background image
background image

fad-l ^5S-cK 

H I S T O R Y C Z N E  B I T W Y 

TADEUSZ JURGA 

BZURA 1939 

Dom Wydawniczy Bellona 

Warszawa 2001 

background image

ZAMIAST PROLOGU 

Jak to się stało? Polska, jedno z większych państw europej­

skich, 38-milionowy naród, dumny wielkością niepodległoś­

ciowych tradycji, aż do przesady zazdrosny o należne mu, 

a tak długo zakazane miejsce na politycznej mapie Europy, 

liczna i bitna armia mocna duchem swego narodu i pamięcią 

zwycięskich wojen. 

Jak to się stać mogło? Czy uwarunkowania druzgocącej 

klęski militarnej, jaką ponieśliśmy we wrześniu 1939 roku, 

legły pośród gruzów „domku z kart"? 

Pytania, pytania, pytania... 

Próbowano na nie odpowiedzieć zaraz, już nazajutrz po 

klęsce. Na pierwszych kreślonych wtedy obrazach wydarzeń 

wyraźnie odbite jest piętno upadku ducha i skrajnie pesymistycz­

nych osądów. Po kraju rozlała się fala powszechnego potępienia 

wszystkiego, co utożsamiało się z państwem sanacyjnym. 

Ostrze krytyki zostało wymierzone przede wszystkim w spe­

ktakularną stronę zjawiska katastrofy. Wojnę prowadziło 

wojsko i wojsko ją przegrało. Wojsko, które dotąd było poza 

wszelką krytyką, któremu ufano i w którego siłę wierzono. 

I to ono zawodzi. 

Po klęsce Francji i triumfalnym pochodzie Wehrmachtu 

w początkowym okresie działań wojennych z Anglią i ZSRR, 

background image

temperatura emocji zaczęła wyraźnie spadać. Nasze własne 

dramatyczne przeżycia znalazły się w szerszym polu widzenia 

ogólnoeuropejskiego konfliktu, na którego tle „grzechy" 

polskie straciły dotychczasową ostrość. Przyszło opamiętanie, 

znajdujące motywację w potrzebie zaznaczenia poszukiwań 

racjonalnych. 

Ale w okres powojenny polska historiografia, skrępowana 

latami okupacji, wchodzi jeszcze z poważnym obciążeniem 

zaszłości. Jakby tamten czas rozrachunku jeszcze się nie 

dopełnił, nie przelał kielich goryczy. W kraju dotąd zniewo­

lonym słowa polskie w zadumie nad dramatyczną historią 

kraju, szczególnie najnowszą, przeciskały się przez szczeliny 

surowych zakazów okupacyjnych i represji tylko stróżką 

ulotnej, konspiracyjnej bibuły. W kraju już wyzwolonym fala 

bezdennej krytyki, niestety, powraca, przybiera nawet na sile 

w przypływie wydarzeń inspirowanych przez polityczną walkę 

o władzę, w której rozprawa ze spuścizną drugiej niepodleg­

łości stanowi jeden z jej pierwszych motywów. 

Od pierwszych opublikowanych w kraju wyników badaw­

czych tego tematu dzieli nas nie tylko czas. Milowe kroki 

postępu zrobiła archiwistyka. Pomnożono jej zasoby o nieznane 

dotąd zbiory relacji i kronik, a przede wszystkim zgromadzono 

unikalne źródła. Współczesny badacz Września może rekon­

struować wydarzenia z pozycji obserwatora, stojącego jakby 

między walczącymi stronami. 

Wieloletnie badania tematu dowodzą, że wśród motywów 

i genezy klęski wojennej Polski na czoło wysunęła się 

przewaga techniczna i ogniowa armii nieprzyjacielskiej. 

Nie byliśmy jednak sami, lecz w sojuszu z największymi 

potęgami Zachodu, które zobowiązały się do aktywnego 

wsparcia naszej obrony. Takiego jednak wsparcia nie otrzy­

maliśmy. Tak się nie stało — stwierdzi już po wojnie 

francuski historyk Adolphe Goutard. 

A wojsko, oficerowie, naczelne dowództwo? Już tylko te 

wymienione wcześniej uwarunkowania upoważniają do sfor-

mułowania generalnego wniosku, że zadanie postawione 

polskim siłom zbrojnym owego pamiętnego września 1939 

roku było niewykonalne. W szczegółach zaś odkryto także 

błędy. I te ważne, tzw. operacyjne, które zadecydowały 

o mniej skutecznym oporze, niż mógłby on być, gdyby 

sprawniej funkcjonowało naczelne dowództwo i dowództwa 

poszczególnych armii, i te mniej ważne, tzw. taktyczne. Ale 

nie one przecież uwarunkowały tę katastrofę i jej rozmiary. 

Niewykonalne było ono również na płaszczyźnie strategii 

politycznej, a hipoteza, jakoby rząd polski, tzw. sanacyjny, 

popełnił w tej mierze błąd na miarę zbrodni stanu, nie 

wytrzymuje naukowej krytyki. Już choćby dlatego, że owa 

strategia nie była zawieszona w próżni, lecz grawitowała 

wokół wielkich problemów politycznych Europy, w kontekście 

strategii innych dominant ówczesnej sceny politycznej, a nie 

tylko strategii wielkich państw kapitalistycznych Zachodu. 

Treścią tej książki nie są jednak rozważania o wielkiej 

strategii. Autor pragnie tylko, by choć w części mogła 

zrekompensować uczucie niepokoju wielu historyków polskich 

wobec występującego jeszcze zjawiska marnotrawstwa warto­

ści wychowawczych. 

Byliśmy państwem, które odważną i pełną godności postawą 

spowodowało w sposób zasadniczy zmianę biegu wydarzeń 

w Europie korzystnego dla Rzeszy hitlerowskiej z powodu 

braku odwagi i politycznego kunktatorstwa innych państw 

europejskich. 

Byliśmy i jesteśmy narodem, który tę drogę wybrał świado­

mie i konsekwentnie nią podążał mimo ponoszonych strat. 

Walka zbrojna o istnienie kraju, narodu, państwa była 

zawsze ważnym, jeżeli nie głównym warunkiem wytrwania 

przy Polsce. Oto jeden z motywów dla poparcia popularno­

naukowej treści tej książki, opatrzonej tytułem: Bzura 1939. 

Jakże często w poszukiwaniu źródeł i motywów naszego 

odrodzenia narodowego sięgamy do wielkich, obiektywnych 

uogólnień procesów rozwoju historycznego, nie zawsze 

background image

doceniając znaczenie nagromadzonej przez długie lata niewoli 

wewnętrznej siły witalnej polskości. To ona przecież wybuch­

ła zrywem powstańczym, pierwszym w gnieździe naszego 

pochodzenia i rozlała się po kraju żyzną magmą tworzenia dla 

siebie i wśród swoich. 

Większość dywizji i pułków armii „Poznań" wzięła swój 

rodowód właśnie z czynu powstańczego Wielkopolan. Dlatego 

20 lat później, we wrześniu 1939 roku, gdy przyszły rozkazy 

do opuszczenia tej ziemi bez wielkiej bitwy, żołnierz armii 

„Poznań" zżymał się, nieledwie buntował. 

Dowódca armii „Poznań", generał dywizji Tadeusz Ku­

trzeba, znał dobrze żołnierzy, którzy z dumą nosili imię 

Wielkopolskich. To on na rozkaz marszałka kazał się cofać, 

nie dając swoim pułkom i dywizjom zaznać jak w 1918 roku 

smaku zwycięstwa, przewagi moralnej nad wrogiem i męstwa. 

Ale ta wojna, w której dominował czynnik przewagi materiało­

wej, była inna. 

Gen. Kutrzeba wiedział, że sile armat czołgów i samolotów 

po stronie nieprzyjaciela nie sprosta tylko siłą ducha swojej 

armii. Dlatego oczekiwał chwili w rozwoju sytuacji na froncie, 

w której czynnik przewagi materiałowej przestanie dominować. 

Miarą talentu dowódczego generała był jej wybór, ściślej 

wybór sytuacji, w której przeciwnik, odsłoniwszy w pośpiesz­

nym marszu na Warszawę północną flankę swojego zgrupo­

wania, popełnił błąd. Zaskakujący atak polski wymierzony 

w ten osłabiony bok niemieckiej armii stworzył sytuację, 

w której bitny żołnierz wielkopolski mógł ujawnić (wprawdzie 

na krótko) zalety sławne od dawna w dziejach oręża polskiego. 

Mimo bowiem naszej klęski w końcowej fazie bitwy nad 

Bzurą Wehrmacht w kampaniach wojennych od grudnia 1941 

roku nie spotkał się ani razu z tak znaczącym przeciw­

działaniem. Ani razu zaś w czasie drugiej wojny światowej, 

nie licząc tzw. kontrofensywy Wehrmachtu w Ardenach, nie 

podjęto przeciwdziałania w takiej skali w warunkach absolutnej 

przewagi przeciwnika, trzymającego w swoim ręku pełną 

inicjatywę operacyjną. Był to więc w tej dziedzinie ewenement, 

o którym zadecydował nie tylko talent wojskowy polskiego 

generała, ale także równy temu talentowi wysoki stopień 

wyszkolenia wojskowego i osobiste męstwo żołnierza pol­

skiego, czerpane z uzasadnionej groźbą zniszczenia rodzinnego 

kraju determinacji walki w jego obronie. 

Tutaj, nad Bzurą, żołnierze armii „Poznań" utożsamiali 

tradycje powstańcze swoich ojców i braci. Później, wraz 

z potworną przewagą czołgów i lotnictwa, nadeszła chwila 

tragicznej klęski. 

Ale któraż z armii sojuszniczych nie doznała w tej 

wojnie klęski? 

background image

KULISY AGRESJI 

Do dziś funkcjonuje stereotyp, również w historii powszechnej, 

że 1 września 1939 roku w agresji wzięły udział tylko Niemcy, 

którym przypisuje się całą odpowiedzialność za wywołanie 

drugiej wojny światowej. Udział Związku Sowieckiego w zbroj­

nym napadzie na Polskę, zapoczątkowny 17 września, znajduje 

rzeczywisty początek najpierw w polityce napędzania wojny, 

później politycznym, a od pierwszego dnia wojny strategicznym 

i operacyjnym współdziałaniu Rzeszy hitlerowskiej ze Związ­

kiem Sowieckim i Wehrmachtu z Robotniczo-Chłopską Armią 

Czerwoną. 

Była to zatem napaść na Polskę nie jednego mocarstwa, ale 

Niemiec i Rosji. 

Obrona Polski we wrześniu 1939 roku była pierwszą 

kampanią wojenną drugiego światowego konfliktu. Trudną 

decyzję obrony przed agresją potężnego mocarstwa totalitar­

nego przywódcy Drugiej Rzeczypospolitej podjęli z przekona­

niem, że Polska sprzymierzona z wielkimi demokracjami 

Zachodu nie tylko zdoła się obronić, lecz odnieść w tej 

kampanii zwycięstwo. 

To założenie wydawało się nawet realne, zważywszy siłę 

połączonych potencjałów wojennych państw sprzymierzonych, 

Wielkiej Brytanii, Francji i Polski, jeżeli nie większą niż 

11 

Rzeszy hitlerowskiej, to co najmniej sile tej równą. Jeśli 

zatem założenie to funkcjonowało w kołach politycznych jako 

rzeczywiście realne, wniosek nasuwał się sam. Adolf Hitler 

wojny nie zaryzykuje. 

Hitler i wyżsi dowódcy Wehrmachtu ten punkt widzenia 

podzielali, zwłaszcza generałowie przeciwni wojnie na dwóch 

frontach. 

Zmianą powersalskiego układu sił w Europie zaintere­

sowany był również Związek Sowiecki. Ponadto Józef 

Stalin obawiał się izolacji i swoiście pojmowanej wyprawy 

krzyżowej świata kapitalistycznego. W sytuacji rosnącego 

zagrożenia wojną ze strony Niemiec, mocarstwa zachodnie 

zaczęły zabiegać o przymierze z państwem sowieckim. 

Porozumienie z Hitlerem wydawało się Stalinowi jednak 

korzystniejsze. Na współpracy z nim można było zarobić, 

co najmniej odrobić straty, będące następstwem osłabienia 

Rosji rewolucją i przegraną wojną z Polską w 1920 roku. 

Inicjatywa, podyktowana obawą, że Hitler może odstąpić 

od zamiaru zaatakowania Polski i rozpoczęcia wojny, należała 

do Stalina. Symptom kierowania się strategii politycznej 

państwa sowieckiego na zbliżenie z Rzeszą wystąpił w paź­

dzierniku 1938 roku, kiedy to podczas spotkania ambasadora 

Niemiec von Schulenburga z sowieckim ministrem spraw 

zagranicznych, Litwinowem, obaj rozmówcy zobowiązali 

się odstąpić od poniżania w mediach przywódców obu 

państw. 

W marcu zaś 1939 roku, gdy otoczone najściślejszą tajem­

nicą niemieckie ultimatum pod adresem Polski dociera do 

ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, Stalin przestaje 

się wahać. Poznał już treść polsko-niemieckich rozmów 

w Berlinie, w Berchtesgaden i w Warszawie. Informacje 

płynęły do Kremla wprost z ambasady niemieckiej w War­

szawie. Pod bokiem ambasadora Rzeszy, Hansa von Moltkego, 

pracował na rzecz sowieckiego wywiadu wojskowego radca 

legacyjny ambasady, von Schelich. 

background image

12 

Stalin wiedział, że w zamian za ustępstwa Polski w sprawie 

Gdańska i autostrady przez polskie Pomorze Hitler obiecywał 

Polakom nabytki na wschodzie i zapraszał do wspólnej 

wyprawy wojennej na Moskwę. Wiedział też, że jedno i drugie 

Polska odrzuciła, zdeterminowana wolą obrony całości swojego 

terytorium i suwerenności za każdą cenę. A to zapowiadało 

wojnę, której chciał Stalin dla imperialnych celów Kremla. 

XVIII Zjazd Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bol­

szewików formalnie zaakceptował radykalną zmianę kierunku 

polityki zagranicznej państwa sowieckiego. 

Hitler nie od razu podjął wyciągniętą prawicę Stalina; 

jeszcze liczył na porozumienie z Francją i Wielką Brytanią 

w nadziei, że zdoła oba te państwa odwieść od zamiaru 

zaangażowania się w konflikt niemiecko-polski. 

„... kierownictwo polityczne uważa — poleca między innymi 

dyrektywa do «Fall Weiss», wojny z Polską — że w takim 

wypadku (odrzucenia przez Polskę dyktatu — T. J.) jego 

zadaniem będzie maksymalna izolacja Polski, tj. ograniczenia 

wojny do Polski". 

Kiedy jednak dalszy rozwój wydarzeń zaczął te rachuby 

przekreślać, doprowadzając do rozmów sowiecko-brytyjsko-

-francuskich, które zapowiadały powstanie antyniemieckiego 

układu sojuszniczego, zdecydował się na wymianę uścisku 

dłoni ze Stalinem. 

17 czerwca ambasador Rzeszy w Moskwie, Schulenburg, 

informował Berlin o rozmowie z dyplomatą sowieckim. 

„Dziś w południe złożyłem zwykłą wizytę sowieckiemu 

charge d'affaires, Astachowowi. Zaraz po powitaniu wyraził 

zadowolenie, że atmosfera polityczna między obu naszymi 

krajami stopniowo się poprawia..." 

Ponadto stwierdził otwarcie, że Niemcom i Rosji wiodło 

się zawsze dobrze, gdy państwa te były przyjaciółmi, a źle, 

gdy były skłócone... 

Tymczasem informacje polskiego wywiadu wojskowego 

i placówek dyplomatycznych konstatowały wzmożone przeja-

13 

wy szybko postępującego zbliżenia niemiecko-sowieckiego. 

W Warszawie przyjmowano je sceptycznie lub w ogóle 

twierdzono, że wystąpienie Sowietów przeciwko Polsce jest 

wykluczone. 

Toteż cały wysiłek obronny skoncentrowano na agresji 

Niemiec. W warunkach oczekiwanej dużej przewagi napastnika 

zamierzano ją przeciwważyć, niestety nogami piechurów, 

którzy w uporczywej walce i marszu odwrotowym w głąb 

kraju mieli wydłużyć czas niezbędny do koncentracji odwodów 

i przeciwdziałania nimi. A nade wszystko na przysporzenie 

czasu naszym sojusznikom, niezbędnego dla koncentracji sił, 

które ofensywnym działaniem na froncie zachodnim miały 

odciążyć front polski. 

Zarządzono skrytą mobilizację i częściową koncentrację 

oddziałów, rozpoczęto fortyfikowanie pozycji obronnych 

i przygotowania do cywilnej obrony kraju. Wszakże nadal 

otwarta była sprawa polsko-angielsko-francuskiego przymierza, 

które bez podpisania międzyrządowych umów politycznych 

nie miało mocy współdziałania wojskowego. W Londynie 

i Paryżu czekano na pozytywny wynik sowiecko-angielsko-

-francuskich rozmów w Moskwie. Stalinowi były one potrzeb­

ne dla stymulowania porozumienia z Hitlerem na warunkach 

Kremla. Jednym z nich było przyjęcie „specjalnego protokołu" 

(czyt. „Tajnego protokołu"). 

Hitler zgadzał się na wszystko, byle tylko pozyskać współ­

działanie Sowietów w wojnie z Polską i izolowanie jej od 

wszelkiej pomocy z zewnątrz. 

19 sierpnia, na posiedzeniu Biura Politycznego partii, Stalin 

podjął decyzję, która wstrząsnęła światem. 

„Sprawa wojny czy pokoju — mówił — weszła w stadium 

krytyczne. Jej rozwiązanie zależy wyłącznie od nas. Jeżeli 

zawrzemy traktat z Anglią i Francją, Niemcy będą zmuszone 

odstąpić wobec stanowiska Polski. Będą też szukać ułożenia 

stosunków z mocarstwami zachodnimi. W ten sposób będziemy 

mogli uniknąć wybuchu wojny, ale dalszy rozwój wydarzeń 

background image

14 

poszedłby wówczas w niewygodnym dla nas kierunku. 

Natomiast jeśli przyjmiemy niemiecką propozycję zawarcia 

z nimi paktu o nieagresji, umożliwi to Niemcom atak na 

Polskę i tym samym interwencja Anglii i Francji stanie się 

faktem dokonanym. Gdy to nastąpi, będziemy mogli z pożyt­

kiem dla nas czekać na odpowiedni moment dołączenia do 

konfliktu lub osiągnięcia celu w inny sposób. Wybór jest 

więc dla nas jasny: powinniśmy przyjąć propozycję niemiec­

ką, a misję wojskową francuską i angielską odesłać grzecz­

nie do domu"'. 

Ciężar sowieckiej decyzji przechylił szalę na rzecz wojny. 

Natychmiast po podpisaniu w Moskwie niemiecko-sowieckich 

układów, zwanych paktem Ribbentrop-Mołotow, którego tajny 

protokół stanowił m.in. o rozbiorze Polski, Hitler podjął 

decyzję zbrojnego najazdu. 

Treść tajnego protokołu Ribbentrop-Mołotow przedostała 

się przez kordon ścisłej tajemnicy. Ambasador USA w Mosk­

wie depeszował 24 sierpnia do Waszyngtonu m.in.: 

„[...] ściśle poufne. Zostałem poinformowany w ścisłym 

zaufaniu, że osiągnięto wczoraj wieczorem pełne «porozumie-

nie» między rządami sowieckim a niemieckim odnośnie spraw 

terytorialnych w Europie Wschodniej, w wyniku którego 

Estonia, Łotwa, wschodnia Polska i Besarabia są uznane za 

strefę żywotnych interesów sowieckich [...]"

2

Informacja ta drogą poufną dotarła również do Londynu 

i Paryża. Dlaczego nie trafiła do Warszawy? Nie znamy 

autorytatywnej odpowiedzi. Być może w owym ciemnym 

zaułku sojuszniczej nielojalności kryła się obawa przed 

przejściem Polski na stronę Niemiec, co postawiłoby Francję 

i Anglię w krytycznym położeniu. 

A może..., a może... Zostawmy rozważania o pokrętnych 

ścieżkach polityki i dyplomacji drugiej wojny światowej. 

1

 Agresja sowiecka na Polską w świetle dokumentów, 17 września 1939, 

Warszawa 1994, tom 1, dok. nr 43. 

2

 Tamże,

 dok. nr 43. 

15 

W każdym razie polska służba zagraniczna, nieświadoma 

powagi zagrożenia, kojarzyła stosunki polsko-sowieckie z do­

tychczasowym układem o nieagresji. Sowieci umyślnie pod­

trzymywali to błędne założenie uspokajającymi oświadczenia­

mi swoich polityków, które strona polska przyjmowała za 

prawdziwe. 

Zważmy, nawet ambasador Polski w Moskwie, Wacław 

Grzybowski, w przyjaznych zresztą kontaktach z ambasadorem 

amerykańskim przy rządzie sowieckim Laurence Steinhardtem 

i w bezpośredniej bliskości wylęgu politycznej zbrodni, 

interpretował na opak sowiecko-niemiecki pakt o tzw. nieag­

resji. Informował ministra Becka o miernym znaczeniu ukła­

dów dla stron, które go zawierały. Z trudną do wytłumaczenia 

naiwnością dyplomaty tak wysokiej rangi sugerował wręcz 

niechętną postawę Joachima von Ribbentropa, który wprawdzie 

pakt podpisał, ale tylko dlatego, by nie wywołać skandalu 

wyjazdem z Moskwy z pustymi rękami. 

„[...] ale rachuby sowieckie — dowodził — zawiodły w nie 

mniejszej mierze: a) pakt nie zapewnił jeszcze wybuchu 

konfliktu i nie powstrzymał Hitlera od usiłowań negocjacyj­

nych [...]"

3

Instrukcja ministra Becka do polskich placówek dyploma­

tycznych motywowała niestety tę interpretację

 4

W istocie Hitler liczył na więcej niż otrzymał. Oczekiwał, 

że szok spowodowany podpisaniem umów z Rosją musi 

wywrócić politykę brytyjsko-francuską, i że oba państwa 

zachodnie nie zdobędą się na nic innego, jak na bezczynne 

przyglądanie się klęsce Polski. Oczekiwał przesilenia rządo­

wego w Londynie i w Paryżu. 

Ale wiadomość o przesileniu rządowym w Wielkiej Brytanii 

i we Francji, której oczekiwał, nie nadeszła. Doręczono mu 

natomiast tekst przemówienia Neville'a Arthura Chamberlaina 

Tamże, Raport ambasadora RP w Moskwie dla ministerstwa J. Becka 

o pierwszych reakcjach po podpisaniu paktu niemiecko-sowieckiego,

 dok. nr 46. 

Szerzej tekst instrukcji, jak wyżej, dok. nr 42. 

background image

16 

w Izbie Gmin, który był odpowiedzią zdecydowanie negatywną 

na dręczące go pytanie. Mimo to decyzji zaatakowania Polski 

nie odwołał. Miało to nastąpić 26 sierpnia o świcie. 

Wiedząc o mocnej wciąż pozycji ugodowców w rządzie 

brytyjskim, Hitler nadal liczył na porozumienie z Anglią, za 

które miała zapłacić Polska, pozostając sam na sam z Niem­

cami. Jeszcze półtorej godziny przed piętnastą, 25 sierpnia, 

wezwał do siebie Neville'a Hendersona, ambasadora brytyj­

skiego, zagorzałego ugodowca, i złożył na jego ręce nowe 

gwarancje nienaruszalności granic Francji, zgodę na redukcję 

zbrojeń, a nawet wystąpił z ofertą sojuszu z imperium 

brytyjskim. 

Niedługo potem nadeszła jednak wiadomość z Londynu, że 

Anglia odrzuciła propozycje Rzeszy i sojusz brytyjsko-polski 

zostanie podpisany. Wkrótce potem ambasador Robert Coulon-

dre, indagowany przez Hitlera, zakomunikował podobne 

w wymowie do brytyjskiego stanowisko rządu francuskiego. 

Kiedy nadeszła z Londynu wiadomość o podpisaniu paktu 

brytyjsko-polskiego, Hitler popadł — jak wspomina jego 

osobisty tłumacz, Paul Schmidt — w ponurą zadumę. Depresję 

pogłębiła jeszcze wiadomość od Benito Mussoliniego. Zawia­

domił on bowiem Hitlera, że Włochy udzielą Niemcom 

w razie wojny z Polską wszelkiej pomocy politycznej i eko­

nomicznej, jeżeli Niemcy jej zażądają, ale jeżeli alianci 

zachodni wmieszają się do wojny, Italia nie podejmie żadnych 

działań militarnych aż do chwili otrzymania od Niemiec 

odpowiedniej ilości sprzętu wojennego i surowców. 

Stanowisko Wielkiej Brytanii i Włoch skłoniło Hitlera do 

przesunięcia agresji na Polskę o pięć dni, w nadziei, że uda 

mu się jeszcze wpłynąć na zmianę stanowiska angielskiego. 

Sojusz brytyjsko-polski i rezerwa Mussoliniego, z jaką ten 

odniósł się do próby natychmiastowego wciągnięcia Włoch do 

wojny, nie były jedynymi przyczynami odłożenia decyzji 

o agresji. Uwaga przywódcy Rzeszy spoczęła na małym kraju 

europejskim, Szwajcarii. Ukazała się tam w gazecie „Neue 

17 

Zurcher Zeitung" w dniu 25 sierpnia krótka notatka. Dziennik 

donosił, że w ciągu ostatnich dni znad granicy polskiej 

wycofano ok. 250 tysięcy żołnierzy sowieckich. Oznaczało to, 

że Polska mogła chwilowo czuć się spokojna. Ta, jak się 

okazało naprawdę, „kaczka" dziennikarska — jednak niewąt­

pliwie inspirowana — postawiła w stan alarmu całą służbę 

zagraniczną Rzeszy, zostawiając na drugim planie ostry protest 

Japonii przeciwko porozumieniu Niemiec z ZSRR. Hitler 

bowiem zaczął tracić grunt dla swoich planów. Z jednej strony 

wypadał mu argument politycznego nacisku na przeciwników, 

z drugiej ożyła groźba drugiego frontu na wschodzie. 

„Proszę ustalić — polecała ambasadorowi w Moskwie 

instrukcja z Berlina — w sposób ostrożny, czy: 

1. Prawdą jest, że Rosja Sowiecka wycofała wojska z gra­

nicy polskiej, 

2. Jeśli tak się stało, to czy nie można by odwołać 

tego zarządzenia, gdyż wszelkie wrażenie, że Polska jest 

zagrożona od strony rosyjskiej, przyczyniłoby się naturalnie 

do ułatwienia sytuacji na zachodzie i mogłoby nawet w końcu 

doprowadzić do wydatnego zmniejszenia się gotowości 

przyjścia z pomocą Polsce". 

Początkowo, nagabywany przez ambasadora Niemiec w Mo­

skwie, Schulenburga, Mołotow zbył sprawę, lekceważąc 

bezsensowność doniesienia, ale po kilku dniach gorączkowych 

zabiegów Auswartiges Amt i ambasadora Rzeszy przychylił 

się do prośby. 30 sierpnia komunikat agencji TASS zaprzeczył 

informacjom gazety szwajcarskiej, jakoby dowództwo radziec­

kie miało wycofać z zachodniej granicy ZSRR 200 do 300 

tysięcy żołnierzy. Przeciwnie, „koła miarodajne stwierdzają, 

że w związku z rosnącą powagą sytuacji we wschodniej części 

Europy i możliwością niespodzianek dowództwo radzieckie 

postanowiło zwiększyć siły liczebne garnizonów na granicy 

zachodniej ZSRR". 

Hitler przestał się wahać. Rozkaz do ataku na Polskę 

został wydany. 

2 — Bzura 1939 

background image

18 

„Najwyższy dowódca sił zbrojnych Berlin, 31.8.1939 

OKW/WFA nr 170/39 

g. Kolos. Chefs. L I 

Tajna sprawa dowództwa 

Decyzje szefa/Tylko przez oficera 

Zalecenie nr 1 odnośnie prowadzenia wojny. 

1. Po wyczerpaniu wszystkich politycznych możliwości 

usunięcia na pokojowej drodze nieznośnej dla Niemiec sytuacji 

na wschodniej granicy, zdecydowałem się na rozwiązanie 

z zastosowaniem przemocy. 

2. Atak na Polskę należy przeprowadzić według przewidy­

wanych dla «Fall Weiss» przygotowań, ze zmianami, które 

wyniknęły dla armii z dokonanej już koncentracji. Rozdział 

zadań i cel operacyjny pozostają niezmienione. 

Dzień ataku: 1.9.1939 

Czas ataku: godz. 4.00. 

Adolf Hitler". 

Plan zbrojnej agresji w Europie, w pierwszej fazie wymie­

rzony głównie przeciwko Polsce, wykonać miał Wehrmacht. 

Jednak koncepcja strategiczna tego zamysłu została podyk­

towana wyrafinowaną kalkulacją. Hitler, stawiając na porozu­

mienie ze Związkiem Sowieckim, obliczał na zimno, że zanim 

Francja i Anglia zdołają odzyskać równowagę po spara­

liżowaniu ich woli układem Ribbentrop-Mołotow, upłynie 

czas, który zadecyduje o losie Polski. Nie mylił się. Mocarstwa 

zachodnie sprzymierzone z Polską, poza formalnym odnoto­

waniem agresji, zdobyły się tylko na demonstrację. Związek 

Sowiecki za formalną deklaracją o neutralności ukrywał 

rzeczywistą postawę sojusznika Rzeszy, stymulując ostrożną 

strategię naszych sprzymierzeńców. 

Hitler rzucił przeciwko Polsce główne siły Wehrmachtu, 

pozostawiając na froncie zachodnim przeciwko Francji i Wiel­

kiej Brytanii tylko słabą osłonę, złożoną z nielicznych dywizji 

piechoty, które stopniowo wzmacniał jednostkami mobilizo­

wanych rezerw. Przewaga armii niemieckiej nad naszą armią, 

19 

jeszcze w pełni nie zmobilizowaną, liczebnie prawie dwakroć 

mniejszą, a technicznie kilkakrotnie słabszą, nie dawała jednak 

pewnej gwarancji błyskawicznego zwycięstwa. Polacy stawiali 

twardy opór i czas niezbędny na pokonanie naszego kraju mógł 

się przedłużyć. Toteż, zakładając taki ewentualnie rozwój 

wydarzeń, Hitler zdradzał coraz większe zainteresowanie wystą­

pieniem zbrojnym ZSRR przeciwko Polsce. Przy tym oczekiwa­

nie III Rzeszy na pozytywny odzew partnera wydawało się tym 

bardziej zasadne, że cena politycznego poparcia, jakiego 

zażądała strona radziecka za udział w podziale łupu, była niska. 

Już w pierwszym dniu agresji rząd Rzeszy zwrócił się do 

rządu radzieckiego, za pośrednictwem swojej ambasady w Mo­

skwie, o współdziałanie w zakresie tworzenia systemu nawi­

gacyjnego dla kierowania na wybrane cele obrony polskiej 

wypraw Luftwaffe. Bezzwłocznie taką zgodę uzyskał. W od­

powiedzi rząd ZSRR informował, że „gotów jest spełnić 

wasze życzenie w taki sposób, że rozgłośnia w Mińsku 

możliwie najczęściej będzie wymieniać nazwę Mińsk w swoich 

programach, które dla tego celu mogą być dłuższe o dwie 

godziny. Proszę o informację, w jakim czasokresie jest to 

najbardziej celowe. Rząd radziecki wolałby uniknąć nadawania 

specjalnego sygnału, aby nie zwracać uwagi". 

Trzy dni później przedstawiciel dowództwa niemieckiego 

witał przybyłą do Berlina misję wojskową sprzymierzonej 

armii. Przed przybyciem sowieckiej misji 2 września o godz. 

1.30, ambasador Schulenburg depeszował z Moskwy do 

Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeszy: 

„Mołotow poprosił mnie dzisiaj wieczorem o godz. 22.30 

do siebie i oświadczył, że rząd sowiecki uznaje informację 

zapowiadającą przybycie oficerów sowieckich do Berlina ze 

względów bezpieczeństwa za niecelową. [Rząd] życzy sobie, 

aby również po przybyciu tych panów nie mówiono o misji 

wojskowej, lecz w prasie niemieckiej odnotowano wyłącznie 

mianowanie nowego sowieckiego attache wojskowego. Prasa 

sowiecka zachowa się tak samo". 

background image

20 

Powitaniu sojuszników nadano uroczystą oprawę. Saluto­

wano oddziałem honorowym, orkiestrą i sztandarami. Strona 

sowiecka składała dowody sojuszniczej lojalności, ale pragnęła 

ukryć to przed światem. 

Hitler miał powody do zadowolenia, wymagał jednak więcej, 

tym bardziej że nowe, niekorzystne dla Rzeszy w wojnie 

z Polską wydarzenia wymuszały stawianie nowych żądań i to 

już w zakresie bezpośredniego udziału Armii Czerwonej 

w inwazji. 3 września, natychmiast po wypowiedzeniu wojny 

Niemcom przez oba mocarstwa zachodnie, co zdecydowało 

o powstaniu drugiego frontu przeciwniemieckiego, Hitler 

polecił Ribbentropowi upomnieć się o to w Moskwie: 

„Bardzo pilne! Wyłącznie dla ambasadora. Ściśle poufne! 

Dla szefa misji albo jego przedstawiciela osobiście. Najwyższa 

tajemnica. Do rozszyfrowania przez niego samego. Przy 

zachowaniu bardzo ścisłej tajemnicy! 

Jesteśmy pewni, że pobijemy armię polską definitywnie 

w czasie kilku tygodni. Zachowam wtedy pod okupacją 

wojskową obszary uzgodnione w Moskwie (23 sierpnia 1939 r. 

 T. J.), jako należące do niemieckiej strefy interesów. 

Będziemy prowadzić działania przeciwko polskim siłom 

zbrojnym, które znajdą się w tym czasie na obszarze polskim 

w rosyjskiej strefie interesów. 

Proszę, by pan przedyskutował natychmiast tę sprawę 

z Mołotowem, uzgadniając, czy Związek Sowiecki nie uważał­

by jako celowe, by wojska rosyjskie wystąpiły w odpowiednim 

czasie przeciwko polskim siłom zbrojnym na obszarze rosyj­

skiej strefy interesów. Sądzimy, że nie tylko odciążyłoby to 

nas, ale również w zgodzie z układami moskiewskimi leżałoby 

w interesie radzieckim. 

W związku z tym proszę uzgodnić ewentualną możliwość 

przedyskutowania sprawy z radzieckimi oficerami, którzy tu 

(do Berlina — T. J.) przybyli". 

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Mołotow wręczył ją 

ambasadorowi niemieckiemu w Moskwie, Schulenburgowi, 

21 

w pałacyku Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych na 

Spiridionowce: 

„Zgadzamy się, że we właściwym czasie, który naszym 

zdaniem jeszcze nie nadszedł, będzie absolutną koniecznością 

podjęcie przez nas konkretnej akcji. Być może mylimy się, 

lecz i wydaje się nam, że zbyt wielki pośpiech może zaszkodzić 

naszej sprawie i umocnić naszych przeciwników. 

Rozumiemy, że podczas działań operacyjnych jedna lub 

dwie strony muszą być zmuszone po pewnym czasie do 

przekroczenia linii demarkacyjnej dzielącej strefy interesów; 

wypadki takie jednak nie mogą przeszkodzić ścisłemu wyko­

naniu powziętego planu [...]". 

Wydarzenia potoczyły się inaczej, ale przynajmniej na razie 

na wschodniej granicy naszego kraju było jeszcze spokojnie. 

Stalin oczekiwał bardziej korzystnego dla jego decyzji rozwoju 

sytuacji w Polsce. Oczekiwał przede wszystkim upadku 

Warszawy. Polska bez Warszawy, to Polska bez państwowości, 

którą można zaatakować, usprawiedliwiając zbrodniczą decyzję 

ustaniem ważności zawartych wcześniej z państwem polskim 

traktatów sąsiedzkich. 

Polska cała stała już w ogniu. 

background image

ZANIM PADŁY STRZAŁY 

Bezpośrednie przygotowania do agresji na Polskę Niemcy 

hitlerowskie rozpoczęły wczesną wiosną 1939 roku. 3 kwietnia 

generałowie Wehrmachtu przedłożyli fiihrerowi drugą część 

dyrektywy o przygotowaniach wojennych Wehrmachtu na lata 

1939-1940. Jej treść, oznaczona kryptonimem „Fali Weiss", 

stawiała przed armią Hitlera zadanie zniszczenia sił zbrojnych 

Polski. Cel ten miał być osiągnięty przez uderzenie z za­

skoczenia. Główne siły polskie spodziewano się zastać na 

zachód od linii Wisły i Narwi i zamierzano pobić je koncen-

trycznymi uderzeniami ze Śląska, Pomorza i Prus Wschodnich, 

a następnie dokonując okrążenia zniszczyć, zanim zdołają 

utworzyć nową linię obronną na Wiśle, Sanie i Narwi. Punktem 

stycznym tych uderzeń miała być Warszawa, największy 

polityczno-administracyjny i ekonomiczny ośrodek Polski. 

Opanowanie Warszawy miało być ostatnim etapem zamierzo­

nej przez Niemców kampanii wojennej. 

Niemieckie wojska lądowe pod dowództwem gen. Walthera 

von Brauchitscha, zorganizowane w dwie Grupy Armii „Północ" 

(„Nord") i „Południe" („Siid"), skoncentrowały do uderzenia 

ponad 1 800 tysięcy żołnierzy, około 11 tysięcy dział, 2800 

czołgów, ponad 1600 samolotów bojowych, a na Morzu 

Bałtyckim operować miało 25 dużych jednostek Kriegsmarine. 

23 

Najważniejsze zadanie w wojnie przeciwko Polsce powie­

rzono GA „Południe" (8, 10, 14 armia) dowodzonej przez gen. 

Gerda von Rundstedta. Uderzając ze Śląska, Moraw i Słowacji, 

GA „Południe" ruszyć miała ku Warszawie i osiągnąć Wisłę 

między ujściem Bzury i ujściem Wieprza, a ponadto związać 

siły polskie na obszarze Małopolski Zachodniej. 

GA „Północ" (3 i 4 armia) pod dowództwem gen. Fedora 

von Bocka dokonać miała połączenia Rzeszy z Prusami 

Wschodnimi, po czym uderzyć z Prus Wschodnich na obszar 

położony na wschód od Warszawy, aby razem z wojskami GA 

„Południe" stworzyć front okrążenia wokół armii polskich. 

Floty powietrzne 1 i 4 pod dowództwem gen. Alberta 

Kesselringa i gen. Aleksandra Lohra miały przede wszystkim 

zaatakować i zniszczyć lotnictwo polskie oraz rejony jego 

bazowania i zaopatrzenia, a po uzyskaniu panowania w powie­

trzu uderzyć na bliskie i głębokie tyły operacyjne armii 

polskich, paraliżując ich mobilizację, koncentrację, system 

dowodzenia i ewakuacji. 

Lotnictwo atakować miało również pierwsze rzuty wojsk, 

głównie na kierunkach natarcia niemieckich dywizji pan­

cernych. 

Oczywiście do zadań wcale nie mniejszej wagi należały 

terrorystyczne naloty na wsie i miasta polskie. Wojna błys­

kawiczna miała powalić nie tylko polskie siły zbrojne. Miała 

to być również wojna totalna, zmierzająca do sterroryzowania 

całego naszego narodu. 

Grupa „Wschód" („Ost") niemieckiej marynarki wojennej 

pod dowództwem adm. Konrada Albrechta, złożona z 2 pan­

cerników, 9 niszczycieli, 14 okrętów podwodnych i kilku 

mniejszych jednostek, otrzymała zadanie zniszczenia floty 

polskiej, blokady Zatoki Gdańskiej, ochrony morskich linii 

komunikacyjnych Rzeszy i wreszcie artyleryjskiego wsparcia 

oddziałów wojsk lądowych atakujących polskie wybrzeże. 

Zadania pomocnicze w ataku na Polskę wypełnić miała 

organizacja dywersyjno-wywiadowcza, tzw. V kolumna. 

background image

24 

Organizację i wykonanie zamierzeń dywersyjnych pozo­

stających w ścisłej łączności z operacjami wojskowymi 

powierzono III Oddziałowi Zarządu Wywiadowczego (Amt 

Ausland-Abwehr) Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych 

(OKH). Na obszarze operacyjnym Grupy Armii „Północ" 

i „Południe" bezpośrednie przygotowanie i wykonanie akcji 

dywersyjnych, a także szeroką działalność wywiadowczą 

przy powszechnym wykorzystaniu nacjonalistycznej mniej­

szości niemieckiej w Polsce organizowały wydzielone pla­

cówki III oddziału we Wrocławiu, Szczecinie, Koszalinie, 

Olsztynie i różnych miastach przygranicznych. Na jego 

obszarze działania oddziały dywersyjne opanować miały 

ważne pod względem gospodarczym obiekty przemysłowe 

i utrzymać je do chwili wkroczenia regularnych wojsk 

niemieckich, nie dopuszczając do zniszczenia ich przez 

wycofujące się oddziały polskie. Głównym obiektem dywer­

sji miał być Górny Śląsk — najbardziej uprzemysłowiony 

rejon Polski. Akcję dywersyjną miały rozpocząć oddziały 

zorganizowane na terenie należącej do Niemiec części 

Górnego Śląska, występujące jako ochotnicze jednostki 

Freikorps Ebbinghaus oraz konspiracyjne grupy Kampf und 

Sabotageorganisation. Na Pomorzu zaś organizacji Selbsts-

chutz rekrutującej się spośród miejscowych obywateli nie­

mieckiego pochodzenia. 

Pod koniec lipca przeszkolone w obozach ćwiczebnych 

Wehrmachtu oddziały dywersyjne zajęły pozycje wyjściowe 

w pobliżu naszej granicy. 

Nieco później, bo 15 i 16 sierpnia, zostały wydane rozkazy 

rozpoczęcia przerzutów broni do Polski, w którą zaopatrywano 

niemieckie podziemne organizacje dywersyjne. 

Podobną działalność wywrotową organizowała na terenie 

Pomorza placówka Abwehry w Szczecinie. Spośród planowa­

nych działań dywersyjnych, koordynowanych z działaniami 

armii regularnej na Pomorzu, do poważniejszych należało 

m.in. zadanie opanowania Grudziądza i mostów tczewskich 

25 

oraz dezorganizowanie odwrotu i tyłów Wojska Polskiego. Do 

zadań o szczególnym znaczeniu należały prowokacja gliwicka 

i zorganizowanie zbrojnej ruchawki w Bydgoszczy. 

Od chwili gdy z wyższych sztabów Wehrmachtu popłynęły 

rozkazy, w koszarach niemieckich garnizonów zawrzało, jak 

w ulu. Na wschód, na Śląsk i Pomorze toczyły się nocami 

pociągi- Zamknięte szczelnie drzwi i brezentowe plandeki 

ukrywały tajemnicze ładunki. Pociągi zapadały w nadgraniczne 

lasy, a później wracały puste. Prasa i radio niemieckie 

informowały wtedy, że to manewry. 

Z okazji 25 rocznicy zwycięstwa pod Tannenbergiem 

ogłoszono uroczyste obchody. Znów ruszyły transporty z ta­

jemniczym ładunkiem, toczyły się lądem i płynęły morzem do 

Prus Wschodnich i Wolnego Miasta Gdańska. 

Dawno już lato nie było tak upalne, jak tego roku. 

Wojna polityczna, zwana wojną nerwów, trwała już od 

marca i ludzie zaczęli się do niej przyzwyczajać, jak 

do codziennej troski. 

Tymczasem meldunki polskiego wywiadu wojskowego 

donosiły o sytuacji z dnia na dzień coraz groźniejszej. 

W lipcu zaś w Generalnym Inspektoracie i Sztabie Głównym 

wiedziano już na pewno, że informacje o zbierających się 

nad granicą polską dywizjach niemieckich oznaczają pełną 

koncentrację Wehrmachtu. Nie wiedziano jeszcze, kiedy 

uderzenie nastąpi, ale Polska mogła być zaatakowana już 

w najbliższym czasie i z dowolnego miejsca nadgranicznych 

obszarów Niemiec. 

Już 23 marca wdrożono częściową mobilizację polską, tzw. 

alarmową, czyli tajną, i skierowano zmobilizowane oddziały 

nad granicę z Niemcami, ciągnącą się od Puszczy Augustow­

skiej na północnym wschodzie aż po Karpaty na południu, 

wzdłuż linii liczącej około 1500 km. 

background image

26 

Były to jednak tylko nieliczne dywizje piechoty i brygady 

kawalerii, które nie mogły zapewnić bezpieczeństwa granic. 

Polska nie dała się zastraszyć. Powiedziała Niemcom 

NIE, bez względu na wynik nierównej walki. Właśnie 

to polskie NIE było pierwszą przeszkodą na drodze po­

kojowych podbojów Hitlera. 

Naród nasz wiedział, że musi podjąć tę walkę, chociaż nie 

będzie ona łatwa. Wiedział też, że w tej wojnie trzeba stanąć 
do walki nie o większy czy mniejszy kawałek ziemi, lecz 
o swój byt narodowy. 

To było pewne. Niewiadoma kryła się za fasadą płytkiej 

propagandy rządu i naczelnego dowództwa wojskowego. 

Zawierzono tromtadrackim zawołaniom, że guzika nie od­

damy, że w puch rozniesiemy najeźdźców. Ukrywano sła­

bość techniczną i organizacyjną armii oraz spóźnione przy­

gotowania wojskowe i powszechne do obrony kraju. Nie 

ujawniono wreszcie zagrożenia ze strony Związku Sowiec­

kiego, choć symptomy tego, oparte przecież na donie­

sieniach wywiadu agenturałnego i dyplomatycznego, su­

gerowały rozwój wydarzeń w tym beznadziejnym dla 

Polski kierunku. 

Potędze nieprzyjacielskiej przeciwstawić się musiała Polska 

kilkakroć słabsza ekonomicznie i militarnie, a jej położenie 

strategiczne nie sprzyjało obronie, lecz ułatwiało najeźdźcy 

atak. Na północy „zwisał" nad Polską obszar Prus Wschod­

nich. Wraz z obszarami Pomorza Zachodniego i części 

zachodniej Górnego Śląska tworzyły one dogodne bazy 

wypadowe do flankowych uderzeń na głębokie zaplecze kraju. 

Stolicę Polski — Warszawę — centrum polityczne i admini­

stracyjne, ważny węzeł komunikacyjny i ośrodek przemy­

słowy, dzieliły od ówczesnych granic Niemiec nieznaczne 

odległości. Z Pomorza Zachodniego 270 km, ze Śląska 220 

km, a z Prus Wschodnich zaledwie 120 km. W wypadku 

wojny, już od pierwszych chwil jej trwania, stolica i najważ­

niejsze gospodarczo oraz strategicznie rejony kraju znaj-

27 

dowały się w zasięgu niszczycielskiego działania lotnictwa 

nieprzyjacielskiego. 

Od 4 marca 1939 roku, tj. od daty pierwszej odprawy 

w Sztabie Głównym, poświęconej sprawom przygotowania 

planu operacyjnego obrony przed atakiem Niemiec, zabrano 

się ostro do pracy. W drugiej połowie marca 1939 roku 

opracowano wytyczne dotyczące ogólnego podziału sił i zadań 

poszczególnych armii i grup operacyjnych. W planie tym 

(plan „Zachód") w sposób najogólniejszy określono koncepcję 

bitwy obronnej następująco: 

— broniąc obszarów niezbędnych do prowadzenia wojny, 

zadać Niemcom jak największe straty; 

— wykorzystując sprzyjające warunki do przeciwuderzeń 

odwodami, nie dać się rozbić przed rozpoczęciem działań 

sprzymierzonych na zachodzie; 

— po wystąpieniu zbrojnym sprzymierzonych i odciążeniu 

frontu polskiego podjąć decyzje zależne od sytuacji. 

Biorąc pod uwagę względy natury ekonomicznej oraz 

mobilizacyjnej, a także ewentualność niemieckiej akcji za­

czepnej o znaczeniu lokalnym na Pomorze, Gdańsk lub Górny 

Śląsk, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych — marszałek Polski 

Edward Rydz-Smigły postanowił stoczyć bitwę obronną głów­

nymi siłami na obszarach zachodniej części kraju. 

23 marca 1939 roku dowódcy armii i grup operacyjnych 

otrzymali zadania dla swoich wojsk. 

SGO „Narew" pod dowództwem gen. Czesława Młota-

-Fijałkowskiego na Podlasiu miała bronić północno-wschod­

nich obszarów kraju. 

Armia „Modlin", którą dowodził gen. Emil Krukowicz-

-Przedrzymirski, broniąc północnego Mazowsza, osłonić War­

szawę od strony Prus Wschodnich. 

Armia „Pomorze" gen. Władysława Bortnowskiego, skon­

centrowana w Borach Tucholskich i nad Osą, bronić Pomorza. 

W Wielkopolsce stanąć miała armia „Poznań" na czele 

z

 gen. Tadeuszem Kutrzebą. 

background image

28 

Osłonę Łodzi i wiodących na Warszawę z południowego 

zachodu linii komunikacyjnych powierzono gen. Juliuszowi 

Rómmlowi. Stanął on na czele armii „Łódź". 

Na Śląsku i Podgórzu rozwinąć miała swe dywizje armia 

„Kraków" pod dowództwem gen. Antoniego Szyllinga. 

Armia „Karpaty" zamknęła przełęcze karpackie na drogach 

prowadzących ze zwasalizowanej przez Niemców Słowacji. 

Dowódcą armii mianowano gen. Kazimierza Fabrycego. 

Odwody Naczelnego Wodza koncentrować się miały stop­

niowo dopiero po wprowadzeniu w życie mobilizacji po­

wszechnej. Odwodem głównym była armia „Prusy" gen. 

Stefana Dęba-Biernackiego. Stanąć miała na dużym obszarze 

między Tomaszowem Maz., Radomiem i Kielcami; głównie 

na tyłach armii „Łódź" i „Kraków", i wspierać je, gdyby 

Niemcom udało się przerwać tam linię polskiej obrony. 

Inne mniejsze zgrupowania odwodowe dywizji polskich 

podeprzeć miały skrzydła frontu, na północy nad dolną Narwią 

i na południu pod Tarnowem. 

Do chwili rozpoczęcia działań wojennych nie zdołano, 

niestety, przeprowadzić całkowitej mobilizacji, opóźnionej na 

skutek interwencji państw zachodnich, które za każdą cenę 

usiłowały unikać zadrażnień z prącym do wojny Hitlerem; 

zdołano skoncentrować i rzucić do walki ok. miliona żołnierzy, 

4,5 tys. dział, 700 czołgów, głównie rozpoznawczych, i 400 

samolotów. 

W wojnie sam na sam z Niemcami kraj nasz, niestety, nie 

miał żadnych szans na skuteczną obronę. W przypadku agresji 

dwustronnej, niemiecko-sowieckiej, nasz naród miał być 

skazany na polityczny i biologiczny niebyt. Państwo polskie 

i naród oczekiwały chwile największej próby. 

20 marca gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba skompletował swój 

ścisły sztab, a w trzy dni później, wezwany przez marszałka 

29 

Edwarda Rydza-Śmigłego, otrzymał zadanie obrony Wiel­
kopolski. 

położenie Wielkopolski, wysuniętej szerokim występem ku 

zachodowi, nie sprzyjało obronie. Stąd iść mogły tylko natarcia, 

n

p • wielkie ofensywne działanie przeciwko Berlinowi czy 

kontrofensywne przeciwko wojskom nieprzyjacielskim wdzie­

rającym się z Pomorza Zachodniego bądź ze Śląska w kierunku 

na Warszawę. 

Ofensywne działanie na Berlin mogło być jedynie przed­

miotem teoretycznych rozważań strategiczno-operacyjnych. 

Polska bowiem ani napadać na nikogo nie chciała, potrzebując 

nade wszystko spokoju dla regeneracji sił odrodzonego po 

zaborach państwa, ani nie mogła, zważywszy jej wątły 

w porównaniu z potężnymi Niemcami potencjał ekonomiczny 

i militarny. Jak się później okaże, zabraknie jej nawet sił do 

działań kontrofensywnych niezbędnych do obrony napad­

niętego kraju. 

Zachowując postawę bierną w Wielkopolsce, dano by 

napastnikowi sposobność do uderzeń skrzydłowych, wymie­

rzonych w głębokie tyły jej obszaru. Mierząc z Pomorza 

i Śląska na Warszawę, przeciąłby on wszystkie żywotne 

arterie łączące Wielkopolskę z centrum kraju i pozbawił ją 

wszelkiej siły w toczącej się wojnie. 

Jednakże mimo ważkich racji wojskowych przemawiających 

przeciw obronie Wielkopolski, także ze względu na brak 

poważniejszych przeszkód naturalnych, stanęły tam wzdłuż 

granicy z Niemcami cztery dywizje piechoty i dwie brygady 

kawalerii. 

O obronie Wielkopolski zadecydowały przede wszystkim 

względy polityczne i ekonomiczne. Te pierwsze kazały tu trwać, 

by 

nie stworzyć najmniejszego nawet pozoru, że wobec 

bezczelności niemieckich żądań rewindykacyjnych Polska za­

mierza ustąpić. Ponadto Wielkopolska była wielkim zapleczem 

żywnościowym, a także źródłem rezerw ludzkich. Wielkopolanie 

cieszyli się sławą doskonałych i bitnych żołnierzy. 

background image

30 

Jak napisał jeden z wybitnych żołnierzy tej armii, gen. bryg. 

Roman Abraham: „Miejscowe społeczeństwo pracowite, spo­

kojne, nieskłonne do entuzjazmu, raczej zamknięte w sobie, 

twarde — od pokoleń zachowało głęboko w duszy nienawiść 

do odwiecznego wroga — Prusaka, pomne krzywd ojców 

i własnych"'. 

Ziemi tej trzeba było więc bronić, jak długo tylko będzie 

to możliwe. 

Na przedpolach armii „Poznań" wywiad polski nie stwierdził 

koncentracji poważniejszych sił nieprzyjacielskich. Były tam 

głównie oddziały Grenzschutzu

2

, niezdolne do podjęcia więk­

szej akcji zaczepnej. Nie należało więc oczekiwać ataku 

wymierzonego wprost w Wielkopolskę. Konieczna była jednak 

osłona kierunku wiodącego z Frankfurtu do Poznania, by 

zapobiec zaskoczeniu stolicy Wielkopolski i rozpoznać siły 

i zamiary nieprzyjaciela. 

Armia „Poznań" stanąć miała na pozycjach obronnych 

między armią „Pomorze" na północy i armią „Łódź" na 

południu, a do głównych zadań, jakie marszałek powierzył 

gen. Kutrzebie w ramach obrony Wielkopolski, należało 

zatrzymanie niemieckiego natarcia, którego oczekiwano spod 

Frankfurtu n. Odrą w kierunku Poznania. i 

Armia osłaniać też miała aktywnie skrzydła pozycji obron­

nych sąsiednich armii, które spodziewały się ciężkich zmagań 

z nieprzyjacielem przede wszystkim nad środkową Wartą 

i Widawką, a także na Pomorzu. 

Spośród czterech dywizji piechoty i dwóch brygad kawalerii, 

które weszły w skład armii, trzy dywizje piechoty i jedna 

brygada kawalerii bronić miały pierwszej pozycji obronnej, 

zwanej osłonową, biegnącej od Nakła przez Kcynę, Wąg­

rowiec, Oborniki, Poznań, Śrem, Krotoszyn do Ostrowa 

Wielkopolskiego. 

' R.  A b r a h a m , Wspomnienia wojenne znad Warty i Bzury, Warszawa 

1969, s. 20. 

2

 Straż Graniczna. 

31 

Z tyłu, na południe od Gniezna miała być skoncentrowana 

niecnota w sile niepełnej dywizji oraz brygada kawalerii. 

Wypełniwszy zadania na pierwszej pozycji obronnej, 

armia poznańska prowadząc walki opóźniające wycofać się 

miała na główną linię obrony, opartą z jednej strony o Byd­

goszcz, skąd biegła ku południowi wzdłuż jezior żnińskich 

i jeziora Gopło, a z drugiej strony o rzekę Wartę w rejonie 

Uniejowa. 

Tak zorganizowaną obronę armii Naczelny Wódz zamierzał 

wzmocnić swoimi odwodami. Był to tzw. odwód NW „Kutno" 

złożony z dwóch dywizji piechoty, które skoncentrowane na 

obszarze między Kutnem, Płockiem i Włocławkiem mogły 

również wspierać, zależnie od rozwoju sytuacji, armię „Pomo­

rze" oraz armię „Modlin", z którą nad Drwęcą ta pierwsza 

sąsiadowała. W przypadku jeszcze innego rozwoju wydarzeń 

na froncie, dywizje odwodowe Naczelnego Wodza mogły 

interweniować na południowym skrzydle armii „Poznań", 

szczególnie w okolicznościach podyktowanych koniecznością 

udziału sił poznańskich w bitwie armii „Łódź" nad Wartą. 

Koncentracja armii realizowana w ramach ogólnego planu 

mobilizacji polskich sił zbrojnych odbywała się w miarę 

wprowadzania poszczególnych faz mobilizacji alarmowej 

zakończonej mobilizacją powszechną. Uzależnione to zaś 

było od skali napięcia politycznego z jednej strony, z drugiej 

zaś wzrastającego zagrożenia militarnego przez postępującą 

koncentrację Wehrmachtu. 

Pierwszego przesunięcia wojsk na obszar operacyjny armii 

„Poznań" dokonano już w marcu 1939 roku po częściowej 

mobilizacji alarmowej. Przybyła wtedy część oddziałów 

26 dywizji piechoty, 37 pułk piechoty, który podjął zadania 

osłony w rejonie Wągrowca. W lipcu skoncentrowała się tutaj 

cała dywizja. 

Podolska Brygada Kawalerii, zmobilizowana w ostatnich 

dniach sierpnia, wyładowywała się z transportów kolejowych 

już pod bombami Luftwaffe. 

background image

32 

Pozostałe wielkie jednostki i oddziały armii 14, 17, 25 

dywizje piechoty, Wielkopolska Brygada Kawalerii, brygady 

Obrony Narodowej: Poznańska i Kaliska, 7 pułk artylerii 

ciężkiej, 3 pułk lotniczy oraz dywizjon pociągów pancernych, 

stacjonujące w garnizonach pokojowych na terenie Wielko­

polski, były na miejscu i po zmobilizowaniu podjęły zadania 

fortyfikowania oraz osłony pozycji obronnych. 

Główną kwaterę armii przygotowano w Gnieźnie, dokąd 

gen. Kutrzeba przybył z Warszawy wraz z oficerami dowódz-1 

twa i sztabu dopiero w nocy z 28 na 29 sierpnia, a więc tuż i 

przed agresją. 

Poczynając od pierwszego dnia marcowej mobilizacji alar-1 

mowej, w garnizonach Wielkopolski trwał permanentny stan 
gotowości bojowej oddziałów. Na przemian to czuwając na j 
stanowiskach osłony, to szkoląc się bądź fortyfikując pozycje 
obronne, mogły one w każdej chwili podjąć walkę z nie-1 
przyjacielem. 

W osłonie mobilizacji i koncentracji armii stanęły: na 

północy w rejonie Wągrowca — 26 dywizja piechoty pod 

dowództwem płk. Adama Brzechwy-Ajdukiewicza; główny 

ośrodek polityczno-administracyjny — Poznań osłaniała 

14 dywizja piechoty dowodzona przez gen. Franciszka Włada; 

Wielkopolska Brygada Kawalerii gen. Romana Abrahama 

— na przedpolu środkowej Warty, głównie między Śmiglem, | 

Lesznem a Rawiczem; 25 dywizja piechoty pod dowództwem 

gen. Franciszka Altera — na przedpolu Prosny między 

Krotoszynem, Ostrowem Wlkp. i Kaliszem. 

Budowę fortyfikacji polowych podjęto już na przełomie! 

marca i kwietnia, najpierw jednak w skali ograniczonej brakiem I 

planu fortyfikacyjnego naczelnego dowództwa z jednej strony, i 

z drugiej zaś koniecznością oszczędzania zasiewów rolnych. I 

W czerwcu nadeszły rozkazy i założenia planu budowy I 

33 

mocnień, a wkrótce potem polecenia zintensyfikowania prac 

ziemno-fortyfikacyjnych w rejonie Żnina, Koła, Wągrowca, 

Poznania i Kalisza. 

Wojskowe przygotowania obronne i rosnące z dnia na dzień 

napięcie polityczne w stosunkach polsko-niemieckich akty­

wizowały całe społeczeństwo regionu wielkopolskiego, kon­

solidujące się coraz mocniej w działaniu obronnym przeciwko 

destrukcyjnej działalności niemieckiej mniejszości. 

Dowody antypolskiej, wręcz wrogiej postawy ujawniły się 

nie tylko w manifestacyjnej negacji rzeczywistości polskiej. 

Mnożyły się także ucieczki młodych obywateli polskich 

narodowości niemieckiej do Rzeszy, gdzie wcielani byli do 

Wehrmachtu. Członkowie jawnie działających i tajnych or­

ganizacji niemieckich znaleźli się bądź bezpośrednio w szere­

gach V kolumny, osławionej hitlerowskiej forpoczty dywer-

syjno-szpiegowskiej, bądź wspierali ją współdziałając lub 

popierając wrogą Polsce działalność. 

„...W okresie narastającego zagrożenia niemieckiego — przy­

pominają Piotr Bauer i Bogusław Polak — całe społeczeństwo 

polskie związało się uczuciem i działaniem z wojskiem. 

Wielkopolanie nie ulegli zbytnio nastrojom krańcowego 

optymizmu. Niewątpliwy wpływ na to miało wzmożenie 

antypolskiej działalności V kolumny w Polsce. Właśnie w Wiel­

kopolsce V kolumna wyróżniała się aktywnością i rozmachem 

organizacyjnym. Miejscowi Niemcy prowadzili działalność 

szpiegowską i dywersyjną, opracowywali wykazy działaczy 

polskich, m.in. byłych powstańców wielkopolskich, działaczy 

gospodarczych, społecznych, ludzi kultury..."

3

Odpowiedź społeczeństwa wielkopolskiego była jedno­

znacznie zdecydowana, ale rozważna. Taka właśnie postawa 

okazała się skuteczną zaporą dla wielu antypolskich akcji 

wyróżniających się niezwykłą perfidią działania i dużą 

szkodliwością skutków. W walce z tą iście szczurzą inwazją 

P-  B a u e r i B. Polak, 55 Poznański Pułk Piechoty w obronie Ojczyzny 

,93

9 r.,

 Leszno 1980, s. 59. 

3

 — Bzura 1939  _ . , ,. . • . 

Biblioteka 

U M C S 

^ ^ ^ ^ ^  L u b l i n 

background image

34 

udział młodzieży, głównie harcerskiej i szkół średnich, jak 

zawsze w dziejach naszych bywało najmocniej czującej 

niebezpieczeństwo grożące ojczyźnie, był największy i bardzo 

skuteczny. 

Jedna po drugiej wpadały w ręce władz ukryte przemyślnie 

szpiegowskie radiostacje, przesyłające informacje dotyczące 

polskiej obronności. Dla wielu przyczajonych, czekających na 

sygnał do otwartego wystąpienia dywersantów, zabrakło broni 

ukrytej w tajnych magazynach. Zabrakło materiałów wybu­

chowych, które miały służyć niemieckiej propagandzie aktami 

terroru i prowokacji. 

„...dzięki pomocy społeczeństwa — przypominają kronika­

rze — policja odkryła cały arsenał broni w Dorzeczkowie, 

pow. leszczyński, w majątku Niemca, barona Horsta von 

Leesena. W Waszkowie w pow. rawickim za przemyt (broni, 

dywersantów, materiałów propagandowych — T. J.) aresz­

towani zostali Richard Hohn i Eryk Helmiński. Punkt prze­

rzutowy znajdował się u działaczy JDP w Poniecu, Stibbena 

i Benischema..."

4

Wciąż nowe dowody o rozszerzającym się zakresie i meto­

dach działania V kolumny, ujawniające jednoznaczne intencje 

przygotowywanej przez sąsiada agresji, tylko wzmacniały 

determinację Wielkopolan, gotowych poświęcić obronie oj­

czyzny wszystko, co mają. 

Akcja zbierania środków finansowych w ramach inicjowanych 

przez państwo pożyczek i funduszy (POP — Pożyczka Obrony 

Przeciwlotniczej, FON — Fundusz Obrony Narodowej, FOM 

— Fundusz Obrony Morskiej) na cele służące obronności 

państwa zakończyła się zebraniem olbrzymiej na owe czasy 

sumy ponad 30 milionów złotych. 

Wielką popularnością cieszyły się organizacje paramilitarne 

samoobrony i samopomocy społecznej, min. Obrony Przeciw­

lotniczej (OPL), Polskiego Czerwonego Krzyża (PCK), Przy­

sposobienia Wojskowego (PW), Wojskowej Służby Kobiet 

4

 Tamże, s. 61. 

35 

fWSK), Polskiego Związku Zachodniego (PZZ), Pogotowia 

Zbrojnego Wsi (PZW), Federacji Polskich Związków Obroń­

ców Ojczyzny (FPZOO) i innych. 

Społeczna Sieć Informacji (SSI) przewidująca ochotniczy 

zaciąg obywateli do wykonywania zadań o szczególnym 

znaczeniu na tyłach wojsk nieprzyjaciela, gdy przekroczą 

granicę naszego państwa, miała zgodnie z założeniami Od­

działu II Sztabu Głównego WP informować dowództwo polskie 

i prowadzić działania dywersyjne. 

23 sierpnia 1939 roku, po specjalnym rozkazie gen. Kutrze­

by, zaczęła organizować się SSI. Kilkuosobowe, złożone 

z najdzielniejszych ludzi regionu, dobrze uzbrojone i wyposa­

żone w materiały wybuchowe grupy wywiadowczo-dywersyjne 

czekały na sygnał do działania. 

Tymczasem mijały ostatnie, pełne dramatycznego napięcia 

dni sierpnia 1939 roku. Pod powierzchnią pozornej codzien­

ności przyczaiły się niepokój i groza. 

W Wielkopolsce, tak jak w całym kraju, ludność przystąpiła 

spontanicznie do kopania rowów przeciwlotniczych i okopów 

pozycji obronnych, budowania przeszkód przeciw piechocie 

nieprzyjaciela i czołgom. Jak się okazało, był już po 

temu najwyższy czas, chociaż nikt wtedy jeszcze nie wiedział, 

że to ostatni tydzień pokoju. Sypano te polskie szańce 

szybko, bez oddechu, w nerwowym oczekiwaniu nieznanego, 

a groźnego jutra. 

W Poznaniu wykopano 25 km rowów przeciwlotniczych, 

w Lesznie 6 km, a w Inowrocławiu 14 itd. Lista ludzi 

ofiarujących dobrowolnie swoją pracę wojnie była długa. 

Chłopskie pola straciły barwę pejzażu wsi polskiej, po­

strzępione rudymi zygzakami okopów. Miasta z oknami 

w

 bandażach z papierowych pasków, z otwartą raną po­

dziurawionych schronami parków i placów, przybierały szarość 

architektury wojny. 

W pierwszych dniach sierpnia wprowadzono ostre dyżury 

służb garnizonowych. 24 sierpnia mobilizacja alarmowa 

background image

36 

zaczęła gromadzić w koszarach jednostek wielkopolskich 

powołanych pod broń rezerwistów. Mobilizacja powszechna 

obwołana kilka dni później zastała armię prawie całkowicie 

zmobilizowaną i gotową do działań. 

29 i 30 sierpnia nadeszły do dowództwa dalsze alarmujące 

rozkazy. Dywizje i pułki armii poznańskiej stanąć miały 

w uszykowaniu obronnym gotowe do „przyjęcia" nieprzyja­

ciela oraz zachować stan najwyższej czujności. 

Pułki 10 i 37 z 26 dywizji piechoty rozwinęły się w pierw­

szej linii dla obrony Gołańczy i jezior wągrowskich, wspierane 

na północy przez batalion 18 pułku. Dowództwo dywizji 

rozlokowane w Wapnie Nowym trzymało w odwodzie 18 pułk 

piechoty i batalion ON „Żnin" ubezpieczający pozycję 

główną dywizji. 

W pierwszym rzucie osłony 14 dywizji piechoty na zachod­

nim przedpolu Poznania rozwinęła swoje bataliony Poznańska 

Brygada ON. Na drugiej linii 57 pułk piechoty obsadził 

przedmoście Poznania, a na południe od przedmościa zajęła 

stanowiska kawaleria dywizyjna. 7 pułk strzelców konnych 

z Wielkopolskiej Brygady Kawalerii stanął w obronie Warty 

między Obornikami a Poznaniem. Kawaleria dywizyjna 

w Swarzędzu, w rejonie rozmieszczenia kwatery głównej 

dywizji z 58 pułkiem piechoty w odwodzie w rejonie Muro­

wanej Gośliny. 

Oddziały wydzielone Wielkopolskiej Brygady Kawalerii 

„Czempiń", „Leszno" i „Rawicz" złożone z oddziałów 

17 pułku ułanów i 55 pułku piechoty (14 DP) wysunęły się na 

dalekie przedpole Warty, w bezpośredniej zaś obronie rzeki 

pozycję osłony objęły bataliony ON „Rawicz", „Kościan", 

„Leszno" i „Jarocin" oraz batalion z 68 pułku 17 dywizji 

piechoty. Dowództwo brygady znajdowało się w Śremie, a dwa 

zgrupowania odwodowe — dowództwo 55 pułku piechoty 

i jeden batalion oraz 15 pułk ułanów pod Zaniemyślem. 

Z 25 dywizji piechoty dwa pułki w pierwszej linii na 

przedpolach rzeki Prosny, 56 w rejonie Krotoszyna i 60 

37 

w

 rejonie Ostrowa. W drugiej linii nad Prosną, na pozycji 

osłonowej, 70 pułk z 17 dywizji przydzielony w rejon 

Stawiszyna i 29 pułk w rejonie Kalisza, gdzie rozlokowała się 

również kwatera główna dywizji. 

W odwodzie armii zostały dwie wielkie jednostki: 17 dy­

wizja piechoty płk. Mieczysława Mozdyniewicza we Wrześni 

i Gnieźnie i tamże jej kwatera główna oraz Podolska Brygada 

Kawalerii płk. Leona Strzeleckiego, która wyładowywała 

swoje ostatnie oddziały z transportów kolejowych i koncen­

trowała się w pobliżu Nekli. 

background image

WOJNA 

Wojna przyszła nagle, o świcie padły pierwsze strzały, 

chaotyczne i nerwowe. 

W strażnicach podniesiono alarm, rozdzwoniły się telefony. 

— Wróg przekroczył granicę. 

Do dowódców i sztabów oddziałów broniących Wielkopolski' 

zaczęły napływać meldunki o wtargnięciu nieprzyjaciela. 

Spróbujmy odnaleźć w relacjach uczestników wydarzeń choćby 

cząstkę dramatycznej chwili pierwszego spotkania z wojną: 

„...Gęsta mgła zasłaniała nam widoczność — wspominaj 

plut. Józef Depa — aż tu nagle nad naszymi głowami, na 

wysokości około 100 m przeleciał samolot z odznakami 

czarnego krzyża i swastyki. Pod osłoną gęstej mgły nie­

przyjaciel mógł sobie pozwolić na tak śmiały wyczyn. Samolot 

znikł tak szybko, że nie zdołano do niego otworzyć ognia. Był 

to widoczny znak, że wróg przekroczył naszą granicę..." 

Gen. Abraham otrzymał pierwsze meldunki kilkanaście 

minut po wkroczeniu Niemców na teren Wielkopolski. „...Od­

działy wydzielone «Leszno» i «Rawicz» zameldowały, że 

Niemcy przekroczyli granicę i ostrzeliwują ogniem artyleryj­

skim miasto i dworzec kolejowy w Lesznie. Prawie równo­

cześnie zgłosiły się telefonicznie urzędy pocztowe z Bojanowa, 

Ponieca i innych miejscowości nadgranicznych, informując 

39 

wkroczeniu Niemców. Nasze dzielne telefonistki do ostatniej 

hwili przekazywały wiadomości, nawet wtedy, gdy Niemcy 

zajęli już miejscowości..." 

Połączyłem się z majorem Kalwasem. Przy telefonie 

odezwał się zaspany głos podoficera służbowego. «Obudzić 

majora i zameldować, że Niemcy przekroczyli naszą granicę. 

Pułk ma wykonywać zadanie». «Nie rozumiem» (odpowiedź 

podoficera). Straszna wieść, której spodziewaliśmy się przez 

tyle tygodni, z trudem torowała sobie drogę do świadomości 

zmęczonego żołnierza. Powtórzyłem rozkaz jeszcze raz, a gdy 

to nie podziałało, krzyknąłem zniecierpliwiony: «Wojna 

rozumiecie*. «Tak jest, panie rotmistrzu, rozumiem, 

wojna»". 

Cały kraj pogrążał się szybko w tej nie chcianej, narzuconej 

nam rzeczywistości. 

O godzinie 5.30 oficer służbowy Sztabu Naczelnego Wodza 

otrzymał meldunek, że Niemcy zbombardowali Tczew i prze­

kroczyli granicę na Pomorzu. 

W 15 minut później oficer operacyjny sztabu armii „Kra­

ków" meldował: 

— Niemcy atakują Jabłonkę, a piechota z czołgami naciera 

na Krzepice i Częstochowę. Jabłonka Orawska pali się od 

ognia nieprzyjacielskiej artylerii. 

Podnieconym ze zdenerwowania głosem informował, że 

w tej właśnie chwili samoloty niemieckie są nad Krakowem. 

Nasza artyleria przeciwlotnicza otworzyła ogień. Wątpliwości 

nie było. To wojna. 

— Ogłaszam alarm Sztabu Naczelnego Wodza. 

Na całym rozległym froncie polskiej obrony rozgorzała 

bitwa. Wzięło w niej udział z obu stron około 3 milionów 

żołnierzy, ponad 3 tysiące czołgów, 2,5 tysiąca samolotów 

bojowych, nie licząc innej broni i technicznych środków 

walki. Jednakże olbrzymia przewaga, gdy idzie o środki 

techniczne, należała do Niemców. Mimo to wszędzie spotkali 

background image

40 

się z twardym oporem. Wehrmacht był zresztą przygotowany! 

na taką postawę Wojska Polskiego. W wojskowo-geograficznyrJ 

opisie obszaru Polski, który został opracowany przez SztaH 

Wojsk Lądowych Wehrmachtu na potrzeby inwazji na nasą 

kraj w 1939 r., znalazł się taki oto zapis: „...Polacy: charakter: 

sangwiniczni, z temperamentem, bardzo gościnni, ale nader 

lekkomyślni i niestali. Pod dobrym dowódcą Polak jest dzielnym 

żołnierzem. Jest brawurowy, nie wymagający, chętny, twardy 

i wytrzymały w marszu, lepszy w natarciu niż w obronie..." 

Ostatnie zdanie wymaga korekty. Żołnierz polski był równie 

dobry w obronie, jak w natarciu. Napastnicy mieli się o tym 

przekonać w licznych bojach i bitwach o Polskę. 

W Sztabie Naczelnego Wodza z uwagą śledzono rozwóji 

sytuacji na froncie. Generał Stachiewicz był dobrej myśli: 

„...Pod koniec pierwszego dnia wojny sytuacja pomimo 

ciężkich walk granicznych nie przedstawiała się źle. Pozycje 

były na ogół utrzymane i tylko na Pomorzu sytuacja wysunię­

tych jednostek była niejasna... 

2 września, około południa, Sztab Naczelnego Wodza] 

otrzymał alarmujący meldunek rozpoznania lotniczego, że: 

...Nieprzyjacielska wielka jednostka pancerna przerwała 

się w rejonie na północ od Częstochowy..., skąd wiodła 

droga przez Radomsko i Piotrków Trybunalski ku stolicy 

naszego kraju. 

Miasto funkcjonuje bez większych zakłóceń. Sklepy, kina 

i teatry otwarte..." 

Ambasador Stanów Zjednoczonych był częstym gościem 

restauracji Hotelu Europejskiego. Tego dnia obiadował z ro­
dziną w ogródku tego lokalu: 

„...Moja rodzina, ja, a także inni goście obserwowaliśmy 

nalot. Nikt nie okazywał nic ponad spokojne zainteresowanie 

i oprócz rzucania od czasu do czasu spojrzeń w górę, by 

zobaczyć postęp operacji powietrznych, kelnerzy obsługiwali 

kolejne stoliki, jakby nalot był zwykłym zdarzeniem..." 

41 

Polska myśliwska brygada lotnicza skutecznie parowała 

raki Luftwaffe na Warszawę. Szef francuskiej misji lotniczej 

ratulował bohaterstwa i wspaniałych rezultatów walki pol-

kich myśliwców z nieprzyjacielem. Generał Stachiewicz 

gratulacje przyjął, a dziękując dodał, że: 

.Mimo tych rezultatów lotnictwo nasze topnieje w gwał­

towny sposób i wobec olbrzymiej przewagi lotnictwa nie­

przyjacielskiego będzie się musiało w ogóle skończyć w naj­

bliższym czasie, jeżeli nie zostanie natychmiast odciążone 

intensywną akcją lotnictw sprzymierzonych... Niestety, mu­

sieliśmy czekać..." 

W trzecim dniu wojny rozwój sytuacji zaczął budzić 

uzasadniony niepokój marszałka Śmigłego. Po południu mel­

dowano o marszu niemieckiej kolumny pancernej na Radom­

sko. Do akcji na tę kolumnę rzucono lotnictwo bombowe. 

Spowolniono jej marsz, ale go nie zdezorganizowano. 

Tymczasem miasto przeżywało stan radosnego podniecenia. 

Warszawiacy manifestowali na rzecz Wielkiej Brytanii i Fran­

cji, które wreszcie wypowiedziały wojnę Niemcom. Nie znali 

jeszcze złych wieści z frontu, które nadchodziły do Sztabu 

Naczelnego Wodza. 

Wieczorem wiedziano już, że czołgi korpusu pancernego 

generała Hoepnera ruszyły na Piotrków. W przodzie szła 

1 dywizja pancerna. 4 pancerna zaś pozostała w tyle, nie bez 

powodu zresztą, bo dzięki doskonałej postawie naszej Wołyń­

skiej Brygady Kawalerii, która przez dwa dni w boju pod 

Moskwą i Ostrowaniu dawała generałowi Reinhardtowi lekcje 

obrony kawalerii przed zakutą w stal dywizją. I zanim korpus 

Hoepnera wysforował się na dalekie przedpola Warszawy 

zostawił za sobą dziesiątki pogruchotanych wozów pancernych 

1

 setki zabitych i rannych grenadierów. 

Niestety, wieści z frontu nie dawały nadziei na poprawę 

sytuacji. Przeciwnie, zaczęły się katastrofy. Ciągła linia frontu 

porozrywana, a odwody Naczelnego Wodza dopiero się 

koncentrowały. 

background image

42 

1 września Wielkopolskę zaatakowało lotnictwo nieprzyjacie­

la. Luftwaffe bombardowała przede wszystkim Poznań, Gniezno 

i Wrześnię. Jednakże po tym silnym uderzeniu lotnictwa natarcie 

głównych sił armii lądowej nie nastąpiło. Słabe oddziały 

jednostek Landwehry' i Grenzschutzu, osłaniające prawie 

300-kilometrową lukę między zgrupowaniami zaczepnymi Grup 

Armii „Północ" i „Południe", wykonały tylko, jak w dowództwie 

polskiej armii oceniono słusznie, natarcia pozorujące. Nieprzyja­

ciel podjął je na długim odcinku atakując Odolanów, Krotoszyn, 

Rawicz, Bojanowo, Rydzynę, Zbąszyń, Wolsztyn, Międzychód, 

Wysoką i Łobżenicę, ale bez powodzenia. Został zmuszony do 

wycofania się za granicę lub wstrzymania akcji zaczepnej. 

Do poważniejszych starć doszło jedynie pod Krotoszynem, 

w Rawiczu i Lesznie. 

Na Krotoszyn ruszył 183 pułk Landwehry. Przekroczył on 

naszą granicę w okolicach Zdun i Sulmierzyc i zaatakował 

broniące obu tych miejscowości oddziały Straży Granicznej 

i Obrony Narodowej. W tym pierwszym starciu Niemcy 

wzięli górę, głównie artyleria, którą dysponowali, a której 

Polacy mogli przeciwstawić tylko broń piechoty. Obie miej­

scowości padły więc po krótkiej walce i dopiero pod Kroto­

szynem spotkali się z siłami równymi ich sile. Dostępu do 

miasta bronił I batalion 56 pułku piechoty. Niemcy atakowali 

obronę polską przez cały dzień, ale nie postąpili ani kroku. 

Gdy w odsiecz naszym piechurom przybył na pole walki 

pociąg pancerny nr 12, nieprzyjaciel nie czując za sobą 

przewagi własnej artylerii, dał za wygraną. 

Pod wieczór dowódca niemieckiego pułku wydał rozkaz 

przerwania walki i wycofał swoje wykrwawione oddziały 

ku granicy. 

Walki o Rawicz poprzedziły wypady nieprzyjacielskich 

oddziałów, które już o 2.00 po północy opanowały po krótkiej 

walce przez zaskoczenie przedpole miasta. Dopiero trz 

godziny później od strony Zagłębia (Koenigsdorf) Nieme 

1

 Jednostki złożone z rezerwistów starszych roczników. 

43 

podjęli słabe natarcie w sile nie większej niż kompania i to 

bez wsparcia artylerii. Nie kwapili się więc do ataku, gdy nad 

rzeką Masłówką natknęli się na polskie ubezpieczenie. Była 

to tylko drużyna strzelecka, liczebnie dziewięciokrotnie słab­

sza, pod dowództwem por. Juliana Biedowańca. Załoga 

opuściła jednak miasto, do którego po kilku godzinach 

wkroczyli Niemcy. Okazało się bowiem, że na północ od 

Rawicza, pod Bojanowem, rozwój wydarzeń był dla nas mniej 

pomyślny. Nieprzyjaciel uderzył tu większymi siłami i zdołał 

wyprzeć nasze oddziały z Bojanowa i Kaczkowa, poważnie 

przez to zagrażając oskrzydleniem Rawicza. 

Wkrótce jednak odebrano napastnikom Bojanowo i Kacz-

kowo śmiałymi kontratakami naszych piechurów prowadzo­

nych przez poruczników Henryka Krystka i Kazimierza 

Kubickiego. Walki o Bojanowo nie przyjęli, ale w Kaczkowie 

stawili twardy opór, złamany dopiero w zaciętym starciu i po 

całkowitym rozbiciu kompanii Grenzschutzu. Wzięto broń 

i kilkunastu jeńców do niewoli. Polegli w tej walce strzelcy 

polscy, Stanisław Szulc, Jan Jurdeczka i Franciszek Barteczka, 

spoczęli na ponieckim cmentarzu. Kilku innych odniosło rany. 

Teraz, uwolniwszy się od groźby niemieckich ataków 

z flanki, można było sięgnąć po Rawicz. 

Tymczasem w mieście miejscowi Niemcy rozpanoszyli się 

na dobre. Już samozwańczy burmistrz uzurpował sobie władzę. 

Już pyszniła się zatknięta na ratuszu flaga ze złowrogą 

swastyką, a wykarmieni na białym polskim chlebie tzw. 

obywatele polscy pochodzenia niemieckiego wypełnili ulice 

butnym szwargotem... 

2 września rano III batalion 55 pułku piechoty uderzył na 

miasto. Ppłk Jabłoński otrzymał rozkaz odebrania Rawicza. 

Walki uliczne trwały krótko, ale były niezwykle gwałtowne. 

Nieprzyjaciel wyrzucony z Rawicza cofał się, nie stawiając 

oporu, poza granice naszego kraju. Niefortunny burmistrz 

został aresztowany i do czasu trwania armii „Poznań" w Wiel­

kopolsce rozmyślał w miejscowym areszcie garnizonowym 

background image

44 

nad zmiennością losów niemieckiego urzędnika magistrac­

kiego. Ucichł szybko, jak się pojawił, krzykliwy szwargot. 

Niezwykłej ceremonii zdejmowania z ratusza obcej flagi 

towarzyszyły złe spojrzenia wielbicieli herrenvolku. Jeszcze 

nie święcili zwycięstwa. 

Rozpoczęła się niemiecka ruchawka w Lesznie. Wzniecano 

ją przy pomocy licznego oddziału dywersyjnego, który korzy­

stając z pomocy niemieckich kolonistów już po północy 

przeszedł granicę i zaczaił się w okolicy wsi Nowe Długie. 

Rano wraz z oddziałami Grenzschutzu przystąpił do akcji, 

siejąc wśród ludności polskiej terror i strach. 

W dowództwie garnizonu w Lesznie meldowano o nie­

mieckich wypadach na polskie placówki Straży Granicznej 

w Henrykowie, Starych i Nowych Długich, w Tamowej 

Łące i Jabłonnie. Z garnizonu wyszły natychmiast oddziały 

z odsieczą. 

Napastnicy jakby na to tylko czekali, licząc na wy­

ciągnięcie z Leszna załogi. Zaraz potem spadły na miasto 

pociski artylerii. Jak na sygnał w różnych punktach miasta 

rozszalała się strzelanina. Dywersja, zwana V kolumną, 

wystąpiła otwarcie. 

W garnizonie pozostało jednak jeszcze dość sił, aby ruchawkę 

stłumić. W decydującej chwili walk ulicznych wszedł do akcji 

szwadron polskich czołgów rozpoznawczych TKS pod dowódz­

twem por. Wacława Chłopika. W Lesznie zapanował spokój. 

Z podobnym skutkiem rozwijały się wydarzenia na reszcie 

frontu armii, w rejonach obronnych 14 i 26 dywizji piechoty. 

Nieprzyjaciel wypróbowywał siłę naszych pozycji wypadami, 

gdzieniegdzie tylko podejmując silniejsze, zorganizowane 

natarcia. Aktywnie wystąpiły zaś grupy dywersantów, wspie­

rane terrorystycznymi nalotami Luftwaffe na większe skupiska 

miejskie, węzły komunikacyjne, lotniska polowe i Gniezno 

— siedzibę kwatery głównej armii „Poznań". 

Chociaż nieprzyjaciel nie miał powodzenia w otwartej 

walce, to skutki dywersji okazały się dotkliwe. Paniczna 

45 

ewakuacja ludności cywilnej, uciekającej przed okrucieństwem 

dywersantów i zachęconych ich brutalną akcją wszystkich, 

bez mała, miejscowych Niemców, zablokowała drogi, ograni­

czając ruchy oddziałów wojskowych. 

W samym Gnieźnie — przypomina Piotr Bauer „...dawały 

s

ię już odczuć pierwsze oznaki chaosu. Drobiazgowo opra­

cowany plan ewakuacyjny zaczął się rwać. Sytuację utrudniali 

ciągle napływający uchodźcy, paraliżując ruchy wojsk i ewa­

kuację. 

Dodatkowym problemem dla sztabu płk. dypl. Mozdynie-

wicza stały się napływające z terenu meldunki o akcjach 

sabotażowych mniejszości niemieckiej. Na terenie całego pasa 

działania 17 dywizji piechoty, chociaż z mniejszym natężeniem 

aniżeli w powiatach nadgranicznych, stwierdzono niszczenie 

przez dywersantów linii telefonicznych, obiektów wojskowych, 

a nawet wypadki ostrzeliwania oddziałów wojskowych"

2

Na terenie Wielkopolski nieprzyjaciel nie podejmował więc 

akcji zaczepnej na większą skalę. Do czego zatem zmierzał, 

jakie ukrywał zamiary na przyszłość? 

1 września gen. Kutrzeba nie miał jeszcze pełnego obrazu 

motywów operacyjnych przeciwnika i w wieczornym meldun­

ku do Sztabu Naczelnego Wodza informował: „Nieprzyjaciel 

działał na skrzydłach armii. Na reszcie frontu zachowywał się 

na ogół biernie. Przypuszczam, że są to działania wstępne; 

liczę się z dalszym działaniem na skrzydła, przy czym 

spodziewam się wprowadzenia nowych sił..."

3

Możliwie najszybsze odkrycie zamiarów nieprzyjaciela miało 

kluczowe znaczenie dla biegu operacji obronnej nie tylko zresztą 

na obszarze działania armii „Poznań". 6 wielkich jednostek tej 

armii i oddziały wzmacniające ją liczyły około 100 tys. ludzi, 

karnych i znanych z bitności żołnierzy Wielkopolski. Jeżeli 

°-  B a u e r , Szlak bojowy 69 pułku piechoty, w: Gniezno i Ziemia 

Gnieźnieńska,

 Gniezno 1978, s. 288-288. 

Kampania wrześniowa 1939 r.,

 w: Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie 

światowej,

 t. I,

 C

z. 2, Londyn 1954, s. 141. 

background image

46 

Niemcy nie w bitwie o ten region Polski szukali rozstrzygnięci^ 

to tę siłę można byłoby rzucić gdzie indziej, np. na środkowy 

odcinek frontu, decydujący o obronie przedpola naszej stolico 

i środkowej Wisły. 

Sprowokować nieprzyjaciela... 

Posłużyła temu zamiarowi samorzutna inicjatywa gen. 

Abrahama, który nie chciał gasić zapału swoich żołnierzy, 

rozpędzonych w pościgu za wrogiem. 

Dowódca armii „Poznań" zamysł gen. Abrahama o prze. 

prowadzeniu wypadu na stronę niemiecką zaakceptował bez 

słowa sprzeciwu. Jeżeli bowiem przeciwnik ze zrozumiałych 

względów wzbraniał się przed przedwczesnym odkryciem 

kart, to trzeba było to na nim wymóc. 

Gen. Abraham często wspominał te pierwsze udane dni 

wojny, jakby szukając żołnierskiego zadośćuczynienia za tę 

późniejszą straszną klęskę i bezsilność. 

Miał świetną kadrę podoficerską i dobrze wyszkolonych] 

żołnierzy, którzy przeszli chrzest bojowy podczas tłumienia 

dywersji w Lesznie. Por. Chłopik zameldował, że rozpoznał 

teren i wytyczył kierunek pierwszego skoku. 

Czasami generał przerywał opowiadanie i zbierał myśli, pd 

chwili zadumy wracał do opowiadania. 

Opowiadając, ożywiał się. Z oczu uciekało zmęczenie, 

a w kącikach ust pojawiał się leciutki uśmiech. Jego twarz 

przypominała wtedy interesujący męski profil ze stojącej na 

biurku fotografii. 

„...Przed szwadronem znajdują się wysunięte placówki] 

I batalionu 55 pułku piechoty; dalej widać już wsie za granicą.! 

...Na przedpolu nie ma pozycji niemieckich. Strzały padają 

z samych miejscowości, spomiędzy zabudowań. ...Dzień byf 

pogodny, chyba jeden z najpiękniejszych w naszej polskiej 

złotej jesieni 1939 roku. 

...Wysoko nad nami klucze bombowców niemieckich. Lecąi 

w głąb Polski, przygłuszając warkot naszego samolotu obser­

wacyjnego. 

47 

Ruszamy marszem ubezpieczonym. Na przodzie tankietki 

p 0 z n a

wcze, w tyle reszta szwadronu, po bokach sekcje 

oiedynczych erkaemów na motocyklach; w końcu kolarze, 

w

 pewnej odległości za nimi mój łazik, 

jedziemy polnymi drogami i nawet nie zauważamy, kiedy 

granica polsko-niemiecka zostaje za nami. Obserwuję przez 

lornetkę wycinek naszego podejścia; ruchu na drodze nie widzę; 

w miejscowościach, między zabudowaniami, kręcą się grupy 

umundurowanych i cywilnych osobników. Zauważyli nas..." 

Podniecenie generała nierozdzielne z sugestywnością jego 

relacji zwykle udzielało się słuchającym. 

„...Z dość dużej odległości zaczyna się bezładna strzelanina, 

terkoczą karabiny maszynowe, a z kierunku południowego 

słychać odgłosy strzałów armatnich; pociski padają między 

Lesznem a Rydzyną. 

...Czołgi plutonu TKS prą na wieś; ich ruch osłania ogniem 

cekaemów jeden pluton TKS z postoju. Wkrótce płoną 

zabudowania i stogi zbóż. W następnych kilkunastu minutach 

wjeżdżają do wsi czołgi, a za nimi motocykle i kolarze. Po 

krótkiej wymianie strzałów zajmujemy pierwszą niemiecką 

miejscowość — Gersdorf..." 

2 września rano oddziały Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, 

wykonawszy wypady rozpoznawcze na Wschowę i Załęcze, 

napotkały słaby opór nieprzyjaciela. Po opanowaniu okolicz­

nych wsi, odświętnie udekorowanych flagami Rzeszy hit­

lerowskiej i portretami fiihrera, oddziały polskie podeszły pod 

Wschowę. Nasza artyleria otworzyła ogień na to miasto, 

biorąc odwet za wcześniejsze zbombardowanie Leszna i Ra­

wicza. Natomiast w zdobytym Załęczu zaskoczono kolumnę 

°0 samochodów, którą na miejscu zniszczono. 

Zadanie zostało wykonane, po czym Polacy wycofali się na 

Pozycje wyjściowe, nie ponosząc strat. 

Teraz już nie było żadnych wątpliwości co do rzeczywistych 

zamiarów nieprzyjaciela wobec obszaru Wielkopolski, które 

s

'arał się on przed Polakami ukryć. 

background image

48 

Niemcy byli bierni przed frontem armii gen. Kutrzeby i niJ 

miełi tutaj sił zdolnych do podjęcia natarcia w skali operacyjJ 

nej. Koncentrowali się zaś na sąsiednią armię gen. Rómmlaj 

W tej sytuacji bierne wyczekiwanie na rozwój wydarzeń 

wydawało się elementarnym błędem sztuki wojennej. Nie 

zwlekając dłużej, dowódca armii „Poznań" podjął wstępną 

decyzję współdziałania z armią „Łódź" w rozstrzygającej 

bitwie na przedpolach Sieradza. 

Armia „Poznań" miałaby rzucić do tej bitwy prawiel 

wszystkie swoje siły i uderzyć mocno w skrzydło nieprzyjaciel­

skiej 8 armii gen. Johannesa Blaskowitza trzema dywizjami 

piechoty: 17, 25 i 14, oraz Wielkopolską Brygadą Kawalerii. 

Nazajutrz meldował o swoim zamiarze gen. Wacławowi 

Stachiewiczowi, szefowi Sztabu Naczelnego Wodza: 

— Nad armią Rómmla zawisła groźba oskrzydlenia od 

północy. Mnie nie atakują i w najbliższym czasie atakować 

nie będą. Niemcom zależy bardzo, abym tu tkwił bezczynnie 

do czasu rozprawienia się z Rómmlem. Później zabiorą się do 

mnie. Czekanie staje się niebezpieczne, przekonywał. 

Jednakże zgody na realizację swojej koncepcji nie otrzymał! 

— Sytuacja ogólna nie pozwala na zaangażowanie się pand 

generała w tę fazę bitwy — wyjaśnił Stachiewicz. Upoważ­

niony przez Naczelnego Wodza miał kategorycznie odwieść 

Kutrzebę od tego zamiaru. 

— Armia pana generała jest potrzebna marszałkowi do 

wykonania innych zadań o ważniejszym znaczeniu strategicz­

nym. Jeszcze będzie się pan bił — zakończył obiecująco. 

Kategoryczne odrzucenie przez Naczelnego Wodza, marszał­

ka Rydza-Smigłego wszelkich sugestii angażowania armii 

„Poznań" w bitwę pod Sieradzem — obaj dowódcy, generałowie 

Rómmel i Kutrzeba, przyjęli wtedy jako nieuzasadnioną rezyg­

nację z możliwości pobicia części wojsk nieprzyjacielskich.! 

Jednakże nie pod Sieradzem ważyły się losy bitwy o całl 

zachodnią część naszego kraju i nie tutaj należało oczekiwać 

jej rozstrzygnięcia. Cała koncepcja obronna naczelnego dowó-

49 

dztwa została już bowiem podważona na południowym odcinku 

frontu. Ugodził w nią wymuszony przewagą sił Grupy Armii 

Południe" odwrót armii „Kraków" ze Śląska i złamanie 

oporu polskiego siłą korpusu pancernego gen. Ericha Hoepnera 

pod Częstochową. A stąd właśnie, spod Częstochowy, wiodły 

najkrótsze drogi do zbierających się dopiero odwodów Naczel­

nego Wodza w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego, Kielc 

i Radomia. 

W tej niezwykle trudnej sytuacji marszałek Śmigły posiadał 

niestety bardzo ograniczoną możliwość wyboru właściwej 

koncepcji przeciwdziałania. Rzucając do bitwy większość sił 

już w początkowej fazie wojny, zdać by się musiał na 

rozstrzygnięcie jej, niestety, zdeterminowane przytłaczającą 

przewagą Niemców w zachodniej części kraju. Uchylając się 

zaś przed bitwą generalną i tracąc siły stopniowo w starciach 

opóźniających marsz nieprzyjaciela w głąb kraju, można było 

tę chwilę odwlec do czasu korzystniejszej sytuacji. 

Koncepcja pierwsza, jakkolwiek bardziej odpowiadająca 

charakterowi i tradycji wojennej Polaków, nie mogła być 

przyjęta, ponieważ mocniejsze racjonalnie okazały się względy 

polityczno-militarne. 

Polska winna była swoim sojusznikom zobowiązania, których 

za wszelką cenę musiała dotrzymać. Miała bowiem zgodnie 

z porozumieniem wytrwać w oporze jak najdłużej i wywalczyć 

dla Anglii i Francji czas na zakończenie w tych państwach 

przygotowań do wojny. Z drugiej zaś strony gotowość — jak się 

wydawało — sojuszników do wypełnienia takich samych zobo­

wiązań wobec naszego kraju determinowała postawę polityczną 

1

 militarną Polski, która z pomocy zagwarantowanej dwustron­

nymi układami nie chciała i nie powinna była rezygnować. 

Pozostawała zatem druga koncepcja, ale i tę niełatwo było 

realizować. Już bowiem 2 września marszałek Rydz-Śmigły, 

oceniając sytuację na froncie, wiedział, że został zmuszony do 

cofnięcia frontu na linię Wisły i Sanu w warunkach najmniej 

sprzyjających temu manewrowi. Nie miał on jeszcze gotowych 

~~ Bzura 1939 

background image

50 

do kontrakcji odwodów, które wstrzymując przeciwnika 

szybko wdzierającego się w głąb kraju stworzyłyby warunki 

umożliwiające oderwanie sił głównych od nieprzyjaciela 

i wycofanie ich w stanie zdolności bojowej na nowe pozycje 

w głębi Polski. 

Innej możliwości, niestety, nie było i marszałek musiał 

podjąć decyzję wynikającą z ostatniej koncepcji. 

We wstępnej fazie operacji kierowanego odwrotu armia 

„Łódź" bronić się miała jeszcze przez pewien czas na głównej 

linii obrony, aż wysunięte ku zachodowi i północy armie 

„Poznań" i „Pomorze" wycofają się z Wielkopolski i Pomorza 

i połączą z jej północnym skrzydłem. Wtedy dopiero miały 

one otrzymać rozkaz jednoczesnego odwrotu na linię Wisły 

po obu stronach Warszawy. 

Tymczasem sytuacja cofających się wojsk stała się trudna, 

a wykonanie postawionych im zadań niemożliwe. Zmalały 

przede wszystkim szanse na oderwanie się od przeciwnika 

i uzyskanie niezbędnej swobody dla przygotowania obrony 

głównej pozycji. Niemieckie dywizje szybkie paraliżowały 

wszelkie próby przeciwdziałania Polaków, pogłębiały chaos 

i dezorganizację, sięgającą zaplecza frontu. 

W nocy z 5 na 6 września, ze względu na ciągle pogar­

szającą się sytuację na froncie, Naczelny Wódz został zmu­

szony do wydania rozkazu o dalszym odwrocie, tym razem 

generalnym na linię Wisły i Sanu. 

Ale mimo niepokojących sygnałów, które do dowództwa 

armii „Poznań" docierały, gen. Kutrzeba wierzył, że niepowo­

dzenie jest tylko przejściowe. Jeszcze nie znał tragicznych 

skutków bitew na Mazowszu, Śląsku i Pomorzu. Sądził, że 

jeśli nawet tam Niemcy obronę polską ostatecznie przełamią, 

będzie to przegrana tylko w pierwszej fazie bitwy obronnej 

o kraj, a następna faza bitwy dopiero się zaczyna. Jaki będzie 

miała przebieg? Tego generał jeszcze nie wiedział, ale wierzył, 

że udział w niej jego armii jest absolutnie niezbędny. Dał 

temu wyraz w rozkazie specjalnym do swoich żołnierzy: 

51 

„...Armia «Poznań», nie zaznawszy dotąd zaszczytu starcia 

się z przeciwnikiem, otrzymała rozkaz Naczelnego Wodza do 

odmarszu na Warszawę. Nie będzie to zwykły marsz, gdyż 

wojska pancerne nieprzyjaciela mogą stanąć w poprzek naszej 

dr

ogi marszu, jak również zaatakować nas z jednego lub 

drugiego boku. Zachowując ład, hart i chęć walki dojdziemy 

do Warszawy, idąc zwartym blokiem całego Wojska Wielko­

polskiego. 

...Ufam, że trudne zadanie bojowe nałożone przez Naczel­

nego Wodza na Armię Wielkopolską spełnimy tak, jak tego 

wymaga interes Rzeczypospolitej i honor żołnierski..."

4

^ojna obronna Polski 1939. Wybór źródeł,

 Warszawa 1968, dok. nr 243, 

background image

W WYŚCIGU Z ARMIĄ BLASKOWITZA 

Szybkie postępy nieprzyjacielskich wojsk pancernych i zmo­

toryzowanych, zwłaszcza tych, które operowały na kie­

runkach prowadzących ku Warszawie, przypominały coraz 

natarczywiej o niebezpieczeństwie sparaliżowania całej 

organizacji polskiego dowodzenia operacyjnego. To zaś 

oznaczało przekreślenie szansy na utworzenie po prze­

granych bitwach granicznych trwałego oporu w głębi 

kraju, przede wszystkim nad środkową Wisłą. Powstrzy­

manie tych dywizji było bezwzględnie konieczne, ponieważ 

zagrażały one armii „Łódź", a jeszcze bardziej armii 

„Prusy", która nie ukończyła koncentracji, przygotowując 

się do wykonania trudnych zadań jako główny odwód 

operacyjny Naczelnego Wodza. 

Pierwszy meldunek o tym niebezpieczeństwie odebrano 

w Sztabie Naczelnego Wodza już 3 września po południu. 

Gen. Rómmel meldował, że wprawdzie nie ma jeszcze 

całkowitej pewności co do dalszych poczynań szybkich 

jednostek niemieckich, wszystko jednak wskazuje na to, że 

skierują się one na Piotrków, a więc ku Warszawie. 

Zamiar nieprzyjaciela był zresztą nie do ukrycia. Warszawaj 

w systemie obronnym środkowej Wisły mogła być najsilniej­

szym węzłem oporu, stanowiącym w poważnym stopniu 

53 

0

 skuteczności obronnej tej wielkiej przegrody wodnej na 

drodze niemieckiego natarcia. 

Tego samego dnia zaczęto tworzyć obronę środkowej Wisły. 

Naczelny Wódz powierzył to zadanie ministrowi spraw 

wojskowych, gen. Tadeuszowi Kasprzyckiemu. 

Linii Wisły zamierzano bronić od Modlina na północy 

do Sandomierza na południu. W tym celu utworzono dwa 

odcinki: pierwszy pod dowództwem gen. Mieczysława Tro­

janowskiego między Modlinem i Dęblinem, drugim, obej­

mującym resztę odcinka, dowodził gen. Mieczysław Smo­

rawiński. 

Wykonanie tego zadania napotkało od razu trudności nie do 

pokonania. Okazało się bowiem, że do obrony 250-kilomet-

rowego odcinka rzeki oddano do dyspozycji obu generałów 

nie określone bliżej oddziały nielicznych ośrodków zapaso­

wych, źle uzbrojone i niedostatecznie zorganizowane. 

Zaimprowizowana w ten sposób obrona Wisły w razie 

zaatakowania jej przez Niemców nie dawała niestety gwarancji 

długotrwałego oporu. Marszałek wiedział o tym i poważnie 

zaniepokojony dokonał 4 września radykalnej korekty. Jego 

rozkazem została powołana armia „Lublin" pod dowództwem 

gen. Tadeusza Piskora, cieszącego się opinią jednego z naj­

bardziej doświadczonych generałów Wojska Polskiego. Nie 

rozwiązywało to jednak w dalszym ciągu głównego problemu 

tej obrony, to znaczy konkretnych sił i środków walki, których 

ciągle brakowało. 

Tymczasem wydarzenia przybierały dla nas obrót zgoła 

dramatyczny. 

6 września przed południem marszałek został zmuszony do 

podjęcia decyzji o zaniechaniu obrony głównej linii oporu 

w

 zachodniej części kraju i wydania rozkazów do generalnego 

odwrotu nad Wisłę i San. 

background image

54 

Jeszcze kilkanaście godzin przed podjęciem tej decyzji 

rozważano w Kwaterze Głównej możliwość skupienia 

armii „Poznań", „Łódź" i „Prusy", które miały cofać 

się nad Wisłę wspólnie, zapewniwszy sobie w ten sposób 

większą skuteczność przeciwdziałania i pewniejsze bez­

pieczeństwo odwrotu. 

„Jednakowoż dotychczasowy przebieg wypadków 

— wspomina gen. Wacław Stachiewicz — oraz zły stan 

armii „Łódź" nakazywały liczyć się z tym, że nie uda się 

zyskać potrzebnego czasu dla planowanego przegrupowania 

sił i odwrót za Wisłę będzie musiał nastąpić szybciej 

i w gorszych warunkach" '. 

Armia odwodowa gen. Dęba-Biernackiego cofać się miała 

za Wisłę po południowej stronie Pilicy. Wojska gen. Rómmla 

po stronie północnej tej rzeki zostały skierowane ku Górze 

Kalwarii. Wojska gen. Kutrzeby na Warszawę i Otwock. Na 

Warszawę cofać się miała również, podążając z tyłu za armią 

„Poznań", armia gen. Bortnowskiego. 

W Kwaterze Głównej przestano już wierzyć w możliwość 

ustabilizowania południowego skrzydła frontu nad Nidą i Du­

najcem. Generałowie Fabrycy i Szylling zostali także upoważ­

nieni do podjęcia decyzji odwrotu nad San, jeżeli wymagać 

tego będzie sytuacja. 

Ale decyzja ta od samego początku nie miała szans na 

skuteczną realizację. Brakowało przede wszystkim odwodów, 

którymi można byłoby zawczasu obsadzić pozycje nad Wisłą. 

Armia „Lublin" zaś ciągle jeszcze była w stanie początkowej 

organizacji, bez wielkich jednostek, których małe, zaimprowi­

zowane oddziały, a najczęściej bataliony lub tylko kompanie 

i szwadrony zastąpić nie mogły. 

Nowa pozycja obronna była więc na razie tylko linią 

wykreśloną na mapie, wyrażającą zamiar naczelnego dowódz­

twa. A przeciwnik nie czekał. W ślad za naszymi cofającymi 

się armiami rzucił do przodu wszystkie swoje dywizje szybkie 

1

 Wojna obronna Polski,

 dok. nr 558, s. 1025. 

55 

— pancerne, lekkie i zmotoryzowane. Gen. Brauchitsch, 

naczelny dowódca niemieckich wojsk lądowych, był pewny 

przewagi szybkości motorów swoich dywizji nad polskimi 

jednostkami piechoty i kawalerii. Mimo to jednocześnie 

obawiał się ich. Bo gdyby Polakom udało się odciągnąć te 

jego pędzące czołgi daleko od piechoty, to mogliby je mocno 

poturbować. Sądził, że na przedpolach środkowej Wisły 

nieprzyjaciel ma jeszcze znaczne siły i dlatego należało 

zachować ostrożność. 

Wojska szybkie 10 armii niemieckiej szły więc kilkoma 

kolumnami ku środkowej Wiśle, pod Warszawę, Górę Kal­

warię, Maciejowice, Puławy i Sandomierz. Rozkazano im ten 

wyścig do Wisły wygrać z Polakami i nie dopuścić ich do 

przepraw przez rzekę i do jej obrony. 

Uderzenie rozstrzygające o całkowitym uniemożliwieniu 

odtworzenia obrony nad Wisłą, Sanem i Bugiem miały 

wykonać zgrupowania pancerno-motorowe, rzucone na wschód 

od tej linii: z północy na Siedlce i z południa na Lublin. 

Kto miał wygrać ten wielki i niezwykły wyścig, nietrudno 

była odgadnąć. Niemcy trzymali wszystkie jego atuty, szyb­

kość, sprawność techniczną i siłę ognia. 

Dały one znać o sobie od razu, zanim nasze wojska stanęły 

na „starcie" do tego wyścigu. Armie „Poznań" i „Pomorze" 

cofały się wprawdzie bez przeszkód ze strony nieprzyjaciela, 

ale na południowym skrzydle tego odwrotu już wkrótce 

sytuacja operacyjna obu armii miała się poważnie skom­

plikować. 

Nie wytrzymała więc niemieckiego uderzenia armia „Łódź", 

która trwając w obronie nad Wartą, do chwili ściągnięcia ku 

niej armii Kutrzeby stanowiła jedno z decydujących ogniw 

powodzenia operacji odwrotowej, co najmniej 300-tysięcznego 

zgrupowania trzech armii. 

Marszałek Rydz-Smigły próbował jeszcze ratować sytuację 

1

 pomóc armii Rómmla podparciem trzeszczącej już obrony 

siłami armii poznańskiej. 

background image

56 

Gen. Kutrzeba już w pierwszych godzinach 5 września 

został upoważniony przez Sztab Naczelnego Wodza do przy­

gotowania 25 dywizji piechoty do działań zaczepnych na 

skrzydło nieprzyjaciela naciskającego mocno Rómmla pod 

Sieradzem. Dywizja wraz z Wielkopolską Brygadą Kawalerii, 

którą gen. Kutrzeba również postanowił rzucić do walki, 

miała uderzyć na Niemców nocą z 5 na 6 września, szukając 

w jej zbawczym mroku naturalnego sprzymierzeńca przeciwko 

Luftwaffe, która na polskim niebie panowała już niepodzielnie. 

Zagrożenie na północnym odcinku armii „Łódź" wciąż 

rosło. Niemcy przeszli w kilku miejscach Wartę i trzymając 

mocno małe jeszcze na szczęście przyczółki, odpierali z po­

wodzeniem nasze niezdecydowane i nieskoordynowane kontr­

ataki. Gen. Rómmel musiał prosić o szybką kontrakcję armii 

poznańskiej, jeszcze za dnia. Tym razem z pomocą armii 

łódzkiej przyjść miały również dywizje 14 i 17. Wkrótce 

jednak przygotowania do akcji zaczepnej zostały przerwane. 

Niemcy zdołali przerzucić na przyczółki dodatkowe siły 

i pchnęli je do natarcia. Północne skrzydło armii gen. Rómmla 

zostało złamane i zaczęło się cofać. W nocy z 5 na 6 września 

cała armia, otrzymawszy wcześniej pozwolenie Naczelnego 

Wodza, była w pełnym odwrocie na Otwock i Górę Kalwarię. 

Zanim jednak rozkazy o odwołaniu z armii „Łódź" 

25 dywizji piechoty dotarły do jej dowódcy gen. Altera, 

dywizja szła na spotkanie nieprzyjaciela. Jej czołowe oddziały 

starły się z nim najpierw w walce o Dobrą i Żeroniczki, 

a później, osłaniając przeprawę brygady gen. Abrahama przez 

Wartę, stoczyły zacięty bój pod Uniejowem. 

Gdy do ppłk. Frydrycha dotarła wiadomość o marszu 

niemieckiej kolumny zmotoryzowanej z Namysłowa na Unie­

jów, zaraz pchnął tam batalion mjr. Rukszama. Dowódca 

60 pułku postanowił bowiem wykorzystać dobrą okazję i zasko­

czyć Niemców, zupełnie nieświadomych tak bliskiej obecności 

Polaków. Frydrych chciał sam dowodzić tą obiecującą akcją 

i pomaszerował z kompanią kpt. Zwolaka. 

57 

Niedługo szukano nieprzyjaciela. 6 września około godziny 

18 kompania por. Kaczmarczyka wypatrzyła na wzgórzu pod 

Balinem trzy nieprzyjacielskie samochody. Krótkie uderzenie 

i było po wszystkim. 

Ale to niewiele. Dowódca pułku nie po to przecież podjął 

wyprawę całym batalionem. 

A może informacja nie była ścisła? 

Wątpliwości rozwiał Kaczmarczyk, gdy tylko wspiął się 

z kompanią na szczyt wzgórza. Na stoku sąsiedniego wzgórza, 

w dolinie, nie opodal Balina rozłożyła się zmotoryzowana 

kolumna nieprzyjaciela, samochody i piechota. Sielski obraz 

przypominający biwakujące wojska podczas przerwy na ćwi­

czeniach. 

Żołnierze przywarli do ziemi. Padły krótkie rozkazy, które 

półgłosem podawali sobie z ust do ust. 

Nie spodziewających się niczego Niemców wzięto z trzech 

stron, atakując frontalnie oraz z prawej i lewej flanki. Nie zdążyli 

się pozbierać. Smagani ogniem karabinów maszynowych, 

uchodzili, kto żyw, zostawiając na polu walki około setki 

zabitych i kilkunastu rannych. W nasze ręce wpadły, porzucone 

w panicznym lęku o życie, broń, samochody i zaopatrzenie. 

Pułk stanął teraz w obronie Uniejowa, miejsca przeprawy 

Wielkopolskiej Brygady Kawalerii. Jego bataliony wzmoc­

nione częścią sił 29 pułku piechoty oparły się o Balin, 

Józefów, Szorów, Wolę Podmiejską i Ubysław. 

Niemcy, ściągnąwszy tutaj nowe siły, ruszyli do natarcia 

już wcześnie rano 7 września. Nad rzeką i przybrzeżnymi 

łąkami wisiała mgła. Nieprzyjacielska piechota nie postrzeżona 

podeszła pod Balin. Kompanie Zwolaka i Kaczmarczyka 

przyjęły walkę, ale zaskoczone nie poradziły sobie z gwałtow­

nym atakiem nieprzyjaciela i zaczęły się cofać. 

Za to chwilowe niepowodzenie wzięła odwet kompania kpt. 

Majewskiego. Nacierająca tu piechota niemiecka pobłądziła 

w

e mgle i wpadła wprost pod lufy karabinów maszynowych. 

Niemcy pozbierali się wprawdzie i zdobyli na próbę ataku, ale 

background image

58 

odpowiedź polska była ostateczna i jednoznaczna. Pluton 

odwodowy kompanii uderzył bagnetami i rozbił przeciwnika. 

Niemiecka kompania cyklistów odstąpiła, zostawiając na 

pobojowisku 80 zabitych, samochód osobowy, kilka motocykli 

i kilkadziesiąt rowerów. 

Na całym odcinku dywizji toczył się teraz bój. Nieprzyjaciel 

atakował bez przerwy, lecz posuwał się bardzo powoli naprzód. 

Nie pomógł huraganowy ogień licznej artylerii i bomby 

Luftwaffe. Opór polski trwał. 

Około południa Niemcy podjęli jeszcze jedną bezskuteczną 

próbę zniszczenia obrony przeciwnika. Tymczasem Wartę 

przekraczały już ostatnie oddziały Wielkopolskiej Brygady 

Kawalerii. Przeprawiały się przez rzekę bez przeszkód ze 

strony bezsilnego nieprzyjaciela. 25 dywizja piechoty wykonała 

swoje zadanie, a potem, zmyliwszy czujność Niemców, 

odskoczyła w porę nie ponosząc większych strat. 

8 września sztab armii „Poznań" stanął w Mchówku. 

W dalszym ciągu nie znano tu jednak ogólnej sytuacji na 

froncie. Przerwana została nawet łączność z armią „Łódź", 

a z naczelnym dowództwem kontaktowano się tylko od 

przypadku do przypadku. Pozostawała więc tylko możliwość 

porozumienia się z gen. Bortnowskim. Ale w dowództwie 

armii „Pomorze" wiedziano jeszcze mniej. 

Gen. Kutrzeba znał jedynie decyzję Naczelnego Wodza, 

który postanowił po przegranej bitwie o zachodnią część 

kraju bić się dalej. Wiedział więc, że marszałek musiał 

wskutek bardzo niekorzystnego rozwoju sytuacji, spowo­

dowanego przytłaczającą przewagą techniczną nieprzyja­

ciela, oddać znaczną część kraju po to, by nad Wisłą, 

Bugiem i Sanem znów się zmierzyć z Niemcami w ugru­

powaniu bardziej zwartym i odpornym na uderzenia broni 

pancernej. 

Nie wiedział jednak, że zamierzone wycofanie całości sił na 

tę linię już w początkowej fazie odwrotu nie miało właściwie 

szans na powodzenie. Niemieckie dywizje pancerne i zmoto-

59 

ryzowane były szybsze niż nasze brygady kawalerii, nie 

mówiąc o dywizjach piechoty. 

Próba powstrzymania natarcia niemieckiego na środkowym 

odcinku naszego frontu siłami armii odwodowej „Prusy" 

zakończyła się niepowodzeniem. Po zaciętych walkach 

5 i 6 września pod Piotrkowem i Tomaszowem Mazowieckim 

oraz 8 i 9 września pod Kielcami i Iłżą dywizje tej armii 

zostały okrążone i odcięte od przepraw na Wiśle. 

Na obszarze zaś między Łodzią, Płockiem i Warszawą 

znalazły się — obok armii „Poznań" — armie „Pomorze" 

i „Łódź", wycofujące się, jak pamiętamy, po opuszczeniu 

Pomorza i znad środkowej Warty na przeprawy wiślane. 

Na drogach odwrotu tych armii pojawiły się już jednak 

dywizje 8 i 10 armii niemieckiej. Dalszy więc odwrót ku 

Wiśle wiązał się z koniecznością przerwania siłą zaciskającego 

się pierścienia nieprzyjacielskiego okrążenia. 

W sztabie Naczelnego Wodza oceniano tę sytuację realnie, 

a zatem, niestety, pesymistycznie: 

„...Dalsze działanie szybkich wielkich jednostek nieprzyja­

ciela — czytamy w zapisie szefa sztabu marszałka — w kierun­

ku na Piotrków-Warszawę oraz Kielce-Radom mogło do­

prowadzić w krótkiej drodze do przerwania łączności między 

armią «Łódź» i «Kraków» oraz wyjścia na skrzydło i tyły 

armii «Łódź», a następnie armii «Poznań» i «Pomorze» oraz 

zagrożenia armii «Kraków» od północy"

2

Właśnie armia „Kraków" gen. Antoniego Szyllinga, za­

grożona okrążeniem nie tylko od północy, lecz także od 

południa, przez dywizje szybkie 14 armii niemieckiej, opuściła 

Śląsk i Pogórze i cofała się pospiesznie na wschód. Nie 

zdołała też, jak pierwotnie przewidywało naczelne dowództwo 

polskie, zatrzymać Niemców nad Nidą i Dunajcem. W marszu 

do tej linii wyprzedziły ją bowiem dywizje 14 armii nie­

przyjacielskiej. 

Relacja gen. W. Stachiewicza, Materiały i Dokumenty Wojskowego 

In

stytutu Historycznego (dalej cyt.: MiD WIH). 

background image

Od północy zaś na tyły zamierzonej obrony nad Wisłą 

podążały już również dywizje niemieckiej Grupy Armii 

„Północ". Obrona nad dolnym i środkowym biegiem Bugu 

została właśnie przełamana po zaciętych walkach armii 

„Modlin" gen. Emila Przedrzymirskiego-Krukowicza. Dywizje 

3 armii niemieckiej kierowały się teraz do obszaru na wschód 

od Warszawy. 

WIELKA SZANSA 

Już od trzech dni przynajmniej do sztabu niemieckiego 

naczelnego dowództwa wojsk lądowych w Zossen pod Ber­

linem nadchodziły prawie wyłącznie dobre wiadomości. 

Właśnie otrzymano ostatnie wieczorne meldunki. Trzymał 

je w ręku oficer stojący przed mapą z napisem Polen, wiszącą 

na ścianie jednego z pokojów oddziału operacyjnego. Oficer 

odczytywał kolejno treść depesz i przesuwał na mapie małe 

niebieskie strzałki. Owe strzałki symbolizowały dywizje 

niemieckie, a wszystkie zwrócone były ku wschodowi, prze­

nikając coraz głębiej do wnętrza nieprzyjacielskiego kraju. 

Przez chwilę wpatrywał się z satysfakcją w dwie najdalej 

wysunięte ku wschodowi. Jedna z nich dotknęła już swoim 

grotem stolicy, druga, umieszczona trochę niżej, szeroko 

rozlanej rzeki. Na tej mapie nazwy obu znaków topograficz­

nych brzmiały obco i twardo — Warschau i Weichsel. 

Depesze donosiły o pełnym odwrocie Polaków. Oficer 

machnął ręką, co oznaczać miało i pogardę dla słabego 

przeciwnika, i przekonanie, że już właściwie po całej wojnie. 

Ale gen. Brauchitsch myślał inaczej. To, co u oficera 

J

e

go sztabu znalazło pełną aprobatę, w nim budziło niepokój. 

Według jego własnych przewidywań, Polacy powinni przyjąć 

generalną bitwę jeszcze w zachodniej części Polski. Sytuacja 

background image

62 

i siły, jakimi dysponował, sprzyjały jego zamiarowi zadania 

nieprzyjacielowi decydującego ciosu jeszcze na przedpolach 

Wisły. 

Polacy jednak generalnej bitwy nie przyjmowali i cofali się 

uparcie na wschód. Dokąd? Co zamierzali? 

Dowództwa niemieckie nie miały jednoznacznego poglądu 

na ocenę dalszych zamiarów polskich. Dowództwo Grupy 

Armii „Południe" utrzymywało, iż Polacy rezygnują z do­

tychczasowej obrony zachodniej części swego kraju i wyco­

fują się za Wisłę i San dla utworzenia tam nowych pozycji 

obronnych. 

Szef sztabu grupy armii, gen. Erich Manstein-Lewiński I 

zaproponował więc wniesienie poprawek do dotychczasowego 

planu operacji. Wojska jego grupy armii miały, nie oglądając 

się na przeciwnika, jak najszybciej maszerować ku Wiśle 

i Sanowi, przekroczyć obie rzeki i uniemożliwić Polakom 

utworzenie tam silniejszej obrony. 

Naczelne dowództwo wojsk lądowych nie podzielało jednak 

tego poglądu. Gen. Brauchitsch oczekiwał, że przeciwnik, nie 

rezygnując z obszaru zachodniej Polski, przyjmie jeszcze 

walną bitwę w jej obronie. Generał zalecał więc realizację 

pierwotnej koncepcji planu operacyjnego „Fali Weiss" bez 

żadnej korekty, a zatem wykonanie głównych zadań kampanii 

polskiej na obszarze położonym na zachód od linii Wisła-San. 

Jednakże na wszelki wypadek, gdyby sytuacja rozwinęła się 

według przewidywań Mansteina, Grupa Armii „Południe", 

poczynając już od 6 września, kierowała wojska szybkie 

14 armii przez San w kierunku Lublina, a więc na bliskie 

zaplecza obrony polskiej nad Wisłą. 

Także Grupa Armii „Północ" rozpoczęła przerzucanie 

do Prus Wschodnich znacznych sił 4 armii, głównie XIX 

korpusu pancernego, który koncentrowano we wschodniej 

części tego obszaru. 

' W piątym pokoleniu potomek sprusaczonych Polaków ze wsi Lewino na 

Pomorzu Zachodnim. 

63 

Gen. Brauchitsch nie wiedział jeszcze, w jaki sposób i na 

jakim kierunku wykorzystać te wojska. Mogły one być jednak 

rzucone, poczynając od 7 września, na tyły północnego 

skrzydła frontu polskiego nad Wisłą wspólnie z 3 armią lub 

samodzielnie. 

Podstawowe wszakże zadanie realizowała nadal 10 armia 

z Grupy Armii „Południe", kierująca swoje wojska ku środ­

kowej Wiśle. Korpusy idące na południowym skrzydle parły 

na Radom i Puławy, korpusy północnego skrzydła armii 

zmierzały ku Górze Kalwarii i Warszawie. 

Na Warszawę maszerować miała też jak najspieszniej 

8 armia, osłaniająca północną flankę 10 armii. 8 września gen. 

Blaskowitz wydał swoim korpusom rozkazy, które kierowały 

tam XIII korpus przez Skierniewice, a X korpus — przez 

Łowicz. Ten ostatni miał także, gdyby zaszła potrzeba, 

zamknąć Polakom drogę odwrotu przez dolną Bzurę. Nie 

spodziewano się już bowiem w tym rejonie poważniejszych 

sił polskich. 

O istnieniu armii „Poznań" i „Pomorze" dowództwa niemiec­

kie jakby zapomniały. W rzeczywistości zaś sądzono, że dywizje 

polskie zostały wycofane z Wielkopolski już wcześniej, co 

zdawały się potwierdzać informacje lotnictwa obserwacyjnego. 

Meldunki lotnicze donosiły o wzmożonym ruchu kolejowym na 

linii Poznań-Warszawa. Armia „Poznań", za którą postępowały, 

maszerując wzdłuż Wisły, dywizje 4 armii niemieckiej, również 

nie wydawała się już groźna. Sądzono bowiem, że w bitwie na 

Pomorzu większość sił tej armii polskiej została pobita, a więc 

nie jest już zdolna do podjęcia większej akcji zaczepnej. 

Blaskowitz nie chciał zresztą zaprzątać sobie tym głowy. 

Niech się von Kluge

2

 tym martwi, to jego sprawa. On sam 

spieszył do Warszawy, która już płonęła i waliła się w gruzy. 

4 dywizja pancerna już to miasto atakowała, ale bez 

Powodzenia. Blaskowitz siebie widział w roli zdobywcy. Chciał 

Za w

szelką cenę oddać Warszawę fiihrerowi. Manstein wpraw-

Giinther Hans von Kluge, feldmarszałek, dowódca 4 armii niemieckiej. 

background image

64 

dzie ostrzegał i polecał większej uwadze północną flankę 

armii, ale przecież wszystko szło jak z płatka. 

XIII korpus ścigał z powodzeniem cofającą się na Skier­

niewice armię „Łódź". X korpus również nie pozostawał 

w tyle. Zmotoryzowany oddział wydzielony 24 dywizji 

piechoty już ruszył na Sochaczew. Za nim podążały szybkim 

marszem siły główne dywizji. W ślad za 24 szła 30 dywizja 

piechoty, a jej 26 pułk maszerujący w awangardzie, zostawiając 

w Łęczycy jeden batalion dla osłony tego miasta, ruszył 

9 września pod Bielawy. Za nim 6 pułk piechoty mijał właśnie 

Łęczycę, a 46 pułk zamykał kolumnę marszową dywizji 

między Uniejowem a Łęczycą. 

Tymczasem armie „Poznań" i „Pomorze", nie napotykając 

poważniejszych przeszkód ze strony nieprzyjaciela, szybko 

maszerowały do Warszawy, operacyjnego celu odwrotu wy­

znaczonego rozkazem marszałka. 

Nieprzyjaciel nie naciskał, nawet nie prowokował. Podąża­

jące za armią „Pomorze" dywizje piechoty III korpusu 

niemieckiego poruszały się niemrawo i jakby bez woli walki. 

Uzasadniony niepokój budził jednak ruch kolumn niemieckich, 

które maszerowały równolegle do kierunku odwrotu armii 

„Poznań". 

7 września dowództwo tej armii kwaterowało we dworze 

Leszcze koło Kłodawy. W jednym z okazałych pokojów 

secesyjnego dworku generał pochylony nad rozłożoną na stole 

mapą zdawał się nie dostrzegać szefa oddziału wywiadowczego 

armii, który właśnie składał mu dokładny meldunek o sytuacji-

Ołówek w ręku generała przesuwał się po mapie ruchem 

wahadła, to w jedną, to w drugą stronę. Wydawało się, że 

generał jest myślami gdzie indziej i że nie słucha, co stojący 

obok niego oficer mówi. Ale czoło generała ściągnięte 

w głębokie bruzdy wyrażało stan pełnego napięcia. 

65 

__ Niech pan mówi — przynaglił, gdy pułkownik prze­

rzucając kartki notatnika przerwał meldunek. Pułkownik 

wskazał na mapie punkt znajdujący się właśnie na linii, którą 

przed chwilą kreślił ołówek generała. — Szosą na Łęczycę 

przesuwa się kolumna pancerno-motorowa przeciwnika. Przed 

chwilą otrzymałem właśnie meldunek lotnika. Czoło tej 

kolumny jest już w Poddębicach. 

— Kiedy mogą być w Łęczycy? 

— Za kilka godzin. To na pewno jakiś oddział 30 dywizji 

piechoty, panie generale. 

Generał uniósł głowę znad mapy. 

— A jak pan myśli, co Niemcy teraz zrobią? — Pułkownik 

pochylił się nad mapą i nakreślił krzywą linię biegnącą od 

Łęczycy ku północy. 

— No, tak. 

W głosie generała brzmiała aprobata. 

— Mogą wyjść na drogi naszego odwrotu i zablokować je. 

Pułkownik skinął twierdząco głową. 

— Jedziemy do Knolla — generał spokojnie i z pewną 

pedanterią składał mapę, chcąc ukryć przed pułkownikiem 

ledwo dostrzegalne nerwowe drganie dłoni. 

Jechali z ograniczoną szybkością, pod prąd maszerujących 

oddziałów, napotykając raz po raz splątane kolumny konnych 

taborów, tarasujących przejazd. 

W Kwaterze Głównej generała brygady Edmunda Knolla 

zastali nerwową krzątaninę przy organizowaniu nowego 

miejsca postoju. Generał Knoll srożył się i łajał nie 

szczędząc uwag i poleceń, a czasami ostrej reprymendy 

oficerom sztabu. Na widok dowódcy armii, który wysiadł 

z

 samochodu, podszedł energicznym krokiem do Kutrzeby 

1

 złożył meldunek, po czym wraz z towarzyszącym dowódcy 

armii pułkownikiem weszli do stojącej nieopodal chałupy, 

osiedli przy prostokątnym stole słusznych rozmiarów, 

bojącym pośrodku obszernej chłopskiej izby. W rozmowie, 

t 0 r

ą na krótko przerwało wejście ordynansa z kubkami 

~" Bzura 1939 

background image

66 

parującej herbaty, przewijała się ocena operacyjna armii 

i przewidywany rozwój sytuacji. 

Knoll podzielał opinię Kutrzeby. 

— Trzeba uderzyć zwarcie i mocno. Zaskoczyć. Zanim się 

połapią, złapiemy oddech i choćby na krótko inicjatywę. 

— Niestety, nie mamy wyboru — Kutrzeba rozłożył ręce, 

— jeżeli się spóźnimy, musi pan być przygotowany na 

dowodzenie głównymi siłami akcji zaczepnej. Podejmuje się 

pan tego zadania, generale? 

W tej chwili wszedł do izby adiutant generała Knolla. 

— Panie generale — zwrócił się do Kutrzeby — dzwonią 

ze sztabu armii, proszą pana generała do telefonu. 

Generał przeszedł do izby, którą po przeciwległej stronie 

korytarza zwanego sienią zalegały urządzenia łączności. 

Podniósł słuchawkę łącznicy telefonicznej. 

Podpułkownik Gryglaszewski, szef Oddziału II sztabu armii 

przekazał nowe dane rozpoznania lotniczego. Najbliższą 

odsłoniętego od strony Bzury boku armii kolumnę nieprzyja­

cielską lotnik usytuował już pod Łęczycą. Inne kolumny 

Niemców parły drogami Pabianice-Łask oraz Kalisz-Turek 

i Dobra-Uniejów. 

— Pułkowniku, proszę wydać rozkazy — usłyszał Gryg­

laszewski po złożeniu meldunku — do przeniesienia kwatery 

armii do Michówka, postój w Leszczach staje się ryzykowny. 

Wracam za godzinę. 

Po krótkiej wymianie uwag o nowej sytuacji, Kutrzeba polecił 

Knollowi natychmiastowe zamknięcie przepraw na północny 

brzeg Bzury w rejonie Łęczycy. Ruszyła tam zaraz Wielkopolska 

Brygada Kawalerii, którą poprzedziły oddziały szybkie. 

Porucznik Zbigniew Barański na czele szwadronu kolarzy 

ruszył co tchu do Łęczycy, aby zająć miasteczko przed 

wtargnięciem tam Niemców i bronić je, jak długo to będzie 

możliwe. Z takim samym zadaniem pomknęły tankietki 

i samochody pancerne dywizjonu pancernego majora Kazi­

mierza Żółkiewicza, a za nim w cwał, co koń wyskoczy, 

67 

poznański pułk ułanów dla wsparcia obrony w Łęczycy 

i zablokowania przepraw w Topoli Królewskiej i Orłowie. 

Rozpoznając dalej na wschód aż po miasteczko Sobota, oficer 

operacyjny brygady, rotmistrz Andrzej de Myszka Chołoniewski, 

n

a czele plutonów samochodowych pancernych i chemicznego 

oraz sekcji karabinów maszynowych na motocyklach, dozorując 

Bzurę, szukać miał łączności z oddziałami sąsiedniej armii 

„Łódź". Za nimi, wysadzając groble i mosty na rzece, miał 

pociągnąć zmotoryzowany pluton pionierów (saperów). 

Prawdopodobnie słabe polskie oddziały rozpoznawcze i za­

improwizowane punkty oporu nie wyprowadziły Blaskowitza 

z błędu, że na północnym skrzydle jego armii dały o sobie 

znać jakieś słabe oddziały przeciwnika, niezdolne już do 

odegrania poważniejszej roli w powstrzymaniu zwycięskiego 

marszu Niemców. 

Wprawdzie oddział rozpoznawczy jednej z jego dywizji 

spotkał się z polskim oporem w Łęczycy, ale trwał krótko po 

wprowadzeniu do akcji artylerii, która zmusiła przeciwnika do 

wycofania się do pobliskiej Topoli Królewskiej, w której słaby 

oddział Polaków marszowi na Warszawę nie wadził. Nie miały 

też większego znaczenia, jak się Blaskowitzowi wydawało, 

utarczki oddziałów rozpoznawczych sygnalizowane na wschód 

od Łęczycy z małymi grupami czołgów i samochodów pancer­

nych, z piechotą i kawalerią nieprzyjaciela w Sobocie, pod 

Młogorzynem i Górkami Pęcławskimi. Nie podejrzewał, że po 

drugiej stronie nieszerokiej i płytkiej rzeki o obcej dla niemiec­

kiego ucha nazwie, Bzura, maszeruje krok w krok, równolegle 

do marszu jego armii prawie dwustutysięczne zgrupowanie 

dwóch polskich armii, dobrze zorganizowane i dowodzone, 

pełne bitewnego zapału żołnierzy skorych do odwetu. 

Nie konstatowało też zagrożenia z tej strony Naczelne 

Dowództwo Wehrmachtu, które 8 września informowało: 

„...Operacje w Polsce przyjęły wczoraj w wielu miejscach 

charakter pościgu, jedynie w nielicznych punktach dochodziło 

jeszcze do poważniejszych walk..." 

background image

68 

Nie korygował tych złudzeń również komunikat z 9 września. 

„...Również wczoraj pobite polskie wojska kontynuowały 

odwrót na niemal wszystkich frontach. Najbardziej wysunięte 

czoło Wehrmachtu, przebijające się wielokrotnie przez tylne 

straże wroga, osiągnęło w różnych miejscach Wisłę, pomiędzy 

Sandomierzem i Warszawą..." 

Nieczęsto notowano w historii sztuki wojennej tak oczywiste 

lapsusy operacyjne. Generał Kutrzeba nie omieszkał wykorzys­

tać tej proponowanej mu przez Niemców okazji. 

Gen. Kutrzeba, oceniając sytuację operacyjną i możliwości 

przeciwnika, konkludował m.in., że: 

„...8 armia niemiecka, idąca przez Łódź na Warszawę, 

wyprzedziła już czoło naszych kolumn o dwa etapy dzienne, 

a pamiętać należało, że duża część tej armii była zmotoryzowa­

na, mogły więc dwu-, a nawet trzykrotnie szybciej się poruszać 

niż armia «Poznań». Wobec tego prawdopodobieństwo albo 

przynajmniej możliwość, że maszerująca na Warszawę Armia 

Poznańska — obciążona balastem nie ukończonych ewakuacji 

— będzie zaatakowana z południowego boku, były duże. Tak 

samo trzeba było się spodziewać, że zanim dojdziemy do 

Warszawy, spotkamy się z przeciwnikiem, który nam drogę 

zagrodzi..."

3

Przewidywane przez generała warianty działania nieprzyja­

ciela oznaczały zagrożenie przede wszystkim jego armii. 

Armia „Pomorze" postępująca z tyłu cofała się po drogach 

przetartych już przez armię „Poznań". Co prawda, szły za 

Bortnowskim dwa korpusy Klugego, ale oba bez większych 

możliwości operatywnego przeciwdziałania. 

Nolens volens

 w przypadku bitwy armii „Poznań" z 8 armią 

niemiecką, a nawet także z 10 armią, musiała wziąć udział 

armia „Pomorze". 

3

 T.  K u t r z e b a , Bitwa nad Bzurą, wyd. II, Warszawa 1958, s. 77. 

69 

Gen. Kutrzeba od samego początku działań wojennych był 

zwolennikiem aktywnego kształtowania sytuacji. Toteż i tym 

razem parł ku inicjatywie zaczepnej, uważając, że tylko 

zaskakującym natarciem może zmusić przeciwnika do respek­

towania siły jego armii i celów, do których zmierza. Jeszcze 

6 września szukał dla takiej inicjatywy aprobaty Naczelnego 

Wodza. Odmówiono mu. „...Wykonać odwrót — żądał Naczel­

ny Wódz — w ogólnym kierunku na Warszawę. Kierunek 

odwrotu nie ma być traktowany sztywno i nie musi w każdym 

wypadku iść po linii najkrótszej. Jest on zależny od tego, czy 

gdzieś w rejonie Ozorkowa zebrały się już poważniejsze siły 

nieprzyjaciela, które oskrzydlają generała Rómmla od północy, 

czy też oskrzydlenie jest jeszcze płytkie, wykonane niewielkimi 

siłami..."

4

Już jednak 7 września wieczorem, w świetle nadchodzących 

meldunków, rozproszyły się ostatnie wątpliwości. Siły nie­

przyjacielskie operujące między armiami „Poznań" i „Łódź" 

były tak duże, że pozostawienie ich w spokoju stworzyć 

mogło wkrótce sytuację, która uniemożliwiłaby wykonanie 

zadania stojącego przed armią. W nowej sytuacji zgoda 

marszałka nie była już potrzebna. Potrzeba jej było natomiast 

na wciągnięcie do bitwy armii „Pomorze". 

Tymczasem podczas konferencji obu dowódców armii 

i towarzyszących im oficerów sztabów zaczęto konstruować 

obraz przyszłej bitwy. Dzisiaj znamy go ze wspomnień 

głównego jej autora. 

Oto „...grupa operacyjna gen. Knolla, w sile trzech dywizji 

piechoty i pułku artylerii ciężkiej, uderzy z północnego brzegu 

Bzury, między Łęczycą a Piątkiem, w ogólnym kierunku na 

Stryków. Trafi ona według wszelkiego prawdopodobieństwa 

początkowo tylko w 30 DP niemiecką i powinna uzyskać 

szybkie powodzenie. Uderzenie to będzie od zachodu ob­

ramowane przez grupę kawalerii (Podolską BK i dołączone do 

Z cytowanej przez gen. Stachiewicza relacji mjr. Piątkowskiego. Wojna 

obronna Polski. Wybór źródeł,

 Warszawa 1968, s. 446. 

background image

70 

niej resztki Pomorskiej BK), która poprzez Uniejów oskrzydli 

front przeciwnika. Od wschodu działać będzie Wielkopolska BK, 

kierując się na Głowno. Planowałem, że w dalszym, korzystnym 

rozwoju operacji grupa operacyjna Knolla przejdzie do wykorzy­

stania na południowy wschód nie tykając Łodzi — a wówczas 

armia „Pomorze" skieruje się na Warszawę. Gdyby natomiast 

natarcie grupy operacyjnej Knolla trudno się posuwało, chciałem 

na jej wschodnim skrzydle zająć przynajmniej obszar Głowna 

przy udziale 4 DP i ewentualnie 16 DP z Armii Pomorskiej 

— a następnie grupą operacyjną Knolla odskoczyć za Bzurę, 

poczynając od zachodu. W tej hipotezie resztka armii „Pomorze" 

weszłaby w akcję w kierunku na Skierniewice. Dopiero po 12 

września mogły obie armie działać równocześnie, wzajemnie 

torując sobie drogę"

5

8 września gen. Kutrzeba otrzymał połączenie z Warszawą. 

Naczelnego Wodza nie zastał jednak. Marszałek wraz z większo­

ścią oficerów naczelnego dowództwa i sztabu wyjechał właśnie 

do Brześcia Litewskiego, gdzie organizowano nową Kwaterę 

Główną. W Warszawie przebywał jeszcze gen. Stachiewicz. Do 

niego więc, zastępującego tu czasowo Naczelnego Wodza, 

dowódca armii „Poznań" zwrócił się z prośbą o zaakceptowanie 

decyzji zwrotu zaczepnego przeciwko 8 armii niemieckiej. 

O powstaniu tej koncepcji zadecydowały dwa główne 

czynniki: operacyjny i — nie mniej ważny — psychologiczny. 

Pierwszy, jak pamiętamy, opierał się na założeniu nieuchron­

ności spotkania z nieprzyjacielem w rejonie Warszawy wyco­

fujących się armii „Poznań" i „Pomorze". Generał Kutrzeba 

przewidywał, że równoległy do kierunku marszu 8 armii 

niemieckiej kierunek odwrotu jego armii doprowadzić musi 

w końcu do bitwy w pobliżu stolicy. Jaką szansę będą mieli 

w tej bitwie Polacy? Prawdopodobnie żadnej. Armia niemiec­

ka, w znacznej części zmotoryzowana, znajdzie się szybciej 

w miejscu prawdopodobnego starcia. Niemcy decydować 

więc będą o wyborze terenu i czasu rozpoczęcia bitwy. W tej 

5

 K u t r z e b a, op. cit., s. 95-96. 

71 

sytuacji inicjatywa przejdzie od razu w ręce nieprzyjaciela 

i najpewniej przy nim zostanie zwycięstwo. 

Gen. Kutrzeba postanowił wytrącić nieprzyjacielowi te 

atuty z ręki i odwrócić katastrofalny bieg wydarzeń. Miał 

zamiar zaskoczyć Niemców przez narzucenie im zarówno 

czasu, jak i miejsca bitwy. Przejęcie inicjatywy dawało szansę 

zwycięstwa, a pokonany przeciwnik zmuszony byłby do 

cofania się na południe. Oznaczało to swobodę manewru 

operacyjnego, którym dysponując, armia będzie mogła wyko­

nać zadanie powierzone jej przez Naczelnego Wodza. 

Drugi czynnik, psychologiczny, był co najmniej równorzęd­

ny czynnikowi operacyjnemu. 

Skład osobowy oddziałów armii poznańskiej stanowili 

Wielkopolanie. Dobrze jeszcze pamiętali pruską niewolę, 

prześladowania i patologiczną nienawiść do wszystkiego, co 

polskie. I oni właśnie, dumni Wielkopolanie, najbliżsi spadko­

biercy wielkiego zwycięstwa powstańczego nad Prusakami, 

odchodzili bez walki. Bez walki oddawali swoje rodziny 

i domostwa w ręce okrutnego wroga. Żołnierze armii wielko­

polskiej chcieli się bić i żądali walki. 

Gen. Kutrzeba, doświadczony żołnierz, dowódca i pedagog, 

dobrze wiedział, że stan psychiczny żołnierza jest równie 

ważny, jak broń, którą włada. Trzeba więc było podjąć tę 

decyzję. Rozpocząć bitwę natychmiast, licząc na chwilowe 

bodaj zwycięstwo, które przywróci żołnierzowi wiarę w jego 

wartość, lub wciąż cofać się — bez pewności utrzymania 

w szeregach zwartości organizacyjnej i karności. Gen. 

Kutrzeba podejmując decyzję natarcia był przekonany, że 

nie ma wyboru. 

W bitwie obok armii „Poznań" miała wziąć również udział 

armia „Pomorze", która była jednak jeszcze o 3^ dni marszu 

od podstaw wyjściowych do natarcia. Gen. Kutrzeba uwzględ-

ni

ąjąc motyw zaskoczenia chciał, nie czekając na armię 

Bortnowskiego, uderzyć na Niemców bezzwłocznie na razie 

siłami tylko własnej armii. 

background image

72 

Do pierwszego rzutu natarcia pójść miała prawie cała armia 

„Poznań", a bezpośrednie dowodzenie nią oddano gen. Ed­

mundowi Knollowi-Kownackiemu. 

Grupa Knolla składająca się z trzech dywizji piechoty 

(25, 17, 14), której skrzydła osłaniały dwie brygady ka­

walerii, i wzmocniona pułkiem artylerii ciężkiej, miała 

pobić znajdujące się przed nią siły niemieckie, uderzając 

na kierunku wiodącym przez Krośniewice do Brzezin. 

25 dywizja piechoty miała opanować Łęczycę, a następnie 

wyjść w rejon Ozorkowa. Dywizja, niezależnie od działań 

kawalerii na jej wschodnim skrzydle, powinna była ubez­

pieczać przez cały okres natarcia działanie całości grupy 

operacyjnej. 17 dywizja piechoty po opanowaniu w pier­

wszym etapie natarcia linii: Marynki, Michałowice, Sługi, 

ruszyć miała dalej w kierunku Celestynowa z gotowością 

wsparcia nacierającej na lewym skrzydle grupy 14 dywizji 

piechoty. Tej ostatniej powierzono zadanie opanowania 

przedmościa w rejonie Balków, Goślub oraz ubezpieczenia 

się od strony Rogoźna. 

Kawaleria, nie podporządkowana bezpośrednio gen. Knol-

lowi, lecz pozostająca pod rozkazami dowódcy zgrupowania 

operacyjnego, osłaniała obydwa otwarte skrzydła natarcia. 

Grupa operacyjna kawalerii gen. Stanisława Grzmota-Skotnic-

kiego uderzała na Poddębice, Wielkopolska Brygada Kawalerii 

zaś na Głowno. 

Artylerię grupy operacyjnej, którą tworzył 7 pułk artylerii 

ciężkiej, podporządkowano na czas forsowania Bzury 

25 dywizji piechoty. Dowódca grupy powierzył bowiem 

tej dywizji trudne zadanie zdobycia, obsadzonego już przez 

nieprzyjaciela, średniej wielkości obiektu miejskiego -— Łę­

czycy. 

Lotnictwo myśliwskie otrzymało zadanie osłaniania wojska 

przede wszystkim podczas forsowania Bzury. Lotnictwo 

towarzyszące, którym dysponował dowódca grupy, wspierać 

miało natarcie dywizji. 

73 

Rozpoczęcie natarcia przewidywane początkowo na dzień 

10 września przyspieszono, wyznaczając je już na 9 września 

po południu. 

W odwodzie gen. Kutrzeby stanąć miały pod Łowiczem 

dywizje grupy operacyjnej gen. Bołtucia, 4 i 16 dywizja 

piechoty z armii „Pomorze". Pozostałym siłom tej armii 

polecono osłonić działania zaczepne z zachodu i północy oraz 

utrzymać obszar Sochaczewa, będący rejonem o ważnym 

znaczeniu dla końcowej fazy operacji. 

Tymczasem Niemcy jeszcze ciągle nie podejrzewali naras­

tającego zagrożenia na północnym skrzydle natarcia swoich 

głównych sił. W meldunkach do dowództwa Grupy Armii 

„Południe" dowódca 8 armii niemieckiej meldował, że 8 wrześ­

nia jego czołowe oddziały osiągnęły Pabianice, Stryków, 

Wolę Mąkolską i staczają tylko potyczki z rozbitkami nie­

przyjaciela. W dowództwie Grupy Armii „Południe" oceniano 

sytuację znacznie poważniej, ale nie sądzono, aby dość duże 

jeszcze siły polskie, które dostrzeżono na obszarze: Toruń, 

Września, Kutno, Sierpc, były zdolne podjąć jakąkolwiek 

większą przeciwakcję zaczepną. 8 armia miała więc szybko 

kierować się ku Rawce, lewym skrzydłem uchwycić Socha­

czew, oskrzydlić nieprzyjaciela odchodzącego na południe od 

Wisły na Warszawę i przeszkodzić uderzeniu na tyły 4 dywizji 

pancernej; jak najszybciej wprowadzić duże siły do roz­

szerzenia przyczółka Warszawa. 4 armia niemiecka Grupy 

Armii „Północ" nacierająca z kierunku północno-zachodniego 

miała wiązać polskie wojska energicznym parciem z przodu; 

natomiast 4 flota powietrzna powinna zablokować przejścia 

przez Wisłę, atakując cofające się przez Łowicz i Sochaczew 

zgrupowanie polskie. 

background image

74 

Inicjatywa gen. Kutrzeby znalazła pełną aprobatę szefa 

Sztabu Naczelnego Wodza. Gen. Stachiewicz dostrzegł w niej 

bowiem jedyną szansę ratowania ciężkiej sytuacji na całym 

froncie środkowej Wisły. Gdyby się udało włączyć do te| 

akcji armię „Łódź" oraz pułki i dywizje stojące w Warszawie 

i na przedpolach stolicy, Niemcy musieliby wstrzymać swój 

marsz ku Wiśle, a Naczelny Wódz miałby czas na utworzenie 

nad rzeką zwartej obrony. 

Na razie była to jednak tylko decyzja, którą — jak się 

okazało — niełatwo było zrealizować. Zawiodły techniczne 

środki łączności z Naczelnym Wodzem, nie można jej było 

także nawiązać z gen. Wiktorem Thommee, który doprowadził 

dywizje armii „Łódź" dopiero gdzieś pod Skierniewice. Gen. 

Stachiewicz wysłał tam oficera z rozkazami, ale brak było 

pewności, czy dotrze i doręczy je. 

Wojska w Warszawie i w rejonie Warszawy szef Sztabu 

Naczelnego Wodza oddał pod dowództwo gen. Juliusza 

Rómmla, który zupełnie nieoczekiwanie zjawił się w stolicy. 

Gen. Stachiewicz nie spytał o szczegóły tak szybkiego odwrotu 

dowództwa armii „Łódź". Przynajmniej na razie nie miało to 

znaczenia. Na szczęście z armią został gen. Thommee. Tutaj 

w Warszawie Rómmel był najstarszym rangą generałem i jemu 

wypadało przekazać dowództwo nad nowo utworzoną armią 

„Warszawa". 

Ale szefa Sztabu Naczelnego Wodza dręczyło pytanie, czy 

wszystko, na co się ważył, znajdzie aprobatę marszałka? 

Łączności z Brześciem wciąż nie było. Wysłał więc samolotem 

oficera sztabu z meldunkiem i swoją decyzją. Upływały 

godziny, lecz oficer nie wracał. Milczała także radiostacja 

i dalekopis. Jeżeli odpowiedź nie przyjdzie w porę, Kutrzeba 

ruszy, tak jak to w rozmowie obaj ustalili. 

Tymczasem zameldowano o pierwszym ataku Niemców na 

Warszawę. Zresztą i bez meldunku można było się tego 

domyślać. Od Ochoty echo niosło bowiem szeroko artyleryjską 

i karabinową palbę. 

75 

Brześć jednak ciągle milczał. Wreszcie późnym wieczorem 

nadeszła stamtąd depesza — „Słońce wschodzi". Była to 

zgoda Naczelnego Wodza na bitwę zaczepną. Marszałek 

zamierzał jednak nadać tej bitwie większą rangę, niż propo­

nował gen. Kutrzeba, i inaczej ją przeprowadzić. Dla Naczel­

nego Wodza, który usiłował za wszelką cenę utworzyć zwarty 

front obrony południowo-wschodniej Polski, zainicjowana 

przez gen. Kutrzebę bitwa nad Bzurą zdawała się stanowić 

czynnik sprzyjający. 

Pod wpływem otrzymanych wiadomości o przekroczeniu 

przez Niemców Bugu w rejonie Broku i Wisły na południe od 

Warszawy, Naczelny Wódz podjął decyzję odwrotu do wschod­

niej Małopolski. W tym celu między innymi armie „Poznań" 

i „Pomorze" oraz resztki armii „Łódź" miały uderzyć na Radom, 

a następnie przez Wisłę na Kraśnik. Do chwili wycofania 

zgrupowania gen. Kutrzeby na wschodni brzeg rzeki, armia 

„Lublin" gen. Tadeusza Piskora miała bronić Wisły od Sando­

mierza po ujście Wieprza i wzdłuż tej rzeki do Lubartowa. 

Następnie wraz ze zgrupowaniem gen. Stefana Dęba-Biernackie-

go miała wycofać się na linię Tomaszowa Lubelskiego, 

Hrubieszowa i Włodzimierza. Zgrupowanie gen. Kazimierza 

Sosnkowskiego winno było zapewnić obronę połączeń z Rumu­

nią. Izolowane od reszty sił ośrodki oporu w Warszawie, 

Modlinie i Brześciu otrzymały zadania obrony w okrążeniu. 

Z treści rozkazu wynikało, iż myślą przewodnią zamierzeń 

naczelnego dowództwa było wycofanie wszystkich zdolnych 

jeszcze do walki sił do wschodniej Małopolski i zorganizowa­

nie jej obrony w oparciu o zaplecze neutralnej wprawdzie, ale 

przyjaznej Polsce Rumunii. Natychmiast zredagowano depeszę 

• wysłano ją do sztabu gen. Kutrzeby. Nie dotarła tu jednak 

na czas, lecz dopiero 11 września, gdy bitwa rozgorzała już 

na dobre. Koncepcji marszałka gen. Kutrzeba nie mógł więc 

realizować. Pomyślał zapewne, że dobrze się stało, gdyż do 

uderzenia na Radom brak było dostatecznych sił. 

background image

PEŁNE POWODZENIE 

Natarcie polskie miało ruszyć wcześnie rano 10 września, 

ale sytuacja nagliła i postanowiono je przyspieszyć przy­

najmniej o 12 godzin. Położenie wojsk sprzyjało temu 

zamiarowi, umożliwiając szybkie i sprawne zajęcie pozycji 

wyjściowych do ataku. 

„...Wreszcie zaczynają się działania zaczepne — wspomi­

na żołnierz 60 pp. — Wielki czas, bo wstyd tych od­

wrotów..."

 ł

W atmosferze pełnej zapału i gotowości do walki dobiegały 

końca przygotowania do pierwszego w tej wojnie wielkiego, 

polskiego przeciwuderzenia. 

Gen. Kutrzeba dumny był z postawy żołnierzy swojej armii. 

„...We wszystkich jednostkach — stwierdzał z satysfakcją 

— nastrój był znakomity. Wyzwalał się duch zaczepny, dotąd 

więziony, a teraz wyswobodzony w korzystnych dla nas 

warunkach..."

2

A więc natarcie. Wreszcie. Za spalone domy, za śmierć 

najbliższych, za łzy dzieci, za ten odwrót. Za wszystko. 

Żołnierskie dłonie mocniej zaciskają się na kolbach karabinów. 

1

 Wspomnienia plut. Mieczysława Jackowskiego, w: Udział społeczeństwa 

Ziemi Kaliskiej w wojnie obronnej Polski 1939 roku,

 Kalisz 1979, s. 410. 

2

 T.  K u t r z e b a , Bitwa nad Bzurą, wyd. II, Warszawa 1958, s. 102. 

77 

— Łęczycę brać będziemy, a potem Ozorków — mówili 

żołnierze 25 dywizji piechoty. W 17 dywizji pokazywano 

sobie Górę św. Małgorzaty rozsiadłą na równinie, jak garnek 

odwrócony dnem do góry. 

Każdy na swój sposób przygotowywał się do walki. Niejeden 

śmierć bliską przeczuwał i w ukryciu — bo wstyd przecież 

własnej słabości — różaniec w garści przebierał. Pieśń rzewna 

i wesoła na przemian niosła się daleko nad rzeczną niziną 

i zapadała gdzieś tam, na obcym teraz brzegu. Inni listem 

żegnali najbliższych albo dumę chłopięcej zadziorności dzielili 

z matkami. 

Nazajutrz, około godziny 10 przed południem, batalion mjr. 

Antoniego Chudzikiewicza z gnieźnieńskiego 69 pułku pie­

choty podniósł się z ziemi i skoczył ku Łęczycy. Była to jakby 

pierwsza ogniowa próba przed generalnym natarciem, połą­

czona z zadaniem zdobycia najświeższych wiadomości o obro­

nie nieprzyjaciela i jego sile. 

Topolę Królewską, skąd batalion ruszył do ataku, dzieliło 

od Łęczycy zaledwie kilkaset metrów. Trudne to były metry 

przez odkrytą równinę nadrzecznej doliny, na której próżno 

było szukać ukrycia przed przyczajonym za obrzeżem miasta 

nieprzyjacielem. Żołnierze biegli co tchu, byle dopaść pierw­

szych domów. 

Lecz nie przebyli nawet połowy drogi, gdy padły stamtąd 

strzały. Najpierw terkotanie karabinu maszynowego — gdzieś 

od mostu kolejowego — potem silniejszy już ogień od strony 

mostu szosowego i grobli, wreszcie setki, tysiące rozbłysków 

karabinowej i armatniej salwy wyznaczyło gęsto linię stano­

wisk niemieckich. 

Żołnierze przywarli do ziemi. Po chwili podnieśli się 

i znów biegli. Tylko kilkadziesiąt metrów i dalej już nie 

można. W tyralierę nacierających i tuż przed nią coraz gęściej 

padały pociski. 

Do sztabu dywizji gen. Altera dotarł już pierwszy meldunek 

0

 wynikach przeprowadzonego przed chwilą rozpoznania 

background image

78 

przez walkę niemieckiej obrony. Wynikało zeń, że Niemcy 

mocno usadowili się w Łęczycy i mają tam znaczne środki 

ogniowe. Batalion mjr. Chudzikiewicza musiał wycofać się do 

Topoli Królewskiej i tylko 5 kompania, która weszła do 

Tumu, trzymała się tam w dalszym ciągu. 

Kilka godzin później całe zgrupowanie uderzeniowe armii 

„Poznań", grupa operacyjna gen. Knolla, ruszyło do natarcia. 

W ciszę doliny Bzury wdarł się nagle potężny grzmot. Jeszcze 

echo dzwoniło w nadbrzeżnych szuwarach, gdy nowy grzmot, 

a po nim następne zlały się w jeden ogłuszający huk. To artyleria 

polska otworzyła ogień na niemieckie pozycje obronne. „...Kano-

nierzy, zmęczeni odwrotem przez 9 prawie dni, nareszcie zaczęli 

strzelać do wroga" — wspominają tę bitwę żołnierze. 

A trzeba było widzieć, jak oni uwijali się przy swoich 

działach! Padały komendy: „I działo, II i III — powiększyć, 

zmniejszyć"; komunikaty: „Artyleria niemiecka w ogrodach 

Łęczycy zniszczona. Piechota nasza wdziera się do Łęczycy". 

Ach, jak oni szli... Po kilkunastu minutach artyleria umilkła. 

„...Przerwaliśmy ogień, aby nie razić naszych bohaterskich 

żołnierzy piechoty. Nie czekaliśmy długo. Pada komenda: «I, 

II, III działo — powiększyć kwadrat!» Nie pamiętam już ile 

stopni — wspomina jeden z działonowych — w każdym razie 

strzelaliśmy na dalszą odległość". 

Telefonista woła: „Wieża kościelna trafiona!" Trafiło III 

działo. Jak się później okazało, na wieży tej obserwatorzy 

wroga kierowali ogniem w nasze wojska... Nagle odezwał się 

suchy jazgot ciężkich karabinów maszynowych, wysyłających 

śmiercionośne pociski na okopy nieprzyjaciela. Przerywa je, 

w regularnych odstępach czasu, metaliczne plaśnięcie salw 

moździerzowych. 

Jak spod ziemi wyrosły polskie tyraliery piechoty. Ruszyły 

ku Bzurze. Bataliony i pułki armii wielkopolskiej szły do 

ataku doliną równą jak stół. Zaskoczony przeciwnik cofał się, 

ale nie rezygnował z oporu. Spłynęła krwią Bzura i zorane 

pociskami armatnimi nadrzeczne łąki i pola. Natarcie ruszyło 

79 

naprzód. Rozgorzały walki szczególnie zacięte o Łęczycę, 

Górę św. Małgorzaty, Piątek i Sobotę. 

25 dywizja piechoty gen. Altera uderzyła na Niemców, 

broniących się w całym rejonie Łęczycy, trzema pułkami 

w pierwszym rzucie. 

Nieprzyjaciel bronił się twardo i nawet przez chwilę 

wstrzymał rozpęd polskich pułków na przedpolu miasta. Ale 

w jego obronie tkwiła jak cierń 5 kompania, która już kilka 

godzin od czasu natarcia rozpoznawczego siedziała w Tumie, 

nie dając się Niemcom wyrzucić za żadną cenę. 

Dowódca niemieckiego 46 pułku piechoty, płk Wittke, nie 

był zadowolony z sytuacji w Tumie. Polacy przerwali połą­

czenia na szosie Łęczyca-Piątek i znaleźli się niemal na 

tyłach jego pułku. Dowódca I batalionu otrzymał więc rozkaz 

opuszczenia natychmiast Łęczycy, gdzie natarcie polskie przed 

chwilą zostało zatrzymane, i odebrania Polakom Tumu. 

Kompania polska mimo przewagi Niemców broniła się 

wytrwale, walcząc o każdy dom. Wkrótce pułki dywizji 

gen. Altera znów ruszyły do przodu. 56 krotoszyński pułk 

piechoty płk. Wojciecha Tyczyńskiego sforsował Bzurę 

pod Marynkami i wtargnął do Tumu. Teraz Polacy mieli 

przewagę i ruszyli do ataku. 

„...Pierwszy batalion 56 pp uderza na Tum — wspomina 

oficer 3 kompanii — i posuwa się dalej mijając szosę. 

Kwiatówek trzymany ogniem 3 kompanii ckm zostaje 

opanowany uderzeniem plutonu z 7 kompanii pod dowódz­

twem odważnego i dzielnego ppor. Schroedera. Nasz I batalion 

dalej bije się o Tum. Nieprzyjaciel coraz więcej zasila 

oddziałami własną obronę. Pali się Tum, pali się stara fara 

z XII wieku. Przedpole silnie jest oświetlane rakietami 

nieprzyjaciela. Druga kompania wdziera się do wschodniej 

części wsi i okrzykiem «hura» porywa cały batalion do 

background image

80 

szturmu. Toczy się straszna walka na bagnety, w której 

wyższość swoją wykazują polscy żołnierze, a Niemcy morder­

czego uderzenia nie wytrzymują i zaczynają się wycofywać. 

W tym czasie dowódca niemiecki po raz wtóry rzuca do 

przeciwnatarcia swoje bataliony w kierunku Łęczycy, gdzie 

wzięty ogniem flankowym karabinów maszynowych rozpada 

się i z olbrzymimi stratami dla siebie wycofuje się do tyłu..."

3

Postawa żołnierzy batalionu w tej walce zasługuje na 

najwyższe uznanie. Wśród najlepszych byli: st. sierż. Adam 

Woźny, plut. Babijów, kpr. Bolesław Spurtach oraz strz. Jan 

Brodziak. 

Ale Niemcy w Tumie jeszcze nie zwyciężeni i lista 

bohaterskich żołnierzy, szturmujących gniazda oporu wroga, 

wydłuża się. Znajdzie się na niej wiele dziesiątek innych, 

którzy pędzić będą później „niepokonany" Wehrmacht aż 

pod Łódź. 

Z pomocą przyszedł nowy batalion, trzeci, mjr. Władysława 

Grocholi i prawie z marszu ruszył do ataku. To już koniec. 

Niemcy idą w rozsypkę, rzucają się do panicznej ucieczki, 

zostawiając na polu walki broń i wyposażenie. 

Między godziną 21 a 22 Tum znalazł się w polskich rękach. 

Tymczasem Łęczycę szturmowały ostrowskie bataliony 

ppłk. Mariana Frydrycha i bataliony płk. Stanisława Dworzaka. 

Dwa niepełne bataliony tego ostatniego ruszyły naprzód, lecz 

zostały zatrzymane silnym ogniem. Natarcie polskie, wsparte 

kolejnym batalionem 60 pułku piechoty, znów ruszyło naprzód. 

Tym razem udało się i żołnierze dopadli pierwszych domów 

miasta. Około godziny 21 linia obrony niemieckiej wreszcie 

pękła i oddziały polskie wdarły się do Łęczycy. 

Do gen. Kurta von Briesena, dowódcy niemieckiej 30 dy­

wizji piechoty, dotarły niepokojące meldunki o sytuacji pod 

Łęczycą, ale generał nie przypuszczał, aby właśnie tam 

Polacy mogli poważnie zagrozić jego dywizji. 

3

 Wspomnienia ppor. rez. Eugeniusza Leszczyńskiego, w: Udział społeczeń­

stwa Ziemi Kaliskiej w wojnie obronnej 1939 roku,

 Kalisz 1979, s. 382-383. 

IISZUIE IB W 

P*E*VOtNT U/f CitPOSPOUTtJ IMtiłOtll 

MOBILIZACJĘ POWSZECHNĄ. 

z a r z ą d z a m  c o  n a s t ę p u j e ; 

t Dnie moblIltfte|i, 

M*M ,w 4rŚL itesą m hfAdmo kka 2-gt. 3M& H i i i d*tó «•«&, 

1 Powołanie <fo cirr»ne| *łu*by wojskowej. 

jj, łknwc&tft *s c*y*awj «tw*% wifiwwuj WSZYSTKICH

 T¥GH 

p*t4th&*%&fdn> rezerwy i

 ;x*»p<*)e#łj nt$gtrfm

:

pj WCO^BU w*

 wum, JUHTGORIĘ ZDROWIA t ROOZAJ MOMI CMA&W), t<t*r*y <M«J*»« m*u 

* TV MOttUfACT JfK BCZ CZOWONCOO PASA, 

», MM. «* -yfcwwfc  < « ^ j s b % j ! g i » » i «* ««*»•»• *^s W*i w*** .;«***«**»«*. ti*$ «*»**,* «.*£»*. sofii i w  M I B U i-owt*-

^•wHiułS, *t*»%  I * WWWWWMIŚ ts* •**»*.;*'*<**»'• • *»***«*«« ^Bj*t*Sw md

Ł

fi.«,:a

t

 *#,,

 r

*. , .

  w y

» f.,,!!.^* MM*"*?'- * MM #*»«*»•* 

•Mat >HWil*e Pftfiwtt i»**»**T pa***? m ty** lt»MW»*yt* h*ńMik yłumfawią, 

B ń ŚiunWfe, .(w**********, #*&#**««*»•>*, Mam  ł t * * * * * * * * I »*m*ow« J*JMWW» *• W fwfcv.  m i * •*•«*,*«*», tftfew *•# mer***** «•( 

~ W ***»% **» y«B^t*«4». ** i**^t ***>**« <«rcy«u* f*v*mi »M*ftMK. 

^•mmm ±*#A*i*t f&ąt**:0i

 »w«,  * M % «*»,*«

 6

-.i*t *sfyinwei.. » * nw 

~m*#* a * r****4 'kh. '*t&rrif *• «^»* aiNfifM.1***)* *****<•*> »*». .. ., . .........  . . . „ .

  r

™ _ _ » „ 

tli- Cofpfcłłfcle urlopów. 

_,  _ _ ™ _ , ™ , , _*#ł#w*t*  a * j y » * v **»***;*# *tt*ffe« »«>»»»*»•% 

-.  P B * ? : . ^ * * ^ ;  u t - ^ m ,  * T * i i  W t W ^ e w * * i - ?••••*J*, mb--...-: v,,

i ł :

» =.

 f

- ..-- „,,.,. .,.,,,,,., .. ,..,„....,.

 a

 ^ , .

rł 

IV,. ftfle |»odl«tf»tą oowołftnłu do (łrnj\*j «luCb> woi*K.ow«?i w n»r*I 

Plakat o mobilizacji 

background image

Gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba, do­

wódca armii „Poznań", następnie 
grupy armii 

Gen. bryg. Wacław Stachiewicz, 

szef Sztabu Głównego 

Gen. dyw. Władysław Bortnowski, 

dowódca armii „Pomorze" 

Gen. dyw. Juliusz Rómmel, do­

wódca armii „Łódź", następnie ar­
mii „Warszawa" 

Bzura w rejonie Sobota-Walewice. Teren walk 17 pułku ułanów 

Niemieckie czołgi na postoju w zajętej miejscowości 

background image

Gen. bryg. Franciszek Alter, do- Płk. dypl. Stanisław Dworzak, do­
wódca 25 dywizji piechoty wódca 69 pułku piechoty 

Mjr Antoni Chudzikiewicz, dowód- Płk dypl. Mieczysław S. Mozdy-

ca II batalionu 69 pułku piechoty niewicz, dowódca 17 dywizji pie­

choty 

Działo ppanc. 37 mm na stanowisku ogniowym 

%i 1 

Dowódca armii „Poznań" gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba (w samochodzie) 

w

 rozmowie z gen. bryg. Romanem Abrahamem (pierwszy z lewej) 

background image

Oddział kawalerii w marszu 

Działon artylerii w akcji bojowej 

Gen. bryg. Stanisław Grzmot-
-Skotnicki, dowódca grupy opera­
cyjnej kawalerii, poległ 19 wrześ­
nia nad Bzurą 

Kpt. Ludwik Głowacki, 

6 baterii 17 pal 

dowódca 

Oficerowie 3 baterii 7 dywizjonu artylerii konnej. Trzeci od lewej dowód­

ca baterii, por. Józef Korczakowski, poległ pod Sochaczewem 

background image

Płk Ignacy Kowalczewski, do­

wódca 17 Pułku Ułanów Wiel­

kopolskich, od 18 września 

dowódca Wielkopolskiej Bry­

gady Kawalerii 

Płk Stanisław Królicki, dowódca 

7 pułku strzelców konnych, ciężko 

ranny 17 września zmarł w szpita­

lu w Modlinie 

St. wachm. Jan Sabik z 7 pułku 
strzelców konnych 

81 

Wtedy właśnie nadeszły nowe meldunki. Dowódca 8 pułku 

piechoty płk Reichert zameldował, że kolumna marszowa jego 

pułku zastała znienacka zaatakowana przez nieprzyjaciela pod 

Michałowicami. 

— Herr General, oni mają tutaj nawet czołgi. 

Briesen rozkazał: — Niech się pan osłoni i maszeruje dalej. 

Ale już po chwili 6 pułk melduje ponownie. 

— Kompania w szpicy bocznej pułku bije się z nie­

przyjacielem pod Głupiejewem. Pod Zagajem polskie wozy 

pancerne. 

Dowódca niemieckiej dywizji wiedział już teraz, że Polacy 

atakują szeroko na kilkunastokilometrowym froncie. 

Pułki 17 dywizji piechoty płk. Mozdyniewicza przekro­

czyły Bzurę. Drobne patrole niemieckie nie stawiały oporu 

i cofały się na południe. 68 wrzesiński pułk piechoty płk. 

dypl. Wolfa Nykulaka kierował się na Górę św. Małgorzaty, 

a 70 pułk płk. dypl. Konkiewicza z Jarocina i Pleszewa 

— na Stary Gaj. Natarciem zaś kierował dowódca piechoty 

dywizyjnej płk dypl. Władysław Smolarski, odważny i do­

świadczony oficer. Szosa Piątek-Łęczyca była tuż tuż, kiedy 

opór niemiecki zaczął tężeć. Pod Michałowicami stał bata­

lion nieprzyjacielskiego 6 pułku piechoty. Zaskoczenie było 

obopólne, jednak szybciej opanowali je Polacy. Jeden z ba­

talionów płk. Nykulaka ruszył do ataku i jednym skokiem 

dopadł niemieckich okopów. Żołnierze nasi i nieprzyjaciel­

scy zwarli się w walce. Rozstrzygnęły ją bagnety i kolby 

polskich karabinów. 

Oddziały 70 pułku piechoty zniosły wprost z marszu słabą 

obronę nieprzyjacielską pod Sługami. 17 dywizja szła naprzód. 

14 (poznańska) dywizja piechoty gen. Włada przeszła 

Bzurę również bez przeszkód ze strony Niemców. Tutaj 

także nieprzyjaciel nie przewidział polskiego natarcia. Wkrót­

ce jednak natknięto się na silną obronę niemieckiej dywizji. 

Rozgorzały walki o dwór Czarne Pole, pod Głupiejewem 

' Goślubiem. Oddziały 55 (z Leszna) i 57 (z Poznania) 

6

 — Bzura 1939 

background image

82 

pułków piechoty wzięły górę nad przeciwnikiem, zmuszając 

go do odwrotu. 

Z takim samym powodzeniem atakowała polska kawaleria: 

Wielkopolska Brygada Kawalerii pod Sobotą oraz grupa 

operacyjna gen. Skotnickiego w natarciu na Wartkowice 

i Parzęczew. 

W sztabie gen. Briesena oceniano, że sytuacja jest paskudna. 

Jednak żaden z oficerów nie ośmieliłby się w obecności 

generała wyrazić swojej opinii. Tylko Briesen nie wydawał 

się „tracić głowy". Sytuacja była ciężka, ale, jak sądził — nie 

bez wyjścia. 

Jak na razie — najgorzej było pod Łęczycą. Briesen zdawał 

sobie sprawę, że Łęczyca w rękach Polaków to nie tylko 

zagrożenie dla jego dywizji. Niebezpieczeństwo zawisło nad 

całą 8 armią, wysuniętą już daleko ku wschodowi. 

Łęczycę trzeba było więc koniecznie odebrać Polakom. 

Natychmiast skierował dwa bataliony 6 pułku piechoty na 

podstawy wyjściowe do natarcia na Łęczycę i kazał im 

atakować. Ale sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. 

Oficer operacyjny meldował, że walki toczą się już pod 

Czarnym Polem, Balkowem, Goślubiem i Piekarami. 

O ataku nie mogło być mowy. Także obrona stała się 

niemożliwa. 

O godzinie 23 płk Wittke nadał do sztabu dywizji dramaty­

czny meldunek: — Sytuacja jest beznadziejna, sztab pułku 

przyjmuje ugrupowanie „w jeża" i wycofuje się. 

Ale Briesen ciągle jeszcze nie chciał ustąpić i kazał 

46 pułkowi odebrać za wszelką cenę miasto. 

Jeszcze raz rzucił Wittke swoje wykrwawione bataliony do 

kontrataku pod Leszczami i Wilczkowicami. Bezskutecznie. 

Żołnierz niemiecki przybity klęską załamał się psychicznie 

i szedł do ataku niechętnie. 

Natarcie polskie wdarło się już w głąb obrony niemieckiej 

i tworzyło w niej coraz szersze szczeliny, przez które wlewały 

się wciąż nowe fale piechoty polskiej. Bój w Łęczycy toczył 

83 

s

ię już w zupełnych ciemnościach. Niemcy byli w lepszej 

sytuacji znajdując osłonę za ścianami domów i w ogrodach. 

Stamtąd razili polską piechotę ogniem karabinów maszyno­

wych i granatów. Jednakże w obcym, nieprzyjacielskim 

inieście czuli się bardzo niepewnie. Wiedzieli przecież, że nie 

proszono ich tutaj. 

Już po wojnie Hans Breithaupt napisał w swojej książce 

poświęconej tym wydarzeniom: „...w Łęczycy rozszalał się 

jednak szatan: nagle miasto zapełniło się ludźmi (czyżby 

podejrzliwi i nieprzyjaźni nie stali na ulicach już podczas 

wkraczania pierwszych oddziałów? — T. J.), przybywają oni 

tu z piwnic i tunelów, mają przy sobie broń, niszczą przewody 

telefoniczne i nie zwracając uwagi na ogień polskiej artylerii, 

który zaczął walić nieco później, wzniecali ogień sygnalizacyj­

ny w pobliżu stanowisk dowodzenia..."

4

Najpierw opuściła stanowiska ogniowe artyleria niemiecka, 

której zabrakło już amunicji, i uciekała pod Sierpów. Tutaj 

nad Bzurą również Niemcom brakowało amunicji. Zawiodła 

doskonała organizacja zaopatrzenia, gdy drogi dowozu prowa­

dzące z Uniejowa zostały nagle przecięte przez kawalerię gen. 

Skotnickiego. 

W ślad za artylerią rozpoczęła odwrót piechota. Około 

północy Polacy zdobyli rynek oraz liczne stojące tam samo­

chody, wypełnione żywnością i amunicją, której przeciwnik 

nie zdążył już wykorzystać. Gdy od wschodu na tyły Niemców 

uderzyła dodatkowo jedna z kompanii 56 pułku piechoty, 

odwrót nieprzyjacielskiego batalionu zakończył się paniczną 

ucieczką. 

Tylko jeszcze przed zachodnim i południowym skrajem 

miasta broniła się kompania, o której podczas gorączki odwrotu 

zapomniał niemiecki dowódca batalionu. Gdy zaatakował ją 

polski batalion, na odwrót było już za późno. Po krótkiej 

walce cała kompania złożyła broń. 

H.  B r e i t h a u p t , Die Geschichte der 30. Infanterie-Division 1939-1945, 

Bad Nauheim 1955, s. 25. 

background image

O świcie 10 września Łęczyca była wolna. Witała swoich 

żołnierzy. Jakże im była wdzięczna. Za wypędzenie Niemców, 

za widok uciekającego wroga, za wyzierający z oczu niemiec­

kiego żołnierza strach. 

„...W dniu 10 września robimy skok z naszą baterią do 

Łęczycy. I tu wielka radość! Ludność miasta wita nas gorąco, 

częstowali nas czym tylko mogli, aby nam okazać wdzięczność. 

Nas, żołnierzy i artylerzystów interesuje, jakie skutki wywołało 

nasze strzelanie. W ogrodach Łęczycy wśród połamanych drzew 

zniszczone działa niemieckie, tabory, masa sprzętu i amunicji..." 

Wśród szpalerów wiwatujących mieszkańców maszerowały 

ulicami miasta kompanie i bataliony. Mimo trudów walki 

i bolesnych strat żołnierze polscy wybijali krok równy jak na 

paradzie. 

Dowódca dywizji meldował: „...Mimo zdecydowanego 

oporu przeciwnika, akcji jego lotnictwa bombowego i artylerii 

ciężkiej, oddziały dywizji sforsowały przejścia w Łęczycy 

i posunęły się 8-10 km w przód. Próba odrzucenia 60 pp 

i uchwycenia z powrotem przeprawy w Łęczycy skończyła się 

niepowodzeniem. Nieprzyjaciel został odrzucony ponosząc 

dotkliwe straty. Wszystkie oddziały dywizji zdobyły dużo 

jeńców i materiału wojennego..." 

Bój równie zacięty toczyła w dalszym ciągu dywizja gen. 

Włada o Piątek. Mimo jej początkowego sukcesu Niemcy 

wciąż na nowo podejmowali kontrataki. Jednym z nich, 

w którym wzięły udział dwa niemieckie bataliony, zdołali 

zaskoczyć batalion 55 pułku piechoty i rozbić go. Dopiero 

skierowany w to miejsce batalion odwodowy pułku zdołał 

zagrodzić Niemcom drogę do Bzury i zmusić ich do odwrotu. 

W nocy z 9 na 10 września, gdy gen. Wład przygotowywał 

plan dalszego natarcia, gen. von Briesen ściągnął spod Bielaw 

ostatnie bataliony swojej dywizji i wzmocnił nimi obronę pod 

Piątkiem. 

Atak Polaków ruszył o świcie. Przedtem otworzyła ogień 

artyleria. Daleko, za linią niemieckich okopów, uniosła się 

85 

czarna kurzawa i rozległo się stamtąd głuche dudnienie 

wybuchów, od których drżała ziemia. Po salwach artylerii 

polskiej artyleria niemiecka umilkła prawie zupełnie. 

Następne salwy padły na linię niemieckiej piechoty. Przy-

dusiły ją do ziemi. Tę chwilę przewagi własnej artylerii 

wykorzystali Polacy i dopadli niemieckich okopów. Najszyb­

ciej załamano opór na skrzydłach i wtedy od wschodu 

i zachodu uderzono na Piątek. 

„...Nasi żołnierze biją się wspaniale — wspomina weteran 

bitwy, porucznik Mikołaj Ignatowicz — mimo zaciekłej obrony 

nieprzyjaciela. Prą naprzód. 

Zwycięstwo uskrzydla, dodając otuchy i wiary we własne 

siły. 

Co pewien czas słychać «hura!». To nasze 55 i 57 pułki 

piechoty zwycięsko posuwają się naprzód. Walczą na bagnety. 

58 pułk piechoty jest w drugim rzucie dywizji. 

Nieprzyjaciel cofa się powoli. Za każdy krok naprzód 

żołnierze dywizji obficie płacą krwią... 

...Jest świt 10 września. Przesuwamy się do przodu... 

Odgłosy walki nie ustają ani na chwilę. Około południa 

zbliżamy się do Piątka. Spotykamy liczne grupki rannych. Na 

drodze i w pobliżu zabici nasi żołnierze i Niemcy... 

Nieco dalej, obok zabudowania stoi kilku chłopców lat 

14—16. W ręku mają karabiny, a na pasach żołnierskich po 

kilka ładownic. Są ogromnie dumni z udziału w walce. 

Tuż przed nami w kłębach dymu Piątek. Dopala się kilka 

domów. Idziemy szybko naprzód. Zwiad za nami. Bardzo 

silny, mdły swąd spalenizny towarzyszy nam daleko za 

miasteczkiem. Na drodze i obok dużo zdobytego sprzętu 

i broni..." 

Miasto wzięto w południe po ciężkich walkach ulicznych. 

Natychmiast ruszył pościg za Niemcami. W przeciwnym 

kierunku szli jeńcy. 

Około północy oddziały dywizji płk. Mozdyniewicza zajęły 

Górę św. Małgorzaty. Stanął tam 68 pułk piechoty. Opóźnił 

background image

86 

swoje natarcie jedynie pułk 70, zatrzymany pod Sługami. 

Wcześnie rano rzucił się jednak ponownie do natarcia. P

krótkiej, lecz zaciętej walce odebrano Niemcom Bryski i Stary 

Gaj. Pułk zdobył licznych jeńców, działa i inny sprzęt wojenny. 

17 dywizja wspólnie z 14 i 25 ruszyły w pościg za nie­

przyjacielem. 

Dowódca 8 armii niemieckiej gen. Blaskowitz nie był 

jeszcze w pełni świadomy grozy sytuacji, gdy meldował 

o położeniu swoich dywizji dowództwu Grupy Armii „Połu­

dnie" i częściowym tylko natarciu nieprzyjaciela między 

Łowiczem a Łęczycą. Zresztą gen. Rundstedt również nie 

zdradzał niepokoju. Wydawało się, że wystarczy pchnąć 

dodatkowo do bitwy korpusy XI i XVI, aby osadzić Polaków 

na miejscu i natychmiastowym przeciwuderzeniem doprowa­

dzić do rozstrzygnięcia bitwy na swoją korzyść. 

Zanim jednak nadeszły posiłki, dywizja Briesena musiała 

ustąpić. Oddajmy na chwilę głos kronikarzowi niemieckiej 

dywizji, Breithauptowi: „...Po wielogodzinnej walce nastąpił 

kryzys: w rejonie Stawów i Nowego Gaju, szosą prowadzącą 

na południe, napiera nieprzyjaciel, między Janowicami 

i Irenowem zawisła groźba przerwania cieniuteńkiej i na­

piętej linii frontu. Na całej szerokości zauważyć już można 

wycofywanie się niektórych oddziałów, własna artyleria nie 

jest w stanie zatrzymać nieprzyjaciela, jej ogień jest bardzo 

często za krótki i zagraża własnej piechocie. 

Ale oto nastała decydująca chwila dla gen. von Briesena. 

Z ociekającym krwią ramieniem w gipsie, w poszarpanej 

kurtce polowej, na czele oficerów ze swego sztabu udaje się 

w sam środek cofającej się piechoty. Jego przykład odnosi 

pewien skutek. Wycofywanie się wojska zostaje zahamowane. 

Wieść o pojawieniu się generała rozchodzi się błyskawicznie, 

oddziały znowu wracają do szyku i — idąc za przykładem 

87 

s

wych dowódców — przechodzą do kontrataków. Lecz nie 

wszędzie udaje się ponownie załatać poszarpaną linię frontu. 

Janowice, Stawy, Irenów — pięć razy przechodzą z rąk do 

r

ąk, przy czym ciągły napływ polskich posiłków zmusza do 

cofnięcia lewego skrzydła, aby w ten sposób uniknąć oskrzyd­

lenia od strony Brysków i Morakowa. Tymczasem polska 

kawaleria przecina szosę na Bielawy, na południe od Piątka 

i częścią oddziałów skręca na zachód, zagrażając natychmiast 

od tyłu pozycjom artyleryjskim, rozlokowanym na południowy 

wschód i na południe od miasta. 

Na niektórych odcinkach próby ataku co prawda załamują 

się pod wpływem bezpośredniego ognia artyleryjskiego, ale 

teraz staje się już oczywiste, że dalsze utrzymanie pozycji 

dywizji wokół Piątka nie jest możliwe, jeśli chce się uniknąć 

całkowitego okrążenia i grożącego zniszczenia. 

Płk Basler, dowódca 26 pułku piechoty, który po południu 

przejął dowództwo po przewiezionym do szpitala polowego 

dowódcy dywizji, uzyskał w korpusie zgodę na opuszczenie 

miasta. 

Wycofywanie się jednostek, zapoczątkowane gdzieś w go­

dzinach popołudniowych, zostało natychmiast zauważone przez 

polskie samoloty rozpoznawcze, które nieprzerwanie krążyły 

nad polem walki. Unosiły się one poza zasięgiem artylerii 

przeciwlotniczej, własnego zaś lotnictwa nie było widać. 

Wycofanie się zgromadzonej w rejonie Piątka wielkiej liczby 

taboru i zawracających oddziałów musi nastąpić jedyną szosą 

prowadzącą przez Zgierz w kierunku Łodzi. Ale na skutek 

celnego ognia polskiego grozi niebezpieczeństwo utraty moż­

liwości kierowania całym tym ruchem; powstają korki, kolum­

ny torują sobie drogę, jadące na oślep zaprzęgi wyrywające 

się z ognia (polskiej artylerii) powodują zamieszanie, w sze­

regach żołnierskich krążą już paniczne plotki. Oto pierwsze 

oznaki paniki, która tak szybko może się rozszerzyć. Zostaje 

jednak z trudem opanowana..."

5

Tamże,

 s. 30. 

background image

Gdy meldunki o pojawieniu się polskiej kawalerii na 

skrzydłach i tyłach dotarły do sztabu 30 dywizji piechoty, gen. 

von Briesen, który po opatrzeniu rany zdążył powrócić do 

dywizji, zdał sobie sprawę, że poniósł klęskę. 

Tym razem gen. Blaskowitz nie krył swego niepokoju 

i 10 września w południe w rozkazie operacyjnym armii 

informował: „Kontynuując działania zaczepne armia osią­

gnęła dziś na swym prawym skrzydle rejon na zachód 

i południowy zachód od Skierniewic, lecz na lewym skrzydle 

znaczne siły nieprzyjaciela zyskały na terenie i osiągnęły 

rejon na północ od Ozorkowa do Parzyszewa..."

6

. Pozornie 

lakoniczna informacja ujawniała w dalszej części rozkazu 

(o wycofaniu kwater głównych korpusu z Ozorkowa do 

Zgierza i 8 armii z Łodzi do Brzezin) rzeczywistą powagę 

sytuacji. Oto wyższe niemieckie dowództwo przyznało się 

do poważnego zagrożenia natarciem polskim swoich 

ośrodków dowodzenia i wycofywało je do miejsc na razie 

nie zagrożonych. 

Jeszcze przed świtem grupa kawalerii gen. Skotnickiego 

podjęła natarcie na Uniejów i Wartkowice. Zdobycie tych 

miejscowości było konieczne, gdyż tamtędy biegły drogi 

zaopatrzenia całego X korpusu gen. Ulexa. Stamtąd też 

prowadził kierunek na tyły jego broniących się nad Bzurą 

dywizji. 

6 pułk ułanów z Podolskiej Brygady Kawalerii część 

swoich szwadronów rzucił do ataku frontalnego na Uniejów, 

a pozostałą częścią uderzył od północnego zachodu. Po 

zaciętej walce wzięto wieś Kościelnice, a następnie przepę­

dzono Niemców z uniejowskiego cmentarza. Stąd jednym 

skokiem szwadrony wdarły się do miasteczka, gdzie jeszcze 

w ulicach, wykorzystując domy, wróg usiłował się bronić. 

Gdy jednak natarcie oskrzydlające wtargnęło do Uniejowa, 

6

 Centralne Archiwum Wojskowe (CAW), Zespół dowództwa 8 armii, 

rozkazy armijne gen. Blaskowitza. 

89 

zdobyto miasto i odcięto odwrót Niemcom, przeciwnik załamał 

s

ię ostatecznie i — pozostawiając na polu walki zabitych, 

rannych, jeńców oraz sprzęt wojenny — rzucił się do panicznej 

ucieczki. 

9 i 14 pułki ułanów parły niepowstrzymanie w kierunku 

Wartkowic i Poddębic. Oba polskie pułki działały na nie­

przyjacielskich tyłach. Już podczas przekraczania szosy między 

Wartkowicami i Uniejowem 9 pułk zagarnął kilka niemieckich 

samochodów z zaopatrzeniem i idąc dalej naprzód zniósł małe 

oddziały nieprzyjacielskie, wyłapywał pojedynczych oficerów 

i kurierów jadących z rozkazami. 

14 pułk ułanów podszedł pod Wartkowice niepostrzeżenie 

dla znajdującego się tam oddziału kwatermistrzowskiego 

przeciwnika i zaskoczył go całkowicie. Jego dowódca nawet 

nie przypuszczał, aby mogły zjawić się tu polskie oddziały. 

Zaskoczony podjął chaotyczną i mało skuteczną obronę. 

Wartkowice zastały zdobyte. Tymczasem od zachodu nad­

ciągały tu wciąż niemieckie samochody, które wraz z całą 

zawartością wpadały w ręce Polaków. 

Droga na tyły Niemców stanęła otworem. Kawaleria gen. 

Skotnickiego już wieczorem 10 września zajęła bez walki 

Parzęczew. W samą porę. Od zachodu nadciągała bowiem 

221 niemiecka dywizja piechoty z odsieczą dla Briesena. 

Polacy przerwali front również na wschód od Piątka, 

17 pułk ułanów Wielkopolskiej Brygady Kawalerii zaatakował 

Niemców w Walewicach i po częściowym okrążeniu wziął 

szturmem wieś i pobliski dwór, zaś 15 pułk ułanów opanował 

Bielawy. I tutaj również przegrana kosztowała Niemców 

drogo: dziesiątki zabitych, rannych i jeńców, stracona broń 

i amunicja. 

Komunikat informacyjny sztabu grupy operacyjnej gen. 

Knolla o położeniu nieprzyjaciela donosił późnym wieczorem 

10 września: 

„W akcji prowadzonej przez Grupę Operacyjną stwierdzono 

następujące oddziały nieprzyjaciela: 

background image

90 

przed frontem 25 DP i 17 DP — oddziały 6 i 46 pp, 

przed frontem 14 DP — oddziały 6 i 26 pp. 

Jednostki te wchodzą w skład 30 DP. Ponadto w akcji brały 

udział ze strony nieprzyjaciela oprócz artylerii ciężkiej jedno­

stki pancerne działające w nocy przy świetle reflektorów. 

Rozmieszenie oddziałów 30 DP w terenie wskazuje, iż 

dywizja ta została naszym natarciem przecięta w kilku 

miejscach z północy na południe i wycofuje się poszczegól­

nymi grupami w kierunku południowym. Uważam, że 

30 dywizja w chwili obecnej nie przedstawia już zwartej, 

kierowanej jednostki i w miarę naszego posuwania się na 

południe tracić będzie swą wartość bojową coraz więcej. Na 

podstawie dotychczasowych walk stwierdzić należy, że od­

działy 30 DP opóźniają twardo, w czym jest im pomocna dość 

liczna artyleria ciężka. 

Największe straty poniósł nieprzyjaciel przed frontem 

25 DP, tracąc prócz wielkiej liczby zabitych, rannych i jeńców 

— 2 ciężkie działa. Również 14 DP zadała nieprzyjacielowi 

straty wyrażające się w dużej liczbie zabitych i rannych. 

Wobec wielkich strat poniesionych w ludziach i materiale 

wojennym oraz w związku z pozbawieniem 30 DP jej zwartości 

bojowej przewiduję na dni następne znaczne zmniejszenie się 

oporu nieprzyjaciela przed frontem grupy operacyjnej, o ile 

oddziały nie zostaną zasilone większymi posiłkami, zupełne 

osłabienie siły bojowej 30 DP"

7

Powoli zaczynają jednak nadciągać nad Bzurę niemieckie 

posiłki. 

Najpierw gen. Blaskowitz rzucił pod Łęczycę 221 dywizję, 

ale pod Uniejowem stanęli jej już w poprzek Polacy. Dowódca 

8 armii zatrzymał więc maszerujący na Warszawę cały XIII 

korpus i skierował pułki dwóch jego dywizji pod Zgierz, 

7

 Wojna obronna Polski 1939, Wybór źródeł,

 Warszawa 1968, s. 673. 

91 

Ozorków i Bratoszewice. Z pomocą pospieszył również gen. 

Rundstedt, który oddał Blaskowitzowi z odwodów 213 dywizję 

piechoty. Dowódca armii niemieckiej sam nie był już w stanie 

opanować sytuacji. Musiał podzielić obronę na dwa odcinki, 

które powierzył dowódcom XIII i X korpusów. Wiedział już 

również, że dotychczasowy marsz na Warszawę i pościg za 

wycofującą się armią „Łódź" nie są w tej sytuacji możliwe. 

Kazał więc wysuniętym daleko ku wschodowi oddziałom 

opuścić Sochaczew i główne siły skoncentrował pod Łowi­

czem; stąd zamierzał rzucić je do przeciwuderzenia, by 

zmiażdżyć lewe skrzydło natarcia polskiego i zamknąć od­

działom polskim drogę ku Warszawie. 

Nowe dywizje niemieckie pojawiły się na froncie bitwy nad 

Bzurą już 10 września. 17 dywizja piechoty ruszyła dwiema 

kolumnami z Łodzi i Strykowa i po południu stanęła pod 

Celestynowem i Modlną oraz na północ od Ozorkowa. 10 dy­

wizja piechoty zatrzymała się w Skierniewicach, skąd natych­

miast skierowała jeden ze swoich pułków z pomocą dla 

24 dywizji piechoty stojącej pod Łowiczem. 

Nowe dywizje niemieckie podążały szybkim marszem na 

północ, do bitwy wychodziły im naprzeciw dywizje polskie 

grupy operacyjnej gen. Knolla, które w tym czasie ścigały już 

nieprzyjaciela na całym froncie. 

25 dywizja piechoty rozpoczęła właśnie bój o Sierpów 

i Leśmierz. 

29 kaliski pułk piechoty ppłk. Floriana Gryla, który 

dotąd nie brał jeszcze udziału w walce, parł naprzód 

jak niesiony na skrzydłach i z marszu znosił małe oddziały 

nieprzyjaciela, starające się tu i ówdzie stawić Polakom 

opór, pod Sierpowem jednak Niemcy zdążyli przygotować 

mocniejszą obronę i wesprzeć ją nawet artylerią. Polski 

pułk chciał z marszu wziąć i tę przeszkodę, ale nie udało 

się. Przeciwnik postawił tak silną zaporę ognia artyleryjskiego 

i karabinów maszynowych, że nie sposób było przejść 

przez nią bez pomocy własnej artylerii. Pułk przywarł 

background image

92 

do ziemi. Wkrótce potem salwy dwóch polskich dywizjonów 

artylerii ciężkiej zlały się w jeden potężny grzmot przeciąga­

jący nad niemieckimi pozycjami. Pierwsze salwy spadły na 

stanowiska niemieckiej artylerii i zmusiły ją do milczenia. 

Następne wybuchły gejzerami ziemi i ognia w okopach. 

Poderwały się z ziemi tyraliery i jednym skokiem dopadły 

nieprzyjacielskich stanowisk. Strzelające jeszcze tu i ówdzie 

niemieckie karabiny maszynowe utonęły nagle w ogłu­

szającym okrzyku: hura, hura — wyrywającym się z setek 

żołnierskich piersi. 

56 pułk szedł przez cały czas wśród ognia niemieckiej 

artylerii. Pod Leśmierzem stała niemiecka piechota. Pułk 

uderzył, ale przejść, nie zdołał. Walka przeciągała się, lecz 

żadnej ze stron nie dawała rozstrzygnięcia. 

Polska dywizja nie miała już żadnych odwodów, którymi 

mogłaby wesprzeć walczące pułki. Przeciwnik zaś już je miał 

i natychmiast rzucił do walki. 

21 pułk piechoty z 17 niemieckiej dywizji wraz z kompanią 

czołgów i liczną artylerią przeszedł do kontrataku pod Sier-

powem i Leśmierzem. Uderzenie było silne, a Polacy nie 

mogąc mu dostatecznie przeciwdziałać, wycofali się. Po tyra 

sukcesie Niemcy nie kwapili się do marszu naprzód. W do­

wództwie X korpusu wiedziano już, że w Uniejowie i Parzę­

czewie są oddziały polskiej kawalerii wiszące groźnie nad 

niemieckim skrzydłem i tyłami. Bez walki dali więc za 

wygraną i wycofali się pod Solcę Wielką i Wróblew. 

Pułki 70 i 68 polskiej 17 dywizji piechoty biły się o Modlną 

i wzgórze Celestynów. Niemcy byli jednak bardzo silni, 

otrzymali już posiłki i dlatego natarcie polskie utknęło. Dywizja 

zrewanżowała się jednak Niemcom pod Giecznem i Sypinem. 

Właśnie w kierunku Gieczna cofał się 26 niemiecki pułk 

piechoty, który pod Piątkiem poniósł w walce z dywizją gen. 

Włada dotkliwą porażkę. Bataliony nieprzyjacielskiego pułku 

nie w pełni zorganizowane do marszu odwrotowego, ogarnięte 

psychozą klęski, pod Giecznem natknęły się nieoczekiwanie 

93 

na

 silną, zorganizowaną przez Polaków obronę. Stał tu batalion 

70 pułku piechoty z góry przygotowany do walki z cofającym 

się nieprzyjacielem. 

Starając się przebić, Niemcy musieli przyjąć walkę. Na 

dobre przygotowanie natarcia nie mieli jednak czasu, a ponadto 

żołnierze niemieccy, idąc do ataku, oczekiwali lada chwila 

ścigających ich oddziałów 14 dywizji piechoty. Bataliony 

nieprzyjacielskie miotały się więc bezsilnie, od południa 

rażone celnym ogniem karabinów maszynowych batalionów 

z dywizji płk. Mozdyniewicza, od północy zaś — ścigającym 

ogniem artylerii dywizji gen. Włada. 

Pierwsze natarcie Niemców odparto więc bez trudu, a na­

stępnych nieprzyjaciel już nie podejmował, nie mając na nie 

ani czasu, ani chęci. Uchylił się od walki i rzucił ku 

wschodowi, szukając wyjścia z matni. 

Pod Sypinem zaskoczono uciekającą z Piątku, szosą do 

Zgierza, artylerię ciężką Briesena. 

Specjalny oddział szybki, złożony naprędce z kawalerii 

dywizyjnej i kompanii czołgów rozpoznawczych, poruszał się 

szybciej niż zaprzęgi konne niemieckiej artylerii. Oddział 

polski dopadł je i wtargnął w kolumnę, rozrywając na kawałki. 

W chwilę później było już po wszystkim. Nikt nie uszedł 

z życiem. Na szosie zostały tylko działa, milczące i już 

niegroźne. 

Mimo jednak generalnego sukcesu armii „Poznań" zaczynały 

napływać niepokojące meldunki ze wschodniego skrzydła, które 

osłaniała słaba brygada kawalerii gen. Abrahama. Żołnierze tej 

brygady, twardzi i nieustępliwi w walce, zachowujący w pamięci 

tradycję powstania wielkopolskiego, szli do ataku jak burza. 

Bój o Walewice stał się nową wojenną tradycją wielkopol­

skich ułanów. Jeszcze nie wystygły lufy dział i karabinów, 

a

 już rósł w legendę, podawaną z ust do ust przez żołnierzy 

17 pułku ułanów z Leszna Wielkopolskiego. 

„...17 pułk ułanów — wspomina por. Wojciech Chełkowski 

— zdobył Sobotę w sobotę rano 9 września. Wieczorem 

background image

94 

otrzymał rozkaz sforsowania Bzury, pobicia Niemców w Wa-

lewicach i otworzenia dla brygady drogi na południe w kierun­

ku Głowna. 

Niemcy w Walewicach nie dali się zaskoczyć i nasz wypad 

nocny zamienił się w ciężką bitwę, trwającą od północy do 

rana; 2 szwadron nacierał z północy wzdłuż Mrogi i szosy 

Sobota-Walewice, 1 szwadron uderzał ze wschodu, przez 

stawy na młyn i wieś, 4 szwadron atakował z południa, 

obchodząc pałac w Walewicach, 3 szwadron wykonał obejście 

od zachodu, ale wszedł do akcji dopiero rano, już po szturmie. 

Zażarta walka nocna wyczerpywała siły pułku, ale nikt 

nie poległ, bo ułani wykorzystywali teren i obchodzili 

ognie zaporowe. Podeszli też bardzo blisko Niemców i zadali 

im straty. 

O świcie zmieniły się warunki; celny ogień niemiecki 

przygwoździł naszych do ziemi i trup zaczął padać coraz 

gęściej. Ułani podrywali się brawurowo, nadzwyczaj ofiarnie 

i ginęli. 

Pomoc złożona z pionierów i saperów oraz ochotników 

z zaplecza pułkowego przekroczyła szczęśliwie łęgi nad Mrogą, 

ale skrwawiwszy się po wyjściu na pola zaległa bezradnie 

w olszynach przed wsią. 

Sytuacja stawała się coraz bardziej krytyczna. Kryzys bitwy 

przełamał płk Kowalczewski; przeszedł wzdłuż naszych linii 

i zadecydował, że tylko szturm generalny, równoczesny 

wszystkich pododdziałów, może uratować pułk. 

Do dziś nie rozumiem, jakim cudem nie zginął poruszając 

się w ogniu, który zadał nam, leżącym na pozycjach, tyle strat. 

Por. Żółtkowskiemu udało się przekazać szwadronom rozkazy 

do szturmu (Salamandra biegająca w ogniu). 

Duch pułku dokonał reszty — bo na hasło pułkownika 

poderwali się wszyscy jak jeden mąż. Okrzyk bojowy 

zagłuszył kanonadę. Szybkość biegu była rekordowa. I o dzi­

wo — dobiegli prawie wszyscy, potem bagnet i granat zrobiły 

swoje. 

95 

Walewice były zdobyte. 

Wyskoczyłem z palących się zagród i obserwowałem 

przedpole, żywych Niemców nie było już nigdzie widać, 

czułem za sobą zapał i dynamizm gotowych na wszystko 

ułanów. Zwycięski nastrój rozpierał piersi i pchał do dalszych 

» 8 

czynów... . 

Gen. Abraham wiedział dobrze, że zapału żołnierskiego nie 

można zmarnować, że to więcej niż połowa zwycięstwa 

w walce. Dlatego pchał swoje pułki do przodu, by szturmem 

wzięły las po południowej stronie Rulic i Piotrowic. Tam nie 

tylko ukryje brygadę przed obserwacją nieprzyjacielskiego 

lotnictwa i osłoni przed atakami czołgów, ale także znajdzie 

dobre podstawy wyjściowe do natarcia na Głowno. 

„...Zanim zdołałem osiągnąć las całością sił brygady 

— wspomina gen. Abraham — zaatakowały nas z kierunku 

wschodniego i północno-wschodniego świeże oddziały nie­

przyjaciela. Natarcie niemieckie kieruje się wprost na nasze 

tyły, usiłując odciąć nas od Bzury..."

9

Istotnie, dowódca niemieckiej 24 dywizji piechoty, gen. 

Friedrich Olbricht, gdy tylko oddano pod jego dowództwo 

20 pułk piechoty z 10 dywizji, rzucił go natychmiast do 

kontrataku na Chruślin Kościelny. 

Położenie brygady polskiej stało się ciężkie. 17 pułk 

ułanów odpierał nieprzyjacielskie ataki pod Chruślinem, 

a potem pod Piotrowicami. Oddziały niemieckie stały na 

północy, wschodzie i południu. Własne patrole napotykały je 

nawet tam, gdzie po sąsiedzku powinny być bataliony dywizji 

gen. Włada. 

W samą porę zaczęły nadciągać dywizje grupy operacyjnej 

gen. Bołtucia z armii „Pomorze". 

Przed wejściem do bitwy dowództwo i sztab grupy wizyto­

wał sam gen. Kutrzeba. Omówił z gen. Bołtuciem zadania 

R.  A b r a h a m , Wspomnienia wojenne znad Warty i Bzury, Warszawa 

1969, s. 95-96. 

Tamże,

 s. 105. 

background image

96 

i sposób ich wykonania. Rozejrzał się po sztabie, to wytkną} 

tamto pochwalił, rozmawiał z oficerami i długo patrzył w oczy 

żołnierzom, jakby chciał ich natchnąć własną siłą i wiara 

w zwycięstwo. Generał znał losy przegranej bitwy na Pomorzu 

i chciał wiedzieć, czy pamięć świeżej jeszcze klęski nie 

zostawiła zbyt trwałych śladów w żołnierskim sercu. 

Wyjechał zadowolony. 

Gen. Bołtuć miał poprowadzić swoje dywizje do walki na 

wschodnim skrzydle grupy operacyjnej gen. Knolla i zależnie 

od rozwoju sytuacji albo rozszerzyć jej działanie zaczepne ku 

wschodowi, albo też osłonić ją tylko od wschodu. 

11 września rozgorzał bój z nową siłą, bo niemieckim 

posiłkom wychodziły naprzeciw posiłki polskie. 

16 grudziądzka dywizja piechoty płk. dypl. Zygmunta 

Bohusza-Szyszki

l0

 miała zdobyć Łowicz, do którego wkroczył 

kilka godzin wcześniej, przed przybyciem Polaków, 102 pułk 

piechoty niemieckiej 24 dywizji. 

Na miasto uderzył tylko 64 pułk piechoty z Grudziądza mjr. 

Aleksandra Rewerowskiego. Pozostałe pułki nie brały na razie 

udziału w walce, były jednak do niej gotowe i czekały tylko 

na rozkazy. 

To natarcie wracało żołnierzom wiarę we własne siły. 

Jak piekąca rana bolała tamta klęska nad Osą, gdzie bronili 

się i przegrali. Tu oni szli do ataku, a Niemcy się bronili. 

Cóż z tego, że szanse nie były równe, bo chociaż siły 

były mniej więcej takie same, to przecież Niemcy trzymali 

miasto łatwiejsze zacznie do obrony niż do zdobycia w ata­

ku. Mieli także liczniejszą artylerię i nie tak duże straty 

w szeregach. 

Wróg stawił opór już na podejściach do Łowicza. Były to 

na razie tylko słabe patrole, które bez trudu przepędzono. Im 

jednak dalej na południe, tym bardziej tężał opór niemiecki, 

a pod Maszycami i Klewkowem trzeba go już było łamać 

regularnym natarciem. 

10

 Płk Bohusz-Szyszko przejął dywizję po płk. Stanisławie Switalskim. 

97 

Gdy pękła nieprzyjacielska obrona, bataliony polskie ruszyły 

w

 pościg za uciekającymi Niemcami. Deptano im po piętach, 

a

by nie pozwolić na mocniejsze osadzenie się w terenie. 

O zmroku dopadły północnego brzegu Bzury i — zniósłszy 

oddziały przeciwnika usiłujące stawiać opór po tamtej stronie 

rzeki — wdarły się do miasta. 

Walka w ulicach toczyła się w ciemnościach, które jakby 

sprzymierzyły się ze śmiercią, by ukryć przed żywymi 

przerażający obraz zmagań. Walka była bezpardonowa. Życie 

jednego brało się ze śmierci drugiego, jeden drugiemu wyrywał 

je z piersi bagnetem, brał z rozwalonego granatem czerepu, 

z krzyku dławionego w śmiertelnym uścisku gardła. 

Wiele godzin ważyły się losy tej walki, gdyż żadna ze stron 

nie chciała ustąpić. Dopiero gdy w ugrupowaniu nieprzyjaciel­

skim wybito dostatecznie szeroką szczelinę, mjr Rewerowski 

rzucił w nią swój odwodowy batalion, który uderzył na 

przeciwnika z tyłu, łamiąc ostatecznie opór w zachodniej 

części miasta. 

Dziesiątki zabitych, rannych i jeńców, porzucony w nieładzie 

sprzęt wojskowy, dowodziły gwałtowności toczącej się tu 

walki, zakończonej chaotycznym odwrotem pokonanego. 

O świcie 12 września polski pułk ruszył w pościg. 

4 toruńska dywizja piechoty płk. dypl. Mieczysława Mys­

łowskiego musiała podjąć wspólnie z Wielkopolską Brygadą 

Kawalerii natarcie na Głowno. Dlatego też pomaszerowała 

niezwłocznie do rejonu koncentracji opanowanego już częś­

ciowo przez kawalerię. 

Gdy jednak 11 września o świcie czołowe oddziały dywizji 

przekroczyły Bzurę pod Sobotą i Orłowem, okazało się, że na 

południowym brzegu są Niemcy. Bronili się w Bielawach 

i Walewicach, które — raz już przez brygadę gen. Abrahama 

zdobyte — trzeba było zdobywać po raz drugi. 

Z Bielaw wyrzucono nieprzyjaciela około południa, po 

wyczerpującej walce. Trzymał się on jednak w dalszym 

ciągu mocno w Walewicach i Rulicach. Raz po raz pułki 

— Bzura 1939 

background image

98 

4 dywizji zrywały się do natarcia, lecz nie mogły przełamać 

obrony niemieckiej. Rosły straty. Frontalne ataki nie odniosły 

pożądanego skutku, z wolna tylko wgryzając się w teren 

opanowany przez przeciwnika. Ustąpił dopiero, gdy skierowa­

no odwody na jego skrzydła i tyły, wycofując się z poważ­

nymi stratami. 

Tymczasem okrążona Wielkopolska Brygada Kawalerii 

mimo ciężkiej sytuacji nie dawała za wygraną. Gen. Abraham, 

wyczuwając pewną dezorientację i niezdecydowanie nie­

przyjaciela, postanowił je wykorzystać i mimo wszystko 

działać nadal zaczepnie. Uważał bowiem, że działania jego 

oddziałów w statycznej obronie umożliwią Niemcom przejęcie 

inicjatywy. Tego zaś obawiał się najbardziej, gdyż wiedział, 

że przeciwnik dysponował siłami, które mogły zmiażdżyć 

słabą brygadę polską. 

Wstępem do działań zaczepnych miało być na razie tylko 

rozpoznanie na Głowno, ale od razu dużymi siłami. Zadanie 

to powierzył 7 pułkowi strzelców konnych płk. Stanisława 

Krółickiego, pozostałe zaś dwa pułki ułanów miały być 

w pełnej gotowości do wsparcia jego walki większością sił. 

O godzinie 3 nad ranem pułk otrzymał telefoniczny rozkaz 

dowódcy brygady: 

— 7 pułk strzelców konnych opanuje i oczyści od nie­

przyjaciela rejon wzgórza 118 i miejscowości Władysławów, 

skąd całością sił podejmie rozpoznanie na Głowno. 

Niemcy byli już w Zbożkowej Woli, nadjeżdżały samo­

chody, z których wysiadała piechota. Pokazały się również 

czołgi. Były to pułki 24 niemieckiej dywizji piechoty, która 

koncentrowała się pod Głownem dla wspólnej z 10 dywizją 

kontrakcji zaczepnej przeciwko Polakom. 

Straż przednia 7 pułku uderzyła ogniem karabinów maszy­

nowych i działek przeciwpancernych, ściągając na siebie, 

a także na maszerującą bez osłony drogą do Helenowa 

baterię artylerii, całą uwagę przeciwnika. Główne siły osło-

99 

nięte lasem mogły się więc rozwinąć do walki niepo­

strzeżenie. Toteż atak polski, który wkrótce potem nastąpił, 

zaskoczył Niemców. 

Gdy 200-300 metrów dzieliło naszych żołnierzy od nie­

przyjaciela, stała się rzecz zupełnie nieoczekiwana. Tyraliery 

polskie wyłoniły się z lasu i sunęły szybko zwarte w sobie, 

przed ostatnim szturmowym skokiem, zdawało się — napięte 

jak cięciwa przed wypuszczeniem strzały. 

I nagle buchnęła w tyralierze salwa śmiechu... 
Rotmistrz Zbigniew Szacherski " wspomina: 

„...ppor. Górski, wysoki, okazałej tuszy, wyskoczył jako 

pierwszy, z rewolwerem trzymanym w ręku wskazywał 

stanowiska nieprzyjaciela. Gromkim głosem zawołał: «Hej, 

kto Polak, na bagnety» i runął jak długi w kartoflisko, 

w którym zaplątał się ostrogami. Chwila konsternacji, przera­

ziliśmy się wszyscy, że lubiany powszechnie kolega, od wielu 

lat rezerwista naszego pułku, jest ranny. Ale kiedy poderwał 

się natychmiast, wśród idących do wałki szeregów zerwał się 

wesoły, zaraźliwy śmiech..."

 12

Tamten żołnierski śmiech zwyciężył zwykły ludzki strach 

przed śmiercią. 

Jeszcze dzwonił w uszach i błyszczał w rozwartych 

z wysiłku źrenicach, gdy wpadli w linię niemieckiej piechoty; 

gasł na twarzach ścierany grymasem grozy śmierci, nigdy 

nie oglądanej tak blisko, dotykalnej każdym pchnięciem 

bagnetu i ciosem kolby. 

Niemcy opamiętali się jednak szybko i zebrawszy siły, 

rzucili je do kontrataku. Piechota szła za czołgami. 7 pułk 

strzelców konnych musiał zawrócić na podstawy wyjściowe, 

ale stąd ani kroku do tyłu. Działka i karabiny przeciwpancerne 

zatrzymały czołgi; piechota bez osłony czołgów nie odważyła 

się atakować. 

Obecnie pułkownik WP w stanie spoczynku. 

Z.  S z a c h e r s k i , Wierni przysiędze, Warszawa 1968, s. 88. 

background image

100 

Przez chwilę cisza dzieliła walczących, zaraz jednak — prz

e

rwana jeszcze silniejszym grzechotem karabinów maszyno­

wych i kanonadą artyleryjską — zwarła ich na powrót 

w nieustępliwym pojedynku ogniowym. 

Pułk strzelców konnych złapał oddech i znów poszedł do 

ataku, uprzedził Niemców. Tym razem było lżej, bo towarzy­

szyła strzelcom cała ósemka dział polowych, wyłuskując 

z ukrycia gniazda ciężkiej broni maszynowej i stanowiska 

ogniowe artylerii. 

I tym razem granat i polski bagnet dosięgły nieprzyjaciela. 

Zwarli się wręcz. 

„...Na kaprala Smółkę z 2 szwadronu — wspomina rotmistrz 

Szacherski — który wysunął się naprzód z rkm, rzuciło się 

dwóch podoficerów niemieckich krzycząc: «Weg mit den 

polnischen Hunden» (Precz z polskimi psami). Ale Smółka 

nie dał się zaskoczyć. Stojąc otworzył do nich ogień z rkm 

i położył obu trupem. Mimo znacznej przewagi ogniowej 

i liczebnej Niemcy cofali się na całej linii..."

 I3

Polacy jednak musieli znów odskoczyć, atakowani pod­

wożonymi spod Głowna posiłkami niemieckiej piechoty. 

Tymczasem zapadł wieczór i bój o Zbożkową Wolę nie został 

rozstrzygnięty. Nazajutrz gen. Abraham postanowił ponownie 

nacierać, licząc na pomoc dywizji płk. Mysłowskiego. 

Niemcy wysoko ocenili Polaków w boju o Zbożkową Wolę. 

Uczynili to zapewne bezwiednie, nie podejrzewając nawet, by 

jeden mały pułk kawaleryjski mógł rozpocząć bitwę. W ich 

mniemaniu była to bitwa; oceniali bowiem, że w natarciu 

obok Wielkopolskiej Brygady Kawalerii wzięły udział jeszcze 

dwie dywizje piechoty. 

Posłuchajmy kronikarza 24 niemieckiej dywizji piechoty: 

„...Rejon koncentracji na północ od Głowna 24 batalion 

rozpoznawczy osiągnął w wyniku walki z nacierającymi z północy 

siłami nieprzyjaciela. Okazało się tu, że dywizja ma do czynienia 

z dobrze dowodzonym i energicznie walczącym przeciwnikiem. 

13

 Tamie,

 s. 94-95. 

101 

W ciągu popołudnia pułki zajęły podstawy wyjściowe do natarcia: 

n

a prawo — 32 pułk piechoty, na lewo — 31 pułk piechoty. 

Artyleria zajęła stanowiska ogniowe w rej. Głowna. Natarcie 

rozpoczęło się o godzinie 16 i miało początkowo powodzenie, 

ale później — szczególnie na lewym skrzydle w rej. kol. 

Popówek — napotkało silne natarcie polskie. Do nastania 

ciemności toczyły się pojedyncze walki, które wskazywały, że 

dywizja ma do czynienia z silnym planowym natarciem przeciw­

nika, którym była Wielkopolska Brygada Kawalerii, wzmocniona 

przez poważne siły 4 i 14 dywizji piechoty..."

14

7 pułk strzelców konnych płk. Królickiego miał swój 

wielki dzień. 

Gen. Kutrzeby nie zadowalały dotychczasowe rezultaty 

zwrotu zaczepnego. Jeszcze 10 września oceniał, że natarcie 

jego dywizji postąpiło naprzód w terenie, ale nigdzie nie 

uzyskało prawdziwego przełamania obrony niemieckiej. Prze­

ciwnik cofał się, ponosząc straty, lecz nie był jeszcze pobity. 

Stawiał twardy opór i — jak dotąd — skutecznie opóźniał 

marsz oddziałów polskich i dlatego nie osiągnęły one zamie­

rzonych w tym dniu celów natarcia. 

Przyjął z ulgą nadejście dywizji gen. Bołtucia, miał 

nadzieję, że dodadzą one natarciu Knolla nowej siły, która 

wreszcie złamie opór niemiecki i umożliwi wykonanie 

zamierzonego planu. 

11 września gen. Kutrzeba otrzymał z tego odcinka frontu 

pomyślne wiadomości. Łowicz był już w polskich rękach. Nie 

można było, co prawda, rozpocząć generalnego uderzenia na 

Głowno, gdyż dywizja Mysłowskiego musiała wpierw stoczyć 

bój o zdobycie podstaw wyjściowych do tego natarcia w lesie 

na linii Psary-Polesie, ale obecnie już tam była i mogła 

nazajutrz to natarcie podjąć. 

Geschichte der 24. Infanterie-Division,

 Stolberg 1956, s. 9. 

background image

102 

Niepokojące były jednak meldunki o pojawieniu się na polu 

bitwy nowych oddziałów nieprzyjaciela. Wzięto już jeńców 

z 10 i 17 dywizji piechoty, a gen. Skotnicki meldował 

o natarciu pod Wartkowicami jeszcze innej wielkiej jednostki 

piechoty. To znów krzyżowało jego plany. Grupa kawalerii 

gen. Skotnickiego musiała bowiem wykonać rajd na głębokie 

tyły niemieckie, aż pod Łódź. Generał wiele sobie po tym 

rajdzie obiecywał, sądził, że pojawienie się tam jego kawalerii 

zmusi wreszcie przeciwnika do głębokiego odwrotu znad 

Bzury. Tymczasem jednak grupa Skotnickiego musiała pozo­

stać na miejscu i odpierać niemieckie ataki, by nie dopuścić 

do uderzenia w odsłonięte skrzydło gen. Knolla. 

Tak więc siły obu stron jakby się wyrównały. Inicjatywa 

należała jednak nadal do jego armii i dlatego — jak sądził 

— należało rozwijać dotychczasowy plan natarcia. Ale 

grupa operacyjna gen. Knolla ciągle jeszcze nie mogła 

osiągnąć pełnego powodzenia. 14 dywizja piechoty po 

opanowaniu Piątku szła początkowo szybko naprzód, ale już 

wkrótce w rej. Pludwin i Woli Błędowskiej napotkała 

twardy opór Niemców. Por. Jan Dynowski, oficer dywizji, 

wspomina: „...Nieprzyjaciel zatykał «dziurę», rzucając na­

prędce sprowadzane coraz to nowe oddziały do walki; 

w ostatniej fazie natarcia braliśmy jeńców z nowych, do tej 

pory nie ujawnionych jednostek..."

 15

. Dywizja dreptała na 

razie w miejscu. 

Również w pasie natarcia 17 dywizji piechoty obrona 

nieprzyjaciela zaczęła tężeć i o każdy jego punkt oporu trzeba 

było toczyć ciężkie walki. Dowódca baterii dywizyjnej, kpt. 

Ludwik Głowacki napisał: „...Położenie 17 dywizji piechoty 

wydawało się wieczorem trudne, gdyż z kierunku połu­

dniowego weszła do akcji nowa wielka jednostka niemiecka, 

17 dywizja piechoty wsparta czołgami..."

 16

15

 MiD WIH. (Zespół kronik i relacji, s. 36). 

16

 L.  G ł o w a c k i , 17 Wielkopolska Dywizja Piechoty w kampanii 1939, 

Lublin 1969, s. 48. 

103 

Dywizja podjęła wprawdzie ponownie natarcie na Modlną, 

a

le znów bezskutecznie. Przeciwnik uprzedził ją i sam 

zaatakował. Doszło do zaciętych walk m.in. o Małachowice 

i Dybówkę, które ostatecznie padły. Dopiero późnym popołu­

dniem odebrano je Niemcom. Jedynym więc sukcesem było 

zdobycie wzgórza 160,9 oraz lasu na wschód od Celestynowa. 

Dywizja 25 gen. Franciszka Altera szła naprzód, ale wciąż 

zbyt wolno. 10 września, po ciężkim boju, przepędzono 

nieprzyjaciela spod Sierpowa i Leśmierza, a 11 z trudem 

wydarto mu Czerchów, Solcę Wielką i folwark Wróblew. 

Niemcy ustępowali wolno, nieustannie kontratakując. 

Straty w oddziałach polskich rosły zastraszająco, a ciągłe 

walki powodowały ogromne zmęczenie, potęgujące się coraz 

bardziej. 

Wszystko to niepokoiło gen. Kutrzebę. Uciekał bowiem 

cenny czas, a wraz z nim czynnik zaskoczenia i należąca doń 

inicjatywa. Jak długo jeszcze będzie należała do niego? 

Tymczasem gen. Blaskowitz robił wszystko, co było 

możliwe. Teraz zaczął ingerować już sam Rundstedt. Gen. 

Kutrzeba nie wiedział nawet, jak bardzo zaniepokoiło do­

wódcę niemieckiej Grupy Armii „Południe" jego natarcie, 

które początkowo zupełnie zlekceważył. Rundstedt wiedział 

już, że 8 armia nie poradzi sobie sama z przeciwnikiem, że 

jest niezdolna nie tylko do aktywnego przeciwdziałania mu, 

ale nawet do własnej obrony. Musiał więc zabrać XI korpus 

10 armii i oddać go Blaskowitzowi, aby przeciwuderzeniem 

na wschodnią flankę Polaków przerwał im drogi odwrotu na 

Warszawę, a następnie zniszczył. Drogo go ta decyzja 

kosztowała, bo przecież tym samym opóźniał natarcie swo­

ich głównych sił ku Warszawie i środkowej Wiśle. Polecił 

także swojemu szefowi sztabu gen. Mansteinowi, by na­

kazano III korpusowi z 4 armii gen. Klugego wzmożenie 

nacisku na Polaków od północnego wschodu. Kazał również 

prosić o możliwie najsilniejszą ingerencję 4 floty powietrznej 

gen. Lohra. 

background image

104 

Nie wiedząc nic jeszcze o nowych decyzjach przeciwnika 

gen. Kutrzeba wydał rozkazy gen. Knollowi, aby 12 września 

nadal nacierał i ostatecznie opanował Ozorków oraz wzniesie­

nia Celestynów-Modlna. Grupa gen. Bołtucia miała przede 

wszystkim odebrać Niemcom Głowno, zaś gen. Skotnicki 

zaatakować przeciwnika pod Wartkowicami i odrzucić go 

stamtąd ku zachodowi. 

Konieczna była jednak reorganizacja dowodzenia wojskami. 

Powiększył się bowiem obszar ich działania i wzrosła liczba 

wielkich jednostek. Dowodzenie całością nacierających wojsk 

postanowił powierzyć gen. Bortnowskiemu, gdyż wierzył 

w jego energię i konsekwentny upór, niezbędny do realizacji 

trudnego zadania. 

Postanowił wezwać go do siebie nazajutrz rano i omówić 

z nim tę sprawę. Oceniał, że dość słabemu naciskowi nie­

przyjaciela z północy i północnego zachodu zdolne są przeciw­

stawić się dywizje generałów Przyjałkowskiego i Drapelli 

oraz bataliony pułkowników Siudy i Sadowskiego

 n

. Całością 

dowodzić tam będzie generał Tokarzewski

18

4 niemiecka armia gen. Klugego nie była tu na razie groźna. 

Jej siła bardzo zmalała, od kiedy zabrano korpus gen. Heinza 

Guderiana i przerzucono do Prus Wschodnich, by tam uderzył 

na flankę frontu polskiego nad Wizna. III niemiecki korpus 

idący w ślad za cofającą się południowym brzegiem Wisły 

polską armią „Pomorze" nie ścigał jej w dążeniu do rozstrzyg­

nięcia, lecz nieśmiało rozpoznawał, poddając się polskiej 

inicjatywie. 

Toteż dywizje polskie maszerowały swobodnie, zwierając 

front obrony bliżej Włocławka oraz jezior Narzymowskiego 

i Szczytnowskiego. 

17

 Gen. Zdzisław Przyjałkowski dowodził 15 dywizją piechoty, gen. Juliusz 

Drapella był dowódcą 27 dywizji piechoty, płk Stanisław Siuda dowodził 

Poznańską Brygadą Obrony Narodowej, zaś płk dypl. Stanisław Sadowski 

— 19 pułkiem piechoty z 5 lwowskiej dywizji piechoty. 

18

 Dowódca grupy operacyjnej w armii „Pomorze". 

105 

Większe starcia były na razie rzadkością i nie miały zbyt 

dużej siły. 

Pod Osięcinami wydzielony oddział 27 dywizji piechoty 

zaatakował kolumnę boczną niemieckiej odwodowej 

208 dywizji piechoty i zmusił ją do przyjęcia walki. Słabszy 

oddział polski ustąpił dopiero po kilku godzinach, ale przeciw­

nik zaniepokojony pojawieniem się Polaków na tyłach zaczął 

działać jeszcze ostrożniej niż dotąd. 

Bardziej energicznie poczynała sobie 50 dywizja nie­

przyjacielska z III korpusu 4 armii. Jeszcze tego samego 

dnia, 10 września, podjęła natarcie na prawym skrzydle 

polskiej 27 dywizji piechoty. Piechota niemiecka przerwała 

linię naszej obrony i zapuściła się aż pod miejscowość 

Kąty, jednak natychmiastowy kontratak polski odrzucił 

przeciwnika. 

11 września, mimo kategorycznych rozkazów aktywniej­

szego działania, oddziały 4 niemieckiej armii w dalszym ciągu 

nie przejawiały zbytniej chęci w tym kierunku i tylko nieśmiało 

rozpoznawały. Przeciwnik ujawnił się jednak po drugiej 

stronie Wisły, pod Płockiem. Była to 3 dywizja piechoty 

II korpusu. Dywizja niemiecka nie była osamotniona. Na 

północ od niej maszerowały w kierunku Wyszogrodu i Mo­

dlina dwie dalsze dywizje. Na północy zaczęło się więc 

rysować groźniejsze niebezpieczeństwo. Bo oto Sochaczew, 

będący newralgicznym punktem tyłów polskiego zgrupo­

wania, mógł być zaatakowany już nie tylko od południa, 

lecz także z północy. Skierowano tam więc niezwłocznie 

grupę batalionów płk. dypl. Stanisława Switałskiego z armii 

„Pomorze". Sochaczew był wolny od wroga i można było 

przystąpić od razu do tworzenia dużego przedmościa na 

wschodnim brzegu Bzury. Rozpoczęto budowę mostów. 

Pod Wyszogród rzucono oddziały płk. dypl. Jana Maliszew­

skiego, dowódcy 35 pp z Brześcia n. Bugiem, które w łączności 

z obroną Sochaczewa utworzyły nad dolną Bzurą linię osłony 

operacji od wschodu. 

background image

106 

Spojrzawszy na mapę sytuacyjną oddziału operacyjnego, 

gen. Kutrzeba doznał przykrego uczucia niepokoju. Zgrupo­

wanie obu armii, którymi dowodził, tkwiło jakby w ogromnej 

butelce lub karafce bez korka. Jeżeli nie skruszy szybko 

obrony niemieckiej pod Głownem i Strykowem, Niemcy 

znajdą korek i wbiją go pod Sochaczewem, zamykając jedyny 

kierunek odwrotu ku Warszawie. 

— Bronić się tutaj długo nie możemy — zwrócił się do 

stojącego obok oficera sztabu. W słowach generała zabrzmiało 

jakby leciutkie pytanie. 

— Tak jest, panie generale, mają nas w kotle i jeżeli 

oddamy im inicjatywę, długo nie pociągniemy. 

— Będziemy nacierać — rzekł generał z determinacją 

w głosie — aż do skutku. — Natychmiast jednak pomyślał, 

że musiało to zabrzmieć trochę brawurowo. Powiódł oczami 

po cienkiej linii osłony i trochę grubszej linii natarcia. 

Wszystkie prawie dywizje i oddziały były już w pierwszej linii. 

— A gdzie pan ma 26 Ajdukiewicza? 

— Stoi pod Łaniętami. 

— Trzeba tę dywizję skierować pod Żychlin i niech tam 

stanie w odwodzie. To wszystko, co nam zostało. 

— A jednak będziemy nacierać — zdecydował z tą samą 

co poprzednio determinacją. 

Czwarty dzień bitwy nie zapowiadał się dla Polaków 

pomyślnie. Natarcie na Głowno ruszyło, ale nie wzięła w nim 

udziału 4 dywizja piechoty. Gen. Bołtuć, mimo wyraźnego 

rozkazu gen. Kutrzeby, kazał dywizji odpoczywać, natarcie 

zaś rozpocząć dopiero wieczorem. 

Gen. Abraham stracił więc nadzieję na szybką pomoc 

4 dywizji, ale — będąc nadal przekonany o konieczności 

aktywnej postawy swojej brygady — postanowił na Głowno 

nacierać bez pomocy. Jeszcze 11 września wydano rozkazy, 

107 

a gdy nieoczekiwanie przybył batalion piechoty, oddany 

brygadzie przez gen. Włada, podjęto myśl realizacji tego 

zamiaru bez zastrzeżeń. 

Wcześnie rano batalion 57 pułku piechoty mjr. Stanisława 

Hrycka przejął zadanie 7 pułku strzelców konnych — atak 

w kierunku Głowna. Piechota poszła naprzód, ale przeciwnik 

cofał się bardzo powoli. Już wydawało się, że po Głowno 

wystarczy tylko ręką sięgnąć, jeszcze doń tylko około trzech 

kilometrów, gdy wtem opór nieprzyjaciela nagle stężał, a zaraz 

potem wyszło naszym naprzeciw jego przeciwuderzenie. Było 

silne, piechota z czołgami i liczna artyleria. Mjr Hrycek 

zatrzymał batalion i kazał z miejsca przyjąć Niemców ogniem. 

Ale zapora naszego ognia była słaba, milkły w nawale ognia 

niemieckiej artylerii nasze karabiny maszynowe, pociski 

rozrywały nie osłoniętą tyralierę piechoty, która nie zdążyła 

się jeszcze okopać. Mjr Hrycek nie miał żadnego odwodu, aby 

pomóc swoim wykrwawionym kompaniom. Batalion zmuszony 

był odskoczyć do tyłu. 

Nie powiodło się również 15 pułkowi ułanów. Jeszcze nie 

osiadł mocniej na podstawie wyjściowej do natarcia w Ziewa-

nicach, gdy nieprzyjaciel zaatakował. Dowódca pułku, ppłk 

Tadeusz Mikke, dostrzegł niebezpieczeństwo, chciał podnieść 

swoje szwadrony na spotkanie Niemcom i wyskoczył przed 

leżącą tyralierę swoich ułanów. Słowa rozkazu uwięzły mu 

w gardle. Padł śmiertelnie raniony w czoło. 

Nieprzyjaciel wykorzystując zamieszanie w polskich szere­

gach wdarł się w ugrupowanie pułku. Nie na długo, w walce 

wręcz Polacy byli lepsi. Przeciwnik uszedł ze stratami. 

Gen. Abraham wiedział już, że nieprzyjaciel w Głownie jest 

silniejszy niż przypuszczał. Potrzebna mu była natychmiastowa 

pomoc 4 dywizji. Pojechał więc sam do gen. Bołtucia, lecz 

przedtem kazał swoim przygotować się do nowego natarcia. Gdy 

ruszy także dywizja Mysłowskiego, akcja musi się udać. 

Gen. Bołtuć jednak, choć przyznał rację argumentom 

gen. Abrahama, przeciwny był szybkiej decyzji. Ustalona 

background image

108 

poprzednio na godzinę 15 gotowość dywizji do walki, wymu­

szona zresztą rozkazem gen. Bortnowskiego, nie została 

dotrzymana. Dywizja miała nacierać dopiero wieczorem. 

Ale wieczorem sytuacja uległa całkowitej zmianie. Jeszcze 

rano gen. Bortnowski przystał na propozycję gen. Kutrzeby 

i przejął dowództwo nad nacierającymi oddziałami. Pojechał 

więc do gen. Knolla, by na miejscu zapoznać się z sytuacją. 

Nie był z niej zadowolony, oceniał ją negatywnie i nie 

wierzył, by mogła ulec poprawie. 

Tymczasem bitwa ciągle trwała, toczono ją z coraz większą 

zaciętością, ale widać już było, że dosięgła szczytu. Polacy 

mocą trzymanej jeszcze w ręku inicjatywy dobywali ostatnich 

sił dla osiągnięcia głównego jej celu. 

25 dywizja piechoty gen. Altera wciąż jeszcze biła się 

o folwark Wróblew i Solcę Wielką. I jedna, i druga miej­

scowość były już w polskich rękach. Niemcy wydarli je 

nocnym przeciwuderzeniem. Oddziały dywizji gen. Altera 

podjęły więc walkę gwałtownym kontratakiem już o 3 rano. 

Powiodło się i nieprzyjaciel musiał ustąpić ze stratami, wkrótce 

jednak Niemcy ponownie odebrali obie miejscowości. 

O świcie dywizja rozpoczęła natarcie na Ozorków i mias-

to-ogród - Sokolniki. 

60 pułk piechoty kierował się na Ozorków. Musiał jednak 

najpierw pokonać silny opór przeciwnika w folwarku. Walka 

trwała tutaj nieprzerwanie przez kilka godzin i ciągle bez 

rozstrzygnięcia. Po południu ppłk Frydrych jeszcze raz rzucił 

swoje wykrwawione oddziały do ataku. Przeciwnik, wzięty 

z dwóch stron, ustąpił tym razem ostatecznie nie tylko 

z dotychczasowej linii obrony, ale także z Ozorkowa. 

Sąsiedni, 56 pułk piechoty miał łatwiejsze zadanie. Dość 

szybko złamał opór nieprzyjacielski i bataliony polskie wdarły 

się do Sokolnik. Przed wieczorem patrole obu pułków polskich 

dotarły do przedmieść Ozorkowa. 

Sukces 25 dywizji piechoty gen. Altera był bardzo potrzebny 

17 dywizji piechoty płk. Mozdyniewicza. Oskrzydlono bowiem 

109 

rejon Modlnej, o który już od wczesnego ranka toczyły ciężki 

bój oddziały dywizji. Bataliony 70 i 69 pułków piechoty 

podjęły walkę o las pod Borowcem i Modlną. Bez większego 

trudu przepędzono Niemców z lasu, biorąc przy tym jeńców, 

ale w Modlnej przeciwnik siedział mocno. Z zabudowań 

probostwa w skrzydło II batalionu 69 pułku piechoty prażyły 

ogniem karabiny maszynowe dwóch niemieckich czołgów 

i jakiegoś oddziału piechoty. 

Batalion polski musiał stanąć i szukać osłony przed groź­

nym, zadającym dotkliwe straty ogniem. W porę pospieszyła 

z pomocą 6 bateria 17 pułku artylerii kpt. Ludwika Głowac­

kiego. Jej salwy były celne i porażony nimi przeciwnik rzucił 

się szybko do odwrotu, pozostawiając na polu walki nie 

zniszczone czołgi. Wkrótce zawtórowały baterii działa 3 dywiz­

jonu 17 pułku artylerii lekkiej i cały dywizjon artylerii 

ciężkiej. Lawina pocisków spadła na Modlną i pobliski las, 

gdzie Niemcy próbowali jeszcze się bronić. Zaraz potem 

wkroczyły do akcji dwa nowe polskie bataliony, które wtarg­

nęły w obronę niemiecką i zmusiły jej załogę do odwrotu. 

Piechota polska nie zwlekając, ruszyła w pościg za nimi i siłą 

rozpędu zdobyła Modlną, a zaraz potem także drugą linię 

obronną nieprzyjaciela. Pobity przeciwnik usiłował jeszcze 

ratować sytuację i chciał zatrzymać natarcie silnym skoncen­

trowanym ogniem aż trzech dywizjonów artylerii. Nie trafił 

jednak i dziesiątki pocisków padły w próżnię. 

17 dywizja piechoty święciła swoje zwycięstwo i przygoto­

wywała się do decydującego natarcia na Stryjków. 14 dywizja 

gen. Franciszka Włada biła się od rana z 10 niemiecką 

dywizją piechoty 8 armii. Oddziały polskie zaatakowały obronę 

nieprzyjacielską pod Pludwinami, ale wnet musiały zaniechać 

natarcia napotkawszy gęstą zaporę ognia artyleryjskiego 

i karabinów maszynowych. 

Jak się okazało, oddziały niemieckiej dywizji były już 

gotowe do przeciwuderzenia, bo gdy tylko natarcie polskie 

utknęło, natychmiast ruszyły, uderzając w bok 55 pułku 

background image

110 

piechoty i na jego tyły. Przez cały dzień toczono tutaj ciężki 

bój, wydzierając sobie na przemian zdobyte przez przeciwnika 

pozycje. Natarcie nieprzyjaciela odparto, ale oddziały wysu­

nięte na linię Osie-Koźle musiały się wycofać pod Gozdów 

i Wrzask, aby dołączyć do skrzydła sąsiedniego 58 pułku 

i wypełnić powstałą tam lukę. Z tej linii dywizja nie ustąpiła 

ani kroku, w nocy zaś podjąć musiała nowe natarcie dla 

ostatecznego opanowania lasu pod Pludwinani. Stąd już rano 

13 września gen. Wład zamierzał rzucić swoje oddziały do 

generalnego natarcia na Stryków wspólnie z 4 dywizją piechoty 

i Wielkopolską Brygadą Kawalerii, które miały wziąć Głowno. 

Gen. Knoll wizytował dowództwo dywizji i całkowicie 

zaakceptował jego zamiary zaczepne na dzień następny. Zaraz 

jednak po odjeździe dowódcy grupy operacyjnej przybył 

z rozkazem oficer łącznikowy. Wielkie i przykre zaskoczenie. 

Dywizji kazano przerwać walkę, oderwać się od nieprzyjaciela 

i wycofać na północny brzeg Bzury. 

„...Przykry dla nas był fakt — wspomina oficer sztabu 

dywizji, por. Jan Dynowski — że uzyskanego takim ciężkim 

wysiłkiem powodzenia nie wykorzystują żadne własne oddziały 

i że bez dalszej walki wyrzekamy się inicjatywy na rzecz 

npla..."

 19

Wszystkie dywizje i oddziały grupy operacyjnej gen. Knolla 

otrzymały podobne rozkazy, wszędzie budziły zdumienie, 

a nawet niedowierzanie. 

Żołnierze przyjęli rozkazy o odwrocie nie przekonani 

o słuszności decyzji. Nie mogli zrozumieć, dlaczego oni 

— zwycięzcy spod Łęczycy, Piątku, Bielaw, Głowna i Łowicza 
— muszą ustąpić pobitym Niemcom. 

19

 J.  D y n o w s k i , Kronika działań 14 DP we wrześniu 1939 roku, MiD 

WIH. 

NIE BĘDZIE OFENSYWY SPRZYMIERZONYCH 

Na wynik bitwy nad Bzurą czekano w Sztabie Naczelnego 

Wodza z wielką niecierpliwością. Od jej pomyślnego zakoń­

czenia zależała poprawa sytuacji na całym froncie. Armia 

polska znalazła się bowiem w położeniu wręcz katastrofalnym. 

Armia „Kraków" gen. Szyllinga, ciągle wyprzedzana przez 

dywizje szybkie 14 armii niemieckiej, zagrażające jej tyłom 

od południa, nie zdołała utworzyć obrony na Nidzie i Dunajcu 

i wraz z sąsiednią armią „Karpaty" (później nazwaną „Mało­

polska") gen. Kazimierza Fabrycego cofała się pospiesznie 

nad San. Dywizje 14 niemieckiej armii gen. Wilhelma Lista 

były jednak szybsze i w nocy z 9 na 10 września przekroczyły 

tę rzekę, uniemożliwiając z góry zorganizowanie tam obrony. 

Runęło także północne skrzydło frontu polskiego. Najpierw 

dywizje 3 niemieckiej armii gen. Georga von Kiichlera 

sforsowały Narew pod Różanem, później zaś XXI korpus gen. 

Nicolausa von Falkenhorsta zaatakował Samodzielną Grupę 

Operacyjną „Narew" gen. Młota-Fijałkowskiego pod Łomżą, 

Nowogrodem i Wizna. 800-osobowa zaledwie załoga umoc­

nionej pozycji pod Wizna, dowodzona przez młodego bohater­

skiego kapitana Władysława Raginisa, odpierała ataki 

10 niemieckiej dywizji pancernej i brygady fortecznej „Loet-

zen". Niemcy nie przeszli. Teraz dopiero dowódca Grupy 

background image

112 

Armii „Północ" gen. Bock uznał, iż nadszedł właściwy czas, 

by rzucić na szalę wydarzeń siły całego XIX korpusu pancer­

nego. Gen. Guderian pchnął do natarcia na Wiznę jeszcze 

dwie dywizje — pancerną i zmotoryzowaną. Przez dwa dni 

opierali się Polacy kilkudziesięciokrotnej przewadze nie­

przyjaciela. 

Spod Wizny XIX korpus ruszył na Brześć nad Bugiem. 

Utworzenie polskiego frontu obronnego w głębi kraju okazało 

się więc w tej sytuacji niemożliwe. 

Marszałek Rydz-Śmigły, na wieść o przerwaniu polskich 

linii obronnych nad Wisłą, Narwią i Sanem i dotarciu 

oddziałów 14 armii niemieckiej pod Lwów, podjął decyzję 

dalszego odwrotu, upadła bowiem kolejna koncepcja obrony. 

13 września wydał więc rozkaz szybkiego odwrotu wojsk na 

tzw. przyczółek rumuński, na którym miano się bronić 

w oczekiwaniu na ofensywę wojsk sojuszniczych na froncie 

zachodnim. Ośrodki oporu w Warszawie, Modlinie, Lwowie 

i na Wybrzeżu miały nadal trwać i walczyć w okrążeniu. 

Wydane przez marszałka Śmigłego rozkazy okazały się 

sprzeczne z decyzjami generała Stachiewicza, który przebywał 

jeszcze w Warszawie. Szef Sztabu Naczelnego Wodza oceniał 

bowiem, że obszar Warszawy i linia środkowej Wisły tworzą 

nadal główną konstrukcję obrony i potraktował zwrot zaczepny 

Kutrzeby jako możliwość wzmocnienia jej przez odciągnięcie 

znad Wisły nieprzyjaciela. Jednocześnie obszar obrony War­

szawy mógł stanowić wsparcie dla akcji ofensywnej, bazę do 

której ściągać miały z jej zachodniego przedpola wojska 

wycofujące się po bitwie. Miały one powiększyć jego moż­

liwości operacyjne oraz oddziaływać aktywnie po liniach 

wewnętrznych na obronę północnego skrzydła frontu, a także 

środkowej Wisły. Tak skonstruowana teoretycznie koncepcja 

planu zmierzała do stoczenia wielkiej bitwy w rejonie War­

szawy, w której byłyby zaangażowane działające dotąd od­

dzielnie zgrupowania polskie. Niestety, plan generała Stachie­

wicza pozostał tylko w sferze rozważań teoretycznych. 

113 

Niemcy mogli chwalić się spektakularnym sukcesem, co też 

czynili, wykorzystując szeroko propagandę wojenną do celów 

politycznych. Wbrew pozorom, rozwój wydarzeń nie skłaniał 

do wielkiego optymizmu i wymagał korekt zarówno militar­

nych, jak i politycznych. W pierwszym rzędzie konieczna była 

korekta dotychczasowych dyrektyw i rozkazów wobec oczy­

wistego faktu, że w toku kończącej się już operacji na 

zachodnich obszarach Polski, zwłaszcza w wielkim łuku 

Wisły — nie zdołano zniszczyć głównych zgrupowań polskich 

sił zbrojnych. Dowództwo Grupy Armii „Południe", oceniając 

przeciwnika w meldunku do Naczelnego Dowództwa Wojsk 

Lądowych, informowało, że „nacierające armie aż do nocy 

znajdowały się w walkach przeciwko cofającemu się generalnie 

nieprzyjacielowi, ale stawiającemu jeszcze w wielu miejscach 

zacięty opór siłami ariergard i ubezpieczeń skrzydłowych". 

Wiedziano już o wtargnięciu 4 DPanc. na Ochotę w War­

szawie i uważano, że zdobycie całego miasta jest już 

przesądzone. 

Dowództwo GA „Południe" przedstawiło w związku z tym 

do zatwierdzenia Naczelnemu Dowództwu Wojsk Lądowych 

zamiar przegrupowania wojsk i koncentracji wysiłku natarcia. 

„Zamierza się stworzyć silne południowe skrzydło złożone 

z dwóch armii do kontynuowania ofensywy na wschód od 

Wisły. Punkt ciężkości Puławy-Dęblin. Kierunek natarcia obu 

armii na wschód od Wisły [Chełm-Lublin albo Tarno-

pol-Kowel] zależy od zamiaru operacyjnego dowódcy wojsk 

lądowych. 

Dowódca wojsk lądowych, gen. Brauchitsch, był przeciwny 

tym zamiarom z uwagi na czynnik czasu. Chociaż przyznawał, 

że przyjęcie tej koncepcji stwarza gwarancję cał­

kowitego zniszczenia przeciwnika, to jednak obawiał się 

ryzyka przetrzymywania zbyt długo głównych sił w Polsce ze 

względu na istniejący stan wojny z mocarstwami zachodnimi. 

Hitler nie mając pewności, czy Francja i Wielka Brytania 

— Bzura 1939 

background image

114 

nadal zachowają postawę bierną, uznał za konieczne zwolnienie 

z frontu polskiego możliwie najwięcej oddziałów i przerzucenie 

ich na front zachodni, nawet za cenę rezygnacji z opanowania 

całej Polski. Był to jeden z zasadniczych powodów przyjazdu 

Hitlera na front w Polsce. Przyleciał samolotem spod Opola 

na lotnisko pod Kielcami, skąd samochodem udał się do 

dowództwa GA „Południe", które stacjonowało w miejscowo­

ści Końskie. 

Prawdopodobnie gen. Brauchitsch po konsultacji z Hitlerem 

podczas jego pobytu pod Opolem wiedział już, że obawy 

Hitlera wzbudza stanowisko Sowietów. Kiedy bowiem do 

wiadomości Mołotowa dotarło dementi w sprawie niemiec­

kiego komunikatu o zdobyciu przez Niemców Warszawy, ten 

odstąpił od obietnicy z 9 września, że sowiecka akcja wojskowa 

nastąpi w ciągu najbliższych kilku dni i powiadomił am­

basadora Rzeszy, że nie będzie ona możliwa przed upływem 

dwóch do trzech tygodni niezbędnych na przygotowania. 

Teraz mogły nastąpić komplikacje szkodzące toczącej się 

na razie bez większych przeszkód kampanii przeciwko Polsce. 

Kierownictwo Rzeszy stanęło ponownie wobec poważnego 

ryzyka rozdwojenia wysiłku militarnego na dwa fronty. W razie 

czynnego wystąpienia sojuszników Polski na froncie zachod­

nim cel strategiczny „Fali Weiss" — zniszczenie głównych sił 

polskich — stawał się wątpliwy. Ale zdarzyć się mogło 

jeszcze coś gorszego. Stalin i Mołotow, zdeprymowani brakiem 

rozstrzygającego sukcesu niemieckiego, mogliby w ogóle 

odstąpić od zamiaru zbrojnej interwencji w Polsce. Takiego 

wariantu rozwoju wydarzeń Hitler nie wykluczał. 

Sytuacja militarna Polski nie rokowała jednak nadziei na 

jakąś znaczącą poprawę. 12 września marsz. Smigły-Rydz 

stanął we Włodzimierzu Wołyńskim. Już jednak w nocy z 13 

na 14 września Kwatera Główna musiała Włodzimierz opuścić 

i kierować się za Dniestr. Po jednodniowym postoju w Mły-

nowie, marszałek wraz z Kwaterą Główną stanął 15 września 

w Kołomyi. Za Dniestr ewakuował się również prezydent 

115 

Rzeczypospolitej oraz rząd wraz z ministrem spraw zagranicz­

nych i korpusem dyplomatycznym. W Krzemieńcu, dokąd 

marszałek przybył 14 września rano, czekał nań list Naczelnego 

Wodza armii francuskiej. Bez udziału szefa misji, bo on tylko 

posiadał klucz szyfrowy, nikt nie mógł odczytać listu. Gen. 

Faury nie ujawnił Śmigłemu jego treści, gdy ten podejmował 

decyzję obrony za wszelką cenę, by dochować wiary sojuszowi 

z Francją. Gen. Faury wspomina: 

„Okoliczności pozwoliły na zachowanie przy sobie tych 

ambarasujących wyjaśnień, musiałbym się rumienić ze wstydu, 

gdybym musiał przekazać je wodzowi, który wśród klęski 

zachował jeszcze wiarę w sprzymierzeńców". 

Po przybyciu do Kołomyi cała uwaga marszałka Smigłego-

-Rydza i jego sztabu koncentrowała się na przygotowaniach 

do obrony przyczółka rumuńskiego. Marszałek nadal oczekiwał 

wykonania przez sprzymierzonych postanowień porozumienia 

sojuszniczego i wierzył, że ofensywa na Zachodzie ruszy. 

Podtrzymywał go zresztą w tym przekonaniu szef francuskiej 

misji wojskowej, gen. Faury. Jednak ani marszałek, ani nikt 

z jego otoczenia wraz z oficerami obu sojuszniczych misji 

wojskowych i przedstawicielstw dyplomatycznych nie wie­

dzieli, że 12 września sprzymierzeńcy zdecydowali ostatecznie 

ofensywy na froncie zachodnim nie podejmować. 

Z wojskowego punktu widzenia powstrzymanie działań 

zaczepnych na froncie zachodnim w chwili, kiedy 200-tysię-

czne zgrupowanie wojsk polskich w bitwie nad Bzurą osiąga 

powodzenie, zmuszając przeciwnika do obrony w newralgicz­

nym, tak co do czasu jak i miejsca, szczycie rozwoju 

niemieckiej ofensywy w Polsce, można było nazwać błędem 

szkolnym. Nie ma powodu, by sądzić, że mogło go popełnić 

kierownictwo polityczno-wojskowe tak wysokiej rangi bez 

uciekania się do jakiejś innej wyższej racji o znaczeniu 

strategicznym. 

Pomijano milczeniem cały kontekst polityki Stalina i jej 

wpływ na rozwój wydarzeń, szczególnie w aspekcie decyzji 

background image

116 

wojskowych. Znajduje to pełne uzasadnienie dla postawienia 
hipotezy, że stanowisko Związku Sowieckiego wpływało ha­
mująco na aktywne zaangażowanie się państw zachodnich na 

rzecz współdziałania militarnego z Polską. 

Tymczasem na przyczółku rumuńskim Naczelne Dowódz­

two dysponowało na razie tylko słabymi siłami grupy gen. 
bryg. Stefana Dembińskiego. Do 15 września generał sfor­

mował nieźle prezentujące się pod względem organizacyjnym 
trzy pułki piechoty. 

Ostatecznie główne siły grupy „Stryj" gen. Dembińskiego 

w składzie sześciu batalionów stanęły do obrony węzła 
drogowego w Stryju i na północ od miasta po ujście rzeki 
Stryj do Dniestru, na nieproporcjonalnie rozległym w stosunku 

do posiadanych sił, ponad 80-kilometrowym, odcinku obron­
nym. Na pozostałym, ponad 200-kilometrowym odcinku nad 
Stryjem bronić się miały dalsze cztery bataliony. 

Na wschodnim skrzydle obrony przyczółka sytuacja była 

jeszcze gorsza. Do połowy września nad Dniestrem nie było 

sił niezbędnych nawet do dozorowania rzeki. 

14 września gen. bryg. Władysław Langner, na rozkaz 

Naczelnego Wodza, wraz ze swoim zastępcą, gen. bryg. 
Maksymilianem Milanem-Kamskim, przystąpił do organizo­
wania obrony nad Dniestrem. W skład powołanej grupy 
„Dniestr" miały wejść ośrodki zapasowe przemyskiego DOK 

oraz ośrodki zapasowe lwowskiego DOK, a także wycofane 
z obszaru DOK V. Otrzymały one rozkazy do wycofania się 
za Dniestr, gdzie miano je przeformować w oddziały. Pierwsze 
spośród ewakuowanych dotrzeć mogły na przedmoście nie 

wcześniej niż 16 września, a ostatnie dopiero 21 września. Nie 
zapowiadało to możliwości w miarę szybkiego sformowania 

grupy „Dniestr". Należało przy tym uwzględnić, że prze­
grupowanie oddziałów i ich koncentracja na obszarze przed-
mościa dokonywać się miały wśród aktywizującej się części 
nacjonalistycznie nastawionej mniejszości ukraińskiej. Wobec 
wyraźnych oznak zbliżającej się klęski wojennej oraz rozkładu 

117 

aparatu administracyjnego niektóre środowiska ukraińskie 
uległy wrogim Polsce nastrojom, które inspirowała Abwehra 
i hitlerowska piąta kolumna. 

Sytuacja na przedmościu rumuńskim wymagała radykalnej 

poprawy zarówno w zakresie organizacyjnym, jak i taktycz­
no-operacyjnym, jeżeli obszar ten miał odegrać rolę, jaką mu 
wyznaczono. Brakowało zaś nadal konkretnych sił i od­
powiednich środków do walki. Tymczasem dywizje ze zgru­
powania gen. Sosnkowskiego nadal nie nadchodziły. Do 
Naczelnego Dowództwa dotarła natomiast 16 września wiado­
mość o walkach z Niemcami na dalekim, zachodnim przedpolu 

Lwowa. Był to zwycięski bój słabej już wówczas 11 KDP 
w rejonie Jaworowa ze zmotoryzowanym pułkiem SS-Leib-
standarte „Germania". Z jednej strony była to wiadomość 
optymistyczna, bo rozpraszała w środowisku oficerów Sztabu 
i Naczelnego Wodza nastroje częściowej rezygnacji i upadku 
ducha, z drugiej jednak strony była to informacja hiobowa. 
Potwierdzała ona obawy, że gen. Sosnkowski nie maszeruje 

na przedmoście, lecz przebija się do Lwowa. Znaczenie tego 
faktu, z operacyjnego punktu widzenia, oznaczało zbliżającą 
się klęskę. 

Ale najgorsze miało dopiero nadejść. 
W ambasadzie polskiej już od kilku dni śledzono z dużym 

niepokojem niekorzystny dla Polski rozwój wydarzeń. W „Praw­
dzie" i „Izwiestiach" ostro krytykowano polską politykę 
narodowościową wobec mniejszości ukraińskiej i białoruskiej. 
Radio informowało o rzekomych naruszeniach granicy sowiec­

kiej przez polskie lotnictwo. Uzupełniały zaś to wszystko 
informacje o postępującej mobilizacji Armii Czerwonej. 

14 września Associated Press donosiła: 

„Na horyzoncie Europy Wschodniej rysuje się coraz wyraź­

niej i groźniej cień rosyjskiej interwencji. Kiedy żądne 
zdobyczy terytorialnych państwo trzyma w pogotowiu swoje 
armie, Moskwa nie myśli krępować się, wymyśla incydenty 
graniczne, acz czyni to niezbyt subtelnie. Sądząc po relacjach 

background image

118 

rozpowszechnianych przez oficjalną agencję TASS, należałoby 

przyjąć, że polskie siły powietrzne wystartowały całymi 

eskadrami, aby sprowokować na granicy sowieckiej całe serie 

incydentów i zaciemnić pokojowe sowieckie niebo. Skoro 

źródła niemieckie podały kilka dni temu, że polskie siły 

powietrzne zostały, poza nielicznymi wyjątkami, zniszczone, 

i skoro rozumie się samo przez się, iż Polacy potrzebują 

wszystkich pozostałych samolotów na froncie, nietrudno 

zrymować w całości trywialne manewry sowieckich służb 

informacyjnych. Czerwone wojska są gotowe do skoku na 

Polskę, zaś pretekst, który miałby to uzasadnić, nie odgrywa 

w prostackim sumieniu sowieckich władców żadnej roli..." 

To najgorsze dla Polski miało dopiero nadejść. 

BEZ SZANSY NA ZWYCIĘSTWO 

Do Sztabu Naczelnego Wodza nie nadchodziły nadal od 

generała Kutrzeby żadne wiadomości. 

Tymczasem w sztabie armii „Poznań", po objęciu dowódz­

twa przez generała Bortnowskiego nad zgrupowaniem wojsk 

nacierających, przygotowano już rozkazy do dalszego natarcia 

na Stryków i Głowno. Generał Kutrzeba ważył jeszcze dopiero 

co podjętą decyzję i wahał się niezdecydowany, chociaż 

kurierzy już czekali na rozkazy. 

Wezwał szefa sztabu, pułkownika Lityńskiego, aby omówić 

z nim sytuację. 

— Nacieramy za szeroko — powiódł palcem po niebieskich 

kreskach na mapie, oznaczających dywizje generałów Knolla 

i Bołtucia. 

— I za daleko od Warszawy — dodał po chwili namysłu. 

— Jeżeli to natarcie nie powiedzie się, czeka nas katastrofa. 

To duże ryzyko. Gdyby tak przegrupować się i uderzyć 

mocniej w rejonie Łowicza — mówił, oczekując reakcji 

pułkownika. 

Ten jednak milczał, podążając naprędce myślą za sugestią 

generała. 

— Knolla wycofać i pchnąć na Sochaczew, niech tam 

próbuje otworzyć drogę — ciągnął dalej Kutrzeba, rozwijając 

hipotezę korekty dotychczasowego planu bitwy. 

background image

120 

— To jeszcze większe ryzyko — przerwał Lityński. — Za 

mało o nich wiemy — wskazał na czerwone strzałki niemiec­

kich dywizji. — W takiej sytuacji generał Faury był zawsze 

zwolennikiem prowadzenia natarcia w nie zmienionym ugru­

powaniu — continuer — dodał ulubione słowo starego 

Francuza, dyrektora nauk Wyższej Szkoły Wojennej. 

Kutrzeba zamyślił się. 

W tej chwili wszedł oficer sztabu i wręczył generałowi list. 

Lityński obserwując twarz czytającego, dostrzegł na niej duże 

poruszenie. 

Był to list od generała Bortnowskiego, który donosił, że po 

zapoznaniu się z sytuacją w oddziałach, którymi miał dowo­

dzić, doszedł do wniosku, iż nie powinien objąć powierzonego 

mu dowództwa. 

„... Nie chcę generałowi Knollowi odbierać chwały zdobycia 

Łodzi. Rozumiem, że chcesz mi dać odpowiednie mojej 

szarży dowodzenie, ale tym nie musisz się krępować. Trudności 

jednak sprawiać ci nie chcę, i jeżeli będziesz nalegał, to 

dowództwo nad bitwą obejmę..." '. 

Generał Kutrzeba bez słowa wyjechał natychmiast do 

dowództwa armii „Pomorze". Rozmowa generałów w Łęku 

odbyła się bez świadków. Wiadomo jednak, że sugestie 

generała Bortnowskiego, który bardzo negatywnie ocenił 

sytuację i położenie wojsk Knolla, wzięły górę i zachwiały 

ostatecznie wiarę generała Kutrzeby w celowość dalszego 

natarcia na Stryków, nawet z ograniczonym celem wzięcia 

Głowna. 

Generał Bortnowski wyolbrzymiał niebezpieczeństwo wy­

nikające z faktu otwartych skrzydeł wojsk Knolla. Szczególnie 

groźnie oceniał sytuację na wschodnim skrzydle, gdzie dotąd 

— mimo ponaglających rozkazów — dywizja pułkownika 

Mysłowskiego nie nacierała na Głowno. 

Generał Kutrzeba miał jeszcze nadzieję, że gdzieś w rejonie 

Skierniewic bije się armia „Łódź" i wiąże jakąś część 

' T. K u t r z e b a, Bitwa nad Bzura^ wyd. II, Warszawa 1958, s. 118. 

121 

przeciwnika. Ale gdy do sztabu armii „Pomorze" dotarła 

wiadomość, że oddziały tej armii kierują się do Modlina, 

rozwiały się wiązane z tym nadzieje. Armia „Łódź" z pomocą 

przyjść nie mogła. 

Po wycofaniu się w nocy z 5 na 6 września z pozycji nad 

środkową Wartą i Widawką armia „Łódź" kierowała się 

zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza na przeprawy wiślane 

pod Górą Kalwarią i Otwockiem. Nie powiodły się wszelkie 

wysiłki podejmowane w celu nawiązania z nią łączności 

i wykorzystania jej sił do wspólnego działania z armiami 

„Poznań" i „Pomorze". 

9 września 1939 roku około godziny 18 dowódca armii 

„Łódź", gen. bryg. Wiktor Thommee, zarządził odprawę. 

— Kraków, Kielce, Radom i Łódź są już zajęte przez 

nieprzyjaciela — mówił generał. — Pancerne oddziały nie­

mieckie dotarły pod Warszawę. Jesteśmy okrążeni. W tej 

sytuacji otworzenie drogi na Warszawę staje się koniecznością. 

Będziemy się przebijać. 

2 DP miała tam podążać przez Wiskitki, Błonie i Ołtarzew, 

28 DP przez Żyrardów, Grodzisk i Pruszków, 30 DP przez 

Puszczę Mariańską, Mszczonów i Nadarzyn. Podczas marszu 

dywizji polskich doszło do wielu zaciętych bojów z oddziałami 

8 i 10 armii hitlerowskiej. 

10 września stwierdzono obecność Niemców w Mszczonowie. 

Dowódca 30 dywizji piechoty, gen. Leopold Cehak, postanowił 

więc przebić się przez miasteczko siłą. W natarciu obok 30 DP 

miał wziąć udział również 31 sieradzki pułk piechoty z 10 DP, 

dowodzony przez ppłk. Wincentego Wnuka. 31 pułk piechoty, 

nie czekając jednak na połączenie się z 30 DP, sam uderzył na 

Niemców, którzy należeli do XI korpusu. 

Atak naszych oddziałów rozpoczął się 11 września około 

godziny 4 nad ranem. Zaskoczeni hitlerowcy rzucili się do broni, 

ale artyleria polska uniemożliwiła im zorganizowany opór. Po 

krótkiej walce ulicznej nasi żołnierze opanowali miasteczko, 

niszcząc 16 niemieckich czołgów i samochodów ciężarowych. 

background image

122 

2 dywizja piechoty pod dowództwem płk. dypl. Antoniego 

Staicha stoczyła swój największy bój pod Błoniem. 11 września 

około godziny 22 maszerujący na czele kolumny dywizji 

4 pułk piechoty płk. Bronisława Laliczyńskiego napotkał 

w Błoniu opór oddziałów niemieckich. Po krótkim starciu 

Polacy wtargnęli do miasta, wyrzucając stamtąd nieprzyjaciela. 

Maszerując wciąż na czele dywizji, około północy pułk 

natknął się ponownie na obronę hitlerowców w Swięcicach. 

Tym razem były to doborowe oddziały SS Leibstandarte 

„Adolf Hitler". Mimo szczególnie uporczywej obrony hit­

lerowców nasze oddziały zdobyły Swięcice i ruszyły w ślad 

za wycofującym się przeciwnikiem. 

Kolumny 28 DP, dowodzonej przez płk. Stefana Bronow-

skiego, ruszyły 10 września na obleganą przez Niemców 

Warszawę. W straży przedniej szedł 36 pułk piechoty Legii 

Akademickiej z Warszawy, najsilniejszy liczebnie, mający 

jeszcze około 1000 żołnierzy, dowodzony przez ppłk. Karola 

Ziemskiego. 

12 września o świcie pułk napotkał pod Brwinowem opór 

niemiecki. Uderzył wkrótce, mimo ognia karabinów maszyno­

wych ze stacji kolejowej. Reakcją Niemców była ucieczka. 

Brwinów był wolny. 

Ożyły nagle zabudowania wschodniego Brwinowa. Zza 

domów, parkanów i ogrodów wyskakiwali piechurzy i sprawnie 

formowali bojowe tyraliery. Przed nimi, w oddalonych o kil­

kaset metrów miejscowościach Otrębusy i Kanie, pociski 

28 pułku artylerii rwały w górę fontanny ziemi. Niemcy 

odpowiedzieli ogniem, tworząc tak potężną zaporę, iż zdawało 

się, że przejście przez nią oznacza niechybną śmierć. 

Kiedy rozwiał się dym niemieckiej nawały ogniowej, 

dowódca 36 pułku piechoty dostrzegł, że tyralierzy I i II 

batalionów majorów Germana Piekarniaka i Władysława 

Kuleszy, chociaż mocno przerzedzone, wciąż atakują. Odległe 

„hura" oznajmiało wreszcie, że piechota wykonała atak na 

pozycje Niemców. 

123 

Kanie i Otrębusy zdobyto. 

Bataliony zajęły podstawy wyjściowe do natarcia na Hele-

nów. Ale teraz każda próba ruszenia naprzód kończyła się 

niepowodzeniem. Jedna z kompanii II batalionu dotarła do 

zachodniej części miejscowości, ale tu zaległa w nawale 

ognia. Poderwał ją ponownie do ataku dowódca kompanii, 

kpt. Adam Zachuta, jednak ciężko ranny w pierś i rękę padł, 

a żołnierze znów przywarli do ziemi. Dowództwo kompanii 

objął ppor. Jerzy Jędrzejewski. Własnym przykładem chciał 

porwać kompanię do walki. Z okrzykiem: „Jeszcze Polska nie 

zginęła" — padł trafiony serią karabinu maszynowego. 

Dalsze natarcie było niemożliwe. Bataliony zaległy. Przerwa 

w walce trwała jednak krótko, ponieważ Niemcy przeszli do 

kontrataków. Z Helenowa wyszedł kontratak piechoty, wsparty 

10 czołgami. Hitlerowcy nacierali ostrożnie, artyleria ich 

kładła potężne nawały ogniowe na polskie stanowiska. Ar­

tyleria własna odpowiadała coraz rzadziej — kończyła się 

amunicja. Linia piechoty polskiej jakby zamarła. Czekała, aż 

hitlerowcy podejdą bliżej. Wreszcie z odległości skutecznego 

strzału otworzyły ogień działka przeciwpancerne. Pierwszy, 

drugi, trzeci... rozległy się metaliczne wybuchy odpalanych 

pocisków. Znieruchomiały pierwsze czołgi. Ze skrzydeł i od 

czoła odezwały się karabiny maszynowe. W ogniu tym 

piechota niemiecka zaległa. Wkrótce podniosła się znów 

i padła, przyciśnięta ogniem obrony. 

Straty polskie rosły jednak szybko. Przeszło 100 zabitych 

żołnierzy zasłało pola pod Brwinowem, dziesiątki rannych 

wymagały opatrunków i ewakuacji. Dziewczęta brwinowskie 

z narażeniem życia niosły im pomoc pod ogniem nie­

przyjaciela. 

Walka trwała do zmroku, bo dopiero wtedy oddziały mogły 

oderwać się od przeciwnika i wycofać. 

Pomimo niewątpliwych lokalnych sukcesów armii „Łódź" 

brakło jej sił na przerwanie pierścienia oblegających War­

szawę wojsk niemieckich. 13 września gen. Thommee 

background image

124 

wydał więc rozkaz marszu do twierdzy Modlin, nie zajętej 

jeszcze przez Niemców. 

Coraz mniej było również nadziei na współdziałanie gar­

nizonu warszawskiego z wojskami zgrupowania gen. Kutrzeby. 

Dowódca armii „Warszawa" gen. Rómmel otrzymał 11 wrześ­

nia depeszę od gen. Kutrzeby, nadaną tzw. klerem: „Proszę 

pana z wąsikiem o wiązanie nieprzyjaciela. Podać położenie 

lotnikiem. Kolega spod Kijowa"

2

Odpowiedź przyszła nazajutrz. Gen. Rómmel zapewniał 

Kutrzebę, że: „Wszystko dobrze. Gdzie jesteście. My chcemy 

jutro atakować, aby was odciążyć"

3

Mimo to gen. Kutrzeba, jak się wydaje, nie liczył na 

pomoc garnizonu warszawskiego. Czy był to sąd racjonalny 

oparty na nieznanych nam dowodach, czy może tylko 

intuicja doświadczonego operatora? Nie wiadomo. W każ­

dym razie sceptycyzm gen. Kutrzeby okazał się, niestety, 

uzasadniony. 

Tego samego dnia, 12 września, dowódca armii „Warszawa" 

podpisał ogólny rozkaz operacyjny do natarcia: „W obszarze 

Łowicza wielka bitwa. Nieprzyjaciel ściąga tam siły swe 

z rejonu Warszawy. Z drugiej strony nieprzyjaciel, który 

przekroczył Bug, spycha armię gen. Przedrzymirskiego na 

południe i zagraża pośrednio obszarowi Warszawy... O świcie 

13 września chcę uderzyć wszystkimi siłami, które mogę 

uruchomić, z obszaru Warszawy zbieżnie w ogólnym kierunku 

na Węgrów, by odciążyć armię gen. Przedrzymirskiego 

i uczynić ją zdolną do podjęcia działań zaczepnych..."

4

Mimo uzasadnionego sprzeciwu niektórych oficerów sztabu 

armii „Warszawa" działanie zaczepne na Węgrów podjęto, ale 

nie przyniosło ono żadnych pozytywnych skutków. 

2

 Pan z wąsikiem — gen. Rómmel, kolega spod Kijowa — gen. Kutrzeba. 

Telegram dowódcy armii „Poznań" do dowódcy armii „Warszawa", w: Wojna 
obronna Polski. Wybór źródeł,

 dok. nr 342, s. 703. 

3

 Tamże,

 dok. nr 375, s. 752. 

4

 Tamże,

 dok. nr 378, s. 753-754. 

125 

Pod koniec 12 września gen. Kutrzeba zmienił dotych­

czasowy plan bitwy. Postanowił przerwać natarcie na Stryków, 

wycofać grupę gen. Knolla za Bzurę, a następnie przegrupować 

ją do uderzenia na Sochaczew, aby tam otworzyć drogę na 

Warszawę. 

Do osłony tego przegrupowania i uderzenia na Sochaczew 

oraz natarcia z Łowicza na Skierniewice wprowadzono dywizje 

z armii „Pomorze". Nie wykorzystano zatem, jak pierwotnie 

przewidywano, uderzenia armii „Poznań" w celu zabezpiecze­

nia odwrotu armii „Pomorze" do Warszawy, lecz uwikłano ją 

w bitwę w rej. Łowicza. Teraz jej działania zaczepne tworzyć 

miały osłonę armii „Poznań" podejmującej próbę przebicia 

drogi na najkrótszym kierunku do celu. Konsekwencją tych 

skomplikowanych manewrów było związanie z nieprzyjacielem 

niemal całości sił obu armii i znaczne opóźnienie wykonania 

zasadniczego celu działań, tj. odwrotu do Warszawy. 

Przez pierwsze dwa dni bitwy nad Bzurą stolica była 

w niebezpieczeństwie. Odpierała ataki niemieckiej 4 dywizji 

pancernej. 

8 września przed południem wyszły ponownie z Warszawy 

pancerne podjazdy rozpoznawcze. Dwa plutony czołgów kompa­

nii tankietek kpt. Graziuka ruszyły pod Mszczonów i Pruszków. 

Niemcy byli już rzeczywiście blisko. W Raszynie i pod 

Pruszkowem doszło do krótkiego, lecz gwałtownego starcia. 

Po południu 4 DPanc. zajęła Okęcie i Włochy, a 1 DPanc. 

podeszła pod Górę Kalwarię. Wkrótce potem czołgi dywizji 

Reinhardta rozlazły się po przedpolu Szczęśliwie, Rakowa 

i Służewca, a rozpoznanie pancerne, kilka czołgów, ruszyło 

aleją Krakowską ku Grójeckiej. 

Wspomina gen. Reinhardt: 

„... Niezwykłe napięcie panowało w dywizji. We wszystkich 

oczach panowała duma, radość przeżycia doniosłej chwili 

background image

wkraczania do stolicy nieprzyjaciela już w ósmym dniu wojny 

(...). Zupełnie niespodziewanie straż przednia natrafiła na bardzo 

silny ogień karabinowy i karabinów maszynowych ze skraju 

miasta, z lotniska mokotowskiego i z rejonu na zachód od niego 

oraz z ogrodów na Ochocie (...). Całkiem inaczej wyobrażali 

sobie to przyjęcie upojeni zwycięstwem żołnierze..." 

Ogień otworzono, gdy Niemcy znaleźli się na wysokości 

ogródków szczęśliwickich. Strzelano szybko z kilku dział 

polowych i przeciwpancernych, które stanęły w ugrupowaniu 

batalionów 40 i 41 pp. Zaskoczony przeciwnik zareagował 

jednak natychmiast schodząc z szosy i linii ognia polskiej 

artylerii. Niemcy próbowali teraz przedostać się na Czyste, ale 

i tutaj natknęli się na zorganizowany ogień przeciwpancerny. 

Straciwszy 4 czołgi, przerwali rozpoznanie i wycofali się 

w kierunku Raszyna. 

W Raszynie znalazła się w ich rękach rozgłośnia radiowa 

Warszawa I. Na szczęście została dzień wcześniej zniszczona 

przez polskich radiowców. 

Zatrzymajmy się przez chwilę przy opowiadaniu uczestnika 

ochotniczego patrolu, Stanisława Ochmana, przypadkowego 

obserwatora pierwszego starcia z niemiecką dywizją pancerną: 

„... Zaczęło się już ściemniać, gdy zauważyłem przemyka­

jącego się wśród krzewów i ogrodów człowieka. Był wyraźnie 

zdenerwowany i rozglądał się niepewnie po pustym terenie. 

Zaczaiłem się na niego i gdy się zbliżył, krzyknąłem: «Stój, 

bo strzelam. Kto idzie?». Na to mężczyzna zatrzymał się, 

podniósł ręce do góry i odpowiedział «Niemiec». Przez 

moment trwało u mnie coś w rodzaju zamroczenia. Nie do 

uwierzenia było, żeby dywersant przyznawał się do swojej 

narodowości. Po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że był 

to monter z radiostacji w Raszynie, uchodzący stamtąd. 

Nazywał się Niemiec. Raszyn był już opanowany przez 

Niemców i zatrzymany człowiek opowiadał nam jakieś dra­

matyczne i wstrząsające szczegóły. Po tylu latach niewiele 

pamiętam. Utkwiło mi tylko w pamięci, że powodem do 

127 

wystąpień furii niemieckiej były zniszczone przez personel 

polski lampy nadawcze. Wszystkich pracowników aresztowano, 

dwóm tylko udało się jakoś zbiec. Zbiegły monter był przerażo­

ny i upokorzony. W dość szybkim czasie po odejściu montera 

szosą krakowską w kierunku Ochoty przeleciały z hałasem trzy 

ciężkie czołgi niemieckie. Natychmiast potem odezwała się 

strzelanina z działek i broni maszynowej. Broniono już wejścia 

do miasta. Wkrótce potem szosą obok ogrodów, prostopadle do 

szosy krakowskiej pędził samochód — łazik. Prowadził go na 

złamanie karku szofer, obok niego siedział pułkownik. Chciałem 

ich uprzedzić o niebezpieczeństwie stojących na szosie czołgów, 

usiłowałem zatrzymać samochód, by złożyć meldunek. Żołnierz 

nie zatrzymał się, skręcił tylko ryzykownie w bok, by ominąć 

mnie stojącego na drodze i pomknął dalej... 

...Oficerem, który mnie wyminął, był ppłk Józef Kalandyk, 

dowódca 40 pp oraz dowódca obrony w tym rejonie. Spieszył się 

na zagrożony odcinek. Wszystkie trzy czołgi zostały spalone..." 

Wieczorem radio berlińskie podało komunikat o zdobyciu 

Warszawy. Suchy, lecz prawdziwy meldunek szefa sztabu 

10 Armii, generała Paulusa, do dowództwa GA „Południe" 

informował: 

„... Na południowe i zachodnie skraje Warszawy został 

położony silny ogień artylerii polskiej, w związku z tym 

natarcie 16 korpusu armijnego może być dalej prowadzone 

dopiero po dokonanym przygotowaniu artyleryjskim..." 

Zaczynał się bój o Warszawę. Zapoczątkował on drugą fazę 

działań wojennych na froncie wschodnim. Oczekiwania do­

wództwa polskiego, że w tej fazie działania odciążające na 

froncie zachodnim zaznaczą się odczuwalnie. Jak wiemy, nie 

zostały spełnione przez obu sojuszników Polski. Od tej chwili 

słowo „Warszawa" nie będzie schodziło z taśm dalekopisów 

i kart operacyjnych rozkazów. Poddanie miasta wyznaczy 

w rzeczywistości kres polskiego oporu. 

„... Panie generale, najważniejszą teraz rzeczą utrzymanie 

rejonu Warszawy, do chwili rozstrzygnięcia bitwy na zachodnim 

background image

128 

przedpolu Warszawy. Dalsza północ (jednostki — T. J.) 

Młota ma dużo przestrzeni za sobą i cofanie się nie odgrywa 

tak ważnej, jak rejon warszawski. Dlatego bliższe siły 

tego rejonu i Przedrzymirskiego, i Młota — szczególnie 

kawaleria, która może przytrzymać jednostkę pancerną i ha­

mować ją — powinny wszystko zrobić, by jak najdłużej 

utrzymać rejon Warszawy. Modlin trzymać bez przyczółka, 

ewentualnie na Wiśle i Narwi..." 

Tę oto rozmowę przeprowadził o godzinie 21.00, 7 września 

marsz. Śmigły-Rydz ze swojej kwatery w Brześciu n. Bugiem 

z szefem swego sztabu w Warszawie, gen. Stachiewiczem. 

Odbyła się ona po przełamaniu przez Niemców polskiej 

obrony nad Narwią i zagrożeniu północno-wschodniej części 

obszaru Warszawy. 

W kontekście obu niemieckich komunikatów pozostaje 

niewyjaśniona sprawa motywów nadania fałszywej informacji 

radiowej. Meldunek Paulusa dowodził, że omyłka była tu 

wykluczona, a szybkie postępy Wehrmachtu nie wymagały 

uciekania się do takich chwytów propagandowych. Komunikat 

o zdobyciu stolicy Polski adresowany był do Mołotowa 

i służyć miał przyśpieszeniu decyzji wkroczenia Chłopsko-

-Robotniczej Armii Czerwonej na wschodnie terytorium 

naszego kraju. 9 września Mołotow zawiadomił Schulenburga, 

że radzieckie wystąpienie zbrojne nastąpi w ciągu najbliższych 

kilku dni. 

Kiedy jednak do wiadomości Mołotowa dotarło dementi 

w sprawie niemieckiego komunikatu o zdobyciu przez Niem­

ców Warszawy, ten odstąpił od wcześniejszej obietnicy 

i powiadomił ambasadora Rzeszy, że sowiecka akcja wojskowa 

nie będzie możliwa przed upływem dwóch do trzech tygodni 

niezbędnych, jak to określił, na przygotowania. 

Teraz mogły nastąpić komplikacje niesprzyjające tworzącej 

się na razie, bez większych przeszkód, kampanii przeciwko 

Polsce. Kierownictwo Rzeszy stanęło ponownie wobec poważ­

nego ryzyka, rozdwojenia wysiłku militarnego na dwa fronty. 

129 

W razie czynnego wystąpienia sojuszników Polski na froncie 

zachodnim cel strategiczny „Fali Weiss" — zniszczenie 

głównych sił polskich — stawał pod znakiem zapytania. Ale 

zdarzyć się mogło coś gorszego. Stalin i Mołotow, zde­

prymowani brakiem rozstrzygającego sukcesu sojusznika, 

mogliby w ogóle odstąpić od zamiaru przyjścia mu ze 

zbrojną pomocą. 

Takiego wariantu wydarzeń Hitler nie wykluczał. W tym 

czasie bowiem przywódca Rzeszy zażądał informacji w szta­

bie Naczelnego Dowódcy Wojsk Lądowych o symptoma­

tycznej wymowie: 

„... Na jakiej możliwie najkrótszej pozycji można ubez­

pieczyć się jak najmniejszymi siłami przeciw pozostałemu 

obszarowi polskiemu w wypadku, jeśliby reszta wschodniej 

Polski nie miała być przez nas obsadzona?..." 

Złamanie oporu w Warszawie i opanowanie miasta miało 

znaczenie zasadnicze, a jego wykonanie wymagało nowych 

decyzji, przede wszystkim organizacyjnych. 9 września dowód­

ca GA „Południe" Rundstedt depeszował do dowódcy 8 Armii 

Blaskowitza: 

„...8 Armia swoje stanowisko dowodzenia ma przesunąć tak 

dalece, aby mogła przejąć jednolite dowodzenie w walce 

o Warszawę i w celu zniszczenia przeciwnika znajdującego 

się między Warszawą i Skierniewicami oraz wycofującego się 

na północ od Sochaczewa w kierunku Warszawa-Modlin. 

16 KA i 11 KA będą podporządkowane 8 Armii, jak tylko 

zostaną stworzone powyższe podstawy dla jednolitego dowo­

dzenia..." 

Nazajutrz po pierwszej, nieudanej próbie wzięcia War­

szawy wstępnym bojem z marszu, 9 września, od wczesnego 

rana, miasto zaatakowała Luftwaffe. Naloty z małymi prze­

rwami trwały prawie cały dzień i kierowały się nie tylko 

na obiekty wojskowe, lecz także na dzielnice mieszkalne. 

Nie uszło to jednak napastnikom bezkarnie. 20 samolotów 

nie powróciło do baz. 

9 — Bzura 1939 

background image

130 

Początek natarcia grenadierów pancernych Reinhardta dała 

artyleria, której ogień trwał nieprzerwanie do południa. 
Dowódca niemieckiej dywizji koncentrował swoją uwagę, jak 

tego zresztą po polskiej stronie oczekiwano, na pozycjach 
środkowej części zachodniego przedmieścia Warszawy. Rdze­
niem tej części obrony była Ochota i Wola, dobrze już 
przygotowane do obrony. 

Podpułkownik Józef Kalandyk, dowódca tego odcinka 

(„Zachodniego"), miał do obrony pierwszej pozycji trzy 
bataliony piechoty — 2 i 3 batalion 40 pułku piechoty majora 
Antoniego Kassiana i majora Antoniego Sanojcy oraz 2 bata­
lion 41 pułku strzelców suwalskich majora Romana Kaniow-
skiego-Zagłoby, którego zastąpił później major Artemi Aroni-

szydze. Dla wsparcia piechoty dwie baterie armat 75 mm 
29 pułku artylerii lekkiej, dowodzone przez poruczników 
Kazimierza Pancerza i Stanisława Smigiera oraz dywizjon 

artylerii lekkiej (bez jednej baterii) pod dowództwem kapitana 

Józefa Rylskiego i pluton artylerii 41 pułku piechoty; 28 armat 
i wszystkie w ugrupowaniu piechoty, przygotowane do strze­
lania na wprost do czołgów. 

W drugiej linii bataliony 360 pułku piechoty na czele 

z pułkownikiem Witalisem Chmurą. 

W trzeciej linii zaimprowizowane zgrupowanie pancerno-

-motorowe, złożone z trzech kompanii czołgów rozpoznaw­
czych, lekkich oraz dwóch zmotoryzowanych kompanii prze­
ciwpancernych pod dowództwem kapitana Bolesława Kowal­
skiego. Dywizjon 3 pułku artylerii ciężkiej miał wspierać 

pierwszą linię obrony ogniem dział dwóch baterii. 

Do ataku na miasto ruszyły dwie grupy bojowe niemieckiej 

dywizji, każda w sile dwóch pułków, czołgów i piechoty 
zmotoryzowanej, z dywizjonami artylerii wsparcia, przeciw­
pancernej i saperami. 

Pierwsza zaatakowała pozycje 2 batalionu 41 pułku strzel­

ców suwalskich, broniącego Ochoty. Czołgi szły szeroką 
ławą. W głębi zaś, jakby z ogromnego pudła, cieniutką nitką 

131 

szosy krakowskiej, wypełzały nowe i rozłaziły się po polu, 
ciągnąc za sobą siwe wstążki rozpylanej w spiekocie ziemi. 
Raz po raz przez chwilę nieruchomiały i wtedy od ciężkiej, 
niezgrabnej sylwetki czołgu odrywał się rdzawy kłąb ognia, 

który gasł natychmiast, aby przejść w niewidzialny już suchy 
metaliczny grzmot. 

6 kompania porucznika Stanisława Łaganowskiego broniła 

południowo-wschodniego skraju Ochoty, koncentrując naj­
większy wysiłek u wylotu Grójeckiej. Tu właśnie uderzyła 
grupa kilkudziesięciu czołgów. Chrzęst stalowych gąsienic 
splątany z hukiem motorów i rwących się pocisków był 

pierwszą próbą odporności psychicznej żołnierzy tej kompanii. 
Nie wszyscy jej sprostali. Poddając się psychozie strachu 
opuścili pozycje. 

Niemcy wykorzystali natychmiast chwilę psychicznego 

załamania przeciwnika i wdarli się w ulicę Grójecką. Przeszli 

pierwszą barykadę. Tuż za nią była dobrze ukryta armata. 
Działa por. rez. Eugeniusza Niedzielina podejmują walkę 
i chociaż pojedynek z Niemcami przegrają, tracą oni trzy 
czołgi i dwa samochody pancerne. Za nimi napierają następne 
i pchają się w gardziel ulicy Grójeckiej, którą przy zbiegu 

z ulicą Nieborowską blokuje kolejna barykada. Nadjeżdżający 
czołg z rozpędem uderzył w nią i rozepchnął na bok. Popędził 
dalej... Nagle zakręcił się i znieruchomiał. Za nim wybuchnął 

płomieniem drugi. Ulica odpowiedziała echem dwóch szybko 
następujących po sobie wystrzałów armatnich. To działon 
z plutonu 1 baterii 29 pal podporucznika rezerwy Józefa 
Suchockiego, urzędnika z Augustowa, zatrzymał szarżę nie­
mieckich czołgów. A za nim, przy placu Narutowicza jeszcze 

jedna armata z plutonu podporucznika Piotra Janczewskiego. 

Nie powiodła się również próba przebicia obrony 5 kompanii 

na Wawelskiej i Żwirki i Wigury. W starciu z polskimi 
piechurami i plutonem artylerii pułkowej porucznika Teodora 
Albrechta, strzelcy 12 pułku zmotoryzowanego dali za wy­
graną. Czołgi, za którymi, jak za tarczą, szukali ukrycia, nie 

background image

132 

przeszły przez przeciwpancerną zaporę ogniową dział 

29 pułku artylerii lekkiej i 41 pułku piechoty, którymi 

dowodzili oficerowie rezerwy, Zygmunt Sutkowski, mgr 

Marian Puchalski oraz Jan Korejwo. Ten ostatni w pojedynku 

z czołgami miał trafień najwięcej. 

Po walce porucznik Kazimierz Pancerz meldował: 

„...Dowódca bat. 1/29 pal melduje, że działon pod dowódz­

twem ppor. Suchockiego rozbił na ulicy Grójeckiej sześć 

czołgów i dwa samochody pancerne. Ppor. Korejwo dowódca 

działonu rozbił na ulicy Raszyńskiej 6 czołgów. Bateria 

niemiecka znajdująca się na zach. skraju lasku Rakowiec 

została ostrzelana przez pac i ogniem pośrednim jednego 

działonu art. lekkiej. Skuteczności ognia nie stwierdzono, 

jednak bateria npla według obserwacji (of. zwiad. 1/19 pal) 

jest zniszczona..." 

Wsparcie artylerii z głębi miasta ogniem pośrednim, kiero­

wanym z dachu akademika na placu Narutowicza, ostatecznie 

zdezorganizowało natarcie niemieckie na Ochocie. 

Bernard, dowódca jednego z czołgów 35 pułku grenadierów 

pancernych, znalazł się w samym środku walki na Ochocie: 

„... Z tyłu nadchodzi wiadomość przez radio, że czołg 

dowódcy kompanii rozbity i że sierżant szef ma objąć 

dowództwo kompanii. Po pewnym czasie nadjechały 2 lekkie 

i 1 średni czołg. Próbujemy jechać dalej ulicą w kolumnie 

dwójkowej, strzelając w marszu do podejrzanych punktów. 

Wtem widzę w lewo skos od ogrodu błysk płomienia i słyszę 

wybuch granatów. To strzela polskie działo 75 mm. Napotykam 

zaporę, przez którą przedziera się jeden z czołgów pod osłoną 

ognia towarzyszy. Wtem otwiera się piekło. Przed nami 

uderzają szybko jeden po drugim granaty. Polska placówka 

jest tu gdzieś na stanowisku. Rozglądam się wkoło. Oczy 

moje rozszerza przerażenie. 

Obydwa lekkie czołgi stają w płomieniach, a więc mamy 

działa i poza sobą. Może są to czołgi, a może działa 

przeciwpancerne. Nie ma czasu się zastanawiać. Ciężkiemu 

133 

czołgowi obok mnie daję rozkaz zawrócić i wycofać się prędko. 

Strzelam dalej do działa przede mną. Podczas zawracania ciężki 

czołg dostaje pocisk 37 mm w silnik, na szczęście bez zapalenia. 

Sprzyjający los powoduje, że świece dymne palące się w czoł­

gach objętych pożarem okrywają nas mgłą... 

Tam wracamy na podstawę wyjściową. Tu zastajemy już 

garść towarzyszy, którzy po rozbiciu ich czołgów granatami 

lub minami wycofali się na piechotę. Opowiadają o kolegach, 

którzy spłonęli w czołgach. Powoli zbiera się batalion, gdyż 

5 godzin trwało natarcie. Załamało się jednak na mieście 

broniącym się jak twierdza. Wielu naszych zginęło..." 

Pułkownik Porwit, kiedy otrzymał rozkaz generała Czumy, 

znalazł się w samym środku walki na Ochocie. 

„...Z własnych obserwacji i meldunków strzelców — wspo­

mina pułkownik — wyrobiłem sobie pogląd, że natarcie 

niemieckich czołgów wzdłuż alei Żwirki i Wigury oraz ulicy 

Grójeckiej załamało się, że natomiast w stronę Szczęśliwickiej 

sytuacja jest niejasna, gdyż niemiecka piechota usadowiła się 

w niektórych domach i zorganizowała gniazda oporu wewnątrz 

naszego ugrupowania i na bliskim przedpolu. Polskie i niemiec­

kie oddziałki były tu przemieszane w kratkę... 

Zameldował się por. Kraskowski z półkompanią czołgów 

lekkich 7 TP uzbrojonych wyłącznie w działka, skierowany do 

mojej dyspozycji przez generała Czumę... 

Do starcia naszych czołgów doszło tylko między ulicą 

Grójecką a terenem kolei elektrycznej, przy czym Niemcy 

szybko się wycofali... 

Por. Kraskowski przywiózł ze sobą również załogi zapasowe. 

Z załóg zapasowych, a nawet i z czynnych zaczęły się 

formować grupy szturmowe, do których dołączyli na ochotnika 

strzelcy suwalscy. Rozpoczęły się wyprawy na odosobnione 

niemieckie gniazda oporu, które po kolei przy pomocy 

granatów ręcznych wygniatano..." 

O tej samej prawie porze, kiedy niemieckie natarcie na 

Ochotę załamało się, czołgi zaatakowały Wolę. Główne 

background image

134 

uderzenie skierowali tu Niemcy wzdłuż ulicy Wolskiej na 

kompanię por. Pacak-Kuźmirskiego. Zostali zaskoczeni do­

brze przygotowanym ogniem piechoty i przeciwpancernym. 

Jadąc w kolumnie znaleźli się w pułapce. W wąskiej gardzieli 

ulicy Wolskiej nie mieli właściwie żadnych możliwości 

manewrowania. Gdy kolumna wjechała na teren oblany 

terpentyną, której duże zapasy por. Kuźmirski odkrył w po­

bliskiej fabryce „Dobrolin", podpalono ją. W szalejącym 

ogniu nieprzyjaciel poniósł dotkliwe straty i więcej natarć 

tutaj nie podejmował. Równie dotkliwą porażką przeciwnika 

zakończyło się natarcie na pozycje bronione przez kompanię 

por. Grabowskiego. 

A więc — odległość do nacierających czołgów i piechoty 

niemieckiej wynosiła około 1000 m. Położony celny ogień 

z ckm i broni maszynowej spowodował zatrzymanie się 

nadjeżdżających samochodów, a skuteczny ogień dwóch 

działek zrobił swoje. Pod osłoną ognia i dział, moździerzy 

i broni maszynowej wyszło z ugrupowania niemieckiego 

6 czołgów: 4 na odcinek pierwszego plutonu i 2 na odcinek 

drugiego. Z czterech nacierających na odcinek pierwszego 

plutonu — jeden został unieszkodliwiony już na wysokości 

zabudowań przy ul. Sowińskiego — trzy nacierały dalej. Już 

na wysokości zabudowań przy ul. Olbrachta zapalony zostaje 

dalszy czołg, a dwa, niestety, mimo silnego ognia z działek 

przeciwpancernych — pchały się nadal uparcie na odcinek 

pierwszego plutonu... 

Ale i te nie zdołały dojść do pozycji polskiej i zostały 

zniszczone ogniem dział przeciwpancernych. Wola również 

odparła atak nieprzyjacielski. 

Jeszcze raz zaryzykowali Niemcy, uderzając ponownie 

o godz. 9.00 na pozycje 4 kompanii 40 pp na Ochocie. I znów 

nie udało się. Czołgi wycofały się z pola ognia, a piechota 

zaległa przed polskimi pozycjami. Do kontrakcji przystąpili 

Polacy. Przeciwuderzenie, w którym wzięły udział dwa plutony 

2 batalion 41 pp, pluton kolarzy 40 pp i 5 czołgów, wkrótce 

135 

potem wyparło Niemców z ulic Grójeckiej oraz Opaczewskiej 

i przywróciło tam linię pozycji własnej. 

Tymczasem komunikaty radia niemieckiego nie czekały na 

ostateczny wynik walki i ogłaszały nadal informacje o zdobyciu 

stolicy Polski. Informacja mogła być szybko zdementowana, 

dlatego dowództwu niemieckiemu tak bardzo zależało na 

rzeczywistym potwierdzeniu komunikatów. Warszawa miała 

być wzięta za wszelką cenę i generał Reinhardt otrzymał 

rozkaz niezwłocznego podjęcia ataków na miasto. 

Przed świtem 10 września, dokładnie o 3.25, wsparta 

czołgami grupa piechoty niemieckiej z 4 DPanc. przeszła do 

natarcia na ulicę Rakowiecką i licząc na zaskoczenie, usiłowała 

przebić się na Pole Mokotowskie, aby stamtąd zaatakować 

tyły i skrzydło polskich pozycji na Ochocie. 

Zaskoczenie nie udało się. Nacierających wzięto w krzy­

żowy ogień. Niemcy stracili 3 czołgi, padli zabici i ranni. 

Nie zwlekając wycofali się na pozycje wyjściowe. Wkrótce 

jednak mimo niepowodzenia spróbowali ponownie, nacierając 

tym razem 10 czołgami bez piechoty na pozycje 7 kompanii 

40 pp. I znów bezskutecznie. Straciwszy dwa czołgi wycofali 

się na Blizne. 

Z meldunku podpułkownika Kalandyka: 

„... W wyniku walki w dniu 9 września ustalono, że w dniu 

tym zniszczono na bezpośrednim przedpolu 13 czołgów, a na 

dalszym przedpolu uszkodzono około 15 czołgów i 20 

samochodów do przewożenia piechoty..." 

Polacy obliczali straty przeciwnika znacznie poniżej rze­

czywistych. Dopiero dokumenty niemieckie odsłaniają prawdę. 

W Kriegstagebuch dywizji pancernej zapisano natychmiast po 

walce, że w dniu 9 września 35 pułk uderzył 120 czołgami na 

Ochotę, z czego na pozycje wyjściowe wróciło 57, 63 zaś 

zostały zniszczone lub ciężko uszkodzone i porzucone przez 

załogi. Brak zapisów o stratach, jakie poniósł w tym dniu 

niemiecki 36 pułk oraz o szkodach całej dywizji w dniu 8 i 10 

września. W każdym razie nie może budzić wątpliwości fakt, 

background image

136 

że w tych trzech dniach dywizja utraciła nie mniej niż połowę 

czołgów, z którymi podeszła pod Warszawę. 

Z tą samą gwałtownością toczył się bój o niebo nad 

Warszawą. Dopóki polskie samoloty myśliwskie osłaniały 

miasto, żadnej wyprawie bombowej Luftwaffe nie udało 

się przedrzeć całym zgrupowaniem nad stolicę. Przeniesienie 

polskiej lotniczej Brygady Pościgowej na lubelski węzeł 

lotnisk ograniczyło poważnie zasięg skutecznej obrony 

przeciwlotniczej stolicy. Główny więc ciężar osłony przed 

atakami lotnictwa spadł na pozostałą w mieście artylerię 

przeciwlotniczą. 

Brak polskich samolotów nad Warszawą od 7 września 

ośmielił Luftwaffe. 9 i 10 września miasto przeżyło po raz 

pierwszy grozę lotniczego bombardowania. Niemcy atakowali 

kilkakrotnie w ciągu dnia, bombardując intensywnie miasto 

siłami 2-4 dywizjonów. Zaangażowanie tak znaczących sił 

Luftwaffe nie dało jednak oczekiwanych rezultatów. Nasza 

artyleria przeciwlotnicza zmusiła samoloty nieprzyjaciela do 

respektu. Bomby zrzucane z dużej wysokości nie trafiały w cel. 

Kolejny nalot dużego, w sile 50 samolotów, zgrupowania 

Luftwaffe polscy artylerzyści odparli w dniu 13 września. Około 

godziny 16.25 grupa Heinkli, Junkersów i Messerschmittów 

zaatakowała Dworzec Gdański, Cytadelę i okolice. I tym razem 

ogień artylerii zmusił Niemców do bombardowania z wysokości 

4 tys. metrów. Tylko niektóre samoloty odważyły się atakować 

zniżywszy lot. Wybuchały nowe pożary, atak był skuteczny, ale 

już w pierwszych pięciu minutach walki 3 samoloty niemieckie 

spadły na ziemię. Bezskuteczne ataki 4 DPanc. na dobrze 

przygotowane do obrony miasto okazały się zbyt kosztowne. 

Pisał kronikarz Bade: 

„... 4 dywizja pancerna w nocy (na 11 września — T. J.) 

wycofała swoje zgrupowania bojowe z przedmieść Warszawy 

w rejon Piastowa, gdzie została zluzowana przez 33 pułk 

piechoty. Prawe skrzydło tego pułku stało na południe od 

Warszawy, mniej więcej na szosie Ożarów-Warszawa. 

137 

W związku z tym południowe i zachodnie wyloty z miasta 

zostały w większości zamknięte..." 

4 DPanc. tworzyła tu podwójny front okrążenia. Przecinając 

główne połączenie Warszawy z zachodnią Polską niemiecka 

dywizja ugrupowała się obronnie na pozycjach zwróconych na 

wschód przeciwko Warszawie i na zachód przeciwko wyco­

fującym się ku miastu oddziałom armii „Łódź". Dla wzmoc­

nienia ściągnięto spod Łodzi pułk SS „Adolf Hitler", który 

miał poszerzyć blokadę ku północy. Wieczorem 10 września, 

jak pisał Bade, pułk ten osiągnął linię Pilaszki-południe 

Kopytowa. 

Bezpośredni napór Niemców na Warszawę nagle zelżał. 

Jeszcze nie znano przyczyny, ale przerwa w walce i wy­

tchnienie były bardzo potrzebne. Najpierw wzmocniono we­

wnętrzną siłę obrony przez utworzenie nowej organizacji 

dowodzenia. Miasto podzielono na dwa odcinki obronne, 

a dowództwo nad nim objęli podlegli generałowi Czumie 

pułkownicy Porwit i Janowski. Pierwszemu powierzono obronę 

lewobrzeżnej Warszawy, drugi zaś bronić miał Pragi. Artylerią 

naziemną, dyspozycyjną gen. Czumy, dowodził ppłk Zielonko-

-Zielonka, artylerią przeciwlotniczą płk Baran. 

Po odstąpieniu 4 DPanc. od Warszawy nieprzyjacielskie 

ataki na miasto ustały. Dowództwo obrony wykorzystało 

natychmiast tę niewyjaśnioną na razie przerwę w walce na 

przygotowanie do długotrwałego oblężenia. Organizowały się 

nowe oddziały w oblężonym mieście i napływały tu z zachodu, 

obchodząc blokadę Niemców od północy przez Leszno i Trus-

kaw albo kierowały się ku mostom modlińskim. Podjęto też 

działania zaczepne z zamiarem przesunięcia obrony na linię 

starych warszawskich fortów, między innymi wykonano 

wypady z Ochoty w kierunku na Włochy oraz na Wawrzyszew. 

Zwrot zaczepny generała Kutrzeby znad Bzury, początkowo 

ignorowany, po kilku pierwszych dniach bitwy zaczął koncen­

trować uwagę najpierw dowództwa GA „Południe", później 

Dowództwa Wojsk Lądowych i wreszcie samego Hitlera, 

background image

138 

który tu przybył, zaniepokojony nieoczekiwanym rozwojem 
wydarzeń. 

Na wschód od Wisły nieprzyjaciel skierował tylko część sił 

10 armii, korpusy IV i XIV. Jej siły główne, w tym pancerne 

i zmotoryzowane zostały zawrócone na północ ku bitwie nad 
Bzurą, którą przeciwnik nazwał bitwą pod Kutnem. 

Początkowo, jak wiadomo, natarcie polskie zaskoczyło 

naczelne dowództwo Wehrmachtu, a jego siła wywołała duże 
zaniepokojenie i zamieszanie w niemieckich dowództwach 
operacyjnych. Polacy znaleźli się właśnie na tyłach 8 armii, 
a mogli również poważnie zagrozić tyłom 10 armii. Dotych­

czasowy plan kampanii w Polsce musiał ulec modyfikacji. 
Cała 8 i większość 10 armii zmuszone zostały do wstrzymania, 
szybkiego dotychczas, marszu w głąb naszego kraju, aby jak 
najszybciej zaangażować się nad Bzurą, gdzie w bitwie 

— wbrew podstawowym zasadom sztuki operacyjnej — Polacy 
przejęli inicjatywę w swoje ręce. Był to dotkliwy cios 
osłabiający prestiż Wehrmachtu, uderzający zwłaszcza w goeb-
belsowską propagandę o jego łatwych sukcesach w Polsce. 

Dlatego 13 września przybył nad Bzurę Hitler i wizytował 

osobiście wojsko, a przede wszystkim poturbowaną najmocniej 
30 dywizję piechoty. Jak utrzymywano w dowództwie GA 
„Południe", 11 września „...Nieprzyjacielskie próby przerwania 
się trwają. Początkowo w kierunku Łodzi, gdzie istnieje 
niebezpieczeństwo powstania..." Oczywiście po polskiej stronie 
linii frontu nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie 
zakładano, że nieprzyjaciel formułował aż tak paniczne oceny 
sytuacji. 

Jeszcze 12 września wieczorem komunikat OKW donosił 

o ciężkich walkach obronnych 8 armii. 13 września kategoryczny 

139 

rozkaz dowódcy Grupy Armii „Południe" postawił jej, uwzględ­
niając niepomyślny rozwój sytuacji, jednoznaczne zadanie. 

Gen. Rundstedt, dowódca Grupy Armii „Południe", zdawał 

sobie sprawę z tego, że może uniknąć dalszych przykrych 
niespodzianek tylko przez jak najszybsze zlikwidowanie 

polskiego zgrupowania. Operacją pokieruje on sam. Do Kielc 
wezwano niezwłocznie dowódców 8 i 10 armii. 

Dowódcy armii zastali gen. Rundstedta w dużej sali pod­

miejskiego pałacyku. Stał w otoczeniu oficerów sztabu przy 
olbrzymim okrągłym stole, na którym rozłożona była duża 
mapa. Po przeciwnej stronie stołu szef sztabu gen. Manstein, 

pochylony nad mapą, wodził po niej ręką i coś objaśniał 
skupionym wokół oficerom. 

— Panowie, daliśmy się zaskoczyć — zaczął bez po­

witania Rundstedt i wskazał na mapie zakreślone czer­
wonym ołówkiem elipsy, oznaczające położenie dywizji 

polskich. 

— Ale nie o to teraz chodzi i nie po to wezwałem tu panów. 
— Polaków nie wolno puścić za Bzurę i nie wolno im 

pozwolić na połączenie się z Warszawą i Modlinem. 

— Pan — zwrócił się do Blaskowitza — uderzy XIII 

i X korpusami od północy na Żychlin i Kutno. Od zachodu na 
Kutno i od północy na Żychlin nacierać będzie również III 
korpus, który będzie panu podlegał. Generał Reichenau 

przekaże panu dodatkowo 3 dywizję lekką, której radziłbym 
użyć dla wzmocnienia zachodniego skrzydła natarcia. 

— XI korpus uderzy z obszaru Łowicza na Gąbin. Wschód 

— Rundstedt zakreślił ołówkiem linię wzdłuż Bzury po obu 
stronach Sochaczewa — trzeba szczególnie silnie zamknąć. 
Tylko w tym kierunku Polacy mogą podjąć próbę przebicia 
się. Skieruje pan tam — zwrócił się do generała Reichenaua 

— XI korpus i uderzy w tym kierunku. Ale trzeba robić to 
szybko — dodał. 

— 4 dywizja pancerna jest już w drodze — pospieszył 

z wyjaśnieniem gen. Reichenau. 

background image

140 

— Ponadto - - ciągnął dalej Rundstedt - - wyłączy pan 

z akcji oczyszczania Gór Świętokrzyskich i z rejonu Radomia 

X korpus i w razie potrzeby wzmocni nim XVI. XV nie 

będzie już potrzebny pod Radomiem, a nad Bzurą może się 

przydać. Z tego szczelnie zamkniętego kotła nie powinien ujść 

ani jeden żołnierz polski — powiedział z naciskiem. 

— To wszystko, panowie. Szczegóły proszę omówić z gen. 

Mansteinem. 

Zadania specjalne w ramach współdziałania z wojskami 

lądowymi otrzymała również 4 flota powietrzna. Generał Lóhr 

skierował do akcji nad Bzurą zgrupowanie lotnictwa bom­

bowego i bombowo-nurkowego, złożone z około 300 samolo­

tów. Było to tylko o 100 samolotów mniej, niż liczyło całe 

lotnictwo polskie w chwili wybuchu wojny. 

Armie „Poznań" i „Pomorze" czekały dni najcięższej próby. 

NOWA KONCEPCJA BITWY 

Pod koniec 12 września gen. Kutrzeba zdecydował się na 

zmianę dotychczasowego planu bitwy. Przerywając natarcie 

na Stryków, postanowił wycofać grupę Knolla za Bzurę i po 

przegrupowaniu skierować ją pod Sochaczew, stamtąd siłą 

zorganizowanego natarcia miała otworzyć dla reszty zgrupo­

wania drogę do Warszawy. 

Do osłony tego manewru gen. Kutrzeba rzucił do natarcia 

z rejonu Łowicza na Skierniewice dywizje armii „Pomorze", 

łącznie z grupą gen. Bołtucia. Nie wykorzystano zatem, jak to 

pierwotnie przewidywano, natarcia armii „Poznań" na Stryków 

dla osłony odwrotu armii „Pomorze" przez Sochaczew do 

Warszawy. 

Natarcie armii „Pomorze" miało natomiast osłonić armię 

„Poznań" na tym samym kierunku odwrotu, w którym po­

przednio zdążać miała armia Bortnowskiego. Za tę niekonsek­

wencję, mimo początkowego sukcesu, musieliśmy drogo 

zapłacić. 

Jak się okazało, jedynym następstwem tych skomplikowa­

nych manewrów, i to niestety negatywnym, było całkowite 

związanie sił obu armii z nieprzyjacielem. Stracono nie do 

odrobienia poważne siły i środki, a przede wszystkim czas, 

jako główny czynnik zaskoczenia. Coraz bardziej brakowało 

background image

142 

go na wykonanie głównego zadania, tj. wycofania na teren 

warszawskiego obszaru operacyjnego całego zgrupowania obu 

armii w takim stanie, aby mogło ono bez chwili zwłoki podjąć 

nowy wysiłek obronny. 

Tymczasem dowództwo niemieckie, jak wiadomo ostrzeżone 

natarciem polskim na Stryków, zaczęło pospiesznie ściągać 

nad Bzurę jednostki z pobliskiego obszaru między Łodzią, 

Warszawą a Płockiem. Już w piątym dniu bitwy nieprzyjaciel 

zdążył wprowadzić do walki kilka nowych dywizji, dzięki 

którym uzyskał przewagę. Miał teraz więcej piechoty, nie 

mówiąc o artylerii, która była liczniejsza trzykrotnie, i czołgach 

liczniejszych czterokrotnie. Jego lotnictwo panowało też 

niepodzielnie nad polem bitwy. 

Ten fatalny rozkaz o przerwaniu natarcia i wycofaniu 

oddziałów za Bzurę został przyjęty w oddziałach nacierających, 

jak już wcześniej wspomniano, z ogromnym rozczarowaniem, 

niemal oburzeniem. W dowództwie grupy operacyjnej, od­

powiedzialnej za jego wykonanie, spowodował zaskoczenie 

i dezorientację. „Byłem wprost przerażony — wspomina gen. 

Knoll —7 tym rozkazem, który już został wysłany do dywizji 

z podpisem gen. Kutrzeby, gdyż nie tylko nie rozumiałem 

całkiem powodów zatrzymywania dobrze idącego natarcia, 

ale rozumiałem też niebezpieczeństwo tego nowego a nagłego 

manewru. Zanim oddziały rozpoczną odwrót, będzie już jasny 

dzień, a wtedy na wszystkich grobelkach przez Bzurę grozi 

dopiero prawdziwe niebezpieczeństwo od lotnictwa niemiec­

kiego..."

1

Szef sztabu 14 dywizji piechoty mówił z rezygnacją, że: 

„...odwrót oznaczał przekreślenie dotychczasowych sukcesów 

i dowódca dywizji zdawał sobie sprawę, że bez uzupełnienia 

i wypoczynku 14 dywizja już nie będzie w stanie wydobyć 

1

 Polskie Siły Zbrojne,

 t. I, cz. 3, Londyn 1959, s. 290. 

143 

z siebie podobnego wysiłku, na jaki się zdobyła w dniach 

9-12 IX..."

2

Spełniły się niestety wszystkie te hiobowe przewidywania. 

Dzień 13 września zastał oddziały grupy operacyjnej jeszcze 

w marszu odwrotowym. Wkrótce po godzinie 10 spadło na nie 

lotnictwo nieprzyjaciela w liczbie — jak podaje kronikarz 

25 dywizji piechoty — dotychczas nie spotykanej. Był to 

niewątpliwie nadspodziewanie szybki skutek wspomnianej 

interwencji gen. Rundstedta, która spowodowała zaangażowa­

nie w bitwie nad Bzurą głównych sił 4 floty powietrznej. 

Własne lotnictwo w sile zaledwie jednego dywizjonu 

myśliwskiego było zbyt słabe, by podołać zadaniu osłony 

walk na tak dużym obszarze. Dywizjon w dotychczasowych 

walkach podczas osłony natarcia grupy gen. Knolla, a nawet 

ataków na kolumny piechoty i zmotoryzowane poniósł straty 

sięgające połowy stanu wyjściowego (17 samolotów P-ll). 

Zapoczątkowana już druga faza bitwy wymagała zwiększonych 

zadań rozpoznawczych i bojowych lotnictwa, ale kurczenie 

się obszaru operacyjnego wojsk własnych, a zarazem moż­

liwości dokonania manewru lotniskowego, poważnie ograni­

czało ofensywny udział dywizjonu myśliwskiego armii. 

W ślad za grupą Knolla wycofały się za Bzurę dywizje gen. 

Bołtucia, które teren dopiero co zdobyty za cenę ogromnego 

wysiłku i strat oddały Niemcom bez walki. Oddano niestety 

także Łowicz, niezwykle ważny w tej bitwie punkt oporu. 

Jednakże odwrót grupy gen. Bołtucia zdezorientował nie­

przyjaciela. 

Niemcy licząc na to, że między Łowiczem i Piątkiem są 

tylko bardzo małe siły polskie, postanowili skierować tam 

swoje nowe, ściągnięte na północ dywizje, przejść Bzurę 

i zaskoczyć Polaków uderzeniem z tyłu. Informacja o wzras­

tającej w tym rejonie aktywności Polaków przestała niepokoić 

gen. Blaskowitza, gdy dotarły doń meldunki o wycofaniu się 

Relacja ppłk. Jana Kobylańskiego, w: Wojna obronna Polski. Wybór 

źródeł,

 dok. nr 563, s. 1074. 

background image

144 

oddziałów polskich spod Głowna za rzekę i opuszczeniu 

Łowicza. 

Dowódca 8 armii niemieckiej mylił się jednak, sądząc, że 

przeciwnik nie będzie już zdolny do wykonania natarcia. Gen. 

Bortnowski bowiem właśnie natarcie przygotowywał. Zamie­

rzał trzema dywizjami: 26, 16 i 4, złamać linię obrony 

niemieckiej pod Łowiczem i zdobyć lasy skierniewickie. 

Następnie przebijać się dalej ku Warszawie już wraz z armią 

„Poznań" posuwającą się drogą przez Sochaczew lub bronić 

się w lasach skierniewickich, osłaniając armię gen. Kutrzeby 

w jej marszu do Warszawy. 

16 dywizji płk. Szyszki-Bohusza przypadło zadanie naj­

cięższe — odebrać zajęty przez Niemców Łowicz. 4 dywizja 

płk. Józefa Werobeja

3

 miała obejść miasto od zachodu 

i zaatakować broniących się w nim Niemców z tyłu. 26 dy­

wizja płk. Ajdukiewicza miała niepokoić przeciwnika, uderza­

jąc nań po wschodniej stronie Łowicza. 

Żołnierzom 16 dywizji przyszło jeszcze raz bić się o miasto, 

które 11 września po raz pierwszy wydarli Niemcom, aby je 

następnie bez walki opuścić. Wówczas żołnierze nie rozumieli 

tego rozkazu. Wydał im się dziwny. Wierzyli jednak, że los 

wojny się odmieni i wróg zostanie pobity, że oni są tu właśnie 

po to, by ten los odmienić i dlatego każdy wysiłek i każde 

ofiary nie są daremne. 

Dwa pułki 16 dywizji weszły do walki w pierwszej linii. 

Pułk 64 przepędził Niemców znad Bzury i wdarł się w głąb 

miasta. Niemcy wycofali się, stawiając jednak zaciekły opór. 

Artyleria niemiecka, jakby chcąc wziąć odwet za niepowodze­

nia piechoty, biła w miasto salwami kilku dywizjonów. Miasto 

zamieniało się w gruzy. 

14 września zaczęły napływać z 8 armii do sztabu Grupy 

Armii „Południe" wiadomości wręcz alarmujące: „...przeciwnik 

ponownie około godziny 10 silnie atakuje na wschód od 

3

 Płk Józef Werobej dowodził uprzednio 9 siedlecką dywizją piechoty, 

rozbitą w Borach Tucholskich. 4 DP objął po płk. Tadeuszu Niezabitowskim-

145 

Łowicza, wydaje się przebijać na Łowicz i Sochaczew. Sądzi 

się również, że przeciwnik próbuje się przełamać w kierunku 

Grójca..."

4

W tej sytuacji Rundstedt w rozmowie telefonicznej zawia­

domił sztab 8 armii, że „...w razie konieczności ma bezpośred­

nio łączyć się z 10 armią..."

5

Tymczasem natarcie polskie szło już naprzód. 

Gdy prawie całe miasto znalazło się z powrotem w ręku 

Polaków, oddziały polskie spotkały się na południowym skraju 

Łowicza z gwałtownym oporem 18 dywizji niemieckiej. 

Polacy uderzyli od razu, nie zatrzymując się ani chwili, chcieli 

jednym skokiem pokonać i tę ostatnią przeszkodę. Atak się 

nie powiódł. Kilkadziesiąt metrów przed niemieckimi okopami 

artyleria niemiecka położyła gęstą zaporę ogniową. 

Pułk przypadł do ziemi. 
W ciasnej piwniczce jakiegoś na wpół rozwalonego domu 

mjr Rewerowski czekał bezskutecznie na połączenie z dywizją. 

Mijały minuty. Artyleria niemiecka wciąż biła w nieruchomą 

linię polskiej tyraliery. Tylko własna artyleria milczała. 

I nagle wszystko ucichło. Aż w uszach dzwoniło od tej 

ciszy. Wszyscy skupili się, jakby czekając na coś, co tę 

ciszę przerwie i wyzwoli nagle nowe piekielne dudnienie 

artyleryjskich wybuchów. Rozpylona w powietrzu ziemia 

zaczęła powoli opadać. Spoza rzedniejącej kurzawy wyłania­

ła się rzeczywistość, zmieniona, bo straciła ostrość kon­

turów. Do tyraliery wracało życie. Żołnierze ociężale od­

rywali się od ziemi. Ten i ów chwytał za karabin i ner­

wowym ruchem trzaskał zamkiem, niespokojny o jego 

sprawność. Żołnierze byli jakby oszołomieni i chwilowo 

niezdolni do walki. Mjr Rewerowski zdawał sobie sprawę 

z tego stanu i dlatego przekazał telefonicznie dowódcom 

batalionów polecenie, aby uporządkowali kompanie i przy­

gotowali się do dalszego ataku. Termin wznowienia ataku 

4

 Z tekstu oceny sytuacji sztabu Grupy Armii „Południe", MiD WIH. 

5

 Jak wyżej. 

10 — Bzura 1939 

background image

146 

poda osobiście. Radził jeszcze, aby podciągnęli karabiny 

maszynowe do przodu i uważali na Niemców. 

Zaledwie przetelefonowano to polecenie i tę radę, gdy 

z tamtej strony, którą przed chwilą dzieliła jeszcze od Polaków 

ściana artyleryjskiego ognia, zaniosły się gęstą palbą karabiny 

maszynowe i ręczne. Jednocześnie z okopów niemieckich 

wyszła tyraliera. To gen. Cranz rzucił do kontrataku na 

Łowicz 30 niemiecki pułk piechoty. Liczebna i ogniowa 

przewaga Niemców zdecydowała o wyniku starcia. Piechota 

polska zmuszona została do wycofania się w głąb miasta 

i szukania osłony wśród domów i ulic. 

Walka o Łowicz trwała. 

Pułk sąsiedni, 66, płk. Stefana Michalskiego, bił się na 

wschód od miasta. Udało mu się wprawdzie przekroczyć 

Bzurę, lecz został kontratakami niemieckimi zatrzymany. Nie 

powiodło się również 26 DP płk. Ajdukiewicza, zatrzymanej 

przez 19 dywizję niemiecką gen. Schwantesa pod Bednarami. 

Tylko 4 dywizja piechoty płk. Werobeja szła naprzód i za­

groziła uderzeniem na tyły oddziałów niemieckich znaj­

dujących się w Łowiczu. 

Wiadomości o przebiegu natarcia, napływające do sztabu 

armii „Pomorze", zdawały się napawać optymizmem. Nastrój 

przygnębienia zaczął z wolna ustępować. Rodziły się nadzieje 

na szczęśliwe zakończenie operacji. Gen. Bortnowski sądził, 

że uderzenie dywizji Werobeja na skrzydło Niemców powinno 

dać gen. Bohuszowi rozstrzygnięcie w Łowiczu. 

Wkrótce przybył z meldunkiem lotnik, który powrócił 

z lotu rozpoznawczego. 

Gen. Bortnowski wysłuchał meldunku osobiście. Wiadomo­

ści były złe. Szosą z Błonia na Sochaczew ciągnęła długa, 

20-kilometrowa kolumna różnych pojazdów wojskowych. 

Jakieś kolumny zmotoryzowane lotnik zauważył również na 

północ i południe od tej szosy. Mogła to być jakaś niemiecka 

dywizja pancerna. Jej kierunek marszu mierzył we wschodnie 

skrzydło natarcia prowadzonego przez armię „Pomorze". 

147 

Reakcja dowódcy armii była gwałtowna. Płk Ajdukiewicz 

otrzymał rozkaz wstrzymania natarcia, a gen. Bołtuciowi 

pozostawiono swobodę decyzji. 

Gen. Bołtuć walkę o Łowicz postanowił rozstrzygnąć do 

końca. Później, w zależności od sytuacji, albo iść dalej, albo 

bronić się tutaj. W mieście zawsze łatwiej się bronić. Nawet 

czołgi nie są wtedy tak groźne. 

Tymczasem w Łowiczu Niemcy brali górę. Miasto prawie 

w całości znalazło się znów w ich ręku. Wszystko więc trzeba 

było zaczynać od nowa. Wykrwawione i wyczerpane bataliony 

mjr. Rewerowskiego nie były już zdolne do podjęcia ponow­

nego szturmu. W miejsce 64 wszedł 60 pułk piechoty. 

Była godzina 5 po południu. Artyleria polska prowadziła 

ogień. Padła komenda: Naprzód. Powtórzyły ją gardła setek 

żołnierzy. 65 pułk piechoty uderzył i łamiąc opór przeciwnika 

nad Bzurą — wtargnął od wschodu do Łowicza, niemal na 

tyły 30 niemieckiego pułku piechoty. Ale gen. Cranz miał 

odwody: 51 pułk piechoty i nowe dywizjony artylerii, które 

skierował bezzwłocznie przeciwko Polakom. One to właśnie 

przechyliły zwycięstwo na stronę Niemców. Przy zapadających 

ciemnościach walka piechoty w Łowiczu toczyła się z niesłab­

nącą siłą, ale o wiele liczniejsza artyleria niemiecka wygrała 

już pojedynek z artylerią polską. 

Ponieważ dalsze prowadzenie walki nie rokowało powo­

dzenia, gen. Bołtuć, mimo sukcesu osiągniętego przez 4 dywi­

zję piechoty płk. Werobeja, postanowił akcję przerwać. 

Gdy pułki 16 dywizji piechoty ruszały na front, każdy liczył 

ponad 3 tys. żołnierzy. Obecnie ich stany liczebne zmalały do 

jednej trzeciej. Straty w 4 dywizji piechoty były nieco 

mniejsze, ale również dotkliwe. 

W nocy z 14 na 15 września dywizje gen. Bołtucia 

wycofały się za Bzurę. Wycofała się również dywizja płk. 

Ajdukiewicza. Postanowiono bronić się nad Bzurą, bo pod 

Łowicz przybywało coraz więcej sił niemieckich. 

background image

148 

Nie udało się więc także i to natarcie. Gen. Kutrzeba nie 

miał czasu na badanie przyczyn tego stanu rzeczy, ale wiedział, 

że sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu. Przede wszystkim 

odczuła to grupa gen. Knolla-Kownackiego, która miała 

nacierać przez Sochaczew na Warszawę. Trwanie armii 

„Pomorze" w obronie nad Bzurą pod Łowiczem tworzyło 

dość wątpliwą osłonę. Była za blisko Sochaczewa i Niemcy 

mogli bez większych trudności oddziaływać ogniem artylerii 

na przegrupowania i koncentrację dywizji Knolla. Wreszcie 

pozostał tylko jeden szlak komunikacyjny dla odwrotu aż 

dwóch armii; było za ciasno, brakowało miejsca na manewr 

i rozwinięcie w wypadku ataku nieprzyjacielskiej broni 

pancernej i lotnictwa. 

Generała niepokoiła również sytuacja na północnym odcinku 

frontu. Niemiecka 3 dywizja piechoty już przeszła Wisłę pod 

Płockiem, a własny 19 pułk piechoty okazał się za słaby, aby 

ją z przyczółka wyrzucić. Generał musiał więc wydać rozkazy 

do cofnięcia zachodniego frontu osłony pod Gostynin i Kutno 

i rzucić do przeciwakcji oddziały dywizji generałów Drapelli 

i Przyjałkowskiego. 

14 września wywiązały się gwałtowne walki pod Płockiem, 

szczególnie zacięte o Las Łącki i folwark Góry. 24 pułk 

piechoty ppłk. dypl. Juliana Grudzińskiego około godziny 14 

zaatakował z Łącka 8 niemiecki pułk piechoty. Własne 

i nieprzyjacielskie oddziały zwarły się w boju spotkaniowym, 

który trwał do wieczora. Niektóre oddziały niemieckie zostały 

okrążone, ale żadna ze stron nie osiągnęła rozstrzygnięcia. 

Około północy dowódca 27 dywizji piechoty, płk dypl. Gwidon 

Kawiński, rzucił do natarcia pułki 19 i 24. Po ciężkim nocnym 

boju wyparto Niemców z lasu, ale przyczółka nie zniszczono. 

Całkowitym niepowodzeniem zakończyło się natarcie dwóch 

pułków 15 dywizji pod Gąbinem. Rzucone do walki częściami 

i bez dostatecznego wsparcia artylerii, uległy ostatecznie 

149 

nieprzyjacielskiemu kontratakowi i wycofały się na podstawy 

wyjściowe. W tej sytuacji konieczne było jak najszybsze 

przerzucenie grupy gen. Knolla pod Sochaczew. Tym bardziej 

że już 13 września generał Kutrzeba otrzymał meldunek 

o kierowaniu się dywizji armii „Łódź" do twierdzy modlińskiej. 

Nie można więc było oczekiwać żadnej pomocy tej armii 

w bitwie. Co więcej, okazało się, że naprawdę nie ma już 

żadnych sił, które by przeszkadzały wprowadzić do bitwy nad 

Bzurą dywizje 10 armii niemieckiej. 

Tymczasem piękna słoneczna pogoda nie sprzyjała szybkim 

przemarszom. Lotnictwo nieprzyjacielskie miało doskonałe 

warunki działania i — mimo ofiarnej walki jedynego polskiego 

dywizjonu myśliwskiego — zaczęło pojawiać się nad Bzurą 

coraz częściej i coraz skuteczniej atakować Polaków na ziemi. 

Teren odkryty i pozbawiony przeszkód naturalnych nie sprzyjał 

obronie przed czołgami, których dalekie i zaskakujące zagony 

były niezwykle groźne. 

Wojska gen. Knolla maszerowały z dużą ostrożnością, 

w każdej chwili gotowe do odparcia nieprzyjacielskiego ataku. 

Noc była najlepszym sprzymierzeńcem. Maszerowano wtedy, 

a za dnia odpoczywano. Ale cóż to był za odpoczynek, gdy 

w dużej części oddziałów stan pogotowia bojowego trzymał 

żołnierzy i oficerów w ciągłym napięciu. W czasie marszu 

ogarnięte paniką kolumny uchodźców tarasowały szosy i drogi. 

Przerażeni ludzie towarzyszyli każdemu ruchowi wojsk, szu­

kając wśród żołnierzy pomocy i opieki. Czas uciekał. 

14 września dywizje gen. Knolla osiągnęły dopiero Słudwię, 

mijając Żychlin, Dąbrowę i Bąków. Nad Słudwią grupa 

operacyjna zatrzymała się, przyjmując przeciwpancerne ugru­

powanie obronne. W nocy ruszyła dalej ku Bzurze. Tymczasem 

o Sochaczew biły się już oddziały płk. Switalskiego. 

Jeden z batalionów skierniewickiego 18 pułku piechoty 

ppłk. Wiktora Majewskiego, który w nocy nieopatrznie wycofał 

się z miasta, powróciwszy rano 14 września, zastał już 

w Sochaczewie Niemców. Nie zwlekając batalion rozwinął się 

background image

150 

do walki i uderzył. Nieprzyjaciel ustąpił, lecz nie na długo, bo 

zaraz zaczął podciągać w pobliże posiłki i atakować. 

Batalion polski z trudem odparował to uderzenie, ale nie 

ustąpił, trwając w intensywnym ogniu artylerii nieprzyjaciel­

skiej, która obracała miasto w gruzy. Kolejny polski kontratak 

przywrócił równowagę położenia i zmusił przeciwnika do 

zaniechania w tym dniu dalszych walk o Sochaczew. 

Gen. Kutrzeba otrzymał już także meldunki o marszu 

oddziałów pancernych przeciwnika szosą z Warszawy na 

Sochaczew. Położenie stawało się groźne. Dowódca armii 

ocenił je krótko: „...Nastąpiło więc całkowite zakorkowanie 

obszaru dwóch armii. Obecnie nie posiadaliśmy żadnej szosy 

odwrotowej. Jedyne wyjście — to ostrzeliwaną drogą wzdłuż 

Wisły albo piaszczystymi traktami przez Puszczę Kampinoską. 

Bez otwarcia drogi — czy od Sochaczewa, czy od Warszawy 

lub Modlina — byliśmy całkowicie w saku..."

6

6

  K u t r z e b a , on. cit., s. 139. 

W OKRĄŻENIU 

Mimo niepowodzenia pod Łowiczem gen. Kutrzeba nie 

zamierzał zrezygnować z zaczepnej akcji na Skierniewice. 

Wieczorem 14 września wezwał do siebie do Ślesina, gdzie 

stanął sztab jego armii, gen. Bortnowskiego, aby raz jeszcze 

sprawę dokładnie rozważyć. 

Grupa gen. Bołtucia miała nadal atakować w kierunku 

Skierniewic. Jedynie 26 dywizja płk. Ajdukiewicza będzie 

wspierać natarcie grupy gen. Knolla. Na tej grupie spoczywał 

teraz główny ciężar otwarcia drogi przez Sochaczew na 

Warszawę. Chociaż sytuacja była ciężka, gen. Kutrzeba 

wierzył, że jego zamiar się powiedzie. U Knolla były przecież 

dywizje, które pod Łęczycą, Piątkiem, Modlną i Strykowem 

biły Niemców. Żołnierz był tam już zahartowany zwycięstwem 

i pełen wiary we własne siły. Knollowi musi się udać, tym 

bardziej, gdy ruszy do przodu Bołtuć. 

Ale właśnie stamtąd nadeszła wkrótce hiobowa wiadomość. 

Dywizje gen. Bołtucia wycofały się za Bzurę. Nie będzie więc 

natarcia na Skierniewice, lecz tylko bierna obrona. 

Noc z 14 na 15 września gen. Kutrzeba spędził nad mapą. 

Przyznał, że była to ciężka noc. Sam rozważał szansę 

i możliwości i sam podejmował decyzję. Na gen. Bortnow­

skiego nie mógł już liczyć. Dowódca armii „Pomorze" był 

całkowicie załamany i niezdolny do aktywnego działania. 

background image

152 

Generał zdecydował, że grupa Knolla poprowadzi natarcie 

w dotychczas zamierzonym kierunku. Teraz jednak wydawała 

się być zbyt słaba. Kazał więc ściągnąć w ten rejon brygady 

kawalerii gen. Abrahama i płk. Strzeleckiego, a także dywizję 

gen. Przyjałkowskiego. Uderzą one z flanki i wesprą Knolla. 

Była to dość ryzykowna decyzja, gdyż osłabione do maksimum 

oddziały Tokarzewskiego i Skotnickiego, osłaniające tyły tej 

operacji, mogły nie wytrzymać. Uderzenie rozcinające okrą­

żenie musiało być szybkie i zdecydowane. W przeciwnym 

razie nieprzyjaciel zdąży ściągnąć w ten rejon siły tak duże, 

że przerwanie się będzie niemożliwe. 

Przewidywania gen. Kutrzeby okazały się słuszne. Istotnie, 

dowódca niemieckiej Grupy Armii „Południe", gen. Rundstedt, 

wziąwszy kierownictwo operacją nad Bzurą w swoje ręce, 

naglił swoich podkomendnych do szybkiego działania. 

8 niemiecka armia gen. Blaskowitza pospiesznie się przegru­

powała i koncentrowała swoje korpusy i dywizje do natarcia. Już 

nazajutrz, 16 września, rzuciła je na Żychlin i Kutno. W tym 

samym dniu uderzyć miała 10 niemiecka armia, kierując swoje 

korpusy między Sochaczew i Łowicz, dla przetarcia drogi 

korpusowi pancernemu Hoepnera, który już ruszył od Warszawy 

ku Bzurze pod Sochaczewem. XV niemiecki korpus lekki stanął 

na razie w odwodzie pod Grójcem, ale i on wkrótce ruszył ku 

Wiśle między Wyszogrodem i Modlinem, stając w poprzek 

odwrotu wojsk gen. Kutrzeby. 

Luftwaffe zaś dokonała reszty. Na zbite w wielkiej masie 

na małym obszarze wojska polskie uderzyło 240 samolotów. 

Na spotkanie 4 niemieckiej dywizji pancernej z korpusu 

Hoepnera, która całą siłą motorów waliła pod Brochów, 

153 

wyszła Wielkopolska Brygada Kawalerii gen. Abrahama. To 

ona pierwsza już 14 września rozpoczęła bój o przeprawy na 

dolnej Bzurze i zapoczątkowała trzecią i ostatnią fazę bitwy 

nad Bzurą. 

Przeprawy na Bzurze miały duże znaczenie. Jeżeli wpadłyby 

w ręce Niemców, drogi odwrotu na Warszawę zostałyby 

zablokowane... Dowódca niemieckiej dywizji wiedział o tym 

dobrze i kazał przyspieszyć marsz oddziałów rozpoznawczych. 

Dotarły już do Brochowa i gen. Abraham obserwował ze 

wzgórza, na którym się zatrzymał, jak motocykliści uwijali się 

w pobliżu. Rzucił więc na Brochów dwa znajdujące się 

najbliżej szwadrony 15 pułku ułanów i dwa działka przeciw­

pancerne. Jednocześnie wdarła się do Brochowa piechota 

zmotoryzowana nieprzyjaciela i jego czołgi. Wśród zabudowań 

doszło do ostrego starcia, w którym Polacy, wsparci ogniem 

czołgów rozpoznawczych, przepędzili Niemców. Tymczasem 

do Brochowa nadciągnęły siły główne 15 pułku ułanów 

i wzmocniły obronę dopiero co zdobytego przyczółka. Część 

tych sił gen. Abraham skierował do opanowania przeprawy 

pod Witkowicami. Obrona polska krzepła. 

Nieprzyjaciel nie dał jednak za wygraną i świeżymi siłami 

kontratakował mając już druzgocącą przewagę liczebną i og­

niową. Dowódca brygady wracał właśnie spod Wyszogrodu, 

gdzie zaczęto dopiero tworzyć obronę, gdy z Brochowa 

zaczęli się cofać ułani. Na szczęście nadciągnął w porę 7 pułk 

strzelców konnych płk. Królickiego i wprost z marszu skoczył 

co sił ku brochowskiej przeprawie. W lasku pod Mistrzewicami 

zsiedli z koni i tyralierą trzech szwadronów uderzyli na 

Niemców, biorących już górę nad 15 pułkiem ułanów. Tyraliera 

strzelców konnych przez mistrzewickie pole zbliżyła się do 

pobliskiego cmentarza. Przez chwilę zamarła tam, mocując się 

z zaporą ognia i Niemców w okopach, by zaraz przedrzeć się 

przez nią i rozlać po dolinie Bzury. Niemieckie karabiny 

maszynowe i działa biły całą siłą w widoczne jak na dłoni 

tyraliery nacierających. Strzelcy jednym skokiem dopadli 

background image

154 

rzeki i przeszli ją w bród. Już byli na tamtym brzegu 

i wdzierali się do Brochowa, gdy czołgi z piechotą ruszyły im 

ławą naprzeciw. Na szczęście pospieszyły z pomocą własne 

TKS\

 które przyjęły pojedynek, powstrzymując nieprzyjaciel­

ski kontratak. Ważyły się losy walki o Brochów, ale już szala 

zaczęła się przechylać na stronę nieprzyjaciela, po której siła 

liczebna i siła ognia była większa. Wtedy uderzył w kierunku 

Konar, na skrzydło Niemców, 17 pułk ułanów pod dowódz­

twem płk. Kowalczewskiego. Wsi nie zdobył, ściągnął jednak 

na siebie uwagę przeciwnika i jego ogień. Tak wsparty 7 pułk 

strzelców konnych wziął wreszcie Brochów i osiadł mocniej 

na przyczółku. Niemcy nie chcieli jednak uznać swojej porażki 

i posłali do kontrataku jeden z batalionów doborowego 

SS-Leibstandarte „Adolf Hitler". Polacy musieli ustąpić i prze­

ciwnik wdarł się do Brochowa i do parku. Sytuacja stała się 

groźna. Na szczęście płk Królicki miał pod ręką dwa od­

wodowe szwadrony, które wyszły esesmanom naprzeciw 

i bagnetami wyrąbały drogę na powrót do wsi. Brochów został 

w polskich rękach. Stąd 16 września o świcie pułk strzelców 

wyszedł w Puszczę Kampinoską i skierował się na Myszory 

i Famułki Królewskie, 17 pułk ułanów — na Myszory 

i Cisowe, zaś 15 pułk ułanów — na Famułki Brochowskie 

i Bieliny. 

Gen. Abraham, mianowany przez gen. Kutrzebę dowódcą 

grupy operacyjnej kawalerii, kierował dwoma brygadami. 

Wielkopolska brygada pod dowództwem płk. Kowalczew­

skiego już przed południem 16 września skoncentrowała się 

na wschodnim brzegu Bzury, znajdując osłonę przed nie­

przyjacielskim lotnictwem w lasach puszczy. Podolska brygada 

płk. Strzeleckiego miała dopiero nadejść. Generał nie czekał 

jednak na tę brygadę. Zależało mu na czasie. Chciał jak 

najszybciej przejść puszczę i stanąć w Warszawie. Sytuacja 

sprzyjała jego zamiarowi. Wielkopolska Brygada Kawalerii 

napotykała dotąd tylko słabe patrole nieprzyjacielskie i gdzie-

' Polskie czołgi rozpoznawcze, tzw. tankietki. 

155 

niegdzie czołgi. Tutaj docierał jedynie potężny łomot setek 

dział i eksplozje bomb lotniczych. To spod Sochaczewa echo 

niosło wrzawę walki. Bitwa już się tam zaczęła. Tam też 

Niemcy skierowali cały swój wysiłek i uwagę. 

W tym czasie dywizje grupy operacyjnej gen. Knolla, 

przygotowujące się do uderzenia przełamującego pod Socha­

czewem, znalazły się w ogniu gwałtownej walki. W ciągu 

ostatnich kilku dni sytuacja w tym rejonie bardzo się zmieniła 

na niekorzyść Polaków. Przede wszystkim został stracony 

Sochaczew. II batalion mjr. Feliksa Kozubowskiego z 

18 pułku piechoty, po wielogodzinnej walce z czołgami 

i piechotą niemieckiej 4 dywizji pancernej, musiał ustąpić. 

Zginął mjr Kozubowski. 

Niemcy trzymali już także przyczółki na zachodnim 

brzegu Bzury po południowej i północnej stronie Sochaczewa. 

Pułki nieprzyjacielskiej 19 dywizji piechoty stanęły pod 

Lubiejowem, wdarły się do lasu k. Emilianowa i trzymały 

Kozłów Szlachecki. 

W lesie k. Brochowa skoncentrowała się także większość 

sił 1 niemieckiej dywizji pancernej. 4 dywizja pancerna oraz 

SS-Leibstandarte „Adolf Hitler" zajęły nie tylko Sochaczew, 

ale także przeprawy pod Żukowem. 

Natarcie polskie miało ruszyć wczesnym rankiem 16 wrześ­

nia. W przewidzianym czasie mogła je wykonać tylko 26 dy­

wizja piechoty płk. Ajdukiewicza, która była w tym rejonie od 

czasu boju pod Łowiczem. Jej natarcie na przeprawy pod 

Kozłowem Szlacheckim miały wesprzeć dywizje gen. Knolla. 

Rano bataliony pułków 18 i 10 zerwały się do ataku, ale od 

razu napotkały ścianę ognia nieprzyjacielskiego, której przebić 

nie zdołały. W południe atakowali jeszcze raz. Szanse na 

powodzenie były większe, bo nadciągnęła już 14 dywizja 

piechoty gen. Włada i przygotowywała swoje oddziały do 

background image

156 

natarcia. Ale znów się nie udało. Skrwawione w ogniu 
artylerii i karabinów maszynowych bataliony odskoczyły, 
a niebezpieczną sytuację grożącą pościgiem Niemców za 
wycofującą się piechotą ratowały polskie TKS. Nie na długo 

jednak, ich natarcie w silnym ogniu przeciwpancernym nie­

przyjaciela także załamało się, a zaraz potem niemiecka 

1 dywizja pancerna całą swoją siłą ognia i stali ruszyła 

do ataku. 

W Emilianowie przyjęła ją celnym ogniem 2 kompania 

18 pułku piechoty. Do akcji włączyła się także artyleria 

26 polskiej dywizji piechoty, kładąc zaporę ognia na wciąż 
przeprawiające się czołgi. To poskutkowało i dalszy przypływ 
czołgów ustał. Ale te, które już przeszły Bzurę, parły do 

przodu. Po dzielnym oporze padła najpierw obrona kompanii 
w Emilianowie, a potem następne linie obronne organizowane 
naprędce przez oddziały 26 dywizji. 

Największe jednak spustoszenie siały wśród oddziałów 

14 polskiej dywizji piechoty, która dopiero sposobiła się do 

natarcia. Uderzenie spadło na 57 pułk piechoty i zniosło 
prawie doszczętnie cały III batalion, I batalion także poniósł 
ogromne straty. Stojąca z tyłu artyleria — bateria 14 pułku 
artylerii lekkiej i 14 dywizjon artylerii ciężkiej — nie zdążyła 

oddać ani jednego strzału. Została po prostu rozjechana. 

Jedna z grup nieprzyjacielskich czołgów skierowała się 

w stronę Rybna i Szwarocina. Pod Szwarocinem stał polski 
55 pułk piechoty. Tu już zdążono przygotować zaporę. 
6 czołgów spłonęło. Inne wyminęły jednak tę groźną prze­
szkodę i parły ku zachodowi, gdzie obrony polskiej nie było. 

Poprzednia grupa czołgów po rozjechaniu batalionów 

57 pułku ruszyła na Kocierzew Południowy, wprost na kwaterę 
dowództwa i sztabu polskiej dywizji, które wycofały się 

pospiesznie z płonącej wsi i szukały osłony w 58 pułku 
piechoty. Pułk stanął już tymczasem w drugim rzucie dywizji 
i przygotowywał obronę przeciwpancerną na linii Korna-
ków-Błędów. Przygotowania postępowały wolno. Niemcy 

157 

rzucili do akcji kilkadziesiąt bombowców nurkujących Ju-88, 
które obrzuciły bombami wszystko, co się poruszało na ziemi. 

58 pułk piechoty był więc nie w pełni przygotowany do 

obrony, gdy pojawiły się przed nim czołgi. Największe pole 
do popisu miały działka przeciwpancerne. Nie zawiodły. Za 
nierozważną próbę czołowego przebicia polskiej zapory prze­

ciwpancernej Niemcy zapłacili szesnastoma rozbitymi czoł­
gami. Nieprzyjacielski atak załamał się. Przeciwnik nie 

próbował go już powtórzyć, lecz znalazł luki w polskiej 
obronie. Wyminął pułk i skierował się ku Kiernozi. 

W rezultacie udanego zagonu pancernego czołgi nieprzyja­

cielskiej 1 dywizji znalazły się na tyłach 26 i 14 dywizji 
piechoty. Najgroźniejsze zaś tego skutki były dla 14 dywizji, 

rozdzielonej na zgrupowania pułkowe, całkowicie od siebie 
odizolowane i bez łączności. Dywizja jako zwarta jednostka 
przestała de facto istnieć. 

W trudnym położeniu znalazła się również 17 polska 

dywizja piechoty płk. Mozdyniewicza, mająca nacierać wprost 
na Sochaczew. Grupa czołgów 1 niemieckiej dywizji pancernej 
uderzyła na Lipnice, które zdobyła bez trudu, zaskoczywszy 
tam III batalion strzelców podczas spożywania obiadu. Stąd 

czołgi ruszyły na Rybno, gdzie stacjonował sztab 17 dywizji. 
Obrona Rybna była jednak przygotowana. I batalion 70 pułku 

piechoty nie oddał miejscowości mimo kilkakrotnych, po­
wtarzających się do zmroku natarć nieprzyjaciela. 

Sytuacja była jednak groźna, tym bardziej że sąsiednia 

14 dywizja piechoty nie miała żadnej możliwości przeciw­

działania. Trzeba jej było pomóc, a to wymagało natychmias­
towej zmiany planu działania 17 dywizji. Do natarcia na 
Sochaczew mógł pójść tylko jeden pułk — 68. Pozostałe zaś 

oddziały dywizji trzeba było zaangażować do walki z niemiec­
kimi oddziałami pancernymi, buszującymi coraz śmielej na 
tyłach polskich wojsk. Do Sochaczewa — przez Niemców 
w tym czasie nie bronionego — wkroczyła jedna z kompanii 

68 pułku piechoty. Fakt ten nie miał obecnie większego 

background image

158 

znaczenia dla polskiej akcji zaczepnej, albowiem Niemcy 

przeszli do natarcia także w sąsiedztwie północnego skrzydła 

dywizji, w rejonie podstaw wyjściowych 25 dywizji piechoty. 

4 niemiecką dywizję pancerną, która przeszła Bzurę między 

Żukowem a Zarzeczem, poprzedzał SS-Leibstandarte „Adolf 

Hitler". W rejonie Adamowej Góry nastąpiło starcie, w któ­

rym dywizja gen. Altera poniosła dotkliwe straty. Ale 

i Niemcy odczuli mocno to natarcie. Doliczono się tam 17 

spalonych czołgów. Pod dworem Raszki zaś ten rachunek 

podwyższyła znacznie bateria kpt. Głowackiego z 17 pułku 

artylerii lekkiej. 

Natarcie polskie pod Sochaczewem nie ruszyło więc z miej­

sca. Był to niewątpliwie dotkliwy cios. Niemcy jednak pełnego 

powodzenia nie osiągnęli. Natarcie obu dywizji pancernych 

zostało wstrzymane, a te oddziały czołgów, które zapuściły się 

głęboko w obronę polską, zostały praktycznie odcięte od sił 

głównych i zmuszone do przebijania się do swoich. 

Bój pod Sochaczewem wydawał się być nie rozstrzygnięty. 

Po stronie niemieckiej dowódca XVI korpusu gen. Hoepner 

postanowił podjąć natarcie od nowa. Po stronie polskiej zaś 

gen. Kutrzeba powziął decyzję przerwania bitwy. Wymijając 

przeciwnika, przejść przez Bzurę na północ od Sochaczewa; 

następnie, znajdując w lasach Puszczy Kampinoskiej natural­

nego sprzymierzeńca w odwrocie, pomaszerować jak naj-

spieszniej ku Warszawie, a tam gdzie Niemcy staną na 

przeszkodzie, przebijać się siłą. 

Grupa operacyjna gen. Knolla miała przekroczyć Bzurę 

powyżej Sochaczewa, a następnie skierować się do połu­

dniowego pasa puszczy. 

15 dywizja piechoty gen. Przyjałkowskiego, tworząc przy­

czółek na wschodnim brzegu rzeki, pod Witkowicami, zapew­

niałaby przejście armii „Pomorze" w południowe rejony 

Puszczy Kampinoskiej. 

Wykorzystując ten przyczółek armia „Pomorze" powinna 

była wycofać się spod Łowicza, po czym po przejściu przepraw 

159 

osłanianych przez 15 dywizję piechoty ruszyć w ślad za grupą 

gen. Knolla. 

Bardzo ważne zadanie powierzył gen. Kutrzeba grupie 

kawaleryjskiej gen. Abrahama. Miała ona podjąć śmiały zagon 

przez puszczę i idąc w przodzie wojsk obu armii torować oraz 

oczyszczać przed nimi drogę z oddziałów niemieckich, które 

by się tam pojawiły. 

Tak pomyślany manewr odwrotowy osłonić miały, przed 

pościgiem Niemców i atakami z tyłu, oddziały generałów 

Tokarzewskiego i Skotnickiego. 

Gen. Kutrzeba wiedział, że przeprowadzenie tego manewru 

będzie trudne, że wobec olbrzymiej już teraz przewagi 

przeciwnika siły jego przemęczonych i wykrwawionych wojsk 

mogą nie wystarczyć. Generał liczył jednak wciąż na pomoc 

załogi Warszawy, a także Modlina. 

Łączności z gen. Rómmlem ani gen. Thommee wprawdzie 

nie było, ale przecież oni musieli wiedzieć, jaka tu jest 

sytuacja. 

Dowódca obrony zachodniego przedmościa Warszawy, płk 

Porwit, z uwagą śledził nadchodzące meldunki. Wynikało 

z nich, że zarówno na północnym, jak i południowym odcinku 

obrony przeciwnik przestał napierać, a na środkowym zaledwie 

pozoruje. Gdzie się więc podział? Odpowiedź nie była trudna. 

„...poczucie bezsiły i głuchy ból, jaki odczuwałem patrząc 

z pozycji przedmościa na eskadry nurkowców nad Puszczą 

Kampinoską i widząc oczami wyobraźni przedzierające się 

przez puszczę oddziały gen. Kutrzeby, którym — podobnie 

jak 12 września oddziałom gen. Thommee — znów prawie nic 

nie pomogliśmy. Wzmagała się rozterka, gdy z meldunków 

lotników szturmowców dowiadywałem się co dnia, ile świe­

żych sił niemieckich szło w puszczę. Dręczyła mnie świado­

mość, że odwołany (17 września) w ostatniej chwili oddział 

wydzielony byłby walnie odciążył utrudzone i przerzedzone 

w walkach dywizje gen. Kutrzeby..."

2

2

 M. P o r w i t, Obrona Warszawy. Wrzesień 1939, Warszawa 1959, s. 179. 

background image

160 

W nocy z 15 na 16 września płk Porwit przedstawił 

w dowództwie obrony Warszawy propozycję silnego wypadu, 

który pod jego osobistym dowództwem miał pójść połu­

dniowym pasem puszczy na spotkanie przebijających się znad 

Bzury wojsk gen. Kutrzeby. Płk Porwit miał poprowadzić 

7 batalionów piechoty, 3 dywizjony artylerii oraz pododdział 

czołgów. Byłaby to więc siła znaczna i dla realizacji zamie­

rzonego celu skuteczna. 

Gen. Czuma propozycję przyjął i akceptował. Jednakże tuż 

przed realizacją wypad płk. Porwita odwołano. Taka była 

ostateczna decyzja dowódcy armii „Warszawa" gen. Rómmla. 

Wypad ppłk. dypl. Leopolda Okulickiego, któremu oddano do 

dyspozycji tylko trzy bataliony, okazał się za słaby. 

Równie mało skuteczna była pomoc Modlina. 15 września 

gen. Thommee skierował do puszczy oddział wydzielony 

złożony z batalionu piechoty, plutonu artylerii i działek 

przeciwpancernych. Płk dypl. Stanisław Sztarejko, któremu 

powierzono dowództwo oddziału, miał przede wszystkim 

nawiązać łączność z oddziałami armii „Poznań" i „Pomorze". 

W razie potrzeby także ułatwić im wycofanie. Z jaką 

jednak realną pomocą może przyjść słaby batalion piechoty? 

W tej sytuacji można było liczyć tylko na nawiązanie 

łączności, ale i to okazało się zbyt trudne. Oddział płk. 

Sztarejki został zaatakowany w rejonie Leszna i musiał 

wycofać się na Wiersze. 

Oddziały gen. Kutrzeby nie doczekały się żadnej pomocy. 

Wieczorem 16 września, już po wydaniu rozkazów do 

odwrotu przez Puszczę Kampinoską do Warszawy, sztab 

armii „Poznań" zwinął kwaterę główną i ruszył ku prze­

prawom, aby dojść do Myszor — już po tamtej stronie rzeki 

— dokąd nadchodzić powinny meldunki o wynikach odwrotu. 

Gen. Kutrzeba chciał tam być jak najwcześniej. 

Ale kolumna samochodów dowództwa i sztabu armii 

posuwała się noga za nogą. Całą bowiem szerokością piasz­

czystej drogi waliły konne tabory. Długimi rzędami, wóz obok 

background image

Gen. bryg. Mikołaj Bołtuć, poległ 

22 września w Łomiankach 

Zamaskowane polskie samoloty myśliwskie na lotnisku polowym 

I III  i P * l T*  I , .JaS  i , , V { * 

Rkm „Browning" na stanowisku ogniowym 

%• * 

Pododdział kolarzy w czasie ćwiczeń 

•i 

*Jf 

background image

Stanowisko ogniowe hitlerowców nad Bzurą 

Walki na ulicach Sochaczewa 

background image

Plut. Józef Kasprzak, szef szwad­
ronu kolarzy 17 pułku ułanów 

Płk Edward Godlewski, dowódca 

14 Pułku Ułanów Jazłowieckich 

Gen. bryg. Walerian Czuma, 

wódca obrony Warszawy 

do-

Radzieccy i niemieccy oficerowie nad mapą Polski 

Kombrig Wasyl Czujkow podczas towarzyskiego spotkania z przed­

stawicielami dowództwa niemieckiego w Grodnie 

background image

161 

wozu, wlokły się, zatrzymując co kilkadziesiąt metrów. 

Kilka kilometrów do rzeki gen. Kutrzeba przebył więc 

pieszo. Towarzyszyli mu szef sztabu i oficer operacyjny. 

Krótko przed świtem dotarli do Witkowie. Na brzegu 

Bzury zastali gęstą ciżbę wozów, koni i ludzi oczekujących 

na przeprawę. Na tamtą stronę prowadził tylko jeden most, 

raczej do kładki podobny. 

Wycofujące się w nieładzie wojska napierały na przeprawę, 

a po przedostaniu się na przeciwległy brzeg szukały schronienia 

przed Luftwaffe, która zwykle o brzasku dnia przystępowała 

do ataków. 17 września hitlerowskie naczelne dowództwo 

zdecydowało rzucić przeciwko okrążonym wojskom gen. 

Kutrzeby dodatkowe jednostki lotnictwa bojowego. „Fiihrer 

rozkazał: 17 września nie należy atakować Warszawy i Pragi 

ani na ziemi, ani z powietrza. Wszystkie posiadane związki 

taktyczne użyć w tym dniu do zniszczenia przeciwnika 

okrążonego na wschód od Kutna. W tym rejonie pożądany jest 

szybki i zdecydowany sukces..."

3

Gen. Kutrzeba wraz z oficerami swego sztabu przeszedł 

Bzurę, zanim pojawiło się na przeprawach lotnictwo nie­

przyjaciela, i rano dotarł do pobliskich Myszor. Mimo wysił­

ków nie udało się nawiązać łączności ze sztabem gen. Knolla. 

Powodowało to niepokój gen. Kutrzeby i jego sztabu, tym 

bardziej że Luftwaffe zjawiła się już nad polem walki i to 

w nie spotykanej dotąd sile. Samoloty niemieckie nadleciały 

z kierunku południowego w zwartych szykach bojowych. 

Lotnicy nieprzyjacielscy pewni byli swojej siły, a przede 

wszystkim bezkarności. Nie było już polskiego lotnictwa 

myśliwskiego, które w myśl rozkazów naczelnego dowódcy 

lotnictwa i OPL zostało odesłane do dyspozycji Brygady 

Pościgowej, milczały też z braku amunicji działa przeciwlot­

nicze. Hitlerowskie samoloty zaatakowały wioskę z lotu 

3

 Rozkaz dowódcy GA „Północ" do dowódcy 3 armii w sprawie przewi­

dywanego udziału lotnictwa w bitwie nad Bzurą, w: Wojna obronna Polski. 
Wybór źródeł,

 dok. nr 464, s. 887. 

11 — Bzura 1939 

background image

162 

nurkowego. Kolumny ludzi i wozów, próbujące przedostać się 

ku pobliskiej puszczy wąską drogą przez wieś, zostały zasypane 

gradem bomb i pocisków broni pokładowej. Następne uderze­

nie spadło na skraj puszczy. 

Gen. Kutrzeba z płk. Lityńskim i ppłk. Robakiewiczem 

przeczekali nalot w przydrożnym zagajniku. Ciągle nie było 

meldunków; a co gorsza — nie było oddziałów z dywizji gen. 

Knolla-Kownackiego, które powinny były już nadejść. 

Po zachodniej stronie Bzury dopełniał się tymczasem los 

osaczonych przez Niemców naszych dywizji. Nieprzyjaciel 

zdołał już bowiem zablokować drogi do Puszczy Kampinoskiej. 

„...Na 17 września przewidziano kontynuowanie natarcia 

— pisze zachodnioniemiecki historyk. — 10 armia miała 

zadanie zaatakować ponownie nieprzyjaciela w łuku Wisły 

w celu przeszkodzenia mu w odwrocie wzdłuż Wisły w kierun­

ku Warszawy i zniszczenia go we współdziałaniu z 8 armią. 

W tym samym dniu 8 armia miała zaatakować jednostki 

polskie wszystkimi siłami, nacierając koncentrycznie z linii 

Łowicz, Kutno, Płock na Kiernozie, Luszyn, Gąbin"

4

17 września o godzinie 6.00 wojska 8 armii niemieckiej, 

wspierane intensywnymi nalotami Luftwaffe, rozwinęły z re­

jonu Łowicza natarcie korpusami XIII i X w kierunku Kiernozi 

i Luszyna. Spod Płocka ruszyła 3 dywizja piechoty na Gąbin. 

W ciągu dnia wchodziły do walki także korpusy i dywizje 

10 armii, która ściągała do bitwy nowe siły. Dywizje XV 

korpusu miały podjąć działania z linii szosy Warszawa-Błonie 

na północ ku Wiśle, by zamknąć dywizjom gen. Kutrzeby 

drogi odwrotu do Warszawy. Z tym zadaniem podążała ku 

zachodnim skrajom Puszczy Kampinoskiej 2 dywizja lekka. 

3 dywizja lekka podjęła natarcie z rejonu Kiernozi w kierunku 

północno-wschodnim. 4 dywizja pancerna rozwijając natarcie 

na północ wzdłuż zachodniego brzegu Bzury dążyła do 

całkowitej blokady przepraw, aż po ujście tej rzeki do Wisły. 

4

 R. E I b 1 e, Die Schlacht an der Bzura in September 1939 aus deutscher 

und polnischer Sicht,

 Freiburg 1975, s. 197-198. 

163 

Nieprzyjacielskie próby zmierzające do zadania ostatecznego 

ciosu okrążonym dywizjom armii „Poznań" i „Pomorze" 

zbiegły się w czasie z polskimi próbami wyrwania się z kotła. 

Od początku tej ostatniej fazy bitwy na zamiarach polskich 

zaciążyły nieporozumienia rozkazodawcze i brak precyzji 

w wykonywaniu zadań. W warunkach przygniatającej przewagi 

przeciwnika stało się to jedną z głównych przyczyn zagłady 

całego niemal zgrupowania dwóch armii polskich. Dowództwo 

25 dywizji piechoty zamiast skierować swoje pułki do sforsowa­

nia rzeki poniżej Brochowa, przeprowadziło je, wbrew rozkazo­

wi gen. Kutrzeby, na przeprawy w pobliżu wioski, „...w niewoli 

w 1940 r. — napisał gen. Kutrzeba — dowiedziałem się, że 

wykonanie mego rozkazu odbiegało od mego zamiaru na skutek 

niezrozumienia jego intencji przez dowódcę 25 DP i niespraw-

dzenia pomyłki przez grupę operacyjną. Gen. Alter był zdania, 

że łatwiej będzie mu sforsować Bzurę tam, gdzie jest most, niż 

tam, gdzie go nie ma. Prosił więc dowódcę grupy o zmianę 

rozkazu w tym duchu i uzyskał zgodę..."

5

Akceptacja proponowanej przez gen. Altera zmiany rozkazu 

okazała się fatalna w skutkach. Jego dywizja bowiem przesu­

wając się na północ, odsłaniała podchodzącą dopiero do rzeki 

15 dywizję piechoty, która korzystając z osłony dywizji gen. 

Altera utworzyć miała przyczółek na wschodnim brzegu 

Bzury, jako oparcie dla przeprawy cofających się w ślad za 

grupą gen. Knolla dywizji armii gen. Bortnowskiego. Toteż 

15 dywizja zamiast normalnej przeprawy na drugi brzeg rzeki, 

organizować musiała natarcie z forsowaniem Bzury, wchodząc 

bezpośrednio z marszu do walki z czołgami XVI korpusu 

pancernego, którego dywizje ruszyły na północ ku ujściu 

Bzury, by zamknąć drogi przejścia na wschód. 

Skutki owej nieszczęsnej zmiany rozkazu odczuła natych­

miast 17 dywizja płk. Mozdyniewicza, zmuszona do for­

sowania rzeki z obu odsłoniętymi skrzydłami. Postępująca 

z tyłu 14 dywizja gen. Włada napierała na przeprawy, 

5

  K u t r z e b a , op. cit., s. 164. 

background image

164 

szamocząc się wśród taborów 25 i 17 dywizji, tarasujących 

wszystkie drogi do rzeki. 

Na domiar złego pękła obrona armii „Pomorze", realizującej 

zadania osłony całej operacji od południa. W konsekwencji 

pod silnym naporem nieprzyjaciela cofać się musiały straże 

tylne generałów Tokarzewskiego i Skotnickiego. Obszar 

operacyjny zgrupowania gen. Kutrzeby kurczył się coraz 

bardziej, co uniemożliwiało jakikolwiek manewr. Na stłoczone 

na małej powierzchni wojska, częściowo już zdezorganizowa­

ne, uderzyła Luftwaffe: „...atak lotniczy ciągnął się przez cały 

dzień bez przerwy i był wykonywany przy użyciu kilkuset 

samolotów zarzucających niemal cały teren masami małych 

bomb rozpryskowych naziemnych, tzw. żabek, w połączeniu 

z ostrzeliwaniem z broni pokładowej każdego zagajnika, 

w którym zauważano lub nawet podejrzewano obecność 

polskiego oddziału"

6

25 dywizja piechoty zdołała się przebić do Puszczy Kam­

pinoskiej zachowując mimo strat zwartość organizacyjną. Nie 

skierowała się jednak do południowego pasa lasów, by 

przeciwstawić się niemieckim atakom z południa i osłonić 

przeprawę reszty wojsk. W tej sytuacji 15 dywizja gen. 

Przyjałkowskiego, nie zdoławszy wywalczyć przyczółka na 

wschodnim brzegu rzeki, udała się na północ i zdążyła 

jeszcze, znajdując osłonę w działaniu 25 dywizji, przeprawić 

się przez Bzurę. 

17 i 14 dywizje piechoty z grupy gen. Knolla oraz armia 

„Pomorze" przejść rzeki już nie mogły. W meldunku dowódcy 

10 armii niemieckiej z 17 września zanotowano: „...Dzisiaj przed 

południem odnosiło się wrażenie, że wśród wszelkich objawów 

bezładnego odwrotu nieprzyjaciel ustąpił w kierunku północnym. 

Przypuszcza się, że duże siły nieprzyjaciela porzucają swoje 

pojazdy, przeprawiają się w dolnym biegu Bzury w poszukiwa­

niu dróg odwrotu do Modlina lub Warszawy..."

7

6

  Z i e l i ń s k i , Zarys kroniki 25 dywizji piechoty, s. 81-82. 

7

 KTB GA „Południe", MiD WIH, s. 9. 

165 

Nad ranem 17 września pułki 14 dywizji ruszyły do rejonu 

koncentracji pod Iłowem i Starymi Budami. Marsz był jednak 

zbyt powolny. Kolumny oddziałów przemieszały się z różnymi 

taborami, głównie 25 dywizji piechoty. Niedaleko miejsca 

koncentracji spadło na nie potężne uderzenie hitlerowskiego 

lotnictwa. Przez cały dzień pułki stały pod bombami i w ogniu 

artylerii. 

Następnego dnia gen. Wład podjął próbę zorganizowania 

obrony Białej Góry. Otrzymał wtedy śmiertelną ranę od 

odłamka pocisku artyleryjskiego. Dywizja jako całość prze­

stała istnieć. 

Pułkownik Wiecierzyński zebrał resztki swego 55 pułku 

piechoty pod Kamionem i wraz z częścią 58 pułku próbował 

siłą przedrzeć się przez Bzurę. Ostatniemu natarciu 14 dywizji 

piechoty towarzyszyły dwie baterie dywizyjnego pułku ar­

tylerii. Tylko część oddziałów zdołała przejść rzekę i schronić 

się w puszczy. Tu i ówdzie próbowały przedrzeć się na własną 

rękę małe grupy żołnierzy, zbierane przez oficerów i podofi­

cerów. Niektóre dotarły do Modlina lub Warszawy. Inne 

dostały się do niewoli. 

17 dywizja piechoty płk. Mozdyniewicza również nie zdołała 

dojść do Bzury całością sił. Drogi, którymi szła, zatarasowane 

były taborami. Działanie całością sił było niemożliwe; z Niem­

cami, którzy już zablokowali przejścia do rzeki, biły się 

bataliony i kompanie. II batalion 68 pułku pod dowództwem 

płk. Fagasińskiego zaatakował wroga w Kostkach, ale nie 

zdołał przełamać okrążenia; przez wiele godzin trwał w obro­

nie, w nieustannym ogniu artylerii i nalotów bombowych 

lotnictwa. III bataliom tego pułku, na czele z mjr. Krajewskim, 

mimo ciężkich strat w wyniku kilkakrotnych ataków niemiec­

kich, wspieranych artylerią, szedł uparcie ku przeprawie. 

Dowódca dywizji znajdował się pośrodku walki. Kierować 

nią już jednak nie mógł. „...zarządzono (około godziny 3 nad 

ranem — T. J.) zlikwidowanie mp dowództwa i wyruszyły 

dwa samochody. W pierwszym dowódca dywizji z szefem 

background image

166 

sztabu i oficerem ordynansowym, a w drugim dowódca 

piechoty dywizyjnej ze swym szefem sztabu i oficerem 

ordynansowym wyjechali, ażeby dostać się na czoło swych 

kolumn. W przekonaniu, że 25 DP działać będzie w nakazanym 

pasie, pojechano przez Młodzieszyn na Juliopol i Bibijampol, 

czyli na tyłach 25 DP. Z powodu zatłoczenia dróg i awarii 

(samochodu — T. J.) dowódcy DP samochody utraciły 

łączność, a ponieważ 25 DP wobec zmiany rozkazu, o czym 

dowództwo 17 DP nie wiedziało, odsłoniła kierunek na 

Juliopol, dowódca 17 DP wjechawszy około godziny 4 rano 

dnia 17 pod Bibijampolem na placówkę niemiecką dostał się 

do niewoli. Ten sam los w godzinę później w tym samym 

miejscu spotkał dowódcę PD..."

8

Między Młodzieszynem a Juliopolem 69 pułk piechoty 

zaatakowała grupa niemieckich samolotów. Dziesiątki bomb 

spadły na pułk, a do tego celny ogień położyła nieprzyjacielska 

artyleria. Huk zagłuszył rozkazy i zwykły ludzki strach 

zawładnął oddziałami. Resztki rozbitego pułku pociągnęły ku 

Białej Górze. 

Oddziały 17 dywizji piechoty usiłowały bronić się jeszcze 

w rejonie Białej Góry. Biły się tutaj resztki batalionów 

68 pułku zebrane przez mjr. Stanisława Culica. W Leontynowie 

stawił Niemcom opór I batalion 70 pułku pod dowództwem 

kpt. Kowalczyka, w Starych Budach walczyła bateria kpt. 

Głowackiego. Żołnierze walczyli do końca, na własną rękę; 

tworząc naprędce oddziały i grupy przedzierali się ku rzece. 

Mjr Krajewski prowadzący 3 kompanie z II batalionu 

68 pułku padł ciężko ranny, podobnie jak wielu jego żołnierzy, 

a nad pozostałymi dowództwo objął kpt. Judziński. Bzurę 

przeszli pod Brochowem. Inne oddziały, dowodzone przez 

płk. Tyczyńskiego, sforsowały Bzurę pod Witkowicami. Były 

to już szczątki pułków i dywizji. 

„...Na poranne godziny (18 września — T. J.) Grupa Armii 

(„Południe" — T. J.) przewiduje prowadzenie pościgu siłami 

8

 W.  S m o l a r s k i , Relacja z działań 17 DP we wrześniu 1939, MiD WIH. 

167 

działającymi z zachodu na wschód. W tym celu nakazano 

koncentrację wszystkich zwalniających się sił. Nieprzyjaciel 

próbował miejscami stawiać opór, jednakże obserwuje się 

u niego częściowy rozkład. Całkowite zniszczenie nieprzy­

jaciela można uznać za pewnik. Mnoży się liczba jeńców 

wziętych do niewoli w toku wielodniowych walk, które 

i dla własnych, często mniej licznych wojsk były walkami 

krwawymi..."

9

Tymczasem główne siły armii „Pomorze" kierowały się 

dopiero spod Kiernozi i Osieka pod Stare Budy. 18 września 

sytuacja jednostek stała się tragiczna. Pierścień niemieckiego 

okrążenia zaciskał się ze wszystkich stron. XVI korpus 

pancerny gen. Hoepnera zablokował ostatecznie Bzurę po obu 

jej stronach. 8 armia osiągnęła w natarciu szosę Socha-

czew-Sanniki i napierała na cofające się w bezładzie ku 

północnemu wschodowi resztki rozbitych dywizji i pułków 

armii „Pomorze". 

Oddziały polskie skierowały się ku Bzurze w nadziei, że 

przeprawy na rzece trzymane są jeszcze przez dywizje gen. 

Knolla. Oddziały niemieckiego XVI korpusu pod Ruszkami, 

Młodzieszynem i Białą Górą były dla naszych jednostek 

całkowitym zaskoczeniem. Stare Budy — rejon koncentracji 

armii „Pomorze" — znalazły się pod huraganowym ogniem 

artylerii nieprzyjaciela, a nad pozostałym obszarem zapanowało 

lotnictwo. Zmiażdżone ogniem dywizje i pułki rozpadły się. 

„...Na zachodnim brzegu Bzury 18 września nie było już 

zwartego wojska z funkcjonującym aparatem dowodzenia. 

Z armii «Pomorze» i 14 dywizji piechoty pozostały tylko 

szczątki pułków w postaci luźnych oddziałów, które przebijały 

się na własną rękę. Większość tych oddziałów po uporczywych 

walkach i poniesieniu dużych strat dostała się 18 i 19 września 

do niewoli niemieckiej"

 10

9

 KTB GA „Południe", MiD WIH, s. 11. 

10

  G ł o w a c k i , 17 Wielkopolska Dywizja Piechoty..., s. 98. 

background image

168 

Tymczasem grupa operacyjna kawalerii gen. Abrahama 

szła przez Puszczę Kampinoską. 

— Kawaleria polska przekroczyła Bzurę i przerwała 

się do Puszczy Kampinoskiej — głosiły meldunki roz­

poznawcze nieprzyjaciela. — Jak najszybciej maszerować 

na północ, osiągnąć Wisłę i odciąć Polakom drogi odwrotu 

— brzmiały rozkazy. 

Piaszczystymi drogami, całą szerokością lasów kampinos­

kich, ciągnęły na wschód oddziały polskiej kawalerii. Nie był 

to zwycięski marsz, jak ten spod Bielaw, Głowna i Uniejowa. 

Żołnierz zdawał sobie już sprawę z beznadziejności położenia 

i swej bezsilności. Wycofywał się, aby dotrzeć do Warszawy 

lub Modlina. 

Pod gajówką Dębowskie napotkano opór nieprzyjacielskiej 

piechoty. Była to zasadzka. Posypały się strzały, gdy straż 

przednia 17 pułku ułanów przeszła już polanę i kryła się 

w lesie, a maszerujące za nią szwadrony sił głównych pułku 

zaczęły dopiero na polanę wychodzić. Czołowy szwadron 

ruszył pełnym galopem do przodu i po chwili znalazł się 

w lesie. Na polanie pozostali: dowódca pułku, ppłk Wiktor 

Arnoldt-Russocki i pluton kolarzy odcięci od swoich silnym 

ogniem przeciwnika. 

Już 30 minut trwała walka, a jej wynik był ciągle nie 

rozstrzygnięty. Ale Niemcom przybywały posiłki. Zaczęli 

strzelać z granatników i moździerzy. Pierwsza salwa min 

rozerwała się obok biegnącego przez polanę nasypu kolejki. 

Następna padła już między żołnierzami. Było kilku rannych. 

Za nasypem ppłk Russocki przygotował natarcie. Zgromadziły 

się tu także pozostałe plutony szwadronu. Ruszyli do natarcia, 

które rozwijało się jednak bardzo powoli. Zbyt silny był ogień 

karabinów maszynowych i moździerzy nieprzyjaciela. Gdy 

mjr Józef Skrzypkowski zorientował się, że pod gajówką 

Polacy napotkali opór, zawrócił natychmiast swoje szwadrony 

169 

z Polesia Starego i pospieszył z odsieczą. Atak utknął jednak 

w ogniu niemieckiej obrony. Równa jak stół polana była nie 

do przebycia. Ppłk Russocki rozkazał, aby szwadron por. 

Kazimierza Karwowskiego obszedł las i uderzył na Niemców 

z tyłu. Niebawem głośne hura... i wybuchy granatów ręcznych 

potwierdziły, że rozkaz został wykonany. Z pomocą przybył 

dywizjon 7 pułku strzelców konnych. Teraz ruszyło także 

czołowe natarcie. Niemcy, pozostawiwszy broń ciężką i sprzęt, 

rzucili się do ucieczki. Nie ścigano ich. 

Bój pod Górkami i Zamościem wziął początek od starcia 

szwadronu 7 pułku strzelców konnych z nieprzyjacielem 

w pobliżu przysiółka Górki. Szwadron pod dowództwem rtm. 

Konstantego Kozłowskiego złamał opór Niemców i zajął 

przysiółek. Przeciwnik kontratakował, ale strzelcy konni 

trzymali się mocno. Na razie jednak dalszy ruch naprzód 

okazał się niemożliwy i płk Królicki zmuszony był rzucić do 

walki główne siły pułku. Zaraz też dwa szwadrony pod 

dowództwem rtm. Szacherskiego spadły na Niemców z kierun­

ku północno-zachodniego i odrzuciły ich aż po drogę Ciso-

we-Zamość. Potem jednak natarcie oddziałów Szacherskiego 

ugrzęzło w silnym ogniu karabinów maszynowych i artylerii. 

Płk Królicki rzucił w bój kolejne szwadrony. Tym razem 

uderzyły od zachodu i wyrzuciły nieprzyjacielską piechotę 

z 12 pułku ze wzgórza 81,5 oraz wdarły się do pierwszych 

zabudowań Zamościa. W ręce polskie wpadł porzucony przez 

nieprzyjaciela sprzęt. 

Tutaj jednak natarcie polskie zatrzymało się. Chociaż płk 

Królicki jeszcze raz podniósł swoich strzelców do ataku, nie 

osiągnął jednak powodzenia. 

Odwet za to wzięła artyleria Wielkopolskiej Brygady 

Kawalerii. Prawdziwy zaś triumf odniosła 1 bateria kpt. 

Edwarda Nagórskiego. Oto jedna z niemieckich baterii nie­

opatrznie zdradziła swoje stanowiska ogniowe w Górkach. 

Kpt. Nagórski dostrzegł z punktu obserwacyjnego działo 

całkowicie odsłonięte, rzucił w mikrofon telefonu krótką 

background image

170 

komendę oficerowi ogniowemu i pierwsze pociski działa 

kierunkowego wyznaczyły dokładnie miejsce celu. Zaraz 

potem lufy czterech dział baterii wyrzucać zaczęły pociski. 

W miejscu gdzie stały przodki dział niemieckich, wytrysnęła 

gejzerami ziemia. Nawet na ćwiczeniach trudno o szybszy 

i lepszy skutek. Potem Nagórski przeniósł ogień na stanowis­

ka nieprzyjacielskiej baterii i znów trafił. Niemcy próbowali 

się zrewanżować, ale to nie ta szkoła, ich ogień przenosił 

i tylko jakieś zabłąkane pociski raniły kogoś z obsługi polskiej 

baterii. Sam Nagórski miał przestrzelony rękaw munduru 

i torbę maski przeciwgazowej. Poprawił obliczenia i nowa 

salwa odbiła się dwukrotnym echem tutaj i w Górkach. 

Powtórzyły ją raz jeszcze eksplodujące z amunicją jaszcze 

dział niemieckich i działa w Górkach zamilkły. 

Do boju pod Zamościem gen. Abraham rzucił kolejny pułk 

— 14 jazłowiecki pułk ułanów z Podolskiej Brygady Kawalerii 

płk. Edwarda Godlewskiego. Miał uderzyć z przysiółka Górki 

na skrzydło oraz tyły nieprzyjaciela w Górkach i pomóc 

pułkowi strzelców. 

Ułani zaatakowali z marszu tylko jednym szwadronem. Nie 

przeszli, zatrzymani ogniem karabinów maszynowych. Zerwali 

się jednak jeszcze raz do ataku i... znów zostali zmuszeni do 

zatrzymania się. Obrona niemiecka otrzymała wsparcie lot­

nicze. Szwadrony głównych sił pułku ruszyły do natarcia pod 

gradem bomb. Jednym skokiem dopadły skrzydła szwadronu 

straży przedniej, który został właśnie zmuszony do zatrzymania 

się, i porwały go za sobą. Do akcji wkroczyły baterie 

7 dywizjonu artylerii konnej. Ostrzał ich okazał się celny, bo 

ogień Niemców przycichł. Lecz obrona niemiecka nie załamała 

się, a jej ogień znów się wzmagał. Atakujących Polaków 

dzieliło od stanowisk niemieckich zaledwie 500 metrów, 

a przecież — jak to daleko. Cała nadzieja we wsparciu 

artylerii. Biła ona szybkim ogniem w niemieckie pozycje. Gdy 

pierwszy szwadron zgodnie z otrzymanym rozkazem atakował 

Niemców z tyłu, Górki znajdowały się jeszcze pod ostrzałem 

171 

polskich baterii. Prawie równocześnie z atakiem szwadronu 

por. Krakowskiego ruszyło natarcie pułku. Niemcy znaleźli 

się pod ogniem z dwóch stron. Bronili się jeszcze w opłotkach, 

lecz polski atak na bagnety załamał ich całkowicie. 

Ruszyło też naprzód natarcie szwadronów płk. Królickiego. 

On sam padł ciężko ranny, ale jeszcze świadom zwycięstwa 

swojego pułku i pogromu uciekających Niemców. 18 września 

śmierć skróciła mękę tego dzielnego żołnierza. Dowództwo 

po nim objął rtm. Szacherski. 

Południowym pasem puszczy maszerował 9 pułk ułanów ppłk. 

Klemensa Rudnickiego z Podolskiej Brygady Kawalerii. Od 

świtu 17 września ułani byli w ciągłej styczności ogniowej 

z Niemcami. Pułk kolejno odpierał niemieckie ataki i odrzucał 

z drogi marszu niemiecką piechotę i niemieckie czołgi pod 

Bielinami, Józefowem i Nartami. Pod Grabiną nie udało się 

przełamanie z marszu obrony nieprzyjaciela atakiem jednego 

szwadronu. Dowódca pułku skierował do walki drugi szwadron 

— bez skutku, więc trzeci, ale i ten ogniem zmuszony został do 

zatrzymania się. Na tyłach pułku znaleźli się już Niemcy. Do 

walki weszły ostatnie dwa szwadrony. Ale Niemcy zaatakowali 

także Grabiny, chcieli wziąć pułk z dwóch stron. Atak ich 

piechoty szedł pod osłoną czołgów. Ostatnie działo przeciwpan­

cerne polskiego pułku otworzyło ogień. Był celny. Pierwsze dwa 

czołgi stanęły w płomieniach. Następne zatrzymały się i zawróci­

ły. Piechota niemiecka została w polu bez osłony. 

18 września grupa kawalerii gen. Abrahama osiągnęła 

wschodni skraj Puszczy Kampinoskiej. 

Tego dnia przed południem do małej wioski Cybulice pod 

Modlinem dotarł gen. Kutrzeba i jego sztab. Ściągnęły tu 

również dowództwa i sztaby grupy gen. Knolla oraz 15 i 25 

dywizje piechoty. W rejonie Palmir stanęła grupa kawalerii 

gen. Abrahama. 

Ta ostatnia jeszcze tego samego dnia po krótkim odpoczynku 

podjęła próbę przebicia się do Warszawy przez Lasy Palmir-

skie. Nie powiodło się jednak. Niemcy wprowadzili już do 

background image

172 

północnego kompleksu Puszczy Kampinoskiej dodatkowe siły 

XV korpusu i natarcie utknęło pod Palmirami. 

W nocy z 18 na 19 września grupa operacyjna kawalerii 

próbowała przebić się w kierunku Pociechy, Sierakowa i Lasek. 

Przed świtem 15 i 6 pułki ułanów weszły do Sierakowa 

zajętego przez niemiecki oddział pancerny. Gwałtowne starcie 

nie przyniosło rozstrzygnięcia. Do akcji włączyły się również 

cztery dalsze pułki: 17, 9, 14 — ułanów i 7 — strzelców 

konnych. Pod osłoną ognia artylerii szwadrony zajęły podstawy 

wyjściowe do natarcia. „...Niespodziewany ogień naszych 

ckm uderzył w wieś (Sieraków — T. J.). Niemcy poczuli się 

mniej pewni — ich ogień przycichł. Umożliwiło to 17 pułkowi 

ułanów uporządkowanie szeregów, ich spieszenie opóźniła 

jednak artyleria niemiecka, która podjęła ostrzał drogi i skraju 

lasu. Lecz już ruszyłem z I rzutem 7 pułku strzelców konnych 

do natarcia. Na prawo od drogi nacierał 9 pułk łamiąc 

granatami opór Niemców; ułani wyrzucili ich ze wsi. O świcie 

dnia 19 września dotarliśmy do jej wschodniego skraju... 

Zdobycz w Sierakowie była ogromna: 34 samochody 

ciężarowe ze sprzętem, 9 ckm i rkm. Ciężarówki stały po dwie 

lub trzy w każdym obejściu. Ich maski skierowane na drogę 

świadczyły o przygotowaniu do odjazdu oraz zaskoczeniu, 

jakie stanowiło dla Niemców nasze pojawienie się..."". 

Nieprzyjaciel nie dał jednak za wygraną i rano 19 września 

przystąpił do kontrataków. Na zachodnią część Sierakowa 

z kierunku Truskawia uderzyły czołgi. Przyjęto je ogniem 

przeciwpancernym. Trzy zostały trafione, reszta zaś zawróciła. 

W Laskach pułki grupy operacyjnej kawalerii natknęły się 

na jeszcze jedną zaporę — były to oddziały 29 dywizji 

piechoty zmotoryzowanej i 31 dywizji piechoty. Po nieudanej 

próbie przełamania nieprzyjacielskiej obrony grupa gen. 

Abrahama wyminęła Niemców i skierowała się przez Wólkę 

Węglową ku Bielanom. Z rozwiniętym sztandarem 14 pułk 

ułanów pierwszy ruszył ku stolicy. 

"  S z a c h e r s k i , Wierni przysiędze, s. 217-218. 

173 

Płk Godlewski był spokojny, wiedział, że jego żołnierze, 

podobnie jak nad Bzurą i w puszczy, nie zawiodą. Pułk dopadł 

skraju lasu, za którym rozciągała się rozległa dolina. Na niej 

wiła się długą wstęgą linia okopów niemieckich sięgając 

z jednej strony aż pod Młociny, a z drugiej dotykając prawie 

Burakowa. To już ostatnia przeszkoda na drodze do Warszawy. 

Wyciągnięci w długą linię ułani ruszyli galopem. Szarża 

polska w szalonym pędzie mknęła naprzód. Wtem sztan­

darowy zwalił się z konia na ziemię wśród żołnierzy 

niemieckich. W przedśmiertelnym skurczu zacisnął mocno 

palce na drzewcu sztandaru. Niemcy zdarli sztandar z drze­

wca. Zobaczył to kpr. Bronisław Czech, który znajdował 

się najbliżej sztandarowego. Osadził konia na miejscu i za­

wrócił. Przy nim znalazło się natychmiast kilku najbliżej 

jadących ułanów. 

Kpr. Czech dopędził Niemca uciekającego ze sztandarem, 

uniósł się w strzemionach i szerokim zamachem zadał cios. 

Sztandar powrócił do pułku '

2

Gdy ułani 14 pułku wjeżdżali w ulice Warszawy, rozwinięty 

sztandar łopotał na wichrze, jak wtedy — podczas szarży pod 

Młocinami. 

Kapral Bronisław Czech zosta! odznaczony za ten czyn przez gen. 

Rómmla Orderem Virtuti Militari V ki. 

background image

NAJAZD ZE WSCHODU 

Tymczasem linia frontu przesuwała się coraz głębiej ku 

wschodowi kraju, zostawiając zgrupowanie generała Kutrzeby 

oraz punkty oporu w Warszawie, Modlinie i na Helu na 

nieprzyjacielskich tyłach. 

Niemieckie natarcie sięgnęło już Brześcia Litewskiego na 

północy i Lwowa na południu. Na obszarze zarysowanym 

przez niemieckie uderzenia okrążające liczne i silne jeszcze 

zgrupowania armii polskiej zwarły się w bojach i bitwach 

z najeźdźcą z zachodu głównie na Lubelszczyźnie i w połu-

dniowo-zachodniej Polsce. 

Pojawienie się Niemców pod Brześciem i Lwowem zanie­

pokoiło Stalina. Wehrmacht wkroczył na obszary należące 

zgodnie z układem Mołotow-Ribbentrop do sowieckiej strefy 

interesów. Stalin w obawie, że Niemcy nie zechcą oddać 

zdobytych obszarów i mogą tu, jak groził Ribbentrop, powstać 

nowe organizmy polityczne niezależnie od woli ZSRR, roz­

kazał przyspieszyć przygotowania do zbrojnej interwencji 

przeciwko Polsce, nie wyznaczając jednak terminu akcji. 

13 września Mołotow powiadomił o tym Schulenburga. 

17 września, dwie godziny po północy, w obecności 

Mołotowa i Woroszyłowa, Stalin przyjął ambasadora Rzeszy 

175 

w Moskwie, aby mu zakomunikować, że Armia Czerwona 

„przekroczy granice dziś o 6 rano na całej linii Po-

łock-Kamieniec Podolski [...]". 

Informując zaś Schulenburga o zamiarze bombardowania 

lotniczego celów polskich, Stalin w obawie przed incydentami 

z Luftwaffe nalegał, aby lotnictwo niemieckie nie przekraczało 

linii Białystok, Brześć Litewski, Lwów. 

Szalę ostatecznego zwycięstwa nad Polską przechylić miała 

Armia Czerwona. Tego samego dnia komunikat operacyjny 

Sztabu Generalnego Robotniczo-Chłopskiej Czerwonej Armii 

informował: „Rano 17 września, wojska Robotniczo-Chłop­

skiej Czerwonej Armii przekroczyły granicę na całej zachod­

niej linii od rzeki zachodnia Dźwina (nasza granica z Łotwą) 

do rzeki Dniestr (nasza granica z Rumunią) [...]". 

Tymczasem nadal broniła się Warszawa. Stalin, wydając 

rozkaz Armii Czerwonej do zaatakowania Polski, nie miał 

propagandowego motywu dla tej decyzji. W nocie zapowia­

dającej ten krok, którą próbowano wręczyć ambasadorowi 

Wacławowi Grzybowskiemu w Moskwie na 3 godziny przed 

agresją, nie można było zamieścić passusu o upadku Warszawy 

jako koronnego argumentu o upadku państwa polskiego. 

Motywy obu partnerów, jakkolwiek różne, były spójne z za­

łożeniami tajnego układu między nimi. 

Szybkie złamanie oporu załogi Warszawy nie wydawało 

się jednak możliwe, tym bardziej że wzmocniły ją oddziały 

wycofane z przedpola. Postawiło to przed niemieckim do­

wództwem problem wyboru optymalnej koncepcji operacji 

zaczepnej przeciwko dużemu miastu. Szło o to, czy natarcie 

przyspieszyć i zdobyć miasto za każdą cenę przed przybyciem 

tu Armii Czerwonej, której oczekiwano nie wcześniej niż 

3 października, czy podjąć długotrwałe działania oblężnicze, 

które skruszą obrońców przed generalnym natarciem Wehr­

machtu tylko na lewobrzeżną część miasta we współdziałaniu 

z Armią Czerwoną, która atakować miała prawobrzeżną 

część miasta, Pragę. 

background image

176 

Gen. Brauchitsch przedstawił Naczelnemu Dowództwu Sił 

Zbrojnych do rozważenia i decyzji obie koncepcje, sam 

obstając przy drugiej: 

„Natarcie na Warszawę (na wschodnią część miasta — Pra­

gę) może być wykonane najwcześniej 24 IX. Dla przeniknięcia 

natarcia i dla oczyszczenia wschodniego brzegu (Wisły) trzeba 

przewidzieć potrzebę co najmniej 5 dni. 

Specyfika walk o poszczególne domy może sprawić, że 

trzeba będzie o wiele więcej czasu. Jeżeli uda się wykonać 

zadanie w ciągu 3 dni, to czas, którym będziemy dysponowali 

w myśl porozumienia z Rosjanami, wystarczy z biedą. 

Wystarczy zaledwie na przeprowadzenie powrotu licznych 

wojsk atakujących, szczególnie artylerii, przez istniejące 

w ograniczonej ilości mosty na Narwi. 

Jeśli więc mamy dotrzymać terminu uzgodnionego z Ro­

sjanami, to początek natarcia nie może być przesunięty 

poza 24 IX. Termin ten zbiega się z sesją Kongresu 

Amerykańskiego. Ze względu na to, iż celem przygotowania 

oraz wsparcia musiano zaangażować przeciwko Pradze 

także i lotnictwo, należy rozstrzygnąć, czy też należy 

to poniechać. 

W tym drugim przypadku należy przekazać sprawę aktual­

nego okrążenia Pragi na wschodnim brzegu Wisły wojskom 

rosyjskim. 

Późniejsze łączne natarcie na Warszawę na obu brzegach 

Wisły musiałyby prowadzić współdziałające ze sobą części 

wojsk rosyjskich i niemieckich. Części wojsk radzieckich 

przypadłby pierwszy atak natarcia (Praga), który stanowi 

warunek wstępny do natarcia (z północy i południa) na część 

zachodnią miasta [...]". 

Odpowiedź nadeszła nie później niż 22 września i była po 

myśli Naczelnego Dowódcy Wojsk Lądowych. Poznajmy ją 

z treści rozkazu gen. Brauchitscha do grup armii: 

„Do Grupy Armii «Południe» i «Północ» 

Ftihrer zarządził: 

177 

1) Wschodniej części Warszawy (Praga) nie należy atako­

wać. Należy jednak kontynuować niszczenie urządzeń ważnych 

dla życia miasta. 

2) Atak na Warszawę (część zachodnia) wykonać należy 

tak, aby miasto znalazło się w naszym posiadaniu najpóźniej 

3X. 

W tym celu rozkazuje się: 
Gr. Ar. «Północ» kontynuuje otaczanie Pragi w ten 

sposób, aby npl nadal odniósł wrażenie, iż niebawem nastąpi 

atak na miasto. 

Tak samo pozostają nadal otoczone Modlin i Nowy Dwór. 

Należy kontynuować zwalczanie npla ogniem artylerii oraz 

niszczenie na Pradze urządzeń ważnych dla życia miasta. 

Należy przygotować zluzowanie przez wojska rosyjskie na 

obecnych stanowiskach w rej. Pragi i Nowego Dworu. Samo 

zluzowanie nastąpi wtedy, gdy tylko nadejdą wystarczające 

siły rosyjskie. Porozumienie z nimi winno być dokonane 

bezpośrednio w ten sposób, aby nasz odmarsz można było 

przeprowadzić we właściwym czasie". 

Granicę polsko-radziecką przekroczyły wojska dwóch fron­

tów, Białoruskiego i Ukraińskiego. Siedem armii uderzyło jak 

taranem w cienką nić polskich posterunków Korpusu Ochrony 

Pogranicza. 

Uderzenie wojsk pancernych i lotnictwa Armii Czerwonej 

poprzedziły ataki radzieckiej straży granicznej wzmocnione 

piechotą. Ten pierwszy atak, mimo przewagi liczebnej nie­

przyjaciela, nie był trudny do odparcia. Skuteczny opór na 

Polesiu i w północnej części Wołynia zorganizował gen. 

Orlik-Ruckeman, dowódca KOP. Jednak już wkrótce po tym 

pierwszym ataku ruszyły czołgi i kawaleria w wielkich 

zgrupowaniach. Przewaga napastników stała się druzgocąca. 

Informacje z meldunków co do charakteru i celu wystąpienia 

Armii Czerwonej były sprzeczne. Obok meldunków o ofen­

sywnych działaniach nieprzyjaciela były również takie, które 

informowały o zamiarach wcale nieagresywnych. 

12 — Bzura 1939 

background image

178 

„Dezorientacja w terenie była zupełna — wspomina szef 

Sztabu Naczelnego Wodza, gen. Stachiewicz — na skutek 

zachowania się żołnierzy sowieckich, którzy — jak brzmiały 

meldunki — na ogół nie strzelają, do naszych odnoszą się 

z demonstracyjną przychylnością [...]. Jedne oddziały meldują, 

że się bronią, inne odchodzą pod naciskiem Sowieciarzy, inne 

nie wiedzą w ogóle co robić i jak się odnieść do Sowietów [...]". 

Marsz. Rydz-Śmigły stanął przed trudnym wyborem decyzji. 

Z jednej strony sytuacja wymagała stawienia zbrojnego oporu, 

choćby miała to być tylko demonstracja dla zamanifestowania 

wolnemu światu suwerennych praw Polski. Z drugiej jednak 

strony narzucała się konieczność oszczędzania krwi polskiej 

wobec olbrzymiej przewagi agresora. Ostateczną decyzję 

podjął marszałek po naradzie w swojej kwaterze w Kołomyi 

z premierem rządu i ministrem spraw zagranicznych w połu­

dnie 17 września: 

„Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumu­

nię i Węgry najkrótszymi drogami. 

Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich 

strony albo próby rozbrojenia oddziałów. 

Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed 

Niemcami — bez zmian. 

Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi 

pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier 

lub Rumunii". 

Celem tej nowej agresji było szybkie opanowanie wschod­

niej połowy Polski po ustaloną tajnym protokołem niemiecko-

-sowieckim linię demarkacyjną, którą obaj partnerzy wy­

znaczyli zgodnie nad Pisą, Narwią i Wisłą z przepołowieniem 

Warszawy oraz nad Sanem. Ale niemieckie dywizje operowały 

już głęboko na wschód od tej linii, co mogło grozić kom­

plikacjami. Tym bardziej że zarówno Naczelne Dowództwo 

Wehrmachtu (oczywiście poza Hitlerem), jak i dowództwa 

poszczególnych rodzajów sił zbrojnych nic jeszcze nie wie­

działy o postanowieniach tajnego protokołu. 

179 

Zaskoczenie, a nawet oburzenie w niemieckich kołach 

wojskowych, które nie zdradzały chęci dzielenia się zwy­

cięstwem, przewidując zakończenie operacji dopiero na 

wschodniej granicy Polski, ustąpiło przed siłą faktów już 

dokonanych. Nie od razu jednak pogodzono się z myślą 

odstąpienia łupu zdobytego za cenę krwi żołnierza niemiec­

kiego. Dlatego pierwsze meldunki informujące o prze­

kroczeniu przez Armię Czerwoną granic Polski nie wstrzy­

mywały natarcia Wehrmachtu na wschód, lecz je przy­

spieszały. 

Szef Oddziału Operacyjnego GA „Południe" telegrafując 

17 września o godzinie 7.40 z Końskich do sztabów 8, 10 i 14 

Armii informował i przekazał decyzję gen. Rundstedta: 

„Rosyjskie Siły Zbrojne przekroczyły 17.9. rano granicę 

rosyjsko-polską między Połockiem a Kamieńcem Podolskim. 

Wojska niemieckie powinny wcześniej przekroczyć lub 

przelecieć linię na wschód od m. Skole, Stryj, Lwów, 

Włodzimierz, Włodawa, Brześć, Kamieniec Litewski, Biały­

stok. Szybkie zajęcie zagłębia naftowego Borysław przez 

14 afrmię] jest niezwykle ważne". 

Jak się okazało, owe komplikacje były nie tylko możliwe, 

lecz realnie bliskie. Stalin był wyraźnie zaniepokojony 

zarysem tzw. tymczasowej linii demarkacyjnej, która biegła 

wprawdzie wzdłuż linii uzgodnionej w tajnym protokole, ale 

na południu odchylała się ku wschodowi i zostawiała po 

stronie niemieckiej Lwów i Borysławsko-Drohobyckie Za­

głębie Naftowe. Nie zgadzał się na to, motywując swoje 

stanowisko tym, że nie może rozczarować Ukraińców, którzy 

domagają się całego terytorium aż po San. W drodze 

rekompensaty Stalin zaofiarował Suwałki. Ribbentrop zażądał 

dodatkowo Augustowa i Lasów Augustowskich. Przyczyna 

była bardzo prozaiczna, ponieważ ministrowi Rzeszy chodziło 

o tereny łowieckie. Ostatecznie Hitler poszedł na ustępstwa, 

ale tylko w sprawie Lwowa. Odnośny rozkaz skierowano 

natychmiast do wojsk: 

background image

180 

„Szef Oddz. Oper. [OKW — T. /.] 20 IX 39 

Fiihrer rozkazał: m. Lwów pozostawić Rosyjskim Siłom 

Zbrojnym". 

Nowa koncepcja linii demarkacyjnej, którą niemiecki attache 

wojskowy w Moskwie, gen. Kostring, przedstawił Mołotowo-

wi, pozostawiała Niemcom część zagłębia naftowego. Jej 

przebieg prezentuje rozkaz operacyjny Naczelnego Dowództwa 

Wojsk Lądowych z 20 września do grup armii „Północ" 

i „Południe": 

„1. Fiihrer i Nacz. Wódz ustalił następującą rubież jako 

linię demarkacyjną pomiędzy wojskami niem. a ros.: biegiem 

Pisy, biegiem Narwi aż do Wisły — Wisłą aż do ujścia Sanu 

— biegiem Sanu aż do Przemyśla — rubież Przemyśl, 

Czyrów-Przełęcz Użycka. Nie ustalono jeszcze szczegółów 

przebiegu linii na płd. od Przemyśla. 

2. Fiihrer zarządził ponadto, iż na wsch. od tej linii nie 

może już płynąć krew Niemców. 

3. Należy przerwać działania bojowe na wsch. od tej linii; 

bezzwłocznie należy rozpocząć odmarsz poza wspomnianą linię. 

Atak na Pragę już nie wchodzi w rachubę. Na razie 

pozostaje w mocy rozkaz zamknięcia Warszawy". 

Stalin nie wyraził jednak na to zgody, a Hitler ponownie 

ustąpił, godząc się na linię demarkacyjną, która miała przebie­

gać wzdłuż Pisy, Narwi, Bugu, Wisły i Sanu aż po jego 

źródła. Jednakże i ta koncepcja uległa wkrótce zmianie. 

W związku z decyzjami obu „partnerów", które stanowić 

miały o losie Polski, Stalin wystąpił wkrótce z propozycją 

daleko idącej korekty. Najpierw, jeszcze 9 września w czasie 

sporu o Lwów i Borysławsko-Drohobyckie Zagłębie Naftowe, 

Mołotow zwrócił uwagę ambasadora Rzeszy na zainteresowa­

nie rządu sowieckiego szybkim rozwiązaniem zagadnienia 

polskiego. Ambasador Rzeszy w Moskwie, Schulenburg, 

informował w depeszy Ribbentropa: 

„W odniesieniu do tego problemu Mołotow dał do zro­

zumienia, że początkowy zamiar rządu radzieckiego i samego 

181 

Stalina, aby pozwolić na szczątkową Polskę — uległ zmianie 

na rzecz podziału Polski". 

Mołotow określił linię podziału opartą na Pisie, Narwi, Wiśle 

i Sanie. Proponował natychmiastowe rokowania w tej sprawie 

i żądał, aby odbyły się one w Moskwie. Tymczasem były 

ambasador Rzeszy w Warszawie, von Moltke, na polecenie 

Ribbentropa pracował już nad studium poświęconym Polsce. 

Miało ono dostarczyć argumentów dla uzasadnienia odpowiedzi 

na pytanie, czy możliwe jest powstanie kadłubowej Polski na 

czele z rządem, który chciałby zaakceptować wymuszony 

przebieg linii granicznych. 25 września von Moltke przedstawił 

wyniki swojego opracowania, zakładając, że istnienie Polski bez 

Śląska, Pomorza i Wielkopolski, ale z granicą na wschodzie od 

Grodna na północy po Przemyśl na południu, a więc w granicach 

ściśle etnograficznych z 12-15-milionową ludnością będzie 

możliwe. Powracając do starej, według wzoru z pierwszej wojny 

światowej, koncepcji urządzenia Polaków, dostrzegał nawet 

walory geopolityczne takiego państwa polskiego jako buforu 

między Niemcami a ZSRR. Wnosił jednak, że w wypadku 

ustalenia granicy wschodniej na Wiśle i Sanie, reaktywowanie 

tak okrojonego państwa polskiego nie będzie możliwe. Decyzję 

odłożono do czasu ewentualnych rozmów z państwami zachod­

nimi. Miano nadzieję, że zechcą one po klęsce Polski ułożyć się 

z Niemcami, które mogłyby wtedy zaproponować powstanie 

takiego państwa. 

Koncepcja niemiecka nie doczekała się realizacji. Tego 

samego dnia Schulenburg został wezwany na Kreml. Podczas 

spotkania ze Stalinem i Mołotowem omawiano szereg prob­

lemów dotyczących stosunków radziecko-niemieckich. W kon­

tekście więzi łączących oba państwa sprawa polska odgrywała 

rolę zasadniczą. Stalin przekonywał Schulenburga, że należy 

ją rozwiązać tak, aby w przyszłości nie powodował tarć 

między ZSRR a Niemcami. Uważał więc, że z tego powodu 

pozostawienie państwa polskiego nawet w formie szczątkowej 

będzie błędem. 

background image

182 

Schulenburg depeszował w nocy na 26 września do Berlina: 

„Proponuje on rozwiązanie następujące — z terytoriów na 

wschód od linii demarkacyjnej (dotychczasowej — T. /.] całe 

województwo lubelskie i część województwa warszawskiego, 

które obejmuje tereny do Bugu, powinny być przyłączone do 

naszej części. W zamian mamy się wyrzec naszych pretensji 

do Litwy". 

27 września przybył do Moskwy na obrady Ribbentrop 

z pełnomocnictwami Hitlera do podpisania właściwych ukła­

dów. Obrady z przerwami na balet, bankiety i wypoczynek 

trwały od późnego wieczora 27 września do godziny 5 rano 

29 września, kiedy to podpisano trzy dalsze tajne protokoły. 

Pierwszy i drugi dotyczyły wymiany volksdeutschów na 

Białorusinów i Ukraińców oraz zmiany linii rozgraniczenia 

wpływów według propozycji radzieckiej co do Litwy, woje­

wództwa lubelskiego i części województwa warszawskiego. 

Trzeci miał zabezpieczyć niejako obie strony przed konfliktami 

na tle sprawy polskiej. Tekst protokołu zawierał m.in. klauzulę, 

że obie strony nie będą tolerowały na swoich terytoriach 

żadnej polskiej agitacji, która będzie dotyczyła terytoriów 

drugiej strony. 

Wkrótce potem, zgodnie z wynikami rozmów politycznych, 

wydano dowództwom obu armii rozkazy zastosowania się do 

tych decyzji na liniach styczności oddziałów niemieckich 

i sowieckich. 

Obszary wschodniej Polski zalewał potop wojsk Armii 

Czerwonej. Uderzenie Frontu Białoruskiego — od Dźwiny na 

północy po Prypeć na południu — zgasiło prawie od razu 

ogniska oporu słabych oddziałów KOP. Na północno-wschod­

nim odcinku granicy na pułk „Głębokie" spadło uderzenie 

grupy szybkiej nieprzyjaciela, gromadzącej 4 korpus i 5 dywi­

zję strzelców, 24 dywizję kawalerii oraz 22 i 25 brygady 

czołgów. Jakikolwiek skuteczny opór był niemożliwy i tylko 

na krótko zatrzymano nieprzyjaciela w nadgranicznym mias­

teczku Dzisna. W walce, obok kopistów, wzięła udział 

183 

miejscowa policja i młodzież. Przebijając się ku granicy 

z Łotwą, większość żołnierzy przekroczyła ją między 20 a 21 

września. 

Rano 19 września nieprzyjaciel opanował całkowicie Wilno, 

chociaż w jego pobliżu, a także dalej od miasta, stawiały opór 

przebijające się ku Litwie oddziały garnizonu wileńskiego. 

Na kierunku Nowogródek-Grodno i Baranowicze-Bia-

łystok uderzyły dwie grupy szybkie Frontu Białoruskiego. 

Grupa „Mińska", składająca się z 16 korpusu strzelców 

i 3 kawaleryjskiego oraz 6 brygada czołgów kierowała 

się na Grodno. Grupa „Dzierżyńska", obejmująca trzy 

korpusy: 5 strzelców, 6 kawaleryjski i 15 czołgów oraz 

21 brygadę czołgów, szła na Wołkowysk. Przeciwstawiały 

się im dwa polskie pułki KOP, które nie tyle broniły, 

co dozorowały granicę — trójbatalionowy pułk „Wilejka" 

i dwubatalionowy pułk „Baranowicze". 

Początkowo obronę Grodna zaczął organizować miejscowy 

dowódca garnizonu, mając do dyspozycji tylko trzy bataliony 

— wartowniczy, asystencyjny i strzelców oraz dwa szwadrony 

marszowe, pięć plutonów artylerii lekkiej pozycyjnej i dwie 

kompanie ciężkich przeciwlotniczych karabinów maszyno­

wych. 20 września przybył do Grodna gen. Przeździecki na 

czele Grupy „Wołkowysk", wzmacniając załogę 101 i 102 

pułkami ułanów. 

21 września wieczorem, po ciężkich walkach, Grodno 

znalazło się w rękach nieprzyjaciela, a oddziały polskie 

odeszły na północ ku granicy litewskiej, przebijając się przez 

linie przeciwnika. Do wieczora broniły się ostatnie punkty 

oporu w Zamku Królewskim, koszarach 81 pp i Zespole Szkół 

Zawodowych. 

Środkowe i południowe obszary Kresów, od Prypeci na 

północy po Dniestr na południu, znalazły się w zasięgu 

działań Frontu Ukraińskiego. Główne siły uderzyły tylko 

przeciw części obszaru, między Łuckiem a Kołomyją, pozo­

stawiając całe Polesie i północny Wołyń działaniu stosunkowo 

background image

184 

słabych sił, głównie piechoty. Oczekiwano, że obszar ten, na 

skutek natarcia skrzydeł zewnętrznych obu frontów, Białorus­

kiego na Włodawę i Ukraińskiego na Chełm, już w pierwszym 

etapie tej operacji zostanie okrążony. 

Meldunki oddziałów KOP, że na Polesiu natarcia radzieckie 

są słabe, były więc uzasadnione. Ale na Wołyniu i Podolu 

tempo natarcia było duże. Dyktowały je, jak w przypadku 

Frontu Białoruskiego, grupy szybkie. W grupie szybkiej 

5 Armii, złożonej z dwóch brygad czołgów, jedna ruszyła 

na Równe, a druga na Dubno. 2 korpus kawalerii i 24 

brygada czołgów z 6 Armii uderzyły w kierunku Tarnopola. 

12 Armia, która w ramach Frontu realizowała jedno z głó­

wnych zadań — odcięcie Polakom dróg odwrotu do Rumunii 

— złożona była wyłącznie z jednostek szybkich 4 i 5 kor­

pusów kawalerii. 25 korpus czołgów oraz dwie brygady 

czołgów, zorganizowane w grupy konno-zmechanizowane, 

wymierzyły uderzenia w kierunku Stanisławowa i Kołomyi, 

grożąc zagarnięciem Kwatery Głównej Naczelnego Wodza. 

Wtedy podjęto dramatyczną decyzję ewakuacji Naczelnego 

Wodza i rządu do Rumunii. 

Pułk KOP „Podole" („Czortków") stawił opór. Gdy na 

granicy strażnice zostały dosłownie rozjechane, siły główne 

pułku, bataliony „Borszczów", „Kopyczyńce" i „Skałat", 

wyszły nieprzyjacielowi naprzeciw. Pułk, cofając się na zachód 

ku linii Dniestru, został rozbity. Jego resztki próbowały 

jeszcze w Ustieczku zatrzymać rwący potok wojsk sowieckich. 

Wieczorem 17 września odstąpiono od obrony Dniestru 

i wycofano się do Rumunii. Tymi samymi drogami przeszły 

granicę, nie gotowe jeszcze do walki o przyczółek rumuński, 

oddziały gen. Kamskiego. 

Gdy kilka dni później stanęły pod Lwowem oddziały 

sowieckie, walcząca dotąd skutecznie z Niemcami załoga 

miasta poddała się. 

Na Wołyniu radziecka 5 Armia wtargnęła do Polski na 

odcinku granicznym dozorowanym przez pułk KOP „Równe". 

185 

Po silnym uderzeniu czołgów radzieckich cieniutka linia 

osłony szybko pękła. Niektóre oddziały dostały się do niewoli, 

inne zdołały ujść, kierując się na południe ku granicy rumuń­

skiej bądź na zachód w poszukiwaniu oddziałów gen. Dęba-

-Biernackiego. Armia Czerwona zajęła bez walki Zdołbudów, 

Łuck, Równe, Sokal, Włodzimierz Wołyński. 

W rejonie Włodzimierza gen. Sawicki już od 11 września 

organizował obronę nad Bugiem. 14 i 15 września pozycje te 

zaatakowała 4 DLek. korpusu gen. Kleista, ale zrezygnowała 

z walki, ponieważ nadciągali już Rosjanie. 17 września na 

wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej przybył tu z Łucka gen. 

Smorawiński. Nazajutrz wieczorem wtargnęły do Włodzimie­

rza czołgi sowieckie i otoczyły teren Szkoły Podchorążych 

Rezerwy Artylerii wraz z załogą. Gen. Smorawiński zgodził 

się nie podejmować walki w zamian za przyrzeczenie wolnego 

odejścia na Bug. Kombryg Bogumołow podpisał umowę, ale 

jej nie dotrzymał. 

Tymczasem jednostka pancerna Bogumołowa ruszyła z Wło­

dzimierza na północ w kierunku Kowla. Po demobilizacji 

nieuzbrojonych oddziałów, płk Leon Koc na czele grupy 

złożonej ze słabo uzbrojonych nadwyżek żołnierzy opuścił 

Kowel 18 września. Początkowo skierował się na Brześć, ale 

potem zawrócił na południe. 20 września nastąpiło starcie pod 

Włodzimierzem z oddziałami Bogumołowa. Po nieudanej 

próbie przebicia się, część zgrupowania polskiego armia 

sowiecka zagarnęła do niewoli. Pozostałym udało się ujść i 25 

września połączyć w lasach na zachód od Krasnegostawu 

z oddziałami, które znalazły się na ziemi niczyjej między 

Niemcami i Rosjanami. 

27 września dowództwo nad całym zgrupowaniem objął płk 

Zieleniewski. Dwa dni później zgrupowanie, które prowadził 

na Węgry, trafiło w rejonie Janowa Lubelskiego, Polichnej 

Góry i Czwoły na oddziały straży tylnej niemieckiej 27 DP. 

Żołnierze polscy przeszli przez tę zaporę, bo Niemcy twardego 

oporu nie stawiali, wypełniając znany rozkaz Hitlera, że krew 

background image

186 

niemiecka nie będzie się już lała na wschód od tej linii. Ale 

nazajutrz, 30 września, pod Marnotami, Krzemieniem i Flisami, 

stanęły naprzeciw czołgi sowieckie i piechota zmotoryzowana. 

1 października, wystrzelawszy do końca naboje, zgrupowanie 

polskie zaprzestało walki. 

W podobnych okolicznościach zakończyła walkę na długim 

szlaku Września kawaleria gen. Andersa. Podczas bitwy pod 

Tomaszowem Lubelskim 22 i 23 września prowadził on do 

natarcia w rejonie Krasnobrodu grupę operacyjną kawalerii. 

Przebiła się tylko część. 24 września na czele zgrupowania 

generał kierował się na południe z zamiarem przebicia się na 

Węgry. 26 września doszło ponownie do ciężkiego starcia 

z Niemcami w rejonie Krakowca. Przerwano je jednak 

w wyniku porozumienia obu stron, które zaproponował prze­

ciwnik. Niemcy pomaszerowali na zachód, a Polacy na 

południe. Jednakże jeszcze tego samego dnia na drodze 

odwrotu stanęły oddziały sowieckie. 

W poszukiwaniu wyjścia z matni, gen. Anders podzielił 

swoją grupę na małe oddziały, którym rozkazał przebijać się 

na Węgry. Udało się to tylko nielicznym. Większość została 

ujęta przez Armię Czerwoną i wraz z generałami Andersem 

i Plisowskim wzięta do niewoli. 

Na Polesiu, nie objętym działaniami głównych sił radziec­

kiego Frontu Białoruskiego, wydarzenia rozwijały się wol­

niej. Nacierający byli tutaj słabsi, obrona zaś silniejsza. 

Natarciu Armii Czerwonej przeciwstawił się więc z powo­

dzeniem dwubatalionowy pułk KOP „Sarny". Dalej ku 

północy, aż po Prypeć, stała brygada KOP „Polesie" i Flotyl­

la Pińska. 

Po otrzymaniu pierwszych wiadomości o wkroczeniu Armii 

Czerwonej, dowódca KOP gen. Orlik-Riickeman wydał rozkaz 

walki. Wieczorem 17 września na całym prawie odcinku 

kontrolowanym przez dowództwo KOP natarcie nieprzyjaciela 

zostało zatrzymane. Gen. Orlik-Riickeman był jednak świado­

my nieuchronności odwrotu wymuszanego rajdami wojsk 

187 

szybkich przeciwnika na północ i południe od Polesia i prze­

widywał wycofywanie oddziałów. 

20-22 września jego zgrupowanie skoncentrowało się w sile 

7 tysięcy żołnierzy w rejonie na zachód od Styru, w okolicach 

Moroczna, Siedliszcz i Rafałówki. Wskutek zajęcia przez 

Armię Czerwoną Kowla i odcięcia dróg odwrotu na południe, 

grupa KOP zmieniła kierunek odwrotu na zachodni, podążając 

za SGO „Polesie". 28 września zakończył się zwycięstwem 

polskim bój pod Szackiem z sowieckimi oddziałami piechoty 

i czołgów. 

30 września grupa gen. Orlika, po zakończeniu przeprawy 

na zachodni brzeg Bugu w rejonie Grabowa, liczyła już tylko 

około 3 tysięcy żołnierzy. W nocy na 1 października zaatako­

wały ją pod Wytycznem czołgi sowieckie. Po odrzuceniu 

z powodzeniem pierwszego natarcia nieprzyjaciela, następne 

spotkały się z coraz słabszym oporem, aż do całkowitej utraty 

zdolności bojowej. 1 października w południe walkę prze­

rwano. Oddziały polskie oderwały się od nieprzyjaciela 

i odeszły pod Sosnowicę, gdzie zostały rozwiązane. 

background image

W OBLĘŻONEJ WARSZAWIE 

Stolica Polski broniła się. Jej dramatyczne komunikaty 

i wezwania emitowane przez rozgłośnię Warszawa II słyszał 

cały świat. 

„...Walczymy dalej — głosiło wezwanie radiowe jednego 

z czołowych przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej 

— Mieczysława Niedziałkowskiego do brytyjskiej Partii 

Pracy. — Nie wierzcie kłamstwom propagandy hitlerowskiej. 

Nie ma w Warszawie żadnych zaburzeń ani żadnych walk 

wewnętrznych. Jest tam bombardowanie przez artylerię 

i lotnictwo niemieckie osiedli robotniczych i na oślep 

całego Śródmieścia. 

Liczymy na szybką pomoc. Wojsko jest wspaniałe i ludność 

cywilna jest wspaniała. Zwróćcie się do Roosevelta, by rzucił 

całą powagę swego autorytetu na rzecz wykonania przez 

Niemcy wezwania Ameryki, by nie mordowano z armat 

kobiet i dzieci..." '. 

Ale oprócz podziwu dla bohaterstwa polskiego i zachęt do 

dalszego oporu, o pomocy było głucho. Warszawa była wciąż 

jeszcze sumieniem samych Polaków. Ostatnie walczące od­

działy polskie nawet w sytuacji beznadziejnej nie chciały 

' Cywilna Obrona Warszawy we wrześniu 1939 r. Dokumenty, materiały 

prasowe, wspomnienia i relacje.

 Warszawa 1964, dok. nr 136, s. 116. 

189 

składać broni. Nie było już decyzji i rozkazów Naczelnego 

Wodza, ale stolica wciąż trwała. Ciągnęli tam żołnierze, 

uchodźcy przedzierali się do miasta, do którego wróg jeszcze 

nie wkroczył. 

O świcie 20 września pułki kawalerii ściągały w rejon 

Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach. 

Gen. Abraham złożył meldunek dowódcy armii „Warszawa": 

„...Melduję przybycie oddziałów silnie przerzedzonych 

w walkach. Straty wynoszą w korpusach oficerskich 

60 procent, podoficerskich 40 procent, wśród szeregowców 

35 procent. Podkreślam, że oddziały grupy operacyjnej kawa­

lerii ożywiają nastroje pełne żołnierskiego hartu. Ludziom 

i koniom potrzebna jest żywność, wypoczynek i sen. Proszę 

o zmianę rejonu postoju, który jest stale bombardowany 

i ostrzeliwany przez artylerię i lotnictwo, oraz o konieczny 

dwudniowy odpoczynek w celu reorganizacji oddziałów. 

Dowódca armii zgadza się na wypoczynek i skierowuje 

oddziały grupy operacyjnej kawalerii w rejon Łazienek do 

koszar 1 pułku szwoleżerów na ulicę Czerniakowską i Bel-

wederską. Miałem zamiar przy pomocy oddziałów pieszych 

przebić pierścień niemiecki na tym odcinku i wyjść z grupą 

operacyjną kawalerii na południe, by dotrzeć do granicy 

węgierskiej. Zamiary te, niestety, nie zostały zrealizowane..."

2

23 września z Wielkopolskiej, Podolskiej i Pomorskiej 

Brygady Kawalerii utworzono zbiorczą brygadę pod dowódz­

twem dotychczasowego dowódcy grupy operacyjnej. 

Ten ostatni na szlaku wojennym pułków wielkopolskich 

i podolskich zagon kawaleryjski do oblężonej stolicy mocno 

nadwerężył kleszcze niemieckiego okrążenia na przedpolu 

Bielan i ułatwił zadanie kierującym się tutaj dywizjom 

piechoty. 

Tymczasem gen. Kutrzeba, znajdując osłonę w działaniu 

zaczepnym grupy operacyjnej kawalerii, zreorganizował 

2

 R.  A b r a h a m , Wspomnienia wojenne znad Warty i Bzury, Warszawa 

1989, s. 319. 

background image

190 

w rejonie Palmir zebrane dotąd oddziały 15 i 25 dywizji 

piechoty oraz resztki 17 i 14 dywizji, które gromadził płk 

Czesław Szystowski, w celu wzmocnienia załogi Palmir. 

19 września wieczorem zgrupowanie dwóch dywizji pie­

choty ruszyło na Warszawę. 15 dywizja piechoty otrzymała 

zadanie opanowania Mościsk, Lasek i Błota Leśnego i na tej 

linii zorganizowania obrony nawiązując styczność z ubez­

pieczeniami obrony Warszawy, 25 zaś miała opanować 

Młociny, Buraków, Łomianki, po czym utworzyć pozycję 

obronną w rejonie lasów Wólki Węglowej i Burakowa Małego 

zwróconą frontem na północ. 

Dowódcom dywizji gen. Kutrzeba polecił prowadzić dzia­

łania samodzielnie i nie przekraczać linii ubezpieczeń obrony 

stolicy. 

Na czele maszerującej szosą 25 dywizji piechoty szedł 

60 pułk, a za nim 56. Kilkukilometrową kolumnę zamykał 

29 pułk piechoty. Niemców nie było i dywizja szybko szła 

naprzód. Tylko jej ubezpieczenie, osłaniające bok kolumny, 

II batalion 60 pułku piechoty spotkał we wsi Dąbrowa 

znaczniejszy oddział nieprzyjaciela. Ale ten, zaskoczony 

szybkim atakiem Polaków, nie przyjął twardej walki zde­

sperowanych piechurów i ustąpił tak szybko, że zabrakło mu 

czasu na zabranie ciężkiego sprzętu bojowego, kilku czołgów 

i dział, nie mówiąc o ciężkiej broni piechoty. Wszystko to 

jednak trzeba było zniszczyć, bo czas naglił. W zdobytej 

Dąbrowie została tylko kompania 5 por. Romualda Kaczmar­

czyka na pozycji wysuniętej czaty ubezpieczającej przedpola 

głównej linii obronnej pułku i dywizji w rejonie Młocin 

i Burakowa. Ściągały tutaj przez cały dzień 20 września 

oddziały dywizji i bez odpoczynku szły do okopów. 

15 dywizja piechoty pomaszerowała, próbując przejścia 

przez Laski i Wólkę Węglową. Miała mniej szczęścia, bo 

nieprzyjaciel był tutaj silny i dodatkowo wzmocniony od­

działem, który wycofał się z Dąbrowy. Natarcie piętnastej 

utknęło więc i trzeba było szukać przejścia gdzie indziej. Na 

191 

szczęście dywizja gen. Altera już przeszła i mogła teraz 

pomóc dywizji gen. Przyjałkowskiego. Przegrupowanie pułków 

poszło sprawnie i ruszono na Bielany i Wawrzyszew, gdzie 

dotarto tym razem już bez przeszkód ze strony nieprzyjaciela. 

Tak oto po 17 dniach ciężkich walk i forsownych marszów 

zgrupowanie gen. Kutrzeby stanęło u celu zadania. Była 

to już tylko jego reprezentacja. Doliczono się bowiem 

niespełna 40 tysięcy żołnierzy, z prawie 200 tysięcy, które 

przystępowały do bitwy. 

Na początku bitwy gen. Kutrzeba prowadził 10 wielkich 

jednostek piechoty i kawalerii. Do Warszawy przyprowadził 

tylko 4, a i te liczyły nie więcej niż jedną czwartą stanu 

osobowego, jaki miały, gdy wychodziły z garnizonów na front. 

Pozostałe dywizje zgrupowania, przedzierając się przez 

zwarte i silne kordony nieprzyjaciela zarówno nad Bzurą, jak 

i w samej Puszczy Kampinoskiej, bombardowane z powietrza, 

straciły organizacyjną zwartość, a siły ich tak liczebne, jak 

bojowe topniały w oczach. Do Palmir zdołały dotrzeć tylko 

resztki rozbitych pułków i dywizji, a wśród nich najsilniejsza 

była jeszcze 17 dywizja piechoty, licząca około czterech i pół 

tysiąca żołnierzy, oraz 14 pułk piechoty. Zebrał to wszystko 

pod swoje dowództwo dzielny gen. Bołtuć z zamiarem 

utworzenia obrony dużych składów amunicyjnych w Pal­

mirach, które zaopatrywały Warszawę i twierdzę Modlin. 

Niemcy nie zbagatelizowali znaczenia Palmir dla skutecz­

ności dalszego oporu obu polskich ośrodków obrony, a przede 

wszystkim funkcjonującego jeszcze między nimi taktycznego 

współdziałania i łączności. Komunikat Oberkommando der 

Wehrmacht informował 21 września, że: „...Między Mod­

linem a Warszawą nieprzyjaciel zaatakował ponownie, został 

jednak odparty przez znajdujące się tam nasze oddziały. 

Resztki oddziałów polskich broniące się desperacko na 

zachód od Warszawy zostaną jutro zaatakowane i znisz­

czone..."

3

3

 Wojna obronna Polski. Wybór źródeł,

 dok. nr 501, s. 932-933. 

background image

192 

Nieprzyjacielski komunikat nie był jednak ścisły, przynaj­

mniej w części dotyczącej nieudanej próby przebicia się do 

Wisły i rozdzielenia Warszawy z Modlinem. W dniu 21 

września to nie polskie, lecz niemieckie natarcie 24 dywizji 

piechoty pod Młocinami i Burakowem nie miało powodzenia. 

Niemcy zasypali gradem armatnich pocisków obronę dywizji 

gen. Altera i znajdując za tą ścianą z ognia i żelaza osłonę, 

doszli do polskich linii. Dopiero po ciężkich walkach o Placów­

kę, folwark Młociny i wzgórze 109, po całkowitym prawie 

zniszczeniu dwóch batalionów (I i III) 29 pułku strzelców, 

wyparli naszych z pozycji. 

„...Niemcy dotarli już do szosy i zajęli m. Młociny — wspo­

mina adiutant II batalionu, Bronisław Truszczak. — Gdy 

dobrze ściemniło się, resztki naszego batalionu z jego dowódcą 

kpt. A. Biske przebijają się szturmem na bagnety przez 

placówki npla. Zaskoczony wróg nie spodziewał się ataku od 

tyłu. Przez pola i ogrody biegniemy w kierunku Bielan. Tam 

na szosie oczekuje nas dowódca pułku ppłk Florian Gryl. 

Gratuluje wykonania zadania i szczęśliwego przebicia się 

z okrążenia..."

 4

Także pod Burakowem i Młocinami Niemcy rozerwali 

w kilku miejscach obronę pułków 56 i 60. Wydaje się, że są 

oni tylko o krok od Wisły, że oddziały polskie czeka tu 

niechybna zagłada. I batalion 56 pułku piechoty został odcięty 

od reszty sił i jest właściwie okrążony, a II batalion musiał się 

cofać. Jeszcze tylko 60 pułk, uczepiwszy się Młocin, trzymał 

je resztkami sił. 

I zdobywają się na jeszcze jeden, naprawdę nadludzki 

wysiłek. Biegnie wzdłuż linii płytkich okopów rozkaz przygo­
towania się do natarcia. 

Wędrujący rozkaz miał moc wstrząsu elektrycznego. Nie­

bywałe. Przecież sens tych kilku prostych słów, gdy szli do 

natarcia pod Sierpowem czy Sochaczewem, stawiał zbiorową 

4

  B . T r u s z c z a k , Udział społeczeństwa Ziemi Kaliskiej w wojnie obronnej 

1939

 r., Kalisz 1979, s. 376-377. 

193 

psychikę oddziału w stan wielkiego alarmu. Poddawał mu się 

bezgłośny sprzeciw, słabość i strach, rezygnacja i paraliżująca 

wolę chęć przeżycia mimo wszystko. Ale czy wystarczy tej 

mocy teraz, gdy zwątpienie silniejsze od nadziei, którą 

rzeczywistość bezlitośnie odarła z resztek wiary w sens ofiary? 

Do Warszawy doszli, jak kazał Naczelny Wódz. Ale 

w Warszawie Naczelnego Wodza już nie było. Nie było go 

w kraju. Musiał uchodzić. Warszawa była jeszcze polska. 

Mogli tę polską Warszawę unieść nad fale niszczącego potopu 

obcych wojsk i dźwigać czas jakiś w omdlałych rękach. Ale 

fale potopu przybierały nieprzerwanie i wiadomo było, że 

zaleją one prędzej czy później tę ostatnią polską wyspę. 

Sprężone do skoku postacie ludzi, jakby stopione z ziemią 

ściany okopu, rozmazuje ciemność, pozostawiając ledwo 

zarysowane kontury przeróżnych kształtów. 

Jednak poszli. Do ostatniego na drodze do Warszawy 

natarcia. 

Nazajutrz gen. Alter meldował: „...w walkach dnia 21 

września w godzinach popołudniowych nieprzyjaciel wdarł 

się przez odcinek 30 pp na tyły naszej dywizji na kierunku 

lasku na północ od m. Placówka — wzgórze 1,5 km na 

południe od folwarku Młociny i zajął folwark Młociny oraz 

doszedł do lewego brzegu Wisły... 

...W godzinach wieczornych silnym przeciwuderzeniem 

56 i 60 pp od północy z Burakowa Małego i 29 pułku 

strzelców kaniowskich od południa z Lasku Bielańskiego 

— nieprzyjaciel ten został zniesiony, ponosząc duże straty..."

5

Nie było już jednak możliwości, by teren wydarty Niemcom 

obronić, gdy ruszą do kontrataków, jak oczekiwano, z udziałem 

nowych i jeszcze liczniejszych sił. I rzeczywiście, nazajutrz 

przed południem zaczęło się od artyleryjskiego bombar­

dowania. Niemcy okładali nawałami ognia, ze skrupulatnością 

godną lepszej okazji, wszystkie punkty oporu polskiego, 

5

 Obrona Warszawy w 1939 r. Wybór dokumentów wojskowych.

 Warszawa 

1968, dok. nr 275, s. 356. 

13 — Bzura 1939 

background image

194 

o które już wcześniej musieli się bić. Tłukli metr po metrze, 

dokładnie i systematycznie. Z obserwacji wynikało, że z takiej 

łaźni Polacy żywi ujść nie mogą. 

Wtedy dopiero ich piechota podniosła się z ziemi i ruszyła 

do przodu, najpierw ostrożnie, ale kiedy po tamtej stronie nikt 

nie dawał znaku życia, coraz śmielej prostowali plecy i wy­

dłużali krok, biegnąc prawie. 

Polaków tu jednak nie było i cały ten artyleryjski fajerwerk 

na nic się nie zdał. Kilka tysięcy pocisków armatnich padło 

w próżnię. 

Polacy tymczasem stali już między Bielanami a Waw-

rzyszewem, dokąd wycofali się skrycie pod osłoną nocy. Ale 

nie był to fortel wojenny, po którym byłoby można fetować 

zwycięstwo nad wrogiem, lecz tragiczna konieczność. Niemcy 

doszli do Wisły, rozdzielając obrońców w Modlinie i w War­

szawie. Teraz obrona Palmir straciła swój dotychczasowy 

sens, a sytuacja zgrupowanych tam oddziałów gen. Bołtucia 

stała się niezwykle ciężka. Zostały okrążone i odcięte zarówno 

od Modlina, jak i od Warszawy. 

Nie było alternatywy. Trzeba było się po prostu przebijać 

do oblężonej stolicy. 21 września około północy gen. Bołtuć 

z oddziałem liczącym nie więcej niż 6 do 8 tysięcy żołnierzy, 

słabo uzbrojonych i wyczerpanych fizycznie, opuścił Palmiry 

kierując się na Łomianki. Znowu nie było kontaktu bezpo­

średniego z wrogiem i zgrupowanie maszerujące w dwóch 

kolumnach, ubezpieczane od południa oddziałem kawalerii, 

zmierzało spokojnie do celu. O świcie osiągnięto Łomianki. 

Ale tu byli już Niemcy. 18 nieprzyjacielska dywizja piechoty 

jakby oczekiwała nadejścia Polaków, a sama podwarszawska 

miejscowość była najsilniejszym punktem taktycznym zor­

ganizowanej przez nią zapory obronnej. 

Nie było innego wyjścia, tylko zaskoczyć nieprzyjaciela 

gwałtownym atakiem, tak wprost z marszu. Ubezpieczenia 

niemieckie zostały zniesione pierwszym uderzeniem naszej 

piechoty, po czym zaraz rozwinęła się do boju artyleria. Słaba 

195 

bo słaba, ale jak za generała Bema, równająca w szturmie do 

piechoty. 

Zaraz potem pękła główna linia niemieckiej obrony i pier­

wsza fala atakujących, a za nią druga wlały się do Łomianek. 

Tu już nikt nie dawał pardonu. Straszna to była walka, bo nasi 

karabinem głównie władając, parli do walki wręcz z wrogiem, 

który uzbrojony w broń maszynową nie chciał jej przyjąć. 

Nierówna to była walka, bo zanim bagnet dosięgnął jednego 

Niemca, pięciu naszych konało od kul. Liczba atakujących 

zastraszająco malała. W tym zapamiętaniu się w rozpaczy szło 

tylko o jedno — przejść za wszelką cenę. Do swoich było już 

tak blisko. Por. Jaskólski wspomina: „...Wieś była bardzo 

długa, a gdy dotarliśmy do jej skraju, ujrzeliśmy przed sobą 

głęboką kotlinę, którą płynęła Wisła. Leżąc w rowie zobaczy­

łem teraz liczne gniazda karabinów maszynowych nieprzyja­

ciela. Ogień zaporowy był bardzo silny. Czołgaliśmy się 

rowami, ale i to wreszcie było niemożliwe, rów przechodził 

bowiem w betonowe rury tworząc mostek zjazdowy z szosy. 

Wykorzystując chwilowe zmniejszenie się ognia wykonaliśmy 

skoki z rowu przez szosę do zagrody. Przed skokiem roze­

brałem swój pistolet i rozrzuciłem jego części. W zagrodzie 

byliśmy osłonięci murami budynków, ale teraz zaczęły poja­

wiać się samoloty myśliwskie obrzucając pole walki małego 

kalibru bombami, ostrzeliwując z broni maszynowej. Po 

rowach długiej szosy leżeli jeszcze nasi żołnierze. Było to już 

polowanie na bezbronnych..."

6

Cena niespełnionej nadziei była wysoka. Na czele długiej 

listy żołnierzy poległych pod Łomiankami znajdują się: gen. 

bryg. Mikołaj Bołtuć, dowódca grupy operacyjnej „Wschód", 

a później grupy jego imienia. Tuż za nim ppłk dypl. Tadeusz 

Parafiński, dowódca skierniewickiej dywizji piechoty, a dalej 

majorowie: Piotr Kunda, Józef Juniewicz, Józef Piotr Schmied, 

6

 Wspomnienie por. Czesława Jaskólskiego, w: Gniezno i Ziemia Gnieź­

nieńska, szlak bojowy 69 pułku piechoty we wrześniu 1939 r.,

 Gniezno 1978, 

s. 319, 322. 

background image

196 

Leszek Lubicz-Nycz; kapitanowie: Julian Serwatkiewicz, 

Feliks Grzegrzółka, Wacław Stefan Kwiatkowski, Stefan 

Dobrowolski, rtm. Wacław Zachoszcz i wielu, wielu innych, 

znanych i nieznanych żołnierzy boju pod Łomiankami. Ran­

nych i jeńców, których wróg pojmał, nikt nie liczył, bo oni 

mimo wszystko przetrwali, uchodząc z życiem. 

„...Gdyśmy tak kombinowali — zwierza się plutonowy Józef 

Depa — jak się przedostać na drugą stronę (Wisły — T. J.), 

nastąpił dla mnie moment najboleśniejszy. Na wspomnianej 

szosie pojawił się w marszu ubezpieczonym niemiecki oddział, 

w sile co najmniej batalionu. Jego ubezpieczenia boczne 

penetrowały zabudowania położone w pobliżu nas. Sytuacja 

stała się bez wyjścia. Spotkał mnie ten sam los, co wielu 

innych synów naszej ojczyzny — niewola. Silny żal ściskał 

mi serce, rozpacz targała mną"

7

Tylko bardzo nieliczni doszli, przedzierając się w pojedynkę 

lub małymi grupami. Jeszcze oszczędzono im tego losu, ale 

nie ujdą mu. Za to tę chwilę zawodu i upokorzenia przeżyją 

o wiele mocniej. 

20 września gen. Kutrzeba cały i zdrowy był już w War­

szawie i w dowództwie armii „Warszawa" spotkał się z gen. 

Rómmlem. Do dyspozycji tego ostatniego oddał siebie i woj­

sko, które przyprowadził. 

„...Rozmawiałem z gen. Kutrzebą zaraz po przybyciu 

i później — wspomina dowódca odcinka «Zachód», płk 

Porwit. — Widziałem na twarzy generała ślady ciężkich 

przeżyć, ale jakież było to zrozumiałe, gdy się dowiedziałem 

od oficerów jego sztabu o całodziennym wyczekiwaniu 

dowódcy w szczerym polu pod bombami dziesiątków samo­

lotów, aż ostatni oddział 25 DP przejdzie Bzurę, a potem 

o marszu nocnym ze szpicą tylną 25 DP. I zdając sobie sprawę 

7

  T r u s z c z a k , op. cit., s. 358. 

197 

z różnicy między walką w otwartym polu a obroną w mieście 

pełnym schronów i osłon, czułem cześć żołnierską dla tego 

dowódcy armii..."

8

Generał przyjął nominację na zastępcę dowódcy armii 

„Warszawa", a nazajutrz podpisał rozkaz o rozwiązaniu swojej 

armii. Rozkaz krótki, żołnierski, skąpy w słowa. Żadnych dla 

siebie zasług. „...Jeżeli armia w przebytych działaniach 

osiągnęła pewne powodzenie, to zawdzięczać to należy przede 

wszystkim ofiarności i męstwu żołnierzy..." Dopiero historia 

oceni jego zasługi. On sam, gdy przybył do Warszawy, 

meldował gen. Rómmlowi, pełen wewnętrznego przekonania 

o własnej winie, że przegrał bitwę. Tylko nieskromność, 

a nawet pycha podsunąć mogły przyjmującemu meldunek 

słowa krytyki, motywujące przegraną w bitwie nad Bzurą 

błędami Kutrzeby. Błędy były i owszem, ale składały się one 

na sumę wielu innych błędów, zaistniałych także poza ob­

szarem tej bitwy, jak np.: brak udziału w niej armii „Łódź" 

i „Warszawa". Przede wszystkim na wyniku tej bitwy zaważyła 

sytuacja na całym froncie polskim, a co więcej, na całym 

froncie sprzymierzonych, który na zachodzie stał milczący 

i całkowicie bierny. Zgrupowanie Kutrzeby zadało wojskom 

nieprzyjacielskim tak ciężki cios, że tylko indolencji generałów 

armii sprzymierzonych przypisać można, iż uszedł ich uwagi 

i nie został na froncie zachodnim spotęgowany ciosem jeszcze 

silniejszym. Kutrzeba przegrał bitwę, bo nie mógł jej wygrać. 

Sprzymierzeni przegrali całą kampanię wojenną 1939 r., bo 

nie chcieli jej wygrać, nadal ufając grze sił politycznych, które 

w toczącej się już wojnie nie mogły skutecznie zastąpić gry 

sił militarnych. 

Gen. Kutrzeba miał pełne prawo moralne do wysoko 

podniesionego czoła. Zapewne nie domyślał się, że historia 

przypisze mu sławę jednego z najdzielniejszych generałów 

i utalentowanego operatora wśród wyższych dowódców Woj­

ska Polskiego. 

8

  P o r w i t , Obrona Warszawy, s. J83-184. 

background image

198 

Zdziesiątkowane wojska, lecz nadal pełne bojowego zapału, 

rozkaz generała oddał pod komendę dowództwa armii „War­

szawa". Gen. Knoll stanął na czele odwodów, a główną ich 

siłę stanowić miały 15 i 25 dywizje piechoty, które uzupełnione 

rozbitkami głównie z 17 i 14 dywizji stanęły: pierwsza 

w rejonie cmentarza Powązkowskiego i Ewangelickiego, druga 

w rejonie ulic 3 Maja, Marszałkowskiej oraz Zamku i Ogrodu 

Saskiego. Oddziały obu dywizji wzięły udział w końcowym 

okresie walk o Warszawę, gdy wróg przypuścił szturm 

generalny. Biły się na Bielanach i wspierały obronę 40 i 41 

pułków piechoty w rejonie ulicy Sękocińskiej. Kontratakowały 

fort szczęśliwicki, walczyły w rejonie remizy tramwajowej 

przy Opaczewskiej. Broniły pozycji na ulicy Częstochowskiej. 

Kawaleria gen. Abrahama stanęła w Łazienkach oraz na 

Czerniakowskiej i Belwederskiej, m.in. w koszarach 1 pułku 

szwoleżerów. Po reorganizacji utworzyła jedną brygadę pod 

dowództwem dotychczasowego dowódcy grupy operacyjnej. 

Gdy Niemcy ruszyli do szturmu generalnego, stanęła ona 

w obronie pozycji na ulicy Belwederskiej, asekurując opór 

piechoty. 

Ale Warszawa nie miała już sił do dalszej walki. 

22 września, po ustąpieniu 25 i 15 polskich dywizji piechoty 

spod Młocin, Burakowa i Placówki, Niemcy dotarli do Wisły 

i zatrzasnęli dotąd nie domknięty pierścień okrążenia stolicy. 

Na przedpolach lewobrzeżnej Warszawy przygotowywały się 

do szturmu dywizje 8 armii oraz główne siły 10. Przeciwko 

Pradze skoncentrowały się wojska 3 armii. Dowództwo nad 

nimi objął gen. Blaskowitz. Tu był mocniejszy niż nad Bzurą, 

gdy musiał się cofać przed dywizjami Kutrzeby, gdy otrzyma­

wszy posiłki, próbował go zniszczyć i nie dopuścić do 

Warszawy. Nie udało się. Ale teraz Kutrzeba już nie ujdzie, 

osaczony ze wszystkich stron trzynastoma dywizjami i dwoma 

199 

tysiącami dział i moździerzy piechoty. Luftwaffe dokona 

reszty. Dwie floty powietrzne, 1 i 4, rzucą do ataku na 

miasto słabo bronione przed atakiem z powietrza około 

400 samolotów. 

Po kategorycznym odrzuceniu przez dowództwo obrony 

stolicy niemieckiego ultimatum z dnia 16 września, wzywają­

cego do poddania miasta, Niemcy uciekli się do środków, 

które miały złamać odporność psychiczną Polaków. Miały to 

być środki niehumanitarne i surowo zabronione klauzulami 

konwencji genewskiej. 

W rozkazie niemieckiego dowództwa czytamy: 

„...Do czasu rozpoczęcia natarcia (na Warszawę — T. /.), 

występuje na pierwszy plan, oprócz zwalczania urządzeń 

bojowych — także i niszczenie oraz paraliżowanie urządzeń 

ważnych dla życia (miasta — T. J.), jak wodociągi, elektro­

wnie, gazownie itd., ażeby obrońców skruszyć..."

9

. Luftwaffe 

nie zwlekała z wypełnieniem tych rozkazów. 22 września 

między godziną drugą a trzecią oraz czwartą a piątą po 

południu dwie wyprawy bombowe, złożone co najmniej z 20 

samolotów każda, zaatakowały Pragę. Podczas walki z obu 

wyprawami artyleria przeciwlotnicza strąciła dwa samoloty. 

24 września Niemcy nadlecieli falami z różnych kierunków 

i na dużych wysokościach. Ostrzelani przez artylerię przeciwlot­

niczą, rozsypali się rezygnując z atakowania grupami. Piloci 

nadal czuli respekt przed lufami polskich dział. Nalot trwał od 

godz. 9 do 11. W powietrzu utrzymywało się przez cały czas 

około 20 samolotów. Około godziny 15 nalot powtórzono. 

Obiektami obu nalotów były głównie filtry, stacja pomp oraz 

dzielnice mieszkalne na Mokotowie, Wola i Praga. Artyleria 

przeciwlotnicza zestrzeliła 5 nieprzyjacielskich samolotów. 

25 września stolica przeżyła najcięższy dzień oblężenia: 

nieustające bombardowanie lotnicze, któremu towarzyszył 

ciągły ogień artylerii. Alarm lotniczy zarządzono o godzinie 

8.25. Niemieccy piloci już nie potrzebowali celować. Na 

9

 Materiały GA „Południe", MiD WIH. 

background image

200 

Warszawę wydano wyrok: zniszczyć. Pierwszy nalot trwał do 

godziny 10. Pożary objęły całe miasto, a artyleria strzelała 

coraz rzadziej, bo już brakowało amunicji. Podczas tego 

nalotu zestrzelono trzy samoloty. 35 minut później nie ostygłe 

jeszcze lufy dział przeciwlotniczych otworzyły ponownie 

ogień. Bomby leciały na Śródmieście i Wolę. O 12.05 

zapalającymi bombami bombardowany był Mokotów, a o go­

dzinie 15.20 — Grochów. Jeszcze o 18.00 samoloty niemieckie 

były nad miastem. Ostatnie pociski ośrodka OPL Warszawa 

trafiły w cel. 10 samolotów zwaliło się na ziemię. 

„...Warszawa płonie, Warszawa bombardowana bez przerwy 

z powietrza i z ziemi, zamienia się w rumowisko gruzów. Nie 

mamy światła, nie mamy wody, nie mamy żywności. Sześć­

dziesiąt tysięcy zabitych, sto tysięcy rannych — oto rezultat 

straszliwej furii najeźdźcy..."

 10

To jedno z ostatnich dramatycznych wystąpień prezydenta 

Stefana Starzyńskiego 23 września. 

Tego samego dnia Warszawa odparła szturm generalny, 

przygotowywany przez kilka dni nieprzerwanym bombar­

dowaniem artylerii i lotnictwa. Wdzierał się jednak w ulice 

wróg stokroć groźniejszy, wobec którego męstwo i gotowość 

do największych poświęceń były bezbronne. Coraz częściej 

zaczęły się pojawiać rozkazy i zarządzenia, które odczy­

tywano z rosnącym niepokojem: — „Usuwać padlinę i zwłoki 

ludzkie. Świeżą padlinę odsyłać do rzeźni". Głód i groźba 

epidemii zawisły nad miastem. Nie starczało także amunicji, 

szczególnie artyleryjskiej, zostało tylko po kilkanaście sztuk 

na działo. Milkła więc najskuteczniejsza linia obrony, przed 

którą piechota i czołgi niemieckie miały dotąd zawsze 

właściwy respekt. 

Toteż na wspólnym posiedzeniu sztabu armii „Warszawa" 

oraz Doradczego Komitetu Obywatelskiego, w kilka godzin 

po przemówieniu prezydenta Starzyńskiego, gen. Rómmel 

zakomunikował zebranym decyzję poddania Warszawy. 

10

 Dokumenty armii „Warszawa", MiD WIH. 

201 

„Przedłużenie oporu — powiedział — doprowadziłoby po 

prostu do rzezi wojska i ludności". 

Znaczna część mieszkańców stolicy i żołnierzy nie po­

dzielała decyzji kierownictwa wojskowego i cywilnego 

Dowództwa Obrony Warszawy. Nie chciano kapitulować. 

Rozkaz o zawieszeniu broni dotarł już do wszystkich od­

działów wojskowych, ale na niektórych pozycjach wciąż 

jeszcze trwała walka. 

Grupa oficerów z mjr. Kuźmińskim na czele przygotowy­

wała zamach. Spiskowcy zamierzali internować gen. Rómmla 

wraz z jego sztabem, po czym przejąć dowództwo, zerwać 

pertraktacje i prowadzić walkę dalej. 

Posłuszeństwo rozkazom wypowiedzieli również żołnie-

rze-ochotnicy. Zbuntowała się 13 dywizja piechoty, do której 

należały 1 i 2 ochotnicze pułki obrony Warszawy. Dowódcy 

tej dywizji, płk. Kalińskiemu, rzucono w twarz słowo „zdrada" 

i grożono samosądem. Dopiero interwencja kpt. rez. Koeniga, 

który był jednym z organizatorów robotniczych batalionów, 

zapobiegła tragicznym wypadkom. 

Powstałe w wyniku pertraktacji z Niemcami napięcie 

w mieście groziło konsekwencjami, których skutki trudno 

było przewidzieć. Głównie dlatego gen. Rómmel wydał odezwę 

do żołnierzy, w której usiłował uspokoić wzburzone umysły. 

A oto fragmenty odezwy: 
„Żołnierze. Zwracam się do Was w chwili ciężkiej dla 

każdego żołnierza... Broniąc Warszawy, nie pobito nas ani 

razu. Wszystkie cierpienia i ciężary wojny odczuwała jednak 

cywilna ludność Warszawy. Straszliwe zniszczenie, którego 

pastwą stała się stolica, szczególnie przez bombardowanie 

w dniu 25 września, brak wody, światła, żywności, a zwłaszcza 

niedostatek amunicji w oddziałach walczących, zmusiły mnie 

do decyzji mającej na celu zakończenie męczarni cywilnej 

ludności Warszawy. Z tej racji, chociaż z ciężkim sercem, 

podjąłem pertraktacje z nieprzyjacielem. ...W tej ciężkiej 

godzinie zwracam się do Was, żołnierze, i wzywam Was, 

14 — Bzura 1939 

background image

202 

abyście ze spokojem i rozsądkiem zaufali głęboko sprawied­

liwości dziejów... liczę na to, że wykonacie wszystkie moje 

rozkazy, aż do ostatniej chwili" ". 

Powoli miasto zaczęło się uspokajać. Po półtoradniowych 

pertraktacjach ustalono ostateczny tekst protokołu o kapitulacji 

Warszawy. Dokument ten sporządzony w języku niemieckim 

podpisał gen. Kutrzeba i gen. Blaskowitz 28 września 1939 

roku o godzinie 13.15 w Rakowie w fabryce Skoda. 

Nadeszła wreszcie dla Warszawy chwila najcięższa. 28 wrześ­

nia ukazał się rozkaz zapowiadający wkroczenie wroga do 

stolicy. Z rozkazu szefa sztabu armii „Warszawa" płk Rola-

- Arciszewski polecił, aby 29 września do godziny 10 wycofały 

się wszystkie oddziały polskie z rejonu Alei Jerozolimskich, 

Nowego Światu, Alei Ujazdowskich i Belwederskiej oraz 

rejonu na zachód od obwodowej linii kolei, łącznie z placem 

Broni i parkiem Traugutta, a także z części Żoliborza poło­

żonej na zachód od ulic: Mickiewicza, Słowackiego i Mary-

monckiej. Tam właśnie wkroczyć miały pierwsze oddziały 

armii niemieckiej. 

29 września gen. Czuma w specjalnym rozkazie przedstawił 

organizację wymarszu załogi wojskowej miasta. 

Początek wymarszu wyznaczono na dzień 29 września 

o godzinie 20. Ostatnia kolumna opuścić miała miasto 1 paź­

dziernika o godzinie 7. 

W tym samym czasie, kiedy ostatnie oddziały polskie 

opuszczały Warszawę, do Śródmieścia wkraczały wojska 

hitlerowskie. 1 października o godzinie 15 Niemcy zaciągnęli 

wartę przy Komendzie Miasta. Megafony obwieściły miesz­

kańcom, że stolica kraju — jeden z ostatnich punktów 

polskiego oporu — została zajęta przez wojska niemieckie. 

" Obrona Warszawy w 1939 r. Wybór dokumentów wojskowych, Warszawa 

1968, dok. nr 410, s. 503 i 506. 

203 

Ostatnią walczącą jednostką polską była Samodzielna Grupa 

Operacyjna „Polesie" pod dowództwem generała Kleeberga. 

Marszałek Śmigły powierzył jej pierwotnie zadanie osłony 

odwrotu całości sił polskich do Małopolski wschodniej. 17 wrześ­

nia grupa „Polesie", licząca około 17 tysięcy żołnierzy, 

znalazła się w ciężkiej sytuacji. Atakowana frontalnie z pół­

nocy przez dwie dywizje szybkie korpusu Guderiana, otrzymała 

nieoczekiwany cios wojsk sowieckich od wschodu, zagrażający 

jej tyłom. Odwrót stał się koniecznością i to natychmiastową. 

Dwa dni później generał Kleeberg otrzymał rozkaz Naczel­

nego Wodza potwierdzający wcześniejsze wiadomości z na­

słuchu radia nieprzyjacielskiego o ewakuacji z kraju naczel­

nych władz politycznych i wojskowych do Rumunii i Węgier. 

Dowódca grupy stanął wobec nowego zadania, które wy­

kluczało obronę na miejscu. Zdecydował poprowadzić oddziały 

na zachód, ku Włodawie, gdzie zamierzał je przeprowadzić 

przez Bug, a potem ruszyć do Warszawy z zamiarem przyjścia 

jej z pomocą. A sprzyjała temu sytuacja na styku między 

wojskami sowieckimi, zdążającymi na zachód ku linii demar-

kacyjnej, a niemieckimi, które wycofywały się z terenów już 

zajętych. W ten sposób tworzył się szeroki pas ziemi niczyjej, 

który przesuwał się z wolna ku zachodowi. Wykorzystując ów 

ruchomy pas ziemi niczyjej grupa „Polesie" mogła bez 

większego ryzyka osiągnąć Warszawę. 

Od rana 23 września wojska sowieckie były w ruchu ku 

linii demarkacyjnej i do wieczora osiągnęły linię: Białystok, 

Brześć Litewski, Kowel, Włodzimierz Wołyński, Lwów. Kilka 

dni później oddziały Kleeberga dotarły do Bugu i po prze­

prawie przez rzekę stanęły w rejonie Włodawy, którą dopiero 

co opuścili Niemcy. Tu dopadła grupę Kleeberga hiobowa 

wieść o kapitulacji Warszawy. 

Dokąd teraz pójść? Po pełnej napięcia naradzie w dowódz­

twie generał Kleeberg podjął decyzję walki do końca — ma­

szerować dalej w tym samym kierunku i gdzieś na południe 

od Warszawy przeprawić się przez Wisłę i zaszyć w lasach 

background image

204 

Gór Świętokrzyskich. I tam trwać dokąd się da. Przecież 

Zachód musi się ruszyć... 

Tymczasem oddziały sowieckie doszły polską grupę i ma­

szerując w jej bliskim sąsiedztwie kierowały się na Lublin, 

Siedlce i Lubartów. Dopiero wieczorem 27 września doszło 

do pierwszego starcia polskiej kawalerii z bolszewikami pod 

Jabłonią. Rozpętał się tutaj gwałtowny, dwudniowy bój 

z udziałem po sowieckiej stronie czołgów, artylerii i lotnictwa. 

Przeciwnik doznał dotkliwych strat, po czym grupa odskoczyła, 

podejmując marsz do zamierzonego celu. Nie doszła. Na­

przeciw stanął niemiecki XIV korpus. 

W kilkudniowej bitwie pod Kockiem szala zwycięstwa 

przechylała się na polską stronę, aż do chwili opróżnienia 

ładownic z naboi i artyleryjskich jaszczy z pocisków. 

6 października generał Kleeberg wydał ostatnie rozkazy. 

Walkę przerwano. Był to ostatni bój armii polskiej w obronie 

kraju. 

POSŁOWIE 

Bitwa nad Bzurą, pośród wielu stoczonych podczas polskiej 

wojny obronnej 1939 roku bitew, otrzymała rangę najwyższą. 

Przypomnijmy, że w szczytowym okresie jej natężenia zmagało 

się z sobą około pół miliona żołnierzy, a poległo tylko po 

polskiej stronie 15 tysięcy, nie mówiąc o jeszcze większej, 

dwu- lub trzykrotnie, liczbie rannych. 

Szef Sztabu Grupy Armii „Południe", generał, a później 

marszałek polny, Erich von Manstein, vel Lewiński, rozmyś­

lając nad krętymi drogami zmarnowanego zwycięstwa 

III Rzeszy w drugiej wojnie światowej, napisał: 

„...Jeśli nawet bitwa nad Bzurą nie sięga rezultatów stoczo­

nych później w Rosji wielkich bitew okrążających, to aż do 

tego okresu była największą tego typu bitwą..." 

Opinie historiografów drugiej wojny światowej są absolutnie 

zgodne co do tego, że Manstein należał do najtęższych głów 

Wehrmachtu. Istotne jest więc i zasługujące na uwagę to, co 

napisał. Jeszcze bardziej znamienne jest to, czego nie napisał. 

Pominął bowiem milczeniem kampanię francuską, która gdy 

idzie o rozmach, a inaczej parametry operacyjno-techniczne, 

o niebo górowała nad kampanią polską. Manstein, odwołując 

się do porównań, nie znalazł w kampanii francuskiej właściwej 

dla bitwy nad Bzurą skali wielkości, chociaż pod Dunkierką 

background image

206 

udział mas żołnierskich i sprzętu w liczbach bezwzględnych 

był kilkakrotnie większy. 

Dlaczego polską bitwę wyróżniono, włączając ją jeszcze na 

gorąco do przykładów dydaktyki operacyjnej Wehrmachtu? 

23 września przybył na pobojowisko generał pułkownik 

armii japońskiej Terauuki w otoczeniu czternastoosobowej 

grupy oficerów. Towarzyszący zwiedzającym oficer niemiecki 

zawiózł oczywiście tę osobliwą wycieczkę do miejsc, które 

pokazywały rozmiary polskiej klęski. Mało jest jednak praw­

dopodobne, aby przedstawicieli armii japońskiej interesowała 

li tylko spektakularna strona podróży wojskowo-historycznej 

nad Bzurę. Propaganda wynosząca pod niebiosa zwycięstwo 

militarne Rzeszy niemieckiej nad Polską wypełniała wówczas 

po brzegi wszystkie środki informacji. Do odwiedzenia pola 

bitwy skłonić mogła Japończyków tylko chęć poznania realiów 

operacyjnych. Tę bitwę narzuciła strona polska, i to w sytuacji, 

gdy przeciwnik dominował na całym teatrze działań wojen­

nych. Wydawała ją strona, która na całym froncie utraciła 

inicjatywę. Jej wojska cofały się wszędzie, a naczelne dowódz­

two, nie mając z nimi łączności ani odwodów, nie mogło 

wpływać na rozwój sytuacji. Jednakże bitwa została wydana 

i uzyskawszy w początkowym okresie wyraźne powodzenie, 

zmusiła pewnego swojej przewagi przeciwnika do poważnej 

korekty operacyjnej planu działań wojennych. Został za­

trzymany marsz nie tylko 8 armii na Warszawę, która była 

głównym celem operacyjnego pościgu. Armia Blaskowitza 

musiała się bronić, a jej siły okazały się niedostateczne dla 

pokonania przeciwnika i dowództwo Grupy Armii „Południe" 

wstrzymało marsz 10 armii gen. Reichenaua, posyłając z po­

mocą Blaskowitzowi dalsze dywizje, głównie pancerne i zmo­

toryzowane. 

Ewenementem w tej bitwie było odebranie Niemcom 

inicjatywy operacyjnej, co prawda tylko lokalnie i na krótko, 

ale na takim obszarze, który stać się mógł podstawą do 

silnych przeciwuderzeń po liniach wewnętrznych. Dowództwo 

207 

niemieckie musiało więc, nie znając, oczywiście, w pełni 

naszej katastrofalnej sytuacji, zrezygnować z dobrze za­

powiadającego się planu szybkiego opanowania Warszawy. 

Nie mogło też, jak zamierzało, przerzucić siły co najmniej 

jednego korpusu z 10 armii na podkarpackie skrzydło 

natarcia na Lwów, któremu powierzono niezwykle ważne 

zadanie odcięcia Polski od wszelkich połączeń z Rumunią. 

Tylko dlatego, że nie wykonano w pełni tego planu, była 

możliwa obrona Lwowa i stworzenie zaczątków obrony 

tzw. przedmościa rumuńskiego oraz ewakuacja do Rumunii 

naszych władz państwowych, kadry oficerskiej i oddziałów. 

Wreszcie zrezygnować musiano z wykonania śmiałej kon­

cepcji Mansteina, która postulując wydłużenie zadania ope­

racyjnego: 10 armii po obszar Lubelszczyzny, zmierzała 

do zburzenia w zarodku wszelkich prób zorganizowania 

przez Polaków obrony nad środkową Wisłą i dalej na 

wschód. Odejście od tego zamiaru pozwoliło przedłużyć 

nasz opór, zaakcentowany wielką bitwą pod Tomaszowem 

Lubelskim. 

Zarówno Rundstedt, dowódca Grupy Armii „Południe", 

jak przede wszystkim Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk 

lądowych, nie zdecydowali się na ryzyko wysforowania 

10 armii za Wisłę w obawie przed przeciwuderzeniem 

Polaków w jej skrzydło siłami, które dały o sobie znać 

działaniem zaczepnym znad Bzury. Komunikat OKW z 12 

września w części dotyczącej tego odcinka frontu donosił, 

że: „...jednostki 8 armii znajdują się w ciężkiej walce 

obronnej na linii Głowno-Stryków-Ozorków..."'. Jak dalej 

mogły potoczyć się wypadki? 

Rozważając problem, Brauchitsch, kierując się żelazną 

zasadą sztuki wojennej, nie mógł opierać swoich przewidywań 

na założeniu najkorzystniejszego dla siebie rozwoju sytuacji. 

Jego decyzja, ograniczająca zasięg pierwszego etapu operacji 

10 armii do obszaru wielkiego łuku Wisły, opierała się na 

' Wojna obronna Polski. Wybór źródeł, dok, nr 408. 

background image

208 

209 

założeniu, że marszałek Śmigły nie omieszka wykorzystać 

okazji i wesprze uderzenie zgrupowania Kutrzeby siłami 

armii „Łódź" i „Warszawa". Dla odparcia takiego prze-

ciwuderzenia siły 8 armii mogły okazać się niedostateczne, 

a skutki wręcz fatalne. 

Płk Porwit napisał: „...depresja wynikła z szybkich niepo­

wodzeń i za wielki wzięty na siebie ciężar dowodzenia 

jednocześnie na dwu szczeblach nie pozwoliły Wodzowi 

Naczelnemu dojrzeć konieczności bitwy walnej w rejonie 

Łodzi... Nie zmontował tej bitwy Wódz Naczelny ani nie 

poprowadził. Było to historyczne i życiowe przeoczenie 

marszałka Rydza-Smigłego..."

2

Dygresja płk. Porwita dotyczy niewykorzystanej szansy na 

stoczenie walnej bitwy z nieprzyjacielem, która gdyby się 

odbyła, mogła zaznaczyć optymalną granicę naszej skutecz­

ności obronnej i sprostać moralnym aspiracjom narodu 

i państwa. 

Czy mogłaby być czymś więcej niż tylko naszą polską 

historyczną szansą? Tak. I tutaj odważnie postawię hipotezę. 

Taka szansa była w ścisłym i dobrze zorganizowanym współ­

działaniu wojennym sprzymierzonych z Polską państw. Ale 

właśnie 12 września, kiedy natarcie zgrupowania Kutrzeby 

osiągnęło pełnię powodzenia, zebrała się w Abbeville Naj­

wyższa Rada Wojenna francusko-brytyjska z udziałem pre­

mierów obu mocarstw. Tam naczelny dowódca wojsk sprzy­

mierzonych, gen. Gamelin, przedstawił zebranym swoją decy­

zję wstrzymania ofensywy wojsk francuskich przeciwko linii 

Zygfryda. 

Może gen. Gamelin, wyciągając wnioski z przebiegu 

wydarzeń na froncie polskim, nie dawał inicjatywie Kutrzeby 

szansy na rozwinięcie jej w sukces operacyjny w wielkim 

stylu? Może jednak zmieniłby decyzję i pchnął swoje wojska 

do wielkiego natarcia, znajdując realne motywy dla postawienia 

2

 M. P o r w i t, Komentarze do historii polskich działań obronnych w 1939 

roku,

 cz. III, Warszawa 1978, s. 479. 

wniosku, że naczelne dowództwo polskie podoła zadaniu na 

miarę chwili i wyda walną bitwę. 

Na Zachodzie walna bitwa miała być wydana Niemcom po 

zebraniu dostatecznych sił dla pobicia nieprzyjaciela. Polska 

zaś za tę koncepcję strategiczną miała zapłacić przegraną 

wojną o swoje terytorium. 

Kilka miesięcy później, podczas wyprawy Wehrmachtu na 

Francję, okaże się, że owa koncepcja strategiczna zawaliła 

się z trzaskiem jeszcze głośniejszym niż koncepcja polska. 

Do walnej bitwy sprzymierzonych również nie doszło. 

Wprawdzie koncepcje przeciwdziałań zaczepnych powstały, 

wymieńmy choćby plany generałów Gamelina, Weyganda 

i Georgesa, ale żaden nie został wykonany. Przypomnijmy tu 

tylko jedną z konkluzji Jerzego Godlewskiego, autora stu­

dium poświęconego bitwie nad Bzurą. Sięgnijmy do jednego 

z jego przykładów porównawczych: „...w dniach 13-15 V 

w rejonie, w którym toczy się bitwa rozstrzygająca o losach 

Francji, wszystkim szczeblom dowodzenia, włączając w to 

dowódcę frontu i dowódcę grupy armii, udaje się zor­

ganizować w sumie trzy kontrataki, w których biorą udział 

cztery baony piechoty, jeden baon i jedna kompania czoł­

gów a więc nawet nie równowartość jednej wielkiej jedno­

stki..."

3

Przypomnijmy, że Manstein, nie znajdując właściwej 

dla bitwy nad Bzurą skali wielkości w kampanii francuskiej, 

odwołał się do wielkich bitew okrążających w Rosji. Ale 

nawet w Rosji, zważywszy przy tym potencjał wojenny 

tego kraju, Niemcy nigdy nie osiągnęli przewagi tak bez­

względnej i inicjatywy tak jednoznacznej podczas radziec­

kich przeciwdziałań wychodzących z obrony, jak to było 

nad Bzurą. 

Manstein odwołując się do wielkich bitew stoczonych 

na obszarach Związku Radzieckiego mierzy je wielkością 

3

 J.  G o d l e w s k i , Bitwa nad Bzurą. Historyczne studium operacyjne, 

Warszawa 1973, s. 216. 

background image

210 

operacyjnego rozmachu, a więc zasięgiem zadań, znaczeniem 

celu i szybkością jego realizowania oraz czasem trwania. 

Posługuje się tu znanym w sztuce operacyjnej wzorem, 

według którego rozwiązuje się ze ścisłością prawie matema­

tyczną jedno z podstawowych równań każdej wojennej 

operacji. Ale właśnie dlatego, a zabrzmi to jak paradoks, 

popełnił on w swoim osądzie nieścisłości. Matematyczny 

wzór czy statyczny schemat nie mieszczą, niestety, impon-

derabiliów wojny, które niekiedy wywracają na opak wszelkie 

wzorcowe konstrukcje problemu. Myślę, że jest tak i w tym 

przypadku. 

Wielkie bitwy w Rosji, jak to Manstein formułuje, toczyły 

się na niezmierzonych obszarach wielkiego terytorialnie kraju. 

Znaczenia pozytywnego tego faktu dla strony broniącej się nie 

można przecenić. W przypadkach radzieckich kontrofensyw-

nych działań podejmowanych w okresie wielkiego odwrotu 

niezawodnym sprzymierzeńcem dowódców radzieckich była 

przestrzeń. Ona dawała czas na skorygowanie błędu, na 

koncentrację i manewr odwodami, a więc pozostawiała 

szeroki kontekst rozwiązań alternatywnych. I wreszcie ona, 

przestrzeń, dawała możność moralnego oddziaływania za­

plecza na postawę żołnierza Armii Czerwonej, który miał 

dokąd się cofać, nie mówiąc już o wielkości potencjału 

ludzkiego tego zaplecza, a zwłaszcza potencjału środków 

walki. A to znaczyło wiele, bo budowało wiarę, że nawet 

w chwilach największych niepowodzeń i zawodu nie wszyst­

ko jeszcze zostało stracone. 

Tego wszystkiego żołnierz walczący nad Bzurą nie miał. 

Kiedy w jednym z komunikatów informacyjnych wydanych 

zaraz po bitwie przez sztab 8 armii niemieckiej gen. Blaskowitz 

napisał, że bitwa nad Bzurą była jedną z największych 

wyniszczających bitew początkowego okresu drugiej wojny 

światowej, nie miał na to jeszcze zbyt wielu dowodów. Ale 

kiedy pisał swoją książkę Manstein, dysponował on już całą 

panoramą zmagań tej wojny. Dlaczego nie napisał, że: bitwa 

211 

nad Bzurą to ewenement sztuki operacyjnej w całej drugiej 

wojnie światowej, nie zdołam wyjaśnić. Wiem tylko, że 

drugim takim ewenementem odpowiadającym podobnym 

parametrom operacyjnym, choć o nieco większej skali, była 

kontrofensywa Wehrmachtu w grudniu 1944 roku w Ardenach. 

„...Generał Kutrzeba — napisze Marian Porwit — związał 

na zawsze swe nazwisko z bitwą nad Bzurą, zarówno dzięki 

początkowym powodzeniom, jak i dzięki wielkości bitwy, 

mimo ostatecznej klęski..."

4

Tradycje historycznej bitwy, to jej pierwsza wielkość. 

4

 Porwit, op. cit., s. 479. 

background image

SPIS ILUSTRACJI 

Plakat o mobilizacji, repr. z Wojna obronna Polski 1939, Warszawa 1979. 

Gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba, dowódca armii „Poznań", następnie grupy 

armii, repr. z Wojna obronna Polski. 

Gen. dyw. Władysław Bortnowski, dowódca armii „Pomorze", repr. 

z Wojna obronna Polski. 

Gen. bryg. Wacław Stachiewicz, szef Sztabu Głównego, repr. z Wojna 

obronna Polski. 

Gen. dyw. Juliusz Rómmel, dowódca armii „Łódź", następnie armii 

„Warszawa", repr. z Wojna obronna Polski. 

Bzura w rejonie Sobota-Walewice. Teren walk 17 pułku ułanów, 

repr. z Abraham, Wspomnienia wojenne znad Warty i Bzury, 

Warszawa 1969, 

Niemieckie czołgi na postoju w zajętej miejscowości, repr. z Wojna 

obronna Polski. 

Gen. bryg. Franciszek Alter, dowódca 25 dywizji piechoty, repr. 

z Głowacki, 17 Wielkopolska Dywizja Piechoty w kampanii 

1939,

 Lublin 1969. 

Płk dypl. Stanisław Dworzak, dowódca 69 pułku piechoty, repr. z G ł o -

w a c k i, op. cit. 

Mjr Antoni Chudzikiewicz, dowódca II batalionu 69 pułku piechoty, 

repr. z G ł o w a c k i, op. cit. 

Płk dypl. Mieczysław S. Mozdyniewicz, dowódca 17 dywizji piechoty, 

repr. z Głowacki, op. cit. 

Działo ppanc. 37 mm na stanowisku ogniowym, repr. z Wojna 

obronna Polski. 

Dowódca armii „Poznań" gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba (w samochodzie) 

w rozmowie z gen. bryg. Romanem Abrahamem (pierwszy z lewej), 

repr. z A b r a h a m, op. cit. 

Oddział kawalerii w marszu, repr. z Wojna obronna Polski. 

Działon artylerii w akcji bojowej, repr. z Wojna obronna Polski. 

background image

214 

Gen. bryg. Stanisław Grzmot-Skotnicki, dowódca grupy operacyjnej 

kawalerii, poległ 19 września nad Bzurą, repr. z Wojna obronna Polski. 

Kpt. Ludwik Głowacki, dowódca 6 baterii 17 pal, repr. z  G ł o w a c k i , 

op. cit. 

Oficerowie 3 baterii 7 dywizjonu artylerii konnej. Trzeci od lewej 

dowódca baterii, por. Józef Korczakowski, poległ pod Sochaczewem, 
repr. z A b r a h a m, op. cit. 

Płk Ignacy Kowalczewski, dowódca 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich, 

od 18 września dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, repr. 
z A b r a h a m, op. cit. 

Płk Stanisław Królicki, dowódca 7 pułku strzelców konnych, ciężko 

ranny 17 września zmarł w szpitalu w Modlinie, repr. z Wojna 
obronna Polski. 

St. wachm. Jan Sabik z 7 pułku strzelców konnych, repr. z Z.  S z a c h e r -

ski, Wierni przysiędze, Warszawa 1968. 

Gen. bryg. Franciszek Wład, dowódca 14 dywizji piechoty, poległ 19 

września nad Bzurą, repr. z Wojna obronna Polski. 

Pluton dział plot. 40 mm na stanowiskach ogniowych, repr. z Wojna 

obronna Polski. 

Gen. bryg. Mikołaj Bołtuć, poległ 22 września w Łomiankach, repr. 

z Wojna obronna Polski. 

Zamaskowane polskie samoloty myśliwskie na lotnisku polowym, repr. 

z Wojna obronna Polski. 

Rkm „Browning" na stanowisku ogniowym, repr. z Wojna obronna Polski. 

Pododdział kolarzy w czasie ćwiczeń, repr. z Wojna obronna Polski. 

Stanowisko ogniowe hitlerowców nad Bzurą, repr. z Wojna obronna 

Polski. 

Gen. bryg. Edmund Knoll-Kownacki, repr. z P.  B a u e r , B.  P o l a k , 

Armia Poznań w wojnie obronnej 1939,

 Poznań 1982. 

Walki na ulicach Sochaczewa, repr. z Wojna obronna Polski. 

Plut. Józef Kasprzak, szef szwadronu kolarzy 17 pułku ułanów, repr. 

z A b r a h a m, op. cit. 

Płk Edward Godlewski, dowódca 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich, repr. 

z A b r a h a m, op. cit. 

Gen. bryg. Walerian Czuma, dowódca obrony Warszawy, repr. z Wojna 

obronna Polski. 

Radzieccy i niemieccy oficerowie nad mapą Polski, repr. z T. J u r g a, 

Obrona Polski 1939 

Kombrig Wasyl Czujkow podczas towarzyskiego spotkania z przedstawicie­

lami dowództwa niemieckiego w Grodnie, repr. z  J u r g a , Obrona... 

Medal „Za Udział w Wojnie Obronnej 1939". 

SPIS TREŚCI 

Zamiast prologu 5 
Kulisy agresji 10 

Zanim padły strzały "22 
Wojna 38 
W wyścigu z armią Blaskowitza 52 

Wielka szansa 61 
Pełne powodzenie , 76 
Nie będzie ofensywy sprzymierzonych 111 

Bez szansy na zwycięstwo 119 
Nowa koncepcja bitwy 141 
W okrążeniu 151 

Najazd ze Wschodu 174 
W oblężonej Warszawie 188 
Posłowie 205 
Spis ilustracji 213