Jane Porter
Księżniczka z wyspy
Tłumaczyła
Urszula Gutowska
PROLOG
Księz˙niczka Joelle Ducasse przeczytała i zapieczęto-
wała list i połoz˙yła go na biurku dziadka. Listy o identy-
cznej treści wysłała do sióstr Nicolette i Chantal.
Kremowa koperta lez˙ąca na biurku dziadka wy-
glądała groźnie.
,,Poczuje się dotknięty’’ – pomyślała.
Nie zrozumie jej.
Sama zresztą nie bardzo rozumiała, dlaczego tak
bardzo pragnęła uciec z Melio. Nigdy nie czuła się
dobrze jako osoba publiczna, a po śmierci babki jej
sytuacja stała się nie do zniesienia.
Media odbierały jej prywatność, wkraczały w z˙ało-
bę po babce. Kamery filmowały jej łzy, gdy prze-
kraczała bramę królewskiego cmentarza, kiedy wsia-
dała do czekającego auta.
Nie szanowano jej smutku.
Jak w takiej sytuacji będzie mogła pełnić słuz˙bę dla
społeczeństwa, skoro sama tak się pogubiła? Skoro nie
wie nawet, kim jest?
Była w rozterce, nie wiedziała, co robić.
Kochała te stare bibeloty, kochała pięknie wypo-
saz˙ony gabinet dziadka, kochała ten pałac z białego
kamienia...
Nicolette poślubiła sułtana i nie mogła wrócić do
Melio; Chantal poślubiła Greka bez tytułu i nie mógł
on zostać królem. Joelle zaś, zanim podejmie się trudu
sprawowania władzy, musiała uporać się ze sobą.
,,Nadszedł juz˙ czas, z˙eby pogodzić się z losem’’
– myślała.
Chciała jednak godzić się z tym losem po swojemu.
Połoz˙yła list z powrotem na biurku.
,,Przepraszam, dziadku, wybacz mi. Tylko przez
rok – myślała dalej, kierując się ku drzwiom. – Nie na
zawsze. Minie rok, poślubię księcia Luigiego Borgar-
de i z˙ycie popłynie ustalonym tu torem’’.
Joelle w ciemnych okularach i w kapeluszu osłania-
jącym twarz wsiadła do małego samochodu.
W miarę upływu czasu i mijanych kilometrów
zaczęła wspominać dawne czasy, gdy podróz˙owała,
jak przystało na księz˙niczkę w towarzystwie ochronia-
rzy – czujnych na wszelkie zagroz˙enia czyhające na
członków rodziny królewskiej.
Starsza siostra Chantal twierdziła, z˙e Joelle powin-
na być dumna z nazwiska Ducasse, którego korzenie
sięgają XIII wieku.
Joelle nie zalez˙ało na nazwisku Ducasse. Chciała
być zwykłym człowiekiem. Niezalez˙nym i samodziel-
nym. Chroniącym własną prywatność.
W ciągu roku będzie zwykłą Jo.
4
JANE PORTER
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Jedenaście miesięcy później, Nowy Orlean
– Moz˙e drinka, panno d’Ville?
Zadał to pytanie męz˙czyzna o miło brzmiącym
głosie, który wzbudził w Joelle niepokój.
Obejrzała się z wyraźną niechęcią, bo wiedziała,
do kogo ten głos nalez˙y – do męz˙czyzny, który sie-
dział dziś w pierwszym rzędzie i przez cały wieczór
nie odrywał od niej wzroku. Mącił jej myśli.
Dwukrotnie w środku piosenki pomyliła się. Stała
w świetle krzyz˙ujących się reflektorów, niezdolna
przywołać tekst. Nigdy dotąd jej się to nie zdarzało
– stać z mikrofonem w ręku przed audytorium i za-
stanawiać się, co tu właściwie robi.
W tym morzu głów rozróz˙niła twarz męz˙czyzny,
którego wzrok ją zniewalał.
Podszedł teraz do niej i czuła się bezbronna pod
jego spojrzeniem. Czuła, z˙e mierząc ją od stóp do
głów, nie pochwala jej skąpego stroju.
– Drinka? – powtórzyła.
– Proszę sok – rzekł z uśmiechem.
Jego czarne oczy płonęły dziwnym blaskiem, który
zauroczył Joelle.
Przebiegł ją dreszcz. Przycisnęła gitarę do bioder
niczym chroniącą ją zbroję. Była czujna, nie ufała mu.
Był inny, a ją zawsze intrygowała inność. Wysoki,
brunet, typ Włocha. Mówił z włoskim akcentem.
– Przysiądź się do mnie – powiedział, wskazując
na swój stolik.
Zaskoczyła ją ta pewność siebie.
– Mam inne plany... – zaczęła.
– To je zmień.
,,Ten facet ma w sobie coś prymitywnie męskiego
– myślała – co nie współgra z jego doskonale skrojo-
nym garniturem’’.
Znała wielu męz˙czyzn, ale ten był inny.
– Nie mogę.
– Musisz. – Zmarszczył brwi. – To bardzo waz˙ne.
Waz˙ne? Co waz˙ne i dla kogo?
Potrząsnęła głową, usiłując przemóc coś, co ją
ogarnęło. Głupie uczucie – jakiś cięz˙ar na piersi, który
tamował jej oddech. I wciąz˙ nie mogła przestać na
niego patrzeć.
– Jestem zmęczona. Dwie godziny bez przerwy...
– Wiem. – Wahał się chwilę. – Jesteś bardzo dobra.
– Dzięki – rzekła.
– Zapraszam do stolika – powiedział ponownie.
– Ja... – zaczęła, a on juz˙ siedział przy stoliku
i zamawiał butelkę bardzo drogiego szampana.
,,Twardy facet’’ – oceniła w myślach.
Puls jej się rozszalał, gdy szła w stronę jego stolika.
Pomyślała o swoim królestwie, któremu groziła
niemal ruina. O sobie wreszcie, własnej walce o samo-
dzielność...
– Zbędna rozrzutność – rzekła.
6
JANE PORTER
– Tym bardziej nie moz˙na dopuścić, by te pienią-
dze się zmarnowały.
Serce jej biło mocno niczym dźwięk basowych gi-
tar, które niedawno zamilkły.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytała.
Płomyk świecy igrał na jego twarzy. Miał wyraziste
rysy silnego męz˙czyzny i gdy spojrzał na nią, coś
w Joelle drgnęło.
Chciała, z˙eby tak na nią patrzył. Lubiła, kiedy tak
na nią patrzył. Obserwował ją parę chwil, jakby za-
stanawiał się nad odpowiedzią.
– Josie d’Ville, to ja powinienem cię zapytać,
czego chcesz.
Jego słowa przyspieszyły tylko bicie serca Joelle.
Lęk, fascynacja, zakłopotanie...
– Pomyliłeś się.
– Oczywiście, z˙e się nie pomyliłem. – Wskazał na
krzesło obok. – Przebyłem szmat drogi, z˙eby cię
zobaczyć. – Mówił teraz tonem bardziej stanowczym.
– Usiądź, proszę.
,,Co to wszystko znaczy? – myślała. – Kim on jest?
Do czego zmierza?’’.
Siedziała z gitarą u stóp i pomyślała nagle o swoim
występie. Domagano się zazwyczaj bisu, ale dziś ja-
kieś dziwne prądy docierały ze strony publiczności.
A w niej narastała irytacja, niepokój... i nic na to nie
mogła poradzić. Na ogół umiała sobie pomóc, przepę-
dzić złe myśli, przywołać spokój.
Doszła do wniosku, z˙e te odczucia wywołane są
perspektywą ślubu z człowiekiem, którego nawet nie
widziała. Do tej pory jednak problemy domowe nigdy
7
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
nie wpływały na jakość jej występów. Zawsze lubiła
śpiewać. Uwielbiała, gdy skupiały się na niej kolorowe
światła reflektorów, uwielbiała aplauz publiczności...
Nie, to nie powrót do Melio był powodem złego
nastroju Joelle. I nawet nie perspektywa ślubu z księ-
ciem, którego nie znała. Powodem złego nastroju był
ten człowiek. Przewiercał ją na wskroś tym swoim
spojrzeniem, rozbierał oczyma, a ona bezradnie temu
się poddawała.
– Dlaczego Stany? – zapytał, przerywając ciszę.
Znowu poczuła ukłucie niepokoju. Stany, powie-
dział, nie Nowy Orlean, tylko Stany.
– O co ci chodzi? – zapytała.
Oparł się na krześle, skrzyz˙ował ramiona, ale widać
było, z˙e jest spięty.
– Dlaczego właśnie tutaj? – pytał. – Nie w Nashvil-
le, nie w Nowym Jorku, nie w Los Angeles?
Wzięła głęboki oddech.
,,Nie wygłupiaj się – karciła się w myślach. – On nie
wie, kim jesteś’’.
– Nowy Orlean słynie z bluesa i jazzu – rzekła.
– A nie marzą ci się występy w Europie?
Europa. Jej świat. Siedziba jej królestwa, dwie
iskrzące się wysepki na Morzu Śródziemnym.
– Nowy Orlean to... mój dom.
– Urodziłaś się tu?
– Ja nie. Moja matka – powiedziała.
,,Albo gdzieś w pobliz˙u’’ – dodała w myślach.
Przed niespełna rokiem odbyła podróz˙ incognito;
przyciemniła barwę włosów, nauczyła się mówić z po-
łudniowym akcentem, a nawet zaczęła nosić śmieszne
8
JANE PORTER
okulary. W ten sposób księz˙niczka Joelle przemieniła
się w Josie d’Ville.
– Twoja matka jest tez˙ d’Ville?
,,Dlaczego on mnie o to wszystko pyta?’’ – zasta-
nawiała się.
– Była – odparła po chwili. – Zanim wyszła za mąz˙.
,,Zanim zginęła’’ – dodała w myślach.
Joelle nie pamiętała ani matki, ani ojca. Zniknęli
z jej z˙ycia, nim się w nim na dobre pojawili. Ale to
właśnie matka rzuciła na nią urok sztuki.
Matka miała wielki talent, ale porzuciła estradę, by
wyjść za księcia.
Co za ironia: Joelle, księz˙niczka, porzuciłaby wszyst-
ko – tytuł, własny kraj, by zostać, tak jak mama, wo-
kalistką.
– Czy Josie d’Ville to twoje prawdziwe nazwisko?
– Mniej więcej – odparła, czując paskudny ucisk
w z˙ołądku.
Roześmiał się i dźwięk tego śmiechu zachwycił
Joelle.
Ten męz˙czyzna był jak magnes. A wyraz jego oczu
sprawiał, z˙e zasychało jej w ustach. Ogarnął ją lęk.
Dlaczego? Co on sobie myśli, gdy tak na nią patrzy?
Było to moz˙e i zabawne, ale na pewno tez˙ aroganckie.
Zupełnie jakby ją znał. Jakby czegoś od niej ocze-
kiwał.
Nie znali się przeciez˙. Nie wiedział, kim Joelle
naprawdę jest.
,,Ten facet – myślała – ma coś dziwnego w oczach,
coś władczego, co powoduje, z˙e czuję się przy nim mała
i bezradna. Jak sarna schwytana w światła samochodu’’.
9
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Ucisk w z˙ołądku zwiększał się, az˙ zrobiło jej się słabo.
– Mniej więcej? – powtórzył. – To by oznaczało, z˙e
kłamiesz.
– Nie kłamię.
– Ale nie jesteś szczera.
Nie spotkała dotąd męz˙czyzny, który by tak sobie
z nią poczynał. Promieniował siłą.
– Jestem osobą publiczną. Dlatego chronię swą
prywatność.
– Nie za bardzo chronisz – powiedział. – I zbyt
późno.
Zdrętwiała. Co on opowiada? Co on wie?
– Kogoś mi przypominasz – ciągnął. – Kogoś
z Europy...
– Taką mam urodę – rzekła z wymuszonym uśmie-
chem. – Często ludzie mówią, z˙e kogoś im przy-
pominam.
– Ale jesteś Amerykanką, prawda?
– Moja matka...
– O swojej matce juz˙ mówiłaś.
Obserwował ją. Czekał.
– A skąd u ciebie ten francuski akcent?
– Nie mam...
– Masz. Oprócz południowego zaciągania twój
francuski akcent jest wyraźny. Szczególnie gdy jesteś
zdenerwowana.
,,Do czego się przyczyniasz’’ – pomyślała.
Ogarniał ją coraz większy niepokój.
– Masz dobre ucho – powiedziała niby to od nie-
chcenia.
,,On nie moz˙e nic o mnie wiedzieć. Jeszcze dzień
10
JANE PORTER
– myślała – a znajdę się na pokładzie samolotu, w dro-
dze do domu... Nie ma się czego bać – przekonywała
się w duchu. – W pobliz˙u kręcą się ochroniarze, nie
jestem zdana na własne siły’’.
– To prawda – rzekła. – Od dziecka mówiłam po
francusku. Rodzina mojej matki wywodzi się z Luizja-
ny. Wciąz˙ mieszkają w okolicy Baton Rouge, w Cajun.
– Ale ty nie wychowywałaś się wśród bagien Mis-
sisipi?
Te jego słowa przywołały w Joelle wspomnienia
o Missisipi, ogromnej rzece, szerokiej, bagnistej, miej-
scami krętej, zmieniającej koryto. Po obu brzegach
rozciągały się plantacje, między nimi miasteczka,
przewaz˙nie biedne.
I wtedy właśnie Joelle odpręz˙yła się, minął lęk,
a właściwie przerodził się w jakieś inne odczucie,
głębsze. Ten człowiek nie wie, kim ona jest, podobnie
jak i inni.
– Znowu masz rację.
Zmierzyła go hardym, ostrym spojrzeniem, zmę-
czona jego dociekliwością. Co on moz˙e wiedzieć
o tęsknocie do szerokiego świata, gdy jest się związa-
nym z małą ojczystą wyspą?
– Nie, nie wychowałam się wśród bagien Missisi-
pi. Poza tym Cajun to nie miejscowość nad rzeką. Gdy
się jest z Cajun, to znaczy, z˙e ma się tę rzekę we krwi.
– A ty masz ją we krwi?
Ich spojrzenia się spotkały, nie opuściła wzroku.
– Bardziej, niz˙ przypuszczasz.
Miała na myśli wyobraźnię, nadzieję, marzenia.
Lubiła marzyć.
11
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Zapadła cisza i Joelle wolałaby juz˙ nic więcej nie
mówić. Zachować to, co czuje, tylko dla siebie. Gniew
i złość.
Niespodziewanie dla siebie pochyliła się do przodu,
włosy opadły jej wzdłuz˙ ramion.
– A kim ty jesteś? – zapytała.
– Leonardo Marciano Fortino, do usług.
Patrzyła na niego chwilę, powtarzając sobie w myś-
lach to nazwisko. Wypowiedział je powoli, dobitnie,
jakby chciał coś podpowiedzieć. Lecz ono nic Joelle
nie mówiło.
– Leonardo Marciano Fortino – powtórzył.
Ksiąz˙ę Leo Marciano Fortino z rodu Borgarde
odchylił się na oparciu krzesła.
Sytuacja była gorsza, niz˙ przypuszczał, tego się nie
spodziewał, choć był przygotowany na najgorsze. Bo
nie dość, z˙e narzeczona go nie poznała, to jeszcze nie
znała jego nazwiska.
– Skąd pochodzisz, signor Fortino? – zapytała.
– Leo – poprawił ją.
Nie ulegało wątpliwości, z˙e narzeczona nie zamie-
rza poddać się rygorom małz˙eńskiego z˙ycia. Była
młoda, stanowczo za młoda. Od początku miał za-
strzez˙enia co do jej wieku, ale utrzymywano w pałacu,
z˙e Joelle jest dojrzała ponad swoje lata.
– Rodzina i przyjaciele mówią do mnie Leo – do-
dał. – Więc i ty tak się do mnie zwracaj.
– Tylko z˙e...
– Nigdy właściwie nie mieszkałem we Włoszech
– przerwał jej, nawiązując do pytania, jakie mu zadała.
– Nigdy?
12
JANE PORTER
W jej niebieskozielonych oczach dostrzegł błysk
zaciekawienia. Miała oczy koloru Morza Śródziemne-
go otaczającego jej królewską wyspę.
,,Jaka jest ta Joelle Ducasse?’’ – pomyślał.
– Josie.
Jakiś męz˙czyzna zbliz˙ył się do stolika, stanął przed
Joelle.
Leo juz˙ był gotów do obrony, ale ona sprawiała
wraz˙enie zadowolonej. Przebiegło mu przez myśl, z˙e
Joelle nie umie zachować dystansu.
– Byłaś świetna – powiedział ten intruz, wsuwając
ręce do kieszeni. – Fantastyczna – dodał.
– Dzięki – odrzekła Joelle z uśmiechem. – Miło
z twojej strony.
– Nigdy nie słyszałem, z˙eby ktoś tak pięknie śpiewał.
– Jak masz na imię? – zapytała.
– Jack – odparł wielbiciel.
Leo spojrzał na Joelle, jej twarz promieniała radoś-
cią. Śpiewała w stylu gospel z odrobiną jazzu, jej niski
głos wyraz˙ał marzenia, rozpacz i z˙al, i obietnicę, z˙e
jutro będzie lepiej.
Była szczupła, miała długie, ciemne włosy, poru-
szała się, jakby osłabła z głodu i braku snu, długie
rzęsy nad półprzymkniętymi oczami jeszcze pogłębia-
ły to wraz˙enie. Seksy. Bardzo kusząca. Tajemnicza.
Nic dziwnego, z˙e poz˙ądały jej tysiące Jacków na
świecie.
Leo wykrzywił usta, ale nie w uśmiechu. Był
wściekły.
,,Niewesoło to wygląda’’ – stwierdził w myślach.
– Dziękuję, Jack – powiedział nagle, zajmując
13
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
strategiczną pozycję pomiędzy Jackiem a Joelle. To
był ruch posiadacza. – Przyjemnie słyszeć tyle miłych
słów o naszej Josie. Z
˙
egnam. Z
˙
yczę dobrej nocy.
Jack z ponurą miną skinął głową i obrzuciwszy
Josie tęsknym spojrzeniem, odszedł.
– N a s z e j? – wykrztusiła Josie.
Leo popatrzył na nią z ukosa. Dobrze. Najwyz˙szy
czas, z˙eby zdała sobie sprawę z pewnych rzeczy.
– Jak mogłeś? – zapytała podniesionym tonem,
zrywając się z krzesła.
Światło z˙yrandola odbijało się od jej czarnych
skórzanych spodni.
– On był pijany, bambina.
– Był tylko uprzejmy.
– Jak widać, nie rozumiesz znaczenia tego słowa,
bambina.
– Jestem Josie, nie z˙adna bambina, i daruj sobie ten
protekcjonalny ton.
Tym razem mówiła z włoskim akcentem. Takz˙e
temperament miała południowy. Ale skąd ten wybuch
gniewu?
Leo w z˙yciu nie zapomni, jakiego doznał szoku,
gdy wkroczyła na estradę w skąpym topiku, w skórza-
nych spodniach biodrówkach i poraz˙ająco wysokich
szpilkach. Zapowiedziano ją jako Josie – jak tę znaną
wycinankę dla dzieci, z tym z˙e ta Josie nie była
wycięta z papieru.
Zwrócił uwagę na pociągłą bladą twarz odbijającą
światła reflektorów.
,,Członkowie zespołu to jakieś ciemne typy’’ –
myślał.
14
JANE PORTER
Na ich tle ta dziewczyna wyglądała zjawiskowo.
Miała wąskie biodra i ledwo przysłonięte piersi...
Księz˙niczka Joelle Ducasse trzymała mikrofon tuz˙
przy ustach, jakby to były usta kochanka. A Leo,
patrząc na nią, myślał o tym, z˙e nie jest to przeciez˙ jego
narzeczona.
To nie moz˙e być jego narzeczona. Nawet teraz nie
mieściło mu się to w głowie. Jego dwudziestodwulet-
nia narzeczona przez cały ubiegły rok występowała
w tym obskurnym lokalu o nazwie Club Bleu?
– Nie chcę, by ktoś cię skrzywdził – powiedział
ostrym tonem.
– A co ja cię obchodzę? – rzuciła. – Przeciez˙ nic
o mnie nie wiesz.
– Faktycznie.
– Czy wiesz, z˙e jesteś jedynym męz˙czyzną, który
nie jest uprzejmy wobec mnie? Chcesz dominować.
Jesteś natrętny, arogancki...
– Czy dlatego, z˙e mówię prawdę?
– Dlatego, z˙e nie mówisz prawdy i jesteś niesym-
patyczny. Jack powiedział mi komplement.
– Zalez˙y ci na komplementach? – zapytał, pamię-
tając, jak przed przerwą Joelle osunęła się na kolana na
samym skraju estrady.
Usłyszał wtedy na widowni zbiorowy jęk męz˙-
czyzn. A ona utkwiła w nich te swoje niebieskozielo-
ne oczy... czarne długie włosy opadły jej na ramiona...
na obnaz˙onym dekolcie rozbłysły w świetle kropelki
potu.
Kaz˙dy męz˙czyzna jej pragnął. Nie dziwił się temu.
Wyglądała podniecająco. Kusiła.
15
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– To nie twoja sprawa – odparła szorstkim tonem.
,,Mylisz się – pomyślał, nie odrywając wzroku od
jej oczu barwy fal morskich. – Jesteś moja i obchodzi
mnie to, na czym ci zalez˙y’’.
Tego wieczoru mimo szoku, jakiego doznał, mimo
gniewu na króla Remi pragnął jej, po prostu jej po-
z˙ądał. Chciał ją mieć. Na własność. Nalez˙ała mu się.
Poz˙ądanie fizyczne nie stanowiło warunku, gdy
godził się poślubić najmłodszą pannę Ducasse. Ubito
interes. On miał tytuł księcia, a nie miał królestwa, ona
natomiast była księz˙niczką w królestwie oczekującym
spadkobierców. Razem mogliby stanowić stadło po-
myślnie rokujące. On będzie miał tron i dzieci, Melio
zyska króla i nowe pokolenie władców, a dla Joelle
będzie to spełnieniem marzeń.
Czy aby na pewno?
Kelnerka przyniosła szampana i kieliszki.
Joelle nawet nie spojrzała na nią, wzrok miała
utkwiony gdzieś w dal. Leo uświadomił sobie, z˙e
czeka go cięz˙ka walka, nim ujarzmi jej trudny cha-
rakter.
Kelnerka otworzyła szampana, a Joelle wciąz˙ pa-
trzyła gdzieś w dal.
To on powinien być zły, nie ona na niego. Przed
sześcioma tygodniami dotarły do niego plotki o księz˙-
niczce Ducasse, którą widziano w Nowym Orleanie.
Podobno jako wokalistka miała niebywały głos.
Skontaktował się z pałacem Melio – do nich tez˙
dotarły te plotki. Ale zapewnili go, z˙e to niemoz˙liwe.
Joelle przebywa w Europie, pochłonięta studiami
w konserwatorium, no i szykuje się do ślubu.
16
JANE PORTER
Szykuje się do ślubu!
Faktycznie. Skromna, rumieniąca się narzeczona!
– Czuwam nad tobą – powiedział rozdraz˙niony jej
milczeniem.
– Nie potrzebuję twojej opieki – rzekła krótko,
podczas gdy kelnerka napełniała kieliszki i bladoz˙ółte
bąbelki zabłysły w krysztale.
– Jesteś naiwna – rzekł po odejściu kelnerki.
– A ty jesteś Włochem.
– To jakiś problem?
– Tak.
Po chwili milczenia zapytał:
– Dlaczego?
Od jego spojrzenia az˙ zamarła. Miał we wzroku coś,
co sięgało do głębi jej uczuć i duszy.
Budził lęk. Bała się o siebie w jego towarzystwie.
– Jakie masz zastrzez˙enia do Włochów, bambina?
17
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
ROZDZIAŁ DRUGI
Zastrzez˙enia...
Joelle wyprostowała się. Jakie ma zastrzez˙enia?
Przeciez˙ moz˙e brać pod uwagę tylko to, co czuje.
A miała w głowie mętlik. I przyszło jej na myśl, z˙e
o wszystkim, co budziło jej lęk, chciała wiedzieć.
Na przykład chciałaby wiedzieć wszystko o seksie.
Chciała czuć to, zrozumieć, zanim zamkną ją w wiez˙y
z kości słoniowej w Melio.
– Czekam – powiedział.
,,Nie dość cierpliwie – pomyślała – az˙ bucha z niego
z˙ar. Chce mnie zarazić tym z˙arem, doprowadzić na
sam skraj...’’.
Zmuszał Joelle do myślenia o rzeczach, o któ-
rych nic nie wiedziała. Całe jej ciało przenikało
drz˙enie.
– Włochów trudno... zrozumieć.
– Bo co?
Głos jego powracał jakby z kaz˙dej strony.
– Bo są wymagający.
– Tak być powinno.
,,To szaleństwo – myślała, a w jej mózgu zapaliło
się czerwone światełko. – Alarm. Powinnam wstać
i stąd wyjść’’.
Ale nie mogła ruszyć się z miejsca. Leo Fortino był
inny niz˙ męz˙czyźni, których znała. Miał budzący lęk
i wstrzymujący oddech sposób bycia. Jakby człowiek
tańczył wokół budzącego się wulkanu.
– Są władczy – dodała.
– To jest zaleta.
– Wyniośli, dumni.
Podniósł do góry kieliszek, skierował ku niej – złote
bąbelki iskrzyły się w świetle.
– Niewątpliwie – rzekł.
Joelle zawahała się, nim ujęła swój, a gdy to uczy-
niła, uśmiechnął się do niej i juz˙ nie wyglądał tak
groźnie. Wzniósł toast:
– Twoje zdrowie, bambina.
Bambina. Dziecko. Ale ona nie jest dzieckiem. Ma
dwadzieścia dwa lata, ale jest dojrzała. I mądra. Tego
roku musiała wziąć się w garść, uporać się ze śmier-
cią babki, z planami dziadka wobec niej. Minione
jedenaście miesięcy dobrze jej jednak zrobiły. Była
silniejsza. Bardziej zdecydowana. Zrobiła, co nalez˙a-
ło zrobić.
Przed nią jeszcze jeden dzień wolności. Jedna noc,
kiedy będzie Josie, nie księz˙niczką Joelle.
– Na zdrowie – powtórzył, kierując ku niej kieliszek.
Joelle patrząc na jakz˙e przystojnego Lea Forti-
no, zastanawiała się, czy ma szansę na miłość do
końca z˙ycia, w małz˙eństwie, bez z˙aru juz˙, ale i bez
chłodu.
Teraz pragnęła jednak z˙aru. Seksu. Namiętności.
– Na zdrowie – rzekła, przytykając do ust kieli-
szek.
Szampan był zimny i przyjemnie chłodził.
19
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Odstawiła kieliszek, a wówczas Leo ujął jej dłoń.
Przez chwilę przyglądał się tylko jej palcom.
– Nie masz obrączki? – zapytał w końcu, oplatając
jej rękę palcami.
– Nie jestem męz˙atką – powiedziała.
– Czyz˙byś naprawdę nie była z nikim związana?
Joelle wiedziała, z˙e nie siedziałaby tutaj, nie robiła
tego, co robi, nie śpiewałaby, gdyby chociaz˙ raz ksiąz˙ę
Luigi pokazał się jej na oczy, gdyby przekonała się, z˙e
on istnieje. Był dla niej niemal postacią fikcyjną.
Tajemniczym, bogatym księciem, który chce pojąć za
z˙onę księz˙niczkę.
Tylko dlaczego jej ksiąz˙ę nigdy nie dąz˙ył do spot-
kania z nią? Odwiedził Melio, obejrzał swoje przyszłe
królestwo, zwiedził porty, pałac, lecz nie zabiegał o to,
by przedstawiono go przyszłej z˙onie.
Nic go nie obchodziła.
Dotknięta do z˙ywego najpierw uniosła się gnie-
wem, a potem stało się to jej absolutnie obojętne.
– Nie mam za wiele biz˙uterii – rzekła, pomijając
jego pytanie.
Leo mruknął coś i jeszcze mocniej zacisnął rękę na
jej dłoni.
– Nie masz nikogo? – ponowił pytanie.
Instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, z˙eby
była ostroz˙na. Dostrzegła błysk niepokoju w jego
oczach. Był zły. Ale dlaczego?
– Muszę iść – oznajmiła.
Puścił jej rękę, a Joelle pomyślała, z˙e to dotknięcie by-
ło jak płomień. Jak to moz˙liwe, by taki przypadkowy do-
tyk tak na nią podziałał? Czyz˙by pragnęła czegoś więcej?
20
JANE PORTER
A moz˙e...
Spojrzała mu prosto w twarz. Skrzyz˙owali spoj-
rzenia, a w jego oczach dostrzegła coś, co jeszcze
bardziej rozpaliło jej uczucia.
Pragnął jej.
Szaleństwo. Absurd. Zwilz˙yła wargi. A moz˙e on
jest tym jedynym? Tym, który odbierze jej dziewic-
two, uczyni z niej kobietę, która stanie na ślubnym
kobiercu nie jako naiwne dziewczę, ale jako świadoma
swych kobiecych walorów partnerka.
Czekała na swego męz˙czyznę, na inteligentnego
i wytrawnego kochanka. Była wybredna, a w końcu
zostało jej mało czasu. Trzy tygodnie do ślubu, tydzień
do urodzin dziadka, trzeba było się spieszyć bądź tez˙
zaakceptować, z˙e poślubi księcia Borgarde, nie wie-
dząc tego, co chciała wiedzieć. Była ciekawa seksu,
intrygowała ją intymność.
Szukała słów, by wypowiedzieć jakieś sensowne
zdanie, lecz w ustach jej zaschło, gardło miała zaciś-
nięte i stać ją było tylko na to, by wypić łyk szam-
pana.
– Co ja tu robię? – zapytała słabym głosem, trzy-
mając kurczowo nóz˙kę kieliszka. – Dlaczego z tobą
tutaj siedzę?
A Leo nie odrywał wzroku od jej ust.
– Chyba z ciekawości, tak mi się wydaje.
Miał takie świdrujące spojrzenie. Gdy tak patrzył
na Joelle, czuła się słaba i bezradna... i zawstydzona.
Zapomniała przez chwilę, o czym rozmawiali. Nie
mogła zebrać myśli, czuła tylko z˙ar płynący jej w z˙y-
łach i głośne bicie swego serca.
21
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Przez chwilę nikogo tu poza nimi nie było. Nikogo
w klubie. Nikogo nigdzie. Nawet w barze.
Zagubiła się. Istniał tylko on, męz˙czyzna o czar-
nych oczach, które ją zniewalały, mówiły, z˙e jej prag-
nie, jej ciała i duszy.
Powoli dotarły do niej tez˙ słowa, z˙e jest ciekawa z˙ycia.
– Masz rację, jestem cholernie ciekawa.
Przygryzł dolną wargę, co, jak uznała, było choler-
nie zmysłowe.
– Ciekawa jesteś równiez˙ mnie? – zapytał.
Skinęła głową.
Przeniósł wzrok z jej twarzy na zaciśniętą pięść.
– Czy mogę ci coś poradzić, bambina?
Znów skinęła głową.
– Powinnaś być bardziej ostroz˙na.
Lodowaty dreszcz przebiegł jej wzdłuz˙ kręgosłupa.
,,To niebezpieczna gra – pomyślała – co innego
nabywać doświadczeń, a co innego stracić głowę’’.
– Jestem ostroz˙na – oznajmiła.
Wiedziała, z˙e miał w tej kwestii odmienne zdanie.
– Wielu facetów mogłoby wykorzystać tę twoją
ciekawość – dodał.
Zaczerwieniła się. Odwróciła głowę, chcąc uciec
przed jego spojrzeniem. Z trudem zbierała myśli.
Wiedziała od lat, z˙e z˙ycie to nieustanna walka
o przetrwanie. Przykre to, ale wygrywa silniejszy.
Chciała być silna. Teraz jednak tej siły nie czuła.
Była zagubiona.
Nie powinna godzić się na małz˙eński układ, ale
teraz juz˙ za późno na wszelkie zmiany, nie wolno jej
sprawić zawodu dziadkowi, mieszkańcom Melio, na-
22
JANE PORTER
rzeczonemu, jego rodzinie. Wszyscy liczyli na wspa-
niały ślub, huczne wesele. Ona zresztą tez˙ była cieka-
wa, jak to wypadnie.
Dotąd nie odbierało jej to spokoju.
Niestety, im bliz˙ej daty ślubu, tym bardziej ten
spokój był złudny. Źle się działo, z˙e wychodziła za
człowieka, którego nie znała, który nie przejawiał zain-
teresowania jej osobą. Ale byłoby jeszcze gorzej, gdy-
by poślubiła go, nic nie wiedząc o seksie. Nie chciała
dłuz˙ej być dziewicą. Ksiąz˙ę Borgarde z˙yczył sobie mieć
z˙onę. Ksiąz˙ę będzie władał jej krajem. Jej dziewictwo
na nic mu się nie przyda. Nie chciała wypaść głupio
w czasie nocy poślubnej. Najlepiej byłoby wiedzieć, co
ją czeka. Zrozumieć... sekwencję zdarzeń. Co po czym
następuje.
Przyszło jej raptem do głowy, z˙e Leo mógłby ją
wszystkiego nauczyć. Będzie pojętną uczennicą. Właś-
ciwie wystarczy jej jedna noc.
Sięgnęła po kieliszek i wypiła resztę trunku. Od
tych myśli, a takz˙e od szampana oczy jej rozbłysły.
Zrobiło się jej gorąco.
,,Działanie alkoholu’’ – pomyślała.
– Powinnam coś zjeść – powiedziała. – Bąbelki
uderzyły mi do głowy.
– Nie jadłaś kolacji?
– Nic nie mogłabym przełknąć przed występem.
– Zdąz˙ymy jeszcze coś zjeść u Brennana.
– Zapraszasz mnie na kolację?
– Tak.
Serce Joelle waliło jak szalone.
– Zaraz wracam – rzekła.
23
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
W małej toalecie oświetlonej gołymi z˙arówkami
Joelle wytarła twarz papierowym ręcznikiem i zmyła
tonikiem estradowy makijaz˙, szczególnie te cienie
wokół oczu.
,,Czy naprawdę tego chcesz?’’ – zadała sobie w du-
chu pytanie.
Lecz odpowiedź juz˙ znała. Tak, chce. Bardzo chce,
z˙eby to on...
Leo wstał na jej widok. Była w dz˙insach i bez˙owej
bluzie wykończonej wokół szyi koronkami. W tym
stroju wyglądała jeszcze młodziej.
Pomyślał sobie, z˙e jeśli to się stanie, nic juz˙ nie
będzie takie samo – ani dla niej, ani dla niego. Obser-
wował ją, gdy zbliz˙ała się do stolika, a ona powoli
uniosła powieki i skrzyz˙owali spojrzenia.
Poczuła się jakoś dziwnie, podobnie jak pewnego
wieczoru na estradzie, gdy miała na sobie supermini
i buty po uda.
Spojrzała teraz na siebie oczami Lea. Na swoje
długie włosy opadające luźno na ramiona, na szeroką
bluzę, na opięte dz˙insy i sandały.
– Czy zdajesz sobie sprawę, Josie, do czego zmie-
rzasz? – zapytał.
Odetchnęła głęboko i zmuszając się do uśmiechu,
rzekła:
– Tak. Wiem.
Wyszli z klubu w ciepłą czerwcową noc. Joelle
wzięła haust powietrza i od razu poczuła ulgę.
Lubiła Nowy Orlean, cieszyła się tym rocznym
pobytem w Stanach. Ale najbardziej cieszyło ją to, z˙e
jest sobą, z˙e nie musi niczego udawać.
24
JANE PORTER
Uleciało jej z pamięci, kiedy po raz pierwszy za-
częła ją draz˙nić dworska etykieta.
Nienawidziła tych wszystkich dworskich ceregieli
Westchnęła cięz˙ko, wspominając tamte czasy.
Szli w milczeniu, słychać było tylko stukot ob-
casów Joelle. Restauracja Brennana znajdowała się
przecznicę dalej. Sierp księz˙yca rozsiewał mętne
światło.
Jutro wieczorem Joelle będzie juz˙ w domu. Za
tydzień odbędą się osiemdziesiąte piąte urodziny dziad-
ka. A za trzy tygodnie – jej ślub.
– To juz˙ drugie cięz˙kie westchnienie – zauwaz˙ył
Leo i raptem wyciągnął ramię, zatrzymując ją.
Joelle przeszył dreszcz, gdy Leo przytulił ją i po-
patrzył karcącym wzrokiem.
– Jesteś nieostroz˙na – powiedział.
– Przeciez˙ co wieczór sama wracam do domu.
Znam dobrze miasto.
– Codziennie wracasz sama do domu? – powtórzył
z niedowierzaniem.
– Tak. Po występach w Club Bleu.
– A gdzie mieszkasz?
– Kilka przecznic stąd.
– Idziesz piechotą? Sama?
Mówił tonem dezaprobaty, co przypomniało jej
pałac Melio, i zapytała z gniewem:
– Skoro wszystko we mnie krytykujesz, to dlacze-
go zaprosiłeś mnie na kolację?
Staroświeckie latarnie uliczne rzucały światło na
wysoką sylwetkę Lea, na jego profil. Miał dumny,
wyniosły wyraz twarzy jak staroz˙ytny Rzymianin.
25
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Chcę cię zrozumieć.
– Co tu jest do rozumienia? Mam dwadzieścia dwa
lata, jestem niezalez˙na. Robię to, co chcę, jadę tam,
gdzie chcę, decyduję o sobie.
– Nawet jeśli ta twoja samodzielność pociąga za
sobą zagroz˙enie?
– Nie czuję się zagroz˙ona.
– Skąd wiesz, czy ja czymś ci nie zagraz˙am?
Zadrz˙ała. Faktycznie, nic o nim nie wie.
Zmierzyła go spojrzeniem. No tak. Teraz ją prze-
straszył. Nie wyglądał jednak na złoczyńcę. Dociek-
liwy – to prawda, ale nie podły.
– Nie skrzywdzisz mnie – powiedziała. – Nie jesteś
z tych, co krzywdzą kobiety.
Mruknął coś po włosku, czego nie mogła zrozu-
mieć, ale rzucił chyba jakimś brzydkim słowem.
– Co ty moz˙esz wiedzieć – rzekł.
Niebawem oczom ich ukazał się budynek restaura-
cji Brennana w kolorze złamanego róz˙u.
Leo otworzył przed nią drzwi i weszła, walcząc
z dziwnym drz˙eniem przenikającym ciało.
Spojrzała na niego, zastanawiając się, dlaczego ma
na nią taki wpływ. Wysoki. Na pewno silny. Ale to nie
siła fizyczna wywierała na Joelle takie wraz˙enie.
Kelnerka zaprowadziła ich do stolika na górze, do
jednej z małych salek. Duz˙e okno wychodziło na
wewnętrzny dziedziniec.
Odgarnęła opadające na czoło włosy. Perspektywa
wspólnej kolacji u Brennana była bardzo nęcąca, ale
rzeczywistość to całkiem coś innego. Siedzieli w pra-
wie pustej sali. Nerwy szarpały Joelle bezlitośnie.
26
JANE PORTER
– Ile masz lat? – zapytała ni stąd, ni zowąd.
– Trzydzieści dwa.
Hm. Dziesięć lat starszy od niej. Moz˙na sobie
wyobrazić, jakie ma doświadczenie w tych spra-
wach.
– Kiedy masz urodziny?
– Czwartego maja.
– Jesteś spod znaku Byka.
Machnął lekcewaz˙ąco ręką.
– Głupota – powiedział.
Zamrugała powiekami.
– Dlaczego wydajesz tak autorytarne sądy?
– Bo jesteś inteligentna i nie powinnaś wierzyć
w te wszystkie bzdury.
– Przepraszam, ja tylko zapytałam, kiedy masz
urodziny, a ty naskoczyłeś na mnie. Wszystko to
dlatego, z˙e za mało się znamy, właściwie wcale.
– Moz˙liwe – odparł.
– Otóz˙ wiedz, z˙e nie jestem narkomanką. Nie palę
trawy, niczego nie wdycham. Nie jestem pokryta tatu-
az˙em. Po prostu lubię śpiewać. – Spojrzała mu w oczy.
– I występować.
Wytrzymała jego spojrzenie.
– Masz do mnie wiele zastrzez˙eń – ciągnęła. – Ale
czy jest we mnie coś, co ci się podoba?
Poczuł, z˙e jego ciało odpowiada twierdząco na to
pytanie. Usiadł głębiej w fotelu i patrzył na drwiący
uśmieszek Joelle, na błysk gniewu w tych jej niebies-
kozielonych oczach.
– Twoje oczy – odparł.
Miała piękne oczy i gęste, długie rzęsy, wydłuz˙one
27
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
dodatkowo przez makijaz˙, co nadawało jej twarzy
dramatycznego wyrazu.
– Włosy.
Utkwił wzrok w jej błyszczących włosach. Chciał-
by wsunąć dłoń w te włosy.
– Usta.
Były pełne, pomalowane bladoróz˙ową pomadką.
,,Barwa ciała’’, pomyślał i wyobraził ją sobie nagą.
Patrzył na jej usta i pomyślał, z˙e ta cisza między
nimi zaczyna się wydłuz˙ać, a napięcie wzrasta niebez-
piecznie.
W jej oczach dostrzegł błysk poz˙ądania. Zarumie-
niła się. Czy pójdzie z nim do łóz˙ka? Czy prześpi się
z obcym męz˙czyzną na trzy tygodnie przed ślubem?
– Twoje ciało.
Chciał znać odpowiedź na swoje pytanie. Tyle było
w niej niewiadomych, tyle niezrozumiałych dla niego
cech.
– To wszystko, co ci się we mnie podoba? – zapy-
tała. – Usta, włosy, ciało?
Milczał. Ile o sobie jej powiedział? Ile wyjawił?
Wiedział, z˙e ta cisza między nimi budzi niepokój.
Widział drz˙enie jej ręki. Walczyła o panowanie nad
sobą, o spokój. Mimo to nie przerwał tej ciszy.
Gdyby powiedział jej, kim jest, zmieniłaby się
w mgnieniu oka. Stałaby się księz˙niczką Ducasse. Nie
chciał brać udziału w grze. Domagał się prawdy.
Chciał ją poznać. Dobrą, złą, brzydką, piękną,
niewaz˙ne. Chciał prawdy o kobiecie, którą ma poślubić.
Jeśli w ogóle do tego dojdzie.
Jednakz˙e sama kwestia małz˙eństwa nie zaspokoi
28
JANE PORTER
jego głodu. On jej pragnął. Bardziej pragnąć chyba juz˙
nie moz˙na. Ona powinna być dziewicą. Niestety,
wszystko jest nie tak, jak być powinno.
– Nie – powiedział ciepło, ze wzrokiem utkwio-
nym w Joelle. – Pragnę twojego ciała. Równiez˙ duszy.
Ciebie całej.
29
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
ROZDZIAŁ TRZECI
Joelle drgnęła wobec tak bezpośredniej wypowie-
dzi. Głos miał pewny siebie, a gdy mówił to zdanie – z˙e
pragnie nie tylko ciała, ale i duszy – poczuła się
zagroz˙ona.
Wezwanie na pojedynek, do walki.
Spojrzała na niego. I to spojrzenie w oczy było
kolejnym błędem tego obłędnego wieczoru. Nigdy
przedtem nie patrzyła tak na męz˙czyznę, nigdy nie
pozwalała sobie na coś tak intymnego, i to spojrzenie
było poraz˙ające.
Miał ciemne oczy, ale nie czarne, jak sądziła, tylko
intensywnie ciemnozielone jak oliwki Toskanii, jak
lasy w Melio, gdy słońce przeczesuje korony sosen.
Pełne wyrazu. Mądre. Piękne.
Czuła, z˙e się uśmiecha, i raptem uznała, z˙e wszyst-
kie siły ją opuszczają.
Stół był za mały. Siedzieli za blisko.
Joelle wzięła głęboki wdech, kark jej zdrętwiał. I na
całym ciele dostała gęsiej skórki. Taka była reakcja
Joelle na jego słowa.
Leo poruszył się i kolanem dotknął jej nogi. Joelle
ogarnęła fala gorąca. Starała się nie okazać po sobie
ogarniającego ją poz˙ądania.
Spojrzał na nią po raz pierwszy i wiedział prawie
wszystko. Miał rację. Była spięta i rozpalona.
Uniosła wzrok i znów ich spojrzenia się spotkały.
Zapragnęła nagle go pocałować. Rozpaczliwie prag-
nęła, by jego usta dotknęły jej warg.
– Pragniesz mojej duszy – szepnęła.
– Czy to coś złego?
Nie znała odpowiedzi.
– Podobno seks bierze początek w mózgu – rzekła.
Leo uśmiechnął się. Nie był to uśmiech serdeczny
ani szczery, ani smutny. Nie było tez˙ w nim radości.
– To prawda – powiedział. – Mózg to główny
organ seksu. Stamtąd płynie uczucie rozkoszy.
Zaczerwieniła się. Serce jej waliło. W ustach czuła
suchość.
Oddychała z trudem. Emocje, jakie przez˙ywała, nie
były ani przyjemne, ani zabawne.
,,Ogień i lód’’ – myślała.
– Chcesz wina? – zapytał Leo jakby od niechcenia,
lecz tonem wyraźnie zmysłowym, pochylając się, by
napełnić jej kieliszek.
Jego zmysłowość wabiła ją, kusiła.
,,Jestem spragniona – myślała – od lat’’.
Spragniona tego, czego nie znała, czego nie do-
znała, równiez˙ mądrości i wiedzy o sobie.
Uniosła kieliszek, postawiła go z powrotem.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Za duz˙o adrenaliny.
,,Wyglądała pięknie na estradzie – myślał – ku-
sząco jak wszyscy diabli, ale to było nic w porównaniu
31
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
ze sposobem, w jaki mówi, jak wypowiada słowa,
głosem z lekka ochrypłym, jakim się śpiewa bluesa’’.
– Czym się teraz przejmujesz?
– Tobą.
Spojrzał jej w oczy, które rozbłysły dziwnym blas-
kiem.
– Ja...
– Właśnie ty.
,,Jest zdenerwowana’’ – pomyślał.
– Ty jesteś zupełnie inny niz˙ męz˙czyźni, których
znam – stwierdziła i koniuszkiem języka dotknęła
górnej wargi.
Leo zacisnął usta. Starał się zapanować nad włas-
nym ciałem, co nie bardzo mu się udawało.
– Jacy to są męz˙czyźni?
– Czarujący. Bez problemów. Nieszkodliwi.
– A ja jestem szkodliwy?
– Jesteś okropny.
Dotknął delikatnie jej policzka.
Uniosła głowę. Oczy miała szeroko otwarte, czaiła
się w nich nieufność.
– Wolę, jak się śmiejesz – orzekł. – Powinnaś
częściej się śmiać.
Joelle zarumieniła się, odwróciła wzrok. Tymcza-
sem kelnerka przyniosła potrawę i oddaliła się.
Biel obrusa, kryształy i porcelana zdawały się od-
bijać blask świecy. Światło księz˙yca potęgowało nie-
zwykłość tych godzin.
Joelle z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni słu-
chała opowieści Lea o zagranicznych podróz˙ach,
o tym, z˙e właściwie mieszka wszędzie – w Londynie,
32
JANE PORTER
Santiago, w Chile, w Zurychu. Uwaz˙a się za obywatela
świata.
Polubiła brzmienie jego głosu, uśmiechała się, słu-
chając go i obserwując jego twarz.
Przyszło jej na myśl, z˙e tak właśnie wyobraz˙ała
sobie z˙ycie w Ameryce – bogactwo i róz˙norodność...
Nie ma łatwych określeń. Jedynie słusznych opinii.
Z
˙
ycie. Ludzie. Zapał. Nieustanne dąz˙enie do celu.
– Ty tez˙, jak wspomniałaś, podróz˙owałaś – powie-
dział. – Gdzie czujesz się najlepiej?
– Tu – odparła.
Przez prawie rok cieszyła się pobytem tutaj. Tu,
w Nowym Orleanie, była jedną z wielu – anonimem
ginącym w tłumie przechodniów.
Lubiła późnym wieczorem spacerować w Dzielnicy
Francuskiej z gitarą przewieszoną przez ramię, a po-
tem wracać do małego mieszkanka, jakie dzieliła
z Lacy, Amerykanką z Georgii. Lubiła wcześnie wstać
i napić się kawy w małej knajpce, zanim napłynie tam
fala turystów.
Nie sposób opisać tego wszystkiego. Karnawału.
Upału, jaki w lecie ogarnia miasto, czerwonych cegieł
starych budynków. Balkonów z kutego z˙elaza wiszą-
cych nad wąskimi uliczkami.
Joelle zapatrzyła się w urzekającą czerwień wina
w kieliszku.
– Wszystko jest tu cudowne. I ja czuję się tu
cudownie.
– Zamierzasz się tu osiedlić?
– Nie.
– Dlaczego?
33
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Zmierzyli się spojrzeniem, a Joelle pomyślała, z˙e
nikt nigdy tak na nią nie patrzył, tak jej nie słuchał,
i zastanowiła się w duchu, czy jak wyjdzie za mąz˙, to
juz˙ nikt na nią tak nie spojrzy? Czy będzie kiedyś czuła
się tak jak teraz? Czy ów Luigi będzie chciał słuchać
tego, co ona mówi?
Przepędziła jednak myśli o Luigim. Patrzyła na
płomień świecy stojącej na ich stoliku i robiła wszyst-
ko, by powstrzymać łzy, które piekły ją pod powie-
kami.
– Nie mogę.
– Dlaczego nie moz˙esz? Jesteś przeciez˙ dorosła.
Moz˙esz robić, co chcesz.
– To nie takie proste.
Uniosła dłoń nad płomień świecy, poczuła dotyk
ognia.
– My wszyscy... musimy robić to, co trzeba.
– To znaczy, z˙e wracasz z powodu pracy?
– Tak. Czeka mnie inny jej rodzaj.
– Jaki?
Roześmiała się i nie było w tym śmiechu cienia
radości.
– Straszny, uwierz mi. Nie musisz wiedzieć wszyst-
kiego.
– Az˙ tak źle to wygląda?
Zamrugała powiekami, tamując łzy.
– Gorzej niz˙ źle.
Wpatrywał się w nią długo, przenikliwie, zmarsz-
czył czarne brwi, które utworzyły niemal jedną linię,
i sięgając po portfel, rzekł:
– Na nas pora.
34
JANE PORTER
Był zły. Co ona takiego powiedziała?
– Leo?
Nie spojrzał nawet; włoz˙ył portfel do kieszeni i ru-
szył w stronę schodów.
Joelle podąz˙yła za nim na miękkich nogach. Chcia-
ła wyczytać coś z wyrazu jego twarzy, ale było ciem-
no, widziała tylko jego profil i wyczuła wciąz˙ naras-
tający gniew.
Minęli jedną przecznicę, drugą i niebawem doszli
do Dzielnicy Francuskiej.
– Leo – zaczęła łamiącym się głosem.
– Słucham.
– Dokąd...? – Przełknęła ślinę, zbierając się na
odwagę. Zupełnie jakby nie spędzili razem tych trzech
godzin. – Dokąd my idziemy?
Zatrzymał się, zmierzył ją wzrokiem.
– A jak sądzisz?
Potrząsnęła głową. Z jego oczu nic nie mogła
wyczytać.
Zapadła długa cisza. Znajdowali się w ciemnej
bramie o łukowym sklepieniu – przed laty przejez˙-
dz˙ały tamtędy powozy zmierzające do Dzielnicy Fran-
cuskiej.
– Piliśmy drinki – rzekł wreszcie Leo matowym
głosem.
– Tak.
– Jedliśmy kolację.
Rozpiął płaszcz i przytulił ją do siebie.
– U Brennana – dodał.
Pochylił się, jedno ramię wsparł o bramę ponad jej
głową.
35
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Piliśmy kawę. Zjedliśmy deser. A teraz powiedz
mi, co będzie potem.
– Nie wiem.
– Wiesz.
Nie widziała w mroku jego twarzy, ale czuła pro-
mieniejący z˙ar.
Skłonił głowę, a ona wstrzymała oddech, pewna, z˙e
ją pocałuje. Pragnęła tego pocałunku.
Dotknął palcem jej policzka. Brak jej było powiet-
rza, ale nie śmiała odetchnąć.
Spojrzał na nią ponuro.
– Powiedz mi...
Otworzyła usta, odetchnęła i choć puls przestał
juz˙ jej szaleć, oczekiwanie, pragnienie, poz˙ądanie
nie słabło.
Opuszkiem palca dotknął jej ust.
Pragnęła go po stokroć. Ale wiedziała przeciez˙, z˙e
nic nie moz˙e się zdarzyć.
– Idziemy... – zaczęła. Zamknęła oczy i starała się
zebrać myśli. – Idziemy do twojego...
– Do mojego...?
– Hotelu.
Powiedziała to, co on chciał usłyszeć. Reszta była
pocałunkiem.
Czegoś takiego nie czuła nigdy. Ale to był dopiero
początek. Potem chciał więcej, domagał się więcej.
Przebierał dłonią pasma jej włosów, pieścił szyję,
ramiona, plecy... Poczuła jego dłoń na swojej piersi.
Wtedy coś do niego dotarło, błysk samokontroli. On
przeciez˙ rozbierał ją tutaj, chciał się z nią kochać na
ulicy, pod łukiem bramy.
36
JANE PORTER
Co on, do diabła, sobie wyobraz˙a? Jak moz˙e?
Nagle odsunął się od niej, starając się nadać myś-
lom inny bieg.
– Co się stało? – zapytała niepewnie.
Głos miała niski, niepasujący do jej niewinnych
oczu. Wyglądała tak młodo, tak dziewczęco, az˙ obu-
dził się w nim instynkt opiekuńczy.
Gdzie, do cholery, są jej ochroniarze? Gdzie jej
dziadek? Jej starsze siostry? Gdzie są ci, co powinni jej
strzec? Jak jej rodzina mogła pozwolić na to, by
mieszkała sama w Nowym Orleanie.
– Nic, bambina – odparł, nie odrywając dłoni od jej
policzka.
– Znasz chyba to powiedzenie, Leo, z˙e dziewczyny
lubią się bawić?
– Bawić? – powtórzył niskim głosem i raptem to
neutralne słowo nabrało seksualnego zabarwienia, sta-
ło się wręcz wyzwaniem.
Patrzył jej w oczy tak długo, z˙e az˙ się zlękła.
– Tak, lubię się bawić – powtórzyła.
A on na te słowa przywarł do jej ust.
Zrobiło jej się słabo, jakby za chwilę miała upaść.
Podniosła ręce i chcąc utrzymać równowagę, oparła
je o pierś Lea. Przemknęło jej przez myśl, z˙e dotyk
ręki, którą zanurzył w jej włosach, był dotykiem
władcy, posiadacza. Męz˙czyzny, który ze zdobyciem
kobiety nie zwykł mieć problemów.
Takiego męz˙czyznę chciała mieć, co nie znaczy, z˙e
tak być powinno. Mówiła sobie w duchu, z˙e przeciez˙
moz˙e mieć romans...
,,Jesteś zaręczona’’ – podszeptywało jej sumienie.
37
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
,,Nie wolno łamać słowa. Tylko jedna noc – myślała.
– Raz. Przysięgam’’.
Leo musiał wyczuć tę jej wewnętrzną walkę. Od-
sunął się, podniósł głowę. Zamrugała powiekami, usi-
łując zebrać rozproszone myśli.
,,Zrób coś. Powiedz coś dowcipnego’’. – Ale nic nie
przychodziło jej do głowy.
Leo przerwał ciszę.
– W co na przykład lubisz się bawić? – zapytał,
nawiązując do jej słów.
Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wyczuł to.
– Uspokój się – powiedział ciepło.
Chciała być kobietą doświadczoną, mieć romans,
ale na swoich warunkach.
– Hotel jest za rogiem – powiedział. – Ale jeśli
chcesz, odwiozę cię do domu taksówką.
Joelle czuła się nieswojo, lecz na pewno nie miała
zamiaru wracać do domu.
– Nie boję się – rzekła.
– Nie mówiłem, z˙e się boisz – powiedział.
– To dlaczego chcesz wezwać taksówkę?
38
JANE PORTER
ROZDZIAŁ CZWARTY
Zauwaz˙ył minę, jaką miała Joelle, gdy wchodziła
do jego apartamentu.
Zachowywała spokój, a nawet z pewną nonszalan-
cją rozglądała się po salonie. Odrzucał natrętną myśl,
z˙e moz˙e nierzadko bywa w takiej sytuacji. Chciał
wierzyć, z˙e nie zalicza się do rozrywkowych dziew-
cząt, ale pozostawało faktem, z˙e poznali się dopiero
tego wieczoru, i proszę, ona jest juz˙ z nim w hotelu,
w dodatku o drugiej w nocy.
Tak, zaprosił ją tu na taki mały test. Moz˙e to
i nieładnie z jego strony, ale taką czuł potrzebę.
Musiał wiedzieć, jaka Joelle jest. Ślub za trzy
tygodnie. Jak ona moz˙e tak postępować trzy tygo-
dnie przed ślubem? Czy wierność i lojalność nic dla
niej nie znaczą? Skoro wchodzi mu do łóz˙ka, to
z iloma dotąd sypiała męz˙czyznami? A jeśli nie
dochowuje czystości przed ślubem, to co będzie
potem?
Poczuł nieprzyjemny smak w ustach. Znał kobiety,
królewskie narzeczone, które podobnie jak Joelle nie
potrafią dochować czystości.
Znał kobiety, sławne ze swojej piękności – mo-
delki albo damy z towarzystwa – które potrzebują
tyle emocjonalnych doznań, z˙e jeden męz˙czyzna im
nie wystarcza. Wiedział, jak takie kobiety potrafią
zranić.
– Z
˙
yczysz sobie drinka? – zapytał, zdejmując ma-
rynarkę. – Szampan, wino, koktajl?
– Nie, dziękuję.
Wychwycił w jej głosie jakieś napięcie i dodało mu
to otuchy. Uczucie ulgi. Moz˙e zakończy ten spektakl?
Joelle obróciła się ku niemu i zorientował się, z˙e
wciąz˙ ogląda z uwagą jego apartament – przyglądała
się meblom, obrazom oraz zasłonom z drogiego jed-
wabiu.
– Masz piękny widok na Missisipi – powiedziała,
stając w oknie. – Kocham tę rzekę.
Patrzył ponad jej głową na białe światła parostat-
ku. Za dnia stare parowce z wiktoriańskimi ozdoba-
mi na kadłubach wyglądały jak podawane na wese-
lach torty.
Weselny tort. Wykrzywił usta. Nie będzie wesel-
nego tortu. Nie będzie wesela.
– W tej rzece jest jakaś siła – powiedziała. – Nie
wyobraz˙am sobie z˙ycia bez widoku na rzekę.
Spojrzała na niego i zapytała:
– Tam, gdzie wzrastałeś, nie było rzeki, prawda?
Chwilę się wahał, pochłonięty innymi myślami.
– Była Tamiza w Londynie, jeziora w Szwajcarii
– odparł.
Nie chciał rozmawiać o swoim świecie. Skoro ona
nie będzie dzielić z nim czasu, jaki nastanie, to nie
musi wiedzieć o tym, jaki minął.
Podszedł do barku i wyjął z lodówki butelkę wody
mineralnej. Miał nadzieję, z˙e parę łyków złagodzi
40
JANE PORTER
gorycz, jaką odczuwał. Wypił jeden łyk, drugi – z˙adnej
ulgi. Woda nie ugasiła równiez˙ jego poz˙ądania.
I to było najgorsze.
Nie powinien jej poz˙ądać. Nie była taką kobietą,
jaką chciał mieć za z˙onę.
Jak mógł przypuszczać, z˙e spotka go taki zawód.
Przez˙ył swoje i poprzysiągł sobie, z˙e nie da się juz˙
zwieść z˙adnej kobiecie. No i proszę, oto ma przed sobą
obłudną Joelle i nie jest w stanie się jej oprzeć.
Sądził, z˙e pojmie za z˙onę niewinną księz˙niczkę
Ducasse, pamiętał rozmowę z królem Remi, dziad-
kiem Joelle, pamiętał kaz˙de słowo.
Wypił łyk wody, jeszcze jeden i trzasnął butelką
o blat stołu.
Joelle podskoczyła i spojrzała ze zdziwieniem.
– Moz˙na powiedzieć, z˙e zachowujesz się nerwowo
– powiedziała.
– Myślę – oznajmił.
Zbliz˙ył się do niej zły, sfrustrowany, a zarazem
poz˙ądający jej, co razem wzięte stanowiło wybuchową
mieszankę.
Dostrzegł błysk niepokoju w tych jej niebiesko-
zielonych oczach.
,,Zlękła się’’ – pomyślał.
Nie chciał jej przestraszyć, ale wolałby, z˙eby była
rozsądniejsza.
Patrzył na pobladłą twarz Joelle, delikatny zarys jej
podbródka. Nie rozumiał jej, ale jedno nie ulegało
kwestii – nie moz˙e oz˙enić się z kobietą lekkomyślną
i niedojrzałą. Młodość mógłby tolerować, ale naiwno-
ści – nie!
41
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Połoz˙ył dłonie na jej ramionach i udręczony we-
wnętrznym konfliktem zastanawiał się, co robić: rzu-
cić ją w ogóle czy tez˙ na swoje łóz˙ko.
Chciał ją mieć, dotykać jej ciała, ale zdawał sobie
sprawę, z˙e nie ma mowy o przyszłości z nią. Potrzebna
mu była z˙ona, której mógłby zaufać.
A do niej nigdy nie będzie miał zaufania. Zły był na
siebie i miał za złe ludziom, którzy wrobili go w te
zaręczyny.
Rankiem zadzwoni do jej dziadka. I do swego ojca,
i do innych pałacowych oficjeli. Mogą przekazać pra-
sie tę wiadomość. Nie obchodziła go reakcja ludzi.
Chciał mieć tę sprawę z głowy, i to jak najszybciej.
,,Niby wszystko dobrze, a w gruncie rzeczy źle’’
– myślała Joelle, czując dłonie Lea na swoich ramio-
nach.
To, z˙e ciągnęło ich ku sobie, było oczywiste. Dzia-
łał na nią i wiedziała, z˙e on jej równiez˙ pragnie, czytała
to w jego oczach, ale wydarzyło się coś, co...
– Muszą to być jakieś powaz˙ne myśli – szepnęła.
– Owszem – odparł.
Jego spojrzenie obudziło większy niepokój niz˙ to
jedno słowo. Poczuła się źle, brakło jej tchu, serce
waliło jak młotem.
– Jak daleko mogę się posunąć, Josie? – zapytał,
usuwając dłonie z jej ramion.
W tej sekundzie Joelle poczuła przeszywający ją
dreszcz. Milczała.
– Odpowiedz mi – domagał się.
– Najpierw ty coś powiedz – poprosiła.
– Słucham?
42
JANE PORTER
Głos jego brzmiał ostro, nieprzyjemnie, zmarszczył
brwi. Wyglądał jeszcze bardziej interesująco, zagad-
kowo, ale groźnie.
– Powiedziałeś wcześniej, z˙e poz˙ądasz mnie nie
tylko fizycznie, ale i... duchowo.
Patrzył na nią w milczeniu, czekał.
– Zastanawiałam się, wybacz szczerość... ale jes-
tem ciekawa, co ci się we mnie spodobało. Co takiego
zainteresowało cię we mnie?
Milczał, a skoro cisza się przedłuz˙ała, Joelle domy-
ślała się odpowiedzi. Pragnął jej ciała, ale jej duszy nie
potrzebował.
– Masz piękne ciało – rzekł, unosząc dłonią jej
podbródek – ale poza ciałem masz talent. Nie zapomi-
naj, z˙e słuchałem cię dziś wieczór. Grasz na gitarze
i chyba tez˙ na innych instrumentach.
– Na fortepianie, na skrzypcach – dopowiedziała.
– Jesteś wykształcona, znasz pewnie języki. No
właśnie – rzekł. – I choć ubierasz się jak aktoreczka
z Las Vegas, masz świetne maniery.
– A męz˙czyźni lubią świetne maniery? – zapytała.
– Niektórzy – powiedział z uśmiechem i podjął
trochę inny temat: – Chyba zdajesz sobie sprawę, z˙e to,
co dzieje się między nami, nie jest miłością. To seks
nami kieruje.
Seks. Seks z tym męz˙czyzną. Seks, bo chciała
dowiedzieć się czegoś więcej, chciała poznać własne
odczucia. Seks z jej wyboru, chyba jako ostatnia rzecz
przez nią wybrana.
– Jeśli spodziewasz się jeszcze czegoś więcej – za-
czął – to ja...
43
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Rozumiem – przerwała mu.
– Nie zatrzymuję cię – powiedział.
– To tez˙ rozumiem.
Miała przeczucie, z˙e chciał się jej pozbyć, ale ona
nie chciała zrozumieć rzeczy tak oczywistej. Pragnął
jej, ale jej nie chciał. Podobała mu się, ale miał to sobie
za złe.
,,Przykre’’ – orzekła w duchu.
Przez chwilę jakby walczyła ze sobą, po czym
zrobiła to, co chciała zrobić. Połoz˙yła dłonie na jego
piersi, jakby chcąc poznać go naprawdę, poznać siebie,
z˙ycie i seks. Tylko cienki materiał dzielił ją od jego
ciała. Zastanawiała się przy tym, czy tak właśnie czuć
się powinna: oszołomiona, przytłoczona, z rozdartą
duszą.
Dotknięcie jego ciała obudziło w niej czułość i bu-
rzę emocji.
Objął ją, przytulił do siebie.
– Zimno ci? – zapytał.
– Nie. – Poczuła jego podniecenie. – To adrenalina.
– Adrenalina?
– To ciągłe napięcie mnie zabija. – Zlękła się, z˙e
powiedziała coś nie tak, i dodała: – No, ten niepokój,
emocje. Jestem... – przerwała, bo nie chciała powie-
dzieć, z˙e w tych sprawach brak jej doświadczenia, bo
wiedziała, z˙e męz˙czyzn zraz˙a niewinność kobiet.
A ona nie chciała, by Leo się do niej zraził. Jeśli ma
przez˙yć z nim tę jedną noc, to ta noc musi być
wspaniała. – Niewaz˙ne zresztą – dokończyła.
Przybliz˙ył twarz do jej twarzy, czuł ciepło jej skóry,
urywany oddech, i dotknął ustami jej ust. Była to
44
JANE PORTER
delikatna pieszczota, lecz emanowała jakąś siłą, i Jo-
elle poczuła lęk jak przed zagroz˙eniem. Instynktownie
odchyliła głowę.
Przesunął dłoń niz˙ej, dotknął szyi. Pod jego dłonią
drz˙ał kaz˙dy cal jej ciała.
– Serce ci się rozszalało – powiedział, a ona wtuliła
twarz w jego koszulę, upajając się zapachem ciała i siłą
mięśni.
– To przez ciebie – oznajmiła.
Spojrzał jej w oczy i rzekł:
– Na pewno mówisz tak kaz˙demu męz˙czyźnie.
– Nie. – Starała się uśmiechnąć, ale jej nie wyszło.
Wyciągnęła rękę i dotknęła jego twarzy. Drgnął, ale
się nie cofnął.
– Masz piękną twarz – szepnęła.
– Zwyczajną – mruknął.
– Nic w tobie nie ma zwyczajnego.
Gdy znów spotkały się ich spojrzenia, spotkały się
i usta.
,,Kusi mnie’’ – myślała, zamknąwszy oczy.
Cudowny, zaborczy pocałunek, któremu nie sposób
się oprzeć, niczym aromat czerwonego wina pobudzał
zmysły i działał na wyobraźnię.
Jego pocałunek nie był juz˙ kuszeniem – jego usta
z˙ądały teraz, domagały się, brały, a dłoń ześliznęła
się z szyi i ramienia Joelle i ujęła jej pierś. Joelle
zadrz˙ała.
Zmusił ją, by pragnęła go coraz bardziej.
,,Tak powinno być – myślała – tak powinien wy-
glądać ten pierwszy raz. Potęga. Zmysły. Seks. Jego
dłoń błądząca po moim ciele’’.
45
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Westchnęła głęboko, starała się zebrać myśli, otrzeź-
wieć, ale dłonie Lea były tak wspaniałe...
Nagle ujął jej ramiona i posadził ją na brzegu łóz˙ka.
Stał wysoki, milczący i oboje czuli przenikającą
ich ciała iskrę. Jego policzki barwił ciemny rumie-
niec, a w oczach płonęła namiętność. Usta miał za-
ciśnięte, tors unosił mu się w przyspieszonym od-
dechu.
– Zdejmij bluzkę – powiedział zmienionym gło-
sem, a ciepły oddech łaskotał jej skórę.
To polecenie nie pozostawiało z˙adnych wątpliwo-
ści. Joelle zadrz˙ała i wtuliła się w narzutę łóz˙ka.
– No, czekam – rzekł.
,,Sama tego chciałam – przypomniała sobie – chcia-
łam poznać z˙ycie’’.
Chciała wiedzieć, jak to jest.
Z bijącym sercem sięgnęła do zapięcia na karku.
Czuła na sobie jego wzrok. Ręce jej drz˙ały, gdy
rozpinała guziki bluzki.
Sekundy wlokły się w nieskończoność. Czas stanął
chyba w miejscu. A ona czuła ponaglający wzrok Lea.
Wilgotnymi z przejęcia dłońmi uporała się wresz-
cie z guzikami, zdjęła bluzkę i połoz˙yła ją obok.
A Leo milczał. Stał bez ruchu.
Joelle zaczerwieniła się, czuła się głupio w dz˙in-
sach i biustonoszu. Po chwili została tylko w białych
jedwabnych majteczkach i biustonoszu. Prawie naga.
Spojrzała na Lea, lecz nie dostrzegła w jego
oczach nic, co by dodało otuchy. Łzy podeszły jej do
oczu. Co ona tu w ogóle robi? Dlaczego robi to, co
robi?
46
JANE PORTER
Wiedziała dlaczego. Oddawała swoje dziewictwo
temu męz˙czyźnie, bo nie chciała go oddać Luigiemu
Borgarde, księciu Mediolanu, księciu Wenecji i in-
nych jeszcze włości.
,,Nie wychodzę za mąz˙ z miłości – myślała, łykając
łzy. – Nigdy go nawet nie widziałam. A on nie uwaz˙ał
za konieczne poznania narzeczonej przed ogłoszeniem
zaręczyn. Przysłał tylko do pałacu urzędnika, by obej-
rzał mnie od stóp do głów i podał mi do podpisu
odpowiedni dokument’’.
Jest kontraktową narzeczoną. Księz˙niczką z han-
dlowej umowy.
Połknęła piekące łzy, które zgromadziły się w kąci-
kach oczu, i uświadomiła sobie, z˙e zawsze oddala
wszelkie myśli o Luigim. Teraz wie dlaczego. Bo jest
na niego wściekła, gdyz˙ on wyobraz˙a sobie, z˙e moz˙e
tak łatwo wkroczyć w jej świat.
Jak ten męz˙czyzna mógł wysłać kogoś, kto w je-
go imieniu poprosił ją o rękę? Jak moz˙e prawdziwy
męz˙czyzna traktować kobietę jak towar?
– To dobry człowiek – powiedział dziadek. – I właś-
nie taki potrzebny jest zarówno tobie, jak i krajowi.
Dziadek moz˙e i wie, co potrzebne jest krajowi, nie
wie natomiast, co jej jest potrzebne. Wszyscy w rodzi-
nie twierdzili, z˙e obowiązek jest rzeczą najwaz˙niejszą
na świecie. Tylko z˙e dla niej liczył się najmniej.
Z całego serca kochała muzykę. Gdy śpiewała lub
grała na gitarze, nie była nieszczęśliwą księz˙niczką.
Była szczęśliwa, silna i piękna.
Tymczasem poślubi jakiegoś obcego człowieka tyl-
ko dlatego, z˙e jest bogaty. Ten jej ksiąz˙ę chce mieć
47
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
dzieci, ona zresztą tez˙. Ale przede wszystkim on chce
jej królestwa, a ona jako kobieta nie moz˙e sama
rządzić krajem.
– Jeśli zmieniłaś zdanie... – wyrwał ją z rozmyślań
o tym, co ją czeka juz˙ jutro, po powrocie do Europy.
Joelle dwukrotnie i zdecydowanie potrząsnęła
głową. Tak wiele wyborów za nią dokonywano, tyle
w jej imieniu podejmowano decyzji. A ona chce
mieć tę jedną noc. Chce kochać się z Leem, bo
chce seksu. Chce zaznać czegoś wyjątkowego. Jest
to jej potrzebne.
– Nie, nie zmieniłam – odparła, a jednak głos jej się
załamał.
Puls miała znacznie przyspieszony. Odpięła bius-
tonosz i zsunęła go z ramion. Ręce jej drz˙ały, lecz
z buntowniczą miną uniosła głowę i spojrzała prosto
w oczy Lea.
,,Chcę tego – mówiła w duchu – chcę się z tobą
kochać, bo jest to jedyna rzecz, o jakiej sama decyduję’’.
Leo, któremu oczy przesłoniła mgła, usiadł na
łóz˙ku, Joelle wstrzymała oddech, gdy objął kolanami
jej nogi i czuła płynące od niego ciepło.
To było właśnie coś prawdziwego w jej z˙yciu.
Nagle zwątpiła, czy podoła zadaniu. Co ona w grun-
cie rzeczy wie o seksie? Co wie o męskim ciele?
Zamknęła oczy i dłonie wsparła o jego uda, wtedy on
mocniej zacisnął ręce na jej ramionach.
Pocałował ją w ramię. Brodawki stwardniały jej az˙
do bólu. Ale jemu wcale nie było spieszno.
Oddech Lea parzył jej szyję, budząc coraz większe
podniecenie. Chłonęła zapach jego ciała.
48
JANE PORTER
Uświadomiła sobie nagość ich obojga, ale nie wie-
działa, co robić dalej. Zrobiło jej się trochę głupio,
przeszył ją dreszcz, potrząsnęła głową.
– Spokojnie, nic się jeszcze nie wydarzyło.
– Dlatego się nie wydarzyło, z˙e cię nie podniecam?
– Bardzo mnie podniecasz – bąknął ni to z uśmie-
chem, ni z przyganą.
49
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
ROZDZIAŁ PIĄTY
Całował ją powoli, jakby chciał wyciszyć tym
pocałunkiem rozszalały puls Joelle, jakby chciał zmu-
sić ją do myślenia o sobie.
A ona pragnęła zmierzyć moc jego poz˙ądania.
Pieścił i całował jej piersi, biodra, całe ciało. Wie-
dział, gdzie są jej najczulsze miejsca i kaz˙dy jego
dotyk sprawiał jej rozkosz. Objęła go ramionami.
Upajała się tym, z˙e czuje kaz˙dy jego mięsień. Nie
wyobraz˙ała sobie, z˙e moz˙na doznawać takich uczuć,
z˙e wszystko, co było dla niej waz˙ne, przestaje mieć
znaczenie. Liczy się tylko to, co jest teraz, co czują
oboje. Pomyślała przez chwilę, z˙e oto dokona się
niebawem wielka rzecz. I najwaz˙niejsze: z jej wyboru.
– Uciekasz ode mnie – powiedział.
– Nie, jestem przy tobie.
– Myślami jesteś nieobecna.
– Nie, myślami jestem przy tobie.
Uniósł brwi. Nie wierzył jej.
– Nie masz do mnie zaufania? – zapytała.
– Jestem z natury nieufny.
– Dobrze się składa, bo ja tez˙.
Pocałowała go powoli i czuła, z˙e w miarę trwania
pocałunku jego namiętność rośnie. Przywarł do niej
biodrami, i ona wiedział juz˙, jak bardzo jej pragnie.
,,Moz˙e – myślała – powinnam mu coś powiedzieć,
to na przykład, z˙e nie mam doświadczenia, z˙e jeszcze
nigdy...’’.
– Nie martw się – powiedział, całując ją czule.
– Twoje ciało musi się przyzwyczaić.
Mówił tonem pełnym ciepła i była mu za to wdzięcz-
na, tym bardziej z˙e wciąz˙ ją namiętnie całował,
a w głowie jej wirowało, puls galopował i serce waliło
jak młotem.
Poczuła nagle, z˙e coś się w niej zmieniło – zamiast
bólu ogarnęło ją dziwne uczucie wielkiej radości, pełni
szczęścia. To było doznanie, jakiego nie potrafiła
określić i do niczego przyrównać. Leo dawał jej roz-
kosz, dotykając jej, pieszcząc, choć to był tylko seks.
To, co czuła, miało stokrotnie większy wymiar.
Było jej gorąco, serce biło coraz szybciej, chwyciła
go za ramiona...
– Nie mogę... – nie dokończyła.
– Moz˙esz – szepnął, a ona nie wiedziała, co ro-
bić. – Moz˙esz – powtórzył.
I wtedy buchnął płomień i całą ją ogarnął, i świat
przestał istnieć...
Czuła, jak odgarnia dłonią jej włosy, czuła jego usta
na swoich, słyszała, jak jęknął i wykrzyknął jej imię,
gdy stało się z nim to, co z nią.
I nie opuścił jej, tylko odchylił głowę, bo czuła na
sobie jego wzrok.
– Co z tobą? – zapytała, bo coś w nim wydało jej
się dziwne.
– Nic. Patrzę na ciebie.
– Dlaczego?
51
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Bo jesteś piękna.
Uśmiechnęła się, a on pocałował ją szybko, wstał
i poszedł do łazienki. A gdy wracając, stanął w progu,
Joelle poczuła się zaz˙enowana: był nagi. Lecz owo
zaz˙enowanie, jak się pojawiło, tak znikło, gdy wsunął
się pod kołdrę i objął ją tak jak poprzednio.
– Było cudownie – mruknęła.
– Naprawdę?
Uśmiechnęła się oszołomiona szczęściem. Milczała,
zabrakło jej słów. Gdyby nawet chciała mu to wytłuma-
czyć, podzielić się wraz˙eniami, nie wiedziałaby właści-
wie, co się stało, z˙e było dla nich... dla niej takie waz˙ne.
Z cięz˙kim westchnieniem obróciła się – lez˙ała teraz
na wznak, patrząc w sufit. Serce wciąz˙ jej mocno biło.
– Wiem, z˙e się powtarzam, ale chciałabym tu jesz-
cze zostać. Nie jestem gotowa na powrót do domu.
Tyle rzeczy chciałabym jeszcze zrobić. Uwielbiam
być turystką.
– Czy dlatego, z˙e uwielbiasz być turystką, nie
chcesz wracać?
– Nie chcę wracać, bo nie. A chcę tu zostać dlate-
go, z˙e kocham Nowy Orlean. – Spojrzała na niego.
– Bez sensu gadam, tak?
– W pewnym sensie bez sensu.
Roześmiała się z gry słów.
Dotyk jego dłoni sprawił, z˙e zalała ją fala gorąca
i zapragnęła znowu... doznać tej rozkoszy. Ale nie
moz˙e przeciez˙ z˙ądać więcej, prosić o jeszcze...
– Spójrz na mnie.
Wyrzekł te słowa rozkazującym, stanowczym to-
nem, nie pozostało więc jej nic innego, jak wykonać
52
JANE PORTER
polecenie. Popatrzyła mu w oczy błyszczące jak świat-
ło księz˙yca, i serce w niej zamarło.
,,Jak ona mogła? – myślała. – Dlaczego oddała mu
nie tylko swoje ciało, ale i duszę’’.
Głupia Jo.
– Nie patrz tak na mnie – powiedziała, odsuwając się
od niego, wspierając się na łokciu. – Tyle mi dałeś, ale...
Czas z nim spędzony był jak piękny sen, ale ona
musi wstać i odejść. Nie oglądać się wstecz.
– To zaledwie początek, bella.
,,Z
˙
aden początek – myślała, próbując ukryć łzy.
– To koniec. Koniec tego, co było między nimi’’.
– A jaka ja byłam? Dobra? Zła? Średnia? – zapyta-
ła, zastanawiając się, czy on się zorientował, z˙e jest
zielona w tych sprawach.
– Pytasz o ocenę całej akcji?
Chciała się roześmiać, ale nie mogła.
,,Niecodziennie traci się cnotę’’ – pomyślała.
– Tak.
– Byłaś dobra. Bardzo dobra.
Zalez˙ało jej na tej opinii. Moz˙e dlatego, z˙e odnosiła
wraz˙enie, z˙e on doznał zaledwie połowę rozkoszy,
jaką ona odczuwała.
– Czy na pewno głupio się nie zachowałam?
Zmarszczył brwi.
– Nie przejmuj się takimi sprawami.
– Kobiety przejmują się takimi sprawami.
– Ale ty byłaś fantastyczna.
– No dobrze – rzekła, starając się uśmiechem po-
konać niepokój. Dziwne to wszystko, myślała, słod-
ko-gorzkie.
53
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Jej pierwszy raz z Leem. Jej ostatni raz z Leem.
Przytuliła się do niego. Nie chciała odejść. Nikt
nigdy nie był jej tak bliski. Ale musi pójść. Ubrać się
i... do domu.
– Zostań na noc – powiedział.
– Męz˙czyźni tego nie lubią.
– Czego nie lubią?
– No wiesz, boją się angaz˙ować.
– Sporo wiesz o z˙yciu, bambina. – Roześmiał się.
– Mam starsze siostry.
– Mam jutro rano pilne telefony – rzekł raptem.
– Ale zostań. Zadzwonię z pokoju obok.
– Coś waz˙nego? – zapytała.
,,Bardzo – pomyślał. – Telefon do twojego dziadka,
do swego ojca. Nie będą to przyjemne rozmowy’’.
Cały dzień nie będzie przyjemny.
– To idź juz˙ spać.
Obudziła się o wpół do szóstej. Poszła szybko do
łazienki, ubrała się, starając się nie budzić Lea.
Poz˙egnanie z nim byłoby ponad jej siły.
Po nocy w jego ramionach czuła się cudownie.
Wiedziała, z˙e to przygoda i akceptowała to, ale jej
drugie ja buntowało się.
Jednorazowa przygoda i dobrze o tym wiedziała.
Dzięki niej stała się inną kobietą, wyzwoloną. W ciągu
tej nocy Joelle nie była księz˙niczką, która musi to, a nie
wolno jej tego.
Gdzieś zapodziały się jej majtki. Trudno. Prze-
czesała dłonią włosy i związała je w koński ogon.
Przed wyjściem usiadła przy małym biurku. Na
54
JANE PORTER
kartce z logo hotelu chciała skreślić parę słów do Lea,
ale po napisaniu jego imienia nie wiedziała, co dalej.
Siedziała ze wzrokiem utkwionym w kartce. Wes-
tchnęła. A czas naglił.
,,No, napisz coś’’ – poganiała się.
Jeszcze chwila wahania i zaczęła pisać.
,,Ma to chyba sens’’ – uznała w duchu.
Wróciła do sypialni i połoz˙yła kartkę na nocnej
szafce. Leo spał. Joelle chciała utrwalić sobie w pa-
mięci kaz˙dy szczegół jego twarzy.
Wiedziała, z˙e juz˙ nigdy go nie zobaczy. I wiedziała
takz˙e, z˙e to męz˙czyzna, którego się nie zapomina.
Gdy wyszła z hotelu, niebo było jeszcze ciemne,
z wyjątkiem szarego pasma na horyzoncie. Joelle
nabrała haust chłodnego, przesiąkniętego wilgocią po-
wietrza.
Myślała o tym, z˙e ta noc była bardzo waz˙na w jej
z˙yciu.
Portier wezwał taksówkę. Joelle skuliła się na tyl-
nym siedzeniu.
,,Nie myśl, przestań o nim myśleć’’ – nakazywała
sobie w duchu.
Patrząc przez okno, dostrzegła chwilę, gdy na
wschodzie słońce przedarło się przez chmury i rozjaś-
niło niebo szaroróz˙owym blaskiem. I znów dopadły ją
wspomnienia.
,,Daj sobie spokój, dziewczyno’’ – myślała.
Wprowadził ją w świat seksu, poznała rozkosz jego
dotyku, rozkosz gry miłosnej.
Nie wiedziała, z˙e ciało męz˙czyzny moz˙e być tak
gładkie. Nie wiedziała, z˙e w oku cyklonu moz˙e pano-
55
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
wać taki spokój. I nie przypuszczała, z˙e płomień
namiętności moz˙e dawać tyle ukojenia.
Ona, Joelle, czuła się wspaniale w tym ogniu zmys-
łów, czuła się jak dzika, silna, pierwotna kobieta.
Głodna. Spragniona. Domagająca się spełnienia.
Chciała, by dał jej wszystko. I chciała wszystko mu
dać. Zrozumiała równiez˙ pewną rzecz, z˙e ta jej wiedza
moz˙e okazać się stokroć gorsza niz˙ jej brak. Lecz było
coś, co napawało ją goryczą i budziło niepokój.
Wchodząc po schodkach do swego mieszkania,
Joelle myślała z z˙alem, z˙e nie pozostaje jej nic innego,
jak wziąć prysznic i rozpocząć jakz˙e smutny dzień.
Ciepła woda przyniosła pewną ulgę.
Nagłym ruchem wyłączyła prysznic. Stała przytu-
lona do mokrych kafelków, a strugi wody spływały
z jej włosów.
Gdzie tkwił błąd? W którym miejscu go popełniła?
Dlaczego poza uczuciem szczęścia odczuwa ból? Dla-
czego ma poczucie... klęski?
Nie przyszło jej do głowy, z˙e się po prostu zakocha-
ła. Myślała: dobry seks, zły seks, w końcu nabyła
doświadczenia, lecz to, co działo się w jej sercu, miało
inny wymiar.
Trzasnęły drzwi. Wróciła Lacey, współmieszkanka
Joelle.
– Pospiesz się, Jossie – rzekła. – Spóźnisz się na
samolot.
– Juz˙ idę – odparła Joelle, chwytając ręcznik.
Od pierwszej chwili wiedział, z˙e Joelle odeszła.
Wiedział, zanim otworzył oczy.
56
JANE PORTER
Nie zamierzał uwieść Joelle. Zamierzał skończyć
z tym, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Jak
to się stało, do diabła, z˙e stracił nad sobą kontrolę?
Nigdy mu się to nie zdarzało.
Stracił kontrolę – w najbardziej niewłaściwym cza-
sie z najbardziej niewłaściwą kobietą.
Usiadł na łóz˙ku i dotknął stopą kawałka białego
jedwabiu. Uniósł go i zamarł. Ślad krwi na bieliźnie.
Niemoz˙liwe! Ona nie była dziewicą! To wykluczone!
,,A jeśli, to dlaczego chciała stracić cnotę trzy
tygodnie przed ślubem? To bezsens!’’ – myślał, ale coś
w głębi duszy zaczęło go nękać.
Nie ulega kwestii, z˙e Joelle to nie ta wspaniała
księz˙niczka, z którą dostojnicy Melio go swatali.
Uwiódł ją, ale przez cały czas sądził...
Był pewny. P otrząsnął głową, by przegnać złe myśli.
W trakcie tej nocy coś mu się wydało podejrzane
i przez ułamek sekundy pomyślał, ale tylko przez
ułamek sekundy...
Poczuł nieznośny cięz˙ar na sercu.
Zwlókł się z łóz˙ka i wzrok jego padł na kartkę
lez˙ącą na szafce nocnej. Kartka od Joelle. Rzucił
przekleństwem i zaczął czytać:
,,Leo, nie mogłabym marzyć o lepszym pierwszym
razie, o wspanialszym kochanku. Dzięki za wszystko.
Byłeś cudowny. Pozdrawiam. Jossie’’.
Przejął go chłód. To był list z wyrazami podzięko-
wania.
Niech to wszyscy diabli!
Chłód minął. Ogarnęła go wściekłość. Sięgnął po
słuchawkę, ale zaraz uświadomił sobie, z˙e nie zna jej
57
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
numeru. Klnąc, odłoz˙ył słuchawkę, usiadł na łóz˙ku
i jeszcze raz przeczytał kartkę: ,,Nie mogłabym ma-
rzyć o lepszym pierwszym razie’’.
Nie mogłaby marzyć!
Te słowa huczały mu w głowie i wyzwalały w nim
coraz większy gniew. Co ona najlepszego zrobiła?
Jak mogła do tego dopuścić trzy tygodnie przed
ślubem?
Wszystko to nie ma sensu. Jej postępowanie nie ma
sensu.
Sądził, z˙e wiedziała, co robi. Uwaz˙ał ją za kobietę
o swobodnych obyczajach. Była dobra w łóz˙ku i przy-
puszczał, z˙e to skutek doświadczenia w tych sprawach.
Więc co nią kierowało? Ciekawość?
Nie mógł się od tych pytań uwolnić. Dlaczego on
i dlaczego tej nocy? Dlaczego trzy tygodnie przed
ślubem? Czy chce się wykręcić od małz˙eństwa? A jeśli
nie, to dlaczego pozwala obcemu męz˙czyźnie – a ta-
kim przeciez˙ dla niej był – wziąć to, co nalez˙ało do
narzeczonego?
Wstał i poszedł do łazienki. Był zły. Wściekły.
Przez˙ył wspaniałą noc, a kobieta, z którą tę noc prze-
z˙ył, była cudowna.
Ale doświadczyć tej pełni od Joelle, narzeczonej,
kobiety, wobec której miał masę wątpliwości? Jak to
moz˙liwe?
Te pytania dręczyły go, gdy brał prysznic, gdy golił
się, mył zęby. Musi dowiedzieć się prawdy. Dość
kręcenia.
Wyszedł z hotelu. Jego czarny mercedes czekał
w cieniu palm.
58
JANE PORTER
– Do Dzielnicy Francuskiej – powiedział ponu-
rym tonem do swego kierowcy. Podał jeszcze adres
Joelle.
W parę minut byli na miejscu. Leo, nie czekając, az˙
kierowca otworzy przed nim drzwi, wysiadł z auta.
,,Zostawiła mi kartkę – myślał. – Z podziękowa-
niem’’.
Wróciły wspomnienia tej nocy. Joelle była lepsza,
niz˙ mógł przypuszczać. Wraz˙liwa na kaz˙dy jego gest.
Pełna oddania. Bardziej zmysłowa niz˙ jego kochanki,
i w dodatku była dziewicą!
Nie jakaś tam dziewica! Jego dziewica!
Lecz paradoks, jego księz˙niczka, jego dziewica,
oddała się obcemu męz˙czyźnie – myśl ta doprowadza-
ła go do szału.
Zadzwonił do drzwi.
,,Chciała zdobyć doświadczenie – myślał. – Chciała
mieć dobry pierwszy raz. Świetnie. Pokaz˙ę jej jesz-
cze, co potrafię! Nauczę ją takich rzeczy, o jakich nie
miała dotąd zielonego pojęcia!’’.
Nacisnął ponownie dzwonek.
Po paru chwilach drzwi się otworzyły i stanęła
w nich młoda dziewczyna z owiniętym wokół ciała
ręcznikiem.
– Pan do kogo? – zapytała, trzymając w dłoni
dzbanek z kawą.
Spojrzał w górę, na numer mieszkania.
– Do Jossie d’Ville.
– Jossie nie ma.
– A gdzie jest? – dopytywał się, nie kryjąc zniecierp-
liwienia.
59
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Dziewczyna o rudych włosach uśmiechnęła się
jakby przepraszająco.
– Wyjechała do domu. – Słowa te zawisły między
nim a dziewczyną. – Przed godziną pojechała na
lotnisko.
Minęły cztery godziny, zanim Joelle usadowiła się
na niewygodnym siedzeniu. Wracała do domu w takim
samym przedziale, w jakim przyleciała, zatłoczonym
do granic moz˙liwości.
Jak zawsze w lecie ludzie udawali się w róz˙nych
kierunkach, równiez˙ w tym, w którym leciała Joelle.
Dzieci popłakiwały, dorośli rozmawiali o swoich spra-
wach. Męz˙czyzna przed nią tak bardzo rozsunął fotel,
z˙e dotykał niemal jej kolan.
Wsparła głowę o poduszkę i zamknęła oczy.
,,Z
˙
egnaj, Leo Fortino – myślała, powstrzymując
łzy. – Witaj, Luigi Borgarde’’.
60
JANE PORTER
ROZDZIAŁ SZÓSTY
– Przyjechał, wasza wysokość – powiedziała, dy-
gając, młoda dziewczyna, otworzywszy drzwi sypial-
ni. – Proszono, bym powiedziała pani, z˙e ksiąz˙ę Bor-
garde wraz z pani dziadkiem czekają na dole.
– Dziękuję, zaraz schodzę – rzekła Joelle.
,,Dlaczego czekam az˙ do ostatniej chwili – zapyty-
wała się w duchu. – Dlaczego wcześniej nie powie-
działam o tym dziadkowi?’’.
Chciała mu to powiedzieć w obecności księcia
Borgarde. Chciała, by dziadek i ksiąz˙ę Luigi dowie-
dzieli się o tym jednocześnie, z˙eby nie było z˙adnych
nieporozumień.
Nie będzie z˙adnego ślubu.
Nie ma zamiaru wychodzić za księcia Luigiego.
Przećwiczyła jeszcze raz te zdania.
Dobrze brzmiały mówione głosem opanowanym,
bez emocji, więc wszystko powinno nieźle wypaść.
– Nie będzie z˙adnego ślubu, dziadku. Nie wyjdę za
pana, ksiąz˙ę Borgarde.
Przygotowała się nawet na ich reakcję, uzbroiła się
wewnętrznie przeciwko ich wybuchom gniewu. Mogą
się złościć, dziadek moz˙e ją nawet skarcić tym typo-
wym dla niego, ironicznym tonem, lecz teraz nie
wywrze to na niej z˙adnego wraz˙enia.
Nie była juz˙ dzieckiem. I nie zamierzała spędzić
z˙ycia na uszczęśliwianiu innych. Zrozumiała, dotarło
do niej raptem, z˙e nigdy nie zgodzi się na narzucone jej
małz˙eństwo, tym bardziej z˙e przyszły narzeczony nie
wyraz˙a nawet chęci zobaczenia jej.
– Nie ze mną te metody – szepnęła do siebie. – Nie
jestem tylko księz˙niczką, jestem tez˙ kobietą. I nie
poślubię męz˙czyzny, który nie chce mnie dla mnie
samej, tylko powodują nim inne względy. Marzę o ta-
kim męz˙czyźnie jak Leo. Pełnym seksu, silnym i na-
miętnym. Męz˙czyźnie, do którego tęsknię.
,,Teraz albo nigdy’’ – pomyślała, patrząc w lustro
– była w długiej białej sukni, miała złoty łańcuch na
szyi, a włosy juz˙ nie ciemne, tylko barwy miodu,
związane skromnie w węzeł na karku.
Taką dziadek chciał ją widzieć – skromną, uległą,
pełną słodyczy. Tylko ona nie chciała być ,,pełna
słodyczy’’.
Schodziła po schodach, usiłując nie myśleć, prze-
gnać z głowy smutek. Tego wieczoru dziadek urządzał
wielkie przyjęcie urodzinowe, zaprosił na nie wszyst-
kich bliskich sercu, łącznie z Luigim Borgarde.
Tego wieczoru miało nastąpić zapoznanie się i Jo-
elle uwaz˙ała, z˙e to doprawdy śmieszne: on czekał az˙
do tego wieczoru – dwa tygodnie przed terminem
ślubu – by zobaczyć swą narzeczoną.
Coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, z˙e za
niego nie wyjdzie.
Moz˙e gdyby nie ta noc z Leem.
Gdyby nie uczucie, jakie w niej wzbudził.
Pokochała go. Prawdziwie i szczerze, i od tej nocy
62
JANE PORTER
wszystko juz˙ stało się inne. Równiez˙ ona była nie ta
sama.
Wchodząc do sali królewskiej, najmniejszej z sal
balowych pałacu, o ścianach ozdobionych białą boaze-
rią, Joelle poszukała wzrokiem dziadka.
Stał sam. Był w czarnym smokingu, na który
rzucały blask bogato zdobione weneckie kandelabry.
Włosy zaczesane miał do tyłu, co podkreślało jego
urodę.
Miał osiemdziesiąt pięć lat i były to jego drugie
urodziny bez z˙ony.
Joelle ruszyła w jego stronę. Tłum rozstępował się
przed nią i wkrótce dostrzegła, z˙e pomyliła się, dzia-
dek nie był sam.
Zamarła. Nie mogła postąpić ani kroku dalej.
Dziadek stał na tle obrazu przedstawiającego Tyta-
na i spoglądał z uwagą na twarz swego gościa. Joelle
twarzy gościa nie widziała, tylko jego sylwetkę, i po-
czuła, z˙e krew uderza jej do głowy.
Wiedziała, kim jest ów gość.
Nogi jej wrosły w ziemię. Stała i patrzyła wytrzesz-
czonymi ze zdumienia oczami.
Przez cały tydzień starała się ze wszystkich sił
wyrzucić z pamięci Lea Fortino, no i proszę, oto stoi on
tu z jej dziadkiem!
Świat Joelle zachwiał się niczym kryształ w jednym
z tych bogato zdobionych z˙yrandoli i pomyślała, z˙e
chyba los sobie z niej zakpił.
Walczyła przez tydzień ze wspomnieniami i wie-
działa, z˙e po takiej nocy nie tylko nie moz˙e, ale i nie
powinna poślubić Luigiego. Nie powinna równiez˙
63
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
dlatego, z˙e uczucie, jakie z˙ywi do Lea, wyklucza
małz˙eństwo z innym męz˙czyzną.
Jedyny ratunek w tym, myślała, z˙e Leo zniknął z jej
z˙ycia raz na zawsze, a oto...
Oto stoi on obok dziadka.
Nie mogła pojąć, jak to się stało, jakim cudem
znalazł się w jej świecie, tutaj, w pałacu...
,,Moz˙e to jednak nie on – myślała. – Moz˙e tęsknota
do niego sprawia, z˙e mam halucynacje... Podobne do
Lea czarne włosy, podobne ruchy – ale przeciez˙ wśród
gości jest wielu Włochów, Francuzów, wielu bywa-
łych w świecie męz˙czyzn, nie musi być to on... Rusz
się – rozkazywała sobie w duchu – ludzie patrzą,
obserwują’’.
Zrobiła więc krok do przodu i poczuła, z˙e nogi się
pod nią uginają.
Dziadek spojrzał na nią i uśmiechnął się, gość
równiez˙ obrócił ku Joelle twarz, a ona miała wraz˙enie,
z˙e tonie.
Leo.
Tak, to był Leo, patrzył na nią i czekał na jej słowa,
ale ona nie mogła wydobyć z siebie głosu.
,,Co on tu robi? – myślała. – Dlaczego sprawia
wraz˙enie, z˙e jest na mnie zły?’’.
Otworzyła usta, lecz głos znów ją zawiódł.
A on wciąz˙ milczał.
Co za okropna sytuacja! On wiedział widocznie od
początku, kim Joelle jest.
Myślała o nim cały czas i nawet do głowy jej nie
przyszło, z˙e moz˙e spotkać go tutaj. Tego za wiele jak
na jej siły. Ledwo powstrzymała się od płaczu.
64
JANE PORTER
– Joelle, kochanie – rzekł ciepło dziadek.
Opanowała się szybko i nawet się uśmiechnęła.
– Wszystkiego dobrego z okazji urodzin, dziadku –
rzekła, unosząc się na palcach, by pocałować w policzek
starszego pana. Pachniał tradycyjną wodą po goleniu.
– Dziękuję ci, kochanie. – Objął ją i obrócił w stro-
nę gościa. – Pozwól, z˙e ci przedstawię...
,,Nie musisz go przedstawiać’’ – pomyślała, a serce
waliło jej jak młotem.
Wyglądał świetnie w smokingu, a biel koszuli ład-
nie kontrastowała z jego śniadą cerą. Spojrzała ukrad-
kiem na jego twarz, ale nic z niej nie mogła wyczytać.
Widziała ciemne włosy, mocno zarysowane kości po-
liczkowe, pełne usta...
Poczuła niemal ich dotyk na swoich... i ogarnęła ją
fala gorąca.
Dlatego nie moz˙e poślubić księcia Luigiego, dlate-
go nie moz˙e mu oddać serca... bo oddała je juz˙ komu
innemu.
Nie wolno jej teraz myśleć o Leo. Musi poroz-
mawiać z dziadkiem, potem z księciem Luigim, i do-
piero moz˙e wrócić myślami do Lea.
– Piękna jest, prawda? – zapytał dziadek, obejmu-
jąc wnuczkę.
– Prawda – potwierdził Leo, lecz jego głos za-
brzmiał ostro, surowo. Uniósł wzrok i ich spojrzenia
się spotkały.
Odwróciła oczy, westchnęła. Ale dlaczego on jest
taki dziwny? Przeciez˙ powiedział, z˙e to był tylko seks,
a ona przyznała mu rację. Nie z˙ądała od niego z˙adnych
obietnic. Nie stawiała wymagań.
65
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Zacisnęła mocno dłonie, pierścionek zaręczyno-
wy wpił się jej w palec. Dziadek przeciez˙ nie wie-
dział o tej jej nocy z Leem. Czy miał jakieś podej-
rzenia?
,,Nie – odpowiedziała sobie. – Gdyby wiedział, nie
uśmiechałby się tak. Był w tych sprawach równie
staroświecki jak jego woda po goleniu.
Pojawił się kelner ze srebrną tacą.
– Znakomicie – rzekł dziadek. – Szampan. – Jeden
kieliszek wręczył Joelle, drugi Leowi.
– Wznoszę toast na cześć mojej wnuczki – po-
wiedział. – Nie dostanę chyba lepszego prezentu na
urodziny. Cieszę się, z˙e jesteś znów w domu, ko-
chanie.
Robiła wszystko, z˙eby się uśmiechnąć, lecz nie
bardzo się to udało.
– Dziękuję, dziadku. – Stuknęła kieliszkiem w je-
go, omijając starannie kieliszek Lea, choć wyczuła siłę
jego wzroku.
Dlaczego czuła potrzebę zaznania namiętności? Co
się dzieje przy połączeniu ognia z lodem?
W niej był ogień. Teraz przemieniał się w lód.
To, z˙e doszło do tego spotkania, było okrutną ironią
losu.
Chciała jeszcze go zobaczyć, bardzo, ale nie tu, nie
podczas dziadka urodzin, nie w czasie, kiedy była
jeszcze zaręczona z kimś innym.
– Jesteś gotowa do ślubu? – zapytał dziadek z sze-
rokim uśmiechem.
– Dziadku – burknęła zaczerwieniona.
A on jakby jej nie słyszał, mówił dalej:
66
JANE PORTER
– To juz˙ za dwa tygodnie, ani się spostrzez˙esz.
– Proszę cię, dziadku...
Ledwo stała w butach na bardzo wysokich ob-
casach.
– Nie denerwuj się, dziecko. Ksiąz˙ę Borgarde w ni-
czym ci nie uchybi. Wie, z˙e jesteś młoda, niedoświad-
czona...
Chwyciła dziadka za ramię, przerywając mu. Ten
spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
– Co się dzieje? – zapytał.
Nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Król Remi poklepał ją po ramieniu.
– Wszystko będzie dobrze, kochanie. Kaz˙da narze-
czona przez˙ywa stres.
– Musimy porozmawiać, dziadku – rzekła szybko,
przytłumionym ze wzburzenia głosem. – Chciałabym
porozmawiać z tobą i z księciem Borgarde, ale skoro
nie ma go tu...
– Jak to nie ma go tu? – zapytał dziadek ze zdziwie-
niem. – Co ty opowiadasz, Joelle?
– Nie mogę wyjść za księcia Borgarde! – oznaj-
miła. – Moje uczucia...
– Uczucia? – Dziadek znowu jej przerwał. – Nie
rozumiem cię, Joelle. Oczywiście, z˙e nie moz˙esz mó-
wić o uczuciach, skoro dopiero go poznałaś.
– Mam na myśli księcia Luigiego – poprawiła
ostrym tonem.
Dziadek, zniecierpliwiony, stuknął laską o podłogę.
– Co to za Luigi? – zapytał.
Widząc, z˙e zwracają na siebie uwagę gości, Joelle
rzekła niemal szeptem:
67
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Ksiąz˙ę Borgarde. Luigi Borgarde.
– Nie Luigi, tylko Leo! – zagrzmiał wręcz dziadek
i tym razem oczy wszystkich zwróciły się ku nim.
– Co?!
– Nie ma Luigiego – powtórzył. – Nie wiem, skąd
takiego wzięłaś!
Zabrakło jej nagle oddechu.
– A ślub się odbędzie! – podkreślił dziadek głosem
nieznoszącym sprzeciwu.
Świat zawirował Joelle przed oczami. Co ten dzia-
dek opowiada? Chyba nie sądzi... chyba nie ma na
myśli... Przeciez˙ Leo to nie Luigi.
– Źle się poczułam – rzekła, ledwo trzymając się na
nogach.
Dziadek jej nie słuchał. Podniósł kieliszek i wzniósł
toast:
– Za przyszłość!
– Za przyszłość! – zawtórował mu Leo, unosząc
szampana.
Światło odbijające się od kryształów oślepiło Joelle
– czarne płatki zaczęły jej latać przed oczami.
Przyszłość...
Wszystko to nie miało z˙adnego sensu. Było jej
słabo. Jedyne, o czym marzyła, to usiąść gdzieś i dojść
ze sobą do ładu.
– Źle się czujesz? – dobiegł ją męski głos.
– Tak.
Dotyk dłoni Lea, tak jej znany, niemal ją sparzył.
Przed tygodniem dotykał ją, a teraz był tutaj, stał obok
dziadka, wznosił toast, który wprawiał Joelle w za-
kłopotanie.
68
JANE PORTER
To niemoz˙liwe. Niemoz˙liwe, z˙eby to był on. Nie-
moz˙liwe.
Uniosła powoli wzrok, wymienili spojrzenia i po-
myślała, z˙e popełniła wielki błąd...
Kieliszek wypadł jej z ręki. Szampan opryskał
spodnie Lea.
– Przepraszam – rzekła, bo z˙adne inne słowo nie
przychodziło jej na myśl. – Przepraszam za ten ba-
łagan.
– Zalez˙y, co rozumiesz przez to słowo – powie-
dział Leo i jakaś nuta w jego głosie kazała jej spojrzeć
w górę.
Uśmiechał się do niej, ale to nie był zwykły
uśmiech. Leo był zły. Wściekły.
W niej równiez˙ obudziła się furia.
– Wiedziałeś! – krzyknęła gniewnym głosem.
– Wiedziałeś o tym juz˙ w Nowym Orleanie!
– Wiedziałem.
Powiedział to tak spokojnie, z˙e zrobiło jej się
głupio.
Wiedział, a udawał, z˙e nie wie. Uwiódł ją, wiedząc,
z˙e zostanie jego z˙oną. Igrał z nią, jakby była kimś,
z kim nie trzeba się liczyć.
– Zaufałam ci – powiedziała łamiącym się głosem.
– Myślałam...
Leo uniósł brwi, marszcząc czoło.
– Co myślałaś?
Laska dziadka uderzała miarowo w marmurową
posadzkę.
– Co się dzieje? Co ty opowiadasz, Joelle? Mów
głośniej, dziecko.
69
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Przebacz nam, wasza wysokość – powiedział
Leo i choć mówił głośno, ton jego pełen był szacunku.
– Księz˙niczka Joelle wyraz˙ała z˙al, z˙e nie poznała mnie
w Nowym Orleanie.
– Z
˙
e nie poznała? – powtórzył król. – Co to wszyst-
ko znaczy?
– To, wasza wysokość, z˙e nie rozpoznała mnie.
– Leo obrzucił Joelle nieprzyjemnym spojrzeniem.
– Z
˙
e nie wiedziała, z˙e jestem jej księciem.
Joelle opuściła powieki, wciąz˙ latały jej przed ocza-
mi czarne płatki.
,,To szaleństwo, czyste szaleństwo’’ – myślała zde-
zorientowana.
A dziadek z coraz większym zdenerwowaniem
uderzał laską w posadzkę.
– Przeciez˙ cię znała! W ubiegłym tygodniu spot-
kaliście się w Ameryce. Mówiłeś, z˙e byliście w tym
samym czasie w Nowym Orleanie.
– Nie! To wcale nie tak!
– Nie pamiętasz Lea? – Król zwrócił ku Joelle
rozgniewaną twarz.
– Ja... – Zrobiła głęboki wdech, wydech. – Ja...
pamiętam.
– No to w czym problem?
– Nie ma problemu – oświadczyła, a gorące łzy
napłynęły jej do oczu.
– Obojgu jest nam chyba potrzebna chwila samot-
ności – powiedział Leo, uśmiechając się do niej tym
swoim dawnym uśmiechem.
,,Samotność z nim? – pomyślała oburzona. – Po
tym wszystkim, co zrobił? Nie! Nigdy!’’.
70
JANE PORTER
– Nie sądzę – rzekła sztywno, odsuwając się od
Lea. – To urodziny mojego dziadka i nie chcę go
zostawiać w takiej chwili.
– Nonsens! – Znów uderzenie laski o podłogę.
– Wyjdźcie na świez˙e powietrze, ale wróćcie, jak tylko
podadzą do stołu. Siedzicie obok mnie – dodał. – Ksią-
z˙ę Borgarde jest moim honorowym gościem.
Joelle wyciągnęła rękę w stronę dziadka, ale on
szybko się oddalił, zostawiając ją sam na sam z Leem.
Zapadła chwila nieprzyjemnej ciszy, takiej, która
dzwoni w uszach.
– Jesteś zdziwiona? – zapytał w końcu Leo przyci-
szonym głosem.
Serce Joelle biło głośno. Znała go i nie znała. Był jej
obcy, a zarazem nieobcy. Jak to moz˙liwe, z˙e tyle
wydarzyło się między nimi, a w gruncie rzeczy było to
prawie nic, nie miało z˙adnego znaczenia. Jedna noc,
przelotny romans.
Jednak dla niej nie był to romans. Ona z˙ywiła do
niego uczucie, a dla niego, jak widać, była to zabawa.
Usidlił ją, manipulował jej uczuciami... Seks z nią
potraktował jak rozrywkę.
Obróciła się ku niemu.
– Nienawidzę cię – wyjąkała, czując na sobie jego
wzrok.
– W łóz˙ku tez˙ mnie nienawidziłaś? Chyba nie.
Drań! Pałała gniewem, zła na własną bezradność.
,,Leo dopuścił się zdrady wobec mnie’’ – uznała.
Powstrzymując łzy, patrzyła na niego, zmuszała się,
by patrzeć na jego czarny surdut i białą muszkę, lecz po
sekundzie odwróciła wzrok. Było to zbyt bolesne.
71
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Cały czas wiedziałeś, kim jestem? – zapytała
szeptem.
– Tak.
– Okłamywałeś mnie.
– Nie okłamywałem.
Zacisnęła dłonie w pięści.
– Powiedziałeś, z˙e jesteś Leonardo Marciano For-
tino...
– Bo jestem.
– A co się stało z Luigim?
– Jak powiedział twój dziadek, taki nie istnieje.
– Ale ty...
– Mylisz się.
Oddech miała krótki, płytki.
– A tytuł księcia Borgarde?
Wzruszył ramionami.
– Nie domagałaś się tej wiedzy. Miałem ci ją na
siłę wtłaczać do głowy?
– Och, proszę cię...
– O co mnie prosisz, bella?
W tonie jego głosu wyczuwała znaną nutę poz˙ąda-
nia i gniew powoli topniał na wspomnienie tego, co
było.
– Czyz˙byś czegoś pragnęła? – zapytał.
Dręczył ją, znęcał się nad nią, podobnie jak w No-
wym Orleanie. Ona teraz juz˙ wiedziała, z˙e nie była to
przygoda na jedną noc, tylko na całe z˙ycie.
Oszukał ją. Naduz˙ył jej zaufania.
Oczy ją piekły, bolały.
– Nie wyjdę za ciebie – powiedziała.
– Nie bądź głupia.
72
JANE PORTER
– Głupia? Powiem ci, co było głupie. Ta historia
z nami. Ale koniec z tym. Z zaręczynami i ślubem.
– Ściągnęła z palca pierścionek zaręczynowy z brylan-
tem otoczonym rubinami. – Dość tego!
Połoz˙ył rękę na jej dłoni.
– Włóz˙ go z powrotem – rzekł.
Odtrąciła jego rękę.
– Zakpiłeś sobie ze mnie. Udawałeś... Wprowadzi-
łeś mnie w błąd.
– Daj spokój. – Objął ją i szeptał do ucha: – Błąd?
Z
˙
e było pięknie i dobrze nam ze sobą? Z
˙
e chciałaś
więcej?
– Ciszej! – powiedziała.
– To ty mówisz głośno, nie ja. Jak powiedział twój
dziadek, potrzeba nam trochę świez˙ego powietrza.
Chwycił ją za rękę i wyprowadził z zatłoczonej sali
balowej na taras. Noc była ciepła, powietrze pachniało
późnym latem.
Joelle odtrąciła ramię Lea. Nienawidziła go. Niena-
widziła siebie za to, z˙e zaczyna ją ogarniać jakieś
dziwne uczucie.
– Nie moz˙esz zmusić mnie do małz˙eństwa. – Nie
czując się pewnie na nogach, chwyciła się balustrady.
– Nawet układ małz˙eński wymaga obopólnej zgody.
– Tak jak uprawiany przez nas seks.
,,O, tego juz˙ za wiele’’ – pomyślała.
– To, co stało się tamtej nocy, nie ma z˙adnego
znaczenia – stwierdziła i uniosła dumnie głowę.
– Czyz˙by?
– To był... hm... czysty przypadek. Coś, co juz˙ nie
moz˙e się powtórzyć.
73
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Mylisz się, Joelle... Josie, jak wolisz. Bo to my
byliśmy w Nowym Orleanie. Jedliśmy kolację. Byliś-
my w moim apartamencie w hotelu. Spaliśmy w jed-
nym łóz˙ku.
– Nie. Ty byłeś kimś innym. Kimś, kto nie za-
graz˙a...
– Nie zagraz˙a? Ty mnie w ogóle nie znasz, bella.
Serce biło jej coraz szybciej, coraz gorzej się czuła.
– Nie gróź mi – powiedziała.
Niby się uśmiechnął, ale jego oczy rzucały złe
błyski.
–
Nie groz˙ę ci. – Wytrzymał jej spojrzenie.
– W z˙adnym razie.
Nie wiedziała, co przez˙ył przez ten tydzień, nie
wiedziała, ile go kosztowało zapanowanie nad sobą,
zmuszenie się do czekania. Pod wpływem chwili
chciał wsiąść do samolotu i zaz˙ądać od niej wyjaśnień.
Zdąz˙ył jednak poznać jej porywczy charakter i doszedł
do wniosku, z˙e i jej, i jemu potrzebny jest czas.
Dał jej tydzień, choć miał juz˙ dość czekania.
Chciał znać odpowiedź na sporo pytań. Josie zła-
mała podstawowe zasady, jakimi człowiek się kieruje,
i Leo chciał zrozumieć jej motywy.
– Przespałaś się ze mną – rzekł.
– Doprawdy?
– Nie bądź śmieszna.
– Robię, co mogę.
– Domagam się rzeczowej odpowiedzi. Dlaczego
zgodziłaś się spędzić ze mną noc?
Oczy Joelle w świetle księz˙yca rozbłysły zielenią
i błękitem.
74
JANE PORTER
– Bo chciałam.
– A ja chciałbym więcej.
– Kiepsko. Bo więcej nie dostaniesz.
– Właściwie to juz˙ dostałem więcej – mruknął.
– Dostałem coś, czego nie chciałaś mi dać.
Zaczerwieniła się. Zrozumiała, z˙e on jest górą.
– I to cię denerwuje, prawda? Sądziłaś, z˙e pozbyłaś
się dziewictwa, a tymczasem oddałaś je mnie.
– Popełniłam błąd.
Głos jej się załamał, co nie uszło jego uwagi.
– Dlaczego? Dlaczego ja? Przeciez˙ dotąd nie byłaś
z z˙adnym męz˙czyzną.
– Nie udawaj zaskoczonego – rzekła. – Widziałeś
mnie w klubie. Widziałeś moje skórzane obcisłe spod-
nie, mocny makijaz˙. Widziałeś moje występy i wyciąg-
nąłeś taki wniosek, jaki chciałeś wyciągnąć – z˙e jestem
łatwa. Z
˙
e śpię, z kim popadnie. – Coś w rodzaju
smutnego uśmiechu pojawiło się na jej twarzy. – I pud-
ło – stwierdziła, pochylając się do przodu, a oczy
błyszczały jej gniewem i urazą. – Nie jestem kobietą
rozwiązłą... Byłam ciekawa. I trafiło na ciebie. Wielka
mi rzecz!
Obserwował ją stojącą przy balustradzie, na tle
świateł miasta i domów wzniesionych na górskich
tarasach. Ciepły wiatr poruszał fałdami długiej sukni.
Patrząc na profil Joelle, złote włosy związane na
karku, pomyślał, z˙e wygląda jak mitologiczna bogini
Diana.
– Wielka rzecz – potwierdził z nutą sarkazmu.
– Odejdź – rzuciła przez ramię, słysząc dobiegają-
ce głosy gości.
75
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Leo spojrzał w dół, na straz˙ pałacową patrolującą
ogrody. Przysiadł na skraju balustrady.
– Nigdzie nie pójdę, póki sytuacja się nie wyjaśni
– oświadczył.
– Co się ma wyjaśnić? – Obróciła ku niemu głowę.
– Z
˙
e byłam bardziej niedoświadczona, niz˙ myślałeś?
Z
˙
e byłeś moim pierwszym męz˙czyzną? Z
˙
e nie chcia-
łam jako dziewica wyjść za mąz˙?
– Dlaczego?
– Bo wiedziałam, z˙e mój narzeczony miał juz˙
kochanki.
Patrzył na jej profil – mały, prosty nos, ciemne łuki
brwi, pełne usta. Piękna kobieta. Wydała mu się znacz-
nie piękniejsza niz˙ przed tygodniem. Jej fotografie
w róz˙nych magazynach nie oddawały tego ciepła,
jakie w sobie miała.
Zrobiła dla niego coś, czego nikt nigdy dla niego nie
zrobił. Nauczyła go czuć, pragnąć. Nauczyła go od-
czuwać radość, chcieć radości. Nauczyła go dawać
szczęście i z˙ądać go w zamian. Gdyby sam się o tym
nie przekonał, nie uwierzyłby w jej niewinność.
Była jak dla niego stworzona. Szalona, bez z˙adnych
zahamowań... Gotowa na wszystko. Pewnie właśnie to
sprawiło, z˙e oszalał.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi, z˙e będę pierwszy?
– Widocznie uznałam, z˙e nie muszę składać z˙ad-
nych wyjaśnień. Następnym razem...
– Następnym razem nie będziesz juz˙ dziewicą.
76
JANE PORTER
ROZDZIAŁ SIÓDMY
– Dlaczego odeszłaś, nim się obudziłem?
– Zostawiłam wiadomość – rzekła, myśląc jedno-
cześnie, jak bardzo Leo odmienił jej świat.
Kazał jej pragnąć tego, czego nigdy nie pragnęła.
– Podziękowałaś mi, z˙e odebrałem ci cnotę.
– Napisałam, z˙e doceniam twoje walory i z˙e byłeś
wspaniałym ,,pierwszym’’ w moim z˙yciu.
– A u dołu: ,,Pozdrawiam, Josie’’.
Pochylił nagle głowę i jego usta przywarły do jej ust.
– Zapłacisz mi za to, Josie – powiedział.
Emocje i gniew wznieciły w niej płomień, ale po
chwili gniew ustąpił miejsca namiętności, bardziej
gorącej i bardziej niebezpiecznej.
Niedobrze się stało, z˙e odpowiedziała na ten poca-
łunek, z˙e puls jej zmienił rytm, z˙e bicie serca najpierw
zwolniło tempo, a potem przyspieszyło. Czuła się tak,
jakby juz˙ do niego nalez˙ała, i on tez˙ to czuł. Czekał
tylko na właściwy moment...
A była tak nierozsądna, z˙e chciała, by ten moment
nastąpił. Pragnęła jego poz˙ądania.
Był z˙ywiołowy i dziki. I dlatego stanowił dla niej
zagroz˙enie.
Odetchnęła głęboko raz, drugi i spojrzała na błękit-
ną salę balową.
– Goście są juz˙ chyba w komplecie – powiedziała.
– Dołączmy i my do niech – zaproponował.
,,My’’ – powtórzyła w myślach.
Jakby byli parą. Jakby musieli wszędzie razem
chodzić. Uśmiechnęła się gorzko i potrząsnęła głową.
– Ja nie wracam na salę. Przeproś dziadka w moim
imieniu i powiedz, co ci przyjdzie na myśl... Z
˙
e na
przykład źle się poczułam.
Leo roześmiał się.
– Nic takiego mu nie powiem. Wie, z˙e będziemy
tam i bądźmy.
– Nie mogę, Leo, nie mogę.
– Szkoda, bo liczy na nas.
Źle odebrała rozkazujący ton jego głosu. Spojrzała
mu w oczy, zobaczyła w nich błysk gniewu, uraz˙oną
męską dumę, arogancję i uświadomiła sobie rzecz
następującą: choć w Nowym Orleanie robiła, co mog-
ła, by strzec swej prywatności, poniosła poraz˙kę.
Przesądziła o tym jedna noc. Wtedy Leo przejął nad
nią władzę.
– Ani myślę wyjść za ciebie za mąz˙ – rzekła
bezbarwnym tonem. Walczyła z własnym uczuciem,
zadręczała się i w końcu nic z tego nie wyszło. – A jez˙eli
sądzisz, z˙e będę odgrywać jakąś rolę, udawać, z˙e jestem
twoją małą szczęśliwą narzeczoną, to jesteś w błędzie.
– Czy chcesz zepsuć dziadkowi urodziny?
– Jakoś to przez˙yje – odparła.
– Przed paroma miesiącami cięz˙ko chorował.
– Bez przesady.
Leo uśmiechnął się drwiąco.
– Co ty o tym wiesz, bella? Nie było cię tutaj.
78
JANE PORTER
– Przestań prawić mi kazania. Jesteś tu obcy. A to
jest mój dom.
– Jeśli jesteś taką dobrą wnuczką, to dlaczego nie
przyjechałaś na wiadomość, z˙e dziadek ma zapalenie
płuc? Dlaczego nie było cię tu tej krytycznej dla
dziadka nocy?
W Joelle zamarło serce. Leo umyślnie chciał ją
upokorzyć.
– Nie był az˙ tak chory – rzekła.
– Był umierający.
– Przesadzasz – powiedziała, łykając łzy.
– Nie, to prawda. W przeciwieństwie do ciebie,
bambina, ja tu byłem. Siedziałem w szpitalu przy jego
łóz˙ku, trzymałem go za rękę, kiedy wszyscy wątpili, z˙e
przez˙yje tę noc.
– Nikt do mnie nie zadzwonił...
– A czy tobie zdarzyło się dzwonić?
– No, rozmawiałam parę razy.
– Ile razy?
Powiał chłodny wiatr i potargał włosy Joelle. Nie-
pewną rękę odgarnęła ich pasmo za ucho.
,,To nie jest jego sprawa – myślała – nie muszę się
przed nim tłumaczyć’’.
– Gdyby dano mi znać, to oczywiście przyjecha-
łabym.
– To jest stary człowiek – mówił Leo, ściągając
brwi. – Rok temu stracił z˙onę... Musiałaś wyjechać?
– To nie tak...
– Nie tak? – Usta miał zaciśnięte i nieprzyjemny
wyraz twarzy. – Sama nie wiesz, co masz. A jak
zrozumiesz, to będzie za późno.
79
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
,,Moz˙liwe – myślała – tylko z˙e on nie wie o wszyst-
kim. Nie wie, jak cięz˙ko przez˙yłam śmierć babki. Nie
wie, z˙e nie mogłam nigdzie się pokazać ani iść na
cmentarz, ani do kościoła, bo prasa zawsze była na
miejscu, by opisać rozpacz małej księz˙niczki’’.
Moz˙e mówić, co chce, o lojalności, o oddaniu
rodzinie, ale prawda jest taka, z˙e zgodziła się na
małz˙eństwo z nim tylko ze względu na dziadka. Chcia-
ła, aby był szczęśliwy. Nawet kosztem jej szczęścia.
– Czego ty ode mnie chcesz? – zapytała. – Po co ci
to wszystko?
– Czego ja chcę? – powtórzył rozbawiony. – Chcę,
z˙ebyś ty, bella, postąpiła słusznie.
– A co jest słuszne według ciebie?
– Dotrzymanie zobowiązań, jakie podjęłaś.
Kolację podano w średniej sali balowej utrzymanej
w barwie pastelowego róz˙u. Nad kaz˙dym oknem wid-
niały freski przedstawiające bogów i boginie grające
na harfach.
Joelle i Leo usiedli po prawej i lewej stronie fotela
dziadka. Chantal i Nicollete zajęły miejsca na przeciw-
nym końcu, co uniemoz˙liwiło rozmowę między nimi.
Joelle zdawała sobie sprawę, z˙e ona i Leo skupiają
uwagę wszystkich gości.
– Patrzą na nas – szepnęła przeraz˙ona.
– Bo są ciekawi – odparł Leo, pochylając się
i dotykając ustami jej ucha. – Zastanawiają się, dlacze-
go jesteśmy spóźnieni i co robiliśmy do tej chwili.
Spojrzała na niego i dostrzegła błysk w jego oczach.
Wystarczyło, z˙e na niego spojrzała i zdroz˙ne myśli
przyszły jej do głowy.
80
JANE PORTER
Dziadek czekał, az˙ Leo zajmie miejsce.
– Lubię go – powiedział do Joelle, kładąc dłoń na jej
dłoni. – To porządny człowiek i będzie dla ciebie dobry.
Joelle ugryzła się w język. Dziadek nic nie wiedział.
Ale teraz niczego się nie dowie, nie wolno go denerwo-
wać, jest taki szczęśliwy, bo otoczony rodziną.
Joelle pomyślała, z˙e wolałaby być wszędzie, byle
nie tu. Na samą myśl, z˙e przez następne godziny
będzie siedziała przy Leu i robiła dobrą minę do złej
gry, czuła nieprzyjemną suchość w ustach.
Nie będzie z˙adnego ślubu. Jutro porozmawia
z dziadkiem i jasno postawi sprawę.
Talerzyki z sałatkami znikły, po czym kelnerzy
podali homary i ryz˙ z szafranem i orzechami.
– Jak ci smakuje kolacja? – zapytał Leo.
Dotknął udem jej uda, wcale nie udając, z˙e był to
przypadkowy kontakt. Odsunęła się.
– Nie dotykaj mnie – powiedziała z uprzejmym
uśmiechem.
– Przed tygodniem nie protestowałaś.
– Ale dziś nie jest ,,przed tygodniem’’.
– Masz fochy.
– Nie mam z˙adnych fochów. – A na widok dziad-
ka, który spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami,
dodała: – Mój drogi. Gdybyś powiedział mi wtedy,
kim jesteś – ciągnęła – oszczędziłoby to nam wielu
kłopotów.
– Nie przespałabyś się wówczas ze mną.
– Nie.
– Dlaczego?
Końcem widelca dziobała homara.
81
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Bo nie mogłabym traktować tego jako jedno-
razowej przygody.
Przez chwilę panowała cisza. Leo połknął kawałek
homara, sięgnął po wino. Był zły.
– Przygoda na jedną noc? – zapytał.
Stłumiła westchnienie. Naprawdę nie chciała roz-
mawiać o tym teraz, nie tu na oczach europejskich
dygnitarzy.
Tamta noc była wspaniała, naładowana erotyz-
mem. Noc jak ze snu. Ranek po takiej nocy nie
powinien nastąpić. Z
˙
adnych niezręcznych gestów. Z
˙
a-
dnych wymuszonych poz˙egnań.
– Nie zmuszaj mnie do z˙enującej szczerości – po-
wiedziała, zabierając się do homara.
Zalez˙ało jej na tym, by nie przekroczyć granicy
dobrego tonu.
– Proszę cię, bądź z˙enująco szczera – rzekł przyci-
szonym tonem, wpatrując się w Joelle.
,,Chce wszystko zniszczyć’’ – myślała.
Mówienie o tym, co było, zburzy całe piękno tego
przez˙ycia. A ona była szczęśliwa, z˙e jest obiektem
poz˙ądania.
– Nie rujnuj tego, co przez˙yliśmy.
– Dla mnie ruina juz˙ nastąpiła.
Joelle drgnęła, ale wytrzymała jego spojrzenie.
– Nie traktuj tego tak na serio – rzekła. – To miała
być naprawdę jedna noc. Niczego więcej od ciebie nie
oczekiwałam.
– Szkoda, powinnaś była oczekiwać.
Jego ton ją speszył. Wpatrywała się teraz z uporem
w zdobiące stół bukiety kwiatów.
82
JANE PORTER
– Podejdź do tego inaczej – zaczęła. – Oboje
spełniliśmy nasze pragnienia. Ja zyskałam doświad-
czenie, ty miałeś jeszcze jedno przez˙ycie.
– Nie chodzi o moje przez˙ycie – oznajmił.
Obróciła się ku niemu i spojrzała prosto w oczy.
– Czyz˙by? – zapytała.
Joelle sama nie wiedziała, jak zniosła resztę wie-
czoru. Ciągnął się w nieskończoność, jakby czas za-
trzymał się, a oni wciąz˙ przez˙ywają tę samą chwilę.
Goście przeszli wreszcie do trzeciej sali balowej,
biało-złotej, gdzie z przepięknych z˙yrandoli sączył się
przyćmiony blask. Na szczęście Leo nie poprosił jej do
tańca. Starała się zachować jak największy dystans
między nimi, w czym pomogła jej obecność sióstr oraz
ich męz˙ów.
– Jak to jest, kiedy po roku wraca się do domu?
– zapytała Nicolle wsparta o ramię swego sułtana.
Znów była w ciąz˙y i prawdopodobnie znów urodzi
syna.
– Przyjemne uczucie – odparła siostrze.
Lecąc do domu przed tygodniem, Joelle przekony-
wała się, z˙e Melio było tego warte. Magiczne miejsce,
które ma wszystko – piękne miasta, małe wioski wśród
gór, klifowe skały, piaszczyste plaz˙e, zielone pastwis-
ka, gaje owocowe... Tak myślała, Melio było warte
kaz˙dego poświęcenia.
Ale teraz... teraz...
Ogarnął ją gniew. Będąc w tym stanie ducha, wola-
łaby raczej wyjechać na drugi koniec świata, niz˙
poślubić księcia Borgarde.
83
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Po godzinie Leo odprowadzał Joelle do pokoju.
– Niepotrzebnie się fatygujesz – powiedziała, nie
odwracając głowy. Czuła się tak, jakby był intruzem,
a nie kochankiem z ubiegłego tygodnia. – Nie ma
sensu, byś wychodził z przyjęcia.
– Jesteś zmęczona.
– Nie potrzebuję eskorty. Znam drogę do moich
pokoi.
– Jesteś moją narzeczoną, ludzie by się zdziwili, z˙e
ci nie towarzyszę.
Na te słowa zrzuciłaby go chętnie ze schodów, ale
tego nie uczyniła.
– Daruj sobie etykietę, ksiąz˙ę Borgarde.
– Co to, to nie. Chcę mieć pewność, z˙e bezpiecznie
dotarłaś na miejsce.
– Moz˙e chciałbyś mnie tam zamknąć? – zapytała
słodkim głosem, niby z˙artobliwie, ale gdy odwróciła
się, nie zauwaz˙yła uśmiechu na jego twarzy.
– Gdybym miał klucz, to bardzo chętnie.
Wyglądało na to, z˙e nie z˙artował.
– Myślisz, z˙e ucieknę?
Chciała obrócić to w z˙art, roześmiać się, ale nic
z tego nie wyszło.
– Juz˙ raz uciekłaś.
– Co uwaz˙asz za ucieczkę?
– Rok pobytu w Nowym Orleanie.
– To nie była ucieczka.
– Wymknęłaś się, kiedy wszyscy spali. – W jego
oczach pojawił się groźny błysk. – Podobny numer
wykręciłaś przed tygodniem. Wymknęłaś się chył-
kiem, zostawiając kartkę. – Przerwał i mierzył ją
84
JANE PORTER
krytycznym spojrzeniem. – Dobra jesteś, trzeba przy-
znać. Na do widzenia parę słów na kartce.
– Zdąz˙yłam posiąść doświadczenie – rzuciła.
Nie zamierzała wychodzić za niego – ani teraz, ani
nigdy. A jeśli on nie zaakceptuje odmowy, będzie
musiał zaakceptować to, z˙e nagle zniknie.
Wcisnęła się przez uchylone drzwi sypialni, by nie
miał szans wejść do środka. Lecz to nie był facet, który
dałby zatrzasnąć sobie drzwi przed nosem. Trzymał je
półotwarte, czekając, az˙ Joelle się znudzi i go wpuści.
Tak się tez˙ stało, po zaledwie paru sekundach.
,,Dlaczego on sobie nie pójdzie? – myślała Joelle.
– Wszystko zrujnował, popsuł piękne wspomnienia
wspólnie spędzonej nocy’’.
– No i co dalej? – zapytała, siadając na szezlongu
nieopodal łóz˙ka.
– Nie mam planu, bella.
Z
˙
aden męz˙czyzna nie przestąpił dotąd progu jej
sypialni. Była jej schronieniem i azylem.
Obserwowała, jak Leo lustruje pokój, najpierw
meble, łącznie ze staroświeckim baldachimem, potem
wiszące na ścianach fotografie. Przedstawiały głównie
matkę.
Leo wziął jedno ze zdjęć stojących w ramce na
komodzie.
– Była piękna – stwierdził – i sławna.
– To moje ulubione zdjęcie – rzekła Joelle głosem,
w którym brzmiała nuta bólu. – Gdy na nią patrzę,
wydaje mi się, z˙e ją pamiętam.
– Zdaniem Chantal masz obsesję na jej punkcie
– powiedział, spoglądając na nią z ukosa.
85
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Kiedy to od niej usłyszałeś?
– Tego wieczoru, kiedy byłem w szpitalu u twego
dziadka.
,,Tego wieczoru – pomyślała Joelle – Leo stał się
członkiem ich rodziny’’.
– I pewno dlatego pojechałaś do Nowego Orleanu
– stwierdził raczej, niz˙ zapytał. – Chciałaś tam od-
naleźć swoją matkę.
– Moz˙liwe.
To nie był jej wybór, to konieczność. Jakby mogła
zaznać szczęścia tylko w Nowym Orleanie.
I dopiero tam zrozumiała, czego tak naprawdę
szuka na tym świecie.
Ciepła rodzinnego. Miłości.
Znała rodzinę ojca – wychowały się w Melio, a po
śmierci rodziców król Remi i królowa Astrid zabrali je
do pałacu, ale rodziny jej matki, tajemniczych d’Vil-
le’ów, w ogóle nie znała. A chciała poznać.
Gdy jej amerykańscy krewni w Luizjanie nie przy-
witali Joelle z otwartymi ramionami, nie przejęła się za
bardzo. Wujowie i kuzyni odnosili się do niej podej-
rzliwie – po pierwsze powątpiewali w jej toz˙samość,
a po drugie, jeśli juz˙ przestali wątpić, to zastanawiali
się, czego od nich chce.
Sama zresztą nie wiedziała. Nie wiedziała, na co
powinna liczyć z ich strony. Na miłość? Akceptację?
Wspominając tę wizytę, to, jak ją odtrącili, poczuła
ból, jakiego wtedy zaznała. Stało się wówczas dla niej
jasne, z˙e nie jest jedną z nich, a po śmierci babki
przestała się czuć panną Ducasse. Myślała czasem, z˙e
właściwie nie wie, kim jest.
86
JANE PORTER
– Śmieszne, ale miałam uczucie, z˙e gdybym znala-
zła drogę do matki, odnalazłabym siebie.
– Az˙ tak?
– Teraz tak nie uwaz˙am.
Połoz˙ył rękę na jej włosach.
– Zacznijmy od początku – rzekł. – Z zachowa-
niem odpowiednich proporcji.
Milczała. Stał tak blisko – wyczuwała jego siłę,
jakąś charyzmę. Moz˙e właśnie to tak zawróciło jej
w głowie. Miał silne ciało, silnego ducha, silny umysł.
Chciała, z˙eby się odezwał, przerwał milczenie, ale
on czekał, az˙ Joelle coś powie.
– Nie wiem, od czego zacząć – powiedziała w koń-
cu, nie mogąc ruszyć z miejsca. Ale Leo nie miał
zamiaru w niczym jej pomóc.
– Dlaczego wtedy tak, a teraz nie?
– Bo sądziłam... myślałam, z˙e jesteś kim innym,
niz˙ jesteś.
Łzy napłynęły jej do oczu.
,,Bo sądziłam – myślała dalej – z˙e chcesz mnie dla
mnie samej’’.
Nie wypowiedziała jednak tych słów, nie przyznała
się do tego, jak bardzo spragniona jest miłości.
– To, czego się dowiedziałam, zmienia sytuację
– odparła, unikając jego wzroku. – Zrozumiałam mo-
tywy, jakimi się kierowałeś.
– Motywy?
– Sprawdzałeś mnie, śledziłeś, czy nie tak?
Milczał, a w niej narastał ból i rozpacz. Tamta noc,
tamta nieprawdopodobna noc stawała się powoli złym
wspomnieniem.
87
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Nie ufałeś mi – ciągnęła, a ból potęz˙niał i nasilał
się. – I dlatego zataiłeś przede mną, kim jesteś na-
prawdę, bo chciałeś sam sobie udowodnić, dziadkowi
i komu tam jeszcze, z˙e ja nie jestem odpowiednią
osobą, z˙e nie jestem tą skromną księz˙niczką, jaką
ci obiecywano.
Spojrzała na niego błyszczącymi od łez oczami.
– No, mam rację?
– Nie. Nie chciałem cię sprawdzać. Lecz prawdą
jest to, z˙e ci nie ufałem. A musiałem wiedzieć przed
ślubem, jaka naprawdę jesteś.
– Mogłeś odwiedzić mnie w Melio. Miałbyś szansę
poznania mnie.
– Miałem.
– Kiedy?! – zawołała z narastającym gniewem,
który tłumił nękający ją ból. – W Nowym Orleanie?
A moz˙e teraz? Tutaj?
– To niewaz˙ne.
– Waz˙ne.
– Dlaczego?
– Bo to nie ma być jednostronny związek i doty-
czyć tylko ciebie i twoich potrzeb. Ja równiez˙ muszę
mieć do ciebie zaufanie, a nie mam.
Milczał przez chwilę.
– A moz˙e byłoby ci łatwiej, gdybyś myślała o mnie
jako o Luigim?
Usiłował z˙artować, zmienić nastrój, ale nie wie-
dział o jednym, z˙e ona po prostu zakochała się w nim,
a właściwie człowiek, którego pokochała, nie istniał.
– Nie jesteś Luigim – powiedziała ostrym tonem.
– Mógłbym być.
88
JANE PORTER
Wciąz˙ chciał wszystko obrócić w z˙art, a Joelle lu-
biła z˙artować, chciałaby się uśmiechnąć najzwyczaj-
niej w świecie, czuła jednak, z˙e daleko jej do tego,
a bliz˙ej do paniki.
Leo stał stanowczo za blisko. Czuła jego moc
i napięcie, jakiemu oboje ulegają.
,,On czeka na właściwy moment – myślała – liczy
na to, z˙e ten właściwy moment uspokoi mnie i podda
jemu na zawsze’’.
– Nie, ty jesteś Leo. Prawdziwy lew. – ,,Zwierzę’’
– dodała juz˙ w duchu.
Poczuła nagle, z˙e coś się z nią dzieje. Ogień i lód
– to dobre w czasie pełnej uniesień nocy, ale nie
w codziennym z˙yciu... do końca codziennego z˙ycia.
Tym bardziej z˙e Joelle czuła się tak, jakby nic między
nimi nie było... realnego, nic. Namiętność jest wspa-
niała, jeśli współgra z nią czułość... wzajemne zaufa-
nie. A skoro brak im obojgu zaufania do siebie, nie ma
z˙adnej szansy...
Objęła wzrokiem jego postać. Odpięła spinkę, uwal-
niając włosy. Pragnęła jego dotyku, ale zabrakło jej
słów, by to wyrazić. Była bezradna, choć zafascy-
nowana tym silnym człowiekiem. Jego dotyk rzucał
na nią urok, chciała wtedy więcej i więcej.
Wyjęła jeszcze jedną spinkę i jeszcze jedną, az˙ cały
kok rozsypał się, a włosy opadły na ramiona i plecy.
Leo wziął jedno pasmo i bawił się nim.
– Wszystko będzie dobrze, tylko nie sprzeciwiaj
się losowi.
– Leo...
– Wszystko będzie dobrze – powtórzył. – Zaufaj mi.
89
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Zaufać mu. Te słowa fatalnie zabrzmiały w jej
uszach.
Zamknęła oczy, czuła na twarzy ciepło jego od-
dechu. Pocałował ją – ten długi, pełen pasji pocałunek
wzbudził dreszcze w całym ciele. Gdy tak ją całował,
wydała się sobie krucha i bezbronna. To on sprawił, z˙e
czuła w sobie pełnię piękna.
Gdyby nie ukrywał przed nią prawdy, gdyby powie-
dział, kim jest i po co przyjechał do tego miasta...
Lecz tak się nie stało, zadrwił sobie z niej, ale
bezstronnie musiała przyznać, z˙e kaz˙da kobieta marzy
o przygodzie z takim jak on księciem z bajki, kochan-
kiem az˙ do zawrotu głowy.
Upłynęła dobra minuta, zanim Leo zdobył się na
przerwanie pocałunku. Dotknął kciukiem jej ust ni-
czym strun gitary.
– Nie zapomnij o jutrzejszej sesji fotograficznej
– powiedział. – O dziesiątej.
– Sesji?
,,Coś kiepsko z pamięcią’’ – pomyślała.
– Co za sesja? Gdzie?
– Nasz portret zaręczynowy. Twój dziadek twier-
dzi, z˙e to tradycja rodzinna.
– Faktycznie.
– Pamiętaj, dziesiąta zero, zero. Na dole. – Nim
skierował się do drzwi, musnął jej usta pocałunkiem.
– Nie spóźnij się.
90
JANE PORTER
ROZDZIAŁ ÓSMY
Leo po wyjściu od Joelle spotkał na głównych
schodach Nicolette. Miała na sobie suknię w kolorze
przydymionego błękitu, a jej blond włosy ozdobione
brylantowymi spinkami upięte były w kunsztowny
węzeł. Mimo późnej godziny wyglądała świez˙o i ele-
gancko.
Zatrzymała się na jego widok.
– Dobrze się bawiłeś? – spytała z uśmiechem.
,,Tak, jeśli nie liczyć pewnego zabawnego konflik-
tu’’. – Ale nie powiedział tego, bo zawsze szczycił się
tym, z˙e potrafi znaleźć się w kaz˙dej sytuacji.
– Owszem. A ty?
– Świetnie. Cieszę się, gdy widzę szczęście na
twarzy dziadka. Od śmierci z˙ony po raz pierwszy
chyba był tak radosny.
– Pewno dlatego, z˙e miał w domu wszystkie swoje
wnuczki – powiedział Leo.
– Moz˙liwe. Ale widziałam, czułam to, z˙e kamień
spadł mu z serca. Zamartwiał się przyszłością swojego
kraju. – Po chwili milczenia mówiła dalej: – Dziadek
darzy cię wielkim zaufaniem. Tak zresztą jak my
wszyscy.
Stanął przy oknie sypialni z widokiem na Zatokę
Porto iskrzącą się światłami zacumowanych tam jach-
tów i okrętów. Rozluźnił krawat, rozpiął koszulę,
odsłaniając pierś na bryzę od morza.
Słowa Nicolette wciąz˙ brzmiały mu w uszach:
,,Dziadek darzy cię wielkim zaufaniem. Tak jak my
wszyscy’’.
,,Tak jak my wszyscy – powtórzył w myślach
i dodał: – Nie wszyscy, bo ja siebie nie darzę’’.
Usiadł w fotelu, odchylił głowę, zamknął oczy
i spróbował wymazać z pamięci całą tę noc, ale nie
udało się, co rusz jawiała się w myślach Joelle, gdy
upuściła na podłogę kieliszek szampana, gdy usiłowa-
ła zdjąć z palca pierścionek, i później, gdy podczas
kolacji spoglądała na niego, jedząc deser, a w jej
niebieskozielonych oczach czaiła się wściekłość.
Wszystko się zmieniło, a on nie potrafił tej zmiany
właściwie określić. Wiedział tylko, z˙e począwszy od
tamtej nocy w Nowym Orleanie, gdy przekroczył próg
Club Bleu, nic juz˙ nie było takie jak przedtem. Tam-
tego wieczoru dokonała się w nim zmiana: rozum
i rozsądek ustąpiły miejsca emocjom i namiętności.
Źle tę zmianę oceniał. Wiedział, do czego zobowią-
zali się on i Joelle, wiedział, z˙e to małz˙eństwo było
układem dwóch potęz˙nych rodzin, mimo to w minio-
nym tygodniu stało się coś, co spowodowało krach
owego układu, co nadało ich przyszłemu związkowi
bardzo osobisty charakter.
To juz˙ nie był układ. I świadomość tej odmiany
odbierała mu spokój.
Jak moz˙na w takiej sytuacji zawierać związek mał-
z˙eński? Jak moz˙na przy takim braku zaufania z obu
stron rozpoczynać nowe z˙ycie? Nie cierpiał kon-
92
JANE PORTER
fliktów, napiętej atmosfery, wyrobił w sobie umiejęt-
ność samokontroli, panowania nad własnymi odrucha-
mi, ale Joelle zburzyła wszystkie zapory, wywróciła
wszystko, a on nienawidził uczuć, jakie się z tym
wiązały.
Małz˙eństwo to wielki akt. Winna mu towarzyszyć
dojrzałość. Tymczasem Leo odnosił wraz˙enie, z˙e tego
brakuje.
Zwlókł się z fotela i poszedł do łazienki. Stał potem
pod strugami lodowatej wody, która podziałała nań
kojąco.
Nie był dzieckiem. Nikt nie będzie kierował jego
z˙yciem.
Sam podejmie decyzję i dokona wyboru.
Król Remi na niego liczył. Potrzebował go. Był
stary i wymagał wsparcia.
,,I on z Joelle zapewnią mu to wsparcie – myślał,
wystawiając twarz na uderzenia strumienia z prysz-
nica. – On i Joelle pokonają wszelkie trudności, upora-
ją się z zadanym sobie bólem, rozczarowaniem, gorz-
kim poczuciem klęski. I wszystko się ułoz˙y. Wszystko
dobrze się skończy’’.
Musi. Nic innego nie wchodzi w grę.
Nazajutrz, gdy Leo pojawił się w pałacu, ubrany
odpowiednio do sesji zdjęciowej, okazało się, z˙e Joelle
nie zeszła jeszcze na dół.
Czekał kwadrans, potem jeszcze kwadrans i w koń-
cu poprosił pokojówkę, by dowiedziała się, co się
dzieje z jej panią.
– Jej wysokość – powiedziała pokojówka po po-
wrocie – jest juz˙ chyba na dole. W pokoju jej nie ma.
93
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Król Remi zaprosił Lea do swego gabinetu. Leo
ruszył za nim, starając się zapanować nad nerwami.
Ta sytuacja wytrąciła go z równowagi. Przyszedł
tutaj gotowy, ubrany odpowiednio, a jej po prostu nie
ma. Jak mogła tak się spóźniać? Jak mogła być tak
nieodpowiedzialna?
Małz˙eństwo z księz˙niczką Ducasse to najgorsza
w z˙yciu Lea biznesowa decyzja. Gdyby nie szacunek
dla leciwego króla, zakończyłby tę fatalną historię.
Tym bardziej fatalną, z˙e w Nowym Orleanie pozbawił
cnoty tę swoją narzeczoną.
Splótł dłonie na plecach, starając się wyciszyć
emocje. Wiedział, kim jest i co sobą reprezentuje,
i choć nie był rycerzem w błyszczącej zbroi, zdawał
sobie sprawę, z˙e tak czy owak nie mógłby wymagać
niewinności od dwudziestodwuletniej księz˙niczki.
– Brandy? – zapytał król Remi, wskazując na
barek.
– Dla mnie za wcześnie na alkohol – odparł Leo
i pomyślał, z˙e swego czasu chciał być prawdziwym
rycerzem. – Moz˙e jednak poproszę o małego drinka
– po chwili zmienił zdanie, gdy król napełniał sobie
szklankę.
Remi uśmiechnął się z zadumą.
– To przez nią ciągnie mnie do alkoholu – rzekł.
– Oddaliła się ode mnie.
Leo podszedł do króla, który odstawił laskę i usiadł
w fotelu.
– Posłałem po nią – mówił król pozornie obojęt-
nym tonem. – Będzie tu za chwilę.
Leo mocno w to wątpił. Podejrzewał, z˙e Joelle
94
JANE PORTER
znikła. Nie ma jej w pałacu, a nawet w mieście. Umiała
,,znikać’’, przekonał się o tym.
– Fotograf i jego asystenci poczekają – dodał król.
Leo zapomniał juz˙ o sesji fotograficznej, zapomniał
nawet, w jakim celu przyszedł tu z samego rana.
Fotografie.
Jakby zalez˙ało mu teraz na tych cholernych zdję-
ciach!
Miał juz˙ serdecznie dość wszystkich sesji foto-
graficznych. Nie cierpiał tez˙ kamer. Nigdy nie dawał
się w to wmanipulować. Zmuszać do fałszywego
uśmiechu, jakby wszystko na świecie działo się po
jego myśli.
,,Co za ironia losu – myślał – z˙e teraz właśnie on
zmusza się do uprzejmości wobec króla Remi. Podczas
gdy Joelle stosuje inne metody – ucieka, nagle znika.
I robi to absolutnie bezkarnie.
– Wychowaliśmy ją razem z Astrid – zaczął Remi
z ręką opartą o laskę. – Z Nicolette zawsze były
problemy, ale Joelle... – Obrzucił Lea przepraszają-
cym spojrzeniem. – Chantal ją odszuka. Ona zna
wszystkie ulubione zakątki siostry.
Ale Chantal jej nie odszukała. I to właśnie Nicolette
znalazła poz˙egnalną kartkę w pokoju Joelle, a straz˙
pałacowa powiadomiła króla Remi, z˙e widziano Joelle
na promie płynącym do Meji.
Król Remi zwołał pospiesznie rodzinną naradę. Jego
wnuczki i ich męz˙owie zebrali się w gabinecie króla.
Leo tez˙ tam był, ale sytuacja, w jakiej się znalazł, była
dlań fatalna. Był zły. Upokorzony. Nie uznawał polo-
wania na kobiety, tym bardziej na własną narzeczoną.
95
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Jest pewno w domu na wyspie – powiedziała
Chantal siedząca na oparciu fotela. – Leo moz˙e wziąć
helikopter Demetriusa i sprowadzić ją do pałacu.
– Dlaczego ma wracać? Nie po to uciekła. – Nico-
lette skrzywiła się.
– Sęk w tym, z˙e Joelle nie znosi skupiać na sobie
uwagi – rzekła Chantal. – Być obiektem zainteresowa-
nia tłumu.
– To niech zostanie na wyspie – zasugerował Ma-
lik, mąz˙ Nicolette. – Zaopiekuje się willą i przemyśli
sobie to i owo.
– Ja tez˙ mam tam willę – powiedział Leo, pokonu-
jąc dyskomfort. Juz˙ sam fakt, z˙e omawiano publicznie
jego sprawy, nawet w rodzinnym gronie Joelle, był
z˙enujący. – Moz˙e wrócimy do tej kwestii za parę dni...
– Za tydzień – przerwał mu Remi, stukając laską
w podłogę. – Za tydzień, bez względu na wszystko.
– Bez względu na wszystko – powtórzył Leo niby
z uśmiechem, ale było to tylko gorzkie skrzywienie ust.
Nie mógł w to uwierzyć, z˙e bierze udział w polowa-
niu na Joelle.
Godzinę później Joelle, patrząc na odbijające się
w wodzie promienie słońca, czekała, az˙ prom dobije
do brzegu.
Kochała Mejię, kochała tę małą wyspę od najmłod-
szych lat. Pałac w Melio był okazały, wielki, a na tej
wyspie, w tej willi z˙ycie toczyło się przyjemnie, bez
pośpiechu.
Gdy dobili do brzegu, kapitan promu podał ramię
Joelle, pomagając wysiąść. Słomkowy kapelusz z sze-
96
JANE PORTER
rokim rondem oraz ciemne duz˙e okulary zasłaniały jej
twarz, ale nawet jeśli ktoś ją rozpoznał, jej osoba nie
wzbudzała tu z˙adnej sensacji.
Melio oraz jej ,,młodsza siostra’’ Mejia nalez˙ały do
rodziny Ducasse i były obiektem powszechnego po-
dziwu. Zwłaszcza przybywających tu zagranicznych
turystów.
Joelle zarzuciła na ramię pokaźnych rozmiarów
torbę i skierowała się ku postojowi taksówek. Do willi
było dziesięć minut jazdy samochodem.
– Bella, bella, bella.
Nie. Nie on. Nie tu.
Opuściła głowę, jakby chciała zapaść się pod zie-
mię. Skąd, na litość boską, on się tu wziął?!
Silna ręka uniosła jej twarz, zmusiła, by spojrzała
w górę. Tak, to on. I nie wyglądało na to, by chciał ją
puścić.
Leo zdjął z nosa Joelle okulary. Słońce oślepiło ją.
Patrzyła na niego, ale widziała tylko zarys jego głowy.
– Daj mi spokój – wykrztusiła, zaciskając dłoń na
uchwycie torby.
– A co zamierzasz zrobić, bella bambina? – zapytał.
– Zapomnij o mnie.
– Co? Chcesz, z˙eby twojemu dziadkowi serce pęk-
ło z z˙alu...
Stali na nabrzez˙u, przy którym cumowały zarówno
eleganckie jachty, jak i kutry rybackie. Mijali ich
ludzie z torbami pełnymi zakupów, a takz˙e niosący
drobny sprzęt plaz˙owy i wędki.
Joelle starała się nie zwracać uwagi na ludzkie
spojrzenia i nawet zmusiła się do uśmiechu.
97
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Zdaje się, z˙e mnie nie rozumiesz – powiedziała.
– Wkrótce się zrozumiemy. – Objął ją, przytulił
i skierował kroki do stojącego opodal auta. – Na
szczęście będziemy mieli na to mnóstwo czasu.
– Nigdzie się z tobą nie wybieram – opierała się.
Przycisnął z lekka jej ramię.
– Nie bój się, bella. Jestem wobec ciebie bardzo
wyrozumiały. Ślub za niecałe dwa tygodnie.
– Ślub się nie odbędzie!
– Oczywiście, z˙e się odbędzie. Twój dziadek ma
zbyt słabe zdrowie, by zniósł takie upokorzenie.
Gdy zbliz˙yli się do lśniącego sedana, szofer ot-
worzył tylne drzwi.
– Nigdzie z tobą nie pojadę – oznajmiła Joelle
stanowczym tonem.
– Pojedziesz!
– Nie!
Z cięz˙kim westchnieniem Leo wziął ją na ręce
i wrzucił na tylne siedzenie wozu, po czym zajął
miejsce obok.
Szofer uruchomił silnik i ruszył jakby nigdy nic.
Słomkowy kapelusz lez˙ał na kolanach Joelle, a dłonie
zacisnęła w pięści.
– Nie masz prawa!
– Moz˙e jeszcze nie mam, ale za dwa tygodnie...
– Nigdy w z˙yciu!
Jechali pod górę, mając przed sobą skaliste klify
i zielone pagórki. Joelle i jej siostry miały tutaj willę
nad morzem i plaz˙ę do własnego uz˙ytku. Kierowca nie
zmierzał jednak w tym kierunku.
– Dokąd my jedziemy? – zapytała Joelle.
98
JANE PORTER
– Do domu.
Joelle zamknęła oczy w bezradnej wściekłości.
– Nie ma tu mojego domu! – powiedziała szeptem.
Leo milczał. Wyciągnął nogi, a rękę połoz˙ył na
oparciu fotela Joelle.
Zrobiło się jej gorąco, siedział tak blisko, z˙e całe
ciało ją paliło.
– Josie... – zaczął.
– Nie mów tak do mnie!
Obrócił się, by spojrzeć jej w oczy.
– Przestań, bella, bo wezmę cię na kolana.
– Co? Jak śmiesz tak mnie traktować?
– Śmiem.
Zanim zdąz˙yła się zorientować, połoz˙ył ją na swo-
ich kolanach i wymierzył kilka klapsów w pupę. Po
czym równie szybko posadził na swoim miejscu.
Oniemiała z wraz˙enia odsunęła się od niego jak
najdalej, w sam kąt samochodu.
– Jak mogłeś zrobić coś takiego?
– Ostrzegałem cię. Najwyz˙szy czas, z˙ebyś zwracała
uwagę na to, co mówię. Ja nie rzucam słów bez pokrycia.
– Przeszył ją gniewnym wzrokiem. – I wybacz mi,
księz˙niczko, ale mogłaś domyślić się, co nastąpi.
Joelle siedziała wciśnięta w kąt, oczy miała pełne
łez i przeklinała w duchu siebie, Lea i dziadka, który
taką sympatią darzył tego Włocha.
Do tej pory nikt nie doprowadził jej do tego, z˙e czuła
się zupełnie bezradna i zbita z tropu... Wystarczyło, z˙e
wypowiedział parę słów, spojrzał na nią na swój
sposób, a ona traciła rezon i stawała się jednym kłęb-
kiem nerwów.
99
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
To, z˙e miał nad nią taką władzę, budziło lęk.
A bijąca od niego siła poraz˙ała i upokarzała zarazem.
Jak on śmiał? Jak mógł?
Było jej wstyd, z˙e spuścił jej lanie.
– Nie zapomnę ci tego – powiedziała.
– I bardzo dobrze.
Po półgodzinie sedan zatrzymał się przed ozdobną,
kutą bramą. Otworzyła się bezszelestnie i wjechali na
teren posesji wśród zieleni przetykanej smukłymi pal-
mami.
Szofer zwolnił przed obszerną jasnoz˙ółtą willą.
Z jednej strony rozciągał się widok na turkusowe
morze, z drugiej – na rafy koralowe.
Byli po przeciwnej stronie wyspy niz˙ port z rodzin-
ną willą Joelle.
Kierowca skręcił i wyłączył silnik.
Joelle miała teraz lepszy widok na willę, zbudowa-
ną w dość oryginalnym stylu – ni to francuskiej pro-
wincji, ni to hiszpańskiej hacjendy, z okrągłą wiez˙ą
pośrodku.
Leo wysiadł i uśmiechając się, zapytał:
– Masz ochotę zwiedzić dom?
Miała ochotę zdjąć sandały i rzucić w niego. Dzia-
łając niejako wbrew swej woli, przesunęła się na
tylnym siedzeniu i elegancko wysiadła z auta.
– O niczym innym nie marzę – powiedziała.
Podał jej ramię, a ona zmierzyła go piorunującym
spojrzeniem.
Zwiedzanie domu trwało krótko i miało konkretny
cel. Leo otwierał po drodze drzwi do poszczególnych
pokoi – jadalnia, pokój śniadaniowy, kuchnia, na górze
100
JANE PORTER
sypialnie i łazienki, po czym parę stopni wyz˙ej pokazał
duz˙y pokój w wiez˙y.
– Nasz pokój – oznajmił.
Zrobiło jej się zimno, potem gorąco. Zabrakło jej
tchu. Podeszła do okna i je otworzyła. Oparła się
o parapet, wyjrzała. Znajdowali się na trzecim piętrze
– mur wiez˙y był gładki, w tym samym co cały dom
z˙ółtym kolorze.
– Wolałabym mieć pokój na parterze.
Leo usiadł na fotelu, załoz˙ył ręce na kark. Miał na
sobie białą koszulę, która podkreślała opaleniznę.
– A ja wolałbym, z˙ebyś czuła się bardziej bez-
piecznie.
Spojrzała na niego i zapytała:
– Czy ty nie powinieneś być gdzie indziej? Mam na
myśli pracę i ksiąz˙ęce obowiązki.
– Nie, nie powinienem.
– Przeciez˙ chyba gdzieś pracujesz?
– Owszem, ale teraz chodź, usiądź przy mnie.
– Nie wiem, do czego zmierzasz – zaczęła – ale
to mi się bardzo nie podoba. Dostanę coś do picia?
– zapytała.
– Zaraz przyniosą lunch. W Nowym Orleanie
– ciągnął – pomyliłaś się co do mojej osoby.
– Popełniłam błąd – przyznała.
– Błąd? Ty popełniłaś mnóstwo błędów. Jesteś
beztroska, nieodpowiedzialna, myślisz tylko o sobie.
Nie obchodziło cię, co musiała przez˙yć twoja rodzina,
gdy raptem wyjechałaś sobie do Ameryki.
– Juz˙ to słyszałam.
– Nie, nie słyszałaś. Twój dziadek zwołał w trybie
101
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
nagłym całą rodzinę. A działo się to niedługo po
śmierci Astrid.
Zaczerwieniła się. Nikt dotąd nie waz˙ył się tak do
niej mówić, nikt nie pozwolił sobie na ocenianie jej
czynów.
– Jeśli sądzisz – zaczęła – z˙e zyskasz tym gada-
niem moje względy, to jesteś w błędzie.
Coś w duchu jej mówiło: ,,Niebezpieczeństwo.
Trzymaj rękę na pulsie’’.
Teraz moz˙e i nie budził obaw, ale w jego czarnych
oczach czaiło się coś niedobrego. Juz˙ dwukrotnie ją
wytropił i odszukał. Zupełnie jak myśliwy zwierzynę.
– Zostajemy tutaj – rzekł, wstając. Uśmiechnął się
zdawkowo, co tylko wzmogło jej gniew. – Lunch
przyniosą ci do pokoju, więc do zobaczenia wieczorem.
– Ale...
Wyszedł juz˙, a ona, stojąc z otwartymi ze zdziwie-
nia ustami, usłyszała szczęk przekręcanego w zamku
klucza.
Zamknął ją. Zdumienie ustąpiło miejsca furii.
Utkwiła wzrok w pięknym widoku za oknem
– wspaniały ocean i plaz˙ę miała tuz˙ za ogrodami
domostw. Joelle pomyślała o róz˙nych rzeczach, które
mogłaby tutaj robić. Pływać. Opalać się na plaz˙y.
Czytać. Tylko z˙e on zamknął ją w pokoju i nie dał
prawa wyboru. Nie miała tu nawet radia i telewizji.
Tak jak Leo obiecał, pokojówka przyniosła lunch,
tyle z˙e nie mogła otworzyć drzwi i przepraszając
Joelle, z˙e nie jest w stanie jej obsłuz˙yć, odeszła.
,,A to drań – stwierdziła w duchu Joelle. – Zapłaci
mi za to’’.
102
JANE PORTER
Znów podeszła do okna. Pogoda była piękna – zale-
dwie parę chmurek na doskonale błękitnym niebie.
Wsparta o parapet spojrzała w dół. Beton. W wiel-
kich donicach rosły niedawno chyba posadzone roś-
liny. Nie ma mowy o wyskoczeniu oknem. Ucieczka
tradycyjną metodą za pomocą związanych ze sobą
prześcieradeł była paradoksalnie jedynym wyjściem.
Przestała chodzić tam i z powrotem i dała sobie
spokój ze złoszczeniem się – trzy godziny złości to
stanowczo za długo, nawet dla niej. Postanowiła wziąć
kąpiel. W niebiesko-białej marmurowej łazience było
mnóstwo róz˙nych kąpielowych pachnideł i Joelle za-
pragnęła wszystkie wypróbować.
Wciąz˙ lez˙ała w wannie, rozkoszując się jej roz-
miarami, gdy drzwi otworzyły się i do łazienki wpadło
trochę świez˙ego powietrza.
To Leo, bo któz˙ by inny?
Przymknąwszy oczy, zanurzyła się głębiej w wy-
godnej wannie.
– Mógłbyś zamknąć drzwi?
Usłyszała odgłos zamykanych drzwi, a cisza, jaka
potem nastąpiła, świadczyła, z˙e wyszedł.
Joelle po paru sekundach otworzyła oczy.
Leo stał przy wannie, opalony, emanujący siłą.
Starała się na niego nie patrzeć, z marnym jednak
wynikiem, tym bardziej z˙e przysiadł na brzegu wanny.
– Miło spędziłaś popołudnie? – zapytał, zanurzając
rękę w wodzie, jakby chciał sprawdzić temperaturę.
Uśmiechnął się, patrząc na jej minę, czujną, ale
w oczach, jak stwierdził, zapaliły się błyski cieka-
wości.
103
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Była równie piękna jak nieznośna, a jej upór do-
prowadzał go do szału, podobnie jak – w trochę innym
sensie – jej uroda i to, co kryła w sobie.
Sporo dni minęło od czasu, gdy trzymał ją w ramio-
nach, a teraz znowu jej pragnął. Coraz bardziej. Nie
wiedział, jak długo potrafi zachować wstrzemięźli-
wość, jak długo potrafi oprzeć się jej spojrzeniom,
w których odczytywał przyzwolenie. Śmieszne, bo
ona mówiła jedno, a jej oczy zupełnie co innego.
Skrzyz˙owali spojrzenia.
– To, z˙e się przespaliśmy – zaczęła – wcale nie
oznacza, z˙e moz˙esz wejść teraz do wanny.
– Wcale nie zamierzałem – rzekł. – Ale skoro
poddałaś mi tę myśl, nabrałem ochoty na kąpiel.
– Ani mi się waz˙. Dziś parokrotnie dopuściłeś się
juz˙ przemocy: wepchnąłeś mnie do samochodu, za-
mknąłeś tutaj, nie mówiąc juz˙ o biciu.
– Nie uwaz˙asz, z˙e to było zabawne?
– Nie uwaz˙am! – Policzki jej płonęły, gdy próbo-
wała wyrwać dłoń z jego uścisku. – Uwielbiasz to,
prawda? Uwielbiasz dominować!
– Ty tez˙ – odparł.
Uchylił usta, ale w oczach czaiła się złość.
– Kochasz siłę – ciągnął. – Nawet jeśli to cię obraz˙a.
– Nie! – zaprotestowała.
– Gdybyś nie kochała siły, nie walczyłabyś ze mną
z takim uporem.
Zabrakło jej słów – a tego się nie spodziewał
– obserwował, jak się zastanawia, jak chce odzyskać
dawną pozycję, ukłuć go boleśnie jakimś ostrym sło-
wem. Impertynencją.
104
JANE PORTER
Król określał swoją wnuczkę jako skromną, nie-
śmiałą, uroczą dziewczynę. Nie znał jej.
Joelle była wojowniczką. I Leo zaczął pojmować,
dlaczego czuła potrzebę wyjazdu do Ameryki, dlacze-
go chciała się odseparować od rodziny. Nie aprobował
tego, co nie oznaczało, z˙e nie rozumiał motywów jej
postępowania.
– Podaj mi drugą rękę – powiedział.
Przesunęła się do tyłu, jak tylko wanna na to
pozwalała, ale w jej oczach nie było lęku, był ogień.
– Podaj mi drugą rękę – powtórzył.
– Po co? Chcesz mnie związać?
Ogarnął go z˙ar, ciało jego zareagowało az˙ do bólu.
– Tak, ale tylko nagą.
Zacisnęła usta, a puls jej się rozszalał.
Kiedy roztrząsała w duchu ten problem, Leo zanurzył
dłoń w wodzie, szukając jej lewej ręki, i dotknął biodra.
Oczy Joelle rozbłysły gniewem. Jej długie włosy,
które związała w węzeł, opadły teraz na ramiona.
– Ja nie jestem obywatelem drugiej kategorii – rze-
kła. – Nie wolno ci tak mnie traktować.
Chwycił ją wpół i uniósł z lekka, opierając o brzeg
wanny, dzięki czemu ujrzał jej piersi w całej ich krasie.
– Masz rację. Jesteś księz˙niczką. Księz˙niczką Josie.
Jej oczy miotały ostre jak sztylet błyski.
– Puść mnie!
– A jeśli nie puszczę?
– To ja...
– Co? Ochlapiesz mnie? Wyzwiesz od ostatnich?
Zacisnęła zęby, była wzburzona.
– Dlaczego sprawia ci radość upokarzanie mnie?
105
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Pochylił się nad nią, czuł jej podniecenie i reakcję
swego ciała.
– Nie zamierzam cię upokarzać. Chcę tylko, by
dotarło do twojej świadomości, z˙e zobowiązałaś się do
czegoś, coś przyrzekłaś...
– Nasze zaręczyny odbyły się per procura. – Mó-
wiła to juz˙ innym głosem, chłodnym, beznamiętnym.
– Nie brałeś w tym udziału. Omawianie szczegółów
zleciłeś komu innemu.
– Podobnie jak ty.
– Tak, i nigdy nie spotkaliśmy się. Podpisywaliś-
my dokumenty. Zawarliśmy układ.
– Dałem ci pierścionek.
– Wielkie mi rzeczy.
– Tak, wielkie.
Musnął ustami jej szyję, a ona zadrz˙ała.
– Powinnaś doceniać wagę tego gestu. Dałaś sło-
wo... To zobowiązuje.
Znów pocałunek w szyję, a ją przeszył dreszcz, tym
bardziej z˙e tym razem przyciągnął ją do siebie. Prag-
nęła jego bliskości.
– Leo – wyrzekła zduszonym głosem.
Popatrzył na nią, na jej nagie piersi i biodra.
– Jesteś moja – szepnął. – Nawet jeśli jeszcze o tym
nie wiesz.
106
JANE PORTER
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Joelle z trudem chwytała oddech.
Nie chciała czuć się tak jak teraz, nie chciała w ten
sposób reagować. Leo zburzył cały jej racjonalny sto-
sunek do świata. Straciła zdolność samokontroli.
– To była tylko jedna noc – mówiła, starając się
zachować jasność umysłu, choć jego wzrok zadawał
jej ból, poniz˙ał ją, czynił bezwolną. Jakby juz˙ wszyst-
ko było przesądzone, jakby nic więcej ich nie dzieliło.
Leo był groźny, a ona wciąz˙ za nim szalała, całe
ciało ją paliło, jakby topniała od wewnątrz. Siedzia-
ła z przywartymi do siebie kolanami, jakby chciała
poskromić w ten sposób nękające ją az˙ do bólu prag-
nienie.
– Nie powinnaś, bella, ofiarowywać mi swego
dziewictwa.
Pocałował ją i tym pocałunkiem chciał jakby wy-
ssać całe, niezbędne do z˙ycia powietrze. A gdy w koń-
cu przerwał pocałunek, w głowie Joelle zawirowało,
uleciały z niej wszelkie myśli...
Puścił ją, lecz Joelle trwała w tej samej pozycji. Nie
mogła wykonać z˙adnego ruchu. Lez˙ała z powrotem
w wannie i patrzyła na niego dziwnym jakby nieobec-
nym wzrokiem.
Dotknął jej ust palcem wskazującym i rzekł:
– Niewinność jest bezcenna.
– Nie jestem z tych niewinnych, o jakich myślisz.
– Wiem o z˙yciu o wiele mniej, niz˙ sobie wyob-
raz˙asz – powiedział i znów ją pocałował, jeszcze
mocniej, jeszcze bardziej namiętnie.
A ona czuła się tak, jakby w jej ciele rozgorzał ogień.
Drz˙ała ze wzruszenia, emocji, poz˙ądania. Zanurzo-
ną w wodzie dłonią Leo pieścił jej piersi.
,,O, Boz˙e’’ – myślała, gdy dłonie Lea nie ustawały
w pieszczotach.
Drz˙ała od uczucia niewysłowionego szczęścia.
– Leo.
– Tak, Josie?
– Doprowadzasz mnie do szaleństwa.
– Przynajmniej wiesz, co ja czuję.
Sięgnął po ręcznik.
– Pora się ubierać, bambina. Mamy w programie
kolację i nie moz˙emy się spóźnić.
– Wychodzimy gdzieś? – zapytała.
– Tak.
– Publiczny występ?
– Mniej więcej. Mamy rezerwację u Henriego.
Była to najbardziej snobistyczna francuska restau-
racja na wyspie, usytuowana na najwyz˙szym szczycie
Meji, ze zdradliwym podjazdem, ale za to widok
stamtąd wynagradzał wszelkie uprzednie lęki.
Uwielbiany lokal gwiazd filmowych i świata mody.
Codziennie moz˙na tu było na kolacji spotkać najsław-
niejsze twarze świata, a na parkingu – luksusowe auta.
Joelle spojrzała na Lea nieco spłoszonym wzrokiem.
Od lat nie była w tej restauracji.
108
JANE PORTER
Popatrzyła na niego, przyciskając obiema dłońmi
ręcznik do piersi.
– Z jakiej okazji ten wypad? – zapytała.
– Z tej, z˙e jesteś moją narzeczoną.
Zabrzmiało to tak, jakby oboje byli zwykłą parą
narzeczonych, a nie dwojgiem ludzi prowadzących ze
sobą nieustanną, rozpaczliwą walkę.
– Zjemy razem kolację – dodał, gdy milczała.
– Bywaliśmy juz˙ przeciez˙ w miejscach publicznych.
– Właśnie, i pamiętam, jak było. Drinki, danie
zasadnicze i... – Urwała, uniosła brwi.
– I deser.
– Otóz˙ to.
Musnął pocałunkiem jej górną wargę. Uczucie
przyjemności poprzedził dreszcz poz˙ądania.
– Ubiorę się – szepnęła.
– Świetny pomysł – odrzekł z uśmiechem.
W swojej garderobie Joelle znalazła ubrania z ich
rodzinnej willi w mieście – sportowe spódnice, bluzki,
trochę letnich sukienek, których uz˙ywała z okazji ro-
dzinnych świąt spędzanych w Meji, w domu na plaz˙y.
Zastanawiała się, co ma na siebie włoz˙yć. W końcu
sięgnęła po krótką, ozdobioną cekinami czerwoną
sukienkę, wciśniętą między stroje bardziej eleganckie.
– Masz zamiar w tym iść? – dobiegł ją głos Lea
i odwróciła się szybko, trzymając w dłoni suknię.
– Rzeczywiście, trochę ekscentryczna – przyznała,
potrząsając nią, a cekiny roziskrzyły się niczym tęcza.
– Nie szkodzi. Włóz˙ ją.
– Przeciez˙ ci się nie podoba – powiedziała zadowo-
lona z tego, jakim wzrokiem na nią patrzy.
109
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Był w czarnych spodniach i czarnym cienkim golfie.
– Podoba mi się.
I znów, gdy na niego spojrzała, pomyślała, z˙e
świetnie wygląda i jest bardzo męski.
– Jesteś konserwatystą.
– Nie za bardzo.
W jego głosie zabrzmiała jakaś szelmowska nuta,
a ją jakby objęły płomienie wyzwalające całą gamę
róz˙nych myśli. Poczuła się nagle nieswojo i wsunęła tę
strojną sukienkę z powrotem do szafy. Wyjęła skrom-
ny, bez˙owy garnitur.
– Spodoba ci się – rzekła. – Dobra firma.
– Nie.
Wyjęła czarną suknię ozdobioną perłami.
– Włóz˙ czerwoną. Dobrze ci w niej. – Spojrzał na
zegarek. – I pospiesz się. Samochód juz˙ podjez˙dz˙a.
Nie wystarczyło juz˙ czasu na wymodelowanie
fryzury – włosy Joelle opadały luźno na ramiona.
Zdąz˙yła tylko wytuszować rzęsy i dobrać do sukni
szminkę.
– Gotowa? – zapytał Leo, odrywając wzrok od
gazety.
– Moz˙emy iść.
– Świetnie. – Wstał. – Mam coś dla ciebie – rzekł,
biorąc ze stołu małą szkatułkę. Otworzył wieczko.
Bransoletka. Cięz˙kie kosztowne srebro. Zrobiło się
jej przyjemnie.
– Piękna – powiedziała.
– Prawda? – Załoz˙ył jej na rękę i zapiął.
– Kiedy to kupiłeś?
– Dziś rano.
110
JANE PORTER
– Dziękuję.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Ujął jej dłoń.
– Całe szczęście, z˙e twój szwagier miał ją przy sobie.
– Szwagier? – Zmarszczyła brwi. – Co mój szwa-
gier ma z tym wspólnego?
– Twój szwagier Demetrius jest specjalistą od in-
wigilacji i spraw bezpieczeństwa.
Joelle poczuła powiew lodowatego chłodu.
– Co to jest? – zapytała, dotykając bransoletki.
– Cudowny nowoczesny przedmiot.
– Do czego ma słuz˙yć?
– Będzie śledził kaz˙dy twój krok.
– Kajdanki?
– Noszą to ludzie skazani na areszt domowy.
– Kajdanki!
Podniosła głos.
,,To szaleniec – myślała. – Kompletny szaleniec.
Co gorsza – mój narzeczony. Przynajmniej tak uwaz˙a
rodzina’’.
– Dobrze wiesz, z˙e to nie są kajdanki – powiedział
z nieszczerą cierpliwością. – Nie jesteś ani do nikogo,
ani do niczego przykuta.
– Ale będziesz znał kaz˙dy mój krok – powtórzyła
jego słowa.
Wytrzymał spojrzenie, a nawet miał czelność się
uśmiechnąć.
– Tak, to prawda.
Ten spokój rozwścieczył ją. Klnąc w duchu, szarp-
nęła bransoletkę.
– Zdejmij mi ją z ręki! – krzyknęła.
– Nie zdejmę.
111
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– W tej chwili!
– Nie zamierzam.
Podeszła do marmurowego blatu i z całych sił
uderzała bransoletką o jego skraj.
– Nie moz˙esz, Leo...
– Mogę.
Ręka ją bolała od tych uderzeń i łzy podeszły jej do
oczu.
– Zdejmij to draństwo! Rani mnie!
– Sama się ranisz. Uspokój się.
– Nie z tym draństwem na ręku!
– Przestań, bella. Ta bransoletka jest z tytanu, to
taki metal – znowu się uśmiechnął, najwyraźniej bar-
dzo z siebie rad – podobny do srebra.
Myślała, z˙e to cenna bransoletka. Pozwoliła, by
sam ją zapiął na przegubie ręki. Uznała to za zawiesze-
nie broni. A teraz wojna znowu rozgorzała.
– Jak mogłeś zrobić mi coś takiego?!
Czuła się oszukana. Przeraz˙enie i wściekłość brały
górę.
– Jak mogłeś sądzić, z˙e to rozwiąz˙e jakikolwiek
problem?
– Nie uciekniesz juz˙ więcej.
– Ja nigdzie nie uciekałam!
– Bella Josie, dziś koło południa byłaś na przy-
stani. A mieliśmy odbyć sesję fotograficzną.
– Właśnie przez tę całą sesję...
– Wiem, jaką wagę przywiązuje do tego twój
dziadek.
– Gdy dowie się, jak postąpiłeś ze mną, nigdy ci
tego nie wybaczy.
112
JANE PORTER
– Twój dziadek powiedział mi, bym dobrze wyko-
rzystał ten tydzień.
Znowu czuła z˙ar w całym ciele, a skóra tak ją
piekła, jakby była poparzona i pokryta pęcherzami.
– Niemoz˙liwe – powiedziała, patrząc na Lea z nie-
dowierzaniem.
– Twój dziadek uwaz˙a, z˙e jesteś tutaj ze mną
bezpieczna. Wyznał mi, z˙e nie wie, jak z tobą po-
stępować. Liczy na to, z˙e ja znajdę do ciebie klucz...
– Cofnął się krok i zmierzył ją badawczym spojrze-
niem. – I jak widzisz, ta bransoletka jest całkiem ładna.
– Ładna? – Głos jej rozniósł się echem i zaczęła
energicznie machać ręką, jakby w ten sposób mogła się
pozbyć tej wątpliwej ozdoby. – To metalowa obręcz.
– Nikt nie się domyśli, do czego ona słuz˙y – powie-
dział, wykrzywiając usta i patrząc na nią złym wzro-
kiem. – Chyba z˙e sama to rozgłosisz. – Spojrzał na
zegarek. – Chodźmy juz˙, bo stracimy rezerwację.
,,Do czego doszło? – myślała. – On jest górą, osiąg-
nął cel’’.
A w nim narastała wściekłość, wskutek czego stawał
się jeszcze bardziej władczy, arogancki, bezwzględny.
– Ja nigdzie nie idę – oświadczyła stanowczo,
sięgając do suwaka z tyłu sukienki. – Idź sam, jeśli
chcesz.
– Wychodzimy – rzekł, nie oglądając się nawet.
– Wychodzisz sam.
Zrzuciła suknię z ramion, zdjęła buty, wiedząc, z˙e
prędzej czy później Leo się odwróci i przekona na
własne oczy, z˙e Joelle juz˙ się rozebrała i nie ma
zamiaru nigdzie iść.
113
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
,,Dlaczego wcześniej nie stawiałam oporu?’’ – py-
tała sama siebie; dlaczego pozwoliła, by ją dotykał?
Bo cholerne lubiła ten jego dotyk, w tym sęk.
Bardzo powoli się odwrócił, miał nieprzyjemny
wyraz twarzy.
– Nie mam nastroju do z˙artów, bella.
– Ani ja – rzekła.
Łzy upokorzenia zasnuły jej wzrok. Jak mogła
wyobraz˙ać sobie małz˙eństwo z takim człowiekiem?
Jak mogłaby z˙yć z takim arogantem i szowinistą, który
ją spętał.
Tak, spętał ją.
Potrząsnęła ręką, co wywołało nieprzyjemny dźwięk.
Na litość boską, on zamontował szpiega na jej
dłoni, który będzie śledził kaz˙dy jej krok.
– Bella, sukienka!
Ani drgnęła. Trwała tak z rękami wspartymi na
biodrach.
– Chcesz mnie zmusić, z˙ebym się ubrała? Tak ma
wyglądać nasze wspólne z˙ycie?
Parę chwil nie odrywał od niej wzroku.
– Nie – powiedział w końcu. – To nie jest mój
ideał. Raczej twój. Cały czas ze mną walczysz...
– Bo ty lekcewaz˙ysz moje dąz˙enia i potrzeby.
– Tobie potrzebny jest mąz˙. Ty mnie potrzebujesz.
– Tak, chciałam męz˙a, chciałam ciebie, zanim się
dowiedziałam, z˙e jesteś moim narzeczonym, a uwiod-
łeś mnie w Nowym Orleanie, bo wątpiłeś w moją...
– Byłem tobą zainteresowany – rzekł, zmruz˙ywszy
oczy.
– I zamiast powiedzieć mi, kim jesteś...
114
JANE PORTER
– Alez˙ ja powiedziałem, kim jestem. Wyraźnie
wymieniłem nazwisko. To ty, bella, nie skojarzyłaś,
z kim masz do czynienia. I nie studiowałaś w eks-
kluzywnym konserwatorium. I nie myślałaś o ślubie.
Demonstrowałaś natomiast swoje wdzięki na estradzie
podrzędnego klubu, a męz˙czyźni ślinili się, poz˙erając
cię wzrokiem. – Odetchnął i znów spojrzał na zegarek.
– Jesteś gotowa?
Nie miała juz˙ siły, nie potrafiła walczyć tak jak on.
– Dobrze, pójdę – powiedziała. – Ale po powrocie
zdejmiesz mi tę bransoletkę, zrozumiałeś?
Podróz˙ do Henriego w czarnym sedanie była ogro-
mnie denerwująca – Joelle odsunęła się od Lea moz˙-
liwie jak najdalej.
Zwierzę. Potwór. Diabeł.
Skrzyz˙owała ramiona i załoz˙yła nogę na nogę,
a cekiny, jakie zdobiły sukienkę, zaszeleściły. Z
˙
ałowa-
ła, z˙e nie włoz˙yła czegoś innego, jakiejś dłuz˙szej
czarnej sukni. Ta, którą miała na sobie, odsłaniała
ramiona i plecy, a dekolt sięgał piersi. Zawsze lubiła
ten kontrast między barwą sukni i ciała, ale teraz zbyt
była spięta i nie zalez˙ało jej na kuszeniu Lea.
– Zachowaj spokój – powiedział ostrym tonem.
– Zastanawiam się właśnie.
– Nad czym?
– Najchętniej bym cię zabiła.
Roześmiał się, tym razem szczerze.
Jak ona mogła zgodzić się wyjść za niego? Skąd
mogła przypuszczać, z˙e to ksiąz˙ę hołdujący średnio-
wiecznym poglądom na małz˙eństwo i macierzyń-
stwo?
115
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Czy we Włoszech to jest norma? Czy Włosi do
dziś pętają swoje kobiety?
Obrzucił ją chłodnym spojrzeniem.
– Tylko wtedy, gdy czerpią z tego przyjemność.
I na tym ich rozmowa się skończyła.
Po dwudziestu minutach szofer zatrzymał się przed
kamienną fasadą restauracji. Okna były jasno oświet-
lone, a przez niektóre widać było kandelabry z kutego
z˙elaza.
Leo wysiadł z wozu, Joelle chwilę się wahała,
starając się obudzić w sobie wiarę we własne siły.
Obiad z Leem u Henriego nie będzie łatwym zadaniem.
Poczuła nieprzyjemne mrowienie w okolicach serca.
W restauracji powitał ich maiˆtre d’hôtel, a Leo
podziękował mu skinieniem głowy.
– Cieszę się, z˙e znowu pana widzę, wasza wyso-
kość – powiedział, kłaniając się nisko. – Szczęśliwym
zbiegiem okoliczności, jak mniemam – mówił dalej
– gości u nas równiez˙ pańska matka. Spoz˙ywa kolację
w jednej z jadalni i poprosiła mnie, z˙ebym powtórzył,
z˙e później dołączy do państwa.
Wyraz twarzy Lea nie uległ zmianie, zmieniły się
tylko jego oczy, stały się bardziej surowe i chłodne.
Uśmiechał się nadal, lecz w oczach miał gniew.
Nawet gospodarz restauracji wyczuł, z˙e wywołał
efekt przeciwny do zamierzonego, i znów ukłoniwszy
się nisko, zaprowadził ich w milczeniu do stolika
z pięknym widokiem na zatokę.
Joelle, siadając, zmierzyła Lea spojrzeniem. Za-
stanawiała się, czy chodzi o księz˙nę Marinę czy księz˙-
nę Clarissę, aktualną z˙onę ojca Lea.
116
JANE PORTER
Z
˙
ycie towarzyskie nigdy Joelle nie pociągało, nie
czytywała brukowych magazynów, ale i tak dotarła do
niej wiadomość, z˙e rozwód rodziców Lea był niecie-
kawym widowiskiem.
Podszedł do nich kelner z winem, lecz Leo gestem
dłoni kazał mu przyjść później.
,,Jest wściekły – pomyślała Joelle. – Nie, to złe
określenie. Jest... zdruzgotany’’.
Czekała na dalszy rozwój wydarzeń. Tymczasem
mijały minuty, a on wciąz˙ trwał w bezruchu, nawet na
nią nie spojrzał.
– Leo?
Milczał, więc po paru sekundach powtórzyła:
– Leo?
Poruszył się, jakby zaskoczony tym, z˙e się do niego
zwraca.
– Tak? – odezwał się.
– Nie musimy tu być.
Uniósł głowę, popatrzył jej w oczy. Trochę trwało,
zanim rzekł:
– Nie zamierzam jej ustąpić.
,,Jej? To znaczy komu?’’ – zastanawiała się.
Kelner powiedział, z˙e to jego matka, ale Joelle
chciała się upewnić, usłyszeć to z jego ust.
– Czy to Clarissa? – zapytała.
– Skądz˙e! – Omal się nie roześmiał. – Clarissa to
święta osoba. Ta tutaj to Marina, moja matka.
Zmierzył ją spojrzeniem.
Podszedł do ich stolika inny kelner i Leo zamówił
drinki: martini dla siebie i szampana dla Joelle.
Czekając na trunki, milczeli, i nagle, nim jeszcze
117
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
kelner postawił kieliszki na ich stoliku, Leo zerwał się
z miejsca.
– Zaraz wracam – oznajmił.
Joelle domyślała się, dokąd poszedł. I znów za-
częła się zastanawiać, co tez˙ zaszło między nim
a matką.
Leo niebawem był z powrotem. Wrócił blady, rysy
twarzy miał ściągnięte, wypił spory łyk martini i wes-
tchnął głęboko, jakby z ulgą.
– No, załatwione – powiedział.
Joelle nic z tego nie rozumiała, a chciałaby wie-
dzieć, co się stało, skąd u Lea te nagłe emocje.
– Co załatwione? – zapytała.
– Nie przysiądzie się do nas. – Spojrzał w górę,
jego oczy błysnęły dziwnym blaskiem, widać było, z˙e
z trudem panuje nad sobą.
Joelle spojrzała przez okno – na światła portu
w dole, na odbijający się w morzu księz˙yc.
,,Piękny wieczór’’ – pomyślała.
– Nic nie rozumiem – szepnęła.
– Nie musisz – rzekł.
– Ale chcę.
– I tak ci nie powiem – oświadczył.
Słyszał jej cięz˙ki oddech, wiedział, z˙e ją zranił, ale
nic na to nie mógł poradzić.
Jego matka jest tutaj. Jego matka, księz˙na Marina,
,,najpiękniejsza, najbardziej zadziwiająca kobieta kró-
lewskiego rodu’’, jak pisały o niej swego czasu róz˙ne
magazyny. Nie była tu przypadkowo. Wiedziała, z˙e
Leo tez˙ ma być.
,,Magazyny nie wymieniły wszystkich przymiot-
118
JANE PORTER
ników – myślał Leo, starając się uspokoić. – Jeszcze
samolubna, niezrównowaz˙ona i tak dalej...’’.
Zacisnął zęby tak mocno, z˙e wyglądało to na
uśmiech. Powinien wiedzieć, z˙e nie moz˙e pojawić się na
tej wyspie. Z
˙
e jego miejsce jest na drugim końcu świata.
Podniósł głowę i stwierdził, z˙e Joelle go obserwuje,
na jej twarz padało światło świec odbijające się w szy-
bie okna. Była zmartwiona. Nim. I świadomość, z˙e
zalez˙y jej na nim, sprawiła mu radość.
Obserwował jej twarz, oczy i usta i zobaczył to,
czego nie chciał zobaczyć. Młodość.
– Jesteś piękna.
Powiedział to dziwnie i Joelle potrząsnęła głową,
sięgnęła po szampana, a jej bransoletka zadzwoniła
o szkło.
Wyprostowała się, a on zauwaz˙ył łzy w jej oczach.
Co, na litość boską, oni oboje wyprawiają? On miał
obowiązek oz˙enić się z nią; Joelle miała obowiązek
urodzić dzieci. Ale czy w ten sposób cokolwiek osiąg-
ną? Czy jest to droga do szczęścia?
A moz˙e on nie wierzy w szczęście? Moz˙e szczęście
w ogóle nie istnieje?
Dojrzał łzy, jakie zawisły jej na rzęsach, i te łzy
ukłuły go w serce. Nie chciał zadawać jej bólu, nie
chciał nikomu zadawać bólu, ale z˙ycie nie jest bajką,
a oni nie są ludźmi zwykłymi, którzy dokonują zwyk-
łych wyborów. Oni są uprzywilejowani. I przeklęci.
Róz˙nica między nim a Joelle polega na tym, z˙e on
akceptuje swój los, ona zaś stale walczy. Wciąz˙ jest
pewna, z˙e osiągnie coś więcej.
To ,,coś więcej’’ nie istnieje. On o tym wiedział.
119
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Joelle jest młoda, bardzo młoda... Ten blask roz-
świetlający jej włosy, szeroko otwarte zielononiebies-
kie oczy, rzęsy, na których skrzą się łzy – wszystko
było jak z obrazu Rembrandta.
Pod wpływem impulsu podszedł do niej, ujął obie-
ma rękami jej głowę i pocałował w usta.
Usta miała ciepłe i przychylne mu, a on pragnął ich
smaku, jego ciało domagało się bliskości. Chciał, by
jak najszybciej zjedli tę kolację i wrócili do domu.
– Chodźmy stąd – powiedział.
W samochodzie siedzieli blisko siebie, dotykali się
udami. Czuł ciepło jej ciała.
Joelle przypomniała sobie, jak patrzył na nią u Hen-
riego. Badawczo, przenikliwie.
W czasie jazdy milczała. Starała się nie myśleć,
a Leo równiez˙ tej ciszy nie przerywał. Nie była to
kojąca cisza. Joelle bała się.
Samochód przejechał przez bramę i zatrzymał się
tuz˙ przed wejściem do willi. Z wyjątkiem światła nad
drzwiami i w holu wszędzie panowała ciemność.
Joelle przesłała tęskne spojrzenie na drogę za bra-
mą. Chciałaby wyrwać się stąd i uciec. Tęskniła do tej
wolności w Nowym Orleanie, do z˙ycia wśród tłumu.
Leo nie domyślał się, jakie targają nią uczucia.
A jeśli nawet, to nie przyjmował ich do wiadomości.
Zamknął starannie drzwi, wyłączył światło na zew-
nątrz, a włączył ozdobny kinkiet u podnóz˙a schodów.
120
JANE PORTER
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Wchodziła za nim po schodach do pokoju w wiez˙y,
a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Leo otworzył
przed nią drzwi, zamknął i przekręcił klucz.
– Czy to konieczne? – zapytała, patrząc, jak
zmniejsza liczbę palących się z˙arówek w z˙yrandolu,
jak zaciąga jasnozielone zasłony na oknach. Nie mogła
w to uwierzyć, nie mogła uwierzyć, z˙e po tym wszyst-
kim znowu...
Szedł ku niej. Po drodze ściągnął golf.
– Nic się nie zmieniło – rzekł.
Cofnęła się, ale nie za szybko i nie za daleko.
Chwycił ją wpół, przytulił do siebie, a krew w niej
wrzała.
,,Miał rację – pomyślała – nic się nie zmieniło’’.
I przymknęła oczy, poddając się jego pieszczotom.
– Nie moz˙emy... – zaczęła niepewnie.
– Moz˙emy – rzekł, ściągając z niej jedwabne łaszki.
Pocałował ją w szyję i wyczuł gotowość. Jej ciało
pragnęło go, lecz myśl, z˙e potem znów będą sobie
obcy, hamowała Joelle.
Odepchnęła go wbrew własnym emocjom, własnej
tęsknocie.
– Moz˙emy porozmawiać na ten temat?
– Oczywiście. Mów.
Nie mogła mówić, nie znajdowała słów, myśli jej
się rozpierzchły. Ukryła twarz w dłoniach, marząc
o jego pocałunku.
– Nie mogę juz˙ – szepnęła. – Błagam...
Pragnęła tylko jednego.
– Mówiłaś, z˙e chcesz porozmawiać – rzekł, patrząc
na nią, a jego oczy pałały namiętnością.
– Powinniśmy.
– No więc?
– Teraz nie mogę myśleć o niczym innym, tylko...
– Tylko o czym?
– O tym.
Pocałował ją, a jego dłonie pieściły jej ciało i czyni-
ły cuda. Zdjął pończochy z jej nóg, powoli, jedną po
drugiej. Poczuła chłód, który koił rozpalone zmysły.
Uniósł nagle głowę i popatrzył na nią uwaz˙nie,
z malującym się na twarzy napięciem.
– Jeśli mnie nie chcesz, to powiedz.
A ona nie wiedziała, na jakim świecie z˙yje. Nie
rozumiała ani jego, ani siebie, ani tej chemii, która
ciągnęła ich ku sobie.
– Chcę ciebie – rzekła. – I w tym cały problem.
Przymknął powieki, nie chcąc, aby oczy zdradziły
jego myśli, ale kiedy całował ją, zdradził go własny
pocałunek. Wyraz˙ał nim czułość, jakiej nigdy nie
oddałby słowami.
Gdy ich ciała się zetknęły, gdy wtuliła twarz w jego
ramię, wiedziała, z˙e tak być nie powinno. Jak moz˙na
być tak blisko kogoś i nic o nim nie wiedzieć? Jak
mogła pragnąć go, skoro potrafił być wobec niej tak
obcesowy, skoro traktował ją tak źle?
122
JANE PORTER
Zarzuciła mu ręce na szyję, a on szepnął:
– Wszystko będzie dobrze. – Nie martw się.
Czuła, jak jej ciało jest mu powolne. Nie była
jednak pewna swego serca. Nie potrafiła juz˙ myśleć.
To, co działo się między nimi, przekraczało wszel-
kie wyobraz˙enia. Leo osiągał szczyty miłosnego kun-
sztu, a ona... poddawała się tylko własnym instynktom.
Przez całe z˙ycie czuła się samotna, nierozumiana
przez nikogo. Była dobrą, małą księz˙niczką, ale za-
wsze w głębi duszy czuła dyskomfort, z˙e z˙yje w kłam-
stwie i fałszu. Nie była dobrą, małą księz˙niczką. Łak-
nęła wolności i prawdy. Chciała czuć i kochać.
– Kochaj mnie – szepnęła, pragnąc uciec od uczuć,
nad którymi straciła kontrolę. – Kochaj mnie – powtó-
rzyła, pragnąc doznań, nie emocji, rozkoszy, a nie lęku.
Lez˙eli potem obok siebie, spełnieni i odpręz˙eni.
Joelle wciąz˙ cięz˙ko oddychała, była jeszcze rozpalona,
ale po chwili udzielił się jej jego spokój.
– Moz˙e nie wyzwalam tej bestii, jaka w tobie
drzemie? – zapytała.
– Bestii?
Odchyliła głowę i spojrzała mu w oczy.
– Czasem nie daje o sobie znać, ale gdy budzi się,
jest okropna.
– Nie jestem taki zły – oświadczył.
– Nie, ale tkwi w tobie bestia – upierała się.
– Wiem, co mówię.
– Co ty wiesz? Jestem duz˙o od ciebie starszy.
– Miałeś wiele kobiet?
Okręcił sobie wokół palca pasmo jej włosów.
– Piękne – stwierdził zamiast odpowiedzi.
123
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Pieścił ustami jej kark, az˙ dotknął miejsca szczegól-
nie wraz˙liwego.
Jęknęła i znów ogarnęła ją fala gorąca.
– Na pewno chłopcy uganiali się za tobą. Często
chodziłaś na randki?
– Nie zapominaj, z˙e byłam dziewicą, a poza tym
nie uznaję randki we troje.
– Czyli? – zapytał ze zdziwieniem.
– Ja, mój chłopak i mój ochroniarz.
Leo roześmiał się. Wprawił w drz˙enie jej ciało.
Objęła go i zanurzyła dłonie w jego bujnych włosach.
– Igrasz z ogniem – wyszeptał.
Jak ona mogła wciąz˙ z˙ywić do niego pozytywne
uczucia? Jak mogła sobie wyobraz˙ać, z˙e go kocha,
wiedząc o tej cholernej bransoletce-szpiegu? I mimo
wszystko być nim zafascynowaną, poz˙ądać go?
Zarozumiały, uparty, arogancki, dominujący – to
w ciągu dnia. A w nocy? Gdy lez˙eli nadzy w łóz˙ku,
promieniował siłą, ale w niczym jej nie uraz˙ał. Czułość
i troskliwość wypierały porywczość jego charakteru.
W łóz˙ku był... wspaniały. Kochający.
Znowu pytanie: Jak moz˙e kochać kogoś, kto trak-
tuje ją jak średniowieczną narzeczoną, porwaną i za-
mkniętą w wiez˙y? Jak moz˙e chcieć go kochać po tym
wszystkim, przez co przeszli?
Bezsens. Jednak to, co do niego czuła, przewyz˙-
szało wszelkie dotychczasowe doznania. Dziś uległa
jego urokowi i przepadła. Zakochała się po uszy.
Nie z powodu seksu, choć wszystko na to by
wskazywało. Coś w głębi jej duszy przesunęło się,
otworzyło. Odnalazła w nim siebie.
124
JANE PORTER
– Czy nie przyszło ci do głowy, z˙e jeśli zwol-
nilibyśmy tempo, zachowywali jak normalni ludzie,
to... lepiej by się między nami ułoz˙yło? – zaczęła.
– Dobrze się przeciez˙ ułoz˙yło.
– A czy moz˙emy o tym porozmawiać? – zapytała,
wstrzymując oddech. – Krótka rozmowa bez gróźb, z˙e
rzucisz mnie lwom na poz˙arcie.
Roześmiał się, ale Joelle wiedziała, z˙e nie ubawił
go jej z˙art.
– O czym tu dyskutować? Umowa została zawarta,
podjęliśmy zobowiązanie...
– Od strony formalnej...
– Kochaliśmy się.
Milczała.
– Nie mieliśmy prezerwatywy – dodał.
Przez moment nic do niej nie docierało, zgubiła się,
i nagle jakby dostała obuchem w głowę.
Wyśliznęła się z jego objęć, przycupnęła po drugiej
stronie łóz˙ka.
– Moz˙esz być w ciąz˙y – rzekł.
– Ale nie jestem.
– To się okaz˙e.
Zadzwonił telefon Lea. Spojrzał na fotel, gdzie
lez˙ała jego komórka.
Znów dzwonek i znów brak reakcji.
– Nie zamierzam odbierać – powiedział.
– Aha – mruknęła, prawie nie słysząc jego słów, bo
wszystkie jej myśli skupiły się na czymś innym.
A telefon wciąz˙ dzwonił.
– Tak, nie zabezpieczyłem się.
– A kiedy zorientowałeś się, z˙e...?
125
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Nareszcie telefon przestał dzwonić.
– Nie zamierzałem w ogóle się zabezpieczać.
Potrząsnęła głową z niedowierzaniem, ale wiedzia-
ła, z˙e on nie z˙artuje. Chciał, z˙eby zaszła w ciąz˙ę.
– Potrzebujesz spadkobierców – powiedział obojęt-
nym tonem.
Była księz˙niczką. Była tą, która pozostanie w Melio
i musi mieć dzieci, które będą dziedziczyć. Które
zapewnią przyszłość jej krajowi.
Ściskając w dłoniach kawałek prześcieradła, po-
czuła, z˙e znów coś się w jej z˙yciu wali, podobnie jak
wówczas, gdy po śmierci babki opłakiwała jej stratę
i bolała nad tym, z˙e siostry trzymają się z daleka. Czuła
się tak samotna jak teraz.
Rozumiała, z˙e dla kraju, dla przyszłości z˙yjących
w nim ludzi, powinna wyrzec się ambicji, ale nie była do
tego gotowa, nie wiedziała, czy wolno jej tak postąpić,
czy wolno jej działać wbrew swoim potrzebom.
A potrzebowała niewiele. Silnego męz˙czyzny, któ-
ry kochałby ją dla niej samej. Nie dla korony, nie dla
wyspy, nie dla królestwa.
Po raz pierwszy poczuła się wolna w Nowym
Orleanie. Gdy w skórzanych spodniach i wysokich
butach, z gitarą u boku udawała, z˙e nie jest Joelle.
– Damy sobie z tym wszystkim radę – rzekł, obej-
mując ją, ale Joelle wywinęła się.
– Jak? – zapytała. – Jak mamy dać sobie radę? Nic
o sobie nie wiemy, a reszta nie pokrywa się chyba
z prawdą.
Wstała i poszła do łazienki, włoz˙yła jeden z weluro-
wych szlafroków i wiąz˙ąc pasek, wróciła do pokoju.
126
JANE PORTER
Uniosła dłoń ze srebrną ,,bransoletką’’.
– Spójrz na to, Leo. Co ci to mówi? Bo mnie mówi
bardzo duz˙o.
– Ma cię chronić.
– Przed czym? Przed kim? – Roześmiała się niena-
turalnie. – Zamocowałeś to na mojej ręce, wiąz˙ąc mnie
w ten sposób ze sobą. Nie ufasz mi. Gdy zobaczyłeś
mnie w Club Blue, byłeś wstrząśnięty, budziłam w to-
bie odrazę.
– Nie odrazę! Byłem tylko zdziwiony, skonster-
nowany.
– Zły.
Skoro juz˙ zaczęła, ciągnęła:
– Byłeś na mnie zły, prawdopodobnie miałeś rację,
bo ludzie z pałacu sprzedali ci wizerunek księz˙niczki,
która nie istnieje, miałeś więc do wyboru: albo skoń-
czyć z tym, albo zaakceptować mnie taką, jaka jestem,
bo czułeś, z˙e juz˙ się nie zmienię.
– Nie musisz.
– Nie bądź śmieszny. Oczywiście z˙e liczysz na to,
z˙e się zmienię.
Znów potrząsnęła metalem na przegubie dłoni.
Nic nie powiedział, a jego milczenie ją rozzłościło.
– Chcesz, z˙ebym się zmieniła – powtórzyła przy-
tłumionym głosem, jakby w ten sposób chciała wyci-
szyć emocje. – Chcesz, z˙ebym odpowiadała twojej
wizji dobrej z˙ony, ale ja nie wiem, co się składa na taką
wizję, i mówiąc szczerze, nie chcę wiedzieć...
– Moz˙e w nas obojgu powinna dokonać się zmiana?
– Moz˙e. – Roześmiała się. – Ale przeciez˙ dobrze
wiesz, Leo, z˙e to niemoz˙liwe. Ty się nie zmienisz i ja
127
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
się nie zmienię na tyle, by sprostać twoim wymaga-
niom. Więc będziesz na mnie zły, będziesz mnie karał
za to, z˙e jestem taka, a nie inna...
Głos jej się załamał.
– Z
˙
e nie jestem... dobrą księz˙niczką – dokończyła.
– Przesadzasz – powiedział. – Nigdy nie liczyłem
na to, z˙e pojmę za z˙onę ,,dobrą’’ księz˙niczkę. Owszem,
mogło mnie to i owo razić, mogłem...
– Być zły – podpowiedziała mu.
– Tak, byłem zaskoczony i zły, ale na świecie nic
nie jest czarne albo białe.
W jego ramionach czuła się tak szczęśliwa, wierzy-
ła nawet, z˙e mogą być razem, lecz za duz˙o zła było
w tym wszystkim, za bardzo czuła się zraniona.
Podszedł do niej. Błyskawicznie cofnęła się.
– Nie zbliz˙aj się do mnie!
Ale on szedł ku niej z wyciągniętymi ramionami.
– Ani kroku dalej, Leo!
Zatrzymał się, ale dopiero wtedy, gdy był blisko.
– Chyba widzisz – mówiła dalej – z˙e to wszystko
nie gra. Nie pasujemy do siebie. Ja nie jestem taka,
jaką chcesz, z˙ebym była... – Zaczerpnęła oddechu.
– A ty nie jesteś tym męz˙czyzną, jakiego ja potrzebuję.
Milczał. Patrzył na nią, a Joelle starała się nie
okazać uczuć, jakie ją trapiły, zapanować nad smut-
kiem, gorzką rezygnacją.
,,Koniec z tym – myślała. – Koniec z czymś, co
właściwie nigdy się nie zaczęło’’.
Czuła się oszukana. Poniz˙ona. A przeciez˙ przed
paroma minutami byli sobie tak bliscy, była szczęś-
liwa, a okazało się, z˙e to tylko gra zmysłów.
128
JANE PORTER
Fantastycznie się kochali, ale ona nie była tak
naiwna, by zrozumieć, z˙e to nie miłość.
– Kaz˙dy związek między dwojgiem ludzi jest trud-
ny – Leo powiedział to po chwili, bez cienia emocji
w głosie.
Nabrała powietrza i policzyła do dziesięciu, stara-
jąc się nie okazać urazy.
– Nasz nie jest trudny, Leo. Jest upokarzający.
– Próbowała się uśmiechnąć, lecz usta jej zesztyw-
niały. – Nie wolno polować na ludzi. Zamykać albo
przykuwać łańcuchami.
Przymknął powieki, starając się ukryć wyraz oczu.
– Chciałem, byśmy mieli więcej czasu... powinniś-
my lepiej się poznać... nie chciałem cię stracić.
,,Specjalnie się nie zabezpieczył – myślała Joelle.
– Chciał, z˙ebym zaszła w ciąz˙ę. Chciał mnie złowić.
Ale nie z miłości, lecz z poczucia obowiązku... Obrzy-
dliwe’’ – dodała w duchu.
– Teraz juz˙ chyba dobrze się znamy, nie sądzisz?
– Dlaczego więc zgodziłaś się na małz˙eństwo
z układu? – zapytał tak cicho, z˙e prawie niesłyszalnie.
– Dlaczego względy ekonomiczne odegrały u ciebie az˙
taką rolę?
Skonsternowana zamrugała powiekami.
– Zrobiłam to dla dziadka. Źle się ostatnio czuł.
– Oddech miała urywany, próbowała zagłuszyć w so-
bie dojmujący ból. – Jak moz˙esz sądzić, z˙e to finanse
zawaz˙yły na mojej decyzji? Zupełnie mnie nie znasz.
Znów zadzwonił telefon.
Leo nie reagował.
– Odbierz, moz˙e to coś pilnego – powiedziała Joelle.
129
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Niewaz˙ne, to pewno matka.
– Matka? Niewaz˙ne?
Leo spojrzał na nią udręczonym wzrokiem i pod-
niósł słuchawkę.
Joelle obserwowała jego wyraz twarzy, złość, wre-
szcie wściekłość. Mówił po włosku, machał rękami,
kulił się, prostował.
Rozmowa się skończyła, a on wciąz˙ był spięty i zły.
– Maledionze! – zaklął. – Niech ją szlag! Nie do
wiary! – mówił, przeczesując palcami włosy.
– Co cię tak rozzłościło? – zapytała Joelle.
– Zawsze to samo, zawsze to samo!
Coś w brzmieniu jego głosu poruszyło ją, poczuła
raptem, z˙e jest jej bliski... mimo wszystko.
– Co takiego?
– Chciałbym móc ci powiedzieć...
– No to powiedz.
– Nie mogę...
– Moz˙e to lepiej. Nie znam cię, nic o tobie nie
wiem. Łatwiej mi będzie zapomnieć.
– Bella!
Nic juz˙ jej nie wzruszy. Uraził ją, oszukał, zmani-
pulował. Koniec. Niech się wreszcie od niej odczepi.
– Wszystko ci wytłumaczę, ale teraz nie mogę, ona
tu jest.
– Kto i gdzie?
– Matka. Na dole.
130
JANE PORTER
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Joelle coś ukłuło w sercu – nie wiedziała, czy to z˙al,
czy lęk. Co pomyśli sobie jego matka, gdy zastanie ich
tutaj w takiej sytuacji – o drugiej po południu?
Leo odgarnął włosy i spojrzał na Joelle. Gdy wy-
szedł, usiadła na łóz˙ku. Czuła się potwornie.
W końcu przemogła się i podniosła z podłogi spodnie
i bluzkę. Gdy ubierała się, usłyszała podniesione głosy.
Kobiecy i Lea. Krzyczeli na siebie. Przekrzykiwali się.
Joelle zamarła, natęz˙yła słuch. Nic z tej głośnej
wymiany słów nie mogła zrozumieć.
Związała włosy w koński ogon, zerknęła w lustro
w łazience i skierowała się ku schodom. Stanęła oparta
o poręcz.
Głosy docierały tu lepiej, moz˙na było zrozumieć,
o czym mówią. Joelle była wstrząśnięta równiez˙ gory-
czą brzmiącą w głosie księz˙nej Mariny.
Rozległ się jej śmiech, łamiący się, sztuczny.
– Nie bądź taki sztywny, ksiąz˙ę!
– Przestań!
– Oczywiście, rozumiem! Nigdy nie masz dla mnie
czasu! Jesteś zbyt pochłonięty zdobywaniem małych
państw, pomnaz˙aniem dobytku.
– Niczego nie zdobywam ani nie pomnaz˙am.
– Ale z˙enisz się z osobą majętną, prawda?
– Cóz˙ w tym złego? Ty tez˙ się tym kierowałaś.
Joelle nie chciała tego słuchać, chciała uciec stąd,
ale nogi wrosły jej jakby w ziemię.
– Ksiąz˙ę Leo Borgarde, król Melio i Meji. Musi to
być wspaniałe uczucie, mam rację?
Milczenie Leo było bardziej wymowne niz˙ słowa,
ale prowokowało Marinę do drąz˙enia tematu.
– Niedługo zawładniesz całym światem – ciągnęła
Marina. – Dzięki kobietom...
– To obrzydliwe!
– Ale taka jest prawda. Zdobędziesz wszystko, co
zechcesz. Kto się tobie oprze? Jesteś bogaty, atrakcyj-
ny, utytułowany.
– To ostatnie nie ma znaczenia. Chętnie zrezyg-
nowałbym z tytułu. Oddałbym wszystko za jeden
normalny dzień w dzieciństwie.
– Dałam ci wszystko.
– Nie, mamo. Brałaś wszystko. Nawet teraz stawiasz
wymagania, a ja nie mogę nic dać, zwłaszcza tobie.
– Nawet nie próbujesz.
Znów chwila ciszy, po której Leo roześmiał się
– śmiechem niemiłym dla ucha.
– Masz rację. Nie próbuję. Nie mam ochoty ani sił.
Rozległ się odgłos wymierzanego policzka.
– Egoista! Drań! – Głos księz˙nej Mariny załamał
się. – Nieodrodny synalek swego ojca.
Rozległy się kroki w holu, drzwi otworzyły się
i ukazała się w nich piękna wysoka blondynka w bla-
doniebieskim garniturze. Uniosła wzrok na schody,
zobaczyła Joelle i wybiegła z domu.
Trzasnęły frontowe drzwi. A Joelle stała jak wryta.
132
JANE PORTER
W drzwiach holu pojawił się Leo.
– Chciałaś poznać moją matkę – powiedział. – Jest
dobra w schodzeniu ze sceny, prawda?
,,W pojawianiu się równiez˙’’ – pomyślała Joelle
oszołomiona tym, czego była świadkiem.
Sądząc po wyrazie oczu Lea, ten spektakl nie był
dla niego niczym nowym.
– Co to było? – zapytała.
– To co zwykle.
Przyglądała mu się chwilę, zastanawiając się, jakie
miotają nim uczucia, o których nie chce mówić.
– Nie rozumiem cię – stwierdziła.
– A co ci da zrozumienie? – zapytał.
Poczuła, jak wzbiera w niej gniew.
– Moz˙emy porozmawiać podczas jedzenia – rzekł
i ruszył wąskim korytarzem w stronę kuchni.
W obszernej, staromodnej kuchni zabrał się do
szykowania śniadania – usmaz˙ył jajka, posiekał ziele-
ninę. Wskazał jej taboret przy blacie, Joelle usiadła
i zaczęła uwaz˙nie go obserwować – wystające kości
policzkowe, kształt ust i coś, czego nie sposób nie
zauwaz˙yć, a mianowicie ślad po wymierzonym poli-
czku. Sięgając po coś, obrócił głowę i Joelle zobaczyła
wyraźny ślad palców i dłoni.
Jak to jest moz˙liwe? Jak matka mogła tak potrak-
tować syna?
– Twoja matka uderzyła cię w twarz? – zapytała
pod wpływem impulsu i po chwili chciałaby juz˙ cofnąć
te słowa.
Leo podniósł głowę i spojrzał na Joelle. Twarz miał
bez wyrazu.
133
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Bywało juz˙ gorzej – odpowiedział spokojnie,
mieszając starty ser z omletem. Joelle dostrzegła jed-
nak, jak drgnęły mu mięśnie policzków.
Przekroił omlet i podał jej talerz z połową placka
i posmarowaną masłem grzankę.
– Smakuje? – zapytał, siadając naprzeciwko.
Skinęła głową. Smakowało, ale czuła się zbyt nie-
szczęśliwa, aby jeść. Chciała być dobrą wnuczką dla
swego dziadka... ale nie zamierzała poślubić Lea. Nie
spełni oczekiwań całej rodziny.
Oboje usiłowali jeść, ale jakoś im nie szło.
Leo pierwszy odstawił talerz. O czymś myślał.
O czymś przykrym. Bolesnym.
– Martwię się... o ciebie – rzekła
– Niepotrzebnie. To nic waz˙nego.
Te oskarz˙enia... ta niechęć... wściekłość. I to nic
waz˙nego? Joelle starała się znaleźć odpowiednie sło-
wa wyraz˙ające zatroskanie.
– Twoja matka uderzyła cię.
– Była zdenerwowana. – Uśmiechnął się, ale
w oczach miał smutek.
– A czego ona właściwie od ciebie chciała?
– Nie wiem. I nie wiem nawet, czy ona wie.
Zachowuje się czasem tak dziwnie...
Joelle poczuła łzy pod powiekami.
– I atakuje właśnie ciebie?
– Wszystkich, którzy znajdą się na jej drodze.
– Uśmiechnął się z lekka. – Ale ja jestem chyba jej
ulubionym celem.
W kuchni zaległa cisza.
– Kawy? – zapytał, obracając się ku niej.
134
JANE PORTER
Skinęła głową.
– Proszę.
Przyniósł na tacy kawę i biszkopty, i Joelle stwier-
dziła, z˙e znowu przybrał na twarz tę swoją maskę,
chłodną i bez wyrazu.
– Opowiem ci coś – rzekł, siadając obok. – Ale
musisz mi obiecać, z˙e nic nie skomentujesz, o nic nie
zapytasz.
Uniosła brwi ze zdziwieniem.
– Nic nie będę mogła powiedzieć?
– Nie. Opowiem ci pewną historię, a kiedy skoń-
czę, skończy się i historia. Nie chcę ani twojego
zdziwienia, ani współczucia.
– Niezbyt pięknie to brzmi. Najpierw mówisz, z˙e
coś mi opowiesz, a potem stawiasz warunki.
– Stawiam.
Spojrzała na niego badawczym wzrokiem.
,,Nie rozumiem go. Ma az˙ nadto skomplikowaną
osobowość – myślała. – Do tej pory uwaz˙ałam go za
aroganta, typowego faceta z wyz˙szych sfer. Teraz
jednak dostrzegam w nim coś więcej. Musiał wiele
wycierpieć. Zamknięty w sobie – myślała dalej – typo-
wy introwertyk’’.
– No dobrze – rzekła. – Opowiedz mi tę historię.
Zaczął mówić, powoli, spokojnie, i odnosiło się
wraz˙enie, z˙e chciał to juz˙ mieć za sobą:
– Moi rodzice z˙yli w separacji. Uznano, z˙e dla
mojego dobra powinienem być przy matce. Od tam-
tego czasu ojca rzadko widywałem. Matka źle znosiła
samotność. Przy tym nie zachowywała się jak inni
ludzie i nie podejmowała właściwych innym decyzji.
135
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Przez cały czas byliśmy w podróz˙y, zwiedziliśmy cały
świat. Usiłowała zawierać przyjaźnie, związki, jeśli
wolisz takie określenie, i na ogół źle trafiała. Ten
permanentny brak stabilności fatalnie się na niej odbił.
Była piękną kobietą, świadomą własnej urody, ale nie
radziła sobie. Nie umiała być sama w sobotnie wieczo-
ry. Pragnęła rozpaczliwie bywać, nie przepuścić z˙ad-
nej okazji. – Leo uśmiechnął się ze smutkiem na to
wspomnienie. I mówił dalej: – A najgorsze było to, z˙e
byłem świadkiem tych samotnych wieczorów...
Zamyślił się na chwilę.
– Bawiliśmy się w taką grę – ciągnął opowieść.
– Ubieraliśmy się w najładniejsze stroje i szliśmy do
jakiejś eleganckiej restauracji, tam gdzie bywają przy-
stojni, bogaci męz˙czyźni. I zachowywaliśmy się jak na
randce. Matka ściskała mnie za rękę, przesyłała mi
powłóczyste spojrzenia. Byłem jej męz˙czyzną.
Odwrócił wzrok, rozejrzał się, popatrzył na z˙yran-
dol oświetlający nowoczesne kuchenne urządzenia
i po chwili podjął wątek:
– Lubiłem te wieczory, lubiłem, gdy trzymała
mnie za rękę. Pochyliwszy się, całowała mnie w czoło,
a jej pachnące blond włosy otulały mnie. Nie było dla
mnie wówczas piękniejszej kobiety.
Spojrzał w dal, zamyślony, nim znów zaczął mówić.
– W restauracji szukała zawsze najlepszego stoli-
ka, a najlepszy dla niej to najbardziej widoczny, z˙eby
z kaz˙dego miejsca moz˙na ją było zobaczyć. Jeśli takie
stoliki były zajęte, brała mnie za rękę i chodziliśmy od
stolika do stolika, czekając, az˙ się któryś zwolni.
– Prosiła, by go jej odstąpiono? – zapytała Joelle.
136
JANE PORTER
Uśmiech Lea wystarczył za odpowiedź.
– Bo niby są moje urodziny, mówiła. Więc popy-
chała mnie do przodu, przedstawiała. Jej pięcioletni
syn. Sześcioletni. Siedmio- i tak dalej. Przez całe lata
trwała ta gra. Czasem odstępowano nam stolik, czasem
kazano matce się wynosić.
Joelle czuła, z˙e robi się jej niedobrze. Wolałaby,
z˙eby Leo skończył tę makabryczną opowieść.
– Noce z soboty na niedzielę były bardzo długie
– ciągnął. – Wychodziliśmy z domu gdzieś około
dziewiątej, wracaliśmy – po północy. Trwało to, zanim
matka znalazła dobry stolik, dobrego faceta. Zapomi-
nała czasem, z˙e ja z nią jestem...
Joelle wytrzymała badawcze spojrzenie Lea, a ser-
ce waliło jej jak młotem. Kaz˙de jego słowo bolało.
– Miałeś mnóstwo urodzin – wtrąciła.
– Setki kaz˙dego roku.
,,Jak matka moz˙e być tak podła dla swego dziec-
ka?’’ – myślała Joelle.
Jakaz˙ inna była jej matka, która porzuciła karierę,
by zapewnić dzieciom stabilizację.
– Ci obcy męz˙czyźni – mówił dalej Leo – składali
mi z˙yczenia, kazali zdmuchiwać świeczki na torcie
urodzinowym...
– Koszmar! – Joelle nie mogła się powstrzymać.
– A najgorsze było to, jak oni patrzyli na moją
matkę. Zrozumiałem to dopiero po paru latach...
– Jak ty to wszystko zniosłeś? – szepnęła.
Ujął jej dłoń z uśmiechem, a oczy mu wyraźnie
zwilgotniały. Zdjął z jej nadgarstka tę bransoletę
i wrzucił do pojemnika na śmieci.
137
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Joelle poczuła się wolna i chyba oboje pomyśleli to
samo.
Mogła odejść.
– Przykro mi – rzekł oschłym tonem. – Wybacz mi.
Oczy ją piekły. Skinęła głową.
– Zasługujesz na lepszy los – powiedział. – Na
kogoś, kto będzie cię zwyczajnie kochał. Będzie dla
ciebie dobry. – Skrzywił się. – Ja nie jestem właś-
ciwym człowiekiem.
Czy mógł bardziej ją zranić? Czy mógł sprawić jej
większy ból?
– Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy – rzekła, patrząc
w bok, walcząc ze łzami, ze sobą...
Bardzo chciała mu powiedzieć, z˙e moz˙e spróbują
jeszcze raz, od nowa, znając juz˙ siebie wzajemnie,
własne potrzeby i oczekiwania.
Leo nie ufał jej i chyba nie potrafiłby juz˙ zaufać,
a Joelle, mówiąc szczerze, tez˙ mu nie ufała. A jednak
wiedząc juz˙, z˙e to koniec, z˙e moz˙e wstać i iść, nie
zrobiła tego.
– Łyknijmy trochę powietrza – powiedział. – Cho-
dźmy na plaz˙ę.
Zbliz˙ał się juz˙ chyba świt.
,,Lepsze to – pomyślała Joelle – niz˙ przewracanie
się z boku na bok w łóz˙ku’’.
Leo tymczasem sam dziwił się swoim wynurze-
niom. Nigdy nikomu nie mówił o przeszłości, o matce,
i raptem opowiedział wszystko Joelle, ze szczegółami.
,,Straciłem kontrolę nad sobą – myślał, gdy szli
alejką w stronę plaz˙y. – Po raz pierwszy. Byłem
zawsze wzorem opanowania i spokoju’’.
138
JANE PORTER
Nawet o wpół do czwartej rano powietrze było
ciepłe, balsamiczne, a gdy byli juz˙ na plaz˙y, Leo,
zdjąwszy buty, pomaszerował do wody, rozkoszując
się chłodem fal.
,,Ile ten człowiek przez˙ył’’ – pomyślała Joelle.
Z rękoma w kieszeniach patrzył na księz˙yc wyła-
niający się zza chmur. Ciekawe, przez˙ył piętnaście lat,
ukrywając tę krzywdę, i raptem, po tak krótkiej znajo-
mości z Joelle, wyrzucił z siebie to wszystko.
– Dzieci są cholernie ufne – powiedział.
Był zmęczony, doprawdy zmęczony, i zastanawiał
się, dlaczego tak fatalnie ułoz˙yło mu się z˙ycie. Przed
laty, kiedy uciekł z domu do szkoły z internatem,
a potem wstąpił na uniwersytet, przysiągł sobie, z˙e
będzie twardy, nie da się ponieść uczuciom. Nikomu nie
pozwoli zbliz˙yć się do siebie. I tak tez˙ było – az˙ do dziś.
Nie przypuszczał, z˙e zakocha się w Joelle. Zgodził
się na małz˙eństwo z układu, poniewaz˙ nie chciał
miłości. Potrzebna mu była z˙ona, która zdaje sobie
sprawę z odpowiedzialności, jaka spoczywa na rodzinie
królewskiej. Na tej zasadzie zgodził się załoz˙yć rodzinę.
Zaufał zapewnieniom króla Remi, z˙e Joelle jest idealną
księz˙niczką, nazwał ją nawet brylantem jego serca.
Według króla posiadała wszystkie cechy królewskiego
rodu – inteligentna, zrównowaz˙ona, domatorka.
Obrzucił ją spojrzeniem. Inteligentna – tak. Zrów-
nowaz˙ona – średnio. Domatorka – nie. Mimo to zako-
chał się w niej, a Remi w jednej kwestii miał na pewno
rację – była brylantem. Jej oczami ujrzał inny świat,
coś, czego nigdy przedtem nie widział, i poczuł po-
trzebę... miłości.
139
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Nie był gotów do tak intensywnych uczuć. Poczuł się
zagubiony, ta miłość go przerastała. I budziła gniew.
– Dlaczego wybrałeś mnie z tłumu księz˙niczek do
wzięcia? – zapytała.
W mętnym świetle księz˙yca twarz Lea była ledwo
widoczna.
Nie po raz pierwszy zdał sobie sprawę, jak fatalny
popełnił błąd. Joelle była skromna i młoda. Wychowy-
wała się otoczona rodziną, w pałacu, dojrzewała w cie-
niu sióstr. I teraz on i nawet jej dziadek chcieli jej
kosztem ubić własne interesy.
Nic dziwnego, z˙e uciekła. On tez˙ by uciekł. Właś-
ciwie zrobił to wcześniej. Byle jak najdalej od matki.
– Stanowisz świetne uzupełnienie mojego impe-
rium.
– Melio – rzekła.
– Niesamowity kraj. Zawsze zachwycałem się jego
krajobrazem.
– A teraz się nie zachwycasz?
– Juz˙ nie.
– Przeze mnie. Przykro mi.
– Niepotrzebnie.
Pochylając się nad falami, chwytała je dłonią. Tak,
chciała mieć męz˙a. Melio czekało na wesele.
Joelle nie spotkała do tej pory męz˙czyzny, który
nauczyłby ją tak jak Leo radości z˙ycia. Który tyle
szczęścia dałby jej w łóz˙ku. Nie moz˙na jednak budować
przyszłości na seksie. Ślub ma się odbyć za dwa
tygodnie, a to za krótki termin, by poznać narzeczonego,
by powstała między nimi więź rokująca szczęście
w małz˙eństwie.
140
JANE PORTER
I choć to brzmiało nieprawdopodobnie romantycz-
nie, chciała, by z męz˙em stanowili parę podobną do jej
rodziców. Matka była gwiazdą, a ojciec kochał ją nie
za to, kim jest, i nie dlatego, z˙e chciałby, aby tą
gwiazdą nie była.
Joelle pragnęła tego rodzaju akceptacji.
– Czy poznałeś moich rodziców? – zapytała.
– Nie – odparł po chwili wahania. – Byłem na ich
pogrzebie.
Cięz˙ko westchnęła.
– Nie pamiętam pogrzebu – rzekła.
– Miałaś wtedy zaledwie cztery lata.
Nie pamiętała nawet twarzy. Widziała ich tylko na
zdjęciach w róz˙nych magazynach. Nicolette i Chantal
pamiętały. Miały przynajmniej wspomnienia. A Joelle
tylko fotografie. I opowieści o nich.
– To było tak dawno temu – powiedziała, kuląc się
z zimna. Poczuła nagle ogromne zmęczenie. – Czyz˙by
zaczęło juz˙ świtać? – zapytała.
Gdy znaleźli się w sypialni, spojrzeli na siebie nie-
pewnie, wiedząc, z˙e ich historia dobiegła końca.
,,Im szybciej, tym lepiej’’ – mówiła sobie Joelle.
On chyba tez˙ poczułby ulgę, choć nie dawał tego po
sobie poznać. Stali więc tak naprzeciwko siebie i choć
patrzyli płonącym wzrokiem, sprawa była przesądzona.
– Mogę tu przenocować? – zapytała, wiedząc, z˙e
zaraz zacznie świtać.
– Masz na myśli przeczekanie do rana? – Podszedł
i przytulił ją do siebie. – Wiesz, jak się czuje męz˙czyz-
na w takiej sytuacji.
Łzy cisnęły się jej do oczu. Broniła się przed nimi.
141
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
– Czy zobaczymy się jeszcze kiedyś? – zapytała.
– Moz˙liwe – szepnął, zanim przywarł ustami do
jej ust.
Ten pocałunek był zupełnie inny niz˙ poprzednie.
Leo zawarł w nim czułość i tęsknotę, i z˙al, a Joelle nie
mogła juz˙ powstrzymać łez. Byli tak blisko czegoś, co
jest najwaz˙niejsze w świecie. Moz˙e gdyby spotkali się
nie teraz, lecz parę lat później, gdy oboje byliby
mądrzejsi, bardziej doświadczeni, gdyby spotkali się
jak inni młodzi ludzie, w restauracji, w klubie, gdyby
poznali ich ze sobą przyjaciele...
Joelle objęła go mocno za szyję i przytulała się
całym ciałem, jakby zmuszając go, by zapamiętał na
zawsze tę ich ostatnią noc.
Kochali się, nie myśląc o rozstaniu, waz˙na była
tylko ta chwila pełna rozkoszy. Joelle nie mogła się
jednak opędzić od myśli, z˙e oboje cierpią, zamiast iść
za głosem serca.
Nie pamiętała, kiedy zapadła w sen. Była w jego
ramionach, ustami dotykała piersi Lea, ale obudziła
się... sama.
Usiadła, podkuliła nogi; bolało ją serce... Coś się
stało. Coś bardzo złego. I zrozumiała. Nie było Lea.
Odszedł, gdy ona spała. Napisał na kartce: ,,Bella,
świat nalez˙y do Ciebie. Leo’’.
142
JANE PORTER
ROZDZIAŁ DWUNASTY
Nowy Orlean, Luizjana
– Zostawił kartkę i to wszystko? – zapytała Lacey.
– Tak, to wszystko – odparła Joelle.
Odchyliła głowę na oparciu fotela. Siedziały na
balkonie ich wspólnego mieszkania w Dzielnicy Fran-
cuskiej. Joelle wpatrywała się nieobecnym wzrokiem
w butelkę piwa, którą trzymała w ręku.
Przyjechała do Nowego Orleanu i zamierzała zo-
stać tu dłuz˙ej i przy okazji przemyśleć wiele spraw,
znaleźć odpowiedź na nękające ją pytania.
– Jak się czujesz po tym wszystkim?
– Koszmarnie – przyznała Joelle.
Lacey zmierzyła przyjaciółkę zatroskanym spoj-
rzeniem i po chwili namysłu rzekła:
– Moim zdaniem on cię kocha.
– To było poz˙ądanie, nie miłość – sprostowała
Joelle. Czuła się nieszczęśliwa i do głębi zraniona.
– Jakaz˙ to moz˙e być miłość po dziesięciu dniach
znajomości?
– Ale to były dni bardzo intensywne – zauwaz˙yła
Lacey.
– Bo taki właśnie on jest.
Joelle wypiła łyk piwa z butelki.
Lacey milczała, rude włosy opadały jej na czoło.
– Poza tym on nie wiedział, czego ja chcę, co jest
mi potrzebne. – Odetchnęła głęboko.
Nie moz˙e płakać, nie wolno jej się załamać. Ko-
chała ciało Lea, ale chciała czegoś więcej. Chciała
jego serca. Jego szacunku do siebie. Jego wiary w nią.
Bez tego miłość fizyczna znaczy niewiele. – Myś-
lałam, z˙e będę mogła wyjść za mąz˙ z poczucia obo-
wiązku, myliłam się. Myślałam, z˙e mogę być narze-
czoną ,,z układu’’, ale widocznie nie znałam siebie.
Nie przypuszczałam, z˙e tak waz˙ne będzie dla mnie to,
by ten męz˙czyzna kochał mnie... a nie mój tytuł czy
mój kraj.
Burza wisiała w powietrzu, było parno i gorąco,
Joelle z trudem formułowała myśli.
– Tak więc nie będzie ślubu – ciągnęła. – Zaręczy-
ny zerwane, a ja wracam do swojej pracy, do dawnego
trybu z˙ycia.
– Dziadek zgodził się na twój przyjazd tutaj? – za-
pytała Lacey.
– Tak, dał mi jeszcze dwa lata.
– A siostry?
– Okazało się, z˙e rozumieją mnie bardziej, niz˙
myślałam. Gorąco – dodała po krótkim milczeniu.
– Zapomniałam, jakie gorące są tu lata.
– Zastanawiam się często, Jo – mówiła Lacey – czy
gdyby nie ten wasz ,,układ’’, którego nie bardzo rozu-
miem, czy wyszłabyś za niego.
Joelle patrzyła na groz˙ące burzą chmury.
– Bo ja wiem – rzekła w końcu. – Chybabym
wyszła, bo tego ode mnie oczekują. Ale teraz juz˙ nie
144
JANE PORTER
jestem pewna. Zmieniłam się. Chcę być bardziej sa-
modzielna. Chcę być sobą.
Zagrzmiało. Obie weszły do pokoju, a gdy Lacey
zamykała drzwi, Joelle pomyślała, z˙e niepotrzebnie
przywołała wspomnienia o Leu. Zbyt były bolesne.
Z pracą nie było problemu. Wróciła do Club Bleu,
gdzie była w swoim z˙ywiole. Na estradzie zapominała
o złamanym sercu.
Podjęła dodatkowo pracę kelnerki w pobliskiej
restauracji. Pieniądze się przydadzą, no i będzie miała
mniej czasu na rozmyślania.
Któregoś dnia była na zapleczu klubu, gdy wszedł
kierownik i powiedział:
– Josie, zaraz wchodzisz.
Skinęła głową, słuchając głosu dziadka z poczty
głosowej, bo bardzo tęskniła do niego i do Melio.
– Obudź się wreszcie, Josie – ponaglił ją szef.
– Juz˙ idę – rzekła.
Po chwili stała juz˙ na estradzie w blasku reflek-
torów, a Benny szarpnął pierwsze basowe tony. Dziś
było tu pełno ludzi, kaz˙de miejsce było zajęte, bo
ona, Joelle, stała się kimś waz˙nym w Nowym Or-
leanie.
Nie wiedziała co, ale coś dziś było nie tak. Czuła się
fatalnie.
,,Skup się, Jo – nakazywała sobie w duchu – i za-
śpiewaj tę piosenkę’’.
Coś mówiło jej, z˙e tego wieczoru wszystko jest inne
niz˙ zazwyczaj.
Coś wisiało w powietrzu.
Przymknęła oczy, ujęła mikrofon obiema dłońmi
145
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
i zaśpiewała przejmującą pieśń o nieszczęśliwej miło-
ści. Jakby w świetle reflektorów przyznała się do
czegoś, o czym nigdy nikomu nie mówiła.
Tęskniła do Lea. Śnił jej się niemal co noc.
,,Masz przeciez˙ to, co kochasz, masz swoją muzykę
– przemawiała do siebie – nikt ci jej nie moz˙e odebrać’’.
Po dwóch godzinach światła zbladły i rozległ się
wrzask zachwyconej publiczności. Jo ukłoniła się któ-
ryś raz, ale krzyki i gwizdy nie umilkły.
– Dobra robota – rzekł Johnny, perkusista.
– Byłaś dziś świetna – dodał Benny. – Przeszłaś
samą siebie.
– Dzięki – rzuciła im. – Do jutra, chłopcy.
Stanęła na chwilę, by wytrzeć twarz, zanim łzy
rozmaz˙ą tusz na jej policzkach.
,,To wszystko przez ten upał’’ – pomyślała.
Schodząc z estrady, usłyszała:
– Josie?
Stanęła jak wryta.
Ponad rok nie słyszała tego głosu, nie licząc snów.
Tyle czasu minęło, tak tęskniła... Patrzyła teraz na
niego, pochłaniała go wzrokiem.
Dreszcz ją przeszył, kolana się pod nią ugięły.
– Leo!
– Pięknie wyglądasz.
Jego niski głos... Zapomniała juz˙ o tym brzmieniu.
– Dziękuję.
I zapadła cisza. Joelle nie wiedziała, co powiedzieć,
jak się zachować. Spojrzała na niego, odwróciła wzrok.
,,Co on tu robi? Przez rok słowem się nie odezwał,
nie zadzwonił. Po co pojawił się tutaj?’’.
146
JANE PORTER
– Co u ciebie? – zapytał.
– Świetnie. A u ciebie?
– Tez˙ świetnie. – Uśmiechnął się. – Miło, z˙e się
mną interesujesz.
– Przeciez˙ jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała
z lekką nutą goryczy.
– Przyjaciółmi – powtórzył, a jego oczy miały
ponury wyraz. – Mogę cię zaprosić na kolację?
– Nie – odrzekła. – Jutro muszę bardzo wcześnie
wstać.
Zmarszczył brwi. Serce Joelle biło coraz mocniej.
– W niedzielne poranki pracuję u Brennana. Pa-
miętasz tę restaurację? – Skinął głową. – Więc muszę
wcześnie wstać.
– Wracasz teraz do domu? – zapytał.
– Tak.
– Odprowadzę cię. Daj mi gitarę.
– Leo – zaczęła, ale widząc wyraz jego twarzy,
powiedziała: – No dobrze.
Szli w milczeniu. Wieczór był upalny, chmury
gromadziły się na horyzoncie. Doszli do budynku,
w którym Joelle mieszkała. Leo wszedł za nią po
schodach. Oboje czuli się nieswojo.
– Chcesz wejść? – zapytała konwencjonalnie.
Wyczuł to.
– Moz˙e innym razem – rzekł. – Dobranoc.
Joelle zamknęła za sobą drzwi na klucz.
A on poszedł. Nie powinna pozwolić mu odejść.
Powinna zaprosić go do środka. Potem otworzyć butel-
kę wina i... porozmawialiby.
Powinna była... Nie, dobrze się stało.
147
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Oczy miała pełne łez. Dlaczego dobrze się stało?
Leo tu był. A ona pozwoliła mu odejść.
,,W porządku – mówiła sobie – takie jest z˙ycie
i taka jest miłość’’.
Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Drgnęła. Ale
to nie był Leo, tylko Lacey.
– Na szczęście jesteś – powiedziała. – Zgubiłam
klucz i bałam się, z˙e nie dostanę się do domu.
Ranek nastał stanowczo za wcześnie. Joelle ledwo
zwlokła się z łóz˙ka.
Około drugiej skończyła dyz˙ur i wychodząc wej-
ściem od kuchni pomachała kucharzom. Była zmęczo-
na, nie czuła nóg. Gdy doszła do końca alejki, zobaczy-
ła go. Chyba w głębi duszy na to liczyła, choć na jego
widok przeszył ją dreszcz.
Zapomniała juz˙ trochę o jego wdzięku, zmysłowo-
ści, europejskim sposobie bycia.
,,Wybaczenie mu – myślała – byłoby zbyt łatwe,
wyrzucenie go z pamięci – zbyt okrutne’’.
Sądząc po reakcji jej ciała, o z˙adnym dystansie
wobec niego nie mogło być mowy.
– Jesteś juz˙ wolna – mówił, stając przy niej – a do-
wiedziałem się od Lacey, z˙e na dzisiejsze popołudnie
nie masz z˙adnych planów.
Joelle poczuła z˙ar w całym ciele i nie miało to nic
wspólnego z upałem ani z nadciągającą burzą.
– Kiedy widziałeś się z Lacey? – zapytała.
– Wczoraj. Zaraz po przyjeździe.
– Nie wspomniała mi o tym.
– Bo ją o to prosiłem.
148
JANE PORTER
Ich oczy znów stoczyły ze sobą walkę.
,,Nic się nie zmienił – myślała. – Wciąz˙ chce
dominować, mieć nade mną kontrolę’’.
– Nie powinna mieć przede mną tajemnic – powie-
działa Joelle ponurym tonem.
– Nie miej jej tego za złe, bella.
Na niebie daleko stąd pojawiły się zygzaki błyskawic.
,,Jeśli on mnie dotknie, koniec’’ – pomyślała.
Nabrała powietrza i odezwała się, starając się mó-
wić spokojnie i logicznie:
– Sama nie wiem, co o tym myśleć. Robiłam, co
mogłam, z˙eby o tobie zapomnieć... – zamilkła i po-
trząsnęła głową. – Widzieć ciebie to prawdziwa męka.
Nie myślałam, z˙e tak będzie.
– Wiesz, z˙e cię kocham.
– Ale odszedłeś ode mnie.
– Oboje znamy przyczynę.
Była bliska łez.
– Wejdźmy do środka – zaproponował, wskazując
kawiarnię.
Znała ten lokal. Przypominał tawernę albo saloon.
Pod sufitem kręcił się wiatrak, z grającej szafy dobie-
gała muzyka country.
– Nie mam ochoty – powiedziała.
Błyskawica przecięła niebo i rozległ się grzmot.
– Zaraz będzie ulewa, bella.
Joelle rozejrzała się. Wciąz˙ byli dość daleko od
mieszkania. Ulice były puste. Wszyscy uciekli, bo
zaraz lunie. W Nowym Orleanie jeśli pada, to ulewa.
Ulice były puste. Dzielnica Francuska przemieniła
się w miasto duchów.
149
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
Niesamowite! Zostali w tej kawiarni sami.
– Zamówię coś do picia. To potrwa jakiś czas.
Przesłała mu niechętne spojrzenie.
– Jesteś zadowolony, z˙e utknęliśmy tutaj.
– Pomyśl sobie, z˙e przychodzę z ofertą pokoju
– rzucił sucho.
– To dlaczego ja tego nie czuję?
– Trudno się mówi – rzekł. – Będziemy musieli
jakoś zabić ten czas.
Joelle wyczuła radość, gdy na nią spojrzał, i głowę
by dała, z˙e się uśmiechnął z satysfakcją.
– Zaplanowałeś to – powiedziała, krzyz˙ując ra-
miona na piersi i usiłując zachować dystans.
Leo uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów.
– Tak. Dokonując rezerwacji w hotelu, zamówiłem
przy okazji burzę.
Zacisnęła zęby, czując przypływ emocji. Zacho-
wywał się wobec niej tak, jakby była jedyną kobietą
na świecie. Pod jego spojrzeniem pałała z poz˙ą-
dania.
– Mnie tu dobrze – rzekł.
– A mnie nie.
Był uosobieniem wszystkiego, czego pragnęła.
– Czy mój dziadek nasłał cię na mnie? – zapytała.
– Nie.
– A wie, z˙e tu jesteś?
– Nie. Czy sądzisz, z˙e potrzebuję jego zezwolenia
na widzenie się z tobą?
– No to czego ode mnie chcesz?
– A jak myślisz, bella?
Serce jej wypełniły marzenia, tęsknota i ból.
150
JANE PORTER
– Nie moz˙esz mnie mieć – powiedziała.
– Oczywiście, z˙e mogę. Jestem ci przeznaczony...
– Nieprawda.
– Tak jak ty mnie.
– Bzdury!
Roześmiał się, co jeszcze bardziej ją wzburzyło.
– Dałem ci tylko czas, bella. O z˙adnym rozstaniu
nie ma mowy.
– Minął rok, Leo, cały rok. Nie mieliśmy ze sobą
z˙adnego kontaktu, nie było zaręczyn, ślubu.
– Na razie.
– Nie było i nigdy nie będzie.
– Wciąz˙ mnie pragniesz tak jak ja ciebie.
Zaczerwieniła się ze złości. Jak on śmie opowiadać
takie rzeczy? Jak śmie tak arogancko się zachowywać?
– Nic nie wiesz o moich pragnieniach!
Nie zamierzał znęcać się nad nią, wywierać psychi-
cznej presji. Chciał równiez˙ zdobyć jej serce.
Utkwił wzrok w jej twarzy.
– Odmawiasz mi swojej ręki, bambina. Tylko z˙e za
bardzo ujawniasz swoje uczucia. Gdybym był ci obojęt-
ny, nie przejawiałabyś tyle emocji.
Milczała, wiedząc, z˙e ma rację.
Tak bardzo chciała kochać i być kochaną.
Nagle chwycił ją w ramiona i rzekł:
– Wiem, z˙e zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie.
Zamknęła oczy, walcząc z naporem łez.
– Kochasz mnie? – zapytała.
– Bardziej, niz˙ sądziłem, z˙e potrafię. – Wahał się
chwilę. – Bardziej, niz˙ chciałem... Przez ten rok wiele
się nauczyłem – mówił dalej. – Wiele mnie kosztowało
151
KSIĘZ
˙
NICZKAZ WYSPY
pogodzenie się z matką, wybaczenie jej, z˙e nie dała mi
tego, co powinna.
– Masz na myśli Melio?
Roześmiał się.
– Bella, ja jestem bogaty, mam więcej, niz˙ moz˙esz
sobie wyobrazić. A potrzebuję tylko ciebie. Nie chcę
juz˙ nigdy zasypiać bez twojego pocałunku. Nie chcę
budzić się sam. Nie chcę juz˙ dłuz˙ej z˙yć samotnie.
– Kobiety na pewno szaleją za tobą – rzekła.
– Ale chcę taką, dla której ja oszaleję.
Zapadła chwila ciszy.
– Zaufaj mi, bella – odezwał się pierwszy. – Rozu-
miem, z˙e chcesz być i czuć jak wszyscy inni. Chcesz
nosić dz˙insy, buty kowbojskie i skórzany płaszcz
z frędzlami.
To jej słowa... słowa piosenki, jaką napisała.
– Zapamiętałeś – rzekła z zadumą. – Chyba nikt
poza tobą.
– Chcę cię naprawdę poznać, prawdziwą, bo tyle
dla mnie znaczysz.
– Nie znałeś mnie prawdziwej.
Roześmiał się.
– Pokochałem cię taką właśnie, choć miałaś na
sobie te seksowne ciuszki.
Przytuliła się jeszcze mocniej.
– Kocham cię, Leo.
– Wiem.
152
JANE PORTER