background image

 
 
 

Ś

wiadectwa opusdei.pl, 26.02.2008 

 
 
Spis treści: 

GRAM LEPIEJ NI

ś

 POTRAFI

Ę

 

1

 

"WASZA MOCNA WIARA JEST DLA NAS ZACH

Ę

T

Ą

3

 

KATECHEZY W KAZACHSTANIE 

5

 

NA GŁ

Ę

BOKIEJ WODZIE: OD ZOROASTRYZMU DO KATOLICYZMU 

7

 

W MOIM NAWRÓCENIU EUCHARYSTIA ODEGRAŁA DECYDUJ

Ą

C

Ą

 ROL

Ę

 

9

 

MI

Ę

DZYNARODOWA BURSA W AMSTERDAMIE 

11

 

POSTANOWIŁEM ZOBACZY

Ć

 NA WŁASNE OCZY 

13

 

    

Gram lepiej niż potrafię

Gram lepiej niż potrafię

Gram lepiej niż potrafię

Gram lepiej niż potrafię    

Juan  Carlos  “Chango”  Pueblas  był  gitarzystą  Los  Gatos  Salvajes  (Dzikich  Kotów), 

Juan  Carlos  “Chango”  Pueblas  był  gitarzystą  Los  Gatos  Salvajes  (Dzikich  Kotów), 

Juan  Carlos  “Chango”  Pueblas  był  gitarzystą  Los  Gatos  Salvajes  (Dzikich  Kotów), 

Juan  Carlos  “Chango”  Pueblas  był  gitarzystą  Los  Gatos  Salvajes  (Dzikich  Kotów), 
grupy uznawanej w Argentynie jako założycielki hiszpańskiego rocka. Św. Josemaría 

grupy uznawanej w Argentynie jako założycielki hiszpańskiego rocka. Św. Josemaría 

grupy uznawanej w Argentynie jako założycielki hiszpańskiego rocka. Św. Josemaría 

grupy uznawanej w Argentynie jako założycielki hiszpańskiego rocka. Św. Josemaría 
pozwolił mu zrozumieć, że Bóg 

pozwolił mu zrozumieć, że Bóg 

pozwolił mu zrozumieć, że Bóg 

pozwolił mu zrozumieć, że Bóg i muzyka wcale się nie wykluczają.

i muzyka wcale się nie wykluczają.

i muzyka wcale się nie wykluczają.

i muzyka wcale się nie wykluczają.    

11 grudnia 2007

11 grudnia 2007

11 grudnia 2007

11 grudnia 2007    

Kiedy poznałeś Opus Dei? 
 
W  roku  1980.  Miałem  cięŜki  okres  i  wpadł  mi  w  ręce  Biuletyn 
Informacyjny.  śona  kazała  mi  go  przeczytać  mówiąc,  Ŝe  mi 
pomoŜe. 

Zwróciły 

moją 

uwagę 

cuda, 

dokonane 

za 

wstawiennictwem  wówczas  Sługi  BoŜego  Josemaríi,  widziałem, 
Ŝ

e to święty naszych czasów. Wcześniej myślałem, Ŝe święci Ŝyli 

tylko  w  średniowieczu.  W  2002  r.  uczestniczyłem  z  wielką 
radością w jego kanonizacji.  
 
Co sądzisz o nauczaniu Św. Josemaríi? 
 

To  coś  bardzo  tajemniczego,  Ŝe  czyniąc  rzeczy  tak  proste,  zwykłe,  moŜemy  dostać  się  do 
Nieba!  Myślałem,  Ŝe  naleŜy  dokonywać  rzeczy  wielkich,  niezwykłych,  aby  na  to  zasłuŜyć. 

 
 
 

Ale naleŜy po prostu wykonywać rzeczy jak naleŜy. Jezus widzi wszystko. Kiedy wykonuję 
moją pracę w porządku, mam taką samą zasługę, jak gdybym pomagał chorym czy starszym. 
 
Czy starasz się tak Ŝyć, będąc gitarzystą? 
 
Tak. Teraz kiedy gram i otrzymuję brawa, ofiarowuję je Bogu, bo nie są dla mnie. Jeśli gram, 
to dlatego, Ŝe Bóg tego chce. Nigdy nie myślałem, Ŝe będę znany. Bóg widzi wszystko. 
 
Czy to cię zaskakuje? 
 
Zaskakuje  mnie,  Ŝe  coś,  czego  dokonałem  w  młodości,  ma 
taki wpływ na dzisiejszą muzykę.  Teraz gdy  widzę kolegów 
po fachu, mówią mi, Ŝe chodzili na moje koncerty, stawali w 
pierwszych rzędach i pamiętają nawet, jak byłem ubrany. 
 
Tak  dzieje  się  ze  wszystkim.  Dobry  przykład,  który  dajesz, 
lub  który  przestajesz  dawać,  ma  wpływ  na  inne  osoby.  Dla 
tych  chłopaków  byłem  kimś  waŜnym.  Nie  mówię,  Ŝe 
wzorem, ale czymś na pewno. Dlatego mieliśmy wpływ jako Los Gatos Salvajes.  

 
Teraz Bóg dobrze cię traktuje. 
 
Za  dobrze.  Czasem  go  pytam:  dlaczego  tyle  mi  dajesz?  Na 
pewno na to nie zasługuję. Przeszedłem okresy trudne. Czuję 
się jak Hiob, który przetrwał złe czasy i potem Ŝył spokojnie. 
 
Jaki jest twój stosunek do Boga i gitary? 

 
Staram  się  być  w  obecności  BoŜej,  kiedy  gram.  Proszę  teŜ  o  pomoc  Anioła  StróŜa,  aby 
wszystko szło dobrze, aby instrument dobrze grał, nie było hałasu. Nie proszę o to dla mnie, 
ale  dla  innych.  Bez  tej  pomocy  byłoby  cięŜko,  czuję,  Ŝe  on  mi  pomaga.  Czasem  czuję,  Ŝe 
gram nawet lepiej niŜ potrafię. 
 
Starano  się  wywrzeć  na  was  duŜy  wpływ,  abyście  grali 
inn
ą muzykę. 
 
Ale my mieliśmy silne przekonania. Ulegnięcie oznaczałoby 
odniesienie 

większego 

sukcesu 

komercyjnego, 

ale 

argentyński  rock  nie  byłby  tym,  czym  jest  teraz.  Twarda 
postawa pozwoliła nam śpiewać w ojczystym języku. Trudno 
jest  iść  pod  prąd.  W  tamtych  czasach  wyzywali  nas  od 
„tłuściochów”  i  „prostaków”.  Wszystkie  pozostałe  grupy 
ś

piewały po angielsku.  

 
Jak Ŝyjesz wiarą w twoim środowisku? 
 
Są  ludzie,  którzy  mają  inne  przekonania,  jak  buddyzm,  reinkarnacja.  Niektórzy  mówią,  Ŝe 
byli ministrantami i potem odeszli od Kościoła... W moim przypadku było odwrotnie, byłem 
daleko, poznałem Dzieło i zbliŜyłem się. To była łaska od Boga. Proszę go, aby pozwolił im 

background image

 
 
 

przejrzeć, jak mi. Św. Josemaría mówił, Ŝe naleŜy kochać wszystkich, chociaŜ nie myślą tak 
samo. Sądzę, Ŝe na tym polega bycie chrześcijaninem. 
 
 

"Wasza mocna wiara jest dla nas zachętą"

"Wasza mocna wiara jest dla nas zachętą"

"Wasza mocna wiara jest dla nas zachętą"

"Wasza mocna wiara jest dla nas zachętą"    

W  wywiadzie  udzielonym  opusdei.pl  Lester  z  Kuby  o

W  wywiadzie  udzielonym  opusdei.pl  Lester  z  Kuby  o

W  wywiadzie  udzielonym  opusdei.pl  Lester  z  Kuby  o

W  wywiadzie  udzielonym  opusdei.pl  Lester  z  Kuby  opowiada  o  życiu  religijnym  w 

powiada  o  życiu  religijnym  w 

powiada  o  życiu  religijnym  w 

powiada  o  życiu  religijnym  w 

jego kraju 10 lat po wizycie Jana Pawła II.

jego kraju 10 lat po wizycie Jana Pawła II.

jego kraju 10 lat po wizycie Jana Pawła II.

jego kraju 10 lat po wizycie Jana Pawła II.    

07 grudnia 2007

07 grudnia 2007

07 grudnia 2007

07 grudnia 2007    

 
Lester w klinice, w której pracuje. 
Lester  ma  30  lat.  Jest  lekarzem,  podobnie  jak  jego  Ŝona.  Obecnie 
robi specjalizacj
ę z neurologii.  
 
Jak to się stało, Ŝe zostałeś katolikiem? 
 
Moi przodkowie pochodzili z Hiszpanii i w latach 30-tych ubiegłego 
wieku  wyemigrowali  na  Kubę.  Mnie  wiarę  przekazała  babcia. 
Religia  katolicka  jest  w  naszej  rodzinie  pilnie  strzeŜonym  skarbem, 
który  staramy się przekazywać innym.  
 
Jak poznałeś Opus Dei, skoro w twoim kraju nie ma jeszcze Ŝadnego ośrodka Dzieła?  
 
W  1992  roku  byłem  w  liceum  i  wtedy   jeden  z  moich  przyjaciół  podarował  mi  obrazek  ks. 
Josemaríi,  który  wówczas  nie  został  jeszcze  beatyfikowany.  Przyjąłem  ten  podarunek  z 
czystej  ciekawości.  Dziesięć  lat  później  znów  spotkałem  tego  przyjaciela.  Tym  razem 
podarował mi “Drogę”. Ta ksiąŜka bardzo mi pomogła. Wiedziałem teŜ, Ŝe mój znajomy był 
gorliwym katolikiem i Ŝe załoŜył szczęśliwą rodzinę.  
 
Wcześniej moja wiedza na temat Opus Dei ograniczała się  jedynie do tego, co znalazłem w 
ksiąŜce  Dana  Browna  “Kod  Da  Vinci”.  Dzięki  mojemu  przyjacielowi  i  jego  prezentowi 
znalazłem  duchowość,  która  pozwala  mi  łączyć  moją  wiarę  z  pracą  lekarza.  Niestety,  na 
naszej wyspie Dzieło wciąŜ nie zaczęło pracy apostolskiej.  
 

Jak wygląda sytuacja Kościoła na Kubie? 
 
Mówiąc najkrócej: Kościół na Kubie jest ubogi w środki, ale 
bogaty i silny duchem.  
 
W  wielu  miejscowościach  nie  ma  kościołów.  W  innych 
miejscach  świątynie  są  tak  zniszczone,  Ŝe  nie  odprawia  się 
tam  Mszy  i  to  jest  jeszcze  smutniejsze.  Bywa,  Ŝe  Msze 
odprawia  się  pod  jakimś  drzewem,  bo  na  miejscu  dawnego 

kościoła mieszkają ludzie.  

 
 
 

 
Na Kubie istnieje poboŜność ludowa. To bardzo głęboka wiara, wyraŜana na róŜne sposoby. 
Jednak niewiele osób uczestniczy  we Mszach. Natomiast po całym kraju  jest rozproszonych 
wiele małych wspólnot. Zbierają się w domach katolickich rodzin. Tam moŜna dotknąć wiary, 
która jest – uŜywając słów naszego Biskupa – wiarą odporną na bomby. 
 
U nas Kościół nie posiada rozgłośni radiowych, telewizji, szkół, uniwersytetów, choć niegdyś 
te  instytucje  istniały.  Przez  wiele  lat  samo  mówienie  o  Bogu  było  czymś  bardzo  rzadkim. 
Nazywam te lata okresem Golgoty. Potem nastała epoka góry Tabor.  
 
Wreszcie  w  1998  r.,  po  latach  modlitwy  i  nadziei,  ów  wielki  sen  o  wizycie  PapieŜa  Jana 
Pawła  II  stał  się  rzeczywistością.  Do  dziś  wzruszam  się  wspominając  widok  jego  twarzy 
kiedy 24 stycznia 1998 wylądował na lotnisku w Hawanie. Ludzie witali go entuzjastycznie. 
Jeden z dziennikarzy nazwał ich niezmierzoną rzeką dusz pozdrawiających Ojca Świętego.  
 
Było to niczym Zesłanie Ducha Świętego na mojej pięknej wyspie. Jego Msze, jego spotkania 
z  ludźmi,  są  Ŝywe  do  dziś  w  pamięci  milionów  ludzi,  którzy  oglądali  go  na  ulicach  i  w 
telewizji.  Pamiętajmy,  Ŝe  przedtem  przez  30  lat  nigdy  nie  transmitowano  w  telewizji  Ŝadnej 
Mszy.  
 
Oczywiście znaczenie tej pielgrzymki było znacznie głębsze. Dziś wydaje mi się, Ŝe Kościół 
zdał sobie sprawę, Ŝe wciąŜ czekała go wielka praca, praca nad kaŜdą duszą pozdrawiającą w 
te dni niezapomnianego Wojtyłę.  
 
W styczniu 2008 upłynie 10 lat od tej chwili. Jan Paweł II to duchowy gigant, który  nauczył 
nas być nieugiętymi w nadziei. 
 
Dlaczego tak bardzo lubisz Polskę? 
 
Proszę  pamiętać,  Ŝe  Polska  jako  kraj  satelicki  Związku  Radzieckiego  miała  silne  związki  z 
Kubą.  Przybywały  do  nas  Fiaty  126  p,  które  do  dziś  jeŜdŜą  po  naszych  ulicach.  Pamiętam 
takŜe kawę Inkę i bajkę „Bolek i Lolek”, które stanowiły część mojego dzieciństwa.  
 
Kiedy  przeczytałem  ksiąŜkę  “Przekroczyć  próg  nadziei”  Jana  Pawła  II,  pokochałem  polski 
naród. Bez wątpienia jest on bohaterem niepowtarzalnej historii, o której wiecie duŜo więcej 
niŜ ja. Wzruszałem się oglądając zdjęcia z kaŜdej wizyty PapieŜa w Polsce.  
 
Potem  dojrzałem  w  wierze  i  otrzymałem  bierzmowanie. 
Zacząłem pomagać księŜom salezjanom pracując w wioskach 
jako  katecheta.  Okazało  się,  Ŝe  jeden  z  nich  (przyjechał  do 
nas  3  lata  temu)  jest  Polakiem.  Choć  nie  znał  za  dobrze 
hiszpańskiego, mogliśmy  uczyć się od niego  autentyczności, 
oddania,  pokory  i  przede  wszystkim  słowiańskiej  kultury 
pełnej Chrystusa.  
 
José  Marti,  nasz  narodowy  bohater,  powiedział  kiedyś,  Ŝe 
Polacy  są  jak  Irlandczycy,  czynią  ojczyznę  ze  swojej  religii.  Postanowiłem  nauczyć  się 
polskiego.  To  bardzo  trudny  język,  ale  dzięki  wytrwałości  potrafię  wypowiedzieć 
przynajmniej kilka zdań i oczywiście znam po polsku “Zdrowaś Maryjo”.  
 

background image

 
 
 

Czy Św. Josemaría jest znany na Kubie? 
 
Coraz bardziej. Sam wiele razy miałem okazję dawać moim przyjaciołom obrazki z modlitwą 
do załoŜyciela Opus Dei. Wielu z nich otwierało się przede mną i wyjaśniało swe wątpliwości 
na temat wiary.  
 
W  ubiegłym  roku,  26  czerwca  uczestniczyłem  w  pierwszej  Mszy  z  okazji  liturgicznego 
wspomnienia  św.  Josemarii.   Odprawił  ją  Polak,  przełoŜony  salezjanów,  który  przyjechał 
odwiedzić mojego proboszcza. Uczestniczyło w niej jedynie dwóch młodych księŜy z Polski i 
ja,  była  to  jednak  dla  nas  ogromna  radość.  W  tym  roku  26  czerwca  na  Mszy  ku  czci 
ZałoŜyciela Opus Dei zgromadziło się w naszej miejscowości juŜ 10 osób.  
 
Ś

w.  Josemaría  nigdy  nie  przestawał  mówić  o  świętych  obcowaniu.  Ja  wciąŜ  doświadczam 

tego na Kubie. Czasem ludzie z Polski pytają się, co mogą zrobić, by nam pomóc. Mówię im, 
Ŝ

e  najwaŜniejsza  jest  ich  modlitwa.  Wasza  mocna  wiara  jest  dla  nas  zachętą  do  kroczenia 

naprzód, mimo trudności. Liczymy na waszą modlitwę, z nadzieją, Ŝe nasze marzenia szybko 
się spełnią.  
 
Kontakt z Lesterem: 

lesterqd@yahoo.es

 

    

Katechezy w Kazachstanie

Katechezy w Kazachstanie

Katechezy w Kazachstanie

Katechezy w Kazachstanie    

Bazargeldy  to  typowa  wieś  w  Kazachstanie:  kilka  starych  zabudowań,  l

Bazargeldy  to  typowa  wieś  w  Kazachstanie:  kilka  starych  zabudowań,  l

Bazargeldy  to  typowa  wieś  w  Kazachstanie:  kilka  starych  zabudowań,  l

Bazargeldy  to  typowa  wieś  w  Kazachstanie:  kilka  starych  zabudowań,  ludzie  w 

udzie  w 

udzie  w 

udzie  w 

podeszłym wieku siedzący na ławkach przy ulicy oraz dzieci biegające naokoło. Na 

podeszłym wieku siedzący na ławkach przy ulicy oraz dzieci biegające naokoło. Na 

podeszłym wieku siedzący na ławkach przy ulicy oraz dzieci biegające naokoło. Na 

podeszłym wieku siedzący na ławkach przy ulicy oraz dzieci biegające naokoło. Na 
pierwszy  rzut  oka  to  wieś  jak  inne.  Ale  nie,  ponieważ  w  Bazargeldy  jest 

pierwszy  rzut  oka  to  wieś  jak  inne.  Ale  nie,  ponieważ  w  Bazargeldy  jest 

pierwszy  rzut  oka  to  wieś  jak  inne.  Ale  nie,  ponieważ  w  Bazargeldy  jest 

pierwszy  rzut  oka  to  wieś  jak  inne.  Ale  nie,  ponieważ  w  Bazargeldy  jest 
Tabernakulum.

Tabernakulum.

Tabernakulum.

Tabernakulum.    

14 listopada 2007

14 listopada 2007

14 listopada 2007

14 listopada 2007    

Bazargeldy  leŜy  50  km  od  Ałmaty,  największego  miasta  kraju,  w  którym  mieszkam.  W  tej 
wsi  znajduje  się  dość  spory  odsetek  osób  przesiedlonych  tu  z  terenów  Ukrainy,  Rosji  czy 
Polski  w  czasach  komunistycznych.  Choć  większość  z  nich  jest  katolikami  albo 
prawosławnymi,  w  ostatnich  latach  nie  mogli  odpowiednio  praktykować  swej  wiary,  z 
powodu zupełnego braku księŜy.  
 

 

Kazik z niektórymi uczestnikami katechez. 

 
 
 

 
Od  niedawna  ten  problem  się  rozwiązał:  do  Bazargeldy  jeździ  teraz  pewien  argentyński 
ksiądz, któremu pomagamy w formowaniu najmłodszych.  
 
Co  drugą  sobotę  miesiąca  przenoszę  się  do  Bazargeldy  z 
kilkoma  chłopakami,  którzy  biorą  udział  w  spotkaniach  w 
ośrodku  Opus  Dei  w  Ałmaty.  Między  innymi,  przychodzą: 
Aliosza,  Seriosza  i  Andriej.  Po  godzinie  jazdy  samochodem  – 
podczas której odmawialiśmy RóŜaniec – przybyliśmy do wsi i 
zaczęliśmy lekcje katechizmu.  
 
 
W  kościele,  gdzie  odbywają  się  katechezy,  wciąŜ  pachnie 
ś

wieŜą  farbą.  Przed  4  miesiącami  ogień  pochłonął  wszystko  i 

musieliśmy ją odnowić. Po wejściu do środka chłopaki siadają 
i otwierają swoje małe katechizmy.  
 
Aby  się  nie  nudzili,  organizujemy  zawody.  Na  przykład  dziś 
powiedziałem  im,  Ŝe  temat,  o  którym  mówimy,  składa  się  z  8 
liter,  a  oni  musieli  je  odgadnąć:  po  kaŜdej  złej  literze  rysuję 
fragment  szubienicy:  najpierw  rękę,  potem  nogę...  Ale  zanim 
skończyłem rysunek, oni odgadli słowo: chodziło o „Spowiedź”.  
 

Najlepszy  "zawodnik"  ma  13  lat.  Ma  na  imię  Siergiej  i  zawsze 
przychodzi z dwoma braćmi.  
 
Aliosza  i  Seriosza  pomagają  mi  w  rozmowie  z  chłopakami.  JuŜ 
mamy  kilka  owoców:  na  ostatni  Wielki  Tydzień  jeden  chłopiec 
przyjął  chrzest  i  Pierwszą  Komunię.  A  inni  uczestniczyli  w 
rekolekcjach.  
 
Po  katechezach  mamy  inne  zajęcia:  np.  wystawiamy  sztukę 
teatralną, rzucamy się śnieŜkami albo gramy w piłkę.  
 
Po  pełnej  wraŜeń  sobocie  Ŝegnamy  się  z  chłopakami  i  ich 

rodzinami  i  wracamy  do  Ałmaty.  Dziękujemy  Bogu,  Ŝe  wiara  na  nowo  odŜywa  w  tej  małej 
kazaskiej wiosce. 

background image

 
 
 

Na głębokiej wodzie: Od zoroastryzmu do katolicyzmu

Na głębokiej wodzie: Od zoroastryzmu do katolicyzmu

Na głębokiej wodzie: Od zoroastryzmu do katolicyzmu

Na głębokiej wodzie: Od zoroastryzmu do katolicyzmu    

Shahrookh Khambatta Damania opowiada 

Shahrookh Khambatta Damania opowiada 

Shahrookh Khambatta Damania opowiada 

Shahrookh Khambatta Damania opowiada historię swojego nawrócenia. W jej trakcie 

historię swojego nawrócenia. W jej trakcie 

historię swojego nawrócenia. W jej trakcie 

historię swojego nawrócenia. W jej trakcie 

przekroczył wiele mórz, także wody życia wewnętrznego.

przekroczył wiele mórz, także wody życia wewnętrznego.

przekroczył wiele mórz, także wody życia wewnętrznego.

przekroczył wiele mórz, także wody życia wewnętrznego.    

11 października 2007

11 października 2007

11 października 2007

11 października 2007    

Urodziłem  się  27  kwietnia  1965  r.  w  Mumbai  (Bombaj, 
Indie), w małej enklawie 26 budynków zamieszkałych przez 
Persów. 

Są 

oni 

wyznawcami 

zoroastryzmu 

(zaratusztrianizmu). Miejsce to było niczym wyspa w środku 
wielkiego 14-milionowego miasta. 
 
Wyznawcy  zoroastryzmu  uczą  się  mówienia  dobrych  słów, 
posiadania  dobrych  myśli  i  wykonywania  dobrych  czynów. 
Wywodzą  się  z  Persji,  a  ich  historia  sięga  czasów  króla 
Dariusza  I  (to  imię  nosi  zresztą  mój  syn).  Wieki  później 
zostali  wygnani  przez  Muzułmanów.  Jest  ich  mniej  niŜ  100 
tys.  na  całym  świecie.  Nie  dopuszczają  nawrócenia  pogan, 
którzy równieŜ nie mają prawa wstępu do ich świątyń ognia, 
gdzie  kapłani  palą  drewno  akacjowe  ku  czci  Bogu, 
symbolizowanego przez płomienie.  
 
W  przeciwieństwie  do  religii  hinduskiej,  zaratusztrianie  nie  mają  kast.  Wychowałem  się, 
grając  w  okolicy  w  krykieta.  Podziwiałem  Sunila  Gavastera,  kapitana  reprezentacji  Indii, 
który  grał  tak  dobrze.  Lubiłem  równieŜ  muzykę  pop,  chociaŜ  nie  podobał  mi  się  styl  Johna 
Lennona.  To  Bon  Jovi  zawdzięczam  sympatię  do  tego  gatunku.  I  jak  kaŜdemu  młodemu, 
czasem zdarzyło mi się zbić jedną czy drugą szybę sąsiadom, za pomocą piłki do krykieta. 
 
Moje  Ŝycie  od  tej  pory  całkiem  się  zmieniło.  Porzuciłem  te  14  milionów  ludzi  na  rzecz  50 
milionów  drzewek  oliwkowych  w  hiszpańskim  mieście  Jaén.  W  jaki  sposób  zawędrowałem 
tak daleko? To długa historia. 
 

 Mimo moich perskich korzeni, uczęszczałem do katolickiej 
szkoły  średniej  im  Św.  Franciszka  Ksawerego  w  Bombaju. 
Potem  studiowałem  inŜynierię  morską,  ale  po  oblaniu 
kilkukrotnie  rysunku  technicznego  byłem  o  włos  od 
rezygnacji.  Moja  matka  podtrzymała  mnie  na  duchu,  mimo 
iŜ wolałaby mnie na stałym lądzie niŜ na morzu. 
 
 Potem  nadszedł  dla  mnie  czas  zawarcia  małŜeństwa. 
Zdecydowałem, Ŝe nie będę szedł za starą hinduską tradycją 

ustawianych małŜeństw, chciałem sam znaleźć Ŝonę. Więc zanim mogliby mi kogoś znaleźć 
do  ślubu,  odpłynąłem  na  statku  handlowym.  Pływałem  od  portu  do  portu,  aŜ  pewnego  dnia 
zostałem zrzucony z konia, a raczej, ze statku.  
 

 
 
 

Było to w 1992 r. Zacumowaliśmy w jedynym porcie na Jordanie – na Morzu Czerwonym, w 
zatoce  Akaba.  Po  cięŜkiej  pracy  w  skwarze  zauwaŜyłem  młode  tańczące  dziewczyny  z 
Sevilli.  Było  to  jak  strzała.  Jak  mówią  tu  w  Jaén,  „me  quedé  prendao”,  zostałem  wzięty  w 
niewolę przez młodą mieszkankę Jaén.  
 
Widzieliśmy  się  jedynie  przez  3  dni,  a  potem  rozmawialiśmy  przez  telefon  miesiącami, 
wydając  całe  pensje  na  rachunki.  Wreszcie  ona  zdecydowała  się  na  przyjazd  do  Indii,  Ŝeby 
poznać  moją  rodzinę.  Została  tu  przez  miesiąc.  Jak  tylko  przyjechała,  poprosiła  o  oliwę  z 
oliwek,  aby  mogła  przygotować  sałatkę  i  paellę  dla  mojej  rodziny.  A  więc  po  przebyciu 
połowy świata w poszukiwaniu Ŝony, musiałem przebyć połowę Indii w poszukiwaniu butelki 
oliwy.  
 
Podjąłem  decyzję  o  przeprowadzce  do  Jaén  i  o 
przekroczeniu  kolejnego  morza.  Niedługo  potem,  w 
styczniu 1993, wzięliśmy ślub kościelny. 
 
W  tych  latach  odkryłem  BoŜą  Opatrzność  nawet  zanim 
odkryłem Jego. Była wszędzie, poczynając od mojej Ŝony i 
błogosławieństwa od Nieba, w postaci trójki dzieci. Dzieci 
dorastały,  podczas  gdy  sam  przechodziłem  zmiany 
zawodowe  i  zmiany  wewnętrzne:  myślałem  o  Tym,  na 
którego mówi się „Bóg”.  
 
Spotkanie Opus Dei 
 
Zdecydowaliśmy  się  na  posłanie  naszych  dzieci  do  Guadalimar,  szkoły,  w  której  opieka 
duchowa  powierzona  była  Opus  Dei  (o  którym  nic  wówczas  nie  wiedziałem).  Spotkało  nas 
serdeczne, szczere i ciepłe przyjęcie, nie pytali nas o Ŝadne przekonania religijne.  
 
Trochę  później  dowiedziałem  się,  Ŝe  Szkoła  Średnia  Altocastillo  szukała  nauczyciela 
angielskiego.  Zgłosiłem  się  i  zostałem  przyjęty.  Ludzie  byli  tam  bardzo  przyjaźnie 
nastawieni. Był tam jeden człowiek szczególnie sympatyczny, kapelan, ks. Luis, i zostaliśmy 
przyjaciółmi.  

 
W  tym  czasie,  jak  powiedziałem,  doświadczałem  działania 
Opatrzności  -  Kogoś,  kto  popychał  łódkę  mojego  Ŝycia  z 
miejsca  na  miejsce,  bez  pozbawiania  mnie  jednak  zbroi 
mojej  wolności.  I  coraz  bardziej  interesowałem  się 
katolicyzmem.  Odbyłem  rekolekcje  w  Rubín  de  Baeza, 
skądinąd bardzo miłym domu. 
 
Podczas  rekolekcji  słuchałem,  zachowywałem  ciszę, 
myślałem...  Jak  poeta,  kontemplowałem  ciszę  na  tym 
nowym oceanie, który odkrywał się właśnie przede mną. Ale 
przede  wszystkim  patrzyłem  w  głąb.  Tam  odkryłem  łaskę 
BoŜą, której obecność poczułem w kaplicy. Zacząłem czytać 
Drogę,  gdzie  odkryłem  nieznane  morza  wewnętrzne. 
Przedtem nie miałem Ŝadnej ksiąŜki religijnej oprócz Pisma 
Ś

więtego.  

 

background image

 
 
 

Wigilia Paschalna, 1999 
 
Wpadła  mi  w  ręce  biografia  Św.  Josemaríi.  Jego  Ŝycie  wywarło  na  mnie  wraŜenie,  a 
szczególnie ból, jakiego doświadczył w młodości, kiedy zmarły jego trzy siostry. Na początku 
nie  mogłem  zrozumieć  tego  cierpienia,  jego  wiary...  Nie  mogłem  ogarnąć  rozumem 
przebaczenia,  a  juŜ  wcale  miłości  Boga,  który  przebacza.  Ale  kontynuowałem  swój  rejs, 
pozwalając,  aby  łaska  BoŜa  poruszała  mną,  a  On  udzielił  mi  daru  wiary.  Podczas  Wigilii 
Paschalnej  w  1999  r.  Biskup  Jaén  ochrzcił  mnie  w  Katedrze.  Moja  Ŝona,  bardzo  dobra 
chrześcijanka,  zawsze  pozostawiała  mnie  wolnym  podczas  całej  tej  duchowej  wędrówki. 
Natalia, jedna z moich córek, była ochrzczona razem ze mną.  
 
Potem  zdecydowałem  się  zostać  współpracownikiem  Opus  Dei,  a  4  lata  później,  podczas 
pielgrzymki  do  Matki  BoŜej,  zrozumiałem,  Ŝe  powinienem  oddać  się  całkowicie  Bogu. 
Powiedziałem  „Tak”,  w  pełni  Mu  ufając,  bo  jest  Dobrym  Ojcem,  który  nigdy  mnie  nie 
zostawi.  
 
Wszystkie  te  dni  napełniły  moje  Ŝycie  radością,  nawet  mimo  przeciwności.  I  kaŜdego  dnia 
kiedy przyjmuję Komunię, mówię Panu: To prawda, o BoŜe, Ty nigdy mnie nie zostawiasz. 

    

W moim nawróceniu Eucharystia odegrała decydującą rolę

W moim nawróceniu Eucharystia odegrała decydującą rolę

W moim nawróceniu Eucharystia odegrała decydującą rolę

W moim nawróceniu Eucharystia odegrała decydującą rolę    

Podczas uroczystej Mszy Świętej w Katedrze Św. Katarzyny w Utrechcie (Holandia) 

Podczas uroczystej Mszy Świętej w Katedrze Św. Katarzyny w Utrechcie (Holandia) 

Podczas uroczystej Mszy Świętej w Katedrze Św. Katarzyny w Utrechcie (Holandia) 

Podczas uroczystej Mszy Świętej w Katedrze Św. Katarzyny w Utrechcie (Holandia) 
Rianne Spoon, 22 letnia studentka medycyny z Danii, została przyjęta do Kościoła 

Rianne Spoon, 22 letnia studentka medycyny z Danii, została przyjęta do Kościoła 

Rianne Spoon, 22 letnia studentka medycyny z Danii, została przyjęta do Kościoła 

Rianne Spoon, 22 letnia studentka medycyny z Danii, została przyjęta do Kościoła 
katolickiego. Ot

katolickiego. Ot

katolickiego. Ot

katolickiego. Oto jej historia:

o jej historia:

o jej historia:

o jej historia:    

01 listopada 2005

01 listopada 2005

01 listopada 2005

01 listopada 2005    

„Pojechałam  do  Utrechtu  aby  rozpocząć  studia  na  wydziale 
medycyny.  Poszukując  zakwaterowania,  zdecydowałam  się  na 
rezydencję Hogeland, znaną z jej katolickiej orientacji. Wyniosłam z 
domu  przekonanie,  Ŝe  doktryna  katolicka  jest  błędna  i  dziwiłam  się 
sama  sobie,  dlaczego  chciałam  tam  zamieszkać.  Nieodstraszona 
uprzedzeniami  z  przeszłości  postanowiłam  poddać  je  jednak  w 
wątpliwość i szybko się okazało, Ŝe sprawy nie wyglądały tak, jak je 
sobie wyobraŜałam.  
 
Rok  wcześniej  nawróciła  się  koleŜanka  z  mojej  grupy.  To  mnie  głęboko  dotknęło.  Zdałam 
sobie  sprawę,  Ŝe  obie  wierzymy  przecieŜ  w  tego  samego  Boga.  Ale  mimo,  Ŝe  czułam  się 
mocno zjednoczona z wiarą katolicką, na drodze do pełnej przynaleŜności stały dwie powaŜne 
przeszkody:  Msza  Święta  i  Maryja  jako  Matka  BoŜa.  Po  przeznaczeniu  pewnego  czasu  na 
dokładniejsze  zbadanie  tych  tematów  zdecydowałam  się  w  pełni  przyjąć  wyznanie  wiary 
wspólnoty  protestanckiej,  do  której  naleŜała  moja  rodzina.  Uczyniłam  tak  nawet  kosztem 
moŜliwych  wątpliwości  co  do  niektórych  z  jej  aspektów,  a  szczególnie  jej  opinii  na  temat 
Kościoła katolickiego.  

 
 
 

10 

 
Decyzja co do zaprzestania poszukiwań i do pozostawienia wszystkiego w boŜych rękach nie 
przywróciła  mi  jednak  spokoju.  Wątpliwości  pozostały  w  mojej  głowie,  czułam  się 
niespokojna.  
 

W  Hogeland  jest  kaplica,  gdzie  wiele  studentek  przychodzi,  aby  się 
chwilę  pomodlić,  albo  uczestniczy  we  Mszy  Świętej  odprawianej 
przez księdza z Opus Dei. Pamiętam, Ŝe nie potrafiłam przejść obok 
kaplicy, Ŝeby coś nie nakazywało mi wejść do środka. Te uczucia są 
trudne  do  opisania.  W  sytuacji,  w  jakiej  się  znalazłam,  byłam 
przekonana, Ŝe jeśli bym weszła i uklęknęła przed Tabernakulum, nie 
mogłabym  dłuŜej  uwaŜać  się  za  protestanta.  Wówczas  nie  miałam 
ochoty,  Ŝeby  podejmować  takie  zobowiązanie.  Nie  miałam  ani 
takiego  pragnienia  ani  nie  byłam  zbyt  pewna  siebie.  Nie  chciałam 
występować  przeciwko  mojej  wspólnocie  chrześcijańskiej  ani 
przeciw mojej rodzinie,  więc zdecydowałam się  po prostu czekać  w 
nadziei, Ŝe wszystkie moje problemy znikną.  

 
Bóg nie przestaje czekać 
 
Nadeszły  Święta  BoŜego  Narodzenia.  Spodziewałam  się,  Ŝe  wraz  z  tym  okresem  radości  i 
pokoju  wszystko  stanie  się  dla  mnie  jaśniejsze.  Ale  dalej  byłam  zagubiona.  Jednak  moja 
nadzieja  stała  się  Ŝywsza  po  przeczytanie  fragmentu  ksiąŜki  Henri  Nouweena  „Powrót  syna 
marnotrawnego”. Było dla mnie wielką pociechą dowiedzieć się o nieskończonej cierpliwości 
Boga. On przecieŜ nie chce, Ŝebyśmy kochali Go z poczucia obowiązku, ale zupełnie wolni. 
On wie, jak trzeba czekać. I nigdy nie przestaje czekać.  
 
I  tak  Msza  Święta  odegrała  decydującą  rolę  w  moim  nawróceniu.  Byłam  zazdrosna  o  tych, 
którzy  uczestniczyli  codziennie  w  Eucharystii.  Nie  wyobraŜałam  sobie,  by  moŜna  było  być 
katolikiem  bez  codziennej  Mszy.  Bez  wątpienia  waŜne  było  teŜ,  Ŝe  widziałam  jak  dobrym 
Ojcem  jest  PapieŜ.  Dostrzegałam  teŜ  oblicze  Chrystusa  w  katolickich  księŜach  i  świeckich, 
których znałam.  
 
Kiedy  wracam  do  tego  myślami,  zdaję  sobie  sprawę,  Ŝe  to,  co  Bóg  robi  dla  mnie,  nigdy  nie 
przestaje  wprawiać  mnie  w  zdumienie.  Z  jednej  strony,  nauczyłam  się  podstaw  katolickiej 
wiary  pijąc  gorącą  czekoladę  z  moją  przyjaciółką  Agnes.  Z  drugiej  strony,  patrząc  na  to 
głębiej, czułam na własnym ciele, Ŝe Chrystus Ŝyje. I jeśli to piszę, to tylko po to, aby wyrazić 
moją wdzięczność. Ksiądz, który mi pomógł na mojej drodze do pełni wiary, tak to wyraził: 
„Nie tylko musisz być wdzięczna za to, co otrzymałaś, ale równieŜ za to, co ty moŜesz zrobić 
teraz dla innych, jeśli zachowasz wiarę.” 
 
Hogeland to rezydencja studencka w Utrechcie, gdzie działalność formacyjna powierzona jest 
Prałaturze Opus Dei. 

    

background image

 
 
 

11 

Międzynarodowa bursa w Amsterdamie

Międzynarodowa bursa w Amsterdamie

Międzynarodowa bursa w Amsterdamie

Międzynarodowa bursa w Amsterdamie    

Ludzie dochodzą do Opus Dei rozmaitymi drogami, ale nawet na tle tej rozmaitości 

Ludzie dochodzą do Opus Dei rozmaitymi drogami, ale nawet na tle tej rozmaitości 

Ludzie dochodzą do Opus Dei rozmaitymi drogami, ale nawet na tle tej rozmaitości 

Ludzie dochodzą do Opus Dei rozmaitymi drogami, ale nawet na tle tej rozmaitości 
droga holenderskiej supernumerarii Louisy Shins jest godna uwagi.

droga holenderskiej supernumerarii Louisy Shins jest godna uwagi.

droga holenderskiej supernumerarii Louisy Shins jest godna uwagi.

droga holenderskiej supernumerarii Louisy Shins jest godna uwagi.    

05 

05 

05 

05 lutego 2007

lutego 2007

lutego 2007

lutego 2007    

Louisa urodziła się na południu Holandii, chodziła do szkoły 
dla  dziewcząt  zamierzających  zajmować  się  gospodarstwem 
domowym.  Poznała  męŜa  kiedy  była  jeszcze  w  szkole, 
pobrali się w 1961 roku i przenieśli się do Włoch, gdzie mąŜ 
Louisy  pracował  w  swoim  zawodzie,  czyli  jako  inŜynier 
nuklearny.  Zamieszkali  około  czterdziestu  mil  na  północ  od 
Mediolanu,  w  Lago  Maggiore.  Mieli  troje  dzieci,  dwóch 
chłopców  i  dziewczynkę;  cała  trójka  uczęszczała  do 
międzynarodowych  szkół,  a  dorastając,  mówiła  juŜ  płynnie  po  holendersku,  włosku  i 
francusku. 
 
Kiedy najstarszy syn państwa Shins skończył osiemnaście lat, postanowił wyjechać na studia 
do  Amsterdamu.  Mniej  więcej  po  roku  zadzwonił  do  domu  i  powiedział,  Ŝe  znalazł 
międzynarodową  bursę,  w  której  bardzo  mu  się  spodobało.  Mieszkał  w  niej  z  młodymi 
Hiszpanami,  Francuzami,  Włochami,  a  takŜe  Holendrami.  Okazało  się,  Ŝe  bursę  prowadziło 
Opus Dei.  
 
Potem  do  Amsterdamu  wyjechał  drugi  syn  i  historia  się  powtórzyła.  Zatelefonował  do 
rodziców, zawiadamiając ich, Ŝe on teŜ chciałby przenieść się do bursy Opus Dei. Pani Shins 
mówiła  mi,  Ŝe  tamtym  czasie  nie  wiedziała  nic  o  Opus  Dei,  więc  zwróciła  się  do 
holenderskiego benedyktyna, który wyraŜał się o nim jak najlepiej.  
 

Po  jakimś  czasie  zauwaŜyła,  Ŝe  chłopcy  zmieniają  się  na 
lepsze. Przestali się kłócić, byli bardziej skupieni, wydawali 
się  doroślejsi  i  bardziej  odpowiedzialni.  Na  koniec  do 
Holandii  wyjechała  córka  i  nie  marnując  czasu  od  razu 
wprowadziła  się  do  Ŝeńskiej  bursy  Opus  Dei  przy 
uniwersytecie.  
 
Niedługo  potem  rodzina  Shins  wybrała  się  na  wspólne 
wakacje  do  Hiszpanii.  Louisa  zauwaŜyła,  Ŝe  coś  się 
zmieniło,  gdy  jeden  z  synów  zaproponował  jej  wyjście  na 
mszę  świętą  w  dzień  powszedni,  a  następnego  dnia  drugi 
zaprosił ją do wspólnego róŜańca.  
 
RównieŜ  i  w  córce  zauwaŜyła  zmiany.  Częściej  się  śmiała, 
wyglądała  na  zadowoloną  i  zawsze  chętnie  pomagała  w 
domu.  “Jakie  to  było  piękne”,  -  wspomina  Louise.  Mniej 

więcej  w  tym  czasie  sama  teŜ  zaczęła  bywać  na  rekolekcjach  i  get-togethers  w  Mediolanie, 
choć nieraz trzeba było jechać czterdzieści mil niebezpiecznymi drogami i we mgle. 

 
 
 

12 

 
Któregoś  dnia  dowiedziała  się  od  dzieci,  Ŝe  postanowiły  zostać  numerariuszami.  Trochę 
popłakała, ale nic nie powiedziała męŜowi. Nie chciała, Ŝeby tak od razu dotarło do niego, Ŝe 
cała trójka opuści dom. Sama nie bardzo wiedziała, co myśleć o Dziele, mąŜ natomiast chyba 
niezbyt się tym przejmował.  
 
I  właśnie  wtedy,  w  1987  r.,  całkiem  nagle  i  bez  zapowiedzi  zadzwoniło  jedno  z  dzieci 
proponując  spotkanie  całej  rodziny  w  najbliŜszy  weekend  w  Rzymie.  Louisa  zwolniła  się  z 
pracy (była nauczycielką); mąŜ, juŜ na emeryturze, gotów był do drogi w kaŜdej chwili.  
 
Kiedy spotkali się w Rzymie, ruszyli z córką i synem na zwiedzanie miasta; drugi syn musiał 
zostać przy telefonie i co godzinę do kogoś dzwonić. Pani Shins wydało się to trochę dziwne, 
ale  nie  zawracała  sobie  tym  głowy.  Gdy  wrócili,  syn  zawiadomił  ich:  “Jutro  pójdziemy  na 
mszę  świętą  z  papieŜem”.  Louisa  tej  nocy  nie  mogła  zasnąć  z  podniecenia,  ale  znalazła 
wyjście - powiedziała szefowi hotelu, Ŝe jeśli nie obudzi jej o czwartej rano, nie zapłaci mu za 
nocleg.  
 
Cała  rodzina  uczestniczyła  w  prywatnej  mszy,  a  potem  wszyscy  ustawili  się  w  rzędzie,  aby 
przedstawić  się  Janowi  Pawłowi  II.  Asystujący  papieŜowi  duchowny  powiedział,  Ŝe  będą 
mogli  zamienić  parę  zdań  z  papieŜem,  więc  mąŜ  Louisy  zdecydował  się  zapytać  o  sprawę, 
która  miała  związek  z  jego  zawodem:  “Ojcze  Święty,  -  zapytał,  -  co  Jego  Świątobliwość 
myśli o energii jądrowej?” Nie było to pytanie z gatunku tych, jakie zadaje się po mszy, ale 
Jan  Paweł  II  wcale  nie  wydawał  się  zaskoczony.  “Badania  naukowe  są  zawsze  poŜyteczne. 
Musimy  jeszcze  wiele  zbadać.  Jeśli  jednak  coś  jest  czyste  i  opłacalne,  to  rzecz  jest  dobra.” 
Louisa  mówi,  Ŝe  mąŜ  wydawał  się  zadowolony  z  tej 
odpowiedzi.  
 
Gdy  przyszła  jej  kolej.  Louisa  odwaŜyła  się  wychylić: 
“Ojcze Święty, mamy troje dzieci w Opus Dei, ale niewiele 
o  nim  wiemy.  Słuchaliśmy  juŜ  róŜnych  opinii  –  jedne  były 
pozytywne,  inne  negatywne.  Bardzo  proszę  o  zdanie  Ojca 
Ś

więtego, bo to jedyna opinia, która dla mnie naprawdę coś 

znaczy.”  PapieŜ  popatrzył  na  nią  i  powiedział:  “To  są  te 
dzieci?”  Louisa  przytaknęła,  a  papieŜ  odwrócił  się  i  zaczął 
rozmawiać  z  młodymi  Shinsami.  Gawędzili  parę  chwil; 
młodzi  zapewne  zrobili  dobre  wraŜenie,  bo  gdy  potem 
Ojciec Święty wrócił do Louisy i jej męŜa, patrząc im prosto 
w oczy uśmiechnął się i zapytał: “A wy jeszcze nie jesteście 
członkami?”  
 
Potem wszystko juŜ potoczyło się samo.  
 
Warto jeszcze dodać, Ŝe następnego dnia państwo Shins z dziećmi byli na audiencji u biskupa 
Álvaro  del  Portillo,  prałata  Opus  Dei.  I  znów  powiedziano  im,  Ŝe  mogą  zadawać  pytania, 
ojciec zdecydował się więc na ostateczny test. Zwracając się do Del Portilla, spytał: “Ojcze, 
co ojciec myśli o energii nuklearnej?” Del Portillo powiedział w gruncie rzeczy dokładnie to 
samo co papieŜ, i Shins doszedł do wniosku, Ŝe Opus Dei mu się podoba. Krótko potem i on i 
Louisa zostali supernumerariuszami.  
 
Z ksiąŜki J. Allen "Opus Dei", 2006, s 305-306. 

background image

 
 
 

13 

Postanowiłem zobaczyć na własne oczy

Postanowiłem zobaczyć na własne oczy

Postanowiłem zobaczyć na własne oczy

Postanowiłem zobaczyć na własne oczy    

Michał  i Joasia Magnerowie od siedmiu l

Michał  i Joasia Magnerowie od siedmiu l

Michał  i Joasia Magnerowie od siedmiu l

Michał  i Joasia Magnerowie od siedmiu lat  mieszkają w Kanadzie.  "Drogi  Michale, 

at  mieszkają w Kanadzie.  "Drogi  Michale, 

at  mieszkają w Kanadzie.  "Drogi  Michale, 

at  mieszkają w Kanadzie.  "Drogi  Michale, 

napisz emaila o twoich kontaktach z Opus Dei, aby umieścić na naszej stronie". Oto 

napisz emaila o twoich kontaktach z Opus Dei, aby umieścić na naszej stronie". Oto 

napisz emaila o twoich kontaktach z Opus Dei, aby umieścić na naszej stronie". Oto 

napisz emaila o twoich kontaktach z Opus Dei, aby umieścić na naszej stronie". Oto 
fragmenty otrzymanego emaila...

fragmenty otrzymanego emaila...

fragmenty otrzymanego emaila...

fragmenty otrzymanego emaila...    

19 marca 2006

19 marca 2006

19 marca 2006

19 marca 2006    

Wszystko zaczęło się od Gazety Wyborczej. Miałem 
wtedy 17 lat i generalnie interesowałem się róŜnymi 
ruchami  religijnymi  (Odnowa  w  Duchu  Świętym, 
Zielonoświątkowcy, Baptyści). I wtedy przeczytałem 
artykuł  o  Opus  Dei:  same  powiedzmy  sobie 
«clichés». Wiec postanowiłem zobaczyć to Opus Dei 
na własne oczy. Nie wszystkim się to spodobało. Do 
dziś  pamiętam  jak  pewna  siostra  nieznająca  widać 
Dzieła  dała  mi  do  zrozumienia,  Ŝe  albo  bogacze  z 
Opus  Dei  albo  spotkania  we  Wspólnocie,  którą  ona 
prowadziła.  Przez  jakiś  czas  bywałem  i  tu  i  tam,  a 
potem zostali tylko "bogacze". Nie znaczy to bynajmniej, Ŝeby przyciągnęły mnie pieniądze, 
powodem  była  wyłącznie  formacja  duchowa  i  intelektualna.  Zacząłem  uczestniczyć  w 
medytacjach  (dzisiaj  przechrzczonych  na  rozwaŜania)  oraz  w  kręgach.  Przez  rok,  juŜ  na 
studiach,  mieszkałem  w  Ośrodku  na  Filtrowej,  który  funkcjonował  jako  mały  akademik. 
Podzielę się tu jednym wspomnieniem. Spaliśmy na piętrowych łóŜkach. Ja spałem na górze, 
a  na  dole  Wojtuś,  obecnie  pracującym  przy  ul.  Wiejskiej.  Jestem  Ślązakiem,  separatystą,  i 
zawsze  Ŝartowałem,  Ŝe  to  piętrowe  łóŜko  to  ilustracja  dzielących  nas  róŜnic  kulturowych. 
Wojtuś  oczywiście  nie  pozostawał  mi  dłuŜny  i  dzięki  temu  tak  wyćwiczył  się  w  retoryce 
politycznej, Ŝe potrafi do dzisiaj z tego się utrzymać.  
 
Studiowałem  na  Międzywydziałowych  Studiach  Humanistycznych  na  Uniwersytecie 
Warszawskim.  Przez  pewien  czas  byłem  teŜ  członkiem  „Collegium  Invisibile”.  Po  trzech 
latach  studiów  obroniłem  magisterium  i  rozpocząłem  doktorat.  Najpierw  przez  rok 
studiowałem  w  Bukareszcie  a  później  wyjechałem  kontynuować  studia  do  francuskiej 
Kanady.  Tuz  przed  samym  wyjazdem  na  Université  Laval  oŜeniłem  się.  Joasia,  moja  śona, 
została magistrem anglistyki w trzy lata zamiast pięciu, między innymi dlatego, ze jej rodzice, 
słusznie  zresztą,  chcieli  Ŝeby  skończyła  studia  przez  zamąŜpójciem.  W  kaŜdym  razie  nasze 
drugie studia rozpoczęliśmy juŜ jako młode małŜeństwo.  
 
Chcę  podkreślić,  Ŝe  nigdy  nie  zostałem  członkiem  Dzieła.  Nie  zawsze  byłem  teŜ  specjalnie 
systematyczny jeśli chodzi o uczestniczenie w formacji. Tym niemniej, w tej lub innej formie, 
brałem  udział  w  dniach  skupienia,  czy  teŜ  w  rekolekcjach.  Sporo  moich  znajomych  i 
członków rodziny równieŜ weszło w kontakt z Dziełem.  
 
W  Québecu  moja  znajomość  z  Opus  Dei  wkroczyła  w  nowa  fazę.  Ośrodek  niby  podobny, 
tylko  ludzie  duŜo,  duŜo  starsi.  Młodsi  to  imigranci,  tak  jak  ja,  w  większości  mówiący  po 
hiszpańsku. A Quebekańczykow w moim wieku nie było wcale. I przyznam, ze był to wielki 

 
 
 

14 

szok.  Ośrodek  w  Warszawie  to  była  oczywiście  formacja,  ale  równieŜ  znajomi.  Tutaj 
pozostała tylko formacja. 
 

Przez  okres  moich  studiów  doktoranckich  bywałem 
dosyć regularnie na comiesięcznych dniach skupienia, 
korzystałem  teŜ  z  kierownictwa  duchowego,  z 
comiesięcznej  spowiedzi.  Zaproponowano  mi,  Ŝebym 
został współpracownikiem. Sporo się wahałem, byłem 
na  kilku  kręgach  i  zrezygnowałem.  Wróciłem  do 
starych  zwyczajów,  to  znaczy  do  mniej  więcej 
comiesięcznych kontaktów.  
 
W  międzyczasie  pojawiły  się  dzieci:  najpierw 
Wilhelm, a dwa lata później Arthur. Potem obroniłem 

doktorat i starałem się odciąŜyć moja Ŝonę, Ŝeby ona takŜe mogła sfinalizować swoje studia. 
Wszystko dobrze się udało i obroniła swój doktorat będąc trzeci raz w ciąŜy. Félix urodził się 
tydzień po tym jak dostałem moją pierwszą stałą pracę. Wcześniej naszym głównym źródłem 
utrzymania były stypendia doktoranckie i, w moim przypadku, dwa granty postdoktoranckie. 
Praca  oznaczała  równieŜ  przeprowadzkę  do  małego  miasteczka,  co  było  i  nadal  jest  bardzo 
ciekawym doświadczeniem. Mieszkamy w Drummondville zaledwie półtora roku a juŜ mamy 
wraŜenie,  Ŝe  wszyscy  o  nas  wszystko  wiedzą.  Tak  więc  pracujemy  oboje:  Joasia  wykłada 
francuski  w  tutejszym  college'u  (skończyła  doktorat  z  literatury  quebeckiej),  a  ja  pracuję  na 
stanowisku  specjalisty  w  administracji  rządowej  prowincji  Québec.  W  sierpniu  czekamy  na 
czwarte maleństwo, na razie jeszcze nie wiemy czy to chłopczyk, czy dziewczynka.  
 
Mimo, Ŝe od niemal półtora roku mój kontakt z Dziełem ogranicza się do mniej lub bardziej 
regularnej  spowiedzi  i  kierownictwa  duchowego  -  150  kilometrów  to  daleko,  zwłaszcza  w 
kanadyjskiej  zimie  -  jestem  niezwykle  wdzięczny  Dziełu  za  to,  co  otrzymałem.  Formacja, 
zarówno duchowa jak i intelektualna, są dla mnie nadal niezwykle waŜne. Ile to razy, mówiąc 
do  moich  dzieci  o  sprawach  duchowych,  łapię  się  na  tym,  Ŝe  powtarzam  rzeczy  niegdyś 
słyszane  w  Ośrodku.  Ostatnio  pamiętam  nawet  dokładnie  jak  tłumaczyłem  moim  synkom, 
którzy  mają  4  i  6  lat,  co  to  jest  umartwienie.  I  mówiłem,  oczywiście  tak  jak  w  Dziele,  Ŝe 
umartwiamy  się  w  małych  rzeczach,  a  przede  wszystkim  Ŝe  umartwiając  się  nie  naleŜy 
umartwiać  innych.  Ale  nie  tylko  to.  W  pracy  mam  maleńki  krzyŜyk  na  klawiaturze  (który 
zresztą  nota  bene  przywiozłem  z  UNIV'u  w  1993  roku)  i  zaczynam  często  dzień  od 
ofiarowania  pracy,  myślę  o  Aniele  StróŜu  przekraczając  próg  domu,  w  chwilach  waŜnych 
decyzji odmawiam nowennę do Św. Josemarii albo modlę się o wstawiennictwo Sł. B. Alvaro 
del Portillo.  
 
Oczywiście to tylko kilka przykładów spośród tego, co nauczyło mnie Dzieło, bo na codzień 
zdaję  sobie  wielekroć  sprawę,  jak  bardzo  otrzymana  formacja  mi  pomaga  w  stawaniu  się 
lepszym katolikiem. Modlę się często za Dzieło i uwaŜam, Ŝe jest to wielki dar od Boga nie 
tylko  dla  mnie  ale  i  dla  wielu  innych  ludzi,  którzy  choć  nie  mają  powołania,  Ŝeby  zostać 
członkami  Opus  Dei,  mogą  korzystać  z  formacji  i  udzielanych  sakramentów  w  ich 
codziennym chrześcijańskim Ŝyciu.