tonem  przem awiała do m nie j ako dziecko, kiedy  j ej  na czy m ś szczególnie zależało. — Porozm awiaj m y  o dawny ch czasach i o nim .

— Przecież nie będziesz go dziś wspom inać, skoro za parę godzin m asz wy j ść za Marka Fostera?

Ale ona zasłoniła m i usta ręką.

— Ostatni raz, ciociu Rachelo. Od dziś nie będę o nim  m ówić, nie będę m y śleć. To j uż cztery  lata, odkąd wy j echał. Ciociu Rachelo, pam iętasz, j ak wy glądał?

— No pewnie — odparłam  krótko. Rzeczy wiście pam iętałam . Nikt, kto znał Owena, nie m ógł zapom nieć j ego twarzy  — podłużnej  j asnej  twarzy, i oczu, które stworzone by ły  po to, aby  z m iłością patrzy ć. A teraz ta ziem ista cera i

wy sunięta szczęka Marka Fostera! Nie, nie by ł szczególnie brzy dki, ale okropnie pospolity .

— On by ł piękny, prawda ciociu Rachelo? — ciągnęła m oj a m aleńka ty m  swoim  wzruszaj ący m  głosikiem . — Taki wy soki i silny  — piękny. Wciąż rozpaczam , że rozstaliśm y  się w gniewie. Jakże by liśm y  niem ądrzy. Ale wszy stko by  się

naprawiło, gdy by  nie zginął. Wiem  o ty m . Jestem  pewna, że m i wy baczy ł. Zawsze sądziłam , że pozostanę wierna j ego pam ięci i po tam tej  stronie spotkam y  się tak j ak kiedy ś. Cóż, stało się inaczej .

— To sprawka twoj ej  m acochy  i intry g Marka Fostera.

— Nie, Marek nie j est intry gantem . Nie bądź dla niego niesprawiedliwa. On j est naprawdę dobry m  człowiekiem .

— Jest głupi j ak cielę i uparty  j ak m uł Salom ona — powiedziałam , m usiałam  to powiedzieć. — To pospolity  facet, a wy obraża sobie, że j est wart m oj ej  ślicznej  m aleńkiej .

— Nie m ów o Marku — poprosiła znów. — Mam  zam iar by ć dla niego naj lepszą żoną. Ale j eszcze przez parę godzin j estem  panią sam ej  siebie i chcę, żeby  te parę godzin należało ty lko do  niego, i znów m ówiła o nim , a j a trzy m ałam  j ą

w ram ionach i kraj ało m i się serce. Może to nawet j a bardziej  cierpiałam , bo ona j uż postanowiła, co zrobi, i się z ty m  pogodziła. Wy j dzie za m ąż za Marka Fostera, choć serce j ej  pozostało we Francj i przy  m ogile, w nie znany m  nikom u
m iej scu, gdzie Hunowie pochowali Owena Blaira, — j eśli w ogóle go pochowali. Filipa przy pom niała m i, czy m  dla siebie by li od wczesnego dzieciństwa; razem  chodzili do szkoły  i j uż wtedy  postanowili, że pobiorą się, gdy  dorosną. Mówiła m i
o j ego pierwszy ch m iłosny ch wy znaniach, o swoich m arzeniach i nadziej ach. Nie wspom niała ty lko o ty m , j ak Owen stłukł Marka Fostera, kiedy  ten przy niósł j ej  j abłek. Ani razu nie wy m ówiła im ienia Marka, ty lko Owen i Owen — j ak
wy glądał i kim  by  został, gdy by  nie m usiał pój ść na tę straszną woj nę i gdy by  tam  nie poległ.

Potem  zam ilkła i opadła na poduszki. Zeszłam  na dół rozpalić ogień pod kuchnią. Czułam  się stara i zm ęczona. Powłóczy łam  nogam i, a do oczu wciąż napły wały  m i łzy, choć usiłowałam  j e powstrzy m ać, bowiem  łzy  w dzień ślubu to

bardzo zły  om en.

Wkrótce zeszła na dół Izabella Clark, ona prom ieniała radością. Nie lubiłam  Izabelli od chwili, gdy  wy szła za oj ca Filipy, ale tego ranka czułam  do niej  j eszcze większą niechęć niż zwy kle. By ła ona j edną z ty ch fałszy wy ch, podstępny ch

kobiet, które się zawsze uśm iechaj ą i knuj ą swoj e. Muszę przy znać, że dla Filipy  by ła zawsze dobra, ale ten dzisiej szy  ślub m oj ej  m aleńkiej  by ł j ej  dziełem .

— Wcześnie wstałaś, Rachelo — powiedziała uprzej m ie, uśm iechaj ąc się j ak zwy kle, choć w głębi serca ona też m nie nienawidziła. — To dobrze, m am y  m nóstwo roboty . Przed ślubem  j est zawsze ty le zaj ęć…

— Taki tam  ślub — zaprotestowałam  kwaśno. — Pobieraj ą się chy łkiem , j akby  się tego wsty dzili — i rzeczy wiście m aj ą czego — a zaraz po cerem onii wy j eżdżaj ą.

— Filipa ży czy ła sobie cichego ślubu, przecież wiesz o ty m  — łagodnie napom niała m nie Izabełla. — Sły szałaś chy ba, że j a chciałam  urządzić huczne wesele.

— Och, rzeczy wiście, cichy  ślub j est stosowniej szy . Im  m niej  osób zobaczy , j ak Filipa wy chodzi za m ąż za takiego człowieka j ak Marek Foster, ty m  lepiej .

— Marek Foster j est bardzo przy zwoity m  człowiekiem .

— Żaden przy zwoity  człowiek nie chciałby  kupować sobie żony  — zaprotestowałam , nie zam ierzaj ąc j ej  ustąpić. — To pospolity  facet, nie godzien m oj ej  m aleńkiej . Chwała Panu, że j ej  m atka nie doży ła tego dnia, choć z drugiej  strony ,

gdy by  ży ła, nigdy  by  do tego nie doszło.

— Sądzę, że m atka Filipy  tak sam o j ak zwy kli śm iertelnicy  wzięłaby  pod uwagę fortunę Marka — złośliwie zauważy ła Izabella.

Wolałam  j ej  złośliwości od słodkich słów. Mniej  j ej  się wtedy  bałam .

background image

Ślub m iał się odby ć o j edenastej , o dziewiątej  poszłam  więc na górę pom óc Filipie ubrać się. Niezby t j ej  zależało, j ak będzie wy glądać. O, inaczej  by  by ło, gdy by  to Owen m iał by ć panem  m łody m . Wtedy  dbałaby  o każdy  szczegół, a

teraz m ówiła ty lko: — Tak, świetnie, ciociu Rachelo — nawet nie przeglądaj ąc się w lustrze.

Ale i tak prześlicznie wy glądała w swoim  ślubny m  stroj u. Uroda m oj ej  m aleńkiej  j aśniałaby , nawet gdy by  j ą ubrać w żebracze łachm any . A w białej  sukience i w welonie wy glądała j ak królewna. I by ła równie dobra, co piękna.

Potem  poprosiła m nie, by m  zeszła na dół.

— Chcę by ć przez tę ostatnią godzinę sam a. Pocałuj  m nie, ciociu Rachelo — mamo Rachelo.

Kiedy  zeszłam  na dół, płacząc j ak głupia, usły szałam  stukanie do drzwi. W pierwszej  chwili chciałam  poszukać Izabelli, by  otworzy ła, bo przy puszczałam , że to Marek Foster przy szedł tak wcześnie, i bałam  się, że zem dli m nie na j ego

widok. Jeszcze teraz drżę na m y śl, że m ogłam  to zrobić. Bo co by  się stało, gdy by m  rzeczy wiście posłała Izabellę?

Ale na szczęście poszłam  sam a i otworzy łam  drzwi, m aj ąc nadziej ę, że Marek Foster zobaczy  na m oj ej  twarzy  ślady  łez. I zachwiałam  się na nogach.

— Owen! Na litość Boską, Owen! — i zam arłam , bo prawdę m ówiąc sądziłam , że to duch Owena poj awił się, by  przeszkodzić tem u m ałżeństwu.

Ale on wbiegł i chwy cił m nie za ręce, i przekonałam  się, że j est człowiekiem  z krwi i kości.

— Ciociu Rachelo, nie j est j eszcze za późno? — spy tał oszalały m  głosem . — Ciociu?!

Przy j rzałam  m u się, nie zm ienił się, by ł ty lko opalony  i m iał na czole białą bliznę, więc choć nic nie rozum iałam , odczułam  głęboką ulgę.

— Nie, nie j est za późno.

— Dzięki Bogu — szepnął. I wciągnął m nie do saloniku zam y kaj ąc za sobą drzwi.

— Powiedzieli m i na dworcu, że Filipa wy chodzi dzisiaj  za Marka Fostera. Nie m ogłem  w to uwierzy ć, ale przy j echałem  galopem . Ciociu Rachelo, czy  to prawda? Nawet j eśli o m nie zapom niała, to przecież nie m ogła pokochać Marka?!

— To prawda, że wy chodzi za Marka — odparłam  śm iej ąc się i szlochaj ąc. — Ale go nie kocha. Wciąż m y śli o tobie. To robota j ej  m acochy. Marek m a dużą sum ę na hipotece tej  farm y  i powiedział Izabelli Clark, że j eśli Filipa za niego

wy j dzie, to zrezy gnuj e z j ej  spłaty . Filipa poświęca się dla m acochy  ze względu na pam ięć oj ca. To twoj a wina! — zawołałam , wracaj ąc do równowagi. — My śleliśm y , że nie ży j esz! Dlaczego nie wróciłeś? Dlaczego nie napisałeś?

— Ależ po wy j ściu ze szpitala pisałem , i to nieraz. I nigdy nie otrzy m ałem  słowa odpowiedzi. Więc m y ślałem , że Filipa nie ży czy  sobie m oich listów.

Od razu wiedziałam , choć nie m am  na to żadny ch dowodów, że m usiała to zrobić Izabella Clark. Ta kobieta nie cofa się przed niczy m .

— Zastanowim y  się nad ty m  kiedy  indziej  — odparł niecierpliwie Owen. — Teraz m uszę zobaczy ć Filipę.

— Zaraz się ty m  zaj m ę — oświadczy łam  ochoczo, ale drzwi otworzy ły  się i do bawialni weszli Izabella i Marek. Nigdy  nie zapom nę wy razu twarzy  Izabelli. Niem al m i j ej  by ło żal. Zżółkła i zaczęły  j ej  biegać oczy  — zrozum iała, że

m usi pogrzebać swoj e nadziej e, że j ej  knowania na nic się nie przy dały. Nie od razu spoj rzałam  na Marka Fostera, a kiedy  spoj rzałam , na j ego twarzy  nie m alował się żaden wy raz. By ła nieruchom a i pospolita j ak zwy kle; przy  postawny m
Owenie wy glądał niem al na karła. Nikt nie wy brałby  go na pana m łodego.

Pierwszy  odezwał się Owen.

— Chciałby m  się zobaczy ć z Filipa — oświadczy ł takim  tonem , j akby  wy j echał nie dalej  niż wczoraj .

Cała słody cz Izabelli znikła, okazała swoj ą prawdziwą naturę kobiety  pozbawionej  wszelkich skrupułów.

— O ty m  nie m a m owy  — oświadczy ła zdesperowany m  tonem . — Ona nie chce cię widzieć. Wy j echałeś i nigdy  nie napisałeś do niej  słowa, zrozum iała, że nie j esteś wart j ej  uczuć, i j ej  serce zdoby ł, który  bardziej  na to zasługuj e.

— Pisałem i sądzę, że wie pani o ty m  lepiej  niż ktokolwiek — zauważy ł Owen usiłuj ąc zachować spokój . — I nie zam ierzam  z panią dy skutować. Chcę usły szeć z ust Filipy , że wy brała innego m ężczy znę.

— Od niej  tego nie usły szy sz — oświadczy łam . Izabella spoj rzała na m nie j adowity m  wzrokiem .

— Filipę zobaczy sz, dopiero gdy  j uż będzie żoną kogoś lepszego od ciebie — powtórzy ła z uporem . — Owenie Blair, żądam , żeby ś naty chm iast opuścił m ój  dom .

— Nie!

To nie wy powiedział Marek Foster. Dotąd nie odzy wał się, ale teraz wy sunął się naprzód i podszedł do Owena. Jakże się różnili! Spoj rzał Owenowi prosto w oczy , a Owen odwzaj em nił m u się wzrokiem  pełny m  furii.

— Czy  to cię zadowoli, Owenie, j eżeli przy j dzie tu Filipa i powie, kogo wy biera?

— Tak — odparł Owen.

Marek Foster zwrócił się do m nie.

— Niech j ą pani przy prowadzi — poprosił.

Izabella sądząc po sobie m y ślała, że wie, co powie Filipa, i wy dała j ęk rozpaczy, a Owen zaślepiony  m iłością uważał, że zwy cięży ł. Ale j a za dobrze znałam  m oj ą m aleńką, żeby  się ucieszy ć. Marek Foster też j ą znał i nienawidziłam  go

za to.

Cała się trzęsłam  wchodząc do pokoj u m oj ej  m aleńkiej . Wy szła naprzeciwko m nie j ak naprzeciwko własnej  śm ierci.

— Już pora? — spy tała zaciskaj ąc kurczowo ręce.

Nic nie powiedziałam  m aj ąc nadziej ę, że niespodziewany  widok Owena sprawi cud. Wzięłam  j ą za rękę i zaprowadziłam  na dół. Miała lodowato zim ne ręce. Otworzy łam  drzwi bawialni i wepchnęłam  j ą do środka.

Zawołała: — Owen! — i zaczęła drżeć, obj ęłam  j ą więc, by  podtrzy m ać.

Owen zrobił krok w j ej  stronę, w j ego oczach płonęła m iłość, ale zatrzy m ał go Marek.

— Zaczekaj , aż dokona wy boru — powiedział i zwrócił się do Filipy . Nie widziałam  twarzy  m oj ej  m aleńkiej , ale widziałam  pozbawioną wy razu twarz Marka. I ściągniętą, zszarzałą twarz Izabelli.

background image

— Filipo — powiedział Marek. — Wrócił Owen Blair. Mówi, że cię nie zapom niał i wielokrotnie do ciebie pisał. Powiadom iłem  go, że obiecałaś wy j ść za m nie, ale że zostawiam  ci całkowitą wolność wy boru. Kogo wy bierzesz, Filipo?

Moj a m aleńka wy prostowała się i przestała drżeć. Cofnęła się i m ogłam  się j ej  przy j rzeć, by ła blada j ak śm ierć, ale spokoj na.

— Obiecałam  ci, Marku, że za ciebie wy j dę, i dotrzy m am  słowa. Twarz Izabelli odpręży ła się, Marek nawet nie drgnął.

— Filipo — spy tał Owen tonem  tak pełny m  rozpaczy , że znów ścisnęło m i się serce. — Więc m nie j uż nie kochasz?

Moj a m aleńka m usiałaby  m ieć nadludzkie siły , żeby  oprzeć się tem u błaganiu. Nic nie powiedziała, ale w j ej  spoj rzeniu m alowała się m iłość. Wszy scy śm y  to zobaczy li. Potem  odwróciła się i podeszła do Marka.

Owen m ilczał. Zbladł j ak śm ierć i ruszy ł w stronę drzwi. Ale znów zastąpił m u drogę Marek Foster.

— Czekaj  — rzekł. — Tak, ona dokonała wy boru, zachowała się tak, j ak tego oczekiwałem . Ale j a też m am  tutaj  coś do powiedzenia. Nie m am  zam iaru żenić się z kobietą, która kocha innego m ężczy znę. Filipo, sądziłem , że Owen nie ży j e,

i wierzy łem , że po ślubie uda m i się zdoby ć twoj ą m iłość. Ale za bardzo cię kocham , żeby  cię m óc unieszczęśliwić. Jesteś wolna.

— A co będzie ze m ną? — j ęknęła Izabella.

— Z panią! Zapom iałem  o pani — m ruknął Marek. Wy j ął z kieszeni j akiś papier i wrzucił w ogień na kom inku. — Oto akt hipoteczny . Panią to j edy nie interesuj e, prawda? Żegnam .

Wy szedł. By ł to pospolity  facet, ale w tej  chwili wy glądał na dżentelm ena w każdy m  calu. Miałam  ochotę pobiec za nim  i coś powiedzieć — ale widziałam  j ego oczy , nie, to nie by ła stosowna chwila na głupie słowa pociechy .

Filipa płakała z głową na ram ieniu Owena. Izabella Clark poczekała, aż spłonie akt hipoteczny , i wy szła za m ną do sieni, znów uśm iechnięta i słodka.

 

— Jaka rom anty czna historia… Cóż, m oże to i lepiej . Marek zachował się wspaniale. Na j ego m iej scu m ało kto by  się na to zdoby ł.

 

Po raz pierwszy  w ży ciu m usiałam  zgodzić się z Izabellą. Ale chciało m i się płakać — i popłakałam  sobie. Cieszy łam  się ze względu na m oj ą m aleńką i na Owena, ale wiedziałam , że Marek Foster zapłacił za to straszną cenę i j uż nigdy  nie

zazna szczęścia.