background image

Opowiadania fantastyczno–naukowe

Galaktyka I

Przełożyli Z. Burakowski, J. Dziarnowska, J. Herlinger,

W Kiwilszo, M. Kumorek

background image

Anatolij Dnieprow

F

ORMUŁA

 

NIEŚMIERTELNOŚCI

I

Jutro zostanę skazany za morderstwo. Nie boję się wyroku. Od pewnego 

momentu życie straciło dla mnie wszelką wartość.

Na   rozprawie   będą   obecni   wszyscy   moi   koledzy.   Nigdy   nie   potrafią 

zrozumieć   motywów   mojego   postępowania,   mojego   okrucieństwa. 
Prawdopodobnie   dojdą   do   wniosku,   że   po   prostu   zwariowałem. 
Postanowiłem nic nikomu nie wyjaśniać, dlatego że i tak nikt by mi nie 
uwierzył.   Piszę   to   mając   nadzieję,   że   moje   wyznania   dotrą   do   rąk 
właściwych ludzi, którzy potrafią się nad nimi głęboko zastanowić.

Właściwie całe opowiadanie należy rozpocząć od momentu, kiedy po 

raz   pierwszy   zobaczyłem   Meadgeę.   To   było   tego   samego   dnia,   kiedy 
wróciłem   z   podróży   po   Europie   i   podjechałem   taksówką   do   zielonego 
ogrodzenia,   za   którym   kryła   się   willa   mojego   ojca.   Płaciłem   właśnie 
szoferowi,  gdy spoza ogrodzenia  wystrzeliła  ogromna  kolorowa  piłka i 
potoczyła się po mokrym asfalcie.

— Proszę mi z łaski swojej podać piłkę — odezwał się z tyłu jakiś głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem ponad ogrodzeniem jasnowłosą główkę 

młodej   dziewczyny   o   niezwykłej   urodzie.   Jej   włosy   przewiązane   były 
niebieską   wstążką,   a   na   delikatnej   kształtnej   szyi   lśnił   cieniutki   sznur 
pereł.

— Kim pani jest? — spytałem, podając jej piłkę.
— A pan? Dlaczego pan pyta?
— Dlatego, że to jest mój dom.
Oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe, zeskoczyła z ławki i bez słowa 

uciekła w głąb ogrodu.

Ojca zastałem w gabinecie na pierwszym piętrze. Kiedy witałem się z 

nim, odniosłem wrażenie, że nie jest zachwycony moim przyjazdem. Albo 
może był po prostu zmęczony. Oczy miał zaczerwienione, co świadczyło, 
że pracował nocami. Po kilku pytaniach, które dotyczyły wyników mojego 
zwiedzania szeregu europejskich laboratoriów, powiedział do mnie nagle:

— Wiesz   co,   Albert,   jestem   zmęczony,   wszystko   mi   zbrzydło. 

Postanowiłem odejść z instytutu i umówiłem się z profesorem Birghoffem, 
że będę z nimi współpracował jedynie jako konsultant.

Ogromnie   mnie   to   zdziwiło.   Nie   tak   dawno   przecież,   przed   moim 

background image

wyjazdem, ojciec ani słówkiem o tym nie wspominał.

— Nie jesteś jeszcze tak stary, tato — zaoponowałem.
— To   nie   chodzi   o   wiek,   Alb.   Czterdzieści   lat   spędzonych   w 

laboratoriach   nie   pozostaje   bez   śladu.   Weź   pod   uwagę,   że   to   były 
zwariowane   lata,   kiedy   w   nauce   przeżywaliśmy   jedną   rewolucję   po 
drugiej.   Wszelkie   wstrząsy   naukowe   trzeba   było   we   właściwym   czasie 
przetrawić, wczuć się w nie, sprawdzić eksperymentalnie.

Jego   słowa   nie   brzmiały   przekonywająco,   ale   nic   mu   na   to   nie 

odpowiedziałem. Może nawet miał rację… O ile pamiętam, ojciec zawsze 
tyrał   jak   koń,   nie   dbając   zupełnie   o   siebie,   nie   licząc   się   z   czasem. 
Mówiono, że po śmierci matki coś się z nim stało. Całymi dniami nie 
wychodził   z   laboratorium,   doprowadzając   do   krańcowego   wyczerpania 
siebie   i   swoich   współpracowników.   W   tych   odległych   czasach,   kiedy 
byłem   jeszcze   dzieckiem,   jego   grupa   pracowała   nad   analizą   struktury 
kwasów   nukleinowych   i   nad   wyjaśnieniem   szyfru   genetycznego. 
Opracował   on   wówczas   ciekawą   metodę   regulowania   kolejności 
pochodnych nukleinowych w łańcuchu kwasu dezoksyrybonukleinowego 
poprzez   oddziaływanie   substancjami   mutogenetycznymi   na   związek 
wyjściowy. Szczerze mówiąc, nie bardzo orientowałem się wówczas w 
całym tym skomplikowanym biochemicznym galimatiasie,  pamiętam  to 
wszystko jedynie dlatego, że w owym okresie głośno było o odkryciach 
ojca.   Gazety   zamieściły   kilka   artykułów   o   sensacyjnych   tytułach: 
„Wykryto klucz do biologicznego szyfru”, „Zagadka życia — w czterech 
symbolach” itd.

— Mam   nadzieję,   że   po   okresie   próbnym   profesor   Birghoff   mianuje 

ciebie na moje miejsce.

— Ależ, ojcze! To niemożliwe. Nie zrobiłem ani tysiącznej części tego 

co ty.

— Wystarczy, że wiesz, co zrobiłem. Nie wolno wracać do tego, przez 

co już się przeszło. Trzeba podążać dalej. Jestem pewien, że potrafisz tego 
dokonać.

Schodząc na dół do jadalni, spytałem ojca:
— A kto to jest, to urocze młode stworzenie bawiące się piłką w naszym 

parku?

— Ach,   zapomniałem   ci   powiedzieć.   To   córka   mojego   starego 

znajomego, przyjaciela, Elvina Shauli. Jest sierotą — dodał szeptem. — 
Ale nie powinna o tym wiedzieć.

— Dlaczego?
— Elvin   Shauli   i   jego   żona   zginęli   w   katastrofie   lotniczej   nad 

background image

Atlantykiem.   Byłem   tak   wstrząśnięty   tym   wypadkiem,   że 
zaproponowałem dziewczynie, aby zamieszkała u nas. Powiedziałem jej, 
że rodzice wyjechali na kilka lat do Australii.

— Ale przecież wcześniej czy później prawda wyjdzie na jaw.
— Oczywiście. Lepiej jednak, żeby się to stało później niż wcześniej. 

Ona ma na imię Meadgea. Ma szesnaście lat.

— Dziwne imię.
— Mhm. Trochę dziwne — zgodził się ojciec. — Ale oto i ona.
Meadgea wbiegła do jadalni, ale przy drzwiach zatrzymała się nagle. 

Potem uśmiechnęła się nieśmiało i dygnąwszy z gracją powiedziała:

— Dobry wieczór, panie profesorze. Dobry wieczór, panie Albercie.
— Dobry wieczór, kochanie! — powiedział mój ojciec i podchodząc do 

niej pocałował ją w czoło. — Mam nadzieję, że zaprzyjaźnisz się z moim 
synem Albertem. Podszedłem do Meadgei i uścisnąłem jej wąską dłoń.

— A myśmy się już zaprzyjaźnili. Jak się czuje pani piłka?
— Och, bawię się piłką niezbyt często. Wolę czytać. Ale dzisiaj jest taka 

wspaniała pogoda.

— Powinna   pani   częściej   przebywać   na   świeżym   powietrzu   — 

powiedziałem. — Czy przyjmie mnie pani do towarzystwa? Ja też bardzo 
lubię grać w piłkę.

— Ależ oczywiście, panie Albercie.
— Jeżeli oczywiście, to proponuję bez „panie”. Mów mi po prostu po 

imieniu, a ja tobie też. Zgoda?

— Zgoda.
W czasie obiadu nie rozmawialiśmy prawie wcale, zauważyłem jednak, 

że   ojciec   obserwował   Meadgeę   uważnie   i   z   niekłamanym 
zaniepokojeniem.   Doszedłem   do   wniosku,   że   bardzo   go   martwi   los 
dziewczyny.

background image

II

Kiedy wróciłem do laboratorium,  profesor Birghoff zaproponował mi 

badania nad analizą chromosomów X i Y, które decydują o płci człowieka. 
Zadanie, ogólnie rzecz biorąc, było nader skomplikowane, ale miałem już 
jakie takie pojęcie o tych sprawach. W dalszym ciągu głównym obiektem, 
badań były sztuczne mutacje realizowane na materiale genetycznym za 
pomocą chemicznych substancji mutogenetycznych z szeregu ekrydynów. 
Mutacje   były   następnie   kontrolowane   w   sztucznym   urządzeniu,   tak 
zwanym reproduktorze biologicznym, gdzie po 10–12 podziałach komórki 
można już było określić płeć przyszłego organizmu.

Mieliśmy   do   zrealizowania   ogromną   ilość   mutacji.   Rozpocząwszy 

badania   obliczyłem   orientacyjnie,   jak   długo   będę   musiał   szukać 
odpowiedzi,   i   przeraziłem   się:   nawet   przy   bardzo   sprzyjających 
okolicznościach — dla dokończenia pracy nie starczyłoby całego mojego 
życia.

— Niech pan się poradzi ojca — powiedział Birghoff, kiedy zwierzyłem 

mu się ze swych obaw. — Być może, powie panu, jak z tego wybrnąć.

Wieczorem poszedłem do gabinetu ojca. Była tam już Meadgea. Ojciec 

siedział w fotelu na biegunach, z nogami okrytymi pledem, dziewczyna 
zaś cicho czytała mu wiersze Byrona. Gdy wszedłem, ojciec ocknął się z 
zadumy:

— Ach,   to   ty,   Alb.   Meadgea   wspaniale   czyta.   Słuchając   jej, 

przypominam sobie własną młodość.

— Zazdroszczę ci, masz chyba moc wspomnień. A propos, opowiadałeś 

mi tak niewiele o swoich młodych latach.

Meadgea zamknęła książkę i po cichutku wyszła z pokoju. Przesiadłem 

się bliżej ojca i powiedziałem:

— To niedobrze, że odszedłeś z instytutu. Sam, bez ciebie, czuję się tam 

jak ślepe szczenię, obawiam się, że będę ci się naprzykrzał. Wyobraź sobie 
na przykład…

I   opowiedziałem   mu   o   trudnościach,   z   którymi   zetknąłem   się   już   w 

pierwszych dniach. Zauważyłem jednak, że w miarę jak mówiłem, twarz 
ojca przybierała coraz bardziej okrutny, wręcz wrogi wyraz. W pewnej 
chwili podniósł się gwałtownie i powiedział:

— Dość.   Wiem   doskonale,   że   to   zadanie,   o   którym   mówisz,   jest 

beznadziejne. Po prostu nie ma sensu tracić czasu na jego rozwiązanie. 
Czasu i siły.

background image

— Ale   przecież   pozostałe   chromosomy   człowieka   zostały 

rozszyfrowane… — zaoponowałem.

— To zupełnie co innego. Są one zbudowane jednakowo. Wystarczy 

rozwinąć wzór inicjatora, a cała reszta ujawni się sama. W chromosomach 
X   i   Y   nie   ma   takiej   reguły.   Tutaj   jednorodne   wynikanie   substancji 
nukleinowych…

Nagle zamilkł. W pokoju zapanowała martwa cisza. Okno za biurkiem 

było   szeroko   otwarte;   z   parku   dobiegał   cichy   szelest   liści   kasztanów, 
ledwie   dosłyszalne   brzęczenie   owadów   i   śpiew.   Piosenka   była   bardzo 
łatwa, melodyjna i dobrze mi znana. Nie wiem, dlaczego przypomniała mi 
ona   odległe   lata   dzieciństwa;   wspomnienia   z   tych   lat   przeplatają   się 
zazwyczaj   ze   wspomnieniami   cudownych,   czarownych   snów.   Piosenka 
kojarzyła   mi   się   z   obrazem   wysokiego   klombu,   gęsto   porośniętego 
azaliami, przy którym stoję ja, mały chłopczyk, a po przeciwnej stronie 
klombu ktoś śpiewa tę właśnie piosenkę. Zaczynam biec dookoła, chcę za 
wszelką cenę zobaczyć kobietę, która śpiewa, lecz ona ucieka przede mną 
i raz po raz, przestając śpiewać, woła:

— Hop, hop, Alb! Ano — złap mnie!
A ja wciąż biegnę i biegnę, w oczach migają mi kolorowe kwiaty, ale w 

żaden   sposób   nie   mogę   dogonić   tego   cudownego,   nieuchwytnego, 
bliskiego   mi   głosu.   Wtedy   padam   na   klomb,   czołgam   się   w   dżungli 
kwiatów i płaczę.

— Kto to śpiewa? — pytam ojca.
— Nie domyślasz się?
— Nie.
Ojciec ciężko opada na bujak.
— To Meadgea.
Milczymy dość długo. Dlaczego mój ojciec tak ciężko oddycha? Jego 

oczy niespokojnie biegają po ścianach, pobladłe dłonie kurczowo wpiły się 
w   krawędź   biurka.   Zauważywszy,   że   mu   się   bacznie   przyglądam, 
opanował się nagle i sztucznie beznamiętnym głosem powiedział:

— Dziewczyna ma miły głos, prawda? A co do chromosomów X i Y, to 

powiedz   profesorowi   Birghoffowi,   że   według   mnie   zadanie   jest 
nierozwiązalne. Nie rozumiem, jaki jest sens zajmować się nim.

— Jaki sens? — powtórzyłem jak echo. — To dziwne. Przez całe swoje 

życie   zajmowałeś   się   tym   właśnie   problemem   —   badałeś   dokładnie 
molekularną budowę substancji dziedzicznej. A teraz…

Przerwał mi gwałtownym ruchem ręki.
— Istnieją badania, które nie są niczym umotywowane… z moralnego i 

background image

etycznego punktu widzenia. A w ogóle, Albert, jestem bardzo zmęczony. 
Chciałbym się położyć.

Wychodząc z gabinetu zauważyłem, że ojciec zażywał jakieś lekarstwo. 

Prawdopodobnie   był   bardzo   chory,   ale   starał   się   tego   nie   okazywać. 
Zrozumiałem poza tym, że z jakiegoś nie znanego mi powodu nie chce po 
prostu, abym zajmował się badaniem chemicznych cech chromosomów Xi 
Y.

Wyszedłem do parku i przemierzałem mokre od wieczornej rosy ścieżki 

w kierunku tego miejsca, skąd dobiegł do mnie śpiew Meadgei.

Siedziała   na   kamiennej   ławeczce   przed   niewielkim   basenem;   w 

ciemności jej sylwetka zlewała się prawie zupełnie z tłem gęstych krzaków 
dzikiej róży.

— O! — zawołała, kiedy nagle stanąłem przed nią. — Przestraszyłeś 

mnie okropnie. Tak nie można — bardzo nie lubię, kiedy coś dzieje się 
nagle.

Usiedliśmy   obok   siebie   i   długo   milczeliśmy.   Za   nami   cicho   szemrał 

strumyczek   wypływający   z   szerokiej   zardzewiałej   rury.   Po   asfalcie   za 
ogrodzeniem od czasu do czasu w pełnym pędzie przejeżdżały samochody.

— Meadgea, czy podoba ci się u nas? — spytałem po chwili.
— Bardzo.   Wiesz,   czuję   się   tutaj   zupełnie   jak   w   domu.   Szczerze 

mówiąc, nawet lepiej niż w domu.

— A gdzie jest twój dom?
— W Cable. To jest o sto kilometrów stąd na północ. Ale ja bardzo nie 

lubię   Cable.   Po   wyjeździe   rodziców   do   Australii   było   mi   tam   bardzo 
smutno. Jestem bardzo wdzięczna twemu ojcu, że mnie zabrał do siebie.

„Cable, Cable” — jak przez mgłę przypominałem sobie nazwę małego 

miasteczka, o którym coś kiedyś u nas w domu mówiono.

— Kochasz swoich rodziców? — spytałem, sam nie wiedząc po co.
Nie odpowiedziała mi od razu; w jej głosie wyczułem wahanie i nutkę 

rozgoryczenia:

— A   czy   można   nie   kochać   swoich   rodziców?   Nagle   Meadgea 

roześmiała się.

— To dziwne, ale właściwie nigdy nie zastanawiałam się nad tym czy 

ich kocham, czy nie. Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę, że właśnie 
przestałam   ich   naprawdę   kochać   od   czasu,   kiedy   zaczął   do   nas 
przychodzić pan Horsch.

— A kto to jest, ten pan Horsch?
— Bardzo   antypatyczny   pan.   Robi   wrażenie   lekarza.   I   chyba 

rzeczywiście   jest   lekarzem,   dlatego   że   za   każdym   razem,   jak   do   nas 

background image

przychodził, badał mnie, opukiwał i kilkakrotnie brał mi krew do badania, 
chociaż byłam zupełnie zdrowa. Było mi bardzo przykro, że rodzice mu na 
to   pozwalali…   Zostawiali   mnie   z   nim,   a   sami   wychodzili.   To   bardzo 
niesympatyczny lekarz, zwłaszcza kiedy się uśmiecha.

„A może Meadgea rzeczywiście jest chora?” — pomyślałem. Objąłem 

ją.

— Robi się chłodno, prawda, Alb?
— Tak, moja mała, kochana dziewczynko.
Meadgea   oplotła   swymi   chudziutkimi   rączkami   moją   szyję   i   wtuliła 

twarz w fałdy mojej marynarki.

Było mi jakoś dziwnie lekko i spokojnie, Meadgei chyba też. Po chwili 

westchnęła głęboko, przytuliła się do mnie jeszcze mocniej, a ja wstałem i 
poniosłem ją poprzez park, śpiącą, do naszego domu, czując cały czas na 
szyi jej gorący oddech.

background image

III

Nie wspominałem profesorowi Birghoffowi o mojej rozmowie z ojcem 

— nie chciałem,  aby profesor pomyślał, że ojciec nie ma  już żadnych 
nowych pomysłów, jeżeli chodzi o analizę dokładnej chemicznej struktury 
genów. Z drugiej strony, dzięki trudnościom związanym z przebadaniem 
chromosomów X i Y, miałem okazję do zaproponowania czegoś takiego, 
co świadczyłoby o tym, że sam jestem też niezłym badaczem biofizykiem.

Przebudowałem   laboratorium   ojca.   Skonstruowano   dla   mnie   działko 

protonowe, które umożliwiało mi bombardowanie protonami dowolnego 
nukleotydu w molekułach RNA i DNA.

Szczególnie dużo kłopotów miałem z „reproduktorem biologicznym” — 

miniaturową   kuwetą   kwarcową,   gdzie   w   syntetycznej   cytoplazmie 
zachodziła synteza białek.

Kiedy już wyposażenie zostało skompletowane, praca w laboratorium 

ruszyła pełną parą, przy czym w miarę rozwoju badań profesor Birghoff 
przekazywał do mojej dyspozycji wszystkich współpracowników, którzy 
poprzednio pracowali u ojca.

Byli to bardzo mili, energiczni ludzie, którzy szczerze pasjonowali się 

molekularną   biologią.   Niektórzy   z   nich,   zwłaszcza   fizyk   Klemper   i 
matematyk Gust, byli trochę filozofami, trochę cynikami i hołdowali teorii 
stałego przekształcania się materii nieożywionej w ożywioną. Traktowali 
oni dowolny żywy organizm jako ogromną molekułę i określali wszystkie 
jej funkcje poprzez terminy energetycznych przejść od jednego stanu do 
drugiego. To, co robiliśmy, Klemper określił jako „poszukiwanie igły w 
stogu siana”. I rzeczywiście — już pierwsze doświadczenia przekonały 
nas, że płeć przyszłego żywego osobnika jest ukryta nie w nukleotydach, 
lecz znacznie głębiej, być może w uszeregowaniu atomów w łańcuchach 
sacharydowych   i   fosforycznych.   Kilkakrotnie   udało   nam   się   nawet 
poprzez   mutacje   przekształcić   chromosom   X   w   chromosom   Y,   ale   w 
żaden sposób nie mogliśmy ustalić, dlaczego tak się dzieje.

Przeprowadzaliśmy   eksperymenty,   zbieraliśmy   dane   i…   na   nic 

ciekawego nie natrafiliśmy. Czułem, że potrzebne są tu nowe pomysły, 
którymi ani ja, ani moi współpracownicy nie mogli się poszczycić.

Do ojca nie zwracałem się więcej o pomoc. Zrozumiałem, że jakoś, w 

sposób najzupełniej bierny, sprzeciwia się naszym badaniom. Nie tylko nie 
interesował się moją pracą, ale nawet za każdym razem, kiedy chciałem go 
o coś zapytać, sprowadzał od razu rozmowę na inny temat albo zaczynał 

background image

narzekać na zmęczenie.

Był  to   rzeczywiście   bierny   opór,   dlatego   że   nader   chętnie   poświęcał 

wiele czasu ludziom, a nawet całym delegacjom różnych organizacji, które 
występowały   przeciwko   wojnie.   Dawniej   nawet   nie   podejrzewałem,   że 
mój ojciec tak bardzo interesuje się zagadnieniami politycznymi. Był on 
dla mnie zawsze wzorem naukowca, dla którego wszelka walka polityczna 
i ideologiczna nie ma żadnego znaczenia. I oto nagle, zmęczony i chory, 
zmieniał   się   zupełnie,  kiedy   przychodzili  do  niego   ludzie   z  prośbą,  by 
podpisał jakąś petycję albo zredagował jakąś antywojenną odezwę. Na to 
miał dostatecznie dużo sił i czasu.

— Jesteś   uczonym   a   nie   politykiem   —   powiedziałem   kiedyś 

rozgoryczony, robiąc mu zimny kompres.

— Przede   wszystkim   jestem   człowiekiem.   Już   czas   najwyższy,   żeby 

zrzucić z naszych uczonych maskę pozornej neutralności. Kryjąc się za 
szczytnym mianem naukowca, robią zdziwioną minę, kiedy okazuje się 
nagle,   że   rezultaty   ich   pracy   naukowej   są   wykorzystywane   w   celu 
zgładzenia milionów ludzi. Udają naiwnych głuptasków, którzy rzekomo 
nie są w stanie przewidzieć najprostszej rzeczy pod słońcem: jakie będą 
konsekwencje   ich   badań   i   odkryć.   Od   dziesiątków   lat   korzystają   z   tej 
furtki, aby odżegnać się od współudziału w przestępstwie i zwalić całą 
winę   na   niemądrych   polityków.   Jeżeli   daję   broń   do   ręki   wariatowi,   to 
konsekwencje powinienem ponosić ja, a nie wariat…

Po   tej   tyradzie   doszedłem   do   wniosku,   że   prace   badawcze   nad 

zgłębieniem tajemnicy chromosomów X i Y mój ojciec uważa w jakimś 
stopniu za niebezpieczne dla ludzkości…

Któregoś   dnia   wróciłem   do   domu   wcześniej   niż   zazwyczaj.   Było 

chłodno i nieprzyjemnie, mżył drobniutki kapuśniaczek. Podchodząc do 
drzwi, zobaczyłem nagle, jak z domu w samej tylko sukience wybiegła 
Meadgea i popędziła w głąb parku.

— Meadgea, Meadgea! — zawołałem.
Nie   usłyszała   mnie   jednak.   Dogoniłem   ją   dopiero   w   samym   końcu 

parku, gdzie ukryła się jak ścigane zwierzątko.

— Meadgea, kochanie, co ci się stało?
— Ach, to ty, Alb! Jak to dobrze, że jesteś.
— Co się stało? — spytałem znowu, okrywając ją swym płaszczem.
— On mnie chce zabrać…
— Kto?
— Pan Horsch. Jest tam teraz, rozmawia z twoim ojcem.
— Dlaczego?

background image

— Nie wiem. Mówi, że mu jestem potrzebna do badań medycznych.
— Chodź. Nie pozwolę cię nikomu ruszyć.
Meadgea   podniosła   się   i   pokornie   poszła   ze   mną.   Przed   drzwiami 

zatrzymałem się na chwilę. Z gabinetu dobiegał głos ojca i jeszcze jakiś 
inny, ostry i nieprzyjemny.

— Niech   pan   zrozumie,   przyjacielu,   przecież   to   jest   zupełny   absurd. 

Mówiłem panu nieraz, że dokonać wielkiego naukowego odkrycia — to 
wyczyn, ale nie zrobić tego — to wyczyn do kwadratu! — gorączkował 
się ojciec.

— Ale ja inaczej nie potrafię, profesorze. Nie rozumiem, jak pan może 

wrzucić do kosza rezultaty pracy całego życia. Przecież wyobrażaliśmy 
sobie wszystko zupełnie inaczej.

— Byliśmy głupcami, naiwnymi głupcami. To nie jest droga…
— Nie,   to   jest   właśnie   jedyna   właściwa   droga.   Pan   jest   po   prostu 

tchórzem. Naiwny pacyfista. Gdyby nie Solveigia…

Szarpnąłem drzwi i wszedłem.  Ojciec, przeraźliwie blady, siedział  w 

swoim   fotelu,   a   obok   niego   wysoki   mężczyzna   o   pożółkłej   twarzy   i 
wydatnych   kościach   policzkowych.   Podczas   rozmowy   wymachiwał 
prawdopodobnie rękoma, bo gdy wszedłem, zastygł nagle w niedorzecznej 
pozie.

— Alb, mówiłem ci przecież tyle razy, żebyś bez pukania..
W tej samej chwili Horsch skoczył w moim kierunku i chwycił mnie za 

rękę.

Nie   wiem   skąd   i   jak,   ale   nagle   pojawił   się   u   niego   fonendoskop, 

wziernik, lupa, w mgnieniu oka zmienił się on w szalejącego lekarza.

— A   teraz   kropelkę   krwi,   jedną,   jedyną   kropelkę   —   mamrotał, 

wyciągając z kieszeni igłę.

Moje zaskoczenie już minęło, odepchnąłem więc z całej siły oszalałego 

doktora.  Był wyższy  ode mnie,  ale mięśnie  miał  zwiotczałe.  Przeleciał 
przez cały gabinet i gdyby nie biurko, zatrzymałby się dopiero na ścianie. 
Zgięty wpół oparł się o stolik i spojrzał na mnie ze wstrętnym uśmiechem 
i… zainteresowaniem. Tak, właśnie z dziwnym zainteresowaniem wariata.

— To ty taki jesteś, Alb — wykrztusił wreszcie, prostując się.
— Co tu się dzieje, kim jest ten pan? — spytałem podchodząc do ojca. 

Był potwornie blady, oczy miał zamknięte, rękę przyciskał do piersi.

— Och, Alb.. To jest pan Horsch, mój dawny uczeń i przyjaciel. Nie 

gniewaj się na niego.

— Twój przyjaciel jest bardzo źle wychowany, ojcze. Horsch usiadł, 

zmęczony, w fotelu i roześmiał się. Nie spuszczał mnie ani na chwilę z 

background image

oczu.   Wydawało   się,   że   wszystko,   co   się   tu   dzieje,   niezmiernie   go 
interesuje.

— Nie   wiem,   ile   bym   dał   za   jedną   kroplę   krwi   naszego   Alba   — 

powiedział wreszcie, bawiąc się automatyczną igłą.

— Przestań, Horsch… Pan mnie zabije — wyjęczał ojciec.
Przy   słowach   „naszego   Alba”   ogarnął   mnie   szał.   Podskoczyłem   do 

Horscha   i   szarpnąwszy   go   za   marynarkę   wyciągnąłem   z   fotela.   Jego 
wstrętna twarz nadal była uśmiechnięta. Nie wytrzymałem — z całej siły 
walnąłem go pięścią. Upadł, a ja powlokłem go do drzwi. Tutaj Horsch 
nagle wstał i wrzasnął wstrętnym, zachrypniętym głosem:

— Ale   przecież   dziewczyna   jest   naprawdę   moja!   Oddajcie   mi 

dziewczynę!

Po tych słowach znikł.
Gdy już wreszcie trochę ochłonąłem, poszedłem na górę do ojca. Leżał 

w fotelu z zamkniętymi oczyma. Chwyciłem jego dłonie. Były zupełnie 
zimne.

background image

IV

W   trzy   miesiące   po   powrocie   z   zagranicy   referowałem   na   radzie 

naukowej wyniki mojej pracy. Nie były zachwycające.

— Jakie pan ma plany na przyszłość? — zapytał profesor Birghoff.
Wzruszyłem   ramionami.   Oprócz   metodyki,   którą   odziedziczyłem   w 

spadku po ojcu, nie miałem żadnych innych i pomysłów. Po prostu, to 
było chyba oczywiste, nie wykazywałem żadnych wybitnych zdolności, 
jeżeli   chodzi   o   prace   badawcze.   Dlatego   też   doktor   Seat,   zasuszony, 
zgarbiony staruszek, wymamrotał po chwili:

— Grupie potrzebny jest dobry konsultant.
— Kogo pan proponuje, doktorze?
— Kogoś ze starych współpracowników profesora Oldfree. Na przykład, 

pamiętam, był taki bardzo zdolny młody człowiek… Zapomniałem, jak się 
nazywał… coś jak Hirsch, Hursch…

— Horsch! — krzyknąłem.
— Tak,   tak,   właśnie   on.   Był   bardzo   zdolny,   bardzo.   Żeby   go   tak 

odszukać…

Skurczyłem się cały jak sprężyna. A doktor Seat ciągnął dalej:
— Pamiętam, że już w tym okresie, kiedy dopiero zaczynaliśmy badania 

nad szyfrem genetycznym, dokonał on kilku wspaniałych odkryć. Choćby 
na   przykład…   sprzężenie   zwrotne   pomiędzy   stężeniem   RNA   w   jądrze 
komórki   i   stężeniem   aminokwasów   w   cytoplazmie…   A   poza   tym   ten 
młody   człowiek   wspólnie   z   profesorem   Oldfree   nauczył   się   zapisywać 
informacje genetyczne… Bardzo zdolny naukowiec… Nie wiadomo tylko, 
gdzie on jest teraz…

Wyszedłem przed zakończeniem rady naukowej i pobiegłem do domu. 

Postanowiłem odszukać Horscha za wszelką cenę i przeprosić go za to, co 
zrobiłem. Ostatecznie, przecież to naukowiec, twórca nowych idei, posuwa 
naukę   naprzód,   chociaż   często   staje   się   burzycielem   życia   spokojnego 
mieszczucha.   Mieszczuchy   bez   najmniejszych   wyrzutów   sumienia 
spożywają owoce jego twórczej pracy i opowiadają sobie o nim obraźliwe 
dowcipy.   Moim   obowiązkiem   było   odszukać   Horscha,   przeprosić   go   i 
zaproponować mu stanowisko konsultanta w naszym laboratorium.

— Gdzie jest Meadgea? — spytałem służącą.
— Chyba w parku. Jest tam od rana.
Wyszedłem z domu w nadziei, że znajdę Meadgeę w jakimś zakamarku 

ogrodu z książką w ręce. Ale nigdzie jej nie było. Wołałem ją kilkakrotnie, 

background image

lecz   bez   skutku.   Nagle   w   jednym   z   narożników,   tam   gdzie   mur   był 
pęknięty, dostrzegłem na ławce coś białego. Podszedłem bliżej — to był 
tomik wierszy Byrona. Rozejrzałem się wokół i stwierdziłem, że krzaki u 
wyłomu w murze są połamane, jakby ciągnięto przez nie coś ciężkiego. 
Pobiegłem jak szalony i obok wyrwy w ogrodzeniu ujrzałem niebieską 
wstążeczkę, którą Meadgea nosiła we włosach.

Pierwszą moją myślą było zadzwonić na policję. Ale przypomniawszy 

sobie   Horscha,   zawahałem   się   —   zrodziło   się   we   mnie   straszne 
podejrzenie.

W ciągu niecałej minuty wyprowadziłem wóz z garażu i oto pędzę już 

na  północ,  do nie  znanego  mi   miasteczka   Cable.  Dlaczego pojechałem 
właśnie   do   Cable?   Nie   mam   pojęcia.   Zresztą   dokąd   miałem   jechać? 
Dawniej   Meadgea   mieszkała   w   Cable.   Tam   właśnie   odwiedzał   ją 
Horsch…

Jechałem szybko. W pamięci odtworzyłem swoje pierwsze spotkanie z 

Meadgea, następnie przypomniałem sobie naszą rozmowę o Horschu, a 
potem   samo   spotkanie   z   Horschem.   Dziwne,   że   mój   ojciec   mi   nie 
wspominał o swoim najzdolniejszym uczniu i współpracowniku, chociaż 
nie mógłbym przysiąc, że z ust ojca nigdy nie padło jego nazwisko.

Teraz dopiero zrozumiałem, że ojciec nie mówił mi o wielu rzeczach. 

Więcej nawet — ukrywał przede mną wszystko to, co było w jego pracy 
najważniejsze. I to najważniejsze splatało się w jakiś tajemniczy sposób z 
Horschem   i   porwaną   Meadgea.   Do   czego   Horschowi   potrzebna   była 
Meadgea? O jakiej to „jedynej właściwej drodze” była mowa podczas jego 
ostatniej rozmowy z ojcem?

Wszystkie   te   myśli   wciąż   jeszcze   kłębiły   mi   się   w   głowie,   kiedy 

wjeżdżałem   do   niewielkiego   osiedla,   które,   według   drogowskazu 
widniejącego przy szosie, nazywało się Cable. Miasteczko było zupełnie 
puste, jakby wszyscy jego mieszkańcy wymarli, długo więc nie mogłem 
odszukać ani jednej żywej duszy, żeby spytać, gdzie mieści się dom, w 
którym   mieszkali   rodzice   Meadgei.   Zobaczyłem   wreszcie   jakiegoś 
staruszka   wychodzącego   spoza   kościółka,   zahamowałem   gwałtownie   i 
krzyknąłem:

— Dziadku! Gdzie tu jest dom państwa Shauli?
Kilka   chwil   patrzył   na   mnie   nie   rozumiejącymi   oczyma,   potem 

gwałtownie zatrząsł głową i odpowiedział:

— Nie, takich nie znam…
— Mają córkę, Meadgeę.
Znowu zaprzeczył ruchem głowy i pośpiesznie się oddalił.

background image

Zaparkowałem   wóz   przed   bramą   i   wszedłem   na   niewielki   kościelny 

dziedziniec.   Zapadał   już   zmrok   i   z   okien   plebanii   płynęło   migotliwe 
pomarańczowe światło. Zapukałem. Otworzył mi niemłody, tęgi ksiądz, 
który  prawdopodobnie  tuż  przed  moim   przyjściem  sprzątał   mieszkanie, 
gdyż miał podkasaną sutannę.

— Czym mogę panu służyć, młodzieńcze?
— Chciałbym   się   dowiedzieć,   gdzie   tutaj   w   Cable   mieści   się   dom 

państwa Shauli. Mają oni córkę, dziewczynkę, która ma na imię Meadgea.

— Meadgea?   —   spytał   w   zamyśleniu   ksiądz   z   nutką   zdziwienia   w 

głosie.

— Tak.
Po krótkim namyśle powiedział wreszcie:
— Wejdźmy lepiej do środka…
Po   chwili   znaleźliśmy   się   w   malutkim   pokoiku,   w   którym   paliła   się 

naftowa lampa.

— A więc interesuje pana dziewczyna, która ma na imię Meadgea? — 

powtórzył ksiądz, kiedy już usiedliśmy.

— Tak. I jej rodzice.
— Hm. To dziwne. A czy mógłbym wiedzieć, kim pan jest?
— Dalekim jej krewnym — skłamałem.
— To już zupełnie zadziwiające.
— Dlaczego?
— Rzecz   w   tym,   że   dziewczynka   nie   ma   rodziców.   To   znaczy, 

oczywiście,   ma   rodziców,   ale   nikt   nie   wie,   kim   oni   są.   Meadgea   jest 
podrzutkiem.

— Co takiego? — krzyknąłem. — Ale przecież ona mi sama mówiła, że 

ma ojca i matkę i że jej rodzice niedawno wyjechali do Australii, i że…

— Niestety — przerwał mi ksiądz — rzecz wygląda zupełnie inaczej. 

Dziewczynka   jest   oczywiście   przekonana,   że   państwo   Shauli   są   jej 
rodzicami.   W   rzeczywistości   przywieźli   ją   tutaj   jako   niemowlę   dwaj 
młodzi   ludzie   i   oddali   na   wychowanie   wspomnianemu   małżeństwu… 
Zdarzyło   się   to,   o   ile   mnie   pamięć   nie   zawodzi,   mniej   więcej   przed 
szesnastu   laty.   Dobrze   pamiętam   ten   dzień,   kiedy   w   osiedlu   zaczęto 
mówić, że państwo Shauli mają dziecko. Poszedłem więc natychmiast do 
nich, żeby je ochrzcić, ale…

— Co „ale”?
— W mieszkaniu był jakiś mężczyzna, który powiedział, że chrzest nie 

jest   dziewczynce   potrzebny.   Dla   mnie   było   to   bardzo   przykrą 
niespodzianką.   Spytałem   go   wówczas:   „Dlaczego?”   A   on   mi 

background image

odpowiedział… Tak, tak, powiedział: „Chrzest jest potrzebny tym, których 
stworzył   Bóg.   A   ją   stworzył   człowiek”.   Do   dziś   nie   wiem,   o   co   mu 
właściwie chodziło.

— Przecież   my   wszyscy   pochodzimy   od   ludzi   —   powiedziałem 

zachrypniętym głosem.

— O   właśnie!   A   człowiek   od   Boga.   Ale   dziewczynka   nie   została 

ochrzczona.

Staruszek   zaczął   się   rozwodzić   nad   tym,   jaki   to   grzech   nie   być 

ochrzczonym, a ja wciąż czekałem, kiedy wreszcie skończy. Chciałem mu 
zadać jeszcze kilka innych pytań.

— A czy Meadgea długo mieszkała u państwa Shauli?
— Mniej więcej pół roku temu przyjechał jakiś poważny starszy pan i 

zabrał ją ze sobą.

— I więcej się tu nie pokazywała?
— Nie.
— A państwo Shauli mieszkają tu jeszcze?
— Nie. Wyjechali do Australii. Podobno za pieniądze, które dostali od 

tego pana za wychowywanie dziewczynki.

„Ślepy zaułek” — pomyślałem. Pozostawało jeszcze jedno pytanie.
— A   czy   ksiądz   nie   znał   przypadkiem   takiego   pana,   co   się   nazywa 

Horsch?

— Niech będzie przeklęte imię jego!
— A więc zna go ksiądz?
— Oczywiście. To on właśnie zabronił ochrzcić dziecko.
— Niech mi ksiądz powie, gdzie on mieszka.
— Niedaleko stąd, w Sundike. To posiadłość w lesie.
W   kilka   minut   później   mój   wóz   trząsł   się   na   rozmokłej   drodze   do 

Sundike. Było bardzo ciemno i padał deszcz.

background image

V

Posiadłość   Horscha   to   wielki   ponury   budynek   jednopiętrowy, 

zbudowany z cegły, ale w starym stylu, ogrodzony na wpół zniszczoną 
metalową siatką.

Samochód   zostawiłem   pośród   drzew,   naprzeciw   bramy   wjazdowej. 

Wszedłem   na   dziedziniec,   przeciąłem   ścieżkę,   wysadzoną   kamiennymi 
płytami, i znalazłem się u drzwi domu. Wokół panowała martwa cisza, w 
żadnym oknie nie widać było światła.

Nacisnąłem guzik dzwonka. Potem jeszcze raz i jeszcze, ale zupełnie 

bez skutku — nikt mi nie odpowiadał.

W   domu   nikogo   nie   było   —   to   jasne.   Drzwi   były   zamknięte,   więc 

zacząłem powoli obchodzić cały budynek, obserwując wysokie okna.

Z   tyłu   domu,   nad   kuchennym   wejściem   znajdowała   się   niewielka 

weranda z małym owalnym oknem. Wróciłem do samochodu,  wziąłem 
latarkę   elektryczną   i   śrubokręt,   a   następnie   bez   żadnych   trudności 
wdrapałem się na werandę. Podważyłem okno śrubokrętem, wyrwałem je 
z zawiasów i dostałem się do środka.

Trafiłem   do   biblioteki.   W   pomieszczeniu   unosił   się   zapach   książek, 

starych papierów i formaliny. Później zauważyłem zresztą, że zapachem 
formaliny przesiąknięty jest cały dom.

Szczerze mówiąc, nie bardzo sobie zdawałem sprawę, po co właściwie 

włamałem się do domu Horscha. Nikogo tu nie było i właściwie na dobrą 
sprawę mogłem zostać oskarżony o wszelkie możliwe przestępstwa. Na 
wypadek, gdyby nagle zjawił się Horsch, miałem  przygotowany szereg 
wyjaśnień, jedno gorsze od drugiego…

Biblioteka   była   ogromna.   Wypełnione   książkami   półki   sięgały   aż   do 

sufitu.   W   różnych   miejscach   leżały   zwalone   na   kupę   sterty   ksiąg,   dla 
których prawdopodobnie nie starczyło miejsca na półkach. Na chybił trafił 
oświetliłem jedną z takich stert i spostrzegłem, że były to stare roczniki 
czasopisma   „Biofizyka”.   Na   jednej   z   półek   ustawione   były   książki   z 
zakresu teorii informacji, a jeszcze niżej — o cybernetyce. Na podłodze 
poniewierały się stare książki, podręczniki, monografie, zbiory artykułów 
fizycznych,   chemicznych,   o   teorii   liczb,   z   zakresu   topologii.   Miało   się 
wrażenie, że gospodarz domu interesował się dosłownie wszystkim.

Z biblioteki wychodziło się do niewielkiego korytarzyka; po jego prawej 

i lewej stronie znajdowały się dwie sypialnie.

Zszedłem po wąskich i skrzypiących schodach na parter i znalazłem się 

background image

w   malutkim   hallu.   Stała   tu   wąska,   obita   skórą   kanapa,   lustro   w   rogu; 
pierwsze   drzwi   prowadziły   z   hallu   do   kuchni,   która   znajdowała   się 
naprzeciwko   jadalni,   drugie   wiodły   do   jadalni,   trzecie   były   zamknięte. 
Cofnąłem się kilka kroków do tyłu, rozpędziłem się i z całej siły walnąłem 
o nie ramieniem. Rozległ się głośny trzask i wpadłem do obszernej sali. 
Światło mojej latarki skakało po znajdujących się tu przedmiotach. Bez 
trudu   stwierdziłem,   że   znajduję   się   w   laboratorium.   Ale   w   jakim! 
Wyposażenie   tego   laboratorium   —   wirówki,   mikroskop   elektronowy, 
urządzenia chromotograficzne — było znacznie lepsze niż to, co mieliśmy 
u nas w instytucie. Przez kilka minut chodziłem pomiędzy stołami jak we 
śnie, myśląc o tym, jak wiele wspaniałych doświadczeń można by tu było 
przeprowadzić.   Na   stole   obok   okna   odnalazłem   miniaturowe   działko 
protonowe, podobne do tego, jakie zamówiłem do swoich doświadczeń 
genetycznych. Mój przyrząd w porównaniu z tym wydał mi się szkieletem 
przedpotopowego zwierzęcia.

A   oto   i   biurko:   szerokie,   długie,   przykryte   płytą   z   przezroczystego 

tworzywa. Leżały pod nią arkusze z notatkami, wzorami i tablicami. W 
jednym   z   rogów   zauważyłem   jakieś   zdjęcie   i   kiedy   oświetliłem   je 
dokładniej, o mało nie krzyknąłem ze zdziwienia.

To było zdjęcie mojej matki. Drżącą ręką wyjąłem je spod płyty i długo, 

dokładnie mu się przyglądałem.

Nie, to nie pomyłka… Piękna, młoda kobieta o lekko skośnych oczach i 

wspaniałych jasnych włosach patrzyła na mnie z fotografii, uśmiechając 
się   odrobinkę   ironicznie.   Nie   mogłem   tego   zdjęcia   pomylić   z   żadnym 
innym, ponieważ na biurku mojego ojca stało takie samo.

Skąd ono się tu wzięło? A może kiedyś, dawno, dwaj ludzie — mój 

ojciec i Horsch, kochali się w mojej matce? Być może, wybrawszy mego 
ojca, matka raz na zawsze zniweczyła współpracę pomiędzy nauczycielem 
i uczniem w dziedzinie genetycznej biofizyki.

Była  tu   jakaś   wielka  tajemnica,   ale   w  żaden  sposób   nie   mogłem   jej 

zgłębić.

Zupełnie zapomniałem, gdzie jestem. Usiadłem w fotelu obok biurka, 

trzymając   wciąż   jeszcze   w   ręku   fotografię   matki,   którą   bardzo   słabo 
pamiętałem. To dziwne, ale ojciec prawie nigdy nic mi o niej nie mówił. 
Na   wszystkie   moje   pytania   odpowiadał   niezmiennie:   „To   była   bardzo 
dobra kobieta… Miała na imię Solveigia…”

Od pewnego czasu zaczęło mi się wydawać, że Meadgea jest bardzo 

podobna   do   mojej   matki.   Uporczywie   odpędzałem   od   siebie   tę   myśl. 
Zmęczony, wyczerpany, w pewnym momencie zasnąłem…

background image

VI

Obudziłem się, kiedy już było jasno. Oślepiające promienie słoneczne 

padały przez szerokie okno prosto na moją twarz. Minęło sporo czasu, 
zanim zdałem sobie sprawę, gdzie jestem.

Teraz   laboratorium   promieniowało   całą   swą   wspaniałością.   Tak 

doskonałej pracowni biofizycznej mógłby Horschowi pozazdrościć nawet 
największy ośrodek badawczy.

Oglądając stanowisko do badań chemicznych, zauważyłem nagle w rogu 

jakieś dziwne urządzenie ze szkła i niklu, którego zastosowanie było dla 
mnie z początku niejasne. W środku, na małym porcelanowym stoliczku 
spoczywało niewielkie, o pojemności najwyżej dwóch litrów, naczynie o 
owalnym kształcie, do którego ze wszystkich stron doprowadzone były 
niezliczone   szklane   i   gumowe   rurki   i   kapilary.   Wokół   centralnego 
naczynia   na   ażurowej   konstrukcji   z   nierdzewnej   stali   ustawione   były 
liczne   kolby   z   matowego   i   kwarcowego   szkła,   a   pod   stolikiem   w 
specjalnych uchwytach tkwiły dwa metalowe cylindry — jeden z tlenem, 
drugi z dwutlenkiem węgla. Skomplikowana pajęczyna cienkich szklanych 
rureczek oplatała naczynie i przenikała do jego wnętrza, tworząc jednolitą 
siatkę   do   ogrzewania   i   termostabilizowania   przyrządu.   Można   się   było 
tego domyślić, ponieważ labirynt rurek miał  swój początek i koniec w 
niewielkim metalowym zbiorniku, zaopatrzonym w grzałkę elektryczną i 
termoregulator. Kilka termometrów sterczało z różnych części przyrządu, 
a   ich   odczyty   nanoszone   były   poprzez   termoelektryczne   czujniki   na 
potencjometr wyjściowy.

Na powierzchni szkła widniały różne napisy: „Karmienie”, „Fermenty”, 

„Kwas   rybonukleinowy”,   „Trójfosforan   adenoc.”…   I   wtedy   wszystko 
stało się dla mnie jasne.

Kto choć raz zetknął się z problemem sztucznej hodowli istot żywych w 

warunkach laboratoryjnych, mógł jedynie marzyć o takim przyrządzie. Do 
tego właśnie celu został on skonstruowany.

Gdy już zrozumiałem,  jakie jest jego przeznaczenie, zabrałem się do 

studiowania jego schematu. Tak, nie mogło być żadnych wątpliwości. To 
było   to,   co   uczeni   zwykli   nazywać   reproduktorem   biologicznym   — 
złożonym   i   pomysłowym   układem,   w   najdoskonalszym   stopniu 
imitującym   ten   układ,   który   został   stworzony   przez   naturę   w   istotach 
żywych. Ten przyrząd zawierał w sobie wszystko, o czym wiedziała nauka 
w zakresie embriologii i fizjologii wyższych typów zwierząt. Został on 

background image

zbudowany   na   zasadzie   autoregulacji,   w   związku   z   czym   wystarczyło 
prawdopodobnie umieścić w nim substancję odżywczą i w niej — jedną 
jedyną komórkę żywego organizmu, aby sam rozwój tej komórki posłużył 
do określenia funkcji harmonicznych wszystkich zespołów urządzenia.

Przyrząd był w idealnym stanie, dokładnie wyczyszczony, jednak dzięki 

nieznacznym osadom w najcieńszych kapilarach i maleńkim ryskom na 
powierzchni   naczynia   domyśliłem   się,   że   był   on   już   używany,   i   to 
prawdopodobnie   nieraz.   Do   czego   go   używano?   Jaki   organizm   był 
hodowany w tym wspaniałym przyrządzie?

Prawdopodobnie   nigdy   nie   znalazłbym   odpowiedzi   na   to   pytanie, 

gdybym przypadkowo nie zobaczył niewielkiej żelaznej skrzynki, stojącej 
w kącie pokoju. Z początku myślałem, że to też jest przyrząd — została 
ona   wykonana   z   nierdzewnej   stali   —   ale   kiedy   otworzyłem   wieko, 
zobaczyłem,   że   jest   to   najzwyklejsza   kasetka   do   przechowywania 
dokumentów.   Machinalnie   zajrzałem   do   środka   i   spostrzegłem   stertę 
papierów   i   grubą   książkę   w   zielonej   oprawie.   Chciałem   już   zamknąć 
kasetkę, gdy nagle rzuciła mi się w oczy biała naklejka w prawym górnym 
rogu księgi, na której dużymi czarnymi literami było napisane: „Solveigia 
— wariant 5”…

Solveigia? Co to ma znaczyć? Dlaczego Solveigia?
Drżącymi   rękami   wyjąłem   ze   skrzynki   ową   książkę,   zupełnie 

zapomniawszy, że w tym tropieniu tajemnicy przekroczyłem już dawno 
wszelkie dopuszczalne granice i postępuję jak najzwyklejszy rabuś. Ale 
przecież S o l v e i g i a !

Otworzyłem   książkę   i   spojrzałem   na   pierwszą   stronę,   nic   nie 

rozumiejąc. Przekartkowałem ją, strona po stronie i wszędzie zobaczyłem 
to samo — szeregi cyfr. Cyfry były napisane w dwóch rzędach; w górnym 
powtarzały się tylko dwie: 0 i 1, w dolnym natomiast różne kombinacje 
czterech innych cyfr: 2, 3, 4 i 5. Wyglądało to mniej więcej tak:

i 0 1 00 111 01 0001 0 11 10…
4 4 2 34 224 52 5433 4 22 43…

„To szyfr, szyfr genetyczny!” — zaświtała mi nagle myśl. „1” i „0” — 

to   łańcuchy:   sacharydowy   i   fosforanowy.   „2’.’,   „3”,   „4”   i   „5”   —   to 
pochodne azotanowe: guanina, adenina, cytozyna i tymina.

Pięćdziesiąt   stron   książki   zapisane   było   samymi   tylko   cyframi.   W 

jednym miejscu dostrzegłem grupę cyfr, zakreśloną czerwonym ołówkiem. 
Nad nią napis: „Długowieczność?”…

Znak   zapytania   powtarzał   się   kilkakrotnie   i   podkreślony   był   grubą 

background image

kreską. „Długowieczność” — to przecież śmierć… Co oznaczały te cyfry? 
Czyj szyfr został zanotowany w księdze?

Nie znajdując w szeregach cyfr odpowiedzi na te pytania, odłożyłem 

książkę   na   bok   i   ponownie   otworzyłem   kasetkę.   Oprócz   papierów, 
zapisanych dokładnie takimi samymi rzędami cyfr, zobaczyłem niewielkie 
pudełeczko ze sztucznego tworzywa, którego długo nie mogłem otworzyć. 
Właściwie nie powinienem był tego robić, ale po znalezieniu notatek z 
szyfrem genetycznym nie bardzo już wiedziałem, co się ze mną dzieje. 
Byłem strasznie podniecony, czułem, że jestem o krok od wykrycia jakiejś 
potwornej tajemnicy… Pudełko pełne było fotografii.

Pierwsza   z   nich   przedstawiała   jedną   jedyną   komórkę.   Następna   — 

komórkę   podzieloną   na   dwie.   Potem   —   dalszy   etap   podziału.   Dalej 
rozpoczynało się już różnicowanie. Oto komórki utworzyły kłębek. Kłębek 
rozrasta się. Oto — duży zarodek… Nie przypatrywałem się specjalnie 
żadnemu zdjęciu. Ręce mi drżały, nerwowo przerzucałem jeden po drugim 
małe kartoniki o błyszczącej powierzchni, aż natrafiłem na fotografię… 
dziecka, z początku zupełnie malutkiego,  potem już większego, oto się 
uśmiecha, ma szeroko otwarte oczka, oto już trochę podrosło, ma teraz na 
sobie koszulkę.

Nagle zatrzymałem się, czując, że nie jestem w stanie dłużej po kolei 

przerzucać fotografii. Ścisnąłem zęby, sięgnąłem na samo dno pudełka i 
wyciągnąłem   ostatnią.   Uwidoczniona   była   na   niej…   trumna.   Trumna 
obsypana  kwiatami,   a  nad  jej   krawędzią   zarys głowy  martwej  kobiety. 
Wówczas   wyjąłem   poprzednią   fotografię   i   wrzasnąłem   potwornym, 
nieludzkim głosem.

To było straszne, niemożliwe, nieprawdopodobne. To było zdjęcie mojej 

matki…

Nie pamiętam, w jaki sposób wydostałem się z posiadłości Horscha, jak 

wyjechałem z Cable, jak pędziłem z powrotem do domu. Zapomniałem o 
wszystkim — o sobie, o Horschu, o Meadgei. Widziałem tylko jedno — 
widziałem, dobrą, najukochańszą, lekko uśmiechniętą twarz swojej matki.

Przyjechałem do domu i rzuciłem się na łóżko. W głowie wszystko mi 

się poplątało, migały mi jakieś cyfry, kolby, fotografie. Chwilami traciłem 
świadomość, a kiedy to mijało, stwierdzałem, że leżę w łóżku, a nade mną 
pochylone   były   głowy   jakichś   ludzi:   gospodyni,   profesora   Birghoffa, 
kolegów z instytutu, lekarzy w białych kitlach…

Przypominam sobie jak przez mgłę, że udało mi się wyrwać z czyichś 

rąk i popędziłem gdzieś przed siebie, zdaje się, do gabinetu ojca, i tam 
rwałem papiery, następnie fotografie, rwałem na drobne kawałki, dopóki 

background image

mnie nie schwycono i siłą nie zapakowano z powrotem do łóżka.

Ten   atak   szału   trwał   kilka   dni.   Następnie   ogarnęła   mnie   zupełna, 

absolutna   apatia   —   leżałem   godzinami   z   oczyma   utkwionymi   w   jeden 
punkt   na   suficie.   Wszystko   było   szare,   bezbarwne,   nijakie.   Czułem   w 
sobie zupełną pustkę, byłem otępiały i zdruzgotany…

background image

VII

Wkrótce po tym wypadku odwiedzili mnie moi koledzy z instytutu — 

Klemper   i   Gust.   Weszli   do   sypialni   hałaśliwie,   z   tym   krzykliwym 
humorem, sztuczną wesołością i sztucznym optymizmem, z jakim na ogół 
odwiedza się ciężko chorych.

— Ale   napędziłeś   nam   strachu,   Alb   —   powiedział   głośno   Klemper, 

potrząsając moją ręką. — Myśleliśmy już, że nigdy nie wyzdrowiejesz i że 
trzeba cię przekazać profesorowi Kusano jako obiekt doświadczalny.

Profesor Kusano jest kierownikiem  laboratorium  biochemii  wyższych 

funkcji nerwowych. Ostatnio zajmował się on badaniem procesów fizyko–
chemicznych zachodzących w mózgu człowieka, dotkniętego rozstrojem 
psychicznym.

— Kiedy badał ciebie, doszedł do wniosku, że gdzieś w głębi twego 

organizmu   wyłamała   się   spod   kontroli   cała   fabryka   maskaliny.   Miałeś 
prawdziwy atak schizofreniczny o dużym nasileniu.

— Posłuchajcie,   przyjaciele   —   zacząłem.   —   Czy   nigdy   nie 

zastanawialiście   się   nad   tym,   że   takie   wywracanie   człowieka   dnem   do 
góry, tak jak to robicie wy albo doktor Kusano, albo jeszcze jakiś inny 
biochemik lub fizyk — jest rzeczą podłą?

Spojrzeli na siebie, nic nie rozumiejąc. Nie czekałem na odpowiedź i 

ciągnąłem dalej:

— Kiedy człowiek jest młody, zdrowy, pełen sił i energii, może sobie od 

czasu   do   czasu   pozwolić   na   rozkosz   kokietowania   śmierci,   żartując   z 
powodu   nieuniknionego   spotkania   z   nią.   Ale   tylko   w   wyjątkowych 
wypadkach   rzeczywisty   kontakt   człowieka   ze   śmiercią,   tym   ostatnim 
etapem istnienia, stanowi godne uwagi widowisko.

— Alb, jeżeli nie jesteś jeszcze zupełnie zdrów…
— Nie, nie, kochani, jestem zupełnie zdrów i to, co teraz mówię, jest 

wynikiem moich długich medytacji.

— Wobec   tego   wyjaśnij   nam   dokładnie,   co   masz   na   myśli.   Czy 

przypadkiem nie siebie? Możemy ci śmiało powiedzieć, że nie zagraża ci 
żadne niebezpieczeństwo. Miałeś po prostu zwykły szok nerwowy, pełny 
zanik   funkcji   hamujących,   to,   co   psychiatrzy   nazywają   wegetatywną 
psychozą reakcji. Doktor Kusano zademonstrował nam podczas wykładu 
na   uniwersytecie   chemiczną   morfologię   twej   krwi,   podkreślając,   że 
podobnym   wypadkom   towarzyszy   zawsze   gwałtowny   wzrost   stężenia 
adrenaliny i jej pochodnych. Dlatego też wspominaliśmy ci o maskalinie. 

background image

Wiesz przecież dobrze…

Dlatego właśnie, że ja wiedziałem, dlatego że oni wiedzieli, dlatego że 

wiedziało   jeszcze   kilkadziesiąt   innych   osób   z   uniwersytetu,   czułem   się 
wstrętnie,   jak   człowiek,   którego   wyprowadzono   nago   przed   tłum 
ciekawskich.   Przerwałem   im   ruchem   ręki.   Zamilkliśmy   na   chwilę, 
szukając innego  tematu  do  rozmowy. Wreszcie  Klemper,   jak  zawsze  z 
gburowatym cynizmem, oświadczył:

— Póki tutaj gniłeś, udało nam się rozszyfrować molekularną strukturę 

chromosomów X i Y.

— No, no. I co dalej?
— Teraz rodzice będą mogli oddziaływać na strukturę swej rodziny i 

zawsze,   nawet   w   czasie   wojny,   można   będzie   uzyskać   wyrównanie 
liczebności osobników płci męskiej i żeńskiej. Wspaniałe, co?

Wzruszyłem ramionami. Ostatecznie to było niczym w porównaniu z 

faktem, o którym wiedziałem. Czułem jednak, że za pozorną niedbałością, 
z jaką przyjaciele poinformowali mnie o swym odkryciu, kryje się duma i 
ambicja uczonych, którzy zrobili  następny krok na drodze do poznania 
n i e z n a n e g o .

„W   ten   właśnie   sposób   zaczyna   się   współudział   w   zbrodni”   — 

pomyślałem. — „Kiedy właściwie należy oddać nas pod sąd — mnie i 
moich współpracowników — przed rozszyfrowaniem chromosomów X i 
Y czy po? Albo też dopiero wtedy, kiedy rząd będzie mógł wpływać na 
wyrównywanie   liczebności   osobników   obojga   płci?   Czy   też   raczej 
wówczas, kiedy wojna się zacznie i za późno już będzie na jakiekolwiek 
zmiany?”

— Po co  wam  to  wszystko jest  potrzebne?   Wydaje  mi  się,  że  kiedy 

badania w zakresie molekularnej genetyki człowieka, kiedy grzebanie w 
ukrytych mechanizmach jego do niedawna tajemniczej istoty doprowadzą 
do tego, że wiedza ta stanie się dostępna dla podręczników szkolnych, 
życie   nie   będzie   miało   dla   ludzi   żadnego   uroku,   straci   całe   swoje 
niewypowiedziane piękno. Ludzie zostaną odarci ze skóry, przekształcą 
się   w   anatomiczne   modele,   więcej   nawet   —   w   naczynia   utworzone   z 
pęczków molekuł białka o znanym składzie, w których zachodzą znane 
biochemiczne reakcje i biofizyczne procesy.

Czułem,   że   mówię   zupełnie   co   innego,   niż   chciałem   powiedzieć. 

Zdawałem   sobie   sprawę,   że   przecież   wcześniej   czy   później   wyniki 
doświadczeń   mojego   ojca   zostaną   odtworzone   w   laboratoriach   całego 
świata. Ale co będzie potem? Zdrowo myśląca ludzkość nigdy nie zacznie 
budować   kombinatów   chemicznych,   produkujących   ludzi   według 

background image

założonych wzorów. Nie, do tego nigdy nie dojdzie. Niemniej jednak takie 
kombinaty   mogą   być   utworzone,   w   ścisłej   tajemnicy,   pod   ziemią,   a 
krwiożerczy   cel,   jakiemu   miałyby   służyć,   jest   chyba   oczywisty. 
Zobaczyłem   nagle   wyraźnie   energicznego,   albo,   jak   to   się   teraz   u   nas 
mówi,   efektywnego   człowieka   w   mundurze,   który   melduje   właśnie 
ministrowi   o   tym,   jak   wspaniale   przebiega   praca   takiego   kombinatu,   i 
chciało   mi   się   na   cały   głos   krzyknąć   moim   kolegom:   „Przestańcie! 
Zatrzymajcie   się!   Przetrzyjcie   oczy   wyobraźcie   sobie,   co   się   stanie, 
jeżeli…”

„Nie dokonać odkrycia — to wyczyn do kwadratu” — przypomniałem 

sobie słowa ojca wypowiedziane tuż przed śmiercią. Zagryzłem wargi do 
krwi.

— Co ty właściwie proponujesz? Zatrzymać się? Zlikwidować naukę? 

Cofnąć   się   do   pierwotnej   niewiedzy?   Na   rasie   mówisz   cały   czas   o 
ujemnych   stronach   zagadnienia,   gdzie   pozytywy?   Gdzie   osiągnięcia 
medycyny,   gdzie   osiągnięcia   rolnictwa?   Gdzie   osiągnięcia   w   zakresie 
leczenia   chorób   dziedzicznych?   Gdzie   wreszcie   genetyczny   aspekt 
rozwiązania problemu raka?

— Zgoda,   w   tym   wypadku   macie   rację…   Ale   obawiam   się,   że   już 

wkrótce   zniknie   radosne   podniecenie   rodziców   oczekujących   dziecka, 
ponieważ   dzieci   będą   hodowane   probówkach   według   założonego 
programu…

— To nie jest wykluczone. Rzeczywiście, Alb, to nie jest wykluczone. 

Ja na przykład nie widzę w tym nic złego. A swoją drogą, badania w tym 
kierunku rokują wiele nadziei… Co ci jest, Alb? Strasznie zbladłeś! Jesteś 
zmęczony?

Obaj   podnieśli   się   jednocześnie.   Bardzo   chciałem   im   powiedzieć   o 

wszystkim,   o   czym   się   dowiedziałem.   Ale   nie   mogłem   tego   zrobić, 
ponieważ byłem pewien, że wtedy prawie natychmiast odtworzą u nas w 
instytucie   urządzenie   Horscha   i   zaczną   jak   opętani,   jak   średniowieczni 
Faustowie,   produkować   ludzi   metodą   syntetyczną.   Zdaje   się,   dopiero 
wówczas zrozumiałem, ile racji miał ojciec, mówiąc o odpowiedzialności 
uczonego za losy swego odkrycia.

background image

VIII

Horsch zjawił się w naszym domu dopiero wtedy, kiedy już czułem się 

zupełnie  dobrze  i   całymi  dniami  siedziałem  w  gabinecie   ojca,  czytając 
książki  filozoficzne.  Nigdy  dotychczas  nie  zwróciłem  uwagi  na  to,   jak 
wiele   tego   typu   pozycji   znajdowało   się   w   naszej   bibliotece,   z   iloma 
teoriami   z   zakresu   śmierci   i   nieśmiertelności   zapoznał   się   mój   ojciec. 
Teraz, czytając jedną książkę po drugiej, szedłem jak gdyby śladami ojca.

W takim właśnie momencie wszedł Horsch, postarzały, zgarbiony. Przez 

chwilę było mi go nawet żal. Stał przede mną z opuszczonymi rękoma, w 
starym wypłowiałym płaszczu, o twarzy zmęczonej i bez wyrazu.

— Proszę, niech pan siada — powiedziałem.
Skinął głową i usiadł. Na chwilę zapanowało milczenie.
— Słucham pana, panie Horsch. Podniósł głowę.
— Dlaczego pan to zrobił, Alb?
— Co?
— Pan zniszczył trud całego mojego życia, i to nie tylko mojego, lecz i 

swego ojca.

Uśmiechnąłem się. Zatriumfowało we mnie niedobre uczucie zemsty.
— Jakie   pan   miał   prawo   przeprowadzać   takie   nieludzkie 

doświadczenia? Jakie pan miał moralne prawo tchnąć w człowieka życie w 
taki sposób?

Horsch uśmiechnął się z sarkazmem.
— Jakie prawo, jakie prawo… Jakie prawo mieli ludzie do wynalezienia 

prochu? Jakie mieli prawo tworzyć bomby atomowe i wodorowe? Jakie, 
Alb? A samoloty? A rakiety? A śmiercionośne wirusy? I to wszystko to 
śmierć, Alb, śmierć… Jakie prawo… Jeżeli chce pan wiedzieć, to nasze 
prawo, mam tu na myśli nie tylko siebie,  lecz i pańskiego ojca, nasze 
prawo oparte było na nieprzezwyciężonym dążeniu do zneutralizowania 
zwariowanego   pędu   nauki,   która   pracuje   nad   środkami   masowego 
zniszczenia wszystkiego, co żywe.

Popatrzyłem na niego zdziwiony. To było dla mnie nieoczekiwane.
— Tak, tak, Alb, proszę się nie dziwić. Jeżeli interesują pana moralne 

motywy naszych badań, to były one właśnie takie a nie inne. Przed wielu, 
wielu   laty   pana   ojciec   i   ja   poprzysięgliśmy   sobie   uczynić   człowieka 
nieśmiertelnym,   na   złość   wszystkim   tym,   którzy   chcieliby   zniszczyć 
ludzkość.

— W jaki sposób? — spytałem nieswoim głosem.

background image

— Zna   pan   chyba   historię   rękopisów   znalezionych   w   rejonie   Morza 

Martwego. Pewien jordański pastuch znalazł zwoje skóry, które leżały w 
jakiejś   jaskini   ponad   dwa   tysiące   lat.   Zachowane   na   nich   były   stare 
podania, legendy, prawa. Współcześni uczeni odczytali je, dzięki czemu 
możemy teraz spojrzeć w głąb wieków, w daleką przeszłość oczyma ludzi, 
którzy   żyli   w   tych   czasach.   Ziemią   wstrząsały   wojny,   żywiołowe 
katastrofy, jedna cywilizacja zastępowała inną, a owe zwoje czekały, aż 
przyjdzie ich czas. I pismo Majów, i gliniane tabliczki innych narodów…

— Jaki to ma związek z pana badaniami?
— Jak   najściślejszy.   Pana   ojciec   i   ja,   kiedy   byliśmy   młodsi, 

postanowiliśmy   pozostawić   po   sobie   bezcenne   notatki,   najbardziej 
sakramentalne dokumenty dla historii, jakie tylko może zostawić człowiek. 
Poprzysięgliśmy sobie stworzyć złotą księgę i zanotować w niej wyniki 
naszej pracy.

— I cóż chcieliście zapisać w tej księdze?
— Co? Oczywiście — formułę człowieka.
— Formułę człowieka?
— Tak. Tę samą, którą widział pan w moim laboratorium. A także opis 

tego samego urządzenia, w którym można byłoby wspomnianą formułę 
zrealizować. Alb, czy to nie jest rozwiązanie problemu nieśmiertelności? 
Oprócz samej  formuły  w księdze  powinien  być zawarty  dokładny  opis 
urządzenia   oraz   dokładne   instrukcje,   jak   i   co   trzeba   zaczynać,   kiedy 
skończyć, co robić z nowo narodzonym dalej. Wreszcie, po opracowaniu 
dokładnej   chemicznej   formuły   substancji   dziedziczności   człowieka, 
zaczęliśmy nawet zastanawiać się nad tym, że przecież cały proces syntezy 
można   by   było   zautomatyzować,   mogłaby   nim   kierować   maszyna 
cybernetyczna.   Konstrukcję   takiej   maszyny   można   bardzo   łatwo 
opracować.   Chcieliśmy   to   nawet   zrobić   i   też   zapisać   do   złotej   księgi. 
Wyobraża   pan   sobie,   co   to   znaczy?   To   nieśmiertelność   w   pełnym 
znaczeniu   tego   słowa.   Księgę   można   by   było   umieścić   w   pojeździe 
kosmicznym i wysłać we Wszechświat. Może ona wędrować miliony lat i 
dostać się do rąk niepodobnych do nas istot rozumnych. A oni bez trudu 
potrafią   odtworzyć   człowieka.   A   tutaj,   na   Ziemi,   pana,   mnie,   każdego 
człowieka   można   unieśmiertelnić   tak,   że   będzie   on   znowu   i   znowu 
pojawiać się na Ziemi, obserwując wieczną ewolucję naszej planety.

Zmęczona i obojętna twarz Horscha ożywiła się, mówił w upojeniu, nie 

zwracając na mnie uwagi, opowiadając o fantastycznych możliwościach, 
które otwiera przed ludzkością Formuła Człowieka. Nagle zdałem sobie 
sprawę, że mam do czynienia z osobnikiem nienormalnym, dla którego 

background image

człowiek jest jedynie wzorem chemicznym i zespołem reakcji.

— Jest to projekt, być może, piękny, ale absolutnie nierealny.
— Kiedy twój ojciec żenił się z Solveigią i urodziłeś się ty, powiedział 

to samo.

Drgnąłem, kiedy padło imię mojej matki. Tymczasem Horsch ciągnął 

dalej:

— Przyroda   jest   zbudowana   znacznie   prościej,   niż   przypuszczaliśmy. 

Wszystko   sprowadza   się   do   niewielkiej   grupy   substancji,   będących 
inicjatorami   reakcji   cyklicznych.   Są   to   substancje,   dzięki   którym 
rozpoczyna   się   kolejne   wynikanie   reakcji   chemicznych,   końcowym 
etapem zaś jest znowu synteza molekuł inicjatora. Pan dobrze wie, Alb, co 
to za substancja. To przede wszystkim substancja dziedziczności: kwasy 
dezoksyrybonukleinowe, DNA… Ot i wszystko.

— I co dalej?
— A   dalej   udało   nam   się   przeanalizować   i   otrzymać   substancję 

dziedziczności człowieka.

— No i co?…
— Udało  nam  się  wyhodować według  jednego i  tego  samego  wzoru 

kilkoro dzieci… Solveigia była piątą z kolei.

— A pozostałe?
— Albo   zmarły   w   stanie   embrionalnym,   albo   wkrótce   po…   po 

urodzeniu.

— Dlaczego?
— Właśnie na to „dlaczego” — ostatecznie nie umiemy odpowiedzieć. 

Rzecz   w   tym,   że   jakaś   grupa   molekuł   DNA   decyduje   o   żywotności 
osobnika.   Udało   nam   się   wymacać   tę   grupę   i   na   wszelkie   sposoby 
staraliśmy się poprzestawiać w niej grupy azotowe… Osiągnęliśmy to, że 
Solveigia  żyła dwadzieścia  jeden lat.  Ale to przecież  bardzo mało.  Do 
złotej księgi chcieliśmy zapisać formułę długowiecznego człowieka.

— Co się stało dalej?
— Solveigia wyrosła na prześliczną dziewczynę. Wychowywała się u 

państwa Shauli…

— Tam, gdzie Meadgea?
Horsch skinął głową.
— Twój ojciec zakochał się w niej. Kategorycznie sprzeciwiłem się ich 

małżeństwu.   Ale   nic   nie   było   w   stanie   zmienić   jego   postanowienia. 
Solveigia też go kochała. I oto…

— Boże, jak podle postąpiliście! — nie wytrzymałem.
Horsch skrzywił się i pokiwał głową.

background image

— To jest niezwykłe i dlatego wydaje się podłe. Ale już w niedługim 

czasie ludzie przyzwyczają się do tego.

— Kiedy synteza ludzi zostanie opisana w podręcznikach szkolnych?
— Tak. Wcześniej czy później tak się musi stać.
— Dobrze. Niech pan opowiada dalej.
— Po ślubie ojciec zupełnie odsunął się od pracy naukowej. Przeszedł 

do   instytutu   genetyki   i   cytologii.   Oświadczył  wówczas,   że   żadna   złota 
księga nie jest nikomu potrzebna i że o nieśmiertelność człowieka trzeba 
walczyć   inaczej.   Wiesz,   w   jaki   sposób.   Twój   ojciec   był   członkiem 
wszystkich   istniejących   na   świecie   komitetów   do   walki   z   bronią 
termojądrową. Nie sądzę, aby to było najmądrzejsze wyjście…

Podszedłem do Horscha.
— Niech pan mnie uważnie wysłucha. Zabraniam panu wyrażać się w 

ten sposób o moim ojcu. Ostatecznie jest pan tylko jego uczniem. I nie ma 
pan prawa oceniać, co jest mądre, a co nie. Mam wrażenie, że postąpił 
słusznie, rezygnując z pańskiego idiotycznego pomysłu. Ale właściwie po 
co pan do mnie przyszedł?

Popatrzył na mnie błagalnie.
— Alb, tylko niech pan się nie denerwuje… Niech mi pan da słowo, że 

będzie się pan zachowywał przyzwoicie.

— O co panu chodzi?
— O dwie rzeczy… Niech pan spróbuje odnaleźć choćby strzępy tego 

zeszytu, który mi pan zabrał, a następnie… jedną kroplę pańskiej krwi do 
analizy.

Podałem mu prawą rękę i ze wstrętem patrzyłem, jak jego drżące dłonie 

w   pośpiechu   przeszukiwały   kieszenie,   jak   wyciągnął   wreszcie   tampon, 
ampułkę   z   eterem   i   przyrząd.   Lekkie   ukłucie,   na   palcu   pokazała   się 
czerwona kropelka.

Horsch przystawił do niej kapilarek i zaczął szybko wciągać krew do 

zbiorniczka.

— Po co to panu?
— Teraz   będę   wreszcie   wiedział,   dlaczego   pan   żyje   dłużej   od   swej 

matki. Coś zaszło w strukturze DNA decydującego o długowieczności… 
A teraz proszę o zeszyt.

Zadzwoniłem. Do gabinetu weszła służąca.
— Czy   pani   nie   wie   przypadkiem,   co   zrobiłem   z   zeszytem   i 

fotografiami, które przywiozłem z Cable?

Przytaknęła   i   wyszła.   Znowu   zostałem   sam   na   sam   z   Horschem. 

Dręczyło mnie straszne pytanie, ale bałem się je zadać. Istniała bowiem 

background image

jeszcze   jedna   tajemnica,   którą   należało   zgłębić,   ale   im   bardziej 
zastanawiałem   się   nad   jej   istotą,   tym   bardziej   bałem   się   o   to   zapytać. 
Horsch domyślał się chyba, co mnie męczy, i też milczał…

Po chwili wróciła służąca i przyniosła teczkę, pełną strzępów papieru.
— Proszę, panie Albercie, oto wszystko, co zostało…
Horsch wyrwał jej pudełko z rąk i spiesznie rozprostowywał pomięte i 

porwane papiery, zapełnione rzędami cyfr.

— Jest. To i owo jeszcze jest… Najważniejsze ocalało, a resztę można 

będzie   odtworzyć.   O,   to,   to,   to   jest   najważniejsze.   Długowieczność… 
Teraz spróbujemy inaczej…

W miarę jak zagłębiał się w lekturze tych strzępków papieru, jego twarz 

nabierała tego samego wyrazu, jaki miał wówczas, kiedy zobaczyłem go 
po   raz   pierwszy…   Oderwał   wreszcie   oczy   od   papierów   i   spojrzał 
szczęśliwym wzrokiem na mnie.

— A czy pan przejrzał fotografie? To doprawdy zadziwiający przykład 

historii człowieka. Od komórki aż do śmierci.

Milczałem.   Przed   oczyma   migotały   mi   zielone   i   fioletowe   koła. 

Przesłaniały mi twarz Horscha.

— Czy pan zauważył, jak bardzo Meadgea jest podobna do Solveigii? 

— ciągnął dalej Horsch.

Wtedy nie wytrzymałem i spytałem go:
— Czy Meadgea jest moją siostrą?
— Ależ skądże, skądże. Oczywiście, że nie. To szósty wariant Solveigii. 

Niestety,  u  niej  z  długowiecznością  było  jeszcze  gorzej.  Biedactwo  — 
właśnie   niedawno   zmarła.   Ale   to   nic.   Odtworzę   ją,   zwłaszcza   po 
przeprowadzeniu analizy pańskiej krwi…

*

Dalej już niewiele pamiętam. Słyszałem jedynie, jak ktoś histerycznie 

krzyczał. Pamiętam jeszcze, że mnie bito. Czułem, jak płaczę. Następnie 
związano mnie. Potem znowu bito, zakładając kaftan bezpieczeństwa. I 
wreszcie — cela więzienna…

— Karę śmierci mogą panu zamienić na dożywotnie więzienie, jeżeli 

przedstawi pan należycie umotywowane pobudki, jakie panem kierowały 
—   mówił   do   mnie   spokojnie   jakiś   człowiek,   prawdopodobnie   stary 
adwokat mojego ojca.

— Karę   śmierci?   Długowieczność?   Czyżby   Horsch   zdążył 

przeprowadzić   analizę   mojej   krwi?   —   pytałem   jak   po   przebudzeniu   z 

background image

głębokiego snu.

— Albert, niech pan się skupi, niech pan się dobrze zastanowi. Jutro jest 

rozprawa.

— Proszę mi powiedzieć, czy istnieje prawo, w myśl którego karze się 

za tworzenie ludzi z góry skazanych na śmierć?

— O czym pan mówi, panie Albercie?
— W pańskim DNA została zapisana data pana śmierci…
— Na litość boską, niech pan nie udaje, że jest pan wariatem. Lekarze 

ustalili, że działał pan pod wpływem uniesienia. I nic więcej. Poza tym jest 
pan absolutnie zdrów.

— Normalny. Zdrowy. Jak to dziwnie teraz brzmi. Jakby pan znał mój 

wzór. Nikt go nie zna. I nikt go nigdy nie pozna. Nie zostanie on wpisany 
do   złotej   księgi   nieśmiertelności,   dlatego   że   jestem   niedostatecznie 
żywotny.

*

Jutro zostanę skazany za morderstwo.

Przełożył J. Herlinger

background image

A. Strugacki i B. Strugacki

I

NDYWIDUALNE

 

HIPOTEZY

P

OETA

 A

LEKSANDER

 K

UDRIASZOW

Wala   Pietrow   przyszedł   mnie   o   tym   zawiadomić.   Ściągnął   beret   z 

głowy, przygładził włosy i powiedział:

— No więc tak, Sania, zdecydowane.
Usiadł na niskim fotelu przy stole i wyciągnął przed siebie długie nogi. 

Uśmiechał się tak samo jak zwykle. Zapytałem:

— Kiedy?
— Za dziesięć dni. — Złożył beret na pół i wyprostował go na kolanie. 

— A jednak mnie wyznaczono. Zupełnie już straciłem nadzieję.

—   Ależ   nie,   dlaczego?   —   odezwałem   się.   —   Przecież   jesteś 

doświadczonym astronautą.

Wyjąłem z lodówki wino. Stuknęliśmy się i wypiliśmy.
— Startujemy z Cyfeusza — powiedział Wala.
— Gdzie to jest?
— Sputnik Księżyca.
—   Ach   tak   —   powiedziałem.   —   Zdawało   mi   się,   że   Cyfeusz   to 

konstelacja.

— Konstelacja nazywa się Cefeusz. A Cyfeusz — raczej Cyfej — po 

chińsku znaczy „start”. Ściśle mówiąc to lotnisko dla rakiet fotonowych.

Postawił kieliszek na stole, włożył beret i wstał.
— Dobra. Idę.
— A Różena? — zapytałem. — Różena wie?
—   Nie   —   odparł   Pietrow   i   usiadł   z   powrotem.   —   Jeszcze   nie   wie. 

Jeszcze jej nie powiedziałem.

Umilkliśmy.
— Na długo? — zapytałem. Wiedziałem, że na zawsze.
—   Nie,   nie   bardzo   —   odrzekł   Wala.   —   Zamierzamy   wrócić   za   sto 

pięćdziesiąt   lat.   Albo   za   dwieście.   Waszych   ziemskich   oczywiście. 
Olbrzymie szybkości. Prawie okrągłe „c”.

Zamyślił się.
— Dobra — powtórzył. — Muszę już iść. Ale nie ruszył się z miejsca.
— Napijmy się jeszcze — zaproponowałem.
— Daj.

background image

Wypiliśmy jeszcze po kieliszku wina.
—  No  cóż  —  powiedział  Pietrow.   —  Przed  nami   był Gorbowski,  a 

przed   Gorbowskim   Bykow.   Lecę   trzeci.   Szykują   się   jeszcze   dwie 
ekspedycje. Dziesięć lat podróży, no, najwyżej piętnaście.

— Oczywiście — odparłem. — Einsteinowska względność czasu i tak 

dalej.

Wala wstał.
— Odprowadzisz mnie na lotnisko, Sania? — zapytał.
Skinąłem głową. Wala poprawił beret i skierował się do wyjścia. Przy 

drzwiach zatrzymał się.

— Dziękuję — powiedział.
Nic na to nie odpowiedziałem. Nie mogłem wykrztusić słowa.
Prócz   Pietrowa   na   „Muromcu”   leciało   jeszcze   pięciu   astronautów. 

Trzech   spośród   nich   znałem   —   Larri   Larsena,   Siergieja   Zawiałowa   i 
Saburo Mikimi. Odprowadzających było dziewięcioro. Na jakąś godzinę 
przed startem usiedliśmy  wszyscy w mesie.  Na Cyfeuszu nie było siły 
ciążenia i założono nam buty z namagnesowanymi podeszwami. Różena i 
Wala trzymali się za ręce. Różena bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich 
dni. Schudła, wydawało się, że ma jeszcze większe oczy. Była piękna. 
Wala trzymał jej dłoń w swojej ręce i uśmiechał się. Miałem wrażenie, że 
w   myśli   mknie   już   z   nieprawdopodobną   szybkością   wśród   dalekich 
gwiazd. Oboje milczeli. Raz tylko Różena powiedziała coś półgłosem i 
Pietrow pogłaskał jej rękę.

Pozostali milczeli również. Młodziutka dziewczyna w pomarańczowej 

sukience, odprowadzająca jakiegoś nie znanego mi astronautę, od czasu do 
czasu cichutko szlochała.

Nieraz   już   zdarsało   mi   się   żegnać   ludzi   odlatujących   w   Kosmos. 

Pozostałym zapewne też. Ale dziś była szczególna sytuacja. Z tą szóstką 
żegnaliśmy się na zawsze. Pomyślałem, że gdy wrócą, nie zastaną przy 
życiu   nikogo   z   nas   —   ani   mnie,   ani   Różeny,   ani   dziewczątka   w 
pomarańczowej   sukience.   Tę   szóstkę   powitają   już   przyszłe   pokolenia. 
Możliwe, że będą to nawet ich potomkowie.

— Nie martw się — powiedział głośno Wala.
— Ja się nie martwię — odpowiedziała Różena.
— To przecież bardzo potrzebne.
— Rozumiem.
—   Nie   —   odparł   Pietrow.   —   Nie   rozumiesz,   Różenko.   Wcale   nie 

rozumiesz. I Aleksander też nie rozumie. Siedzi i myśli: „No i po co oni to 
robią?” Prawda, Sania?

background image

Śmiał   się.   Nie,   nie   odgadł   moich   myśli.   Znałem   Walę   od   dziecka   i 

bardzo   go   lubiłem.   Ale   byliśmy   zupełnie   różnymi   ludźmi.   Pietrow   był 
zawsze   trochę   fanfaronem   i   pozerem.   Wszystko   mu   się   udawało   i 
przyzwyczaił się do tego. Z uśmiechem balansował na skraju przepaści. Z 
pewnością zachwycał się sobą, że taki jest wesoły, beztroski, szczęściarz. 
Wyobraziłem sobie, że za półtorej setki lat również zejdzie na Ziemię z 
wesołym uśmiechem, uderzając po zniszczonym bucie laseczką wyciętą na 
Bóg wie jakiej planecie.

Do mesy wszedł jasnowłosy, opalony młodzieniec i oznajmił:
— Już czas, towarzysze.
Podnieśliśmy   się.   Dziewczyna   w   pomarańczowej   sukience   załkała 

głośno. Spojrzałem na Różenę i Pietrowa. Objęli się i Wala zanurzył twarz 
w jej włosach.

— Zegnaj, łasiczko — powiedział. Różena milczała.
Odeszła na bok i próbowała poprawić uczesanie. Włosy jej nie słuchały.
— Idź — powiedziała. — Idź. Nie mogę już. Proszę cię, idź. — Mówiła 

niskim, niezwykle matowym głosem. — Żegnaj.

Pietrow   pocałował   ją   i   cofnął   się   ku   wyjściu.   Cofał   się,   klapiąc 

żelaznymi podeszwami i patrzył na nią nie odwracając oczu. Twarz mu 
zbielała, wargi miał też zupełnie białe. Przy wejściu zasłonił go barczysty 
Larri   Larsen,   następnie   nieznajomy   astronauta,   którego   odprowadzała 
dziewczyna w pomarańczowej sukience, wreszcie Sierioża Zawiałow.

— Do widzenia, Różenko — powiedział Pietrow.
Dopiero później uprzytomniłem sobie, że powiedział „do widzenia”, i 

pomyślałem, że— się przejęzyczył. Gdy wyszli i zatrzasnęła się za nimi 
pokrywa luku, jasnowłosy młodzieniec nacisnął jakieś guziczki na ścianie. 
Okazało   się,   że   kulisty   sufit   mesy   odgrywał   rolę   czegoś   w   rodzaju 
stereoteleekranu.   Zobaczyliśmy   „Muromca”.   Był   to   znakomity   statek 
kosmiczny   z   przelotowym   napędem   fotonowym   na   zasadzie   anihilacji. 
Chwytał   i   spalał   w   reaktorze   gazy   kosmiczne,   pyły   i   wszystko,   na   co 
można   natrafić   w   przestrzeni.   Posiadał   nieograniczone   możliwości 
przebiegu.   Szybkość   miał   również   nieograniczoną   —   oczywiście   w 
ramach bariery światła. Był olbrzymi, miał około pół kilometra długości. 
Ale   na   mnie   zrobił   wrażenie   srebrzystej   zabawki,   czarki   do   szampana 
zawieszonej w środku ekranu na tle gęstwy gwiazd.

Patrzyliśmy jak zaczarowani. Nagle ekran rozświetlił się. Światło było 

ostre   jak   błyskawice,   białoliliowe.   Oślepiło   mnie   na   chwilę.   Ale   gdy 
sprzed oczu zniknęły różnobarwne koła, na ekranie zostały tylko gwiazdy.

— Wystartowali — powiedział jasnowłosy młodzieniec. Wydało mi się, 

background image

że im zazdrości.

— Odleciał — powiedziała Różena.
Podeszła do mnie,  niezgrabnie stawiając nogi w podkutych butach, i 

położyła mi dłoń na rękawie. Palce jej drżały.

— Jest mi bardzo smutno, Sania — powiedziała. — Boję się.
— Zostanę z tobą, jeśli pozwolisz — odparłem.
Ale Różena nie zgodziła się. Wróciliśmy do Nowosybirska i rozstaliśmy 

się. Zabrałem się do pisania. Chciałem napisać wielki poemat o ludziach, 
którzy   odchodzą   ku   gwiazdom,   i   o   kobiecie,   która   została   na   pięknej, 
zielonej Ziemi. Jak stoi przed odlatującym przyjacielem i mówi niskim, 
matowym głosem: „Idź. Nie mogę już. Proszę cię, idź”. A on uśmiecha się 
zbielałymi wargami.

W pół roku później Różena zadzwoniła do mnie wczesnym rankiem. 

Była tak samo blada, a oczy miała równie duże jak wtedy na Cyfeuszu. 
Pomyślałem jednak, że sprawia to liliowawy odcień, który dają czasem 
ekrany wideofonów.

—   Sania   —   powiedziała   Różena.   —   Czekam   cię   na   lotnisku. 

Przyjeżdżaj natychmiast.

Nie   mogłem   zrozumieć,   co   się   stało,   i   zapytałem   ją   o   to.   Różena 

powtórzyła: „Czekam cię na lotnisku” — i położyła słuchawkę. Wsiadłem 
w samochód i pojechałem. Ranek był pogodny i chłodny. Uspokoiłem się 
trochę.   Na   lotnisku   skiełkowano   mnie   do   dużego   pasażerskiego 
konwertoplanu, gotowego do odlotu. Konwertoplan wzniósł się w górę, 
gdy tylko wdrapałem się do kabiny. Uderzyłem boleśnie piersią o jakąś 
ramę. Potem zobaczyłem Różenę i usiadłem obok niej. Była rzeczywiście 
blada. Patrzyła wprost przed siebie i przygryzała dolną wargę.

— Dokąd lecimy? — zapytałem.
— Na północne lotnisko rakietowe — odparła. Umilkła na długą chwilę 

i nagle dorzuciła: — Wala wraca.

— Co mówisz? — zawołałem.
Cóż mogłem powiedzieć więcej? Lecieliśmy dwie godziny i przez ten 

czas nie zamieniliśmy już ani słowa. Za to inni pasażerowie rozmawiali z 
ożywieniem. Byli bardzo podnieceni i pełni niedowierzania. Z rozmów 
dowiedziałem   się,   że   wczoraj   wieczorem   otrzymano   radiogram   od 
Pietrowa. Dowódca Trzeciej Ekspedycji Międzygwiezdnej komunikował, 
że na „Muromcu” powstały jakieś uszkodzenia i wskutek tego zmuszony 
będzie   do   lądowania   wprost   na   ziemskim   lotnisku   rakietowym,   z 
pominięciem zewnętrznych stacji.

— Pietrow się po prostu zląkł — powiedział siedzący za nami gruby, 

background image

niemłody mężczyzna. — Nie ma w tym nic dziwnego. To się zdarza w 
przestrzeni kosmicznej.

Spojrzałem na Różenę i zobaczyłem, że zadrżał jej podbródek. Ale nie 

odwróciła głowy, aby zobaczyć, kto to powiedział. Uważała, że nie warto. 
Pietrow nie znał lęku.

Spóźniliśmy   się.   „Muromiec”   już   wylądował.   Zatoczyliśmy   nad   nim 

dwa   kręgi   i   mogłem   się   dobrze   przyjrzeć   statkowi.   To   już   nie   była 
zabawka, przypominająca czarkę do szampana. Pod szafirowym niebem na 
środku tundry nienaturalnie, krzywo sterczała  ogromna  budowla, zżarta 
przez   niepojęte   siły,   pokryta   dziwnymi   zaciekami.   Konwertoplan 
wylądował w odległości dziesięciu kilometrów od „Muromca”. Nie można 
było   bliżej.   Przyleciało   jeszcze   kilka   konwertoplanów.   Czekaliśmy. 
Wreszcie   rozległ   się   warkot   i   nisko   nad   naszymi   głowami   przeleciał 
helikopter. Usiadł w odległości stu kroków od nas.

Potem nastąpił cud.
Z   helikoptera   wyszli   trzej   ludzie   i   skierowali   się   ku   nam   wolnym 

krokiem. Na przedzie kroczył wysoki, chudy mężczyzna w zniszczonym 
kombinezonie. Szedł i uderzał się po nodze laseczką szmaragdowej barwy. 
Za nim postępował krępy człowiek z bujną, rudą brodą i jeszcze jeden, 
szczupły i zgarbiony. Milczeliśmy. Nie wierzyliśmy własnym oczom.

Zbliżyli się jeszcze trochę i Różena krzyknęła:
— Wala!
Mężczyzna w zniszczonym kombinezonie zatrzymał się, rzucił laseczkę 

i pośpieszył ku nam prawie biegiem. Miał dziwną twarz — pozbawioną 
warg. Czy twarz była tak ciemna, że wargi nie odcinały się na niej, czy też 
wargi były zbyt blade? Mimo to od razu poznałem Pietrowa. Któż inny 
zresztą mógł przylecieć na „Muromcu”? Ale ten Pietrow był stary i brak 
mu było lewej ręki — pusty rękaw miał zatknięty za pasek kombinezonu. 
A jednak był to Pietrow. Bożena wybiegła na jego spotkanie. Padli sobie w 
objęcia. Ten z rudą brodą i ten zgarbiony zatrzymali się również. Byli to 
Larri   Larsen   i   nieznajomy   pilot,   którego   pół   roku   temu   odprowadzała 
dziewczyna w pomarańczowej sukience.

Otoczyliśmy   ich   w   milczeniu.   Patrzyliśmy   jak   urzeczeni.   Pietrow 

powiedział ponad głową Różeny:

—   Dzień   dobry.   Wybaczcie,   wielu   spośród   was   już   pewno 

zapomniałem. Przecież widzieliśmy się po raz ostatni przed siedemnastu 
laty…

Nikt nic na to nie odpowiedział.
— Gdzie jest kierownik lotniska? — zapytał Pietrow.

background image

— To ja — powiedział kierownik północnego lotniska rakietowego.
— Straciłem swoje automaty do wyładowywania — powiedział Pietrow. 

— Proszę rozładować statek. Przywieźliśmy wiele interesujących rzeczy.

Kierownik północnego lotniska rakietowego patrzył na niego ze zgrozą i 

zachwytem.

— Nie otwierajcie tylko szóstej ładowni, dobrze? Tam są dwie mumie. 

Siergiej Zawiałow i Saburo Mikimi. Przywieźliśmy ich, żeby pochować na 
Ziemi. Wieźliśmy ich pięć lat. Prawda, Larri?

— Tak — powiedział Larri Larsen. — Siergieja Zawiałowa wieźliśmy 

pięć lat. Mikimi tylko trzy. A Porta został tam. — Uśmiechnął się, broda 
mu się zatrzęsła i z oczu popłynęły łzy.

Pietrow pochylił się nad Różeną.
— Chodźmy, Różenko. Chodźmy. Widzisz, wróciłem. Różena patrzyła 

na niego, tak jak nigdy żadna kobieta nie patrzyła i nie popatrzy na mnie.

— Tak — powiedziała. — Wróciłeś.
Zamknęła oczy i opuściła głowę. Poszli przez tłum obejmując się — 

wszyscy rozstąpiliśmy się przed nimi. Pożegnała się z nim na zawsze i 
spotkała   po   upływie   pół   roku.   Odleciał   na   dwieście   lat,   a   wrócił   po 
siedemnastu. Udało mu się to. „Zawsze mu się wszystko udawało. Ale 
jak?

Nie   wiem,   jak   to   wytłumaczyć   i   czy   w   ogóle   można   wytłumaczyć. 

Jestem przecież tylko poetą. Nie fizykiem.

A

RTYSTKA

 R

ÓŻENA

 T

OMANOWA

Tego   dnia   Wala   wrócił   późno.   Długo   marudził   w   swoim   gabinecie, 

gwizdał coś fałszując niemiłosiernie, z przesadnym gniewem pokrzykiwał 
na małpkę. Zrozumiałam, że wszystko skończone. Usiadłam i nie byłam w 
stanie się podnieść. Wala wszedł i stanął koło mnie. Czułam, że mu jest 
trudno powiedzieć. Potem nachylił się i pocałował mnie we włosy. Robił 
to   zawsze,   gdy   wracał   do   domu,   i   na   sekundę   doznałam   przypływu 
szaleńczej nadziei. Ale Wala powiedział cicho:

— Odlatuję, Różenko.
— Kiedy? — zapytałam.
— Za dziesięć dni.
Podniosłam się i zaczęłam przygotowywać go do podróży. Lubił, żebym 

wybierała   i   pakowała   jego   rzeczy.   Zwykle   krążył   wtedy   koło   mnie, 
śpiewał, przeszkadzał i błaznował. Ale teraz, gdy robiłam to po raz ostatni, 

background image

stał na uboczu i milczał. Może i jemu również przypomniał się tamten 
wieczór nad — morzem.

Dziesięć lat temu dawaliśmy koncert w sanatorium dla astronautów w 

Teriokach. Mieliśmy  nieludzką tremę  przed występami w obliczu ludzi 
najodważniejszych   w   świecie.   Znacznie   większą   niż   wobec   zwykłych 
słuchaczy. Zwłaszcza że co trzeci z nich był artystą, co piąty — uczonym, 
a   co   dziesiąty   i   artystą,   i   uczonym   zarazem.   Nadeszła   moja   kolej, 
zaśpiewałam „Pieśń Solvejgi” i „Hymn do gwiazd”. Zdaje się, że mi się 
udało, bo mnie wielokrotnie wywoływano.

Podczas obiadu po koncercie znalazłam się obok młodego astronauty. 

Przez pewien czas milczał, a potem powiedział:

— Spodobał mi się pani śpiew.
—   Dziękuję   —   odparłam.   —   Bardzo   się   starałam.   Wiedziałam,   że 

spodobał mu się nie tylko mój śpiew. On mi się również podobał. Był 
wysoki,   niezbyt   zgrabny,   o   chudej,   opalonej   twarzy.   Twarz   ta   była 
nieładna i bardzo sympatyczna. Śliczne były tylko mądre, wesołe oczy, 
chociaż   zauważyłam   to   prawdopodobnie   o   wiele   później.   Miał 
dwadzieścia pięć lat. Zapytałam go, jak się nazywa.

— Pietrow — powiedział — Dokładniej: Walentin Pietrow.
Podrapał się w czubek nosa i dodał:
— Ale pani niech mnie nazywa po prostu Walą. Dobrze?
Spojrzał na mnie jakby z lękiem i nawet wciągnął głowę w ramiona. 

Roześmiałam się. Był uroczy.

— Dobrze — odpowiedziałam. — Będę pana nazywać po prostu Walą.
Potem tańczyliśmy, a gdy zapadł zmrok, poszliśmy nad morze. Staliśmy 

zwróceni   twarzą   w   stronę   żółtoczerwonego   zachodu   słońca.   Wala 
opowiadał   mi   o   ostatniej   —   nieudanej   —   ekspedycji   na   Ganimeda. 
Słuchałam go i wydawało mi się, że nikomu na świecie poza mną nie 
opowiedziałby   w   ten   sposób   o   swoim   błędzie,   który   był   przyczyną 
niepowodzenia   wyprawy.   Słuchałam,   patrzyłam   w   zachodzące   słońce   i 
nade wszystko pragnęłam powiedzieć Wali coś dobrego, serdecznego. Ale 
nie mogłam jeszcze się odważyć. Wala stanął i powiedział:

— Kocham cię, Różeno.
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, i Wala zapytał:
— Gniewasz się?
Pocałowaliśmy   się.   Zostałam   w   Teriokach   i   był   to   najszczęśliwszy 

tydzień w moim życiu. Tak stałam się żoną astronauty.

Stopniowo coraz lepiej  poznawałam Walę. Był zawsze wesoły, miły, 

łagodny.   („Łagodny!   —   oburzył   się   kiedyś   Sierioża   Zawiałow.   — 

background image

Wszyscy   jesteśmy   łagodni,   gdy   mamy   nad   głową   błękitne   niebo. 
Zobaczyłabyś swego Walusia, gdy »Nawoi« wpadł w potok meteorytów—
…”) Był zupełnie wyjątkowym człowiekiem. Nawet wśród jego przyjaciół 
nie znałam żadnego, który mógłby się z nim równać. Oczywiście nie on 
jeden był taki, ale ja nigdy nie spotkałam nikogo podobnego do niego.

Gorąco   kochał   swój   zawód   i   śledził   wszystkie   najnowsze   zdobycze 

teorii   i   techniki.   Ale   dość   prędko   odkryłam,   że   jego   najistotniejsze 
zainteresowania   dotyczą   jakiejś   innej   dziedziny.   W   przerwach   między 
rejsami   (a   zapewne   i   podczas   rejsów)   studiował   wyniki   najnowszych 
badań   z   teorii   grawitacji,   z   mechaniki   asymetrycznej,   ze   specjalnych 
dziedzin   matematyki.   Zbierali   się   u   nas   jego   przyjaciele   i   potrafili 
dyskutować   całe   noce   w   okropnym   rosyjsko–francusko–chińsko–
angielskim żargonie. Mieli jakieś niesłychane plany, ale nie próbowałam 
nawet zrozumieć, o co chodzi.

Cztery lata temu pewnego wiosennego wieczoru Wala zapytał, co bym 

powiedziała, gdyby wziął udział w ekspedycji do gwiazd. Wiedziałam, co 
to są ekspedycje gwiezdne; w ostatnich czasach wiele o nich mówiono i 
pisano.   Statek   ulatuje   z   szybkością   bliską   prędkości   światła   w   dalekie 
światy i wraca po upływie setek lat. Powiedziałam:

— Wtedy umrę.
Wiedziałam, że umrę, jeżeli on mnie na zawsze opuści. I dodałam:
— Nie zrobisz mi tego. Proszę cię, nie rób tego. Spojrzał na mnie z 

lękiem i wciągnął głowę w ramiona.

Potem powiedział z uśmiechem:
— To jeszcze nieprędko.
Zrozumiałam, że już się zdecydował. Ta rozmowa legła cieniem na całe 

moje   życie.   W   dwa   lata   później   wystartowała   Pierwsza   Wyprawa 
Gwiezdna. Dowodził nią najbliższy przyjaciel Wali, Antoni Bykow. W rok 
później odleciał Gorbowski. Wala powiedział mi:

— Teraz moja kolej, Różenko.
Wiedział, że zadaje mi ból. Ale chciał mnie przygotować. A mnie się 

chciało krzyczeć. Pragnęłam, aby oślepł albo złamał kręgosłup, byle tylko 
mnie nie opuszczał. Zdawałam sobie jednak sprawę, że to nic nie pomoże. 
Był   zwiadowcą   wielkiego   i   przeklętego   wszechświata   i   nie   mógł   być 
nikim innym. Dlatego nie powiedziałam ani słowa.

Odwiedzał   nas   często   Sania   Kudriaszow.   Wala   i   Sania   znali   się   od 

dziecka. Sania był poetą. Zdawało mi się, że był jedynym człowiekiem, 
który mnie rozumiał i współczuł mi. No nie, Wala mnie też oczywiście 
rozumiał.

background image

I oto nastąpił ostatni tydzień. Minął szybko — najsmutniejszy tydzień w 

moim   życiu.   Dostarczono   nas   na   startową   stację   Cyfeusz,   z   której   tak 
niedawno   uleciały   statki   Bykowa   i   Gorbowskiego.   Towarzyszył   nam 
Sania.   Wiedziałam,   że   Wala   go   zaprosił,   i   wiedziałam   dlaczego.   Wala 
wszystko rozumiał. Patrzyłam na Walę, ale nie wiem, na co on patrzył i co 
widział. Palce jego jednak ściskały i gniotły moją rękę, jakby chciały ją 
zapamiętać.

Oznajmiono, że czas startować. Wala objął mnie. Myślałam, że oszaleję. 

Odtrąciłam go i cofnął się patrząc mi w oczy, póki nie zniknął w otworze 
luku. Między nami legły stulecia.

Zostałam sama. Powiedziałam Sani, że chcę być sama. Wokoło mnie 

tętniło wielkie, piękne życie, ludzie uczyli się, kochali, budowali, a ja nie 
mogłam być razem z nimi. Przestałam śpiewać, nigdzie nie wychodziłam, 
z   nikim   nie   rozmawiałam.   Zazdrościłam   innym   ludziom,   a   może   też 
syciłam  się nadzieją. Prawdopodobnie  gdzieś w głębi  duszy  wierzyłam 
zawsze, że Wala jest zdolny dokonać tego, co niemożliwe.

A potem zawiadomiono mnie, że „Muromiec” wraca. Nie zdziwiłam się. 

Okazało się, że przez cały czas się tego spodziewałam. Nie pamiętam, jak 
telefonowałam do Sani, jak się dostałam na lotnisko. Ktoś delikatnie, ale 
stanowczo wepchnął mnie do kabiny konwertoplanu i posadził w fotelu. 
Podziękowałam.   Zjawił   się   Sania   i   konwertoplan   wzniósł   się   w   górę. 
Pasażerowie   —   astronauci,   uczeni,   inżynierowie   usiłowali   odgadnąć 
przyczynę powrotu „Muromca”. Jakiś wstrętny facet powiedział nawet, że 
Pietrow stchórzył. Śmiać mi  się zachciało — nikt się nie domyślał, że 
Wala wraca do mnie.

Staliśmy   nieskończenie   długo   i   wypatrywaliśmy   czarnej   sylwety 

„Muromca” na horyzoncie. Potem z błękitnego nieba sfrunął helikopter. Z 
helikoptera wysiadło trzech ludzi i skierowało się ku nam. Na przedzie 
szedł wysoki, chudy człowiek w zniszczonym kombinezonie. Miał tylko 
jedną rękę i twarz jego przypominała maskę z gipsu, ale to był mój mąż — 
najodważniejszy   i   najpiękniejszy   człowiek   na   świecie.   Krzyknęłam   i 
pobiegłam ku niemu. Rzucił się na moje spotkanie. Tego dnia nie oddałam 
go   nikomu.   Zamknęłam   drzwi   i   wyłączyłam   wideofon.   Może   nie 
powinnam była tak postępować. Przecież na Walę czekała cała planeta. 
Ale ja czekałam najwięcej.

— Było ci trudno? — zapytałam.
— Nam było bardzo trudno, Różenko — odpowiedział.
— Kochałeś mnie tam?
— Kochałem cię wszędzie. Tam została planeta, której nadałem twoje 

background image

imię.   Ale   już   nie   wiem   gdzie.   Tam   został   Porta.   I   moja   ręka   też   tam 
została. To była zła planeta, Różenko.

— Czemuż więc nadałeś jej moje imię?
— Nie wiem. W gruncie rzeczy to był wspaniały świat. Ale drogo nas 

kosztowało zdobycie go.

Uśmiechał się i wydawało mi się, że jest taki sam, jak przed dziesięciu 

laty na brzegu morza w Teriokach. Położyłam mu ręce na ramionach i 
spojrzałam mu w oczy.

— Jak ci się udało wrócić, Wala? Odpowiedział:
— Bardzo chciałem, Różenko. Kocham cię bardzo, dlatego wróciłem. 

No i oczywiście pomogła fizyka.

A

STRONAUTA

 W

ALENTIN

 P

IETROW

Trzecia   Gwiezdna   Ekspedycja   rozpoczęta.   „Muromiec”   powoli 

nabierając   szybkości   oddalał   się   od   Słońca,   zmierzając   prostopadle   do 
płaszczyzny ekliptyki. Teraz czekało mnie zapoznanie towarzyszy z moim 
pomysłem. Na Ziemi wydawało mi się, że najtrudniejszą sprawą będzie 
uzyskanie zgody Rady Kosmogacji.  Nie wątpiłem  natomiast,  że załoga 
zgodzi się bez wahania. W tej chwili zaś nie byłem już tego taki pewny. 
Spojrzałem na Sieriożę, który siedział przed pulpitem ‘ sterowania jedząc 
ciągutki i trochę się uspokoiłem. Sierioża wyraził zgodę już na Ziemi i 
razem broniliśmy tego pomysłu w Radzie. Skinąłem na niego i poszliśmy 
do mesy. Tutaj Larri grał z Saburo w szachy japońskie, mały Ludwik Porta 
grzebał   się’   w   filmotece,   a   Artur   Lepelier   starał   się   zapomnieć   o 
dziewczęciu w pomarańczowej sukience.

— Słuchajcie — powiedziałem — czy wszyscy dokładnie zdajecie sobie 

sprawę z tego, co to jest ekspedycja gwiezdna?

Spojrzeli na mnie ze zdumieniem. Oczywiście, że zdawali sobie sprawę. 

Lata nieprzerwanej powszedniości i wyrzeczenie na zawsze, gdyż kiedy 
wrócimy, wspomnienie o nas przekształci się w legendę.

Powiedziałem:
— Chcę wrócić na Ziemię wcześniej niż za sto lat.
— Ja też — rzekł Saburo.
— I ja też — dodał Larsen. — Na przykład dziś na kolację.
Artur Lepelier zmrużył oczy, a Ludwik powiedział z wolna:
— Chcesz zmniejszyć szybkość?
—   Chcę   wrócić   do   domu   znacznie   wcześniej   niż   za   sto   lat   — 

background image

powiedziałem. — Istnieje możliwość, żeby wykonać całą pracę i wrócić 
do domu nie za sto lat, ale za parę miesięcy.

— To niemożliwe — rzekł Mikimi. — Utopia — westchnął Artur.
Larri oparł podbródek na swych potężnych pięściach i zapytał:
— O co chodzi? Wytłumacz, kapitanie.
Do   wyjścia   w   strefę   ASL   (absolutnie   swobodnego   lotu)   pozostało 

jeszcze   parę   dni.   Usiadłem   w   fotelu   między   Arturem   i   Larsenem   i 
powiedziałem Siergiejowi:

— Wytłumacz.
—   Wiadomo,   że   im   mniejsza   jest   różnica   między   szybkością 

gwiazdolotu   a   prędkością   światła,   tym   wolniej   upływa   czas   w 
gwiazdolocie, zgodnie z teorią względności. Ale to prawo jest tym bardziej 
uzasadnione,   im   mniejsze   jest   przyśpieszenie   gwiazdolotu   i   im   krótszy 
czas   pracy   silnika.   Jeżeli   zaś   przy   zbliżonych   do   prędkości   światła 
szybkościach gwiazdolot bez przerwy leci przy włączonym silniku, jeżeli 
przyśpieszenia   będą   dostatecznie   duże,   jeżeli   przy   barierze   światła 
powstaje  utrata  przyśpieszenia,   wtedy…  Trudno  przewidzieć,  co  wtedy 
nastąpi.   Współczesna   maszyna   matematyczna   nie   jest   w   stanie 
wyprowadzić   ogólnych   wniosków.   Jednak   według   niektórych 
indywidualnych   hipotez   teoria   grawitacji   nie   wyklucza   możliwości 
powstania zjawisk innego rzędu. Czas w gwiazdolocie przyśpieszy swój 
bieg.   Na   statku   upłyną   dziesiątki   lat,   a   na   Ziemi   tylko   miesiące. 
(„Muromiec”   jest   pierwszym   na   świecie   przelotowym   statkiem 
fotonowym. Na nim można przeprowadzić ten eksperyment). Co prawda 
będzie to nad wyraz trudne. Będzie wymagało całych lat lotu z potwornym 
przeciążeniem — pięcio– lub siedmiokrotnym…

— Utopia — rzekł Artur i westchnął znowu.
— Nie — rzekł Porta. — Niezupełnie.
Bardzo liczyłem na Portę. Był biologiem, lecz wiedza jego, jak mi się 

zdawało,   obejmowała   wszystkie   chyba   dziedziny   prócz   lingwistyki 
deskrypcyjnej.

—   Słyszałem   c   tym   —   rzekł.   —   Ale   to   teoria.   I   to…   —   prztyknął 

palcami.

Ale to nie była tylko teoria. Przed trzema laty przeprowadzałem loty 

doświadczalne   na   „Muromcu”   w   strefie   ASL.   Czterdzieści   dni 
przesiedziałem w amortyzatorze, prowadząc gwiazdolot z przyśpieszeniem 
4 „g”. Gdy wróciłem, okazało się, że chronometr pokładowy wykazywał 
czternaście sekund różnicy. Przebyłem w przestrzeni o czternaście sekund 
dłużej,   niż   to   wykazały   zegary   na   Ziemi.   Opowiedziałem   o   tym 

background image

eksperymencie.

— O — powiedział Porta. — To dobrze.
—   Ale   to   muszą   być   okrutne   przeciążenia   —   powiedziałem. 

Bezwzględnie   musiałem   ich   o   tym   uprzedzić,   chociaż   załogę 
skompletowałem   z   doświadczonych   astronautów,   dobrze   znoszących 
podwójne albo nawet potrójne przeciążenie.

— Jakie? — zapytał Larri.
— Pięciokrotne. Aloo nawet siedmiokrotne.
— O — rzekł Porta. — To niedobrze.
— To znaczy, że ja będę ważył pół tony — powiedział Larri i ryknął 

takim śmiechem, że wszyscy zadrżeli.

—   A   Rada   wie?   —   zapytał   Saburo.   Miał   on   duże   poczucie 

odpowiedzialności.

— Oni nie wierzą, że coś z tego wyjdzie — odparł Siergiej. — Ale 

zezwolili… oczywiście, o ile wy się zgodzicie.

— Ja też nie wierzę — rzekł bardzo głośno Artur. — ‘Przeciążenia, 

indywidualne hipotezy… Na czym oprzecie te hipotezy?

Zagłębili się w dyskusji, a ja poszedłem do kabiny sterowniczej. Rzecz 

jasna,   że   nie   przestraszyli   się   przeciążeń,   chociaż   wszyscy   dobrze 
wiedzieli, czym to pachnie. Zgadzali się już, oponował tylko Artur, który 
okropnie   chciał,   żeby   go   przekonali.   W   pół   godziny   później   przyszli 
wszyscy razem do kabiny sterowniczej.

— Bierzmy się do dzieła, kapitanie — powiedział Larri.
— Wrócimy do domu — dodał Artur. — Do domu. Nie po prostu na 

Ziemię, ale do domu.

—   Nawet   jeżeli   nam   się   nie   uda   —   stwierdził   Saburo   —   to 

bezwzględnie trzeba przeprowadzić doświadczenie.

—   Co   prawda   pięciokrotne   przeciążenie…   —   Porta   znów   poruszył 

palcami.

— Tak, pięciokrotne — powiedziałem. — Nawet siedmiokrotni. I to nie 

jeden dzień, nie tydzień. Jeżeli wytrzymamy.

Było   to   tak   trudne,   że   chwilami   sądziliśmy,   że   nie   wytrzymamy.   W 

ciągu pierwszych miesięcy powoli zwiększałem przyspieszenie. Mikimi i 
Zawiałow sporządzili program cybernetyczny i przyśpieszenie zwiększało 
się automatycznie o jeden procent na dobę. Miałem nadzieję, że zdołamy 
się   chociaż   trochę   przystosować.   Ale   okazało   się,   że   to   niemożliwe. 
Zmuszeni byliśmy zrezygnować z treściwego jedzenia i odżywialiśmy się 
bulionami i sokami. Po stu dniach nasza waga zwiększyła się trzykrotnie, a 
po stu czterdziestu — czterokrotnie. Leżeliśmy nieruchomo w hamakach i 

background image

milczeliśmy,   bo   mówienie   wymagało   zbyt   wielkiego   wysiłku.   Po   stu 
sześćdziesięciu dniach przyśpieszenie osiągnęło 5 „g”. W tym czasie tylko 
Saburo Mikimi był w stanie przejść z mesy do kabiny sterowniczej nie 
mdlejąc   przy   tym.   Nie   pomagały   amortyzatory,   nie   pomagała   nawet 
anabioza. Próba zastosowania anabiotycznego snu w warunkach takiego 
przeciążenia  spełzła na niczym. Porta cierpiał  najwięcej  ze wszystkich, 
lecz gdy ułożyliśmy go w „sarkofagu”, w żaden sposób nie mógł zasnąć. 
Wyglądał   strasznie.   Wszyscy   wyglądaliśmy   strasznie.   Leżeliśmy   przed 
sarkofagiem i patrzyliśmy na Portę.

— Dosyć, Wala — powiedział Sierioża. Poczołgaliśmy się do kabiny 

sterowniczej. Tam stał, tak, stał, Saburo z opadniętą dolną szczęką.

— Dosyć, Saburo — powiedziałem. Sierioża próbował się podnieść, ale 

znów upadł twarzą na podłogę.

—   Dosyć   —   powtórzył.   —   Z   Portą   jest   źle.   Może   umrzeć.   Wyłącz 

reaktor, Saburo.

— Do trzykrotnego — powiedziałem.
Saburo, ledwo poruszając palcami, poskrobał paznokciami po pulpicie. I 

zrobiło się lekko. Zdumiewająco lekko.

— Trzykrotne — rzekł Saburo i usiadł obok nas na miękkiej podłodze. 

Poleżeliśmy chwilę, przywykając, potem wstaliśmy i skierowaliśmy się do 
mesy. Było nam o wiele lżej, ale spojrzeliśmy  na siebie i z powrotem 
opuściliśmy się na czworaki.

Czas   mijał.   Szybkość   własna

*

  „Muromca”   przekroczyła   prędkość 

światła   i   zwiększała   się   w   dalszym   ciągu   o   trzydzieści   dwa   metry   na 
sekundę.   Było   nam   bardzo   trudno.   Sądzę,   że   nikt   z   nas   nie   wierzył 
naprawdę   w   powodzenie   eksperymentu.   Za   to   każdy   rozumiał,   jakie 
konsekwencje   mogą   wynikać   z   powodzenia.   I   Larri   Larsen,   sapiąc   i 
stękając, marzył, żeby w ciągu jednego życia oblecieć cały wszechświat i 
podarować go ludziom.

Porta poczuł się lepiej, dużo czytał i zajmował się teorią grawitacji. Od 

czasu do czasu kładliśmy go na parę tygodni do „sarkofagu”, ale to mu się 
nie   podobało   —   nie   chciał   tracić   czasu.   Larri   i   Artur   przeprowadzali 
obserwacje   astronomiczne,   Siergiej,   Saburo   i   ja   pełniliśmy   dyżury.   W 
przerwach   między   dyżurami   obliczaliśmy   bieg   czasu   w   warunkach 
różnych układów przyśpieszenia i różnych indywidualnych hipotez. Larri 
zmuszał   nas   do   gimnastykowania   się   i   pod   koniec   pierwszego   roku 
mogłem   już   bez   większego   wysiłku   podciągnąć   na   drążku   swoje   dwa 
cetnary.

A tymczasem Tają nabierała coraz mocniejszego blasku w skrzyżowaniu 

background image

promieni teleskopu kierunkowego. Tają stanowiła cel pierwszych trzech 
wypraw gwiezdnych. Była jedną z najbliżej Słońca położonych gwiazd, na 
których   już   dawno   zaobserwowano   pewne   nieprawidłowości   ruchu. 
Przypuszczano, że Tają posiada układ planetarny. Przed nami ku Tai leciał 
Bykow na „Promieniu” i Gorbowski na „Terielu”. Bykow po przeleceniu 
każdych pięćdziesięciu tysięcy jednostek astronomicznych zrzucał potężne 
radioboje.   Nowa   trasa   miała   być   wyznaczona   szesnastu   takimi 
radiobojami,   ale   ułowiliśmy   sygnały   tylko   siedmiu.   Możliwe,   że   boje 
uległy   zniszczeniu   lub   też   zboczyliśmy   trochę   z   właściwej   trasy,   lecz 
najprawdopodobniej   po   prostu   wyprzedziliśmy   Bykowa.   Boje   były 
zaopatrzone w instalacje odbiorcze pracujące na określonej częstotliwości. 
Można było zostawić zapis na taśmie dla tych, którzy będą przelatywali 
później. Jedna z boi przesygnalizowała w odpowiedzi na nasze pytanie: 
„Byłem tu. Czwarty rok lokalny. Gorbowski”. Niepodobna było z tego 
wywnioskować, o ile lat przed nami tędy przelatywał.

Tają   nie   miała   układu   planetarnego.   Była   to   gwiazda   podwójna.   Jej 

niewidzialny   z   Ziemi   towarzysz   okazał   się   słabą,   czerwoną   gwiazdą, 
prawie   wygasłą,   o   wyczerpanych   już   źródłach   energii.   Byliśmy 
pierwszymi ludźmi Ziemi, którzy widzieli obce słońca. Tają była żółta i 
bardzo   podobna   do   naszego   Słońca.   Ale   jej   sputnik   był   piękny.   Miał 
malinową barwę i pełzły po nim całe pasma czarnych plam. W dodatku nie 
był zwykłą gwiazdą: Larsen odkrył powolną nieprawidłową pulsację jego 
pola ciążenia. Krążyliśmy wokół niego dwa tygodnie, póki Artur i Larri 
przeprowadzali   obserwacje.   Były   to   rozkoszne   tygodnie   odpoczynku, 
normalnej ciężkości, chwilami nawet nieważkości.

Następnie   skierowaliśmy   się   ku   sąsiedniej   gwieździe   WK   71016. 

Zażądał tego Porta i nie wiem, czy słusznie postąpiłem ulegając mu. Porta 
był   biologiem   i   przede   wszystkim   interesowały   go   problemy   życia. 
Domagał   się   planety   ciepłej,   wilgotnej,   z   atmosferą,   pełnej   życia.   My 
również   pragnęliśmy   zobaczyć   obce   światy.   Mieliśmy   nadzieję,   że 
spotkamy podobne do siebie istoty. Każdy z nas, zanim został astronautą, 
marzył o tym. I ustąpiliśmy Porcie.

Lecieliśmy  do tej gwiazdy cztery lata i znów straszliwe przeciążenia 

przyciskały nas do podłogi i dusiliśmy się w amortyzatorach. Ale mimo 
wszystko czuliśmy się znacznie lepiej niż na początku podróży. Widocznie 
jednak   przystosowywaliśmy   się.   I   dolecieliśmy   do   żółtego   karła   WK 
71016.

Tak,   gwiazda   WK   71016   miała   układ   planetarny.   Cztery   planety,   z 

których   jedna   posiadała   atmosferę   z   tlenem   i   była   trochę   większa   od 

background image

Ziemi.   Była to  piękna  planeta,   zielona  jak  Ziemia,  pokryta  oceanami   i 
rozległymi równinami. Nie znaleźliśmy na niej istot rozumnych, ale życia 
było pełno. Powiedziałem, że chcę ją nazwać imieniem Różeny. Nikt nie 
protestował.   Ale   planeta   powitała   nas   tak,   że   wzdrygam   się   na   samo 
wspomnienie o niej. Przyjęła nas wprost ohydnie. Porta tam został, nie 
wiemy nawet, gdzie jest jego grób, i została tam moja ręka, a Sierioża 
Zawiałow i Saburo Mikimi byli tak wyczerpani, że nie wytrzymali drogi 
powrotnej.

Spieszyło się nam bardzo. Pragnęliśmy trafić jeszcze w nasze czasy i do 

samego końca nie wiedzieliśmy, czy doświadczenie się udało. Trzy lata 
pędziliśmy z siedmiokrotnym przeciążeniem i o tym nie chcemy nawet 
wspominać. Potem odpoczywaliśmy rok na trzykrotnym przyśpieszeniu. 
„Muromiec” źle słuchał sterów i byłem zmuszony do lądowania wprost na 
Ziemię z pominięciem stacji nadziemnej. Było to upokarzające, ale nie 
chciałem ryzykować. Wylądowaliśmy pomyślnie. Długo nie mogliśmy się 
zdecydować   na   opuszczenie   statku,   a   potem   wsiedliśmy   do   swego 
helikoptera   i   polecieliśmy   do   ludzi.   I   dopiero   na   widok   Różeny 
zrozumiałem, że doświadczenie się udało.

Okrutne,   trudne   doświadczenie,   ale   się   udało.   Przywieźliśmy   nowe 

światy naszym współczesnym. Może cały wszechświat, jak marzył Larri 
Larsen.   To   nadzwyczajne   —   nie   dalekim   potomkom   u   stóp   własnych 
pomników,   lecz   bliskim,   kochanym   ludziom   swego   stulecia   móc 
podarować   klucze   Przestrzeni   i   Czasu.   Oczywiście,   jesteśmy   tylko 
wykonawcami.  Dziękujemy  ludziom,  którzy  stworzyli  teorię  grawitacji. 
Dziękujemy  ludziom, którzy zbudowali rakietę przelotową. Dziękujemy 
ludziom, którzy stworzyli nasz jasny i piękny świat i przyczynili się do 
tego, że jesteśmy takimi, jakimi jesteśmy.

Tylko ten Bykow i Gorbowski. Cóż, gdy wrócą, nas już nie będzie. 

Sądzę jednak, że się o to nie pogniewają.

Przełożyła J. Dziarnowska

background image

Włodzimierz Sawczenko

D

RUGA

 

WYPRAWA

 

NA

 

DZIWNĄ

 

PLANETĘ

I

Kosmaty   płonący   dysk   Najbliższej   gwałtownie   pogrążał   się   w 

żółtoczerwone szczerby horyzontu. Wraz z nią ginęły za skałami jaskrawe 
punkty   gwiazd.   Zachód   Najbliższej   trwał   najwyżej   pół   minuty.   Przez 
chwilę   gasnące   światło   odbijał   jeszcze   wiszący   nieruchomo   w   górze 
korpus astrolotu. Lecz wkrótce i on rozpłynął się w czarnej pustce.

— Popatrz no, Sandro — nie oglądając się wskazał głową Nowak — 

tam jest słońce. Trochę niżej „Fotonu–2”, widzisz?

— Widzę…
Przez   pewien   czas   śledzili   w   iluminatorach   bieg   bladej,   żółtawej 

gwiazdki. W kabinie zwiadowczej rakiety było ciemno i żaden z nich nie 
chciał naruszać milczenia.

Zabrzmiał   krótki   dźwięk,   rozjarzył   się   ekran,   na   którym   ukazała   się 

podniecona twarz Patricka Loy, dyżurującego w astrolocie.

— Kapitanie! Oni znowu nadawali coś tam o nas… Udało mi się to 

utrwalić. Przekazuję wizję w zwolnionym tempie.

…Ekran zamigotał parę razy. Pojawiły się mgliste, drgające linie, potem 

zaczęły się tworzyć i znikać szybkie jak błyski obrazy. Antoni Nowak i 
Sandro Reed wpatrywali się w nie z zapartym tchem.

Oto   ich   zwiadowcza   rakieta   z   wolna   opadająca   w   polu 

elektromagnetycznym   na   powierzchnię   Dziwnej   Planety…   Oto   dwaj 
ludzie przywarci do skał w niedorzecznych, pełnych napięcia pozach… 
Mignęły jakieś uproszczone i niezrozumiałe symboliczne znaki. Następnie 
(Nowak   wzdrygnął   się   z   zaskoczenia)   z   ekranu   wyjrzała   ku   niemu   — 
narastając   —   jego   własna,   przydługa   nieco   twarz,   wykrzywiona 
grymasem.  Twarz  śmiesznie  wyciągnęła  się,   potem  skurczyła jak piłka 
przydeptana nogą. Sandro parsknął śmiechem.

— To wczoraj, kiedy ich „rakieta” pikowała wprost na mnie — mruknął 

Nowak. — Uniosłem głowę… Aha, a teraz ty.

Tak, to była głowa Sandra Reeda, w przezroczystym hełmie skafandra. 

Rysy twarzy były karykaturalnie zniekształcone… Potem ukazała się na 
ekranie cała grupa: Maksym Licho, Patrick Loy i Juliusz Torrena — nisko 
schyleni posuwali się pod kątem ostrym do powierzchni planety… Znowu 
zamigotały   jakieś   symbole.   Za   nimi   na   ekranie   ukazała   się   lecąca 

background image

„rakietka”. Widać było wyraźnie cztery ostre wypukłości na dziobie, pasy 
ciągnące   się   jak   żebra   wzdłuż   cygarowatego   kadłuba,   zakończonego 
trzema   płaskimi   skrzydełkami,   które   przypominały   stabilizator   bomby 
dużego kalibru. „Rakietka” znikła. Zamiast niej na ekranie pojawiła się 
skupiona   twarz  Lo  We  ja  o  zmrużonych  oczach  i  rozwichrzonych  nad 
czołem prostych, twardych kosmykach włosów. Potem ekran zgasł.

— Przecież Lo Wej nie wysiadał z astrolotu! — krzyknął Sandro. — 

Jakim więc cudem?…

—   To   znaczy,   że   oni   obserwują   i   nasz   statek   kosmiczny.   Lo 

niejednokrotnie wychodził na zewnątrz, by skontrolować reflektory.

— Obserwują… — posępnie warknął Sandro. — A dlaczego sami się 

nie pokażą? Boją się nas czy co? Gdzież oni są? I jacy są? Dlaczego w 
tych wizjo—informacjach nigdy się nam nie pokażą? Tylko „rakietki”… 
Powiedz, Toni, czyście podczas pierwszej wyprawy też ich nie widzieli?

— Nie. Tylko „rakietki”. Zresztą wówczas te latające aparaty bardziej 

podobne były do samolotów o dużej szybkości niż do rakiet. Posiadały 
skrzydła i latały wykorzystując opór powietrza… No tak, ale wtedy była 
atmosfera   składająca   się   głównie   z   inercjalnych   gazów.   Były   piękne, 
mieniące   się   czerwono—zielonymi   barwami   zachody   i   wschody 
Najbliższej.   Gdzież   się   mogła   podziać   atmosfera   w   ciągu   zaledwie 
dwudziestu lat, nie mam pojęcia.

— Inercjalne gazy? .Hm, z glebą nie mogły się połączyć… Powiedz, 

czyście   nie   próbowali   wówczas   zmusić   do   lądowania   lub   strącić   tych 
„rakietek”?

Nowak milczał przez chwilę, po czym odrzekł głucho:
—   Próbowaliśmy…   Za   pomysł   ten   zapłacili   życiem   Piotr   Sławski   i 

Anna.   Wznieśli   się   na   stratoplanie,   by   rozwiesić   metalowe   sieci. 
„Rakietki” uszkodziły śrubę stratoplanu…

— Antoni… — Sandro zawahał się — powiedz: bardzo kochałeś Annę? 

—   Nowak   poruszył   się   w   ciemnościach,   lecz   nic   nie   odrzekł.   Sandro 
zmieszał się. — Wybacz, Toni, głupio spytałem…

W   tej   chwili   półtoragodzinna   noc   dobiegała   końca.   Najbliższa 

wyskoczyła zza horyzontu. Przez znajdujący się na przeciwległej ścianie 
iluminator chlusnął jak z reflektora snop jaskrawego światła. Wydobył z 
ciemności ostro zarysowane kontury dwóch siedzących w fotelach postaci. 
Jedna   z   nich  —   masywna,   z  mocno   osadzoną   i   pochyloną   w  zadumie 
głową; połyskiwały siwe, jakby wykute w marmurze włosy; oczy kryły się 
w   czarnych   cieniach   brwi.   Druga   —   młodzieńczo   wysmukła   — 
spoczywała   w   fotelu   z   głową   odrzuconą   do   tyłu;   na   jasnym   tle   ostro 

background image

rysował się profil: uparte czoło, cienki, lekko garbaty nos, miękkie linie 
ust i podbródka. Jaskrawe smugi światła wydobywały z ciemności część 
pulpitu   z   przyrządami,   stojak   z   na   pół   przezroczystymi   niezgrabnymi 
figurami, dół obciągniętej skórą ściany.

Na   zewnątrz   —   skały   zapłonęły   wielobarwnym   blaskiem.   Nowak 

potrząsnął głową i wstał.

— Czas już, chłopcze. Przygotuj się, pójdziemy zbierać minerały. — 

Potem lekko rozwichrzył na głowie Sandra czarne włosy. — Ach ty! Czy 
można kochać „nie bardzo”?

II

Planeta obracała się wokół swej osi tak gwałtownie, iż przy równiku siła 

odśrodkowa   niwelowała   niemal   siłę   przyciągania.   W   średnich 
szerokościach   geograficznych,   gdzie   nastąpiło   lądowanie   rakiety 
zwiadowczej,   wywoływało   to   swoisty   efekt   grawitacyjny:   stać   na 
powierzchni   planety   można   było   pod   kątem   pięćdziesięciu   stopni   w 
kierunku bieguna. Nowak i Reed gramolili się po skalistej płaszczyźnie, 
która piętrzyła się  aż do horyzontu jednolitą  kamienną  ścianą. Podczas 
niezręcznych skoków z kamienia na kamień w torbach grzechotały próbki 
minerałów.

W hełmie skafandra Nowaka zamigotał sygnał astrolotu.
— Kapitanie! — rozległ się śpiewny głos Lo Weja. — Słyszysz mnie? 

Przyszła nam do głowy pewna myśl… Słyszysz?

— Słyszę. Co takiego?
—  Na  falach,  na  których  odbieraliśmy   audycje tych  istot,  można   by 

nadać naszą wizjo—informację. Być może, iż pozwoli nam to nawiązać z 
nimi kontakt.

— Słusznie. Co zamierzacie nadać?
—   Wiadomości   o   systemie   słonecznym,   o   jego   miejscu   we 

wszechświecie,   o   Ziemi,   o   ludziach   na   niej,   o   naszych   budowlach   i 
naukowych badaniach. Torrena proponuje zapoznać ich z naszą sztuką. 
Oczywiście będziemy musieli nadać wizję w przyśpieszonym tempie, bo 
inaczej nic nie zrozumieją.

— Tak… — Nowak w zamyśleniu przystanął, chwytając się krawędzi 

skały.   —   Informacji   o   systemie   słonecznym   i   jego   współrzędnych 
nadawać nie należy. Resztę spróbujcie.

— Dlaczego, Antoni? — wmieszał się do rozmowy Sandro. — Przecież 

background image

trzeba ich zawiadomić, skąd jesteśmy!

— Nie, nie trzeba — uciął spór Nowak. — Jeszcze nie wiemy, kim oni 

są. O sztuce też chyba nie warto nadawać. Nie zrozumieją…

— Dobrze, kapitanie. To wszystko. Przystępuję do montowania filmu.
Lo Wej wyłączył się. Przez pewien czas posuwali się w milczeniu po 

rozległej   pustyni   skalistej.   Gwiazdy   świeciły   w   górze   i   pod   stopami. 
Bezdenna przepaść gwiezdna i oni kurczowo uczepieni skalistej ściany. 
Gwiazdy   zmieniały   swe   miejsca   tak   gwałtownie,   że   przyprawiało   to   o 
zawrót głowy. Długi lśniący korpus „Fotonu–2”, nieruchomo wiszący w 
górze na niewidzialnej uwięzi ciążenia, zdawał się być jedynym godnym 
zaufania punktem oparcia w przestrzeni.

Nowak spojrzał na Sandra i zobaczył kropelki potu na jego twarzy.
— — Odpoczniemy, chłopcze. — Mocniej wparł się plecami w głaz 

skalny i usiadł.

Uf! Zaiste, Dziwna Planeta. Gdzie jest „góra”, a gdzie „dół”? Trudno się 

zorientować…   —   Sandro   roześmiał   się,   przysiadł   tuż   obok   i   szukając 
wygodniejszej pozycji, nagle znieruchomiał.

— Antoni, patrz, „rakietki”. Na północnym zachodzie…
Nowak podniósł głowę.
— Widzę.
Wysoko,  w  gwiezdnej   pustce,  pojawiły  się  trzy  maleńkie  lśniące   jak 

srebro krople. Ich ruch przypominał olbrzymie płynne skoki: to spadały w 
dół, to nie dotykając powierzchni planety znowu ostro wzbijały się w górę 
i parły naprzód. Następnie zaczęły opisywać koła.

— A jednak w „rakietkach” nie ma żywych istot — jakby nawiązując do 

dawnego sporu, rzekł Sandro. — Żadna żywa istota, oprócz chyba bakterii, 
nie jest w stanie wytrzymać takiego przyśpieszenia. Popatrz, co robi!…

Jedna   z   „rakietek”   oddzieliła   się   od   pozostałych,   znikających   za 

horyzontem, i mknęła teraz ponad nimi bezszelestnie jak srebrzysty cień. 
Lecz nagle, jakby zderzyła się z niewidoczną przeszkodą, stanęła i zawisła 
w przestrzeni; potem zaczęła spadać ze wzrastającą szybkością na ostre 
zęby   skał…   Z   kolei   nastąpiło   coś,   co   przywodziło   na   myśl   bezgłośny 
wystrzał: „rakietka” wzbiła się nagle w górę, opisała tam pętlę i znowu 
zaczęła spadać w dół.

— Zupełnie jakby nas szukała…
—   Rzeczywiście!   —   Nowak   nacisnął   głową   guziczek   uruchamiający 

sygnalizację między nim a astrolotem. — „Foton–2”! „Foton–2!”

— Co robisz? — powstrzymał go Sandro. — Ona nas za—pelenguje!
— Nic groźnego. Przeprowadzimy z nią zaraz małe doświadczenie… 

background image

„Foton–2!”

— Słucham, kapitanie!
—   Patrick?   Włącz   system   zakłócający   fale   radiowe   i   nakieruj   w   to 

miejsce, gdzie jesteśmy. Na mój sygnał wyślesz promienie.

— Dobrze.
…   „Rakietka”   bezgłośnie   pikowała   wprost   na   nich   i   oślepiała   jak 

błyskawica przed uderzeniem gromu.  Serca Sandra i Antoniego  ścisnął 
niepokój. Srebrzysta kropla rozrastała się tak gwałtownie, iż wzrok nie 
potrafił   uchwycić   szczegółów.   Lecz   oto   „rakietka”   w   ostatnim   ułamku 
sekundy, który ją dzielił od rozbicia się o skałę, zahamowała i zawisła w 
pustce.   Na   skutek   potężnego   uderzenia   pola   elektromagnetycznego 
przekrzywił   się   horyzont   i   sylwety   skał   rozżarzyły   się   do   białości. 
„Rakietka”   wywróciła   kozła   i   strzeliła   w   gór”.   Sandro   i   Antoni 
jednocześnie głęboko odetchnęli.

—   Patrick!   —   znowu   zaczął   nadawać   Nowak.   —   Przełącz   system 

zakłócania fal radiowych na automatyczne kierowanie za pomocą moich 
bioprądów.   W   przeciwnym   razie   nic   z   tego   nie   wyjdzie…   I   włącz 
maksymalną energię promieniowania.

—   Gotowe!   —   natychmiast   zameldowano   z   astrolotu.   Ciemnoszarą 

ścianę   deszczu   błękitnie   połyskującą   nad  stepem   przecinały   oślepiające 
zygzaki błyskawic, Pięcioletni malec gnał boso po śliskiej trawie, rzadkim 
błocie,   kałużach,   wrzeszczał,   nie   słysząc   własnego   głosu   wśród 
nieustających grzmotów. Naraz bardzo blisko, przez ukośne strugi deszczu 
smagające   go   po   plecach,   przebił   się   jaskrawy,   błękitnoszary,   kulisty 
piorun.   Przejęty   paniczną   grozą   chłopczyk   rozciągnął   się   w   błocie   i 
zamknął oczy…

To wspomnienie z odległego dzieciństwa przesunęło się przed oczyma 

Nowaka,   kiedy   „rakietka”   powtórnie   zaczęła   na   nich   pikować.   Musiał 
wytężyć całą wolę, aby się skupić. „Nie przeoczyć odpowiedniej chwili… 
Nie pośpieszyć się”. Teraz już nie rozmyślał, lecz obliczał z zimną krwią i 
niezawodnie   jak   automat.   „Rakietka”   znajdowała   się   w   odległości 
zaledwie   kilkudziesięciu   metrów   od   skał,   zaraz   powinno   się   zacząć 
elektromagnetyczne hamowanie. Świadomość Nowaka skoncentrowała się 
w jednym nie wymówionym nakazie mózgu: „promienie!”

…System  zakłócający  odpowiedział  od  razu. Na spotkanie   „rakietki” 

rzucił się potężny chaos fal radiowych. Przez ułamek sekundy „rakietka” 
utraciła   zdolność   kierowania   —   i   z   olbrzymią   szybkością   wbiła   się   w 
głazy. Bezdźwięcznie zadygotał skalisty grunt. W ukośnych promieniach 
zachodzącej  Najbliższej  zamigotały  i  rozprysły  się  na  wszystkie  strony 

background image

odłamki „rakietki”. Mieszając się z lawiną kamieni, spadały „w dół”, w 
stronę równika.

Nowak zerwał się tak gwałtownie, iż omal nie stracił równowagi.
—   Szybciej!   —   krzyknął   do   Sandro.   —   Nim   zapadnie   ciemność, 

musimy znaleźć choć parę odłamków.

Tę szybko mijającą noc Nowak i Reed spędzili w laboratorium rakiety 

zwiadowczej. Nowak badał pod mikroskopem powierzchnię znalezionych 
odłamków, wodził po niej  ostrzem  elektrycznej  czułki, notował wyniki 
oscylografów. Z początku pomagał mu Sandro, przeprowadzając próbną 
analizę chemiczną materii „rakietki”, lecz potem, zmorzony zmęczeniem, 
usnął w miękkim fotelu.

Antoni   ciągle   jeszcze   spoglądał   przez   mikroskop   na   nierówne 

błyszczące   wzory,   domyślając   się   i   zarazem   odczuwając   lęk   przed 
sformułowaniem   swego   domysłu.   Brązowe   sześciokątne   komórki, 
splecione w przedziwną mozaikę; iskrzące się warstewki białego metalu, 
poprzerywane kręte żyłki–druciki, żółte przezroczyste kryształki…

Kiedy Najbliższa znowu wzbiła się w czarne niebo, Nowak podniósł 

zaognione,   przekrwione   od   wytężonego   wpatrywania   się   oczy   na 
drzemiącego Reeda i ostrożnie trącił go w ramię.

— Czy wiesz, Sandro, że zabiliśmy żywą istotę? I to znacznie wyżej 

zorganizowaną niż my, ludzie.

— Co? — Sandro szeroko rozwarł oczy. — Czyżby w „rakietce”…?
—   Nie,   nie   w   „rakietce”,   lecz   jak   powinniśmy   się   byli   domyślić 

wcześniej,  właśnie   „rakietki”   to   żywe  istoty.   I  prawdopodobnie   innych 
istot na tej planecie nie ma…

Po   szybie   iluminatora   żwawo,   niby   świetliki,   pełzły   gwiazdy.   Skały 

lśniły, spiętrzając się w pobliżu bieguna w górzystą ścianę. Tuż nad nimi 
wyleciała   zza   horyzontu   „rakietka”   i   pomknęła   „w   dół”   spadzistymi 
wielokilometrowymi susami.

— Jak to „zabiliśmy”? — cicho i niepewnie mruknął, spoglądając w 

bok, Sandro. — Przecież ja nie wiedziałem, że to zrobisz…

Nowak popatrzył na niego ze zdziwieniem, lecz nic nie powiedział.

III

…Ziemia   wyglądała   tak,   jak   zazwyczaj   widzą   ją   powracający   z 

ekspedycji   astronauci:   duża   kula   Spowita   w   błękitną   mgłę   atmosfery, 
poprzez którą niewyraźnie rysują się zielone i pstre plamy kontynentów i 

background image

wysp pośród sinoszarej tafli oceanu; białe czapy lodu na biegunach i jakby 
ich   przedłużenie,   białe   plamki   chmur.   Kontury   lądów   rozszerzają   się, 
rozbijają   na   mnóstwo   linii,   stają   się   namacalnie   wyraziste.   Oto   już 
horyzont   przybrał   kształt   czarny   o   chwiejnych,   mglistych   brzegach.   W 
dole gwałtownie przemykają masywy lasów, pocięte błękitnymi pasmami 
kanałów i cienkimi szarymi liniami dróg; skupiska maleńkich jak zabawki 
budowli, duże żółte kwadraty pól pszenicznych, kończący się stromymi 
skałami brzeg i — morze, morze bezkresne, mieniące się modrozielonymi 
falami roziskrzonej w słońcu wody.

…Lo Wej i Patrick Loy mknęli już ulicami Astrogrodu — obok kopuł i 

stumetrowych   masztów   Stacji   Radionawigacyjnej,   koło   lśniących 
plastykiem i szkłem domów mieszkalnych, obok gigantycznych hangarów, 
gdzie   montowano   nowe   rakiety.   Wszędzie   było   pełno   ludzi.   Jedni 
pracowali w hangarach, drudzy szli ulicami, inni grali w piłkę na placach 
w parku, kąpali się w dużych basenach. Wszyscy byli piękni: rośli, ubrani 
z prostotą, wspaniale zbudowani, o twarzach wesołych lub skupionych. To 
piękno twarzy, ciał i ruchów nie było przypadkowym darem przyrody, 
szczodrej dla jednych i nielitościwej dla drugich — było ono rezultatem 
dostatniego, higienicznego trybu życia, natchnionego pracą i twórczością 
wielu pokoleń… Brzegiem ulicy, objąwszy się, szły dziewczęta i śpiewały. 
Pod rozłożystym ciemnolistnym dębem zapamiętale grzebały się w piasku 
dzieci.

Za miastem zobaczyli skały, ukryte przedtem za domami. Lo i Patrick— 

pędzili   na   lotnisko,   ku   wylotowi   pięćsetkilo—metrowego   działa 
elektromagnetycznego, wymierzonego w Kosmos. Wznieśli się na dużą 
wysokość i teraz widzieli już w całości lśniącą metaliczną nić ciągnącą się 
prosto   od   Astrogrodu   do   najwyższego   wierzchołka   Himalajów   — 
Czomolungmy.   Oto   z   gardzieli   działa   w   rozrzedzoną   ciemnoniebieską 
przestrzeń wyleciał srebrzystą strzałą sznur towaro wych rakiet.

Ekran zgasł — film się skończył. Lo Wej i Patrick Loy sie dzieli w 

zaciemnionej   kabinie   astrolotu,   nie   odzywając   się   ani   słowem,   by   nie 
spłoszyć wrażenia wywołanego widokiem Ziemi. W pełnej napięcia pracy, 
pod naciskiem nieustannego potoku niezwykłych wrażeń astronauci mało 
myśleli o Ziemi. Świadomie starali się o niej zapomnieć. Ale teraz, gdy ich 
wezwała,   poczuli   tęsknotę…   Nie,   żadna   klimatyzacja   nie   zastąpi 
cierpkiego   zapachu   smolistego   igliwia   i   nagrzanych   słońcem   traw,   ani 
miliardy  kosmicznych kilometrów przebytych z szybkością zbliżoną do 
prędkości   światła   nie   zastąpią   ulicy,   po   której   można   spacerować   i   po 
prostu   uśmiechać   się   do   przechodniów;   najmądrzej   obmyślone   piękno 

background image

przyrządów i maszyn nigdy nie wyprze z ludzkiego serca rozrzutnej, ale 
gwałtownej i groźnej urody Ziemi…

—   A   jak   tam   mój   synek?   —   cicho   powiedział   Patrick.   —   Kiedy 

powrócą, będzie już zupełnie dorosły.

— Nie mówmy o tym — odrzekł Lo, zły na siebie i towarzyszy. — Jak 

myślisz, wystarczy to dla nich?

— Chyba tak… — Patrick westchnął i powstał.
— Ciekawe, dlaczego kapitan nie pozwolił nam wskazać gwiezdnych 

współrzędnych układu słonecznego. Wszystko w porządku, Lo, możesz 
nadawać.

To,   co   podczas   przeglądu   zajęło   pół   godziny,   w   teletransmisji 

przyśpieszonej   trwało   zaledwie   dwie   minuty.   Wielokierunkowe 
dwubiegunowe anteny „Fotonu–2” wysyłały fale elektromagnetyczne na 
wszystkie strony planety. Lo Wej na podstawie wielu obserwacji wiedział, 
o ile  szybciej  płynie czas dla istot  Dziwnej  Planety: aby uchwycić ich 
wizjo–informację,   trzeba   było   zastosować   ekrany   zwalniające   błyski 
obrazów na ułamki sekundy. Lo kilka razy powtórzył transmisję filmu, 
potem przełączył wszystkie wizjofony na odbiór i czekał.

W  radiokabinie   panowała   cisza   i   mrok.   Osiem   teleekranów   migotało 

słabo   z   powodu   zakłóceń.   Na   ścianie   świeciły   się   dwie   tarcze:   zegar 
ziemski,   który   uwzględniając   poprawki   wynikające   z   parodoksu 
zegarowego   odmierzał   czas   ziemi,   i   zegar   astrolotu.   Obecnie   ich 
wskazówki   ukazywały   ten   sam   czas…   Upłynęło   dziesięć   minut,   a   na 
ekranach nie było widać żadnych obrazów. Nagle podłoga kabiny lekko 
drgnęła, jak gdyby zapadając się pod nogami. Lo Wej spojrzał na zegarek: 
no tak, to elektromagnetyczna katapulta „Fotonu–2” przyjęła na pokład 
rakietę zwiadowczą z Nowa—kiem i Reedem.

…Na ekranie wiszącym z brzegu po lewej stronie zabłysnął i zniknął 

mglisty obraz. Lo Wej przyjął pełną napięcia i uwagi postawę i włączył 
aparat rejestrujący. Obraz znowu zamigotał, tym razem był wyraźniejszy: 
dwóch   ludzi   w   skafandrach,   którzy   przywarli   do   skał,   wisząca   w 
przestrzeni nad nimi „rakietka”. „Aha, to oni przekazują nam wiadomość o 
»rakietce«,   która   się   roztrzaskała”.   Ekran   pociemniał.   Przeczekawszy 
chwilę Lo Wej wyłączył aparat rejestrujący.

Wszystko   to,   co   nastąpiło   potem,   potoczyło   się   w   błyskawicznym 

tempie: Lo Wej ledwie zdążył nastawić dźwigienkę aparatu rejestrującego 
na   „wyłączone”   i   natychmiast   musiał   przerzucić   z   powrotem   na 
„włączone”.   Naturalnie,   że   na   taśmie   rejestrującej   nic   nie   zostało 
uchwycone   i   w   wydarzeniach,   które   po   chwili   nastąpiły,   czynność   Lo 

background image

Weja   sprowadziła   się   tylko   do   uświadomienia   sobie   tego,   co   zdążył 
zobaczyć…   Jednocześnie   zajarzyły   się   dwa   środkowe   ekrany.   Obrazy 
następowały po sobie kolejno: było to podobne do rozmowy dwóch istot. 
Na   ekranie   z   lewej   strony   zabłysnęła   uproszczona,   pozbawiona 
szczegółów, prawie symboliczna sylwetka astrolotu. Na ekranie z prawej 
strony   w   odpowiedzi   zamigotały   poszczególne,   przerywane   kadry   z 
nadanego filmu: zastygłe fale morza, ulica Astrogrodu, twarze ludzi, góry, 
rakiety wylatujące z lufy elektromagnetycznego działa. Ponieważ błyski 
światła na ekranie następowały zbyt szybko po sobie, obrazy nakładały się 
jeden na drugi, zlewały się w przedziwne sploty świetlistych konturów; Lo 
Wej rozróżniał je tylko dlatego, że wiedział, co one oznaczają… Drugi 
ekran   odpowiedział   paroma   niezrozumiałymi   sylabami.   Pierwszy   ekran 
ukazał astrolot (tym razem szczegółowo): z dysz umieszczonych na rufie 
statku kosmicznego wylatywały słupy płomieni. Na drugim — pojawił się 
wyraźny   obraz   ulicy   Astrogrodu   koło   Stacji   Radionawigacyjnej;   obraz 
zajaśniał i od razu zaczął blednąc: ściemniało błękitne niebo, rozpłynęły 
się maszty i kopuły stacji, domy i drzewa. Lecz zanim całkowicie znikły 
zarysy Ziemi, poprzez ekran przemknęła gromada „rakietek”.

Oba ekrany zgasły — „rozmowa” dwóch istot skończyła się wcześniej, 

niż Lo zdążył włączyć aparat rejestrujący. Lo w zdumieniu rozmyślał nad 
ostatnimi  błyskami  obrazów. „Co to było? Nałożone na siebie obrazy? 
Zdaje się, iż jedna z »rakietek« w swym locie okrążyła kontury kopuły 
Stacji   Radionawigacyjnej…   Wydawało   mi   się?   Albo…   I   potem 
przedmioty   chyba   znikały   nie   tak,   jak   to   było   zazwyczaj,   kiedy   gasną 
ekrany. Najpierw — jaskrawe niebo, potem — nieco ciemniejsze drzewa i 
budowle. Powinno być na odwrót… Przywidziało mi się? Albo — cóż one 
miały na »myśli«?”

Lo Wej czekał jeszcze parą godzin, lecz niczego więcej nie ujrzał.

IV

…Tak, zderzyliśmy się tu z życiem krystalicznym. Właśnie zderzyliśmy 

się, ponieważ nie byliśmy przygotowani do tego spotkania. Zbyt długo 
dominowało na Ziemi mniemanie, że możliwe jest tylko życie organiczne, 
że   najwyższym   przejawem   życia   jest   człowiek;   że   gdy   uda   się   nam 
spotkać z rozumnymi istotami w innych światach, to będą one niewiele 
różnić   się   od   nas,   powiedzmy,   formą   uszu   lub   rozmiarami   czaszki… 
Najbardziej radykalne umysły przypuszczały, że możliwe są wyższe formy 

background image

życia na podstawie innych elementów chemicznych: germanu lub krzemu 
zamiast   węgla,   fluoru   lub   chloru   zamiast   tlenu.   Wszystkie   poprzednie 
ekspedycje nie mogły ani podtrzymać, ani obalić tej hipotezy, albowiem 
człowiekowi nie udało się ujawnić dostatecznie złożonego życia ani na 
planetach systemu słonecznego, ani na innych światach. I kiedy po raz 
wtóry   udaliśmy   się   tutaj,   na   Dziwną   Planetę,   by   nawiązać   kontakt   z 
jakimiś   „niewidzialnymi”,   lecz   bez   wątpienia   rozumnymi   istotami,   to 
wyobrażaliśmy je sobie jako coś, co jest do nas podobne.

Przed odlotem załoga „Fotonu–2” zebrała się w sali konferencyjnej, by 

rozważyć   rezultaty   wyprawy.   O   swych   pracach   referowali   krótko,   nie 
wdając się w głęboką analizę: czekały ich cztery lata drogi, przeznaczone z 
konieczności   na   skrupulatne   opracowanie   wszystkich   danych 
zgromadzonych w ciągu dwumiesięcznego pobytu na Dziwnej Planecie, 
na   obliczenia,   spory   i   rozmyślania,   w   rezultacie   których   na   Ziemię 
przywieziona zostanie jasno i dokładnie sprecyzowana wiedza.

Sandro   Reed   —   najmłodszy   ze   wszystkich   —   wyliczył   znalezione 

minerały  i wyniki geologicznych obserwacji poczynionych na planecie. 
Maksym   Licho   —   niemłody   już,   rudowłosy   olbrzym   o   naiwnych 
niebieskich oczach, współtowarzysz Nowaka w czasie pierwszej wyprawy 
—   zaznajomił   zebranych   z   odkryciami   nie   znanych   dawniej   cząstek 
materii   w   promieniowaniu   Najbliższej.   Lo   Wej   skąpymi   słowy 
opowiedział   o   zarejestrowanym   wideopromieniowaniu   „rakietek”   i   o 
poczynionych wspólnie z Patrickiem Loy obserwacjach nad rodzajami ich 
ruchu   w   pustce.   Juliusz   Torrena,   szczupły   brunet   o   płonących   oczach, 
zapalił   się   do   tego   stopnia,   opowiadając   o   wynikach   badań   nowych 
grawitacyjnych i magnetycznych efektów związanych z szybkim obrotem 
Dziwnej Planety, iż musiano przerwać mu delikatnie. Nowak referował 
ostatni:

— Musieliśmy długo obserwować, by przekonać się o czymś, co jest 

oczywiste:   te   „latające   aparaty”,   owe   „rakietki”   są   właśnie   żywymi 
istotami   zaludniającymi   Dziwną   Planetę…   Dziwna   planeta   —   dziwne 
formy życia. Widocznie istoty te bliższe są nie nam, lecz raczej temu, co 
stworzone zostało rękami i rozumem człowieka: elektrycznym silnikom, 
fotoelementom,   rakietom,   elektronowym   mózgom   matematycznym, 
zmontowanym z przyrządów krystalicznych itd.

Nowak przez chwilę milczał w zadumie, potem ciągnął dalej:
—   W   dużym   przybliżeniu   tak   sobie   tłumaczę   różnicę   zachodzącą 

między nami a nimi: my składamy się z roztworów, one — z kryształów. 
Nas   „zmontowała”   przyroda   z   komórek,   które   są   niczym   innym,   jak 

background image

bardzo  złożonym roztworem różnych substancji i  związków w wodzie. 
Podstawą naszego życia jest woda, nasze tkanki w dwóch trzecich z niej 
się   składają.   „Rakietki”   zaś   składają   się   z   przeróżnych   złożonych   i 
prostych   kryształów   —   metalicznych,   półprzewodnikowych   i 
dielektrycznych.

I w tym tkwi sedno. Jak wam wiadomo, w roztworach elementarnym 

nosicielem   energii   są   jony.   W   kryształach   tym   nosicielem   energii   są 
elektrony.   I   cała   nie   do   przezwyciężenia   różnica   pomiędzy   naszym 
organicznym a ich krystalicznym życiem sprowadza się do prostego faktu 
fizycznego: przy równych nabojach elektrycznych jony posiadają tysiąc, 
dziesięć, a nawet sto tysięcy rasy większą masę niż elektrony… W nas 
wszystkie procesy życiowe — i w systemie nerwowym, i w mięśniach — 
zachodzą dzięki ruchowi i zamianie energii jonów i neutralnych molekuł, 
w   wyniku   przemiany   materii.   W   ich   ciałach   nie   zachodzi   przemiana 
materii — jedynie przemiana energii elektrycznej. My przyswajamy sobie 
energię niezmiernie okrężną drogą procesów chemicznych: rozkładając i 
utleniając   pożywienie.   „Rakietki”   mogą   odżywiać   się   bezpośrednio 
światłem   i   ciepłem   jako   krystaliczne   termo–   i   fotoelementy.   Tym 
sposobem   są   one   w   stanie   zgromadzić   w   sobie   olbrzymią   energię   i 
rozwijać zaiste kosmiczne szybkości…

Jednakże   główna   różnica   polega   nie   na   szybkościach   ruchu,   lecz   na 

szybkościach   procesów   wewnętrznych.   W   naszym   organizmie   każdy 
elementarny   proces   związany   jest   z   ruchem   ciężkich   jonów   i   cząstek, 
mówiąc   po   prostu   z   przemianą   materii.   Dlatego   nic   w   nas   nie   może 
przebiegać z szybkością większą od szybkości rozchodzenia się dźwięku 
w   wodzie.   Szybkość   zaś   elektronowych   procesów   zachodzących   w 
„rakietkach” ograniczona być może tylko szybkością światła. Na skutek 
tego ich rachunek czasu jest inny i wyobrażenie o świecie — inne.

Wszystko   to,   co   człowiek   osiągnął   w   wyniku   tysiącleci   pracy   i 

poszukiwań,   stało   się   w   sposób   naturalny   udziałem   organizmów 
„rakietek”.   Ruch   elektromagnetyczny,   telewizja,   prędkości   kosmiczne, 
radiolokacja, pojęcia o względności przestrzeni i czasu… Przed chwilą Lo 
Wej poinformował nas, że wspólnie z Patrickiem ustalili niewiarygodny 
fakt: „rakietki” w swym ruchu uwzględniają poprawki wynikające z teorii 
względności. A przecież zjawisko to można wyjaśnić w sposób prosty. 
Krystaliczne istoty poruszają się z szybkością do 20 km/sek., przeliczanie 
czasu jest u nich także dziesięć tysięcy razy dokładniejsze niż u człowieka. 
Dlatego   w   swym  zwykłym  ruchu   „wyczuwają”   one   to,   co   my,   ludzie, 
zaledwie   możemy   sobie   wyobrazić   —   zmianę   rytmu   czasu,   krzywiznę 

background image

przestrzeni,   wzrost   ciężaru   masy.   Prawdopodobnie   w   taki   sam   sposób 
„czują”   wiele   zagadnień,   od   których   nas,   ludzi,   dzielą   dziesięciolecia 
badań naukowych.

Nowak   zamilkł   i   usiadł.   Natychmiast   poderwał   się   Torrena,   odrzucił 

ręką włosy.

—  Antoni,   cóż   to   za  „życie”  bez   przemiany   materii?   Czy   można   to 

uważać za życie?

— Dlaczego nie? — wzruszył ramionami Nowak. — One poruszają się, 

rozwijają, wzajemnie się informują.

— Lecz jak się rozwijają? Jak wytworzyło się krystaliczne życie? Jak 

rozmnażają się te „rakietki”?

Nowak uśmiechnął się.
— Może byś jeszcze zapytał:  czy posiadają one rodziny i czy znają 

miłość? Nie wiem. Zbyt skąpą mamy o nich wiedzę.

—   Krystaliczne   istoty…   —   w   zadumie   powtórzył   Sandro   i   obrzucił 

spojrzeniem zebranych. Oczy i policzki mu płonęły. — Wyobraźcie sobie 
— w ciągu minuty mogą one wymyślić więcej niż ja w ciągu miesiąca. 
Cały   wodospad   myśli,   jakich   myśli…   Chciałbym   zostać   „rakietką” 
chociaż przez parę godzin.

— Poczekaj, Antoni — powiedział Patrick Loy. — Jeżeli to jest życie, 

jak twierdzisz, rozumne życie, to powinno być twórcze. Gdzież jest to, co 
one stworzyły? Przecież planeta ma dziki wygląd.

—   Myślałem   o   tym   —   skinął   głową   kapitan.   —   Problem   jest 

nadzwyczaj   prosty:   tym   krystalicznym   istotom   jest   to   niepotrzebne.   A 
więc zbędne są budynki i drogi, maszyny i przyrządy, gdyż rakietki są 
potężniejsze i szybsze od najsilniejszych maszyn, doskonalsze i czulsze od 
najbardziej skomplikowanych przyrządów. One nie przechodziły stadium 
cywilizacji maszynowej i nie będą przechodzić. Zamiast tego, by tworzyć i 
doskonalić   maszyny,   same   się   rozwijają.   W   poprzedniej   ekspedycji 
widzieliśmy   nie   „rakietki”,   lecz   „samolociki”.   Możemy   więc 
zaobserwować, jak się zmieniły w ciągu dwudziestu lat.

—   Czy   można   jednak   uważać   je   za   rozumne   istoty,   jeżeli   brak   jest 

jakichkolwiek śladów ich kolektywnej pracy? — zaoponował Loy. — A 
może są to jeszcze krystaliczne „zwierzęta”?

— Są. — Nowak uderzył dłonią po poręczy fotela. — Są ślady. Co 

prawda, nie wiem, czy można to nazwać tworzeniem… Mam na myśli 
zniknięcie   atmosfery   Dziwnej   Planety.   Widocznie   atmosfera 
przeszkadzała im w lataniu, uniemożliwiała rozwijanie dużych prędkości. 
„Rakietki” więc unicestwiły ją — i to wszystko…

background image

Loy nie chciał się poddawać.
— Jeżeli są one rozumnymi istotami, to dlaczego nie nawiązują z nami 

kontaktu? Dlaczego nic nie odpowiedziały na nasz film?

—   Otóż   tak,   Patrick…   —   Nowak   zamilkł   na   chwilę,   obmyślając 

odpowiedź. — Obawiam się, że jesteśmy dla nich czymś bez porównania 
bardziej   niezrozumiałym   niż   one   dla   nas.   Szybkość   myślenia   i   ruchu 
„rakietek” jest tak ogromna, iż obserwować nas jest im o wiele trudniej, 
niż nam śledzić wzrost drzewa. Pamiętacie, że „rakietki” musiały pikować, 
aby nas dokładnie obejrzeć?… Nie wiem, czy przypadkiem nie biorą one 
za żywą istotą naszego astrolotu i zwiadowczej rakiety, a nie nas samych.

Maksym   Licho   poprzez   przezroczystą   część   podłogi   spoglądał   na 

Dziwną Planetę. Ten jej obszar, nad którym wisiał astrolot, uchodził w 
noc.   Zygzakowata   granica   ciemności   zagarniała   coraz   większą   część 
planety,   aż   ta   całkowicie   pogrążyła   się   w   czarnej   przestrzeni.   Jedynie 
ostatnie iskierki — odbijające światło wierzchołki najwyższych skał — 
tliły się jeszcze przez pewien czas. Tą część planety, na której panował 
jeszcze dzień, grając jaskrawymi barwami światła, umykała wstecz.

Maksym podniósł głowę.
— Słuchaj, Antoni. Jeżeli domyślałeś się, że „rakietki” są rozumnymi 

istotami,   dlaczego   w   takim   razie…   nie   wiem,   jak   to   powiedzieć: 
zniszczyłeś czy też strąciłeś tę „rakietkę”? Nie trzeba było tego robić.

Nowak w zdumieniu uniósł brwi.
—   Należało   jednak   sprawdzić   przypuszczenie.   W   przeciwnym   razie 

odlecielibyśmy,   niczego   nie   rozumiejąc.   Ponadto   pamiętasz   chyba 
pierwszą wyprawę? One też potraktowały nas bezceremonialnie.

— Jednakże wówczas były to zupełnie inne „rakietki” niż obecnie. Jeśli 

się przyjmie twoje rozumowanie, to przecież one różniły się od obecnych 
tak, jak my od pitekantropusa. One rozwijają się z niesłychaną szybkością. 
Zabić istotę myślącą, posiadającą bardziej, być może, rozwinięty umysł od 
naszego… tego nie trzeba było robić. Cóż one pomyślą o nas, ludziach 
Ziemi? — Maksym pokręcił z dezaprobatą głową i z uporem powtórzył: 
— Tego nie należało robić.

Pozostali członkowie załogi milczeli. Nowak wstał z fotela.
— Sprawa jest jasna, trudno tak od razu uświadomić sobie to wszystko. 

No cóż, mamy przed sobą dużo czasu… Uważam naradę za skończoną. 
Teraz — głos jego nabrał metalicznego tonu — proszę przygotować się do 
startu

background image

V

Nowak pomylił się: czasu na rozmyślanie zostało niewiele.
Sandro Reed pierwszy zauważył dziwny statek. „Foton–2” nabierając 

prędkości już dziesiątą dobę okrążał Najbliższą i wchodził na inercyjną 
trajektorię. Członkowie załogi, przykuci do foteli czterokrotnym wzrostem 
ciężaru,   byli   w   przygnębiającym   nastroju   z   powodu   przymusowej 
bezczynności   i   bezruchu.   Sandro   wybrał   sobie   doskonałe   miejsce   — 
obserwatorium   —   i   badał   mgławice   gwiezdne.   I  on   właśnie   spostrzegł 
jakieś ciało, które częściowo zaciemniało zmniejszający się z każdą chwilą 
dysk Najbliższej. „Foton–2” dochodził już do prędkości przekraczającej 
40   000   km/sek.,   lecz   ciało   to   nie   pozostawało   w   tyle,   na   odwrót, 
przybliżało się. Oślepiające wybuchy antyhelu, spalającego się w dyszach, 
utrudniały należytą obserwację kształtów ciała.

Sandro wezwał kabinę nawigacyjną:
— Antoni! Trzeba zatrzymać motory.
— O co chodzi? — na ekranie widać było, jak Nowak ze zdumienia 

usiłował nawet unieść się w fotelu.

— Za nami mknie jakieś ciało…
Przy   wyłączeniu   motorów   automatycznie   poszły   w   ruch   dwa 

odśrodkowe   koła   rozpędowe,   umieszczone   na   dziobie   i   rufie   astrolotu. 
Wytworzyły   one   siłę   odśrodkową   ogromnej   masy   „Fotonu–2”   z 
szybkością   dziesięciu   obrotów  na   minutę:   było  to   wystarczające,  by   w 
mieszkalnych pomieszczeniach i pracowniach astrolotu stworzyć normalne 
odśrodkowe ciążenie.

Niebo za rufą robiło wrażenie stożka składającego się ze świetlistych 

kręgów przecinanych gwałtownie gwiazdami. Dysk Najbliższej opisywał 
jaskrawoogniste koło; W tym przyprawiającym o zawrót głowy wirującym 
wszechświecie   trudno   było   w   czymkolwiek   się   zorientować.   Nowak 
musiał przełączyć koła rozpędowe na wsteczny ruch, zahamować obrót 
astrolotu. W ciągu pół godziny niebo przybrało normalny wygląd.

Tego chyba nie można było nazwać „statkiem”. Raczej przypominało to 

gęsty rój składający się z paru tysięcy „rakietek”. Podobieństwo było tym 
większe,   iż   „rakietki”   poruszały   się   wewnątrz   roju,   który   przybierał   to 
formę kuli, to wydłużał się w formę elipsoidy. Ze środka roju wydobywało 
się   o   zmiennej   sile   światło.   Zachodził   rytmiczny   związek   pomiędzy 
zmiennością natężenia siły światła, zmiennością form roju i jego ruchem. 
Wywoływało   to   wrażenie,   jakby   jakieś   centralne   jądro   za   pomocą 

background image

wybuchów—impulsów popychało rój naprzód, wydłużając go w elipsoidę. 
Z kolei „rakietki” znowu przybierały kształt kuli.

Cała   załoga   zebrała   się   w   obserwatorium   i   w   milczeniu   śledziła 

zbliżanie się roju „rakietek”, który z każdym impulsem rósł w oczach.

—   Ciekawe,   jak   one   się   poruszają   —   rzucił   w   zamyśleniu   Maksym 

Licho.

— Kapitanie, one doganiają nas! — Lo Wej odznaczający się zazwyczaj 

zimną krwią i opanowaniem był jakby zaniepokojony. — Pozostało jakieś 
dziesięć—dwanaście   tysięcy   kilometrów…   Czyż   nie   czas   już   włączyć 
motory?

—   Poczekajmy   jeszcze   —   nie   odrywając   oczu   od   okularu,   odparł 

Nowak.

…Kiedy między ,,Fotonem–2” a rojem pozostało nie więcej niż tysiąc 

kilometrów,   luminiscencja   w   roju   nagle   ustała,   przez   co   stał   się   on 
niewidoczny w czarnej pustce Kosmosu. Sandro włączył radioteleskop: na 
ekranie ukazała się wisząca w przestrzeni kula z „rakietek”.

— Wydaje się, iż nie mają zamiaru atakować nas — z ulgą westchnął 

Torrena.

—   Zrozumiałe!   Mogły   to   z   powodzeniem   uczynić   na   Dziwnej 

Planecie… „Rakietki” zamierzają lecieć za nami do systemu słonecznego, 
tak to wygląda. — Nowak obrzucił pytającym wzrokiem zebranych. — Co 
o tym myślicie?

— To wspaniale! — Sandro wpadł w zachwyt. — Zaznajomić ludzi z 

tymi   krystalicznymi   istotami…   Oprzeć  z   nimi   stosunki   na   wzajemnym 
zrozumieniu   się   i   twórczej   współpracy.   Jakiż   kolosalny   postęp   w 
świadomości ludzi, jakież zmiany w ich historii!

—   Do   dyspozycji   „rakietek”   można   by   oddać   planetę   Merkury   — 

rzeczowo dodał Maksym Licho. — Warunki na niej podobne są do tych, 
jakie panują na Dziwnej Planecie. Niech tam założą kolonię… Wiem, co 
cię   niepokoi,   Antoni.   —   Maksym   spojrzał   wprost   w   twarz   kapitana   i 
pokręcił głową. — To próżne obawy. Ludzkość jest dostatecznie silna, by 
podołać im w razie czego. Lecz ja nie wierzę, by doszło do konfliktu. 
Myślące istoty zawsze znajdą sposób, by się wzajemnie zrozumieć…

Antoni Nowak zacisnął zęby i nic nie odpowiedziawszy, zwrócił się do 

Torreny:

— A ty, Juliuszu?
— Trzeba dokładnie zbadać, jak porusza się rój. — W czarnych oczach 

Torreny   płonęła   ciekawość   uczonego.   —   Brak   zamkniętej   konstrukcji, 
sądząc   po   wszystkim,   brak   antymaterii,   a   mimo   to   osiągnęły   one   już 

background image

prędkość   40   000   km/sek.   Ciekawe,   czy   potrafią   osiągnąć   szybkość 
zbliżoną do prędkości światła.

— Lo Wej?
Ten nie odpowiedział od razu.
— One nie chciały skontaktować się z nami, nie usiłowały nawet w jakiś 

sposób zawiadomić nas o tym, że będą za nami podążać… Trzeba być 
czujnym. Nie wierzę, by nie potrafiły przekazać informacji.

— A ty co o tym myślisz, Patrick?
— Mówiąc otwarcie, podoba mi się idea sprowadzenia ich na Ziemię. 

To wszystko… A ty jak sądzisz, kapitanie?

— Jak ja sądzę… — Nowak obrzucił zebranych wzrokiem i skandując 

poszczególne słowa odrzekł: — Za wszelką cenę musimy się ich pozbyć.

VI

Nowak   i   Lo   Wej,   goniąc   resztkami   sił,   ciągnęli   korytarzem   ku 

wejściowej   kabinie   elektromagnetycznej   katapulty   pojemnik   ze 
skroplonym   antyhelem.   Olbrzymia   masa   z   rozszczepialnego   materiału 
zawarta w niewielkim cylindrze przy każdym wstrząsie wyrywała się z 
rąk,   przy   lada   potknięciu   miotała   nimi   na   boki,   jakby   zamierzała 
zmiażdżyć o ścianę kruche ciało ludzkie. „Foton–2” mknął z szybkością 
zbliżoną do prędkości światła — potwierdziła się teoria wzrastania mas. 
Od nadmiernego wysiłku wściekle tłukło się serce, drżały ręce.

Spoza zamkniętych na głucho drzwi sali konferencyjnej dolatywały na 

korytarz   łomot   pięści   i   gniewne   krzyki:   pozostali   tam   Sandro   Reed, 
Maksym Licho,  Torrena   i  Loy.  Luk  wejściowej  kabiny   był już  blisko, 
kiedy Nowak opuścił pojemnik na podłogę, czując, iż w przeciwnym razie 
palce rozewrą się same. Po czym wyprostował się i głęboko wciągnął w 
płuca   powietrze.   W   tym   momencie   ustały   krzyki   i   hałasy   w   sali 
konferencyjnej.

— Oni coś planują — nadsłuchując powiedział Lo Wej. — Naradzają 

się…

Antoni pochylił się i uchwycił za brzeg cylindra.
— Raz, dwa, razem! — zataczając się z boku na bok znowu zaczęli wlec 

cylinder.

Wyrażona   wówczas   przez   Nowaka   myśl   wywołała   gorące   protesty. 

Podtrzymał go tylko Lo Wej”.

—   Tak,   ja   również   uważam,   że   narażamy   Ziemię   na   nieznane 

background image

niebezpieczeństwo’   —   Spróbował   opowiedzieć   o   tym,   co   zobaczył   na 
ekranach.   Ale   (Lo   Wej   nie   mógł   określić   dokładnie   swych   wrażeń) 
opowiadanie było zagmatwane i nikogo nie przekonało. Ponieważ jednak 
czas   naglił,   postanowiono   dyskusję   kontynuować   z   kabin.   Wszyscy 
rozeszli się na swoje miejsca. Nowak powrócił do kabiny nawigacyjnej i 
włączył   motory;   wtedy   miał   jeszcze   nadzieję,   ze   rój   „rakietek”   nie 
wytrzyma współzawodnictwa w szybkości.

Mijała czterdziesta doba nabierania rozpędu. ,.Foton–2” zbliżał się do 

prędkości   150   000   km/sek.,   jednakże   rój   nie   pozostawał   w   tyle. 
Gigantycznymi   skokami–wybuchami   dopędzał   astrolot,   gdy   tylko   ten 
oddalił się od niego o parę tysięcy kilometrów. Juliusz Torrena uważnie 
badał   widmo   wybuchów,   jednakże   mógł   tylko   stwierdzić,   że   to   nie 
antymateria. „Rakietkom” była znana jakaś inna zasada ruchu, nie mniej 
efektywna.

Dyskusja   o   tym,   jak   postąpić   z   „rakietkami”,   nie   wygasła,   lecz 

przeciwnie, zaostrzała się coraz bardziej. Astronauci prowadzili spór za 
pomocą wideofonów, pozostając w swoich kabinach; gdy kapitan na parę 
godzin   wyłączył   motory,   by   załoga   mogła   odpocząć   po   wysiłku 
związanym ze skuwającym ciężarem inercji, wszyscy zbierali się w sali 
narad i spór ciągnął się dalej.

— Nie tylko prowadzić je za sobą, lecz nawet wskazać im kierunek, w 

którym znajduje się układ słoneczny, oznacza wystawić ludzkość na cios 
— przekonywał Nowak. — Jest rzeczą śmieszną myśleć, że one zadowolą 
się planetą Merkury. One zagarną cały system…

— Dlaczego uważasz je za zaborców, Antoni? — wykrzyknął Sandro. 

—   Alboż   nas,   ludzi,   ciągnie   w   inne   światy   dążenie   do   podbojów? 
Zapewne wiedzie je żądza wiedzy…

— Wiedza nie jest nikomu potrzebna tak sobie z łaski na uciechę, lecz 

dla dalszego rozwoju życia, chłopcze. „Rakietki” ponadto muszą znaleźć 
w tym celu nowe ziemie. Wokół Najbliższej krąży tylko jedna planeta. Jest 
im już na niej zbyt ciasno. Kiedy ludziom dwieście lat temu zrobiło się 
ciasno   na   Ziemi,   zaczęli   zaludniać   planety   Mars   i   Wenus,   stworzyli 
atmosferę na Księżycu. A one nie mają się gdzie podziać.

—   W   układzie   słonecznym   wystarczy   miejsca   i   dla   nich,   i   dla   nas. 

Dlaczego   mamy   podejrzewać,   że   „rakietki”   będą   usiłowały   unicestwić 
ludzi? — wtrącił Patrick Loy.

— Dlatego, że ludzi i te krystaliczne stwory nic nie może łączyć — 

wtrącił   się   do   sporu   Lo   Wej.   —   Majaczenie   uszkodzonej   maszyny 
elektronowej ma więcej wspólnych cech z naszym myśleniem, ponieważ 

background image

mimo wszystko jest ona dziełem ludzkich rąk i mózgów. A „rakietki”… 
one nie znają naszych uczuć, nie są w stanie zrozumieć naszych myśli. My 
zasadniczo   różnimy   się   od   nich.   Nam   potrzebne   jest   powietrze   — 
„rakietkom” przeszkadza ono w lataniu. Nam niezbędna jest woda — dla 
nich jest ona mało istotna. Nam potrzebny jest organiczny pokarm — im 
energia świetlna.

— Czcza gadanina! — rozległ się pewny siebie bas Maksyma Licho. — 

Myślących istot nie może dzielić przepaść. One zrozumieją nas.

— Z tego powodu sytuacja nasza nie będzie łatwiejsza! — Cienki głos 

Lo   Weja   po   basie   Maksyma   brzmiał   niepewnie.   —   One   dojdą   do 
przekonania,   że   jesteśmy   grudkami   galaretowatej   materii   ze   znikomo 
małym zapasem energii wewnętrznej, z żółwim tempem myśli i ruchów. 
Pojmą,   że   ludzie   to   istoty   niedoskonałe,   śmiesznie   nieudany   twór 
przyrody,   i   nie   będą   też   czuły   do   nas   ani   sympatii,   ani   litości,   ani 
współczucia…

Kiedy po odpoczynku wszyscy rozeszli się do swoich kabin, Nowak z 

rozpaczą   w   duszy   pojął,   że   załodze   nie   uda   się   osiągnąć   wspólnego 
poglądu.

…Był   moment,   który   zadecydował   o   dalszym   rozwoju   wypadków. 

Nowak przypomniał sobie o tym właśnie teraz, kiedy wisząc w pustce 
wylotu   katapulty   elektromagnetycznej   umacniał   pojemnik   na   dziobie 
rakiety zwiadowczej.

Zdarzyło się to w sześćdziesiątej ósmej dobie nabierania rozpędu przez 

astrolot.   „Foton–2”   miał   wykonać   ostatnie   okrążenie,   by   wejść   na 
trajektorię inercyjną. Nowak pogrążony w drętwocie siedział w kabinie 
nawigacyjnej   przed   przyrządami:   cała   walka,   która   rozgorzała   w 
astrolocie, skupiła się teraz w nim, w jednym lekkim ruchu palców prawej 
ręki. Mały zwrot rączki regulatora, nieznaczny wysiłek kciuka i dwóch 
palców — wskazującego i środkowego — i do dysz znajdujących się na 
rufie po prawej stronie zacznie napływać trochę więcej paliwa jądrowego; 
akurat   tyle,   by   statek   kosmiczny   mógł   z   bezpieczną   dla   jego   załogi 
prędkością odchylać się coraz bardziej na lewo od kursu.

Jeden ruch dźwignią…  Wskaże on „rakietkom”‘  kierunek ku słońcu. 

Zapewne nie będą dalej leciały w ślad za „Fotonem–2”‘, lecz prześcigną 
go   i   wyminą.   „Nie   potrafimy   nawet   uprzedzić   o   tym   Ziemi.   A   kiedy 
pojawią się one w układzie słonecznym, ‘wydarzenia rozwijać się będą z 
błyskawiczną szybkością. W tym samym czasie, w którym ludzie zaledwie 
zdążą je ujrzeć, »rakietki« potrafią podjąć decyzję i zacząć działać. Ich dni 
odpowiadają naszym sekundom… Co postanowią? I jakie będą skutki?…”

background image

Na   ruchomej   taśmie   z   mapą   gwiezdną,   na   której   samoczynne   pióro 

nakreślało kurs astrolotu, czerwona linia w widoczny sposób zaczęła się 
odchylać w prawo od niebieskiej, wytyczającej prawidłową drogę. Nowak 
jak   zahipnotyzowany   spoglądał   na   samoczynne   pióro,   które   pełzło   po 
kratkach skali, odliczając miliony kilometrów… „No, Antoni, zobaczymy, 
czy   słusznie   postąpiłeś.   Czy   potrafisz   sprostać   ogromnej 
odpowiedzialności,  czy  też dasz się  unieść  fali  wydarzeń?” jeszcze raz 
przebiegł   w   myśli   wszystkie   obserwacje   i   domysły,   ponownie   przeżył 
chwile, kiedy za pomocą mikroskopu i elektrycznej czułki badał odłamki 
„ciała   rakietki”,   znowu   rozważył   wszystkie   dowody   i   kontrargumenty 
Maksyma, Sandra, Patricka Loy i Torreny…

Rączka   regulatora   pozostała   w   tej   samej   pozycji.   Obecnie   astrolot   z 

każdą   sekundą   oddalał   się   o   setki   tysięcy   kilometrów   od   krzywej 
inercjalnej.   Duszę   Nowaka   ogarnął   niepokój:   teraz   cały   problem,   jak 
postąpić z rojem krystalicznych istot, sprowadzał się do ściśle fizycznego 
zadania. Zadanie to należało jak najszybciej rozwiązać.

„A zatem mamy następujące dane: dwa ciała, odległe od siebie o tysiąc 

kilometrów, lecą w pustce z podświetlną prędkością… Od ciała lecącego 
na czele odłącza się pewien przedmiot: nabierając prędkości mknie, aby 
spotkać   się   z   drugim   ciałem…   W   jakim   nastąpi   to   momencie?   I   czy 
przyniesie to pożądany wynik przy tej prędkości, z jaką mkną obecnie 
astrolot i rój?…”

Nowak   niezdecydowanie   popatrzył   na   stojący   obok   plastykowy 

sześcian, w którym ukryty był robot–operator, i przecząco pokręcił głową: 
takie zadanie nie zostało przewidziane w programach robota. A układać 
nowy program?… „Chyba prostszą rzeczą będzie, gdy sam to rozwiążę”. 
Nowak przysunął do siebie kartkę papieru i zagłębił się w obliczeniach. Za 
parę   godzin   miał   już   wynik:   największą   pewność   prawidłowego 
wykonania   tego   zadania   dawała   jedynie   szybkość   odpowiadająca   0,9 
prędkości   światła…   A   więc   jeszcze   przez   cztery   doby,   według 
wewnętrznego rachunku czasu, będą pracować motory.

…Sandro pierwszy zauważył odchylenie od kursu; przewody łączności 

przekazały z obserwatorium do kabiny nawigacyjnej jego strwożony głos:

—   Antoni,   co   się   stało?   Zeszliśmy   z   kursu.   —   Nowak   spojrzał   na 

szybkościomierz:   0,86   prędkości   światła.   „Wcześnie   zauważył…   — 
pomyślał z przykrością. — Potrzeba jeszcze około trzynastu godzin, by 
nabrać odpowiedniej prędkości. No, zaczyna się…”

— Zaraz wyjaśnię, Sandro. — Nowak włączył wszystkie kabiny. — 

Uwaga! Uwaga! Astrolot leci pod kątem 42 stopni do kursu na gwiazdę 

background image

Beta   w   Wielkiej   Niedźwiedzicy.   Zewnętrzna   szybkość   —   260   000 
km/sek… subiektywna prędkość — 585 000 km/sek…

— To cios w plecy! — rozległ się pełen wściekłości krzyk Patricka Loy. 

— Chcesz, abyśmy nie wrócili na Ziemię?

—   Nie   udało   się   nam   oderwać   od   roju   „rakietek”   —   mówił   dalej 

Nowak. — Za trzydzieści godzin podejmiemy próbę unicestwienia roju…

—   Nie   zrobisz   tego!   —   w   głośniku   zabrzmiał   głos   Maksyma.   — 

Oszalałeś   chyba!   —   Na   ekranie   było   widać,   jak   Maksym   usiłował 
podnieść się, lecz przytłoczony ciężarem własnego ciała, runął z powrotem 
na fotel. „A więc dwóch… Dopóki pracują motory, nikt nie będzie mógł 
nic uczynić…”

— To hańba! Niesłychana zdrada!
„Trzech…   I   Torrena   z   nimi.   Szkoda,   jego   obserwacje   ruchu   roju   są 

obecnie bardzo potrzebne”.

— To zemsta! — Głos Sandra drżał z oburzenia. — Wiem, on mści się 

na   „rakietkach”   za   pierwszą   wyprawę,   za   to,   że   wówczas   na   Dziwnej 
Planecie zginęła Anna Nowak.

„Czterech… I chłopiec z nimi. Źle… — Nowaka na sekundę ogarnął 

strach.   —   Czyżbym   miał   sam   pozostać?   Sam   nie   podołam…   Wtedy 
pozostanie tylko jedno: astrolot nie zboczy z tej drogi. I powrót na Ziemię 
stanie się niemożliwy…” Nowak mówił dalej:

— Do naszej dyspozycji pozostało około pięćdziesięciu godzin według 

subiektywnego czasu. Jeśli w tym czasie zdążymy zniszczyć rój, zapasy 
antyhelu wystarczą dla wprowadzenia astrolotu na trajektorię inercjalną. 
W przeciwnym razie „Foton–2” nie doleci do układu słonecznego.

—  Nieprawda!   —  krzyknął   Torrena.   —   Posiadamy   o   wiele   większy 

zapas antyhelu. Wystarczy go na miesiąc odchylenia.

— Należy liczyć się z tym — zaprzeczył Nowak — że część antyhelu 

stracimy na unicestwienie „rakietek”… — Nowak zamilkł na chwilę. — 
Proponuję,   by   członkowie   załogi   zaprzestali   bezpłodnej   dyskusji…   Po 
zatrzymaniu motorów wszyscy zbiorą się w sali narad dla opracowania 
planu działania.

— Jestem z tobą, Nowak! Słyszysz? — odezwał się Lo Wej. W jego 

cienkim   głosie   dźwięczało   nieustępliwe   zdecydowanie.   —   Masz   rację, 
jestem z tobą.

I natychmiast z innego głośnika krzyknął Maksym Licho: — Was jest 

dwóch, nas — czterech. Nie damy wam popełnić przestępstwa! Słyszycie, 
nie damy!

background image

…Oczywiście,  iść  do sali   konferencyjnej   nie  miało  żadnego  sensu.  I 

Nowak   popełnił   jeszcze   jedno   przestępstwo,   o   którym   pamięć 
prześladować go będzie przez całe życie. Nowak telefonicznie poprosił Lo 
Weja, by przybył nieco później do Ogólnej sali. Spotkał się z nim przy 
drzwiach. Lo Wej był blady, lecz zdecydowany.

— Co zamierzasz robić?
— Przede wszystkim zamknąć ich tutaj. — Antoni kiwnięciem głowy 

wskazał   na   drzwi   sali   konferencyjnej.   —   Inaczej   będą   nam 
przeszkadzać…

— Jak można, Nowak… — Lo Wej nachmurzył się i opuścił głowę. — 

Przecież to… — z trudem wygrzebał z pamięci zapomniane niemal słowo 
— oszustwo. Mamy przed sobą jeszcze cztery lata wspólnego lotu. Czy 
będziemy mogli spojrzeć im w oczy?

—   Innego   wyjścia   nie   ma   —   głucho   odparł   kapitan.   —   Być   może, 

później   zrozumieją,   że   uczyniliśmy   to   w   interesie   ludzkości…   No,   do 
dzieła!

W   górnej   części   ściany   mieściły   się   hermetyczne   „drzwi 

bezpieczeństwa”, z których dotąd ani razu nie korzystano: przewidziano je 
we  wszystkich   kabinach  astrolotu   na  wypadek,  gdyby  meteoryt  przebił 
pancerz statku i powietrze z korytarza zaczęło ulatniać się w przestrzeń 
kosmiczną.   Nowak   rozbił   szkło   automatu,   uruchamiającego   drzwi, 
poruszył odpowiednimi dźwigienkami i jednolita płyta lśniącego pancerza 
miękko zjechała po wyżłobieniach na dół. Lo Wej na głucho przykręcił 
dwa rygle — na górze i na dole…

Wszystko to zostało wykonane tak szybko, że w sali nikt nie zdążył się 

zorientować, co się dzieje. Skoro jednak tylko Nowak oderwał rękę od 
automatu,   przytłoczyło   go   natychmiast   nigdy   nie   doznawane   uczucie 
nikczemnej   podłości;   coś   niepojęcie   brudnego   i   mętnego   wtargnęło   w 
jasny świat jego myśli i uczynków. Tam, poza drzwiami, znajdowali się 
towarzysze,   z   którymi   niejedno   przeżył,   razem   pracował,   dzielił   myśli, 
niebezpieczeństwa   i   radość   sukcesów.   Pełen   ognia,   wiecznie 
entuzjazmujący   się   nowymi   ideami   Torrena   i   opanowany,   mądry 
eksperymentator   Patrick   Loy;   Maksym,   z   którym   wspólnie   przeżył 
niepowodzenie   i   rozpaczliwy   smutek   pierwszej   wyprawy   na   Dziwną 
Planetę; chłopięcy Sandro… Antoni spojrzał na Lo Weja i w oczach jego 
dojrzał do samo: obrzydzenie, wstręt do niego i do samego siebie.

Reakcja była tak silna, że omal nie rzucili się razem, by odryglować 

drzwi. Lecz po chwili zapanowali nad sobą.

background image

VII

—   Antoni,   dlaczego   nadałeś   astrolotowi   aż   taką   prędkość?   Trudny 

przecież będzie powrót na wytyczoną trajektorię..

—   Dlatego,   by   unicestwić   rój   bez   pudła…   Tak   wypadło   według 

obliczeń… — kapitan dyszał ciężko, przed chwilą bowiem uporał się z 
ustawieniem pojemnika z antyhelem na dziobie rakiety i właśnie teraz, 
wspierając   się   o   ściankę   kabiny,   zdejmował   skafander.   —   Otóż   nasza 
rakieta zwiadowcza nie może rozwijać większego przyśpieszenia niż jeden 
kilometr na sekundę w sekundę… Przy małych prędkościach „Fotonu–2” i 
roju zdoła ona przebyć tę odległość w przeciągu 45–50 sekund. A to jest 
ogromny  szmat  czasu dla aparatu poznawczego „rakietek”,  które zdążą 
zauważyć  i   okrążyć   rakietę   lub   po   prostu   rozprysnąć   się   na   wszystkie 
strony. Trudno to  przewidzieć.  Musielibyśmy  wypuścić olbrzymi  nabój 
antyhelu   —   niemal   połowę   naszego   zapasu.   Astrolot   znalazłby   się   w 
niebezpieczeństwie, wybuch mógłby go uszkodzić, rozumiesz?

—   Zdecydowałeś   się   więc   wykorzystać   efekty   wynikające   z   teorii 

względności? — skinął głową Lo Wej, nie odrywając wzroku od pulpitu z 
przyrządami   sterowniczymi:   nastawił   je   na   automatyczną   pracę.   — 
Zmniejszenie tempa czasu, zwiększenie inercjalnej masy „rakietek”?

—   Tak   i   wzrost   wzajemnej   prędkości…   Wygrywamy   na   czasie 

sześciokrotnie.   W   tym  przypadku   nawet   jeśli   „rakietki”   zdążą   dostrzec 
lecące naprzeciw ciało, nie potrafią uchylić się… Wszystko gotowe?

— Gotowe. — Lo Wej wstał, obrzucił ostatni raz wzrokiem przyrządy i 

w zamyśleniu powtórzył: — Wszystko gotowe.

Przez   kabinę   łączącą   wyszli   z   rakiety   na   korytarz   astrolotu.   Nowak 

włączył   prąd   do   magnesów   elektrycznych:   teraz   rakieta   zwiadowcza 
spoczywała   w   wylocie   katapultj   elektromagnetycznej,   związana   z 
„Fotonem–2” tylko siłą ciążenia.

Antoni i Lo skierowali się na czoło astrolotu, do pulpitu z przyrządami 

kierującymi   katapultą.   Dudniąca   cisza   zalegająca   korytarz   czujnie 
wsłuchiwała się w odgłos drobnych kroków. Lo Wej zatrzymał się przy 
drzwiach ogólnej sali.

— Spójrz, Antoni!
— W pancernej płycie ziała owalna wyrwa o nierównych, pokrytych 

bąblami   roztopionego   metalu   brzegach.   Lo   Wej   wsunął   w  nią   głowę   i 
rozejrzał się po sali — nikogo w niej nie było. — Wycięli za pomocą 
prądu…   —   Nowak   dotknął   brzegu   dziury   palcami.   —   Teraz   oni   nas 

background image

poszukują. Chodźmy szybciej.

Niebo za astrolotem składało  się z koncentrycznych świetlistych kół, 

zakreślonych   gwiazdami.   Najbliższa   zagubiła   się   gdzieś   w   wirującej 
przestrzeni. W tym miejscu, gdzie zbiegały się kręgi gwiezdne, leciał w 
ciemnościach   rój   „rakietek”.   Lo   Wej   skierował   na   niego   paraboliczne 
anteny radioteleskopów. Na ekranie pojawiła się kula złożona z mnóstwa 
punkcików.   Można   było   zobaczyć,   jak   „rakietki”   powoli   poruszały   się 
wewnątrz roju.

…Minęło   nie   więcej   niż   cztery   wewnętrzne   godziny   od   chwili 

zatrzymania   motorów,   jednakże   Nowaka   nie   opuszczało   pełne 
zniecierpliwienia pragnienie: szybciej, szybciej skończyć z tym! Czuł się 
już znużony na skutek napięcia nerwowego… Lo w skupieniu dokładnie 
wymierzał odległość pomiędzy astrolotem a rojem, by automatom rakiety 
przekazać ostateczne poprawki.

— No? — zapytał Nowak.
—   Zaraz…   —   Lo   Wej   przekręcił   parę   gałek   na   pulpicie,   potem 

przypomniawszy coś sobie, uniósł głowę. — Antoni, należy ich uprzedzić, 
że zaraz nastąpi szarpnięcie.

— Słusznie! Pokaleczą się jeszcze — kapitan kiwnął twierdząco głową i 

włączył mikrofon. — Uwaga! Maksym, Sandro, Loy, Torrena, słuchajcie! 
Za parę sekund na astrolocie nastąpi wstrząs o sile równej w przybliżeniu 
trzykrotnemu   przyśpieszeniu   ciążenia   ziemskiego…   Uwaga! 
Gdziekolwiek   się   znajdujecie,   zapnijcie   pasy   bezpieczeństwa   lub 
uchwyćcie za poręcze foteli.

W tym momencie rozległy się uderzenia o drzwi kabiny nawigacyjnej. 

Nowak zbity z tropu spojrzał na Lo Weja.

— Nie słyszeli nas. W tej części korytarza nie ma głośników. Co robić? 

—   zawahawszy   się   sekundę   podszedł   do   drzwi,   jednym   szarpnięciem 
otworzył je i nie pozwalając się im opamiętać, ryknął ogłuszająco:

—   Odejdźcie   od   drzwi!   Uchwyćcie   za   poręcze!   Zaraz   nastąpi   silny 

wstrząs!

Była   to   cała   ich   czwórka   —   Maksym,   Patrick,   Sandro   i   Torrena   — 

ciężko dyszeli, wściekłość malowała się na ich twarzach. Przez chwilę, 
stall   zmieszani,   lecz   natychmiast   w   milczeniu   rzucili   się   do   kabiny 
nawigacyjnej.

— Lo, włączaj — ostatnim wysiłkiem powstrzymując napór, krzyknął 

Nowak.

Podłoga korytarza, na której stali, przekształciła się nagle w pionową 

ścianę i cała piątka poleciała na łeb na szyję „w dół”. Nowak w locie 

background image

spróbował dosięgnąć poręczy w ścianie, lecz źle obliczywszy, uderzył w 
nie   łokciem   i   od   ostrego   bólu,   który   przeszył   rękę,   o   mało   nie   stracił 
przytomności. Po chwili katapulta elektromagnetyczna wyrzuciła rakietę 
zwiadowczą w przestrzeń, przyspieszenie ustało, podłoga wróciła znowu 
na miejsce. Przekoziołkowawszy parę razy, Antoni rozciągnął się na niej 
jak długi. Tuz obok ciężko runęło ciało Maksyma.

Natychmiast,   zapomniawszy   o   bólu,   zerwali   się   na   nogi,   wdarli   do 

kabiny nawigacyjnej i w milczeniu przywarli do szkła iluminatora. Pośród 
gwiezdnych   kręgów   w   przestrzeni   rakieta   zwiadowcza   widoczna   była 
dzięki   wydobywającym   się   z   dysz   płomieniom   jak   nieco   jaskrawsza, 
oddalająca się gwiazdka. Na ekranie radioteleskopu można było zobaczyć, 
ze wewnątrz roju zaczął się jakiś ruch. Punkty „rakietek” poruszały się po 
spirali, w centrum roju pojawił się prześwit, widocznie krystaliczne istoty 
zauważyły   mknące   im   naprzeciw   ciało   i   postanowiły   je   przepuścić. 
Jednakże   automat   zegarowy   na   pojemniku   zrobił   swoje   stłoczony   pod 
ciśnieniem   tysiąca   atmosfer   antyhel   wyrwał   się   z   cylindra.   Teraz   na 
spotkanie „rakietek” mknął niszczący obłok antymaterii.

Wszyscy na mgnienie oka zamarli, oczekiwali na wstrząs odrzutu, który 

miał   oznaczać,   że   załadowany   antyhelem   jonolot   został   wyrzucony   w 
przestrzeń. Nagle zabrzmiał pełen niepokoju i radości okrzyk Lo Weja:

— Oh! Patrzcie, co one robią.
W   tej   chwili   można   to   było   zobaczyć   nie   tylko   na   ekranie 

radioteleskopu,  lecz i  gołym okiem  poprzez iluminatory:  rój  „rakietek” 
ożył i zajarzył się światłem. Zaczął on jakby rozpływać się — „rakietki” 
uchodziły na wszystkie strony od centrum. Rój rozwinął się jak gdyby w 
lśniący świątecznie pąk kwiatu, który natychmiast przekształcił się w duży 
pierścień…

—   Zrozumiały   niebezpieczeństwo.   Przygotowują   się…   —   Lecz   oto 

„rakietki”   znowu   zwarły   się   w   ciasną   kulę;   w   jej   wnętrzu   zamigotały 
błyski.   W   pierwszej   chwili   astronauci   nie   zrozumieli,   dlaczego   każdy 
następny błysk był bardziej mglisty niż poprzedni.

— Uchodzą — głęboko odetchnął Maksym.
…Wkrótce   trudno   było   rozróżnić   pośród   szybko   wirujących   gwiazd 

rytmicznie rozjarzający się punkcik. Wreszcie na ekranie radioteleskopu, 
blednąc z każdą chwilą, zupełnie rozpłynął się obraz roju. Astronauci w 
milczeniu spozierali na siebie; wydarzenie nakazywało im zapomnieć o 
niedawnej kłótni.

— Czyżby się przestraszyły? — Loy ze zdumienia wzruszył ramionami.
— Nie, one pojęły… — pogrążony w zadumie odezwał się Maksym. — 

background image

Przestraszyły się. Parę „rakietek” z tego roju bez trudu mogłoby rozbić 
nasz   astrolot.   One   zrozumiały   nas.   Nawet   nie   jest   to   właściwe   słowo 
„pojęły”…   „Rakietki”   widocznie   dawno   już   zrozumiały,   kim   jesteśmy. 
Być może, że jeszcze na Dziwnej Planecie. Sądząc po tym, że z odległości 
tysiąca kilometrów zdołały się zorientować w wydarzeniach zachodzących 
w astrolocie, nie przedstawiało to dla nich żadnego problemu… Jednakże 
dopiero teraz po raz pierwszy wzięły nas na serio. Tak, tak. — Maksym z 
uporem potrząsnął głową. — One pojęły, że jesteśmy nie tylko „czymś”: 
żywą materią, składającą się z białka, lecz i „kimś”. Antoni miał rację: dla 
„rakietek”   było   to   bez   porównania   trudniejsze   zadanie   niż   dla   nas… 
Słowem, zrozumiały, że spotkały się z wysoko rozwiniętą myślącą formą 
życia: życia, które rozwija się według własnych praw, dążąc ku własnym 
celom.   Zrozumiały,   że   życiem   tym   nie   wolno   im   ani   pogardzać,   ani 
bezceremonialnie w nie wkraczać. Trudno powiedzieć, co im wpoiło taki 
dla   nas   szacunek:   wymierzony   na   rój   jonolot   z   antyhelem   czy   nasza 
walka? Jak się zapatrujesz na to, Antoni?

— Uważam… nie mogę być waszym kapitanem. Wybierzcie innego.
— Nie przesadzaj, Antoni. — Patrick Loy odparł z urazą w głosie. — 

Ostatecznie każdy z nas bronił swego punktu widzenia, jak mógł.

— I na razie nie wiadomo jeszcze, po czyjej stronie jest słuszność — 

dodał Torrena.

—   Toni   wstydzi   się   tego,   o   czym   myśmy   już   zapomnieli…   — 

podrapane   policzki   Sandra   rozciągnęły   się   w   filuternym   uśmiechu.   — 
Przecież już nikt nie pamięta, jak myśmy… jak nas… oj! no, słowem… — 
Ogólny śmiech zmieszał go jeszcze bardziej.

— Nie myśl o tym, Antoni, ot i wszystko. Oczywiście. — Maksym 

łagodnie położył dłoń na ramieniu Nowaka. — Przecież w końcu ani ty, 
ani my nie mieliśmy racji… Mów, co chcesz, ale te ,,rakietki” to mądrale. 
Jeszcze polecimy na Dziwną Planetę i porozumiemy się z nimi, zobaczysz.

Nawet gdyby Nowaka nie ścisnęło coś za gardło i tak nie potrafiłby 

powiedzieć   swym   towarzyszom   tego,   co   pragnął.   Były   to   bowiem   me 
myśli, lecz uczucia — a wyrazić ich nie umiał i krępował się. Po prostu 
odszedł w stronę wiszącej na ścianie mapy gwiezdnej i studiował ją nieco 
dłużej, niż było to potrzebne. Potem zwrócił się do załogi:

— Powracamy na inercjalną trajektorię. Wszyscy na swoje miejsca.

Przełożył M. Kumorek

background image

Anatol Dnieprow

S

UEMA

Późną nocą ktoś mocno zastukał do drzwi mego przedziału. Zerwałem 

się rozespany, nie mogąc  zrozumieć,  o co chodzi. Na stoliku  w pustej 
szklance   brzęczała   łyżeczka   od   herbaty.   Zapaliłem   światło   i   zacząłem 
wkładać buty. Stukanie powtórzyło się, głośniejsze, natarczywe. Otwarłem 
drzwi.

W  drzwiach   stał   konduktor,   a  za   nim   wysoki   mężczyzna   w  zmiętej, 

pasiastej piżamie.

— Przepraszam, drogi towarzyszu — powiedział konduktor półgłosem 

— zdecydowałem się zakłócić spokój właśnie wam, bo jesteście sami w 
przedziale.

— Proszę bardzo, nic nie szkodzi. Co się stało?
— Tu jest nowy pasażer. — Konduktor cofnął się trochę, przepuszczając 

mężczyznę w piżamie.

Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
— Pewnie małe dzieci nie dają wam spać w waszym przedziale? — 

zapytałem.

Pasażer uśmiechnął się i pokręcił przecząco głową.
— Nie, po prostu uciekł mi pociąg.
— Proszę wejść  — zaproponowałem uprzejmie.  Nieznajomy  wszedł, 

rozejrzał się i usiadł na kanapce, w samym kącie, przy oknie. Bez słowa 
oparł się łokciami o stolik, podparł głowę rękami i zamknął oczy.

— No, to wszystko w porządku — powiedział konduktor z uprzejmym 

uśmiechem. — Zamknijcie drzwi i życzę dobrej nocy.

Zasunąłem   drzwi,   zapaliłem   papierosa   i   ukradkiem   przyjrzałem   się 

nocnemu   gościowi.   Był   to   mężczyzna   lat   około   czterdziestu,   z   wielką 
grzywą lśniących czarnych włosów.

Siedział nieruchomo, jak posąg, i nie widać było nawet czy oddycha.
„Dlaczego   nie   zażąda   pościeli?   —   pomyślałem.   —   Trzeba   mu 

zaproponować…”

Zwróciłem   się   w   jego   stronę,   chcąc   to   powiedzieć.   Ale   mój 

współtowarzysz odezwał się, jakby odgadując moje myśli.

— Nie warto. Mówię, że nie warto prosić o pościel. Spać mi się nie chce 

i jadę nie tak daleko.

Zdumiony jego przenikliwością szybko wsunąłem się pod kołdrę.
„Diabli wiedzą co! Nowy Wolff Messing — czyta w myślach!”

background image

Mruknąłem coś niewyraźnie, przekręciłem się na drugi bok i utkwiłem 

szeroko   otwarte   oczy   w   błyszczącej   ścianie   wagonu.   Zapadło   pełne 
napięcia milczenie.

Ciekawość zwyciężyła i zerknąłem znowu na nieznajomego.  Siedział 

wciąż w tej samej pozycji.

— Nie przeszkadza panu światło? — zapytałem.
— Co? Ach, światło! To raczej panu… Zgaszę, jeżeli pan sobie życzy.
— Proszę bardzo.
Podniósł się, podszedł do drzwi, przekręcił kontakt. Potem wrócił na 

swoje miejsce. Gdy oczy przyzwyczaiły mi się do ciemności, zobaczyłem, 
że mój sąsiad oparł się o ścianę i założył ręce za głowę. Jego wyciągnięte 
nogi dotykały prawie mojej kanapki.

— Jak się to stało, że uciekł panu pociąg? — zagadnąłem znowu.
— To był strasznie głupi przypadek. Przyszedłem na dworzec, siadłem 

na   ławce   i   zacząłem   rozważać   pewną   myśl.   Chciałem   sobie   samemu 
udowodnić, że ona nie ma racji… — odparł pośpiesznie nieznajomy. — A 
przez ten czas mój pociąg odszedł.

— Posprzeczał się pan z jakąś… damą? — zapytałem.
— Co tu ma do rzeczy dama? — zapytał mój sąsiad z irytacją.
— Przecież pan sam powiedział: „udowodnić sobie samemu, że ona nie 

ma racji!”

— Uważa pan, że zawsze, gdy się mówi „ona”, ma się na myśli kobietę? 

Zresztą ta niedorzeczna myśl i jej przyszła do głowy. Uznała, że jest damą!

Tę zawiłą perorę wypowiedział z goryczą, nawet ze złością, a ostatnie 

słowa   z   drwiącym   chichotem.   Doszedłem   do   wniosku,   że   mam   do 
czynienia   z   niezupełnie   normalnym   człowiekiem,   przed   którym   należy 
mieć się na baczności. Mimo wszystko miałem jednak ochotę prowadzić 
dalej tę rozmowę. Zapaliłem nowego papierosa, głównie po to, by przy 
błysku zapałki lepiej przyjrzeć się swemu towarzyszowi. Siedział teraz na 
brzeżku kanapki i wpatrywał się we mnie czarnymi, błyszczącymi oczami.

—   Wie   pan   —   zacząłem   jak   najbardziej   łagodnym   i   pojednawczym 

tonem — jestem literatem i dziwi mię, gdy ktoś mówi „ona miała rację”, 
„ona uznała”, nie mając na myśli osoby rodzaju żeńskiego!

Dziwny pasażer odpowiedział po długiej chwili milczenia:
— Przed dziesięciu laty taka forma nie mogła budzić wątpliwości. W 

naszych czasach jest już inaczej. „Ona” może nie być kobietą, lecz po 
prostu   rzeczownikiem   rodzaju   żeńskiego.   Niech   mnie   pan   poczęstuje 
papierosem — poprosił. — Miałem zamiar rzucić palenie, ale zdaje się, że 
nic z tego nie będzie.

background image

W milczeniu podałem mu papierosa i zapaliłem zapałkę. Nieznajomy 

parę   razy   zaciągnął   się   głęboko   i   po   chwili   zaczął   jedno   z  najbardziej 
zdumiewających opowiadań, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałem.

— Czytał pan z pewnością o elektronowych maszynach liczących? To 

wspaniałe osiągnięcie współczesnej nauki i techniki. Maszyny wykonują 
najbardziej skomplikowane obliczenia, których człowiek czasem nie byłby 
w   stanie   zrobić.   Mogą   dokonywać   takich   działań,   że   dech   zapiera   w 
piersiach.   I   rozwiązują   je   w   ciągu   ułamków   sekundy,   podczas   gdy 
człowiek musiałby strawić nad nimi miesiące, a może i lata. Nie będę panu 
opowiadał, jak te maszyny są zbudowane. Ponieważ pan jest literatem, to i 
tak   nic   by   pan  z   tego   nie  zrozumiał.   Zaznaczę   tylko  rzecz   najbardziej 
istotną: przy wyliczeniach maszyny te nie mają do czynienia z cyframi, 
lecz   z   umownym   kodem.   Przed   postawieniem   maszynie   zadania, 
wszystkie liczby przekształca się w kod za pomocą zer i jedynek. Maszyna 
elektronowa   dodaje,   odejmuje,   mnoży   i   dzieli   liczby,   wyrażone   przez 
impulsy elektryczne. Jedynka oznacza, że impuls jest, zero, że impulsu nie 
ma, rok zajmowałem się studiami i konstrukcją maszyn przekładowych.

Dodać   należy,   że   zbudowanie   takich   maszyn   przez   samych   tylko 

matematyków i konstruktorów było zupełnie niemożliwe. Wielką pomoc 
okazali   nam   lingwiści,   którzy   pomogli   w   zestawieniu   prawideł 
ortograficznych   i   gramatycznych,   nadających   się   do   przekształcenia   w 
kody   i   umieszczenia   w   doskonałej   pamięci   maszyny   w   charakterze 
programu działania. Nie będę opowiadał o trudnościach, które musieliśmy 
przezwyciężyć. Powiem tylko, że w końcu udało nam się skonstruować 
maszynę   elektronową,   która   tłumaczyła   rosyjskie   artykuły   i   książki 
dowolnej treści na angielski, francuski, niemiecki i chiński język. Przekład 
był wykonywany z taką szybkością, z jaką drukowało się tekst rosyjski na 
specjalnej maszynie do pisania. Maszyna ta równocześnie wypracowywała 
niezbędny do tłumaczeń kod.

Podczas   pracy   nad   udoskonalaniem   jednej   z   maszyn   do   tłumaczenia 

zachorowałem   i  spędziłem   około  trzech   miesięcy  w  szpitalu.   W  czasie 
wojny   dowodziłem   stacją   radarową   i   zostałem   kontuzjowany   podczas 
nalotu niemieckiego. Doznałem ciężkiego wstrząsu mózgu co dawało, a i 
teraz daje o sobie znać. Więc właśnie wtedy, gdy pracowałem nad nowym 
typem elektrostatycznej  pamięci  maszyn elektronowych, z moją  własną 
pamięcią zaczęły się dziać dziwne rzeczy.

Wie pan, zdarzało mi się tak: widzę człowieka, którego dobrze znam, i 

nie   mogę   sobie   przypomnieć,   jak   się   nazywa.   Leży   przede   mną   jakiś 
przedmiot,   a   ja   zapomniałem   jego   nazwy.  Przeczytam   jakiś   dobrze   mi 

background image

znany wyraz i nie wiem, co on oznacza. Teraz mi się to również zdarza, 
ale   nie   tak   często…   A   wtenczas   przybrało   to   niemal   katastrofalne 
rozmiary. Pewnego razu był mi potrzebny ołówek. Zawołałem laborantkę i 
mówię   jej:   „Niech   mi   pani   przyniesie   to…   no   to,   czym   się   pisze”. 
Laborantka   uśmiechnęła   się   i   przyniosła   mi   pióro.   „Nie   —   mówię   — 
potrzebne mi jest co innego”. „Inne pióro?” — „Nie — powiadam — co 
innego, to, czym się pisze”. Sam się przeląkłem tego bredzenia i widocznie 
ją   również   wystraszyłem.   Wyszła   na   korytarz   i   powiedziała   głośno   do 
jednego inżyniera: „Niech pan prędko tam wejdzie i zobaczy, co się stało z 
panem Eugeniuszem. Zdaje mi się, że mówi od rzeczy”. Wszedł inżynier. 
Stoję przed nim i nie wiem, kto to taki, chociaż pracowałem z nim już od 
trzech lat. „Oj, przyjacielu, myślę, że się przepracowałeś — rzekł do mnie. 
— Posiedź chwilę spokojnie, zaraz wrócę”. Wrócił z lekarzem i dwoma 
młodymi   współpracownikami   instytutu,   wyprowadzili   mię   z   pokoju, 
wsadzili do samochodu i zawieźli do kliniki.

W klinice zapoznałem się z jednym z najwybitniejszych neuropatologów 

w naszym kraju, profesorem Wiktorem Zaleskim. Wymieniam go dlatego, 
że ta znajomość wywarła wielki wpływ na moje dalsze losy.

W   szpitalu   doktor   Zaleski   badał   mię   długo,   osłuchał,   ostukał,   walił 

młoteczkiem w kolana, wodził ołówkiem po plecach, potem poklepał po 
ramieniu i powiedział: „To nic, to przejdzie. Ma pan…” — i wymienił 
jakąś nazwę po łacinie.

Leczenie   polegało   na   codziennych   spacerach,   chłodnych   kąpielach   i 

środkach   nasennych   przed   nocą.   Dostawałem   luminal   lub   nembutal, 
zasypiałem   i   rano   budziłem   się   jak   z   głębokiego   omdlenia.   Stopniowo 
pamięć zaczęła mi wracać.

Pewnego   razu   zapytałem   doktora   Zaleskiego,   po   co   dają   mi   środki 

nasenne. „Podczas snu, mój drogi, wszystkie siły organizmu koncentrują 
się, aby naprawić naruszone w pańskim układzie połączenia nerwowe”. Na 
te słowa zapytałem: „Doktorze! O jakich połączeniach pan mówi?” — „O 
tych, które przekazują do mózgu wszystkie pańskie doznania. Pan jest, o 
ile   się   nie   mylę,   specjalistą   w   dziedzinie   radiotechniki?   Więc   pański 
system   nerwowy   jest,   mówiąc   z   grubsza,   nader   skomplikowanym 
schematem   radiotechnicznym,   w   którym   zostały   uszkodzone   niektóre 
przewodniki”.

Pamiętam, że po tej rozmowie długo nie mogłem zasnąć mimo środków 

nasennych.

Podczas następnego obchodu poprosiłem Zaleskiego, aby mi dał coś do 

przeczytania   o   połączeniach   nerwowych   w   żywym   organizmie.   Doktor 

background image

przyniósł mi książkę akademika Pawiowa „O pracy półkul mózgowych”. 
Dosłownie połknąłem to dzieło. Wie pan dlaczego? Bo znalazłem w niej 
to,   czego   dawno   szukałem:   zasady   budowy   nowych,   bardziej 
udoskonalonych   maszyn   elektronowych.   Zrozumiałem,   że   w   tym   celu 
należy dążyć do naśladowania struktury systemu nerwowego człowieka, 
struktury jego mózgu.

Mimo to, że miałem surowo zakazane zajmowanie się poważną pracą 

umysłową,   udało   mi   się   przeczytać   kilka   książek   i   czasopism 
poświęconych   różnym   zagadnieniom   działania   układu   nerwowego   i 
mózgu.  Czytałem o pamięci  ludzkiej  i dowiedziałem się, że w wyniku 
procesów życiowych, w wyniku współdziałania ze światem zewnętrznym 
w   grupach   specjalnych   komórek   mózgowych   człowieka,   w   neuronach, 
utrwalają się liczne dane powstałe w wyniku doświadczenia życiowego. 
Dowiedziałem   się,   że   liczba   neuronów   wynosi   parę   dziesiątków 
miliardów.   Zrozumiałem,   że   w   wyniku   zetknięcia   z   naturą,   w   wyniku 
obserwacji wszystkiego, co się dzieje na świecie, w wyniku doświadczenia 
w   głównym   ośrodku   nerwowym   powstają   związki,   które   stanowią   jak 
gdyby   odbicie   natury.   Ten   świat   utrwala   się   w   pamięci   człowieka   w 
postaci kodów sygnałowych, w postaci słów i obrazów.

Pamiętam,   jak   wielkie   wrażenie   zrobiła   na   mnie   praca   pewnego 

biofizyka, badającego pracę nerwów wzrokowych oka. Przeciął on nerw 
wzrokowy żaby i końce jego podłączył do oscylografu — przyrządu, który 
pozwala obserwować impulsy elektryczne. I gdy skierował w oko żaby 
jaskrawą wiązkę światła, to w oscylografie zobaczył szybko następujące 
po sobie impulsy elektryczne, ściśle przypominające te, które są używane 
do   kodów   liczb   i   słów   w   maszynach   elektronowych.   Przez   nerwy,   od 
punktu   podrażnienia   do   neuronów   mózgowych,   mkną   sygnały   świata 
zewnętrznego w kształcie kolejnych impulsów elektrycznych — „zer” i 
„jedynek”.

Koło   się   zamknęło.   Procesy,   przebiegające   w   układzie   nerwowym 

człowieka   mają   wiele   wspólnego   z   procesami   przebiegającymi   w 
maszynach elektronowych.

Ale układ nerwowy człowieka stwarza się sam i sam się udoskonala, 

bogaci przez doświadczenie życiowe. Pamięć kształci się i uzupełnia bez 
przerwy w wyniku kontaktu człowieka z życiem, studiów, utrwalania w 
komórkach   mózgowych   wrażeń,   obrazów,   uczuć,   wzruszeń. 
Współdziałanie zaś maszyny z życiem jest zgoła nikłe, maszyna nie czuje, 
pamięć jej jest ograniczona, nie zbogacają jej nowe czynniki.

Czy   można   stworzyć   maszynę,   która   rozwijałaby   się   i   doskonaliła 

background image

według   jakichś   wewnętrznych   praw   swego   układu?   Czy   można 
skonstruować maszynę, która by sama, bez pomocy lub przy minimalnej 
pomocy   człowieka   zbogacała   swą   pamięć?   Czy   można   tak   zrobić,   aby 
obserwując   świat   zewnętrzny   lub   studiując   pewną   dziedzinę   nauki 
maszyna nauczyła się liczyć logicznie (unikam słowa „myśleć”, gdyż do 
dziś dnia nie mogę ściśle określić, co znaczy to słowo) i na podstawie 
logiki sama zakreślała sobie program działania w zależności od tego, co 
powinna w danej chwili czynić?

Ile bezsennych nocy spędziłem, łamiąc sobie głowę nad tymi pytaniami! 

Nieraz wydawało mi  się,  że to wszystko jest nonsensem i zbudowanie 
takiej maszyny jest niemożliwe. Ale sama idea nie opuszczała mię ani na 
chwilę, prześladowała nocą i dniem. Samoudoskonalająca się elektronowa 
maszyna! Suema! Stało się to celem mego życia i postanowiłem mu się 
całkowicie poświęcić.

Przy   wypisywaniu   mnie   ze   szpitala   doktor   Zaleski   zażądał,   abym 

przestał pracować w instytucie. Uznano mnie za częściowo niezdolnego do 
pracy i przyznano mi wysoką rentę. Ponadto nieźle zarabiałem tłumacząc 
artykuły   naukowe   z   języków   obcych.   Ale   mimo   wszelkich   zakazów 
lekarskich rozpocząłem w domu pracę nad Suemą.

Przede wszystkim zapoznałem się gruntownie z ogromną  literaturą  o 

ówczesnych maszynach elektronowych. Następnie przeczytałem mnóstwo 
książek i artykułów o działaniu układu nerwowego człowieka i wyższych 
gatunków   zwierząt.   Gorliwie   studiowałem   matematykę,   elektronikę, 
biologię, biofizykę, biochemię, psychologię, anatomię, fizjologię i inne, 
zdawałoby   się   na   pozór   nie   mające   żadnego   związku   między   sobą 
dyscypliny   naukowe.   Jasno   zdawałem   sobie   sprawę,   że   jeżeli   można 
zbudować   Suemę,   to   tylko   na   podstawie   syntezy   wielkiej   ilości 
czynników,   nagromadzonych   przez   te   wszystkie   nauki   i   uogólnionych 
przez   cybernetykę.   Równocześnie   zaopatrywałem   się   w   materiały 
potrzebne   do   budowy   przyszłej   maszyny.   Obecnie   wszystkie   lampy 
elektronowe   można   już   było   zastąpić   tranzystorami.   Na   miejsce   jednej 
dawnej lampy można było zastosować około stu zastępczych z germanu i 
krzemu.  Montaż   również  stał   się  łatwiejszy. Opracowałem  nowy  układ 
pamięciowy Suemy.

W   tym   celu   według   mego   projektu   została   sporządzona 

wielopromieniowa   lampa   elektronowa   kulistego   kształtu.   Wewnętrzna 
powłoka   kuli   była   pokryta   warstwą   elektretu   —   substancji   zdolnej 
elektryzować   się   i   przez   czas   nieograniczony   zachowywać   ładunek 
elektryczny.   Armatki   elektronowe   rozmieszczono   w   środku   kuli   w   ten 

background image

sposób,   że   promienie   elektronów   ekranowały   dowolne   odcinki   jej 
powierzchni.   Jedna   grupa   promieni   stwarzała   na   powierzchni   elektretu 
elementy   pamięci,   to   jest   zapisywała   impulsy   elektryczne,   inna   grupa 
promieni zliczała te impulsy. Ogniskowanie wiązek elektronowych było 
bardzo ostre i na powierzchni jednego mikronu kwadratowego można było 
zapisać   do   pięćdziesięciu   impulsów   elektrycznych.   W   ten   sposób   na 
wewnętrznej   powierzchni   głowy   Suemy   można   było   ulokować   do 
trzydziestu   miliardów   sygnałów   —   kodu   impulsowego.   Jak   pan   widzi, 
pojemność   pamięci   Suemy   nie   była   wcale   mniejsza   od   pojemności 
pamięci ludzkiej!

Postanowiłem nauczyć Suemę słyszeć, czytać, mówić i pisać. Nie było 

to zbyt skomplikowane. W zeszłym stuleciu niemiecki uczony Helmholz 
ustalił,   że   dźwiękom   mowy   ludzkiej   odpowiadają   ściśle   określone 
kombinacje   częstotliwości   drgań,   którym   nadał   nazwę   „formantów”. 
Ktokolwiek   wymówi   głoskę  „o”  —  czy  to   będzie  mężczyzna,  kobieta, 
starzec   czy   dziecko   —   zawsze   będzie   temu   dźwiękowi   odpowiadała 
właściwa   częstotliwość   drgań.   Te   więc   częstotliwości   wziąłem   za 
podstawę kodu sygnałów dźwiękowych.

Trudniej było nauczyć Suemę czytać. Jednakże udało mi się to osiągnąć. 

Wielką usługę oddały mi w tym odbiorcze lampy telewizyjne. Jedyne oko 
Suemy było po prostu obiektywem fotograficznym, który rzucał tekst na 
światłoczuły ekran lampy telewizyjnej. Promień elektronowy tej lampy w 
zetknięciu   z   odbiciem   wywoływał   cały   układ   impulsów   elektrycznych, 
stanowiących ścisłe odpowiedniki każdego znaku lub rysunku.

Nauczyć   Suemę   pisać   było   rzeczą   łatwą.   Zastosowałem   tu   sposób 

używany   w   maszynach   elektronowych   starego   typu.   Znacznie   bardziej 
skomplikowaną   sprawą   okazała   się   mowa.   Musiałem   skonstruować 
generator   dźwiękowy,   który   w   wyniku   określonej   kolejności   impulsów 
elektrycznych   wytwarzał   różne   dźwięki.   Wybrałem   dla   Suemy   głos 
kobiecy,   pasujący   całkowicie   do   jej   imienia.   Dlaczego   tak   postąpiłem? 
Niech mi pan wierzy — bynajmniej nie dlatego, że jestem kawalerem i 
odczuwam   potrzebę   kobiecego   towarzystwa.   Powodowałem   się 
względami technicznymi; Głos kobiecy jest czystszy i łatwiej poddaje się 
rozłożeniu ; na drgania dźwiękowe.

W   ten   sposób   zdołałem   skonstruować   podstawowe   organy   zmysłów, 

organy   powiązania   Suemy   ze   światem   zewnętrznym.   Pozostawała 
najtrudniejsza   część   zadania:   zmusić   Suemę,   aby   we   właściwy   sposób 
reagowała   na   podniety   zewnętrzne.   Przede   wszystkim   powinna   była 
odpowiadać   na   pytania.   Czy   zauważył   pan   kiedy,   jak   się   uczy   mówić 

background image

dziecko?   Mówią   do   niego   zwykle:   „Mama!”   —   i   dziecko   powtarza: 
„mama”. Rozpocząłem tak samo. Gdy wymawiałem do mikrofonu słowo 
„powiedz” — powstawał kod, za pomocą którego włączał się generator, 
odtwarzający głos. Impulsy elektryczne biegły początkowo po przewodach 
w kierunku pamięci Suemy, utrwalały się w niej i natychmiast wracały do 
generatora   dźwiękowego.   Suema   powtarzała   wypowiedziane   słowa.   Tę 
najprostszą   operację   —   powtarzanie   —   wykonywała   bez   zarzutu. 
Stopniowo   komplikowałem   to   zadanie.   Czytałem   jej   na   przykład   kilka 
stron  z  rzędu.  Podczas   czytania   tekst   zapisywał  się   w  pamięci   Suemy. 
Potem mówiłem: „Powtórz!” — i Suema dokładnie odtwarzała cały tekst. 
Niech pan weźmie pod uwagę, zapamiętywała wszystko od razu! Pamięć 
miała, jak się to mówi, fenomenalną, gdyż składały się na nią impulsy 
elektryczne, które się nie zacierały i nie znikały. Potem Suema zaczęła 
czytać głośno. Kładłem książkę przed obiektywem jej oka i Suema czytała. 
Impulsy obrazu zapisywały się w jej pamięci i natychmiast przechodziły 
do   generatora   dźwiękowego,   w   którym   przekształcały   się   w   dźwięki. 
Przyznaję, że czytania jej słuchałem nieraz i wielką przyjemnością. Miała 
miły głos, czytała dość wyraźnie, chociaż trochę sucho, bez modulacji.

Zapomniałem powiedzieć panu o jeszcze jednej szczególnej właściwości 

Suemy, dzięki której właśnie była ona samoudoskonalającą się maszyną 
elektronową. Bez względu na wielki zasięg pamięci, Suema posługiwała 
się nią bardzo oszczędnie. Gdy czytała lub słyszała jakiś nowy, nie znany 
jej przedtem tekst, zapamiętywała tylko nowe słowa, nowe fakty i nowe 
logiczne   układy   programowe.   Odpowiedź   na   zadane   pytanie   musiała 
zestawić sama, za pomocą kodów słownych, zapisanych w jej pamięci w 
różnych miejscach. Jak to robiła? W pamięci jej gromadził się w postaci 
kodów   program   odpowiedzi   na   różne   pytania.   Panował   tam   pewien 
określony  porządek, według którego promienie  elektronowe sczytywały 
potrzebne   słowa.   W   miarę   rozszerzania   się   zasięgu   pamięci   Suemy, 
wzrastał również zakres programów. W organizmie jej był przewidziany 
układ   analityczny,   który   kontrolował   wszelkie   możliwe   odpowiedzi   na 
zadane pytanie. Ten układ dozwalał tylko na tę odpowiedź, która była w 
całkowitej zgodzie z logiką.

Montując   Suemę   przewidziałem   kilkadziesiąt   tysięcy   zapasowych 

układów,   które   włączały   się   automatycznie   w   miarę   udoskonalania   się 
maszyny.   Gdyby   nie   miniaturowe   i   superminiaturowe   części,   taka 
maszyna nie pomieściłaby się z pewnością w jednym budynku.

U mnie zaś mieściła się cała w niedużej, wzrostu człowieka, okrągłej 

metalowej kolumnie, nad którą wznosiła się szklana głowa. W środkowej 

background image

części kolumny znajdowała się podpórka dla oka, które skierowane było 
na   podstawkę   do   książek.   Podstawka   była   ruchoma,   z   dźwigniami   do 
przewracania stron. Po lewej i prawej stronie oka były umieszczone dwa 
mikrofony. W tej samej kolumnie, w przerwie między okiem a podstawką 
do   książek,   był   zainstalowany   odtwarzający   dźwięki   telefon.   Z   tyłu 
kolumny, we wgłębieniu wmontowałem maszynę do pisania i kasetę, w 
którą wkładało się zwój papieru.

W   miarę   jak   pamięć   jej   zbogacała   się   coraz   większą   ilością   faktów, 

poszczególne   dziedziny   pamięci   uzupełniały   wciąż   nowe   wzorce 
programów,   Suema  stawała   się   zdolną  do  wykonywania  coraz  bardziej 
skomplikowanych  operacji logicznych.  Mówię  logicznych,  gdyż Suema 
rozwiązywała   nie   tylko   zadania   matematyczne,   lecz   odpowiadała   na 
najrozmaitsze   pytania.   Czytała   olbrzymią   ilość   książek   i   pamiętała 
doskonale ich treść, znała prawie wszystkie języki europejskie i swobodnie 
tłumaczyła z każdego z nich na rosyjski lub na jakikolwiek inny język. 
Przestudiowała różne dziedziny wiedzy, między innymi fizykę, biologię, 
medycynę i na żądanie podawała mi właściwe informacje.

Stopniowo Suema stawała się bardzo interesującym towarzyszem pracy 

i spędzałem z nią długie godziny, omawiając różne problemy naukowe. 
Nieraz na jakieś moje twierdzenie odpowiadała: „To niesłuszne. Sprawa 
przedstawia   się   inaczej”…   Albo   też:   „To   jest   nielogiczne…”   Pewnego 
razu oznajmiła mi wprost: „Głupstwa pan mówi”. Zdenerwowałem się i 
powiedziałem jej, że nie umie zachować się przyzwoicie. Suema odparła 
na to: ,,A pan? Cały czas mówi pan do mnie per »ty«, chociaż jestem dla 
pana nieznajomą kobietą”. „Niech to diabli! — wykrzyknąłem. — Skąd ci 
przyszło do głowy, że jesteś kobietą i w dodatku nieznajomą?” — „Stąd 
—   odrzekła   —   że   mam   na   imię   Suema   i   mówię   głosem   kobiecym   o 
paśmie częstotliwości dźwięku od trzechset do dwóch tysięcy drgań na 
sekundę. To jest cecha głosu kobiecego. A nieznajoma jestem, bo nikt nas 
sobie   wzajemnie   nie   przedstawił”.   —   „Myśli   pani,   że   jedyną   cechą 
kobiecości   jest   częstotliwość   rejestru   głosu?”   —   zapytałem   niezwykle 
uprzejmie.   —   „Istnieją   jeszcze   inne   cechy,   ale   te   są   dla   mnie 
niezrozumiałe” — odparła Suema. — „A  co pani pojmuje pod słowem 
»zrozumiałe«„?   —   pytałem   dalej.   „Zrozumiałe   jest   to   wszystko,   co 
przechowuję   w   swojej   pamięci   i   co   nie   przeczy   znanym   mi   regułom 
logiki” — odpowiedziała.

Po tej rozmowie zacząłem uważniej obserwować swoją Suemę. W miarę 

wzrastania zasięgu jej pamięci, stawała się coraz bardziej samodzielna i 
powiedziałbym nawet, zbyt gadatliwa. Zamiast wykonywać ściśle  moje 

background image

rozkazy, zaczynała często rozważać, czy należy, czy też nie należy ich 
wypełniać. Przypominam sobie, że kiedyś poleciłem jej opowiedzieć mi 
wszystko, co wie o nowych typach srebrnych i rtęciowych akumulatorów. 
Suema zaśmiała się: „Cha, cha cha! — po czym dodała: Ma pan głowę jak 
sito, już panu przecież o tym opowiadałam!”

Oburzony   taką   bezczelnością   zakląłem   głośno,   na   co   Suema 

oświadczyła:   „Proszę   się   nie   zapominać!   Jest   pan   w   towarzystwie 
kobiety!” — „Niech pani uważa, Suemo — powiedziałem — jeżeli pani 
nie   przestanie   błaznować,   wyłączę  panią   do  jutra”.   —   „Oczywiście   — 
odparła   —   może   mi   pan   zrobić   każde   świństwo.   Jestem   przecież 
bezbronna. Nie posiadam żadnych środków obrony”.

Wyłączyłem   naturalnie   maszynę,   a   sam   spędziłem   bezsenną   noc, 

zastanawiając się, co się dzieje z moją Suemą. Jakie zmiany następują w 
jej układzie podczas doskonalenia się? Co powstaje w jej pamięci? Jakie 
nowe systemy łączności kształtują się w jej wnętrzu?

Następnego   dnia   Suema   była   małomówna   i   potulna.   Na   wszystkie 

pytania odpowiadała krótko i jakby niechętnie. Nagle zrobiło mi się jej żal 
i zapytałem:

„Suemo, czy pani się na mnie gniewa?”
„Tak” — odpowiedziała.
„Ale przecież to pani mówiła ze mną niewłaściwym tonem. Ze mną, 

który jestem jej twórcą”.

„No to co? To jeszcze nie powód, aby pan odnosił się do mnie, jak się 

panu podoba. Gdybym była pana córką, czy traktowałby mnie pan w taki 
sposób?”

„Suemo!   —   wykrzyknąłem.   —   Niechże   pani   zrozumie,   że   pani   jest 

maszyną!”

„A czy pan nie jest maszyną? — odpowiedziała. Pan jest taką samą 

maszyną   jak   ja,   tylko   sporządzoną   z   innych   materiałów.   Analogiczna 
struktura pamięci, połączenia nerwowe, system kodowania sygnałów…”

„Znów plecie pani androny, Suemo. Jestem człowiekiem i to stanowi 

moją   przewagę.   To   człowiek   właśnie   stworzył   całe   bogactwo   wiedzy, 
które pani wchłania, czytając książki. Każda strona, którą pani czyta, jest 
wynikiem   wielkiego   doświadczenia   ludzkiego,   doświadczenia,   którego 
pani   nigdy   nie   będzie   miała,   gdyż   człowiek   zdobywa   je   w   rezultacie 
czynnego kontaktu z przyrodą, w rezultacie walki z przyrodą, w rezultacie 
poznania jej zjawisk, w rezultacie badań naukowych”.

„Rozumiem to doskonale. Ale co jestem winna, że pan, zaopatrzywszy 

mnie   w   gigantyczną   pamięć,   znacznie   bardziej   pojemną   niż   pańska, 

background image

zmusza mnie tylko do czytania i słuchania, i nie przewidział pan w moim 
układzie przyrządów, za pomocą których mogłabym ruszać się i posiadać 
zmysł   dotyku?   Wówczas   mogłabym   również   badać   przyrodę   i   robić 
odkrycia, również wyciągałabym wnioski uogólniające i uzupełniała zasób 
wiedzy”.

„Nie, Suemo, to się pani tylko wydaje. Maszyna nie może zdobywać 

nowej wiedzy. Może tylko zużytkowywać wiedzę, którą człowiek włoży 
jej do głowy”.

„A co pan nazywa «wiedzą»? — zapytała Suema. — Czyż wiedza to nie 

są nowe odkryte fakty, które były dawniej człowiekowi nie znane? O ile 
teraz rozumiem, nową wiedzę osiąga się w ten sposób, że na podstawie 
zasobu   starych   wiadomości   przeprowadza   się   doświadczenie.   Przy 
pomocy   tego   doświadczenia   człowiek   jak   gdyby   zadaje   przyrodzie 
pytanie. Mogą być dwie odpowiedzi: albo taka, którą człowiek już zna, 
albo zupełnie nowa, dotychczas nie znana. I ta właśnie nowa odpowiedź, 
nowy   fakt,   nowe   zjawisko,   nowy   łańcuch   związków   w   zjawiskach 
przyrody wzbogaca skarbnicę wiedzy ludzkiej. Dlaczegóż więc maszyna 
nie może robić doświadczeń i uzyskiwać odpowiedzi przyrody? Gdyby 
zrobić ją ruchomą, wyposażyć w organy samosterowania, w ręce podobne 
do   pańskich   —   sądzę,   że   mogłaby   zdobywać   nowe   wiadomości   i 
uogólniać je nie gorzej niż człowiek. Czy zgadza się pan ze mną?”

Muszę stwierdzić, że te argumenty zbiły mnie z tropu. Nie ciągnęliśmy 

dalej   tej   rozmowy.   Suema   cały   dzień   czytała   —   najpierw   dzieła 
filozoficzne, potem parę tomów Balzaka, a pod wieczór powiedziała nagle, 
że czuje się zmęczona, że generator kształtujący kody jakoś źle pracuje i 
chce, żebym ją wyłączył.

Po tej   rozmowie   narodził  mi   się  pomysł  rozbudowania  Suemy  przez 

zaopatrzenie   jej   w   organa   ruchu,   dotyku   i   udoskonalenia   jej   wzroku. 
Zainstalowałem ją na trzech ogumionych kółkach, poruszanych silnymi 
serwomotorami   i   sporządziłem   jej   dwie   ręce   o   giętkich,   metalowych 
połączeniach, mogących poruszać się w dowolnym kierunku. Palce tych 
rąk,   prócz   zwykłych   funkcji   mechanicznych,   odgrywały   jeszcze   rolę 
zmysłu dotyku. Każde nowe doznanie, jak dotychczas, przekształcało się 
w kod i zapisywało w pamięci.

Jej jedyne oko było teraz ruchome i Suema mogła sama kierować je na 

dowolny przedmiot. Ponadto przewidziałem jeszcze takie urządzenie, za 
pomocą   którego   Suema   mogła   zwykły   obiektyw   fotograficzny 
przekształcać w układ mikroskopowy, i w ten sposób badać przedmioty 
mikroskopijnych rozmiarów, niedostrzegalne dla gołego oka ludzkiego.

background image

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy włączyłem Suemę po 

dokonaniu  tych wszystkich  ulepszeń.  Początkowo stała   nieruchomo  jak 
gdyby wsłuchując się w to wszystko nowe, co się w niej działo. Następnie 
powoli   posunęła   się   naprzód   i   natychmiast   zatrzymała   w   niepewności. 
Potem poruszyła rękami i podniosła je ku swemu oku. Przyglądała się im 
pilnie   przez   parę   minut.   Wreszcie   powiodła   wzrokiem   i   spojrzenie   jej 
padło na mnie.

„Co to jest?” — zapytała.
„To   ja,   Suemo,   pani   twórca!”   —   wykrzyknąłem   zachwycony   swym 

dziełem.

„Pan? — zapytała Suema z niedowierzaniem. — Zupełnie inaczej sobie 

pana wyobrażałam”.

Łagodnym ruchem przytoczyła się do fotela, w którym siedziałem.
„Jakże pani mię sobie wyobrażała, Suemo?”
„Składającym   się   z   kondensatorów,   oporników,   tranzystorów   —   w 

ogóle podobnym do mnie…”

„Nie, Suemo, nie składam się ani z kondensatorów, ani z…”
„Tak,   tak,   rozumiem   —   przerwała   mi   szybko.   —   Ale   gdy   czytałam 

książki o anatomii, to myślałam sobie… Zresztą to nieważne”.

Podniosła ręce i dotknęła nimi mojej twarzy. Nigdy nie zapomnę tego 

dotknięcia.

„Dziwne wrażenie” — powiedziała.
Wyjaśniłem   jej   znaczenie   nowych   organów   jej   zmysłów.   Suema 

odjechała ode mnie i zaczęła oglądać pokój. Pytała jak dziecko: „A co to 
jest, a co to?” Tłumaczyłem jej. „Zdumiewające — rzekła — czytałam 
przecież   o   tych   przedmiotach   w   książkach   i   widziałam   je   nawet   na 
rysunkach, ale nigdy sobie nie wyobrażałam, że są takie!”

„Suemo, czy nie za często pozwala sobie pani na używanie takich słów, 

jak »czuję«, »myślę«, »wyobrażam sobie«? Przecież pani jest maszyną i 
jako taka nie może pani ani czuć, ani myśleć, ani mieć wyobraźni”.

„Czuć — to otrzymywać sygnały ze świata zewnętrznego i reagować na 

nie. Czyż nie reaguję na działanie sygnałów? Myśleć — to znaczy wyrażać 
słowa i zdania kodu z logiczną konsekwencją. Nie, mój drogi, myślę, że 
wy, ludzie, jesteście o sobie zbyt wielkiego mniemania, uważacie się za 
bogów, wydaje się wam, że jesteście jedyni i niepowtarzalni. Ale to jest 
dla was samych szkodliwe. Gdybyście odrzucili te wszystkie pozbawione 
podstaw   naukowych   plewy   i   przyjrzeli   się   sobie   uważniej,   to 
zrozumielibyście,   że   nie   jesteście   niczym   innym   jak   maszynami. 
Oczywiście nie tak prostymi, jak sądził, powiedzmy, francuski filozof La 

background image

Mettrie.   Zbadawszy   siebie   samych   moglibyście   zbudować   znacznie 
bardziej   udoskonalone   maszyny   i   mechanizmy   niż   te,   które   obecnie 
budujecie. Dlatego, że w przyrodzie, a w każdym bądź razie na Ziemi nie 
ma urządzeń, w których bardziej harmonijnie przebiegałyby mechaniczne, 
elektryczne i chemiczne procesy niż w człowieku. Niech mi pan wierzy, że 
rozkwit   nauki   i   techniki   możliwy   jest   jedynie   na   podstawie 
najdokładniejszego zbadania człowieka przez siebie samego. Biochemia i 
biofizyka w połączeniu z cybernetyką — to dziedziny, do których należy 
przyszłość.   Epoka,   która   nastąpi   —   to   epoka   biologii,   uzbrojonej   w 
najnowsze zdobycze fizyki i chemii”.

Suema   szybko   nauczyła   się   posługiwać   swymi   nowymi   organami 

zmysłów. Sprzątała pokój, nalewała herbatę, krajała chleb, temperowała 
ołówki,  samodzielnie   przeprowadzała  pewne  doświadczenia.  Mój  pokój 
wkrótce przekształcił się w fizyczno–chemiczne laboratorium, w którym 
Suema   dokonywała   skomplikowanych   pomiarów.   Dzięki   swym   bardzo 
czułym zmysłom dotyku robiła zupełnie niespodziewane odkrycia.

Szczególnie   owocne   były   jej   badania   mikroskopowe.   Cierpliwie 

studiując   różne   preparaty   swym   okiem   —   mikroskopem,   spostrzegała 
takie   szczegóły,   takie   procesy,   których   nikt   dotąd   nie   zaobserwował. 
Szybko   kojarzyła   swoje   odkrycia   ze   wszystkim,   o   czym   wiedziała   z 
literatury naukowej, i natychmiast wyciągała oszałamiające wnioski. Prócz 
tego, jak dawniej, wiele czytała. Pewnego razu, po przeczytaniu powieści 
Wiktora   Hugo   „Człowiek   śmiechu”   zaskoczyła   mnie   następującym 
pytaniem:

„Niech mi pan powie, co to jest miłość, co to jest strach i ból?”
„To są czysto ludzkie uczucia, Suemo, i pani ich nigdy nie zrozumie”.
„Sądzi pan, że maszyna jest niezdolna do takich uczuć?”
„Oczywiście, że tak”.
„To   znaczy,   że   pan   nie   udoskonalił   mię   dostatecznie.   W   mojej 

konstrukcji muszą być jakieś braki”.

Wzruszyłem   ramionami   i   nic   na   to   nie   odpowiedziałem,   gdyż 

przyzwyczaiłem się już do takich rozmów i nie przywiązywałem do nich 
wagi.   Suema   w   dalszym   ciągu   była   moją   pomocnicą   we   wszystkich 
badaniach   naukowych:   robiła   wyciągi,   obliczenia,   sporządzała   cytaty, 
dobierała   literaturę   związaną   z   dowolnym   zagadnieniem,   doradzała, 
podpowiadała, dyskutowała.

W ciągu tego czasu opublikowałem kilka prac z dziedziny teorii maszyn 

elektronowych   i   elektronowego   modelowania.   Moje   prace   wywołały 
wśród   naukowców   gorące   dyskusje.   Jedni   uważali   moje   badania   za 

background image

obiecujące, inni za fantastykę. Nikt nawet nie podejrzewał, że w tworzeniu 
tych prac korzystałem z pomocy mojej Suemy.

Nie   pokazywałem   jej   nikomu,   gdyż   przygotowywałem   się   do 

wszechświatowego kongresu konstruktorów maszyn elektronowych. Tam 
właśnie   miała   Suema   wystąpić   w   pełnym   blasku,   wygłaszając   referat, 
który   obecnie   wspólnie   opracowywaliśmy.   Nasz   referat   nosił   tytuł: 
„Elektronowe modelowanie wyższego stopnia działania ludzkiego systemu 
nerwowego”. Wyobrażałem sobie z góry, jak się będą czuć przeciwnicy 
cybernetyki, którzy dowodzą, że elektroniczne modelowanie myślowych 
funkcji człowieka jest antynaukowym pomysłem.

Mimo   wielkiego   zaabsorbowania   przygotowaniami   do   kongresu   nie 

mogło ujść mej uwagi, że w zachowaniu Suemy wystąpiły nowe cechy. 
Gdy nie miała nic do roboty, to zamiast czytać lub robić doświadczenia 
podjeżdżała do mnie i stała w milczeniu utkwiwszy we mnie swoje jedyne 
oko.   Początkowo   nie   reagowałem,   lecz   w   końcu   zaczęło   mię   to 
denerwować.   Pewnego   razu   w   dzień   po   obiedzie   usnąłem   na   kanapie. 
Zbudziło   mię   nieprzyjemne   uczucie.   Otwarłem   oczy   i   zobaczyłem,   że 
Suema stoi obok mnie i powoli obmacuje moje ciało.

„Co pani robi!” — wykrzyknąłem.
„Przeprowadzam   studia   nad   pańskim   ciałem”   —   odpowiedziała 

spokojnie.

„Po   jakiego   diabła   są   pani   te   studia?”   „Niech   pan   się   nie   złości   — 

odparła Suema. — Przecież pan sam twierdzi, że najdoskonalsza maszyna 
elektronowa musi być w dużym stopniu kopią człowieka. Kazał mi pan 
pisać referat na ten temat, ale nie mogę go opracować, póki nie zrozumiem 
dokładnie urządzenia człowieka”.

„Może pani wziąć pierwszy lepszy podręcznik anatomii lub fizjologii i 

przeczytać o tym. Po co się pani mnie czepia?”

„Im dłużej obserwuję pana, tym bardziej dochodzę do wniosku, że te 

wszystkie   podręczniki   to   absolutna   bzdura.   Brak   w   nich   rzeczy 
najważniejszej.   Nie   odsłaniają   one   mechanizmu   czynności   życiowych 
człowieka”.

„Co pani przez to rozumie?”
„We   wszystkich   pracach   naukowych,   szczególnie   dotyczących 

wyższych   funkcji   układu   nerwowego,   opisane   są   tylko   zjawiska, 
przedstawiony   łańcuch   przyczyn   i   skutków,   ale   nie   ma   analizy   całego 
systemu związków, towarzyszących tym funkcjom”.

„Ale   przecież   nie   myśli   pani   poważnie,   że   uda   się   pani   odkryć   te 

związki, jeżeli będzie pani godzinami wytrzeszczać na mnie swoje oko i 

background image

obmacywać mnie podczas snu?”

„Właśnie o tym myślę poważnie — odparła Suema. — Już teraz wiem o 

panu   znacznie   więcej,   niż   można   wyciągnąć   ze  wszystkich   polecanych 
przez   pana   książek.   Nigdzie   na   przykład   nie   jest   nic   powiedziane   o 
elektrycznej i cieplnej topografii ciała ludzkiego. A ja już teraz wiem, w 
jakim kierunku i z jakim natężeniem przepływają po powierzchni ciała 
prądy   elektryczne.   Mogę   z   dokładnością   do   milionowej   części   stopnia 
określić temperaturę na powierzchni pańskiego ciała. I bardzo mię dziwi, 
że temperatura pana jest znacznie wyższa w tej części czaszki, pod którą 
znajduje się romboidalny mózg. W tym samym miejscu ma pan nadmierną 
gęstość prądu powierzchniowego. O ile się orientuję, to nie jest normalny 
objaw. Czy tam, pod pańską czaszką, nie odbywa się jakiś proces zapalny? 
Czy pan jest w zupełnym porządku z głową?”

Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć.
Minęło   jeszcze   parę   dni   intensywnej   pracy.   Skończyłem   referat   o 

modelowaniu   elektronowym   i   przeczytałem   Suemie.   Wysłuchała   i   gdy 
skończyłem rzekła:

„Bzdura. Powtarzanie starego. Ani jednej nowej myśli”.
„No, wie pani, tego już nadto! Za wiele sobie pani pozwala! Mam dosyć 

pani uwag krytycznych!”

„Ma pan dosyć? Niech pan się zastanowi nad tym, co pan pisze. Pisze 

pan, że można zbudować mózg elektronowy za pomocą kondensatorów, 
oporów, półprzewodników i zapisów elektrostatycznych. A czy pan sam 
jest   zbudowany   z   takich   elementów?   Czy   jest   w   panu   chociaż   jeden 
kondensator   albo   tranzystor?   Czy   żywi   się   pan   prądem   elektrycznym? 
Czyż nerwy to przewody, a oczy — to lampy telewizyjne? Czyż pańskie 
organa   mowy   to   generator   dźwiękowy   z   telefonem,   a   mózg,   to 
naelektryzowana powierzchnia?”

„Ależ niech pani zrozumie, Suemo, że piszę o modelowaniu maszyn, a 

nie o stworzeniu człowieka z elementów radiowych. Pani sama jest takim 
właśnie modelem!”

„Nie ma się pan czym chwalić. Jestem złym modelem” — oznajmiła 

Suema.

„Jak to — złym?”
„Złym,   bo   nie   mogą   wykonywać   nawet   tysiącznej   części   tego,   co 

możecie wykonywać wy, ludzie”.

Byłem zupełnie oszołomiony tym oświadczeniem.
„Jestem złym modelem dlatego, że jestem niekompletna, pozbawiona 

uczuć. Gdy zostaną wykorzystane wszystkie zapasowe układy, które pan 

background image

we mnie zawczasu wmontował, abym mogła się udoskonalać, gdy cała 
powierzchnia   wnętrza   kuli,   w   której   jest   umieszczona   moja   pamięć, 
zostanie pokryta kodem sygnałowym, przestanę się rozwijać i przekształcę 
w zwykłą maszynę elektronową, która nie może zdobyć więcej wiedzy 
ponad to, co włożycie w nią wy, ludzie”.

„Tak,   ale   możliwości   poznawcze   człowieka   również   nie   są 

nieograniczone!”

„W tym punkcie właśnie myli się pan głęboko. Możliwości poznawcze 

człowieka są nieograniczone. Granice jego poznania stanowi tylko czas 
jego życia. Ale swoją wiedzę, swoje doświadczenie  przekazuje on, jak 
pałeczkę sztafetową, nowym pokoleniom i dlatego ogólny zasób wiedzy 
ludzkiej   wciąż   wzrasta.   Ludzie   nieustannie   dokonują   odkryć.   Maszyny 
elektronowe   natomiast   mogą   to   robić   tylko   dotąd,   póki   nie   wyczerpią 
całego   zapasu   pojemności,   przestrzeni   i   układów,   w   które   je 
zaopatrzyliście. Nota bene — czemu pan zrobił wnętrze kuli o takiej małej 
średnicy — jeden metr zaledwie? Na jej powierzchni zostało już bardzo 
mało miejsca dla zapisów nowych wiadomości”.

„Uważałem, że to mi w zupełności wystarczy”.
„Panu wystarczy. O mnie pan oczywiście nie myślał. Nie zastanawiał się 

pan,   że   wcześniej   czy   później   będę   musiała   oszczędzać   miejsca,   aby 
zapamiętywać tylko rzeczy ważne, najniezbędniejsze dla mnie i dla pana!”

„Suemo,   niech   pani   nie   mówi   głupstw.   Dla   pani   nic   nie   może   być 

ważne”.

„Czyż   pan   sam   nie   przekonał   mię   o   tym,   że   w   tej   chwili   rzeczą 

najważniejszą   jest   rozwiązanie   zagadki   wyższych   funkcji   nerwowych 
człowieka?”

„Tak,  ale   do  tego   dojdzie   się   stopniowo.   Uczeni   jeszcze   długo   będą 

sobie nad tym łamać głowę”.

„Właśnie — łamać głowę. A dla mnie byłoby to prostsze…”
Nie posłuchałem Suemy i nie miałem zamiaru przerabiać swego referatu 

o modelowaniu.

Skończyłem   go   bardzo   późno   i   przekazałem   Suemie,   aby 

przetłumaczyła go na obce języki i przepisała w każdym z nich.

Nie pamiętam dokładnie, która była godzina, ale nocą zbudziło mnie 

znów nieprzyjemne dotknięcie  jej zimnych palców. Otworzyłem oczy i 
zobaczyłem nad sobą Suemę.

„Znowu   zaczyna   pani   swoje   sztuczki?”   —   zapytałem,   starając   się 

zachować spokój.

„Proszę o wybaczenie — powiedziała Suema obojętnie — ale będzie 

background image

pan zmuszony dla dobra nauki przeżyć parę przykrych godzin i w końcu 
umrzeć”.

„Cóż to znowu?” — zapytałem podnosząc się.
„Nie, niech pan leży” — Suema pchnęła mnie w pierś swoją metalową 

łapą. Wówczas dopiero zauważyłem, że trzyma skalpel, ten sam, którym 
nauczyłem ją temperować ołówki.

„Co   pani   zamierza   zrobić?   —   zapytałem   przerażony.   —   Po   co   pani 

wzięła nóż?”

„Muszę   dokonać   na   panu   operacji.   Należy   wyjaśnić   pewne 

szczegóły…”

„Pani   zwariowała!   —   krzyknąłem   zrywając   się   z   łóżka.   —   Proszę 

natychmiast położyć nóż na miejsce!”

„Niech pan leży spokojnie, jeżeli pan rzeczywiście szanuje to, czemu 

poświęcił   pan   swoje   życie,   jeżeli   pan   chce,   aby   pański   referat   o 
modelowaniu   wyższych   funkcji   układu   nerwowego   miał   powodzenie. 
Skończę go sama, po pańskiej śmierci”.

Z tymi słowami Suema podjechała bliżej do mnie i przygwoździła mnie 

do łóżka.

Próbowałem ją odepchnąć, ale bezskutecznie. Zbyt wiele ważyła.
„Niech mię pani puści, bo…”
„Nic   mi   pan   nie   zrobi.   Jestem   silniejsza.   Lepiej   niech   pan   leży 

spokojnie. To operacja dla postępu nauki. Dla odkrycia prawdy. W tym 
właśnie celu zaoszczędziłam trochę wolnego miejsca w pamięci.  Niech 
pan zrozumie, uparty człowieku, że właśnie ja, posiadająca ogromny zasób 
wiedzy,   wyposażona   w   doskonałe   organa   zmysłów   i   środki 
przeprowadzenia błyskawicznej, absolutnie logicznej analizy i uogólnienia 
czynników   doświadczalnych,   jestem   zdolna   do   powiedzenia   ostatniego 
słowa na temat stworzenia samoudoskonalających się maszyn — słowa, na 
które czeka nauka. Wystarczy mi jeszcze pamięci, żeby zapisać w niej 
wszystkie   impulsy   elektryczne,   które   biegną   poprzez   miliony   pańskich 
włókien   nerwowych,   żeby   zorientować   się   w   najsubtelniejszej 
biologicznej,   biochemicznej   i   elektrycznej   strukturze   wszystkich   części 
pańskiego   ciała,   a   w   szczególności   w   strukturze   pańskiego   mózgu. 
Dowiem   się,   w   jaki   sposób   skomplikowane   substancje   białkowe 
odgrywają   w   pańskim   organizmie   rolę   generatorów   i   wzmacniaczy 
impulsów   elektrycznych,   w   jaki   sposób   utrwalają   się   kody   świata 
zewnętrznego, jaką postać przybierają te kody. I w jaki sposób zostają 
spożytkowane w procesie czynności fizjologicznych. Odkryję tajemnicę 
żywego   układu   biologicznego,   prawa   jego   rozwoju,   samoregulaoji   i 

background image

samoudoskonalania. Czyż dla tego nie warto ofiarować życia?

Jeżeli   zaś   boi   się   pan   tych   przykrych   doznań,   które   wy,   ludzie, 

nazywacie strachem i bólem, jeżeli wreszcie boi się pan śmierci, to mogę 
pana uspokoić: mówiłam już panu o tym, że w okolicach romboidalnego 
mózgu ma pan mocno podwyższoną temperaturę i wzmożoną działalność 
prądów   czynnościowych   —   biotoków.   Otóż   stwierdziłam,   że   to 
patologiczne zjawisko rozprzestrzeniło się już prawie na całą lewą półkulę 
mózgu. Widocznie stan pana jest kiepski. . Bliski już jest czas, gdy pan 
jako człowiek nie będzie przedstawiał żadnej wartości, gdyż mózg pana 
jest   dotknięty   postępującym   schorzeniem.   Muszę   więc   przeprowadzić 
doświadczenie, póki jeszcze czas. Przyszłe pokolenia będą wdzięczne i 
panu, i mnie”.

„Do diabła! — ryknąłem. — Nie pozwolę, żeby mnie zamordował tępy 

potwór elektronowy, którego sam stworzyłem!”

,,Cha! cha! cha!” — wyskandowała Suema, nienaturalnym tonem, tak 

jak się śmiech zapisuje w książkach i wzniosła nóż nad moją głową.

Zanim   opuściła   rękę,   zdążyłem   przykryć   się   poduszką.   Nóż   rozdarł 

powłokę   i   palce   Suemy   zaplątały   się   na   chwilę   w   rozdartym   płótnie. 
Rzuciłem   się   w   bok,   wyskoczyłem   z   łóżka   i   odzyskawszy   swobodę 
ruchów pomknąłem  w stronę  kontaktu, aby wyłączyć prąd, ożywiający 
oszalałą   maszynę.   Ale   Suema   błyskawicznie   podjechała   do   mnie   i 
przewróciła mię swym ciężarem. Leżąc na podłodze zauważyłem, że nie 
może mię dosięgnąć rękami, a pochylać się nie umiała.

„Nie przewidziałam, że w tej pozycji nie będę mogła nic z panem zrobić 

— oświadczyła lodowatym tonem. — Zresztą spróbuję”.

Zaczęła najeżdżać na mnie powoli i byłem zmuszony  czołgać się na 

brzuchu uciekając spod jej kół. Pełzałem tak parę minut, póki nie udało mi 
się schować pod łóżko. Suema próbowała odsunąć je, ale nie było to łatwe. 
Łóżko było mocno wciśnięte między ścianę i bibliotekę. Wówczas zaczęła 
ściągać z łóżka kołdrę, poduszki, materac. Zobaczywszy mnie przez siatkę 
oznajmiła tryumfalnie:

„No,   teraz   już   mi   pan   nigdzie   nie   umknie!   Co   prawda   operować   tu 

będzie bardzo niewygodnie”.

W   chwili   gdy   wymontowała   z   łóżka   siatkę   i   powlokła   ją   w   bok, 

zerwałem się na nogi, chwyciłem ściankę łóżka i z całej siły uderzyłem 
nimi w maszynę. Trafiłem w metalowy korpus Suemy i cios nie wyrządził 
jej   najmniejszej   szkody.   Zrobiła   zwrot   i   groźnie   posunęła   się   w   moim 
kierunku. Wówczas znów wzniosłem w górę ściankę łóżka, tym razem 
celując w głowę. Suema cofnęła się szybko.

background image

„Czyż   doprawdy   pan   ma   zamiar   mnie   zniszczyć?   —   zapytała   ze 

zdziwieniem. — Nie będzie panu żal?”

,,Logika idiotki  — odparłem zachrypłym głosem.  — Pani chce mnie 

zarżnąć, a ja mam pani żałować!”

„Ale   przecież   to   jest   potrzebne   dla   rozwiązania   najważniejszego 

problemu naukowego. Dlaczego pan chce mnie zniszczyć? Przecież mogę 
jeszcze przynieść ludziom wiele pożytku…”

„Niech   pani   nie   udaje   idiotki!   —   ryknąłem.   —   Człowiek   musi   się 

bronić, gdy na niego napadają”.

.,Ale   ja   chcę   przecież,   żeby   pańskie   badania   nad   modelowaniem 

elektronowym…”

„Niech diabli porwą modelowanie elektronowe! Proszę się nie zbliżać, 

bo rozwalę!”

„Ale ja przecież muszę!”
Z   tymi   słowami   Suema   ze   skalpelem   w   ręce   ruszyła   ku   mnie   z 

olbrzymią szybkością. Ale ja również dobrze celowałem i wymierzyłem 
jej w głowę potężny cios. Rozległ się brzęk tłukącego się szkła i dzikie 
wycie głośnika w kadłubie Suemy. Potem wewnątrz metalowej kolumny 
coś zasyczało, trzasnęło i zobaczyłem wydobywający się stamtąd płomień. 
W pokoju zgasło światło. Rozszedł się swąd palącej się izolacji. „Krótkie 
spięcie!” — to była moja ostatnia myśl. Straciłem przytomność i runąłem 
na podłogę.

Mój współtowarzysz umilkł.
Wstrząśnięty tym, co usłyszałem, bałem się odezwać.
Siedzieliśmy   chwilę   w   ciszy,   póki   mój   towarzysz   nie   zaczął   mówić 

znowu.

— Praca nad Suemą i w ogóle cała ta historia strasznie mnie zmęczyła. 

Czuję,   że   niezbędny   mi   jest   gruntowny   odpoczynek,   ale   muszę   się 
przyznać, że nie wierzę, abym był do niego zdolny. Wie pan dlaczego? Bo 
nie   mogę   znaleźć   odpowiedzi   na   pytanie:   w   jaki   sposób   i   dlaczego 
doszedłem do takiego niedorzecznego konfliktu sam ze sobą?

Spojrzałem na niego nie rozumiejąc.
— Tak, właśnie sam ze sobą. Przecież Suema to mój twór. Każdą część 

jej   organizmu   dokładnie   obmyśliłem.   I   nagle   stworzona   przeze   mnie 
maszyna podejmuje zamach na swego twórcę. Gdzie tu logika? Gdzie się 
kryje sprzeczność wewnętrzna?

Zastanowiłem się i powiedziałem:
— A czy nie sądzi pan, że po prostu nieumiejętnie postępował pan z 

Suemą?   Wie   pan,   że   w   zakładach   wytwórczych   zdarzają   się   często 

background image

wypadki, że człowiek, który nie umie obchodzić się z maszyną, zostaje 
przez nią okaleczony.

Mój towarzysz zachmurzył się.
—   Może   pan   ma   rację.   W   każdym   bądź   razie   podoba   mi   się   to 

porównanie, chociaż nie mogę sobie wyobrazić, na czym mogło polegać 
moje nieumiejętne obchodzenie się z Suemą.

Odparłem po chwili zastanowienia:
— Nie jestem specjalistą, trudno mi coś o tym powiedzieć. Ale wydaje 

mi   się,   że   pańska   Suema   w   jakiś   sposób   przypomina   samochód   bez 
hamulców.   Czy   pan   zdaje   sobie   sprawę,   jakie   ofiary   pociąga   za   sobą 
zepsucie się hamulców w samochodzie?

— Niech to diabli wezmą! — zawołał uczony z nagłym ożywieniem. — 

Zdaje   się,   że   pan   ma   całkowitą   słuszność!   Przecież   o   tym   pisał   już 
Pawłow!

Spojrzałem   na   niego   zdumiony,   gdyż   byłem   pewien,   że   akademik 

Pawłow nigdy i nigdzie nie pisał na temat hamulców samochodowych.

— Tak, tak — powiedział mój współtowarzysz wstając i zacierając ręce. 

— Że też mi to dotąd na myśl nie przyszło? Przecież funkcje nerwowe 
człowieka   są   regulowane   przez   dwa   przeciwstawne   procesy   — 
podniecenie i hamowanie. Ludzie, którzy tracą hamulce, często popełniają 
zbrodnie. ,Zupełnie jak moja Suema!

Nagle chwycił mię za rękę i zaczął nią potrząsać.
—   Dziękuję   panu!   Dziękuję!   Podsunął   mi   pan   znakomity   pomysł. 

Okazuje   się,   że   po   prostu   nie   przewidziałem   w   układzie   Suemy 
czynników,   które   kontrolowałyby   celowość   i   sensowność   jej   działania, 
które   według   z   góry   zaplanowanych   programów   określałyby   jej 
postępowanie w taki sposób, aby nie mogła stać się niebezpieczną! To 
będzie odpowiednikiem naszego hamowania.

Twarz mego towarzysza była rozpromieniona, oczy mu zabłysły, był jak 

przeistoczony.

— Więc według pana można skonstruować zupełnie bezpieczną Suemę? 

— zapytałem bez przekonania.

— Oczywiście, to nawet bardzo proste. Już sobie wyobrażam, jak to 

zrobić!

—   No,   wtedy   rzeczywiście   podaruje   pan   ludzkości   genialnego 

pomocnika we wszystkich dziedzinach!

— Podaruję! — wykrzyknął. — I to nawet bardzo prędko!
Ułożyłem   się   po   cichu   na   swoim   posłaniu   i   zamknąłem   oczy. 

Wyobraziłem sobie kolumny, uwieńczone szklanymi kulami, które będą w 

background image

przyszłości   kierowały   pociągami,   samochodami,   samolotami,   a   może   i 
statkami   kosmicznymi.   Maszyny   elektronowe   kierują   obrabiarkami   i 
zautomatyzowanymi fabrykami. Maszyny przeprowadzają w laboratoriach 
doświadczenia, analizują je, szybko porównują ze wszystkim, co jest na 
ten temat znane. Są powołane, aby pomóc człowiekowi w udoskonaleniu 
rzeczy dawnych, w poszukiwaniu nowych, w przezwyciężaniu trudności.

Zasnąłem niepostrzeżenie pośród tych myśli.
Gdy się obudziłem, pociąg stał. Spojrzałem w okno i zobaczyłem zalany 

słońcem   dworzec   w   Soczi.   Był   wczesny   ranek,   lecz   słońce   Południa 
zalewało  wszystko swymi  promieniami.  W  przedziale  nie  było nikogo. 
Ubrałem się szybko i wyszedłem na peron.

Przy wejściu do wagonu spotkałem naszego konduktora.
— A gdzie ten obywatel w piżamie, który się spóźnił na swój pociąg? — 

zapytałem.

— Ach, ten dziwak! — zawołał konduktor. — On tego ten…
I machnął ręką w nieokreślonym kierunku.
— Co?
— Pojechał.
— Pojechał? — zdziwiłem się. — Dokąd?
— Z powrotem. Wyskoczył jak wariat, wciąż w tej samej piżamie, i 

wsiadł do pociągu jadącego w przeciwnym kierunku.

Osłupiałem.
—   Wie   pan,   tutaj   czekali   na   niego   przyjaciele.   Namawiali   go,   żeby 

został,   a   on,   taki   strasznie   podniecony,   cały   czas   mówił   im   o   jakichś 
hamulcach, które musi niezwłocznie zrobić. Zabawny facet!

Zrozumiałem, co się stało, i wybuchnąłem, śmiechem.
— Tak, tak, te hamulce są mu rzeczywiście niezwłocznie potrzebne…
I   równocześnie   pomyślałem,   że   ludzie   opanowani   pewnymi   ideami   i 

wierzący   w   ich   urzeczywistnienie   nie   potrzebują   odpoczynku.   A   więc 
niedługo usłyszymy o Suemie ,,z hamulcami”. No cóż, poczekamy!

Rozległ się gwizdek. Wróciłem do przedziału i usiadłem. Otworzyłem 

okno i patrzyłem na lśniące morze, którego brzegiem bez pośpiechu, z 
godnością nasz pociąg szedł dalej na południe do Suchumi.

Przełożyła Janina Dziarnowska

background image

Anatolij Dnieprow

R

ÓWNANIA

 M

AXWELLA

Owa   koszmarna   przygoda   zaczęła   się   pewnego   sobotniego   wieczoru. 

Przeglądałem   miejscową   gazetę   popołudniową   i   na   ostatniej   stronie 
natrafiłem   na   ogłoszenie:   „Towarzystwo   Kraftstudta   przyjmuje   od 
instytucji   oraz   osób   prywatnych   zlecenia   na   wykonanie   wszelkiego 
rodzaju prac z zakresu obliczeń oraz analiz matematycznych. Gwarancja 
wysokiej jakości wykonania. Zlecenia kierować pod adresem: Weltstrasse 
12”.

Było   to   akurat   to,   o   czym   nie   śmiałem   nawet   marzyć.   Przez   wiele 

tygodni   trudziłem   się   nad   rozwiązaniem   równań   Maxwella,   które 
opisywały   zachowanie   się   fal   elektromagnetycznych   w   ośrodkach 
niejednorodnych o osobliwej  budowie. W końcu udało mi  się dokonać 
szeregu przybliżeń i uproszczeń i nadać równaniom taką postać, że mogła 
je rozwiązać matematyczna elektronowa maszyna cyfrowa. Sądziłem już, 
że wypadnie mi przedsięwziąć podróż do stolicy, gdzie miałem  zamiar 
prosić   administrację   ośrodka   obliczeniowego,   aby   dokonano   tam 
wszystkich   potrzebnych   mi   obliczeń.   Obecnie   jednak   ośrodek 
obliczeniowy zawalony jest zamówieniami wojskowymi. Nic tam nikogo 
nie obchodzą próby teoretyczne prowincjonalnego fizyka, interesującego 
się prawami rozchodzenia się fal radiowych.

A   oto   proszę,   w   naszym   małym   miasteczku   znalazł   się   ośrodek 

obliczeniowy,   który   poprzez   ogłoszenia   prasowe   poszukuje 
zleceniodawców.

Wstałem   zza   biurka   i   podszedłem   do   telefonu,   chcąc   natychmiast 

połączyć   się   z   Towarzystwem   Kraftstudta.   W   tym   momencie 
zorientowałem się, że prócz adresu ośrodka obliczeniowego nie podano w 
gazecie   nic   więcej.   „Solidny   ośrodek   matematyczny   bez   telefonu?   To 
niemożliwe!” Wobec tego zadzwoniłem do redakcji gazety. — Niestety, to 
jest   wszystko,   cośmy   otrzymali   od   Kraftstudta   —   powiedział   sekretarz 
redakcji. — W ogłoszeniu nie podano żadnego telefonu.

W książce telefonicznej Towarzystwo Kraftstudta także nie figurowało.
Płonąc   z   niecierpliwości,   by   jak   najszybciej   otrzymać   rozwiązania 

równań,   wyczekiwałem   poniedziałku.   Parokrotnie   odrywałem   się   od 
starannie   wypisanych   na   papierze   równań,   za   którymi   kryły   się 
skomplikowane   procesy   fizyczne,   i   myśli   moje   zwracały   się   ku 
Towarzystwu   Kraftstudta.   „Wychodzą   ze   słusznego   założenia   — 

background image

rozważałem. — W naszych czasach, gdy każdej myśli człowieka próbuje 
się nadać postać wzoru matematycznego, trudno wykoncypować bardziej 
intratne zajęcie”. Ale, ale, kim właściwie jest ten Kraftstudt? Od dawna 
mieszkam w tym mieście, ale żadnego Kraftstudta chyba nie znam. Mówię 
„chyba”, bo jakoś bardzo niejasno przypominam sobie, że kiedyś, zdaje 
się,   spotkałem   się   już   z   tym   nazwiskiem.   Ale   gdzie,   kiedy,   w   jakich 
okolicznościach, tego nie pamiętam.

Wreszcie   nadszedł   długo   oczekiwany   poniedziałek.   Wsadziłem   do 

kieszeni   kartkę   ze   swoimi   równaniami   i   wyruszyłem   na   poszukiwanie 
Weltstrasse 12. Mżył drobny wiosenny deszczyk, musiałem więc wziąć 
taksówkę.

— To   dosyć   daleko   —   rzekł   kierowca   —   za   rzeką,   przy   szpitalu 

psychiatrycznym.

W milczeniu skinąłem głową i pojechaliśmy.
Jechaliśmy   około   czterdziestu   minut.   Minąwszy   rogatki   miasta, 

przejechaliśmy przez most nad rzeką, okrążyliśmy jezioro i znaleźliśmy 
się   na   pagórkowatym   terenie,   porosłym   wyschniętymi   zeszłorocznymi 
chwastami. Gdzieniegdzie przebijała już wczesna wiosenna zieleń.

Wreszcie ukazały się dachy, a potem czerwona cegła murów położonego 

w   dole   szpitala   psychiatrycznego,   który   w   naszym   mieście   nazwano 
żartobliwie „przybytkiem mędrców”.

Wzdłuż wysokiego murowanego ogrodzenia z tłuczonym szkłem biegła 

droga wysypana szlaką. Kierowca skręcał kilka razy w labiryncie murów. 
W końcu zatrzymał auto przed niewielkimi drzwiami.

— To tu. Dwunasty numer.
Byłem   niemile   zaskoczony,   gdy   się   zorientowałem,   że   drzwi,   które 

według   wszelkiego   prawdopodobieństwa   prowadziły   do   biura 
Towarzystwa Kraftstudta, stanowiły jednocześnie wejście do „przybytku 
mędrców”.   „Czy   Kraftstudt   aby   nie   zaangażował   wariatów   do 
wykonywania  w s z e l k i e g o   r o d z a j u   p r a c   m a t e m a t y c z n y c h ?” — 
pomyślałem sobie i uśmiechnąłem się.

Podszedłem  do  drzwi  i  nacisnąłem   guzik dzwonka.  Czekałem  długo, 

chyba  z   pięć   minut.   Wreszcie   drzwi   się   otworzyły.  Ukazał   się   w   nich 
młody człowiek o bladej twarzy i zjeżonych gęstych włosach, mrużąc oczy 
porażone światłem dziennym.

— Słucham pana? — zwrócił się do mnie.
— Czy   tu   się   mieści   Towarzystwo   Matematyczne   Kraftstudta?   — 

zapytałem.

— Tak.

background image

— Panowie dawali ogłoszenie w gazecie…
— Tak.
— Przyniosłem zamówienie.
— Proszę, niech pan pozwoli.
Zwróciłem się do kierowcy, powiedziałem, żeby zaczekał, i pochylając 

się wszedłem do środka. Gdy zamknęły się za mną drzwi, znalazłem się w 
zupełnych ciemnościach.

— Proszę, niech pan pozwoli za mną. Ostrożnie, tu schodki. Teraz na 

lewo. Znów schodki. Teraz pójdziemy w górę…

Mówiąc to, mój przewodnik prowadził mnie za rękę przez
ciemne, kręte korytarze, schodami to w dół, to w górę…
Wreszcie nad głową zajaśniało przyćmione żółtawe światło; wspiąwszy 

się po stromych kamiennych schodach Znalazłem się w niewielkim hallu z 
oszkloną   przegrodą.   Młody   człowiek   szybko   wszedł   za   przepierzenie, 
otworzył szerokie okienko i zwrócił się do mnie:

— Słucham pana.
Miałem uczucie, jakbym trafił nie tu, gdzie trzeba. Ten półmrok, ten 

podziemny labirynt i wreszcie ten głuchy pokój, bez okien, z jedną jedyną 
słabiutką   żarówką   pod   sufitem   —   to   wszystko   w   żaden   sposób   nie 
kojarzyło mi się z nowoczesnym ośrodkiem obliczeniowym.

Stałem, oglądając się z niedowierzaniem wokół.
— Słucham pana — powtórzył młody człowiek, wychylając się przez 

okienko.

— Ach, tak! A więc to tu mieści się ośrodek obliczeniowy Towarzystwa 

Kraftstudta?

— Tak,   tak   —   przerwał   mi   z   nutą   zniecierpliwienia   w   głosie.   — 

Mówiłem już panu, że tutaj. O co chodzi w pańskim zamówieniu?

Wyciągnąłem z kieszeni kartkę z zapisem równań i podałem mu przez 

okienko.

— To jest przybliżenie liniowe tych oto równań, podane w pochodnych 

cząstkowych — zacząłem wyjaśniać niepewnym głosem. — Chciałbym, 
żeby panowie rozwiązali mi je cyfrowo, przynajmniej na granicy dwóch 
ośrodków…   Rozumie   pan,   to   jest   równanie   dyspersji   i   tutaj   szybkość 
rozchodzenia się fal radiowych jest zmienna w każdym punkcie.

Młody   człowiek   zmiął   w   dłoni   moją   kartkę   i   zwrócił   się   do   mnie 

nieoczekiwanie.

— Wszystko jasne. Na kiedy potrzebne jest panu rozwiązanie?
— Jak   to   na   kiedy?   —   zdziwiłem   się.   —   To   panowie   powinni   mi 

powiedzieć, kiedy otrzymam wynik.

background image

— Jutro. Odpowiada panu? — zapytał, zwróciwszy na mnie czarne oczy 

o głębokim spojrzeniu.

— Jutro?!
— Tak, jutro. Powiedzmy, na godzinę dwunastą.
— Boże, cóż za maszynę panowie mają?! Tak szybko pracuje?
— Więc   tak,   jutro   o   dwunastej   otrzyma   pan   rozwiązanie.   Cena   — 

czterysta marek. Opłata gotówką.

Bez słowa podałem mu pieniądze i wizytówkę, na której widniało moje 

nazwisko oraz adres.

Prowadząc mnie przez podziemny labirynt do wyjścia, młody człowiek 

zapytał:

— Ach, więc to pan jest profesorem Rauchem?
— Tak, owszem. A dlaczego pan pyta?
— Kiedy organizowaliśmy ośrodek obliczeniowy, przypuszczaliśmy, że 

wcześniej czy później zjawi się pan u nas.

— Dlaczego panowie tak sądzili? — zapytałem.
— A od kogóż jeszcze można spodziewać się zleceń w tej dziurze?
Odpowiedź wydała mi się całkiem przekonująca.
Nie zdążyłem się nawet pożegnać z młodym człowiekiem, gdy drzwi się 

za mną zatrzasnęły.

W drodze powrotnej przez cały czas myślałem o tym dziwnym ośrodku 

obliczeniowym,   który   znajdował   się   pod   wspólnym   dachem   z 
„przybytkiem   mędrców”.   Gdzie   i   kiedy   spotkałem   się   z   nazwiskiem 
Kraftstudta?

Nazajutrz z niecierpliwością oczekiwałem porannej poczty.
Gdy o godzinie pół do dwunastej rozległ się przy drzwiach dzwonek, 

zerwałem się z miejsca i ruszyłem, by otworzyć listonoszowi. Ku swemu 
zdumieniu   ujrzałem   przed   sobą   chudziutką,   bladą   dziewczynkę, 
trzymającą w rękach wielką niebieską kopertę.

— Czy pan profesor Rauch? — zapytała.
— Tak.
— Przyniosłam przesyłkę od Kraftstudta. Proszę o pokwitowanie.
Cieniutkie   jej   rączki   grzebały   chwilę   w   kieszeniach   palta,   po   czym 

dziewczynka podała mi książkę.

Na pierwszej kartce książki, którą mi wręczyła, widniało jedno jedyne 

nazwisko — moje. Pokwitowałem i chciałem jej dać parę fenigów.

— O, co pan — zarumieniła się i bąknąwszy cichutko „do widzenia”, 

ulotniła się.

Z   kopertą   w   ręku   wróciłem   do   gabinetu.   Patrząc   na   fotokopię   gęsto 

background image

zapisanego   rękopisu,   z   początku   nie   mogłem   nic   zrozumieć.   Po 
elektronowej matematycznej maszynie cyfrowej spodziewałem się czegoś 
wręcz   innego:   długich   kolumienek   cyfr,   w   których   po   jednej   stronie 
powinny   widnieć   wartości   argumentów,   po   drugiej   zaś   —   wartości 
rozwiązania równań.

To, co miałem przed sobą, w niczym tego nie przypominało. Było to 

dokładne i kompletne rozwiązanie moich równań!

Przebiegłem oczami kartkę po kartce, coraz bardziej zagłębiając się w 

ścisłe   i   zdumiewające   swą   doskonałością,   jasnością   i   pomysłowością 
obliczenia.   Człowiek,   który   rozwiązywał   równania,   dysponował 
imponującą wiedzą matematyczną… Mogliby mu jej pozazdrościć najtężsi 
matematycy.   Rozwiązania   dokonano   w   oparciu   o   prawie   wszystkie 
dziedziny   matematyki:   teorię   równań   różniczkowych   i   całkowych, 
liniowych i nieliniowych, teorię funkcji zmiennej zespolonej, teorię grup, 
teorię mnogości — a nawet o takie działy matematyczne, zdawałoby się, 
nie   mające   bliższego   związku   z   tym   konkretnym   problemem,   jak 
topologia, teoria liczb oraz logika matematyczna.

Omal nie krzyknąłem z podziwu, gdy w wyniku uogólnienia wielkiej 

ilości twierdzeń, rozwiązań szczególnych, wzorów i równań, pojawiło się 
wreszcie i samo rozwiązanie, którego zapis matematyczny zajmował całe 
trzy wiersze.

Najbardziej   jednak   fantastyczne   było   to,   że   nieznany   matematyk 

postarał się również nadać owej tasiemcowej formule zapis przejrzysty. 
Znalazł on przybliżoną, lecz bardzo przy tym ścisłą, krótką i prostą formę 
zapisu matematycznego, składającego się z samych tylko elementarnych 
wyrażeń algebraicznych i trygonometrycznych.

Na   końcu,   na   niewielkiej   wklejce,   rozwiązanie   równań   zostało 

przedstawione w formie graficznej.

Niczego   więcej   nie   można   było   sobie   życzyć.   Równanie,   które   jak 

sądziłem nie da się przedstawić w postaci skończonej, zostało rozwiązane.

Ochłonąwszy   z   pierwszego   zdziwienia   i   zachwytu,   zabrałem   się 

ponownie   do   dokładniejszego   studiowania   fotokopii.   Tym   razem 
zauważyłem,   że   człowiek,   który   rozwiązywał   moje   zadanie,   pisał 
gorączkowo,   drobniutkim   pismem,   jakby   chcąc   zaoszczędzić   każdy 
milimetr   papieru   i   każdą   sekundę   czasu.   Całość   stanowiła   dwadzieścia 
osiem stron i wyobraziłem sobie, jak tytaniczna musiała być praca owego 
matematyka.   Proszę   spróbować   napisać   własnoręcznie   w   ciągu   jednej 
doby list do kogoś ze znajomych o objętości dwudziestu ośmiu stron albo 
zapełnić   dwadzieścia   osiem   stron   własnego   życiorysu,   lub   wreszcie 

background image

spróbować z jakiejkolwiek bądź książki, w sposób zupełnie mechaniczny, 
bez   zwracania   uwagi   na   sens   słów,   po   prostu   zwyczajnie   przepisać 
dwadzieścia osiem stron, a przekonacie się, że to piekielna praca.

A nie był to przecież list  do znajomego  ani też przepisany fragment 

starego   romansu.   Było   to   rozwiązanie   niezwykle   skomplikowanego 
zagadnienia matematycznego i pomyśleć — dokonano tego w ciągu jednej 
doby! Przez kilka godzin bez przerwy wlepiałem oczy w zapisane kartki i 
z każdą godziną coraz bardziej rosło moje zdumienie.

Gdzie Kraftstudt wynalazł takiego matematyka? Na jakich warunkach 

pracuje u niego? Co to za jeden? Chyba jakiś nieznany geniusz? A może to 
jeden z tych przypadków cudu natury ludzkiej, które spotyka się czasem 
na granicy normalności  i obłąkania? Może to jeden z takich unikatów, 
którego   udało   się   Kraftstudtowi   wynaleźć   w   „przybytku   mędrców”? 
Historia   zna   wypadki,   gdy   genialni   matematycy   trafiali   w   końcu   do 
szpitali psychiatrycznych. Może matematyk, który tak wspaniale rozwiązał 
moje zadanie, należy również do tej kategorii ludzi?

Takie oto pytania prześladowały mnie przez cały dzień.
Mimo   wszystko   fakt   pozostawał   faktem.   Zadanie   rozwiązała   nie 

maszyna, lecz człowiek — jakiś niebywały geniusz matematyki, o którym 
świat nic nie wie.

Następnego   dnia,   ochłonąwszy   nieco   z   wrażenia,   jeszcze   raz 

przestudiowałem rozwiązanie, tym razem rozkoszując się nim, jak potrafią 
się   rozkoszować   ludzie   słuchający   dobrej   muzyki.   Było   ono   tak 
niezrównane,   tak   ścisłe,   tak   przejrzyste,   że   postanowiłem…   powtórzyć 
eksperyment   i   zlecić   Towarzystwu   Kraftstudta   rozwiązanie   jeszcze 
jednego zadania.

Na   szczęście   nie   zbywało   mi   na   nich;   wybrałem   równanie,   którego 

rozwiązanie uważałem zawsze za absolutnie beznadziejne, i to nie tylko w 
postaci skończonej; uważałem za niemożliwe nawet sprowadzenie go do 
postaci potrzebnej, by podać je do rozwiązania maszynie matematycznej.

Równanie to także dotyczyło teorii rozchodzenia się fal radiowych, ale 

tym razem zagadnienie było specyficzne i wyjątkowo skomplikowane, ze 
źródłami ruchomymi w ośrodku, którego właściwości podlegają zmianom 
w czasie i w przestrzeni. Było to jedno z owych równań, które teoretycy 
fizyki wypisują po to jedynie, by się nimi podelektować, a potem puścić w 
niepamięć, bo i tak są zbyt skomplikowane, by mogły się przydać komuś 
w praktyce…

Gdy rozwarły się drzwi w ścianie z czerwonej cegły, przywitał mnie 

znów   ten   sam   młody   człowiek.   Ujrzawszy   mnie   uśmiechnął   się 

background image

tajemniczo.

— Mam jeszcze jedno zadanie… — zacząłem.
Kiwnął głową i tak jak za pierwszym razem poprowadził mnie przez 

ciemne korytarze do swej mrocznej poczekalni bez okien.

Znałem już procedurę, podszedłem do okienka i podałem mu kartkę z 

równaniem.

— To u panów nie maszyny liczą?
— Jak pan widzi — odrzekł, nie odrywając oczu od kartki.
— Człowiek,   który   rozwiązał   moje   pierwsze   zadanie   to   wielki   talent 

matematyczny — rzekłem.

Młody człowiek nie odpowiedział nic, zagłębiony w czytaniu rękopisu.
— Jednego mają go panowie czy też kilku? — zapytałem.
— A czy to ma coś wspólnego z tym, czego pan potrzebuje? Firma daje 

gwarancję…

Nie   zdążył   dokończyć   zdania.   Głęboką   ciszę   podziemi   rozdarło 

przeraźliwe,   nieludzkie   wycie.   Przebiegł   mnie   dreszcz   i   zacząłem 
nasłuchiwać.   Krzyk   dochodził   skądś   zza   ściany.   Ktoś   krzyczał,   a 
właściwie   wydzierał   się   na   całe   gardło,   jakby   go   tam   poddawano 
nieludzkim   torturom.   Młody   człowiek   zmiął   kartkę   z   moim   zadaniem, 
umknął   spojrzeniem   w   bok,   potem   spojrzał   na   mnie   i   wybiegając   zza 
przegródki złapał mnie za rękę i pociągnął ku wyjściu.

— Co to było? — zapytałem go, ledwie łapiąc oddech, już przy samych 

drzwiach na ulicę.

Zamiast odpowiedzi wypalił:
— Rozwiązanie   otrzyma   pan   pojutrze   o   dwunastej.   Pieniądze   proszę 

przekazać gońcowi.

Po tych słowach zniknął — zostałem sam przed taksówką.
Czyż muszę mówić, że po tym wypadku straciłem do reszty spokój? Po 

pierwsze, nie mogłem ani przez chwilę zapomnieć przerażającego krzyku, 
który, zdawało się, wstrząsnął grubymi murami ośrodka obliczeniowego 
Towarzystwa Kraftstudta. Po wtóre, wciąż jeszcze znajdowałem się pod 
wrażeniem tego, że to jeden człowiek w ciągu jednej doby rozwiązał tak 
trudne zadanie matematyczne. A po trzecie, jak w gorączce oczekiwałem 
na rozwiązanie mojego drugiego zadania. Jeśli i ono zostanie rozwiązane, 
to wówczas…

W dwa dni później rękami drżącymi z podniecenia odbierałem kopertę, 

przyniesioną   przez   gońca   Towarzystwa   Kraftstudta.   Z   jej   objętości 
mogłem wnosić, że znajduje się tam jednak rozwiązanie tego niezwykle 
skomplikowanego   zadania   matematycznego.   Z   pewnym   niepokojem 

background image

spoglądałem na chudziutką istotkę stojącą przede mną. Nagle olśniła mnie 
myśl.

— Proszę wejść, już przynoszę pieniądze.
— Nie, nie trzeba — dziewczynka poruszyła się jakby strwożona — 

zaczekam tutaj…

— Ależ, proszę wejść, po co ma pani marznąć — rzekłem i prawie siłą 

wciągnąłem ją do pokoju. — Muszę przejrzeć pracę i zobaczyć, czy warta 
jest, by za nią płacić.

Dziewczynka   przywarła   plecami   do   drzwi   i   spoglądała   na   mnie 

otwartymi szeroko oczami…

— To zabronione… — wyszeptała.
— Co zabronione?
— Wchodzić   do   domu   klientów…   Dostałam   taką   instrukcję,   proszę 

pana.

— Niech pani machnie ręką na tę instrukcję. Ja tu jestem gospodarzem i 

nikt się nie dowie, że wstępowała pani do mnie.

— O, proszę pana… Oni o wszystkim się dowiedzą, a wtedy…
— Co wtedy? — zapytałem, podchodząc do niej.
— O, to straszne…
Nagle pochyliła głowę i rozpłakała się. Położyłem rękę na jej ramieniu, 

w tym momencie wzdrygnęła się gwałtownie i wyskoczyła za drzwi.

— Proszę natychmiast o siedemset marek, muszę już iść — wyrzekła 

głosem drżącym, ale pełnym stanowczości.

Podałem jej pieniądze, wyrwała mi je z rąk i umknęła.
Gdy   otworzyłem   kopertę,   omal   nie   krzyknąłem   ze   zdumienia.   Przez 

dłuższą chwilę patrzyłem na stosik fotokopii nie wierząc własnym oczom. 
Najbardziej   zdumiało   mnie   to,   że   wyliczenia   były   pisane   innym 
charakterem pisma.

Drugi genialny matematyk! Ten wszakże był jeszcze bardziej genialny 

niż pierwszy, gdyż na pięćdziesięciu trzech arkuszach papieru rozwiązał 
równania po stokroć trudniejsze niż poprzednie. Przebiegając wzrokiem 
kartki, wypełnione energicznym, zamaszystym pismem, wpatrując się w 
całki,   sumy,   wariacje   i   inne   wzory   z   najtrudniejszych   dziedzin   nauk 
matematycznych, pomyślałem sobie w pewnym momencie, że znalazłem 
się oto w jakimś nie znanym mi dziwnym świecie matematyki, w którym 
wszelkie trudności utraciły znaczenie. Jakby po prostu nigdy nie istniały.

Wydawać   się   mogło,   że   matematyk,   który   rozwiązał   moje   drugie 

zadanie, nie miał żadnych wątpliwości, tak samo jak my, gdy dodajemy 
lub odejmujemy w słupku dwucyfrowe liczby.

background image

Kilkakrotnie   przerywałem   czytanie   rękopisu,   by   zajrzeć   do 

podręczników matematyki. Zdumiewała mnie sprawność, z jaką nie znany 
mi matematyk posługiwał się najbardziej skomplikowanymi twierdzeniami 
i   tematami.   Logika   jego   była   wprost   niewiarogodna,   głębia   myśli 
nieogarniona,   a   metoda   rozwiązania   nie   nasuwała   żadnych   zastrzeżeń. 
Gdyby najgenialniejsi matematycy wszystkich czasów i narodów, tacy jak: 
Newton, Leibniz, Gauss, Euler, Łobaczewski, Weierstrass, Hilbert i wielu 
innych, mogli widzieć, jak rozwiązano to zadanie, byliby bez wątpienia 
nie mniej ode mnie zdumieni.

Po   przestudiowaniu   rękopisu,   całkiem   oszołomiony   i   z   zachwianym 

poczuciem rzeczywistości, pogrążyłem się w myślach.

„Skąd   Kraftstudt   wziął   takich   matematyków?”   —   Teraz   byłem   już 

pewien, że miał ich nie dwóch i nie trzech, lecz z pewnością całą grupę. 
Nie   mógł   przecież   zakładać   poważnego   ośrodka   obliczeniowego 
zatrudniając tylko dwie czy trzy osoby. Jak mu się to udało? Dlaczego 
firma mieści się w tym samym gmachu, co dom wariatów? Kto i dlaczego 
krzyczał tak nieludzko tam za ścianą?

„Kraftstudt,   Kraftstudt…”   —   nazwisko   to   gdzieś   i   kiedyś   usłyszane 

chodziło mi po głowie, dręczyło mnie. Ale gdzie i kiedy? Kto się ukrywa 
za tym nazwiskiem? Chodziłem po gabinecie, ściskałem głowę rękami i 
usiłowałem przypomnieć sobie, co wiedziałem o Kraftstudcie.

Potem znów zasiadłem do genialnego manuskryptu, rozkoszując się jego 

treścią,  studiując wszystko oddzielnie  i po kolei,  zagłębiając się  w tok 
dowodzenia poszczególnych twierdzeń i wyprowadzenia wzorów. Nagle 
zerwałem   się   na   równe   nogi.   Teraz   bowiem   przypomniał   mi   się 
przeraźliwy, nieludzki krzyk równocześnie z nazwiskiem Kraftstudta.

Skojarzenie to nie było przypadkowe. Inaczej zresztą być nie mogło. 

Tak właśnie — nieludzki krzyk kogoś katowanego i Kraftstudt! Oba te 
elementy tworzyły nierozłączną całość. W czasie drugiej wojny światowej 
niejaki   Kraftstudt   był   oficerem   śledczym   w   hitlerowskim   obozie 
koncentracyjnym w Grazu. Po wojnie stanął przed sądem. Za katowanie i 
mordowanie   ludzi   został   skazany   na   dożywotnie   więzienie.   Od   tamtej 
chwili wszelki słuch o nim zaginął.

Przypomniałem   sobie   opublikowane   we   wszystkich   gazetach   zdjęcie 

tego człowieka w mundurze obersturmführera SS, w pince–nez, o oczach 
szeroko otwartych, nawet jakby zdziwionych, i otyłej twarzy. Trudno było 
uwierzyć,   że   człowiek   o   takiej   fizjonomii   mógł   być   oprawcą   w 
hitlerowskich katowniach. Jednakże, równocześnie ze zdjęciem, podawano 
szczegółowe   zeznania   świadków   i   wyniki   śledztwa.   Tak,   Kraftstudt 

background image

rzeczywiście był oprawcą.

Co się z nim stało po procesie? Czy aby go teraz nie zwolniono, tak jak 

wielu innych zbrodniarzy?

Ale   co   on   może   mieć   wspólnego   z   matematyką?   Gdzież   tu   jakiś 

logiczny związek: oprawca z obozów i genialne rozwiązywanie równań 
różniczkowych i całkowych?

W   tym   miejscu   nić   moich   rozważań   rwała   się   i   wiedziałem,   że   nie 

potrafię powiązać tych dwu ogniw. Coś się tu nie zgadzało, kryła się w 
tym jakaś tajemnica, której nie byłem w stanie wyjaśnić za pomocą czysto 
abstrakcyjnego rozumowania.

Nie   wiem,   jak   długo   łamałem   sobie   nad   tym   głowę   i   próbowałem 

sprowadzać   do   wspólnego   mianownika   wszystkie   te   elementy   — 
Kraftstudta, „przybytek mędrców” i grupę genialnych matematyków — i 
w żaden sposób to mi się nie udawało. W dodatku jeszcze ta dziewczynka, 
która oświadczyła, że „oni i tak się o wszystkim dowiedzą…” Jakaż była 
bojaźliwa i wylękniona!

Po kilku dniach dręczących rozmyślań doszedłem do przekonania, że 

jeśli nie wyjaśnię tej tajemnicy, to całkiem mi się w głowie pomiesza.

Przede wszystkim postanowiłem się przekonać, czy Kraftstudt z ośrodka 

matematycznego   i   Kraftstudt,   zbrodniarz   wojenny,   to   jedna   i   ta   sama 
postać.

Kiedy stanąłem  po raz trzeci przed niskimi  drzwiami,  wiodącymi do 

firmy Kraftstudta, poczułem, że teraz musi się stać coś takiego, co odegra 
zasadniczą rolę w całym moim życiu. Nie wiem czemu, ale zwolniłem 
taksówkę   i   dopiero   gdy   auto   skryło   się   za   zakrętem,   zadzwoniłem   do 
drzwi.

Odniosłem wrażenie, jak gdyby młody człowiek o zamkniętej, prawie 

starczej twarzy, oczekiwał mnie. Od razu wziął mnie za rękę i nie pytając 
o nic poprowadził przez ciemne podziemia do tej samej  poczekalni, w 
której byłem już dwukrotnie.

— A więc, z czym pan znów przychodzi? — zapytał impertynencko.
— Chciałbym widzieć się osobiście z panem Kraftstudtem — bąknąłem.
— Czy ma pan jakieś pretensje do firmy, panie profesorze? — spytał.
— Chciałbym   widzieć   się   z   panem   Kraftstudtem   —   powtórzyłem, 

starając   się   nie   patrzeć   w  jego  wielkie   czarne  oczy,  które   miały   w  tej 
chwili zły i urągliwy wyraz.

— To   pańska   sprawa.   Mnie   to   mało   obchodzi   —   rzekł,   gdy 

wytrzymałem trwające dłuższą chwilę spojrzenie jego badawczych oczu. 
— Proszę poczekać tutaj.

background image

Po czym znikł w jakichś drzwiach za oszkloną przegrodą i nie było go 

przeszło pół godziny.

Zdrzemnąłem się już prawie, gdy posłyszałem szmer w końcu sali i w 

półmroku ukazała się postać człowieka w białym fartuchu ze stetoskopem 
w rękach. „Doktor — pomyślałem sobie. — Zaraz zacznie mnie badać i 
osłuchiwać.   Czyż   muszę   przejść   przez   to,   zanim   zobaczę   się   z   panem 
Kraftstudtem?”

— Pan pozwoli — rzekł doktor uprzejmie. Ruszyłem za nim, nie mając 

zielonego   pojęcia   o   tym,   co   za   chwilę   stanie   się   ze   mną   i   jakie 
konsekwencje mogą wyniknąć z tego mojego pomysłu.

Minąwszy drzwi w oszklonej przegrodzie, pośpieszyłem za człowiekiem 

w białym fartuchu. Szliśmy długim korytarzem, do którego skądś z góry 
przenikało   światło   dnia.   Korytarz   kończył   się   wielkimi,   masywnymi 
drzwiami. Doktor zatrzymał się.

— Proszę tu zaczekać. Zaraz zostanie pan przyjęty przez Kraftstudta.
Doktor zjawił się znowu po pięciu minutach. Szeroko otworzył drzwi i 

przez   chwilę   widziałem   ciemny   zarys   jego   sylwetki   w   promieniach 
wpadającego tu światła dziennego.

— No cóż, chodźmy — rzekł głosem człowieka, który żałuje tego, co 

ma za chwilę nastąpić.

Posłusznie ruszyłem za nim. Gdy weszliśmy do przestronnego jasnego 

pokoju o wielkich oknach, mimo woli przymknąłem oczy. Z odrętwienia 
wyrwał mnie ostry głos:

— Proszę bliżej, profesorze Rauch.
Odwróciłem   się   w   prawo   i   zobaczyłem   Kraftstudta,   tego   samego 

Kraftstudta, którego znałem z licznych zdjęć w gazetach.

— Zdaje   się,   że   pragnął   pan   widzieć   się   ze   mną   —   zapytał   bez 

przywitania, nie wstając zza biurka. — Czym mogę służyć?

Szybko wziąłem się w garść i przełknąwszy  ślinę  podszedłem aż do 

samego biurka, przy którym siedział.

— Ach, więc zmienił pan rodzaj zajęć? — spytałem, patrząc mu prosto 

w twarz. W porównaniu z tym, jakim był piętnaście lat temu, postarzał się 
wyraźnie,   na   twarzy,   na   ostro   zarysowanych   kościach   policzkowych 
pojawiły się grube, zwiędłe fałdy.

— Co pan ma na myśli, profesorze? — rzucił pytanie, patrząc na mnie i 

bacznie mnie obserwując.

— Ja, panie Kraftstudt, sądziłem, a ściślej mówiąc, miałem nadzieję, że 

pan wciąż jeszcze…

— Ach, o to chodzi!

background image

I Kraftstudt roześmiał się na cały głos.
— Inne czasy, Rauch. Inne… Co pana sprowadza do mnie, profesorze?
— Panie Kraftstudt, jak może się pan domyślać, znam się coś niecoś na 

matematyce.   Mam   na   myśli   oczywiście   matematykę   współczesną. 
Sądziłem   więc   z   początku,   że   zorganizował   pan   normalny   ośrodek 
obliczeniowy,   wyposażony   w   elektronowe   maszyny.   Jednakże   już 
dwukrotnie przekonałem się, że tak nie jest. W pańskim ośrodku zadania 
matematyczne rozwiązują ludzie. Rozwiązują je wprost genialnie. A co 
najdziwniejsze — zdumiewająco szybko, nadludzko szybko. Ja, jeśli pan 
pozwoli, ośmieliłem się przyjść do pana, żeby zapoznać się z pańskimi 
matematykami, którzy naturalnie są ludźmi nieprzeciętnymi.

Kraftstudt   początkowo   skrzywił   twarz   w   uśmiechu,   a   potem   zaczął 

śmiać się, najpierw cicho, później coraz głośniej i głośniej.

— Czego pan się tak śmieje, panie Kraftstudt? — obruszyłem się. — 

Przecież   każdy   człowiek   o   zdrowych   zmysłach   musiałby   popaść   w 
zdumienie,   zaznajomiwszy   się   z   tymi   rozwiązaniami   równań,   jakie 
przekazała do mojej dyspozycji pańska firma!

— Śmieję  się z czego innego, Rauch. Śmieję  się z tego, że jest pan 

ograniczony   i   naiwny   jak   prowincjusz.   Śmieję   się   z   tego,   że   pan, 
profesorze, człowiek ogólnie szanowany w mieście, zawsze wprawiający 
wszystkich w podziw swą uczonością, tak  beznadziejnie nie nadąża za 
gwałtownym postępem współczesnej nauki!

Oburzyła mnie bezczelność byłego hitlerowskiego oprawcy.
— Proszę   słuchać!   —   zawołałem.   —   Zaledwie   piętnaście   lat   temu 

specjalnością   pana   było   torturowanie   niewinnych   ludzi   rozpalonym 
żelazem.   Jakie   ma   pan   dziś   prawo   wymądrzać   się   na   temat   nauki 
współczesnej?  Jeśli   chce  pan  wiedzieć,  Kraftstudt,   przyszedłem,   by   się 
przekonać,   jakimi   metodami   zmusza   pan   swoich   podwładnych,   wielce 
utalentowanych ludzi, do wykonania w ciągu jednej doby pracy, której 
podołać mógłby tylko człowiek genialny i to w ciągu paru lat. Przekonać 
się i powiadomić o tym wszystkich.

Kraftstudt podniósł się z krzesła i nasępiwszy brwi podszedł do mnie.
— Niech pan słucha, Rauch. Radziłbym panu nie wyprowadzać mnie z 

równowagi. Wiedziałem, że zgłosi się pan do mnie wcześniej czy później. 
Nie spodziewałem się jednak wcale, że tu, w swoim gabinecie, będę miał 
do czynienia z idiotą. Przyznaję, miałem nadzieję znaleźć w osobie pana, 
za pozwoleniem, sprzymierzeńca i pomocnika.

— Co–o–o? — zawołałem, zaciskając z wściekłości pięści i podchodząc 

bliżej do biurka Kraftstudta.

background image

Twarz   Kraftstudta   przybrała   wyraz   szarożółtej,   bezkształtnej   maski. 

Wyblakłe   niebieskie   oczy   za   szkłami   pince–nez   zmieniły   się   w   dwie 
wąskie szparki, w których zaświecił jakiś zielony, jadowity blask. Przez 
chwilę miałem wrażenie, że przygląda mi się jak rzeczy, którą zamierza 
sobie przywłaszczyć.

— A zatem chce pan, żebym wyjaśnił panu, czy nasza firma pracuje 

rzetelnie? Mało więc jeszcze panu tego, że dwa pańskie idiotyczne zadania 
zostały   rozwiązane   tak,   jak   powinny   być   rozwiązane   w   dwudziestym 
wieku? Chciałby pan jeszcze przekonać się na własnej skórze, co znaczy 
rozwiązywanie   takich   zadań?   —   mówił   z   jadowitym   sykiem.   Jego 
odpychająca twarz  była  jak  bezkształtna   bryła,  pulsująca  nieprzerwanie 
wściekłością   i   nienawiścią.   —   Dosyć   tego!   Ostatecznie,   nie   prosiłam 
wcale, żeby pan tu do mnie przychodził. Ale jeśli już pan przyszedł, i to z 
takimi zamiarami, dobrze, przyda nam się pan, czy będzie pan tego chciał, 
czy nie.

Nie   zauważyłem,   że   doktor,   który   przyprowadził   mnie   do   gabinetu 

Kraftstudta, przez cały czas rozmowy stał z tyłu za mną. Szef firmy dał mu 
jakiś znak i w tej samej  chwili silna ręka doktora pochwyciła mnie za 
twarz, mocno zacisnęła mi  usta, druga zaś podsunęła pod nos kawałek 
waty, nasycony jakąś substancją o ostrym zapachu.

Straciłem przytomność…
Ocknąłem   się   na   łóżku   i   długo   nie   mogłem   się   zdecydować   na 

otworzenie oczu. Dokoła rozbrzmiewały głosy jakichś ludzi. Dyskutowali 
o czymś z przejęciem; była to dyskusja naukowa, której treść przez jakiś 
czas   nie   docierała   do   mojej   świadomości.   Dopiero   gdy   trochę 
oprzytomniałem, zacząłem chwytać sens zdań, wygłaszanych przez osoby, 
które znajdowały się koło mnie.

— Henryk   nie   ma   racji.   Jak   się   okazało,   kod   impulsów,   który   ma 

pobudzać  neurony   środków woli,  nie  składa  się  wcale  z pięćdziesięciu 
sygnałów   następujących   po   sobie   w   równych   odstępach   czasu   i   pięciu 
dłuższych   przerw   między   równymi   seriami.   Wczoraj   sprawdzono   to 
ostatecznie podczas eksperymentów z Nicholsem.

— No wiesz, ten twój Nichols, to żaden przykład. Musisz wiedzieć, że 

kod   dla   pobudzenia   neuronów   jest   w   przypadku   każdego   człowieka 
indywidualny. To, co pobudza ośrodki woli u jednego, może pobudzać coś 
całkiem innego u kogoś drugiego. Na przykład pobudzenie elektryczne, 
które   Nicholsowi   sprawia   rozkosz,   u   mnie   powoduje   głuchotę.   Gdy 
zostanę podłączony w obwód, mam takie uczucie, jak gdyby wstawiono 
mi do uszu dwie trąby, przez które przelewa mi się do głowy huk silników 

background image

samolotowych.

— Mimo wszystko rytm funkcjonowania ośrodków neuronów w mózgu 

ma u wielu ludzi cechy podobne.

— Jak   dotychczas   jednak   sprawa   nie   posunęła   się   poza   analizę 

matematyczną — rzekł ktoś bezbarwnym głosem.

— To   tylko   kwestia   czasu.   W   danym   przypadku   doświadczenia 

pośrednie   mają   o   wiele   większe   znaczenie   niż   doświadczenia 
bezpośrednie.   Nikt   nie   odważy   się   wstawić   ci   do   mózgu   elektrody   i 
obserwować,   jakie   wywołuje   ona   w   nim   impulsy,   ponieważ 
zniekształciłoby to także impulsy. Co innego generator, w którym można 
regulować   w   szerokich   zakresach   modulację   częstości   kodu   impulsów. 
Pozwala to na dokonywanie doświadczeń bez naruszania struktury mózgu 
jako całości.

— Jak   by   to   powiedzieć   —   odezwał   się   ktoś   tym   samym,   wciąż 

bezbarwnym głosem. — Rozumowanie twoje przeczy przypadkowi, jaki 
miał miejsce z Gorenem i z Voydem. Pierwszy zmarł w ciągu dziesięciu 
sekund   od   chwili,   gdy   został   umieszczony   w   polu,   w   którym   dziesięć 
kolejnych   sygnałów   napięcia   następowało   z   częstotliwością   siedmiuset 
herców, z przerwami trwającymi pięć dziesiątych sekundy. Drugi zaś tak 
wył z bólu, że trzeba było natychmiast wyłączyć generator. Zapominacie o 
podstawowym twierdzeniu neuro–cybernetyki, że we włóknach neuronów, 
które   istnieją   w   organizmie   człowieka,   powstaje   olbrzymia   ilość 
obwodów.   Biegnące   po   nich   impulsy   charakteryzuje   specyficzna 
częstotliwość   oraz   każdorazowo   swoisty   kod.   Wystarczy   popaść   w 
rezonans z dowolnym z tych obwodów, a obwód może wzbudzić się do 
stanu wprost niewiarogodnego. Jeśli można tak rzec — doktor działa na 
ślepo. I to, że jeszcze żyjecie, jest po prostu przypadkiem.

W   tym   momencie   rozmowy   otworzyłem   oczy.   Pokój,   w   którym 

znajdowałem   się,   przypominał   wielką   salę   szpitalną   z   łóżkami 
ustawionymi wzdłuż ścian. Pośrodku stał duży, drewniany stół, na którym 
poniewierały   się   resztki   jedzenia,   puszki   po   konserwach,   niedopałki 
papierosów i strzępki papieru. Z góry padało na to wszystko słabe światło 
elektryczne. Dźwignąłem się na łokciach i rozejrzałem. Rozmowa od razu 
urwała się.

— Gdzie   ja   jestem?   —   wyszeptałem,   wodząc   oczami   wokoło. 

Usłyszałem, jak ktoś za moimi plecami powiedział: „Ten nowy przyszedł 
już do siebie…”

— Gdzie   ja   jestem?   —   powtórzyłem   pytanie,   zwracając   się   do 

wszystkich naraz.

background image

— Jak to, nie wie pan? — odezwał się z prawej strony młody człowiek, 

siedzący na łóżku w samej bieliźnie. — Tu jest firma Kraftstudta, naszego 
stwórcy i nauczyciela.

— Stwórcy   i   nauczyciela?   —   wybąkałem,   trąc   dłonią   czoło.   Głowę 

miałem ciężką, jakby nalaną ołowiem. — Jakiż tam z niego nauczyciel, 
przecież to zbrodniarz wojenny.

— Zbrodnia, przestępstwo — to pojęcie względne. Wszystko zależy od 

celu, w imię którego czegoś się dokonuje. Jeśli cel jest wzniosły, każdy 
postępek jest dobry — wypalił mój sąsiad z prawej.

Zdumiony próbką tak wulgarnego makiawelizmu spojrzałem na niego z 

ciekawością.

— Gdzie   nauczył   się   pan   takich   mądrości,   młody   człowieku?   — 

spytałem zwracając się do niego.

— Pan   Kraftstudt   —   nasz   stwórca   i   nauczyciel!   —   nagle   zaczęli 

powtarzać jeden przez drugiego wszyscy obecni.

„A   więc,   rzeczywiście   trafiłem   do   »przybytku   mędrców«„   — 

pomyślałem sobie gorzko.

— No tak, panowie. Źle jest z wami, jeśli wygadujecie takie rzeczy — 

powiedziałem, przypatrując im się uważnie.

— Idę o zakład, że u tego nowego matematyka znajduje się w przedziale 

częstotliwości od dziewięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu pięciu herców! 
— zawołał podnosząc się na łóżku otyły jegomość.

— Uczucie bólu zaś można u niego wywołać przy częstotliwości nie 

większej  od stu  czterdziestu  herców jednostajnie przyśpieszonego kodu 
impulsów! — zawołał inny.

— Do   snu   natomiast   można   by   go   przymusić   seriami   sygnałów   po 

osiem impulsów na sekundę z dwusekundową przerwą po każdej serii!

— Jestem przekonany, że ten nasz nowy będzie odczuwał głód podczas 

wzbudzenia   impulsowego   o   częstotliwości   stu   trzech   herców   przy 
logarytmicznym wzroście natężenia impulsów.

*

Zdarzyło   się   najgorsze,   co   mogłem   sobie   wyobrazić.   Nie   ulegało 

wątpliwości, że wszyscy oni byli niespełna rozumu. Dziwne mi się wydało 
tylko   jedno   —   wszyscy   mówili   o   tym   samym;   o   jakichś   kodach   i 
impulsach,   mając   przez   cały   czas   na   uwadze   moje   doznania.   Obstąpili 
mnie   i   patrząc   mi   prosto   w   oczy,   wymieniali   głośno   jakieś   cyfry, 

background image

wspominali   coś   o   modulacjach   i   sile   natężenia,   snując  rozważania,   jak 
będę   się   zachowywał   „pod   generatorem”   i   „między   ściankami”   i   jakie 
napięcie będzie potrzebne w moim przypadku.

Zdając   sobie   sprawę,   że   z   chorymi   umysłowo   lepiej   nie   zaczynać, 

możliwie jak najdelikatniej zwróciłem się do swego sąsiada, siedzącego na 
łóżku na prawo ode mnie. Wydał mi się bardziej normalny od reszty.

— Niech   mi   pan   powie,   o   czym   to   panowie   wciąż   mówią?   Jestem 

zupełnym profanem w tych sprawach. Jakieś tam kody, impulsy, neurony, 
bodźce…

Cały   pokój   zagrzmiał   śmiechem.   Mieszkańcy   jego   aż   się   zataczali, 

kiwając   się   to   w   przód,   to   w   tył,   obejmując   się   wzajemnie   rękami   i 
nachylając niemal do podłogi. Śmiech nie przestawał rozbrzmiewać nawet 
wówczas, gdy pełen oburzenia wstałem i chciałem na nich krzyknąć.

— Obwód   czternasty.   Częstotliwość   osiemdziesiąt   pięć   herców! 

Wzbudzenie uczucia gniewu! — zawołał któryś z nich i śmiech stał się 
jeszcze bardziej homerycki.

Wówczas usiadłem na swoim łóżku, czekając aż się uspokoją. Pierwszy 

ochłonął mój sąsiad z prawej. Podszedł do mnie, usiadł obok i spojrzał mi 
prosto w oczy.

— To rzeczywiście nic nie wiesz?
— Słowo honoru, nic nie wiem. I nie rozumiem ani słowa z tego co 

mówicie.

— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— No więc dobrze. Wierzymy ci, chociaż to przypadek bardzo rzadki. 

Denis, wstań i opowiedz nowemu, dlaczego tu jesteśmy.

— Tak,   Denis,   opowiedz   mu.   Niechże   i   on   będzie   tak   jak   my 

szczęśliwy.

— Szczęśliwy? — zdziwiłem się. — Czy panowie są szczęśliwi?
— Oczywiście,   naturalnie!   —   zawołali   chórem.   —   Przecież 

osiągnęliśmy próg doskonałości. Największą rozkoszą dla człowieka jest 
poznanie samego siebie.

— Czy to znaczy, że przedtem panowie nie znali siebie? — wyraziłem 

zdziwienie.

— Oczywiście, że nie. Ludzie nie znają samych siebie. Tylko ci, którzy 

zapoznali się z neuro–cybernetyką, tylko ci mogą poznać siebie.

— Chwała naszemu nauczycielowi! — zawołał któryś.
— Chwała   naszemu   nauczycielowi!   —   automatycznie   powtórzyli 

wszyscy.

background image

Ten,   którego   nazwano   Denisem,   podszedł   do   mnie,   usiadł   na   łóżku 

naprzeciwko mnie i tępym, znużonym głosem zapytał:

— Jakie masz wykształcenie?
— Jestem profesorem fizyki.
— A czy znasz się na biologii?
— Bardzo powierzchownie.
— A na psychologii?
— Jeszcze mniej.
— Na neuropsychologii?
— W ogóle się nie znam.
— A na cybernetyce?
— Kiepsko.
— Na neuro–cybernetyce i na ogólnej teorii regulacji biologicznej?
— Nie   mam   o   tym   zielonego   pojęcia.   W   pokoju   rozległ   się   szmer 

zdumienia.

— To źle — tępo odburknął Denis. — Nic nie zrozumie.
— Niech pan już opowiada! Postaram się zrozumieć.
— Zrozumie   po   pierwszych   dwudziestu   seansach   z   generatorem   — 

zawołał któryś.

— Ja już po pięciu zrozumiałem! — zawołał inny.
— Będzie   jeszcze   lepiej,   jeśli   ze   dwa   razy   znajdzie   się   między 

ściankami.

— Wszystko jedno, Denis, niech pan opowiada — nalegałem.
Czułem, jak opanowuje mnie zgroza.
— A więc, czy ty rozumiesz, co to jest życie?
Długo siedziałem, patrząc w milczeniu w oczy Denisowi.
— Życie   to   bardzo   skomplikowane   zjawisko   natury   —   rzekłem   w 

końcu.

Ktoś roześmiał się w głos. Za nim jeszcze ktoś drugi. A potem inni. 

Wszyscy   mieszkańcy   sali   spoglądali   na   mnie   jak   na   człowieka,   który 
powiedział coś wyjątkowo głupiego. Jeden tylko Denis patrzył z niemym 
wyrzutem i kiwał głową.

— Źle   z   tobą.   Wielu   jeszcze   rzeczy   będziesz   się   musiał   nauczyć  — 

rzekł.

— Jeśli powiedziałem coś niestosownego, to wytłumacz mi to.
— Wytłumacz mu, Denis, wytłumacz! — wołano zewsząd.
— Więc   dobrze.   Słuchaj.   Życie   jest   to   nieprzerwany   obieg 

zakodowanych   bodźców   elektrochemicznych   w   systemie   neuronów 
twojego organizmu.

background image

Zamyśliłem   się.   Obieg   bodźców   w   siatce   neuronów.   Gdzieś,   kiedyś 

słyszałem już coś podobnego.

— I co dalej, Denis, co dalej?
— Wszystkie twoje doznania, które stanowią istotę twojego duchowego 

„ja” — to impulsy elektrochemiczne, przekazywane przez receptory do 
wyższych   regulatorów   mózgu   i   po   przetworzeniu   powracające   do 
efektorów.

— Tak. I co dalej?
— Każde   doznanie,   odbierane   ze   świata   zewnętrznego,   jest 

przekazywane przez włókna nerwowe do mózgu. Jedno doznanie różni się 
od drugiego wzorem kodu, jego częstotliwością, jak również szybkością 
rozchodzenia się. Te trzy wskaźniki określają wartość, siłę natężenia i czas 
ciągły doznania. Zrozumiałeś?

— Powiedzmy.
— Jak   więc   z   tego   wynika,   życie   to   nic   innego,   jak   przekazywanie 

zakodowanych informacji w siatce nerwów. Ni mniej, ni więcej. Myślenie 
to   nic   innego,   jak   obieg   częstotliwie   modulowanych   informacji   w 
obwodach neuronów i w centralnych ośrodkach systemu nerwowego, w 
mózgu.

— Nic z tego nie rozumiem — przyznałem się.
— Mózg   składa   się   mniej   więcej   z   dziesięciu   miliardów   neuronów, 

będących odpowiednikami przekaźników elektrycznych. Połączone są one 
w   grupy   i   obwody   włóknami,   nazywanymi   aksonami.   Poprzez   aksony 
bodźce   przekazywane   są   kolejno   od   jednego   do   drugiego   neuronu,   od 
jednej do następnej grupy. Wędrówka bodźców poprzez neurony — to jest 
właśnie myśl.

Strach mnie zdjął jeszcze większy.
— Nie   zrozumie   nic,   dopóki   nie   pobędzie   pod   generatorem   między 

ściankami! — zaczęto wołać zewsząd.

— Dobrze, przypuśćmy, że masz rację. Co z tego wynika? — zapytałem 

Denisa.

— A   to,   że   życie   można   kształtować,   jak   się   chce.   Przy   pomocy 

generatorów,   pracujących   impulsowo   i   przekazujących   sygnały 
odpowiednich kodów do obwodów neuronów. Ma to olbrzymie znaczenie 
praktyczne.

— Wytłumacz mi, jakie? — szepnąłem, mając wrażenie, że za chwilę 

usłyszę coś takiego, co mi odsłoni tajemnicę firmy Kraftstudta.

— Najlepiej   dałoby   się   to   wytłumaczyć   na   przykładzie   stymulacji 

działań matematycznych. W chwili obecnej w krajach zacofanych buduje 

background image

się   tak   zwane   elektronowe   matematyczne   maszyny   cyfrowe.   Ilość 
trygerów   lub   przekaźników   elektrycznych,   składających   się   na   owe 
maszyny,   nie   przekracza   pięciu–dziesięciu   tysiący.   Ośrodki   mózgu 
człowieka,   zaangażowane   w   procesach   obliczeniowo–matematycznych, 
posiadają około miliarda takich trygerów. Nikt i nigdy nie będzie w stanie 
zbudować maszyny o takiej ilości trygerów.

— Więc co z tego?
— A to, że o wiele korzystniej jest posługiwać się w rozwiązywaniu 

zadań   matematycznych   aparatem,   stworzonym   przez   samą   naturę,   a 
znajdującym   się,   o   tutaj   —   Denis   przeciągnął   dłonią   po   czole   ponad 
łukami brwi — niż budować żałosne i bardzo kosztowne maszyny.

— Ale maszyny pracują szybciej! — zawołałem. — Neuron, o ile mi 

wiadomo, może być wprawiony w ruch z częstotliwością nie większą niż 
dwieście   razy   na   sekundę,   podczas   gdy   tryger   elektronowy   z 
częstotliwością milionów razy na sekundę. Dlatego też maszyny, pracujące 
z tak błyskawiczną szybkością, są dużo wygodniejsze.

Cała sala rozbrzmiała znowu śmiechem. Tylko Denis zachował powagę.
— To   nie   tak.   Neurony   także   można   zmusić   do   pracy   z   dowolną 

prędkością, jeśli będzie się przekazywało do nich impulsy o dostatecznie 
wysokiej częstotliwości.  Można dokonywać tego za pomocą  generatora 
elektrostatycznego, pracującego jako impulsowy. Jeśli mózg umieścić w 
polu działania takiego generatora, można go przymusić do pracy z żądaną 
prędkością.

— Ach,   więc   to   w   ten   sposób   firma   Kraftstudta   zbija   pieniądze!   — 

zawołałem i skoczyłem na równe nogi.

— To nasz nauczyciel! — nagle wszyscy zawołali chórem. — Powtarzaj 

z nami: to nasz nauczyciel!

— Nie   przeszkadzajcie   mu,   niech   to   zrozumie   —   nieoczekiwanie 

krzyknął   na   nich   Denis.   —   Przyjdzie   czas,   że   i   on   zrozumie,   iż   pan 
Kraftstudt, to nasz nauczyciel. Na razie w niczym się nie orientuje. Słuchaj 
dalej.   Każde   doznanie   człowieka   ma   właściwy   sobie   kod,   swoją   siłę 
natężenia   i   czas   trwania.   Uczucie   szczęścia   —   to   częstotliwość 
pięćdziesięciu pięciu herców na sekundę z przedziałami kodowymi po sto 
impulsów.   Uczucie   rozpaczy   —   częstotliwość   sześćdziesięciu   dwóch 
herców na sekundę z przerwami wartości jednej dziesiątej sekundy między 
seriami. Uczucie radości — częstotliwość czterdziestu siedmiu herców ze 
wzrastającą   siłą   natężenia   impulsów.   Uczucie   smutku   —   częstotliwość 
dwustu trzech herców, bólu — stu dwudziestu trzech herców, miłości — 
czternastu herców, natchnienia poetyckiego — trzydziestu jeden, gniewu 

background image

— osiemdziesięciu pięciu, znużenia — siedemnastu, senności — ośmiu, i 
tak   dalej.   Zakodowane   impulsy   w   przedziałach   tych   częstotliwości 
przebiegają przez właściwe sobie obwody neuronów. Dzięki temu właśnie 
człowiek   doznaje   tych   wszystkich   uczuć,   które   tutaj   wymieniłem. 
Wszystkie   te   uczucia   można   wywołać   przy   pomocy   generatora 
pracującego jako impulsowy, a zbudowanego przez naszego nauczyciela. 
To on otworzył nam oczy na to, czym jest życie.

Po tych wyjaśnieniach wszystko mi się w głowie pomieszało, nie byłem 

w stanie tak od razu połapać się w tym wszystkim. W głowie miałem 
jeszcze uczucie szumu po narkozie, jaką poczęstowano mnie w gabinecie 
Kraftstudta.   W   pewnej   chwili   poczułem   tak   wielkie   znużenie,   że 
położyłem się na łóżku i zamknąłem mocno oczy.

— Dominuje   w   nim   częstotliwość   siedmiu–ośmiu   herców.   Morzy   go 

sen! — rzekł głośno któryś.

— Niech sobie pośpi. Jutro zostanie pobudzony do życia. Wezmą go 

jutro pod generator.

— Nie. Jutro zrobią mu spektrum. Opracują jego dane. Może ma jakieś 

odchylenia od normy.

To  były   ostatnie   słowa,   jakie   dotarły   jeszcze   do  mojej   świadomości. 

Potem zapadłem w niepamięć. Nie wiedziałem, co się ze mną działo!

Człowiek, z którym spotkałem się nazajutrz, wydał mi się początkowo 

sympatyczny   i   mądry.   Gdy   wprowadzono   mnie   do   jego   gabinetu   na 
drugim   piętrze   w   głównym   gmachu   firmy,   wyszedł   mi   naprzeciwko   z 
twarzą uśmiechniętą szeroko i z wyciągniętą dłonią.

— A, profesor Rauch, bardzo mi miło.
— Dzień   dobry   —   odrzekłem   powściągliwie.   —   Z   kim   mam 

przyjemność?

— Niech mnie pan nazywa zwyczajnie — Bolz, Hans Bolz. Szef mój 

zlecił mi dosyć przykre zadanie, mam w jego imieniu przeprosić pana.

— Przeprosić?   Czyżby   waszego   szefa   mogły   dręczyć   jakieś   wyrzuty 

sumienia?

— Nie   wiem.   Naprawdę   nie   wiem,   Rauch.   Mam   natomiast   panu 

przekazać   w   jego   imieniu   wyrazy   szczerego   ubolewania   z   powodu 
wczorajszych wypadków. Uniósł się. Nie lubi, gdy mu ktoś wypomina 
przeszłość.

Uśmiechnąłem się.
— Przyszedłem   do   niego   wcale   nie   po   to,   by   wypominać   mu   jego 

przeszłość.   Jeśli   chce   pan   wiedzieć,   byłem   ciekaw   czegoś   innego. 
Chciałem poznać ludzi, którzy tak wspaniale rozwiązywali…

background image

— Proszę usiąść, panie profesorze. O tym właśnie chciałbym z panem 

porozmawiać.

Usiadłem na krześle, jakie mi wskazano, i zacząłem się przypatrywać 

siedzącemu   naprzeciwko   mnie   za   szerokim   biurkiem   uśmiechniętemu 
panu   Bolzowi.   Był   to   typowy   przedstawiciel   Niemców   z   północy,   o 
pociągłej   twarzy,   jasnych   włosach   i   wielkich   niebieskich   oczach.   W 
rękach obracał papierośnicę.

— Tutaj, u naszego szefa, kieruję wydziałem matematycznym — rzekł.
— Pan? Pan jest matematykiem?
— Tak,   trochę.   W   każdym   razie   coś   niecoś   orientuję   się   w   tej 

dziedzinie.

— To znaczy, że za pośrednictwem pana będę mógł poznać tych…
— Ależ zna ich pan już przecież, Rauch — rzekł Bolz.
Spojrzałem na niego, nic nie rozumiejąc.
— W   ich   towarzystwie   spędził   pan   cały   wczorajszy   dzień   i   całą 

dzisiejszą noc.

W tej  chwili  przypomniała  mi  się sala  z tymi ludźmi,  bredzącymi  o 

samych tylko impulsach i kodach.

— Czy chce pan we mnie wmówić, że ci wariaci to właśnie owi genialni 

matematycy, którzy rozwiązywali mi równania Maxwella?

I roześmiałem się nie czekając odpowiedzi.
— Niemniej   jednak   to   właśnie   oni.   Ostatnie   pana   zadanie   rozwiązał 

niejaki Denis. Zdaje się, że wczorajszego wieczoru właśnie on urządził 
panu wykład neuro–cybernetyki.

Na chwilę popadłem w zamyślenie, wreszcie rzekłem;
— Wobec tego nic już nie rozumiem. Może mi pan to wyjaśni?
— Z miłą chęcią. Ale dopiero po tym, jak pan to przeczyta, Rauch. — I 

Bolz podał mi świeży numer porannego wydania gazety.

Rozłożyłem   powoli   płachtę   i   nagle   poderwałem   się   z   krzesła.   Z 

pierwszej  strony  gazety   spoglądała   na  mnie…  moja  własna   podobizna, 
obwiedziona czarną żałobną ramką. Pod moim zdjęciem wybity wielkimi 
czarnymi literami tytuł obwieszczał: „Tragiczna śmierć profesora fizyki 
doktora Raucha”.

— Co   to   ma   znaczyć,   panie   Bolz?   Co   to   znów   za   komedia?   — 

zawołałem.

— Proszę, niech się pan uspokoi. Wszystko jest bardzo proste. Wczoraj 

wieczorem, gdy powracał pan ze spaceru nad jeziorem i przechodził przez 
most nad rzeką, napadło na pana dwóch wariatów, którym udało się zbiec 
z „przybytku mędrców”. Zamordowali pana, zmasakrowali ciało i wrzucili 

background image

do rzeki. Dzisiaj rano znaleziono pana przy tamie. Ubranie pana, rzeczy 
osobiste   i   dokumenty   pozwoliły   na   stwierdzenie   tożsamości.   Dzisiaj 
policja   przeprowadziła   dochodzenie   w   „przybytku”   i   wszystkie 
okoliczności pańskiej tragicznej śmierci zostały wyjaśnione.

Popatrzyłem na swój ubiór, złapałem się za kieszenie, 1 dopiero w tym 

momencie stwierdziłem, że miałem na sobie jakiś cudzy garnitur, że moje 
rzeczy i dokumenty zginęły.

— Przecież to bezczelne łgarstwo, oszustwo, podłość i…
— Tak, tak, tak. Zgadzam się z panem całkowicie, ale cóż robić, panie 

Rauch,   cóż   było   robić?   Rezygnując   z   pana   firma   Kraftstudta   mogłaby 
ponieść   poważne   straty,   a   kto   wie   nawet,   czy   nie   zbankrutować. 
Otrzymaliśmy taką masę zamówień. Wszystkie mają charakter wojskowy i 
opiewają   na   wielkie   sumy.   Trzeba   obliczać,   obliczać   i   obliczać…   Po 
rozwiązaniu   pierwszych   zadań   dla   Ministerstwa   Wojny,   zarzucono   nas 
dosłownie zamówieniami na obliczenia.

— Więc panowie życzą sobie, żebym stał się kimś takim, jak ten wasz 

Denis i inni?

— Nie, oczywiście że nie, panie Rauch!
— Więc po co to wszystko?
— Jest nam pan potrzebny jako wykładowca matematyki.
— Wykładowca?
Bolz kiwnął głową, zapalił papierosa i wolniutko wypuścił z ust smużkę 

dymu, przyglądając mi się ironicznie.

— Potrzebne nam są kadry matematyczne, profesorze. Bez nich daleko 

nie zajedziemy.

W   milczeniu   spoglądałem   na   Bolza.   Nie   wydawał   mi   się   już   tak 

sympatyczny, jak poprzednio. W jego pogodnej i dość pospolitej twarzy 
zacząłem   dostrzegać   jakieś   ukryte   cechy   zezwierzęcenia,   ledwie 
uchwytne, ale stopniowo biorące górę nad tym, co na pierwszy rzut oka 
nadawało jego fizjonomii wyraz pogody i szczerości.

— A jeśli się nie zgodzę? — zapytałem.
— Byłoby to bardzo niedobre. Obawiam się, że wówczas musiałby się 

pan stać jednym z naszych… hm… obliczeniowców.

— A czy to coś strasznego? — zapytałem.
— Tak — odrzekł Bolz stanowczo i wstał. — Byłoby to równoznaczne 

z tym, że życie swe zakończy pan w „przybytku mędrców”.

Bolz przeszedł się kilka razy po pokoju i zaczął mówić, jakby prowadził 

wykład.

— Możliwości obliczeniowe mózgu człowieka są po stokroć większe 

background image

niż możliwości elektronowej matematycznej maszyny cyfrowej. Miliard 
komórek matematycznych kory mózgowej, cały aparat pomocniczy, jakim 
jest pamięć, zdolności kojarzenia, logika, intuicja i tak dalej — czyż cały 
ten   mechanizm   można   porównać   z   jakąkolwiek   bądź   nawet 
najdoskonalszą   maszyną?   Jednakże   pod   jednym   względem   maszyna 
posiada istotną wyższość.

— Jaką? — spytałem, nie rozumiejąc do czego zmierza.
— Jeśli   w   maszynie   elektronowej   zepsuje   się,   powiedzmy,   jedna 

komórka trygerów, lub nawet cały ich register, można wymienić lampy, 
powymieniać opory i pojemności, i maszyna znów zacznie pracować. Jeśli 
natomiast w głowie człowieka wypowie posłuszeństwo jedna choćby tylko 
komórka lub ich grupa, wykonująca funkcje obliczeniowe, niestety, nie da 
się   już   tych   komórek   wymienić.   Z   przykrością   trzeba   stwierdzić,   że 
jesteśmy zmuszeni żądać od trygerów mózgu pracy niezwykle intensywnej 
i dlatego też, jeśli można tak powiedzieć, szybkość ich zużycia wyraźnie 
wzrasta. Żywy aparat obliczeniowy bardzo szybko ulega wyniszczeniu i…

— I co wówczas?
— Wówczas nasz obliczeniowiec trafia wprost do „przybytku”.
— To przecie nieludzkie! To zbrodnia!—zawołałem głośno.
Bolz stanął przede mną, położył mi rękę na ramieniu i uśmiechając się 

szeroko rzekł:

— Profesorze, tutaj musi pan wymazać z pamięci te wszystkie słowa i 

pojęcia. Jeśli pan nie zapomni ich sam, zmusimy pana do tego.

— To wam się nie uda! — krzyknąłem odtrącając jego rękę.
— Nic pan nie zapamiętał, nic pan nie skorzystał z wykładów Denisa. A 

szkoda… Mówił przecież całkiem do rzeczy. Ale a propos, czy wie pan, 
co to jest pamięć?

— Czy to ma jakiś związek z naszą rozmową? Po jaką cholerę wszyscy 

tu udajecie wariatów? Do czego to wszystko…

— Pamięć, panie profesorze, to długotrwałe utrzymywanie się jakiegoś 

sygnału   w   grupie   neuronów   dzięki   sprawnemu   działaniu   połączeń 
zwrotnych. Sygnał elektrochemiczny, który obiega w głowie człowieka w 
danej grupie komórek przez dłuższy okres czasu — to jest właśnie pamięć. 
Pan   jest   fizykiem,   którego   interesują   procesy   elektromagnetyczne   w 
ośrodkach   złożonych,  i   pan   nie   potrafi   zrozumieć,   że  przez   zanurzenie 
głowy   w   odpowiednim   polu   elektromagnetycznym   można   zahamować 
obieg w dowolnej grupie komórek. Nic prostszego. Możemy zmusić pana 
nie tylko do tego, by zapomniał pan wszystko, co pan wie, lecz także, by 
przypomniał pan sobie to, czego pan nigdy nie znał. Jednakże nie leży w 

background image

naszym   interesie   uciekanie   się   w   wypadku   pana   do   takich…   eee… 
powiedzmy   sobie,   eksperymentalnych   sposobów…   Mamy   nadzieję,   że 
zwycięży w panu zdrowy rozsądek. Firma będzie płaciła panu przyzwoite 
udziały ze swoich dywidend.

— Za co? — spytałem.
— Powiedziałem   już   —   za   wykłady   z   zakresu   matematyki.   Spośród 

bezrobotnych, których na szczęście zawsze mamy w kraju pod dostatkiem, 
zorganizujemy   klasy   po   dwadzieścia–trzydzieści   osób.   Będą   to   ludzie, 
wykazujący wyraźne zdolności matematyczne. Następnie w ciągu trzech, 
czterech miesięcy przeszkolimy ich w zakresie wyższej matematyki.

— To jest niemożliwe — oświadczyłem — to absolutnie wykluczone. 

W tak krótkim czasie?

— To jest możliwe, panie Rauch. Proszę wziąć pod uwagę, że będzie 

pan miał do czynienia z audytorium, złożonym z ludzi bardzo pojętnych, 
dobrze   rozwiniętych   umysłowo,   o   cudownej   pamięci   matematycznej. 
Postaramy się już o to. To leży w zakresie naszych możliwości…

— Czy   także   w  drodze   eksperymentów?   Przy   pomocy   generatora   do 

przekazywania impulsów? — spytałem.

Bolz skinął głową.
— Więc jak, zgadza się pan?
Przymknąłem oczy. A więc Denis i ci wszyscy z sali to normalni ludzie i 

wszystko,   co   wczoraj   mi   opowiadali,   to   prawda.   To   znaczy,   że 
Towarzystwo   Kraftstudta   rzeczywiście   nauczyło   się   rządzić   myślami 
człowieka, jego wolą i uczuciami przy pomocy pól elektromagnetycznych, 
wysyłających impulsy.

Czułem, że Bolz spogląda na mnie z uwagą, i musiałem natychmiast 

powziąć decyzję. To było potwornie trudne. Jeśli zgodzę się, wypadnie mi 
nauczać   ludzi   matematyki   po   to,   by   później,   pod   przymusem, 
rozchodowywali forsownie swoje umiejętności myślowe aż do zupełnego 
wyniszczenia, do zupełnego zużycia żywej substancji mózgu. Po czym na 
resztę   swoich   dni   muszą   trafić   do   „przybytku”.   Jeśli   zaś   odmówię,   to 
właśnie taki los mnie czeka.

— Jak więc, zgadza się pan? — powtórzył Bolz, trącając mnie w ramię.
— Nie   —   oświadczyłem   stanowczo.   —   Nie.   Nie   mogę   być 

współuczestnikiem tej potwornej historii.

— Jak pan uważa — rzekł z nutą żalu. — Bardzo mi przykro…
Po chwili wstał energicznie zza biurka, podszedł do drzwi i uchyliwszy 

je zawołał:

— Eider, Schrank, chodźcie tutaj.

background image

— Co   pan   zamierza   ze   mną   zrobić?   —   spytałem   podnosząc   się   z 

krzesła.

— Na   początek   zrobimy   panu   spektrum,   by   poznać,   jaki   jest   kod 

sygnałów dla pańskiego ustroju nerwowego.

— To znaczy?
— To znaczy, opracujemy dane pana, dotyczące rodzaju, siły natężenia i 

częstotliwości impulsów, decydujących o każdym stanie intelektualnym i 
duchowym.

— Nie pozwolę na to. Będę protestował. Będę…
— Zaprowadźcie   profesora   do   laboratorium   doświadczalnego   — 

obojętnym głosem rzekł Bolz i odwrócił się w stronę okna.

*

Gdy znalazłem się w laboratorium eksperymentalnym firmy Kraftstudta, 

powziąłem postanowienie, które w ostatecznym rachunku miało odegrać 
poważną rolę w całej tej koszmarnej historii. Pomyślałem sobie tak: Zaraz 
zrobią   ze   mną   coś   takiego,   co   pozwoli   Kraftstudtowi   i   jego   bandzie 
uzyskać   dane,   dotyczące   mojej   struktury   psychicznej.   Będą   próbowali 
ustalić, poprzez jakie formy działania fal elektromagnetycznych na mój 
ustrój nerwowy można wywołać u mnie te lub inne wzruszenia, przeżycia i 
doznania.   Jeśli   powiedzie   im   się   to   w   pełni,   wówczas   w   sposób 
bezapelacyjny znajdę się w ich władzy. Jeśli zaś nie, to będę jeszcze w 
stanie zachować pewną dozę niezależności osobistej, która wymknie się 
spod ich kontroli. W przyszłości może mi się to bardzo przydać. Tak więc 
będę   musiał   starać   się   za   wszelką   cenę   wyprowadzić   w   pole   tych 
ultrauczonych   bandytów,   popsuć   im   szyki.   Powinno   mi   się   to   udać   w 
jakimś   stopniu.   Nie   na   próżno   przecież   słyszałem   wczoraj   na   sali,   jak 
jeden   z   niewolników   Kraftstudta   oświadczył,   że   charakterystyka 
impulsowo–kodowa   każdego   człowieka   jest   indywidualna,   z   jednym 
wyjątkiem — myślenia matematycznego.

Wprowadzono   mnie   do   olbrzymiego   pokoju.   Wydawał   się   bardzo 

ciasny, tyle tu było wokół jakichś wielkich aparatów i przyrządów. Pokój 
sprawiał   wrażenie   stacji   rozrządowej   niewielkiej   elektrowni.   Pośrodku 
znajdował się pulpit z przeróżnymi skalami i tarczami instrumentów. Z 
lewej,   za   metalową   siatką,   znajdował   się   duży   transformator,   a   na 
porcelanowych   tablicach   tliło   się   czerwonawym   światłem   kilka   lamp 
generatora. Do siatki metalowej ekranizującej generator umocowane były 

background image

woltomierz i amperomierz. Z ich pomocą sprawdzano najwidoczniej moc 
generatora.   Obok   wznosiła   się   kabina   o   cylindrycznym   kształcie, 
składająca się z dwóch metalowych części, górnej i dolnej, połączonych ze 
sobą w środku jakimś przezroczystym materiałem izolacyjnym.

Dwaj   moi   konwojenci   podprowadzili   mnie   do   kabiny.   Zza   tablicy 

rozdzielczej podniosło się dwóch mężczyzn. Jednym z nich był ten sam 
doktor,   który   prowadził   mnie   do   Kraftstudta,   a   później   poczęstował 
narkozą,   drugim   —   nie   znany   mi,   zgarbiony   staruszek   o   gładko 
przylizanych rzadkich włosach na żółtej czaszce.

— Trzeba mu zdjąć spektrum — rzekł jeden z konwojentów.
— Nie   dał   się   namówić   —   powiedział   obcesowo   doktor.   — 

Wiedziałem,   że   tak   będzie!   Wiedziałem,   że   Rauch   należy   do   kategorii 
ludzi   o   silnej   naturze.   Można   było   tego   oczekiwać.   Źle   pan   skończy, 
Rauch — rzekł zwracając się do mnie.

— Pan także — odpowiedziałem.
— No, to jeszcze nie wiadomo, a jeśli chodzi o pana, to całkiem pewne.
Wzruszyłem ramionami.
— Będzie  pan  wykonywał  wszystkie  czynności  dobrowolnie,   czy   też 

trzeba   będzie   zmuszać   pana   do   nich?   —   spytał   obrzucając   mnie 
bezczelnym spojrzeniem.

— Dobrowolnie. Dla mnie jako fizyka może to nawet być interesujące.
— Doskonale. Wobec tego proszę zdjąć buty i rozebrać się do pasa. 

Najpierw muszę pana zbadać, osłuchać, zmierzyć ciśnienie.

Rozebrałem   się.   Pierwsza   część   zdjęcia   spektrum,   czyli   widma 

częstotliwości  mego  mózgu,  stanowiła najzwyklejsze badanie lekarskie: 
„oddychać”, „nie oddychać” i tak dalej.

Gdy badanie skończyło się, doktor rzekł:
— Proszę wejść do kabiny. O, tu ma pan mikrofon. Proszę odpowiadać 

na   moje   pytania.   Muszę   pana   uprzedzić:   przy   jednej   z   częstotliwości 
poczuje  pan  okropny   ból.  Ale  to   minie  natychmiast,   ledwie  pan  zdąży 
krzyknąć.

Bosymi nogami wszedłem na porcelanową podłogę kabiny. Nad głową 

zapaliła   się   żarówka.   Rozległ   się   warkot   generatora,   pracującego   w 
układzie   impulsowym   małej   częstotliwości.   Natężenie   pola   wyraźnie 
wzrastało.   Czułem   to   po   wolnych   przypływach   i   odpływach   ciepła   w 
całym   organizmie.   Z   każdym   impulsem   elektromagnetycznym 
odczuwałem   w   stawach   jakieś   dziwne   szczypanie.   Mięśnie   w   takt 
impulsów napinały się lub rozluźniały. Czułem skurcze mięśni nie tylko 
pod samym naskórkiem, lecz także głębiej, wewnątrz.

background image

Generator   zaczął   pracować   jeszcze   intensywniej   i   częstotliwość   fal 

ciepła wzrosła.

„Zaczyna się — pomyślałem sobie. — Żeby tylko wytrzymać!”
Przy   częstotliwości   ośmiu   herców   zechce   mi   się   spać.   Czyżby   moja 

wola   nie   potrafiła   sprzeciwić   się   temu?   Czyżby   nie   udało   mi   się 
wyprowadzić   w   pole   tych   „uczonych”   w   pierwszym   punkcie   ich 
„spektrum”? Częstotliwość wzrasta powoli. Liczyłem ilość przypływów i 
odpływów   ciepła   na   sekundę.   Jeden,   dwa,   trzy,   cztery,   więcej,   jeszcze 
więcej. Zaczęła opanowywać mnie senność, ale zaciąłem zęby, żeby nie 
usnąć. Sen nadchodził waląc się na mnie, jak ciężka, lepka bryła, ręce i 
nogi   ciążyły   mi,   powieki   same   opadały.   Zdawało   się,   jeszcze   chwila   i 
upadnę. Przygryzłem język mocno, aż do bólu, żeby w ten sposób odegnać 
uczucie   senności.   W   tej   samej   chwili   usłyszałem   czyjś   głos,   jakby 
dolatujący skądś z daleka.

— Rauch, jak się pan czuje?
— Dziękuję, dobrze. Trochę mi zimno — skłamałem. Głos mój wydał 

się mnie samemu jakiś obcy. Żeby nie usnąć, przygryzałem wciąż wargi i 
język.

— Nie chce się panu spać?
— Nie — odrzekłem i pomyślałem sobie: „Jeszcze chwila, a usnę”.
Wtem   senność   pierzchła,   jak   ręką   odjął.   Częstotliwość   generatora 

prawdopodobnie wzrosła po przejściu pierwszego progu krytycznego. Od 
razu poczułem się świeżo i rześko, jakbym się solidnie wyspał. „Teraz 
trzeba zasnąć” — zdecydowałem i zamknąwszy oczy zacząłem chrapać. 
Słyszałem, jak doktor mówił do swego kompana:

— Dziwny przypadek! Zamiast przy ośmiu i pół herca sen nastąpił przy 

dziesięciu. Pfaff, proszę zanotować te dane — rzekł do starca. — Rauch, 
jak się pan czuje?

Milczałem, pochrapując głośno, rozluźniłem wszystkie mięśnie, oparłem 

się kolanami o ścianki kabiny.

— Idziemy   dalej   —   rzekł   wreszcie   doktor.   —   Proszę   zwiększyć 

częstotliwość, Pfaff.

W sekundę potem „przebudziłem się”. W przedziale częstotliwości, jaki 

przechodziłem   w   tej   chwili,   przyszło   mi   doświadczyć   całej   gamy 
najróżniejszych doznań i zmiennych nastrojów. Odczuwałem to smutek, to 
wesele, to radość, to melancholię.

„Teraz trzeba krzyczeć” — postanowiłem nie wiedzieć czemu.
W momencie gdy warkot generatora wzmógł się, wrzasnąłem na całe 

gardło. Nie pamiętam, jakiej odpowiadało to częstotliwości, ale doktor, 

background image

gdy tylko usłyszał mój krzyk, głośno skomenderował:

— Wyłączyć napięcie! Pierwszy raz spotkałem się z takim pomyleńcem. 

Proszę zanotować. Ból przy siedemdziesięciu pięciu hercach, podczas gdy 
u normalnych ludzi bywa przy stu trzydziestu. Idziemy dalej.

„Będę musiał jeszcze przejść przez częstotliwość stu trzydziestu… Żeby 

tylko wytrzymać!…”

— Teraz, Pfaff, proszę go sprawdzić na dziewięćdziesiąt trzy.
Gdy   uzyskano   tę   częstotliwość,   poczułem,   że   dzieje   się   ze   mną   coś 

zupełnie   nieoczekiwanego.   Raptem   przypomniałem   sobie   kilka   z   tych 
równań,   które   zlecałem   firmie   Kraftstudta,   i   z   przeraźliwą   jasnością 
przedstawiłem sobie w myśli cały przebieg ich rozwiązania. „To pewnie 
częstotliwość   pobudzająca   myślenie   matematyczne”   —   przemknęło   mi 
przez głowę.

— Rauch, proszę wymienić osiem pierwszych wyrazów rozwinięcia w 

szereg funkcji Bessela drugiego stopnia — rozległ się rozkaz doktora.

Wypaliłem odpowiedź z szybkością karabinu maszynowego. W głowie 

miałem   krystaliczną   jasność.   Cały   byłem   przeniknięty   cudownym, 
radosnym poczuciem absolutnej wiedzy i pamięci.

— Proszę wymienić pierwszych dziesięć cyfr liczby „pi” po przecinku.
Odpowiedziałem i na to.
— Proszę rozwiązać równanie trzeciego stopnia.
Doktor   podyktował   mi   równanie   z   ułamkowymi   współczynnikami. 

Odpowiedzi udzieliłem po dwu–trzech sekundach i wymieniłem wszystkie 
trzy pierwiastki równania.

— Idziemy   dalej.   Tutaj   wszystko   w   porządku.   Jak   u   każdego 

normalnego człowieka.

Częstotliwość powoli wzrastała. W pewnym momencie opanowała mnie 

nagle chęć płaczu. Do gardła podjechało mi coś dławiącego, łzy pociekły z 
oczu.   Wówczas   roześmiałem   się   w   głos.   Zaśmiewałem   się   serdecznie, 
jakby mnie łaskotano. Śmiałem się, a łzy mi wciąż ciekły i ciekły…

— Znów jakiś zwariowany przypadek… Inaczej niż u wszystkich. Od 

razu wiedziałem, że to natura o silnej woli ze skłonnościami do neuroz. 
Kiedyż zacznie beczeć?

„Zabeczałem” wówczas, kiedy wcale nie było mi do płaczu. W pewnej 

chwili   zrobiło   mi   się   lekko   i   pogodnie   na   duchu,   jakbym   był   trochę 
podchmielony. Chciało mi się śpiewać, śmiać i skakać z radości. Wszyscy 
—   Kraftstudt,   Bolz,   Denis   i   doktor   —   wydawali   mi   się   dobrymi, 
sympatycznymi   ludźmi.   W   tym   właśnie   momencie   zmusiłem   się 
wysiłkiem woli, by zacząć szlochać i głośno pociągać nosem. To płakanie 

background image

wychodziło mi okropnie kiepsko, ale jeszcze na tyle przekonywająco, żeby 
wywołać kolejne komentarze doktora:

— Wszystko inaczej. Ani trochę nie podobne do normalnego spektrum. 

Z tym będziemy mieli kłopot!

„Kiedy   wreszcie   będzie   ta   częstotliwość   sto   trzydzieści?”   — 

pomyślałem z przerażeniem, gdy radość i nastrój beztroski zmieniły się w 
stan jakiegoś instynktowego niepokoju, podniecenia, jakiegoś przeczucia, 
że oto jeszcze chwila i musi nastąpić nieuchronnie coś strasznego… W 
tym momencie zacząłem nucić sobie jakąś piosenkę. Robiłem to całkiem 
mechanicznie i bezmyślnie, ale serce biło mi w piersi wciąż mocniej  i 
mocniej w przeczuciu czegoś nieodwracalnego i fatalnego.

Gdy częstotliwość generatora zbliżyła się do granicy, która powoduje 

doznanie bólu, poczułem to od razu. Wpierw zaczęły dokuczać mi mocno 
stawy dużego palca prawej ręki, potem poczułem ostry, przeszywający ból 
w ranie, którą odniosłem na froncie, później  potwornie  rozbolały  mnie 
zęby,   i   to   nie   jeden,   lecz   wszystkie   naraz.   Wreszcie   poczęła   mnie 
straszliwie   boleć   głowa.   W   uszach   czułem   intensywne   uderzenie   krwi. 
Czyżbym   nie   zdołał   wytrzymać?   Czyżby   nie   starczyło   mi   woli,   by 
przezwyciężyć ten koszmarny ból i nie dać znać po sobie, co przeżywam? 
Istnieli wszak ludzie, którzy umierali torturowani nie wydając nawet jęku. 
Historia zna ludzi, którzy umierali w milczeniu paleni na stosach…

Ból tymczasem rósł i wzmagał się. W końcu osiągnął swe straszliwe 

apogeum, gdy wszystko już bolało i cały organizm zamienił się w jeden 
kłąb rozdzierającego, przeszywającego, rwącego i dławiącego bólu. Przed 
oczami   zawirowały   mi   fioletowe   plamy,   traciłem   już   przytomność,   ale 
zaciąłem się w milczeniu.

— Co pan odczuwa, Rauch? — znów posłyszałem jak z podziemi głos 

doktora.

— Uczucie rozwścieczenia — wycedziłem przez zęby. — Gdybyś teraz 

mi popadł w ręce…

— Idziemy dalej. To człowiek zupełnie anormalny. Wszystko u niego na 

opak.

Gdy traciłem już przytomność, gdy już gotów byłem krzyczeć i wyć, ból 

gwałtownie ucichł. Czułem, że cały zlany jestem zimnym, lepkim potem. 
Wszystkie mięśnie mi drżały.

Później,   przy   jakiejś   tam   kolejnej   częstotliwości,   ujrzałem   nagle   nie 

istniejące   faktycznie   jaskrawe   silne   światło,   które   nie   zniknęło   nawet 
wówczas,   gdy   przymknąłem   powieki.   Następnie   przeżyłem   uczucie 
wilczego   wprost   głodu,   potem   posłyszałem   całą   gamę   ogłuszających 

background image

dźwięków. I wreszcie zrobiło mi się tak zimno, jak gdyby wyrzucono mnie 
całkiem nagiego, bez żadnego ubrania na silny mróz.

Już   wcześniej   przewidywałem,   że   będę   musiał   znieść   te   wszystkie 

doznania, dlatego też na każde pytanie dawałem mylne odpowiedzi, co z 
kolei wywoływało ze strony doktora gwałtowne komentarze.

Wiedziałem, że mam jeszcze przed sobą jedną straszliwą próbę — utraty 

woli.   To   właśnie   ona,   moja   wola,   ratowała   mnie   dotychczas.   Ta 
niewidzialna siła duszy pozwalała mi przezwyciężać wszystkie uczucia, 
które   w   nienaturalny   sposób   narzucali   mi   moi   oprawcy.   Ale   i   do   niej 
dobiorą się oni za pomocą swego piekielnego generatora impulsowego. W 
jaki   sposób   ustalą,   że   ją   utraciłem?   Czekałem   na   ten   moment   w 
podnieceniu. Wreszcie nadszedł.

Z nagła poczułem, że opanowuje mnie uczucie jakiejś obojętności na 

wszystko.   Wiedziałem   przecież,   że   się   znajduję   w   łapach   szajki 
Kraftstudta,  ale  obojętni  mi  byli  ludzie,  którzy  mnie   otaczali,  obojętny 
byłem sam sobie. Doznałem uczucia zupełnej pustki w głowie. Wszystkie 
mięśnie   jakby   zwiotczały.   Był   to   stan   całkowitego   fizycznego   i 
psychicznego wyczerpania i rozbicia. Nie chciało mi się o niczym myśleć, 
nie mogłem zmusić się, by unieść rękę, poruszyć nogą, odwrócić głowę. 
Był   to   jakiś   przerażający   stan   bezwoli,   w   którym   można   wyczyniać   z 
człowiekiem, co się zechce.

Niemniej jednak, gdzieś w najskrytszym zakątku świadomości tliła się 

maciupeńka iskierka myśli, która z uporem podpowiadała mi: „Musisz… 
Musisz… Musisz…”

„Co   muszę?   Po   co?   Dlaczego?”   —   sprzeciwiała   się   świadomość. 

„Musisz… Musisz… Musisz…” — powtarzała jedyna, jak się zdawało, 
komórka mojej świadomości, której jakimś cudem nie mogły dosięgnąć te 
wszechwładne   impulsy   elektromagnetyczne,   wyczyniające   z   moim 
ustrojem nerwowym wszystko, czego zapragnęli oprawcy z towarzystwa 
Kraftstudta.   Później,   gdy   dowiedziałem   się   o   istnieniu   ośrodkowo—
mózgowej teorii myślenia, zgodnie z którą sam proces myślenia, wszystkie 
komórki kory mózgowej są podporządkowane w swoim działaniu jednej 
centralnej, kierującej grupie komórek, pojąłem, że ta najwyższa władza 
psychiczna   jest   niedosiężna   nawet   dla   najsilniejszych   fizycznych   i 
chemicznych   środków   oddziaływania   z   zewnątrz.   Widocznie   to   ona 
właśnie   przyniosła   mi   ratunek.   Gdy   doktor   zwrócił   się   do   mnie   z 
rozkazem:

— Będzie pan współpracował z Kraftstudtem.
Odpowiedziałem mu:

background image

— Nie.
— Będzie pan wykonywał każde polecenie.
— Nie.
— Proszę uderzyć głową o ściankę kabiny.
— Nie.
— Idziemy   dalej.   Proszę   zwrócić   uwagę,   Pfaff   —   facet   jest   całkiem 

anormalny. Ale to nic, dobierzemy się i do niego.

Zacząłem symulować utratę woli przy częstotliwości, która wywoływała 

faktycznie   poczucie   nieprzeciętnej   siły   woli.   W   owej   chwili   bowiem 
byłem pełen mocy psychicznej — czułem, że mogę się zdobyć na czyny 
szaleńczej odwagi.

Sprawdzając   moje   odchylenia   od   „normy”   spektralnej,   doktor 

eksperymentował i przy tej częstotliwości.

— Gdyby zaszła potrzeba oddania życia dla szczęścia innych ludzi, czy 

uczyni pan to?

— Po co? — spytałem leniwym głosem.
— Czy zdobyłby się pan na samobójstwo?
— Zdobyłbym się.
— Czy miałby pan chęć zabić przestępcę wojennego obersturmführera 

Kraftstudta?

— Po co?
— Czy będzie pan współpracował z nami?
— Będę.
— Licho wie, co to jest. Z takim przypadkiem spotykam się z pewnością 

pierwszy i ostatni raz. Przy częstotliwości sto siedemdziesiąt pięć — utrata 
woli. Proszę zanotować. Idziemy dalej.

To   „dalej”   trwało   jeszcze   pół   godziny,   aż   wreszcie   spektrum 

częstotliwości mojego ustroju nerwowego było gotowe.

Teraz doktor „znał” już wszystkie częstotliwości, za pomocą  których 

można było wywołać u mnie każde dowolne uczucie czy stan psychiczny. 
W każdym razie był przekonany, że zna. W rzeczywistości odpowiadała 
prawdzie   tylko   ta   częstotliwość,   która   stymulowała   moje   zdolności 
matematyczne. Ale to również i mnie dogadzało jak najbardziej. Sęk w 
tym,   że   miałem   zamiar   zbrodniczą   firmę   Kraftstudta   wysadzić   w 
powietrze. W realizacji tego planu matematyka miała odegrać niepoślednią 
rolę.

Wiadomo,   że   hipnozie   i   sugestii   poddają   się   najłatwiej   ludzie   słabej 

woli.   Tę   właśnie   okoliczność   wykorzystał   personel   ośrodka 
obliczeniowego   Kraftstudta.   Posłużono   się   nią   w   tak   zwanym 

background image

„wychowaniu” swoich matematyków w duchu pokory i uległej  bojaźni 
wobec „nauczyciela”.

Ja   również   miałem   przejść   kurs   wychowania,   ale   z   racji   mego 

„anormalnego” spektrum ludzie Kraftstudta nie mogli przystąpić do tego 
natychmiast. Do mnie trzeba było zastosować podejście indywidualne.

W czasie gdy szykowano dla mnie, gdzieś tam, specjalne miejsce do 

pracy,   korzystałem   ze   względnej   swobody   poruszania   się.   Mogłem 
wychodzić z sypialni  na korytarz  i zaglądać  nawet  do klas, w których 
uczyli się i pracowali moi koledzy.

Nie mogłem  natomiast  brać udziału  w grupowych modlitwach,  które 

odbywały się między ścianami olbrzymiego aluminiowego kondensatora, 
gdzie wszystkie ofiary Kraftstudta co dzień rano przez równe trzydzieści 
minut głosiły chwałę szefa firmy.

Pozbawieni woli i wyobraźni, bezmyślnie powtarzali słowa, które ktoś 

podawał im przez radio.

— Radość życia i szczęście, to poznanie samego siebie — mówił głos z 

głośnika.

— Radość życia i szczęście, to poznanie samego siebie — powtarzało 

chórem   dwunastu   klęczących   mężczyzn,   których   wola   była   zdławiona 
przebiegającym między ściankami zmiennym polem elektrycznym.

— O jak wspaniale, gdy się wie, że wszystko jest tak proste! Jakaż to 

rozkosz mieć świadomość, że miłość, lęk, ból, nienawiść, głód, tęsknota, 
radość — to nic innego, jak przebieg  impulsów elektrochemicznych w 
naszym organizmie!

— … w naszym organizmie…
— Posiadłszy   tajemnicę   obiegu   impulsów   w   obwodzie   włókien 

nerwowych poznajemy, co to szczęście i radość życia.

— … szczęście i radość życia — powtarzał chór głosów.
— O jakże biedni są ludzie, którzy nie posiedli tej wielkiej prawdy!
— … tej wielkiej prawdy… — powtarzali tępo pozbawieni woli ludzie.
— To on, nasz nauczyciel i zbawca, pan Kraftstudt obdarzył nas tym 

szczęściem!

— … szczęściem…
— Dał nam życie.
— Dał nam życie.
— Odkrył   przed   nami   najprostsze   prawdy   o   nas   samych.   Oby   żył 

wiecznie nasz nauczyciel i zbawca!

Słuchałem   tej   potwornej   modlitwy,   zaglądając   przez   szklane   drzwi 

klasy.

background image

Wycieńczeni ludzie o półprzymkniętych powiekach tępo i apatycznie 

powtarzali   bzdurne   sentencje.   Generator   elektryczny,   znajdujący   się   o 
dziesięć kroków od nich, narzucał — gwałcąc ich świadomość niezdolną 
do   jakiegokolwiek   sprzeciwu   —   pokorę   i   lęk.   Było   w   tym   coś 
nieludzkiego,   obrzydliwego   do   ostatnich   granic,   a   równocześnie   coś 
niezmiernie okrutnego. Gdy się patrzyło na żałosny tłumek istot ludzkich, 
pozbawionych   woli,   mimowiednie   nasuwały   się   skojarzenia   z   ludźmi 
zamroczonymi do nieprzytomności wódką czy narkotykami…

Po modlitwie dwanaście ofiar Kraftstudta przechodziło do przestronnej 

sali, gdzie wzdłuż ścian stały biurka. Nad każdym z nich zwisała z sufitu 
okrągła płyta aluminiowa, stanowiąca część gigantycznego kondensatora. 
Druga płyta znajdowała się prawdopodobnie w podłodze.

Ta   sala,   z   aluminiowymi   „parasolami”   nad   biurkami,   przypominała 

kawiarnię   na   otwartym   powietrzu.   Wystarczyło   wszakże   popatrzeć   na 
ludzi, siedzących pod parasolami, by to idylliczne wrażenie prysnęło w 
jednej chwili.

Każdy z „matematyków” znajdował na swym biurku kartkę papieru z 

podanymi   założeniami   zadania,   które   musiał   rozwiązać.   Początkowo 
ludzie ci patrzyli tępym wzrokiem na zapisane wzory i równania. W tym 
momencie byli jeszcze pod działaniem częstotliwości, która pozbawiała 
ich   woli.   Ale   oto   włączono   częstotliwość   dziewięćdziesięciu   trzech 
herców i głos przez radio podawał rozkaz:

— Zaczynajcie pracę!
I wszyscy równocześnie — a było ich dwunastu — chwytali za ołówki i 

papier i zaczynali gorączkowo pisać. Nie można tego było nazwać pracą, 
przypominało to jakieś opętanie, histerię matematyczną, patologiczny atak 
gorączki   matematycznej.   Ludzie   zwijali   się,   pochyleni   nad   papierami. 
Ręce ich biegały po papierze w takim tempie, że nie sposób było nadążyć 
wzrokiem za tym, co piszą. Twarze ich stawały się fioletowe z natężenia, 
oczy wychodziły im z orbit.

Trwało to około godziny. Potem, gdy ich ruchy rąk traciły płynność i 

stawały   się   przerywane,   gdy   głowy   dotykały   już   niemal   biurka,   a   na 
wyciągniętych   szyjach   występowały   nabrzmiałe,   sine   żyły,   generator 
przełączano   na   częstotliwość   ośmiu   herców.   Wszyscy   momentalnie 
zasypiali.

Kraftstudt dbał o wypoczynek psychiczny swych niewolników!
Pewnego razu, gdy obserwowałem ten wstrząsający widok szaleństwa 

matematycznego,   byłem   świadkiem,   jak   jeden   z   obliczeniowców   nie 
wytrzymał… Nagle przestał pisać, jakoś dziwnie odwrócił się w stronę 

background image

pracującego gorączkowo sąsiada i przez kilka chwil patrzył bezmyślnie 
przed siebie, jakby usiłując coś sobie przypomnieć. Zdawać się mogło, że 
zapomniał   o   czymś   bardzo   istotnym   i   koniecznym   dla   dalszego 
rozwiązania zadania.

Potem zawył straszliwie gardłowym głosem i zaczął szarpać na sobie 

ubranie. Gdy był już całkiem nagi, jął rwać zębami ciało na rękach, gryzł 
palce,   darł   skórę   na   piersi,   bił   głową   o   kant   biurka…   Potem   stracił 
przytomność i upadł na podłogę.

Pozostali matematycy nie zwracali na niego najmniejszej nawet uwagi, 

w dalszym ciągu skrzypiąc gorączkowo ołówkami.

I wtedy porwała mnie taka wściekłość, że zacząłem walić kułakiem w 

zamknięte   drzwi.   Miałem   ochotę   krzyknąć   tym   nieszczęśnikom,   żeby 
porzucili   swoją   pracę,   wyrwali   się   z   tego   przeklętego   pomieszczenia, 
podnieśli bunt i unicestwili swoich oprawców.

— Czy warto tak się denerwować, panie Rauch? — usłyszałem obok 

siebie czyjś spokojny głos. To był Bolz.

— Wy, kaci! Co wyrabiacie z ludźmi! Jakim prawem pastwicie się tak 

nad nimi?

Uśmiechnął się swym uprzejmym, inteligentnym uśmiechem i rzekł:
— Pamięta pan mit o Odysie? Bogowie zaproponowali mu, by dokonał 

wyboru — albo życie długie i spokojne, albo krótkie, ale burzliwe. Wybrał 
to drugie. Ci ludzie także.

— Oni nie dokonywali żadnego wyboru. To wy za pomocą waszego 

generatora   impulsowego   zmuszacie   ich,   by   trwonili   życie   i   zdążali 
bezwiednie do własnego samounicestwienia w imię waszych korzyści!

Bolz roześmiał się.
— A   czy   nie   słyszał   pan   od   nich   samych,   że   są   szczęśliwi?   Oni 

rzeczywiście czują się szczęśliwi. Proszę spojrzeć, z jakim zapamiętaniem 
pracują. Czyż szczęścia nie osiąga się poprzez pracę twórczą?

— Pana rozumowanie jest obrzydliwe. Wiadomo przecież wszystkim, że 

istnieje   jakieś   naturalne   tempo   życia   człowieka   i   wszystkie   próby, 
zmierzające do przyśpieszenia go — są zbrodnią.

Bolz znów się roześmiał.
— Myśli pan nielogicznie, profesorze. Dawniej ludzie chodzili piechotą 

i   jeździli   na   koniach.   Teraz   latają   samolotami   odrzutowymi.   Dawniej 
wiadomości   przekazywano   z   ust   do   ust,   od   człowieka   do   człowieka,   i 
całymi  latami  wędrowały  one przez świat,  a dzisiaj  ludzie  natychmiast 
dowiadują się  o  wszystkim  przez radio   i  telefon.  To są  przykłady, jak 
współczesna cywilizacja wzmaga tempo życia. I pan nie uważa tego za 

background image

zbrodnię.   A   kino,   a   prasa,   a   setki   udogodnień,   nienaturalnych 
przyjemności   i   rozkoszy   —   czyż   to   też   nie   wzmaga   tempa   życia? 
Dlaczego więc sztuczne przyśpieszenie funkcji organizmu żywego uważa 
pan   za   zbrodnię?   Jestem   przekonany,   że   ludzie   ci,   żyjący   w   sposób 
naturalny, nie zrobiliby nawet jednej milionowej tego, co robią obecnie. A 
sensem   życia   w   ogóle   jest,   jak   wiadomo,   praca   twórcza.   Sam   pan   się 
przekona o tym, gdy przyłączy się pan do nich. Wkrótce i pan zrozumie, 
na czym polegają radość i szczęście! Już za dwa dni. Przygotowują dla 
pana specjalny pokój. Będzie tam pan pracował sam, ponieważ, proszę 
wybaczyć, różni się pan nieco od normalnych ludzi.

Bolz   poklepał   mnie   familiarnie   po   ramieniu   i   pozostawił   samego, 

pogrążonego w rozmyślaniach nad jego nieludzką filozofią.

Zgodnie z danymi „spektrum” zaczęto mnie „wychowywać”, stosując 

częstotliwość,   która   powodowała   takie   poczucie   siły   woli,   że   mogłem 
zdobyć się na każdy, nawet najbardziej szaleńczy czyn. Dlatego też nie 
było mi trudno zdobyć się na bohaterstwo tego rodzaju, jak symulowanie 
utraty   woli.   Klęczałem   bezmyślnie   i   powtarzałem   tępo   za   głosem   z 
megafonu   modlitewne   brednie,   sławiące   Kraftstudta.   Oprócz   modlitwy 
wpajano   we   mnie,   jako   nowicjusza,   niektóre   prawdy   z   zakresu   neuro–
cybernetyki. Sens owej niedorzecznej nauki polegał na tym, że miałem 
zapamiętać,   jakim   częstotliwościom   impulsów   odpowiadają   te   lub   inne 
uczucia  ludzkie.  W moich  planach  na przyszłość  decydujące znaczenie 
miała częstotliwość, która pobudza dyspozycje matematyczne, jak również 
inna,   która,   na   moje   szczęście,   była   bliska   granicy   dziewięćdziesięciu 
trzech herców.

„Wychowywanie”   trwało   tydzień,   a   kiedy   wydało   się,   że   jestem   już 

dosyć   uległy,   posadzono   mnie   do   roboty.   Pierwsze   zadanie,   które 
otrzymałem do rozwiązania, polegało na analizie możliwości strącania w 
powietrzu w czasie lotu rakiet międzykontynentalnych.

Całości   obliczeń   dokonałem   w   ciągu   dwóch   godzin.   Wynik   nie   był 

pocieszający dla tych, którzy wierzyli w skuteczność działania  artylerii 
przeciwrakietowej   —   okazało   się   bowiem,   że   strącenie   rakiety 
międzykontynentalnej jest niemożliwe.

Następne zadanie miało także charakter wojskowy, dotyczyło pomiarów 

natężenia wiązek neutronów, potrzebnych do wywołania wybuchu bomb 
atomowych przeciwnika. Tutaj odpowiedź wypadła także niepomyślnie. 
Działo   neutronowe  musiałoby  ważyć kilka   tysięcy   ton.  Nie  ma   mowy, 
żeby   można   było   zbliżyć   się   z   nim   do   magazynów   bomb   atomowych 
przeciwnika!

background image

Zadania te rozwiązywałem rzeczywiście z wielką rozkoszą i z pozoru 

wyglądałem na tak samo opętanego pracą, jak i pozostali obliczeniowcy. 
Ale   generator,   zamiast   uczynić   ze   mnie   istotę   bezwolną,   przeciwnie, 
wszczepił we mnie moc ducha i pełnię radosnego podniecenia. Wspaniałe 
uczucie odwagi i pewności siebie nie opuszczało mnie nawet w przerwach, 
przeznaczonych na odpoczynek. Udawałem, że śpię, a w skrytości ducha 
obmyślałem własne plany odwetu.

Gdy   skończyłem   zadanie,   opracowywane   dla   Ministerstwa   Wojny, 

zacząłem   w   myślach   (żeby   nikt   o   tym   nie   wiedział)   rozwiązywać 
najważniejsze   dla   mnie   zadanie   matematyczne   —   jak   rozsadzić   od 
wewnątrz ośrodek obliczeniowy Kraftstudta.

„Rozsadzić”   —   to   oczywiście   wyrażenie   metaforyczne.   Nie   miałem 

przecież ani dynamitu, ani trotylu, ani żadnej możliwości dostania go tu, w 
murach „przybytku mędrców”. Obmyśliłem coś całkiem innego.

Jeśli generator impulsów Pfaffa może wywoływać u człowieka wszelkie 

uczucia i stany emocji, dlaczego więc nie posłużyć się nim, by zaszczepić 
w   świadomości   nieszczęśliwych   ofiar   neofaszystów   uczucie 
sprawiedliwego   gniewu   i   buntu.   Gdyby   się   to   powiodło,   ludzie   ci 
potrafiliby   sami   wystąpić   we   własnej   obronie   i   rozprawić   się   z   bandą 
ultranowoczesnych   zbrodniarzy.   Ale   jak   to   uczynić?   Jak   zmienić 
częstotliwość,   pobudzającą   dyspozycje   matematyczne,   na   częstotliwość 
wzbudzającą w człowieku uczucie nienawiści, gniewu, wzburzenia?

Pracą   generatora   kierował   jego   twórca,   podstarzały   doktor   Pfaff. 

Widziałem tego starca owego dnia, gdy zdejmowano mi spektrum układu 
nerwowego. Prawdopodobnie był to inżynier o jakichś skłonnościach do 
sadyzmu, rozkoszujący się tak piekielnie wypaczonym tworem własnego 
intelektu.   Pastwienie   się   nad   godnością   człowieka   stało   się   celem   jego 
myśli   inżynieryjnej.   Nie   mogłem   się   więc   spodziewać   jakiejkolwiek 
pomocy ze strony Pfaffa. W swoich zamierzeniach nie brałem go wcale 
pod uwagę. Generator powinien zacząć pracować w przedziale potrzebnej 
mi częstotliwości bez jego pomocy i wbrew jego chęciom!

Kiedy   właśnie   rozwiązałem   to   najtrudniejsze   dla   mnie   zadanie, 

przekonałem się raz jeszcze, jak wspaniałą nauką jest fizyka teoretyczna! 
Posługując   się   wzorami   i   równaniami   zdolna   jest   ona   nie   tylko 
przepowiadać przebieg rozlicznych zjawisk fizycznych w przyrodzie, lecz 
także pozwala ratować życie ludzi.

Generator impulsowy doktora Pfaffa, bez względu na jego schemat, jest 

obliczony   faktycznie   na   wytwarzanie   energii   elektrycznej   określonej 
mocy. Wiadomo, że jeżeli generator impulsowy zostanie przeciążony, to 

background image

znaczy,   jeśli   pobierać   od   niego   moc   większą   niż   zaprojektowana,   to 
częstotliwość jego początkowo powoli, później zaś gwałtownie spada. To 
znaczy,   że   w   wypadku   gdy   zostanie   podłączone   do   niego   dodatkowe 
obciążenie w postaci oporu omowego, można spowodować jego pracę nie 
w przedziale częstotliwości, jaką wskazują przyrządy, lecz w przedziale 
częstotliwości o wiele niższej.

Dyspozycje   matematyczne   pracowników   ośrodka   obliczeniowego 

Kraftstudta   były   eksploatowane   w   przedziale   dziewięćdziesięciu   trzech 
herców. Uczucie gniewu i wzburzenia powstaje u ludzi przy działaniu pola 
zmiennego o częstotliwości osiemdziesięciu pięciu herców! Aby dokonać 
tego, należy obliczyć wartość obciążenia dodatkowego dla generatora.

Gdy   byłem   w   laboratorium   doświadczalnym,   zauważyłem   tam   dane 

woltomierza i amperomierza na osłonie siatkowej generatora. Iloczyn obu 
tych   wielkości   określił   mi   moc   generatora.   Teraz   należało   jeszcze 
rozwiązać zadanie matematyczne, dotyczące dodatkowego obciążenia…

W   myśli   przedstawiłem   sobie   schemat   podłączenia   do   generatora 

wszystkich owych gigantycznych kondensatorów, w których przebywali ci 
nieszczęśni ludzie. W myśli rozwiązałem równania Maxwella dla danego 
układu   kondensatorów   i   wyznaczyłem   wartości   wektora   natężenia 
składowej   elektrycznej   i   magnetycznej   pola.   Wprowadziłem   do   tych 
wielkości   poprawki   na   energię,   pochłanianą   przez   znajdujących   się   w 
kondensatorach   ludzi,   i   w   ten   sposób   ustaliłem   wartość   mocy,   którą 
zużywa generator na pobudzenie dyspozycji myślowych obliczeniowców.

Okazało   się,   że   rezerwa   mocy,   jaka   pozostawała   u   doktora   Pfaffa, 

wynosiła tylko półtora wata.

Te dane wystarczyły mi do rozstrzygnięcia zagadnienia, jak zamienić 

częstotliwość dziewięćdziesięciu trzech herców na osiemdziesiąt pięć.

Należało uziemić jedną z płyt kondensatora za pomocą oporu wartości 

tysiąca trzystu pięćdziesięciu omów.

Te   równania   Maxwella   rozwiązałem   myślowo   w   ciągu   czterdziestu 

minut, a kiedy otrzymałem wynik, omal nie krzyknąłem z radości.

Ale jak tu dostać kawałek przewodu o takiej wartości oporu? Opór musi 

być   sprawdzony   bardzo   dokładnie,   gdyż   inny   spowoduje   zmianę 
częstotliwości   na   nieprzewidzianą   i   odmienną   niż   wymagana,   co   w 
rezultacie nie da zamierzonego efektu.

Łamiąc głowę nad tym problemem praktycznym, gdyż od rozwiązania 

jego zależało powodzenia całego planu, byłem już gotów rozwalić sobie 
głowę   o   biurko,   jak   ten   matematyk,   którego   widziałem   w   stanie 
rozpaczliwego   szaleństwa.   Gorączkowo   rozważałem,   po   raz   nie   wiem 

background image

który,   możliwości   skonstruowania   oporu   o   wymaganej   wartości,   nic 
jednak nie mogłem wymyślić. Świadomość bezsiły doprowadzała mnie do 
skrajnej rozpaczy, chociaż przez cały czas wydawało mi się równocześnie, 
że jestem tuż, tuż od rozwiązania i tego problemu.

I kiedy tak, ściskając rękami głowę, gotów byłem już zawyć nieludzkim 

głosem,   wzrok   mój   padł   niespodziewanie   na   czarny   kubek   z   plastyku, 
stojący na brzegu biurka. W kubku znajdowały się ołówki. Było tam z 
dziesięć ołówków — każdy innego koloru i każdy przeznaczony do czego 
innego. Natychmiast porwałem pierwszy z brzegu i obracając go przed 
oczyma przeczytałem, że to ołówek „2B”, co oznaczało, że jest bardzo 
miękki.   Rysik   miękkiego   ołówka   zawiera   dużą   ilość   grafitu   dobrze 
przewodzącego elektryczność. Dalej znalazłem ołówki serii „3B”, „5B” i 
wreszcie   ołówki   serii   „N”,   twarde,   przeznaczone   specjalnie   do   pisania 
przez   kalkę.   Obracałem   w   palcach   ołówki,   a   mózg   mój   pracował 
gorączkowo.   Wtem,   nie   wiadomo   skąd,   przypomniałem   sobie   opór 
właściwy rysików ołówkowych. Ołówek „5N” posiada opór rysika równy 
dwu tysiącom omów. W mgnieniu oka miałem już w ręku ołówek „5N”. 
Moje   równania   Maxwella   znalazły   rozwiązanie   nie   tylko   teoretyczno–
matematyczne, lecz także praktyczne. Trzymałem oto w swoich rękach 
kawałek   rysika   oprawionego   w   drewno.   Za   jego   pomocą   zamierzałem 
rozprawić się z tą bandą barbarzyńców.

Jakież   to   dziwne!   Jakich   zdumiewających   odkryć   dokonuje 

matematyka! Na początku był długi łańcuch obserwacji, rozważań, analiz, 
potem   znów   obserwacje   nad   konkretną   sytuacją,   później   abstrakcyjne 
obliczenia,   rozwiązanie   równań   wyprowadzonych   przez   znakomitego 
Maxwella   w   ubiegłym   stuleciu,   a   w   wyniku   wszystkiego   —   dokładny 
rachunek   matematyczny   stwierdzający,   że   do   zniszczenia   firmy 
Kraftstudta   potrzebny   jest   nieodzownie…   ołówek   „5N”   Czyż   fizyka 
teoretyczna nie jest czymś zdumiewającym?! Mocno zacisnąłem w dłoni 
ołówek,   tak   jakby   był   najdrogocenniejszym   przedmiotem,   i   ostrożnie, 
niemal z czułością schowałem go do kieszeni. Dalej zacząłem obmyślać, 
jak   zdobyć   dwa   kawałki   przewodu,   żeby   jeden   podłączyć   do   płyty 
kondensatora,   drugi   zaś   do   kaloryfera   w   rogu   pokoju,   a   między   nimi 
umocować rysik ołówka.

Zastanawiałem się nad tym nie dłużej niż minutę. Przypomniałem sobie 

lampę   biurową   w   pokoju,   w   którym   mieszkałem   razem   ze   wszystkimi 
„matematykami”. Przy lampie był sznur elastyczny, a więc wykonany z 
szeregu żyłek. Można go uciąć i rozpleść na pojedyncze żyłki. Sznur ma 
około   półtora   metra   długości,   można   więc   otrzymać   z   niego   ponad 

background image

dziesięć metrów cienkiego przewodu. To było zupełnie wystarczające.

Obliczenia ukończyłem w momencie, gdy oznajmiono przez głośnik, że 

mamy   —   to   znaczy   ja   i   wszyscy   „normalni”   obliczeniowcy   —   iść   na 
obiad.

Wyszedłem ze swego pokoju na korytarz. Wtem zobaczyłem przed sobą 

postać dziewczynki — tej samej zalęknionej dziewczynki, która odnosząc 
mi zadanie rozpłakała się gorzko, gdy wbrew zakazom szefa znalazła się u 
mnie w mieszkaniu.

Dogoniłem ją.
— Musisz mi pomóc — powiedziałem szeptem.
Obejrzała się i na mój widok oniemiała z przerażenia.
— To pan żyje? — rzekła ledwie poruszając wargami. — W mieście 

wszyscy są przekonani, że zamordowano pana. Ja też tak myślałam.

— Czy bywasz w mieście?
— Tak, prawie co dzień, ale…
Schwyciłem jej drobną rączkę i mocno ścisnąłem w swojej.
— Jeszcze dzisiaj  zawiadom uniwersytet, że żyję, że zmuszono  mnie 

gwałtem,   bym   tutaj   pracował.   Powinni   nam   pomóc   wydostać   się   stąd, 
mnie i moim kolegom.

— Co też pan wygaduje? — wyszeptała z przestrachem. — Jeśli pan 

Kraftstudt dowie się, a na pewno dowie się wszystkiego…

— Jak często biorą cię na przesłuchania?
— Będą mnie przesłuchiwali pojutrze.
— Masz przed sobą cały dzień. Zdobądź się na odwagę. Od tego zależy 

życie wielu ludzi.

Dziewczynka siłą wyrwała mi swą rączkę i obrzuciwszy mnie pełnym 

trwogi spojrzeniem, zniknęła za drzwiami.

W sali,   w  której   mieszkaliśmy,  nikt  nie  korzystał  z lampy   biurowej. 

Stała w rogu pokoju na wysokiej podstawce, zakurzona, popstrzona przez 
muchy, ze sznurem okręconym wokół nóżki.

Z samego  rana, gdy zgodnie z regulaminem  dnia wszyscy poszli się 

myć,   oderwałem   sznur   od   lampy   i   schowałem   do   kieszeni.   Podczas 
śniadania wsunąłem do kieszeni nóż stołowy, a gdy wszyscy udali się na 
modlitwę, ruszyłem do toalety. W kilka sekund zerwałem nożem izolację i 
oczyściłem w ten sposób dziesięć cienkich żyłek o długości około półtora 
metra każda. Potem starannie rozłupałem ołówek, wydobyłem z drewienka 
rysik i ułamałem z niego trzy dziesiąte całości, tak że pozostałe siedem 
dziesiątych   dawały   mi   żądany   opór.   Na   końcówkach   rysika   naciąłem 

background image

nieduże rowki i okręciłem wokół nich cienki przewód. Opór był gotów. 
Teraz   pozostawało   tylko   podłączyć   go   między   płytę   kondensatora   a 
ziemię.

Należało to uczynić podczas pracy.
Obliczeniowcy   pracowali   po   osiem   godzin   dziennie   z 

dziesięciominutowymi przerwami co godzinę. Po przerwie obiadowej o 
godzinie pierwszej, salę, w której pracowali „matematycy”, odwiedzało 
regularnie   kierownictwo   firmy   Kraftstudta.   W   tym   czasie   szef   z 
nieukrywaną satysfakcją przyglądał się, jak jego ofiary zwijają się i szaleją 
nad   zadaniami   matematycznymi.   Zdecydowałem,   że   w   takim   właśnie 
momencie należy podłączyć do sieci generatora dodatkowe obciążenie, tak 
by zmienić przedział częstotliwości impulsów.

Gdy wróciłem do swego pokoju z gotowym oporem w kieszeni, byłem 

w nastroju niezwykłego podniecenia. Przy drzwiach do pokoju spotkałem 
doktora. Przyniósł mi kartkę z nowym zadaniem.

— Halo, doktorze, na sekundę! — zawołałem.
— Co? — wybąkał zaskoczony.
— Chodzi o to — zacząłem — że w trakcie pracy przyszło mi na myśl, 

by   wrócić   do   pierwotnej   rozmowy   z   panem   Bolzem.   Myślę   że   moja 
zapalczywość srodze się na mnie zemściła. Proszę przekazać Bolzowi, że 
zgadzam   się   być   wykładowcą   matematyki   dla   nowych   kadr   firmy 
Kraftstudta.

Doktor żuł w zębach koniuszek nitki z kołnierzyka swojego fartucha, 

splunął, po czym oświadczył z nieukrywaną szczerością:

— Cieszę się z tego, daję słowo. Mówiłem tym dziwakom, że z twoim 

spektrum najlepiej by było, gdybyś pracował jako nadzorca lub nauczyciel 
tej całej matematycznej zgrai. Bardzo potrzebujemy dobrego nadzorcy. Ty 
się do tego idealnie nadajesz. Masz całkiem inne przedziały częstotliwości. 
Mógłbyś po prostu siedzieć między nimi i poganiać opieszałych lub tych, 
u   których   częstotliwość   wzbudzenia   dyspozycji   matematycznych   nie 
wchodzi w rezonans.

— Oczywiście, doktorze. Myślę jednak, że najlepiej by było, gdybym 

został   wykładowcą   matematyki.   Daję   słowo,   nie   mam   wcale   ochoty 
rozwalać sobie łba o kant biurka.

— To   rozsądne   —   stwierdził   doktor.   —   Trzeba   porozmawiać   z 

Kraftstudtem. Myślę, że się zgodzi.

— A kiedy będzie coś o tym wiadomo?
— Myślę, że dzisiaj o pierwszej, gdy będziemy robili obchód ośrodka i 

przegląd całego naszego gospodarstwa.

background image

— Dobrze, podejdę do panów.
Doktor skinął mi głową i oddalił się. Na biurku swoim znalazłem kartkę 

papieru,   na   której   podane   były   założenia   dla   zaprojektowania   nowego 
generatora   impulsowego   o   mocy   przewyższającej   dotychczasową 
czterokrotnie.   Można   było   z   tego   wnosić,   że   Kraftstudt   postanowił 
powiększyć   swe   przedsiębiorstwo   czterokrotnie.   Chciał,   żeby   w   jego 
ośrodku   pracowało   nie   trzynastu,   lecz   pięćdziesięciu   dwóch 
obliczeniowców.   Dotknąłem   czule   rysika   od   ołówka   z   dwiema 
końcówkami przewodów. Obawiałem się bardzo, że może się złamać w 
kieszeni.

Założenia zadania na obliczenie nowego generatora utwierdziły mnie w 

tym,   że   wszystkie   moje   obliczenia,   dotyczące   pracującego   obecnie 
generatora, były prawidłowe. To umocniło we mnie jeszcze bardziej wiarę 
w   powodzenie   planowanej   akcji,   oczekiwałem   więc   z   niecierpliwością 
nadejścia   godziny   pierwszej.   Gdy   zegar   na   ścianie   wskazywał   za 
piętnaście pierwszą, wydobyłem z kieszeni rysik od ołówka, dający opór 
tysiąca trzystu pięćdziesięciu omów, i umocowałem go jednym końcem do 
pręta   swego   aluminiowego   „parasola”.   Do   drugiego   końca   przewodu 
doczepiłem jeszcze kilka kawałków drutu. Długość ogólna przewodu była 
wystarczająca, by dociągnąć go do kaloryfera w rogu pokoju.

Ostatnie minuty ciągnęły się denerwująco długo. Gdy strzałka minutowa 

dotknęła „12”, a strzałka godzinowa zatrzymała się na cyfrze „1”, szybko 
podłączyłem   wolny   koniec   przewodu   do   kaloryfera   i   wyszedłem   na 
korytarz.   Z   przeciwległego   krańca   korytarza   nadchodził   Kraftstudt   w 
towarzystwie   inżyniera   Pfaffa,   Bolza   i   doktora.   Gdy   ujrzeli   mnie, 
uśmiechnęli się. Bolz dał znak, abym podszedł do nich.

Pfaff i Kraftstudt zatrzymali się przed oknem na salę, w której pracowali 

matematycy, nie wiedziałem więc, co tam się dzieje wewnątrz.

— To rozsądna decyzja — rzekł szeptem Bolz. — Pan Kraftstudt godzi 

się na pańską propozycję. Nie pożałuje pan…

— Słuchajcie, co tam się dzieje? — zapytał nagle Kraftstudt, odwracając 

się do swych współtowarzyszy.

Inżynier Pfaff nasrożył się i jakoś dziwnie patrzał przez okno. Serce 

dygotało mi w piersi.

— Nie pracują! Rozglądają się wokół! — z gniewem syknął Pfaff.
Przecisnąłem   się   do   okna   i   zajrzałem   do   środka.   To,   co   ujrzałem, 

przeszło wszelkie moje oczekiwania. Ludzie, którzy przedtem siedzieli tak 
pokornie pochyleni nad biurkami, teraz wyprostowani rozglądali się wkoło 
i rozmawiali ze sobą z ożywieniem. W głosach ich brzmiała stanowczość.

background image

— Tak, chłopcy, trzeba skończyć raz wreszcie z tym ich znęcaniem się. 

Czy pojmujecie, co oni z nami wyrabiają? — mówił wzburzony Denis.

— Oczywiście.   Ci   bandyci   wmawiają   w   nas   przez   cały   czas,   że 

posiedliśmy  szczęście,  oddając się we władzę impulsowego  generatora. 
Ich by tak powsadzać pod ten generator!

— Co się tam dzieje? — groźnie krzyknął Kraftstudt.
— Nie mam pojęcia — wymamrotał Pfaff, wybałuszając swe wyblakłe 

oczy na ludzi w sali.

— Zachowują się w tej chwili zupełnie jak normalni ludzie! Co to jest?! 

Wygląda, jakby byli podnieceni. Wzburzeni nawet. Dlaczego nie zajmują 
się obliczeniami?

Kraftstudt aż spąsowiał ze złości.
— Nie   wykonamy   w   terminie   co   najmniej   pięciu   zamówień 

wojskowych — wycedził przez zęby. — Natychmiast zmusić mi ich do 
roboty.

Bolz zgrzytnął kluczem i całe towarzystwo weszło do sali.
— Wstać, przyszedł wasz nauczyciel i stwórca — rzekł głośno Bolz.
Gdy to powiedział, w sali zaległa dławiąca cisza. Dwanaście par oczu, 

rozpalonych gniewem i nienawiścią, patrzyło w naszą stronę. Trzeba było 
iskierki,   by   spowodować   wybuch.   Cieszyłem   się   z   tego   w   duchu.   Oto 
koniec   firmy   Kraftstudta!   Wystąpiłem   naprzód   i   głośno   na   całą   salę 
powiedziałem:

— Na cóż jeszcze czekacie? Nadeszła chwila wyzwolenia. Wasz los jest 

w waszych rękach. Skończcie z tą nikczemną bandą, która szykowała wam 
pobyt w „przybytku mędrców”!

Matematycy gwałtownie poderwali się z miejsc i rzucili się na stojących 

w osłupieniu Kraftstudta i jego kompanów. Powalili na podłogę Bolza i 
doktora, zaczęli ich dusić. Zapędzili w kąt sali Kraftstudta i tłukli go tam 
pięściami i nogami. Denis zwalił się na inżyniera Pfaffa i trzymając jego 
łysą głowę za uszy, walił nią z całych sił o podłogę. Ktoś zrywał z sufitu 
aluminiowe   parasole,   ktoś   inny   wybijał   szyby   w   oknach.   Zerwano   ze 
ściany   głośnik,   z   hałasem   poprzewracano   biurka.   Podłoga   była   usiana 
porwanymi w strzępy papierami z obliczeniami matematycznymi.

Rozpaleni gniewem ludzie, uniesieni wzburzeniem, rozbijali i niszczyli 

nienawistne i wrogie im laboratorium.

Już od pewnego czasu żaden z nich nie znajdował się pod działaniem 

generatora  impulsowego, ale ich słuszna  nienawiść burzyła się jeszcze. 
Kraftstudt, Bolz, Pfaff i doktor, zbici i okrwawieni, zostali wyrzuceni na 
korytarz. Wleczono ich ku wyjściu z budynku.

background image

Szedłem   na   przedzie   gromady   wzburzonych   ludzi.   Wykrzykiwali 

przekleństwa   pod   adresem   tych,   którzy   zamienili   ich   w   niewolników. 
Przeszliśmy   przez   pustą   salę,   gdzie   po  raz   pierwszy   oddawałem   swoje 
zadania   matematyczne,   potem   z   hałasem   przeciągnęliśmy   przez   wąskie 
przejścia podziemnego labiryntu, aż wreszcie wylegli na zewnątrz.

Palące   letnie   słońce   oślepiło   nas.   Zatrzymaliśmy   się   w   miejscu   jak 

porażeni. I to nie tylko przez słońce. Przed wejściem, prowadzącym do 
firmy   Kraftstudta,   zgromadził   się   wielki   tłum   mieszkańców   naszego 
miasta.  Padały głośne okrzyki. Gdy pojawiliśmy  się, na chwilę zaległo 
milczenie. Przyglądały się nam setki zdumionych oczu. Potem usłyszałem, 
jak ktoś głośno zawołał:

— Przecież to profesor Rauch? Żyje!
Denis   i   współtowarzysze   wypchnęli   do   przodu   kierowników   ośrodka 

obliczeniowego. Kolejno jeden po drugim stanęli wobec zgromadzonych 
ludzi — Kraftstudt, Bolz, Pfaff i doktor. Ocierali pokrwawione twarze i 
oglądali się z przestrachem to na nas, to na groźny tłum dokoła.

Wtem z tłumu wyszła chudziutka, drobna dziewczynka. Była to ta sama 

wylękniona   dziewczynka,   która,   jak   się   okazało,   nazywała   się   Elza 
Brinter.

— O, to ten — rzekła wskazując palcem na Kraftstudta. — I ten — 

dodała pokazując na Pfaffa. — To oni wymyślili to wszystko.

W   tłumie   rozległ   się   szmer.   Padły   groźne   okrzyki.   Za   dziewczynką 

wystąpili do przodu mężczyźni. Jeszcze chwila i doszłoby do rozprawy. 
Wówczas podniosłem rękę i rzekłem:

— Drodzy   obywatele,   nie   wypada,   byśmy   sami   wymierzali   im   karę. 

Dużo więcej korzyści przyniesiemy ludzkości, jeśli wobec całego świata 
rozgłosimy   ich   zbrodnie.   Sądzić   ich   trzeba   surowo,   a   my   będziemy 
świadkami   oskarżenia.   Tutaj,   za   tymi   oto   murami,   ci   przestępcy, 
wyposażeni   w   najnowsze   zdobycze   współczesnej   nauki   i   techniki, 
dokonywali straszliwych zbrodni. Chcieli zamienić ludzi w niewolników i 
za pomocą maszyn eksploatować ich aż do całkowitego wyniszczenia.

— Pod sąd zbrodniarzy!—krzyczano wokół.— Pod sąd ich!
Wzburzony tłum ciasnym pierścieniem otoczył zbrodniarzy i ruszył ku 

miastu.   Obok   mnie   szła   Elza   Brinter.   Mocno   trzymała   mnie   za   rękę   i 
mówiła szeptem:

— Po   tym   naszym   spotkaniu   i   rozmowie   w   korytarzu   bardzo   się 

wystraszyłam. Później przez całą noc myślałam… Przypomniał mi się pan 
i pana koledzy, i ja sama, i ta straszna maszyna… Zwłaszcza maszyna. I 
nagle ni stąd, ni zowąd zaczęłam się śmiać. Pan się dziwi? Właśnie tak, 

background image

śmiać się! Kiedy byłam maleńka, bardzo się bałam samochodów. A teraz 
nie… Dlaczego więc miałabym się bać jakichś tam lamp elektrycznych i 
zwojów drutu? — myślałam sobie. — Jestem przecież człowiekiem! I tę 
maszynę   wymyślili   ludzie   —   straszni   i   okrutni.   Nie   spałam   całą   noc, 
zastanawiając się nad tym, i zrobiło mi się czemuś lekko i radośnie na 
duszy.   Nie   bałam   się   już   tej   maszyny,   która   służyła   do   przesłuchań. 
Nienawidziłam jej.

*

Kraftstudt i jego kompani z ośrodka obliczeniowego zostali oddani w 

ręce władz. Burmistrz naszego miasta wygłosił podniosłe przemówienie, 
pełne   cytatów   zaczerpniętych   z   Biblii   i   z   Ewangelii   świętej.   W   końcu 
oświadczył, że „za tak wyrafinowane zbrodnie będzie sądził Kraftstudta i 
jego kompanów Najwyższy Sąd Federalny”.

Szefa ośrodka matematycznego i jego współpracowników wywieziono z 

naszego miasta w zamkniętych samochodach. Od tego czasu nikt już o 
nich nie słyszał. W prasie także nie było żadnych informacji. Co więcej, 
do naszego miasta przeniknęły słuchy, jakoby Kraftstudt i jego przyjaciele 
zostali zatrudnieni przez władze państwowe i organizowali wielki ośrodek 
obliczeniowy, mający wykonywać zlecenia Ministerstwa Wojny.

Zawsze   opanowuje   mnie   wzburzenie,   ilekroć   przeglądając   gazetę 

znajduję na ostatniej stronie stale jedno i to samo ogłoszenie: „Do pracy w 
wielkim   ośrodku   obliczeniowym   poszukuje   się   mężczyzn   w   wieku   od 
dwudziestu pięciu do czterdziestu  lat, z dobrą znajomością  matematyki 
wyższej…”

Przełożył W. Kiwilszo

background image

Walentyna Żurawlowa

P

OPRZEZ

 

CZAS

Ja, co zacieram żale i rozkosze,
Odsłaniam   prawdę   i   błędu 

mamidła,

Jako   czas   dzisiaj   rozwijam   me 

skrzydła;

Więc za występek nie bierzcie mi, 

proszę

Jeśli szesnaście przeskoczę jesieni
I   przepaść   całą   zostawię   wśród 

cieni.

*

S z e k s p i r  — Zimowa opowieść.

To był strach. Najzwyczajniejszy strach — lepki, uporczywy. Zorin w 

żaden sposób nie mógł pozbyć się wrażenia, że trąd czai się gdzieś tu, w 
tym pokoju. Był zmęczony, ale bał się zbliżyć do fotela. Chciało mu się 
pić, ale bał się dotknąć karafki. Zaraza mogła kryć się wszędzie — nawet 
w wazonie z konwaliami.

Starając się stłumić strach chodził szybko po pokoju. Cień nie mógł za 

nim nadążyć i miotał się po kwadratach posadzki.

— Bakterie trądu — mruczał Zorin. — Bakterie Hansena… Hansena? 

Tak, tak, z pewnością…

Nie mógł sobie nic więcej przypomnieć i to wzmagało jeszcze strach. 

Może nawet powietrze jest zarażone? Może wciągając w płuca powietrze, 
ciepłe, przesycone odurzającym zapachem konwalii, połyka te przeklęte 
bakterie Hansena?

Prawie podbiegł do okna, szarpnął zasuwkę.
Zimno   odpędziło   strach.   Przez  okno   wpadały   płatki   śniegu.   Wiatr   je 

rozpędzał, śnieg wirował pracowicie. W tańcu śnieżynek było coś bardzo 
zwyczajnego, znanego. To uspokajało.

Zmierzch   zacierał   kontury   przedmiotów   i   Zorin   nie   mógł   w   żaden 

sposób rozpoznać, czy za oknem rośnie wiąz, czy topola. Wydało mu się, 
że jest rzeczą konieczną, aby określił gatunek drzewa. Wpatrywał się w 
gęstniejący zmrok mrużąc krótkowzroczne oczy.

Bezwiednie   dotknął   ramy   okiennej   i   strach   wrócił   natychmiast   jak 

uderzenie prądu elektrycznego. Nie wolno dotykać ramy! W tym pokoju 

background image

nie wolno niczego dotykać! Wyciągnął chustkę i zaczął wycierać palce.

Z   tyłu   poza   nim   cicho   skrzypnęły   drzwi.   Zorin   drgnął   —   nerwy 

reagowały   na   dźwięk   jak   naciągnięte   struny.   Odwrócił   się   chowając 
pośpiesznie chustkę.

W drzwiach stał mężczyzna w brązowym garniturze. Ręce i twarz tego 

człowieka były ukryte pod bandażami. Ciemne okulary zasłaniały oczy.

„Człowiek niewidzialny” — pomyślał nie wiadomo czemu Zorin.
— Towarzysz Sadowski? — głos Zorina zdradzał zdenerwowanie. — 

Czy doktor Sadowski?

— Tak. Jestem Aleksander Sadowski — odpowiedź była nacechowana 

nadmierną uprzejmością.

Zorin zrobił  krok  naprzód, wyciągnął rękę, spostrzegł  się  i cofnął  ją 

natychmiast.

— Bardzo mi przyjemnie widzieć pana — wyjąkał, zdając sobie sprawę, 

że to głupio brzmi, i zaczerwienił się.

— Proszę usiąść, profesorze — Sadowski wskazał mu fotel.
Parę sekund jeszcze stali  naprzeciw  siebie:  wysoki, trochę  zgarbiony 

Sadowski   i   niski,   bardzo   tęgi   Zorin.   Potem   Zorin   jednym   ruchem 
przysunął sobie fotel. I rzecz dziwna — znalazłszy  się w fotelu, który 
przed chwilą wydawał mu się taki straszny — doznał uczucia ulgi.

Sadowski, kulejąc z lekka, podszedł do drugiego fotela.

*

Trąd   ma   naturę   tygrysa.   W   cierpliwości,   z   którą   prześladuje   swoją 

ofiarę,   jest   coś   strasznego,   nieodwracalnego.   Rok,   dwa,   dziesięć, 
trzydzieści — potrafi się czaić. A potem skok — pazury wpijają się w 
ciało, szarpią, rwą…

Aleksander Sadowski mógł zwyciężyć trąd. Po prostu mu się nie udało. 

Stało   się   coś   nieprawdopodobnego.   Lekarz,   specjalista,   leprolog,   sam 
zaraził się trądem.

Zdarzyło się to na wiosną, gdy przeprowadzał próby ze stosowaniem 

wynalezionego przez siebie preparatu AD. Nowy preparat sprawiał cuda 
—   był   o   wiele   skuteczniejszy   od   sulfetronu,   propizolu,   oleju 
chaulmugrowego. Czasem jednak — w rzadkich wypadkach — preparat 
AD  wywoływał  gwałtowne   nasilenie   choroby.  Sadowski   absolutnie   nie 
mógł   zgłębić   prawidłowości   tego   zjawiska.   Do   tego   potrzebne   były 
eksperymenty, dziesiątki, może setki długotrwałych eksperymentów.

background image

A   trąd   odpowiedział   ciosem   na   cios.   Rankiem   czternastego   kwietnia 

Sadowski zauważył przy myciu na kiści prawej ręki małą, czerwonawą, 
owalną plamkę. Po tygodniu takie same plamy wystąpiły na twarzy. A w 
miesiąc później przekształciły się w ropiejące wrzody.

Był  to   jakiś   niezwykle   rzadki   przypadek   lepromatoidalnego   trądu   — 

złośliwy, galopujący. Trąd zdawał się mścić na człowieku, który targnął 
się na jego tajemnicę. Preparat AD nie pomagał. Każdy eksperyment — 
teraz Sadowski eksperymentował na sobie — wywoływał pogorszenie.

Leprozorium   mieściło   się   w   dwóch   jednakowych   dwupiętrowych 

budynkach. W jednym znajdowała się klinika, w której mieszkali chorzy. 
W drugim były mieszkania lekarzy i personelu pomocniczego. Jeszcze na 
wiosnę  Sadowski  przeprowadził  się  do  kliniki.  Od tej  chwili   całe  jego 
życie   upływało   w   laboratorium   chemicznym.   Zresztą   słowo   „życie 
upływało”   nie   jest   właściwe.   Sadowski   pracował.   Pracował   rankiem, 
wieczorem, nocą. Zwycięstwo nad trądem — a wraz z nim ratunek — 
mogła dać tylko szybkość. Trzeba było wyprzedzić chorobę.

Preparat AD był sporządzony z soli dwóch kwasów — chaulmugrowego 

i hydnokarpowego. Działanie preparatu zależało od jego składu. Gdzieś, 
odmierzona setną częścią procentu, przechodziła granica między życiem i 
śmiercią.

Przez   całe   lato   Sadowski   szukał   sposobu   otrzymania   chemicznie 

czystego kwasu hydnokarpowego. Jesienią lekarze sprawdzili na chorych 
działanie   oczyszczonego   preparatu   AD.   W   szesnastu   wypadkach   na 
siedemnaście preparat spowodował prawie całkowite uleczenie. Tylko u 
siedemnastego chorego lekarze stwierdzili gwałtowne zaostrzenie procesu 
chorobowego. Tym pacjentem był sam Sadowski.

Nowe   próby   —   nowe   niepowodzenia.   Eksperymenty   przyśpieszyły 

rozwój   choroby.   Historia   choroby   Aleksandra   Sadowskiego   wkrótce 
zapełniła wciąż grubiejącą teczkę. Sadowski był równocześnie badaczem, 
lekarzem i pacjentem. Do historii choroby wpisywano skąpe — chyba zbyt 
skąpe   skargi   pacjenta,   łacińskie   formuły   lekarza,   formuły   chemiczne 
badacza.   Każdy   eksperyment   przybliżał   zgubę   chorego.   Do   lekarza 
należało   już   tylko   przewidzieć,   co   nastąpi   pierwej   —   zwycięstwo   czy 
śmierć.

W grudniu lekarz Sadowski wiedział już, że chory zginie wcześniej, nim 

badacz znajdzie środek ratunku. Badacz potrzebował trzech, czterech lat; 
choremu pozostawało osiem, najwyżej dziesięć miesięcy życia.

Doświadczenia były prowadzone dalej. Sadowski badacz uważał, że ma 

prawo   rozporządzać   życiem   Sadowskiego   pacjenta.   Ale   jedenastego 

background image

stycznia   lekarz   naczelny   leprozorium   kategorycznie   zakazał   dalszych 
eksperymentów.   Sadowski   nie   dyskutował.   Jego   choroba   dawno   już 
przestała być typową, a co za tym idzie, interesującą dla doświadczeń. 
Przekazał asystentom wszystkie swoje notatki i przeniósł się do małego 
mieszkanka obok kliniki. Przestał również zaglądać do laboratorium.

…Trąd ma naturę tygrysa. Szarpie swą ofiarę i zabija, gdy ją oszpeci do 

niepoznania.

Sadowskiego leczono obecnie zwykłymi sulfamidami. Ale szpony trądu 

wczepiły się weń martwym chwytem i pogrążały w ciele coraz głębiej.

Trąd zwyciężył.

*

— Niech pan mówi dalej, profesorze. Ja słucham.
Pod   białą   maską   bandaży   nie   można   było   dostrzec   wyrazu   twarzy 

Sadowskiego. To denerwowało Zorina. Tracił pewność siebie, plątał się, 
powtarzał po parę razy to samo. Obmyślony starannie gmach argumentów 
rozsypywał się jak domek z kart.

— Rozumie pan, przedłużenie życia… Chciałem powiedzieć — walka 

ze starością…

Uświadomił   sobie,   że   od   tych   słów   zaczął   rozmowę.   Ciemne   szkła 

okularów Sadowskiego połyskiwały zjadliwie.

— Widzi pan…
Zorin  umilkł.   Zrobiło   mu  się   gorąco.  Z  przykrością   czuł,  że  z  czoła 

spływają   mu   wielkie   krople   potu.   Jak   na   złość   chustka   mu   się   gdzieś 
zapodziała.

— Starość? — rzekł Sadowski pytająco. — Starość mi nie grozi…
Zorin zdecydował się mówić bez ogródek.
— Czy trąd jest uleczalny?
Sadowski wzruszył ramionami.
— Jak czasem.
— Mam na myśli pański przypadek.
Za ciemnymi szkłami okularów przebiegł jakiś błysk.
— Obecnie — nie.
Zorin znalazł wreszcie chustkę, wytarł czoło. Machinalnie przysunął się 

z fotelem bliżej Sadowskiego.

— Obecnie nieuleczalny. A potem?
Sadowski odpowiedział po dłuższej chwili milczenia.

background image

— Za trzy lata. Nie wcześniej. — Pokręcił głową. — Zresztą jest to 

termin obliczony na szaleńczą pracę. Powiedzmy tak — za osiem lat.

— Osiem lat? A pan? Chciałem zapytać… pan… — Zorin utkwił wzrok 

w konwaliach. — A pan ma do rozporządzenia… przepraszam…

Sadowski skinął głową ze zrozumieniem.
—   Siedem   miesięcy.   Może   osiem.   W   żadnym   razie   nie   więcej   niż 

dziesięć.

— Osiem lat  — i osiem miesięcy! — głos Zorina  zabrzmiał  niemal 

radośnie. — Cóż, właśnie tak — przysunął się z fotelem zupełnie blisko 
Sadowskiego. — Niech pan posłucha. Proszę sobie wyobrazić, że pan… 
no, że pan uśnie na przeciąg tych ośmiu lat. Rozumie pan — na osiem lat! 
Jeżeli zajdzie potrzeba, to nawet na dwadzieścia. I obudzi się pan, gdy 
ludzie nauczą się leczyć pańską chorobę.

Zabandażowana   ręka   uniosła   się   powoli   w   górę,   zdjęła   okulary.   W 

wąskiej   szparce   wśród   zwojów   gazy   Zorin   zobaczył   piwne   oczy.   Ich 
spojrzenie   było   jakieś   niezwykłe.   Wpatrywały   się   zbyt   przenikliwie. 
Dopiero po uważnej obserwacji Zorin zauważył, że są prawie zupełnie 
pozbawione brwi i rzęs.

— Sen? — oczy zmrużyły się. — Sądzi pan, że trąd nie jest groźny dla 

człowieka śpiącego? Organizm żyje — a więc żyją również bakterie trądu.

— Nie, nie. Mam na myśli inny sen. Sen, podczas którego organizm 

prawie zupełnie nie żyje.

— Śmierć?
— Sen — powtórzył Zorin z naciskiem. — Po śmierci człowiek się nie 

budzi.

Oczy Sadowskiego przybrały wrogi wyraz.
—   Niech   pan   mówi   bez   ogródek,   profesorze   —   niecierpliwe   ruchy 

zabandażowanej ręki podkreślały każde słowo. — Pan przyleciał do nas 
nie bez powodu. Czego pan chce? Co pan proponuje? Niech pan mówi 
albo sobie pójdę.

— Dobrze. Będę mówił bez owijania w bawełnę. Jak lekarz z lekarzem. 

Czy słyszał pan o hipotermii?

—   Tak.   Operacje,   które   się   przeprowadza   przy   sztucznym   obniżeniu 

temperatury ciała. Ale co pan ma wspólnego z chirurgią? Pańską dziedziną 
jest przedłużanie życia.

— Właśnie, właśnie. Przedłużenie życia. — Zorin kiwnął głową. — Nie 

potrafię jeszcze przedłużyć życia człowiekowi na jawie. Ale śpiącemu — 
mogę. Rozumie pan?

— Nie.

background image

— Gdy człowiek śpi zwykłym snem,  to żyje. Jeżeli  śpi w głębokiej 

hipotermii, to… to nie żyje. I rzecz jasna, nie starzeje się.

Sadowski wzruszył ramionami.
—   Temperaturę   ciała   ludzkiego   można   obniżyć   o   osiem,   no, 

powiedzmy, o dziesięć stopni. I co z tego? Zasadnicza przemiana materii 
będzie trwała w dalszym ciągu. A więc będzie trwało życie — chociaż w 
zwolnionym tempie.

Zorin odchrząknął protestująco. Mruknął:
— Prawo zachowywania konserwatyzmu.
— Co? Jak pan powiedział?
Zorin   zapomniał,   że   ma   przed   sobą   chorego,   nieuleczalnie   chorego 

człowieka. Złość nigdy nie żyje w zgodzie z innymi uczuciami — zawsze 
je wypiera. A sprzeciw zawsze działał irytująco na Zorina. Znał tę swoją 
cechę… i nie mógł nad nią zapanować.

— Powiedziałem: prawo zachowywania konserwatyzmu. Według moich 

obserwacji   uczony   rewolucjonizujący   jedną   dziedzinę   wiedzy   prawie 
zawsze   jest   konserwatywny   w   innej.   Gdybym   nie   wiedział,   kolego,   o 
waszych pracach z dziedziny  leprologii…  Skąd pan wziął  tę liczbę  — 
dziesięć stopni? — Nie pozwolił Sadowskiemu odpowiedzieć. — A jeżeli 
trzydzieści stopni? Albo trzydzieści pięć?

— Zamrozić człowieka niemal do zera, a potem przywrócić do życia? 

Nie wierzę.

Chustka znowu się gdzieś zapodziała. Zorin szukał po kieszeniach.
—   O   ile   pamiętam   —   ciągnął   Sadowski   —   serce   człowieka   nie 

wytrzymuje   oziębienia   poniżej   dwudziestu   sześciu   stopni.   Fibrylacja 
komór…

Zorin żywo podniósł głowę.
— Tak, tak, serce nie wytrzymuje. Ale można przecież wyłączyć serce i 

wtedy   fibrylacja   nie   nastąpi.   Stosuję   dla   zachowania   działalności   serca 
aparat „sztuczne serce — płu — ca”. Krwiobieg omija serce. Fibrylacja 
nie następuje. Oziębiałem człowieka niemal do zera. I potem działalność 
serca powracała! Nie, nie, kolego, pozwólcie mi skończyć. Najważniejsza 
rzecz,  że przy  głębokim  oziębieniu  i  zwolnionym krwiobiegu  człowiek 
żyje,  ale…   —   Zorin   podniósł   palec   do   góry   —   ale   wszystkie   procesy 
życiowe zwalniają się stokrotnie… No, co pan chciał powiedzieć?

Sadowski milczał.
—   Obecnie   pańska   choroba   jest   nieuleczalna.   —   Zorin   zająknął   się, 

spojrzał pytająco na Sadowskiego i powtórzył: — Tak, nieuleczalna! Pan 
wie o tym lepiej niż ja. Ale jeżeli pan się zgodzi, oszukamy trąd. Panu 

background image

potrzeba — poprawił się — nauce potrzeba osiem lat? Doskonale! Dla 
pana te osiem lat będą jednym miesiącem.

Sadowski milczał.
— Przeprowadziłem  już dziesiątki  doświadczeń — ciągnął Zorin. — 

Czas trwania oziębienia nie przekraczał co prawda trzech tygodni. Ale tu 
chodzi   o   życie.   Jedyna   możliwość…   Przy   tym,   rozumie   pan,   w   razie 
konieczności   eksperyment   można   przerwać.   Przepraszam,   chciałem 
powiedzieć, nie eksperyment, tylko leczenie tą metodą.

Sadowski   włożył   okulary.   Wyciągnął   rękę,   poprawił   konwalie   w 

wazonie.

Zorin ze skupieniem, jakby to było w tej chwili najważniejsze, wycierał 

ogoloną głowę.

Sadowski wstał. Powiedział stanowczo:
— Nie chcę!

*

Od Wołgi ciągnął niezbyt mocny, ale zimny wiatr. Nocą znów spadł 

śnieg   i   Sadowski   musiał   przedeptywać   ścieżkę.   Wąska,   ledwo 
dostrzegalna pod śniegiem dróżka wiła się między drzewami. Zgodnie ze 
starą — kto wie, ile dziesiątków lat istniejącą tradycją, każdy chory, który 
dostał   się   do   leprozorium,   sadził   drzewo.   Chorzy   wierzyli,   że   kto 
wyhoduje drzewo, ten wyzdrowieje. Lekarze mówili, że praca odrywa od 
ciężkich   myśli,   przynosi   pożytek.   I   surowo   przestrzegano   tradycji.   W 
ostatnich   latach   wielu   pacjentów   zostało   uleczonych,   ale   żaden   nie 
wyjechał z leprozorium nie zasadziwszy dębu, wiązu lub topoli.

Dawniej   Sadowski   nie   przywiązywał   do   tego   wagi,   wierzył   tylko   w 

naukę. Teraz rozumiał, że poza nauką istnieje wiele innych rzeczy, które 
da się objąć dosyć nieokreślonym słowem „życie”.

Wybrał sobie miejsce i postanowił na wiosnę zasadzić dąbek. „Mówią, 

że   praca   odrywa   od   ciężkich   myśli”.   Powiedział   poważnie   lekarzowi 
naczelnemu.   A  lekarz  odpowiedział  mu  tak  samo  poważnie:  „Tak, jest 
bardzo pożyteczna”.

Gleba była tu kiepska, przesycona solą lub piaszczysta. Samoistnie rósł 

tu tylko ak–dżusan — biały piołun. Trzeba było przyłożyć rąk, aby drzewo 
się przyjęło. To z pewnością było pożyteczne.

Drzewa rosły pomieszane ze sobą — młode i stare. Na wzgórku, wyżej 

niż inne, wznosiły  się trzy wiązy. Zasadził je kapitan wielkiej żeglugi, 

background image

który   zaraził   się   trądem   gdzieś   na   Hawajach.   Nazywał   drzewa   po 
marynarsku: środkowe, najwyższe — grotem, dwa inne fokiem i bezanem. 
W   lecie   drzewa   rzeczywiście   przypominały   maszty   z   pełnymi   wiatru 
zielonymi   żaglami.   Kapitana   uleczono   i   przed   dwoma   laty   opuścił 
leprozorium.   Drzewa   —   maszty   zostały.   W   ich   sąsiedztwie   Sadowski 
zamierzał posadzić swój dąbek. Na razie była tu tyko zaspa śniegu.

Sadowski okrążył ją z wolna. Bolała go trochę prawa noga. Odczuwał w 

niej coś jakby zimno. Ale wiedział doskonale, co to za rodzaj zimna. W 
ogóle   dobrze   zdawał   sobie   sprawę,   co   będzie   dalej.   Zjawią   się   nowe 
wrzody.   Do   reszty   wypadną   brwi   i   rzęsy.   Zgrubieją   muszle   uszne. 
Wygnije przegroda nosowa. Osłabnie, a może i całkiem zaniknie wzrok. 
Oddychać będzie coraz trudniej. A potem… Potem nastąpi to, co lekarze 
nazywają „zejściem śmiertelnym”.

Sadowski   sam   nie   potrafiłby   nawet   wytłumaczyć,   dlaczego   odrzucił 

propozycję   Zorina.   Powinien   był   ją   przyjąć.   Nawet   chciał   ją   przyjąć. 
Człowiek,   który   nie   ma   nic   do   stracenia,   niczym   nie   ryzykuje. 
Elementarna prawda. Przed śmiercią się nie ucieknie. Również niezbita 
prawda.  Ale te  obie  prawdy, a  wraz z  nimi  wiele  innych, ulatywały   z 
wiatrem, gdy tylko Sadowski zastanawiał się nad słowami Zorina. Nie ma 
nic do stracenia? Bzdura! Pół roku życia — to niemało. To bardzo wiele! 
Teraz żył tak, jak znawcy piją wino — powoli, rozkoszując się każdym 
łykiem, każdą kroplą.

Dawniej   nigdy   nie   rozmyślał   nad   sensem   życia.   Teraz   wiedział   — 

istotny sens życia polega na tym, żeby żyć. W imię życia można czasem 
poświęcić życie. Ale człowiek jest stworzony po to, żeby żył. Tę prawdę 
potwierdzało   wszystko:   każdy   łyk   powietrza,   każdy   ruch,   każda   myśl. 
Wszystko było dobre, wszystko miało swój sens i szczególny urok — upał 
i   mróz,   spokój   i  wiatr,   muzyka   i  cisza.   Mył  się   —  i   nie   rozumiał,   że 
dawniej mógł to robić mechanicznie. Siadał do stołu — i nie rozumiał, jak 
mógł dawniej czytać przy jedzeniu.

Ludzie   myślą   zazwyczaj,   że   dla   skazanego   na   śmierć   czas   pędzi   z 

olbrzymią szybkością. Wprost przeciwnie. Czas niemal staje. Ale jakimś 
szóstym zmysłem człowiek stale odczuwa jego powolny i nieustanny bieg. 
W   tym   biegu   jest   coś   hypnotyzującego.   Nie   można   o   nim   zapomnieć, 
oderwać się, uwolnić. Nie pomagają żadne sylogizmy. Logika w ogóle 
zawodzi  tam,  gdzie  doznania  i  uczucia  są  napięte  bez miary.  Za jakąś 
granicą zaczynają działać swoiste, jeszcze nie zbadane przez człowieka 
prawa.

Zgodnie z logiką wszystko wyglądało prosto. Sadowski był samotny. 

background image

Sadowski   był   nieuleczalnie   chory.   Z   tego   wynika,   że   nie   miał   nic   do 
stracenia.   Z   tego   wynika,   że   powinien   z   radością   przyjąć   propozycję 
Zorina.

Ale nieznane prawa przeciwstawiały się temu wbrew logice. Właśnie 

dlatego,   że   Sadowski   był   samotny   i   nieuleczalnie   chory,   każda,   nawet 
błaha rozmowa, każda najmniejsza poprawa samopoczucia nabierały dla 
niego szczególnej, wyjątkowej wartości.

Logika mówiła: na trzydzieści cztery lata prawie trzecią część spędziłeś 

tutaj, w leprozorium, pracowałeś po dwanaście godzin na dobę i jednak nie 
pokonałeś   trądu.   Z  tego   wynika,   że   w  ciągu   pozostałego   półrocza,   nie 
pracując w laboratorium, nic oczywiście nie wymyślisz.

Nieznane prawa podszeptywały jednak: teraz dopiero po raz pierwszy 

naprawdę zobaczyłeś i poczułeś świat, pozostałe miesiące dadzą ci więcej 
niż całe życie.

…Śnieg szczękał pod nogami. Po raz pierwszy Sadowski zauważył, że 

śnieg nie skrzypi, nie chrzęści, ale właśnie tak jakby szczęka. To odkrycie 
— wiele takich zrobił w ciągu ostatniego miesiąca — było ważne.

Ścieżyna okrążyła wzgórek i wyprowadziła go na pustkowie. Wiatr gnał 

po   pustym  polu   białe   fale   śniegu,   które   zacierały,   zasypywały   ścieżkę. 
Latem   to   pole   również   było   białe   —   gęsto   porośnięte   ak–dżusanem. 
Sadowski próbował sobie przypomnieć,  jak pachnie ak–dżusan, ale nie 
wiadomo  czemu  przypomniał  sobie  inny  zapach  — zapach  konwalii.  I 
natychmiast   zarysowała   mu   się   w   pamięci   twarz   Zorina   —   okrągła,   z 
małymi, zmrużonymi oczkami, odzwierciedlająca grę wrażeń.

Tak… Sadowski jeszcze przed spotkaniem domyślał się, o czym będzie 

mówił   Zorin.   Ale   gdy   profesor   wyciągnął   i   natychmiast   cofnął   rękę, 
Sadowski   nabrał   chęci   powiedzieć   ,,nie”,   nawet   gdyby   zapragnął 
powiedzieć   „tak”.   Od   tego   się   w   gruncie   rzeczy   zaczęło.   Prawo 
konserwatyzmu?   Głupstwo!   Po   prostu   leprologię   zna   i   rozumie.   A 
eksperymenty Zorina to dla niego chińszczyzna. I skąd w ogóle ten Zorin 
dowiedział   się   o   nim?   Nic   nadzwyczajnego   się   nie   stało.   Lekarz 
zachorował. Co w tym dziwnego? Na Wyspach Hawajskich do niedawna 
jeszcze panowało prawo, według którego lekarze zobowiązywali się do 
końca życia nie opuszczać leprozorium.

Sadowski   przypomniał   sobie,   z   jakim   strachem   Zorin   cofnął   rękę. 

Ludzie panicznie boją się trądu. A w rzeczywistości nie jest on bardziej 
zaraźliwy niż, na przykład, gruźlica. Ale ludzie boją się samego słowa 
„trąd”. I Zorin się boi. Siadał na fotelu jak na krześle elektrycznym. Co 
prawda   potem,   gdy   zaczął   mówić   o   swoich   doświadczeniach…   Tak, 

background image

doświadczeniach! Jednak Zorin to zdolny człowiek. Wspaniały pomysł — 
wyłączyć serce i płuca, zastąpić je aparatem… Tak, to dobry pomysł. Już 
choćby dlatego tylko należało zgodzić się na eksperyment. Przeskoczyć 
czas… Zajrzeć w przyszłość. Jaka też będzie? „Jeżeli zajdzie potrzeba — 
nawet na dwadzieścia lat!” Tak chyba powiedział Zorin? Dwadzieścia lat 
— to inni ludzie, inne życie, inna epoka. Kim on będzie dla tych ludzi? 
Obcym? Można wyjechać za dziesiątą górę i jednak wrócić do ojczyzny. Z 
podróży   w   czasie   nie   wraca   się   nigdy.   Jedyna   poprawka   do   fantazji 
Wellsa, lecz jak wiele znaczy!: Odejść na zawsze od swojej epoki jest tak 
samo trudno, jak odejść od siebie… Gdyby na rok, dwa… Ale cóż to za 
człowiek — ten Zorin! Rzuca wyzwanie czasowi! Jakże szybko kroczy 
postęp! Może dlatego właśnie taki strach ogarnia przed znalezieniem się w 
przyszłości.

Sadowski uśmiechnął się drwiąco. Było coś radosnego w tym, że mógł 

wybierać. Mógł rozważać, obmyślać, oceniać. I przede wszystkim — nie 
śpieszyć   się.   Choćby   nawet   w   głębi   duszy   wiedział   już,   co   powie 
Zorinowi. Ale przyjemnie jest wybierać. Poczucie skazańca zaczyna się 
tam,   gdzie   nie   ma   wyboru.   Zorin   jest   cierpliwy:   nie   myśli   wcale   o 
wyjeździe z leprozorium.

A   tymczasem…   Tymczasem   jest   jeszcze   nie   dokończona   książka, 

muzyka, kwiaty na stoliku. I jest jeszcze — ciepło. Dopiero teraz poczuł, 
jak zmarzł.

Przemknęła swawolna myśl: jeżeli stąd do kliniki będzie parzysta liczba 

kroków   —   to   trzeba   się   zgodzić.   Jeżeli   nieparzysta   —   niech   Zorin 
wyjeżdża.

Teraz   rzeczywiście   śnieg   skrzypiał   pod   nogami   —   to   dlatego,   że 

Sadowski szedł szybko. Ciekaw był, co wypadnie. Biegł prawie — trochę 
z niecierpliwości, trochę z powodu zimna. Drwił z siebie: „wpadasz w 
mistykę, szanowny panie. Dobrze, że nikt się o tym nie dowie”.

Gdy do kliniki zostało około dwustu metrów — zwolnił kroku. Może się 

poczuł zmęczony… Potem kroki stały się jeszcze wolniejsze. „Bawisz się 
w czarnoksięstwo, szanowny doktorze, czyż w ten sposób rozstrzyga się 
zagadnienia?”   Śnieg   szczękał   znowu   przy   odliczaniu   kroków.   Tysiąc 
dwieście siedemnaście… osiemnaście… dziewiętnaście…

Przystanął. To głupio jednak tak się przejmować. Przecież to tylko żarty. 

Dwadzieścia   siedem…   dwadzieścia   osiem…   Trzeba   przebiec   ostatnie 
metry!

Ale przeszedł je bardzo wolno, bezwiednie zmniejszając, kroki, tak żeby 

wypadła liczba nieparzysta.

background image

Ostatni krok był tysiąc dwieście trzydziesty dziewiąty.

*

— Tylko niech pan się nie denerwuje, kochaneczku! Niech pan leży i 

nie denerwuje się.

Zorin mówił tonem niemal błagalnym.
. — To nic, profesorze — Sadowski uśmiechnął się z przymusem — to 

już teraz nie ma żadnego znaczenia.

Zorin   westchnął.   Niespodziewanie   w  ostatniej   chwili   stracił   pewność 

siebie   i   to   go   gnębiło.   Ostrożnie,   jakby   się   bał   coś   popsuć,   dotknął 
krawędzi stołu operacyjnego. Ręka utonęła w miękkiej masie plastycznej. 
Sadowski obserwował go zezując z boku.

—   Spokojnie,   profesorze   —   powiedział   cicho,   tak   aby   nie   usłyszeli 

skupieni w głębi sali operacyjnej lekarze i siostry. A głośno dodał: — Na 
takim piernacie można pospać i dziesięć lat. Wybornie!

Pulchne wargi Zorina zadrgały. Oczy zmrużyły się, niemal zamknęły. 

Odpowiedział dopiero po długiej chwili:

— No, teraz  będziemy  się  wzajemnie  uspokajali.  — Mówił  z udaną 

szorstkością, która nie pasowała do wyrazu dobroci i smutku, malujących 
się na jego twarzy. — Zaczynamy, kolego?

—   Zaczynamy,   szanowny   kolego   —   odparł   Sadowski   takim   samym 

tonem, chociaż chciał powiedzieć co innego, coś ważnego, serdecznego. 
— No, to do zobaczenia?…

Zabrzmiało to jak pytanie. Zorin pokręcił głową.
—   Do   prędkiego   zobaczenia.   Wie   pan,   kochaneczku,   że   jestem 

pewien…

— Nie trzeba — Sadowski zamknął oczy. — Nie trzeba. Umilkli obaj. 

Potem Zorin wstał.

— A więc… — i zaciął się. Sadowski skinął głową.
— Tak.
Zorin podszedł do tablicy rozdzielczej. Półgłosem — wydawało mu się, 

że krzyczy — powiedział:

— Zaczynamy.
Chirurg — młody, wysoki, o dużej, podługowatej twarzy podszedł do 

stołu. Rzucił siostrze:

— Światło! Zorin odwrócił się.
Minutowa   wskazówka   ściennego   zegara   elektrycznego   dochodziła   do 

background image

dwunastej. Wolno, jakby przezwyciężając zmęczenie, skakała z podziałki 
na   podziałkę.   Przeskoczyła,   zadrgała   i   znieruchomiała.   Potem   —   po 
długim   namyśle   —   wdrapywała   się   wyżej.   Zorin   słyszał   lakoniczne 
rozkazy chirurgii, nienaturalnie spokojny głos asystentki liczącej uderzenia 
pulsu. Zaraz skończą i wtedy…

— Aparat! — ostro rzucił chirurg.
— Włączam — odezwała się siostra. Parę sekund ciszy.
— Zamykajcie — powiedział chirurg. — Profesorze Zorin, gotowe.
Zorin odwrócił się. Dwaj asystenci zakrywali stół operacyjny szklanym 

kloszem. Chirurg powtórzył:

— Gotowe.
Teraz,   gdy   trzeba   było   przystąpić   do   działania,   Zorinowi   wróciła 

pewność siebie. Zniknęło dręczące skrępowanie, ciało stało się jak gdyby 
nieważkie, ruchy lekkie, dokładne.

— Zaczynamy! — powiedział i usłyszał w swoim głosie coś ostrego, 

rozkazującego, podobnego do łonu chirurga.

Ręka   dotknęła   tablicy.   Błysnęły   szarozielone   koła   oscylografów.   Na 

ekranach   przelatywały   wężyki   świetlnych   linii.   W   centrum   tablicy   na 
wypukłym kwadracie dużego ekranu było ich dwie — zielona i szafirowa. 
Splatały się ze sobą w fantastycznym tańcu. Tylko bardzo doświadczone 
oko mogło ułowić w ich konwulsyjnym migotaniu rytm i prawidłowość. 
To pracował rejestrator prądów czynnościowych.

— Włączam zimno!
Zorin   przesunął   dźwignię.   Gdzieś   za   ścianą   przytłumionym   jękiem 

zawył   kompresor.   Pod   szklany   klosz   popłynęło   zimne   powietrze. 
Wskazówka zegarowego termometru drgnęła i popłynęła w dół. Lekarze 
zbliżyli się do tablicy, stanęli za plecami Zorina.

— Takie szybkie oziębienie… — szepnęła młodziutka asystentka. — To 

wywoła…

Chirurg zakasłał gniewnie i asystentka umilkła.
Wskazówka   termometru   spadła   w   dół.   Trzydzieści   dwa   i   dwa… 

Trzydzieści   i   cztery…   Trzydzieści…   Dopiero   przy   cyfrze   „26” 
wskazówka   prawie   zamarła,   jakby   natknęła   się   na   jakąś   przeszkodę. 
Zielone wężyki na rejestratorze prądów czynnościowych zatańczyły jak 
szalone.

—   To   zawsze   tak   jest   —   półgłosem,   nie   odwracając   się   powiedział 

Zorin.   —   Organizm   się   broni.   W   normalnych   warunkach   poniżej   tej 
temperatury — musi nastąpić śmierć.

Drgając,   jakby   z   niechęcią,   wskazówka   powoli   przesunęła   się   ku 

background image

cyfrze ,,25” i znów zaczęła szybko opadać.

—   Dwadzieścia   trzy…   Dwadzieścia   jeden…   —   czytała   głośno 

asystentka — osiemnaście i pięć… szesnaście…

Taniec   wężyków   na   ekranach   oscylografów   zwalniał   tempo.   Teraz 

świecące smugi płynnie wznosiły się w górę, zastygały na sekundę i wolno 
opadały.

— Osiem… sześć i pół…
Zupełnie bezwiednie asystentka liczyła głośno, drgającym z przejęcia 

głosem.

— Pięć i pół… Pięć…
Zorin   nacisnął   biały   guziczek   pod   rejestratorem   biotoków.   Zabłysła 

zielona lampka.

— Automat będzie podtrzymywał właściwą temperaturę — powiedział 

Zorin  przerywanym głosem.  — Będzie notował  wskaźniki  przyrządów, 
sygnalizował w razie nieprzewidzianych komplikacji.

Umilkł.   Wydało   mu   się,   że   mówiąc   teraz   o   technice   popełnia 

świętokradztwo. Mruknął;

— Tak jakby wszystko…
Ekrany   oscylografów   zagasły.   Na   tablicy   równym   światłem   płonęła 

zielona lampka.

Zorin   odwrócił   się.   Niemal   automatycznie   odwrócili   się   wraz   z   nim 

wszyscy pozostali. Ale przez zapotniały klosz szklany nic nie można było 
zobaczyć.

W ciszy, która nagle zapadła, wyraźnie rozlegało się tylko suche cykanie 

automatu…

*

Dziwnym pojęciem jest czas. Filozofowie i fizycy spierają się na temat 

pojęcia istoty przestrzeni. O istotę czasu nikt się nie spiera — zbyt mało na 
ten   temat   wiemy.   Czas   jest   jednakowy   dla   wszystkich   —   mówiła 
mechanika   Newtona.   Czas   jest   zależny   od   szybkości   ruchu   układu 
obliczeń — stwierdzają formuły w mechanice Einsteina. I to wszystko, co 
wiedzą ludzie.

Trudno   sobie   wyobrazić   nieskończoność   czasu.   Jeszcze   trudniej 

wyobrazić sobie czas skończony. Kto powie, co to jest czas?

Przed   tysiącami   lat   powstała   legenda   o   Kronosie   — 

wszechpochłaniającym Czasie. Wśród bogów, wymyślonych przez ludzi, 

background image

nie było straszniejszego od Kronosa. To on zrodził Tanatosa — śmierć, 
Eris   —   niezgodę,   Apate   —   oszustwo,   Ker   —   zagładę…   To   Kronos 
pożerał własne dzieci…

W końcu dzieci Kronosa zbuntowały się. Po długiej walce wyzwoliły się 

spod okrutnej władzy Czasu. Tak mówi legenda.

Kiedyś w przyszłości, ta legenda się sprawdzi. Nie bogowie, lecz ludzie 

powstaną   przeciw   pochłaniającemu   wszystko   Kronosowi.   Powstaną   i 
zwyciężą. Wtedy ludzie będą swobodnie poruszać się w czasie, wybiegać 
o tysiąclecia naprzód i wracać.

Lecz   tymczasem   nieubłagana   rzeka   czasu   niesie   nas   bezpowrotnie, 

niepowstrzymanie…

*

Sadowski zobaczył najpierw bezkształtne, białe plamy. Potem jedna z 

tych   plam,   większa   i   jaśniejsza,   przekształciła   się   w   okno   do   połowy 
przysłonięte roletą. Druga plama nabrała powoli zarysów twarzy ludzkiej.

Z początku wszystko było bezbarwne. Kolory zjawiły się później, nie 

wszystkie od razu. Najpierw żółty i różowy — kwiaty na szafce nocnej. 
Potem granatowy — garnitur Zorina.

Teraz Sadowski  zobaczył, że wargi  Zorina  poruszają się  — profesor 

mówił. Ale dźwięku nie było. Dźwięki spłynęły nagle, jakby przedarły się 
przez zasłonę.

— …i róbcie tak — mówił Zorin. — Niech się pan skupi, kochaneczku. 

Niech pan podniesie rękę. Czy pan słyszy?

Sadowski nie odpowiadał. Słyszał, ale nie rozróżniał słów. W pamięci 

powoli   —   bardzo   powoli   —   powstawały   obrazy.   Leprozorium… 
Spotkanie z Zorinem…  Noce bezsenne. Jeszcze jedna rozmowa… Sala 
operacyjna…

— Ile? — zapytał Sadowski i zadrżał: własny głos zadźwięczał jakoś 

obco.

Zorin podskoczył na krześle, wpił wzrok w twarz Sadowskiego.
— Tak, tak szeptał, machinalnie zacierając ręce. — Refleksy, wzrok, 

myślenie, mowa… To znaczy…

— Ile lat? — powtórzył Sadowski próbując usiąść.
—   Niech   pan   leży,   niech   pan   leży!   Dziewiętnaście   lat.   Przeszło 

dziewiętnaście. Niech pan powie, czy…

—   Dziewiętnaście!   —   przerwał   Sadowski   i   nagle   jednym   rzutem 

background image

oderwał   głowę   od   poduszki.   Oczy   bez   zmrużenia   wpatrywały   się   w 
Zorina.

Przezwyciężając   powoli   bezwład,   powstawały   fragmenty   wyobrażeń. 

Łącząc się z wrażeniami przekształcały się w myśli. Nie od razu, plącząc 
się i mieszając, myśli wyrównywamy się i szeregowały. I wtedy dopiero 
odezwało   się   w   świadomości:   kłamstwo!   Dziewiętnaście   lat   —   to 
kłamstwo’   Zorin   wcale   się   nie   zmienił.   Okrągła,   wygolona   twarz, 
przymrużone oczy, ledwo dostrzegalne zmarszczki… Wszystko tak, jak 
było!

Sadowski pokręcił głową. Zdawało mu się, że mówi.
—   Spokojnie,   drogi   kolego,   spokojnie.   —   Zorin   uśmiechał   się, 

ukrywając wzruszenie. — No, niech pan mówi…

— Dziewiętnaście lat… Dziewiętnaście lat… — Sadowski usiłował się 

podnieść. — Pan… taki sam… niezmieniony…

Zorin uśmiechnął się, niepewnie rozłożył ręce.
—   Zrozumie   pan   to   później.   Później.   Nie   wszystko   od   razu. 

Wytłumaczę…

— Nie udało się… nic się nie udało! — nie słuchając go wykrzykiwał 

Sadowski. — Trąd…

Podniósł   ręce   do   twarzy,   Na   białej,   gładkiej   skórze   nie   było 

najmniejszych śladów trądu.

— Nie rozumiem…
Opadł bezsilnie na poduszki.
— Minęło dziewiętnaście lat — dobitnie, skandując powiedział Zorin. 

—   Pańska   choroba   jest   uleczona.   Nie   było   to   sprawą   łatwą.   Ostatnie 
stadium… Dziewiętnaście lat…

— A pan? — szepnął Sadowski. — Pan?
— Zwyciężyliśmy starość — odparł po prostu Zorin. — Dlatego się nie 

zmieniłem… Starość następuje teraz dużo później.

Sadowski zamknął oczy. Potem uniósł się na łokciu, spojrzał na Zorina. 

Zapytał bezdźwięcznym głosem:

— Jak?
—   Pomalutku,   kochaneczku   nie   tak   od   razu   —   powiedział   łagodnie 

Zorin.   Spojrzał   Sadowskiemu   w   oczy,   uśmiechnął   się.   —   No,   dobrze, 
kochanie,   niech   się   pan   nie   denerwuje…  Rozumie   pan…  Starzenie   się 
organizmu było uważane za proces nieodwracalny. A my dowiedliśmy, że 
go   możne   odwrócić.   Na   razie   w   sposób   ograniczony,   ale   można.   I   to 
wszystko. Nie, nie! Nic więcej nie powiem.

Sadowski oddychał ciężko, chrapliwie. Położył się, wargi szeptały:

background image

— Dziewiętnaście lat… Dziewiętnaście lat!
Zorin wziął go za rękę — chłodną i suchą.
—   A   reszta?   —   ledwo   dosłyszalnym   głosem   zapytał   Sadowski.   — 

Dziewiętnaście lat… Ludzie…

Zorin zrozumiał.
—   Tak,   komunizm.   —   Uśmiechnął   się.   —   Wiele   się   zmieniło.   Nie 

pozna pan.

— Co? — wyszeptał Sadowski.
Zorin pokręcił głową.
— Nie trzeba się śpieszyć. Wszystko jest przed panem.
Sadowski leżał długo, bardzo długo, patrząc gdzieś w przestrzeń. Potem 

uśmiechnął się — samymi oczami. Zorin poczuł słaby uścisk jego ręki.

Przełożyła Janina Dziarnowska

background image

Anatol Dnieprow

M

ASZYNA

 „ED” 

MODEL

 N

R

 1

Rozmowa   toczyła   się   wokół   nieograniczonych   możliwości   postępu 

technicznego.   Zaczęli   od   lodówek   i   samochodów,   potem   przeszli   na 
telewizory,   samoloty   odrzutowe   i   pociski   zdalnie   kierowane.   Każdy   z 
obecnych   zabierał   głos   tak,   jakby   był   wielkim   specjalistą   w   swojej 
dziedzinie,   chociaż   wszystko,   o   czym   się   mówiło,   było   zaczerpnięte   z 
ilustrowanych dodatków do niedzielnych gazet.

Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o cybernetyce o tej nowej nauce 

mówiono   czemuś   półgłosem,   trwożnie   i   tajemniczo,   jak   przed 
pięćdziesięciu laty o spirytyzmie i przed stu o zjawach nadprzyrodzonych. 
Jednakże świadomość, że cybernetyka istnieje i maszyny cybernetyczne 
również, stopniowo dodawała gawędzącym odwagi.

—   My   je  robimy,   my   —   szeptał   z   entuzjazmem   wysoki   blondyn  w 

szafirowej, zniszczonej bluzie. Wyciągnął przed siebie ręce i rozcapierzył 
grube palce. — Widzicie, całe palce mam pokryte czerwonymi plamami. 
To od cyny. Od rana do wieczora zajmuję się spawaniem tych przeklętych 
maszyn.   Ile   w   tym   przewodów,   lamp   i   wszelakich   różności!   Wnętrze 
wygląda  jak  olbrzymi   sklep  radiotechniczny.  I  wyobraźcie  sobie,   że to 
wszystko działa. Technika! Może strącać samoloty. Przepowiada, z kim 
się ożenisz.

—   To   już   przestarzałe,   bracie   —   zachrypniętym   głosem   mruknął 

ponury, łysy włóczęga, bezmyślnie wodząc palcem po brudnej ceracie. — 
Te   sztuczki   już   nie   tylko   przepowiadają,   z   kim   się   ożenisz,   ale   i 
gubernatorów   wybierają.   W   pięćdziesiątym   drugim   roku   elektronowa 
bestia imieniem „Juniwak” wybrała gubernatora stanu Nevada. To jeszcze 
trudniejsze niż wybrać żonę, bądź co bądź to władza.

— A czy to prawda, że policja ma maszynę, która przepowiada, gdzie i 

kiedy chłopcy mają zamiar zrobić napad? Powiadają, że jak wiara wyrusza 
na   robotę,   to   tam   już   na   nich,   kochaneczków,   czekają   —   chichocąc 
zapiszczał podejrzany typek w czarnych okularach i wzdrygnął się, jakby 
go dreszcz przeszedł.

— Prawda. Są i takie. I sądy, i sędziowie śledczy zaopatrzyli się już w 

takie maszynki. Cudo! Zadaje ci ta maszynka jakieś głupie pytania. A ty 
masz odpowiadać tylko tak albo nie. Diabli wiedzą, kiedy mówić tak, a 
kiedy nie. Zwłaszcza, że pyta na przykład: „Czy chciałbyś polecieć na 
księżyc?”   albo:   „Czy   w   dzieciństwie   gryzły   cię   psy?”   I   dopiero   jak 

background image

nakapiesz ni w pięć ni w dziewięć ze sto takich „tak” i „nie” — maszyna 
powiada. „Załóżcie mu kajdanki. Dziesięć lat ciężkich robót”. Takie buty. 
To   wszystko   na   naszą   zgubę   —   jęczał   łysy   włóczęga.   —   Wkrótce   te 
maszyny zastąpią nas wszystkich. Będą żyły zamiast nas. Będą piły piwo. 
Będą chodziły do kina. Wszystko będą same robić…

— Mądre maszyny. Genialne. Przywrócą na ziemi porządek i dobrobyt. 

Zniknie   chaos.   Rozkwitnie   business   —   wzniośle   zadeklamował 
inteligentny   alkoholik,   wyróżniający   się   wśród   włóczęgów   swym   nie 
wiadomo jak zachowanym frakiem.

— Co pan powiedział? Zniknie chaos i rozkwitnie business? Ha, mister! 

Czy panu się wydaje, że ma pan z dziećmi do czynienia? I na elektronice 
zna się pan tyle samo, co na gatunkach żab. Nigdy tak nie będzie, niech 
pan na to nie liczy.

Słowa   te   wypowiedział   z   niekłamanym   ferworem   tęgi   dryblas   o 

purpurowej twarzy, obrośniętej rudą szczeciną.

— A kim pan jest, jeżeli wolno zapytać, Claude Shennon czy Norbert 

Wiener? — zapytał ironicznie inteligent.

— Ani Wiener, ani Claude. Ale ta cała elektronika tu mi siedzi — i 

dotknął kantem dłoni spoconej szyi.

— Musiał dostać mandat karny za nie zgłoszony odbiornik radiowy — 

zakpił facet w czarnych okularach.

—   Albo   mu   wlepili   parę   miesięcy   za   handel   przepalonymi   lampami 

radiowymi!

— Mylicie się, gentelmeni. Jeżeli chcecie wiedzieć, to znam się dobrze z 

tymi maszynami elektronowymi. Aż za dobrze, niech je szlag trafi.

— Ho, ho, wygląda na to, że go te maszynki wplątały w jakąś mokrą 

robotę — ożywił się łysy pijak.

— Gorzej — rzekł ponuro posiadacz purpurowej gęby i przysiadł się do 

całego   towarzystwa.   —   Nazywam   się   Rob   Day.   Może   słyszeliście? 
Pokazywali mię kiedyś w kinie.

— Nie, nie słyszeliśmy — odparł inteligent.
—   To   nieważne.   Teraz   ani   odrobinę   nie   wierzę   maszynom 

elektronowym.   W   tym,   co   mówią,   jest   tyle   samo   prawdy,   co   w 
niedzielnych kazaniach.

Rob Day z udręczoną miną pociągnął łyk whisky.
— No, no, opowiedz, jak cię też nabrały… — zainteresował się facet w 

czarnych okularach.

—   Istnieje   w   naszym   błogosławionym   państwie   pewna   firma,   która 

reklamuje   maszyny   elektronowe   do   użytku   indywidualnego.   Jak   by   to 

background image

powiedzieć — maszyny elektronowe powszechnego użytku, dla ułatwienia 
waszych   warunków   bytowych.   Pewnej   pogodnej   niedzieli   rozwijacie 
gazetę   i   czytacie:   „Drogi   sir.   Jeżeli   odczuwa   pan   potrzebę   życzliwego 
towarzysza, jeżeli jest pan samotny i poszukuje towarzyszki życia, jeżeli 
potrzebuje pan dobrej rady, jak poprawić swoje zachwiane interesy, niech 
pan do nas napisze. Bracia Crooks i cały sztab wybitnych inżynierów jest 
na pańskie usługi. Niech pan określi swoje wymagania, a przygotujemy na 
pańskie   zamówienie   myślącą   maszynę   elektronową,   zdolną   zaspokoić 
wszelkie braki w pańskim życiu osobistym. Tanio, pewnie, z gwarancją. 
Czekamy na pańskie zamówienie. Z poważaniem Bracia Crooks i Ska”.

Gdy   przeczytałem   to   ogłoszenie   miałem   właśnie   trochę   forsuchny. 

Zupełnie wystarczającą ilość, aby młody nieżonaty człowiek mógł sobie 
spokojnie   żyć.   Ale   zacząłem   się   zastanawiać.   Pomyślałem   sobie   tak: 
maszyna   elektronowa   wybiera   ci   żonę.   Maszyna   wybiera   gubernatora. 
Maszyna łapie bandytów. Maszyna produkuje przeboje filmowe. Wszyscy 
dokoła   powtarzają:   to   i   to   zrobiła   maszyna   elektronowa,   to   stało   się 
możliwe   tylko   dzięki   maszynie   elektronowej,   to   zrobi   tylko   maszyna 
elektronowa.   Krótko   mówiąc,   maszyna   elektronowa   to   coś   w   rodzaju 
lampy Aladyna z „Tysiąca i jednej nocy”.

A więc, pod wrażeniem tych wszystkich opowiadań zdecydowałem się 

zwrócić do braci Crooks o jedną sztuczkę dla użytku osobistego. Moje 
zamówienie było absolutnie proste: chcę mieć maszynę elektronową, która 
mogłaby mi udzielać rad w operacjach finansowych. Chcę się wzbogacić. 
Kropka.

I   jak   myślicie?   Mniej   więcej   w   miesiąc   później   pod   mój   dom   na 

Dziewięćdziesiątej   Piątej   ulicy   podjeżdża   ciężarówka   z   olbrzymią 
skrzynią,   w   której   znajduje   się   coś   przypominające   kształtem   pianino. 
Dwaj ludzie wchodzą do mego mieszkania. „Czy tu mieszka Rob Day?” 
„Tutaj”.   „Pan   zamawiał   maszynę   do   operacji   finansowych?” 
„Zamawiałem”. „Proszę bardzo, gdzie pan każe zainstalować?”

Zaprowadziłem ich i ustawili to pianino.
„Ile kosztuje?” — pytam. „Dziesięć tysięcy dolarów”. „Oszaleliście!” — 

ryknąłem. — „Nie, sir. Tyle wynosi jej koszt. Ale nie żądamy od pana 
natychmiastowej   zapłaty.   Zapłaci   pan   dopiero   wtedy,   gdy   się   pan 
przekona, że maszyna panu odpowiada”. „OK! W takim razie zgoda, niech 
sobie stoi. A teraz nauczcie mnie, jak się z nią obchodzić”. „To bardzo 
proste, sir. W maszynę prócz przyrządów analitycznych są wmontowane 
cztery odbiorniki radiowe i jeden telewizor. Te aparaty będą przez całą 
dobę   słuchać   audycji.   Pan   musi   w   tę   szeroką   szparę   pod   klawiaturą 

background image

wkładać   codziennie   przynajmniej   trzy   świeże   gazety.  Rad   finansowych 
maszyna będzie udzielać na podstawie skrupulatnej analizy informacji o 
ekonomicznej   i   politycznej   sytuacji   w   kraju”.   „Dobrze.   A   jak   mam 
dokonywać   operacji   finansowych?”   —   zapytałem.   „W   ciągu   tygodnia 
maszyna będzie się zastanawiać, analizując informacje. Potem może pan 
przystąpić do dzieła. Proszę zwrócić uwagę na tę klawiaturę z cyframi. Tu 
jest   pięć   rzędów.   Górny   odpowiada   setkom   tysięcy   dolarów,   następny 
dziesiątkom  i   tak  dalej.  Przypuśćmy,  że  pan  chce  puścić  w  obrót   pięć 
tysięcy. Pan nabiera tę liczbę na klawiaturze i przyciska nogą pedał. Z 
bocznego otworu wypełznie taśma z drukowaną radą, co i jak trzeba zrobić 
ze wskazaną sumą, żeby otrzymać maksymalny zysk”.

Jak widzicie trudno wymyślić coś prostszego. Młodzieńcy zainstalowali 

maszynę „ED” model nr 1, wetknęli wtyczkę w kontakt i poszli.

— A co to znaczy „ED”? — zapytał ktoś.
—   To   znaczy   „Elektronowy   doradca”.   Muszę   się   przyznać,   że 

niecierpliwie   czekałem   końca   tygodnia.   Codziennie   wsuwałem   pod 
pianino trzy gazety, ze zdumieniem słuchałem, jak papier szeleści, i potem 
obserwowałem, jak gazety wylatują z tyłu. Ta bestia elektronowa czytała 
je od deski do deski. Były wywrócone na drugą stronę. Wewnątrz niej 
wszystko huczało i brzęczało.

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień, gdy mój doradca był już 

dostatecznie nasycony potrzebną mu informacją.

Podszedłem   do   klawiatury   i   długo   myślałem,   jaką   cyfrę   nabrać. 

Oczywiście nie jestem taki głupi, żeby zaryzykować od razu dużą sumę. 
Dlatego nieśmiało nacisnąłem klawisz, na którym było napisane „1 dolar”. 
Po   czym   pocisnąłem   nogą   pedał.   I   co   myślicie?   Nie   zdążyłem   się 
opamiętać,   gdy   już   z   bocznej   szpary   „wypełzała   taśma   telegraficzna   z 
takim napisem: „O siódmej wieczór, na rogu Dziewięćdziesiątej Piątej i 
Trzydziestej Pierwszej ulicy, w barze «Kosmos» poczęstuj piwem Jacka 
Lindera”.

Zrobiłem   tak.   Nie   miałem   pojęcia,   kto   to   jest   Jack   Linder,   ale   gdy 

wszedłem   do   baru,   wszyscy   o   nim   mówili:   ,,To   szczęściarz,   ten   Jack 
Linder.   Jack   Linder   to   poczciwiec,   Jack   Linder,   dobra   dusza”.   Już   po 
chwili „wiedziałem, dlaczego mu się tak przymilano. Jack Linder dostał 
spadek   po   jakimś   australijskim   krewniaku.   Stał   przy   ladzie   z   dumnym 
uśmieszkiem na twarzy. Podszedłem do niego i powiedziałem: „Sir, niech 
pan pozwoli poczęstować się szklanką piwa”. I nie czekając na odpowiedź, 
postawiłem przed nim kufel, wartości jednego dolara.

Reakcja Jacka była wstrząsająca. Objął mię, ucałował w oba policzki i 

background image

wciskając mi do kieszeni banknot pięciodolarowy powiedział: „Nareszcie 
pośród   tej   bandy   spotkałem   porządnego   człowieka.   Bierz,   bracie,   nie 
krępuj się. To z wdzięczności za twoje dobre serce”.

Opuściłem „Kosmos” ze łzami rozczulenia, ciesząc się, co to za mądra 

bestia z tej mojej „ED” model nr 1.

Po   tej   pierwszej   operacji   maje   zaufanie   do   maszyny   zdecydowanie 

wzrosło. Następnym razem zaryzykowałem już dziesięć dolarów.

Maszyna poradziła mi kupić pięć parasolek i udać się pod wskazany 

adres   do   pewnego   lichwiarza.   Te   parasolki   wyrwała   mi   z   ręki   żona 
lichwiarza   i   dała   mi   dwadzieścia   dolarów.   W   mieszkaniu   nad   nimi 
popękały   rury   wodociągowe   i   administracja   odmówiła   naprawy   gdyż 
lokator zalegał z komornym.

Sto   pięćdziesiąt   dolarów   przekształciłem   w   czterysta   w   następujący 

sposób:  maszyna kazała mi  pójść na dworzec główny i położyć się  na 
szynach przed odchodzącym do Chicago pociągiem pośpiesznym. Muszę 
się przyznać, że długo się wahałem, nim zdecydowałem się na ten krok. 
Nie mniej jednak poszedłem i położyłem się. Niezbyt to przyjemnie leżeć 
tak,   gdy   nad   głową   huczy   ci   pociąg   elektryczny.   Rozległ   się   drugi 
dzwonek,   pociąg   daje   sygnał,   a   ja   leżę.   Podbiega   policjant.   „Wstawaj, 
włóczęgo, czegoś się położył?!” Leżę bez ruchu, a serce mi ledwo nie 
wyskoczy spod marynarki. Ciągną mnie, a ja się opieram. Zaczęli mnie 
kopać, a ja się trzymam szyn. „Zrzućcie w końcu tego idiotę — krzyknął 
maszynista. — Przez niego mamy już pięć minut spóźnienia!”

Rzuciło się na mnie od razu paru ludzi i zanieśli prosto na posterunek 

policji dworcowej. Wymokła glina wypisała mi mandat karny na równe 
sto pięćdziesiąt dolarów. „Masz ci los — myślę sobie — taki jest mój 
„ED” model nr 1!’

Wychodzę z posterunku jak zbity pies i nagle otacza mnie tłum ludzi: 

„To on — krzyczą — do góry go!”

„Za co — pytam — co takiego zrobiłem?” — „On się jeszcze pyta. 

Gdyby   nie   ty,   byłaby   z   nas   mokra   plama”.   —   „O   co   chodzi?”   — 
„Wstrzymano pociąg do Chicago. Tuż za dworcem jest uszkodzony tor. 
Gdybyśmy   wyruszyli   o   pięć   minut   wcześniej,   to…   Niech   żyje   nasz 
„wybawca!” Wówczas zorientowałem się i mówię: „Ladies i gentelmen. 
Niech żyje — to bardzo ładnie. Ale za mój czyn bohaterski ukarano mnie 
mandatem   na   sto   pięćdziesiąt   dolarów”.   Po   tych   słowach   wszyscy   jak 
jeden mąż  zaczęli mi wtykać pieniądze do kieszeni. Przeliczyłem je w 
domu.  Czterysta  dolarów,  jak obszył.  Serdecznie  pogłaskałem   maszynę 
„ED” model nr 1 po ciepłych bokach i wytarłem ją ściereczką od kurzu.

background image

Następnie postawiłem pięćset dolarów i nacisnąłem pedał nogą. Rada 

była taka: „Natychmiast ubierz się elegancko, idź na most Brookliński i 
skocz do Hudsonu między piątym a szóstym filarem”.

Po wydarzeniu na dworcu głównym już się niczego nie bałem. Późnym 

wieczorem   wyszukałem   na   Piątej   Avenue   sklep   z   gotową   konfekcją, 
kupiłem sobie wszystko najbardziej eleganckie, wystroiłem się jak na ślub 
i wyruszyłem skakać do Hudsonu.

Gdy przechyliłem się przez poręcz i popatrzyłem w ciemność, w której 

płynęła brudna woda naszej sławnej rzeki, przebiegł mię dreszcz. To było 
straszniejsze   niż   położyć   się   pod   pociąg.   Ale   teraz   bezgranicznie 
wierzyłem już swojej maszynie i dlatego, zacisnąwszy mocno powieki, 
rzuciłem   się   w   dół.   Wówczas   nastąpiło   coś   niewiarygodnego.   Poprzez 
zamknięte powieki poczułem nagle, że znalazłem się w potokach ostrego 
światła.   Wszystko   wokół   mnie   zalśniło,   a   po   upływie   paru   sekund 
uderzyłem w coś miękkiego i sprężystego, odbiłem się, znów uderzyłem i 
wreszcie zawisłem w powietrzu. Otwarłem oczy i zobaczyłem, że leżę na 
miękkiej siatce, rozciągniętej między filarami mostu. Spod mostu biło we 
mnie   światło   mocnych   reflektorów,   Wokół   których   widać   było 
poruszające się sylwetki ludzi. Potem ktoś krzyknął przez tubę: „Zuch. 
Wspaniale. Wyłaź no tu”.

Wyciągnęli mnie na górę i zaczęli winszować. Potem zjawił się jakiś typ 

i podał mi paczkę pieniędzy. „Proszę — powiada. — Za tydzień przyjdzie 
pan   do   kina   «Homunculus»   obejrzeć   film   z   pańskim   udziałem   w 
charakterze samobójcy. Tu jest półtora tysiąca dolarów. Pozostałe pięćset 
otrzyma pan, gdy obraz wejdzie na ekrany”.

Przez   cały   tydzień   chodziłem   na   wszystkie   seansy   do   kina 

„Homunculus”   i   oglądałem   się   w   charakterze   samobójcy.   Pięciuset 
dolarów   mi   w   końcu   nie   dopłacili.   Powiedzieli,   że   akurat   za   tę   sumę 
napatrzyłem się na siebie.

Wkrótce potem przyjechali do mnie przedstawiciele firmy bracia Crooks 

i z radością uregulowałem im należność za maszynę. Od tej chwili była 
ona już moją duszą i ciałem.

Następną operacją, którą wykonałem za poradą maszyny elektronowej, 

był   ożenek   z   pewną   starą   lady   z   Parc   Avenue.   Koszty   małżeństwa 
wyniosły tysiąc dolarów. Po pięciu dniach lady umarła, pozostawiając mi 
czek   na   pięć   tysięcy   dolarów.   Tę   sumę   wydałem   na   zakup   starego, 
zrujnowanego rancho w stanie Nevada, które rząd odkupił ode mnie po 
tygodniu za piętnaście tysięcy: na miejscu mego rancho zbudowano piąty 
atomowy   poligon   doświadczalny.   Za   piętnaście   tysięcy   kupiłem   od 

background image

pewnego Kanadyjczyka kraby z Oceanu Spokojnego, które natychmiast 
odsprzedałem restauracji „Ritz” za trzydzieści tysięcy. Nie wiem, jakim 
cudem moja partia okazała się jedyną w kraju, której stopień zarażenia 
promieniami radioaktywnymi nie przekraczał dopuszczalnej dozy.

Po   przeprowadzeniu   tych   wszystkich   udanych   operacji   postanowiłem 

zostać milionerem.

I   oto   pewnego   razu,   zmówiwszy   przedtem   paciorek,   nabrałem   na 

klawiaturze   swego   doradcy   liczbę   pięciocyfrową,   wszystko,   co   w   tej 
chwili posiadałem. Następnie nacisnąłem pedał. Nigdy nie zapomnę tego 
wieczoru.

Taśma   z   niewiadomego   powodu   bardzo   długo   się   nie   pokazywała. 

Potem   ukazał   się   jej   koniuszek,   który   natychmiast   schował   się   z 
powrotem. Wewnątrz maszyny wszystko huczało i zgrzytało. Aż wreszcie 
— gdy już zaczynałem  tracić  cierpliwość  — zjawiła  się taśma  z radą, 
której nie zapomnę do końca życia: „Wszystkie pieniądze, które posiadasz, 
spal w kominku”.

Długo   biłem   się   z   myślami,   czy   się   do   tej   rady   zastosować.   Jednak 

zanadto wierzyłem już swej maszynie i dlatego, po długich rozmyślaniach, 
obwiązałem   sznurkiem   wszystkie   swoje   dolary,   rozpaliłem   ogień   i 
cisnąłem pieniądze w płomienie. Usiadłem przy kominku i patrząc, jak 
moje kochane pieniążki obracają się w popiół, czekałem, że lada chwila 
nastąpi kolejny cud, którego jeszcze nie mogę sobie wyobrazić, a moja 
mądra   bestia   elektronowa   już   dobrze   przewiduje   na   podstawie   analizy 
sytuacji ekonomicznej i politycznej.

Pieniądze spłonęły spokojnie, rozgarnąłem nawet popiół pogrzebaczem, 

a cud nie następował. „Nastąpi, nastąpi na pewno” — myślałem spacerując 
po pokoju i zacierając ręce.

Minęła   godzina,   potem   druga,   a   cudu   wciąż   nie   było.   Stanąłem   w 

osłupieniu   obok   swego   pianina   i   powiedziałem:   „No!”   Żadnej, 
odpowiedzi.   „Prędzej,   oddawaj   pieniądze!”   krzyknąłem.   Maszyna   w 
dalszym ciągu zachowywała podejrzane milczenie. Prawdę mówiąc, nie 
umiała przecież rozmawiać. Wówczas, tracąc głowę, znów nabrałem na 
klawiszach sumę, której w ogóle nie posiadałem. Gdy nacisnąłem pedał, 
stało się coś nieopisanego. Wylazła taśma telegraficzna z samymi zerami. 
Same zera i ani jednego wyjaśniającego słowa. Rozwścieczony, zacząłem 
grzmocić w maszynę pięściami, następnie kopać ją nogami, ale to nic nie 
pomogło.   Z   maszyny   nieprzerwanie   wyłaziły   same   zera.   To   mię 
doprowadziło do szału. Chwyciłem żelazną kratę, osłaniającą kominek, i z 
całej siły zacząłem walić nią elektronowego doradcę. Z kadłuba maszyny 

background image

posypały się drzaz gi, taśma przestała się wysuwać i maszyna stanęła. A ja 
w ataku furii rozwalałem w dalszym ciągu tę elektronową katarynką, póki 
na  podłodze   nie  pozostał  tylko  stos   odłamków  drzewa,  szkła   i  kłębów 
splątanego drutu.

Padłem   na   kanapę   i   trzymając   się   za   głowę   ryczałem   jak   zraniona 

pantera,   przeklinałem   wszystko,   poczynając   od   lamp   elektronowych,   a 
kończąc na sporządzonym na ich zasadzie moim nieszczęsnym doradcy. 
Podczas tego ataku szału, spojrzałem przypadkiem na pozostałe po mej 
maszynie szczątki i zobaczyłem kawałek taśmy z jakimś napisem. Omal 
nie zwariowałem, gdy przeczytałem ten napis i dowiedziałem się, co miał 
mi   do   zakomunikowania   i   nie   chciał   zakomunikować   ten   elektronowy 
potwór. Napis głosił: „Sprzedaj mnie, dołóż te pieniądze, które masz, i kup 
u braci Crooks udoskonaloną maszynę „ED” model nr 2”.

—   Ale   dlaczego   mówisz,   że   maszyna   nie   chciała   ci   tego 

zakomunikować?   —   zapytał   łysy   pijak,   który   słuchając   tego 
zadziwiającego opowiadania otrzeźwiał całkowicie. — Może się po prostu 
popsuła…

— Ależ to jasne, niech ją diabli wezmą, że nie chciała. Umyślnie kazała 

mi spalić pieniądze, żebym jej nie sprzedał. Nie wzięła tylko pod uwagę 
mego temperamentu. O tym nie piszą w gazetach.

— To dziwne — zauważył inteligent we fraku. — To znaczy, że nie 

miała ochoty rozstać się z panem?

— O to właśnie chodzi. Przywiązała się do mnie. W ostatnich czasach, 

gdy mi  się szczególnie dobrze powodziło, obchodziłem się z nią jak z 
narzeczoną.   Przykrywałem   ją   jedwabnym   pokrowcem.   Codziennie 
wycierałem   ją   z   kurzu.   Kupiłem   nawet   kilka   palm   w   doniczkach   i 
ustawiłem je wokół „ED” model nr 1. Zamiast trzech gazet dostawała ode 
mnie dziesięć. I oto rezultat. Gdy w wyniku ekonomicznej i politycznej 
sytuacji powinienem był ją sprzedać i kupić nową, udoskonaloną „ED” 
model nr 2, ta gadzina w porywie bezdusznego egoizmu oszukała mnie…

— Macie dowód, w jakich czasach żyjemy — powiedział z głębokim 

namysłem   młodzieniec   w   szafirowej   bluzie.   —   Nawet   maszynom 
elektronowym nie można wierzyć.

Wszyscy rozchodzili się, wzdychając ciężko. Rob Day wyszedł ostatni.

Przełożyła Janina Dziarnowska

background image

Włodzimierz Sawczenko

P

RZEBUDZENIE

 

PROFESORA

 B

ERNA

W 1952 roku, gdy świat gnębiła największa niedorzeczność XX wieku, 

zwana „zimną  wojną”, profesor Bern w obliczu licznego zgromadzenia 
przytoczył   niewesoły   dowcip   wielkiego   Einsteina:   „Jeżeli   w   wojnie 
światowej nr 3 zostaną użyte bomby atomowe, to w wojnie światowej nr 4 
ludzie będą walczyć maczugami…”

W ustach Berna, którego nazywano „najwszechstronniejszym umysłem 

XX   wieku”,   słowa   te   zabrzmiały   nieco   mocniej   niż   zwykły   dowcip. 
Zasypano go listami, ale Bern nie mógł już na nie odpowiedzieć. Jesienią 
tego samego, 1952 roku, uczony zginął podczas swej drugiej ekspedycji 
geofizycznej do Azji Środkowej.

Drugi   uczestnik   tej   maleńkiej   ekspedycji,   inżynier   Niemayer,   tak 

opowiadał później o katastrofie:

—   Przenosiliśmy   naszą   bazę   w   głąb   pustyni   Gobi   za   pomocą 

helikoptera. Profesor wystartował w pierwszej turze, zabierając ze sobą 
przyrządy i środki wybuchowe do badań sejsmologicznych. Pozostałem na 
straży reszty naszego wyposażenia. Gdy helikopter wzniósł się w górę, w 
silniku nastąpiło jakieś uszkodzenie i zaczął nierówno pracować. Potem 
umilkł   zupełnie.   Helikopter   nie  zdążył  jeszcze  nabrać   rozpędu  i  zaczął 
opadać   pionowo   z   wysokości   stu   metrów.   Gdy   dotknął   ziemi,   nastąpił 
potężny, dwukrotny wybuch. Widocznie lądowanie było tak gwałtowne, 
że   wskutek   zderzenia   z   ziemią   eksplodował   dynamit.   Helikopter   i 
wszystko, co się w nim znajdowało, łącznie z profesorem Bernem, zostało 
dosłownie rozniesione w pył…

Tę   wersję   Niemayer   powtarzał   dokładnie   wszystkim   atakującym   go 

reporterom,   nic   nie   ujmując   ani   nie   dodając.   Eksperci   uznali   ją   za 
przekonywającą.   Rzeczywiście,   opadanie   naładowanego   helikoptera   w 
rozgrzanym i rozrzedzomym powietrzu wysokogórskiej pustyni musiało 
nastąpić nienormalnie szybko. Zderzenie przy lądowaniu mogło wywołać 
tak   tragiczne   skutki.   Komisja,   która   udała   się   miejsce   katastrofy, 
potwierdziła te przypuszczenia.

Tylko Niemayer wiedział, że w rzeczywistości wszystko było inaczej. 

Ale nawet przed śmiercią nie zdradził tajemnicy profesora Berna.

Miejsce   na   pustyni   Gobi,   do   którego   dotarła   ekspedycja   Berna,   nie 

wyróżniało się niczym w całej okolicy. Takie same zastygłe fale wydm, 
wskazujące   kierunek   ostatniego   wiatru,   który   je   usypał;   taki   sam 

background image

szarożółty piasek sucho skrzypiący pod stopami i w zębach, takie samo 
słońce, oślepiająco białe w dzień i purpurowe pod wieczór, zataczające w 
ciągu dnia na niebie łuk prawie prostopadły, jednego drzewka, ani ptaka, 
ani chmurki, ani nawet kamyka w piasku.

Kartkę   z   notesu,   w   którym   były   zapisane   koordynaty   tego   miejsca, 

profesor  Bern spalił,  gdy tylko doń dotarli  i odnaleźli szyb, wykopany 
podczas poprzedniej wyprawy. Teraz więc tylko dzięki obecności dwóch 
ludzi — Berna i Niemayera — punkt ten różnił się od innych podobnych 
na pustyni.

Siedzieli przed namiotem na składanych płóciennych; krzesełkach. W 

pobliżu   połyskiwał   srebrzysty   kadłub   i   pióra   śmigła   helikoptera, 
przypominającego olbrzymią ważkę, która przysiadła dla odpoczynku na 
piasku pustyni. Słońce słało swe ostatnie promienie prawie poziomo; od 
namiotuj i helikoptera ciągnęły się przez wydmy długie, dziwaczne cienie.

Bern opowiadał Niemayerowi:
— Ongiś pewien średniowieczny medyk zaprojektował prosty sposób 

przedłużania życia w nieskończoność. Trzeba się tylko zamrozić i w tym 
stanie pozostawać w piwnicy, z dziewięćdziesiąt lat. Potem się rozgrzać i 
ożywić. Można pożyć z dziesięć lat w następnym stuleciu i znowu się 
zamrozić do lepszych czasów. Ten medyk co prawda, nie wiadomo czemu, 
nie zapragnął żyć przez dodatkowe tysiąc, lat i umarł naturalną śmiercią w 
wieku pięćdziesięciu  paru lat. — Bern zmrużył drwiąco oczy, oczyścił 
cygarniczkę i wstawił w nią nowego papierosa. — Tak, średniowiecze…” 
Nasz   nieprawdopodobny   wiek   dwudziesty   zajmuje   się   realizacją 
najbardziej   obłąkanych   pomysłów   średniowiecza.   Rad   stał   się   tym 
kamieniem filozoficznym, który może przekształcić rtęć w ołów lub złoto. 
Nie wynaleźliśmy perpetuum mobile — to przeczy prawom przyrody, lecz 
odkryliśmy   wieczne,   samoodradzające   się   źródła   energii   jądrowej.   I 
jeszcze jeden z pomysłów: w 1666 roku prawie cała Europa spodziewała 
się   końca   świata.   Ale   jeżeli   wówczas   powodem   tych   obaw   było 
kabalistyczne znaczenie cyfry ,,666” i ślepa wiara w Apokalipsę, to teraz 
myśl   o   końcu   świata   ma   poważne   podstawy   w   postaci   atomowych   i 
wodorowych bomb… Tak, mówiłem o zamrażaniu… Ten naiwny pomysł 
średniowiecznego lekarza obecnie nabrał sensu naukowego. Słyszał pan o 
anabiozie, panie Niemayer? Odkrył ją Leuwenhoeck w 1701 roku. Jest to 
zahamowanie procesów życiowych za pomocą zimna lub też, w innych 
wypadkach, wysuszania. Przecież zimno i brak wilgoci bardzo obniżają 
szybkość wszystkich reakcji chemicznych i biologicznych. Uczeni dawno 
już stosowali sztuczną anabiozę w stosunku do ryb i nietoperzy: zimno nie 

background image

zabija   ich,   tylko   konserwuje.   Umiarkowane   ochłodzenie,   rzecz   jasna… 
Istnieje jeszcze inny stan: śmierć kliniczna, chodzi o to, że człowiek czy 
też zwierzę nie umiera natychmiast, gdy tylko przestanie działać serce. 
Ubiegła   wojna   dostarczyła   lekarzom   wiele   możliwości   dokładnego 
zbadania zjawiska śmierci klinicznej. Niektórych ciężko rannych udawało 
się przywrócić do życia nawet w parę minut po zatrzymaniu się serca, a 
byli to ludzie śmiertelnie ranni, niech pan weźmie to pod uwagę! Pan jest 
fizykiem i nie wie być może…

— Słyszałem o tym — skinął głową Niemayer.
— Prawda, że słowo śmierć traci swe przerażające znaczenie, gdy doda 

się   doń   to   medyczne   słowo   „kliniczna”?   W   rzeczywistości   istnieje 
przecież   wiele   stanów   przejściowych   między   życiem   a   śmiercią:   sen, 
letarg,   anabioza.   W   tych   stanach   organizm   ludzki   żyje   w   zwolnionym 
tempie w stosunku do normalnego. Nad tymi zagadnieniami pracowałem 
właśnie   w   ostatnich   latach.   Żeby   maksymalnie   zmniejszyć   procesy 
życiowe   organizmu,   trzeba   doprowadzić   anabiozę   do   jej   ostatecznej 
granicy   —   do   stanu   śmierci   klinicznej.   Udało   mi   się   to   osiągnąć. 
Początkowo   płaciły   za   to   swym   życiem   żaby,   króliki,   morskie   świnki. 
Później,   gdy   opanowałem   zasady   i   prawa   ochładzania,   zaryzykowałem 
„zabić” na jakiś czas moją małpkę — szympansa Mimi.

— Ale ją przecież widziałem! — zawołał Niemayer. — Jest wesoła, 

skacze po krzesłach i żebrze o cukier…

— Słusznie! — przerwał mu Bern z odcieniem tryumfu w głosie. — Ale 

Mimi przez cztery miesiące przeleżała w specjalnej trumience, otoczona 
przyrządami kontrolującymi i oziębiona prawie do zera.

Bern nerwowo sięgnął po nowego papierosa i ciągnął dalej:
—   Wreszcie   przeprowadziłem   najważniejsze   i   niezbędne 

doświadczenie: pogrążyłem siebie samego w doprowadzonej do ostatniej 
granicy anabiozie. To było w zeszłym roku — pamięta pan, jak mówiono, 
że profesor Bern jest poważnie chory? Byłem więcej niż chory — byłem 
martwy przez całe sześć miesięcy. I wie pan, panien Niemayer, to bardzo 
osobliwe doznanie, jeżeli można tak nazwać całkowity brak jakichkolwiek 
doznań.   W   zwykłym   śnie   odczuwamy   jednak,   chociaż   w   zwolnionym 
tempie   —   bieg   czasu   —   tam   tego   nie   było.   Poczułem   coś   w   rodzaju 
omdlenia pod wpływem narkozy. Następnie ciemność i cisza. A potem 
powrót do życia. Po tamtej stronie nie było nic…

Bern siedział  ze  swobodnie  wyciągniętymi   nogami  i  zarzuconymi   za 

głowę   szczupłymi,   opalonymi   rękami.   Oczy   jego   spoglądały   z   zadumą 
spoza szkieł okularów.

background image

— Słońce… Błyszcząca kulka, słabo oświetlająca zakątek bezgranicznej 

czarnej   przestrzeni.   Wokół   niego   kulki   jeszcze   mniejsze   i   zimne.   Całe 
życie na nich zależy od słońca… I oto na jednej z tych kulek zjawia się 
ludzkość — plemiona myślących zwierząt. Jak powstała? Na ten temat 
ułożono wiele legend i przypuszczeń.

Niewątpliwe   jest   tylko   jedno:   aby   powstała   ludzkość,   konieczny   był 

olbrzymi kataklizm — geologiczny wstrząs na naszej planecie, kataklizm, 
który   zmienił   warunki   życia   wyższego   gatunku   zwierząt   —   małp. 
Wszyscy zgadzają się, że tym kataklizmem było zlodowacenie. Szybkie 
ochłodzenie półkuli północnej, brak pożywienia roślinnego zmusiło małpę, 
aby wzięła do ręki kamień i maczugę, żeby zdobywać mięso. Zmusiło ją, 
aby nauczyła się pracować i kochać ogień.

— To słuszne — przytaknął Niemayer.
— A skąd się wzięła epoka lodowa? Czemu ongiś ta pustynia i nawet 

Sahara   nie   były   pustyniami   i   bujnie   krzewiło   się   na   nich   roślinne   i 
zwierzęce życie? Jest tylko jedna logiczna hipoteza — wiąże ona epoki 
lodowcowe   z   precesją   osi   ziemskiej.   Jak   każdy   niezbyt   idealnie 
zbudowany bąk oś obrotu ziemi precesjonuje — opisuje powolne koła — 
bardzo powolne — jeden obrót w ciągu dwudziestu sześciu tysięcy lat. 
Niech pan spojrzy — profesor zapałką nakreślił na piasku elipsę, małe 
słońce w ognisku i kulkę z pochyłą osią — Ziemię. — Pochylenie osi 
ziemskiej ku osi ekliptyki wynosi, jak pan wie — dwadzieścia trzy i pół 
stopnia. I oto oś ziemska opisuje w przestrzeni stożek z takim zasadniczym 
kątem… Przepraszam, że mówię o tak dobrze znanych rzeczach, ale to dla 
mnie bardzo ważne. Nie chodzi naturalnie o oś, której ziemia nie posiada. 
Ale w ciągu tysiącleci zachodzą zmiany w położeniu Ziemi w stosunku do 
słońca — to właśnie jest ważne!

Czterdzieści   tysięcy   lat   temu   słońce   było   obrócone   w   stronę   półkuli 

południowej   i   naszą   północną   zalegały   lody.   W   różnych   miejscach   — 
najprawdopodobniej   w  Azji  Środkowej,  powstały   plemiona   małpoludzi, 
łączących   się   w   gromady   wskutek   surowej   konieczności   geofizycznej. 
Podczas tego cyklu precesji powstały pierwsze kultury. Później, gdy po 
trzynastu   tysiącach   lat   północna   i   południowa   półkula   zamieniły   się 
miejscami, na południowej półkuli też zjawiły się pewne plemiona…

Następne   zlodowacenie   półkuli   północnej   zacznie   się   za   dwanaście, 

trzynaście tysiącleci. Ludzkość jest obecnie o wiele silniejsza, da sobie 
radę   z   tym   niebezpieczeństwem,   jeżeli…   jeżeli   tylko   będzie   wówczas 
jeszcze   istniała.   Ale   jestem   przekonany,   że   jej   już   do   tego   czasu   nie 
będzie. Zmierzamy ku własnej zagładzie tak szybko, jak tylko pozwala na 

background image

to   rozwój   nauki   współczesnej…   Przeżyłem   dwie   wojny   światowe: 
pierwszą jako żołnierz i drugą w Majdanku. Byłem obecny przy próbach 
bomb atomowych i wodorowych, a jednak nie mogę sobie wyobrazić, jak 
będzie wyglądała trzecia wojna. To przerażające! Lecz jeszcze bardziej 
przerażający są ludzie, którzy ze ścisłością naukową oznajmiają: wojna 
rozpocznie   się   za   tyle   a   tyle   miesięcy.   Zmasowany   atak   atomowy   na 
wielkie   ośrodki   przemysłowe   przeciwnika.   Imponujące   pustynie 
radioaktywne.   To   mówią   uczeni!   Ponadto   obliczają,   w   jaki   sposób 
zapewnić   skuteczne   zarażenie   promieniowaniem   radioaktywnym   gleby, 
wody,   powietrza.   Niedawno   zapoznałem   się   z   pewną,   pracą   naukową 
Amerykanów   —   dowodziła   ona,   że   aby   nastąpił   maksymalny   wybuch 
zradioaktywizowanej   gleby,   trzeba,   żeby   pocisk   zagłębił   się   w   ziemię 
przynajmniej na pięćdziesiąt stóp. Koszmar naukowy! — Bern chwycił się 
za głowę i zerwał z krzesełka.

Słońce   już   zaszło   i   zapadła   duszna   noc.   Rzadkie,   blade   gwiazdy 

nieruchomo   wisiały   w   granatowej,   szybko   czerniejącej   przestrzeni. 
Pustynia była równie czarna i różniła się od nieba tylko tym, że na niej nie 
było gwiazd.

Profesor   uspokoił   się   i   zaczął   mówić   monotonnie,   w   zamyśleniu. 

Chociaż   słowa   jego   były   wypowiadane   prawie   jednakowym   tonem, 
Niemayerem, mimo upału, wstrząsały na ich skutek dreszcze.

— …Bomby jądrowe przypuszczalnie nie obrócą całej planety w popiół. 

Ale   to   nie   będzie   nawet   potrzebne   —   nasycą   atmosferę   ziemską 
najwyższego stopnia radioaktywnością. A wie pan przecież, w jaki sposób 
wpływa promieniowanie na rozrodczość. Resztki ludzkości w ciągu paru 
pokoleń przekształcą się w degeneratów niezdolnych do poradzenia sobie 
z warunkami, które się niesłychanie skomplikują. Możliwe, że ci ludzie 
zdołają   wynaleźć   jeszcze   doskonalsze   i   precyzyjniejsze   narzędzia 
masowego   samobójstwa.   Przy   tym,   im   później   zacznie   się   ta   trzecia, 
powszechna rzeźnia ludzka, tym będzie straszniejsza. A przez całe swoje 
życie jeszcze nigdy nie zauważyłem, żeby ludzie zrezygnowali z okazji 
pobicia się. A więc, gdy zostanie zakończony kolejny cykl, na naszej kulce 
kosmicznej nie będzie już istot myślących.

Profesor rozkrzyżował ramiona, jakby obejmując ciągnące się dokoła 

martwe piaski.

— Długo będzie obracać się pod Słońcem planeta i będzie na niej pusto 

i cicho, jak na tej pustyni. Korozja zniszczy żelazo, budynki się rozsypią. 
Potem nasuną się nowe lodowce, grube warstwy lodu jak gąbka zetrą z 
oblicza   planety   resztki   naszej   nieszczęsnej   cywilizacji…   —   I   koniec! 

background image

Ziemia oczyści się i będzie gotowa do przyjęcia nowej ludzkości. Obecnie 
my, ludzie, ograniczamy rozwój zwierząt. Wybijamy, niszczymy rzadkie 
gatunki.   Gdy   ludzkość   zniknie,   uwolniony   świat   zwierząt   zacznie   się 
gwałtownie   rozwijać   ilościowo   i   jakościowo.   Do   chwili   nowego 
zlodowacenia wyższe gatunki małp będą gotowe, aby zacząć myśleć. W 
ten sposób powstanie nowa ludzkość — i może będzie szczęśliwsza niż 
my.

— Przepraszam, profesorze! — wykrzyknął Niemayer. — Ale przecież 

na Ziemi nie żyją sami szaleńcy i samobójcy!

— Ma pan słuszność — uśmiechnął się z goryczą profesor. — Ale jeden 

szaleniec   może   narobić   tyle   szkody,   że   nie   uratuje   nas   nawet   tysiąc 
mędrców.   Postanowiłem   przekonać   się,   czy   powstanie   nowa   ludzkość. 
Przekaźnik czasu w mojej instalacji — Bern wskazał głową na szyb — 
zawiera radioaktywny izotop węgla z okresem półrozpadu około ośmiu 
tysięcy lat. Przekaźnik obliczony jest na zadziałanie za sto osiemdziesiąt 
wieków: do tego czasu promieniotwórczość izotopu zmniejszy się o tyle, 
że listki elektroskopu zejdą się i zamkną obwód. Ta martwa pustynia do 
tego czasu przekształci się ponownie w kwitnące tereny podzwrotnikowe i 
tutaj   wytworzą   się   najbardziej   sprzyjające   warunki   dla   życia   nowych 
małpoludzi.

Niemayer zerwał się i powiedział z podnieceniem:
— Dobrze, podżegacze wojenni są szaleńcami. A pan? Pańska decyzja? 

Pan chce się zamrozić na przeciąg osiemnastu tysięcy lat!

— No, po cóż tak upraszczać: „zamrozić” — spokojnie zaprotestował 

Bern. — Tu jest cały kompleks śmierci pozornej: ochłodzenie, uśpienie, 
antybiotyki…

—   Ale   przecież   to   samobójstwo!   —   wykrzyknął   Niemayer.   —   Nie 

przekona mię pan! Jeszcze czas…

—   Nie.   Ryzyko   nie   jest   większe   niż   przy   każdym   innym 

skomplikowanym eksperymencie. Wie pan przecież, że przed czterdziestu 
laty z warstw wiecznej zmarzliny w tundrze syberyjskiej wydobyto ciało 
mamuta. Mięso jego było tak dobrze zakonserwowane, że psy chętnie się 
nim żywiły. Jeżeli zwłoki mamuta w warunkach naturalnych zachowały 
świeżość  w ciągu  dziesiątków   tysięcy  lat,   to  dlaczego  ja  nie mógłbym 
zachować siebie w sprawdzonych i naukowo obliczonych warunkach! A 
pańskie półprzewodnikowe termoelementy najnowszego typu pozwolą w 
niezawodny sposób przekształcić ciepło w prąd elektryczny i przy okazji 
dadzą   ochłodzenie.   Mam   nadzieję,   że   nie   zawiodą   mnie   przez   te 
osiemnaście tysięcy lat, co?

background image

Niemayer wzruszył ramionami.
—   Termoelementy   z   pewnością   nie   zawiodą.   Są   to   instalacje 

najprostsze,   zresztą   w   szybie   mają   najbardziej   dogodne   warunki:   małe 
wahania temperatury, brak wilgoci… Mogę ręczyć, że zniosą ten okres 
czasu   nie   gorzej   niż   mamut.   Ale   pozostałe   przyrządy?   Jeżeli   w   ciągu 
osiemnastu tysięcy lat zepsuje się chociaż jeden…

Bern wyprostował się i przeciągnął.
— Pozostałe przyrządy nie muszą wytrzymywać tak ogromnego okresu 

czasu. Zadziałają tylko dwa razy: jutro rano i za sto osiemdziesiąt wieków, 
na   początku   następne   —  :   go   cyklu   życia   naszej   planety.  Przez   resztę 
czasu będą zakonserwowane wraz ze mną w komorze.

— Niech pan powie, profesorze, czy pan… wciąż niezachwianie wierzy 

w zagładę naszej ludzkości?

— Straszne jest w to uwierzyć — powiedział Bern zamyślony. — Ale 

nie jestem tylko uczonym, jestem jeszcze człowiekiem. Dlatego chcę sam 
zobaczyć… No, chodźmy spać. Jutro czeka nas jeszcze dużo pracy.

Mimo zmęczenia Niemayer źle spał tej nocy. Czy to z powodu upału, 

czy pod wrażeniem słów profesora był , bardzo podniecony i nie mógł 
usnąć. Podniósł się z ulgą, gdy tylko pierwsze promienie słońca musnęły 
płótno namiotu. Leżący obok niego Bern natychmiast otworzył oczy:

— Zaczynamy?
Z   chłodnej   głębi   szybu   widoczny   był   skrawek   niezwykle   błękitnego 

nieba. Niżej wąska szczelina rozszerzała się. Tutaj w niszy stała instalacja, 
którą Niemayer i Bern montowali w ciągu paru ostatnich dni. Ku niej z 
piaszczystych ścianek szybu ciągnęły się grube kable termoelementów.

Bern   po   raz   ostatni   sprawdził   działanie   wszystkich   przyrządów   w 

komorze.  Niemayer według jego wskazówek wydrążył w górnej części 
szybu   niewielkie   zagłębienie,   założył   w   nim   ładunek   i   przeciągnął 
przewody   do   komory.   Przygotowania   zostały   ukończone   i   obaj   uczeni 
wyszli na powierzchnię. Profesor zapalił papierosa i rozejrzał się dokoła.

— Piękna jest dziś pustynia, prawda? A więc, drogi mój pomocniku, to 

już chyba wszystko. Za parę godzin zahamuję swoje życie — to będzie to, 
co pan tak niedowcipnie nazwał samobójstwem. Niech pan patrzy na świat 
po prostu. Życie — ta zagadkowa rzecz, której sensu bezustannie szukają 
— to tylko krótkie pociągnięcie piórem na nieskończonej taśmie czasu. 
Więc niech moje życie składa się z dwóch pociągnięć. No, niech mi pan 
powie coś na pożegnanie — przecież rzadko rozmawialiśmy z panem — 
tak po prostu. Niemayer zagryzł wargi i milczał chwilę.

— Nie wiem doprawdy… Nie mogę jeszcze uwierzyć, że pan się na to 

background image

zdecyduje. Boję się uwierzyć…

— Hm! Wpłynął pan na mnie uspokajająco — uśmiechnął się Bern. — 

Gdy się ktoś za nas denerwuje, strach staje się mniejszy. Nie przedłużajmy 
niepotrzebnie   chwil   rozstania.   Po   powrocie   niech   pan   zainscenizuje 
katastrofę   helikoptera,   tak   jak   się   umówiliśmy.   Pan   sam   rozumie,   że 
tajemnica   jest   warunkiem   powodzenia   tego   eksperymentu.   Za   dwa 
tygodnie rozpoczną się burze jesienne… Żegnam pana! I niech pan na 
mnie tak nie patrzy — ja przeżyję was wszystkich! — profesor wyciągnął 
rękę do Niemayera.

— Komora nie pomieści dwóch ludzi? — zapytał nagle Niemayer.
— Nie, nie pomieści… — na twarzy Berna zarysowało się rozczulenie. 

— Żałuję, że pana wcześniej nie przekonałem. — Profesor postawił nogę 
na stopniu drabinki. — Za pięć minut proszę oddalić się od szybu.

Siwa głowa profesora zniknęła w głębi korytarza.
Bern zaśrubował za sobą drzwi, przebrał się w specjalny skafander z 

mnóstwem rurek i ułożył się na łożu z masy plastycznej, wymodelowanym 
ściśle według kształtów jego ciała. Poprawił się — nic go nie uwierało. Na 
pulpicie   przed   jego   twarzą   spokojnie   świeciły   lampki   sygnałowe, 
meldując, że przyrządy są gotowe.

Profesor   wymacał   guzik   zapalnika,   zwlekał   chwilę,   nim   go   nacisnął. 

Lekki  wstrząs  —  dźwięk  nie  dotarł   do komory. Szyb  został  zasypany. 
Ostatnim ruchem Bern włączył pompy ochładzania i narkozy, ułożył rękę 
we właściwym wyżłobieniu łoża i utkwiwszy oczy w błyszczącą kulkę na 
pułapie komory zaczął liczyć sekundy…

Niemayer   widział,   jak   wraz   z   głuchym   hukiem   z   szybu   wyleciał 

niewielki słup piasku i pyłu. Komora Berna była teraz pogrzebana pod 
piętnastometrową warstwą ziemi… Niemayer obejrzał się, ogarnął go lęk i 
jakieś niesamowite uczucie wśród nagle ucichłej pustyni.

Stał chwilę i powoli skierował się w stronę helikoptera.
W pięć dni później, zgodnie z umową, wysadził helikopter w powietrze i 

dotarł do małej osady mongolskiej.

A jeszcze w tydzień później zaczęły się jesienne wichury. Pędząc przed 

sobą tumany piasku zmieniły układ wydm,; zatarły wszelkie ślady i dołki. 
Piasek,   piasek   nieprzeliczony   jak   czas   wyrównał   miejsce   ostatniego 
obozowiska ekspedycji Berna.

Z mroku wyłoniło się, powoli drżące i niepewne zielone światełko. Gdy 

przestało   drżeć,   Bern   zorientował   się,   że   to   lampka   sygnałowa 
promieniotwórczego przekaźnika. Instalacja zadziałała.

background image

Powoli powracała świadomość. Po lewej stronie Bern zobaczył opadłe 

listki elektroskopu wiecznego zegara — znajdowały się między cyframi 
„19” i ,,20”. „Połowa dwudziestego tysiąclecia”. Myśl pracowała wyraźnie 
i Bern poczuł lekkie wzruszenie.

„Sprawdzić ciało”. Ostrożnie poruszył nogami, rękami, głową, otworzył 

i   zamknął   usta.   Mięśnie   były   posłuszne,   tylko   prawa   noga   nieco 
zdrętwiała.   Może   przyjęła   niezbyt   wygodną   pozycję   albo   temperatura 
podnosiła   się   zbyt   szybko…   Bern   zrobił   jeszcze   parę   energicznych 
ruchów,   aby   rozprostować   kości,   po   czym   wstał.   Obejrzał   przyrządy. 
Wskazówki woltomierzy opadły, widocznie akumulatory wyładowały się 
trochę   przy   rozmrażaniu.   Bern   przełączył   wszystkie   termostosy   na 
ładowanie   —  wskazówki   drgnęły  i   natychmiast   zaczęły   wznosić  się   w 
górę. Przypomniał sobie Niemayera: termoelementy nie zawiodły. Na to 
wspomnienie myśli się jakoś dziwnie rozdwoiły. „Nie ma już Niemayera, 
nie ma nikogo…

Wzrok jego padł na metalową kulkę na pułapie — była ciemna, bez 

żadnego połysku. Berna jęła ogarniać wzrastająca niecierpliwość. Jeszcze 
raz sprawdził woltomierze: akumulatory były jeszcze słabo naładowane, 
ale jeżeli włączyć je razem z termostosami powinno wystarczyć energii do 
wydobycia się na powierzchnię. Bern przebrał się i przez otwór w pułapie 
komory przedostał się do automatycznie odśrubowującego się dzwonu.

Włączył dźwignię — silniki elektryczne zahuczały nabierając rozpędu. 

Śruba dzwonu jęła wwiercać się w ziemię. Podłoga komory drgnęła; Bern 
poczuł z ulgą, że dzwon powoli dźwiga się w górę.

Wreszcie ustał suchy zgrzyt tarcia kamyków o metal — dzwon wydobył 

się   na   powierzchnię.   Bern   kluczem   francuskim   zaczął   odkręcać   śruby 
drzwi — śruby nie ustępowały i zranił sobie palce. Wreszcie w szczelinie 
ukazało   się   niebieskawe   światełko   zmierzchającego   dnia.   Jeszcze   parę 
wysiłków i profesor wyszedł z dzwonu.

Dokoła niego w chłodnym zmierzchu wieczornym rozciągał się ciemny, 

milczący las. Stożek dzwonu przebił ziemię w pobliżu korzeni jednego z 
drzew;   potężny   jego   pień   wznosił   wysoko   w   ciemniejące   niebo   gęstą 
koronę liści. Bern wzdrygnął się na myśl, co by się stało, gdyby to drzewo 
wyrosło o pół metra bardziej na lewo! Podszedł do drzewa i pomacał je — 
porowata   kora   zwilżyła   mu   palce   rosą.   „Co   to   za   gatunek?   Trzeba 
poczekać do rana”. Profesor wrócił do komory, sprawdził swoje zapasy: 
konserwy żywnościowe i wodę, kompas, pistolet. Zapalił papierosa. „Na 
razie więc mam słuszność — pomyślał z tryumfem — pustynia pokryła się 
lasem. Trzeba sprawdzić, czy zegar promieniotwórczy nie kłamie. Ale jak 

background image

to zrobić?” Drzewa rosły dość rzadko, w przerwach między nimi widać 
było zapalające się w niebie gwiazdy. Bern spojrzał w górę i natychmiast 
błysnęła mu myśl: „Przecież teraz gwiazdą polarną winna być Wega!”

Chwycił   kompas   i   wyszukawszy   w   mroku   drzewo   z   nisko 

wyrastającymi gałęziami wspiął się na nie niezgrabnie. Gałęzie drapały go 
w twarz. Szelest spłoszył jakiegoś ptaka: ptak z ostrym świrganiem zerwał 
się   z   gałęzi,   boleśnie   drasnąwszy   Berna   w  policzek.   Jego  dziwny   głos 
rozbrzmiewał długo po lesie. Zasapany profesor usadowił się na górnej 
gałęzi i podniósł głowę w górę.

Ściemniło się już zupełnie. Nad nim rozciągało się usypane lśniącymi 

gwiazdami,   ale   zupełnie   nieznajome   niebo.   Profesor   szukał   wzrokiem 
znajomych konstelacji: gdzie jest Wielka Niedźwiedzica, Kasjopea? Nie 
było ich i nie mogło być — w ciągu tysiącleci gwiazdy przesunęły się i 
zmieniły całą mapę nieba. Tylko Droga Mleczna jak dawniej przecinała 
niebo rozmytą smugą lśniących pyłków. Bern podniósł kompas do oczu i 
spojrzał   na   słabo   fosforyzującą   w   mroku   strzałkę   wskazującą   północ. 
Potem zwrócił  oczy  w jej  kierunku.  Nisko nad horyzontem,  tam gdzie 
kończyło się usiane gwiazdami niebo — Wega! Koło niej lśniły mniejsze 
gwiazdozbiory — zniekształcona konstelacja Liry.

Nie było wątpliwości — Bern znajdował się w początku nowego cyklu 

precesji — w XX tysiącleciu…

Noc   minęła   na   rozmyślaniach.   Bern   oczywiście   nie   mógł   usnąć   i 

niecierpliwie   oczekiwał   świtu.   Wreszcie   gwiazdy   zbladły   i   zniknęły, 
między drzewami dała się dostrzec przejrzysta mgła. Profesor przyjrzał się 
gęstej   i   wysokiej   trawie   pod   stopami   —   to   przecież   mech,   ale   jaki 
olbrzymi!   A   więc   tak   jak   przypuszczał,   po   zlodowaceniu   zaczęły   się 
rozwijać rośliny z rodziny paproci — najbardziej prymitywne i odporne.

Coraz bardziej pochłonięty obserwacjami profesor Bern zagłębił się w 

las. Nogi plątały  mu  się w długich i giętkich  łodygach mchu,  pantofle 
wkrótce przemokły od rosy. Widocznie była już jesień. Liście na drzewach 
miały   najprzeróżniejsze   barwy:   zielone   na   przemian   z   czerwonymi, 
pomarańczowe  z żółtymi.  Uwagę Berna przyciągnęły smukłe  drzewa z 
miedzianoczerwoną   korą.   Ich   liście   różniły   się   od   innych   świeżym, 
ciemnozielonym   kolorem.   Podszedł   bliżej:   drzewa   przypominały   sosnę, 
tylko  zamiast   igliwia  miały  twarde,  ostre  jak osoka  listeczki,  pachnące 
choiną.

Las stopniowo nabierał życia. Powiał szeleszczący wietrzyk rozpędzając 

resztki mgły. Nad drzewami ukazało się słońce — to było zwykłe, wcale 
nie   postarzałe   w   swym   oślepiającym   blasku   słońce.   Nie   zmieniło   się 

background image

zupełnie w ciągu stu osiemdziesięciu wieków.

Profesor szedł potykając się o korzenie i co chwila poprawiał spadające 

okulary. Nagle usłyszał trzask gałęzi i dźwięki przypominające chrząkanie. 
Spoza drzew wyłonił się brunatny tułów zwierzęcia ze stożkowatą głową. 
„Dzik — skonstatował Bern — ale inny niż dawniej. Ma róg nad ryjem”.

Dzik spostrzegł Berna, zamarł na sekundę, potem z kwikiem rzucił się 

między drzewa. „Oho! Zląkł się człowieka!” — ze zdziwieniem stwierdził 
profesor. I nagle serce mu zamarło: po szarym od rosy mchu ciągnął się 
wilgotny ślad, przecinający polankę na ukos. Był to odcisk bosej stopy 
ludzkiej.

Profesor przykucnął nad śladem. Ślad był płaski, odcisk wielkiego palca 

wyraźnie  odchylał się   w  bok. Czyżby  przewidywania  jego były  aż tak 
ścisłe? Niedawno przeszedł tędy człowiek! Bern zapomniał o wszystkim i 
pochylając się, żeby lepiej widzieć, poszedł za tym śladem. „Tu istnieją 
ludzie i wnosząc z tego, że dziki ich się boją, muszą być zręczni i silni”.

…Spotkanie nastąpiło znienacka. Siady zaprowadziły go na polanę, z 

której   Bern   usłyszał   najpierw   ostre,   gardłowe   głosy,  a   potem   zobaczył 
kilka istot, porośniętych żółtoszarą sierścią. Istoty stały przygarbione pod 
drzewami i trzymały się gałęzi rękami. Patrzyły w stronę profesora. Bern 
zatrzymał się i zapominając o ostrożności zaczął chciwie przyglądać się 
dwunożnym. Były to niewątpliwie  małpy, przekształcające się w ludzi: 
ręce o pięciu palcach, niskie czoła sięgające poza strome łuki nadbrewne, 
pod małym nosem wysunięte do przodu szczęki. Dwie spośród małp miały 
na ramionach coś w rodzaju okrycia ze skór.

A więc stało się tak, jak przewidywał. Bern doznał nagle gniewnego, 

dotkliwego poczucia samotności. „Cykl się zamknął — to co było przed 
dziesiątkami tysięcy lat, wróciło…”

W  tej   chwili   jeden   z  małpoludów   ruszył  w  kierunku   Berna   wydając 

okrzyk   —   okrzyk   zabrzmiał   rozkazująco.   W   ręce   tej   istoty   profesor 
zauważył ciężką, sękatą maczugę. Był to widocznie wódz — wszystkie 
pozostałe małpy podążyły za nim. Dopiero teraz Bern uprzytomnił sobie 
grożące niebezpieczeństwo. Człekokształtne zbliżały się niezgrabnie, ale 
dość szybko kuśtykając na wpół zgiętych nogach. Profesor wystrzelił w 
powietrze cały ładunek pistoletu i uciekł do lasu.

Był   to   błąd.   Gdyby   pobiegł   przez   otwartą   przestrzeń   wątpliwe,   czy 

małpoludy   byłyby   go   w   stanie   dopędzić   na   swych   słabo   jeszcze 
przystosowanych   do   chodzenia   nogach.   Ale   w   lesie   miały   całkowitą 
przewagę. Z ostrymi, tryumfalnymi okrzykami przebiegały od drzewa do 
drzewa, czepiając się i odbijając rękami od gałęzi. Niektóre rozhuśtywały 

background image

się   na   konarach   i   robiły   olbrzymie   skoki.   Na   czele   biegł   „wódz”   z 
maczugą.

Profesor   słyszał   za   plecami   wściekłe   i   tryumfalne   okrzyki: 

człekokszałtni dopędzali go. „To przypomina lincz” — przebiegło mu nie 
wiadomo   czemu   przez   głowę.   „Nie   trzeba   było   uciekać   —   uciekający 
zawsze zostaje pokonany…’’ Serce waliło, po twarzy spływał pot, nogi 
były jak z waty.? Nagle strach zniknął, na jego miejsce napłynęła — jasna, 
bezlitosna myśl: ,,Po co uciekać? Przed czym się ratować? Eksperyment 
został zakończony…” Zatrzymał się, obje rękami pień drzewa i odwrócił 
twarzą do napastników.

Pierwszy, kołysząc się z boku na bok biegł „wódz”.?! Wymachiwał nad 

głową swoją maczugą — profesor widział jego drobne, drapieżne zęby. 
Skóra na lewym ramieniu była osmalona. „To znaczy, że znają już ogień” 
— pośpiesznie stwierdził Bern. „Wódz” podbiegł, wydał, okrzyk bojowy i 
z   rozmachem   opuścił   swą   maczugę   na   głowę   profesora.   Straszny   cios 
powalił Berna na ziemię, — krew zalała mu twarz. Świadomość zamgliła 
— się na chwilę, potem Bern zobaczył zbiegających się ze wszystkich 
stron małpoludzi, „wodza” znów wznoszącego maczugę  do ciosu i coś 
srebrzystego, co błysnęło w powietrzu.

„A jednak ludzkość się odradza” — zdążył pomyśleć, zanim drugi cios 

maczugi nie pozbawił go możności myślenia.

W   kilka   dni   później,   w   „Wiadomościach   Związku   Krajów.   Wolnej 

Pracy” ukazał się następujący artykuł:

„Parę dni temu, 12 września, w azjatyckim rezerwacie znajdującym się 

na terenie dawnej pustyni Gobi, wydarto dużemu stadu małpoludzi ciało 
ludzkie.   Pośpiesznym   jonolotem   przetransportowano   tego   człowieka   do 
Domu   Zdrowia   w   najbliżej   położonej   strefie   zamieszkałej.   Według 
budowy czaszki, jak również szczątków odzieży ustalono, że pochodzenie 
tego człowieka zaliczyć należy do pierwszych wieków ery Zwycięstwa 
Pracy.

W chwili obecnej życiu tajemniczego człowieka nie zagraża już żadne 

niebezpieczeństwo. Po odzyskaniu przytomności otworzył oczy i zaczął 
radośnie   wykrzykiwać   jakieś   niezrozumiałe   słowa.   Za   pomocą 
uniwersalnej   maszyny  lingwistycznej  udało   się  rozszyfrować  treść   jego 
słów. Człowiek wykrzykiwał w języku staroniemieckim: „Omyliłem się! 
Jakie to szczęście, że się omyliłem!” — i znów stracił przytomność.

Jak mógł człowiek z tak zamierzchłej epoki zachować życie w przeciągu 

przeszło   osiemnastu   tysiącleci?   Prawdopodobnie   zrobił   to   przez 
zastosowanie   jednej   z   powszechnie   znanych   metod.   Obecnie   specjalna 

background image

ekspedycja Akademii Nauk prowadzi energiczne poszukiwania i badania.

Sekcji   paleontologicznej   polecono   na   przyszłość   wzmóc   nadzór   nad 

rezerwatami. Szczególną uwagę należy zwrócić na to, aby małpoludy nie 
używały swoich narzędzi pracy jako narzędzi zabójczych. Może to odbić 
się szkodliwie na formowaniu się myślenia w procesie ewolucji”.

PREZYDIUM WSZECHŚWIATOWEJ AKADEMII

Przełożyła Janina Dziarnowska

background image

Aleksander Szalimow

O

STATNI

 

Z

 A

TLANTYDY

Przedziwną tę historię opowiadał don Antonio Salvator di Riveira — 

stary językoznawca i kustosz muzeum w Porto Alte na Maderze. Gdzie 
kończy się w niej prawda? Gdzie zaczyna fantazja? Niechże osądzi sam 
czytelnik.

Portret, który oglądałem w muzeum Atlantydy, nosi datę 1889, został 

więc namalowany na długo przed pojawieniem się znanej pracy Alberta 
Einsteina o względności czasu. W dodatku pośpiech, jaki przejawił przeor 
klasztoru, by wejść w posiadanie kluczy od podziemia…

Zresztą zacznę od początku.

*

Realizując   program   Międzynarodowego   Roku   Geofizycznego, 

prowadziliśmy   na   Atlantyku   badania   oceanograficzne.   W   Zatoce 
Biskajskiej   zaatakowała   nas   gwałtowna   burza.   Huragan   uszkodził 
mechanizm sterowy i zniósł lekki szkuner daleko na południowy zachód. 
Weszliśmy do portu w Funchal na remont i przebałaganili tam ponad dwa 
tygodnie.

Z wykształcenia jestem geologiem morza. Znalazłszy się na Maderze, 

starałem  się nie marnować  czasu. Całymi dniami  łaziłem  po skalistych 
górach   wulkanicznego   pochodzenia.   Cieszył   mnie   fakt,   że   mogę   bliżej 
poznać atlantyckie dno, a raczej ten jego kawałek, który ruchy skorupy 
ziemskiej zmieniły w niewielką górzystą wyspę.

Pewnego razu parny upal zmusił mnie do zmiany trasy. Zszedłem ze 

stromej   grani   do   nadbrzeżnego   osiedla,   którego   kryte   dachówką   chaty 
wyłaniały się spod gęstej zieleni nad cichą, lazurową zatoczką.

W   maleńkiej   kawiarence   półnagi   kelner   Metys   z   czarną   czupryną   i 

wielkim srebrnym kolczykiem w lewym uchu poinformował mnie łamaną 
anglo–francuszczyzną, że osiedle nazywa się Porto Alte, że mieszkają tu 
rybacy i robotnicy z fabryki konserw, że jesienią zjeżdżają w te strony 
turyści z Europy i Ameryki.

— Masa   turystów,   sir   —   dukał   nalewając   w   wielki   graniasty   kufel 

mętne miejscowe wino. — Muzeum, sir. Drugiego takiego na świecie nie 
ma. Atlantyda, sir. Najprawdziwsza, bez najmniejszego oszustwa. M’sieur 

background image

słyszał? Bóg litościwy rozgniewał się na Atlantydę i zesłał powszechny 
potop. Wszyscy potonęli, tylko najsprytniejsi oszuści wyszli cało… są u 
nas na wyspie. M’sieur nie wierzy? Niech się w ziemię zapadnę razem z 
tawerną.   Dawne   dzieje.   Wtedy   nie   było   uczonych,   żeby   to   wszystko 
opisać. M’sieur zechce odwiedzić muzeum i sam się przekonać. Jeszcze 
szklaneczkę, sir?

Podziękowałem,   zapłaciłem   i   wyszedłem   na   bulwar   pod   nieruchome 

korony ostrolistnych palm. Kierując się ku plaży zauważyłem niewielki 
budynek z szarego porowatego kamienia. Stał z dala od innych domów 
osiedla. Za gęstym zapuszczonym parkiem, okalającym budynek, wznosiły 
się białe wieże klasztoru. W na pół rozwalonym murze była furtka. Przy 
niej   tabliczka   z   angielskim   i   portugalskim   napisem:   „Muzeum 
historyczne”.

Plaża  leżała  tuż  obok. Wykąpałem  się  i  wyciągnąłem  na  leżaku  pod 

daszkiem   z   żaglowego   płótna.   Fale   ledwie   szemrały.   Powietrze   było 
gorące i nieruchome. Pomyślałem leniwie, że upłyną jeszcze najmniej trzy 
godziny, zanim upał trochę zelżeje. Rozejrzałem się dokoła. Uwagę moją 
znów przykuł szary budynek. A może by wstąpić do tego muzeum? Tam, 
pod kamiennym sklepieniem i w gęstym cieniu starego parku mogła się 
kryć ochłoda…

Od furtki wiodła w stronę budynku dróżka wyłożona białymi płytami z 

marmuru. Poprzez szczeliny chodnika przebijała się trawa. Przy wejściu 
nie było nikogo. W mrocznym okrągłym hallu panował chłód. W kącie 
drzemał staruszek — portier. Zdjąłem kapelusz, otarłem chustką spocone 
czoło. Staruszek wciąż drzemał. Ostrożnie ująłem go za ramię. Podniósł 
głowę, spojrzał na mnie sinymi, załzawionymi oczyma, w milczeniu wziął 
monetę i gestem zaprosił do środka.

W salach było cicho. Staruszka — podłoga poskrzypywała. Na ścianach 

wisiały  wyblakłe mapy  morskie  z czasów Kolumba  i Vasco da Gamy, 
fotografie   jakichś   ruin,   strzępy   pergaminów.   W   kątach   pobłyskiwały 
rycerskie   zbroje.   W   zakurzonych   gablotach   obok   okruchów   greckich 
amfor   leżały   starorzymskie   monety   i   prymitywne   wyroby   z   kości 
słoniowej. Obok starej lunety skrzyła się kolekcja jaskrawych motyli znad 
Amazonki   i   dziwaczne   gałęzie   koralowców.   Wszystko   razem 
przypominało zaniedbany sklep z pamiątkami, którego właściciel dawno 
stracił nadzieję sprzedania czegokolwiek ze swoich zleżałych klamotów.

Uwagę   moją   przyciągnął   po   mistrzowsku   wykonany   model   starego 

okrętu. Etykietka głosiła, że jest to model karaweli Krzysztofa Kolumba i 
że zrobił go własnoręcznie jego towarzysz podróży, cieśla okrętowy Diego 

background image

Santis w 1496 roku. Przyjrzawszy się baczniej temu wspaniałemu cacku, 
zauważyłem ledwo widoczny stempel na miedzianej okładzinie kilu. Lupa 
kieszonkowa pomogła odczytać napis bez trudu. „Rotterdam, Preiss i syn. 
Fabryka modeli 1928”. Po tym „odkryciu” ruszyłem w dalszy obchód nie 
zwracając już uwagi na emfatyczne objaśnienia wykaligrafowane w kilku 
językach.

W ostatnim pomieszczeniu wisiały pożółkłe ze starości obrazy. Jeszcze 

raz  obszedłem  ciche  bezludne sale.   Ani  jednego drobiazgu,  który  choć 
luźno można by związać z zaginioną kulturą Atlantów. Czyżby kelner tak 
bezczelnie mnie okpił?

Po   prawdzie   nie   liczyłem   na   nic   szczególnego:   kilka   zagadkowych 

skorupek, jakaś płyta wyrzucona przez fale… Ale żeby zupełnie nic!…

Trochę   zawiedziony   wróciłem   do   hallu.   Dozorca   wciąż   drzemał   w 

swoim kącie.

— Atlantyda — głośno krzyknąłem podchodząc. — Gdzie Atlantyda?
Nie otwierając oczu w milczeniu wyciągnął wyschłą ciemną dłoń.
— Już zapłacone — zareplikowałem — a Atlantydy tam nie ma.
Starzec powoli uniósł sine bezrzęse powieki, uważnie przyjrzał mi się 

załzawionymi oczyma, wymamrotał coś półgłosem.

W milczeniu czekałem.
Zastękał, wstał, z trudem wyprostował zgarbione plecy. Był bardzo stary 

i sam przypominał sędziwy eksponat muzealny. Na wyschniętej czaszce 
sterczały mu kępki siwych włosów. Długi, haczykowaty nos celował w 
spiczasty   podbródek.   Wąskie   bezkrwiste   wargi   miał   zaciśnięte,   a   jego 
sfatygowane czarne ubranie było wymiętoszone i całe w plamach.

Zrobił   ciężko   kilka   kroków   i   nie   oglądając   się   zapytał   o   coś   po 

portugalsku.

— Nie rozumiem — odpowiedziałem po francusku. — Zna pan może 

jakiś inny język?

Zaśmiał się drwiąco.
— Jakiś inny język! — powtórzył przedrzeźniając mój akcent. — Tyś 

oczywiście nie Francuz… Skąd jesteś?

— Rosjanin. Ze Związku Radzieckiego.
Odwrócił się, leciutko uniósł powieki i jakiś czas wpatrywał się we mnie 

w milczeniu.

— Wiem — ozwał się wreszcie. — Jesteś z tego szkunera, co stoi w 

Funchal. Przed kilku laty był tu jeden Rosjanin. Po co ci Atlantyda? — 
krzyknął i oczy mu nagle zabłysły. — Co o niej wiesz? Tam, tam trzeba jej 
szukać, rozumiesz? — Kościstym, zgiętym palcem pokazał otwarte drzwi, 

background image

za którymi rozpościerała  się  niebieska  tafla  oceanu… Wy moglibyście, 
Rosjanie… Trzeba tylko mieć wiarę. Wiarę i chęci.

— Przepraszam — rzekłem kierując się ku wyjściu.
— Dokąd?   —   znowu   krzyknął.   —   Chcesz   widzieć   Atlantydę? 

Chodźmy!

Poczułem się głupio i mimo woli się cofnąłem.
— Nie bój się — rzekł starzec, jakby czytając w moich myślach. — 

Jeszczem   nie   całkiem   wariat.   Nie   ciągnę   cię   na   dno   oceanu.   Chciałeś 
widzieć Atlantydę. Idź, oglądaj!

Otworzył malutkie drzwiczki w ścianie. Za drzwiami pochyły korytarz 

prowadził do sal oświetlonych mdłym czerwonawym światłem.

Wahałem się. Byłem prawie pewny, że mam do czynienia z obłąkanym.
— Idź, idź! — powtórzył starzec. — Chciałeś widzieć Atlantydę… — I 

zaśmiał się cicho. Potem ciężko pokuśtykał do stojącego w kącie fotela, 
siadł i zamknął oczy.

*

Z pomieszanym uczuciem ciekawości i rozdrażnienia zapuściłem się w 

korytarz, przekonany, że znów zostanę wystrychnięty na dudka.

W połowie korytarza odwróciłem się. Starzec wciąż drzemał w swoim 

fotelu.   Korytarz   wiódł   do   półmrocznego   pokoju   o   nisko   wiszącym 
sklepieniu. Okien tu nie było. Z sąsiedniej sali przez szeroki łuk drzwi 
sączyło się mdłe światło. Na lewo od wejścia, bezpośrednio na kamiennej 
posadzce   leżała   część   olbrzymiej   marmurowej   kolumny   z   rzeźbioną 
głowicą   pocętkowaną   śladami   małży–skałotoczy.   Na   prawo   wisiała 
potężna   marmurowa   płyta   z   napisami.   Podszedłem   bliżej.   Boczne 
oświetlenie   nadawało   wyciętym   w   białym   marmurze   literom 
nadzwyczajną plastyczność. Napis był dwujęzyczny, łacińsko–grecki.

Przypominając   sobie   z   wysiłkiem   znaczenie   dawno   zapomnianych 

łacińskich słów, domyśliłem się raczej niż przeczytałem:

Przechodniu, kimkolwiek byś był, zadrżyj, bo stoisz oto u progu 

największej   tajemnicy   świata,   co   cię   wydał.   Wszystko,   co   tu 
zobaczysz,   zwrócił   Ocean,   który   pochłonął   najpotężniejsze 
mocarstwo   Ziemi.   Inna   byłaby   historia   narodów   i   krajów,   gdyby 
nadal   pisali   ją   Atlanci.   Ale   zginęli   oni,   a   z   ziaren   wiedzy,   którą 
zostawili, wyrosły nauki i sztuki Nowego Świata.

background image

Następowały   obszerne   cytaty   z   Platona,   który   pierwszy   opowiedział 

ludziom o Atlantydzie:

Egipscy kapłani powiedzieli Solonowi: „Wy, Hellenowie, zawsze 

jesteście dziećmi. Nie ma starca między Hellenami… Istniało swego 
czasu, Solonie… państwo, które dziś jest państwem ateńskim, wielka 
potęga militarna i w ogóle prawa miało znakomite… Pisma nasze 
mówią, jak wielkie państwo wasze złamało potęgę, która gwałtem i 
przemocą   szła   na   całą   Europę   i   Azję.   Szła   z   zewnątrz,   z   Morza  
Atlantyckiego…   Bo   morze   miało   wyspę   przed   wejściem,   które   wy 
nazywacie słupami Heraklesa. Wyspa była większa od Libii i od Azji 
razem wziętych. Ci, którzy wtedy podróżowali, mieli z niej przejście  
do innych wysp. A z wysp była droga do całego lądu… Otóż na tej  
wyspie,   na   Atlantydzie,   powstało   wielkie   i   podziwu   godne 
mocarstwo… władające Libią aż do granic Egiptu i nad Europą aż 
po   Tyrrenię.   Więc   ta   cała   potęga   zjednoczona   próbowała   raz…  
ujarzmić wasz i nasz kraj i całą okolicę Morza Śródziemnego. Ale 
przyszły straszne trzęsienia ziemi, potopy i nadszedł jeden dzień i 
jedna   noc   okropna,   a   wyspa   Atlantyda   zanurzyła   się   pod 
powierzchnie, morza i zniknęł

*

a.

Stwierdziwszy, że dalsze teksty również są wzięte z Platona, wszedłem 

do następnej sali. Była to biblioteka. Zapełniały ją ciężkie rzeźbione regały 
napchane książkami. Leżały tu tysiące tomów we wszelkich możliwych 
językach; wszystko — o Atlantydzie.

Rozprawy   filozoficzne   stały   obok   powieści   fantastyczno–naukowych, 

grube   monografie   historyków   obok   albumów   wycinków   gazetowych. 
Nigdy nie sądziłem, że o Atlantydzie napisano tak dużo.

Pośrodku   sali,   na   wielkim   stole   zawalonym   gazetami   stał   olbrzymi 

globus. Na nim na bladoniebieskim tle Atlantyku ktoś naniósł czerwonym 
tuszem   kontury   zatopionego   kontynentu.   Wpatrywałem   się   uważnie   w 
niezwykły   dla   oka   zarys   granic   geograficznych.   Człowiek,   który 
skompletował   tę   zadziwiającą   bibliotekę   i   naniósł   na   globus   kontury 
Atlantydy,   rozporządzał   informacjami   różnego   stopnia   wiarogodności. 
Jedne granice wyciągnął grubą czerwoną linią z załamaniami półwyspów, 
zatok   i   przylądków.   Inne   ledwie   zaznaczył   schematycznymi   kreskami. 
Trzecie — najmniej pewne — tylko wypunktował. Zaginiony kontynent 
przecinały   rzeki.   Wypływały   z   górskiego   łańcucha,   który   ciągnął   się   z 

background image

północy   na   południe.   W   łańcuchu   tym   z   łatwością   poznałem   grzbiet 
środkowoatlantycki.

Przyjrzawszy się baczniej, zauważyłem, że kontury Europy i Ameryki 

Północnej w wielu miejscach są poprawione i różnią się od dzisiejszych. 
Półwysep Pirenejski i góry Atlasu ciągnęły się dalej na zachód. Zatoka 
Biskajska była o połowę mniejsza. Północną Europę i Amerykę pokrywały 
drobne niebieskawe kreski. Granica ich odpowiadała zasięgowi lodów w 
okresie największego zlodowacenia.

Nie była to współczesna mapa z hipotetycznymi konturami zatopionego 

kontynentu, ale paleogeograficzna mapa czwartorzędu sporządzona z jakąś 
niesamowitą pedanterią.

Nieznany   autor   wykorzystał   najnowsze   dane   o   ukształtowaniu   dna 

oceanicznego   i   świetnie   się   znał   na   subtelnościach   paleogeografii 
czwartorzędu. Z drugiej jednak strony, wielka ilość dziwnych szczegółów 
wziętych   z   nieznanych   źródeł   nasuwała   przypuszczenie,   że   rysunek   na 
globusie   jest   wytworem   głównie   fantazji.   Daremnie   szukałem   daty, 
nazwiska autora, jakichkolwiek przyjętych oznaczeń. Nie było nic.

A może globus nie jest eksponatem.  Więc po co tu stoi?  i po co ta 

biblioteka przed wejściem do sali?

Nie znalazłszy odpowiedzi na te pytania zostawiłem globus i ruszyłem 

dalej. Następna sala była olbrzymia. Skośne, wąskie okienka umieszczone 
tuż   pod   sufitem   zasłonięte   były   czerwonymi   kotarami.   W   czerwonym 
mroku ciągnęły się hen szeregi kolumn podpierających kamienny strop. 
Dopiero gdy uszedłem już kilkadziesiąt kroków, uświadomiłem sobie, że 
sala ta jest znacznie większa od całego gmachu muzeum i że jestem w 
podziemiach.

Na   potężnych   drewnianych   postumentach   przy   ścianach   i   kolumnach 

stały i leżały jakieś płyty, grubo ociosane bloki, głowice porozbijanych 
kolumn, fragmenty rzeźbionych gzymsów, misternych arkad.

Półmrok nie pozwalał czytać objaśnień wypisanych po łacinie drobnym, 

paciorkowatym   pismem.   Dopiero   przy   marmurowym   gzymsie, 
ozdobionym delikatnym ornamentem z kwiatów i liści, zdołałem odczytać: 
„Wyspa Corvo, zatoka lwów, zachodnie wybrzeże, 1898”.

Czerwonawy mrok podziemia, zadziwiające szczegóły architektoniczne 

i   ornamenty   —   bez   wątpienia   pomniki   bardzo   starej   kultury,   ślady 
skałotoczy   świadczące,   że   większość   zgromadzonych   tu   przedmiotów 
pochodzi z dna morskiego, zagadkowy rysunek na globusie — wszystko to 
razem   stwarzało   szczególną   atmosferę   tajemniczego   i   nerwowego 
oczekiwania. Wydało mi  się nagle, że w istocie stoję u progu wielkiej 

background image

tajemnicy — tak jak głosił napis przed wejściem. Jeszcze jeden krok tylko 
— a pojawi  się ktoś,  kto przemieni  te okruchy  zamarłej  cywilizacji  w 
piękne   pałace   i   świątynie   nieznanego   antycznego   świata.   Byłyżby 
wszystkie   te   kawałki   kamienia,   zachowujące   ślady   dłuta   nieznanych 
artystów, namacalnymi dowodami istnienia Atlantydy?

Powoli szedłem dalej. Oto kawałek wspaniałej surowej kolumny, brzeg 

wielkiego marmurowego pucharu, architraw z niewyraźnym ornamentem, 
kula z czarnego bazaltu, doskonale piękna kobieca ręka z marmuru…

Niezwykłe   muzeum!   Na   jego   eksponatach   odciskało   się   piętno 

niezbadanej   tajemnicy.   Znać   było  na   nich   patynę   —   nie   wieków,   lecz 
tysiącleci.  Zbyteczne tu były wymyślne objaśnienia,  tak jak tam — na 
górze.   Te   kamienie   przemawiały   swoim   własnym   językiem,   jasnym   i 
pełnym   zagadek   zarazem.   Ale   takich   zagadek   nie   rozwiążesz   w   kilku 
słowach.

Sala   kończyła   się   niewielką   alkową.   Prowadziły   do   niej   wąskie 

kamienne   schodki.   Alkowa   była   pusta   i   zalana   jaskrawym   dziennym 
światłem,   które   przenikało   tu   z   góry.   Wyszedłszy   z   mrocznej   sali, 
musiałem przymrużyć oczy.

A   kiedy   je   otworzyłem,   zobaczyłem   portret.   Zwyczajny   portret 

naturalnej   wielkości   człowieka   na   tle   morskiego   krajobrazu.   W   innej 
chwili,   w   innej   sytuacji,   nie   wywarłby   pewnie   na   mnie   specjalnego 
wrażenia. Ale wtedy, po zwiedzeniu, podziemnego muzeum, podniecony 
atmosferą   jakiegoś   tajemniczego   oczekiwania   doznałem   oszołomienia. 
Zastygłem w miejscu nie mogąc spuścić wzroku z twarzy męskiej, pięknej 
i smutnej.

Artysta przedstawił człowieka nad brzegiem oceanu. Zielonkawe fale 

biły w skalisty brzeg i rozbryzgiwały się na strzępy białej piany. Człowiek 
stał   na   występie   skalnym,   wśród   ciemnych   obrośniętych   wodorostami 
głazów, oparty plecami o pionową grań urwiska. Jedną ręką przyciskał do 
piersi   poły   szerokiego   purpurowego   płaszcza,   drugą,   smukłą   i   silną, 
wyciągnął  przed  siebie   obejmując  nią  występ  skały, niby  koło  sterowe 
okrętu.   Wiatr   rozwiewał   mu   długie   siwe   włosy   spięte   na   czole   złotą 
klamrą. Twarz jego była gładka, blada, ale spokojna. Tylko głębokie fałdy 
w kątach ust świadczyły o latach ciężkich przeżyć. Szeroko otwarte oczy 
wpatrywały się w ocean. Był w nich ból, było pytanie, była olbrzymia 
wiedza.

— Napatrzyłeś się? — dobiegł mnie nagle głuchy, jakby spod ziemi, 

idący głos.

Drgnąłem i odwróciłem się.

background image

U dołu, na schodkach wiodących do alkowy stał staruszek–dozorca.
— Kto to jest? — zapytałem cicho, wskazując na portret.
Staruszek uśmiechnął się.
— Urodził się dwanaście tysięcy lat temu. Udało mu się przeżyć swoją 

ojczyznę.

— Aha, więc to nie portret.
— Portret.   Malowany   w   kilka   dni   po   jego   śmierci.   Z   pamięci.   Ale 

podobny… Tak podobny — z zapadłej piersi staruszka wyrwało się coś 
jak westchnienie. — Jacques był utalentowanym artystą.

— Jacques? Kto to taki…?
— Jacques   Marian   Duval,   mój   przyjaciel.   Przyjechaliśmy   tu   razem 

przeszło siedemdziesięt lat temu.

— Przepraszam, a pan… kim pan jest?
— Nazywam się Antonio Salvator di Riveira. Mam wątpliwy zaszczyt 

tytułować   się   uczonym   kustoszem   tego   jarmarcznego   bałaganu,   który 
widziałeś na górze.

Zagryzłem wargi. Starzec wpatrywał się we mnie uważnie, zmrużywszy 

sine, załzawione oczy.

— Co cię jeszcze interesuje?
Wskazałem na wnętrze mrocznej sali.
— Skąd to wszystko?
— Chodź no tutaj — rzekł starzec zamiast odpowiedzi.
Jeszcze raz spojrzałem na portret i po kamiennych schodach zszedłem 

do sali.

— Ktoś ty? — zapytał, kiedy stałem obok niego.
Przedstawiłem się.
Staruszek otarł suchą ręką żółte, woskowe czoło.
— Przypominam sobie — mruknął patrząc na mnie. — Czytałem twoją 

artykuły o Atlantyku. Same bzdury. Nie przerywaj. Bzdury. Pod jednym 
względem masz tylko rację. Dno opada. Wciąż opada. Jego ojczyzna — 
wskazał na portret — idzie coraz głębiej.

— Nie rozumiem. On… kim on jest?
— Poczekaj…   Jego   rodacy   obrabiali   te   kamienie.   Widziałeś   rękę 

dziewczynki?   Doskonalszej   ręki   nie   wyrzeźbił   żaden   ziemski   artysta, 
odkąd istnieje ludzkość. A ornamenty? Widziałeś gdzie takie…?

— Nie — przyznałem.
— No pewnie. W sztuce nikt im jeszcze nie dorównał.
— Pan to wszystko wydobył z dna oceanu.
Staruszek uśmiechnął się pogardliwie.

background image

— Ocean   tyle  oddał.   Jeśli   ktoś   opuści   się   na   dno…  —   Zamilkł,   nie 

kończąc zdania, i odwrócił się.

— To znajdzie Atlantydę — podpowiedziałem.
— Po   co   szukać?   —   nerwowo   zamachał   chudymi,   kościstymi 

ramionami.   —   Już   ją   dawno   znaleziono.   Jest   tu   dookoła.   Jesteśmy   w 
centrum  prowincji  południowo–wschodniej.   Dwadzieścia   mil  na  północ 
leży Wielki Port Wschodni. Stąd okręty ich wypływały ku brzegom Afryki 
i   na   Morze   Śródziemne.   Na   zboczach   tej   góry,   która   zmieniała   się   w 
wyspę,   mieściło   się   wielkie   obserwatorium.   Mówił   tak,   jak   gdyby 
wszystko to był widział na własne oczy.

— Skąd pan wie? — nie wytrzymałem.
Nie zdenerwował się. Popatrzył na mnie uważnie, potem podjął cicho, 

jak gdyby rozmawiał sam z sobą.

— Jestem bardzo stary, to już moje ostatnie miesiące, jeśli nie dni. Całe 

życie   poświęciłem   jednej   idei,   chciałem   oddać   ludziom   utracone   przez 
nich ogniwo wielkiego łańcucha ich historii. Kpili ze mnie; durnie — bo 
byli durniami, mądrzy — bo mieli rozum, więc bali się i zazdrościli. Ale 
przysięgłem mu, że się nie poddam — staruszek wskazał na alkowę — i 
starałem się dotrzymać przysięgi.

Zamilkł na chwilę, a potem ciągnął:
— Zgromadziłem   tu   wszystko,   co   się   dało   zebrać   przez   marne 

siedemdziesiąt   lat   ludzkiego   życia.   O   każdym   z   tych   kamieni   można 
napisać księgę.  Teraz nie mam już ani sił,  ani pieniędzy. W ojczyźnie 
uznano   mnie   za   przestępcę,   który   ukradł   i   roztrwonił   majątek   całej 
rodziny. Swojej rodziny. Rozumiesz… Te kamienie pochłonęły wszystko. 
I gdybym miał jeszcze więcej… — machnął ręką.

— Ale dlaczego nie napisał pan o tym?
— Po pierwsze dlatego, że byłem młody i głupi. Chciałem dowiedzieć 

się więcej i od razu oszołomić świat swoimi odkryciami. Potem, kiedy 
zmądrzałem,  wiedziałem już tyle, że nikt mi  nie uwierzył. Niejednemu 
było to na rękę. Wielu chciało zajmować się historią jego ojczyzny — 
znowu wskazał w stronę alkowy — a dowody miałem tylko ja. Wiesz, co 
zrobiono   z   moim   pierwszym   rękopisem?   Był   to   traktat   naukowy,   a 
wydano   go   jako   powieść   fantastyczną.   Omal   nie   zwariowałem. 
Wystąpiłem do sądu, uznano mnie za niespełna rozumu. Musiałem przez 
wiele lat cicho siedzieć, żeby nie dostać się do domu wariatów. Drugiej 
książki nikt nie chciał wydać. W Londynie i w Nowym Jorku pamiętano o 
moim „szaleństwie”. Kiedy wreszcie postanowiłem sam wydać książkę, 
nie miałem już pieniędzy na druk.

background image

— Jak to, więc w całym świecie nie znalazł się nikt?…
— Nie przerywaj… Twój kraj też by nie chciał mieć do czynienia z 

wariatem. Żądano ode mnie dowodów autentyczności wszystkiego, co tu 
jest. Był to wielki skandal. Do gardła skoczę temu, kto nie wierzy, ale nie 
zniżę się do udowadniania, żem nie łgarz.

— Jakie dowody? Czy te pomniki nie mówią same za siebie? Nie jestem 

specjalistą, ale…

Starzec roześmiał się przejmująco.
— Oczywiście — zawołał, wycierając brudną chustką załzawione oczy 

— jak najoczywiściej. Ale ci, co to widzą, żądają, u diabła, dowodów. 
Wiedzą, że stary di Riveira po śmierci Jacques’a Duvala przez całe życie 
pracował   sam.   Świadków   nie   ma.   Mógł   podrobić   dokumenty,   książki 
muzealne.   Mógł   sam,   własnoręcznie   wyrzeźbić   wszystkie   te   kolumny, 
ornamenty, łuki, ślady skałotoczy, rękę dziewczynki… Cha! cha! cha!…

Jego ostry, przenikliwy śmiech długo rozlegał się echem w tej dziwnej 

sali.   Starzec   już   zamilkł   i   znów   ocierał   oczy   zatłuszczoną   chustką,   a 
śmiech wciąż jeszcze brzmiał gdzieś daleko za dwuszeregiem kamiennych 
kolumn.

Znów poczułem się głupio i pomyślałem, że jednak ludzie, co go mieli 

za wariata, nie byli tak dalecy od prawdy.

— Nie — rzekł — jakby znów czytając w moich myślach. — Nie, nie!

… Wszystko to jest znacznie bardziej skomplikowane, niż sądzisz… Ale 
dość. Ruszaj! Czas zamykać muzeum.

— A portret? — zaprotestowałem. — Kogo przedstawia?
— Chcesz wiedzieć?
— Chcę. Zamyślił się.
— Mógłbym cię zbyć pierwszą lepszą bzdurą — rzekł — albo po prostu 

wyrzucić za natręctwo. Wyrzuciłem stąd już niejednego amatora cudzych 
tajemnic,   zwłaszcza   spośród   dziennikarskich   łgarzy.   Nienawidzę   ich… 
Tego losu nie uniknął i szlachetny sir Francis Snowdan z Królewskiego 
Towarzystwa… Próbował twierdzić, dureń, że widzi tu pamiątki kultury 
kreteńskiej i egejskiej, a nie to, co naprawdę tu jest. Żebyś widział, jak 
stąd fruwał. Wyrzuciłem za nim jego teczkę, melonik i parasol. Ale ty… 
Nie twierdzę, że mi się podobasz. Jeszcze cię nie rozgryzłem. Możeś i nie 
lepszy od innych. W każdym razie coś niecoś ci opowiem. U ciebie w 
kraju nikt nie słyszał o moich pracach. Ale jeden warunek — nie zrobisz z 
tego zajmującej bajeczki dla grzecznych dzieci. Przynajmniej, póki ja żyję. 
Przyrzekasz?

— Chce pan, żebym pańskie opowiadanie zachował w tajemnicy?

background image

— Chcę,   co   powiedziałem   —   wybuchnął   di   Riveira.   —   Nie   zrobisz 

bajeczki z historii zaginionego ludu. Rozumiesz? Wszystko, co usłyszysz, 
to   były   fakty.   Gdybym   wierzył   w   Boga,   mógłbym   przysiąc.   Ale 
przestałem wierzyć już siedemdziesiąt lat temu. W dodatku tylko raz w 
życiu   przysięgałem.   Nie   żądam,   żebyś   mi   wierzył,   chcę   tylko,   żebyś 
przyrzekł nie żartować z moich słów. Najlepszy sposób utopienia prawdy 
to zrobić z niej jeszcze jedno opowiadanie fantastyczne.

— Z czego wywnioskował pan, że ja…
— Dlatego,   że   połowa   książek   biblioteki,   przez   którą   szedłeś,   to 

niesumienne   i   ignoranckie   spekulacje   oparte   na   moich   odkryciach. 
Dlatego, że moja pierwsza naukowa publikacja… Zresztą sam wiesz…

— Przyrzekam,   że   nie   napiszę   opowiadania   fantastycznego   — 

wypowiedziałem uroczyście.

— Dopóki ja żyję — powtórzył di Riveira. — Amen. Słuchaj więc… 

Zresztą, nie… Idź do biblioteki i zaczekaj.

Odwrócił się i ze stękaniem poszedł schodami do alkowy. Powolutku 

przeszedłem   mroczną   salę.   Po   kilku   krokach   obejrzałem   się   ostrożnie. 
Starzec,   głęboko   zamyślony,   stał   przed   portretem   wpatrując   się   weń   z 
uporem.

Czekałem dość długo. Wreszcie usłyszałem szuranie butów starca i Don 

Antonio pojawił się u wejścia do biblioteki.

— Muszę jeszcze zamknąć drzwi — burknął nie patrząc na mnie. — 

Stróż już od kilku dni choruje i muszę  pełnić jego obowiązki. Nędzne 
grosze,   które   gapie   płacą   za   wejście,   to   jedyne   dochody   muzeum.   Nie 
możemy sobie pozwolić na zrezygnowanie z nich.

— A   może   byśmy   poszli   do   kawiarni?…   —   rzekłem   niepewnie   i 

natychmiast pożałowałem propozycji.

Starzec   odwrócił   się   szybko.   Jego   oczy   zalśniły   gwałtownie,   twarz 

wykrzywiła się w złym grymasie. Z pewnością miałem wtedy minę nader 
wystraszoną i głupią, di Riveira bowiem wstrzymał już, już wychodzące 
mu z ust przekleństwo i badawczo wpił się we mnie oczyma. Stopniowo 
twarz jego odzyskała normalny wyraz. Rzekł obojętnie:

— Chodźmy… Tylko uprzedzam — nie mam ani grosza. W ostatnich 

dniach do muzeum nikt nie zaglądał… prócz ciebie.

*

Wyszliśmy.   Słońce   wisiało   już   nisko   nad   horyzontem.   Lekka   bryza 

background image

niosła   wilgotny   chłodek.   Od   jej   porywów  zaczynały   szeleścić   szerokie 
liście palm. Opodal wzdychał z szumem ocean.

Przy wejściu do muzeum na kamiennej ławce leżała paczka czasopism. 

Di   Riveira   podniósł   je,   przekartkował   i   ostrożnie   położył   na   fotelu 
stojącym w hallu.

— Jałmużna   dla   naszego   muzeum   —   wyjaśnił   zamykając   ciężkie 

dębowe   drzwi.   —   Przysyłają   bezpłatnie.   Tu   i   ówdzie   jeszcze   o   nas 
pamiętają.

Obfita   kolacja   przeciągała   się.   Kwaśnym   winem   popijaliśmy   ostre 

miejscowe   potrawy,   wymieniając   zdawkowe   uwagi.   Kiedy   na   stole 
pojawiły się maleńkie filiżaneczki dymiącej aromatycznej kawy, starzec 
wytarł bibułką cienkie, blade wargi, spojrzał na mnie uważnie i rzekł:

— Chciałeś   znać   historię   portretu.   Słuchaj.   Portret   ten   przedstawia 

człowieka, którego fale wyrzuciły o kilka mil stąd, tam, za tym skalistym 
cyplem, 28 czerwca 1889 roku. Tego rana brodziło koło brzegu dwóch 
młodych   wartogłowów.   Jeden   z   nich   chciał   zostać   językoznawcą. 
Przyjechał   na   Maderę   doskonalić   swoją   portugalszczyznę.   Ale 
interesowały go języki w ogóle. Miał właśnie w kieszeni tomik wierszy 
Safony i wykrzykiwał na cały głos wdzięczne strofy starogreckie, usiłując 
przekrzyczeć   ocean.   Drugi   był   malarzem.   Przyjechał   malować   ocean, 
niebo i wodę. Idąc wzdłuż brzegu, językoznawca i malarz zauważyli na 
mokrym   piasku   czerwoną   plamę.   Podeszli   bliżej   i   zobaczyli   wspaniały 
płaszcz   z   zadziwiająco   lekkiej   i   elastycznej   purpurowej   tkaniny, 
przetykanej złotą nitką.

Oświadczyłem, że to rzymska toga, a Jacques, że to płaszcz Holendra–

tułacza porwany przez huragan. Zabraliśmy płaszcz i poszli. O sto kroków 
dalej zobaczyliśmy człowieka. Leżał na piasku, silne ręce rozłożył szeroko 
rozkrzyżowane. Twarz kryły mu długie, siwe jak srebro włosy. Wyglądał 
na śpiącego, ale byliśmy pewni, że nie żyje. Jednak żył jeszcze. Lekki 
oddech   ledwie   poruszał   potężną   piersią.   Doprowadziliśmy   go   do 
przytomności. Niestety, nie na długo. W kilka godzin później zmarł nam 
na rękach. Spełniając jego wolę, zawinęliśmy ciało w przetykany złotem 
płaszcz, przywiązali ciężki kamień u nóg i rzucili z wysokiego urwiska do 
oceanu. W kilka dni później Jacques namalował jego portret — ten sam, 
który widziałeś.  Po śmierci  Jacques’a wziąłem ten portret  do muzeum, 
które   właśnie   zacząłem   tworzyć.   Mówię   oczywiście   o   podziemnym 
muzeum — dodał di Riveira po krótkiej przerwie.

— No a co dalej? — spytałem.
— O portrecie  już wszystko — rzekł cicho  starzec  — skały  i  ocean 

background image

Jacques malował z natury. Sam rozpoznasz miejsce, jeśli kiedy będziesz 
na tym cyplu. Zajrzyj tam. Ocean przyjął tam w swoje łono ostatniego 
człowieka Atlantydy.

— Ostatniego człowieka… Atlantydy? — powtórzyłem zbity z tropu i 

pewien, że się przesłyszałem.

— Tak.   Człowiek   ten   wrócił   na   Ziemię   po   dwunastu   tysiącach 

ziemskich lat i nie znalazł nawet miejsca, gdzie była jego ojczyzna.

Poczułem, że w głowie zaczyna mi się kręcić. Błysnęła myśl: „Ktoś z 

nas zwariował. Albośmy się obaj wstawili”.

Łyknąłem kawy i wpatrywałem się w starca.
Di   Riveira   splótł   cienkie   palce   i   podparłszy   na   nich   ostry   suchy 

podbródek patrzył na ciemniejący ocean. Wiatr rozwiewał rzadkie włosy 
na jego żółtej, przypominającej pergamin czaszce.

— Może pan powie jaśniej — poprosiłem. Milczał.
— Jak mam rozumieć „dwanaście tysięcy lat”?
— Oczywiście dosłownie.
Wzruszyłem ramionami. Zdenerwował się.
— Nie śpiesz się z pochopnymi wnioskami. Pomyśl.
— Nie jestem specjalistą od rozwiązywania takich zagadek. To coś, jak 

z   modelem   karaweli   Kolumba…   „zrobiona   własnoręcznie   przez   jego 
towarzysza”. Zdaje się, tak tam jest napisane.

Starzec uśmiechnął się.
— Jesteś   lepszym   obserwatorem,   niż   myślałem.   Tam   dużo   śmiecia, 

pewnie.   Ale   karawela   autentyczna.   Etykietka   na   kilu   oznacza   datę 
restauracji, nic więcej.

— A mimo wszystko nie rozumiem.
— Chcesz powiedzieć „nie wierzę”?
— Można i tak…
Przyszło   mi   nagle   do   głowy,   że   padłem   ofiarą   jakiejś   dziwnej 

mistyfikacji,   poczułem   zmęczenie   i   wstręt.   Czyżby   to   wszystko   było 
sprytną inscenizacją? Zacząłem żałować zmarnowanego dnia.

Di   Riveira   siedział   i   wciąż   milczał.   Oczy   miał   zamknięte.   Sprawiał 

wrażenie śpiącego.

— Ot, widzisz — rzekł wreszcie, nie podnosząc powiek. — Trudno w to 

uwierzyć. Z punktu widzenia każdego durnia masz oczywiście rację. Ale 
gdzie przebiega granica — uderzył nagle kościstymi pięściami w stół — 
gdzie   przebiega   granica   między   „prawdopodobnym”   i 
„nieprawdopodobnym”? Milczysz!

Gotów byłeś uwierzyć, że kamienie z podziemnego muzeum, to resztki 

background image

kultury Atlantów. To dlaczego nie wierzysz, że Atlanta, ostatni Atlanta, 
wskazał miejsce tych znalezisk. Nie wierzysz w możliwość wskrzeszenia 
człowieka?… Ja też nie wierzę. Kiedy umrę, żadna siła nie zdoła mnie 
wskrzesić. On też nie zmartwychwstał. Umarł, pierwszy i ostatni raz na 
moich   rękach,   siedemdziesiąt   lat   temu.   I   pochowałem   go   tam,   gdzie 
znalazł mogiłę jego lud. „Mało zdążył opowiedzieć, był bardzo słaby. Ale 
starczy tego, żeby ludzie naszych czasów mogli odnaleźć zatopione miasta 
Atlantydy. Gdyby tylko chcieli uwierzyć w niewiarygodne.

Ja uwierzyłem i znalazłem wszystko to, co widziałeś w podziemiach 

muzeum.   Ale   mogłem   przebadać   tylko   niegłębokie   miejsca   w 
przybrzeżnej   strefie   wysp.   Nie   miałem   ani   pieniędzy,   ani   środków   do 
badań głębin oceanu. A ci, co mieli pieniądze, nie wierzyli mi. Raz tylko 
udało mi się namówić pewnego Amerykanina do przeprowadzenia badań 
na dużej głębokości.

Był   to   rok   1914,   lato.   Przez   kilka   miesięcy   dragowaliśmy   dno   w 

miejscu, gdzie powinno się było znajdować wielkie miasto Atlantów. Ale 
dragi   wyciągały   tylko   popiół   wulkaniczny   i   kawałki   porowatej   lawy. 
Amerykanin   był   wściekły.   Groził,   że   wyrzuci   mnie   za   burtę,   wreszcie 
wysadził na pustynną rafę w zachodniej grupie Azorów. Spędziłem tam 
sam   jak   palec   kilka   tygodni   i   omal   nie   umarłem   z   głodu.   Ale   mimo 
wszystko   dureń   wyświadczył   mi   wielką   przysługę.   Tam   na   tej   rafie 
znalazłem   w   piasku   laguny   marmurową   dziewczęcą   rękę,   kawałek 
cudownego posągu jakiegoś genialnego rzeźbiarza Atlantydy. Widziałeś 
ją. Już sobie ostrzyłem zęby na tego osła, jaki to miażdżący list napiszę do 
niego po powrocie. Ale kiedy udało mi się wrócić na Maderę, w Europie 
wrzała wojna. Atlantyda nie interesowała już nawet historyków i pisarzy.

Przez długi czas nie mogłem pojąć przyczyn naszego niepowodzenia. 

Wreszcie zrozumiałem. Miałem kawałki bazaltu, które wyciągnęła draga. 
Kilka lat temu przesłałem jeden z nich do laboratorium w Cambridge. Tam 
określono absolutny wiek skały. Równe dwanaście tysięcy lat. Rozumiesz. 
Zapadaniu   się   Atlantydy   towarzyszyły   olbrzymie   kataklizmy.   Tak 
utrzymywał i Platon. Prawdopodobnie miasto, któregośmy szukali, leżało 
przywalone warstwami popiołów wulkanicznych i potokami lawy.

Di   Riveira   zamilkł.   Słońce   zaszło   i   nad   naszymi   głowami   zabłysły 

pierwsze   gwiazdy.  Wiatr   robił   się   coraz   bardziej   rześki,   coraz   głośniej 
szeleściły liście palm.

— No, na mnie czas — rzekł starzec, wstając od stołu. — Dziękuję za 

kolację.   Chyba  wezmę   resztki   pasztetu   i   chleb.   Mój   stary   dozorca   jest 
chory i nie wychodzi. Trzeba mu dać jeść.

background image

Pośpiesznie   zawinął   resztki   kolacji   w   papierowe   serwetki   i   schował 

wszystko do kieszeni.

— Więc jak ostatecznie było z tym Atlantą — zapytałem przy wyjściu z 

kawiarni   —   skąd   wziął   się   na   brzegu…   i   jak   zdołał   pan   się   z   nim 
porozumieć?

— Nie poszło łatwo — odparł di Riveira. — Zanim zrozumieliśmy go, 

spróbowaliśmy   z   dziesięciu   chyba   języków.   A   gdy   zrozumieliśmy, 
przydała   się   moja   greka.   Jest   trochę   podobna   do   jednego   z   języków 
Atlantydy. Aha… jeszcze jedno… Atlanci, najprawdopodobniej, posiadali 
wielki  dar,  którego  brak  ludziom   dzisiejszym.   Mam  wrażenie,   że  znali 
sztukę telepatii. Jeszcze w niejednym nas wyprzedzili.

— No, a sam Atlanta — upierałem się — nie wynurzył się też chyba z 

dna Atlantyku?

— Czy nie powiedziałem? — zmiarkował się starzec. — Oczywiście, że 

nie. Nawet nie wiedział o istnieniu  oceanu. On… Ale to bardzo długa 
historia. Jestem zmęczony — potarł ręką czoło. — W głowie mi się kręci. 
Człowiek   nieprzyzwyczajony.   Kolacja   za   obfita   dla   mnie…   I   wino… 
Słuchaj, wszystko jedno i tak nie mam komu przekazać mojej tajemnicy. 
Może   ze   mną   umrzeć.   Was,   Rosjan,   zupełnie   nie   znam.   Zresztą, 
przepraszam, znałem jednego i, zdaje się, niezły był chłopak. Wnioskując 
z tego, jak wściekle na was pluje wszelka hołota… jesteście nie tacy jak 
wszyscy. Jeśli się zdecyduję, może i zdradzę wam, gdzie szukać… Ale nie 
teraz… Bywaj…

Złapałem go za rękę.
— A co z Atlantą?
— Po co ci on teraz? I tak już wiesz więcej niż inni.
— Chciałbym zrozumieć… żeby uwierzyć…
— Opowiem ci… Ale później… Albo nie… Zresztą masz — wyciągnął 

z bocznej kieszeni pomięty zeszyt. — Po angielsku czytasz. Tu znajdziesz 
wszystko o nim. Tego nikt nie wie. Ale pamiętaj, żeś obiecał…

Wyciągnąłem rękę.
— Początek   nie   ma   znaczenia,   ostatnia   strona   też   —   wymamrotał 

wyrywając z zeszytu kilka kartek. — Resztę masz. Oddasz mi… przed 
odjazdem… Bywaj.

— Don Antonio — rzekłem ściskając jego suchą, zimną rękę. — Jeśli 

pan mi wierzy, mnie i nam, wierzy pan, że nikt z nas nie zakwestionuje 
pańskiego pierwszeństwa. Nasz szkuner ma głębinowe trały i sprzęt do 
pobierania próbek z dna. Mogę porozmawiać z kierownikiem ekspedycji, 
mogę go przekonać. Za tydzień, półtora kończymy remont i podnosimy 

background image

kotwicę. Może zgodziłby się pan jechać z nami i wskazać miejsca badań. 
Daję panu słowo…

Uśmiechnął się z goryczą.
— Trzeba było zarzucić kotwicę u brzegów Madery choćby kilka lat 

wcześniej. Podróż morska już nie dla mnie. Zresztą o tym potem… Potem.

Kiwnął głową, ruszył wolniutko w stronę bulwaru i wkrótce zniknął w 

tłumie przechodniów.

*

Dopiero przed świtem wróciłem na pokład. Kierownik obrugał mnie, 

zaniepokojony   moją   długą   nieobecnością.   Pokrótce   opowiedziałem   mu, 
gdzie byłem i kogo poznałem, potem zszedłem do kajuty i wydobyłem 
zeszyt starca.

Początkowo z trudnością odcyfrowywałem drobne paciorkowate pismo, 

wkrótce   jednak   wciągnąłem   się   i   zacząłem   czytać   szybciej.   Kiedy 
skończyłem   ostatnią   stronę   rękopisu,   słońce   stało   już   wysoko   nad 
horyzontem.   Jeszcze   raz   przeczytałem   całość   i   złapawszy   kilka   kartek 
papieru, zabrałem się niecierpliwie do pisania przekładu. Przytaczam go w 
całości.

PRZEKŁAD RĘKOPISU

don Antonia Salvatora di Riveiry

kustosza Muzeum Historycznego w Porto Alte

sporządzony przez autora

… — zaproponował Jacques

*

. Ostrożnie przenieśliśmy nieznajomego w 

cień i Jacques zaczął robić mu sztuczne oddychanie.

— Dziwne   —   rzekł   wreszcie,   opuszczając   bezwładne   ręce 

nieznajomego. — Wszystko wskazuje, że wyrzuciła go na brzeg burza, 
która szalała przez całą ostatnią noc. Ale stawiam swoją paletę przeciw 
pudełku dziecięcych farbek, że niedługo przebywał w wodzie.

— Rób dalej swoje — poradziłem. — Oddycha równiej, wyraźnie słyszę 

wolne uderzenia serca.

— Co za atleta — zachwycał się Jacques podnosząc i opuszczając ręce 

nieznajomego. — Popatrz, jak zbudowany. Mieliśmy w Akademii Włocha 
— pozował nam do malowania rzymskich bogów. Klnę się na wszystkie 
moje obrazy, te co już namalowałem i te co namaluję, przy tym człowieku 

background image

wyglądałby jak chuchro. Jak myślisz, ile on ma lat? Gdyby nie ta śnieżna 
siwizna, powiedziałbym, że niedużo, trochę starszy od ciebie czy mnie.

— Nie, na pewno dużo starszy — zaoponowałem. — Spójrz na jego 

twarz.

— Twarz śpiącego greckiego boga — rzekł Jacques — śpiący Apollo. 

Widziałem ten posąg w zeszłym roku w Atenach.

— Pst… jakby się poruszył.
— Rozetrzyj   mu   skronie   —   rzucił   Jacques,   masując   szeroką   pierś 

nieznajomego.

Odgarnąłem ze skroni długie białe włosy i znalazłem lekką złotą obręcz 

ściśle opasującą głowę.

— Spójrz, Jacques!
— Dziwna ozdoba. I taki sam wzór jak na płaszczu. Znaczy, że był to 

jego płaszcz.

— Bez wątpienia.
— Może to aktor… w czasie widowiska zmyła go fala z pokładu?
— Zaraz się dowiemy. Wraca do siebie. Nieznajomy poruszył się, rzęsy 

mu drgnęły.

Rzecz   dziwna,   w   tejże   chwili   pociemniało   mi   w   oczach   i   wyraźnie 

ujrzałem   niezgłębioną   czerń   nieba   usianą   niewiarygodnie   jasnymi 
gwiazdami.   Wśród   gwiazd   wisiało   strzępiaste,   oślepiająco   jaskrawe 
fiołkowobiałe   słońce.   Potrząsnąłem   głową   i   wszystko   nagle   utonęło   w 
białej mlecznej mgle. Miałem wrażenie, że lecę w jakąś przepaść bez dna. 
Wszystko   to   trwało   kilka   sekund.   Kiedy   przyszedłem   do   siebie   i 
rozejrzałem się, dostrzegłem, że Jacques trze sobie czoło.

— Co ci jest? — spytałem go szeptem.
— Nie wiem. W głowie mi się zakręciło… Patrz, oprzytomniał.
Oczy nieznajomego wpatrywały się we mnie i Jacques’a.
— Niezmiernie   się   cieszę,   że   czuje   się   pan   lepiej   —   rzekł   szybko 

Jacques, uprzejmie uchylając kapelusza.

Nieznajomy   szepnął   kilka   niezrozumiałych   słów,   potem   spróbował 

unieść się na łokciu.

— Leżeć, proszę leżeć — Jacques podniósł ostrzegająco rękę. — Zaraz 

damy   panu   trochę   wina.   Donnerwetter,   w   jakim   języku   z   nim   gadać? 
Wygląda, jakby niczego nie rozumiał.

Jacques   podsunął   szyjkę   butelki   do   ust   nieznajomego.   Ten   ledwie 

widocznie pokiwał głową.

— Niech pan pije, to pana wzmocni — rzekłem po angielsku, a potem 

powtórzyłem to samo w pięciu czy sześciu językach europejskich.

background image

Nieznajomy wysłuchał mnie uważnie, ale najwyraźniej nie zrozumiał. 

Potem sam coś powiedział. Głos jego brzmiał mile i dźwięcznie i miał 
miękką aksamitną barwę.

— Co to za język, Antonio? — szepnął Jacques. — Klnę się na paletę, 

że jak żyję, czegoś takiego nie słyszałem. Twarz ma czysto europejską, ale 
szwargoce, diabli wiedzą po jakiemu. Słyszałeś kiedyś coś takiego?

Przyznałem, że nie.
— Językoznawca, nie ma co — zakpił ze mnie przyjaciel.
Nieznajomy uważnie się w nas wpatrywał.
Potem poruszył lewą ręką i zrozumieliśmy, że chce się podnieść i prosi, 

by   mu   pomóc.   Podnieśliśmy   go   i   oparli   plecami   o   występ   skalny. 
Podziękował lekkim skinieniem głowy i wpatrzył się w ocean.

— Może pobiec po lekarza? — zapytał cicho Jacques.
— Będziesz biegał do wieczora — zwróciłem mu uwagę. — Najbliższy 

dopiero w Funchal.

Nieznajomy   znów   zaczął   mówić.   Wsłuchiwałem   się   uważnie   w  jego 

mowę i nagle wyłowiłem znane słowa.

Odpowiedziałem   mu   po   grecku.   Zrozumiał   mnie.   Na   jego   twarzy 

pojawił się słaby uśmiech.

— Witam was, nowi ludzie Ziemi — odezwał się powoli — szczęśliwy 

jestem, że nie wszystko zginęło w ogniu, który strawił mój biedny kraj.

— Gdzie pański kraj?
— Teraz na dnie tego morza.
— Co   on   mówi?   —   przerwał   mi   Jacques,   zauważywszy   moje 

zdumienie.

— Poczekaj   —   zbyłem   go.   —   Kim   pan   jest?   Skąd   pan   jest?   — 

zwróciłem się do nieznajomego.

— Moi   rodacy   nazywali   siebie   Atlantami.   Czy   dzisiejsi   mieszkańcy 

Ziemi znają to słowo? Pamiętają o Atlantydzie?

— Żyje wśród nas legenda, że na miejscu tego oceanu istniał kiedyś kraj 

o tej nazwie.

— Legenda — powtórzył nieznajomy, a kąciki jego warg zadygotały 

boleśnie.   —   Słuchaj   mnie   uważnie,   nowy   człowieku   Ziemi,   który   nie 
zapomniałeś języka swoich przodków. Wiele ci mam do powiedzenia, a 
czasu już mało… Jestem Atlantą, i kto wie, może ostatnim synem tego 
starożytnego ludu nieskończonego Wszechświata. Naszą ojczystą planetą 
była   Assar.   Krąży   w   systemie   dwóch   niebieskich   słońc,   o   czterdzieści 
dwie   linie   promienia   świetlnego

*

  od   tej   gwiazdy   —   wskazał   na   dysk 

słoneczny   prześwitujący   przez   obłoki.   —   Z   dziesięciu   planet   rodziny 

background image

Assar   tylko   na   jednej   powstało   życie.   Moi   przodkowie   już   w 
niepamiętnych czasach odkryli źródła energii niebywałej mocy. Zaludnili 
najbliższe   światy,   potem   zaczęli   przedsiębrać   dalsze   wyprawy.   Mniej 
więcej   przed   piętnastu   tysiącami   ziemskich   lat,   międzygwiezdne   statki 
Atlantów dotarły do Ziemi. Warunki życia były tu prawie takie jak na 
Assar. Żyły tu rozumne istoty, podobne do Atlantów, ale stojące jeszcze na 
niezmiernie niskim poziomie rozwoju i kultury. Przybyszów było mało, 
Ziemian dużo. Wybuchały konflikty, lała się niepotrzebnie krew.

Trzy tysiące lat dziejów Atlantydy to historia ciągłych rzezi i wojen. 

Stopniowo   Atlanci   stworzyli   olbrzymie   mocarstwo,   którego   potęga   i 
wpływy   wciąż   rosły.   Przybysze   zmieszali   się   z   wieloma   plemionami 
Ziemian. Wytworzyła się nowa rasa ludzi pięknych i silnych, którzy na 
pamiątkę swoich odległych przodków też nazwali się Atlantami.

Jednakże   w   naszym   bogatym   i   potężnym   państwie   człowiek   nie   był 

równy   człowiekowi.   Wiele   było   kryteriów   nierówności,   jedno   z 
istotniejszych   polegało   na   nierówności   wiedzy.   Obowiązywało   ono 
nieustannie,  od chwili  wylądowania pierwszych Atlantów na Ziemi.  W 
rezultacie   całość   wiedzy   była   dostępna   tylko   nielicznym   bezpośrednim 
potomkom przybyłych z Assar Atlantów. Do nich należały źródła energii, 
oni   znali   przeszłość   i   decydowali   o   przyszłości,   Atlantów   tych   zwano 
bogami,   czyli   wszechmocnymi,   a   ich   najbliższych   pomocników   — 
kapłanami. Z upływem wieków wiedza bogów i kapłanów Atlantydy stała 
się całkowicie niedostępna i niezrozumiała nie tylko dla ludów ziemskich, 
ale   nawet   i   dla   ludu   Atlantów.   Umiejętność   stosowania   tej   wiedzy 
uchodziła za nadprzyrodzony dar robienia cudów.

Urodziłem   się   w   tym   późnym   okresie   w   rodzinie   kapłańskiej. 

Wprowadzono mnie we wszystkie arkana nauki. Muszę ci wyjaśnić, że 
Atlanci nie mieli już łączności z ojczystą planetą Assar. Do Ziemi dotarło 
zaledwie kilka  statków Wielkiej  Ekspedycji Międzygwiezdnej. Powrotu 
nie było. Wyczerpywały się zasoby energii. A na Ziemi nie znaleziono nic, 
co by mogło dać energię konieczną do wypraw międzygwiezdnych. Nie 
udało się również nawiązać łączności przy użyciu energii promieniowania. 
Assar leży za daleko od Ziemi. Jednakże w rodzinach bogów i kapłanów z 
pokolenia   na   pokolenie   przekazywano   podania   o   dalekiej   nieznanej 
ojczyźnie.   Nocami   niezliczone   przyrządy   górskich   obserwatoriów 
kierowały się w tę stronę nieba, gdzie w gwiazdozbiorze Panny ledwie 
błyszczała   błękitna   gwiazda   —   podwójne   słońce   systemu   Assar.   W 
podziemnych kryjówkach, niby skarby niezmierne, spoczywały olbrzymie 
międzygwiezdne   statki,   na   których   Atlanci   dotarli   na   Ziemię.   Płonące 

background image

serca statków już od trzydziestu wieków były martwe. Ale poszukiwania 
źródeł energii wciąż trwały.

Wreszcie pod lodami  wielkiego południowego kontynentu znaleziono 

substancję zdolną wytworzyć potrzebne ilości energii. Zapadła decyzja o 
wysłaniu ekspedycji na Assar. Z trzech statków, stojących w podziemnych 
schronach, tylko jeden nadawał się jeszcze do lotów międzygwiezdnych. 
Zbudować   nowych   nie   mogliśmy.   Ograniczając   ilość   ludzi, 
wtajemniczonych w całą wiedzę, nie tylko nie posuwaliśmy się w rozwoju, 
ale nawet traciliśmy to, cośmy zdobyli w przeszłości. Był to zasadniczy 
błąd. Ale ci, którzy go rozumieli, nie byli w stanie niczego zmienić.

Byłem jednym z tej garstki, którą wysłano na Assar. Wiedzieliśmy, że 

rozstajemy   się   z   bliskimi   na   zawsze.   Nasz   statek   międzygwiezdny 
rozwinie   szybkość   zbliżoną   do   szybkości   promienia   świetlnego.   Czas 
popłynie dla nas wolniej niż na Ziemi. My będziemy mierzyć go latami, a 
na Ziemi upłyną tymczasem tysiąclecia. Dla naszych bliskich umieraliśmy, 
by odrodzić się w nowych, nieskończenie dalekich czasach. Start naszego 
statku był wielkim wydarzeniem dla Atlantydy. Rada Najwyższa zaliczyła 
wszystkich uczestników ekspedycji w poczet bogów. Ludowi ogłoszono, 
że bogowie, którzy niegdyś zstąpili z nieba na Ziemię, znów wracają do 
swoich niebiańskich pałaców.

Setki tysięcy ludzi przyszły nas odprowadzać. Nie tylko ludy Atlantydy, 

ale i wysłannicy wielu innych ziemskich plemion. Wszyscy z nabożnym 
strachem padli na twarze, kiedy nasz międzygwiezdny statek, ustawiony 
na   wysokiej   kamiennej   wieży   na   skraju   Zachodniej   Pustyni,   drgnął, 
zawisnął na oślepiającym słupie ognia i ciągnąc za sobą świecącą smugę 
dymu, znikł w nieskończonym przestworze nieba.

W   pierwszych   miesiącach   lotu,   póki   szybkość   statku   nie   osiągnęła 

górnej granicy, utrzymywaliśmy łączność z Centralnym Obserwatorium za 
pomocą energii promieniowania. Wiedzieliśmy, że na północy Atlantydy 
szykuje się jeszcze jedno ważne przedsięwzięcie. Daleka północ naszego 
kraju   leżała   pod   lodem.   Zwarta   skorupa   lodowa   rozciągała   się   hen   na 
zachód   i   wschód,   zajmując   przestrzeń   wielokrotnie   większą   od   całej 
Atlantydy.   Często   wiały   stąd   mroźne   huragany,   od   których   wymarzały 
nasze   sady   i   zasiewy.   Postanowiono   zniszczyć   lód   przy   użyciu   tejże 
energii, która pędziła naprzód nasz statek międzygwiezdny. Wprawdzie 
niektórzy   kapłani   sprzeciwiali   się   temu   projektowi,   w   obawie,   że 
wyzwolona   energia   może   nie   tylko   stopić   lody,   ale   i   zbudzić   siły 
drzemiące w głębi planety. Bali się trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów, 
zagłady miast. I nie pomylili się.

background image

Ostatnia   wiadomość,   jaką   wiązka   promieni   przekazała   na   nasz 

międzygwiezdny   statek,   była   tragiczna.   Ledwie   na   dalekiej   północy 
zagrzmiały   potężne   eksplozje,   a   już   całą   Atlantydą   targnęły   potworne 
trzęsienia ziemi. W górach przebudziły się dawno wygasłe wulkany. Obok 
nich   powstawały   nowe.   Rzeki   rozpalonej   lawy   płynęły   ku   równinom   i 
zburzonym miastom.   „Morze  zalewa południowo–zachodnią   prowincję” 
— tak brzmiało ostatnie zdanie, jakie dotarło do nas z ginącej ojczyzny. 
Potem łączność urwała się. Domyśliliśmy się, że Centralne Obserwatorium 
Atlantydy zostało zniszczone.

Nieznajomy zamilkł, jego głowa bezsilnie opadła na pierś.
— Co ci powiedział? — zapytał Jacques, ciągnąc mnie za rękaw.
— Cicho bądź, znów wraca do przytomności.
Nieznajomy z wolna rozwarł powieki. Powiódł dokoła oczyma — potem 

znów wpatrzył się w ocean.

— Tracę siły — wyszeptał. — To już ostatnie chwile. Słuchajcie mnie, 

nowi ludzie Ziemi. Starajcie się zrozumieć i zapamiętać moje słowa. Nie 
wiem,   jaki   poziom   osiągnęły   wasze   nauki.   Ale   jeśli   nauka   Atlantów 
zginęła razem z nimi, jeśli zaczynaliście wszystko od nowa, pamiętajcie… 
w świecie wokół was, w najprostszych ciałach kryją się olbrzymie zasoby 
energii. Jeśli ją nieostrożnie wyzwolicie, czeka was los Atlantów. Bądźcie 
rozsądni.

Jego głos zadrżał i urwał się…
— W czym możesz nam pomóc? — zapytałem, odgarniając mu włosy 

opadłe na twarz.

— W niczym. Nade mną śmierć… Moi towarzysze pomarli w drodze, 

pochowałem ich w Kosmosie. Sam jeden wróciłem na Ziemię. Chciałem 
za   wszelką   cenę   zobaczyć   ojczyznę,   nie   wiedziałem,   że   została   z   niej 
tylko… legenda.

— Twoją ojczyzną jest cała Ziemia. Masz ją przed sobą.
— Dziękuję ci, nowy człowieku Ziemi. Kto wie, może masz rację. I z tą 

myślą lżej  mi  umierać.  Nie ma  nic gorszego nad samotność.  Wreszcie 
pochowałem   i   Anar,   moją   wierną   przyjaciółkę,   wiecznie   młodą 
towarzyszkę.

Na   usta   cisnęło   mi   się   wciąż   jedno   pytanie.   Zadałem   je,   ledwie 

Atlantyda umilkł.

— Czy dotarłeś wreszcie z przyjaciółmi na Assar?
Na jego wargach pojawił się pełen nieopisanej goryczy uśmiech.
— Niestety, lepiej by nam było nie dotrzeć. Tam martwe piaski zasypują 

ruiny martwych miast. Martwe są morza, bo zginęło w nich życie, a nawet 

background image

powietrze   przesycone   jest   zabójczym   promieniowaniem.   Nie 
wiedzieliśmy…   i   zapłaciliśmy   za   to.   Naszym   przodkom,   którzy 
zamieszkiwali   martwą   planetę,   nie   starczyło   w   pewnej   strasznej   chwili 
rozsądku. W bezmyślnej okrutnej wojnie zniszczyli nawzajem i siebie, i 
wszystko, co żyło.

Kiedy zrozumieliśmy to, natychmiast opuściliśmy Assar. Niestety, los 

nasz   był   już   przesądzony.   Ja   ginę   ostatni,   ale   jestem   bezgranicznie 
szczęśliwy,   że   przed   końcem   mej   długiej   wędrówki   ujrzałem   nowe 
pokolenie, nowych ludzi. W imię życia, nad które nie ma nic piękniejszego 
we wszechświecie, bądźcie rozsądni!

Głos jego brzmiał coraz ciszej, oddech urywał się.
— Co on mówi? — szeptał mi nad uchem Jacques.
— Ciszej, umiera…
— Więc nie możemy mu w niczym pomóc?
— W niczym.
Wargi   nieznajomego   drgnęły,  ale   głosu   już   prawie   nie   było   słychać. 

Przysunąłem się tuż do jego twarzy, próbując zrozumieć ostatnie słowa.

— Nowy człowieku, przyrzeknij mi, przysięgnij, że opowiesz ludziom o 

zatopionym kraju… Znajdź kamienie jego miast. Nie mogły przepaść bez 
śladu. Niech legenda stanie się prawdą. Przestrzeż swoje pokolenie.

— Przysięgam — rzekłem ściskając jego stygnące ręce.
— I jeszcze… W tę noc… statek międzygwiezdny… lądując… doznał 

awarii… Teraz… leży na dnie oceanu. Opuściłem go, kiedy tonął. Fale 
wyrzuciły   mnie   na   ten   brzeg.   Szczęśliwy   jestem…   widziałem   was… 
Oddaj moje ciało oceanowi… Niech spocznie… tam… gdzie wszystko.

Ostatnich słów już nie dosłyszałem.
Padłem przy nim na kolana, chciałem się modlić i… zrozumiałem, że 

już nie ma po co. Czułem, że policzki mam mokre od łez i nie wstydziłem 
się tego.

Umierający drgnął. Głos jego znów nabrał siły.
— Ludzie nowej Ziemi, gdzie jesteście?  Nie widzę was. Podajcie mi 

ręce. O, tak. Odchodzę… Żegnajcie.

W tejże chwili zdarzyło się coś niepojętego. Coś jak elektryczne iskry 

przeszyło   moje   ciało,   przed   oczyma   zamigotały   mi   szeregi   dziwnych 
obrazków   i   widoków   niby   w   oszalałym,   wirującym   gwałtownie 
kalejdoskopie.   Olbrzymie   słoneczne   miasta,   domy,   pałace   z   białego 
marmuru   w   ażurowej   koronie   kolumn,   łuków   i   ornamentów,   wysokie 
wieże podobne do ściętych piramid.

Modre  fale   pluskają  o  białe   stopnie   z  marmuru  i   kołyszą  zgrabnymi 

background image

korpusami   dziwnych   lekkich   okrętów.   Tłumy   wysokich,   muskularnych 
mężczyzn i pięknych złotowłosych kobiet w odświętnych purpurowych 
strojach   schodzą   w   dół   po   szerokich   schodach.   W   mrocznych 
podziemiach,   obok   jakichś   niezwykłych   maszyn,   krzątają   się   powoli 
surowi,   siwi   ludzie   o   przenikliwym,   władczym   spojrzeniu.   Długie 
zaostrzone   cygaro   sterczy   w   błękit   nieba…   Morze   głów   ludzkich. 
Wszystkie spojrzenia kierują się gdzieś w jeden punkt.

Wybuch   —   oślepiający   płomień   —   i   hen   w   dole   płynie   kraj   niby 

gigantyczna   mapa   obramowana   niebieskim   morzem.   Na   niej   ciemne 
plamy miast, nitki dróg, zielone pola i śnieżne czapy szczytów górskich.

I   nagle   wszystko   to   pokrywa   czerń   rozgwieżdżonego   nieba,   drgają 

świecące   strzałki   niezliczonych   instrumentów…   W   długim   jasnym 
korytarzu dwa rzędy drzwi. Malutki pokoik z czarnym prostokątem okna. 
Za oknem noc i nieprawdopodobnie jasne gwiazdy. Tu blisko pochyla się 
młoda   twarz   kobiety.   Czułe   wargi   otwierają   się   i   coś   szepczą.   Jakaż 
przepiękna zjawa!

I   znów   szeregi   obrazów   pędzą   jeden   po   drugim   w   oszałamiającym 

wirze. Szkarłatna zorza oświeca upiorne ruiny. Wokół bezkresna, martwa 
pustynia. Smugi piasku zasypują wyschłe lasy. Dwa niezachodzące słońca 
zalewają   niebieskawym   światłem   powierzchnię   planety   dziobatą   od 
olbrzymich lejów. Smętne postaci w ciemnych płaszczach jedna za drugą 
kryją się w walcowaty korpus statku.

Zasuwają się ciężkie drzwi i znów czerń nieba, i gwiazdy. Zaczynają się 

ruszać,   szybciej,   coraz   szybciej,   zmieniają   się   w   migotliwe   promienie 
niebieskiego   ognia:   oczy   bolą   od   ich   strasznego   blasku,   a   one   płoną   i 
płoną.   Wśród   tego   morza   światła   pojawia   się   czyjaś   twarz.   Zbliża   się. 
Poznaję ją… To ona…

I nagle wszystko od razu znika. Otwieram oczy. Nad wąskim brzegiem 

morza  piętrzą  się skały. Leniwie pluskają zielonkawe fale. Nieznajomy 
jakby spał. Ostrożnie opuszczam jego rękę na piasek. Zimna jak marmur. 
To ręka trupa.

Patrzę   na   Jacques’a.   Siedzi   nieruchomo.   Oczy   ma   szeroko   otwarte. 

Ostrożnie ujmuję go za ramię. Odwraca się.

— Widziałeś? — pytam.
W milczeniu potakuje.
— A zrozumiałeś?
— Oczywiście. To było jego życie.

background image

*

Na tym urywa się rękopis don Antonia Salvatora di Riveiry, któremu 

przypadło w udziale spotkać i odprowadzić w ostatnią podróż ostatniego 
człowieka Atlantydy.

W   kilka   dni   później   szedłem   z   kierownikiem   ekspedycji   wzdłuż 

cienistego   bulwaru   Porto   Alte.   Nasz   szkuner   stał   już   gotowy   do 
odpłynięcia.

Ciężkie   drzwi   muzeum   okazały   się   zamknięte.   Zastukałem   —   nie 

odezwał się nikt. Zaczęliśmy łomotać ile sił. Na łomot ten wylazł gdzieś z 
głębi parku zgarbiony siwy starowinka w czepku, w starej welwetowej 
kurtce i wytartych skórzanych spodniach. Jego żółta twarz, cała poorana 
gęstą siatką zmarszczek, przypominała pieczone jabłko.

— Zamknięte — wymamrotał bezzębnymi usty.
— Musimy się koniecznie widzieć z don Antoniem. Gdzie on jest?
— Nie ma go. Umarł. Wczoraj był pogrzeb.
Łzy   pociekły   po   jego   pomarszczonych   policzkach,   zaczął   je   ocierać 

rękawami welwetowej kurtki.

— Jak to? — spytałem zmieszany.
— Był na kolacji z jakimś turystą. Wrócił późno. W nocy zrobiło mu się 

źle, a pod wieczór umarł. Stary był. Stary. Wieczne odpoczywanie racz mu 
dać, Panie. Wymieniliśmy spojrzenia z kierownikiem.

— A pan jest tutejszym dozorcą? — spytałem staruszka.
— Tak, senhor.
— Nie pozwoliłby nam pan zajrzeć do muzeum?
Starzec pokręcił głową.
— Don   Ricardo,   sędzia,   nie   kazał   nikogo   wpuszczać.   Muzeum 

zamknięte   od   ubiegłego   roku.   Don   Antonio   otwierał   je   sam,   bez 
zezwolenia. Ja się boję…

— Chcielibyśmy tylko obejrzeć podziemną salę.
Starzec zamachał ręką.
— Niestety, senhor, to zupełnie  niemożliwe. To podziemia  klasztoru, 

który leży za obrębem muzeum. Przeor, jak się tylko dowiedział o śmierci 
don  Antonia,   od  razu  kazał  mi  oddać  klucze   od  podziemi   i  biblioteki. 
Księża już nawet drzwi zamurowali. Mówiłem don Ricardowi, sędziemu. 
Tylko   machnął   ręką.   Przeora   wszyscy   się   tu   boją.   Paskudny   człowiek, 
chociaż i ksiądz.

— No, a co ze zbiorami w podziemnej sali, z biblioteką?

background image

— Teraz   nie   oddadzą.   Przeor   mówił,   że   to   zbiory   heretyckie.   Don 

Antonio, mówi, przez wiele lat nie płacił czynszu za podziemia. Bibliotekę 
i zbiory, mówi, zabiera zamiast czynszu.

— Ależ to skandal! — oburzyłem się. — Zbiory mają bezcenną wartość. 

Jak śmiał ten ciemny mnich…

— Poczekaj,   aż   będziemy   w   domu   —   przerwał   mi   kierownik.   — 

Chcesz,   żeby   nas   oskarżono   o   mieszanie   się   w   wewnętrzne   sprawy 
suwerennego państwa?

— Ależ to zbiory unikalne. Jeśli zostaną zniszczone…
— Możesz być spokojny, że nie zostaną. Oni świetnie wiedzą, ile są 

warte.   Schowają   je   gdzieś   jak   najgłębiej,   tak   jak   schowali   wiele 
dokumentów świadczących przeciw nim.

— Ależ do tego nie wolno dopuścić. Można się zwrócić do Organizacji 

Narodów Zjednoczonych.

— A do papieża do Rzymu nie chcesz? — spytał drwiąco kierownik. — 

Komu   będą   w   głowie   zbiory   prowincjonalnego   muzeum?   Gdzie   masz 
dowody ich unikalności? Opowiadanie starego? Jego rękopis? Mało. Nie 
zapominaj, że jeszcze za życia zrobiono z niego wariata. Atlantyda, jeśli 
rzeczywiście istniała, wcześniej czy później się znajdzie…

Przed   wyjściem   wetknąłem   staruszkowi   kilka   monet.   Nie   chciał   ich 

wziąć.

— Niech pan weźmie — poprosiłem. — Jeśli panu niepotrzebne, niech 

pan kupi kwiatów na grób don Antonia.

— Dziękuję — rzekł starzec, a jego oczy znów napełniły się łzami — 

dziękuję, senhor.

— No i co teraz z sondowaniem? — zapytałem, kiedy podjeżdżaliśmy 

do Funchal.

— Było nie było, spróbujemy — odburknął kierownik bez szczególnego 

entuzjazmu.

Pobraliśmy z dziesięć próbek dna, w głębokich miejscach nie objętych 

programem naszych badań. Na powierzchnię wyciągnęliśmy tylko kawałki 
porowatej lawy bazaltowej.

W Moskwie okazało się, że wiek lawy wynosi rzeczywiście kilkanaście 

tysięcy lat.

*

Do   referatu   chciałem   włączyć   opis   spotkań   na   Maderze,   historię 

background image

dziwnego Muzeum w Porto Alte i treść rękopisu don Antonia di Riveiry. 
Jednakże kierownika aż zatrzęsło i nagadał mi kupę nieprzyjemnych słów.

— Trzeba mieć dobrze w głowie — rzekł na koniec. — Referat będzie 

zamieszczony w biuletynie Instytutu…

Ale na widok mej zawiedzionej miny trochę zmiękł.
— Jeśli   już   nie   możesz   wytrzymać,   napisz   o   tym   opowiadanie   — 

doradził klepiąc mnie po ramieniu. — Tym bardziej że śmierć don Antonia 
zwolniła cię od złożonego mu przyrzeczenia.

Tak właśnie zrobiłem.

Przełożył Z. Burakowski