background image

 

Zdradzone przez psychologię 

 

Trening  sprawia,  że  kobiety  uczą  się  rezygnować  z  autonomii  i  zdają  się  na  cudze 

przewodnictwo.  Powinien  to  być  dowód  a  priori  na  syntetyczny  charakter  naszego  pojęcia 

kobiecości, które tak często wyjaśnia się właśnie w taki sposób. Liczba kobiet zwracających się 

do  psychoanalityków  po  rodzicielskie  porady  wskazuje  na  to  samo.  Nie  da  się  ukryć 

nieustannego napięcia w życiu kobiety-eunucha, należy więc jakoś je wyjaśnić. Proponując owo 

wyjaśnienie,  tradycyjna  psychologia  zakłada  tak  samo  arbitralnie  jak  Kapitan  w  Ojcu 

Strindberga,  że  kobiety  są  poddawane  wychowaniu  i  treningowi  niezgodnemu  z  ich  funkcją 

biologiczną, jaką jest wychowanie dzieci i prace domowe. Kobieta poszukująca u psychologów 

wsparcia  opatrzonego  autorytetem  nauki  rzeczywiście  może  się  przekonać,  że  dzięki  ich 

poradom  niektóre  z  dotkliwych  konfliktów  udało  jej  się  złagodzić,  choć  jest  to  wniosek  nie  do 

końca jednoznaczny. W istocie kobieta odkryje fakt, że mogą bez końca przytaczać masę danych 

i  teorii  sankcjonujących  stan  rzeczy,  przeciw  któremu  się  buntuje,  zatem  nie  pozostaje  jej  nic 

innego,  jak  przystosować  się  do  niego,  bo  nie  ma  nadziei  na  zmianę.  Kolejny  psychiatra 

przydałby  się  po  to,  by  wyjaśnić  jej,  że  psychologia  jest  z  gruntu  konserwatywna,  a  żaden 

obserwator  nie  jest  bezstronny.  Jeśli  chodzi  o  kobietę,  psychiatria  okazuje  się  nadzwyczaj 

bezczelną  sztuczką:  ufne,  biedne  stworzenie  poszukuje  pomocy,  bo  czuje  się  nieszczęśliwe, 

zalęknione i zagubione, a psychologia powiada jej, żeby przyczyny upatrywała w sobie. Łatwiej 

przecież zmienić osobę niż istniejący porządek rzeczy, który optymistyczni psychologowie cenią 

sobie znacznie wyżej niż los kobiety. Jeśli wszystkie inne sposoby zawiodą, podporą porządku 

społecznego  stają  się  largactil,  elektrowstrząsy,  hipnoza  i  inne  formy  „terapii”.  Psychologowie 

nie  mogą  naprawić  świata,  więc  naprawiają  kobiety.  Tak  naprawdę  jednak  nie  są  w  stanie 

dokonać  nawet  tego:  jedno  z  badań  Eysencka  (1952)  dowiodło,  że  44%  pacjentów  leczonych 

psychoanalizą  wykazało  poprawę,  wśród  pacjentów  leczonych  innymi  metodami  (leki, 

elektrowstrząsy etc.) poprawę stanu zanotowano u 64%, pośród tych zaś, którym nie aplikowano 

ż

adnego leczenia, poprawy stanu doznało 72% chorych. Kolejne raporty (Barron i Leary, Bergin, 

Cartwright  i  Vogel,  Truax)  potwierdzają  te  negatywne  wyniki.  Tyle  na  temat  autorytetu 

psychoanalizy i teorii osobowości. Przed kobietą, która uzna proponowane przez psychoanalizę 

ujęcie  kobiecości  i  związanych  z  nią  problemów,  stają  szczególne  zagrożenia,  o  wiele 

poważniejsze niż skutki przesądów dotyczących osobowości, wyznawanych przez drugą połowę 

społeczeństwa. Ojcem psychoanalizy jest Freud. Matki nie miała. Freud nie jest jedynym, który 

ją tworzył, a wywodzące się z niej teorie kwestionowały jego system, a zarazem umacniały go. 

Prawdopodobnie najwłaściwiej jest traktować psychoanalizę jako formę metafizyki, choć zwykle 

background image

uważa się ją za naukę. Sam Freud ubolewał nad tym, że nie jest zdolny do zrozumienia kobiet i z 

biegiem  czasu  w  swych  wypowiedziach  na  ich  temat  stawał  się  coraz  bardziej  pokorny.  Być 

może  najlepszym  komentarzem  do  twierdzeń  Freuda  na  temat  kobiet  jest  uwaga  doktora  Iana 

Suttiego, który proponował, by poddać psychoanalizie jej twórcę.  

Istotę  freudowskiej  teorii  kobiecości  stanowi  męskie  przekonanie,  że  kobieta  to  wy-

kastrowany  mężczyzna.  Dlatego  freudyści  twierdzili,  że  kobieta  czuje  się  pozbawiona  czegoś 

istotnego  i  zachowuje  się  tak,  jakby  chciała  to  ukryć,  a  wtedy  jej  seksualność  jest  typu 

łechtaczkowego,  albo  próbuje  zrekompensować  sobie  odczuwany  braku  posiadaniem  dzieci. 

Ogólnie  rzecz  biorąc,  teza  ta  ma  charakter  tautologii  i  nie  może  wykroczyć  poza  własne 

określenia,  więc  ani  niczego  nie ilustruje, ani nie da się obalić. Ernest Jones, zresztą zagorzały 

freudysta, zaczął podejrzewać, że z tą podstawową hipotezą jest coś nie tak, gdy zadał sobie trud 

obserwowania seksualności dziewczynek: 

„Rodzi  się  niepokojące  podejrzenie,  że  psychoanalitycy-mężczyźni  zostali  skłonieni  do 

przyjęcia  przesadnie  fallocentrycznego  ujęcia  omawianych  problemów,  podczas  gdy  znaczenia 

ż

eńskich organów płciowych nie docenia się odpowiednio.” 

 

 

Niestety,  podejrzenie  to  już  na  zawsze  pozostało  tylko  niepokojące,  jako  że  nigdy  nie 

rozwinięto  go  w  nową  teorię.  Psychoanalitycy  nadal  wierzyli  w  to,  że  każda  kobieta  cierpi  z 

powodu nieposiadania członka, na przekór dowodom. W końcu wiara nie opiera się przecież na 

dowodach.  Freudowski  schemat  określa,  że  rozwój  dziewczynek  przebiega  równolegle  do 

rozwoju chłopców, z tą jednak komplikacją, że dziewczynka w którymś momencie dostrzega, iż 

utraciła  penis.  Jej  infantylna  seksualność  ma  zasadniczo  męski  charakter,  z  pewnymi  ważnymi 

zastrzeżeniami: 

 

„Jest znaną rzeczą, że silne odróżnienie znamion męskich i żeńskich występuje dopiero w 

czasie dojrzewania, jako przeciwieństwo, które następnie tak decydująco jak żadne inne wpływa 

na ukształtowanie się życia. Męskie i żeńskie podłoże zarysowuje się wszak już w dzieciństwie 

zupełnie  wyraźnie;  rozwój  powściągów  seksualnych,  jak  wstyd,  wstręt,  współczucie  itp., 

następuje u małych dziewcząt wcześniej i wśród mniejszych oporów jak u chłopców; skłonność 

do  stłumień  płciowych  wydaje  się  u  nich  w  ogólności  większą,  a  o  ile  się  dadzą  zauważyć 

seksualne składniki popędowe, to posiadają one formę bierną. Czynność autoerotyczna obrębów 

erogenetycznych  jest  jednak  u  obu  płci  jednakowa,  i  na  skutek  tej  zgodności  nie  posiada 

dzieciństwo  takiej  różnicy  płci,  jaka  się  ustali  w  okresie  dojrzewania.  Ze  względu  na 

autoerotyczne  i  onanistyczne  przejawy  seksualne  można  by  wypowiedzieć  twierdzenie,  że 

seksualizm małej dziewczynki posiada na wskroś męskie znamiona.” 

To  musi  być  nonsens.  Pojęcia  „tożsamości"  i  „różnicy"  są  pozbawione  znaczenia.  Ujęcie 

osobowości  jako  regulującej  samą  siebie  w  jakiś  tajemniczy  sposób  w  kierunku  stłumienia 

background image

równie  niewiele  nam  mówi.  Wynika  z  tego  jeden  zdecydowany  wniosek  -  Freud  wierzył,  że 

libido ma naturę męską. Z powyższego fragmentu dowiadujemy się czegoś o jego języku pojęć, 

ale niczego o rzeczywistości, do której się odnoszą. 

Dualizm  „męski-kobiecy"  jest  prostym  przeniesieniem  na  płaszczyznę  genitalną  dualizmu 

„aktywność-pasywność",  te  ostatnie  zaś  reprezentują  chwiejne  połączenie  Erosa  i  Śmierci, 

pozostających ze sobą w stanie wojny. I tak Freud identyfikuje męskość z agresją, a kobiecość z 

masochizmem.  Jeśli  mamy  osiągnąć  stabilny  związek  między  siłami  kreacji  i  destrukcji, 

będziemy zmuszeni porzucić polaryzację. Nie przetrwamy bowiem w krainie męskiego sadyzmu 

i  kobiecego  masochizmu,  w  świecie  agresorów  i  ofiar.  Przyznał  to  już  sam  Freud,  lecz  nie 

połączył tego wniosku z założeniami dotyczącymi podstawowych cech kobiecego charakteru. 

Ludzie poczynili już bowiem tak wielkie postępy w ujarzmieniu sił natury, że za ich pomocą z 

łatwością mogą się wytępić wszyscy, co do jednego. Zdają sobie z tego sprawę, stąd też bierze się 

w dużej mierze nękający ich teraz niepokój, poczucie nieszczęścia i nastroje lękowe. Trzeba więc 

oczekiwać, że druga z dwóch „niebiańskich potęg", wieczny Eros, podejmie wysiłek, by wytrwać 

w walce ze swym równie odwiecznym przeciwnikiem. 

Freud napisał to na długo przed Hiroszimą i zanim powstało pojęcie totalnej zagłady. Nie 

zauważył,  że  jednym  ze  sposobów,  w  jakie  Eros  mógłby  regenerować  siły,  mogłoby  być 

przywrócenie  kobietom  ich  seksualności,  odtworzenie  ich  stałego,  autonomicznego  związku  z 

Erosem.  Zamiast  tego  zarówno  on,  jak  i  jego  następcy  rozwinęli  koncepcję  kobiecego 

masochizmu, który uważali za cechę uświęconą biologią. 

Według  nich  kobieta,  która  stawia  opór  swojej  roli  płciowej  i  lekceważy  przesłanie 

menstruacji  informujące  ją  o  tym,  że  powinna  rodzić  dzieci,  pozostaje  w  fazie  fiksacji  na 

infantylnym,  agresywnym  uczuciu  zazdrości  o  penisa.  Może  być  aktywna  seksualnie,  lecz  jej 

reakcja  jest  męska  i  ma  związek  z  łechtaczką,  a  nie  rodzi  się  w  owym  przyjmującym  otworze, 

jakim  jest  pochwa.  Masochizm  dojrzałej  kobiety  ma  się  brać  z  pragnienia  poddania  się  agresji 

ogarniętego żądzą mężczyzny i tylko narcyzm, chroniący kobietę, sprawia, że narzuca ona sobie 

kryteria  moralne,  estetyczne  i  fizyczne.  Podczas  przerwy,  która  z  konieczności  oddziela 

osiągnięcie  dojrzałości  od  połączenia  się  z  partnerem,  kobieta  wyraża  swą  seksualność  w 

biernych fantazjach. Jedynie ciąża pozwala jej osiągnąć pełnię, bo dziecko zastępuje jej utracony 

organ płciowy i staje się najważniejszym osiągnięciem życiowym. Fantazje rozwiewają się, a na 

miejsce masochizmu i narcyzmu pojawia się energia wkładana w ochronę i socjalizację dziecka. 

Ten  zgrabny  opisik  pewnego  mechanizmu  okazał  się  kuszący  nawet  dla  kobiet-psychologów, 

które  nie  ośmieliły  się  przeciwstawić  swego  subiektywnego  doświadczenia  czemuś,  co  wyglą-

dało  na  fakt.  Poza  tym  pogląd  ów  miał  również  znaczenie  moralne.  Kobietę,  która  dobrze 

wiedziała,  że  wszystkie  jej  orgazmy  rozpoczęły  się  w  łechtaczce,  zawstydzano  posądzeniem  o 

background image

niedojrzałość  i  zazdrość  o  penisa.  Tę  zaś,  która  aktywnie  dążyła  do  swoich  celów,  z  definicji 

traktowano jako niewłaściwie przystosowaną do swej prawdziwej roli i najwyraźniej infantylną. 

Z  gruntu  konkretne  działania  oraz  energia  społeczna  i  intelektualna  rozwijana  przez 

dziewczynkę,  która  wypiera  swoje  fantazje,  często  niweczą  jej  życie  emocjonalne  i  powstrzy-

mują ją przed osiągnięciem pełnej kobiecości, a później macierzyństwa. Rzeczą ciekawą i wciąż 

domagającą  się  wyjaśnienia  jest  to,  iż  kobiety  często  pozostają  uwikłane  w  infantylne  formy 

ż

ycia  uczuciowego,  podczas  gdy  ich  umysł  i  aktywność  są  zadziwiająco  dobrze  rozwinięte. 

Wydaje się, że rozwój prowadzący od życia fantazjami do stanu w pełni dojrzałej kobiecości to 

osiągnięcie psychologiczne, które intelektualizacja może opóźnić. 

Priorytety Helen Deutsch są oczywiste. Jeśli intelekt opóźnia osiągnięcie stanu eunucha, 

precz  z  intelektem.  Stworzona  przez  nią  teoria  psychoanalityczna  nie  mogła  dostarczyć  odpo-

wiedzi  na  interesujący  ją  akademicki  problem,  gdyż od powiedź dałaby się wyłuskać z analizy 

kontekstu  społecznego,  w  jakim  żyją  aktywne,  inteligentne  kobiety.  Sugestia,  że  ani  przyszła 

mężatka,  ani  nauczycielka  stara  panna  nie  powinna  wynajdować  sobie  zachowań  kompensa-

cyjnych jedynie dlatego, że nie zajmuje się wychowaniem dzieci, tylko pomieszałaby jej szyki. 

Oba  rodzaje  kobiet:  eunuch  i  typ  pseudomęski  oznaczają  kastrację.  W  końcu  nawet  Deutsch 

zrewidowała  swoją  fundamentalną  teorię  kobiecego  masochizmu  i  głosiła  nieśmiało,  że  „nie 

może on być powiązany wyłącznie z czynnikami anatomiczno-fizjologicznymi, lecz ważną rolę 

odgrywa  kontekst  kulturowy  lub  struktura  społeczna,  w  jakiej  rozwijała  się  dana  kobieta  o 

osobowości  masochistycznej”.  Deutsch  nigdy  nie  posunęła  się  wystarczająco  daleko,  by 

dostrzec, że jej samej także dotyczy ów kompleks i że sama przyczynia się do jego utrzymania 

kosztem kobiet. Mimo aspiracji do stanowiska intelektualnego Deutsch była głęboko zakochana 

w  stereotypie  kobiety-eunucha  i  nakreśliła  nawet  niezwykły  obraz  kobiety  jako  idealnej  towa-

rzyszki życia: „(...) jeśli mają spory zasób kobiecej intuicji, są idealnymi wspólniczkami, często 

inspirującymi  swoich  mężczyzn,  przy  czym  im  samym  rola  ta  daje  najwięcej  szczęścia.  Zdaje 

się,  że  łatwo  ulegają  wpływom,  przystosowują  się  do  swoich  towarzyszy  i  rozumieją  ich.  Są 

najmilszymi i najmniej agresywnymi pomocnicami i pragną pozostawać w tej roli. Nie walczą o 

swoje  prawa,  a  nawet  wręcz  przeciwnie.  Jeśli  tylko  się  je  kocha  -  łatwo  nimi  rozporządzać  na 

wszelkie  sposoby.  Łatwo  podniecają  się  seksualnie  i  rzadko  bywają  oziębłe,  lecz  to  właśnie  w 

sferze  seksu  narzucają  partnerom  narcystyczne  warunki,  które  ci  muszą  spełniać  całkowicie. 

Żą

dają miłości i tego, by z głębi serca uznać ich pasywne skłonności. Jeśli wykazują uzdolnienia 

w  jakiejś  dziedzinie,  zachowują

 

zdolność  do  oryginalności  i  produktywności,  jednak  nie 

podejmują  rywalizacji.  Są  zawsze  gotowe  zrezygnować  z  własnych  osiągnięć  bez  poczucia,  że 

coś  poświęcają,  i  radują  się  osiągnięciami  swoich  towarzyszy,  dla  których  nierzadko  były 

inspiracją.  Mają  niezwykłą  potrzebę  wspierania,  kiedy  angażują  się  w  działania  skierowane  na 

background image

zewnątrz, wykazując jednocześnie całkowitą niezależność w uczuciach i myśleniu związanych z 

ich życiem wewnętrznym, to jest z działaniami skierowanymi do wnętrza. Ich zdolność do iden-

tyfikacji  nie  jest  wyrazem  wewnętrznego  ubóstwa,  lecz  bogactwa  ich  wnętrza.” 

  

Opis  ten  nie  zawiera  nic  ponad  wzorzec  akceptowalnej  kobiety  i  jako  taki  ukazuje 

sztuczny, niedościgniony ideał. Taka kobieta nie może być osobą, ponieważ w żadnym wypadku 

nie  istnieje  sama  przez  się.  Znaczenie  nadaje  jej  wyłącznie  obecność  mężczyzny  u  jej  boku; 

mężczyzny,  od  którego  jest  absolutnie  zależna.  W  zamian  za  wyrzeczenie,  współpracę, 

przystosowanie  i  identyfikację  z  mężczyzną  i  jego  interesami  jest  obdarzana  pieszczotami, 

pożądana,  otaczana  opieką,  stanowi  pole  wpływów  i  od  czasu  do  czasu  jest  także  pożądana  na 

próżno. Życie z taką kobietą to marny interes dla mężczyzny; nie będzie ona dokładać wysiłków, 

by  go  podniecić  czy  zainteresować,  a  tym  bardziej  nie  będzie  nim  kierować  czy  wywierać  nań 

wpływu. Dodatkową brodawką na i tak już pryszczatym nosie jest fakt, że Deutsch, wystawiając 

swoją receptę, nie może się powstrzymać od używania słów w rodzaju „najmilsza”. Jakie jednak 

prawo  może  mieć  taka  istota,  by  żądać  płomiennej  miłości  i  seksualnego  pożądania,  gdy  sama 

nie  może  dać  tego  w  zamian?  Ta  kobieta  jest  wcieleniem  próżnej,  wymagającej,  służalczej 

nudziary.  Nie  ma  nic,  co  by  bardziej  jeżyło  włosy  na  głowie,  niż  podobny  spektakl  nie 

słabnącego samopoświęcenia. Oto kobieta urodzona do tego, żeby niewdzięczny mąż porzucił ją, 

u szczytu sukcesu, który pomogła mu osiągnąć, dla jakiejś dziewiętnastoletniej bezwstydnicy. I 

taka  właśnie  jest  norma  opisywana  przez  „naukę”  zwaną  psychoanalizą  -  mieszanina 

moralizatorstwa  i  fantazji,  bez  dodatku  choć  odrobiny  rozsądku.  Bezdennie  głupie  przesądy 

Deutsch  nie  zostały  dość  poważnie  zakwestionowane  przez  psychoanalizę  ostatnich  lat:  na 

przykład Bruno Bettelheim twierdzi, że „należy zacząć od uświadomienia sobie, że nie mniej niż 

dobrymi  naukowcami  czy  inżynierami,  kobiety,  po  pierwsze  i  nade  wszystko,  pragną  być 

towarzyszkami  życia  mężczyzn  i  matkami”.  Erik  Erikson  wprowadził  idiotyczne  pojęcie 

wewnętrznej przestrzeni  w  somatycznej  konstrukcji kobiety, czyli czegoś w rodzaju dziury w 

głowie,  w  której  zamieszkuje  skłonność  do  zaangażowania  się  w  opiekę  nad  dziećmi.  Joseph 

Rheingold zaś w 1964 roku przeformułował stanowisko szalonego Kapitana z Ojca: 

„Kiedy kobiety będą dojrzewać, nie lękając się swoich biologicznych funkcji, i na które nie będą 

patrzeć z punktu widzenia podważającej je doktryny feministycznej, wtedy wejdą w macierzyństwo 

z poczuciem spełnienia i z czystym altruizmem - wtedy dopiero będziemy żyli dobrym życiem w 

bezpiecznym świecie

Kobiety  wkraczające  w  małżeństwo  i  podejmujące  wychowanie  dzieci  z  optymizmem  i 

romantycznym  nastawieniem  później  najgłośniej  wyrażają  swoje  rozczarowanie,  a  ich  dzieci 

najbardziej  cierpią  z  powodu  nadopiekuńczości  matek.  Z  biologicznego  punktu  widzenia 

rodzenie  dzieci  nigdy  nie  miało  zastępować  innych  osiągnięć  i  form  spełnienia.  Nie  miało  też 

background image

być  procesem  tak  czasochłonnym  i  tak  obłożonym  warunkami  jak  obecnie.  Jednym  z 

największych  rodzajów  zła  w  naszym  społeczeństwie  jest  tyrania  pielęgnowania  i  wychowy-

wania  dzieci.  Feministki  żywią  płomienną  nadzieję,  iż  wniosek  Mastersa  i  Johnson,  że  orgazm 

pochwowy  jest  mitem,  a  wszystkie  orgazmy  kobiety  zaczynają  się  w  łechtaczce,  na  zawsze 

wyrugował  fantazje  freudowskie.  Trzeba  jednak  przyznać,  że  kobiety  badane  przez  Mastersa  i 

Johnson można jednocześnie określić jako infantylny produkt nieodpowiedniego warunkowania, 

a  zatem  fakt,  iż  wszystkie  orgazmy  w  tej  próbie  miały  charakter  łechtaczkowy,  nie  dyskwa-

lifikuje  wcale  poglądu,  że  orgazm  pochwowy  istniał,  mógł  istnieć  czy  powinien  istnieć. 

Generalnie wszystko to sprowadza się do tego samego: teoria Freuda opisuje istniejący porządek 

jako  dezyderat  dziewiętnastowiecznej  klasy  średniej.  Fakty  nie  mają  znaczenia  w obliczu tego, 

co  ukonstytuowało  się  jako  podstawowy  system  wartości.  Jeśli  miałybyśmy  lokować  nasze 

podstawowe wartości w otaczającej rzeczywistości, to dziś możemy śmiało odrzucić przesłanki 

psychoanalizy  freudowskiej,  które  są  dodatkowym  obciążeniem  do  i  tak  już  wszechobecnego 

samostłumienia, i oprzeć się na własnych obserwacjach, na wynikach własnych eksperymentów 

w  naszym  dzisiejszym  otoczeniu.  Konstrukt  Freuda  jest  nie  tylko  arbitralny  -  nie  sprawdza  się 

też  jako  wzorzec  życia.  Choćbyśmy  nie  wiem  jak  pragnęli,  by  wszystkie  dzieci  osiągnęły  stan 

umysłowego zdrowia, w takiej formie, jak je rozumie Freud, nie uda się to. Gdyby kobiety, jak 

sugerował  Mark  Twain,  miały  być  przez  cały  czas  bose  i  ciężarne,  zaczęłyby  coraz  liczniej 

wymierać. 

Ojcowie  psychologii  wygłaszali  mnóstwo  innych  opinii  o  roli  kobiety,  począwszy  od 

bełkotu  Junga,  a  skończywszy  na  koncepcji  normalności  człowieka  ukutej  na  podstawie 

obserwacji  małp  człekokształtnych  żyjących  w  swym  naturalnym  środowisku,  jakim  jest  pole 

bitewne  dżungli.  Antropolog  Margaret  Mead  poszukuje  potwierdzenia  swoich  akademickich 

teorii  na  temat  seksu,  obserwując prymitywne społeczności, tak więc pomimo pozornego rady-

kalizmu  broni  koncepcji  biernej  kobiecości.  Jej  stanowisko  jest  tożsame  z  pozycją  Kraffta-

Ebinga, który uważa, że kobieta: „Jeśli jest normalnie rozwinięta umysłowo i dobrze wychowa-

na, legitymuje się niewielkim pożądaniem seksualnym. Gdyby tak nie było, cały świat stałby się 

jednym wielkim domem publicznym, a małżeństwo i rodzina nie mogłyby istnieć. To pewne, że 

mężczyzna unikający kobiet i kobieta, która prze do mężczyzn, są nienormalni (...) mimo to sfera 

seksualna  zajmuje  o  wiele  więcej  przestrzeni  w  świadomości  kobiet  niż  mężczyzn,  i  to  raczej 

nieustannie, a nie sporadycznie.” 

Freud  podpowiedziałby  mu,  w  jaki  sposób  ma  zinterpretować  tę  ostatnią  obserwację  w 

kontekście  poprzedniej.  Kobiety  rzeczywiście  mają  pragnienia  seksualne  -  a  jeśli  warunkiem 

zyskania  normalnego  stanu  umysłu  i  nabycia  dobrego  wychowania  jest  zniszczenie  tych 

pragnień, popróbujmy rozwoju nienormalnego i odrzućmy dobre wychowanie. Jeśli warunkiem 

background image

małżeństwa i rodziny jest kastracja kobiet , to niechaj te instytucje zmienią się albo znikną. Trud-

no też uważać, że dom publiczny jest alternatywą wobec małżeństwa, gdyż ten akurat pojawił się 

dzięki  istnieniu  małżeństwa  i  rodziny.  Jeżeli  mamy  wydostać  się  z  kołowrotu  seksualnych 

fantazji, nienasyconej potrzeby miłości i wszystkich możliwych form obsesji, będziemy musiały 

umieścić nasze libido na właściwym miejscu i przywrócić mu jego pełnoprawną funkcję. Wtedy 

i  tylko  wtedy  kobiety  będą  zdolne  do  miłości.  Dopóki  wzorcem  miłości  ma  być 

sadomasochistyczny  związek,  wieczny  Eros  żyje  w  niewoli,  i  jeśli  mamy  go  ratować  i  ocalić 

ś

wiat,  to  musimy  zerwać  jego  łańcuchy.  W  końcu  czy  Deutsch  w  swym  roznamiętnionym, 

retorycznym stylu pisała o czymś innym? 

Bierna  forma  zjednoczenia  symbiotycznego  polega  na  podporządkowaniu  się  albo,  uży-

wając  terminu  klinicznego,  na  masochizmie.  Masochista  ucieka  przed  nie  dającym  się  znieść 

uczuciem izolacji i wyobcowania, czyniąc z siebie nierozdzielną część składową drugiego czło-

wieka,  który  rozkazuje  mu,  kieruje  nim,  ochrania;  który  jest  jego  życiem,  jego  -  by  tak  rzec  - 

tlenem.  Wyolbrzymia  on  siłę,  której  się  poddaje,  czy  to  będzie  człowiek,  czy  Bóg;  on  jest 

wszystkim, ja zaś jestem niczym, istnieję o tyle, o ile stanowię jego część. Jako ta część jestem 

częścią wielkości, potęgi, pewności. Masochista nie musi podejmować żadnych decyzji, nie musi 

brać  na  siebie  żadnego  ryzyka;  nigdy  nie  jest  sam,  ale  nie  jest  również  niezależny,  nie  ma 

integralności,  jeszcze  się  w  pełni  nie  narodził.  W  religijnym  kontekście  przedmiot  uwielbienia 

określa się jako bożyszcze; w kontekście świeckim podstawowy mechanizm stosunku w miłości 

masochistycznej,  mechanizm  bałwochwalstwa, jest identyczny. Stosunek masochistyczny może 

się  łączyć  z  fizycznym  pożądaniem;  w  tym  wypadku  jest  on  podporządkowaniem  się  nie  tylko 

umysłu,  lecz  i  ciała.  Można  w  sposób  masochistyczny  podporządkować  się  losowi,  chorobie, 

rytmicznej  muzyce,  stanowi  orgiastycznemu  pod  wpływem  narkotyku  czy  w  transie  hipno-

tycznym.  We  wszystkich  tych  wypadkach  człowiek  wyrzeka  się  swojej  integralności,  staje  się 

narzędziem kogoś lub czegoś, co istnieje poza nim; nie musi rozwiązywać problemu bytowania 

przez produktywną działalność. 

Uwypuklając  postawę  masochistyczną  jako  odpowiednia  dla  płci  żeńskiej,  psychologia 

pogłębia proces infantylizacji trwający od momentu narodzin kobiety Jej cierpienia nie biorą się 

z  niemożności  osiągnięcia  stanu  dojrzałej  kobiecości,  lecz  ze  zmagań  z  wszystkim  tym,  co 

powstrzymuje ją od życia i pracy, przy użyciu całego jej potencjału. Od urodzenia wskazuje się 

jej niejako na drogę powrotu do łona, a nie na rozwijanie własnego dorosłego życia; całe życie 

spędzić ma przy dosłownie i metaforycznie rozumianej kołysce. Ale wrócić do łona może tylko 

przez  śmierć.  Te  same  naciski,  które  krępują  radości  i  pragnienia  kobiety,  zniszczą  w  końcu 

ś

wiat. Jeśli połowa świata ma pozostać zakładnikiem Śmierci, to Eros musi przegrać bitwę. Czy 

wyścig zbrojeń i zimna wojna nie są kontynuacją męskiej rywalizacji i agresji, przeniesionych w 

background image

odhumanizowaną  sferę bezosobowych instytucji? Jeśli kobiety nie mają rodzić dzieci na mięso 

armatnie,  na  ofiary  ostatecznej  zagłady,  muszą  uratować  i  siebie,  i  mężczyzn  przed  destru-

kcyjnym  wzorcem  polaryzacji  płci.  Walka  może  się  okazać  długa  i  nawet  bardziej  bolesna  niż 

kapitulacja.  Będzie  się  odbywać  na  oślep,  gdyż  żadna  wiedza,  naukowa  czy  inna,  którą  się  tak 

chełpimy, nie jest w stanie opisać alternatywnych możliwości. Czy więc warto?