background image

Jan Kaczmarek 

Wystąpienia kolejarzy w Poznaniu w dniu 26 kwietnia 1920 roku 

Przedmiotem moich wspomnień będą wypadki, jakie zaszły w Poznaniu 

w dniu 26 kwietnia 1920 roku, w których dziewięciu kolejarzy ugodzonych 
strzałami polskiej policji poniosło śmierć, zaś 30 było rannych. 

Gdy sobie uprzytomnimy, że wypadki te odbyły się niemalże w rocznicę 

ostatecznej   kapitulacji   Niemców   wobec   zwycięskiego   powstania 
wielkopolskiego, zachodzi pytanie, jakie okoliczności złożyły się na fakt, że 
byli uczestnicy  powstania ubrani w mundury  policji złożyli broń do strzału 
przeciw   swym   kolegom   powstańcom   ubranym   w   mundury   pracowników 
kolejowych. 

Dopiero   gdy   uprzytomnimy   sobie   ówczesne   gospodarcze   i   polityczne 

życie Wielkopolski, zrozumiemy, że ci, którzy oddali bratobójcze strzały, byli 
raczej   narzędziem   tych   nielicznych   a   możnych,   którzy   w   zaraniu   naszego 
niepodległego bytu państwowego nawet po trupach rodaków zdecydowani byli 
zdobywać władzę i majątki dla siebie. 

Rzeczpospolita Polska jednocząca po prawie półtorawiekowym okresie 

obszary, które  podlegały  trzem  zaborcom,  musiała  przezwyciężać  olbrzymie 
trudności organizacyjne, administracyjne, skarbowe i gospodarcze. 

Wartość pieniądza spadała, ceny rosły i ludziom, którzy żywili się nie ze 

spichlerzy lecz z zarobionych pieniędzy, nie starczało niekiedy nawet na zakup 
chleba. 

Rząd w Warszawie zrozumiał ten stan i 31 grudnia 1919 roku wypłacił po 

raz   pierwszy   wszystkim   pracownikom   państwowym   tak   zwaną   trzynastą 
pensję. 

Tę trzynastą pensję wypłacono na terenach byłych zaborów rosyjskiego i 

austriackiego,   tylko   Ministerstwo   byłej   Dzielnicy   Pruskiej   wypłacenia   jej 
odmówiło. 

Nie   czuję   się   tu   powołanym   do   dochodzenia   przyczyn,   dla   których, 

pomimo poleceń rządu w Warszawie, Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej nie 
chciało   ulżyć   warunkom   bytu   rzesz   pracowniczych   Wielkopolski   i   tę 
nieszczęsną trzynastą pensję wypłacić. Stwierdzę jedynie, że Wielkopolska i 
Pomorze   były   wówczas   najlepiej   sytuowanymi   gospodarczo   dzielnicami 
państwa,   dzielnicami,   które   w   odróżnieniu   od   wschodnich   i   południowych 
województw nie doznały huraganu zniszczeń pierwszej wojny światowej. Jeśli 
więc w tamtych dzielnicach znalazły się zasoby na tę trzynastą pensję, to z całą 
pewnością były one i tutaj. 

Załogę Warsztatów Kolejowych w Poznaniu, zatrudniających wówczas 

background image

około   2,5   tysiąca   pracowników,   stanowili   rodacy,   którzy   w   miesiącach 
jesiennych i zimowych 1919 roku powracali po długoletniej tułaczce z fabryk 
dalekiej   Westfalii   i   Nadrenii,   ze   szpitali   wojskowych   i   rosyjskich   obozów 
jenieckich,   w   których   przebywali   jako   żołnierze   armii   niesławnego   żywota 
monarchii niemieckiej. 

Ludzie ci, nie zaaklimatyzowani jeszcze w warunkach odbudowującego 

się   państwa   polskiego,   napotykali   liczne   trudności   bytowe,   zaś   pobory   nie 
zaspokajające   najelementarniejszych   potrzeb   życiowych   wprawiały   ich   w 
rozpacz. Mieli jednak poczucie ładu i zaufania do polskich władz. Nie wierzyli, 
by ci, którym naród władzę powierzył, lekceważyli głód własnych rodaków. 

Rozumieli ówczesne trudności gospodarcze. Całe pierwsze trzy miesiące 

1920   roku   ograniczyli   się   nasi   kolejarze   do   interwencji   przedstawicieli 
związków   zawodowych   w   Dyrekcji   Kolei   i   Ministerstwie   byłej   Dzielnicy 
Pruskiej o wypłacenie tych dawno już ich kolegom w Warszawie, Krakowie, 
Wilnie i Lwowie wypłaconych pieniędzy. 

Przyszedł kwiecień 1920 roku, w którym wzrost cen okazał się podwójny. 

Ministerstwo   oświadczyło   przedstawicielom   związku,   że   dodatkowa   pensja 
wypłacona będzie z nowego budżetu 15 kwietnia . Wówczas rok budżetowy 
obliczano od 1 kwietnia do 31 marca. 

Minęły   15,   16   i   17   kwietnia   –   pensji   nie   było.  Wysłani   do   Zamku   ' 

przedstawiciele   grup   związkowych   wracali,   powtarzając   oświadczenie 
urzędników   Ministerstwa,   że   sprawa   jest   w   toku,   tylko   trudności   bankowe 
zmuszają do wstrzymania wypłaty o kilka dni. Tak przeciągała się sprawa do 26 
kwietnia. 

'  

W gmachu dawnego zamku króla Prus i cesarza Rzeszy Niemieckiej Wilhelma II 

   Hohenzollerna znajdowała się siedziba Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej, 
   któremu do kwietnia 1922 r. podlegały władze administracyjne województwa 
   poznańskiego i pomorskiego. 

Pamiętam ten dzień. Przyszliśmy do warsztatów jak zwykle. Jak zwykle 

stanęliśmy przy maszynach. Syrena dala sygnał rozpoczęcia pracy. 

Na swym warsztacie usiadł Anioła i gwarą poznańską zawołał: 

Jo dziś świętuję. Wojna od roku jest precz, to nie mam powodu pościć, 
a   tydzień   już   jem   jałowe   pyry,   bo   rzeźnik   mówi,   że   w   tę   naszą 
dodatkową pensję nie wierzy i na krychę dawać nie będzie.

A co powiesz, jak cię zawołają do dyrektora – zapytał repatriant z 
Berlina, nieżyjący już dziś Bolesław Nowicki. 

Anioła   odpowiedział   tak,   jak   na   członka   Katolickiego   Towarzystwa 

Robotników   Polskich   parafii   górczyńskiej,   w   której  mieszkał,  odpowiedzieć 
przystało: 

Powiem, że jestem głodny i nie mam sił do roboty. Niech mi dadzą 

2

background image

jeść i niech wreszcie zrobią coś u rządu, aby nam dali ten dodatek. 

Na warsztat wyskoczył pochodzący ze Słomowa pod Obornikami ślusarz 

Stanisław Turtoń ' , który 20 lat później zamordowany został w Dachau przez 
hitlerowców. Był on najinteligentniejszy i najbardziej wymowny z wszystkich 
pracowników. Wojnę światową przebył jako marynarz marynarki wojennej. W 
roku 1918 jako ranny przebywał w szpitalu w Hamburgu. W czasie rewolucji w 
Niemczech uciekł ze szpitala. Bił się w Berlinie po stronie „Spartakusów” '' , a 
następnie powrócił do rodziny. Znany był z tego, że przyjechawszy do Poznania 
dnia 28 grudnia 1918 roku i dowiedziawszy się na dworcu, że w Poznaniu są 
walki powstańcze, już na dworcu wstąpił w szeregi walczących pod komendą 
Rady Robotników i Żołnierzy. Miał wszystkie przymioty, jakie przywódca mas 
mieć powinien: odwagę myśli, odwagę słowa, szybkość decyzji i wspaniałą 
wymowę. 

'  

Stanisław Turtoń (1894-1940), ślusarz, członek SPD i Związku Spartakusa, członek 

   ZZK i PPS, radny miejski, jeden z czołowych działaczy ZZK i PPS na terenie 
   Wielkopolski. Członek Rady Naczelnej PPS. Aresztowany 24 IV 1940 r. przebywał 
   w Forcie VII, a następnie wywieziony do Dachau. Zamordowany 24 XII 1940 w 
   Oranienburgu. 
'' Związek Spartakusa – rewolucyjna organizacja niemiecka. Działała od r. 1916. W 
   grudniu 1918 r. przekształciła się w Komunistyczną Partię Niemiec. 

Zrobił   rękoma   taki   ruch,   jakby   chciał   nas   wszystkich   stojących   przed 

warsztatem Anioły ogarnąć. Zawołał: 

Koledzy, Anioła zapomniał nam zaproponować, abyśmy z nim poszli 
do   górczyńskiego   proboszcza   poprosić,   aby   nas   litościwie   napasł 
ziemniaczkami   ze   swej   piwnicy,   a   potem   ruszył   z   nami   procesją 
błagalną   pod   Dyrekcję   Kolei   prosić   obszarnika   Dobrzyckiego   '   , 
siedzącego dziś na fotelu prezesa, by ten z kolei ujął się za nami przed 
swymi kumplami ziemiańskimi, Seydą '', Paszwińskim ''', Rzepeckim 
'''' i Drwęskim, siedzącymi w Zamku. Ja wam mówię, że jak sami nie 
pójdziemy, jak nie pokażemy, że oni to garstka, a my  siła, jak nie 
zagrozimy   strajkiem   i   zatrzymaniem   ruchu   kolejowego,   to   jeszcze 
kilka miesięcy będą uprzejmie i patriotycznie odsyłać nasze delegacje 
od jednego dygnitarza do drugiego, aż żony i dzieci nasze wykitują z 
głodu. Idziemy na Zamek, czy nie!?

'    

Edmund Dobrzycki, prezes Dyrekcji Kolei Państwowych w Poznaniu. 

''    Władysław Seyda (1863-1939), adwokat w Krotoszynie i Poznaniu, poseł do 
      parlamentu Rzeszy Niemieckiej (1907-1918), prezes Koła Polskiego w Berlinie 
      (1918), członek tajnego Komitetu Obywatelskiego, a następnie Komisariatu NRL, 
      pierwszy minister byłej dzielnicy pruskiej (1919-1920), poseł na Sejm 
      Ustawodawczy. 
'''   Adam Poszwiński, redaktor, członek Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej (NRL),
      a następnie pracownik Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej. 

3

background image

''''  Karol Rzepecki, jeden z przywódców Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego, 
       a następnie Związku Ludowo-Narodowego (endecja), uczestnik powstania 
       wielkopolskiego, w czasie wydarzeń z 26 IV 1920 r. prezydent policji w Poznaniu, 
       odpowiedzialny za stosunek policji do demonstrantów. 

Mówił z taką mocą, tak trafił w to, co każdy z robotników ważył w swych 

myślach, a co w ówczesnych stosunkach wielu nie miało odwagi wypowiedzieć 
nawet w kilkuosobowej rozmowie, że na jego pytanie odzew z kilkuset ust był 
jeden – i d z i e m y ! 

Lotem błyskawicy  rozniosło się po wszystkich halach hasło: Zostawić 

pracę,   idziemy   pod   Zamek.   Na   dziedziniec   warsztatu   wyległy   setki 
pracowników, których prezes Koła Związku Zawodowego Kolejarzy, Altmann ' 
ustawiał do pochodu. 

Maksymilian Altmann, ur. 11 IX 1888 r. w Poznaniu (zmarł 5 II 1932 r.), ślusarz, 

  jeden z czołowych przywódców ZZK i PPS w Poznaniu, radny miejski (1925-1929). 

W   furtce   muru   oddzielającego   teren   warsztatów   od   ulicy   ukazał   się 

naczelnik   warsztatów   Stefan   Granatowicz.   Był   to   stary,   bardzo   dobry 
fachowiec,   mianowany   naczelnikiem   warsztatów   przez   Naczelną   Radę 
Ludową. Wiedział, że jego pozycja na stanowisku, na którym były wymagane 
kwalifikacje inżyniera, jest niepewna, a że w  tym czasie duchowieństwo  w 
Wielkopolsce   miało   wpływy   przemożne,   zaczął   demonstracyjnie   okazywać 
swoją, co prawda istotnie szczerą, pobożność. Co dzień rano przystępował do 
sakramentów, w  drodze do kościoła i w powrotnej niosąc w ręku pokaźnej 
wielkości książkę do nabożeństwa. 

Widząc robotników gotowych do pochodu, zapytał, gdzie i po co idziemy. 

Otrzymawszy wyjaśnienie, zawołał: 

Rodacy, czy wy dla Polski nie możecie ofiarować trochę wyrzeczenia 
swych potrzeb?

A my i nasze rodziny to nie Polska? Zresztą niech się wyrzekają ci, 
którzy mają z czego – odpowiedział mu kolega Franciszek Dachtera ' . 

'  Franciszek Dachtera, jeden z organizatorów ZZK w Poznaniu. 

Granatowicz popatrzał po stojących szeregach i powiedział: 

No, to idźcie, ale zachowajcie porządek.

Rzesze pracowników przyszły pod Zamek i wysłały delegację do ministra 

Władysława Seydy i bawiącego wówczas w Zamku ministra kolei, Kazimierza 
Bartla ' . 

'  

Kazimierz Bartel (1882-1941), profesor matematyki Politechniki Lwowskiej, 

   wielokrotny minister i premier rządów polskich okresu międzywojennego 
   (1926, 1928-1929, 1929-1930), zamordowany przez hitlerowców we Lwowie. 

Czekaliśmy niedługo. Delegacja wyszła z urzędnikami Ministerstwa 

4

background image

oznajmiając,   że   sprawa   będzie   zdecydowana   do   godziny   pierwszej,   a   nas 
wzywają do powrotu do pracy. 

Robotnicy wrócili do warsztatów. Przeszła godzina pierwsza. Nadeszła 

druga, a z nią przyszli na halę warsztatową koledzy popołudniowej zmiany. 
Wysłany pod Zamek zwiad wrócił z oznajmieniem, że do delegatów nie mógł 
się dostać, gdyż Zamek otoczony jest kordonem policji, która nie dopuszcza do 
wejścia,   z   czego   wnioskować   można,   że   sprawa,   której   się   domagamy, 
załatwiona jest nieprzychylnie. 

Zwołano ogólną naradę, w której ilość uczestników była podwójna, bo 

wzmocniona o zmianę popołudniową. Postanowiono pójść pod Zamek, zapytać 
się, jak wreszcie rozstrzygnięto nasz postulat. Wybrano delegację, która miała o 
to pytać. 

Pochód   wzmocniony   pracownikami   dworca   poznańskiego   obejmował 

około 3000 ludzi. Gdy czołówka była pod Zamkiem, koniec pochodu był gdzieś 
na moście Uniwersyteckim. Dano znak zatrzymania pochodu. Grupy stojące na 
jezdni weszły na chodnik, by nie tamować ruchu. Delegacja weszła do gmachu 
nie zatrzymana przez kordon. 

Po kilku minutach wyszedł Karol Rzepecki, który wówczas sprawował 

obowiązki   naczelnika   Wydziału   Spraw   Wewnętrznych,   a   zarazem   był 
prezydentem   policji   państwowej   na   województwo   poznańskie.   Stanął   na 
schodach wiodących do bramy zamkowej i słyszeliśmy, jak spokojnie wydawał 
rozkazy: 

Pierwszy szereg klęknij! Złóż broń!

Patrzyliśmy na to spokojnie, nie rozumiejąc, po co każe policji odbywać 

te ćwiczenia. Usłyszeliśmy trzeci rozkaz: 

Na moją komendę ognia!

Równocześnie   w   prawicy   tego   zbira   ukazał   się   rewolwer,   z   którego 

wystrzelił w górę. 

Wówczas część manifestantów zaczęła uciekać w ulicę Wały Zygmunta 

Augusta (obecnie Kościuszki). 

Salwę   dano   z   odległości   30   kroków.   Była   ona   nierówna.   Wielu 

policjantów przed strzałem obejrzało się na rozkazodawcę, chcąc się upewnić, 
czy dobrze usłyszeli rozkaz. 

W   grupie   policjantów   miałem   znajomego,   byłego   kolegę   ze   Straży 

Obywatelskiej w powstaniu wielkopolskim. Był w pierwszym szeregu, któremu 
kazano klęknąć. Mimo woli obserwowałem go. Pamiętam, że oddając strzał 
podniósł   lufę   karabinu   tak   wysoko,   że   kula   jego   na   pewno   przeszła   ponad 
dachem Dyrekcji Poczt. 

Całe szczęście, że takich jak on było więcej. Bo jeśli się zważy bardzo 

bliską   odległość   szeregów   strzelających   do   nas   i   to,   że   staliśmy   w   zwartej 
kolumnie, to nie kilkudziesięciu z nas upadłoby zaraz po strzale na bruk, ale 

5

background image

tylu ile karabinów oddało salwę. 

Na miejscu śmiertelnie ugodzonych było 7, rannych zaś 32 kolejarzy! 
Uczestnicy  pochodu nie mieli żadnych agresywnych zamiarów, chcieli 

tylko swym tłumnym wystąpieniem poprzeć rokowania swych delegatów. Dla 
robotników,  którzy   spokojnie   oczekiwali   na   odpowiedź  rządców   regionu,  te 
nagłe   strzały   były   tak   niespodziewane,   że   w   pierwszej   chwili   pochód 
rozpierzchł się w boczne ulice. 

Starsi   pamiętają   zapewne,   że   wówczas   na   placu   pomiędzy   wieżą 

zamkową a Uniwersytetem stał cokół po pomniku Bismarcka. We dwóch, z nie 
znanym mi z nazwiska warsztatowcem, nieśliśmy jednego z ciężko rannych do 
Uniwersytetu. W drodze, aby odpocząć i wygodniej ująć rannego, położyliśmy 
go na stopień cokołu. Dopadł do niego podkomisarz policji. Ranny nie zważał 
na niego, a może w swym bólu nawet go nie zauważył. Wciąż jęczał: cholery, 
katy, mordercy! 

Podkomisarz zawołał na nas: odejść! Równocześnie skinął na idącego za 

nim policjanta. Myślałem, że nas odpędza, a sam chce się zaopiekować rannym. 
Odszedłem parę kroków. Obejrzałem się i zobaczyłem policjanta stojącego bez 
karabinu,   a   komisarza   podnoszącego   karabin   nad   głowę   rannego.   Unosząc 
karabin ruchem wahadłowym ugodził go trzykrotnie w głowę. 

Ja i stojący obok mnie kolega dopadliśmy do niego. Policjant wyrwał mu 

karabin z rąk. Zacząłem krzyczeć: 

Koledzy, dobijają rannych! 

Podkomisarz, trzymając mnie, odpinał olstrę pistoletu. Uderzyłem go w 

szczękę, tak że cofnął się o krok. Policjant zagrodził mi drogę. Wracamy! - 
wrzasnął i wymownym ruchem ręki pokazał na nadbiegających kolejarzy. Obaj 
zaczęli biec ku bramie zamkowej. 

Nieraz zastanawiałem się nad tym i dziś po upływie kilkudziesięciu lat 

nie mam dokładnego przeświadczenia, czy policjant robił to, chcąc pohamować 
szaleńca   przed   nową   zbrodnią,   czy   z   obawy   przed   samosądem 
demonstrujących. 

Biegiem dopadli do wrót ogrodzenia Zamku, gdzie strwożeni dokonaną 

zbrodnią i z obawy przed naszym odwetem, policjanci cofali się na dziedziniec 
Zamku. Tam zaryglowali bramę żelaznego płotu otaczającego dziedziniec, a 
chcąc   udaremnić   wyłamanie   bramy   przez   wzburzony   tłum,   oddali   kilka 
strzałów w powietrze. 

Kolejarze pozbierali zabitych oraz rannych i po kilku splótłszy ramiona 

nieśli jak na noszach do szpitala. 

Długi był ten pogrzebowo-sanitarny pochód, w którym niesiono siedmiu 

zabitych i 32 rannych. To była dopiero wymowna demonstracja, jak w wolnej 
ojczyźnie   odnoszą   się   sfery   posiadające   do   tych,   do   których   półtora   roku 
przedtem wołano wielkimi literami gazet i afiszy: „Rodacy, do walki o 

6

background image

wolność!”;   zaś   w   dwa   miesiące   później:   „Rodacy,   do   broni,   ojczyzna   w 
niebezpieczeństwie!” 

Temu pochodowi nikt już nie przeszkadzał. Szliśmy śpiewając bojową 

pieśń  Krew naszą długo leją kaci.  Od ludzi nie związanych z naszą sprawą 
słyszeliśmy wyrazy współczucia i oburzenia na zbrodnię. 

Wieczorem tego dnia, w nocy i na drugi dzień policji nie było w mieście. 

W dzielnicy Wilda, w której znajdują się warsztaty kolejowe, posterunek policji 
w dniu 27 kwietnia był zamknięty. 

Rano w dziennikach i bramie warsztatowej pojawiły się ogłoszenia, że ta 

nieszczęsna   trzynasta   pensja   wypłacona   będzie   dnia   1   maja.   Istotnie, 
wypłacono ją, ale jak wielką ofiarą została ona opłacona. 

Gdy po południu 27 kwietnia odwiedziliśmy naszych rannych kolegów w 

szpitalu,   jeden   z   lekarzy   wręczył   przewodniczącemu   kopertę.   Zapytany,   co 
koperta zawiera, odpowiedział: 

Od rana zgłaszają się w kancelarii szpitala różni ludzie i składają datki 
na pogrzeb tych dziewięciu, bo dwóch jeszcze w nocy zmarło. Nie 
pytajcie się więcej i weźcie, to na ten cel.

Domyśliliśmy   się,   że   to   nie   ludzie   spoza   szpitala,   tylko   sami   lekarze 

zrobili tę składkę. Był to dla nas objaw solidarności ludzi nauki z naszą walką o 
poprawę bytu klasy robotniczej. 

Odbyty 30 kwietnia pogrzeb ofiar był tłumną manifestacją. Wąska ulica 

wiodąca od dzisiejszej ulicy Dzierżyńskiego na cmentarz dębiecki nie mogła 
pomieścić   mas   biorących   udział   w   pogrzebie.   Ówczesny   proboszcz   parafii 
kościoła Bożego Ciała, dziekan Rankowski, oznajmił przed pogrzebem, że nie 
życzy   sobie   i   nie   dopuści   do   żadnych   przemówień   ani   też   nie   wpuści 
sztandarów związkowych i partyjnych na cmentarz. 

Gdy   chciał   przed   bramą   cmentarną   zrealizować   swój   zakaz,   komisarz 

policji poradził mu, aby tego nie robił. Czuł bowiem, że rozgoryczenie ludzi 
idących w kondukcie jest zbyt wielkie i usiłowanie spełnienia żądań księdza 
grozi nieobliczalnymi następstwami. 

Pochowaliśmy   więc   kolegów,   oddając   im   cześć   mową   pożegnalną   i 

pokłonem czerwonych sztandarów. 

Chciałbym   na   koniec   opowiedzieć   o   historii   pomnika   na   grobie   tych 

dziewięciu ofiar. Na zew Zarządu Głównego ZZK w całej Polsce pracownicy 
kolejowi składali datki na pomnik. Zebrana kwota starczyła na pomnik i na 
nagrobek. 

Robiliśmy starania, aby pomnik ten ustawić na miejscu ich zgonu tzn. pod 

Zamkiem. Rada Miejska stanowczo sprzeciwiła się temu projektowi. 

Chcieliśmy nad mogiłą ustawić nagrobek z płytą pamiątkową. Według 

7

background image

obowiązujących   wtenczas   praw   cmentarze   w   Wielkopolsce   podlegały 
jurysdykcji kościelnej. Każdy  napis umieszczany  na cmentarzu musiał mieć 
aprobatę proboszcza. Ksiądz Rankowski długo spierał się z nami o tekst napisu 
na płycie, a w końcu oświadczył, że nie godzi się na nagrobek wyższy jak 
półtora metra. Ustawiliśmy skromny pomnik z niepełnym napisem, uważając 
go   za   prowizoryczny   i   myśląc,   że   wywalczymy   możność   ustawienia 
okazalszego. 

Interwencje   w   tej   sprawie   w   Ministerstwie   Wyznań   Religijnych   i 

Oświecenia   Publicznego   oraz   w   Ministerstwie   Komunikacji   trwały   do   roku 
1933. Od Ministerstw otrzymaliśmy odpowiedzi, że nie mogą naruszać praw, 
jakie w Wielkopolsce przysługują duchowieństwu. 

Gdy w roku 1932 z funduszy zbieranych w ciągu lat na budowę domu 

robotniczego, ZZK zakupił skromny budynek z dziedzińcem przy ulicy Stromej 
(dziś Niedziałkowskiego), chcieliśmy ze zdewaluowanych w kilkunastoletnim 
okresie kwot postawić pomnik na własnym dziedzińcu. I na to nasz magistrat 
nie zezwolił, argumentując odmowę planami budowy ulicy, która miała przez 
ten dziedziniec przebiegać. 

Gdy   upadła   ostatnia   nadzieja   postawienia   pomnika   z   funduszu 

przeznaczonego na ten cel, Zarząd Koła ZZK kazał sporządzić i wmurować w 
ścianę domu związkowego od strony dziedzińca tablicę pamiątkową. Resztę 
zużytkował na stypendia dla sierot po poległych. Tablica ta uległa zniszczeniu 
w pożarze domu związkowego w czasie walk o Poznań w lutym 1945 roku. 

Dopiero   w   Polsce   Ludowej   opowiedziane   tu   przeze   mnie   wypadki 

doczekały   się   upamiętnienia   w   miejscu   publicznym.   Przechodząc   wzdłuż 
zachodniej   ściany   Zamku,   dziś   Pałacu   Kultury,   odczytać   można   napis   o 
opowiedzianych przeze mnie wypadkach, wykuty na wmurowanej w tę ścianę 
kamiennej tablicy pamiątkowej. 

Nota o autorze: 
Kaczmarek Jan, uczestnik powstania wielkopolskiego, organizator Związku Zawodowego 
Kolejarzy (ZZK) w Poznaniu w r. 1919, od r. 1922 działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, 
uczestniczył w licznych wystąpieniach robotniczych; członek Polskiej Zjednoczonej Partii 
Robotniczej (PZPR). 

http://www.chomikuj.pl/Pierwszy_113