background image

MĘŻCZYZNA NA BALKONIE

MAJ SJOWALL PER WAHLOO 

ebook#2

Przekład HALINA THYLWE

&

AMBER

background image

Korekta

Anna Brzezińska

Jolanta Kucharska

Projekt graficzny serii Małgorzata Foniok

Projekt graficzny okładki Małgorzata Foniok

Zdjęcie na okładce Wydawnictwo Amber

Skład

Wydawnictwo Amber Monika E, Zjawińska

Druk

Drukarnia Naukowo-Techniczna

Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA, Warszawa, ul. Mińska 65

Tytuł oryginału Mannen pi balkongen

Copyright © Maj Sjowall and Per WahlflO 1967 Pubiished by arrangement 

with Salomonsson Agency. Ali rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2008 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

For the Polish translation

Copyright © by Halina Thylwe

ISBN 978-83-241-3487-8

Warszawa 2009. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

00-060 Warszawa, ul. Królewska 27 teL62040 13,620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Keiążkę wydrukowano na -przyjaznym" papierze

background image

Rozdział 1

Słońce wzeszło za kwadrans trzecia.

Półtorej godziny wcześniej ruch uliczny przerzedził się i w końcu zamarł. 

Wraz   z   nim   umilkł   gwar   ostatnich   gości   opuszczających   restauracje. 

Zamiatarki zostawiły na asfalcie ciemne smugi wilgoci. Długą prostą ulicą 

przemknęła na sygnale karetka pogotowia. Cicho, niespiesznie przetoczył 

się   czarny   samochód   z   białymi   błotnikami,   anteną   na   dachu   i   białym 

napisem POLICJA po bokach. Pięć minut później dał się słyszeć brzęk 

szyby w gablocie, którą ktoś wybił dłonią w rękawiczce, odgłos szybkich 

kroków i ryk silnika na jednej z bocznych uliczek.

Wszystko to obserwował mężczyzna na balkonie. Balkon był zwyczajny, z 

balustradą,   osłonięty   z   dwóch   stron   blachą   falistą.   Mężczyzna   oparł 

przedramiona na poręczy. W ciemnościach pobłyskiwał ciemnoczerwony 

ognik   papierosa.   W   równych   odstępach   czasu   ostrożnie   wyjmował   z 

drewnianej cygarniczki centymetrowe niedopałki i kładł jeden przy drugim 

na spodku, który stał na ogrodowym stoliku. Uzbierało się ich dziesięć.

Było cicho,  tak cicho,  jak to  tylko możliwe w dość dużym mieście  w 

pogodną   noc   na   początku   lata.   Za   parę   godzin   pojawią   się   gazeciarze 

rozwożący   prasę   na   przerobionych   dziecięcych   wózkach   i   pierwsze 

sprzątaczki spieszące do pracy.

Powoli   rozpraszał   się   siwy   półmrok;   nieśmiałe   słoneczne   światło 

wychynęło   zza   kilkupiętrowych   domów,   odbijając   się   w   antenach 

background image

telewizyjnych   i   walcowatych   kominach   na   dachach   przeciwległych 

kamienic. Po chwili plama światła usiadła na blaszanych dachach, szybko 

przeniosła   się   niżej,   zsunęła   z   okapu   i   liznęła   tynki   ceglastych   ścian   i 

drewnianych okien zaciemnionych opuszczonymi roletami albo żaluzjami.

Mężczyzna na balkonie pochylił się i popatrzył na ulicę. Biegła z północy 

na południe, była długa i prosta, mógł ogarnąć wzrokiem odcinek długości 

przeszło dwóch kilometrów. Kiedy ją zbudowano, stanowiła dumę i chlubę 

miasta, ale od tamtej pory zdążyło upłynąć czterdzieści lat i straciła na 

reprezentacyjności. Miała tyle lat, co on.

Wytężając wzrok, dostrzegł w oddali samotną postać. Policjant? Po raz 

pierwszy od kilku godzin wszedł do pokoju i udał się do kuchni. Było 

widno,   nie   musiał   włączać   światła.  W  ogóle   rzadko   to   robił,   nawet   w 

zimie. Otworzył szafkę, wyjął emaliowany rondelek, wlał półtorej filiżanki 

wody   i   wsypał   dwie   łyżki   grubo   mielonej   kawy.  Postawił   naczynie   na 

kuchence   i   zapalił   gaz.   Dotknął   opuszkami   palców   łebka   wypalonej 

zapałki, żeby sprawdzić, czy zgasła, po czym wyrzucił ją do śmieci. Stał 

przy kuchence, dopóki kawa się nie zagotowała, wyłączył gaz i czekając, 

aż fusy opadną na dno, poszedł do toalety. Nie spuścił wody, nie chciał 

obudzić   sąsiadów.  Wrócił   do   kuchni,   ostrożnie   wlał   kawę   do   filiżanki, 

posłodził kostką cukru z na wpół opróżnionego kartonu stojącego na blacie 

koło zlewu i włożył łyżeczkę, którą wyjął z szuflady. Zaniósł filiżankę na 

balkon, postawił na pociągniętym pokostem drewnianym stoliku i usiadł 

na składanym krześle.

Słońce było już wysoko, oświetlało fasady domów po drugiej stronie ulicy 

aż   po   parter.   Wyciągnął   z   kieszeni   spodni   niklowaną   puszeczkę   i 

wykruszył tytoń z niedopałków, przesiewając go między palcami. Zgniótł 

background image

bibułki   w   kulki   wielkości   grochu   i   położył   na   wyszczerbionym 

porcelanowym spodku. Potem zamieszał kawę i wolniutko ją sączył. Znów 

zawyła   syrena.   Wstał   i   śledził   karetkę   spojrzeniem,   dopóki   sygnał   nie 

wybrzmiał. Minutę później przypominała mały biały prostokąt. Skręciła w 

lewo u północnego wylotu ulicy i zniknęła mu z oczu. Usiadł na krześle i 

bezmyślnie mieszał kawę, która zdążyła wystygnąć. Siedział nieruchomo, 

wsłuchując się w odgłosy miasta budzącego się niechętnie, z wahaniem.

Mężczyzna na balkonie był średniego wzrostu, normalnej budowy ciała. 

Twarz   pospolita,   wydatny   nos,   szaroniebieskie   oczy   i   rzadkie   włosy, 

sczesane do tyłu. Miał na sobie białą koszulę, niewyprasowane niebieskie 

spodnie z gabardyny, szare skarpety i czarne półbuty.

Była wpół do szóstej rano drugiego czerwca 1967. Miasto -Sztokholm.

Mężczyzna na balkonie nie przeczuwał, że jest obserwowany. Wszelkie 

przeczucia i uczucia były mu obce. Pomyślał, że niebawem zrobi sobie 

owsiankę.

Ulica   zaczynała   się   budzić.   Po   każdej   zmianie   świateł   na   czerwone 

wydłużała się kolejka czekających samochodów. Kierowca furgonetki z 

pieczywem   zatrąbił   wściekle   na   rowerzystę,   który   nagle   wtargnął   na 

jezdnię. Dwa auta za nią gwałtownie zahamowały.

Mężczyzna wstał, oparł dłonie na poręczy i patrzył na ulicę. Spłoszony 

rowerzysta   usunął   się   pod   krawężnik   i   udawał,   że   nie   słyszy   obelg 

miotanych przez kierowcę furgonetki.

Na chodnikach pojawili się nieliczni piesi. Koło stacji benzynowej, pod 

balkonem, rozmawiały dwie kobiety w jasnych, letnich sukienkach, nieco 

dalej   jakiś   mężczyzna   wyszedł   z   jamnikiem.   Zniecierpliwiony   szarpał 

smycz, podczas gdy jego pupil niewzruszenie obwąchiwał drzewo.

background image

Mężczyzna na balkonie wyprostował się, poprawił rzadkie włosy i wsunął 

dłonie   do  kieszeni.   Była  za   dwadzieścia   ósma,   słońce   wisiało   wysoko. 

Spojrzał   w   niebo.   Odrzutowiec   narysował   nad   dachami   domów   biały 

wełnisty łuk. Znów popatrzył na ulicę i przyglądał się starszej siwej pani w 

błękitnym płaszczu. Zatrzymała się przed piekarnią w domu naprzeciwko, 

długo   grzebała   w   torebce,   w   końcu   wyjęła   klucz   i   otworzyła   drzwi. 

Widział, jak wkłada klucz do zamka od wewnątrz. Na białej opuszczonej 

rolecie widniał napis ZAMKNIĘTE.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi wejściowe tuż obok piekarni i w 

plamie słońca pojawiła się dziewczynka. Mężczyzna na balkonie cofnął się 

o krok, wyjął dłonie z kieszeni i znieruchomiał.

Wyglądała na osiem, dziewięć lat. W ręku trzymała tornister w czerwoną 

kratkę.   Miała   na   sobie   krótką   czerwoną   spódniczkę,   pasiastą   bluzkę   i 

czerwony sweterek z za krótkimi rękawami. Czarne drewniaki wydłużały i 

wyszczuplały jej nogi. Powoli, z opuszczoną głową ruszyła w lewo.

Mężczyzna   na   balkonie   śledził   ją   spojrzeniem.   Po   dwudziestu   metrach 

przystanęła, podniosła dłoń do piersi, otworzyła tornister, czegoś w nim 

szukała, biegiem zawróciła i zniknęła za drzwiami.

Mężczyzna na balkonie ani drgnął. Upłynęło kilka minut, zanim drzwi 

ponownie   się   otworzyły.   Dziewczynka,   z   zapiętym   tornistrem,   ruszyła 

szybkim krokiem. Jej jasny koński ogon obijał się o plecy. Skręciła za 

rogiem na najbliższym skrzyżowaniu.

Była za trzy ósma. Mężczyzna poszedł do kuchni. Napił się wody, opłukał 

szklankę, postawił ją na suszarce i wrócił na balkon.

Usiadł   na   składanym   krześle,   położył   lewą   rękę   na   poręczy,   zapalił 

papierosa i patrzył na ulicę.

background image

Rozdział 2

Elektryczny   zegar   ścienny   wskazywał   za   pięć   jedenasta   i   zgodnie   z 

kalendarzem stojącym na biurku Gunvalda Larssona był piątek drugiego 

czerwca 1967.

Martin Beck znalazł się tutaj przypadkiem. Postawił torbę na podłodze 

przy   drzwiach,   powiedział   „cześć!",   położył   kapelusz   na   szafce   z 

archiwaliami obok karafki, wziął z tacy szklankę, nalał sobie wody, oparł 

łokieć o szafkę i zamierzał się napić.

Mężczyzna za biurkiem popatrzył na niego z kwaśną miną.

-  Ciebie też tu przysłali? - burknął. - Co schrzaniliśmy tym razem?

Martin Beck wypił łyk wody.

-  Pewnie nic. Uspokój się. Mam sprawę do Melandera. Prosiłem go o coś. 

Gdzie on jest?

-  W klopie. Jak zwykle.

Wyświechtany   dowcip   o   szczególnym   talencie   Melandera   do 

permanentnego przesiadywania w toalecie, w którym być może kryło się 

więcej niż jedno ziarnko prawdy, nie wiedzieć czemu zirytował Martina 

Becka. Ale starym zwyczajem schował irytację do kieszeni i badawczo 

popatrzył na mężczyznę za biurkiem.

-  Co cię dręczy? - zapytał.

-     A   jak   myślisz?   Oczywiście   rozboje.   Wczoraj   wieczorem   znowu 

zaatakował w parku Yanadis.

-  Słyszałem.

-   Emeryt wyprowadzał psa i oberwał w potylicę. Miał w portfelu sto 

czterdzieści koron. Wstrząs mózgu. Leży w szpitalu Sabbatsberg. Nic nie 

widział, nic nie słyszał.

background image

Martin Beck milczał.

-  To już ósmy raz w ciągu czternastu dni. Ten typek kogoś zabije...

Martin Beck opróżnił szklankę.

- Jeśli nikt go szybko nie zdejmie - dokończył Gunvald Lars-son.

-  Nikt, czyli kto?

-  Policja, kurde. My. Ktokolwiek. Niemundurowy patrol z dziewiątki był 

tam kwadrans wcześniej.

-  A gdzie był kwadrans później?

-  W komisariacie. Pili kawę. I tak jest od początku. Jak nasi ludzie siedzą 

w każdziuteńkim krzaku w parku Vanadis, obwieś atakuje w Vasaparken, a 

jak obstawiamy chaszcze w Vanadis i w Vasaparken, grasuje przy źródełku 

w Lill-Jansskogen.

-  A kiedy i tam w każdym krzaku siedzi policjant?

-     Wtedy   demonstranci   roznoszą   w   pył   US   Trade   Center   i   podpalają 

ambasadę   amerykańską.   To   nie   są   żarty   -   ozięble   skwitował   Gunvald 

Larsson.

Martin Beck nie odrywał od niego wzroku.

-  Nie żartuję. Po prostu jestem ciekaw.

-  Gość zna się na rzeczy. Jakby miał radar. Kiedy atakuje, w pobliżu nigdy 

nie uświadczysz policjanta.

Martin Beck potarł nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym.

-  Wyślijcie...

-  Wyślijcie? - błyskawicznie przerwał mu Gunvald Larsson. - Niby kogo? 

Co? Sforę wściekłych psów? Żeby zagryzły nasze cywilne patrole? Poza 

tym wczorajszy dziadek był z psem. I jaki miał z niego pożytek?

-  Co to był za pies?                      *

background image

-A  skąd   mam   wiedzieć?   Może   warto   go   przesłuchać,   co?   Wezwać   na 

komendę i wysłać do kibla, żeby Melander z nim pogadał. Hau, hau! - 

Gunvald Larsson, któremu nie było do śmiechu, grzmotnął pięścią w blat 

biurka. -Jakiś szaleniec napada na ludzi w parkach, a ty mi tu wyjeżdżasz z 

psami?!

-  Przecież to nie ja...

Gunvald Larsson nie dał mu dojść do słowa.

-     Powiedziałem,   że   gość   zna   się   na   rzeczy.   Zasadza   się   tylko   na 

bezbronnych   starców,   kobiety   i   dzieciaki.   Zawsze   od   tyłu.  W  zeszłym 

tygodniu jedna z ofiar zeznała, że wyskoczył zza krzaków jak pantera.

-  Widzę tylko jeden sposób - łagodnie zauważył Martin Beck.

- Jaki?

-  Przebierz się za bezbronnego.

Gunvald Larsson odwrócił głowę i przeszył Martina Becka świdrującym 

spojrzeniem.   Miał   sto   dziewięćdziesiąt   dwa   centymetry   wzrostu,   bary 

zawodowego   ciężarowca,   na   ramionach   gęste   owłosienie   koloru   blond, 

sczesane   do   tyłu   blond   włosy   i   zdegustowane   jasnoniebieskie   oczy.   I 

ważył dziewięćdziesiąt osiem kilo.

Kollberg zwykł uzupełniać jego rysopis konstatacją, że wyrazem twarzy 

jako żywo przypomina motorowerzystę.

Teraz wjasnoniebieskim spojrzeniu wycelowanym w Martina Becka kryło 

się coś więcej niż antypatia.

Martin Beck wzruszył ramionami.

-  Poważnie mówiąc...

-  Poważnie mówiąc, nie widzę w tym nic zabawnego. W życiu nie miałem 

na głowie takiej serii rozbojów, a ty się popisujesz dowcipasami. Pies tu, 

background image

pies tam. Nic, tylko boki zrywać.

Martin Beck zdał sobie sprawę, że niechcący sprowokował go do reakcji, 

którą niewielu udało się wywołać, i że za sekundę Gunvald Larsson straci 

panowanie nad sobą.

Świadom konsekwencji zdjął łokieć z szafki i powiedział:

-  Dość tego!

Dzięki Bogu w tym momencie z sąsiedniego pokoju wszedł Melander. Bez 

marynarki, z fajką w ustach i otwartą książką telefoniczną w dłoniach.

-  Cześć!

-  Cześć! - odparł Martin Beck.

-  Zaraz jak się rozłączyłeś, przypomniałem sobie nazwisko - powiedział 

Melander. - Arvid Larsson. Znalazłem go w książce telefonicznej. Ale nie 

ma sensu tam dzwonić. Zmarł w kwietniu. Wylew. Do końca robił w tej 

samej branży. Miał lumpeks na Só-dermalmie. Teraz jest zamknięty.

Martin Beck wziął książkę telefoniczną, zerknął i skinął głową. Melander 

wyłowił   z   kieszeni   spodni   pudełko   zapałek   i   z   namaszczeniem   zapalał 

fajkę. Martin Beck postąpił dwa kroki naprzód, położył książkę na biurku i 

wycofał się do szafki z archiwaliami.

-  Nad czym pracujecie? - zapytał podejrzliwie Gunvald Larsson.

-     Nad   niczym   szczególnym   -   odrzekł   Melander.   -   Martin   zapomniał 

nazwiska pewnego pasera, którego chcieliśmy zwinąć dwanaście lat temu.

-  I zwinęliście?

-  Nie.

-  Ale ty wszystko zapamiętałeś?

-  Tak.

Gunvald Larsson przysunął do siebie książkę telefoniczną, przekartkował 

background image

ją i powiedział:

- Jak, do diaska, jeśli wolno spytać, przez dwanaście lat można pamiętać 

namiary na kogoś o nazwisku Larsson?

-  Ech, to żadna sztuka - poważnie odparł Melander. Zadzwonił telefon.

-  Wydział pierwszy, oficer dyżurny... Przepraszam, nie usłyszałem. .. Ze 

co?... Czyjestem detektywem? Oficer dyżurny, wydział pierwszy, policjant 

śledczy Larsson... Przepraszam, jak pani godność?

Gunvald Larsson wyjął długopis z kieszonki na piersi, nagryzmolił jedno 

słowo i zamarł z uniesionym długopisem.

-  O co chodzi?... Przepraszam, nie zrozumiałem... Że jak? Że co?... Kot?... 

Kot na balkonie?... Słucham? Ktoś?... Ktoś stoi na balkonie?

Gunvald   Larsson   odsunął   książkę   telefoniczną,   przysunął   notatnik   i 

skreślił kilka słów.

-   Rozumiem. Jak wygląda?... Tak, słyszę. Rzadkie włosy, sczesane do 

tyłu. Wydatny nos. Uhm. Biała koszula. Wzrost średni. Brązowe spodnie. 

Rozpięte...   Co?...   Aha,   koszula   rozpięta.   Niebieskoszare   oczy... 

Chwileczkę, droga pani... Czy on stoi na swoim balkonie?

Gunvald   Larsson   zerknął   na   Melandera   i   Martina   Becka   i   wzruszył 

ramionami. Słuchając, dłubał długopisem w uchu.

-   Momencik. A więc rzeczony mężczyzna stoi na swoim balkonie. Czy 

jest napastliwy, agresywny?... Aha, nie jest. Po drugiej stronie ulicy? Na 

swoim balkonie?... Skąd pani wie, że ma niebieskoszare oczy? To jakaś 

wyjątkowo wąska uliczka... Słucham? Że co?... Zaraz... Mówi pani, że on 

stoi na balkonie. I co jeszcze?... Patrzy na ulicę? A co się dzieje na ulicy?... 

Nic? Co takiego? Samochody? Bawiące się dzieci?... W nocy też? Bawią 

się w nocy?... Aha, nie. Ale on stoi w nocy na balkonie? I czego pani od 

background image

nas oczekuje? Mamy wysłać sforę psów?... Nie ma takiego prawa, proszę 

pani, które zabrania ludziom stać na własnym balkonie.... Zgłasza pani 

swoje   obserwacje?   Rany,   gdyby   wszyscy   opowiadali   o   tym,   co   widzą, 

musielibyśmy przydzielić każdemu po trzech policjantów... Dziękować? 

My mamy dziękować?!... Bezczelny? Ja jestem bezczelny?! Słuchaj no, 

paniusiu...

Gunvald   Larsson   umilkł,   trzymając   słuchawkę   w   odległości   dziesięciu 

centymetrów od ucha.

-   Rozłączyła się - powiedział zdumiony. - Po trzech sekundach rzucił 

słuchawkę na widełki. - A pieprz się, babo! - Podarł kartkę, na której robił 

notatki,   i   starannie   wycierał   długopis   z   woskowiny.   -   Ludzie   są 

nienormalni.   Nic   dziwnego,   że   niczego   nie   udaje   się   doprowadzić   do 

końca. Dlaczego centrala takich nie blokuje? Powinni ich przełączać do 

szpitala "wariatów.

-     Musisz   się   przyzwyczaić   -   zauważył   Melander,   wziął   książkę 

telefoniczną, zamknął ją i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

Gunvald Larsson wyczyścił długopis, zmiął strzępy kartki i wyrzucił do 

kosza.

-  "wyjeżdżasz gdzieś? - spytał Martina Becka, patrząc z kwaśną miną na 

torbę przy drzwiach.

-  Uhm, do Motali. Na parę dni. Mam tam coś zobaczyć.

-  Aha.

-  Góra tydzień. Ale dzisiaj wraca Kollberg. Będzie tu od jutra. Nie musisz 

się przejmować.

-  Nie przejmuję się.

-  A co do tych rozbojów...

background image

-  No?

-  Nie, nic takiego...

- Jeśli zrobi to jeszcze dwa razy, złapiemy go - odezwał się Melander z 

pokoju obok.

-  Otóż to - potwierdził Martin Beck. - Cześć!

-  Cześć! - bąknął Gunvald Larsson.

Rozdział 3

Martin   beck   dotarł   na   centralny   dziewiętnaście   minut   przed   odjazdem 

pociągu i wykorzystał je na dwie rozmowy telefoniczne.

Najpierw zadzwonił do domu.

- Jeszcze nie wyjechałeś? - zapytała małżonka.

-   Zatrzymam się w hotelu Palące - powiedział, ignorując jej retoryczne 

pytanie. - Uznałem, że powinnaś to wiedzieć.

- Jak długo cię nie będzie?

-  Tydzień.

-  Skąd ta pewność?

Dobre pytanie, pomyślał Martin Beck. Przynajmniej nie jest głupia.

-  Pozdrów dzieci. - Po chwili namysłu dodał: - Uważaj na siebie.

-  Dzięki - odrzekła chłodno.

Rozłączył się i wyjął z kieszeni spodni następną dwudziesto-pięcioórówkę. 

Do automatów telefonicznych była kolejka. Ci, co stali najbliżej, obrzucili 

go   niechętnym   spojrzeniem,   kiedy   wrzucił   monetę   i   wybrał   numer 

komendy południowej*. Po minucie usłyszał głos Kollberga.

-  Cześć! Chciałem się tylko upewnić, że wróciłeś.

*   Potoczna   nazwa   komendy   policji   w   okręgu   Soderort,   obejmującym 

południowe przedmieścia Sztokholmu (wszystkie przypisy tłumaczki).

background image

-  Ach, co za troska - powiedział Kollberg. - Jeszcze nie wyjechałeś?

- Jak się czuje Gun?

-     Dobrze.   Oczywiście   wygląda   jak   budka   telefoniczna.   Gun,   żona 

Kollberga, była w ciąży, miała urodzić na przełomie sierpnia i września.

-  Wracam za tydzień.

-     Wiem,   zasięgnąłem   języka.   Wtedyjuż   mnie   tutaj   nie   będzie.   -   Na 

moment zapadła cisza. - Co ty masz do roboty w Motali?

-  Sprawa tego dziadka...

- Jakiego dziadka?

-  Złomiarza, który się spalił ubiegłej nocy. Nie...

-  Czytałem o tym w gazetach. No i co?

- Jadę się rozejrzeć.

-     Czy   nie   mają   tam   dość   oleju   w   głowie,   żeby   się   uporać   z 

najzwyklejszym pożarem?

-  Zażyczyli sobie...

-  Zaraz - przerwał mu Kollberg. - Może ten kit jest dobry dla twojej żony, 

ale mnie nie nabierzesz. Poza tym świetnie wiem, czego sobie zażyczyli i 

kto sobie zażyczył. Kto jest teraz szefem dochodzeniówki w Motali?

-  Ahlberg, ale...

-   No właśnie. Wiem, że wziąłeś pięć dni zaległego urlopu. Jedziesz do 

Motali, żeby chlać z Ahlbergiem w Hotelu Miejskim. Dobrze mówię?

-  No... ale...

-  Powodzenia. Trzymaj się!

-  Dzięki.

Martin Beck odwiesił słuchawkę. Człowiek, który stał za nim, łokciami 

utorował  sobie  drogę do  automatu.  Martin  Beck  wzruszył  ramionami  i 

background image

wyszedł do hali dworcowej.

Kollberg   miał   po   części   rację.   Choć   w   gruncie   rzeczy   było   to   bez 

znaczenia, trochę się zirytowane tak łatwo został przejrzany. On i Kollberg 

poznali  Ahlberga   w   związku   z   pewnym   morderstwem   trzy   lata   temu. 

Śledztwo było długie i trudne i zdążyli się w tym czasie zaprzyjaźnić. 

Gdyby nie to, Ahlberg najprawdopodobniej nie zwróciłby się o wsparcie 

do   Głównego   Zarządu   Policji,   a   Martin   Beck   nie   poświęciłby   sprawie 

nawet połowy dniówki.

Według  zegara dworcowego obie rozmowy  zajęły  mu dokładnie cztery 

minuty. Do odjazdu pociągu został kwadrans. Na Centralnym jak zwykle 

kłębiły się tłumy. Kupa ludzi, do wyboru, do koloru.

Martin Beck - niezbyt wysoki mężczyzna o szczupłej twarzy, szerokim 

czole i wydatnych, mocnych szczękach - stał z torbą w ręku i czuł się 

nieswojo.   Większość   brała   go   przypuszczalnie   za   zdezorientowanego 

wieśniaka, wrzuconego w mrowisko wielkiego miasta.

Nagle usłyszał ochrypły szept:

-  Te, stary...

Odwrócił   się   i   zobaczył   czternastoletnią   dziewczynkę.   Miała   jasne 

rozczochrane   włosy   i   krótką   batikową   sukienkę.   Brudna   i   bosa,   ciut 

młodsza   od   jego   córki   i   podobnie   rozwinięta,   ściskała   w   prawej   dłoni 

pasek czterech zdjęć, na które pozwoliła mu zerknąć.

Ich   zrobienie   nie   przedstawiało   najmniejszej   trudności.   Dziewczynka 

weszła   do   jednego   z   automatów   na   górnym   peronie   metra,   uklękła   na 

stołku, zadarła sukienkę po pachy i wrzuciła jednokoronówki do otworu.

Kurtynki w automatach kończyły się mniej więcej na wysokości kolan, ale 

niewiele to zmieniało. Oglądając fotki, pomyślał, że teraz dzieci szybciej 

background image

dojrzewają. I nie noszą majtek. Jakość zdjęć pozostawiała jednak sporo do 

życzenia.

-  Dwie i pół dychy - wychrypiała dziewczynka z nadzieją w głosie.

Martin Beck, poirytowany, rozejrzał się. W końcu hali zauważył dwóch 

mundurowych. Podszedł do nich. Jeden go poznał i zasalutował.

-  Czy nie możecie zrobić porządku z tymi dzieciakami? Martin Beck był 

wściekły.

-   Robimy,   co   w   naszej   mocy,   komisarzu   -   odparł   młody   niebieskooki 

chłopak o wypielęgnowanej blond brodzie, ten, który mu salutował.

Martin   Beck   odwrócił   się   bez   słowa   i   ruszył   ku   szklanym   drzwiom 

prowadzącym na perony. Dziewczynka w batikowej sukience stała teraz 

trochę dalej i ukradkiem zerkała na zdjęcia, jakby coś było nie tak z jej 

wyglądem.

Za chwilę najprawdopodobniej sprzeda je jakiemuś idiocie, potem pójdzie 

do   Humlegarden   albo   na   Mariatorget   i   kupi   prelu-din,   marihuanę   albo 

LSD.

Policjant, który go znał, nosił brodę. Dwadzieścia cztery lata temu, kiedy 

on stawiał pierwsze kroki w zawodzie, policjanci byli starannie ogoleni.

Swoją drogą, dlaczego ten drugi, bez brody, nie zasalutował? Czy dlatego, 

że go nie znał?

Dwadzieścia   cztery   lata   temu   policjanci   oddawali   honory   wszystkim, 

którzy   do   nich   podchodzili,   nawet   jeśli   owi   podchodzący   nie   byli 

komisarzami. A może nie oddawali?

Wtedy   czternastoletnie   dziewczynki   nie   fotografowały   się   nago   w 

automatach i nie próbowały sprzedawać zdjęć oficerom śledczym, żeby 

mieć pieniądze na narkotyki.

background image

Poza tym Martin Beck nie był zadowolony ze swojego nowego stopnia, 

który otrzymał na przełomie roku. Nie był zadowolony z nowego pokoju 

służbowego   w   komendzie   południowej,   w   hałaśliwej   dzielnicy 

przemysłowej   przy  Vastberga  Alle.   Nie   był   zadowolony   z   podejrzliwej 

małżonki ani z tego, że ktoś taki jak Gunvald Larsson został policjantem 

śledczym.

Martin Beck rozmyślał o tym, siedząc przy oknie w przedziale pierwszej 

klasy.

Pociąg przetoczył się obok ratusza i zanim zanurkował w tunelu, Martin 

Beck zdążył zobaczyć parowiec „Mariefred", jeden z ostatnich tego typu w 

kraju,   i   gmaszysko   wydawnictwa   Nor-stedts.   Kiedy   się   z   niego 

wynurzył,*pojawiła   się   bujna   parkowa   zieleń   Tantolunden,   która 

niebawem przyprawi Martina Becka o koszmary senne, i koła zadudniły 

na moście.

18

Na   postoju   w   Sódertalje   poprawił   mu   się   humor.   Kupił   butelkę   wody 

mineralnej   i   leciwą   kanapkę   z   żółtym   serem,   serwowane   z   blaszanych 

wózków, które w większości pociągów ekspresowych zastąpiły wagony 

restauracyjne.

Rozdział 4

No więc tak - zaczął Ahlberg. - W nocy było chłodno, a on miał stary 

piecyk elektryczny, który postawił sobie przy łóżku. Potem skopał z siebie 

koc, koc spadł na piecyk i się zapalił. Martin Beck skinął głową.

-  To całkiem prawdopodobne - kontynuował Ahlberg. -Dzisiaj dostaliśmy 

wyniki badań technicznych. Dzwoniłem do ciebie, ale już wyjechałeś.

Stali na pogorzelisku w Borenshult, pośród drzew połyskiwało jezioro i 

background image

stopnie śluzy, gdzie trzy lata temu znaleziono zwłoki kobiety. Po spalonym 

domu zostały praktycznie tylko fundamenty i komin. Strażakom udało się 

jedynie uratować szopę.

-  Trzymał tam fanty - poinformował Ahlberg. - Stary Lars-son zajmował 

się paserką. Szczególnie nas to nie zaskoczyło, był już karany. Roześlemy 

wykaz skradzionych rzeczy.

Martin Beck znów skinął głową.

-  Sprawdziłem jego brata w Sztokholmie - powiedział. -Zmarł tej wiosny. 

Wylew. Też był paserem.

-  Może to u nich rodzinne - skwitował Ahlberg.

-     Brata   nigdy   nie   przyskrzyniliśmy,   ale   Melander   go   zapamiętał. 

*

-   A, Melander, ten z fenomenalną pamięcią. Już razem nie pracujecie, 

prawda?

20

-     Tylko   okazjonalnie.   Siedzi   na   Kungsholmsgatan.   Kollberg   też.   Od 

dzisiaj. Cholerne przetasowania.

Opuścili pogorzelisko i w milczeniu wrócili do samochodu.

Kwadrans później Ahlberg zatrzymał się przed komendą, niskim żółtym 

budynkiem   na   rogu   Prastgatan   i   Kungsgatan,   tuż   przy   Stora   Torget   i 

pomniku Baltzara von Platena.

Zerknął na Martina Becka.

-  Skoro już tu jesteś i masz wolne, to chyba zostaniesz kilka dni?

Martin Beck pokiwał głową.

-     Możemy   popływać  motorówką  -   zaproponował  Ahlberg.  Wieczorem 

zjedli w Hotelu Miejskim przepysznego pstrąga

background image

z jeziora Vattern. I co nieco wypili.

W sobotę pływali motorówką. W niedzielę też. W poniedziałek Martin 

Beck   popłynął   sam.   I   we   'wtorek.   W  środę   wybrał   się   do   Vadsteny   i 

zwiedził zamek.

Hotel,   w   którym   mieszkał,   był   nowoczesny   i   wygodny.   Towarzystwo 

Ałilberga   sprawiało   mu   przyjemność.   Przeczytał   powieść   Kurta 

Salomonsona Obcy*. Czuł się świetnie.

Zasłużył   sobie   na   wypoczynek.   Zima   była   pracowita,   wiosna   okropna. 

Jeszcze nie stracił nadziei na spokojne lato.

* Mannen utanfór (1958).

Rozdział 5

Rabuś nie narzekał na brzydką pogodę.

Wczesnym   popołudniem   zaczęło   padać.   Najpierw   ulewnie,   potem 

ciurkająco, a o siódmej przestało. Deszczowe chmury wciąż wisiały nisko 

i można się było spodziewać, że niebawem znowu chluśnie. Dochodziła 

dziewiąta, zielone korony drzew powoli spowijał zmierzch. Lada moment 

zapłoną latarnie.

Rabuś   zdjął   deszczowiec   i   położył   obok   na   ławce.   Miał   na   sobie 

tenisówki,   spodnie   khaki   i   elegancki   szary   dralonowy   sweterek   z 

monogramem   na   kieszonce.   Na   szyi   zawiązał   luźno   dużą   czerwoną 

chustkę. Spędził w parku ponad dwie godziny. Widział dziesiątki ludzi, 

którym   taksująco   się   przyglądał.   Dwukrotnie   ze   szczególnym 

zainteresowaniem i dwukrotnie jego uwagę przykuły dwie osoby, w sumie 

cztery.   Najpierw   -   młodsi   od   niego   -   mężczyzna   i   kobieta;   ona   w 

sandałkach   i   krótkiej   biało-czarnej   letniej   sukience,   on   w   szykownej 

niebieskiej   klubowej   marynarce   i   jasnoszarych   spodniach.   Szukali 

background image

cienistego   zakątka.   Tam   przystanęli   i   zaczęli   się   pieścić.   Dziewczyna 

oparła się plecami o drzewo, po kilku sekundach chłopak wsunął prawą 

dłoń pod jej sukienkę i gumkę od majtek. Natychmiast rozsunęła nogi, 

powiedziała: „Ajak ktoś nas zobaczy?" - ale najwyraźniej rutynowo, bo od 

razu zamknęła oczy i rytmicznie kręcąc zadkiem, wbiła-paznokcie lewej 

dłoni wwy-strzyżony kark mężczyzny. Nie widział jej prawej ręki, choć 

był tak blisko, że zdążył zobaczyć jej białe ażurowe figi.

22

Podkradł   się   za   nimi   bezszelestnie   i   przycupnął   za   krzakami   niespełna 

dziesięć   metrów   dalej.   Z   wrodzonego   poczucia   humoru   chętnie 

wkroczyłby do akcji. Wiedział jednak, że dziewczyna nie ma torebki i 

pewnie trudno byłoby ją powstrzymać przed krzykiem. To mogłoby mu 

przeszkodzić w wykonaniu zadania. Poza tym chłopak, który okazał się 

nieco rosiej szy i bardziej barczysty, niż mu się początkowo wydawało, 

wcale   nie   musiał   mieć   wypchanego   portfela.   Argumenty   przeciw 

przeważyły   i   ulotnił   się   równie   bezgłośnie,   jak   się   podkradł.   Nie   był 

przecież podglądaczem, miał ważniejsze sprawy na głowie, zresztą i tak 

wiele   więcej   by   nie   zobaczył.   Chwilę   później   zauważył   ich   ponownie. 

Opuszczali   park   w   przyzwoitej   odległości   od   siebie.   Przecięli   ulicę   i 

weszli   do   czynszówki,   której   zacny   wygląd   świadczył   o   tym,   że 

zamieszkują ją obyczajni mieszczanie. W drzwiach dziewczyna poprawiła 

sukienkę   i   stanik   i   przesunęła   po   brwiach   zwilżoną   opuszką   palca. 

Chłopak przeczesał włosy.

O   wpół   do   dziewiątej   jego   uwagę   zwróciła   inna   para.   Przed   sklepem 

żelaznym   zaparkowało   czerwone   volvo.   Siedziało   w   nim   dwóch 

mężczyzn.   Jeden   wysiadł   i   wszedł   do   parku.   Był   z   gołą   głową,   w 

background image

beżowym deszczowcu. Po kilku minutach wysiadł drugi i ruszył do parku 

inną   alejką.   Miał   na   sobie   sportową   czapkę   i   tweedowy   blezer.   Mniej 

więcej   po   kwadransie   wrócili   do   samochodu,   każdy   inną   drogą,   w 

sześćdziesięciosekundowym odstępie.

Stojąc plecami do nich i wpatrując się w sklepową witrynę, usłyszał, co 

mówią.

-  I?

-  E tam.

-  Co teraz?

-  Lill-Jansskogen?

-  W taką pogodę?

-  No.

-  Okej. Ale potem kawa.

-  Okej.

Trzasnęli drzwiami i odjechali.

23

Przed dziewiątą siedział na ławce i czekał. Zobaczył ją, kiedy wchodziła 

do   parku,   i   od   razu   przewidział,   którędy   pójdzie.   Niska   grubaska   w 

średnim   wieku.  W  płaszczu,   z   parasolką   i   dużą   torebką.  Wyglądało   to 

obiecująco. Może kioskarka? Wstał, włożył deszczowiec, przeciął trawnik 

i kucnął za krzakami. Nadchodziła alejką, była blisko -jeszcze pięć, może 

dziesięć sekund... Lewą dłonią podciągnął czerwoną chustkę po nasadę 

nosa, palce prawej wsunął w kastet. Dzieliło ich mniej niż cztery metry. 

Był szybki, mokra trawa tłumiła jego kroki.

Ale nie  najlepiej. Został mu  metr, kiedy  się odwróciła, zobaczyła go i 

otworzyła usta do krzyku. Bez zastanowienia z całych sił uderzył ją w 

background image

usta.   Kastet   zachrzęścił,   parasolka   odfrunęła   i   kobieta   zwaliła   się   na 

kolana, z torebką w ramionach, jakby tuliła do piersi niemowlę.

Uderzył jeszcze raz, w nos. Kastet znów zachrzęścił. Upadła na plecy, z 

podkurczonymi nogami. Nie wydała żadnego dźwięku. Obficie krwawiła, 

chyba straciła przytomność. Na wszelki wypadek nabrał garść piasku i 

sypnął kobiecie w oczy. Kiedy wyrwał jej torebkę, bezwładnie odwróciła 

głowę i zaczęła wymiotować.

Portfel, portmonetka, zegarek. Nieźle.

Rabuś wychodził z parku. Jakby tuliła do piersi niemowlę, pomyślał. A 

mogło być ładnie i elegancko. Czysto. Cholerny bab-sztyl.

Kwadrans później był w domu. O wpół do dziesiątej, dziewiątego czerwca 

1967, w piątek. Po dwudziestu minutach znów się rozpadało.

Rozdział 6

Padało całą noc, a w sobotni poranek wyjrzało słońce, z rzadka chowające 

się za białe obłoczki na błękitnym niebie. Był dziesiąty czerwca, zaczęły 

się wakacje, w piątkowy wieczór tysiące samochodów opuściło miasto, 

biorąc kurs na domki letniskowe, przystanie i kempingi. Mnóstwo ludzi, 

którzy   zostali,   musiało   się   zadowolić   w   ten   piękny,   ciepły   weekend 

namiastką życia na łonie natury, korzystając z uroku parków i basenów.

Już za piętnaście dziewiąta pod kasą biletową przed kąpieliskiem w parku 

Vanadis   ustawiła   się   kolejka.  Od  Sveavagen  nadciągały   tłumy  żądnych 

słońca i wody sztokholmczyków.

Przez   Frejgatan   przechodziły   na   czerwonym   świetle   dwa   wczorajsze, 

złachane typki: jeden w dżinsach i pulowerze, drugi w czarnych spodniach 

i  brązowej  marynarce, która  się podejrzanie wybrzuszała  na wysokości 

lewej piersi. Nie śpieszyli się, mrużyli od blasku słońca przekrwione oczy. 

background image

Ten z pokaźnym przedmiotem w wewnętrznej kieszeni niemal się zderzył 

z   rowerzystą.   Rześki   sześćdziesięciolatek   w   jasnoszarym   letnim 

garniturze, z mokrymi kąpielówkami na bagażniku, zachwiał się i musiał 

postawić stopę na jezdni.

-  Bałwany! - wydarł się na nich i popedałował dalej.

-   Zgred - burknął typek w marynarce. - Pieprzony dyrektorek. O mały 

włos   mnie   nie   przejechał.   Jakbym   się   wyłożył,   byłoby   po   flaszce.   - 

Zatrzymał się zdenerwowany na chodniku, zadrżał

25

na samą myśl o tym, jak niewiele brakowało do katastrofy, i podniósł rękę 

do wewnętrznej kieszeni. - Myślisz, że odpaliłby nam na nową? W życiu! 

Siedzi pewno w luksusowej chałupie na Norr Malarstrand, ma szafy pełne 

szampana i w ogóle do łba by mu nie wpadło, żeby zapłacić biednemu 

człowiekowi za flaszkę. Kapitalistyczna świnia!

-  Przecież jej nie rozbił - zauważył spokojnie kolega.

Był dużo młodszy. Wziął roztrzęsionego kumpla pod ramię i poprowadził 

do parku. Ruszyli pod górę, nie w stronę kąpieliska jak inni, i skręcili w 

wąską   alejkę   biegnącą   od   kościoła   Stefana   na   szczyt   wzniesienia.   Z 

trudem, zdyszani dobrnęli do połowy stromizny.

-  Czasami w trawie za wieżą można znaleźć szmal - odezwał się młodszy. 

-Jeśli dzień wcześniej rżnęli tam wieczorkiem w pokera. Gdybyśmy tak 

uzbierali na butelczynę, zanim zamkną monopolowy. ..

W soboty sklepy monopolowe były otwarte tylko do pierwszej.

-  Nie ma szans. Wczoraj padało.

-  Fakt - przyznał młodszy i westchnął.

Alejka biegła wzdłuż ogrodzenia okalającego kąpielisko, gdzie roiło się od 

background image

opalonych   na   murzyna   i   prawdziwych   Murzynów.   Ale   tacy   byli   w 

mniejszości, dominowały białasy, które podczas długiej zimy nie spędziły 

nawet tygodnia na Wyspach Kanaryjskich.

-  Ty, zaczekaj - powiedział młodszy. - Popatrzymy na panienki, dobra?

-  Nie, kurde - rzucił przez ramię starszy. - Ruchy, jestem spragniony jak 

wielbłąd.

Dotarli   do   wieży   ciśnień   na   szczycie   parkowego   wzniesienia   i   kiedy 

zaczęli ją okrążać, z ulgą skonstatowali, że mają cały teren dla siebie.

Starszy usiadł w trawie, wyjął butelkę i zabrał się do odkręcania.

Młodszy podszedł do czerwonego płotka.

26

- Jocke! - zawołał. - Lepiej usiądźmy tam. No wiesz, gdyby ktoś przyszedł.

Jocke podniósł się, stęknął i z butelką w garści ruszył za kolegą, który 

zaczął schodzić ze zbocza.

-  O, tutaj będzie dobrze, pod tym krzakiem... - Młodszy stanął jak wryty i 

nachylił się. - Co jest... - wyszeptał chrapliwie. -Jasna cholera!

Jocke podszedł bliżej, zobaczył dziewczynkę, odsunął się i zwymiotował.

Głowę   i   tułów   częściowo   zasłaniał   krzak,   na   wilgotnym   piasku   leżały 

wyprostowane,   rozrzucone   nogi.   Sinawa   twarz   zwrócona   w   bok,   na 

policzku półdługie blond włosy, usta otwarte. Prawa ręka nad głową, lewa 

dłoń przy biodrze, grzbietem do ziemi.

Była   w   spódniczce   i   pasiastej   bluzce,   która   podsunęła   się   do   góry, 

odsłaniając goły brzuch.

Mogła mieć około dziewięciu lat.

I z całą pewnością nie żyła.

Była za pięć dziesiąta, kiedy Jocke z kompanem zgłosili się na dziewiąty 

background image

komisariat   przy   Surbrunnsgatan.   Chaotycznie   i   nerwowo   opowiedzieli 

oficerowi dyżurnemu, młodszemu policjantowi o nazwisku Granlund, co 

zobaczyli   w   parku   Vanadis.   Dziesięć   minut   później   Granlund   w 

towarzystwie czterech kolegów był na miejscu.

Upłynęło   zaledwie   dwanaście   godzin,   kiedy   dwaj   policjanci   z   tych 

czterech zostali wezwani do innej części parku, gdzie doszło do kolejnego 

rozboju.   Ponieważ   od   rozboju   do   zgłoszenia   minęła   godzina,   wszyscy 

przyjęli   za   pewnik,   że   rabuś   spokojnie   zdążył   się   oddalić   z   miejsca 

przestępstwa. Dlatego nie przeszukali terenu i nie wiedzieli, czy zwłoki 

dziewczynki już tam były, czy nie.

Pięciu policjantów stwierdziło, że mała nie żyje, że przypuszczalnie -jeśli 

laik może to ocenić - została uduszona. Czyli zamordowana. Chwilowo nic 

więcej nie mogli zrobić.

Czekając na kryminalnych i techników, skupili się na trzymaniu gapiów w 

bezpiecznej odległości od miejsca zbrodni.

27

Granlund rozejrzał się i pomyślał, że ludzi z dochodzeniówki czeka nie 

lada zadanie. Po śmierci dziewczynki rozpadało się na dobre. Ale chyba 

wiedział, kim ona jest, i ta wiedza bynajmniej nie napawała go radością.

Dzień   wcześniej,   o   jedenastej   w   nocy,   przyszła   na   komisariat 

zaniepokojona   mama   z   prośbą,   żeby   odszukali   jej   ośmioipółłetnią 

córeczkę. O siódmej wieczorem wyszła się pobawić i słuch o niej zaginął. 

Zaalarmowali   kryminalnych   z   dochodzeniówki,   wszystkie   jednostki 

patrolowe   dostały   rysopis   dziewczynki.   Sprawdzili   szpitalne   oddziały 

ratunkowe.

Niestety, rysopis się zgadzał.

background image

Granlundowi nic nie było wiadomo o tym, żeby mała się odnalazła. Na 

domiar złego mieszkała na Sveavagen przy parku Va-nadis - co raczej nie 

pozostawiało wątpliwości.

Pomyślał ojej rodzicach, którzy siedzą teraz w domu i czekają w napięciu, 

i modlił się w duchu, żeby to nie on musiał powiedzieć im prawdę.

Kiedy wreszcie zjawili się kryminalni, Granlund miał wrażenie, że spędził 

w słońcu obok ciała małej dziewczynki całą wieczność.

Ledwie   eksperci   zabrali   się   do   pracy,   odszedł.   Wracał   do   dziewiątego 

komisariatu, mając przed oczyma obraz martwego dziecka.

Rozdział 7

Kiedy   Kollberg   i   Rónn   przyszli   na   miejsce   zbrodni   w  parku  Va-nadis, 

teren za wieżą ciśnień był nienagannie odgrodzony. Fotograf zakończył 

pracę, lekarz dokonywał pierwszych rutynowych oględzin zwłok.

Na   wilgotnej   ziemi   widniały   wyłącznie   świeże   odciski   stóp 

-najprawdopodobniej mężczyzn, którzy znaleźli ciało. Kawałek dalej, pod 

czerwonym płotkiem, leżały drewniaki dziewczynki.

Kollberg podszedł do lekarza.

-  No i? - zapytał.

-  Uduszona. - Lekarz wzruszył ramionami. - Może zgwałcona.

-  Kiedy?

-  Wczoraj wieczorem. Dowiemy się, o której i co jadła...

-  Tak, jasne. Myślisz, że to się stało tutaj?

-  Nie zauważyłem niczego, co przemawiałoby za innym miejscem.

-  Uhm. Diabli nadali tę ulewę.

-  Owszem - przytaknął lekarz, idąc do samochodu.

Kollberg został jeszcze pół godziny, po czym zabrał się z chłopcami na 

background image

komisariat   przy   Surbrunnsgatan.   Kiedy   wszedł   do   pokoju,   komisarz 

siedział za biurkiem i czytał jakiś raport. Wskazał mu krzesło.

-  Paskudna historia - odezwał się Kollberg, siadając.

29

-  Tak. Macie coś?

-  Na razie nic. Deszcz pozacierał, co się dało.

- Jak myślisz, kiedy to się mogło stać? Wczoraj wieczorem doszło tam do 

napadu rabunkowego. Właśnie przeglądam raport.

-  Nie wiem. Przekonamy się, kiedy ją stamtąd zabierzemy.

-   Nie wydaje ci się, że to robota tego samego faceta? Że dziewczynka 

przez przypadek była świadkiem albo coś w tym stylu?

- Jeśli została zgwałcona, wątpię. Rabuś i gwałciciel w jednej osobie, hm, 

to chyba lekka przesada.

-  Zgwałcona? Lekarz tak powiedział?

-   Nie wykluczył tego. - Kollberg westchnął i potarł brodę. - Chłopcy, 

którzy mnie tu przywieźli, mówili, że znacie tę dziewczynkę.

-  Tak - potwierdził komisarz. - Chyba tak. Przed chwilą był tu Granlund i 

zidentyfikował ją na podstawie zdjęcia, które wczoraj dostaliśmy od jej 

mamy.

Komisarz   wyjął   ze   skoroszytu   amatorską   fotkę.  Ta   sama   dziewczynka, 

którą Kollberg widział w parku Vanadis, stała oparta o drzewo i śmiała się 

do słońca.

Kollberg skinął głową i oddał zdjęcie.

-  Czy rodzice wiedzą, że...

-     Nie   -   przerwał   komisarz,   wyrwał   kartkę   z   bloczku   i   wręczył 

Kollbergowi.

background image

-     „Karin   Carlsson"   -   przeczytał   na   głos   Kollberg.   -   „Sveava-gen 

osiemdziesiąt trzy".

-  Dziewczynka ma na imię Eva. Byłoby dobrze, gdyby ktoś... gdybyś tam 

poszedł. Teraz. Zanim się o tym dowie w mniej przyjemnej formie.

- Jest wystarczająco nieprzyjemnie - z westchnieniem skwitował Kollberg.

Komisarz popatrzył na niego z poważną miną.

-    Wydawało  mi   się,  że  to twój  rewir  -  zauważył  Kollberg,  wstając. - 

Dobrze, dobrze, już idę. Przecież ktoś musi to zrobić. -Odwrócił się w 

drzwiach. - Nic dziwnego, że brakuje nam ludzi. Zęby zasuwać w policji, 

trzeba mieć nie po kolei w głowie.

30

Ponieważ   zostawił   samochód   pod   kościołem   Stefana,   postanowił   pójść 

pieszo   na   Sveavagen.   Chciał   mieć   trochę   czasu,   zanim   się   spotka   z 

rodzicami Evy.

Świeciło   słońce,   po   nocnej   ulewie   nie   było   śladu.   Kollberg   czuł   się 

nieswojo   na   myśl   o,   oględnie   mówiąc,   przykrym   zadaniu,   którego   się 

podjął. Choć nie robił tego  po raz pierwszy, zadręczał  się bardziej  niż 

kiedykolwiek,   bo   chodziło   o   dziecko.   Żeby   przynajmniej   był   ze   mną 

Martin,   pomyślał.   Jest   w   tym   dużo   lepszy   ode   mnie.  Ale   przypomniał 

sobie, jak bardzo Martina Becka takie sytuacje przygnębiały. Ech, nie ma 

mocnych.

Dziewczynka mieszkała w kamienicy naprzeciwko parku Vanadis, między 

Surbrunnsgatan a Frejgatan. Winda nie działała, musiał wejść po schodach 

na piąte piętro. Zanim zadzwonił, chwilę stał pod drzwiami, żeby złapać 

oddech.

Kobieta   otworzyła   niemal   natychmiast.   Była   w   brązowej   bawełnianej 

background image

szmizjerce i w sandałach. Miała zmierzwione blond włosy, jakby raz po 

raz   przeczesywała   je   palcami.   Na   jej   twarzy   odmalowało   się 

rozczarowanie, nadzieja i lęk. Kiedy okazał legitymację, w jej pytającym 

spojrzeniu kryła się rozpacz.

-  Mogę wejść?

Kobieta szerzej otworzyła drzwi i przesunęła się.

-  Nie znaleźliście jej...

Kollberg bez słowa wszedł do mieszkania. Były tu chyba dwa pokoje. W 

pierwszym zobaczył łóżko, regały, biurko, telewizor, komodę i dwa fotele 

po   przeciwległych   stronach   tekowej   ławy.   Na   przykrytym   niebieską 

narzutą łóżku przypuszczalnie nikt nie spał ostatniej nocy. Leżała na nim 

otwarta walizka, obok piętrzyły się kupki starannie złożonych ubrań. Na 

pokrywie walizki wisiały dwie świeżo wyprasowane bawełniane sukienki. 

Drzwi do pokoju w głębi były otwarte. Dostrzegł tam niebieskie półki z 

książkami i zabawkami; na najwyższej siedział biały miś.

-  Usiądziemy? - odezwał się Kollberg, sadowiąc się w fotelu.

-  Co się stało? - zapytała kobieta. - Znaleźliście ją? Widząc w jej oczach 

paniczny lęk, usiłował zachować spokój.

-  Tak. Proszę usiąść, pani Carlsson. Gdzie jest pani mąż?

31

Przycupnęła na fotelu naprzeciwko Kollberga.

-  Nie mam męża. Rozwiedliśmy się. Gdzie jest Eva? Co się stało?

-   Bardzo mi przykro, pani Carlsson, że muszę pani to powiedzieć. Pani 

córka nie żyje.

Kobieta wpatrywała się w niego.

-  Nie. Nie.

background image

Kollberg wstał i podszedł do niej.

-   Czy ktoś mógłby teraz być z panią? Pani rodzice? Kobieta pokręciła 

głową.

-  Nie, to nieprawda.

Kollberg położył jej dłoń na ramieniu.

-  Bardzo mi przykro, pani Carlsson - powtórzył bezsilnie.

-  Ale kto... jak... Miałyśmy wyjechać na wieś...

-  Na razie nic nie wiemy. Sądzimy, że... spotkała kogoś...

-  Nie żyje? Zamordowana? Kollberg skinął głową.

Kobieta   zamknęła   oczy   i   znieruchomiała.   Po   chwili   je   otworzyła   i 

potrząsnęła głową.

-  Nie. To nie jest Eva. To nie... To pomyłka.

-  Niestety. Naprawdę mi przykro, pani Carlsson. Może mógłbym do kogoś 

zadzwonić i poprosić, żeby  do pani przyszedł? Do pani rodziców albo 

kogoś innego?

-  Nie, nie, nie do rodziców. Nie chcę nikogo widzieć.

-  A pani były mąż?

-  Chyba mieszka w Malmó.

Była trupio blada, miała puste spojrzenie. Kollberg domyślił się, że jeszcze 

do niej nie dotarło, co się wydarzyło, że narastał w niej sprzeciw, który 

dawał   odpór   prawdzie.   Widział   już   takie   reakcje,   wiedział,   że   kiedy 

kobieta nie będzie w stanie dłużej walczyć, załamie się.

-     Z   usług   jakiego   lekarza   zwykle   pani   korzysta,   pani   Carlsson? 

x

-  Chodzimy do doktora Stroma. Byłyśmy u niego w środę. Evę od kilku 

dni bolał brzuch, a ponieważ wybierałyśmy się na

background image

32

wieś,   uznałam,   że   będzie   najlepiej...   -   Urwała   i   popatrzyła   w   stronę 

drugiego   pokoju.   -   Eva   nigdy   nie   choruje.   Ból   brzucha   minął.   Doktor 

podejrzewał   chwilową   infekcję,   grypę   żołądka.   -   Po   chwili   milczenia 

odezwała się ledwie słyszalnym szeptem. - Teraz jest już zdrowa.

Spojrzał na nią bezradnie. Czuł się idiotycznie. Nie wiedział, co mówić i 

robić.   Nie   odwracała   głowy   od   otwartych   drzwi   do   pokoju   córki. 

Desperacko   szukał   słów,   kiedy   się   nagle   podniosła,   na   całe   gardło, 

przeraźliwie   wykrzyknęła   imię   dziewczynki   i   pobiegła   do   jej   pokoju. 

Kollberg poszedł za nią.

Jasny, ładnie umeblowany pokój. W kącie stała czerwona skrzynka pełna 

zabawek, a w nogach wąskiego łóżka staroświecki domek dla lalek. Na 

biurku leżała sterta podręczników szkolnych.

Kobieta usiadła na łóżku, z łokciami na kolanach, z twarzą w dłoniach, i 

kołysała się w przód i w tył. Chyba nie płakała.

Patrzył   na   nią   przez   chwilę,   po   czym   wyszedł   do   przedpokoju,   gdzie 

wcześniej   zauważył   telefon.   W   leżącym   obok   notesie   odszukał   numer 

doktora Stroma.

Strom go wysłuchał i obiecał, że będzie za pięć minut.

Kollberg wrócił do kobiety. Siedziała w tej samej pozycji co poprzednio. 

W całkowitym milczeniu. Usiadł obok niej i czekał. Nie miał pojęcia, czy 

powinien jej dotykać, po chwili jednak objął ją ramieniem. Sprawiała takie 

wrażenie, jakby nie była świadoma jego obecności.

I   tak   siedzieli,   dopóki   ciszy   nie   zmącił   odgłos   dzwonka   do   drzwi. 

Przyszedł lekarz.

Rozdział 8

background image

KoLLBERG   OBFICIE   SIĘ   POCIŁ,   WRACAJĄC   PRZEZ   PARK 

YaNADIS. Nie

dlatego że szedł pod górkę, nie z powodu upału ani tuszy. W każdym razie 

nie tylko.

Podobnie jak większość kolegów, którzy będą się zajmować tą sprawą, 

odczuwał przemęczenie już na początku śledztwa. Myślał o ohydzie tej 

zbrodni   i   ludziach   dotkniętych   jej   ślepą   bezmyślnością.   Doświadczał 

czegoś podobnego nie raz, nie dwa i bardzo dobrze wiedział, jak okropny 

może być ciąg dalszy. I jak trudny.

Pomyślał   o   postępującym   bandytyzmie   będącym   wytworem 

społeczeństwa, które się przyczyniło do jego wzrostu. On też. Pomyślał o 

postępującej   technicyzacji   w   policji   w   ostatnim   roku   i   o   tym,   że 

przestępczość   wciąż   była   górą.   Pomyślał   o   nowoczesnych   metodach 

dochodzeniowo-śledczych i komputerach, dzięki którym być może zaczną 

wyłapywać morderców w kilka godzin, i o tym, co miały do zaoferowania 

te cuda techniki na przykład Karin Carlsson. Albo jemu. Albo ekspertom 

zgromadzonym   przy   zwłokach   dziecka   między   skalistym   pagórkiem   a 

czerwonym płotkiem.

Widział martwą dziewczynkę przez krótką chwilę i z pewnej odległości. 

Nie chciałby jej oglądać ponownie, ale to, niestety, niewykonalne. Jego 

świadomość zarejestrowała obraz raz na zawsze, włączyła do poprzednich. 

Nigdy nie zapomni czerwonej

34

spódniczki   ani   pasiastej   bluzki.   Pomyślał   o   drewniakach   i   swoim 

nienarodzonym dziecku. O tym, jak będzie wyglądało za dziewięć lat. O 

strachu   i   oburzeniu,   jakie   ta   zbrodnia   wywoła.   O   tym,   co   będzie   na 

background image

pierwszych stronach popołudniówek.

Teren   wokół   ponurej   jak   twierdza   wieży   ciśnień   i   część   zbocza   do 

schodów prowadzących do Ingemarsgatan zostały odgrodzone. Kollberg 

minął samochody, zatrzymał się przy blokadzie i popatrzył na pusty plac 

zabaw: piaskownice, huśtawki, drabinki.

Przytłoczyła go myśl, że to się już kiedyś stało i na pewno się powtórzy. 

Mimo   że   teraz   mieli   do   dyspozycji   komputery,   więcej   ludzi   i   więcej 

samochodów.   Mimo   że   teraz   parki   były   lepiej   oświetlone   i   wycięto 

większość zarośli. Następnym razem będzie jeszcze więcej samochodów i 

komputerów, i jeszcze mniej zarośli. Kollberg wytarł czoło mokrą od potu 

chusteczką.

Dziennikarze i fotografowie już byli na miejscu, ale na szczęście nie roiło 

się od gapiów. O dziwo, w dużej mierze dzięki policji prasa z biegiem lat 

zmądrzała,  czego  z  pewnością   nie  dałoby  się  powiedzieć   o  wścibskich 

ciekawskich.

Mimo stosunkowo dużej liczby  ludzi przebywających w parku Vanadis 

koło wieży ciśnień panował względny spokój. Z daleka, może z basenu 

albo placu zabaw przy Sveavagen, dobiegały  radosne okrzyki i śmiech 

dzieci.

Kollberg stał przy blokadzie. Nic nie mówił, nikt go nie zaczepiał.

Wiedział, że główny wydział zabójstw jest zaalarmowany, że tworzy się 

zespół   śledczy,   że   pracują   technicy,   że   włączono   obyczaj   ówkę,   że 

organizuje   się   grupa   zbierająca   informacje   od   ludności,   że   szykuje   się 

akcja   odpytywania   okolicznych   mieszkańców,   że   lekarz   sądowy   jest   w 

pogotowiu, tak jak radiowozy, że uruchomi się wszystkie siły i środki i że 

jego też to nie ominie.

background image

Mimo to pozwolił sobie na chwilę refleksji. Jest lato. Ludzie zażywają 

kąpieli.   Turyści   krążą   z   mapami   w   dłoniach.   A   w   krzakach   między 

skałkami   i   czerwonym   płotkiem   leży   martwe   dziecko.   Koszmar.   Na 

domiar złego, może być gorzej.

35

Od   kościoła   Stefana   nadjechał,   mrucząc   silnikiem,   dziewiąty   albo 

dziesiąty   samochód.   Kollberg,   nie   odwracając   głowy,   zobaczył 

wysiadającego Gunvalda Larssona.

-  Cześć! No i jak? - zapytał Gunvald Larsson.

-  Nie wiem.

-   Deszcz. Całą noc lało. Prawdopodobnie... - Gunvald Larsson, co dość 

niezwykłe, sam sobie przerwał. -Jeśli zabezpieczą jakieś odciski butów; to 

pewnie moje. Byłem tam wczoraj wieczorem. Tuż po dziesiątej.

-Aha.

-  Rabuś napadł na kobietę niecałe pięćdziesiąt metrów dalej.

-  Tak, słyszałem.

-  Zamknęła swój sklep z owocami i wracała do domu. Miała przy sobie 

cały utarg.

-  Aha.

-  Cały utarg - powtórzył Gunvałd Larsson. - Ludzie mają nierówno pod 

sufitem. -Wskazał głową na wzgórze, krzaki i czerwony płotek. - Dzieciak 

pewnie już tam był.

-  Chyba tak.

-     Kiedy   tu   przyszliśmy,   zaczęło   padać.   Patrol   z   dziewiątki   był   trzy 

kwadranse przed rozbojem. Nic nie zauważyli. Prze-ślepili.

-  Rozglądali się za rabusiem - powiedział Kollberg.

background image

-   Jasne.  Ajak   ten   sukinkot   tu   przylazł,   byli   w   Lill-Jansskogen.  To   już 

dziewiąty rozbój.

-  Co z tą kobietą?

-  Karetka pogotowia i szpital. Szok, pęknięta kość szczęki, cztery wybite 

zęby,   stłuczona   kość   nosowa.   Zdążyła   zobaczyć,   że   zaatakował   ją 

mężczyzna   i   że   miał   na   twarzy   czerwoną   chustkę.   Genialny   rysopis.   - 

Gunvald Larsson zrobił pauzę. - Gdybym miał sforę psów...

-  Co?

-    Twój   błyskotliwy   koleś   Beck   poradził   mi,   żebym  wysłał   psy,   kiedy 

wpadł do nas w zeszłym tygodniu. Pies może by znalazł...

36

Kiwnął głową w kierunku wzgórza, jakby wolał nie ubierać w słowa tego, 

co ma na myśli.

Choć Kollberg  nie przepadał  za Gunvaldem Larssonem, tym razem go 

rozumiał.

-  Tak, możliwe - przyznał.

-  Seks...? - spytał Gunvald Larsson z wahaniem w głosie.

-  Prawdopodobnie.

-  No to raczej nie ma żadnego związku.

-  Raczej nie ma.

Do blokady podszedł Ronn.

-  Seks? - błyskawicznie powtórzył pytanie Gunvald Larsson.

-  Tak - odparł Ronn. - Wszystko na to wskazuje. Chyba na pewno.

- Wobec tego nie ma związku.

-  Z czym?

-  Z rabusiem.

background image

- Jak to wygląda? - spytał Kollberg.

-  Źle - powiedział Ronn. - Deszcz zrobił swoje. Przemokła na wylot, jak 

utopiony kociak.

- Jasna cholera! Żeby to nagły szlag trafił! W tym samym miejscu grasują 

dwaj   odmóżdżeni   zwyrodnialcy,   jeden   gorszy   od   drugiego.   -   Gunvald 

Larsson okręcił się na pięcie i ruszył do samochodu. - Parszywy zawód! - 

rzucił przez ramię.

Ronn popatrzył za nim.

-   Czy mógłbyś na chwilkę przyjść do nas? Kollberg westchnął ciężko i 

przełożył nogę przez linę.

Martin Beck pojechał do Sztokholmu dopiero w sobotę po południu, dzień 

przed powrotem do pracy. Ahlberg odprowadził go na stację.

W   Hallsbergu,   gdzie   miał   przesiadkę,   kupił   w   dworcowym   kiosku 

popołudniowe gazety i wsunął je do kieszeni deszczowca. Zajrzał do nich 

w pociągu ekspresowym Góteborg - Sztokholm, kiedy się już wygodnie 

rozsiadł.

37

f

Rzucił okiem na nagłówki na pierwszych stronach i zamarł. Koszmar się 

zaczął.

Dla niego kilka godzin później niż dla kolegów. Tylko tyle.

Rozdział 9

Bywają  takie  chwile  i  sytuacje, których za  wszelką  cenę chciałoby   się 

uniknąć,   ale   nie   jest   to,   niestety,   możliwe.   Chyba   jest   prawdą,   że 

policjantom przydarzają się częściej niż innym śmiertelnikom, zwłaszcza 

niektórym policjantom.

background image

Do   takich   sytuacji   można   zaliczyć   przesłuchanie   Karin   Carls-son   w 

niespełna   dobę   po   tym,   kiedy   się   dowiedziała,   że   jej   ośmioipółletnią 

córeczkę udusił dewiant seksualny. Przesłuchanie samotnej kobiety, która 

mimo zastrzyków i tabletek nie wyszła z szoku, a o jej apatii świadczyło 

choćby   ubranie   -   ta   sama   brązowa   bawełniana   szmizjerka   i   te   same 

sandały   -   które   miała   na   sobie,   kiedy   gruby   policjant,   którego   nigdy 

wcześniej nie widziała i nigdy więcej nie zobaczy, zadzwonił do jej drzwi 

blisko   dwadzieścia   cztery   godziny   temu.   A   wzmiankowana   chwila 

nastąpiła tuż przed wzmiankowanym przesłuchaniem.

Komisarz głównego wydziału zabójstw wie, że tej rozmowy nie da się 

odwlec   ani   tym   bardziej   uniknąć,   ponieważ   prócz   samotnej   kobiety, 

jedynego świadka, nie mają żadnego tropu ani poszlak, i choć protokół 

obdukcyjny jeszcze nie został sporządzony, z grubsza wiadomo, co będzie 

zawierał.

Dwadzieścia cztery godziny temu Martin Beck siedział na łodzi i wyciągał 

sieci, które zarzucili z Ahlbergiern wczesnym rankiem. Teraz stał w pokoju 

wydziału dochodzeniowo-śledczego

39

przy Kungholmsgatan, z łokciem na szafce z archiwaliami, zbyt nieswój, 

żeby usiąść.

Uznano za stosowne, by przesłuchanie prowadziła kobieta, policjantka z 

obyczajówki.

 

Wybrano,

 

poniekąd

 

bardzo

 

fortunnie, 

czterdziestopięcioletnią Sylvię Granberg. Siedząc przy stole naprzeciwko 

Karin   Carlsson,   sprawiała   wrażenie   równie   nieczułej   jak   magnetofon, 

który włączyła.

Kiedy   po czterdziestu  minutach  go  wyłączyła,  nie  zaszła  w  niej  żadna 

background image

zmiana, ani razu nie pozwoliła sobie na wahanie lub niepewność. Martin 

Beck   miał   okazję   to   zauważyć   nieco   później,   przesłuchując   taśmę   w 

towarzystwie Kollberga i dwóch innych kolegów.

„Granberg: Wiem, że jest pani ciężko, pani Carlsson, ale, niestety, musimy 

zadać kilka pytań.

Świadek: Tak.

G: Nazywa się pani Karin Elisabet Carlsson.

Ś: Tak.

G: Data urodzenia?

S: Sió... tysiąc...

G: Czy mogłaby pani mówić do mikrofonu?

S: Siódmy kwietnia tysiąc dziewięćset trzydzieści siedem.

G: Stan cywilny?

Ś: Co... ja...

G: Niezamężna, mężatka czy rozwódka?

S: Rozwódka.

G: Od kiedy?

Ś: Od sześciu lat... prawie od siedmiu.

G: Imię i nazwisko byłego męża?

S: Sigvard Erik Bertil Carlsson.

G: Gdzie mieszka?

S: W Malmo... to znaczy jest tam zameldowany... chyba.

G: Chyba? Nie wie pani?          *

Martin Beck: Jest marynarzem. Jeszcze go nie zlokalizowaliśmy.

40

G:   Czy   nie   był   zobowiązany   do   świadczeń   alimentacyjnych   na   rzecz 

background image

córki?

MB: Był, ale od lat nie płacił.

Ś: Nigdy... tak naprawdę nie interesował się Evą.

G: Pani córka nazywa się Eva Carlsson? Ma tylko jedno imię?

Ś: Tak.

G:   Urodzona   piątego   lutego   tysiąc   dziewięćset   pięćdziesiątego 

dziewiątego?

Ś: Tak.

G: Czy zechciałaby pani jak najdokładniej opowiedzieć, co się stało w 

piątek wieczorem?

Ś: Stało... Nic się nie stało. Eva... wyszła na dwór.

G: O której?

Ś: Zaraz po siódmej. Oglądała telewizję, zjadłyśmy.

G: O której jadłyście?

Ś: O szóstej. Zawsze jemy o szóstej, kiedy wracam do domu. Pracuję w 

fabryce abażurów... i po drodze zabieram Evę ze świetlicy. .. Chodzi tam 

po lekcjach... i razem robimy zakupy...

G: Co jadła?

Ś: Klopsiki... Czy mogłabym poprosić o szklankę wody?

G: Oczywiście. Proszę.

Ś: Dziękuję. Klopsiki i puree ziemniaczane. Na deser zjadłyśmy lody.

G: Co piła?

Ś: Mleko.

G: Co robiłyście potem?

Ś: Oglądałyśmy telewizję... Był program dla dzieci.

G: I o siódmej albo tuż po siódmej wyszła na dwór?

background image

Ś: Tak, akurat przestało padać, a w telewizji były wiadomości. Evę niezbyt 

interesują wiadomości.

G: Wyszła sama?

Ś: Tak. Na dworze było widno, zaczęły się wakacje. Pozwoliłam jej wyjść 

i pobawić się do ósmej. Czy myśli pani, że... coś zaniedbałam?

41

G: Nie. Bynajmniej. I potem już jej pani nie widziała?

S: Nie... dopiero... dopiero, nie mogę...

G: Na identyfikacji? Nie musi pani o tym mówić. O której zaczęła się pani 

niepokoić?

Ś: Nie wiem. Cały czas byłam niespokojna. Zawsze się niepokoję, kiedy 

nie ma jej w domu. To przecież moje jedyne...

G: O której zaczęła pani jej szukać?

Ś:   Po   wpół   do   dziewiątej.   Eva   czasami   się   spóźnia.   Zasiedzi   się   u 

koleżanki i zapomni spojrzeć na zegarek. Rozumie pani, jak dzieci się 

bawią...

G: Oczywiście. Rozumiem. O której zaczęła pani jej szukać?

S:   Mniej   więcej   za   kwadrans   dziewiąta.   Znam   dwie   dziewczynki,   z 

którymi często się bawi. Zadzwoniłam do rodzicówjed-nej z nich, ale nikt 

nie odbierał.

MB:   Nie   ma   ich   w   mieście.   Wyjechali   na   weekend   do   domku 

letniskowego.

Ś: Nie wiedziałam. Eva chyba też nie.

G: I co zrobiła pani potem?

Ś: Rodzice drugiej dziewczynki nie mają telefonu. Poszłam do nich.

G: O której?

background image

Ś: Na pewno po dziewiątej, bo drzwi na klatkę były zamknięte i musiałam 

chwilę poczekać, dopóki ktoś nie przyszedł. Eva była tam tuż po siódmej, 

ale koleżanka nie mogła wyjść na dwór. Jej tata powiedział, że jest za 

późno, żeby takie małe dziewczynki o tej porze były poza domem, (pauza) 

Boże, gdybym ja też... Ale przecież było widno i wszędzie pełno ludzi. 

Gdybym...

G: Czy pani córka od razu stamtąd wyszła?

Ś: Tak. Powiedziała, że idzie na plac zabaw.

G: Który plac zabaw miała na myśli?

S: Ten w parku Vanadis przy Sveavagen. Zawsze tam chodziła.

G: A nie mogła mieć na myśli tego przy wieży ciśnień?

Ś: Raczej nie. Tak daleko nie chodziła. Na pewno nie sama.

G: Czy mogła spotkać inne dzieci?

Ś: Nie wiem. Zawsze bawiła się z tymi dwiema koleżankami.

42

*

G: Co pani zrobiła, kiedy jej pani nie znalazła w drugim miejscu?

Ś: Poszłam... na plac zabaw przy Sveavagen. Rozejrzałam się. Nikogo tam 

nie było.

G: A potem?

Ś: Nie wiedziałam, co robić. Wróciłam do domu i czekałam. Stałam w 

oknie i wypatrywałam jej.

G: O której zadzwoniła pani na policję?

Ś:   Dużo   później.   Pięć   albo   dziesięć   po   dziesiątej   zobaczyłam,   że   koło 

parku zatrzymuje się radiowóz, a potem przyjechała karetka pogotowia. 

Wtedy znowu zaczęło padać. Włożyłam płaszcz i pobiegłam tam. Ro... 

background image

rozmawiałam z policjantem, powiedział, że chodzi o starszą panią, która 

się skaleczyła.

G: I wróciła pani do domu?

Ś:   Tak...   Zobaczyłam   światło   w   mieszkaniu.   Bardzo   się   ucieszyłam, 

myślałam, że Eva przyszła. Ale to ja zapomniałam zgasić.

G: O której zadzwoniła pani na policję?

Ś: Po wpół do jedenastej nie mogłam już dłużej wytrzymać. Zadzwoniłam 

do   koleżanki   z   pracy.   Mieszka   w   Hókarangen.   Powiedziała,   żebym 

natychmiast zawiadomiła policję.

G: Według informacji, jakie otrzymaliśmy, zadzwoniła pani za dziesięć 

jedenasta.

Ś:  Tak. A  potem  poszłam   na  komisariat.  Ten  na   Surbrunnsga-tan.  Byli 

bardzo sympatyczni. Powiedziałam, jak Eva wygląda... wyglądała... i co 

miała na sobie. Przyniosłam jej zdjęcie. Byli bardzo uprzejmi. Policjant, 

który wszystko zapisywał, powiedział, że dużo dzieci się gubi albo siedzi 

w   domu   u   kolegów,   ale   po   kilku   godzinach   wszystkie   się   zazwyczaj 

odnajdują. I...

G:Tak?

Ś: I powiedział, że gdyby się coś stało, wypadek albo coś takiego, to już 

by o tym wiedzieli.

G: O której była pani z powrotem w domu?

Ś: Po dwunastej. Siedziałam i czekałam... całą noc. Czekałam na telefon. Z 

policji.   Mieli   mój   numer.   Ale   nikt   nie   zadzwonił.   Sama   do   nich 

zadzwoniłam. Policjant, który odebrał, powiedział,

43

że zna mój numer i natychmiast mnie powiadomi, gdyby... (pauza) Ale 

background image

nikt się nie odezwał. Nikt. Rano też nie. A potem przyszedł policjant w 

cywilu i... powiedział... powiedział, że...

G: Myślę, że nie musimy kontynuować tego wątku.

Ś:Aha.

MB: Raz albo dwa pani córka była narażona na zaczepki... tak zwanych 

brzydkich wujków, prawda?

Ś: Tak, zeszłej jesieni. Dwa razy. Wydawało jej się, że wie, kto to jest. 

Podobno mieszka w tym samym domu co Eivor, koleżanka, która nie ma 

telefonu.

MB: Ta z Hagagatan?

Ś:   Tak.   Zgłosiłam   to   na   policji.   Byłyśmy   tutaj   i   Eva   o   wszystkim 

opowiedziała jakiejś pani. I obejrzała mnóstwo zdjęć.

G: Wszystko zarejestrowaliśmy.

MB: Tak, wiem. Chciałbym spytać, czy później Evy nie spotkały jakieś 

przykrości   ze   strony   tego   mężczyzny?   Kiedy   złożyła   pani   na   niego 

doniesienie.

S: Nie... nic o tym nie wiem. Eva o niczym takim nie wspomniała. .. a 

zawsze o wszystkim mi mówi...

G: To wszystko, pani Carlsson.

Ś: Aha.

MB: Przepraszam, że spytam: Dokąd pani teraz pójdzie?

Ś: Nie wiem. Nie do domu, do...

G: Zejdę z panią i omówimy to po drodze. Na pewno coś wymyślimy.

Ś: Dziękuję. Jesteście bardzo mili".

Kollberg wyłączył magnetofon i wpatrywał się w Martina Becka z ponurą 

miną.

background image

-  Ten sukinsyn, który się na nią zasadził jesienią...

-  No?

-  Rónn go teraz obrabia. Zdjęliśmy go wczoraj w południe.

-  I?                                         *

-  Beczy i wszystkiego się wypiera.

-  Co świadczy o...?

44

-     O  niczym. Ale  nie  ma  alibi.  Mówi,  że spał  w  swojej   kawalerce  na 

Hagagatan. Nie bardzo pamięta.

-  Nie pamięta?

-    To   zdeklarowany   alkoholik   -   wyjaśnił   Kollberg.   -  W  każdym   razie 

wiemy, że siedział w knajpie i pil do szóstej, dopóki go nie wyrzucili. 

Kiepsko to wygląda.

-  A co ostatnio zmalował?

-  O ile wiem, lubi się obnażać. Mam taśmę z przesłuchania dziewczynki. 

Kolejny cud techniki.

Otworzyły się drzwi i wszedł Rónn.

-  No? - zapytał Kollberg.

-  Pstro. Na razie nic. Musi ochłonąć. Jest wykończony.

-  Ty chyba też - uprzejmie zauważył Kollberg.

Celnie,   bo   Rónn   miał   nienaturalnie   bladą   twarz,   podpuchnię-te   oczy   i 

zaczerwienione powieki.

-  Co myślisz? - spytał Martin Beck.

-  Nic - odparł Rónn. - Nie wiem. Chyba się rozchoruję.

-  Później - wtrącił Kollberg. - Nie teraz. Posłuchamy tej taśmy?

Martin   Beck   skinął   głową.   Szpula   zaczęła   się   obracać,   odezwał   się 

background image

przyjemny   kobiecy   głos:   „Przesłuchanie   uczennicy   Evy   Carlsson, 

urodzonej piątego lutego w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym 

roku. Przesłuchująca: policjantka śledcza Sonja Hansson".

Martin  Beck i  Kollberg  zmarszczyli czoło.  Dobrze  znali to  nazwisko i 

głos. Niewiele brakowało, żeby dwa i pół roku temu przyczynili się do 

śmierci Sonji Hansson, której użyli jako przynęty w policyjnej zasadzce.

-  To cud, że została w policji - powiedział Kollberg.

-  Uhm - przyznał Martin Beck.

-  Ciszej! - skarcił ich Rónn, którego przy tym nie było. - Nic nie słyszę.

„Sonja Hansson: .. .i wtedy ten pan do ciebie podszedł? Eva Carlsson: Tak. 

Eivor i ja stałyśmy na przystanku autobusowym.

45

SH: I co zrobił ten pan?

EC:   Brzydko   pachniał   i   dziwnie   szedł,   i   powiedział...   coś   okropnie 

dziwnego.

SH: Pamiętasz, co powiedział?

EC:   Tak.   Powiedział:   „Cześć,   dziewuszki,   zrobicie   mi   rentgena   za 

piątaka?".

SH: "wiesz, co miał na myśli?

EC: Nie, to było dziwne. Wiedziałyśmy, co to rentgen. Jak w szpitalu. Ale 

nie mogłyśmy tego zrobić. Nie miałyśmy takiego... aparatu.

SH: I co zrobiłyście, kiedy tak powiedział?

EC:   On   to   mówił   kilka   razy,   a   jak   sobie   poszedł,   to   się   za   nim 

podkradałyśmy.

SH: Podkradałyście się?

EC: No. Śledziłyśmy go. Jak w kinie albo w telewizorze.

background image

SH: Nie bałyście się?

EC: E tam, nie było czego.

SH: Było. Trzeba uważać na takich wujków.

EC: Ale on nie był zły.

SH: Widziałyście, dokąd poszedł?

EC: Tak, do domu, w którym mieszka Eivor, i dwa piętra nad nią wyjął 

klucz i wszedł do środka.

SH: A wy wróciłyście do siebie?

EC:   Nie.   Podkradłyśmy   się   za   nim   i   obejrzałyśmy   drzwi.   Tam   było 

napisane, jak on się nazywa.

SH: Rozumiem. I co tam było napisane?

EC: Chyba „Eriksson". Podsłuchiwałyśmy przez szparę na listy. Coś tam 

mruczał do siebie.

SH: Powiedziałaś o tym mamie?

EC: E tam, przecież to nic takiego. Tylko było okropnie dziwne.

SH:   Ale   powiedziałaś   mamie   o   tym,   co   się   stało   wczoraj,   prawda? 

*

EC: To o krowach? Tak.

SH: Czy to był ten sam wujek?

46

EC:No...

SH: Jesteś pewna?

EC: Prawie.

SH: Jak myślisz, ile ten wujek może mieć lat?

EC: Mniej więcej czterdzieści. Albo pięćdziesiąt.

SH: Czy jest starszy ode mnie, czy młodszy?

background image

EC: O, dużo starszy. Dużo, dużo starszy. A ile ty masz lat?

SH: Dwadzieścia osiem. Możesz mi powiedzieć, co się wczoraj stało?

EC: Tak. Eivor i ja grałyśmy w klasy w bramie i on przyszedł, i sobie 

stanął,   i   powiedział,   że   jak   my,   „dziewuszki",   pójdziemy   do   niego   do 

domu, to zobaczymy, jak on doi krowy.

SH: Aha. I co zrobił potem?

EC: E tam, przecież nie mógł trzymać krów w mieszkaniu. Nie naprawdę.

SH: I co mu powiedziałyście, ty i Eivor?

EC: Nic, ale potem Eivor powiedziała, że się wstydzi, bo rozwiązała jej się 

wstążka do włosów, i że z nikim nigdzie nie pójdzie.

SH: I wujek odszedł?

EC: Nie. Powiedział: „No to wydoję moje krowy tutaj" i rozpiął spodnie, 

i...

SH: I?

EC:   Czy   myślisz,   że   gdyby   Eivor   nie   rozwiązała   się   wstążka,   to 

mogłybyśmy zostać zamordowane? Ale fajowo...

SH: Myślę, że nie. Czy ten wujek rozpiął spodnie?

EC: No, i wyjął to... to coś, czym wujkowie sikają..."

Kollberg wyłączył magnetofon i jasny dziecięcy głosik umilkł w połowie 

zdania. Martin Beck spojrzał na niego. Wsparłszy głowę na lewej dłoni, 

pocierał kłykciami nasadę nosa.

-  To zabawne... - zaczął Ronn.

-  Co ty chrzanisz?! - porywczo przerwał mu Kollberg.

-     Że   się   przyznał.   Poprzednim   razem   wszystkiemu   zaprzeczał, 

dziewczynki nie były już takie pewne, że to on, i sprawa

47

background image

się rozmyła. Ale teraz się przyznaje. Mówi, że był pijany, inaczej w życiu 

by tego nie zrobił.

-  Aha, teraz się przyznaje - powiedział Kollberg.

-  Tak.

Martin Beck obrzucił Kollberga pytającym spojrzeniem, po czym zwrócił 

się do Rónna:

-  Nie spałeś tej nocy?

-  Nie spałem.

-  To idź do domu i odpocznij.

-  Wypuszczamy go?

-  Nie - odparł Kollberg.

Rozdział 10

Mężczyzna rzeczywiście nazywał się Eriksson, był magazynierem i nie 

trzeba było pracować w szpitalu poliklinicznym Maria, gdzie opiekowano 

się   alkoholikami,   żeby   zauważyć,   że   mógłby   być   ich   pacjentem.   Miał 

sześćdziesiąt lat, był niemal kompletnie łysy, wysoki i wychudzony. I drżał 

na całym ciele.

Kollberg i Martin Beck przesłuchiwali go przez bite dwie godziny, równie 

uciążliwe dla obu stron.

Eriksson   ciurkiem   przytaczał   te   same,   odrażające   szczegóły,   płakał   i 

zaklinał   się   na   wszystkie   świętości,   że  w   piątek   po  południu   z  knajpy 

wrócił do domu. W każdym razie nie przypominał sobie, żeby mogło być 

inaczej.

Po dwóch godzinach przyznał się do kradzieży dwustu koron w lipcu 1964 

i   roweru,   kiedy   miał   osiemnaście   lat,   i   łkał   rzewnymi   łzami.   Był 

przeraźliwie   samotnym   wrakiem   człowieka,   wyrzuconym   poza   nawias 

background image

wątpliwej wspólnoty.

Kollberg i Martin Beck obserwowali go z ponurymi minami i odesłali do 

celi.Tymczasem koledzy z wydziału i personel z piątki usiłowali znaleźć 

kogoś z kamienicy przy Hagagatan, kto mógłby potwierdzić albo obalić 

jego alibi. Bez powodzenia.

Około   czwartej   po   południu   były   wstępne   wyniki   obdukcji:   uduszenie, 

ślady palców na szyi, podłoże seksualne. Nie stwierdzono gwałtu.

4 - Mężczyzna na balkonie

49

W orzeczeniu znalazło się ponadto kilka negatywnych informacji. Nic nie 

wskazywało   na   to,   żeby   dziewczynka   się   broniła.   Nie   znaleziono 

fragmentów   naskórka   pod   paznokciami   ani   siniaków   na   ramionach   i 

dłoniach. Sine było tylko podbrzusze, jak od uderzenia pięścią.

Technicy   zbadali   ubranie.   Brakowało   jedynie   fig.   Nigdzie   ich   nie 

znaleziono.   Białe   trykotowe,   rozmiar   trzydzieści   sześć,   powszechnie 

dostępnej marki.

Wieczorem   policjanci   wręczyli   okolicznym   mieszkańcom   pięćset 

formularzy i spotkali się z jednym jedynym odzewem. Osiemnastoletnia 

Majken Jansson ze Sveavagen 103, dyrektorska córka, powiedziała, że ona 

i jej kolega rówieśnik spędzili około dwudziestu minut w parku Vanadis 

między ósmą a dziewiątą. Nie potrafiła podać dokładniejszego czasu. Nic 

nie słyszeli, nic nie widzieli.

Na pytanie, co robili w parku Vanadis, zeznała, że na chwilę wyszli z 

rodzinnego przyjęcia, żeby odetchnąć świeżym powietrzem.

-   Odetchnąć świeżym powietrzem - odezwał się z powątpiewaniem w 

głosie Melander.

background image

-  Pewnie w rozkroku - dodał Gunvald Larsson.

Gunvald Larsson, były zawodowy oficer floty wojennej, obecnie oficer 

rezerwy, od czasu do czasu popisywał się marynarskim żargonem.

Wlekła się godzina za godziną. Dochodzeniówka robiła swoje. Na wolnym 

biegu.   Martin   Beck   wrócił   do   Bagarmossen   o   pierwszej   nad   ranem. 

Wszyscy spali. Wyjął piwo z lodówki i zrobił sobie kanapkę z pasztetem 

drobiowym. Wypił piwo i wyrzucił kanapkę do śmieci.

Kiedy   się   położył,   myślał   przez   chwilę   o   drżącym   magazynierze 

Erikssonie, który trzy lata temu ukradł koledze dwieście koron z kieszeni 

marynarki.

Kollberg nie zmrużył oka. Leżał, gapiąc się w ciemnościach w sufit. Też 

myślał o Erikssonie notowanym przez obyczajówkę.

50

Przyszło   mu   głowy,   że   skoro   mordercy   z   parku   Vanadis   nie   ma   w 

kartotece,   to   komputery   są   równie   przydatne   jak   policji   amerykańskiej 

ścigającej   dusiciela   z   Bostonu.   Czyli   jedno   wielkie   zero.   Dusiciel   z 

Bostonu w ciągu dwóch lat pozbawił życia trzynaście samotnych kobiet, 

nie zostawiając po sobie śladu.

Czasami zerkał na żonę. Spała, leciutko podrygując, ilekroć czuła silne 

ruchy dziecka.

Rozdział 11

Było   poniedziałkowe   popołudnie,   dwie   i   ćwierć   doby   po   znalezieniu 

martwej dziewczynki w parku Vanadis.

Policja zaapelowała o pomoc za pośrednictwem prasy, radia i telewizji i 

otrzymała ponad trzysta wiadomości. Wszystkie rejestrowała i sprawdzała 

specjalna grupa robocza, po czym starannie je analizowano.

background image

Obyczajówka   przeglądała   swoje   kartoteki,   w   SKL*   badali   skromny 

materiał z miejsca zbrodni, w bazie danych pracowano pełną parą, ludzie z 

wydziału   do   spraw   przemocy   fizycznej   wespół   z   dziewiątką   pukali   do 

każdych   drzwi   w   domach   przy   parku   Vanadis,   przesłuchiwano 

potencjalnych podejrzanych i świadków. Na razie te zmasowane działania 

nie doprowadziły do niczego, co można by nazwać sukcesem. Morderca 

pozostał nieznany i wciąż był na wolności.

Na biurku Martina Becka piętrzyły się papiery. Od bladego świtu zmagał 

się   z   setkami   raportów,   ekspertyz   i   protokołów   przesłuchań.   Telefon 

dzwonił bez przerwy, więc żeby mieć chwilę oddechu, poprosił Kollberga, 

by przez godzinę go odciążył. Gunvald Larsson i Melander, odcięci od 

telefonów, siedzieli za zamkniętymi drzwiami i analizowali materiał.

*       Statens   Kriminaltekniska   Laboratorium   -   Państwowe   Laboratorium 

Techniki Kryminalistycznej.

52

Martin   Beck,   który   ostatniej   nocy   spał   dwie   godziny,   zrezygnował   z 

lunchu,   żeby   zdążyć   na   konferencję   prasową,   niezbyt   owocną   dla 

dziennikarzy.

Ziewnął i spojrzał na zegarek. Zdziwił się, że jest już kwadrans po trzeciej. 

Zebrał plik papierów, którymi powinien się zająć Melander, zapukał do 

pokoju Melandera i Gunvalda Larssona i wszedł.

Melander nawet nie podniósł głowy. Znali się dostatecznie długo, żeby 

wiedział, kto puka.

Gunvald Larsson z odrazą popatrzył na papiery w ręku Martina Becka.

- Jezu, znowu coś taszczysz?! Przecież po uszy toniemy w robocie.

Martin   Beck   wzruszył   ramionami   i   położył   papiery   obok   łokcia 

background image

Melandera.

-  Napiłbym się kawy. A wy? Melander pokręcił głową.

-  Chętnie - powiedział Gunvald Larsson.

Martin   Beck   wyszedł,   zamknął   drzwi   i   zderzył   się   z   rozpędzonym 

Kollbergiem.

Widząc wyraz podniecenia na jego okrągłej twarzy, zapytał:

-  Co jest?

Kollberg wziął go pod ramię.

-  Martin! - Kollberg wypluwał słowa z taką szybkością, że prawie się o 

siebie potykały. - Znowu się stało! Znowu to zrobił! W Tantolunden.

Mknęli przez Vasterbron na sygnale. Słyszeli w radiu, że wszystkie wozy 

policyjne  mają  się  natychmiast   udać  do Tantolunden,  żeby  zablokować 

teren. Martin Beck i Kollberg wiedzieli tylko tyle, że koło teatru letniego 

były   zwłoki   dziewczynki,   że   morderstwo   przypominało   to   z   parku 

Vanadis, że odnaleziono je bardzo szybko i niewykluczone, że zabójca nie 

zdążył daleko uciec.

53

Mijając boisko na Zinkensdamm, zobaczyli dwa czarno-białe radiowozy 

skręcające w Wollmar Yxkullsgatan. Kilka innych stało na Ringvagen i w 

parku.

Zahamowali   przed   niskim   drewnianym   szeregowcem   na   Skóldgatan. 

Drogę   prowadzącą   do   parku   zagradzał   radiowóz.   Na   alejce   dostrzegli 

mundurowego,   który   zatrzymał   dzieci   wędrujące   pod   górę   na   szczyt 

wzniesienia.

Martin Beck długimi susami ruszył do policjanta, nie przejmując się, że 

zostawia w tyle Kollberga. Przywitał się. Policjant wskazał ręką na szczyt 

background image

wzniesienia i Martin Beck pognał przed siebie pagórkowatym parkiem. 

Dopiero   kiedy   minął   teatr,   zobaczył   kilku   mężczyzn;   stali   w   półkolu, 

plecami   do   niego,   w   niecce,   dwadzieścia   metrów   od   drogi.  Wyżej,   na 

rozstaju, policjant odpędzał gapiów.

Kollberg   dogonił   go   na   spadku.   Dobiegły   ich   odgłosy   rozmowy 

policjantów. Na ich widok zamilkli. Przywitali się i odeszli na bok. Martin 

Beck słyszał chrapliwy oddech Kollberga.

Dziewczynka leżała w trawie na plecach, z ramionami na głowie. Lewa 

noga zgięta w kolanie, udo pod kątem prostym do tułowia, prawa noga 

wyprostowana.   Patrzyła   w   niebo   spod   półprzy-mkniętych   powiek,   z 

otwartymi   ustami.   Z   nosa   ciekła   krew.   Szyję   oplatała   skakanka   z 

przezroczystego   żółtego   plastiku.   Była   w   żółtej   bawełnianej   szmizjerce 

bez rękawów - brakowało trzech dolnych guzików - białych skarpetkach i 

czerwonych sandałkach. Nie miała fig. Mogła mieć dziesięć lat. Nie żyła.

Martin Beck zarejestrował wszystko w parę sekund - tyle czasu był w 

stanie skupić na niej spojrzenie - odwrócił się i popatrzył na drogę. Biegli 

do   nich   technicy   w   gołębich   kombinezonach.   Jeden   trzymał   duży 

aluminiowy pojemnik, drugi - zwój liny i czarną torbę.

Kiedy byli blisko, ten z liną powiedział:

- Niech ten skurczybyk, który zaparkował w poprzek drogi, natychmiast 

przestawi wóz, żebyśmy mogli tu podjechać.

Zerknął na zwłoki, pognał do rozwidlenia i zaczął odgradzać teren.

54

Obok policjanta w skórzanej kurtce, który rozmawiał na poboczu przez 

walkie-talkie, stał jakiś cywil. Martin Beck od razu go rozpoznał. Nazywał 

się Manning i pracował w dwójce w zespole prewencji.

background image

Manning   zobaczył   Martina   Becka   i   Kollberga,   rzucił   kilka   słów   do 

policjanta i podszedł do nich.

-  Wygląda na to, że cały teren jest ogrodzony. Na tyle, na ile się da.

-  O której została znaleziona? - spytał Martin Beck. Manning spojrzał na 

zegarek.

-  Pierwszy samochód był na miejscu dwadzieścia pięć minut temu.

-  I nie macie rysopisu - powiedział Kollberg.

-  Niestety.

-  Kto ją znalazł? - spytał Martin Beck.

-  Dwóch chłopców. Zatrzymali radiowóz na Ringvagen. Kiedy przyszli tu 

nasi ludzie, była jeszcze ciepła. Od zabójstwa nie mogło upłynąć dużo 

czasu.

Martin   Beck   rozejrzał   się.   Nadjeżdżały   dwa   samochody;   pierwszy   z 

technikami, drugi z lekarzem.

Z   niecki,   w   której   leżały   zwłoki   dziecka,   nie   było   widać   terenów 

działkowych,   usytuowanych   za   wzgórzem,   mniej   więcej   pięćdziesiąt 

metrów   na   zachód.   Nad   koronami   drzew   wznosiły   się   górne   piętra 

wieżowców   przy   Tantogatan,   tory   kolejowe   biegnące   wzdłuż   ulicy 

przesłaniała parkowa zieleń.

-  Nie mógł wybrać lepszego miejsca - skonstatował Martin Beck.

-  Chyba gorszego - poprawił go Kollberg.

I miał rację. Nawet jeśli zabójca dziewczynki wciąż był w pobliżu, miał 

sporo możliwości ucieczki. Do największego parku w mieście przylegały 

tereny działkowe, graniczące z nabrzeżem Arstaviken, gdzie nie brakowało 

stoczni   jachtowych,   magazynów,   warsztatów,   złomowisk   i 

najrozmaitszych ruder. Między Wollmar Yxkullsgatan, od Ringvagen do 

background image

nabrzeża, a Hornsgatan był zakład opieki dla alkoholików, składający się z 

kilku nieregularnie

55

rozmieszczonych   budynków.  Wokół   stały   jakieś   magazyny   i   drewniane 

szopy. Między zakładem opieki a boiskiem na Zinkensdamm rozciągały 

się inne ogródki działkowe. Wiadukt nad torami łączył południową część 

parku z Tantogatan, gdzie na skalistym terenie blisko brzegu wznosiło się 

pięć ogromnych czynszówek. Trochę dalej, na rogu Ringvagen, w długich 

niskich barakach mieścił się hotel kawalerski Tanto.

Martin Beck po namyśle uznał, że sytuacja jest beznadziejna. Wątpił, by 

od razu udało im się schwytać przestępcę. Po pierwsze, nie mieli rysopisu, 

po drugie, najprawdopodobniej zdążył się oddalić z miejsca zbrodni, a po 

trzecie,   przesłuchanie   wszystkich   pacjentów   zakładu   opieki   dla 

alkoholików i gości hotelu kawalerskiego zajęłoby im kilka dni.

Najbliższa   godzina   potwierdziła   jego   wątpliwości.   Po   wstępnych 

oględzinach lekarz mógł powiedzieć tylko tyle, że dziewczynka została 

uduszona i przypuszczalnie zgwałcona i że zgon nastąpił niedawno. Psy, 

które   ściągnięto   w   chwilę   po   przyjeździe   Martina   Becka   i   Kollberga, 

podjęły tylko jeden trop prowadzący z parku na Wollmar Yxkullsgatan. 

Niemundurowi   policjanci   z   patrolu   przesłuchiwali   potencjalnych 

świadków; na razie bez rezultatu. Spacerowicze i właściciele ogródków 

działkowych nie widzieli ani nie słyszeli niczego, co miałoby związek z 

morderstwem.

Była   za   dziesięć   piąta.   Na   chodniku   przy   Ringvagen   grupka   ludzi 

przyglądała   się   z   zainteresowaniem   pozornie   chaotycznej   pracy   policji. 

Tłumnie   zjeżdżali   reporterzy   i   fotografowie,   niektórzy   już   wrócili   do 

background image

redakcji,   żeby   dostarczyć   czytelnikom   soczystych   opisów   drugiego   w 

ciągu   trzech   dni   zabójstwa   dziewczynki,   którego   dopuścił   się   jakiś 

szaleniec, wciąż przebywający na wolności.

Martin Beck dostrzegł pulchny zadek Kollberga w drzwiach radiowozu 

parkującego   na   żwirowym   placyku   opodal   Ringvagen.   Uwolnił   się   od 

dziennikarzy i podszedł do niego. Kollberg rozmawiał przez radio. Martin 

Beck poczekał, aż skończy, i lekko uszczypnął go w pośladek.

56

Kollberg odskoczył od samochodu.

-  A, to ty. Myślałem, że to jeden z naszych kundli.

-  Nie wiesz, czy ktoś zawiadomił rodziców dziewczynki? -spytał Martin 

Beck.

-  Wiem. Zawiadomił. Przynajmniej tę przykrość mamy z głowy.

-  Chciałbym porozmawiać z chłopcami, którzy ją znaleźli. Podobno są u 

siebie, na Tantogatan.

-  Okej, rozmawiaj. Ja zostanę.

-  To na razie.

Chłopcy mieszkali w dużym łukowatym domu przy Tantogatan. Martin 

Beck zastał obu w mieszkaniu jednego z nich. Zszokowani tym strasznym 

przeżyciem, nie potrafili ukryć dreszczyku podniecenia.

Opowiedzieli   Martinowi   Beckowi,   jak   znaleźli   dziewczynkę   podczas 

zabawy w parku. Od razu ją poznali, bo mieszkała w ich bloku. Skakała 

przez skakankę razem z dwiema koleżankami w jej wieku. Ponieważ jedna 

z nich chodziła z chłopcami do tej samej klasy, Martin Beck dowiedział 

się, że nazywa się Lena Oskarsson, ma dziesięć lat i mieszka w sąsiednim 

domu.

background image

Sąsiedni dom był taki sam jak ten, w którym mieszkali chłopcy. Wjechał 

szybką   automatyczną   windą   na   siódme   piętro   i   nacisnął   dzwonek.   Po 

chwili   drzwi   się   otworzyły   i   błyskawicznie   zamknęły.   Nikogo   nie 

dostrzegł   w   szparze.   Zadzwonił   jeszcze   raz.   Drzwi   otworzyły   się 

natychmiast   i   już   wiedział,   dlaczego   wcześniej   nikogo   nie   zauważył. 

Chłopczyk mógł mieć około trzech lat, jego lniana czupryna była mniej 

więcej na wysokości pępka Martina Becka.

-  Cześć! Dzień dobry.

Malec pobiegł w głąb mieszkania.

-  Mamo! Mamo! Psysed wujek!

Po chwili w drzwiach stanęła jego mama. Popatrzyła na Martina Becka 

poważnie i pytająco.

Czym prędzej się wylegitymował.

57

-  Chciałbym porozmawiać z pani córką, jeśli jest w domu. Czy ona wie, 

co się stało?

-     Z  Anniką?   Tak,   przed   sekundą   usłyszeliśmy   o   tym   od   sąsiada.   To 

okropne. Jak coś podobnego może się wydarzyć w biały dzień? Proszę 

wejść. Przyprowadzę Lenę.

Martin Beck poszedł za panią Oskarsson do dużego pokoju. Nie licząc 

mebli, niczym się nie różnił od tego, w którym siedział kilka minut temu. 

Chłopczyk stał pośrodku, wyraźnie zaciekawiony. Trzymał w rączce gitarę 

zabawkę.

-     Pobaw   się   w  swoim  pokoju,   Bossę   -  powiedziała   mama.   Bossę   nie 

posłuchał, czego chyba się spodziewała. Z kanapy

pod oknem wychodzącym na balkon zabrała kilka zabawek.

background image

-  Przepraszam za bałagan. Proszę usiąść, już idę po Lenę.

Martin   Beck   uśmiechnął   się   do   malca.   Jego   dzieci   miały   dwanaście   i 

piętnaście lat i zdążył zapomnieć, jak się rozmawia z trzylatkami.

-  Umiesz na tym grać? - spytał.

-  Nie umiem glac. Ty glac.

-  Nie, ja też nie umiem glac - powiedział Martin Beck.

-  Umies. - Bossę obstawał przy swoim. - Glaj „w nocy śniłem, nie śniłem 

nigdy, że wojen nadsed kres"*.

Weszła pani Oskarsson, wzięła synka na ręce i zdecydowanym krokiem 

wyniosła go z pokoju. Malec krzyczał, wyrywał się.

-  Niedługo wrócę - rzuciła przez ramię. - Może pan porozmawiać z Leną.

Chłopcy powiedzieli mu, że Lena ma dziesięć lat. Była wysoka jak na 

swój wiek i mimo nadąsanej miny bardzo ładna. Miała na sobie dżinsy i 

bawełnianą bluzeczkę. Dygnęła nieśmiało.

-  Usiądź - odezwał się Martin Beck. - Łatwiej nam będzie rozmawiać.

* Amerykańska pieśń pacyfistyczna l^tst night I had the strangest dream 

Eda   McCurdy'ego,   przełożona   i   śpiewana   w   wersji   szwedzkiej   przez 

wybitnego kompozytora, poetę i pieśniarza Cornelisa Vreeswijka (1937-

1987) - tutaj po dziecięcemu zniekształcona.

58

Usiadła w fotelu, na brzeżku, ze złączonymi kolanami.

-  Masz na imię Lena?

-  Tak.

-  A ja nazywam się Martin Beck. Czy wiesz, co się stało?

-  Tak - powiedziała dziewczynka, wpatrując się w podłogę. -Słyszałam... 

Mama mówiła.

background image

-  Rozumiem, że jesteś wystraszona, ale muszę cię zapytać o parę rzeczy.

-  Tak.

-  Podobno byłaś dzisiaj z Anniką.

-  Tak. Bawiłyśmy się. Ulla, Annika i ja.

-  Gdzie się bawiłyście? Kiwnęła głową w stronę okna.

-  Najpierw tutaj, na podwórku. Potem Ulla musiała iść do domu, żeby coś 

zjeść, a Annika i ja poszłyśmy do mnie. Potem Ulla przyszła po nas i 

znowu wyszłyśmy na dwór.

-  I dokąd poszłyście?

-  Do Tantolunden. Musiałam zabrać Bossego, tam są huśtawki, na których 

lubi się huśtać.

-  Pamiętasz, która była godzina?

-  Chyba wpół do drugiej. Może mama będzie wiedziała.

-   No dobrze, więc poszłyście do Tantolunden. Czy Annika kogoś tam 

spotkała? Czy rozmawiała z jakimś wujkiem?

-  Nie, nie widziałam, żeby z kimś rozmawiała.

-  Co robiłyście w Tantolunden?

Lena przez chwilę patrzyła w okno. Zastanawiała się.

-   No... bawiłyśmy się. Najpierw trochę się huśtałyśmy, bo Bossę chciał. 

Potem skakałyśmy przez skakankę. A potem poszłyśmy do kiosku kupić 

lody.

-  Czy w parku były inne dzieci?

-   Nie, wtedy nie. Oczywiście jakieś maluchy siedziały w piaskownicy. 

Bossę się z nimi pokłócił. Ale ich mama szybko je zabrała.

-  Co robiłyście potem, kiedy kupiłyście lody?

59

background image

Z pokoju obok dat się słyszeć głos pani Oskarsson i wrzask malca.

-  Spacerowałyśmy. Potem Annika się obraziła.

-  Obraziła się? O co?

-  Nie wiem. O nic. Ulla i ja chciałyśmy grać w klasy, a ona nie chciała. 

Chciała się bawić w chowanego, ale z Bossem to niemożliwe, bo biega 

między nami i mówi, gdzie się schowałyśmy. No i Annika się obraziła i 

poszła.

-  Dokąd poszła? Powiedziała, dokąd idzie?

-  Nie, nic nie powiedziała. Po prostu sobie poszła. Ulla i ja rysowałyśmy 

klasy i nie widziałyśmy, kiedy poszła.

-  Ani w którą stronę?

-  Nie. Nie myślałyśmy o tym. Grałyśmy w klasy, potem zobaczyłam, że 

nie ma Bossego, i dopiero wtedy zauważyłyśmy, że Anniki też nie ma.

-  Szukałyście Bossego? Dziewczynka spojrzała na swoje dłonie.

-  Nie - odparła po dłuższej chwili. - Myślałam, że jest z Annika. Zawsze 

za nią lata. Ona nie ma... nie miała rodzeństwa i zawsze była bardzo miła 

dla Bossego. Zawsze.

-  Co było potem? Czy Bossę wrócił?

-  Tak, zaraz wrócił. Chyba był gdzieś blisko, chociaż go nie widziałyśmy.

Martin   Beck   pokiwał   głową.   Chciał   zapalić,   ale   nigdzie   nie   dostrzegł 

popielniczki i zrezygnował.

-     Czy   zastanawiałyście   się,   gdzie   może   być  Annika?   Czy   Bossę   nie 

wspomniał, dokąd poszła?

Dziewczynka pokręciła głową. Długa jasna grzywka opadła jej na czoło.

-  Nie. Pomyślałyśmy, że wróciła do domu. Nie pytałyśmy Bossego, on nic 

nie powiedział. Potem zrobił się taki nieznośny, że poszłyśmy do mnie.

background image

-  Wiesz, o której Annika zniknęła z placu zabaw?

-     Nie,   nie   miałam   zegarka.  Ale   byłyśmy   w   domu   o   trzeciej.   Krótko 

grałyśmy w klasy. Może pół godziny.

60

-     Nie   widziałyście   innych   ludzi   w   parku?   Lena   odgarnęła   grzywkę   i 

zmarszczyła czoło.

-  Nie myślałyśmy o tym. W każdym razie ja nie myślałam. Była tam przez 

chwilę jakaś pani z pieskiem. Z jamnikiem. Bossę chciał go pogłaskać, 

więc   musiałam   go   stamtąd   zabrać.   -   Popatrzyła   na   Martina   Becka   z 

poważną miną. - Nie wolno mu głaskać psów; To może być niebezpieczne.

-     Czy   nie   zauważyłaś   nikogo   więcej?   Zastanów   się,   może   coś   sobie 

przypomnisz.

Pokręciła głową.

-  Nie. Bawiłyśmy się, musiałam pilnować Bossego, nie zwracałam uwagi 

na innych ludzi. Ktoś tam pewnie przechodził, ale nie wiem kto.

W pokoju zapadła cisza, wróciła pani Oskarsson. Martin Beck wstał.

-  Podaj mi jeszcze nazwisko Ulli i jej adres i już sobie idę. Może znowu 

będę chciał z tobą porozmawiać. Gdybyś sobie coś przypomniała, poproś 

mamę, żeby do mnie zadzwoniła. To może być jakiś drobiazg - Martin 

Beck zwrócił się do pani Oskarsson - pozornie bez znaczenia. Jeśli córka 

cokolwiek sobie przypomni, byłbym wdzięczny za telefon.

Zostawił pani Oskarsson wizytówkę i dostał kartkę z nazwiskiem, adresem 

i numerem telefonu trzeciej dziewczynki.

I poszedł do Tantolunden.

Technicy wciąż pracowali w niecce, poniżej teatru letniego. Słońce wisiało 

nisko, drzewa rzucały długie cienie na trawnik. Martin Beck został, dopóki 

background image

nie zabrano ciała dziewczynki, i wrócił na Kungsholmen.

-  Znowu gwizdnął majtki - powiedział Gunvald Larsson.

-  Tak - skonstatował Martin Beck. - Białe. Rozmiar trzydzieści sześć.

-  Sukinsyn! - Gunvald Larsson podłubał długopisem w uchu. -1 co na to 

twoi czworonożni przyjaciele?

Martin Beck obrzucił go zniesmaczonym spojrzeniem.

61

-  Co robimy z Erikssonem? - spytał Rónn.

-  "Wypuść go - zdecydował Martin Beck. - Ale nie trać z oczu - dodał po 

kilku sekundach.

Rozdział 12

We  WTOREK   RANO  TRZYNASTEGO   CZeiWCa   ODPRAWA  BYŁA 

KRÓTKA   i   mało   optymistyczna.   Takjak   komunikat   zamieszczony   w 

prasie.   Wykonano   ze   śmigłowca   zdjęcia   miejsc   zbrodni   i   okolic; 

społeczeństwo przekazało około tysiąca informacji; informacje poddano 

analizie;   sprawdzono   wszystkich   znanych   policji   ekshibicjonistów, 

podglądaczy   i   dewiantów   seksualnych;   jedną   osobę   zatrzymano, 

przesłuchano   na   okoliczność   alibi   podczas   pierwszej   zbrodni   i 

wypuszczono.

Wszyscy   byli   niewyspani   i   przemęczeni,   nawet   dziennikarze   i 

fotografowie.

Po odprawie Kollberg powiedział do Martina Becka:

-  Mamy dwóch świadków.

Martin Beck pokiwał głową. Szli do Gunvalda Larssona i Me-landera.

-  Mamy dwóch świadków - powtórzył za Kollbergiem Martin Beck.

Melander   nie   podniósł   głowy   znad   papierów,   ale   Gunvald   Larsson   się 

background image

zainteresował.

-  O kurde! A niby kogo?

-  Po pierwsze, chłopca z Tantolunden.

-  Tego trzylatka?

-  Właśnie.

-  Przecież wiesz, że dziewczyny z obyczajówki próbowały z nim gadać. 

On w ogóle nie umie mówić. Świetny pomysł! Równie błyskotliwy jak 

ten, żebym przesłuchał psa.

63

Martin   Beck   zignorował   komentarz   Gunvalda   Larssona   i   zdumione 

spojrzenie Kollberga.

-  A po drugie? - zapytał Melander, nie odrywając wzroku od papierów.

-  Rabusia.

-  Rabuś to moja działka - zauważył Gunvald Larsson.

-  Uhm. Złap go.

Gunvald Larsson odchylił się na obrotowym krześle, aż zaskrzypiało.

-   Chwilunia. - Popatrzył na Martina Becka i Kollberga. -A co my niby 

robimy od trzech tygodni? Ja i chłopcy z prewencji z piątki i dziewiątki? 

Gramy w pchełki?! Sugerujesz, że zbijamy bąki?

-  Nie zbijacie bąków. Sytuacja się zmieniła. Musimy go zdjąć.

-  Ale jak, do cholery?

-  Nasz rabuś jest fachowcem. To twoje słowa. Czy kiedykolwiek napadł 

na kogoś, kto nie miał przy sobie pieniędzy?

-  Nie.

-  Czy kiedykolwiek rzucił się na kogoś, kto mógłby się bronić? - włączył 

się Kollberg.

background image

-  Nie.

-   Czy chłopcy z prewencji kiedykolwiek deptali mu po piętach? - pytał 

dalej Martin Beck.

-  Nie.

-  A dlaczego? - zapytał Kollberg.

Gunvald Larsson długo dłubał w uchu długopisem, zanim odpowiedział:

-  To fachowiec.

-  No właśnie.

Gunvald Larsson myślał przez chwilę.

-   Kiedy zajrzałeś tutaj jedenaście dni temu, zacząłeś coś mówić, ale nie 

skończyłeś. Dlaczego? ^

-  Bo mi przerwałeś.

-  A co chciałeś powiedzieć?

64

-  Chciał powiedzieć, że powinniśmy sprawdzić dni i godziny rabunków - 

odezwał się Melander, wciąż nie podnosząc głowy. - Systematyzacja. Już 

to zrobiliśmy.

-  I jeszcze coś - powiedział Martin Beck. - Rabuś jest fachowcem. To twój 

wniosek,  Lennart.  Jest  na  tyle dobrym fachowcem,  że  zna chłopców  z 

prewencji. I może z wydziału do spraw przemocy. Może nawet wie, czym 

jeżdżą.

-  No i co? - zapytał Gunvald Larsson. - Czy z powodu tego skunksa mamy 

wymienić wszystkich funkcjonariuszy?

-  Mógłbyś wziąć ludzi z zewnątrz - podsuflował Kollberg.

- Skąd się tylko da. Na przykład dziewczyny. Inne samochody.

- Jasne, ale teraz jest już po ptakach - burknął Gunvald Larsson.

background image

-  Owszem - przyznał Martin Beck. - Po ptakach. Ale teraz w dwójnasób 

powinno nam zależeć na jego schwytaniu.

-   On nawet nie spojrzy na park, dopóki morderca będzie na wolności - 

powiedział Gunvald Larsson.

-  Niestety. O której był ostatni napad rabunkowy?

-  Między dziewiątą a dziewiątą piętnaście.

-  A o której doszło do morderstwa?

-  Między siódmą a ósmą. Po kiego grzyba pytasz o coś, o czym wszyscy 

wiemy?

-  Przepraszam. Chyba po to, żeby przekonać samego siebie.

-  Do czego?

-  Do tego, że rabuś widział dziewczynkę -wyjaśnił Kollberg.

- I tego, kto ją zabił. Nie działał na chybił trafił. Przypuszczalnie kręcił się 

po parku całymi godzinami, czekając na swoją szansę. Albo miał fart.

-  Taki fart nie istnieje - stwierdził Melander. - Nie dziewięć razy z rzędu. 

Góra pięć. Albo sześć.

-  Zgarnijcie go - powiedział Martin Beck.

-     Może   zaapelujemy   do   jego   poczucia   sprawiedliwości,   co?   Żeby   się 

zgłosił dobrowolnie.

-  Why noP.

5 - Mężczyzna na balkonie

65

Melander odebrał telefon.

-  Wyślijcie tam radiowóz.

-  Coś nowego? - zapytał Kollberg.

-  Nie - odparł Melander.

background image

-   Poczucie sprawiedliwości. - Gunvald Larsson pokręcił głową. -Wasze 

wyobrażenie o gangsterskiej wspólnocie jest doprawdy. .. Brak mi słów.

-  Mam gdzieś, czego ci brak. - W głosie Martina Becka dała się wyczuć 

porywczość. - Zgarnij go.

-  Wykorzystaj wtyczki - poradził Kollberg.

-   Myślisz, że nie... - zaczął Gunvald Larsson, ale nie skończył, bo ktoś 

ośmielił się mu przerwać.

-  Gdziekolwiek jest - powiedział Martin Beck. - Czy siedzi na Kanarach, 

czy   się   przyczaił   w   melinie   ćpunów   na   Sódermal-mie.   Wykorzystaj 

wtyczki,   wykorzystaj   wszystkie   kontakty,   jakie   mamy   w   światku 

przestępczym,   gazety,   radio   i   telewizję.   Strasz,   przekupuj,   namawiaj, 

obiecuj i co tylko chcesz, bylebyś go dopadł.

-  Myślicie, że tego nie wiem? Że brak mi piątej klepki?

-     Przecież   wiesz,   co   myślę   o   twojej   inteligencji   -   poważnie   odparł 

Kollberg.

-  Wiem - przyznał udobruchany Gunvald Larsson. - Czyli cała naprzód!

Chwycił za telefon.

Martin Beck i Kollberg wyszli z pokoju.

-  Może się uda - powiedział Martin Beck.

-  Może.

-  Gunvald nie jest taki głupi, na jakiego wygląda.

-  Czyżby?

-  Lennart?

-  No?

-  Co ci jest?

-  To samo co tobie.                 ¦»

background image

-  Czyli?

-  Boję się.

66

Martin Beck nie odpowiedział. Po części dlatego, że Kollberg miał rację, a 

po części dlatego, że znali się jak łyse konie i obywali bez słów.

Gnani   tą   samą   myślą,   wyszli   na   ulicę   i   wsiedli   do   czerwonego   saaba, 

własności Głównego Zarządu Policji.

-  Ten chłopczyk, jak mu tam... - zaczął Martin Beck.

-  Bo Oskarsson. Bossę.

-  Właśnie. Widziałem go przelotnie. Kto z nim rozmawiał?

-  Chyba Sylvia. A może Sonja.

Było pustawo i duszno. Z Vasterbron zjechali nad kanał Pllsund i mknęli 

Bergsunds   Strand,   słuchając   trajkotania   kolegów   z   patroli   na   kanale 

czterdziestym.

-   W promieniu osiemdziesięciu kilometrów może się do nich podłączyć 

pierwszy lepszy radioamator - z irytacją powiedział Kollberg. - Wiesz, ile 

by kosztowało odcięcie prywatnego radionadajnika?

Martin   Beck   pokiwał   głową.   Słyszał,   że   to   wydatek   rzędu   stu 

pięćdziesięciu tysięcy koron. Nie mieli takich pieniędzy.

Obaj myśleli o czym innym. Kiedy ostatnio ścigali mordercę, angażując 

wszystkie możliwe siły i środki, złapanie go zajęło im czterdzieści dni. 

Kiedy ostatnio mieli do czynienia z podobnym przypadkiem, uporali się z 

tym w dziesięć dni. Teraz zabójca zaatakował dwa razy w ciągu zaledwie 

czterech dni. Melander powiedział, że parkowy rabuś mógłby mieć fart 

pięć   albo   sześć   razy,  co   -   nawiasem   mówiąc   -   wcale   nie   było   niczym 

niedorzecznym. Przykładając tę samą miarę do ich aktualnego przypadku, 

background image

to już nie była matematyka, tylko przerażająca wizja.

Wjechali pod liljeholmski most, potem horństullskim nabrzeżem minęli 

wiadukt   kolejowy   i   skręcili   w   stronę   wieżowców,   gdzie   kiedyś   była 

cukrownia. Na przydomowych skwerkach bawiły się dzieci.

Zaparkowali i wjechali windą na siódme piętro. Zadzwonili, ale nikt im 

nie   otworzył.   Chwilę   odczekali,   po   czym   Martin   Beck   zadzwonił   do 

sąsiednich   drzwi.   Uchyliła   je   jakaś   kobieta.   Za   jej   plecami   stała 

dziewczynka; mogła mieć pięć, sześć lat.

67

-  Policja - łagodnie odezwał się Kollberg i okazał legitymację.

-  Qj!

-   Nie wie pani, czy rodzina Oskarssonów jest w domu? -spytał Martin 

Beck.

-  Dzisiaj rano wyjechali. Do krewnych. To znaczy ona i dzieci.

-  Aha, przepraszamy...

-  Nie wszystkich na to stać - powiedziała kobieta.

-  A dokąd wyjechali? - włączył się Kollberg.

-  Nie wiem. Wracają w piątek rano i znowu wyjeżdżają. - Popatrzyła na 

nich. - Na urlop.

-  Czy to znaczy, że pan Oskarsson jest w domu?

- Jest, będzie wieczorem. Możecie do niego zadzwonić.

-  Tak - przyznał Martin Beck. Dziewczynka pociągnęła ją za spódnicę.

-   Dzieci bywają marudne - powiedziała. - Nie można im odpuszczać, 

prawda?

-  Raczej nie.

-  Ale niektórym trzeba. No i są takie, co się nie słuchają.

background image

-  Niestety.

Milcząc, zjechali  automatyczną windą na parter.  Milcząc, ruszyli przez 

miasto   na   północ,   świadomi   własnej   bezsilności   i   ambiwalentnego 

stosunku do społeczeństwa, które powinni chronić.

Ledwie wjechali do parku Vanadis, zatrzymał ich mundurowy, który nie 

znał ani ich, ani samochodu. W parku nie było nic do oglądania. Bawiło 

się kilkoro dzieci. I kręcili się niezmordowani ciekawscy.

"wycofali się do skrzyżowania Odengatan ze Sveavagen.

-  Pić mi się chce - powiedział Kollberg.

Martin Beck skinął głową. Zaparkowali, weszli do Metropolu i zamówili 

po soku.

Przy barze siedziało dwóch mę&czyzn. Położyli marynarki na stołkach - 

co świadczyło o tym, że naprawdę jest bardzo ciepło -i rozmawiali, sącząc 

whisky.

68

-  To dlatego, że nie ma wysokich kar - odezwał się młodszy. - Aż się prosi 

o lincz.

-  Tak - zgodził się starszy.

-  Przykro to mówić, ale to jedyny sposób.

Kollberg już otwierał usta, żeby się wtrącić, ale zrezygnował i jednym 

haustem wypił sok.

Trochę później Martin Beck usłyszał mniej więcej to samo w trafice, gdzie 

kupował florydy.

-  ...i wie pan, co powinni zrobić, jak złapią tego sukinsyna? Powinni go 

publicznie zlikwidować, żeby wszyscy to mogli zobaczyć w telewizji. I 

żeby robili to powolutku, przez kilka dni, nie od razu.

background image

-  Kto to był? - zapytał Martin Beck, kiedy klient wyszedł.

-     Skog   -   poinformował   sklepikarz.   -   Ma   tuż   obok   zakład   naprawy 

radioodbiorników. Równy gość.

W głównej kwaterze śledczej Martin Beck pomyślał, że nie tak dawno 

temu złodziejom obcinano ręce. A mimo to ludzie kradli. Dużo ludzi.

Wieczorem zadzwonił do ojca Bo Oskarssona.

-  Ingrid i dzieci? Wysłałem ich do teściów na Olandię. Nie może pan tam 

zadzwonić.

-  Kiedy wrócą?

-    W  piątek   przed   południem.  Wieczorem   się   pakujemy,   wsiadamy   do 

samochodu i jedziemy za granicę. Tam jego noga nie postanie.

-  Tak - zmęczonym głosem przyznał Martin Beck.

Tyle się wydarzyło we wtorek trzynastego czerwca. W środę nic się nie 

wydarzyło. Było cieplej.

Rozdział 13

W   czwartek   tuż   po   jedenastej   coś   się   stało.   Martin   Beck   odruchowo 

położył lewy łokieć na szafce z archiwaliami i bodaj po raz piętnasty tego 

dnia usłyszał sygnał telefonu i odpowiedź Gun-valda Larssona:

-  Larsson, słucham... Co?... Zaraz będę. Gunvald Larsson wstał i spojrzał 

na Martina Becka.

-  Dzwonił strażnik. Przyszła jakaś dziewczyna, która podobno coś wie.

-  O?

-  O rabusiu.

Minutę później dziewczyna siedziała przy biurku. Miała góra dwadzieścia 

lat, ale wyglądała starzej. Ażurowe fioletowe pończochy, buty bez palców 

na obcasach, minispódniczka, godny uwagi dekolt i godne uwagi upięcie 

background image

tlenionych   włosów,   sztuczne   rzęsy   i   gruba   warstwa   cienia   do   powiek. 

Buzia w ciup i wysoko podniesione stanikiem piersi.

Gunvald Larsson natychmiast przystąpił do rzeczy.

-  No więc co pani wie?

-  Chcieliście się czegoś dowiedzieć o tym z Vasaparken, z parku Vanadis i 

tak dalej - powiedziała wyniośle. - Tak słyszałam.

-  A niby po co miałaby tu panhprzychodzić?

-     Niech   mnie   pan   nie   popędza.   Gunvald   Larsson   nie   krył 

zniecierpliwienia.

70

-  Co pani wie?

- Jest pan niemiły. Dziwne, że wszyscy gliniarze to buce.

- Jeśli liczy pani na nagrodę, to fora ze dwora.

-  Gwiżdżę na szmal - odparowała.

-  Co panią do nas sprowadza? - zapytał uprzejmie Martin Beck.

-  Nie narzekam na brak gotówki.

Widocznie przyszła do nich między innymi po to, żeby odegrać scenę, i 

postanowiła   dopiąć   swego.   Martin   Beck   zauważył   nabrzmiałe   żyły   na 

czole Gunvalda Larssona.

-  Poza tym zarabiam sto razy lepiej od was - dodała.

-   Jasne,   du...   -   Gunvald   Larsson   szybko   się   opamiętał.   -   Lepiej 

przemilczmy, czym pani zarabia.

- Jeszcze jedno słowo i już mnie tu nie ma.

-  Nigdzie pani nie pójdzie.

-  Czy nie żyjemy przypadkiem w wolnym kraju? W demokracji czyjakjej 

tam?

background image

-   Co panią do nas sprowadza? - powtórzył pytanie Martin Beck średnio 

uprzejmie.

-   Wyłazicie ze skóry, żeby się dowiedzieć, co? Nastawiliście uszy jak 

anteny. Aż mnie korci, żeby stąd wyjść bez słowa.

Melander   przełamał   impas.   Podniósł   głowę,   wyjął   fajkę   z   ust,   po   raz 

pierwszy popatrzył na dziewczynę i powiedział spokojnie:

-  Proszę mówić, moja droga.

-  O tym z parku Vanadis i Vasaparken, i...

-  Tak, jeśli naprawdę pani coś wie.

-  I potem będę mogła wyjść?

-  Naturalnie.

-  Słowo honoru?

-  Słowo honoru - potwierdził Melander.

-  I nie powiecie mu, że to... -Wzruszyła ramionami i dorzuciła jakby do 

siebie: -1 tak się domyśli.

- Jak on się nazywa? - spytał Melander.

-  Roffe.

-  A nazwisko?

71

-  Lundgren. Rolf Lundgren.

-  Gdzie mieszka? - włączył się Gunvald Larsson.

-  Na Luntmakargatan pięćdziesiąt siedem.

-  Gdzie jest teraz?

-  Właśnie tam.

-  Skąd pewność, że to on? - spytał Martin Beck.

W kącikach oczu dziewczyny coś zalśniło. Martin Beck nie bez zdziwienia 

background image

skonstatował, że to łzy.

- Ja miałabym tego nie wiedzieć... - wymruczała.

-  A więc jest pani z tym facetem - powiedział Gunvald Larsson.

Spojrzała na niego, nie mówiąc ani słowa.

- Jakie jest nazwisko na drzwiach? - spytał Melander.

-  Simonsson.

-  Czyje to mieszkanie? - włączył się Martin Beck.

-  Roffego. Chyba.

- Jak to się trzyma kupy? - zapytał Gunvald Larsson.

-   Wynajmuje je. Myślicie, że jest takim idiotą, żeby mieć na drzwiach 

tabliczkę ze swoim nazwiskiem?

- Jest poszukiwany?

-  Nie wiem.

-  Ukrywa się?

-  Nie wiem.

-  Na pewno pani wie - powiedział Martin Beck. - Czy uciekł z jakiegoś 

zakładu?

-  Nie. Nie uciekł. Roffe nigdy nie siedział.

-   Do czasu - skwitował Gunvald Larsson. Wbiła w niego nienawistne 

spojrzenie. Gunvald Larsson zasypał ją pytaniami.

-  Luntmakargatan pięćdziesiąt siedem?

-  Tak. A co, niewyraźnie mówię?

-  W oficynie czy od ulicy?

-  W oficynie.                           *

-  Które piętro?

-  Pierwsze.

background image

72

-  Ilupokojowe mieszkanie?

- Jedno.

-  Z kuchnią?

-  Nie, z wnęką kuchenną. Jeden pokój.

-  Ile okien?

-  Dwa.

-  Na podwórze?

-  Nie, z widokiem na morze.

Gunvald Larsson przygryzł dolną wargę. Żyły znowu nabrzmiały mu na 

czole.

-     No   dobrze   -   powiedział   Melander.   -   A  zatem   ma   jednopokojowe 

mieszkanie   na   pierwszym   piętrze   z   dwoma   oknami   wychodzącymi   na 

podwórze. Jest pani pewna, że teraz tam jest?

-  Uhm, jestem pewna.

-   Czy ma pani klucz do tego mieszkania? - uprzejmie zapytał Martin 

Beck.

-  Nie, jest tylko jeden.

-  I on się zamknął?

-  Mowa!

-   Czy drzwi otwierają się do środka, czy na zewnątrz? Zastanawiała się 

chwilę.

-  Do środka.

-  Na pewno?

-  Tak.

-  Ile pięter jest w oficynie? - spytał Martin Beck.

background image

-  Zdaje się, że cztery.

-  Co jest na parterze?

- Jakiś warsztat.

-     Czy   z   okien   widać   bramę   prowadzącą   na   ulicę?   -   zapytał   Gunvald 

Larsson.

-  Nie, Riddarfjarden. I kawałek Ratusza. I zamek królewski.

-  Wystarczy - powiedział Gunvald Larsson. - Zabierzcie ją. Dziewczyna 

wykonała gwałtowny ruch.

-  Chwileczkę - zaooponował Melander.

73

W   pokoju   zapadła   cisza.   Gunvald   Larsson   patrzył   wyczekująco   na 

Melandera.

-  Nie mogę wyjść? Przecież pan obiecał.

-     Owszem   -   przyznał   Melander.   -   Oczywiście,   że   pani   wyjdzie,   ale 

najpierw musimy sprawdzić pani informacje. Dla pani dobra. I jeszcze coś.

-  Co?

-  On nie jest sam w mieszkaniu, prawda?

-  Tak - wyszeptała dziewczyna.

- Jak się pani w ogóle nazywa? - wtrącił się Gunvald Larsson.

-  Nie pański interes.

-  Zabierzcie ją - powtórzył Gunvald Larsson. Melander wstał i otworzył 

drzwi do sąsiedniego pokoju.

-   Rónn, jest u nas pewna pani, czy mogłaby przez chwilę posiedzieć u 

ciebie?

Rónn stanął w drzwiach. Miał przekrwione oczy i czerwony nos. Przyjrzał 

się im.

background image

- Jasne.

-  Wysmarkaj się - poradził mu Gunvald Larsson.

-  Poczęstować ją kawą?

-  Naturalnie. - Melander przytrzymał drzwi. - Bardzo proszę - powiedział 

z galanterią.

Kobieta   wstała.   Zatrzymała   się   w   drzwiach   i   omiotła   lodowatym 

spojrzeniem Gunvalda Larssona i Martina Becka. Najwyraźniej nie udało 

im się pozyskać jej sympatii. Jakiś błąd w zakresie elementarnej wiedzy 

psychologicznej, pomyślał Martin Beck.

Popatrzyła na Melandera.

-  Kto go zdejmie? - zapytała z wahaniem.

-   My- uprzejmie odrzekł Melander. - Od tego jesteśmy. Nie ruszyła się, 

wciąż patrzyła na Melandera.

-  On jest niebezpieczny.

- Jak bardzo?                           »

-  Bardzo. Strzela. Mnie pewnie też kiedyś zastrzeli.

- Jak odsiedzi swoje - zauważył Gunvald Larsson.

74

Zignorowała go.

-  Ma dwa pistolety maszynowe i jeden normalny. Powiedział...

Martin Beck czekał na reakcję Melandera, mając nadzieję, że Gunvald 

Larsson się nie odezwie.

-  Co powiedział? - spytał Melander.

-  Ze nigdy nie wezmą go żywcem. Wiem, że mówił poważnie. - Milczała 

kilka sekund. - To tyle.

-  Dziękuję - powiedział Melander i zamknął za nią drzwi.

background image

-  Uff1. - sapnął Gunvald Larsson.

-  Załatwcie nakaz - polecił Martin Beck. -1 dawać mi tu plan miasta.

Odbitka planu leżała na stole, zanim Melander zakończył krótką rozmowę 

telefoniczną,   zyskując   legalne   pozwolenie   na   to,   co   miało   niebawem 

nastąpić.

-  Może być ciężko - powiedział Martin Beck.

-     No   -   zgodził   się   Gunvald   Larsson,   wysunął   szufladę   biurka,   wyjął 

służbowy pistolet i przez chwilę ważył go w dłoni.

Martin   Beck,   kiedy   musiał   być   uzbrojony,   nosił   broń   jak   większość 

szwedzkich   policjantów   niemundurowych   w   kaburze   z   szelkami. 

Natomiast   Gunvald   Larsson   załatwił   sobie   specjalny   klips   i   przypinał 

kaburę do paska u spodni.

-  Okej - powiedział, z pistoletem na prawym biodrze. - Sam go zdejmę. 

Idziesz ze mną?

Martin Beck popatrzył w zadumie na Gunvalda Larssona, olbrzyma, który 

przewyższał go o pół głowy.

-  To jedyne sensowne wyjście - kontynuował Gunvald Larsson. - Bo niby 

jak   mielibyśmy   to   załatwić?   Kupa   luda   w   kuloodpornych   kamizelkach 

wpada do bramy z kałachami i gazem łzawiącym i kiedy zasuwa przez 

podwórze,   on   strzela   jak   opętany   z   okna   i   z   klatki.  A  może   ty   albo 

komendant, albo komendant główny, albo król wrzaśnie przez megafon: 

„Jesteś otoczony! Wszelki opór jest bezskuteczny!"?

-    A  może   by   tak   rozpylić   gaz   łzawiący   przez   dziurkę   od   klucza   - 

podpowiedział Melander.

75

-   To jest myśl - przyznał Gunvald Larsson - ale mnie nie przekonuje. 

background image

Prawdopodobnie w drzwiach jest klucz. Nie, nasi niemundurowi na ulicy, 

dwóch wchodzi do środka. Idziesz?

- Jasne - odparł Martin Beck.

Wolałby pójść z Kollbergiem, ale bandzior był bez wątpienia człowiekiem 

Gunvalda Larssona.

Luntmakargatan jest na Norrmalmie. Ta długa i wąska ulica, przeważnie o 

starej zabudowie, rozciąga się od Brunnsgatan na południu do Odengatan 

na   północy.   Na   parterze   mieści   się   sporo   ciekawych   pracowni 

rzemieślniczych, a w oficynach sporo obskurnych mieszkań.

Byli na miejscu w niecałe dziesięć minut.

Rozdział 14

Szkoda,   że   nie   wziąłeś   komputera   -   powiedział   Gunvald   Larsson.   - 

Mógłbyś nim wywalić drzwi.

- Jasne - odparł Martin Beck.

Zaparkowali   na   Radmansgatan,   podeszli   do   rogu   i   w   pobliżu   posesji 

numer pięćdziesiąt siedem zobaczyli kolegów stojących na chodnikach.

Przybycie policji nie wzbudziło szczególnego zainteresowania.

-     Wchodzimy...   -   zaczął   Gunvald   Larsson   i   urwał,   jakby   sobie 

przypomniał,   że   jest   niższy   rangą,   po   czym   zerknął   na   zegarek.   - 

Proponuję, żebyśmy weszli w odstępie półminu-towym.

Martin  Beck skinął  głową, przeciął  ulicę,  stanął  przed  witryną  zakładu 

zegarmistrzowskiego Gustafa Blomdina i patrzył, jak niezwykle piękny 

farmerski zegar ścienny odlicza trzydzieści sekund. Potem się odwrócił, 

byle jak przeszedł przez jezdnię i zniknął w bramie pod pięćdziesiątym 

siódmym.

Na podwórzu nie spojrzał w wiadome okna, tylko szybko i cicho ruszył po 

background image

schodach. W warsztacie na parterze głucho pracowała jakaś maszyna.

Na   drzwiach   z   łuszczącą   się   farbą   rzeczywiście   widniało   nazwisko 

Simonsson. Z mieszkania nie dobiegał żaden dźwięk, nie wydał go także 

Gunyald Larsson, który stał wyprostowany jak

77

struna   po   prawej   stronie   drzwi,   delikatnie   przesuwając   palcami   po 

spękanej boazerii.

Spojrzał pytająco na Martina Becka.

Martin Beck przez kilka sekund lustrował drzwi, po czym pokiwał głową i 

ustawił   się   z   lewej   strony,   plecami   do   ściany,   maksymalnie 

skoncentrowany.

Biorąc   pod   uwagę   wzrost   i   wagę,   Gunvald   Larsson   poruszał   się 

wyjątkowo   żwawo   i   niemal   bezszelestnie   w   swoich   sandałach   na 

gumowych podeszwach. Oparł się prawym barkiem o ścianę naprzeciwko 

drzwi i znieruchomiał. Widocznie się upewnił, że w zamku tkwi klucz, i 

nie ulegało wątpliwości, że prywatny świat Rolfa Lundgrena nie przetrwa 

dłużej   niż   parę   sekund.   Ledwie   Martin   Beck   zdążył   o   tym   pomyśleć, 

Gunvald   Larsson   lekko   się   pochylił,   wysunął   prawe   ramię   i   swoim 

dziewięćdziesięciokilo-wym ciałem natarł na drzwi.

Otworzyły się z hukiem, zawisły na górnym zawiasie i Gun-vald Larsson 

wpadł do środka w kaskadzie drzazg. Martin Beck był pół metra za nim; 

wtargnął wspaniale posuwistym krokiem, z bronią gotową do strzału.

Rabuś leżał na łóżku na plecach, z prawym ramieniem pod szyją kobiety, 

które błyskawicznie uwolnił, stoczył się na podłogę i wsunął rękę pod 

łóżko. Kiedy Gunvald Larsson przypuścił atak, klęczał, zaciskając prawą 

dłoń na metalowej podpórce do broni.

background image

Gunvald Larsson uderzył go tylko raz i niezbyt mocno, ale to wystarczyło, 

żeby   Lundgren   wypuścił   pistolet   i   wylądował   pod   ścianą.   Siedział, 

zasłaniając twarz lewą ręką.

- Nie bij mnie! - krzyknął.

Był nagi. Kobieta, która zerwała się z łóżka sekundę później, miała na 

sobie tylko zegarek z tekstylnym paskiem w szkocką kratę. Zastygła w 

bezruchu,   przywarła   plecami   do   ściany   po   drugiej   stronie   łóżka   i 

wpatrywała się to w pistolet maszynowy na podłodze, to w olbrzymiego 

bl»ndyna w tweedowym garniturze. Nawet nie próbowała się zasłaniać. 

Była   dość   ładna,   krótkowłosa,   miała   długie   szczupłe   nogi,   dziewczęce 

piersi o dużych

78

jasnobrązowych sutkach, wyraźną ciemną smugę od pępka do wilgotnej 

ciemnobrązowej kępy włosów łonowych i gęste włosy pod pachami. Uda, 

ramiona i piersi zdążyły się pokryć gęsią skórką.

Jakiś   mężczyzna   z   warsztatu   na   parterze   gapił   się   zdumiony   przez 

zdemolowane drzwi.

Martina Becka uderzył absurd tej sytuacji i po raz pierwszy od dawna 

poczuł leciutkie drganie w kącikach ust. Stał pośrodku pokoju, mierząc do 

dwojga golasów z walthera kaliber 7.65, czemu się przyglądał mężczyzna 

w niebieskim stolarskim fartuchu, z calówką w prawej dłoni.

Schował pistolet. W drzwiach pojawił się policjant, odpędzając gapia.

-     Co...   -   wykrztusiła   dziewczyna.   Gunvald   Larsson   spojrzał   na   nią   z 

odrazą.

-   Ubierz się. Jeśli masz w co. - Prawą stopą wciąż przyciskał pistolet 

maszynowy do podłogi. - Ty też się ubieraj - zwrócił się do mężczyzny.

background image

Rolf   Lundgren   był   muskularnym   przystojnym   młodzieńcem   o   ładnej 

opałeniźnie, nie licząc wąskiego pasa białej skóry na podbrzuszu, i długich 

jasnych włosach na ramionach i nogach.

Powoli się wyprostował, zasłaniając prawą ręką przyrodzenie.

-  Pieprzona, pojebana suka.

Do   pokoju   wszedł   jeszcze   jeden   policjant   i   zachłannie   się   przyglądał. 

Dziewczyna nadal stała nieruchomo, przyciskała do ściany rozcapierzone 

dłonie,   ale   spojrzenie   jej   piwnych   oczu   świadczyło   o   tym,   że   zaczyna 

przychodzić do siebie.

Martin Beck rozejrzał się po pokoju. Na oparciu krzesła wisiała niebieska 

bawełniana sukienka, na siedzisku leżały figi, biustonosz i siatka, obok na 

podłodze stała para sandałków.

Martin Beck podał jej sukienkę.

-  Kim pani jest?

Dziewczyna wyciągnęła prawą rękę, wzięła sukienkę, ale jej nie włożyła.

79

-  Nazywam się Lisbeth Hedvig Maria Karlstrom. A pan kim jest?

-  Policjantem.

-     Studiuję   języki   nowożytne   na   Uniwersytecie   Sztokholmskim   i 

zaliczyłam dwa semestry z angielskiego.

-  Aha, i tego was uczą na uniwersytecie - powiedział Gun-vald Larsson, 

nie odwracając głowy.

-  Od roku jestem pełnoletnia i zabezpieczam się pessarium.

-  Od jak dawna zna pani tego mężczyznę? - zapytał Martin Beck.

Lisbeth   Hedvig   Maria   Karlstrom   w   dalszym   ciągu   nie   kwapiła   się   do 

włożenia sukienki.

background image

-     Od   dwóch   godzin   i   dwudziestu   pięciu   minut   -   odparła,   patrząc   na 

zegarek. - Spotkałam go na basenie w Vanadis.

W drugiej części pokoju Lundgren niezdarnie wciągnął slipy  i spodnie 

khaki.

-  Nie ma się czym chwalić - zauważył Gunvald Larsson.

-  Cham! - powiedziała dziewczyna.

-  Naprawdę?

Gunvald Larsson spojrzał na dziewczynę tylko raz. Nie odrywał wzroku 

od bandyty.

-  Wkładaj koszulę. I skarpetki. I buciki. Pięknie. Zabierzcie go, chłopcy.

Do pokoju weszło dwóch mundurowych, przez moment przyglądali się 

scenerii, po czym wyprowadzili Rolfa Lundgrena.

-  Proszę się ubrać - powiedział Martin Beck do dziewczyny.

W końcu włożyła sukienkę, podeszła do krzesła, wciągnęła figi i wsunęła 

stopy w sandałki. Biustonosz zrolowała i schowała do siatki.

-  Co on zrobił? - spytała.

-  To zboczeniec - rzucił Gunvald Larsson.

Martin Beck zobaczył, że zbladła i popatrzyła na niego pytająco. Pokręcił 

głową.

80

-  Czyja... - zaczęła niepewnie.

-   Nie ma takiej potrzeby. Proszę podać nazwisko i adres policjantowi 

przed domem. Zegnam.

Dziewczyna wyszła.

-  Puściłeś ją? - zdumiał się Gunvald Larsson.

-  Tak. - Martin Beck wzruszył ramionami. - To co, przejrzymy te manele?

background image

Rozdział 15

Pięć   godzin   później,   o   wpół   do   szóstej,   Rolf   Evert   Lundgren   nie 

powiedział nic ponadto, że nazywa się Rolf Evert Lundgren.

Stali wokół niego, siedzieli naprzeciwko niego, palił ich papierosy, szpule 

się obracały, a on wciąż nazywał się Rolf Evert Lundgren, co zresztą było 

napisane w jego prawie jazdy.

Pytali,   pytali,   pytali:   Martin   Beck   i   Melander,   i   Gunvald   Larsson,   i 

Kollberg, i Rónn, zajrzał nawet Hammar, obecnie zastępca komendanta, i 

powiedział  kilka   dobrze  dobranych  słów.  Młody   człowiek,  który  wciąż 

nazywał się Rolf Evert Lundgren, trochę się irytował, kiedy Rónn kichał, 

nie zasłaniając twarzy chusteczką.

Absurd polegał na tym, że gdyby chodziło wyłącznie o niego, mógłby się 

uchylać   od   odpowiedzi   na   wszystkich   przesłuchaniach   i   przed   każdym 

organem sądowniczym, i przez cały okres odbywania kary, ponieważ w 

oficynie, w pokoju na pierwszym piętrze i w garderobie znaleziono nie 

tylko dwa pistolety maszynowe i jeden pistolet marki Smith and Wesson 

38   special,   ale   także   przedmioty   łączące   go   z   czterema   napadami 

rabunkowymi   plus   chustkę   do   nosa,   tenisówki,   koszulkę   z   dralonu   z 

monogramem na kieszonce, dwa tysiące tabletek preludinu, kastet i kilka 

skradzionych aparatów fotograficznych. *

O   szóstej   Rolf   Evert   Lundgren   pił   kawę   w   towarzystwie   komisarza 

Martina Becka z głównego wydziału zabójstw i policjanta

82

śledczego   Fredrika   Melandera   ze   sztokholmskiego   wydziału   do   spraw 

przemocy fizycznej. Panowie wrzucili po dwie kostki cukru i siorbali z 

tekturowych kubków, zmęczeni i z ponurymi minami.

background image

-     Gdyby   chodziło   tylko   o   pana,   już   dawno   byśmy   poszli   do   domu   - 

odezwał się Martin Beck.

-  Nie rozumiem, o czym pan mówi.

-  Przepraszam, najgorsze w tym wszystkim jest to, że...

-  Dajcie mi spokój.

Martin   Beck   milczał,   siedział   nieruchomo   i   wpatrywał   się   w 

zatrzymanego. Melander też milczał.

Kwadrans po szóstej Martin Beck dopił chłodnawą kawę, zgniótł kubek i 

wyrzucił go do kosza.

Próbowali prośbą i groźbą, uprzejmie, ostro, logicznie, przez zaskoczenie, 

usiłowali go namówić na adwokata i dziesięć razy pytali, czy nie miałby 

ochoty   czegoś   zjeść.   Ściśle   rzecz   biorąc,   próbowali   wszystkiego   z 

wyjątkiem bicia. Martin Beck widział, że Gunvald Larsson kilka razy był 

bardzo bliski zastosowania tej absolutnie niedozwolonej metody, ale uznał 

ją za niezbyt stosowną, zwłaszcza że przez pokój przewalali się komisarze 

i zastępcy komendantów. W końcu wkurzył się do tego stopnia, że sobie 

poszedł.

O wpół do siódmej poszedł sobie Melander i przyszedł Rónn.

-   Niech pan zabiera tę brudną chustkę do nosa, bo mnie pan zarazi - 

powiedział Rolf Evert Lundgren.

Rónn,   przeciętny   policjant   o   przeciętnej   wyobraźni   i   takim   samym 

poczuciu humoru, rozważał przez chwilkę taką oto ewentualność, czyby 

nie   zostać   pierwszym   przesłuchującym   w   historii   kryminalistyki,   który 

wymusza zeznania kichaniem. Ale zrezygnował.

W normalnej sytuacji, pomyślał Martin Beck, powinniśmy mu dać czas, 

żeby się z tym przespał. Mężczyzna w zielonej koszuli i spodniach khaki 

background image

nie sprawiał wrażenia sennego i z niczym się nie wychylił. Cóż, wcześniej 

czy później pozwolą mu odpocząć.

83

-   Ta kobieta, która przyszła do nas przed południem... - zaczął Rónn i 

kichnął.

-     Pieprzona,   jebana   suka   -   uściślił   Rolf   Evert   Lundgren   i   popadł   w 

posępne milczenie. - Ona mnie kocha - dodał po chwili. - Twierdzi, że jej 

potrzebuję.

Martin Beck pokiwał głową. Po minucie doczekał się ciągu dalszego.

- Ja jej nie kocham. Jest mi tak samo potrzebna jak łupież. Nie mendź, 

pomyślał Martin Beck. Nic nie mów.

-  Chcę mieć przyzwoite dziewczyny - kontynuował Rolf Evert Lundgren. 

-  A  najchętniej   jedną   przyzwoitą   dziewczynę.   I   co?   Ląduję   tutaj   przez 

zazdrosną sukę.

Milczenie.

-  Suka - mruknął pod nosem zatrzymany. Milczenie.

-  Nadaje się tylko do jednego.

Jasne, pomyślał Martin Beck, ale tym razem się pomylił.

-     Okej   -  powiedział   trzydzieści  sekund   później  mężczyzna  w zielonej 

koszuli.

-  Porozmawiamy? - spytał Martin Beck.

-  Tak. Ale najpierw chciałbym coś wyjaśnić. Ta suka może mi zapewnić 

alibi na poniedziałek. Chodzi o to, co się stało w Tantolunden. Byłem 

wtedy z nią.

-  To już wiemy - skonstatował Rónn.

-  O kurde. Więc powiedziała.

background image

-  Nie - odparł na norrlandzką modłę Norrlandczyk Rónn.

„Nie". Martin Beck wpatrywał się w kolegę. Pogratulować takiej składni. 

Ale   nie   zamierzał   o   tym   informować   kogokolwiek   z   szefostwa   grupy 

dochodzeniowo-śledczej.

-     Miło   mi   to   słyszeć.   -   Martin   Beck   nie   mógł   się   powstrzymać   od 

komentarza.   -   To   oczyszcza   obecnego   tu   Lundgrena   z   niesłusznych 

podejrzeń.               %.

-     Nie,   no   tak-   spokojnie   odparł   Rónn.   Martin   Beck   zwrócił   się   do 

zatrzymanego:

84

-  To co, porozmawiamy?

Rolf Evert Lundgren otaksował go spojrzeniem.

-  My? Nie.

-  ???

-  Z panem nie chcę rozmawiać.

-  A z kim? - uprzejmie spytał Martin Beck.

-  Z tym, który mnie zgarnął. Z tym dużym.

-  Gdzie jest Gunvald? Rónn westchnął.

-  Pojechał do domu.

-  Dzwoń po niego.

Rónn znów westchnął. Martin Beck wiedział dlaczego. Gun-vald Larsson 

mieszkał w Bollmorze.

-  Musi wypocząć - powiedział Rónn. - Miał ciężki dzień. Zwinąć takiego 

gangstera, to nie przelewki.

-  Stul pysk! -wtrącił się RolfEvert Lundgren. Rónn kichnął i przysunął do 

siebie telefon.

background image

Martin Beck poszedł do drugiego pokoju i zadzwonił do Hammara, który 

natychmiast zadał mu pytanie:

-  Czy tego Lundgrena można oczyścić z zarzutów o morderstwo?

-  Rónn rozmawiał dzisiaj z jego kochanką. Wygląda na to, że była z nim, 

kiedy doszło do morderstwa w Tantolunden. Ale na piątek nie ma alibi.

-  Aha. Co o tym myślisz? Martin Beck wahał się kilka sekund.

-  Myślę, że to nie on.

-  Twoim zdaniem nie może być sprawcą?

-   Mało prawdopodobne. Nic się nie zgadza. Pomijając poniedziałkowe 

alibi, to nie ten typ. W sprawach seksu wydaje się całkowicie normalny.

-  Aha.

Hammar   nie   krył   lekkiej   irytacji.   Martin   Beck   wrócił   do   pokoju 

przesłuchań. Rónn i Rolf Evert Lundgren siedzieli w milczeniu.

85

-  Czy na pewno nic pan nie zje? - spytał Martin Beck.

-     Na   pewno   -   odparł   bandzior.   -   Kiedy   przyjdzie   ten   gość?   Rónn 

westchnął i wydmuchał nos.

I

Rozdział 16

Gunvald   Larsson   wszedł   do   pokoju.   Od   wydzwonienia   go   upłynęło 

dokładnie trzydzieści siedem minut. Wciąż trzymał w ręku rachunek za 

taksówkę. Odkąd widzieli go ostatnio, ogolił się i zmienił koszulę. Usiadł 

przy   biurku   naprzeciwko   Lundgrena,   złożył   rachunek   i   wsunął   go   do 

prawej   górnej   szuflady   biurka.   Był   gotowy   do   przepracowania   kilku 

godzin nadliczbowych z okrągłej liczby dwóch milionów czterystu tysięcy, 

jakie szwedzcy policjanci muszą rocznie odbębnić. Ale biorąc pod uwagę 

background image

jego stopień służbowy, wcale nie było takie pewne, czy otrzyma zapłatę za 

najbliższe godziny.

Gunvald   Larsson   się   nie   śpieszył.   Sprawdzał   magnetofon,   przesuwał 

notatnik   i   układał   długopisy.   Pewnie   bawi   się   w  psychologa,   pomyślał 

Martin Beck. Nie lubił Gunvalda Larssona i nie miał najlepszego zdania o 

Ronnie. Nie miał też najlepszego zdania o sobie. Kollberg ponoć się bał, a 

Hammar   sprawiał   wrażenie   poirytowanego.   Wszyscy   byli   wykończeni. 

Rónn   miał   katar.   Dużo   funkcjonariuszy   patrolujących   pieszo   i   w 

radiowozach   też  pracowało  po  godzinach   i  padało  na  twarz.   Niektórzy 

mieli   pietra,   a   Ronn   z   pewnością   nie   był   osamotniony   w   swoim 

zasmarkaniu.

W  Sztokholmie   i   na   przedmieściach   drżało   ze   strachu   przeszło   milion 

ludzi.

Wkrótce zacznie się siódmy bezowocny dzień pościgu.

A oni stanowili bastion społeczeństwa.

Wspaniały bastion.

87

Rónn wytarł nos.

-  No tak - odezwał się Gunvald Larsson, kładąc wielką włochatą dłoń na 

magnetofonie.

-     To   pan   mnie   zgarnął   -   powiedział   Rolf   Evert   Lundgren   z   nutą 

niezamierzonego podziwu.

-     Owszem.  Ale   nie   jestem   z   tego   dumny.  To   moja   praca.   Codziennie 

zgarniam takich bydlaków jak pan. Za tydzień nie będę o panu pamiętał.

Była to oczywiście prawda połowiczna, ale bombastyczny wstęp zrobił 

swoje.   Rolf   Evert   Lundgren   ociupinkę   zzielenial.   Gunvald   Larsson 

background image

włączył magnetofon.

-  Imię i nazwisko?

-  Rolf Evert Lundgren.

-  Urodzony?

-  Tak.

-  Niech pan nie będzie bezczelny.

-  Piątego stycznia czterdziestego czwartego.

-  Gdzie?

-  WGóteborgu.

-  Parafia?

-  Lundby.

-  Imiona i nazwiska rodziców?

Opanuj się, Gunvald, pomyślał Martin Beck. Masz całe tygodnie na takie 

pytania. Naprawdę interesuje nas tylko jedno.

-  Karany?

-  Nie.

-  Był pan w placówce opiekuńczo-wychowawczej?

-  Nie.

- Jest kilka szczegółów, które nas przede wszystkim interesują - wtrącił 

Martin Beck.

-   Czy nie wyraziłem się dostatecznie jasno, że będę rozmawiał tylko z 

nim? - burknął Rolf Evert Lundgren.

Gunvald Larsson obrzucił Martina Becka obojętnym spojrzeniem.

-  Zawód?

88

-  Zawód?

background image

-  Tak. Chyba ma pan jakiś zawód, prawda?

-  E...

-  Za kogo pan się podaje?

-  Za biznesmena.

-  Ajaki to biznes?

Martin Beck i Rónn wymienili pełne rezygnacji spojrzenia. To potrwa. I 

potrwało.

-     Interesuje   nas   kilka   drobiazgów   -   powiedział   Gunvald   Larsson   po 

godzinie i czterdziestu pięciu minutach.

-  Domyśliłem się.

-   Przyznał się pan, że był pan w parku Vanadis wieczorem dziewiątego 

czerwca, czyli w piątek w zeszłym tygodniu.

-  Tak.

-     I   że   dokonał   pan   napadu   rabunkowego   o   dwudziestej   pierwszej 

piętnaście.

-  Tak.

-  Na właścicielkę sklepu, Hildur Magnusson.

-  Tak.

-  O której przyszedł pan do parku? - zapytał Rónn.

-  Stul pysk! - warknął Lundgren.

-   Tylko bez impertynencji - powiedział Gunvald Larsson. -O której pan 

tam przyszedł?

-  Około siódmej. Może parę minut po siódmej. Wyszedłem z domu, kiedy 

deszcz osłabł.

-   I był pan w parku Vanadis od siódmej do chwili, kiedy napadł pan i 

obrabował Hildur Magnusson?

background image

-  No. Byłem w pobliżu. Miałem uszy i oczy otwarte.

-  Czy w tym czasie widział pan inne osoby w parku?

-  Tak.

-  Ile?

-  Z dziesięć. Albo dwanaście. Raczej dziesięć.

-  Przypuszczam, że dokładnie je pan obserwował.

-  No.

89

-  Zęby na nie napaść?

-  Zęby sprawdzić, czy gra jest warta świeczki.

-  Czy pamięta pan te osoby?

-  Tak, niektóre.

-  Kogo?

-  Dwóch gliniarzy.

-  Policjantów?

-  Tak.

-  Mundurowych?

-  Nie.

-  Skąd pan wie, że to policjanci?

-     Bo   widziałem   ich   wcześniej   ze   dwadzieścia   albo   trzydzieści   razy. 

Pracują na Surbrunnsgatan i jeżdżą czerwonym amazonem albo zielonym 

saabem.

Tylko nie mów: „Chodzi panu o komisariat?" - pomyślał Martin Beck.

-  Chodzi panu o dziewiąty komisariat? - powiedział Gun-vald Larsson.

-  Tak, jeśli to ten na Surbrunnsgatan.

-  O której godzinie zobaczył pan tych dwóch policjantów?

background image

-  Mniej więcej o wpół do dziewiątej. To znaczy, wtedy przyszli.

- Jak długo zostali?

-  Dziesięć minut, może kwadrans. Potem pojechali do Lill--Jansskogen.

-  Skąd pan wie?

-  Sami to powiedzieli.

-  Powiedzieli? Rozmawiał pan z nimi?

-W życiu! Stałem obok i słyszałem, co mówią. Gunvald Larsson popadł w 

głęboką zadumę. Nietrudno było sobie wyobrazić, o czym myśli.

-  Kogo pan jeszcze widział?

-  Chłopaka i dziewczynę. Młodsi. Około dwudziestki.

-  Co robili?

-  Migdalili się.

90

-Jak?

-  Normalnie, złapał ją za cipę.

-  Tylko bez chamstwa.

-  Mówię, jak było. Gunvald Larsson znów umilkł.

-  Czy zdaje pan sobie sprawę, że w parku popełniono morderstwo, kiedy 

pan tam był?

Rolf Evert Lundgren złapał się za czoło. Po raz pierwszy od wielu godzin 

wyglądał na zdenerwowanego i nie wiedział, co powiedzieć.

Po chwili wykrztusił:

-  Czytałem o tym.

-  I?

-  To nie ja. Przysięgam. Ja nie jestem taki.

-  Czytał pan o tej dziewczynce. Eva Carlsson. Miała dziewięć lat. Była w 

background image

czerwonej spódniczce, bluzeczce w poprzeczne paski... - Gunvald Larsson 

zajrzał do notatek. -1 w czarnych drewniakach. Widział ją pan?

Rolf Evert Lundgren milczał. Po trzydziestu sekundach Gun-vałd Larsson 

powtórzył pytanie:

-  Czy widział pan tę dziewczynkę?

-  Taaak, chyba widziałem - odparł po długim wahaniu.

-  Gdzie?

-     Na   placu   zabaw   przy   Sveavagen.   W   każdym   razie   był   tam   jeden 

dzieciak. Dziewczynka.

-  Co robiła?

-  Huśtała się.

-  Z kim była?

-  Z nikim. Solo.

-  O której?

-  Tuż po... zaraz kiedy tam przyszedłem.

-  A dokładniej?

-  Dziesięć po siódmej. Albo trochę później.

-  I jest pan pewien, że była sama?

-  Tak.

91

-  I jest pan pewien, że była w czerwonej spódniczce i pasiastej bluzce?

-  Nie. Nie wiem. Ale...

-  Ale?

-  Tak mi się wydaje.

-  Nikogo innego pan nie widział? Nikt z nią nie rozmawiał?

-  Zaraz, chwila moment. Czytałem o tym w gazecie. Cholernie długo się 

background image

zastanawiałem.

-  Nad czym?

-  No, że ja...

-  Rozmawiał pan z nią?

-  Nie, cholera, nie...

-  Była sama, huśtała się. Podszedł pan do niej?

-  Nie, nie...

-  Pozwól mu mówić, Gunvald - wtrącił się Martin Beck. -Na pewno długo 

o tym myślał.

Rolf   Evert   Lundgren   obrzucił   Martina   Becka   zrezygnowanym 

spojrzeniem. Był zmęczony, trochę się bał. Śladu agresji. Nie odzywaj się, 

Gunvald, pomyślał Martin Beck. Gunvald Larsson się nie odezwał. Rabuś 

milczał przez minutę, podpierając głowę rękami.

-  Myślałem o tym. Dzień w dzień. - Znów zamilkł. -Wiem, że widziałem 

tę małą na placu zabaw i że była sama, i że to musiało być zaraz kiedy tam 

przyszedłem.   Mniej   więcej   dziesięć   albo   piętnaście   po   siódmej.   Nie 

przyglądałem   się   zbyt   dokładnie.   Po   prostu   jeden   dzieciak,   i   tak   nie 

miałem zamiaru pracować koło placu zabaw, bo za blisko ulicy. Za blisko 

Sveavagen. Dlatego o niej nie myślałem. Wtedy. Co innego, gdyby była na 

placu zabaw przy wieży ciśnień.

-  Tam też ją pan widział? - spytał Gunvald Larsson.

-  Nie, nie...

-  Szedł pan za nią?

-  Nie, nie, niech pan posłucha:*w ogóle się nią nie interesowałem, ale...

Ale

cor

background image

92

HgMll

alUtllU.4UŁ LLkŁi. J] Jjfe,

-  Ale tego wieczoru w parku było mało ludzi. Była paskudna pogoda, w 

każdej chwili mogło lunąć. Już miałem zrezygnować i wrócić do domu, 

kiedy ta ba... kiedy przyszła ta kobieta. Ale...

-  Ale?

-  Chcę powiedzieć, że widziałem tę dziewczynkę. Mniej więcej kwadrans 

po siódmej.

- Już pan to mówił. Z kim pan ją widział?

-  Z nikim. Była solo... Przez cały ten czas widziałem dziesięć osób. Ja... ja 

jestem dokładny. Jak pracuję, nie chcę wpaść. Rozglądam się. Obserwuję. 

Chodzi mi o to, że może ktoś, kogo widziałem...

-  No, kogo pan widział?

-  Dwóch gliniarzy.

-  Policjantów.

-  Tak. Jeden był rudy, w trenczu, drugi w cyklistówce i w marynarce, miał 

pociągłą twarz...

-  Axelsson i Lind - mruknął pod nosem Rónn.

- Jest pan bardzo spostrzegawczy - zauważył Martin Beck.

-  Tak, nie da się ukryć - przyznał Gunvald Larsson. - Niech pan wydusi z 

siebie resztę.

-  Ci gliniarze... niech mi pan, do cholery, nie przerywa... weszli do parku z 

różnych   stron   i   zostali   tam   około   kwadransa.  Ale   to   było   po   tym,   jak 

background image

zobaczyłem dziewczynkę. Co najmniej półtorej godziny później.

-  I?

-   No i ta druga para. Chłopak, który obmacywał dziewczynę. To było 

wcześniej. Poszedłem za nimi, nawet chciałem się włączyć...

-  Włączyć?

-  Tak, ale... Nie, do diabła, nie seksualnie. Dziewczyna była w cholernie 

krótkiej czarno-białej kiecce, a chłopak w klubowej marynarce. Wyglądali 

na nadzianych, ale ona nie miała torebki...

Rolf   Evert   Lundgren   umilkł.  Gunvald   Larsson,   Martin   Beck   i   Rónn 

czekali.

-  Miała białe ażurowe majtki.

93

- Jasne, i co jeszcze?

-     Oboje   nic   nie   widzieli.  Ani   ona,   ani   on.   Nie   zauważyliby   nawet 

hipopotama. Siebie też nie widzieli. Przyszli tam około... O której przyszli 

gliniarze?

-  O wpół do dziewiątej - usłużnie podpowiedział Martin Beck.

Bandzior miał niemal triumfalną minę.

-     No   właśnie.  Wtedy   tych   dwojga   nie   było   w   parku   co   najmniej   od 

kwadransa. A spędzili tam minimum pół godziny. Czyli od za piętnaście 

ósma do piętnaście po ósmej. Poszedłem za nimi, ale szybko odpuściłem. 

Miałem tam sterczeć i gapić się na ich pieprzony petting? W życiu! Ale 

kiedy przyszli, dziewczynki już nie było. Nie było jej na placu zabaw. Na 

pewno bym ją zauważył.

Rolf Evert Lundgren naprawdę próbował pomóc.

-  Była na placu zabaw kwadrans po siódmej, a za kwadrans ósma już jej 

background image

nie było - powiedział Gunvald Larsson.

-  Tak.

-  A co pan robił w tym czasie?

-     Czuwałem.   Miałem   oko   na   Sveavagen   i   Frejgatan.   Patrzyłem,   kto 

wchodzi do parku.

-  Chwileczkę, wspomniał pan o dziesięciu osobach.

-  W parku? Tak. Plus minus.

-   Dwóch policjantów, migdaląca się para, kobieta, którą pan obrabował, 

dziewczynka... To sześć.

-  Chodziłem za jednym gościem z pieskiem. Łaził koło kościoła Stefana, 

przy ulicy. Pewnie czekał, aż piesek walnie kupę albo coś w tym rodzaju.

-  Skąd przyszedł ten mężczyzna? - zapytał Martin Beck.

-  Od Sveavagen.

-  O której? - zapytał Rónn.

-  Chwilę po mnie. Namierzyłem go przed migdalącą się parką. Moment... 

Przyszedł   od   strony   kiosku   z   małym   chudym   pieskiem..   .   Wtedy 

dziewczynka była na placu zabaw.

-  Na pewno? - spytał Gunvald Larsson.

94

-  Tak. Chwileczkę... Chodziłem za nim. Plątał się po parku dziesięć minut, 

może kwadrans. Jak sobie poszedł, dziewczynki nie mogło już tam być.

-  Kogo jeszcze pan widział?

-  Paru meneli.

-  Meneli?

-  Tak. Nie reflektowałem na nich. Dwóch albo trzech. Przechodzili przez 

park.

background image

-  Niech pan sobie, do cholery, przypomni! - zagrzmiał Gun-vald Larsson.

-  Przecież się staram. Najpierw zobaczyłem dwóch, byli razem, weszli od 

Sveavagen i poczłapali pod górę, do wieży ciśnień. Łazęgi. Dość starzy.

- Jest pan pewien, że byli razem?

-   Prawie. Już ich kiedyś widziałem. Pomyślałem, że mają flaszkę albo 

parę piw, które chcą osuszyć na łonie natury. Ale w tym samym czasie 

gziła się ta parka, dziewczyna w ażurowych majtkach i jej chłopak. I...

-  I?

-  I zobaczyłem jeszcze kogoś. Przyszedł z drugiej strony.

-  Też menel według pańskiego nazewnictwa?

-  Boja wiem, w każdym razie nikt godny uwagi. Dla mnie. Szedł od wieży 

ciśnień. Pomyślałem, że wlazł po schodach od Ingemarsgatan tylko po to, 

żeby od razu zejść. Niezły zapieprz.

-  Od razu zejść?

-  Tak, wyszedł na Sveavagen.

-  O której to było?

-  Zaraz jak się wyniósł ten gość z pieskiem.

W   pokoju   zapadła   cisza.   Zaczęli   sobie   uświadamiać,   co   właściwie 

usłyszeli.

Rolf   Evert   Lundgren   uświadomił   to   sobie   ostatni.   Podniósł   głowę   i 

spojrzał Gunvaldowi Larssonowi w oczy.

-  No jasne. Cholera...

Martin Beck poczuł drżenie jakiegoś nerwu.

95

-  Podsumowując - odezwał się Gunvald Larsson - można powiedzieć, co 

następuje: między kwadrans po siódmej a wpół do ósmej do parku Vanadis 

background image

wszedł   starszy,   dobrze   ubrany   mężczyzna   z   psem.   Minął   kiosk   przy 

Sveavagen i plac zabaw, na którym była dziewczynka. Około dziesięciu, 

maksimum piętnastu minut mężczyzna przebywał w tej części parku, która 

znajduje   się   między   kościołem   Stefana   i   Frejgatan.   Pan   cały   czas   go 

śledził. Kiedy opuścił park, mijając plac zabaw i kiosk, dziewczynki na 

placu zabaw już nie było. Kilka minut później od wieży ciśnień nadszedł 

inny mężczyzna. Założył pan, że przyszedł od Ingemarsga-tan, wszedł na 

górę po schodach za wieżą ciśnień i zszedł parkową alejką do Sveavagen. 

Tymczasem kwadrans wcześniej mógł równie dobrze wejść od Sveavagen, 

kiedy był pan zajęty obserwowaniem mężczyzny z psem.

-  Mógł - przyznał rabuś z rozdziawionymi ustami.

-  Mógł podejść do placu zabaw, namówić dziewczynkę, żeby z nim poszła 

do wieży ciśnień, tam mógł ją zabić i kiedy pan go zobaczył, mógł stamtąd 

wracać.

Rolf Evert Lundgren wciąż miał otwarte usta.

-  Tak.

-  Czy zauważył pan, w którą stronę poszedł? - zapytał Martin Beck.

-  Nie, pomyślałem, że wyszedł z parku, i tyle.

-  Czy widział go pan z bliska?

-  Tak, minął mnie na wyciągnięcie ręki. Stałem za kioskiem.

-     No   dobrze,   a   teraz   rysopis   -   powiedział   Gunvald   Larsson.   -Jak   on 

wyglądał?

-  Nie był ani duży, ani mały. Dość niechlujny. Duży nochal.

- Jak był ubrany?

-   Byle jak. Jasna koszula, chyba biała. Bez krawata. Ciemne spodnie, 

szare albo brązowe.

background image

-  Włosy?

-  Wydaje mi się, że rzadkie. Zaszesane do tyłu.

-  Nie miał marynarki? - wtrącił się Rónn.

-  Nie. Ani marynarki, ani płaszcza.

96

-  Kolor oczu? - spytał Gunvald Larsson.

-  Co?

-  Widział pan, jakiego koloru miał oczy?

-  Nie. Przypuszczalnie niebieskie. Albo szare. To ten typ. Jasny.

-  Ile mógł mieć lat?

-  Hm, między czterdziestką a pięćdziesiątką. Chyba bliżej czterdziestki.

-  A buty? - spytał Rónn.

-   Nie wiem. Pewnie zwykłe czarne półbuty, wjakich najczęściej chodzą 

obdartusy. Ale to tylko domysł.

-     Zreasumujmy   -   powiedział   Gunvald   Larsson.   -   Mężczyzna   około 

czterdziestki,   normalnej   budowy   ciała,   wzrost   średni,   włosy   rzadkie, 

zaczesane do tyłu, duży, wydatny nos. Oczy niebieskie lub szare. Biała lub 

jasna   koszula,   rozpięta.   Spodnie   brązowe   lub   ciemnoszare, 

prawdopodobnie czarne buty.

Martinowi   Beckowi   przeleciało   przez   głowę   jakieś   skojarzenie   i 

błyskawicznie się ulotniło.

-  Tak - kontynuował Gunvald Larsson. - Prawdopodobnie czarne półbuty, 

twarz   owalna...   Dobrze.   Zostało   tylko   jedno.   Obejrzy   pan   kilka   zdjęć. 

Dajcie mi tu album z obyczajówki.

Rolf Evert Lundgren przejrzał podobizny znanych przestępców. Uważnie 

się im przyglądał i za każdym razem kręcił głową.

background image

Nie znalazł nikogo podobnego do mężczyzny, którego widział w parku 

Vanadis. Ba, był absolutnie pewien, że nie figuruje w kartotece.

Dochodziła północ.

-  A teraz dopilnujemy, żeby pan coś przekąsił i się przespał -powiedział 

Gunvald Larsson. - Zobaczymy się jutro. Dziękuję za dzisiaj.

Humor wyraźnie mu dopisywał.

-   Widziałem sukinsyna! - rzekł Lundgren, zanim wyprowadzono go z 

pokoju.

Jemu   też  humor  dopisywał.  A  przecież  niewiele  brakowało,  żeby  zabił 

kilka   osób;   zaledwie   dwanaście   godzin   temu,   gdyby   mógł,   zastrzeliłby 

Martina Becka i Gunvalda Larssona.

7 - Mężczyzna na balkonie

97

Martin   Beck   zastanawiał   się   nad   tym.   Potem   pomyślał,   że   mają   zły 

rysopis,   bo   pasuje   do   tysięcy   mężczyzn.   Cóż,   lepszy   rydz   niż   nic. 

Rozpoczęła   się   siódma   doba   pościgu.   Myślał   jeszcze   o   czymś,   ale 

natychmiast zapomniał.

Siedzieli   przy   kawie   z   Rónnem   i   Gunvaldem   Larssonem   i   wymieniali 

końcowe uwagi.

-  Uważacie, że zajęło to nam dużo czasu? - zapytał Gunvald Larsson.

-  Tak - powiedział Martin Beck.

-  Też tak uważam - przyłączył się Rónn.

-  Po nitce do kłębka. - Gunvald Larsson popadł w mentorski ton. - Trzeba 

zaczynać   od   początku.   Żeby   zbudować   coś   w   rodzaju   wzajemnego 

zaufania.

-  No - przytaknął Rónn.

background image

-     Szczerze   mówiąc,   nadal   uważam,   że   zmitrężyliśmy   kupę   czasu   - 

powiedział Martin Beck.

Potem pojechał do domu. Wypił jeszcze jedną kawę i położył się.

Leżał w ciemnościach i myślał. O czymś.

Rozdział 17

W   PIĄTEK   RANO   MARTIN   BECK   NIE   CZUŁ   SIĘ  ANI   TROCHĘ 

WYSPANY.

Na   dobrą   sprawę   był   bardziej   zmęczony   niż   poprzedniego   dnia,   kiedy 

bardzo późno i po wypiciu potwornej ilości kawy w końcu udało mu się 

zasnąć. Spał niespokojnie, co chwila śniły mu się koszmary i obudził się z 

tępym bólem przepony.

Przy śniadaniu ściął się z żoną o coś tak błahego, że kiedy pięć minut 

później zamknął za sobą drzwi mieszkania, zapomniał, o co im poszło. 

Zresztą jego udział w kłótni był pasywny, gardłowała głównie małżonka.

Wykończony, niezadowolony z siebie, z piekącymi powiekami pojechał 

metrem   do   Slussen,   gdzie   się   przesiadł   i   zakończył   podróż   w 

Midsommarkransen,   żeby   złożyć   krótką   wizytę   w   swoim   pokoju   przy 

Vastberga   Alle.   Nie   lubił   metra.   Samochodem   z   Ba-garmossen   do 

południowej komendy dojechałby dużo szybciej, ale stanowczo odmawiał 

siadania za kółkiem. Była to jedna z wielu kości niezgody między nim a 

żoną   Ingą.   A   kiedy   się   dowiedziała,   że   państwo   płaci   policjantowi 

korzystającemu z własnego auta czterdzieści sześć óre za kilometr, coraz 

częściej suszyła mu

głowę.

Wjechał   windą   na   trzecie   piętro,   wcisnął   kod   na   okrągłej   tarczy   przy 

przeszklonych   drzwiach,   skinął   głową   strażnikowi,   wszedł   do   swojego 

background image

pokoju i ze sterty papierów na biurku wybrał te, które chciał zabrać na 

Kungsholmsgatan.

99

Na blacie leżała kolorowa pocztówka przedstawiająca osła w słomkowym 

kapeluszu, pulchniutką czarnooką dziewczynkę z koszykiem pomarańczy i 

palmę. Została wysłana z Majorki, gdzie najmłodszy pracownik wydziału 

Ake   Stenstróm   rozkoszował   się   urlopem,   i   zaadresowana   do   „Martina 

Becka  i  chłopaków".   Chwilę   to  potrwało,  zanim  Martin  Beck  odczytał 

jego gryzmoły, skreślone rozmazującym się długopisem.

„Jesteście ciekawi, gdzie się podziały najładniejsze panienki w mieście? 

Dotarła do nich wieść o miejscu mojego pobytu! Jak sobie radzicie beze 

mnie? Pewnie kiepsko. Ale wytrwajcie, może wrócę! Ake".

Martin   Beck   uśmiechnął   się   i   schował   kartkę   do   kieszeni   marynarki. 

Usiadł,   odszukał   numer   rodziny   Oskarssonów   i   przysunął   aparat 

telefoniczny.

Odebrał mężczyzna. Powiedział, że reszta rodziny właśnie wróciła i jeśli 

Martin Beck chce się z nimi spotkać, niech przyjedzie jak najszybciej, 

ponieważ   przed   czekającą   ich   podróżą   mają   jeszcze   sporo   spraw   do 

załatwienia.

Martin   Beck  zamówił  taksówkę  i   dziesięć   minut  później  zadzwonił  do 

drzwi mieszkania Oskarssonów. Otworzył mu pan Oskarsson i zaprosił do 

dużego   jasnego   pokoju.   Dzieci   nie   było   widać,   ale   słyszał   ich   głosy 

dobiegające z innego pokoju.

Pani Oskarsson stała przy oknie i prasowała.

-  Przepraszam - powiedziała, kiedy Martin Beck wszedł do pokoju i usiadł 

na kanapie. - Zaraz skończę.

background image

-     Przykro   mi,   że   przeszkadzam,   ale   chciałbym   jeszcze   raz   z   panią 

porozmawiać, zanim państwo wyjadą.

Mąż pokiwał głową i usiadł na skórzanym fotelu naprzeciwko Martina 

Becka, po drugiej stronie ławy.

-     Oczywiście   chcielibyśmy   pomóc.   Żona   i   ja   nic   nie   wiemy, 

rozmawialiśmy z Leną, chyba wszystko już panu powiedziała. Niestety.

Pani Oskarsson odstawiła żelazko i popatrzyła na męża.

-  Niestety? Raczej dzięki Bogu!'

Wyciągnęła wtyczkę żelazka z gniazdka i przysiadła na poręczy fotela. 

Mąż objął ją ramieniem.

100

-  Właściwie przyszedłem się dowiedzieć, czy wasz synek nie wspomniał o 

czymś, co mogłoby mieć jakiś związek ze śmiercią Anniki.

-  Bossę?

-     Tak.   Lena   powiedziała,   że   przez   chwilę   go   nie   było,   co   mogłoby 

przemawiać   za   tym,   że   poszedł   za  Anniką.   Może   widział   osobę,   która 

pozbawiła ją życia.

Słyszał, jak głupio to zabrzmiało, i pomyślał: mówię jak z książki. Albo z 

policyjnego raportu. Jakim cudem miałbym wydobyć coś sensownego od 

trzylatka?

Małżeństwo na fotelu nie zareagowało na jego dęte frazy. Pewnie uznali, 

że policjant powinien tak mówić.

-   Ale policjantka już z nim rozmawiała - powiedziała pani Oskarsson. - 

Bossę jest taki mały.

-  Wiem. Mimo to chciałbym spróbować. Nie możemy wykluczyć, że coś 

widział. Gdyby tylko przypomniał sobie tamten dzień...

background image

-  On ma dopiero trzy lata - przerwała mu pani Oskarsson. -Nie umie się 

wysłowić. Chyba tylko my wszystko rozumiemy. No, prawie wszystko.

-  Kto szuka, nie błądzi - włączył się mąż. - Postaramy się pomóc. Może 

Lena coś z niego wyciągnie.

-     Dziękuję   -   powiedział   Martin   Beck.   -   Byłbym   wdzięczny.   Pani 

Oskarsson wstała i poszła do dziecięcego pokoju. Po

krótkiej chwili wróciła z dziećmi.

Bossę podbiegł do taty i pokazał palcem Martina Becka.

-  Ko o? - zapytał.

Przekrzywił  głowę  i   patrzył  na  Martina  Becka.  Miał   umorusaną   buzię, 

zadrapany   policzek   i   duży   siniec   na   czole   prześwitujący   przez   blond 

grzywkę. I zielone oczy.

-  Tata, ko o? - powtórzył zniecierpliwiony.

-  Wujek - wyjaśnił jego ojciec, uśmiechając się przepraszająco do Martina 

Becka.

-  Cześć! - powiedział Martin Beck. Bossę zignorował przywitanie.

101

-  Ona jakie imię? - zapytał ojca.

-  On - włączyła się Lena. - Mówi się „on".

-  Martin - powiedział Martin Beck. - A ty?

-  Bossę. A ty?

-     Martin.   On   Martin   -   powiedział   Bossę   takim   tonem,   jakby   był 

zaskoczony, że można się tak nazywać.

-  Tak. A ty jesteś Bossę.

-  Tata Kurt, mama... Mama...? Pokazał mamę.

-  Ingrid - odparła mama. - Przecież wiesz.

background image

-  Ingit - powtórzył chłopczyk, podszedł do kanapy i położył pulchną lepką 

rączkę na kolanie Martina Becka.

-  Byłeś dzisiaj w parku? - zapytał Martin Beck. Bossę pokręcił głową.

-  Nie bawić palku - powiedział krzykliwie. - Jechać samochodem!

-   Tak, tak - zapewniła mama uspokajającym tonem. - Później. Później 

pojedziemy samochodem.

Bossę popatrzył na Martina Becka.

-  Potem ty tez samochodem?

-  Tak. Może.

Chłopczyk wdrapał się na kanapę.

-  Bossę umie jechać samochodem.

-  Co robisz, jak się bawisz w parku? - zapytał Martin Beck, przymilnie i 

sztucznie.

-   Bossę nie bawić w palku - odparł malec ze złością. - Bossę jechać 

samochodem.

-  Oczywiście. Oczywiście będziesz jechał samochodem.

-   Dzisiaj Bossę nie będzie się bawił w parku - wtrąciła jego siostra. - 

Wujek pyta, co robiłeś wcześniej, kiedy się bawiłeś w parku.

-  Wujek gupi - powiedział stanowczo Bossę.

Chłopczyk zsunął się z kanapy i Martin Beck pomyślał, że powinien mu 

przynieść   cukierki   albo   coś   w   tym   rodzaju.   Nie   miał   zwyczaju 

przekupywać świadków, żeby zyskać ich sympatię, ale

102

nigdy dotąd nie przesłuchiwał trzylatka. Tabliczka czekolady na pewno by 

pomogła.

-  On tak mówi o wszystkich - powiedziała siostra Bosse-go. - Plecie trzy 

background image

po trzy.

Bossę machnął na nią ręką oburzony.

-  Bossę nie plecie! Bossę gzecny!

Martin Beck sprawdził, czy nie ma w kieszeniach czegoś, co mogłoby 

zainteresować malca. Znalazł tylko pocztówkę od Sten-stróma.

-  Chodź, coś ci pokażę.

Bossę natychmiast przybiegł i zaciekawiony oglądał kartkę.

-  Co to?

-  Pocztówka. Co na niej jest?

-  Koń. Kwiatek. Andlyna.

-  Co to jest andlyna? - zapytał Martin Beck.

-  Mandarynka - wyjaśniła mama.

-  Andlyna. I kwiatek. - Bossę pokazywał palcem. - I koń. I dziewczynka. 

Onajakie imię?

-  Nie wiem - przyznał Martin Beck. - A ty jak myślisz?

-  Ulla. Dziewczynka Ulla.

Pani Oskarsson szturchnęła córkę.

-  Pamiętasz, kiedy Ulla, Annika, Bossę i Lena byli w parku i się huśtali? - 

błyskawicznie zareagowała Lena.

-   Tak! - Bossę był zachwycony. - Ulla, Annika, Bossę, Lena huśtać w 

parku, kupić lody. Pamiętas?

-  Tak - powiedziała Lena. - Pamiętasz, że widzieliśmy w parku psa?

-  Tak! Bossę widział pieska. Nie głaskać pieska. Gloźnie głaskać pieska. 

Pamiętas?

Rodzice wymienili spojrzenia. Pan Oskarsson skinął głową. Martin Beck 

domyślił   się,   że   chłopczyk   naprawdę   mówi   o   tamtym   dniu.   Zastygł   w 

background image

bezruchu, milczał i miał nadzieję, że nic nie zdekoncentruje Bossego.

-  A pamiętasz - kontynuowała siostra -jak Ulla, Lena i Bossę

grali w klasy?

103

-  Tak. Ulla i Lena w klasy. Bossę w klasy. Bossę umie klasy. Bossę klasy. 

Pamiętas?

Mały był w siódmym niebie. Natychmiast odpowiadał na pytania siostry, 

ich   rozmowa   odbywała   się   według   jakiegoś   wzoru.   Martin   Beck 

podejrzewał,   że   to   jakaś   gra   rodzeństwa,   coś   w   rodzaju   odpytywania, 

zabawy w pamiętasz.

-   Tak - powiedziała Lena. - Pamiętam. Bossę, Ułla, Lena grają w klasy. 

Annika nie gra w klasy.

-  Annika nie chce w klasy. - Bossę miał poważną minę. - Annika nie. Lena 

i Ułla.

-  Pamiętasz, że Annika była zła? Annika była zła i sobie poszła.

-  Lena, Ulla gupie Annika.

-  Annika powiedziała, że Lena i Ulla są głupie? Pamiętasz?

-  Annika powiedziała Lena, Ulla gupie. Bossę niegupi - dodał z emfazą.

-  Co robili Bossę i Annika, kiedy Lena i Ulla były głupie?

-  Bossę i Annika się chować.

Martin Beck wstrzymał oddech; miał nadzieję, że dziewczynka wie, o co 

teraz powinna spytać.

-  Pamiętasz, kiedy Bossę i Annika bawili się w chowanego?

-  Tak. Ułla i Lena nie chować. Ulla, Lena gupie. Annika gze-cna. Bossę 

gzecny.

Kontakt wydawał się bez zarzutu.

background image

-  Wujek gzecny.

-  Wujek?

-  Wujek w parku gzecny. Bossę miał blet wujka.

-  Wujek w parku dał Bossemu blet? Pamiętasz?

-  Wujek Bossemu blet w palku. Nie blet.

-  Nie tabletkę?

-  Blet!

-     Co   powiedział   wujek?   Wujek   rozmawiał   z   Bossem   i   Annika? 

*•

-  Wujek z Annika. Wujek dał Bossemu blet.

-  Bossę i Annika dostali od wujka tabletki?

104

-  Bossę blet. Annika nie blet. Bossę blet. Nie blet! - Chłopczyk nagle się 

odwrócił i podbiegł do Martina Becka. - Bossę ma blet. Mas blet?

Martin Beck pokręcił głową.

-  Bossę blet. Musi. Bo mu smutno.

-   Nie - powiedział Martin Beck. - Nie teraz. Może później. Dostałeś od 

wujka w parku pudełko tabletek?

Bossę niecierpliwie uderzył rączką w kanapę.

-  Nie! Bossę blet!

-     Dostałeś   tylko   jedną   tabletkę?   Dostałeś   od   wujka   tabletkę?   Była 

smaczna?

Bossę uderzył Martina Becka w kolano.

-  Niesmacna. Nie jeść blet.

Martin Beck popatrzył na mamę Bossego.

-  Co to jest blet?

background image

-  Nie wiem - odparła. - Tak nazywa tabletki, a raczej pastylki,

ale chyba nie tym razem.

-  Co robili Bossę, Annika i wujek? - zapytał Martin Beck, pochylając się 

ku chłopcu. - Bawiliście się z wujkiem?

Bossę stracił zainteresowanie odpytywanką.

-   Bossę nie znalazł Anniki - powiedział nadąsany. - Annika gupia, bawi 

się z wujkiem.

Martin   Beckjuż   otwierał   usta,   ale   szybko   je   zamknął,   bo   świadek   w 

zawrotnym   tempie   wybiegł   z   pokoju.   Siostra   popatrzyła   za   nim 

poirytowana.

- Jest taki beznadziejny, że w głowie się nie mieści.

- Jak myślisz, o co mu chodziło z tym bletem? - zapytał ojciec.

-  Nie wiem. Na pewno nie o tabletkę. Nie mam pojęcia.

-  Wygląda na to, że on i Annika kogoś spotkali.

Ale kiedy, pomyślał Martin Beck, w piątek czy dwa tygodnie

temu?

-  Straszne - odezwała się pani Oskarsson. - To na pewno

był on.

Wzdrygnęła się. Mąż pogłaskał ją po plecach i spojrzał na Martina Becka 

z zatroskaną miną.

105

- Jest bardzo mały. Zna bardzo mało słów. Nie sądzę, żeby potrafił opisać 

tego zwyrodnialca.

Żona pokręciła głową.

-   Tak. Chyba że wyglądał jakoś wyjątkowo. Na przykład nosił mundur. 

Bossę na pewno nazwałby go wujkiem licjantem. Sama nie wiem. Dzieci 

background image

niczemu się nie dziwią. Gdyby Bossę zobaczył staruszka na trzech nogach, 

z   zielonymi   włosami   i   różowymi   oczami,   nie   widziałby   w   tym   nic 

szczególnego.

Martin Beck pokiwał głową.

-   Może nosił mundur. Albo coś innego, co Bossę zapamiętał. Może się 

uda, jeśli pani porozmawia z nim w cztery oczy?

Pani Oskarsson wstała i wzruszyła ramionami.

-  Dobrze. Spróbuję.

Zostawiła   uchylone   drzwi,   żeby   Martin   Beck   słyszał   jej   rozmowę   z 

chłopcem.   Wróciła   po   dwudziestu   minutach.   Nie   wydobyła   z   synka 

żadnych dodatkowych informacji.

-  Czy możemyjuż jechać? - spytała zaniepokojona. - To znaczy musimy... 

- przerwała.

-   Naturalnie - powiedział Martin Beck, wstając. Podziękował, uścisnął 

dłoń kobiecie i jej mężowi i kiedy zbierał

się do wyjścia, przybiegł Bossę i objął go ramionami za kolano.

-   Nie idź. Siedź. Musis mówić z tatą. Bossę tez z tobą. Martin Beck 

próbował się uwolnić, ale malec trzymał go

mocno, więc nie chciał sprawiać mu przykrości. Wyjął z kieszeni spodni 

pięć óre i popatrzył pytająco na mamę. Skinęła głową. Pokazał chłopcu 

monetę.

-  Proszę, Bossę.

Chłopczyk natychmiast go puścił i wziął pięcioórówkę.

-  Bossę kupi lody. Bossę ma dużo na lody.

Pobiegł   do   przedpokoju,   zdjął   kurtkę   z   nisko   zamocowanego   wieszaka 

przy drzwiach wyjściowych i zaczął grzebać w kieszeniach.

background image

-  Bossę ma dużo - powtórzył, ściskając lepką pięcioórówkę. Martin Beck 

otworzył drzwi, odwrócił się i wyciągnął do niego rękę.

106

Malec   stał   z   kurtką   w   ramionach   i   kiedy   wyjął   rączkę   z   kieszeni,   na 

podłogę sfrunął biały karteluszek. Martin Beck pochylił się,

żeby go podnieść.

- Blet Bossego! - krzyknął chłopczyk. - Bossę dostał blet

wujka!

Martin Beck spojrzał na podniesiony drobiazg. Był to najzwyklejszy w 

świecie bilet na metro.

Rozdział 18

Sporo się wydarzyło tego piątkowego poranka szesnastego czerwca 1967.

Policja rozesłała rysopis, który  miał tę wadę, że pasował do dziesiątek 

tysięcy mniej lub bardziej praworządnych obywateli. Albo setek tysięcy.

Rolf Evert Lundgren wszystko sobie przemyślał i chciał się dogadać. Jeśli 

policja przymknie oczy na jego sprawki, on weźmie udział w śledztwie i 

złoży - cokolwiek to miało znaczyć - „wyjaśnienia uzupełniające". Spotkał 

się z kategoryczną odmową, zatopił w rozmyślaniach, po czym poprosił o 

kontakt z adwokatem.

Ktoś z szefostwa grupy  dochodzeniowo-śledczej obstawał przy tym, że 

skoro Rolf Evert Lundgren nie ma alibi na ten wieczór, kiedy popełniono 

morderstwo w parku Vanadis, należy zakwestionować jego wiarygodność 

jako świadka.

Skończyło się na tym, że Gunvald Larsson wprawił w zakłopotanie pewną 

kobietę,   a   inna   kobieta   w   jeszcze   większe   zakłopotanie   wprawiła 

Kollberga.

background image

Gunvald Larsson wybrał numer na Vasastaden i doszło do następującej 

wymiany zdań:

-  Słucham, przy telefonie dyrektor Jansson.

-  Dzień dobry. Policjant śledczy Larsson z policji kryminalnej.

-  Bardzo mi miło.

108

-  Czy mógłbym porozmawiać z pańską córką Majken Jansson?

-  Oczywiście. Chwileczkę. Właśnie jemy śniadanie. Majken!

-  Halo? Majken Jansson. Miała jasny kulturalny głos.

-  Policjant śledczy Larsson.

-  Taak?

-   Powiedziała pani, że wieczorem dziewiątego czerwca poszła pani do 

parku Vanadis zaczerpnąć nieco świeżego powietrza.

-  Tak...

-  Co pani wtedy miała na sobie?

-  Co miałam...? Zaraz... czarno-białą sukienkę koktajlową.

-  I co jeszcze?

-  Sandałki.

-  Uhm. I co jeszcze?

-  Nic więcej. Cicho, tato, on tylko pyta, co...

-  Nic? Nic więcej?

-  N-nie.

-  Czy przypadkiem nie miała pani czegoś pod sukienką?

-  A, tak, jasne. Miałam na sobie bieliznę.

-  Aha. Jaką?

- Jaką bieliznę?

background image

-  Tak.

-  E... naturalnie taką... no, jaką się zwykle nosi. Tato, to policjant.

-  A co pani zwykle nosi?

-  E... naturalnie biustonosz i... jak pan myśli?

- Ja nic nie myślę. Niczego z góry nie zakładam. Ja tylko pytam.

-  Naturalnie figi.

-  Uhm. Jakie?

- Jakie? Nie rozumiem. Normalne.

-  Czerwone, czarne, niebieskie, kamuflażowe?

-  No...

-  Tak?

109

-  Białe ażurowe. Dobrze, tato. Dlaczego, u licha, mnie pan o to wypytuje?

-  Sprawdzam informacje świadka.

-  Informacje świadka?

-  Otóż to. Do widzenia!

Kollberg pojechał na Stare Miasto, zaparkował przy Storkyr-kobrinken, 

wgramolił się po krętych wydeptanych kamiennych schodach, rozejrzał za 

dzwonkiem, którego nie było, i swoim zwyczajem ogłuszająco załomotał 

w drzwi.

-  Właź! - zawołała kobieta. Kollberg wlazł.

-  Rany! A pan co za jeden?

-  Policjant - odrzekł posępnie.

-  No, muszę przyznać, że policja...

-     Lisbeth   Hedvig   Maria   Karlstróm?   -   przerwał   jej   Kollberg,   zerkając 

demonstracyjnie na kartkę.

background image

-  Tak. Chodzi o wczoraj?

Kollberg skinął głową i rozejrzał się. Pokój był zapuszczony, ale przytulny. 

Lisbeth Hedvig Maria Karlstróm miała na sobie górę od piżamy w biało-

niebieskie  paski, dostatecznie  krótką,  żeby  się zorientować, że jest bez 

majtek.   Najwyraźniej   dopiero   co   wstała   i   parzyła   kawę.   Mieszała   ją 

widelcem w filtrze, żeby woda szybciej spłynęła.

-  Właśnie robię kawę - powiedziała.

-  Aha.

-   Myślałam, że to sąsiadka. Tylko ona tak wali w drzwi. I o tej porze. 

Chce pan?

-  Co takiego?

-  Kawy.

-  Uhm.

-  To niech pan siada.

-  Na czym?

Wskazała   widelcem   skórzany   piif   przy   łóżku   ze   skotłowaną   pościelą. 

Przycupnął z wahaniem. Postawiła dzbanek kawy i dwie filiżanki na tacy, 

pchnęła lewym kolanem niski stolik, usadowiła

110

się na łóżku i założyła nogę na nogę, odsłaniając - co nieuniknione - to i 

owo. Jej anatomii nie brakowało zalet.

-  Proszę - powiedziała. Kollberg spojrzał na jej stopy.

-  Dziękuję.

Łatwo ulegał wpływom i poczuł się dość osobliwie. Aż za dobrze kogoś 

mu   przypominała;   prawdopodobnie   jego   żonę.   Popatrzyła   na   niego   z 

zakłopotaniem.

background image

-  Mam coś na siebie narzucić?

-  Nie zaszkodziłoby - wymamrotał.

Wstała, wyciągnęła z szafy brązowe spodnie z manczesteru, włożyła je, po 

czym   zdjęła   górę   od   piżamy;   przez   chwilę   była   to-ples,   wprawdzie 

plecami do niego, ale niewiele to zmieniało. Po krótkim wahaniu wsunęła 

przez głowę włóczkową bluzkę.

-  Cholernie tu ciepło -wyjaśniła. Wypił łyk kawy.

-  Co chce pan wiedzieć? Wypił drugi łyk kawy.

-  Smaczna.

-   Chodzi o to, że ja nic nie wiem. Nic a nic. Okropna historia z tym 

Simonssonem.

-  Z Rolfem Evertem Lundgrenem.

-    Aha.   Rozumiem,   że   myśli   pan   o   mnie   jak...   że   pokazałam   się   w 

niekorzystnym świetle i tak dalej. Ale nic na to nie poradzę. - Rozejrzała 

się po pokoju z nieszczęśliwą miną. - Może chce pan zapalić? Niestety, nie 

mam papierosów. Nie palę.

- Ja też nie palę.

-   Uhm. Niekorzystne światło czy nie, mogę powiedzieć tylko tyle, że 

spotkałam go o dziewiątej na kąpielisku w parku Vana-dis i poszłam do 

jego mieszkania. Nic więcej nie wiem.

-  Chyba jednak wie pani o czymś, co nas interesuje.

-  O czym?

- Jaki był... w łóżku?

Zakłopotana, wzruszyła ramionami. Wzięła sucharek, po-chrupała.

111

-  No comments. Nie mam zwyczaju...

background image

-  ???

-   Nie mam zwyczaju obmawiać facetów. Gdybyśmy się na przykład ze 

sobą przespali, nie gadałabym na lewo i prawo, jaki panjestwłóżku.

Kollberg z irytacją kręcił się na pufie. Było mu ciepło, denerwował się. 

Chciał zdjąć marynarkę. Niewykluczone, że chciał się rozebrać do naga i 

przespać z tą kobietą. Co prawda bardzo rzadko sobie na to pozwalał na 

służbie, a odkąd się ożenił, nigdy...

-     Chciałbym   usłyszeć   odpowiedź   na   to   pytanie.   Czy   był   normalny... 

seksualnie?

Milczała.

-  To ważne - dodał. Złowiła jego spojrzenie.

-  Dlaczego?

Popatrzył na nią w zamyśleniu. Decyzja nie była łatwa, wiedział, że wielu 

kolegów   prędzej   darowałoby   mu   to,   że   się   z   nią   kochał,   niż   jego 

odpowiedź.

-  Lundgren to zawodowiec. Przyznał się do kilkunastu rozbojów. Tydzień 

temu w piątek wieczorem był w parku Vanadis w tym samym czasie, kiedy 

zamordowano tam dziewczynkę.

Zerknęła na niego i parokrotnie przełknęła ślinę.

-   Oj... - szepnęła. - Nie wiedziałam. Nie pomyślałabym. .. - Po chwili 

popatrzyła na niego czystym piwnym spojrzeniem. - Teraz rozumiem, że 

powinnam się zrewanżować.

-  Czyli?

-  Moim zdaniem był absolutnie normalny. Aż za normalny.

-  Czyli?

-  Chodzi mi o to, że ja też jestem absolutnie normalna, ale... No, ponieważ 

background image

robię to dość rzadko, chciałabym czegoś więcej niż, powiedzmy... rutyna.

-  Aha.

Kollberg, zakłopotany, podrapafr się za uchem i zastanawiał przez dwie 

sekundy. Dziewczyna patrzyła na niego z poważną miną.

112

-  Czy to on... zaczepił panią w parku Vanadis?

-  Nie, raczej wręcz przeciwnie.

Nagle się podniosła i podeszła do okna wychodzącego na katedrę.

-   Tak-potwierdziła, nie odwracając głowy. -Wręcz przeciwnie. Wczoraj 

wyszłam z domu, żeby kogoś poznać. Byłam na to przygotowana lub, jak 

pan woli, przygotowałam się. -Wzruszyła ramionami. - Tak żyję. Robię to 

od lat i jeśli pan chce, mogę wyjaśnić dlaczego.

-  Nie musi pani.

-  Chętnie wyjaśnię. - Mięła w palcach zasłonkę. - Chodzi o...

-  Nie musi pani.

-     W   każdym   razie   mogę   zaświadczyć,   że   w   moim   towarzystwie 

zachowywał   się   absolutnie   normalnie.   Początkowo   nie   wydawał   się... 

szczególnie zainteresowany. Ale... ale postarałam się, żeby zmienił zdanie.

Kollberg dopił kawę.

-  No to chyba wszystko.

-     Miałam   już   przykre   doświadczenia,   ale   nie   takie.   To   było   bardzo 

nieprzyjemne.

Kollberg milczał.

-  Okropne - mruknęła do siebie, mnąc zasłonkę, i odwróciła się do niego. 

- Zapewniam pana, że inicjatywa wyszła ode mnie, zachowywałam się 

bardzo wyzywająco. Jeśli pan chce, mogę...

background image

-  Nie, nie trzeba.

-  Naprawdę był zupełnie normalny, kiedy... no, kiedy spaliśmy ze sobą.

Kollberg wstał.

-  Pan jest bardzo miły - powiedziała znienacka.

-  Pani też. - Podszedł do drzwi, uchylił je i ku własnemu zdumieniu dodał: 

- Jestem żonaty od półtora roku. Moja żona jest w dziewiątym miesiącu.

Pokiwała głową.

-  A co do mojego stylu życia...

8 -  Mężczyzna na balkonie

113

Umilkła.

-  Pozostawia co nieco do życzenia - dokończył za nią Kol-lberg. - Może 

być niebezpieczny.

-  Wiem.

-  Dowidzenia!

-     Do   widzenia!   -   odparła   Lisbeth   Hedvig   Maria   Karlstróm.   Za 

wycieraczką jego samochodu tkwił mandat. Roztargniony,

złożył żółty blankiet nadawczy i schował do kieszeni. Miła dziewczyna, 

pomyślał. Podobna do Gun, ciekawe czemu...

Usiadł za kierownicą i pomyślał, że ta sytuacja była doskonałą parodią 

wyjątkowo kiczowatej powieści.

W   głównej   kwaterze   śledczej   Gunvald   Larsson   obwieścił   z   dętym 

animuszem:

-     To   przesądza   sprawę.   Nie   jest   seksualnym   dewiantem   i   jego 

wiarygodność jako świadka można uznać za potwierdzoną. Niepotrzebnie 

traciliśmy czas.

background image

Kollberg myślał przez chwilę o straconym czasie.

-  Gdzie Martin? - zapytał.

-  Przesłuchuje niemowlaki - odpowiedział Gunvald Larsson.

-  A co poza tym?

-  Nic.

-  O! - odezwał się Melander, podnosząc wzrok znad papierów.

-  Co?

-  Dostaliśmy kompendium od psychologów.

-  E tam! - burknął Gunvald Larsson. - Nieszczęśliwie zakochany w swoim 

garbusie i tak dalej.

-  Hm. Nie byłbym taki pewien.

-  Wyjmij fajkę z ust, bo nie wiemy, co mówisz - upomniał go Kollberg.

-     Znaleźli   wytłumaczenie,   które   wydaje  się   całkiem  prawdopodobne   i 

bardzo niepokojące.       *

-   Hę? - Gunvald Larsson nie krył zdziwienia. - Czy może być jeszcze 

bardziej niepokojące?

114

-   Chodzi o to, że nie mamy sprawcy w naszej kartotece -niewzruszenie 

kontynuował Melander. - Ich zdaniem mógł być niekarany i bardzo długo 

nie folgował swoim skłonnościom. Twierdzą, że zaspokajanie seksualnych 

perwersji   pod   wieloma   względami   przypomina   uzależnienie   od 

narkotyków.   Powołują   się   na   przykłady   zagraniczne.   Osoba   zaburzona 

seksualnie   może   przez   lata   zaspokajać   swoje   popędy,   obnażając   się 

publicznie   albo   podglądając   innych.   Ale   jeśli   powodowana   nagłym 

impulsem dopuści się gwałtu lub morderstwa na tle seksualnym, potem 

może   znaleźć   zaspokojenie,   wyłącznie   dopuszczając   się   kolejnych 

background image

gwałtów i zabójstw.

-   Jak w bajce o misiu - wtrącił Gunvald Larsson. - Raz zabił krowę, a 

potem hulaj dusza!

-     Potrzebuje   coraz   mocniejszych   używek.   Jak   narkoman.   -Melander 

kartkował   kompendium.   -   Narkoman,   który   zaczyna   od   haszyszu   i 

przerzuca się na heroinę, już się nie zadowoli haszyszem. Z dewiantami 

seksualnymi bywa podobnie.

-  To całkiem sensowne - przyznał Kollberg. - Elementarne.

-  A według mnie cholernie przykre - powiedział Gunvald Larsson.

-  Cholernie przykre, to mało powiedziane - odparował Melander. - Piszą, 

że   przez   lata   ktoś   taki   nie   przejawia   najmniejszych   skłonności   do 

zachowań dewiacyjnych, nie masturbuje się ani nie ogląda pornosów, nie 

wspominając   o   ekshibicjonizmie   i   podglądaniu.   Może   całkiem 

nieświadomie   myśleć   o   różnych   formach   perwersji,   dopóki   wiedziony 

jakimś nagłym impulsem nie dopuści się gwałtu. Potem nie potrafi się 

opanować,   jest   coraz   bardziej   bezwzględny   i   prawdopodobnie   coraz 

bardziej bestialski.

- Jak Kuba Rozpruwacz - wtrącił Gunvald Larsson.

-  A podłoże impulsu? - spytał Kollberg.

-     Wyzwalają   go   najróżniejsze   przyczyny:   nieprzewidziana   sytuacja, 

chwila   słabości,   choroba,   alkohol,   narkotyki.   Jeśli   przyjąć   taki   portret 

przestępcy,   nie   ma   żadnych   odsyłaczy   do   jego   przeszłości.   Policyjne 

archiwum jest równie bezwartościowe jak dzienniki choroby. Jego tam po 

prostu nie ma. Ale ledwie zacznie

115

gwałcić albo zabijać, nie może skończyć. Nie jest w stanie zapanować nad 

background image

swoim   postępowaniem.   -   Melander   umilkł   i   zabębnił   palcami   w 

kompendium. -Jest w tym coś, co niestety świetnie się zgadza z naszym 

przypadkiem.

-  Mógłbym wymyślić mnóstwo innych sprawców - powiedział z irytacją 

Gunvald   Larsson.   -   Na   przykład   bawił   u   nas   przejazdem   jakiś 

obcokrajowiec.  Albo   to   robota   dwóch   ludzi,   zabójstwo   w   Tantolunden 

zainspirowało innego świra, bo spodobał mu się rozgłos, jaki nadano tej 

sprawie.

-     Sporo   temu   przeczy   -   zaoponował   Melander.   -   Dobra   orientacja   w 

terenie, somnambuliczna precyzja, wybór czasu i miejsca lub choćby to, że 

po   dwóch   morderstwach   i   siedmiu   dniach   poszukiwań   nie   mamy   ani 

jednego podejrzanego. Oczywiście nie licząc Erikssona. Na niekorzyść tak 

zwanego   morderstwa   inspirującego   przemawia   jeden   drobny   szczegół. 

Majtki ofiar. Ta informacja nie trafiła do prasy.

-  Mimo to mogę sobie wyobrazić inne wytłumaczenie -z uporem godnym 

lepszej sprawy powiedział Gunvald Larsson.

-   Obawiam się, że to pobożne życzenia - zauważył Melander i zapalił 

fajkę.

-  Tak. - Kollberg otrząsnął się. - Może to pobożne życzenia, ale wolałbym, 

żeby Gunvald miał rację, bo w przeciwnym razie...

-  W przeciwnym razie nic nie mamy - dokończył Melander. -1 możemy 

znaleźć   mordercę   tylko   wtedy,   kiedy   go   przyłapiemy   na   gorącym 

uczynku... albo...

Kollberg i Gunvald Larsson dośpiewali sobie resztę i szybko wyciągnęli 

ten sam wniosek.

Melander sformułował go na głos:

background image

-  Albo będzie zabijał dalej z konsekwencją lunatyka, dopóki mu się noga 

nie powinie.

- Jasny gwint! - skwitował Gunvald Larsson.

-  Co tam jeszcze naskrobali? - aapytał Kollberg.

-  To co zwykle. Gdybanie na kolanie. Może być nadpobudliwy seksualnie 

albo cierpi na rudymentarny popęd płciowy. Raczej

116

to drugie. Ale są inne przykłady. - Melander odłożył kompendium. - Czy 

pomyśleliście o tym, że nawet gdyby  stanął przed nami, nie mamy  na 

niego nic, co łączyłoby go z tymi zabójstwami? Dysponujemy wyłącznie 

bardzo wątpliwymi odciskami butów w Tantolunden. A o tym, że ścigamy 

mężczyznę, świadczy tylko mikroskopijna ilość plemników przy zwłokach 

dziewczynki. Też w Tantolunden.

- Jeśli nie jest notowany - wtrącił Kollberg - nic by nam nie dał nawet 

komplet odcisków palców.

-  Otóż to - przytaknął Melander.

-  Ale mamy świadka - przypomniał Gunvald Larsson. - Ra-buś go widział.

-  Tak, jeśli można mu zaufać - zauważył Melander.

-     Czy   nie   mógłbyś   natchnąć   nas   otuchą,   powołując   się   na   jakiś 

szczególik? - zapytał Kollberg.

Melander   nie   odpowiedział   i   pogrążyli   się   w   milczeniu.   W   sąsiednim 

pokoju dzwoniły telefony, które odbierał Rónn i ktoś

jeszcze.

-  Co myślisz o tej dziewczynie? - ni stąd, ni zowąd wypalił

Gunvald Larsson.

-  Dobrze myślę - odparł Kollberg.

background image

I ledwie to powiedział, przypomniało mu się coś złego. Lis-beth Hedvig 

Maria Karlstróm ani trochę nie była podobna do jego żony. W dziwnie 

złowieszczy   sposób   przywoływała   na   pamięć   osobę,   której   nigdy   nie 

poznał   za   życia,   a   która   zawiadywała   jego   myślami   długo   po   swojej 

śmierci. Widział ją tylko raz w kostnicy w Motali pewnego letniego dnia 

trzy lata temu.

Przygnębiony wzruszył ramionami.

Kwadrans później przyszedł Martin Beck z biletem.

Rozdział 19

Co TO JEST? - SPYTAŁ KOLLBERG.

-  Blet - wyjaśnił Martin Beck.

Kollberg wpatrywał się w pognieciony świstek, który leżał przed nim na 

biurku.

-  Bilet na metro. No i co? Chcesz zwrot kosztów przejazdu, to idź z tym 

do kasy.

-   Bossę, nasz trzyletni świadek, dostał go od wujka, którego spotkał z 

Anniką w Tantolunden tuż przed jej śmiercią - powiedział Martin Beck.

Melander zatrzasnął drzwiczki szafki z archiwaliami i podszedł do nich.

Kollberg odwrócił głowę i patrzył na Martina Becka.

-  To znaczy zanim wujek ją udusił?

-  Możliwe - potwierdził Martin Beck. - Pytanie brzmi: co da się ustalić na 

podstawie tego biletu?

-     Może   odciski   palców   -   odrzekł   Kollberg.   -   Stosujemy   przecież   tę 

osławioną metodę ninhydrynową.

Melander pochylił się i oglądał bilet, mrucząc coś pod nosem.

-   Może, ale szanse są równe zeru - powiedział Martin Beck. -Najpierw 

background image

miał   go   w   ręku   bileter,   potem   wujek,   potem   dzieciak,   który   od 

poniedziałku   przechowywał   go   w   kieszeni   w   towarzystwie   ślimaków   i 

cholera wie czego jeszcze, a potem, na domiar

118

złego,   ja.   Poza   tym   jest   pognieciony   i   zapaćkany,   ale   oczywiście 

spróbujemy. Spójrz na dziurki.

-   Już   spojrzałem   -   skonstatował   Kollberg.   -   Skasowany   o   trzynastej 

trzydzieści cztery dwunastego niewiadomego miesiąca, co może znaczyć...

Umilkł i wszyscy trzej zastanawiali się, co to może znaczyć. Melander 

przerwał ciszę.

-     Ten   rodzaj   jednokoronowych   biletów,   typ   sto,   jest   ważny   tylko   w 

śródmieściu. Może uda się ustalić, kiedy i gdzie został sprzedany. Są na 

nim dwa inne numery.

-  Zadzwoń do SS* - podsuflował Kollberg.

-  Teraz to się nazywa SL** - przypomniał mu Melander.

-   Wiem, ale na guzikach od mundurów ciągle mają SS. Pewnie nie stać 

ich na nowe. Ciekawe czemu, skoro przejazd ze Starego Miasta do Slussen 

kosztuje jedną koronę. Ile kosztuje jeden guzik?

Melander   poszedł   do   sąsiedniego   pokoju.   Bilet   leżał   na   stole, 

przypuszczalnie   zarejestrował   go   w   swojej   fotograficznej   pamięci   z 

numerem   serii   i   tak   dalej.   Usłyszeli,   jak   podnosi   słuchawkę   i   wybiera 

numer.

-     Czy   dzieciak  zauważył  coś jeszcze?   - spytał  Kollberg.  Martin  Beck 

pokręcił głową.

-   Nie. Był razem z dziewczynką i spotkali wujka. A bilet znalazł potem 

przez czysty przypadek.

background image

Kollberg kołysał się na krześle i przygryzał paznokieć kciuka.

-     No   to   mamy   trzyletniego   świadka,   który   prawdopodobnie   widział 

mordercę i rozmawiał z nim. Gdyby był ciut starszy...

-  To nic by się nie stało - przerwał mu Martin Beck. -W każdym razie nie 

tam i nie wtedy.

Wrócił Melander.

-  Oddzwonią za chwilę.

*     Stockholms Sparvagar AB (1916-1966) - sztokholmska komunikacja 

szynowa.

**   Storstockholms   Lokaltrafik   (od   1967   roku)   -   sztokholmska 

komunikacja lokalna.

119

Oddzwonili   po   kwadransie.   Melander   słuchał   i   robił   notatki.   Potem 

podziękował i odłożył słuchawkę.

Bilet rzeczywiście został kupiony dwunastego czerwca. W kasie północnej 

na stacji Radmansgatan. Do tej kasy prowadzą dwa wejścia ze Sveavagen 

na wysokości Wyższej Szkoły Ekonomicznej.

Martin Beck świetnie znał sztokholmskie metro, ale mimo to podszedł do 

ściennej mapy.

Jeśli ktoś kupił bilet na Radmansgatan, żeby dojechać do Tan-tolunden, to 

musiał   się   przesiąść   na   Centralnym,   Starym   Mieście   albo   Slussen   i 

wysiąść w Zinkensdamm. Stamtąd miał około pięciu minut spacerem do 

miejsca, gdzie znaleziono martwą dziewczynkę. Wyruszył między wpół do 

drugiej a za kwadrans druga i wliczając w to przesiadkę, powinien być u 

celu mniej więcej dwadzieścia minut później. Czyli do Tantolunden dotarł 

między   za   pięć   druga   a   dziesięć   po   drugiej.   W   opinii   lekarza   zgon 

background image

dziewczynki   nastąpił   między   wpół   do   trzeciej   a   trzecią   lub   nieco 

wcześniej.

-  Czasowo się zgadza - powiedział Martin Beck.

-  Zgadza się czasowo - wszedł mu w słowo Kollberg - jeśli od razu tam 

pojechał.

-   Stacja nie jest zbyt daleko od parku Vanadis - z ociąganiem, jakby do 

siebie mruknął Melander.

-   Nie jest - przyznał Kollberg. - I co z tego? Nic. Ze jeździ metrem od 

parku   do   parku   i   zabija   małe   dziewczynki?   Dlaczego   nie   wsiadł   do 

autobusu   pięćdziesiąt   pięć?   Miałby   bliżej,   nie   musiałby   zasuwać   na 

piechotę.

-  Bo pewnie by wpadł - zauważył Melander.

-   Uhm - zgodził się Kollberg. - Pięćdziesiątkąpiątką jeździ mało ludzi. 

Wszyscy się znają.

Czasem Martin Beck życzyłby sobie, żeby Kollberg tyle nie gadał. Życzył 

sobie   tego   właśnie   teraz,   kiedy   zaklejał   kopertę   z   biletem.   Próbował 

zapamiętać   przelatującą   mu   przez   głowę   myśl.   Jeśli   Kollberg   będzie 

siedział cicho, może się uda. Niestety.

Wyekspediował   bilet   i   zadzwoniłido   laboratorium   z   prośbą   o   jak 

najszybsze   wyniki.   Odebrał   Hjelm,   którego   Martin   Beck   znał   od   lat. 

Chyba był załatany i w złym humorze, bo chciał wiedzieć, czy

120

panowie z Kungsholmsgatan i Vastberga Alle zdają sobie sprawę, ile on 

ma  pracy.  Martin  Beck  przyznał,  że rozumie  ich  nieludzkie  obciążenie 

obowiązkami   i   gdyby   tylko   miał   równie   wysokie   kwalifikacje,   z 

przyjemnością   by   im   pomógł.   Hjelm   coś   tam   wymamrotał   i   obiecał 

background image

natychmiast zająć się biletem. Kollberg poszedł na lunch.

-   Mamy nazwisko kobiety, która sprzedała ten bilet na Radmansgatan - 

rzucił   Melander,   zanim   zamknął   się   w   pokoju   ze   swoimi   papierami.   - 

Pchnąć kogoś, żeby z nią porozmawiał?

- Jasne - odparł Martin Beck.

Usiadł   za   biurkiem,   wertował   dokumenty   i   usiłował   myśleć.   Był 

zirytowany   i   zdenerwowany,   przypuszczalnie   wskutek   przemęczenia. 

Rónn wetknął głowę, popatrzył na niego i błyskawicznie się wycofał. Poza 

tym   nikt   mu   nie   przeszkadzał.   Nawet   telefon   dziwnie   długo   milczał. 

Rozbrzmiał dopiero wtedy, kiedy Martin Beck po raz pierwszy w życiu 

mało   nie   zasnął   przy   biurku.   Zanim   podniósł   słuchawkę,   spojrzał   na 

zegarek. Dwadzieścia po drugiej. Piątek. Brawo, Hjelm, pomyślał.

Nie był to jednak Hjelm, tylko Ingrid Oskarsson.

-  Przepraszam - zaczęła. -Jest pan na pewno bardzo zajęty. Martin Beck 

wymruczał coś w odpowiedzi, nie słysząc w swoim głosie przesadnego 

entuzjazmu.

-  Ale prosił pan, żebym zadzwoniła. Może to nic ważnego, ale uznałam, 

że powinien pan wiedzieć...

-  Oczywiście, przepraszam, nie dosłyszałem pani nazwiska. Co się stało?

-  Lena przypomniała sobie, co Bossę powiedział w parku tamtego dnia, w 

poniedziałek.

-  Tak?

- Podobno spotkał opiekuna.

-  Opiekuna?

-  Tak. Przez kilka pierwszych miesięcy tego roku zostawialiśmy Bossego 

u opiekunki. Żłobków jak na lekarstwo, nie wiedziałam, co z nim zrobić, 

background image

dałam ogłoszenie i znalazłam mu opiekunkę na Timmermansgatan.

121

-     Czy   nie   wspomniała   pani   o   opiekunie,   pani   Oskarsson?   Może   źle 

usłyszałem?

-   Nie, nie. To mąż opiekunki, który często wcześnie wracał do domu. 

Bossę widywał go prawie codziennie i nazywał opiekunem.

-   I Bossę powiedział Lenie, że w poniedziałek w Tantolun-den spotkał 

opiekuna?

Martin   Beck   zapomniał   o   zmęczeniu,   przysunął   notatnik   i   wyłuskał   z 

kieszeni długopis.

-  Tak - potwierdziła pani Oskarsson.

-  Czy powiedział jej o tym, zanim na chwilę zniknął czy później?

-  Lena jest pewna, że później. Dlatego pomyślałam, że powinnam do pana 

zadzwonić.   Nie   widzę   w   tym   żadnego   związku...   Sprawiał   wrażenie 

miłego, porządnego człowieka, ale jeśli Bossę go spotkał, to może on coś 

widział albo słyszał...

Martin Beck trzymał długopis w gotowości.

- Jak się nazywa?

-  Eskil Engstrom. Chyba jest szoferem. Mieszkają na Timmer-mansgatan. 

Numeru nie pamiętam, moment, zaraz sprawdzę. - Po minucie podała mu 

adres i numer telefonu. - Wydawał się bardzo sympatyczny. Często go 

widywałam, kiedy odbierałam Bossego.

-  Czy synek powiedział coś więcej o tym spotkaniu z opiekunem?

-  Nie. Próbowaliśmy... ale chyba o tym zapomniał.

- Jak wygląda ten mężczyzna?

-  Hm, nie wiem. Jest miły. Może trochę niechlujny. Ale pewnie dlatego, że 

background image

ma taką pracę. Czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat, rzadkie włosy. Wygląda 

całkiem zwyczajnie.

Przez chwilę zaległa cisza. Martin Beck notował.

- Jeśli dobrze zrozumiałem, już nie zostawia pani Bossego u tej opiekunki.

-  Tak. Nie mają własnych dzieci Bossę się nudził. Obiecano mi miejsce w 

żłobku,   ale   dostała   je   inna   matka,   pielęgniarka.   W   naszym   rejonie 

pielęgniarki mają pierwszeństwo.

122

-  Gdzie Bossę jest teraz w ciągu dnia?

-  W domu. Musiałam rzucić pracę.

-     Kiedy   przestała   go  pani  zostawiać   u  Engstrómów?   Zastanawiała  się 

przez chwilę.

-     W   pierwszym   tygodniu   kwietnia.   Miałam   wtedy   tydzień   wolnego. 

Potem miejsce w żłobku było zajęte, a pani Engstrom wzięła inne dziecko.

-  Czy synek lubił tam chodzić?

-    Tak   sobie.   Chyba   najbardziej   lubił   pana   Engstróma.   Opiekuna.   Czy 

myśli pan, że to on dał Bossemu bilet?

-  Nie wiem. Ale spróbuję się dowiedzieć.

-   Chciałabym pomóc. Dzisiaj wieczorem wyjeżdżamy, pan komisarz o 

tym wie, prawda?

-    Tak, wiem.  Szczęśliwej  podróży. Proszę pozdrowić Bossego.  Martin 

Beck   odłożył   słuchawkę,   chwilę   się   zastanawiał,   podniósł   słuchawkę   i 

zadzwonił do obyczajówki.

Czekając na informacje, o które poprosił, przysunął do siebie jeden ze 

skoroszytów   leżących   na   blacie   biurka   i   przejrzał   czy-stopis   nocnego 

przesłuchania Rolfa Everta Lundgrena. Uważnie przeczytał skąpy rysopis 

background image

mężczyzny, którego rabuś widział w parku Vanadis. Opis opiekuna podany 

przez panią Oskarsson był jeszcze bardziej powierzchowny, ale całkiem 

możliwe, że chodziło o tę samą osobę.

Eskil Engstrom nie figurował w kartotece obyczajówki.

Martin Beck zamknął skoroszyt i wszedł do sąsiedniego pokoju. Gunvald 

Larsson   siedział   za   biurkiem,   wpatrywał   się   zamyślonym   wzrokiem   w 

okno i dłubał w zębach nożem do papieru.

-  Gdzie jest Lennart? - spytał Martin Beck.

Gunvald Larsson niechętnie zakończył badania dentystyczne, wycierając 

nóż w rękaw marynarki.

-  Skąd mam, u licha, wiedzieć?

-  AMelander?

Gunvald Larsson włożył nóż do piórnika i wzruszył ramionami.

-  Pewnie w klopie. Czego chcesz?

123

-  Niczego nie chcę. Co robisz?

Gunvald Larsson raczył się odezwać dopiero wtedy, kiedy Martin Beck 

ruszył do drzwi.

-  Ludzie są szurnięci.

-  Bo?

-  Przed chwilą gadałem z Hjelmem. Tak w ogóle to szukał ciebie. Jeden z 

naszych znalazł jakieś gacie w krzakach koło Hornstulls Strand, zaniósł je 

do laboratorium i powiedział, że może to niedoszłe trofeum bandziora z 

Tantolunden.   I   chłopcy   z   laboratorium   gapią   się   na   różowe   majtasy 

rozmiar   czterdzieści   cztery,   w   których   nawet   Kollberg   by   się   utopił,   i 

pytają, o co tu, kurde, chodzi. Sam chciałbym wiedzieć. Czy w policji 

background image

mogą pracować debile?

-  Też sobie czasami zadaję to pytanie. Co jeszcze powiedział?

-  Kto?

-  Hjelm.

-  Żebyś do niego przekręcił, jak przestaniesz wisieć na telefonie.

Martin Beck wrócił do swojego chwilowego biurka i zadzwonił do SKL.

-  A, bilet - powiedział Hjelm. - Nie uda się zdjąć odcisków palców, papier 

jest za mechaty.

-  Tak myślałem.

- Jeszcze nie skończyliśmy. Jak zwykle wyślę ci raport. Znaleźliśmy kilka 

niebieskich bawełnianych włókien, prawdopodobnie z podszewki kieszeni.

Martin Beck przypomniał sobie niebieską kurtkę, którą Bossę trzymał w 

objęciach. Podziękował i się rozłączył. Potem zamówił samochód i włożył 

marynarkę.

Mimo wczesnego piątkowego popołudnia wielka ewakuacja z miasta już 

się   zaczęła.   Auta   niemrawo   sunęły   po   mostach.   Na   nic   się   zdały 

umiejętności   i   spryt   kierowcy;   dojazd   na   Timmer-mansgatan   zajął   im 

prawie pół godziny.

Dom stał blisko Sódra Station. Stary, zapuszczony, w bramie ciemno i 

chłodno. Na poziomie ułicy było tylko dwoje drzwi,

124

I

jedne - otwarte - wychodziły na brukowane podwórze z pojemnikami na 

śmieci i trzepakiem. Na drugich Martin Beck z trudem odczytał nazwisko 

ENGSTRÓM   na   brudnej   mosiężnej   tabliczce.   Dzwonka  nie   było,   więc 

głośno zapukał.

background image

Otworzyła mu kobieta około pięćdziesiątki. Niska, szczupła, w brązowej 

wełnianej   sukience   i   kwiecistych   frotowych   kapciach.   Mrużąc   oczy, 

patrzyła na niego zdziwiona zza wyjątkowo grubych szkieł.

-  Pani Engstróm?

-  Tak - odparła za niskim głosem jak na jej drobną posturę.

-  Czy zastałem pana Engstróma?

-  Nie... A o co chodzi?

-  Chciałbym z panią porozmawiać. Znam jednego z pani podopiecznych.

-  Kogo? - zapytała nieufnie.

-  Bo Oskarssona. Dostałem pani adres od jego matki. Mogę wejść?

Kobieta wpuściła go do środka. Przeciął mały przedpokój, minął drzwi do 

kuchni   i   wszedł   do   jedynego   pokoju   w   tym   mieszkaniu.   Za   oknem 

zobaczył   pojemniki   na   śmieci   i   trzepak.   W   skromnie   umeblowanym 

pomieszczeniu   poczesne   miejsce   zajmowała   wersalka   z   mnóstwem 

kolorowych poduszek. Martin Beck nie zauważył nic, co świadczyłoby o 

obecności dzieci.

-  Przepraszam - powiedziała kobieta - ale o co chodzi? Co z Bossem?

-   Jestem   z   policji.   Z   Bossem   wszystko   w   porządku.   Przychodzę   w 

rutynowej sprawie. Nic poważnego.

Kobieta, początkowo lekko wystraszona, zebrała się na odwagę.

-     Poważnego?   Nie   boję   się   policji.   Chodzi   o   Eskila?   Martin   Beck 

uśmiechnął się.

-    Tak,   pani   Engstróm,   chciałbym   zamienić   parę   słów   z   pani   mężem. 

Podobno kilka dni temu spotkał Bossego.

Spojrzała na Martina Becka niemile zaskoczona.

-  Eskil?

background image

125

-  Tak. O której będzie w domu?

Wpatrywała się w niego okrągłymi niebieskimi oczami, które grube szkła 

nienaturalnie powiększały.

-  Ale... ale Eskil nie żyje.

Martin Beck wbił w nią wzrok. Na kilka sekund odebrało mu mowę.

-  Przepraszam... nie wiedziałem... Bardzo mi przykro. Kiedy odszedł?

-     Trzynastego   kwietnia.   Zginął   w   wypadku   samochodowym.   Lekarz 

powiedział, że długo się nie męczył.

Kobieta wyjrzała przez okno na ponure podwórze.

Martin Beck patrzył na jej chude plecy w za luźnej sukience.

-  Bardzo mi przykro - powtórzył.

-     Eskil   jechał   swoją   ciężarówką   do   Sódertalje.   W   poniedziałek.   - 

Odwróciła   się   i   dodała   pewniejszym   głosem:   -   Eskil   był   kierowcą   od 

trzydziestu dwóch lat i ani razu nie dostał ani jednego punktu karnego. To 

nie on spowodował wypadek.

-  Rozumiem. Przepraszam za kłopot. Musiała zajść pomyłka.

-   Łobuzom, którzy go zabili, wszystko uszło na sucho. Mimo że jechali 

kradzionym samochodem.

Pokiwała głową, z nieobecnym spojrzeniem, i zaczęła poprawiać poduszki 

na wersalce.

-     Zaraz   sobie   pójdę.   -   Martin   Beck,   zdjęty   nagłą   klaustro-fobią, 

najchętniej   natychmiast   opuściłby   ten   pokój   i   jego   smutną   drobną 

właścicielkę,   ale   się   opanował.   -   Jeśli   pani   nie   miałaby   nic   przeciwko 

temu, chciałbym jeszcze zobaczyć zdjęcie męża.

-  Nie mam zdjęć Eskila.

background image

-  A w paszporcie albo prawie jazdy?

-  Nigdy nie wyjeżdżaliśmy za granicę, Eskil nie potrzebował paszportu. A 

prawo jazdy jest stare.

-  Mógłbym je obejrzeć?          *

Wysunęła szufladę komody i wyjęła zawodowe prawo jazdy. Wystawione 

na Eskila Johana Alberta Engstróma w roku 1935.

126

Na   zdjęciu   był   młody   mężczyzna   o   lśniących   falujących   włosach, 

wydatnym nosie, małych ustach i wąskich wargach.

-  Teraz tak nie wyglądał - powiedziała kobieta.

-  Ajak? Czy mogłaby go pani opisać?

-   Był niższy od pana, ale sporo wyższy ode mnie - odrzekła bez chwili 

wahania. - Miał chyba metr siedemdziesiąt dwa. Dość szczupły. Rzadkie 

siwawe włosy. Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć. Jak na mój 

gust, wyglądał sympatycznie. Może nie był zbyt piękny, bo miał duży nos 

i małe usta, ale mnie się podobał.

-  Dziękuję, pani Engstróm. Nie będę pani dłużej przeszkadzał.

Otworzyła mu drzwi, które zamknęła dopiero wtedy, kiedy

zatrzasnęła się za nim brama.

Martin   Beck   głęboko   odetchnął   i   długim   szybkim   krokiem   ruszył   na 

północ. Tęsknił do swojego biurka.

Czekały tam na niego dwie wiadomości.

Pierwsza od Melandera: „Bileterka nazywa się Gunda Pers-son. Nic nie 

pamięta. Nie ma czasu przyglądać się pasażerom".

Druga od Hammara: „Przyjdź natychmiast. To ważne".

Rozdział 20

background image

Gunvald larsson tkwił przy oknie i obserwował sześciu robotników, którzy 

obserwowali siódmego, wspartego na łopacie.

-  Coś mi się przypomniało - powiedział. - Kiedyś staliśmy na kotwicy w 

Kalmarze. Pływałem wtedy na trałowcu. Siedzę w kabinie nawigacyjnej z 

drugim oficerem, wchodzi Johansson, który trzyma wachtę na mostku, i 

mówi, że na nabrzeżu stoi martwy facet. Ja mu na to, że bredzi, ale on 

dalej swoje: „Poruczniku, na nabrzeżu stoi martwy facet". Każę mu się 

wziąć w garść, mówię, że nieboszczycy nigdzie nie stoją, na co on mi 

odpala: „Nie, poruczniku, tam na pewno jest martwy facet, bo patrzyłem 

na niego przez kilka godzin i ani drgnął". Drugi oficer wstaje, wygląda 

przez świetlik i mówi: „E, to tylko robotnik".

Robotnik pod oknem rzucił łopatę i odszedł z kolegami. Była piąta po 

południu, piątek.

-  No ładnie - skwitował Gunvald Larsson. - Nie ma to jak łapanie gap.

-  A ty niby czym się zajmujesz? - zapytał uprzejmie Melander.

-  Oczywiście łapaniem gap. Gdyby komendant miał gabinet naprzeciwko, 

po drugiej stronie ulicy, na bank sterczałby w oknie i gapił się na mnie, a 

gdyby   komendant   główny   urzędował   piętro   wyżej,   gapiłby   się   na 

komendanta, "a gdyby minister spraw wewnętrznych...

-  Lepiej odbierz telefon - poradził mu Melander.

128

Do pokoju wszedł Martin Beck. Zatrzymał się przy drzwiach i w zadumie 

popatrzył na Gunvalda Larssona.

-  I co ja mam z tym zrobić?! - wrzasnął do słuchawki Gun-vald Larsson. -

Wysłać psy?! - Rozłączył się i wbił wzrok w Martina Becka. - Co jest?

-  Przed chwilą powiedziałeś coś, co mi się z czymś skojarzyło...

background image

-  Psy?

-  Nie, wcześniej.

-  Co ci się skojarzyło?

-  Nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć.

-  Nie ty jeden.

Martin Beck wzruszył ramionami.

-     Dzisiaj   w   nocy   organizujemy   obławę.   Właśnie   rozmawiałem   z 

Hammarem.

-  Obławę? Wszyscy padają na pysk. Ciekawe, na co będą padali jutro.

-  Mało konstruktywne - wtrącił Melander. - Czyj to pomysł?

-  Nie wiem. Hammar też nie jest zachwycony.

-  A kto jest? - retorycznie spytał Gunvald Larsson.

Martin   Beck   nie   brał   udziału   w   podejmowaniu   decyzji.   Gdyby   miał 

szansę, najprawdopodobniej byłby przeciw. Podejrzewał, że przeważyły 

głosy o miernych postępach grupy śledczej i powszechne odczucie, że coś 

trzeba   zrobić.   Na   pewno   sytuacja   była   poważna,   media   dodatkowo 

podjudzały społeczeństwo, podając ogólnikowe dane o pracy policji, która 

„nic   nie   robi"   albo   ,jest   bezsilna".   Siedemdziesiąt   pięć   osób   z   grupy 

rozpoznawczo-zwia-dowczej czuło na sobie ogromną presję. Z godziny na 

godzinę obywatele przekazywali coraz więcej informacji, każda wymagała 

sprawdzenia, mimo że już na pierwszy rzut oka większość nadawała się do 

kosza.   Presji   towarzyszyła   świadomość,   że   mordercę   trzeba   ująć   jak 

najszybciej.   Dochodzenie   zamieniło   się   w   makabryczny   wyścig   ze 

śmiercią,   pozbawiony   punktów   zaczepienia.   Nijaki   rysopis,   oparty   na 

zeznaniach trzylatka i bandziora. Bilet

9 -  Mężczyzna na balkonie

background image

129

na metro. Mętny portret psychologiczny. Wszystko razem napawało grozą.

- To nie jest dochodzenie, tylko zgaduj-zgadula - orzekł Hammar a propos 

biletu.

Choć Martin Beck słyszał to ulubione powiedzonko szefa bardzo często, 

musiał przyznać, że tym razem trafił w dziesiątkę.

Oczywiście   poszukiwania   zakrojone   na   wielką   skalę   mogły   ich 

naprowadzić   na   jakiś   trop,   ale   wydawało   się   to   mało   prawdopodobne. 

Poprzednia   obława,   zorganizowana   w   nocy   z   wtorku   na   środę,   nie 

pomogła w schwytaniu parkowego rabusia, za to w jej efekcie ujęto około 

trzydziestu   przestępców   różnej   maści,   głównie   handlarzy   narkotyków   i 

włamywaczy, co przysporzyło policji dodatkowej pracy i wywołało panikę 

w półświatku.

Obława   tej   nocy   oznaczała,   że   jutro   dużo   ludzi   będzie   w   kiepskiej 

kondycji. A kto wie, czy jutro...

Ale klamka zapadła. Akcja rozpoczęła się ojedenastej, co rozniosło się 

lotem   błyskawicy   po   domach   przeznaczonych   do   rozbiórki   i   melinach. 

Rezultat nie był oszałamiający. Wszyscy się przyczaili: złodzieje, paserzy, 

alfonsy,   prostytutki,   nawet   większość   narkomanów.   Mijała   godzina   za 

godziną,   obława   trwała   w   najlepsze.   Przyłapano   na   gorącym   uczynku 

jednego   włamywacza   i   jednego   pasera,   któremu   zabrakło   instynktu 

samozachowawczego,   żeby   przeczekać   nawałnicę   w   bezpiecznym 

miejscu.   Z   całą   pewnością   udało   się   na-mieszać   wśród   bezdomnych, 

alkoholików, ćpunów, ludzi zdesperowanych, na dnie, którzy nawet nie 

mieli siły, żeby się rozpełznąć, kiedy sobie o nich przypomniał jeden z 

organów państwa dobrobytu. Znaleziono na strychu nagą czternastolatkę. 

background image

Połknęła pięćdziesiąt tabletek preludinu. Została zgwałcona dwadzieścia 

razy.   Kiedy   przyszła   policja,   była   sama.   Zakrwawiona,   brudna, 

posiniaczona. Mogła mówić. Opowiedziała, co się mniej więcej stało, i 

stwierdziła, że ma wszystko gdzieś. Owinęli ją w starą kołdrę, bo nigdzie 

nie   zauważyli   ubrania,   i   zawieźli   pod   adres,   który   wymieniła.   Osoba 

podająca się za jej matkę oświadczyła, że córki nk było w domu od trzech 

dni i że jej nie wpuści. Dopiero kiedy dziewczynka zemdlała na schodach, 

wezwali karetkę. Nie był to wypadek odosobniony.

130

O wpół do piątej rano Martin Beck i Kollberg siedzieli w radiowozie na 

Skeppsbron.

-  Coś jest z Gunvaldem - odezwał się Martin Beck.

-  Owszem, ma zakuty łeb - przyznał Kollberg.

-  Nie, to nie to. Nie mogę sobie przypomnieć... Kollberg ziewnął.

-  Uhm.

W tym momencie usłyszeli przez radio:

-  Tu Hansson z piątki. Jesteśmy na Vastmannagatan. Znaleźliśmy zwłoki. 

I...

-  I?

-  Pasują do rysopisu.

Przed domem do wyburzenia stały dwa radiowozy. Denat leżał na plecach 

w pokoju na trzecim piętrze. Ciekawe, jak się tam dostał, bo kamienica 

była w połowie rozebrana i brakowało większości schodów. Martin Beck i 

Kollberg   weszli   po   lekkiej   aluminiowej   drabinie,   którą   przystawili 

policjanci.   Mężczyzna   miał   około   trzydziestu   pięciu   lat,   wydatny   nos, 

rzadkie włosy zaczesane do tyłu, jasnoniebieską koszulę, ciemnobrązowe 

background image

spodnie i zniszczone czarne buty. Żadnych skarpet. Patrzyli na niego. Ktoś 

zdławił ziewanie.

-     Pozostaje   odgrodzić   teren   i   poczekać   na   techników   -   powiedział 

Kollberg.

-   Nie ma na co czekać - odezwał się Hansson, stary wyga. -Udusił się 

wymiocinami. To jasne jak słońce.

-   Chyba tak - przyznał Martin Beck. - Jak myślicie, od jak dawna nie 

żyje?

-  Od niezbyt dawna - ocenił Kollberg.

-  Tak - dorzucił Hansson. - W takim upale.  '

Godzinę   później   Martin   Beck   pojechał   do   domu,   a   Kollberg   na 

Kungsholmsgatan.

Zanim się pożegnali, zamienili kilka zdań.

-  Rysopis faktycznie pasuje - powiedział Kollberg.

-  Pasuje do zbyt dużej liczby ludzi.

-  I teren się zgadza. Przecież stawiasz na Vasastaden albo Norrmalm.

131

-  Najpierw musimy się dowiedzieć, co to za jeden.

Martin Beck wrócił do Bagarmossen o wpół do siódmej. Małżonka leżała 

w łóżku. Przypuszczalnie przed chwilą się obudziła. W każdym razie nie 

spała.

Popatrzyła na niego krytycznie.

-  Ale ty wyglądasz!

-  Dlaczego nie masz na sobie koszuli nocnej?

- Jest bardzo ciepło. Przeszkadza ci to?

-  Nie, skądże znowu.

background image

Był nieogolony i nieświeży, i zbyt zmęczony, żeby się tym przejmować. 

Przebrał się w piżamę, położył i pomyślał: cholernie głupi pomysł z tym 

małżeńskim   łożem,   za   następną   pensję   kupię   kozetkę   i   wstawię   do 

drugiego pokoju.

-  Może się podnieciłeś? - zapytała złośliwie. Martin Beck już spał.

O jedenastej przed południem był z powrotem na Kungs-holmsgatan, z 

lekko   zapadniętymi   oczami,   ale   wykąpany   i   względnie   odświeżony. 

Kollberg wciąż siedział w pracy, mężczyzny z Vastmannagatan jeszcze nie 

zidentyfikowano.

-  Żadnego świstka w kieszeniach, nawet biletu tramwajowego.

-  Co mówi lekarz?

-   Udławił się wymiocinami. Nie ma wątpliwości. Podejrzewa płyn do 

chłodnic. Był tam pusty kanister.

- Jak długo nie żyje?

-  Góra dobę.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

-  Nie sądzę, żeby to był on - powiedział Kollberg.

-  Uhm.

-  Ale nigdy nic nie wiadomo.

-  Uhm.

Dwie godziny później pokazali zmarłego Lundgrenowi.

-   Kurde, obrzydlistwo - powiedział. - Nie, to nie ten. W życiu go nie 

widziałem.

132

Potem zrobiło mu się niedobrze.

Prawdziwy  twardziel, pomyślał  Rónn, skuty  z nim kajdankami. Musiał 

background image

pójść z Lundgrenem do toalety, gdzie bez słowa wytarł mu ręcznikiem usta 

i czoło.

W głównej kwaterze śledczej Kollberg powiedział:

- Jednak nie można mieć pewności.

-  Nie można - zgodził się Martin Beck.

Rozdział 21

Za kwadrans ósma w sobotę wieczorem do Kollberga zadzwoniła żona.

-  Kollberg, słucham.

-  Lennart, co ty wyprawiasz? Nie ma cię w domu od wczoraj.

-  Wiem.

-  Nie chcę się na tobie wyżywać, ale siedzę tu sama jak palec i czuję się 

podle.

-  Wiem.

-  Zrozum, nie jestem zła i nie chcę wyjść na zrzędę, po prostu czuję się 

bardzo samotna. I trochę się boję.

-  Rozumiem. Dobrze, już wracam.

-  Nie przyjeżdżaj ze względu na mnie, jeśli masz coś pilnego na głowie. 

Wystarczy mi, jak przez chwilę z tobą porozmawiam.

-  Nie, nie, już jadę.

-     Lennart?   -   odezwała   się   po   krótkiej   pauzie   nieoczekiwanie   ciepłym 

głosem.

-  Tak?

-  Właśnie widziałam cię w telewizji. Wyglądałeś na zmęczonego.

- Jestem zmęczony. Już wracam. Cześć!

-  Cześć, kochanie!                   *

Kollberg powiedział kilka słów do Martina Becka, zszedł na parking i 

background image

wsiadł do samochodu. Podobnie jak Martin Beck i Gun-

134

vald   Larsson,   mieszkał   na   południu,   tylko   bardziej   centralnie,   na 

Palandergatan koło stacji metra Skarmarbrink. Przeciął śródmieście i przy 

Słussen, zamiast pojechać prosto, skręcił w prawo w Hornsgatan.

Nie   musiał   się   zanadto   wysilać,   żeby   to   zrozumieć.   Nie   miał   już 

prywatnego   życia   ani   wolnego   czasu,   wyparły   je   praca   i 

odpowiedzialność.   Dopóki   morderca   nie   został   schwytany,  dopóki   było 

widno, dopóki był jakiś park, dopóki mogło się w nim bawić choćby jedno 

dziecko, dopóty liczyło się wyłącznie dochodzenie.

A  raczej   pościg.   Bo   dochodzenie   opiera   się   na   konkretnym   materiale 

dowodowym. To, czym dysponowali, już dawno obróciło się wniwecz.

Pomyślał o wnioskach zawartych w analizie psychologicznej. Sprawca był 

człowiekiem bez właściwości. Czyli trzeba go złapać, zanim znowu kogoś 

zabije.   „Zęby   go   złapać,   trzeba   mieć   szczęście"   -   powiedział   jeden   z 

reporterów po -wieczornej konferencji prasowej. Kollberg wiedział, że to 

błędne rozumowanie. Wiedział też, że kiedy ujmą mordercę - w co nie 

wątpił   -   wielu   uzna   to   szczęście,   przypadek,   zbieg   okoliczności. 

Tymczasem szczęściu należy pomóc, utkać ze zbiegów okoliczności sieć, 

w którą w końcu wpadnie, sieć o maksymalnie małych oczkach. I to było 

jego zadanie. I wszystkich policjantów. Bez udziału osób postronnych.

Dlatego Kollberg nie pojechał od razu do domu, mimo że miał taki zamiar, 

tylko wolno ruszył Hornsgatan na zachód.

Zawsze   kierował   się   systematycznością,   uważał,   że   w   policji   nie   ma 

miejsca na ryzykanctwo. Na przykład w jego ocenie Gun-vald Larsson 

popełnił poważny błąd, włamując się do rabusia, mimo że drzwi były w 

background image

opłakanym stanie. A gdyby zawiasy od razu nie puściły? Wyważenie drzwi 

było ryzykanctwem, czego z zasady nie popierał. W tej kwestii on i Martin 

Beck nie zawsze się zgadzali.

Objeżdżał Mariatorget, bacznie lustrując grupki młodych ludzi na skwerze 

i   przed   kioskami.   Właśnie   tutaj   młodzież   szkolna   spotykała   drobnych 

handlarzy   z   branży   narkotykowej.   Codziennie   duże   ilości   haszyszu, 

marihuany, preludinu i LSD trafiały od

135

dilerów do nabywców. A kupowali coraz młodsi. Niedługo się uzależnią. 

Wczoraj   usłyszał,   że   proponuje   się   szpryce   dziesięcioletnim 

dziewczynkom. Policja niewiele mogła zrobić; po prostu brakowało im 

funduszy.   Żeby   zachęcić   do   uprawiania   tego   procederu   i   utwierdzić 

zadowolonych z siebie beneficjentów w poczuciu bezkarności, trąbiły o 

tym wszystkie krajowe media.

Kollberg   wątpił,   czy   powinna   się   tym   zajmować   policja.   Narkomania 

wśród młodzieży zasadzała się na katastrofalnej w skutkach filozofii, którą 

sprowokował obecny system. To na społeczeństwie spoczywał obowiązek 

sformułowania   celnych   kontrargumentów,   niepolegających   na 

samozadowoleniu i domaganiu się większej liczby policjantów.

Tak jak wątpił w sens pałowania demonstrantów na Hótorget i przed US 

Trade Center, mimo że rozumiał kolegów, którzy byli do tego zmuszeni.

Policjant śledczy Lennart Kollberg myślał o tym, jadąc Rosen-lundsgatan i 

Skóldgatan.   Zatrzymał   się   za   miniaturowym   poletkiem   golfowym   przy 

Tantogarden, wysiadł i poszedł alejką prowadzącą na skwer.

Zapadał zmierzch. Park opustoszał, ale nie całkiem; oczywiście bawiło się 

kilkoro dzieci. Niczego innego się nie spodziewał. Zamknąć w domach 

background image

wszystkie   dzieciaki   w   milionowym   mieście   tylko   dlatego,   że   grasuje 

morderca?   Mało   prawdopodobne.   Kollberg   zajął   pozycję   w   rzadkich 

zaroślach   i   postawił   prawą   stopę   na   pniaku.   Widział   stąd   ogródki 

działkowe i miejsce, gdzie pięć dni temu leżała martwa dziewczynka.

Znalazł się tutaj bez żadnego szczególnego powodu, może dlatego, że był 

to największy park w Sztokholmie i było mu niejako po drodze. W pewnej 

odległości   dostrzegł   dzieci.   Nastolatki?   Znieruchomiał   i   czekał.   Nie 

wiedział na co, może na to, że pójdą do domu. Był bardzo zmęczony. 

Płatki latały mu przed oczami.

Nie nie miał przy  sobie broni. W dobie pogłębiającej się gangsterskiej 

mentalności   i   brutalizacji   przestępstw   opowiadał   się   za   całkowitym 

rozbrojeniem policji i nosił pistolet tylko w razie najwyższej konieczności 

na wyraźny rozkaz.

136

Po   wysokim   nasypie   kolejowym   przetoczył   się   niespiesznie   hałaśliwy 

pociąg   śmieciarka*   i   dopiero   kiedy   stukot   kół   osłabł,   by   wreszcie 

zaniknąć, Kollberg usłyszał, że nie jest w zaroślach sam.

Sekundę   później   leżał   na   brzuchu   w   mokrej   od   rosy   trawie,   czując   w 

ustach   smak   krwi.   Ktoś   zadał   mu   bardzo   mocny   cios   w   kark, 

przypuszczalnie jakimś tępym narzędziem.

Ten   ktoś   popełnił   poważny   błąd.   Za   takie   błędy   niejednemu   przyszło 

potem słono zapłacić. Poza tym uderzył z całą siłą, wskutek czego stracił 

równowagę. Kollbergowi wystarczyły niespełna dwie sekundy, żeby się 

obrócić na plecy i powalić napastnika na ziemię. Kawał chłopa. Na więcej 

obserwacji nie  miał  czasu, bo obok stał drugi  facet.  Zdumiony  wsunął 

prawą dłoń do kieszeni marynarki i jeszcze bardziej się zdumiał, kiedy 

background image

Kollberg, klęcząc, chwycił go za rękę i wykręcił mu ramię; gdyby się w 

porę   nie   opamiętał,   mogłoby   się   to   skończyć   wywichnięciem   albo 

złamaniem. Poprzestał na wrzuceniu gościa w krzaki.

Napastnik siedział na ziemi i się krzywił, uciskając lewą dłonią prawy 

bark. Obok leżała gumowa pałka. Tak, rzeczywiście kawał chłopa. Dużo 

młodszy   od   Kollberga.   Miał   na   sobie   niebieski   dres.   Drugi,   który 

wyczołgał się z krzaków, starszy i niższy, był w marynarce z manczesteru i 

rekreacyjnych spodniach. Obaj mieli białe tekstylne buty na gumowych 

podeszwach. Wyglądali jak niedzielni żeglarze.

-  O co wam, do cholery, chodzi? - zapytał Kollberg.

-  Kim pan jest? - odezwał się ten w dresie.

-  Policjantem.

-     Oj!   -   powiedział   niższy,   wstał   i   speszony   otrzepywał   swoje   jasne 

spodnie.

-    Wobec   tego   prosimy   o   wybaczenie   -   powiedział   pierwszy.   -   Niezły 

numer, gdzie pan się go nauczył?

Kollberg   milczał.   Dostrzegł   na   ziemi   płaski   przedmiot,   pochylił   się   i 

podniósł. Natychmiast go rozpoznał. Mały czarny

*   Nazywany żartobliwie srebrną strzałą, zwoził śmieci na wysypisko w 

Lovście od lat 80. XIX wieku do lat 70. XX wieku.

137

pistolet samopowtarzalny marki Astra produkowany w Hiszpanii. Ważąc 

go w dłoni, popatrzył nieufnie na mężczyzn.

-  O co wam, do cholery, chodzi? - powtórzył pytanie. Duży wyprostował 

się i otrząsnął.

- Jak mówiłem, prosimy o wybaczenie. Stał pan za krzakami i gapił się na 

background image

dzieci... Wie pan, morderca...

-  No i?

-  Mieszkamy tam - powiedział niższy, pokazując wieżowce za torami.

-  I?

-  Też mamy dzieci i znamy rodziców dziewczynki zamordowanej parę dni 

temu.

-  I?

-  I żeby pomóc...

-  No?

-  Założyliśmy ochotniczy związek ochroniarski. Patrolujemy park.

-  Co założyliście?

-  Ochotniczą milicję... Kollberga ogarnęła wściekłość.

-  Co ty bredzisz, człowieku?! - wrzasnął.

-   Niech pan na nas nie krzyczy - zaperzył się starszy. - Nie jesteśmy 

pijaczkami, którymi możecie pomiatać i maltretować w areszcie. Jesteśmy 

porządnymi   ludźmi,   wiemy,   co   to   odpowiedzialność.   Musimy   chronić 

siebie i nasze dzieci.

Kollberg odwrócił głowę i wpatrywał się w niego. Potem otworzył usta, 

żeby znowu wrzasnąć, ale się opanował.

-  Czy to pański pistolet? - zapytał w miarę spokojnie.

-  Tak.

-  Ma pan pozwolenie?

-  Nie. Kupiłem go w Barcelonie dawno temu. Normalnie leży zamknięty.

-  Normalnie?                           *

Do parku wjechał na światłach czarno-biały bus z komisariatu w parafii 

Marii. Było już ciemno. Wysiadło dwóch mundurowych.

background image

138

-     Co   się   tu   dzieje?!   -   odezwał   się   pierwszy,   rozpoznał   Kollberga   i 

powtórzył pytanie łagodniejszym tonem.

-  Zabierzcie ich - bezdźwięcznie polecił Kollberg.

-  Moja noga nigdy nie postała w komisariacie - obruszył się starszy.

-  Ani moja - dodał ten w dresie.

-  No to najwyższy czas, żeby postała - skwitował Kollberg i popatrzył na 

policjantów. - Pojadę za wami.

Odwrócił się i odszedł.

W   komisariacie   w   parafii   Marii   przy   Rosenlundsgatan   kłębiło   się   od 

pijaczków.

-  Co ja mam zrobić z tymi inżynierami? - spytał oficer dyżurny.

-  Zrewidować i posadzić w areszcie prewencyjnym - powiedział Kollberg. 

- Za chwilę zabiorę ich do kryminalnego.

-  Drogo pan za to zapłaci - burknął ten w dresie. - Czy pan wie, kim ja 

jestem?

-  Nie.

Kollberg wszedł do dyżurki, żeby zadzwonić. Wybierając numer, patrzył 

ze smutkiem na staroświecki wystrój. Pełnił tu kiedyś służbę patrolową - 

miał wrażenie, że wieki temu - i już wtedy był to najgorszy rewir pijacki. 

Mimo   że   obecnie   mieszkało   tutaj   dużo   więcej   ludzi   z   tak   zwanych 

wyższych   sfer   (w   kapitalistycznych   bunkrach,   czyli   nieprzyzwoicie 

kiepskich   domach   o   nieprzyzwoicie   wysokich   czynszach),   rewir   wciąż 

plasował   się   na   pewnym   trzecim   miejscu   w   alkoholwej   statystyce   po 

Klarze i Katarinie.

-  Kollberg - odezwała się żona, podnosząc słuchawkę.

background image

-  Cześć! Trochę się spóźnię.

-  Masz dziwny głos. Czy coś poszło nie tak?

-  Uhm. Wszystko.

Rozłączył  się,   kilka  sekund   siedział  bez  ruchu,  po  czym  zadzwonił  do 

Martina Becka.

-     Przed   chwilą   napadło   na   mnie   w   Tantolunden   dwóch   uzbrojonych 

inżynierów. Założyli sobie ochotniczą milicję.

139

-  Nie tylko tam - powiedział Martin Beck. - Przed godziną sponiewierali 

emeryta w Hagaparken. Sikał pod drzewem, "właśnie się dowiedziałem.

-  Gorzej być nie może.

-  Gdzie jesteś?

-  W dwójce.

-  Co z nimi zrobiłeś?

-  Siedzą na dołku.

-  Dawaj ich tutaj.

-  Okej.

Kollberg zszedł do aresztu. Ten w dresie wstał i patrzył tępo przez kratę. 

W   sąsiedniej   celi   siedział   z   kolanami   pod   brodą   wysoki   chudy 

trzydziestopięciolatek i rzewnie śpiewał:

-     Mypocketbook   is   empty,   my   heart   isfull   ofpain..   .*-   Spojrzał   na 

Kollberga. - Hi, marshal, where is your six-shooter**?

-  Haven'tgot one*** - odparł Kollberg.

-  Dziki Zachód - skomentował strażnik.

-  Co pan zmalował? - zapytał Kollberg aresztanta.

-  Nic.

background image

-     To   prawda   -   wtrącił   się   strażnik.   -   Niedługo   stąd   wyjdzie. 

Przyprowadziło go pięciu ludzi z żandarmerii morskiej. Wkurzył jakiegoś 

nabzdyczonego   bosmana,   który   trzymał   wachtę   na   Skep-psholmen,   i 

przywlekli   go   aż   tutaj.   Idioci.   Podobno   nie   znaleźli   żadnego   bliższego 

komisariatu. Musiałem go wsadzić, żeby się ich pozbyć. Jakbyśmy nie 

mieli nic innego...

Kollberg podszedł do następnej celi.

-  W komisariacie pana noga już postała. Za chwilę zobaczy pan, jak jest u 

nas, w kryminalnej.

-  Oskarżę pana o przewinienie służbowe.

* iW portfelu nie mam centa, serce przepełnia ból...". Popularna piosenka 

country Waitingfor a train, tekst i mu«yka: Jimmie Rodgers, wykonawca: 

John Denver.

**  „Hej, komendancie, gdzie twój sześciostrzałowiec?". ***   „Nie mam".

140

-   Nie sądzę. - Kollberg wyjął notes. -Ale zanim pojedziemy, proszę o 

nazwiska i adresy wszystkich członków waszej organizacji.

-   Nie mamy  żadnej organizacji. To tylko głowy rodziny, kilku ojców, 

którzy...

-     ...patrolują   uzbrojeni   w   miejscach   publicznych   i   napadają   na 

policjantów- dokończył Kollberg. - No, szybko, nazwiska.

Dziesięć minut później wpakował dwie głowy rodziny na tylne siedzenie, 

zawiózł na Kungsholmsgatan i wepchnął do pokoju Martina Becka.

Starszy nie dawał za wygraną.

-  Będzie pan tego żałował do końca życia.

-  Żałuję tylko tego, że nie złamałem panu ręki - odparował Kollberg.

background image

Martin Beck obrzucił go szybkim, badawczym spojrzeniem.

-  W porządku, Lennart. Wracaj do domu. Kollberg wyszedł.

Inżynier w dresie już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale Martin Beck 

go powstrzymał.

Gestem poprosił, żeby usiedli, oparł łokcie na blacie biurka i splótł dłonie.

-     Dopuściliście   się   czegoś   niewybaczalnego.   Sama   myśl   o   milicji 

obywatelskiej jest większym zagrożeniem niż jeden przestępca albo cała 

szajka.   Sprzyja   linczom   i   zachęca   do   samowolnego   wymierzania 

sprawiedliwości. Psuje system bezpieczeństwa państwa. Rozumiecie, o co 

mi chodzi?

- Jakbym czytał książkę - kwaśno stwierdził ten w dresie.

-     I   bardzo   dobrze.  To   podstawa.   Katechizm.   Rozumiecie?   Zrozumieli 

mniej więcej po godzinie.

Kiedy Kollberg otworzył drzwi do mieszkania przy Palan-dergatan, żona 

siedziała na łóżku z robótką. Rozebrał się bez słowa, pomaszerował do 

łazienki, wziął prysznic i położył się obok niej.

Odłożyła robótkę.

141

-  Masz paskudnego guza na karku. Czy ktoś cię uderzył?

-  Obejmij mnie.

-  Brzuch mi przeszkadza, ale... O, tak. Kto cię uderzył?

-  Dwóch pieprzonych amatorów - odpowiedział Kollberg i zasnął.

Rozdział 22

Przy śniadaniu w niedzielę rano żona Martina Becka powiedziała:

- Jak wam idzie? Nie możecie złapać tego typa? To straszne, co spotkało 

Lennarta. Rozumiem, że ludzie się boją, ale żeby napadać na policjantów?

background image

Martin Beck siedział przy stole lekko zgarbiony, w piżamie i szlafroku 

kąpielowym,   rozpamiętując   sen.   Nieprzyjemny   sen.   O   Gunvaldzie 

Larssonie. Zgasił pierwszego tego dnia papierosa i popatrzył na żonę.

-  Nie wiedzieli, że jest policjantem.

-  Tak czy inaczej, to straszne.

-  Uhm, straszne.

Wbiła zęby w tost i marszcząc brwi, wbiła wzrok w popielniczkę.

-   Nie powinieneś palić z samego rana. Pomyśl o gardle. Martin Beck 

wyjął rękę z kieszeni szlafroka.

-  Uhm.

Właśnie chciał zapalić drugiego papierosa, ale zrezygnował. Inga ma rację, 

pomyślał.   Jasne,   że   to   nic   dobrego.   Za   dużo   palę.   O   kosztach   nie 

wspominając.

-  Za dużo palisz - powiedziała. - O kosztach nie wspominając.

-  Wiem.

143

Zastanawiał   się,   ile   razy   to   słyszał   w   czasie   ich   szesnastoletniego 

małżeństwa. Nawet w przybliżeniu nie był w stanie tego oszacować.

-  Dzieci śpią? - spytał dla odwrócenia jej uwagi.

-   No pewnie, przecież mają wakacje. Wczoraj Kruszynka wróciła dość 

późno. Nie podoba mi się, że włóczy się po nocach. Zwłaszcza teraz, kiedy 

ten szaleniec jest na wolności. Przecież to jeszcze dziecko.

-     Niedługo   skończy   szesnaście   lat.   I   o   ile   wiem,   była   u   koleżanki   w 

sąsiednim bloku.

-   Nilsson z dołu powiedział mi wczoraj, że rodzice, którzy pozwalają 

dzieciom   włóczyć   się   bez   opieki   po   ulicach,   sami   są   sobie   winni.   W 

background image

społeczeństwie   nie   brakuje   ekshibicjonistów   i   innych,   którzy   muszą 

rozładować agresję, i to rodzice ponoszą odpowiedzialność, jeśli dzieci się 

na kogoś takiego napatoczą.

-  Co to za Nilsson?

-  Dyrektor Nilsson. Mieszka piętro niżej, pod nami.

-  Ma dzieci?

-  Nie.

-  Aha, wszystko jasne.

-  Też mu to powiedziałam. Ze nie wie, co to znaczy mieć dzieci. Ile nas to 

kosztuje zmartwień...

-  Po co z nim rozmawiałaś?

-  Bo sąsiadom trzeba okazywać sympatię. Tobie też by to nie zaszkodziło. 

Poza tym są całkiem mili.

-  Akurat. - Martin Beck czuł, że zanosi się na kłótnię, więc szybko dopił 

kawę i wstał. - Muszę się ubrać.

Usiadł na łóżku w sypialni. Inga zmywała. Kiedy skończyła, czym prędzej 

wszedł do łazienki, zamknął drzwi na zasuwkę, puścił wodę do wanny, 

rozebrał się i zanurzył w gorącej kąpieli.

Rozluźniony   zamknął   oczy,   usiłując   sobie   przypomnieć   ostatni   sen. 

Gunvald   Larsson.  Ani   on,   ani   Kollberg   go   nie   lubili.   Pracowali   z   nim 

sporadycznie i od niedawna. Przypuszczalnie Me-lander też nie miał o nim 

najlepszego zdania, mimo że tego nie okazywał. Gunvald Larsson posiadł 

niezwykłą umiejętność draż-

144

nienia Martina Becka. Nawet teraz, myśląc o nim, czuł irytację, ale chyba 

nie dotyczyła osoby Gunvalda Larssona, tylko czegoś, co powiedział albo 

background image

zrobił. Zdaniem Martina Becka, Gunvald Larsson powiedział albo zrobił 

coś, co miało istotne znaczenie dla ich pościgu za parkowym mordercą. 

Nie potrafił sobie przypomnieć co i pewnie dlatego był wkurzony.

Wyszedł z wanny i goląc się, pomyślał, że prawdopodobnie wszystko mu 

się tylko śniło.

Kwadrans później jechał metrem do centrum. Wyjął z kieszeni poranną 

gazetę. Na pierwszej stronie był portret pamięciowy zabójcy dziewczynek, 

wykonany   przez   policyjnego   rysownika   na   podstawie   informacji 

nielicznych świadków, przede wszystkim Rolfa Everta Lundgrena. Nikt 

nie był z niego zadowolony. A najmniej rysownik i Rolf Evert Lundgren.

Martin   Beck   spojrzał   na   portret   z   większej   odległości   i   zmrużył   oczy. 

Ciekawe,   w   ilu   procentach   przypominał   prawdziwego   sprawcę.   Pani 

Engstróm, której go pokazali, najpierw powiedziała, że ani trochę nie jest 

podobny do jej zmarłego męża, ale potem uznała, że może istnieje pewne 

podobieństwo.

Pod portretem zamieszczono niekompletny rysopis. Martin Beck przebiegł 

wzrokiem krótki tekst.

Nagle zesztywniał. Poczuł falę gorąca. Wstrzymał oddech. Już wiedział, 

co nie dawało mu spokoju, odkąd schwytali rabusia, co go irytowało i 

miało związek z Gunvaldem Larssonem. Rysopis.

Gunvald   Larsson,   streszczając   rysopis   podany   przez   Rolfa   Everta 

Lundgrena,   powiedział   niemal   dokładnie   to   samo   co   przeszło   dwa 

tygodnie   temu   w   rozmowie   telefonicznej',   której   Martin   Beck   był 

mimowolnym świadkiem. Stał przy  szafce z archiwaliami i słuchał, co 

mówi Gunvald Larsson. Melander też przy tym był.

Nie pamiętał całej rozmowy, ale zdaje się, że jakaś kobieta chciała złożyć 

background image

doniesienie na mężczyznę, który stał na balkonie w domu naprzeciwko. 

Gunvald Larsson poprosił, żeby  go opisała, i streścił podany przez nią 

rysopis prawie tak samo jak w trakcie

10-   Mężczyzna na balkonie                        145

przesłuchania Rolfa Everta Lundgrena. Poza tym kobieta wspomniała, że 

mężczyzna patrzy na dzieci bawiące się na ulicy.

Martin   Beck   złożył   gazetę   i   spojrzał   w   okno.   Usiłował   odtworzyć   w 

pamięci   tamto   przedpołudnie.   Wiedział,   jaki   to   był   dzień,   bo   chwilę 

później   pojechał   na   Centralny   i   wsiadł   do   pociągu   do   Motali.   Piątek 

drugiego czerwca, równo tydzień przed pierwszym morderstwem w parku 

Vanadis.

Czy   kobieta   podała   swój   adres?   Chyba   tak.  A  więc   Gunvald   Larsson 

powinien go gdzieś zapisać.

Metro   toczyło   się   ku   centrum,   a   Martin   Beck   z   coraz   mniejszym 

entuzjazmem podchodził do swojego odkrycia. Szczątkowy rysopis mógł 

pasować do tysięcy ludzi. Identyczne sformułowania Gunvalda Larssona 

w dwóch różnych przypadkach wcale nie musiały się odnosić do tej samej 

osoby. Wystawanie na balkonie o każdej porze dnia i nocy nie przesądza o 

tym, że ktoś jest mordercą. Choć czcze domysły Martina Becka w innych 

trudnych śledztwach okazywały się trafne i pomocne w ich rozwikłaniu, 

tym razem mogło być inaczej.

Mimo wszystko warto to sprawdzić.

Zwykle   wysiadał   na   Centralnym   i   piechotą   szedł   przez   Klara-

bergsviadukten do Kungholmsgatan, ale teraz pojechał taksówką.

Gunvald Larsson siedział przy biurku i pił kawę. Kollberg przysiadł na 

blacie i przeżuwał drożdżówkę.

background image

Martin   Beck   usiadł   na   krześle   Melandera   i   wbił   wzrok   w   Gun-vałda 

Larssona.

-  Czy pamiętasz kobietę, która zadzwoniła tego dnia, kiedy wyjeżdżałem 

do Motali? Tę, która chciała zgłosić, że na balkonie po drugiej stronie 

ulicy stoi jakiś facet?

Kollberg   wsunął   drugą   połówkę   drożdżówki   do   ust   i   ze   zdumieniem 

popatrzył na Martina Becka.

-  No jasne - powiedział Gunvald Larsson. - Wariatka. Bo co?

-  Pamiętasz, jak go opisała?

-     Nie,   ni   cholery.   Tylko   tego   ^brakowało,   żebym   pamiętał   wszystkie 

brednie jakichś porąbańców.

Kollberg z pewnym trudem przełknął drożdżówkę.

146

-  O czym wy mówicie?

Martin Beck powstrzymał go machnięciem ręki.

-  Zastanów się, Gunvald. To może być ważne.

Gunvald Larsson obrzucił Martina Becka nieufnym spojrzeniem.

-     Niby   czemu?   Czekaj,   niech   pomyślę...   -   Myślał   chwilę.   -Już 

pomyślałem.   Nie,   nie   pamiętam.   Nie   wydaje   mi   się,   żeby   się   czymś 

wyróżniał.   Pewnie   wyglądał   całkiem   zwyczajnie.   -   Wepchnął   knykieć 

palca   wskazującego   do   nosa   i   zmarszczył   czoło.   -Może   miał   rozpięty 

rozporek? Nie, zaraz... to była koszula. Miał rozpiętą białą koszulę. No 

jasne,   już   pamiętam.   Baba   powiedziała,   że   ma   szaroniebieskie   oczy,   i 

wtedy zapytałem, jak wąska jest ta ulica. I wiesz, co odpowiedziała? Że 

ulica   wcale   nie   jest   wąska,   tylko   ona   patrzy   na   niego   przez   lornetkę. 

Obłęd. Cholerna pod-glądaczka. Na dobrą sprawę powinno sieją zamknąć. 

background image

Zęby się gapić na facetów przez lornetkę!

-  O czym wy rozmawiacie? - wtrącił się Kollberg.

-     Sam   chciałbym  wiedzieć   -   przyznał   Gunvald   Larsson.   -Dlaczego   to 

nagle takie ważne?

-  Pomyślałem o tym mężczyźnie na balkonie - odparł po chwili milczenia 

Martin Beck - bo Gunvald użył tych samych słów, kiedy streszczał rysopis 

podany przez kobietę i przez Rolfa Everta Lundgrena. Rzadkie, zaczesane 

do   tyłu   włosy,   wydatny   nos,   wzrost   średni,   biała   niezapięta   koszula, 

brązowe spodnie, niebieskoszare oczy. Zgadza się?

-     Może  -  powiedział   Gunvald   Larsson.  -   Naprawdę  nie  pamiętam.  W 

każdym razie zgadza się z opisem Lundgrena.

-   Chodzi ci o to, że to mogłaby być ta sama osoba? - spytał Kollberg z 

powątpiewaniem w głosie. - W tym rysopisie nie ma nic szczególnego.

Martin Beck wzruszył ramionami.

-     Wiem.   To   naturalnie   o   niczym   nie   świadczy,   ale   od   przesłuchania 

Lundgrena   nie   opuszczało   mnie   uczucie,   że   między   morderstwami   a 

mężczyzną   na   balkonie   może   być   jakiś   związek.   Ale   dopiero   dzisiaj 

przyszło mi to do głowy. - Przesunął dłonią po

147

brodzie i popatrzył zakłopotany na Kollberga. - Wiem, że to bardzo luźne 

skojarzenie,   nic,   do   czego   warto   by   się   przywiązywać,   ale   może   nie 

zaszkodziłoby go odszukać.

Kołlberg podszedł do okna i skrzyżował ramiona na piersi.

-  Hm, luźne skojarzenie.

Martin Beck nie odrywał wzroku od Gunvalda Larssona.

-  Spróbuj sobie przypomnieć tę rozmowę. Co powiedziała ta kobieta?

background image

Gunvald Larsson rozłożył swoje wielgachne dłonie.

-    Tylko   tyle,   że   chce   złożyć   doniesienie   na   mężczyznę,   który   stoi   na 

balkonie w domu naprzeciwko. Jej zdaniem to było dziwne.

-  Dlaczego jej zdaniem to było dziwne?

-  Bo stał tam na okrągło. W nocy też. Powiedziała, że obserwuje go przez 

lornetkę. Ze on stoi i patrzy na ulicę, na samochody i bawiące się dzieci. 

Potem się wściekła, że w ogóle mnie to nie interesuje. A niby czym tu się, 

do   cholery,   interesować?   Ludzie   mają   chyba   prawo   stać   na   swoich 

balkonach, nienękani przez sąsiadów, którzy kablują na nich policji? Co? 

Co ta baba sobie myślała? Ze co powinienem z tym zrobić?

-  Gdzie ona mieszka? - spytał Martin Beck.

-  Nie mam pojęcia. Nie jestem pewien, czy w ogóle podała jakiś adres.

- Jak się nazywa? - włączył się Kołlberg.

-  Nie wiem. Niby jakim cudem?

-  Nie zapytałeś? - powiedział Martin Beck.

-  Pewnie zapytałem. W końcu to rutyna.

-  Nie pamiętasz? - spytał Kołlberg. - Pomyśl.

Martin   Beck   i   Kołlberg   z   uwagą   przyglądali   się   wysilonej   pracy 

umysłowej Gunvalda Larssona. Mocno ściągnął jasne brwi i poczerwieniał 

na twarzy, jakby miał obstrukcję.

Po chwili się poddał.

-  Nie, nie pamiętam. Pani... hrą, pani jakaś tam...

-     Nigdzie   tego   nie   zapisałeś?   -   powiedział   Martin   Beck.   -Zawsze 

zapisujesz.

148

Gunvald Larsson intensywnie się w niego wpatrywał.

background image

-  Tak, ale nie wszystko przechowuję. A to było jedno wielkie nic. Telefon 

od   wariatki.   Dlaczego   miałbym   czymś   takim   zaśmiecać   sobie   głowę   i 

szuflady?

Kołlberg westchnął.

-  No tak. To co robimy?

-  O której będzie Melander? - zapytał Martin Beck.

-  Chyba o trzeciej. Zarwał noc.

-   Zadzwoń do niego i poproś, żeby natychmiast przyjechał - powiedział 

Martin Beck. -Wyśpi się innym razem.

Rozdział 23

Kiedy Kollberg zadzwonił, Melander spał w swoim mieszkaniu na rogu 

Norr Malarstrand i Polhemsgatan. Błyskawicznie się ubrał, wskoczył do 

samochodu i kwadrans później wszedł do pokoju przy Kungsholmsgatan, 

gdzie czekali na niego trzej koledzy.

Pamiętał   inkryminowaną   rozmowę   telefoniczną   i   kiedy   przesłuchali 

ostatni   fragment   taśmy   z   przesłuchania   Rolfa   Everta   Lundgrena, 

potwierdził trafność teorii Martina Becka.

Potem zażyczył sobie kawy, starannie nabił fajkę, zapalił, odchylił się na 

krześle i zwrócił do Martina Becka:

-  A więc myślisz, że może być jakiś związek?

-  To tylko przypuszczenie - odparł Martin Beck. - Przyczynek do zgaduj-

zgaduli.

-  Może coś w tym jest - przyznał Melander. - Co mam zrobić?

-  Włącz swój komputer - podsuflował Kollberg. Melander skinął głową i 

spokojnie pykał fajkę. Kollberg, nie

bez racji, nazywał go chodzącą kartoteką. O pamięci Melandera krążyły 

background image

legendy.

-  Przypomnij sobie, co Gunvald mówił i robił, kiedy odebrał ten telefon - 

powiedział Martin Beck.

-     Czy   następnego   dnia   nie   przeniósł   się   do   nas   Lennart?   Zaraz...   To 

musiało   być   drugiego   czerwca.   Siedziałem   w   sąsiednim   pokoju,   a   jak 

przyszedł Lennart, zmieniłem pokój.

150

-     Otóż   to   -   przytaknął   Martin   Beck.   -  A  ja   wyjeżdżałem   do   Motali. 

Zajrzałem tu w drodze na dworzec, żeby cię zapytać o tego pasera.

-  Tak. O Larssona. Tego, co umarł.

Kollberg przysiadł na parapecie i słuchał. Ilekroć Melander rekonstruował 

przebieg wydarzeń, nierzadko dużo odleglejszych w czasie, miał wrażenie, 

że uczestniczy w jakimś seansie.

Melander przyjął, jak zwykł mawiać Kollberg, pozę myśliciela: odchylił 

się   na   krześle,   wyprostował   i   skrzyżował   nogi,   przymknął   oczy   i 

niespiesznie cmokał fajkę. Martin Beck jak zwykle oparł łokieć na szafce z 

archiwaliami.

-   Wszedłem do pokoju, ty stałeś tu, gdzie teraz, a Gunvald siedział tu, 

gdzie siedzi. Rozmawialiśmy o tym paserze i wtedy zadzwonił telefon. 

Gunvald odebrał. Pamiętam, że się przedstawił i zapytał ojej nazwisko.

-  Pamiętasz, czyje zapisał?

-  Chyba tak, bo miał w ręku długopis... Tak, na pewno zapisał.

-  A zapytał o adres?

-  Nie, raczej nie. Ale mogła od razu podać nazwisko i adres. Martin Beck 

spojrzał   pytająco   na   Gunvalda   Larssona.   Gunvald   Larsson   wzruszył 

ramionami.

background image

-  Nie pamiętam żadnego adresu.

-  Potem Gunvald powiedział coś o kocie - kontynuował Melander.

-  Fakt - przyznał Gunvald Larsson. - Zrozumiałem, że na jej balkonie jest 

kot, ale sprostowała, że ktoś, więc pomyślałem, że ktoś stoi na jej balkonie 

i dlatego dzwoni na policję.

-   Wtedy poprosiłeś, żeby go opisała, i na pewno wszystko notowałeś, 

powtarzając jej słowa.

-     Nawet   jeśli   notowałem   -   powiedział   Gunvald   Larsson   -   co   bardzo 

prawdopodobne, to tutaj, a jak się okazało, że nie ma sobie czym zawracać 

głowy, wyrwałem kartkę i wywaliłem do kosza.

Martin   Beck   zapalił   papierosa,   wrzucił   zużytą   zapałkę   do   popielniczki 

Melandera i wrócił na swoje miejsce przy szafce.

151

-  To, niestety, całkiem prawdopodobne. Mów dalej, Fredrik.

-  Dopiero kiedy podała ci jego rysopis, zrozumiałeś, że on stoi na swoim 

balkonie, prawda?

-  Tak - odparł Gunvald Larsson. - Pomyślałem, że to wariatka.

-  Potem spytałeś, skąd wie, że mężczyzna ma niebieskoszare oczy, skoro 

jest po drugiej stronie ulicy.

-  I wtedy babsztyl powiedział, że obserwuje go przez lornetkę. Melander, 

zdumiony, podniósł głowę.

-  Lornetka. O jasny gwint!

-  Zapytałem, czyjej nie zaczepia. Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu sobie 

stoi, ale ona uważa, że jest w tym coś plugawego.

-  Pewnie wystawał tam dzień i noc - skomentował Melander.

-  Tak twierdziła.

background image

-   Potem spytałeś, na co on patrzy, a ona powiedziała, że na ulicę: na 

samochody   i   bawiące   się   dzieci.   A   potem   spytałeś,   czyjej   zdaniem 

powinieneś tam wysłać sforę psów.

-   Owszem. - Gunvald Larsson popatrzył z irytacją na Martina Becka. - 

Martin   tu   sterczał   i   ględził   o   psach.   Miał   niepowtarzalną   okazję,   żeby 

wyekspediować swoją pieprzoną sforę.

Martin Beck wymienił spojrzenia z Kollbergiem.

-     Potem   -   podjął   Melander   -   rozmowa   chyba   się   skończyła.   Kobieta 

wyzwała cię od impertynentów, rozłączyła się, a ja wróciłem do siebie.

Martin Beck westchnął.

-  Niewiele tego. Nie licząc zgodności rysopisu.

-     Dziwne,   że   gość   sterczy   dobę   na   okrągło   na   balkonie   -   powiedział 

Kollberg. - Może to emeryt, który nie ma ciekawszych zajęć.

-   Nie - zaoponował Gunvald Larsson. - Pamiętam jej słowa. „To młody 

mężczyzna, przed czterdziestką. Gapi się od świtu do nocy, jakby nie miał 

nic innego do roboty". Tak powiedziała. Na śmierć o tym zapomniałem.

Martin Beck zdjął łokieć z szafki.

152

-  To by się zgadzało z rysopisem podanym przez Lundgrena. Mężczyzna 

około czterdziestki. Jeśli patrzyła przez lornetkę, powinna go widzieć dość 

wyraźnie.

-  A nie mówiła, od kiedy mu się przygląda? - zapytał Kollberg.

Gunvald Larsson zastanawiał się przez chwilę.

- Jasne, że mówiła. Od dwóch miesięcy, ale mógł tam być wcześniej, tylko 

o tym nie pomyślała. Najpierw wydawało się jej, że to samobójca. Ze chce 

skoczyć. Tak powiedziała.

background image

-  Na pewno nigdzie nie masz tych notatek? - spytał Martin Beck.

Gunvald   Larsson   wysunął   szufladę   biurka,   wyjął   pliczek   kartek   różnej 

wielkości, położył na blacie i zaczął przeglądać.

-  To notatki o sprawach rozwojowych. Wyrzucam je, jak wszystko jest w 

raporcie.

Melander pochylił się i wytrząsnął popiół z fajki.

-     Trzymałeś   długopis   w   ręku,   wziąłeś   bloczek   i   odsunąłeś   książkę 

telefoniczną...

Gunvald Larsson przejrzał pliczek i schował do szuflady.

-     Na   pewno   nie   zachowałem   żadnych   zapisków.   Niestety.   Melander 

wskazał cybuchem na Gunvalda Larssona.

-  Książka telefoniczna.

-  Co książka telefoniczna?

-  Na biurku leżała otwarta książka telefoniczna. Nic tam nie naskrobałeś?

-     To   możliwe.   -   Gunvald   Larsson   sięgnął   po   książkę   telefoniczną.   - 

Cholerna robota, żeby to przejrzeć.

Melander odłożył fajkę.

-  Nie musisz. Jeśli coś napisałeś, a myślę, że tak, to nie w tej książce.

Martin Beck nagle zobaczył tę scenę. Melander wchodzi z sąsiedniego 

pokoju z otwartą książką telefoniczną, daje mu ją i pokazuje nazwisko 

pasera  Arvida  Larssona.  Potem  Martin  Beck  kładzie  książkę  na  biurku 

Gunvalda Larssona.

-  Lennart, przynieś pierwszą część.

153

Martin   Beck   zaczął   od   L.   „Larsson   Arvid   antykw.".   Nic,   żadnych 

zapisków. Potem starannie przeglądał strona po stronie. W wielu miejscach 

background image

były rozmaite uwagi, przeważnie nieczytelne kulfony Melandera i trochę 

kaligraficznych notatek Kollberga. Koledzy otoczyli go kołem i czekali w 

milczeniu.

Gunvald Larsson zerkał do książki przez jego ramię, dopóki Martin Beck 

nie doszedł do strony tysiąc osiemdziesiątej drugiej.

- Jest!

"wszyscy   czterej   wpatrywali   się   w   jedno   jedyne   słowo   na   marginesie: 

„Andersson".

Rozdział 24

Andersson.

Gunvald Larsson przekrzywił głowę.

- Tak, to mi wygląda na „Andersson". Albo „Andersen". Albo „Andresen". 

Cholera wie. Ale raczej „Andersson".

Andersson.

W   Szwecji   mieszka   trzysta   dziewięćdziesiąt   tysięcy   osób   noszących 

nazwisko Andersson. W książce telefonicznej abonentów sztokholmskich 

jest   ich   dziesięć   tysięcy   dwieście   plus   dwa   tysiące   abonentów   z 

przedmieść Sztokholmu.

Martin   Beck   miał   o   czym   myśleć.   Odszukanie   autorki   tego   słynnego 

zgłoszenia   mogłoby   się   okazać   bardzo   proste,   gdyby   skorzystali   z 

pośrednictwa   prasy,   radia   i   telewizji.  Albo   bardzo   trudne.   Do   tej   pory 

wszystko szło jak po grudzie.

Skorzystali z pośrednictwa prasy, radia i telewizji.

I nic.

Brak reakcji w niedzielę dało się jeszcze jakoś wytłumaczyć.

Ale kiedy o jedenastej w poniedziałek wciąż nie było żadnego odzewu, 

background image

Martin Beck zaczął tracić resztki nadziei.

Przepytywanie   ludzi   i   wydzwanianie   wiązało   się   z   koniecznością 

zaangażowania sporych sił i środków w coś, co od początku było jedną 

wielką niewiadomą. A gdyby tak ograniczyć zasięg poszukiwań? Szeroka 

ulica...

155

-  Na pewno gdzieś w śródmieściu.

-  Na pewno? - spytał z powątpiewaniem Kollberg.

-  Oczywiście, że nie, ale...

-  Ale co? Czy coś ci podpowiada twoja intuicja?

Martin Beck popatrzył na niego udręczony i natychmiast wziął się w garść.

-  Bilet na metro.

-  Który ma się nijak do morderstw i mordercy - zauważył Kollberg.

-   Został kupiony na stacji Radmansgatan i wykorzystany tylko w jedną 

stronę.   -   Martin   Beck   obstawał   przy   swoim.   -   Morderca   miał   go   przy 

sobie,   bo   zamierzał   go   wykorzystać   w   drodze   powrotnej.   Pojechał   z 

Radmansgatan   do   Mariatorget   albo   Zin-kensdamm   i   poszedł   pieszo   do 

Tantolunden.

-  Spekulacje.

-     Musiał   się   jakoś   pozbyć   chłopczyka,   żeby   zostać   sam   na   sam   z 

dziewczynką, i miał pod ręką tylko ten bilet.

-  Spekulacje.

-  Ale logicznie rzecz biorąc, trzyma się kupy.

-  Ledwo ledwo.

-     Poza   tym   pierwszego   morderstwa   dokonano   w   parku   Va-nadis. 

Wszystko   się   kręci   wokół   tej   dzielnicy.   Park   Vanadis,   Radmansgatan, 

background image

Vasastaden, Norrmalm albo Syberia*.

-  Powtarzasz się - oschle skwitował Kollberg. - To czyste domysły.

-  Rachunek prawdopodobieństwa.

- Jak go zwał, tak zwał.

-  Chcę znaleźć tę Andersson, nie możemy siedzieć i czekać, aż sama się 

zgłosi. Może nie ma telewizora i nie czyta gazet. W każdym razie powinna 

mieć dostęp do telefonu.

-  Powinna?

-   Tak, bezwzględnie. Nie dzwoni się z taką sprawą z budki albo trafiki. 

Poza tym rozmawiając, widziała go.

* Część dzielnicy Norrmalm, przezwana Syberią, bo kiedyją zbudowano w 

drugiej połowie XIX wieku, leżała na „zsyłkowym odludziu" Sztokholmu.

156

-  Okej. W tym punkcie się poddaję.

-   Jeśli   mamy   wydzwaniać   albo   chodzić   od   drzwi   do   drzwi,   musimy 

najpierw ustalić konkretny obszar, bo brakuje nam ludzi, którzy mogliby 

się skontaktować z każdą osobą o nazwisku Andersson.

-  A gdybyśmy przez chwilę zapomnieli o Andersson i zastanowili się nad 

tym, co wiemy o mordercy?

-  Mamy coś w rodzaju rysopisu.

-     No   właśnie,   coś   w   rodzaju.  To   trafne   określenie.   I   nie   wiemy,   czy 

Lundgren rzeczywiście widział mordercę. Jeśli w ogóle kogoś widział.

-  Wiemy, że to mężczyzna.

-  Tak. I co jeszcze?

-  Że nie figuruje w kartotece obyczajówki.

-  Zakładając, że nikt niczego nie zaniedbał ani nie prześlepił. To się już 

background image

zdarzało.

-  Znamy przybliżony czas morderstw: tuż po siódmej w parku Vanadis i 

między   drugą a  trzecią  po  południu  w Tantolunden.  A  więc wtedy   nie 

pracował.

-  Co to znaczy? - zapytał Kollberg i sam odpowiedział, bo Martin Beck 

milczał. - Że jest bezrobotny, ma urlop, jest na zwolnieniu lekarskim, bawi 

z   chwilową   wizytą,   ma   zmienny   czas   pracy,   jest   na   emeryturze,   jest 

włóczęgą albo... Krótko mówiąc, to nic nie znaczy.

-  No dobrze, ale co nieco wiemy o jego modelu zachowania.

-  Chodzi ci o bełkot psychologów?

-  Tak.

-   To też są czyste domysły... - Kollberg umilkł na moment. -Ale muszę 

przyznać, że Melander zrobił bardzo wiarygodny wyciąg z tej cegły.

-  Uhm.

-  A wracając do tej kobiety, zgoda, poszukajmy jej. Ponieważ, jak celnie 

zauważyłeś, zamiast snuć domysły, musimy od czegoś zacząć, załóżmy, że 

masz rację. Jak chcesz to zrobić?

157

-     Zaczniemy   od   rewirów   piątki   i   dziewiątki.   Kilku   ludzi   obdzwoni 

wszystkich Anderssonów, kilku pochodzi od drzwi do drzwi. Poprosimy 

wszystkich kolegów z tych komisariatów, żeby mieli oczy i uszy otwarte. 

Zwłaszcza   na   długich   szerokich   ulicach,   gdzie   są   balkony:   Odengatan, 

Karlbergsvagen, Tegnergatan, Sveavagen i tak dalej.

-Okej.

Wzięli się do pracy.

To był okropny poniedziałek. Społeczeństwo, czyli Wielki Detektyw, ciut 

background image

mniej   aktywne   w   niedzielę   z   powodu   licznych   wyjazdów   za   miasto   i 

uspokajających apeli w mediach, znów ruszyło pełną parą. Centrala tonęła 

w powodzi telefonów. Dzwonili ci, którym się wydawało, że coś wiedzą, 

skorzy   do   wyznania   grzechów   wariaci   i   spragnieni   dobrej   zabawy 

dowcipnisie. W parkach i na skwerach już roiło się od niemundurowych 

policjantów, było ich około setki, a teraz zaczęły się poszukiwania kogoś o 

nazwisku Andersson.

Strach ma wielkie oczy. Rodzice telefonowali na policję, kiedy dzieci nie 

wróciły   do   domu   po   kwadransie   albo   dwudziestu   minutach.  Wszystko 

wymagało   odnotowania   i   sprawdzenia.   Materiał   pęczniał   w  zawrotnym 

tempie. I był bezwartościowy.

W środku tego piekła zadzwonił Hansson z piątki.

-  Co, znowu znalazłeś trupa? - zapytał Martin Beck.

-  Nie, ale martwię się o Erikssona, którego mieliśmy obserwować. Tego 

ekshibicjonistę, którego tymczasowo zatrzymaliście.

-  Dlaczego?

-  Od środy nie wyszedł z domu. Przytaszczył mnóstwo alkoholu, głównie 

grogu i deserowego wina. Był w kilku monopolowych.

-  A potem?

-   Mignął od czasu do czasu w oknie, chłopcy mówią, że wyglądał jak 

duch. Ale od wczoraj rano w ogóle go nie widzieli.

-  Pukaliście do drzwi?

-  Tak. Nie otwiera.                   <

Martin Beck prawie o nim zapomniał. Eriksson. Nieszczęsne rozbiegane 

spojrzenie, drżące chude ręce.

158

background image

-  Wejdźcie tam - polecił, czując lód na całym ciele. -Jak?

- Jak sobie chcesz.

Odłożył słuchawkę i siedział z głową opartą na dłoniach. Nie, pomyślał, 

tylko nie to.

Hansson odezwał się pół godziny później.

-  Włączył gaz.

-  I?

-  Wiozą go do szpitala. Żyje.

Martin Beck westchnął. To się nazywa westchnienie ulgi.

-  Ale niewiele brakowało - dodał Hansson. - Bardzo się starał, pozaklejał 

szpary w drzwiach i uszczelnił dziurki od klucza w drzwiach wejściowych 

i do kuchni.

-  Wyjdzie z tego?

-     Tak,   dzięki   temu   co   zwykle.   Skończyły   mu   się   żetony   do   licznika 

gazowego. Ale gdyby poleżał jeszcze chwilę...

-  Napisał coś?

-   Tak. „Dłużej nie wytrzymam". Dużymi literami na marginesie starego 

pornosa. Zawiadomiłem komisję do walki z alkoholizmem.

-  Wcześniej powinno się to było zrobić.

-  E... Nie zaniedbywał pracy... dopóki go nie zwinęliście. Do końca tego 

parszywego poniedziałku wciąż było daleko.

Dopiero o jedenastej Martin Beck i Kollberg pojechali do domu. Gunvald 

Larsson też. Melander został. Wiedzieli, że nie znosi nocnych dyżurów i 

na samą  myśl o rezygnacji z dziesięciogodzin-nego snu  cierpi  katusze. 

Słowem się jednak nie odezwał, na jego twarzy malował się jak zwykle 

stoicki spokój.

background image

Nic   się   nie   wydarzyło.   Rozmawiano   z   wieloma   kobietami   o   nazwisku 

Andersson, ale żadna z nich nie dzwoniła tamtego pamiętnego dnia.

Nie znaleziono żadnych zwłok, wszystkie dzieci zgłoszone jako zaginione 

wróciły do domu.

Martin Beck poszedł do Fridhemsplan i pojechał metrem do Bagarmossen.

159

Dzisiaj   też   się   udało.   Od   ostatniego   zabójstwa   minął   przeszło   tydzień. 

Albo od kolejnego.

Był jak topielec, który wyczuł grunt pod nogami, ale wie, że to chwilowe, 

że za kilka godzin zacznie się przypływ.

Rozdział 25

Było wczesne wtorkowe przedpołudnie dwudziestego czerwca. W dyżurce 

dziewiątego komisariatu jeszcze panował spokój. Policjant Kvist siedział 

przy stole, palił papierosa i czytał gazetę. Był młodym mężczyzną z jasną 

brodą.   Zza   przepierzenia   w   rogu   dochodziły   głosy,   od   czasu   do   czasu 

przerywane stukotem maszyny do pisania. Zadzwonił telefon. Kvist uniósł 

głowę  znad lektury   i  zobaczył,  że Granlund  w szklanej   klatce  podnosi 

słuchawkę.

Drzwi za nim otworzyły się, wszedł Rodin, stanął przy drzwiach i wkładał 

uprząż. Był znacznie starszy od Kvista - wiekiem i służbą. Kvist skończył 

szkołę policyjną rok temu, do dziewiątki trafił całkiem niedawno.

Rodin wziął czapkę ze stołu i poklepał Kvista po ramieniu.

-     No,   chłopaku,   idziemy.   Jeszcze   jedna   rundka   i   kawa.   Kvist   zgasił 

papierosa i złożył gazetę.

-  Co czytasz? - spytał Rodin.

-  „Znak czasu"*. Dobra gazeta. Polecam.

background image

-   Nigdy w życiu. Polityczny szmatławiec. I kulturalny, co? Nie, zostanę 

przy „Dzienniku sportowym"**. No, chodź.

*   „Tidsignal"   (1965-1975)   -   tygodnik,   tuba   Szwedzkiej   Partii 

Komunistycznej   (SKP),   od   1967   przekształconej   w   Partię   Lewicy   - 

Komuniści (VPK). Reaktywowany jako kwartalnik w 2005.

** „Idrottsbladet" -wychodzi od 1910, w latach 70.XX wieku poświęcony 

głównie   sportom   motorowym,   od   2008   wydawany   jako   „Svensk 

Motorsport".

11 - Mężczyzna na balkonie

161

Wyszli z budynku i ruszyli Surbrunnsgatan na zachód. Powoli, ramię w 

ramię, równym krokiem, z rękami na plecach.

-     Czy   Granlund   powiedział,   co   mamy   zrobić   z   tą  Andersson,   jakją 

znajdziemy? - zapytał Kvist.

-   Mamy  się upewnić, czy to ona dzwoniła do kryminalnego drugiego 

czerwca   i   podkablowała   gościa   na   balkonie,   a   potem   zadzwonić   do 

Granlunda - wyjaśnił Rodin.

Minęli Tulegatan.

Kvist popatrzył w stronę parku Vanadis.

-  Byłeś tam zaraz po morderstwie?

-  Tak. A ty nie?

-  Nie. Miałem wolne.

Przez chwilę maszerowali w milczeniu.

-   Nigdy nie znalazłem zwłok - odezwał się Kvist. - To na pewno jest 

straszny widok.

-     Żebyś   wiedział.  Ale   spokojnie,   chłopaku,   w   tej   robocie   zobaczysz 

background image

niejedne zwłoki.

-  Dlaczego zostałeś policjantem?

Rodin nie odpowiedział od razu. Chyba się zastanawiał.

-   Mój  stary  był policjantem. Wydawało się naturalne, że pójdę wjego 

ślady.   Chociaż   matka   nie   była   zachwycona.   A   ty   dlaczego   zostałeś 

gliniarzem?

-     Zęby   wnieść   swój   wkład   w   dobro   społeczeństwa.   -   Kvist   parsknął 

śmiechem. - Najpierw nie wiedziałem, co chcę robić. Miałem same dwóje 

na świadectwie. W wojsku poznałem takiego jednego, który wybierał się 

do policji, i on mi powiedział, że z tymi stopniami przyjmą mnie do szkoły 

policyjnej, że brakuje ludzi i... no, przekonał mnie.

-  Marnie płacą.

- Ja nie narzekam. W szkole dostawałem tysiąc czterysta miesięcznie, mam 

dziewiątą grupę uposażeniową...

-  Tak, wiem. Teraz jest trochę lepiej niż wtedy, kiedy ja zaczynałem.

-     Po   gimnazjum   około   osiemdziesięciu   procent   idzie   do   zawodówek. 

Policjanci rekrutują się z tych pozostałych dwudziestu

162

procent. A wśród tych dwudziestu procent jest dużo takich jak ty, którzy 

wybierają ten zawód tylko dlatego, że ich ojcowie byli policjantami.

-   No dobrze, ale za cholerę nie poszedłbym do tej samej roboty, gdyby 

stary był śmieciarzem.

-   Podobno w całym kraju jest co najmniej tysiąc pięćset wakatów. Nic 

dziwnego, że mamy tyle nadgodzin.

Rodin skopał z chodnika puszkę po piwie.

-  Aleś ty mocny w statystyce. Chcesz zostać komendantem?

background image

Kvist roześmiał się, lekko zmieszany.

-   E tam. Czytałem o tym artykuł. Ale komendant?  Może to nie takie 

głupie. Jak myślisz, ile on zarabia?

-  Nie wiesz tego? Ty, taki oblatany? Doszli do Sveavagen i umilkli.

Pod   kioskiem   przed   monopolowym   częstowało   się   kuksańcami   dwóch 

pijanych   mężczyzn.   Jeden   wymachiwał   pięścią,   raz   po   raz   usiłował 

wyprowadzić cios, ale stopień upojenia przeszkadzał mu w odniesieniu 

zwycięstwa.   Drugi,   ciut   trzeźwiej-szy,   trzymał   bełkoczącego   i 

fechtującego rozrabiakę na dystans, odpychając go dłonią. W końcu stracił 

cierpliwość i przewrócił go na chodnik.

Rodin westchnął.

-     Bierzemy   go   -   powiedział,   przecinając   jezdnię.   -   Zawsze   wszczyna 

burdy.

-  Który?

-  Ten, co leży. Drugi sobie poradzi.

Długim   szybkim   krokiem   podeszli   do   mężczyzn.  Trzeci   łazę-ga,   który 

przyglądał   się   szamotaninie   sprzed   restauracji   Metropol,   z   wysiloną 

godnością   ruszył   do   Odengatan,   rzucając   przez   ramię   wylęknione 

spojrzenia.

Policjanci   podnieśli   mężczyznę.   Miał   około   sześćdziesiątki,   był   bardzo 

chudy, ważył nie więcej niż pięćdziesiąt kilo. Niektórzy przechodnie, tak 

zwani przyzwoici obywatele, przystanęli i patrzyli z pewnej odległości.

163

-  No, Johansson, jak się dzisiaj miewamy? - zagadnął Rodin.

Johansson zwiesił głowę i podjął daremny wysiłek strzepnięcia kurzu z 

marynarki.

background image

-     Do-doe...   -wybełkotał.   -   Gadaem   se   z   kumplem.   Żarrro-waliśmy, 

kapewu?

Kumpel nie najgorzej wczuł się w rolę zadowolonego z życia.

-  Oskarowi nic nie jest. Da sobie radę.

-  Rozejść się - łagodnie odparł Rodin, przeganiając go machnięciem ręki.

Kumpel z ulgą się ulotnił.

Rodin i Kvist chwycili Oskara Johanssona pod ramiona i ruszyli na postój 

taksówek, dwadzieścia metrów dalej.

Taksówkarz   na   ich   widok   wysiadł   i   otworzył   tylne   drzwi.   Był   z   tych, 

którzy chętnie współpracują.

-   Teraz Johansson pojedzie samochodem - powiedział Rodin. -A potem 

Johansson się prześpi.

Oskar Johansson posłusznie wgramolił się do środka i zwalił na siedzenie.

Rodin przesunął go i rzucił przez ramię do Kvista:

-   Zajmę się nim. Zobaczymy się w komisariacie. Kup po drodze kilka 

mazarynek*.

Kvist skinął głową i kiedy taksówka zjechała z chodnika na jezdnię, wolno 

poszedł do kiosku. Na Surbrunnsgatan, kilka metrów za monopolowym, 

zobaczył kumpla  Johanssona.  Ledwie  ruszył w  jego stronę,  mężczyzna 

zamachał rękami i pomaszerował ku Hagagatan.

Kvist śledził go wzrokiem, dopóki ten nie zniknął za rogiem, po czym 

okręcił się na pięcie i wrócił na Sveavagen.

Kioskarka wystawiła głowę przez okienko.

-  Dziękuję. Te łobuzy psują mi interes. Że też zawsze muszą się kotłować 

właśnie tutaj.

-  Monopolowy ich przyciąga - powiedział Kvist.

background image

* Mazariner - babeczki migdałowe, ulubione ciastka w Szwecji, których 

nazwa prawdopodobnie pochodzi od kardynała Mazarina.

164

W głębi duszy żal mu było Johanssona i jemu podobnych. Wiedział, że ich 

problem polega między innymi na tym, że nie mają się gdzie podziać.

Zasalutował   i   odszedł.   Kawałek   dalej   zobaczył   piekarnię.   Spojrzał   na 

zegarek   i   pomyślał,   że   równie   dobrze   może   kupić   ma-zarynki   tutaj   i 

wrócić do komisariatu na kawę.

Nad   drzwiami   zadźwięczał   mały   dzwonek.   Przy   ladzie   stała   starsza 

kobieta w kraciastym fartuchu i rozmawiała z ekspedientką.

Kvist złożył ręce na plecach i czekał. Chłonąc zapach świeżego chleba, 

pomyślał, że coraz rzadziej spotyka się takie piekarenki. Niedługo znikną 

na   dobre   i   wszyscy   Szwedzi   będą   kupować   produkowane   masowo, 

zafoliowane, identyczne bochenki, bagietki i mazarynki.

Kvist miał dopiero dwadzieścia dwa lata, ale często mu się wydawało, że 

jego   dzieciństwo   to   zamierzchła   przeszłość.   Rozkoja-rzony   słuchał 

rozmowy kobiet.

-     No   i   zmarło   się   Palmowi   spod   osiemdziesiątego   pierwszego   - 

powiedziała grubaska w fartuchu.

-     Może   to   i   dobrze   -   odparła   ekspedientka.   -   Był   już   wiekowy   i 

niedołężny.

Ekspedientka,   starsza   siwowłosa   kobieta   w   białym   kitlu,   spojrzała   na 

Kvista i szybko włożyła zakupy do siatki klientki.

-  Czy to wszystko, pani Andersson? A śmietanka? Klientka wzięła siatkę i 

sapnęła.

-  Nie, nie dzisiaj. Proszę to zapisać jak zwykle. Do widzenia!

background image

Kobieta podeszła do drzwi. Kvist pośpieszył je przytrzymać.

-  Do widzenia, pani Andersson! - powiedziała ekspedientka.

Pani  Andersson   przecisnęła   się   obok   Kvista   i   lekko   skinęła   głową   w 

podziękowaniu.

Kvist już miał zamknąć za nią drzwi, ale nagle coś go zastanowiło i bez 

słowa wypadł na ulicę. Ekspedientka wpatrywała się w niego zdumiona.

165

Dogonił   kobietę   w   fartuchu,   zanim   zdążyła   wejść   na   klatkę   tuż   obok 

piekarni. Zasalutował.

-  Czy pani Andersson?

-  Tak...

Wziął od niej siatkę i po raz drugi przytrzymał drzwi.

-     Przepraszam,   że   pytam,   ale   czy   pani   przypadkiem   nie   dzwoniła   na 

policję w piątek przed południem drugiego czerwca?

-  Drugiego czerwca? Tak, dzwoniłam. Może to było drugiego. Bo co?

-  Dlaczego pani dzwoniła?

Kvist nie potrafił ukryć podniecenia.

Kobieta o nazwisku Andersson spojrzała na niego ze zdziwieniem.

-  Rozmawiałam z detektywem albo kimś takim. Bezczelny typ. Wcale się 

nie zainteresował, a chciałam się z nim podzielić moimi spostrzeżeniami o 

mężczyźnie, który stał na balkonie i...

-  Czy mógłbym skorzystać z pani telefonu? - Kvist już szedł do windy. - 

Wszystko pani wyjaśnię.

Rozdział 26

Martin   Beck   odłożył   słuchawkę   i   zawołał   Kollberga.   Potem   zapiął 

marynarkę, włożył paczkę papierosów i zapałki do kieszeni i spojrzał na 

background image

zegarek. Za pięć dziesiąta. Kollberg pokazał się w drzwiach.

-  Czego się drzesz?

-     Znaleźli   ją.   Panią  Andersson.   Mieszka   na   Sveavagen.   Przed   chwilą 

dzwonił Granlund z dziewiątki.

Kollberg   zniknął   w   sąsiednim   pokoju   po   marynarkę   klubową,   którą 

pośpiesznie wkładał.

-     Sveavagen.   -   Popatrzył   z   namysłem   na   Martina   Becka.   -Jak   ją 

namierzyli? Chodząc od drzwi do drzwi?

-     Nie,   chłopak   z   dziewiątki   spotkał   ją   w   piekarni,   kiedy   poszedł   po 

mazarynki.

-  Czy to nie Granlund ciągle jojczy, że powinno się zlikwidować przerwy 

na kawę? Może teraz zmieni zdanie.

Pani Andersson przyglądała się im krytycznie przez szparę w drzwiach.

-  Czy rozmawiałam wtedy z jednym z was? - zapytała.

-   Nie - odrzekł niezwykle uprzejmie Martin Beck. - Rozmawiała pani z 

policjantem śledczym Larssonem.

Pani  Andersson   odpięła   łańcuch   i   wpuściła   ich   do   małego   ciemnego 

przedpokoju.

167

-  Policjant śledczy czy nie, był niegrzeczny. Mówiłam już temu młodemu 

posterunkowemu, który odprowadził mnie do domu, że policja powinna 

być   wdzięczna   za   zgłaszanie   rozmaitych   rzeczy.   Powiedziałam   mu,   że 

gdybyśmy tego nie robili, to kto wie, czy mielibyście jakieś zajęcie. Proszę 

dalej, zaraz przyniosę kawę.

Kollberg   i   Martin   Beck   weszli   do   dużego   pokoju.   I   ciemnego,   mimo 

trzeciego piętra i okna wychodzącego na ulicę. Jedno jego skrzydło było 

background image

uchylone, drugie przesłaniały rośliny doniczkowe i kremowe, kunsztownie 

udrapowane firanki.

Przeszło połowę pokoju zajmowały staroświeckie meble. Przed brązową 

pluszową   kanapą   stał   okrągły   mahoniowy   stół,   z   filiżankami   do   kawy, 

talerzykami   i  ciastem.  Po dwóch stronach  były   dwa  wysokie  krzesła  z 

poręczami i wyściełanymi oparciami.

Pani Andersson przyniosła z kuchni porcelanowy dzbanek z kawą, nalała 

ją do filiżanek i usiadła na kanapie, która zatrzeszczała pod jej ciężarem.

-   Bez kawy nie ma rozmowy - powiedziała wesoło. - A teraz chętnie 

posłucham, co się stało z tym mężczyzną z naprzeciwka.

Martin   Beck   zaczął   mówić,   ale   jego   słowa   zagłuszyła   syrena   karetki 

pogotowia, która przemknęła ulicą. Kollberg zamknął okno.

-  Czy pani nie czyta gazet? - zapytał Martin Beck.

-     Kiedy   jestem   na   wsi,   nigdy   nie   czytam   gazet.   Wróciłam   wczoraj 

wieczorem.   Proszę   się   poczęstować   ciastem.   Jest   świeżu-teńkie.   W 

piekarni na dole zawsze mają świeże wypieki. Właśnie tam spotkałam tego 

miłego młodzieńca w mundurze, chociaż nie mam pojęcia, skąd wiedział, 

że to ja dzwoniłam na policję. Tak czy inaczej, to byłam ja, zadzwoniłam 

drugiego czerwca w piątek, co dobrze pamiętam, bo mój szwagier ma na 

imię   Rutger,   i   przy   imieninowej   kawie   opowiedziałam-siostrze   i 

Rutgerowi   o   tym,   delikatnie   mówiąc,   nieuprzejmym   policjancie,   czyli 

jakąś godzinę po moim telefonie.

168

Musiała zaczerpnąć oddechu i Martin Beck czym prędzej zapytał:

-   Czy zechciałaby pani pokazać nam ten balkon? Kollberg już był przy 

oknie.

background image

Kobieta z wysiłkiem dźwignęła się z kanapy.

-     Trzeci   balkon   od   dołu.   Koło   tego   okna   bez   zasłonek.   Spojrzeli   na 

balkon. W mieszkaniu były bodaj tylko dwa okna

wychodzące na ulicę, większe obok drzwi balkonowych.

-  Kiedy ostatnio widziała pani tego mężczyznę? - spytał Martin Beck.

-  Od jakiegoś czasu go nie widziałam. Na weekend pojechałam na wieś, 

ale już wcześniej od wielu dni się nie pokazywał.

Kollberg zobaczył między doniczkami lornetkę. Podniósł ją i wycelował w 

mieszkanie   naprzeciwko.   Drzwi   balkonowe   i   okna   pozamykane.   W 

szybach odbijało się dzienne światło, nie był w stanie dostrzec, co jest w 

pokojach.

-  Dostałam tę lornetkę od Rutgera - powiedziała kobieta. -To marynarska 

lornetka.   Rutger   był   oficerem   w   marynarce.   Zwykle   patrzę   na   tego 

mężczyznę przez lornetkę. Jak się otworzy okno, lepiej widać. Tylko nie 

myślcie, że jestem wścibska albo coś w tym rodzaju. Zauważyłam go na 

początku   kwietnia,   jak   miałam   operację   nogi,   to   znaczy   po   operacji. 

Wrzód podudzia, nie mogłam chodzić, tak mnie bolało, że nie spałam, 

siadałam wtedy przy oknie i patrzyłam przez lornetkę. On od razu wydał 

mi się dziwny, bo ciągle stał i się gapił, jakby nie miał nic innego do 

roboty. Fuj. Było w nim coś paskudnego.

Martin   Beck   wyjął   portret   pamięciowy,   wykonany   na   podstawie   opisu 

rabusia.

-     Dosyć   podobny   -   przyznała   pani  Andersson.   -   Może   nie   najlepiej 

narysowany, ale jest jakieś podobieństwo.

-  Proszę sobie przypomnieć, kiedy go pani ostatnio widziała - włączył się 

Kollberg, przekazując lornetkę Martinowi Beckowi.

background image

-     Hm...   na   pewno   kilka   dni   temu,   więcej   niż   tydzień.   Chwileczkę.   .. 

ostatni raz widziałam go chyba wtedy, kiedy była u mnie

169

sprzątaczka. Zaraz sprawdzę... - Otworzyła sekretarzyk i wyjęła kalendarz. 

- Zobaczmy... Zeszły piątek... Tak. Myłyśmy okna. Rano stał na balkonie, 

ale ani wieczorem, ani następnego dnia już go nie widziałam. Jestem tego 

pewna.

Martin Beck opuścił lornetkę i rzucił Kollbergowi krótkie spojrzenie. Nie 

potrzebowali kalendarza, wiedzieli, co się wydarzyło w ubiegły piątek.

-  Czyli dziewiątego - uściślił Kollberg.

-  Tak. No to co, jeszcze trochę kawy, prawda?

-  Nie, dziękuję - powiedział Martin Beck.

-  Odrobinkę.

- Ja też dziękuję - powiedział Kollberg.

Dolała im kawy i usiadła na kanapie. Kollberg przycupnął na krześle i 

szybko przełknął kawałek ciasta migdałowego.

-  Czy on zawsze był sam? - zapytał Martin Beck.

-     Nigdy   nie   widziałam   go   w   towarzystwie.   Sprawiał   wrażnie   bardzo 

samotnego. Czasami mi go żal. W mieszkaniu zawsze jest ciemno, a jak 

nie stoi na balkonie, to siedzi w kuchni przy oknie, najczęściej wtedy, 

kiedy   pada.   Nie,   nigdy   nie   widziałam,   żeby   miał   jakieś   towarzystwo. 

Zostańcie, proszę, napijcie się kawy i powiedzcie, co mu się stało. Kto by 

pomyślał, że ktokolwiek zareaguje na mój telefon. Ale lepiej późno niż 

wcale.

Martin Beck i Kollberg duszkiem dopili kawę i wstali.

-  Dziękujemy, pani Andersson, kawa i ciasto były pyszne. Do widzenia, 

background image

do widzenia, nie, nie, sami trafimy.

Wycofali się do przedpokoju.

Na ulicy Kollberg ruszył do pasów trzydzieści metrów dalej. Martin Beck 

chwycił   go   za   ramię   i   szybko   przecięli   jezdnię,   kierując   się   do   domu 

naprzeciwko.

Rozdział 27

Martin Beck wszedł na trzecie piętro, Kollberg wjechał windą. Spotkali się 

pod   drzwiami   i   z   uwagą   się   im   przypatrywali.   Były   zwykłe,   brązowe 

drewniane, otwierały się na zewnątrz, miały zamek patentowy, mosiężną 

klapkę przesłaniającą otwór na listy i brudną tabliczkę z białego metalu, na 

której widniały czarne litery: „I. Fransson". W środku panowały cisza i 

spokój.   Kollberg   przytknął   prawe   ucho   do   szpary   w   drzwiach   i 

nasłuchiwał.   Potem   przykląkł   na   prawe   kolano   i   ostrożnie   uchylił   na 

centymetr   klapkę   w   otworze   na   listy.   Po   chwili   opuścił   ją   równie 

bezgłośnie, wstał i pokręcił głową.

Martin Beck wzruszył ramionami i nacisnął guzik elektrycznego dzwonka. 

Nic, żadnego dźwięku. Pewnie siadła instalacja. Zapukał. Bez rezultatu. 

Kollberg załomotał pięścią. Znowu nic.

Zeszli pól piętra niżej i szeptem zamienili kilka uwag. Potem Kollberg 

poszedł załatwić formalności i wezwać eksperta. Martin Beck został na 

schodach i nie spuszczał mieszkania z oczu.

Po kwadransie Kollberg wrócił ze ślusarzem, który  fachowo otaksował 

drzwi, klęknął i wsunął przez klapkę pocztową długi poręczny chwytak. 

Drzwi   nie   miały   blokad   antywłamaniowych   i   po   niespełna   pół   minuty 

przekręcił gałkę, i otworzył je na parę centymetrów. Martin Beck odsunął 

go na bok, wetknął lewy

background image

171

palec wskazujący w szparę i przesunął w górę. Zazgrzytały niena-oliwione 

zwiasy.

Patrzyli   na   przedpokój   i   dwoje   otwartych   drzwi.   Lewe   prowadziły   do 

kuchni, prawe do jedynego pokoju. Na wycieraczce leżała poczta, na oko 

głównie   gazety   i   ulotki   reklamowe.   Po   prawej,   tuż   przy   drzwiach 

wejściowych, była toaleta.

Słyszeli tylko hałas uliczny ze Sveavagen.

Ostrożnie przestąpili przez pocztę i zajrzeli do kuchni. Wgłębi był kącik 

jadalny, z oknem wychodzącym na ulicę.

Kollberg zajął się toaletą, Martin Beck pokojem. Naprzeciwko były drzwi 

balkonowe, na ukos z tyłu jeszcze jedne drzwi - do garderoby.

Kollberg zamienił kilka słów ze ślusarzem, zamknął drzwi wejściowe i 

wszedł do pokoju.

-  Najwyraźniej nikogo nie ma.

-  Uhm.

Starannie przeszukali mieszkanie, starając się niczego nie dotykać.

Okna   w   pokoju   i   kąciku   jadalnym   były   zamknięte,   tak   jak   drzwi 

balkonowe. Duchota.

Mieszkanie, choć zadbane, sprawiało wrażenie niechlujnego i nad wyraz 

spartańskiego. W pokoju stały trzy meble: nieposłane łóżko z wysłużoną 

czerwoną kołdrą i nie najczystszym prześcieradłem, obok krzesło, a pod 

przeciwległą ścianą komoda. Żadnych zasłonek ani dywanu na linoleum. 

Na   krześle   służącym   za   nocny   stolik   było   pudełko   zapałek,   spodek   i 

sądząc po sposobie złożenia, przeczytany egzemplarz „Smalands-Posten". 

Na spodku zobaczyli trochę popiołu, siedem wypalonych zapałek i kulki z 

background image

papierosowej bibułki.

Nad komodą wisiała reprodukcja obrazu olejnego przedstawiającego dwa 

konie   i   brzozę.   Na   komodzie   stał   niebieski   glazurowany   półmisek 

ceramiczny. Pusty. I to wszystko.

Kollberg przyglądał się przedmiotom na krześle.

-  Wykrusza tytoń z petów i pali go w fajce.

172

Martin Beck pokiwał głową.

Nie   wyszli   na   balkon,   zadowolili   się   obejrzeniem   go   przez   szybę 

zamkniętych drzwi. Żelazna balustrada, boki z blachy falistej. Zniszczony, 

pociągnięty pokostem stół ogrodowy i jedno składane krzesło, chyba stare, 

o wytartych poręczach i spłowiałym brezentowym siedzisku.

W garderobie wisiał dość ładny granatowy garnitur, wyświechtane palto i 

brązowe   spodnie   z   manczesteru.   Na   półce   leżała   futrzana   czapka   i 

wełniany   szalik,   na   podłodze   stał   jeden   czarny   but   i   para   znoszonych 

brązowych butów sznurowanych, na oko rozmiar czterdziesty.

-   Małe stopy - powiedział Kollberg. - Ciekawe, gdzie się podział jeden 

but.

Znaleźli   go   parę   minut   później   w   szafce   gospodarczej.   Obok   leżała 

szmatka   do   pucowania   i   szczotka.   But   był   chyba   czymś   upaprany.   W 

słabym   świetle   niewiele   zobaczyli,   a   ponieważ   nie   chcieli   niczego 

dotykać, poprzestali na intensywnym wpatrywaniu się w zawartość szafki.

Kuchnia oferowała rozmaite rzeczy godne zainteresowania. Na gazowej 

kuchence   stało   duże   pudełko   zapałek   i   garnek   z   jakimiś   zeschniętymi 

resztkami, bodaj owsianki. Przy zlewie zobaczyli emaliowany dzbanek do 

kawy,   brudną   filiżankę   z   cienką   warstwą   suchych   jak   pieprz   fusów, 

background image

głęboki   talerz   i   puszkę   grubo   zmielonej   kawy   do   gotowania.   Pod 

przeciwległą ścianą była lodówka i dwie szafki kuchenne z rozsuwanymi 

drzwiczkami. W lodówce leżała połówka otwartej margaryny, dwa jajka i 

kawałek   zjełczałej   mortadeli.   W   jednej   szafce,   serwisowej,   było   kilka 

talerzy, filiżanki, szklanki i półmisek, w drugiej, spi-żarnianej - sól, pół 

bochenka chleba, paczka cukru w kostkach i płatki owsiane. W szufladach 

leżały sztućce z różnych kompletów i duży nóż.

Kollberg dotknął chleba. Twardy jak kamień.

-  Dawno go tu nie było.

-  Uhm.

173

Pod  zlewem  stała  patelnia,  garnki  i  prawie  pusta  torba  na  śmieci.  Pod 

oknem we wnęce był czerwony kuchenny stół z klapami i dwa krzesła. Na 

stole   zobaczyli   dwie   butelki   o   pojemności   siedemdziesięciu   pięciu 

centylitrów   -jedna   pusta,   druga   z   resztkami   słodkiego   wermutu   -   i 

używaną szklankę.

Parapet i blat pokrywała tłusta warstewka, przypuszczalnie spalin, które 

mimo zamkniętego okna przedostawały się szczelinami z ulicy.

Kollberg   obejrzał   toaletę,   wrócił   po   trzydziestu   sekundach   i   pokręcił 

głową.

-  Nic tam nie ma.

W dwóch górnych szufladach komody leżało kilka koszul, jeden rozpinany 

sweter, skarpetki, slipy i dwa krawaty. Wszystko czyste, ale znoszone. W 

dolnej szufladzie były rzeczy do prania i książeczka wojskowa.

„2521-7-46 Fransson Ingemund Rudolf Vaxjó Rej. ks. par. 5/2-26 Prac. 

ziel. miej. Vasterg. 22 Małmó".

background image

Martin   Beck   kartkował   dalej.   Znalazł   trochę   informacji   o   zajęciach 

Ingemunda   Rudolfa   Franssona   do   roku   1947.   Urodził   się   w  Smalandii 

czterdzieści jeden lat temu. W 1946 zatrudnił się jako pracownik zieleni 

miejskiej w Malmó, gdzie mieszkał na Va-stergatan. W tym samym roku 

wcielono   go   do   wojska.   Dostał   kategorię   D,   czyli   robił   na   zapleczu,   i 

odsłużył dwanaście miesięcy w pułku obrony przeciwlotniczej w Malmó. 

Kiedy   wychodził   do   cywila   w   1947,   ktoś   o   nieczytelnym   podpisie 

wystawił   mu  oceny  X-5-5,  co  było  poniżej   przeciętnej.  Cyfra  rzymska 

świadczyła   o   tym,   że   nie   dopuścił   się   żadnych   wykroczeń 

dyscyplinarnych, a piątki o kiepskich kwalifikacjach żołnierskich, nawet 

jak   na   kategorię   D.   Oficer   o   nieczytelnym   podpisie   odnotował   kod 

przydatności „Pom. kuch.". Ingemund Rudolf Fransson przypuszczalnie 

odbył zasadniczą służbę wojskową, obierając ziemniaki.

Dosyć pobieżne przepatrzenie mieszkania nic im nie powiedziało o jego 

aktualnym zajęciu ani o tym, czym się parał przez ostatnich dwadzieścia 

lat.

-  Poczta - rzucił Kollberg i wyszedł do przedpokoju.

174

Martin Beck kiwnął głową i lustrował łóżko. Pognieciona, brudna pościel, 

pomięta poduszka. Ale nikt w nim nie spał przynajmniej od kilku dni.

Kollberg wrócił do pokoju.

-  Tylko gazety i reklamy. Jaka jest data na tej gazecie przy łóżku?

Martin Beck przekrzywił głowę i zmrużył oczy.

-  Czwartek, ósmego czerwca.

-     Chyba   przynoszą   ją   dzień   później.   Nie   tknął   poczty   od   soboty, 

dziesiątego. Po morderstwie w parku Vanadis.

background image

-  Wydaje mi się, że był w domu w poniedziałek.

-  Tak. Ale później raczej nie.

Martin Beck podniósł poduszkę, chwytając jej rożek kciukiem i palcem 

wskazującym. Pod spodem leżały dwie pary białych dziecięcych fig.

Bardzo małych.

Upstrzonych plamami w różnych odcieniach.

Znieruchomieli w zatęchłym chłodnym pokoju, wsłuchując się w odgłosy 

ruchu   ulicznego   i   własny   oddech.   Upłynęło   mniej   więcej   dwadzieścia 

sekund.

-  Okej - odezwał się w końcu szybko i obojętnie Martin Beck. - Wszystko 

jasne. Plombujemy mieszkanie. Zawiadom techników.

-  Szkoda, że nie ma żadnej fotografii.

Martin   Beck   pomyślał   o   nieboszczyku   w   domu   do   rozbiórki   na 

Vastmannagatan, którego jeszcze nie zidentyfikowali. Może... Nie, to nic 

pewnego. Raczej nieprawdopodobne.

Wciąż wiedzieli bardzo mało o mężczyźnie, który nazywał się Ingemund 

Fransson.

Trzy   godziny   później,   o   drugiej   po   południu   we   wtorek   dwudziestego 

czerwca, wiedzieli znacznie więcej.

Mężczyzną znalezionym na Vastmannagatan nie był Ingemund Fransson, 

co potwierdziło kilku zdjętych obrzydzeniem świadków.

175

Policja wreszcie uchwyciła koniec nitki i machina śledcza z bezwzględną 

skutecznością   dotarła   do   kłębka   przeszłości   Ingemunda   Franssona. 

Skontaktowano się z setką osób: sąsiadami, sklepikarzami, ludźmi z opieki 

społecznej   i   opieki   nad   alkoholikami,   z   lekarzami,   wojskowymi, 

background image

duchownymi   i   mnóstwem   innych.   Bardzo   szybko   uzyskali   w   miarę 

klarowny obraz.

W   1943   Ingemund   Fransson   przeprowadził   się   z   Vaxjo   do   Malmó   i 

zatrudnił   w   zarządzie   zieleni   miejskiej.   Zmienił   miejsce   zamieszkania 

prawdopodobnie   dlatego,   że   osierociał.   Wiosną   zmarł   ojciec,   robotnik 

niewykwalifikowany, matka nie żyła od pięciu lat. Nie miał krewnych. 

Bezpośrednio po wojsku przeniósł się do Sztokholmu. Od 1948 mieszkał 

na Sveavagen i był pracownikiem zieleni miejskiej. W 1956 zakończył 

pracę.   Najpierw   dostawał   zwolnienia   lekarskie   od   internisty,   potem   od 

psychiatrów,   wreszcie   dwa   lata   temu   przyznano   mu   wcześniejszą 

emeryturę   z   powodu   niezdolności   do   pracy.   W   formalnym   orzeczeniu 

znalazło się nieco tajemnicze sformułowanie: „psychicznie niezdolny do 

pracy fizycznej".

Zdaniem lekarzy był ponadprzeciętnie zdolny, ale cierpiał na chroniczny 

lęk   przed   pracą,   który   uniemożliwiał   mu   wykonywanie   obowiązków 

służbowych.   Nie   powiodła   się   próba   przekwalifikowania.   Przez   cztery 

tygodnie przychodził pod bramę zakładu i nie potrafił się przemóc, żeby 

wejść do środka. To dość rzadki, ale spotykany rodzaj niezdolności do 

pracy.  Fransson  nie  był  umysłowo  chory, nie  wymagał  opieki.  Nic  nie 

brakowało jego inteligencji, nie miał żadnych poważniejszych defektów 

fizycznych. (Lekarz wojskowy przyznał mu kategorię D za płaskostopie). 

Był jednak zdeklarowanym odludkiem, nie odczuwał potrzeby kontaktów 

towarzyskich,   nie   miał   przyjaciół   ani   żadnych   pasji,   nie   licząc   -jak   to 

określił   jeden   z   lekarzy   -   „mglistego   zainteresowania   smalandzkimi, 

stronami   rodzinnymi".   Spokojny   i   uprzejmy,   stronił   od   alkoholu, 

oszczędzał i choć „raczej nie dbał o swój wygląd", nosił się schludnie. 

background image

Palił papierosy.

176

Nie   zaobserwowano   zaburzeń   seksualnych.   Wprawdzie   Fransson 

wymijająco odpowiedział na pytanie, czy się masturbuje, ale lekarz przyjął 

to za pewnik i uznał, że cechuje go wyjątkowo nikły popęd seksualny. 

Miał agorafobię.

Większość   informacji   pochodziła   z   orzeczeń   lekarskich   wydanych   w 

latach 1957-1958. Od tamtej pory żadna instytucja nie widziała powodu, 

żeby   zajmować   się   Franssonem   inaczej   niż   rutynowo.   Był   emerytem, 

mieszkał   samotnie.   Od   początku   lat   pięćdziesiątych   prenumerował 

„Smilands-Posten".

-  Co to jest agorafobia? - spytał Gunvald Larsson.

-  Lęk przestrzeni - wyjaśnił Melander.

W   głównej   kwaterze   śledczej   praca   szła   pełną   parą.   Prawie   wszyscy 

zapomnieli   o   zmęczeniu.   Pojawiła   się   nadzieja   na   szybkie   schwytania 

sprawcy.

Ochłodziło się. Zaczął siąpić kapuśniaczek.

Dane   napływały   szerokim   strumieniem.   Jeszcze   nie   mieli   zdjęcia,   ale 

dysponowali   świetnym   rysopisem,   skompletowanym   przez   lekarzy, 

sąsiadów, kolegów z pracy i personel sklepów, w których Fransson robił 

zakupy.

Miał   sto   siedemdziesiąt   cztery   centymetry   wzrostu,   ważył   około 

siedemdziesięciu pięciu kilogramów i nosił buty rozmiar czterdziesty.

Zdaniem   sąsiadów   był   małomówny,   ale   uprzejmy,   mówił   smalandzkim 

dialektem i zawsze się witał. Wzbudzał zaufanie. Nikt go nie widział od 

ośmiu dni.

background image

W   mieszkaniu   przy   Sveavagen   technicy   wszyściuteńko   zabezpieczyli. 

Można było powiązać Franssona z obydwoma morderstwami. Na czarnym 

bucie w szafce gospodarczej rzeczywiście znaleziono krew.

-  Czyli od przeszło dziesięciu lat siedział j ak mysz pod miotłą -stwierdził 

Kollberg.

-   A teraz mu odbiło i morduje małe dziewczynki - powiedział Gunvald 

Larsson.

Zadzwonił telefon. Rónn odebrał.

12 - Mężczyzna na balkonie

177

Martin Beck krążył po pokoju, przygryzając palce.

-  Praktycznie wiemy o nim wszystko, co powinniśmy wiedzieć. Brakuje 

nam tylko zdjęcia, ale to kwestia czasu. No i nie wiemy, gdzie jest.

-     Wiem,   gdzie   był   kwadrans   temu   -   powiedział   Rónn.   -W   Sankt 

Eriksparken znaleziono martwe dziecko.

Rozdział 28

Sankt   Eriksparken   to   najmniejszy   park   w   mieście,   tak   niepokaź-ny,   że 

niewielu sztokholmczyków wie o jego istnieniu. Mało kto tam spaceruje i 

mało kto myśli o tym, żeby go patrolować.

Usytuowany   na   północy,   stanowi   dość   nietypowe   zwieńczenie   długiej 

Vastmannagatan.   Zadrzewiony   skalisty   pagórek   przecinają   żwirowane 

alejki i strome schodki. Większą część terenu zajmuje szkoła, oczywiście 

latem zamknięta.

Zwłoki leżały w odsłoniętej części północno-zachodniej, u podnóża skały. 

Potwierdzało   to   teorię   o   coraz   większym   okrucieństwie   zabójcy.   Tym 

razem   Ingemundowi   Franssonowi   bardzo   się   śpieszyło.   Uderzył   głową 

background image

dziewczynki o kamień, udusił ją, po czym rozdarł czerwony plastikowy 

płaszczyk   i   sukienkę,   ściągnął   figi   i   wepchnął   w   podbrzusze   coś,   co 

przypominało trzonek młotka.

Na domiar złego dziewczynkę, jedenastoletnią Solveig, znalazła jej matka. 

Mieszkały   na   Dannemoragatan,   pięć   minut   drogi   od   miejsca   zbrodni. 

Solveig wyszła z domu, żeby kupić tabliczkę czekolady w kiosku na rogu 

Dannemoragatan i Norra Stations-gatan, u północno-wschodniego obrzeża 

parku,  do którego nie  miała  żadnego powodu wchodzić. Nigdy  zresztą 

tego nie robiła, bo matka przestrzegała ją, by się tam nie bawiła. Powinna 

wrócić w niespełna dziesięć minut. Kiedy nie było jej przez kwadrans, 

matka zaczęła jej szukać. Nie poszła z nią do kiosku, ponieważ

179

musiała   się   zająć   młodszą,   półtoraroczną   córeczką.   Zauważyła   Solveig 

niemal od razu, kompletnie się załamała i odwieziono ją do szpitala.

Patrząc na martwe dziecko w siąpiącym deszczu, czuli się bardziej winni 

niż   sprawca   tej   makabrycznej,   bezsensownej   śmierci.   Nie   znaleźli 

jasnoniebieskich   fig.   Zniknęła   również   tabliczka   czekolady.   Może 

Ingemund Fransson był głodny.

Nie wątpili, że to jego dzieło. Poza tym mieli świadka, który widział go z 

dziewczynką i pomyślał, że to ojciec w towarzystwie dorastającej córki. 

No tak, przecież Ingemund Fransson był miły i wbudzał zaufanie. Miał na 

sobie beżową marynarkę z mancze-steru, brązowe spodnie, białą koszulę, 

rozpiętą pod szyją, i porządne czarne buty.

-  On tu gdzieś jest - powiedział Kollberg.

Poniżej,   na   przelotówkach   Sankt   Eriksgatan   i   Norra   Stations-gatan, 

dudniły tiry.

background image

Martin Beck popatrzył na rozległy dworzec towarowy.

-     Przeszukajcie   każdy   wagon,   każdy   magazyn,   wszystkie   piwnice   i 

strychy. Teraz. Natychmiast.

Potem   się   odwrócił   i   odszedł.   Była   trzecia   we   wtorek   dwudziestego 

czerwca. Padał deszcz.

Rozdział 29

Obława ruszyła we wtorek po południu, o północy  wciąż trwała, a we 

wczesnych godzinach rannych jeszcze bardziej się nasiliła.

Do poszukiwań włączono wszystkich i wszystko, co się dało: policjantów, 

psy,   samochody.   Zaczęto   od   dzielnic   północnych,   potem   sukcesywnie 

przeczesywano centrum i przedmieścia.

Latem   w   Sztokholmie   tysiące   ludzi   nocuje   pod   chmurką.   Nie   tylko 

włóczędzy,   narkomani   i   alkoholicy,   ale   także   przyjezdni,   dla   których 

zabrakło pokoi hotelowych, i bezdomni, często w pełni zdolni do pracy i 

sumienni,   którzy   wskutek   chybionej   polityki   społecznej   i   planowania 

przestrzennego nie mają gdzie mieszkać. Śpią na ławkach w parku, na 

starych   gazetach   rozłożonych   na   ziemi,   pod   mostami,   na   nabrzeżach   i 

podwórkach.   Inni   urządzają   sobie   chwilowe   lokum   w   domach   do 

rozbiórki,   na   klatkach   schodowych,   w   piwnicach,   na   strychach   i   w 

barakach.  Albo   na   szkutach,   motorówkach   i   wrakach.   Wielu   krąży   po 

stacjach metra i na Centralnym, niektórzy gnieżdżą się na boiskach, a ci w 

miarę   bystrzy   schodzą   do   podziemnego   systemu   komunikacji   pod 

śródmiejskimi budynkami, czyli do labiryntu korytarzy i łączników.

Tej   nocy   policjanci   niemundurowi   i   mundurowi   obudzili   tabuny   takich 

ludzi, zerwali ich na równe nogi i świecąc im latarkami

181

background image

w zaspane twarze, żądali okazania dowodów tożsamości. Wielu już kilka 

razy spotkała ta wątpliwa przejemność. Ledwie zmienili miejsce, dopadali 

ich inni policjanci, tak samo przemęczeni jak oni.

Poza tym na ulicach było spokojnie. Przyczaili się nawet me-liniarze i 

prostytutki,   którym   nie   przyszło   do   głowy,   że   policja   nie   ma   dla   nich 

czasu.

O   siódmej   rano   w   środę   obława   zaczęła   słabnąć.   Policjanci   z   oczami 

podkrążonymi z niewyspania wracali do domu na kilkugodzinną drzemkę 

albo do komisariatów, gdzie zalegali na kanapach i ławkach w dyżurkach i 

świetlicach.

Tej   nocy   w   najbardziej   nieprawdopodobnych   miejscach   znaleziono 

mnóstwo ludzi, ale nie było wśród nich Ingemunda Frans-sona.

O   siódmej   Kollberg   i   Martin   Beck   byli   na   Kungsholmsgatan.   Zbyt 

zmęczeni, żeby cokolwiek czuć, łapali drugi oddech.

Kollberg, z rękami na plecach, stanął przed mapą ścienną.

-     Pracownik   zieleni   miejskiej.   Osiem   lat   na   etacie.   Na   pewno   zdążył 

poznać wszystkie parki, skwery  i zieleńce. Na razie trzyma się terenu, 

który zna.

-  Oby tak było - powiedział Martin Beck.

-   Jedno   jest   pewne. Tej   nocy   nie  spał   w  parku.  Nie   w  Sztokholmie.   - 

Kollberg zrobił długą pauzę. - Chyba że mieliśmy cholernego pecha.

-  Otóż to. Poza tym są ogromne obszary, których praktycznie nie da się 

przeszukać   w   nocy.   Djurglrden,   Gardet,   Lill-Janssko-gen...   nie 

wspominając o przedmieściach.

-  I rezerwacie w Nacce.

-  I cmentarzach.

background image

-     Wprawdzie   cmentarze   się   zamyka,   ale...   Martin   Beck   spojrzał   na 

zegarek.

-  Pytanie na teraz brzmi: co on robi za dnia?

-   To mnie najbardziej wkurza, bo,najprawdopodobniej jakby nigdy nic 

łazi po mieście.

-  Musimy go dzisiaj złapać. Inna opcja nie wchodzi w grę.

182

-  Uhm.

Będący   w   stałym   pogotowiu   psycholodzy   zasugerowali,   że   In-gemund 

Fransson   może   się   ukrywać,   nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy. 

Przypuszczalnie jest tego nieświadomy, ale zachowuje się inteligentnie, 

wiedziony instynktem samozachowawczym.

-  Bardzo pouczające - zauważył Kollberg.

Trochę   później   zjawił   się   Gunvald   Larsson.   Pracował   na   własną   rękę 

według własnych metod.

-  Wiecie, ile kilometrów zrobiłem od wczoraj w tym pieprzonym mieście? 

Trzysta   czterdzieści.   Powolutku.   Coś   mi   się   zdaje,   że   to   nie   człowiek, 

tylko duch.

-     Bardzo   ciekawe   -   powiedział   Kollberg.   Melander   też   miał   swoje 

przemyślenia.

-  Martwi mnie systemowość. Jedno morderstwo, prawie od razu następne, 

potem osiem dni przerwy, kolejne morderstwo i teraz...

Wszyscy mieli swoje przemyślenia.

Społeczeństwo histeryzowało  i  panikowało,  policjanci  byli  na ostatnich 

nogach.

Na odprawie w środowe przedpołudnie panował optymistyczny nastrój. 

background image

Pozornie. W głębi duszy wszyscy drżeli z niepokoju.

-     Potrzebujemy   ludzi   -   zdecydował   Hammar.   -   Ściągnijcie   spoza 

województwa kogo się tylko da. Na pewno nie zabraknie ochotników.

I wrócił ciągle wałkowany temat: niemundurowi. Wszyscy, którzy mają 

dresy albo stare kombinezony robocze, powinni natychmiast przepatrywać 

krzaki.

-   Musimy mieć dużo patroli mundurowych - stwierdził Martin Beck. - 

Żeby uspokoić mieszkańców, dać im poczucie bezpieczeństwa.

Zastanowił się nad tym, co powiedział, i ogarnęło go uczucie beznadziei i 

bezsilności.

-  I obowiązkowo legitymować klientów sklepów monopolowych - dodał 

Hammar.

183

Pomysł był dobry, ale nie przyniósł rezultatu. Nic nie przynosiło żadnych 

rezultatów.   Wlekła   się   godzina   za   godziną.   Odebrali   kilkanaście 

wątpliwych zgłoszeń. Wszystkie okazały się fałszywym alarmem.

Zapadł wieczór, potem chłodna noc, obława trwała.

Nikt nie spał. Gunvald Larsson przejechał kolejnych trzysta kilometrów, 

czterdzieści sześć óre za kilometr.

-   Psy też wysiadły - oznajmił po powrocie. - Nawet nie mają siły, żeby 

gryźć policjantów.

Było   czwartkowe   przedpołudnie   dwudziestego   drugiego   czerwca. 

Zapowiadał się ciepły wietrzny dzień.

-   Przebiorę się za drzewko majowe i zapuszczę korzenie w Skansenie - 

zrymował Gunvald Larsson.

Odpowiedziała mu cisza. Martinowi Beckowi było niedobrze, ssało go w 

background image

żołądku.   Podnosząc  do  ust   tekturowy  kubek,  zadrżała   mu  ręka   i  wylał 

kawę na bibułę Melandera, który mimo wrodzonej pedanterii nawet tego 

nie zauważył.

W   ogóle   Melander   był   niezwykle   poważny.   Myślał   o   systemowej 

powtarzalności, o tym, kiedy dojdzie do kolejnego morderstwa.

O drugiej po południu nareszcie doczekali się przesilenia.

Rónn odebrał telefon.

-  Gdzie? Djurgirden? - Przykrył słuchawkę dłonią i popatrzył na kolegów. 

- Jest na Djurgirden. Widziało go kilka osób.

-  Przy odrobinie szczęścia dorwiemy go w południowej części Djurgirden 

- rzucił Kollberg do Martina Becka, kiedy siedzieli w samochodzie, mając 

na ogonie Melandera i Rónna.

Do Djurgirden prowadzą dwa mosty nad zatoką i kanałem, ale można, 

rzecz   jasna,   przypłynąć   tam   promem   lub   prywatną   łodzią.   Na   jednej 

trzeciej   wyspy,   tej   najbliższej   śródmieścia,   są   muzea,   lunapark   Grona 

Lund,   letnie   restauracje,   przystanie   jachtowe,   Skansen   z   ogrodem 

zoologicznym   i   mała   dzielnica   -   Gamla   Djurgirdsstaden.   Dwie   trzecie 

zajmuje starannie zaprojektowany

184

park,   dzika   natura   i   wspaniale   zachowana   stara   zabudowa:   zamek, 

pałacopodobne, wytworne wille i drewniane domy z XVIII wieku, okolone 

pięknymi ogródkami.

Melander   i   Rónn   skręcili   na   pierwszy   most,   Djurgardsbron,   Kollberg   i 

Martin   Beck   pojechali   do   drugiego,   Djurgirds-brunnsbron.   Wjazd 

blokował   radiowóz,   po   drugiej   stronie   inny   radiowóz   powoli   sunął   w 

kierunku   Manilli,   szkoły   dla   głuchych   i   niedosłyszących   dzieci,   kilka 

background image

radiowozów parkowało przed Zajazdem Djurgardsbrunn.

Za mostem stała garstka ludzi. Kiedy nadjechali Martin Beck i Kollberg, 

odłączył się od niej starszy mężczyzna.

- Jak rozumiem, panowie komisarze - powiedział. Kollberg zahamował, 

Martin Beck skinął głową.

-  Nazywam się Nyberg - podjął mężczyzna. - To ja zauważyłem mordercę 

i zadzwoniłem na policję.

-  Gdzie go pan zauważył? - zapytał Martin Beck.

-     Koło   Willi   Gróndal.   Stał   na   ulicy   i   patrzył   na   dom.   Od   razu   go 

rozpoznałem ze zdjęcia i  rysopisu  w gazetach.  W pierwszej  chwili  nie 

wiedziałem, co robić, ale jak zobaczyłem, że mówi do siebie, pomyślałem, 

że jest groźny, i jakby nigdy nic poszedłem do Zajazdu, i zadzwoniłem.

-  Mówił do siebie? - powiedział Kollberg. - Słyszał pan, co mówi?

-   Tak, że jest chory. Mówił bardzo dziwnie, ale taki był sens. Że jest 

chory.   Po   telefonie   do   was   wróciłem   i   już   go   tam   nie   było.   No   to 

zaciągnąłem wartę przy moście, dopóki nie przyjechała policja.

Martin Beck i Kollberg zamienili kilka słów z chłopcami z radiowozu.

Kilka   osób   zauważyło   podejrzanego   między   kanałem   a   Manillą,   ale 

najpóźniej   widział   go   Nyberg.   Przeszukiwano   teren,   lada   chwila 

spodziewano   się   posiłków.   Ponieważ   blokadę   założono   bardzo   szybko, 

istniały wszelkie powody do przypuszczeń, że podejrzany wciąż przebywa 

w   południowym   Djurgirden.   Odkąd   Nyberg   zobaczył   go   przed   Willą 

Gróndal, po moście nie przejechał ani jeden

185

autobus. Drogi do miasta natychmiast odcięto, mężczyzna mógł dotrzeć 

nie dalej niż do Skansenu albo Gamla Djurgardsstaden. O zdjęciu go przez 

background image

zaskoczenie   raczej   nie   było   co   marzyć,   na   pewno   zwrócił   uwagę   na 

zmasowane oddziały policji.

Martin Beck i Kollberg wsiedli do samochodu, tuż za nimi pojawiły się 

dwa   wozy   na   sygnale.   Zatrzymały   się   między   Manillą   a 

Djurgardsbrunnsbron. Zaczęła się akcja pościgowa.

Kwadrans później stawiły się załogi wielu sztokholmskich komisariatów i 

setka policjantów ruszyła do przeczesywania Djurgarden od Skansenu do 

Blockhusudden.

Martin   Beck   dowodził   operacją   z   samochodu.   Grupy   rozpoznawcze 

dysponowały   walkie-talkie,   drogi   patrolowały   radiowozy.   Raz   po   raz 

legitymowano   Bogu   ducha   winnych   pieszych   i   proszono   o 

natychmiastowe   opuszczenie   wyspy.   Przy   blokadach   zatrzymywano   i 

kontrolowano wszystkie samochody jadące do śródmieścia.

W parku koło zamku Rosendal jakiś młody mężczyzna, zamiast okazać 

dowód,   rzucił   się   do   ucieczki   i   wpadł   prosto   w   ręce   dwóch   innych 

policjantów. Nie chciał powiedzieć, jak się nazywa ani dlaczego uciekał. 

Po   pobieżnej   rewizji   znaleziono   w   kieszeni   jego   płaszcza   naładowane 

parabellum kaliber 9 milimetrów. Natychmiast został odtransportowany do 

komisariatu óstermalm-skiego przy Grona Lund.

-     W   ten   sposób   niedługo   zapuszkujemy   wszystkich   przestępców 

grasujących   po   Sztokholmie   z   wyjątkiem   tego,   którego   szukamy   - 

stwierdził Kollberg.

-  Gdzieś się przyczaił. Ale już się nie wywinie.

-  Nie bądź taki pewien. Nie możemy blokować terenu w nieskończoność. 

Ajeśli przemknął się koło Skansenu...

-  Nie zdążył. Chyba że pojechał samochodem, a to raczej niemożliwe.

background image

-  Czemu nie? Mógł ukraść samochód.

Radio zatrzeszczało. Martin Beck wcisnął guzik.

-  Tu dziewięćdziesiąt siedem, dziewięć siedem. Mamy go. Odbiór.

186

-  Gdzie jesteście?

-  Przy Biskopsudden. Za klubem żeglarskim.

- Jedziemy.

Przyjechali w trzy minuty. Na drodze stały trzy radiowozy, jeden policyjny 

motocykl   i   kilku   niemundurowych   i   mundurowych.   Zatrzymany   był 

między samochodami, otoczony przez innych funkcjonariuszy. Policjant w 

skórzanej kurtce wykręcił mu rękę i nie puszczał.

Chudy mężczyzna, trochę niższy od Martina Becka, miał wydatny nos, 

niebieskoszare oczy i piaskowe, sczesane do tyłu włosy, przerzedzone na 

ciemieniu. Był w brązowych spodniach, białej koszuli i ciemnobrązowej 

marynarce klubowej.

-  O co chodzi? - zapytał idących w jego stronę Martina Becka i Kollberga.

- Jak pan się nazywa? - odpowiedział pytaniem Martin Beck.

-  Fristedt. Wilhelm Fristedt.

-  Czy mogę prosić o jakiś dowód tożsamości?

-  Nie. Nie mam przy sobie prawa jazdy. Zostawiłem w innej marynarce.

-  Gdzie pan był przez ostatnie dwa tygodnie?

-  Nigdzie. To znaczy w domu. Na Bondegatan. Byłem chory.

-  Sam w domu? - sarkastycznie zapytał Kollberg.

-  Tak.

-  Nazywa się pan Fransson, prawda? - powiedział uprzejmie Martin Beck.

-  Nie. Nazywam się Fristedt. Czy on musi mnie tak mocno trzymać? Boli 

background image

mnie ramię.

Martin Beck skinął na policjanta w skórzanej kurtce.

-  Do wozu z nim. - Usunął się z Kollbergiem na bok. -Jak myślisz? To on?

Kollberg podrapał się po głowie.

-  Nie wiem. Jest odpicowany i całkiem normalny. Jakoś mi nie pasuje. Ale 

wygląd się zgadza i nie ma dowodu tożsamości. Naprawdę nie wiem.

187

Martin Beck podszedł do samochodu i otworzył tylne drzwi.

-  Co pan robi na Djurgarden? - zapytał.

-  Nic. Spaceruję. O co chodzi?

-  I nie może pan potwierdzić tożsamości?

-  Niestety, nie.

-  Gdzie pan mieszka?

-  Na Bondegatan. Dlaczego mnie pan o to wypytuje?

-  Co pan robił we wtorek?

-   Przedwczoraj? Siedziałem w domu. Byłem chory. Dzisiaj wyszedłem 

pierwszy raz od przeszło dwóch tygodni.

-  Kto może to potwierdzić? Czy ktoś pana odwiedzał w czasie choroby?

-  Nie, byłem sam.

Martin Beck zabębnił palcami o dach samochodu i spojrzał na Kollberga.

Kollberg otworzył drzwi z drugiej strony.

-   Czy  wolno spytać, co pan mówił przed "willą Gróndal pół godziny 

temu?

-  Słucham?

-  Coś pan mówił, stojąc przed Willą Gróndal.

-  A... tak. - Mężczyzna lekko się uśmiechnął. - „Jestem chorą lipą, która 

background image

usycha za młodu. Mojej koronie ledwie starcza sił, by zrzucać suche liście 

na wietrze"*. O to chodzi?

Policjant   w   skórzanej   kurtce   wpatrywał   się   w   mężczyznę   z 

rozdziawionymi ustami.

-  Fróding - skwitował Kollberg.

Policjant w skórzanej kurtce rozdziawił usta jeszcze bardziej.

-   Tak - powiedział mężczyzna. - Umarł w Willi Gróndal. Nie był taki 

stary, ale psychicznie chory.

-  Kim pan jest z zawodu? - zapytał Martin Beck.

-  Rzeźnikiem.

Martin   Beck   wyprostował   się   i   spojrzał   na   Kollberga   nad   dachem 

samochodu. Kollberg wzruszył ramionami.

*  Gustaf Froding (1860-1911) Giv liv ochgronska.

188

Martin Beck zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął.

-  Okej. - Pochylił się i popatrzył na mężczyznę. - Zacznijmy od początku. 

Jak pan się nazywa?

Słońce prażyło w dach.

Mężczyzna na tylnym siedzeniu otarł pot z czoła.

-  Wilhelm Fristedt.

Rozdział 30

Można było wziąć Martina Becka za wystrychniętego na dudka ofermę z 

prowincji,   a   Kollberga   za   mordercę   gwałciciela.   Można   było   dokleić 

Rónnowi brodę i wmówić komuś, że to Święty Mikołaj. Jakiś otumaniony 

świadek mógłby od biedy twierdzić, że Gunvald Larsson jest Murzynem. 

Na   pewno   można   było   przebrać   komendanta   za   robotnika,   a   szefa 

background image

Głównego   Zarządu   Policji   za   pieniek.   Przypuszczalnie   ktoś   dałby   się 

nabrać   na   to,   że   minister   spraw   wewnętrznych   jest   gliniarzem.   Można 

było,   jak   Japończycy   podczas   drugiej   wojny   światowej   i   maniakalni 

fotografowie, udawać krzaki i wierzyć, że nikt nie odkryje kamuflażu.

Praktycznie można wcisnąć ludziom każdy kit, ale nikt nigdzie i nigdy nie 

pomyliłby z czymkolwiek ani z kimkolwiek Kri-stianssona i Kvanta.

Kristiansson   i   Kvant   nosili   czapki   od   munduru,   skórzane   kurtki   z 

pozłacanymi guzikami, szelki i pas z kaburą na pistolet i rzemieniem na 

pałkę.   Ubierali   się   tak   dlatego,   że   marzli,   ledwie   temperatura   spadała 

poniżej plus dwudziestu stopni.

Pochodzili   ze   Skanii.   Mieli   po   sto   osiemdziesiąt   sześć   centymetrów 

wzrostu,   blond   włosy   i   niebieskie   oczy.   Obaj   byli   szerocy   w   barach   i 

ważyli   mniej   więcej   po   dziewięćdziesiąt   kilogramów. 

,

Jeździli   czarnym   plymouthem   z   białymi   błotnikami,   wyposażonym   w 

szperacz, antenę, obrotowe pomarańczowe koguty

190

i dwie czerwone lampy. Na drzwiach, masce i bagażniku widniał biały 

napis POLICJA.

Kristiansson i Kvant obsługiwali radiowóz.

Zanim trafili do policji, służyli w południowoskańskim pułku piechoty w 

Ystad w stopniu plutonowego.

Obaj byli żonaci i mieli po dwójce dzieci.

Długo razem pracowali i znali się jak łyse konie. W tym samym czasie 

poprosili   o   przeniesienie   i   czuli   się   dobrze   wyłącznie   w   swoim 

towarzystwie.

background image

Mimo podobieństw różnili się charakterami i codziennie działali sobie na 

nerwy. Kristiansson był łagodny i koncyliacyjny, Kvant w gorącej wodzie 

kąpany   i   prowokacyjny.   Kristiansson   nigdy   nie   mówił   o   żonie.   Kvant 

mówił o swojej bez przerwy, dzięki czemu Kristiansson wiedział o niej 

wszystko. Nie tylko, co powiedziała i zrobiła; znał jej reakcje w sytuacjach 

intymnych i każdą plamkę na jej ciele.

Kristiansson i Kvant wspaniale się uzupełniali.

Zgarnęli wielu złodziei i tysiące alkoholików. Udaremnili kilkaset awantur 

domowych, przy czym niektóre wywołał Kvant, ponieważ wychodził z 

założenia, że ludzie wszczynają kłótnie, kiedy nagle w ich przedpokoju 

staje dwóch policjantów.

Nigdy nie dokonali spektakularnego zatrzymania, nigdy ich nazwiska nie 

znalazły   się   na   pierwszych   stronach   gazet.   Kiedyś,   służąc   w   Malmó, 

podwieźli   na   polikliniczny   oddział   nagłych   wypadków   przy   Szpitalu 

Publicznym   draśniętego   w   rękę,   pijanego   dziennikarza,   który   pół   roku 

później został zamordowany. O rozgłos nawet się nie otarli.

Jedni   mieli   swój   drugi   dom   w   ekskluzywnym   męskim   klubie   na 

Arsenalgatan,   Kristiansson   i   Kvant   mieli   swój   radiowóz   przesiąknięty 

oparami pijackiego odoru i zatęchłej zażyłości.

Niektórzy uważali ich za zarozumialców, bo mówili skańskim dialektem. 

Oni   się   wkurzali,   ilekroć   rozmaite   idywidua,   kompletnie   głuche   na 

brzmieniowe walory dialektu, usiłowały ich przedrzeźniać.

191

Kristiansson   i   Kvant   nie   pracowali   w   policji   sztokholmskiej.   Byli 

zatrudnieni na Solnej i o morderstwach w parkach wiedzieli mniej więcej 

tyle, co wyczytali w gazetach i usłyszeli w radiu.

background image

Tuż po wpół do trzeciej w czwartek dwudziestego drugiego czerwca byli 

naprzeciwko   zamku   Karlberg*.   Za   dwadzieścia   kilka   minut   kończyli 

zmianę.

Kristiansson   zawrócił   na   starym   placu   ćwiczebno-paradnym   i   jechał 

Karlbergs Strand na zachód.

-  Zatrzymaj się - powiedział Kvant.

-  Bo co?

-  Chcę rzucić okiem na tę łajbę. Kristiansson zatrzymał się i ziewnął.

-  Rzuciłeś?

-  Tak.

Wolno ruszyli przed siebie.

-   Dopadli parkowego mordercę - odezwał się Kristiansson. -Namierzyli 

go na Djurglrden.

-  Słyszałem.

-  Miło, że ma się dzieciaki w Skanii.

-  Tak, to dziwne... - Kvant umilkł. - Bardzo dziwne. Zanim spiknąłem się 

z Siv, latałem jak kot z pęcherzem. Zawsze miałem jakąś lalę na tapecie. 

Byłem, jak to się mówi, jurny i gotowy. Po prostu cholernie napalony.

-  Uhm, pamiętam - powiedział Kristiansson i ziewnął.

-  A teraz czuję się jak zajeżdżony koń pociągowy. Zasypiam jak kamień, 

ledwie kopnę się do łóżka, i pierwsze, o czym myślę po przebudzeniu, to 

zsiadłe mleko z pszenicznymi chrupkami. -Kvant myślał. - Może wiek robi 

swoje...

Kristiansson i Kvant niedawno skończyli trzydzieści lat.

-  Może - zgodził się Kristiansson.

Minęli   karlsberski   most,   dwadzieścia   metrów   dzieliło   ich   od   rogatek 

background image

Sztokholmu. Gdyby koledzy nie osaczyli parkowego

*  Obecnie siedziba Wyższej Szkoły Wojskowej.

192

mordercy   na   Djurglrden,   Kristiansson   pewnie   by   skręcił   w   prawo,   w 

Ekelundsvagen, żeby zobaczyć, co zostało z Ingenting-skogen po budowie 

blokowiska. Teraz nie było ku temu żadnego powodu, poza tym nie miał 

ochoty dwa razy jednego dnia oglądać Szkoły Policyjnej. Dlatego pojechał 

dalej krętą Karlbergs Strand.

Minęli Talludden.

Kvant   z   niesmakiem   popatrzył   na   nastolatków   wystających   przed 

kawiarnią i pośród samochodów na parkingu.

-  Na dobrą sprawę powinniśmy rzucić okiem na te ich cholerne gruchoty.

-   To zmartwienie kolegów z drogówki - skwitował Kristiansson. - Za 

kwadrans   zjeżdżamy.   -   Milczał   przez   chwilę.   -   Fajnie,   że   mają   tego 

seksualnego kretyna.

-     Gdybyś   przynajmniej   raz   powiedział   coś,   czego   nie   słyszałem 

dwadzieścia razy-wcześniej.

-  To nie takie proste.

-  Dzisiaj rano Siv była nieznośna. Mówiłem ci o tym gruzeł-ku, którego 

niby wymacała w lewej piersi? I ubrdała sobie, że to rak?

-  Uhm, mówiłeś.

-   Aha. No i pomyślałem, że jak ciągle o tym zrzędzi, to powinienem to 

sprawdzić.   Dzwoni   budzik,   ona   leży   jak   zdechła   ryba,   oczywiście 

obudziłem się przed nią i...

-  Uhm, mówiłeś.

U wylotu Karlbergs Strand, zamiast skręcić w nową ulicę prowadzącą do 

background image

Syndbybergsvagen   -   skąd   było   najbliżej   do   komendy   -   Kristiansson 

zdecydował się na dłuższą trasę, przez Huvud-sta Alle, obecnie rzadko 

uczęszczaną.

Potem   zarzucą   go   pytaniami,   dlaczego   wybrał   właśnie   tę   drogę,   i   nie 

usłyszą odpowiedzi. Po prostu tak mu się pojechało.

W każdym razie Kvant nie zareagował. Za długo patrolował ulice, żeby 

wyskakiwać z głupimi uwagami.

-  Nie rozumiem, co ją napadło - powiedział w zadumie. - To znaczy Siv.

13 - Mężczyzna na balkonie

193

Minęli stary zamek w Huvudście.

I to ma być zamek? - pomyślał po raz pięćsetny Kristiansson. W Skanii są 

prawdziwe zamki. Z hrabiami i w ogóle.

-  Pożyczysz mi dwie dychy? - spytał.

Kvant skinął głową. Kristiansson cierpiał na chroniczny brak gotówki.

Powoli jechali dalej. Po prawej było nowe blokowisko, po lewej wąski pas 

lasu nad zatoką.

-  Zatrzymaj się - powiedział Kvant.

-  Bo co?

-  Bo muszę za potrzebą.

-  Zaraz będziemy na miejscu.

-  Mus to mus.

Kristiansson skręcił w las, wóz potoczył się po przecince i zahamował. 

Kvant wysiadł, podszedł do niskich krzaków, stanął w rozkroku, opuścił 

suwak i gwiżdżąc, patrzył przed siebie. Kiedy zerknął w bok, pięć metrów 

dalej zobaczył mężczyznę, załatwiającego tę samą potrzebę.

background image

-  Przepraszam - odezwał się Kvant i dyskretnie odwrócił plecami.

Potem   poprawił   mundur   i   ruszył   do   samochodu.   Kristiansson   otworzył 

drzwi i wyjrzał.

Kvant przystanął dwa metry od radiowozu.

-  Wygląda jak... Tam jest... Kristiansson wszedł mu w słowo:

-  Słuchaj, przecież ten facet...

Kvant błyskawiczne zawrócił. Kristiansson wysiadł.

Mężczyzna - średniego wzrostu, o rzadkich, sczesanych do tyłu włosach i 

wydatnym   nosie   -   miał   na   sobie   beżową   marynarkę,   poplamioną   białą 

koszulę, pogniecione brązowe spodnie i czarne buty. Jeszcze nie poprawił 

ubrania.

Kiedy Kvant zbliżył się do niego na odległość dwóch metrów, zasłonił 

twarz lewą ręką.

-  Niech mnie pan nie bije.

194

Kvant drgnął.

-  Co?!

Wprawdzie   tego   ranka   usłyszał   od   żony,   że   jest   chamem   i   każdy   to 

zauważy, ale wszystko ma swoje granice. Zebrał się w sobie.

-  Co pan tu robi?

-  Nic - odparł mężczyzna z nieśmiałym, speszonym uśmiechem.

Kvant zlustrował jego ubranie.

-  Może się pan wylegitymować?

-  Tak, mam kartę emerycką. Podszedł Kristiansson.

-  Co się tu dzieje? Mężczyzna popatrzył na niego.

-  Niech mnie pan nie bije - powtórzył.

background image

-  Czy pan Ingemund Fransson? - spytał Kristiansson.

-  Tak.

-  No to proszę z nami - powiedział Kvant, biorąc delikwenta pod ramię.

Mężczyzna bez oporu pozwolił się zaprowadzić do radiowozu.

-  Proszę usiąść z tyłu - polecił Kristiansson.

-  I zapiąć spodnie - dodał Kvant.

Po chwili wahania mężczyzna znów się uśmiechnął i wykonał polecenie.

Kvant usiadł obok niego.

-  No to zobaczmy tę kartę emerycką. Mężczyzna wyjął dokument z tylnej 

kieszeni spodni. Kvant zerknął i podał go Kristianssonowi.

-     Tak,   chyba   nie   ma   wątpliwości   -   orzekł   Kristiansson.   Kvant   z 

niedowierzaniem spojrzał na mężczyznę.

-  Nie ma. To on.

Kristiansson obszedł samochód, otworzył drzwi po przeciwnej stronie i 

zaczął obmacywać kieszenie marynarki mężczyzny.

195

Dopiero   teraz   zauważył   jego   zapadnięte   policzki   i   kilkudniowy   siwy 

zarost.

-     Proszę   bardzo   -   powiedział,   wyciągając   z   wewnętrznej   kieszeni 

jasnoniebieskie dziecięce figi.

-  Aha - bąknął Kvant. - To chyba przesądza sprawę, prawda?

-  Tak myślę - odparł Kristiansson.

-  Wziąłem od niej kawałek czekolady - odezwał się Inge-mund Fransson. 

- Ale dałem chłopczykowi bilet na metro. Był ważny w jedną stronę.

Kristiansson nic więcej nie znalazł w kieszeniach. Kvant zatrzasnął drzwi.

-  Czekolada - rzucił ze złością. - Bilet! Zabiłeś trzy dziewczynki!

background image

-  Tak. - Mężczyzna uśmiechnął się i pokręcił głową. - Musiałem.

Kristiansson wciąż stał przy samochodzie.

- Jak pan je zwabił?

-  Dzieci mnie lubią. Pokazuję im rozmaite rzeczy. Kwiatki i tak dalej.

Kristiansson myślał chwilę.

-  Gdzie pan spał tej nocy?

-  Na Cmentarzu Północnym. Przy kolumbarium.

-  A wcześniej? - spytał Kvant.

-  Też tam i na innych cmentarzach. Nie bardzo pamiętam.

-  A gdzie pan był za dnia? - zapytał Kristiansson.

-   Różnie... Często w kościołach. Tam jest pięknie. Cichuteńko. Można 

siedzieć godzinami...

- Jasne, wszystko, tylko nie dom - warknął Kvant.

-  Nie... Byłem w domu... Raz. Coś miałem na butach i...

-  I?

-     Musiałem  je  zmienić  i  włożyłem  stare  tenisówki.  Potem oczywiście 

kupiłem nowe. Bardzo drogie. Nieprzyzwoicie drogie.

196

Kristiansson i Kvant wpatrywali się w niego.

-  I wziąłem marynarkę.

-  Aha - bąknął Kristiansson.

-     Nocami   na   dworze   jest   naprawdę   chłodno   -wyjaśnił   mężczyzna 

konwersacyjnym tonem.

Usłyszeli odgłos szybkich kroków. Biegła w ich stronę młoda kobieta w 

niebieskim fartuchu i drewniakach. Na widok radiowozu stanęła jak wryta.

-  Uff! - sapnęła zadyszana. - Czy może... Moja córeczka... Nigdzie jej nie 

background image

ma... Może ją widzieliście? Miała czerwoną sukienkę...

Kvant opuścił szybę, opanował się i odparł uprzejmie:

-  Tak, proszę pani. Siedzi tam, za krzakami, i bawi się lalką. Nic jej nie 

grozi. Przed chwilą ją widziałem.

Kristiansson   odruchowo   schował   za   plecami   jasnoniebieskie   figi   i 

próbował się uśmiechnąć. Nie wyszło mu najlepiej.

-  Nic jej nie grozi - głupkowato powtórzył za kolegą. Kobieta zniknęła za 

krzakami i sekundę później rozbrzmiał

dziecięcy głosik:

-  Cześć, mamo!

Twarz Ingemunda Franssona wygładziła się, spojrzenie znieruchomiało i 

otępiało.

Kvant chwycił go za ramię.

-  Ruszaj, Kalle.

Kalle Kristiansson zatrzasnął tylne drzwi, usiadł za kierownicą i włączył 

silnik.

-  Jedno mnie zastanawia - powiedział, wyjeżdżając na ulicę.

-  Co takiego?

-  Kogo oni dopadli na Djurgarden.

-  Też jestem ciekawy.

-  Proszę mnie tak nie ściskać - zakwilił Ingemund Fransson. -To boli.

-  Milczeć! - warknął Kvant.

197

Martin   Beck   wciąż   był   na   Djurgłrden,   osiem   kilometrów   od   Huvudsta 

Alle. Stał nieruchomo z lewą dłonią na brodzie i patrzył na Kollberga, 

czerwonego   na   twarzy   i   mokrego   od   potu.   Policjant   na   motocyklu,   w 

background image

białym kasku i z walkie-talkie na plecach zasalutował i odjechał.

Dwie   minuty   wcześniej   Melander   i   Rónn   podwieźli   na   Bon-degatan 

mężczyznę,   który   twierdził,   że   nazywa   się   Fristedt,   żeby   mógł   się 

wylegitymować. Ściśle rzecz biorąc, była to czysta formalność. Ani Martin 

Beck, ani Kollberg nie mieli wątpliwości, że to fałszywy trop.

Został   tylko   jeden   radiowóz.   Kollberg   zatrzymał   się   przy   otwartych 

przednich drzwiach, Martin Beck dwa metry dalej.

-  Coś jest - odezwał się policjant siedzący w radiowozie. -Coś w radiu.

-  Co? - apatycznie spytał Kollberg. Policjant słuchał.

-  Dwóch naszych z Solnej. Z patrolu.

-  I?

-  Mają go.

-  Franssona?

-  Tak, mają go w wozie.

Podszedł Martin Beck. Kollberg pochylił się, żeby lepiej słyszeć.

-  Co mówią? - spytał Martin Beck.

-     Jasne   jak   słońce   -   powiedział   człowiek   w   radiowozie.   -  Tożsamość 

potwierdzona.   Przyznał   się.   Poza   tym   miał   w   kieszeni   jasnoniebieskie 

dziecięce figi. Złapany na gorącym uczynku.

-  Co? - powiedział Kollberg. - Na gorącym uczynku? Czy...

-     Nie,   nie,   zdążyli   w   samą   porę.   Dziewczynka   jest   cała   i   zdrowa, 

i

Martin   Beck   oparł   czoło   na   krawędzi   dachu   samochodu.   Blacha   była 

gorąca i zakurzona.

198