background image

Margery Allingham

Jak najwięcej grobów

More Work for the Undertaker

Przełożyła Irena Doleżal-Nowicka

Wydawnictwo: Iskry

Rok wydania: 1973

background image

Wszystkie postacie w tej książce są wiernymi portretami osób żyjących, z których każda  

wyraziła   swój   zachwyt   nie   tylko   z   racji   dokładności   charakterystyki,   ale   i   jej   przychylności 

Dlatego też jakiekolwiek podobieństwo do osoby nie uprzedzonej jest całkowicie przypadkowe.

background image

Posłuchajcie, co śpiewam, a zapewniam was,

Że będziecie parskali śmiechem raz po raz.

Chociaż pieśnią swą trafić chcę

Do waszych serc.

Dla wielu wszak uciechą jest

Gwa-a-u-u-towna śmierć!

Jak najwięcej pogrzebów!

Groszem sypią wdowy,

Więc kwitnie nam miejscowy

Zakład pogrzebowy.

I grobów jak najwięcej!

Znów robótka przy tym,

Dla pana kamieniarza.

Na grób kładź pan płyty,

By zmarły nie zmarzł zimą!

Piosenka z music-hallu

śpiewana przez

ś.p. T. E. Dunville’a,

ok. r. 1890

background image

1. Popołudnie detektywa

– Tutaj, za tą arkadą, znalazłem kiedyś trupa – powiedział Stanislaus Oates, zatrzymując 

się   przed   wystawą   sklepu.   –   Nie   zapomnę   tego   do   końca   życia.   Kiedy   się   pochyliłem, 

nieboszczyk nagle wyciągnął ręce i zacisnął zimne palce na mojej szyi. Na szczęście nie miał już 

sił. Dogorywał. Skonał w momencie, gdy oderwałem go od siebie. Muszę jednak przyznać, że się 

nielicho spociłem. Wtedy jeszcze byłem w stopniu sierżanta.

Odsunął   się   od   wystawy   i   ruszył   zatłoczonym   chodnikiem.   Jego   czarniawy   płaszcz 

nieprzemakalny, z wyszarzałymi plamami, powiewał za nim jak profesorska toga.

Osiemnaście miesięcy pracy na stanowisku kierownika wydziału w Scotland Yardzie nie 

wpłynęło w najmniejszym stopniu na jego wygląd zewnętrzny. Ten zgarbiony, starszy człowiek, 

o   nieoczekiwanie   tęgim   brzuchu,   nadal   tak   samo   kiepsko   się   ubierał,   a   jego   szarawa,   ze 

spiczastym   nosem   twarz   była   jak   zawsze   smutna   i   zamyślona   w   cieniu   ronda   czarnego, 

miękkiego kapelusza.

– Lubię tędy chodzić – ciągnął z pewnym wzruszeniem. – W mojej ówczesnej karierze 

detektywistycznej   było   to   wielkie   wydarzenie;   pamiętam   je   wyraźnie,   chociaż   minęło   już 

trzydzieści lat.

– I nadal  przesypuje  pan pachnące  płatki  wspomnień  – odezwał  się uprzejmie  jego 

towarzysz. – Czyje to było ciało? Właściciela sklepu?

– Nie. Jakiegoś głupca próbującego włamać się do sklepu. Spadł przez świetlik na dachu 

i skręcił sobie kark. Ale to było tak dawno, że nie warto o tym  mówić. Prawda, jakie miłe 

popołudnie, Campion?

Mężczyzna idący obok niego nie odpowiedział. Omal nie zderzył się z przechodniem, 

który wpadł na niego zapatrzony w Oatesa.

Większość   pochłoniętych   zakupami,   przechodniów   nie   zwracała   uwagi   na   starego 

detektywa, ale byli i tacy, którym jego spacer przypominał uroczyste płynięcie wielkiej ryby, 

przed którą wolą umykać doświadczone małe płotki.

Alberta   Campiona   również   obrzucano   zaciekawionymi   spojrzeniami,   ale   jego   teren 

działania był mniejszy i znacznie bardziej ekskluzywny. Ten wysoki mężczyzna, liczący sobie, 

czterdzieści parę lat, niezwykle szczupły, o włosach ongiś bardzo jasnych, teraz prawie białych, 

background image

był na tyle dobrze ubrany, by nie zwracać na siebie uwagi, a za okularami w bardzo grubej 

rogowej   oprawie   jego   twarz   zachowała   tę   dziwną   anonimowość,   zaletę   tak   cenioną   za   jego 

młodzieńczych   lat.   Zawsze   elegancki,   pojawiał   się   bezszelestnie   jak   cień   i   był   –   co   kiedyś 

stwierdził z zazdrością pewien znany kryminolog – człowiekiem, który na pierwszy rzut oka nie 

mógł nikogo przerazić.

Nieoczekiwane   zaproszenie   swego  byłego   szefa   na   lunch   przyjął   z  dużą   rezerwą,   a 

potem, kiedy usłyszał równie nieoczekiwaną propozycję przechadzki po parku, postanowił w 

duchu nie dać się w nic wciągnąć.

Małomówny Oates, który zwykle chodził szybko, teraz wyraźnie marudził. Nagle oczy 

mu zabłysły. Campion idąc w ślad za jego wzrokiem zobaczył znajdujący się o dwa sklepy dalej, 

u jubilera, zegar. Było właśnie pięć minut po trzeciej. Oates westchnął z satysfakcją.

–   Popatrzmy   na   kwiaty   –   powiedział   i   ruszył   przez   jezdnię   w   kierunku   parku. 

Najwidoczniej zmierzał do określonego celu. Było nim kilka zielonych krzeseł, ustawionych w 

cieniu   wielkiego   buka.   Skierował   się   do   nich   i   usiadł   odrzucając   poły   płaszcza   jak   fałdy 

spódnicy.

Jedyną żywą istotą w zasięgu ich wzroku była kobieta, która siedziała na ławce stojącej 

na brzegu żwirowanej alejki. Słońce pełnym blaskiem padało na jej pochylone plecy i na kwadrat 

złożonej gazety, w lekturze której była zatopiona.

Widzieli   ją   wyraźnie.   Była   zgarbiona,   niepozorna   i   dziwacznie   ubrana.   Siedziała 

założywszy nogę na nogę i nad pofałdowanymi w harmonijkę pończochami widać było rąbki 

kilku spódnic różnej długości. Z daleka jej pantofle wyglądały jak wypchane trawą. Sztywne 

źdźbła sterczały z dziur, włączając w to dziurę na dużym palcu. Choć w słońcu było ciepło, na 

plecy miała narzucone coś, co kiedyś mogło być futrem. Twarz miała schowaną, ale Campion 

zdołał   dostrzec   nieporządne   kosmyki   włosów   sterczące   spod   żółtawych   fałd   staromodnego 

woalu, jaki ongiś noszono podczas przejażdżek automobilem.  Ponieważ zasłona ta zwisała z 

kwadratowego   kawałka   tektury,   umieszczonej   płasko   na   głowie,   efekt   był   niezwykły,   wręcz 

patetyczny.   Podobne   wrażenie   sprawiają   czasem   małe   dziewczynki,   kiedy   się   przebierają   w 

fantazyjne stroje.

Druga kobieta pojawiła się na ścieżce nagle, jak zwykle ukazują się postacie w ostrym 

słońcu. Campion leniwie doszedł do wniosku, że natura często powiela rysy wybitnych artystów, 

gdyż przed sobą miał wierny wizerunek Helen Hopkinson. Doskonale piękna – miała małe stopy, 

background image

wydatny biust, oryginalny biały kapelusz z kwiatami, ale przede wszystkim wzrok przyciągała jej 

świetna figura.

Zdał sobie sprawę, że idący obok niego szef zesztywniał w momencie, gdy niezwykłe 

zjawisko zatrzymało się. Płaszcz, który jakiś krawiec-artysta tak uformował, żeby postaci nadać 

kształt starożytnej amfory, jakby znieruchomiał w powietrzu. Rondo białego kapelusza poruszało 

się   delikatnie.   Nieznajoma   drobnymi   krokami   podeszła   do   staruszki   na   ławce.   Szybki   ruch 

rękawiczki – i piękna kobieta znowu była  na ścieżce, idąc z tym  samym  roztargnieniem  co 

poprzednio.

–   Hm   –   mruknął   cicho   Oates,   kiedy   ich   minęła,   z   twarzą   różową   i   niewinną.   – 

Widziałeś, Campion?

– Tak. Co ona jej dała?

– Sześć pensów, może dziewięć, a może szylinga.

Campion spojrzał na przyjaciela, który z natury nie lubił żartować.

– Ot, tak, po prostu z litości?

– Wyłącznie.

– Rozumiem – powiedział Campion ze zdawkową uprzejmością. – O ile mi wiadomo, to 

się raczej rzadko zdarza – dodał łagodnie.

–   Robi   to   prawie   codziennie,   gdzieś   o   tej   porze   –   wyjaśnił   ogólnikowo   Oates.   – 

Chciałem to zobaczyć na własne oczy. Ach, a więc i pan tu jest, panie nad...

Ciężkie kroki na trawie za nimi zbliżyły się i nadinspektor Yeo, uosobienie wszelkich 

policyjnych cnót, wyszedł zza drzewa, żeby się przywitać.

Campiona szczerze ucieszył jego widok. Obaj byli starymi  przyjaciółmi i darzyli  się 

sympatią, jak to często bywa z ludźmi o krańcowo różnych temperamentach.

Jasne oczy Campiona zasnuła mgła zamyślenia. Jednej rzeczy był teraz pewien. Jeżeli 

nawet Oates wbił sobie do siwej głowy spłatanie mu jakiegoś niewczesnego żartu, Yeo nie był 

człowiekiem, który marnowałby na to popołudnie.

– Tak więc – stwierdził Yeo z zadowoleniem – widział pan sam.

– Tak. – Oates wyraźnie nad czymś się zastanawiał. – Ludzka chciwość to śmieszna 

rzecz. O ile ta gazeta jest świeża, musi w niej być o ekshumacji. Ale ona jej nie czyta, chyba, że 

uczy się na pamięć. Od kiedy tu jestem, nie przewróciła strony.

background image

Campion na chwilę uniósł głowę, ale zaraz ją spuścił pochłonięty wierceniem dziury 

kijkiem w piasku.

– Sprawa Palinode’ów? – Yeo bystrym spojrzeniem brązowych oczu obrzucił swego 

zwierzchnika.

– Starał się go pan zainteresować tym, jak widzę – powiedział z naganą w głosie. – Tak, 

panie Campion, tu oto siedzi panna Jessica Palinode we własnej osobie, najmłodsza z trzech 

sióstr.   Codziennie   po   południu,   niezależnie   od   pogody,   siaduje   na   tym   właśnie   miejscu.   – 

Wystarczy na nią spojrzeć, żeby stwierdzić, że ciekawy z niej okaz.

– A kim jest ta druga kobieta? – Campion ciągle jeszcze pochłonięty był kreśleniem 

hieroglifów na piasku.

– To Dawn Bonnington z Carchester Terrace – wtrącił się Oates. – Ona dobrze wie, że 

„nie,  wolno  wspierać  żebraków”,  ale  kiedy widzi  „tę  biedną kobietę  w takim opuszczeniu”, 

wprost   nie   może   się   oprzeć,   „żeby   czegoś   dla   niej   nie   zrobić”.   Jest   to   oczywiście   forma 

zabobonu; niektórzy ludzie stukają w niemalowane drewno.

– Och, ja panu to lepiej wyjaśnię – mruknął Yeo. – Pani B., gdy jest ładna pogoda, 

przychodzi tu zawsze ze swoim psem, a widząc siadującą tu stale Jessikę doszła do wniosku, 

zresztą nie pozbawionego podstaw, że ta stara kobieta jest nędzarką. Wobec tego nabrała nawyku 

ofiarowania jej za każdym razem jakiegoś datku i nigdy nie spotkała się z odmową. Jeden z 

naszych ludzi zaobserwował, że to zdarza się regularnie, i postanowił ostrzec staruszkę, że nie 

wolno żebrać. Ale kiedy, się do niej zbliżył, zobaczył, czym jest zajęta, i to – jak wyznał potem 

szczerze – zupełnie go zbiło z tropu.

– A cóż takiego ona robiła?

– Rozwiązywała łacińską krzyżówkę. – Nadinspektor mówił z największym spokojem. – 

W pewnym snobistycznym tygodniku, wraz z innymi w języku angielskim, ukazują się dwie: 

jedna dla dorosłych, jedna dla dzieci. Ten policjant, który sam jest intelektualistą, niech go kule 

biją,   próbuje   rozwiązywać   tę   dla   dzieci   i   z   daleka   poznał   pismo.   Kiedy   spostrzegł,   z   jaką 

szybkością wpisywała hasła, tak się tym zdumiał, że nie podszedł do niej.

– Ale następnego dnia, kiedy czytała tylko książkę – wtrącił się Oates, jakby z radością 

– zrobił, co do niego należało, a panna Palinode palnęła mu kazanie na temat etyki i prawdziwej 

grzeczności, potem zaś wręczyła pół korony...

background image

–  Do  półkoronówki  się  nie  przyznał  –  Yeo mówił  powściągliwie,   ale  był  wyraźnie 

rozbawiony. – W każdym razie na tyle miał rozsądku, żeby dowiedzieć się, jak się nazywa i 

gdzie mieszka, i porozmawiał też bardzo grzecznie z panią Bonnington. Nie uwierzyła mu – taki 

to już typ kobiety – i nadal stara się spełniać ten dobry, jej zdaniem, uczynek, kiedy myśli, że nikt 

nie   widzi.   Ciekawa   rzecz,   on   przysięga,   że   panna   Palinode   chętnie   przyjmuje   te   pieniądze. 

Powiada, że ona na nie czeka, a kiedy pani Bonnington się nie pojawia, odchodzi rozczarowana. 

Czy to pana interesuje, panie Campion?

Zapytany wyprostował się i uśmiechnął na poły przepraszająco, na poły z żalem.

– Szczerze mówiąc, nie – powiedział. – Bardzo mi przykro.

– To pasjonująca sprawa – powiedział Oates nie zwracając uwagi na jego słowa. – Może 

się stać swego rodzaju klasykiem. Ta rodzina to ciekawi, niezwykli ludzie. Pan zapewne wie, kim 

są? Nawet ja słyszałem w dzieciństwie o profesorze Palinode, autorze esejów, i o jego żonie, 

poetce. To są ich dzieci.  Zdolni dziwacy.  Wszyscy nadał mieszkają jako lokatorzy w domu 

będącym   kiedyś   ich   własnością.   Nie   są   to   ludzie   łatwi   do   nawiązania   kontaktu   –   z   punktu 

widzenia policji. Teraz wśród nich znajduje się truciciel. Mam wrażenie, że to powinno pana 

zainteresować.

– Moje zainteresowania się zmieniły – mruknął przepraszająco Campion i zmieniając 

temat spytał: – A cóż się dzieje z pańskim młodym narybkiem?

Oates nie spojrzał na niego.

–   Inspektorem   Dzielnicowej   Komendy   Policji   jest   Charlie   Luke   –   wyjaśnił.   –   To 

najmłodszy   syn   Billa   Luke’a.   Pamięta   pan   z   pewnością   inspektora   Luke’a.   On   i   tu   obecny 

nadinspektor pracowali razem w wydziale Y. Jeśli młody Charlie nie zawiedzie moich nadziei, 

sądzę, że powinien sobie poradzić... jeśli będzie miał pomoc. – Spojrzał z nadzieją na młodszego 

mężczyznę.   –   W   każdym   razie   udzielimy   panu   wszelkich   informacji   –   ciągnął   dalej.   –   To 

ciekawa sprawa. Zamieszana w nią jest chyba cała ulica i dlatego jest taka zabawna...

– Bardzo przepraszam, ale wydaje mi się, że znam już tę historię wystarczająco dobrze. 

–   Mężczyzna   w   rogowych   okularach   patrzył   na   nich   zmieszany.   –   Kobieta,   w   której   domu 

mieszkają, to dawna aktorka rewiowa nazwiskiem Renee Roper. Znam ją. Kiedyś, dawno temu, 

kiedy interesowałem się gwiazdami baletu, dzięki niej spędziłem wiele miłych chwil. Dziś rano 

odwiedziła mnie.

– Czy prosiła, żeby pan występował w jej imieniu?

background image

– Och nie – odparł. – Renee nie należy do tego typu kobiet. Po prostu jest wstrząśnięta 

faktem,   że   w   jej   miłym,   szacownym   domu   zdarzyły   się   dwa   –   czy   to   już   dwa,   Oates?   – 

morderstwa. Prosiła mnie, żebym przez pewien czas u niej pomieszkał i wszystko wyjaśnił. Nie 

chciałem się okazać wobec niej niewdzięczny i dlatego wysłuchałem całej tej opowieści.

–   No   cóż.   –   Nadinspektor   usiadł   ciężko   jak   niedźwiedź   i   patrzył   nań   poważnymi, 

okrągłymi oczami. – Nie jestem człowiekiem religijnym – powiedział – ale wiecie, panowie, jak 

bym to określił? Omen. Co za dziwny zbieg okoliczności, panie Campion. Pan nie może go 

zignorować. To było panu przeznaczone.

Szczupły   mężczyzna   wyprostował   się   i   obrzucił   bacznym   spojrzeniem   niechlujnie 

ubraną kobietę na ławce i barwne kwiaty za jej plecami.

– O, nie. – Powiedział ze smutkiem. – Dwie wrony, wedle dziecięcej wyliczanki, to 

jeszcze nie wezwanie, panie nadinspektorze. Muszą być trzy. A teraz już czas na mnie.

background image

2. Trzecia wrona

„Jedna wrona to spotkanie, druga wrona zgadywanie, trzecia wrona to wezwanie...”

Szczupły   mężczyzna   zatrzymał   się   na   szczycie   wzniesienia   i   obejrzał   za   siebie.   W 

jasnym  blasku słońca, u jego stóp, rozpościerała  się miniaturowa,  jak pod kopułą szklanego 

przycisku do papierów, scena. Na soczystej  zieleni  trawy wiła się wstążka alejki. Dalej, nie 

większa   teraz   niż   kukiełka,   siedziała   niechlujna   postać   w   nakryciu   głowy   przypominającym 

kapelusz grzyba – mglista i tajemnicza na ciemnej ławce.

Campion   chwilę   się   wahał,   a   potem   wyciągnął   z   kieszeni   niewielką   lunetę.   Kiedy 

przyłożył ją do oka, kobieta poprzez blask – słoneczny przybliżyła się do niego i po raz pierwszy 

ujrzał ją dokładnie. Nadal pochylała się nad gazetą, którą – trzymała na kolanach, ale nagle, 

jakby świadoma tego, że ktoś ją obserwuje, podniosła głowę i spojrzała prosto w jego kierunku. 

Znajdował się od niej zbyt daleko, by mogła dostrzec, że na nią patrzy. Zaskoczył go wyraz jej 

twarzy.

Pod obstrzępionym brzegiem tektury, widocznym wyraźnie poprzez woalkę, twarz ta 

promieniała rozumem. Stara kobieta miała ciemną skórę, rysy delikatne, oczy głęboko osadzone, 

ale najsilniejsze wrażenie wywierała inteligencja malująca się na jej obliczu.

Szybko skierował lunetę w bok, z poczuciem winy, że popełnił niedyskrecję, i zupełnie 

przypadkiem stał się świadkiem drobnego zdarzenia. Z krzaków znajdujących  się za kobietą 

wyłoniła   się   para   –   chłopak   i   dziewczyna.   Najwidoczniej   natknęli   się   na   nią   zupełnie 

nieoczekiwanie i w momencie, kiedy znaleźli się w zasięgu lunety Campiona, chłopiec zatrzymał 

się gwałtownie, objął dziewczynę ramieniem i wycofali się ukradkiem. Z nich dwojga on był 

starszy, miał około dziewiętnastu lat i odznaczał, się tą niezgrabną kościstością, która zapowiada 

w przyszłości duży wzrost i solidną budowę. Na rozczochranej jasnej głowie nie miał czapki, a 

zmartwiona,   rumiana   twarz   –   choć   brzydka   –   była   sympatyczna.   Campiona   uderzył   wyraz 

malującego się na niej przejęcia.

Dziewczyna była nieco młodsza. Campion odniósł wrażenie, że jest dziwacznie ubrana. 

Jej włosy, niebieskawo-czarne, kontrastowały z jaskrawymi kwiatami. Twarzy nie było widać 

wyraźnie, ale dostrzegł ciemne oczy – aż okrągłe z przestrachu.

background image

Śledził ich przez lunetę, póki nie zniknęli pod kopułą tamaryszków. Przez chwilę stał 

zdumiony, pogrążony w myślach. Uwaga Yeo, że jego interwencja w sprawie Palinode’ów jest 

mu przeznaczona, zabrzmiała teraz jak proroctwo.

Powtarzające   się   przez   cały   tydzień   zbiegi   okoliczności   ciągle   przypominały   mu   tę 

sprawę.   Widok   tych   dwojga   był   ostatnią   przynętą.   Uświadomił   sobie,   że   bardzo   pragnie 

dowiedzieć   się,   kim   są   i   dlaczego   nie   chcieli   być   zauważeni   przez   starą,   przypominającą 

czarownicę, kobietę siadującą regularnie na tej samej ławce.

Szybko   wyszedł   z   parku.   Nie,   tym   razem   nie   może   ulec   urokowi   dawnej   pasji.   W 

przeciągu   najbliższej   godziny   musi   zatelefonować   do   Wielkiego   Człowieka,   i   przyjąć   z 

wdzięcznością i pokorą niezwykłą szansę, jaką dali mu jego przyjaciele i krewni.

Przechodził właśnie przez ulicę, kiedy zauważył staroświecką limuzynę z herbem na 

drzwiczkach.

Wielka dama, wdowa o słynnym nazwisku, czekała na niego, opuściwszy małe boczne 

okienko.

Podszedł do niej i stał przed nią w słońcu, z odkrytą głową.

– Drogi chłopcze – wysoki głos miał w sobie wdzięk epoki sprzed pierwszej wojny 

światowej. – Zauważam ciebie i postanowiłam zatrzymać się, żeby ci powiedzieć, jak bardzo się 

cieszę.   Wiem,   że   to   jeszcze   tajemnica,   ale   wczoraj   wieczorem   odwiedził   mnie   Dorroway   i 

powiedział mi w zaufaniu. A więc wszystko załatwione. Twoja matka byłaby bardzo szczęśliwa.

Campion wydał oczekiwane pomruki zadowolenia, ale oczy jego były ponure, czego ona 

jako kobieta spostrzegawcza nie mogła nie zauważyć.

– Będziesz bardzo zadowolony, kiedy się już tam znajdziesz. – Te zdawkowe słowa 

przypomniały mu kłamstwa, jakie aplikowano mu przed pierwszym wyjazdem do szkoły. – To 

bardzo cywilizowane miejsce, a klimat dla dzieci wprost znakomity. A jak Armanda? Oczywiście 

poleci   tam   z   tobą.   Czy   nadal   rysuje   te   swoje   aeroplany?   Jakże   uzdolnione   są   dzisiejsze 

dziewczęta.

Campion zawahał się...

– Mam nadzieję, że pojedzie ze mną – rzekł wreszcie. – Ma dość odpowiedzialną pracę i 

obawiam się, że upłynie sporo czasu, zanim wszystko załatwi.

background image

– Doprawdy? – W oczach starej damy malowała się przebiegłość i dezaprobata. – Nie 

pozwól jej zbytnio zwlekać. Z punktu widzenia towarzyskiego jest rzeczą bardzo ważną, żeby 

żona gubernatora była z nim razem od samego początku.

Już myślał, że na tym się ich rozmowa skończy, kiedy przyszła jej do głowy jakaś nowa 

myśl.

–   Jeszcze   jedno,   kiedyś   sobie   myślałam   o   tym   twoim   niezwykłym   służącym   – 

powiedziała – imieniem Tugg czy Lugg. O tym, który ma taki okropny głos. Nie możesz go ze 

sobą zabrać. Chyba sam to rozumiesz. Dorroway zupełnie o nim zapomniał, ale ja obiecałam 

wspomnieć ci o tym. Ten wierny poczciwiec mógłby wywołać wiele nieporozumień i narobić 

kłopotu. I nie bądź niemądry – jej niebieskawe wargi starannie wymawiały każde słowo. – Przez 

całe życie marnowałeś swoje uzdolnienia, pomagając nie zasługującym na to ludziom, którzy 

mieli jakieś kłopoty z policją. Teraz nareszcie masz sposobność objąć stanowisko, które nawet 

twój dziadek uważałby za stosowne. Bardzo jestem rada, że dożyłam tej chwili. Do widzenia, i 

przyjmij moje najserdeczniejsze gratulacje. Ale, ale, pamiętaj, żeby ubrania uszyć dzieciom w 

Londynie. Mówiono mi, że tam panuje dziwaczna moda. Chłopak mógłby czuć się skrępowany.

Imponujący samochód bezszelestnie odjechał. Campion szedł dalej powoli, czując się 

tak, jak gdyby niósł wielki ceremonialny miecz. Był ciągle w tym samym nastroju przygnębienia, 

kiedy wysiadł z taksówki przed swoim domem na Bottie Street, ślepej uliczce, odchodzącej od 

Piccadilly w kierunku północnym.

Wąskie schody były tak dobrze znane i przyjazne jak stare ubranie, a kiedy przekręcił 

klucz   w   zamku,   całe   ciepło   tego   sanktuarium,   w   którym   mieszkał   od   dnia   opuszczenia 

Cambridge,  wybiegło  mu naprzeciw  jak czuła  kochanka. Po raz pierwszy od dwudziestu  lat 

spojrzał uważnie na swój salonik i nagromadzone w nim trofea. Związane z nimi wspomnienia 

uderzyły go jak obuchem. Dosyć tego, nie spojrzy na nie więcej!

Na biurku przykucnął telefon, stojący za nim zegar wskazywał za pięć minut godzinę. 

Musi wziąć się w garść, decydujący moment nadszedł. Szybko przeszedł przez pokój.

Wzrok   jego   przykuła   kartka   leżąca   na   bibularzu.   Sztylet   o   niebieskim   ostrzu   – 

wspomnienie jego pierwszej przygody – który używał do rozcinania papieru, przygważdżał ją do 

blatu. Ten sensacyjny pomysł zirytował go, ale natychmiast uwagę jego odwrócił niespotykany 

krój czcionek użytych w firmowym nagłówku. Pochylił głowę, żeby ją przeczytać.

background image

Uprzejmość   Współczucie   Komfort   zapewni   ci   „Jas   Bowels   i   Syn”.   Fachowi  

przedsiębiorcy pogrzebowi Rodzinne pogrzeby 12 Apron Strett, Londyn W3.

Czyś jest biedny, czy bogaty. Rozumiemy Twoją stratę.

Do Pana Magersfonteina Lugga u Sz. Pana A. Campiona 12a Bottie Street, Piccadilly

Drogi Magersie!

Gdyby żyła Berty, nad której śmiercią i Ty z pewnością również bolejesz, napisałaby  

sama do Ciebie.

Właśnie   podczas   obiadu   zastanawialiśmy   się,   czy   mógłbyś   zwrócić   się   do   Swego 

Chlebodawcy (jeśli nadal u niego pracujesz i ten list dotrze do Ciebie), by nam pomógł w tej 

całej hecy z Palinode’ami, o której z pewnością czytałeś w gazetach.

Ekshumacje, jak to się u nas w branży nazywa, nie są rzeczą przyjemną i źle upływają 

na interesy, które znacznie się pogorszyły.

Sądzimy obaj, że poradzilibyśmy sobie, z pomocą, której Twój Chlebodawca mógłby 

nam udzielić w policji itd., a my sami moglibyśmy pomóc komuś, byle nie nosił granatowego  

munduru, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

Z całym szacunkiem przyprowadź Go do nas na herbatę, to sobie pogadamy; możesz 

wpaść każdego dnia, gdyż  po trzeciej  trzydzieści nie mamy wiele do roboty, a między nami  

mówiąc, będziemy mieli jeszcze mniej, jeżeli sprawy nadal tak będą wyglądać, jak obecnie.

Wspominam   Cię   zawsze   bardzo   serdecznie   i   mam   nadzieję,   że   wszystkie 

nieporozumienia zostały zapomniane.

Serdecznie Ci oddany 

Jas Bowels 

Kiedy podniósł głowę znad tego – interesującego dokumentu, usłyszał jakiś hałas za 

plecami, poczuł też drżenie podłogi.

–   Ciekawy   liścik,   co?   –   Osobowość   Magersfonteina   Lugga   oznaczała   się   jakąś 

bujnością, przenikającą pokój niby zapach najprzedniejszych potraw. Był nieubrany, w rękach 

trzymał złożoną grubą wełnianą kamizelkę. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak tylna część słonia 

background image

z   pantomimy.   „Okropny  głos”,   o  którym   napomknęła   tak   niedawno   wielka   dama,   był   tylko 

kwestią gustu. Brzmiała w nim wielka siła wyrazu i bogactwo tonu, co wielu aktorów starałoby 

się na próżno naśladować.

– To straszny facet, nic dziwnego, że jest przedsiębiorcą pogrzebowym Ostrzegałem ją, 

kiedy brała ślub z tym karawaniarzem.

– Podczas wesela? – zapytał jego chlebodawca z zainteresowaniem.

– Wylał na mnie pół butelki brytyjskiego szampana. – Wyglądało na to, że zdarzenie to 

wspomina z satysfakcją.

Campion położył rękę na telefonie.

– Kim ona była? Twoją dziewczyną?

– O rany,  nie! To była moja siostra. On jest moim szwagrem, nędzny wykopywacz 

robaków. Od trzydziestu lat nie zamieniłem z nim jednego słowa, nie pomyślałem nawet o nim, 

aż dopiero dziś to przyszło.

Campion z niepokojem spojrzał w oczy towarzyszowi swoich różnych eskapad – czego 

nie był w stanie, zrobić od paru tygodni.

– On słowo, „karawaniarz” uważał za komplement. – Okrągłe jak guziczki oczy patrzyły 

spośród fałd skóry wojowniczo. – Taki to już gbur z tego Jasa. Zachował się okropnie, odesłał mi 

prezent   ślubny   dla   Betty   wraz   z   kilkoma   zapytaniami,   które   ani   mnie,   ani   panu   by   się   nie 

spodobały.. Napisałem mu wtedy parę słów do słuchu. A teraz nagle wyskakuje jak diabeł z 

pudełka  i przy okazji powiada,  że od pewnego  czasu moja  siostra nie  żyje,  o czym  dobrze 

wiedziałem, i prosi o przysługę. To zbieg okoliczności. Czy pozwoli mi pan wyjść na chwilę, 

podczas gdy pan będzie telefonować?

Campion odwrócił się od biurka.

– Czy coś przede mną ukrywasz? – spytał krótko.

Miejsca, gdzie Lugg miał kiedyś brwi, podniosły się, żeby się spotkać na nagiej kopule 

czoła. Złożył swoją kamizelkę z niezwykłą starannością.

– Niektórych uwag nie słyszę – powiedział z godnością. – Właśnie składam rzeczy. 

Wszystko w porządku. Napisałem już swoje ogłoszenie.

– Swoje co?

– Swoje ogłoszenie.  „Prawdziwy dżentelmen  szuka  ciekawej  pracy.  Godne zaufania 

referencje. Pożądani pracodawcy utytułowani.” Coś w tym  stylu. Nie mogę z panem jechać, 

background image

szefie. Nie chciałbym stać się powodem międzynarodowego konfliktu...

Campion usiadł, żeby raz jeszcze przeczytać list.

– Kiedy przyszedł?

– Z ostatnią pocztą, dziesięć minut temu. Pokażę panu kopertę, jeśli pan ma wątpliwości.

– Czy Renee Roper mogła go namówić do tego?

– Trzydzieści pięć lat temu nie wyswatała mu naszej Beatt, jeśli o to panu chodzi. – W 

głosie   Lugga   brzmiała   pogarda.   –   Niech   się   pan   tak   nie   denerwuje.   To   zwykły   zbieg 

okoliczności,   drugi,   jaki   się   panu   zdarza   w   związku   z   tą   hecą   z   Palinode’ami.   W   żadnym 

wypadku niech się pan nie przejmuje. Nie ma po temu powodów. Co pana obchodzi Jas?

– To ta trzecia wrona, jeśli cię to bardzo interesuje – stwierdził Campion i po chwili 

twarz mu się rozjaśniła.

background image

3. Tacy staroświeccy i zupełnie niezwykli

Inspektor policji czekał w pokoju na piętrze „Gospody Pod Płatnerzem”, dyskretnej, 

staroświeckiej piwiarni na jednej z bocznych uliczek swej dzielnicy.

Campion spotkał się z nim tutaj kilka minut po ósmej, tak jak to ustalił nadinspektor. W 

głosie Yeo, z którym rozmawiał przez telefon, brzmiała ulga i zadowolenie.

– Od razu wiedziałem, że pan w końcu ulegnie – powiedział z radością. – Niełatwo 

zmienić swoją naturę. Niebiosa nam pana zesłały – nie mówiąc już o władzy zwierzchniej – do 

tej sprawy. Zawiadomię zaraz Charlie’ego Luke’a. Najlepiej, jak się pan z nim spotka w tej 

gospodzie na Edwards Place. Z pewnością polubi pan tego chłopca.

I   teraz   kiedy   Campion   po   drewnianych   schodach   wszedł   na   górę   i   znalazł   się   na 

wykładanym   lakierowanym   drewnem   pięterku   tuż   nad   dużym,   okrągłym   barem,   jego   oczy 

spoczęły na synu Billa Luke’a. Inspektor był mocno zbudowanym mężczyzną. Siedząc na brzegu 

stołu z rękami w kieszeniach, z kapeluszem nasuniętym na oczy, z muskularni rozsadzającymi 

cywilne   ubranie,   wyglądem   swym   przypominał   gangstera.   Miał   ciemną   cerę,   żywą   twarz, 

wydatny nos, wąskie, bystre oczy i uśmiech świadczący o gwałtownym usposobieniu.

Wstał natychmiast z wyciągniętą ręką.

– Bardzo miło mi pana poznać – powitał Campiona ze sztuczną uprzejmością.

Każdy inspektor jest jedynym i absolutnym władcą swego rejonu aż do momentu, w 

którym wydarzy się coś niezwykle interesującego, bowiem wtedy jego zwierzchnik w Scotland 

Yardzie zwykle uważa za swój obowiązek wysłać mu pomoc i choć inspektor z pewnością lepiej 

orientuje się w swoim terenie, musi się podporządkować. Campionowi zrobiło się go żal.

–  No,  chyba   nie  tak  bardzo  –  powiedział   rozbrajająco.  – Z  iloma  morderstwami   w 

rodzinie Palinode’ów miał pan do tej pory do czynienia?

W   wąskich   oczach   Luke’a   zapalił   się   błysk   i   Campion   uświadomił   sobie,   że   jego 

rozmówca jest młodszy, niż przypuszczał: trzydzieści cztery, najwyżej trzydzieści pięć lat. Jak na 

pełnioną funkcję wiek zaskakująco młody.

– Najpierw, czego się pan napije? – Luke nacisnął pękaty dzwonek stojący na stole. – 

Musimy pozbyć się Mamy Chubb z zasięgu słuchu, a wtedy wszystko panu dokładnie opowiem. 

–   Właścicielka   obsługiwała   ich   sama.   Była   to   niewysoka   kobieta   o   bystrych   –   oczach, 

background image

energiczna, o uprzejmej, znużonej twarzy i siwych włosach zwiniętych pod siatką w wymyślne 

sploty.

Skinęła głową Campionowi, nie patrząc na niego i odeszła zainkasowawszy należność...

– A teraz – powiedział Charlie Luke przymknąwszy oczy, a w jego głosie zabrzmiał cień 

prowincjonalnego akcentu. – Nie wiem, co pan słyszał, ale pokrótce opowiem panu to, co ja 

wiem. Wszystko zaczęło się od biednego starego doktora Smitha.

Campion nigdy nie słyszał o tym właśnie lekarzu, ale nagle znalazł się on z nimi w 

pokoju. Postać ta nabrała kształtu jak portret pod dotknięciem ołówka.

–   Dosyć   wysoki,   starszy   jegomość   –   no,   nie   taki   znowuż   stary,   pięćdziesiąt   pięć, 

ożeniony   z   sekutnicą.   Przepracowany.   Przewrażliwiony.   Codziennie   rano   wychodzi   z   domu 

zupełnie zagderany i idzie do swego gabinetu we frontowym sklepie z witryną przypominającą 

zupełnie pralnię. Zgarbiony. Plecy jak u wielbłąda. Obwisłe spodnie wypchane na siedzeniu. 

Głowa pochylona do przodu jak u żółwia, lekko chwiejąca się. Zmęczone zaczerwienione oczy. 

Porządny człowiek. Dobry Może nie tak lotny jak inni lekarze (nie ma na to czasu), ale dobry 

fachowiec, Stara szkoła, choć nie kończył znanej uczelni z tradycjami. Sługa swego powołania, o 

czym zawsze pamięta. Nagle zaczął dostawać listy na temat trucizny. To nim wstrząsnęło.

Charlie Luke mówił urywanymi zdaniami, na ogół bez orzeczenia, chaotycznie, ale w 

tym mówieniu brało udział całe ciało. Kiedy opisywał, jak bardzo zgarbiony jest doktor Smith, 

jego własne plecy się pochyliły. Kiedy wspomniał o wystawie sklepu, oddał jej kształt gestem 

rąk.   Jego   dobitna   relacja   uwypuklała   fakty   Campion   został   zmuszony   do   tego,   by   dzielić 

zaniepokojenie doktora. Opowieść Luke’a toczyła się jak lawina.

–  Całą  ohydę   tego  przedstawię  później  –  powiedział.   – Na początek  tylko  zarys.  – 

Znowu   był   sobą,   szybko   formułując   słowa,   podkreślając   je   gestami   rąk.   –   Zwykłe   wstrętne 

anonimy.   Mają  w   sobie  posmak  czegoś   anormalnego.  Nasuwają  przypuszczenie,   że  pisze   je 

kobieta, nie tak niewykształcona, jakby to wynikało z pisowni. W listach tych oskarża się doktora 

o ułatwienie morderstwa. To, że zamordowana stara kobieta, Ruth Palinode, została pochowana i 

nikt o nic nie pytał, to wina doktora. Doktor powoli zaczyna się orientować. Podejrzewać, że 

pacjenci   mogą   też   dostawać   takie   listy.   W   luźnych   uwagach   doszukuje   się   ukrytego   sensu. 

Biedaczysko   zaczyna   rozmyślać.   Zastanawiać   się   nad   objawami   choroby   tej   starej   kobiety. 

Cholernie   Jest   przerażony.   Opowiada   o   tym   żonie,   która   to   wykorzystuje,   by   go   dręczyć. 

Znajduje się u progu – załamania nerwowego, idzie do kolegi-lekarza, który nakłania go, żeby 

background image

nas zawiadomił. Cała sprawa zostaje mi przekazana... - Wciągnął głęboko powietrze, a potem łyk 

whisky   z   wodą   sodową   –   „Dobry   Boże,   wiesz   chłopcze”,   powiada   do   mnie,   „to   mógł   być 

arszenik. Nigdy nie pomyślałem o otruciu”. „Panie doktorze”, ja na to, „może to tylko takie 

gadanie. W każdym razie ktoś się tym bardzo niepokoi. Dowiemy się, kto to taki, i całą sprawę 

wyjaśnimy”. A teraz zajmijmy się Apron Street.

– Słucham uważnie – powiedział Campion starając się ukryć wielkie podniecenie. – 

Chodzi o dom Palinode’ów?

– Jeszcze nie. Najpierw trzeba zająć się samą ulicą. Ulica bardzo ważna. Raczej wąska, 

niewielka. Po obu stronach małe sklepiki. Na jednym końcu kaplica jakiegoś bractwa religijnego, 

obecnie Teatr Tespisa, z ambicjami, o nieszkodliwy; na drugim końcu Portminster Lodge – dom 

Palinode’ów.   W   ostatnich   trzydziestu   latach   dzielnica   ta   bardzo   podupadła,   a   wraz   z   nią   i 

Palinode’owie.   Teraz   pewna   podstarzała   aktorka   rewiowa   wynajmuje   w   tym   domu   pokoje. 

Hipoteka wygasła, ona odziedziczyła pewną sumę, a że jej własny dom został zbombardowany, 

więc się przeniosła ze swoimi starymi lokatorami na Apron Street i wzięła pod swe skrzydła 

rodzinę Palinode’ów.

– Panna Roper to moja dobra znajoma z dawnych lat.

– Doprawdy? – Jasne szparki oczu rozszerzyły się wyraźnie. – A więc niech mi pan w 

takim razie coś powie: czy ona mogłaby pisać te listy?

Brwi Campiona uniosły się nad okularami.

– Trudno mi powiedzieć, na tyle dobrze jej nie znam – mruknął. – Sądzę raczej, że nie 

byłaby zdolna do tego.

– I ja tak myślę, ja... ja... jestem dla niej pełen podziwu – w głosie Luke’a brzmiała 

szczerość.   –   Ale   nigdy  nie   wiadomo,   prawda?   –   Wyciągnął   swoją   potężną   dłoń.   –   Tak   się 

zastanowić. Samotna kobieta, szczęśliwe życie minęło, nic tylko harówka, nuda, z pewnością 

nienawiść tych starych pryków. Może zwracają się do niej per „moja dobra kobieto”, a ona stara 

się utrzymać ten dom na poziomie. – Urwał. – Niech pan nie myśli, że oskarżam ją o coś – 

powiedział impulsywnie. – Każdy z nas ma w duszy jakieś ciemne zakamarki. I mnie się wydaje, 

że po prostu okoliczności ujawniają je. Wcale nie stawiam zarzutów tej biedaczce, po prostu 

chciałbym wiedzieć. Może miała zamiar pozbyć się całej tej budy i nie wiedziała, jak to zrobić. A 

może straciła głowę dla doktora i chciała mu dokuczyć. Oczywiście na to jest trochę za stara.

– Czy ktoś inny wchodzi w grę?

background image

– Czy ktoś inny mógł je pisać? Z pięćset osób. Każdy z pacjentów doktora. Nabrał 

bardzo dziwnych manier, od kiedy ożenił się z tym okropnym babsztylem. A teraz ulica. Nie 

mogę zajmować się każdym domem po kolei, bo nie skończylibyśmy do późnej nocy. Niech pan 

się napije. Ale postaram się panu oddać jej ogólny charakter. Na rogu, naprzeciwko teatru mamy 

sklep kolonialny i z towarami żelaznymi, właściciel pochodzi ze wsi, ale w Londynie mieszka od 

jakichś pięćdziesięciu lat. Prowadzi swój sklep tak, jakby to była placówka handlowa zagubiona 

gdzieś   w   głuszy   leśnej.  Udziela   kredytu.   Ma  stale   kłopoty,   ser  trzyma   za   blisko   parafiny,   i 

zmienił się bardzo od śmierci żony. Palinode’ów znał całe życie. Ich ojciec pomógł mu, kiedy 

stawiał   pierwsze   kroki   w   Londynie,   i   gdyby   nie   on,   niektórzy   z   nich   pod   koniec   miesiąca 

przymieraliby głodem. Obok sklepu kolonialnego jest skład węgla. Właściciel to człowiek nowy. 

Potem   gabinet   doktora.   Dalej   sklep   warzywniczy.   Bardzo   mili   ludzie;   mają   dużo   córek   o 

wymalowanych twarzach i brudnych rękach. Dalej, panie Campion, aptekarz – zniżył głos, ale 

nawet wtedy jego siła była tak wielka, że mogła wprowadzić w wibrację boazerię.

Nagła cisza, kiedy urwał, była przyjemna dla ucha.

–   Aptekarz   najważniejszy?   –   zachęcił   go   jego   słuchacz,   który   dał   się   porwać   temu 

widowisku.

– Tata Wilde nawet w filmie byłby ciekawy – wyjaśnił Charlie Luke. – Co za sklep! A 

jak zaopatrzony! Słyszał pan kiedy o „Syropie Na Kaszel Matki Appleyard Leczącym. Również 

Wnętrzności”? Oczywiście nie, ale mogę się założyć, że pański dziadek się nim kurował. I gdyby 

pan chciał, dostanie go pan, w oryginalnym opakowaniu. Ma dziesiątki nieporządnych małych 

szufladek, a pachnie tam jak w sypialni starej panny, tak że od tego zapachu człowiek aż się 

zatacza.   A   wśród   tego   wszystkiego   króluje   Tata   Wilde   wyglądający   jak   stara   ciotka,   z 

malowanymi  włosami, z takim kołnierzykiem, o tak – uniósł brodę i wytrzeszczył oczy – w 

czarnym krawacie i sztuczkowych spodniach. Kiedy stary Joey Bowels z synem Pantaloonem 

wykopali pannę Ruth Palinode, a my wszyscy czekaliśmy zmarznięci na sir Dobermana, żeby 

zapełnił   te   swoje   cholerne   słoiki,   muszę   przyznać,   że   zacząłem   myśleć   o   Tacie   Wilde.   Nie 

powiem, że to on coś takiego zapisał, ale mógłbym się założyć, że to pochodzi z jego składu 

aptecznego.

– Kiedy będzie wynik analiz?

–   Na   razie   mamy   prowizoryczny.   Pełny   wynik   otrzymamy   nie   wcześniej   niż   dziś 

wieczorem. Z całą pewnością przed północą. Jeżeli to była trucizna podana świadomie, obudzimy 

background image

przedsiębiorców pogrzebowych i natychmiast wykopiemy brata. Takie otrzymałem rozkazy. Nie 

cierpię takiej pracy. Mnóstwo kamieni i smrodu. – Potrząsnął głową jak mokry pies i wypił duży 

haust whisky.

– Chodzi o starszego brata, jeśli dobrze zrozumiałem? Najstarszego z Palinode’ów?

– Tak. O Edwarda Palinode, lat sześćdziesiąt siedem w chwili śmierci, która nastąpiła w 

marcu. Ile minęło czasu? Siedem miesięcy.  Ciekawe, w jakim jest stanie. To wilgotny stary 

cmentarz i proces rozkładu szybko postępuje.

Campion uśmiechnął się.

– Zostawił mnie pan w ciemnym składzie aptecznym. Gdzie teraz pójdziemy? Wprost 

do domu Palinode’ów?

Inspektor milczał przez chwilę zamyślony.

– Oczywiście można – zgodził się z nieoczekiwaną powściągliwością. – Z drugiej strony 

ulicy jest tylko ten stary nudziarz Bowels, wejście do zaułku, gdzie dawniej były stajnie, potem 

bank – mała filia Clougha i podejrzana knajpa „Pod Lokajem”. A teraz, proszę pana, dochodzimy 

do samego domu. Znajduje się na rogu, po tej samej stronie co skład apteczny. Jest wielki, ma 

suterenę. Zniszczony jak wielkie nieszczęście, z jednej strony znajduje się niewielkie podwórko, 

jakby ogródek, wysypane piaskiem i obrośnięte krzewami laurowymi. A poza tym pełno tam 

toreb   papierowych   i   kotów.   –   Urwał.   Jego   poprzedni   entuzjazm   zniknął,   wąskimi   oczami 

wpatrywał się ponuro w Campiona. – Wie pan co – powiedział z nagłą ulgą – wydaje mi się, że 

będę mógł panu pokazać teraz kapitana.

Wstał cicho i z tą ostrożną łagodnością, charakterystyczną dla ludzi bardzo silnych, zdjął 

wielki, oprawiony w ramy plakat, reklamujący irlandzką whisky, który wisiał pośrodku ściany. 

Za nim znajdowało się oszklone okienko, przez które czujny właściciel mógł z góry obserwować 

ogólną   salę.   Ścianki,   oddzielające   poszczególne   części   baru,   rozchodziły   się   od   głównego 

kontuaru   jak   szprychy   koła,   a   w   każdej   z   tych   części   tłoczyli   się   ludzie.   Obaj   mężczyźni 

pochyliwszy się do przodu spojrzeli w dół.

– Widzę go – szept Charlie’ego Luke’a przypominał daleki pomruk artylerii. – Jest w 

barze. – Wysoki, starszy jegomość, o tam, w kącie. W zielonym kapeluszu.

– To ten, co rozmawia z Price-Williamsem z „Sygnału”? – Campion dostrzegł pięknie 

modelowaną głowę najbardziej przebiegłego spośród londyńskich reporterów kryminalnych.

background image

– Price nic nie wie. Jest znudzony. Niech pan spojrzy, jak on się drapie – powiedział 

cicho detektyw. 

Był to głos wędkarza: doświadczonego, cierpliwego, pochłoniętego swoją pasją. Kapitan 

miał, postawę wyraźnie wojskową. Zbliżał się do sześćdziesiątki i zachowując smukłą sylwetkę 

wkraczał łagodnie w starość. Włosy i cienkie wąsy miał tak krótko przycięte, że ich kolor był 

bliżej nieokreślony – ani jasny, ani siwy. Campion nie słyszał jego głosu, ale przypuszczał, że 

choć przyjemny w tonacji, jest zapewne lekceważący. Domyślał się również, że z wierzchu jego 

dłonie pokryte  są brunatnymi  plamami, jak skóra żaby,  i że prawdopodobnie nosi dyskretny 

sygnet i ma zawsze przy sobie wizytówki.

Zdumiało go, że siostrą takiego człowieka mogła być osoba, która kawałek tektury i 

woal samochodowy uważała za nakrycie głowy, i powiedział to głośno. 

Luke przeprosił go spiesznie.

– Och, proszę mi wybaczyć. Powinienem był panu od razu wyjaśnić. To nie jest żaden z 

Palinode’ów. On tylko  mieszka w tym  domu. Renee zabrała  go ze sobą. Był  jej ulubionym 

lokatorem i ma teraz jeden z lepszych pokoi. Nazywa się Alastair Seton, służył jako zawodowy 

oficer w armii, z której musiał się wycofać z powodu słabego zdrowia. Serce, chyba. Ma jakieś 

cztery funty czternaście szylingów renty tygodniowo. Ale jest dżentelmenem w każdym calu i 

robi wszystko, żeby się utrzymać na poziomie, biedaczysko. Swoje wizyty w pubie utrzymuje w 

największej tajemnicy.

– O Boże – powiedział  Campion – to pewno tutaj przychodzi, kiedy od niechcenia 

mówi, że ma bardzo ważne spotkanie na mieście.

– Nie inaczej. – Luke przytaknął głową. – A spotyka się ze szklanką piwa. – Wbrew 

samemu sobie cieszy się z tego oszustwa. Z jednej strony uważa za ujmę to, że musi bywać w tak 

odrażającym lokalu, ale z drugiej strony bardzo go to podnieca.

Przez   chwilę   obaj   milczeli.   Wzrok   Campiona   wędrował   po   tłumie.   Wreszcie   zdjął 

okulary i rzekł nie odwracając się:

– Dlaczego pan nie chce mówić o Palinode’ach, inspektorze?

Charlie Luke napełnił sobie znowu szklaneczkę i spojrzał ponad nią, a we wzroku jego 

malowała się nieoczekiwana szczerość.

– Bo nie mogę – odparł.

– Dlaczego?

background image

– Nie rozumiem ich. – Złożył to oświadczenie tonem prymusa przyznającego się do 

swej niewiedzy.

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– Właśnie to. Nie rozumiem, co mówią. – Usiadł znowu na stole i bezradnie rozłożył 

muskularne ręce. – Gdyby tylko chodziło o obcy język, wziąłbym sobie tłumacza – ale chodzi o 

coś innego. Nie o to, że nie chcą mówić. Gadają całymi godzinami, bardzo nawet lubią mówić. A 

kiedy wychodzę od nich, w głowie mi huczy, tak samo jak wtedy, kiedy czytam raport, jaki mam 

przesłać stenografowi, żeby sprawdzić, czy wszystkie słowa są czytelne. On też nie rozumie.

Nastąpiło znowu milczenie.

– Czyżby słowa były takie... długie? – zaryzykował Campion niepewnie.

– Nie, wcale nie. – Luke nie był urażony, robił tylko wrażenie smutnego. – Jest ich 

pięcioro – powiedział wreszcie. – Dwoje martwych, troje żywych: Lawrence Palinode, panna 

Evadne Palinode i najmłodsza Jessica Palinode. To ta, która dostaje jałmużnę w parku. Żadne z 

nich nie ma pieniędzy i Bogu jednemu wiadomo, po co miałby ich ktoś zabijać. Nie są przy tym 

tak zwariowani, jak to niektórzy sądzą. Ja już popełniłem ten błąd, proszę pana. Trudno, sam 

powinien ich pan zobaczyć. Kiedy się pan tam wprowadzi?

– Pomyślałem sobie, że najlepiej będzie od razu; mam ze sobą walizkę.

– To dobra dla mnie wiadomość – mruknął inspektor z całą powagą. – Wejścia pilnuje 

nasz człowiek, który pana zna z widzenia. Nazywa się Corkerdale. Bardzo mi przykro, że nie 

mogę panu czegoś więcej powiedzieć o tych ludziach, ale oni są tacy staroświeccy i zupełnie 

niezwykli. Niezbyt mi się to określenie podoba, ale najlepiej ich charakteryzuje. – Pochylił się 

nad szklanką i poklepał się po brzuchu. – Doszedłem do takiego stanu, że gdy o nich myślę, robi 

mi się słabo. Jak tylko dostanę raport pracowni analitycznej, zaraz zawiadomię pana.

Campion wychylił do końca swoją szklaneczkę i wziął do ręki walizkę. Nagle przyszła 

mu do głowy myśl.

– Ale, ale, kim jest taka młoda, ciemnowłosa dziewczyna? Prawie nie widziałem jej 

twarzy.

– To Klytia White – wyjaśnił Luke spokojnie. – Siostrzenica. Kiedyś było sześcioro 

Palinode’ów. Jedna siostra uciekła i wyszła za mąż za lekarza, i wyjechała wraz z nim do Hong-

Kongu. Podczas podróży statek zatonął i oboje omal się nie utopili, a dziecko urodziło się, kiedy 

matka jeszcze była mokra od wody morskiej. Stąd to imię. Niech mnie pan o więcej nie pyta. Tak 

background image

mi powiedziano: „Stąd to imię”.

– Rozumiem. Czy ona również mieszka z Renee?

– Tak. Rodzice wysłali ją do kraju, co o tyle było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, 

że później oboje zginęli. Była wtedy małą dziewczynką. Teraz ma osiemnaście i pół lat. Pracuje 

jako   pomoc   biurowa   w   „Tygodniku   Literackim”.   Przylepia   znaczki   pocztowe   i   rozsyła 

egzemplarze okazowe. Jak tylko nauczy się pisać na maszynie, dostanie awans.

– A kim jest ten chłopiec?

– Z motorem? – Słowa zostały wypowiedziane z taką gwałtownością, że Campion aż 

drgnął.

– Motoru nie widziałem. Byli wtedy w parku.

Koniec zdania ścichł.

Młodzieńcza twarz Charlie’ego Luke’a pociemniała o kilka tonów, a jego trójkątne brwi 

zmarszczyły się nad jasnymi oczami.

– Świetna para: szczeniak i zagubiony kociak – powiedział ze złością, a potem podniósł 

wzrok i roześmiał się nagle z rozbrajającym wdziękiem, i dodał: – Taki mały, kochany kociak. 

Jeszcze nawet oczu nie otworzył.

background image

4. Musisz być ostrożny

Campion podszedł cicho do podestu schodów, skąd przez zakratowane okienko mógł 

zajrzeć do serca Portminster Lodge.

Ujrzał Renee wyglądającą tak samo, jak wtedy, przed dziesięciu laty, kiedy ją poznał. 

Siedziała  przy stole, profilem do niego, rozmawiając z kimś, kogo nie widział. Wiek panny 

Roper   nadal   można   było   określać   jako   „około   sześćdziesiątki”,   chociaż   wedle   wszelkiego 

prawdopodobieństwa liczyła  o jakieś osiem, dziesięć lat więcej. Ta niewielka kobietka nadal 

świetnie się trzymała, jak za czasów, kiedy zdzierała obcasy na prowincjonalnej scenie, a włosy 

wciąż  miała  piękne,  choć może  już nie tak  brązowe. Była  ubrana wizytowo  – w kolorową, 

wyszukaną   jedwabną   bluzkę   i   w   elegancką   czarną   spódnicę,   nie   za   krótką.   Dopiero   wtedy 

usłyszała   Campiona,   kiedy   był   już   w   połowie   korytarza,   torując   sobie   drogę   wśród   rzędów 

butelek   do   mleka.   Rzucił   spojrzenie   na   jej   twarz   –   ostro   zakończony   nos   i   zbyt   szeroko 

rozstawione oczy, zwrócone w kierunku okna – zanim spiesznie wstała, żeby uchylić ostrożnie 

drzwi.

– Kto tam? – Słowa zabrzmiały melodyjnie, jak przygrywka do piosenki. – Ach, to ty, 

mój kochany. – Znowu była naturalna, ale ciągle trochę pozowała, jak gdyby znajdowała się na 

scenie. – Wejdź, proszę. Jak to miło z twojej strony, doceniam w pełni twoje poświęcenie i nigdy 

ci tego nie zapomnę. Jak się czuje matka? Dobrze?

– Zupełnie dobrze – odparł Campion, który, osierocony przed dziesięciu laty, grał swoją 

rolę tak swobodnie, jak było go na to stać.

– Tak, wiem, nie masz specjalnie powodów do narzekań. – Poklepała go po plecach, 

zapewne z uznaniem, przyglądając mu się uważnie.

Była   to  typowa  staroświecka  kuchnia   w   suterenie,   z  kamienną  podłogą,   pełna   rur  i 

dziwnych zakamarków. To niezbyt wesołe miejsce ożywiała setka może fotografii teatralnych z 

różnych epok, zajmujących połowę ścian, i jasne chodniki ze szmat na podłodze.

– Clarrie – powiedziała nadal z tą samą fałszywą wesołością. – Chyba nie poznałeś 

dotąd mego siostrzeńca Alberta. To ten z Bury, przedstawiciel nobliwej części mojej rodziny. 

Jest prawnikiem, a to może się teraz nam przydać. Jego matka napisała do mnie, że mógłby mi 

pomóc, gdybym zechciała, wysłałam więc do niej depeszę – nie mówiłam ci o tym, bo się bałam, 

background image

że nic z tego nie wyjdzie.

Kłamała, jak na starą, rutynowaną aktorkę przystało, a jej śmiech był bardzo wdzięczny, 

gdyż świeży i młody, pochodził z serca, które się nic a nic nie postarzało.

Campion ucałował ją wylewnie.

–   Cieszę   cię,   że   cię   widzę,   cioteczko.–   powiedział,   a   ona   zaczerwieniła   się   jak 

dziewczynka.

Mężczyzna w pulowerze śliwkowego koloru jadł właśnie chleb z serem i marynowaną 

cebulą, oparłszy nogi w skarpetkach o poprzeczkę krzesła. Teraz wstał i pochylił się nad stołem.

– Miło mi poznać pana – mruknął wyciągając starannie wymanikiurowaną dłoń. Jego 

paznokcie   wprowadzały   w   błąd.   Jak   również   błysk   złota   w   uśmiechu   i   gęste,   jasne   włosy, 

wyraźnie cofające się z czoła w starannie ułożonych falach. Mimo pospolitego wyglądu jego 

głęboko pobrużdżona twarz była miła i malował się na niej zdrowy rozsądek. W trójkątnym 

wycięciu pulowera widać było koszulę w różowo-brązowe paski, – która miała cery w miejscach, 

gdzie usztywniacze kołnierzyka zrobiły dziury.

– Nazywam się Grace – ciągnął. – Clarence Grace. Nie przypuszczam, żeby pan o mnie 

słyszał. – Mówił tonem rzeczowym. – Kiedyś przez jeden sezon występowałem w Bury.

– Ale to było w Bury w Lancashire, mój kochany – przerwała mu szybko Renee. – A 

nam chodzi o Bury St. Edmunds, prawda Albercie?

– Tak, ciociu, istotnie. – Campion starał się, by w jego głosie zabrzmiał zarówno żal, jak 

i przeprosiny. – Bardzo tam u nas spokojnie.

– W każdym  razie  prawo szanuje się tam tak samo,  jak gdzie indziej. Usiądź, mój 

kochany – poleciła mu energicznie. – Pewno jesteś głodny. Zaraz coś ci przygotuję. Jak zwykle 

się śpieszymy. Dziwna rzecz, ale ja zawsze mam wrażenie, że czegoś nie zrobiłam. Pani Love!

To ostatnie wezwanie, brzmiące jak melodyjny krzyk, nie przyniosło żadnej odpowiedzi 

i Campion zdążył zaprotestować, że nie jest głodny.

Renee znowu klepnęła go po ramieniu, jak gdyby chciała mu się przypochlebić.

– Siadaj i napij się porteru z Clarriem, a ja tymczasem załatwię sprawę twego spania. 

Pani Love! Inni lokatorzy wkrótce przyjdą; a przynajmniej kapitan. Je chyba dzisiaj obiad na 

mieście ze swoją dawną flamą. I pójdzie od razu do swego pokoju. Nie bardzo lubi siedzieć w 

kuchni.   Jeśli   usłyszysz   trzask   frontowych   drzwi,   to   z   pewnością   będzie   on.   Potem   obaj 

pomożecie mi w roznoszeniu tac. Pani Love!

background image

Clarrie nieznacznie spuścił nogi na podłogę.

– Zaraz ją sprowadzę – powiedział. – A co z małą? O tej porze nie powinna być poza 

domem.

– Klytia? – Renee spojrzała na zegar. – Piętnaście po jedenastej. Coś się spóźnia. Gdyby 

była moją córką, nie martwiłabym się tym, ale tak naprawdę to ja nie lubię niewinności, a ty, 

Albercie? Człowiek nigdy nie czuje się z nią bezpieczny.  Ale ty,  Clarrie, siedź cicho, tylko 

żadnych plotek, proszę.

Mężczyzna zatrzymał się z ręką na klamce.

–   Gdybym,   moja   kochana,   miał   cokolwiek   opowiadać   temu   słoikowi   po   solach 

trzeźwiących,   to   z   pewnością   nie   o   jej   siostrzenicy   –   oświadczył   wesoło,   ale   twarz   mu   się 

wykrzywiła w brzydkim grymasie i w ułamku sekundy, zanim wyszedł, zauważyli nieprzyjemny 

błysk w jego dużych, nieokreślonego koloru oczach. Renee czekała, aż zamknął drzwi.

– Wszystkiemu winne nerwy, jednak z pewnością on wkrótce dostanie engagement. – 

Powiedziała   to   zaczepnie,   jak   gdyby   Campion   miał   jakieś   wątpliwości.   –   Na   prowincji 

widywałam o wiele gorszych aktorów niż Clarrie, słowo daję. – I natychmiast, na tym samym 

oddechu, ale zdumiewająco zmieniając natężenie głosu dodała: – Niech mi pan powie, panie 

Campion, czy to drugie ciało też wykopią?

Spojrzał na nią serdecznie.

– Niech się pani nie martwi. To nie pani pogrzeb. Ale poważnie mówiąc, nie wiem.

W tym momencie wyglądała bardzo staro i krucho. Pod warstwą pudru na kościach 

policzkowych i na nosie można było dostrzec siateczkę czerwonych żyłek.

– Bardzo mi się to wszystko nie podoba – mówiła cicho. – Boję się trucizny. Wie pan, 

całą żywność trzymam zamkniętą na klucz. Staram się nie spuszczać, jej z oczu, dopóki nie 

zostanie zjedzona. Porter może pan pić spokojnie. Moja stara służąca przyniosła go przed chwilą 

i razem z Clarrie’em otworzyliśmy butelkę.

Nagle – jak gdyby ktoś uniósł pokrywę kotła – ujrzał, całą grozę, jaką ukrywała pod 

poborami   tej   wesołej,   nic   nie   znaczącej   rozmowy.   Groza   to   rozprzestrzeniała   się   po   jasno 

oświetlonej   kuchni   jak   ciemna,   zła   chmura,   tłumiąc   wszystkie   inne   reakcje:   podniecenie, 

zainteresowanie, nienasyconą ciekawość policji, publiczności, prasy.

– Bardzo się cieszę, że pan przyszedł. Spodziewałam się tego. Równy z pana chłop. 

Nigdy panu tego nie zapomnę. No, chyba pościel się wywietrzyła. Pani Love!

background image

– Pani mnie wołała? – Od drzwi dał się słyszeć głos starej kobiety, poparty mocnym 

siąknięciem nosa i do kuchni, szurając nogami, weszła niskiego wzrostu kobieta w różowym 

fartuchu.   Miała   rumiane   policzki,   ciemnoniebieskie   oczy,   które   mimo   pewnego   zamglenia 

patrzyły  bystro,  i skąpe włosy związane różową wstążką. Zatrzymała  się w progu patrząc  z 

zaciekawieniem na Campiona.

–   Panin   siostrzeniec?   –   spytała   głośno.   –   Ale   podobny,   jak   dwie   krople   wody. 

Powiadam, że podobny, jak dwie, krople wody.

– Bardzo się z tego cieszę – przerwała jej głośno panna Roper. – A teraz trzeba mu 

posłać łóżko.

–   Posłać   mu   łóżko?   –   W   głosie   pani   Love   zabrzmiała   taka   nuta,   jakby   to   jej   ten 

wspaniały pomysł przyszedł do głowy. Nagle coś sobie przypomniała: – Ugotowałam owsiankę. 

Powiadam,   że   ugotowałam   paniną   owsiankę.   Wsadziłam   do   dogrzewacza   i   zamknęłam   na 

kłódkę. Klucze na zwykłym miejscu. – Uderzyła się w chudą pierś.

Clarrie, który wszedł za nią, zaczął się śmiać niepowstrzymanie, a ona odwróciła się w 

jego stronę; wyglądała – myśl ta uderzyła nagle Campiona – jak kot przebrany za lalkę.

– Panu do śmiechu. – Donośny głos z wyraźnym londyńskim akcentem mógł dobiegać 

ze szczytu domu. – Ale nigdy nie dosyć ostrożności. Powiadam, że nigdy nie dosyć ostrożności.

Odwróciła się do Campiona i spojrzała na niego z błyskiem w oczach.

–   On   nic   nie   rozumie   –   stwierdziła,   wzruszając   ramionami   pod   adresem   aktora.   – 

Niektórzy mężczyźni to nic nie potrafią zrozumieć. Ale trzeba mieć trochę oleju w głowie, jak 

człowiek chce się utrzymać na powierzchni. Jestem tutaj tylko dlatego, że moi przyjaciele myślą, 

że jestem w pubie. Mój Stary powiada, że nie chce, żeby mnie ludzie wzięli na języki i żebym 

miała do czynienia z policją, i tak dalej. Ale ja nie mogę pozwolić, żeby mojej paniuni działa się 

krzywda, więc przychodzę późnym wieczorem, powiadam, że przychodzę późnym wieczorem.

– Tak, to racja, ta poczciwina przychodzi zawsze wieczorem – zachichotała Renee, ale w 

jej głosie zabrzmiało wzruszenie.

– Z moją panią przyszłam z tamtego domu – oświadczyła tubalnym głosem pani Love. – 

Inaczej bym tu nie była. Z całą pewnością nie! Zanadto tu niebezpiecznie. – Osiągnąwszy jeden 

efekt, sięgnęła po drugi. – A mam co robić. – Machnęła wstążką w kierunku Clarrie’ego, który 

sięgnął do ronda wyimaginowanego kapelusza, co sprawiło, że roześmiała się głośno jak psotne 

dziecko. – Pan Clarrie to potrafi mnie zabawić – powiedziała do Campiona. – Powiadam, że pan 

background image

Clarrie   potrafi   mnie   zabawić.   Czy   te   koce   mam   wziąć?   A   gdzie   powłoczki   na   poduszki? 

Zapastowałam podłogę. Powiadam, że zapastowałam podłogę.

Człapiąc wyszła z kocami. Za nią Renee niosąc naręcze bielizny.

Clarrie Grace usiadł znowu i pchnął w stronę przybysza szklankę i butelkę.

–   Nie   uwierzyliby   komikowi,   który   by   naśladował   ją   w   music-hallu   –   zauważył.   – 

Osiemdziesiątka  na karku, a wciąż  pełna  energii.  Pracuje jak wół. Przestanie  dopiero, kiedy 

padnie trupem. Razem z Renee wykonują całą pracę domową. Ona wprost kocha tę robotę.

– Co jednemu smakuje, to drugiego struje – zrobił dość nieroztropną uwagę Campion.

Clarrie w pół gestu zatrzymał szklankę w powietrzu.

–   Mógłby   pan   to   wykorzystać   –   powiedział   poważnie   –   Bądź   co   bądź   jest   pan 

prawnikiem, nieprawdaż?

– To utrudnia jeszcze bardziej całą sprawę – mruknął Campion.

Clarrie   Grace   roześmiał   się.   Miał   uroczy   uśmiech,   kiedy   był   naprawdę   czymś 

rozbawiony, i nieprzyjemny dla celów grzecznościowych i zawodowych;

– Wie pan – zaczął od niechcenia – Renee znam od moich szczenięcych lat i ani rusz nie 

mogę sobie przypomnieć, żeby miała siostrzeńca. Powinienem był dawniej o panu słyszeć. Nie 

ulega kwestii, Renee to nadzwyczajna kobieta. – Zawahał się i po chwili ciągnął dalej: – Niech 

mi  pan nic nie mówi,  jeśli pan nie chce. Żyjmy  i dajmy żyć  innym.  To było  zawsze moją 

naczelną dewizą. Chcę przez to powiedzieć, że nigdy mnie nic nie było w stanie zdziwić. W 

moim zawodzie nie mógłbym sobie na to pozwolić, a śmiem twierdzić, że pan w swoim również. 

Zdziwienie jest kosztowne, oto, co mam na myśli. Pański ojciec nie był naprawdę jej bratem, co?

–   Tylko   w   pewnym   sensie   –   wyjaśnił   Campion   mając   na   myśli   bez   wątpienia 

powszechne braterstwo ludzi.

– Wspaniale – w głosie Clarrie’ego brzmiał zachwyt. – Znakomicie. Ja to wykorzystam. 

Nie wolno tego zmarnować. „W pewnym sensie.” Ale z pana żartowniś! Wszystkich nas pan tu 

rozweselił. – Nagle jego nerwowe podniecenie jakby wyparowało. – Niech pan podtrzymuje 

swoje siły – powiedział wskazując gestem ręki na butelkę. – Do butelek dostać się nie mogą.

– Kto taki?

– Rodzinka, ci tam Pallyally na górze. Jak Boga kocham, chyba pan nie przypuszcza, że 

Renee albo ja... czy nawet kapitan, „wybacz – że – nie – zdejmuję – rękawiczek” – tak go 

nazywam – moglibyśmy kombinować coś z chemikaliami. Mój drogi, gdybyśmy nawet mieli na 

background image

to   dość   sprytu,   to   zabrakłoby   nam   inicjatywy,   jak   powiadają   królowe.   Jesteśmy   przeciętni. 

Całkiem w porządku. Znamy się od niepamiętnych czasów. To z pewnością ta rodzinka Allych-

pallych. Ale do piwa nie mogą się dostać. Proszę, ta butelka nie była jeszcze otwierana.

Ponieważ jego honor tego wymagał, Campion napił się porteru, którego z całego serca 

nie znosił.

– Nie sądziłem, że w grę może wchodzić niebezpieczeństwo przypadkowego otrucia – 

zaryzykował   nieśmiało.   –   Chciałbym   znać   fakty.   Kilka   miesięcy   temu   umiera   pewna   stara 

kobieta i policja dla sobie tylko znanych przyczyn każe dokonać ekshumacji. Jak dotąd nikt nie 

wie, jakie są wyniki badań laboratoryjnych. Śledztwo nie zostało jeszcze zakończone. Nie, nie 

sądzę, by istniały jakieś przesłanki świadczące o tym, że ktoś z domowników jest obecnie w 

niebezpieczeństwie,   naprawdę   jestem   o   tym   przekonany.   Gdyby   nie   policja,   nawet   nie 

pomyślelibyście o truciźnie.

Clarrie odstawił piwo.

– Mój drogi panie, jest pan prawnikiem. Bez obrazy. I po prostu nie widzi pan sytuacji w 

zwykłym ludzkim świetle. Oczywiście, że wszystkim nam grozi niebezpieczeństwo! Wśród nas 

jest morderca. Nikogo nie powieszono. A poza tym co ze starszym panem: z bratem, pierwszą 

ofiarą? – Swoją dużą wymanikiurowaną ręką wymachiwał jak kijem. – Umarł w marcu, prawda? 

Teraz z kolei policja jego wykopie. To logiczne. Gdyby tego nie zrobili, nigdy bym im tego nie 

darował.

Campion niezbyt był pewien, czy śledzi dokładnie tok myśli tamtego, ale to, co mówił, 

było przekonywające, przynajmniej ton jego wypowiedzi. Clarrie robił wrażenie zadowolonego z 

tej milczącej aprobaty.

– Będzie nafaszerowany jakimś paskudztwem – powiedział stanowczo – tak jak jego 

siostra. Powiadam, że w to wszystko zaplątana jest rodzina Allych-Pallych, taka jest moja teoria. 

– Był bardzo poważny. – To bije w oczy. Sam się pan przekona.

Campion poruszył się na krześle. Zaczynała go męczyć ta tyrada.

– O ile wiem, są bardzo ekscentryczni – mruknął.

–   Ekscentryczni?   –   Clarrie   spojrzał   na   niego   i   wstał.   Dla   jakiegoś   niezrozumiałego 

powodu robił wrażenie obrażonego. – Dobry Boże – powiedział – wcale nie są ekscentryczni. Są 

bardzo zwyczajni i na miejscu. Ekscentryczni? Chyba że inteligencja miałaby być uważana za 

coś ekscentrycznego. To bardzo dobra rodzina. Ich ojciec był czymś w rodzaju geniusza, był 

background image

profesorem i miał wiele tytułów naukowych. – Zrobiwszy tę uwagę, chwilę milczał, potem podjął 

znowu: – Panna Ruth nie wrodziła się w nich. Trochę była pomylona. Często zapominała, jak się 

nazywa, zabierała sztućce, itp. Może wydawało jej się, że jest niewidzialna? Moim zdaniem 

reszta   rodziny   zebrała   się,   omówiła   tę   sprawę   i...   –   Zrobił   wymowny   gest   ręką.   –   Ona   nie 

dorastała do nich.

Campion   przez   dobrą   chwilę   siedział   wpatrując   się   w   niego.   Wreszcie   doszedł   do 

przekonania, że aktor mówił całkowicie szczerze.

– Kiedy mógłbym spotkać któreś z nich? – spytał.

– Mój kochany, jeśli chcesz, możesz zaraz iść do nich – powiedziała Renee ukazując się 

z kuchni z tacą w rękach. – Wyręczysz mnie i zaniesiesz to pannie Evadne. Ktoś to przecież 

musi, zrobić. Clarrie, ty dziś zajmiesz się panem Lawrence’em. Zaniesiesz mu wodę, a z resztą 

sam sobie poradzi.

background image

5. Drobne nieprzyjemności

Kiedy Campion niepewnie szedł po obcych sobie schodach, pomyślał, że panna Evadne 

nawet jak na potencjalną trucicielkę ma dziwny gust. Na niewielkiej tacy znajdował się kubek 

brązowej   odżywki   mlecznej,   szklanka   gorącej   wody,   druga   zimnej,   pudełko   po   serze   z 

krystalicznym   cukrem,   a   może   z   solą,   kieliszek   czegoś   obrzydliwego,   przypominającego 

zakrzepłe   jajko   na   miękko,   puszka   z   napisem   „Sole   epsoroskie”,   z   przekreślonym   słowem 

„epsomskie”,   i   mała   zatłuszczona   buteleczka   z   nieoczekiwaną   nalepką   „Parafina   do   użytku 

domowego”.

Wnętrze domu, na podstawie tego, co zdołał dojrzeć, było zaskakujące.

Schody z czarnego drewna zostały zaprojektowane przez kogoś, kto wprawdzie lubił 

prostotę, ale bez przesady, bo od czasu do czasu widać było wyrzeźbione karciane kiery, a może 

piki.   Na   stopniach   nie   było   chodnika.   Sięgały   one   dwóch   pięter   otaczając   cztery   strony 

kwadratowej klatki i oświetlone były od góry jedną słabą żarówką, zwisającą z miejsca w suficie, 

gdzie zaplanowany ongiś był żyrandol. Na każdym podeście, usytuowane parami, znajdowały się 

bardzo wysokie drzwi.

Campion dobrze wiedział, dokąd iść, gdyż cała podniecona trójka wytłumaczyła mu to 

dokładnie w kuchni.

Stąpając ostrożnie znalazł się w pobliżu jedynego okna, znajdującego się na pierwszym 

podeście. Zatrzymał się, by wyjrzeć przez nie.

Zarysy rozległego domu ukazały mu się w świetle słabej ulicznej lampy, świecącej z 

tyłu,   gdy  wzrok   jego   spoczywał   na   występie,   znajdującym   się   blisko   niego   i   jakoś   dziwnie 

ukształtowanym, występ ten drgnął.

Stał nieruchomo, a jego oczy coraz bardziej przyzwyczajały się do słabego oświetlenia. 

W chwilę później na prawie równym z nim poziomie ukazała się jakaś postać i to o wiele bliżej, 

niż się spodziewał, tak iż się domyślił, że tuż pod oknem musi się znajdować coś w rodzaju 

platformy, może, dach wykuszu.

Na dachu tym była kobieta. Spostrzegł ją wyraźnie, gdy przez chwilę znajdowała się w 

blasku lampy.  Odniósł wrażenie jakiejś wyrafinowanej elegancji – dostrzegł biały kapelusz z 

dużą kokardą i owiniętą wokół szyi jaskrawą czerwoną szarfą w stylu regencji. Twarzy kobiety 

background image

nie widział.

Wstrzymując oddech słyszał jej kroki i ciekaw był, co też, na Boga, ona robi. Jeśli 

zamierzała   się   włamywać,   to   szkoda   tylko   było   jej   cennego   czasu.   Campion   właśnie   zrobił 

ostrożne pół kroku w przód, kiedy w oknie zamajaczył mu jakiś kształt. Nie powtórzyło to się 

więcej, ale zza okna nadal dolatywały jakieś szmery. Wreszcie po długiej przerwie zaczęła się 

unosić zasuwa okienna.

Szybko skorzystał z jedynej kryjówki, jaką miał do dyspozycji, i przykucnął na drugim 

stopniu   od   góry,   gdzie   przyciskając   kurczowo   tacę   przywarł   do   mocnej   balustrady.   Okno 

otworzyło się powoli i z miejsca, gdzie przykląkł, mógł dostrzec powoli rozszerzający się otwór.

Najpierw zobaczył  parę nowiutkich  pantofelków  o bardzo wysokich  obcasach. Mała 

szczupła ręka, niezbyt czysta, ustawiła je starannie na parapecie okiennym. Potem ukazał się 

biały kapelusz i sukienka w kwiaty, złożona starannie i związana szarfą. Wreszcie na szczycie 

tego stosu znalazła się zwinięta porządnie para pończoch.

Campion   oczekiwał   z   wielkim   zainteresowaniem   dalszego   rozwoju   wypadków.   Z 

doświadczenia wiedział, że powody, dla których ludzie wchodzą do swych domów przez okna, 

były równie różnorakie i liczne jak te, dla których się zakochują, ale po raz pierwszy spotkał się z 

faktem, że ktoś przedtem się rozbierał.

Wreszcie pojawiła się właścicielka całej tej garderoby. Szczupłe nogi, teraz w grubych 

brązowych pończochach, ukazały się powoli na parapecie i bezszelestnie, co świadczyło o dużej 

wprawie,   młoda   dziewczyna   wśliznęła   się   na   podest.   Była   to   dziwaczna   postać   ubrana   w 

niemodna kapelusz, który ktoś całkiem bez polotu mógłby nazwać „praktycznym”. Szara i bez 

kształtu, niestarannie włożona spódnica zwisała luźno na szczupłej talii, a okropny sweter koloru 

brunatno-zielonego   na   poły   tylko   zakrywał   szafranowego   koloru   bluzkę,   którą   znakomicie 

mogłaby nosić kobieta cztery razy większa i starsza niż dziewczyna. Czarne aksamitne włosy, 

dzięki którym natychmiast ją poznał, znowu związane były ciasno z tyłu. Nieporządne kosmyki 

spadały jej na twarz.

A więc ponowne spotkanie z panną Klytią White, tym razem przebierającą się na dachu. 

Trzymając mocno tacę, Campion wstał.

– Byłaś na hulance? – spytał uprzejmie. 

Spodziewał się, że ją trochę zaniepokoi, ale zupełnie nie był przygotowany na taki efekt. 

Najpierw zastygła bez ruchu, potem nagle drgnęła jak trafiona kulą. Jej reakcja przestraszyła go. 

background image

Był pewien, że zaraz zemdleje.

– Słuchaj – powiedział szybko – opuść głowę. Zaraz poczujesz się lepiej. Wszystko w 

porządku, uspokój się.

Głośno wciągnęła powietrze i obrzuciła nerwowym spojrzeniem zamknięte drzwi. Jej 

lęk udzielił mu się na chwilę. Przytknęła palec do warg, a potem schwyciwszy ubranie zwinęła je 

gwałtownie w duży nieporządny węzełek.

– Bardzo mi przykro – powiedział cicho. – To pewno coś ważnego, prawda?

Wrzuciła pakunek za kotarę, oparła się o nią plecami  i dopiero wtedy spojrzała mu 

prosto w twarz. Miała duże, ciemne oczy.

– To sprawa życia i śmierci – odparła krótko. – Co pan zamierza zrobić?

W   tej   chwili   Campion   zdał   sobie   sprawę   z   jej   niezwykłego   uroku.   Charlie   Luke 

napomknął   już   o   tym.   Clarrie   również   zdradzał   wyraźne   zainteresowanie.   To   młode, 

niedoświadczone stworzenie emanowało jakimś magnetycznym fluidem. To dziwne, bo nie była 

piękna,   w   każdym   razie   nie   w   tym   odrażającym   ubraniu,   ale   była   pełna   życia   i   urzekała 

kobiecością i inteligencją.

– Wiesz, ta cała sprawa nic mnie nie obchodzi – powiedział. – Załóżmy, że nic nie 

widziałem, po prostu spotkałem cię na schodach.

Nie potrafiła ukryć ulgi i to uświadomiło mu, jak bardzo jest młoda.

– Niosę tacę pannie Evadne – powiedział. – Ona mieszka na tym piętrze, prawda?

–   Tak.   Wujek   Lawrence   mieszka   w   gabinecie   na   dole,   blisko   drzwi   wejściowych. 

Dlatego... – urwała – dlatego nie chciałam go niepokoić – dokończyła wyzywająco. – Pan jest 

chyba bratankiem panny Roper? – Mówiła mi, że pan ma przyjechać.

Miała   ładny,   bardzo   czysty   głos,   z   odcieniem   pedanterii   w   wymowie,   co   nie   było 

pozbawione wdzięku, ale w tej właśnie chwili świadczyło o zmieszaniu, które pochlebiało mu i 

pociągało go.

W tym momencie biały kapelusz, który był umieszczony na szczycie kompromitującego 

węzełka, stracił najwidoczniej równowagę, gdyż wytoczył się zza kotary i spoczął u jej stóp. 

Schwyciła go gwałtownie, dostrzegając przy tym uśmiech Campiona, i zaczerwieniła się po uszy.

– Śliczny kapelusz – pochwalił.

– Tak pan myśli? – Nikt jeszcze nie obrzucił go tak wyniosłym spojrzeniem. W głosie 

jej   brzmiało  rozmarzenie  i  jak  gdyby  strach   oraz  nuta   powątpiewania,   kiedy  powiedziała:   – 

background image

Nieraz w to wątpiłam. W siebie, znaczy. Ludzie gapili się na mnie. Nie można nie zauważyć go.

– To kapelusz dla kogoś dorosłego – Campion unikał protekcjonalnego tonu, starając się 

mówić z jak największym szacunkiem.

– Tak – odparła szybko. – Może właśnie dlatego. – Zawahała się i wiedział, że pod 

wpływem impulsu ma ochotę powiedzieć mu znacznie więcej na ten temat, ale w tej – chwili 

gdzieś w głębi domu ktoś głośno zamknął drzwi. Było to daleko od nich, ale ten odgłos podziałał 

na nią jak zły urok; zgarbiła się, przybrała skromną, minę, kapelusz schowała za plecy. Oboje 

nasłuchiwali.

Pierwszy odezwał się Campion.

–   Nic   nikomu   nie   powiem   –   powtórzył   dziwiąc   się,   dlaczego   był   przekonany,   że 

potrzeba jej tego ponownego zapewnienia. – Możesz na mnie polegać. Dotrzymam słowa.

– Jeśli pan nie dotrzyma, umrę – te proste słowa wypowiedziała z takim przekonaniem, 

że to nim wstrząsnęło.

Nie było w nich cienia błazenady, lecz niezachwiane postanowienie.

Kiedy   tak   na   nią   patrzył   zamyślony,   szybko,   z   gracją   nieoczekiwaną   u   tak 

niedoświadczonego   stworzenia,   chwyciła   swój   pakunek   i   uciekła   przez   podest   znikając   w 

jednych z ogromnych drzwi.

Campion   mocno   dzierżąc   tacę   ruszył   do   celu   swego   przeznaczenia.   Jego 

zainteresowanie rodziną Palinode’ów stało się wprost palące. Zastukał do środkowych drzwi, pod 

łukiem   we  wgłębieniu,   w  miejscu,  gdzie   znowu zaczynały  się  schody.  Były  solidne,  dobrze 

dopasowane i bardzo przypominały drzwi prowadzące do gabinetu dyrektora szkoły.

Kiedy nasłuchiwał zaproszenia, drzwi naraz otworzyły się i znalazł się twarzą w twarz z 

eleganckim,   niskim   mężczyzną,   liczącym   około   czterdziestki,   w   ciemnym   garniturze. 

Nieznajomy uśmiechnął się nerwowo na powitanie Campiona i odsunął się na bok.

– Proszę – powiedział. – Ja właśnie wychodzę. Pozwolę sobie wyjść, panno Palinode. 

Bardzo miło z pana strony – mruknął zdawkowo w stronę Campiona.

Mówiąc to przecisnął się obok niego i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Campion 

znalazł się w środku.

Zawahał   się   chwilę,   rozglądając   się   wokoło,   by   znaleźć   kobietę,   która   nie 

odpowiedziała. Najpierw pomyślał, że jej nie ma. Pokój był kwadratowy, co najmniej trzy razy 

większy niż normalna sypialnia. Był bardzo wysoki, miał trzy wąskie okna, ale sprawiał dość 

background image

ponure   wrażenie.   Meble,   duże   i   ciemne,   zajmowały   niemal   całą   powierzchnię.   W   głębi,   po 

prawej stronie, stało łoże z baldachimem, a pomiędzy nim a oknami koncertowy fortepian. Ale 

dominowała nuta surowości. Draperii było niewiele i tylko jeden dywanik przed kominkiem. Na 

gołych ścianach wisiało kilka reprodukcji, tak jak te na zewnątrz – w kolorze sepii. Stały tu trzy 

oszklone szafy z książkami, stół i potężne biurko, z podwójnym rzędem szuflad, na którego 

zagraconym blacie stała zapalona lampa – jedyne źródło światła w pokoju. Jednak nikt przy nim 

nie siedział i kiedy Campion zastanawiał się, gdzie umieścić tacę, usłyszał, stosunkowo blisko 

siebie, głos:

– Proszę ją postawić tutaj.

Od razu dojrzał mówiącą kobietę i ku swemu zawstydzeniu uświadomił sobie, że w 

półmroku wziął ją za kolorowy koc rzucony na fotel. Była to duża kobieta z płaskim biustem, w 

długiej deseniowej sukni, z głową owiniętą czerwonym szalem; jej pomarszczona twarz, która 

nie różniła się specjalnie kolorem od szala, zlewała się z brunatno-rdzawym obiciem fotela.

Nie drgnęła nawet. Nigdy jeszcze nie widział żadnej żywej istoty – chyba z wyjątkiem 

krokodyla   –   tak   nieruchomej.   Jednak   jej   oczy,   które   skierowała   teraz   na   niego,   o   mętnych 

żółtawych białkach, skrzyły się inteligencją.

– Na tym stoliczku – wydała polecenie, ale nie pofatygowała się, by mu go wskazać czy 

przysunąć do siebie. Głos miała ostry, władczy, świadczący o wykształceniu.

Bezwiednie jej posłuchał.

Stoliczek okazał się stylowym pięknym sprzętem na trzech smukłych nóżkach. Campion 

bezwiednie zapamiętał to, co na nim się znajdowało, choć w danej chwili wcale o tym nie myślał. 

Stała   tu   pękata   waza   z   nieśmiertelnikami,   mocno   zakurzonymi,   i   dwie   zielone   szklaneczki 

również z tymi wysuszonymi kwiatami, następnie półmisek z odwróconą formą do puddingu i 

mała staroświecka filiżanka bez uszka, z mikroskopijną ilością dżemu malinowego. Wszystko to 

razem sprawiało nieprzyjemne wrażenie lepkości.

Pozwoliła mu się uporać z tym bałaganem i postawić tacę, nie pomagając mu w niczym 

ani   nie   odzywając   się   słowem;   przypatrywała   mu   się   tylko   z   rozbawionym,   przyjaznym 

zainteresowaniem. Uśmiechnął się w odpowiedzi, gdyż sądził, że tak wypada, i nagle jej słowa 

zaskoczyły go zupełnie:

background image

Pasterzu, tak wesoło grasz na swych piszczałkach, 

Minę masz tak buńczuczną, posturę pyszałka.

Zrozum jednak, prostaczku, że beztroska taka

Łacna nie idzie w parze z twym losem biedaka.

Jasne oczy Campiona błysnęły. Nie dlatego, by uraziło go, że został nazwany pasterzem 

czy nawet „prostaczkiem”, chociaż ten ostatni zwrot wydawał mu się raczej nie na miejscu, ale 

tak się złożyło, że nie dalej niż poprzedniego wieczoru czytał George’a Pelle’a w poszukiwaniu 

nazwiska, które go dręczyło.

Los mi nie sprzyja, zacny Palinode, 

Bom ja dla nieszczęść samych się narodził.

– „Bom dla niedoli samej się narodził” – poprawiła go odruchowo, ale była zadowolona, 

a nawet może zdumiona, i stała się od razu nie tylko bardziej ludzka, ale zaskakująco bardziej 

kobieca. Pozwoliła, by czerwony szal osunął się jej na plecy, tak że odsłonił piękną, siwą głowę, 

ze   starannie   upiętymi   włosami.   –   A   więc   jest   pan   aktorem   –   powiedziała.   –   Oczywiście. 

Powinnam się była tego spodziewać. Panna Roper ma tylu przyjaciół z teatru. Ale – dodała 

tajemniczo, z wdziękiem – nie są to aktorzy, których znam najlepiej. Moi przyjaciele ze sceny 

bardziej należą do pana genre’u. A teraz niech mi pan co opowie, jak tam leci w pańskiej budzie 

–   wymówiła   ten   kolokwialny   zwrot,   jakby  to   był   grecki   werset,   którego   zapamiętaniem   się 

szczyciła.

– Obawiam się, że nic ciekawego pani nie powiem, ponieważ dawno nie grałem – zaczął 

ostrożnie.

– Zresztą to nieważne – mówiła nie patrząc na niego. Wyciągnęła mały bloczek do 

pisania,  pokryty   drobnym   pięknym  pismem.   – A  teraz   sprawdźmy  – ciągnęła  zaglądając   do 

środka – co mi pan przyniósł. Filiżankę odżywki mlecznej? Tak. Jajeczko? Tak. Gorącą wodę? 

Tak. Zimną wodę? Tak. Sole, cukier i... tak, parafinę. Znakomicie. Teraz proszę wlać jajko do 

odżywki   – tak.  Proszę,  odważnie,   wstrząsnąć,   ale  nie  rozlać,   nie  lubię  brudnego  spodeczka. 

Gotowe?

background image

Od czasów  dzieciństwa  nikt nie przemawiał  do Campiona  tak  rozkazującym  tonem. 

Zrobił, co mu polecono, i był zdziwiony, że mu się trochę przy tym trzęsą ręce. Brunatny płyn 

przybrał niebezpieczny odcień i na jego powierzchni pojawiły się jakieś podejrzane strzępki.

– A teraz cukier – rozkazała panna Palinode. – O tak, dobrze. Proszę podać mi filiżankę 

i trzymać łyżeczkę, ale jeśli pan dobrze wszystko wymieszał, nie będę jej potrzebowała. Teraz 

niech pan włoży łyżeczkę do zimnej wody, po to tu jest. Puszka ma zostać tam, gdzie jest, przy 

zimnej wodzie, i proszę postawić parafinę tuż koło kominka. To na moje odmrożenia.

– Na odmrożenia? – mruknął powątpiewająco. Na dworze było raczej ciepło.

– Na odmrożenia, które odezwą się w grudniu – wyjaśniła cierpliwie panna Palinode.– 

Odpowiednia kuracja teraz zapobiegnie odmrożeniom w grudniu. Świetnie pan to zrobił. Chyba 

zaproszę pana na mój wieczorek teatralny, który odbędzie się w przyszły wtorek. Oczywiście, 

przyjdzie pan. – Było to raczej stwierdzenie niż pytanie, gdyż nie dała mu czasu na odpowiedź. – 

Może wyniknie z tego coś interesującego dla pana, ale nie mogę nic obiecać. W tym roku teatr 

repertuarowy cierpi na nadmiar aktorów, zresztą zapewne sam pan o tym wie. – Jej uśmiech był 

bardzo uprzejmy.

Campion, najłagodniejszy z ludzi, zaczął odczuwać przemożną potrzebę – tak niezwykłą 

u niego – żeby jakoś podkreślić swoją obecność. Opanował się jednak.

– Chyba tu gdzieś w pobliżu jest niewielki teatr? – zaryzykował pytanie.

– Rzeczywiście. Teatr Tespisa. Mają tam skromny, ale pracowity zespół. Wśród nich 

kilku   aktorów   bardzo   utalentowanych.   Chodzę   na   każdą   sztukę   –   z   wyjątkiem   tych 

pozbawionych  wartości, które muszą wystawiać, żeby ściągnąć publiczność. Raz w miesiącu 

przychodzą tu wszyscy do mnie na małą pogawędkę i spędzamy bardzo mile czas. – Umilkła i 

jakiś cień przesunął się po jej twarzy. – Zastanawiam się, czy nie powinnam odłożyć najbliższego 

spotkania. Mieliśmy trochę zamieszania w domu. Zapewne słyszał pan o tym. Wydaje mi się 

jednak, że wszystko może się odbyć jak zazwyczaj. Jedyna trudność to ci przeklęci reporterzy, 

chociaż obawiam się, że bardziej przeszkadzają memu bratu niż mnie.

Piła swój odrażający napój hałaśliwie, jakby sądziła – pomyślał Campion – że ma pełne 

prawo do pewnych nietaktów.

– Zdaje się, że wchodząc tutaj spotkałem pani brata... – urwał na widok jej oburzonej 

miny.

Z trudem opanowała irytację i odparła z uśmiechem:

background image

– O nie, to nie był Lawrence. Lawrence jest... zupełnie inny. Widzi pan, jedną z korzyści 

tego domu jest to... że nie trzeba wychodzić na ulicę. To ulica do nas przychodzi. Mieszkamy tu 

tak długo...

– Słyszałem o tym – wyszeptał. – Podobno wszyscy dostawcy osobiście tu do państwa 

przychodzą.

– Dostawcy przychodzą na dół – poprawiła go z uśmiechem. – Ludzie reprezentujący 

jakiś zawód przychodzą na górę. Jakże to interesujące, nie uważa pan? Zawsze sobie myślałam, 

że warto by się zainteresować tematem nierówności społecznej – gdyby nie ten chroniczny brak 

czasu. To był pan James, dyrektor naszego banku. Zawsze go proszę tutaj, gdy mam jakiś interes. 

Jemu to nie sprawia kłopotu. Mieszka nad bankiem, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. – 

Siedziała, wpatrując się w niego przenikliwie, rumiana i pełna wdzięku. Jego uznanie dla niej 

rosło z każdą chwilą.

Jeśli Charlie Luke miał rację, że była prawie bez pieniędzy, jej zdolność egzekwowania, 

przysług była wprost zdumiewająca.

–   Kiedy   pan   wszedł   –   zauważyła   –   zastanawiałam   się,   czy   nie   jest   pan   którymś   z 

reporterów. Oni są zdolni do wszystkiego. Ale, gdy tylko podchwycił pan mój cytat z Peele’a od 

razu wiedziałam, że się mylę.

Campionowi nie bardzo trafił do przekonania ten argument, ale nic nie odpowiedział.

–   Te   drobne   nieprzyjemności,   jakich   teraz   doświadczamy   –   zaczęła   uroczyście   – 

sprawiły,   że   zaczęłam   zastanawiać   się   nad   faktem   niezwykłej   ciekawości   ludzi   wulgarnych. 

Oczywiście używam tego słowa w jego właściwym, łacińskim, znaczeniu. Zamierzałam nawet 

kiedyś napisać na ten temat rozprawę. Widzi pan, zastanawia mnie to, że im wyższy czy bardziej 

wykształcony podmiot, tym mniejszą przejawia ciekawość. Na pozór może się to – wydawać 

zaprzeczeniem samym w sobie, nieprawdaż? Ze wszystkich aspektów sprawy Palinode’ów ten 

właśnie   umknął   zupełnie   uwadze   Campiona,   ale   został   mu   zaoszczędzony   wysiłek   dania 

odpowiedzi, ponieważ nagle otworzyły się drzwi. Uderzyły mocno o ścianę i na progu ukazała 

się wysoka, człapiąca postać, w okularach o grubych szkłach. Nie ulegało (wątpliwości, że jest to 

brat panny Evadne. Wysoki, grubokościsty jak jego siostra, jak ona o dużej głowie, był jednak o 

wiele bardziej nerwowy i miał wystającą szczękę. Zarówno jego ciemne włosy, jak i ubranie były 

zaniedbane, brudne, a cienka szyja, o wiele czerwieńsza niż twarz, tonęła w szerokim miękkim 

kołnierzu rozpiętej koszuli. W obu rękach niósł przed sobą, jak gdyby torował sobie nim drogę, 

background image

gruby   tom,   z   którego   wyzierały   liczne   papierowe   zakładki.   Spojrzał   na   Campiona,   jak   na 

spotkanego przypadkowo na ulicy przechodnia, który wydał mu się znajomy, ale przekonawszy 

się   o   swej   omyłce   minął   go,   stanął   przed   panną   Evadne   i   przemówił   dziwnym,   nosowym, 

podobnym do gęgania i niepewnym, jakby go rzadko używał, głosem:

– Czy wiesz, że heliotrop jeszcze nie wrócił? 

Wydawał   się   tym   bardzo   przejęty.   Campion   z   początku   nie   mógł   zrozumieć,   o   co 

chodzi, gdy nagle przypomniał sobie, że Klytia White urodziła się w morzu, albo przy najmniej 

prawie w morzu. Mitologiczna Klytia była córką Oceanusa. Przypomniał też sobie, że któraś z 

córek   boga   morza   została   zamieniona   w   heliotropa.   Nie   był   całkiem   pewien,   ale   wszystko 

zdawało się przemawiać za tym, że przezwiskiem rodzinnym albo zdrobnieniem Klytii White był 

„heliotrop”. Brzmiało to wszystko nieco literacko, ale prawdopodobnie.

W   duchu   gratulował   sobie   własnej   przemyślności,   kiedy   panna   Evadne   powiedziała 

spokojnie:

– Nie, nie wiedziałam o tym. Czy to ma jakieś znaczenie?

–  Oczywiście,   że  ma  –  w   głosie  Lawrence’a   brzmiała  wyraźna   irytacja.  –  Czyżbyś 

zapomniała o stokrotkach, które nigdy nie rosną?

Campion przeżył moment uniesienia. Raz jeszcze zrozumiał aluzję. Wyłoniła się szybko 

z zapomnianego zakamarka jego mózgu.

Grób jej w cieniu niesławy, 

Bez kwiecia, bez trawy.

Stokrotki nawet wiosną 

Więdną tu, nie rosną.

I ty unikaj płochej zabawy...

  „Jarmark chochlików”. Christina Rossetti. Mądrzejsza siostra ostrzega głupią siostrę, 

żeby nie przebywała do późna w wątpliwym towarzystwie.

Lawrence Palinode mówił zupełnie rozsądnie, chociaż dziwnym żargonem. Campion 

zrozumiał   teraz,   jak   trudno   było   Charlie’emu   Luke   zbierać   zeznania   w   tym   tajemniczym, 

zaszyfrowanym języku, ale poczuł wyraźną ulgę. Jeśli ów „rodzinny język” Palinode’ów składał 

background image

się z aluzji do klasyków, dobra pamięć i wyczerpujący słownik cytatów mogły mu doskonale się 

przysłużyć.

Panna Evadne pozbawiła go złudzeń.

–   Wszystko   bardzo   pięknie   –   powiedziała   do   brata.   -   Czyżbyś   odgrywał   teraz   rolę 

kuzyna Cawnthrope’a?

Campionowi serce zamarło. W tej uwadze rozpoznał jedyny nie do złamania szyfr – 

rodzinne aluzje.

Efekt jej słów był nieoczekiwany. Lawrence robił wrażenie zdziwionego.

– Nie, jeszcze nie, ale będę grać – powiedział i wyszedł z pokoju zostawiając za sobą 

szeroko otwarte drzwi.

Panna   Evadne  podała  Campionowi  filiżankę,   zapewne   po  to,  by  zaoszczędzić   sobie 

wysiłku pochylenia się i odstawienia jej osobiście. Od chwili gdy wszedł do pokoju, nie zmieniła 

swej pozycji. Przemknęło mu przez myśl, że może coś chowa za plecami. Nie przyszło jej do 

głowy ani podziękować mu w jakiś sposób, ani poprosić, by usiadł.

– Mój brat posiada wielki zasób wiadomości – zauważyła, a jej jasny głos wprost pieścił 

te słowa. – A przy tym jest niezwykle pomysłowy. To on w wolnych chwilach układa wszystkie 

krzyżówki   dla   „Tygodnika   Literackiego”,   chociaż   jego   prawdziwa   praca,   która   zostanie 

ukończona za rok lub dwa, dotyczy dziejów, króla Artura.

Brwi   Campiona   uniosły   się   do   góry.   A   więc   w   tym   rzecz.   Oczywiście,   Lawrence 

Palinode mówił hasłami z krzyżówek, dorzucając od czasu do czasu rodzinną aluzję. Ciekaw był, 

czy wszyscy Palinode’owie tak robili.

– Lawrence – ciągnęła panna Evadne – miał zawsze najrozleglejsze zainteresowania.

–   Do   których   z   pewnością   zaliczyć   można   ogrodnictwo   –   powiedział   znacząco 

Campion.

–   Ogrodnictwo?   Ach   tak.   –   Roześmiała   się   cicho,   gdy  zrozumiała,   że   to   aluzja   do 

heliotropu i stokrotki. – Włącznie z ogrodnictwem, ale obawiam się, że tylko na papierze.

Campion zdobył informację. Ta tajemniczość była zamierzona. Tymczasem z korytarza 

dobiegły go jakieś niezbyt przyjazne pomruki. Drzwi teraz zamknęły się hałaśliwie i Lawrence 

ponownie ukazał się w pokoju. Robił wrażenie speszonego.

–   Miałaś   rację   –   przyznał.   –   Powinienem   był   grać   rolę   Cawnthrope’a.   Przy   okazji 

zdobyłem to dla ciebie. Zawsze powtarzałem, że zagraniczna pszenica jest marnej jakości.

background image

To mówiąc położył książkę na kolanach siostry nie patrząc jej w oczy. Objęła ją mocno 

swymi dużymi miękkimi dłońmi, była jednak wyraźnie zaniepokojona.

– Czy ma to teraz jakieś znaczenie? – zrobiła mu wymówkę i dodała uśmiechając się 

nieznacznie, jak gdyby to miał być nieco gorzki dowcip. – Ostatecznie snopy zostały już zebrane.

Zagraniczna   pszenica,   obce   ziarno...   Ruth?   –   zaczął   zastanawiać   się   Campion.   Tak, 

mowa   o   pannie   Ruth   Palinode   albo   przynajmniej   o   szczątkach   tej   biednej   kobiety,   które 

znajdowały   się   właśnie   w   laboratorium   sir   Dobermana.   Zaczął   się   znowu   przysłuchiwać   w 

momencie, gdy Lawrence głęboko wciągnął powietrze.

– W każdym razie muszę to sprawdzić. Pozwolisz mi? – powiedział ostro do siostry.

Kiedy się odwrócił, jego oczy zza grubych szkieł spoczęły na Campionie, stojącym o 

kilka stóp od niego, i nagle, jak gdyby przepraszając go za tak długie ignorowanie, obdarzył go 

najmilszym   i   najbardziej   zawstydzonym   uśmiechem.   Potem   wyszedł,   zamykając   za   sobą 

bezszelestnie drzwi.

Campion ustawił naczynia na tacy, a kiedy pochylił się, żeby ją podnieść, zauważył tytuł 

książki leżącej na kolanach panny Palinode najeżonej papierowymi zakładkami.

Był to „Przewodnik po torach wyścigów konnych” Ruffa.

background image

6. Nocna opowieść

Campion, wyrwany nagle ze snu, usiadł podpierając się łokciem.

– Z boku, mój kochany, jest przełącznik – usłyszał cichy głos panny Roper. – Przekręć 

go. Mam list dla ciebie.

Zapalił światło, zauważył, że zegarek na nocnym stoliku wskazuje za piętnaście trzecią, 

a kiedy podniósł głowę ujrzał na środku pokoju przekomiczną postać. Na jasnoróżową wełnianą 

piżamę miała narzucony krótki płaszcz, a na głowie czepek z wstążek. Panna Roper tuliła do 

piersi  syfon  z  wodą  sodową, butelkę   szkockiej   whisky,   opróżnioną  do  połowy,  i  dwie  duże 

szklanki. Między palcami trzymała delikatnie błękitną kopertę.

List był napisany na urzędowym policyjnym papierze, dużymi literami, jak gdyby go 

pisał bardzo śpieszący się uczeń.

Szanowny Panie!

Dotyczy   zmarłej   Ruth   Palinode.   Raport   sir   Dobermana   gotów   był   dziś   o   0.30. 

Wewnętrzne organa zawierają dwie trzecie grama hioscyjaminy w dostarczonym materiale, co  

świadczy   o   przyjęciu   znacznie   większej   dozy,   podanej   zapewne   w   postaci   hydrobromidu  

hioscyjaminy,   na   co   nie   ma   dowodu,   jeśli   przyjęty   został   podskórnie   czy   doustnie.   Dawka 

stosowana w medycynie – jedna setna do jednej pięćdziesiątej grama.

Dotyczy   zmarłego   Edwarda   Bon   Chretin   Palinode.   Planowana   natychmiastowa 

ekshumacja. Cmentarz Belvedere, Wilswich N., godz. 4 rano. Prosimy o przybycie, ale nikt się  

nie obrazi, jeśli Pan nie przyjdzie. 

C. Luke, Insp. Dziel. Kom. Pol.

Szybki chłopak z tego Charlie’ego Luke’a. „Planowana natychmiastowa ekshumacja...” 

Tak, niech przeprowadzi tę ekshumację i niech im gładko pójdzie.

W tym momencie panna Roper podała mu szklaneczkę do połowy napełnioną płynnym 

bursztynem.

– A to po co? Żeby uspokoić moje nerwy?

background image

Ku jego zdumieniu ręka jej zadrżała.

– To chyba nie są jakieś złe wiadomości? List przyniósł policjant, więc pomyślałam 

sobie, że może to pańskie prawo jazdy, a pan tu leży i martwi się o nie.

– Moje co?

Zażenowana przymknęła oczy.

– Pomyślałam sobie, że powinien pan mieć jakiś papier czy coś w tym  rodzaju, co 

chroniłoby pana, gdyby... gdyby...

– Gdybym został otruty? – spytał uśmiechając się do niej.

– Och, za whisky ręczę – zapewniła nie zrozumiawszy jego intencji. – Mogę na to 

przysiąc. Butelkę trzymam pod kluczem. No cóż, teraz tak trzeba. A teraz, niech pan patrzy – 

piję. – Rozsiadła się wygodnie w nogach jego łóżka i pociągnęła spory łyk. 

Campion sączył  swój alkohol powoli i z mniejszym  entuzjazmem. Nie przepadał za 

whisky i na ogół nie miał zwyczaju pić w łóżku, w środku nocy.

– Czy policjant obudził panią? – spytał. – Bardzo mi przykro. Nie było powodu do 

takiego pośpiechu.

–   Nie,   jeszcze   się   kręciłam   po   domu   –   powiedziała   ogólnikowo.   –   Chcę   z   panem 

porozmawiać, panie Campion. Po pierwsze, czy na pewno w tym liście nie ma złych wieści?

– Nic, czego bym się nie spodziewał – odparł zgodnie z prawdą. – Obawiam się, że 

wkrótce dowiemy się, iż panna Ruth została otruta, to wszystko.

– Oczywiście, że została otruta. Mam nadzieję, że nie po to nas budzili, żeby nas o tym 

zawiadamiać – mówiła spokojnie. – To jeden przynajmniej  pewnik; ostatecznie nie jesteśmy 

głupcami. A teraz niech pan posłucha, chciałabym panu coś powiedzieć. Absolutnie jestem po 

pańskiej  stronie. Jestem  panu więcej  niż  wdzięczna  i naprawdę  może  pan  na mnie  polegać. 

Niczego nie zamierzam przed panem ukrywać. Słowo daję.

Tego rodzaju zapewnienia mogłyby wydawać się podejrzane u kogokolwiek innego, ale 

w jej ustach brzmiały całkowicie szczerze. Jej mała ptasia twarz pod zabawnym czepkiem była 

bardzo poważna.

– Jestem o tym przekonany – zapewnił ją.

– Och, bywają różne drobne sprawy, które człowiek zachowuje dla siebie. Ale ja tego 

nie zrobię. Teraz, kiedy udało mi się pana tu ściągnąć, będę z panem absolutnie, uczciwa.

Uśmiechnął się do niej łagodnie. 

background image

– Cioteczko, co takiego masz na sumieniu? Może tę młodą osobę, która przebiera się na 

dachu?

– Na dachu? A więc ten małpiszon tak to robi. – Była zdziwiona, a zarazem sprawiło jej 

to widoczną ulgę. – Wiedziałam, że gdzieś się przebiera, ponieważ w zeszłym tygodniu Clarrie 

zauważył  ją na Bayswater  Road strasznie wystrojoną,  a tego samego  wieczora spotkałam  ją 

wracającą w starym ubraniu. Miałam nadzieję, że nie robi tego na czyichś oczach. Na szczęście 

to nie jest tego rodzaju dziewczyna, biedny dzieciak.

Nie było zupełnie jasne, dlaczego się nad nią lituje.

– Pani ją lubi? – spytał.

– Strasznie jest miła. – Uśmiech starszej kobiety był serdeczny i rozbawiony zarazem. – 

Odebrała takie okropne wychowanie. Ci starzy ludzie wcale nie rozumieją dziewcząt. Zresztą 

jakim cudem mieliby rozumieć? Jest po uszy zakochana: przypomina mi rozwijający się pączek. 

Gdzieś o tym czytałam, ale gdzie? Chciałam powiedzieć, że taka uwaga nie jest w moim stylu. 

Ale ona jest jak pączek róży: jeszcze kolczasty, ale już ukazuje się odrobina różowego koloru. 

Clarrie powiada, że ten chłopak jest dla niej bardzo miły. Chyba boi się jej dotknąć.

– On również jest bardzo młody, prawda?

– Nie taki znowuż młody,  ma dziewiętnaście lat. Wysokie, kościste chłopaczysko w 

przyciasnym pulowerze, w którym wygląda jak obdarty ze skóry królik. Mnie się wydaje, że to 

on, wedle swego gustu, wybrał jej to nowe ubranie. Ona oczywiście za nie zapłaciła. Ale sama 

nie potrafiłaby kupić sobie nawet kostiumu kąpielowego. Z tego, co mi opowiadał Clarrie, cały 

ten  ubiór  musiał  wymyślić  chłopak.   – Znowu  łyknęła  whisky i  zachichotała.  –  Powiada,  że 

wyglądała komicznie. Z pewnością mnóstwo falbanek, a wszystko trochę za ciasne. To sprawka 

chłopca. Jeździ też z nim na motorze.

– Gdzie ona go poznała?

– Licho wie. Nigdy o nim nie mówi. Czerwieni się na odgłos motoru i wydaje jej się, że 

nikt   się   niczego   nie   domyśla   –   urwała.   –   Pamiętam   dobrze,   ja   też   taka   kiedyś   byłam   – 

powiedziała ze smutkiem, który dodawał jej uroku. – A pan? Och, pan jest jeszcze za młody na 

wspomnienia, ale i to przyjdzie pewnego dnia.

Siedząc w łóżku ze szklanką w ręku, świadomy powolnego mijania późnych godzin 

nocnych, Campion miał nadzieję, że taki czas nie nadejdzie. Po chwili znowu zaczęła mówić z 

przejęciem, pochyliwszy się do przodu:

background image

– Mój drogi, jak już wspomniałam, jest jeszcze pewna drobna sprawa, która ciągnie się 

od dawna, i doszłam do wniosku, że powinnam o tym powiedzieć, żebyś nie był zaskoczony... 

Halo? – Ostatnie słowo zostało skierowane do drzwi, które właśnie cicho się otworzyły.

Na progu ukazała się szczupła wojskowa sylwetka, odziana w elegancki, znakomicie 

uszyty niebieski szlafrok z szamerowaniami. Kapitan Alastair Seton stał, wahając się, na progu. 

Zaczął przepraszać próbując ukryć zażenowanie:

– Proszę mi  wybaczyć.  – Wyraźnie  wymawiał  każde słowo, a głos jego miał nieco 

mocniejszy   timbre,   niż   Campion   się   spodziewał.   –   Właśnie   przechodziłem   koło   drzwi   i 

zauważyłem światło, ale byłem pewien, że hm, pokój jest pusty...

– Przestań – roześmiała się Renee – po prostu poczułeś whisky. – Wejdź. Tam stoi 

szklaneczka do zębów.

Przybysz uśmiechnął się przekornie, co nie było pozbawione wdzięku. Traktuje ją jak 

matkę,   pomyślał   Campion   i  spojrzał   uważnie   na  pannę  Roper.   Nalewała   właśnie  whisky  na 

wysokość dwóch palców – najwidoczniej ustaloną porcję.

– Weź, proszę. Świetnie, żeś przyszedł, bo będziesz mógł dokładnie opowiedzieć panu 

Campionowi, jak zachorowała panna Ruth. Tylko ty jeden, oprócz lekarza, widziałeś ją wtedy. 

Mów cicho. Jest nas tu wystarczająco dużo. Gdyby ktoś jeszcze się tu pojawił, butelki na długo 

nie starczy.

Dzięki niej poufna rozmowa nabrała charakteru spotkania towarzyskiego, z czego była 

wyraźnie dumna, a co zarazem starała się ukryć.

Kapitan rozsiadł się wygodnie w fotelu z ciemnego dębu, kształtem przypominającym 

jakiś nordycki tron.

– Ja jej nie, zabiłem – oświadczył z wstydliwym uśmiechem, jak gdyby chciał sobie 

zaskarbić przychylność .Campiona.

–   Nie   znałeś   jej,   Albercie   –   wtrąciła   spiesznie   Renee,   jak   gdyby   chciała   sama 

pokierować sytuacją. – Była to duża tęga kobieta, największa w rodzinie i nie tak inteligentna jak 

reszta. Wiem, co Clarrie myśli, ale moim zdaniem on się myli.

– Cholerna z niej była dziwaczka, – mruknął kapitan Seton nad szklanką i roześmiał się 

pogardliwie, prychając jak kot.

– W każdym razie nie dlatego ją zabili – ciągnęła, nie zwracając na niego uwagi. – 

Irytowała wszystkich, wiem o tym, ale nie dlatego, że była mało inteligentna. Ta biedna kobieta 

background image

była chora. Doktor powiedział mi o tym na dwa miesiące przed jej śmiercią. „Renee, jeśli ona nie 

będzie dbać o siebie, bardzo łatwo może dostać ataku apopleksji”, powiedział do mnie, „a wtedy 

będziesz miała przy niej mnóstwo roboty. Będzie tak jak z jej bratem.” 

Campion wyprostował się gwałtownie.

– Przecież pan Edward umarł na atak serca.

– Tak powiedział lekarz – w słowach panny Roper brzmiało powątpiewanie, a zarazem 

ostrzeżenie, głowę przekrzywiła na bok jak gil. – Ale nadal nie wiemy, jak było naprawdę. Tego 

dnia,   przed   śmiercią,   panna   Ruth   wcześnie   rano   wyszła   z   siatką   po   zakupy.   Poprzedniego 

wieczoru była u nich jakaś awantura, ponieważ słyszałam, jak krzyczeli na nią w pokoju pana 

Lawrence’a. Nikt jej nie widział aż do jej powrotu około wpół do pierwszej. Ja byłam w kuchni, 

wszyscy wyszli, a kapitan spotkał ją we frontowym hallu. A teraz ty opowiadaj, mój kochany.

Kapitan słysząc te czułe słowa przymrużył oko i wykrzywił wąskie usta. 

– Od razu się zorientowałem, że coś jej dolega – zaczął powoli. – Trudno było tego nie 

zauważyć. Wyobraźcie sobie, ona krzyczała.

– Krzyczała?

–   No,   bardzo   głośno   mówiła.   –   Sam   ściszył   głos   wypowiadając   te   słowa.   –   Była 

czerwona na twarzy, wymachiwała rękami i chwiała się na nogach. Ponieważ akurat byłem na 

miejscu, oczywiście zrobiłem, co tylko w mojej mocy. – Z namysłem zaczął sączyć whisky. – 

Zaprowadziłem ją do tego konowała obok. Musieliśmy oboje kapitalnie wyglądać. Wydawało mi 

się, że przyglądają nam się ze wszystkich okien w mieście. – Roześmiał się sam do siebie, ale w 

jego oczach nadal malowała się uraza.

– Miał pan wielki kłopot, ale postąpił pan szlachetnie – powiedział Campion.

– Właśnie to chciałam powiedzieć – przytwierdziła z zapałem Renee. – To było bardzo 

szlachetne z jego strony. Nawet mnie nie wezwał. Po prostu zrobił, co trzeba. To zupełnie do 

niego podobne. Doktor był w swoim gabinecie, ale nic jej nie pomógł.

– Nie, nie, moja droga, niezupełnie tak było – rzuciwszy przepraszające spojrzenie w 

stronę łóżka, kapitan wrócił do poprzedniej relacji. – Muszę być dokładny. Rzecz przedstawiała 

się następująco: kiedy tak szliśmy ulicą – wyglądałem jak policjant prowadzący pijaną kobietę, 

ponieważ ona głośno krzyczała – zobaczyliśmy naszego doktora, który akurat zamykał drzwi 

swego gabinetu. Koło niego stało jakieś wielkie chłopisko, na dobitek wszystkiego zalane łzami. 

Właśnie obaj śpieszyli się, o ile zdołałem zrozumieć, do porodu... – urwał zażenowany. Widać 

background image

było, że scena ta stanęła mu znów przed oczami z całą wyrazistością i że wspomina ją z pewnym 

rozbawieniem. – Tak więc wszyscy staliśmy u wejścia do gabinetu doktora. Byłem  zupełnie 

bezradny;  ściskałem w ręku swój zielony kapelusz, który kolorem pasował do mojej twarzy. 

Doktor   był   wyraźnie   zaniepokojony   informacjami,   jakich   udzielił   mu   ten   drągal.   Moja 

towarzyszka była w wiosennym kostiumie – czymś w rodzaju sari z worka po cukrze i flanelowej 

spódnicy, prawda Renee?

– To z pewnością były dwie suknie, mój drogi, a nie spódnica. Oni wszyscy dziwacznie 

się ubierają. Są wyżsi ponad stroje.

– Panna Ruth była poniżej – zauważył kwaśno kapitan. – Kiedy zaczęła rozpinać całe 

mnóstwo agrafek, sytuacja stała się alarmująca. A przy tym wykrzykiwała jakieś liczby...

– Jakie znowuż liczby? – spytał zaniepokojony Campion.

– No, liczby. Ona była rodzinną znakomitością matematyczną. Czyż Renee panu o tym 

nie mówiła? Policja mnie ciągle wypytywała: „Co mówiła”?, a to co słyszałem, brzmiało jak 

wzory matematyczne. Widzi pan, ona wtedy nie była w stanie dokładnie wymawiać słów. Z tego 

zorientowałem się, że jest poważnie chora, a nie że zwariowała.

– Lekarz powinien był ją wpuścić do gabinetu – stwierdziła Renee. – Wiemy, że jest 

człowiekiem bardzo zajętym, jednak...

–   Doskonale   go   rozumiem   –   kapitan   Seton   z   uporem   starał   się   być   bezstronny.   – 

Przyznaję,   że   wtedy   uważałem   jego   zachowanie   za   niezwykłe,   ale   sam   był   cholernie 

zdenerwowany. Nie, on po prostu wiedział, że chora jest bardzo blisko swego domu i właściwie 

wszystko jedno, gdzie nastąpi atak, który przepowiadał. Spojrzał na nią uważnie i powiedział do 

mnie: „O, Boże. Tak, no tak. Niech pan ją zaprowadzi do jej pokoju i przykryje kocem. Zaraz 

przyjdę, jak tytko będę mógł”. Niech pan pamięta o tym – dodał kapitan z tym swoim kpiącym 

uśmiechem zwracając się do Campiona – że to zapłakane chłopisko, o dobrą stopę wyższe niż my 

obaj i o trzydzieści lat co najmniej młodsze, dało nam wyraźnie do zrozumienia, że lekarz pójdzie 

z nim, a nie ze mną. O ile dobrze pamiętam, oświadczył to całkiem stanowczo. Wobec tego 

zrezygnowałem i odprowadziłem do domu moją chwiejącą się ślicznotkę, której pojawiła się 

piana na ustach, torując sobie drogę przez gęstniejący tłum. W jej pokoju usadowiłem ją na 

jedynym fotelu, gdzie nie leżały książki, narzuciłem na nią stos starych ubrań i pobiegłem na dół 

do kuchni, po Renee.

background image

– Gdzie przewrócił garnek, który postawiłam akurat na blasze, a ja poszłam do niej – 

powiedziała   panna   Roper   uśmiechając   się   do   kapitana   z   wielką   czułością.   –   To   taki   dobry 

chłopak.

– Cokolwiek by o mnie ludzie mówili – dokończył  za nią kapitan i spojrzał na nią 

prowokacyjnie, śmiejąc się przy tym.

–   Wypij   lepiej   i   nie   bądź   taki   łasy   na   komplementy   –   skarciła   go.   –   Kiedy   ją 

zobaczyłam, wydawało mi się, że drzemie. Nie bardzo podobał mi się jej oddech, ale wiedziałam, 

że wkrótce przyjdzie doktor, i pomyślałam, że najlepiej będzie, jak sobie wypocznie. Przykryłam 

ją więc jeszcze jednym kocem i wyszłam.

Kapitan z westchnieniem wysączył do końca swoją szklaneczkę.

– Kiedy ponownie ktoś do niej zajrzał, była jedną nogą na tamtym świecie – stwierdził. 

– Żaden kłopot. Dla wszystkich, z wyjątkiem mnie oczywiście.

– Och, nie mów tak, to brzmi okropnie! – Różowe kokardy na czepku panny Roper 

zadrżały. – Spotkałam pannę Evadne, która akurat wchodziła do domu, i obie poszłyśmy na górę. 

Była chyba druga po południu. Panna Ruth nadal spała, ale strasznie jęczała przez sen.

– Czy panna Evadne pani pomogła? – spytał Campion;

Renee spojrzała mu w oczy.

– No nie. To znaczy tyle, ile możną się było po niej spodziewać. Powiedziała coś do 

siostry, ale kiedy ta się nie odezwała, rozejrzała się po pokoju, wzięła jakąś książkę z półki, 

czytała ją przez chwilę i wreszcie powiedziała mi, żebym posłała kogoś po lekarza, jakbym sama 

o tym nie pomyślała.

– Kiedy lekarz przyszedł?

– Gdzieś koło trzeciej. Po odebraniu dziecka musiał najpierw wpaść do domu. Mnie 

powiedział, że po to, żeby się umyć, ale ja myślę, że musiał wytłumaczyć się żonie ze spóźnienia 

na lunch. Panna Ruth nie żyła już wtedy.

Przez chwilę panowała cisza, wreszcie odezwał się kapitan:

– Stwierdził skrzep. Ostatecznie czegoś takiego właśnie się spodziewał. Trudno go w 

tym przypadku winić.

– A jednak ktoś to zrobił – tę uwagę uczynił Campion i był zdumiony, że oboje przyjęli 

natychmiast postawę obronną.

background image

– Ludzie zawsze lubią gadać – stwierdziła Renee, jak gdyby to ją oskarżał. – Taka jest 

ludzka   natura.   Każda   nagła   śmierć   powoduje   komentarze.   „Ale   szybko   się   zawinęła,   co?”, 

powiadają i dodają: „Czy cię to nie zdziwiło? Masz chyba nerwy ze stali?” Albo: „Może to i dla 

ciebie   ulga”.   Mdło   mi   od   tej   gadaniny.   –   Krew   napłynęła   jej   do   twarzy,   oczy   błyszczały 

gniewnie.

Kapitan wstał i odstawił na miejsce szklaneczkę. Podbródek miał zaczerwieniony.

– W każdym  razie  to nie ja zabiłem  tę ordynarną  flądrę – powiedział  z hamowaną 

zjadliwością. – Owszem, sprzeczałem się z nią, przyznaję, i nadal uważam, że miałem do tego 

prawo, ale to nie ja ją zabiłem!

– Sza! – Renee starała się uspokoić wojaka z całą stanowczością swego autorytetu. – 

Postawisz dom na nogi, mój kochany. Wiemy, że to nie ty.

Kapitan,   szczupły,   opanowany   już,   w   wytwornym   a   la   król   Edward   VII   szlafroku, 

skłonił się najpierw jej, potem Campionowi i nawet u niego gest ten był teatralny.

– Dobranoc – powiedział sztywno. – Serdeczne dzięki.

Stara kobieta zamknęła za nim drzwi, a potem powiedziała:

– Stary wariat. Teraz kiedy – tak wszystko się potoczyło, żyje w ciągłym napięciu i 

jedna szklaneczka wyprowadza go z równowagi – urwała i popatrzyła  z powątpiewaniem na 

swego   rzekomego   bratanka.   –   Chodziło   o   pokój   –   wyjaśniła.   –   Starzy   ludzie   są   jak   dzieci. 

Potrafią być bardzo zazdrośni. Jakżeśmy się tu sprowadzili, dałam mu ładny pokój, który chciała 

mieć Ruth. Mówiła, że to był jej pokój w dzieciństwie, a kiedy się przekonała, że nic u mnie nie 

wskóra, zaczęła jego molestować. O to tylko chodziło. Naprawdę. Wcale nie kłamię. To jest zbyt 

błahe, żeby o tym wspominać – Spojrzała na niego z takim poczuciem winy, że się roześmiał. – 

Za długo to trwało – przyznała. – Cały czas, jak tu mieszkaliśmy. Sprawa wybuchała, potem 

cichła i znowu wszystko zaczynało się od początku. Sam pan dobrze wie, jak to bywa w takich 

sporach.   Ale   chociaż   wygadywał   różne   niestworzone   rzeczy   o   niej,   pierwszy   pośpieszył   z 

pomocą,  kiedy zobaczył,  że naprawdę coś jej dolega. Taki już jest. Bardzo porządny,  dobry 

człowiek, jak się go bliżej pozna. Głowę bym za niego dała.

– Tego  jestem pewien  – zgodził  się z nią.–  Ale, ale,  czy to  właśnie jest  ta wielka 

tajemnica, którą mi pani chciała wyznać?

– Co takiego? Ja i kapitan? – Odrzuciła głowę do tyłu i rozbawiona zaczęła się głośno, 

serdecznie   śmiać.   – Mój  drogi  – powiedziała  poufale   – mieszkamy  pod  jednym  dachem  od 

background image

trzydziestu  lat.  Nie potrzeba  wcale  detektywa,  żeby doszukiwać  się w  tym  jakiegoś  sekretu. 

Potrzeba raczej wehikułu czasu. Nie, chciałam panu powiedzieć o schowku na trumny.

Senny Campion był całkowicie zaskoczony.

– Co takiego? – spytał.

–   Być   może   nie   chodzi   wcale   o   trumny.   –   Panna   Roper   wlała   mniej   więcej   łyżkę 

alkoholu do swojej szklanki, dodała trochę wody (tyle, ile przystoi damie) i ciągnęła wyniośle 

dalej: – W każdym razie o coś w tym stylu.

– O ciała? – podsunął z nadzieją w głosie.

– Och, nie, koteńku. – W głosie jej brzmiała wymówka. – Może po prostu o drzewo albo 

może o te ohydne krzyżaki, jakich używają. Nigdy nie zaglądałam do wewnątrz. Nie miałam 

okazji. Widzi pan, oni zawsze przychodzą w nocy.

Campion uniósł się na łokciu.

– Może pani wreszcie wyjaśni, o czyni pani mówi.

– Właśnie staram się – w głosie jej brzmiał wyrzut. – Wynajęłam jedną z moich piwnic 

– tę małą, która wychodzi na podjazd przed domem, i właściwie znajduje się poza domem – panu 

Bowelsowi, przedsiębiorcy pogrzebowemu. Prosił mnie o to jak o specjalną przysługę, a ja nie 

chciałam mu odmówić, bo to zawsze lepiej żyć w zgodzie z ludźmi tego rodzaju. Czy nie mam 

racji?

– Na wypadek, gdyby potrzebny był pani szybki pogrzeb, co? To zresztą pani sprawa. 

Kiedy to było?

– Och, wiele lat temu. W każdym razie miesięcy. On jest bardzo spokojnym lokatorem. 

Nigdy nie sprawia kłopotów. Ale pomyślałam sobie, że może kiedyś pan zauważy, że ta piwnica 

jest zamknięta, otworzy ją pan i będzie się zastanawiał, czy to są moje rzeczy. To mogłoby zrobić 

dziwne wrażenie. – Była całkowicie poważna, jej duże okrągłe oczy patrzyły na niego łagodnie. – 

Zresztą może go pan i jego syna usłyszeć dziś w nocy, tam, w dole – dokończyła.

– On tam jest?

– Jeśli go nie ma, to wkrótce będzie. Wpadł do mnie, kiedy pan poszedł do panny 

Evadne, uprzedzić, żebym się nie przestraszyła, jeśli usłyszę hałas tak między trzecią a czwartą 

nad ranem. To bardzo uważający człowiek, o staroświeckich manierach.

Campion przestał jej słuchać. Charlie Luke z całą stanowczością napisał, że ekshumacja 

Edwarda Palinode ma się odbyć o czwartej nad ranem, na cmentarzu Wilswich. Nie był pewien, 

background image

czy jest zupełnie rozbudzony, kiedy nagle przyszło mu do głowy wyjaśnienie.

– Oczywiście, oni go nie chowali – Powiedział triumfująco.

– Rzeczywiście, firma „Bowels i Syn” nie chowała go. – Wyglądała na zaniepokojoną. – 

Ależ mieliśmy z tym kłopot. Pan Edward takie wydał polecenie w swoim testamencie, bardzo to 

było nieroztropne z jego strony. Nic go nie obchodziło, że uraził czyjeś uczucia. Umarli nie 

zwracają na takie rzeczy uwagi. Ale zostało to napisane czarno na białym: „Spędziwszy wiele 

ponurych   nocy   w   odrażającej   piwnicy,   nasłuchując   huku   dział   przeciwlotniczych   i   bomb 

nieprzyjacielskich, wraz z Bowelsem, który przez cały czas obserwował mnie i przymierzał w 

wyobraźni   do   jednej   z   tych   swoich   tandetnych   trumien   przeznaczonych   na   mięso   armatnie, 

oświadczam, że jeśli umrę przed nim, nie życzę sobie, by to on chował moje ciało czy ktokolwiek 

z   jego   podłej   firmy”.   –   Ta,   z   talentem   wygłoszona   oracja   zakończona   została   patetycznym 

gestem. – Brzmi to zupełnie jak rola – wyjaśniła. – I takie przy tym podłe.

– Trzeba przyznać, że miał charakter – zauważył Campion.

–   Nadęty   stary   idiota   –   powiedziała   z   przekonaniem.   –   Pełen   był   nadzwyczajnych 

pomysłów, ale źle wychowany nawet w grobie. Ten mądrala przepuścił pieniądze całej rodziny. 

No i teraz wszystko pan wie, mój drogi. Jeśli usłyszy pan jakiś hałas, to będzie to przedsiębiorca 

pogrzebowy.

– Będę tego całkowicie  pewien – stwierdził  Campion  i wstał z łóżka, żeby włożyć 

szlafrok.

– Pójdziemy się rozejrzeć? – Była wyraźnie podniecona. Przyszło mu do głowy, że od 

początku   do   tego   właśnie   zmierzała.   –   Nigdy   nie   lubiłam   go   szpiegować   –   szepnęła   z 

przekonaniem – ponieważ nie miałam żadnego pretekstu, a zresztą z mego pokoju nic nie można 

dostrzec. Ostatni raz był tu jakieś trzy, cztery miesiące temu. 

W drzwiach Campion się zatrzymał.

– A co z Cokerdale’em? – spytał.

– Och, nim nie musimy się przejmować. Śpi w kuchni.

– Co takiego?

– Słuchaj, Albert – użyła jego imienia z pewnego rodzaju wyzwaniem, co natychmiast 

wyczuł   –   nie   bądź   niemądry   i   nie   próbuj   biedakowi   zaszkodzić.   To   był   mój   pomysł.   Nie 

chciałam,   żeby   się   natknął   na   Bowelsa.   „Wszyscy   są   w   domu,   powiedziałam,   a   pańskim 

zadaniem jest strzec tych, co są w domu. Przyjdzie pan i posiedzi sobie w cieple, w wygodnym 

background image

fotelu”. Oczywiście posłuchał mnie. Przecież nie zrobiłam nic złego, prawda?

– Zdemoralizowała pani porządnego policjanta – powiedział od niechcenia Campion. – 

Chodźmy, pani poprowadzi.

Minęli szeroki podest, a potem zeszli po schodach. W domu panowała względna cisza. 

Rodzina Palinode’ów spała, podobnie jak żyła – w doskonałej obojętności dla wszystkiego, co jej 

nie dotyczyło. Dolatujące z jednego pokoju grzmiące chrapanie przypomniało Campionowi, że 

źródła gęgającego głosu Lawrence’a należałoby pewno szukać w adenoidach.

Na parterze panna Roper stanęła. Idący za nią mężczyzna zatrzymał się, ale jego uwagę 

zwrócił nie hałas, lecz zapach. Z sutereny sączyła się cienka smużka odrażającej woni. Wciągnął 

głębiej powietrze i z trudem powstrzymał kaszel.

– Dobry Boże, a to co takiego?

– Och, nic ważnego, gotuje się. – Celowo starała się to zbagatelizować. – Czy pan ich 

słyszy?

Dopiero teraz usłyszał jakiś hałas, dość odległy i stłumiony, jakby chrobot czegoś, co 

przywodziło na myśl puste drewno.

Chociaż w dolatującym z sutereny zapachu nie było nic, co by przypominało kostnicę, 

połączenie tego wraz z odgłosem było niezwykłe. Aż drgnął, kiedy go dotknęła.

– Tędy – szepnęła – pójdziemy do salonu. Tam jest okno znajdujące się akurat nad 

zejściem do piwnicy. Niech się pan trzyma blisko mnie.

Bezszelestnie otworzyła drzwi salonu i znaleźli się w dużym mrocznym pokoju, słabo 

oświetlonym blaskiem lampy, znajdującej się w odległym końcu Apron Street.

Okno z wykuszem, zajmujące większą część frontowej ściany pokoju, było przecięte u 

góry wenecką żaluzją. Hałas dobiegał teraz znacznie wyraźniej i kiedy czekali bez ruchu, u dołu 

środkowej szyby dojrzeli błysk światła.

Campion ostrożnie ruszył poprzez archipelag mebli i spojrzał sponad ostatniej bariery – 

było to kilka pustych doniczek po paproci, przymocowanych drutem do żardiniery.

Nagle za oknem ukazała się trumna. Zachwiała się w chwili, gdy ktoś ją podnosił z dołu, 

by wydobyć z otwartych drzwi piwnicy. Na ten widok Renee wstrzymała oddech w niemym 

okrzyku  i w  tym  momencie  Campion  zapalił  latarkę  elektryczną,  której dotąd, powodowany 

ostrożnością, nie chciał używać.

Szeroka   biała   smuga   jak   reflektor   oświetliła   drewniane   pudło.   Ponurość   tego 

background image

bezgłowego   kształtu   potęgowała   jeszcze  gładkość   i  czerń   drewna,  które  lśniło  niby pianino, 

szerokie, dostojne, połyskujące fornirem.

Płachta,   która   okrywała   trumnę,   opadła,   i   ujrzeli   mosiężną   tabliczkę   z   nazwiskiem. 

Litery były tak wyraźne, że zdawały się krzyczeć:

Edward Bon Chretin Palinode 

urodzony 4 września 1883 

zmarł 2 marca 1946

W ciszy dusznego pokoju stali oboje wpatrując się w trumnę, aż wreszcie, obróciwszy 

się łagodnie, zniknęła im z pola widzenia, a z wąskiej przestrzeni pod nimi dobiegł ich odgłos 

kroków.

background image

7. Praktyczny przedsiębiorca pogrzebowy

Twarz  szeroka  i  różowa  jak  płat  wędzonej  szynki  spojrzała   na  Campiona  ze  studni 

wejścia   piwnicznego.   W   świetle   latarki   elektrycznej   dojrzał   tęgiego   mężczyznę   o   szerokich 

plecach, potężnej klatce piersiowej i wydatnym brzuchu. Pod czarnym, sztywnym melonikiem 

widać było siwe wijące się włosy, a ciężkie podbródki spoczywały na błyszczącym kołnierzyku. 

Sprawiał imponujące wrażenie, jak nowy marmurowy nagrobek.

– Dobry wieczór panu. – Głos miał energiczny, pełen szacunku, ale brzmiała w nim 

podejrzliwość. – Mamy nadzieję, że nie przeszkadzamy?.

– Głupstwo, nic się nie stało – mruknął Campion. – Co robicie? Zabieracie towar?

W przyjaznym uśmiechu ukazały się dwa białe szerokie zęby.

–   Niezupełnie,   proszę   pana,   niezupełnie,   chociaż   oczywiście   do   pewnego   stopnia. 

Wszystko w porządku, najpierw trzeba się zająć...

– Ziemią? – podsunął Campion.

– Nie, oproszę pana, drewnem, powiedziałbym.  Czy mam przyjemność rozmawiać z 

panem Campionem? Nazywam się Jas Bowels, do usług o każdej porze dnia i nocy, a to mój syn, 

Rowley.

– Słucham, ojcze. – W kręgu światła ukazała się druga twarz. Włosy Bowelsa-juniora 

były czarne, a wyraz twarzy może nieco baczniejszy, ale ogólnie biorąc był jednym z najbardziej 

prawowitych  synów  swego ojca, jakich Campion  miał  okazję kiedykolwiek  widzieć. Jeszcze 

trochę czasu upłynie, a ojciec i syn staną się identyczni – tego był pewien.

Zapanowała chwila pełnego skrępowania milczenia.

–   Zabieram   ją   właśnie   –   zauważył   Bowels-senior   nieoczekiwanie.   –   Widzi   pan, 

wynajmuję u panny Roper piwnicę i trzymałem ją tu jakiś miesiąc albo coś koło tego, kiedy sklep 

mieliśmy zapchany. A teraz tak sobie pomyślałem, w związku z dochodzeniem i w ogóle, że 

lepiej   ją   będzie   zabrać   do   zakładu.   Będzie   tam   efektownie   wyglądać.   Pan   jako   dżentelmen 

przyzwyczajony do takich rzeczy potrafi to zrozumieć.

W tym momencie Campion pomyślał sobie, że Bowels wyraża się o trumnie z wielkim, 

szacunkiem.

– Wygląda rzeczywiście bardzo dobrze – powiedział ostrożnie.

background image

– Och, bo i tak jest w rzeczywistości, proszę pana – Jas mówił z wyraźną dumą. – To 

specjalna sztuka. Z kategorii luksusowych. Nazywamy ją z synem „Królową Mary”. Nie będzie 

przesadą, jeśli powiem, że każdy dżentelmen, który naprawdę jest dżentelmenem, cieszyłby się, 

gdyby go w niej pochowano. Zupełnie jakby się na dół pojechało własnym powozem. Ja zawsze 

powiadam, kiedy mnie ktoś pyta o zdanie, że jak się robi coś ostatecznego, to trzeba to robić 

dobrze. – Przy tych słowach jego niebieskie oczy zabłysły niewinnie. – Wielka szkoda, że ludzie 

to tacy ignoranci. Powinni się cieszyć widząc taki piękny okaz na ulicy, ale tak nie jest. Sprawia 

im to przykrość, dlatego muszę ją wynieść ukradkiem, kiedy nikogo nie ma w pobliżu.

Campionowi zrobiło się zimno.

–   Jednak   człowiek,   którego   nazwisko   figuruje   na   tabliczce,   nie   chciał   być   w   niej 

pochowany – zauważył.

Małe oczka nie ustąpiły pod jego wzrokiem, ale twarz stała się nieco różowsza, a pełen 

skruchy uśmiech wykrzywił małe, brzydkie usta.

– Ach, więc widział pan. Trudno, zostałem przyłapany i muszę się przyznać do winy. 

Wiesz, chłopcze, pan widział naszą tabliczkę z nazwiskiem. O, z pana Campiona to szczwany lis. 

Z tego, co słyszałem od wujka Magersa, powinienem był się domyśleć.

Pomysł, że Lugg jest czyim wujkiem, był wystarczająco denerwujący, ale komplement i 

błysk pochlebstwa w oczach był jeszcze mniej miły. Campion milczał.

Przedsiębiorca pogrzebowy czekał o ułamek sekundy za długo. Wreszcie westchnął.

–   Próżność   –   oświadczył   uroczyście.   –   Próżność.   Byłby   pan   zdumiony,   gdyby   pan 

wiedział, jak często słucham o tym kazań w kościele, a mimo to nic a nic mi nie pomogło. 

Właśnie   o   próżności,   panie   Campion   świadczy   ta   tabliczka   z   nazwiskiem,   o   próżności   Jasa 

Bowelsa.

Campion   był   zaintrygowany,   ale   nie   dał   się   omamić.   Nic   nie   powiedział   i   położył 

ostrzegawczo rękę na dłoni panny Roper, która już zaczerpnęła tchu, żeby coś powiedzieć.

Jas wyraźnie posmutniał.

–   Trudno,   muszę   panu   wszystko   wyznać   –   rzekł   wreszcie.   –   Kiedyś   w   tym   domu 

mieszkał pewien dżentelmen za którym obaj z moim chłopcem, przepadaliśmy, prawda, Rowley?

–   Tak,   ojcze.   –   W   głosie   młodego   Bowelsa   brzmiało   przekonanie,   ale   w   oczach 

malowała się wyraźnie ciekawość.

background image

– Był to pan Edward Palinode – ciągnął Jas z wyraźną ulgą. – Wspaniałe nazwisko na 

nagrobek. Oznaczał się imponującą postawą, nawet mnie trochę przypominał. Tęgi, wie pan, 

szeroki w barach. Tacy zawsze pięknie wyglądają w trumnie. – Jasne oczy patrzyły na Campiona 

raczej   w   zamyśleniu   niż   z   wyrachowaniem.   –   W   pewien   zawodowy   sposób   kochałem   tego 

człowieka. Nie wiem, czy pan mnie dobrze rozumie?

– O, bardzo dobrze – mruknął Campion i od razu miał ochotę zakląć ze złości na siebie. 

Jego ton zdradził go, co spowodowało, że przedsiębiorca miał się teraz bardziej na baczności.

– Rzadko jeden człowiek rozumie zawodowe ambicje drugiego człowieka. To ambicja 

artysty – ciągnął z godnością. – Siadywałem w kuchni tej damy i nasłuchiwałem, jak padają 

bomby, a żeby zachować równowagę umysłową, rozmyślałem o swojej pracy. Patrzyłem na pana 

Edwarda Palinode i myślałem sobie: „Jeśli umrze przede mną, wyprawię mu wspaniały pogrzeb” 

i taki miałem zamiar.

– Ojciec naprawdę miał taki zamiar – przytwierdził nagle Rowley, jak gdyby milczenie 

Campiona działało mu na nerwy. – Ojciec to prawdziwy artysta w swoim fachu.

– Daj spokój, chłopcze. – Jas najwidoczniej był zadowolony z tej pochwały, ale ciągnął 

dalej:   –   Niektórzy   ludzie   rozumieją   tego   rodzaju   rzeczy,   inni   nie.   Pan   zrozumie,   do   czego 

zmierzam. Postąpiłem źle i do pewnego stopnia zrobiłem z siebie wariata. Cóż, czysta próżność.

– Wierzę panu całkowicie – zgodził się Campion, który aż się trząsł z zimna. – Chce mi 

pan powiedzieć, że zaryzykował pan. Prawda?

Radosny uśmiech rozjaśnił twarz Bowelsa, i po raz pierwszy w oczach jego zabłysły 

przebiegłość i ożywienie.

– Widzę, że znaleźliśmy wspólny język, proszę pana – powiedział zrzucając z siebie 

komediową pozę jak zbędne ubranie. – Podczas całego wieczoru, jaki spędziłem z poczciwym 

starym Luggiem, myślałem sobie: „Ten, u kogo pracujesz, to musi być równy chłop”. Tak sobie 

myślałem,   ale   nie   byłem   pewien,   widzi   pan.   Tak,   oczywiście,   zaryzykowałem.   Kiedy   pan 

Palinode umarł, byłem pewien, że dostanę to zamówienie. Prawdę mówiąc, zacząłem to swoje 

arcydzieło, kiedy po raz pierwszy zachorował. „Czas nadszedł”, powiedziałem sobie, „zacznę 

teraz, a jeśli on nie będzie gotów, zatrzymam ją”. Nie wiedziałem co prawda, na jak długo. – 

Roześmiał się z prawdziwym rozbawieniem. – Próżność, nic tylko próżność. Wziąłem wymiary 

w przybliżeniu, a ten stary nudziarz nie chciał jej. Jest się z czego śmiać, doprawdy. On widział, 

jak mu się przyglądam, rozumie pan.

background image

Było to znakomite przedstawienie i Campionowi było bardzo żal, że musi je zepsuć.

– Sądziłem, że tego rodzaju... rzeczy robi się na miarę – zaryzykował.

Jas znalazł się na wysokości zadania.

– Owszem, proszę pana, i owszem – zgodził się ochoczo. – Ale my, starzy fachowcy, 

potrafimy ocenić klienta na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę to ją zrobiłem na swoją miarę. „Nie 

jest tęższy niż ja”, powiedziałem sobie. „A jeśli jest, to pal go diabli!”. To piękna sztuka. Mocny 

dąb. Fornir z hebanu. Gdyby przyszedł pan rano do mego zakładu, to pokazałbym ją panu w 

pełnym świetle.

– Obejrzę ją teraz.

– O nie, proszę pana – odmowa była grzeczna, lecz stanowcza. – W świetle latarki ani 

tak z daleka nie można jej w pełni ocenić. Pan mi wybaczy, ale to niemożliwe, nawet gdyby pan 

był samym królem Anglii. Nie mogę również wnieść jej do domu, ponieważ któreś ze starszych 

państwa mogłoby zejść na dół, a tego najmniej bym sobie życzył. Nie. Teraz nam pan wybaczy, a 

na   rano   pięknie   ją   wypoleruję.   A   wtedy   pan   nie   tylko   powie:   „Możesz   z   niej   być   dumny, 

Bowels”, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby pan dodał jeszcze: „Odstaw ją na bok, Bowels. 

Kiedyś w przyszłości wykorzystam ją, jeśli nie dla samego siebie, to dla przyjaciela”. – Jego 

twarz była uśmiechnięta, oczy wesołe, ale pod sztywnym rondem czarnego melonika perliły się 

kropelki potu. 

Campion obserwował go z zaciekawieniem.

– Zaraz zejdę na dół – powiedział. – Niech, mi pan wierzy, o tej porze nocy interesy idą 

najlepiej.

– W ten sposób pana nie wykorzystamy. – Riposta Bowelsa była błyskawiczna. – Bierz 

ją, chłopcze. Bardzo pana przepraszam. Musimy ją przenieść na drugą stronę ulicy, dopóki jest 

ciemno.

Zachowywał się wspaniale. Ani cienia paniki czy niepotrzebnego pośpiechu. Zdradzał 

go tylko pot.

– Czy Lugg jest u was?

– W łóżku, proszę pana. – Niebieskie oczy znowu patrzyły z dziecięcą niewinnością. – 

Siedzieliśmy sobie, gadali, popijając co nieco i rozmawialiśmy o mojej  nieboszczce  żonie, i 

biednego Magersa wytrąciło  to zupełnie  z równowagi. Położyliśmy  go do łóżka, żeby sobie 

wypoczął.

background image

Znając możliwości Lugga w dziedzinie picia alkoholu, jak również jego ograniczoną 

uczuciowość, Campion był  zdziwiony. Nie dał tego jednak poznać po sobie i zrobił ostatnią 

próbę.

– Mam swojego człowieka w domu – zaczął. – Jest na służbie. Powiem mu, żeby wam 

pomógł.

Przedsiębiorca   okazał   dużą   przytomność   umysłu.   Udał,   że   się   waha,   i   powiedział 

wreszcie:

– Nie, proszę pana. To bardzo miło z pańskiej strony, naprawdę bardzo miło. Ale ja i 

mój syn jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Gdyby nie była pusta, a to co innego. Dobranoc panu. 

Uważam za wielki zaszczyt, że mogliśmy pana poznać. Mam nadzieję, że zobaczymy się rano. 

Pan mi wybaczy, że robię tak osobistą uwagę, ale nie należy stać długo w otwartym oknie w 

cienkim szlafroku, bo mogę pana widzieć wtedy, kiedy pan mnie nie będzie widział, jeśli, się 

dość jasno wyraziłem. Dobranoc panu. – I zniknął bezszelestnie w ciemności.

–   To   bardzo   dobry   człowiek   –   szepnęła   panna   Roper,   kiedy   zamykając   okno 

obserwowała dwie postacie idące ze swym ciężarem powoli po schodach. Bardzo go cenią na 

naszej ulicy, ale ja niezupełnie potrafię zrozumieć, co jest w nim w środku.

– A ja się zastanawiam, co jest w środku „Królowej Mary” – mruknął z roztargnieniem 

Campion.

– Ależ, Albercie, przecież to trumna. I nie było w niej ciała!

– Naprawdę nie było? Może tylko jakieś niewielkie obce ciało – powiedział Campion 

wesoło. – A teraz, cioteczko, ponieważ najwidoczniej zwalczyliśmy początkową nieśmiałość i 

możemy rozmawiać  od serca, nie wolno dłużej ignorować smrodu, który dolatuje z ciocinej 

sutereny. No powiedz mi, kochanie, prawdę, co się tam gotuje?

– A niech cię wszyscy diabli! – odparła ze zniecierpliwieniem. – To tylko panna Jessica. 

Ona to lubi, a innym nie szkodzi. Nie pozwalam jej tego robić za dnia, ponieważ plącze mi się 

pod nogami i to paskudztwo naprawdę bardzo śmierdzi. Teraz nawet bardziej niż zwykle.

Campion   zastanawiał   się   chwilę.   Panna   Jessica   to   była   ta   stara   kobieta   z   parku,   w 

kapeluszu z tektury na głowie.

– Ładną ma pani tutaj menażerię – powiedział. – Co ona robi?

– Pitrasi jakieś dziwne rzeczy – powiedziała panna Roper zdawkowo. – Ale to nie są 

lekarstwa. Ona to je.

background image

– Co takiego?

– Nie bądź niemądry, mój kochany. Ciągle mnie denerwujesz. Mieliśmy i tak dosyć 

emocji na dzisiaj. To nazwisko na trumnie wyprowadziło mnie zupełnie z równowagi, dopóki 

pan Bowels nie wytłumaczył wszystkiego. Uważam, że Edward Palinode nie powinien był tak go 

zawieść. Jego pogrzeb nie bardzo się udał, ale już nic na ten temat nie mówiłam. Nie trzeba ranić 

ludzi, jak jest już po wszystkim i pozostaje tylko spłacić rachunki.

– Ale wracając do panny Jessiki – Campion udał, że jest skruszony – co takiego ona tam 

destyluje?

– Nie destyluje, nigdy nie pozwoliłabym na coś takiego w moim domu. – Była wściekła 

i oburzona. – To byłoby nielegalne. Jeśli nawet zdarzyło się morderstwo w moim domu, to wcale 

nie oznacza, że pozwalam łamać prawo. – Jej cienki głos aż zadrżał z irytacji. – Ta stara kobieta 

po prostu jest trochę stuknięta. Wierzy w nowoczesne metody odżywiania, i tyle. Pozwalam jej 

robić,   co   chce,   chociaż   doprowadza   mnie   do   wściekłości,   kiedy   chce   jeść   trawę   i   posyła 

przygotowane przez siebie pożywienie ludziom, którzy dwa albo trzy lata temu chcieli ją zabić. 

„Może pani robić, co chce”, mówię jej, „a jeśli już tak bardzo chce pani karmić głodnych, to 

piętro niżej ma pani własnego brata, któremu kości sterczą przez samodziałowe ubranie. Niech 

pani jemu to da i oszczędzi sobie fatygi”. A ona powiada, że jestem ograniczona.

– Gdzie ona jest teraz? Mogę pójść i zobaczyć się z nią?

– Kochany, możesz robić, co chcesz. Już ci to mówiłam. Gniewa się teraz na mnie, bo 

uważa mnie za filisterkę, którą zresztą jestem, więc nie pójdę z tobą. Jest zupełnie niegroźna i 

najmądrzejsza   z   całej   trójki.   W   każdym   razie   potrafi   dbać   o   siebie.   Idź   na   dół.   Trafisz   po 

zapachu.

Uśmiechnął się i skierował na nią promień latarki.

– Doskonale. A teraz idź i piękniej we śnie. 

Natychmiast poprawiła swój koronkowy czepek na głowie.

– Och, śmiejesz  się. Brzydki  z ciebie  chłopak!  Zostawiam ci ten cudowny dom do 

dyspozycji i tych wszystkich wariatów. Mam ich po dziurki w nosie. Zobaczymy się rano. Jak 

będziesz grzeczny, to przyniosę ci filiżankę herbaty do łóżka.

Wyszła  drobnym  krokiem,  zostawiając  go samego  w  zastawionym  meblami  pokoju. 

Węch zaprowadził go do schodów wiodących do sutereny i węch omal nie kazał mu się cofnąć. 

Panna Jassica chyba coś garbowała – powietrze było aż gęste. Powoli zszedł w ciemność.

background image

Na   dole   znalazł   się   wobec   licznych   par   drzwi,   z   których   jedne   były   uchylone. 

Prowadziły – jak sobie przypomniał – do głównej kuchni, gdzie wcześniej, wieczorem, siedział i 

rozmawiał z Clarrie’em Grace. Teraz kuchnia była ciemna, ale regularne chrapanie dobiegające z 

fotela, umieszczonego przy piecu, świadczyło, że policjant Corkerdale był nieczuły zarówno na 

głos obowiązku, jak i groźbę uduszenia.

Powietrze było ciężkie od odoru dziwnego i drażniącego. Przypominało woń smoczej 

jaskini.

Jakiś odgłos dolatujący od drzwi z prawej strony sprawił, że się zdecydował i otworzył 

je ostrożnie. Pomieszczenie było  nieoczekiwanie  duże: była  to jedna z owych przestronnych 

kuchni, z białą kamienną podłogą, dla których minione generacje wielkich żarłoków potrafiły 

znaleźć   zastosowanie.  Z  umeblowania   znajdował  się  tu  tylko  drewniany stół  wmurowany w 

ścianę,   na   nim   stała   gazowa   płytka,   dwa   piecyki   naftowe   i   zdumiewający   zbiór   blaszanych 

puszek   po   syropie,   z   których   większość   najwidoczniej   była   używana   jako   utensylia   do 

gotowania.

Ubrana   w   rzeźnicki   fartuch   krzątała   się   tu   panna   Jessica   Palinode.   Zanim   się 

zorientował, że go usłyszała, nie odwracając się powiedziała.

–   Proszę   wejść   i   zamknąć   drzwi.   Przez   chwilę   proszę   mi   nie   przeszkadzać.   Zaraz 

skończę.

Miała   głos   dźwięczny,   miły,   świadczący   o   odebranym   starannym   wykształceniu, 

bardziej zdecydowany niż u starszej siostry. Raz jeszcze zdumiał go nie ulegający wątpliwości 

autorytet tej rodziny. Poczuł znowu owe na poły dziecięce uczucie strachu, jakiego doświadczył 

po raz pierwszy, kiedy obserwował ją przez swoją miniaturową lunetę. Jeśli w ogóle istniały 

czarownice, to jedną z nich miał przed sobą.

Bez odrażającej tektury jej włosy w lokach nie były pozbawione wdzięku. Czekał w 

milczeniu, a ona nadal potrząsała puszką stojącą na gazie. Z pewną ulgą stwierdził, że nie była 

wszechwiedząca, a po prostu wzięła go za Corkerdale’a.

– Doskonale wiem, że teraz powinien pan być na posterunku w ogrodzie – zauważyła. – 

Ale panna Roper zlitowała się nad panem i zaprosiła do kuchni. Ja nikomu nic nie powiem o tym, 

ale z kolei spodziewam się, że pan nic nikomu o mnie nie powie. Nie robię tu nic karygodnego, 

tak że pańska nieśmiertelna dusza, jak również nadzieje na awans nie są bynajmniej zagrożone. 

Po prostu gotuję jedzenie na jutro i pojutrze. Rozumie pan?

background image

– Niezupełnie – odparł Campion.

Natychmiast   odwróciła   się   i   spojrzała   z   ową   przenikliwością,   jaką   zauważył   u   niej 

przedtem, po czym znowu zajęła się swoją puszką.

– Kim pan jest?

– Mieszkam tu. Poczułem dziwny zapach i zszedłem.

–   Zapewne   nikt   pana   nie   uprzedził.   Nieudolność   ludzka   w   tym   domu   jest   wprost 

zdumiewająca. No, ale głupstwo. Przykro mi, jeśli pana zaniepokoiłam. Teraz, kiedy pan wie, o 

co chodzi, może pan iść spokojnie do łóżka.

– Nie sądzę, bym potrafił zasnąć – powiedział Campion zgodnie z prawdą. – Czy mogę 

w czymś pani pomóc?

Potraktowała jego ofertę z całą powagą.

– Nie, raczej nie. Całą najgorszą robotę już zrobiłam. Zaczynam zawsze od tego, a do 

zmywania wystarczy jedna osoba. Jeśli pan zechce, może pan później powycierać.

Jak grzeczne dziecko, postanowił czekać cierpliwie. Kiedy wreszcie doszła do wniosku, 

że zawartość puszki gotowała się wystarczająco długo, zdjęła ją i zgasiła gaz.

– To dla mnie rozrywka – zauważyła. – Ludzie tak się męczą szykując sobie jedzenie. 

Albo też robią z tego cały rytuał, przed którym wszystko inne musi ustąpić. Śmieszni są. Mnie to 

daje odprężenie i doskonale sobie z tym radzę.

–   Widzę   to   –   powiedział.   –   Pani   jest   bardzo   energiczna.   A   to   świadczy,   że   pani 

racjonalnie się odżywia.

Spojrzała   znowu   na   niego   i   uśmiechnęła   się.   Był   to   ten   sam   niezwykle   miły   i 

rozbrajający   uśmiech,   jakim   obdarzył   go   jej   brat.   Miał   wrażenia,   że   nagle   zupełnie 

nieoczekiwanie stała się jego przyjaciółką.

– To święta prawda – zgodziła się z nim. – Poprosiłabym, żeby pan usiadł, gdyby było 

na czym.  Ale żyjemy w spartańskich czasach. A może ten kosz by się nadał, gdyby pan go 

odwrócił?

Byłoby grubiaństwem odmówić takiej propozycji, chociaż zetknięcie z ostrym jak nóż 

brzegiem   kosza   przez   cienki   materiał   szlafroka   odczuwał   jak   torturę.   Kiedy   usiadł,   znowu 

uśmiechnęła się do niego.

Miałby pan ochotę na filiżankę herbaty z pokrzywy?  Zaraz będzie gotowa. Smakuje 

podobnie jak brazylijska herba mate i ma podobne właściwości.

background image

– Dziękuję pani – Campion zrobił wesołą minę, choć wcale, wesołości nie czuł. – Nie 

bardzo jednak rozumiem, co takiego właściwie pani robi?

– Gotuję. – Roześmiała się jak młoda dziewczyna. – Może pana dziwić, że we własnym 

domu   robię   to   w   środku   nocy,   ale   mam   znakomite   wyjaśnienie.   Czy   słyszał   pan   kiedy   o 

człowieku nazwiskiem Herbert Boon?

– Nie.

– Widzi pan. Mało kto o nim słyszał. I ja też bym nie usłyszała, gdybym przypadkiem 

nie natrafiła na jego książkę na straganie. Kupiłam ją, przeczytałam. A dzięki niej moje życie 

stało się znośne. Czy to nie nadzwyczajne?

Ponieważ najwidoczniej oczekiwała odpowiedzi, mruknął coś grzecznie.

Jej   oczy,   o   niespotykanym,   zielonkawobrązowym   kolorze,   i   wyraźnych   tęczówkach 

patrzyły na niego z widocznym zainteresowaniem.

– Uważam tę książeczkę za fascynującą – powiedziała. – Widzi pan, jej tytuł jest tak 

banalny,  że w pierwszym odruchu ma się ochotę odsunąć ją na bok. Brzmi on: „Jak żyć za 

jednego szylinga i sześć pensów”. Została napisana w roku tysiąc dziewięćset siedemnastym. Od 

tamtej pory ceny podskoczyły. Ale nadal to brzmi cudownie, nie uważa pan?

– Wprost nie do wiary.

–   Zdaję   sobie   z   tego   sprawę.   I   dlatego   jest   to   takie   nadzwyczajne,   że   mimo 

absurdalności, jest tak realne.

– Nie rozumiem..

– No, chodzi mi o temat tej książki. Weźmy na przykład takie tytuły, jak „Wieczna 

radość”, albo „Rewolucja twórcza”, albo „Cywilizacja i jej minusy”, czyż brane dosłownie nie są 

równie absurdalne? Oczywiście, że tak. Przyszło mi to na myśl, kiedy bardzo chciałam wiedzieć, 

jak się utrzymać za bardzo małą sumę.

Campion   poruszył   się   niespokojnie   na   swoim   koszu.   Miał   wrażenie,   że   prowadzi 

rozmowę z kimś na drugim końcu tunelu. Istniała również możliwość, że przemienił się w Alicję 

z Krainy Czarów.

– Wszystko, co pani mówi, jest bez wątpienia bardzo ciekawe – stwierdził ostrożnie. – 

Ale czy pani to w pełni realizuje?

– Niezupełnie. Boon mieszkał na wsi. Również miał mniej wyszukany gust. Obawiam 

się, że zanadto wrodziłam się w matkę.

background image

Campion przypomniał sobie ze zdumieniem Teofilę Palinode, poetkę słynną w latach 

sześćdziesiątych   ubiegłego   stulecia.   Dostrzegł   nawet   podobieństwo.   Podobna   smagła,   żywa 

twarz, kiedyś patrzała na niego z frontispisu małego czerwonego tomiku leżącego na komodzie 

babki. Panna Jessica bardzo była podobna do matki, miała nawet takie same loki.

Te rozmyślania przerwał mu jej donośny głos:

– W każdym razie robię prawie wszystko – oświadczyła. – Pożyczę panu tę książkę. 

Daje odpowiedzi na tyle ludzkich problemów.

– Mam nadzieję, że tak jest istotnie – przytaknął jej. – A co jest w tym naczyniu? – 

zmienił temat.

– W tej puszce? To, co tak brzydko pachniało, jest o, tam. To wywar na bolące kolano 

dla sąsiada – kupca kolonialnego. A tu bulion ze szczęki jagnięcia. Nie kupiłam całego łba, za 

drogi. Boon powiada „dwie dolne szczęki za farthinga”, ale on mieszkał na wsi i to w nieco 

innych czasach. Dzisiejsi rzeźnicy są bardzo nieżyczliwi.

Siedział patrząc na nią ze zdumieniem.

– Czy pani naprawdę musi to robić?

Twarz jej stężała nagle, uświadomił sobie, że ją rozczarował.

– Zastanawia się pan, czy jestem aż tak biedna, czy też po prostu szalona?

Tak ścisła diagnoza jego stanu umysłu była zaskakująca. Jej niezwykła intuicja była 

zarówno przerażająca, jak i godna podziwu. Pomyślał, że uczciwość nie zawsze powinna być 

jedynym narzędziem polityki.

–   Bardzo   przepraszam   –   powiedział   pokornie.   –   Naprawdę   nie   rozumiem   tego 

wszystkiego. Niech mi pani pożyczy książkę Boona.

– Dobrze. Z przyjemnością.

Spojrzał na dziwacznie zastawiony stół, a potem znowu na inteligentną dumną twarz. 

Jego zdaniem była młodsza od panny Evadne o jakieś piętnaście lat.

– Czy puszki po syropie zamiast garnków to też pomysł Boona? – spytał.

– Och tak. Ja sama nie jestem zbyt praktyczna. Po prostu jestem posłuszna autorowi. 

Może dlatego osiągnęłam raczej dobre rezultaty.

– Mam nadzieję, że tak jest. – Zrobił przy tym  tak ponurą minę, że ona widząc to 

roześmiała się. Znów wyglądała o wiele lat młodziej.

background image

– Mam mniej pieniędzy niż reszta rodzeństwa, nie dlatego że jestem najmłodsza, ale 

dlatego, że zawierzyłam memu bratu Edwardowi i zgodziłam się, żeby ulokował wedle swego 

uznania większą część mego spadku. – Zabrzmiało to bardzo po wiktoriańsku. – Miał zawsze 

mnóstwo pomysłów i pod tym względem bardziej przypominał naszą matkę i mnie samą niż 

Lawrence i moja starsza siostra Evadne, ale nie był specjalnie praktyczny. Stracił wszystkie nasze 

pieniądze.   Biedaczysko,  bardzo  mi   go było   żal.  Nie  podam  panu  dokładnie   mego   obecnego 

dochodu,   ale   liczyć   go   można   w   szylingach.   Jednak   dzięki   łasce   Boskiej   i   przenikliwości 

Herberta Boona nie jestem wcale biedna. Pan może sądzić, że to bardzo dziwny sposób, ale to 

jest mój własny sposób, a ja nikomu nie wyrządzam krzywdy. A czy teraz nadal sądzi pan, że 

jestem pomylona?

Słowa   padły   jak   strzał   i   były   całkowitym   zaskoczeniem.   Czekała   na   odpowiedź. 

Campion również nie był pozbawiony wdzięku. Uśmiechnął się rozbrajająco.

– Nie – odparł. – Jest pani racjonalistką. Chociaż nigdy bym się tego nie spodziewał. A 

to jest herbata, nieprawdaż? Gdzie pani zdobywa pokrzywę.

– W Hyde Parku – wyjaśniła krótko przez ramię. – Dużo tam różnych zielsk... chciałam 

powiedzieć ziół... jeśli tylko umie się szukać. Kilka razy się pomyliłam. Z roślinami trzeba być 

ostrożnym. Przechorowałam się parę razy, ale teraz już chyba znam się na nich dobrze.

Mężczyzna   siedzący   na   odwróconym   koszu   spojrzał   z   powątpiewaniem   na   szary 

parujący płyn, który mu podała w słoiku po dżemie.

– To bardzo smaczne – powiedziała. – Pokrzywę piję całe lato. Niech pan spróbuje, a 

jeśli nie będzie panu smakować, nie pogniewam się. Musi pan jednak przeczytać tę książkę. Rada 

bym wiedzieć, że nawróciłam kogoś na moją wiarę.

Okazał najlepsze chęci, ale płyn miał obrzydliwy smak.

– Lawrence też tego nie lubi – wyznała śmiejąc się – ale pije. Pije również herbatę z 

krwawnika,   którą   przyrządzam.   Bardzo   się   tym   interesuje,   ale   jest   o   wiele   bardziej 

konwencjonalny niż ja. Nie pochwala zupełnie tego, że nie potrafię wydawać pieniędzy, chociaż 

nie wiem, co by zrobił, gdybym potrafiła, bo sam nic nie ma.

– A jednak lubi pani sześciopensówki – mruknął Campion.

Powiedział to nie odruchowo, ale jakby wbrew sobie, jak gdyby zmusiła go do tego 

czarami. Z jej triumfującej miny wywnioskował ze zdumieniem, że tak było.

background image

– Widziałam pana tam wczoraj pod drzewem – odezwała się. – Pan jest detektywem. 

Dlatego tak szczerze z panem rozmawiam. Pan mi się podoba, jest pan inteligentny..

Campion był tak wstrząśnięty, że łyknął trochę herbaty z pokrzywy.

– Czy zależy pani na tych sześciopensówkach? – zaryzykował.

– Nie, ale nigdy nie odmawiam. A ona tak się z tego cieszy. Poza tym bardzo mi się 

przydają. To również podejście racjonalistyczne, prawda?

–   Całkowicie.   Wracając   jednak   do   pani   bardziej   magicznych   talentów,   czy   potrafi 

widzieć pani za plecami?  – Myślał,  że ją wywiódł w pole ale ona odpowiedziała  po chwili 

namysłu:

– Mówi pan o Klytii i jej chłopcu, który pachnie benzyną? Wiedziałam, że stoją za mną. 

Słyszałam, jak szeptali. Ale nie obejrzałam się. Oboje uciekli z pracy albo udawali, że mają coś 

do załatwienia. Mogą ich za to zwolnić. – Obrzuciła go przebiegłym spojrzeniem. – Powinnam 

im pożyczyć moją książkę. Ale Boon nie daje wskazówek, jak odżywiać dzieci. To byłoby trudne 

zadanie.

– Jest pani bardzo dziwną kobietą – stwierdził Campion.

– Darzę sympatią  Klytię.  Sama  byłam  kiedyś  zakochana, jeden jedyny  raz. Było  to 

uczucie platoniczne. Ale wkrótce się przekonałam, że ów miły inteligentny pan wykorzystuje je 

po to, żeby dręczyć swoją żonę. Ponieważ jestem rozsądna, a nie samobójczo, wielkoduszna, 

wycofałam się. Jednak nadal czuję się na tyle kobietą, że mnie bawi Klytia. Czy to wszystko ma 

pomóc panu w odkryciu, kto otruł moją siostrę Ruth?

Przez chwilę miał wzrok spuszczony, wbity w podłogę.

– Czyż tak nie jest? – powiedziała.

– Pani musi to wiedzieć – powiedział powoli.

– Ale nie wiem. – Robiła wrażenie zdumionej własnym wyznaniem. – Nie wiem. Każdy, 

kto żyje w tak wielkiej samotności jak ja, staje się wyczulony na zachowanie spotykanych ludzi. 

Ale jednak zapewniam  pana, nie mam  pojęcia, kto otruł Ruth. Muszę również przyznać,  że 

jestem   mu   nawet   wdzięczna.   Sam   by   się   pan   o   tym   dowiedział,   więc   wolałam   to   panu 

powiedzieć.

– Była bardzo męcząca, prawda?

–   Nie   bardzo.   Rzadko   ją   widywałam.   Niewiele   miałyśmy   wspólnego.   Przypominała 

raczej brata mego ojca. Był geniuszem matematycznym i chyba trochę pomylony.

background image

– Pani jest zadowolona, że siostra nie żyje? – Celowo był brutalny, ponieważ zaczął się 

jej bać. Była taka miła, a jednak przerażająca i zupełnie nie do rozszyfrowania.

–   Mam   swoje   powody.   –   rzekła.   –   Widzi   pan,   rodzina   Palinode’ów   przypomina 

rozbitków   w   malej,   zagubionej   na   oceanie   łodzi.   Jeżeli   jedna   osoba   z   załogi   wypije   swój 

przydział   wody   –   tak   na   marginesie   mówiąc,   ona   nie   była   alkoholiczką   –   reszta   musi   albo 

patrzeć, jak umiera z pragnienia, albo dzielić się z nią własną racją. A my nie bardzo mamy czym 

się dzielić. Nawet mimo pomocy Herberta Boona.

– Czy tylko tyle ma mi pani do powiedzenia?

– Tak. Reszty musi się pan dowiedzieć sam. To nie będzie specjalnie interesujące.

Mężczyzna   w   szlafroku   wstał   i   odstawił   swój   słoik   po   dżemie.   Górował   nad   nią 

wzrostem:   była   bardzo   niska   i   zachowała   ślady   minionej   urody.   Jego   wrażliwa   twarz   była 

niezwykle poważna, a dręczące go pytania stały się ważniejsze niż tajemnica morderstwa.

– Dlaczego? – wybuchnął nie panując nad sobą. – Dlaczego?

Zrozumiała go w lot. Jej szarą twarz zabarwił rumieniec.

– Nie mam talentów – powiedziała spokojnie. – Jestem niema. Nie potrafię nic robić ani 

pisać, ani nawet opowiadać. – A kiedy mrugając oczami patrzył na nią starając się zrozumieć 

monstrualność tego, co mu mówiła, ciągnęła cicho: – Poezje mojej matki przeważnie były bardzo 

kiepskie. Odziedziczyłam trochę inteligencji po ojcu i potrafię to docenić. Matka napisała jednak 

jeden wiersz, w którym moim zdaniem zawarta jest pewna myśl, chociaż wiele osób uważałoby 

go za pozbawiony sensu.

Oto on:

Zbuduję sobie domek z trzcin 

Misterny, pięknie upleciony. 

Wiatr przelatuje pośród trzcin, 

Dotyka ich zaciekawiony, 

Tarmosi, gnie łodygi trzcin, 

Nie zdoła mi przeszkodzić tym – 

Będę zajęta!

background image

– Chyba nie ma pan ochoty na jeszcze jedną herbatę? 

Dopiero po półgodzinie wrócił do swego pokoju i dygocąc położył się do łóżka. Książka 

pożyczona   przez   pannę   Jessikę   leżała   na   kołdrze.   Była   tandetnie   wydana,   miała   okropnie 

pozaginane rogi, dziwaczną okładkę i sterczały z niej kawałki papieru z nieaktualnymi od dawna 

ogłoszeniami. Otworzył ją na chybił-trafił i przeczytane zdania jeszcze mu się kołatały po głowie, 

kiedy zamknął oczy:

 „Twaróg (pozostałość kwaśnego mleka pozostawionego przez nieporządne panie domu  

w butelce albo blaszance). Można poprawić jego smak dodając posiekanej szałwii, szczypiorku 

czy też rzeżuchy. Ja sam, ponieważ nie jestem specjalnie łakomy, egzystowałem znakomicie na tej 

mieszaninie,   spożywanej   wraz   z   niewielką   ilością   chleba   dnie   całe,   odmieniając   sobie   smak 

dodatkiem poszczególnych ziół.

Energia. Należy oszczędzać energię. Tak zwani naukowcy powiedzą wam, że energia to 

tylko ciepło. Nie zużywaj jej wobec tego więcej niż trzeba w danym momencie. Ja oceniam jedną  

godzinę snu jako odpowiednik jednego funta wysoko kalorycznego pożywienia. Bądź, czytelniku,  

pokorny. Bierz, co ci dają, nawet jeśli dar ofiarowany jest z pogardą. Dający znajdzie nagrodę 

we własnej duszy – czy to dlatego, że jest cnotliwy, czy dlatego, że się chce popisać. Zachowuj  

spokój.   Martwienie   się   i   litowanie   nad   sobą   zużywa   tyle   energii   (tzn.   ciepła),   ile   poważne  

rozmyślania.   W   ten   sposób   będziesz   wolny   i   nie   staniesz   się   ciężarem   dla   krewnych   czy 

społeczeństwa. Twój umysł również będzie lżejszy i bardziej skłonny do kontemplacji i cieszenia 

się   urokami   natury   i   wynalazków   człowieka,   co   jest   nic   nie   kosztującym   luksusem,   na   jaki 

inteligentny człowiek z łatwością może sobie pozwolić.

Kości. Dużą, pożywną wołową kość goleniową można kupić za pensa. Wracając do  

domu od rzeźnika człowiek roztropny w przydrożnym żywopłocie znaleźć  może goździka, albo, 

jeśli ma trochę szczęścia, czosnek...”

Campion przewrócił się na brzuch.

– O Boże – jęknął.

background image

8. Za kulisami Apron Street

Uświadomił sobie, że hałas, jaki go obudził, to otwieranie drzwi i że ktoś, czyja ręka 

ciągle spoczywa na gałce klamki, rozmawia w korytarzu. Był to inspektor Charlie Luke.

– ...marnowanie czasu na dachu – dobiegł go niezwykle łagodny głos Luke’a. – Możesz 

również z łatwością złamać kark.

– Oficjalnie przesłuchuję bratanka panny Roper, prawnika z zawodu – oświadczył. – Nie 

przypuszczam, żeby ta bajeczka długo się utrzymała, ale trzeba z niej korzystać tak długo, jak 

tylko się da.

Wypełniał całkowicie fotel i bardzo dobrze w nim wyglądał. Pod ubraniem wyraźnie 

rysowały się jego wyrobione mięśnie, zaś oczy w kształcie migdałów były tak jasne, jakby całą 

noc spędził we własnym łóżku, a nie na cmentarzu.

– Panna Jessica wie, że jestem detektywem – powiedział Campion. – Widziała nas w 

parku.

– Doprawdy? – Luke wcale nie był tym zdziwiony. – Wcale nie są tacy postrzeleni, jak 

by się mogło wydawać. Już to panu mówiłem. Z początku popełniłem ten błąd... Sam pan się 

przekonał, że nie są.

Mężczyzna w łóżku przytaknął skinieniem głowy i chwila milczał zamyślony.

– Tak, ma pan rację.

Luke pociągnął łyk zimnej herbaty.

– Renee opowiedziała mi jakąś niesamowitą bajeczkę o starym Bowelsie – zaczął Luke. 

– O jakiejś trumnie w nocy, robionej „na oko” dla Edwarda. „To zupełnie zwariowana historia”, 

powiedziałem jej.

Campion znowu przytaknął.

– Tak, moją uwagę zwrócił słaby zapach ryb. Chociaż nie rozumiem, o co tu chodzi. 

Aha, Lugg u nich został na noc. To mogłoby być zadanie dla niego. Niezbyt może etyczne, ale są 

zaprzysięgłymi wrogami. Co takiego Bowels puszcza w obieg? Tytoń? Futra?

Twarz inspektora pociemniała z gniewu.

– A to stary łajdak! – wybuchnął. – Nie znoszę takich niespodzianek na swoim terenie. 

Tak się nie robi. Szmugiel w trumnie to jedna z najstarszych na świecie sztuczek. Już ja pokażę 

background image

temu Bowelsowi. A miałem wrażenie, że znam tę ulicę jak własne pięć palcy.

– Może się mylę. – Campion starał się unikać łagodzącego tonu. – Może jego jedyna 

pasja   to   grzebanie   zmarłych.   Może   jego  historyjka   jest   prawdziwa.   Wcale   bym   się   tym   nie 

zdziwił.

Luke wpatrując się w niego z uznaniem przymknął jedno oko.

– Na tym  polega  cała  trudność z tymi  starymi.  Każda  najgłupsza  historia  może  się 

okazać prawdziwa. Nie zamierzam twierdzić, że Jas nie jest dobrym  rzemieślnikiem, ale nie 

wiedziałem, że mam do czynienia z dziełem wielkiego artysty.

– Co zamierza pan zrobić? Pójść do jego zakładu i przeprowadzić rewizję?

– Oczywiście, teraz kiedy wiemy, że coś się święci, musimy go przyłapać. Chyba, że 

woli go pan zostawić w spokoju, dopóki tutaj nie skończy się tej sprawy. Rzecz jasna, to tutaj 

musi potrwać. Możemy go również złapać z tym pakunkiem i pokazać, gdzie raki zimują.

Campion chwilę się zastanawiał.

– Bowels będzie pana oczekiwał – powiedział wreszcie. – Poza tym mój pomocnik nie 

darowałby mi nigdy, gdybym nie kierował się zdrowym rozsądkiem.

–   Lugg?   Słyszałem   o   nim,   ale   nigdy   go   nie   spotkałem.   Podobno   jest   dobrym 

fachowcem.

– Ach, dokonał kiedyś pewnego niefachowego małego włamania. Nie, wydaje mi się, że 

do królestwa Bowelsa musi pan pójść tylko  pro forma. Jeśli pan coś znajdzie, to jest frajerem, 

który nie zwraca uwagi na ostrzeżenia.

– A jeśli nie pójdziemy do niego, przyczai się, będzie czekać, póki sobie nie pomyśli, że 

niebezpieczeństwo   minęło,   i   wtedy   go   capniemy.   –   Inspektor   wyjął   garść   papierosów   z 

wewnętrznej   kieszeni   i   zaczął   je   uważnie   przeglądać,   Campiona   znowu   uderzyła   niezwykła 

wyrazistość każdego jego ruchu. Kiedy Luke spoglądał na zapisane nieporządnie kartki, z jego 

miny   można   było   poznać   ich   treść,   jakby   podana   została   przez   głośnik   –   ta   była   źle 

sformułowana, tamta nieważna, inna mogła poczekać. A podczas tej segregacji na jego kościstej 

twarzy malowały się mieszane uczucia. – Hydrobromid hioscyjaminy – powiedział nagle. – Czy 

jest możliwe, żeby Tata Wilde, aptekarz, miał u siebie zapas tego?

– Nie bardzo. – Campion powiedział to z pewnością, jakiej się po nim spodziewano. – 

Mam wrażenie, że jest to środek rzadko obecnie stosowany.  Jakieś czterdzieści lat temu był 

modny w medycynie jako lekarstwo używane w przypadkach manii prześladowczej. Ma ten sam 

background image

charakter co atropina, ale jest znacznie mocniejszy. Jako trucizna zdobył sobie rozgłos, kiedy 

Crippen wypróbował go na Belli Elmore.

Luke’owi to nie wystarczyło. W zamyśleniu przymrużył oczy.

– Pan musi zobaczyć ten skład apteczny – oświadczył.

– Pewno, że zobaczę. Ale nie powinno się go niepokoić, dopóki nie zajdzie konieczność. 

Lepiej   zacząć   od   doktora.   –   Zgoda.   –   Zanotował   coś   na   kartce   ogryzkiem   ołówka.   – 

Hydrobromid hioscyjaminy. Co to takiego? A może pan wie przypadkiem coś na ten temat?

– Mam wrażenie, że to pochodna lulka czarnego.

– Ach tak. To zielsko?

– Chyba tak i to bardzo często spotykane.

–   Ma   pan   rację,   jeśli   to   jest   ta   właśnie   roślina,   o   której   myślę.   Kiedyś   w   szkole 

nauczycielka od botaniki niesłusznie mi zarzuciła, że zrobiłem zły rysunek. Tak, lulek czarny, 

małe   żółte   kwiatki.   Okropnie   brzydko   pachnie.   –   Inspektor   mówił   szybko,   był   uosobieniem 

energii.

– Tak, zgadza się.

–   Rośnie   wszędzie.   –   Inspektor   wprost   nie   posiadał   się   ze   zdumienia.   –   Do   licha, 

przecież można go zerwać nawet w parku.

Campion przez kilka sekund milczał.

– Tak – powiedział wreszcie. – Przypuszczam, że tak.

– Ale W takim razie trzeba by go wygotować. – Inspektor potrząsnął głową z ciemnymi, 

sztywnymi jak u jagnięcia lokami. – Zacznę najpierw od doktora, ale powinien pan zobaczyć się 

ze   starym   Wilde’em,   jeśli   to   miałoby   panu   pomóc   w   myśleniu.   Potem   muszę   zająć   się 

dyrektorem banku. Czy już wspominałem o nim?

–   Owszem.   To   taki   miły,   schludny   człowieczek.   Przez   chwilę   widziałem   go,   kiedy 

wychodził z pokoju panny Evadne. Nie była jednak łaskawa przedstawić nas.

– Gdyby to zrobiła, obdarzyłaby go jakimś wymyślonym nazwiskiem i to też nic by 

panu nie dało. Należy mu się nasza wizyta. „Bank nie może udzielać żadnych informacji, chyba 

że na polecenie sądu” – tak mi powiedział;

– Zły był przy tym?

background image

–   Nie.   Oczywiście   teoretycznie   ma   rację.   Dobrze   jest   mieć   pewność,   że   o   dwóch 

półkoronówkach wpłacanych w urzędzie pocztowym wiemy tylko ja i dziewczyna w okienku. 

Inna sprawa, że nie widzę przeszkód, żeby nam powiedział coś od siebie prywatnie.

– Jako przyjaciel rodziny?  Tak, w każdym  razie porozmawiamy z nim. Panna Ruth 

wydawała   zbyt   wiele   pieniędzy,   zanim   została   zabita.   Tyle   się   dowiedziałem.   Może   to   być 

motywem,   a   może   i   nie.   Yeo   powiada,   że   jedynym   rozsądnym   motywem   morderstwa   są 

pieniądze.

Charlie Luke nie uczynił  żadnego komentarza na ten temat. Znowu zajął się swymi 

karteczkami.

– O, mam to zapisane – zawołał wreszcie. – Po długich namowach udało mi się to 

wreszcie wydobyć od Renee. Pan Edward płacił jej trzy funty tygodniowo, z praniem. Panna 

Evadne płaci jej teraz tyle samo. To znaczy za pełne utrzymanie. Pan Lawrence płaci dwa funty 

za częściowe utrzymanie. To znaczy też za pełne, bo ona nie potrafi patrzeć spokojnie, jak ktoś 

chodzi głodny. Panna Klytia  płaci dwadzieścia szylingów, gdyż  tyle tylko to biedne dziecko 

zarabia. I nie dostaje lunchu. Panna Jessica płaci pięć szylingów.

– Ile?

– Pięć szylingów. Fakt. Powiedziałem Renee: „Nie bądź głupia, kochanie, jak wyjdziesz 

na swoje?”, a ona na to, że niby czego się spodziewam? Stara dama je tylko to paskudztwo, które 

sama ugotuje, a jej pokój znajduje się pod samym dachem, i tak dalej, i tak dalej. „Wariatka 

jesteś”, powiadam, jej. „Dzisiaj nawet psa nie utrzymasz za pięć szylingów tygodniowo”. A ona 

mówi, że panna Jessica, nie jest psem, raczej kotem. „Wydaje ci się chyba, że znowu grasz w 

pantomimie”, powiadam, „królową wróżek”. I wtedy wylazło szydło z worka. „Słuchaj, Charlie”, 

mówi do mnie. „Załóżmy,  że jej wymówię i co wtedy?  Będzie musiała  zadbać o nią reszta 

rodziny, prawda? A wtedy oni wszyscy będą musieli oszczędzać, a kto na tym traci, ty głupi 

małpiszonie? Stracę tylko ja”. I ma świętą rację. Mogłaby oczywiście wszystkich wyrzucić, ale 

wydaje mi się, że ich lubi. Wie, że reprezentują sobą jakąś klasę i że są nieprzeciętni... zupełnie 

jakby hodowała kangury.

– Jakie znowu kangury?

– No, to powiedzmy mrówkojady. Interesujące i niezwykłe. Coś takiego, o czym można 

opowiadać sąsiadom. W dzisiejszych czasach trudno o rozrywki. Trzeba z nich korzystać, kiedy 

się zdarzają.

background image

Jak zwykle mówił rękami, twarzą, ciałem, rysował Renee robiąc dziwne gesty dużym 

palcem i wskazującym. Jakim cudem potrafił oddać ostry mały nos podstarzałej aktorki i jej 

hałaśliwy sposób bycia, Campion nie pojmował, ale mimo to widział ją jak żywą. Poczuł nagły 

przypływ energii, jak gdyby zbudził się zamarły od dawna zakątek jego mózgu.

– A panna Ruth?– spytał ze śmiechem. – Płaciła funta i dziewięć pensów i na tym 

pewno poprzestała?

– Nie. – Inspektor chował największą niespodziankę na sam koniec. – Nie. Przez ostatni 

rok przed śmiercią panna Ruth płaciła bardzo nieregularnie. Czasem dawała siedem funtów, a 

czasem dosłownie tylko pensy. Renee prowadzi chyba dokładne rachunki. Powiada, że była jej 

winna jeszcze piątaka.

– To ciekawe. A ile Ruth miała płacić?

– Trzy funty jak reszta. Powiem panu jeszcze jedno, Renee jest zamożna.

– Rotschild w spódnicy.

– Dostała pieniądze, dużą sumę pieniędzy. – W głosie Luke’a zabrzmiał smutek. – Mam 

nadzieję, że nie ma żadnych konszachtów z Jasem Bowelsem. Wie pan, to by zachwiało moją 

wiarę w kobiety.

– Myślę, że nie ma. Czy gdyby miała z nim jakieś konszachty, ciągnęłaby mnie na dół w 

środku nocy, żebym go przyłapał?

– To prawda. – inspektor rozjaśnił się. – A teraz wychodzę i biorę się do pracy. Czy 

razem pójdziemy odwiedzić tego jegomościa z banku? Nazywa się Henry James, doprawdy nie 

wiem, dlaczego to nazwisko wydaje mi się dziwnie znajome. Chciałbym do niego wpaść gdzieś 

koło godziny dziesiątej.

– A która teraz? – Campion poczuł wyrzuty sumienia, że jeszcze leży w łóżku. Jego 

własny zegarek najwidoczniej stanął, bo wskazywał za kwadrans szóstą.

Luke spojrzał na swoją srebrną cebulę, którą wyciągnął z kieszeni marynarki. Machnął 

nią gwałtownie.

– Ma pan rację, słowo daję, za dziesięć szósta. Przyszedłem tu kilka minut po piątej, ale 

nie chciałem pana od razu budzić, bo mógł pan mieć ciężką noc.

– My, starzy ludzie, lubimy spać – zażartował Campion. – Czeka pana teraz kilka godzin 

pracy, o ile dobrze zrozumiałem?

background image

– O, tak, trzeba się śpieszyć. My też cierpimy na brak ludzi. Przy okazji, jeszcze to 

przyszło. – Zaczął uważnie wpatrywać się w jakąś kartkę, nieco czystszą od reszty. - Dyrektor 

więzienia Jego Królewskiej Mości w Charlafield donosi, że ma u siebie w szpitalu niejakiego 

Looky   Jeffereysa,   który   odsiaduje   dwuletni   wyrok   za   włamanie.   Jest   umierający,   jakieś 

dolegliwości wewnętrzne. – Urwał. – Biedaczysko – dodał poważnie. – W każdym razie często 

traci przytomność, a wtedy przez cały czas szepce: „Apron Street, unikaj Apron Street”. Stale to 

powtarza. A kiedy odzyskuje przytomność i pytają go, co to ma znaczyć, oczywiście nie chce 

albo nie potrafi wytłumaczyć. Powiada, że w ogóle nie słyszał o takiej ulicy. W Londynie są trzy 

Apron   Street,   wobec   tego   dyrekcja   więzienia   zawiadomiła   policję   we   wszystkich   trzech 

dzielnicach. Być może to nie dotyczy naszej ulicy. Jednak daje do myślenia.

Campion usiadł gwałtownie i dobrze zalany dreszcz, zawstydzająco przyjemny, powoli 

przesunął mu się po kręgosłupie.

– Czy to znaczy, że on się czegoś boi? – spytał.

– Chyba tak. Na zakończenie taka notatka: „Lekarz podaje, że pacjent wtedy bardzo 

silnie poci się i jest wzburzony. A chociaż inne słowa, na ogół bardzo plugawe, mówi głośno, o 

Apron Street zawsze tylko szeptem”.

Campion odrzucił kołdrę.

– Wstaję – oświadczył.

background image

9. Rozmowa o interesach

Gabinet dyrektora banku był  w każdym  calu wiktoriański. Był  to niewielki  pokój z 

kominkiem na węgiel, wyklejony bogatą czerwono-złotą tapetą w chińskie wzory, na podłodze 

leżał   turecki   dywan,   a   w   rogu   stała   szafa,   w   której   zapewne   trzymano   sherry   i   cygara. 

Znajdowało   się  tu   duże  mahoniowe   biurko,  przypominające  katafalk,   a  dla   klienta  skórzany 

zielony   fotel,   którego   wysokie   oparcie   i   boki   obite   były   na   krawędziach   miedzianymi 

gwoździami.

Nad   kominkiem   wisiał   dobry   średnio-wiktoriański   portret   olejny   przedstawiający 

dżentelmena w fantazyjnej kamizelce i kołnierzu, którego wielkie wyłogi zasłaniały dolną część 

twarzy.

Kiedy   Campion   rozejrzał   się   wokoło,   przyszło   mu   na   myśl   bez   żadnej   widomej 

przyczyny,   że   dawniej   unikano   starannie   pisania   słowa   „bankrut”,   jakby   to   było   coś 

nieprzyzwoitego.

Na tym tle pan Henry James wyglądał bardzo nowocześnie i nie na miejscu. Stał za 

biurkiem przyglądając się z powątpiewaniem swoim gościom. Był czysty aż do przesady i jego 

rzednące ciemne włosy tak ciasno przylegały do głowy, że sprawiały wrażenie polakierowanych. 

Jego koszula była nieskazitelnie biała, a muszka miała dyskretny, prawie niewidoczny wzór.

– Wybaczcie panowie, ale doprawdy jestem w bardzo, niezręcznej sytuacji. W całej 

mojej karierze nie miałem jeszcze do czynienia z taką sprawą. – Głos był równie schludny jak on 

sam,   samogłoski   czyste,   spółgłoski   doskonale   wymawiane.   –   Już   panu   powiedziałem,   panie 

inspektorze, że Bank – wyraźnie powiedział to słowo z dużej litery, tak jakby powiedział „Bóg” – 

nie może udzielać żadnych informacji, chyba że na polecenie sądu, a w Bogu nadzieja, że do 

takiej ostateczności nie dojdzie.

W   tym   gabinecie   Charlie   Luke   bardziej   niż   zwykle   wyglądał   na   gangstera   –   choć 

uśmiechał się szeroko, a na swego towarzysza spoglądał jak grzeczny pies, który tylko czeka na 

znak, żeby ugryźć intruza. – Campion z zainteresowaniem patrzył zza rogowych okularów na 

swój łup.

– Będzie to rozmowa towarzyska. Prawie – dodał.

– Przepraszam najmocniej, jaka?

background image

– Miałem na myśli to, że chcielibyśmy, by pan przez chwilę zapomniał o banku.

Słaby uśmiech pojawił się na okrągłej twarzy rozmówcy Campiona.

–   To   przyjdzie   mi   raczej   z   trudnością.   Było   zapewne   kwestią   przypadku,   że   obaj 

przybysze odwrócili się i spojrzeli na portret nad kominkiem.

– Założyciel? – spytał Campion.

– Wnuk założyciela, pan Jefferson Clough, w wieku lat trzydziestu siedmiu.

– Już nie żyje?

– Ależ tak, oczywiście. Obraz był malowany w tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim.

– Bank jest znany?

– Nie bardzo. – W głosie Jamesa brzmiała lekka nagana. – Najlepsze banki, jeśli wolno 

mi powiedzieć, oznaczają się brakiem tej cechy.

Uśmiech Campiona był rozbrajający.

– Rodzinę Palinode’ów zna pan prywatnie, nieprawdaż?

Dyrektor banku przesunął dłonią po czole.

– Tam do licha – oświadczył nieoczekiwanie. – Tak, chyba tak. Znam ich od dziecka, 

ale są również naszymi starymi klientami.

– Wobec tego będziemy unikać tematu pieniędzy. Dobrze?

Pan James miał wyraz na poły smutny, na poły rozbawiony.

– Musimy. Co panowie chcieliby wiedzieć? 

Inspektor westchnął i przysunął bliżej krzesło.

–   To   tylko   zwykła   procedura   –   powiedział.   –   Panna   Ruth   Palinode   została 

zamordowana...

– Czy to oficjalne stwierdzenie?

– Tak, ale nie podamy go do wiadomości publicznej, dopóki śledztwo się nie skończy. 

Jesteśmy z policji, jak pan zapewne wie.

W zaniepokojonych okrągłych oczach błysnął wyraz uznania.

– Panowie chcieliby wiedzieć, od jak dawna ją znałem i kiedy widziałem ją po raz 

ostatni, nieprawdaż? No cóż, znałem ją od dziecka, a po raz ostatni widziałem któregoś dnia rano, 

na kilka dni przed jej śmiercią. Teraz, kiedy się zastanawiam, sądzę, że to było w przeddzień jej 

choroby. Przyszła tu.

– Miała jakiś interes?

background image

– Tak.

– Wobec tego musiała mieć w banku swoje konto.

– W owym czasie nie.

– A więc ostatnio jej konto zostało zamknięte?

– Jak mam na to odpowiedzieć? – James zaczerwienił się z gniewu. – Powiedziałem już 

panom, że nie wolno mi udzielać informacji na temat spraw finansowych moich klientów.

– Gong – mruknął Campion z głębi zielonego skórzanego fotela. – Wobec tego wróćmy 

do czasów pańskiego dzieciństwa. Gdzie pan wtedy mieszkał?

– Tutaj.

– W tym domu?

– Tak. Powinienem to może wyjaśnić. Nad biurami znajduje się mieszkanie. W owym 

czasie dyrektorem był  mój  ojciec. Kiedy dorosłem, zacząłem pracować w centrali w City,  a 

potem po śmierci ojca objąłem tutaj stanowisko dyrektora filii. Nie przeprowadzamy większych 

transakcji i specjalizujemy się w obsłudze indywidualnych klientów. Większość z nich ma u nas 

konta od wielu pokoleń.

– Ile jest jeszcze filii?

– Tylko pięć. Centrala mieści się przy Buttermarket.

– Sądzę, że pamięta pan rodzinę Palinode’ów z okresu jej świetności?

– Oczywiście że tak! – Żarliwość tego stwierdzenia zdumiała ich. W jego żalu brzmiała 

tragiczna nuta. – Stajnie w zaułku pełne były przepięknych koni. Bez przerwy kręciła się służba. 

Dostawcy zarabiali znakomicie. Wydawano przyjęcia, obiady proszone, organizowano zebrania 

towarzyskie, pełno było sreber, kryształów, no i w ogóle... – machnął ręka, gdyż zabrakło mu 

słów.

– Kandelabrów? – podsunął Luke skwapliwie.

– Właśnie; kandelabrów. – Wydawał się bardzo wdzięczny za tę podpowiedz. – Profesor 

Palinode i mój ojciec byli prawie przyjaciółmi. Dobrze pamiętam tego starszego pana. Miał długą 

brodę, wielkie brwi i nosił cylinder. Lubił siadywać w tym zielonym fotelu i zabierać memu ojcu 

czas, ale nikomu to nie przeszkadzało. Cała nasza dzielnica kręciła się wokół Paltnode’ów. Nie 

potrafię tego wszystkiego opisać tak dokładnie, jak bym chciał, brakuje mi słów, ale to były 

wspaniałe czasy i niezwykła rodzina. A te futra w kościele! A te diamenty, jakie pani Palinode 

wkładała do teatru! I te przyjęcia na Boże Narodzenie, na które zapraszano wybrańców losu. Tak, 

background image

kiedy wróciłem tutaj i znalazłem ich w takim stanie, w jakim znajdują się obecnie, przeżyłem 

wstrząs, prawdziwy wstrząs.

– To są nadal czarujący ludzie – zaryzykował Campion.

– Owszem i człowiek nadal czuje się zobowiązany wobec nich. Ale drogi panie, trzeba 

to było widzieć wtedy!

– Może Edward Palinode nie miał takiej głowy do interesów jak jego ojciec?

– Nie – odparł pan James. – Z pewnością nie. 

Zapanowała kłopotliwa cisza.

– Panna Jessica powiedziała mi, że jej tygodniowy dochód można liczyć w szylingach – 

zaczął Campion. 

– Panna Jessica! – Gwałtownie wyrzucił ręce w górę, po czym jego twarz stała się bez 

wyrazu. – Na ten temat nie mogę nic powiedzieć.

– Oczywiście. A więc po raz ostatni widział pan pannę Ruth w przeddzień jej śmierci? 

Czy mam rację?

– Doprawdy nie jestem pewien. Bawiła tutaj bardzo krótko. Postaram się to ustalić dla 

panów. Proszę zaczekać.

Wyszedł spiesznie z pokoju i prawie natychmiast wrócił z osobnikiem, który kiedyś 

mógł być  prawą ręką założyciela banku, pana Jeffersona Clougha. Człowiek ten był wysoki, 

chudy i tak bardzo stary, że skóra na głowie przylegała mu do głowy wręcz z nieprzyjemną 

dokładnością.   Rzadkie   siwe   włosy   sterczały   z   pomarszczonej   twarzy   w   nieoczekiwanych 

miejscach, a najbardziej rzucała się w oczy zwisająca dolna warga. Załzawione oczy patrzyły 

jednak przenikliwie. Nie okazał wcale zdumienia, kiedy usłyszał, o co chodzi.

– Było to wczesnym popołudniem w przeddzień jej śmierci albo tego samego dnia. – 

Głos miał apodyktyczny i ostry. – Wczesnym popołudniem.

– Nie wydaje mi się, panie Congreve. – Zwrócili uwagę, że dyrektor zwracając się do 

starego człowieka podnosił głos. – Mnie się wydaje, że to było w przeddzień rano.

– Nie – sprzeciwił się ze starczym uporem. – Po południu.

– Zmarła zachorowała tuż przed lunchem, a umarła o drugiej po południu – wyjaśnił 

spokojnie Charlie Luke.

Starzec spojrzał na niego obojętnie i pan Henry James powtórzył tę wiadomość znacznie 

głośniej.

background image

– Bujda – stwierdził Congreve z przekonaniem. – Wiem dobrze, że to było po południu, 

ponieważ spojrzałem na pannę Ruth i pomyślałem sobie, jak bardzo zmieniła się moda. Było to 

po południu w dniu jej śmierci – Czuła się wtedy zupełnie dobrze.

Pan James spojrzał na Campiona przepraszająco. 

– To było  któregoś  dnia rano, jestem pewien, całkowicie pewien – upierał  się przy 

swoim.

Uśmiech wyższości i pobłażania przemknął po twarzy starca.

– Może pan mówić, co pan chce, panie James, wolno panu – mruknął. – Biedna kobieta i 

tak nie żyje. To było po południu. No cóż, jeśli nie mogę panom pomóc w niczym więcej, to do 

widzenia.

Inspektor popatrzył za nim uważnie, a potem potarł energicznie brodę.

– Tak, tego jegomościa nie posadzilibyśmy na ławie dla świadków – powiedział. – Czy 

jest jeszcze ktoś w biurze, kto mógłby nam pomóc, panie James?

Schludny niski dżentelmen spojrzał na nich z zakłopotaniem.

– Niestety, nie – odparł po chwili namysłu. – Oczywiście zastanawiałem się nad tym, ale 

akurat wtedy nasza panna Webb nie przychodziła do pracy, bo chorowała na grypę, i byliśmy 

tylko we dwójkę z Congreve’em. – Zaczerwienił się lekko. – Mogą panowie pomyśleć, że mamy 

bardzo nieliczny personel. Rzeczywiście tak jest. Trudno zdobyć teraz kogoś odpowiedniego do 

pracy. Dawniej bywało inaczej, zapewniam panów. Pamiętam czasy, kiedy w niektórych działach 

pracowało po kilkunastu urzędników. Wtedy to była duża filia.

Campion miał wręcz nieprzyjemne uczucie, że bank pana Clougha kurczy mu się przed 

oczami.

– Załóżmy, że był to ranek w przeddzień jej śmierci – zaproponował. – Czuła się wtedy 

zupełnie dobrze, prawda?

– Wręcz przeciwnie – obruszył się pan James. – Zrobiła na mnie wrażenie osoby bardzo 

chorej. Była podniecona, agresywna i wystąpiła z niezwykłymi żądaniami. A kiedy następnego 

dnia usłyszałem... tak, jestem pewien, że to było następnego dnia... że miała atak apopleksji, 

wcale się nie zdziwiłem.

– Przyjął pan tę diagnozę bez zastrzeżeń?

–   Tak,   bez   najmniejszych.   Doktor   Smith   jest   bardzo   solidnym   lekarzem,   bardzo 

cenionym   w   naszej   dzielnicy.   Kiedy  usłyszałem   tę   smutną   wiadomość,   powiedziałem   sobie: 

background image

„Wcale nie jestem tym zaskoczony. Przynajmniej jeden ciężar mniej dla tych biednych ludzi”. – 

Ledwie ścichły te słowa, drgnął i zbladł. – Nie powinienem był rozmawiać z panami, czułem to, 

czułem od pierwszej chwili.

– Przecież – powiedział cicho Campion – było ogólnie wiadomo, że panna Ruth miała 

bardzo trudny charakter. Krewni często działają sobie na nerwy. Ale nawet w takich wypadkach 

rodzina rzadko podejmuje jakieś – nazwijmy to – drastyczne kroki.

Na twarzy dyrektora odmalował się wyraz wdzięczności.

– Tak – powiedział szybko – właśnie to miałem na myśli. Przez chwilę obawiałem się, 

że panowie mogliby mnie źle zrozumieć.

Charlie już zaczął wstawać z krzesła, kiedy drzwi się otworzyły i znowu pojawił się pan 

Congreve.

–   Jakiś   człowiek   przyszedł   do   pana   inspektora   –   wymruczał   tak   cicho,   że   prawie 

chrypliwie. – Nie chcieliśmy go wpuścić od frontu, panie dyrektorze. Sądzę, że powinien przyjść 

tutaj. – Skinął głową w stronę Luke’a. – Ale go nie odesłałem – dodał.

Była to znakomicie odegrana scenka obraźliwej wielkoduszności. Congreve nie czekał 

na odpowiedź, ale odsunął się na bok dając znaki ręką komuś stojącemu na korytarzu.

Agent   w   cywilu,   mężczyzna   o   ponurej,   głęboko   pobrużdżonej   twarzy,   wszedł 

energicznie do pokoju, nie patrząc na nikogo prócz Luke’a.

– Czy moglibyśmy porozmawiać w cztery oczy, panie inspektorze?

Inspektor skinął głową i bez jednego słowa wyszli na korytarz. Congreve zamknął za 

nimi drzwi i poczłapał do okna, które wychodziło na ulicę. Odsunął może na cal firankę i bez 

ceremonii przytknął oko do szpary. Nagle zaczął się śmiać, cienkim starczym chichotem.

– Ależ to nasz sąsiad z prawej strony, pan Bowels – powiedział. – Ciekawe, co on 

takiego robi?

– Może idzie na Apron Street – zrobił niemądrą uwagę Campion. Śledził uważnie starca, 

który jednak nawet nie drgnął. Pan Congreve stał nieruchomo, wyglądając na ulicę. Po dłuższej 

chwili wyprostował się.

– Nie mógłby tego zrobić, proszę pana, ponieważ jest na Apron Street – powiedział 

surowo. – Musi pan być tu obcy, jeśli pan tego nie wie.

background image

– Obawiam się, że słuch staremu  Congreve’owi płata figle – w głosie pana Jamesa 

brzmiała przepraszająca nuta. – Pracuje u nas od tylu lat, że ma pewne przywileje, albo mu się 

tak wydaje. – Urwał, westchnął i zamrugał oczami. – Powiadam panu, że nawet pieniądz nie jest 

już taki jak dawniej. Brzmi to jak herezja, ale czasem wierzę, że tak jest. Do widzenia panu.

background image

10. Chłopiec z motorem

– Zrobiłem dobry interes – powiedział Jas Bowels z przekonaniem. – Tak, tylko tak 

mogę to określić – dobry interes. Włożyłem w nią tego zmarłego dżentelmena i już.

Stał na kocich łbach zaułka i w czerni prezentował się wspaniale. Jego frak był nieco 

dłuższy, niż to jest przyjęte, i każdy na jego miejscu wyglądałby w nim śmiesznie, on jednak ze 

swymi falistymi siwymi włosami, dodającymi mu godności, był imponujący. Delikatnie przetarł 

swój jedwabny cylinder, nie zanadto lśniący ani agresywnie nowy, lecz solidny i poważny.

– Widzę, panie inspektorze, że przygląda mi się pan uważnie – powiedział do Luke’a 

uśmiechając się tolerancyjnie, po ojcowsku. – Nazywam ten strój „pogrzebową pompą”. Tak 

sobie żartuję, ale widzi pan, to daje pociechę osieroconym; nie żart – mój strój, oczywiście.

Agent w cywilu, który robił wrażenie bardziej zmartwionego niż kilku ludzi, którzy 

właśnie w milczeniu krzątali się przy bogato zdobionym karawanie zaprzężonym w konie, przed 

chwilą wyprowadzone w stajni, uśmiechnął się gorzko.

– Mnie tam pan nie daje żadnej pociechy – stwierdził zupełnie bez potrzeby. – No, niech 

pan teraz wszystko opowie, przy inspektorze. Gdzie jest ta trumna, którą zabrał pan z piwnicy 

Portminster Lodge wczoraj w nocy?

–   Pod   numerem   pięćdziesiątym   dziewiątym   na   Lansbury   Terrace,   dokąd   właśnie 

jedziemy. – Nie zdołał ukryć nuty triumfu w głosie. – Gdybym wiedział, panie inspektorze, że 

pan chce ją sobie obejrzeć, prędzej bym sobie obciął prawą rękę, niż bym ją wykorzystał. Daję 

słowo.

Charlie Luke wykrzywił twarz w grymasie mającym przypominać uśmiech.

– Masz cudowne usposobienie, Bowels – powiedział. – Oczywiście ciało już w niej leży. 

Zapewne w tej chwili wszyscy krewni stoją wokół niej.

– Klęczą. – W niewinnych oczach nie było nawet cienia wesołości. – To bardzo religijni 

ludzie. Syn zmarłego jest prawnikiem – dodał po chwili namysłu.

Agent   w  cywilu   spojrzał   na  swego  zwierzchnika.  W  oczach  jego  nie  było   żadnego 

pytania. Na razie Jas Bowels wygrał.

background image

–  Potrzebował  jej   dziś  rano,  tak  się  złożyło,   że  pasowała.  Tak   się złożyło,   że  miał 

kłopoty   z   tą,   którą   przygotował   dla   klienta.   Tak   się   złożyło,   że   nie   wiedział,   że   może   nas 

zainteresować – wyrecytował martwo.

– Wyjął mi pan to z ust, panie Dice – powiedział Jas z zadowoleniem. – Śmieszna 

historia i nie zamierzałem o tym mówić, bo to nieprzyjemny wypadek, ale trumna z zielonego 

wiązu, którą przygotowałem dla tego zmarłego dżentelmena, wypaczyła się. Okropny surowiec 

dostajemy w dzisiejszych czasach. Woda wprost z niego kapie. „No cóż”, powiedziałem do mego 

syna. „Smutny to fakt. Zanim ją dostarczymy na miejsce, wypadnie dno” „Może być Jeszcze 

gorzej,   ojcze”,   powiedział   mój   chłopak.   „To   może   się   zdarzyć   w   kościele.”   Nie   chcieliśmy 

przecież   żeby   coś   takiego   się   przytrafiło,   gdyż   huk   mógłby   być   taki   jak   przy   wystrzale   z 

pistoletu, a to byłaby straszna kompromitacja. „O Boże, Rowley”, powiedziałem, „nigdy bym 

potem nie mógł spojrzeć ludziom – w oczy.” „I słusznie”, powiedział. „I słusznie”, powtórzyłem. 

„Ale co my teraz zrobimy?” „Masz przecież swoje dzieło sztuki, ojcze”, on mi na to, „trumnę 

przyniesioną z drugiej strony ulicy.” „Ale przecież...”, powiedziałem.

– Daj pan spokój – przerwał mu inspektor bez cienia gniewu. – Zachowaj dla siebie tę 

opowieść. Chcielibyśmy tylko rozejrzeć się trochę po domu, jeśli to panu nie zrobi różnicy.

Bowels   wyciągnął   z   kieszonki   na   żołądku   piękny,   choć   może   zbyt   pokaźnych 

rozmiarów złoty zegarek.

– Jaka szkoda – oświadczył – że nie mogę w tym wziąć udziału, panie inspektorze, bo 

musiałbym potem galopem jechać na Lansbury Terrace, a to mogłoby zostać źle zrozumiane i 

wywołać niedobre wrażenie. Ale ma pan szczęście: w kuchni siedzi mój szwagier, grzeje się przy 

ogniu, bo zaprószył sobie głowę. Z radością panów oprowadzi i będzie świadkiem tego. – Urwał, 

a wszechwiedzący uśmieszek wykrzywił mu wąskie wargi. – Nie dlatego, żebyśmy sobie nie 

dowierzali,   pan   i   ja,   ale   wiem   dobrze,   że   panowie   z   policji   lubią   być   oprowadzani   przez 

właściciela domu, zawsze to lepiej w przypadku jakichś późniejszych nieporozumień. Wejdzie 

pan do mego mieszkania i powie: „Panie Lugg, przysłał nas Bowels”, a on wszystko pokaże od 

strychu aż po piwnice. Bardzo będzie z tego rad – dodał przebiegle.

–   Doskonale,   tak   zrobimy.   –   Inspektor   Luke   nie   ukrywał   swego   zadowolenia.   – 

Spotkamy się po imprezie.

background image

– Na ten temat, panie inspektorze, nie powinien pan żartować – powiedział zupełnie 

szczerze. – To mój fach i podchodzę do niego pogodnie, ale dla tego zmarłego dżentelmena to 

sprawa bardzo poważna. Nie zdradza ochoty do śmiechu.

–   Naprawdę   nie?   –   Charlie   Luke   ściągnął   palcami   skórę   twarzy,   aż   wystąpiły   mu 

wyraźne kości czaszki. Jas drgnął i zbladł jak ściana.

– Wcale nie uważam tego za dobry dowcip – powiedział sztywno i odwrócił się.

W kuchni rzeczywiście zastali Lugga, ale nie był sam.

Kiedy weszli, z wysokiego fotela podniósł się Campion siedzący naprzeciw niego.

–   Widziałem,   jak   rozmawiacie   z   tymi   krukami,   wobec   tego   poszedłem   od   frontu   i 

wszedłem tu przez sklep – wyjaśnił. – Lugg powiada, że wczoraj wieczorem dali mu alkoholu z 

narkotykiem.

Z trzcinowego fotela wyjrzał worek nieszczęścia o mętnych oczach. Lugg, w swoim 

najlepszym ubraniu i kamaszach, był bez kołnierzyka i porozpinany. Miał wściekłą minę.

– Po jednym piwie „Guinness” i dwóch kuflach gorzkiego ja miałbym być gotów, ja! – 

powiedział zjadliwie. – Byłem gotów jak któryś z umrzyków mego szwagra i tak się też teraz 

czuję. To typowe dla Jasa, zupełnie typowe. Gada ci o twojej zmarłej siostrze, aż zaczniesz 

płakać, a potem ci doleje jakichś kropelek. I to w swoim własnym domu! We własnym domu! 

Nawet kobieta, tak zwana bezradna kobieta, nie zrobiłaby takiego świństwa.

Sierżant Dice, nieco zdumiony – tym wybuchem, zareagował jak należy.

– Chcę uścisnął pańską rękę – powiedział. – Dobrze pan mówi.

Lugg mimo całego żalu był wyraźnie zadowolony.

– Bardzo się cieszę, że pana poznałem – powiedział, wyciągając do nowego przyjaciela 

dłoń z paluchami przypominającymi kiełbaski.

Campion   spoglądając   niepewnie   na   inspektora   zobaczył,   że   ten   jest   zachwycony   tą 

sytuacją. Spiesznie więc przedstawił ich sobie.

– Nic tu nie ma – powiedział Lugg do Dice’a. – Obejrzałem to całe niewiele warte 

wnętrze i wszystko jest na miejscu, najmniejszy nawet kwiat z wosku. Bogiem a prawdą nie 

wiem, co ten stary hipokryta kombinuje, ale to coś ekstra.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał Campion.

– Coś, co nie ma nic wspólnego z tą hecą po drugiej stronie ulicy. Błagam, usiądźcie 

panowie spokojnie, jeśli macie w sercu trochę litości. Dziś słyszę, jak mucha tupie nogą.

background image

Kiedy się rozsiedli, wyjaśnił im swój punkt widzenia.

– Jas kombinuje coś ekstra, co nie ma nic wspólnego z kopaniem robaków i rodziną 

Palinode’ów. Wiedzieliśmy o tym, jak tylko dostaliśmy list od niego. Jas chce, żeby cały ten 

harmider u Palinode’ów szybko się uspokoił i żeby gliny... bardzo pana przepraszam, panie Dice 

i pana również, panie inspektorze... i żeby policja zajęła się swoimi sprawami, odczytała depesze 

gratulacyjne, a on mógł dalej robić swoje. Dlatego napisał, stary głupi cap. – Już miał uderzyć 

ręką w stół, żeby podkreślić swoje słowa, ale powstrzymał się. – Nie wpadło mu do głowy, że 

mój pracodawca urzędowo zajmie się tą sprawą i z pewnością również nie spodziewał się, że 

przyjdę do niego z przyjacielską wizytą. Kiedy stałem na progu, a on się gapił na mnie i moją 

małą walizeczkę, powiedziałem mu: „Musisz podwiązać sobie szczękę, bracie, jeśli chcesz zrobić 

miły wyraz twarzy”. Oczywiście od razu wziął się w garść. Wyobraża sobie, że jestem bogatym 

wujkiem   dla   Rowleya.   Moja   marynarka   jest   z   dobrego   tweedu   i   używam   drogiej   wody 

kolońskiej.

Szybko przychodził do siebie. Jego czarne oczy stopniowo odzyskiwały dawny blask i 

Campion obserwując skupiony wyraz twarzy Luke’a poczuł wyraźną ulgę.

– Zwabił nas! – ciągnął Lugg nabierając impetu. – Zwabił nas tutaj, udając, że ma coś do 

powiedzenia. Pewno że ma,  ale niewiele. Wyciągnąłem to z niego, zanim jeszcze w salonie 

obejrzeliśmy zdjęcia nagrobka biednej Beatt.

– O czym  mówił?  O koniach?  – Campion  rzucił  ostro to pytanie,  aż wszyscy trzej 

spojrzeli na niego.

–   A   więc   jaśnie   pan   Wszechwiedzący   dowiedział   się   o   tym.   –   Lugg   tak   był 

rozdrażniony, że zapomniał, iż nie są sami. Zrobił akrobatyczny wysiłek, żeby się wycofać z tej 

niezbyt  grzecznej  uwagi. – Proszę nie myśleć, że zwracałem się do pana – mruknął,  a jego 

ciężkie powieki zakryły przekrwione oczy. – Sam do siebie to powiedziałem. To było wszystko, 

co Jas miał nam do zaoferowania po rozbudzeniu napomknięciami naszych nadziei. Panna Ruth 

Palinode, jak każdy człowiek, lubiła od czasu do czasu postawić szylinga na jakiegoś konia. Jas 

sądził, że to może  być  ciekawe, ponieważ utrzymywane  było  w tajemnicy.  Ignoranci  często 

popełniają tego rodzaju pomyłki.

Luke obrzucił pełnym uznania spojrzeniem najpierw służącego, potem pana.

– Jak pan na to wpadł, panie Campion?

Jasne oczy za rogowymi okularami miały przepraszający wyraz.

background image

– Przeczucie – wyjaśnił skromnie. – Każdy mi mówił, że miała jakąś słabość, ale nie 

była alkoholiczką. Wiedziałem, że miała duże zdolności matematyczne, co nasuwało myśl, że 

opracowała   własny   system;   to   wszystko.   Zapewne   młody   Eowels   brał   od   niej   pieniądze   na 

zakłady.

– Stawiała dziennie szylinga albo dwa, tak że obudziło to jego podejrzenia dopiero w 

miesiąc po jej śmierci. On jest podobny do swojej matki: wolno myśli. Robił to po prostu z 

uprzejmości. Ale sądzę, że forsę ze starej damy pompował stary Jas.

– Nadzwyczajne. Czy udało jej się kiedyś wygrać?

– Od czasu do czasu. Na dłuższą metę przegrywała, jak większość kobiet.

– To prawda – przytwierdził sierżant Dice z przekonaniem.

– Tak, to wiele wyjaśnia.– Oczy Luke’a nabrały blasku. – Z pieniędzmi było krucho. Jak 

jeden z członków rodziny podskakuje, ciężar spada na resztę. Wszyscy się zamknęli w sobie. Nic 

z   tego   nie   wyszło.   Głupia   kobieta   nadal   grała.   Zmartwienie.   Rozpacz.   Ktoś   musi   ją 

powstrzymać... – w pełni zapału urwał, żeby się zastanowić. – A czy to wystarczyłoby jako 

motyw? – spytał patrząc na Campiona. – Chyba nie.

–   Żaden   motyw   morderstwa   nigdy   nie   jest   przekonujący   –   powiedział   Campion 

niepewnie. – Byli tacy fachowcy, którzy dokonywali skomplikowanego przestępstwa dla kilku 

półkoronówek. A co z Jasem, Lugg? Wiesz coś?

–   Jeszcze   nie,   szefie,   proszę   mi   dać   godzinę   czasu   –   w   głosie   Lugga   brzmiała 

zawziętość. – Sam byłem tutaj tylko przez pół godziny. Muszę ruszyć głową, pomyśleć. Wkrótce 

po moim przybyciu wczoraj wieczorem Jas kogoś wpuścił od frontu. Nie mogłem zobaczyć, kto 

to, kobieta czy mężczyzna. Wrócił uśmiechnięty, z tymi zębiskami sterczącymi z jego wstrętnej 

gęby jak dwa nagrobki, i powiedział, że załatwiał interes, mając na myśli czyjąś śmierć. Ale był 

zdenerwowany, uśmiechał się, pocił. On coś kombinuje, może przemyca alkohol.

– Skąd wam to przyszło do głowy? – Inspektor uczepił się tej możliwości jak terier 

zdobyczy.

Lugg nadal był tajemniczy.

– Tak jakoś samo mi wpadło – powiedział skromnie. – Tak musi być coś ciężkiego, co 

trzeba nieść ostrożnie. Poza tym naopowiadał mi swoich wesołych historyjek. On widzi dużo 

frajdy w swojej pracy. Opowiadał mi o takim jednym hotelu. Oni nie lubią, żeby działo się coś 

nieprzyjemnego w takim eleganckim miejscu. Więc, jak gość wykituje, a nie chcą, żeby ktoś 

background image

wytworny przejął się widokiem trumny znoszonej po schodach, posyłają wtedy do firmy „Bowels 

i Syn” i umarlak zostaje wyniesiony w fortepianie.

–   Już   słyszałem   o   tym   sposobie   –   powiedział   Campion.   –   Ale   co   ma   piernik   do 

wiatraka?

– Mówię o hotelowych interesach Jasa – powiedział Lugg z urazą. – Nie podaję faktów. 

Wydaje mi się tylko, że on coś kombinuje na własną rękę i że ta sprawa po drugiej stronie ulicy 

nie ma z tym nic wspólnego.

Kiedy ścichł jego dźwięczny głos, drzwi za nimi uchyliły się i w szparze ukazała się 

mała umorusana twarzyczka, rozjaśniona niezwykła radością.

– Jesteście z policji, no nie? – Był to mały, dziewięcioletni najwyżej chłopak, o buzi 

anioła i oczach pekińczyka. – Chodźcie, będziecie pierwsi na miejscu. Posłali mnie po gliny na 

róg ulicy, ale ja wiedziałem, że tu jesteście. Chodźcie! Tam leży trup!

Reakcja   była   natychmiastowa,   taka,   jakiej   malec   z   pewnością   oczekiwał.   Wszyscy 

zerwali się z wyjątkiem Lugga, któremu zakręciło się w głowie, ale zaraz się opanował.

– Gdzie, synu? – Charlie Luke patrzący z góry na chłopaka wydawał się olbrzymem.

Chłopiec schwycił inspektora za połę kurtki i pociągnął, oszołomiony swoją ważnością.

– O tam, tam, koło stajni. Chodźcie, będziecie pierwsi. Ma pan swój znaczek?

Chłopak   biegł   po   kamieniach   ciągnąc   Luke’a.   Na   niewielkim   dziedzińcu   wokół 

zniszczonych, stojących otworem drzwi zebrała się grupka ludzi. Poza tym było pusto. „Bowels i 

Syn” oraz ich czarni pomocnicy zniknęli.

Tłum   rozstąpił   się   przed   inspektorem,   który   zatrzymał   się   na   chwilę,   żeby   swego 

przewodnika   oddać   pod   opiekę   którejś   z   kobiet,   stojących   wśród   gapiów.   Kiedy   wraz   z 

Campionem weszli do kiepsko oświetlonej szopy, pomyśleli obaj, że jest pusta, ale z otworu w 

suficie, do którego przystawiona była drabina, dobiegało czyjeś łkanie.

Tłum za nimi milczał, jak to zawsze bywa w krytycznym momencie. Campion pierwszy 

wspiął się po drabinie. Kiedy pokonawszy zakurzone szczeble znalazł się na stryszku, ujrzał 

zupełnie   nieoczekiwaną   scenę.   Mętne,   deszczowe   londyńskie   światło   dnia,   przedostające   się 

przez osnute pajęczynami okienko umieszczone wysoko w bielonej ścianie, padało na beżowy 

pulower   leżącej   nieruchomo   postaci.   Tuż   obok   klęczała   na   powalanym   olejem   płaszczu 

nieprzemakalnym szczupła dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Była to rozpaczliwie łkająca 

panna White.

background image

11. To najwyższy czas

Czarna   smuga   zastygłej   krwi   wyglądała   ponuro   na   tle   jasnych   włosów,   a   nieco 

nabrzmiała, patetycznie młoda twarz była kredowo blada.

Campion położył rękę na drgających plecach Klytii.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział spokojnie. – A teraz powiedz, jak go znalazłaś?

Klęczący   z   drugiej   strony   nieruchomego   ciała,   inspektor   Luke   kiwnął   zachęcająco 

głową.

– Lekarz zaraz tu będzie Chłopak oberwał porządnie po głowie, ale jest młody i silny. 

Proszę mówić.

Nie   podniosła   głowy.   Jedwabiste   czarne   włosy  zwisały  po   obu  stronach   twarzy  jak 

firanki.

– Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział. – W głosie jej zabrzmiało cierpienie. – Nie 

chciałam,   żeby   ktokolwiek   wiedział,   ale   myślałam,   że   on   nie   żyje.   Myślałam,   że   nie   żyje. 

Musiałam kogoś wezwać. Myślałam, że on nie żyje.

W   swojej   rozpaczy   była   zupełnie   bezradna.   Cała   godność   najmłodszej   latorośli 

Palinode’ów   zatonęła   w   powodzi   łez.   Brzydki,   źle   dopasowany   płaszcz   podkreślał   jeszcze 

smutek skulonej postaci.

– Och, myślałam, że on nie żyję.

– Na szczęście żyje. – Inspektor prawie wymruczał te słowa. – Jak go znalazłaś? Czy 

wiedziałaś, że on tu jest?

– Nie. – Podniosła błyszczącą i zapłakaną jak u dziecka twarz na Campiona. – Nie. 

Wiedziałam   tylko,   że   pozwolono   mu   tutaj   trzymać   motor.   Załatwił   to   wczoraj.   Wczoraj 

wieczorem pożegnaliśmy się raczej późno, po dziesiątej. Pan widział mnie, jak wracałam. A dziś 

rano w biurze czekałam na jego telefon. – Mówiła z trudem, aż wreszcie zamilkła.

Łzy skapywały jej z nosa. Campion wyciągnął chustkę.

– Może posprzeczaliście się? – podsunął.

– Och nie! – Zaprzeczyła gwałtownie, jakby coś tak strasznego było nie do pomyślenia. 

– Nie. On zawsze do mnie dzwoni. Nawet urzędowo. Sprzedaje nam fotografie... to znaczy jego 

firma. Ale nie zadzwonił... dziś rano nie zadzwonił. Panna Ferraby – pracuje ze mną na dole – 

background image

mogła lada chwila wejść. Ja przyszłam pierwsza do biura i... i...

– I oczywiście zadzwoniłaś do niego. – Campion patrzył na nią przez okulary z wielką 

sympatią.

– Ale go nie było – ciągnęła. – Pan Cooling, który pracuje razem z nim, powiedział, że 

nie przyszedł i jeśli nie jest chory, to będzie bardzo źle.

Charlie Luke zamiast coś powiedzieć, zakrył oczy ręką. Campion nadal słuchał z miną 

świadczącą o żywym zainteresowaniu.

– Wobec tego zadzwoniłaś do niego do domu – podsunął łagodnie.

– Nie, on nie ma domu. Zadzwoniłam do jego gospodyni. Ona... ona... och nie mogę!

– „Nie, a właśnie, że nie poproszę, moja panno!” – głos inspektora Luke’a przybrał 

ostry, obraźliwy ton, jakby zniekształcony przez telefon. – „Nie! Ale jak już panienka tu dzwoni, 

to powiem, że powinna się panienka wstydzić. Tak późno włóczyć  się po nocy... marnować 

pieniądze... takie nic dobrego... A ja, biedna kobieta... sama muszę żyć... ani mi się śni uprawiać 

filantropię, chociaż są tacy, co się tego spodziewają...” Co zrobiło to stare babsko? Wyrzuciło 

go?

Po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy,  a w jej spojrzeniu malowało się takie 

zdumienie, że zapomniała na chwilę o swej tragedii.

– Skąd pan wie?

Inspektor   był   jeszcze   młodym   człowiekiem   i   przystojnym   na   swój   sposób.   W   tym 

momencie obydwie te cechy wyraźnie się uwydatniły.

– Już przedtem takie rzeczy się zdarzały na świecie – oświadczył z nieoczekiwaną jak na 

niego delikatnością. – No, dalej, kociaku, otwórz oczy. To duży wstrząs, ale kiedyś trzeba przez 

to przejść. Pani Lemon czekała na niego i wyrzuciła go na bruk wraz z zapasową koszulą i 

portretem matki, prawda?

Klytia pociągnęła nosem.

– I wtedy pomyślałaś sobie, że pewno jest przy motorze? Czy mam rację?

– Tylko to ma oprócz mnie.

Inspektor napotkał spojrzenie Campiona, po czym odwrócili wzrok.

– Nie jest pan jeszcze siwy – mruknął Campion.

background image

– Ale nie jestem już taki jak dawniej. – W głosie Luke’a zabrzmiało roztargnienie i 

pochylił się, żeby raz jeszcze spojrzeć – na ranę chłopca. – Ma gęste włosy – oświadczył. – To 

zapewne uratowało mu życie. Inna sprawa, że cios był bardzo fachowy. Paskudny. Ktoś to zrobił 

świadomie. – Znowu zwrócił się do Klytii. – Mówiłaś, że wyszłaś z biura i przybiegłaś tutaj, 

żeby go spotkać albo przynajmniej znaleźć ślady bytności? Czy drzwi były otwarte?

– Tak. Pan Bowels miał dzisiaj założyć kłódkę. Wynajęliśmy tę szopę wczoraj.

– Należy do Bowelsa, prawda?

– Należy do starego Bowelsa, ale wynajął nam ją jego syn, Rowley. Zdaje się, że jego 

ojciec nic o tym nie wiedział.

– Rozumiem – Wybiegłaś więc z biura i przyszłaś tutaj, żeby się rozejrzeć. Dlaczego 

weszłaś na stryszek?

Klytia chwilę się zastanawiała, jej wahanie było całkiem szczere.

– Ja nie miałam gdzie szukać – powiedziała wreszcie. – Jeśliby go tu nie było... to by 

znaczyło, że odszedł. Byłam przestraszona. Czy pan tego nie rozumie?

– O tak. – Campion był bardzo rzeczowy. – Oczywiście. Weszłaś tu, rozejrzałaś się i 

potem spostrzegłaś drabinę i... weszłaś po niej.

Klytia straciła teraz rumieńce, twarz jej była bardzo blada, skóra napięta.

– I wtedy go zobaczyłam – powiedziała powoli. – Pomyślałam, że nie żyje. – Odwróciła 

głowę, gdyż odgłosy kroków na dole świadczyły, że nadchodzą posiłki.

– Jeszcze jedno, inspektorze – powiedział niepewnie Campion. – Jak on się nazywa?

– Howard Edgar Wyndham Dunning. Tak się przynajmniej  nazywał, kiedy ostatnim 

razem sprawdzaliśmy jego prawo jazdy. – Luke z trudem panował nad irytacją.

– Ja go nazywam Mike – cicho powiedziała Klytia. 

Sierżant Dice pojawił się pierwszy na drabinie i obrócił się, żeby pomóc lekarzowi, 

który   najwyraźniej   miał   o   to   do   niego   pretensję.   Był   to   doktor   Smith,   Campion   nie   żywił 

wątpliwości co do tego. W rzeczywistości był zdumiony, kiedy uświadomił sobie, że się nigdy 

jeszcze nie spotkali i że rozpoznał Smitha tylko na podstawie opisu inspektora.

– Dzień dobry. Luke, co się tu dzieje? Znowu jakieś kłopoty? Ach, tak, o Boże! – Mówił 

cicho,   urywanymi   słowami.   Podszedł   do   nieprzytomnego   chłopca   z   taką   pewnością,   jak   się 

podchodzi   do   swojej   osobistej   własności.   –   Pański   człowiek   nie   mógł   znaleźć   chirurga 

policyjnego,   wobec   tego   sprowadził   mnie   –   ciągnął   klękając.   –   Odsuń   się   od   światła, 

background image

dziewczyno. Ach, to ty Klytio. Co ty tu robisz? Zresztą nieważne. W każdym razie odsuń się. No 

tak!

Zapanowała długo cisza i Campion, który stał blisko Klytii, czuł, że cała drży. Luke, 

zgarbiony, stał tuż za lekarzem z rękami w kieszeniach.

– Tak, no tak. Żyje, i to zakrawa na mały cud. Czaszkę musi mieć z żelaza. – Słowa 

wypowiadane powoli brzmiały rzeczowo. – To było brutalne, straszliwe uderzenie, inspektorze. 

Ktoś chciał go zabić. Jest bardzo młody. Zatelefonujcie do szpitala świętego Bedy. Powiedzcie 

im, że to pilne.

Kiedy sierżant Dice znowu zniknął w otworze, Luke dotknął pleców lekarza.

– Czym został ten cios zadany? Czy może pan określić?

–   Nie,   dopóki   nie   pokaże   mi   pan   przypuszczalnego   narzędzia.   Nie   jestem   wróżką. 

Trzeba go jak najszybciej położyć do łóżka. Ma bardzo niską temperaturę ciała. Czy ten brudny 

płaszcz nieprzemakalny to wszystko, czym można go przykryć.

Klytia bez słowa zdjęła z siebie swój za szeroki i za długi płaszcz i podała lekarzowi. 

Już wyciągnął rękę, żeby go wziąć od niej, potem zawahał się, spojrzał na jej twarz i postanowił 

nie protestować. Znowu zbadał puls chłopca i lekko pokiwał głową chowając zegarek.

– Kiedy to się stało, panie doktorze? – spytał Luke.

– Właśnie się zastanawiałam nad tym. Jest bardzo zimny.  Nie mogę jednak udzielić 

ścisłej odpowiedzi na to pytanie. Późno w nocy... albo wczesnym rankiem. A teraz powinniśmy 

się zbierać.

Campion wziął Klytię za łokieć.

– Teraz jest już pod dobrą opieką – powiedział. – Na twoim miejscu poszedłbym do 

domu po inny płaszcz.

–   Nie.   –   Jej   ramię   było   nieczułe   jak   kamień.   –   Nie,   pojadę   razem   z   nim.   –   Była 

całkowicie, niepokojąco opanowana. W jej nieugiętym uporze było coś z panny Evadne.

Doktor spojrzał na Campiona.

– Nic z tego – szepnął. – Lepiej z nią nie dyskutować. Może zaczekać w szpitalu. On 

jest poważnie chory.

– Panie doktorze? – Glos Klytii był rzeczowy.

– Słucham.

background image

– Mam nadzieję, że mogę polegać na panu, że nic nie powie pan ciotkom ani... wujowi 

Lawrence’owi?

– Oczywiście, możesz na mnie liczyć, drogie dziecko. Nie mam w zwyczaju biegać i 

roznosić plotek. Od dawna się znacie?

– Od siedmiu miesięcy.

Wstał sztywno z brudnych desek i zaczął otrzepywać Z kurzu spodnie.

– Skoczyłaś osiemnaście lat, prawda? – Jego niespokojne oczy szukały jej twarzy. – To 

najwyższy czas. Człowiek jest głupcem, jeśli zbyt długo zwleka. Dla twojej rodziny to będzie 

szok. Czy byłaś z nim razem, kiedy to się stało?

– Och nie. Znalazłam go niedawno. Nie mogę wprost sobie wyobrazić, kto... jak... to 

zrobił. Myślałam, że on nie żyje.

Popatrzył na nią uważnie, chcąc się przekonać, czy przypadkiem nie kłamie, a potem 

zwrócił się do Campiona.

– Nowa tajemnica?

– Na to wygląda! – powiedział ze sztuczną wesołością. – Chyba, że to ciąg dalszy tej 

samej sprawy.

– Dobry Boże! – Oczy doktora rozszerzyły  się, a  pochylone  plecy zgarbiły  jeszcze 

bardziej niż zwykle. – To okropne! Ileż kłopotu! I te podejrzenia, jakie rodzą się w umyśle...

Klytia krzyknęła głośno, protestując.

– Niech pan da spokój – głos jej się załamał. – Niech się pan tym nie przejmuje, niech 

pan się nie przejmuje rzeczami nieważnymi. Czy jemu się wkrótce polepszy?

– Moje dziecko – odparł łagodnie, przepraszająco. – Jestem tego pewien. Tak, jestem 

tego pewien. – Kończąc te słowa uniósł głowę i zaczął nasłuchiwać, w tej samej chwili rozległ 

się sygnał karetki pogotowia, górujący nad pomrukiem odległego ruchu ulicznego...

Inspektor Luke wyprostował się i zmarszczywszy czoło bawił się luźnymi monetami w 

kieszeni.

– Chciałbym z panem, porozmawiać, panie doktorze. – Dostałem wynik sekcji.

– Ach tak. – Stary człowiek zgarbił się jeszcze, bardziej, jak gdyby ktoś nałożył mu 

dodatkowy ciężar na plecy W tym momencie Campion szybko się pożegnał, wybiegł na Apron 

Street i labiryntem małych uliczek ruszył na północ.

background image

Zajęło   mu  trochę   czasu,  zanim   znalazł  Lansbury Terrace,   a  kiedy  się  tam   wreszcie 

znalazł, okazało się, że jest to dość szeroko ulica, niezbyt  daleko położona od kanału, gdzie 

oryginalne   domy   z   epoki   regencji   ustąpiły   mniejszym,   bardziej   nowoczesnym   rezydencjom 

pyszniącym się oknami w stylu Tudorów i ostro zakończonymi dachami,.

Numer   pięćdziesiąt   dziewięć   cechowała   ta   sama   anonimowość   co   resztę.   Czerwone 

drzwi były zamknięte, firanki starannie zapuszczone.

Campion wbiegł spiesznie na szerokie kamienne schody i nacisnął dzwonek. Ku jego 

wielkiej uldze drzwi otworzyły się i ujrzał przed sobą kobietę w średnim wieku. Spojrzał na nią z 

rozbrajającym zakłopotaniem.

– Obawiam się, że się spóźniłem – powiedział.

– Tak, proszę pana. Odjechali jakieś przeszło pół godziny temu.

Stał tak widomie szarpany rozterką. – Pokusa nie do odparcia dla każdej praktycznej 

kobiety, by podsunąć decyzję.

– Którędy? W tamtą stronę? – wskazał nieokreślonym gestem za siebie.

– Tak, proszę pana, ale to bardzo daleko. Najlepiej wziąć taksówkę.

– Tak, tak, oczywiście. Ale czy poznam kondukt? Chodzi mi o to, że na tych wielkich 

cmentarzach... odbywają się nieraz równolegle dwa, trzy pogrzeby... i można łatwo się pomylić. 

Okropna sytuacja natrafić na... niewłaściwe obrzędy. O Boże, ależ głupiec ze mnie! Już jestem 

spóźniony. Proszę mi powiedzieć, pojechali samochodami?

Tak znakomicie udawał wzburzenie, że wzruszyło to kobietę.

– Och, nie pomyli się pan z pewnością – powiedziała. – To był karawan konny. Bardzo 

piękny i staroświecki. Bardzo dużo kwiatów i ludzi. No, i zobaczy pan od razu pana Johna.

– Tak, tak, oczywiście – Campion spuścił wzrok. – Muszę się śpieszyć. Dużo kwiatów 

na czarnej trumnie, powiada pani.

– Ależ nie, proszę pana, trumna jest dębowa i raczej jasna. Oczywiście, że pan ją pozna, 

z całą pewnością.

Spojrzała   na   niego   trochę   podejrzliwie,   co   było   uzasadnione,   ale   on   uchylił   tylko 

nerwowo kapelusza i pobiegł w złym kierunku.

– Wezmę taksówkę! – krzyknął przez ramię. – Bardzo dziękuję, wezmę taksówkę!

background image

Wróciła do domu przekonana, że właściwie nie bardzo wiedział, na czyj pogrzeb się 

wybierał, a tymczasem Campion ruszył na poszukiwanie budki telefonicznej. Z każdym krokiem 

szedł lżej, plecy mu się prostowały, a jego jasne oczy były coraz bardziej roztargnione.

Czerwoną   oszkloną   budkę   znalazł   na   rogu   zakurzonej   ulicy   i   kilka   chwil   spędził 

przewracając kartki przymocowanej łańcuchem książki telefonicznej.

„Knapp Thos. Części radiowe” – znalazł wreszcie. Był to numer z dzielnicy Dulwich. 

Wykręcił go, niewiele mając nadziei, że to coś da.

– Halo – głos był ostry i podejrzliwy. 

Serce mu skoczyło.

– Thos?

– Ktoo tam?

Uśmiech Campiona był bardzo szeroki.

– Głos z przeszłości – powiedział. – A imię Bertie, tak dawniej nazywany,  o czym 

przypominam sobie z pewnym niesmakiem.

– Rany boskie!

– Przesadzasz!

– Powiedz coś więcej – głos podniósł się i zadrżał.

– Widzę, Thos, że na stare lata stajesz się ostrożny. Oczywiście zupełnie niezły pomysł, 

ale   jak   na   ciebie   dosyć   dziwny.   No,   siedemnaście   lat   temu...   albo   coś   koło   tego...   dobrze 

zapowiadający się młodzieniec z chronicznym katarem mieszkał ze swoją matką na Pedigree 

Place. Miał urocze hobby dotyczące telefonów, a nazywał się Thos T. Knapp, gdzie litera „T” o 

ile dobrze pamiętam miała oznaczać „trutnia”.

– O rany! – zahuczało w słuchawce. – Skąd mówisz? Do diabła. Byłem pewien, że nie 

żyjesz. Co u ciebie słychać?

– Nie mogę narzekać – powiedział Campion utrzymując się w tonie. – Co teraz robisz? 

Jak widzę, masz firmę.

– No, cóż – głos przycichł. – I tak, i nie. Wiesz, mama nie żyje.

– Nie wiedziałem o tym. – Campion złożył zdawkowe kondolencje, a pamięć podsunęła 

mu wyrazisty obraz dużej kościstej kobiety.

background image

– Daj spokój. – Knapp nie był  sentymentalny.  – Miała na szczęście rentę. A kiedy 

przyszedł czas, zgasła nagle, jak świeca, z butelką w ręku. Nie wpadłbyś tak na pogawędkę? A 

może masz jakie kłopoty z mojej branży?

– W tej chwili nie mogę, ale dziękuję serdecznie, będę o tym pamiętał. Jestem bardzo 

zajęty. Słuchaj. Thos, czyś ty kiedy słyszał o Apron Street?

Zapanowała   tak   długa   cisza,   że   zdążył   w   tym   czasie   wyobrazić   sobie   małą   twarz 

gryzonia i długi ruchliwy nos. Pewność, że pod nim znajdować się muszą teraz wąsiki, przejęła 

go zdumieniem.

– No i co? – mruknął, żeby coś powiedzieć.

–   Nic   –  głos   Knappa   nie   brzmiał   zbyt   przekonywająco,   z   czego   musiał   zdać   sobie 

sprawę, bo natychmiast dodał: – Wiesz, co ci powiem. Bert, stary chłopie, jak kolega koledze, 

trzymaj się z dala od tego, rozumiesz?

– Nie bardzo.

– Przynosi pecha.

– Co takiego, ta ulica?

– Nic o niej nie wiem, ale unikaj jej, tyle mi wiadomo.

Campion stał zmarszczony ze słuchawką w ręku.

– Nic nie rozumiem – powiedział wreszcie.

– Ja też. – Irytacja w cienkim głosie była szczera. – Niewiele wiem teraz. Wyszedłem z 

obiegu, to fakt. Mam kobietę. Ale od czasu do czasu coś usłyszę, a to jest najnowsza wiadomość. 

„Unikaj Apron Street”, tak mi poradzono.

– Dowiedziałbyś się czegoś więcej na ten temat.

– Postaram się – Thos powiedział to z nutą dawnego młodzieńczego entuzjazmu.

– Może ci wpaść za to pięć funciaków.

– Jeśli nie będę miał w związku z tym żadnych wydatków ekstra, zrobię to wyłącznie z 

miłości – odparł Thos wielkodusznie. – Bywaj stary. Ten sam adres, co zawsze?

background image

12. Wywar z maku

– Widziałem ją – powiedział stanowczo Lugg, – Widziałem na własne oczy.

–   Wzruszające   –   odparł   wesoło   Campion.   Właśnie   wszedł   do  pokoiku   pani   Chubb, 

górującego   nad   półokrągłym   barem   „Gospody   Pod   Płatnerzem”,   gdzie   wprawdzie   w   całej 

okazałości mógł ujrzeć swego zausznika i służącego, ale ani śladu inspektora. Dobre było i to 

Lugg   był   w   dobrym   humorze,   świadczyło   o   tym   wysunięcie   brody,   składającej   się   z   kilku 

warstw, i badawczy wyraz twarzy.

– Zaraz mi pan przyzna, że to śmieszna historia – powiedział. – To dziwny sklep i stary 

dziadyga za kontuarem też jest nie zwyczajny.

– O czym ty mówisz? – Campion usiadł naprzeciw niego przy stole.

– Oczywiście, zachowuje się pan jak urzędnik, który wcale nie słucha i dlatego zadaje 

głupie pytania. – Lugg mówił z pogardą. – Dużo zdaje się stracili na tej wyspie, którą miał pan 

zarządzać. „Uprzejmie proszę napisać to trzy razy, a potem podrzeć”, jak powiadają biurokraci. 

Widziałem Bellę Musgrave, to chciałem powiedzieć.

– Bellę Musgrave? – Campion powtórzył nazwisko bezmyślnie, ale kiedy przypomniał 

je sobie, otworzył szeroko oczy. – Ach tak... – rzekł. – Ta okropna mała salka sądu policyjnego... 

O Boże, tak, teraz ją sobie przypominam. Nieduża, zgrabna kobieta o twarzy dziecka.

– Teraz o twarzy dwojga dzieci – zauważył Lugg złośliwie. – Ale wolno jej. Ten sam 

czarny welon, ta sama uduchowiona twarz pod nim, te same łagodne, pełne zakłamania oczy. 

Czy pamięta pan, jaka była jej specjalność?

Jego pracodawca patrzył na niego uporczywie przez kila chwil.

– O ile sobie przypominam – powiedział wreszcie –Śmierć.

–   Zgadza   się.   Na   skalę   handlową.   –   Czarne   oczy   Lugga   stały   się   teraz   okrągłe   z 

przejęcia. – Ta kobieta chodziła po domach z tanimi bibliami. Czytała w gazetach nekrologi i 

potem  szła  prosto  do takiego   domu.   „Co takiego,  nie  żyje?”  –  świetnie   naśladował  kobiece 

zdumienie. – „Ooch, jak mi przykro. Dla mnie to również wielka strata. Zmarły zamówił u mnie 

biblię i zostawił mały zadatek. Trzeba tylko dopłacić piętnaście szylingów.” Zmartwiona rodzina 

chcąc się jej jak najszybciej pozbyć brała biblię wartą najwyżej dziesięć szylingów. Pamięta pan 

teraz, jeszcze. Niezły artykuł do handlowania.

background image

–   Tak,   przypominam   sobie.   Ale   było   coś   jeszcze.   Czyż   nie   odgrywała   roli 

niepocieszonej wdowy w tej aferze ubezpieczeniem? Miała jednotorowe zainteresowania.

– To ona. A  teraz, kiedy już ją pan umiejscowił, to może  się nią pan zainteresuje. 

Pojawiła się znowu i to na Apron Street. Właśnie ją widziałem. Spojrzała na mnie z godnością, 

ale nie poznała.

– Gdzie to było? – U tego bankrutującego aptekarza. Przecież mówiłem panu. – Był 

bliski rozpaczy. – Po moim fatalnym zatruciu wczoraj wieczorem poszedłem po jakiś środek na 

wzmocnienie, akurat rozmawiam z tym starym prykiem, kiedy wchodzi Bella. On spojrzał na nią, 

ona spojrzała na niego i weszła do pakamery.

– Co ty mówisz? To nadzwyczajne!

– No, przecież cały czas to panu mówię! – Tłusty mężczyzna z irytacją podskoczył na 

krześle. – A pan co, marzy o niebieskich migdałach? Bardzo mi przykro, szefie, ale nie mogłem 

się powstrzymać. Śmieszną historia, sam pan przyzna.

–   Nadzwyczajne.   Ale,   ale,   właśnie   rozmawiałem   z   twoim   starym   przyjacielem. 

Pamiętasz Thosa?

Na dużej białej twarzy rozlał się wyraz zdumienia.

– Rany koguta, zupełnie; jakby się zegar cofnął – powiedział wreszcie. – Jak się czuje 

ten stary drań? Jeszcze go nie powiesili?

– Wręcz przeciwnie, ożenił się i jest bardzo szanowany. Robi coś dla nas...

– Aha, współpracownik. W porządku – powiedział  wyniośle.  – Całkiem pożyteczny 

facet, jeśli się go trzyma na właściwym miejscu.

Campion spojrzał na niego z niesmakiem.

– Straszny jesteś, Lugg, jeśli się spojrzy na ciebie beznamiętnie.

Grubas udał obrażonego.

– Proszę mnie nie mieszać do spraw płci, to zbyt płaskie. Jestem już za stary na to. Ale 

co z tym aptekarzem? Oczywiście Bella może być jego ciotką. Jak tak pomyśleć, to całkiem 

prawdopodobne. Facet tego rodzaju może mieć takich krewnych. Ale z drugiej strony to bardzo 

zabawne. Chcę powiedzieć, że jeśli zarabia na śmierci, to i na Apron Street może jej coś wpaść.

– Jeśli chodzi o krewnych, to mamy przecież twego szwagra Jasa – zauważył okrutnie 

Campion. – Inspektor zapewne jeszcze jest u niego?

background image

– Pewno tak. Wyszedł do mnie, kiedy wpadłem do zakładu. Sklep z trumnami to nie 

bardzo przyjemna impreza. Poprosił bardzo grzecznie, żebym tutaj przyszedł i powiedział panu, 

że może się spóźnić. Miał taką minę, jakby był bardzo zajęty.

– A jak wyglądał twój szwagier?

Lugg pociągnął nosem.

– Jęków nie słyszałem – stwierdził. – Ten Charlie Luke to daleko zajdzie, nie?

– Tak? A dlaczego tak myślisz?

– On nie daruje tej Sprawie. – W czarnych oczach malował się wyraz sardonicznego 

rozbawienia.  – Nie dla niego pięciodniowy tydzień  pracy.  Wyczekując  na poniedziałek  rano 

dostałby apopleksji. Halo!

Lekkie, szybkie kroki dały się słyszeć na drewnianych schodach prowadzących z ulicy. 

Drzwi skrzypnęły i ukazał się inspektor Luke. Jego witalność od razu wypełniła mały pokoik.

– Bardzo mi przykro, proszę pana, ale nie mogłem się pozbyć tego starego nudziarza – 

powiedział z uśmiechem do Campiona. – On i jego syn przypominają mi parę prowincjonalnych 

komików. Gdyby nie to, że musimy się naradzić, przyprowadziłbym ich tutaj i kazał im to, dla 

naszej   rozrywki,   wszystko   jeszcze   raz   powtórzyć.   Tak   mówiąc   między   nami,   mogliby   z 

powodzeniem wystąpić na następnym  koncercie  policyjnym.  „Ta szopa została wynajęta  bez 

mojej   wiedzy”,   oświadczył   Jas.   „Synu,   wytłumacz   się!”   –   Swoim   zwyczajem   Charlie   Luke 

wcielił się w postać, o której mówił. – „To ja to zrobiłem, ojcze, i wiem, że zrobiłem źle, proszę, 

wybacz mi” – ciągnął przedstawiając plastycznie Rowleya Bowelsa. – „Zrobiłem to z litości, tak 

jak mnie zawsze, ojcze, uczyłeś. Ten chłopak prosił i błagał...” I tak dalej, i tak dalej...

Rozsiadł się przy stole i zadzwonił na panią Chubb.

– Cały dzień mógłbym tego słuchać – odezwał się znów poważnie. – Jas jest wściekły. 

Jest wściekły nie tylko na Rowleya, pieni się na kogoś jeszcze. Może na tego młodego Dunninga, 

ale chyba nie.

– Sądzi pan, że któryś z nich jest właścicielem narzędzia, którym został zadany, cios?

– Możliwe. – Zmarszczył brwi. – Bardzo bym chciał wiedzieć, jaki ten ktoś miał w tym 

cel. Oczywiście powierzyłem tę sprawę jednemu z moich ludzi. Porządny, młody chłopak, ale 

jeszcze zielony. Inna sprawa, że najlepszy, jakiego na razie mam. Jest nas za mało. Mamy huk 

roboty w związku z tą hecą z Greek Street i prawie wszystkich tam ściągnięto.

Lugg spojrzał na koniuszek własnego nosa.

background image

– Strasznie dużo hałasu narobiono z tym włamaniem do jubilera, strzelaniem do gliny i 

do przechodnia – powiedział z przekonaniem. – I tak zwiali.

– Mamy za mało ludzi i nic na to nie poradzimy. Na razie zajmujemy się starym Jasem. 

Inna sprawa, że nie widzę w nim potencjalnego truciciela, a pan, panie Campion?

Campion nie zdążył wyrazić swego zdania, gdyż akurat weszła właścicielka z tacą piwa 

i   kanapek.   Wstał   i   leniwie   podszedł   do   okienka   wychodzącego   na   bar.   Przez   kilka   chwil 

przypatrywał się falującemu na dole tłumowi. Ale nagle zrobił się czujny, pochylił się, a jego 

oczy za szkłami błysnęły zaciekawieniem.

– Niech no pan tylko spojrzy – powiedział do inspektora.

Do   sali   wkroczyło   właśnie   dwóch   mężczyzn   i   torowało   sobie   drogę   do   kontuaru. 

Najwidoczniej byli razem i sprawiali wrażenie zaprzyjaźnionych. Jednym z nich bez wątpienia 

był Congreve, urzędnik banku, a drugim, w wytwornym, choć o nadmiernie wydłużonej talii, 

płaszczu, Clarrie Grace. Rozmawiali z zażyłością starych przyjaciół.

– Już ich przedtem razem widziałem – stwierdził Luke z namysłem. – To trwa mniej 

więcej   od   tygodnia.   Być   może   zwykła   znajomość   z   baru,   ale   teraz   patrzę   na   to,   żeby   tak 

powiedzieć, pańskimi oczami. – Z dłoni zrobił sobie okulary. – Całkiem nieoczekiwane, prawda? 

Nigdy dotąd z tym  jegomościem nie rozmawiałem.  Tak, robią wrażenie przyjaciół  od serca. 

Muszę się tym zająć.

–   Macie   tutaj   bardzo   ciekawe   sąsiedztwo   –   wtrącił   się   Lugg   mówiąc   bez   swego 

zwykłego londyńskiego akcentu. – Weźmy na przykład taką ciotkę aptekarza.

Inspektor   Luke   zareagował,   jak   się   tego   po   nim   spodziewano.   –   Gwałtownie   się 

odwrócił.

– Co, Tata Wilde ma nową kobietę?

– Co do jej płci nie mam żadnych wątpliwości. – Lugg najwidoczniej nie chciał udzielić 

dalszych informacji. – Czy często przyjmuje kobiety?

– Od czasu do czasu. – Luke uśmiechnął się. – Nieraz sobie żartujemy z tego. Czasem, 

bardzo rzadko, przychodzi do niego kobieta na noc. Za każdym razem inna i zawsze robiąca 

bardzo przyzwoite wrażenie. Ale, ale, czy pan go widział, panie Campion?

– Nie. Czyli wszystko przede mną. Wracając do aptekarza: może takie ma usposobienie.

background image

– To jest jedyna rzecz, co do której nie ma ustalonych reguł. – Inspektor powiedział to 

tonem światowca, jednak z odcieniem melancholii.  – Jest po prostu poczciwcem,  który lubi 

kobiety w stylu pogrzebowym i lubi je najwyżej przez dziesięć minut. To śmieszne, ale w tym 

względzie   ludzie   bywają   dziwni.   Między   Bogiem   a   prawdą   to   on   sam   jest   dziwakiem 

rozbrajającym.

–   Przepraszam   –   Lugg   aż   wstał   z   krzesła,   tak   go   to   zainteresowało.   –   Czy   pan 

powiedział „pogrzebowy”?

– Tak. – Charlie Luke najwidoczniej był zdumiony jego staranną wymową spółgłosek i 

samogłosek. – Przynajmniej zawsze ubrane są na czarno i zawsze wyglądają płaczliwie, jeśli 

panowie rozumiecie, co mam na myśli. Tej akurat nie widziałem.

– A ja tak, nazywa się Bella Musgrave. Inspektorowi najwidoczniej nic to nie mówiło. 

Uśmieszek zadowolenia rozjaśnił szeroką jak księżyc w pełni twarz Lugga.

– Oczywiście pan jest za młody – mruknął z satysfakcją. – A więc ja i tu obecny mój 

szef...

– Który jest o dwadzieścia lat młodszy – przerwał mu brutalnie Campion – zamierzają 

panu   powiedzieć,   że   za   ich   przyczyną   ta   oszustka   małego   kalibru   gdzieś   w   roku   Wielkiej 

Wystawy skazana została na osiemnaście miesięcy.  A teraz niech mi pan powie, jak przyjął 

doktor wynik badań laboratoryjnych?

– Och, z rezygnacją. – Głos inspektora zdradzał sympatię. – Pocieszyłem go, że to nie 

była jego wina. Powiedział mi ciekawą rzecz. Zna pan młodszą pannę Palinode, Jessikę, tę starą 

kobietę z parku? On twierdzi, że daje temu staremu mleczarzowi codziennie filiżankę wywaru z 

maku. Jest on pacjentem doktora i choruje na wątrobę. Doktor powiada, że któregoś dnia zastał 

go całkiem nieźle oszołomionego, a ten mu się przyznał, że na bóle pił tylko płyn, który mu dała 

– zresztą one zaraz potem ustąpiły.

Doktor powiada, że jeśli zebrała właściwe makówki w odpowiedniej porze roku, to stary 

po takiej porcji czystego opium mógłby się błyskawicznie przejechać na tamten świat. – Zawahał 

się wyraźnie zmartwiony. – To są wystarczające podejrzenia, żeby ją zatrzymać, ale jakoś nie 

mani na to wielkiej ochoty. Takie to wszystko zwariowane.

– Wiele myślałem o niej. – Brzmiało to tak, jakby Campion się do czego przyznawał. – 

Nie sądzę jednak, żeby potrafiła zrobić hioscyjaminę z lulka zebranego w parku.

background image

– Ja też tak nie sądzę – zgodził się Luke. – Oczywiście będę musiał tę sprawę zbadać, 

ale   nie   wydaje   mi   się   to   prawdopodobne.   Widok   tej   dziwnej   kobiety   nasuwa   mi   myśl   o 

wróżkach; nie wiem dlaczego, ona... – Urwał i stał nasłuchując, a oni idąc za jego wzrokiem 

spojrzeli w stronę drzwi, które bardzo powoli zaczęły się otwierać.

Panna Jessica Palinode w swoim spacerowym stroju była we wszelkich okolicznościach 

zjawiskiem niezwykłym, ale jej wejście akurat w tym momencie było wprost szokujące. Kiedy 

spostrzegła Campiona siedzącego po drugiej stronie stołu, jej drobną spiczastą twarz rozjaśnił 

nieśmiały uśmiech.

– A więc pan tu jest – powiedziała. – Chciałam się z panem zobaczyć przed pójściem na 

przechadzkę, na którą właśnie jest pora. Chodźmy.

Inspektor Charlie Luke patrzył na nią z jawnym niedowierzaniem.

– Skąd się pani tu wzięła? – spytał wprost.

Po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy.

– Och, widzi pan, ja obserwuję – odparła. – Nie było was na dole, więc pomyślałam, że 

musicie tutaj być. No i znalazłam was. – Znowu zwróciła się do Campiona: – Czy jest pan 

gotów?

– Oczywiście – powiedział podchodząc do niej. – Dokąd się udamy?  – Był o wiele 

wyższy od niej, co uwydatniało jej szczupłość i dziwaczność. Woal założony był nieco staranniej 

niż zwykle i przypięty z przodu, żeby ukryć tekturę. Ale liczne spódnice nakładające się na siebie 

nierównymi warstwami odsłaniały zniszczone buciki i pofałdowane pończochy. Miała ze sobą 

woreczek, zrobiony z kawałka nieprzemakalnego płaszcza, zszytego niezdarnie przez kogoś, kto 

nie miał zielonego pojęcia o szyciu. Przechowywała w nim chyba zarówno papiery, jak i odpadki 

kuchenne, gdyż i to, i to wyzierało spomiędzy niestarannych szwów.

Bez słowa podała go Campionowi gestem pełnym ufności.

– Pójdziemy do naszego adwokata, oczywiście – wyjaśniła. – Nie zapomniał pan, mam 

nadzieję, że zgodziłam się z panem, iż należy pomóc policji.

Campion przypomniał sobie, iż rzeczywiście coś takiego powiedziała wtedy, w nocy, 

zanim wyszedł z jej kuchni.

– I zdecydowała się pani na to? – powiedział. – Pani pomoc będzie dla nas bardzo 

cenna.

background image

–   Och,   przecież   ja   zawsze   byłam   na   to   zdecydowana.   Uzgodniliśmy   z   Evadne   i 

Lawrence’em, że osobą, która może udzielić panu wszelkich potrzebnych informacji jest nasz 

adwokat, pan Drudge.

Campion   stwierdził,   że   firma   ta   nie   jest   mu   nieznana.   Twarz   inspektora   wyrażała 

zarówno szacunek, jak i ulgę.

Campion wziął do potrzymania jej woreczek.

– Wspaniale. – powiedział. – Wobec tego, idziemy. Może najpierw zjedlibyśmy lunch?

– Nie, dziękuję panu, już jadłam. Wolałabym złożyć tę wizytę przed przechadzką po 

parku...

– Gdzie mieści się ta kancelaria adwokacka? – spytał. – Czy mam wziąć taksówkę?

–   O   nie,   to   zaraz   za   rogiem,   na   Barrow   Road.   Mój   ojciec   lubił   zatrudniać   ludzi 

miejscowych. „Może nie są najlepsi”, mawiał, „ale są nasi”.

background image

13. Prawny punkt widzenia

Powitał   ich   starszy   urzędnik,   okazując   mrukliwy   szacunek   dla   panny   Palinode   ze 

względu na pamięć jej ojca.

Kiedy szli za nim przez długi pokój biurowy, w którym urzędował teraz tylko on z 

dwoma dziewczętami, Campion wyobraził sobie, że powita go czcigodny patriarcha. Dlatego 

kiedy nareszcie znaleźli się przed obliczem pana Drudge’a, zdumiał się wielce. Ów zerwał się 

zza biurka bynajmniej nie antycznego, lecz raczej komicznie nowoczesnego. Na pierwszy rzut 

oka sprawiał wrażenie, że nie ma nawet trzydziestu lat. Nosił wesołą marynarkę z wielbłądziej 

wełny   i   oryginalne   zamszowe   buty.   Na   jego   młodzieńczej   otwartej   twarzy   malowała   się 

szczerość, co podkreślały absurdalnie wielkie, podobne do dużej szczotki wąsy.

– Witam, panno Palinode, miło mi, że pani do nas wdepnęła. O ile mi wiadomo, w domu 

ma pani nielichą rozróbkę. Proszę usiąść. Pana chyba nie mam przyjemności znać. – Głos jego 

brzmiał wesoło. – Tutaj nic się nie dzieje. Cholernie spokojnie. Czym mogę służyć?

Panna   Jessica   dokonała   prezentacji   obu   panów.   Campiona   zdumiało,   że   doskonale 

wiedziała,   kim   jest   i   jaki   ma   związek   z   całą   sprawą.   Dokładność   i   precyzja   jej   informacji 

świadczyły, że czerpała je z dobrych źródeł. Patrzyła przy tym uważnie na niego, a wygięcie 

warg świadczyło wyraźnie, że jest rozbawiona.

– Pan mecenas Drudge jest oczywiście wnukiem mecenasa Drudge’a, który prowadził 

sprawy   mego   ojca   –   wyjaśniła.   –   Ojciec   zmarł   pod   koniec   wojny   i   ten   oto   młodzieniec 

odziedziczył   praktykę.   Może   zaciekawi   pana   fakt,   że   był   wybitnym   lotnikiem,   ma   Lotniczy 

Krzyż z Okuciem, jak również odpowiednie kwalifikacje zawodowe.

– Och, niech pani da spokój – zaprotestował gwałtownie młody człowiek.

– A na imię ma Oliver – ciągnęła panna Jessica, jak gdyby nie usłyszała protestu. – 

Zwany potocznie Knotem – dodała pognębiając go ostatecznie.

Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z zakłopotaniem, a ona pokazała w uśmiechu drobne 

zęby.

– To takie przezwisko z okresu służby. – powiedziała. – A teraz, panie mecenasie, może 

przeczyta pan te oto listy, jeden jest od Evadne, drugi od Lawrence’a. A potem będzie pan mógł 

udzielić panu Campionowi wszelkich informacji, jakie będą mu potrzebne. – Dała mu do ręki 

background image

obie kartki. Napisane były na tak mikroskopijnych świstkach, że pan Drudge nie mógł sobie z 

nimi poradzić.

– To mi wystarczy – oświadczył wreszcie patrząc na nią swymi dziecinnymi szarymi 

oczami.  – Upoważnia  mnie  to, że tak  powiem,  do obnażenia  mojej  duszy.  Inna Sprawa, że 

właściwie nie ma nic do ukrywania.

– Istotnie. – Panna Jessica stwierdziła to z dużą satysfakcją. – Rozmawiałam z bratem i 

siostrą i zdecydowaliśmy zawierzyć całkowicie panu Campionowi.

– Nie wiem, czy to mądre, gdyż biedaczysko musi być również lojalny wobec policji. – 

Uśmiechnął się rozbrajająco do Campiona. – W każdym razie niewiele jest do ujawnienia.

–   Oczywiście,   że   nie,   ale   zapewne   pan   Campion   będzie   chciał   dowiedzieć   się 

wszystkiego. – Panna Jessica wygładziła swoją muślinową spódnicę. – Otóż, proszę – rzekła 

zwracając się do Campiona – my nie jesteśmy tacy znowuż wariaci. Jesteśmy egocentryczni i 

żyjemy na marginesie świata...

– Nadzwyczaj roztropnie, jeśli to państwu naprawdę się udaje – przerwał jej doradca 

prawny z widoczną zazdrością.

–   Owszem.   Ale   jak   już   powiedziałam,   nie   jesteśmy   tak   całkowicie   niepraktyczni. 

Dopóki śmierć mojej siostry Ruth była tylko tematem wulgarnych podejrzeń, uważaliśmy, że 

najlepiej będzie je zignorować. Byłby pan zdumiony, gdyby pan wiedział, ile można oszczędzić 

sobie kłopotów dzięki polityce uprzejmego desinteressement. Jednak teraz, ponieważ doszliśmy 

do   wniosku,   że   ta   cała   sprawa   jest   o   wiele   bardziej   poważna,   niż   przypuszczaliśmy, 

postanowiliśmy bronić się, jak tylko można najbardziej skutecznie, przed ewentualną pomyłką 

policji, a w takiej sytuacji najlepszą rzeczą będzie jak najdalej idące pójście im na rękę, zresztą 

zgodnie z radą pana Campiona. – Wygłosiła to krótkie przemówienie z godnością, a „Knot”, 

czyli   mecenas   Drudge,   popatrzywszy   na   nią   z   rosnącym   zdumieniem   i   zainteresowaniem, 

westchnął z ulgą..

– Popieram to stanowisko – powiedział poważnie. – Popieram całkowicie. Proszę, niech 

pan zaczyna. 

Campion usiadł.

– Nie zamierzam wtrącać się w żadne sprawy, jeśli to nie jest konieczne – zaczął, ale 

panna Palinode zaraz  mu przerwała;

background image

– Oczywiście, że nie będzie się pan wtrącać. Ale z pewnością chciałby pan wiedzieć, 

czy mogą być brane pod uwagę pobudki materialne. Może pan przeczytać testament mojej siostry 

Ruth, który znajduje się w Somerset House, nie będzie pan jednak znał postanowień moich, 

Lawrence’a czy Evadne, nieprawdaż?

– Och, niech pani da spokój – wtrącił się Drudge. – Moim skromnym  zdaniem nie 

powinna pani posuwać się aż tak daleko.

– Nie zgadzam się z panem. Jeśli nie wyjaśnimy wszystkich szczegółów, policja może 

wyciągnąć zupełnie fałszywe wnioski. Sądzę, że powinniśmy zacząć od Edwarda.

– Tak, od niego trzeba zacząć – ustąpił Drudge głaszcząc wąsy, jakby chciał je uspokoić. 

– Proszę chwilę zaczekać, przyniosę potrzebne szpargały.

Wyszedł, a panna Jessica pochyliła się konfidencjonalnie do Campiona:

– Jestem przekonana, że poszedł poradzić się swego wspólnika.

– A więc jest i wspólnik – w głosie Campiona zabrzmiała ulga.

– Tak, niejaki pan Wheeler. Wprawdzie obawiam się, że jak dotychczas, pan Drudge nie 

ma wielu klientów, ale jest wybitnie inteligentny. Niech pan nie da się wprowadzić w błąd jego 

słownictwem. Ostatecznie nie jest dziwaczniejszy niż słownictwo, jakim się posługują zwykle 

prawnicy.

– Chyba nie – roześmiał się. – Mam wrażenie, że pani się tym świetnie bawi.

– Staram się po prostu być rozsądna. A teraz co do Edwarda. Prawdę mówiąc on był 

hazardzistą. Miał swoją wizję, odwagę, ale nie miał rozeznania.

– Niezbyt fortunna kombinacja.

– I ja tak uważam, ale – dodała z nieoczekiwanym błyskiem w bystrych oczach – nie ma 

pan pojęcia, jak było to pasjonujące. Jednego dnia nasze akcje były warte setki tysięcy. Wobec 

tego Lawrence zamierzał założyć wielką bibliotekę. A następnego dnia, kiedy już zżyliśmy się z 

tą myślą, byliśmy prawie bez grosza. Stary pan Drudge strasznie się o to gniewał. Być może to 

ustawiczne napięcie, w jakim żył, przyprawiło go o chorobę, która go zabiła. Ale Edward był 

wspaniały. Zaufał akcjom „Dengies”, a poza tym zawsze liczył na „Filippino Fashions”.

– Dobry Boże! – krzyknął Campion prawie z lękiem. – Może zajmował się również 

akcjami „Bulimias”?

background image

–   Tak,   tę   nazwę   sobie   teraz   przypominam   –   przyznała.   –  Poza   tym   kupował   akcje 

„Sports” i „Gold Gold Gold United”; nieprawdaż jaka to interesująca nazwa? Były też akcje 

„Brownie Mine Company”. Co się stało? Dlaczego pan tak zbladł?

– To taka chwilowa słabość – odparł Campion opanowując się z trudem.– Wydaje mi 

się,   że   pani   brat   miał   wielki   talent.   Swoje   wiadomości   zapewne   czerpał   z   prospektów 

reklamowych?

–   Och,   nie.   Był   znakomicie   poinformowany.   Pracował   bardzo   ciężko.   Ale   niestety 

wybierał niewłaściwe akcje. Evadne i Lawrence stracili do niego zaufanie i zachowali każde po 

siedem   tysięcy   funtów.   Ja   wytrzymałam   dłużej.   Kiedy   Edward   umarł,   miał   gotówką 

siedemdziesiąt pięć funtów i sto tysięcy funtów w najprzeróżniejszych akcjach.

– Wartości nominalnej?

– Tak.

– Gdzie one są?

– Och, zostawił je różnym ludziom. Żadnych z tych akcji nie można obecnie sprzedać.

Campion patrzył na nią uważnie przez długą chwilę.

– No tak, ładna historia – odezwał się wreszcie. – Czy wierzył w te przedsiębiorstwa? 

Czy miał nadzieję, że zaczną dawać zyski?.

– Nie wiem – odparła cicho. – Nieraz zastanawiałam się czy wie, że ich akcje są bez 

wartości, czy też nadal uważa je za żywą gotówkę. On, widzi pan, przywykł do bogactwa. To 

bardzo wiele znaczy przyzwyczaić się do czegoś. Sądzę, że umarł we właściwym momencie. – 

Znowu   zapadła   cisza,   zanim   nagle   powiedziała:   –   Ludziom   nie   zorientowanym   mogło   się 

wydawać,   że   Edward   umarł   jako   człowiek   bardzo   zamożny.   Wszystkie   nasze   testamenty 

świadczą   o   tym,   że   mamy   pieniądze.   Dlatego   chciałam,   żeby   pan   tu   ze   mną   przyszedł   i 

dowiedział się, jak jest naprawdę.

– Tak, rozumiem – powiedział. – Robiliście wszyscy państwo prezenty z tysięcy akcji 

„Gold Gold Gold United” starym przyjaciołom, prawda?

– Chcieliśmy dowieść, że o bliskich nam ludzi w miarę możliwości zawsze dbamy – 

powiedziała sucho.

– O Boże. A czy istnieje jakaś nadzieja, że któreś z tych akcji znowu odzyskają wartość?

Panna Jessica spojrzała na niego urażona nieco.

background image

– Nie wszystkie towarzystwa zostały zlikwidowane – powiedziała. – Pan Drudge pilnuje 

ich w naszym imieniu i twierdzi, że Edward był bardzo dokładny.

Campion   uważał   za   najrozsądniejsze   nie   komentować   tego.   Edward   Palinode   był 

najwidoczniej geniuszem w sprawach finansowych, ale w negatywnym sensie.

Zegar ścienny wybił pół godziny i panna Jessica wstała.

– Nie chcę zrezygnować ze spaceru – oświadczyła  stanowczo. – Lubię po południu 

siadywać na mojej ławce. Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, zostawię pana samego, z tymi 

papierzyskami.

Przeszedł   przez   pokój,   żeby   jej   otworzyć   drzwi,   a   kiedy   podał   jej   woreczek,   garść 

zeschłych liści sterczących z niego coś mu przypomniała.

– Proszę pani – powiedział cicho – niech pani nie leczy miejscowych. Żadnych więcej 

naparów z maku.

Nie spojrzała na niego, ale ręka, w której trzymała woreczek, wyraźnie drżała.

– Zastanawiałam się nad tym... – zaczęła. – Jednak nie złamałam mojej żelaznej zasady. 

Najpierw sama wszystkiego próbuję. – Teraz spojrzała mu w oczy poważnie i prosząco. – Nie 

sądzi pan chyba, że go zabiłam, nawet przez pomyłkę?

– Nie – powiedział stanowczo. – W to nie wierzę.

– Ja też nie – odparła, a w głosie jej brzmiała nieoczekiwana ulga. – W kilka chwil 

później wrócił pan Drudge z teczką. Coś tam wesoło nucił pod nosem, z czego najwidoczniej nie 

zdawał sobie sprawy.

– Proszę, przyniosłem, co trzeba. – Och, nasza dama spłynęła. Nie najgorszy pomysł. 

Będziemy mieli trochę luzu. Pogadałem ze starym Skipem. Powiada do mnie: „A to ci heca, 

nareszcie puścili farbę”. Oto najważniejsze papiery. Panna Evadne i pan Lawrence mają oboje 

dochodu   rocznie   dwieście   dziesięć   funtów   z   akcji   państwowych.   Biedna   Jessica   została   tak 

oskubana, że ma tylko czterdzieści osiem funtów rocznie, czterdzieści osiem w tych samych 

akcjach,   nie   można   powiedzieć,   żeby   to   było   dużo.   Kiedy   panna   Ruth   umarła,   jej   aktywa 

wynosiły siedemnaście szylingów i dziewięć pensów plus biblia i naszyjnik z granatów, który 

zastawiliśmy, żeby zapłacić za pogrzeb. A więc pieniądze nie wchodzą w rachubę jako motyw. A 

tego właśnie chciał się pan dowiedzieć, prawda?

– Między innymi. Reszta akcji jest praktycznie biorąc bezwartościowa?

background image

– Całkowicie uziemiona. Wiesz, stary... Och przepraszam, wydaje mi się, że znam pana 

już od wieków... funta kłaków nie warta. – W tym nowym przypływie energii pan Drudge zaczął 

się trochę jąkać. – Och... ppproszę nie myśleć, że myśmy o tym nie ppppomyśleli. Skip pppilnuje 

tego,   jeszcze   jak.   Nawet   i   mnie   to   wpppadło   do   głowy.   Przeglądaliśmy   spis   akcji   sokolim 

wzrokiem,   sokolim   dosłownie.   To   zdumiewające.   Edward   nigdy   nie   kupił   jakiejś   akcji   o 

przeciętnej, normalnej nazwie. Nic dziwnego, że mojego staruszka wreszcie szlag trafił.

– Jak do tego mogło dojść?

– Nigdy nie rozumował logicznie. Był uparty i nikt nie potrafił go powstrzymać. Stale 

podskakiwał. Nie potrafił się niczego nauczyć.

– Czy mam rozumieć, że wszystkie tę bezwartościowe akcje rozdzielone zostały wśród 

rodziny.

– Niestety nie. Rozrzucone  po świecie. – Okrągłe oczy pana Drudge’a były bardzo 

poważne. – Niech pan tylko pomyśli. Mój stary, który prowadził sprawy rodziny od potopu, 

wykorkował tuż przed Edwardem Palinode.

Campion skinął głową, choć tylko częściowo rozumiał, co tamten miał na myśli.

– Niech pan się zastanowi – ciągnął Knot. – Mój wspólnik, Skip, nic nie wiedział o 

testamencie Edwarda, dopóki nie pojawiły się te harpie z urzędu skarbowego. Prędko im wybił z 

głowy wszelkie podatki, a podczas tego miał Palinode’ów powyżej  dziurek od nosa. W tym 

momencie ja przyżeglowałem, więc przekazał mi cały ten pasztet. Nałamałem sobie strasznie 

głowę,   ale   wreszcie   zrobiłem   jedno,   wytłumaczyłem   mianowicie   pannie   Ruth,   która   była 

zupełnie fajną babką, że lepiej przysłuży się swojej kochanej rodzince, jeśli każdemu zostawi po 

piątaku, zamiast po dziesięć tysięcy w akcjach. „Bulimias” czy „Filippino Fashions” i ona jak 

grzeczna   uczennica   na   nowo   napisała   testament.   Jednak   zanim   umarła,   wkrótce   potem,   ta 

niemądra kobieta zdążyła już wydać i te piątaki.

– Ach, tak. – Campion zaczął odczuwać duże współczucie dla młodego człowieka. – 

Czy mógłby mi pan dać spis osób, które miały dostać akcje, a potem dostały gotówkę albo jej nie 

dostały?

– Oczywiście. Mam tę listę tutaj. Sami żeśmy ją przeglądali. Niech pan ją weźmie ze 

sobą i wykorzysta, jak chce. Największy kłopot z panną Ruth był taki, że kochała wszystkich. 

Wszystkich wymieniła w swoim testamencie: i poczciwego kupca kolonialnego, i aptekarza, i 

dyrektora   banku,   i   doktora,   właścicielkę   domu,   syna   przedsiębiorcy   pogrzebowego   –   nawet 

background image

własnego brata i siostry. Cała rodzina jest zupełnie, ale to zupełnie zbzikowana.

Campion wziął teczkę z kopiami i zawahał się.

– Panna Jessica mówiła coś przed chwilą o „Brownie Mine Company” – zaryzykował.– 

Czy jakieś kilka miesięcy temu nie mówiło się o wznowieniu działalności tego towarzystwa?

– O rany! – W głosie pana Drudge’a brzmiało wyraźne uznanie. – Ależ wy z policji 

znacie się na robocie. Owszem było tak, wkrótce po jej śmierci. Miała dość duży pakiet i ja 

uważałem, że jestem Knot z imienia i Knot z natury, ponieważ przekonałem ją, że cały ten pakiet 

wart tyle co papier, toaletowy. Tyle razy to powtarzałem, że wreszcie postanowiła zostawić te 

akcje jednemu z lokatorów, facetowi, który zabrał jej pokój. Tutaj zapisane mam jego nazwisko. 

Beaton, chyba.

– Seton.

– Racja. Zrobiła to, żeby mu dokuczyć. Dowiedziałem się o tym, kiedy zaczęły na ten 

temat krążyć plotki, ale jak pan widzi, i tak nici z tego.

– Dosyć okrutny żart z jej strony – powiedział cicho Campion.

– Pewno, że tak. – Szare oczy zabłysły, – Mówiłem jej. Wszystkim im mówiłem, ale nie 

chcieli słuchać. Coś panu powiem o Palinode’ach. Znam ten gatunek ludzi. Spotykałem podczas 

wojny. Nad wszystkim rozmyślają, nad własnymi uczuciami też rozmyślają. Wiedzą, co by czuli, 

gdyby ktoś im zrobił kawał, ale nie potrafią sobie wyobrazić, co czuje ktoś inny, no, bo nie 

potrafią. Rozumie pan?

– Tak, chyba tak. – Campion patrzył na niego zamyślony. – Co pan i pański wspólnik 

wiecie na temat tej historii z „Brownie Mine”? Czyście się panowie nad tym zastanawiali?

– Zrobiliśmy, co było można. – Był bardzo uroczysty. – Tak, byliśmy cholernie czujni. 

Nawet myśleliśmy sobie, że ten lokator mógł wobec perspektywy fortuny wykończyć starą, ale 

potem daliśmy spokój. Ten facet musiałby dowiedzieć się o zapisie, a nie było na to żadnych 

dowodów. To jedno. A ta wiadomość o akcjach „Brownie” nie była poważna. Wreszcie Skip 

doszedł   do   wniosku,   że   taki   facet   raczej   walnąłby   kogoś   butelką   w   łeb,   a   nie   bawił   się   w 

przygotowywanie jakichś trujących płynów. A pan jakiego jest zdania?

Campion przez chwilę zastanawiał się nad kapitanem Setonem, ale im dłużej myślał, 

tym mniej mu się to wszystko podobało.

–  Sam  nie  wiem  – powiedział  powoli.  –  Odpowiem  panu,  jak sobie  przeczytam  to 

wszystko, co mi pan dał.

background image

–   Bardzo   zabawna   lektura.   Proszę   do   nas   wpaść.  Wiemy,   że   nasi   klienci   są  trochę 

postrzeleni, ale przecież to nie mordercy – Poza tym mamy bardzo mętne pojęcie o tych jatkach. 

Gdyby ktoś ich wykończył, to my na tym stracimy.

Nadal paplał gładko, odprowadzając gościa przez biuro do schodów. Campion milczał 

zamyślony.

– Czy w swoich księgach nie spotkał pan nazwiska Dunning? Chodzi mi o młodego 

człowieka – powiedział tuż przed pożegnaniem.

– Obawiam się, że nie. Dlaczego pan pyta?

– Bez żadnej przyczyny, dlatego tylko, że właśnie został uderzony butelką w głowę czy 

czymś w tym rodzaju.

– O Boże! Dalszy ciąg tej samej historii?

– Chyba tak.

Pan Drudge znowu zajął się wąsami.

–   Cholernie   chciałbym   wiedzieć,   jak   się   ta   cała   łamigłówka   złoży   w   całość   – 

oświadczył.

– Ja również – powiedział zgodnie z prawdą Campion.

Na   Barrow   Road   padało   w   ten   dziwny   tajemniczy   sposób,   który   jest   właściwością 

Londynu. Spieszący się przechodnie mieli takie miny, jakby byli przemoknięci od stóp do głów. 

A jednak nie było widać spadających kropel. Campion szedł Barrow Road. Po raz pierwszy mógł 

w samotności prześledzić każdą – z kolorowych nici składających się na ten splątany kłębek. 

Szedł już dość długi czas zastanawiając się nad każdym tropem prowadzącym w tej gmatwaninie, 

podnosząc  każdy  luźny  koniec,  w   nadziei,  że   dokądś   go  zaprowadzi.   Daleki  jeszcze   był  od 

rozwiązania, gdy skręcił, żeby zanurzyć się w labirynt uliczek, które miały go zaprowadzić do 

Portminster Lodge. Kiedy zrobił krok na jezdnię, żeby przejść na drugą stronę wąskiej ulicy, z 

przeciwnej strony nadjechała rozklekotana ciężarówka z podartą czarną plandeką, zatrzymał się 

więc na środku jezdni, żeby ją przepuścić.

Jej   nagły,   gwałtowny,   morderczy   skręt   w   jego   kierunku   zaskoczył   go,   chociaż 

instynktownym   skokiem   na   chodnik   ocalił   życie.   Manewr   ten   robił   wrażenie   całkowicie 

zamierzonego. Campion był tak tym zdziwiony, jak gdyby ten stary gruchot chciał go ugryźć. 

Kierowca nawet nie próbował się zatrzymać. Po tym skręcie dodał gazu, aż załopotało czarne 

background image

płótno.

Zanim   ciężarówka   zniknęła,   Campion   w   ułamku   sekundy   zobaczył   jej   wnętrze.   W 

poprzek podskakujących desek leżała jedna jedyna długa bardzo skrzynia, niezwykle wąska, a 

nad nią w półmroku ujrzał twarz tęgiej kobiety.

Była   to   Bella   Musgrave.   Siedziała   na   skrzyni,   a   jej   tłuste   ciało   zachybotało,   kiedy 

ciężarówka wzięła ostry zakręt i zniknęła Campionowi z oczu.

Widok tej ponurej przykucniętej postaci wstrząsnął nim bardziej niż własne cudowne 

ocalenie. Zważywszy na poprzednie zajęcie Belli, pomyślał niewesoło, kierowca tej ciężarówki 

mógł być kościotrupem – i nagle przyszło mu do głowy, że może to Rowley uległ nagłej pokusie 

przejechania go.

Był tak tego pewien, że kiedy natknął się na Bowelsów, ojca i syna, idących zgodnie 

razem   Apron   Street,   wręcz   się   zdziwił.   Nie   ulegało   teraz   wątpliwości,   że   kimkolwiek   był 

kierowca, z pewnością go rozpoznał, co przemawiało za tym, że to jego dawny wróg. A to z kolei 

skierowało jego myśli na tory zawodowe. Jak dotąd na Apron Street zawodowi przestępcy nie 

wchodzili w rachubę; Campion poczuł ulgę, że natrafił wreszcie na ich ślad.

background image

14. Dwa krzesła

W jakąś godzinę później, kiedy już było  prawie ciemno,  a światła  na Apron Street 

błyszczały   tajemniczo   wśród   błękitnych   zasłon   wilgotnego   zmierzchu,   Campion   schował   do 

kieszeni wymijający list, jaki napisał do nadinspektora Yeo, i wyszedł po cichu ze swej sypialni 

w Portminster Lodge.

Długie doświadczenie nauczyło go cenić wartość pisanego słowa, kiedy oczekiwano od 

niego   dokładnych   informacji,   a   teraz   udał   się   na   poszukiwanie   Lugga,   który   miał   być   jego 

posłańcem.

Ponieważ   na   palcach   przeszedł   hall,   nie   wytropiła   go   Renee.   Żelazna   brama   była 

wilgotna, a silny deszcz zmoczył go solidnie, zanim dotarł do chodnika. Właśnie zbliżał się do 

skromnie przyozdobionego okna wystawowego zakładu Jasa Bowelsa, kiedy przypadkiem rzucił 

okiem na przeciwległą, weselszą stronę Apron Street.

W drzwiach składu aptecznego dojrzał dobrze znaną potężną sylwetkę. Lugg wyszedł na 

ulicę, rozejrzał się w obie strony i z powrotem wrócił do sklepu.

Campion   ruszył   za   nim   i   znalazł   się   w   niewielkiej   wolnej   przestrzeni   otoczonej 

pudełkami, butelkami i słoikami, które piętrzyły się ze wszystkich stron aż pod sufit.

Była   tu   oczywiście   lada,   ale   sprawiała   wrażenie   jakiejś   szczeliny   wśród   ogólnego 

chaosu. We wnęce po prawej stronie aptekarz zapewne przygotowywał lekarstwa, a ciemny tunel 

za nią prowadził do tajemniczych rejonów w głębi.

Nie widział nigdzie Lugga ani w ogóle nikogo, ale kiedy jego kroki rozległy się na 

zniszczonym   linoleum,   nad   barykadą   towarów,   broniącą   dostępu   do   wnęki,   ukazała   się 

zaniepokojona twarz inspektora Luke’a. Był  bez kapelusza;  a jego krótkie wijące się czarne 

włosy były w takim nieładzie, jak gdyby czesał je rękami.

– Klapa na całej linii – powiedział Luke. – Gdzie pana ludzie?

Campion   głęboko   wciągnął   powietrze.   Ponad   tysiącem   zapachów,   które   przenikały 

powietrze składu aptecznego jeden, drapiący w gardło, zwrócił jego uwagę.

– Sam jestem. Tak po prostu wpadłem – powiedział. – Co się stało? Rozlał pan olejek 

migdałowy?

background image

Inspektor wyprostował się. Był silnie zdenerwowany, patrzył na Campiona z wyraźnym 

poczuciem winy.

– Co ja zrobiłem najlepszego. Powinienem być zastrzelony na miejscu, powieszony i 

zastrzelony. Niech pan tylko spojrzy.

Campion   spojrzał   w   ciemność   wnęki.   Mógł   tylko   dojrzeć   dwa   mankiety   pasiastych 

spodni.

– Aptekarz?

– Stary Tata Wilde. – Głos miał ochrypły. – Nie zdążyłem go nawet przesłuchać. Ledwo 

zacząłem.   On   stał   jeszcze   za   kontuarem.   I   tak   dziwnie   na   mnie   spojrzał...   –   Wytrzeszczył 

niebieskie oczy i wywrócił nieco do góry, oddając znakomicie bezradne przerażenie. – Potem się 

odwrócił, zawsze był bardzo zwinny, jak wróbel. „Jedną chwilę, panie inspektorze”, powiedział 

tym swoim skrzypiącym głosem, „jedną chwilę”, a kiedy odwróciłem się do niego, nawet nie z 

gniewem, ani podejrzliwie, wsunął coś do ust i wtedy... O Boże!

– Cyjanek potasu – Campion cofnął się. – Na pańskim miejscu wyszedłbym stąd jak 

najprędzej, to silna trucizna, a nie ma tu prawie czym oddychać. Na litość boską, niech się pan 

tak też nie przejmuje! Był  pan sam?  – Niezupełnie, chwała Bogu, miałem świadka. – Luke 

wyszedł  na środek składu. Był  blady,  zgarbiony i bawił się hałaśliwie  monetami  w kieszeni 

spodni. – Gdzieś tutaj był ten pański Lugg. Weszliśmy razem. Zgodnie z umową spotkałem się z 

nim   na   rogu.   Kiedy   pan   wyszedł   spod   „Płatnerza”,   musiałem   pójść   na   rozprawę   sądową 

dotyczącą pana Edwarda. Czysta formalność. Odroczona na dwadzieścia jeden dni. Ale musiałem 

tam być.

– Bella Musgrave wyjechała stąd ciężarówką jakieś półtorej godziny temu – zauważył 

Campion.

– Wtedy widział pan Lugga?

– Nie, za to widziałem ją.

– Aha. – Luke spojrzał na niego zdziwiony. – Więc to tak. Zostawiłem go, żeby miał 

oko na to, co się dzieje na ulicy, i jak głupiec postanowiłem sam porozmawiać z Tatą Wilde’em. 

Lugg   miał   na   mnie   czekać   przed   „Tespisem”..   Zaraz   po   czwartej   widział   odjeżdżającą 

ciężarówkę i to, że załadowano na nią skrzynię. Była ciężka i Wilde nawet pomógł ludziom ją 

nieść.

– Ludziom?

background image

– Tak, było ich dwóch, obaj siedzieli z przodu. I wszystko wydawało się w największym 

porządku. Aptekarze, tak samo jak piwowarzy, zawsze mają jakieś opakowania.

– Czy Lugg widział ich?

– Chyba nie z tak bliska, żeby mógł kogoś poznać. Nic o tym w każdym  razie nie 

mówił. Najpierw ich o nic nie podejrzewał, kiedy jednak ta skrzynia została załadowana, nagle ze 

sklepu wyskoczyła jakaś kobieta w starszym wieku i wsiadła do ciężarówki. Lugg podbiegł, bo 

chciał z nimi pogadać, ale oni natychmiast odjechali. Zapisał sobie numer, co pewno nic nie da.

Campion skinął potakująco głową.

– Tak sobie też pomyślałem. Ja też zapisałem, ale z pewnością jest fałszywy. Czy Lugg 

coś panu mówił o kształcie tej skrzyni?

– Nic specjalnego. – Inspektor miał inne zmartwienie. – Tym razem poślę po lekarza-

policyjnego. Nie powinienem był do tego dopuścić, jak pragnę wygrać w Toto-lotka trzydzieści 

tysięcy funtów.

Campion wyjął papierośnicę.

– Drogi kolego. – Starał się mówić z całym przekonaniem, na jakie go było stać. – To 

bardzo przykre. Czy pan pamięta dokładnie, co mu pan powiedział?

– Tak, nie było tego wiele. Wszedłem, za mną Lugg. – Odruchowo nakreślił coś w 

rodzaju   balona.   –   Powiedziałem:   „Dzień   dobry.   Tato   Wilde,   co   tam   słychać   z   pańską 

dziewczyną?   Czy   chociaż   pan   wie,   kim   ona   jest?”   A   on   na   to:   „Moja   dziewczyna,   panie 

inspektorze?   Nie   miałem   dziewczyny   od   trzydziestu   lat;   Człowiek   w   moim   wieku,   mojego 

zawodu z biegiem czasu staje się bardzo nieśmiały wobec kobiet, to fakt”. – Inspektor sapnął 

głośno. – Zawsze lubił powtarzać „to fakt”. Był to stały refren tego biedaka. Powiedziałem: „No, 

no, Tato Wilde, a co z lejącą łzy Bellą?” Akurat zajęty był małą lampką, na której zwykle topił 

lak do pieczętowania, przerwał tę czynność i spojrzał na mnie znad binokli. „Nie rozumiem, o 

czym pan mówi”, powiedział. „Całe szczęście”, odparłem, „bo inaczej musielibyśmy obejrzeć 

sobie kilka ślicznotek. Mówię o tej żałobnej  Belli Musgrave. Niech pan nie udaje głupiego, 

przecież dopiero co wyjechała stąd z jakąś skrzynią”. ”Z jaką skrzynią, panie inspektorze?” – 

spytał.   – „Dlaczego  pan  udaje  niewiniątko.  Co  z nią?   Porzuciła  pana  dla   Jasa  Bowelsa?”  – 

Odgrywał   scenę   tak,   jak   ją   sobie   przypominał,   a   jego   makabryczny   humor   był   raczej 

przerażający.

background image

–   Zobaczyłem   nagle,   że   drży   cały   –   ciągnął   –   i   pomyślałem   sobie,   że   czegoś   się 

wystraszył, ale nie przeczułem tego, co nastąpi. – Przeciągnął dłonią po twarzy i włosach, jak 

gdyby chciał całą tę scenę wymazać z pamięci. W głosie jego brzmiał żal. – Powiedziałem mu: 

„Chłopie, nie wypieraj się tej kobiety. Widzieliśmy ją i jej mały czarny woreczek”. Licho wie, 

dlaczego o tym wspomniałem. Mówił mi pewno o tym Lugg, kiedyśmy tu szli. W każdym razie 

powiedziałem to. Wtedy spojrzał na mnie dziwnie, o czym już panu mówiłem, i powiada: „Jedną 

chwilę, panie inspektorze” i poszedł za kontuar. Widziałem jego głowę wśród tych wszystkich 

lekarstw na nagniotki. Nagle zobaczyłem, że coś wkłada do ust, ale i wtedy nie rozumiałem 

jeszcze, co się święci. Widzi pan, nie miałem żadnych powodów do jakichś podejrzeń. Potem 

wydał taki odgłos jak bażant i upadł wśród butelek, a ja stałem niby słup soli z gębą szeroko 

otwartą.

– Rzeczywiście straszna historia – przyznał Campion. – A cóż robił nasz zacny Lugg?

– Stałem jak drugi słup soli – dobiegł ich niski głos z korytarza. – A niby czego pan 

oczekiwał? Że pomyślimy o czytelnikach? Nie było żadnych powodów do tego, szefie. Aptekarz 

musiał mieć nieczyste sumienie jak lis w kurniku. Tu obecny dżentelmen nie tylko nie zdążył 

ruszyć palcem, ale nawet okiem mrugnąć.

Luke odwrócił się gwałtownie w stronę Campiona.

– Nie wierzyłem – powiedział – żeby mógł popełnić jakieś poważne przestępstwo. Miał 

na to za mało sprytu. Owszem, hioscyjamina mogła stąd pochodzić. – Machnął ręką wskazując 

na bałagan panujący wokoło. – Ale nigdy nie podejrzewałem go o to, by mógł podać truciznę. – 

Wszedł znowu za ladę i skinął na Campiona, żeby mu towarzyszył.

Przez chwilę patrzyli  w milczeniu  na odrażające ciało,  które, wykrzywione wskutek 

gwałtownej śmierci, jakby się skurczyło.

–   To   się   na   nic   nie   zda   –   powiedział   inspektor   wzruszając   ramionami   w   nagłym 

przypływie zniecierpliwienia. – Trudno mi wytłumaczyć, o co mi chodzi. Był głupim, starym, 

próżnym facetem, nie nadającym się do żadnej większej roboty. A teraz przypomina jakiegoś 

zwierzaka  albo   kupę  łachmanów.   Widzi  pan  te   farbowane  wąsiki?   To  była   jego  największa 

chluba. – Pochylił się nad nie wyróżniającą się niczym specjalnie twarzą, która teraz zapadła się i 

stała się fioletowa. – Wyglądają jak strzępek czegoś nieokreślonego. 

Campion zamyślił się.

background image

– A może nie chodziło o to, co zrobił, ale raczej o to, co wiedział – podsunął. – Lugg, 

czy rozpoznałeś tych ludzi, którzy odjechali z Bellą?

– Nie wiem. – Tłuścioch mówił cicho. – Byłem dość daleko od nich. Ten facet, który 

pierwszy wysiadł i wszedł tutaj, był zupełnie obcy, tego jestem pewien. Ale ten drugi, chyba 

szofer   –   ciężarówka   zatrzymała   się   przodem   do   wylotu   ulicy   –   przypominał   mi   kogoś. 

Przychodzi mi do głowy nazwisko Peter George Jelf. Sprawa Reunion, proszę pana.

– Dobry Boże – mruknął Campion. – Jak widać wracają starzy znajomi. No tak... – 

zwrócił się do inspektora zmrużywszy oczy: – Gang Fullera działał zapewne nie za pana pamięci 

– powiedział. – Peter George Jelf był trzecim z kolei szefem bandy, dopóki nie został skazany na 

siedem   lat   za   rabunek.   Nigdy   nie   był   pierwszorzędnym   Specem,   jak   powiadają   w   sferach 

przestępczych, ale był bardzo dokładny i dość odważny.

– Miał wrodzone skłonności przestępcze – wtrącił twoje trzy grosze Lugg z ulgą. – To 

sędzia tak powiedział, nie ja. Ten facet dzisiaj zupełnie tak samo chodził jak on. Może to i nie był 

on, ale mnie się wydaje, że jednak on.

Inspektor zapisał coś na pomiętej kartce, którą wyciągał z kieszeni.

– Oto jeszcze jedno pytanie dla Scotland Yardu, jeśli w ogóle zamierzają odpowiedzieć 

na jakieś moje pytania. W całej tej sprawie z pewnością mają kiepską opinię, i wcale im się nie 

dziwię. Sam bym złożył wymówienie... gdybym miał dobrego człowieka na swoje miejsce.

– Czy mógłbym prosić trochę sody oczyszczanej? Aż drgnęli obaj słysząc to pytanie 

dobiegające   od   drzwi.   Na   dywaniku   przy   wejściu   stał   pan   Congreve   chwiejąc   się   lekko, 

bezgłośnie poruszał ustami, ale bystro się rozglądał wokoło.

Campion  zamknął  za sobą drzwi, kiedy tu wszedł, ale  nie  na staroświecką  zasuwę. 

Staruszek wsunął się tak cicho, że go nie usłyszeli.

– Gdzie aptekarz? – Donośny, o głuchym brzmieniu głos rozległ się nieprzyjemnie w 

ciszy apteki. Congreve zaciekawiony zrobił krok w przód.

Charlie Luke wyciągnął rękę po pękatą buteleczkę z tabletkami stojącą na kontuarze. 

Jedyne słowa, jakie mógł przeczytać, były „Potrójna dawka”. Spojrzał na nią z roztargnieniem.

– Proszę pana, to salol – powiedział. – Lepiej panu zrobi. Zapłaci pan następnym razem.

Pan   Congreve   nie   zamierzał   skorzystać   z   tej   propozycji.   Zatrzymał   się   w   miejscu 

wyciągając cienką szyję, a jego oczy myszkowały po składzie.

background image

– Ale ja chciałbym się zobaczyć z aptekarzem – upierał się złośliwie. – On wie, co mi 

potrzeba. – Nagle jego uwagę zwrócił przenikliwy zapach, zaczął głęboko wdychać powietrze i 

spytał ciekawie: – A gdzie on jest?

– Zszedł na dół – odparł inspektor bez chwili wahania. – Proszę przyjść później. – 

Przeszedł przez skład i wetknął buteleczkę staremu człowiekowi w rękę odwracając go przy tym 

energicznie. – Proszę uważać na stopień – ostrzegł troskliwie.

Pan Congreve wyszedł na ulicę, akurat w chwili gdy przed drzwiami zebrała się spora 

grupka mężczyzn, którzy wysiedli z policyjnego samochodu. Zdążyli tylko zobaczyć jego oczy 

rozpalone ciekawością i drżącą zwisającą dolną wargę, gdy mruczał do siebie.

Campion dotknął ramienia Lugga i cofnęli się obaj; żeby uniknąć spotkania z nowo 

przybyłymi,  poszli  prędko tunelem  wśród kartonowych  pudeł  w kierunku  oszklonych  drzwi, 

majaczących w półmroku. Lugg otworzył je lekkim kopnięciem.

– On tutaj mieszkał – wyjaśnił. – Ale kiepskie to było życie! Nigdy nie oddalał się stąd. 

– Machnął pulchną ręką w stronę pokoju, który przypominał skład alchemika wyposażony przez 

jakiegoś szaleńca-fanatyka. Małe łóżko w kącie pokoiku było jedynym świadectwem ludzkiego 

istnienia.   Poza   tym   była   tylko   masa   brudnych   butelek,   garnków   do   gotowania   i   patelni, 

nieporządnie   spiętrzonych   na   poszczególnych   meblach   z   epoki   królowej   Wiktorii.   –   Nic 

dziwnego, że żadna przyjaciółka długo z nim nie mogła wytrzymać – zauważył rzeczowo Lugg. 

– Na takie warunki nawet Belli byłoby szkoda. Dalej nie warto iść, tam jest kuchnia i też w takim 

stanie. Warto tylko zobaczyć pokój na pierwszym piętrze. Pewno mamy niewiele czasu, bo zaraz 

gliny tu wpadną.

– Święta prawda – zgodził się Campion, kierując się w stronę małych drzwi, przez które 

dostrzegł ciemne schody...

– Obszedłem sobie cały dom, większość pokoi nie była używana od lat. – Lugg zasapał 

się, ale był zadowolony. – Górne piętro nie widziało szczotki od wieków, a frontowy pokój, 

umeblowany jak sypialka, to istna wylęgarnia moli. Zaraz panu pokażę ten pokój.

Poprowadził   Campiona   przez   korytarz   i   otworzył   drzwi   po   lewej   stronie.   Było   to 

zupełnie ciemne pomieszczenie, ale znalazł przełącznik i nagle nieoczekiwanie mocne światło 

spłynęło z jedynej żarówki wiszącej u sufitu.

background image

Campion   znalazł   się   w   wąskim,   prawie   pustym   pokoiku,   którego   jedyne   okno   ktoś 

bardzo starannie zasłonił. Podłoga była goła, a pod jedną ścianą stał długi wąski stół. Tuż obok 

niego znajdował się staroświecki trzcinowy fotel wyłożony zniszczonymi poduszkami i tylko 

dwa   zwyczajne   drewniane   krzesła.   Ustawione   były   na   środku   pokoju   na   wprost   siebie,   w 

odległości kilku stóp.

Campion rozejrzał się wokoło.

– Dziwne to robi wrażenie – powiedział. – Co to jest? Pokój stołowy? – W głowie 

Lugga brzmiał sarkazm, ale był wyraźnie zdziwiony. – Dwie dziewczyny siedzą i grają w koci-

koci-łapci, a facet siedzi sobie na fotelu i się im przygląda? – zaryzykował.

– Chyba nie. Czy w domu są jakieś materiały do pakowania? Pakuły czy coś w tym 

stylu?  – Z tyłu  za kuchnią jest taki schowek pełen wiórów, ale tutaj, szefie, nic takiego nie 

widziałem.

Campion milczał. Obchodził powoli pokój przyglądając się uważnie deskom, które były 

względnie czyste. Twarz Lugga lśniła od potu.

– Powiem panu jedno – odezwał się pierwszy. – Jas był tutaj, głowę dam za to.

Campion gwałtownie odwrócił się do niego.

– Skąd wiesz?

Obwisłe białe policzki poróżowiały.

– Tak prawdę mówiąc, nie mam na to żadnych dowodów. W każdym razie z pewnością 

nie mam odcisków palców. Ale niech no pan tylko spojrzy na te poduszki na fotelu. Aptekarz był 

człowiekiem niskim, szczupłym. Ktoś znacznie tęższy musiał na nich niedawno siedzieć, głowę 

bym dał za to.

– To jest myśl. – Na wąskich ustach Campiona pojawił się uśmiech. – Powinieneś na ten 

temat napisać rozprawę naukową. Jest to jeszcze młoda gałąź nauki. Wymaga wielu danych. 

Przekaż   to   nadinspektorowi   Yeo,   zobaczymy,   co   on   na   to   powie.   W   każdym   razie   bardzo 

pouczające byłoby usłyszeć jego zdanie. Masz jeszcze jakieś inne pomysły?

– On tutaj był – powtórzył z uporem Lugg. – On pali takie małe cygara. – Czułem je, jak 

tu wszedłem za pierwszym razem. Teraz już tego nie czuć. A pan myśli, że on tu nie był?

background image

Campion zatrzymał się, dziwacznie wyglądając pomiędzy dwoma krzesłami.

– Ależ tak, oczywiście, on był tutaj. – Widać taki już ma zwyczaj. Pytanie tylko, co on 

tam włożył.

– Gdzie włożył?

– Do skrzyni – powiedział Campion i dłońmi zarysował kształt. Był wąski i długi, a 

jeden jego koniec spoczywał na krześle.

background image

15. W dwa dni później

Był   to   niewielki   oddział   szpitalny.   Mike   Dunning   nadal   bardzo   źle   się   czuł.   Fale 

mdłości, po których przychodziły ataki strachu, nękały go często, a w głowie mu huczało, jak 

gdyby był pijany.

Sierżant Dice, majaczący w drzwiach, inspektor Luke i Campion, którzy siedzieli po obu 

stronach   białego   żelaznego   łóżka,   byli   tylko   cieniami   w   mroku.   Ale   młodą   pielęgniarkę,   w 

świetle dziennym przypominającą żywą reklamę wakacji nad morzem, widział wyraźnie u stóp 

swego łóżka. Jej biały czepek wpływał na niego pokrzepiająco, tak że zaczynał wszystko od 

nowa:

– Klytia – mówił. – Muszę myśleć o Klytii. Ona nic nie wie. Tak ją wychowali. Siostra 

nie zrozumie. – Miał ochotę potrząsnąć – głową, ale ból w porę go ostrzegł. – To dziecko jeszcze. 

Taka słodka, ale jak ją poznałem, o niczym nie miała pojęcia. Martwię się o nią. Ona nie jest 

bezpieczna. Dlaczego siostra ją odesłała?

– Zaraz wróci – obiecała mu pielęgniarka. – Tylko proszę opowiedzieć tym panom, jak 

pana zraniono.

–   Nie   wierz   nikomu,   kochanie.   –   W   jego   ciemnych   oczach,   obrzeżonych   gęstymi 

rzęsami, malował się lęk. – Siostra nie zna Palinode’ów. Dostaną ją znów w swoje ręce, zamkną i 

w końcu stanie się taka sama jak oni. Dlatego się nią zaopiekowałem. Musiałem. – Poruszył się 

lekko   i   tajemniczy   uśmieszek,   przepraszający   i   figlarny,   przemknął   po   jego   miękkich, 

chłopięcych wargach. – Jestem za nią odpowiedzialny – powiedział szeroko otwierając oczy. – 

Nikogo nie ma oprócz mnie.

– Kto pana uderzył? – powtórzył inspektor Luke po raz chyba piąty.

Mike chwilę się zastanawiał.

– Nie wiem – odparł wreszcie. – To śmieszne, ale nie mam pojęcia kto.

– Kiedy pan wyszedł od swojej gospodyni, postanowił pan nocować w szopie, przy 

motorze – zaczął cicho Campion.

– Tak, to prawda. – Mike – miał wyraźnie zdumioną minę. – Ta stara klempa wyrzuciła 

mnie. Bardzo się zmartwiłem. Było już po północy – zamilkł na chwilę. – Pewno zacząłem 

spacerować – powiedział wreszcie.

background image

– Zaraz po wyjściu od niej? – mruknął Luke w mroku. – Jak długo pan spacerował?

–  Nie  wiem,   może   ze  dwie  godziny...   nie,  nie  tak  długo.  Słyszałem   dwa  uderzenia 

zegara, kiedy ich obserwowałem.

– Kogo pan obserwował? – Pytanie Luke’a było może nieco za natarczywe, zbyt głośne. 

Chory zamknął oczy.

– Zapomniałem – powiedział. – Gdzie jest teraz Klytia?

– Siedzi w korytarzu za drzwiami na trzecim krześle po lewej, stronie – wyjaśnił szybko 

Campion. – Jest zdrowa. Czy jeszcze padało, kiedy pan ich obserwował?

Chłopiec znowu się zamyślił.

– Nie, wtedy przestało. Było ciemno, pomyślałem sobie, że lepiej będzie, jak pójdę do 

motoru, ponieważ nie było kłódki na drzwiach i niepokoiłem się tym. Zresztą nie miałem dokąd 

pójść, byłem przecież bez pieniędzy. – Urwał, ale tym razem nikt go nie przynaglał. Po chwili 

znużonym głosem podjął znowu: – Skręciłem w Apron Street. Było dosyć jasno, ale szedłem 

powoli, bo nie chciałem się natknąć na glinę i tłumaczyć się. – Mrugnął oczami. – Byłem akurat 

przy sklepie z trumnami, kiedy drzwi otworzyły się i wyszedł stary Bowels i jego syn, ten, który 

wynajął mi szopę. Wcale nie chciałem, żeby mnie zobaczyli, więc skoczyłem w bok. Jedyną 

osłoną   było   okno   wystawowe,   które   na   jakąś   stopę   odstaje   od   ściany.   Bałem   się,   że   mnie 

zobaczą, i wstrzymałem oddech. Usłyszałem jakiś hałas – pewno zamykali drzwi. Potem razem 

przeszli przez jezdnię. Bowels miał przewieszone przez rękę prześcieradło.

–   Co  takiego?   –   Inspektor   zapomniał   o  ostrożności,   kiedy  usłyszał   ten   zaskakujący 

szczegół w ponurym opowiadaniu chłopca.

–   Prześcieradło   –   upierał   się   chory.   –   Z   pewnością   to   było   prześcieradło.   Poza 

prześcieradłem nic nie jest tak białe, chyba tylko obrus. Niósł je starannie przewieszone przez 

ramię. Zdenerwowało mnie to bardzo. Poszli do składu aptecznego i stali tam przez chwilę, a ja 

sobie pomyślałem, że pewno zadzwonili, ponieważ usłyszałem, jak na górze otwiera się okno i 

ktoś   się   odzywa,   chociaż   nie   słyszałem,   co   mówił.   I   wtedy   nagle   prześcieradło   zniknęło, 

doszedłem więc do wniosku, że weszli do środka.

– Jesteś pewien, chłopcze, że weszli do apteki?

– Całkowicie. Znam teraz doskonale Apron Street, o każdej porze dnia i nocy.

Campion nie dopuścił do ewentualnej nietaktownej uwagi inspektora.

background image

– To było wtedy,  kiedy usłyszałeś, jak bije godzina druga? – spytał, uświadamiając 

sobie, że jego własna rozmowa z przedsiębiorcą pogrzebowym przez okno salonu Renee musiała 

się odbyć trochę po trzeciej.

Mike   Dunning   zawahał   się.   Znów   uderzyła   go   niesamowitość   tej   sceny,   której   był 

świadkiem.

– Nie  – odparł wreszcie.  – Nie. To było  wtedy,  kiedy zobaczyłem  kapitana  i pana 

Lawrence’a.

– Oni też tam byli?

– Nie przed składem aptecznym. Kiedy ci karawaniarze odeszli, przeszedłem na drugą 

stronę pod dom Palinode’ów.

– Po co? – spytał Luke.

– Żeby spojrzeć na dom Palinode’ów. – Był tak zmęczony, że mówił nawet bez gniewu, 

jednak wszyscy w pokoju, nawet sierżant Dice, udawali, że nie domyślają się jego pobudek. – W 

pokoju   Klytii   było   ciemno,   jej   pokój   jest   od   frontu,   wie   pan,   i   chyba   nie   zaryzykowałbym 

rzucenia  kamieniem,  gdyby  się  nawet   paliło.  Po  prostu  chciałem   –  się  upewnić,   że  już  śpi. 

Właśnie się odwróciłem, kiedy zobaczyłem Lawrence’a Palinode – to jej wuj, najgorszy z nich 

wszystkich – jak wysunął się ukradkiem z domu i zszedł po schodach. – Uśmiechnął się chytrze, 

jak psotne dziecko. – Byłem pewien, że zobaczył mnie, że widzi jak kot w ciemności. Ale zaraz 

zorientowałem się, że nie. Na tym rogu ulicy w nocy pali się tylko jedna latarnia i akurat się tak 

złożyło, że go oświetliła, kiedy zszedł ze ścieżki. Usłyszałem, jak ostrożnie przeciska się przez 

krzaki, aż wreszcie znalazł się przy tych urnach ze stiuku, które tworzą ogrodzenie. Nie byłem 

specjalnie daleko od niego, ale znajdowałem się w cieniu domu. Widziałem tylko część jego 

twarzy, kiedy wychylił się z krzewów laurowych.

– Gdzie był kapitan? Razem z nim?

– Nie. On był  z drugiej  strony,  na Barrow Crescent,  przy skrzynce  pocztowej. Pan 

Lawrence obserwował jego, a ja pana Lawrence’a. Była to cholernie głupia sytuacja, ale nie 

śmiałem nawet drgnąć. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego wszyscy kotłują się po nocy. Wtedy 

właśnie usłyszałem, jak zegar na kościele katolickim na Barrow Road wybija drugą godzinę.

– Jak mógł pan rozpoznać kapitana Setena z tej odległości?

background image

– Och, oczywiście że nie mogłem.  – Wrodzona pogoda Mike’a zdawała się powoli 

wracać. – Przez długą chwilę w ogóle nie mogłem go widzieć.  Zorientowałem się, że stary 

Lawrence kogoś śledzi, wobec tego czekałem na rozwój wypadków. Potem zobaczyłem, że ktoś 

wychodzi z jakichś drzwi, przechodzi koło skrzynki pocztowej i patrzy w kierunku Barrow Road. 

Stał tak może minutę, a potem znowu zniknął. W chwilę później to się znowu powtórzyło i coś w 

postaci tego człowieka, sposób noszenia kapelusza, wydało mi się znajome.

– Czy było tak widno, że pan to wszystko widział dokładnie? – Inspektor był wyraźnie 

zafascynowany opowiadaniem Dunninga.

– Tak,  już panom powiedziałem,  że  był  półmrok.  Widziałem  tylko  czarne  cienie,  a 

wszystko inne pogrążone było  w szarości. Kilka razy ujrzałem sylwetkę tego wychodzącego 

człowieka, aż wreszcie nabrałem pewności, że to kapitan. To porządny facet. Klytia lubi go. A 

wtedy pojawiła się kobieta.

Campion zobaczył białka oczu Luke’a – a może tak mu się tylko zdawało – który jednak 

zachowywał całkowite milczenie.

– Szła człapiąc chodnikiem – ciągnął ochrypły głos – i oczywiście nie widziałem jej 

twarzy, ale ze sposobu chodzenia wskazywał na to, że to starsza kobieta, i zauważyłem, że jest 

tęga, choć była grubo ubrana. Kapitan podszedł do niej i rozmawiał z nią, jakby się dobrze znali, 

i   stali   tak   z   dziesięć   minut.   Pomyślałem,   że   się   sprzeczają.   Kapitan   wymachiwał   rękami. 

Lawrence wprost wisiał na ogrodzeniu. Szyję wyciągnął jak bocian. Pewno starał się usłyszeć, co 

mówią, ale to było niemożliwe, nawet gdyby krzyczeli. Wreszcie kobieta odwróciła się i ruszyła 

prosto w naszą stronę – tak mi się przynajmniej zdawało. Ale nie – przeszła na drugą stronę 

Apron Street i weszła w zaułek koło stajen. Kapitan wrócił do domu i pan Lawrence też. Jestem 

tego pewien, bo musiałem tam tkwić, dopóki sobie nie poszedł.

Charlie Luke podrapał się w głowę.

– Rzeczywiście wygląda na to, że to musiał był kapitan i że czekał na jakąś kobietę. 

Szkoda, żeś jej nie wiedział. Czy jesteś pewien, że ona weszła w pasaż?

– Całkowicie. Widziałem wyraźnie. Tamtędy jest przejście na Barrow Road.

– Jesteś pewien, że obaj Bowelsowie nie wrócili do pasażu? – Nie. Nie mogli tego 

zrobić. Nie ma tylnego wejścia do apteki, a ja znajdowałem się najwyżej o dziesięć jardów od 

wystawy.

– A potem co się stało?

background image

Mike oparł się o poduszki i już się zdawało, że pielęgniarka każe im skończyć rozmowę. 

Po chwili jednak ożywił się znowu.

–   Zacząłem   iść   zaułkiem,   bo   chciałem   być   przy   motorze.   Pod   tylnymi   drzwiami 

Bowelsa paliło się światło i przypomniałem sobie wtedy, że jego syn mówił mi, że zatrzymał się 

u nich jakiś krewny. Wszedłem do szopy cicho, bojąc się, żeby mnie ten krewny nie usłyszał. 

Motor stał na swoim miejscu. Zamknąłem drzwi, zanim zapaliłem zapałkę, latarki nie miałem.

– Czyś zauważył kogoś?

– Nie, na dole nie było  nikogo. Wydawało mi się jednak, że słyszę  jakiś szmer  na 

stryszku  i chyba  coś  powiedziałem.  Nie  pamiętam  dobrze. W  każdym  razie  potem już było 

zupełnie cicho i pomyślałem sobie, że to pewno hałasowały konie stojące obok w stajni. Nie było 

na czym siedzieć, a od kamiennej podłogi ciągnęło wilgocią, więc doszedłem do wniosku, że 

lepiej będzie pójść na górę. Byłem cholernie zmęczony, a poza tym musiałem się zastanowić. Do 

wypłaty został mi tylko funt. – Zmarszczył czoło pod bandażem. – Ale to już inny problem – 

powiedział   i   uśmiechnął   się   rozbrajająco.   –  Tym   zajmiemy   się   później.  No,  więc   zapaliłem 

zapałkę   i   opuściłem   ją,   żeby   nie   zgasła,   i   zacząłem   się   wspinać   po   drabinie.   I   więcej   nie 

pamiętam, wtedy właśnie pewno ktoś mnie rąbnął w głowę. Ale kto?

– Może ta podstarzała dziewczyna kapitana – zażartował Campion. 

Kiedy wstali, Dunning wyciągnął rękę w jego stronę.

– Niech mi pan przyśle Klytię, niech pan będzie taki dobry – powiedział cicho. – Muszę 

z nią porozmawiać. Pan nie wie, w jakie może wpaść tarapaty.

–  Wygląda  na  to,  że  to  poważna   sprawa  –  odezwał  się  Campion   do Luke’a,   kiedy 

schodzili po betonowych schodach szpitala spełniwszy uprzednio prośbę chłopca.

– Biedne dzieciaki! – wybuchnął nieoczekiwanie inspektor. – Nikt o nich nie dba, muszą 

więc same dbać o siebie. – Urwał. – Jak para pijaków – dodał. – No cóż, a więc to nie byli 

Bowelsowie.

– Raczej nie. – Campiona wyraźnie to zdziwiło. – Chciałbym porozmawiać z Jasem.

– Jest do pańskiej dyspozycji. – Ja teraz pójdę zobaczyć się z Dobermanem. Tuż przed 

telefonem ze szpitala, że Dunning czuje się lepiej, otrzymałem od niego wiadomość. Nie mam 

pojęcia, co znowu staremu strzeliło do głowy.

background image

Przy bramie Luke zatrzymał się przez chwilę niepewny i zasmucony. Oczy miał głęboko 

zapadnięte.

– Czy pan się orientuje, dokąd zmierza ta przeklęta sprawa?– spytał. – Wiem, że nie 

mam   ludzi,   bo   góra   zabiera   mi   połowę,   i   wiem   też,   że   mam   trudne   zadanie,  ponieważ 

Palinode’owie to skomplikowani ludzie, ale czy widzi pan w tym jakiś przebłysk światła? A 

może to ja się po prostu gubię?

Campion,   który   mimo   swego   pokaźnego   wzrostu   sprawiał   wrażenie   smuklejszego   i 

niższego niż jego towarzysz – zdjął okulary i spojrzał na niego łagodnie, – Och, wszystko we 

właściwym czasie, chłopcze – powiedział. – Na razie wszystko wydaje się problemem. Moim 

zdaniem, trzeba się skoncentrować na dwóch wyraźnych tropach w tym zawikłanym labiryncie. 

Pytanie, czy one prowadzą do celu? Sądzę, że tak, ale nie mam pewności. A ty co myślisz?

– Czasem w ogóle wątpię, czy potrafię myśleć – odparł z goryczą inspektor Charlie 

Luke.

background image

16. Zakład pogrzebowy

Szklane   drzwi   zakładu   Bowelsa   były   zamknięte,   ale   paliło   się   jeszcze   światło,   gdy 

Campion nacisnął dzwonek i czekał na otwarcie. Patrząc obiektywnie wystawa miała swój styl. 

Stała na niej czarna marmurowa urna, która gdziekolwiek indziej z pewnością raziłaby, i dwa 

wieńce z woskowych kwiatów pod szkłem.

Oprócz   tego   jedynym   motywem   dekoracyjnym   była   miniaturowa   tablica,   do   której 

przyczepiony   był   czarno   obrzeżony   karton   z   napisem:   „Fachowe   pogrzeby.   Dobry   smak. 

Sprawna   obsługa.   Ceny   niskie.   Takt,   szacunek”   –   wydrukowanym   czcionkami   małymi,   lecz 

ozdobnymi.

Zastanawiał się właśnie nad tym, że trudno wyobrazić sobie niefachowy pogrzeb, kiedy 

na klatce schodowej, widocznej przez szklane drzwi spostrzegł Bowelsa-seniora. Wstał chyba od 

stołu i wkładał właśnie marynarkę, ale poruszał się szybko.

– Ach, to pan Campion! – zawołał z radością przytknąwszy twarz do szyby. – Wielki to 

zaszczyt  dla mnie.  – I natychmiast  jego twarz przybrała  wyraz  zaniepokojenia. – Proszę mi 

wybaczyć, że zadam pytanie natury osobistej, ale mam nadzieję, że to nie sprawy zawodowe 

pana do mnie sprowadzają.

Campion był niezwykle uprzejmy.

– To zależy, kogo z nas ma pan na myśli. Czy mogli byśmy tak na chwilę zejść do 

pańskiej kuchni i porozmawiać?

Przez ułamek sekundy szeroka twarz była bez wyrazu, trwało to tak krótko, że Campion 

ledwie zdążył ten fakt zarejestrować, a już jego rozmówca znowu promieniał – ruchliwy, pełen 

szacunku i względów.

–   Ależ   poczytam   to   sobie   za   wielki   zaszczyt,   panie   Campion.   Tędy   proszę.   Pan 

wybaczy, że pójdę pierwszy. – Ruszył przed gościem, a głos jego grzmiał w całym domu jak 

gong.

Zeszli po schodach, potem minęli wąski korytarz, duszny i ciepły po wytwornej pustce 

sklepu. Bowels podrygiwał idąc bardzo małymi krokami i bez przerwy mówił:

background image

–   Skromnie   tu,   ale   wygodnie.   Obaj   z   moim   chłopakiem   dosyć   napatrzymy   się 

wspaniałości, a nie mamy z tym związanych przyjemnych skojarzeń, więc w życiu prywatnym 

wolimy prostotę. Zapomniałem przecież, że pan zaszczycił nasze skromne progi tego dnia, kiedy 

Lugg,   biedaczysko,   nadużył   alkoholu.   –   Zatrzymał   się   z   ręką   na   zatrzasku   wąskich   drzwi. 

Uśmiechnął się, a dwa przednie zęby wbijały mu się w dolną wargę.

– Pozwoli pan za mną – powiedział i wszedł do kuchni.

Tutaj od razu nabrał humoru.

– Jak widzę, jesteśmy sami – oświadczył  i wkroczył  do niezbyt  jasno oświetlonego 

pomieszczenia, zapchanego sprzętami. Postawił przy stole krzesło dla gościa. – Myślałem, że jest 

tu mój syn, ale poszedł pewno jeszcze popracować. To świetny fachowiec. Proszę, niech pan tu 

siądzie, o tutaj, po mojej prawicy, i powie mi, co pan ma do powiedzenia.

Kiedy Campion usiadł, Jas zajął swoje miejsce u szczytu stołu. Jego białe, kręcące się 

włosy lśniły w przyćmionym świetle, a spokojna godność malował się w całej postaci. W tym 

otoczeniu,  mimo  śmiesznej  uniżoności,  nabrał  jakiegoś  nowego  autorytetu.  Siedział  tak niby 

relikt przeszłości, zbyteczny i tak prawie dekoracyjny jak powóz zaprzężony w czwórkę koni.

– Lugg sobie poszedł – zauważył od niechcenia z błyskiem przebiegłości w niebieskich 

oczach. – Kiedy wydarzyła się ta tragedia po drugiej stronie ulicy, wpadł do mnie, pożegnał się i 

więcej o nim nie słyszałem. Sądzę, że pan wie o tym..

Campion skinął głową; ale nic nie powiedział.  Jas skłonił się z niezwykłym  wprost 

wdziękiem i wytwornością i zaczął z innej beczki:

–   To   straszna   historia,   z   tym   biednym   Wilde’em.   Nie   był   właściwie   naszym 

przyjacielem,   ale   znaliśmy   się   z  widzenia.   Obaj   prowadziliśmy   interes   na  tej   ulicy  od   dość 

dawna. Ja sam nie poszedłem na rozprawę policyjną, ale posłałem Rowleya z prostego szacunku. 

„Samobójstwo   popełnione   pod   wpływem   chwilowej   depresji”   –   tak   to   określili.   Trzeba   im 

przyznać,   wyrazili   się   uprzejmie.   –   Położył   ręce   na   kraciastym   obrusie   i   spuścił   wzrok.   – 

Chowamy go jutro rano. Nie sądzę, byśmy dostali za „to choć pensa, ale postaramy się pochować 

go tak luksusowo, jakbyśmy pracowali, powiedzmy, na pana polecenie. Częściowo powodujemy 

się sercem, a częściowo interesem. Choć to może się wydać bardzo smutne panu, który nigdy 

tego zapewne nie podejrzewał – tragedia to dla nas najlepsza reklama. Przychodzą tłumy gapiów 

i dobrze sobie wszystko oglądają, i dlatego, z przyczyn handlowych, staramy się wypaść jak 

najlepiej.

background image

Nowa   nuta   –   sztywności   –   która   pojawiła   się   w   głosie   gospodarza,   zaskoczyła 

Campiona. Dotąd w trakcie tej rozmowy wydawało mu się, że panowała atmosfera towarzyskiej 

herbatki. Ryzykując całkowite jej zmącenie oddał pierwszy strzał.

– Co pan niósł przedwczoraj o godzinie drugiej nad ranem?

Bowels   nie   drgnął   nawet,   tylko   spojrzał   na   swego   gościa   z   wyrazem   niesmaku   i 

pretensji.

– Tego rodzaju pytania mógłbym się spodziewać ze strony policji, panie Campion – 

powiedział poważnie. – I, proszę mi wybaczyć, byłoby o wiele bardziej delikatnie przez nich 

sformułowane. Niech każdy wykonuje swoją brudną robotę w spokoju, takie jest moje zdanie.

– Bez wątpienia ma pan rację – rzekł Campion sentencjonalnie – ale to właśnie wiąże się 

z godziną drugą nad ranem przedwczoraj.

Jas roześmiał się. Ten szelmowski śmiech, pełen rozbawienia, a zarazem dezaprobaty 

był rozbrajający.

– Jakże ludzka jest ludzka natura, nie uważa pan? – Swoje drobne grzeszki zebrał razem 

i   wrzucił   je   do   rozległego   zbiornika   grzechów   całego   świata.   –   Zauważył   to   pewno   pan 

Corkerdale stojący na posterunku w ogrodzie Palinode’ów?

Campion zignorował to pytanie i uśmiech przedsiębiorcy pogrzebowego stał się jeszcze 

szerszy.

– Nie przypuszczałem, że było tak późno – ciągnął. – Ale istotnie mogło tak być. Lugg 

był   u   nas   po   raz   pierwszy   od   trzydziestu   lat.   Rozmawialiśmy   długo   o   drogiej   zmarłej   i 

biedaczysko zapadł w sen, który prawdę mówiąc był pijackim odurzeniem. – Urwał szukając 

wzrokiem twarzy Campiona, żeby zobaczyć, jakie to na nim zrobiło wrażenie. Widząc, że żadne, 

ciągnął   dalej   gładko:   –   Pan   pamięta,   panie   Campion,   że   jak   się   wtedy   spotkaliśmy,   byłem 

zakłopotany z powodu braku trumny?

–   Naprawdę   miał   pan   jakieś   kłopoty?   Wydawało   mi   się,   że   jedną   mnie   chciał   pan 

sprzedać.

– Ależ nie, to był tylko żart. Musieliśmy prędko Wystarać się o trumnę na ten pogrzeb 

na Lansbury Terrace. Rowley przypomniał sobie o trumnie w piwnicy naprzeciwko. „Ale zanim 

to zrobimy, chłopcze”, powiedziałem do niego, „zanim to zrobimy, synu, musimy wpaść do pana 

Wilde’a i zanieść mu to, cośmy obiecali”. – Znowu zapanowała martwa cisza, podczas której 

Campion siedział skupiony i baczny. Jas stał się bardziej konfidencjonalny: – Pan jest tak samo 

background image

człowiekiem  bywałym  jak ja. Pan mnie zrozumie,  dobrze wiem.  Biedny Wilde przepadał za 

czystością, nieporządek go strasznie denerwował. Nad sklepem od frontu miał pokój, wiszące 

tam firanki były w opłakanym stanie i ja mu trochę dokuczałem z tego powodu. Widzi pan... – 

ściszył głos – w naszym fachu używamy białej tkaniny, która bardzo schludnie wygląda, i krótko 

mówiąc, ja mu obiecałem kilka jardów, po to, żeby sklep lepiej wyglądał. Ostatecznie trzeba 

dbać, żeby nasza ulicą nie zeszła na psy. Zaniosłem mu to w nocy z obawy przed zawiścią 

sąsiadów, a ponieważ nie zdążył wykorzystać tego materiału, zabrałem go, kiedy odwoziłem jego 

ciało   do   kostnicy,   i   mogę   go   panu   pokazać   w   każdej   chwili.   To   wszystko.   –   Skończył   to 

przydługie kłamstwo efektownie i zadowolony z siebie rozsiadł się wygodnie.

– Tak – powiedział Campion zdawkowo, a słowo to nie wyrażało ani pochwały, ani 

krytyki. – O jeszcze jedno chciałem pana spytać. Przede wszystkim, dlaczego zadał pan sobie 

trud, żeby mnie wezwać?

Bowels zupełnie skamieniał, strach zalał go jak fala przypływu. Szeroka różowa twarz 

stała się nagle szara, a małe usta wykrzywił grymas protestu. Po raz pierwszy, od kiedy Campion 

go poznał, stracił panowanie nad sobą.

– Ja, proszę pana, wezwałem pana? – Prawie krzyknął.  – Pan się bardzo myli.  Nie 

zrobiłem nic takiego. Oczywiście ja i mój chłopiec jesteśmy bardzo szczęśliwi z poznania pana. 

Wręcz dumni, powiedziałbym. Ale wzywać pana? Och nie, nigdy! To nie należałoby do moich 

obowiązków, nawet gdybym miał jakiś powód po temu. – Zamilkł, a dłoń leżąca na czerwono-

białym   obrusie   drżała.   –   Mogłem   napisać   przyjacielski   list   do   mego   krewnego,   po   tym   jak 

wymienili   mnie   w   gazetach   –   ciągnął   –   ale   jeśliby   wyczytał   w   nim   coś   więcej...   No   cóż, 

uważałbym  go za większego głupca, niż jest. Bardzo się cieszę, panie Campion,  że pana tu 

widzę, ponieważ bardzo bym chciał, żeby cała ta sprawa została nareszcie wyjaśniona, to fakt, 

ale, proszę pana, ja pana nie wzywałem.

Campion był niezmiernie zdumiony. Mógł zrozumieć obawy Bowelsa chciał zrzucić z 

siebie wszelką odpowiedzialność, ale dlaczego jest przy tym tak śmiertelnie przerażony.

– Wiem, że śledztwo policyjne nie jest bardzo korzystne dla pańskich interesów – zaczął 

ostrożnie. – Rozgłos nie może w tym wypadku być dobry, orientuję się również, iż pan wiedział 

o tym, że panna Ruth Palinode miała zwyczaj stawiania od czasu do czasu kilku szylingów na 

wyścigach, ale nie sądzę, żeby to było aż tak ważne i skłoniło pana do wezwania mnie.

background image

Pan Bowels wytarł głośno nos w dużą białą chustkę, najwidoczniej po to, by zyskać na 

czasie.

– Nie wzywałem pana – stwierdził wreszcie stanowczo. – Ale interesy to są interesy, a 

policja pierwsza lubi o tym  zapominać. W moim zawodzie przez cały czas liczy się przede 

wszystkim dyskrecja i jeszcze raz dyskrecja. Komu potrzebny przedsiębiorca pogrzebowy ze 

wścibskim nosem i długim językiem, nawet gdyby robił więcej, niż do niego należy? Ponieważ 

pan i ja zaprzyjaźniliśmy się i wierzę, że pan nigdy nie doprowadzi do tego, żebym się znalazł na 

ławie świadków, co byłoby dla mojego zakładu fatalne, powiem panu coś, co powinienem chyba 

powiedzieć: Kiedy panna Ruth umarła, widziałem pewną dość dziwną rzecz. Był to właściwie 

drobiazg i może nie mieć żadnego znaczenia, ale skłonił mnie do zastanowienia się. Widziałem, 

jak pan Lawrence Palinode zmywał.

Campion   natychmiast   ujrzał   oczami   wyobraźni   tego   chudego   jak   tyka, 

krótkowzrocznego człowieka o łagodnym uśmiechu i niezrozumiałych aluzjach.

– Gdzie to było? – spytał.

Choć Bowels nadal był blady, powoli wracała jego zwykła pewność siebie.

–   Nie   w   kuchni   –   powiedział.   –   Panna   Ruth   umarła   wczesnym   popołudniem;   o 

niezwykłej porze. Może pan o tym nie wie, ale wczesne popołudnie to rzadko spotykana pora dla 

tego, co by pan określił słowami „śmiertelne zejście”.

– O której się pan tam znalazł?

–   W   porze   podwieczorku,   koło   piątej.   Panna   Roper   przysłała   po   mnie   pana   Grace. 

Rodzina nie ruszyła nawet palcem. To dla nich charakterystyczne. Ci Palinode’owie są zawsze 

bardzo uprzejmi, ale zupełnie niezaradni, a sprawę pogarsza fakt, że ich zdaniem praktyczność to 

wada.

Opanował już lęk i wracał do normy. Różnica pomiędzy tą relacją a poprzednią była 

niezwykle   subtelna,   lecz   uchwytna.   Nie   była   to   swobodna   improwizacja.   Campion   czuł,   że 

prawdopodobnie jest to jakaś wersja prawdy.

– Zasiadłem właśnie do stołu, kiedy zastukał pan Grace, a ponieważ znałem dobrze 

Palinode’ów,   natychmiast   się   zerwałem,   włożyłem   czarną   marynarkę,   wziąłem   miarkę   i 

poszliśmy – snuł swą opowieść. – Pan Grace powiedział, że woli nie wchodzić ze mną na górę, 

ale wcale mnie to nie, zdziwiło. Często ludzie nie wchodzą razem ze mną, nawet jak to jest ktoś, 

kogo dobrze znali. Inni na przykład lubią wejść ze mną. To zależy od usposobienia. W każdym 

background image

razie nie byłem zdziwiony, kiedy zostawił mnie na schodach. „Może pan na mnie liczyć, proszę 

pana”, powiedziałem. „Na pewno nie pomylę się co do osoby zmarłej”. Był to taki mały żarcik z 

mojej  strony,  ale   on  się  na  nim  nie   poznał.  Poszedłem  więc   sam  na  górę,   spokojnie,  pełen 

szacunku. Zatrzymałem się w drzwiach, żeby mieć pewność, że dobrze trafiłem, patrzę uważnie, 

a on zmywa.

– Pan Lawrence Palinode?

– Tak.

– W sypialni panny Ruth?

– Tak. Tutaj leży zmarła, przykryta prześcieradłem, a tuż obok jej brat – opanowany, 

choć podniecony, nie wiem, czy wyraziłem się dość jasno – zmywa w staroświeckiej umywalni 

wszystkie filiżanki, szklanki i łyżki z całego pokoju. Właśnie zanurzał ostatnią w dzbanku i kiedy 

usłyszał   trzask   drzwi,   odwrócił   się   gwałtownie   jak   złodziejaszek.   Był   bardzo   grzeczny   i 

uprzejmy,  ale oczywiście ja zdążyłem zobaczyć swoje. Kiedy znalazłem się sam, obejrzałem 

sobie, co zmywał. Rozłożył wszystko na marmurowym blacie. Bardzo to zrobił starannie, trzeba 

to przyznać. I jawnie. – W głosie jego brzmiała jak gdyby nuta oburzenia.

– I to wszystko?

– Wszystko. Powiedziałem panu najprawdziwszą prawdę. Myślałem, że to może być 

ważne.

– Czy mówił pan o tym komukolwiek?

–   Nikomu.   To   lekcja,   której   nauczyłem   się   jako   dzieciak   od   ojca.   „Przedsiębiorcy 

pogrzebowi   nie   mówią   więcej   niż   ich   klienci”   –   takie   było   jego   motto.   Oczywiście,   kiedy 

dostałem polecenie, żeby przeprowadzić ekshumację, przypomniałem to sobie, ale nikomu nie 

pisnąłem ani słówka. Minęło od tej pory trochę czasu, a ja mam na poparcie tego tylko własne 

słowa.

Była to oczywista prawda. Campion przeżuwał tę wiadomość i jej ewentualną wartość, 

kiedy Jas wstał.

– Czy mógłbym pana czymś poczęstować? Pan inspektor powiada, że mam w domu 

tylko płyny do balsamowania ciał, ale to żart w jego stylu.

– Nie, dziękuję, muszę już iść. – Campion wstał nieco za szybko. Jego gwałtowny ruch 

zaniepokoił Bowelsa, który spojrzał bacznie w kąt pokoju znajdujący się za plecami gościa.

background image

Campion był zbyt doświadczonym starym wygą, żeby od razu spojrzeć w tym kierunku, 

ale   kiedy   starannie   odstawił   krzesło   na   miejsce,   zanim   ruszył   za   swoim   nie   protestującym 

gospodarzem w kierunku drzwi, spojrzał niby przypadkiem w bok i zdumiał się ogromnie. We 

wnęce, tuż obok pieca kuchennego, znajdował się duży stojący zegar szafkowy, a tuż obok niego, 

przyciśnięty do ściany,  nie dalej niż cztery stopy od jego krzesła, stał jakiś człowiek. Tkwił 

zupełnie bez ruchu, pogrążony w cieniu i musiał już tam być podczas całej rozmowy.

Podczas   gdy   przedsiębiorca   uprzejmie   przytrzymywał   mu   drzwi,   Campion   wyszedł. 

Krok   miał   lekki   i   energiczny,   twarz   bez   wyrazu.   Bowels   musiał   być   chyba   pewny,   że   nie 

zauważył nic niezwykłego.

Kiedy jednak przechodził przez ulicę kiwając panu Jamesowi, dyrektorowi banku, który 

powitał go uprzejmie, zwiniętym parasolem, i miał właśnie torować sobie drogę wśród gapiów, 

którzy zaczęli się zbierać przed głównym wejściem Portminster Lodge, był dziwnie zamyślony.

Lśniąca czaszka i opuszczona dolna warga były bardzo wyraźne w mroku i Campion 

zaczął rozmyślać intensywnie nad dotychczas nie docenianą wszechobecnością pana Congreve’a.

background image

17. Dużo gadania

– W porządku. Proszę nie mówić ani słowa więcej. Idę. I tak miałem pójść. Źle mnie 

pani zrozumiała, wobec tego idę sobie.

Campion   zatrzymał   się   na   progu   w   chwili,   gdy   ta   rozmowa   osiągnęła   największe 

napięcie. Clarrie Grace stał na środku kuchni w pozie nieświadomie teatralnej. Ubrany był do 

podróży.

Renee patrzyła na niego, odwrócona plecami do pieca. Była czerwona, roztrzęsiona, ale 

mimo wielkiego gniewu oczy jej jak zawsze były pełne zatroskania i dobroci.

– Och, na miłość boską, Clarrie! – zawołała. – Weź się w garść! Idź sobie, jeśli chcesz, 

tylko mi tu nie opowiadaj, że to ja ciebie wyrzuciłam, i nie krzycz tego na całą ulicę. Chyba 

wiesz o tym, że na zewnątrz pełno ludzi.

Clarrie zamknął usta i znowu je otworzył. Spojrzał na Campiona i doszedł do wniosku, 

że to niebiosa zesłały mu słuchacza.

–  Kochana   –  powiedział  do  Renee   –  słodka  kobieto,  zrozumże,  zastanów   się,  bądź 

rozsądna przez chwilę. Ja się tylko staram ci pomóc. Nie chcę, żebyś robiła z siebie wariatkę. 

Jeśli   uważasz,   że   wtrącam   się   w   nieswojo   sprawy,   bardzo   mi   przykro.   –   I   wreszcie   na 

zakończenie krzyknął prawie: – A w ogóle uważam, że jesteś postrzelona!

– Dość tego. – Jej głos był ostry i władczy. – Ani słowa więcej. Dosyć już powiedziałeś. 

Nigdy   ci   tego   nie   wybaczę,   Clarrie.   On   urządził   całą   tę   scenę,   Albercie   –   zwróciła   się   do 

Campiona   –   tylko   dlatego,   że   powiedziałam   temu   dziecku,   żeby   tutaj   sprowadziła   swojego 

chłopaka. Biedaczysko, gdzieś przecież będzie musiał pójść. Nie ma domu, nie ma pieniędzy, a w 

szpitalu nie będą go trzymać w nieskończoność. Najlepsza metoda, żeby skłonić dziewczynę do 

robienia głupstw, to odwrócić się do niej plecami  i zostawić jej całą odpowiedzialność. No, 

powiedz mi, Albercie, co ty o tym myślisz?

Campion   zorientował   się,   że   ostatnia   nadzieja,   by   zniknąć   i   zachować   neutralność, 

rozwiała się bezpowrotnie.

– Nie bardzo rozumiem, o co tu chodzi – rzekł ostrożnie. – Czy o Klytię i Mike’a 

Dunninga?

background image

– Ależ tak, oczywiście, mój kochany. Nie bądź niemądry. – Jej szorstkie słowa trzasnęły 

jak uderzenie batem.– Nie zamierzam przecież prowadzić przytułku dla sierot.

– A ja myślałem, że tak – mruknął rozwścieczony Clarrie i Renee od razu zwróciła się 

znowu do niego:

– Okropnie mnie męczycie, wy mężczyźni. Oto miła dziewczyna, pełna macierzyńskich 

uczuć, nie śmiej się Clarrie, młoda, niezaradna, przerażona, nie wie, co ma robić z tym biednym 

chorym chłopcem. Gdyby był tutaj, u mnie, mogłabym się nim zaopiekować. A jeśli on jest dla 

niej   nieodpowiedni,   a   trudno   to   stwierdzić,   dopóki   się   go   nie   pozna,   można   by   go   jej 

wyperswadować, spokojnie, rozsądnie, po chrześcijańsku... 

Clarrie parsknął jak narowisty koń.

– A więc zamierzasz dokuczyć tym biednym dzieciom. To coś zupełnie nowego. O tym 

mi nie wspomniałaś.

– Głupstwa pleciesz! Staram się tylko tak o nią dbać, jakby była moją własną córką.

– Clarrie usiadł przy stole, oparł o niego ręce i złożył na nich głowę nie zdejmując nawet 

kapelusza.

– Dlaczego?

– Dlaczego?

– Tak, dlaczego? Dlatego, że to wariacki pomysł. Niech pan posłucha, panie Campion, 

pan najlepiej osądzi. Chciałem wytłumaczyć tej niemądrej, upartej kobiecie, którą kocham jak 

rodzoną matkę, że nie może dbać o wszystkich ludzi potrzebujących pomocy. To chyba rozsądne, 

prawda? Czy to nie jest rozsądne?

Reakcja Renee była nieoczekiwanie gwałtowna.

–  Świnia!   – Przewróciła   oczami,   najwidoczniej  chcąc   oddać  wizerunek  świni.  –  Po 

prostu   zwykłe   prosię!   Och,   to   nie   twoja   wina.   Twoja   matka,   a   moja   przyjaciółka,   bardzo 

porządna kobieta, była dziewczyną o najlepszym sercu pod słońcem. Ale twój tatuś! Mam go 

przed oczyma jak żywego. Szczur, to był zwykły szczur!

Clarrie   Grace   nie   usiłował   nawet   bronić   ojca:   nagle   posmutniał   i   robił   wrażenie 

złamanego.   Zdaniem   Campiona,   to   był   cios   poniżej   pasa.   Najwidoczniej   Renee   też   tak 

pomyślała, bo miała minę, jeśli nie przepraszającą, to przynajmniej taką, jakby chciała siebie 

usprawiedliwić.

background image

– Bardzo brzydki zwyczaj podglądać, co inni dostają. I co z tego, jeśli tym na górze dam 

nieco więcej, niż za to płacą? Stać mnie na to i nikomu nic do tego. Dżentelmen nie węszy 

dokoła i nie stara się wysondować starego Congreve’a z banku, jaki jest stan mego konta.

– To oczywiste kłamstwo – zaprotestował Clarrie. – Poza tym Congreve nie jest skłonny 

do   zwierzeń.   To   raczej   on   stara   się   mnie   czasem   Wysondować.   To   on   nawiązał   ze   mną 

znajomość, o czym zresztą ci powiedziałem, i to tyś twierdziła – przerwij mi, jeśli się mylę – że 

ludzie z banku zawsze są wścibscy.

– Wijesz się jak piskorz. – Uśmiechnęła się słabo do Campiona. – Wiem, co robię – 

powiedziała.

– Jeśli tak, to w porządku. – Clarrie był wyraźnie zmęczony.

– Usiłowałem tylko obronić ciebie, ty stara dziwaczko. Widzę przecież, jak pół tuzina 

tych starych wariatów bierze więcej od ciebie, niż daje. Nie chcę wiedzieć, dlaczego im na to 

pozwalasz, chociaż może się to wydawać bardzo dziwne niektórym osobom. Zastanawiałem się 

tylko, czy możesz sobie na to pozwolić. Ponieważ powiedziałaś, że możesz, i zapewniłaś mnie, 

że nie skończysz jako ofiara dobroczynności publicznej, słowa więcej nie powiem. Utrzymuj 

sobie parę naszych zakochanych gołąbeczków, a ponadto połowę ulicy, jeśli chcesz, mnie to nic 

nie obchodzi.

Panna Roper pocałowała go.

– To na przeprosiny – powiedziała. – A teraz nie zepsuj wszystkiego. Jak jesteś w domu, 

zdejmij kapelusz, kochanie. Patrz, Albert zdjął.

–   Bardzo   przepraszam,   jest   mi   cholernie   przykro!   –   powiedział   pan   Grace,   zerwał 

kapelusz i rzucił go na piec kuchenny, gdzie potoczył się między garnki i zaczął się przypalać. 

Wściekłość panny Roper wybuchła na nowo. Zwinna jak jaszczurka odsunęła pogrzebaczem 

fajerkę i wrzuciła kapelusz w ogień. Nałożony z powrotem żelazny pierścień zamknął się nad 

nim   na   zawsze.   Potem,   ze   sztucznym   ożywieniem,   nie   odwracając   się,   zaczęła   hałaśliwie 

przestawiać garnki.

Blady jak ściana, ze łzami wściekłości w niebieskich oczach Clarrie wstał z krzesła i 

otworzył usta.

Campion nie widząc dalszego sensu przebywania w ich towarzystwie zostawił skłóconą 

parę przyjaciół i ruszył na poszukiwanie tylnych schodów. Gdy je znalazł omal się nie przewrócił 

przez panią Love, która klęczała przy kuble.

background image

– Czy poszedł sobie, powiadam, czy poszedł sobie? – spytała podnosząc się i chwytając 

go za rękaw. – Nie dosłyszę, powiadam, że nie dosłyszę.

Krzyczała i Campion, który był przekonany, że nieźle słyszy, wrzasnął:

– Mam nadzieję, że nie!

– Ja też – odpowiedziała normalnie, prawie szeptem, dodając nieoczekiwanie: – Inna 

sprawa, że to śmieszne, powiadam, że to śmieszne.

Kiedy ją obchodził, stwierdził, że wtedy powtarza swoje sądy, gdy nie tylko spodziewa 

się odpowiedzi, ale wręcz jej żąda.

– Naprawdę? – mruknął wymijająco.

– Oczywiście, że to śmieszne. – Swoją rumianą, starą twarz przysunęła do jego twarzy. 

– Dlaczego daje im tyle swobody? Przecież są tylko lokatorami? Wygląda mi na to, że ona im 

coś zawdzięcza, powiadam, że wygląda mi na to, że ona im coś zawdzięcza.

Te wypowiedziane stentorowym głosem słowa, tak zaskakująco bystre, były echem jego 

własnych myśli i zmusiły go do zatrzymania się. – Idzie pan teraz do swego pokoju? – spytała i 

nagle znowu krzyknęła: – O Boże! Na śmierć zapomniałam. Zupełnie wyleciało mi z głowy. To 

przez   te   wszystkie   zdarzenia.   Jakiś   pan   czeka   na   pana   w   pańskim   pokoju,   co   najmniej   pół 

godziny.   Wygląda   bardzo   godnie,   powiadam,   że   wygląda   bardzo   godnie,   więc   go   do   pana 

wpuściłam.

– Wpuściła go pani? – spytał Campion, który nikogo nie oczekiwał. Ruszył na górę. Jej 

wesoły głos gonił za nim.

– Nikogo zwyczajnego bym nie wpuściła, bo to nigdy nie wiadomo, co może zginąć.

Pomyślał,   że   wszyscy   w   całym   domu   ją   słyszą.   Przed   drzwiami   swojej   sypialni 

zatrzymał się. Wewnątrz ktoś rozmawiał. Słów nie mógł rozróżnić, ale dźwięki, jakie do niego 

dolatywały, wskazywały na małe zebranie towarzyskie. Podniósł brwi zdumiony, otworzył drzwi 

i wszedł.

background image

Na   nordyckim   tronie   przed   toaletką,   odwrócona   plecami   do   lustra   siedziała   panna 

Evadne Palinode. Znowu miała na sobie długą wzorzystą suknię, w której widział ją po raz 

pierwszy, ale teraz narzuciła na plecy koronkową chustę, a na jej szerokiej, kształtnej dłoni lśnił 

diamentowy  pierścionek   w   starej   oprawie.   U   jej   stóp,   mocując   się  z   wtyczką   elektrycznego 

garnka, którą usiłował zreperować pilnikiem do paznokci, klęczał tęgi siwowłosy mężczyzna w 

czarnej wizytowej marynarce i sztuczkowych spodniach.

Kiedy   podniósł   głowę,   Campion   przekonał   się,   że   to   sir   William   Glossop,   ekspert 

finansowy i doradca Ministerstwa Skarbu, którego kiedyś przelotnie poznał.

background image

18. Trop z Threadneedle Street

Kiedy   Campion   wszedł,   elektryk-amator   miał   ochotą   z   wdziękiem   wstać,   ale 

rozkazujący gest panny Palinode zmusił go do pozostania na kolanach.

– Proszę reperować dalej, świetnie daje pan sobie radę. – Jej kulturalny głos był bardzo 

władczy. – Mam wrażenie, że ta mała śrubka pasuje tutaj, nieprawdaż? Nie, rzeczywiście może 

nie. Bardzo często pan wychodzi – zwróciła się z łagodną naganą do Campiona. – Staram się 

przygotować do jutrzejszego spotkania i zauważałam, że coś się oberwało. Jakież to przykre! 

Obawiam   się,   że   mam   niezbyt   zręczne   ręce   i   trudno   byłoby   mi   to   zreperować.   –   Jej   pełen 

zadowolenia śmiech, mówił wyraźnie, że pomysł tak absurdalny bawił ją, a jednak był dla nich 

jakoś   pochlebny.   –   Przyszłam   więc   do   pana.   Wiem,   że   wy,   ludzie   teatru,   tacy   jesteście 

pomysłowi. Pana nie zastałam, ale z pomocą pośpieszył mi pański kolega.

Sir   William   obdarzył   Campiona   spojrzeniem   spod   oka.   Jego   małe   inteligentne   usta 

ściągnięte   były   grymasem   irytacji.   Trudno   wyobrazić   sobie   kogoś   mniej   przypominającego 

aktora – pomyślał Campion. Wyciągnął ręce.

– Może ja pomogę? – zaproponował.

– Bardzo proszę. – Oświadczenie to zabrzmiało ochoczo i starszy mężczyzna podniósł 

się z kolan, żeby zająć odpowiedniejszą pozycję na dywanie przed kominkiem.

Panna Evadne uśmiechnęła się do niego czarująco.

– „Wyglądasz mi, synu, na wzburzonego wielce – zacytowała – jakbyś zdumiał się, lecz 

bądź spokojny,  nasze igraszki wkrótce się zakończą”.  – Przypatrywała  mu  się z rozbawioną 

pobłażliwością, co go wyraźnie wyprowadzało z równowagi.

– Obawiam się, że zupełnie nie znam się na tego rodzaju urządzeniach – powiedział 

zmieszany.   Nie   był   człowiekiem,   który   by   wierzył,   że   uśmiech   może   ułatwiać   stosunki 

towarzyskie. Panna Evadne doszła do wniosku, że jest nieśmiały.

– Jak widzę nie jest pan znawcą Szekspira – powiedziała uprzejmie. – Wydawało mi się, 

że   jest   wręcz   przeciwnie.   Dlaczego   to   zacytowałam?   –   Jej   wzrok   padł   znacząco   na   jego 

falstaffowski brzuch, a oczy zabłysły rozbawieniem. – Zresztą to nieważne. Oczywiście obaj 

panowie musicie do mnie jutro wpaść. Nie wiem, czy w tym tygodniu przyjdą jakieś wpływowe 

osobistości. Sądzę jednak. że będzie zabawnie. – Spojrzała na Campiona, który pochylił się nad 

background image

kontaktem. – Zapraszam zawsze moich przyjaciół z sąsiedztwa, tutejszych handlowców i tak 

dalej, ponieważ uważam, że ludzie sceny lubią spotykać się ze swoim audytorium.

Campion wstał, skończywszy, reperację.

– Zbawienne to dla wszystkich – powiedział wesoło, a ona obdarzyła go zdziwionym, 

ale radosnym spojrzeniem.

– I ja tak myślę – zgodziła się. – Gotowe? Cudownie! Do widzenia. A więc przyjdą 

panowie jutro kilka minut po szóstej. Tylko proszę się nie spóźniać. Dosyć szybko męczę się 

mówieniem.

Wzięła  garnek, poleciła  wzrokiem Campionowi,  żeby jej otworzył  drzwi i wyszła  z 

godnością, której nie powstydziłaby się królowa. W progu zatrzymała się i spojrzała na Glossopa.

– Dziękuję panu za tak rycerskie usiłowania – powiedziała do sir Williama. – Oboje nie 

dorównujemy temu uprzejmemu człowiekowi.

Najwidoczniej uświadomiła sobie własną niedelikatność i to miała być swojego rodzaju 

gałązka oliwna. Campion uśmiechając się zamknął za nią drzwi i spojrzał na swego gościa Sir 

William, który dziwnie raził na tle tego pokoju, patrzył na niego ponuro.

– Czekałem na pana, kiedy weszła ta kobieta – powiedział. – Robiła wrażenie, że mnie 

zna. Za kogo mnie wzięła, za policjanta?

–   Campion   spojrzał   w   smutne,   mądre   oczy   człowieka,   który   rozstrzygał   doniosłe 

problemy finansowe, z pewnym zaambarasowaniem.

– Ależ nie. Obawiam się, że wzięła nas obu za ludzi związanych ze sceną.

– Ja i aktor! – Glossop odruchowo przejrzał się w dużym, w kształcie serca lustrze i po 

raz pierwszy prawie się uśmiechnął. – Boże miłosierny – westchnął, ale nie sprawiał wrażenia 

obrażonego.   Nagle   przyszła   mu   jakaś   inna   myśl   do   głowy.   –   Czy   to   ona   Jest   pańską 

morderczynią?

– W drugiej kolejności – wyjaśnił wesoło Campion. – Pańska wizyta, sir Williamie, 

zaskoczyła mnie. Czym mogę służyć?

Gość spojrzał na niego w zamyśleniu.

–   Tak   –   powiedział   wreszcie.   –   Oczywiście   po   to   tu   jestem.   –   Usiadł   na   fotelu, 

zwolnionym przez pannę Evadne i wyjął z kieszeni małą lśniącą fajkę, którą nabił i zapalił. – 

Rozmawiałem ze Stanislausem Oatesem, a właściwie to on rozmawiał ze mną – zaczął wreszcie. 

– W liście do nadinspektora Yeo postawił pan pewne pytanie. Czy wie pan, o czym mówię?

background image

– Nie mam pojęcia.

–   Świetnie.   –   Przybyły   odczuł   wyraźną   ulgę.   –   Pański   list   do   nadinspektora   był 

całkowicie osobisty. Trafił do Oatesa. Oates na szczęście wspomniał mi o nim podczas naszej 

rozmowy, ponieważ tak się składa, że akurat razem pracujemy nad pewnym zagadnieniem. To 

znaczy, że chodzi o czterech godnych zaufania ludzi. W porządku. A teraz niech mi pan powie, 

panie Campion, co pan wie o spółce akcyjnej „Brownie Mines Company”.

Jasne   oczy   za   okularami   w   rogowej   oprawie   stały   się   nagle   zupełnie   bez   wyrazu. 

Campion westchnął. Spłynęło na niego dziwne przeczucie. Nieoczekiwany dreszcz, tak dobrze 

znany z przeszłości, uświadomił mu, że karta się odwróciła.

– Prawie nic – powiedział. – Kobieta, która została zamordowana, miała pewną ilość 

akcji tego towarzystwa. Są one uważane za bezwartościowe. Kilka miesięcy temu były jakieś 

plotki na ich temat i to wszystko, co wiem.

–   Doprawdy?   Wobec   tego   jest   lepiej,   niż   myślałem.   Musi   pan   zachować   całkowitą 

dyskrecję na temat tej sprawy.

– Jeśli tylko będę mógł – poprawił go uprzejmie Campion.

Sir William potrząsnął głową.

– To nie wystarczy, mój drogi chłopcze. Nie może być żadnych o tym wzmianek. Czy 

pan mnie zrozumiał? Nie może być najmniejszej wzmianki w gazecie – ani gdzie indziej. Żadnej, 

powiadam. Czy mam to wyjaśnić wyraźniej?

– Bardzo to wygodne dla mordercy – rzekł sucho Campion.

– Przepraszam, o co chodzi? Och, rozumiem. Dobry Boże, pan podsuwa myśl, że ta 

nieszczęsna kobieta została otruta dlatego, że posiadała...

– Nie tyle podsuwam, co pytam.– Campion wyglądał w tej chwili jak chuda sowa. – 

Znałem najprawdziwszych morderców wynajmowanych za tak niewielką sumę jak trzy funty i 

dziesięć  szylingów. Moja... hm...  klientka  posiadała  do spieniężenia,  o ile dobrze pamiętam, 

około ośmiu tysięcy akcji tego koncernu o czarującej nazwie. Musi pan zrozumieć, że to jest 

istotne i dla mnie, i policji, jeśli istnieje szansa, że mogą one kiedykolwiek przynieść  zysk. 

Naszym obowiązkiem Jest sprawdzić to. Oprócz tego z pewnością nie miała nic, co mogłoby 

mieć jakąś wartość, nawet problematyczną.

Sir William wstał.

background image

– Rozumiem, o co panu chodzi – powiedział wolno. – Że docenia pan chyba, jaką wagę 

do   tego   przywiązuję,   gdyż   w   przeciwnym   wypadku   nie   byłoby   mnie   tutaj.   Najpierw   się 

upewniłem, że to panu poruczono odpowiedzialne zadania, chociaż oczywiście wiedziałem, że 

pan nie zdaje sobie sprawy z doniosłości tego aspektu sprawy, gdyż po prostu pan o nią pytał. 

Dlatego postanowiłem tu przyjść jak najśpieszniej i skłonić pana do milczenia.

–   Niech   pan   posłucha   –  Campion   postanowił   sam   rozegrać   tę   partię.   –  Ani   ja,   ani 

inspektor Luke nie chcemy mieszać się do spraw wielkiej finansjery. Złapaliśmy trop i chcemy 

tylko wiedzieć, czy może nam się przydać. Nie obchodzi nas, czy to jest ważne dla pana, czy dla 

rządu Jego Królewskiej Mości. Pan powie nam, dlaczego „Brownie” jest taki niebezpieczny, a 

my nie będziemy wymieniać go nazwy.

–   Jaki   znowu   Brownie?   Och,   rozumiem,   to   taka   figura   retoryczna.   Nie   chciałbym 

powiedzieć za dużo, gdyż im mniej ludzi wie coś w tej sprawie, tym lepiej, ale powiem mu. 

Istnieją   trzy   opuszczone   kopalnie   złota,   oczywiście   nie   powiem   gdzie,   w   których,   zdaniem 

fachowców, znajduje się pewien metal.

– Bez nazwy – wtrącił Campion.

– Właśnie. Pewien niezwykle rzadki metal, który jest potrzebny do wyrobu pewnych 

rzeczy istotnych  dla obronności naszego kraju – urwał. Campion spuścił wzrok. Sir William 

odchrząknął. – Właśnie przeprowadzane są badania i trzeba zachować absolutną tajemnicę. Niech 

pan tylko sam pomyśli, o jaką stawkę chodzi!

Campion nie miał pojęcia, czy firma „Brownie” zatopiła swoje kopalnie w Chelsea, czy 

w   Peru.   Starał   się   zrobić   inteligentną   minę,   podczas   gdy  nowa   myśl   przyszła   do   głowy  sir 

Williamowi.

– Utrzymujemy to w całkowitej tajemnicy. Jeżeli ktoś zamordował tę starą kobietę, żeby 

zdobyć   pakiet   jej   akcji,   to   jest   niebezpiecznym   przestępcą   i   musiał   nastąpić   jakiś   poważny 

przeciek informacji. Pan musi go schwytać i to im prędzej, tym lepiej.

–   Inna   sprawa,   że   to   musi   być   zupełnie   bezmyślny   facet   –   powiedział   spokojnie 

Campion.  – Doskonale.  Wiemy  w  każdym  razie  jedno, a mianowicie,  że  w tej  sprawie jest 

motyw.

Sir William spojrzał na niego zamyślony.

background image

– I to bardzo poważny – powiedział. – Zostawiam to panu. W razie czego poroszę mnie 

zawiadomić listownie. Że polegam na pańskiej dyskrecji, oczywiście, nie potrzebuję wspominać. 

– Ton jego głosu i wyraz twarzy zaprzeczały tym słowom.

Campion nie miał czasu zrobić obrażonej miny. Nowa myśl przyszła mu do głowy.

– Czy było ciemno, kiedy pan tu wchodził? – spytał.

– Niezupełnie, obawiam się. – Sir William miał skruszoną, minę. – Domyślam się, o co 

panu chodzi. Sądzi pan, że ktoś mógł mnie poznać. I ja o tym pomyślałem, kiedy zobaczyłem 

tyle osób przed domem. Nie przyszło mi do głowy, że tu będą jacyś gapie. Okropność! – Urwał 

zastanawiając się. – To dziwna, chyląca się do upadku dzielnica. Widzę, że tu, na Apron Street, 

jest filia Banku Clougha. We współczesnym świecie występują niezwykłe anomalie!

– O ile wiem, to staroświecka firma.

– Wręcz archaiczna. Absolutnie zdrowa finansowo, ale żyjąca przeszłością. Egzystują 

jeszcze dwie albo trzy filie, jedna w Leamington, jedna w Tonbridge i jedna w Bath. Ten bank 

obsługiwał wytwornych ludzi, należących do klasy, która praktycznie biorąc wyginęła. Płacą oni 

mniej niż inne banki tego rodzaju, ale zapewniają dobrą obsługę. – Westchnął. – Niezwykły jest 

dzisiejszy świat!  No cóż, przykro  mi,  jeśli  nie  powinienem  był  przychodzić  tutaj. Ponieważ 

bałem się, żeby nie widziano nas razem, wolałem tu przyjść niż umawiać się z panem w klubie 

czy w biurze. Nie sądzę, by mnie ktoś poznał. Zresztą, jeśli nie będzie żadnej wzmianki na temat 

sprawy, jaką omawialiśmy, iskra nie zapali lontu. Tylko my dwaj orientujemy się, nieprawdaż?

Campion pomógł mu nałożyć płaszcz. Jak zwykle kiedy był zmartwiony, twarz miał 

zupełnie bez wyrazu.

– Ja sam i ten trzeci,  nie sądzi pan?  – zaryzykował.  Sir William  spojrzał na niego 

uważnie.

– Morderca? – spytał. – O Boże, nie sugeruje pan chyba, że ten facet krąży dookoła 

domu?

Nikły uśmieszek Campiona miał w sobie odcień przekory.

– Oczywiście wewnątrz jest cieplej – szepnął.

W dziesięć minut później, kiedy jego gość został wyprowadzony z domu z zachowaniem 

takiej dyskrecji, jaka była możliwa, siedział przez kilka jeszcze minut nie zapalając papierosa.

background image

Jego   myśli   wędrujące   leniwie   nagle   natrafiły   na   coś   oczywistego.   Przecież   panna 

Evadne nie była osobą aż tak znowu towarzyską – choć stwarzała tego pozory – by w takiej 

chwili nie zrezygnować z zaproszenia gości tylko przez przekorę! A jednak postanowiła wydać 

swoje przyjęcie. Dlaczego?

Nie nasuwało mu się żadne rozwiązanie, wobec tego powędrował myślami do jej brata, 

Lawrence’a,  i ciekawej  historii,  jaką o nim opowiedział  Bowels. Przedsiębiorca  pogrzebowy 

opuścił coś ważnego, był o tym przekonany.

Nagłe otwarcie drzwi przerwało jego rozważania. Inspektor Charlie Luke wpadł bez 

przeproszenia i wyciągnął dwie butelki z kieszeni nieprzemakalnego płaszcza.

– Tylko piwo – powiedział. Campion spojrzał z zainteresowaniem. – Dobre wieści? – 

spytał.

– Nic takiego, żeby to uczcić  wywieszaniem flagi.  – Inspektor ściągnął  energicznie 

płaszcz, jak gdyby stawiał mu opór, kapelusz rzucił na komodę i sięgnął po szklaneczkę do 

zębów. – Pan będzie pił elegancko, a ja z butelki – powiedział nalewając Campionowi. – Sir 

Doberman   nie   jest   zachwycony.   Chciał   się   ze   mną   zobaczyć,   żeby   spytać,   czy   wykopałem 

właściwego faceta. Biedaczysko? Jest tak rozczarowany, jak dziecko, które na gwiazdkę dostanie 

pustą paczkę! – Pociągnął jeszcze jeden haust z butelki i westchnął z zadowoleniem. – W takiej 

sytuacji komenda prowadzi zwykle dochodzenie co do przyczyn „opóźnienia aresztowania” – 

ciągnął  żywo  – ale  bez specjalnego  zapału.  Są w  kiepskim nastroju. Dostali  wiadomość,  że 

Greener  jest  we Francji.  To wspólnik  tych  dwóch bandytów,  z Greek Street,  których  napad 

narobił tyle szumu. Paul, ten drugi, rozwiał się jak kamfora. Campion udał przejęcie.

– To fatalnie – powiedział.

–   Oczywiście.   –   Luke   był   w   znakomitym   humorze.   –   Po   dziesięciu   dniach   pełnej 

gotowości. Mimo, że każdy port był  obserwowany jak ostatnie ciastko na zabawie szkolnej. 

Nasza Apron Street miała połowę roboczogodzin, jaka jej się należała. Zważywszy jednak na to, 

iż... jak piszą w  podręcznikach  licealnych.  – Postawił  butelkę  ostrożnie  na ziemi,  pomiędzy 

nogami.   –  Jakoś  to   kulawo  idzie.  Wreszcie  dostałem  dwóch  chłopaków,   którzy  pracują   nad 

sprawą Taty Wilde’a i szukamy Belli-żałobnicy, ale jak dotychczas nic interesującego z tego nie 

wynikło. Chyba tylko to, że ten stary, cokolwiek robił, wcale nie miał tak dużo pieniędzy. – 

Westchnął głęboko i szczerze. – Biedny pigularz! Oddałbym całą moją pensję, żeby to się nie 

stało. Ale mam coś dla pana. – Zaczął grzebać w wewnętrznej kieszeni. – Lekarz dostał jeszcze 

background image

jeden anonim. Ten sam charakter, ten sam znaczek, ten sam papier. Tylko treść nieco inna. – W 

zamyśleniu podrapał się po nosie. – Ale nadal się objawia ten sam miły charakterek. Autorka ma 

nadzieję, że się będziemy żywcem smażyć w piekle.

Wyjął kartkę papieru, która – jak sobie pomyślał Campion – została zrobiona tak, żeby 

jej nikt nie rozpoznał. Była cienka, zwyczajna, szarawobiała i nie miała znaku wodnego. Ten 

gatunek papieru można było z pewnością dostać w każdym sklepie piśmiennym w Londynie. 

Nawet charakter pisma nie wyróżniał się niczym szczególnym.

Po   bliższym   przyjrzeniu   kartka   budziła   jednak   zaciekawienie.   Po   szeregu   nie   do 

odcyfrowania   słów,   ułożonych   bezładnie,   choć   wybranych   ze   świadomą   satysfakcją,   osoba 

pisząca była bardziej precyzyjna:

Ty stary durniu tak daleko zaszłeś bo wszystkie lekarze to tchórze ale niewiele udało ci  

się obłowić na zmarłej i powiem ci dlaczego, prosto z mostu ty stary durniu.

Brat stary dureń chciwiec i skąpiec ale mądrala i wziął to co zostawiła durniowi tak  

zwanemu kapitanowi który jest biedny i głupi jak but ja ciebie obserwuję to twoja wszystko wina  

całe to zamieszanie i nieszczęście bogu jednemu wiadomo amen kto mówi prawdę nie zapominaj  

że tacy jak ty to durnie i przez nich inni cierpią chociaż udają że dobrzy i pomagają policji ale  

zawsze najgorsi gotowi brać gotówkę i zrobić oszustwo. Żywcem będą się smażyć w piekle i ty 

także. Jesteś najgorszy ty durniu durniu durniu durniu.

– Sympatyczna, kobieta, co? – Charlie Luke rzucił spojrzenie przez ramię. – Ale potrafi 

pisać jeszcze lepsze listy. Kiedy jest w dobrej formie, nie powtarza tyle razy tych samych słów. 

Widzę, że coś pana zainteresowało?

Campion   rozłożył   papier   na   stoliczku   nocnym   i   zaczął   podkreślać   niektóre   słowa 

ołówkiem. Kiedy skończył powstała krótka wiadomość: „Brat mądrala. Wziął to, co zostawiła 

kapitanowi, który jest biedny i głupi”.

– To rewelacyjne, jeśli prawdziwe – mruknął.

– O co chodzi? – Luke przekrzywił głowę.

background image

– Panna Ruth w największej tajemnicy jako legat zostawiła kapitanowi, którego nie 

lubiła, osiem tysięcy akcji pierwszej preferencji. – Uśmiech jego był szeroki. – Niech pan siada – 

poprosił – a opowiem panu coś w zaufaniu.

Zanim   jednak   odezwał   się   ponownie,   jego   ołówek   wędrując   wśród   bezładnych 

obraźliwych słów podkreślił jeszcze pięć z nich.

background image

19. Labirynt

Duży pokój zaraz po lewej stronie frontowych drzwi Portminster Lodge pochodził z 

owych czasów, kiedy uważano, że po to, by dobrze zjeść, trzeba temu poświęcić trochę myśli, 

czasu, a nade wszystko przestrzeni.

Ojciec Lawrence’a Palinode’a, którego portret olejny wisiał nad kominkiem, urządzając 

tę niewielką salę bankietową opierał się na najlepszych wzorach wiktoriańskich. Teraz jego syn 

pracował w jednym jej końcu, a spał w drugim.

Polowe   łóżko   Lawrence’a   wciśnięte   było   pomiędzy   dwa,   nawet   ładne,   mahoniowe 

postumenty   z   mosiężnymi   urnami   i   nie   ulegało   wątpliwości,   że   lokator   swe   ubranie   trzyma 

starannie złożone w kredensie, o wiele teraz za dużym na potrzeby powojennego prywatnego 

domu.   Pokój   sprawiał   jednak   –   rzecz   dziwna   –   ogólne   wrażenie   wygodnego.   Przykryty 

gobelinem fotel stojący przy kominku był mocno wgłębiony, ale schludny, długi za solidny stół z 

zaokrąglonymi kantami, który stał na zniszczonym dywanie, starannie podzielono na trzy części: 

pierwsza pełniła rolę biurka, druga kartoteki, a trzecia baru dobrze zaopatrzonego w kanapki.

Poza tym wszędzie leżały książki, ale żadna z nich nie była zakurzona ani nie miała 

zawiniętych rogów; zapełniały one ściany i boczne stoliki, piętrzyły się na szafkach, wypływały 

stosami z kątów i krzeseł.

A   jednak   był   to   najporządniejszy   pokój,   jaki   Charlie   Luke   spotkał   w   swej   bogatej 

karierze. Zrobił na ten temat uwagę, kiedy stał obok Campiona i rozglądał się po pokoju.

Weszli  bez  zaproszenia  i robili  „krótki przegląd”,  jak to  określił  Luke; czekając  na 

właściciela.   Po   stronie   biurkowej   stołu   znajdowała   się   taca   na   nóżkach,   wypakowana   – 

używanymi najwidoczniej często – książkami, złożonymi porządnie grzbietami do góry.

Campion   pochylił   się   nad   nimi.   Pierwszy   tytuł,   jaki   mu   się   rzucił   w   oczy,   to   była 

„Medycyna   sądowa”   Sidneya   Smitha,   dalej   „Toksykologia”   Buchanana.   Kiedy   przebiegał 

wzrokiem po grzbietach, jego oczy coraz bardziej stawały się bez wyrazu. Był tutaj nieunikniony 

Gross i „Materia medica”, „Chemia sądowa” Lucasa i bardzo stary podręcznik Quaine’a. Zaczął 

szukać innych dawnych przyjaciół i z rozrzewnieniem znalazł Glaistera, Keitha Simpsola i H. T. 

F. Rhodesa, jak również bogaty wybór prac uzupełniających, takich jak Streker i Ebaugh – oraz 

„Zbrodnia nienormalność umysłowa”.

background image

Była to mała, lecz wyczerpująca biblioteczka z dziedziny kryminologii.

Wziął   do   ręki   „Materia   medica”,   spojrzał   na   stronę   tytułową,   westchnął   ze 

zrozumieniem i nadal przeglądał książki, kiedy inspektor Luke przeszkodził mu.

– Żebym tak skonał!

To stare andrusowskie wyrażenie zabrzmiało tutaj szokująco. Campion spojrzał na niego 

zaskoczony i zobaczył oczy Luke’a wprost okrągłe ze zdumienia: w ręku trzymał kartkę papieru, 

którą zdjął z kominka.

– Znowu nasza wulgarna Pytia  – powiedział. – Niech pan tylko  spojrzy.–  Campion 

podszedł   do   niego   i   razem   przeczytali   taki   sam   list,   jaki   dostał   doktor.   W   trakcie   czytania 

Campion   poczuł   chłód,   który   przenikał   go   zawsze,   ilekroć   miał   do   czynienia   z   chorobą 

psychiczną.   Było   to   świadectwo   szaleństwa   wyrachowanego   i   rozwścieczonego.   Wiadomość 

wybrana z masy odrażających słów była prosta: „Ograbiłeś... głupiego.” – Koperta, która nadal 

leżała   na   półeczce,   była   poprawnie   zaadresowana   do   Lawrence’a   Palinode’a,   a   stempel 

miejscowej poczty wyraźnie odbity.

– Wysłany wczoraj rano. – Luke odłożył list na miejsce. – Nie wiem, czy to pierwszy 

list, jaki otrzymał. Jeśli nie, to dlaczego, u diaska, nie zawiadomił nas o tym? Dziwne to bardzo.

Przeszedł wzdłuż pokoju bawiąc, się hałaśliwie monetami w kieszeniach. Idący za nim 

Campion wprost słyszał, jak jego mózg pracuje. 

– No, cóż, trzeba będzie z nim znowu porozmawiać – ciągnął, kiedy znaleźli się w 

drugiej połowie rozległego pokoju. – Muszę przyznać, że nie zrozumiałem co najmniej połowy z 

tego,   co   do   mnie   mówił   ostatnim   razem,   ale   to   pewno   z   powodu   braku   odpowiedniego 

wykształcenia. – Rozłożył ręce gestem bezradności. – Trzeba będzie jeszcze raz spróbować.

Campion dotknął jego ramienia.

– I to zaraz.

Z hallu dobiegła do nich wyraźnie podniecona rozmowa, w której górował gęgający głos 

Lawrence’a. Drzwi trzasnęły i nastąpił moment ciszy, wreszcie usłyszeli, jak mówi:

– Wejdź! Natychmiast!

Luke i Campion, zasłonięci przez skrzydło rozkładanych drzwi, nawet nie drgnęli. W 

ciemnym kącie byli raczej słabo widoczni.

background image

Lawrence   spiesznie   wszedł   do   pokoju.   Sięgnął   do   przełącznika   światła   i   niezwykle 

czymś   pochłonięty   nie   zwrócił   uwagi,   że   już   jest   zapalone.   Wysoki,   kościsty,   był   bardziej 

niezgrabny niż zwykle, a trząsł się przy tym tak bardzo, że drzwi, o które oparł rękę, drżały 

wyraźnie, a książka ze stosu na krześle zsunęła się na ziemię.

Pochylając się po nią strącił inne, zrobił ruch, żeby je podnieść, ale zmienił zamiar i 

wyprostował się z gestem rezygnacji.

– Wejdź! – powtórzył, a ton jego głosu wprawił w wibrację struny pianina. – Wejdź w 

tej chwili!

Do pokoju weszła powoli Klytia White, blada, z podkrążonymi oczami, błękitnoczarne 

włosy, zwykle gładko zaczesane, były potargane, a brzydka sukienka zwisała niedbale.

– Kapitan poszedł na górę – powiedziała tak cicho, że ledwie ją słyszeli.

– Nic mnie to nie obchodzi.– Zamknął drzwi i oparł się o nie, rozkrzyżowawszy się na 

nich   w   sztucznej,   choć   nieświadomie,   pozie.   Jego   usta,   zwykle   blade   i   zaciśnięte,   teraz 

zaróżowiły   się.   Nagie   oczy   bez   okularów   sprawiały   wrażenie   niewidzących.   Był   bliski   łez. 

Nareszcie dał się słyszeć jego nieprzyjemnie brzmiący, donośny głos:

– Nieszczęsna dziewczyno!

Byli   świadkami   sceny   z   kiepskiego   melodramatu,   całkowicie   absurdalnej   a   jednak 

zdumiewającej szczerością. Jego cierpienie było wprost namacalne.

– Wyglądasz jak moja siostra, kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz. – Akcentował ostatnie 

sylaby   nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy,   a   urywane   słowa   i   nieprzyjemny   głos   sprawiały,   że 

wymówka przekształciła się w gwałtowny atak. – Była czysta jak ty. Ale kłamała. Wymykała się, 

by potajemnie uprawiać miłość na ulicach jak dziewka.

Nie był ani aktorem, ani adonisem, a jednak budził raczej lęk niż śmieszność. Campion 

westchnął. Charlie Luke poruszył się.

Klytia stała sztywno przed swym oskarżycielem. Jej ciemne oczy patrzyły bacznie i z 

przejęciem, jak oczy dziecka, które wiele przeżyło. Sprawiała wrażenie raczej zmęczonej niż 

przestraszonej.

– Ona wyszła za mąż za mojego ojca – powiedziała nieoczekiwanie.– Niech wujek nie 

opowiada, że oszukiwała, tak jak się o mnie opowiada. Ja nie uprawiam w parku miłości.

background image

– Ani na publicznym korytarzu, ani w szpitalu. – Jego pogarda była pełna udręki. – 

Czynisz to, bo się nie możesz  temu oprzeć. Siedzi w tobie jad. Rozgorączkowane dłonie w 

burzliwej ciemności i kroki ciekawskich przechodniów. Czy wiesz, że mi jest mdło z powodu 

ciebie! O Boże, napawasz mnie wstrętem! Napawasz mnie wstrętem! Czy słyszysz?

Dziewczyna   była   wstrząśnięta.   Pobladła   jeszcze   mocniej   i   zacisnęła   usta.   Bezwolne 

pochylenie ciała wyrażało rezygnację nierozumianej młodości.

Spojrzała   mu   w   oczy   i   przekorny   słaby   uśmieszek,   którego   nie   mogła   opanować, 

przemknął po jej twarzy.

– Wcale tak nie jest – powiedziała. – Wiesz wuju, wydaje mi się, że ty nic na ten temat 

nie wiesz, tyle tylko coś przeczytał w książkach.

Zachwiał się, jakby go uderzyła w twarz, a Campion, który rozpoznał coś znajomego w 

tym wybuchu, wpatrywał się w niego intensywnie.

Lawrence’a oczywiście rozzłościło to jeszcze bardziej. Rzucił się w stronę kominka.

– Owszem, czytałem i to nawet dużo. – Schwycił kopertę z kominka i rzucił w jej stronę. 

– Czy zaprzeczysz, żeś to pisała?

Skwapliwość, z jaką chwyciła kopertę, sprawiła, że jej zdziwienie było przekonywające. 

Zdumiona spojrzała na adres..

– Oczywiście, że nie. To nie jest mój charakter pisma.

– Nie? – Pochylił się w jej kierunku z rozpaczą. – Nie? A więc nie jesteś odpowiedzialna 

za te wszystkie anonimowe listy, które sprowadziły na twoją rodzinę ten straszny rozgłos?

–   Nie.   –  Kiedy  zrozumiała   oskarżenie,   krew   napłynęła   jej   do  twarzy.   W   tej   chwili 

wyraźnie się go bała, a oczy jej zrobiły się czarne i wielkie. – To podłość, co mówisz.

–   Podłość?   O   Boże!   Dziewczyno,   czy   ty   wiesz,   co   piszesz?   O   Boże!   Z   jakich 

zakamarków   podświadomości   czerpiesz   taki   brud?   Przeczytaj   i   wreszcie,   na   miłość   boską, 

przyznaj się!

Stała niepewnie, z kopertą w dłoni. Zmarszczyła czoło i było tak oczywiste, że wątpi w 

jego normalność, jakby to głośno powiedziała. Wreszcie wyciągnęła z koperty złożony, brudny 

świstek, ale ciągle go nie rozkładała.

– Uczciwie mówię, że nigdy, przedtem tego nie widziałam – zaczęła stanowczo, ale bez 

wiary, że go przekona. – Mówię, wujku, świętą prawdę. Nigdy tego nie widziałam i naprawdę nie 

jestem tego rodzaju osobą, żeby pisać anonimowe listy. Czy nie rozumiesz, że to wszystko, coś tu 

background image

naopowiadał o młodości, wcale się do mnie nie odnosi?

– Czytaj, Klytio. – Głos mu się załamał. – Zrobiłaś to i musisz zdać sobie sprawę, jakie 

to okropne. To twoja jedyna szansa. Zmuszę cię, żebyś to zrozumiała.

Otworzyła kartkę, spojrzała na nią i wyciągnęła rękę na całą długość.

–   Nie   mam   na   to   ochoty.   –   W   swoim   szlachetnym   oburzeniu   jeszcze   bardziej 

przypominała   pannę   Evadne.   –   Czy   nie   widzisz,   że   popełniasz   fatalną   pomyłkę?   Nie   masz 

najmniejszego prawa tak mnie traktować. Nie pozwolę na to. Natychmiast weź tę odrażającą 

kartkę albo ją wrzucę w ogień.

– Przeczytaj. Przeczytaj mi głośno.

– Nie przeczytam.

– Czytaj!

Charlie   Luke   wyszedł   szybko   na   środek   pokoju   i   schwycił   list.   Był   ogromnie 

wzburzony.

– Dosyć tego. – W jego głosie zabrzmiała wielka siła. Wyglądał jak anioł zemsty we 

współczesnym moralitecie.

Było typowe dla Lawrence’a Palinode, iż nie zauważył, że Luke nie wszedł przez drzwi.

– Nie słyszałem, żeby pan pukał – powiedział z godnością. 

Była   to   zapewne   jedyna   uwaga,   jaka   mogła   zaskoczyć   Luke’a   w   tym   momencie. 

Otworzył usta i zamknął z powrotem, bez słowa, jednak jego pełne dezaprobaty spojrzenie było 

jak sztylet. Stał mierząc wzrokiem Lawrence’a przez jakieś piętnaście sekund, zanim spojrzał na 

Klytię. Była o wiele bardziej wzburzona niż wuj, ale udawała butę. Gambit Luke’a zaskoczył ją 

zupełnie.

– Czy masz jakieś ubranie wyjściowe? – spytał. – Wytworne szmatki, które nosisz, jak 

się masz spotkać ze swoim chłopcem?

Skinęła głową z poczuciem winy.

– Idź i włóż je. Już czas, żebyś dała temu spokój, jak myślisz? – Szerokim gestem ręki 

ogarnął zarówno wszystkie rodzinne autorytety, jak też inwektywy Lawrence’a na temat stanu 

umysłowego towarzyszącego dojrzałości płciowej. – Mam w swojej dzielnicy siedemnastoletnie 

dziewczyny,   które   od   kilkunastu   miesięcy   są   dobrymi   żonami   i   matkami   –   dodał   jakby   dla 

wyjaśnienia.

background image

Kiedy zwracał się do Klytii, cechowała go łagodność i rozsądek. Mimo różnicy wieku 

doskonale ją rozumiał. A ona była tego w pełni świadoma.

– Oczywiście, ma pan rację – powiedziała. – Tak, zaraz się przebiorę.

– Gdzie idziesz? Gdzie idziesz, pytam! – Lawrence ruszył za nią chwytając ją za ramię.

Uwolniła się łagodnie, prawie uprzejmie.

– Żeby wyglądać odpowiednio na mój wiek, wujku. Zaraz wracam.

Stał patrząc tępo na zamknięte drzwi, aż wreszcie odwrócił się i dopiero teraz stwierdził, 

że w pokoju znajduje się również Campion.

background image

20. Dużo słów

– Wcale nie jestem zachwycony pańskim wtargnięciem tutaj. Wcale nie. – Lawrence 

wzruszył   ramionami   z   oburzeniem,   ale   zaraz   na   jego   twarzy   pojawił   się   charakterystyczny, 

zawstydzony, uśmiech. Usiadł przy tym krańcu stołu, który pełnił rolę biurka, przewracając mały 

kałamarz. Wytarł plamę bibułą, którą najwidoczniej trzymał w pogotowiu na takie okazje, i dalej 

ciągnął swoją przemowę, a głos jego to nabierał siły, to cichł – jak zepsuty głośnik.

–   Odbyłem   bardzo   ważną   rozmowę   z   przedstawicielką   mojej   rodziny.   Proszę   nie 

nadużywać swoich przywilejów zawodowych. Bardzo o to proszę. – Jego długa czerwona szyja 

chwiała się jak – tyczka obarczona ciężarem. – Pan ma mój list, inspektorze. Proszę mi go oddać.

Charlie Luke spojrzał na kartkę trzymaną w ręku.

–   Chce   pan   przez   to   powiedzieć,   że   pan   to   napisał?   –   spytał   bezceremonialnie..   – 

Krótkowzroczne oczy rozszerzyły się z zaciekawienia.

– Ja? Chyba w przystępie aberacji. Ciekawa to teoria, ale nie do utrzymania. Nie. Proszę 

mi to oddać. W obecnej sytuacji uważam ten list za dość ważny dokument.

– Ja również. – Charlie Luke schował papier do wewnętrznej kieszeni.

Policzki Lawrence’a Palinode pokryły się czerwonymi plamami.

– To nieuczciwe – zaprotestował. – Ma pan przecież wszystkie pozostałe listy.

– Skąd pan wie?

– Mój drogi panie, to nie są banialuki. Ludzie ze sobą rozmawiają, a niektórzy nawet 

czytają gazety.

Luke był uparty i ponury.

– Na jakiej podstawie przypuszcza pan, że list napisała ta sama osoba, jeśli nie widział 

pan pozostałych?

– Ależ ja je widziałem.  Widziałem  przynajmniej  pierwszy i zrobiłem  sobie z niego 

odpis. Pokazał mi go doktor zaraz po otrzymaniu. Kiedy dzisiaj dostałem ten, z pocztą, od razu 

poznałem pismo madame Pernelle.

– Co ją do tego skłoniło? Przed chwilą wydawało mi się, że pan oskarżał pannę White?

Wyraz   niekłamanego   zmartwienia   przemknął   przez   tę   twarz   o   opuszczonej   dolnej 

szczęce, ale Lawrence zaraz się opanował i najwidoczniej dokonał odkrycia.

background image

– To musi być kobieta! – zawołał. – Może nie uważa pan tego za tak wstrząsające, jak 

ja. – Po chwili potrząsnął głową. – Zapewne ma pan rację. Wiem tylko, że to madame Pernelle.

Tego rodzaju oświadczenie dla celów policyjnych było zupełnie niezadowalające. Grube 

brwi inspektora zbiegły się jak chmura gradowa. By i zupełnie osłupiały i na nowo rozgniewany 

przypomnieniem doznanego zawodu.

Campion doszedł do wniosku, że nadeszła odpowiednia chwila dla jego interwencji.

– Nie sądzę, by należało wplątywać w to animo. – mruknął, dodając z przekąsem: – 

Policja jest zbyt nieruchawa na stosowanie metod psychoanalizy. Czy pan naprawdę nic nie wie o 

madame Pernelle, inspektorze?

– Czy nie wiem? Oczywiście, że tak! – Luke był wściekły. – Prowadzi bar na Suffolk 

Street, tuż koło kościoła. Biedna stara! Gruba jak beczka, ale serce ma złote. Ledwie mówi po 

angielsku, a już pisać nie potrafi wcale. Pan Palinode już przedtem wystąpił z tym oskarżeniem i 

zajęliśmy się tym.

Lawrence westchnął i wzruszył chudymi ramionami.

Campion usiadł i wyjął papierosy.

– O ile sobie przypominam,  ta Pernelle to również niezwykle  jadowita i agresywna 

sekutnica u Moliera – mruknął wreszcie.

–   W   „Świętoszku”.   Dla   człowieka   wykształconego   to   jasne   jak   słońce.   –   W   głosie 

Lawrence’a  brzmiało  znużenie. – Spojrzał na inspektora z łagodnym  zgorszeniem.  – Bardzo 

trudno rozmawiać z panem.

– A niech to licho! – mruknął Luke pod nosem.

– Co pana skłoniło do przypuszczenia, że to pańska siostrzenica mogła napisać te listy? 

– Campion zdjął okulary i mówił tonem konwersacyjnym.

–   Wolałbym   na   to   nie   odpowiadać.   Pomimo   protestującego   chrząknięcia   Luke’a 

Campion wskazał głową w kierunku tacy na nóżkach.

– Czy te wszystkie książki są z wypożyczalni?

– Niestety, większość z nich. Moje zasoby finansowe nie pozwalają mi na zakup tylu 

książek, ile bym chciał.

– Od jak dawna ma pan je u siebie?

– Och, widzę, do czego pan zmierza. Od kiedy przeczytałem pierwszy anonimowy list.– 

Naturalnie, trzeba coś niecoś przeczytać na dany temat, zanim człowiek zajmie się praktyką.

background image

– Oczywiście. – Campion był poważny. – Proszę mi wybaczyć, ale czy skoncentrował 

się pan wyłącznie na anonimowych listach?

– Oczywiście.

– Dlaczego?

Ostatni z Palinode’ów obdarzył, go jeszcze jednym czarującym uśmiechem.

– Ponieważ, moim zdaniem, to jedyna tajemnica – oświadczył pogodnie.

Luke spojrzał na swego towarzysza. Campion robił wrażenie doskonale zorientowanego.

– Tak się też domyślałem – mówił dalej przyjaźnie. – Widzi pan, umył pan wszystkie 

szklanki i filiżanki. Gdyby się pan ograniczył do jednej, może by nam wybaczono, że doszliśmy 

do odmiennych wniosków. Dlaczego sądził pan, że siostra popełniła samobójstwo?

Lawrence z roztargnieniem potraktował pytanie.

– Nie jestem przygotowany do dzielenia się moimi poglądami – powiedział wreszcie – 

ale fakt, że pan jest tak dobrze poinformowany, oszczędzi wielu kłopotów. Zapewne widział 

mnie   przedsiębiorca  pogrzebowy?   No  cóż,   Ruth  była   postrzelona   i  zastawiła   swój  niewielki 

dochód. Moja siostra Evadne i ja złamaliśmy naszą zasadę niewtrącania się w cudze sprawy i 

dość ostro wyraziliśmy swoją dezaprobatę. Ruth poszła spać bardzo wzburzona, następnego dnia 

umarła. Zupełnie nie potrafiła kontrolować swoich wydatków.

– Chce pan powiedzieć, że lubiła hazard?

Podniósł brwi.

– Jest pan tak dobrze poinformowany, że nie rozumiem, dlaczego nie widział pan tak 

doskonale rzeczy oczywistych przedtem.

– Gdzie zdobyła truciznę?

Opadł na oparcie fotela przybierając minę tak obojętną, aż się to wydawało podejrzane:

– Tego pan musi się dowiedzieć. Ja nie znam żadnych szczegółów.

– Dlaczego umył pan szklanki i filiżanki w jej pokoju?

Zawahał się.

– Nie wiem – powiedział wreszcie. – Szczerze mówiąc, poszedłem na górę dlatego, że ta 

poczciwa   kobieta,   która   dba   o   nas,   oczekiwała   tego   ode   mnie.   Stałem   patrząc   na   Ruth   i 

zastanawiając się, że to było bardzo niefortunne, iż odziedziczyła ten fatalny rodzaj zdolności 

matematycznych.   I   w   tej   samej   chwili   pomyślałem   sobie,   że   musiała   się   otruć.   Wymyłem 

naczynia w jej pokoju, żeby ktoś inny nie wziął czego niebezpiecznego przez pomyłkę.

background image

– To ci historia! – Luke dał gwałtownie wyraz swemu niedowierzaniu. – Czy chce pan 

przez to powiedzieć, że kiedy pańska siostra się otruła, nic pan nie zrobił, jednak jak tylko doktor 

przyszedł do pana z anonimowym listem, zaczął pan aktywnie działać?

Lawrence zignorował go.

–   Był   to   pierwszy   dokument   tego   rodzaju,   jaki   Widziałem   w   życiu   –   wyjaśnił 

Campionowi. – Niezwykła zjadliwość tego listu wywarła na mnie psychologiczny wpływ. Byłem 

zafascynowany. Nie wiem, czy pan kiedykolwiek tego doświadczył?

Campion doskonale go rozumiał i w jego następnym pytaniu był cień przeprosin.

– Czy w wyniku swych dociekań doszedł pan do wniosku, że to pańska siostrzenica je 

pisała?

Lawrence odwrócił głowę..

– Jeśli podsłuchiwał pan moją rozmowę z nią, to pan wie.

– Czy ma pan jakieś dowody?

Spojrzał na niego mocno zaczerwieniony.

– Drogi panie, moje badania to moja sprawa. Trudno, żebym wynikami ich dzielił się z 

panem, zwłaszcza, że dotyczą mojej własnej rodziny.

Campion milczał chwilę.

– Pragnąłbym jednak przypomnieć panu, że proces eliminacji ma pewne mankamenty – 

zaryzykował wreszcie.

Lawrence przestał się gniewać. Miał minę dziecka, które się uspokaja po płaczu.

– Tak pan uważa? – spytał z zaciekawieniem. 

Campion zachował powagę.

– Młodsi są zawsze tajemniczy – zauważył. – Nawet jeśli z biegiem lat wydaje nam się, 

że coraz lepiej znamy ludzi w ogóle, oni pozostają zagadką.

Luke nie mógł dłużej wytrzymać.

– Ale co ma piernik do wiatraka? – spytał. 

Odpowiedział mu Lawrence:

– Krótko mówiąc, kiedy utwierdziłem się w przekonaniu, że nikt inny w domu nie mógł 

napisać  tych  listów,  zainteresowałem   się osobą,  której  naprawdę  nie  znam.   Zauważyłem,   że 

posiada jakąś tajemnicę. – Twarz jego stężała w grymasie obrzydzenia. – Nie wiedziałem wtedy, 

co to jest.

background image

–   Kto   odkrył   panu   tę   straszną   tajemnicę?   –   Rozbawienie   Luke’a   było   okrutne.   – 

Zapewne kapitan.

–   Tak.   Rozmawiałem   z   nim   na   inny   temat   i   wtedy   mi   powiedział.   Wszystko.   Bez 

obsłonek. Nie uwierzyłem mu, ale poprosiłem, żeby zabrał mnie do szpitala, gdzie leży ten łobuz 

i   tam...   tam   zastaliśmy   Klytię.   –   Spojrzał   tak,   jakby   samo   wspomnienie   przyprawiło   go   o 

mdłości. 

Raz jeszcze Campion przejął inicjatywę w swoje ręce. 

– Nie rozumiem, dlaczego swoje podejrzenia ograniczył pan do domowników.

– Ależ to zupełnie oczywiste. – Lawrence wstał zrzucając papiery i książki i rozplatając 

swoje ciężkie palce. – Przemyślałem to wielokrotnie – stwierdził, dziwną intonacją podkreślając 

słowa. – Mam na to oczywisty, nie do odparcia dowód. – Poczłapał do skrzyni stojącej we wnęce 

okiennej. – Gdzieś tu schowałem kopię pewnego listu. – Za mocno szarpnął szufladę i masa 

papierów wypadła na pod togę.

– Dajmy temu spokój – Luke najwyraźniej był zmęczony. – Znam go na pamięć.

– Doprawdy? 

Lawrence patrzył bezradnie na stos.

– Mogę go wyrecytować choćby w tej chwili – zapewnił go inspektor z przekonaniem. – 

W każdym razie pierwszą część. Nie przypominam sobie żadnego oczywistego dowodu.

– Była tam pewna uwaga o kwiatach. – Lawrence nerwowo zbliżył  się do niego. – 

Pamięta  pan? Po całej masie  kalumnii  pod adresem doktora, oskarżających  go o „ślepotę  w 

ohydnym   morderstwie”,   było   dalej   napisane   „nawet   toczące   się   kołem   lilie   powiedziałyby 

każdemu, ale nie głupcowi”.

Pełna pasji odraza, z jaką zacytował te słowa, ujawniła całe wzburzenie, jakie te listy w 

nim wywoływały. W jego świecie wartości takie gwałcenie zasad logiki było wielkim grzechem.

Luke był bardzo zainteresowany...

– Tak, przypominam to sobie. Kiedy „potoczyły się” kwiaty?

– Tuż przed pogrzebem, kiedy w hallu zebrani – byli tylko domownicy. Nie było nikogo 

obcego. Nawet przedsiębiorca pogrzebowy z synem jeszcze nie przyszli.

– Był to zapewne wieniec z kwiatów? – podsunął Campion, który czuł, że w tej całej 

historii potrzebna jest akuszerka.

background image

– Oczywiście. – Widoczne było, że teraz chce szybko wszystko wyjaśnić. – Widzi pan, 

ktoś kupił wieniec,  nikt z rodziny.  My nie jesteśmy wylewni.  Chyba  ten aktor Grace, który 

spędza  dużo czasu  z naszą  przemiłą  panną  Roper. Ktoś  oparł wieniec  o ścianę  na podeście 

schodów.   Rano   w   dniu   pogrzebu   prawie   wszyscy   zebrali   się   w   hallu.   Czekaliśmy   na   obu 

Bowelsów.  Ja  nie   zamierzałem   jechać,  miałem   jakąś  pracę  do  skończenia.  Ale  moje  siostry 

uważały, że powinny wziąć w tym udział. Wszyscy byliśmy obecni, nawet ta podstarzała nimfa, 

która sprząta dla panny Roper, kiedy nagle nie wiadomo dlaczego, wieniec zaczął się toczyć 

siejąc płatkami. Był to zabawny incydent, ale pamiętam, że sprzątaczka krzyknęła. Panna Roper 

podbiegła i chwyciła wieniec.

– A co potem z nim zrobiła? – Charlie Luke słuchał tego opowiadania z mieszaniną 

podejrzliwości i oczekiwania, z jaką się zwykle traktuje nieprawdopodobne historie.

–   Och,   położyła   go   na   krześle.   Oczywiście   był   trochę   uszkodzony.   Kiedy   kondukt 

wyruszył, leżał na trumnie. – Wzruszył ramionami. – Było to zdarzenie całkowicie nieważne, a 

teraz wspomina się o nim w liście. I to właśnie przeraziło mnie. Te ohydne listy pisał ktoś z nas. 

Przecież w tym kryje się czyste szaleństwo. – Zadrżał, a w jego oczach malowały się bezradność 

i ból. – To straszne.

Luke nadal był spokojny.

– Wydaje mi się, że nie ma pan żadnego dowodu przeciwko pannie White – powiedział. 

– Takie historyjki ludzie sobie chętnie opowiadają. Ktoś, kto był świadkiem tego, opowiedział 

komuś, kto tego nie widział, ot i wszystko.

Wyraz twarzy Lawrence’a nagle się zmienił, stała się szkarłatna z oburzenia i odrazy.

– Chce pan przez to powiedzieć, że Klytia i ten jej zdeprawowany chłopak napisali go 

razem?

– Nie, proszę pana, wcale nie. Czy nie może pan wyłączyć z tej sprawy siostrzenicy? 

Nie ma pan najmniejszego dowodu przeciwko niej. Każdy, kto widział wieniec toczący się po 

schodach, mógł o tym opowiedzieć komu chciał. Sprzątaczka może mieć ciocię, która wpadła na 

pomysł pisania listów. Panna Roper mogła o tym opowiedzieć stojąc w kolejce po mięso.

– Nigdy w to nie uwierzę, panna Roper jest kobietą na poziomie.

Charlie Luke westchnął głęboko, ale nie zamierzał bronić siebie czy Renee. Zamiast 

tego spytał gwałtownie:

background image

– Dlaczego śledził pan kapitana Setona na ulicy, przedwczoraj o drugiej godzinie w 

nocy? – Jeśli myślał, że go zaskoczy, to się mylił.

– To było wprost nie do wytrzymania. – Gęgający głos był opanowany. – Usłyszałem, 

że ktoś wyśliznął się z domu, sądziłem, że to Klytia. Dlatego ona przyszła mi na myśl, ponieważ 

tego właśnie wieczoru posprzeczaliśmy się. Nie wiedziałem, że wróciła do domu, i kiedy na 

polecenie siostry cawnthrope’owałem do jej pokoju, przekonałem się, że jest w domu. Bardzo 

była niezadowolona z mojej kontroli.

–   Mówiąc   „cawnthrope’owałem”   zapewne   chciał   pan   powiedzieć   „zajrzałem”   – 

podsunął spiesznie Campion widząc, że twarz Luke’a za chwilę zupełnie pociemnieje.

– Ależ tak, jakie to niemądre z mojej strony. To takie rodzinne powiedzonko, którego 

może   pan   nie   znać,   chociaż   występuje   w   „Wytwornych   urywkach”,   w   trzecim   wydaniu.   – 

Podszedł   do   szafy   bibliotecznej   i   wrócił   z   książką   w   ręku.   –   Mornington   Cawnthrope   był 

krewnym ojca mojej matki. A oto ten urywek.

„Archidiakon   Cawnthrope   zgubiwszy   okulary   został   poproszony   przez   żonę,   żeby 

spojrzał w lustro, a zobaczy je. – Ach, przecież nie mogę tego zrobić – rzekł archidiakon – gdyż 

jak spojrzę, to nie zobaczę. – A jednak, jeśli nie spojrzysz – odparła dama – zapewniam cię, że 

nie dostrzeżesz ich, ponieważ przez cały czas siedzą na twoim nosie.” – Zamknął książkę.

– Uważaliśmy to zawsze za bardzo zabawne – powiedział.

Campion  rzucił  z ukosa spojrzenie na Luke’a i był  zadowolony,  że choć to zostało 

wyjaśnione. Inspektor patrzył na Palinode’a poważnie, a jego spojrzenie było zupełnie nie do 

odcyfrowania.

– A więc sądził pan, że to panna White wymyka się z domu.

–   Tak   sądziłem.   –   Lawrence   z   żalem   odłożył   książkę.   –   Poszedłem   za   nią   i 

obserwowałem ją, ale niezbyt mi się to powiodło. – Uśmiechnął się samokrytycznie. – Widzi 

pan, praktycznie rzecz biorąc jestem zupełnie ślepy w ciemności. Musiałem mieć okropnie głupią 

minę, kiedy wreszcie wróciłem i okazało się, że to był kapitan Seton, który wyszedł wrzucić list 

do skrzynki.

Luke westchnął.

– Czy nie widział pan, czy Seton spotkał kogoś na ulicy, przy skrzynce?

Lawrence znowu uśmiechnął się.

– W ogóle nikogo nie byłem w stanie widzieć.

background image

– Czy on sam panu powiedział, że poszedł wrzucić list?

– Nie, tak sobie pomyślałem. Wtedy, kiedy zatrzymałem go w hallu, powiedział mi 

tylko, że nie ma na imię Klytia.

– Kiedy otrzymał pan od niego zapis, jaki zostawiła mu pańska siostra Ruth? – Słowa te 

zostały wypowiedziane bardzo spokojnie, ale skutek ich był  piorunujący:  Lawrence Palinode 

cofnął się gwałtownie zaplątawszy się we własne nogi z trudem odzyskał równowagę.

– Kto pana poinformował o tym? – spytał w wielkim podnieceniu. – Och tak, rozumiem, 

domyślił   się   pan   tego   z   listu.   Dlatego   właśnie   rozmawiałem   z   Setonem   dziś   po   południu. 

Pomyślałem sobie, że musiał powiedzieć o tym Klytii, oczywiście, jeśli to ona pisała te straszne 

listy – mówił bezładnie, a ręce mu drżały. – List oskarża mnie o ograbienie go, co jest śmieszne. 

Dałem mu przecież sporo pieniędzy, pięć funtów za coś tam, czego nazwy nie pamiętam.

– Czy to były akcje południowoamerykańskie? – Luke starał się wypaść jak najlepiej.

Lawrence spojrzał na niego, jakby pomyślał, że tamten zwariował.

– Nie sądzę. Pamiętam tylko, że były to akcje jakiejś tam kopalni i nie miały, jak już 

powiedziałem, żadnej wartości. Zostawiła je Setonowi, żeby mu dokuczyć, ponieważ on stale jest 

bez pieniędzy. Był to żart w jej stylu, niezbyt wyszukany. Kupiłem je od niego kilka tygodni 

temu, kiedy je otrzymał. Nie należy do naszej rodziny i uważałem za swój obowiązek, żeby nie 

był  pokrzywdzony.  We właściwym  momencie  można  sobie pożartować, ale uważałem to za 

przejaw złego smaku ze strony Ruth.

Jego wyjaśnienia nie brzmiały zbyt szczerze. Luke nadal był pełen wątpliwości.

– Gdzie znajdują się teraz?

– W bezpiecznym miejscu.

– Czy sprzeda je pan za pięć funtów?

– Z pewnością nie. – Był zmieszany i szukał ratunku w udanej irytacji. – One są częścią 

rodzinnego majątku, Campion, który od pewnego czasu milczał, teraz spojrzał bacznie i spytał:.

– A może pan już je sprzedał?

– Nie sprzedałem ich. – W jego zaprzeczeniu zabrzmiała nieoczekiwana nuta uporu. – 

Nadal znajdują się w moim posiadaniu. Nigdy nie zgodzę się na ich sprzedaż. Czy skończył pan 

swoje przesłuchanie, panie inspektorze?

background image

Luke dotknął ramienia Campiona.

– Owszem, skończyłem – powiedział energicznie. – Pan pozostanie teraz w domu, panie 

Palinode. A my tymczasem pójdziemy na górę.

Lawrence opadł gwałtownie na fotel stojący koło stołu i przewrócił następny kałamarz.

– Zechce pan zamknąć drzwi za sobą – powiedział przez ramię, wycierając plamę po raz 

drugi. – Teraz zapewne pójdziecie panowie dręczyć Setona. Czy mogę zapytać, po co?

Charlie Luke mrugnął na Campiona.

– Popatrzymy sobie na niego z bliska – oświadczył wesoło.

background image

21. Zadanie domowe

Charlie Luke wylał resztkę wody na siwą, opuszczoną bezwładnie głowę kapitana.

–   To   beznadziejne   –   stwierdził   zwięźle   i   przysiadł   na   piętach.   –   Ten   stary   nicpoń 

obciągnął chyba całą butelczynę. Musi się porządnie wyspać, zanim coś z niego wyciągniemy.

Skinął głową młodemu detektywowi, który mu towarzyszył, i razem przenieśli starego 

człowieka na wąskie łóżko. Campion przyglądał się tej scenie. Od chwili, kiedy razem z Lukiem 

weszli  do tego pokoju i znaleźli  kapitana leżącego  w fotelu, z korkociągiem  i prawie pustą 

butelką whisky leżącymi u jego stóp, przytulającego do piersi szklankę.

Z jego otwartych ust dobywało się głośne chrapanie, przypominające trąbienie.

Młody detektyw, który opatrznościowo przyszedł z wiadomością dla Luke’a, przyłączył 

się   do   akcji   ratunkowej   z   entuzjazmem   i   wprawą.   Luke   również   miał   własne   metody 

przywracania do życia pijaków, ale kapitan nie zareagował na żadną z nich.

Znalazłszy   się   w   kłopotliwej   sytuacji   kapitan   szukał   ucieczki   w   przechowywanej 

ukradkiem w starym skórzanym pudle na kapelusz butelce i ona go nie zawiodła. W tej chwili 

duch jego bujał gdzieś daleko, a on sam na razie umkną t przed ponurą rzeczywistością.

Inspektor Luke stał w nogach łóżka z brodą wysuniętą do przodu i mroczną twarzą.

– Stary dureń – powiedział bez cienia wrogości. – Aż mnie dreszcze wzięły, kiedy go 

zobaczyłem. Pomyślałem, że zrobił mi to samo, co Tata, Wilde. Od tamtej pory bardzo boję się, 

żeby ktoś znowu nie łyknął jakiegoś świństwa, kiedy się pojawię,.

Campion pomyślał sobie, że potrzebne mu są słowa otuchy.

– A może on się boi Renee, co?

– Renee? – Luke rozejrzał się po pustawym pokoju. O nie, to ja jestem wrogiem! Pollit, 

przypilnuj go i posprzątaj tu trochę. My pójdziemy do pana Campiona. – Wszedł pierwszy do 

pokoju i powiedział: – Proszę, to list od nadinspektora do pana. – Podał mu kopertę. – A dla mnie 

wiadomości od Porky’ego z posterunku. A teraz zobaczymy, co on tam pisze.

Szybko przeczytał list. Pisane na maszynie kartki wibrowały w jego rękach jak żywe, a 

kiedy je przekładał, powiewały niby pranie na Sznurze.

Campion jeszcze czytał, kiedy inspektor wstał i podniósł roletę o jakiś cal.

background image

– Nadal stoi tłum – zauważył, potem wrócił i usiadł koło Campiona. – Nie podoba mi się 

to wszystko – stwierdził. – Nikt na tym nie zarabia pieniędzy, oczywiście dużych pieniędzy. 

Mówię o interesie. Jasa. Coś mi się tu nie widzi. – Znowu rozłożył swoje kartki.

–   Tata   Wilde   miał   długi   wszędzie   naokoło;   winien   był   hurtownikom,   gazowni, 

zadłużony był w banku. Sprawdziliśmy wszystko. Gdyby mu płacono, za to, co robi – cokolwiek 

by to było – z pewnością nie gromadziłby pieniędzy, ale popłacił rachunki i jadałby przyzwoicie. 

Doktor w swoim orzeczeniu napisał „niedożywiony”. Biedny stary! Lubiłem go; miał swój styl, 

nie wiem, czy pan rozumie, co mam na myśli.

– Szantaż? – podsunął Campion.

– Na to mi wygląda. – Luke potrząsnął głową. – Może coś przeskrobał w swoim czasie. 

Był   aptekarzem   przecież.   –   Odliczył   krople   z   wyimaginowanej   butelki   do   wyimaginowanej 

szklaneczki.   –   Może   kiedyś   dał   komuś   niewłaściwe   lekarstwo   albo   próbował   pomóc   jakiejś 

dziewczynie w kłopotach. Coś w tym stylu spowodowało, że ktoś go miał w ręku. W ubiegłym 

roku wiele razy wpadałem do jego sklepu na rozmówkę, ale nigdy nie myślał zabijać się z tego 

powodu.

Campion zakaszlał dyskretnie.

– Trudno oprzeć się myśli, że był zamieszany w coś naprawdę poważnego, nie sądzi 

pan?.

– Zupełnie prawdopodobne. – Temat ten najwidoczniej drażnił Luke’a.

–   No   i   jeszcze   tych   dwóch   grabarzy,   po   drugiej   stronie   ulicy   –   ciągnął   z   większą 

nadzieją w głosie. – Rozpracowujemy ich teraz na kawałeczki. Przepraszam bardzo, może pan 

dostał jakieś ważne informacje? – Spojrzał z taką nadzieją na list Campiona, że temu aż przykro 

było go rozczarować.

–   Nic   istotnego   –   odparł   zgodnie   z   prawdą.   –   Zadałem   kilka   pytań   i   prawie   we 

wszystkich   przypadkach   odpowiedź   jest   raczej   przecząca.   Looky   Jeffreys   umarł   w   szpitalu 

więziennym nie wyjawiając nic na temat Apron Street z wyjątkiem tego, że trzeba jej unikać. 

Aresztowano go podczas zwykłego włamania, którego dokonał sam.

– Niezwykle pomocna dla nas informacja! – Zapytałem również o Bellę Musgrave. Ona 

i jej niemłode już siostry prowadzą małą farbiarnię i pralnię na Stepney. W chwili obecnej nie ma 

jej w domu. Jej siostry nie wiedzą, gdzie się podziewa, i w każdej chwili spodziewają się jej 

powrotu. I wreszcie to – Campion odłączył trzy kartki od reszty maszynopisu. – Pytałem naszych 

background image

chemików, czy amator może otrzymać hioscyjaminę z lulka czarnego. Oto ich orzeczenie. Yeo 

przetłumaczył nam to tutaj, na dole.

Luke wytężył wzrok, żeby odcyfrować pisaną ołówkiem notatkę:

–   Oznacza   to   chyba   odpowiedź   przeczącą   –   przeczytał   głośno   i   parsknął   ze 

zniecierpliwieniem.   –   Wszyscy   nam   bardzo   pomagają,   ale   się   nie   posuwamy   naprzód,   jak 

powiedział osioł do drzwi stodoły. – Luke zamknął oczy. – Ten cały Lawrence zachowuje się 

dziwnie i z pewnością nie mówi całej prawdy. Ale wie pan, co ja sobie o nim myślę? – Otworzył 

oczy i spojrzał poważnie na Campiona. – Nie wierzę w to, żeby mógł zabić nawet kota. Proszę 

wejść. Ach to ty, George. Panie Campion, to sierżant Picot. Był właśnie u Bowelsów. No i jak 

tam, George, powiodło się?

Nowo   przybyły   promieniował   powagą   i   poszanowaniem   prawa   i   przywilejów 

obywatelskich.

– Dobry wieczór, panie inspektorze, dobry wieczór panu – szybko się przywitał. – Tak, 

widzieliśmy ich obu. Obejrzeliśmy wszystko, sprawdziliśmy księgi. Wszystko w największym 

porządku.   –   Spojrzał   swemu   zwierzchnikowi   prosto   w   oczy.   –   To   bardzo   przyzwoicie 

prowadzona firma.

Luke skinął głową. Gdy był przygnębiony, wyglądał równie malowniczo jak i u szczytu 

entuzjazmu. Plecy miał przygarbione i zdawało się, że nawet włosy mu zmatowiały.

–   Pan   Campion   zastanawiał   się,   czy   sprowadzał   ostatnio   jakieś   ciało,   żeby   je   tu 

pochować.

– Od dziewiętnastej trzydzieści nic takiego nie miało miejsca. Grzebanie zmarłych to nie 

jest najlepszy sposób, żeby robić jakieś machlojki. Trzeba tyle papierków, zaświadczeń i tak 

dalej. Szczerze mówiąc nie widzę powodu, dla którego miałby coś szmuglować. Cokolwiek by to 

było, ciężarówka lepiej by się nadawała do tego. Nikt nie zwraca uwagi na rzeczy dostarczane 

ciężarówką, ale każdy zawsze popatrzy na trumnę. – Potrząsnął głową. – Nie widzę w tym celu.

– Nie widzisz, George? – Luke uśmiechał się gorzko do siebie. – Czy widziałeś trumnę 

ze złotymi ozdobami?

–  Nie,  panie  inspektorze.  –  Picot  otworzył  swój  notes,  mówiąc:   – Widziałem  tylko 

cztery trumny z jasnego drzewa z ornamentami. Bowels-senior stwierdził, że zabierał trumnę z 

piwnicy, którą wynajmuje w tym domu, ale powiada, że potrzebował jej dla klienta z Lansbury 

Terrace.   Możemy   mieć   jej   opis   od   świadków   pogrzebu,   ale   żeby   się   całkowicie   upewnić, 

background image

musielibyśmy   złożyć   podanie   o   nakaz   ekshumacji.   Nie   sądzę,   żeby   pan   chciał   to   robić. 

Zwłaszcza, że chyba nic to nie da.

Luke zrobił grymas do Campiona.

– A co z tą historią Bowelsa w hotelu?

– Z pudłem fortepianu panie inspektorze? – Picot zmarszczył czoło. – Szczerze przyznał 

się do tego. Było to przeszło rok temu. Pudło jest własnością hotelu, nie jego. Pochował ciało 

bardzo przyzwoicie, jak tylko przewiózł je do zakładu. Jedna szopa służy za rodzaj prywatnej 

kostnicy. Wszystko w największym porządku, władze o tym wiedzą.

– Czym przewozi? Czy ma samochód? – spytał ciekawie Campion.

– Nie, proszę pana, ma własne pojazdy konne. – Picot znowu zerknął do notesu. – Ma 

dwa   karawany,   jeden   elegantszy.   To   niezbyt   zamożna   dzielnica,   widzi   pan,   i   tutejsi   ludzie 

poważnie podchodzą do śmierci. Są bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o pogrzeby. Na śluby 

wolą samochód. Więc, jak powiedziałem, są dwa karawany, jeśli potrzeba więcej, Wynajmują 

limuzyny. Jest też specjalny wóz do przewożenia trumien. I to wszystko. Mają cztery konie, same 

czarne. Trzy – nie pierwszej młodości, ale czwarty zupełnie młody.

– Czy to wszystko obejrzał pan sam osobiście, sierżancie?

– Tak, proszę pana. Nawet pogłaskałem konie. – Co to za wóz do przewożenia trumien? 

Czy to taki ponury wehikuł, który wygląda jak hebanowe pudełko do cygar na kółkach? Od 

czasów dzieciństwa nic takiego nie widziałem.

– Doprawdy, nie widział pan? – W głosie Picota można było wyczuć, że uważa to za 

wielką stratę dla Campiona. – Ludzie tutejsi lubią, żeby im w ten sposób przywozić trumnę. 

Uważają, że to jakoś godniej, kiedy karawan nie  przyjeżdża  dwukrotnie.  Bowels  ma  bardzo 

porządny   taki   wóz:   stary,   ale   dobrze   utrzymany.   Wysokie   siedzenie   dla   woźnicy.   Wygląda 

bardzo przyzwoicie. Aha, jest jeszcze jedna rzecz, o której powinienem powiedzieć. Przez cały 

czas,   kiedyśmy   byli   ze   starym   Bowelsem,   pocił   się   jak   ruda   mysz.   Odpowiadał   na   pytania 

szczerze   i   wszystko   znaleźliśmy   w   największym   porządku.   Wykazywał   najlepszą   wolę, 

prowadził nas wszędzie bez szemrania i był niezwykle grzeczny; ale się pocił.

– Jaki wniosek pan z tego wyciąga, sierżancie? Że był zaziębiony? – Charlie Luke był 

nieludzko zmęczony.

background image

– Nie, panie inspektorze. – W głosie Picota brzmiała wyraźna wymówka. – Wydaje mi 

się, że był śmiertelnie przerażony. Ale nie wiem dlaczego. Oczywiście wzmiankuję o tym w 

moim raporcie. Dobranoc panom.

Inspektor sięgnął po kapelusz.

–  Chyba   pójdę  do domu   – powiedział.  –  Panna  Ruth została  otruta,  chłopak   Klytii 

oberwał po głowie, Tata Wilde zabił się, kapitan wyłączył się, Jas jest niewinny, ale poci się, a 

my ciągle jesteśmy tam, gdzieśmy byli na początku. Cholerny świat! Nie wiemy nawet, kto pisał 

te pełne jadu anonimy.

– Och, to mi coś przypomina – powiedział Campion. – Nie dałem panu ostatniego listu, 

jaki   otrzymał   doktor.   Mam   pewną   myśl   w   związku   z   tym.   –   Wyciągnął   kartkę   z   kieszeni 

marynarki i rozłożył ją na kapie łóżka koło siebie. Akapit, który go interesował, znajdował się 

przy końcu. Przeczytał go głośno:

– ...Obserwują ciebie, ty jesteś winien wszystkim nieszczęściom i kłopotom Bóg jeden to 

wie amen, szkło powiada: nie zapomnij...

– Spojrzeli sobie z Lukiem w oczy.

– Natrafiłem na to już przedtem – powiedział. – To mówiące „szkło” może oznaczać 

kryształ, kryształową kulę. Czy macie tutaj w dzielnicy jakichś jasnowidzów, wróżki?

Luke usiadł gwałtownie, w zwieszonej ręce trzymając kapelusz.

– Mam na myśli kapitana i kobietę, na którą czekał przy skrzynce pocztowej – mówił 

powoli Campion. – On nosi stosunkowo nowy pierścionek z małym szmaragdem. Dziwaczny 

kamień dla mężczyzny w jego wieku, ale Renee powiedziała mi, że urodził się w maju, a ja 

wyczytałem w „Poradniku dla Kobiet”, że jeśli urodzeni w maju chcą zapewnić sobie szczęście, 

powinni nosić coś zielonego najlepiej szmaragdy. To człowiek skoncentrowany tylko na sobie, 

mający dużo czasu. – Popatrzył na uważnie słuchającego Luke’a. – Nikt się nie dowiaduje tylu 

rzeczy, co wróżki od swoich klientów. Mogę sobie wyobrazić niemądrą przyjaźń, o zabarwieniu 

lekko seksualnym, pomiędzy mężczyzną tego pokroju a zwariowaną, niezbyt uczciwą kobietą, 

liczącą pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, którą często odwiedza i której paple wszystko o sobie i o 

innych. Kiedy sprawa zrobiła się głośna i zaczęto szeroko komentować te listy, musiał nabrać 

podejrzeń. Może nawet doszło do kłótni. Może zagroziła, że i jemu prześle list. Nie wiem. Kiedy 

Lawrence zapytał go o list, z pewnością stracił głowę.

background image

Luke siedział  bez ruchu, wyglądał,  jakby skamieniał,  a kiedy się wreszcie odezwał, 

mówił bardzo cicho:

– Powinienem złożyć wymówienie.

– Pan ją zna?

– Trochę! – Wstał, nadal patrząc na Campiona z respektem. – Wiedziałem nawet, że ją 

raz odwiedził. Jeden z moich ludzi powiedział mi, że widział go wychodzącego z jej domu. To 

było na samym początku sprawy. Ale ja o tym na śmierć zapomniałem. Pan to wywnioskował 

tylko na podstawie rozumowania, podczas gdy ja miałem informację w ręku i nie wykorzystałem 

jej.

– Może się mylę.  – Campion  robił wrażenie,  że mu  przykro  z powodu gwałtownej 

reakcji, z jaką spotykał się jego sukces.

– Ależ nie! – Charlie Znowu się ożywił. W przeciągu kilku chwil znowu wróciła mu 

energia i ubyło mu z dziesięć lat. – Ma pan rację co do tej wróżki. Nazywa siebie Córą Faraona. 

Wróży   za   dziesiątkę.   Zostawiliśmy   ją   w   spokoju,   ponieważ   robiła   wrażenie   zupełnie 

nieszkodliwej.   –   Na   twarzy   inspektora   malowało   się   wielkie   skupienie;   szukał   w   pamięci 

odpowiedniego   obrazu.   –   Ależ   tak!   –   zawołał   z   przekonaniem.   –   Tak,   to   ona.   Nazywa   się 

naprawdę... niech sobie przypomnę... nazywa się, Boże Wszechmocny! – Oczy jego rozszerzyły 

się ze zdumienia. – Czy pan wie, kim ona jest, panie Campion? Ona jest siostrą... do diaska, musi 

być  jego siostrą! Nazywa  się Congreve! To siostra starego Wargacza  z banku. O Boże, nie 

pozwól mi umrzeć, zanim tam pójdę!

Był tak przejęty, że nie słyszał nawet uporczywego pukania do drzwi, które nagle się 

otworzyły   i   na   progu   ukazała   się   zachwycająca,   choć   może   nie   w   porę,   Klytia   White.   Nie 

uświadamiając sobie, że pojawiła się w krytycznym momencie, stała w całej krasie swej urody 

patrząc na Luke’a, trochę przelękniona, a trochę wyzywająca. Dopasowana sukienka uwydatniała 

wdzięki   jej   młodego   ciała.   Szeroka   spódnica   była   może   nieco   zbyt   szeroka,   fantazyjnie 

zawiązana szarfa w kropki sprawiała, że wyglądała jak przebrany kociak, zaś elegancki kapelusik 

siedział może zbyt prosto na jej starannie uczesanych włosach.

– No jak? – spytała bez tchu.

background image

Charlie   Luke   zatrzymał   się,   choć   spieszno   mu   było   do   obowiązków   służbowych. 

(Campion   jeszcze   nigdy   nie   czuł   do   niego   tak   wielkiego   szacunku   jak   w   tej   chwili).   Stał 

oglądając ją uważnie, zmrużywszy oczy, skoncentrowany tylko na niej.

– Wiesz, co ci powiem – odezwał się wreszcie. – Zdejmij tę szarfę, a w niedzielę wezmę 

cię do kina.

background image

22. Supły się rozplątują

Charlie   Luke   pojawił   się   znowu   rankiem   w   dniu,   na   który   zapowiedziane   zostało 

przyjęcie panny Evadne. Campion leżał jeszcze w łóżku, ale już nie spał.

Obudził   się   z   dręczącym   w   podświadomości   pytaniem.   Im   bardziej   się   nad   nim 

zastanawiał, tym bardziej oczywiste i proste się wydawało.

Spojrzał na zegarek, była za piętnaście siódma. W tej samej chwili uświadomił sobie, że 

w domu panuje niezwykły ruch, ale wielkie zamieszanie. Włożył  prędko szlafrok i otworzył 

drzwi swego pokoju. Od razu uderzył go dziwny zapach, świadczący wyraźnie o tym, że panna 

Jessica znowu gotuje. Nie zdążył się nad tym głębiej zastanowić, gdyż stojąca na podeście panna 

Roper   uderzyła   właśnie   Luke’a   w   policzek.   Była   zła   jak   kokosz,   której   przeszkadzają 

wysiadywać jajka...

Inspektor, szary ze zmęczenia, ale mimo to w dobrym humorze, podniósł ją za łokcie i 

trzymał w powietrzu nad ziemią, wymachującą nogami.

– No, cioteczko – mówił – bądź grzeczna, bo inaczej przyślę tu do ciebie prawdziwego 

policjanta w hełmie.

Panna Roper zupełnie osłabła, kiedy ją wreszcie postawił na ziemi, ale nadal tarasowała 

mu drogę.

– Jeden z pańskich ludzi siedział przy nim całą noc, a ja i Clarrie męczyliśmy się z nim 

przez cały ranek. Teraz śpi i nie pozwolę go panu obudzić; to chory człowiek.

– Pewno że chory, ale ja muszę się z nim zobaczyć. 

Renee powitała Campiona jak wybawiciela.

– Och, kochany – powiedziała – wpłyń na tego głupca, żeby nabrał trochę rozsądku. 

Kapitan miał wypadek. Nie często mu się to zdarza, ale jak się zdarzy, to go zupełnie zwala z 

nóg. Charlie wpadł na idiotyczny pomysł, że to kapitan pisał te anonimowe listy,  czego – z 

pewnością nie mógł zrobić, mogę za to ręczyć, chociaż teraz miałabym ochotę ukręcić mu ten 

stary, głupi łeb. Położyłam go spać i przez najbliższych kilka godzin nie będzie w stanie z nikim 

rozmawiać. Proszę go zostawić w spokoju. Nie może nawet utrzymać się na nogach, a co dopiero 

uciec. Dziwny odgłos dobiegający zza drzwi za nią potwierdził jej diagnozę; zatrzepotała rękami 

jak ptak.

background image

– Zjeżdżaj pan stąd! – krzyknęła na Luke’a. – Jeżeli w czymś zawinił, odpowie panu, 

jak tylko trochę oprzytomnieje. Znam go dobrze. Teraz przyznałby się do wszystkiego, byle tylko 

mieć chwilę spokoju.

Luke zawahał się, a ona odepchnęła go nieco.

– Ładny dzionek mnie czeka – westchnęła z goryczą. – Tyle tego sprzątania, w południe 

chłopak Klytii wraca ze szpitala i trzeba go od razu położyć  do łóżka, a do tego jeszcze to 

idiotyczne przyjęcie. Evadne sprosiła chyba pół Londynu. Albercie, weź pana Luke’a do swego 

pokoju, zaraz wam tam przyślę małe śniadanko.

Głośny jęk z pokoju powalonego wojaka przypomniał inspektorowi o obowiązku.

– Daję mu pół godziny – powiedział, a pochwyciwszy spojrzenie Campiona, podniósł 

oba kciuki w wiele mówiącym geście. – Trafione w dziesiątkę – dodał zamykając za sobą drzwi 

pokoju Campiona i odwracając się energicznie od kuszącego, wygodnego fotela. – To pańska 

zasługa.

– Wróżka złapana? – Campion miał wyraźnie zadowoloną minę.

– Siedzi w ciupie i wypłakuje sobie oczy. Badaliśmy ją prawie przez całą noc i teraz 

cały posterunek jest mokry.  Śmieszna historia: tak dużo potrafiła pisać, a teraz trudno z niej 

wyciągnąć słowo, jęczała tylko, „O Boże” przez blisko trzy godziny. – Ustąpił wreszcie wobec 

zachęcającego gestu Campiona i usiadł w fotelu.

– Czy się przyznała?

– Tak. Znaleźliśmy papier, atrament, koperty i próbkę jej pisma na bibule. Zmiękła 

dopiero nad ranem. Siedziała przez cały czas jak ropucha. – Wydął policzki, nastroszył brwi, 

zrobił szybki gest rękoma i nagle miało się wrażenie, że jest w gorsecie. – Wreszcie pękła jak 

skorupa od jaja. Usłyszeliśmy wszystko o kochanym kapitanie. Jaki był bezradny i zagubiony. 

Wzruszył ją i skłonił do tego, czego – dobrze wie – nie powinna była robić, gdyż otrzymała 

bardzo staranne wychowanie. Jak to te stare chłopy robią? Pokazują puste kieszenie, i płaczą?

Rozsiadł się wygodniej na poduszkach i próbował mieć oczy półotwarte.

– Trzeba mu oddać sprawiedliwość, ona go wprowadziła w błąd. Moim zdaniem nie 

przypuszczał nawet, do czego zmierza ta cała abrakadabra. Zapewne mówił o wszystkim, żeby 

wydać się bardziej interesującym.

– Tak – powiedział Campion – a jak panu poszło z jej bratem?

Luke zmarszczył czoło.

background image

– Wargacz – umknął nam – wyznał zmartwiony. – Kiedy otworzyła drzwi frontowe, on 

czmychnął, przez kuchenne. Oczywiście w końcu go dopadniemy,  ale na razie mamy z tym 

kłopot.

– Czy pisanie listów to jego pomysł? 

Zaczerwienione oczy otworzyły się szeroko na skutek tego pytania.

– Chyba nie. Nic o tym nie świadczy. Nasza Pytia chyba kroczyła własnymi drogami. I 

dlatego to było takie zagmatwane. Zwykle, w tego rodzaju sprawach, wystarczy wpaść na jeden 

dobry trop, a cała historia pruje się jak sweter cioci Frani. Ale tutaj natknęliśmy się na złośliwą 

podstarzałą kobietę, podkochującą się po pensjonarsku w kapitanie  i mającą  zapiekły żal do 

doktora. Musiał pewno jej ostro przygadać. To jasne jak słońce, chociaż ona zeznała tylko, że 

chodziła do niego leczyć się na żołądek, a potem przestała. On ostro traktuje histeryczki; już mi o 

tym mówiono. Praktycznie biorąc, jesteśmy w ślepej uliczce.

– Może niezupełnie. Ale najdziwniejsze, że ona chyba ma rację. Oskarżyła doktora o to, 

że przeoczył morderstwo, a tak przecież było. Ostatecznie miała podstawy, żeby się na niego 

wściekać.

Luke’owi to nie wystarczyło.

– Dowiedziała się o tym od kapitana. Dlatego chcę z nim sam porozmawiać. Pewno 

powiedział   więcej, niż  mu  było  wiadomo.  Pan  wie, jak to  jest, kiedy taki   podstarzały facet 

dwukrotnie w tygodniu przychodzi ze zwierzeniami. Zapomina o tym, co powiedział ostatnim 

razem. To ona wyciągnęła to od niego. Skąd Wargacz mógłby wiedzieć, co się tu działo?

Campion nic nie odpowiedział, tylko zaczął się ubierać.

– Kiedy panna Congreve staje przed koronerem? Pan chce tam być?

– O dziesiątej. Porky się nią zajmie. Zostanie skazana na grzywnę. Czy mógłbym coś dla 

pana zrobić?

Campion zmarszczył się.

– Osobiście radziłbym panu przespać się z godzinkę albo dwie w moim łóżku. Kiedy się 

pan   obudzi,   kapitan   będzie   mógł   rozmawiać,   choć   nie   uczyni   tego   chętnie.   Ja   tymczasem 

chciałbym pójść pewnym tropem, na który wpadłem w nocy. Gdzie znajduje się tutejsze biuro 

koronera?   –   Ostatnie   pytanie   ucięło   protest   Luke’a.   Zbyt   dobrze   został   wyszkolony,   żeby 

sprzeciwiać się przełożonym. Wyprostował się natychmiast czujny, zainteresowany.

background image

–   Barrow   Road   25   –   odpowiedział   szybko.   –   Dostałem   teraz   kilku   chłopaków   do 

dyspozycji, nie musi pan sam wszystkiego robić.

Rozczochrana głowa Campiona ukazała się w otworze koszuli.

– Niech pan sobie tym nie zaprząta głowy – powiedział. – Być, może mylę się.

Około   dziewiątej   zjadł   śniadanie,   a   potem,   zbiegł   szybko   na   dół   po   frontowych 

schodach, na dole drogę zabarykadowała mu pani Love ze swoim kubłem. W niebieskim zawoju 

na głowie i białym fartuchu była wesoło łobuzerska jak zwykle.

– Dzisiaj mamy gości! – krzyknęła mrugając załzawionym okiem do niego i dodając 

nieoczekiwanie   szeptem:   –   Wiele   osób   przyjdzie   z   powodu   zbrodni.   Powiadam,   wiele   osób 

przyjdzie z powodu zbrodni. – Roześmiała się jak psotne dziecko. – Niech pan nie zapomni o 

przyjęciu i przyjdzie na czas. Powiadam, niech pan przyjdzie na czas.

– Och, będę dużo wcześniej – zapewnił ją i wyszedł w słoneczną mglistość ulicy.

A jednak się mylił. Jego pierwsza wizyta zajęła mu cały poranek, a w wyniku jej odbył 

szereg dalszych. Były to delikatne spotkania, wymagające wiele taktu w tej tak doniosłej sprawie. 

Wytropił i wypytał różnych krewnych, odkrył różne powinowactwa, a kiedy zachodzące słońce 

swym czerwonym jak krew blaskiem zalało Apron Street, ukazał się na niej krocząc z wyraźnym 

ożywieniem.

Najpierw   odniósł   wrażenie,   że   Portminster   Lodge   chyba   się   pali.   Tłum   zgęstniał. 

Corkerdale, w asyście dwóch umundurowanych policjantów, pilnował bramy i murów ogrodu, 

podczas gdy stojące otworem frontowe drzwi kusiły do wejścia. Najwidoczniej przyjęcie panny 

Evadne już się zaczęło.

Atmosfera   wewnątrz   była   znakomita.   Nastrój   gościnności   osiągnięto   w   sposób 

niezwykle   prosty:   otwierając   wszystkie   drzwi   na   oścież.   Ktoś   –   Campion   podejrzewał   o   to 

Clarrie’ego – umieścił stary czteroramienny mosiężny świecznik na środkowym filarze schodów; 

świece  chwiały  się  w   przeciągu  i   sporo  stearyny   nakapało   wokoło.  Ogólny  efekt   był  raczej 

wesoły.

Kiedy postawił nogę na chodniku, w drzwiach salonu ukazała się Renee. W czarnej 

sukni   wyglądała   nieoczekiwanie   dostojnie,   a   całość   rozjaśniał   biały   jedwabny   fartuszek 

haftowany   w   pączki   róż.  Zrazu   pomyślał,   że   to   zmysł   aktorski   kazał   się  jej   ubrać   na   wzór 

scenicznej pokojówki, ale jej pierwsze słowa wyprowadziły go z błędu.

background image

–   Ach,   to   ty,   kochany   –   powiedziała   chwytając   go   za   ramię.   –   Dzięki   Bogu, 

przynajmniej ktoś z odrobiną godności. Ja jedna z całego domu pomyślałam, żeby włożyć żałobę. 

To nie znaczy,  że oni są bez serca, ale tak są zajęci rozmyślaniami, że nie mają czasu nad 

czymkolwiek się zastanowić. Nie wiem, czy rozumiesz, o co mi chodzi.

– Świetnie. Bardzo ci w tym do twarzy, wyglądasz uroczo.

Roześmiała się, a blask radości rozjaśnił jej zatroskane oczy.

–   Ty   wstrętny   chłopaku!   –   skarciła   go.   –   Nie   czas   teraz   na   takie   komplementy.   A 

szkoda. Czy to prawda, Albercie – zniżyła głos i rozejrzała się wokoło – że policja wie teraz, 

kogo ścigać; że zarzuciła sieć?

– Nie słyszałem o tym – powiedział zaskoczony.

– Racja, byłeś przecież cały dzień poza domem. Sądzę, że się sam o tym przekonasz. 

Clarrie nakazał mi, żebym nikomu nie pisnęła o tym ani słówka i oczywiście nie pisnę, ale po 

domu kręci się z dziesięciu policjantów, którzy nic tylko obserwują i czekają na rozkaz.

– Jaka szkoda, że nikt go nie wydaje.

– Nie ma się z czego śmiać, mój drogi. Muszą przecież mieć dowód, prawda? Och, jakże 

będę   szczęśliwa,   kiedy   się   to   wszystko   skończy;   chociaż   to   będzie   wielki   wstrząs,   a   już 

przeżyłam niejeden. Weź choćby mego starego kapitana! Wymykał się do wróżki i zabawiał z... 

och, nie chcę się poniżać, Albercie, ale ze starą wywloką. Zadrwiła sobie ze mnie. Przeraziła go 

okropnie wypisując te listy, o czym on musiał wiedzieć. Przysięga że nie, stary kłamczuch, ale 

mu wypaliłam, że wcale mu nie wierzę, może nie jestem najmądrzejsza, ale aż taka głupia z 

pewnością nie.– Była nastawiona bojowo, ale przy tym bardzo kobieca. W oczach jej paliły się 

gniewne błyski jak u młodej dziewczyny. – Oczywiście, źle się czuje i głupio mu. Trudno mu nie 

przebaczyć, ale kiedy zaklął się na wszystkie świętości, że nawet nie przypuszczał, że to ona: 

dopóki sama się nie przyznała, a do tego miała czelność napisać taki list do Lawrence’a i wrzucić 

do skrzynki tuż koło domu, miałam ochotę sprawić mu dobre lanie! Kiedy się zorientował, że 

Lawrence jest na tropie, czmychnął do siebie na górę i upił się butelczyną, o której istnieniu nic 

nie wiedziałam. Mogłabym go zabić, daję słowo. 

Campion roześmiał się.

– A co teraz robisz, cioteczko? – spytał. – Czy przypadkiem nie pilnujesz, żeby nie 

umknął?

background image

– Kochany!  On nawet nie może  stanąć na nogach! – Zachichotała  złośliwie. – Jest 

ogromnie skruszony, kołdrę podciągnął pod brodę i czeka, żeby się nim zająć. Po prostu stoję tu, 

żeby powiedzieć dobrym znajomym, którzy idą na górę, że w kuchni Clarrie ma – coś w rodzaju 

barku:   trochę   dżinu   i   mnóstwo   piwa.   Idź   na   górę   i   porozmawiaj   trochę,   ale   nic   nie   pij,   a 

zwłaszcza   tego   żółtego   świństwa,   które   podają   w   szklankach.   Jessica   zrobiła   ten   napój   z 

krzyżownika, co wywołuje dziwny skutek. Kiedy już dosyć będziesz miał uduchowienia, zejdź 

do sutereny. Nie mogę pozwolić na to, żeby ludzie, którzy przychodzą do mego domu, nie dostali 

nic przyzwoitego.

Podziękował jej z uśmiechem prawdziwej czułości. Wieczorne światło padające przez 

otwarte drzwi oblewało jej twarz, ukazując delikatne rysy i zmarszczki. Kiedy się odwrócił, żeby 

wejść na schody, zajrzał do pokoju Lawrence’a i wzrok jego padł na kominek. Przez chwilę mu 

się przyglądał, potem spojrzał na nią z wyrazem zaskoczenia na bladej twarzy.

Oto jeszcze jeden supeł w splątanym kłębku rozwikłał się gładko i jej, niezrozumiała do 

tej pory, pozycja w tym domu nagle stała się jasna i logiczna. Zaryzykował:

– Renee, wydaje mi się, że wiem, dlaczego robisz to wszystko.

Ledwie wypowiedział  te słowa, zrozumiał, że popełnił błąd. Twarz jej stała się bez 

wyrazu, oczy wrogie.

– Naprawdę, mój kochany? – W głosie jej brzmiała nuta wyraźnego ostrzeżenia. – Nie 

bądź za mądry, bardzo cię proszę. Spotkamy się w kuchni.

– Jak sobie – życzysz, cioteczko – mruknął, i zaczął iść po schodach, świadomy, że ona 

patrzy w ślad za nim, ale bez uśmiechu.

background image

23. Vive la bagatelle!

Na szerokim podeście zatrzymał się Lugg z tacą.

–   Ma   pan   ochotę   na   pieczeń?   –   spytał   wyciągając   pięć   herbatników   na   pięknym 

chińskim półmisku i głową uczynił  gest w kierunku pokoju panny Evadne. – Tam się bawi 

Stowarzyszenie Starych Trucicieli! Trumny podają o ósmej!

Campion spojrzał na niego z zainteresowaniem.

– Co ty teraz właściwie robisz?

– Pomagam, szefie. Przyszedłem tutaj do pana, a jakieś podstarzałe babsko z głosem jak 

belfer kazało mi pomagać. Od razu się zorientowała, że to potrafię robić. Cholernie śmieszne, że 

jej posłuchałem, ale spodobała mi się.

– Która z nich? Panna Evadne?

– Tak, starsza panna P. Nie mówimy sobie jeszcze po imieniu. „Jesteś brudny i nie 

bardzo rozumiesz, co mówię, ale podobasz mi się”. Taka ona jest. – Wyraźnie był zawstydzony. 

– Coś w sobie ma, chyba to właśnie nazywają urokiem.

– Tak sądzisz? Czyś dowiedział się czegoś od Thosa?

– Niewiele. Wejdźmy tu na chwilę. To pański pokój, prawda? Tak mi się wydawało, że 

poznaję   pański   stary   nadłamany   grzebień   na   toaletce.   –   Zamknął   starannie   drzwi.   – 

Dowiedziałem się kilku rzeczy – powiedział zniżając głos. – Thos nie jest teraz w branży. Jest 

prawie szanowanym obywatelem. Pracuje.

– Wiem o tym. To przekleństwo wieku. Dowiedziałeś się czegoś o Apron Street?

– Jednej małej rzeczy. Na temat Apron Street żartowano sobie jeszcze jakiś rok temu, a 

potem nagle przestano.

– Nikt o tym później nie wspominał?

– Raczej nie. – Lugg mówił z niezwykłą jak na niego powagą, a w jego czarnych oczach 

malowało się zdziwienie. – Od tej pory ludzie zaczęli się bać. Najwidoczniej londyńskie chłopaki 

coś o tym wiedzą. Zrobiłem, jak pan kazał, i starałem dowiedzieć się jakiegoś nazwiska, ale jeden 

jedyny facet, jaki miał coś wspólnego z Apron Street, to Ed Geddy z gangu z West Street. Thos 

powiedział, że któregoś dnia, kiedy miał kłopoty, upił się i zaczął za dużo obracać jęzorem „Pod 

Podwiązką” na Paul’s Lane. Kumple zaczęli się z niego zgrywać, zezłościł się, poszedł sobie i 

background image

nikt go od tej pory nie widział więcej. Wie pan, szefie, ten gang z West Street zajmuje się 

papierosami. Pamięta pan tę historię z dziewczyną zabitą w kiosku, która próbowała się opierać? 

To ich robota. Policja się wtedy skompromitowała na całego. Mówi to coś panu?

– Prawie nic – stwierdził Campion, ale był zamyślony. – Napad na kiosk i morderstwo 

miały miejsce rok temu, ale Apron Street nie wydaje mi się drogą tytoniową. Co jeszcze?

– Obejrzałem sobie Peter George’a Jelfa i jego małą ciężarówkę. Otworzył interes we 

Fletcher’s Town, zatrudnia dwóch ludzi. Nazywa siebie „przedsiębiorcą przewozowym” i jego 

nowe   nazwisko   brzmi   P.   Jack.   To   on   był   wczoraj   przed   apteką.   Zachowuje   się   bardzo 

grzeczniutko i skromnie. „Całuję rączki” i tak dalej. To niewiele, przyznaję, ale mam jego adres i 

policja może sobie z nim pogadać w chwili wolnej od zajęć. Ale najlepszy kawałek schowałem 

na koniec. Trumna wróciła.

– Co takiego?....

– Zdziwił się pan, no nie? – spytał Lugg z prawdziwą satysfakcją. – Ja też. Kiedy dziś 

po południu nie zastałem tu pana, wpadłem sobie do mego szwagra Jasa. Jako członek rodziny 

nie zapukałem, ale wszedłem przez tylne drzwi i zacząłem go szukać. Warsztat stolarski jest na 

małym   zacisznym   podwóreczku.   Dawniej   tam   trzymano   kubły   na   śmiecie.   Szopa   ma 

wywietrznik i jak zobaczyłem, że drzwi są zamknięte, pozwoliłem sobie przez ten wywietrznik 

zajrzeć do środka. Obaj tam byli, nad czymś pochyleni. Jakby coś wypakowywali. Nie myliłem 

się. Czarna jak noc, a złoceń na niej jak na spodniach portiera hotelowego. Ale powiem panu 

jedno, pełniutka była po brzegi.

– Naprawdę? – Zdumienie Campiona musiało Luggowi sprawić przyjemność, tak było 

szczere. – Jesteś pewien?

– Jak Bozię kocham. Złożona z dwóch części jak parawan w salonie. Zaraz po cichu 

odszedłem.

– Powiadasz, że wieko miało zawiasy?

– Może i miało. Nie widziałem. Owinięta była workiem, a obok stała wyjęta chyba z 

niej skrzynia. Nie spojrzałem drugi raz. Kiedy człowiek ma do czynienia z Jasem, lepiej mieć 

nakaz i w ogóle być bardzo ostrożnym. Pomyślałem sobie, że więcej zrobię złego niż dobrego. 

Zresztą byłem już spóźniony. Dobra, dobra, niech pan nie kaszle, jeśli pan nie potrzebuje. – W 

ochrypłym głosie przebijało rozżalenie. – Tutaj dano mi do zrozumienia, że ta cała heca zaraz 

zostanie rozwikłana.

background image

– Doprawdy?

– To dla pana nowina? – powiedział Lugg rozjaśniając się. – Mam tę wiadomość prosto 

od krowy. Naszych przyjaciół glin pełno tu jak krewnych na weselu. Zarzucili sieć. Wiedzą już, 

czego chcą, i szykują się do skoku. Gdyby ten facet dał drapaka, upadną na pysk.

– Kto to powiedział?

– Każdy, kto ma oczy do patrzenia, z wyjątkiem samej policji. Nasz mądrala nic nie wie. 

A   to   ci   heca!   Ale   wracajmy   do   rzeczy.   Pan   może   tu   coś   wywącha,   szefie.   Pan   tego   nie 

zlekceważy – dodał poważnie. – To coś nie z tego świata. Poza tym niech się pan zdecyduje, 

czego się pan napije: herba matę albo naparu z pokrzyw. Naszykowali też coś, co zajeżdża jak te 

kwiaty w hallu. Nie ma na to wielu amatorów – urwał z ręką na gałce drzwi. Nie wyglądał 

specjalnie wesoło. – Niech się pan przyjrzy mojej starej ślicznotce. Warta tego. Jedną pończochę 

ma do połowy opuszczoną, a w jej kredensie pustki – z wyjątkiem butelki po sherry. Jej siostra 

została wykończona i większość gości przyszła po to, żeby się czegoś więcej o tym dowiedzieć. 

Ona częstuje ich serowymi biskwitami, a oni chcieliby rozmawiać o truciźnie. Ale gdyby zamiast 

mnie   pojawili   się   Jego   Królewska   Mość   i   lady   Godiva,   nie   byłaby   wcale   zdziwiona   ani 

zaskoczona. To się nazywa opanowanie. Zaimponowała mi. Czy mam pana zaanonsować, czy 

sam pan wejdzie?

Campion podziękował mu i powiedział, że sam sobie poradzi.

Przyjęcie   panny   Evadne   było   w   pełnym   toku.   Chociaż   pokój   był   pełen   ludzi,   a 

poczęstunek niezwykły, jakiś cień elegancji, który wyróżniał przyjęcia w Portminster Lodge w 

latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, nadal się błąkał wśród źle dobranego towarzystwa.

Goście stali bardzo blisko siebie, wśród wielkich sprzętów, i rozmawiali przyciszonymi 

głosami. Można było się zorientować, że przyszło więcej osób niż zwykle i że ludzie teatru tylko 

nieznacznie przeważali.

Na   przykład   pierwszym   znajomym,   jakiego   Campion   zauważył,   był   Harold   Lines, 

główny reporter działu zbrodni „Słowa Niedzielnego”, ponuro spoglądający znad pełnej – co mu 

się nigdy nie zdarzało – szklanki.

Gospodyni stała na dywaniku przed kominkiem, tuż obok swego fotela. I teraz ubrana 

była w czerwoną, kwiecistą suknię, która tak źle pasowała do jej karnacji, ale na szczęście szal i 

diamenty oprawne w złoto rozjaśniały ponure wrażenie. Nie była specjalnie przystojna, ale minę 

miała władczą i górowała zarówno nad panem Henry Jamesem, dyrektorem banku, jak i małym, 

background image

smagłym, we włoskim typie, młodzieńcem, który z pewnością wywodził się z „Tespisa”.

Zanim Campion zdołał do niej dotrzeć, musiał uporać się ze sporym tłumkiem, z którego 

wiele osób patrzyło na niego pytająco. Nagle znalazł się twarzą w twarz z właścicielem wąsów, 

które dobrze sobie przypominał.

Drudge „Knot” powitał go wylewnie spoza gęstwy wąsów.

– Halo! Jak się panu to podoba? – Od razu było widać, że czuje się nieswojo. – Niezbyt 

stosowna na to pora, co? – powiedział enigmatycznie i machnąłby ręką w kierunku gospodyni, 

gdyby było dość miejsca. – Człowiek wprost ma ochotę czerwienić się ze wstydu. A najgorsze, 

że to takie niewinne. – Mówił bardzo wyraźnie. Jego dziadek nie mógłby się wyrażać bardziej 

precyzyjnie. Jabłka – dodał.

Ostatnia aluzja była niejasna, ale ze swej nowej pozycji Campion mógł dostrzec, że na 

prawym ramieniu panna Evadne miała małą siatkę do zakupów, zrobioną z drutu i zielonego 

sznurka. Była do połowy zapełniona jasnymi, lecz wyglądającymi na niedojrzałe, jabłkami, choć 

sporo gości trzymało w urękawiczonych dłoniach zielone jabłka. Spłynęło na niego natchnienie.

– Czy to siatka panny Ruth?

– Stara dziwaczka nosiła ją wszędzie. – Knot robił wrażenie zdziwionego, że Campion o 

tym  nie wie. Starał, się mówić cicho i wreszcie zaczął nawet szeptać: – Nigdy bez niej nie 

chodziła.  Miała  zwyczaj  wszystkim,  kogo  tylko   dopadła,   wtykać  jabłka.  Mawiała  przy tym: 

„Trzymaj  się z daleka  od lekarzy”  i  wtykała  jabłko  w rękę.  Evadne  wie, że każdy musi  to 

pamiętać i stąd ten poroniony pomysł w stylu „Hamleta”. Kiepska zgrywa.

Campion nie odpowiedział, gdyż nagle uświadomił sobie, że nie brał dotąd pod uwagę 

detektywistycznych zapędów panny Evadne. Zapewne chciała sprowokować reakcję winnego. A 

teatr, jak widać, miała we krwi.

Następna uwaga Knota, również wypowiedziana szeptem, zaskoczyła go:

– Czy to prawda, że cała ta zabawa się kończy? Że policja szykuje się do skoku i tak 

dalej?

– Oficjalnie nic mi nie wiadomo.

Fala czerwieni oblała jego twarz.

–   Przepraszam,   nie   powinienem   był   tego   mówić.   –   W   głosie   młodego   człowieka 

brzmiała skrucha. – Popełniłem nietakt, jeszcze raz przepraszam. Ale, ale, dobra koleżeńska rada, 

niech pan unika tego żółtego płynu.

background image

Campion podziękował mu z całą powagą i zaczął torować sobie drogę wśród gości.

Następną prawdziwą przeszkodą była panna Jessica w kapeluszu z tektury. Zapewne nie 

zdążyła się rozebrać po spacerze. Rozmawiała z doktorem. W jej wysokim głosie brzmiała nuta 

entuzjazmu.

– Powiada pan, że mu to dobrze zrobiło? Jakież to interesujące, przecież Herbert Boon 

twierdzi,   że   to   najstarszy   sposób   na   puchlinę   wodną,   znany   jeszcze   z   czasów   lecznictwa 

saksońskiego. Zbiera się pączki krwawnika, kiedy wschodzi Wenus – obawiam się, że ja tego nie 

przestrzegałam – uciera się je z masłem, ja używałam margaryny, i po prostu robi się okład. 

Spróbuje pan? Ach. Jakaż byłabym dumna, gdyby pan spróbował.

– No, cóż, sam nie wiem. – Słaby uśmiech przewinął się przez wąskie wargi doktora. – 

Najpierw chciałbym wiedzieć, jaka jest przyczyna puchliny wodnej.

– Uważa pan, że to takie ważne? – Była wyraźnie rozczarowana, a on wpadł w irytację.

– Oczywiście, że tak. To niezmiernie istotne! Trzeba być bardzo ostrożnym. Jeśli skóra 

nie jest uszkodzona, nie może pani zaszkodzić, ale, na miłość boską... – Spojrzał ponad jej głowę 

i spostrzegł  Campiona.  – Witam,  witam,  miło  spotkać  pana tutaj. Czy jest tu  gdzieś  pański 

kolega?

– Nie widziałem go... – zaczął Campion, kiedy czyjaś drobna dłoń spoczęła na jego 

ramieniu.

– Ach, to pan. – Jessica była wyraźnie ucieszona ze spotkania. – Czyż to nie cudowne? 

Zrobiłam okład na kolano właścicielowi sklepu kolonialnego i świetnie się teraz czuje. Sam 

doktor przyznał to. Przygotowałam też herbatę z pokrzyw i napar z wrotycza. W szklankach. 

Pozna go pan, bo jest żółty. Musi pan spróbować. O tam stoi. – Skinęła głową w dziwacznym 

kapeluszu   w   stronę   odległego   kąta   pokoju,   gdzie   na   stole   zasłanym   pięknym   koronkowym 

obrusem rozstawiono baterie nalanych do pełna szklanek, filiżanek i dwa wielkie emaliowane 

dzbany. – Nigdy w życiu nie pił pan nic podobnego. – Nie mówiła tego całkiem niewinnie, 

najwyraźniej, żartowała sobie z niego.

– Spróbuję, jak tylko złożę wyrazy uszanowania pani siostrze – obiecał.

– Jestem tego pewna – odparła. – Pan jest zawsze bardzo uprzejmy.

Zanim   zdołał   umknął,   złapał   go   za   guzik   doktor   Smith.   Był   wzburzony   i   nadal 

zirytowany.

background image

– Słyszałem, że czeka pan na odpowiednią chwilę, żeby aresztować winnego. – Chodzi 

tylko o dowód winy. Czy to prawda?

–   Bardzo   mi   przykro.   –   Campiona   zaczęło   denerwować   ustawiczne   prostowanie   tej 

plotki. – Obawiam się, że nie. – Wymawiając ostatnie słowa zrobił krok do tyłu, żeby uniknąć 

zderzenia z Lawrense’em Palinode, który ze szklanką w ręku, bez słowa przeprosin szedł ciężko 

przez pokój, roztrącając wszystkich, nie zatrzymując się, prosto zmierzając do drzwi, za którymi 

zniknął.

– Lawrence zawsze miał mało wdzięku – zauważyła  panna Jessica, kiedy falowanie 

tłumu znowu ją zbliżyło, do Campiona. – Nawet jako dziecko. Poza tym źle widzi. Dlatego 

wszystko jest dla niego takie trudne. – Czy panu wiadomo – ciągnęła zniżając głos – że Klytia 

ma gościa?

Rozbawiony patrzył na jej widome zadowolenie.

– Pana Dunninga? – spytał.

– Ach, to pan wie. Mieszka na poddaszu, a ona go pielęgnuje. Bardzo się zmieniła z tego 

powodu, zdumiewająco wprost. Była takim nieopierzonym  pisklęciem, a teraz nagle wygląda 

zupełnie inaczej. Ledwie ją poznałam dziś rano. Jest taka czujna i skupiona.

Dopiero po tych słowach zorientował się, że nie ma na myśli zmiany w jej wyglądzie, 

ale jej przemianę wewnętrzną. Był jeszcze oszołomiony swym odkryciem i tym wszystkim, z 

czym ono się wiązało, kiedy wreszcie znalazł się przed obliczem panny Evadne, która przerwana 

rozmowę z jakimś gościem, i wyciągnęła do niego lewą rękę.

–   Prawa   strasznie   mi   się   zmęczyła   –   wyjaśniła,   uśmiechając   się   z   łaskawością 

królowej.– Tyle osób przyszło!

– Z pewnością więcej niż zwykle – wtrącił z boku pan Henry James. Mówił jak zawsze 

bardzo   wyraźnie,   a   doskonała   wymowa   podkreślała   wagę   każdego   słowa.   Przez   chwilę 

zastanawiał się nad tym, czy udzielić oczywistego wytłumaczenia tego zjawiska, ale zrezygnował 

i dodał z przekonaniem: – O wiele więcej.

Po czym obrzucił Campiona zmartwionym spojrzeniem i wzrokiem zadał mu pytanie 

wieczoru. Ale gdy przekonał się, że nie pora na to, milczał i patrzył ze smutkiem, jak nowo 

przybyły został przedstawiony aktorowi, który uśmiechnął się teatralnie, ze znużeniem, i spytał 

go, czy ma ochotę na jabłko.

background image

– Chyba nie – roześmiała się panna Evadne porozumiewawczo, dając do zrozumienia, 

że   Campion   wie   dobrze,   co   ona   robi,   i   że   to   mały   zawodowy   sekret   pomiędzy   dwojgiem 

detektywów. – Obawiam się, że moje jabłka... Co to ja takiego chciałam powiedzieć?

– Nie na wiele się zdadzą – palnął bez namysłu 

Campion i spotkał się z milczeniem, na które w pełni zasłużył. Zakłopotany spojrzał na 

stolik stojący tuż obok. Panował na nim nieporządek taki sam jak za pierwszym razem było 

jedynie więcej kurzu. Tym razem jednak – jak zauważył – znajdowała się tylko jedna waza z 

nieśmiertelnikami.   Zastanawiał   się   właśnie   nad   tym,   kiedy   tok   jego   rozmyślań   przerwała 

zaskakująca uwaga panny Evadne:

–   Jednak   nie   przyprowadził   pan   ze   sobą   swego   miłego   przyjaciela,   sir   Williama 

Glossopa?

Tak się zdumiał tym, że w pierwszej chwili nie był pewien, czy się nie przesłyszał, i 

osłupiały spojrzał na nią, stojącą z triumfalną i rozbawioną miną wśród tłumu.

W kłopotliwej ciszy, jaka zapadła, z odsieczą pośpieszył pan James, człowiek dobrze 

wychowany, umiejący się znaleźć w każdej sytuacji.

–   Czy   to   ten   Glossop   z   trustu   PAEO?   –   spytał   z   namaszczeniem.   –   Niezwykle 

błyskotliwy człowiek.

–   Tak,   istotnie   –   zgodziła   się   panna   Evadne.   –   Zrobił   bardzo   ciekawą   karierę, 

sprawdziłam dziś jego nazwisko w „Who’s Who”. Absolwent Cambridge. A ja sobie wbiłam w 

głowę, że Bristolu, sama nie wiem czemu. Fotografia, jaką zamieścili, jest bardzo młodzieńcza. 

W takich sprawach mężczyźni są o wiele próżniejsi niż kobiety. Czyż to nie interesujące?

– On był tutaj? – Pan James był wyraźnie przejęty.

– Nie wydaje mi się... – zaczął Campion, ale panna Evadne przerwała mu:

– Ależ tak – powiedziała – wczoraj wieczorem. Czekał na tego oto mądrego człowieka, 

zresztą   tak   jak   i   ja,   i   ucięliśmy   sobie   małą   rozmówkę.   Zapomniał   się   przedstawić,   ale...   – 

zwróciła się do Campiona z nutą łagodnego triumfu – przeczytałam jego nazwisko na kapeluszu, 

który leżał na krześle, na wprost mnie. Tak się składa, że jestem dalekowidzem. To bardzo mądry 

człowiek, ale nie potrafi reperować garnków elektrycznych.  – Roześmiała się wyrozumiale i 

zwróciła się do aktora, który stał tuż obok: – Adrianie, a może byś tak nam coś zadeklamował?

Po   mistrzowsku   zmieniła   temat.   Młody   człowiek   został   zaskoczony,   natomiast   pan 

James jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej wyciągnął z kieszeni zegarek.

background image

– Sądzę, że również za tydzień będę miał przyjemność posłuchania pana – powiedział 

szybko. – Tuszę, że tak będzie, bo dzisiaj doprawdy nie mogę dłużej zostać. Dobre nieba! Nie 

wiedziałem, że już tak późno. Pani jest doprawdy zbyt dobrą gospodynią, panno Palinode. Cóż 

za, cudowny wieczór. Czy wpadnie pani jutro do mnie, czy ja mam się tu zgłosić do pani?

– O, proszę niech pan przyjdzie do mnie. Taka jestem leniwa – poprosiła i skinęła mu 

ręką z wdziękiem, a on kłaniając się i mrugając do innych gości spiesznie torował sobie drogę 

przez tłum.

– Człowiek dobry z kościami – zauważyła stara dama, jak gdyby od niechcenia rzucając 

za nim różę. – Mam nadzieję, Adrianie, że to ciebie nie zniechęci. To nie jest intelektualista. No 

co, zaczniemy, jak myślisz? Jak na Ibsena trochę za dużo ludzi, ale w odwodzie mamy zawsze 

Mercutia. Chyba że wolisz coś nowoczesnego?

Campion szukając drogi ucieczki ze zdumieniem zobaczył koło siebie doktora.

– O ile dobrze zrozumiałem, to pan wie, kto pisał do mnie anonimy – zaczął półgłosem, 

z powagą, wpatrzony w okulary Campiona. – Chciałbym o tym z panem porozmawiać. Widzi 

pan, ona nie była moją pacjentką. – To znaczy ja jej nie leczyłem. Nie była chora – chyba tylko 

na   umyśle   –   i   wprost   jej   to   powiedziałem.   –   Te   szeptane   wynurzenia   wyraźnie   zdradzały 

nerwowe napięcie. 

Campion rozmyślał, jak się uwolnić od niepożądanej obecności, kiedy nagle pojawił się 

Lugg. Nic nie powiedział, ale uniesienie brwi i nieznaczny gest brodą mówiły wyraźnie, że obaj 

mężczyźni   powinni   za   nim   pójść.   Natychmiast   go   posłuchali,   wychodząc   z   pokoju 

niepostrzeżenie, jak tylko się dało. Zatrzymali się na podeście, gdzie czekała na nich Renee. 

Kredowoblada wzięła ich obu pod ramię prowadząc w stronę schodów.

– Słuchajcie, panowie – starała się mówić rzeczowo, choć brakło jej tchu. – Chodzi o 

Lawrence’a. Czegoś się napił. Nie wiem, co to było i kto mu to podał, i czy wszyscy inni też to 

pili, co byłoby straszne, ale śpieszcie się. Ja... ja... Albercie, mnie się wydaje, że on umiera.

background image

24. Poprzez sieć

Pogłoski,   które   napomykały   o   tym,   że   uczta   w   pałacu   Borgiów   była   niczym   w 

porównaniu   z   przyjęciem   u   Panode’ów,   wkrótce   okazały   się   bliskie   prawdy.   Nadal   jednak 

nikomu nie pozwolono opuścić domu i panowało wielkie napięcie.

W mokrym ogrodzie zebrali się przedstawiciele prasy. Trzymani byli z dala od wnętrza 

domu. Przemoczeni, snujący bezsensowne domysły, zachowywali się jak rój rozzłoszczonych os.

Wewnątrz domu panowało jeszcze większe podniecenie. W pokoju panny Evadne nadal 

tłoczyli się z ponurymi minami goście. Jak dotąd nie było dalszych ofiar. Nazwiska, adresy i 

krótkie zeznania zbierał inspektor Porky Bowden, prawa ręka Luke’a z Komendy, a wszystkie 

płyny,   herbatniki   i   naczynia   zostały   zebrane   przez   sierżanta   Dice’a   i   jego   niewzruszonych 

pomocników.

W przerwach recytował Adrian Siddons.

Na dole salon i przylegająca doń garderoba zostały zamienione w zaimprowizowaną salę 

szpitalną dla Lawrence’a. Na polecenie doktora, Clarrie zdjął abażury z żarówek i ostre światło 

wydobyło   z   mroku   ponury,   zaniedbany   pokój,   uważany   przez   wszystkich   domowników   za 

niemieszkalny, z zakurzonymi sprzętami i obtłuczonymi przyborami emaliowanymi do mycia.

Doktor Smith obciągał właśnie rękawy koszuli, kiedy weszła Renee ze stosem świeżych 

ręczników. Narzuciła duży kuchenny fartuch na czarną wytworną toaletę, i teraz, kiedy było 

wiadome, że udało się uniknąć tragedii, promieniała radością.

Uśmiechnęła się do Lawrence’a, który leżał na zniszczonej kanapie w stylu empire i 

wyglądem przypominał na pół oskubanego ptaka. Skórę miał wilgotną i wiotką, pokrytą gęsią 

skórką, ale bóle już minęły i zaczął go ogarniać pełen zdumienia gniew.

Luke i Campion siedzieli porównując swoje notatki. Obaj byli zmęczeni, ale w Luke’a 

wstąpił nowy duch.

– Widzi pan, to był zupełnie inny płyn. – Szept jego aż wibrował w uszach Campiona. – 

Podano   mu   zupełnie   coś   innego   niż   wszystkim.   Innego   kolorem,   zapachem.   Wynik   analizy 

otrzymamy  dopiero jutro. Nie wcześniej. Musimy więc sobie radzić bez niego. Jego ołówek 

przesunął się po kartce i zatrzymał przy zdaniu: „Poszkodowany mówi, że nie wie, kto mu podał 

szklankę”.

background image

– A co z tym?

– Bardzo prawdopodobne. Powiedziałby, gdyby się orientował – wyjaśnił Campion. – 

On widzi wszystko bardzo niewyraźnie.

– Tak sobie pomyślałem. – Wysiłek, żeby zachowywać się spokojnie, sprawiał, że głos 

jego przypominał buczenie wielkiego trzmiela. – Każdy, kto znał rodzinę, mógłby tu pomóc. 

Panna   Jessica,   Lugg,   nawet   Klytia   w   swoim   czasie,   obecny   tu   doktor,   pan   James,   mecenas 

Drudge, Renee, aktorzy, wszyscy.

Campion odwrócił się, żeby spojrzeć na doktora, który właśnie odezwał się:

– Nie chcę. Luke  zaczął wypowiadać wiążących sądów, zresztą bez analizy nie można 

mieć pewności, ale sądzę, że dano mu coś więcej niż truciznę z ziół.

Luke zdziwił się..

– Rzeczywiście to było coś innego, inny kolor...

– Widzi pan. Napój z ziół też chyba był trujący. Zapewne uratował mu życie, gdyż 

wywołał torsje. Sądzę jednak, że podano mu coś więcej. – Zawahał się i spojrzał zmartwionym 

wzrokiem najpierw na jednego, potem na drugiego. – Coś bardziej klasycznego, że tak powiem.

Był jednocześnie i sztywny,  i oszołomiony, dziwna rzecz. Również reakcja nastąpiła 

bardzo szybko. Mógł to być chloral w bardzo dużej dawce. Nie wiem. Oczywiście dowiemy się. 

Mamy próbki. Przy okazji, gdzie jest szklanka? Miał ją ze sobą?

– Sierżant Dice zabrał ją. Zabrał wszystkie dowody. – Luke odsunął na bok to pytanie. 

Jak terier chwycił nowy trop. – Znowu hioscyjamina, doktorze?

– Och nie, nie sądzę. Od razu sobie o niej pomyślałem i sprawdziłem – objawy, ale 

chyba nie. Gdyby się okazało że tak, zdziwiłbym się.

– Ktoś starał się zrzucić winę na Jessikę. – To oświadczenie wypowiedziane głosem 

zdartym   przez   torsje,   chropowatym,   zdumiało   obecnych.   Podeszli   wszyscy   do   kanapy,   a 

Lawrence spojrzał na nich badawczo – z wilgotnymi włosami i błyszczącą twarzą przypominał 

żyjącą maszkarę kościelną, tylko oczy miał bystre jak zawsze.

– Ktoś starał się rzucić podejrzenie na moją siostrę. – Słowa były wymawiane niezwykle 

starannie, jak gdyby podejrzewał ich, że są niespełna rozumu albo w najlepszym razie głusi.

– Ten człowiek chciał z niej zrobić kozła ofiarnego.

– Dlaczego tak pan uważa? – Luke powiedział to z takim przejęciem, że chory podniósł 

się na łokcie i mimo chrypki starał się mówić głośno:

background image

– W mojej szklance był kawałek liścia. Wyjąłem go z ust przy pierwszym łyku – połowę 

szklanki wypiłem jednym haustem, z tego rodzaju płynami to najlepsza metoda. Wszystkie mają 

nieprzyjemny smak – powiedział to z taką powagą, że nikt się nawet nie uśmiechnął. – Ten liść to 

była cykuta. Klasyczna trucizna. Od razu się zorientowałem i dlatego wyszedłem.

– Dlaczego jest pan taki pewny, że to nie panna Jessica? – Doktor zadał to pytanie, 

zanim któryś z obu mężczyzn zdążył mu przeszkodzić.

Mówił bardzo wyraźnie, jak gdyby umysł Lawrence’a był w takim samym stanie, co 

jego ciało. Pacjent zamknął oczy z oburzenia.

– Nie byłaby taka prymitywna – szepnął – nawet gdyby była okrutna. Grecy uważali, że 

cykuta jest trucizną trudną w dozowaniu. Ona o tym musi wiedzieć. Jakiś ignorant stara się 

wmówić wszystkim, że to ona otruła Ruth. Śmieszne i podłe.

Doktor Smith wysunął podbródek do przodu.

– Wydaje mi się, że pan Lawrence ma rację – powiedział. – Ta sprawa dręczyła mnie od 

dawna,   tylko   nie   umiałem   jej   sprecyzować.   Robi   to   ktoś   przebiegły,   ale   nie   wystarczająco 

przebiegły.  – Urwał nagle. – Inna sprawa, że nie rozumiem zupełnie tej napaści na młodego 

Dunninga.

– Ale ja byłam pewna, że policja wie, kto to zrobił. Że policja zarzuciła sieć.

Zapomnieli   o   Renee.   Jej   wtrącenie   się   nie   tylko   zaskoczyło   ich,   ale   też   wywołało 

zakłopotanie.

– Chce pan przez to powiedzieć, że jeszcze nie wiecie? – spytała. – Że nikogo teraz nie 

zaaresztujecie? Jak długo to się będzie ciągnąć?

Doktor zakaszlał.

– O ile dobrze zrozumiałem, policja przedsięwzięła pewne kroki – zaczął mówić. – 

Ogólnie chyba biorąc miała zamiar nagle... – i urwał – wpół zdania. Luke popatrzył na niego 

skupiony – i stanowczy.

–   Bardzo   zależy   nam   na   rozmowie   z   człowiekiem   nazwiskiem   Joseph   Congreve   – 

powiedział nieco sztywno. – Nasze poszukiwania są w toku. Proszę, panie Campion, może pan 

pójdzie teraz ze mną? Panna Jessica czeka w pokoju obok. Pan teraz ma poród, doktorze? Niech 

pan wraca tu jak najszybciej, a pani, Renee, będzie się opiekować panem Lawrence’em, 

background image

Weszli obaj do jadalni i pierwszą osób, którą zobaczyli pod wiszącym nad kominkiem 

portretem   profesora   Palinode,   był   nadinspektor   Yeo.   Nie   brał   udziału   w   śledztwie.   Stał 

wyprostowany, z rękami złożonymi pod połami marynarki. Kiedy weszli, spojrzał na nich bez 

uśmiechu.

Wszyscy rozumieli, co znaczyło jego przybycie. Oto ultimatum władz zwierzchnich: 

konieczne szybkie aresztowanie.

Luke natychmiast do niego podszedł. Campion również by to uczynił, gdyby go nie 

powstrzymała łagodna ręka. Panna Jessica powitała go jak wybawcę. Zdjęła z głowy tekturę, ale 

nadal nosiła woal zawiązany niedbale z tyłu głowy w ulubionym, stylu romantycznych malarzy 

wiktoriańskich. Była bez woreczka, a jej ubranie jak zwykle składało się z wierzchniej warstwy 

muślinu, nałożonego na wełnianą spódnicę, co dawało dość ciekawy efekt. Wyglądała jak zawsze 

dziwacznie.

– Coś zaszkodziło Lawrence’owi – powiedziała wyniośle. – Czy pan wie o tym?

– Tak – odparł z całą powagą. – I mogło się to bardzo źle skończyć.

– Słyszałam, powiedzieli mi. – Wskazała machnięciem ręki na Dice’a i jego kolegów.

Campion był zaskoczony jej przerażeniem.

– Ja nie popełniłam żadnej omyłki – ciągnęła ze smutną szczerością kogoś, kto nie jest 

w stu procentach pewny.  – Pan musi pomóc mi przekonać ich o tym.  Trzymałam  się ściśle 

przepisów Boona, z wyjątkiem tych przypadków, kiedy musiałam opuszczać pewne składniki. 

Zaprosiliśmy przecież gości, a gości chce się częstować tym, co najlepsze. – Jej drobna twarz 

była bardzo poważna, a oczy zatroskane. – Lubię Lawrence’a – ciągnęła swoje zwierzenia takim 

tonem, jakby przyznawała się do słabości. – Jest mi bliższy wiekiem niż ktokolwiek z mego 

rodzeństwa. Nie chciałabym mu zaszkodzić. Zresztą nikomu nie chciałabym zaszkodzić.

– Niech pani mi dokładnie opowie, co pani przygotowała?

– Ugotowałam dwa ziołowe napary, z pokrzywy i z wrotycza. Evadne kupiła herba matę 

i sama ją przyrządziła. Herba matę jest lekko brunatna, to prawie herbata, jak panu wiadomo. 

Napar z pokrzywy, który ja zrobiłam, był szary, a wrotycz żółty. Powiedziano mi jednak, że to, 

co wypił Lawrence, było ciemnozielone.

– Z liśćmi w środku – mruknął bezwiednie Campion.

background image

–   Naprawdę?   –   Schwyciła   go   za   rękę.   –   Wobec   tego   to   nie   był   napój,   –   który   ja 

przygotowałam.   Ja   wszystko   bardzo   starannie   cedzę   przez   stare   płótno,   oczywiście   czyste.– 

Spojrzała na niego pytająco. – Nie przypomina pan sobie, co powiada Boon? „Osad zawiera 

składniki niezwykle cenne dla organizmu”.

– Ależ tak – zawołał Campion patrząc na nią uważnie przez okulary. – Tak chyba pisał. 

Proszę mi powiedzieć, czy w suterenie ma pani ten... hm... cenny osad?

Nie dosłyszał jej odpowiedzi, gdyż w tym momencie drzwi gwałtownie się otworzyły i 

do pokoju wkroczył  zaczerwieniony,  przejęty Clarrie  Grace z tacą, na której znajdowała  się 

zapieczętowana butelka irlandzkiej whisky, syfon i kilka szklanek.

– Z pozdrowieniami od panny Roper – oświadczył głośno. – Wszystko zapieczętowane, 

nikomu nie grozi więc park sztywnych.

Ustawił tacę na stole, obdarzył  ich swoim scenicznym  uśmiechem i wyszedł równie 

szybko, dając do zrozumienia, że nie zamierza podsłuchiwać niczyich tajemnic.

Policjanci zignorowali całe to zdarzenie i nadal prowadzili swoją mrukliwą naradę, ale 

panna Jessica zwróciła się do swego rozmówcy:

– Postrzelona kobieta, ale bardzo miła – zauważyła.

– Chyba tak – zgodził się z roztargnieniem i spojrzał na portret nad kominkiem. Ku jego 

zdumieniu zareagowała tak, jakby głośno wypowiedział swą myśl.

–   Ach,  więc   pan   wie   –  powiedziała   cicho   i   zaczerwieniła   się.   –   Podobieństwo   jest 

znaczne, prawda? Jej matka była chyba tancerką. – Spojrzał na nią osłupiały, a ona ciągnęła, 

nadal cicho, ciesząc się z wrażenia, jakie wywołały jej słowa: – Podobno była również kobietą 

interesu.   Moja   matka,   poetka,   którą   bardzo   przypominam,   nie   wiedziała   o   jej   istnieniu,   ani 

oczywiście o córce, ale mój ojciec był człowiekiem sprawiedliwym i zapewnił im byt. Musiał 

pewno wiedzieć, że Renee odziedziczyła jego praktyczne zdolności, czym żadne z nas nie może 

się chlubić, gdyż zapisał jej cały dom, do którego był głęboko przywiązany. Dlatego tyle od niej 

przyjmujemy.

Kiedy jeszcze przeżuwał tę informację, pochyliła się blisko niego, i szepnęła coś, co 

sprawiło, że uwierzył jej bez zastrzeżeń i aż wstrzymał, dech.

– Ale proszę, niech pan zachowa całkowitą dyskrecję. Widzi pan, ona nie wie, że my 

wiemy.   –   W   jej   głosie   brzmiała   wielka   łagodność.   Nawet   Luke,   który   podszedł   do   nich 

niecierpliwie, nie zmącił jej spokoju. Usiadła, gdzie jej kazał, i na wstępne pytania odpowiedziała 

background image

z pewnością siebie.

Od samego początku dla Campiona była to ciężka próba, cięższa, niż dla niej. Takiej 

właśnie, jak ze złego snu, sytuacji boi się każdy dobry policjant. Była to sprawa w dwójnasób 

budząca podejrzenia, gdyż wkrótce się okazało, że mogła popełnić jakąś niemądrą pomyłkę w 

przygotowaniu swoich naparów, a nikt w pokoju nie wierzył ani przez chwilę, że była winna 

zbrodni z premedytacją.

Miał   już   ochotę   wycofać   się   z   tego   nie   do   zniesienia   przesłuchania,   kiedy   usłyszał 

pytanie panny Jessiki:

– Czy to jest ta szklanka, z której pił Lawrence? Uważajcie bardzo na nią. To jedna ze 

szklaneczek Evadne do sherry. Zostały jej tylko dwie. Stare bristolskie szkło.

Słowa te zawisły nad nim, małe i wyraźne, jak gdyby zostały wydrukowane czarnymi 

czcionkami na tle pokoju.

Luke, który trzymał małą zieloną szklaneczkę, zawiniętą w chustkę, spojrzał na niego, a 

w jego oczach czaiło się pytanie. Campion pochylił się nad panną Jessiką, sam zdumiony faktem, 

że głos mu drży.

– Widziałem kwiaty w tych szklankach – powiedział.– Czy pani siostra nie używa ich 

czasem do kwiatów? Do nieśmiertelników?

– Do kwiatów? – Była wyraźnie oburzona. – Ależ nie. To są ostatnie szklanki do sherry 

po ojcu. Evadne nie używałaby ich do żadnego innego celu. Są bardzo cenne. Nie wiedziałam 

nawet, że dzisiaj je wyjęła. Zwykle stoją na półce nad kominkiem. Dziś nie było sherry. Dlatego 

musiałyśmy przygotować coś innego.

Campion  już jej nie słuchał.  Mrucząc  słowa przeproszenia,  odwrócił się na pięcie i 

wyszedł z pokoju, przeszedł do salonu, gdzie leżał Lawrence, i zadał mu tylko jedno pytanie – 

zdaniem chorego, całkowicie absurdalne i bez sensu.

– Ależ tak – odparł Lawrence Palinode. – Tak, oczywiście tak robiliśmy. Zawsze. Był to 

zwyczaj, jaki zachował się z czasów szczęśliwej przeszłości. My wszyscy.  Tak. Przy każdej 

okazji. Dobry Boże! Pan nie sugeruje – chyba, że...

Campion wyszedł od niego spiesznie i zajrzał do jadalni.

– Chodźmy  – powiedział  stanowczo  do Luke’a.  – Najpierw  dowody,  a potem,  mój 

chłopcze, należy zaciągnąć pańską sieć, o ile nie jest już za późno.

background image

25. Na Apron Street

Tłum przed Portminster. Lodge skurczył się jak flanelowa łata na deszczu. Pięć minut 

temu sierżant Dice otworzył frontowe drzwi i zaprosił prasę do wnętrza na – jak to określił z 

zadowoleniem – małą rozmówkę z inspektorem Bowdenem, i kiedy ostatni przemoknięty płaszcz 

wsunął się do hallu, czterech ludzi, którzy nie chcieli być  widziani, wymknęło się z domu i 

ostentacyjnie poszło w różne strony.

Spotkali się u wejścia do dawnych stajen. Lugg i inspektor Charlie Luke poszli pod 

frontowe wejście banku, Yeo zaś i Campion stali na kamiennych stopniach bocznego wejścia, 

ciemnymi i ponurymi pod sklepionym łukiem. Po prawej ręce mieli Apron Street, gdzie blask z 

okien domu Palinode’ów padał na mokry asfalt, po lewej dawne stajnie, których stare kamienie i 

cegły odbijały światło, stwarzając ciekawe efekty, jak na drzeworycie.

Yeo podszedł do swego towarzysza. Był wyraźnie zaskoczony i zmartwiony.

– Dlaczego Luke stale nazywa tego człowieka „Wargacz”?

– To się okaże. – Campion pochylił głowę, żeby nasłuchiwać pod drzwiami.

Poprzez drzwi usłyszeli ostry dźwięk dzwonka, którego guzik nacisnął Lugg z drugiej 

strony domu. Dzwonek rozbrzmiewał długo i uporczywie.

Yeo denerwował się. Z wiekiem zaczął ciężko oddychać i teraz jego szept górował 

wyraźnie ponad westchnieniami deszczu.

– To dziwne. Tam ktoś musi być. Nie włamię się bez nakazu, Campion, ostrzegam pana. 

Choć wierzę panu wszyscy panu wierzymy i polegamy na panu, ale istnieję pewne granice.

Brzęczenie dzwonka urwało się.

Nowy hałas, tym  razem przeraźliwy dźwięk dzwonków alarmowych,  przenikających 

cały dom, poderwał obu mężczyzn. Ledwie Yeo zdążył zakląć, kiedy, jakiś cień zwinny i cichy 

jak kot przemknął przez ulicę.

To był Luke. Podjęta decyzja napełniła go widomym zadowoleniem.

– Wszystko w porządku – szepnął – to tylko Lugg. Wszedł do banku przez okno tłukąc 

szybę.   To   chyba   zawodowy   włamywacz,   prawda?   Otworzy   –   drzwi,   wyjdzie,   a   wtedy   my 

wpadniemy, żeby zabezpieczyć  własność. Bardzo mi przykro, panie nadinspektorze, ale teraz 

pracuję na własną odpowiedzialność.

background image

Campion raczej domyślił się wyrazu twarzy Yeo, niż zobaczył, i roześmiałby się, gdyby 

chwila  była  stosowniejsza.  Już  widział  siebie,  jak otwiera  tę  szafę  stojącą  w  kącie  gabinetu 

dyrektora i znajduje w niej książki albo zgoła nic. Luke podciągnął rękawy.

– My, policjanci, spełniliśmy nasz obowiązek i zareagowaliśmy na dzwonek, zanim nasi 

podwładni usłyszeli go na drugim końcu ulicy.  – Uśmiechał się, ale w jego głosie brzmiało 

wyzwanie. Campion uważał to za niezbyt stosowne. – Chodźmy zrobić naszą magiczną sztuczkę.

Ruszyli w stronę ulicy, ale kiedy Luke wyszedł na deszcz spod arkady i miał skręcić w 

lewo, Campion stanął i obejrzał się do tylu. Również i jego towarzysze zatrzymali się. To, co 

zobaczyli na środku zaułka, było widokiem zupełnie fantastycznym.

Z ciemnej wozowni, której wrota musiały być cały czas otwarte, a czego nie było widać 

z powodu deszczu, wynurzył się dziwaczny, anachroniczny pojazd. Był to czarny, zaprzężony w 

konie wehikuł, z wysokim kozłem dla woźnicy i z płaską ponurą skrzynią. Kołysząc się i lśniąc 

w blasku własnych staroświeckich latarń, wóz do przewożenia trumien ruszył i z zadziwiającą 

szybkością pomknął z zaułka w kierunku Barrow Road.

Żelazna dłoń Yeo spadła na ramię Campiona. Nadinspektor był wyraźnie wzburzony..

– Cóż, u diabła, to ma znaczyć? – spytał? – Kto to taki? Gdzie jedzie o tej porze?

Campion zaśmiał się głośno, wręcz histerycznie.

– To Jas – powiedział. – A więc tak się jeździ po Apron Street. Czy możemy mieć 

natychmiast samochód?

– Możemy. – Luke wybiegł na ulicę z podejrzaną szybkością.

Nad   ich   głowami   alarmowy   dzwonek   nadal   rozbrzmiewał   przeraźliwie.   Yeo   przez 

chwilę milczał, a potem podszedł do swego starego przyjaciela, przełknął głośno i z trudem 

panując nad sobą, co jego oświadczeniu dało siłę eksplozji, powiedział:

– Mam nadzieję, że pan wie, co robi.

– I ja mam tę nadzieję, szefie – odparł Campion z przekonaniem.

W tym momencie czarna furgonetka policyjna ukazała się w strumieniach ulewnego 

deszczu.

– A co z bankiem? – mrukliwie spytał Yeo.

– Dice i dwaj chłopcy są w pobliżu. Zajmą się bankiem – wyjaśnił Luke, otwierając 

przed nimi drzwiczki. 

background image

Pierwszy wsiadł Yeo, za nim Campion, a kiedy miał wsiąść Luke, z ciemności wyłoniła 

się wielka postać, przypominająca rozwścieczonego indora i wydająca takież odgłosy.

– Ładnie, bardzo ładnie. Co to ma znaczyć, do jasnej cholery, i to ma być uczciwa gra? – 

Lugg   przemoknięty   był   do   suchej   nitki.   Po   łysej   głowie   spływały   mu   strumyczki   wody,   a 

obciążone  diamentowymi   kroplami  wąsy  zwisały  smętnie.  Bezceremonialnie   odsunął   na  bok 

Luke’a, wpadł do samochodu jak pocisk armatni i klapnął na podłogę w kącie furgonetki.

Kiedy drzwi zamknęły się za inspektorem, nadal głośno narzekał.

–   Wszędzie   za   koszulą   mam   szkło,   na   otwartych   drzwiach   banku   zostawiłem   całe 

mnóstwo odcisków palców, a wy uciekacie mi jak banda głupich dzieciaków... Że inni, to jeszcze 

rozumiem, ale pan, panie nadinspektorze, tego zupełnie nie mogę pojąć!

Luke przyjacielskim gestem zamknął mu usta.

– Jakie mamy nadać polecenie? – zwrócił się do Campiona.

Komunikat, który postawił na nogi całą dzielnicę, nadany został natychmiast:

–   Q23   wzywa   wszystkie   radiowozy!   Tu   inspektor   Luke.   Ścigam   czarny   długi   wóz 

zaprzężony   w   konia,   powożony   przez   jednego   człowieka.   Pojazd   ten   przeznaczony   jest   do 

przewozu trumien, powtarzam, do przewozu trumien. Ostatnio widziano go na Barrow Road; 

jedzie w kierunku północnym. Zawiadomić wszystkie posterunki. Skończyłem.

Kiedy zbliżali się do dawnej pętli tramwajowej na końcu Barrow Road, Yeo nie mógł 

dłużej wytrzymać.

– Gdzież się podział? – spytał Campiona, który siedział ściśnięty obok niego. – Nie 

można, u Boga Ojca, zgubić czegoś tak dziwacznego. Po naszym wezwaniu, powinni go znaleźć 

w przeciągu pół godziny.

– Najważniejsze, żeby się nie zatrzymał. Musimy dopaść go, zanim się zatrzyma, to 

niezwykle istotne.

– W porządku, jeśli pan tak mówi. Czy wie pan, w jakim kierunku on jedzie?

– Sądzę, że do Fletcher’s Town. Jaki adres, Lugg? 

Przemoknięta góra zajęła lepszą pozycję.

– Jelfa? Lockhart Crescent 75. Nadacie to? No to go nie zobaczymy więcej, jak amen w 

pacierzu!

background image

– Peter George Jelf? Jakieś dziwnie znajome nazwisko. – W głosie Yeo zabrzmiało 

zdziwienie i wdzięczność. – Stary Pullen wpadł dzisiaj do mnie i przypadkiem napomknął mi, że 

na stacji Euston spotkał Jelfa, który przyjechał do miasta. Robił wrażenie uczciwego człowieka, 

co jest zaprzeczeniem samym w sobie, i oświadczył mu, że ma skromną firmę przewozową w 

północnym Londynie. Pullen zajrzał do ciężarówki, ale zobaczył tam tylko skrzynie z napisem 

„Rekwizyty Sztuk Magicznych”, dziwnie pasujący napis, zważywszy jego dawną karierę.

– „Rekwizyty Sztuk Magicznych”... – w głosie Campiona brzmiała ulga i zadowolenie. 

– A więc w ten sposób przywieźli z powrotem trumnę, ciekaw byłem, jak to zrobili.

– Z  powrotem?  – powtórzył  prostując  się Luke.  Z powrotem?  – Campion  miał  mu 

właśnie wyjaśnić tę sprawę, kiedy przerwał im głos z odbiornika.

– Centrala wzywa Q23. Czarny wóz, zapewne do przewożenia trumien, widziany był o 

godzinie   dwudziestej   trzeciej   czterdzieści   cztery   na   rogu   Barrow   Road   i   Findlay   Avenue, 

północny-zachód i bardzo szybko jedzie Findlay Avenue. Skończyłem.

– A więc jest koło parku – obwieścił  Yeo, którego nagle zaraził  bakcyl  pościgu. – 

Siedem i pół minuty temu. Ale pędzi, Campion. Zdumiewające. O tej porze nie ma oczywiście 

ruchu,   ale   jest   niebezpiecznie   ślisko.   –   Zwrócił   się   do   kierowcy:   –   Proszę   skręcić   tutaj, 

pojedziemy przez Philomel Place. Pojedziemy na północ aż do Brodwayu, przez Canal Bridge i 

akurat trafimy na tę dziwaczną ulicę... Jeszcze chwilę się zastanowię. Te uliczki tutaj to istny 

labirynt.

– Nie wolno nam go zgubić – przerwał mu Campion. – Nie może dojechać do Jelfa i nie 

może się zatrzymać. To bardzo ważne. – Dlaczego nie wezwać innych wozów? J54 patroluje na 

Tanner’s Hill. – Luke kręcił się nerwowo. – Może pojechać Lockhart Crescent i czekać na niego. 

Mogliby go zatrzymać aż do naszego pojawienia się.

– Owszem. – W głosie Campiona nie było zachwytu. – Chciałbym jednak, żeby on miał 

przeświadczenie, że jest bezpieczny. Ale trudno. Tak może będzie lepiej.

Luke  przekazał,  to  polecenie,  a  furgonetka   mknęła  ciemnymi   ulicami.   Yeo, którego 

znajomość Londynu była wprost przysłowiowa, kierował pogonią, a kierowca, również nie bez 

doświadczenia, wyraźnie darzył wielkim respektem wiedzę nadinspektora.

Deszcz nie przestawał padać, nabrał nawet pewnego tempa i padał bez przerwy. Minęli 

Findlay   Avenue   i   wpadli   w   Legion   Street   na   rondzie,   skąd   ta   wielka   magistrala   biegnie 

nieprzerwanie w kierunku północno-zachodnich podmiejskich dzielnic.

background image

– Spokojnie – Yeo pewno równie cicho odezwałby się nad brzegiem strumienia podczas 

łowienia pstrągów. – Spokojnie teraz. Nawet jeśli utrzymuje nadal tempo, nie może być daleko.

– Ze swoimi pudełkami papierosów – mruknął – Lugg.

– Ze swoim Wargaczem, chciałeś powiedzieć – odezwał się Luke.

Yeo zaczął cicho do siebie mówić, z czego najwidoczniej nie zdawał sobie sprawy:

– To posiadłość starego księcia... Wickham Street.. Lady Clara Hough Street... Zaraz 

będzie   taka   mała   uliczka...   Nie,   skręcamy   teraz.   Wickham   –   Place   Street...   Wiek   Avenue... 

powoli, chłopcze, powoli. Każdy skręt w bok może mu dać ze ćwierć mili przewagi, o ile o tym 

wie.   Ale   może   nie   będzie   ryzykował   błądzenia.   Teraz   można   szybciej.   Przez   najbliższe   sto 

jardów nie ma zakrętu. Do diabła z tym deszczem! Chwilami w ogóle nie wiem, gdzie jesteśmy. 

Och tak, tutaj kaplica. Tak, teraz Coronet Street... znowu powoli.

Włączenie   się   nadajnika   rozładowało   trochę   napięcie.   Sztuczny   głos   z   metalicznym 

pobrzękiem wydawał się niezwykle donośny:

– Centrala wzywa Q23. Uwaga. O dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt osiem konstabl 675, 

telefonujący   z   aparatu   3Y6   na   rogu   Ciaa   Hough   i   Wickham   Court   Road,   północny-zachód, 

zameldował   o   napadzie   dokonanym   około   dwudziestej   trzeciej   pięćdziesiąt   przez   woźnicę 

czarnego  pojazdu,  przypominającego  wóz  do przewożenia  trumien.   Postępując  wedle  waszej 

instrukcji 17GH podszedł, żeby zatrzymać wóz ale woźnica uderzył go czymś ciężkim, zapewne 

rączką bata. Wóz szybko odjechał Wickham Court Road w kierunku pomocnym. Skończyłem.

–   Do   licha!   Teraz   on   wie   –   Campion   powiedział   to   z   gniewem.   –   Wyładuje   przy 

pierwszej sposobności.

– Wickham Court Road... Przecież my go już prawie mamy! – Yeo aż podskoczył na 

swoim miejscu. – Nie jedzie tak szybko jak my, żeby nie wiem, jaki miał napęd. Tędy, panie 

kierowco.   Teraz   w   lewo,   prawie   już   północ.   Uszy   do   góry,   Campion.   Zaraz   go   złapiemy, 

chłopcze. Złapiemy go, to nie ulega wątpliwości.

Kiedy skręcili, wiatr uderzył mocno w szyby i zalał je falą wody. Yeo pochylony nad 

plecami kierowcy wpatrywał się w pola oczyszczone przez wycieraczki.

– Teraz w prawo i znowu w lewo... Tak, dobrze. Co to za rusztowania? Niech pan 

zwolni. Jesteśmy teraz na Wickham Hill Wickham Court Road jest po lewej stronie. To bardzo 

długa ulica i budka policyjna jest pewno o jakieś ćwierć mili stąd. Przejechać musiał tędy nie 

więcej niż pięć minut temu, A teraz, Luke, mój chłopcze, powiedz, którą drogę wybrał? Nie chce 

background image

nas spotkać. Gdyby pojechał w lewo, w kierunku Hollow Street i linii tramwajowej, wpadłby na 

następnego policjanta jak amen w pacierzu, wobec tego mamy do wyboru alternatywę: Polly 

Road, która jest stąd o jakieś pięćdziesiąt jardów, albo ta mała uliczka. Nazywa się Rose Way, 

przecina potem Legion Street.

–   Niech   pan   chwilę   zaczeka.   –   Campion   otworzył   drzwiczki   i   kiedy   samochód   się 

zatrzymał, wyśliznął się na deszcz. Był w świecie szumu, deszczu i cegieł. Rusztowanie stojące z 

dala od tymczasowego ogrodzenia, wznosiło się z jednej Strony ponad jego głową, a z drugiej 

były staroświeckie jednopiętrowe domki. Nasłuchiwał, by pochwycić jeden, niezwykły dźwięk, 

tak rzadko spotykany w naszej zmechanizowanej epoce.

Luke cicho stanął obok niego, wysunąwszy podbródek do przodu. Fala deszczu zupełnie 

go zaskoczyła.

– Nie zaryzykuje dalszej jazdy. Będzie wyładowywać. – Campion powiedział to bardzo 

cicho. – A potem czmychnie.

Głośnik w wozie odezwał się tak wyraźnie, że aż obaj drgnęli. Bezosobowy komunikat 

zabrzmiał zdumiewająco wśród ciszy nocnej:

– Centrala wzywa Q23. Wiadomość dla inspektora Luke’a. Uwaga, Joseph Congreve, 

zamieszkały Terry Street 51 B, został znaleziony w ciężkim stanie po zamachu na jego życie. 

Zamknięty w szafie w pokoju na piętrze w filii banku Clougha, na Apron Street, o godzinie zero 

zero. Skończyłem.

Kiedy komunikat skończył się, Luke chwycił Campiona za rękaw. Trząsł się z wrażenia 

i rozczarowania.

– Apron Street! – wybuchnął rozgoryczony. – Apron Street! Wargacz na Apron Street. 

Cóż, u, licha, wobec tego robimy tutaj?

Campion stał bez ruchu jak posąg. Podniósł rękę, żeby go uciszyć.

– Niech pan słucha..

background image

Z odległego krańca uliczki,  którą Yeo nazwał Rose Way,  dobiegały jakieś  dźwięki. 

Kiedy czekali, hałas narastał, aż wreszcie zdawał się przepełniać całe powietrze. W ich kierunku 

zbliżał się galopujący koń, słychać też było turkot ogumionych kół. – Przeraził się Legion Street. 

Nie chciał spotkać policji i zawrócił. – Campion z podniecenia mówił bardzo niewyraźnie. – O 

Boże, jednak nam się udało. Szybko, panie kierowco, szybko. Nie dajmy mu uciec!

Samochód policyjny zatarasował wylot uliczki w momencie, kiedy w huku żelaznych 

podków ukazał się wóz do przewożenia trumien.

background image

26. Rekwizyty do sztuk magicznych

Przedsiębiorca   pogrzebowy   ściągnął   gwałtownie   lejce   w   momencie,   gdy   spostrzegł 

niebezpieczeństwo. Ulica była za wąska, żeby mógł zawrócić, zrobił więc to, co mu do zrobienia 

pozostało. Zatrzymał klacz, której boki parowały w deszczu. Z wysokiego kozła patrzył pytająco 

na wóz policyjny, a z ronda jego sztywnego kapelusza spływała ciurkiem woda.

– Ależ to pan inspektor Luke – powiedział przyjaźnie, choć ze zdziwieniem. – Okropna 

pogoda, proszę pana. Mam nadzieję, że nie zepsuł się panu samochód?

Luke schwycił klacz za uzdę.

– Zsiadaj, Bowels!

– Ależ oczywiście, jeśli pan tak każe, panie inspektorze. – Udając wielkie zdumienie 

zaczął rozwijać warstwy cerat, które go okrywały.

Tymczasem Campion po cichu podszedł z drugiej strony i wyjął z obsady ciężki bat. 

Stary człowiek spojrzał na niego ze zrozumieniem.

– Panie inspektorze – zaczął mówić, schodząc powoli. – chyba rozumiem, o co panu 

idzie. Miał pan skargę od jednego ze swoich ludzi.

– Porozmawiamy o wszystkim w komisariacie – powiedział inspektor z kamiennym 

spokojem.

– Ale ja chciałbym coś wytłumaczyć, proszę pana... nie jesteśmy przecież obcy ludzie. – 

Słowa, te zostały wypowiedziane rozsądnie i z pewną godnością. – Ten policjant wyskoczył na 

mnie – nagle. Jak wariat, a przecież ja nie lubię nikomu robić kłopotu. Z początku, w deszczu, 

nie zobaczyłem munduru, a że jestem nerwowy, uderzyłem go. Po to, żeby mu uratować życie, to 

fakt. Klacz się przestraszyła i dopiero teraz udało mi się ją uspokoić. Poniosła mnie z pół mili, 

dlatego tu się znalazłem, powinienem jechać zupełnie inną drogą, i tak bym zrobił, gdyby nie 

poniosła.

– Wszystko to pan opowie w komisariacie.

– Dobrze, panie inspektorze. Ale zachowuje się pan zupełnie inaczej niż zwykle. Jak 

Boga kocham, a to co takiego?

background image

Hałas dobiegający z tyłu jego wozu zaniepokoił go. To Campion zamknął klapę, którą 

mocowało się na śruby z nakrętkami, a otwierało do góry jak pianino. Kiedy wrócił z powrotem 

do nich, Jas się uśmiechnął.

– Jak pan widzi, wypełniam obowiązki zawodowe – powiedział z przejęciem. – Pewien 

dżentelmen zmarł w lecznicy i ma być pochowany u swego syna. Firma, do której się zwrócono, 

nie mogła go przewieźć dzisiaj wieczorem, a w lecznicy nie mógł zostać, więc zwrócono się z 

tym do mnie. Podjąłem się tego. W moim fachu trzeba zawsze okazywać dobrą wolę.

– Pośpieszmy się. – Z ciemności wynurzył się Yeo i wziął konia za uzdę. – Weź go do 

samochodu, Charlie.

– Tak jest, proszę pana, już idę. – Jas robił wrażenie raczej urażonego niż zmartwionego. 

– Czy któryś z panów potrafi powozić? Klacz to nie motor. Proszę mi wybaczyć, że o to pytam, 

ale ona się przeraziła i nie dowierzałbym jej za bardzo.

– Niech się pan tym nie martwi. Sam będę powoził. Proszę wsiąść do samochodu. – 

Głos nadinspektora, pełen autorytetu, nie był jednak wrogi, i przedsiębiorca pogrzebowy od razu 

zorientował się, że wywarł na nim pewne wrażenie.

– Bardzo proszę – zgodził się uprzejmie. – Jestem do pańskiej dyspozycji. Czy mam iść 

pierwszy, panie Luke?

Bez słowa wsiadł do furgonetki i opadł na miejsce opróżnione przez Yeo. Kiedy zdjął 

ociekający   wodą   kapelusz,   znalazł   się   twarzą   w   twarz   z   Luggiem.   Najwyraźniej   był   tym 

zaskoczony,   jednak   nic   nie   powiedział.   Piękną   siwą   głowę   w   aureoli   wijących   się   włosów 

trzymał podniesioną wysoko, ale jego twarz nie promieniała już agresywnym zdrowiem, a oczy 

miały zamyślony wyraz.

Procesja   natychmiast   ruszyła   w   drogę;   powoził   Yeo,   obok   niego   na   koźle   siedział 

Campion Wiatr wiejący teraz z tyłu dął w ceratowe płachty, które tworzyły wokół ich ramion 

czarne skrzydła. W świetle lśniły i trzepotały jak żagle, stwarzając złudzenie, że czarny wóz 

porusza się z niezwykłą szybkością.

Mijali   skąpane   w   deszczu   miasto   i   gdy   w   milczeniu   wracali   tą   samą   drogą   do 

komisariatu na Barrow Road, w obu pojazdach panował nastrój narastającego podniecenia.

Na miejscu Luke przekazał zatrzymanego policjantowi, który wybiegł im na spotkanie, a 

potem w towarzystwie Lugga podszedł do wozu, który właśnie się zatrzymał.

– Zachowuje się bardzo spokojnie – stwierdził bez żadnego wstępu.

background image

– Ja też sobie to pomyślałem. – W głosie – Yeo brzmiała niepewność, obaj spojrzeli na 

szczupłą postać Campiona, teraz prawie niewidocznego w ociekającej wodą pelerynie z ceraty.

Campion  nic   nie  powiedział.   Zsiadł   spokojnie,  z   kozła  i   poszedł  na  tył  wozu.  Gdy 

konstabl  odebrał  lejce, pozostali ruszyli  w  ślad za nim.  Zdążył  już otworzyć  klapę i latarką 

oświetlał znajdującą się wewnątrz trumnę. Była  czarna, błyszcząca, niezwykle duża i bogato 

złocona jak królewska kareta.

– Przecież to ta sama, szefie. – Głos Lugga był bardziej chrypliwy niż zwykle, ręką 

dotknął ostrożnie drewna. – Zawiasy muszą ani chybi być wpuszczone w brzegi. Wcale ich nie 

widać. Z tego Jasa to prawdziwy artysta.

Yeo również wyciągnął z kieszeni latarkę.

– Wydaje mi się zupełnie normalna – oświadczył wreszcie. – Niech mnie kule biją, jeśli 

mi się ta cała heca podoba, Campion, ale niech Luke decyduje.

Inspektor zawahał się i spojrzał na Campiona, rozterka wyraźnie malowała się w jego 

głęboko osadzonych oczach. Twarz Campiona, jak zawsze u niego w chwilach decydujących, 

była bez wyrazu.

– I ja tak sądzę – powiedział cicho. – Niech więc decyduje i otworzy trumnę.

W komisariacie inspektor, Campion i Lugg ustawili dwa drewniane krzesła tak samo, 

jak to widzieli w pokoju na zapleczu apteki.

Po  jakichś   pięciu   minutach   inspektor  Luke,  sierżant  Dice  i  dwóch  konstabli   weszło 

powoli   niosąc  lśniącą  trumnę.   Ustawili   ją  ostrożnie  na  krzesłach  i  cofnęli   się,  a Yeo,  który 

towarzyszył im z rękami, schowanymi głęboko w kieszeniach, zaczął gwizdać coś pod nosem 

ponuro i fałszywie.

–  Waga  jest   jak  trzeba  –  powiedział   do  Luke’a.   Jego  podwładny  spojrzał   na  niego 

zmieszany, dając do zrozumienia, że pojął aluzję. Jednak podjął decyzję i nie mógł się już cofnąć. 

Skinął na sierżanta.

– Wprowadźcie go.

Trwało   to   dłuższą   chwilę,   zanim   usłyszeli   na   korytarzu   kroki   przedsiębiorcy   i   jego 

eskorty. Bowels szedł tak samo pewnie jak towarzyszący mu policjant, a kiedy znalazł się w 

pokoju, z gołą głową, bez ciężkiej peleryny woźnicy, wyglądał niezwykle czcigodnie.

background image

Wszyscy uważnie śledzili jego twarz, gdy spojrzał na trumnę, ale mogli tylko stwierdzić, 

że znakomicie nad sobą panuje. To prawda, że stanął jak wryty i kropelki potu wystąpiły mu na 

czoło, ale był raczej oburzony niż przerażony. Z nieomylnym instynktem zwrócił się do Yeo.

– Tego, proszę pana się nie spodziewałem – powiedział cicho. – Może to bezczelność z 

mojej strony tak mówić, ale to nieładnie. – Słowa te zawierały zarówno pogardę dla odrażającego 

pomieszczenia,   bezceremonialnego   obchodzenia   się   ze   zmarłym,   sponiewierania   praw 

obywatelskich  i w ogóle samowoli władz. Oto stał przed nimi  uczciwy,  zgorszony człowiek 

interesu.

Luke spojrzał mu  prosto w oczy i starał się jednak – zdaniem Campiona  – patrzeć 

spokojnie, bez wyzwania.

– Otwórz ją, Bowels.

– Ja mam otworzyć trumnę, proszę pana?

– I to zaraz. Jeśli ty tego nie zrobisz, my cię wyręczymy.

– Ależ nie, nie, oczywiście, że to zrobię, panie inspektorze. Pan nie wie, co pan mówi. – 

Jego gotowość o wiele bardziej była zaskakująca niż pełne oburzenia protesty. – Zaraz to zrobię, 

muszę   robić   to,   co   mi   pan   każe.   Znam   swój   obowiązek.   Ale   jestem   zaskoczony,   zupełnie 

zaskoczony. Nie mam nic więcej do powiedzenia. – Urwał i rozejrzał się wkoło z niesmakiem. – 

Czy dobrze zrozumiałem, że mam to zrobić tutaj, proszę pana?

Yeo znowu zaczął  bezgłośnie gwizdać.  Najwidoczniej  nie orientował się, że wydaje 

jakieś   dźwięki.   Wpatrywał   się   intensywnie   w   szeroką   różową   twarz,   w   chytre   małe   oczki   i 

nieprzyjemne usta.

– Tutaj i to natychmiast. – Luke był stanowczy. – Masz przy sobie śrubokręt?... – Jas nie 

usiłował już dłużej grać na zwłokę.

Pogrzebał w kieszeni i kiwnął potakująco głową.

– Mam, panie inspektorze. Nigdy nie ruszam się bez narzędzi. Jeśli panowie pozwolą, 

zdejmę marynarkę.

Patrzyli, jak się powoli rozbiera i zostaje w białej koszuli ze staroświeckimi mankietami. 

Starannie wyjął złote spinki i położył je na brzegu biurka, potem podwinął rękawy, ukazując 

mięśnie atlety.

– Jestem gotów, ale jeszcze jedno.

background image

– Mów, człowieku – wtrącił się Yeo, mimo iż zamierzał się trzymać zupełnie na uboczu. 

– Masz pełne prawo mówić, co chcesz. O co chodzi?

– Chciałbym, proszę pana, mieć kubeł z wodą, a do tego trochę lizolu, żeby obmyć ręce.

Kiedy wysłano konstabla po kubeł, wyjął dużą chustkę do nosa, równie nieskazitelnie 

białą jak koszula i złożył ją po przekątnej

– Ten dżentelmen zmarł na jakąś ciężką chorobę – rzucił w przestrzeń. – Proszę stać 

nieco dalej przez pierwszych kilka minut. Ze względu na własne dobro. Macie, panowie, swoje 

obowiązki do wykonania, ale nie trzeba ryzykować więcej niż konieczne. Jestem pewien, że mi 

to wybaczycie...

Chustką owinął sobie dolną część twarzy i zanurzył ręce w zwyczajnym białym kuble, 

który mu przyniósł konstabl. Potem strzepnąwszy przenikliwie woniejący płyn na podłogę zabrał 

się do roboty. Jego silne ręce sprawnie pracowały przy śrubach, które były osadzone w stalowych 

gniazdkach i odkręcały się z łatwością, ale było ich bardzo dużo, a on każdą starannie odkładał 

rzędem koło spinek.

Kiedy wreszcie skończył, wyprostował się i rozejrzał wokoło, co skłoniło Yeo i Luke’a 

do tego, żeby podejść bliżej. Zatrzymał ich jednak o jakieś pięć stóp od trumny i patrząc to na 

jednego, to na drugiego, skinął głową dając do zrozumienia, że decydujący moment nadszedł.

Gdy wpatrywali się weń zafascynowani tym, co mieli za chwilę ujrzeć, podniósł wieko 

trumny.

Wszyscy   obecni   w   pokoju   zobaczyli   ciało.   Było   całe   owinięte   w   coś   białego, 

przypominającego   gazę,   ale   ręce   złożone   na   wysokości   pasa   niewątpliwie   należały   do 

człowieka...

W ciszy pokoju zabrzmiała głośna jedna nuta – to pogwizdywał Yeo. Luke zgarbił się 

nagle, jego szerokie ramiona zwisały bezwładnie.

Nagle   ktoś   go   chwycił   za   przegub   ręki,   to   Campion   pociągnął   go   bez   wysiłku   do 

trumny.

W chwili gdy Jas Bowels miał z powrotem nałożyć wieko, zostało mu ono gwałtownie 

wytrącone z ręki, a dłoń Luke’a prowadzona przez Campiona spadła na złożone palce zmarłego. 

Inspektor najpierw wzdrygnął się, ale zaraz opanował i kiedy Yeo, u którego z racji wieku refleks 

był wolniejszy, stanął obok niego, pochylił się, uniósł złożone ręce i odwrócił je. W następnej 

chwili zerwał gazę z biało upudrowanej twarzy i w pokoju zrobił się wielki ruch, bowiem widok 

background image

był doprawdy niezwykły.

W trumnie leżał człowiek ubrany w grubą wełnianą bieliznę, jakby przymocowany do 

chirurgicznego urządzenia, które przypominało jednak pikowaną wiktoriańską kozetkę; w leżącej 

pozycji utrzymywał go rodzaj gorsetu, a tuż poniżej ciała znajdowała się drewniana przegroda 

dzieląca   jego   więzienie   na   pół.   Głowa   i   górna   część   klatki   piersiowej   były   swobodne,   a 

przemyślnie ukryte otwory, niewidoczne z zewnątrz, umożliwiały dopływ powietrza. Mężczyzna 

oddychał głęboko, ale cicho, a jego ręce zabezpieczały skórzane bransoletki takiej długości, że 

pozwalały na swobodne stukanie w wieko trumny.

Pierwszy odezwał się Yeo. Był biały jak ściana, ale nadal pełen autorytetu:

– Ten człowiek jest odurzony narkotykiem – powiedział ochryple – ale żyje.

– O tak, żyje. – Campion sprawiał wrażenie ogromnie zmęczonego, mówił jednak z 

wyraźną ulgą. – Wszyscy oni byli żywi oczywiście. Na tym polegała cała ta impreza.

– Oni? – Spojrzenie Yeo powędrowało w kierunku przedsiębiorcy pogrzebowego, który 

stał   sztywno   wyprostowany   pomiędzy   dwoma   konstablami;   biała   chustka   jak   pętla   otulała 

miękko jego szyję.

Campion westchnął.

– Był przed nim Greener, pański ptaszek z Greek Street – wyjaśnił cicho. – A przed nim 

zapewne Jackson, morderca z Brighton. Jeszcze przedtem Ed Geddy, który zabił dziewczynę z 

kiosku. Co do innych nie mam jeszcze pewnych wiadomości. Tak podróżowali do Irlandii, a 

potem, w bardziej już tradycyjny sposób, tam, dokąd mieli ochotę. W urzędzie celnym trumnie 

zawsze   towarzyszyła   opłakująca   zmarłego   kobieta,   która   w   zniszczonym   czarnym   woreczku 

miała pozwolenie koronera.

– Piękna robota, nie ma co, a organizacja wręcz znakomita.

– Dobry Boże! – Yeo spojrzał na czcigodną siwą głowę Jasa. – Kto to robił? On?

– Nie, szefem był ten. – Campion wskazał na uśpionego mężczyznę. – W swoim rodzaju 

geniusz,   ale   kiepski   morderca.   Jak   mu   się   udało   zabić   pannę   Ruth,   doprawdy   nie   wiem. 

Spartaczył to całkowicie.

Yeo czekał. Pod wpływem nagłej irytacji poczerwieniał.

–   Campion!   –   wybuchnął   wreszcie.   –   Nie   w   ten   sposób   przedstawia   się   materiał 

dowodowy. Wie o tym młodszy konstabl służący sześć tygodni. Trzeba zacząć od początku!

Luke otrząsnął się z osłupienia.

background image

– Bardzo mi przykro, panie nadinspektorze – powiedział grzecznie. – On się nazywa 

Henry James, dyrektor filii Banku Clougha na Apron Street.

– Aha – powiedział Yeo z zadowoleniem – to już mi się bardziej podoba. To już gdzieś 

nas zaprowadzi.

background image

27. Żegnaj Apron Street

– Robiłem to z litości – powtarzał z uporem przedsiębiorca pogrzebowy. – Proszę to 

zapisać i nigdy o tym nie zapominać. Uważałem ich za ścigane zwierzęta i tego ostatniego też tak 

potraktowałem.

– Pomimo tego, że wedle pańskiego własnego zeznania, wy obaj z synem i aptekarz 

zostaliście zmuszeni przez Jamesa po okresie długiego nacisku finansowego, żeby wziąć udział w 

tym... odrażającym przedsięwzięciu? – Yeo wyglądał z każdą chwilą coraz godniej przybierając 

pozę wielkiego sędziego, nieomylny znak, że był z siebie bardzo zadowolony.

Bowels głęboko westchnął, jego przebiegłość zaczęła ustępować rezygnacji.

– Tak, ja i Wilde byliśmy mu winni pieniądze – przyznał. – I bankowi, i jemu osobiście. 

Ale pan go nigdy nie zrozumie, jeśli najpierw nie zrozumie pan Apron Street. Zmieniała się, a on 

nie mógł się z tym pogodzić. – Roześmiał się nagle. – Starał się zatrzymać czas.

– Jak na faceta, który starał się tylko zachować stare pomniki, poczynał sobie niezgorzej 

– zauważył ironicznie Luke, wskazując ręką na malowniczy zestaw paczek i paczuszek wyjętych 

z trumny. Leżały na biurku, ułożone rzędami: banknoty, papiery wartościowe, nawet woreczki z 

monetami.

Jas odwrócił wzrok, bez wątpienia z pewnego rodzaju skromnością.

– Opanowała go idee fixe – przyznał spokojnie. – Mówię o początku tego, kiedy to się 

zaczęło cztery lata temu. W tym czasie, postanowił sobie, że sprawy muszą się toczyć tak, jak za 

czasów  jego ojca i  dziadka.  Opanowała  go mania  prześladowcza.  A  później  postanowił  być 

bogaty, bo trzeba mieć dużo pieniędzy, żeby zatrzymać czas – urwał i potrząsnął swoją piękną 

głową. – Nie powinien jednak był uciekać się do morderstwa. Tego było za wiele. Z początku nie 

mogłem w to uwierzyć.

– Ale potem uwierzył pan – wtrącił się spokojnie Campion. – Kiedy popełnił pan ten 

błąd i poprosił szwagra o sprowadzenie mnie jako fachowca, śmiertelnie bał się pan, żeby tylko 

on o tym się nie dowiedział. Bowels spojrzał na niego bystro.

– A więc zauważył  pan starego Congreve’a wtedy wieczorem w mojej kuchni? Nie 

byłem pewien. Bardzo jest pan spostrzegawczy, muszę to przyznać. Congreve wpadł do mnie, 

żeby  pomyszkować,   zadawał   przy  tym   dziwne  pytania,  a   ja  nie   wiedziałem,   czy  to   robi  na 

background image

polecenie Jamesa, czy nie. Krótko i węzłowato, tak się sprawa miała.

Campion   oparł   się   wygodniej   w   krześle.   Ostatnie   supły   w   tym   splątanym   kłębku 

rozwiązywały się gładko.

– Dlaczego uderzył pan młodego Dunninga? – spytał nagle. – A może pański syn to 

zrobił?

– Ani on, ani ja, proszę pana. I doskonale pan o tym wie – Jas wymawiając literę „o” 

robił   z   wąskich   ust   wyraźne   kółko,   tak   że   z   dwoma   sterczącymi   zębami   przypominał   rybę 

głębinową. – To zrobił Greener rękojeścią rewolweru. Żeby uniknąć hałasu.

Wszyscy zebrani z ulgą przyjęli jego oświadczenie, a stary człowiek ciągnął dalej swoją 

opowieść:

– Greener przyszedł do mnie o zmroku, jak było umówione. Miałem go ukryć, aż do 

chwili kiedy Wilde, który bardzo się bał, będzie gotów. Ze strachu odchodził prawie od zmysłów. 

Widać to było po nim. Ale nie odważyłem się wpuścić Greenera do domu, bo nieoczekiwanie 

złożył mi wizytę Lugg i rozsiadł się na dłużej, a był przy tym bardzo wścibski. Odesłałem więc 

Greenera   do   szopy   nie   wiedząc,   że   Rowley,   sam   młodziak,   wynajął   ją   temu   smarkaczowi 

Dunningowi. Nie wiem dokładnie, co zaszło, ale potrafię się domyśleć. Greener to morderca i w 

dodatku ukrywał się. – Zamyślony cmoknął w ząb. – Czasem mieliśmy dziwnych klientów.

Yeo powiedział coś do Luke’a, który z kolei zwrócił się do Dice’a.

– Powiedział pan, że to Raymond był pośrednikiem Jamesa i kto jeszcze?

– Steiner, proszę pana. To ten paser, w sprawie którego prowadziliśmy dochodzenie w 

zeszłam roku.

– Raymond? – Yeo powtórzył to nazwisko z zadowoleniem. – Jeśli uda nam się tego 

dowieść,   to   jedno   już   będzie   warte   tego   całego   zachodu.   James   miał   dużych   pośredników. 

Rzetelny   człowiek   interesu,   nieprawdaż?   –   Wyprostował   się   na   swoim   krześle   i   zapalił 

następnego papierosa. – No cóż, robi się późno, szefie. Czy chcemy czegoś więcej od Bowelsa 

teraz? – Luke spojrzał na Campiona, który miał niezbyt zadowoloną minę.

– Jest jeszcze Ed Geddy – powiedział Campion niezręcznie i po raz pierwszy Jas Bowels 

wyprostował się gwałtownie w swoim krześle.

– Ed Geddy – powtórzył Yeo z pogardą. – To on zabił tę biedną dziewczynę, która 

nawet nie zdołałaby mu podbić oka, gdyby miała szansę. On również uciekł w tym wspaniałym 

urządzeniu, co? To już poważne przestępstwo.

background image

Campion milczał dłuższą chwilę.

– On uciekł, ale nie dotarł na miejsce przeznaczenia – mruknął wreszcie. – Właśnie z 

powodu Eda Geddy Apron Street cieszyła się złą sławą w świecie podziemnym. Albo narkotyk 

był zbyt silny, albo podróż trwała zbyt długo, dość że Ed umarł w trumnie. Zważywszy na to, jak 

postąpił Wilde, kiedy był pewien, że Luke właśnie poruszy ten temat, jestem przekonany, iż to on 

dał ten środek.

W głębokiej ciszy, jaka zapadła, spojrzenia wszystkich skierowały się na Jasa Bowelsa, 

który głęboko tylko westchnął. Jego przebiegłe oczy spotkały się ze wzrokiem Yeo. Był blady, 

spocony,   ale   ciągle   wysoko   trzymał   głowę.   Wreszcie   przemówił   cicho   i   z   szacunkiem   jak 

zawsze:

– Tego jednak trzeba będzie dowieść, prawda, proszę pana?

W końcu odesłali go do celi nie obciążonego poważniejszą zbrodnią.

– Ciekaw jestem, ile wyciągnął z trumny, zanim ją zaśrubował – zauważył nadinspektor 

prawie wesoło, kiedy na korytarzu ścichły krok Jasa. – Trzeba mu zapisać na plus, że pewno 

niewiele. Twoi chłopcy, Charlie, zajęli się teraz jego zakładem, prawda? Czyś to ty mi mówił, że 

znalazłeś te akcje, o których opowiadał tyle Campion? Miał je przy sobie?

– Wszystkie i to w największym porządku. – Luke poklepał dłonią kopertę leżącą przed 

nim na biurku i – podniósł głowę, gdyż właśnie wszedł umundurowany policjant.

– Wiadomość od lekarza, panie inspektorze. Mam panu powiedzieć, że to był zapewne 

chloral hydratu. – Nic więcej?

–   Chodzi   o   reporterów.   Nacierają   od   frontu,   a   nas   w   biurze   jest   niewielu,   panie 

inspektorze.

– Gdzie jest inspektor Bowden?

– W banku, panie inspektorze. Przedstawiciele centrali przybyli chyba w komplecie, nie 

widziałem równie wzburzonych dżentelmenów.

– Doprawdy? Czym przyjechali... Dorożkami?

– Wynajętymi  rolls-royce’ami, panie inspektorze. – Sądziłem, że inspektor Gage już 

wrócił z Fowler Street.

–   Jest   w   zakładzie   pogrzebowym.   Właśnie   przyprowadzone   młodego   Bowelsa   i 

sformułowano oskarżenie. Pan Pollit pojechał po Jelfa wraz z dwoma ludźmi, a sierżant. Glover 

poszedł zobaczyć, czy nie uda mu się obudzić tych z wydziału koronera.

background image

Luke roześmiał się.

– Powiedz im, że nie będziemy ich trzymać dłużej niż trzeba i że nadinspektor Yeo 

zwięźle zreferuje zarzuty.

– Co znowu Charlie? – spytał Yeo wyraźnie w świetnym humorze. – Masz aż takie do 

mnie zaufanie? Luke uśmiechnął się do niego.

– Wierzę panu, szefie, bez zastrzeżeń – powiedział z przekonaniem.

Yeo gwałtownie obrócił się w krześle.

– Campion, zawsze uważałem, że mądry z pana jegomość – zaczął z błyskiem w oczach. 

–   Wiadomo   mi   tylko,   że   zatrzymany   zabił   z   chęci   zysku   starą   kobietę.   To   jest   najbardziej 

przekonująca teoria, jaką kiedykolwiek wysunął pan w ciągu tych wszystkich lat, od kiedy pana 

znam.   Ale  zajęło  to   panu  sporo  czasu,  hę?  Motyw  zbyt   klasyczny  i   dlatego   pewno  umknął 

pańskiej uwadze.

Campion spojrzał na niego serdecznie.

– Jeśli poczęstuje mnie pan papierosem, powiem wszystko, co mi wiadomo.

Wziął ognia od Luke’a i usiadł wygodniej.

– W mojej relacji będą luki, które uzupełnicie. Pierwsza to skąd James dowiedział się, że 

„Brownie Mines” będzie produkować składnik A w dużych ilościach i to bardzo szybko. Oto 

jeden z największych sekretów z serii „spal przed przeczytaniem”, które w dzisiejszych czasach 

mają  przedziwne   zdolności  do  przeciekania..  W  każdym   razie  dowiedział  się  o tym  i  to  go 

zainteresowało, ponieważ panna Ruth, hazardzistka i rodzinne utrapienie, nie tylko posiadała 

osiem tysięcy akcji tego towarzystwa, ale przekonana o tym, że są bezwartościowe, zapisała mu 

je w swoim testamencie.

Luke położył nogi na biurku.

– Trudno się dziwić, że uległ pokusie – zauważył poważnie.

– Właściwie codziennie miał okazję, żeby ją zabić. Stale wpadała do jego biura pod byle 

pretekstem i – to jest bardzo ważny punkt – wierzcie moi panowie, albo nie, ale ilekroć ktoś z 

Palinode’ów widział się z dyrektorem banku, czy to w domu, czy w jego biurze, oczekiwali 

zawsze, że ich poczęstuje szklaneczką sherry.

–   Niemożliwe!   –   Yeo   był   zupełnie   tym   zaskoczony.   Żaden   bank   nie   robi   tego   od 

pięćdziesięciu lat.

background image

– Z wyjątkiem tego jednego. Zna pan stylowe rysunki Emeta? Bank Clougha byłby 

świetnym tematem do takiego rysunku. Dlatego właśnie błądziłem zupełnie po omacku aż do 

dziś po południu.

– I dlatego ta zielona szklaneczka do sherry była taka ważna – wtrącił się Luke.

Campion przytaknął.

– Cała sprawa została mi wyłożona na półmisku albo raczej na tacy tego dnia, kiedy 

pierwszy raz spotkałem pannę Evadne. Ona i pan James naradzali się, kiedy wszedłem do jej 

pokoju, ona wtedy ukryła szklanki i schowała pustą butelkę, pewno dlatego właśnie, że była 

pusta. Zapomniałem zupełnie o tym zdarzeniu aż do dzisiejszego wieczoru, kiedy kochana panna 

Jessica   powiedziała   o   zielonych   szklaneczkach.   Poszedłem   natychmiast   do   Lawrence’a   i 

spytałem go, czy członkowie rodziny byli w banku czymś częstowani, kiedy tam przychodzili. 

Odparł, że tak. Nie przyszło mu nawet do głowy, że to coś niezwykłego. Jego ojciec uważał to za 

oczywiste i ojciec dyrektora banku też. Tak było i z dziećmi. Palinode’owie należą do takiego 

właśnie gatunku ludzi. Ilekroć świat przeżywa wstrząs, oni chowają głowy w książki.

– Tam do licha. – Yeo robił wrażenie bardziej poruszonego tym przeżytkiem dawnej 

wytworności niż samą zbrodnią. – I tak pewnego pięknego poranku wlał truciznę do szklanki 

starej damy. Nie wiedziałem, że to on, odziedziczył akcje.

– Bo nie odziedziczył. Panna Ruth zmieniła swój testament i zrobiła irytujący zapis na 

rzecz czarnej owcy w domu, kapitana Setona, z którym stale się sprzeczała z powodu pokoju. 

Wiadomość nie od razu przeciekła, ale wkrótce po tym, jak zaczęły się pojawiać anonimowe 

listy, policja spadła na ulicę jak stado bawołów i zaczął się mętlik.

Yeo, korzystając z przywileju starego człowieka, zachichotał.

– Ale wy dwaj nie mogliście poradzić sobie z tym przerzucaniem ludzi.

– Właśnie. Plątaliśmy się stale. Dlatego Jas tak to przeżywał. Bowelsowie musieli wziąć 

trumnę   z   piwnicy   w   Portminster   Lodge,   żeby   uniknąć   Lugga.   Greener   miał   być 

przeszmuglowany w ostatniej chwili w skrzyni do pakowania, włożonej do trumny, i tak dalej, a 

Bella miała z nim jechać ciężarówką, we wdowim stroju.

–  Jak Bowels   to zrobił?  –  spytał   Luke.  – Czy fałszował  akty zgonu,  żeby uzyskać 

zezwolenie koronera na wywóz zwłok?

– Znacznie chytrzej. Po prostu robił duplikat. Większą część dnia spędziłem wczoraj 

obchodząc adresy, które dostałem od koronera. W ostatnich trzech latach w siedmiu na dziesięć 

background image

przypadkach, w których Bowels składał podanie na zezwolenie wywozu zwłok, działo się to bez 

wiedzy   rodzin,   a   zmarły   był   chowany   w   Londynie.   Bandyta   z   Brighton   wyjechał   stąd   z 

nazwiskiem zmarłego na trumnie. Tabliczka z nazwiskiem Edwarda Palinode została chyba tylko 

dlatego zrobiona, że Bowels naprawdę sądził, że dostanie to zamówienie.  Tym  razem żaden 

przestępca nie mógł dostać zezwolenia na jego nazwisko. Pomiędzy Jacksonem a Greenerem 

była   duża   przerwa.   Zapewne   nie   było   żadnego   poważnego   klienta.   Ludzie   nie   umierają   na 

zamówienia.

– Bardzo to ładnie – stwierdził Yeo. – Śmieszne, że James był tak dokładny w jednej 

dziedzinie swoich interesów, a tak niedbały w innej. Zawsze powtarzam, że morderca nie jest 

oszustem, chyba, że jest i jednym, i drugim. On koniecznie chciał mieć jeszcze akcje, i to jest 

znamienne.

– Och tak, skłonił Lawrence’a, żeby je odkupił, a sam przejął je jako zabezpieczenie 

małej   prywatnej   pożyczki.   Tak   mi   się   wydaje,   sądząc   z   napomknięć   Lawrence’a.   Z   kolei 

morderstwo Ruth wygląda na przypadkowe. Bo dlaczego od razu tego nie zrobił? W każdym 

razie motywy są dwojakie. Zamieszanie, jakie tu wywołaliśmy, zaniepokoiło go i jego dzisiejsze 

prawie wariackie przedstawienie miało na celu usunięcie Lawrence’a, wyjaśnienie tajemnicy i 

przywrócenie   spokoju   na   ulicy   przez   zwalenie   winy   na   pannę   Jessikę.   Był   to   szalony, 

abstrakcyjny plan, zupełnie pozbawiony logiki.

– Nie bądź, chłopcze, taki tego pewny – wtrącił się z powagą Yeo. – Nie bardzo byś 

wiedział,  co dalej  robić, gdyby  nagle  nie  przeraził  się  i nie uciekł.  Dlaczego  jednak on tak 

postąpił?

–   Ponieważ   w   trakcie   przyjęcia,   kiedy  już  podał   szklankę   z  płynem   Lawrence’owi, 

panna   Evadne   nagle   powiedziała,   że   w   domu   u   nich   był   sir   Glossop.   Zebrał   razem   fakty   i 

domyślił się, że chodziło o „Brownie Mines”. A ponieważ wiedział, że kogoś gwałtownie się 

poszukuje, przyjął najgorszą dla siebie ewentualność i postanowić „pojechać Apron Street”.

–   Podczas   gdy   oczywiście   –   powiedział   Luke   –   cała   nagonka   skierowana   była   na 

Wargacza.   Ukrywał   się,   biedaczysko,   w   banku,   o   którego   przeszukaniu   nie   pomyśleliśmy, 

ponieważ staramy się zawsze unikać tego rodzaju akcji.

–  Wargacz?   On  chciał   szantażować   – ciągnął   swe  wyjaśnienia   Campion.  –  Ale nie 

popróbował tego aż do wczoraj, po przyjęciu, kiedy dostał to, na co zasłużył: porządny cios w 

głowę. Od kiedy pojawia się na scenie, marnuje tylko czas, szuka jakichś wiadomości. Nie mam 

background image

pojęcia, co go skłoniło do tego..

Dyskretne kaszlnięcie z końca stołu zwróciło uwagę wszystkich na Dice’a. Sierżant był 

niezwykle ożywiony.

– Powiedział pan, że James zdobył gdzieś hioscyjaminę. On jej wcale nie zdobył. On ją 

miał. I Congreve o tym wiedział. Tak zeznał w szpitalu; mam to na piśmie.

Yeo spojrzał uważnie na sierżanta, jak gdyby był ulubionym zwierzątkiem domowym, 

które nagle przemówiło.

– Co macie, sierżancie, na myśli, mówiąc, że miał hioscyjaminę. Gdzie ją miał?

– W swoim gabinecie, w narożnej szafie, razem z karafką do sherry, szklaneczkami i 

innymi rzeczami.

– Hioscyjaminę?

– Tak, proszę pana. Congreve tak powiedział. Wtedy, jak zauważył, że zniknęła, zajrzeli 

z siostrą do rodzinnej książki lekarskiej, a on sobie przypomniał, jakie objawy towarzyszyły 

śmierci panny Ruth, ponieważ jego siostra dowiedziała się o tym od kapitana.

Cisza, jaka zapanowała po tym oświadczeniu, była tak dojmująca, że szybko postanowił 

poprzeć swoje słowa:

– Congreve pracował w banku przez całe życie. Był tam za czasów ojca podsądnego 

Jamesa.   Ów   dżentelmen   trzymał   hioscyjaminę   w   zalakowanej   buteleczce.   Oczywiście   miała 

nalepkę z trupią czaszką i piszczelami oraz napis „trucizna”. Naprawdę dziwaczny pomysł.

– Zdumiewający – wręcz – powiedział sucho Campion. – Ale po co?

Sierżant przełknął ślinę. W jego niezbyt bystrych oczach zapalił się jakiś błysk.

– Jako ciekawostkę, proszę pana. To jest trucizna, której używał doktor Crippen.

– Na zbawienie mojej duszy, on ma rację! – zawołał z przejęciem Yeo. – Pamiętam 

dobrze,   jak   podczas   procesu   Crippena   najbardziej   nawet   szanowani   ludzie   tak   robili. 

Hioscyjamina była wtedy nowością. Każdy sędzia temu uwierzy. Doskonale, Dice.

Luke przerwał ten nastrój; nadal nie dowierzał.

– Czyż ta szafa nigdy nie była sprzątana? Od czasów, kiedy Crippen został powieszony, 

mieliśmy dwie wojny.

– Sprzątana, ale nie wyprzątana. – Dice był wyszukanie grzeczny. – Podobnie trzyma się 

w   salonie   jakiś   cenny   drobiazg.   Tam   w   ogóle   pełno   było   pamiątek.   W   sypialni   Jamesa,   w 

schowku na wino, znaleźliśmy bardzo ważne papiery. Dzięki nim wytropimy wszystkich jego 

background image

wspólników.

–   Doskonale,   sierżancie,   rzeczywiście   doskonale.   Dobrze   zreferowane,   odwaliliście 

porządny   kawał   roboty.   –  Yeo   wstał   i   obciągnął   kamizelkę.   –  No  a   teraz   –  zwrócił   się   do 

pozostałych – nie za skromne oświadczenie dla prasy. Sierżancie, idźcie i obudźcie ich.

Deszcz przestał padać i wstawał czysty, promienny świt, kiedy Luke i jego przyjaciel 

Campion   szli   Apron   Street.   Na   twarzy   inspektora   malowała   się   radość.   Kroczył,–   zdaniem 

Campiona – jak dumny z siebie kot. Był raczej wzruszony niż wdzięczny, a kiedy zatrzymali się 

na rogu, przed zniszczonym domostwem, głośno roześmiał się.

– Pomyślałem sobie właśnie – rzekł – że gdyby dyrektor mojego banku poczęstował 

mnie   sherry   w   swoim   gabinecie,   spodziewałbym   się   hioscyjaminy.   A   teraz   do   widzenia. 

Następnym razem, jak będę miał kłopoty, zatelefonuję do pana, może nawet przyślę eskortę. – 

Zawahał się i popatrzył zamyślony na dom. – Jak pan myśli, pobiorą się? – spytał.

– Klytia i Mike? – Campiona zaskoczyło to pytanie. – Nie wiem. Być może.

Charlie Luke nieco głębiej nasunął kapelusz na czoło i wciągnął brzuch.

– Będę jej pilnował – stwierdził. – To mój teren. Ona nie wie o niczym, biedny dzieciak. 

Ale moim zdaniem, on ją uczy wielu pożytecznych rzeczy.

Campion długo patrzył za uszczęśliwionym inspektorem, dopóki nie zniknął za rogiem.

Ale kiedy ruszył  w swoją stronę, twarz miał rozjaśnioną; Klytie  White z pewnością 

czekają piękne chwile.

Był   właśnie   w   hallu,   kiedy   spostrzegł   niedocenianą   Renee.   Siedziała   wesolutka   jak 

ptaszek, na najniższym stopniu schodów.

– I wszystko udało się w samą porę – powiedziała zarzucając mu ramiona na szyję z 

entuzjazmem, który zachowywała na specjalne okazje. Och, jesteś cudownym człowiekiem!

Ten spontaniczny wybuch był, zdaniem Campiona, najlepszą nagrodą, jaka go spotkała. 

Potem Renee objęła go wpół i skłoniła, żeby poszedł za nią do kuchni.

– Chodź, napijesz się kawy. Ależ to była noc! Prawdziwa konferencja prasowa! Tak jak 

za dawnych dobrych czasów na hipodromie w Manchesterze. Inna sprawa, że nie mam pojęcia, 

co   się   ukaże   w   porannych   gazetach.   Jessica   przygotowała   ci   jakieś   swoje   paskudztwo,   ale 

wylałam je do zlewu, a jej powiem, żeś wypił i że ci smakowało. Chodź. Clarrie specjalnie 

opiekował   się   Luggiem...   cóż   to   za   uroczy   człowiek...   Częstował   go   tym,   co   udało   mi   się 

uratować. Nie gniewaj się na nich. Po prostu udawaj, że nic nie widzisz. Po tych wszystkich 

background image

przykrościach mieli wielkie pragnienie.

Wybuchnął  śmiechem.  Aż do tej chwili nie dała mu  dojść do słowa, a nawet teraz 

przeszkodziła mu.

– Och, znowu zapomniałam. Jest list do ciebie. Przyszedł wczoraj wieczorem i nikt ci go 

nie dał. Charakter pisma kobiecy, a więc sprawa osobista. Przeczytaj go od razu. Ja sobie pójdę i 

postawię czajnik. A pośpiesz się, czekamy na ciebie.

Odleciała jak sponiewierany nieco, ale nadal silny motyl, a on wziął list i stanął pod 

żarówką w hallu. Z kartki uśmiechnęło się do niego wyraźne pismo żony.

Kochany Albercie!

– Dziękuję Ci za wiadomość, że nie będziemy rządzić tą wyspą; bardzo się z tego cieszę. 

Nowy odrzutowiec, typu, Cherubin, jest prawie gotów i czeka na próby. Wobec tego siedzę tu na 

miejscu z Yaleni i Alanem, gdzie łatwo Ci będzie mnie znaleźć.

Młody Sexton Blake rysuje całymi dniami – nic tylko grzyby, co uważałam za rozrywkę  

zupełnie   niewinną   i   pożyteczną   nawet,   dopóki   nie   przeczytałam   podpisów   pod   rysunkami. 

Wszystkie składały się z jednego słowa „Bum!”

Przebieg sprawy, którą się zajmujesz, śledzę w gazetach, ale wiadomości są bardzo 

skąpe: obawiam się, że wszelkie moje komentarze mogłyby Ci się wydać irytujące, gdyż nie na  

temat. Mam nadzieję wkrótce Cię zobaczyć.

Mnóstwo pocałunków 

Amanda 

PS.   Nie   mogę   powstrzymać   się   od   pewnej   uwagi.   Czyś   zastanawiał   się   kiedyś   nad 

dyrektorem banku? Jest jakiś niewyraźny.

Campion przeczytał dwukrotnie tę kartkę, a postscriptum pięć razy. Składał list starannie 

i chował do wewnętrznej kieszeni, kiedy usłyszał dziwny odgłos, przypominający wycie. Ktoś 

próbował śpiewać. Przypominało to ponure usiłowania Lugga.


Document Outline