Aird Catherine Lekka żaloba

background image

Catherine Aird

Lekka żałoba

tłumaczyła Janina Zawadzka

background image

Dla Margaret Shorthouse (bo gdyby nie ona itd.)

z serdecznościami

background image

Rozdział I

Panna Cynthia Paterson uważała się, w pewnym sensie, za znawczynię właściwych

pogrzebów.

Wynikało to z wieloletniego doświadczenia. Była jedynym dzieckiem wiejskiego

proboszcza i -jak daleko sięgała pamięcią - uczestniczenie w pogrzebach, wielkich i skromnych,

stanowiło cząstkę jej losu.

Teraz także była na pogrzebie; siedziała w swojej ławce w wielkim, pustyni kościele Św.

Leonarda, w parafii Constance Parva, w hrabstwie Calleshire. Wysoko nad nią, na wieży

kościelnej, żałobny dzwon uderzał w równych odstępach. Był to jej ulubiony dzwon tenorowy

(odlany w 1662 r.).

Wyryto na nim słowa: “Alfred kazał mnie odlać”, i kiedy była mała, zastanawiała się, kim

mógł być ów Alfred. Odkąd miała dość sił, żeby poradzić sobie ze sznurem, sama biła w dzwony.

Jeszcze coś było wyryte na tym dzwonie: coś, czego nigdy nie zapomniała, choć upłynęło już wiele

lat, odkąd była na samym szczycie dzwonnicy.

Wzywam śywych do Kościoła Do grobu los mój też woła.

W owych czasach, naturalnie, do bicia w dzwony przywiązywano wielką wagę. Gdy

ktokolwiek w parafii umarł, uderzano w podzwonne, a równocześnie “zapowiadacze” podawali

wiek i płeć zmarłego. Dobre to były czasy. Teraz dzwonienie to nie to samo, co za jej młodości -

która przecież też już dawno minęła; Cynthia pierwsza przyznałaby to. Teraz bywa, że wcale nie

dzwoni się w czasie pogrzebu.

Ten pogrzeb to naturalnie co innego.

Gregory Fitch przerwał pewnie przed pół godziną swoją pracę w składzie drzewa, poszedł

do kościoła i zdjął kurtkę ze skupieniem, jakie go we wszystkim cechowało. Wyobrażała go sobie

tak wyraźnie, jakby stała obok, w dzwonnicy: widziała tego silnego wieśniaka, którego mięśnie tak

się wyrobiły przy pile i siekierze, że bicie w dzwony przychodziło mu bez żadnego wysiłku.

Jednym okiem spoglądał pewnie na zegar. Kiedy Fitch dzwonił, dzwonienie rozlegało Się

naprawdę co minutę. I jeszcze jedna rzecz była pewna, a mianowicie, że dzwon żałobny będzie

dzwonił zawsze, gdy chowany będzie ktoś z rodziny Fentów.

Panna Paterson wróciła myślami do kościoła. Nie siedziała tu sama, choć przyszła

wcześnie. Wczesne przychodzenie do kościoła wynikało również z wieloletniego przyzwyczajenia.

Była to jedna z niewielu rzeczy, jakich wymagał jej ojciec, a trudno jest wyzbyć się starych

nawyków. Był on duszpasterzem w parafii Constance Parva przez czterdzieści lat, wciąż czytał

Biblię i swoje modlitwy - i przychodził wcześnie do kościoła.

background image

Zręcznym ruchem prawej stopy wyprostowała klęcznik. Gdyby jej matka żyła, przyjąłby

może awans, kiedy nadarzyła mu się taka sposobność - ale matka nie żyła i ojciec pozostał na

probostwie w Constance Parva; Cynthia tymczasem wyrosła i prawie niepostrzeżenie osiągnęła

wiek średni. W tym samym czasie jej ojciec, równie niepostrzeżenie, przeszedł z wieku średniego

w wiek starczy i chrześcijańska śmierć zakończyła jego chrześcijańskie życie.

Nie można było tego powiedzieć o człowieku, którego dzisiaj chowano. Chrześcijańskie

ż

ycie, może, ale jego śmierć trudno nazwać chrześcijańską. Nie znaczy, że liturgia nie przewidziała

czegoś takiego, bo przecież nasza liturgia przewiduje prawie wszystko, co można wymyślić -

przeważnie w litanii. Gdyby zamknęła teraz oczy, mogłaby wywołać obraz swego starego ojca,

intonującego: “Od pioruna i burzy; od plagi, zarazy i głodu; od wojny i mordu, i od nagłej

ś

mierci...”

Nie żałowała, że przyszła wcześnie. W kościele panował przyjemny chłód, choć na

zewnątrz letnie słońce grzało mocno. Witraże z południowej strony jarzyły się ciepłym blaskiem i

rzucały kolorowe plamy na całe prezbiterium. Był sierpień. Starożytni nazywali sierpień miesiącem

ś

mierci, nie wiadomo dlaczego. Będzie musiała to sprawdzić. Wciąż jeszcze miała wszystkie

książki swego ojca.

Jej własna książka - często używany i mocno sfatygowany podręcznik ogrodnictwa -

orzekała, że w sierpniu ogrodnik może spokojnie wyjechać na wakacje pod warunkiem, że

“trawnik został zestrzyżony, wszystkie rośliny starannie podlane, a ktoś z przyjaciół przyjdzie

zebrać owoce i jarzyny”. Panna Paterson nie mogła sobie pozwolić na wakacje, ale o tej porze

ograniczała nieco swoje zawodowe zajęcia ogrodnicze, które wykonywała przez okrągły rok.

Pracodawczynie Cynthii chyba się tym nie przejmowały. Już wcześniej zauważyła, że ich

zainteresowanie własnymi ogrodami słabnie w połowie sierpnia - z wyjątkiem tych, którym leżały

na sercu kwiaty do kościoła. Te były zawsze niespokojne, ale inne nie. Kwiecień był jedynym

miesiącem w roku, kiedy wszystkie właścicielki ogrodów były jednakowo nieznośne - wszystkie,

co do jednej, spodziewały się cudów ogrodniczych w czerwcu.

Rozejrzała się, żeby sobie przypomnieć, kto ułożył kwiaty w kościele w tym tygodniu.

Marjorie Marchmont, orzekła bez trudności. Poznałaby to nawet, gdyby nie doglądała ogrodu

Marjorie przez okrągły rok, odpierając jej zbyt energiczne ataki na kwiatowe klomby lub też

nadrabiając jej równie denerwujące okresy całkowitego zaniedbania, kiedy coś lub ktoś odwrócił

jej uwagę od roślin.

Nigdy dwie osoby nie układały kwiatów w taki sam sposób - według Cynthii układanie

kwiatów było tak indywidualne, jak odciski palców - połączenie silnej czerwieni z jasnym

background image

błękitem, a także sztywne ustawienie kwiatów w kościelnych wazonach wskazywały na zręczną

rękę Marjorie.

Skrzypnęły drzwi kościoła i wszedł jeszcze jeden żałobnik. Herbert Kelway, właściciel

miejscowego sklepu spożywczego, i w dodatku skąpiec. Kelway-Pół-Rodzynka nazywano go za

plecami - waga u niego nie opadała nigdy zbyt nisko po stronie klienta - i mówiono o nim, że

dzielił rodzynek na dwoje. Przychodził zawsze na pogrzeby swoich klientów - chciał uchodzić

raczej za kupca branży spożywczej niż za sklepikarza. Cynthia, która go nie lubiła, sądziła, że za

kilka lat nie będzie ani jednym, ani drugim, tracił bowiem stale klientelę w konkurencji z dużym

sklepem samoobsługowym w Berebury i Calleford.

Tuż za sklepikarzem wszedł Peter Miller. Był farmerem i nie tracił w konkurencji z nikim.

Posiadłość Millera, “Ugór”, sąsiadująca z majątkiem Fentów, rozwijała się doskonale pod

kierownictwem przedsiębiorczego farmera. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby zamierzał on kupić

jeden lub dwa akry ze Strontfield Park, o ile tylko nadarzyłaby się okazja. Miałby szczęście -

pomyślała. Nikt, od wielu pokoleń, nie miał szczęścia wykupić cokolwiek z posiadłości Fentów - i

nic nie wskazywało, aby miało się to udać właśnie Millerowi.

Znów uderzył dzwon i jednocześnie weszła stara Nellie Roberts. śaden pogrzeb w

Constance Parva nie mógł się bez niej obejść. Zajmowała w kościele miejsce strategiczne, a

funkcją jej było sygnalizowanie. Grecy - Cynthia była tego pewna - mieli na to odpowiednie

określenie. Z jej ławki doskonale widoczna była brama cmentarna, a także zbliżający się kondukt,

ona sama zaś znajdowała się w zasięgu wzroku duchownego i organisty. Obydwaj posłuszni byli

jej wskazówkom przekazywanym przez pochylenie zniszczonego, słomkowego kapelusza.

Prawie w tym samym czasie, kiedy Nellie Roberts zajmowała swoje - rzec można -

stanowisko obserwacyjne, Cynthia ujrzała Richarda Renville'a wchodzącego z żoną. Przysiedli się

do Cynthii: Richard obok niej, jego żona -Ursula z drugiej strony męża.

- Przykra sprawa - syknął Cynthii do ucha. Skinęła głową i odszepnęła: - Biedna Helen...

- I biedny Bili... - dodał Richard ze smutnym wyrazem twarzy.

- I biedny Bili - przyznała Cynthia sotto voce. Bili Fent ze Strontfield Park, który odszedł

do swoich przodków.

Prawie nieświadomie Cynthia podniosła głowę, tak że wzrok jej padł na płyty rodziny

Fentów, na pomocnej ścianie. Tam, na murze kościoła, uwiecznieni zostali przodkowie Billa - jak

daleko sięgała pamięć ludzka, Fentowie rezydowali w Strontfield Park - a teraz jego imię zostanie

dopisane do imion ojca, dziadka i wszystkich Williamów Fentów, jacy żyli w przeszłości w

Strontfield. Wzrok Cynthii padł na imię dziadka Billa. Zmarł on na zapalenie płuc w czasach, kiedy

umierało się na zapalenie płuc. Cynthia pamiętała, jak jej ojciec modlił się w kościele, aby stary

background image

William Fent przetrzymał kryzys choroby -ale nie przetrzymał. Podobnie ojciec Billa nie dożył

powrotu z Dunkierki, choć i za niego odprawiano modły. Nie znaczy to, aby nowoczesna

medycyna - lub pokój -mogły były uratować Billa Fenta. Zmarł, zanim nadjechało pogotowie.

Drugi kierowca żył jednak. Pogotowie popędziło z nim na łeb, na szyję do szpitala w

Berebury. To wyrażenie pozostało zapewne z epoki koni - zdecydowała Cynthia i myśl jej

powędrowała od zmarłego Billa Fenta do człowieka, który leżał nieprzytomny na szpitalnym łóżku.

I który prawdopodobnie również umrze, jak mówiono, choć nie wiedziała, na jakiej

podstawie.

Mogła sobie doskonale wyobrazić Oddział Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu, była

tam bowiem w dniu otwarcia. Została zaproszona, gdyż zbierała na szpital w dawnych czasach, w

okresie kiedy dwa pensy tygodniowo i doroczny festyn pokrywały wszystkie bieżące koszty -a

teraz zbierała z ramienia Przyjaciół Szpitala - dla zapewnienia wygód pacjentom, nieobjętych

ś

wiadczeniami Służby Zdrowia.

To, co najbardziej ją uderzyło przy zwiedzaniu Oddziału Intensywnej Opieki, nie miało nic

wspólnego ze wspaniałym chromowym elektronicznym wyposażeniem, z którego wszyscy byli

tacy dumni. Zwróciły jej uwagę słowa. Słowa te nie znajdowały się nawet na drzwiach, tylko na

planie i to bardzo drobnym drukiem.

Sala nieuleczalnie chorych.

Od tego czasu myślała wciąż o tych słowach. Ogrodnictwo ma jedną dobrą stronę: ogrodnik

ma dużo czasu na rozmyślanie.

W sali dla nieuleczalnych wycinano organy do transplantacji pacjentom, którzy nie

powracali do zdrowia. Medycyna lubuje się w niedomówieniach. Kościół nie. Kościół nie uznaje

eufemizmów. Przeciwnie. Używa prostych słów. Nie ma nic dwuznacznego w tekście nabożeństwa

pogrzebowego, który leżał teraz przed nią.

Z drugiej strony - pomyślała Cynthia sprawiedliwie - to medycyna a nie Kościół waży się

na takie śmiałe innowacje jak transplantacja - a Kościół do niedawna był przeciwny postępowi w

medycynie. Cynthia - jak prawdziwy ogrodnik - była zwolenniczką transplantacji chirurgicznej.

Bez zaszczepiony na ligustrze był pierwszym jej osiągnięciem...

Znów skrzypnęły kościelne drzwi.

Wszystko jest trochę podobne do kompostu. Bieg myśli Cynthii nieco się pogmatwał, ale

ona sama wiedziała, o co jej chodzi. Jedną z jej głównych zasad ogrodniczych było, że wszystko,

co kiedyś żyło - jak papier, bawełna, skóra, wełna - może znów żyć jako kompost.

background image

Skrzypienie drzwi znaczyło, że jeszcze ktoś wszedł do kościoła. Była to kobieta, która

usiadła w ławce w tylnej części kościoła; lecz tym razem - o dziwo - panna Paterson, która znała

wszystkich w miasteczku, nie wiedziała, kto to wszedł.

Inspektor C.D. Sloan poznał tę kobietę. Nazywała się Mary Exley, a Sloan wiedział, kto to

jest, bo widział ją wcześniej - ściśle mówiąc przedwczoraj. Podobnie jak inspektor Sloan obecna

była na przesłuchaniu w sprawie Williama Fenta. Tam także siedziała skromnie w tyle.

Uczestniczyła w sprawie, ale nie miała szczególnie ważnej roli.

Jej obecność na przesłuchaniu i na pogrzebie wynikała z jakiejś dziwnej uprzejmości. Tylko

tak można było to tłumaczyć. Jej mąż, Tom Exley, leżał bowiem u progu śmierci na Oddziale

Intensywnej Opieki Szpitala Rejonowego w Berebury.

Inspektor nie musiał się jej przyglądać, żeby stwierdzić, że biedna kobieta prawie wcale nie

jadła i nie spała od soboty w nocy, kiedy to wszystko się wydarzyło. Był świadkiem zbyt wielu

ś

mierci i nieszczęśliwych wypadków, aby nie rozpoznać oznak i symptomów - nawet gdyby nie

wiedział, że przesłuchanie i pogrzeb były jedynymi okolicznościami, dla których odeszła od łóżka

obandażowanego i obłożonego aparatami człowieka - prawie że manekina - który był jej mężem.

Inspektor C.D. Sloan (Christopher Dennis dla żony i rodziców - “Szary” dla swoich

przyjaciół) był szefem niewielkiego Wydziału Śledczego w Berebury i w tym charakterze nieczęsto

uczestniczył w pogrzebach.

- Lepiej, żeby pan jednak poszedł na ten pogrzeb, Sloan

- poradził jego zwierzchnik, nadinspektor Leeyes. - Nigdy nic nie wiadomo...

- Tak, proszę pana.

- Trzeba im dać sygnał strzałem przed dziób i tyle. -Kiedyś, dawno temu, nadinspektor dość

krótko pływał na okręcie desantowym. Od tej pory posługiwał się gwarą marynarki wojennej,

jakby urodził się na morzu.

- Tak, proszę pana.

- I proszę zabrać z sobą konstabla Crosby'ego. Nie wygląda wcale jak policjant i nikt się nie

domyśli, że nim jest... - Leeyes, zazwyczaj tak niebywale apodyktyczny, tym razem podniósł

wzrok, oczekując potwierdzenia. -Domyśli się ktoś?

- Nie, proszę pana. - Sloan był tego całkiem pewny. -Nigdy. Wcale nie wygląda jak

policjant.

Kłopot z konstablem Crosbym polegał na tym, że często także nie zachowywał się jak

policjant, co martwiło jego kolegów.

background image

- Może obecność na pogrzebie pozwoli panu trochę lepiej poznać środowisko, Sloan. -

Nadinspektor zacierał ręce jak przedsiębiorca pogrzebowy. - Nie ma to jak pogrzeb, żeby się

zorientować, kto z kim ma jakie powiązania.

- Tak; panie nadinspektorze.

- Oczywiście, z testamentu można się więcej dowiedzieć. Nie widzieliśmy go jeszcze?

- Jeszcze nie.

- Nie ma w aktach żadnej wzmianki o zmarłym?

- Tyle tylko, że ma pozwolenie na broń. Wszystko w porządku. Sprawdziłem. Miejscowy

konstabl twierdzi, że był tam u nich wielce szanowaną osobistością. Poza tym to stara rodzina z

Calleshire...

Leeyes żachnął się na to z lekka. - To dzisiaj nic nie znaczy. Jeśli tacy są źli, Sloan, to są

naprawdę bardzo źli.

Gregor Mendel, mnich z Briinn, może zgodziłby się z nadinspektorem, Sloan był innego

zdania.

Potrząsnął głową. - Nasz człowiek w miasteczku, konstabl Bargrave, całkiem dobrze się o

nim wyrażał. Był również ławnikiem, wie pan...

Tym razem Leeyes jeszcze bardziej się żachnął. - Dobrze, Sloan, dobrze, niech będzie tak,

jak pan chce. Albo zmarły prowadził nieskazitelne życie, albo śmierć wszystko zmazała. Ale dokąd

to nas prowadzi?

Na razie zaprowadziło to tylko inspektora Sloana i konstabla Crosby'ego do tylnej ławki

kościoła Św. Leonarda w Constance Parva nieco przed dwunastą, w piątek 27 sierpnia, na pogrzeb

niejakiego Williama Fenta ze Stront-field Park, w hrabstwie Calleshire.

Drzwi kościoła skrzypiały raz po raz. Ludzie wchodzili teraz szybciej. Tu i ówdzie mignęła

Sloanowi znajoma twarz miejscowego urzędnika sądowego, choć nie stawał nigdy przed tym

sądem, w którym William Fent był ławnikiem - to znaczy przed sądem w Lampard.

Jak przystało w takich okolicznościach, wszyscy ubrani byli na ciemno i zachowywali

powagę. - Są tu przedstawiciele wszystkich stanów społecznych - nawet policji -pomyślał z ironią

Sloan.

Oficjalnie policję na pogrzebie reprezentował nadinspektor Bream z Calleford. Jeśli nawet

rozpoznał on dwóch pracowników Wydziału Śledczego w cywilu, siedzących w tyle kościoła, nie

zdradził tego nawet mrugnięciem oka. Okazały, w policyjnym odpowiedniku szat liturgicznych - w

galowym mundurze z rękawiczkami i laską -on także przyszedł złożyć ostatni hołd sędziemu

pokoju Jej Królewskiej Mości, zmarłemu w sobotę o północy.

background image

Doktor Dabbe, konsultant patolog Zarządu Szpitala w Berebury, odnosił się z dużą

podejrzliwością do wypadków drogowych zdarzających się po północy, a zwłaszcza, w nocy z

soboty na niedzielę.

- Po jednym lub dwu kieliszkach wszyscy są do niczego, jak stara siwa szkapa Tam o'

Shantera -gderał, przekręcając cytat. - Patrzą wszędzie, tylko nie na drogę. Co się stało tym razem?

Była to - w każdym razie w pierwszej kolejności -dziedzina inspektora Harpe'a. Kierował

on Wydziałem Ruchu komisariatu w Berebury.

- Trudno dokładnie określić, doktorze - powiedział inspektor Harpe, jak zwykle z

melancholią. Znany był w policji jako Szczęśliwy Harry, bo nigdy się nie uśmiechał. On ze swej

strony utrzymywał, że w Wydziale Ruchu nie było dotychczas nic takiego, do czego można by się

uśmiechać. - Przypuszczamy, że wziął za szeroko zakręt Tappefs Corner.

Patolog skinął głową.

Harpe przejrzał jakiś protokół. - Uderzył w inny samochód, nadjeżdżający z przeciwka,

przewrócił się i wylądował w rowie. Ten drugi gość jest w bardzo złym stanie, ale żyje jeszcze.

- Był sam? - patolog miał zazwyczaj do czynienia z wypadkami o większej ilości

poszkodowanych. Zdziałały to autostrady.

- Co? A, tak. Wracał do domu, do Constance Parva. Mieli wieczorem jakieś przyjęcie w

Strontfield Park i Fent odwiózł właśnie jednego z gości do Cleete. Niejakiego profesora Berry.

Starszy człowiek. Emeryt. Strasznie przejęty, że to z jego powodu Bili Fent znalazł się na szosie

tak późno w nocy.

Konsultant patolog skinął głową, zgarnął potrzebne papiery i poszedł do kostnicy.

Zrobił próbę na zawartość alkoholu we krwi zmarłego i znalazł go trochę, lecz niewiele.

Zrobił również normalną sekcję zwłok, aby ustalić właściwą przyczynę śmierci, i znalazł

także truciznę.

background image

Rozdział II

- “Nie chce tego jednak nawet nazwać trucizną” -nadinspektor Leeyes poinformował

Sloana, kiedy otrzymał sprawozdanie doktora Dabbe.

Było to w poniedziałek.

- O, nie - ciągnął dalej. - Trucizna to zbyt mocne słowo dla naszego szanownego patologa,

toteż go nie używa.

- Cóż więc powiedział? - zapytał ostrożnie Sloan.

- “Potencjalnie szkodliwa substancja”! - ryknął pogardliwie Leeyes. On sam wyrażał się

zawsze bez ogródek i nie mógł zrozumieć nikogo, kto mówi inaczej.

- Aha.

- Powiada - kontynuował Laeyos nieubłaganie - że w trakcie badania stwierdził, że “zmarły

przyjął... przyjął...”, do diabła, jeszcze jedno głupie słowo...

- Zjadł lub wypił - dopowiedział Sloan - sam nie wie, w jakiej postaci to połknął.

Leeyes rzucił mu piorunujące spojrzenie. - Wiem. -Wyprostował leżący przed nim papier. -

Zaraz, gdzie byłem?... a, tak... “przyjął środek, który, jak sądzę, mógł mieć silne właściwości

uśmierzające”.

- Narkotyk - powiedział Sloan po prostu. Machnął znacząco ręką. - To, co daje się koniom

lub cierpiącym na neurastenię kobietom. Jeśli się im nie daje środków podniecających - dodał.

- W każdym razie tak czy owak - odpowiedział Leeyes cierpko - zrobi swoje w

samochodzie.

- Tak, nadinspektorze.

- Doktor Dabbe mówi - ciągnął dalej Leeyes, wciąż zaglądając do sprawozdania - “że

mogło to zostać zażyte w celu tera... tera.... terapeutycznym”...?

- Jako lekarstwo.

- Lub w nadmiernej ilości.

- Przedawkowanie - wytłumaczył Sloan, jak wszyscy policjanci i lekarze lepiej niż inni

obznajmiony z przedawkowaniem.

- “Lub też w leczniczej dawce, lecz działanie zostało spotęgowane - do diabła, dlaczego ten

człowiek nie umie pisać po ludzku - przez alkohol”.

- Bardzo prawdopodobne. - Według doświadczeń Sloana alkohol potęgował wszystko,

zwłaszcza u kierowców.

- Ale nie da się tego zakwalifikować jako jazdy w stanie nietrzeźwym - Leeyes wymachiwał

sprawozdaniem przed nosem Sloana - i nigdzie nas to nie zaprowadzi, bo tak nie było.

- Nie?

background image

- On twierdzi, że poziom alkoholu we krwi, badany metodą gazowo-chromatograficzną, jest

o wiele niższy od dopuszczalnej normy. Nawet dużo niższy. I to bez żadnych manipulacji.

Sloan skinął głową. Rozumiał doskonale, o co chodzi. Bez żadnego dmuchania w baloniki,

bez probówek zmieniających kolor, bez machinacji na zwłokę, bez wykrętów o potrzebie pobrania

próbek krwi - i przede wszystkim bez dowodu.

Zakaszlał. - A może... pod wpływem narkotyków?

Nadinspektor cisnął sprawozdanie doktora Dabbe na biurko. - Tego także nie chce na

pewno stwierdzić.

- Pewnie dopóki nie wykona jeszcze innych analiz...

- Niech pan słucha, Sloan. Cytuję... “Nie mogę określić precyzyjnie i bez dalszego zbadania

- Leeyes z pasją naśladował fachowy język policyjnego patologa - ilościowych skutków obcej

ciału substancji, której chemiczne i farmakologiczne właściwości nie zostały jeszcze ustalone”.

- A zatem, panie nadinspektorze...

- Zaraz, Sloan, zaraz. - Leeyes wyglądał, jakby kij połknął. - To jeszcze nie wszystko.

Niech pan posłucha tego kawałka... - Znów zaczął czytać: - “Ani skutków czynnika

współdziałającego lub katalizującego, o ile jeden z nich lub obydwa znajdowały się w ciele w

momencie śmierci lub bezpośrednio przed nią”.

Zapanowało milczenie.

- Albo wie - przerwał je Sloan bezbarwnym głosem -ale nie chce powiedzieć...

- Albo nic nie wie - Leeyes przeszył go wzrokiem - i nie chce się przyznać.

- Trzeba będzie jeszcze zrobić różne analizy, prawda?

- Zamarynował różne kawałki i części - przytaknął Leeyes obrazowo - i włożył je do

słoików. Tu jest wszystko napisane. śołądek, wątroba, nerki, śledziona. Zresztą konstabl King

powiedział nam to samo.

Konstabl King występował jako przedstawiciel koronera i z urzędu reprezentował Wydział

Ś

ledczy przy sekcjach dokonywanych na jego zlecenie.

- Koroner... - zaczął Sloan.

- - Przesłuchanie - powiedział w tej samej chwili Leeyes. Obaj policjanci patrzyli na siebie

przez dłuższą chwilę. Potem...

- To już pan porozmawia z koronerem - powiedział złośliwie Leeyes. - Ten na pół surowy

materiał to żaden dowód...

Panna Cynthia Paterson poznała na pierwszy rzut oka, jak bardzo zmartwiony jest stary

profesor Berry. lnic dziwnego.

background image

Wszedł do kościoła na nabożeństwo żałobne chwiejąc się na nogach: na jego drżących

starczych rękach wystąpiły żyły jak postronki.

Było go jej żal. Nie stało się to z jego winy. Bili Fent zazwyczaj odwoził go do domu po

przyjęciu w Strontfield Park, o ile nikt inny nie jechał w kierunku Cleete -podobnie jak oboje z

Helen zapraszali ją na kolację zawsze wtedy, kiedy i profesor był zaproszony.

Profesor był teologiem i raczej starym przyjacielem jej zmarłego ojca aniżeli jej samej - ale

znała go dobrze; w każdym razie sama dawno osiągnęła wiek, który w towarzystwie nie ma już

znaczenia. Podobnie - jak równie dawno temu - osiągnęła status towarzysko neutralny. Była po

prostu podstarzałą córką proboszcza - można rzec wszystkim i niczym. Bywała na kolacjach w

Strontfield Park - dla uzupełnienia liczby gości - i chodziła na herbatkę do rejonowej pielęgniarki;

zapraszała na śniadanie bibliotekarkę z Objazdowej Biblioteki, od czasu do czasu udzielała gościny

podróżującemu nauczycielowi głuchoniemych - i zarabiała na życie pracując w ogrodach bez mała

u wszystkich.

Państwo Washby weszli za profesorem.

To oni prawdopodobnie - pomyślała Cynthia - przywieźli go dzisiaj z Cleete. Oni właśnie

mieli go odwieźć do domu w sobotę wieczór, lecz w ostatniej chwili doktor Washby został gdzieś

wezwany. Był jedynym lekarzem w miasteczku - od czasu, kiedy przyszedł na miejsce starego

doktora Whittakera - a Veronica była jego nowo poślubioną żoną.

Byli o wiele bliżsi wiekiem Billowi i Helen niż ona sama i profesor. Pani Washby była

jedną z najpiękniejszych dziewcząt, jakie Cynthia kiedykolwiek widziała. Taka piękna jak fritilaria

- zdecydowała Cynthia. Kolacja w Strontfield Park wydana została na jej cześć. Witano w

miasteczku młodą żonę Paula Washby i wprowadzano ją do Constance Parva.

Pani Ursula Reiwille, siedząca nieco dalej w ławce Cynthii, pochyliła się, aby wziąć

modlitewnik. Była to kobieta w średnim wieku - wysoka, pełna wdzięku i nieuchwytnej elegancji.

Można by ją porównać do wierzby. Nie, wierzba to coś zbyt solidnego. Cynthia pomyślała o innej

roślinie ogrodowej. Ursula przypominała raczej... raczej... tak... raczej dierema pulcherrimum.

Zwisające lilioworóżowe dzwonki na wiotkiej, półkolistej szypułce. Mało odporna, oczywiście -

ale i to też może odnosić się do pani Renville. I gdy wyrośnie, nie znosi przesadzania. To dałoby

się powiedzieć o prawie każdym dobrze zakorzenionym mieszkańcu Constance Parva - pomyślała

Cynthia.

Państwo Washby usadowili się w ławce obok Petera Millera. Trudno by było powiedzieć,

ż

e to ich zwykłe miejsce, bo nie chodzili tak często do kościoła, żeby mieć własne miejsce.

Dziwnym trafem Cynthia, choć była córką proboszcza, nie martwiła się tym zbytnio. Paul Washby,

znakomity internista, jak miała podstawy sądzić, przypominał w niemałym stopniu Lekarza z

background image

Chaucera, a przecież jasne było dla wszystkich czytelników, że praktyki religijne tej postaci są

czczym pozorem.

Panna Paterson znała Chaucera lepiej niż większość ludzi. Czytywała czasami na głos

“Opowieści z Canterbu-ry” swemu ojcu, gdy był w podeszłym wieku i oczy zaczęły go zawodzić -

i to nie we współczesnej angielszczyźnie, lecz w staroangielskim, wymawiając wszystkie głoski.

Im więcej o tym myślała, tym bardziej Washby wydawał się jej podobny do postaci

Medyka, nakreślonej przez Chaucera. Bardziej żądny złota, niż chciał to okazać, ten dobry

pielgrzym gotów był wejść w niecne przymierze z Aptekarzem. A jeśli Plaga miałaby przynieść

więcej pracy, i tym samym więcej pieniędzy, nie przejmowałby się na pewno tą straszną Zarazą tak

bardzo, jak powinien. Wyobrażając sobie rzesze pielgrzymów w dawnej Anglii, znów odbiegła

myślą od kościoła...

Sloan także błądził myślami gdzie indziej.

Przypomniał sobie spotkanie z koronerem z West Cal-leshire. Było to w biurze koronera w

Berebury, w poniedziałek po południu.

Ten szacowny prawnik był nadzwyczajnie uprzejmy.

A przecież miał już kawał życia za sobą.

- Zarządzą przesłuchanie, inspektorze, w środę o jedenastej przed południem w Ratuszu -

oznajmił, skoro tylko wysłuchał Sloana - i jedynym dowodem, jaki zamierzam przeprowadzić w

tym dniu, będzie identyfikacja.

- Dziękuję panu.

- Kto to potwierdzi? Nie wdowa, mam nadzieję... -Koroner był człowiekiem

współczującym.

- Nie, proszę pana, konstabl Bargrave widział ją naturalnie, ale nie miała wielkiej ochoty.

Powiedział, że wciąż jeszcze znajduje się w stanie szoku. Zdaje mi się, że jakiś kuzyn przebywał

tam w tym czasie. Niejaki Quentin Fent.

Koroner skinął głową i zanotował to. - I w pierwszym rzędzie, inspektorze, odroczę

przesłuchanie na miesiąc.

- Dziękuję. To nam bardzo pomoże...

- W nadziei - ciągnął koroner uprzejmie - że druga poszkodowana strona - jest tu jego

nazwisko, prawda?... Ach, tak. Pan Tom Exley... w nadziei, że ten pan wróci wówczas na tyle do

zdrowia, że będzie mógł złożyć zeznanie.

- Dziękuję panu - powiedział znów Sloan, uśmiechając się do siebie. Koroner był

niewątpliwie przebiegły, jak oni wszyscy - jak przystało człowiekowi z dyplomem prawnika, który

musiał poświęcać wiele czasu na rozwiązywanie zawiłych problemów wspólnie z lekarzami.

background image

- Nie miałoby sensu przyspieszanie sprawy, inspektorze.

- Absolutnie nie.

- I nie chcemy wywoływać wilka z lasu, prawda? - Koroner, przeważnie przywiązany do

biurka, uważał się zawsze za wiejskiego prawnika.

- Nie, proszę pana - zgodził się biernie Sloan.

- Z drugiej strony sprawa wymaga zbadania - ot, tak. Nie mamy jeszcze pełnego

sprawozdania? Prawdopodobnie tylko działanie środka nasennego, jaki zwykle zażywał,

wzmocnione dużym kieliszkiem alkoholu przed spaniem. -Skrzywił się ze zrozumieniem. -Takim,

jaki jest potrzebny po wielkim przyjęciu.

- Możliwe - potwierdził Sloan. On i jego żona, Margaret, nie wydawali przyjęć na tak

wielką skalę. Rodzice jego przychodzili sprawdzać, czy żona dość się o niego troszczy. Teściowie

odwiedzali ich, aby się przekonać, czyjego żona - a ich córka - jest otoczona należytą czułością.

Poza tym, domy-bliźniaki w podmiejskim Berebury nie nadawały się na szykowne przyjęcia, a

Sloan przed spaniem pił zwykle tylko białą kawę. - Wiadomo nam, że nie miał już zamiaru

wychodzić tego wieczoru, ale doktor Washby został wezwany do chorego i nie mógł zabrać z sobą

nikogo. Wobec tego Fent musiał odwieźć do domu jednego z gości.

- Tak - powiedział koroner i znów coś zanotował. -Miesiąc zatem wystarczy, jak sądzę!

Jeśli sekcja wykaże coś nowego, o czym powinienem wiedzieć, doktor Dabbe i jego koledzy

powiadomią nas o tym. A dla was miesiąc wystarczy?

- Mam nadzieję.

- Zresztą, inspektorze - zadumał się - dawniej właściwym przedmiotem dochodzeń była

identyfikacja. Wprowadzono ją po zdobyciu Anglii przez Normanów.

- Naprawdę?

- Odbywała się ona tylko w celu upewnienia się, czy zmarły nie był Normanem - wyjaśniał

wesoło koroner. -Jeśli był Anglikiem, to nie miało znaczenia.

- Fent z pewnością był Anglikiem.

Koroner zignorował to. - Jeśli zmarły był Normanem, Anglik, który spowodował jego

ś

mierć, musiał płacić karę. Starano się więc udowodnić, że zwłoki nie były normańskie. Nazywało

się to stwierdzeniem angielskości...

Tak zatem, kiedy następna grupa żałobników weszła do kościoła, myśli inspektora Sloana

odbiegły jeszcze dalej w przeszłość niż myśli Cynthii Paterson.

Daniel Marchmont i jego żona znajdowali się wśród tej grupy; mimo zaprzątniętej czym

innym uwagi ani Sloan, ani Cynthia nie przeoczyli tego. Rzadko się zdarzało, aby ktoś nie

zauważył Marjorie Marchmont. Jej męża można było nie zauważyć. Z łatwością. Ale nie pani

background image

Marchmont. Była z natury impulsywna, co podkreślała jeszcze jej pokaźna postać - nawet

okoliczności pogrzebu nie przygasiły jej. Jak dziecko pochłonięta była zawsze chwilą obecną.

Zarówno Sloan, jak i panna Paterson zauważyli, że zaledwie weszła, spojrzała uważnie na

kwiaty w kościele, a potem wyszła z ławki i wepchnęła z powrotem na miejsce jakąś niesforną

gałązkę zieleni. Cynthia sama nieźle umiała układać kwiaty i uważała poprzednie ułożenie za dużo

lepsze; Marjorie jednak uznała widocznie, że jej dekoracja jeszcze nie jest dość dobra, wepchnęła

więc kwiaty głębiej do wazonu i wróciła na swoje miejsce.

Sloan zauważył również, że - nie licząc rodziny - wszyscy goście z nieszczęsnego

sobotniego przyjęcia zebrali się teraz w kościele. Policzył ich w myśli: powinno być osiem osób.

Profesor - widział go, gdy wchodził z doktorem i jego żoną, to troje; państwo Marchmont, którzy

właśnie weszli - nie można by jej przeoczyć - waży pewnie co najmniej 95 kilogramów - to pięć;

państwo Renville'owie - to naprawdę bardzo ładna kobieta - jeszcze nie wiedział, co o nich sądzić -

siedem; siedzieli obok tej ogrodniczki - panny Paterson - typowa małomiasteczkowa stara panna -

razem osiem.

Wszyscy spotkali się w Strontf ield Park w sobotę wieczór tuż przed ósmą. Bili Fent zmarł

prawie o północy. To były jedyne ustalenia czasu, jakimi dysponował inspektor. Zrobił, co w jego

mocy, żeby wycisnąć jeszcze jakieś informacje od patologa. Miało to miejsce we wtorek. I nie było

wcale łatwe.

- Sloan, nie można żądać ode mnie, żebym stwierdził na pewno - powiedział doktor Dabbe

ostrożnie - kiedy zmarły zażył to, co zażył, dopóki nie wiemy dokładnie, co to było.

- Nic więcej, doktorze?

- Jeszcze nie. Kiedy będziemy wiedzieli dokładnie, co zażył...

- Lub co mu podano - rzeczowo podkreślił Sloan.

- Tak. To już naturalnie panów sprawa - odrzekł patolog. - Z mojej strony...

- Tak, doktorze?

- Mogę co najwyżej powiedzieć, że moim zdaniem zażył jakiś narkotyk i to

najprawdopodobniej późno wieczór, bo gdyby zażył to wcześniej, skutki objawiłyby się, zanim

wyruszył odwieźć staruszka do domu.

Sloan skinął głową.

- Jest jeszcze jeden wniosek, który możemy wyciągnąć, skoro już jesteśmy przy tym,

inspektorze.

- No...

- śe gdyby substancja “X” miała właściwości emetyczne...

- Emetyczne?

background image

- Wywołujące wymioty. - Doktor Dabbe uśmiechnął się. - Gdyby miała...

- Wówczas - skończył Sloan za niego - zmarły mógł ją zażyć dopiero po kolacji. Zgadzam

się z tym w pełni. Słyszeliśmy, że kolację zjadł normalnie.

- Słyszeliście? - zarechotał głośno doktor. - Ja wiem na pewno, Sloan. Widziałem.

Ten nieco przyziemny aspekt sprawy wprawił w zakłopotanie jeszcze jedną osobę.

Konstabl Crosby, siedzący obok Sloana, poruszył się. Butny, niewyrobiony, doprowadzał

stale do rozpaczy swoich kolegów: słusznie powiedział o Crosbym nadinspektor: nikt nie wziąłby

go za policjanta. Jego wyobrażeniem “cywila” był staranny garnitur, a krawat, jaki wybrał na

pogrzeb, Sloan mógł określić jako zdecydowanie nieodpowiedni.

- Proszę pana - szeptał teraz - co zrobią później z tą resztą?

- Z czym...? - zapytał ponuro Sloan.

- Z tym, co wzięto do badania...

- Jeśli jest tam coś, co nie powinno być, będzie to potrzebne jako dowód i zakonserwowane.

- Na zawsze? Sloan westchnął.

- Myślę, że możemy to podarować Muzeum Okropności.

- A jeśli nie, to czy...

Sloan nigdy nie usłyszał, co Crosby proponował, a nagłe poruszenie słomianego kapelusza

Nellie Roberts zaoszczędziło mu konieczności zajęcia oficjalnego stanowiska w tej sprawie.

Muzyka organowa urwała się nagle i - idąc w ślad za Nellie - zebrani poderwali się na nogi.

Przez otwarte drzwi od strony cmentarza dochodziło skrzypienie nóg na żwirze, a potem już w

kruchcie kościoła silny głos obecnego proboszcza Św. Leonarda w Constance Parva, który

zaczynał egzekwie.

background image

Rozdział III

Pierwsza wstała panna Paterson. Uprzedziła niebieski słomiany kapelusz Nellie Roberts, bo

podświadomie wsłuchiwała się w dzwonienie Fitcha. Przerwał je, kiedy orszak wchodził do

kościoła - jego zadanie było chwilowo wykonane.

Bili Fent odpowiadał teraz na wezwanie, wypisane na dzwonie: “Do grobu głos mój też

woła”.

I ona, podobnie jak inspektor Sloan, zauważyła, że wszyscy goście z przyjęcia w Strontfield

Park byli teraz w kościele. Później jednak myśli jej powędrowały w innym kierunku.

Stanęła jej przed oczyma postać Koleżeństwa.

Ś

ciśle mówiąc postacie Koleżeństwa i Radości.

Koleżeństwo było postacią z innego utworu wczesnej literatury, w które jej ojciec zagłębiał

się, kiedy był stary -”Śmierć wzywa Każdego”. Utwór trafniejszy niż większość kazań, lecz zbyt

surowy dla współczesnych parafian, jak często twierdził idąc do kościoła, by wygłosić starannie

przygotowany popis erudycji na temat Hitytów.

Do kościoła przyszli dziś wszyscy - wszyscy goście z sobotniego wieczoru. Nie dziwiło jej

to. Spodziewała się, że zobaczy tu Renville'ów, Marchmontów, Washbych i profesora. W sztuce

Koleżeństwo towarzyszyło Każdemu, gdy miał się zameldować Śmierci. Oni - ci goście - byli

sobotnim Koleżeństwem i Radością na piątkowym pogrzebie - i także pójdą z nim, ale nie do

końca.

Przypomniała sobie teraz, że Koleżeństwo było pierwszym z towarzyszy Każdego, którzy

go opuścili w drodze.

Nawet Wiedza pozostała u jego boku nieco dłużej. Później Wiedza także go opuściła...

Usłyszała, że grupa żałobników zbliża się do kruchty kościoła.

Rodzina, Rozwaga, Piękno, Siła i Pięć Zmysłów, wszyscy pozostali przy alegorycznym

Każdym przez jakiś czas, a potem poszli - zostawiając go tylko z Dobrymi Uczynkami, aby

wspierały go w chwili oddania się Śmierci.

Rodzina - myślała nieskładnie - była jeszcze wciąż z Billem Fentem, zostanie z nim jeszcze

chwilę. Pójdą za trumną. W ten sposób znajdą się tu wszyscy z sobotniego przyjęcia.

Dwanaścioro. Koleżeństwo. Rodzina i Każdy...

Zwróciła wzrok na drzwi i odnotowała krewnych Billa Fenta w kolejności, w jakiej

wchodzili do kościoła.

Helen Fent, wdowa po Billu, kobieta ciemnowłosa, zgnębiona, blada, lecz na zewnątrz

opanowana.

background image

Może zażyła przed pogrzebem jakiś środek uspokajający. Teraz nigdy nie wiadomo -

pomyślała Cynthia; ona sama uznawała co najwyżej aspirynę - nic silniejszego.

Helen podtrzymywał Quentin Fent, kuzyn Billa.

Za nimi szła Annabel Pollock, także kuzynka; wyglądała, jakby była myślami gdzie indziej.

Opierała się ciężko na ramieniu jakiegoś starszego mężczyzny. Wujek ze strony matki - pomyślała

Cynthia.

Za nimi, jak to zwykle bywa, postępowała grupka dalekich krewnych, którzy ściągnęli na

pogrzeb i przez chwilę czuli się ważni z tego powodu, Ogromne doświadczenie Cynthii

podpowiedziało jej, że przyjechali oni do Constance Parva tylko na pogrzeb i że o, jadą zaraz po

odczytaniu testamentu.

Inspektora Sloana niepokoiło przypuszczenie, że tego dnia zostanie odczytany testament

Billa Fenta.

- Nie pojmuję, dlaczego miałby to być powód do niepokoju - powiedział z rozdrażnieniem

nadinspektor Leeyes.

- Jeśli ktoś zdecydował się go zabić - zaprotestował Sloan - może skorzystać z jego śmierci,

zanim go zdołamy powstrzymać.

- Niech pan nie przesadza, Sloan, niech pan będzie rozsądny - powiedział Leeyes. - Nawet

gdybyśmy przekazali całą sprawę Crosby'emu, od czego niech nas Bóg broni - dodał pośpiesznie i

wzniósł błagalnie oczy ku niebu -twierdzę, że nawet on rozwiązałby ją, zanim jakikolwiek znany

nam prawnik rozwikłałby sprawę majątku Fenta -lub zresztą kogokolwiek innego.

- Może, ale...

- Przecież my też chcemy wiedzieć, co jest w tym testamencie, prawda? Własność może

być obciążona dużą hipoteką, zastawami i tym podobnie. śe już nie wspomnę -dodał Leeyes

zapalając się do tematu - o różnych bękartach i innych ewentualnościach.

- Zmarł i nikt nigdy nie nazywał go ojcem? - poddał Sloan z ironią.

- Ludzie mówią w testamentach to, co naprawdę mają na myśli - oświadczył nadinspektor. -

Chyba tylko ten jeden jedyny raz.

- Nawet, jeśli tak by było...

- Dyskretne zasięgnięcie informacji, tylko to możemy zrobić, Sloan, o ile wszystko jest w

porządku lub jeśli wystraszyliśmy podejrzanych. Nie możemy dopuścić, aby wszyscy się

zorientowali, jakie mamy wątpliwości.

- Nie możemy.

background image

- A jeślibyśmy wstrzymali odczytanie testamentu, doradcy prawni Fenta wszczęliby piekło,

powołując się na przepisy, na prawo, na lewo i w środku.

- Tak, proszę pana. - W chwilach zadumy inspektor Sloan lubił uważać się za podporę

prawa, ale teraz nie był odpowiedni moment, żeby to powiedzieć.

- Jest jeszcze jedna rzecz, Sloan.

- Tak?

- Gdyby prasa dowiedziała się o tym zbyt wcześnie...

Sloan skinął głową. Nie musiał nic mówić. Jeśli była jakaś dziedzina na świecie, w której

zgadzał się całkowicie z nadinspektorem Leeyesem, była to właśnie prasa.

- ... to cała sprawa - ciągnął dalej jego zwierzchnik -zostałaby szeroko rozgłoszona.

- Jeśli jest jakaś sprawa - przypomniał mu Sloan.

- Jeśli jest jakaś sprawa. A jeśli jej nie ma, to co mamy robić?

- Wpakowaliśmy się w kłopoty - zgodził się zgryźliwie Sloan. - Po samą szyję.

Nadinspektor wskazał palcem sprawozdanie na biurku.

- “Zmarł wskutek pęknięcia aorty...”, nie ma co do tego żadnej wątpliwości. W tym cały

kłopot.

- Znaleziono szkodliwą substancję - powiedział Sloan. - Tak przynajmniej stwierdził doktor

Dabbe... - Tu przerwał. - Tak sądzę.

Leeyes żachnął się. - Dużo nam pomoże nasz przyjaciel, patolog. Aha, jeszcze raz

pociągnąłem go za język.

- O?

- Nie uwierzy pan, Sloan.

- Naprawdę?

- Okazuje się, że trucizna jest jak uroda - powiedział nadinspektor ze złością. Sloan czekał.

- Zależy od patrzącego - warknął Leeyes.

- Niemożliwe.

- Tak powiedział. Sposób działania trucizny nie ma nic wspólnego z prawem. Ani wynik

zatrucia. Wszystko polega na intencji osoby, która ją podaje.

- A więc nawet gdyby to, co tam było, nie zaszkodziło mu, lecz gdyby podający miał taki

zamiar, wówczas byłoby to podstawą oskarżenia.

- Tak właśnie jest.

Sloan zastanawiał się nad tym przez chwilę w milczeniu.

background image

Nadinspektor wskazał na telefon na swoim biurku. -Próbowałem przed kilkoma minutami

raz jeszcze do niego zadzwonić, ale nie ma go w szpitalu. Przypuszczam, że wyszedł poszukać

włosa, który mógłby podzielić na czworo.

Sloan wciąż jednak myślał o Billu Fencie. - Wyjaśnijmy to sobie, szefie. Umarł na skutek

@obrażeń poniesionych w wypadku samochodowym.

- Słusznie.

- Obecnie sprawdzamy, czy przedtem ktoś nie próbował go zabić.

- Świetnie to pan zrozumiał.

- Co byłoby usiłowaniem morderstwa.

- Słusznie - zgodził się nadinspektor. - Lub morderstwem i kropka.

- Jak to?

- Jeśli wypadek był następstwem trucizny.

- Prawnikom będzie to odpowiadało, prawda?

- Mniejsza o prawników - mruknął Leeyes. - Doskonale umieją sobie radzić. Ale co z nami?

- Jak najbardziej się z tym zgadzam -powiedział Sloan żarliwie. - Chciałbym mieć

wyłącznie zwykłe przypadki uduszenia. Wtedy wiadomo przynajmniej, na czym się stoi.

W toku prowadzonych osobiście dochodzeń Sloan przeprowadził już rozmowę z

profesorem Berry, który nie powiedział mu nic nowego; odwiedził także doktora Washby w domu i

w gabinecie przyjęć.

- On wciąż jeszcze mieszka nad gabinetem - zauważył Crosby, kiedy ich wóz wjechał do

miasteczka. -Jak wielu prowincjonalnych lekarzy.

- Dobrze. - Sloan spojrzał z aprobatą na przyjemny, gregoriański dom w środku High Street

w Constance Parva. - A zatem prawdopodobne, że go zastaniemy.

- Pani Washby? - zwrócił się Crosby do miłej młodej kobiety, która otwarła drzwi. -

Chcieliśmy...

- Jestem sekretarką - rzuciła dziewczyna lakonicznie. -Może zechcą panowie tu zaczekać.

Kiedy wyszła, Sloan spojrzał w sufit i powiedział w przestrzeń: - Kiedy zacząłem pracę w

policji, ostrzeżono mnie, abym nigdy nie podawał ręki lokajowi.

Przystojna osóbka znów się pojawiła.

- Doktor właśnie kończy swoje popołudniowe przyjęcia. Zaraz panów przyjmie. Proszę

tędy.

- Tylko kilka słów, panie doktorze, jeśli pan pozwoli -zaczął Sloan swobodnie. Zauważył,

ż

e sekretarka wychodziła z pokoju bez pośpiechu. - Rozmawiałem już z profesorem Berry,

background image

ponieważ nasz Wydział Ruchu prosił o sprawdzenie kilku szczegółów w związku z sobotnim

nieszczęśliwym wypadkiem.

- Rozumiem. - Doktor Washby poruszył energicznie głową. Był wprawdzie lekarzem

prowincjonalnym, lecz nie było w nim nic z wiejskiego lekarza. Jego garnitur pochodził z

Londynu, a w jego sposobie bycia nie widać było cech małomiasteczkowych.

- Czy zmarły był zupełnie zdrowy...? - spytał Sloan.

- O ile mi wiadomo, nic mu nie brakowało - wyjaśnił Washby. Przysunął do siebie

terminarz. - Czy będę potrzebny na przesłuchaniu?

- Nie sądzę, doktorze, nie w tym stadium. Ale był pan jego domowym lekarzem?

- Tak. - Doktor przeciągnął ręką po włosach. - To znaczy, odkąd tu jestem. A przed tym był

nim doktor Whittaker, mój poprzednik.

- Wzrok?

- Nie przypominam sobie, żebym mu kiedykolwiek badał. - Washby zmarszczył brwi. - Ale

nigdy się na oczy nie skarżył i był znakomitym strzelcem.

- A może jakieś nagłe zawroty głowy - albo coś w tym rodzaju?

Doktor wzruszył ramionami. - O tym także nic mi nie wiadomo. Tego rodzaju objawy

mogłyby jednak wytłumaczyć wypadek. Dostaje się naturalnie zawrotu głowy także ze zwykłej

niestrawności. Nie musi to być nic poważnego. -Skrzywił się, ściągając wargi. - O Boże,

inspektorze, tak bardzo żałuję, że sam nie odwiozłem starego Berry do domu w sobotę wieczorem -

wówczas to wszystko może by się nie zdarzyło.

- Niemniej - zauważył Sloan - mogłoby się mimo wszystko zdarzyć.

- Co? Jak? - Washby znów spojrzał spod oka. - Zawsze biorę zakręt Tappefs Corner w

ś

limaczym tempie. Byłem już przy zbyt wielu wypadkach w tym miejscu. Paskudny odcinek drogi.

Należałoby koniecznie coś z tym zrobić.

- Myślałem o tym drugim kierowcy - wyjaśnił Sloan.

- Zapomniałem o nim - przyznał natychmiast doktor. -Tak. On mógłby mnie także

porządnie stuknąć. Właściwie nas. Była ze mną żona. Mogła to być równie dobrze całkowicie jego

wina. Prawdopodobnie była. Fent był dobrym kierowcą.

- Zawsze trudno jest ustalić winnego - zauważył sentencjonalnie Sloan.

- Zwłaszcza gdy jeden kierowca nie żyje...

- Zwłaszcza gdy nie wchodzą w grę żadne skrzyżowania - powiedział spokojnie Sloan.

Zaskakujące było, jak wiele kłopotów inspektora Harpe'a miało reperkusje w innych działach

policji.

Washby skinął głową. - Właśnie. A wyjaśnienie tego nie przywróci życia Fentowi.

background image

- Nie. - Sloan urwał. - Zastanawialiśmy się, doktorze, czy nie miał jakiegoś zmartwienia -

czegoś, co mogłoby

3 - Lekka żałoba zakłócić jego koncentrację. Na ogół stwierdzamy, że większość

kierowców, którzy mają wypadki drogowe, ma jakieś kłopoty. - To było także credo drogowe

Szczęśliwego Harry'ego.

Lekarz wydął wargi. - Nie wydaje mi się. W każdym razie nie wiem o niczym takim. Był

naturalnie ten projekt rozbudowy, ale...

- Jaki projekt rozbudowy?

- To jeszcze nie zostało zrealizowane. Sądzę jednak, że będzie. Zeszłego roku założono w

mieście główną sieć kanalizacyjną wbrew opinii panny Paterson i innych starych mieszkańców,

którzy nie mogli się z tym pogodzić. Zaraz po tym towarzystwa nieruchomości zaczęły penetrować

w okolicy. - Uśmiech przemknął mu po twarzy. -Szczury kanałowe, jak nazwała ich Cynthia

Paterson i jej przyjaciele.

- I co?

- Chcieli wykupić część gruntów Billa Fenta. Są to prawie jedyne grunta w okolicy, na jakie

ci z planowania daliby zezwolenie, bo położone są blisko centrum miasta. W obrębie

zainteresowania miasta, jak to ktoś określił -cokolwiek to znaczy. - Washby skrzywił się. - Fent nie

mógł ich sprzedać z powodu jakiegoś majoratu na majątku czy czegoś podobnego, a przedsiębiorcy

nieruchomości nie chcieli wziąć w dzierżawę. Nie opłaca się to teraz, jak przypuszczam, a oni nie

są głupi.

- Nie bardzo rozumiem, co...?

- Bili próbował zdobyć pieniądze, aby samemu zrealizować ten plan. Wspominał mi o tym.

Zdaje mi się, że martwiło go to trochę. Był przecież obarczony tą dużą posiadłością, musiał ją

utrzymywać, a niewiele mógł z tym zrobić.

- Czy przepisał mu pan coś na uspokojenie?

- Nie pamiętam. - Doktor spojrzał na Sloana pytająco, podnosząc brwi. - Mogę jednak

sprawdzić.

- Gdyby pan zechciał.

Washby przycisnął przełącznik i pochylił się mówiąc do swojego rodzaju skrzynki

komunikacyjnej: - Jean, proszę mi przynieść kartę pana Fenta. Oto jest. Nie, nic tam nie ma,

inspektorze. Nic mu nie zapisałem na uspokojenie.

- A co z jego żoną?

Washby zawahał się. - Nie umiem nic powiedzieć. Pani Fent nie jest moją pacjentką. Zdaje

mi się, że chodzi do jakiejś lekarki w Berebury, ale musiałby ją pan sam o to zapytać.

background image

Sloan kiwnął głową z zadowoleniem. - To będzie, jak przypuszczam, nasza pani doktor

Harriet Baird. Dużo pań do niej chodzi.

Cynthia Paterson zajęła się znów najważniejszymi żałobnikami - tymi, którzy zostaną,

kiedy dalsi krewni już odejdą.

Helen Fent, wdowa, Annabel Pollock, kuzynka, i Quentin Fent, kuzyn. Razem ze zmarłym

Billem Fentem było w sobotę wieczór dwanaście osób.

O mały włos nie było o jedną osobę więcej. Cynthia była bardzo punktualna tego wieczoru -

przyszła nawet jako pierwsza.

- Wiem, że zjawiłam się za wcześnie - tłumaczyła się przed Billem, gdy otworzył drzwi. -

Tak to bywa z rowerami.

- Są wciąż szybsze od motoru spalinowego - zgodził się Fent z powagą. - Proszę wejść.

Mamy jeszcze jednego gościa. Pan Peter Miller. Rozmawiałem z nim właśnie o granicy między

naszymi posiadłościami.

- Dobry wieczór, panno Paterson - przywitał ją farmer.

- O, przeszkadzam panom - powiedziała zmieszana.

- Właśnie wychodziłem - zapewnił ją Miller wychylająć resztkę ze swej szklanki. -

Nieprawdaż? - zwrócił się do gospodarza.

- A zatem - reasumował Bili Fent z powagą - uzgodniliśmy, że zaraz w poniedziałek rano

wezmę kilka pali od Grega Fitcha i zrobi się coś z tym ogrodzeniem.

- Dobrze. Moje rasowe krowy na pewno tak samo szkodzą pana krzewom jak pana krzewy

moim krowom.

- To prawda - zgodził się Bili.

- Dobre parkany - to dobrzy sąsiedzi - dodał Miller sentencjonalnie.

- Dopóki nie chce się wytyczać granic na nowo - wtrąciła z ożywieniem panna Paterson,

gdyż wyczuła jakieś podskórne napięcie. Dwaj mężczyźni stojący twarzą w twarz byli do siebie

dziwnie podobni w swym hamowanym gniewie. Jak dwa koguty już w pozycji bojowej, lecz

wstrzymujące się jeszcze od walki. - Słyszałam, że mały Tom Pennyfeather ma jeszcze mnóstwo

siniaków.

Mężczyźni roześmieli się i napięcie minęło.

- Naprawdę nie chce pan zostać na kolacji? - zapytał Bili Fent, gdy dzwonek przy drzwiach

znów zadzwonił.

- Naprawdę nie, dziękuję bardzo - Miller odstawił swoją szklankę, w której lód jeszcze nie

stopniał. - Muszę już iść. Nie miałem zamiaru zawracać panu głowy w sobotni wieczór - dodał

burkliwie.

background image

- Myślę, że nawet takie rasowe krowy jak pana nie rozróżniają dni tygodnia - zażartował już

całkowicie opanowany Fent.

Miller uśmiechnął się szeroko. - Jeszcze nie. Choć są naprawdę przemiłe.

- Dobrze, że nie został - powiedział Bili, gdy młody farmer odszedł. - Byłoby nas

trzynaścioro przy stole. Helen byłaby niezadowolona.

- Zapewne.

- To przynosi pecha.

- Z powodu Judasza - powiedziała Cynthia.

- Ja sam nie jestem przesądny. x

- Oczywiście że nie - przytaknęła panna Paterson. - Po prostu nie chciałby pan, aby było

trzynaście osób przy stole. -•

- Pani sobie ze mnie żartuje. - Zatrzymał się idąc do drzwi. - Ach, proszę, niech pani nie

zapomni powiedzieć Annabel, że podoba się pani jej dekoracja kwiatowa. Bardzo jej zależy na pani

zdaniu... spędziła przy tych kwiatach cały dzień, podczas kiedy Helen przygotowywała jedzenie.

Milly Pennyfeather przyjdzie zmyć naczynia.

Ale Cynthia wcale nie lubiła dekoracji kwiatowych Annabel Połlock. Jej niechęć nie miała

jednak nic wspólnego z samym ułożeniem kwiatów. Annabel miała artystyczną duszę, znała się na

kolorach i rysunku, a jej dekoracje kwiatowe oglądało się zawsze z przyjemnością.

Cynthii nie odpowiadały kolory. Czerwień i biel. śadna pielęgniarka nie wstawiłaby ich

razem do wazonu pacjenta na swojej sali, gdyby to od niej zależało. Razem z innymi kolorami tak,

ale nie tylko te dwa. Czerwień oznacza krew, biel jest symbolem śmierci.

Pechowe. Annabel była pielęgniarką, powinna to wiedzieć.

Trumna Billa Fenta dotarła teraz do stopni prezbiterium.

- , ,Nie przynieśliśmy z sobą nic na ten świat - zaintonował według anglikańskiego

obrządku proboszcz Constance Parva - i na pewno nic nie zabierzemy”.

Peter Miller mógł równie dobrze zostać w Strontfield Park w sobotę wieczór, choć byłby

trzynasty - pomyślała panna Paterson. Billa Fenta nie mogło spotkać większe nieszczęście, niż go

spotkało.

background image

Rozdział IV

Sloan wiedział, dlaczego Crosby w czasie pogrzebu myślał wciąż o anatomii zmarłego.

Zaczęło się to podczas odwiedzin u patologa. W środę po południu.

- Niech pan wejdzie, Sloan, niech pan wejdzie! - zawołał wesoło doktor Dabbe, kiedy

policjanci zapukali do drzwi szpitalnego laboratorium. - Witam w naszym miejscu pracy. To

konstabl Crosby towarzyszy panu? Twarz wydawała mi się znajoma. Wejdź, chłopcze. Będzie to

dla ciebie bardzo interesujące a zarazem pouczające doświadczenie. - Machnął ręką. - A to,

panowie, doktor Writtle z Wydziału Spraw Wewnętrznych. Jest analitykiem.

Czwarty mężczyzna w laboratorium skłonił się sztywno policjantom.

- Powinienem, zdaje się, pamiętać, aby nazywać pana chemikiem-analitykiem, co, Writtle?

- zapytał Dabbe.

- Nie jestem przecież specjalistą od analizy rynku papierów wartościowych.

Patolog uśmiechnął się chytrze. - Ani też psychoanalitykiem.

- Broń Boże - z przekonaniem zaprzeczył Writtle. -Lubię wiedzieć, co robię.

- Wszyscy tak mówimy - zawtórował Dabbe. - To, co teraz robimy, jest bardzo

interesujące... ale, Sloan, dlaczego taka ponura mina?

- Nie lubię interesujących przypadków, doktorze - wyjaśnił lakonicznie Sloan. - W

przypadkach, które wy nazywacie interesującymi, zawsze jest bardzo dużo pracy.

- Słyszysz, Writtle? - wykrzyknął patolog. - Dobrze, że nie potrafię się zbytnio przejmować.

- Powinieneś spróbować, jak to jest w urzędach, Dabbe - powiedział analityk jowialnie. -

Nie można się tam przejmować. Wytyka się tam nam wszystko. A Wydział Spraw Wewnętrznych

zawsze zbiera to, czego nie można przypisać komuś innemu.

- W każdym razie, Sloan - odezwał się tym razem poważniej doktor Dabbe - mamy tutaj

nielichy problem, prawda, Writtle?

- Przyjemniutki - potwierdził rozsądnie Writtle. - Zaznaczam, inspektorze, że nie

mielibyśmy wcale problemu, gdyby ten oto doktor Dabbe nie miał oczu szeroko otwartych.

Zapewniam pana, że nie każdy patolog okręgowy wykryłby to, co on w-sekcji po zwykłym

wypadku drogowym.

- No, no, Writtle - zaprotestował doktor Dabbe z należytą skromnością - każdy zauważyłby

te krwinkotoki podosierdziowe.

- A co wobec tego z ustaniem dopływu powietrza do płuc? - odparł Writtle. - Podobnie jak

wyniki dotyczące migotania komór.

- To prawda.

background image

- Jestem przekonany, że dziewięciu patologów na dziesięciu przypisałoby to pierwotnemu

niedokrwieniu mięśnia sercowego.

- Ależ nie.

- Zwłaszcza jeśli istniało zwężenie naczyń wieńcowych...

Sloan zakaszlał. - Panowie...

- I to - dorzucił z uznaniem Writtle - zanim pan dotarł w pobliże żołądka.

- Musi się pan zgodzić - zaznaczył patolog - że był trochę za młody na taką niedomogę

serca.

- Właśnie! - przyznał Writtle. - To mam na myśli. Nie każdy pamiętałby, że u młodych

aorta może być zwężona z minimalnymi zmianami miażdżycowymi.

Sloan wygładził kartki swojego notesu.

- Panowie - odezwał się ponownie, tym razem głośniej - czy moglibyśmy zacząć od

początku...

Obydwaj mężczyźni odwrócili się ku niemu.

- śołądek - powiedział szybko patolog.

- Źródło wszystkich zaburzeń - wtrącił Writtle.

- Oto żołądek. - Doktor Dabbe wyciągnął duży, szczelnie zamknięty słój i pchnął go po

stole laboratoryjnym w kierunku Sloana i Crosby'ego. - Zwany inaczej dowodem rzeczowym A.

Sloan rzucił szybkie spojrzenie na słój, po czym odwrócił wzrok.

Crosby otworzył szeroko oczy i ślubował sobie, że już nigdy nie będzie jadł flaczków.

Nigdy.

- Napięcie ścian żołądka wydaje mi się wyraźnie zmniejszone - powiedział Dabbe. - Co pan

o tym sądzi, Writtle?

- Wyraźnie. - Analityk wskazał kościstym palcem zawartość słoja. - Nie ma jednak żadnego

podrażnienia błony śluzowej dwunastnicy. Wszystko na to wskazuje...

- Właśnie - przerwał patolog.

- śołądek... - zaczął Sloan zabierając się do pisania.

- Och, Sloan, naprawdę to interesująca jest wątroba -powiedział doktor Dabbe.

Jakby wywołany czarodziejską sztuczką pojawił się drugi słoik i przemknął po stole.

Widniała na nim etykietka B. Zatrzymał się tuż przed Crosbym. Crosby przełknął dość głośno,

bąkając coś o wegetarianizmie.

- Dobrze, a zatem wątroba - westchnął Sloan, notując to z kolei.

- Interesujące w wątrobie jest to - zaczął doktor Dabbe tonem zachęty - że... co to,

inspektorze, pana pomocnik jakoś dziwnie zzieleniał... czy dobrze się czujesz, chłopcze? Hola,

background image

Writtle, proszę go podtrzymać, żeby nie upadł. Posadźcie go na krześle. Może lepiej włożyć mu

głowę między kolana? - zapytał z niepokojem. - Wiecie, od

trzydziestu lat nie miałem żadnego żywego pacjenta... nigdy ich nie lubiłem, bo czasem

niegrzecznie odpowiadali. Ciekawe, co go przyprawiło o mdłości. - Patolog rozejrzał się po

laboratorium szpitalnym, które od podłogi do sufitu wypełnione było makabrycznymi okazami, nie

zauważył nic szczególnego i spojrzał raz jeszcze na Crosby'e-go. - Co, już lepiej? Dobrze A zatem,

Sloan, na czym to ja skończyłem?

- Doszliśmy do tego, że wątroba była interesująca -podpowiedział mu spokojnie Sloan.

Starał się nie patrzeć na Crosby'ego. Tamten kręcił się niespokojnie na krześle z głową między

kolanami, nie była to pozycja odpowiednia dla policjanta odkomenderowanego do pomocy w

ś

ledztwie dotyczącym sprawy poważniejszej niż zagubiona pompka do roweru. Sloan - policjant z

krwi i kości - odwrócił się od tego niezbyt budującego widoku.

- Tak, wątroba była rzeczywiście interesująca - kontynuował doktor Dabbe. - Bardzo

interesująca.

- W jakim sensie, doktorze?

- Wątroba zawierała więcej... e... obcej substancji, niż było jej w krwi obwodowej -

wyjaśnił patolog - przy czym równocześnie... niech pan pamięta, Sloan... trochę tej substancji,

cokolwiek to było, znajdowało się jeszcze w żołądku.

- Rozumiem, doktorze - powiedział Sloan - a to znaczy...

Tym razem analityk z Wydziału Spraw Wewnętrznych odpowiedział na jego pytanie. -

Sytuacja taka oznacza, inspektorze, że śmierć nastąpiła przed całkowitym wchłonięciem substancji

i niezbyt długo po jej zażyciu.

- A gdyby śmierć nie nastąpiła wówczas - spytał Sloan - to kiedy powinna była nastąpić -

jeśliby w ogóle do tego doszło?

- Przypuszczaliśmy, że będzie pan chciał wiedzieć, kiedy - powiedzieli dwaj naukowcy

unisono.

- Pracowaliśmy trochę nad tym - dodał doktor Dabbe.

- Ale jeszcze nie wiemy wszystkiego - wyjaśnił doktor Writtle.

- Tyle, żeby móc powiedzieć... - zaczął Dabbe.

- Jedynie w przybliżeniu, zaznaczam - wtrącił ostrożnie doktor Writtle.

- Doprawdy? - szepnął cicho inspektor. Zrobił wszystko, aby zabrzmiało to zachęcająco.

Jeśli pójdzie dalej w tym tempie, to spędzą całą noc w laboratorium, na co miał równie mało

ochoty, co Crosby.

background image

Patolog obracał ołówek w palcach. - Przyjmując, że nie wezwano by pomocy lekarskiej lub,

ż

e nie byłaby dostępna...

- Sądzę, że możemy to przyjąć, doktorze - rzekł Sloan.

- I że żadne zabiegi lecznicze nie zostałyby podjęte...

- Tak?

- Sądzę, że nasz obiekt zmarłby...

Inspektor podniósł wzrok. Zapomniał, że doktorzy, będąc patologami sądowymi, nie mieli

pacjentów, tylko obiekty.

- Sobotniej nocy - ciągnął Dabbe. - Co pan myśli, Writtle?

Writtle pogładził swą brodę. - Naturalnie, jestem tylko analitykiem, ale powiedzmy, gdzieś

między trzecią a piątą nad ranem...

- A więc ma pan, Sloan - powiedział wspaniałomyślnie doktor Dabbe. - W środku nocy.

Czego pan jeszcze chce?

Proboszcz, obserwując najważniejszych żałobników, rozpoczął teraz - jak przystało -

krótkie wyliczenie zasług zmarłego. Panna Paterson nie słuchała zbyt uważnie pożegnalnych

hołdów duchownego. Słyszała już to wszystko przedtem. Poza tym, myślała o czymś innym. Nie

była jednak na tyle zaabsorbowana, aby nie zauważyć, że

Ursula Renville płacze od kilku minut, a młoda żona doktora Washby bliska jest już łez.

Cynthii - o dziwo -sprawiło to przyjemność - niedobrze jest, jeśli lekarz w małym miasteczku ma

nieczułą żonę.

Jak można było przewidzieć, oczy pani Marchmońt zostały suche. Cynthia wiedziała, że

Marjorie nie zapłacze, choć znała Billa Fenta chyba lepiej niż ktokolwiek inny. I nigdy nie będzie

płakała. Nie była osobą manifestującą swoje wzruszenia. Cynthia również nie miała skłonności do

łez. Niezamężne kobiety nie płaczą. Odkryła to już dawno. Kiedy stwierdziła, że nie ma nikogo,

kto by pocieszał ją w płaczu... Ponadto jako córka proboszcza, była bardziej oswojona ze śmiercią -

a może jako ogrodniczka zdawała sobie sprawę, że wszystko, co żyje, rośnie i kwitnie, kończy

ś

miercią.

Proboszcz doszedł teraz do ostatniej modlitwy i karawaniarze wysunęli się do przodu... ta

zmiana także nastąpiła z czasem - pomyślała Cynthia. - Był okres, kiedy trumnę nieśli ludzie bliscy

zmarłemu - towarzysze pracy, pracownicy, przyjaciele, krewni - tak zwana ostatnia posługa.

Zwyczaj ten zaginął podobnie jak podzwonne. Ludzie, którzy teraz wystąpili, byli obcy dla niej i na

pewno także dla rodziny Fenta. Podłożyli ramiona pod dębową trumnę, obrócili się niepewnie i

zaczęli kroczyć z powrotem wzdłuż prezbiterium.

Rodzina postępowała za nimi.

background image

Kiedy odwróciła oczy od tej smutnej procesji, zastanowiła się, dlaczego to robi. Co za

prymitywne uczucie nie pozwala człowiekowi patrzeć na smutek i strach, choć bez zmieszania

obserwuje radość i gniew. Myśl ta błąkała się jej po głowie, podczas gdy starała się zatrzymać

wzrok na pulpicie - na rzeźbach ołtarza - na kaplicy Matki Boskiej, byle tylko nie uchwycić wzroku

Helen Fent. Przeciwieństwa - rozmyślała uparcie - zawsze są intrygujące. Ojciec jej miał raz

kazanie o alegorycznych postaciach wyobrażających cnoty i grzechy na fresku Giotta w kaplicy w

Padwie. Wyliczała je sobie, kiedy najpierw trumna, potem żałobnicy przeszli obok jej ławki.

Sprawiedliwość i Niesprawiedliwość; Nadzieja i Rozpacz; Wstrzemięźliwość i Gniew;

Roztropność i Głupota; Wiara i Bezbożność; Miłość i Nienawiść. Te dwa ostatnie były tematem

doskonałego kazania wielebnego Wilfryda Patersona.

Ostatni z rodziny zniknęli z oczu i w kościele zrobiło się nieco swobodniej.

Pani Washby udało się teraz zapanować nad płaczem. Ursula Renville załkała po raz

ostatni, a Marjorie March-mont znów zmieniła zdanie o kwiatach. Wyszła z ławki i jeszcze raz je

poprawiła.

Z mężczyzn, profesor Berry robił wrażenie starego i smutnego, a Washby wyglądał jakby

lekko zniecierpliwiony. Cynthia pomyślała z pobłażliwością, że łączy się to z zawodem lekarza.

Daniel Marchmont - zawsze trudno było zauważyć usuwającego się w cień Marchmonta -czekał,

aby jego żona skończyła poprawianie kwiatów. Richard Renville, najbardziej taktowny z

mężczyzn, obrócił się do Cynthii i rozmawiał z nią półgłosem, aby przez ten czas jego żona mogła

wrócić do równowagi.

- Musiał to być właśnie zakręt Tappefs Corner - westchnął. - Bili znał to miejsce równie

dobrze, jak wszyscy tutaj. Może nawet lepiej.

- To nieprzyjemny odcinek drogi, nawet na rowerze -powiedziała Cynthia. - Ja sama

niekiedy schodzę tam i idę pieszo.

- To był zawsze niedobry odcinek drogi - zadumał się Renville. - Mój dziadek wywrócił się

tam raz ze swoją bryczką, choć muszę przyznać, że wracał wtedy do domu z targu.

- Bili nie wracał do domu z targu - zauważyła Cynthia.

- Wiem - Renville pojął natychmiast, o co jej chodzi. -I wcale się nie spieszył.

Rozumiałbym, gdyby to był jeden z młodych Pennyfeatherów w posklecanym starym gruchocie.

Ale nie Bili. Jeden z najlepszych kierowców po tej stronie Calleford.

- I jeden z najlepszych wozów - dodała wstrzemięźliwie

Cynthia.

- Co... ach, tak, naturalnie. Na pewno wszystko było w porządku.

- Więc może ten drugi kierowca... - rzuciła.

background image

Renville potrząsnął głową. - Nie wygląda mi na to. Chłop po trzydziestce. śonaty, dwoje

dzieci. Zrównoważony człowiek, jak słyszałem. - Renville był człowiekiem, który zawsze potrafił

zebrać wszelkie dostępne informacje. Pewnym ludziom zawsze się to udaje.

- To było combi - Cynthia sama gdzieś to usłyszała. -śaden wóz sportowy ani nic w tym

rodzaju.

Renville omal nie zachichotał. - Uważa pani, że samochód często świadczy p człowieku?

- Czyż nie?

- Może - zgodził się szeptem (jak przystało z tej okazji). - Pora już, żebyśmy wymienili nasz

wóz, a żadne z nas nie chce. Para zacofańców, ci Renville'owie z Constance Par-va. - Wsunął rękę

pod ramię żony, kiedy skierowała się w stronę przejścia. - Prawda, najdroższa?

Ursula Renville skinęła głową.

Panna Paterson zaczekała chwilę, a potem i ona wyszła z ławki. Stwierdziła, że stoi miedzy

młodym farmerem, Peterem Millerem, i Herbertem Kelwayem.

- To smutny dzień dla Constance Parva - rzekł sklepikarz. - Nie ma zbyt wielu takich jak

nasz pan Fent.

- Na pewno nie mógłbym mieć lepszego sąsiada - dodał Miller z emfazą, która, jak sądziła

Cynthia, była dla niej przeznaczona.

W odpowiedzi przypomniała sobie zdanie, którym posłużyła się już na niejednym

pogrzebie. Było przydatne w tych niedogodnych momentach, kiedy wypadało mówić jedynie o

zmarłych - a powiedziano już o nich wszystko, co się dało powiedzieć.

- Słońce zaszło dla niego, kiedy był jeszcze dzień -powiedziała półgłosem.

Wszyscy w kościele stali teraz i Crosby skorzystał ze swej pozycji na samym końcu

kościoła i ze swego wzrostu (znacznie przekraczającego minimalne wymagania policyjne), aby

przyjrzeć się reszcie żałobników. Obserwował z tyłu ich głowy, każdą z osobna, tak uważnie, że

zirytowany Sloan szepnął mu: - Czyżby miał pan na drugie imię Lombroso, Crosby?

- Nie - odpowiedział szeptem. - Edward. - Nastąpiła pauza. - Kto to jest Lombroso?

- Taki Włoch, który uważał, że złych ludzi można rozpoznać po kształcie ich uszu.

- Aha. - Znowu pauza. Potem: - A można?

- Nie wiem - westchnął Sloan. - Nie jest to takie proste.

ś

ałował, że nie towarzyszy mu dziś sierżant Gelven zamiast Crosby'ego. Gelven był

policjantem do szpiku kości - można by powiedzieć po odciski palców - i w dodatku energiczny,

odpowiedzialny i zaradny. I oczywiście, było to widoczne.

- Po raz pierwszy szukam przestępców na pogrzebie -Crosby znów zaczął szeptem

pogawędkę.

background image

- Może ich tu wcale nie ma - odparł Sloan, choć sam w to nie wierzył. Wszyscy, którzy

mieli coś wspólnego z przyjęciem u Fentów, byli obecni na pogrzebie, nawet właściciel sklepu

spożywczego, dostawca do Strontfield Park, i sąsiad-farmer, który przyszedł tam przed przyjęciem.

- Na pewno są, inspektorze - syknął z przekonaniem Crosby. - Zawsze rodzina lub

przyjaciele wykańczają człowieka...

Sloan chrząknął. Tak było rzeczywiście dziewięćdziesiąt razy na sto.

- ... i na pewno tu są - ciągnął dalej Crosby. - Na samym przodzie.

- Dobrze, dobrze. Przyrzekam, że zaczniemy od rodziny, jak zwykle. - Spojrzenie

inspektora powędrowało w kierunku ławek najbliższych trumny, a myśli jego nie odbiegały zbytnio

od myśli panny Paterson.

- Okaże się, że to ktoś najbliższy i najdroższy, mogę się założyć, inspektorze - orzekł

Crosby z beztroską pewnością siebie, właściwą młodym ludziom.

- Zapamiętam to sobie - powiedział Sloan uroczyście. -Sto do jednego?

- Chyba że był to czysty przypadek - zastrzegł się szybko policjant.

- Nie ma czegoś takiego, jak czysty przypadek, Crosby -szepnął Sloan cicho, lecz

zdecydowanie - i im wcześniej pan to pojmie, tym lepiej.

Sloana nauczył tego inspektor Harpe z Wydziału Ruchu. Są tylko dwa rodzaje wypadków,

twierdził melancholijny Harpe, spędziwszy połowę życia na badaniach każdego nieszczęśliwego

przypadku i wypadku w hrabstwie Cal-leshire. Szczęśliwy Harry zawsze twierdził, że zdarzają się

wypadki wskutek nieumiejętności albo takie, które musiały się zdarzyć - ale nigdy, nigdy nie ma

czystych przypadków.

- A zresztą, Crosby - dodał jeszcze Sloan na poparcie swego stwierdzenia - jakakolwiek

była ta szkodliwa substancja, którą zmarły połknął, nie zaszkodziła nikomu innemu, prawda?

- Nie, inspektorze. W każdym razie nie słyszeliśmy o tym. - Od poniedziałku Crosby miał

zająć się Milly Pennyfeather, która w sobotę pomagała w kuchni w Strontfield Park, i sprawdzić

dyskretnie, czy u innych gości i rodziny pojawiły się jakieś niepokojące objawy.

Nie było takich objawów.

Po otrzymaniu sprawozdania patologa, również Sloan przeprowadził wiele dyskretnych

wywiadów. To, co dotychczas ustalił, absolutnie na nic się nie zdało.

Mowa pogrzebowa proboszcza także niczego nie wniosła. Inspektor Sloan, podobnie jak

Cynthia Paterson, przebywał w tej okolicy zbyt długo, aby takie oracje robiły na nim jakieś

wrażenie. Natomiast w przeciwieństwie do Cynthii pamiętał zawsze, że ten, kto je wygłasza, nie

background image

mówi pod przysięgą. A duchowni to też tylko ludzie. To jeszcze jedna prawda, do jakiej się

dochodziło po przeżyciu roku lub więcej na szerokim świecie.

Sloan nie wiedział, jakie wrażenie wywarły starannie dobrane słowa proboszcza na

siedzących w przedzie. Z pewnością wywołały one niepokój u jednego przynajmniej człowieka

siedzącego z tyłu: tego, który stał tuż obok. Dobrze się stało, że obaj policjanci znajdowali się na

samym końcu kościoła, bo chrapliwy szept Crosby'ego nie był dostatecznie cichy.

.- Jesteśmy jak para moskitów w kolonii nudystów, prawda, inspektorze? - syknął wesoło. -

Martwimy się, bo nie wiemy, od kogo zacząć.

background image

Rozdział V

Tu właśnie nie masz racji, chłopcze - pomyślał Sloan, lecz nie wypowiedział tego na głos.

Jeśli chodzi o Sloana, to sprawa już się zaczęła. Zaczęła się w laboratorium doktora Dabbe

w środę po południu. W tym dniu, kiedy był tam doktor Writtle i kiedy Crosby'e-mu zrobiło się

słabo: nic dziwnego, że wolał o tym zapomnieć.

- W środku nocy - powiedział patolog. - Czego pan jeszcze chce, Sloan?

W danym przypadku inspektor Sloan chciał więcej od bezstronnej nauki - dużo więcej niż

stwierdzenie, kiedy nastąpiłaby śmierć Billa Fenta, gdyby nie było wypadku samochodowego.

- Przede wszystkim chciałbym wiedzieć dokładnie, co Fent zażył - nalegał - i w jakiej

postaci. - W tym momencie stwierdził z zadowoleniem, że Crosby powoli prostuje się na krześle i

odzyskuje świadomość.

- Tu mamy coś, inspektorze. - Doktor Writtle chwycił dwie mniejsze butelki i pchnął je po

stole laboratoryjnym w kierunku żołądka i wątroby, które przyprawiły o mdłości Crosby'ego. - To

powinno nam powiedzieć, co spowodowało śmierć.

Obie butelki były z ciemnego szkła. Sloan zauważył z ulgą, że zawierały tylko jakiś

proszek. Nawet Crosby będzie mógł chyba spojrzeć na nie spokojnie. - Jak je nazwiemy? Doktor

Dabbe uśmiechnął się. - Jak się panu podoba:

Gog i Magog? - zaproponował.

- Antymon i Kleopatra? - rzucił doktor Writtle z przebiegłym uśmiechem.

- To nie tak - sprostował Sloan - to znaczy nie nazywał się antymon.

- Niestety nie - powiedział z żalem analityk. - Ale byłby dobry kalambur, gdyby tak było.

Nie, to, co znaleźliśmy, to jakiś barbituran...

- Ferdynand i Izabella - wtrącił doktor Dabbe, nie pozwalając sobie przerwać. - Jestem

pewien, że byli do siebie podobni.

- Paweł i Gaweł - zaproponował Crosby. Wróciły mu normalne kolory.

- Jeden z kwasowych barbituranów - powiedział doktor Writtle. - To znaczy żadna sól

sodowa.

Sloan czekał na wyjaśnienia.

Analityk wskazał na obie butelki. - Te kryształki zostały wyekstrahowane mieszaniną eteru

i chloroformu. Jeśli sporządzimy roztwór wodny osadu jednej z nich...

- Gog - powiedział Dabbe.

- I następnie - ciągnął dalej Writtle - dodamy jedną kroplę odczynnika Miliona, otrzymamy

biały galaretowaty osad, co jest dowodem obecności barbituranu.

background image

- Pozytywnym dowodem? - zapytał Sloan. Słowa “dowód” używano zawsze bardzo

dowolnie.

- Będzie uznany przez sąd - zapewnił doktor Writtle -jeśli to miał pan na myśli. Zwłaszcza

razem z drugim...

- Magog - dopomógł doktor Dabbe.

- Kiedy osad z tej drugiej rozpuścimy w chloroformie - kontynuował analityk - i dodamy

jednoprocentowe-go roztworu octanu kobaltu, otrzymamy ciemnofiołkową barwę.

- “Rosa, co na fiołku gości - szepnął doktor Dabbe poetycznie - blasku oczom twym

zazdrości”. Sir Walter Scott, zapomniany poeta.

Crosby natychmiast się ożywił. - “Róże są czerwone, niebieskie są bzy, cukier jest słodki

i...”

Pochwycił spojrzenie Sloana i głos mu zamarł.

- W jaki sposób barbituran został podany? - odważył się zapytać Sloan.

Z Crosbym może załatwić sprawę później i załatwi to, ale cóż może zrobić zwykły

inspektor z patologiem sądowym o dziwnym poczuciu humoru?

- W jakiej postaci chemicznej, myśli pan? Prawdopodobnie w roztworze. - Sloan stwierdził

z zadowoleniem, że przynajmniej analityk z Wydziału Spraw Wewnętrznych nadal myślał o

sprawie. - Mogła to być bardzo łatwo rozpuszczalna pastylka bez osłony, ale nie sądzimy.

Najważniejsze, że nie była to kapsułka.

- Szukaliśmy jej - dopowiedział Dabbe.

- Nie było żadnego śladu kapsułki - wyjaśnił doktor Writtle. - Nigdzie w przewodzie

pokarmowym nie było żelatyny.

- I nie mogła się zbyt daleko oddalić - dodał wesoło doktor Dabbe. - W tak krótkim czasie.

- A więc, panowie - powiedział Sloan. - Czas. Kiedy...

Doktor Writtle przerzucał jakieś papiery. - Nie jest wcale łatwo powiedzieć, zwłaszcza jeśli

substancja została podana w roztworze...

- I może w czymś, co popijał bardzo powoli - wtrącił doktor Dabbe - od czasu do czasu -

powiedzmy w likierze -w ciągu pół godziny lub dłużej.

- Lecz gotowi jesteśmy posunąć się do tego, inspektorze , żeby powiedzieć - dodał Writtle -

ż

e nie zostało to... e... zażyte sporo przed ósmą lub o wiele później niż jedenasta.

Sloan zapisał to i zanotował numery laboratoryjne butelek, a następnie odwrócił kartkę

notesu.

- Ten barbituran, czy było go dużo?

- Właściwe pytanie - stwierdził Dabbe.

background image

- Dosyć, aby mieć pewność, że nie doczeka rana -odpowiedział doktor Writlle. - Dam panu

pełną analizę ilościową na piśmie.

- Dziękuję panu, doktorze - Sloan spoglądał to na jednego, to na drugiego. - Sądzę, że

powiedzieli mi, panowie, wszystko, co muszę wiedzieć na początek, z wyjątkiem jednej rzeczy...

- Co takiego?

- Czy zażył to sam, czy też mu podano?

- Drugie właściwe pytanie - zauważył doktor Dabbe. Writtle pogładził się po brodzie. - To

już trudniej powiedzieć, inspektorze.

- W każdym razie, to pana dziedzina, Sloan - rzucił doktor Dabbe złośliwie. - Nie nasza. My

jesteśmy tylko skromnymi wyrobnikami prawa, nieprawda, Writtle, od wykonywania cięższych

prac w śledztwie i procesie.

- I - kontynuował lakonicznie Sloan, nie dając się odwieść od tematu - czy jeśli zażył to

sani, zrobił to celowo czy przez pomyłkę.

- Ach - westchnął doktor Writtle w zamyśleniu.

- Albo raczej, gdy już jesteśmy przy tym, panowie, czy ktoś podał mu to przez pomyłkę.

- Tego również nie wiemy, prawda, doktorze - powiedział doktor Writtle.

Patolog spojrzał na inspektora wzrokiem pełnym słodkiej niewinności. - My w ogóle bardzo

mało wiemy.

- Słyszałem o przypadkach - powiedział stanowczo Sloan - kiedy osoba, która wzięła

proszek nasenny, jest po nim nieco zamroczona i nie pamięta, czy wzięła ten proszek, czy nie,

wobec czego bierze następny.

- Automatyzm - orzekł Writtle. - Tak się to nazywa.

- I po tym zażywa jeszcze jeden proszek - zgodził się doktor Dabbe - aby być zupełnie

pewna, że wzięła swoją dawkę. To się zdarza.

- Nie jest to typowe, ale zdarza się, gdy pacjent leży już w łóżku lub ma się zaraz położyć -

zaznaczył doktor Writtle. - W każdym razie nie tuż przed jazdą samochodem.

- Nie wiedział, że będzie musiał wyjechać - poinformował go Sloan zamyślony. - Czy mam

teraz zabrać z sobą te butelki, doktorze?

- Te tutaj? O, nie, inspektorze. To tylko połowa tego, co zrobiliśmy. Resztę na razie

zatrzymujemy.

- Dla obrońcy - dorzucił Writtle.

Doktor Dabbe skinął ręką w stronę kolekcji słoi z próbkami na laboratoryjnym stole.

Powiedział teraz z całą powagą: - Ale ten barbituran, Sloan...

- Tak?

background image

- Powiedziałbym, że mógłby stanowić “zabójczą rzecz”, jak to określa ustawa. - Doktor

spojrzał na niego.

Dla zupełnej pewności potrzeba panu teraz tej części o “premedytacji”.

W pół godziny po wyjściu z kościoła najważniejsi żałobnicy powrócili do Strontfield Park.

W ciągu tego czasu trumna została spuszczona do grobu, proboszcz odmówił egzekwie i

samochody z pogrzebu przejechały z powrotem przez miasto. Kiedy przejeżdżały, Herbert Kelway

podniósł żaluzje w swoim sklepie i wrócił do pracy.

Obowiązki wdowy nie skończyły się po powrocie do domu.

Pani Fent zapewne najbardziej pragnęła zamknąć się w swoim pokoju, ale nie powiedziała

tego nikomu. Krążyła powoli wśród obecnych odpowiadając grzecznie na życzliwe kondolencje.

Twarz jej, zawsze blada, teraz była prawie bezbarwna. Miała na sobie luźną płócienną suknię

koloru ciemnoszarego, harmonizującą z jej kruczymi włosami, lecz bardzo podkreślającą bladość

twarzy. Mimo niezbyt wysokiego wzrostu jej postać wysuwała się na pierwszy plan, bo wszyscy

cofali się nieco, kiedy przechodziła.

Jak królowa na scenie - pomyślała mimo woli Annabel Pollock, wycofując się do jadalni.

Milly Pennyfeather przygotowała tam zimną przekąskę dla tych, którzy by mieli na to ochotę.

Annabel, chcąc znaleźć sobie jakieś zajęcie, to poprawiła ułożenie jakiejś serwetki, to przesunęła

widelec i gorączkowo liczyła talerze, choć właściwie nie było tu już nic do zrobienia.

Po chwili jednak wróciła do salonu kierowana poczuciem obowiązku. Trzeba tam było

zająć się krewnymi i pocieszyć Nanny Vickers. Nie lubiła ona, kiedy wychowankowie wymykali

jej się z rąk nawet jako dorośli ludzie.

- Już raz myślałam, że go stracę, kiedy miał krup -pochlipywała - ale wyciągnęłam go jakoś.

Potem przechodził świnkę i koklusz. Pani też była, zawsze chorowita.

Chyba dlatego, że pani się urodziła i wychowała w Indiach.

- Wiem - usprawiedliwiała się Annabel. - Tyle lat w takim upale.

- Kiedy odchodziłam, był wspaniałym chłopcem. -W pojęciu Nanny Vickers

niebezpieczeństwa życiowe mijały na ogół z ukończeniem dwunastu lat. - Nigdy nie

przypuszczałam, że go zobaczę w takim stanie.

- Nikt z nas nie przypuszczał - potwierdziła Annabel.

- Samochody! - sarknęła Nanny Vickers. -- Lepiej by było, gdyby ich nigdy nie

wynaleziono.

- Amen - powiedziała Annabel i poszła porozmawiać z ciotecznym dziadkiem George'em.

Ten żwawy osiemdziesięciolatek opuścił pensjonat, gdzie mieszkał sobie spokojnie i wygodnie,

aby być na pogrzebie w Constance Parva. Matki Annabel i Billa były jego siostrzenicami.

background image

- Moja droga, dlaczego musiał to być właśnie Bili? Taki młody jeszcze i życie stało przed

nim otworem. Annabel pokiwała smutno głową.

- A ja - ciągnął dalej dziadek George - bezczynny, niepotrzebny nikomu, żadnemu

człowiekowi ani zwierzęciu, przy moich osiemdziesięciu latach - czy wyglądam na to? - zdrów jak

ryba. Mój lekarz mówi - dodał z wyraźną satysfakcją - że będą musieli w końcu dobić mnie

siekierą. Panna Pollock uśmiechnęła się blado i poklepała go po ramieniu. Zauważyła już dawniej,

ż

e bardzo starzy ludzie przyjmują śmierć lepiej, niż można by przypuszczać -w każdym razie lepiej

niż młodzi - cudzą śmierć naturalnie, nie perspektywę swojej własnej.

Podeszła z uprzejmości do kuzynki Hettie, dalszej krewnej, która przyjechała na pogrzeb

autobusem i taksówką z jakiegoś śmiesznie odległego kąta - Almstone lub czegoś podobnego - i

która teraz będzie musiała pojechać tam z powrotem. Annabel wiedziała, że na długo przed jej i

Billa urodzeniem została ona uwiedziona, po czym wycofała się w głąb lasów i poświęciła opiece

nad zwierzętami.

Nie odtrącały one nigdy ręki człowieka - zwłaszcza jeśli ta ręka je karmiła. Niestety, miała

skłonności do sentymentalizmu.

- Taki mity chłopiec - ubolewała. - Myślałam, że przeżyje z Helen wiele szczęśliwych lat, a

ty? Annabel przytaknęła smutno.

- Pamiętam dobrze ich ślub. Wydawali się doskonale dobraną parą - a teraz to. I w dodatku

bezdzietni. Jaka szkoda!

- Tak - powiedziała Annabel ze stoicyzmem. Może jeśli ona będzie wysłuchiwała kuzynki

Hettie, zaoszczędzi tej przykrości Helen.

- Ty byłaś druhną, kochanie, prawda? Pięknie wyglądałaś w niebieskiej sukni. Nigdy tego

nie zapomnę. Helen, jak widzę, jest dziś ubrana na szaro. Wiem, że jestem staromodna, ale

chciałabym widzieć wdowę przynajmniej w czerni. Nie jest już tak, jak było, wiesz, kochanie. Za

moich młodych lat wdowa musiała...

Annabel w zdecydowany sposób skierowała rozmowę na zwierzyniec kuzynki Hettie.

Widziała kącikiem oka, że Helen rozmawia z panem Puckle'em, doradcą prawnym rodziny, a na

Quentina przyszła kolej rozmowy z dziadkiem George'em.

- Wakacje - Quentin mówił tak donośnie do dziadka, że słychać było jego głos w całym

pokoju. Dziadek był może zdrowy jak ryba, ale niewątpliwie równie głuchy.

- Co takiego?

- Przyjechałem na wakacje - powtórzył Quentin, dodając półgłosem: - a tu taki straszny

wypadek.

background image

Annabel Pollock usłyszała, co mówi, choć dziadek George zapewne nie. Quentin, jak

zwykle, mądrzył się cudzym kosztem.

- -Co takiego, mój chłopcze? - zapytał znów osiemdziesięciolatek.

- Zawsze przyjeżdżam w sierpniu, dziadku. W sierpniu nikt nie kupuje obrazów. - Quentin

Fent pracował w firmie handlującej dziełami sztuki, w dzielnicy West End. Był o kilka lat młodszy

od Billa i nieco afektowany.

- Myślałem, że w twoim wieku wolisz mieszkać na kontynencie - powiedział dziadek

George.

- Nie mogę sobie na to pozwolić - odrzekł Quentin z ujmującym uśmiechem, który nieraz

już pomógł mu sprzedać obraz wahającemu się klientowi.

- Jesteś jeszcze nieżonaty? - zapytał staruszek z bezpośredniością właściwą jego wiekowi.

- Jeszcze nie. Ojciec damy... ech - nie chce mnie.

- Myślałem, że teraz nikt go już o to nie pyta - mruknął starszy pan.

- On - to Spółka Battersby's Bearings - mruknął Quentin, jakby to wyjaśniało wszystko. -

Jacąueline jest jego jedyną córką.

Dziadek George słyszał o tym. - Ach, on pewnie myśli, że Botticelli to rodzaj sera i że ty

nie znasz się na niczym.

- Aha, właśnie - przytaknął Quentin ponuro. - Jest jeszcze coś. On sam zaczynał bez grosza.

Teraz wydaje mu się, że każdy, komu trzeba więcej niż pens, żeby zacząć karierę, jest do niczego.

Staruszek mruknął bez współczucia: - Za moich młodych lat miałbyś...

- Miałbym więcej możliwości - ciągnął dalej Quentin -gdybym nie próbował zmienić koła,

kiedy złapałem gumę jadąc z Jacąueline w zeszłym miesiącu...

- Zepsułeś wszystko, prawda? - wtrącił bez zdziwienia.

- Lewarek się wyśliznął - Quentin opuścił kąciki ust w płaczliwym grymasie. - Musiałem

wzywać pomoc drogową. To mnie też trochę kosztowało. Ale najgorsze, że pożyczyliśmy wóz

starego bez jego wiedzy.

Dziadek George burknął: - A więc skończyło się na Strontfield Park? Zamiast Florencji...

- Chcę zachować kontakt z rodziną - powiedział Quentin, jakby się trochę

usprawiedliwiając - i, proszę mi wierzyć, wolałem to zrobić w lecie. - Rozejrzał się po dużym,

chłodnym salonie. - Nie dla mnie Boże Narodzenie na wsi. Nie uwierzyłbyś, jaki chłodny robi się

ten pokój w zimie.

- O, tak, wiem - warknął cierpko starszy pan. - Nie zapominaj, że znałem ten pokój dużo

wcześniej niż ty. Przyjechałem tu po raz pierwszy, kiedy moja siostrzenica, Mary, wyszła za ojca

Billa. Przed wojną. A w dodatku wtedy paliło się tylko węglem.

background image

Quentin usiłował to załagodzić. - Przepraszam. Z pewnością tak. Wtedy musiało być

jeszcze gorzej. - Szybko skierował rozmowę na inny temat. - To okropne, że coś takiego zdarzyło

się podczas wakacji - to znaczy, że Bili zginął. Strasznie miły był chłop.

- Solidny jak skała - powiedział dziadek George drżącym starczym głosem.

- Szczery jak złoto - uzupełnił Quentin, dodając sotto voce - i umarł. - Odszedł od staruszka

i zbliżył się do pani Fent.

- Helen, chwileczkę! Chciałbym cię o coś zapytać. O coś ważnego.

- Co takiego? - Helen skończyła swoją wędrówkę wokół salonu. Stała teraz przed zegarem

kafelkowym, dumą i radością zmarłego męża, i wciąż rozmawiała z panem Puckle'em. Mimo

upalnego dnia sprawiała wrażenie chłodnej i myślami nieobecnej. Zwilżyła językiem suche wargi i

odezwała się bez zainteresowania, jak do dziecka; -Chciałeś czegoś, Quentin?

- Tak. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego policja była na pogrzebie?

- Policja na pogrzebie? - powtórzyła Helen siadając nagle na kanapie. - Naprawdę?

W salonie w Strontfield Park wszyscy przerwali rozmowy.

- Dwaj policjanci - powiedział Quentin.

- Pamiętaj, że Bili był ławnikiem - wtrąciła szybko panna Pollock. - Pewnie dobrze go znali.

Twarz pani Fent się rozjaśniła. - Ach, to był z pewnością inspektor Bream z Calleford.

- To nie on. - Quentin potrząsnął głową. - Miałem na myśli policjantów w cywilu z

Berebury. Siedzieli w tyle kościoła. , Milczenie w pokoju stało się teraz bardziej zauważalne.

- Skąd wiesz? - zapytała Helen spieczonymi ustami.

- Byli na przesłuchaniu. Ci sami. Tam także siedzieli z tyłu. Spytałem wtedy pana Puckle'a,

kto to jest.

- Więc kto to był? - spytała Annabel z zapartym tchem, wśród ogólnej ciszy.

Pan Puckie odchrząknął. - Inspektor Sloan i jakiś młody konstabl, panno Pollock. Nie znam

jego nazwiska. Zajęcia w sądzie zostawiam teraz przeważnie moim młodszym wspornikom.

Wskutek tego nie mam teraz... hm... kontaktów z policją.

- A więc wcale nie z Calleford?

- O, nie - powiedział radca. - Inspektor Sloan jest szefem Wydziału Śledczego w Berebury.

Nie jest to, co prawda, duży wydział. Wszystko o większej... ech... wadze kryminalnej kierowane

jest do Okręgowej Komendy Policji w Calleford. - Odwrócił się, kiedy usłyszał jakiś cichy odgłos,

który wydała Helen Fent. - Ale nie sądzę, aby...

Helen nie słyszała już, co mówi.

Zemdlała.

background image
background image

Rozdział VI

Po pogrzebie Renville'owie namówili Cynthię Paterson, aby poszła do nich na śniadanie.

- Będzie bardzo lekkie - Ursula Renville wykonała swymi długimi delikatnymi palcami

nieokreślony gest w powietrzu. - Tylko zupa i zimne mięso. Przygotowałam wszystko przed

wyjściem. Sądziłam, że nie będziemy głodni po tym wszystkim...

- Wiec...

- Ale jest dużo wszystkiego, Cynthio. Chodź, proszę, -Zadrżała lekko mimo upału. -

Richard musi potem wrócić do biura. Chodź i zostań ze mną trochę.

- A co z profesorem Berty? Czy nie powinnam zobaczyć, czy...

- Zajmują się nim Washby'owie. - Pani Renville rozejrzała się nieuważnie w koło. -

Veronica mi powiedziała. I zabierają go potem z powrotem do Cleete.

- Dobrze - zdecydowała się Cynthia. - Bardzo się cieszę. Wyprowadzę tylko psa na chwilę i

przyjdę. Aha, Ursula, czy to wezwanie Paula Washby w sobotę wieczór to było coś poważnego?

Nie słyszałam, aby ktoś był naprawdę chory.

Ursula uśmiechnęła się pobłażliwie do swojej przyjaciółki. - Cynthio, kiedy przestaniesz

być córką proboszcza. Cokolwiek to było, nie ma już potrzeby, abyś pędziła tam i zanosiła

galaretkę z nóżek cielęcych.

- Sądziłam tylko, że ty wiesz - powiedziała łagodnie Cynthia. - To wszystko.

- Prawdę powiedziawszy, wiem. - Pani Remrille, podobnie jak każda inna kobieta, nie

mogła się oprzeć wyzwaniu, że mogłaby o czymś nie .wiedzieć. - Wspomniała o tym Veronica

Washby, bo to wszystko było takie dziwne.

Zastanawiam się - dodała bez związku - dlaczego galaretka z nóżek cielęcych ma być taka

dobra dla chorych?

- Co było dziwnego w tym wezwaniu? i

- Wszystko. - Ursula nie dawała się odwieść od tematu - Może mają dużo witamin.

- Co ma dużo witamin?

- Nóżki cielęce.

Cynthia chciała się dowiedzieć szczegółów o rozmowie telefonicznej Paula Washby.

- A więc, przede wszystkim, wiesz, nie było to właściwie wezwanie.

Cynthia powiedziała, że nie wie.

Nie było to żadne wezwanie ani ustne, ani pisemne -wyjaśniała Ursula. - Teorie dotyczące

nowych sposobów porozumiewania się innych niż słowne - nie dotarły jeszcze do Constance Parva,

co wcale nie przeszkadzało, że wiadomości rozchodziły się po miasteczku z szybkością światła.

- A więc co? - nalegała cierpliwie Cynthia.

background image

- Tylko coś w tej zabawnej automatycznej sekretarce, jaką teraz zainstalował u siebie doktor

Washby. Wiesz, od kiedy Marjorie odeszła, to już zupełnie nie to samo. - Przed pojawieniem się

Marchmonta, cztery lata temu, Marjorie była sekretarką i aptekarką u starego drą Whittakera.

- Ach - Cynthia sama nie próbowała wyrobić sobie zdania na temat automatu w gabinecie

lekarskim, ale słyszała o tym od wielu osób. - Nie można już teraz zastać przy telefonie w sobotę

po południu tej dziewczyny, Jean Jak -jej -tam, która tam urzęduje.

- A więc - powiedziała Ursula - zanim wyjechali ze Strontfield, Veronica zadzwoniła do

domu, aby zapytać automat, czy były jakieś zlecenia.-..

- I automat powiedział “tak”. - Cynthia skończyła za nią zdanie. - Byłam tam także, moja

droga.

- Oczywiście - powiedziała Ursula z niewzruszonym spokojem. - Zapomniałam. Na czym

stanęłam?

- Mówiłaś mi o wezwaniu dla Paula.

- Ach, tak. Automat powiedział, że zasłabł ktoś przy Copway Street w Cullingoak - tylko

było to trochę niewyraźne - i żeby doktor poszedł tam, gdy wróci.

- Nie mogło to być zatem bardzo pilne.

- O, nie. Paul podaje do automatu numer telefonu, pod jakim będzie, aby pacjent mógł

zadzwonić bezpośrednio, gdy jest coś pilnego. Wiem o tym, bo Veronica tego nie lubi. Oznacza to,

ż

e każdy mieszkaniec miasta może zadzwonić i dowiedzieć się, gdzie spędzają wieczór.

- Biedna dziewczyna - powiedziała oschle panna Pa-terson. - Wyobraża sobie wciąż, że bez

tego by nie wiedzieli?

- Pochodzi z Londynu. Zdaje mi się, że jeszcze niezbyt wiele wie o życiu na prowincji. To

były błyskawiczne konkury, nie zapominaj. W każdym razie, kiedy doktorostwo dojechali do

Cullingoak - nie jest to zresztą dalej od Cleete...

- Akurat przeciwny kierunek.

- Paul - jak mówiła Veronica - nie mógł znaleźć tego miejsca. Zastukał do pani MacArthur

na poczcie, ale ona nie słyszała, aby ktokolwiek był chory.

- Ona zwykle wie - przytaknęła Cynthia z uznaniem dla wiarygodnego zazwyczaj źródła

informacji.

- Ale tym razem nie wiedziała. Paul szukał przez chwilę, ale wszędzie było cicho i

spokojnie. śadnych specjalnie oświetlonych domów ani nic podobnego. Nie jest to właściwie teren

jego praktyki, ale ma dwu pacjentów przy Copway Street. Obydwojgu nic nie było, więc wrócił z

ż

oną do domu.

background image

- Czy Paul nie przesłuchał jeszcze raz tego automatu, kiedy wrócili do domu? - dopytywała

się inteligentnie Cynthia.

- Próbował - powiedziała Ursula - ale zdaje się biedna Veronica nie nastawiła odpowiednio

przełączników.

- Musi się jeszcze wiele nauczyć, prawda? -wycedziła z ironią Cynthia.

- Kiedy chciał posłuchać drugi raz, informacja zniknęła. Musiała ją skasować po pierwszym

wysłuchaniu] w Strontfield. Podobno można.

Wszystko to nie daje pewności. Gdyby doktor był mi potrzebny, chciałabym móc mu to

powiedzieć sama.

Pani Renville popatrzyła niemal czule na chudą postać przyjaciółki. - Kiedy ty zechcesz

wezwać doktora, kochanie, będziemy musieli się przygotować na następny pogrzeb. Należysz do

tych wytrzymałych.

- Nie - poprawiła ją Cynthia. - Jestem po prostu staroświecka. Ale zapewniam cię, nie

przekażę nigdy zleceń żadnemu automatowi.

- Są tam zawsze rejestrowane różne dziwne rzeczy -powiedziała tajemniczo Ursula. -

Niekiedy bardzo; dziwne.

- Założę się, że tak.

- Mówią, że to chłopcy tak się bawią.

- Na pewno - zgodziła się rzeczowo Cynthia. - Nie mają co robić wieczorami.

- Chłopcy i głupi Matthew. Podobno bardzo mu się to podoba. Myśli, że doktor przez cały

czas go słucha. Właściwie, skoro chłopcy się tym bawią, a Matthew jest zadowolony. .. Ach, to jest

coś, czego nie należy robić, nieprawdaż?

- Mianowicie?

- Wyposażać martwy przedmiot w ludzkie cechy.

- Muszę stwierdzić, że ten automat Paula nie wydaje mi się wcale martwy.

- Nie, ale...

Cynthia uśmiechnęła się. - Masz rację. Naprawdę, nie powinno się tak robić.

- Pamiętam to ze szkoły. Dziwne, że jedno się pamięta, drugie nie. Ty chyba nic nie

zapomniałaś, Cynthio?

- Nonsens.

- Grecy mieli na to jakieś określenie, prawda? - upierała się Ursula.

- Antropomorficzny - uzupełniła Cynthia ze znajomością rzeczy - ale nie powinnaś sobie

zaprzątać tym głowy.

background image

W Strontfield Park, kiedy Helen Fent zemdlała, wezwano do niej pospiesznie z Berebury

doktor Harriet Baird. Annabel, pielęgniarka i kuzynka Hettie, miłośniczka zwierząt, zajęły się nią

do chwili przyjazdu pani doktor i w końcu udało się im nakłonić Helen, aby położyła się do łóżka.

- Testament - zaprotestowała Helen słabym szeptem. -Pan Puckie miał go właśnie odczytać.

- Mężczyźni! - oznajmiła energicznie doktor Baird. -To podobne do nich, aby chcieli

odczytywać testament na pogrzebie. Moim zdaniem to barbarzyński zwyczaj. Będą musieli po

prostu zrobić to sami. Pani zostanie w łóżku.

W salonie pan Puckie wygładził leżący przed nim gruby dokument, nie żałując wcale, że

wdowa była nieobecna.

- Panie i panowie, postanowienia testamentu są zupełnie jasne - zaczął. - Sporządziłem go

na zlecenie pana Fenta w związku z jego ślubem... to jest... zaraz, zaraz...

- Osiem lat temu-powiedziała Annabel. -Ich małżeństwo trwało osiem lat. Byłam jeszcze w

szkole.

- E... właśnie. - Uwaga pana Puckle'a skoncentrowała się znów na testamencie. - Osiem lat.

Działając wówczas za moją radą... - zatrzymał się na chwilę i spoglądał na zebranych sponad

okularów: z pewnością osobna otchłań była zarezerwowana w piekle bezprawia dla tych, którzy nie

słuchali rad pana Puckle'a... - Pan Fent zgodził się na wstawienie zwyczajowej “klauzuli

commorientes”.

- Com... co? - wtrącił Quentin.

- Commorientes - odpowiedział z naganą pan Puckie - to forma obecnie powszechnie

stosowana ze względu na wysoki podatek spadkowy. Jest to zastrzeżenie, że aby móc dziedziczyć,

spadkobiercy muszą przeżyć testatora o trzydzieści dni.

- Rodzina, która razem podróżuje, razem umiera -szepnął żartobliwie Quentin.

Cała postać starego prawnika wyrażała surową dezaprobatę dla tej uwagi. Zaczął czytać

szeleszcząc papierem. - “Jest to moja ostatnia wola i testament mój, Williama Anstruthera Fenta ze

Strontfield Park, Constance Parva, w hrabstwie Calleshire, Sędziego Pokoju...”

Ktoś w salonie westchnął przeciągle. Wydawało się, że prawnik zbliża się teraz do sedna

sprawy.

- Jak już powiedziałem - ciągnął dalej pan Puckie -postanowienia testamentu są zupełnie

jasne. Pewna część nieobciążonego majątku ma być oddana w powiernictwo dla zapewnienia

dożywotniego dochodu... e... wdowie.

- Biedna Helen - westchnęła kuzynka Hettie.

background image

Pan Puckie, który nie lubił ani bezceremonialności, ani sentymentów, chrząknął rozmyślnie

i ciągnął dalej: - Panna Annabel Pollock otrzyma połowę majątku zmarłego, jaki odziedziczył po

ś

więtej pamięci matce.

- Moja siostrzenica, Mary - powiedział dziadek George grubym głosem. - Miła dziewczyna.

Annabel spuściła głowę. - To bardzo ładnie z jego strony.

- Majątek stanowiący majorat - kontynuował nieco ceremonialnie pan Puckie - to znaczy

posiadana nieruchomość, dom z przyległościami zwany Strontfield Park i reszta dziedzictwa

wymieniona w wykazie wzmiankowanym w testamencie świętej pamięci kapitana Fenta, który

miał prawo do tej posiadłości za swego życia...

- Co takiego? - dziadek George podniósł zwiniętą dłoń do ucha. Słyszał i rozumiał tylko

pojedyncze słowa. - Co takiego? Mów wyraźniej, człowieku.

- Wydzielony majątek - powiedział prawnik trochę głośniej - przechodzi - zgodnie z

pierwotnym aktem ustanowienia majoratu na tej nieruchomości -na najstarszego, żyjącego syna

Williama Fenta...

- Ale oni nie mieli dzieci! - wykrzyknęła Annabel.

- W braku żyjącego męskiego potomstwa - kontynuował surowo pan Puckie - przechodzi na

najbliższego męskiego dziedzica prawnego testatora.

Dziadek George wskazał kościstym palcem na Quenti-na. - Sądzę, że będzie to ten

młodzieniec.

- Ja też tak sądzę - potwierdził prawnik sucho - lecz musi to zostać formalnie ustalone,

zanim otrzyma posiadłość.

- Mój ojciec - powiedział Quentin nie zwracając się do nikogo bezpośrednio - był

młodszym bratem ojca Billa.

- Tak jest - powiedział pan Puckie wracając do testamentu. - Muszę wyraźnie podkreślić, że

własność przechodzi na podstawie pierwotnego aktu - to znaczy, że nie może być sprzedana ani

przekazana w inny sposób bez obopólnej zgody właściciela i jego prawnego spadkobiercy, który

musi być pełnoletni, chyba że - zdawało się, że jego prawniczy umysł machinalnie wysuwa

zastrzeżenie - chyba że mają zastosowanie postanowienia Ustawy Powierniczej z 1921 roku -

odetchnął i podawał dalsze zastrzeżenia - lub, powiedzmy, jeśli można przyjąć, że dadzą się one

zastosować.

- A co by się stało - chciał się dowiedzieć Quentin -gdybym... no, wie pan... gdybym

wykitował w przeciągu trzydziestu dni?

background image

- Ach - prawnik odchrząknął - gdyby pan został uznany spadkobiercą, a potem... hm... miał

nieszczęść: e umrzeć w przeciągu trzydziestu dni od ostatniej soboty, byłby pan... hm - pan Puckie

szukał odpowiedniego wyrażenia i widocznie je znalazł - uznano by, że pan nie odziedziczył.

- Co by się wtedy stało? - zapytał z ciekawością Quen-tin. - Nie znaczy to, że w tej chwili

coś mi dolega, jestem w doskonałej formie.

- Majorat przeszedłby wtedy bezpośrednio na najbliższego prawnego męskiego

spadkobiercę, ktokolwiek by to był.

- Hector Fent - podsunęła szybko Annabel Pollock. -Najmłodszy brat ojca Billa.

- Jeśli jeszcze żyje - powiedział Quentin.

- Dlaczegóż miałby nie żyć? - zapytał radca. - Jeśli był najmłodszy z trzech braci tamtej

generacji, nie byłby taki stary, nawet teraz.

- Bo już przed wielu laty zeszedł na złą drogę - zaskrzypiał dziadek George. - Nie nasza

gałąź rodziny - dodał z pewną dozą satysfakcji.

- Nigdy go nie widziałem - powiedział Quentin. - Po wojnie wyjechał do Australii.

Hodowla owiec lub coś podobnego - mówił mój ojciec. Queensland, zdaje mi się. W każdym razie

drugi koniec świata.

- Mimo tego - mówił dalej radca - jeśli jeszcze żyje, dziedziczyłby, gdyby... hm... coś

zdarzyło się obecnemu spadkobiercy.

- A jeśli nie żyje? - zapytał z napięciem Quentin.

- Dziedziczyliby jego synowie, o ile ich ma. - Pan Puckie odchrząknął. - Nie byłby to...

hm... pierwszy przypadek, że jakiś młody człowiek na farmie owczej w Australii staje się

właścicielem nieruchomości w Anglii.

- A co by się stało, gdyby Hector umarł i nie pozostawił żadnych synów? - dociekał dalej

Quentin. - Kiedy wyjeżdżał z Anglii, nie był żonaty. W każdym razie rodzinie nic o tym nie było

wiadomo.

- Wówczas - powiedział pan Puckie bynajmniej nie zbity z tropu - musielibyśmy szukać

synów i wnuków braci dziadka pana Fenta. - Spojrzał na Quentina sponad swoich okularów. -

Zdaje pan sobie sprawę, panie Fent, że w każdym razie musimy zacząć ich poszukiwać.

- O...? - Quentin zmarszczył brwi. - Dlaczego?

- Jak to już wyjaśniałem, aby mógł pan sprzedać cokolwiek z tego majątku, konieczna jest

zgoda następnego spadkobiercy.

- Boże święty! - Quentinowi zabawnie zrzedła mina. -Nie pomyślałem o tym.

W Komisariacie Policji w Berebury inspektor Sloan zdawał sprawozdanie z pogrzebu

nadinspektorowi Leeye-sowi.

background image

- Nie zauważyłem nic nadzwyczajnego. Byli tam wszyscy goście z przyjęcia i chyba prawie

całe miasto. Wszyscy zgromadzeni zachowywali się poprawnie.

- Co do tego, nie mamy złudzeń - warknął zirytowany Leeyes. - Ale niech pan tylko

pomyśli, co by się stało, gdyby zmarły nie miał tego wypadku samochodowego lub gdyby doktor

Dabbe nie wykrył narkotyku.

- Umarłby później - mruknął Sloan pod nosem.

- Moglibyśmy nigdy się o tym nie dowiedzieć - oto, co by się stało - nadinspektor ciągnął

dalej, nie zwracając uwagi. Były dni, kiedy nie czekał na odpowiedź i nie słuchał, gdy mu jej

udzielano. - Co byłoby z nami wtedy? Powiedz mi, Sloan, powiedz, co by było?

Sloan otworzył usta, żeby coś powiedzieć.

- Narobilibyśmy sobie ładnego bigosu - powiedział Leeyes za niego.

- A propos bigosu - Sloan skorzystał, jak mógł najszybciej, z maleńkiej przerwy.

- Bigosu? - powtórzył Leeyes z rozdrażnieniem. - Kto mówił coś o bigosie? »

- Pan mówił.

- Co? Ach, tak, mówiłem. Więc co z tym bigosem?

- Bigosu wprawdzie na przyjęciu nie było, ale dowiedzieliśmy się czegoś interesującego o

zupie.

- Ach!

- Z naszego punktu widzenia - pozwolił sobie wyjątkowo na ton żartobliwy - zupa tego

wieczoru... hm.... była wspaniała.

- Czy pan kpi ze mnie, Sloan? - Nadinspektor Leeyes podniósł wzrok pełen podejrzliwości.

- Co było wspaniałego w tej zupie?

- Wszyscy goście na przyjęciu w Strontfield Park w sobotę wieczór - dwanaście osób - ją

jedli. Nie mogło być nic złego w tej zupie.

background image

Rozdział VII

- Było jednak coś dziwnego z tą zupą - ciągnął dalej Sloan.

- No, niech pan mówi wreszcie! Co takiego?

- Była zimna.

Leeyes skrzywił się. - To się zdarza także w naszej stołówce, Sloan. Wszyscy mają swoje

złe dni.

- Nie, nie to miałem na myśli.

- Goście pewnie zbyt długo pili swoje sherry - powiedział z wyrozumiałością Leeyes - lub

chcieli wypić jeszcze jedną szklaneczkę i gospodyni nie mogła ich na czas ściągnąć do jadalni.

- Nie, proszę pana. Ta zupa nigdy nie była gorąca.

- Nigdy nie była gorąca? Dlaczego?

- To miała być zimna zupa - powiedział Sloan.

- Zabawny pomysł.

- Tak, proszę pana. Ja też nie mogę powiedzieć, żeby mi się to podobało.

Leeyes zrobił srogą minę. - Co to była za zupa?

- E, ogórkowa - wyjaśnił Sloan, dodając szybko -potem była pieczona korona z jagnięcia i

coś, co się nazywa cremet.

- A jak to jest po naszemu, Sloan? Ryba, mięso, drób czy smaczny wędzony śledź?

- Budyń, proszę pana.

- Wie pan coś o tym?

- Nic, poza tym, że podano do tego maliny.

- Dobrze, ale szkoda czasu na pytanie o to kucharki w naszej stołówce - poradził Leeyes. -

Jeśli nie da się tego wygotować jak podeszwę, nie będzie wiedziała. Zupa, jagnię pieczone i

cremets, to wszystko?

- Były jeszcze sery dla tych, którzy mieli na nie ochotę.

- Myślę, że wszyscy mieli ochotę po takim posiłku -zauważył nadinspektor, który bardzo

dbał o swój przewód pokarmowy. - A pili?

- Tak.

Leeyes powiedział z przesadną cierpliwością: - Nie pytam, czy pili, ale co pili?

Sloan otworzył swój notes i przeczytał uważnie: - Wino zwane Dienheimer Falkenberg

Spatlese 1964 Rhein-Hes-sen, jak przypuszczamy.

- Jak pan się tego dowiedział?

- Nie ja. - Sloan się zawahał. - Crosby.

- Crosby? Jakim sposobem?

background image

- Zdaje mi się - wyjaśnił skwapliwie Sloan - że było to we wtorek wieczór.

- Co to ma wspólnego z...

Zanim opróżniono pojemniki na śmieci. Leeyes wydał przeciągły pomruk. - Nie zabrał ich

chyba. Nie żeby...

- Pięć zielonych butelek - powiedział Sloan. - Wszystkie puste.

- Bez nakazu sądowego? Sloan przytaknął.

- Kradzież podczas ciemności - wycedził ponuro Leeyes. - Czy jego matka wie, że

wychodził?

- Myślał, że to się może przydać.

- Tylko tego mi brakuje - jęknął nadinspektor. - Mój policjant przed sędzią za kradzież

podczas ciemności.

- Nikt go nie widział - podsunął Sloan słabą pociechę.

Leeyes nie przestał lamentować. - Gdyby się o tym dowiedział mój dawny sierżant,

przewróciłby się w swojej urnie. _

- Powiedział, że przypadkiem wracał późno i pomyślał, że zobaczy, co się da zobaczyć.

- Spodziewam się, że nie dał mu pan pozwolenia.

- Nie, panie nadinspektorze.

- Ten chłopiec ma wciąż jeszcze mleko pod wąsem.

Sloan spojrzał w sufit i zauważył w zamyśleniu: - To jednak łatwiejsze, niż przeszukiwanie

na kolanach całego miejskiego śmietnika przez połowę policji.

Leeyes mruknął coś.

- śeby w końcu nic nie znaleźć - dodał Sloan. Nadinspektor milczał chwilę, po czym

powiedział: -Sloan, co do tych pięciu zielonych butelek...

- Tak?

- Było w nich coś?

- Tylko osad.

- A w tym osadzie nic, co by mogło nam pomóc?

- Nic.

- Może coś na butelkach?

- Myśli pan odciski palców?

- Tak.

- Zmarłego i inne, jeszcze nie zidentyfikowane.

- Będzie pan więc musiał wyznaczyć Crosby'ego dój zbierania dowodów w tej sprawie,

Sloan. Zdaje pan sobie sprawę z tego, prawda? Tylko on może zeznawać, skąd pochodzą te

background image

butelki... Może nam się uda tym sposobem... w przeciwnym razie będą musiały zaginąć. Rozumie

pan, Sloan?

- Doskonale rozumiem.

- A co z resztą posiłku - mruknął - jakim sposobem dowiedział się pan o tym?

- Pewna młoda osoba była zatrudniona tego wieczoru w Strontfield Park do pomocy przy

zmywaniu. Nazywa się Millicent Pennyfeather. Crosby... e... zagadywał ją w tym tygodniu.

- Dobrze, że chociaż się nie włamał i nie wszedł, żeby zajrzeć do spiżarni - powiedział

Leeyes. - To już coś.

- Jeśli będzie się z nią częściej spotykał - rzekł Sloan -to jej matka zechce jeszcze się

dowiedzieć, czy ma uczciwe zamiary.

- Hej, hej, Ursula, gdzie jesteś? To ja, Marjorie.

Pies dalmatyńczyk u stóp Ursuli poruszył się, podniósł pytająco swój rasowy łeb, po czym z

powrotem zapadł w odrętwienie.

- Siedzimy w ogrodzie - odpowiedziała Ursula. -Chodź tędy. - Ursula i Cynthia Paterson

piły jeszcze kawę w starej loggii w cieniu wistarii. - Takie jesteśmy rozleniwione. Nie ruszyłyśmy

się krokiem od śniadania.

- Idę, idę. Ach, tu jesteście. - Marjorie Marchmont, tęga i bardzo zgrzana, obeszła dom

wokół. - Przypuszczałam że przy tym upale zastanę cię tutaj.

- Chodź tu i usiądź. Pogrzeby są bardzo wyczerpujące -oświadczyła Ursula. - Kawy?

- Dziękuję. Cześć, Cynthio. Nie wiedziałam, że cię tu zastanę. - Marjorie rzuciła się na

jedno z trzcinowych krzesełek ogrodowych. Ta bez mała geodezyjna konstrukcja wykazywała

większą wytrzymałość niż niejedno salonowe krzesło. Mimo tego skrzypiąc ugięła się pod

dodatkowym ciężarem, nim się do niego przystosowała. - Muszę powiedzieć, że przyjemnie jest

znowu usiąść. Moje biedne kolana bolą mnie cały dzień.

- Wcale się nie dziwię. Popatrz, ile one muszą dźwigać -powiedziała Cynthia ze szczerością

przyjaciela.

- Daniel nie chciałby, żebym zeszczuplała - odrzekła schylając się i pocierając bolące

miejsce, - Teraz lepiej. Zdaje mi się, że będę musiała wziąć więcej tego twojego sławnego balsamu.

- Proszę bardzo. - Uśmiechnęła się Cynthia. - Choć to ty przecież miałaś być farmaceutką.

- Już nie jestem. Zapomniałam wszystko, co wiedziałam. Zresztą i tak nie wiem, z czego to

robisz...

- To sekret zawodowy.

- W każdym razie - przyznała bez zapału Marjorie - ten balsam pomógł mi ostatnim razem.

background image

- Och, te twoje wywary, Cynthio - strofowała Ursula Renville. - Kilkaset lat temu

zostałabyś spalona jako czarownica.

- Kilkaset lat temu - dodała Marjorie - można by się było zastanawiać, czy nie rzuciłaś

klątwy na rodzinę Fentów.

Cynthia podniosła wzrok. - W jaki sposób?

- Oni mają wciąż ten sam kłopot w Strontfield Park. Kłopot, jaki mieli zawsze.

- A co to takiego? - zapytała ostrożnie Ursula. Skojarzenia myślowe Marjorie były pozornie

proste, ale trzeba było uważnie je śledzić.

- Jak znieść majorat. Wrócili znowu do punktu wyjścia. Teraz, kiedy Bili umarł.

- Zdaje mi się, że tak. - Cynthia Paterson w zamyśleniu popijała kawę. - Mogliby w każdym

razie odnaleźć synów Hectora Fenta, o ile ich miał.

- Z pewnością miał jakichś synów - oświadczyła Marjorie z przekonaniem - ale czy

kiedykolwiek poślubił ich matki, to już inna sprawa.

- Miał jakiś interesujący błysk w oczach - stwierdziła nieoczekiwanie Ursula. - Uważałam

go zawsze za najprzystojniejszego mężczyznę wśród moich znajomych.

- Może żyje jeszcze - powiedziała Cynthja. - Nic nie wiadomo, żeby umarł. Wiesz, nie

byłby jeszcze taki stary, nawet teraz. Mniej więcej w twoim wieku. A starszy od ciebie, Marjorie.

- Ach - westchnęła pani Renville - ale żył prawdziwym życiem.

- Doprawdy...? - Cynthia patrzyła ze zdumieniem na swoją przyjaciółkę.

- Przecież Constance Parva to nie jest życie. - Postawiła filiżankę z kawą na prostym,

drewnianym stole. - Nie znaczy to, że jestem niezadowolona, nic podobnego, i bardzo jestem

przywiązana do Richarda, ale to nie jest życie przez duże “ś”, prawda?

Marjorie wybuchnęła śmiechem. -Okazuje się, że cię nie znamy. Oto, jak się zdradziłaś,

marzysz o wysokim, smagłym, przystojnym mężczyźnie, hen, daleko w Australii, a myśmy

myśleli, że żadna siła nie wywlokłaby cię z tego miasta i od Richarda.

- Cicha woda brzegi rwie - odpowiedziała z powagą Ursula. - Czy ktoś chce jeszcze kawy?

- Naturalnie - powiedziała Cynthia, której myśli zaprzątała wciąż sprawa majoratu Fentów -

gdyby Quentin i Hector - lub synowie Hectora, jeśli ich miał, a sam nie żyje

- gdyby oni się porozumieli, rezultat byłby taki sam jak w przypadku Billa i Quentina.

- Ale, jak słyszałam - powiedziała z naciskiem Marjorie

- nic z tego nie wyszło.

Po rozmowie telefonicznej z panem Puckle'em - inspektor Sloan starał się wyjaśnić całą

sytuację nadinspektorowi Leeyesowi. Trwało to nieco dłużej.

background image

- Chciałbym wiedzieć, Sloan - zapytywał ten szacowny pan - kto teraz dostanie posiadłość

Strontfield Park? Ta nieruchomość musi mieć jakąś wartość.

- Quentin Fent, kuzyn zmarłego.

- A następnie?

- Synowie Quentina, jeśli ich będzie miał. Później Hec-tor Fent, stryj zmarłego. Według

ostatnich o nim wiadomości znajduje się gdzieś w lasach Queensland. Wyjechał tam po wojnie.

Prowadził podobno awanturnicze życie do tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, potem

nie mógł się ustatkować. Wygląda na to, że jest czarną owcą.

- Ha - wtrącił żywo Leeyes. - Pewnie został tam wysłany i był na utrzymaniu rodziny.

- Nie jestem pewien. Istnieją wątpliwości, czy jeszcze żyje.

- Na pewno żyje, Sloan. Tylko szlachetni umierają młodo. A niech mi pan wierzy, taki

człowiek na cudzym utrzymaniu żyje dłużej niż inni.

- Naprawdę?

- śadnych trosk - zauważył z cynizmem Leeyes.

- Fen to wie mieli troski - powiedział Sloan. - Tyle zdołałem się dotychczas dowiedzieć. Jak

mówi radca prawny rodziny, na tym majątku od bardzo dawna istnieje jakiś majorat. Od lat

próbowali to znieść.

- Próbowali, doprawdy? - Leeyes wyprostował się na krześle, zainteresowany. - Niech pan

mówi dalej.

- Jak się zdaje - Sloan zajrzał do swego notesu -potrzeba dwóch osób, aby znieść majorat.

- Do kłótni także trzeba dwóch - powiedział Leeyes podrażniony. - Wiem o tym. Proszę

mówić dalej.

- Dziadek nieboszczyka zmarł, kiedy jego syn był jeszcze małoletni - to był ojciec kapitana

Fenta - a sam kapitan Fent zginął na wojnie, kiedy jego syn - to jest William Fent - nosił jeszcze

krótkie spodenki...

- A nieboszczyk, nasz William Fent, nie miał syna w ogóle, tym bardziej pełnoletniego -

dokończył za niego nadinspektor.

- Właśnie. A ten majorat może być zniesiony tylko za zgodą dwóch pełnoletnich.

- Niech mi pan nie mówi o zgodzie pełnoletnich, Sloan -warknął Leeyes. - To mnie

denerwuje. Pan wie o tym.

- Nie wiem, przepraszam pana. - Odetchnął głęboko i ciągnął dalej: - Od dłuższego czasu

Fentom potrzebny był dziedzic pełnoletni.

Leeyes podskoczył. - A ten kuzyn... Quentin Fent... to on jest dziedzicem, prawda?

background image

- Myślę, że dziedzicem z mocy prawa. - Sloan zmarszczył czoło. - Był domniemanym

dziedzicem, jak długo Bili Fent nie miał dzieci. Albo dziedzicem prawowitym. Nie jestem pewien,

jakim.

- Domniemany czy prawowity - powiedział stanowczo Leeyes - czyż nie jest pełnoletni?

- Właśnie.

- A więc...

- Otóż to nie jest interesujące... e... nie chciał się zgodzić na zniesienie majoratu.

Nadinspektor spojrzał groźnie z drugiej strony stołu.

- Wyjaśnijmy to dokładnie, Sloan. Coś uśmierca dziadka...

- Zapalenie płuc.

- I ojca.

- Niemcy.

- I naszego Williama Fenta.

- Samochód.

Leeyes nie zwrócił na to uwagi. Powiedział: - Zdarza się to wkrótce po tym, kiedy dziedzic

domniemany lub tamto drugie...

- Prawowity.

- Prawowity... wkrótce potem, kiedy osiągnął pełnoletność.

- Tak, panie nadinspektorze.

- Jak długo potem?

- W kilka miesięcy. Nie pełnoletność, ściśle rzecz biorąc. Akt ustanowienia majoratu

wyraźnie to określa, dwadzieścia jeden lat.

- Zupełnie słusznie. - Nadinspektorowi nigdy nie podobała się nowa Ustawa, że

pełnoletność uzyskuje się już po skończeniu osiemnastu lat. - Co było dość dobre dla Normanów,

jest dobre i dla mnie.

- Dla Normanów?

- Nie wiedział pan o tym, Sloan? To oni podwyższyli wiek osiągnięcia pełnoletności na

dwadzieścia jeden lat. Z piętnastu. Rok tysiąc sześćdziesiąty szósty i tak dalej. -Nadinspektor

uczęszczał na kursy wieczorowe i naszpikowany był wiadomościami z różnych dziedzin. -

Normańskie zbroje i normańskie konie były zbyt duże, aby mogli się nimi posługiwać

piętnastoletni młodzieńcy saksońscy, i dlatego podniesiono granicę pełnoletności do dwudziestu

jeden lat.

background image

- Naprawdę? - Sloan wrócił znów do swego notesu. Nadinspektor i koroner mogą sobie

rozmawiać o podboju Normanów, ale wiele zdarzyło się od tego czasu, a on miał sporo pracy.

- Zatem - zastanawiał się Leeyes - młody Quentin nie chciał zrzec się swoich praw.

- Prosił o czas do namysłu, jak twierdzi pan Puckie.

- I namyślił się przed tym nieszczęśliwym wypadkiem? - dopytywał się z sarkazmem

nadinspektor.

- Nie wiem, nie jestem pewien.

- A więc niech się pan dowie, Sloan, niech się pan dowie.

- Czy czujesz się teraz lepiej? - pytała serdecznie Anna-bel Pollock. - Przyniosłam ci trochę

ś

wieżo zaparzonej herbaty. Uważałam, że będzie lepsza niż kawa.

- Dziękuję ci. - Helen Fent wsparta na poduszkach odzyskiwała stopniowo kolory. - Czyż to

nie idiotyczne z mojej strony?

- Pewnie że nie - zapewniła życzliwie Annabel.

- Nie mam pojęcia, co mi się stało.

- To się mogło każdemu zdarzyć. Jest bardzo gorąco. Poza tym miałaś okropny tydzień.

Helen wypiła łyk herbaty. - Nie mogę uwierzyć, że to dopiero tydzień. Wydaje mi się, że

wieki minęły od ostatniej soboty.

- Naprawdę? - Spojrzenie Annabel padło na puste miejsce w małżeńskim łóżku. Zmieniła

lemat. - Miła ta twoja pani doktor, Helen. Aha, powiedziała, że powinnaś zostać w łóżku do jej

następnej wizyty.

- Ale co z...

- Zalecenia doktora - powiedziała Annabel. - Pielęgniarki nie mogą się im przeciwstawiać.

- Ale pacjenci mogą - odparła krótko Helen.

- Jeszcze jedną filiżankę? - zapytała pielęgniarka, nie zwracając na to uwagi. - A potem

pomogę ci włożyć nocną koszulę i będziesz mogła naprawdę iść do łóżka.

- Nie - Helen broniła się podciągając pierzynę pod brodę. - Dziękuję ci, Annabel.

Doskonale sobie sama poradzę. I nie chcę widzieć nikogo... rozumiesz... w ogóle nikogo. Czy są

jeszcze tutaj? Ten tłum na dole...

- Wszyscy wyjechali z wyjątkiem Quentina. Pan Puckie chce się z nim zobaczyć w

poniedziałek u siebie w biurze, dlatego ma cię zapytać, czy może jeszcze zostać, zamiast wracać do

Londynu.

- Naturalnie. - Twarz Helen nabrała dziwnego wyrazu. - Musimy porozmawiać o bardzo

wielu rzeczach. - Quen-tin i ja.

- Powiem mu.

background image

- Ale nie chcę widzieć nikogo innego, rozumiesz? -dodała stanowczo. Chwyciła Annabel za

ramię. - Naprawdę nikogo. Ktokolwiek by to był... Nie wpuszczaj nikogo do mnie na górę, bez

względu na to, co powie.

background image

Rozdział VIII

Herbata, którą pili po południu inspektor Sloan i konstabl Crosby, nie miała wiele

wspólnego z tą, jaką podano pani Fent w Strontfield Park. Ciemny, silny napar indyjski z policyjnej

stołówki wcale nie przypominał jasnobrązowej herbaty Lapsang Souchong o lekko smolistym

zapachu, jaką przyniosła do sypialni Annabel Pollock. I bułeczki, podane policjantom wraz z

herbatą, odznaczały się wielkością raczej niż smakiem.

Sloan, żując, zastanawiał się nad jakimś sprawozdaniem.

Crosby kończył rozmowę telefoniczną. - To był zakład pogrzebowy.

- Co, Crosby?

- Przepraszam, szpital. Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, ściśle mówiąc. Tym razem

połączyłem się z siostrą oddziałową. śadnej zmiany. Exley jest nadal nieprzytomny. śona jest już

znów u niego. Jej siostra opiekuje się dziećmi. - Wziął bułeczkę, spojrzał na nią krytycznie, a

potem ugryzł. - Zdaje mi się - powiedział, kiedy przełknął jeden kęs - że kupują te bułeczki

okazyjnie, od kolei.

Na biurku Sloana leżało sprawozdanie konstabla Bar-grave'a, który był stacjonowany-w

Constance Magna, lecz podlegał mu duży rejon wiejski obejmujący również miasteczko Constance

Parva. Konstabl Bargrave przeniósł starannie na papier wszystko, co wiedział o dwunastu gościach

na przyjęciu. Nie była to pokrzepiająca lektura dla inspektora.

- Czy zdaje pan sobie sprawę, Crosby, że połowa uczestników tego przyjęcia bez trudu

mogła mieć dostęp do barbituranów.

- Począwszy od doktora Washby i jego żony - zgodził się Crosby.

- I Annabel Pollock, która jest pielęgniarką w szpitalu Świętego Niniana. - Sloan machał

trzymanym w ręku sprawozdaniem. - I pani Marjorie Marchmont, która była swego czasu

farmaceutką, a więc także przypuszczalnie jej mąż, żeby już nie wspomnieć o tej ogrodniczce,

pannie Paterson?

- Panna Paterson? Jakim sposobem, szefie?

- Zainteresuje pana pewnie wiadomość - powiedział poważnie Sloan - że panna Paterson ma

w mieście wyrobioną opinię, jako osoba dobrze się znająca na lekach zielarskich. Sporządza je

sama, jak twierdzi Bargrave.

Crosby zaczął liczyć na palcach. - Pozostaje profesor...

- Który z pewnością mógł posiadać środki nasenne, przepisane przez swojego lekarza...

- I Renville'owie - wyliczał Crosby. - Następnie młody Quentin Fent...

- I wdowa - przypomniał mu Sloan. - Nie wolno o niej zapominać.

- Ona jednak nic nie zyskuje, prawda? Wygląda raczej, że nawet straci teraz dom.

background image

- Strzeżcie się wdów - powiedział odruchowo inspektor. - Ponadto, jak mówi pańska Milly

Pennyfeather, zemdlała podobno, kiedy usłyszała, że policja była na pogrzebie.

- Upał? - poddał Crosby, który dowiedział się o omdleniu, kiedy krążył wokół Constance

Parva tamtej nocy, aby wypytać Milly.

- Upał był przez cały tydzień.

- Pogrzeb?

- Pogrzeb już się skończył.

- Testament?

- Testament był sporządzony już osiem lat temu. A wdowa musiała wiedzieć wszystko o

majoracie, skoro prawie każdy mieszkaniec Constance Parva również o tym wiedział. W każdym

razie pan Puckie przypomniał jej wcześniej o klauzulach aktu ustanowienia majoratu. Powiedział

nam o tym. Okazało się, że już wcześniej je znała.

- Ja bym też zemdlał - powiedział Crosby - gdybym sobie uświadomił, że ten długowłosy

facet w wymyślnym krawacie handlujący obrazami...

- Fular - powiedział Sloan z niesmakiem - lub żabot, w każdym razie coś w tym rodzaju. -

Sam inspektor wychodził bez kołnierzyka i krawata jedynie w niedzielę rano do ogrodu, aby zająć

się różami... i od kiedy się ożenił, wkładał do zajęć ogrodniczych przyzwoitą sportową koszulę.

- Gdybym sobie uświadomił, że to on zbierze całą śmietankę - powiedział Crosby - wcale

by mi się to nie podobało.

Sloan mruknął w zamyśleniu: - Musi być, mimo wszystko, bardzo zadowolony, że odrzucił

propozycje zmarłego w sprawie zniesienia majoratu. W przeciwnym razie mógł był wszystko

stracić.

- W obecnej sytuacji - potwierdził Crosby, snując tę myśl dalej - dostał całą forsę, a nie

tylko to, co zmarły zechciałby mu dać.

- Z wyjątkiem tego - przypomniał Crosby'emu inspektor, podobnie jak przedtem pan Puckie

przypomniał Quentinowi - że jest teraz związany dokładnie tymi samymi warunkami, jakie w

swoim czasie krępowały Williama Fenta.

- Nie pomyślałem o tym.

- Podejrzewam, że nasz Quentin także nie pomyślał -powiedział oschle Sloan.

- A co z tym australijskim wujkiem?

- Dowie się pan wszystkiego o nim, Crosby - rzucił szorstko Sloan. - Proszę wysłać prośbę

o informacje do komisarza policji w Queensland. Gdzieś tam na końcu świata jest może następny

męski spadkobierca po Quenti-nie Fencie.

- Tak, proszę pana.

background image

- I niech pan znajdzie kogoś, kto mógłby ze mną porozmawiać o tym planie rozbudowy, na

który Fent nie mógł sobie pozwolić. Kogoś rozsądnego, kto będzie wiedział, o czym mówi.

- Jeszcze coś?

- Tak, jeszcze mnóstwo. Niech pan stara się złapać tego faceta z Wydziału Spraw

Wewnętrznych i dowie się, czy ten barbituran, który połknął Fent, mógł być sporządzony

domowym sposobem - wie pan... “żabie oko, łapki jeża, psi pysk i puch nietoperza”.*

- Co proszę?

- Nic ważnego. Niech pan się tylko spyta.

- Tak jest.

- I Crosby...

- Proszę?

- Co jeszcze w tej sprawie wymaga zbadania? Twarz Crosby'ego wykrzywiła się w

grymasie.

- No dalej! Jeszcze coś, co pan wyciągnął od swojej przyjaciółki Milly Pennyfeather. Nie

pamięta pan? Coś o sobocie wieczór.

Z twarzy Crosby'ego zniknął grymas, zastąpił go wyraz triumfu. - Rozmowa telefoniczna!

- Właśnie. Musimy się dowiedzieć, czy ta rozmowa telefoniczna była zaaranżowana, aby

wyciągnąć Fenta

W. Szekspir, “Makbet”, akt IV, scena 1, przekład Józefa Paszkowskiego. w nocy w drogę,

czy też była to rozmowa prawdziwa, a Bili Fent miał umrzeć o świcie w domu, w swoim łóżku.

- Ktoś musiałby zadzwonić pod numer doktora po jego wyjeździe do Strontfield Park -

powiedział Crosby.

- To dałoby się pewnie z łatwością zaaranżować.

- Tak. Dałoby się, ale - Crosby podrapał się w głowę -może nie był to jedyny telefon do

doktora na taśmie. Ktokolwiek by dzwonił, ryzykowałby, że będą tam i inne rozmowy, które

pomogą nam dokładnie ustalić czas.

- To prawda. Mimo wszystko mógłby pan dziś wieczór spytać Milly, czy widziała, że ktoś z

gości lub rodziny wymykał się, aby skorzystać z telefonu w Strontfield Park.

Crosby potrząsnął głową. - Pytałem o to. Widziała tylko jedną osobę, która wyszła z salonu,

prócz Fentów, a mianowicie doktora Washby. Wszedł do kuchni i dał jej pastylki dla dziadka. Na

serce.

- Przed czy po kolacji?

background image

- Przed kolacją. Ona wtedy właśnie starała się ułożyć tę koronę z pieczonego jagnięcia na

półmisku. Miała obydwie ręce zajęte. Doktor położył więc pastylki na kredensie i wrócił do

towarzystwa.

- Rozumiem. - Sloan zapisał coś w swoim notesie. - Nie posunęliśmy się wiele naprzód,

prawda? Nie wiemy, czy to Bili Fent miał być ofiarą.

- Nie, nie wiemy.

- Nie wiemy, czy telefon do doktora został zaaranżowany, żeby wyciągnąć Fenta z domu.

- Nie wiemy.

- Nie wiemy nawet, skąd pochodzą te barbiturany.

- I nie wiemy - Crosby uzupełnił tę listę kłopotów -w jaki sposób ten, kto to zrobił, podał

mu truciznę.

Sloan skrócił to w swoim notesie do jednego słowa “sposobność”.

- Ani dlaczego. Tego też nie wiemy.

- Był ławnikiem. Trzeba by sprawdzić, czy ktoś, na kogo wydał wyrok, nie zawziął się na

niego.

- Tak, szefie.

- I dowiedzieć się, czy ktoś z obecnych na tym przyjęciu nie zażywa stale proszków

nasennych. - Sloan próbował zanotować coś w swoim zeszycie, ale długopis nie pisał. Rzucił go na

biurko. - Nie wiem, co z bułkami, ale pióra dla nas kupują pewnie okazyjnie od urzędu

pocztowego.

Herbata, jaką podała Ursula Renville w willi King's Tree, była chińska i z pewnością lepsza

niż ta, jaką nalewano z czajnika w policyjnej stołówce. Była to herbata Earl Grey.

- Naprawdę bardzo dobra - powiedziała Mar jorie Mar-chmont, która zawsze doceniała

dobre jedzenie i picie.

- Powinnyśmy już były dawno pójść - zauważyła Cynthia.

- Nie, nie chodźcie jeszcze - prosiła Ursula. - Zostańcie obydwie. Czas nie będzie mi się tak

dłużył do powrotu Richarda.

- Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie tutaj w cieniu. - Marjorie oparła się o krzesło i

sączyła powoli herbatę. -Daniel już wyszedł. Z powrotem do pracy, a potem na zebranie.

- Ciekawam, co będzie teraz z tym planem rozbudowy -zagadnęła pani Renville. Nie

groziło jej teraz, że opuszczą ją goście. Obydwie kobiety usadowiły się na dobre w loggii.

Dalmatyńczyk poszedł spać.

- Zdaje się, Cynthio, że w końcu wygrałaś swoją batalię przeciw rozbudowie naszego

miasteczka - powiedziała Marjorie.

background image

Cynthia Paterson potrząsnęła przecząco głową. - Teraz chyba zupełnie przegrałam. Młody

Quentin nie wygląda mi na przywiązanego do tradycji.

- Może uda mu się znaleźć Hectora Fenta - wyraziła przypuszczenie Ursula - i skłonić go do

zrzeczenia się majoratu.

- To pięknie, naprawdę - żachnęła się Marjorie. - Skoro sam nie chciał tego zrobić dla Billa,

dlaczego miałby się spodziewać, że ktoś inny zrobi to dla niego?

- Ponieważ Hector Fent - wyjaśniła rozsądnie Cynthia

- o ile żyje - nie może się spodziewać, że sam zostanie spadkobiercą.

- A Quentin zawsze miał jakaś szansę, czy tak?

- Tak, przy normalnym biegu wypadków. - Cynthia zbyt długo znała Marjorie, aby jej

gadanie zbiło ją z tropu.

- Wiesz przecież, że jest znacznie młodszy od Billa.

- Hola, hola! - zawołała energicznie Marjorie. - Bili był dokładnie w moim wieku.

Bawiliśmy się razem.

- Pamiętam - uśmiechnęła się Cynthia. - Doskonale przypominam sobie ciebie z tych

czasów. Miałaś wtedy długie włosy. Warkocze sięgały ci do pasa.

- Teraz mam jeszcze dłuższe, tylko tego nie widać -powiedziała z satysfakcją Marjorie. -

Nigdy ich nie ścinałam. Upinam je.

- Rozumiem teraz, że Quentin miał powód, aby sprzeciwiać się zniesieniu majoratu. -

Ursula myślała wciąż o Fentach. - Ale nie Hector. Gdyby jednak Hector miał synów?

- Ach - powiedziała Cynthia - to byłaby zupełnie inna historia, chyba że... dopóki...

- Dopóki Quentin nie będzie miał dwóch synów w swym kołczanie - odparła za nią

Marjorie chichocząc z lekka. - To miałaś na myśli, Cynthio, prawda?

- To by znów zupełnie zmieniło sytuację - potwierdziła z godnością Cynthia.

- Dowiedziałam się tego na niedzielnej nauce religii -oznajmiła nieoczekiwanie Marjorie. -

Tego, że pełen kołczan znaczy dużo dzieci.

- Biblia o wszystkim mówi bez ogródek - skonstatowała Cynthia.

- Zastanawiam się, co Helen teraz zrobi - przerwała Ursula. Kiedy Cynthia i Marjorie

zaczynały dyskusję, mogło to trwać godzinami.

- Jeśli ma trochę rozumu - oświadczyła Marjorie -wyniesie się. Nie byłoby jej przyjemnie

patrzeć, jak Quentin panoszy się w Strontfield.

- Szkoda, że nie ma osobnego domu dla wdowy na dożywocie - zauważyła Ursula.

- Jest jeszcze domek dozorcy - powiedziała Cynthia. -Stoi pusty, odkąd zabrali starego

Fitcha.

background image

Marjorie prychnęła pogardliwie: - Jest nieduży.

- Jest dość duży dla jednej osoby - odezwała się Cynthia. - Jedna osoba nie potrzebuje dużo

miejsca... Marjorie wybuchnęła śmiechem. - Nie w naszym domu, o nie.

- Powinnaś jak najprędzej zrobić coś z twoją tuszą -powiedziała Cynthia, patrząc na nią

chłodno. - Krańcowości w przyrodzie są zawsze niekorzystne. Powinnaś o tym wiedzieć.

- Ten plan rozbudowy - przerwała znów Ursula. - Jak myślicie, co się teraz stanie. Richard

będzie oczywiście zainteresowany.

- Nic - powiedziała szybko Marjorie. - Quentin nie będzie mógł sprzedać, a spółka nie chce

dzierżawy. Sytuacja bez wyjścia.

- Zapomniałaś o trzeciej możliwości - powiedziała

Cynthia.

Marjorie spojrzała wyzywająco. - Mianowicie?

- Sam Quentin jako właściciel może coś zrobić.

- Za co? - zapytała Marjorie. - Bez środków?

- W tym cały kłopot, Cynthio - wyjaśniła Ursula. -Wiesz, Fentowie nie mają dużo

pieniędzy. Nigdy nie mieli. W każdym razie nie takie pieniądze. Utrzymanie takiego domu jak

Strontfield Park musiało pochłaniać każdy pens, jakim Bili dysponował.

- Wiem - przyznała spokojnie Cynthia. - Nie myślałam o pieniądzach Fentów.

- Chyba nie hipoteka - powiedziała Marjorie. - Wiem, że Bili próbował tego, sam mi mówił,

ale ci wierzyciele hipoteczni, czy jak tam się nazywają...

- Ja ich nazywam lichwiarzami - rzekła Cynthia - ale ja jestem przecież staroświecka.

- Więc oni - powiedziała Marjorie nie dając się zbić z tropu - nie chcieli tknąć tego,

ponieważ nieruchomość jest praktycznie niezbywalna.

- Nie myślałam o hipotece - powiedziała Cynthia.

- A o czym? - dopytywała się Marjorie. - Nie denerwuj nas.

Cynthia oglądała koniuszki swoich palców. - Myślałam o Jacąueline.

- A kto to jest Jacąueline?

- Jacąueline, moja droga, jest dziewczyną Quentina Fenta, czy jak to się dziś nazywa.

- I co z nią?

- Jest jedyną córką ,,Battersby's Bearings”.

- To co z tego?

- Jej ojciec mógłby sfinansować każdy plan rozbudowy, o jakim by się wspomniało -

wyjaśniła Cynthia Paterson -a z tego, co słyszałam o nim, nie sądzę, aby i on był bardzo

konserwatywny.

background image

- Suszone śliwki? - powtórzył konstabl Crosby niedowierzająco. Zabrał Milly Pennyfeather

do kina w Berebu-ry, a teraz fundował jej coś do wypicia w barze pod Koroną i Kotwicą przy

Tollgate Street. - Karawaniarze - właśnie tak określa ich moja gospodyni.

- Śliwki suszone - przerwała mu Milly. - O to mi chodziło. Ale pan się interesuje sobotą

wieczór!

- Chcę wiedzieć, jak żyją ludzie z wyższych sfer - to wszystko - powiedział Crosby

obejmując dłonią swoją szklankę. Chciałby, żeby Milly piła choć w połowie tak długo. - Śliwki

suszone z mięsem, to mi jakoś dziwnie brzmi.

Milly skrzywiła się. - Rozumiem. U nas w domu je się je tylko na śniadanie i to nie zawsze,

ale ludzie z tamtych sfer są dziwni. Były dodane do mielonego mięsa.

- O, Jezu - westchnął konstabl. - Niemożliwe.

- Jako nadzienie - powiedziała z przekonaniem Milly. -Nawet wcale dobre.

- Kosztowała pani?

- Tylko, żeby spróbować, jaki to ma smak. Chyba nic w tym złego?

- A jak inni? Czy im to smakowało?, - Nie wiem - odparła obojętnie. - Nie podawałam do

stołu, więc nie widziałam, czy zjedli wszystko jak grzeczne dzieci. - Westchnęła. - Czy Sampson

Ghent nie był naprawdę wspaniały na tym dużym zdjęciu? Ten muskularny tors...

- A czy spróbowała pani tej zimnej zupy? - dopytywał się Crosby.

Milly ściągnęła usta z niesmakiem. - Nie mogłam się na to zdobyć.

- No myślę - zgodził się Crosby z przekonaniem. - Dlaczego nie była gorąca?

- Nie mam pojęcia - powiedziała Milly. - Kiedy mowa o gorącym, co pan sądzi o

Sampsonie Ghencie w tych scenach w basenie kąpielowym?

- Ach - wyjaśnił Crosby z mądrą miną. - To nie on był w basenie. To jego sobowtór.

- Niemożliwe!

- Naprawdę - przekonywał konstabl, który od pierwszego wejrzenia poczuł gwałtowną

niechęć do wielkiego Sampsona Ghenta i do wszystkich jego wydatnych mięśni.

- On sam nawet nie zbliża się do wody. To by mu popsuło makijaż.

- Jest pan po prostu zazdrosny. - Oszacowała go wzrokiem. - Choć, muszę przyznać, że ma

pan też niezłe mięśnie pod tą koszulą. Jak pan powiedział, czym się pan zajmuje?

- Jestem dozorcą - wyjaśnił konstabl zapinając marynarkę.

Potrząsnęła głową. -Tak myślałam. Mówiłam mamie, że pan nie pracuje w budownictwie.

- Potrafię unieść tyle cegieł, co...

- Nie o to chodzi. O pieniądze. Oni ich mają zawsze pełno pod koniec tygodnia.

Crosby zrezygnował i dopił swoją szklankę. - Jeszcze raz to samo?

background image

- Nie mam nic przeciwko.

- Mieli wtedy jeszcze jakiś wymyślny budyń, prawda? -podsunął Crosby, gdy wrócił ze

szklankami. - Zdrowie!

- Rzeczywiście. Zdrowie.

- Dlaczego?

- Nie wiem - powiedziała Milly. - Pani Fent sama układała menu. Nie pytała mnie o radę.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego - skłamał Crosby. -Dostała pani ten budyń?

Milly z żalem potrząsnęła głową. - Było ich tylko dwanaście. Po jednym dla każdego.

Specjalnie przygotowane dzień przedtem.

- Aha.

- Pani Fent ma sześć takich miseczek z dziurkami, które przywiozła z Francji ubiegłego

lata. Nazywają się cremets czy jakoś podobnie. Napełnia się je śmietaną i pianą i wkłada w gazę.

- W gazę - zdumiał się szczerze Crosby. - Jest pani pewna?

- Naturalnie, że jestem. - Spojrzała na niego podejrzliwie. - A co? Po co to panu?

- E, tak tylko się pytam. - Pochylił się ku niej. - Chcę, żeby pani nie myślała o Sampsonie.

- Niech pan da spokój - zachichotała Milly. - Ale numer z pana.

- No więc dalej, skoncentrujmy się na budyniu. Napełnia się te miseczki kremem i gazą...

- Wykłada się taką miseczkę gazą, wylewa to i zostawia w chłodnym miejscu, aby ściekło.

Potem wyrzuca się na talerz, posypuje cukrem, polewa śmietaną i podaje z malinami.

- No proszę - powiedział triumfalnie. - Teraz zapomniała pani zupełnie o Sampsonie

Ghencie.

- Nie, nie zapomniałam.

- Pani Fent zrobiła je dwa razy?

- Tak. Miała sześć miseczek. Razem było dwanaście. Po jednej porcji dla każdego. Ale dała

mi trochę malin, żebym zabrała do domu dla mamy, ponieważ zabrakło dla mnie tego budyniu.

Potem były sery i porto.

- Jakiego koloru są jego oczy?

- Brązowe - powiedziała prędko Milly. - Powiem panu, czego spróbowałam. Wina. Pani

Fent nie tknęła swojego. Zostawiła w kieliszku. Wypiłam więc to wino, kiedy zbierałam ze stołu.

Było też bardzo dobre.

- Ghent miał niebieskie oczy - powiedział konstabl.

Milly poklepała go czule po piersi. - Brązowe. Czegoś takiego nigdy bym nie zapomniała.

Widziałam wszystkie jego filmy. - Postawiła szklankę i spojrzała mu w oczy. -Czy pamięta pan tę

scenę przy końcu, kiedy pogodził się ze swą ukochaną z dzieciństwa. To nie był żaden sobowtór.

background image

- Już najwyższy czas, żeby pani poszła do domu, malutka Milly - zdecydował Crosby.

background image

Rozdział IX

Również inspektor Sloan spędził wieczór zajmując się tą sprawą.

U siebie w domu.

- Margaret - zapytał żony - jak zaplanowałabyś przyjęcie na dwanaście osób?

- Nie zrobiłabym tego - powiedziała Margaret Sloan. -A co? Nie zaprosiłeś chyba całej

drużyny?

- Nie, ale to jest myśl. -Uśmiechnął się.-śeby dowieść, jak nie miałaś racji.

- Co do czego?

- Kawalerstwa.

- Nie próbuj. Zresztą nie mamy dwunastu nakryć.

- Nie. Ale gdybyś miała urządzić takie przyjęcie - jej mąż nie dawał za wygraną - to co byś

dała do jedzenia?

- A więc - oparła się o fotel zastanawiając się - kiedy wszystko już jest zrobione i

uporządkowane, nie ma jak pieczeń dla wielu gości.

- Jak się zapatrujesz na koronę z jagnięcia?

- Dobry pomysł. To byłoby smaczne i tanie.

- Tanie? - To było coś, co Sloanowi w ogóle nie przyszło na myśl.

- Potrzebne są tylko dwa udźce z najlepszej części jagnięcia, a to nie kosztuje drogo.

Byłoby z tego wystarczające danie dla dwunastu osób i chyba najtańsze z wyjątkiem gulaszu.

- Rzeczywiście. Wiedziałem, że ożeniłem się z dobrą gospodynią.

- Nie wiem, czy twoja matka byłaby tego samego zdania!

- Ach... to co innego.

- Tak - spojrzała na niego, jakby chciała jeszcze coś dodać. - W każdym razie korona z

jagnięcia to danie, które bardzo ładnie wygląda - powiedziała. - Robi okazalsze wrażenie, niż jest

naprawdę. Prosi się rzeźnika, żeby usunął kości, a potem zszywa się obydwa końce grzbietami.

Sloan kiwał głową na znak zrozumienia. - Potem się to gotuje.

- Potem - wyjaśniała cierpliwie - wypełnia się koło w środku dużą ilością nadzienia. I

naturalnie, jeśli się chce, żeby szczególnie ładnie wyglądało...

- Tak? - W tym stadium wszystko mogło naprowadzić na trop. Wszystko.

- Potem nakłada się tak zwane papiloty na końce kości.

- Papi... O, wiem już. To takie coś z papieru, co wygląda, jak czepiec kucharski dla lalek. -

Miał błogą nadzieję, że nie będzie musiał tłumaczyć tego nadinspektorowi Leeye-sowi.

Margaret Sloan uśmiechnęła się, a jego ogarnęło uczucie ciepła i zadowolenia. - Nie

najgorzej jest być żoną policjanta, prawda? - powiedział.

background image

- Wcale nieźle - zapewniła tonem nieco oschłym, jakim mówiła w chwilach, kiedy kto inny

stawałby się sentymentalny.

- Poczekaj, dopóki będę spędzał noce poza domem, przez miesiąc pod rząd.

- Pójdę do domu, do mamy...

- Albo kiedy będę musiał uganiać za jakimś szalonym rewolwerowcem. - Przysunął się. -

Lepiej pocałuj mnie teraz, bo a nużbym wtedy nie wrócił.

- Idiota. A teraz co do papilotów...

- Nieważne papiloty. Wystarczy zwyczajny pocałunek.

- Z papilotami na koniuszkach kości - powiedziała zdecydowanie - to koło wygląda

naprawdę jak korona.

- Nieraz się zastanawiałem, po co się je daje?

- Dla ozdoby. - Zmarszczyła brwi. - Chyba że ma się to brać w rękę, żeby lepiej ogryźć.

- Najlepszy kawałek mięsa może przepaść, gdy używa się tylko noża i widelca - orzekł

sentencjonalnie Sloan. -Nie ma jak palce.

- W każdym razie dzięki papilotom wygląda to szczególnie wykwintnie. - Podeszła do szafy

z książkami. -Może znajdę dla ciebie jakąś ilustrację. W książkach kucharskich jest zazwyczaj

fotografia tej potrawy. - Przeciągnęła palcem po półce. - Dostaliśmy ich dużo w prezencie

ś

lubnym. - Nie wiem, czyżby wszyscy myśleli, że cię zagłodzę, czy co? Zawsze można jeszcze coś

dodać, jeżeli kucharka ma zmysł artystyczny - a czy ta ma?

- Nie wiem - powiedział Sloan. - Nie znam jej na tyle, aby wiedzieć. Na razie. Wszystko, co

wiemy o niej dotąd, to to, że jest drobną brunetką i bardzo urodziwą.

- Ale nie zwróciłeś na nią szczególnej uwagi?

- Nie - zapewnił, patrząc jej w oczy - tylko z policyjnego punktu widzenia.

- Wiem. - Pokiwała głową. - Ściśle w granicach obowiązku. Nie jest tak źle być

policjantem, prawda?

- Uczy się człowiek zauważać pewne rzeczy - powiedział mąż Margaret. - Wzrost ponad

pięć stóp. Czarne włosy...

- Więc rozpoznałbyś ją w tłumie?

- W pracy trzeba mieć oczy otwarte.

- Naturalnie.

- Dobre nogi, jeszcze lepsze kostki.

- O jakim daniu teraz mówimy? Sloan uśmiechnął się. - O koronie z jagnięcia. Dlaczego

chciałaś wiedzieć, czy pani Fent ma zmysł artystyczny?

background image

- Gdyby miała, ułożyłaby pewnie puree z ziemniaków naokoło, po zewnętrznej stronie

jagnięcia.

- I Wtedy wygląda to jak gronostaje.

- Idiota - powiedziała po raz drugi.

- Zwłaszcza z kulkami groszku, ułożonymi strategicznie na ziemniakach.

- Lepiej nastawię kawę.

Później powrócił do tematu przyjęcia w Strontfield Park.

- Może mogłabyś powiedzieć mi coś jeszcze, Margaret?

- Tak, inspektorze.

- Dlaczego pani Fent podała zimną zupę?

- Mniej kłopotu niż z grapefruitem - wyjaśniła bez wahania pani Sloan. -1 tańsze niż melon.

A pate - to, co twoja i moja matka robiły same i nazywały konserwowanym mięsem - odpada, bo

nie można zrobić gorących grzanek dla dwunastu osób, kiedy się ma pieczeń na głowie.

- Ale dlaczego zupa była podana na zimno?

- Bo to znaczy, że można rozlać ją wcześniej. Nalanie dwunastu talerzy gorącej zupy z

wazy to wyczyn, a nawet jeśli naleje się ją gorącą, będzie zimna, nim dwanaście osób usadowi się

przy stole. Zresztą zimna zupa jest całkiem dobra.

- O, nie. - Wziął swoją kawę z tacki. - A ty nie pijesz? Potrząsnęła przecząco głową. -

Zaszkodziła mi na żołądek wczoraj wieczór.

- Czy zdajesz sobie sprawę, Margaret, że my nie wiemy nawet, jak ci ludzie siedzieli przy

stole, a głowę daję, że to jeden z nich otruł Billa Fenta.

- Wiesz - wyjaśniła szybko - możesz być pewien, że w tym środowisku najważniejsza

wśród gości kobieta siedziała po prawej stronie gospodarza, a najważniejszy mężczyzna ditto po

prawej stronie gospodyni, następna co do ważności para odpowiednio po lewej stronie gospodarza i

gospodyni. To masz już sześcioro.

- A zatem Fent miałby po prawej stronie panią Washby - całe to przedstawienie było na jej

cześć, a... -wymieniał w myśli nazwiska gości - a chyba pannę Paterson po lewej? Była najstarsza...

- Ale niezamężna - uzupełniła pani Sloan. - Według mnie siedziałaby tam najstarsza po niej

zamężna kobieta.

- Pani Renville. Muszę przyznać, że raczej mi się podobała.

- A więc - powiedziała- ironicznie Margaret - możesz być pewny, że siedziała obok

gospodarza.

- Wobec tego doktor Washby siedziałby z jednej strony pani Fent, a Richard Renville z

drugiej.

background image

- Twoja panna Paterson obok doktora Washby, a drugi ważny mężczyzna...

- Na pewno profesor.

- Obok pani Washby.

Sloan otworzył notes. - Pozostają więc tylko March-montowie.

- Następni z każdej strony.

- I kuzynowie, Annabel Pollock i Quentin Fent.

- Rodzina - orzekła Margaret. - Można ich posadzić gdziekolwiek.

- Tak więc - kontynuował Sloan - zimna zupa stała już na stole i przy odrobinie szczęścia

ktoś znający się na tym, kto wszedł wcześniej do pokoju, mógł się prawie na pewno domyślić, jakie

kto zajmie miejsce.

Pani Sloan zadrżała nagle. - Nie myślałam o tym od tej strony.

- Zwłaszcza gospodarz i gospodyni, jeśli wiadomo było, gdzie jest szczyt i dół stołu. -

Zajrzał znów do swego notesu. - Po zupie korona z jagnięcia z nadzieniem, wymyślnymi

ziemniakami i czym jeszcze?

Zamyśliła się nad tym. - O tej porze roku myślę, że fasolka i groszek, młode ziemniaki... no

i galaretka z czerwonych porzeczek.

- To przecież ledwo było widać pieczyste spod tego garnituru - zaoponował Sloan.

- Właśnie o to chodzi - powiedziała rozsądna gospodyni. - Dzięki temu jest okazalsze i

podzielniejsze.

Sloan spojrzał na zegar i zamknął notes. - Rano muszę dowiedzieć się więcej o tym

budyniu.

- Ona wiedziała, co robi, ta wasza pani Fent - zauważyła jego żona. - Sprytnie wymyślony

był ten posiłek dla dwunastu osób.

- Sprytnie? - To było jeszcze coś, o czym nie pomyślał dotychczas. Zanotował sobie

sumiennie, że pani Helen Fent jest kobietą sprytną.

- A więc niezbyt kosztownie - poprawiła się Margaret. - Nie wyobrażam sobie, żeby można

było wiele zrobić mniejszym kosztem. - Zabrała pustą filiżankę męża. -Kolacja w większości

przygotowana poprzedniego dnia, wygodna do podawania, wygląda ładnie, a niezbyt wystawnie.

- Wykwintna, ale niezbytkowna - zgodził się Sloan, oglądając się na kota, aby go wypuścić.

- Helen, Helen! Co tu robisz na dole, na miłość Boską! I to tak późno w nocy...

Helen Fent drgnęła. - Ach, to ty, Annabel. Przestraszyłaś mnie.

- Ty też mnie przestraszyłaś - zareagowała z miejsca młoda pielęgniarka. - Myślałam, że

leżysz spokojnie w łóżku.

- Leżałam.

background image

- A tu naraz znajduję cię na dole w nocnej koszuli. I to na dodatek w białej.

Helen zaśmiała się niepewnie. -Wyglądam chyba trochę jak duch.

- W tych ciemnościach - dodała Annabel z wyrzutem. -Mogłaś choć zapalić światło.

- Przepraszam - powiedziała skruszona. - Nie pomyślałam.

- Szłam właśnie na górę, żeby się położyć - mówiła

Annabel. - Byłabym zajrzała do ciebie, spytać, czy nie potrzebujesz czegoś na noc. Chcesz

może napić się jeszcze czegoś gorącego?

- Tak... nie. Nie - Helen odetchnęła głęboko - dziękuję ci.

- A może proszek nasenny? Mam jakieś przy sobie.

- Nie, dziękuję. - Helen potrząsnęła głową. - Nie o to chodzi. Chciałam się tylko upewnić,

czy drzwi wejściowe są zamknięte.

- Tej nocy tak - powiedziała Annabel. - Muszę przyznać, że ubiegłej nocy nie były

zamknięte. W każdym razie furtka od ogrodu była otwarta, kiedy przechodziłam tamtędy ostatni

raz. Zamknęłam ją sama. Miałam ci o tym powiedzieć dziś rano, ale nie było czasu.

- Tak - potwierdziła Helen z powagą. - Co to był za dzień!

- Pewnie Quentin zapomniał zamknąć.

Pani Fent przesunęła ręką po oczach. - To była jedna z rzeczy, których Bili zawsze

pilnował. Quentin nie jest winien... ma dosyć zaprzątniętą głowę... to moja wina. Muszę się

przyzwyczaić robić takie rzeczy, kiedy nie ma Billa.

- Tej nocy - powiedziała życzliwie Annabel - jedyną rzeczą, do jakiej się musisz

przyzwyczaić, jest pozostanie w łóżku.

- Przepraszam, siostro. - Helen uśmiechnęła się słabo w ciemnościach. - Ale nie jest to takie

łatwe, jak myślisz, - Nie - przyznała Annabel ze współczuciem - ale lepiej idź teraz z powrotem do

łóżka, mimo wszystko. Zawołaj mnie, jeśli będziesz czegoś chciała, i staraj się zasnąć.

- Gdzie jest Quentin?

- W gabinecie. Rozmawia z Jacąueline. Zatelefonowała już bardzo dawno i wciąż jeszcze

mówią.

Wierna miłość Quentina do Jacąueline wciąż napotykała na jakieś przeszkody, toteż kiedy

usiłował wytłumaczyć jej teraz, że został właścicielem Strontfield Park, trudności były takie same

jak zwykle.

- Chyba że coś mi się przytrafi w ciągu najbliższych trzech tygodni - dodał na koniec.

- Czy to znaczy, że tatuś pozwoli nam teraz wziąć ślub? - zapytywała z kobiecą

bezpośredniością. Nie bez powodu ojciec jej zrobił pieniądze nazywając rzeczy po imieniu.

- Mam nadzieję, ale... - Quentin był ostrożny - to taka stodoła.

background image

- Strontfield Park. - Zastanawiała się chwilę nad tą nazwą. - To należało do Fentów od

wielu pokoleń, prawda?

- Tak - powiedział Quentin lakonicznie - a oni wydali w tym czasie wszystkie pieniądze,

jakie mieli.

- Tatuś mówi, że majątek ziemski jest lepszy niż pieniądze.

- Na pewno jest - zapewnił jej narzeczony z zapałem -jeśli ma się jedno i drugie. Ale

majątek bez pieniędzy jest w pewnym sensie kulą u nogi.

- Niemniej tatuś będzie zadowolony, kiedy się dowie -orzekła rozsądna córka pana

Battersby.

- Z pewnością zmieni zdanie, kiedy go zobaczy - wyraził swój pesymizm Quentin.

- Dlaczego? Co tam jest złego?

- Nic. W tym cały kłopot. Nie wyobrażaj sobie, że nie jest to ładne miejsce. Jest ładne. Zbyt

ładne. Obwarowane Bóg wie jakimi nakazami, zastrzeżeniami i majoratami i -Quentin zapomniał

na chwilę o swej przynależności do świata sztuki - nie można zmienić nawet głupiego okna bez

pytania całego świata o pozwolenie.

- Czy nie wspominałeś nam kiedyś o jakimś planie rozbudowy czy czymś takim? - Panna

Battersby była kropka w kropkę córką swego ojca - a nawet go przewyższała.

- Wspominałem - odpowiedział niechętnie Quentin.

V - Lekka żałoba

Uważał, że już najwyższy czas, aby rozmowa przybrała bardziej romantyczny ton. - Będę

musiał zbadać to wszystko teraz za pomocą mistrzów prawa, ale tymczasem, najdroższa...

- Tatuś będzie chciał wiedzieć - upierała się praktyczna Jacąueline.

- Słuchaj - wybuchnął gwałtownie Quentin - czy mam się żenić z tobą, czy prosić o

zezwolenie na budowę?

- Myślę, że jedno i drugie - powiedziała słodko jego przyszła. - Równocześnie. Kiedy?

- Wyznacz dzień - warknął Quentin. Panna Battersby wciągnęła powietrze. - Powiedzmy od

jutra za miesiąc?

- Chcesz się upewnić? - zapytał z goryczą.

- Jeśli masz zrobić ze mnie uczciwą kobietę w kościele -powiedziała Jacąueline - istnieje

coś takiego, co się nazywa zapowiedzi, i trwa trzy tygodnie.

- Dobrze, dobrze - zgodził się Quentin. - Miesiąc - jeśli dożyję do tego czasu.

- Może dożyjesz, jeśli się będziesz trzymał z dala od tatusia. Wciąż jeszcze nie odebrał

swego wozu z naprawy.

background image

Quentin się skrzywił. Zazwyczaj bezpośredniość Jacąueline stanowiła dla niego przyjemny

kontrast po pełnych niedomówień rozmowach w londyńskich sferach artystycznych, w których się

obracał. Dzisiaj uderzała go jak obosieczny miecz. Powiedział: - Dobrze. A więc od jutra za

miesiąc.

- Umowa stoi. - Głos jej brzmiał nieco drwiąco.

- I nie zapominaj, że powiedziałaś, ,tak'' - dodał gniewnie - nawet jeśli twój szanowny

ojciec nie zmieni zdania.

- Zmieni, nie martw się o to - zapewniła. - A teraz słuchaj, kochanie...

Potem, gdy sprawy materialne zostały omówione, rozmowa między narzeczonymi przeszła

na tematy zasadnicze i minęło dobre dwadzieścia minut, nim Quentin odłożył słuchawkę i poszedł

do łóżka. Strontfield Park pogrążyło się w ciemności: słychać było jedynie monotonne tykanie

kafelkowego zegara w salonie.

Ten pokój nigdy nie był zupełnie ciemny ani zupełnie cichy. Kiedy wygaszono na noc

wszystkie światła, jedno zawsze się świeciło. Było to światło obok rzędu małych, migających

ekranów, wyglądających jak wystawa sklepu z telewizorami, gdzie ten sam program widzi się na

pięciu różnych aparatach. Tylko ekspert wiedział, że każdy z tych pięciu ruchomych zielonych i

czarnych wykresów przedstawiał inny program.

A ekspert ten siedział przed ekranami i patrzył uważnie.

Była nim pielęgniarka Joan Brown, a miejscem tym był Oddział Intensywnej Opieki

Medycznej w Szpitalu w Be-rebury.

Każda z tych pięciu zielonych linii przedstawiała bicie innego serca, każda z zielonych

plamek ruszających się na dole ekranów była obrazem znacznych nieregularności tętna.

Szmer, który nigdy zupełnie nie cichł, pochodził z wentylatora. Był to jeden z

mechanicznych środków, którymi lekarze starali się utrzymać Toma Exleya przy życiu. Jego żona,

która wciąż siedziała przy łóżku pacjenta, nie wiedziała, czy kocha, czy nienawidzi ten monotonny

dźwięk ,,suf-suf”, który stał się częścią jej życia od ostatniej sobotniej nocy. Przekonała się teraz o

jednym, a mianowicie, że lekki rumieniec na policzkach jej męża był wyłącznie dziełem maszyny i

nie miał nic wspólnego ze zdrowym procesem naturalnego życia.

Było tuż po drugiej nad ranem, kiedy nowy dźwięk wywołał niepokój w małej sali.

Pielęgniarka podniosła wzrok.

Monitor przedstawiający tętno Exleya wydał ostrzegawczy pisk. Pielęgniarka sięgnęła po

telefon. Właśnie wtedy zielona plamka na ekranie monitora opadła rozpaczliwie w dół i zniknęła.

Skończyło się czuwanie pani Exley.

Pielęgniarka wyprowadziła ją z pokoju.

background image
background image

Rozdział X

Sloan rozpoczął dzień - sobotę - wyjazdem w kierunku Calleford, ściśle mówiąc do

Lampard.

Urzędnik sądu w Lampard nazywał się Phillipps. Był zachwycony, że może być w czymś

pomocny inspektorowi.

- Jedno ramię sprawiedliwości dla drugiego - jak to trafnie wyraził.

- Ech, rzeczywiście - powiedział szybko Sloan, zanim tamten zaczął mówić, że są jak

bracia. Nie uważał się za brata tego urzędnika w prążkowanych spodniach i w czarnym żakiecie. -

Chodzi tylko o kilka informacji o waszych ławnikach...

- Są bardzo dobrzy - zapewnił pan Phillipps niczym skromny aranżer w cyrku. - Naturalnie

- zwierzał się jak zawodowiec swemu koledze - jako laicy są czasem trochę nieobliczalni. Jeden

zwłaszcza zbyt łatwo się unosi...

- Pewnie jakaś pani... - powiedział Sloan, który miał różnorakie doświadczenia z kobietami

sędziami, jeszcze zanim został sierżantem, a co dopiero inspektorem.

- Można sobie naturalnie z nią poradzić - aranżer zmienił się teraz w pogromcę lwów.

- I w dodatku należy pewnie do tych dobroczynnych? -Wciąż nie był pewien, czy właśnie

takie nie wyrządzają największej szkody.

Urzędnik potwierdził. - Patrzy na drzewa, a nie widzi lasu i nigdy nie zobaczy. Ale na ogół

sprawiedliwość zwycięża.

- To mnie cieszy - oświadczył Sloan i cieszył się rzeczywiście.

- Naturalnie - urzędnik mówił teraz tonem ojcowskim - żaden z nich nie może spać w nocy,

kiedy po raz pierwszy skazuje człowieka na więzienie.

- Rozumiem.

To pewnie tak - myślał Sloan - jak aresztuje się kogoś po raz pierwszy. A na głos

powiedział: - Pan William Fent...

- Niepowetowana strata - wyrecytował natychmiast Phillipps. - Rzec można, gwiazda

zespołu. Dobry człowiek i zarazem dobry sędzia. Był przewodniczącym już od kilku lat. Jak jego

dziadek.

- Czy wydawał surowe wyroki? - dopytywał się Sloan.

- Nie, przeciwnie - odrzekł urzędnik. - Dzięki panu Wilkins, jak sądzę.

- Panu Wilkins?

- Jest opiekunem sądowym.

- Ach - Sloan zrozumiał natychmiast i odruchowo wyraził pogląd policji na tę sprawę. - My

ich łapiemy a on wyciąga.

background image

Pan Phillipps poprawił krawat. - Jest... e ... bardzo przekonywający, inspektorze. Zagina ich,

ż

eby pomóc.

Pogromca lwów, ale dobry pogromca.

Sloan należał do tej szkoły myślenia, dla której ważniejsze było prostowanie, spytał więc

tylko: - Dużo tu u was przestępstw?

- Właściwie to nie są przestępstwa - powiedział z wylewnością urzędnik - ale jesteśmy tutaj

jak tylne wejście do przodującej stajni, skąd właśnie najlepiej widać wszystkie błędy hodowcy.

- Nieprzystosowani - potwierdził Sloan, zastanawiając się, jak bardzo trzeba być

nieprzystosowanym, żeby podać komuś truciznę i czekać, aż umrze. Przede wszystkim musi to być

ktoś samolubny, żeby chciał to zrobić; zarozumiały, żeby sądzić, że to zrobi i nie zostanie złapany;

sprytny, żeby zrobić i dojść tak daleko jak on; okrutny, żeby nie troszczyć się o to, jak i kiedy ktoś

umrze; wyrachowany, żeby spokojnie rozważyć wszystkie za i przeciw, bo jeśli coś w tej sprawie

rzucało się w oczy, to to, że decyzji zabójstwa nie powzięto w ostatniej chwili. Mimo że ta

starannie dobrana dawka rozpuszczalnego barbituranu podana została w dużym towarzystwie,

nigdzie nie było widać żadnych oznak paniki lub nagłego strachu...

- Przepraszam - Sloan drgnął i oprzytomniał. - Niezupełnie to zrozumiałem.

- Przeważnie sprawy samochodowe i matrymonialne -powtórzył urzędnik z żalem. -

Czasem jakiś pijak. Nic interesującego.

- Wino, kobiety i samochody -powiedział Sloan, zastanawiając się, jak pełen swady pan

Wilkins określiłby człowieka, który usiłował zamordować Williama Fenta, sędziego pokoju.

Trudno było naturalnie coś powiedzieć -może matka zostawiła go gdzieś w torbie podróżnej, może

widział kiedyś jakieś okropności w drewutni - może urodził się kaleką - psychicznym kaleką lub

może tylko ojciec nie wpoił mu chłostą różnicy między dobrem i złem, kiedy po raz pierwszy

przekroczył tę niewidzialną granicę...

- Trochę kłusownictwa, oczywiście - ciągnął dalej urzędnik. - Zawsze zdarza się trochę tego

na wsi.

- Od czasów Szekspira i jeszcze wcześniej - potwierdził Sloan. - Czy pan Fent traktował to

surowo?

- Niespecjalnie. - Urzędnik potrząsnął głową. - Wie pan, trudno sobie poradzić z Cyganami.

- Nawet pan Wilkins?

Pan Phillipps potwierdził z uśmiechem. - Nawet pan Wilkins. Płacą kary i odchodzą, a

potem robią znów to samo. Można by rzec, zamiast płacić raty i podatki.

- Maluczcy wychowują się bez prawa i tak dalej mruknął Sloan z roztargnieniem. Myślami

był gdzie indziej. Jeśli się nad tym zastanowić, prawo jest przywilejem, bez względu na to, co

background image

mówi skazany. - Nie jest to przecież wokanda na Newgate,. prawda? - Zmarszczył czoło. - Czy

było coś, czego by się czepiał ten wasz pan Fent?

- Rewolwery - odparł bez wahania pan Phillipps. -Zezwolenia na posiadanie broni i tym

podobne. Wszyscy dziś są pełni niepokoju, jeśli chodzi o broń.

Sloan ucieszył się z tego. On sam był zawsze pełen niepokoju, jeśli chodziło o broń.

Zwłaszcza na służbie. Można by rzec na linii ognia.

- Czy był ktoś - kontynuował cierpliwie swe pytania Sloan - z kim miałby na pieńku z tego

powodu?

- Pan Fent? O, nie, inspektorze. On nie był taki. Nie wykorzystywał nigdy swojej pozycji w

ten sposób... i nie pozwoliłby nikomu innemu z ławników... i ja także nie.

- Mężczyźnie ani kobiecie? - poddał chytrze Sloan.

- Mężczyźnie ani kobiecie - powtórzył pan Phillipps z emfazą.

- A może - upierał się Sloan - był ktoś, kto na niego nastawał?

Pan Phillipps robił wrażenie zakłopotanego. - Myśli pan o kimś, kogo Fent zasądził?

- Ludzie żywią urazy - powiedział Sloan - a zwłaszcza ludzie skazani, wobec tych, którzy

wydali na nich wyrok.

Twarz pana Phillippsa rozjaśniła się. - Nie przypominam sobie nikogo takiego, inspektorze.

- A jak tam z chłopcami o nazwisku Pennyfeather?

- Oni na pewno nie - powiedział z przekonaniem urzędnik. - Zawsze bardzo uprzejmi,

nawet zabawni.

- Śmiech na sali sądowej? - spytał Sloan.

- Często. Zawsze mają dużo do powiedzenia na swoją obronę. Prasa to kocha. Kiedy bracia

Pennyfeather stają przed sądem, to dla prasy najlepszy dzień. Oni nie wchodzą w rachubę. Weseli

chłopcy. śadnej wrogości z ich strony.

- Zastanawiam się - mówił w zamyśleniu Sloan - od której części zaczynali jeść swoje

czekoladowe figurki.

Pan Phillipps zdziwił się niepomiernie. - Przepraszam, inspektorze?

- Mieliśmy swego czasu w Berebury psychiatrę, który zawsze chciał to wiedzieć.

Pan Phillipps uspokoił się. - W każdym razie bracia Pennyfeather są zupełnie normalni. Jest

ich czterech - jak szereg malowanych garnuszków. Poprawią się, kiedy dorosną. Oczywiście, jeden

pociąga drugiego i mają wielu naśladowców wśród młodszych dzieci. Przez to są jeszcze gorsi, wie

pan, Sloan wiedział. Pierwszą rzeczą, jakiej uczono młodych policjantów, było to, że najwięcej

przestępstw popełniają chłopcy działający w grupach. Niepotrzebnie o tym mówili, bo każdy

policjant sam to stwierdzał pierwszego dnia służby.

background image

- Nigdy też nie proszą o odroczenie grzywny - dokończył pan Phillipps.

Sloan przestał myśleć o braciach Pennyfeather i o tej sprawie. Przyjmowanie surowej

sprawiedliwości na wesoło nie kojarzyło się jakoś z morderstwem. Spróbował zaatakować

urzędnika sądowego z innej strony. - A jak było w przeszłości?

- Trochę dawniej, myśli pan? - Phillipps spojrzał z ciekawością na Sloana.

- Myślę - powiedział - o kimś, kogo zamknięto jakiś czas temu i kto niedawno wyszedł, ale

z dużą zadrą.

- Rozumiem teraz, o co panu chodzi, inspektorze. -Urzędnik naraz spoważniał. - Nie

przypominam sobie nikogo takiego, ale sprawdzę zaraz w moich protokołach.

Konstabl William Edward Crosby, Anglik w każdym calu, aż po swój anglosaski sposób

bycia, wkroczył do urzędu pocztowego miasteczka Cullingoak w Calleshire, podszedł do lady,

wyciągnął legitymację i powiedział kącikiem ust w najdoskonalszym urzędowym stylu tylko jedno

słowo: “Policja”.

Zawsze przedstawiał się w ten sposób, kiedy był sam na służbie. Jak to już odkryli

mądrzejsi ludzie, w każdym z nas tkwi jakiś mityczny bohater. Jeśli jednak zabije się fantazję, ginie

w człowieku coś więcej. Crosby nie odkrył jeszcze jednej z drobnych ironii losu polegającej na

tym, że kiedy fantazja się urzeczywistnia, to przypomina do tego stopnia coś, co zdarzyło się

komuś innemu, że staje się mało prawdopodobna.

W tym przypadku reakcja kierowniczki poczty, pani MacArthur, gwałtownie sprowadziła

Crosby'ego na ziemię.

- Najwyższy czas - warknęła, uderzając w jakąś paczkę datownikiem. - Masz tu, Jim -

odwróciła się i rzuciła paczkę przez drzwi komuś z tyłu. Kiedy w ten sposób dała do zrozumienia,

ż

e - według jej kryteriów - policjanci są małymi płotkami w porównaniu z pocztowcami, odwróciła

się z powrotem do Crosby'ego i zapytała: - Kiedy wreszcie zrobią coś z moim kioskiem,

chciałabym to wiedzieć. Powtarzam im to, aż sobie płuca wygadałam.

Crosby złapał oddech.

Pani MacArthur nie przerywała: - A oni mówią, że ledwie zdążą zainstalować telefony,

wandale je wyrywają, a czy wy złapaliście ich kiedykolwiek? Nigdy! Zapamiętaj sobie, młody

człowieku...

Nic nie drażniło Crosby'ego bardziej niż nazwanie go młodym człowiekiem, bo był nim

faktycznie i widać to było na pierwszy rzut oka.

- ...pewnego dnia ktoś będzie was nagle potrzebował -nawet w przypływie elokwencji udało

się pani MacArthur sprawić wrażenie, że uważała to za mało prawdopodobne i co się-wtedy stanie.

Nie zjawicie się, a my wszyscy zostaniemy zamordowani we własnym łóżku, tak będzie.

background image

Crosby prywatnie był zdania, że ten, kto zamorduje panią MacArthur, odda przysługę

ludzkości - jeśli nie poczcie Jej Królewskiej Mości - ale powiedział tylko: - Ja jedynie zbieram

informacje, proszę pani, to wszystko.

Pani MacArthur szybko i gniewnie uderzyła stemplem w inną paczkę. - Jeśli chodzi o

zaświadczenie rejestracji na tego psa, który ugryzł pastora, to oni je mają. W dodatku są to

Adwentyści Siódmego Dnia, ale dosyć szybko załatwili sobie sprawę u weterynarza.

- Chodzi o ostatnią sobotnią noc - powiedział z godnością konstabl Crosby, omijając

ostrożnie sprawę dogmatów religijnych.

- W sobotę w nocy zawsze są kłopoty. - Pani MacArthur wyjrzała przez okno urzędu

pocztowego. Miasteczko Cullingoak przedstawiało idylliczny widok, z kościołem w głębi,

obowiązkowym zielonym skwerkiem, sadzawką dla kaczek i kaczkami, ale pani MacArthur nie

dawała się zwieść tym widokiem. - Jeśli nie gospoda, to remiza. Moim zdaniem ludzie grają w

krykieta tylko dla piwa... _

- Nie chodzi nam o tego rodzaju sprawy.

- Były tańce w Klubie Młodzieżowym - zarechotała wesoło. - Z tym także macie kłopot.

- Ktoś zachorował - powiedział Crosby.

- Ach.

- Doktor pukał do pani?

- No i co z tego?

- Dlaczego?

- Powiedział, że szuka jakiegoś chorego przy Copway Street i nie może znaleźć. -

Przekrzywiła głowę na bok i powiedziała przebiegle: - A więc doktor jest w kłopocie?

Crosby potrząsnął głową. - Po prostu zwykłe zasięganie informacji.

- Znam wasze zasięganie informacji - syknęła. - Jak hiszpańska Inkwizycja. W końcu

zawsze ktoś znajdzie się w kłopocie.

- Która to była godzina?

- Około wpół do dwunastej. Zachorował ktoś o nazwisku Waters, jak mówił doktor, ale nie

wiedział, gdzie to jest. I nie mógł ich znaleźć. W każdym razie na Copway Street.

- A pani?

- Nie mogłam sobie przypomnieć.- przyznała. - Wtedy nie mogłam. Obecnie nie sortujemy

listów. Inaczej wiedziałabym. Centrala telefoniczna także została zautomatyzowana.

Crosby zadrżał na myśl, że pani MacArthur mogłaby kontrolować jedno czy drugie, a co

dopiero jedno i drugie. - A więc w ogóle nie zorientowała się pani...

background image

- W tym momencie nie - powtórzyła. - Później przypomniałam sobie ludzi w Rosę Cottage.

Nazywają się Waters.

- Waters, Rosę Cottage, Copway Street. - Zanotował.

- Artyści - powiedziała dosadnie. - Spędzają tu tylko weekendy. Dlatego doktor nie znał

nazwiska. Zdaje się, że mąż miał atak astmy wczesnym popołudniem, potem mu się nagle

pogorszyło, więc gdy doktor nie przychodził, żona wpakowała go do samochodu i zawiozła prosto

do szpitala w Berebury.

- A więc, gdy doktor przyszedł, dom był zamknięty i pusty - skończył za nią Crosby.

- Zgadza się. Mówił, że szukał w Rosę Cottage, ale nikogo tam nie zastał. - Pani

MacArthur spojrzała na niego z ukosa. -Jakaś kobieta siedziała z doktorem w jego wozie.

- Jego żona - wyjaśnił konstabl.

Pani MacArthur pociągnęła nosem i dodała już innym tonem: - To dobrze, to mnie cieszy.

Doktor powinien być żonaty, prawda?

- Wszystkim nam potrzebne są kobiety - powiedział

Crosby, zastanawiając się, czy dotyczy to również pani MacArthur.

Spojrzała na niego przebiegle. - Nie to miałam na myśli, wiesz o tym dobrze, młody

człowieku.

Konstabl na pewno nie miał nic wspólnego z hiszpańską Inkwizycją. Torąuemada nigdy by

się nie zaczerwienił.

Kiedy Sloan przybył do Berebury, inspektor Harpe poinformował go o śmierci Toma

Esfleya. Sloanowi wydawało się, że jego pogląd na sprawę jest bardzo jednostronny. Nawet w

policji można było dojść do nadmiernej specjalizacji.

- Musisz przyznać, Sloan, że to delikatny problem.

- Co takiego? - zdziwił się Sloan, który nie widział w tym nic delikatnego.

- Czy ty go zaliczysz, czy ja.

Sloan był zakłopotany. - Przestań, Harry.

- Chodzi mi o to - nalegał drogowiec - czy on jest mój, czy twój?

- Nie żyje - odpowiedział energicznie Sloan. - To wszystko, co mi o nim dotychczas

powiedziano.

- Chodzi mi o to, czy statystycznie należy do mnie, czy do ciebie - wyjaśnił Harpe. -

Chciałbym to wiedzieć?

- Ach, rozumiem... - Sloan otworzył usta i znów je zamknął. Może zaoszczędzić sobie

mówienia. Nie miało sensu wyjaśnianie Szczęśliwemu Harry'emu, że statystyka nie miała żadnego

wpływu na to, z czym się dotychczas stykał. Dobra statystyka zawsze mówiła tylko to, co i tak

background image

powinno się wiedzieć: stwierdzała rzeczy oczywiste, udowadniając je cyframi. Jeśli chodzi o złą

statystykę...

- Czy ten Exley zginął w wypadku drogowym - tłumaczył dalej Szczęśliwy Harry - czy...

- Ach, tak, rozumiem. - Sloan powinien był pamiętać że Harry od urodzenia miał

skłonności do dzielenia włosa na dwoje.

- Czy też jest ofiarą morderstwa - kończył Szczęśliwy Harry.

- Zmarł na skutek obrażeń poniesionych w wyniku użytkowania pojazdu mechanicznego na

drodze publicznej - powiedział uroczyście Sloan. Tę grę można było uprawiać we dwóch. - Z

drugiej strony...

- Tak?

- Tak samo było i z tym drugim.

- Nie, nie - powiedział natychmiast Harpe. - Możesz sobie wziąć Fenta. On jest twój.

Wyłącznie twój.

- Dziękuję.

- Nie ma za co - powiedział Harpe; ironia skierowana do niego w jakiejkolwiek formie była

czystym marnotrawstwem. - Ktoś starał się zamordować Fenta, no i udało mu się. Ale Exley to co

innego.

- A to dlaczego?

- Ubezpieczenie - wyjaśnił Harpe. - O ile nam wiadomo, nikt mu nie podał żadnej trucizny,

ale towarzystwa ubezpieczeń na pewno będą się o to spierać.

- Uważaj, żeby nie wywinęli się z obydwu - powiedział brutalnie Sloan - i nie rób nic, żeby

im to ułatwić.

- Klauzule pisane drobnym drukiem - zaczął ponuro Harpe. - Spodziewałem się tego.

Sloan westchnął. I on nie znał się na tych klauzulach. I, gdy przyszło co do czego, nie

interesował się rzeczami, które były legalne, ale nieuczciwe. Jego matka - a takich rzeczy uczy się

człowiek na kolanach matki - wychowała go w zasadach znacznie surowszych niż jedynie

zgodność z prawem.

- Exley - oświadczył kategorycznie - jest najbardziej bezspornym przypadkiem, jaki

kiedykolwiek widziałem, bez względu na to, co kto powie.

- Nie jest to już teraz werdykt. - Harpe zajmował zawsze ostrożne stanowisko. - Jeśli

państwo może temu zapobiec.

- A więc powinien być - powiedział Sloan. -1 Harry...

- Tak?

background image

- Pamiętaj koniecznie, że według statystyki mordercy rodzaju męskiego to najczęściej

wdowcy.

- Ba! -powiedział drogowiec.

Crosby spotkał Sloana w korytarzu przy drzwiach pokoju Wydziału Ruchu; miał w ręce

jakieś pismo.

- Wiadomości, Crosby?

- Z Australii. Obrót sprawy, jak w powieści, tak mi się zdaje - powiedział konstabl podając

pismo. -1 jak szybko.

- Oni to załatwiają bumerangiem. - Sloan wziął pismo i zaczął czytać. Policyjny system

teleksowy opasał ziemię .wkoło szybciej niż Ariel i wrócił z najcenniejszym policyjnym .towarem -

z informacją. Gdzieś tam, w kraju na antypodach - ściśle mówiąc w Cunningham Gap, Queeng-

land - kolega policjant potrudził się zbierając informacje dla drugiego policjanta, którego nigdy nie

widział i nawet nie dowie się nigdy jego nazwiska.

Stojąc w korytarzu komisariatu w Berebury, Calleshire, Anglia - ach, najrdzenniejsza

Anglia - Sloan próbował wyobrazić sobie tego człowieka wędrującego przez suche i zakurzone

miasto: choć z tego, co wiedział, Cunningham Gąb mogło równie dobrze znajdować się w

tropikalnym wilgotnym lesie, a jego kolegą, gliną, mogła być kobieta.

Hector Fent, Anglik, wymieniony w prośbie o informację, zmarł przed pięciu laty śmiercią

naturalną w miejscu zamieszkania, w Cunningham Gap.

Było to coś nowego dla Sloana, co jednak nie miało znaczenia. Miało natomiast znaczenie,

czy była to nowość dla mordercy. Czy też on może wiedział?

“Podobno był wdowcem” - podawał ostrożnie teleks.

Mogło to znaczyć wiele lub nic. “Miał jednego syna” - czytał dalej Sloan. Co mogło

znaczyć wiele.

“O nazwisku Peter Miller Fent” - wydrukowano to dużymi literami. To znaczyło wiele.

Bardzo wiele.

background image

Rozdział XI

Wszystkie dochodzenia puszczone w ruch - zwłaszcza przez urzędy - dają zwykle wyniki. Z

czasem.

Niestety Sloan nie był obecny w komisariacie, kiedy zadzwonił dr Writtle; analityk

uważając, że stopień służbowy równa się wiadomościom, zamiast z nim, porozmawiał z

nadinspektorem Leeyesem.

- Chodzi o to pana pytanie, Sloan, skierowane do Wydziału Spraw Wewnętrznych -

powiedział Leeyes, kiedy Sloan zjawił się w swoim biurze - dotyczące sporządzania

rozpuszczalnych barbituranów.

- Słucham pana?

- Barbiturany - informował go Leeyes, uzyskuje się z kwasu barbiturowego, czyli z

malonylomocznika.

Sloan wyciągnął swój notes.

- A malonylomocznik - nadinspektor mówił tak, jakby chemia organiczna nie miała dla

niego żadnych tajemnic -sporządza się z di... di... “dietylu”. - Pewność siebie znik-nęła po trzeciej

próbie. - Jest to... malonian dwuetylu.

- Naprawdę? Dziękuję panu.

- Barbiturany syntetyzuje się przez podstawienie związku wyjściowego różnymi

rodnikami - mruczał Leeyes. - Próbują nas olśnić wiedzą, Sloan.

- Tak, panie nadinspektorze.

- Ta cała technika - mówił dalej Leeyes, ściągając przy tym z piedestału jednego z

najlepszych w kraju chemików analityków - to bardzo dobre na swój sposób, ale nie pomaga w

rozwiązywaniu sprawy, prawda?

- Jeszcze za wcześnie, żeby to stwierdzić. Czy wspominał coś o smaku?

Leeyes przesunął jakieś papiery. - Mam to gdzieś tutaj. Smak... ach, tak. Nieprzyjemny.

- W jakim stopniu zauważalny?

- Trzeba by go trochę zamaskować. Tak jakoś się wyraził. - Nadinspektor z zasady nie

uznawał opinii ekspertów.

- A... e... naturalne źródła tego barbituranu?

- Malonylomocznika? - rzucił niedbale Leeyes. - Doktor Writtle rozwodził się nad tym

trochę. - Kwas jabłkowy - od tego się zaczyna - występuje w trzech enacjomorfi-cznych formach.

- Doprawdy? - zdziwił się kwaśno Sloan. - Czy któraś z nich jest uprawiana u nas?

- Tak.

Sloan spojrzał z uwagą.

background image

- Jabłka - wyliczał Leeyes - winogrona, buraki - och i rabarbar.

- Rabarbar?

- Tak powiedział. Sądzę, że wie.

- A jak z możliwością sporządzenia tego domowym sposobem?

- Nie chciał powiedzieć: “tak” i nie chciał powiedzieć: “nie”.

Sloan zaklął siarczyście.

- Powiedział, że trzeba by było znać sposób i mieć urządzenia - rzekł Leeyes - a także coś,

co się nazywa chlorek etylenu. On napisze to wszystko dla pana.

Tym razem Sloan uważał, że to nic nie da. - Sądzę, że będziemy musieli wrócić do wzoru

numer jeden, nadinspektorze - westchnął - i sprawdzić, kto zyskuje.

- Lub przynajmniej kto nie traci - powiedział pesymistycznie Leeyes.

- Przede wszystkim stracił Exley - zaczął Sloan i poinformował go o drugim kierowcy. -

Biedny chłop.

Leeyes bębnił palcami po biurku. - A my nie posunęliśmy się o krok dalej, Sloan.

- Wiemy, że ktoś podał Fentowi truciznę.

- To wiedzieliśmy już w poniedziałek - uciął Leeyes.

- I jaką truciznę - dorzucił Sloan stukając w swój notes.

- Akademicka informacja - ciągnął nieubłagany Leeyes.

- I kto miał sposobność.

- Za wiele osób. - Nadinspektor odpowiedział szybko i posępnie. - Grubo za wiele. Co

najmniej jedenaście.

Sloan odchrząknął. - Właściwie trzynaście...

- Nieszczęśliwa liczba dla niektórych. - Reakcja nadinspektora na liczbę trzynaście

wywodziła się z gry w Bingo.

- ... jeśli włączymy Petera Millera z farmy sąsiadującej ze Strontfield Park - Sloan

powiedział mu dlaczego - i tę dziewczynę, Milly Pennyfeather, która męczyła się w kuchni nad

rozgrzanym piecem.

- Dobrze - przytaknął Leeyes chłodno. - Im więcej, tym lepiej.

- Tak jak ja to widzę - Sloan nie zwracał uwagi i mówił dalej - każdy z nich mógł wpaść do

jadalni i wykonać swój zamiar.

- Nie ma potrzeby robić z tego melodramatu - irytował się nadinspektor.

- No, nie ma - Sloan wciągnął powietrze, pomyślał

background image

0 emeryturze, i znów je wypuścił. - Chodziło mi o to, że Milly pokazała im tylko pokój,

gdzie mogli złożyć płaszcze, 1 wróciła z powrotem do kuchni. Zostawiła ich, żeby sami poszli do

salonu.

8 - Lekka żałoba

- I myśli pan, że jeden z nich poszedł via jadalnia?

- Mogło tak być. Wszyscy znali dobrze ten dom. Z wyjątkiem pani Washby.

Leeyes znów zaczął bębnić palcami po biurku. - Co nam jeszcze wiadomo? Oprócz tego, że

ten gość obok też macza w tym palce.

Sloan zakaszlał. - Słyszałem, że wdowa trochę dziwnie się zachowuje.

- Jak zazwyczaj wdowy - stwierdził Leeyes z głębokim przekonaniem.

- Nie sprawiło jej przyjemności, że byliśmy na pogrzebie. A teraz zamknęła się w swoim

pokoju i nie chce widzieć nikogo - tym bardziej nas.

Leeyes westchnął. - Sloan, jest już pan w policji dość długo, żeby wiedzieć, że nikt nas

nigdzie nie chce. Chyba tylko wtedy, kiedy się kogoś obawia. Wtedy to co innego.

- Tak, nadinspektorze. - Najlepiej było mu przytakiwać. Zawsze.

- Jeszcze coś?

- Wiemy, kto coś zyskuje - ostrożnie zaczął Sloan. -W każdym razie, o niektórych.

- Kto?

- Po pierwsze, Quentin Fent. Dużo. A pośrednio jego narzeczona Jacąueline Battersby.

- Nie...

- Tak. Ta właśnie. Córka starego Battersby. Z Luston.

- Nie ma lepszych łożysk niż z firmy Battersby - powiedział Leeyes, udowadniając tym

samym, że przynajmniej jeden specjalista od reklamy zarobił na swój chleb codzienny. - Jej nie

zabraknie grosza. Jeszcze ktoś?

- Annabel Pollock. To druga kuzynka. Zyskuje niewiele. Prawdopodobnie nie tyle, aby się

to liczyło... wyjąwszy Elizę Doolittle.

- Wyjąwszy kogo, Sloan?

- “My Fair Lady”, nadinspektorze. - To się naprawdę podobało jego żonie. - “Ci, z którymi

mieszka - zacytował - zarżnęliby ją za szpilkę do kapelusza, a co dopiero za kapelusz”.

- A kto jeszcze zyskuje? - burknął Leeyes, wyraźnie to ignorując.

- Wdowa dostaje dożywotni procent od niezbyt wielkiej sumy - odpowiedział Sloan.

Leeyes prychnął.

- I Peter Miller Fent - informował dalej Sloan - to znaczy rodzina ze strony Hectora Fenta,

przybliżył się teraz nieco do spadku. Jest on następny w kolejności po naszym Quentinie.

background image

- W lewo, krok, szybko marrrrrsz - wycedził ironicznie Leeyes. - Czy to już wszyscy?

- Nie wiemy nic o tych, którzy mieli coś do stracenia -Sloan podchodził do rzeczy

metodycznie - ale wydaje mi się, że jest gdzieś ktoś, kto chciałby zrobić wielki interes na podstawie

zezwolenia na rozbudowę.

Nadinspektor raz jeszcze znacząco westchnął. - Nie można nawet powiedzieć, że nie mamy

nic innego do roboty. - Skinął ręką w kierunku wiszącej za nim na ścianie mapy. - Tylko pointylista

mógłby się podjąć graficznego przedstawienia przestępczości w Calleshire. - Był znowu napad na

kamieniołom w Hollandbury.

- Znowu? To już trzeci tego roku.

- Tak - potwierdził Leeyes. - Trzymiesięczne zaopatrzenie dla wszystkich włamywaczy od

sejfów w okręgu, a potem z czymś wyskoczą. Według moich obliczeń ich ostatnia zdobycz jest już

na ukończeniu.

- Chyba także Bertie znowu się ruszył - Sloan podjął nowy temat. - To oznaczałoby jeszcze

jedną szpilkę na mapie. Może dwie.

Leeyes mruknął: - Myślałem, że on przyrzekał poprawę.

- Ten człowiek - rzekł Sloan - gotów jest mówić wszystko z wyjątkiem modlitwy. Będą

musieli przytwierdzić go do grobu, gdy nadejdzie czas.

- Nigdy nie będzie to dla mnie za wcześnie, ale teraz są gorsze kłopoty niż Bertie. -

Nadinspektor wskazał zagęszczenie szpilek na przedmieściach Berebury. - Na nowym osiedlu ktoś

zaczepia dzieci.

Sloan się skrzywił.

- Wiem, wiem - powiedział Leeyes. - To chodzi o ich ubrania, wie pan.

- Pardon. Proszę?

- Dzieci. Tak ładnie ubrane w obecnych czasach, że to jest po prostu wodzenie na

pokuszenie. Dawniej nie mieliśmy nigdy tych kłopotów. Kto by chciał zwabić parszywego urwisa,

któremu kapie z nosa, w brudnym ubraniu i z pchłami...

Tylko nadinspektor Leeyes potrafił wywołać obraz di-ckensowskiej nędzy i przedstawić

jako coś pozytywnego.

- Nikt - zakończył Leeyes, przekreślając w ten sposób, jakby to było coś złego, wysiłki

wielu generacji reformatorów społecznych.

- Niech pan to powie socjologom - syknął Sloan, ale pod nosem.

Dr Harriet Baird weszła po schodach na górę, do sypialni Helen Fent w Strontfield Park.

- Dzień dobry, moja droga - powiedziała. - Jaką miała pani noc?

- Niezłą - skłamała Helen.

background image

Lekarka zbadała jej tętno. - No, już trochę lepiej.

- Chcę wstać - oświadczyła Helen.

- Wierzę - przyznała spokojnie dr Baird, widząc oczy pacjentki podkrążone wskutek

bezsenności - ale pani nie wstanie. Nie dziś. Może jutro, jeśli pani będzie rozsądna. Zobaczymy.

Wczoraj na dole wszystko samo się ułożyło?

- Tak sądzę.

- To wymaga czasu - powiedziała doświadczona lekarka. - Trzeba, żeby pani na jakiś czas

zostawiła wszystko swojemu biegowi. Nie ma potrzeby spieszyć się z niczym, prawda?

- Chyba nie, nie sądzę - przyznała Helen bezbarwnym głosem. - Nie teraz. Już nie teraz.

Lekarka nie wdała się w dyskusję na ten temat. Powiedziała natomiast: - Annabel na pewno

się panią opiekuje. - Quentin i Annabel - odpowiedziała Helen z niespodziewaną gwałtownością -

sami wszystko doskonale załatwiają, dziękuję.

Drobny, ciemnowłosy mężczyzna czekał na Sloana w jego biurze. Konstabl Crosby dokonał

prezentacji.

- To jest pan Hickory, ekspert w dziedzinie planowania miejskiego i wiejskiego, którego

chciał pan widzieć.

- Z Okręgowego Wydziału Architektury w Callef ord -dodał ostrożnie pan Hickory. - Co

możemy dla pana zrobić, inspektorze?

- Może zechciałby mi pan wyjaśnić sprawy zezwolenia projektowego i rozbudowy -

powiedział Sloan.

Pan Hickory wciągnął powietrze.

Sloan zastrzegł się szybko. - Tak, żebym mógł to zrozunet.

- Oczywiście. A więc, zezwolenie projektowe to dziwna rzecz...

Sloan podniósł brwi.

- Nie, nie, inspektorze. Niech mnie pan źle nie zrozumie. Nie w policyjnym znaczeniu

dziwne, choć czasem i tak bywa. - Hickory uśmiechnął się blado. - Obecnie chyba wszystkim się

zdarza, że są o coś zapytywani.

Sloan zachował w tej sprawie powściągliwe milczenie.

Nie były to sprawy, o jakich policjanci rozmawiają z obcymi.

- Nie, nie dziwne - wyjaśniał planista. - Nierealne to byłoby lepsze słowo. Nie w teorii,

oczywiście. O, nie. W teorii geometrzy zalecają, a komitet decyduje.

- Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi-mruknął Crosby pod, nosem.

- I w teorii - mówił Hickory - komitet podejmuje wszelkie decyzje w interesie miasta jako

całości.

background image

- Czyż wszyscy tak nie postępujemy - wtrącił grzecznie Sloan. Crosby tylko przewrócił

oczami.

- Tak, prawda... - ciągnął dalej Hickory. - Komitety to też coś dziwnego.

Sloan, który zrobił to odkrycie jeszcze jako zwykły policjant, skierował pana Hickory z

ogólnych problemów na konkretne.

- Co do tego planu rozbudowy w Strontfield Park...

- Ach, tak. - Przedstawiciel władz miejscowych rozwinął mapę East Calleshire i wskazał

miejsce. - Tu jest Constance Parva. Widzi pan tę część oznaczoną żółtym kolorem...

Crosby wyciągnął szyję ponad ramieniem pana Hickory, podczas gdy Sloan szukał na

mapie żółtych znaków.

- To jest tak zwany rejon zainteresowania miasta. Od czasu ustawy o Planowaniu Miejskim

i Wiejskim z 1947 roku zezwala się na rozbudowę w obrębie tego rejonu -z wyjątkami, które

nazywamy budownictwem mieszkaniowym na uboczu. Poza tym...

- Ta biała część?

- Tak, inspektorze. Zezwolenie na rozbudowę w tej białej części to trochę inna sprawa. Nie

tak...

- Automatyczne?

- Powiedzmy, bardziej dyskusyjne-powiedział półgłosem Hickory. - Właściwie

dyskrecjonalne.

- A ta kanalizacja, o której wszyscy mówią?

- Kanalizacja - zaczął ostrożnie Hickory -... e... otwiera drogę dla dalszej rozbudowy.

Crosby otworzył usta, żeby coś powiedzieć.

- Tak, rozumiem - wtrącił szybko Sloan.

- Lubią także kościoły - nadmienił Hickory.

- Naprawdę lubią! - wykrzyknął Sloan, powstrzymując się od różnych wypowiedzi, między

innymi od przypomnienia Świątyni Midasa

- .

- Stwarzają punkt ośrodkowy - Hickory kontynuował, niezmieszany.

- ... I kłaniają się Mamonie. (Matka Sloana z zapałem czytała Biblię).

Hickory machnął ręką. - Myślę z punktu widzenia Planowania Miejskiego i Wiejskiego.

- ... Nie mówiąc o modlitwach przed ołtarzem Molocha.

- A zatem - wtrącił Sloan z ironią - kiedy jest kanalizacja i kościół...

- W tym porządku - bąknął Crosby sotto voce.

- ... w obrębie oznaczonego żółtym kolorem otoku miasteczka następuje rozbudowa?

background image

- Wolelibyśmy - wtrącił zastrzeżenie Hickory - aby nie były to grunty rolnicze pierwszej

klasy.

- Nie są. Nie w Strontfield - powiedział Sloan. Crosby spojrzał ze zdziwieniem.

- Gdyby nadawały się pod uprawę - wyjaśniał cierpliwie Sloan - Fent dobrze by je uprawiał

i sąsiednia farma nie nazywałaby się “Ugór”.

- Słusznie. - Pan Hickory zmrużył oczy i zajrzał jeszcze do jakichś papierów. - Tak

twierdzą petenci. Nie jest to ziemia urodzajna. Uważają, że zastrzyk świeżej krwi ożywiłby

ś

rodowisko wiejskie.

- To bardzo społeczne nastawienie z ich strony -mruknął Sloan.

- Dzięki nowym domom rozwinęłyby się sklepy i usługi

- tłumaczył Hickory - zostałaby powstrzymana ucieczka ze wsi i tak dalej.

- Rozumiem, że starali się o to dla ich dobra - powiedział Sloan.

Pan Hickory pozwolił sobie na słaby uśmiech. - Niezupełnie.

- Raczej dla napchania kieszeni - podsunął Crosby.

- Nie złożono nawet apelacji - powiedział Hickory. - Po pierwszym podaniu dostali

aprobatę założeń, musieli więc być w dobrej sytuacji.

- Aprobatę założeń?

Hickory poruszył się na krześle. - Mierzenie temperatury wody, tak by to można określić.

W zasadzie akceptowane, lecz trzeba jeszcze uzyskać zatwierdzenie szczegółów. A jeśli się nie ma

zatwierdzonych założeń...

- Tak? - zapytał z ciekawością Sloan.

- Wtedy nie ma potrzeby ponoszenia wydatku na zaprojektowanie rozbudowy, jaką się

miało na myśli, aż po najdrobniejszy szczegół.

- Ale dla Strontfield otrzymali aprobatę? Hickory przytaknął. - Bez trudu.

- Kiedy?

- W lipcu ubiegłego roku.

- I co potem?

- Potem nic. śadne szczegółowe plany nie zostały nigdy przedłożone przez petentów.

- A kto to był?

- Spółka “Calleford Enterprises Limited”. - Hickory spojrzał na odwrotną stronę jakiegoś

dokumentu. - Kilku przedsiębiorców budowlanych, kilku miejscowych handlowców, kuzyn

księcia...

- I lord w zarządzie.

background image

- Właśnie on. - Pan Hickory przerwał na chwilę. -Mówią o nim, że można się z nim

dogadać, kiedy jest trzeźwy.

- Znamy go - nadmienił chłodno Sloan. - Nasi ludzie z Wydziału Ruchu...

- Właśnie - powiedział pan Hickory.

- Zawsze usiłują pobrać mu krew - Crosby gotów był wdać się w pogawędkę. - Kłopot w

tym, że jego organizm jest przyzwyczajony do alkoholu.

Sloan usiłował skierować rozmowę z powrotem na temat gruntów. - Ta aprobata założeń...

- Złapią go kiedyś - powiedział Crosby. - Inspektor Harpe mówi, że jeśli to będzie ostatni...

Sloan nie dał Crosby'emu skończyć: - To podanie o aprobatę założeń złożone było zatem

bez udziału Fenta?

Hickory potrząsnął przecząco głową. - Bez żadnego udziału. Zgoda właściciela nie jest

konieczna, lecz jest on informowany zarówno o złożeniu podania, jak również o wyniku.

- To chyba słuszne - zauważył inspektor.

- Dawniej było inaczej - wyjaśnił planista. - W okresie kiedy jeszcze nie zawiadamiano

właściciela, sprzedawał swoją ziemię przedsiębiorcom, zanim się spostrzegł, ile byłaby warta po

uzyskaniu zezwolenia. Zdziwiłby się pan.

Sloan już dawno przestał się dziwić bezgranicznej ludzkiej głupocie i chciwości.

Powiedział: - A zatem to, co tutaj mamy, to niezbyt dobra ziemia uprawna z aprobatą założeń

rozbudowy mieszkaniowej.

- Z małym centrum handlowym.

- Której nie podjęli się przedsiębiorcy ani nikt inny -ciągnął Sloan zastanawiając się, jaka

jest w tej sprawie rola Petera Fenta i jego farmy.

- Jak do tej pory - uzupełnił Hickory.

- Wszystko to - powiedział Sloan do Crosby'ego po wyjściu przedstawiciela władz

miejscowych - może mieć albo bardzo dużo wspólnego ze śmiercią Williama Fenta, albo zupełnie

nic.

- A jednak może mieć, szefie. - Crosby wziął w rękę papiery, jakie im zostawił Hickory. -

Proszę popatrzeć na to.

Podał Sloanowi kartkę firmowego papieru z nagłówkiem “Calleford Enterprises Limited”.

Wśród wymienionych nazwisk dyrektorów było nazwisko R. Renville'a.

background image

Rozdział XII

- A więc - zapytał Crosby - czy mamy rzucać monetę, czy możemy już zaczynać?

- Zaczynamy - powiedział Sloan wstając.

- Od Petera Millera Fenta?

- Nie. Jeszcze zaczeka trochę.

- Renville'owie?

- Nie - powiedział Sloan z namysłem. - Zaczniemy chyba od tej ogrodniczki. Założę się, że

z nich wszystkich ona jest najlepszym rozmówcą.

Domek panny Cynthii Paterson w Constance Parva znajdował się przy końcu High Street, w

pobliżu kościoła. Był bardzo mały z długim, spadzistym dachem z tyłu i niewielkim ogródkiem od

frontu. Znaleźli boczne wejście. Zaprowadził ich tam napis umieszczony na frontowej ścianie, nad

strzałką.

Czy ktoś biedny, czy bogaty, Przez jedne drzwi wchodzi do chaty.

Sloan zapukał. Zaszczekał pies, ale nie słychać było żadnej odpowiedzi.

- Widzę jakąś staruchę w szklarni - zauważył Crosby rozglądając się wkoło.

Policjanci przeszli przez ogród do szklarni, gdzie jakaś siwa głowa migała wśród zieleni.

- To potrwa tylko chwilkę! - zawołała przez drzwi. -Proszę wejść. Próbuję złapać pszczołę.

O, jest!

Konstabl Crosby schylił szybko głowę, kiedy coś zabrzęczało mu koło lewego ucha.

- Nie wiem, jak się tu dostała - powiedziała Cynthia. Paterson. - Staram się nie dopuszczać

ich do kwiatów.

Pszczoła przeleciała z powrotem obok Crosby'ego. Bzyczała rozzłoszczona.

- Do licha z nią! - wykrzyknęła panna Paterson. - O, tu jest! Niech pan ją złapie,

młodzieńcze! One są szkodliwe dla kwiatów. Szybko poruszające się owady są niebezpieczne dla

ogrodu. Niektóre z wolno się poruszających też nie są pożyteczne.

Crosby chwycił pustą doniczkę i ruszył w kierunku pszczoły. Pszczoła siadła tam, gdzie nie

mógł jej dosięgnąć.

- Kwiaty szybko więdną, kiedy są zapylone - wyjaśniała ogrodniczka. - O, jest tutaj... teraz

ją pan złapie.

Ni stąd, ni zowąd Sloanowi przypomniało się coś ze szkolnych czasów: chłopięcy Ariel

pomaga grubszemu Prospero włożyć płaszcz i śpiewa: “Pójdę z pszczołą kwiaty ssać” *. Pamiętał,

ż

e wtedy bał się, jak sobie poradzi jako Ariel z załamującym się głosem.

- Zastanawiałam się często, jak radzą sobie buddyjscy ogrodnicy - zauważyła panna

Paterson tonem towarzyskiej rozmowy.

background image

- Buddyjscy? - zdziwił się Sloan.

- Nie wolno im niczego zabijać, nawet muchy. Pszczoła także wyglądała, jakby nie chciała

dać się zabić, i podfrunęła w górę, gdzie Crosby nie mógł jej dosięgnąć.

- Tu jest krzesło - zaproponowała panna Paterson. Crosby spojrzał na rozklekotany sprzęt z

giętkich listewek, zniszczony przez długą służbę w kuchni, i powiedział: - Myślę, że ją złapię,

kiedy następnym razem sfrunie niżej.

- Tak, jest pan dostatecznie wysoki. - Obróciła się i spojrzała bystro na Sloana. - Pan jest

także wysoki. Policjanci?

- Tak, proszę pani - powiedział Sloan i przedstawił siebie i Crosby'ego.

Panna Paterson skinęła w kierunku Crosby'ego i powiedziała: - Powinien więc umieć złapać

pszczołę, no nie?

- Powinien - potwierdził ostrożnie Sloan, choć chwilami miał wątpliwości, czy Crosby

potrafi cokolwiek złapać.

W szklarni było gorąco i młody konstabl spocił się teraz z lekka. Pszczoła poleciała szybko

w górę.

- Już was obydwu kiedyś widziałam, prawda? - panna Paterson poprawiła okulary i

spojrzała uważnie na przedstawicieli policji. - Wczoraj. Byliście na pogrzebie Billa Fenta. W tyle

kościoła.

- Tak. - Sloan wahał się przez chwilę, a potem powiedział, że Tom Exley także zmarł. -

Chcieliśmy z panią porozmawiać o przyjęciu w Strontfield Park. Czy była tam mowa o czymś, co

mogło pana Fenta wytrącić z równowagi?

Panna Paterson spojrzała na niego przenikliwie. - Nie było żadnych sporów, jeśli pan to ma

na myśli, a także nie wypił zbyt dużo.

- A rozmowa?

- Raczej ogólna. W każdym razie przy moim końcu stołu.

- A pani siedziała między...?

- Doktorem Washby i młodym Quentinem. Skrzywiła się z lekka. - Myślałby kto, że

przyjęcie na wsi to święto urodzaju - ile trudu zadała sobie Helen, żeby stół dobrze wyglądał, jak to

sama określiła. - Odgarnęła niesforny kosmyk siwych włosów i powiedziała: - Wszyscy byli bardzo

mili dla tej nowej dziewczyny Veronici, żony doktora Washby. Nie znała właściwie nikogo z nas,

nie mówiło się więc wiele o sprawach miejscowych - w każdym razie nie na początku. Później

naturalnie nie da się uniknąć pogawędek na tematy miejscowe - jeśli się tutaj żyje. Wie pan, jak to

jest.

- Jakiś szczególnie interesujący temat? - zapytał Sloan od niechcenia.

background image

Wiedział dobrze, jak to jest. Tak właśnie wyglądało w pracy. Skoro było się czymś zajętym,

trudno było mówić o czymś innym. W każdym razie nie wtedy, kiedy było się w komisariacie, a

także często po wyjściu.

- Ach, po prostu, taki jak zazwyczaj. Konstabl wciąż jeszcze nie złapał pszczoły.

Panna Paterson machnęła ręką. - Uwagi o miejscowej uroczystości - o tym można zawsze

trochę podyskutować. Rząd - na ten temat też zawsze jest coś do powiedzenia.

- Właśnie - przytaknął Sloan z całkowitą bezstronnością, jakiej się wymaga od Najlepszej

Policji Świata.

- I bracia Pennyfeather - przypomniała sobie panna Paterson. - Ci chłopcy to nasze wieczne

zmartwienie. Zwykle ktoś ma jakąś historyjkę o nich do powiedzenia. Zawsze szukają kłopotów i

znajdują je. Ledwo na kogoś spojrzą, a ten już leży.

- Słyszy pan, Crosby? - zapytał Sloan. - Będzie pan musiał się pilnować.

- Tak, szefie - ponuro zabrzmiał głos Crosby'ego. Pszczoła - wciąż jeszcze na wolności -

brzęczała z oburzeniem.

Panna Paterson mówiła dalej: - Jeszcze jedno dziecko przybyło w domku na farmie “Ugór”

- będą musieli wkrótce spać na waleta - ach,, i ojciec Gregory Fitcha.

- Co on takiego zrobił?

- Nic. Tylko udało się im wreszcie umieścić go w domu starców i Bili nam o tym

opowiadał. Fitch był przez całe życie ogrodnikiem Fentów - mieszkał w domku dozorcy za starym

pawilonem, ale ostatnio trochę zdziecinniał. Sloan, którego hobby była hodowla róż, pokiwał

głową.

- Zupełnie stracił rozum - powiedziała energicznie Cynthia Paterson. - Zaczął opowiadać

jakieś głupstwa o tym, co się dzieje w pawilonie i tym podobne. Natura znów zwyciężyła, tak to

jest. Cywilizacja w istocie nie sięga głęboko, prawda?

- Jest cienka jak farba - zauważył inspektor z przekonaniem. - Może pani spytać każdego w

policji.

- W każdym razie, Paul Washby musiał postarać się, żeby go zabrali. Zrobili mu tak

staranną toaletę w tym szpitalu, że kiedy Greg poszedł w niedzielę go odwiedzić, nie poznał go,

choć przeszedł tuż obok łóżka. Nigdy przedtem nie widział go ze sztuczną szczęką.

- Ach - westchnął Sloan; był już w wieku, kiedy zęby zaczynają wzbudzać współczucie.

Podczas gdy mówiła, wypatrywał przez szyby szklarni śladów uprawy rabarbaru.

- Nawiasem mówiąc - panna Paterson z przykładną wytrwałością trzymała się

początkowego tematu - ponieważ jestem tylko kobietą, nie wiem, o czym mówili panowie,

kiedyśmy ich zostawiły.

background image

- Zostawiłyście ich?

- Zupełnie samych - powiedziała równie uroczystym tonem.

- Wszystkich? - To nadawało nowy wymiar jego śledztwu w sprawie otrucia. - Dlaczego?

- Nie dziwiłoby mnie, gdyby to było z powodu świętego Pawła - wyjaśniła nieoczekiwanie

córka starego proboszcza. - Musiało to wyjść od kogoś, kto nie lubił kobiet, prawda? A on nie lubił

kobiet, to znaczy święty Paweł.

- Co musiało wyjść? - zapytał ostro Sloan.

- Ten zwyczaj. Jak o to chodzi, jesteśmy bardzo zacofani i wciąż zostawiamy ich przy tym.

- Kogo przy czym zostawiacie, panno Paterson? - Herbatka u Obłąkanego Kapelusznika

była chyba bardziej normalna niż to, co słyszał.

- Panów przy piciu porto - powiedziała kropiąc wodą jakiś cętkowany kwiat. - To ładny

kolor, prawda?

- Ach, porto. - Sloan usiłował sobie prędko przypomnieć, co wiedział o porto. Nie było

tego wiele. Miało to coś wspólnego z lewą stroną - tak rzeczywiście. Port - to lewa burta statku.

Przeciwieństwo do prawej, sterburty. Jeszcze coś słyszał o porcie.

- Koloru brązowego? - zapytał niepewnie.

- Dobre wino - wyraziła swoją opinię panna Paterson. -I tyle.

- Właśnie - potwierdził Sloan. Przyszła mu na myśl Kitty. Kitty żyjąca w zupełnie innym

ś

wiecie niż Stront-field Park. Była to stara pijaczka w Berebury o złej reputacji, o której wiadomo

było, że nie tyka niczego, tylko porto z cytryną. Przychodziła zawsze, kiedy się ją wzywało, Kitty,

Kitty... Oto ktoś, kto na pewno wie o tym winie wszystko, co można wiedzieć.

- Ale jeśli chodzi o temat rozmowy w czasie picia, to nie mogłabym nic powiedzieć.

- Widzę z tego - orzekł z powagą Sloan - że Ruch Wyzwolenia Kobiet nie ma zbyt wielkich

osiągnięć w Con-stance Parva.

Panna Paterson uśmiechnęła się blado. - To prawda. Mam jednak nadzieję, że dla pani

Washby nie będzie to zbyt przykra zmiana po Londynie. Nie każdy lubuje się w życiu na wsi.

- Miasteczko rozrośnie się może... - zaryzykował Sloan.

Zauważył, że wpatrują się w niego niebezpiecznie inteligentne oczy. - Ach, słyszał pan o

tym projekcie rozbudowy? Otóż, inspektorze, to jedyny temat, o którym nie mówiliśmy - bo,

można powiedzieć, obydwie strony były reprezentowane.

- Bardzo rozsądnie, proszę pani.

- A teraz ten problem nie obchodzi już Billa.

- Nie. - Sloan odchrząknął. - Czy była pani w Stront-field Park od e... od...

background image

- Nie - mruknęła. - Nie mam tam nic do powiedzenia. Ani do zrobienia. Doktor pewnie dał

jej coś - ja sama nie mam czasu dla doktorów. Nie mam zaufania do tego wszystkiego, co obecnie

dają. Poza tym, tylko rówieśnicy potrafią człowieka pocieszyć. Czy pan tego jeszcze nie odkrył,

inspektorze? Młodzi nie mogą pojąć, jak się człowiek czuje. Starzy - jak ja - przeszli przez to już

dawno. Grupy równolatków, jak to teraz nazywają. - Panna Paterson pochyliła się nagle nad

sadzonką ogórka i wyskubała coś ze środka. - Trzeba zawsze usuwać męskie kwiaty -powiedziała -

jeśli chce się mieć dobra ogórki.

- Ale przez to wcale nie stają się mniej gorzkie -w inspektorze odezwała się dusza

ogrodnika-filozofa. Wzrok jego przesunął się z ogórków na pszczołę. - Musi pan teraz pogawędzić

z jakimś ptakiem, Crosby - powiedział żartobliwie - i wtedy pan się dowie.

- Tak, szefie, ja...-konstabl nie skończył zdania. Nagle dał się słyszeć jakiś ruch w pobliżu

drzwi szklarni i Crosby wybiegł na zewnątrz, ścigany zawzięcie przez rozgniewaną pszczołę.

- To, zdaje się, zrobiło swoje - zauważyła oschle panna Paterson. - Dziękuję panu,

inspektorze.

- Umarł? Pan Exley?! - wykrzyknęła Ursula Remdlle. -Och, jak mi przykro. śal mi jego

ż

ony. Miał w dodatku dwoje dzieci, prawda, Richard?

- Tak słyszałem - powiedział Richard Remdlle, szukając ręką swojej fajki. - To pech.

- Sprawdzamy po prostu, czy nie zdarzyło się nic w czasie przyjęcia, co mogło

zdenerwować pana Fenta - Sloan wypowiedział płynnie swoją kwestią. Pojechali z Crosbym przez

High Street w Constance Parva od domku panny Paterson do willi King's Tree, gdzie mieszkali

państwo Renyille. Nie zdziwiłby się, gdyby pszczoła przyleciała za nimi.

- O, nie, to był przyjemny wieczór. - Pani Renville poprosiła obydwu policjantów, aby

usiedli. - Stół wyglądał uroczo i jedzenie było takie dobre. Nie wiem dlaczego, posiłek, którego się

nie gotowało samemu, smakuje o wiele lepiej, ale tak jest.

- Co podano? - zapytał zachęcająco Sloan. Powiedziała mu i pokrywało się to z jego

informacją.

- Jakiś niezwykły budyń - zauważył Sloan.

- Prawda? - potwierdziła z zadowoleniem. - Francuski. Specjalność z okolic Grenoble. Tam

właśnie Bili z Helen byli na urlopie. Podano im tam te cremets i Helen chciała sama spróbować.

Była tak przejęta, że Bili kupił jej komplet miseczek. Raz mi je pokazała.

- Specjalne z dziurkami - powiedział Crosby.

- Tak. - Uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. -W kształcie serca. - Nie wiadomo kiedy

zrobiła świetną kawę i postawiła ją bez pytania przed policjantami. -Zdaje się, że robi się coś w

rodzaju twarożku...

background image

- I odsącza przez gazę - uzupełnił konstabl.

- Ależ pan mądry. - Spojrzała rozpromieniona na konstabla.

- Czy udał się... - mruknął Sloan. Słuchając Crosby'ego można by pomyśleć, że był

kucharzem wyróżnionym Cor-don Bleu, a tymczasem Sloan wiedział doskonale, że nie umie on

nawet zagotować wody, a co dopiero jajka.

- Z wyjątkiem jednego - powiedziała pani Renville. -Stały na kredensie, kiedy weszliśmy

do jadalni i zauważyłam, że jeden jest trochę przygnieciony.

- Kto go zjadł? - spytał półgłosem Sloan. On sam uważał, że szarlotka jego żony lepsza jest

od wszystkich budyniów - nie potrzebowała ona wcale tych książek kucharskich, które otrzymała w

prezencie ślubnym - ale są różne gusta: a wszystko - dosłownie wszystko - co zostało spożyte tego

wieczora w Strontfield Park mogło mieć znaczenie.

Richard Renville stuknął fajką w popielniczkę i powiedział ponurym głosem: - Jeśli jest

jeszcze gdzieś dom podobny do naszego, inspektorze, to mogę panu od razu powiedzieć, przed kim

postawiono to, co się nie udało. Przed gospodarzem.

- Głupstwa mówisz, kochanie - powiedziała dosadnie jego żona. - To gospodyni zawsze

zjada to«co się nie udało. - Uśmiechnęła się do policjantów. - Mężczyźni robią tyle szumu, kiedy

im się daje coś, co nie jest najlepsze, prawda? Mogę się założyć, że biedna Helen to zjadła.

Renville potrząsnął przecząco głową. - Nie tym razem. Mogę pana zapewnić, inspektorze,

ż

e to Bili zjadł ten przygnieciony creinet. Pamiętam, bo widziałem go na jego tacce, nie na Helen.

- Czy były dwie tacki? - zachęcał do mówienia Sloan.

- Tak. - Renville skinął głową. - Z sześcioma porcjami cremet na każdej. Bili podawał po

swojej stronie stołu, a Helen po swojej. Z każdego końca stała salaterka z malinami i śmietaną, jeśli

ktoś miał ochotę. Wszystko było doskonale przygotowane. śadnego rozgardiaszu.

Teraz z kolei Sloan skinął potwierdzająco głową.

Nie było żadnego rozgardiaszu.

I wszystko było doskonale przygotowane.

.Ktoś dopilnował, aby Bili połknął potencjalnie śmiertelną dawkę rozpuszczalnego

barbituranu, w obecności jedenastu innych osób, z których jedna była prawdopodobnie mordercą,

choć i tego nie mogli być jeszcze pewni: Peter Miller Fent znajdował się też w pobliżu. Bardzo

blisko, zwłaszcza w ostatni sobotni wieczór.

- Napoje - podsunął Sloan wykorzystując odpowiedni moment.

Renville zmarszczył czoło. - Bili nie wypił za dużo, nic podobnego.

- Panowie pili porto, o ile się nie mylę.

background image

- Piliśmy rzeczywiście. - Zmarszczka zniknęła i twarz mu się rozjaśniła. - Wie pan,

inspektorze, kiedy usłyszałem o biednym Billu, ucieszyło mnie, że ostatnią rzeczą, jaką pił, było to

porto.

- Było takie dobre?

- Znakomite - zapewnił Renville z uznaniem. - Ojciec Billa odłożył beczułkę tego wina,

kiedy Bili się urodził. Ładny stary angielski zwyczaj.

- Jak moczenie głowy niemowlęcia - wtrącił inteligentnie konstabl.

Renville mrugnął do niego. - W pewnym sensie, tak myślę. Nie pomaga, oczywiście, gdy

dziecko się rodzi w złym roku.

- Naturalnie - z powagą przytaknął Sloan. - Możemy więc przyjąć, że pan Fent urodził się

w dobrym roku?

- Profesor twierdzi, że był to ostatni dobry rok - Renvil-le uśmiechnął się - ale profesor jest

już taki. Posunął się, wie pan, i ostatnio jest pesymistycznie usposobiony.

Sloan wiedział z doświadczenia, że te dwie rzeczy często idą w parze. - Który to był rok?

- Trzydziesty piąty - wyjaśnił Renville. - W rzeczywistości czterdziesty piąty był także

dobrym rokiem, ale profesor nie chciał o tym słyszeć. Twierdził, że trzydziesty pierwszy był

jeszcze lepszy. Stare dobre czasy i tak dalej.

- Tak pan uważa? - Jedynym rokiem - jedynym dniem, jakim się przejmowała Kitty, Kitty

w gospodzie Pod Psem i Kuropatwą, był rok i dzień bieżący.

Bill powiedział, że to wino już wkrótce nie będzie się nadawało do picia

- Renville trzymał fajkę w zębach - ale muszę powiedzieć, że było bardzo dobre.

Tak samo dobre było, Sloan nie miał wątpliwości Pod Psem i Kuropatwą przy Railway

Road. Co wieczór.

Tęgi przedsiębiorca westchnął. - Naprawdę wyjątkowa okazja.

- O czym panowie mówili?

Roześmiał się. - Może mi pan wierzyć lub nie, ale mówiliśmy o dawcach krwi. Doktor

Washby chciał nas wszystkich wpisać na listę - z wyjątkiem Marchmonta. On już przedtem

oddawał krew. Jakaś ekipa przyjeżdża w tym celu do naszego okręgu w przyszłym miesiącu...

- Też coś! - wykrzyknęła jego żona. - Myślałyśmy, że mówicie o nas.

- No, a wy - rzucił wyzwanie Renville - o czym mówiłyście?

- O dżemie.

- A więc...

Sloan wtrącił: - To porto... przypuszczam, że wszyscy panowie je pili?

background image

- No myślę! - żachnął się Renville. - Na miłość boską, inspektorze, gdyby ktoś nie pił wina

w Strontfield, byłby chyba szalony.

- Przepraszam - powiedział pokornie Sloan. Kitty, Kit-ty nigdy by o to nie zapytała.

Chciał im zadać jeszcze jedno pytanie. Czy ktoś z nich dwojga był w Strontfield u Helen

Fent po śmierci Billa. . Obydwoje zaprzeczyli ruchem głowy.

- Ale, ale, chwileczkę. - Ursula wyciągnęła rękę. -Wiem, kto miał tam pójść. Marjorie

Marchmont. Wczoraj wieczorem. Wspomniała, że chce iść do Strontfield odwiedzić Helen.

Pamiętam, .bo powiedziała, że, jej zdaniem, ludzie czują się po pogrzebie tacy otępiali jak po

weselu... -Przerwała na chwilę. - Nie wiem, czy to dobrze zrozumiałam?

- Tak, proszę pani. - Wszyscy w komisariacie pamiętali wieczorowe wykłady socjologii

nadinspektora Wintera. I pogrzeb, i wesele to obrządki związane z przechodzeniem z jednego stanu

w drugi.

- Naprawdę? - Ursula znów błądziła wzrokiem gdzieś daleko.

W kilka minut później Crosby wyprowadził wóz policyjny z podjazdu willi King's Tree na

High Street. W tym momencie mały zielony samochód zwolnił bieg pokazując strzałką, że ma

zamiar skręcić z High Street do domu

Renville'ów.

- No i czegośmy się dowiedzieli? - wycedził flegmatycznie konstabl. - Młody pan Quentin

Fent, właściciel ziemski, udaje się z wizytą do pana Renwile'a, dyrektora spółki do handlu

nieruchomościami.

- I hodują buraki na grządce kapusty - skomentował

Sloan.

background image

Rozdział XIII

Wizyta inspektora Sloana w domu doktora miała bardziej oficjalny charakter. Nie było tu

pszczół ani kawy. Cała akcja - jak by to określił Crosby - odbywała się przy domu: przed garażem.

Była to sobota rano i doktor, w swym najstarszym ubraniu, czyścił samochód. Wyprostował się,

kiedy zobaczył obu policjantów, i wrzucił irchową myjkę do kubła z wodą.

Sloan powiedział mu o śmierci Exleya. - Może będzie pan nam potrzebny, doktorze, przy

ponownym przesłuchaniu w sprawie pana Fenta.

Doktor Washby szybko skinął głową. - Dobrze. - Potrzebne będzie pana oświadczenie, w

jakim był stanie, zanim wyjechał z domu i tak dalej - kontynuował swobodnie Sloan. - Wie pan, o

co chodzi.

- Wiem. - Doktor wykręcił myjkę i wycierał nią maskę wozu. - Przepraszam, ale nie mogę

tego przerwać. Musiałbym wszystko jeszcze raz zlać wodą, gdyby wyschło.

- Niech pan sobie nie przeszkadza - powiedział wielkodusznie Sloan.

- Zawiadomicie mnie więc o przesłuchaniu?

- Zawiadomimy, doktorze. Naturalnie jest jeszcze profesor, który ostatni widział pana

Fenta przed śmiercią, ale on nie jest już młody i wydaje mi się, że pana spostrzeżenia będą

cenniejsze.

- Naturalnie zrobię wszystko, co będę mógł... - Paul Washby przeciągnął irchą starannie

wzdłuż maski ku chłodnicy. - Chciałbym móc zrobić coś bardziej pożytecznego, niż tylko wstać

podczas przesłuchania, aby powiedzieć, że Bili wydawał mi się zupełnie normalny.

- Czy siedział pan obok niego? - zapytał jakby od niechcenia Sloan.

- Ja? Nie, siedziałem na drugim końcu stołu. Między Helen Fent i panną Paterson.

Veronica siedziała obok Billa. Niech pan zaczeka, zawołani ją.

- Chodzi o Billa? - spytała Veronica Washby wynurzając się z drzwi kuchennych w

ś

licznym fartuszku. Przywitała się z nimi. - Tak, siedziałam po jego lewej stronie. Według mnie

wyglądał całkiem normalnie - nie znałam go dobrze. Taki miły człowiek. Jakie to wszystko

smutne, prawda?

- Tak, proszę pani - zgodził się inspektor. Smutne, szalone, złe... może nie miało znaczenia,

jakiego słowa się użyło.

- Droczył się z profesorem, ale w bardzo miły sposób. Widać było, że mu to sprawia

przyjemność.

- Profesor także siedział blisko pani?

- Tak, z drugiej strony. To taki miły człowiek!

- A naprzeciwko pani...?

background image

- Pani Renville.

- Ach, tak. - Sloan wyraził w myślach pełne uznanie swojej żonie. - A z drugiej strony

siedział może pan Marchmont? - zaryzykował pytanie.

- Tak. - Zawahała się. - On jednak nie mówił wiele. Jej mąż zaśmiał się rubasznie. - Nie

martw się. Po naszej stronie stołu Marjorie mówiła za dwoje. Warto było słyszeć jej śmiech, kiedy

zaczęliśmy mówić o rozbudowie, a ja opowiedziałem ten kawał z brodą o zapachach w miasteczku.

Słyszał go pan, inspektorze?

- Nie - zaprzeczył stanowczo Sloan.

- No to panu powiem. Starsza pani do wieśniaka: Czy to może kanalizacja? Wieśniak do

starszej pani: To nie może być kanalizacja, bo tu nie ma żadnej kanalizacji.

Crosby nie mógł pohamować śmiechu.

- Cieszę się, że się panu podoba. - Washby uśmiechnął się. - Nie podobał się naszej pannie

Paterson. Zachowała się jak królowa Wiktoria. Wcale jej to nie rozbawiło. Pan wie - ona się

stanowczo sprzeciwiała kanalizacji ze względu na rozbudowę.

- Postęp niesie z sobą problemy. - Sloan dał wyraz całkowitej bezstronności. - A jak się

pani podobał pan Marchmont?

- Zdaje mi się, że jest trochę nieśmiały - odparła pani Washby - chociaż powiedział

Annabel Pollock, siedziała naprzeciw niego, że pięknie ułożyła kwiaty.

Doktor Washby powiedział z ironią do Sloana: - Układanie kwiatów to przedmiot

współzawodnictwa w Cons-tance Parva, inspektorze. A znów w Constance Magna lubują się raczej

w polowaniu.

- I w krykiecie - przypomniała mu żona.

- I w krykiecie - potwierdził doktor. - Dziś odbywa się ważny mecz, inspektorze. Doroczna

rozgrywka między jedną i drugą Constance. Constance Parva versus Constance Magna. - Przetarł

irchą błotnik samochodu po swojej stronie i wskazał na bezchmurne niebo. - Jeśli pogoda się

zmieni, powiedzą, że to ja sprowadziłem deszcz, bo czyszczę samochód. A jeśli będę jeździł

brudnym wozem, powiedzą, że nędzny ze mnie doktor. Tak czy inaczej, nigdy nie jest dobrze.

- Nieczęsto, doktorze - przyznał Sloan i pożegnał się.

Peter Miller stał na progu frontowego wejścia w Stront-field Park trzymając niepewnie

kapelusz w ręce. Drzwi otwarła mu Annabel Pollock.

- Chciałbym się usprawiedliwić - wymamrotał, przedstawiając się. - Przeprosić i tak dalej.

- Za co? - Annabel szybko się zreflektowała i powiedziała: - Proszę, niech pan wejdzie i

powie mi, za co pan przeprasza.

background image

- Moje krowy rasy Jersey... chyba znów wszystkie weszły do parku. Dzisiejszej nocy.

Musieliśmy je wyprowadzać na poranny udój.

- Och - wyraz ulgi pojawił się na jej twarzy. - To wszystko?

- Ale to już nie pierwszy raz - tłumaczył farmer. - Bili mówił, że weźmie kilka żerdzi od

Grega Fitcha i zrobi coś z tym płotem, ale naturalnie...

- Naturalnie - powtórzyła Annabel.

- Powinienem był właściwie sam coś zrobić - dodał szybko - bo przecież... w tych

okolicznościach.

- Nie sądzę, żeby wyrządziły jakąś szkodę. - Brał w niej górę instynkt pielęgniarki gotowej

pocieszać.

- Właśnie o to chodzi... - powiedział krzywiąc usta z zażenowaniem. - Zrobiły szkodę.

- W parku? Nie wyobrażam sobie, co by mogły... Zawahał się. - Podeszły do pawilonu.

- Nie zburzyły go chyba?

- Nie. Nie zburzyły. - Odchrząknął i znów zaczął. - Na końcu alejki jest taki posąg, wie

pani?

- Wiem. - Wargi Annabel zadrgały lekko. - Kiedy byliśmy mali, mówiliśmy na niego

Nieznośny Nigel.

- Przypuszczam, że to jakiś faun. - Miller także się uśmiechnął. - Lub może Eros.

Bożek Miłości? - Kiwnęła głową. - Możliwe. Nie podobał się staremu Fitchowi.

Ilekroć pracował z tamtej strony, zarzucał na niego swoją kurtkę. - Annabel zachichotała. -

Wyglądał wtedy o wiele gorzej. Co mu zrobiły?

- Zdaje się, że jedna zrzuciła go z piedestału.

- Krowie kopyta nie zrobiły mu pewnie nic złego.

- A jednak - obstawał przy swoim Miller.

- Fitch będzie zadowolony.

- Ale pani Fent może nie być.

- Niech pan się nie martwi - pocieszała go Annabel. -Nie sądzę, że się tym teraz bardzo

przejmie.

- Oczywiście - mruknął Miller, naraz pełen skruchy. -Ma inne kłopoty.

Pielęgniarka skinęła głową.

- Czy może powinienem zobaczyć się z nią i wytłumaczyć?

- Nie - Annabel zaprzeczyła zdecydowanym ruchem głowy. - Nie chce widzieć nikogo. Jest

wciąż bardzo zdenerwowana.

background image

- Rozumiem doskonale - powiedział natychmiast Miller. - Nic dziwnego... - przerwał na

chwilę. - Czy zostanie tutaj?

- Nie przypuszczam, żeby już zrobiła jakieś plany - powiedziała dziewczyna.

- Pewnie, to jeszcze za wcześnie - zgodził się farmer. -Trudno i w ogóle...

Przerwał im zgrzyt opon na podjeździe; usłyszeli, że ktoś podchodzi do frontowych drzwi.

Miller drgnął. - Lepiej pójdę sobie. Ma pani gości. Tak się składa, że zjawiam się zawsze wtedy,

kiedy ktoś inny przychodzi.

Annabel zaprzeczyła grzecznościowo odprowadzając go do drzwi. Wyglądała jednak na

zamyśloną. - Tak właśnie pan robi, panie Miller - powiedziała do siebie, gdy wyszedł

- tak pan robi.

' Nowo przybyłym okazał się profesor Berry, a jego środkiem lokomocji staroświecka

taksówka z Larking. Poklepał się po piersi i wysapał: - Czas nam już obydwojgu zęby zjadł, ale

jakoś dotarliśmy tutaj. - Stanął w drzwiach i zawołał do kierowcy: - Nie będę tu długo, Wilson.

Niech pan sobie odpocznie. - Po czym zwrócił się do Annabel: -Chciałem tylko złożyć moje

uszanowanie Helen. Jak się czuje?

- Lepiej niż wczoraj.

- To dobrze.

- Niech pan wejdzie i usiądzie. - Podprowadziła go do krzesła.

- A jak pani sobie radzi? - zapytał, kiedy odzyskał oddech.

- Na razie dobrze, ale muszę wracać w poniedziałek do szpitala. Skończył mi się urlop.

- Niestety nie był to dla pani prawdziwy wypoczynek, Annabel.

Wzruszyła ramionami. - Cóż można poradzić. Gorsze to jest dla Helen. Wie pan, w

pewnym sensie jestem zadowolona, że byłam tu z Billem w ostatnim tygodniu jego życia. Zawsze

sprawiały mi przyjemność wakacje w Strontfield i jako mała dziewczynka - kiedy mieszkaliśmy w

Indiach -przyjeżdżając tutaj czułam, że jestem w Anglii. Teraz -westchnęła - pewnie nikt mnie już

tu nie zaprosi - a poza tym wszystko będzie zupełnie inne.

- Ale na pewno...

- Quentin nie jest moim krewnym - wyjaśniła chłodno.

- To Bili był moim kuzynem i to nie ze strony Fentów. Ja nie jestem z tej rodziny.

- Oczywiście. - Wycofał się. - Zapomniałem.

- Nie jestem nawet dalszą krewną - powiedziała zdecydowanie.

- Przypuszczam - wysapał staruszek - że pozostanie pani jednak w kontakcie z Helen.

- Tak sądzę - rzuciła niedbale. - Na razie jednak Helen nie chce mnie widzieć i rozmawiać

ze mną ani też z nikim innym. Zamknęła drzwi. Nie chce nawet odpowiadać na telefony. “Nie

background image

przełączajcie nikogo do sypialni - prosiła wczoraj. - Bez względu na to, kto dzwoni”. - Co mam

robić?

- To, o co prosi - poradził łagodnie profesor. - To zawsze najłatwiejsze. - Spojrzał na nią

ponad swoimi okularami. - Zwłaszcza gdy chodzi o kobiety. - On sam był kawalerem.

- Ale jaki może mieć powód?

- Prawdopodobnie żaden - powiedział starszy pan. -Nie musi mieć żadnego powodu. -

Uśmiechnął się do niej dobrodusznie. - Rasa ludzka nie kieruje się rozsądkiem i w swoich

postępkach nie opiera się na tym, co zwykliśmy nazywać przyczyną. Może motywem, ale i to nie

zawsze.

- Cokolwiek to jest - odpowiedziała z odrobiną goryczy

- czuję, że nie mogę odjechać do szpitala Świętego Niniana jutro, zostawiając Helen

zamkniętą w jej pokoju.

- A co z Quentinem?

- On ma jeszcze tydzień urlopu i Helen prosiła, żeby nie wyjeżdżał. - Ruchem ręki

wskazała na dom i park. - Są tu jeszcze różne rzeczy do załatwienia i pan Puckie, radca prawny,

chce, żeby przyszedł do j ego biura w poniedziałek przed południem.

- A więc zostaje?

- Tak, zostaje - ale nie jest ani kucharzem, ani pielęgniarką. Myślę jednak - dodała z

przenikliwością Annabel

- że będzie chciał, aby jego najdroższa Jacąueline zobaczyła Strontfield Park. jaja

- Spodziewam się, że nie bez zaproszenia - wyraził obawę profesor. - Tego byłoby już zbyt

wiele.

- O, nie. Nawet Quentin nie zrobiłby tego. Poza tym -mówiła dalej bezstronnie Annabel -

trzeba jej oddać sprawiedliwość, nie sądzę, żeby Jacąueline przyjechała nie zaproszona przez

Helen. Delikatność uczuć nie jest może silną stroną rodziny Battersby, ale nie jest aż tak mało

wrażliwa.

- To dobrze - ucieszył się Berry. - Zwłaszcza że, jak się dowiaduję od Quentina, mają się

pobrać dzięki odziedziczeniu Strontfield Park.

- W każdym razie data ślubu została już wyznaczona -oświadczyła Annabel z taką sztuczną

obojętnością, że profesor spojrzał na nią ze zdziwieniem.

Inspektor Sloan trzymał notes na kolanach, gdy Crosby zawrócił policyjnym wozem z

powrotem do Berebury.

- Posuwamy się naprzód, Crosby - zauważył. - Wiemy teraz, co wszyscy jedli i...

background image

- Powiedział pan: “jedli”, szefie. Świetna myśl. Moja gospodyni nie wie, jakie powinno być

ś

niadanie.

- I - ciągnął dalej Sloan, niewzruszony - wiemy też, gdzie każdy siedział przy stole.

- Nie wiemy natomiast - stwierdził Crosby, nie przyczyniając się do rozwiązania problemu -

które danie zawierało truciznę.

- Zastanawiam się - powiedział Sloan.

- Nad czym?

- Niech pan myśli, Crosby. - Koledzy mówili mu, ucz go, a nauczy się. Sloan nie był tego

taki pewny.

Konstabl wyprowadził samochód z miasteczka w kierunku szosy. - Przede wszystkim nie

było to nic do picia. Te butelki...”

- Nie wolno o tym zapominać. Nie było to nic do picia.

Chyba tylko kawa. Wino i porto nalewane było wszystkim z tych samych butelek.

- Moglibyśmy sprawdzić porto.

- Nie moglibyśmy - sprzeciwił się stanowczo Sloan. -Nie moglibyśmy bez nakazu. No,

dalej.

Crosby słusznie zrozumiał, że to ostatnie odnosi się raczej do jego detektywistycznych

rozważań niż do jazdy. Samochód w każdym razie jechał wystarczająco szybko. Powiedział: - Nie

mogło to by ć mięso i jarzyny. Ani też ser.

- Zgoda - potaknął szybko Sloan. - Nie wydaje mi się możliwe, aby udało się zatruć tylko

jedną porcję pieczeni l jarzyn lub sera.

- Pozostaje więc zupa i budyń. - Spojrzał w lusterko wozu. - Czy już cieplej?

- Tak. - Sloan westchnął. Nigdy się nie nauczy. Nie on. Nie nauczy się, jeśli teraz nie wie,

ż

e to nie zabawa w “ciepło-zimno”, tylko morderstwo.

- A więc zupa i budyń.

- A dlaczego właśnie te potrawy są najbardziej prawdopodobne?

Na czole Crosby'ego pojawiła się głęboka zmarszczka. -Nie wiem, szefie.

- Były to jedyne dania podane w oddzielnych naczyniach - wyjaśniał cierpliwie Sloan - i

wystawione w jadalni, zanim przyjęcie się zaczęło.

- Ach, rozumiem. - Zmarszczka zniknęła. - Porcji było dwanaście, OK. Jedna zaprawiona

tym czymś.

- Rozpuszczalnym barbituranem. - Niekiedy zastanawiał się, dlaczego się tym przejmuje.

- Zupa albo deser... - Crosby przejechał ostatni odcinek High Street w Constance Parva i

zaczął naprawdę nabierać szybkości.

background image

- Istnieje możliwość - kontynuował ostrożnie Sloan -że moglibyśmy pójść jeszcze dalej.

Crosby zmienił bieg jadąc pod górę. - Tak?

- Ogórki nie odznaczają się silnym aromatem.

- Moim zdaniem, nie nadają się do jedzenia - powiedział naiwnie konstabl. - śadnego

smaku. W ogóle nic.

- Właśnie - powiedział Sloan. - A więc?

- A więc - powtórzył Crosby po dłuższym namyśle -biorąc pod uwagę, że jak powiedział

analityk, to coś...

- Rozpuszczalny barbituran - wycedził Sloan przez zaciśnięte zęby.

- ...miało niedobry smak, dochodzimy do budyniu.

- Dochodzimy do budyniu - potwierdził Sloan. Koniec zabawy. Budyń. Poszukiwana rzecz

została znaleziona.

- Musiał mieć bardzo nieprzyjemny smak, nawet bez żadnego rozpuszczalnego barbituranu.

- Skrzywił się. -Twarożek z kwaśnej śmietany! Fu!

- Powiedzmy - mruknął inspektor - że zapach był, jak się to mówi, wyraźny.

- Wystarczyłaby mi jedna łyżeczka, zapewniam pana, szefie.

- Zapomina pan, Crosby, że tym ludziom tego wieczoru to prawdopodobnie smakowało, a

gdyby im nawet nie smakowało, i tak by zjedli.

- O Boże!

- I że była jedna osoba, która by to zjadła, nawet jeśli miałoby ją to zabić - wyjaśniał Sloan -

bez względu na smak.

- Kto taki?

- Mąż kobiety, która to przyrządziła - powiedział Sloan, mężczyzna światowy i żonaty.

- Naprawdę?

- Jest pan kawalerem, Crosby, prawda?

- Tak. Ale gdyby pani Pennyfeather...

- Zatrucie - przerwał szybko Sloan. - W jaki więc sposób to zrobiono?

Crosby prawie że stanął na baczność przy kierownicy. -Dodano coś do tego cremet?

- Prawdopodobnie. Do którego?

- Do tego przygniecionego - domyślił się natychmiast konstabl.

- Dlaczego do tego?

- Bo nie można było dodać trucizny bez naruszenia go?

- Nie - powiedział Sloan. - Trucizna pewnie spłynęła po wierzchu. Niech pan pamięta, że

była rozpuszczalna. Przypuszczam, że został przygnieciony z innego powodu.

background image

Crosby zwolnił, wjechał na główną drogę i natychmiast dodał gazu.

- No, dalej, Crosby. Niech pan się sam domyśli.

- Czy może - zaczął z wahaniem - został przygnieciony, aby się upewnić, że właściwa

osoba dostanie ten przyprawiony?

- Tak sądzę. Chociaż - Sloan był skrupulatny - wiąże się z tym dla nas jedna duża trudność.

- Kto był tą właściwą osobą? - spróbował Crosby.

- Właśnie. W danej sytuacji ten, kto naruszył jeden budyń, mógł, moim zdaniem, być

pewien, że weźmie go albo gospodarz, albo gospodyni. Przyjmując, że jeden z nich miał... jest to,

delikatnie mówiąc, trochę niebezpieczne.

- Chyba że było wszystko jedno, które z nich to zje Crosby brał wszystko dosłownie.

- To prawda - przytaknął łagodnie Sloan. - Dla prokuratora będziemy musieli mieć więcej

danych. No, i jest jeszcze coś, co będziemy musieli ustalić...

- Czy ta dwunasta porcja cremet została naruszona przed czy po postawieniu jej na

kredensie? - skończył za niego Crosby.

- Bardzo dobrze - pochwalił Sloan, kiedy pochwała była zasłużona. - Wyjrzał przez szybę

samochodu. - A moim zdaniem, jest tylko jedna droga, żeby się tego dowiedzieć.

Crosby jęknął. - Chyba nie znowu Milly? Wszystko, tylko nie to.

- Obowiązek wzywa, Crosby. - Uśmiechnął się. - Zresztą, jest pan młodszy. Ma pan przed

sobą dłuższe życie.

- Wcale nie jestem tego taki pewny - zaprotestował konstabl. - Jeśli jej bracia wstąpią na

wojenną ścieżkę. A poza tym jest jeszcze jej mama.

- Odwagi - usiłował go pocieszyć Sloan. - Niech pan pamięta, że istnieje Fundusz dla

Wdów i Sierot po Policjantach na wypadek, gdyby się panu coś stało...

- Ale nie jestem żonaty - jęknął Crosby. - Mówiłem już.

Było już późno, kiedy Sloan i Crosby wrócili do komisariatu w Berebury. Nadinspektor

Leeyes siedział w swoim pokoju i bębnił palcami po biurku.

- Coś nowego się wydarzyło - warknął. Sloan czekał.

- Jedna osoba z pańskiego przyjęcia... - zaczął Leeyes.

- Co się z nią stało? - przerwał Sloan.

- Zaginęła.

background image

Rozdział XIV

- Kto, nadinspektorze?

Nadinspektor Leeyes zerknął na notatkę. - Osoba o nazwisku Marchmont. Marjorie

Marchmont.

- To ta gruba - wyjaśnił Sloan. - Jest na naszej liście, ale przed południem nie doszliśmy

jeszcze do jej domu.

- Szkoda - powiedział nadinspektor. - Nie widziano jej od wczorajszego wieczoru.

- A jej mąż?

- Jej mąż nie wrócił wczoraj na noc.

Sloan nastawił uszu. - Przynajmniej tak mówi - dodał znacząco Leeyes. - Mówi, że wrócił

dziś rano do pustego domu, nie zastał żony i żadnego śladu, że spędziła w domu noc.

- Po czym poznał?

- Butelki na mleko nie wystawione - recytował Leeyes -łóżko nieruszone, kot

nienakarmiony.

Sloan wybiegł myślą poza ściany biura nadinspektora. Jak to William Szekspir określił

obowiązki żony? “Jestem-że ja połową twoją pod pewnym tylko, marnym względem; na to jedynie,

aby z tobą dzielić twój stół i twoje łoże rozweselać, i lada kiedy przemówić do ciebie?”* Ktoś -

zdaje się teść, to podobne do niego - zacytował to na weselu Sloana i panie, jak sobie przypominał,

były zgorszone.

- A gazety i ranna poczta nie zabrane do mieszkania -kontynuował prozaicznie Leeyes. -

Wszystko to razem oznacza nieobecność żony, Sloan... Sloan, czy pan mnie słucha?

- Tak, panie nadinspektorze. Naturalnie. Myślałem tylko o mężu. Chudy, cherlawy

chłopina.

- Crippen też był taki - zauważył ponuro Leeyes.

- Gdzie był ostatniej nocy?

- E... - wyjaśniał dalej Leeyes. - Był na pułkowym zebraniu i kolacji w Calleford. East

Calleshire. Zawsze chodzi na te zebrania.

- I został na noc?

- Tak twierdzi. Mam wrażenie - dodał z zadowoleniem - że to raczej sprawa Szczęśliwego

Harry'ego.

- Ma bzika z tym dmuchaniem w balonik. - Był to nieszkodliwy bziczek. Wprost

przeciwnie.

- Nie chciałem ryzykować sprawdzania - powiedział Leeyes. - Zebrania i kolacje pułkowe

to nie to samo, co Liga Bezalkoholowa, wie pan, Sloan.

background image

* W. Szekspir, ..Juliusz Cezar”, akt II, scena l, przekład Józefa Paszkowskiego. 10 - Lekka

ż

ałoba

Sloan wiedział. Cały Komisariat Policji w Berebury musiał uważać przez kilka dni każdego

roku, kiedy nadinspektor od nowa opowiadał mocno gestykulując, jak się doczłapał do brzegu pod

Walcheren.

Otworzył swój notes. - Czy Marchmont powiedział, gdzie nocował?

- W Tabard przy Bear Street.

- Konstabl Bargrave nie był jeszcze u nich w doiriu -wyjaśnił Sloan Crosby'emu, kiedy

wracali z powrotem do Constance Parva, najszybciej jak się dało. - Pamiętał, że pani Marchmont

była jedną z dwunastu osób na przyjęciu, więc posłał po nas.

- ,, Jeden poszedł do nieba i zostało jedenastu'' - zanucił zjadliwie Crosby.

Sloan coś mruknął. Wiedział, że dziecinne wierszyki i dziecinne gry to był mniej więcej

poziom Crosby'ego.

- A teraz jest już tylko dziesięcioro. - Constabl włączył trzeci bieg i nacisnął pedał.

- Może to fałszywy alarm - podsunął Sloan. Nie sądził jednak, żeby tak było.

Po rozmowie z Danielem Marchmontem jeszcze bardziej się zaniepokoił.

- To naprawdę niepodobne do mojej żony, inspektorze - powtarzał Marchmont raz po raz. -

Gdyby się coś zdarzyło, zostawiłaby na pewno kartkę. Zawsze zostawia mi kartki. Przeważnie

zabawne, z rysunkami. - Wyglądał na zakłopotanego. - Zachowałem większość z nich, choć ona o

tym nie wie.

- A więc - oświadczył Sloan urzędowym tonem - zdaniem pana możemy przyjąć, że

gdziekolwiek poszła, spodziewała się, że wróci do domu przed panem.

- O, tak - potwierdził Marchmont. - Z całą pewnością.

- Nie było jej przykro, gdy zostawała w domu sama?

- Nie, skądże. - Wyprężył pierś w imieniu swojej żony. -Marjorie nie była taka, inspektorze.

Nie bała się niczego. Niczego ani nikogo.

Sloan słuchał tego niechętnie. Odpowiednia doza strachu pozwalała wielu ludziom uniknąć

kłopotów. - Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

- Wczoraj w czasie śniadania. - Uśmiechnął się niepewnie. - Byliśmy naturalnie na

pogrzebie, a potem poszliśmy coś zjeść do Washbych. Poprosili także profesora Berry. Jest trochę

słaby, wie pan.

- A potem?

- Poszedłem z powrotem do biura w Berebury - jestem księgowym. Do domu wróciłem

dopiero dziś rano - rozejrzał się bezradnie wkoło - i nie było jej tutaj.

background image

- Rozumiem. A dom wyglądał... e... jak zwykle? - Artystyczny nieład panował we

wszystkich pokojach, które Sloan już widział.

- O, tak. - Księgowy skinął głową. - To nie jest taki dom, w którym by nie wolno było

nawet położyć gazety.

- Oczywiście. - Z tego miejsca, gdzie stał Sloan, widać było taki nieporządek, że gdyby

odłożyło się gazetę, trudno byłoby ją znaleźć w ogólnym rozgardiaszu. - A po wyjściu z biura?

- Pojechałem prosto do Calleford na naszą pułkową kolację. Nie miało wielkiego sensu

wracać do Constance Parva i potem jechać boczną drogą do Calleford, kiedy mogłem to zrobić dwa

razy szybciej i wygodniej autostradą.

- Oczywiście. - Odcinek londyńskiej autostrady w Calleshire był dumą i radością inspektora

Harpe'a. - Przy okazji, czy - w normalnym toku wypadków świętej pamięci nieboszczyk poszedłby

także na tę kolację?

- Bili? O, nie, inspektorze. Bili był za młody na wojnę, a później, kiedy powstała Służba

Krajowa, był zbyt zajęty organizowaniem farmy w Strontfield. Sądzę, że był zwolniony.

- Rozumiem. Dziękuję panu. - Sloan zamknął swój notes. -1 nie ma pan pojęcia, gdzie może

być pani March-mont?

- Najmniejszego - powiedział z przygnębieniem niepozorny mężczyzna. - A o trzeciej miała

układać kwiaty w kościele.

Crosby po raz pierwszy nie zapytał o rozkazy, kiedy usiadł za kierownicą policyjnego

wozu. Bez słowa wyjechał z uliczki, przy której mieszkali Marchmontowie, przejechał przez High

Street, obok domu doktora, obok willi King's Tree, gdzie mieszkali Renville'owie, obok domku

panny Paterson, wokół kościoła i w końcu spokojnie wprowadził wóz przez bramę do Strontfield

Park.

Sloan nie próbował go zatrzymać.

Tak więc, kiedy wreszcie inspektor Sloan i konstabl Crosby zjawili się w Strontfield Park,

celem ich wizyty było dowiedzenie się czegoś o zaginionej kobiecie. Zauważyli i - jako policjanci -

zapamiętali, że mały zielony wóz, w którym Quentin Fent przyjechał z wizytą do Renvil-le'ów, już

wrócił i był zaparkowany przed domem.

Przyjął ich sam Quentin i jak przystało gospodarzowi domu, wskazał fotele w salonie. Od

wczoraj nastąpiła w nim wyraźna zmiana. Nie był już uległym żałobnikiem ani enf ant terrible. Nie

było też już widać wyrafinowanego znawcy sztuki z West Endu. Zniknął beż śladu ubogi młody

człowiek spędzający wakacje u rodziny.

- Powiedzcie mi, panowie, co mogę dla was zrobić -zagaił rozmowę. Sloan odniósł

wrażenie, że już to kiedyś widział. Nie odpowiedział Quentinowi, lecz zamyślił się, szukając w

background image

pamięci, starając się sobie coś przypomnieć. Gdzieś kiedyś widział już młodego człowieka, który

tak się zmienił w ciągu jednej doby. Przypomniał sobie. Konstabl Middleton, kiedy został

sierżantem w Easterbrook.

Różdżka dobrej wróżki nie wywołałaby z dnia na dzień aż takiej zmiany. Przybył mu co

najmniej jeden cal wzrostu za każdą belkę, nie mówiąc już o dużo większym obwodzie piersi. Od

tego czasu każda wypowiedź była o wiele ważniejsza.

- Zrobić dla nas? Ach, tak - Sloan opanował się i opowiedział o Marjorie Marchmont. -

Dowiedzieliśmy się od pana Renville, że pani Marchmont miała zamiar przyjść tu wczoraj wieczór

i odwiedzić panią Fent.

- Ale nie dotarła tutaj - odpowiedział bez namysłu Quentin. - Lub jeśli tu była, to ja jej nie

widziałem. -Uśmiechnął się. - Trudno jej nie zauważyć, jeśli jest w pobliżu. Przy jej tuszy.

- Oczywiście.

- A gdyby przyszła - kontynuował z przekonaniem Quentin - na pewno nie widziałaby się z

Helen.

- Doprawdy?

- Siedzi zamknięta w swojej sypialni cały czas od pogrzebu Billa. - Wzruszył ramionami. -

Annabel nie ma na nią sposobu. Nie chce nikogo widzieć. Nie chce nawet rozmawiać z nikim przez

telefon, a więc można by się założyć o ostatniego pensa, że tym bardziej nie chciałaby się widzieć z

Marjorie Marchmont.

- Tym bardziej? - Sloan czekał na dalszy ciąg.

- Tak - poruszył się nerwowo. - Przede wszystkim nie jest ona kojącym towarzystwem.

Choćby przez ten jej śmiech. A jeśli chodzi o delikatność, to przewyższa ją nawet słoń w składzie

porcelany.

- Mówi, co myśli, prawda? , - Dobrze czy źle - dopowiedział Quentin. - Zna pan takich

ludzi.

Sloan skinął głową. - Kłopoty z ludźmi, którzy mówią, co myślą, polegają na tym, że

przeważnie niewiele myślą. Czy...?

Ale Quentin zaczął znów gderać na wdowę po swym kuzynie.

- Annabel nie może skłonić Helen do zjedzenia niczego oprócz brzoskwiń z puszki - ach, i

herbaty. Zdaje mi się -ciągnął płaczliwie dalej - że co kilka minut zanosi się jej na górę świeży

czajnik.

Sloan, który obserwował w swoim życiu wiele domowych tragedii, zauważył: - Herbata

bardzo pomaga. -Chrząknął dyskretnie i dodał: - Lepiej niż alkohol.

background image

- Co? Ach, tak, naturalnie. O to nie ma obawy. Właściwie skoro pan już wspomniał, to

zdaje mi się, że Helen w ogóle nic nie piła, odkąd tu jestem. Nie, chodzi o to, że nie chce nikogo

widzieć.

- Nikogo.

- Absolutnie nikogo. Nawet mnie - powiedział nieco infantylnie Quentin - a co dopiero

Marjorie Marchmont.

Sloan pominął ten przejaw egotyzmu, pytając: - Tylko pannę Pollock?

- Ona to co innego. Jest pielęgniarką. - Quentin traktował Annabel Pollock, jakby miała

uniwersalną przepustkę z tytułu swojego zawodu. - Ale wie pan, od czasu pogrzebu - to jest, od

kiedy się tak zdenerwowała - jedynie raz widziałem Helen.

- Doprawdy?

- I wtedy powiedziała tylko, żebym się porozumiewał we wszystkich sprawach z panem

Puckle'em.

- On jest...

- Nie chcę się okazać nieczułym - ciągnął dalej Quentin.

- Ale do licha, za niecałe trzy tygodnie wszystko to będzie moje.

- Może dla pani Fent to właśnie jest trudne do zniesienia - szepnął Sloan.

- Może - mówił teraz z godnością - ale jest wiele rzeczy do zrobienia w tak dużej

posiadłości, a niektóre z nich powinny być zrobione zaraz.

- Jak na przykład rozbudowa?

Quentin się zaczerwienił. - Nie mogę sobie pozwolić na czekanie, aż mi trawa wyrośnie pod

nogami, inspektorze -powiedział dosadnie. - Nie mogę pozwolić, aby tu wyrosła trawa. Na tej

ziemi muszą rosnąć cegły, jeśli Strontfield ma być wypłacalne. Nie można było nic zarzucić

projektowi, który opracował Renville. Nawet Bili mówił to samo.

- Chce go pan więc realizować, czy tak?

- Jeszcze jest za wcześnie, żeby coś powiedzieć - młody Fent zakończył ten temat rozmowy.

- A co się mogło stać z Marjorie Marchmont, że nie można jej znaleźć?

Kiedy zwrócili się do Annabel Pollock, okazała się bardziej pomocna. - Naprawdę nie

widziałam pani Marchmont wczoraj wieczór, inspektorze, i jestem pewna, że Helen jej nie

widziała, bo siedziała przez cały czas w swoim pokoju... Nie, pomyliłam się. Nie przez cały czas.

Okazało się, że było to coś nowego, nie tylko dla Sloana, ale i dla Quentina.

- Zeszła na dół tuż przed pójściem spać - mówiła Annabel - w każdym razie wtedy wpadłam

na nią.

- Gdzie? - zapytał Sloan.

background image

- Przy drzwiach od ogrodu. Niepokoiła się, czy są zamknięte na noc.

- I były?

-- Tak powiedziała. Nie sprawdzałam. Potem poszła z powrotem do łóżka.

Sloan zapytał: - Kiedy to było?

- Zdaje się, tuż przed dziesiątą. To było wtedy, kiedy Quentin rozmawiał przez telefon.

- Z moją narzeczoną - wyjaśnił Quentin tonem posiadacza.

- Oczywiście - ciągnęła dalej Annabel - pani March-mont mogła przyjść wcześniej pod dom

i nikt jej nie otworzył... - Zawahała się. - Ja się wyniknęłam na kilka minut około ósmej. Helen w

swojej sypialni na pewno nie słyszałaby dzwonka.

- I nie zareagowałaby, gdyby usłyszała - dodał z rozdrażnieniem Quentin.

- Ale pan Fent byłby jednak słyszał - zaznaczył Sloan.

Annabel potrząsnęła głową. - Mogła przyjść wtedy, kiedy wyszedł.

- A więc pan także wychodził? - spytał Sloan jak najsłodziej.

Quentin był wyraźnie nadąsany. - Jeśli pan nazywa wyjściem spacer po włas... po parku.

- Czy widział pan kogoś podczas tego spaceru?

- Co to ma...

- Ta sama osoba - mówił grzecznie dalej Sloan - mogła widzieć panią Marchmont.

- Rzeczywiście, widziałem Petera Millera - powiedział z irytacją. - Spotkaliśmy się

przypadkiem przy bramie. To nasz sąsiad, farmer.

- Ach, i on też był w parku - Sloan zauważył kątem oka, że Crosby to notuje.

- Wpadł tylko na pogawędkę, inspektorze. - Quentin Fent był już znów spokojny. - Zdaje

się, że to sensowny chłop. Chciał się naturalnie dowiedzieć, jakie mam zamiary. On ma też ziemię

nadającą się na rozbudowę. Uważa, że jeślibym ja coś postawił w pobliżu miasteczka, to on się też

postara o zezwolenie na część swoich gruntów, które znajdują się obok. Nie są lepsze pod uprawę

niż Strontfield.

- I żaden z was nie widział nikogo innego w parku?

Quentin zaprzeczył ruchem głowy, ale Annabel powiedziała: - Ja widziałam. Tylko z

daleka, ale myślę, że poznałam jego psa.

- Kogo?

- Richarda Renville. Wyprowadzał Spota na spacer. To ten dalmatyńczyk.

- Czy to jest dozwolone? To uganianie psów po parku?

- Nie mogę tego zabronić - wtrącił szybko Quentin.

- Istnieje takie stare prawo przejścia - wyjaśniła Annabel.

background image

- Istnieje od niepamiętnych czasów - przyznał Quentin. - Nie możemy zamknąć przejścia.

Sloan zauważył ten pluralis maiestatis i zapytał niewinnie: - A co będzie, jeśli się zrealizuje

ta rozbudowa?

- Możemy wystąpić o zniesienie tego prawa. Zdaje mi się jednak, że plan Renville'a

przewiduje drogę między domami.

- Rozumiem. - Jedno było pewne. Quentin nie tracił chwili czasu od śmierci swego kuzyna,

Billa. Sloan wstał. -Gdybyśmy mogli teraz zamienić kilka słów z panią Fent...

- Przykro mi, inspektorze. - Annabel potrząsnęła smutno głową. - Nie będzie chciała o tym

słyszeć.

Nie był nigdy zwolennikiem bezpośrednich starć, nawet jako młody policjant. Teraz, kiedy

został inspektorem, szukał zawsze okrężnej drogi. Była szybsza. - A zatem dziękuję państwu za

rozmowę. Teraz musimy dalej szukać pani Marchmont.

W drodze rozmawiał z Crosbym w dalszym ciągu na ten temat. - Przydałaby się nam jakaś

pomoc. Przeszukiwanie tego miejsca i terenu zajęłoby nam cały dzień, a musimy jeszcze zobaczyć

się z Peterem Millerem Fentem.

Konstabl wyjrzał przez okno samochodu. -1 nie wiemy, czy rzeczywiście doszła tutaj,

prawda, szefie?

- Tylko tyle, że jak twierdzi pan Renville, mówiła, że pójdzie - powiedział zwięźle Sloan. -

To wszystko, co wiemy. I że musimy ją znaleźć. I to szybko.

Okazało się, że wyprzedził ich w tym mały terier zwany Rags.

Było to późnym popołudniem i Sloan po powrocie na komisariat planował poszukiwania na

dużą skalę.

Sobota po południu, z natury rzeczy,, nie była najodpowiedniejszą do tego porą. Prawda, że

można było znaleźć ochotników do pracy - z wyjątkiem tych, którzy grali w piłkę na boisku

krykietowym - ale zawodowcy byli zajęci regulowaniem ruchu w centrum handlowym Bere-bury,

pilnowaniem boiska krykietowego w Calleford i umożliwianiem chętnym pójścia na wystawę

rolniczą hrabstwa. Była to duża, doroczna impreza, odbywająca się na terenach Ornum House.

Poszedł tam Peter Miller. Tak przynajmniej poinformowano Sloana na farmie “Ugór”. Polecono

więc policjantom, którzy dyżurowali na wystawie, aby mieli na niego oko. Nie należało to do

łatwych zadań. Sobota była trzecim i ostatnim dniem, kiedy wystawę otwarto dla publiczności,

która przyszła en masse.

background image

Najważniejsza sprawa, ocena, odbyła się w czwartek, a kłótnie z powodu decyzji sędziów

zakończyły się po większej części w piątek. W sobotę namiętności i gniewy nieco przygasły - aż do

następnej wystawy - nawet w pawilonie świń.

Landrance Sąuire Larking Trzeci, knur, zwycięzca w swojej klasie, obserwował świat

oczyma w różowych obwódkach, syt chwały, i nigdy się nie dowiedział, jak niewiele brakowało,

aby został drugim po Landrance Martmie II z Rooden, w sąsiedniej przegrodzie. Ktoś z pewnością

nie właściciel Landrance Martina II z Rooden - nabazgrał na dyplomie pierwszej nagrody dla

Landrance Sąuire Larking Trzeciego:

Psy patrzą na ludzi w górę, Koty patrzą na nich z góry, Świnie są im równe.

Ragsowi trudno było spojrzeć w górę na swoją panią.

Zaszczekał.

Cynthia Paterson zawołała go.

Nie przychodził.

Zawołała jeszcze raz.

Znów zaszczekał.

To nie króliki - zdecydowała, idąc w kierunku jego szczekania. Słychać je było gdzieś w

pobliżu pawilonu. Wyszła spoza otaczających go drzew i najpierw ujrzała przewrócony posążek.

Lepiej poinformowana niż Annabel Pollock i Peter Miller, dobrze obznajmiona z mitologią

klasyczną, o wiele starszą od chrześcijańskiej, wiedziała, że to Eros we własnej osobie.

Przystanąwszy, aby zastanowić się nad łacińskim zwrotem o upadku Boga Miłości - także

w ogrodzie - ruszyła w kierunku szczekania.

Rags jest na pewno w pawilonie - pomyślała.

Znów zawołała. Ponieważ nie przychodził, podeszła do pawilonu i zajrzała do środka.

I bardzo tego pożałowała.

background image

Rozdział XV

- Koniaku - poleciła Annabel Pollock, kiedy zobaczyła wzburzoną twarz Cynthii Paterson.

Wyglądała o dziesięć lat starzej.

- Policja - powiedział Quentin, który wyglądał młodziej i na bardziej przestraszonego. -

Zaraz ich sprowadzę. I doktora. Hej, mały, chodź tu...

Terier posłusznie poszedł za swoją panią przez Stront -field Park. Nie było przecież żadnej

reakcji ze strony tej dużej postaci na podłodze pawilonu. Pozostała bez ruchu mimo jego

szczekania. Rags szybko stracił zainteresowanie i ruszył zadowolony za Cynthią Paterson, która

potykając się szła ku domowi.

- To Marjorie - wyszeptała Cynthią bladymi wyschłymi ustami. - Jestem pewna, że to

Marjorie. To jej włosy.

- Naturalnie - przytaknęła uspokajająco Annabel. -Można by ją wszędzie poznać.

- Nie o to chodzi - Cynthią zadrżała. - Chodzi o to, co zrobiono z jej włosami. Jak Porfiria.

- Niech pani wejdzie i usiądzie - poprosiła Annabel. -Quentin poszedł zadzwonić na policję.

- Zupełnie jak Porfiria - powtórzyła panna Paterson mocniejszym głosem.

- Tak właśnie - wyszeptała z roztargnieniem Annabel.

- Piękne włosy Marjorie naokoło jej szyi.

- Proszę wypić trochę - rozkazała Annabel. Starsza kobieta posłusznie łykała koniak. -

Browning -odezwała się obojętnym tonem chwilę później.

- Browning?

- Robert, naturalnie - wyjaśniła Cynthią - nie Eliza-beth.

- Niech się pani napije jeszcze trochę koniaku - powiedziała spokojnie pielęgniarka.

- Czy nie zna pani “Kochanka Porfirii”? - zapytała panna Paterson. - Jeden z najlepszych

jego poematów. Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy.

- Udusił ją - powiedziała Cynthią Paterson drżącym głosem - jej własnymi włosami.

Tak się złożyło, że miejscowy doktor przyszedł na miejsce nieco wcześniej niż policja.

Podjechał swoim wozem po wysokiej trawie trochę dalej, niż chciał Crosby.

- Nie żyje - powiedział ochrypłym głosem, kiedy podszedł do niego Sloan. - Niewątpliwie. I

to już od jakiegoś czasu, jak mi się zdaje, choć nie jestem ekspertem. -Obrócił się i podniósł głos: -

Nie radziłbym podchodzić bliżej, Quentin. To nie jest przyjemny widok.

Quentin Fent kiwnął głową z podziękowaniem i pozostał przy wozie. Wyglądał, jakby się

skurczył pod wpływem takiego obrotu sprawy.

- Uduszona - powiedział doktor - swoimi własnymi Włosami. Chce pan, żebym...?

background image

- Nie, dziękuję - odparł Sloan. - Gdyby pan zechciał tylko... e... potwierdzić śmierć, my

zrobimy resztę.

- Oczywiście mogę to zrobić - powiedział Washby nie okazując żadnego wzruszenia. -

Mogę także zidentyfikować ciało, jeśli to się na coś przyda. Pani Marjorie March-mont.

- Tak mi powiedziano - potwierdził Sloan. - Panna Paterson także ją rozpoznała.

Washby wytarł ręce i poszedł z powrotem do samochodu. Quentin wciąż tam stał trzymając

jedną rękę na klamce drzwi, jakby to była tratwa na wzburzonym morzu.

- Jej mąż - dodał doktor. - Czy chce pan, żebym mu powiedział?

- Nie - odrzekł Sloan. Mordercy rodzaju męskiego to przeważnie wdowcy: nie znaczyło to,

ż

e mężowie zamordowanych kobiet są zawsze mordercami, ale znaczyło, że trzeba ich sprawdzić.

Najpierw. Szybko. - Sami to zrobimy.

Washby odparł z wymuszonym uśmiechem: - Przepraszam. Wobec tego wrócę do domu i

zbadam pannę Pater-son. Jej serce nie jest w tak dobrym stanie, jak ona to sobie wyobraża. - Skinął

ręką w kierunku pawilonu. - Odnalezienie pani Marchmont nie pomogło jej.

- Ona także chce się z panem widzieć - wtrącił Quentin. - Sama mi o tym wspominała. Czy

jestem tu jeszcze potrzebny?

- Nie w tej chwili, dziękuję - powiedział Sloan. -Przyjdziemy później porozmawiać z

panem.

- No, no, no - wycedził dr Dabbe, kiedy on z kolei, po jakichś dziesięciu minutach, stanął

przed pawilonem.

- Te trzy dziury w ziemi... - mruknął do siebie Crosby.

Patolog go nie słyszał. Patrzył na leżący na ziemi posążek. - Coś z miłością nie w

porządku? - nadmienił żartobliwie.

- Krowy - wyjaśnił rzeczowo Sloan. - Tak mi przynajmniej powiedziano. Weszły tu z

sąsiedniej farmy. To jeszcze jedna rzecz, którą trzeba będzie sprawdzić możliwie jak najszybciej.

Ich najście mogło oznaczać, że Peter Miller był także w parku tej nocy. Jeśliby się znalazło w

pobliżu pawilonu jakieś ślady jego obecności, krowy doskonale by to tłumaczyły.

Doktor Dabbe nie miał ochoty przejść obok rzeźby leżącej w trawie. - “Diabeł to upadły

anioł”, Sloan.

- Tak myślę, doktorze. - Sloan także nie spieszył się z ponownym wejściem do pawilonu.

Od odjazdu doktora Washby nie podszedł dalej niż do drzwi i pilnował, żeby nikt inny nie

wchodził. Crosby szukał teraz śladów stóp na podłodze. - Jest tak sucho, że może być tylko kurz -

dodał

background image

Sloan - choć nigdy nie wiadomo. - Rzeczywiście, nigdy nie wiadomo. Zwłaszcza w takiej

sprawie, jak ta. Może się okazać dosłownie wszystko.

Patolog wskazał gestem na skurczoną postać na podłodze. - Czy wiemy... e... kto to?

- Niestety wiemy - powiedział poważnie Sloan. - Pani Marjorie Marchmont. Jedna z

dwunastu osób na przyjęciu.

- Ach.

- I biorąc pod uwagę to, co się zdarzyło - Sloan powoli rozwijał swoją myśl. - Byłaby na

pewno ważnym świadkiem oskarżenia... Jeśli oczywiście będzie oskarżenie. -Poczuł się nagle stary

i znużony. - Nie powinniśmy byli do tego dopuścić.

Ponieważ patolodzy, z natury rzeczy, nie interesują się tym, co mogło było się zdarzyć,

doktor Dabbe przypatrywał się tylko ciału. - Czy coś z miłością nie w porządku?

Sloan potrząsnął przecząco głową słysząc ten eufemizm. W komisariacie mieli na to inne

określenie, ale w końcu wszystko wychodziło na to samo. - Bardzo bym się temu dziwił.

Crosby posuwał się od środka podłogi ku krańcowi ja-V fala na powierzchni wody.

Udawało mu się jakoś robić to bez patrzenia na centralny obiekt dramatu. Sloan zaobserwował

podobne zachowanie u swego kota, kiedy ptak był zbyt duży, aby mógł sobie z nim poradzić.

Małe ptaki, owszem. Wtedy spuszczał ogon, nieruchomiał i skakał. Ale nie przy takich

dużych ptakach jak mewy. Nawet jak była tuż obok niego, kot udawał, że jej nie widzi. Nie

zachowywał się jak przy polowaniu. - Ja jestem taki sam - pomyślał ze złością. - Myślę o kotach

zamiast o mordercy.

Patolog zmienił pozycję, żeby lepiej widzieć. - Nigdy nie widziałem dotychczas, żeby ktoś

zrobił to w ten sposób.

- Ani ja - stwierdził stanowczo Sloan. -1 nie chciałbym widzieć tego jeszcze raz - dodał

tłumiąc reakcję uczuciową i starając się zauważyć wszystko, co policjant zauważyć powinien.

- A jednak interesujące - powiedział patolog tonem prawdziwego entuzjasty, dodającego

jakiś rzadki okaz do swojej kolekcji.

Sloan nie uważał tego za interesujące. Zmarła była świadectwem jego klęski, bez względu

na to, jaką miarę by się stosowało.

- Wszystko zrobione! - zawołał Crosby. Zakończył czołganie się po podłodze i stał teraz

odwrócony plecami do wewnętrznej ściany pawilonu. Wciąż unikał wzrokiem ciała leżącego na

podłodze. Sloan nie brał mu tego za złe. Nie był to piękny widok. Uduszenie ładnie nie wygląda.

- Dziękuję - powiedział Sloan. Przynajmniej Crosby nie był nawróconym wampirem. To już

coś, za co należało być wdzięcznym. Inspektor Hawkins w Kinnisport miał u siebie takiego. Ten

facet wyłowił tak wiele trupów z tamtejszej przystani, że w końcu polubił to zajęcie - stał się

background image

swojego rodzaju specjalistą. Mechanizm obronny, jak przypuszczał Sloan, ale koledzy nie lubili go

z tego powodu.

- Dlaczego - sarkał dr Dabbe - tego rodzaju rzeczy zdarzają się zawsze w sobotę po

południu?

- Trudno mi powiedzieć - odrzekł Sloan. I rzeczywiście trudno mu było powiedzieć.

- Nie mogłem nigdzie złapać Burnsa. - Burns był to ponury pomocnik doktora Dabbe.

Dyson, fotograf policyjny, i jego pomocnik, Williams, zostali jednak wezwani i teraz, na

dany przez Sloana znak, przystąpili do robienia zdjęć. Za nimi nadjechała przez park karetka.

Patolog wciąż zerkał na ciało.

- Zdaje mi się, że nie żyje już od dłuższego czasu, Sloan.

- Po raz ostatni widziano ją żywą wczoraj późnym popołudniem, doktorze. To jeszcze coś,

co trzeba będzie sprawdzić: i to szybko.

- Mogło to być dziś w nocy. - Dr Dabbe skinął ręką w kierunku brzydko zsiniałej twarzy. - I

tym razem nie otrucie.

- Nie otrucie - potwierdził rzeczowo Sloan.

- Zastanawiam się, dlaczego nife otrucie - dumał patolog.

- Zdaje mi się, że wiem, dlaczego nie otrucie - powiedział Sloan. Nie był pewien, co

naprawdę wie, ale tego był pewien. Nie było na tyle czasu, żeby czekać, aż trucizna podziała.

- Ach. - Doktor Dabbe podniósł brwi. - Istotna była sprawa czasu, tak?

- Szła w kierunku domu wczoraj wieczór - powiedział Sloan - odwiedzić panią Fent. Tak mi

przynajmniej powiedziano.

- A ktoś nie chciał, żeby poszła?

- Zdaje mi się, że tak mniej więcej było - potwierdził Sloan. - Chociaż, zaznaczam, pani

Fent mogła nie chcieć jej przyjąć. Nie dopuszcza do siebie nikogo.

- Ale - doktor Dabbe wskazał palcem na ciało - ktokolwiek to zrobił, mógł o tym nie

wiedzieć.

- Może nie mógł na to liczyć - skorygował Sloan. -Zmarła była, ech, silną osobowością. Nie

przewrażliwiona, jak wszyscy mówią.

- Ach, rozumiem. “Głupcy wdzierają się tam, gdzie aniołowie boją się wchodzić”.*

Reflektor rzucił nagle jaskrawe światło na pogrążony w cieniu pawilon. - Teraz z tej strony!

- zawołał Dyson do Williamsa. - Potem ja zrobię jedno z poziomu podłogi. Przykucnął i skierował

kamerę na głowę i kark Marjorie. -Chyba nigdy dotychczas nie widziałem nikogo uduszonego

własnymi włosami.

- Ani ja - przyznał Sloan zgrzytając zębami. - Gdyby mi to ktoś powiedział, nie...

background image

- Zrobiłem też kilka zdjęć z zewnątrz, kiedy czekaliśmy - powiedział uprzejmie Dyson. -

Czy mam sfotografować coś jeszcze, póki tu jestem? - Wskazał na powalony posążek. Mógłbym

zrobić ładne zdjęcie z nogą na tym starym błaźnie. Nazwałbym go “Biada zdrajcom” i dostałbym w

komendzie kilka groszy.

- Nie dzisiaj, dziękuję - powiedział Sloan. Patolog, który wreszcie mógł rozpocząć swoją

pracę, przybliżył się do ciała. Stał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się: specjalista od śmierci i

całego tysiąca nieszczęść, jakich doświadcza ciało ludzkie.

- Odeszła spokojnie - oświadczył w końcu. Sloan był zdumiony i wcale tego nie krył.

Wydawało się to nieprawdopodobne w odniesieniu do pani Marchmont.

- Nie wiem, kto ją uderzył - mruczał dr Dabbe. - Myślę, że została zaskoczona z tyłu, nie

zdając sobie sprawy. Warkocze skrzyżowane z przodu i mocno ściągnięte. To wszystko.

Najbardziej wrażliwe miejsce w całym ciele. Nie potrzeba silnego ucisku. - Doktor pochylił się i

spojrzał na ręce zmarłej. - śadnych śladów walki. Nawet złamanego paznokcia. Można sądzić, że

to ktoś, kogo znała. - Znów się wyprostował. - Dobrze, Sloan. Może pan ją zabrać. Ja na razie

skończyłem.

Doktor Dabbe mógł na razie skończyć. Inspektor Sloan dopiero co zaczął.

Po raz czwarty wykręcił w Strontfield Park numer Golfowego Klubu w Berebury. Tym

razem miał szczęście. Lub pecha. Nadinspektor Leeyes skończył teraz swoją rundę i był w lokalu

klubowym. Kierownik poprosił go do telefonu.

Czy człowiek nie może zagrać w spokoju chociaż jednej rundy golfa?

Sloan powiedział mu o Marjorie Marchmont, podczas

gdy Leeyes wciąż jeszcze zrzędził, że mu się przeszkadza.

- Co! - zawołał podniecony.

Sloan powtórzył wszystko jeszcze raz.

- Nie żyje? - ryczał. - Ta grubaska. Jest pan pewny, Sloan?

Sloan potwierdził, że jest pewny. Nie żyje. Właśnie ta grubaska.

- I była jednym z gości na tym pana przyjęciu, tak?

- Tak, była - przyznał Sloan. - Najpierw Bili Fent, teraz

Marjorie.

- Jeden, dwa, cała gra - rzekł złowróżbnie Leeyes.

- Tak - przyznał Sloan. Nadinspektor był doprawdy taki sam jak Crosby ze swoimi

dziecinnymi wierszykami.

- Ktoś rzeczywiście traktuje sprawę poważnie - powiedział Leeyes. - To wszystko plus

trucizna.

background image

- Sprawdzamy, co każdy robił wczoraj wieczór.

- Co robili według własnego oświadczenia - wtrącił cierpko Leeyes. - śaden z nich nie

powie panu, co robił z panią Marchmont.

- Mąż - kontynuował uparcie Sloan - jest zdaje się czysty.

Leeyes przyjął to chrząknięciem.

- W Tabard przy Bear Street w Calleford twierdzą, że Daniel Marchmont był tam od szóstej

trzydzieści wczoraj wieczorem, kiedy wpisał się do książki gości, aż do dziś rana, po śniadaniu.

- Skąd wiedzą, że był tam całą noc - odparował Leeyes.

Sloan zakaszlał. - Zdaje się, że jeśli chodzi o hotel... e... była to bardzo krótka noc.

Leeyes chrząknął. - To nie wystarczy dla sądu. Jeśli w ogóle postawimy to przed sądem i

muszę powiedzieć...

- Mieszkańcy East Calleshire walczyli na wzgórzu Mal-lamby.

- Co z tego?

- Było to sławne zwycięstwo.

- Wiem o tym - warknął gniewnie Leeyes. - W czterdziestym czwartym, prawda?

Zdobywali wzgórze w obliczu nieprzyjaciela.

Pod Walcheren była równina.

- Nie wiem, kiedy dokonali tego po raz pierwszy. Podobno... e... odgrywali to dzisiejszej

nocy jeszcze raz.

- W hotelu?

- W końcowej fazie uroczystości - Sloan cytował słowa kierownika hotelu o głęboko

osadzonych oczach - wywiązała się dyskusja między ich dawnym dowódcą kompanii a majorem z

brygady co do tego, gdzie na wzgórzu nastąpiło spotkanie z nieprzyjacielem. Major postanowił

udowodnić swoją rację wspinając się na klatkę schodową.

- Powinien był zadowolić się rysunkiem na obrusie.

- Nie tylko major, ale cała kompania - mówił spokojnie Sloan - postanowiła udawać, że trzy

kondygnacje są wzgórzem.

- Boże święty!

- To jeszcze nie wszystko. Kiedy już weszli na górę, jakiś wariat przypomniał sobie, że

walka toczyła się w ciemności, i zgasił światło.

- Gdzie był kierownik? - zapytał wojowniczo Leeyes. Sloan odchrząknął. - Niestety,

nadinspektorze, o ile się nie mylę, w tej zabawie potrzebny był - nieprzyjaciel.

- Nie...

- Cały personel hotelu.

background image

- Kelner, portier, pokojówka, co, Sloan?

- Portier poszedł po posiłki, kelner schował się w spiżami...

- A pokojówka?

- Powiedziano mi, że dowódca kompanii próbował wziąć ją jako zakładnika, ale nie chciała

się zgodzić na takie głupstwa. Zrzuciła go z jednej kondygnacji schodów.

- I co?

- Mimo tego dotarł pierwszy na wierzchołek. Dostał medal w bitwie pod Mallamby -

powiedział Sloan - ale był wtedy młodszy.

- A nasz bohater?

- Marchmont? Wahał się podobno chwilę, zanim zaczął, ale potem włączył się także. I on

również doszedł do szczytu. Oczywiście nie przytył tak bardzo, jak niektórzy z nich. Major w ogóle

się nie ruszył. Był urzędasem przez całe trzydzieści lat.

- A kiedy skończyła się ta zabawa w wojnę?

- Nocny portier i kierownik położyli ich wszystkich do łóżek.

- Co wcale nie oznacza, że...

- Gotowi -są stwierdzić, że byłoby fizyczną niemożliwością, żeby Marchmont pojechał sam

gdziekolwiek.

- Naprawdę tak twierdzą? - zdziwił się Leeyes. - Czy nie słyszeli o ludziach udających

pijanych?

- Ci, którzy rzeczywiście doszli na najwyższą kondygnację - ciągnął Sloan, zmieniając

taktownie dosadniejsze epitety kierownika - oblewali zwycięstwo szampanem. Wtedy personel

zabrał im wszystkim buty. Wszystkie. Także zapasowe.

- Ale...

- Postarano się także, żeby żadne wozy nie wydostały się z dziedzińca hotelu. To stary

zajazd, więc łatwo było zamknąć dziedziniec, a dla pewności kierownik postawił swój wóz w

poprzek bramy wjazdowej.

- Miewał już zatem pewnie podobne problemy.

- Tak. - Faktycznie cały hotel robił wrażenie pogrążonego w gigantycznym kacu, a

kierownik miał tego dosyć.

- A zatem może to być każdy, z wyjątkiem Marchmon-ta, prawda, Sloan? Sloan

potwierdził.

- To dużo - powiedział z wyczuciem Leeyes - ale nie ma z tego wielkiej pociechy.

Sloan czekał przy pawilonie, dopóki karetka nie zabrała ciała Marjorie Marchmont do

kostnicy doktora Dabbe. Karetka z migającym niebieskim światłem, pędząca przy dźwięku syreny,

background image

robi przykre wrażenie, lecz czymś znacznie bardziej ponurym jest cicha karetka bez migającego

niebieskiego światła, jadąca niewiele szybciej niż karawan.

Patrzył, jak pojazd wydostawał się po wybojach z powrotem ku szosie, i starał się otrząsnąć

z przygnębienia. Było jeszcze wiele pracy.

Teraz odstawił telefon i zwrócił się do swego pomocnika.

- Crosby, myślę, że teraz poprosimy panią Fent o rozmowę.

Tym razem Annabel Pollock zgodziła się bez sprzeciwu.

- Zaprowadzę panów na górę. Tędy, inspektorze. Powiedziałam jej o pani Marchmont.

Jestem pewna, że przyjmie panów. - Dziewczyna zatrzymała się przed jakimiś drzwiami na górze.

Zapukała. - Helen, przyprowadziłam pana inspektora.

Z pokoju nie dochodziła żadna odpowiedź.

Annabel znów zapukała.

- Obawiam się, że będzie musiała nas przyjąć, czy chce, czy nie chce - oświadczył Sloan.

Annabel położyła dłoń na klamce śmiejąc się z zakłopotaniem. - To już coś. Drzwi są tylko

przymknięte. Do tej pory zamykała je na klucz. Helen, możemy wejść?

- Ja wejdę pierwszy - powiedział Sloan. Cofnęła się, żeby puścić inspektora do pokoju i

twarz jej zszarzała.

Nie było tam nikogo.

background image

Rozdział XVI

Sloan wrócił do biura. Sam nie wiedział dlaczego. Powinien się teraz znajdować w

Strontfield Park, gdzie w jadalni rozłożył się główną kwaterą.

Była to subtelna ironia.

W jadalni w Strontfield Park, gdzie zostało popełnione pierwsze morderstwo. Było to dobre

słowo. Takie dobre. jak “przyjął”, takie dobre, jak “szkodliwa substancja”. Słowa, które znaczyły

tak dużo i tak niewiele.

Chciał w każdym razie dokładnie obejrzeć tę jadalnię, choć żałował, że Marjorie

Marchmont musiała umrzeć, zanim to zrobił. To Quentin zaproponował, aby wykorzystali ten

pokój na swoją główną kwaterę. Sloan nie wiedział, czy miało to jakiekolwiek znaczenie, ale

potrzebne im było jakieś miejsce, a młody człowiek zaproponował właśnie jadalnię.

W każdym razie Sloan poszedł tam zaraz i polecił konstablowi Bargraye, żeby się tam

zainstalował. Sam obejrzał przede wszystkim stół i krzesła. Stół był owalny - • długi i dosyć wąski

- z miejscem na jedno tylko krzesło na każdym końcu.

- Ach, w tym sęk - mruknął, kiedy obejrzał krzesła. Nie można było po nich wcale zgadnąć,

gdzie był początek a gdzie koniec stołu.

Bargrave, mężczyzna starszy i cichy, podniósł wzrok, ale nic nie powiedział. Jeśli wyżsi

rangą oficerowie policji mieli ochotę mówić do siebie, to ich sprawa. Doszedł tu, gdzie teraz

pracował - do jednego z najspokojniejszych rejonów okręgu - dzięki temu, że nie zwracał uwagi na

dziwactwa ludzi stojących na wyższym szczeblu drabiny.

Sloan stanął przy końcu długiego stołu i oparł dłoń na krześle. - Zastanawiam się, kto -

gospodarz czy gospodyni?

“tym razem konstabl Bargraye nie podniósł głowy.

Sloan podszedł do kredensu i próbował wyobrazić sobie stojące tam dwie tacki, każda z

sześcioma porcjami cre-met. Musiało na pewno być coś, co wskazywało, czy Bili Fent, czy Helen

Fent - gospodarz lub gospodyni - weźmie tackę i tym samym - w przestrzegającym hierarchii i

dobrze wychowanym towarzystwie, w którym przywiązywano dużą wagę do takich rzeczy -

postawi przed sobą śmiercionośną porcję?

Noże do krajania mięsa. Właśnie.

Ale obecnie nie wszyscy mężczyźni krają mięso. Czy morderca był tak pewny, że mógł na

to liczyć? Czy też może nie robiło różnicy, które z nich umrze? I czy trucizna była naprawdę w

jednej z porcji cremet? Wszystko wydawało się teraz bardzo skomplikowane.

Bargrave nadal metodycznie badał pokój przestrzegając normalnej procedury, która jest

nieuniknionym następstwem zarówno morderstwa, jak i pospolitego przekraczania prawa.

background image

Spokojne psy ciągną zazwyczaj do spokojnego stada - odnosi się to do policjantów, a także do

innych ludzi- ale tym razem w stadzie była czarna owca, trochę za duża, aby potrafił sobie z nią

poradzić taki spokojny pies.

Sloan zostawił go przy tym zajęciu i wrócił do Berebury.

W swoim biurze usłyszał przez radio komunikat, który na jego życzenie przekazany został

do wszystkich wozów policyjnych i posterunków w Calleshire.

- Uwaga wszystkie wozy - mówiła obojętnie radioope-ratorka. W radiu głos jej nabierał

nosowego brzmienia, jakiego nie miał w stołówce.

- Uwaga, wszystkie wozy. Poszukiwany zielony wóz Austin Mini, numer rejestracyjny

Ygrek Julia Gustaw dwa jeden. Przypuszczalnie wyjechał ze Strontfield Park, Con-stance Parva w

ciągu ostatniej pół godziny. Kierunek nieznany.

- Rzeczywiście - powiedział Crosby. - Czy widział pan, jak wyglądał Quentin, kiedy

stwierdził, że nie ma wozu?

- To jest wóz pani Fent - wyjaśnił Sloan. - Wóz Billa Fenta nie nadawał się już do jazdy.

- Ona także nie traciła czasu. Odjechała, gdy tylko usłyszała o pani Marchmont.

- Ucieka - stwierdził Sloan. - Jest bardzo przestraszona. Bała się już przedtem, kiedy się

dowiedziała, że byliśmy na pogrzebie. Teraz, po śmierci pani Marchmont, jest jeszcze bardziej

przestraszona.

- Boi się nas?

Sloan spojrzał nie bez sympatii na Crosby'ego. - Prawdopodobnie nie.

- Więc kogo...?

- Gdybyśmy to wiedzieli, wiedzielibyśmy, kto wykończył jej męża i Marjorie Marchmont.

Przerwało im radio. - Dalszy ciąg komunikatu. Kierowcą jest przypuszczalnie pani Helen

Fent, wzrost pięć stóp i pięć cali, szczupła, włosy ciemne. Jeśli zostanie zauważona, proszę

zatrzymać i wypytać...

- Proszę to zmienić! - zawołał nagle Sloan. - Proszę to zmienić, na, “jeśli zostanie

zauważona, proszę jechać za nią i śledzić”.

Crosby pochylił się i nacisnął przełącznik na biurku. Przekazał komunikat do centrali

radiowej w Komendzie Głównej.

- Uwaga, wszystkie wozy. - W minutę później dał się słyszeć dziwnie nosowy głos: - Jest

zmiana ostatniego komunikatu “do wszystkich wozów”...

- Jeśli nie boi się nas - nalegał Crosby - to dlaczego do nas nie przyjdzie?

- Słuszne pytanie. - Może się jednak czegoś nauczy. -Prawdopodobnie dlatego, że nie chce

nam wszystkiego powiedzieć. Dlatego właśnie omijają nas niektórzy ludzie, kiedy mają kłopoty.

background image

Było jeszcze coś, co Sloan musiał teraz zrobić i wcale nie miał na to ochoty.

Wskazał na telefon i westchnął. - Proszę mnie połączyć z Klubem Golfowym, Crosby.

Tym razem nadinspektor uznał, że musi kogoś zganić.

Ale nie byle kogo.

Właśnie Sloana.

- Pozwolił jej pan się wymknąć? - ryknął.

Sloanowi przyszła na myśl niejedna soczysta replika. Powstrzymał się od nich. Cierpliwość

może jest cnotą. Rozwaga jest nią na pewno.

Powiedział tylko: - Szukamy jej teraz.

- Gdzie?

- Wszędzie, gdzie mogła dotrzeć w tym czasie. Na pewno niedawno wyjechała.

- Czy dość dawno, by się już znaleźć poza Calleshire? -chciał się dowiedzieć nadinspektor.

Sloan spojrzał na zegarek i zastanowił się. - Jeśli wydostała się na autostradę i dała gazu,

mogłaby, jak sądzę, znajdować się teraz poza naszym dystryktem.

- Mam nadzieję, że tak nie jest - powiedział złowróżbnie Leeyes. -To wszystko. Zastępca

Komisarza Okręgowego zwracał się do mnie w tej sprawie.

- W jakiej sprawie?

- Przekraczania rejonu - wyjaśnił pompatycznie Leeyes. - Lub jeśli pan woli, wychodzenia

poza granice.

- Proszę?

- Wychodzenia z własnego podwórka - gderał Leeyes -i wchodzenia na cudze.

- Jestem przekonany - powiedział oschle Sloan - że sąsiednie jednostki nie odmówiłyby

nam wszelkiej możliwej pomocy.

- Nie jestem taki pewny - sprostował nadinspektor. - Trzeba pamiętać, jak było ostatnim

razem. Sprawa Ender-by. Przypomina pan sobie?

- O, tak, rzeczywiście... ale to było co innego. - Teraz Sloan zrozumiał. W sprawie Enderby

nadinspektor Leeyes nakazał wyprawę poza granicę dystryktu przypominającą najazd zbójników

szkockich. Słychać było nieomal wołania: “Percy”.

Ponieważ oczywiście “Tego nie wolno robić”, Zastępcy Komisarza Okręgowego zlecono

udzielenie nagany nadinspektorowi. Ten pełen wdzięku dżentelmen wywodził się -jak lady

Bracknell - z szeregów arystokracji i używał wyrażeń z dziedziny myślistwa.

- Mam nadzieję, że teraz zdaje pan sobie sprawę, Sloan - mówił dalej nadinspektor - jak

daleko może pan ścigać panią Fent, jeśli wyjedzie z Calleshire.

background image

- Tak, wiem.

- Jeśli lis wejdzie na sąsiedni teren polowania - powiedział Leeyes ponuro - wolno go

ś

cigać.

- Tak, proszę pana.

- Ale nie wolno przerwać tam pościgu.

- Nie wolno.

- Ani ryć ziemi.

- Nie wolno.

- Wolno jednak zabić - dodał chłodno. - Czy to jasne?

- Całkowicie.

- A więc zna się pan na tym lepiej niż ja, Gunga Din -przyznał szczerze Leeyes. - A ja

myślałem; że jest stuknięty.

- Pani Fent... - przypomniał z rozpaczą Sloan.

- Jeśli nie zabiła swego męża...

- Tego jeszcze nie wiemy. - Świadomość, że tak mało wiedzą, zaczynała ciążyć Sloanowi. -

Jednak ucieka. Ona wiedziałaby przynajmniej dokładnie, gdzie siedział Bili Fent i która porcja

cremet była jego.

- A jeśli nie zabiła tej grubaski - ciągnął dalej Leeyes.

- Doktor Dabbe sądzi, że zrobił to mężczyzna.

Leeyes nie dał sobie przerwać. - To nie ucieka przed nami.

- Nie, nadinspektorze.

- To znaczy, że ucieka przed kimś innym.

- Tak.

- I znaczy to, że wie coś, czego my nie wiemy - rozumował Leeyes.

- Tak.

- Pewnie wie, kto zabił jej męża, jeśli ona tego nie zrobiła.

- Pewnie wie, że jej mąż został zabity przez kogoś innego - powiedział Sloan i coś zaczęło

mu świtać w głowie. - Widzi pan, była w zupełnie dobrej formie, dopóki jej nie poinformowano, że

byliśmy na pogrzebie.

- Mówiłem, że to był dobry pomysł, żeby tam pójść -oświadczył z zadowoleniem Leeyes.

- Dopiero od tamtej pory zaczęła się dziwnie zachowywać i zamknęła się w pokoju.

- To znaczy - powiedział nadinspektor - że wie, kto. Powinien ją pan znaleźć, Sloan. I to

szybko.

Przez chwilę Sloan nie mógł sobie nawet przypomnieć, kto to jest pan Phillipps.

background image

- Powiedział, że pan czeka na telefon od niego - poinformował go policjant z centrali

telefonicznej.

- Proszę go przełączyć - polecił Sloan.

Uświadomił sobie, skąd zna tego człowieka, gdy tylko usłyszał jego cienki, piskliwy głos.

To był jego kolega, prawnik, w prążkowanych spodniach: urzędnik sądowy w Lampard- Pytał pan

dziś rano, inspektorze, czy pan Fent wydał kiedykolwiek wyrok na kogoś, kto mógłby wciąż żywić

do niego urazę.

- Tak, pytałem. - Sloan zmrużył oczy. Niemożliwe, żeby było to dopiero dziś rano.

- Przejrzeliśmy wszystkie akta...

- Tak?

- Nic nie znaleźliśmy.

- Nikogo, kto by przysięgał, że go dopadnie za wszelką cenę? - Teraz Sloan, od kiedy

zobaczył Marjorie March-mont martwą na podłodze pawilonu, sam w to nie wierzył: musiał jednak

zapytać.

- Nie.

- Wszyscy zadowoleni?

- Przeważnie dziękują nam - mówił urzędnik.

- Tak powinno być - powiedział energicznie Sloan. Jak większość policjantów, wierzył w

karzącą rękę sprawiedliwości. Po występku powinna następować kara. Ludzie tego oczekują. I kara

następowała po występku we wszystkich znanych mu społeczeństwach, w których panował ład. W

każdym razie w społeczeństwach silnych. Prawdopodobnie wszystkie inne ginęły bez śladu. -

Zresztą -dodał, zwracając się do Phillippsa - tego właśnie chcą.

- Tak sądzę - zgodził się Phillipps. - Cały problem polega na tym, żeby kara odpowiadała

przestępstwu.

- Ach - żachnął się Sloan - trzecie ramię prawa. My jesteśmy tylko drugim.

- Drugim?

- Parlament w swej mądrości ustanawia prawa - powiedział Sloan. - Zgadza się?

- Zgadza się. Niektóre są bardzo głupie.

- ^My - policja - za nasze grzechy -łapiemy tych, którzy się do nich nie stosują.

- Niekiedy - wtrącił jowialnie pan Phillipps. - Przeważnie, jak mi się zdaje, to takie zapasy

w stylu wolnym.

- Wy wszyscy - kontynuował Sloan, nie zwracając na to uwagi - decydujecie, czy myśmy

zrobili dobrze, a oni źle i w jakim stopniu.

- Ale...

background image

- A pracownicy więzienia - niech ich Bóg ma w swojej opiece - trzymają ich w ukryciu i w

zapomnieniu tak długo, jak długo im każecie.

- Zdaje mi się - powiedział pan Phillipps - że każdy z nas stara się zapomnieć o pozostałych

trzech.

- Nie zawsze. - W policji w Berebury był w każdym razie jeden funkcjonariusz, który

przypiął na ścianie następującą sentencję: ,,Z dala od sądu, z dala od opieki”. Podobno znalazł to w

jakimś podręczniku historii, ale uznał, że ma zastosowanie i obecnie. A zatem dziękuję panu

bardzo, panie Phillipps. W ten sposób jedna luka została wypełniona.

Phillippsowi nie spieszno było kończyć rozmowę.

- Wspominał pan dziś rano o figurkach z czekolady -zaczął z zakłopotaniem.

- O figurkach z czekolady? Ach tak.

- Zaczynałem zawsze od nóg. Czy to ma jakieś znaczenie?

- Myślę, że tak - powiedział wesoło Sloan - ale nie wiem, jakie.

Odłożył słuchawkę. Ta rozmowa była jakimś oderwaniem od sprawy. Przyjemnym, ale

jednak oderwaniem.

Poza tym przyszło mu na myśl, że była jakaś niezgodność w czymś, co ktoś - musiały to

być dwie osoby -powiedział. Mała rzecz - ale istotna.

Jedna osoba powiedziała jedno. Druga powiedziała coś zupełnie innego.

Crosby też coś powiedział...

Konstabl wetknął głowę przez drzwi pokoju Sloana i oznajmił: - Znaleźli Petera Millera

Fenta na Wystawie w Ornum. Przywiozą go tutaj do Berebury możliwie jak najszybciej.

- Dobrze - odparł z roztargnieniem. Ten człowiek był jakąś cząstką tej zagadki-układanki,

ale trzeba było czegoś więcej do tego obrazka poza nim - chyba że zamierzał zabić także Quentina

Fenta i sam zostać spadkobiercą. Trudność przy tego rodzaju układance polegała na tym, że nie

było wiadomo, co jest jej częścią, a co nie. Nie wszystkie części miały dopasowane do siebie

brzegi; nie wszystkie miały jeden bok prosty, mogący stanowić ramę obrazka, w obrębie której

cierpliwy zgadywacz - bo przecież zgaduje się układankę jak krzyżówkę - mógłby się trudzić.

Prawdziwe układanki odznaczały się jeszcze jedną właściwością. Wszystkie części miały swoje

określone miejsca.

'- Schodzę do stołówki - oznajmił stanowczo Crosby. -śołądek aż mi się skręca. Przynieść

herbatę i bułeczkę? - Proszę.

Nie wiedział nawet, czy ma wszystkie części, a tym bardziej, co było częścią tego

konkretnego obrazka, a co było bez znaczenia. Omdlenie pani Fent - to była część całości, a także

background image

jej zamknięcie się i obecna ucieczka. Ale dlaczego nie piła wina i dlaczego smakowały jej tylko

brzoskwinie z puszki?

I rozbudowa. Ten problem zawsze się pojawiał. Sloan zawahał się. Ta sprawa wciąż

występowała. Teraz, kiedy się nad tym zastanowił, wydawało mu się, że temat ten poruszała w

rozmowie zawsze jedna osoba. Sięgnął po swój notes, żeby sprawdzić. To mogłaby być część jego

układanki - ale mogła też nie być.

Były jeszcze inne rzeczy, które mogły pasować do Wielkiego Planu. To Napoleon miał

Wielki Plan, nieprawdaż? Morderca Billa Fenta także miał taki plan, ale inspektor gotów był się

założyć, że morderstwo Marjorie Marchmont nie było w nim przewidziane. Nie był również

przewidziany wyjazd Fenta późnym wieczorem do Cleete z profesorem Berry Nie, Bili Fent miał

iść do łóżka i umrzeć podczas snu.

Sloan snuł dalej leniwie ten tok myśli. Co by się wówczas stało? Znaleziono by go

nieżywego w łóżku, ale mimo tego odbyłaby się sekcja, chyba że... chyba że...

Otwarły się drzwi. Crosby przyniósł dwa kubki herbaty.

Było też jeszcze coś, co ogrodniczka, Cynthia Paterson, powiedziała o przyjęciu - o

przyjęciu na cześć nowo poślubionej pani Washby. Coś o obrządku płodności. I było jeszcze coś,

co mu powiedział Richard Renville. śe po przyjęciu, kiedy popijali porto, była mowa o dawcach

krwi. W umyśle jego zaczął się rysować pewien obraz. Obraz inny od tego, jaki wszyscy widzieli.

To było to. Posługując się prawdziwymi częściami próbowali rozwiązać nieprawdziwą

zagadkę. Ach, części te były w ich rękach - wszystkie - mieli je przez cały czas, ale inaczej złożone

dawały zupełnie odmienny obraz.

- Herbata, szefie - powiedział Crosby stawiając głośno kubek.

Sloan nawet tego nie zauważył. W myślach widział znów rozbity posążek Bożka Miłości i

słyszał doktora Dabbe, wypowiadającego ironicznym i obojętnym głosem: “Diabeł to upadły anioł,

Sloan”.

Po tym rozjaśniło mu się w głowie.

Istniała tylko jedna sytuacja, w której nie miało dla mordercy znaczenia, czy umrze Bili,

czy też Helen Fent.

I wtedy zgadł, dlaczego Marjorie Marchmont musiała także umrzeć.

Sięgnął po telefon i wykręcił numer pani Renville. Musiał jej postawić koniecznie jedno

pytanie.

- Kto krajał mięso w ostatnią sobotę, inspektorze? Ależ Bili, oczywiście. Robił to zawsze.

Chwalił się swoją zręcznością. Helen nie umiała krajać mięsa. Wiedzieliśmy o tym wszyscy.

background image

Morderca zdążał cichymi ulicami Constance Parva. Szedł w kierunku kościoła, ale nie tam

chciał naprawdę

V dotrzeć. Spoza kościoła, gdzie znajdowały się miejskie błonia, dochodził go

charakterystyczny dźwięk tak drogi sercu sprawozdawców krykieta - dźwięk kijka do krykieta, a od

czasu do czasu wybuch braw, gdy jeden z asów miejscowej drużyny trafił w słupek.

Słyszał te odgłosy, ale nie wzbudzało to jego zainteresowania. Jego ulubioną grą było

rugby. Nie krykiet. Stanowczo nie krykiet.

Mógł słyszeć to wszystko, gdyż szedł piechotą. Wóz nie był mu teraz potrzebny: zresztą

ludzie mogliby rozpoznać wóz. W okolicy nie było teraz nikogo, kto by mógł go rozpoznać. Późne

popołudnie przechodziło we wczesny wieczór i z wyjątkiem grających w krykieta wszyscy w

miasteczku byli pewnie w domu, przy herbacie. Nie miałoby zresztą wielkiego znaczenia, gdyby

nawet ktoś go zobaczył. Nie niósł ze sobą niczego, co mogłoby postronnemu obserwatorowi

nasunąć myśl, że ma złe zamiary. Właściwie miał wszystko, co mu było potrzebne, w kieszeni

marynarki, ale nikt nie mógł o tym wiedzieć. I miał uzasadniony powód swojej wizyty, gdyby,

powiedzmy, ofiara jego nie była sama. Była jednak sama.

Doszedł dość szybko do swego celu - małego domku panny Cynthii Paterson z długim,

spadzistym dachem, opadającym z tyłu, nad kuchnią. Pchnął furtkę. Jej pies, Rags, zaszczekał

gdzieś. Zamknął za sobą starannie furtkę i poszedł ścieżką naokoło domu.

Panna Paterson siedziała na ogrodowym krześle, z kubkiem herbaty przed sobą. Spojrzała w

górę, gdy jego cień padł jej na twarz.

- Halo, doktorze - przywitała go.

Sloan nadszedł od strony ogrodu w chwili, gdy igła przygotowanej strzykawki miała

dotknąć ciała panny Paterson.

Nie zatrzymał się na ten widok, nie przyspieszył nawet kroku, tylko rzucił się całym swym

ciężarem na doktora Washby. Nie był to z pewnością chwyt podręcznikowy, ale zrobił swoje.

Igła nie ukłuła panny Paterson. Natomiast strzykawka upadła na trawę, kiedy doktor

zatoczył się pod ciężarem inspektora. W pierwszej chwili pozbawiło to Washby'ego równowagi, ale

zaraz wyprostował się i skoczył za krzesło Cynthii. Crosby szybko znalazł się z tyłu i zablokował

jedną stronę, a Sloan zmienił kierunek i nacierał ponownie z drugiej strony.

Tak to przynajmniej wyglądało

Po tym dwa inne czynniki wpłynęły na zmianę sytuacji. Pierwszy, to mały terier, który

wyczuł, że nie jest to uroczysta herbatka, ale raczej jakaś większa gra, włączył się w bijatykę z

podniecającym szczekaniem i szarpał każdą męską kostkę, która - można powiedzieć - była pod

ręką. Drugim czynnikiem była niezrozumiała niezręczność Sloana w momencie, kiedy Crosby miał

background image

już chwycić doktora. Odwróciło to wzrok i uwagę konstabla na tyle, że Washby mógł się wymknąć

i popędzić w stronę furtki.

Nie dorównujący szybkością szczupłemu mężczyźnie, spocony konstabl podążył za nim.

Sloan nie próbował ich gonić mimo tego. ze wątpił niekiedy, czy Crosby potrafi złapać

cokolwiek, z wyjątkiem kataru.

background image

Rozdział XVII

Sloan usiadł na krześle obok panny Paterson.

- Dziękuję - rzekła. - Nadszedł pan w samą porę.

- Powinniśmy byli przyjść tu wcześniej. Powiedział mi nawet, że panią odwiedzi. Z powodu

pani słabego serca.

- Ależ - oburzyła się - nigdy mego serca nie osłuchiwał.

- Wiem. Wtedy właśnie wszystko mi się rozjaśniło.

- STTI tkał mnie pewnie przez całe popołudnie. - Zadrżała z lekka i wskazała ręką

normańską wieżę kościoła Św. Leonarda. - Wracając do domu wstąpiłam do kościoła. Chciałam

zebrać myśli po odnalezieniu Marjorie.

- Sądzę - powiedział rzeczowo - że może właśnie to uratowało pani życie.

- Tajemnicze są drogi Pana...

- Doktor Washby musiał sobie zdawać sprawę, że pani coś wie.

- Odgadłam w każdym razie rolę Billa. - Pochyliła głowę. - Powiedzmy, że potem

zastanowiłam się nad resztą i doszłam do pewnych wniosków.

- Szybciej niż ja - zauważył Sloan.

- Wiedziałam coś, czego pan nie wiedział.

- O...?

- Jestem staroświecka - wyjaśniła. - Wciąż korzystam z lekcjonarza. Zawsze to robiłam.

Sloan czekał. Nie przeszkadzało mu, kiedy ludzie mówili o rzeczach, których nie rozumiał,

dopóki nie musiał ich tłumaczyć nadinspektorowi Leeyesowi.

- To znaczy - mówiła dalej - że zawsze przed porannym nabożeństwem sama czytam Lekcje

wyznaczone na dany dzień. Wie pan, co roku ogłasza się ich listę.

- Doprawdy? - wtrącił zachęcająco. Może nie umieści tego wcale w swoim sprawozdaniu.

To byłoby łatwiejsze, niż starać się, aby zrozumiał to Leeyes.

- Bili często czytał w kościele Lekcję w niedzielę przed południem - mówiła dalej panna

Paterson. - Zazwyczaj pierwszą.

- Zadanie dziedzica - wtrącił Sloan z krzywym uśmiechem.

- Chyba jedyne, jakie mu pozostało - potwierdziła. -A więc w niedzielę - musiało to być

mniej więcej przed rokiem - była to piętnasta niedziela po Świętej Trójcy -pamiętam, że...

Nic z tego wszystkiego nie nadawało się dla nadinspektora Leeyesa. śycie było za krótkie. -

Tak, proszę pani?

- Powinien był przeczytać Przypowieść 17, wiersz 6.

background image

- I nie przeczytał? - Dziwnymi drogami dochodzi się do odkrycia zbrodni. Trudno określić,

co może okazać się kluczem.

- Przeczytał coś całkiem innego. Byłam ciekawa, więc kiedy wróciłam do domu,

odszukałam to, co powinien był przeczytać.

- Zdaje mi się, że domyślam się, o czym to było.

- Myślę, że nie mógł się zdobyć na odczytanie tego na głos, zwłaszcza że Helen siedziała

naprzeciw niego.

- Nie mógł.

- Jeśli dobrze pamiętam - powiedziała córka proboszcza - był to ustęp mówiący o tym, że

dzieci naszych dzieci są ukoronowaniem starości - zmodyfikowana wersja, oczywiście...

- Oczywiście - mruknął Sloan.

- ...i o dobrym człowieku, który zostawia dziedzictwo dzieciom swoich dzieci... - Przerwała

z poczucia delikatności. - Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mógł się zdobyć na przeczytanie tego,

zdawało mi się, że zrozumiałam, dlaczego nie ma dzieci w Strontfield Park.

- Miała pani rację - powiedział Sloan. Musiała mieć rację. To było jedyne rozsądne

wytłumaczenie. Zakaszlała. - Szekspir znalazł na to określenie.

- Pewnie.

- W “Antoniuszu i Kleopatrze”. Sloan się nie zdziwił.

- Nazwał to “być beznasiennym” - wyjaśniła Cynthia Paterson.

- Dobrze, Sloan, dobrze! - ryczał Leeyes. - Przyjmuję do wiadomości. Nie trzeba mi tego

kłaść do głowy. -Nadinspektorowi nigdy nie udawało się trafić w dziewiętnasty dołek, ale w

każdym razie nie spieszył się i próbował jeszcze, kiedy Sloan zatelefonował. - Uciekł panu

Washby, a Bili Fent miał świnkę jako chłopiec w nieodpowiednim czasie i dlatego nie mógł mieć

dzieci.

- Tak przypuszczamy - ostrożnie podsumował Sloan. Było jeszcze bardzo wiele do

sprawdzenia.

- Nie znaczy to, że ktoś musiał go zaraz zabijać -zrzędził Leeyes. - Mogłoby się każdemu

zdarzyć - dodał po namyśle.

- To by nie miało żadnego znaczenia - powiedział Sloan - gdyby jego żona nie zaszła w

ciążę.

- Co?

- Tak przypuszczamy - powtórzył Sloan. - Przypuszczamy jedynie, zaznaczam. Pogawędka

z doktor Harriet Baird nie dała nic, poza jej oświadczeniem, że może omawiać stan swojej

background image

pacjentki tylko za jej zgodą lub na specjalne polecenie sędziego w procesie sądowym i pod jego

ochroną na wypadek ewentualnych dochodzeń. W przeciwnym razie nic z tego. Do widzenia.

Wobec tego zadzwonił do doktora Dabbe i zadał mu inne pytanie. Otrzymał odpowiedź.

Leeyes pomrukiwał.

- Wszystko razem wskazuje na ciążę - skonstatował

Sloan.

- Zawsze mi się zdawało - grzmiał Leeyes - że w takich przypadkach jak u Billa Fenta

istniały... hm... środki i sposoby, aby żona miała dziecko legalnie, nawet jeśli nie było ono jej

męża.

- Nauka zrobiła wielkie postępy - przyznał szybko Sloan. Bogu jednemu wiadomo, ile osób

mogło to słyszeć w Klubie Golfowym. - Ale nie sądzę, aby w tym przypadku...

- Wszystko zgodnie z tradycją, co, Sloan?

- Jak najbardziej - powiedział zwięźle Sloan. Doktor Dabbe był bliższy prawdy, pytając, czy

z miłością coś nie w porządku. Tak było w istocie.

- I ktoś wiedział, że Bili Fent będzie się prawdopodobnie temu przeciwstawiał.

- Wiedział. A poza tym gdyby to wyszło na jaw, ten ktoś straciłby więcej niż ktokolwiek

inny, bo był lekarzem. Powinienem był podejrzewać coś już wcześniej - ciągnął Sloan - kiedy

doktor Washby wyjaśnił mi, że Helen Fent nie jest jego pacjentką. Prawdopodobnie na samym

początku ich romansu namówił ją - z ostrożności - na zmianę, doktora, aby nie mógł zostać

oskarżony o cudzołóstwo z pacjentką.

Leeyes burknął: - Będzie nam potrzeba więcej dowodów.

- Spotykali się zazwyczaj w pawilonie - mówił Sloan. -Powinniśmy byli i na to zwrócić

uwagę. Stary Fitch, który mieszkał w domku dozorcy, zaczął napomykać na temat tego, co dzieje

się w pawilonie. Nikt go naturalnie nie słuchał. Wszyscy uważali, że to starcze przywidzenia, a

Washby umieścił go w przytułku. Nie jest to trudne, kiedy się zna sposoby.

- Wciąż nie rozumiem, dlaczego zabicie Billa Fenta miałoby takie znaczenie.

- Jeśliby nie żył - powiedział Sloan - nikt nie wiedziałby, że nie on jest ojcem.

- Pani Fent...

- Helen Fent na pewno nie powie, prawda? A jeśli powie, jak może dowieść, że to jest

dziecko Washby'ego, a nie jej męża lub kogokolwiek innego?

- Grupa krwi - podsunął Leeyes. - Zapomniał pan o tym.

- Nie, nie zapomniałem - sprostował Sloan.

- Jest dowodem ojcostwa.

background image

- Może być dowodem, że ktoś nie jest ojcem - wyjaśnił Sloan. - To wszystko. W każdym

razie grupa krwi Billa Fenta nie była nigdzie zarejestrowana. Nie był nigdy w wojsku i nie oddawał

krwi jako dawca - pogawędka przy piciu porto miała na celu upewnienie się co do tego.

- Można byłoby to sprawdzić przy sekcji.

- Nie byłoby żadnej sekcji - kontynuował Sloan. -Sprawa oskarżenia doktora Washby

rysowała się coraz wyraźniej. - Miał umrzeć w swoim łóżku. Świadectwo zgonu wystawiłby Paul

Washby i nikt oprócz niego nie wiedziałby, że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych.

- Nawet pani Fent? - spytał ostro Leeyes.

- Jestem gotów założyć się, że zaczęła się nad tym zastanawiać dopiero wtedy, kiedy

usłyszała, że policja była na pogrzebie. Dopiero potem była taka przestraszona.

- Bała się jego - domyślił się Leeyes. -Nie nas. Cóż więc zawiodło w jego mistrzowskim

planie?

- Późne wezwanie doktora do Cullingoak popsuło intrygę Washby'ego. Jego żona nakręciła

numer i przekazała mu przy wszystkich informację z magnetofonu, że ma jechać do Cullingoak, nie

mógł się więc od tego wykręcić. Musiał jechać, nawet jeśli to miało spowodować, że Fent odwiezie

profesora Berry do domu. śona to był zresztą jeszcze jeden trop.

- Veronica Washby?

- Małżeństwo. Trzeba pamiętać, że konkury trwały niezwykle krótko. Wszyscy to

potwierdzają. Sądzę, że skoro tylko Helen powiedziała mu. że jest w ciąży, Washby starał się

ratować swoją pozycję. Miał dużo do stracenia, gdyby to wyszło na jaw. Zwłaszcza jako lekarz.

Zorganizował wszystko rzeczywiście bardzo dobrze - powiedział Sloan z namysłem - tylko

zapomniał, że Marjorie March-mont była sekretarką świętej pamięci doktora Whittakera. Pewnie

mu to ktoś przypomniał.

- Co z tego?

- Wiedziała pewnie o bezpłodności Billa z jego kartoteki lekarskiej.

- Musiała więc zginąć?

- Tego popołudnia, kiedy została znaleziona, Washby podjechał swoim wozem pod sam

pawilon. O wiele bliżej, niż to było potrzebne. Dopiero później przyszło mi to na myśl. W ten

sposób ślady wozu z poprzedniej nocy można by przypisać tej bytności. A ślady, jakie zostawił

wewnątrz wozu, zmywał rano na moich oczach. I starał się mi wmówić - dodał Sloan krzywiąc usta

- że czyści wóz, ponieważ był brudny. I ciągle naprowadzał mnie na sprawę rozbudowy. A nie

miała z tym nic wspólnego.

background image

Nadinspektor w charakterystyczny dla siebie sposób zmienił temat. - Afrykanie uznają

społeczeństwo matrylinearne, Sloan... to znaczy dziedziczenie przez kobietę -dodał - na tej

zasadzie, że wiadomo zawsze, kto jest matką.

- Jest w tym jakiś sens - przyznał Sloan.

- Została tym polana porcja cremet - tą trucizną -powiedział Crosby, wracając po raz

dwudziesty do zeznania doktora Washby'ego - i zabił zarówno Marjorie March-mont, jak i Billa

Fenta, ale nie mówi dlaczego.

- Nie spodziewałem się, że powie - stwierdził Sloan.

- A teraz nie możemy go zapytać?

- Nie. - Dawka, którą zażył doktor Washby, kiedy wymknął się Crosby'emu, była

olbrzymia. Wdowa po nim, zszokowana, pojechała do domu, do swojej matki.

- A pani Fent, jak się zdaje, nie może nam pomóc -powiedział konstabl.

- Nie. - Helen Fent odnaleziono u kuzynki Hettie w Almstone, gdzie się schroniła. W raju u

kuzynki Hettie nie było mężczyzn.

- Mówi, że musiał być szalony.

Sloan skinął głową. To była wersja Helen Fent, i wyglądało na to, że jej nie zmieni. -

Oczywiście, że mogła zjeść tę porcję cremet zamiast swego męża. Powiedzmy, gdyby ona

zdecydowała się dzielić mięso lub gdyby Washby nie zgadł, gdzie Bili Fent będzie siedział.

Crosby zapytał: -.Co by było wtedy?

- Byłaby sekcja i przesłuchanie - powiedział Sloan pamiętając o sumiennej pani doktor

Baird - ale, moim zdaniem, zakończyłoby się stwierdzeniem, że sprawca jest nieznany.

- Ten młody Miller też nam nie może pomóc - mówił dalej Crosby. Stawał się już tak

ponury jak nadinspektor. -Ojciec mu powiedział, że może kiedyś będzie coś dla niego w

Strontfield, nic więcej nie wie.

- Nie wie, dlaczego?

Crosby potrząsnął głową. - Powiedział mu, żeby tu przyjechał, siedział spokojnie i miał na

wszystko oczy otwarte. Ach, a rozmowa z tym starym Fitchem też nic nie dała.

- Ze starym Fitchem?

- Często z samego rana zabierał drabinę sprzed okna sypialni dla panicza Hectora, zanim

zjawił się jego ojciec.

- A więc Hector Fent wiedział o Billu - domyślił się Sloan - ale i on nie żyje. - Odsunął na

bok akta sprawy i rzekł przewidująco: - Do niczego tu nie dojdziemy, Crosby.

- A więc - konstabl był uparty - co to właściwie jest?

background image

- Zdaje pan sobie sprawę, inspektorze - oświadczył surowo pan Puckie - że to, co mi pan

właśnie powiedział, to jedynie przypuszczenie.

Sloan, usadowiony wygodnie w jednym z najlepszych skórzanych foteli firmy Puckie,

Puckie i Nunnery, skinął głową.

- Naturalnie - wyjaśnił prawnik - dziecko... hm... w chwili śmierci ojca może dziedziczyć.

- Zastanawialiśmy się.

- Faktycznie, gdyby, hm, okoliczności, które według pana założeń miały być sposobem, w

jaki doktor usiłował rozwiązać swój dylemat, były naprawdę takie... z czym oczywiście ani przez

chwilę się nie zgadzam...

- Naturalnie. Ale gdyby...

- I gdyby, oczywiście, dziecko było chłopcem...

- Tak?

- To zapobiec dziedziczeniu przez niego majątku Strontfield mogłaby tylko...

- Tak?

- Skarga, że pochodzi z nieślubnego związku, wniesiona przez Quentina Fenta. Naturalnie

pozytywnie rozstrzygnięta.

- Naturalnie - mruknął Sloan.

- A żeby ta skarga została pozytywnie rozstrzygnięta -ciągnął pan Puckie rzucając Sloanowi

przenikliwe spojrzenie - sąd będzie wymagał niezbitych dowodów.

- Właśnie - szepnął Sloan.

- Wydaje się - kontynuował Puckie - że mogłoby to przedstawiać trudności.

- Mogłoby. - Było to z pewnością nie dość mocne określenie.

- Gdzie na przykład można by było szukać dowodów... hm... bezpłodności Billa Fenta?

- Nigdzie - stwierdził Sloan bez ogródek. - Teraz nigdzie. Wszystkie kartoteki lekarskie u

doktora Washby zostały na pewno już dawno zmienione. - Wyjaśnił prawnikowi też sprawę grup

krwi.

- A właśnie. A skoro pani Marchmont nie żyje...

- A pani Fent? - spróbował Sloan. - Jeśliby w ogóle zeznawała - powiedział sucho prawnik -

to na pewno nie na rzecz powoda.

Sloan skinął głową. Doktor Washby był jeszcze jedną osobą, która liczyła na to, że Helen

Fent będzie miała prawo milczeć.

- A ponieważ kobieta zamężna z natury rzeczy nie może mieć nieślubnego dziecka... To

było jeszcze coś> na co liczył dr Washby.

background image

- ....hm, ciężar przeprowadzenia dowodu spadłby całkowicie na Quentina Fenta. - Pan

Puckie pogładził się po brodzie. - I to zupełnie niezależnie od faktu, że według angielskiego prawa,

nie można żądać od nikogo, aby świadczył przeciw sobie.

Sloan nie zdziwiłby się wcale, gdyby się dowiedział, że Paul Washby liczył na to, także w

odniesieniu do siebie...

- I tak na pierwszy rzut oka - powiedział prawnik - ta pana teoria wydaje się czysto

hipotetyczna...

- Jest to przypuszczenie, które zgadza się z faktami.

- ... lecz brak mu... hm... tego, co można nazwać poszlakami.

- Dwa morderstwa - powiedział zwięźle Sloan.

- Nie mniej - kontynuował pan Puckie ostrożnie -gdyby Quentin Fent został powiadomiony

o tych... hm... pana przypuszczeniach i gdyby mnie zapytał o opinię, czy skarga o nieślubne

pochodzenie ma szansę, odradziłbym mu wnoszenie skargi opartej na dowodach o tak -

teoretycznym charakterze, z zastrzeżeniem zasięgnięcia opinii adwokata.

- Rozumiem - powiedział Sloan dostosowując się do obiektywnego tonu prawnika.

- Teoria to jedno. Dowód... hm... to koń zupełnie innej maści.

- I my wszyscy tak mówimy - mamrotał Sloan pod nosem. -1 my wszyscy tak mówimy.

- Ale jeśliby Quentin Fent miał zająć stanowisko w tej sprawie - pan Puckie przestał gładzić

brodę i zabrał się do przecierania okularów - to może on - biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności

- zdecydować, że lepiej nie wywoływać wilka z lasu.

Było wciąż bardzo gorąco.

- Mam nadzieję, że jeszcze jutro będą mieli ładną pogodę - powiedziała leniwie Ursula

Remdlle. - Zdaje mi się, że nie padało już od miesiąca.

- Wiem, że nie padało - odparła Cynthia Paterson. Urlop, który sama sobie wzięła, dawno

się skończył. Były to ostatnie dni września i w ogrodach Constance Parva pozostało jeszcze wiele

do zrobienia. - Wszystko jest bardzo suche.

- Jak nie jedno, to drugie - zauważyła Ursula sięgając po czajnik z herbatą. - Jedno oznacza,

ż

e możemy jeszcze siedzieć na powietrzu.

- Już niezbyt długo - powiedziała Cynthia, której doświadczone oko odkrywało oznaki

jesieni.

- No, ale bywają rzeczy gorsze od tego. Cynthia Paterson skinęła głową w milczeniu. - W

Strontfield Park wciąż mają kłopoty.

- Może to będzie dziewczynka.

- Nie będzie - wyraziła przekonanie Cynthia.

background image

- No, wiesz, nie jesteś czarownicą - przypomniała jej Ursula - choć Marjorie zawsze tak

mówiła.

- Biedna Marjorie. - Cynthia wciąż jeszcze nie mogła myśleć o Marjorie spokojnie.

- Zdaje się, że nikt nie wie, dlaczego Paul Washby zabił Marjorie i Billa.

- Nikt nie wie.

- Właściwie nie znał ich nawet dobrze - powiedziała Ursula wyrażając na głos to, co myśleli

wszyscy w Constance Parva.

- I dlaczego właśnie Bili i Marjorie. - Ursula nie zmieniała tematu. - Dlaczego nie Bili i

Helen Fent albo Daniel i Marjorie Marchmont?

- Nie mów tak! - poprosiła Cynthia. - To nie była zabawa w szczęśliwe rodziny.

- To było morderstwo - podsumowała Ursula - tylko zdaje się, że nikt nie wie, dlaczego.

Albo jeśli wiedzą -dodała znacząco - nie chcą powiedzieć.

- Tak.

- A wobec tego, że Paul popełnił samobójstwo, nie będzie nawet sprawy sądowej i nigdy się

nie dowiemy.

- Nie.

Ursula spojrzała z ciekawością na Cynthię i zmieniła nieco temat. - Czy zdajesz sobie

sprawę, że jeśli to dziecko Helen okaże się chłopcem, będzie musiała wychowywać go w

Strontfield Park bez pieniędzy?

- To będzie prawdziwa pokuta.

Ursula podniosła oczy. - Wiesz, Cynthio, powiedziałaś to tak, jakbyś naprawdę tak myślała.

- Tak myślę.

- Zabrzmiało to podobnie, jak wydawanie wyroku przez twojego ojca.

- Naprawdę?

Ursula zaśmiała się z zażenowaniem. - Zasądzona na dwadzieścia jeden lat ciężkiej pracy

nad wychowaniem następnego dziedzica, prawie zupełnie bez środków.

- Nie będzie to bardzo wesołe - potwierdziła Cynthia.

- A jeśli urodzi się dziewczynka?

- Zdaje mi się - powiedziała ostrożnie Cynthia - że zdaniem pana Puckie, Helen mogłaby

opuścić Strontfield Park, zabrać swój wdowi grosz i starać się za te pieniądze wychować dziecko.

Można powiedzieć, że ma się to tak, jak sześć do dwa razy trzy...

- Sześć do dwa r... och, Cynthio - Ursula sprawiała wrażenie rozdrażnionej - dlaczego nie

możesz powiedzieć na jedno sześć, na drugie pół tuzina, jak wszyscy.

- Będzie tam zresztą trochę więcej niż prawie nic -ciągnęła dalej Cynthia.

background image

- O...?

- Słyszałam, że Peter Miller - chyba możemy go nazywać Peter Fent - ma zająć się

gospodarowaniem w Stront-field podobnie jak na “Ugorze”.

- śeby zachować to w rodzinie? - spytała oschle Ursula.

- Pan Puckie twierdzi, że może da się to załatwić, a czynsz się przyda.

- Wydaje mi się - powiedziała Ursula ze znajomością rzeczy - że wkrótce usłyszymy także

tam ślubne dzwony. Annabel Pollock spędza tutaj cały swój urlop, a on jedzie do szpitala Świętego

Niniana na bal pielęgniarek.

- śeby zachować to w rodzinie? - powtórzyła potulnie Cynthia.

- Kiedy już mówimy o ślubnych dzwonach...

- To co?

- Przypuszczam, że jutrzejszy ślub jest wciąż aktualny?

Cynthia zachichotała. - O, tak. Ani Quentin, ani Jacąue-line nie chcieli się wycofać, kiedy

usłyszeli, że nie dostaną Strontfield Park, jeśli dziecko będzie chłopcem. Widzisz, zapowiedzi

zostały już ogłoszone.

- A więc, co się stanie z...?

Cynthia roześmiała się szczerze po raz pierwszy od miesiąca. - Od przyszłego poniedziałku

Quentin zaczyna pracę w Battersby's Bearings o ósmej rano. W kombinezonie.

- Nasza Jacąueline wykazuje więcej energii, niż myśleliśmy - zauważyła Ursula. - Może

jeszcze coś zrobi z tego młodzieńca.

- W każdym razie nie będzie żadnej rozbudowy - powiedziała Cynthia - chyba że urodzi się

dziewczynka i Quentin zostanie spadkobiercą. A może i wtedy nie. -Okazało się, że syn Hectora

Fenta zdecydowany jest zachować wszystko bez zmian. - Czy Richard będzie niezadowolony?

- Nie sądzę - powiedziała z pogodą jego żona. - I tak pracuje za dużo. Poza tym stara się

zainteresować Daniela golfem. Jeszcze herbaty?

Cynthia potrząsnęła głową. - Muszę już iść.

- A ja - powiedziała Ursula - muszę pójść do kościoła i ułożyć kwiaty. Może ostróżki i kilka

jesiennych róż...

Wciąż jeszcze było gorąco wczesnym popołudniem, kiedy Sloan wrócił do domu. Był na

odroczonym przesłuchaniu w sprawie Williama Fenta i Marjorie Marchmont i nie przestał o nich

myśleć po powrocie do domu. śona jego siedziała przy otwartych, oszklonych drzwiach i robiła na

drutach coś małego i białego.

- Jak mogłem się domyślić, że Helen Fent jest w ciąży, na tyle wcześnie, aby uratować

Marjorie Marchmont? - zapytał retorycznie.

background image

- Nie mogłeś - powiedziała łagodnie jego żona.

- Do diabła, nie siedziała i nie robiła na drutach małych ubranek... nie byłbym nigdy zgadł,

gdyby nie zabił Marjorie Marchmont.

- Nie, nie zgadłbyś - zgodziła się jego żona. - A więc lepiej powiem ci zaraz.

Odsunęła trochę swoją robótkę. - Doktor mówi, że będziemy mieli małego konstabla.

- Co? Co? - Zerwał się z krzesła. - Jesteś pewna?

- Ja nie - powiedziała spokojnie - ale doktor jest pewny.

- Co tam konstabl! - ryknął z twarzą zaczerwienioną z radości. - Zostanie komisarzem

pewnego dnia albo będą mieli ze mną do czynienia.

Koniec


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Aird Catherine Lekka żałoba
Aird Catherine Lekka żałoba(1)
Aird Catherine Lekka załoba
Catherine Aird Lekka żałoba
Catherine Aird Lekka żałoba
konspekt z lekcji lekkiej atletyki 1, lekka atlletyka
Żałoba po śmierci samobójczej
Lekka pianka z jabłkami i herbatnikami
Lekka mokra krok po kroku (2)
Lekka i skuteczna sucha zabudowa
żałoba, PEDAGOGIKA
Metodyka nauczania i wychowania osób z lekką niepełnosprawnością intelektualną - wykłady, Metody nau
maciol1, Metodyka nauczania zintegrowanego i wychowania dziecka z lekką niepełnosprawnością intelekt
Lekka alternatywa
Lekka mokra krok po kroku
lekka atletyka Metodyka nauczania wybranych konkurencji 2

więcej podobnych podstron