background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

 

 

Bert 

Hellinger 

 

 

           

Pomoc 

           

Życiowa 

Nr 3

 

 

 

czerwiec 2012 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

Drogi Czytelniku, 

w aktualnym wydaniu "Pomocy życiowej" chodzi przede wszystkim o nasze związki, o związki między 

mężczyzną i kobietą, a więc o tę miłość, która szczególnie leży nam na sercu. Sophie i ja poprowadzimy 

Państwa ponad tym, co widoczne na pierwszy rzut oka, do miłości, w której mężczyzna i kobieta coraz 

bardziej stają się jednym sercem i jedną duszą. Dopiero w tej miłości zostają rzeczywiście połączeni i mogą 

zaznać  szczęścia.  Ta  miłość  jest  największą  przygodą  naszego  życia,  a  jednocześnie  największym 

wyzwaniem. O tym, jak się ona spełnia, i jeszcze więcej, przeczytacie w tym zeszycie. 

 

 

  

 

 

 

 

 

     

 

 

 

 Bert i Sophie Hellinger 

                                                                                                          

Spis tre

ś

ci

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Historie miłosne 

 

 

 

 

„Wielka Miło

ść

” 

 

 

 

Jak spełnia si

ę

 miło

ść

?

 

 

 

 

Pomaganie a miło

ść

 

14 

 

 

 

      Wzajemne pomaganie 

14 

 

 

 

      Wyrównanie w dobrym i w złym 

14 

 

 

 

Historie dla par 

15 

 

 

 

      Obj

ę

cie 

15 

 

 

 

      Medytacja: Współbrzmienie 

16 

 

 

 

      Potrzebujemy siebie wzajemnie 

16 

 

 

 

      Wspólnota losu 

16 

 

 

 

Posłowie 

17 

 

 

 

Nurt 

ż

ycia 

17 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor: 

 

 

 

 

Bert Hellinger 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tłumaczenie: 

 

 

 

 

Katarzyna Preiss – Jastrzębska 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Redakcja: 

 

 

 

 

Anna Gąszczyk, Anna Choińska 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo: 

 

 

 

 

Othala Communication 

 

 

 

 

biuro@hellingerpolska.pl 

 

 

 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

Historie miłosne  

„Wielka Miło

ść

” 

Jakie historie czytamy najch

ę

tniej? Historie miłosne o m

ęż

czyznach i kobietach. Nic nie porusza 

nas bardziej ni

ż

 to, kiedy si

ę

 spełniaj

ą

 i kiedy si

ę

 nie spełniaj

ą

,. 

 

Komu  w  tych  historiach  po

ś

wi

ę

camy  najwi

ę

cej  uwagi?  Kobietom.  M

ęż

czy

ź

ni  adoruj

ą

 

kobiety. To one s

ą

 ich celem i ich spełnieniem. Kiedy uda si

ę

 zjednoczenie, m

ęż

czy

ź

ni  i kobiety 

osi

ą

gaj

ą

  swój  cel.  Od  tej  chwili  kobieta  mo

ż

e  te

ż

  by

ć

  równie

ż

  bez  m

ęż

czyzny.  Staje  si

ę

  matk

ą

  i 

tym samym, je

ś

li o to chodzi, w tym byciu matk

ą

 staje si

ę

 samodzielna. Jej słu

ż

ba wobec 

ż

ycia si

ę

 

dokonała. 

 

Dlatego wcze

ś

niej historie miłosne trwały jedynie do tego momentu, kiedy rozpoczynała si

ę

 

codzienno

ść

. Potem nadchodził miło

ś

ci dzie

ń

 powszedni. 

 

ż

adnym wypadku nie przesadziłem. W miło

ś

ci to kobieta prowadzi. Prowadzi m

ęż

czyzn

ę

 

na i wiedzie go za sob

ą

. A kiedy go ju

ż

 zdob

ę

dzie,, nie mo

ż

e dłu

ż

ej prowadzi

ć

. Potem najcz

ęś

ciej 

prowadzi m

ęż

czyzna - a

ż

 do tego momentu, kiedy kobieta go opuszcza. 

 

Cz

ę

sto  jest  te

ż

  odwrotnie.  To  m

ęż

czyzna  opuszcza  kobiet

ę

,  aby  uwolni

ć

  si

ę

  od  jej 

prowadzenia, aby wreszcie znowu by

ć

 wolnym - a

ż

 do wej

ś

cia w zwi

ą

zek z nast

ę

pn

ą

 kobiet

ą

 

Gdzie  w  tej  historii  miłosnej  jest  miejsce  na  miło

ść

  serca?  Czy  w  sytuacjach,  które  tu 

przedstawiłem odgrywała ona jak

ąś

 rol

ę

? Je

ś

li tak, jak

ą

 

Wedle tego, co zostało opisane powy

ż

ej, m

ęż

czyzna i kobieta s

ą

 bardzo ró

ż

ni. Zbli

ż

aj

ą

 si

ę

 

do  siebie  i  znowu  rozchodz

ą

.  Jak?  W  zasadzie  bez  miło

ś

ci,  nigdy  nie  byli  z  drug

ą

  osob

ą

 

zjednoczeni  naprawd

ę

.  To  znaczy:  nie  tylko  nie  byli  jednym  ciałem  ale  nie  byli  tak

ż

e  jednym 

sercem i jedn

ą

 dusz

ą

 

Dlatego prawdziwa historia miłosna zaczyna si

ę

 tam, gdzie w wielu ksi

ąż

kach znalazła ju

ż

 

swoje  zako

ń

czenie.  Dopiero  tam  staje  si

ę

  prawdziw

ą

  histori

ą

  wielkiej  miło

ś

ci,  z  jej  wzlotami  i 

upadkami,  histori

ą

,  w  której  oboje  przerastaj

ą

  siebie  tworz

ą

c  jedno

ść

,  w  której  m

ęż

czyzna  staje 

si

ę

 tak

ż

e kobiet

ą

, a kobieta m

ęż

czyzn

ą

 

Czy  wtedy  mog

ą

  sta

ć

  naprzeciwko  siebie?  S

ą

  jeszcze  dwojgiem?  Czy  te

ż

  powrócili  do 

pierwotnej  jedno

ś

ci  tej,  któr

ą

  odnajdujemy  w  opisie  biblijnym,  wedle  którego  zostali  stworzeni 

przez Boga na Jego obraz i Jego podobie

ń

stwo. Czym był ten obraz? Czy to był tylko obraz? Czy 

były to dwa obrazy? Obraz Boga był jeden, rezultatem było dwoje. Bóg stworzył ich na swój obraz 

jako m

ęż

czyzn

ę

 i kobiet

ę

. Czy Bóg ich rozró

ż

nił? Czy te

ż

 widzi w nich tylko jeden obraz, wci

ąż

 to 

samo? Widzi w nich wci

ąż

 tylko swój obraz? 

 

M

ęż

czyzna  i  kobieta  d

ążą

  z  powrotem  do  tej  jedno

ś

ci.  Poprzez  swoj

ą

  miło

ść

  chc

ą

 

przezwyci

ęż

y

ć

 ten podział i poprzez jedno

ść

 ciała, odnale

źć

 miło

ść

 duszy i serca. 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

 

W jaki sposób? We wzajemnym porzuceniu swoich Ja, które patrz

ą

 bardziej na siebie, na 

to, co własne, na to co wyj

ą

tkowe, na swoj

ą

 wyj

ą

tkowo

ść

 – na pierwotn

ą

 jedno

ść

, zwróceni ku My. 

 

Gdzie zaczyna si

ę

 patrzenie ku My? Rozpoczyna si

ę

 spojrzeniem na własne dzieci. Zawsze 

widzimy  partnera  ponad  dzieckiem.  Je

ż

eli  w  dziecku  ponad  tym,  co  nasze  własne,  widzimy  te

ż

 

drug

ą

 osob

ę

, tak samo widzimy j

ą

 w nim i kochamy, jak nas samych, dziecko do

ś

wiadcza siebie 

jako jedno

ś

ci. W równym stopniu zarówno matka jak i ojciec. 

 

Z  takim  spojrzeniem  na  dziecko,  kochamy  w  nas  równie

ż

  drug

ą

  osob

ę

  i  stajemy  si

ę

  z  ni

ą

 

jednym w naszej duszy i w naszym sercu. Stajemy si

ę

 czym

ś

 wi

ę

cej, ni

ż

 tylko tym, czym byli

ś

my 

przedtem, nie tylko jako Ja, ale coraz gł

ę

biej, jako My. 

 

Historia miłosna jest dług

ą

 histori

ą

 zjednoczenia z druga osob

ą

, poza naszym Ja. Na ko

ń

cu 

oboje powracaj

ą

 do pierwotnego obrazu m

ęż

czyzny i kobiety jaki miał Bóg, kiedy stworzył ich na 

swój obraz. Oboje jako jedno, w Nim zawsze jedno. 

 

 

Jak spełnia si

ę

 miło

ść

wywiad Johannesa Kaupa z Bertem Hellingerem  

dla ORF w Wiedniu w dniu 6. 07. 1999r. 

J O H A N N E S   K A U P

:  Panie  Hellinger,  dzi

ś

  miło

ść

  wydaje  si

ę

  by

ć

  dobrem  deficytowym,  dobrem 

zagro

ż

onym, czym

ś

, za czym wprawdzie si

ę

 t

ę

skni, ale co prawie si

ę

 nie zdarza. Je

ż

eli spojrzy si

ę

 

na czas trwania, przeci

ę

tny czas trwania zwi

ą

zków ,na te ci

ą

głe zmiany, odnosi si

ę

 wra

ż

enie, 

ż

e z 

miło

ś

ci

ą

 nie jest dobrze. Jest tak faktycznie, czy te

ż

 ludzie dzisiaj dokładniej szukaj

ą

 tego, co ich 

niesie? 

 

B E R T   H E L L I N G E R

: O ile dobrze zrozumiałem Pa

ń

skie pytanie, chodzi przede wszystkim o zwi

ą

zek 

miłosny  pomi

ę

dzy  m

ęż

czyzn

ą

  i  kobiet

ą

.  W  dzisiejszych  czasach  zwi

ą

zek  ten  cz

ę

sto  jest 

postrzegany  z  perspektywy  naszego  własnego  Ja.  Co  w  tym  zwi

ą

zku  da  mi  zaspokojenie  i  co 

b

ę

dzie  mnie  wspiera

ć

?  Szukaj

ą

  zatem  partnera,  który  to  obiecuje,  w  stosunku  do  którego 

zakładaj

ą

ż

e  spełni  to,  czego  oczekuj

ą

.  Ale  to  działa  w  dwie  strony,  bo  oboje  szukaj

ą

  przecie

ż

 

tego samego. 

Jednak  zwi

ą

zek  mi

ę

dzy  m

ęż

czyzn

ą

  i  kobiet

ą

  jest  wpleciony  w  wi

ę

kszy  kontekst.  Jest  z 

natury  zorientowany  na  dzieci,  na  zało

ż

enie  rodziny  i  na  przekazanie 

ż

ycia.  Zwi

ą

zek  partnerski 

jako  taki  jest  pierwszym  krokiem  w  tym  kierunku.  Je

ż

eli  stracimy  z  pola  widzenia  t

ę

  cało

ś

ciow

ą

 

zale

ż

no

ść

, miło

ść

 marnieje, bo nie bierze jej pod uwag

ę

. To by było po pierwsze. 

Drugie  to  to, 

ż

e  miło

ść

  albo  zwi

ą

zek  miłosny,  zawsze  poci

ą

ga  za  sob

ą

  pewne  skutki. 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

Niektórym wydaje si

ę

ż

e miło

ść

 mo

ż

na mie

ć

 tak, jak ma si

ę

 czekoladk

ę

 z supermarketu. Idziemy 

tam, kupujemy sobie co

ś

 słodkiego, próbujemy, a je

ś

li nam nie smakuje, szukamy czego

ś

 innego, 

znowu  kupujemy  i  stwierdzamy:  tak,  to  jest  to.  Jednak  do

ś

wiadczenie,  czy  lepiej,  obserwacja  – 

mo

ż

na  to  dokładnie  zobaczy

ć

  –  pokazuje, 

ż

e  poprzez  spełnienie  miło

ś

ci  w  pełnym  tego  słowa 

znaczeniu,  czyli  poprzez  spełnienie  seksualne  z  całym  ryzykiem,  powstaje  pomi

ę

dzy  partnerami 

wi

ęź

,  która  ju

ż

  nie  pozwala  im  si

ę

  rozsta

ć

.  To, 

ż

e  ta  wi

ęź

  powstaje,  wida

ć

  po  jej  działaniu.  Nie 

rozstan

ą

 si

ę

 ju

ż

 bez bólu i bez poczucia zawodu i winy.  

Zatem w miło

ś

ci działa co

ś

 jeszcze, co

ś

 co wykracza poza miło

ść

. W tym kontek

ś

cie działa 

cel, a potem działa porz

ą

dek, zgodnie z którym mo

ż

e si

ę

 rozwija

ć

 miło

ść

. Je

ś

li ten porz

ą

dek nie 

zostanie uszanowany, lub wr

ę

cz dojdzie do wyparcia go, b

ę

dzie to miało tak

ż

e wpływ na miło

ść

 

Mówi  Pan  zatem  o  porz

ą

dku,  który  jako  naturalny  porz

ą

dek  le

ż

y  u  podstaw  cało

ś

ci. 

Do

ś

wiadczyli

ś

my  jednak  równie

ż

ż

e  w  niedojrzałym  zwi

ą

zku,  który  Jürg  Willi  okre

ś

liłby  jako 

zwi

ą

zek  koluzyjny,  w  który  wchodzimy  z  zamykaj

ą

cymi  si

ę

  w  sobie  zale

ż

no

ś

ciami,  nie  mo

ż

na 

praktycznie  funkcjonowa

ć

 w  sposób  satysfakcjonuj

ą

cy,  póki ta  koluzja  si

ę

  nie  rozwi

ąż

e.  Czasem 

musi  si

ę

  rozwi

ą

za

ć

  przez  rozstanie.  Podpisałby  si

ę

  pan  pod  tym,  czy  te

ż

  powiedziałby  pan, 

ż

ka

ż

dy rozpad zwi

ą

zku jest jednak katastrof

ą

 

Koluzja  powstaje,  poniewa

ż

  oboje  partnerzy  zwi

ą

zani  s

ą

  ze  swoj

ą

  rodzin

ą

  pochodzenia,  i 

poniewa

ż

  uwolnienie  si

ę

  z  rodziny  pochodzenia  si

ę

  nie  udało.  Udane  uwolnienie  si

ę

  z  rodziny 

pochodzenia równie

ż

 nale

ż

y do porz

ą

dku. Je

ż

eli zatem jako pierwszoplanowy postrzega si

ę

 fakt, 

ż

e dwojgu nie wychodzi, nie widz

ą

ż

e ma to zwi

ą

zek z ich rodzinami pochodzenia, rozstanie tej 

pary  nigdy  nie  mo

ż

e  przynie

ść

  rozwi

ą

zania.  Rozwi

ą

zanie  zostaje  osi

ą

gni

ę

te,  kiedy  uda  si

ę

 

rozstanie z rodzin

ą

 pochodzenia, i kiedy uda si

ę

 rozwi

ą

zanie uwikła

ń

 w losy rodziny pochodzenia. 

Czyli  zamiast  ogranicza

ć

  to  do  zwi

ą

zku  partnerskiego,  mam  tutaj  równie

ż

  na  uwadze  szersz

ą

 

perspektyw

ę

. Zatem najpierw spojrzałbym, jak w dobry sposób para, czyli oboje partnerzy, mog

ą

 

rozsta

ć

  si

ę

  z  rodzinami  swojego  pochodzenia.  Gdy  wtedy  na  siebie  spojrz

ą

,  udaje  si

ę

  to,  co 

przedtem nie było im dane. 

 

Czy  kiedy  spotyka  si

ę

  dwoje  ludzi  i  zakochuj

ą

  si

ę

  w  sobie,  działa  co

ś

  wi

ę

kszego  ni

ż

  sobie 

u

ś

wiadamiaj

ą

,  czy  te

ż

  mo

ż

na  by  powiedzie

ć

:  Tak,  fascynuje  mnie  po  prostu  twoje  ciało,  twoja 

posta

ć

;  wi

ę

cej  wła

ś

ciwie  nie  chc

ę

?  Có

ż

  to  takiego,  co  popycha  ludzi  ku  sobie?  Czy  Pa

ń

skim 

zdaniem jest w tym co

ś

 wi

ę

kszego, czy te

ż

 mo

ż

e to by

ć

 co

ś

 pierwszoplanowego? 

 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

Niektórzy podró

ż

uj

ą

 na o

ś

le, a kiedy ten odmawia dalszej współpracy, n

ę

c

ą

 go trzymanym przed 

nim burakiem. Osioł biegnie wi

ę

c za nim i jedzie si

ę

 dalej. Burak zach

ę

ca go, aby w

ę

drował ci

ą

gle 

przed  siebie  sprawiaj

ą

c  jednocze

ś

nie, 

ż

e  osioł  nie  zdaje  sobie  sprawy    z  tego,  jak  wielki  ci

ęż

ar 

d

ź

wiga na swoim grzbiecie. Tak jest czasem i tu. W gr

ę

 wchodz

ą

 iluzje, które zaciemniaj

ą

 obraz i 

nie  pozwalaj

ą

  odkry

ć

,  kto  na  kim  jedzie,  i  dok

ą

d  go  to  wła

ś

ciwie  prowadzi.  Jednak  czasami 

nast

ę

puje przebudzenie, i to jest uzdrawiaj

ą

ce.  

Je

ż

eli  dwoje  ludzi  s

ą

  sob

ą

  zafascynowani,  z  cała  pewno

ś

ci

ą

  działa  wiele  tajemnych  sił, 

których  nie  znamy.  Wychodzi  to  daleko  ponad  bezpo

ś

redni

ą

  sił

ę

  wzajemnego  przyci

ą

gania. 

Działaj

ą

 chocia

ż

by ró

ż

nego rodzaju wspomnienia.  

Na  przykład,  para  była  szcz

ęś

liwym  mał

ż

e

ń

stwem  i  długo  było  naprawd

ę

  wspaniale.  A

ż

 

pewnego razu 

ż

ona kupiła now

ą

 ksi

ąż

k

ę

 kucharsk

ą

 i przyrz

ą

dziła jak

ąś

 potraw

ę

 inaczej ni

ż

 do tej 

pory.  Wtedy  okazało  si

ę

ż

e  tym,  co  przedtem  wi

ą

zało  m

ęż

a  z 

ż

on

ą

,  było  to, 

ż

e  gotowała 

dokładnie tak, jak robiło si

ę

 to u niego w domu. Ta mała zmiana wywołała znaczny skutek. Kiedy 

co

ś

  takiego  si

ę

  zdarza, 

ś

miejemy  si

ę

  z  tego.  Ale  mamy  tu  do  czynienia  z  bardzo  wieloma 

poziomami, które działaj

ą

 jednocze

ś

nie. 

Według  mnie  to  w  zasadzie  dla  pary  zupełnie  proste.  Kidy  patrz

ą

  sobie  w  oczy, 

rzeczywi

ś

cie  patrz

ą

  w  oczy,  widz

ą

  tylko  dusz

ę

.  Je

ś

li  w  tym  sensie  dusze  si

ę

  odnajd

ą

,  wtedy 

miło

ść

  jest  mo

ż

liwa.  Ale  te  dusze  odnajduj

ą

  si

ę

  w  taki  sposób,  który  nie  pozwala  jednej  z  nich 

posi

ąść

  drugiej  duszy.  Ona  jej  nie  posiada,  widzi  j

ą

  tylko.  Cz

ę

sto  od  tych  dusz  wypływa 

poł

ą

czenie,  które  jest  gł

ę

bokie,  jest  wierne,  jest  stałe  i  nie  ma  wielu  iluzji.  Nie  jest  całkiem 

zaw

ęż

one, poniewa

ż

 to co inne, jest ci

ą

gle respektowane, a mimo to trwa. 

 

Ale  to  znaczy, 

ż

e  jak  najbardziej  rozró

ż

nia  Pan  pomi

ę

dzy  tym,  co  przyci

ą

ga  dwoje  ludzi,  a 

miło

ś

ci

ą

,  która  jest  wtedy  mo

ż

liwa,  ale  nie  konieczna.  Bo  przecie

ż

  teoretycznie  jest  mo

ż

liwe 

budowanie zwi

ą

zków z  ró

ż

nymi lud

ź

mi. W ci

ą

gu naszego 

ż

ycia czujemy przyci

ą

ganie do bardzo 

ro

ż

nych  osób  i  wtedy  by

ć

  mo

ż

e  wybieramy  kogo

ś

,  lub  nie.  To  znaczy, 

ż

e  musiałaby  istnie

ć

 

mo

ż

liwo

ść

  zbudowania  zupełnie  wyj

ą

tkowego  zwi

ą

zku  duchowego  w  stosunku  do  zupełnie 

ż

nych osób. 

 

Ka

ż

dy  zwi

ą

zek  jest  wyj

ą

tkowy.  Jak  tylko  poł

ą

cz

ę

  si

ę

  z  partnerem  w  spełnieniu  miło

ś

ci,  jestem 

zwi

ą

zany, i w tej samej chwili ko

ń

czy si

ę

 wolno

ść

 wyboru. Wyobra

ż

enie, 

ż

e potem mo

ż

na by i to, i 

tamto, jest bł

ę

dne. 

 

Dlaczego? 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

 

Wytłumacz

ę

  to.  Partner,  z  którym  si

ę

  poł

ą

czyłem,  staje  si

ę

  cz

ęś

ci

ą

  mojego 

ż

ycia.  Nie  mog

ę

  ju

ż

 

wtedy wysi

ąść

. Stajemy si

ę

ż

e tak powiem, cz

ęś

ci

ą

 wspólnej duszy. Ten partner uruchamia co

ś

co tylko z nim jest mo

ż

liwe, wykluczaj

ą

c jednocze

ś

nie co

ś

, co potem nie mo

ż

e ju

ż

 mie

ć

 miejsca. 

Czyli:  z  t

ą

  chwil

ą

  w  znacznym  stopniu  ko

ń

czy  si

ę

  wolno

ść

  wyboru.  Nie  jest  to  wad

ą

.  Kiedy 

rzeczywi

ś

cie zdam si

ę

 na tego jedynego człowieka, z ogranicze

ń

 które powstaj

ą

, wła

ś

nie dlatego 

ż

e ograniczaj

ą

, rodz

ą

 si

ę

 wyzwania i siły, które znacznie przewy

ż

szaj

ą

 to, co uwa

ż

amy, 

ż

e mo

ż

na 

osi

ą

gn

ąć

,  maj

ą

c  mo

ż

liwo

ść

  wolnego  wyboru.  Tym,  co  spełnia  nie  jest  bowiem  wiele,  ale  to,  co 

istotne. 

 

W jednym z nagłówków Pa

ń

skich ksi

ąż

ek przeczytałem, 

ż

e przez zakochanie stajemy si

ę

 

ś

lepi, a 

przez miło

ść

 zaczynamy widzie

ć

. Czy mo

ż

na to tak uj

ąć

? Czy

ż

by zakochanie lub ekstaza nie były 

czym

ś

  nale

żą

cym  do  człowieka  wła

ś

ciwie  od  zarania  dziejów?  Czym

ś

,  za  czym  nieustannie 

t

ę

skni,  i  za  czym  nieustannie  t

ę

skni  równie

ż

  b

ę

d

ą

c  w  stałym  zwi

ą

zku,  by

ć

  mo

ż

e  równie

ż

  z  t

ą

 

osob

ą

, i gdzie mo

ż

na by powiedzie

ć

: To s

ą

 wzloty zwi

ą

zku, kiedy znów wspólne spojrzenie mo

ż

wydosta

ć

  si

ę

  na  powierzchni

ę

,  wspólne  uczucie  zakochania  si

ę

  na  nowo?  W  rzeczywisto

ś

ci 

cz

ę

sto  do

ś

wiadczamy, 

ż

e  nie  jest  to  mo

ż

liwe,  albo 

ż

e  zwyczajno

ść

  i  przyzwyczajenie  dnia 

codziennego  i  brzemiona  zwi

ą

zku  i  skargi  go  przygniataj

ą

.  Ale  jeszcze  raz:  Czy  zakochanie  i 

miło

ść

 s

ą

 rzeczywi

ś

cie czym

ś

  tak bardzo  rozł

ą

cznym, swoim przeciwie

ń

stwem? 

 

Tak.  W  przypadku  zakochania  mam  obraz  drugiej  osoby  nie  znaj

ą

c  jej.  Jeszcze  jej  nie  widz

ę

Widz

ę

 w znacznym stopniu obraz, jakiego bym sobie 

ż

yczył. Kiedy przychodzi spełnienie, powoli 

zaczyna si

ę

 widzie

ć

 drug

ą

 osob

ę

 tak

ą

, jaka jest naprawd

ę

. Zgodzi

ć

 si

ę

 na to, zgodzi

ć

 si

ę

 na drug

ą

 

osob

ę

, tak

ą

 jaka jest, na jej wielko

ść

 i jej słabo

ś

ci, to jest miło

ść

. W zakochaniu zgadzam si

ę

 na 

drug

ą

 osob

ę

 tak

ą

, jak

ą

 j

ą

 sobie wyobra

ż

am, a nie tak

ą

, jaka jest. Dlatego warunkiem miło

ś

ci jest 

przebudzenie  z  zakochania.  To,  co  Pan  powiedział, 

ż

e  mo

ż

na  sobie  przypomnie

ć

  pocz

ą

tki,  jest 

oczywi

ś

cie pi

ę

kne. Zapładnia to miło

ść

 przez rado

ść

 pocz

ą

tku. Je

ś

li teraz poł

ą

czymy patrzenie na 

druga osob

ę

, tak

ą

 jak jest, zgod

ę

 na druga osob

ę

, tak

ą

 jaka jest, ze wspomnieniem tej wczesnej 

rado

ś

ci, wtedy owszem, ma to działanie wspomagaj

ą

ce, i równie

ż

 uzdrawiaj

ą

ce. 

 

Jakie  s

ą

  najwa

ż

niejsze  problemy,  które  spotyka  Pan  w  terapii  par?  Kiedy  dwoje  ludzie  si

ę

 

odnalazło, kilka lat 

ż

yj

ą

 ze sob

ą

, ale potem czasem budz

ą

 si

ę

 przera

ż

eni, jak uderzeni obuchem w 

głow

ę

:  Nie  tak  sobie  ciebie  wyobra

ż

ałem,  wła

ś

ciwie  wcale  nie  chc

ę

  tak  z  tob

ą

 

ż

y

ć

?  To  przecie

ż

 

mo

ż

e by

ć

 katastrofa. Potem zjawiaj

ą

 si

ę

 u Pana. Czy mógłby Pan przytoczy

ć

 kilka przykładów, jak 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

to jest i co mo

ż

na wtedy terapeutycznie poradzi

ć

, jakie porz

ą

dki mo

ż

na tu odsłoni

ć

 

Rozwi

ą

zania  le

żą

  zawsze  poza  tym,  co  jest  nam  bliskie.  Kiedy  patrz

ę

  na  drugiego  jako  na 

pojedyncz

ą

 osob

ę

, przychodzi to przebudzenie.  Kiedy widz

ę

, jak jest zwi

ą

zany ze swoj

ą

 rodzin

ą

, i 

kiedy wiem co

ś

 o uwikłaniach, wtedy widz

ę

ż

e on wcale nie mo

ż

e by

ć

 inny, ni

ż

 jest. 

Miałem tu przykład. M

ęż

czyzna cz

ę

sto jest agresywny. Ale nie wy

ż

ywa si

ę

 na swojej 

ż

onie, 

tylko  na  przedmiotach.  Zapytałem  go:  Co  si

ę

  stało  w  rodzinie  pochodzenia?  Dziadek  był 

komendantem obozu w Jugosławii i kierował obozem jenieckim. Dla mnie jest zupełnie jasne: nie 

odbyło si

ę

 tam bez przest

ę

pstw. Ten dziadek pod koniec wojny popełnił samobójstwo, to te

ż

 jest 

znacz

ą

ce.  Ustawiłem  przedstawiciela  dziadka  i  ustawiłem  czterech  przedstawicieli  ofiar. 

Przedstawiciel dziadka zacz

ą

ł si

ę

 poci

ć

, z czasem jego koszula stała si

ę

 zupełnie mokra. Wtedy 

poleciłem  mu  ustawi

ć

  si

ę

  obok  ofiar.  Nagle  było  jasne, 

ż

e  on  nale

ż

y  do  nich.  M

ęż

czy

ź

nie 

powiedziałem  przedtem:  Masz  obł

ą

kane  spojrzenie.  Odpowiedział:  Nikt  mi  tego  jeszcze  nie 

powiedział. Powiedziałem mu: Widz

ę

 to. Nast

ę

pnie wzi

ą

łem przedstawiciela ofiar i przedstawiciela 

jego  dziadka,  ustawiłem  ich  obok  siebie  i  poleciłem  temu  m

ęż

czy

ź

nie  oparcie  si

ę

  plecami  o 

obydwu, i powiedziałem mu, aby pozwolił poł

ą

czy

ć

 si

ę

 w sobie temu, co nale

ż

y do obydwóch, czyli 

uczuciu  sprawcy,  byciu  sprawc

ą

  i  uczuciu  ofiary,  byciu  ofiar

ą

,  a

ż

  stanie  si

ę

  to  w  nim  jedno

ś

ci

ą

Wtedy  kazałem  mu  si

ę

  odwróci

ć

,  obj

ąć

  obydwu  i  pozwoli

ć

  im  poł

ą

czy

ć

  si

ę

  w  nim  w  jedno

ść

. W 

tym  momencie  wydarza  si

ę

  co

ś

  takiego,  co  powoduje, 

ż

e  agresja  w  nim  nie  jest  ju

ż

  mo

ż

liwa, 

poniewa

ż

  zobaczył  to  w  tym  kontek

ś

cie.  Mo

ż

e  to  teraz  pozostawi

ć

  tam,  gdzie  to  przynale

ż

y,  u 

swojego dziadka. I mo

ż

e pozostawi

ć

 zmarłych tam, gdzie jest ich miejsce, i mo

ż

e si

ę

 teraz zwróci

ć

 

ku swojej 

ż

onie.  

 

Mimo  to,  jeszcze  raz  pytanie:  Jak  opisałby  Pan  dynamik

ę

,  która  jest  konieczna,  kiedy  kto

ś

  do 

Pana przychodzi i mówi: Chcemy co

ś

 zrobi

ć

 z naszym mał

ż

e

ń

stwem, ale nie mo

ż

emy, nie wiemy 

co?  Zrozumieli

ś

my, 

ż

e  nasze  mał

ż

e

ń

stwo  jest  zbudowane  na  zakochaniu,  na  obrazku.  Nie 

mo

ż

emy si

ę

 wzajemnie znie

ść

, lub nie mog

ę

 znie

ść

 mojej 

ż

ony, lub 

ż

ona nie mo

ż

e  znie

ść

 m

ęż

takim, jakim jest. Czy jest tutaj rozwi

ą

zanie inne ni

ż

 rozstanie? 

 

To  zale

ż

y.  Je

ż

eli  jedno  drugiemu  wyrz

ą

dziło  co

ś

  ci

ęż

kiego,  na  przykład  je

ż

eli  m

ęż

czyzna  kazał 

kobiecie usun

ąć

 wspólne dziecko, a kobieta tego nie chce, to jest to co

ś

 ci

ęż

kiego, co powoduje, 

ż

e rozstanie jest cz

ę

sto nie do unikni

ę

cia. 

 

Z czym to si

ę

 wi

ąż

e?  

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

 

To jest rana, której nie mo

ż

na wyleczy

ć

. S

ą

 czyny, które maj

ą

 nast

ę

pstwa, których nie mo

ż

na ju

ż

 

odwróci

ć

.  Trzeba  to  uzna

ć

.  Przeczy  to  oczywi

ś

cie  ogólnemu  wyobra

ż

eniu,  jakoby  mo

ż

na  było  i 

wolno było wszystko rozwi

ą

za

ć

.  

Z  drugiej  strony,  czasem  wymaga  to  wiedzy  o  uwikłaniu.  Tam,  gdzie  brakuje  tej  wiedzy,  i 

gdzie nie ma te

ż

 gotowo

ś

ci pod

ąż

enia za tym i by

ć

 mo

ż

e wydobycia na 

ś

wiatło dzienne, rozstanie 

jest nie do unikni

ę

cia. Ale rozstanie nie jest rozwi

ą

zaniem, poniewa

ż

 w nast

ę

pnym zwi

ą

zku b

ę

dzie 

dokładnie  tak  samo.  Rozstanie  jest  zatem  ucieczk

ą

  przed  tym,  czego  w  ko

ń

cu  wymaga  od  nas 

ż

ycie.  

 

Dlaczego tak jest, dlaczego ta dynamika działa w nast

ę

pnym zwi

ą

zku? 

 

Zwi

ą

zek  ma  jeden  bardzo  wa

ż

ny  aspekt.  Jest  mianowicie  aran

ż

acj

ą

  przeciwko 

ś

mierci.  To 

wszystko  słu

ż

y  utrzymaniu 

ż

ycia.  Dlatego,  jak  tylko  pojawi

ą

  si

ę

  dzieci,  cel  i  sens  zwi

ą

zku  si

ę

 

ko

ń

czy.  Ci, którzy maj

ą

 dzieci, lub chc

ą

 mie

ć

 dzieci pokazuj

ą

  w ten sposób, 

ż

e s

ą

 

ś

wiadomi, 

ż

oni równie

ż

 si

ę

 sko

ń

cz

ą

. To spojrzenie na koniec jest bardzo wa

ż

ne. Potem powoli si

ę

 

ż

egnamy. 

Podam  przykład:  Na  kursie  jest  para  staruszków  i  kobieta  mówi:  M

ąż

  ma  raka  i  ma  ju

ż

 

przerzuty. Było zupełnie jasne, 

ż

e nie b

ę

dzie ju

ż

 długo 

ż

ył. Miał ponad siedemdziesi

ą

t lat. Wtedy 

kazałem  obojgu  usi

ąść

  obok  siebie  i  spojrze

ć

  sobie  w  oczy,  i  powiedziałem:  To  zupełnie  jasne, 

teraz  jest  czas  na  po

ż

egnanie.  Ka

ż

dy  zwi

ą

zek  zmierza  do  ko

ń

ca.  Oboje  spojrzeli  na  siebie  z 

miło

ś

ci

ą

, a kobieta płakała. Poleciłem kobiecie, aby powiedziała do m

ęż

a: "Zostan

ę

 przy tobie tak 

długo,  jak  b

ę

dzie  mi  wolno",  a  m

ęż

czy

ź

nie  powiedzie

ć

  do 

ż

ony:  "Zostan

ę

  przy  tobie,  jak  długo 

b

ę

dzie  mi  wolno".  To  był  niewiarygodnie  bliski  zwi

ą

zek  mi

ę

dzy  nimi  dwojgiem,  w  obliczu 

po

ż

egnania i 

ś

mierci.  

Ma  to  tak

ą

  wielko

ść

,  która  wykracza  daleko  ponad  to,  kiedy  kto

ś

  my

ś

li:  szukam  teraz 

nowego zwi

ą

zku i zaczynam od pocz

ą

tku. Takie osoby zaprzeczaj

ą

 całkowicie temu, 

ż

e wszystko 

zmierza do ko

ń

ca. 

 

Dlaczego  tak  bardzo  patrzy  Pan  na  zwi

ą

zki  od  strony 

ś

mierci  i  od  strony  ko

ń

ca?  Nawet  je

ś

li  to 

ź

niej  nast

ę

puje,  co  oznacza 

ś

mier

ć

?  Czy  jest  ona  nieodwracalnym  ko

ń

cem  miło

ś

ci,  gdzie 

ko

ń

czy si

ę

 miło

ść

? Czy te

ż

 miło

ść

 jest czym

ś

, w stosunku do czego przynajmniej mamy nadziej

ę

 i 

t

ę

sknimy za tym, aby przezwyci

ęż

yła 

ś

mier

ć

 

To iluzja, 

ż

e miło

ść

 przezwyci

ęż

ś

mier

ć

. Wida

ć

 j

ą

 u par, które popełniaj

ą

 razem samobójstwo, bo 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

10 

my

ś

l

ą

ż

e  jest  dalszy  ci

ą

g.  Dla  mnie  to  zupełnie  iluzoryczne. 

Ś

mier

ć

  musi  by

ć

  traktowana 

powa

ż

nie,  jako  spełnienie 

ż

ycia  i  równie

ż

  jako  spełnienie  zwi

ą

zku.  Tylko  wtedy  zwi

ą

zek  jest 

spełniony. 

 

Nie mówi Pan sko

ń

czono

ść

 

ż

ycia, ale mówi Pan spełnienie. To jest ró

ż

nica. 

 

Tak, co

ś

 si

ę

 staje pełne. Nie wiemy, co si

ę

 za tym kryje. Ale pojedynczy człowiek osi

ą

ga przez to 

spełnienie.  Taki  jest  nurt 

ż

ycia.  Całe  nowe 

ż

ycie  opiera  si

ę

  na  tym, 

ż

e  przedtem  wszystko  inne 

ust

ą

piło  miejsca.  Trzeba  to  zobaczy

ć

.  A  to,  co  wydaje  si

ę

  by

ć

  nastawione  na  ci

ą

gło

ść

,  tak  jak 

zwi

ą

zek  miłosny,  jest  tymczasowe,  jest  czym

ś

  stoj

ą

cym  w  obliczu 

ś

mierci.  To,  co  jest  po  tym, 

pozostaje. 

 

Chciałbym  zwróci

ć

  Pa

ń

sk

ą

  uwag

ę

  i  zapyta

ć

  o  jeszcze  jedn

ą

  form

ę

  miło

ś

ci,  w  której  wci

ąż

 

powstaj

ą

  gł

ę

bokie  rany,  i  z  któr

ą

  równie

ż

  pracuje  Pan  na  seminariach.  To  miło

ść

,  a  cz

ę

sto 

zaburzona miło

ść

 pomi

ę

dzy rodzicami i dzie

ć

mi, która mo

ż

e trwa

ć

, ale mo

ż

e te

ż

 trwa

ć

 zaburzona 

a

ż

  do  pó

ź

nego  wieku,  i  powoduje  nast

ę

pstwa.  Co  by  Pan  powiedział:  co  wła

ś

ciwie  jest  istot

ą

 

miło

ś

ci pomi

ę

dzy rodzicami i dzie

ć

mi, zdrowej miło

ś

ci pomi

ę

dzy rodzicami i dzie

ć

mi? O co w niej 

wła

ś

ciwie chodzi? Czy mo

ż

na to porówna

ć

 do miło

ś

ci do zwierz

ę

cia domowego, które posiadam, i 

które prowadz

ę

 na smyczy? Na czym polega ta wielka ró

ż

nica? 

 

Tutaj znów wida

ć

 wyra

ź

nie, 

ż

e mo

ż

na to obserwowa

ć

 tylko pomi

ę

dzy konkretnymi osobami, czyli 

pomi

ę

dzy  tymi  rodzicami  i  tym  dzieckiem,  lub  pomi

ę

dzy  tamtym  dzieckiem  i  tamtymi  rodzicami. 

Mo

ż

na  to  zrozumie

ć

  tylko  patrz

ą

c  w  szerszym  kontek

ś

cie.  Kiedy  na  przykład  matka  odrzuciła 

swoj

ą

  własn

ą

  matk

ę

,  nie  chce  jej  zna

ć

,  wtedy  jej  córka  reprezentuje  dla  niej  t

ę

  matk

ę

.    Nie 

odblokowany stosunek matki do jej matki przenosi si

ę

 na stosunek matki do dziecka. Nazywa si

ę

 

to  parentyfikacj

ą

.  Nie  istnieje  rozwi

ą

zanie  pomi

ę

dzy  matk

ą

  a  jej  dzieckiem,  zanim  ta  matka  nie 

spojrzy na swoj

ą

 matk

ę

, nie pokłoni si

ę

 przed ni

ą

 i nie odda jej czci jako swojej matce. I zanim nie 

przyjmie od swojej matki tego, co ona jej dała, uczci to, pozwoli temu rozwin

ąć

 si

ę

 w sobie i tak 

ofiaruje  to  swojej  córce.  Kiedy  matka  pozwala  swojej  matce  na  to  spełnienie,  córk

ę

  to  od  razu 

odci

ąż

a. 

 

Ale  dla  niektórych  jest  to  szalenie  trudne,  bo  by

ć

  mo

ż

e  nie  potrafi

ą

  zrozumie

ć

ż

e  miałyby  czci

ć

 

swoja  własn

ą

  matk

ę

.  Przede  wszystkim  nie  potrafi

ą

  tego  zrozumie

ć

  wtedy,  kiedy  by

ć

  mo

ż

e  były 

przez matk

ę

 bite lub poni

ż

ane, lub nieakceptowane w ich własnej kobieco

ś

ci, a historia ich winy, 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

11 

ż

e tak powiem, bazuje na kolejnej historii winy. 

 

Znowu  odnosi  si

ę

  pan  do  zwi

ą

zku  dwóch  osób.  To  nie  jest  jedynie  zwi

ą

zek  dwóch  osób.  W 

rodzinach i zwi

ą

zkach partnerskich nie ma zwi

ą

zku dwóch osób. To zawsze s

ą

 zwi

ą

zki pomi

ę

dzy 

systemami.  Jak  długo  pozostaj

ę

  nastawiony  na  zwi

ą

zek  dwóch  osób,  nie  istnieje  rozwi

ą

zanie. 

Ż

adna dobra rada dla matki i 

ż

adna dobra rada dla córki nic nie przynios

ą

.  

Podam  przykład.  Kobieta,  której  nawet  nie  znam,  pisze  do  mnie  list.  Jest  drug

ą

 

ż

on

ą

 

swojego  m

ęż

a.  Maj

ą

  wspólne  dziecko,  córk

ę

,  która  nie  chce  ich  zna

ć

.  Zerwała  wszelki  kontakt. 

Kobiecie  przyszło  wi

ę

c  do  głowy, 

ż

e  by

ć

  mo

ż

e  co

ś

  musi  zosta

ć

  uporz

ą

dkowane  w  stosunku  do 

pierwszej 

ż

ony jej m

ęż

a i w stosunku do jego ojca, obojga b

ę

d

ą

cych w pogardzie i wykluczonych. 

Wtedy  wieczorem  zapaliła 

ś

wiec

ę

,  pokłoniła  si

ę

  nisko  przed  pierwsz

ą

 

ż

on

ą

  swojego  m

ęż

a,  i 

powiedziała: "Teraz oddaj

ę

 Ci cze

ść

." Nast

ę

pnego wieczoru  zrobiła to samo w stosunku do ojca 

swojego  m

ęż

a.  Zapaliła 

ś

wiec

ę

,  pokłoniła  si

ę

  nisko  i  powiedziała:  "Oddaj

ę

  Ci  cze

ść

."  Kilka  dni 

ź

niej  zadzwoniła  córka:  "Mamo,  przyje

ż

d

ż

am."  Przyjechała,  była  przeszcz

ęś

liwa,  nie  była  w 

stanie wyrazi

ć

, jak pi

ę

knie jest w domu i wszystko si

ę

 uporz

ą

dkowało. 

 

Chciałbym tutaj zapyta

ć

 Pana: Co znaczy, odda

ć

 cze

ść

, uczci

ć

 kogo

ś

? Robi

ę

 to nie tylko wtedy, 

kiedy wypowiadam zdanie: "Oddaj

ę

 Ci cze

ść

." 

 

To byłoby tanie. 

 

To  jest  tanie.  To  jest  ju

ż

  prawie  teatralne.  Co  si

ę

  dzieje,  kiedy  oddaj

ę

  komu

ś

  cze

ść

?  Co  tu 

rzeczywi

ś

cie działa? 

 

Czci

ć

  oznacza,  uzna

ć

  czyj

ąś

  przynale

ż

no

ść

. W przykładzie,  który  wła

ś

nie  opisałem,  oznacza  to, 

ż

e matka mówi do pierwszej 

ż

ony: "Ty masz pierwsze

ń

stwo; ty jeste

ś

 pierwsza, ja jestem druga." I 

ż

e mówi ojcu m

ęż

a: "Ty masz pierwsze

ń

stwo; tylko przez ciebie mam tego m

ęż

czyzn

ę

; uznaj

ę

 to; 

teraz daj

ę

 ci miejsce w moim sercu, poczesne miejsce." W tej chwili on mo

ż

e si

ę

 zwróci

ć

 do nas, 

mo

ż

e  patrze

ć

  na  nas  przyja

ź

nie,  a  przez  to  cały  system  zyskuje  sił

ę

.  I  to  ta  siła  działa.  Ale 

powiedzie

ć

  tylko:  "Oddaj

ę

  ci  cze

ść

",  nie,  tak  tanio  nie  mo

ż

na.  To  jest  proces  przemiany,  który 

czyni dusz

ę

 w gł

ę

bi doskonał

ą

 

Czy  w  tym  procesie  przemiany  i  tym  oddawaniu  czci,  w  tym,  czego  powinny  dokona

ć

  dzieci  w 

stosunku do swoich rodziców i rodzice w stosunku do swoich dzieci, jest równie

ż

 miejsce dla takiej 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

12 

emocji, jak na przykład nienawi

ść

? Czy tak te

ż

 bywa? Bo chyba a

ż

 tak szybko to nie działa? To, o 

czym Pan mówi, to wła

ś

ciwie rozwi

ą

zania. Ale równie

ż

 w tym procesie, w procesie emocjonalnym, 

pojawia  si

ę

  przecie

ż

  cz

ę

sto  bardzo  du

ż

o  agresji,  w

ś

ciekło

ś

ci,  nienawi

ś

ci,  tak

ż

e  ró

ż

ne  inne 

uczucia,  które  czasem  s

ą

  po  prostu  konieczne.  Nie  trzeba  ich  prze

ż

y

ć

,  ale  musz

ą

  by

ć

 

przynajmniej zauwa

ż

one. 

 

Tego nie widziałem. To s

ą

 wyobra

ż

enia, s

ą

 opisywane lub propagowane, ale ja ich nie nigdy nie 

widziałem. Dziecko kocha swoich rodziców bardzo gł

ę

boko. Tej miło

ś

ci mo

ż

na całkowicie zaufa

ć

Ale co si

ę

 dzieje, kiedy dziecku bardzo wcze

ś

nie zostanie całkowicie odci

ę

ty dost

ę

p do matki lub 

ojca, na przykład wtedy, kiedy musi zupełnie same długo le

ż

e

ć

 w szpitalu. Wtedy dzieje si

ę

 rzecz 

nast

ę

puj

ą

ca: ból jest tak du

ż

y, 

ż

e w ko

ń

cu wyra

ż

a si

ę

 jako agresja. Ale to jest tylko druga strona 

doznanej  straty  i  jest  to  tylko  druga  strona  miło

ś

ci.  Teraz  chodziłoby  o  to,  aby  w  tej  wczesnej 

sytuacji,  czyli  jeszcze  raz  spogl

ą

daj

ą

c  wstecz,  ten  przerwany  ruch  ku  matce  lub  ku  ojcu 

doprowadzi

ć

  do  celu.  To  bardzo  bolesny  proces.  Tam,  gdzie  to  si

ę

  uda,  wszystko  co  wcze

ś

niej 

podawano jako powód nienawi

ś

ci, jest zupełnie nieistotne. Nie odgrywa ju

ż

 

ż

adnej roli. 

 

Ale przecie

ż

 zna Pan to do

ś

wiadczenie, 

ż

e naprawd

ę

 nienawidzi

ć

 mo

ż

na tylko tego, kogo mo

ż

na 

te

ż

 kocha

ć

. Sadz

ę

ż

e nikogo nie umiałbym tak nienawidzi

ć

, jak by

ć

 mo

ż

e swojej własnej 

ż

ony. I 

by

ć

 mo

ż

e nie umiałbym nikogo kocha

ć

 tak, jak j

ą

 

Ta nienawi

ść

 to uczucie dziecka. Doro

ś

li nie nienawidz

ą

  w taki sposób. Nienawidz

ą

 tylko wtedy, 

kiedy czuj

ą

 si

ę

 jak dzieci, mianowicie czuj

ą

 si

ę

 bezsilni jak dzieci. Dlatego nie mo

ż

na nienawidzi

ć

 

swojej 

ż

ony.  Mo

ż

na  jedynie  przenie

ść

  na  ni

ą

  co

ś

  z  dzieci

ń

stwa.  To  co

ś

  zupełnie  innego.  Ale 

ograniczenie tego tylko do zachowania nie jest mo

ż

liwe.  

Prostym rozwi

ą

zaniem pomi

ę

dzy rodzicami a dzie

ć

mi jest uznanie przez dzieci: "Moje 

ż

ycie 

pochodzi  od Was.  Jeste

ś

cie  moimi  rodzicami,  bior

ę

 Was  teraz  takimi,  jacy  jeste

ś

cie,  jako  moich 

wła

ś

ciwych  Rodziców."  Wtedy  dziecko  uspokaja  si

ę

  wewn

ę

trznie.  Mo

ż

e  przyj

ąć

  od  rodziców 

równie

ż

 co

ś

 innego, co maj

ą

 mu oni do zaoferowania. 

Cz

ę

sto  wpadamy  przecie

ż

  na  ten  szalony  pomysł, 

ż

e  mogliby

ś

my  mie

ć

  innych  rodziców, 

albo 

ż

e rodzice powinni by

ć

 inni ni

ż

 s

ą

. W takiej chwili dziecko staje si

ę

 całkowicie zablokowane. 

W  zasadzie  staje  si

ę

  szalone.  Wiele  wymaga

ń

  stawianych  rodzicom,  to  wła

ś

ciwie  szalone 

wymagania,  których  rodzice  nigdy  nie  mog

ą

  spełni

ć

.  Nawet  gdyby  spróbowali  spełni

ć

  te 

wymagania, dziecko by tego nie przyj

ę

ło, bo te wymagania pochodz

ą

 z innej perspektywy. W tym 

sensie dziecko nie wymaga od rodziców zupełnie niczego, działa w tym zupełnie inna dynamika.   

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

13 

W odniesieniu do tego, co powiedział pan przedtem o nienawi

ś

ci  w stosunku do rodziców 

wa

ż

ne jest jeszcze jedno: dziecko, które nienawidzi rodziców, b

ę

dzie si

ę

 ci

ęż

ko karało. Poniewa

ż

 

w gł

ę

bi duszy nigdy na to nie zezwoli. Jest to tak kolosalne wykroczenie przeciwko porz

ą

dkowi, 

ż

nie  jest  to  mo

ż

liwe.  A  jest  to  typowe  w  krajach  Zachodu.  U  Zulusów  na  przykład  nigdy  nie 

widziałem, 

ż

eby  ktokolwiek  mówił  nieprzychylnie  o  swoich  rodzicach.  Było  to  nie  do  pomy

ś

lenia. 

Oni naprawd

ę

 umieli dostrzec, co to znaczy, otrzyma

ć

 

ż

ycie od rodziców. 

 

Wielokrotnie ju

ż

 mówili

ś

my o porz

ą

dkach. Czy to, co Pan znajduje, s

ą

 to systemy porz

ą

dków, czy 

te

ż

 przyporz

ą

dkowałby je Pan do jakiego

ś

 wi

ę

kszego kontekstu? Kiedy Pan na przykład mówi, 

ż

dusza ma swój porz

ą

dek i ludzie musz

ą

 

ż

y

ć

 według tego porz

ą

dku, brzmi to jak bardzo archaiczny 

system, prawie jak kosmologia. Rozumie Pan to w ten sposób, czy po prostu odnajduje to Pan i 

zatrzymuje si

ę

 przed tym zadziwiony? 

 

Słowo porz

ą

dek jest obci

ąż

one. Ale drzewo, kiedy ro

ś

nie, ro

ś

nie według wyznaczonego porz

ą

dku. 

Nie  mo

ż

e  od  niego  odbiega

ć

.  Rozwija  si

ę

  wła

ś

nie  dzi

ę

ki  temu, 

ż

e  jest  w  zgodzie  z  tym,  co 

wyznaczone. Ale znajduje si

ę

 zawsze w innym otoczeniu. Ka

ż

de drzewo jest inne, i 

ż

adne drzewo 

nie jest takie samo. Mimo to wszystkie pod

ąż

aj

ą

 za tym samym porz

ą

dkiem, według którego mog

ą

 

si

ę

 rozwija

ć

Podobnie jest u człowieka. Na przykład ten zupełnie prosty porz

ą

dek, polegaj

ą

cy na tym, 

ż

ka

ż

dy człowiek ma ojca i ma matk

ę

. W dzisiejszych czasach kobiety niekiedy zachowuj

ą

 si

ę

 tak, 

jakby  mogły  mie

ć

  dzieci  bez  m

ęż

a  lub  bez  ojca.  Lub  dzieci  zachowuj

ą

  si

ę

  tak,  jakby  mogły 

posiada

ć

 swoje 

ż

ycie bez swoich rodziców. To jest kompletnie szalone. Kiedy zostan

ą

 uznane te 

proste fakty, 

ż

e mam rodziców, i 

ż

e s

ą

 oni jedynie wła

ś

ciwi, 

ż

e je

ś

li rodzice byliby inni, równie

ż

 ja 

byłbym  inny,  i 

ż

e  nie  mog

ę

  by

ć

  z  sob

ą

  w  zgodzie,  kiedy  odrzucam  swoich  rodziców,  bo  tym 

samym odrzucam przecie

ż

 siebie samego, kiedy uznam te wszystkie proste rzeczy, to ju

ż

 bardzo 

du

ż

o wygrałem.  

 

Czy  mógłby  Pan  powiedzie

ć

  jeszcze  na  zako

ń

czenie, 

ż

e  miło

ść

  jest  czym

ś

  innym  ni

ż

  uczuciem, 

oboj

ę

tne,  czy  kocham  partnera,  czy  rodziców,  czy  dzieci, 

ż

e  miło

ść

  jest  czym

ś

  w  rodzaju 

dopasowania si

ę

 i dostrojenia do podstawowego strumienia całego naszego jestestwa, który nas 

niesie? 

 

Dokładnie tak. Bardzo pi

ę

knie Pan to powiedział. Z dostrojeniem si

ę

 do podstawowego strumienia 

zwi

ą

zane jest to, 

ż

e miło

ść

 pod

ąż

a za porz

ą

dkiem. Porz

ą

dek i miło

ść

 przynale

żą

 do siebie. Przy 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

14 

czym  porz

ą

dek  jest  pierwszy.  Miło

ść

  jest  w  słu

ż

bie  tego  wi

ę

kszego  porz

ą

dku.  Je

ś

li  si

ę

  do  tego 

dopasuje, mo

ż

e si

ę

 te

ż

 najlepiej rozwin

ąć

 wewn

ą

trz tego porz

ą

dku. 

 

Dzi

ę

kuj

ę

 za rozmow

ę

 

 

Pomaganie a  miło

ść

 

Z wykładu w Karlsruhe 2004 

Pomaganie przychodzi nam łatwo. Ogólnie ch

ę

tnie pomagamy. Je

ś

li kto

ś

 czego

ś

 potrzebuje i pyta 

nas na przykład, która jest godzina, albo czy idzie wła

ś

ciw

ą

 drog

ą

, pomagamy ch

ę

tnie. Czujemy 

si

ę

 zaszczyceni, kiedy kto

ś

 chce co

ś

 od nas otrzyma

ć

. W zasadzie nie ma nic gorszego od tego, 

kiedy nikt ju

ż

 nie potrzebuje lub nie chce naszej pomocy. 

 

Wzajemne pomaganie 

Pomoc, przede wszystkim wzajemna pomoc, ł

ą

czy. Ta wzajemna pomoc jest szczególnie pi

ę

kna 

w zwi

ą

zku m

ęż

czyzny i kobiety. Poniewa

ż

 jest ona jednocze

ś

nie niesiona przez wzajemn

ą

 miło

ść

Je

ż

eli  na  przykład  m

ęż

czyzna  daje  co

ś

  kobiecie,  pomaga  jej  w  szczególny  sposób.  Wtedy  ona 

czuje "Ja te

ż

 musz

ę

 mu co

ś

 da

ć

." Jednak poniewa

ż

 go kocha, daje mu troch

ę

 wi

ę

cej. Wtedy on 

my

ś

li: "Teraz ja znów musz

ę

 jej co

ś

 da

ć

." Jednak poniewa

ż

 j

ą

 kocha, daje jej troch

ę

 wi

ę

cej. Tak w 

wymianie,  we  wzajemnej  pomocy  z  miło

ś

ci

ą

,  wzrasta  pełnia  pomagania.  Staje  si

ę

  coraz  wi

ę

cej. 

Tym  samym  miło

ść

  mi

ę

dzy  m

ęż

czyzn

ą

  i  kobiet

ą

  wzrasta  przez  wszystkie  te  lata  w  szczególny 

sposób.  

 

Jednak  starsza  para  kocha  inaczej  ni

ż

  młoda  para.  S

ą

  bardziej  ostro

ż

ni  w  stosunku  do 

siebie. Przede wszystkim s

ą

 w stosunku do siebie bardziej pobła

ż

liwi. Wtedy ich wzajemna pomoc 

błyszczy. Promienieje. Posiada szczególn

ą

 pełni

ę

. Jest dopełnieniem długiej drogi. 

 

Wyrównanie w dobrym i złym 

Jednak jest te

ż

 co

ś

 przeciwstawnego do tego pomagania. Poniewa

ż

 tak samo, jak mamy potrzeb

ę

 

wyrównania  w  dobrym,  mamy  równie

ż

  potrzeb

ę

  wyrównania  w  złym.  Je

ś

li  zatem  m

ęż

czyzna 

skrzywdzi kobiet

ę

 czym

ś

, co j

ą

 rani, wtedy ona tak

ż

e chce go w jakis sposób  skrzywdzi

ć

. S

ą

 na 

przykład  m

ęż

czy

ź

ni,  albo  te

ż

  kobiety,  które  mówi

ą

  swojemu  partnerowi:  "Wła

ś

ciwie  nie 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

15 

powinienem  był  si

ę

  z  tob

ą

 

ż

eni

ć

  (wychodzi

ć

  za  ciebie  za  m

ąż

)."  To  gł

ę

boka  krzywda.  Wtedy 

partner  si

ę

  m

ś

ci.  Obmy

ś

la  zatem,  jak  mo

ż

e  skrzywdzi

ć

  t

ę

  drug

ą

  osob

ę

,  aby  zabolało  j

ą

  to 

dokładnie  tak  mocno,  jak  jego.  Czuje  si

ę

  wr

ę

cz  uprawniony  do  tego,  aby  to  uczyni

ć

.  "Mnie 

wyrz

ą

dzono niesprawiedliwo

ść

 i chc

ę

 przywróci

ć

 sprawiedliwo

ść

, dlatego te

ż

 go skrzywdz

ę

."  

Kto  ma  poczucie, 

ż

e  ma  prawo,  niestety  przesadza.  Wyrz

ą

dza  drugiemu  troch

ę

  wi

ę

cej 

krzywdy  i  niesprawiedliwo

ś

ci.  Wtedy  ten  drugi  równie

ż

  czuje  si

ę

  uprawniony  do  wyrz

ą

dzenia 

tamtemu  troch

ę

  wi

ę

cej  krzywdy.  Tak  toczy  si

ę

  to  dalej,  a  wtedy  powstaje  intensywny  zwi

ą

zek  z 

nienawi

ś

ci

ą

. Nienawi

ść

 równie

ż

 ł

ą

czy. Ale wtedy szcz

ęś

cie si

ę

 ko

ń

czy. 

Ale  wymy

ś

liłem  co

ś

,  dzi

ę

ki  czemu  mo

ż

na  odwróci

ć

  to  wzajemne  krzywdzenie  si

ę

przepolaryzowa

ć

 pozytywnie. Jak to zrobi

ć

? Trzeba zem

ś

ci

ć

 si

ę

 na drugiej osobie z miło

ś

ci

ą

Co  to  znaczy?  Te

ż

  wyrz

ą

dzam  mu  krzywd

ę

,  ale  z  miło

ś

ci  troch

ę

  mniej.  Wtedy  on  jest 

zdziwiony,  zadaje  sobie  pytanie:  "Co  si

ę

  teraz  stało?"  i  zaczyna  znowu  czyni

ć

  drugiemu  dobro. 

Odbudowuje si

ę

 to, co pozytywne.  

Zatem we wszystkich zwi

ą

zkach, w których ustało pomaganie w dobrej wierze, mo

ż

na to w 

ten sposób odwróci

ć

 w przeciwnym kierunku. Wtedy pomaganie znów sprawia obopóln

ą

 rado

ść

 

 

Historie dla par 

Obj

ę

cie 

Niedawno  zastanawiałem  si

ę

:  co  dzieje  si

ę

  podczas  obj

ę

cia?  Co  je  poprzedza?  A  wi

ę

c,  kto

ś

 

otwiera  ramiona.  Przed  nim  stoi  kto

ś

,  kogo  kocha.  By

ć

  mo

ż

e  on  te

ż

  otwiera  ramiona.  Wtedy 

podchodz

ą

 do siebie i obejmuj

ą

 si

ę

 mocno. Przepi

ę

kne uczucie gł

ę

bokiego poł

ą

czenia. 

Ale  jak  długo  je  wytrzymaj

ą

?  Po  jakim

ś

  czasie  musz

ą

  si

ę

  rozł

ą

czy

ć

.  Wtedy  odchodz

ą

  od 

siebie kawałek. Co mo

ż

na zrobi

ć

 teraz? Trzyma si

ę

 otwarte ramiona i widzi za drug

ą

 osob

ą

 co

ś

 

wi

ę

kszego. Na przykład jej rodzin

ę

, jej los i oczywi

ś

cie 

ż

ycie jako cało

ść

.  Obejmujemy wszystko 

naraz. 

Potem  znów  spogl

ą

damy  na  siebie,  podchodzimy,  ale  pozostawiamy  pewien  odst

ę

p. 

Jednak  w  spojrzeniu  si

ę

  trzymamy.  Potem  widzimy  t

ę

  drug

ą

  osob

ę

  w  wi

ę

kszym  polu.  Równie

ż

 

sami prze

ż

ywamy siebie w wi

ę

kszym polu. Dopiero wtedy ten zwi

ą

zek jest bezpieczny i wielki. 

To  jest  inne  spojrzenie,  to  jest  ju

ż

  inny  rodzaj  spojrzenia.  To  jest  szerokie  spojrzenie. 

Dopiero wtedy jeste

ś

my spełnieni. 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

16 

Medytacja: Współbrzmie

ć

 

Teraz zrobi

ę

 z wami małe 

ć

wiczenie, medytacj

ę

.  Mo

ż

ecie zamkn

ąć

 oczy, je

ś

li chcecie. Wejd

ź

cie 

w siebie i usłyszcie brzmienie. Wasze brzmienie. Pozwólcie mu współgra

ć

 z ka

ż

d

ą

 komórk

ą

 ciała. 

Ta współgranie nie powstało w nas. Ono przychodzi z zewn

ą

trz. To jest współbrzmienie z czym

ś

 

wielkim. Ze 

ś

wiatem i z 

ż

yciem. 

Kiedy  tak  prze

ż

ywamy  siebie  w  tym  współbrzmieniu,  widzimy  siebie  naprzeciwko  osoby, 

któr

ą

 szczególnie kochamy. Otwieramy si

ę

 na jej brzmienie. Równie

ż

 ona współgra w szczególny 

sposób. Równie

ż

 ona współgra z czym

ś

 wielkim. 

Teraz  pozwalamy  obu  brzmieniom  na  wzajemne  dostrojenie  si

ę

:  moje  współbrzmienie  i  jej 

współbrzmienie.  I  czekamy.  Naraz  oboje  współgramy  z  czym

ś

  wielkim  i  prze

ż

ywamy  siebie  na 

nowo, w inny sposób. To współgranie ma przyszło

ść

.  

Ma  to  oczywi

ś

cie  daleko  id

ą

ce  konsekwencje,  równie

ż

  w  innym  zwi

ą

zku.  To  jest  przecie

ż

 

przepi

ę

kna my

ś

l, to współbrzmienie. Kiedy pracuj

ę

 z parami, chodzi wła

ś

ciwie o to, aby im pomóc 

znowu współbrzmie

ć

. Jest wszak

ż

e pewien warunek. Abym ja tak

ż

e współgrał z nimi, i aby te

ż

 oni 

współgrali  ze  mn

ą

.  Je

ż

eli  na  przykład  id

ę

  na  rynek  i  widz

ę

  tam  rumiane  jabłko,  i  chwytam  je  i 

mówi

ę

:  "Chc

ę

  je  mie

ć

  i  koniec";  czy  wtedy  współbrzmi

ę

  z  tym  jabłkiem?  B

ę

dzie  mi  ono 

smakowało? B

ę

dzie dla mnie po

ż

ywne? Współbrzmi

ę

 wtedy z nim, a ono mo

ż

e współbrzmie

ć

 ze 

mn

ą

 

Potrzebujemy si

ę

 wzajemnie 

Które  z  dwojga  w  zwi

ą

zku  partnerskim  mniej  potrzebuje  drugiego?  To  wa

ż

na  kwestia.  Zwi

ą

zek 

partnerski  udaje  si

ę

  najlepiej,  kiedy  oboje  si

ę

  wzajemnie  potrzebuj

ą

.  Przeczy  to  wprawdzie 

nowoczesnemu pogl

ą

dowi na temat autonomii, i temu, 

ż

e "ka

ż

dy sam kształtuje swoje 

ż

ycie i 

ż

mo

ż

e  to  robi

ć

",  ale  jeste

ś

my  lud

ź

mi  dlatego, 

ż

e  kogo

ś

  potrzebujemy.  Tylko  tak  dalece  jeste

ś

my 

lud

ź

mi,  jak  bardzo  potrzebujemy  innych  -  i  to  przyznajemy.  Tu  ko

ń

czy  si

ę

  wolno

ść

,  a  zaczyna 

szcz

ęś

cie. 

 

Wspólnota losu 

Chciałbym  powiedzie

ć

  co

ś

  ogólnie  o  zwi

ą

zkach  partnerskich.  Zwi

ą

zek  partnerski  jest  przecie

ż

 

pocz

ą

tkiem  nowej  rodziny.  Wychowali

ś

my  si

ę

  w  jednej  rodzinie,  wychodzimy  z  tej  rodziny  i 

tworzymy  now

ą

  rodzin

ę

.  W  tej  nowej  rodzinie  kontynuujemy  to,  czego  do

ś

wiadczyli

ś

my  i  co 

prze

ż

yli

ś

my w naszej rodzinie. Tylko w rodzinie mo

ż

emy 

ż

y

ć

Ka

ż

da rodzina rozpoczyna si

ę

 miło

ś

ci

ą

 m

ęż

czyzny i kobiety To jest pocz

ą

tek rodziny. Z tej 

background image

C z a s o p i s m o  

i n t e r n e t o w e  

 

 

 

www.hellinger

polska

.pl

 

17 

miło

ś

ci rodzina wzrasta w dzieciach. 

Ale  rodzice  i  para  pochodz

ą

  z  ró

ż

nych  rodzin  i  pochodz

ą

  z  odmiennych  tradycji.  Tak,  jak 

m

ęż

czyzna  i  kobieta  s

ą

  ró

ż

ni  i  musz

ą

  jako  ró

ż

ne  istoty  si

ę

  odnale

źć

,  aby  zwi

ą

zek  si

ę

  udał,  tak 

równie

ż

  ich  ró

ż

ne  rodziny  musz

ą

  si

ę

  odnale

źć

.  Zatem  w  nowej  rodzinie  trwaj

ą

  obie  rodziny 

rodziców. 

Ka

ż

da rodzina jest wspólnot

ą

 losu. Co tu oznacza los? Co w rodzinie w szczególny sposób 

oddziałuje jako los? Zmarli. Przede wszystkim wykluczeni  zmarli, ci którzy  zostali odrzuceni. Oni 

działaj

ą

 jako los nast

ę

pnych, którzy po nich przyjd

ą

, w przyszło

ść

Jak  odwróci

ć

  los  na  lepsze?  Jak  uwolni

ć

  si

ę

  z  uwikłania  w  zły  los?  Tak,  aby  ci  zmarli 

znale

ź

li  miejsce  w  naszej  duszy.  Wchodzimy  z  nimi  we  współbrzmienie.  Przejmujemy  ich 

współbrzmienie i współgramy z nimi. Wtedy z wi

ę

kszej pełni przychodzi siła na nowy zwi

ą

zek. 

 

Posłowie 

W kwestii miło

ś

ci m

ęż

czyzny i kobiety nigdy nie dojdziemy do ko

ń

ca. Ale z konieczno

ś

ci dochodz

ę

 

do ko

ń

ca tych rozwa

ż

a

ń

 o ich miło

ś

ci – przej

ś

ciowo do ko

ń

ca. Ale tylko ja dochodz

ę

 do ko

ń

ca. U 

Was  miło

ść

  trwa  dalej.  Dzie

ń

  w  dzie

ń

  wzrasta  ponad  Was,  coraz  dalej,  coraz  gł

ę

biej,  coraz 

bardziej spełniona. 

 

Czy zaufacie tej miło

ś

ci? Na ten temat jeszcze jedna opowie

ść

 

 

 

Nurt 

ż

ycia 

 

 

Pewien trzmiel podfrun

ą

ł do kwiatu wi

ś

ni. Nasycił si

ę

 jej nektarem i zadowolony odfrun

ą

ł 

 

Ale  wtedy  zacz

ą

ł  mie

ć

  wyrzuty  sumienia.  Odczuł  siebie  jako  kogo

ś

,  kto  zasiadł  do  suto 

nakrytego  stołu  nie  ofiarowuj

ą

c  gospodarzowi  nawet  najmniejszego  drobiazgu,  który  uradowałby 

jego serce. Pomy

ś

lał sobie: "Co mógłbym zrobi

ć

?" Ale nie mógł si

ę

 zdecydowa

ć

, i tak przemijały 

tygodnie i miesi

ą

ce. 

 

Wtedy ju

ż

 jednak nie mógł zazna

ć

 spokoju. Powiedział do siebie: "Musz

ę

 wróci

ć

 do kwiatu 

wi

ś

ni  i  podzi

ę

kowa

ć

  mu  z  serca!"  Pofrun

ą

ł,  odnalazł  sad,  drzewo,  konar,  gał

ąź

,  tak

ż

e    miejsce, 

gdzie był kwiat wi

ś

ni. Ale kwiatu ju

ż

 nie było. Znalazł tylko ciemnoczerwony, dojrzały owoc. 

 

Wtedy  trzmiel  posmutniał.  Powiedział  do  siebie:  "Ju

ż

  nigdy  nie  b

ę

d

ę

  mógł  podzi

ę

kowa

ć

 

kwiatu wi

ś

ni; na zawsze przegapiłem okazj

ę

. Ale niech to b

ę

dzie dla mnie nauk

ą

." 

 

Jeszcze  kiedy  o  tym  rozmy

ś

lał,  do  jego  nozdrzy  dotarł  znajomy,  słodki  zapach.    Ró

ż

owy 

kielich kwitu pomachał do niego, i trzmiel rzucił si

ę

 z rozkosz

ą

 w now

ą

 przygod

ę

.