background image

Howard Phillips Lovecraft & August Derleth

''The Dark Brotherhood''

                                                              CIEMNE BRACTWO

Prawdopodobnie nigdy nie poznamy wszystkich faktów związanych z tajemniczym unicestwieniem 
przez ogień opuszczonego domu na wzgórzu, nad brzegiem Seekonk, w wyludnionej dzielnicy 
pomiędzy mostami Czerwonym i Waszyngtona. Policja otrzymała więcej niż zazwyczaj poufnych 
informacji dotyczących tej sprawy, najbardziej zdumiewające jest jednak zeznanie Arthura 
Phillipsa, potomka starej rodziny z East Side, zamieszkałego przy Angell Street, nieco chmurnego, 
lecz energicznego młodego mężczyzny, który sporządził manuskrypt opisujący pewne wydarzenia, 
których splot doprowadził w ostateczności do pożaru. Choć policja przesłuchała wszystkie osoby 
związane ze sprawą i wymienione w zeznaniu pana Phillipsa, nie znaleziono żadnych dowodów, 
jeśli nie liczyć oświadczenia bibliotekarza z Ateneum, potwierdzającego fakt, jakoby pan Phillips 
spotkał się tam był raz z panną Rose Dexter, potwierdzających treść jego jakże bulwersującego 
manuskryptu.
A oto spisane własnoręcznie przez niego zeznanie.

1

Nocami na ulicach każdego z miast wschodniego wybrzeża można napotkać wiele dziwnych i 
przerażających rzeczy, być świadkiem makabrycznych i niewypowiedzianych zdarzeń, mrok 
bowiem wyłuskuje z ciemnych zaułków i nisz, pokoi na poddaszu i sekretnych piwnic tych ludzi, 
którzy z bliżej nieokreślonych przyczyn, ginących w otchłani czasu, wolą spędzać dni w szarych, 
posępnych zakamarkach swoich kryjówek. Kaleki, dziwolągi, samotnicy, chorzy, starcy, nawiedzeni 
— wszystkie te zagubione dusze, które pod osłoną nocy po wieczność poszukują swej tożsamości, 
ciemność zaś jest dla nich błogosławieństwem, jakiego nigdy nie dane jest im doświadczyć w 
chłodnym blasku dnia.
Owi skłóceni z życiem, zranieni na duchu mężczyźni i kobiety, którzy nigdy nie uwolnili się od 
wstrząsających przeżyć z dzieciństwa lub z własnej woli poszukują doznań nie znanych i nie 
przeznaczonych śmiertelnikom, odwiedzają miejsca zakazane, gdzie zbierają się im podobne 
wyrzutki społeczeństwa, zjawiają się tam zawsze po zmroku, zlatują się jak ćmy do światła, by o 
brzasku powrócić do swych kryjówek.
Jako jedynak i samotnik z natury, na dodatek od dzieciństwa wątłego zdrowia, wyrobiłem w sobie 
nawyk odbywania nocnych spacerów, początkowo tylko w okolicy Angell Street, gdzie mieszkałem 
w dzieciństwie, z czasem zapuszczając się coraz dalej, poszerzając krąg w mym rodzinnym 
Providence. Za dnia, jeśli zdrowie mi pozwalało, wędrowałem brzegiem rzeki Seekonk, hen, poza 
miasto, a jeśli czułem się wyjątkowo dobrze, bawiłem z kilkoma naprawdę dobrymi kolegami w 
drewnianym domku, który zbudowaliśmy — nie bez wysiłku — w lesie, na obrzeżach Providence. 
Sporo czasu poświęcałem na lekturę, przesiadując długie godziny w ogromnej bibliotece mego 
dziadka, czytałem książki, nie przebierając w tytułach i zyskując dzięki temu sporą wiedzę z 
różnych dziedzin, od greckich filozofów po historię monarchii brytyjskiej, od sekretów 
starożytnych alchemików po eksperymenty Nielsa Bohra, od wiedzy zawartej na egipskich 
papirusach po Thomasa Hardy’ego, dziadek mój bowiem, jeśli chodzi o książki, miał gusta, 
rzekłbym, katolickie, przeto rezygnując z doboru na zasadzie specjalizacji, kupował i zatrzymywał 
tylko to, co jego zdaniem było dobre, czyli to, co dotyczyło jego samego.
Miasto nocą pochłaniało mnie jednak bardziej niż cokolwiek innego, spacery po mieście nie mogły 
dla mnie równać się z niczym, tak więc bywało, iż w młodzieńczym okresie mego życia, kiedy to 
nie uczęszczałem normalnie do szkoły, lecz z uwagi na stan zdrowia zmuszony byłem brać 
prywatne lekcje, poświęcałem na ulubione przechadzki całe noce, nabierając, co za tym idzie, coraz 
więcej cech odludka i samotnika. Nie potrafię określić, czego właściwie poszukiwałem z taką 
determinacją w nocnym mieście, co mnie pociągało w tych mrocznych, słabo oświetlonych 

background image

uliczkach, czemu odnalazłem wśród nich starą Benefit Street i posępne okolice Poe Street (niemal 
nieznane pośród labiryntu zaułków Providence), co miałem nadzieję ujrzeć w widzianych przez 
mgnienie oka twarzach innych nocnych marków przemierzających ponure uliczki i alejki miasta, 
może starałem się w ten sposób uciec przed surową rzeczywistością dnia i trawiła mnie nienasycona 
ciekawość sekretów miejskiego życia, które wychodzą na jaw dopiero z nadejściem zmierzchu.
Kiedy ukończyłem gimnazjum, sądzono, że życie moje wreszcie potoczy się innym torem, tak się 
jednak nie stało, wciąż bowiem zbyt szwankowałem na zdrowiu, by móc rozpocząć studia na 
Uniwersytecie Browna, gdzie zamierzałem kontynuować naukę, i fakt ów jeszcze bardziej wzmógł 
we mnie potrzebę samotności. Rzuciłem się ze zdwojonym zapałem w wir zajęć, którym dotąd 
oddawałem się z taką lubością, czytałem teraz dwa razy więcej i poświęcałem wiele czasu na nocne 
spacery, odsypiając, ma się rozumieć, za dnia moje późne eskapady. Mimo to nadal starałem się 
wieść w miarę normalne życie, nie opuściłem mojej owdowiałej matki ani ciotek, z którymi 
mieszkałem, choć towarzysze z dzieciństwa dorośli i przestali się ze mną spotykać, poznałem 
jednakże pannę Rose Dexter, ciemnooką dziedziczkę należącą do jednej z najstarszych angielskich 
rodzin, które zjechały ongiś do starego Providence. Była to panna olśniewającej urody, 
charakteryzująca się niewysłowionymi proporcjami figury i pięknem rysów, a z czasem nakłoniłem 
ją do towarzyszenia mi w nocnych przechadzkach.
Gdy wraz z nią przemierzałem nocne Providence, przepełniało mnie uczucie nowego zapału i 
rozbuchanych emocji, pragnąłem pokazać Rose to wszystko, co sam do tej pory zdołałem odkryć 
podczas swych wędrówek po mieście. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w starym Ateneum i odtąd 
widywaliśmy się tam co wieczór, wypuszczając się w najróżniejsze zakątki miasta. To, co zaczęło 
się zgoła niewinnie, wkrótce przerodziło się w utarty nawyk, Rose bowiem okazała się równie 
gorliwa i zawzięta jak ja w odnajdywaniu sekretnych przejść i z dawna nie uczęszczanych zaułków, 
wkrótce zaś noc stała się jej tak samo bliska jak mnie. Nie należała do osób lubiących mówić, co im 
ślina na język przyniesie, ot tak, dla samego mówienia, i w moim mniemaniu była to jedna z 
największych jej zalet.
Penetrowaliśmy w ten sposób Providence przez dobrych parę miesięcy, kiedy pewnej nocy przy 
Benefit Street zagadnął nas jakiś dżentelmen w pelerynie do kolan narzuconej na pomięte, mocno 
sfatygowane ubranie. Stał na chodniku nieco dalej, przed nami, i od chwili gdy skręciliśmy w 
Benefit, bacznie mu się przyglądałem; wzbudził we mnie dziwny niepokój, twarz jego bowiem, o 
ciemnych, zapadniętych oczach, zmierzwionych włosach i cienkim wąsiku wydała mi się dziwnie 
znajoma. Nie miał kapelusza, a gdy go minęliśmy, ruszył za nami i wyminąwszy, dotknął mego 
ramienia, odzywając się tymi słowy:
— Pan wybaczy — rzekł — ale czy wie pan może, jak dotrzeć do cmentarza, po którym ongiś 
spacerował Poe?
Wyjaśniłem, jak ma tam dojść, a potem, jakby wiedziony wewnętrznym impulsem, 
zaproponowałem, byśmy towarzyszyli mu w tej przechadzce; tak więc ani się obejrzałem, jak we 
trójkę szliśmy w tę samą stronę. Niemal natychmiast zwróciłem uwagę, że mężczyzna bardzo 
uważnie przyglądał się mojej towarzyszce, nie odczułem jednak zazdrości, zrozumiałem bowiem, iż 
nieznajomy lustruje ją wzrokiem bez wrogich intencji, w spojrzeniu jego zaś więcej było chłodnego 
krytycyzmu niż zainteresowania lub pasji. Wykorzystałem tę okazję, by i jemu przyjrzeć się tak 
dokładnie, jak to było możliwe w kręgach światła rzucanych przez kolejne mijane latarnie, i 
dręczyło mnie coraz silniejsze przeświadczenie, graniczące nieomal z pewnością, że znam lub może 
raczej znałem tego człowieka. Niemal od stóp do głów ubrany był na czarno, jeśli nie liczyć białej 
koszuli i windsorskiego krawata. Jego odzienie nie było odprasowane, wyglądało, jakby miał je na 
sobie od wielu dni, a jednak wydawało się całkiem czyste. Czoło miał wysokie, ciemne oczy o 
niezwykłym wyrazie, twarz zaś pociągłą, o drobnym, tępym podbródku. Włosy nosił dłuższe niż 
większość mężczyzn z mego pokolenia, choć wydawał się nie więcej niż pięć lat starszy ode mnie. 
Tylko jego odzienie wydawało się jakby nie z tej epoki.
— Przyjezdny? — zapytałem z uśmiechem.
— Odwiedzam tu kogoś — odparł krótko.
— Interesuje pana Poe?

background image

Skinął głową.
— Co pan o nim wie? — ciągnąłem.
— Niedużo — odrzekł. — Może dowiem się więcej od pana?
Nie czekałem na dalsze zaproszenie i pokrótce streściłem mu biografię ojca literatury kryminalnej i 
mistrza opowiadań grozy, którego dzieła podziwiałem od tak dawna, poświęcając więcej czasu 
jedynie jego romansowi z Sarah Helen Whitman (wiązał się on bowiem bezpośrednio z Providence) 
oraz ich wspólnym wizytom na cmentarzu, dokąd właśnie zmierzaliśmy. Zauważyłem, że słuchał 
tego jak urzeczony, zdając się zapamiętywać każde moje słowo, lecz z jego pozbawionego wyrazu 
oblicza nie potrafiłem wywnioskować, czy moja opowieść wydała mu się ciekawa czy może raczej 
nudna i rozwlekła ani też co stanowiło źródło jego zainteresowania.
Rose zorientowała się, że nieznajomy wciąż się jej przyglądał, lecz nie czuła się z tego powodu 
zażenowana, może wiedziała, że jego zaciekawienie nie ma podłoża erotycznego. Dopiero gdy 
spytał o jej imię, zorientowałem się, że on również nam się nie przedstawił.
Podał nam swoje imię, przedstawiając się jako Allan, na co Rose leciutko się uśmiechnęła, 
dostrzegłem to, gdy przechodziliśmy pod kolejną latarnią.
Poznawszy nasze imiona, towarzysz nasz nagle zamilkł i tak oto w ciszy dotarliśmy w końcu do 
bramy cmentarza. Sądziłem, że pan Allan zechce tam wejść, nie to jednak było jego zamiarem, 
najwyraźniej chodziło mu tylko o zlokalizowanie cmentarza, aby mógł powrócić tu za dnia, co 
skądinąd wydawało się całkiem logiczne, nocą bowiem, przybysz nie znający rozkładu nekropolii 
niewiele mógłby tam ujrzeć.
Pożegnaliśmy się z nim przy bramie i ruszyliśmy w drogę powrotną.
— Gdzieś go już widziałem — rzekłem do Rose, gdy tylko oddaliliśmy się poza zasięg jego słuchu. 
— Nie potrafię tylko sobie przypomnieć, gdzie to było. Może w bibliotece.
— Na pewno w bibliotece — odparła Rose, chichocząc w typowy dla siebie sposób. — Jego portret 
wisi na jednej ze ścian.
— Dajże spokój! — zawołałem.
— Przecież sam zwróciłeś uwagę na podobieństwo — odparowała. — I imię, które nam podał. Ten 
człowiek to wykapany Edgar Allan Poe.
Faktycznie tak było. Gdy Rose o tym wspomniała, natychmiast zwróciłem uwagę na niezwykłe 
podobieństwo pana Allana, nie tylko w wyglądzie zewnętrznym, ale i w ubiorze, do śp. Poego, 
uznałem przeto, iż musiał on być jednym z zagorzałych miłośników mistrza literatury grozy, 
zafascynowanym swym idolem do tego stopnia, że upodobnił się doń zewnętrznie, przywdziewając 
nawet staroświeckie odzienie z czasów swego mistrza — ot, jeszcze jeden dziwak, przemierzający 
spowite mrokiem nocy ulice miasta.
— Cóż, to chyba największy oryginał ze wszystkich, których spotkaliśmy podczas naszych nocnych 
wycieczek — zauważyłem.
Zacisnęła dłoń na mym ramieniu. — Arthurze, czy nie czułeś, że coś z nim było nie tak?
— Hm, podejrzewam, że można by rzec to samo o wszystkich, którzy tak jak my krążą nocami po 
mieście — odparłem. — Może dzięki temu w pewien sposób sami kształtujemy swoją 
rzeczywistość.
Już kiedy wypowiadałem te słowa, zrozumiałem, o co jej naprawdę chodziło i jakiekolwiek dalsze 
wyjaśnienia były zbędne, ja również poczułem, że z panem Allanem było coś nie tak, choć może 
trudno mi było się do tego przyznać, nawet przed samym sobą. W końcu jednak to uczyniłem, 
odkryłem prawdę zawoalowaną pośród mnogości trywialnych szczegółów, głównie jednak w 
pozbawionym emocji obliczu mężczyzny, sposobie mówienia (choć przyznaję, iż mówił niewiele), 
odartym całkowicie z modulacji, niemal mechanicznym, na dodatek w ogóle się nie uśmiechał, a 
twarz jego wydawała się wręcz pozbawiona mimiki, jak maska albo buzia lalki. To nie wszystko, 
pan Allan wysławiał się z precyzją zdradzającą chłodny dystans i rezerwę obcą większości ludzi. 
Nawet jego zainteresowanie osobą Rose miało w sobie coś zimnego i bezosobowego. Wszystko to 
sprawiło, że moje zaciekawienie prysło niczym bańka mydlana, w jego miejsce zaś pojawił się cień 
zaniepokojenia, czym prędzej zatem zmieniłem temat naszej rozmowy i bez zwłoki odprowadziłem 
Rose do jej domu.

background image

2

Przypuszczam, że kolejne moje spotkanie z panem Allanem było nieuniknione i faktycznie, 
zdarzyło się dwie noce później, tym razem niedaleko mego domu. Może to głupie, ale miałem 
wrażenie, jakby na mnie czekał i pragnął tego spotkania równie mocno jak ja.
Pozdrowiłem go uprzejmie i serdecznie, jak bratnią duszę, miłującą noc, lecz natychmiast 
zwróciłem uwagę, że choć w jego głosie pojawiła się naśladująca mą serdeczność nuta, oblicze 
pozostało beznamiętne, puste, rzekłbym wręcz „drewniane”, na wąskich ustach nie zagościł nawet 
cień uśmiechu, ciemnych oczu nie rozjaśnił błysk radosnej iskierki. Teraz, gdy zwrócono mi na to 
uwagę, stwierdziłem, że istotnie podobieństwo do śp. Poego było zdumiewające, tak wielkie, iż 
mężczyzna ów, gdyby zechciał, mógłby podawać się za jego potomka i zapewne bez trudu bym mu 
uwierzył.
Był to, jak przypuszczałem, osobliwy zbieg okoliczności, nic więcej, pan Allan zaś nie raczył tym 
razem wspomnieć ani słowem o Poem czy jakichkolwiek jego związkach z Providence. Bardziej 
pochłaniało go słuchanie mnie, wydawał się małomówny i zamknięty w sobie, jak podczas naszego 
pierwszego spotkania, jego dziwne zachowanie było jota w jotę identyczne, zupełnie jakbyśmy 
nigdy wcześniej się nie widzieli! Możliwe, że szukał jakiegoś wspólnego tematu, kiedy bowiem 
wspomniałem, że pisuję do cotygodniowej rubryki astronomicznej w miejscowym „Journalu”, 
natychmiast włączył się do rozmowy i trwający od kilku przecznic monolog przerodził się w dialog.
Natychmiast zorientowałem się, że astronomia nie była panu Allanowi obca. Wypytywał mnie o 
różne sprawy, zdradzając przy tym, że miał w tej kwestii nieco inne zdanie, w kilku przypadkach 
zaś poglądy nasze różniły się diametralnie. Nie wahał się wyrazić swej opinii, wedle której podróże 
międzyplanetarne są jak najbardziej możliwe, a co więcej, prócz niezliczonych gwiazd w odległych 
galaktykach zamieszkane są również niektóre z planet w naszym Układzie Słonecznym.
— Przez istoty ludzkie? — zapytałem z niedowierzaniem.
— Czy musi tak być? — odparł. — To nie człowiek jest unikalny, lecz samo życie. Nawet tu, na tej 
planecie, przyjmuje wiele form.
Zapytałem go wówczas, czy czytał dzieła Charlesa Forta.
Okazało się, że nie. W ogóle o nim nie słyszał i poprosił, bym streścił mu niektóre z jego teorii oraz 
przytoczył popierające je dowody.
Zauważyłem, że gdy tak szliśmy obok siebie, pan Allan od czasu do czasu lekko kiwał głową, choć 
oblicze jego pozostawało beznamiętne, ajednak wyglądało, jakby zgadzał się z tym, co ode mnie 
usłyszał.
W pewnej chwili powiedział:
— Tak, to prawda. Jest dokładnie tak, jak on mówi. Mówiłem akurat o zaobserwowaniu nad 
Japonią, w drugiej połowie XIX stulecia, nie zidentyfikowanych obiektów latających.
— Skąd ta pewność? — zawołałem z przejęciem.
Pan Allan wdał się wówczas w długi monolog, sprowadzający się do tego, iż każdy naukowiec, 
astronom z prawdziwego zdarzenia wierzy, iż Ziemia nie jest jedyną planetą, na której rozwinęło się 
życie, skoro zatem przyjmuje się, że na niektórych ciałach niebieskich wykształciły się niższe 
formy życia, zgodnie z logiką na innych mogą istnieć formy wyższe, zdolne do podróży 
międzyplanetarnych i znające, po dziesiątkach lat obserwacji, zarówno Ziemię z jej mieszkańcami, 
jak i inne, siostrzane planety.
— W jakim celu? — zapytałem. — Aby wszcząć z nami wojnę? Aby nas najechać?
— Wyżej rozwinięta forma życia nie musiałaby raczej posuwać się do korzystania z tak 
prymitywnych metod — odparował. — Obserwują nas tak, jak my obserwujemy Księżyc i 
prowadzimy nasłuch radiowy sygnałów z innych planet, wciąż jeszcze znajdujemy się we 
wczesnym stadium łączności międzyplanetarnej i podróży kosmicznych, podczas gdy inne rasy, 
zamieszkujące odległe gwiazdy, od dawna dysponują zarówno jednym, jak i drugim.
— Ale skąd ta pewność? — powtórzyłem.
— Bo jestem o tym przekonany, i basta. Pan zapewne również musiał dojść do podobnych 

background image

wniosków.
Przyznałem, że tak.
— I pozostaje pan otwarty na nowe doświadczenia. Odparłem, że tak.
— Czy ma pan dostatecznie otwarty umysł, by osobiście sprawdzić pewien dowód, gdyby 
nadarzyła się taka okazja?
— Oczywiście — odrzekłem, choć sceptycyzm w mym głosie był aż nadto wyczuwalny.
— To świetnie — rzekł Allan. — Gdyby się pan zgodził, abym wraz z moimi braćmi odwiedził 
pana w pańskim domu przy Angell Street, przedstawilibyśmy panu niezbity dowód istnienia życia 
pozaziemskiego, życia może w nieco innej niż ludzka formie, ale jednak życia; na dodatek 
obdarzonego inteligencją o wiele wyższą, niż może się poszczycić najświatlejszy spośród waszych 
umysłów.
Rozbawiło mnie to jego stwierdzenie i niezłomność przekonań, lecz nie dałem tego po sobie 
poznać. Pewność siebie, jaką zdradzał, sprawiła, że raz jeszcze jąłem zastanawiać się nad 
różnorodnością charakterów nocnych marków krążących po Providence; pan Allan był bez 
wątpienia owładnięty swymi przekonaniami, wierzył w nie bez reszty i jak większość jemu 
podobnych lubił przekonywać innych do własnych poglądów.
— Kiedy tylko pan zechce — rzuciłem zapraszająco. — Choć wolałbym raczej, aby odwiedzili 
mnie panowie późnym wieczorem, kiedy moja matka ułoży się już na spoczynek. Wszelkiego 
rodzaju eksperymenty mogłyby ją niepotrzebnie zaniepokoić.
— Czy odpowiada panu termin późnym wieczorem w przyszłą środę?
— Jak najbardziej.
Od tej pory towarzysz mój nie odezwał się na ten temat ani słowem. W ogóle mówił niewiele, 
raczej słuchał tego, co ja miałem mu do powiedzenia. Widać niezbyt przypadło mu to do gustu, bo 
trzy ulice dalej pan Allan nagle pożegnał się ze mną, skręcił w najbliższą przecznicę i po chwili 
rozpłynął się w ciemnościach.
Czy gdzieś tam znajdował się jego dom? — zastanawiałem się. Jeżeli tak, to ani chybi pojawi się u 
wylotu ulicy. Pchnięty wewnętrznym impulsem puściłem się pędem i okrążywszy przecznicę, w 
której znikł mój towarzysz, zająłem strategiczną pozycję na rogu równoległej alejki, wśród 
głębokich cieni, skąd mogłem obserwować wylot ulicy.
Pan Allan, idący wolnym krokiem, pojawił się, zanim jeszcze zdołałem złapać oddech. 
Spodziewałem się, że pójdzie tą alejką dalej, on jednak skręcił w sąsiednią ulicę i nieco 
przyspieszywszy kroku, pomaszerował dalej. Z rosnącym zaciekawieniem pospieszyłem za nim, 
starając się zachowywać bezpieczny dystans, by nie zostać zauważonym. Pan Allan jednak ani razu 
nie obejrzał się za siebie, przez cały czas patrzył do przodu i o ile dobrze zauważyłem, ani razu nie 
spojrzał w prawo czy w lewo; z całą pewnością wracał do domu, dochodziła bowiem czwarta nad 
ranem.
Podążanie za moim nowo poznanym kompanem nie sprawiało mi trudności, ulice te bowiem 
znałem od dzieciństwa. Pan Allan zmierzał w stronę Seekonk, utrzymując ten kierunek, dopóki nie 
znalazł się w dość zapuszczonej dzielnicy Providence, po czym wspiął się na niewielki pagórek, 
gdzie stał z dawna opustoszały dom. Wszedł do środka i tyle go widziałem. Odczekałem jeszcze 
chwilę, spodziewając się, że w domu zapali się światło, jednak nadaremnie, uznałem przeto, iż pan 
Allan od razu położył się do łóżka.
Na szczęście stanąłem wśród głębokich cieni, gdyż okazało się, że moje przypuszczenia były 
chybione. Najwidoczniej pan Allan przeszedł przez dom i obszedł całą przecznicę, nagle bowiem 
ujrzałem go zbliżającego się do domu od strony, skąd nadeszliśmy. Mężczyzna minął moją 
kryjówkę i znów zniknął w domu, tym razem również nie zapalając światła.
Chyba pozostał już w nim na dobre. Odczekałem pięć minut, a może nawet ciut dłużej, po czym 
odwróciłem się na pięcie i udałem w stronę mego domu przy Angell Street, zadowolony, że 
wyrównałem nasze szanse; nie miałem wyrzutów sumienia, uczyniłem bowiem zaledwie to samo, 
co pan Allan owej pamiętnej nocy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, bez wątpienia musiał 
mnie wtedy śledzić, gdyż nasze dzisiejsze spotkanie nie mogło być sprawą przypadku, lecz zostało 
starannie zaplanowane.

background image

Kiedy jednak oddaliłem się o dobrych kilka przecznic od domu Allana, ze zdumieniem ujrzałem 
zmierzającą ku mnie od strony Benefit Street znajomą postać w pomiętym ubraniu. Zachodziłem w 
głowę, jakim cudem się tu znalazł, jak zdołał niepostrzeżenie opuścić dom, zatoczyć szeroki łuk i 
wyprzedziwszy, wyjść mi naprzeciw, w myślach zaś na próżno opracowywałem marszrutę, jaką 
musiałby przyjąć, aby tego dokonać, on wszelako zrównał się ze mną, a potem minął, jakby mnie w 
ogóle nie poznał.
A jednak był to on, bez wątpienia, ta sama twarz o rysach Poego odróżniała go od innych nocnych 
marków. Już, już miałem go zawołać, gdy coś mnie powstrzymało. Odwróciłem się tylko, 
odprowadzając go wzrokiem. Nawet się nie obejrzał, pomaszerował przed siebie, zmierzając, jak 
sądziłem, w kierunku domu, spod którego niedawno odszedłem. Patrzyłem za nim, dopóki nie 
zniknął mi z oczu, wciąż bez skutku obmyślając marszrutę, jaką przemierzałby tak znane mi alejki, 
zaułki i uliczki, by koniec końców raz jeszcze spotkać się ze mną twarzą w twarz.
Spotkaliśmy się na Angell Street, przemaszerowaliśmy do Benefit i North, a potem znów 
skręciliśmy ku rzece. Aby ominąć mnie bocznymi uliczkami, wyprzedzić i wrócić, musiałby się 
nieźle nabiegać. I w gruncie rzeczy po co? Całkiem zbiło mnie to z tropu, zwłaszcza że mężczyzna 
sprawiał wrażenie, jakby mnie nie znał, jakbyśmy nigdy wcześniej się nie spotkali!
Wydarzenia tej nocy mocno mną wstrząsnęły, ale w jeszcze większe zakłopotanie wprawiło mnie 
spotkanie z Rose, w Ateneum, następnego wieczoru. Wyraźnie na mnie czekała, a gdy mnie tylko 
ujrzała, natychmiast podeszła.
— Widziałeś pana Allana? — zapytała.
— Wczoraj w nocy — odparłem i już miałem opowiedzieć jej o tym, co mnie spotkało, ale okazała 
się szybsza.
— Ja też! Czekał na mnie pod biblioteką i odprowadził do domu. Pozwoliłem jej dokończyć. Jak 
już wspomniała, pan Allan czekał na nią przy wyjściu z biblioteki. Przywitał jąi upewniwszy się, że 
jest sama, zapytał, czy może jej towarzyszyć. Spacerowali przez godzinę, ale rozmawiali niewiele i 
raczej na banalne tematy: o mieście, jego przeszłości, architekturze niektórych domów i takich tam 
sprawach, które mogłyby zainteresować każdego miłośnika staroci, po czym odprowadził ją do 
domu. Innymi słowy, Rose była z panem Allanem po jednej stronie miasta, ja zaś w tym samym 
czasie byłem z nim w innej jego części i jak wszystko na to wskazuje, żadne z nas nie miało 
wątpliwości co do tożsamości osób nam towarzyszących.
— Widziałem go po północy — powiedziałem, co było prawdą, ale tylko częściowo.
Ten niezwykły zbieg okoliczności musiał mieć jakieś logiczne wytłumaczenie, choć nie 
zamierzałem dyskutować o tym z Rose, aby jej nie niepokoić. Pan Allan mówił o swoich braciach, 
zatem całkiem możliwe, że miał przynajmniej jednego bliźniaka. W takim razie co miała znaczyć ta 
dziwna gierka? Kogo próbowano oszukać i dlaczego? Jedna z towarzyszących nam osób NIE 
BYŁA TYM Allanem, którego wcześniej spotkaliśmy oboje. Ale która? Byłem pewien, że mój 
towarzysz jest tym samym panem Allanem, którego ujrzeliśmy po raz pierwszy dwie noce temu.
Jakby od niechcenia, zważywszy na okoliczności, zacząłem wypytywać Rose o jej towarzysza, 
sądząc, że w trakcie naszej rozmowy wyjdzie na jaw coś, co poda w wątpliwość jego tożsamość. 
Nic takiego nie nastąpiło, była święcie przekonana, że jej kompan to ten sam mężczyzna, z którym 
spacerowaliśmy dwie noce wcześniej, wspomniał on nawet o naszej wcześniejszej przechadzce. 
Rose nie miała żadnych wątpliwości względem niego. Właściwie trudno jej się dziwić, nie 
powiedziałem jej bowiem o wszystkim, co mnie spotkało, cała ta sprawa wydawała mi się mocno 
pogmatwana i zagadkowa, bracia bowiem z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu podejrzanie się 
nami interesowali, na pewno nie chodziło tu o dzieloną wraz z nami fascynację innymi nocnymi 
markami, spacerującymi po ulicach Providence i sekretnymi aspektami życia miejskiego, 
widocznymi dopiero po zmierzchu i znikającymi wraz z nadejściem świtu.
Mój towarzysz umówił się ze mną na kolejne spotkanie, kompan Rose nic na ten temat nie mówił. 
Ale po co w ogóle się z nią spotkał? Dlaczego na nią czekał? Nie zdołałem odpowiedzieć sobie na 
te pytania, uświadomiłem sobie bowiem, iż żaden z napotkanych przeze mnie „Allanów” w drodze 
powrotnej z domu na wzgórzu nie mógł być towarzyszem Rose, gdyż mieszkała ona zbyt daleko od 
miejsca ostatniego z moich ubiegłonocnych spotkań i człowiek ów z pewnością nie zdążyłby tam 

background image

dotrzeć. Poczułem narastający niepokój. Może to były trojaczki? Albo czworaczki? Nie, przecież 
drugi Allan, którego spotkałem ubiegłej nocy, był identyczny, kropka w kropkę jak pierwszy, nawet 
jeśli w trzecim spotkaniu musiał brać udział ktoś inny.
Niezależnie jak długo nad tym rozmyślałem, zagadka pozostała nie rozwiązana. Zaplanowane na 
poniedziałkową noc spotkanie z panem Allanem, od którego dzieliły mnie zaledwie dwa dni, z 
każdą mijającą chwilą wydawało mi się coraz bardziej intrygujące.

3

Mimo wszystko owego poniedziałkowego wieczoru okazałem się całkiem nie przygotowany na 
wizytę pana Allana i jego braci. Zjawili się kwadrans po dziesiątej, moja matka właśnie weszła na 
pięterko i położyła się spać. Spodziewałem się, że będzie ich najwyżej trzech, zjawiło się siedmiu i 
podobni byli jak dwie krople wody, tak bardzo, że nie potrafiłem odróżnić spośród nich pana 
Allana, z którym dwa razy już spacerowałem nocnymi uliczkami Providence, choć podejrzewałem, 
że był nim ten, który przemawiał w imieniu ich wszystkich.
Weszli do saloniku, a pan Allan natychmiast z pomocą braci jął ustawiać w nim półokrąg z krzeseł, 
mamrocząc coś o „naturze eksperymentu”, choć, prawdę rzekłszy, wciąż jeszcze byłem zbyt 
zdumiony i wstrząśnięty widokiem siedmiu identycznych mężczyzn, przypominających z wyglądu 
Edgara Allana Poego, aby wsłuchiwać się w treść jego słów. Co więcej, obecnie w świetle mojej 
welsbachowskiej lampy gazowej przekonałem się, że wszyscy oni mieli blade oblicza o niezdrowej, 
woskowej cerze, nie do tego stopnia, co prawda, bym zaczął powątpiewać w ich materialność, lecz 
jąłem zastanawiać się, czy nie cierpieli przypadkiem na jakąś poważną chorobę w rodzaju anemii, 
która wysącza z ludzkiego oblicza wszystkie żywsze kolory; oczy ich, bardzo ciemne, zdawały się 
patrzyć nie widzącym wzrokiem w jakiś punkt, gdzieś w przestrzeń, jakby dostrzegały pośród 
pustki coś, co dla mnie pozostawało niewidoczne. We mnie natomiast obok dziwnego, nieodpartego 
lęku poczęła rodzić się niezaspokojona ciekawość, wrażenie obcowania z czymś z gruntu obcym 
nie tylko mojej osobie, lecz całemu ludzkiemu istnieniu.
Jak na razie niewiele się wydarzyło, ustawiono jedynie półokrąg z krzeseł, na których zasiedli moi 
goście, po czym ich przywódca przywołał mnie i wskazał krzesło wewnątrz półokrę — gu, 
ustawione w stronę siedzących mężczyzn.
— Zechce pan spocząć, panie Phillips? — zapytał.
Zrobiłem, co kazał i poczułem na sobie moc ich spojrzeń, byłem wszelako czymś więcej aniżeli 
ogniskową, gdzie kumulował się ich wzrok, gdyż miałem wrażenie, jakby patrzyli nie tyle na mnie, 
co raczej na wskroś przeze mnie.
— Naszym zamiarem, panie Phillips — odezwał się ich rzecznik, jak sądzę ten sam dżentelmen, 
którego spotkałem na Benefit Street — jest wytworzyć dla pana pewne impresje z życia 
pozaziemskiego. Pana zadaniem jest jedynie odprężyć się i mieć otwarty umysł.
— Jestem gotów — oznajmiłem.
Spodziewałem się, że poproszą o przygaszenie świateł, co wydaje się nieodłącznym elementem w 
tego typu sesjach, przypominających seanse spirytystyczne, lecz nie uczynili tego. Odczekali, aż 
zrobi się niemal zupełnie cicho, słychać było jedynie tykanie stojącego w korytarzu zegara i 
przytłumione odgłosy miasta z zewnątrz, po czym zaintonowali chóralny śpiew, cichy, delikatny, 
skądinąd całkiem miły dla ucha, pełen ciepłych, kojących dźwięków i stopniowo przybierający na 
sile; od czasu do czasu dochodziły mnie także dźwięki będące, jak sądziłem, słowami, jednak nie 
udało mi się wychwycić ani jednego z nich. Pieśń, którą zaintonowali oraz sposób, w jaki ją 
śpiewali, był tak obcy, że nie sposób tego opisać — mimo tonacji molowej stosowane w utworze 
interwały nie przypominały żadnych znanych naszej, ziemskiej muzyce, a on sam wydawał mi się 
raczej orientalny niż zachodni.
Nie miałem, jak się okazało, wiele czasu na podziwianie muzyki, nagle bowiem coś dziwnego 
zaczęło dziać się z moim wzrokiem, twarze siedmiu mężczyzn ściemniały, zlewając się w jedno 
płynnie przelewające się oblicze, moje ciało zaś od stóp do głów zalała nieprzeparta fala 
świadomości sięgająca niepamiętnych otchłani czasu. Podejrzewam, że mój stan wywołany został 

background image

jakąś formą hipnozy, ale nie zamierzałem się uskarżać, gdyż doświadczenie owo było dla mnie 
czymś nowym i bynajmniej nie nieprzyjemnym, mimo wciąż odczuwanego gdzieś głęboko 
wewnątrz lęku i wrażenia nieopisanego zła czyhającego pod maską pozornego odprężenia.
Stopniowo lampa, ściany i mężczyźni przede mną zaczęli się rozpływać, aż w końcu zniknęli 
zupełnie i choć miałem świadomość, że wciąż znajduję się w swym domu przy Angell Street, 
wydawało mi się, jakbym w jakiś sposób został przeniesiony w całkiem inną przestrzeń, przestrzeń 
tak obcą mi, człowiekowi, że natychmiast wzbudziło to we mnie silne zaniepokojenie, zmieszane z 
odrazą i poczuciem alienacji. Zupełnie jakbym obawiał się, że utrata przytomności w tym obcym 
miejscu pozbawi mnie możliwości powrotu na Ziemię, to, co ujrzałem bowiem, nie mogło być 
obrazem żadnego z miejsc na naszej planecie, co natomiast przedstawiało i czemu miało służyć, nie 
potrafiłem powiedzieć.
Ujrzałem przed sobą wirujące w nie znanych nam wymiarach obrazy, środkowy z nich przedstawiał 
zbiorowisko gigantycznych sześcianów rozrzuconych szeroko i stanowiących granicę kaskady 
silnych fioletowych promieni, a pośród nich poruszające się postaci, wielkie, opalizujące, 
pomarszczone stożki mierzące ponad dziesięć stóp od szerokiej na dziesięć stóp podstawy aż do 
wierzchołka, istoty o szorstkim, łuskowatym, półelastycznym ciele wyposażonym w cztery 
umieszczone u wierzchołka, giętkie, cylindryczne przydatki grubości mniej więcej jednej stopy, 
zdolne, o czym się naocznie przekonałem, do rozciągania się na długość całego korpusu. Dwie z 
owych kończyn ozdobione były ogromnymi szponami, trzecia czterema czerwonymi, 
przypominającymi trąbki przydatkami, czwarta natomiast dużą żółtą kulą o średnicy dwóch stóp, 
pośrodku której widniało troje wielkich, ciemnych, opalizujących oczu, które dzięki 
umiejscowieniu na końcu elastycznego ramienia mogły obracać się niemal w każdym kierunku. 
Scena ta zafascynowała mnie do głębi, przepełniając jednocześnie odrazą wynikłą z absolutnej 
alienacji i towarzyszącej temu odczuciu niesamowitej, wywołującej gęsią skórkę aury nieuchronnej 
zguby. Co więcej, przyglądając się ruchomym postaciom, odniosłem wrażenie, iż DOGLĄDAJĄ 
one sześcianów, zwróciłem także uwagę, iż ich dziwne głowy ozdobione były czterema cienkimi, 
szarymi, prostymi jak kwiatowe słupki przydatkami i że z dolnej części ich ciał zwiesza się osiem 
giętkich, cienkich macek o barwie mchu, wykonujących niemal bez końca falujące, wężowe ruchy, 
rozciągając się i zwijając, wydłużając i skracając, a także chłoszcząc na wszystkie strony, jakby 
żyły własnym życiem, niezależnie od reszty ich ciał, bardziej ospałych, leniwych i sennych. Cała ta 
scena skąpana była w słabej czerwonej poświacie, jakby słońce oświetlające tę planetę umierało, a 
miejsce jego promieni stopniowo zajmowała fioletowa radiacja.
Scena ta wywarła na mnie nieopisane wrażenie, czułem się, jakby dane mi było zajrzeć na inną 
planetę, nieporównanie większą od naszej, różniącą się od Ziemi nie tylko podstawowymi cechami 
i istotami, które ją zamieszkiwały, ale i niewiarygodnie odległą i charakteryzującą się innymi 
prawami czasu oraz przestrzeni. Gdy tak na nią patrzyłem, zrozumiałem, iż do mego umysłu 
wtłoczono przygotowany uprzednio przekaz myślowy, że oto mam przed sobą przedstawicieli 
ginącej rasy, która musi uciec ze swej planety, w przeciwnym razie zostanie unicestwiona. 
Natychmiast zdałem sobie sprawę z panującej dokoła atmosfery nieopisanego zła i nadciągającej 
zguby, po czym gwałtownym, pełnym wysiłku zrywem uwolniłem się z mocy pieśni i dając upust 
trawiącym mnie lękom, z rodzącym się w gardle krzykiem protestu poderwałem się na równe nogi, 
krzesło zaś, na którym siedziałem, z trzaskiem przewróciło się do tyłu.
W okamgnieniu scena, którą widziałem, zniknęła i znów oczom mym ukazał się pokój w moim 
domu. Zobaczyłem siedzących w milczeniu i bezruchu siedmiu dżentelmenów o wyglądzie Poego, 
melodyjne dźwięki bowiem, jakie wydawali i odgłosy przypominające słowa, ucichły.
Uspokoiłem się, mój puls wrócił do normy.
— To, co pan widział, panie Phillips, to scena z odległej gwiazdy, znajdującej się bardzo daleko od 
tej planety — rzekł pan Allan. — W całkiem innym wszechświecie. Czy to pana przekonało?
— To, co ujrzałem, w zupełności wystarczy — odparłem podniesionym głosem.
Nie potrafię powiedzieć, czy to rozbawiło, czy może raczej rozsierdziło moich gości. Ich twarze 
wciąż pozbawione były wyrazu, ich rzecznik zaś z równie beznamiętną miną lekko pokiwał głową i 
rzekł:

background image

— Wobec tego już pójdziemy, jeśli pan pozwoli.
I bez słowa, jeden po drugim wyszli na Angell Street.
Byłem do głębi wstrząśnięty. Nie miałem dowodu, że faktycznie widziałem obrazy z innej planety, 
ale gotów byłem przysiąc, iż doświadczyłem, zapewne wskutek hipnozy, niewiarygodnej i 
doprawdy przerażającej halucynacji.
Tylko po co? Jaki był cel tego wszystkiego? — zastanawiałem się, odstawiając krzesła, nie 
zdołałem jednak znaleźć ani jednego przekonującego powodu demonstracji, której przed chwilą 
doświadczyłem. Nie mogłem zaprzeczyć, że moi goście okazali się ludźmi o niezwykłych talentach 
i umiejętnościach, ale czemu miały one służyć? Poza tym musiałem przyznać, że widok tych 
siedmiu kropka w kropkę jednakowych mężczyzn wstrząsnął mną nie mniej niż halucynacyjne 
doznanie, którego stałem się obiektem. Bywa, że na świat przychodzą pięcioraczki, ale kto 
kiedykolwiek słyszał o siedmioraczkach? To ewenement na skalę światową. A jednak byli tu, 
siedmiu mężczyzn, identycznych jak dwie krople wody, w tym samym wieku, tak samo ubranych, 
tak samo wyglądających, których istnienia nijak nie potrafiłem wyjaśnić w sposób racjonalny.
Nie umiałem również pojąć sensu sceny, którą dane mi było ujrzeć. Coś mi mówiło, że wielkie 
sześciany były czującymi istotami, dla których fioletowa radiacja miała moc życiodajną, 
zrozumiałem przy tym, że stożkowate istoty służyły im lub coś w tym rodzaju, choć nie bardzo 
wiedziałem jak. Cała wizja wydawała się pozbawiona sensu, równie dobrze scena ta mogła zostać 
stworzona przez kogoś obdarzonego wyjątkowo bujną wyobraźnią i przesłana drogą telepatyczną 
do podatnego biorcy, czyli na przykład mnie. Absurdem byłoby uznać coś takiego za dowód na 
istnienie życia pozaziemskiego, udowodniło to jedynie, że padłem ofiarą manipulacji mentalnej z 
użyciem hipnozy.
I znów zatoczyłem pełen krąg. Nie potrafiłem podać powodu, dla którego ktoś miałby mnie 
hipnotyzować. To wszystko było zupełnie pozbawione sensu.
A jednak nie potrafiłem wyzbyć się dziwnego, bliżej niesprecyzowanego niepokoju, który dręczył 
mnie tej nocy bardzo długo, zanim wreszcie zdołałem usnąć.

4

Może to dziwne, ale przez cały następny ranek czułem narastający niepokój. Choć przywykłem do 
ekstrawagancji, ludzkich dziwactw i niezwykłości charakterów, jak również tajemnych zdarzeń 
podczas nocnych przechadzek w Providence, to sprawa z przypominającym Poego panem Allanem 
i jego braćmi pod względem osobliwości bila na głowę wszystko inne i nie potrafiłem o niej 
zapomnieć.
Pod wpływem nagłego impulsu wziąłem w pracy wolne popołudnie i udałem się do domu na 
wzgórzu nad Seekonk z zamiarem odbycia rozmowy z towarzyszem moich nocnych spacerów. 
Dom jednak, gdy tam dotarłem, wydawał się całkowicie opuszczony, zasłony, skądinąd potwornie 
stare i poniszczone, były zaciągnięte, w innych oknach opuszczono żaluzje, wszystko zdawało się 
wskazywać, iż w domu nie było nikogo.
Mimo to zapukałem do drzwi i odczekałem chwilę.
Żadnej odpowiedzi. Zapukałem ponownie.
Z wnętrza domu nie dobiegł mnie żaden dźwięk.
Ciekawość zżerała mnie do tego stopnia, że po prostu musiałem nacisnąć klamkę. Drzwi ustąpiły 
bez trudu. Wciąż jeszcze się wahałem i niepewnie rozejrzałem się dokoła. Jak okiem sięgnąć pusto, 
ani żywego ducha. Jeśli nawet ktoś mnie obserwował, to nie zdołałem go zauważyć.
Pchnąłem drzwi i wszedłem, stając przez moment oparty o nie plecami, aby przyzwyczaić oczy do 
panującego w pomieszczeniach półmroku. Następnie przez nieduży hol wszedłem do pierwszego z 
brzegu pokoju — saloniku, urządzonego po spartańsku i wyposażonego w meble liczące sobie co 
najmniej dwadzieścia lat. Nic nie wskazywało, by ktokolwiek tu mieszkał, choć najwyraźniej ktoś 
tędy przechodził, burząc warstewkę kurzu pokrywającą nie nakrytą dywanem podłogę. Przeszedłem 
przez pokój i znalazłem się w niedużej jadalni, za nią zaś mieściła się kuchnia, podobnie jak pokój 
nie zdradzająca oznak częstego z niej korzystania, nie zauważyłem w niej bowiem nic dojedzenia, 

background image

stołu zaś nie używano zapewne od lat. Jednak i tu dostrzegłem na podłodze liczne ślady stóp, co 
świadczyło, iż w domu ktoś przebywał. Podobnie rzecz się miała ze schodami.
Najbardziej zdumiewającego odkrycia dokonałem w najdalszej części domu. Ten fragment budynku 
mieścił jeden ogromny pokój, na który początkowo składać się miały trzy mniejsze, jednakże 
ścianki działowe wyburzono, nie trudząc się wcale o estetykę wykonania tych przeróbek. Wszystko 
to ujrzałem niemal w jednej chwili, gdyż uwagę mą przykuło to, co znajdowało się pośrodku 
pomieszczenia. Pokój skąpany był w strudze fioletowego światła, słabej poświacie emanującej z 
podłużnej płyty, zamkniętej w szklanej gablocie, która wraz z drugą, nie świecącą, identyczną płytą 
stała otoczona mnóstwem maszyn, jakich nigdy dotąd nie widziałem, chyba że w snach.
Wszedłem ostrożnie do pokoju, wypatrując potencjalnych strażników. Nie zauważyłem nikogo. 
Podszedłem bliżej do rozjaśnionej fioletowym blaskiem gabloty i dostrzegłem, że wewnątrz coś 
leżało, choć w pierwszej chwili nie zdołałem tego rozpoznać, owo coś spoczywało bowiem na ni 
mniej, ni więcej tylko naturalnych rozmiarów kopii Edgara Allana Poego, która, jak wszystko inne, 
opływała pulsującym fioletowym blaskiem, płynącym z bliżej nieokreślonego źródła, jednak 
znajdującego się zapewne w środku gabloty. Kiedy w końcu przyjrzałem się temu, co spoczywało 
na sobowtórze Poego, niemal krzyknąłem w głos ze zdumienia i grozy, była to bowiem 
miniaturowa, lecz dokładna w każdym calu kopia jednego z pomarszczonych stożków, które 
widziałem ubiegłej nocy podczas iluzji wytworzonej w moim domu przy Angell Street! A te 
wężowe ruchy macek u jego głowy lub tego, co przyjmowałem za głowę, świadczyły, że to coś 
ŻYŁO!
Cofnąłem się błyskawicznie, zdążywszy raz jeszcze zerknąć na drugą gablotę, by upewnić się, że 
wewnątrz niej nie było niczego, choć liczne metalowe rurki łączyły ją ze szklaną gablotą 
umieszczoną równolegle do niej. Zaraz potem wziąłem nogi za pas, starając się czynić możliwie jak 
najmniej hałasu, byłem bowiem przekonany, że nocne bractwo spało na piętrze, a w obecnym 
stanie, skonfundowany niewyjaśnionym odkryciem stawiającym halucynację z ubiegłego wieczoru 
w całkiem nowym świetle, nie miałem ochoty spotkać żadnego z nich. Wymknąłem się z domu nie 
zauważony, choć wydawało mi się, że w jednym z okien na piętrze dostrzegłem przez chwilę twarz 
przypominającą oblicze Poego. Pędem dotarłem do głównej ulicy, a stamtąd uliczkami w kierunku 
Providence River, przebiegłem wiele przecznic, zanim w końcu zwolniłem do marszu i pewien 
jestem, że ową szaleńczą ucieczką zwróciłem na siebie uwagę wielu osób.
Maszerując przed siebie, spróbowałem uporządkować chaotyczne myśli. Nie potrafiłem wyjaśnić, 
co właściwie ujrzałem, lecz intuicja podpowiadała mi, iż natknąłem się na coś wyjątkowo złego i 
niebezpiecznego, tak mrocznego, zakazanego i plugawego, że kto wie, czy nie wykraczającego 
poza moje zdolności pojmowania. Szukałem w tym wszystkim sensu, lecz bezskutecznie, nigdy 
bowiem nie nauczyłem się myślenia w sposób ścisły, jeśli nie liczyć zainteresowania chemią i 
astronomią, nie potrafiłem pojąć zasad i celu działania wielkich maszyn, otaczających ową skąpaną 
we fioletowym blasku płytę, gdzie spoczywało pomarszczone stożkowate ciało, pławiąc się w 
ciepłych życiodajnych promieniach, ba, nie potrafiłem nawet rozpoznać poszczególnych urządzeń, 
gdy nie przypominały czegoś, co kiedykolwiek widziałem. Wszystko to podłączone było w jakiś 
sposób do dwóch płyt i szklanych gablot (jeśli substancja, z której je wykonano, rzeczywiście była 
szkłem), jedną ciemną i pustą oraz drugą zajętą, one obie również połączone zostały metalowymi 
rurami.
Dość jednak ujrzałem, by nabrać pewności, że ciemne bractwo przemierzające nocami ulice 
Providence w przebraniu Edgara Allana Poego miało w tym wszystkim cel diametralnie różniący 
się od mojego, nie interesowały ich krążące po zmierzchu indywidua, nocne marki. Może mrok był 
ich naturalnym żywiołem, tak jak dla większości ludzi jest nim światło dnia; nie miałem jednak 
wątpliwości, że kierowały nimi wrogie i przerażające intencje. Wiedziałem to wszystko, a mimo to 
nie miałem pojęcia, co czynić dalej.
Ostatecznie skierowałem swe kroki ku bibliotece, w złudnej nadziei, że może tam zdołam natrafić 
na jakiś ślad, który otworzy mi oczy i pozwoli rozumieć, czego właściwie byłem świadkiem.
Nic z tego. Choć bardzo się starałem, nie napotkałem niczego, co mogłoby mi pomóc, przejrzałem 
niemal wszystko na temat Poego, czym dysponowała biblioteka, i opuściłem ją dość późno, jeszcze 

background image

bardziej podłamany i sfrustrowany, niż kiedy tu przyszedłem.
Zapewne moje spotkanie tej nocy z panem Allanem było nieuniknione. Nie wiem, czy moja wizyta 
w ich domu została zauważona, mimo że uciekając, dostrzegłem w oknie na piętrze znajomą twarz, 
przeto oczekiwałem kolejnego spotkania z pewnym niepokojem. Okazał się on jednak 
nieuzasadniony, kiedy bowiem przywitałem się z nim na Benefit Street, nic w jego zachowaniu czy 
słowach nie zdradzało podejrzliwości ani tym bardziej wrogości, czego mógłbym się spodziewać, 
gdyby „Allanowie” zorientowali się, że potajemnie odwiedziłem ich dom. Mimo to zdawałem sobie 
sprawę, że każdy z nich umiał doskonale maskować swoje uczucia — rozbawienie, odraza, nawet 
gniew czy irytacja były im obce, nie okazywali ich na zewnątrz i tak samo było z twarzą — maską 
Poego, którego właśnie spotkałem.
— Mniemam, iż doszedł pan już do siebie po naszym eksperymencie, panie Phillips — rzekł, gdy 
wymieniliśmy zdawkowe uprzejmości.
— W pełni — odparłem, choć nie było to prawdą. Dodałem też kilka słów o zawrotach głowy i 
słabości, mających wytłumaczyć tak nagłe i być może przedwczesne zakończenie eksperymentu.
— Widział pan zaledwie jeden z pozaziemskich światów, panie Phillips — ciągnął pan Allan. — 
Jest ich wiele. Setki tysięcy. Życie nie jest wyjątkową cechą przypisaną wyłącznie Ziemi. Nie jest 
również ograniczone do form istot ludzkich. Na innych planetach i odległych gwiazdach przybiera 
różne kształty, niektóre z nich wydałyby się ludziom niesamowite, żeby nie powiedzieć potworne, 
ale dla innych form życia plugawą może się wydawać sylwetka człowieka.
Chyba po raz pierwszy pan Allan okazał się tak rozmowny, ja zaś nie miałem nic do powiedzenia. 
Najwyraźniej, choć ja sam uznałem to, co ujrzałem, za halucynację (mimo odkrycia dokonanego w 
domu mego towarzysza), pan Allan niezłomnie wierzył w to, co mówił. Opowiadał o wielu 
światach, tak jakby je znał. W pewnej chwili wdał się w długi, żarliwy wywód dotyczący pewnych 
istot pozaziemskich, zwłaszcza takich, które posiadają niesamowite zdolności adaptacyjne, 
polegające na przybieraniu powłok cielesnych istot zamieszkujących inne planety, co jest niezbędne 
w ich nie kończących się poszukiwaniach planety nadającej się dla nich do zamieszkania.
— Gwiazda, którą widziałem, umierała — wtrąciłem.
— Tak — odrzekł krótko.
— Widział ją pan?
— Widziałem, panie Phillips.
Słuchałem go z pewną ulgą. Ponieważ niemożliwością było ukazanie zwykłemu śmiertelnikowi 
obrazów z życia innych cywilizacji, więc to, czego doświadczyłem, miało być iluzją wywołaną u 
mnie za pomocą hipnozy przez Allana i jego braci. Bez wątpienia przekaz telepatyczny w 
połączeniu z odmianą hipnozy, z którą wcześniej nie miałem do czynienia. A jednak nie potrafiłem 
wyzbyć się niepokojącego wrażenia, że mego towarzysza otacza aura niepojętego zła, byłem 
również przekonany, że wyjaśnienie, które tak łatwo przełknąłem, było zbyt gładkie i mocno 
podejrzane.
Gdy tylko nadarzyła się po temu okazja, pożegnałem pana Allana i oddaliłem się. Udałem się 
wprost do Ateneum w nadziei, że spotkam tam Rose Dexter, ale jeśli nawet była, to musiała wyjść 
dawno temu. Skorzystałem z telefonu w gmachu biblioteki i zadzwoniłem do jej domu.
Odebrała Rose, a ja natychmiast odetchnąłem z ulgą.
— Widziałaś dziś pana Allana? — spytałem.
— Tak — odrzekła. — Ale tylko przez chwilę. Szłam do biblioteki.
— Ja też.
— Zaprosił mnie do swego domu, abym obejrzała pewien eksperyment. Powiedział, żebym 
przyszła, jeśli tylko znajdę chwilkę czasu.
— Nie idź tam — rzuciłem ostro.
Na drugim końcu łącza przez chwilę panowała cisza. Potem usłyszałem:
— Dlaczego nie? — Nie zdołałem, niestety, wychwycić nuty wojowniczej zadziorności w jej 
głosie.
— Lepiej będzie, jak to sobie darujesz — powiedziałem z naciskiem.
— Panie Phillips, czy to nie ja powinnam o tym zadecydować? Błyskawicznie zapewniłem, że nie 

background image

zamierzam kierować jej poczynaniami, a jedynie ostrzegam przed popełnieniem kroku, który może 
okazać się groźny w skutkach.
— Dlaczego?
— Nie mogę wyjaśnić ci tego przez telefon — odparłem, w pełni świadom, jak żałośnie musiały 
zabrzmieć moje słowa, ale nie byłem pewien, czy zdołałbym podzielić się z nią najbardziej 
koszmarnymi przypuszczeniami, jakie zaczęły kształtować się w moim umyśle, były bowiem tak 
fantastyczne, obce i niesamowite, że chyba nikt nie zdołałby w nie uwierzyć.
— Przemyślę to — ucięła oschle.
— Postaram się wyjaśnić ci to, kiedy się spotkamy — obiecałem.
Pożegnała się ze mną zdawkowo i przerwała połączenie w tak bezkompromisowy sposób, że nie 
mogło to wróżyć nic dobrego i pozostawiło mnie jeszcze bardziej sfrustrowanego i rozdartego niż 
kiedykolwiek dotąd.

5

Dochodzę niniejszym do ostatnich, apokaliptycznych wypadków związanych z panem Allanem i 
tajemnicą otaczającą zapomniany dom na pagórku. Nawet teraz waham się, czy je spisać, gdyż 
zdaję sobie sprawę, że powiększy to tylko listę stawianych mi zarzutów, a tym samym poda w 
wątpliwość mą poczytalność. Mimo to nie miałem innego wyjścia. Przyszłość całej ludzkości, losy 
wszystkiego, co nazywamy cywilizacją, mogą zależeć od tego, czy napiszę o tej sprawie, czy też 
nie. Kulminacja zdarzeń nadeszła nagle i zgoła spodziewanie, po mojej dramatycznej rozmowie 
telefonicznej z Rose Dexter.
Po niespokojnym, ciężkim i nerwowym dniu w pracy doszedłem do wniosku, że muszę wyjawić 
Rose całą prawdę. Następnego wieczoru wcześniej niż zwykle udałem się do biblioteki, gdzie się 
zwykle spotykaliśmy, i stanąłem w takim miejscu, by móc obserwować wejście do budynku. 
Czekałem ponad godzinę, zanim przyszło mi na myśl, że Rose może w ogóle nie przyjść dziś do 
biblioteki.
Ponownie skorzystałem z telefonu, zamierzając poprosić ją, by przyszła, i wyjaśnić przyczyny 
swego zagadkowego zachowania z ubiegłego wieczoru.
Telefon odebrała jej szwagierka.
— Rose wyszła. Przyszedł po nią jakiś dżentelmen.
— Zna go pani? — spytałem.
— Nie, panie Phillips.
— Usłyszała pani może jego nazwisko?
Okazało się, że nie. Widziała go tylko przez chwilę, gdy Rose wyszła mu na spotkanie, ale w 
odpowiedzi na moje liczne natarczywe pytania przyznała, że miał wąsy.
Pan Allan! Dalsze pytania były zbędne.
Gdy odwiesiłem słuchawkę, przez chwilę nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Może Rose i pan 
Allan spacerowali tylko po Benefit Street. A może udali się wspólnie do tajemniczego domu. Sama 
myśl o tym przepełniła mnie tak wielką zgrozą, że po prostu straciłem głowę.
Wybiegłem z biblioteki i pospieszyłem do domu. Była dziesiąta, gdy znalazłem się przy domu na 
Angell Street. Szczęśliwie moja matka ułożyła się już na spoczynek, zdołałem przeto zabrać pistolet 
mego ojca, tak by się o tym nie dowiedziała. Uzbrojony w nabity pistolet raz jeszcze wyruszyłem w 
noc, pokonując pędem jedną przecznicę po drugiej, zbliżając się nieuchronnie do brzegu Seekonk i 
pagórka, na którym stał dziwny dom pana Allana. Nie zważałem na innych nocnych marków, nie 
przejmowałem się, że się na mnie gapili, stawką mogło być bowiem życie Rose, a nadto wciąż 
nękało mnie bliżej nieokreślone przeczucie czyhającego nad nami obojgiem jakiegoś niepojętego, 
plugawego zła.
Gdy dotarłem do domu, gdzie zniknął pan Allan, stanąłem jak wryty, budynek wydawał się dziwnie 
ciemny i opuszczony. Ponieważ byłem zdyszany, nie chciałem jeszcze wchodzić do środka; 
odczekałem zatem dłuższą chwilę, aby nabrać oddechu i uspokoić rozkołatane serce. Następnie, 
trzymając się głębokich cieni, bezszelestnie podkradłem się do domu, wypatrując najsłabszych 

background image

nawet błysków światła.
Od frontu domu przekradłem się na jego tyły. Wciąż tylko ciemność. Wychwyciłem jednak cichy 
szum albo wibrację, coś co przypominało dźwięki słyszalne w okolicy elektrowni. Podszedłem do 
domu z drugiej strony i tam dostrzegłem słabe światło, lecz nie żółte, jakie płynie z lampy, tylko 
bladolawendową poświatę emanującą słabo, słabiutko, przez samą ścianę.
Cofnąłem się, przypominając sobie aż nadto wyraźnie, co widziałem w tym domu.
Nie mogłem wszakże poprzestać tym razem tylko na obserwacji. Musiałem przystąpić do czynu, 
sprawdzić, czy Rose znajdowała się wewnątrz tego ciemnego domu, może była w tym samym 
pokoju, gdzie rozstawiono owe osobliwe maszyny, a w szklanej gablocie spoczywała pławiąca się 
w fioletowej poświacie monstrualna istota.
Powróciłem przed fronton domu i wspiąłem się po schodach do wejściowych drzwi.
I tym razem nie były zamknięte. Uchyliły się pod moim naporem. Przystając tylko na chwilę, by 
dobyć broni, pchnąłem drzwi i wszedłem do holu. Tam odczekałem kilka sekund, by moje oczy 
przywykły do ciemności; gdy tak stałem, wyraźniej niż dotąd usłyszałem brzęczący, przeciągły 
dźwięk i ten sam znajomy za — śpiew, który wprawił mnie w stan hipnozy, kiedy to 
doświadczyłem wstrząsającej wizji mającej ukazywać życie na innej planecie.
Natychmiast pojąłem znaczenie tych odgłosów. Rose musiała przebywać w towarzystwie pana 
Allana i jego braci, poddając się podobnemu doświadczeniu.
Gdybyż tylko o to chodziło!
To, co ujrzałem, wpadając jak burza do wielkiego pokoju na drugim końcu domu, na zawsze 
pozostanie w mej pamięci. W fioletowej poświacie płynącej ze szklanej gabloty zobaczyłem pana 
Allana i jego braci — bliźniaków, leżących na wznak na podłodze wokół dwóch gablot i 
śpiewających swą smętną, obcą pieśń. Za nimi pod przeciwległą ścianą leżała porzucona, naturalnej 
wielkości kopia Poego, którą widziałem wcześniej wraz z dziwną stożkowatą istotą wewnątrz 
szklanego zbiornika, wypełnionego fioletowym światłem. Lecz to nie pan Allan i jego bracia 
sprawili, że przeżyłem wstrząs i poczułem przepełniającą mnie niewysłowioną odrazę, ale to, co 
dostrzegłem w szklanych gablotach!
W tej, która wypełniała pokój pulsującym, ożywionym fioletowym blaskiem, spoczywała w pełni 
ubrana Rose Dexter (zapewne pogrążona w głębokiej hipnozie), na niej zaś leżała rozciągnięta na 
całą długość i wymachująca dziko mackami stożkowata istota o pomarszczonej skórze, którą 
ostatnio widziałem na ciele sobowtóra Poego. W sąsiedniej gablocie zaś — nawet teraz trudno mi to 
wyjawić — leżała identyczna, w każdym calu doskonała KOPIA ROSE!
Mam bardzo mętne wspomnienia tego, co wydarzyło się później. Wiem, że straciłem nad sobą 
panowanie, że zacząłem strzelać na oślep do szklanych gablot, zamierzając je rozbić. W jedną z 
nich niewątpliwie trafiłem, gdyż fioletowy blask nagle przygasł, w pokoju zapanowała kompletna 
ciemność. Pan Allan i jego bracia wszczęli alarm, wznosząc okrzyki przerażenia, a kiedy zaraz 
potem rozległa się seria wybuchów eksplodujących jedna po drugiej maszyn, pobiegłem naprzód i 
pochwyciłem Rose Dexter.
Jakimś cudem udało mi się wydostać wraz z Rose na ulicę.
Oglądając się za siebie, ujrzałem płomienie strzelające z okien przeklętego domu, aż nagle, zgoła 
bez ostrzeżenia, cała północna ściana domu runęła i w tej samej chwili jakiś obiekt, którego nie 
zdołałem rozpoznać, wyprysnął z wnętrza gorejącego budynku i wystrzeliwszy pionowo w górę, 
zniknął w przestworzach. Pobiegłem dalej, wciąż dźwigając w ramionach Rose.
Gdy doszła do siebie, wpadła w histerię, zdołałem ją jednak uspokoić i koniec końców zamilkła, by 
już się więcej nie odezwać. W milczeniu odprowadziłem ją do domu, a świadom, jak przerażające 
musiało być jej doznanie, postanowiłem, że nie podejmę z nią tego tematu, dopóki w pełni nie 
wróci do zdrowia.
W następnym tygodniu zacząłem stopniowo pojmować, co wydarzyło się w domu na wzgórzu. 
Oskarżenie o podpalenie, jakie mi postawiono w miejsce znacznie poważniejszego — pistolet 
bowiem pozostawiłem w płonącym domu — zaślepiło policję do tego stopnia, iż stróże prawa 
zwracali uwagę jedynie na rzeczy najprostsze i najbardziej przyziemne.
Próbowałem im o wszystkim powiedzieć, naciskając, by przesłuchali Rose, kiedy tylko dziewczyna 

background image

dojdzie do siebie i zechce złożyć zeznania. Nie mogłem przekonać ich do tego, co sam właśnie 
pojąłem. A jednak fakty są niezaprzeczalne.
Powiadają, że zwęglone zwłoki znalezione w domu nie należały do ludzi. A niby czego się 
spodziewali? Siedmiu mężczyzn, identycznych, kropka w kropkę i przypominających Edgara 
Allana Poego! Chyba muszą rozumieć, że cokolwiek było w tym domu, pochodziło z innego, 
dogorywającego świata i zamierzało zaatakować, a koniec końców opanować Ziemię, przyjmując 
kształt istot ludzkich. Z całą pewnością muszą wiedzieć, że tylko za sprawą przypadku wzorzec, 
który wybrali jako pierwszy, przypominał Poego, a wybrali go, gdyż nie mieli pojęcia, że wygląd 
jego nie odpowiada wyglądowi przeciętnego, współczesnego mężczyzny. Wiedzą też zapewne, tak 
jak ja to teraz wiem, że pomarszczony, zaopatrzony w macki stożek pławiący się w fioletowym 
świetle był źródłem ich materialnego bytowania, maszyny zaś i połączenia rurowe, które rzekomo 
zostały w zbyt dużym stopniu zniszczone przez ogień, by można je było zidentyfikować — jakby to 
było możliwe, nawet gdyby ocalały z pożogi! — wytwarzały z substancji imitującej ciało i 
produkowanej przez stożki pod wpływem radiacji, istoty o kształcie mężczyzny mogącego uchodzić 
za sobowtóra Poego!
Klucz do zagadki dał mi pan Allan, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, kiedy spytałem 
go, czemu ludzkość miałaby być obiektem zainteresowania innych ras: — Aby wszcząć z nami 
wojnę? Aby nas najechać? — Na co odrzekł: — Wyżej rozwinięta forma życia nie musiałaby raczej 
posuwać się do korzystania z tak prymitywnych metod.
Czyż można wyobrazić sobie bardziej bezpośrednie i przejrzyste wyjaśnienie tego, co działo się w 
owym dziwnym domu nad brzegiem Seekonk?
Oczywiście teraz jest już jasne, że „pan Allan” i jego bliźniaczy bracia, odwiedziwszy mnie w 
moim domu, ukazali mi obrazy z życia na swojej własnej planecie, zamieszkanej między innymi 
przez myślące sześciany i stworzenia o wyglądzie ogromnych, pomarszczonych stożków. 
Podejrzewam, że w tej sytuacji każdy, nawet obdarzony niezbyt światłym umysłem obserwator 
potrafi odpowiedzieć na pytanie, po co istotom tym potrzebna była Rose. To najbardziej diabelski i 
podstępny element ich planu. Zamierzali się rozmnażać pod postaciami ludzi, mężczyzn i kobiet, 
aby móc wmieszać się między nas, gdzie pozostając nie wykryci przez niczego nie 
podejrzewających mieszkańców naszej planety, powoli, w miarę upływu czasu (podejrzewam, że 
zajęłoby im to wiele dziesięcioleci, a może nawet stuleci), podczas gdy ich świat dokonałby 
żywota, przejęliby władzę nad nami i panowanie nad naszą planetą, przygotowując Ziemię dla tych, 
którzy nadejdą później.
Bóg jeden wie, ilu z nich już teraz może kryć się pośród nas!
Później. Jak dotąd ani razu nie widziałem się z Rose, ale nawet tego wieczoru waham się, czy do 
niej zadzwonić. Przydarzyło mi się bowiem coś niewypowiedzianie strasznego, coś, o czym wolę 
nawet nie myśleć. Dręczą mnie przeraźliwe, mrożące krew w żyłach wątpliwości. Wcześniej, w 
piekielnym chaosie, jaki rozpętał się, gdy oddałem na oślep tych kilka strzałów, w wielkim pokoju 
wypełnionym migającym, pulsującym fioletowym światłem w ogóle nie przyszło mi to do głowy, 
teraz jednak zacząłem się zastanawiać i mam w związku z tym coraz więcej wątpliwości. Niepokój 
narasta we mnie z godziny na godzinę, stając się nie do wytrzymania. Skąd mogę mieć pewność, że 
podczas mojej szaleńczej akcji ratunkowej ocaliłem PRAWDZIWĄ Rose Dexter? Jeśli tak się stało, 
z pewnością postara się uczynić wszystko, by jeszcze tej nocy rozwiać tkwiące we mnie 
wątpliwości. A jeżeli nie… Bóg jeden wie, jakie zło mogłem, zgoła nieświadomie, uwolnić, 
narażając tym samym na zagładę Providence, a może nawet cały świat!

* * *

Wyjątek z „The Providence Journal” z dnia 17 lipca:

MIEJSCOWA DZIEWCZYNA ZABIJA NAPASTNIKA Rose Dexter, córka państwa Dexter, 
zamieszkałych przy Benevolent Street pod nr 127, stoczyła ubiegłej nocy zażartą walkę i zabiła 
młodego mężczyznę, który, jak sama twierdzi, niespodziewanie ją zaatakował. Panna Dexter została 

background image

zatrzymana w stanie krańcowej histerii, gdy biegła wzdłuż Benefit Street, w pobliżu katedry św. 
Jana, przy cmentarzu, gdzie ją napadnięto.
Napastnik zidentyfikowany został jako znajomy panny Dexter, Arthur Phillips…

Przełożył Robert P. Lipski