background image

  
SUPERGIGANT    Z    MOTYLEM 
 
NASZA KSIĘGARNIA   WARSZAWA 1989 
Okładkę i kartę tytułową projektował JAN NIKSIŃSKI 
 
Dłoń pełznie wśród resztek słomy i strzępów starych szmat. Pełznie miękko, chwilami 
zastyga w bezruchu, czekając. Palce stulają się lub rozcapierzają w zależności od tego, czy 
oddech tego drugiego jest rytmiczny, spokojny, czy też nastaje moment złowrogiej ciszy. 
Michał spod na wpół przymkniętych powiek przygląda się dłoni, o której wie jedno: że jest 
dłonią złodzieja. Nie spieszy się, nie denerwuje. Czeka spokojnie na odpowiedni moment. A 
ten musi nastąpić. Zawsze następuje. 
Małe, chwytliwe palce są straszliwie brudne. Już tylko kilka centymetrów dzieli je od szelek 
plecaka. Palce - macki. Już mają zamknąć się na zdobyczy, gdy nagle czyjś żelazny chwyt 
niby ognista obręcz zaciska się na nadgarstku. Skowyt bólu: 
-   O, żesz ty... 
Michał już jest na nogach. Zaskoczony złodziej, rozciągnięty na deskach, z wykręconym 
ramieniem, patrzy szeroko otwartymi oczyma. Ma najwyżej osiem, dziewięć lat, twardą, 
dawno nie mytą szczecinę nad wysokim czołem, brudną kurtkę ze zbyt dużego mężczyzny i 
nieprawdopodobnie długie rzęsy nad czarnymi oczyma, które teraz rzucają złe błyski. 
-  Wstawaj - mówi Michał rozluźniając chwyt. - Zawsze kradniesz? 
-  Zawsze - mruczy długorzęsy rozcierając bolący nadgarstek. - Ty co? Prokurator? 
Michał rozciąga usta w szerokim uś/niechu. 
-  Wiesz nawet, kto to jest prokurator? 
Mały wzrusza ramionami. Jest taki sam, jak oni wszyscy. Ci uciekinierzy. Brudny, głodny, 
rozdrażniony i pełen nieufności. 

* Puuu! - wyrywa się z jego warg. To ma, oczywiście, ozna-C2ać słowo „puść". 
~ Dobra - zgadza się Michał. - Ale nie zwiewaj jeszcze. Mo-Zesz mi się przydać. 
Mały znów wzrusza ramionami. Nie wygląda na takiego, który si? boi. Oni się wszyscy jakoś 
rozpoznają, ci na szlaku. Niezależnie od wieku, stanu posiadania i stopnia inteligencji. Nigdy 
nie Pytają, kto się skąd wziął. W ogóle mało pytają. Taki styl i niepisany kodeks. ~ Co to za 
mieścina? Mały z uporem wpatruje się w plecak. ~ Taka tam. Nieduża - mamroce. Widać, że 
jest mu zimno. Z niedalekiej stacji dolatuje gwizd lokomotywy. Przez rząd wa-9onów 
towarowych przebiega dreszcz. Ze stuknięciem powiadającym się regularnie ścierają się 
żelazne zderzaki. 
Wyskakują obaj. Z tą samą małpią zręcznością, z jaką poprzednio wspięli się, by powierzyć 
swój los na dobę, godzinę ciemnym 1 brudnym wnętrzom. Kluczą wśród szyn, pomiędzy 
stojącymi na bocznicy składami. 
Michał marzy tylko o jednym: o kubku czegoś gorącego. Tamten mały zapewne też. Ale 
każdy z nich liczy wyłącznie na siebie. ■ ° też jedno z niepisanych praw szlaku. 
Michał kątem oka śledzi dzieciaka, choć ten bardzo stara się z9ubić. Ma w tym niemałą 
wprawę. I doświadczenie starego wVgi. 
Stacja jak stacja. Wysypany miałkim żwirem peron, drewniany budynek, podparty słupami 
spadzisty daszek. Jakieś wózki, worki 1 kompletna cisza. 
Chłopiec widzi, jak mały daje susa pod szlaban zamykający boczne wejście na peron. Za 
peronem płot, długi i chropowaty, Pachnący smarem i jakąś dziwną wonią, znaną chyba z 
dzieciństwa. Przypomina zapach morskiego szlamu i uwikłanych w nim drobniutkich 
muszelek z niebieskawym nalotem. To one tak Pachniały. Kiedy? Sto albo tysiąc lat temu. W 
każdym razie bar-d2o dawno. 

background image

Mały ma zniszczone adidasy, które na wilgotnym podłożu zo- 

stawiają charakterystyczny ślad: dwie głębsze bruzdy i coś na kształt półksiężyca. Michał 
uśmiecha się pod nosem. Zapamięta ten ślad. Zawsze pamięta to, co może mu się przydać. 
Maj jest w tym roku wyjątkowo zimny i wilgotny. Dopiero niedawno, tak naprawdę, zniknęły 
szarawe łachy śniegu. Czasem się jeszcze spotyka je po północnej stronie lasu albo u brzegów 
zarośniętych zbrązowiałymi szuwarami rzek. Tu, na północy kraju, wiatry dłużej ziębią, 
deszcz bije lodowymi krupami, a niemrawe słońce zdaje się nie dostrzegać ani ludzi, ani 
krajobrazu. 
Krótka i wąska uliczka kończy się banalnym kwadratowym placykiem. Jak tysiąc jej 
podobnych. Placyk okalają liszajowate domy o małych oknach, zasnutych mgłą, firankami 
lub czymś, co z trudem przypomina jedno i drugie. 
Tu urywa -się ślad adidasów. Ale nie jest on już Michałowi potrzebny. Mały wraz z drugim 
jemu podobnym, tylko w wypłowiałej pilotce na głowie, siedzą skuleni na drewnianej skrzyni 
ze śladami zimowego napisu: „piasek". 
Michał bez słowa stawia plecak i przez chwilę przygląda się własnym dłoniom. 
-  Wydaje mi się, że cię o coś pytałem? - mruczy niezbyt głośno. - Co to za mieścina? 
-   Odczep się! - popiskuje ten w pilotce bębniąc piętami o deski. - Bo jak... 
Michał mruży oczy. Przez chwilę przypatruje się bladej twarzyczce dziewięciolatka, na której 
widać długą czerwoną ranę: od oka aż po podbródek. Pręga jest całkiem świeża, zaropiała i 
musi sprawiać ból. 
-   Nieźle oberwałeś... 
Ten w adidasach usiłuje bokiem spełznąć ze skrzyni. Ale jeden gest Michała zatrzymuje gó w 
pół drogi. 
-   Synkowie, nie mam zbyt wiele czasu - mówi wolno, przesuwając spojrzenie z jednej 
twarzy na drugą. - Nie interesuje mnie, co tu robicie. Wasza sprawa. Ale lubię, jak mi się 
grzecznie odpowiada na pytania. 
-   W porządku - stęka ten z długimi rzęsami jak u dziewczyny. -' Miasteczko nazywa się 
Łukowo, ma pięć tysięcy mieszkańców, 

aptekarza, gliniarzy i knajpę, gdzie można obrobić pijaczków. To chciałeś wiedzieć, koleś? 
Szare oczy ciskają błyskawice. Gdyby mógł, udusiłby Michała. Z zimną krwią. 
- Dzięki. - Michał sięga do plecaka, skąd wyciąga solidne pęto kiełbasy i podłużny razowiec z 
zanadto przypieczoną skórką, .Można by nawet powiedzieć: przypaloną. 
Oczy obu siedzących na skrzyni rozjarzają się wewnętrznym światłem. Tak błyszczy tylko 
jedno: głód. Teraz już żaden z nich nie zejdzie ze skrzyni. Przenigdy. W każdym bądź razie 
dobrowolnie. Michałowi chce się śmiać, kiedy dostrzega, jak obaj przełykają śiinę. Prawie jak 
na komendę. 
„Nie - myśli szczękając sprężynowcem - nie są braćmi. Ludzie ze szlaku. Może są na 
gigancie. Kto ich wie". 
Rozszerzone oczy śledzą każdy gest Michałowej dłoni. Powoli rumieniec wypływa na 
policzki. Już wiedzą: tych kromek jest więcej niż dla jednej osoby. Już czują na końcu języka 
smak chlebowego kwasu. Patrzą uważnie, jak pisklęta, którym rodzice znoszą pokarm. 
Gotowe połknąć go z kośćmi i piórami. Michał przedłuża chwilę oczekiwania. Dziś może 
sobje pozwolić na luksus nakarmienia tych szczeniaków. Kto wie, co będzie jutro? 
-  To dla was - mówi chłodno kładąc na brunatnych kromkach różowe plastry. - Wybaczcie, 
że nie mam serwetek. 
Obaj wybałuszają oczy. 
-  Ty co? Jakich serwetek? - popiskuje ten w uszatce. Ma dziwny głos: jakby mówił przez 
spękane szkło. To z powodu tej rany. 

background image

Michał macha niecierpliwie dłonią- Nieważne. Żują i połykają, jakby skrzynia, na której 
siedzą, właśnie zaczęła się palić. 
-   Wolniej! - ostrzega Michał. - Możecie dostać skrętu kiszek. O dziwo, zwalniają. Ale i tak 
posiłek się kończy. Obaj spoglądają z nadzieją na wyjątkowo wypchany plecak. 
-   Nic z tego - mówi Michał błyskając zębami. - Na razie dość. Teraz wasza kolej. 
-   My nic nie mamy! Słowo! - Długorzęsy wali się z głuchym łomotem w zapadłą pierś. 

-   Melinę... macie? 
Ten w pilotce marszczy nos.   • 
-' No... niby nie... 
Michał uśmiecha się, jest to uśmiech kata tuż przed ciosem topora. Tamten wyczuwa to 
bezbłędnie, mruga rzęsami, lecz słowa nie wydobywają się z zaciśniętych ust. 
Ten w adidasach kiwa głową. 
-  Jest taki młyn. Ale zimno. 
Istotnie, było zimno. Można rzec, cholernie zimno. Z czegoś, co kiedyś było dachem, 
skapywały. ogromne krople koloru kawy. Cała machina, niegdyś służąca do mielenia ziarna, 
zdewastowana i rozkradziona, robiła przygnębiające wrażenie. Michał obrzucił długim 
spojrzeniem spróchniałe deski, tupnął nogą w podłogę z zupełnie solidnych desek i 
oświadczył: 
-   Może być. 
-  To nasza melina! - Ten w uszatce z pręgą na twarzy był wyraźnie wściekły. 
Michał odwrócił się powoli. Wąskie oczy świeciły zimnym, jak u wilka, blaskiem. 
-  To już słyszałem. 
Zmyli się obaj. Szybko i bez słowa. 
Ociepliło się wyraźnie. Z południa powiało jakoś tak wiosennie. Michał szedł w rozpiętej 
kurtce poddając twarz promieniom słońca. „Byle do lata! Potem będzie lepiej!" 
Na placyku przed kościołem z czerwonej cegły trwał targ. Wozy, stare chabety ze 
zwieszonymi łbami; chłopi w kaszkietach, jakby je szyła ta sama ręka, baby, nie wiedzieć 
czemu, jednakowo grube i bezzębne, wszystko to mieszało się, przemieszczało, gadało, piło i 
klęło. ,    - 
Na stopniach kościoła przykucnięci żebracy. Jeden mały, z bielmem na oczach, wyciągał 
zabandażowaną rękę pojękując: 
-   Ludzieee, dajcie grosz ślepcowi! Ludziee! 
Litościwi rzucali do puszki po konserwie dziesiątki i dwudziestki, wzdychając czasem: 

-   Biedne dziecko. Taka niedola. 
Drugi też wyglądał jak sama żałość: ręka w gipsie i kikul sztucznej nogi wyciągnięty na całą 
długość. 
Michałowi drgnęły usta. Pochylił się nad ślepym i szepnął: 
-   Pracuj, koleś, pracuj! 
Prawdziwa rana na policzku nabiegła krwią. 
-   Zjeżdżaj, ty... ~ słowo, którym bluznął, nie należało do najelegantszych. 
„Więc tak zarabiają na życie! - uśmiechnął się w duchu Michał. - Ciekawe tylko, skąd wzięli 
te wszystkie teatralne akcesoria. Ślepota małego wyglądała naprawdę pierwsza klasa. Każdy 
się na nią nabierze". Usiadł na schodku koło czerwonej pocztowej skrzynki i zamyślił się. 
Plan realizował z żelazną konsekwencją. W każdym razie wszystko to, co sobie postanowił 
jeszcze miesiąc temu. Teraz należało zawiadomić Księgowego. Nic prostszego: telegram do 
Krakowa, dobrze znana ulica niedaleko Rynku Kleparskiego. To melina Księgowego. 
Dostarczą, nie ma obawy. Albo kartka. Wystarczy. Spokojnie wybrał w kiosku widokówkę z 
napisem: „Pozdrowienia z Wejherowa". Na obrazku białe grzywacze biły o morski brzeg. 

background image

Michałowi podobała się kartka. ! to miasteczko też^ A najważniejsze, że nie było 
Wejherowem. W końcu kartkę wysłał gdzie indziej. A do Księgowego te legram. Nie 
namyślał się długo nad tekstem. Był skrzyżowaniem podłej reklamy z szyfrem przemytników: 
„Pozdrowienia znad błękitnego morza. Łuków z diabelskim młynem. Możesz dobijać". Bez 
podpisu. To zbyteczne. Księgowy i tak będzie wiedział od kogo. I co ma robić. 
Michałowi chciało się spać. Długa podróż w niezbyt wygodnych wagonach towarowych. 
Krótkie momenty drzemki przerywane światłami stacyjek i głosami kolejarzy. Postanowił 
wrócić do młyna i jakoś tam się urządzić. Nie na długo przecież. Wyjął zza pazuchy 
płócienny woreczek uwieszony na mocnym sznurku wokół szyi. Z celofanowego opakowania 
wyjrzały banknoty. Dużo tego. Michał nigdy nie należał do rozrzutnych. Dobrze wiedział, ile 
się trzeba nagłówkować, zanim mieszek będzie pełny. A gdy się zapełniał, przeważnie trzeba 
było wiać. I to szybko. 
10 
Kupił cukier w małym sklepiku, mydło, kawał ciasta z owocami w pobliskiej piekarni, a 
potem spokojnie, metodycznie rozpoczął poszukiwania. Rozumował prawidłowo: Tylko w 
małych miasteczkach lub na wsiach można jeszcze znaleźć porządny cmentarz. A Michałowi 
był koniecznie potrzebny nie tyle sam cmentarz, co właściwy, czytelny nagrobek. Solidny, 
kamienny lub drewniany, z wyraźnym imieniem i nazwiskiem, a co najważniejsze - 
odpowiednią datą urodzenia. 
Michał wrócił na pustoszejący ryneczek. Uważnie przyjrzał się sklepom. Nic 
nadzwyczajnego. Kątem oka dostrzegł obu „żebraków", pracowicie przeliczających dzienny 
utarg. Przechodząc obok rzucił do puszki zielonkawy papierek. Całe pięćdziesiąt złotych. Obu 
malcom z wrażenia opadły szczęki. 
-  Ty co? -. wysapał ten z „bielmem", manipulując podejrzanie wokół drewnianego kikuta 
kolegi, przyczepionego do boleśnie podkurczonej, ale zdrowej nogi. 
-  Jeszcze trzy takie papierki, jeśli za pół godziny obaj będziecie na cmentarzu. Przy wejściu z 
lewej strony. 
-  W porządku - zgodził się ten w adidasach. Drugi miał stare buty, sznurowane. Ciężkie i 
toporne. - W dzień mogę i na cmentarz. Co mamy tam robić? Udawać duchy? 
-   Raczej szukać... ducha. Powiem później. Cześć, panowie żebracy! A wieczorem, w młynie, 
będzie ciasto z jabłkami. 
-   I piwo? - zainteresował się ten w pilotce. 
-   Alkohol szkodzi zdrowiu - powiedział poważnie Michał. -W każdym sklepie wisi taki 
napis. Czytać umiesz? 
Mały dotknął palcem rany na twarzy. Gdy rozciągał policzek w uśmiechu, bolało jak diabli.   ' 
-   Idiota! - wymruczał. 
-   Za pół godziny! - przypomniał Michał. - Cmentarz jest na górce. Za tymi żółtymi domami. 
Cześć! 
Cmentarz był stary, z grobami tu i ówdzie zapadłymi w kształt niecki. Szary mur, jak 
wszystkie cmentarne ogrodzenia, odcinał teren życia od śmierci. I tu, i tam kiwały gałęziami 
potężne pnie świerkowe, jakby mówiąc sobie nawzajem: „Każde z nas rośnie 
11 
dla kogoś innego. My pocieszamy duchy, wy zaś zielenicie się i owocujecie dla żywych. 
Każde z nas zna swoje miejsce i obowiązki". Czasem te zza muru skarżą się tym z cmentarza: 
„Nasi do was przychodzą, żywi wciąż odwiedzają swoich zmarłych. Nie słyszałyśmy, aby 
było odwrotnie!" Na to odpowiadały te zza szarego muru: „Tak trzeba. Nie byłoby dobrze, 
gdyby nasze duchy zakłócały spokój po tamtej stronie. Niech zostanie tak, jak jest od zarania 
dziejów". 
Michał ostrożnie otworzył skrzypiącą bramę. 0 tej porze nie było tu nikogo. Pośrodku alejki 
wznosił się granitowy anioł z wyciągniętą dłonią. Żywiczne łzy skapując ze świerkowych 

background image

gałęzi zastygły na szarym obliczu tworząc pionowe bruzdy starości czy zmęczenia. Za 
aniołem rósł krzak dzikiej róży, już opierzony na zielono, o splątanej siatce sztywnych i 
kłujących gałązek. 
Znów skrzypnęła brama. To obaj malcy. Już bez bielma na oczach, gipsu i sztucznej 
drewnianej nogi. 
-   Co teraz? 
-   Szukajcie grobów ludzi urodzonych w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim lub 
trzecim roku. 
-  A jak się nazywają? - Facet w pilotce trzymał się dłonią za policzek. 
-   Nieważne - odparł Michał, obiecując sobie, że zajmie się tą raną na policzku jak 
najprędzej. - Nieważne ani imię, ani nazwisko. Nieważne, kiedy umarł. Liczy się tylko data 
urodzenia. Aha -dorzucił - to ma być chłopak! 
„Dziś miałby ponad piętnaście lat. Tyle, co ja! - uśmiechnął się do własnych myśli. - Tyle, co 
ja!" 
Niestety. Mimo dokładnego przetrząśnięcia wszystkich marmurowych płyt i zwykłych, 
drewnianych krzyży okazało śię, że mkt z obywateli tego miasteczka urodzonych w 1972 
roku nie umarł i nie został tu pochowany. 
; To pech! - rzucił przez zęby Michał. - Koniecznie potrzebuję nowych metryk! 
A nasza forsa? - dopominał się facet w pilotce Michał pogrzebał w kieszeni kurtki. Odliczył 
trzy papierki i wcisnął je w brudne jak święta ziemia palce 
12 
-   Mógłbyś się czasem umyć, no nie? - wycedził z dezaprobatą. - Jak cię nazywają? 
Mały skrzywił się. Szrama zabolała. 
-   Nie twój zakichany interes! - wymruczał. 
Michał chwycił go za ramię. Lekko. Tylko tyle, by postraszyć. Mały przysiadł jak lalka na 
trocinowych nogach. 
-   0, żesz... 
-   Nie klnij - upomniał go Michał surowo. - Nie ma potrzeby. I odpowiadaj na zadane 
pytania. 
-  Jego nazywają Kiszka - szybko wypluł z siebie drugi, uważnie przyglądając się chwytowi, 
który zastosował Michał. -Znasz się na japońskich walkach? 
Michał nie odpowiedział. Puścił ramię chłopca. 
-  Jeden Kiszka, a drugi? 
-   Mrągwa - wysapał długorzęsy. 
-   Piwka nie postawisz? - Kiszka rozcierał zdrętwiałe ramię. 
-   Nie pijam - rzucił twardo Michał. - Zapamiętacie? 
-  Tak, tak! No, tak! - odparli na wyścigi. 
I zwinęli się tak szybko, że Michał usłyszał jedynie jękliwy zgrzyt źle naoliwionej bramy. 
Uśmiechnął się. Ze spraw do załatwienia została już tylko apteka: Trzeba koniecznie przemyć 
Kiszce tę paskudną ranę na twarzy. 
I zająć się tym, który ją spowodował. 
Spali jak zające pod miedzą, otuleni w koc, na kupie starych worków. Były względnie suche i 
czyste. Kiszka przewracał się pojękując z cicha. Widać bolała go przemyta rivanolem twarz. 
Michał budził się często, nasłuchując oddechu małego. „Trzeba z nim pójść do ośrodka, jutro. 
Trzeba". 
Kiedy się rano obudził, nie było chłopców ani reszty ciasta z jabłkami. Wymietli je do 
ostatniej okruszyny. Rzucił okiem na swój plecak. Stał tam, gdzie go postawił. Nienaruszony. 
„Honorowi złodziejaszkowie! - uśmiechnął się pod nosem. -Pójdę przyjrzeć się morzu - 
postanowił. - Powinno być takie, jak na wysłanej widokówce". 
Było prawie takie. Słońce, przedarłszy się przez ciemny zwał 

background image

13 
chmur, rzucało dziwne światło na pianę grzywaczy. Daleko, na redzie, stały statki. „Takim by 
w świat! - pomyślał, ale zaraz spochmurniał. Nigdzie nie pojedzie. Nigdzie się stąd nie ruszy. 
Co jednym wydaje się wspaniałe, dla drugiego jest głupotą, wręcz kretyństwem. - Niech sobie 
jedzie, gdzie chce! Niech sobie jedzie! Mogę w końcu bez niego żyć. I żyję. Jakoś". 
Gdynia wydała mu się pięknym miastem. Wielkim oddechem świata. Miała rozmach i 
swoisty styl. Ludzie też wydali mu się inni. A przecież poznał już parę dużych miast z 
Krakowem na czele. Od lutego minęły zaledwie cztery miesiące, a on czuł się już obywatelem 
całego kraju. Coraz rzadziej ściskało się serce/Coraz rzadziej nachodziły go wspomnienia 
rodzinnego miasteczka. Coraz łatwiej strząsał z siebie te wspomnienia. Może dlatego tak gnał 
z miejsca na miejsce? I wytyczał sobie coraz trudniejsze cele. 
Na pchlim targu kupił dwa swetry. Sprzedawał je jasnobrody Szwed. Michał specjalnie się nie 
targował. Miał pieniądze i widoki na zdobycie nowych. A Kiszka i Mrągwa marzli w starych 
łachach. Należały im się porządne swetry. Jeszcze jak należały. 
Do miasteczka wrócił głodny, ale zadowolony. W młynie trwała właśnie libacja. Obaj 
dziewięciolatkowie ze znawstwem popijali piwo, odstawiając opróżnione butelki pod ścianę. 
Oczy mieli maślane, twarze brudne, że tylko rzepę siać. 
Michała zaświerzbiała ręka. Z trudem opanował się, by im solidnie nie przylać. 
-   Napi... pyfka? ~ wymruczał Kiszka podsuwając Michałowi pod nos obtłuczony 
porcelanowy kubek, którego tu jeszcze wczoraj nie było. 
Chłopiec odepchnął dłoń czarną jak dusza jej właściciela. 
-   Pamięć masz dobrą! - warknął. - Tylko krótką! Kiedy rekwirował-pełne butelki, podnieśli 
raban. 
-   Się rządzisz! 
-   Szara gęś! Odda... ty! 
Michał jednak szybko ich uspokoił. Byli zbyt pijani, by móc rozrabiać. W pół godziny później 
chrapali jak stado słoni rozciągnięci na workach. Tym razem bez Michałowego koca. Tak 
uznał za wskazane i sprawiedliwe. 
14 
Następnego dnia, zziębnięci i skacowani, potulnie przyglądali się, jak Michał przygotowuje 
kromki chleba z masłem i rozlewa do plastikowych kubeczków parującą herbatę z termosu. 
-  Ty... - zaczął ugodowo Mrągwa - długo jesteś na trasie? Nawet termos masz, jak harcerz z 
obozowiska... 
Michał nie odezwał się. Dopiero, kiedy zjedli, wypili i przestali się trząść, wyrąbał twardo: 
-   Moi panowie! Już wam mówiłem, że nie obchodzi mnie, skąd zwialiście. To wasz 
problem. Ale żyjecie jak zwierzęta, jak prosiaki w chlewie, a to już problem nas wszystkich. 
Jasne? 
-   Nic a nic! - zezłościł się Kiszka. - Piwko jest dla ludzi, no nie? I piję, kiedy chcę. Za swoje! 
Michał przełknął ślinę. Starał się mówić wolno i dobitnie: 
-   Piwo jest, być może, dla ludzi. Ale czy ty jesteś człowiekiem? Spójrz na swoje ręce, twarz! 
Jesteś małym, brudnym, głupim szczeniakiem, któremu zachciało się wolności. 
Mrągwie twarz skurczyła się jak balonik, z którego uszło powietrze. 
-   Cholerny harcerzyk! - wrzasnął. - 'Co ty wiesz o świecie, paniczyku z termosikiem? 
-   Wiem - wycedził Michał. - Wiem dużo. A teraz zabieram Kiszkę do lekarza. Nie podoba 
mi się to, co ma na policzku. 
Byliby zwiali, gdyby nie szybki refleks M4chała. 
-   Słuchaj, człowieku - wycedził zimno. - Możesz sobie być małym żebrakiem, ale nie musisz 
być głupi! Do ośrodka pójdziesz jako mój brat. Masz jakiś dokument? No... cokolwiek? - 
pytanie to zadał bez nadziei na pozytywną odpowiedź. Wiedział, że ci mali uciekinierzy nigdy 
nic nie mają. 

background image

Kiszka stał z wykręconym boleśnie ramieniem. Zmarszczone czoło pod kępą dawno nie 
czesanych włosów świadczyło, że myśli. 
-   Dobra - powiedział z błyskiem w oku. - Pójdę. Puść. Michał roześmiał się głośno. 
-   Masz mnie za idiotę, koleś? Zwiejesz zaraz za rogiem pierwszej kamienicy. 
Kiszka obrzucił go uważnym spojrzeniem. 
15 
-   Dlaczego? - spytał krótko. Miało to oznaczać: „dlaczego, u Boga ojca, zajmujesz się mną? 
Czyżbyś nie miał ważniejszych spraw do załatwienia?" 
Michał uśmiechnął się kwaśno. 
-   Taki już jestem. Pójdziesz, powtarzam, jako mój brat. Zaraz znajdę dla ciebie jakiś 
przydatny papierek. - Odwrócił się do dłu-gorzęsego, który przestępował z nogi na nogę. - 
Mrągwa, on może dostać zakażenia. I umrzeć. Podaj mi plecak. 
Chłopak nie wiedział, co robić. Sam widok czerwonej, nabrzmiałej rany był przerażający. Ale 
czy naprawdę od tego się umiera? W końcu, rzuciwszy kumplowi spłoszone spojrzenie, 
sięgnął po plecak. 
Michał jedną ręką wyjął z bocznej kieszeni zawiniątko w plastikowej osłonie. 
-   Tu są metryki chrztu różnych ludzi - powiedział prawie wesoło - przydają się, żeby 
ocyganić gliniarzy. Szukają, na przykład, jakiegoś Kowalskiego, a ty im, jeśli ma się 
rozumieć nierozważnie wpadniesz, pokazujesz metrykę Stasiaka. I już jesteś dobry. 
Oczy Kiszki przypominały teraz średnich rozmiarów talerzyki deserowe. 
-   O rany! - wysapał. - Teraz wiem, po co wczoraj łaziliśmy po cmentarzu. Sprytne. 
-  Tak - zgodził się Michał. - Myślenie czasem się przydaje. I nauka czytania. Ile ty właściwie 
masz lat?   , 
Twarz Kiszki znowu stężała. Mrągwa rąbnął go silnie pod żebro. 
-   Mów. Przecież i tak o tobie nic.nie wie. 
-   Dzie... dziewięć. 
-  To będziesz dziś miał dziewięć i pół. I chwilowo nazywasz się Roman Chorąży, 
zapamiętasz? - Michał pomachał skrawkiem wąskiego, zadrukowanego papieru. 
-   Brzydko - stwierdził Kiszka uwalniając wreszcie ramię. Już nie miał zamiaru uciekać. 
-   Trudno. Ja też nazywam się raz tak, a raz inaczej. Takie jest życie na supergigancie, koleś. 
Idziemy się myć! 
Tego już było Kiszce za wiele. Jednym zgrabnym susem dopadł 
16 
schodów. Jego buciska dudniły po drewnianych szczeblach, aż huczał młyn. 
Michał uśmiechnął się szeroko. Ale jego oczy przypominały stalowe szparki.                       / 
- Macie być obaj za godzinę pod ośrodkiem zdrowia. To taki różowo tynkowany budynek za 
kościołem w lewo. I umyj mu, gdzieś pod pompą, twarz, szyję i ręce. Tu masz mydło! - rzucił 
w powietrze kostkę w kolorowym papierku. Sekundę czekał, czy spadnie na ziemię. Nie 
spadła. - Nie zaniedbaj tego, Mrągwa. Ja nigdy nie żartuję.      Ц 
Mrągwa powoli złaził ze schodów. Trzasnęły deski - pozostałość po dolnych drzwiach. 
Michał schował do kieszeni kurtki metrykę świętej pamięci Romana Chorążego, którego grób 
znalazł na Bronowickim cmentarzu. „Oddajesz przysługę potrzebującemu" - pomyślał 
chowając plecak. 
W korytarzu ośrodka kłębił się tłum matek z dziećmi. Były tak zaaferowane troskami, o 
których opowiadały sobie nawzajem, że nawet nie zwróciły uwagi na szczupłego, dobrze 
ubranego piętnastolatka, który grzecznie zapukał do drzwi pomieszczenia pielęgniarek. 
-   Przepraszam, czy siostra mogłaby nam pomóc? Mój brat... no, my jesteśmy tu przejazdem. 
Jedziemy do babci i... - zająknął się. - Chodzi o brata. Ma dziewięć lat i... - spojrzenie, które 
rzucił tęgiej kobiecie pod sześćdziesiątkę, było zniewalające. Nazywał je „spojrzeniem numer 

background image

osiem" i używał bardzo rzadko. - Ma ranę na policzku, Myśleliśmy, że to się zagoi samo. 
Może... pani, siostro? 
Przyjrzała mu się bardzo uważnie. Od stóp do głów. Widać niczego zarzucić nie mogła, bo 
łaskawie skinęła głową. 
-  Wprowadź go. 
Za drzwiami ośrodka stali obaj. Z wypucowanymi gębami, aż lśniło. 
Ciszka. Będę tam cały czas z tobą. Ty, Mrągwa, po- 
17 
Lekarz, z wianuszkiem siwych włosów wokół łysej czaszki, miał na oJ<o siedemdziesiątkę. 
Obejrzał uważnie czerwoną, nabrzmiałą pręgę na policzku małego i zastygł w bezruchu. 
-   Kto mu to zrobił? 
Kiszka szarpnął się, lecz na widok marsowej miny Michała przysiadł. Michał doskonale 
zdawał sobie sprawę, że żadne łgarstwa tu nie pomogą. Takiej rany nikt nie mógł sobie 
sprawić sam. No, nie mógł przewrócić się czy uderzyć o kamień. Lekarz wiedział o tym 
najlepiej. 
-  Taki jeden. Dorosły. - Kiszka siódmym zmysłem wyczuł, że trzeba mówić prawdę. No, 
może niecałą. - Rzemieniem. Z metalem na końcu. 
Michał przygryzł wargi. To, co usłyszał, rozwścieczyło go. W myślach sam wymierzał 
sprawiedliwość temu komuś. Za pomocą tego samego narzędzia tortur. 
Lekarz rzucił Michałowi spojrzenie, które nie wróżyło niczego dobrego. 
-   Wesoła rodzinka, co? 
Michał spuścił głowę. Żadne słowa nie miałyby sensu. 
Czyszczenie i dezynfekowanie rany trwało dość długo i sprawiało Kiszce ból. Pojękiwał, ale 
trzymał się dzielnie. Do końca. 
Kiedy wyszli z ośrodka, mały z dużym plastrem przytrzymującym opatrunek na chwilę 
przysiadł na murku. 
-   Oddychaj głęboko - poradził Michał. - To zaraz minie. Tak bywa po zastrzyku. 
Tego dnia nie poszli na żebry. Siedzieli w młynie pożerając wędzone ryby i spod oka 
spoglądając na podarowane im swetry. 
-   Dlaczego? - dziwił się Kiszka oblizując palce. 
-   Pewnie ma za dużo forsy -»stwierdził filozoficznie Mrągwa. - W ogóle to fajny gość. 
Dziwny, ale w porządku. 
Potem Kiszka nagle zasnął.'Z kawałkiem rybiej ości w ręku. Mrągwa cicho spłynął na dolną 
kondygnację. Siedząc na kamieniu, bezmyślnie przyglądał się zieleniejącym krzakom. Był 
syty, wyspany, toteż cały świat wydawał się bliski i przyjazny. Nawet nie zwiał, jak to miał w 
zwyczaju, na widok obcego. 
18 
-   Cześć - powiedział chudy piętnastolatek z wyraźnie zarysowaną grdyką. - To tu rezyduje 
Mściciel? 
-   Kto? - zdumiał się Mrągwa. - Nie znam. 
-   Szczupły, w kurtce dżinsowej na misiu. Oczy ma jak szparki. Plecak z granatowego 
ortalionu. 
-   No... a o co chodzi? - Mrągwa zastrzygł uszami. Nie wiedział, czy to przyjaciel, czy 
śmiertelny wróg. Na szlaku innych nie było. Albo tak, albo tak. 
Przybysz w mig zrozumiał, o co chodzi. 
-   Jestem jego najlepszym kumplem, 
-  Tu siadaj. - Mrągwa przesunął się na brzeg kamienia*. - Na' górę nie wpuszczę. Przyjdzie 
koleś, to zadecyduje. Jak mówiłeś, że jaką ma ksywę? 
-   Mściciel. - Nowo przybyły wyjął z plecaka torbę z drożdżówkami. - Zjesz? Na mnie 
mówią Księgowy. 

background image

-   Dlaczego? - Mały sięgnął do torby. Wziął dwie drożdżówki. - Ta druga dla kolegi - 
wyjaśnił, choć nie musiał. - Dlaczego Księgowy?    - 
-   Bo stale liczę forsę. I zgadza się cado złotówki! - roześmiał się przybyły. Miał ładne równe 
zęby, i to chyba było wszystko, co miał ładnego. 
-   Dlaczego tamten jest Mściciel? - mały wycierał palce w nogawkę spodni. 
-   Nie masz chustki? - skrzywił się nowo przybyły. Sam był czysty do przesady. Porządne 
adidasy, dżinsy w dobrym gatunku, zagraniczna, ocieplana kurtka z masą „bajerów" 
świadczyły o dobrobycie i o szacunku, z jakim właściciel odnosił się do swoich 
rzeczy. 
-   Człowieku - Mrągwa popukał się palcem w czoło - jak się jest na gigancie od prawie roku? 
Mam to prać? 
-   Ja piorę! - roześmiał się Księgowy. Jego szare oczy pozostały poważne. - Albo oddaję do 
pralni. I też jestem na gigancie. Od zawsze. 
Mrągwa przyjrzał mu się z szacunkiem. 
-  Wraca ten twój... Mściciel! 
Powitanie odbyło się bez czułości. Ale widać było, że cieszą 
19 

się na swój widok. Mocny uścisk ręki wyglądał niesłychanie po męsku. 
Pewnie mnie już nie pamiętasz? Numer butów trzydziesty dziewiąty! 
-   Jest sprawa do załatwienia. 
~ Trudna? - Księgowy lekko uniósł dość pokaźnych rozmiarów plecak. Miał duże, bardzo 
silne dłonie i rozwlekły sposób mówienia. 
-  Jeszcze nie wiem. Idziemy. Zostaw plecak, Mrągwa popilnuje. 
-   A niby dlaczego? - oburzył się mały. - Służącego sobie znalazłeś? 
Michał chwycił go za kołnierz. 
-   Nie. Nie traktuję cię jak służącego. Raczej jak przyjaciela. W porządku? 
Mrągwa z sykiem wypuścił nagromadzone w płucach powietrze. Nie odpowiedział. Po raz 
pierwszy w życiu nie umiał się odciąć. Zgroza. 
-   Powiesz, kto to? 
-   Nie. 
-   Słuchaj, czy to ktoś z rodziny? 
Rozmowa toczyła się ze zmiennym szczęściem w barze owocowym „Ananas" w Gdyni. Obok 
z szumem przepływał ruch uliczny, na świeżych liściach klonów skrzyły się krople niedawno 
spadłego deszczu. Było parno i duszno. 
-   Kiszka, ten człowiek musi ponieść karę. Mały obrzucił Michała sceptycznym wzrokiem. 
-   Na kogo ty się porywasz, koleś? Temu facetowi nikt nie da rady. Jak trzeba, to znajdzie 
taki papierek z takim podpisem, że ci oko zbieleje, a gliny w pas się będą kłaniać. Już to 
widziałem w swoim życiu. 
-   Nie zamierzam wcale zwierzać się glinom. Milicja ma' swoje sprawy, ja swoje. 
Kiszka prychnął w kieliszek z lodami cytrynowymi. ' 
-   Wyobrażasz sobie, że jesteś kim? No, kim? 
20 
-   Mścicielem, koleś. Takim, który załatwia podobne sprawy za pomocą pomyślunku i paru 
sztuczek. 
Kiszka włożył do ust łyżeczkę lodów. Oczy dziewięciolatka miały wyraz oczu stuletniego 
starca. Wiedział swoje. 
-   No i co? - spytał Księgowy, gdy już leżeli obaj w kącie drugiej kondygnacji młyna. 
-   Nic nie powiedział, choć nie sądzę, żeby się bał. Nie rozumiem, dlaczego... 

background image

-   Antoni Syta. Alkoholik. Właściciel karuzeli. Lat około pięćdziesięciu. Wynajmuje różnych 
uciekinierów do pracy przy obsłudze starej, zdezelowanej machiny. 
Michał poderwał się. W smudze szarości wpadającej przez przegniłe deski usiłował dojrzeć 
wesołe błyski w oczach przyjaciela. 
-   Nie wmówisz mi, że ci to powiedział! 
-   On nie. Ten drugi... jak mu tam... Mrągwa. Tak sobie gawo-rzyliśrny o tym i owym. 
-   Jasny gwint! - zaklął Michał. - A ja straciłem pół dnia i musiałem zjeść dwie porcje 
Lodów! Nie mówiąc już o tym, ile ich zjadł Kiszka! Widziałeś jego twarz? Ten facet uderzył 
go rzemieniem z metalową .końcówką. Na co zasłużył, bracie? 
-   Na śmierć! - uśmiechnął się w ciemnościach Księgowy. -Ale poważnie. Nie wymiga nam 
się. Trzeba tylko wszystko dobrze zaprogramować. 
-  Jak zawsze - spokojnie stwierdził Michał. 
-   Jak zawsze - powtórzył z mocą Księgowy i zasnął. „Kim ja jestem? - pomyślał Michał 
przymykając powieki. - 
Sędzią? Duchem Puszczy? Ostatnim sprawiedliwym czy bohaterem z Karola Maya. 
Wszystkimi po trochu!"- uśmiechnął się do własnych myśli. I też zasnął. 
-  Ten? - spytał Michał przekrzywiając głowę. Stali pod płotem ciągnącym się wzdłuż jakichś 
zabudowań portowych. 
-  Tak. To jego plakat. Rozłożył się z całym tym majdanem w 
21 
lasku. - Księgowy gryzł kiszony ogórek. Skórka przyjemnie trzaskała w zębach. Michał 
skrzywił się. 
-   Nie mogę tego słuchać. Jakbyś chrupał żywą żabę. Księgowy ostentacyjnie wyrzucił 
resztkę ogórka do kosza na 
śmieci. 
-   Życie z tobą nie jest łatwe. Ale ciekawe, nie da się ukryć! 
W Sopocie, na deptaku, dwóch jedenastolatków grało na fujarkach melodię najnowszego 
przeboju z Opola. Obaj byli niezwykle muzykalni, toteż wokół zgromadził się mały tłumek 
dzieci i dorosłych. Do czapki leżącej na chodniku padały z brzękiem monety. 
-   Panie i panowie, nie dla siebie zbieramy, ale dla Domów Dziecka. Co łaska, panie, 
panowie! Co łaska! 
-   To ktoś z naszych? - spytał Michał przystając. 
-   Tak - kiwnął głową Księgowy. - Obaj są listonoszami. Na widok Księgowego chłopcy 
przestali grać, nisko się skłonili 
słuchaczom i z czapką w garści przedarli się przez kordon publiczności. Na odgłos oklasków 
odwrócili się jak na komendę. 
-   Jutro znów koncert! Zapraszamy. 
-  Jak leci? - spytał Księgowy bez uśmiechu. 
-   Różnie. Jutro chcemy wybyć na południe. Macie jakieś polecenia? 
-   Możecie zaczekać... tak ze dwa dni? - spytał Michał. 
-   Kto to jest? - Jeden z muzykantów przyjrzał się Michałowi spod oka. 
Księgowy ukazał rząd pięknych zębów. 
-   Mściciel. Nie słyszeliście? 
-  Ten, co załatwił w Krakowie... 
Sza! - wymruczał Michał. - Zapomnijcie o sprawie i o tym, jak wyglądam. Muszę tu jednego 
faceta spisać na straty. Znęcał się nad dziewięciolatkiem. Potrzebuję pomocy. 
-   W porządku. 
-  Melinę mamy w miasteczku Łukowo. W starym młynie, ale... nie zapraszam. Już jest tam 
nas czterech. 
22 

background image

-   Jasne. Nigdy nie grupujemy się, aby nie podpaść. No nie, 
Łysy? 
Łysy, którego okrągła czaszka porośnięta była gęstą owczą wełną wyszczerzył małe, ostre jak 
u szczeniaka zęby. 
-   Pierwsza i naczelna zasada na szlaku. Kto jej nie stosuje, kończy w poprawczaku. 
Księgowy nie włączał się do rozmowy. Cały czas obserwował przewalający się ulicą tłum. 
Był spokojny, ale czujny. Na widok szarego munduru wydałby natychmiast cichy, 
ostrzegawczy gwizd. Jak świstak. Albo piesek preriowy. To druga zasada szlaku: oczy na 
łożyskach kulkowych. 
-   Idziemy! - mruknął, bo pogwarka wydała mu się już za długa. - Tu, w Sopocie, rozłożył się 
z karuzelą jeden drań. 
-   Którego trzeba załatwić? 
-  Tak. Kręćcie się koło karuzelr. Trzeba nam jak najwięcej informacji. Cześć! 
Rozstali się bez zbytnich ceregieli i podawania rąk. 
-   Skąd oni są? - spytał Michał bezmyślnie i zaraz się roześmiał. - Widzisz, cztery miesiące 
giganta, a ja jeszcze zadaję kretyńskie pytania. 
Księgowy klepnął go po ramieniu. 
-   Nie martw się..To minie. 
-   Czy oni są pewni? No... Łysy i ten drugi? Księgowy wzruszył ramionami. 
-   Nikt za nikogo głowy nie da. Ale pocztę rozwożą bezbłędnie. Nigdy nie nawalili. Co 
prawda, od czasu do czasu wpadają, bo... - zająknął się nagle. 
-  Wal, co masz na wątrobie - Michał wolał zhać nawet najgorszą prawdę. 
-  Ten drugi, blondyn, ksywa Lucuś, to syn gliniarza. 
-   Mi... milicjanta? - Oczy Michała przypominały dwa z jezior w Dolinie Pięciu Stawów 
Polskich. 
Księgowy rozpakował gumę do żucia o smaku malinowym. Drugą podał na dłoni Michałowi. 
-   Myślisz, że ich dziatki mają cudowne życie usłane różami? Tylko dlatego, że tatuś nosi 
stosowny mundurek i jest przedsta- 
23 
wicielem władzy ludowej? Nie bądź naiwny, bracie. Ten Lucuś zwiewa już Szósty raz, bo mu 
mamusia się puszcza. A on, biedak, ma uczulenie na gachów. 
^ Michał włoży} gumę do ust. „Cholerne życie - pomyślał. *-Człowiek nie wytropi 
wszystkich drani, bo mu czasu zabraknie!" 
Stali pod księgarnią. Był wyjątkowo upalny, od niedawna czerwcowy dzień i nic się nikomu 
nie chciało. 
Trzeba wysłać forsę - powiedział Księgowy. - Dawno już nie dostali ci 2 Radomia. 
-   Kim będzie nadawca? - uśmiechnął się Michał. Księgowy przesunął wzrokiem po tytułach 
książek rozłożonych 
w witrynie. Nagle głośno zachichotał. 
-  Zobaczysz! 
Na poczcie było wyjątkowo pusto. Księgowy wyjął swój słynny w branży notes i zaczął 
kartkować. Po chwili wypełniał przekaz równymi drukowanymi literami: „Pani Alina. Dom 
Dziecka nr 2. Radom. Kwota: pięć tysięcy złotych. Nadawca: Robinson Crusoe" 
Michał prychnął w kułak. „To cały Księgowy. Chłopak z fantazją. W końcu on to wymyślił. I 
on opodatkował dobrowolnych dawców ze szlaku". 
Karuzela, rozłożona na ogrodzonym linami piaszczystym placyku, pośród sosnowych 
zagajników, była machiną potężną i całkowicie zdezelowaną. Na okorsądząc, miała ze sto 
albo i więcej lat. Jej właściciel od dawna już zapomniał o istnieniu farb i pędzli. Z 
drewnianych koni płatami obłaziła farba. Dwa z nich w ogóle nie miały ogonów, trzem, w 
miejscu grzywy, przyczepiono motyle skrzydła. Bieda, żałość i trwoga. 

background image

Nikt na dobrą sprawę nie wie, dlaczego karuzela wciąż jest miejscem uciechy setek dzieci ze 
wsi, miast i miasteczek. Ta była o krok przed agonią. Jej właściciel siedział na stołku przed 
niziutkim, źle zamaskowanym wejściem do środka maszynerii i robił wrażenie nieboszczyka. 
Głowa opadła mu na piersi, ręce zwisały 
24 
I;ak u szmacianej lalki. Tylko dwie butelki: pusta i do połowy opróżniona, świadczyły, że 
człowiek ten żyje życiem poza świadomością. - Patrz uważnie - szepnął Michał do Kiszki 
bezpiecznie ukrytego w krzakach. - To twoja przyszłość, jeśli nie przestaniesz popijać piwka. 
-  Jak będę potrzebował twojej rady, przyślę ci pocztówkę -odgryzł się mały. - To on. 
-  W porządku. Teraz zmiataj. I Mrągwa też. Od dziś nie macie i nie mieliście nic z tym 
facetem wspólnego. 
Obaj malcy z żalem wycofali się. Cóż, na szlaku bywa, że decydują starsi i silniejsi. Wtedy 
trzeba się im podporządkować bez mrugnięcia okiem. Lub udać. 
Michał porzucił bezpieczne schronienie w gęstych jałowcach i obszedł teren karuzeli. 
-   Psss... - rozległo się syczenie, jakby spotkały się na ścieżce zdrowia cztery kobry. - 
Czekam i czekam! 
Michał zmrużył oczy. Znów wyglądał jak młody wilczek. 
-  Jakbyś miał ojca kolejarza, to też byś na niego zawsze czekał! - odpalił. 
Łysy stropił się. 
-  Jest tak: stary ma zezwolenie na tę karuzelę do końca roku. Ale jeden taki mówi, że kilka lat 
temu sam przerobił datę. No... na tym papierku z urzędu. 
-   Kto tak mówi? - Księgowy był dociekliwy. 
-   Stary jest wiecznie pijany, więc wynajmuje do obsługi tego gruchota różne małolaty. 
Głównie uciekinierów. Grozi, że doniesie na nich milicji... i tak dalej. Maszyneria jest na 
prąd, a instalacja wiecznie iskrzy, bo nikt jej nie konserwuje. Stary żałuje pieniędzy nawet na 
bułki dla małolata. Raz go nawet pobił deską z... gwoździami. 
Michał zmełł w ustach przekleństwo. 
-  To dlaczego z nim siedzą, ci mali durnowaci? 
~ Podkradają mu forsę z biletów. Facet na jednej karuzelowej turze zarobi więcej, niż małolat 
może zdobyć. Toteż siedzą tu, kradną i życzą mu wszystkiego najgorszego. 
25 
 
-  Dobra, Łysy. Spisałeś się. Gdzie jest ten małolat, co z nim tg raz pracuje?                                                                             
Щ 
-   Poszedł z Lucusiem na plażę. Ma prawo. Masz jakąś pocztf na południe?                                                                           
Щ 
Michał wyjął z kieszeni zapisaną kartkę z widokiem Wawelu 
-   Możesz wysłać z Krakowa? 
-   Jasne. To cześć. Wieczorem tu będziemy, zgodnie z umów A jutro spływamy z Wybrzeża. 
Jedzie taki towarowy z obrabia kami na Śląsk. Aha, Księgowy, tu masz dwa kawałki. Więcej 
n mamy. 
-   Nikt więcej nie żąda/Łysy. - Księgowy wyjął gruby notes wyraźnie wpisał otrzymaną 
kwotę. - Będzie jak znalazł na cu kierki dla małych w Bełchatowie.                                         
И 
Michał z przyjacielem wycofali się. Teraz trzeba było odnaleźcf małolata i dokładnie 
obmyśleć cały plan. A oni jeszcze "nie jedl obiadu. 
Na szlaku, gigancie czy „ciągu" nie jada się w restauracjach Chyba że dworcowych. I tyiko w 
bardzo dużych miastach, gdzią łatwo zgubić się w tłumie. Jak ognia unika się małych 
bufetów, pełnych zapijaczonych jegomościów, i knajp w małych miastecz kach, gdzie jeden 
drugiego poznaje po śmiechu. 

background image

Na szlaku jada się suchy prowiant. W miejscowościach wcza sowych lub nadmorskich rybę z 
gorącymi frytkami, na południu w górach kiełbaski z musztardą, placki i gofry. Niektórzy, jak 
Mi chał, podróżują z termosem. Inni uważają to za burżuazyjny prze żytek. Ale na ogół 
panuje tolerancja. Chyba że ktoś zaczyna bzi kować i przez to staje się dla innych 
niebezpieczny. Wtedy daje mu się kocówę albo parę razy w zęby. Plując siekaczami, zaraz 
wraca do normy. Niebezpieczni są narkomani, a raczej całe ich watahy. Tych omija się 
szerokim łukiem. To inny świat. Inna roz pacz, inne życie i śmierć. Ci z giganta śmierci nie 
lubią. Boją się jej. Ale, trzeba im to przyznać, mają dla kostuchy szacunek. 
ki Kiszki. Ostatnio stale się tak darł przy zmianie opatrunku, jwarz goiła mu się szybko, ale 
codzienne odrywanie plastra było «la małego torturą, gorszą od łamania kołem. 
Łomot, który rozległ się, oznaczał, że albo Kiszka zwiał albo 
peracja skończona i pacjent nie umarł. Wpadł, ziejąc wściekłoś- 
łią jak wawelski smok. - Cholera, już nie mam nerwów! - warczał przysiadając obok 
umpla. 
-   Głupstwo - wymruczał Mrągwa, zatapiając zęby w grubym klastrze kaszanki. - Możemy 
przecież w każdej chwili wynieść 
[ię stąd. Kiszka spojrzał na przyjaciela, jakby ten był duchem spotkanym 
■л/ samo południe. 
-  Zwariowałeś? Mamy zwiewać, kiedy coś zaczyna się dziać? ■Viusze zobaczyć na własne 
bielma, jak wykończą tego zgreda z 
fcaruzelil 
A twoja gęba? Dalej będziesz straszył wrzaskiem tutejsze 
J/vrony? 
Kiszka dotknął policzka i spochmurniał. 
-   Przecież on robi co może. Nie mam   specjalnie pretensji. |Strzelimy po piwku? 
Mrągwa skierował wzrok w górę. Ale żaden piorun nie trzasnął po tej herezji. Niebo było do 
połowy zaciągnięte kumulu-sami, przypominającymi do złudzenia wypiętrzone góry bitej 
śmietany. 
-  Wolę lody - wymruczał niezbyt głośno. Brwi Kiszki podjechały w górę. 
-   Cholera, ty się ich boisz? Koniec świata. Jak sobie chcesz, ja idę na piwo! 
Oddalali się wolnym krokiem pogwizdując melodię z „Elektronicznego mordercy". Film, 
dozwolony od lat piętnastu, obejrzeli spokojnie na wieczornym seansie w gdyńskim kinie. 
Mrągwa siedział na spróchniałej desce i wsuwał kawał kaszanki z razowcem. Z górnego 
podestu młyna dochodziły dzikie wrza- 
26 
I Muzyka nie jest przyjemna. Huczy. Zgrzyt obracającej się z trudem karuzeli musi być 
czymś zagłuszany. Na wyleniałych koniach, słoniach i pawiach, przypominających bardziej 
koguty z 
27 
kuledy 
wyrwanymi ogonami, kręcą się rozradowane dzieciaki, popis jąc i wymachując rękami do 
czekających poza linami rodziców opiekunów. Karuzela, wesołe miasteczko i cyrk 
przyciągają zajP 
wsze chmary dzieci i złodziejaszków.                                     I____ 
Michał tkwi w gondoli i bezmyślnie spogląda na migające дЯс ste zarośla. Na sąsiednim 
pawiu siedzi okrakiem Księgowy. Jegj długie   i  chude   nogi,   nienaturalnie  podkurczone,   
wyglądaj śmiesznie. Michał ma już dość tej jazdy. Ale cóż, trzeba wysie dzieć do końca. 
Uwagę chłopca przykuł właściciel pilnujący ka sy. Jest względnie trzeźwy, choć ręce mu się 
trzęsą jak stuletnie mu starcowi. Machina zazgrzytała, zwolniła, potem jakby dostał drgawek. 
I znów ruszyła. Właściciel z wściekłą miną z trudem złaM pał równowagę na śliskim 

background image

podeście. Jednym skokiem dopadł ul krytych w dekoracji niskich drzwiczek prowadzących do 
serc maszynerii. Po chwili z wnętrza wybiegł chudy chłopak w czer wonej koszuli trzymając 
się za twarz. Miał szeroko otwarte uste chociaż krzyku nie było słychać. Wiedeński walc 
grzmiał resztkaj mi decybeli. Karuzela łagodnie zwalniała obroty, by w końcu stanąć Michał z 
Księgowym patrzyli w ślad za plamą czerwieni, miga jącą pomiędzy karłowatymi sosenkami. 
-   Idziemy. Szli wolno rozglądając się na boki. Czerwona koszula siedział 
w kucki pod murkiem odrapanego baraku. Miał nisko pochylon głowę, ramionami wstrząsało 
łkanie. 
Księgowy przystopował. Michał spojrzał na niego zdziwiony. 
-   Nie teraz. Niech się sam pozbiera. Jeśli zwiał, musi bylj twardy. Inaczej zginie/ 
Michał przygryzł wargi. Targały nim mieszane uczucia. Jeszczej widać nie był człowiekiem 
szlaku, choć tak bardzo chciał. Zaled wie piąty miesiąc. Z grubsza znał prawa i pułapki. 
Zdążył wyrobi sobie zmysł, spostrzegawczy. Był silny fizycznie i psychicznie. I to właśnie 
najbardziej go dziwiło. To, że potrafił wymeldować z pa mięci swoje poprzednie wcielenie. 
Jakby zmienił skórę. Razem duszą? Wspomnienia stały się tylko podświetlonymi slajdam 
które rzuca się na ekran, wymieszane bez ładu i składu, zależn 
28 
7nie od woli. Już nie płakał ze trzy miesiące. Oczy zwęziły się, [osuszył je wiatr. Zmrużone 
szparki nauczyły się widzieć to, co za 
ecami. 
Małolat w czerwonej koszuli otarł twarz wierzchem dłoni. Minął spodziewał się czegoś 
najgorszego. Na szczęście, na policzku kwitł tylko odcisk solidnie przyłożonej męskiej dłoni. 
-   Posłuchaj - powiedział cicho. Małolat spłoszył się. Cały był zjeżony. Nawet szczecina, 
ledwie 
porastająca futbolową piłkę, która służyła mu za głowę, jakby sta-|ła na baczność. 
-   Przestań się trząść. - Księgowy wolno odwijał kolorowy papierek z gumy do żucia. - 
Jesteśmy z branży. Też w drodze. Od 
dawna. 
-  Jak cię zwą? - spytał Michał niby od niechcenia. Ale cały był sprężony na wypadek, gdyby 
trzeba było czerwoną koszulę rozpłaszczyć na ziemi. I to bez jej zgody. 
-   Fikus - wybełkotał małolat osłaniając policzek dłonią o paznokciach z czarnymi 
obwódkami. - Czego chcecie? 
-   Rozprawiamy się z twoim pryncypałem - odpowiedział uprzejmie Księgowy. 
-  Z kim? - Małolat nie był zbyt błyskotliwy. Wyglądał, z tą swoją nie tak dawno ogoloną 
głową, na zbiega nie tyle z Sing Sing, co z poprawczaka. 
-   Facet od karuzeli nam się naraził -wycedził Michał. - Ma na sumieniu parę spraw. Chcesz 
nam pomóc czy wolisz spływać? 
Chytre oczka Fikusa latały w tę i z powrotem. 
-   Co z tego będę miał? Michał z Księgowym wymienili spojrzenia. 
-   Nic, koleś. Zupełnie nic. Satysfakcję. 
-   Mam was gdzieś - powiedział z pogardą. - Razem z waszą satysfakcją! 
-  W porządku, Fikus - westchnął Michał. - Tylko zmień koszulę. Nie ma nic gorszego na 
gigancie niż czerwona koszula. Czujesz się jak byk na arenie: wystawiony na szpadę... 
każdego gliniarza. Świecisz z daleka! 
Małolat niegrzecznie splunął pod nogi. 
29 
-   Nie twój zakichany interes! - rzucił i odszedł kołyszącym są kaczym krokiem. 
Księgowy spojrzał na Michała. Ten machnął dłonią.   ■____ 
-" Radzę, spływaj z Trójmiasta! - krzyknął za nim. - Tu mo; 
być gorąco. Małolat odwrócił się. Długo spoglądał na dwójkę przyjaciół, 

background image

potem powiedział zupełnie po ludzku: 
-   Dzięki za ostrzeżenie. 
 
Zmierzch długo nie nadchodził. Słońce opadło już za linię mol rza. Na wodzie łagodnie 
kołysała się piana, niosąc strzępy wodcw rostów aż na brzeg. Przemyty piasek raz po raz 
łyskał białawyti okruchami muszelek i układał się w wymyślone przez fale pł^ szczyzny. Na 
pustej plaży nfe było śladu człowieka, tylko wrza| kiiwe mewy nurkujące w powietrzu. Od 
morza szedł zapach bu twiejącej roślinności i rybiej łuski. Za wydmami rósł karłowaty zi 
gajnik sosnowy. Małe, rachityczne drzewka ustroiły się w jasnej zielone kitki na końcach 
poskręcanych głązek.                  Щ 
Czwórka  siedziała  na  resztkach  desek z dawno  rozbityc] skrzyń. Sami wyglądali jak 
rozbitkowie na bezludnej wyspie Ro| binsona. Tylko że tamten nie grzmocił w pokera. A oni 
tak. I to wysokie stawki. 
-   I moja - mruknął Księgowy z satysfakcją. 
-   Cholera. 
-   I moja - powtórzył. Michał rozzłościł się. 
-   Ja mam dość! Nie jestem komputerem jak ty. Nie dysponuj elektronicznym mózgiem. 
-  Więc nie siadaj do gry - wycedził Łysy.                  I 
-   Fakt - Lucuś spojrzał na Michała z dezaprobatą. - Nie siał 
wymruczał sennie. - No, na 
- Tu przychody, tu rozchodu____________________________ 
Ls już czas. Ściemniło się. ■ Karuzela dalej kręciła się w takt walczyka. Oblężona przez dzie-
|aki wydawała się cząstką krajobrazu. Gwar głosów, światełka igające jak kolorowe gwiazdki, 
cała ta otoczka stwarzała at-osferę beztroski i radości. Gdyby tylko nie było tak smutno. 
Pomału schodziła noc. Ludzka rzeka odpłynęła. Sączyły się jej tatnie strumyki. Rozradowane 
oblicza maluchów, zmęczone Ikarze dorosłych. Ostatni walc rozsypał nutki. Karuzela 
zazgrzyta i stanęła. 
-  Teraz? - spytał Łysy ogryzając paznokieć kciuka. 
-   Nie - odszepnął Michał. - Za wcześnie. Ty i Lucuś zostajecie tu, w krzakach. Macie cały 
czas obserwować teren. Gdyby toś się zbliżał, zagwiżdżesz trzy razy. 
-   Nie umiem gwizdać. Michał wolno odwrócił głowę. 
-  Żaden z was nie umie? Lucuś wzruszył ramionami, ale w panujących ciemnościach i 
ik nikt tego nie zauważył. 
Mogę zagrać na fujarce „Lot kondora". Zawsze nam to ład-ie wychodziło. 
-   Niech będzie kondor. Ale oczy miejcie dookoła głowy! 
-   Spodziewasz się czegoś? - spytał milczący dotąd Księgowy. 
-   Nie wiem. Mam złe przeczucia. Ludzie mówią, że to szósty mysł. 
-   Ludzie plotą różne głupstwa - odezwał się Lucuś. Miał ład-ly, niski timbre głosu - a to 
przeważnie nadczynność tarczycy. 
daj nigdy do gry. To me jest rzecz, którą robisz najlepiej. A co d*ak mawja mój wujeR Je$t 
|ekarzem 
Księgowego... 
Ma teraz taką minę, jak człowiek, który za samo podanie ręk|ię sucho Ksiegowy To co go 
czekała nie na|eżało do jego ulu 
bierze trzy tysiące.  ^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^ Księgowy rozłożył karty. Spokojnie, 
beznamiętnie zgarnął pie| niądze i sięgnął po jeden ze swych notesów. 
30 
I co ty tu robisz między nami... zbrodniarzami! - roześmiał 
|>ionych działań. 
- Uwaga! Wychodzi! dzie do barakowozu. 

background image

szepnął Łysy łapiąc Michała za rękę. - 
31 
W*,_ _«,і_.і_____„,                  .              .i ■   '   • .i    -r i ■   ■ ■ В    „nwv  wbijając wzrok w 
ciemność. Nagle dwie fujarki za- 
tym samym momencie zgasły wszystkie światła. Także i kMsię9°wy' VVL"Jaj4                 .                         
•    ■ ,. 
^ zrniały wyjątkowo fałszywie. Tak fałszywie, jakby grający mieli 
. w rękach po raz pierwszy w życiu. I umilkły tak nagle, jakby 
lorowe żarówki rozwieszone festonami nad kopułą karuzeli nagła i niespodziewana czerń, 
pochłaniająca" w jednej sekund; wszystko i wszystkich, speszyła Michała. 
-  Tylko spokój! - mruknął chyba sam do siebie. - Niech wzrok przyzwyczai. 
Trwali w milczeniu. W pewnej chwili coś gdzieś trzasnęło. 
-   Wszedł czy wyszedł? - zdenerwował się Łysy. - Nic nie dać. Ma któryś z was latarkę? 
-   Idiota! - zgrzytnął Michał. - Może mu jeszcze poślesz przJ lokaja wizytówkę z własnym 
adresem.      Щ 
-   Nie mogę - stropił się Łysy. - Zapomniałem nie tylko adr^ su, ale i swojego nazwiska. 
To rozładowało napięcie. 
W barakowozie rozbłysło światło.           I_________________ 
-   Małolat mówił, że zaraz rozpocznie libację. I będzie pił, dej póki alkohol nie zwali go z 
nóg. Moglibyście zaczekać i wtedy] 
Michał żachnął się.                                    Щ 
-   Ma być trzeźwy, kiedy będę do niego mówił. Musi wszysttó bardzo dokładnie zrozumieć. I 
to raz na zawsze. Po to tu jesterj 
-  Właściwie... do czego chcecie go zmusić? Przecież to tyj spod ciemnej gwiazdy. Żadne 
perswazje nie pomogą. Groch ścianę! 
-  Wiemy - odparł Księgowy sucho. - Dlatego musi ponieś karę. I należą nam się od niego 
pieniądze. Za lekarstwa dla Kiszk opiekę, i tak dalej. Drań umie tylko walić na oślep deską 
albo rz« mieniem. To go może zdrowo kosztować. Idziemy, Mścicieli Czas!                                                                                   
________ 
Łysy chciał jeszcze coś powiedzieć, ale umilkł. Determinacji brzmiąca w głosie Księgowego 
nie pozwalała na żadną dalszi dyskusję.    • 
I o czym tu w końcu dyskutować? 
Zbliżali się wolno do barakowozu. Na wszelki wypadek 01 strony lasku. I to, 
prawdopodobnie, uratowało ich od najgorszef go. Michał szedł pierwszy, miękkim, 
sprężystym krokiem. Za nirj 
ef orkiestry zaczął strzelać z łuku. 
Michał wrósł w ziemię. Za nim przystopował Księgowy. Byli o 
lięć, może o siedem metrów od barakowozu. Osłonięci ciemnoś- 
ją i sznurem, na którym wisiało pranie. Jakieś mokre łachy trze- 
yMotały na wietrze. Obaj chłopcy odetchnęli głęboko. Rzadko się 
darzą, by pranie komuś uratowało życie. A jednak. 
Odgłos kroków nie był głośny. Tamci, kimkolwiek byli, też nie 
achowywali się jak słonie w składzie porcelany. Cztery cierne 
lamajaczyły na tle jasno oświetlonego okna. Księgowy dotknął 
płonią Michała. Ten nachylił się. 
-   Nie ruszamy się. 
Dwa cienie, z czterech, zostały na zewnątrz, po obu stronach ąskich schodków. Dwa ładowały 
się do środka. Dalej wszystko 
(otoczyło się jak w gangsterskim filmie, Jednakże człowiek zewnątrz barakowozu nie był 
jeszcze całkiem pijany. Lub spo-ziewał się nieproszonych gości. Zanim czyjakolwiek noga 

background image

sta-ęła w progu, zza firanki wypadło na ziemię, w gęste kłujące rzaczki jałowca, coś jakby 
puszka lub bańka. Michał pochylił się Jo przodu, chcąc skoczyć, ale pohamował się w 
ostatniej sekun-Jzie. Z wnętrza dobiegł bardzo wyraźny, choć schrypnięty głos: 
-   Gdzie towar? Oddaj po dobroci! Drugi głos, piskliwy, bronił się niezdarnie: 
-  Ja nie... zabrałi, sprzedali... 
Na jasnym tle firanki, jak w teatrze cieni, uniósł się w górę czarny kształt. Towarzyszył temu 
ostry, dziki wrzask: 
-   Nie! Nie! Oszalałeś? Co wy... Padł drugi cios. Głos umilkł. Ale nie nastała cisza. 
Wewnątrz 
ozgorzał tajfun. Drugi osobnik przewracał wszystko do góry nocami, wyraźnie czegoś 
szukając. 
Michał i Księgowy stali trzęsący się i spoceni. Ale żaden nie zamierzał się wycofać. Żaden 
nie pozwolił sobie na najmniejszy uch. Sytuacja była wyjątkowo niebezpieczna, gdyż ludzie 
grasu-a.cy wewnątrz zdolni byli prawdopodobnie do wszystkiego. 
32 
2 -Su 
pergigant.. 
33 

zrfsi 
Coś załomotało o podłogę barakowozu, coś przeleciało rozłJ ając się z hukiem o schodki. 
Jeden z dwóch cieni stojących { zewnątrz głośno zaprotestował: 
-   Do cholery! Rozwalisz mi łeb! 
-  Nie wrzeszcz - odparł ten z wewnątrz z charakterystyc chrypką. - Trzeba spalić tę budę.                          
Щ 
Nad schodkami zabłysła mocna żarówka. Michał przywa1 okiem do otworu pomiędzy 
dwoma rękawami mokrej koszuli w] szącej na sznurze. 
W drzwiach, lekko oparty o framugę, z twarzą jasno oświetlori stał... archanioł Gabriel. W 
każdym razie tak wyglądał na słynnyJ obrazie Botticellego „Zwiastowanie". Był to chłopak 
najwyżj dwudziestodwuletni o pięknych rysach florentczyka. Tylko t< straszny głos, choć 
najwyraźniej rodem znad Wisły. 
-  Wiedziałem, że w końcu zacznie na własną rękę. Przejrm wał towar od Turka... już nie 
będzie! Rzuć ten połamany stołi pod tę budę i polej wódką! 
-   Szkoda wódki - warknął jeden z cieni, lecz umilkł trzepnię w ucho. 
-   Rób, co każą! - mruknął drugi, stojący nieco w cieniu. Je< twarzy nie było widać. Tylko 
wyjątkowo długie ręce w przykro kich rękawach swetra czy marynarki. - Podpalaj! 
Oba cienie przykucnęły w krzakach. Przez moment Michał s dził, że znajdą wyrzuconą tam 
puszkę. Ale widać niczego nie uważyli, zajęci gromadzeniem drzazg. Za chwilę buchnął 
wysok; jasny płomień. Dwa cienie odskoczyły na bezpieczną o< Brzęknęła odrzucona pusta 
butelka. Zadudniły buty po kach.   Uciekali  ci z wewnątrz  i  ci z zewnątrz.  Cała czter 
osobowa banda. 
Księgowy ruszył, zanim jeszcze dostatecznie ucichły kro biegnących. 
-  Woda! Gdzie tu woda?! - szeptał Michał to przyskakując, odskakując od sypiących się 
iskier. 
-   Nie wodą, tylko szmatami! - powiedział spokojnym głoserj Księgowy. Wbiegł po 
schodkach do barakowozu i za chwilę rzii cił stamtąd kłąb koców i stos zmiętej pościeli. 
34 
Ogień przygasł momentalnie. Wyskakujące jeszcze tu i ówdzie omienie gasili depcząc po 
pogorzelisku butami. Z tlących się loców snuł się gryzący dym. 

background image

-  Trzeba zajrzeć do tego pijaka! Facet może się udusić! -ięgowy ponownie pokonał schodki. 
Nie było go może minutę, 
loże pół. 
-   No, co z nim? - wykrztusił Michał nałykawszy się dymu. 
ozgarniał patykiem tlące się szmaty. Księgowy wycofywał się tyłem. 
-   Nie wchodź tam. On nie żyje. Michał w pierwszej chwili nie zrozumiał. 
-  Co ty gadasz? Ogień nie liznął nawet okna... 
-  Zabili go. Tamci - szeptał Księgowy, machinalnie ocierając Jpoconą twarz. 
Michał nie wierzył. Ostrożnie wszedł po schodkach. Barkiem opchnął drzwi. W myślach 
kłębiły mu się opowieści Sherlocka Bolmesa. „Przede wszystkim nie zostawiać żadnych 
odcisków alców. Niczego nie dotykać". 
Nie dotykał. W świetle niczym nie osłoniętej żarówki wnętrze 
arakowozu robiło okropne wrażenie. Poprzewracane sprzęty, ja- 
ieś papiery walające się po podłodze, fruwające pierze, potłu- 
zone butelki. Właściciel karuzeli leżał, skurczony, między krzes- 
m a wersalką. Miał nienormalnie skrzywioną szyję, rozbity łuk 
z^rwiowy i szeroko otwarte oczy, w których odbijało się światło. 
I był martwy. Co do tego nie było dwóch zdań. Michał bardzo 
ie się wycofał. Teraz dopiero pojął, w jak straszliwie nie- 
aferę mógł się wplątać. „Pożar ugaszony - myślał, 
erwowo pocierając ręce - ale milicjanci jutro odkryją trupa. Czy , 
ie zostawiliśmy śladów?" 
Już na zewnątrz podzielił się swoją obawą z przyjacielem. " My nie. Ale tamci na pewno. 
Dotykali wszystkiego. Ten kij, Mtórym rozgarnialiśmy ognisko, trzeba ze sobą zabrać. 
Michał, prniatamy. 
Dotarli do skraju lasku, skąd przyszli. Michał zatrzymał się sły-»ząc jakiś podejrzany szelest. 
Podkradali się jak Indianie. Hałasy рУ'У со najmniej dziwne. 

)dległoś»strożn schocłezP'eczną 
35 
 
-   Ту - usłyszeli nagle głos Kiszki. - Chyba ktoś im dał po H 
-   Żyją! - odparł Mrągwa. - Żyją, bo jęczą. Michał trącił Księgowego. 
-  Zapalamy latarki. Obaj naraz! W smudze ostrego światła zabłysły, jak u wilków, oczy dw 
przerażonych malców. Na ziemi leżeli, stękając, Lucuś i Łysy. I chał zaklął brzydko. 
-   Co jest, do cholery? Co tu robicie? Kiszka wypuścił powietrze z płuc. 
-  To wy! Całe szczęście. Ktoś ich napadł, ale żyją! Michał pochylił się nad leżącymi. Byli 
ogłuszeni. 
-  To cienie tych gangsterów. Goryle. Wiem nawet, kiedy się stało. 
-  Tak. Wtedy gdy chcieli nas ostrzec głosem z fujarek - z dził się Księgowy. - Hej, Mrągwa! - 
zawołał małego, który s dział nie wiedzieć dlaczego w kucki, obejmując dłońmi włas 
i odszukaj ich instrumenty... no, fujarki. Rusz się! 
Michał nadsłuchiwał, czy nie'wyją gdzieś milicyjne radiowo  j\am wrażenie, że karuzelarz 
trudnił się przemytem 
W dalekim i nikłym świetle sączącym się z barakowozu widać t 
Idziemy do barakowozu. Wiemy, gdzie jest woda. Skąd ją ał do mycia i prania. Wiemy też, 
gdzie ma garnki. Michał istotnie oprzytomniał. Zręcznie podstawił Kiszce nogę. _ Nigdzie nie 
pójdziecie! Mrągwa stanął w obronie kumpla. 
-   Bo co? 
-   Bo w barakowozie jest trup. Kiszka prychnął w kułak. 

background image

-  Ty co? Żarty sobie stroisz? Michał trzymał go mocno. 
-  Ze śmierci się nie żartuje. To prawda. Twój oprawca nie żyje. kle to nie myśmy go 
wykończyli. Tylko facet o twarzy archanioła 
abriela. 
-  Jezu, bredzi! - wysapał Mrągwa trzepocząc, długimi rzęsa - 
ni. 
- Nie - włączył się Księgowy, klepiąc teraz Łysego - on nie 
głowę. - Nie siedź jak świątek frasobliwy z kapliczki! Weź latai  )redzi. To prawda. Zanim 
dotarliśmy do barakowozu, byli juz tam 
>rzed nami inni. Czterech gangsterów. Chcieli jakiegoś towaru. 
- Narkotyki - westchnął Kiszka. - Był skrzynką kontaktową. 
ło tylko sznur z wiszącym na nim praniem i cieniutkie, znikajć  Csywa: „Stryj". Ten, co go 
zabił, dobrze zrobił... smugi dymu z pogorzeliska.                                                                _ 
Kiszka! - syknął Michał. - Nie gadaj głupstw. Ale... to bar- 
- Trzeba ich ocucić - powiedział Kiszka. - Wodą. Kopnę    jzo prawdopodobne, że handlował 
narkotykami. Widać był wi-po nią. Mrągwa ze mną.                                                                1 
lien Archaniołowi niezły szmal! 
Michał spojrzał na nich z przyganą. 
- O tej porze powinniście, zmówiwszy paciorek, spać, synkt riówię, bo nieraz widziałem... 
szczególnie jeden. Taki podobny 
wie! 
Kiszka popukał się palcem w czoło. 
-   Głupiejesz, koleś, na widok tych tu, stukniętych. Chcieliśn zobaczyć, jak poradzicie sobie z 
Sytą. 
-   Kto to jest Syta? - spytał Michał zupełnie bezmyślnie Księgowy mocno klepał Lucusia po 
policzku. 
-  Właściciel karuzeli. Oprzytomnij, chłopie! No, Lucuś, ock się. 
Lucuś poruszył ustami. 
-   Pić. 
- Ci, co się kręcili, to cholernie niebezpieczni faceci. Wiem, co 
36 
io Włocha. Syta kupował dla nich towar od Turka. Rozliczali się /v alkoholu albo w szmalu. 
W zielonych też. Dalej już towar po Wybrzeżu rozprowadzają różne mniejsze i większe 
żuliki. 
-  Jasne - odezwał się Księgowy sadzając Łysego, który leciał тій przez ręce. - Taka karuzela 
przyciąga nie tylko zwolenników «>ni i słoni. Cpunów też. Pełno ich tu. Zapłacą za dawkę 
każdą ^enę. A nie mają, to ukradną. No, Łysy, żyjesz? 
-  Aha - wymruczał zapytany. - Tylko mi we łbie huczy. Michał od dłuższego czasu milczał. 
-  Ja tam muszę wrócić - powiedział nagle. - Zostało niepo- 
37 
trzebnie światło. Widać je na pół kilometra. Siedźcie tu i nie szajcie się. Lucuś chyba też 
przychodzi do siebie. 
Istotnie. Chłopiec poruszył głową, jęknął i otworzył oczy. 
-   Gdzie ja... 
-   Z nami, Lucuś. Wszystko w porządku. Dostałeś w łeb. Michał cicho poruszał się wśród 
rzadkich sosenek. Gdzieś ni 
daleko zakwilił nocny ptak. Chłopiec oddychał głęboko, wciąg jąc w płuca ostre powietrze 
pachnące morzem i żywicą. Podpe pod barakowóz od strony kępy jałowca. W świetle latarki 
di strzegł jedynie strzępy spalonych koców, jakieś szmaty śmierdz1 ce dymem i poczuł nikły 
zapach spirytusu. „Przecież pamiętai że coś wyleciało z tej strony. Z okna. Facet usłyszał 

background image

napastników zanim wyważyli drzwi. W ostatniej chwili wyrzucił z okna ja pojemnik. Tamci 
tego nie usłyszeli, bo to spadło w miękkie gałą ki. Musi tu być!" 
I była. Puszka. Duża, metalowa, po ogórkach. Szczelnie z mknięta plastikową przykrywką.  
Michał wziął ją pod pach wspiął się na schodki i zgasił zewnętrzną żarówkę. Potem odpe w 
drugą stronę. „Jest lekka jak piórko. Ta puszka. Zajrzę, bo może być coś, czego Kiszka i 
Mrągwa nie powinni widzieć". 
Zdjął plastikową pokrywę. W świetle latarki, którą osłaniał dł nią, zobaczył mnóstwo małych 
paczuszek z bibułki pełnych sc czy miałkiego cukru. Wyglądały zupełnie jak herbata 
ekspresów Tylko nie miały sznureczków. „Narkotyki! - pomyślał. - Trze je natychmiast 
zniszczyć, żeby nikomu nie wpadły w łapy. To je prawdopodobnie warte straszne pieniądze". 
Wygrzebał dołek piasku. Metodycznie przedzierał opakowanie za opakowanie* Do piasku 
sypał się proszek wartości setek tysięcy. Ale Michał tym nie myślał. Albo nie chciał myśleć. 
Ostatnie dwie paczusz wsadził do tylnej kieszeni spodni. Sam nie wiedział, dlaczego \ zrobił. 
Kiedy już się uporał ze wszystkim, uważnie zasypał dj piaskiem i dokładnie udeptał. Zajrzał 
do puszki. Na dnie, ściąd nięte gumką, leżały dwa spore zwitki. W jednym były tysiączłd 
karuzelarza? Może puszka leżała w barakowozie jak w skrzyń-f kontaktowej zupełnie innej 
bandy? W takim razie skąd o tym iedział archanioł Gabriel?" Ostrożnie  wracał  na   miejsce,   
gdzie  zostawił   Księgowego 
resztę. 
To ja _ wymruczał przysiadając w kucki. - Co z nimi? 
-   Przychodzą do siebie. Ale jeszcze im się kręci We łbach. A co 
ciebie? 
Michał uśmiechnął się w ciemnościach. To „co u ciebie?" roz-awiło go serdecznie. 
-  Jest tak, jak myślałem. Facet wyrzucił przez okno puszkę... 
-  Widziałem to tak samo dobrze, jak ty - mruknął flegmatycz-ie Księgowy. - Domyśliłem się, 
że poszedłeś tego szukać. 
-  A ty byś nie polazł? - spytał Michał. 
-  Oczywiście. 
-   Nie jesteś ciekaw, co znalazłem? - Michał był niepocieszo-y. Tak bardzo lubił być 
nadzwyczajny. 
-   Przecież sam powiesz. 
-   Forsę. Dużo. Niewiem, ile tego jest. Księgowy błysnął latarką. Michał podał mu oba 
zwitki. 
-   Połowę zostawisz sobie - powiedział Księgowy miękko. -lie wiadomo, jak długo będziesz 
tu jeszcze chciał pobyć. 
Michał nie odezwał się. Zaszeleściły gałęzie. 
-  Już stoją - zaraportował Kiszka. - No, oni. Stoją na no-Jach. 
-  Wracamy do młyna! - zerwał się Michał. - Jeszcze godzina zacznie świtać. 
Michał z Księgowym siedzieli na kamieniu pod młynem nie myśląc o śnie. Jakoś im się 
odechciało. Czerwiec przypominał już ііесо miesiąc, którym powinien być. Na granatowym 
niebie Iśni-/ punkciki gwiazd. Zbliżało się zrównanie dnia z nocą. W krza-lach jaśminu, 
obrastających północną stronę młyna, raz po raz 
tówki, w drugim banknoty pięciotysięczne. Michałowi zabłysł rfysk^V robaczki 
świętojańskie. Było cicho i ciepło 
oczy. „To jest zdobycz! Pewnie dlatego wyrzucił puszkę. Ni< chciał stracić takiego dobra. A 
może zawartość nie była własnoa 
38 
Zastanawiam się, dlaczego oni tylko ogłuszyli Lucusia i Ły-e9o? A starego wysłali bez 
żenady na tamten świat! 
39 

background image

Michał zapatrzył się w siatkę cieni stworzonych przez zi światło księżyca. 
-   Bo nasi szanowni listonosze nie widzieli napastników -parł wolno. - Nie zdążyli ich 
zobaczyć. Lub po prostu było n za ciemno. Zaszli ich od tyłu. Dlatego ich fujarki zabrzmiały 
końcówka hejnału z wieży Mariackiej. Po co Archanioł miałby likwidować? Co innego Syte. 
A swoją drogą tu, w Trójmieś robi się nieco zbyt bandycko jak na mój gust. Gliny zamiast 
słać ich za kratki gonią za uciekinierami! No, czy to wszystko jakiś sens? 
-   Myślisz, że to tylko na Wybrzeżu? Wszędzie, jeśli chód naprawdę wielkie pieniądze. 
-   Nie przesadzasz aby? - Michał ziewnął szeroko. 
-   Nie. Na szmalu się znam. Wyjątkowo dobrze. Z tych zdo czy „puszkowych" chcę część 
podesłać Dziadkowi do Wroc wia. A może sam do niego pojadę... 
-   Nie zabrałbyś tam tych naszych dwóch żebraków od si miu boleści? 
~  Myślisz o Kiszce? 
-   Tak. Podoba mi się jego wspaniale niezależna dusza. Księgowy oparł się wygodnie o 
resztki młyńskiego koła. 
-   Wątpię, czy zechcą tam pojechać. Słyszałem, że wybier się na Targ Dominikański i jeszcze 
jakieś odpusty. 
-   Odpusty? - zdziwił się Michał i zaraz roześmiał. - No t Zrobią niezły cyrk udając ślepców 
bez rąk i nóg. Szczegół podczas świąt religijnych ludzie stają się nagle ogromnie hoj 
zauważyłeś? Aha. Kupiłem im swetry. Noszą je, kiedy jest zim pod swymi łachmanami. Żeby 
nie podpadać. Co to za żebrak angielskim szetlandzie, no nie? Nię chcą mi powiedzieć, sk 
zdobyli te teatralne akcesoria: bielmo, sztuczną nogę... 
-   Licho wie! Podwędzili z cyrku, teatru albo co... 
Jakiś cień wlókł się drogą wiodącą z miasteczka. W jasn świetle księżyca był widoczny jak na 
dłoni. 
Michał zerwał się na równe nogi. Księgowy uspokoił go. 
-   Bez nerwów. Ta ludzka pokraka wcale się nie kryje. I pewno nie jest milicyjną dyskoteką. 
indzka pokraka" okazała się z bliska dziewczyną, choć na 
."   szy rzut oka nie było tego widać. Obcisłe dżinsy i szeroka, 
Icka koszula tuszowały płeć. Tylko jej długie włosy i ogromne 
ę   w szczupłej, ba, chudej jak u szczurka twarzy miały w sobie 
a z kobiety. Podeszła na odległość kilku kroków i przystanęła 
ez ruchu. 
-  Cześć - wymruczał Księgowy. - Masz sprawę? Podeszła bardzo blisko. Wyglądała najwyżej 
na trzynaście lat. I 
yła boso. 
Mam przekazać wiadomość. - Głos jej był niski i senny. Tak enny, że Michałowi powieki 
same opadły na oczy. - Od takiego 
dnego w czerwonej koszuli. Mówił, że wczoraj gliny obsiadły 
ren karuzeli. Są z radiowozami. Ale bez psów. Węszą, bo zna- 
źli trupa i coś w rodzaju pogorzeliska. I ślady. 
Michał podniósł się, żeby nie zasnąć.Zrobił dwa przysiady i za- 
z poczuł się lepiej. Senność odpłynęła. 
-   Skąd wiedziałaś, że tu jesteśmy? Wzruszyła ramionami. 
-   Cpuny wszystko wiedzą. Też jestem ćpunką. U karuzelarza awsze był kompot. Ten w 
czerwonej koszuli już wyemigrował z 
ybrzeża. Bał się. Chyba zwiał z poprawczaka. 
A ty? - zainteresował się Księgowy. - Po kiego licha ćpasz? laczego łazisz boso? 
Dziewczyna przyjrzała się własnym stopom. 
Coś takiego? - zdziwiła się szczerze. - Nawet nie wiedzia-m. Zbierajcie się z tego młyna. 
Przez dwa lata tu była melina, otowali kompot. Ze czternaście sztuk nocowało. Jak zrobiono 

background image

bławę, znaleziono też heroinę. Ktoś przywozi, ktoś rozwozi, przedaje. Jedni ćpają i 
wstrzykują, inni wąchają. Mogą tu też robić obławę. Wynoście się jeszcze tej nocy. No, to 
cześć! 
Odeszła spokojnym krokiem. Jeszcze przez parę minut-widać yło na zakurzonej drodze jej 
szczupłą sylwetkę i opadające na lecy piękne, jasne włosy. 
-  A więc zbieramy się. Ten czerwonokoszulowiec jednak się zegoś w życiu nauczył, no nie? 
Trzeba zbudzić małych. 
Rozbudzony Kiszka jak zawsze cholerował. 
41 
-   Cholera, spać mi się chce! Gdzie my teraz znajdziemy lepi melinę? Skąd to wszystko 
wiecie? Nagle, w nocy? 
-   Od królewny Śnieżki - odparł Michał pakując termos plecaka. 
-   Kto to jest? - spytał Mrągwa podejrzliwie. Księgowy westchnął składając wiatrówkę w 
równiutką kost 
-   Oni w ogóle n,:e znają bajek! Wiesz chociaż, kto to był Сщ wony Kapturek? 
Kiszka, jak kogucik, podskoczył z naciśniętymi pięściami. 
-  Jak cię trzepnę w twój czerwony kapturek, to się noga nakryjesz! 
Michał aż się zatoczył ze śmiechu.. Dawno tak się nie ubav „A swoją drogą - pomyślał 
poważniejąc - ja jednak miałerr 
wiele lepsze dzieciństwo. No, tylko jakie to ma dziś znaczenie   j zostawimy. 
Kiszka łomotał po spróchniałych schodach zniszczonymi, zt dużymi butami. Mrągwa 
naciągał na grzbiet całą posiadaną stei łachów. 
-   Spływamy -  powiedział podnosząc na Michała oczy oprawie długich, czarnych rzęs. - 
Było w porządku. 
-   Potrzebujecie forsy? - spytał Księgowy pisząc coś na kart w migotliwym blasku płomienia 
jedynej świecy. 
Mrągwa wzruszył ramionami. 
-  Zawsze potrzebujemy. Co to jest? - zdziwił się na wid kartki podanej mu przez 
Księgowego. - Mam to wziąć? 
-   Nie - odparł zapytany. - Tylko dokładnie zapamiętać najwspanialsza melina na Dolnym 
Śląsku. Hej, czy ty w ogó umiesz czytać? 
-   Dzia - dek, Wro - cław - wydukał nie bez trudu MrągwJ - Zapamiętałem. Ulicę też. Tylko 
że my będziemy się tu jeszca iie pomogą!' kręcić. Od czerwca łatwiej o dobrą kwaterę. Dużo 
tu ludziskój zjedzie-z namiotami i gablotami." 
-  Już lepiej, żebyście żebrali, niż kradli Księgowy. 
-   Przyganiał kocioł - wymruczał obrażony Mrągwa odpal coś! 
Księgowy podał mu dwa banknoty. 
placie. I myjcie się czasem. Życzę poczciwych wiatrów. Alleluja! - mruknął mały i już go nie 
było. Tylko na drodze, ieko, dwa punkGiki wtapiały się w mrok. 
2 tymi „na drugTm piętrze" było nieco gorzej. Silne ciosy, jakie herwali od obstawy 
Archanioła, mogły zwalić słonia. Ale Lucuś Łysy, choć oboleli i rozbici, nie poddali się. 
Tylko s^aH dwa razy łużej niż dotychczas. Jak kamienie. 
-  Co zrobimy? - denerwował się Księgowy szarpiąc bez skut-u ramieniem Łysego. - Śpią jak 
zabici. Nie obudzi ich nawet yycie radiowozu. Zniesiemy ich czy jak? 
Michał zastanowił się. 
-  Bez sensu. Ważą więcej niż dwa worki cementu. Chyba ich 
-  Czy to w porządku? - zmartwił się Księgowy. Michał potrząsał plecakiem starając się 
uklepać garby. 
-  Ty mi tu nie wyjeżdżaj z kodeksem moralnym, panie płatni-ży! Nie możemy ciągnąć za 
sobą takich puszystych ogonów, lam wiesz, że w razie czego gliniarze odstawią Lucusia do 

background image

taty. .ysy też nie jest niemowlakiem. A ja mam ważniejsze sprawy na iłowie. Ja nie mogę 
wpaść. Ani ty - dorzucił ugodowo. 
Księgowy nie odezwał się. Nie chciał niepotrzebnych zadraż-lień. Sam lepiej znał życie i 
dłużej był na szlaku od Michała. „A sdnak to dziwne - pomyślał. - Był zawsze taki 
nadwrażliwy. Vidać coś nowego go gryzie..." 
nie mylił się. Michała gryzło. Nawet bardzo. Nie mógł się ża-Iną miarą pogodzić z przewagą 
Archanioła. 
Jeszcze się spotkamy! - obiecał mściwie. - I żadne cienie ci 
Od mokradła ciągnęło chłodem. Rosochate wierzby rozpływały westchnął obłudni|ię w 
porannej mgle. W ciszy można było usłyszeć plusk drobniutkiej rybki i szybki lot ważki. 
Gałęziami nie targał nawet cień Lepiiwiatru. Mgła szybko opadała odsłaniając wysokie trawy 
z kitami Jełnymi pyłku, który rozsiewały wokół, na wilgotną glebę i pły-iznę wody. 
42 
43 
Takie czerwc°we ran'<' dodają otuchy. Człowiekowi obuda nemu promienia"1' słońca wydaje 
się, że cały świat jest stworJ ny tylko po to, by jemu uprzyjemnić życie. 
Michał przetarł oczy. Zrzucił koc. Zrobiło się bardzo ciepło plecaka, służącego także za 
poduszkę, wyjął termos.i bawełnia koszulkę   W termosie była  herbata, jeszcze gorąca.   
Kupiłj 
dnia w barze mlecznym. Nalano ją do obskurn pek" wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój. 
Zwinął cały swój maj- 
poprzedniego 
go obtłuczonego porcelanowego kubka ze śladami szmir Przelewał do termosu pod stolikiem, 
by specjalnie nie zwracać siebie uwagi. To przyzwyczajenie do wożenia ze sobą termosu 
czymś gorącym" wyniósł z domu. Z tego samego domu, kt< 
porzucił. 
Łyk herbaty zaostrza wzrok. Jest ważniejszy od mycia, choć i da się ukryć że Michał tęskni 
do jakiejś względnie czystej rzecz w której mógłby s'e popluskać. Chłopiec zwija sweter i 
wiatró' kę Naciąga koszulkę z nadrukiem „karate mistrz". Ostatni pi zent Księgowego- zamm 
odjechał pierwszą klasą pośpieszne do Wrocławia- Księgowy zawsze jeździł pierwszą klasą. I 
zaws z ważnym biletem. Była to jedyna słabostka, do której się pr; znawał i którą można rzec 
kultywował. „Jeżdżę jak panisko mawiał tym swoim nieco rozwlekłym głosem - ale to moje 
pr wo. W końcu sam na bilet zarabiam. I wyspać się można na mię kim. Człowiek, кї0ГУ 
prowadzi tak rozległe interesy, dyspont, taką gotówką, n'e moze s'e narażać na obrabowanie. 
No, i ogóle..." W tym "' w 09Óle" była zawarta cała filozofia życio Księgowego. Sam lubił 
decydować i cieszył się u tych, co go zn li, powszechny171 szacunkiem. A znało go na szlaku 
czy gigan wielu. Bo też i wielu P°ma9ał w przeróżnych opresjach. Żegi się z Michałem sucho 
i oschle, jak oni wszyscy: „Bywaj. Będęl Dziadka, a potem w Krakowie. W razie gdyby". 
„Cześć - Mich) podał mu kartkę z widoczkiem Jeleniej Góry. - Wrzuć we WroJ ławiu. 
Miałem ją dać Łysemu, ale..." 
- Mam nadzieję, że nie jesteś zaklętą księżniczką, którą muszę ncałować! - roześmiał się 
Michał. W żołądku mu piszczało z 
łodu. 
Żaba jednym skokiem znalazła się w mokradle. Tylko jej brunatna głowa sterczała z kępy 
mchu. Chłopiec wstał i przeciągnął się. Trzy przysiady i parę „pom- 
Duża brunatna r°Pucna siedziała w trawie i przyglądała S, chłopcu pełnym dezaprobaty 
spojrzeniem, Nadymała się przy ty bezgłośnie. 
44 
i i ostrożnie wyjrzał na drogę. Nikogo. Zarzucił ciężki plecak na ■edno ramię i ruszył 
poboczem szosy. Od czasu do czasu ze świstem opon mijały go samochody. Ruch turystyczny 

background image

na Wybrzeżu nabierał powoli tempa. Jeszcze tydzień, dziesięć dni i zacznie się „wielkie 
rykowisko". Nad morze spadną watahy jastrzębi, rozbiją swoje obozy zuchy, harcerze i 
dziesiątki kolonii. Wtedy łatwiej się wtopić w tłum. Milicja też ma ważniejsze sprawy na 
głowie niż poszukiwanie zaginionych z plecakami lub bez. Łatwiej zełgać w razie czego, 
łatwiej zapaść się pod ziemię. 
Nawet nie zauważył, że tuż obok hamowała ciężarówka. 
-   Hej, ty! - z szoferki wyjrzała twarz kierowcy w ciemnych okularach. - Nie potrzebujesz 
zarobić? 
Michał wolno się odwrócił. To bardzo ważne - odwracać się powoli w stronę nieznajomego. 
Nic gorszego, jak dać się ponieść panice albo od razu wiać. Odruch warunkowy, którego musi 
się nauczyć każdy na szlaku. Od tego czasem zależy wolność. A zawsze styl.                                         
'   , 
-  Właściwie nie - zastanowił się. Czekał. 
-  Jeden badylarz dobrze płaci. 
-   Co mu obrodziło, truskawki? - zaciekawił się Michał. Kierowca bez słowa nacisnął gaz. 
-   Nie, to nie! - zawołał. Samochód sypnął żwirem i zniknął na zakręcie. 
-  A podwieźć to nie łaska? - obraził się głośno Michał. 
Po godzinie jadł bułkę z jajecznicą i popijał gorące mleko w barze „Gigant". Widać 
pomysłodawcy nie przewidzieli, że ci z prawdziwego giganta będą się tu posilać, ciesząc się 
ze swojsko brzmiącej nazwy. Ostatni łyk mleka, w którym na dnie pływa kożuch. Chłopiec 
wstrząsa się. Kożuch to jest to, co może popsuć 
45 
 
humor na pół dnia. A dzień ma pracowity. Musi spenetrowj miejscowy cmentarz, może się co 
trafi? Metryki chrztu, które ca sem za pomocą łgarstw udaje mu się wyłudzić i które służą 
pote innym. 
Sprawdza czas. Jest dokładnie jedenasta. Idzie długim spręż stym krokiem. Wie dokąd, bo 
wcześniej pytał o to dziewczynę barze. Czerwony, ceglany mur wyrasta tak nagle, że z 
trudem hj muje. Cmentarz jest na lewo od gotyckiej świątyni. Ciąg оди mnych, szarych płyt, 
jedna przy drugiej. „Jak szosa - myśli len wie. - Nie chciałbym mieć takiej mogiły". - Nie po 
raz pierws; myśli o śmierci. Na szlaku słyszy się to i owo. Temu wszys< umarli, tamtemu 
zginęli w katastrofie. Bieda i rozpacz. Czasan rzadziej, łzy. Michał wolno sunie alejką 
rozglądając się na boi Im dalej od nowoczesności, tym ładniej. Nie ma tu co prawe aniołów z 
marmuru, za to są nagrobki i krzyże kute w żelazi Chłopiec przysłania oczy dłonią: coś tam 
majaczy pod przeciv ległym murem. Coś wyższego od ukwieconych krzaków dziki róży. 
Żwir skrzypi pod butami, z łopotem skrzydeł startuje pt podobny do wrony. Głuche krakanie 
niesie się pod kościeli dzwonnicę. Michał po raz pierwszy czuje się niepewnie. Sam n wie 
dlaczego. Jest biały dzień, duchy o tej porze nie spaceruj Przygląda się żelaznej kaplicy 
otaczającej jeden z najstarszyi grobowców. W jej misternie wykutym ornamencie powtarza i 
symbol jelenich rogów.       • 
-  Jakaś rogata dusza - mruczy półgłosem. 
-   Rogaaata - odpowiada głuchy głos z wnętrza kaplicy. Michał wzdryga się, lecz po chwili 
krzywi twarz w uśmiech 
Ze środka gramoli się dziewczyna w jasnobłękitnej sukiencJ Włosy koloru słomy związane są 
na czubku w koński ogon. Ml dziwne asymetryczne oczy i to właśnie najbardziej podoba sj 
Michałowi. 
-  Wlazłam tam, żeby cię nastraszyć! - mówi, starannie zi mykając przerdzewiałą furtkę. - 
Widziałeś film z Frankenstej nem? 
Michał kiwa głową potakująco. 
-  W telewizji. Ale dawno. 

background image

Dziewczyna, mrużąc oczy, dość bezczelnie przygląda się Michałowi. 
-  Wiesz, czyj to grób? 
Chłopiec przeczy ruchem głowy. Skąd ma niby wiedzieć? W tym mieście znalazł się po raz 
pierwszy. 
-  Czyj? 
-   Barona von Recknitz. On pod koniec życia zbzikował. Wierzył, że jest świętym Hubertem, 
patronem myśłiwych. Stąd te rogi w ogrodzeniu. Umarł sto lat temu. Od tego czasu w noc 
świętego Huberta tutaj straszy. 
Michał pochyla się, żeby przeczytać napis wyryty w żelazie: „Ileż skarg wnoszą śmiertelni do 
bogów i w nich szukają przyczyny swych nieszczęść. Głupcy - nie wiedzą, że sami kształtują 
swe losy. Heraklit". 
Dziewczyna wydyma usta. 
-  Wiesz, kto to był Heraklit? Michał wcale nie zamierza udawać, że wie. 
-  To egzamin? Lepiej zajmij się zjawami i duchami barona tego, jak mu tam? To 
zabawniejsze. - Ton jest oschły, brzmią w nim nutki ostrzejsze, niżby wypadało. Odwykł już 
od normalnych rozmów z normalnymi ludźmi. Ci, na szlaku, porozumiewają się skrótowo. 
Raczej warczą. Jak psy, zanim zaczną się obwąchiwać. Ta dziewczyna nie jest z branży. 
Widać to na pierwszy rzut oka. Takie motyle nie podróżują nocami w węglarkach. Są jak 
zjawy z innego świata. Pięknym, miłym obrazem z dawnych lat lub z marzeń. 
Dziewczyna wciąż stoi oparta o żelazne drzwi kaplicy. Nic nie mówi. Ale jej oczy ściemniały. 
Michał rezygnuje z penetracji cmentarza. Speszył go błękitno-złocisty motyl. Odchodzi nawet 
się nie obejrzawszy. Na plecach czuje jej wzrok. To tak, jakby go nagle oblazły mrówki. Z 
całego mrowiska. Nie wie, dokąd pójdzie. To nieoczekiwane spotkanie, ta krótka rozmowa 
całkiem wytrąciły go z równowagi. „Starzeję sie - pomyślał gorzko. - Albo głupieję. A swoją 
drogą muszę się dowiedzieć, kto to był ten Heraklit". Jakieś odległe echa szkoły Przesuwają 
się jak dźwiękowe klatki filmu. Nic. 
46 
47 
 
W rynku miasteczka jest cicho i sennie. Michał nie bardzo w który to jest dzień tygodnia. Od 
dawna obiecywał sobie, że kii kalendarz. Choćby taki mały. Ale się wstydził. Kto to widział, 
czł< wiek szlaku z kalendarzem? Teraz postanowił kupić i wsunąć < najgłębszej kieszeni 
plecaka. Księgarnia była na rogu. Właściw trudno ten sklep nazwać księgarnią. W witrynie, 
za szybą, leżą z, kurzone dziecięce zabawki: jakieś misie, gry w pudełkach i bez pi dełek, 
klocki. I parę książek, których zapewne nikt z miejscowy* nie kupi. Wszedł do środka i 
rozejrzał się. Przy ladzie siedziała dzii wczyna w okularach i coś cerowała. Chyba skarpetę. 
-   Czy jest kalendarzyk? 
-  Tylko na ścianę - odburknęła niechętnie. - Konie za czten sta i zamki za pięćset. 
Michał nie chciał ani koni, ani zamków. W każdym razie n dziś. Może kiedyś w życiu dorobi 
się własnego zamku z cztererr wieżami-ч zwodzonym mostem. Wtedy będzie trzymał kon 
Wyścigowe. Najlepiej araby. 
Biblioteka była zaraz obok. Za szybą jaśniały jak na dłoni rzec drewnianych półek i stelaży. 
Chłopiec przypomniał sobie baror von Recknitz. Tego, co straszy w noc świętego Huberta. 
„Właściwie dlaczego uważam, że przyjezdnemu nie wolno kc rzystać z biblioteki? Mam 
czyste dżinsy i nową koszulkę. N wyglądam na włóczęgę. Tylko wejść. - Przez okno dostrze 
dziewczynę o blond włosach ujętych granatową przepaską. - ] końcu to jest biblioteka 
publiczna. Każdy ma prawo". 
Z determinacją naciska klamkę. Bibliotekarka przygląda mu sj w milczeniu. 
-   Dzień dobry - wystękuje Michał. Kiedy wymawiał te słowj po raz ostatni? Miesiąc? Dwa 
miesiące temu? - Kto to był... HU raklit? - pyta nagle z głową przechyloną na bok, jak wróbel. 

background image

Bibliotekarka odrywa wzrok od kartoteki, w której grzebie. 
-     Heraklit? Filozof... starożytny. No, nie jestem specjalistką tej dziedzinie - dorzuca szybko 
na swoje usprawiedliwienie. Sprawdź w encyklopedii. 
Michał rozgląda się spłoszony. Nie wie, gdzie stoi encyklop 
.  anj jak wygląda. I nie jest wcale pewien, czy potrafi w niej cokolwiek znaleźć. Litościwa 
dłoń wskazuje właściwą półkę. I gruby tom z literą u" Michał ostrożnie kartkuje. 
_ Hera, Herakles... nie, to nie ten - mruczy sam do siebie. -Jest! Heraklit! Heraklit z Efezu. 
Filozof grecki. Głosił powszechną zmienność rzeczy... dziwne... 
-   Co dziwne? - pyta blondynka starannie kaligrafując coś na tekturce. 
l\/lichał odkłada tom na miejsce. Patrzy przez okno na ulicę, którą z rzadka przechodzą ludzie. 
-  Jest taki grobowiec na cmentarzu za kościołem. Podobno jakiegoś barona. Tam 
przeczytałem ... Taką, jak to się nazywa? 
-   Sentencję. 
-  Właśnie. Podpisana była: Heraklit. Bibliotekarka uśmiecha się. 
-  A co z treścią? Pamiętasz? Michał przecząco kręci głową. 
-   Dokładnie nie powtórzę, ale chodziło mu chyba o to, że ludzie o wszystko oskarżają Boga 
zamiast... no... zamiast samemu wpływać na bieg wydarzeń. 
-   Nie mógł mówić o Bogu w pojęciu katolickim czy też chrześcijańskim - dziewczyna 
marszczy czoło. - Może mówił o bogach? 
-  Tak! - cieszy się Michał.- oczywiście że o bogach! Dziewczyna uważnie mu się przygląda. 
-   Grecy wierzyli w całe mnóstwo bogów. Pełno ich mieszkało na świętej górze - Olimpie. 
Nie chcę obrażać twoich uczuć religijnych, ale to ludzie stwarzali sobie bogów. Zawsze. 
-  A ten... w kościele? - Michał z zażenowaniem mruga rzęsami.                             , 
-  W jakim? Konkretnie. 
Chłopiec jest speszony. Żałuje, że rozpoczął tę trudną rozmowę. 
-  W każdym... parafialnym. 
Bibliotekarka odkłada pióro. Przesuwa dłonią po włosach. 
48 
49 
-   Słuchaj, jestem z wykształcenia biolożką. I ateistką, o wiesz, co to znaczy. 
-   Nie wierzy pani w Boga, tak? 
-   Tak. Właśnie. Ale szanuję tych, co wierzą. Wiara jest wspa] niałym uczuciem, potrafi 
podtrzymać człowieka będącego n! skraju przepaści. Ale prawda jest taka, jak mówiłam: to 
ludzie sal mi stworzyli bogów. Chrześcijanie, muzułmanie, buddyści i jt| daiści. Wszyscy. 
-   Dlaczego? 
-   Myślę - dziewczyna zawahała się na moment - że to ic jednoczyło w trudnych chwilach. A 
ponadto wydaje mi się, ż stało się tak za przyczyną racjonalistów i nauki. Nauka zbyt wiele 
obiecywała, czasem mamiła, że zlikwiduje wszystkie choroby przyniesie wieczną 
szczęśliwość, co się nie sprawdziło. Choćb w  przypadku  mzbicia  atomu.   I   dlatego  ludzie  
zwrócili   się przeciwko niej. Tej nauce. Stąd wiara w parapsychologię, okuł tyzm, czyli 
„czarną magię", satanizm, horoskopy, bo ja wiem с jeszcze... stąd dzisiejszy nawrót do religii. 
-   To znaczy, że ludzie boją się nauki? 
-   W jakimś sensie tak. Boją się bomb nuklearnych, broni jąd rowej i chemicznej, całego tego 
świństwa, które sami naprodu kowali. Ludzie przeciw ludziom. A jeśli wierzyć, że eksplozja 
był prapoczątkiem wszystkiego, także czasu... 
-   Nie rozumiem. - Michał pociera nos. 
-   Jest taka teoria, że nasza planeta, i nie tylko nasza, powstał; na skutek potwornej eksplozji. 
Rozpadły się gwiazdy... no, tak prapoczątek. 
-   A człowiek? Nie stworzył go Bóg? Pochodzi od małpy? Blondynka roześmiała się. Miała 
ładne dołki w policzkach. 

background image

bardzo białe, choć nierówne, zęby. 
-   Przeszkadza ci staruszek Darwin? Przeczytaj sobie którąś książek Hoimara von Ditfurtha. 
On, na przykład, uważa, że to jed nokomórkowcom... pamiętasz je z lekcji biologii? 
-   No, tak! - kiwa głową Michał. 
fiły się pewne nieprawidłowości. 
50 
_ Wyszło co innego? 
-  Właśnie! Co jakiś czas w procesie rozpadu wychodziło co .    eg0. Powstawały różne 
gatunki. 
_ Na końcu człowiek! - ucieszył się Michał. Dziewczyna poprawiła okulary. 
-   Ditfurth podważa tezę, że człowiek jest formą ostateczną. 
-  Jak to? Będzie jeszcze coś innego? - Michał jest wstrząśnięty- On, człowiek, król istnienia, 
może nagle przestać być najważniejszym gatunkiem? To nie do wiary! - Wcale się nie dziwię 
- mamrocze - że ludzie wolą wierzyć, iż Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo 
swoje. 
Bibliotekarka milczy. W końcu  mówi wolno, ważąc każde 
słowo: 
-   Na obraz i podobieństwo swoje? Bogowie czarnych są czarni, żółtych - żółci i mają skośne 
oczy. Bogowie Inków, Majów i Azteków mieli takie nosy, jak plemiona zamieszkujące te 
ziemie. Więc sam widzisz, że to ludzie tworzą bogów na obraz i podobieństwo własne. 
Drzwi skrzypnęły. Weszła kobieta z czarną torbą. 
-   Cielęciny nie trzeba? 
Michał dźwignął plecak z podłogi. 
-  To ja już pójdę - powiedział ruszając w kierunku drzwi. -Do widzenia. I dziękuję. 
Nie odpowiedziała, zajęta obmacywaniem kawałków mięsa wyjmowanych przez właścicielkę 
czarnej torby. 
Michał wlókł się ulicami, ominąwszy, jak zawsze, szerokim łukiem budynek milicji. Myślał o 
tym, że jest wypadkową jakiejś tam biologicznej pomyłki. „To dlaczego jesteśmy tacy różni? 
Mamy inne charaktery, inną filozofię życia?" Żałował, że nie może na ten temat porozmawiać 
z kimś rozumnym, mądrzejszym. 
Pod komisem, na wystawie którego leżały kolorowe szale i garść elektronicznych zegarków, 
stało trzech na szeroko rozstawionych nogach. Jeden miał na głowie koguci grzebień 
usztywniony białkiem. Wszyscy żuli gumę i najwyraźniej szukali zaczep- 
Więc tym jednokomórkowcom przy kolejnej reprodukcji tra   ki. Michał postanowił ich 
zlekceważyć. Znał takich miejscowych 
zulików, którzy czyhali najwyraźniej na jelenia. 
51 
-  Ту со? - wyszeptał jeden z nich. - Harcerzyk zakichan ~ Mamusia mu się zgubiła! - 
zarechotał ten z czubem. Michał chciał przejść obojętnie, choć w środku aż się goto 
Ale nie zdążył. Trzeci zastąpił mu drogę. Był ładnym chłopc bobrze ubranym, czystym i 
nakarmionym. Tylko się obrzydli 
nUdził. 
-   Daj na szluga! - westchnął cicho. Ta grypsera rodem z Pfawczaka w ogóle do niego nie 
pasowała. Michał dałby so r?kę uciąć, że nawet dobrze nie wiedział, co mówi. 
~ Chłopina groszem nie śmierdzi! - zaśmiał się ten z czubę Po sekundzie już się nie śmiał. 
Leżał na środku jezdni, ze t •^etry od chodnika. Michał otrzepywał dłonie. Trochę zawad ^u 
plecak. Dlatego cios nie był tak precyzyjny, jak powinien. Pozostali tkwili pod wystawą 
komisu. Wyglądali jak dwa bl 'aWy, która dopiero co wypłynęła z wulkanu. Michał czekał w 
Sotowiu. Spodziewał się ataku w obronie kolegi, który wol bardzo wolno, ze zdziwioną miną, 
wstawał z bruku. 

background image

-  Wu-dang - powiedział Michał głośno..- Chińskie cio trzeba trenować pięć lat. 
I odszedł przez nikogo nie nagabywany. 
Odszukanie Archanioła Gabriela nie było wcale zadaniem tvvym. A przede wszystkim 
wymagało przebiegłości i chytro' No i odrobiny szczęścia. Żeby dowiedzieć się czegoś o 
dostaw należy przede wszystkim trafić do odbiorców. A tych Michał w Jajkowo nie lubił. I 
nie tylko dlatego, że byli brudni, złąchmanie ° sennych, błyszczących oczach. Może nie 
dlatego, że ruszali Jak muchy w miodzie lub trzęśłi od wewnętrznej gorączki. Gard nirni, 
gdyż nie byli wolni. Wprost przeciwnie - zależni. Od na' 9u. A zależność to gorsze od 
zamknięcia w klatce, od więzień kichał chciał być zawsze istotą niezależną, szanującą jedyn 
°bowiązujące normy ludzkiego współżycia. Chciał, ale nie с kiem mu to wyszło. Teraz też 
jest zależny od sprawnego, lub n^ działania organów ścigania. Bo że go poszukują od pięciu 
mi; s'ęcy, o tym wiedział. O tym wie każdy na szlaku. Ale co inne zależność zewnętrzna, a co 
innego wewnętrzna. Jego własne 
52 
O tej drugiej decydował sam. W ciągu ostatnich zimowo-wio- 
ja  nych miesięcy nauczył się wyłączać uczucia takie jak tęsknota 
S6V miłość. Nie utracił ich. Ale wyłączył, jak się wyłącza światło 
b wodę. Robił to z konieczności. By się nie ranić, nie łamać. Nie 
pękać. 
Noc z piątku na sobotę przespał w jakiejś szopie. Obok nędz-neqo gospodarstwa wiejsko-
rybackiego. Na szczęście było ciepło Wczesnym rankiem postanowił pojechać do Rewy. To 
było kąpielisko i wioska z prawdziwymi kutrami wypływającymi nocami na połów. 
Kąpielisk, w których wolno się kąpać, jest na Wybrzeżu niewiele. Taka ciekawostka 
ekologiczna. Rewa do nich należała. Zapewne już tam napływają roje wczasowiczów. A 
gdzie ludzie - tam pieniądze. Gdzie pieniądze - tam złodzieje. I wszelkiego autoramentu 
handlarze. Narkotyków też. 
Michał chciał się tu zatrzymać nieco dłużej. Bardzo oszczędnie wydawał każdą złotówkę. Kto 
wie, kiedy wpadnie następna. 
Na samym końcu miasteczka, czy raczej rybackiego portu, stała szopa. Stara, rozpadająca się. 
Kiedyś zapewne służyła jako miejsce składowania sieci. Resztki sizalowego włókna 
poniewierały się po kątach. Pachniało wodorostami i szlamem. 
Michał pół dnia obserwował mieszkańców, czy aby ktoś nie zagląda do wnętrza skleconego z 
na wpół spróchniałych desek. Ale ludzie nie interesowali się ani pomieszczeniem, ani 
szczupłym piętnastolatkiem z plecakiem. Ot, widać, jakiś, który odłączył się od grupy. Michał 
wiedział, że nie należy się niczym wyróżniać. Oczywiście nie chodziło o gatunek ciuchów. Te 
mogły być z najlepszego źródła. Chodziło przede wszystkim o kolor. Człowiek w czerwonej 
kurtce jest dostrzegany przez każdego. Człowiek w blue jeans - przez nikogo. Ten dżinsowy 
kolor tak się wtopił w Polski pejzaż, że stawał się w ogóle niewidoczny. Dlatego Michał 
wszystko, co miał, dobierał pod tym kątem. Już ze dwa razy zmieniał skórę: dwa razy 
porzucał odzież, plecak i przeróżne akcesoria. Dopóki sam się nie przekonał, co jest ważne na 
szlaku. Nowe szanował, prał, gdzie to tyfko było możliwe, i starał się wyglądać Jak 
przeciętny młody człowiek. Kłopoty miewał tylko z włosami. 
53 
Suche i wiotkie, musiał myć co tydzień, a strzyc co trzy. W Kraki wie był nawet u fryzjera, co 
go rozśmieszyło maksymalnie, gdl „w poprzednim życiu" - jak je nazywał - nikt go parą 
wołów n mógł zawlec do człowieka z nożyczkami. 
Obiad, a raczej smażoną rybę z frytkami, zjadł przy smażalń Smakowała mu. Herbatę wypił w 
kawiarence na wojnym powie trzu. Odważył się nawet poprosić miłą dziewczynę o napełnieni 
termosu. Była taka zabawna, z okrągłą buzią posypaną złotawyi piegami. 
-  Z którego obozu? - spytała naiwnie. 

background image

-   Z tego... za lasem - odparł wcale nie speszony. Nie miał bl dego pojęcia, czy gdzieś w 
okolicy jest jakiś las. Dziewczyn przyjęła to ze zrozumieniem. Może też nie była stąd? A 
może ni miała czasu chodzić na spacer leśnymi duktami? 
Najedzony jak bąk, miał ochotę położyć się gdzieś na słońcu przespać się. Ale w takiej 
mieścinie jak ta mogło go to drogo kosztować: utratę plecaka, zwiniętego przez 
złodziejaszków, lu co gorsza, przyłapanie przez gliniarzy. Z plecakiem przyciśnięty do 
oparcia drzemał na ławce, w słońcu, obok paru staruszków i trzech wózków z niemowlętami. 
Takie sąsiedztwo było nie tylko bezpieczne, ale i ze wszech miar przydatne. Wózki z nie-
mowlętmi są w kraju o najwyższym w Europie przyroście demograficznym otaczane 
powszechną miłością, szacunkie i opieką. 
Krótki sen, w jaki zapadł zupełnie niechcący, pokrzepił go. Te raz należało ruszyć na łowy. 
Ulicami przewalały się tłumy ludzi wracających z pracy, ze spaceru nad morzem czy z posiłki 
Wszyscy ciągnęli w pobliże skupiska restauracji, kawiarń i ta zwanego deptaku. Tu już 
należało uważać. Oczy niby na łoży skach kulkowych patrzyły jak u kameleona: w przód, w 
tył i naj boki niemal jednocześnie. I wychwytywały wszystko: kolory, syl wetki, sposób 
poruszania się i cudze spojrzenia rzucane z rzadka bez specjalnej przyczyny. Już od dobrej 
chwili obserwował grup kę złożoną z trzech dziewczyn i jednego chłopaka o wysoko pod 
golonej głowie. Jego uszy przypominały uszy gacka - nietope rza. Widział kiedyś w telewizji 
taki film przyrodniczy. Dziewczyny 
54 
iały 
na sobie różowe, brudne spodnie, luźne bluzy i przepaski m vvłosach. W ich wzroku czaiła 
się gorączka. 
Szukają szprycy, jak nic" - pomyślał Michał. Odwinął rękaw 'rej bluzy z nadrukiem: 
Wrangler, i czerwonym długopisem zrobił sobie kilka punktów po wewnętrznej stronie 
przedramienia. Głównie w zgięciu łokcia, gdzie pod skórą rysowała się żyła. oglądało to dość 
prawdopodobnie. Nie spuszczając rękawa, oparł się plecami o mur pobliskiego domu. 
Przymknął oczy i cichutko wymrukiwał refren znanego przeboju heavy metal. Odróżnianie 
tego rodzaju muzyki od innego było na szlaku obowiązkiem numer trzy. 
-   Potrzebujesz czegoś, koleś? - głos Gacka-Nietoperza brzmiał miękko i ciepło. Jak sam 
smutek. 
Michał otworzył oczy i zaraz je zmrużył. Przypomniał sobie, że narkomanów poznaje się 
również po rozszerzonych źrenicach. 
-  Tak jakby. Ale kompotu nie używam. Nawet z jabłek. Gacek skrzywił twarz. Była jak z 
gumy czy z gąbki. 
-   Kto mówi o kompocie. Forsę masz? 
Michał pomyślał, że Nietoperz jest wyjątkowo naiwny. 
-  Ty... chyba niedawno, co? - spytał sucho. - O forsie nie mówi się na wstępie. Tylko o 
towarze. 
Gacek wciągnął usta. Zrobił to tak zabawnie, jak gumowa lalka Sabiny, którą Michał dobrze 
pamiętał z dziecinnych lat. 
-  Twardy z ciebie człowiek, koleś. Przyjdź wieczorem pod „Liii", wiesz gdzie? 
Michał przymknął oczy. Był całkowicie pewien, że Gacek wraz z kompanami chcą go pięknie 
wpuścić w maliny. Najlepiej obiecać jeleniowi towar, a potem trzasnąć w łeb i po ograbieniu 
porzucić gdzieś pod płotem. Sami pewno świecą dziurawymi kieszeniami i chcą „jakoś" 
zarobić na działkę. 
-   Nie wiem, ale się dowiem - mruknął Michał. - Co nazywasz wieczorem? Jakąś konkretną 
godzinę? 
Gacek obrzucił ukradkowym spojrzeniem lewy przegub ręki Michała. Elektroniczny zegarek 
madę in Japan wprawiał go w oczopląs. 

background image

~ No... - wystękał. - Może być dziesiąta. To... cześć, koleś! 
55 
„Ja ci pokażę kolesia, az ci oczka zbieleją! - wściekł się w d kac Oparł się plecami o szary, 
łuszczący się tynk i zmrużył oczy. chu Michał. Ten Nietoperz był zwykłym, małym, głupim 
ćpunei Myślał o tym, jak dobrze by było potargać Sabinę za cienkie war-któremu zachciało 
się polowania na grubszego zwierza z rogart |<0czyki. „To dziwne, że przważnie ona staje mi 
przed oczami. - Jeszcze ci te rogi uszami wyjdą! 
Ale pójść musiał. Inaczej mała szansa na dotarcie do Gabrie Ten świątobliwy anioł był dla 
Michała celem samym w sobie, pierwsze: zemsta za napad, a po drugie: duże pieniądze, kt 
domów, rytmy 
Z grającej szafy w knajpce dobiegały ostre rockowe 
Niech tu podej- 
Dlaczego nikt inny, tylko Sabina?' 
Z zamyślenia wyrwał go cichy gwizd. Rozwarł powieki i nie odrywając się od muru 
spenetrował najbliższą okolicę. W ciemnościach tylko niebieski neon „Liii" dawał odrobinę 
światła. 
chciał zdobyć, odebrać... licho wie, jak to nazwać, żeby ЬуЩ-гуосгіе nikłego  blasku  padało 
też z okien  czteropiętrowych 
sprawiedliwie. Bo przecież te pieniądze, które „odbierał", mi 
służyć innym. Dla przetrwania na szlaku, dla schronienia, 
ctrleb. Tak go nauczył Księgowy i tak to zaakceptował. Dużo 
tym dyskutowali zimą w krakowskiej melinie „płatnika". Mogli 
wszystko przepuścić na własne potrzeby: ciuchy, golonkę z gr< 
chem czy wreszcie wódkę. To, że nie pił, było zwykłym przypa 
kiem. Inni pili. „Kim ja właściwie jestem? - zastanawiał się czasf 
mi - Skrzyżowaniem Janosika z Robin Hoodem? 
Niebo miało kolor muszli. Tuż nad horyzontem muszla' lśni srebrem. Dalej był ciemny pas 
przechodzący w barwę grafitu. Pi niżej szumiała szarość w strzępach piany. Było tak ładnie, 
że chałowi chciało się płakać. 
A potem, bardzo szybko, zapadła nóc. 
O dwudziestej drugiej zero trzy Michał przyhamował pod aje cyjną knajpką o dźwięcznej 
nazwie „Liii". Już wcześniej dokła nie spenetrował teren w promieniu co najmniej pół 
kilometr! 
Znalazł masę miejsc nadających się do „oskubania jelenia". Jel  dzo pewny siebie, i to się 
podobało Michałowi. 
no było wręcz znakomite: z dwóch stron stary, walący się płol kilkoma luźnymi deskami 
łatwo dającymi się wyjąć. Drod ucieczki po udanym „skoku". Z trzeciej strony gęste zarośla 
skł| bionych, nigdy nie strzyżonych krzaków kłującego berberys! 
Czwarta strona - mała uliczka - to było miejsce, które MicW wybrał. Tu się da zaholować. A 
potem... potem się zobaczy. 
Gacka uszatego nie było pod knajpką. Nigdzie też nie dostrzej żadnej z dziewczyn. „Balona 
ze mnie zrobili?" - zaniepokoił sj Żałował przede wszystkim straconego czasu. Postanowił 
poczi 
56 
Gwizd powtórzył się, ale Michał ani drgnął dzie, głupi ćpun!" - pomyślał. Podszedł wyraźnie 
obrażony. 
-  Ty - wyświstał przez zakatarzony nos. - Nie słyszysz? 
-  Czego? - zdziwił się Michał. 
-  No, przecież gwizdałem! 
-  To co? - odwarknął. Postanowił nie ułatwiać ćpunowi ży- 

background image

I cia. 
Teraz już Gacek-Nietoperz wychynął z mroku. Był dość agresywny, więc chyba na szprycy. 
-   Dobra, koleś. Nie podskakuj. Mamy towar pierwsza klasa. Tylko dużo kosztuje. 
Michał wreszcie odlepił się od muru. 
-  0 cenie pomówimy/gdy go zobaczę. Idziemy stąd? 
-   Domyślny jesteś, koleś! - zarechotał Gacek. Był teraz bar- 
- W lewo, prawo, gdzie? - spytał, obierając z góry ustalony kierunek. 
Gackowi widać pasował. Nawet nie zdziwił się specjalnie, że ofiara sama pcha się w pułapkę. 
Był zadowolony, jak kłusownik, 
Tam najlepiej podrzucić napadniętego/zanim się, biedak, оскпЩ9СІУ ustrzeli jelenia. A 
człowiek bardzo z siebie zadowolony przestaje logicznie myśleć. O tym też Michał wiedział. 
Wlekli się bez słowa. Gdy zbliżyli się do starego, walącego się Pfotu, Mjchał przyhamował. 
Dokąd mnie wleczesz? Dalej nie pójdę! Gacek zagwizdał. Odpowiedziano z krzaków 
berberysu. 
57 
-  To tu. Dwie dziewczyny, już wcześniej przez Michała zauważ 
wyłoniły się z mroku jak duchy. 
„Trzecia została - zanotował chłopiec w pamięci. - W к kach". 
Jedna z nich zbliżyła się, stanąwszy dokładnie za piec chłopca. Druga trochę na lewo. 
-   Co mnie tak osaczacie? - roześmiał się głośno. Ten śmi wyszedł nawet całkiem naturalnie, 
zważywszy, że dostrzegł w ku dziewczyny jakiś ciężki przedmiot. Coś tak ciężkiego, że jei 
ręką musiała podtrzymywać drugą. 
-   Bernadetta - powiedział Gacek miękko - pokaż potrze jącemu towar. 
Zbliżyła się ta z lewej. Miała ładne rysy, trochę za długi n« lekko cofnięty podbródek. 
Przepaska na włosach mieniła się świetle latarni kolorowymi błyskami. 
Bez słowa podała Michałowi zwinięty, cienki papierek. 
„Teraz trzeba uważać! - Chłopiec pomalutku rozwijał bibułl Gestem nieraz podpatrywanym 
podniósł zawiniątko do nosa. Jeśli nie zaatakują, jak będę wąchał lub próbował językiem, to1 
durniami do kwadratuł" 
Stało się, jak przewidział. Najpierw skoczył Gacek wczepiaj się w Michałowe ramiona, by go 
przewrócić. Z tyłu doskocz dziewczyna z cegłą lub kawałkiem betonu. Jej dłoń, nienawyl do 
długiego dźwigania, drżała. Michał zwinął się jak ślimak. N gami odepchnął Gacka 
podbijając jednocześnie dłoń dziewcz ny. Coś sucho trzasnęło, rozległy się dwa okrzyki i 
tupot nóg. TL uciekła Bernadetta. Cios zadany Gackowi rozciągnął go na ziemi Obok 
siedziała druga dziewczyna wyjąc z bólu. Betonowy odła| zamiast w czaszkę Michała, trafił ją 
w stopę. 
„Gdzie trzecia?" - myślał gorączkowo. Wreszcie usłyszał szl lest. Skoczył jak żbik. Broniła 
się raniąc mu szyję długimi paznokl ciami. Unieruchomienie jej nie przedstawiało 
specjalnych truf ności. Oczywiście, o ile zna się właściwe chwyty. „Trzeba jakcj uciszyć tego 
wyjca, bo mi zepsuje całą sprawę!" 
Dziewczyna miała chyba pękniętą kość śródstopia. 
Będziesz cicho albo zawołam milicję! - wyszeptał jej na 
h0 - To była próba morderstwa. Za to się idzie na stryczek! 
Umilkła zalana łzami. Jęczała cicho i było jej chyba wszystko 
dno. Czyż może być coś gorszego od losu narkomanki? Takiej, 
tóra zdobyła z trudem, za ostatnie pieniądze, jedną działkę, żeby 
skubać jelenia, który okazał się tygrysem? 
Gacek leżał bez czucia, ale tak miało być. Siłę ciosu można 
Trzeba  tylko  zawsze  o  tym   pamiętać.   Zabić   ~'-~ 
nie 

background image

58 
ozowac. 
olno. 
Obie dziewczyny siedziały na ziemi. Obie przerażone i zdruzgo- 
ne niepowodzeniem. 
-  On przyjdzie do siebie - powiedział Michał spokojnie - to Iko kwestia czasu. Dokąd 
pobiegła Bernadetta? Po pomoc? Milczały. Ta ze złamaną kością patrzyła łzawo na puchnącą 
topę. 
-   Mam do was tylko parę pytań - rzucił Michał, patrząc z po- 
itowaniem na budzącego się z omdlenia Gacka. 
-  Cholerny kapuś! - wrzasnęła ta z długimi jak szpony paz-okciami. 
Michał roześmiał się wesoło. 
-   Nie moja wina, że chciałyście rozwalić mi łeb! Każdy sąd da i wiarę. A że beton, przez 
czysty przypadek, spadł na girę jednej was... to nie mój problem. Faktem jest, że trzeba się 
zgłosić za- 
az do szpitala. Takiego, gdzie jest ostry dyżur. Nietoperz się wa-i zaopiekuje. 
Gacek z jękiem chwycił się za kark. Przychodził do siebie szyb-ej niż powinien. ""' Ty co? - 
wychrypiał. 
~ Załatwiłem ciebie i te dwie lalki. To nauczka, żeby porządnego karateki nie brać za jelenia. 
Porządnego? - wrzasnęła ta z paznokciami skacząc Micha-°wi do oczu. - Karatecy nie ćpają! 
Odepchnął ją jak człowiek, który ogania się od wyjątkowo Przykrzonej muchy. 
Bo też i ja nie ćpam - przyznał się Michał. - Potrzebowałem was, nie działki. 
59 
Gacek usiłował wstać, ale był na to jeszcze za słaby. Nogi] się rozjechały i ukląkł, zdziwiony 
swoim stanem. 
-   Po co? - spytał przełykając ślinę. 
-   Muszę wiedzieć, kto wam sprzedał ten piękny biały pro który, mam nadzieję, nie jest solą 
ani cukrem. - Mówiąc to s bował końcem języka. Aż dziw, że papierek z całą zawarto! oCalał 
podczas szamotaniny. - Heroina? Kokaina? 
Milczeli. Porażka była całkowita. Nie tylko stracili osta dawkę, nic w zamian nie zyskując, 
ale wyszli z potyczki z poi tym okiem, zdruzgotaną stopą i plamami na honorze ćpunó 
-   Co chcesz wiedzieć? - spytał szybko Gacek, widząc, że chał zmierza w jego stronę. Jeszcze 
mu w lewym uchu ni4 szumiało 
|eg° 
-  Kto i gdzie sprzedaje te ładnie zapakowane porcyjki. To rj płych klientów. Mam jechać z 
tobą? 
Czy znacie wyjątkowo anielskiej urody chłopaka o głosie stal schrypniętej katarynki? On 
bierze towar od Turka. To dwa. Trą cie pytanie zadam później 
Patrzyli po sobie. Gacek powoli wstawał. Był tak bezbronrj jak pisklę pozostawione w 
gnieździe. 
-  Towar kupiliśmy od pośrednika w „Liii". Od chudego, z 1 bą pryszczatą. O takim jednym, 
co bierze prosto od Turka, słysi liśmy w Gdyni. To grubsza ryba. Nie handluje detalem, tylko 
hi tern. Nie znajdziesz go. Ma niezłą obstawę. Chłopaki z bronią^ 
Michał słuchał uważnie 
-   Dobra - powiedział po chwili - za skontaktowanie mn| tym chudym i pryszczatym zapłacę. 
W porządku? A dziewczyj do szpitala, bo straci nogę! 
Milczeli wstrząśnięci. Jeleń zamienił się w świętego Mikołaj Czy to w ogóle możliwe? 
Noc, pochmurną i wyjątkowo wietrzną, spędził Michał w pie. Zaszyty w śpiwór nie czuł 
chłodu. Przedtąm dokładnie prz czył pieniądze, wyjęte ze wszystkich zakamarków, i 
stwierdził, musi się spieszyć. Gotówka topniała z każdym dniem. Ceny 1 

background image

bagażu. Bał się jednak zostawić plecak w szopie. Zostawiał 
M szatniach na kilka godzin. Zasypiając postanowił, że jak tyl- 
P    alatwi sprawę Archanioła, przeniesie się na Dolny Śląsk. Mo- 
nawet posiedzi czas jakiś u Dziadka we Wrocławiu. Nie znał 
ale to, co słyszał od Księgowego, napawało otuchą. 
Ranek wstał cichy i mglisty. Morze miało barwę ołowiu i prze- 
iewało się z pluskiem, ciężkie jakieś, jakby zmęczone. Z diuh wy- 
aziły nikłe krzaczki, suche i kolczaste. Za nimi karłowate sosenki z 
ałęziami rozcapierzonymi nad brudnożółtymi pagórkami piasku. 
Bar „Liii" zamknięty był na siedem spustów. Ale Gacek czekał. 
Cichy, z rozbieganymi oczkami. 
- Ten pryszczaty nazywa się Parowóz. Będzie dziś pod sklepem Pewexu w Sopocie. Tam 
zaopatruje raz na tydzień swoich 
Wybrzeżu, podbijane przez właścicieli smażalni, frytkami, nie І f"':_Michał P°czuł coś w 
™dzaiu współczucia. Napływało rzadko ły na jego kieszeń. Dokuczała mu też konieczność 
dźwigania ■ 
60 
-  A masz za co? - wymruczał sceptycznie Michał. Gacek wzruszył ramionami. 
-  Zawsze jeżdżę na gapę! Michał potrząsnął głową. Niepotrzebny mu gapowicz. Tylko 
zwraca uwagę. 
Ten Parowóz ma jeszcze jakieś powiązania? 
Nie wiem. Ale wszyscy mają. Nic się nie dzieje poza siatką. |Ci faceci nie lubią gadać po 
próżnicy. Jak nie masz forsy na towar, to się raczej tam nie pokazuj. Z nim nie pójdzie ci tak 
łatwo jak ze mną. 
-   Bo jesteś frajerem! - stwierdził Michał. Gacek nie odezwał się. Stał z miną psiaka 
czekającego na ka- 
Iwał kiełbasy. I to psiaka, któremu nie wolno szczekać. 
-   Dobra - zniecierpliwił się Michał. - Który to Pewex? On handluje także walutą? 
Nie. Ci od waluty są z innej siatki. To nowy sklep. Niedawno twarty. Gdzieś na peryferiach. 
Jest tam osiedle i korty tenisowe. 
n zawsze pracuje w dzień. Wieczorem jest tu, w „Liii". Dasz for-C? Jak nie, to zdechniemy 
bez działek! 
Gacek miał teraz oczy nieruchome. Twarz pożółkłą i bez wyra- 
1 niechętnie. I było wstydliwe. 
61 
-   Co z dziewczyną? - zapytał podając banknot. 
-   Założyli jej gips. Na jakiś czas wypadnie z gry. Lekarz! dureń, zaraz zauważył ślady po 
strzykawce. Będą ją przymusdj odtruwać. 
Michał odwrócił się bez słowa. Bardzo mu się spieszyło doi potu. W kolejce, do której wsiadł, 
było dość tłoczno. W pewrl momencie usłyszał lament na dwa cienkie głosy: 
 
Michał dokładnie przyjrzał się planowi miasta, rozwieszonemu 
desce pomiędzy dwoma betonowymi słupami. Były na nim zahaczone sklepy Pewexu. Małe 
czerwone trójkąciki. Pełno ich. 
hłopiec rozpoczął pracowitą eliminację: „Te są w śródmieściu, Lwiększe skupisko. To są 
zapewne kioski hotelowe. Nie wcho-za w gre. A co t0' Trójkąt na planie zamalowanym 
szarym kolo- 
m Bloki mieszkalne. Niech mnie żaba połaskocze, jeśli to nie 
Ludzie, dajcie sierotom! Nie szczędźcie grosza dla niewiJ L, ді^сііасгедо Parowóz pracuje w 
takim dziwnym miejscu? 

background image

mego! 
Z tłumu, przepychając się, wyłoniły się dwie żałosne póstal jedna z bielmem na oczach, 
prowadzona przez drugą, bez rękiJ to z. czapką, do której wpadały nawet papierki. 
Michał powstrzymał się, aby nie prychnąć śmiechem. Wrzucj jąc błyszczącą 
dwudziestozłotówkę do starego kaszkietu, szi 
nął: 
-   Cześć, Kiszka! Jak leci? Mały błysnął bieimem. Szrama na twarzy ciągle jeszcze mi 
żywy, czerwony odcień. 
-   Obleci. Gdzie lądujesz? 
-  W Sopocie. Mam randkę ze zbrodzieniem. Koło PewexU nowej dzielnicy. 
Niecierpliwy Mrągwa znów zaczął swoje biadolenie: 
-   Ludzie, dajcie coś ślepemu! Sami jesteśmy na tym Boż świecie! 
ak dalekim od centrum?' Właśnie. Dlaczego? 
Dotarcie do nowo wzniesionych, jeszcze nie otynkowanych oków zabrało Michałowi 
godzinę. Miotał się od jednej uliczki p drugiej. W końcu trafił przez przypadek. Był to niezbyt 
duży, e schludny sklepik. I kompletnie pusty, jeśli nie liczyć psa sie-zącego na schodku. 
Wystawa mogła każdego przyprawić o śli-otok. Lecz Michał, zamiast stosu czekolad firmy 
Suchard, wypa-ywał chudego wyrostka o krostowatej cerze. Niestety. ІМікодо takiego tam 
nie było. 
Po drugiej stronie uliczki znajdował się park. Dokładnie na-zeciwko dewizowej wystawy 
stała ławeczka. Siedział na niej imotny staruszek i jadł coś łapczywie, szeleszcząc celofanem, 
pojrzał na Michała, na jego pokaźnych rozmiarów plecak i roz-lylił bezzębne usta. 
Harcez z obozu? Tez byłem w młodości - wyseplenił, poł- 
Starsza pani z parasolką wyjęła z torebki paczkę cukierka nąwszy zżuty herbatnik. Mrągwa 
chwycił ją zręcznie.                    .                                        Michał uśmiechnął się półgębkiem. 
Marzył o tym, by staruszek 
-  Pan Bóg wynagrodzi, święta Teresa dołoży! Ludzieee...I ż sobie poszedł. Przymknął oczy, 
udając, że j.est zmęczony i 
Oddalali się spiesznie, przechodząc do następnego wagonu, зіасу. Staruszek znów zaszeleścił. 
Widać herbatniki bardziej go 
ajmowały. Siedzieli tak może z dziesięć, piętnaście minut. Mi- 
Sopot to piekło dla ubogich. Ale nie jest też niebem dla bogi hat spod półprzymkniętych 
powiek bacznie penetrował teren. czy. Jedni i drudzy nie mają tu łatwego życia. Blichtr i świ| 
udzje szli omijając sklep z kolorowymi reklamami. Mało kto zaj-tynk od frontu. Brud i smród 
od zaplecza. Kto chce, może oglądl :ał do środka. Chudego wyrostka ciągle nie było. jedno i 
drugie. Na molo pachniało rybami, morskimi wodorostaj dobiło się coraz cieplej. Po porannej 
mgle nie zostało już ani i smarem. Górą darły się mewy i rybitwy, dołem ciągnęła luda adu- 
Rozwiała się gdzieś lub pochłonęły ją żarłoczne promienie procesja z .wózkami, torbami, 
aparatami fotograficznymi. NB01"103- Od morza powiał wiatr, susząc spocone czoła. 
Zbiiżało się rzadko trzódka cudzoziemców wykrzykiwała coś gardłowo. І    lłudnie. 
62 
63 
Michał musiał się na chwilę zdrzemnąć, bo gdy się ocknął,' ruszka juz nie było. Z bfldynku, 
który wyglądał na szkołę, w pała się spora gromada chłopców i dziewczyn. Wszyscy w łych 
bluzkach lub koszulach i granatowych spodniach i spó cach.                                                                                            
.1 
„Koniec roku szkolnego? zdumiał się Michał. Tak go to i teresowało, za az podniósł się z 
miejsca. - To już naprawdę nieć szkoły?" 

background image

Wspomnienia opadły go na mgnienie oka. Potrząsnął głd] jakby chciał je zrzucić. Przecież tez 
mógłby dziś biec do dom świadectwem w dłoni. I nie byłoby ono najgorsze. Mozę tyi historii. 
Nie. Nie chcę o tym myśleć. Tak postanowił. I teg trzymał. 
Chyba że nadchodził ostry kryzys. 
Jakaś niewielka grupka odłączyła się od reszty. Coś sobid cichu opowiadali, zbici w 
gromadkę. Michał może i przeoczy] Parowoza, gdyby nie... motyl. No... wyglądała zupełnie 
jak bł no-złoty motyl. Nie miała więcej niż trzynaście, czternaście Ale takich włosów Michał 
nie widział nigdy w życiu: skręo sprężyny sięgające pleców. Na czole, wśród pukli, błękitna 
pi paska. 
I właśnie na nią kiwał palcem osobnik chudy jak zmora, z с wonymi wypryskami na czole i 
nosie. Michał przeraził«ię. go on od niej chce? Dlaczego cała ta grupka, złożona z sied czy 
ośmiu uczniów, podąża prosto za tym, o którym wiedzia handluje narkotykami? Czy ona też 
to wie? A jeśli nie, to dlacz^| idzie spłoszona, jakby niepewna? Dlaczego?" 
Kocimi susami posuwał się w pewnej odległości za gro Nie zwracali na niego najmniejszej 
uwagi. Po trzystu, no, pięciuset metrach rozgadana grupa nagle umilkła. Było to dziwniejsze, 
ze dochodzili do różowych bloków. Z otwar^ okien wylewała się synkopowana muzyka Dalej 
był teren tenisowych otoczony siatką. Chłopcy i dziewczęta, rzuca koła spojrzenia, znikali 
pojedynczo w jednej z bram. Za r końcu, szedł pryszczaty Parowóz. Nagle, jak spod ziemi, \ 
trzech innych. Michał natychmiast pojął, że to obstawa. I 
64 
parci 
obsiedli murek oddzielający mały, rachityczny trawniczek 
ciany budynku. Tylko oczka biegały im to w lewo, to w pra-Michał przystopował. Znajdował 
się może o pięćdziesiąt kro-w od wejścia do bloku. Wyraźnie widział dużych rozmiarów mer: 
czterdzieści dwa. Teraz należało się zastanowić. „Wejść brn to wpaść prosto w pułapkę. 
Przecież nawet nie wiem, do tórego mieszkania. A może to nie mieszkanie? Najprawdopo-
obniej jakaś piwnica albo inne pomieszczenie. Tych trzech sie--zi udając drzemiące w 
południe koty. Ale głowę dam, że widzą szystko. ł zastanawiają się, co ja tu robię?" Muzyka 
umilkła. W cichej uliczce osiedla zabrzmiał sygnał cza-i, a potem przenikliwy hejnał z wieży 
mariackiej. Było samo po-Lidnie. 
Teraz albo nigdy" - zdecydował Michał. Ostrożnie, aby nie kucać się w oczy, zagłębił prawą 
dłoń pod koszulę. Tam, w wo-Igczku na piersiach, spoczywała część pieniędzy. Manipulując 
alcami wyłuskał zwitek i wepchnął go w drugą skrytkę: małą ewnętrzną kieszonkę pod 
paskiem spodni. Może to bez sensu, le trzeba próbować. „No, do dzieła!" Leniwie, niedbałym 
kołyszącym się krokiem, zbliżył się do trzech chłopaków. Żaden z nich ie drgnął nawet. 
Tylko przy mijaniu jeden z nich spojrzał mu głę-oko w oczy. Nie był to wzrok pełnego 
miłości chrześcijanina. W ąskich, żółtawych źrenicach można było spokojnie odczytać oś w 
rodzaju wyroku śmierci. Michał oddychał głęboko. Nie ógł nie przyznać, że się boi. Drzwi do 
klatki schodowej lekko krzypnęły. W budynku słychać było płacz dziecka, komunikat z adia o 
pogodzie i czysty głos spikera informujący, iż na Wybrze-M zamknięto  jedną  czwartą  
kąpielisk   nadmorskich.   Michał erknął w górę. Nikogo. W lewo, trochę w cieniu, schody 
prowadzące w dół, do piwnicy. ! tam od razu odkrył pierwszy ślad. Niemką spinkę w 
kształcie kokardki. Taką, jaką widział we włosach pdnej z dziewcząt. Nie miał już cienia 
wątpliwości. Zanim zrobił pok, wejściowe drzwi znów zaskrzypiały. Kątem oka dostrzegł 
fflwetkę jednego z obstawy. Stał na szeroko rozstawionych no-pch, z rękami w dziwnie 
wypchanych kieszeniach. Michał wolał |ie wiedzieć, co jest w środku. 
' suoi 
«'gigant. 
65 

background image

Odwrót miał juz odcięty. Pozostawała droga w dół, potem gi, ciemny korytarz wiodący do 
piwnicznych boksów. W połd korytarza, pod migającą świetlówką, na wilgotnym betoniej 
dział jeden z chłopaków. Plecami oparty o ścianę wbijał strzykawkę w udo. Na Michała nie 
zwrócił uwagi. Może ogóle nie dostrzegł? Michał czuł ciarki biegnące po plecach* raz juz 
wiedział, jak „pracuje" Parowóz z krostowatym cz „Sprzedaje narkotyki gówniarzom! - 
pomyślał z wściekłości Ma tu swój punkt, ponieważ w pobliżu jest szkoła! Setki m szych i 
większych dzieci! Ten cały Pewex jest tylko kamufla Żeby w razie wpadki móc powiedzieć; 
Co, pohandlować bo nie wolno?" 
Michał poczuł nagle.ciężar plecaka. Tuż za pierwszymi dr mi do piwnicy siedziała trójka: 
dwie dziewczyny i chłopak, już dobrzy. Jedna strzykawka wędrowała z ręki do ręki. Też 
zwrócili uwagi na obcego. Następna piwnica, pusta, nie lid starego krzesła, była uchylona. 
Przepiłowana kłódka dyndał obluzowanym skoblu. Michał rzucił okiem. „Nie, to nie jest ś zy 
ślad. Tę piwnicę okradziono już dawno. Tu, przez nikog obserwowany, zostawię plecak. 
Muszę zaryzykować!" 
Co pomyślał, uczynił. Gdy pochylony wycofywał się z ni piwnicy-r usłyszał przeraźliwy 
krzyk. To był głos dziewczyny, tern ktoś coś szybko mówił. Znów krzyk, długi, histeryczny, ? 
miony, jakby krzyczącej usiłowano zatkać usta. Michał nie myślając się ani chwili runął 
korytarzem, skąd dobiegały od szarpaniny. Wpadł jak pocisk do pomieszczenia sprawują 
funkcję dużego składu. Pierwsze, co mu się rzuciło w ocz ogromna ilość tekturowych pudeł z 
zagranicznymi nalep Drugie - błękitno-złoty motyl na uwięzi. Może to dziwne śmieszne, ale 
chłopcu owa jasnowłosa czternastolatka wci szcze kojarzyła się z motylem. Tylko że 
spętanym, trzyma mocno za ręce przez szkolnych kolegów. Na wprost tej grup całym 
spokojem i precyzją Parowóz napełniał strzykawkę czy. co wyglądało jak woda, ale na 
pewno, Michał dałby sobie gł uciąć,  nie  było wodą. Zajęci  uspokajaniem wierzgającej, 
zwrócili na chłopca uwagi. Nie namyślając się wpadł pomi 
66 
mających, rozdzielił ze cztery albo i pięć niebezpiecznych cio-Г'1 wyrwał śmiertelnie 
przerażoną dziewczynę z rąk oprawców pchnął silnie w kierunku korytarza. 
Uciekaj! - wrzasnął słysząc cichutki trzask. Nie miał wątpliwi   jo Parąwóz błyskawicznie 
otworzył  nóż sprężynowy, ziewczyna ani drgnęła. Stała pochylona. Jej długie, pokręcone 
trgki włosów opadały na twarz. Stała, jakby wrosła w ziemię, jak amienny posąg anioła. Nie 
drgnęła, nie wydała żadnego głosu, ichał zrozumiał: sparaliżował ją strach. Ten dziki, 
histeryczny trach spowodował, że przyrosła do betonowej posadzki, z pół-twartymi ustami i 
kurczowo zaciśniętymi powiekami. - Uciekaj! Michał cofał się przed ledwo dostrzegalnymi 
stalowymi brykami śmierci. Parowóz był fachowcem. Zachodził prawidłowo, dcinając drogę. 
Michał wyrzucił w górę lewą nogę. Tak się wy-rąca przeciwnikowi broń. Ale nóż nie 
brzęknął. Nie wypadł, amten też był nieźle wytrenowany. Z ziemi podnosiły się trupy 
przednio powalonych. Ci nie przedstawiali się specjalnie grozie. Ale byli. Błękitna przepaska 
zsunęła się dziewczynie z czoła, wisała na szyi jak stryczek. To otrzeźwiło Michała. Jedną 
ręką ociągnął ją silnie za pukiel włosów. Szarpnął. Zabolało. Ocknęła ię. Przerażenie 
odciągnęło całą krew z policzków. Dziewczyna yglądała jak biała maska. Poruszyła 
kończynami. Chłopcu wy-ało się, że odzyskała władzę w nogach. Pociągnął ją w kierunku 
yjścia. Prawie rzucił na drzwi. W tym momencie poczuł cios w okieć. Nie był to cios noża, 
którego ostrze obserwował cały czas ' skupieniu. Był to silny cios dłonią, zadany przez kogoś 
innego, koncentrowany na obserwacji napastnika z nożem, nie zauwa-ył, że odwrót odcięła 
mu w pewnej chwili trzyosobowa obstawa ryszczatego. Nie pamiętał, kiedy się pojawili. 
Zorientował się УІко, że zupełnie nie obchodzi ich dziewczyna. Nie patrzyli na Ia.- To on, 
Michał, był dla nich celem. Wiedział już, że nie da im aaV Czwórka fachowców zdolnych do 
wszystkiego. I ci inni, z wczącymi od narkotyku oczyma i nerwowo latająca grdyką. 
2c2ęśliwi, że dostali, co chcieli. Dziewczynie wrócił instynkt sa-°2achowawczy. Jednym 

background image

susem wyskoczyła na korytarz. Ostat-le' co zapamiętał Michał, to powiewające w biegu 
długie pasma 
67 
przędzy czy jedwabiu. „Jak motyl" - pomyślał, i stracił рЯ mność. 
To był jeden z tych ciosów, których szanujący się karateki używa. Którego użyć nie wolno, 
jeśli się zna i rozumie sil „przyzwoitość, honor i odwaga". 
Gdy się ocknął, w piwnicy poza nim była tylko czwórki pastników. Pryszczaty stał tam, gdzie 
poprzednio, i uważnie żując napełniał strzykawkę. Pozostali mocno trzymali Michą I nogi i 
ręce. 
-   Co... co chcecie? - przeraził się. Parowóz skrzywił usta w uśmiechu. 
-   Czasem to robimy na siłę - odparł całkiem uprzejmie. - | wypadło na dziewczynę, ale skoro 
stanąłeś w jej obronie śmiał się nieprzyjemnie - dawki dostaniesz ty.                        _ 
-   Po co? Nie jestem ćpunem - Michał myślał wolniej niż Я matnie. Bolał go kark i nie 
wiadomo dlaczego oba kolana.  Г 
-   Skoro nie chcą się uzależniać dobrowolnie... my sprzęci my towar - mówił zbliżając się - 
zależy nam na jak najwiękj ilości odbiorców. Zarabiamy na tym. I to nieźle. Czasem tri 
poświęcić jedną lub, dwie porcyjki, aby w przyszłości zyskać! wego klienta. Już na zawsze. 
Rozumiesz, frajerze? Teraz dal coś wspaniałego. Mieszanka wybuchowa, rzec można. Dfl 
będziesz wspominał naszą dobroć. A potem zaczniesz się czoł| u naszych stóp. I kraść, aby 
mieć na działkę. Kapujesz? 
Kapował. Bardzo dokładnie. Było tak, jak słyszał w KrakoJ handlarze zmuszają niektórych. 
Bo przecież nie wszyscy cl ćpać czy wąchać byle świństwo. Nie idą jak barany na lep, łJ tylko 
przypodobać się grupie, klasie czy silniejszym od nich prj wódcom. Teraz sam stał się ofiarą. 
I to tylko dlatego, że ch| uratować motyla. 
Ostrze igły zagłębiło się w żyle przedramienia. W pierwl chwili nic nie poczuł. Potem pot 
kroplisty wystąpił mu na cz| Starał się nie bać, ale strach paraliżował krtań. Nie wołał]" 
krzyczał. Wiedział, że nikt mu nie przyjdzie z pomocą. I nie сїЩ dawać satysfakcji swoim 
oprawcom. 
68 
T^a 
rz 
krostowatego rozdęła się do wielkości dyni. Michał ro- 
gi sję. Widok był zaiste komiczny. Poczuł ukłucie w drugim 26 dramieniu. Gorąco. Coraz 
goręcej. Ktoś go podnosi, podtrzy-'ЭГ е Michał ma nogi jak z waty. Wloką go po betonie. Jak 
to ' esznie wygląda! Ze ścian mrugają ogromne oczy. Są łagodne fek oczy krowy. A potem 
zapanowała ciemność rozświetlana błyskami. Prze-,vWały twarze, zdarzenia, ludzie. Jak w 
filmie. 
-   Mamo! Dlaczego tak ciemno? obrzękłe wargi ledwo się uchylają Ból przenika całe ciało. 
Myśli rwą się na strzępy, te zaś rozsypują, jak garść piasku. W uszach przeciągły szum, to 
znów stukot regularny, jakby ktoś walił młotem. Woda sączy się z włosów, spływa na czoło, 
nos, wargi. Można je oblizać. Chwila ulgi i znów wszystko zaczyna się od nowa. Ręce są 
bezwładne, nogi też. W zamkniętych, mocno zaciśniętych oczach ból. Pod powiekami pulsuje 
ciągle to samo światło: zółtoczerwone z fioletowym obrzeżem. Jak jądro świata, wnętrze 
wulkanu, rozbity atom. Teraz głuche walenie nasila się. Chwila ciszy i z bardzo daleka 
nadpływa jasna, powiększająca się plama. Plama ma oczy albo nie. Teraz ich nie ma. Jest 
bezwymiarowa, chyba płaska. Jak twarz z portretu kubisty. Usta, kto zresztą wie, czy to są 
prawdziwe usta, jeżdżą w górę i w dół. To nawet śmieszne. Czy ten chrapliwy głos należy do 
plamy? 
-  Zo - staw - mamroczą wargi. - Boli. Dlaczego nie pozwo-[licie mi spokojnie spać? - Czyżby 
myśli poskładały się jak w dziecinnej układance pozwalając zbudować sens? Nie, to tylko na 

background image

;skutek wstrząsu spowodowanego przemieszczeniem się ciała. |Jakaś siła wciąga je, szarpie, 
stwarza dodatkowe cierpienia. Nie [można się poskarżyć, gdyż język jest jedynie plastrem 
mięsa. Bez-[wolnym i przeszkadzającym. Plama jest cieniem. A cień nie daje pa Wygraną. 
Działa zdecydowanie, choć nie wiadomo po co. koszmarny.ból znów nadbiega i wykrzywia 
wargi. Teraz snop pwiatła ostry jak błysk lancetu bije po szeroko otwartych źreni-pch. Cień 
dalej walczy jak oszalały. Plama podobna jest do księ-рУса. Так samo blada, z zarysem 
czegoś, co tam przecież jest. 
69 
„Mówią, że księżyc przyciąga" -" myśl błyska i gaśnie. Nie bęfl walczył z plamą ani cieniem. 
Ani z głosem. Bo teraz doszedł Щ Słów nie rozumie. Są chyba w obcym języku? Nagle 
wszystko! zmienia. Cichnie ból. Ciało po raz pierwszy znajduje się na cz| miękkim. Nic nie 
uwiera pod łopatką. Mózg ogarnia fala cie^ ciemności. I tak jest dobrze. 
t No... Michał? 
-   Ogólnie mówiąc... walka o byt. 
-   Czyja? 
-   Przezywają jedynie organizmy najlepiej przystosowane 
-   Jak to nazwał Darwin? ,    Szepty dochodzą ze wszystkich stron. Są szumem, bezła 
masą samogłosek i spółgłosek. Oni chcą jak najlepiej, nie wie ze to bez sensu. Michał przestał 
się pocić. Oddycha głębokoj 
-   Kto odpowie? Las rąk. Jak można nie wiedzieć? To absurdalne. Michał 
wie  ale nie drgnie mu nawet powieka. Robert nie wytrzyrn Wykrzykuje z przedostatniej 
ławki, nawet nie wstając: Darwin nazwał to doborem naturalnym. 
-   Dobrze. Michał, prosiłam, abyście wszyscy obejrzeli wti kowy program w telewizji. Ten o 
różnicowaniu się gatunkóv^ przyrodzie. Nie zrobiłeś tego? 
-   Nie. 
-   Dlaczego? Cisza staje się nieprzyjemna. Gęstnieje. Nie wszyscy wyjB 
mują ciśnienie wzrastające gwałtownie w niewidzialnym baj metrze czterech ścian klasy.    > 
-   U nich. nie ma telewizora! - wypala Natalia. Ma okrągłe guziki oczy. - Kilka lat temu jego 
tato wyrzucił całe pudło' śmieci. Bo telewizja kłamie. 
Michał jest nawet wdzięczny. Nie ma za złe głupiutkiej, że pi wiedziała to, co za chwilę 
musiałby powiedzieć on sam. Nie czl żadnej satysfakcji patrząc prosto w osłonięte okularami 
oczy b| iozki. 
-   Ach, tak? Myślałam, że się to już nie zdarza! 
Na nic innego się nie zdobyła? - chłopiec dziwi się w myś- 
"h prZebierając palcami w zmierzwionej czuprynie. - Co mam leraz zrobić? Potwierdzić? 
Usiąść?" 
Siadaj. - Nauczycielka wyraźnie unika czterdziestu par wlepionych w nią oczu. - Dwója. 
Za ojca? - pytanie Natalki jest prowokacyjne. Zadała je z calą świadomością. 
- OJ je. Za syna. - Nauczycielka mówi to bez uśmiechu. - Nie stosuję w ocenach zbiorowej 
odpowiedzialności. Jeśli, naturalnie, rozumiesz, o czym mówię. 
Rozumieli. Doskonale rozumieli. No, może nie wszyscy. Byli wszak tak różni. Niektórzy 
jeszcze bardzo dziecinni pomimo ukończonych piętnastu lat. Ale ta „silna grupa", nadająca 
ton całej klasie, ci „wodzowie" po politycznych meandrach ostatnich trudnych lat, ci _nie byli 
już dziećmi. 
Dorosłymi zresztą też nie. 
Emocje zamierały, ciśnienie też. Nauczycielka swobodnie przerzucała kartki podręcznika. Od 
strony ławek nie padło ani jedno słowo. 
Będziemy mówić o różnicowaniu się gatunków w ramach jednego szczepu. Ten materiał 
wstępnie przerabialiście już w siódmej klasie. Weźmy przykład z botaniki. Taki wilczomlecz 

background image

beb-łek, chwast polny... był kiedyś drzewem rosnącym w wilgotnym lesie tropikalnym, gdzie 
musiał walczyć o byt, o światło... 
Michał przestaje słuchać. Co go w końcu obchodzi jakiś „beb-łek". Tyle tylko, że śmiesznie 
się nazywa. Któż nie musi walczyć o światło? Jesteśmy wszyscy nieruchomymi dziećmi 
tropikalnego lasu. Przepychamy się, byle wyżej, ku życiodajnym promieniom. Kto silniejszy, 
ten zwycięży! Cóż, że obok uschnie członek rodzimy czy przyjaciel. Jakie to ma znaczenie? 
Żadne! Ważne by moja "bebłkowa" korona wyniosła się ponad wszystkich. Wtedy nie "Cdę 
ani głodny, ani zmarznięty. Dotknę głową słońca. I ono bę-^ie moje. Tylko moje. 
Park tonie we mgle. Drzewa wynurzają się pocięte szarymi pa-■W, oderwane od podłoża jak 
wędrujące duchy. Tu płynie sa- 
70 
71 
motny czub świerkowy, tam zaś tkwi pień bez gałęzi i kor ścięty toporem przez kata - giganta. 
Wszystko wokół jest niei ne, baśniowe. Tylko krople spływające z gdzieś ukradziony! może 
tylko ukrytych przed niepowołanym okiem, suchycj mion spadają na topliwy szary śnieg 
robiąc w nim głębokie otj ry o postrzępionych brzegach. 
Park jest rzadki, pokrojony alejkami, przy których stoją, zarl we wspomnieniach, poczerniałe 
ławki. Coś czasem zaskrobie żurkami po korze, coś zaskrzeczy, lecz potem długo nic nie 
ciszy, która też jest z mgły. 
Michał brodzi w rozmiękłym śniegu, nie dbając o przemoc! buty. Plecak zwisa z ramienia 
niedbale, skórzana szelka obijaj o udo. Chłopiec jest głodny, ale nie spieszy się do domu. Jl 
nie umie znaleźć się w czterech zamkniętych ścianach. Anj szkole, ani w domu. I tu, i tam 
przeszkadza mu mnóstwo rzed 
spraw ze sobą pozornie nie powiązanych, rozmów nie przemył ję, by zmienić temat. Tak jak 
się pyta: „Czy ładna dziś pogoda 
nych, nie zadanych pytań. A przecież nie zawsze tak było. W Ц dym razie nie było tak w 
dzieciństwie, które wydaje się dziś chałowi kolorowym snem, bajką opowiedzianą na 
dobranoc może to ja byłem głupim szczylem, którego nic nie obchocjj poza nakręcanymi 
samochodzikami?" - myśli są ponure, gro; Nie ma sił uporządkować ich, odsiać rzeczy 
ważnych od błałr bo przecież nie wszystko ma jednakową wagę. I on to wie. Ali jest 
prawdziwe, a co fałszywe? Która karta jest życiem, a którjj dynie imaginacją wróżki? 
Wstrząsa nim ziąb, powodując natychmiast chęć znalezienia! w dobrze ogrzanym wnętrzu. 
Nie wie tyiko w którym. Dom to rrl jsce, gdzie od jakiegoś czasu ludzie nie mogą się 
porozum! gdzie każdy waży swoje racje, a waga przechyla się to na jednaj 
nie utrzyma się nawet jedno ziarno, jedno piórko. Nic. Drugie i jsce to domek dziadka w 
ogródku przy torach. Ściany pochył< pstrzone oprawionymi w szkło zdjęciami. „Tu Antoś i ja 
przed kiem. Tu spalony czołg zasrańca faszysty. A tu, spójrz, Michałki twój dziadek ustawia 
słup graniczny. Po wsze czasy". 
ndzieś w inny, może piękniejszy świat, ławki poskrzypu-eschniętymi oparciami. Giną pnie z 
dziuplą zabetonowaną, wiewiórką w środku. Odchodzą, by przeczekać, przycupnąć. ltWalka 
o byt trwa. 
Michał, bój się Boga, gdzie ty się włóczysz? - matka wkłada tich  nie mogąc związać 
trzęsącymi się dłońmi kolorowych 
oczków. 
-  Wracam ze szkoły. 
Buty ciężkie od wilgoci. Białawe zacieki rozchodzą się promie-iście. Wokół obcasów zastyga 
ślad soli. 
-  Wiesz, która godzina? - Matka nie ustępuje, choć niepokój padł jak kamień z serca. - 
Przecież prosiłam... 
To „przecież prosiłam" denerwuje chłopca. 

background image

-  Co było w szkole? - pytanie z gatunku tych, które zadaje 
la?" 
hoć przez okno widać, że mgła. 
- W szkole? Nic. 
Tradycyjnemu pytaniu stało się zadość. Odpowiedź padła taka, kiej, widocznie, oczekiwano. 
Teraz można ruszyć do pokoju, tory zajmuje razem z Sabiną. Określenie „pokój" to może 
zbyt jriele. Kilkunastometrowa powierzchnia przedzielona ścianką z ykty. Po jednej i po 
drugiej stronie stoliki do nauki, lampy, wer-alki. Jednakowe. Tylko wystrój ścian wskazuje na 
odrębne zain-sresowania mieszkańców: u Sabiny podobizny znanych piosen-arek, zespołów 
rockowych, duży, czytelny rozkład zajęć lekcyj-ych. I stada zwierzątek: wypchanych, 
rzeźbionych, porcelano-'ych i z przeźroczystego kolorowego szkła. To cały świat dzie-
/ięciolatki. U Michała surowo. Tylko dwa duże plakaty: na białej 
na drugą stronę. I tak tańczy łomocąc pustymi szalkami, na którt 0W|erzchni czarne 
powiększone czcionki głoszą: „Być albo nie 
Ус?', „To be war not to be?" - Wojna czy pokój. I drugi plakat Brucem Lee „karate 
mistrzem". Idoi. Od pięciu lat Michał ćwi-V- Z rezultatem. Pierwszy z plakatów zdobył 
niegdyś złoty me-F- Chłopiec interesował się malarstwem i grafiką. Sam chęt-le rysował, 
starannie ukrywając te próby przed niepowołanym fem. 
73 
Dykta ścianki oddzielała te dwa mikroświaty nie pozwala ingerencję wzroku, lecz nie była 
ona dźwiękoszczelna. S stwa rockowe Sabiny często tłukły się młoteczkami decy mózgu 
Michała, doprowadzając go do szaleństwa. \Nk wtedy ostro, nie bawiąc się w dobór słów. 
Zbesztana, częsj lana łzami, biegła na skargę do rodziców. Uładzali, jak Prośbą i groźbą. 
-  Ty, Michał, jesteś starszy. Przecież Sabina nie gra gdy się uczysz. 
-   Ale ja nie znoszę hałasu! Ojciec podciągał rękawy starego swetra. 
-   Każdy ma prawo do chwili przyjemności. Uzgodniliś już dawno. Gdybyśmy mieli 
czteropokojowe mieszkanie... % 
Bagatela! Gdybyśmy mieli! Gdybać można i na temat willi i senem w ogrodzie pełnym 
kwiatów i szczęśliwych psów. Niej nokrotnie oglądał takie cudeńka na filmach z Zachodu lub 
I rowych fotografiach przysyłanych „stamtąd" przez dalekie! bliskich znajomych, którzy 
wyemigrowali. Wyjechali i nie wi Urządzili się w świecie biznesu i wielkiej forsy. Ale czy 
wszył czy na pewno były to ich własne domy? Matka powątpief denerwując tym ojca. 
-   Skąd oni wzięli na to pieniądze, w trzy miesiące po wl dzie? 
-   Skąd wzięli, to wzięli - unosił się ojciec zgarniając fonF i strzyżone trawniki do koperty. - 
Tam się żyje inaczej ni Człowiek haruje, ale coś z tego mai A my? Czterdzieści dwa i 
kwadratowe w bloku na dziewiątym piętrze z widokiem na s[ пік. 
-   Śmietniki są i tam! - parowała matka, wytrząsając ka garnka. Miała ściągniętą twarz i 
zwichrzone włosy. - Г grzebią w tych śmietnikach, by znaleźć coś do jedzenia. 
Z kolei nic tak bardzo nie rozwścieczało ojca jak opowi nędzy, biedzie, bezdomnych w 
wielkich metropoliach, gło Indiach czy Etiopii. 
-   Naoglądałaś się telewizji! Propaganda na użytek to" dobnych! 
74 
tka głośno odstawiała garnek. Szczękała pokrywa. Może i jestem głupia. Może i niczego nie 
rozumiem z tych zych spraw... ale nie powiesz mi, że moja babka żyła przed ■na vv 
luksusach. Jedenaście osób spało w jednej, źle ogrze-: iZDie. Moja matka też. Nie śniło się im 
o centralnym, win-h blokach i zsypach na śmieci. Ojciec miął gazetę i rzucał w kąt. 
Nie wspominaj, kobieto, przedwojennych czasów. Ja moje o tym, jak dziś żyją inni ludzie! 
- Którzy... ludzie? - matka z pasją dławiła ziemniaki kopystką. Wszyscy? Czy u nas nie ma 
takich, co budują sobie baseny? eśli za własne, ciężko i uczciwie zarobione pieniądze, to 
wolno ! 

background image

Awantura rozwijała się prawidłowo. Padały oskarżenia i celne 
iposty. Matka trzymała się nieźle. Było jej do twarzy z rumieńcem 
la czole i jasnymi pasmami włosów spadającymi na policzki. 
zasem Michał nawet ją podziwiał. Ale uważnfe słuchał wywo- 
ów ojca. W wielkim zakładzie przemysłowym, gdzie pracował, 
^k jak on myślało wielu. Głośno mówiło już mniej. A pokrzyki- 
ałozaledwie kilkunastu. Był czas, gdy krzyczeli wszyscy, doma- 
ając się porządku i sprawiedliwości. Wychodzili na ulicę i tam 
brastali tłumem. Obrastali, jak kadłuby statku porastają z czasem 
uszlami przeróżnych skorupiaków. Żyją całe kolonie uczepione 
ilnego żelaza, podróżują bezpiecznie, wołając: jacy my wielcy! 
le przychodzi czas remontu i odpadają zeskrobani, jeden po 
irugim, wracając w odmęty lub na śmietnik. Bo statek, by móc 
tynąć, musi być lekki. Bez darmowo podróżującego balastu. 
Zawyły ściany, zatrzeszczał sufit. Płyta, zdarta od wielokrotne-0 użytku, obracała się 
pojękując. Wydawało się, że przytupująca 0 taktu noga powoduje uginanie się podłogi. 
Wyrwany z półsnu 
lchał zareagował gwałtownie. Zerwał się z wersalki, jednym fokiem przebył szczupłą 
powierzchnię i prawie wyważając bar-■ern drzwi skoczył do adapteru. Jęk, zgrzyt i nagła 
cisza. 
A Potem dopiero długi ryk Sabiny: Mamaaa! On się bije! 
75 
Matka odłożyła do koszyka pocerowaną bieliznę. Jej szcz I dłonie odcinały się wyraźnie od 
brązowego szala: zaciśnięte czowo, z pobielałymi kostkami. 
-   Michał, znowu? 
Chłopiec stał pod regałem na lekko ugiętych kolanach. Ćj wony sweter obciskał wąskie barki 
i biodra. Chmura na czta chmura gęstych włosów nad czołem. Zaciśnięte wargi. 
-  Ja... ja już tego nie wytrzymam! 
Sabina popiskiwała w kącie jak zbity psiak. Zawsze tak płakgjj Od dzieciństwa. Miała kiedyś 
ukochaną lalkę z prawdzie I włosami - pociśnięta, wydawała właśnie takie dźwięki. 
-   Przestań, Inka, proszę...'matka wstała z krzesła, odsunąw I pudełko z nićmi. Podeszła do 
małej, ogarniając ją ramieniem. I piskiwanie ustało jak nożem uciął. - No, już dobrze. Mo; I 
wrócić do siebie. Lekcje odrobione? 
Pełna buzia w kręgu puszystych kasztanowych włosów jui I śmiechnięta, choć na policzkach 
nie obeschły jeszcze ślady I 
-  Ja zawsze odrabiam wszystko od razu. Nawet te trudni I „Jacy oni są różni! - dziwi się w 
myślach matka patrząc w I 
za znikającymi cienkimi jak patyczki nóżkami w granatowych; I stopach. - Jacy różni!" 
Chłopiec nie rusza się. Oparty plecami o regał, z rękami w I szeniach spodni. Tylko głowa 
pochylona niżej w geście przej I sin. A może tylko zmęczenia... 
-   Co się z tobą dzieje, Michał? - Matka nie podchodzi bfl Gest z taką ufnością przyjęty przez 
dziewięciolatkę teraz mógł zostać odtrącony, niewłaściwie zrozumiany. A tego nie chce. щ od 
dawna Michał uchylał się od pocałunków, traktując te ■ doczne oznaki miłości jak zło 
konieczne. Nieraz widziała, jak dl nią ocierał policzek, krzywił się i cierpiał, gdy ktoś z 
rodziny olf zywał mu swoje uczucia zbyt jawnie, natarczywie. - Masz kłofl ty?     л 
Chłopiec wzruszył ramionami. Właściwie tylko jednym rafl niem. Głowa opadła jeszcze 
niżej. „Co mam na to odpowiedz™ Że mam kłopoty z biologią? A przecież nie tylko z nią. 
Ostał nie popisałem się na chemii, bo nic mnie nie obchodzą kwł 
76 

background image

karboksylowe. Nic a nic". A co go właściwie obchodziło? O czym marzyc co myślał, 
wpatrując się godzinami, jak zaczarowany czy aczej zauroczony, w płachtę plakatu? Czego 
chciał? Nie wiewał. Miotał się tylko jak zając w szczerym polu, gdy słyszy na-aonkę, а nie 
wie, gdzie są myśliwi, I czy w ogóle są? 
Szczęknęła zasuwa w przedpokoju. Jasny prostokąt szklanej szyby rozjarzył się światłem. 
Matka i syn unieśli głowy. Wyglądali jakby wspólnie, przed chwilą, popełnili jakieś 
przestępstwo, a teraz czekali w skupieniu na przybycie wymiaru sprawiedliwości. Kobieta nie 
zdążyła wstać, gdy drzwi do pokoju otwarły się. 
-  Co to? Dlaczego siedzicie po cłemku? Stało się co? Matka przejechała dłonią po włosach. 
Przygładziła je, ukazując 
pogodną twarz. 
-  Tak sobie tu rozmawialiśmy... z Michałem. 
Ojciec zapala światło. Chłopiec mruży oczy. On nie ma pogodnej twarzy. Dwa cienie wokół 
powiek. Jasne oblicze zmęczonego starca. 
-   Daj mi coś do zjedzenia. Zaraz przyjdzie Władek. 
Matka zaciska usta. Drobne zmarszczki wokół oczu pogłębiają się. Milcząco wychodzi z 
pokoju. Za chwilę słychać trzask zapałki podpalającej gaz w kuchni. W tych blokach słyszy 
się wszystko. Nawet sny sąsiadów. 
-  Co w szkole? 
Michał już się nie zżyma. Wie, że takie pytanie powinno paść. Czeka na nie jak na coś 
nieuchronnego, co musi się zdarzyć, by nastąpił spokój wszechświata. 
-  Tak sobie. 
~ Dwói nie oberwałeś? - ojciec wyjmuje z aktówki plik papierów. Ostrożnie segreguje na 
poszczególne kupki. 
~ Oberwałem. - Michał czeka z rękami głęboko w kieszeniach. Nic nie następuje. „On po 
prostu nie słyszał, co odpowiedziałem. Zadał pytanie i zajął się swoimi sprawami. W gruncie 
rzeczy nic go nie obchodzę". - Tato - mówi głośno, przełykając s'inę. - Oberwałem dziś dwóję 
z biologii... 
Co mówisz? - ojciec robi wrażenie człowieka, któremu się bardzo śpieszy. Na pociąg, 
samolot, na cokolwiek. - Nie widzia- 
77 
łeś takiej zielonej tekturowej teczki? Znów mama ją gdzieś vH pchała. 
Matka wchodzi z talerzem kanapek i herbatą. 
-   Mam stąd wyjść? Jak przyjdzie Władek? Ojciec marszczy brwi. 
-   Dlaczego używasz takiego tonu? 
-   Jakiego? - matka drżącą ręką poprawia plaster kiełbasy g kromce. - Pytałam tylko, czy 
mam was zostawić samych. 
-   Tak. Będę ci wdzięczny. Michał - odwraca twarz w kieruri* ku syna, tkwiącego wciąż bez 
ruchu pod regałem. - Co z tą ziele ną teczką? 
Chłopiec wzrusza ramieniem. 
-   Nie dotykam twoich papierów. Kiedyś mi tego zakazałejL Mama też ich nie ruszała. Ani 
Inka. 
-  Za innych nie odpowiadaj. Sam zapytam. - Jest wyraźnie rozdrażniony. Ten półmrok, w 
którym ich zastał, te dwie głów» tak do siebie podobne - matki i syna, ten dom, w którym 
rozm<| wy ślizgają się po tematach. 
Gong melodyjnym dźwiękiem rozprasza ciszę. 
-   O, jest Władek. Michał, otwórz! 
Chłopiec z trudem odlepia się od półek. Robi to jak na zwd* nionym filmie. I miałoby to sens, 
gdyby zostało zarejestrowane 

background image

Sabina jest szybsza. Niczym pocisk wystrzela ze swojej dziupli! już szczebiocze do gościa, 
jak mały ptaszek znudzony ciszą 1 gnieździe. 
Wchodzą do pokoju razem. Roześmiani. 
-   Dzień dobry. - Gość pochyla głowę nisko nad dłonią kobie? ty. - Cześć, Michał. Jak leci? 
Dwói nie oberwałeś? 
-   Oberwałem - odpowiada chłopiec głośno i wyraźnie. Śmieją się obydwaj. 
-  Wesołek z tego Michała, co? 
-   Poczucie humoru ma po mnie!                / 
Tylko matka niespokojnie zwraca ku synowi głowę. Bada przej moment wszystkie znane 
sobie na pamięć punkty na jego twarzl „Nie, chyba się wygłupia! Po co by prawdę mówił 
przy obcy! człowieku". 
78 
L To ja was zostawiam. 
-  Czy wychodzisz, mamo, bo tu nie ma dla ciebie miejsca? -}0S Michała zgrzyta jak szkło. - 
Trzeciego pokoju, o ile pamiętam, nie mamy... 
-   Michał! - ojciec reaguje ostro. - Wypraszam sobie ten ton! Matka ma dokąd pójść. O ile 
pamiętam, mamy jeszcze drugi po-koj. Wasz. 
Gość milczy nieco zaskoczony. Uważnie przygląda się chłopcu. 
-  Się wygłupia - mruczy Sabina obgryzając środkowy paznokieć. ~ Na mnie też nawrzeszczał 
i o mało co nie stłukł płyty. 
-   Porozmawiamy późлiej - mówi ojciec, gestem zapraszając gościa do zajęcia miejsca pod 
lampą z żółtopomarańczowym abażurem. Cztery frędzle kołyszą się łagodnie. To ładny 
pokój. I ładna lampa. - Siadaj, Władek. Mam tu parę problemów do rozwiązania. 
W przedpokoju matka zakłada kalosze. I długi szal z popielatej włóczki. 
-  Gdzie idziesz? - Sabina podskakuje jak kózka. - Ja też, dobrze? 
-  Idę do dziadka. Zaniosę mu szarlotkę. 
-   Do dziadka nie chcę. - Usta dziewczynki krzywią się. - Tak daleko... 
'- A ty, Michał? Dawno tam nie byłeś. Staruszek ucieszy się. Nie ma z kim pogadać... 
-   Ma przecież... tych swoich weteranów. - Głos Michała jest głuchy, jakby mówił z dna 
studni albo głębokiej beczki. 
Matka otwiera usta, żeby coś powiedzieć, oburzyć się, krzyknąć. Ale tylko wzdycha. 
~ Gdybyś ty przeżył taką wojnę... taką straszną wojnę... 
~ Ale nie przeżyłem. I ty też nie, mamo. Zrozum, dla nas to tak, jakby dziadek opowiadał o 
wojnie punickiej. Tyle ze punicka"eie-kawsza. I słonie walczyły.,. 
~ Słonie! - matka siąka w chusteczkę. Robi to głośno, demonstracyjnie. - Tobie tylko bzdury 
w głowie! Dziadek cudem Przeżył. Był ranny... 
79 
-  Wiem. - Michał zmienił ton. Jego głos jest teraz miękki, Щ godny. - Ale i on, i jego czołgi 
to kupa starego złomu. Со паЛ obchodzi? Dziś nie wygra się wojny ani czołgiem, ani na 
słonif Są rakiety, zdalnie sterowane pociski, przyciska się guzik i... I 
Matka zatrzaskuje torbę. Jej oczy są ciemne z gniewu i żalfl 
-   Nie życzę nikomu przeżywać tego, co dziadek. Nikomu. I Z hukiem zatrzaskują się drzwi. 
Sabina ogryza paznokieć patrząc bratu przenikliwie w oczyH 
-   Chciałeś ją tylko zdenerwować? 
-   Chyba tak - odpowiada dziwnie cienko. - Teraz chętB dobrałbym się do tamtych dwóch. - 
Brodą wskazuje zamknifl pokój. 
-   Mogę puścić im Shakin Dudiego, chcesz? Na pełny гедиіщ tor. 
Michał chwyta ją za mysi ogonek i burzy grzywkę. Inka jest zdziwiona nieoczekiwaną 
pieszczotą. 
-  Ty co? Może jesteś chory? 

background image

W lutym znów chwycił mróz. Balkonowe szyby pokryła siateczka szklistych paproci. Wróble 
i gołębie tłukły się na parapedl wydzierając sobie co większe okruchy, rzucone tam litości» 
dłonią. Automat przy drzwiach wejściowych chyba zamarzł, Щ jęzor nawianego puchu 
wdzierał się aż pod wycieraczkę. Na ulic» dozorca odgarniał szuflą świeże zwały śniegu. Miał 
czerwony nos i czapkę głęboko nasuniętą na czoło. Śnieg zmieszany z piaskie» i solą tworzył 
szare smugi na tle jaskrawej bieli. Ludzie sunęli za* spani, niechętni, opryskliwi. Ludzie 
poranni i ci, co utrudzel nocną pracą wracali do domów, marząc o łóżku i gorącej herbsj cie. 
„Łatwo ich rozpoznać - myślał Michał, natarczywie przypatrti jąc się mijanym twarzom. 
Czasem robił sobie z tego zabawę, zgdi dując kto jest kim. - Ten, na przykład, wyraźnie 
cieszy się, że prał cę ma już za sobą. Może to lekarz pogotowia albo piekarz? Kto я wie? Ale 
wyraźnie się cieszy. A ta w zielonym berecie, bezksztaffl nym, powyciąganym, to kto? 
Robotnica? Salowa z nocnej zmil ny? I te siaty wypchane "do ostatnich granic. Gdzie i kiedy 
zdążył 
80 
zr0bić zakupy? Może w bufecie zakładowym? Ten w czapce z na-usZnikami, co tak 
przytupuje przy krawężniku, to zapewne dyrektor czegoś tam. Czeka na samochód... to widać. 
Wyraźnie czeka, zfy jak iicho. O, patrzy na zegarek. Dostanie się kierowcy, oj, dostanie! 
Narada, konferencja, jeszcze jedno, jak mówi tato, bicie piany. I po co się tak denerwować, 
wypalać benzynę? Czy od tych waszych nasiadówek będzie nam wszystkim lepiej, panie 
nausznikowy?" 
Przy krawężniku rzeczywiście hamuje samochód. Jest to stara, zdezelowana syrena. Michał 
aż się dziwi: „To oni, w tych urzędach, jeżdżą takim śmieciem? Nie mają dla panów 
dyrektorów czegoś lepszego? Choćby poloneza?" 
Mężczyzna w nausznikach rzuca się w kierunku drzwiczek. Kierowca wychyla głowę przez 
odkręcone okienko. Woła ostro, nerwowo: 
-   Nie mogę ćię zabrać, Kaziu! Jadę do Ciechowic. Jak się pospieszysz, to zdążysz na pociąg! 
Cześć! 
„No i co? - śmieje się w duchu Michał. - Nausznikowy nie pojedzie z pompą i paradą. Widać, 
nie jest wcale takim ważnym dyrektorem. Tacy nie jeżdżą u nas pociągami. Ot pech, panie 
Kaziu!" 
Im bliżej szkoły, tym bardziej Michał zwalnia kroku. Nie przygotował się ani z historii, ani z 
polskiego. To nawet dziwne, bo do niedawna był jednym z lepszych. Ostatnio jednak 
wyraźnie się opuścił. Wszystko wydawało mu się mało ważne. 
-   Cześć, Michał! - czerwona czapeczka obciska głowę o-krągłą jak piłka futbolowa. Szalik i 
postawiony kołnierz płaszcza zasłaniają pół twarzy. 
-   Och, Karol! - mruczy Michał niezbyt zadowolony ze spotkania. To smutny kujon, nie 
kojarzący najprostszych faktów. Kiedyś mu nawet pomagał, bo aż żałość brała patrzeć, jak się 
chłopina morduje. Ale to było dawno. Dziś nie interesowały go już zmagania kolegi z 
językiem praojców. 
-  Zrobiłeś to zadanie z matmy? - Czerwony pompon zachy-botał na czubku głowy czy też 
piłki. - Bo ja... 
Si 
-   Stary - Michał przystanął. - Wiesz, gdzie ja mam zadanie 4 matmy? Spadaj, synu, i daj mi 
żyć! 
Karol zamrugał białawymi rzęsami. Jego twarz, płaska, z czerl wonawymi wykwitami na 
skórze, przypominała gumową maskę! Był jednym wielkim zdziwieniem, znakiem zapytania. 
Nawet ten śmieszny pompon wyglądał jak zdumiona wełniana mysz. 
-  Ty co? - wymamrotał przez zziębnięte wargi. - O co chodził bo nie wiem? 

background image

Michał machnął dłonią. Nie chciało mu się gadać. Nie chciała mu się postąpić ani kroku dalej. 
Nagle myśl jak błyskawica prze! mknęła przez mózg. „Przecież nie muszę! No... nie muszę 
nigdzie' iść! Jestem wolnym człowiekiem! Wolnym!" 
Karol ciągle dreptał w miejscu, zaglądając Michałowi w oczyl mrugając przy tym, jakby 
oglądał właśnie wyjątkowy okaz mul zeainy. Tak wyjątkowy, że aż zapierało dech. 
-   Zjeżdżaj, ofiaro! - Michał powiedział to ciepło i cicho. -I Nie idę do szkoły, jasne? 
Pozdrów ich tam i powiedz, że napiszę z podróży. A może i brudną bieliznę przyślę, jak 
zasłużą. 
Karol stał z otwartymi ustami. Przypominał tłustego wigilijnego^ karpia, którego nikt nie ma 
odwagi zabić. To do reszty rozbawiło Michała. Czuł się tak, jakby zrzucił półpudowy ciężar 
zalegający okolice serca. 
Zrobił w tył zwrot i szybkim, długim krokiem odszedł w kierunl ku parku. Nawet się nie 
odwrócił, by sprawdzić, czy czerwony pompon całkiem wrósł w śniegową zaspę. 
Już go to nie obchodziło.                                                            . ■ 
Drzewa stały w iskrzących czapach. Były piękne i smutne. Cała natura przywarowała, ścichła. 
Na coś czekała. Na silniejszy mróz czy na wiatr północny strącający szklane, cienkie igły 
zimy. Chrzęściłopod nogami, a cisza koiła nerwy. Za wcześnie na spacerowiczów, na sanki z 
dziećmi, okutanymi po czubki uszu, na zabiegane kobiety i emerytów z chlebem i mlekiem. 
Za wcześnie na gwar, nawoływania, na życie. Za późno na szkołę. 
Chłopiec szedł lekkim krokiem. Nie czuł zimna. Plecak z książkami i zeszytami jeszcze nie 
ciążył. W żołądku rozchodziło się 
82 
ciepło i sytość po zjedzonym śniadaniu. Mógł tak iść bez końca. Albo, jeszcze lepiej, gdzieś 
jechać. Na dróżce dreptały wróble. Biły się o jakąś porzuconą okruszynę. Ślady ich łapek 
tworzyły śmieszną mozaikę, przecierały szlak niepokalanej bieli. Michał zrzucił plecak na 
najbliższą ławkę. To nic, że zasypana i mokra. Z bocznej kieszeni wyjął paczkę z drugim 
śniadaniem. Papier zaszeleścił, wróble spłoszone uskoczyły w bok. Stały z podniesionymi 
główkami, wyraźnie na coś czekając. Z góry, z gałęzi, co jak zielona łapa zwieszała się nad 
oparciem, spadła grudka zbitego śniegu. Ostre krakanie zaniosło się daleko. 
-' No, ліе dla ciebie, gawronie czarny, kruszę chleb! - powiedział chłopiec głośno i wyraźnie. 
- One są mniejsze, biedniejsze i zawsze przez innych wykorzystywane. 
Rzucił wróblom okruszyny. Zbiły się w gromadkę ćwierkając. Gawron jak złowieszczy cień 
siedział na gałęzi spoglądając czerwonawym okiem to na Michała, to na wróble. Widać czuł, 
że nie warto wdawać się w potyczkę z człowiekiem. Zakrzyczał raz jeszcze ostro i odfrunął. 
Posypał się śnieżny pył. 
Michał spakował resztę kanapek. W ręku obracał duże czerwone jabłko. 
„Zjeść teraz czy potem? - myślał leniwie. - Ale potem, to znaczy kiedy?" 
Kula znów się zniża. Krąży jak planeta wokół słońca. Zatacza eliptyczne kręgi barwiąc 
trajektorię na krwistą czerwień z fioletowym otokiem. Ze środka mózgu, lub może tyiko z 
głębi wnętrzności, wyrasta lodowaty trzpień. Jak ostry i gładki nóż. Nie widać go. To się 
tylko czuje. Ciało się go boi. Boi i broni. Teraz zaczyna drżeć, obfity pot spływa z czoła, nosa 
i okolic brzucha. Gdyby nie ten ból wyginający ciało w łuk, dopadający mięśni nóg i karku. 
Potem wszystko zaczyna się od początku. Czasem, w przerwie między jednym a drugim 
paroksyzmem, pojawia się blada plama z oczami i nosem. Tyle że bez ust. A może one gdzieś 
są, te usta? Po wizycie plamy jest lepiej. Znika swędzący pot. Coś łagodzi rozgorączkowaną 
skórę. Wracają niektóre obrazy. Te bardzo dawne, o których chciałby zapomnieć jak 
najszybciej. 
83 

-  Wyjadę. Na jakiś czas. 

background image

Matka zaciska wargi. Wytarte talerze jeden po drugim znikaj! we wnętrzu szafki. Już nie zada 
więcej żadnego pytania. Zamknie się jak żółw w skorupie. O to zresztą ma do niej pretensję 
ojciee „Z tobą nie można rozmawiać! - powie. - Ty się zatrzaskujesz! nic do ciebie nie dociera 
oprócz własnych racji". 
Czy zawsze tak było? Nie. Od jakiegoś czasu coś się stało z ni-i mi wszystkimi. Cudze 
sprawy wtargnęły brutalnie w cztery ściany mieszkania. Już nie byli tu sami z własnymi 
drobnymi kłopotami. Wtłoczyli się inni ludzie, inne zdarzenia, nie rodzinne, zdomindl wały 
kuchnię i pokój. Nawet obie dziecięce kajuty nie były już enklawami spokoju. Nic się na 
pozór nie zmieniło. A jednak. 
Te nocne rodziców rozmowy, podniesiony chwilami głos ojcaf niegłośny płacz matki. Potem 
i on ucichł. Matka zaczęła walczyć o spokój domu i rodziny. Ale czy robiła to właściwie? Czy 
w ogóle można było cokolwiek zdziałać? Ten na pozór spokojny i opanowany ojciec 
przekształcał się na oczach wszystkich w zacie trzewionego, trawionego fałszywymi 
ambicjami człowieka. Na nic się zdały perswazje i prośby. Rozumiał tylko to, co chciał 
zrozumieć. A matka nie spokorniała. Wręcz przeciwnie. Przerzucali się racjami jak piłką na 
boisku, żonglowali słowami, których wagi nikt nie oceniał. I coraz bardziej oddalali się do 
siebie. 
Michał leży na wersalce, a myśli płyną wolno jak te chmury zd oknem nabrzmiałe śniegiem. 
Z kaloryfera dochodzi jakieś cichutkie gulgotanie, jakby woda coś w nim z trudem 
przesuwała, prze-, pychała pod ciśnieniem. Z górnego piętra dolatuje głos telewizora, szurają 
stopy, od czasu do czasu słychać delikatne stukanie psich pazurków. Strasznie akustyczne są 
te nowe bloki. 
W drzwiach kajuty staje matka. 
-   Idę z Inką do dentysty. Trzeba ci czego? 
Michał przecząco kręci głową. Niech idą. Będzie spokój. Trzaskają wyjściowe drzwi. Jest 
leniwie, nudno i ciemno. Michałowi nie chce się zapalać światła. I tak nie odrobi lekcji. Znów 
pójdzie na wagary. Poprzednich nikt nie zauważył. Ani szkoła, ani dom. Opiera głowę na 
poduszce i przenosi się nagle w miejsce, które 
84 
zna i jakby jednocześnie zupełnie obce. Rozmazana siatka drzew, jakieś pagórki leśne i cała 
armia kamiennych aniołów z wyciągniętymi w górę dłońmi. A nad tym wszystkim unosi się 
samotny dzwon bez sznura i dzwonnicy, podobny do wielkiego żelaznego garnka, w którym 
dziadek zwykle topi wosk. Tyle że ten dzwon -garnek fruwa, nie dbając o prawa fizyki, i 
dzwoni. Na trwogę? Michał widzi nagle, że owe pagórki leśne to groby i że oprócz aniołów, 
ciężkich, szaroskrzydłych, są ludzie. Ich głosy natężają 
się- 
-   Nikogo nie ma w domu? 
-   Widocznie Marysia z dziećmi wyszła. Zajrzę do kajut. S/nuga światła nie wyłania z mroku 
ciemnozielonej wersalki. 
Zasłania ją szafa, przemyślnie zbudowana ze sklejki i wmontowana w niewielką wnękę. 
-  Zrób herbaty. 
Michał wraca z dalekiego świata, jeszcze nie całkiem obudzony. Zdaje sobie sprawę, że te 
anioły to był sen. Ale głosy są ludzkie. Spod drzwr wysuwa się wątła nitka blasku. „Wróciły 
juz od tego dentysty? - myśli leniwie. - Trzeba zapalić światło". Ale ręka sięgająca do 
kontaktu zatrzymuje się w pół drogi. 
-   Możemy pomówić, Władek. Ale nie przekonuj. Ja nie zrezygnuję. Nie mogę. 
-  Źle mnie zrozumiałeś, Marek. - Głos rozmówcy jest cichy. Jakby zakatarzony. - Nie 
posądzaj mnie o tchórzostwo. Znamy się tyle lat i... 
-   Ludzie znali się po czterdzieści lat, a dziś nie podają sobie rąk! - głos ojca twardnieje z 
sylaby na sylabę. - Ja wiem swoje. Będzie jeszcze gorzej. 

background image

Michał lekko unosi się na łokciu. Wstać, dać znać, że tu jest? Że wszystko słyszy? Bez sensu! 
Wtedy nigdy nie dowie się, o po właściwie chodzi ojcu. Więc przywiera do oparcia, choć 
czuje ciarki wędrujące po plecach. Nigdy nikogo nie podsłuchiwał, nie jest Sabiną, ale teraz... 
-   Mam tego dość. Postanowiłem wyjechać... 
-   Dokąd. 
Michałowi zaschło w gardle. Chętnie by się napił wody, ale do 
85 
kuchni trzeba przejść przez pokój. A tam są „oni". Tato i pan Wła dek. Chłopiec oblizuje 
suche wargi. Siada, dbając, żeby ni skrzypnęła żadna sprężyna. 
-   Na Zachód. Byli tacy, co wyjechali, i dobrze im się teraz po wodzi. 
-   A inni wrócili. 
Jakiś brzęk, jakby przewróconej szklanki czy spodka. -Niezguły albo prowokatorzy. - Głos 
ojca podnosi się d krzyku. Teraz krzyczy, by przekonać rozmówcę. 
-  A żona? Dzieci? - Pytanie jest ciche. 
-   Zostaną. Ona się nie chce nigdzie ruszyć. Nie rozumie mnie Ani ja jej. A dzieci? Kiedyś 
wybiorą. 
Michał trzęsie się jak galareta. Nie rozumie, co się stało. Ni może w żaden sposób opanować 
tego wewnętrznego drżenia które przenika każdą żywą tkankę ciała. Wydaje mu się, że osób 
no trzęsie się głowa, osobno kręgosłup i palce stóp. Zimny po oblewa go na przemian z falą 
gorąea. Jeszcze nic podobneg nigdy mu się nie zdarzyło. A przeżył już piętnaście lat. Nawe 
wtedy, gdy z jego ciałem, mężniejącym z wiekiem, zaczęły si dziać newe nieznane sprawy. 
To było co innego. A teraz te szczękościsk i fala nudności podchodząca do gardła. Przestaje n 
moment słyszeć. W uszach nieustannie coś brzęczy,'jak upart komar nie dający się niczym 
odgonić. Potem ciężką, tonę ważącą dłonią ociera zawilgocone powieki. Oddychać! Wolno i 
głęboko Tak kazał mistrz Wu-dang: - „Jeśli poczujesz się źle, jeśli będzi się z tobą działo coś, 
czego nie rozumiesz - połóż się na wznak rozluźnij mięśnie i oddychaj głęboko. Wolno... 
wolniej..." 
Dygotanie w koianach pomału ustaje. Przechodzi szum uszach. Ściany znów są proste, a 
tapczan nie płynie już po wzbu rzonym morzu. Tylko w ustach dalej brak śliny. Nogi? Dają si 
zgiąć. Ręce? Posłuszne. TyJko piersi i plecy wilgotne od potu. Koszula lepi się, uwiera. 
Michał zdrewniałymi palcami rozpina guziki. „Co to było? Sen? Nie, Powracają słowa 
okrutne i złe. Tam, w drugim pokoju, ktoś chodzi, uprząta szklanki. Potem kroki w 
przedpokoju, zgrzyt zasuwy i łupnięcie drzwi wyjściowych. Już nie ma jasnej szpary na 
podłodze. 
86 

Michał zapala lampkę. Nic się nie zmieniło. Plakaty wiszą jak vvisiały, kilimek z barankami 
wełni się na ścianie z dykty, ciepły pomarańczowy blask pada na złotobrązowe zasłony. Za 
oknem daleki blask ulicznych lamp. Na szybach delikatne desenie zimy. Nic się nie zmieniło. 
Nieprawda. Zmienił się, zapadł cały świat. 
-   Zrozumienie narodowych dziejów wymaga dystansu - powtórzył wolno „Ryba", wpatrując 
się uważnie w szeregi stolików. „Te twarze niczego nie wyrażają. Nie wiem nawet, czy mnie 
słuchają, o czym naprawdę myślą?" - My, współcześni, nie zawsze rozumiemy zjawiska nas 
otaczające. Warto, na przykład, cofnąć się do szesnastego wieku, kiedy Polska była krajem 
bogatym, miała zwycięskie wojska, cieszyła się „złotą wolnością". Ale cóż widzimy dziś, z 
dystansu? Otóż to, iż prorocze kazania Piotra Skargi były wyraźną zapowiedzią późniejszego 
dramatu. A choćby wiek dziewiętnasty. Pełen sporów i rozłamów. Jedni przyznawali rację 
tym, drudzy innym. Nie umieliśmy się spotkać w pół drogi. A kiedyśmy do tego dojrzeli, tak 
mniej więcej pod koniec powstania styczniowego, już było za późno. Dramat upadku 

background image

powstania zniweczył wszystkie, ledwie kiełkujące idee zjednoczenia. Czy to jest jasne, co 
mówię? 
Czterdzieści par oczu wlepionych w „Rybę" ani mrugnęło. Czekają. Tu nie ma się co 
wyrywać z głupimi odzywkami, jakie zdarzają się na biologii czy polskim. Tu, na lekcjach 
historii, można zostać startym na proch. Zjechać ze schodów na plecach. No, nie dosłownie. I 
więcej się nie pozbierać. Tu przynajmniej co trzeci chce błysnąć myślą, choćby najmniejszą z 
najmniejszych. To nieprawda, że pierwsza В nie ma ambicji. Ma, a jakże. 
-   Czy „dziś" też wymaga dystansu? - To Monika. Nie wytrzymała ciśnienia. Pytanie nie jest 
głupie. 
„Ryba" wsuwa ręce w kieszenie. Żółty sweterek polo, wyglądający spod szarej marynarki, 
nieodparcie przyciąga wzrok. 
-   Rozumiem, że słowem „dziś" określiłaś obecny czas historyczny. 
-   Tak. Tak myślałam. 
87 
-  A więc „dziś" też będzie wymagało dystansu. Dla nas żyjącycH tu i teraz nadeszła próba. 
Jedna z najcięższych w powojennej historii. Zapewne potomni nas ocenią. I to surowo, Ale 
musimy odnieść się do swoich czasów... dni, miesięcy, lat. Naród jest rozdarty, niespójny. 
Niektórzy tworzą legendę, do swoich racji dorabiają teorię. Nie chcą pogodzić   się   z  twardą   
rzeczywistością,   która   wymaga   ofiar... 
-  W czterdzieści lat po wojnie? - To Natalia. Oczywiście muj siała się odezwać. 
„Ryba" stoi obok ławki Michała. Uważnie przygląda się twa| rzom. Niektóre są bezmyślne. 
Inne uśpione kompletną obojętnością. 
-  W tym czasie jedno się dokonało, inne nie. Malkontenci widzą tylko strony ciemne, 
entuzjaści tylko jasne. A prawda, jak zwykle, leży pośrodku. Ważne jest, by wszystkim dać 
nadzieję... 
-  A jeśli nie zechcą uwierzyć? - Michał nie podnosi głowy. Rybiński robi lekki półobrót, 
-  To całkiem możliwe. Kryzys duchowy jest istotnie gorszy od kryzysu gospodarczego. Ale 
natura ludzka jest w swej istocie niewyobrażalną siłą. Oporna na przebrzmiałe hasła szukać 
będzie równowagi. Za wszelką cenę. Tak mówi historia. Zawsze, gdy było trzeba, znajdowały 
się nowe autorytety. I dialog. 
-  Amen - mruczy Anka. Mruczy cichutko. Wszyscy to słyszą. Profesor Rybiński też. 
-  To jedno z tych słów-symboli - mówi spokojnie. - Można nim zakończyć modlitwę. Ale 
tylko modlitwę. „Polskiej sprawy" żadne symbole ani hasła nie zakończą. Historia jak czołg 
pruje po wybojach. I niekoniecznie zastawia za sobą spaloną ziemię. Czasem również 
wolność i pokój. 
-  To też są słowa-hasła! - wtrąca Żanna i milknie zawstydzona. 
-  Za te słowa umierały miliony - mówi „Ryba" poruszony z lekka - od zarania cywilizacji. 
Może się zdewaluowały, ale nigdy nie znikną ze słownika dziejów. Chyba że rozp... 
rozwalimy nasz glob. Wtedy nie będzie już nikogo, kto by wypowiedział cokolwiek. Nawet 
hasło. Szczury prawdopodobnie przeżyją, ale ża- 
88 
dnego transparentu nie utrzymają w łapach. Raczej go pożrą. |\/|yślę, że dość na dzisiaj. Teraz 
zajmiemy się programem. 
-   Makabra! - jęknął „Badyl" na ucho Michałowi. - A tak się dobrze spało! 
-   Zaniesiesz dziadkowi rosół i kurę. - Oczy matki są czerwone i suche. 
-   Mam dużo lekcji - wymawia się Michał. Nhe lubi chodzić do dziadka. Zwyczajnie nie lubi. 
-  Ale pójdziesz. Ja godzinami stoję w kolejkach, żeby wam coś kupić i ugotować! Coś chyba 
możesz zrobić, no nie? -głos faluje od dolnych do górnych rejestrów. Zapowiada atak histerii. 
Michał unosi obie dłonie. Poddał się. Wlecze się źle oczyszczoną ulicą, potykając się raz po 
raz o zlodowaciałe grudy. Za drucianą siatką, oddzielającą część torów kolejowych, widać 

background image

stare, do szczętu zniszczone wagony, Te już nie odjadą w żadną podróż. Jako dziecko zawsze 
chciał w nich mieszkać. Na ganku leży miotła z brzozowych witek. Michał dokładnie 
oczyszcza buty ze śniegu. Tupanie przywabia gospodarza. 
-  Wejdź, wnuku. 
W sionce jest zimno, ale jasno. Za to w obszernym pokoju półmrok i temperatura jak w 
szklarni. Wielki kaflowy piec, cztery razy przestawiony przez zduna, bucha wspaniałym 
żarem. Na drewnianym stole-warsztacie dziadkowe hobby: rzeźby-świece. Figurki żołnierzy 
złożonych do ataku, w rozwianych szynelach. Z czubka polowej czapki sterczy knot. 
Dziadek odstawia na bok kociołek z mieszaniną parafiny, wosku i czegoś tam jeszcze, co jest 
jego głęboką tajemnicą. 
-   Co masz w menażce? 
-   Rosół i kurę - mówi, omiatając niechętnym wzrokiem ściany, upstrzone starymi zdjęciami 
z frontów ostatniej wojny światowej. 
-   Znów to samo. Żyć się odechciewa. Zjadłbym pierogów albo co innego... 
Michał patrzy na siwe, niechlujne pasma przydługich włosów 
89 
opadających na wyszarzały kołnierz koszuli. Starcze pomarszczo. ne wargi siorbią wystygłą 
zupę. 
-   Czego oni was teraz uczą w szkole? Michał uśmiecha się szeroko. 
-   Z przysposobienia obronnego o postępowaniu w okresie zagrożenia. 
Dziadek przestaje żuć. Jego porcelanowo-niebieskie oczy zwężają się w siateczce 
zmarszczek. 
-   A cóż wy o tym możecie wiedzieć? Wy, pokolenie bez woj. ny! 
Michał marszczy czoło. Znów się zacznie wychowywanie! Znów trzeba spuścić klapki na 
uszy, żeby nie słyszeć tych wiecznych biadoleń w rodzaju: „Za moich czasów" albo „my to 
mieliśmy naprawdę trudne dzieciństwo! Tyle wyrzeczeń!" 
-  Wiem, że mieliście do szkoły pod górkę - mruczy niezbyt grzecznie. 
Dziadek macha niecierpliwie dłonią. 
-   Ojciec z tobą mówił? 
Michał tężeje. Czuje, jak mu sztywnieje warga. 
-   O czym? 
Dziadek odstawił menażkę. Pociera dłonią łysy czubek czaszki. 
-   Słuchaj, wnuku, ja nie mam zamiaru ciągnąć cię za język. Twoja matka to niezła 
histeryczka. Od niej nigdy nie dowiem się prawdy. 
-   Jakiej prawdy, dziadku? - Michał ma w krtani kluskę, która jeździ tam i z powrotem. 
-   A takiej, że wasz ojciec chce polecieć za morze, jak sójka! Dlatego że głupota mu się na 
mózg rzuciła. Zacietrzewienie! Nic nie jest dla niego święte: ani dom, ani dzieci, ani 
ojczyzna! 
-  A może... - Michał rzuca słowa przez zaciśnięte wargi, j] Może mu się nie podobają różne... 
nieprawidłowości. 
Dziadek milknie, zaczesuje nerwowo palcami bielejący wianu* •szek włosów wokół uszu. Te 
uszy są jak z wosku: bladożółte, roz-szyte siateczką żyłek. 
-   Zawsze były, są i będą różne nieprawidłowości! - mruczy skrobiąc łyżką o dno menażki. - 
To żaden powód! 
90 
-  Wolno mu myśleć inaczej! - woła Michał z rozpaczą. Nie ^je, dlaczego nagle wziął stronę 
ojca. Niczego już nie wie. 
Dziadek opanowuje się z trudem. Szura kapciami tam i z powrotem po wytartym chodniku w 
brązowo-zielone pasy. 

background image

-  Ja walczyłem, żeby tu było dobrze. Żeby bomby ludziom na głowę nie leciały. Przelewałem 
krew! 
-   Co ma piernik do wiatraka! - wybucha Michał. Teraz on jest :ak odbezpieczony granat. - 
Co ma wojna do ojca? 
-   Nie wolno porzucać ojczyzny... z trudem ją odzyskaliśmy z niewoli... 
-   Naprzód odzyskaliście,, a potem zaraz wpakowaliście ją w takie tarapaty, że do dziś, 
czterdzieści parę lat później, nie może się pozbierać! - atakuje Michał. 
-  Wszystko ma swoje granice! - tupie dziadek. - Twoja głupota także! Według ciebie 
wszystko jest złe! A jak ma być dobrze, kiedy co trzeci Polak pijany, co dziesiąty narkoman, a 
co szósty chce na Zachód! 
-  Ja nie chcę na Zachód! Ale tu też nie chcę być! W nic wam nie wierzę! 
Dziadek siada na krześle z dłonią przy oczach. Nie reaguje nawet wtedy, gdy Michał głośno 
trzasnąwszy drzwiami wypada do sieni. W zimnym powietrzu stygną policzki, obsychają łzy. 
Nienawidzi starego człowieka. Nienawidzi po raz pierwszy w życiu. 
Jądro słońca pomału gaśnie. Dwie plamy zamiast jednej. Dlaczego? Co się stało? Ból zmienia 
miejsce. Podchodzi do gardła, uciska pierś. Z dalekiego lasu nadpływa wiatr. A może tylko w 
bezruchu powietrza dziwnie pochylają się bezlistne gałęzie? I ta polana, na której rosną 
gigantyczne kielichy nieznanych kwiatów. Nigdy dotąd takich nie widział. Mają wnętrza 
złożone z milionów słupków i pręcików. To pamięta z botaniki. Tylko dlaczego zamykają się 
i otwierają w rytmie zbliżonym do bicia ludzkiego serca? Dziwne. Nie lubi ich. Teraz ulatują 
w przestworza jak setki dzikich ptaków. Gęsi? Nie. Raczej czarne gołębie. Może kruki? Nie, 
to motyl! Jeden motyl. Ostrożnie przysiada na czymś, co jest gałęzią, a może poręczą. Nie 
wiadomo. Wachluje się błękitnymi 
91 
skrzydłami w srebrne cętki. Ma lekko wyłupiaste oczy inerwovJ| poruszające się czułki. Co 
zrobić, żeby go nie spłoszyć? A mojl właśnie trzeba, żeby odleciał? Uciekł? Cień nasuwa si? 
na pod. świetlone błękitem skrzydełka. Uciekaj, motylu! Ratuj się cho4 tyl Ra... 
Brakuje tchu. 
Luty jak luty. Tęgi mróz. Śniegowe grudy skrzypią pod butami. Długi jęzor lodu aż prosi się o 
ślizgawkę. Michał jedzie na obca-sach z szeroko rozpostartymi ramionami. Tak jest dob^e. 
Wese, lej. Omija park. W ciemnościach nie jest specjalnie przyjazna Wręcz przeciwnie. 
Pękające z mrozu pnie straszą trzaskiem i go-lizną rozcapierzonych gałęzi. Wybiera dłuższą, 
za to bezpieczniejszą drogę do domu: przez rynek, stare uliczki koło kościoła. Z wnętrza 
ceglanego gotyku wylewa się światło i głosy - stłumione śpiewy. Okutane kobiety raz po raz 
znikają we wnętrzu, gdzie odprawia się misterium. Michał przemyka wzdłuż muru. Kilka got 
dżin ćwiczeń dobrze mu zrobiło. Mistrz uczący ich walk Wu-dang był z niego zadowolony. 
-   Jesteś w porządku. Umiesz zatrzymać cios o ułamek sekundy. I czuję, że myślisz. Nawet 
wtedy, gdy pot i złość zalewają d oczy. Pamiętaj: to twoja wewnętrzna siła popchnie cię do 
dobre) go !ub złego. Chińczycy mówią: tęp zło, pień chwasty, aby nil porosły, nie zatłukły 
dobra. Wtedy znajdziesz spokój, który bywa szczęściem. 
-   Czy ono przychodzi do każdego? To szczęście? Mistrz zmrużył oczy. 
-   Inne chińskie przysłowie mówi: Szczęście przychodzi tylko do ukwieconych podwoi. 
Rozumiesz? 
-  Tak.   , 
Ciężarówki łomocą na moście. Michałowi zdaje się, że wąski chodnik ugina się pod stopami. 
Ślisko. Stąd już widać światłf wyrosłego na przeciwległym stoku osiedla. Miasto przysiadłe 
ri^n, w dole. Małe takie jakieś. Zmarznięte. 
W przedpokoju płaszcz rzucony na podłogę. Albo niedbale pol Wieszony spadł. Michał 
ściąga buty. Z pokoju dochodzą podniej 
9ł 

background image

sione głosy. „Znowu się kłócą - myśli. - Boże, czy to się nigdy nie skończy? Ja tego nie 
wytrzymam!" Nastroszony wchodzi. Nikt nie zwrócił na niego najmniejszej 
uwagi. 
-  Żyć się nie da! Nic się nie zmieni! Nic! 
Michał oblizuje suche wargi. 
-   Sam kiedyś mówiłeś, że zamiast biadolić lepiej jest dż*iałać. Robić coś... dla ludzi. 
-  Ja tak mówiłem? - ojciec przeczesuje palcami zmierzwione włosy. Ma na sobie stare, 
domowe spodnie i sweter z łatami na łokciach. - Widać mi się coś śniło. Liczą się tylko ci, co 
mają pieniądze. 
Michał zatyka palcami uszy. Nienawidzi wszystkiego i wszystkich. Nienawidzi. Kiedy zalega 
milczenie, odważa się, choć wie, że to, co powie, spowoduje reakcję nieobliczalną. 
-   Dziadek twierdzi, że to ty robisz mi wodę z mózgu. Może moglibyście to ustalić poza 
mną? 
Ojciec unosi rękę, jakby chciał uderzyć. Ale szybko cofa. Wychodzi z pokoju głośno 
trzaskając drzwiami. W oknach leciutko dzwonią szyby. 
Zapada cisza. Jak na jeziorze w letni dzień. Tak bywa przed burzą. 
Skrzypnięcie. Michał unosi głowę. To Sabina. Chude, długie nóżki obciągnięte szarymi 
rajstopami marszczącymi się przy kostkach. Przyciasny sweterek i usta w podkówkę. Michał 
w pierwszej chwili chce wrzasnąć, wyrzucić siostrę poza ściankę z dykty, ale coś go 
powstrzymuje. 
-   0 co chodzi? 
Dziewczynka stoi z rękami ukrytymi z tyłu. Coś tam chowa. W końcu mamrocze 
niewyraźnie: 
-   Bo ja nie umiem narysować dudka. 
-   Czego? - Michał wraca z bardzo daleka. Prawie z Australii lub Kanady. Od trudnych myśli 
i decyzji. Od zagadnień prawdy, wierności sobie i wewnętrznego spokoju. 
-   Dudka - powtarza Inka wyciągając zza pleców blok rysunkowy. - To taki ptak. Z 
czubkiem. 
93 
Chłopcu chce się śmiać. Co warte są słowa. Nic. Ważny j6st dudek. Z czubkiem. 
-   Chodź tu - mówi łaskawie. - I spróbuj.            \ 
-  Ale jak? - martwi się Sabina. - Prosiłam tatę, lecz powiedział, żebym mu nie zawracała 
głowy takimi bzdurami. A dla mnie to ważne. Potrzebne do szkoły. 
„Potrzebne do szkoły - myśli Michał - a ja już tę szkołę spisałem na straty! Ja, ale nie ona. 
Chyba niewiele rozumie. To dobrze. Jeszcze dobrze". 
-   W porządku - godzi się Michał. Jest nawet zadowolony, że może czymś się zająć. Nie musi 
wychodzić z dziupli, póki go mama nie zawoła. A że zawoła to pewne. Tłucze w kuchni 
garnkami. Słyszała każde słowo. Odgrzewa spóźniony obiad, bo czuć aż tu topiący się na 
patelni tłuszcz. - Siadaj, znajdę ci tego dudka w książce, chcesz? 
Chciała. Rozłożyła swoje skarby: ogryziony ołówek, trzy kolorowe kredki i dwa flamastry. 
Michał zaraz je poznał. To te, co mu zginęły w zeszłym tygodniu. „Spryciula je podwędziła i 
o tym zapomniała - myśli bez żalu - teraz nosi jak swoje. A niech jej będzie!" 
-   Michał, obiad! - mama staje w drzwiach. Ma ciemne oczy pełne żalu do całego świata. - 
Prędzej, bo wystygnie! 
Dudek szybko się odnalazł w całej swojej „czubkowej" krasie. Sabina z wyciągniętym 
językiem zabrała się do kopiowania ptaka. 
-   Tylko nie wysmaruj książki! - grozi Michał wychodząc - bo nigdy ci już niczego nie 
pożyczę. 
Mała kiwa głową. Wielkie, różowe kokardy chwieją się nlj nędznych mysich ogonkach. 

background image

W kuchni woń smażeniny miesza się z cierpkim zapachem octu. To z otwartego słoika 
grzybków. Marynowali je jesienią po wyjątkowo udanych zbiorach. 
-   §ą kopytka z sosem. Mięsa mało... jakoś nie starcza. I grzybki. Jest jeszcze ciasto. Świeże, 
upiekłam. - Głos matki brzmi matowo. Słowa wypływają i unoszą się przez chwilę. 
Powracają jak by echem. Przypomina to megafon dworcowy powtarzający do 
94 
Oporu: „Pociąg osobowy z Ełku odjedzie z peronu... proszę odsunąć się od toru..." 
-   Bardzo lubię kopytka - mówi Michał głośno. 
Je powoli, wodząc kawałeczkami ciasta wbitymi na widelec po ślizgawce z sosu. Łyka z 
trudem, choć kopytka mu smakują. Naprawdę je lubi. Ale w gardle coś rośnie, zwiera 
mięśnie, napina jak struny. - Mogę dostać herbaty? 
Matka nalewa do porcelanowego kubka w czerwone grochy. Włosy opadają jej na czoło, ręce 
drżą. 
-   Sabina pojedzie podczas ferii na zimowisko. Ale dla ciebie już nie starczy pieniędzy. 
Może... zrobią tu jakieś- lodowisko? Masz łyżwy. 
„Mam - myśli Michał. - Tyle że buty do nich już za małe. Sabina je po mnie odziedziczy. 
Narty też. Czy mam im o tym przypominać? Bez sensu. Od skarg nie przybędzie w domu 
pieniędzy. Mają chyba o jedno dziecko za dużo. O mnie". 
-   Nieważne - mruczy, goniąc ostatnie kopytko po pustym już talerzu. - Daj ciasta. 
W pokoju ojciec włącza radio. Płyną takty kojącej muzyki. Mogłoby być spokojnie i miło. A 
nie jest.                            . 
-  Załatwiłam już tego dudka - chwali się Sabina stając w progu. Zobacz, fajny? 
Michał przygląda się spod oka gryzmołom siostry. 
-  Wygląda jak wielbłąd z garbem na głowie - mówi surowo. ~ Chyba sam ci narysuję. 
Sabina nie jest zachwycona. Lubi, kiedy się docenia jej wysiłki. 
-   Mamo, on się przezywa! 
Ale matka nie reaguje. Siedzi na kuchennym stołku z głową opartą na dłoni. Podobna do 
świątka frasobliwego z kapliczki nad rzeką. 
-   Chodź - mówi Michał, pociągając siostrę lekko za włosy. -Narysuję ci pięknego ptaka.  
Zakasujesz wszystkich w klasie! 
To się Sabinie podoba. Lubi być najlepsza. Wydreptuje z kuch-ni machając kartonem. 
95 
-   I będzie latał? 
-   Nie, siedział na gałęzi. 
-   Na jakiej? 
-   Na jabłoni - uśmiecha się przekornie chłopiec. - Albo na wierzbie! 
-   Pleciesz! - martwi się mała. Ale wierzy. Chce wierzyć i mieć ten piękny rysunek. Bardzo 
chce. 
Kiedy nadpływa biała kula, trzeba chwycić oddech. Inaczej można się udusić. Z mglistej 
przestrzeni nie nadejdzie żadna p0. moc. Kula pojawia się regularnie. Rośnie w oczach, 
olbrzymieje i pęka z bezgłośnym hukiem. Jak na filmie, gdy wyłączyć ścieżkę dźwięku. 
Miliardy drobin wirują pod zaciśniętymi powiekami. Jak długo? Dwa dni i dwie noce. Dla 
kuli czas nie ma żadnego znaczenia. Przestrzeń też nie. Znów nadpływa... Plama, którą lubi, 
pojawia się razem z ciepłym blaskiem, rozproszonym, nie rażącym. Teraz widzi wyraźnie, że 
plama oprócz oczu i ust ma również szyję okoloną czarnym golfem. Jej ręce nie są co prawda 
przytwierdzone do tułowia, żyją własnym życiem, ale przynoszą ulgę. Można odetchnąć. 
Razem z kulą, od jakiegoś czasu, pozbył się bólu stawów i mięśni. Może poruszyć 
kończynami, ale robi to tylko wtedy, gdy nie ma plamy i latających dłoni. Wtedy usiłuje 
nawet myśleć. Czasem się to udaje, czasem nie Teraz znowu widzi to miejsce. Widzi je tak 
wyraźnie, jakby tam był. Betonowa piwnica-bunkier zawalona tekturowymi pudłami. Co było 

background image

potem? Co było? Pierś znów unosi się w chrapliwym oddechu. Myśli odpływają razem z białą 
kulą. I błękitnym motylem, który tak rzadko przylatuje. 
-   Ojca nie ma? - pytanie, choć zadane lekko, ma swój ciężar gatunkowy. - Coś się stało, 
mamo? 
-   Spakował się. - Słowa z trudem przechodziły jej przez gard* ło. - Już nie wróci. 
Michał poczuł bezbrzeżne zmęczenie. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami na dywanie i 
zapatrzył się w okno. 
-   Czasami... czasami myślę, że mógłbym go zrozumieć... -Щ 
96 
zał, a'e me skończył. Cios padł znienacka. Matka trzepnęła go ścierką- Raz, ale silnie. Potem 
z łkaniem opadła na fotel. 
-  Wszyscy są przeciwko mnie! Wszyscy, nawet ty! Myślałam, ze nasz dom jest inny, że 
wreszcie, po latach kłopotów i wyrzeczeń, dojdziemy do czegoś, do jakichś pieniędzy, 
będziemy żyli w spokoju, razem - płakała z twarzą ukrytą w ramieniu. 
Michał nie czuł żalu za uderzenie. Chciał tylko, żeby wreszcie przestała się nad sobą litować. 
„Dlaczego nasz dom miałby być inny _ myślał przygryzając wargi. - Wszędzie są zapędzeni, 
załatani dorośli, kręcą się wokół rzeczy, forsy, a nikogo nie obchodzi pojedynczy człowiek. 
Zjedzą się nawzajem, a nie pomogą. Dlaczego?" 
-   Przestań, mamo! - jęknął, czując, że za chwilę ucieknie, głośno trzasnąwszy drzwiami. Jak 
ojciec. - To jest nie do wytrzymania! 
-   Co jest nie do wytrzymania? - wrzasnęła, zrywając się na równe nogi. - To ja się na śmierć 
zaharowuję, żebyście mieli na czas uprane i ugotowane, a wy... - z furią waliła ścierką w 
oparcie krzesła. 
Michał patrzył w okno. Może tam jest inny świat? Inni ludzie... pociągi suną po błyszczących 
w słońcu torach, migają ośnieżone świerki, dzieci zjeżdżają z góry na sankach. Są przecież 
ferie i jest gdzieś sprawiedliwość. Coś trzeba robić, coś natychmiast trzeba zrobić, by nie 
utonąć w tych śmieciach po czubek głowy. Jest inne życie, a jeśli nie, to trzeba je stworzyć, 
bo jak..." 
-  „Tylko nie pękaj, na rany Boga nie pękaj!" - to melodia z radia. Ostry rytm i mocne słowa. 
Matka zamknęła odbiornik i przepłynęła przez pokój z wysoko uniesionymi, jakby 
wygrażającymi niebu pięściami. Wyglądała jak anioł zemsty lub jak grecka bogini opłakująca 
śmierć wszystkich swoich dzieci. 
Michałowi chciało się śmiać. I nic nie mógł na to poradzić. 
Jest noc. Albo dzień udaje noc za gęstymi, grubymi zasłonami. Gdzieś daleko regularnie cyka 
budzik. W głuchej ciszy słychać go bardzo wyraźnie. Michał otworzył oczy. Niczego nie 
rozumie i nie poznaje. Unosi dłoń, potem drugą. Prostuje nogi. Dlaczego je- 
4 - Supergigant. 
97 
stem taki słaby? - Myśli przepływają wolno, jak wypiętrzone cu-mulusy w słoneczny dzień. - 
Gdzie mama? - Usiłuje się pod. nieść, ale udręczone czymś ciało nie odbiera bodźców 
płynących z mózgu. - Tylko spokój. - Strach gotów wysunąć swoje macki Na to czeka, 
przyczajony. Michał przesuwa palcami po włosach. Dziwi go, że tak urosły. - Kiedy? Gdzie 
byłem? - wracają wspomnienia czy też sny. Bardzo pomału wracają. Ale mózg pracuje coraz 
jaśniej. Chłopiec maca dłonią wokół łóżka, którego kształty są mu zupełnie obce. Trafia na 
sznur od lampki. Sunie po nim trochę jeszcze drętwymi palcami, aż natrafia na przycisk. 
Błysk wyrywa z mroku nieznany świat. Nienawykłe do blasku oczy mrużą się w wąskie, 
kocie szparki. Co widać? Fotel z pluszowym, wy. gniecionym siedziskiem i wysokim 
oparciem. Stolik i pod przeciwległą ścianą kredens. Bardzo stary, z obłażącym fornirem. Na 
nim dwa szklane dzbanki, jakaś porcelanowa figurka. I miska. Zwykła plastikowa miska w 
ostrym pomarańczowym kolorze. Ta miska nijak nie pasuje do kredensu. Ani do fotela. I 

background image

jeszcze jest piec. Być może coś przeoczył, nie zdążył zanotować w mózgu, gdyż przestraszył 
go szelest. 
-   Obudziłeś się, synek? To i dobrze. - Człowiek, który pojawił się znienacka, zmierza ku 
łóżku. 
Michał czuje, jak mu serce podjeżdża pod gardło. 
-   Kto... kim... - spod naciągniętej aż po brodę kołdry świecą oczy pełne lęku. 
Mężczyzna ma trzydniowy zarost. Może i wyglądałby jak zbój, gdyby nie łagodne, bardzo 
niebieskie oczy. 
-   Nie bój się. Jesteś w mojej chałupie. Miałem ci ja z tobą niezłą przeprawę. 
Michał patrzy zdumiony na starego. Nigdy go przedtem nie widział. Tego jest pewny. 
-   Co ja tu... 
-   Co tu robisz? Ano... - Brunatna dłoń o wyraźnych żyłach podsuwa mu pod usta 
porcelanowy kubek bez ucha. - Przychodzisz do siebie. Zaćpałeś się, synek, prawie na śmierć. 
-   Ja? - Oczy Michała są jednym wielkim zdumieniem. Mężczyzna pociera dłonią zarost. 
98 
-   No, pij. To zioła dobre na wszystko. Na zatrucie też. Michał wie, że musi wypić piekielnie 
gorzki płyn. I choć gardło 
ma nie wiedzieć czemu ściśnięte, pije posłusznie. „Dlaczego ręce mi tak drżą, że ledwie mogę 
utrzymać kubek?" - dziwi się. I nie będzie to pierwsze zdziwienie tej nocy. Bo, że na dworze 
jest noc, 0 tym sam przekona się za chwilę. 
-   Skąd się tu wziąłem! I gdzie... - myśl o pieniądzach paraliżuje mu ruchy. Leży nakryty 
starą kołdrą, nagi jak go pan Bóg stworzył. 
-   Przytaszczyli cię, nie powiem, z trudem, tacy jedni. Znałem ich, pomieszkiwali u mnie 
chyba w zeszłym roku. Mówili, że padłeś ofiarą narkomanów. Nie wezwałem nikogo, bo mi 
tu niepotrzebni. Gdybyś wykorkował, to co innego. Wtedy musiałbym powiadomić. Zapłacili 
za twój pobyt, nie martw się. A wydobrze-jesz, pójdziesz swoją drogą. Każdy człowiek musi 
nieść swój krzyż aż na Golgotę. 
To było jeszcze dla Michała zbyt trudne. Jego mózg nie pracował należycie. Głowa, ciężka 
jak bania, sama opadła na poduszkę. Sen, ten najlepszy z lekarzy, nie zawiódł. 
Nad morzem słońce wstaje zupełnie inaczej niż w górach. Naprzód szary, płaski jak stół 
zbiornik traci swą barwę starego słonia, by wysrebrzeć. Potem znika płaskość i pojawiają się 
lekkie zmarszczki. Woda ożywa. Wtedy zza horyzontu wylewa się biaława poświata 
różowiejąc z sekundy na sekundę. A całkiem później z morza startuje czerwona kula. I już 
jest dzień. 
Michał obserwował to wszystko patrząc w niczym nie osłonięte okno. Przypomniał sobie 
nocną rozmowę ze starym, zarośniętym człowiekiem. Podniósł dłonie do oczu. Wyglądały 
normalnie. Tylko żyły w zgięciu łokci nosiły ślady wkłucia. Tyle razy widział to u innych. 
Teraz zobaczył u siebie. Nie czuł nic prócz olbrzymiego zdziwienia. Wzrok spoczął na stołku 
przysuniętym do łóżka. W kubku było mleko, na wyszczerbionym i niezbyt czystym talerzu 
razowy chleb grubo posmarowany masłem. I jeden ogromny pomidor. 
Chłopcu ślina napłynęła do ust. Chciał się zerwać, ale osłabio- 
99 
 
ne ciało nie pozwoliło. Usiadł więc, nie pojmując, że można być tak niesprawnym, lichym. 
Ale mózg już pracował. Zjadł chleb j wypił wystygłe mleko. Na krześle dostrzegł swoje 
dżinsy, koszul-kę i bieliznę. Wszystko było nieźle utytłane w piasku. Wolno przebył tę 
niezbyt długą przestrzeń, dziwiąc się, że ściany pokoju гаг się odchylają od pionu, to znów 
schodzą niebezpiecznie. Pogrzebał w ukrytej kieszonce spodenek. Była pusta. 
„Ograbili mnie? - zdziwił się po raz któryś z rzędu. I zaraz się rozzłościł, że się tak wciąż 
dziwi. - No jasne! Parowóz z obstawą!" - już pamiętał, co się zdarzyło w piwnicy na 

background image

sopockim osiedlu. Tylko nie wiedział, kiedy to było. Zginął mu czas, została pustka. Ubierał 
się wolno. I tak zdąży. A z Wybrzeża nie zniknie. Nie może. Tamci dostali go, bo zachciało 
mu się ocalić motyla. A przecież, gdyby dziś sytuacja się powtórzyła - postąpiłby tak samo. 
Wyszedł przed chałupę. Prawie u stóp szumiało morze. Z tyłu kilka podobnych chat, domów i 
rzadki sosnowy lasek. Był bez kurtki, bez plecaka, i co gorsza, bez grosza przy duszy. Już 
nieraz w ciągu tych pięciu miesięcy brakowało mu forsy. Nie miał jej w lutym, gdy zwiał. Ale 
dziś był bogatszy o doświadczenie. I nie znał strachu. 
- Teraz mój ruch! - powiedział głośno, patrząc na kłębiące się chmury. - Szach i mat! 
Ale co zrobi - jeszcze nie wiedział. 
Trasę z Rewy do Gdyni pokonał autostopem. Z Gdyni do Sopotu kolejką na gapę. Wracał do 
osiedla z szarymi blokami jak zbrodniarz na miejsce zbrodni. Chciał przede wszystkim 
spróbować odzyskać plecak. „Może nikt go nie zauważył? Może leży jeszcze w tej pustej 
piwnicy?" 
Pod sklep Pewexu nadszedł od strony parku. Tak, żeby zbyt wcześnie nie dać się nikomu 
rozpoznać. Ale dziś nie było pryszczatego Parowoza. Z rękami w kieszeniach spodni, 
pogwizdując cichutko Michał wlókł się uliczką, rzucając baczne spojrzenia spod na wpół 
przymkniętych powiek. Trzech „goryli" zapamiętał 'bardzo dokładnie. Poznałby ich zbudzony 
nawet o północy. Lecz „goryli" też nie było. Blok oznaczony numerem czterdzieści jeden 
100 
tętnił życiem. Aż dziwne jak na tak wczesną porę. „Pewnie tu mieszkają sami emeryci albo 
młode kobiety na macierzyńskich urlopach" - pomyślał, wsłuchując się w tony walczyka 
płynące z radia. Do piwnicy zszedł przez nikogo nie nagabywany. Wąski korytarz, tonący w 
półmroku, wydał mu się o wiele dłuższy niż poprzednim razem. Boks z uchylonymi drzwiami 
i odpiłowaną kłódką był cichy. Plecak leżał dokładnie tam, gdzie go zostawił. -„Jeżeli ktoś 
powie, że postąpiłem jak głupiec, dostanie w mordę! - zaśmiał się bezgłośnie. - Gdyby nie ta 
dziewczyna, ten motyl, byłbym może dostał Parowoza. Ale co się odwlecze, to nie ucie-cze!" 
Michał wiedział, że pryszczaty już mu się nie wywinie. 
Dopiero w parku przeprowadził oględziny plecaka. Na tej samej ławeczce, na której siedział 
wtedy. Bo ciągle jeszcze nie wiedział, ile czasu upłynęło. Zapomniał w nocy zapytać starego, 
a rano już go nie było. Plecak miał różne skrytki wewnętrzne i zewnętrzne. Jeszcze w 
Krakowie, na pierwszej w życiu melinie, u Księgowego, nauczono go podstawowej, 
najważniejszej na szlaku rzeczy: nie trzyma się nigdy pieniędzy w jednym miejscu. Pod 
warstwą nieprzemakalnego ortalionu, która tworzyła coś na kształt drugiego dna, odnalazł 
zawinięty w folię i ściągnięty gumką plik banknotów. Przeliczył je pośpiesznie: równo trzy 
tysiące złotych. Odetchnął. To już było coś. 
W krzakach zaszczekał pies. Wypadł spomiędzy listowia i podskoczył ku Michałowi. Był 
ładnie ostrzyżonym i wypielęgnowanym pudlem z czarnym, wilgotnym nosem i czarnymi jak 
węgielki oczkami. Oparł przednie łapy o kolana chłopca i wywiesił jęzor. 
-   Czyj ty jesteś, piesku? - roześmiał się Michał. Taką bezinteresowną przyjaźń cenił 
ogromnie. 
Pies łasił się i poszczekiwał. Podrapany za uchem zmrużył z rozkoszy oczy. Ostry gwizd 
postawił go znów na cztery łapy. 
-  Tutaj! Tutaj! - rozległo się wołanie. Z alejki wyszedł chłopak nieco tylko młodszy od 
Michała. Trzymał w ręku smycz, i był tym, którego Michał dobrze zapamiętał. To on siedział 
w korytarzyku piwnicy, na betonie, i wstrzykiwał sobie kompot. 
101 
-   Cześć - powiedział Michał wstając. - My się znamy. Chłopiec obrzucił go zdziwionym 
spojrzeniem. Pies usiadł у 
trawie i spoglądał czarnymi węgielkami to. na jednego, to na drugiego. 
-   Nie przy... - chłopiec nagle się wystraszył. 

background image

Michał nie mógł dopuścić, by mu tak zwyczajnie zwiał. Wykonał lekki ruch ręką popychając 
go na ławkę. 
-   Siadaj! - warknął. - Mamy do pogadania. 
-   Ty co? - krzyknął właściciel psa próbując wstać. - Bo zawołam... 
-   Kogo? - wpadł mu w słowo Michał. - Milicję? I bardzo dobrze zrobisz! Oni tylko czekają 
na spowiedź narkomana. Bardzo chcieliby się dowiedzieć, co się wyrabia na tym tak miłym.i 
czystym osiedlu. A w szczególności w jednej z piwnic domu pod numerem czterdziestym 
pierwszym. 
Chłopiec mrugał rzęsami. Otwierał i zamykał usta niczym karp wpuszczony do wanny. 
-   Ja nic nie wiem - wymamrotał w końcu. 
-   Nic nie wiesz! - przedrzeźniał go Michał. - I twój tatuś nic nie wie. I mamusia? 
-   Czego chcesz? - wyjąkał. - Pieniędzy? 
-   Wiesz, gdzie ja mam twoje pieniądze? - wrzasnął Michał potrząsając chłopakiem jak 
workiem kartofli. Z przyjemnością stwierdził, że wracają mu siły. - Muszę się od ciebie 
dowiedzieć jednego... 
-   Czego? - właściciel pudla już pękał. Był początkującym ćpunem. Michałowi w pewnym 
momencie zrobiło się go żal. Wyobraził sobie, że i on, być może, został zmuszony do 
wstrzykiwania kompotu. Jak tamten motyl. 
-   Powiesz mi wszystko. Skąd się tu wziął Parowóz... ten handlarz z pryszczami na gębie. I 
kiedy. 
-   Rok temu. Przyszedł pod szkołę. Zagadał... że inni biorą, że ma się kolorowe sny, że 
wszystko staje się nieważne... kłopoty, dom, stopnie... wszystko. Paru zaczęło. Potem inni... 
-   Dobra, rozumiem. Zawsze są z nim trzej? Chłopiec pogłaskał psa. 
102 
-   Czasem przychodzi ich czterech. Ale forsę zawsze zabiera parowóz. 
-   Dlaczego dziś go tu nie ma? - Michał cały czas kątem oka obserwował sklep. 
-  Wszystko musisz wiedzieć? - zniecierpliwił się chłopak, chciał zerwać się z ławki, ale nie 
przewidział Michałowego chwytu. - Puść - wyjęczał - boli. 
-  Wiesz, jak by cię bolało, gdyby do twojej skóry dobrał się ojciec? - Chłopak natychmiast 
spokorniał. Był wyraźnym neofitą w narkotycznych zwidach. To się rzucało w oczy. - Masz 
jakieś 
imię? 
-  Tomek - naprzód powiedział, a potem zaraz pożałował. -Bo co? 
-   Nic. Czy wszyscy w szkole znają tego typa? Tomek przygryzł usta. 
-   Nie mogę... przysięgaliśmy - wyszeptał zmieszany. 
-   Na co? - Michał był dociekliwy. 
-   Na Jezusa Chrystusa. 
-  Wesołego Alleluja! - westchnął zgorszony Michał. - Czy wyście rozum potracili? Po co 
mieszać pana Boga do narkotyków? Wszyscy przysięgali? 
-   No. 
Pies szalał w krzakach. Obaj odprowadzali wzrokiem wesołą, czarną kulkę. Ale nie było im 
do śmiechu. 
-  A ta... blondynka? Z długimi włosami? Tomek popatrzył na Michała zdziwiony. 
-  Jaka? Bo nie wiem... 
Michał znów westchnął. „Jak można nie pamiętap pięknego motyla?" 
-   Często Parowóz tu przychodzi? Z towarem? 
-   Raz w tygodniu. Podczas wakacji nie. Nie wiem, co będzie w lipcu... 
-  A co ma być? 
Tomek przesuwa dłonią po oczach. 
-  Wyjeżdżam z rodzicami w góry. Skąd tam wziąć działkę? A ja już bez tego... 

background image

103 
Michał przygryzł wargi. Bardzo dobrze wiedział, jak skombino. wać towar w górach. Ale nie 
zamierzał zdradzać tego potwornie naiwnemu ćpunowi. Niech się odzwyczaja! 
-   Bez tego można żyć - powiedział sucho. I dodał, pokazując zgięcie w łokciu. - Widzisz? Ja 
też brałem. Ale od jakiegoś czasu już nie biorę. I nie będę. Nigdy. 
Tomek spojrzał na niego błyszczącym wzrokiem. 
-  To tak można? 
-   Można. Jeśli się jest chłopem, a nie babą! 
Milczeli przez chwilę. Zmęczony pudel wyciągnął się w trawie u ich stóp. Było tak cicho, 
spokojnie i sielsko, że aż nieprawdopodobnie. 
-   Co jeszcze chcesz wiedzieć? ; 
-   Wszystko. 
Popłynęła opowieść przerywana chwilami milczenia. Historia ponura jak inne, tylekroć przez 
Michała słyszane na szlaku. Zawsze jest jakiś „on". Ten, który ma i który gotów dać do 
spróbowania. I przeważnie kpi: „Boisz się? Ale z ciebie dzieciak!" I są tacy, którzy wstydzą 
się przyznać, że się boją. Nie chcą być przez kolegów wytykani palcami, skazani na 
ostracyzm. Żyją w grupie i chcą być razem. I razem ćpają. Tak się to zaczyna. Potem trzeba 
już mieć pieniądze. Coraz więcej pieniędzy. Bo też ów tajemniczy „on" coraz rzadziej się 
pojawia. A głód staje się nie do zniesienia. Potem zaczyna się wynosić z domu, co kto ma: 
aparat fotograficzny, radio, magnetofon. „On" nie ma specjalnych wymagań. Bierze również 
towar. Ale woli gotówkę. I tak uzależnia tę dotąd koleżeńską grupę: każdy z nich musi się 
starać na własną rękę, byle być pierwszym, przed innymi. Byle zdobyć. Potem, gdy się z 
domu nic już nie da wynieść, trzeba kraść. Napadać na samotne kobiety, wyrywać torebki, 
grzebać wśród kosmetyków, chustek do nosa i kluczy, czy aby znajdzie się co w portfelu. 
Bywa, że jedynym łupem jest stara portmonetka z bilonem. Albo resztki starczej renty. Tylko 
że wtedy nie ma się już wstydu ani uczuć wyższego rzędu. Walka staje się brutalna i okrutna. 
Tomek jeszcze tego nie wie. Ale Michał już widział. I to nieraz. 
-   Przychodzi z towarem w piątki. Tu czeka. Niedaleko szkoły* 
104 
Cj, co biorą, przychodzą. Inni też czasem chcą spróbować. Z ciekawości. Myślą, że będą 
mieli piękne sny. 
-   Płacicie mu jednego dnia? Wszyscy? Za towar na cały tydzień? 
-   Przeważnie. 
Michał przygryza wargi. Musi zbudować plan. Jak architekt czy konstruktor. Żeby się 
wszystko zgadzało. I żeby Parowóz wpadł. Raz a dobrze! 
-   Chcesz mi pomóc? - pyta głaszcząc gęstą sierść psa. - Jak on się nazywa? 
Tomek odwraca głowę. Szare oczy są smutne. 
-  Tutaj. No, nazywa się Tutaj. 
Pies ziewa i znów zwija się w kłębek. Ma wyraźną ochotę na sen. Michał też. Widocznie 
wyniszczony narkotykami organizm domaga się odpoczynku. „Później - mruczy do siebie. - 
Później. Teraz muszę obmyślić plan". 
-   Pytałem, czy chcesz mi pomóc? 
-  Jeśli zamkną Parowoza, to jak zdobędę kompot? Michał wstaje z ławki. 
-   Szkoda, że jesteś babą. Wielka szkoda! - Odwraca się wolno. Jakby czekał. A!e dłużej nie 
może. Rusza szybko alejką, zarzuciwszy plecak na jedno ramię. Za sobą słyszy pośpieszne 
kroki. 
-  Ty - Tomek chwyta go za ramię. - Tak naprawdę to ja bym chciał rzucić to świństwo, być 
wolnym... 
Michał przystaje. Uśmiecha się. 

background image

-   Przysięgam ci, że od tego można się uwolnić. Ale trzeba ponieść pewne "konsekwencje. 
Jak w życiu. 
-  Jakie? 
-   Naprzód rozdeptać tę pluskwę. I odebrać swoje. 
-   Jak? Chcesz zawiadomić milicję? Żeby go złapali na gorącym uczynku? 
Michał przeciera powieki, które jakoś dziwnie same opadają na oczy. 
-   I tak, i nie. Wiesz co? Spotkajmy się jutro w Hortexie na lodach. Albo... w tej kawiarence 
koło mola. Wiesz gdzie? 
Tomek kiwa ałową. 
s - Supergigant...                                                                                                                                                
' ^D 
 
-   O której? 
-   No... - Michał nie ma zegarka. Gdzieś zginął podczas „цг. wanego filmu". Albo ukradł mu 
Parowóz, albo ci, co odstawili g0 do starego rybaka. - Na wszelki wypadek najlepiej w samo 
p0. łudnie. Możesz? 
Tomek kiwa głową. 
-   Przyjdę. Na pewno! - dorzuca, widząc sceptyczne spojrzę, nie Michała. - Ty! - woła za 
odchodzącym - Jak masz na imię} 
-   Mściciel - mówi Michał głośno. - Jestem znany pod tym przezwiskiem. Ale lepiej nie 
opowiadaj o mnie nikomu, aż załatwimy sprawę. Cześć! 
-   Cześć. 
Chłopiec i pies zostali w alejce. Stali tak jeszcze długo, dopóki wysportowana sylwetka 
Michała nie zniknęła w ulicy. A potem z lżejszym sercem poszli do domu. 
W małym porcie kobiety myły skrzynki po rybie. Kutry chwiały się przycumowane do mola. 
W powietrzu unosiła się silna wor| rybich wnętrzności i soli. Suszące się, rozpięte nad 
piaskiem sieci pachniały dla odmiany wodorostami. 
Na progu chaty, w której nie wiedzieć ód kiedy mieszkał Michał, dwie postaćkl grały w karty. 
-   Oszukujesz! - wrzasnął Mrągwa trzaskając o deskę dziewiątką karo. 
-   Kto? Ja? - zacietrzewił się Kiszka. - To ty rzuciłeś króla na... - urwał, wpatrując się w 
stojącego nie opodal Michała. - Patrzi Nasz nieboszczyk całkiem żywy! 
Michała mało już rzeczy dziwiło, ale tego spotkania się nie spodziewał. 
-   Ludzieee, dajcie ślepcowi, bo nie jego wina, że nie widzi! 1 zajęczał, nieźle naśladując głos 
Mrągwy. 
Roześmieli się wszyscy. Michał przysiadł na progu. 
-   Skąd bogi prowadzą? 
Mrągwa podrapał się po kolanie. To nie do wiary, ile centymetrów zadrapań i strupków może 
się zmieścić na jednym jedynyif kolanie dziewięciolatka. 
106 
.   - Z Gdyni. W drodze do Jastrzębiej Góry. Tu już nas znają. lulało się zarobi. Stary ci 
powiedział? 
-   Co? - zaniepokoił się Michał. 
-   No... skąd się tu wziąłeś. - Kiszka schował zatłuszczone karty do przepastnej kieszeni. - 
Wiesz już czy nie? 
Michał westchnął. „Czyżby ci, o których wspominał rybak, którzy go tu przytaszczyli, to była 
dwójka dziewięciolatków? Ale w jaki sposób? Siły mają tyie co ślimak". 
-  Jak to zrobiliście? 
Kiszka z hukiem rąbnął się w pierś obciągniętą brudną jak święta ziemia koszulką. 
-   Się myśli! Kiedy cię znaleźliśmy przypadkiem w tych krzakach... 
-  W jakich? - Michał chciał odtworzyć możliwie dokładnie przebieg wypadków. 

background image

-  Tam gdzie mówiłeś... pamiętasz, w kolejce... Michał skinął głową. 
-   I co dalej? 
-   Pojechaliśmy pod ten Pewex, o którym wspominałeś, bo myśleliśmy, że odpalisz nam 
trochę forsy. Albo żarcie. Mało mamy... 
-   Sam mam mało. Ktoś mnie oskubał. Mrągwa błysnął okiem. Zerknął na Kiszkę. 
-   Powiedzieć mu? Kiszka wzruszył ramionami. 
-  To my. My znaleźliśmy tę kieszonkę w twoich tych, no... gaciach. Wzięliśmy połowę, a 
połowę daliśmy staremu, żeby cię przetrzymał, aż ożyjesz. Co to było? Hera? Кок'а? 
Kompot? 
Michał wzruszył ramionami. 
-   Nie wiem. Wkłuli mi to na siłę. Dożylnie - pokazał zgięcie łokcia. 
Kiszka szeroko otworzył oczy. Mrągwa gwizdnął przeciągle. 
-  Taaakie buty. A myśmy myśleli, że ty sam. Powiem ci, wcale się to nam nie podobało. No, 
żeby facet taki jak ty, oblatany, wcale nie frajer... 
Michał uśmiechnął się. W ustach Kiszki był to największy komplement, na jaki mógł się 
zdobyć. 
107 
-   Chcieli uzależnić jedną dziewczynę - powiedział cicho i wlazłem w sam środek afery. Ich 
było czterech... W ciasnej piwnicy... nic nie mogłem zrobić... 
-  A dziewczyna? - Mrągwa rękawem otarł wilgotny nos.  ' 
-   Uciekła. Odleciała... jak motyl. Kiszka pokiwał głową. 
-  W piwnicy, mówisz? Na ulicy dałbyś im radę? Michał skrzywił wargi. 
-   Dziś nie. Jeszcze jestem słaby. Ale za dwa... trzy dni... mówcie, co było dalej? 
Mrągwa roześmiał się ukazując szczerbę w dolnej czwórce. .   - Potem był Petersen, 
-   Kto? - zdziwił się Michał. 
-   Szwed. Podjechał, bracie, pod sklep Pewexu. Ale miał wóz! W życiu takiego nie 
widziałem! Lancia Delta 4 WD! 
Kiszka nabożnie wzniósł oczy ku niebu. 
-  W środku szaro jak popiół, a miękko jak... no ja nie wiem! Nigdy nie miałem pierzyny... 
Michał odczekał cierpliwie kilkanaście mlaśnięć i okrzyków zachwytu. 
-   Dobra. Co z tym Szwedem? Mrągwa oprzytomniał. 
-   Kupował karton duńskiego piwa! Bracie, co to za piwko! Michał trzepnął pięścią w deskę. 
-   Dość! 
Przysiedli obaj jak skarcone szczeniaki. 
-   Powiedziałem mu, że tam, na trawniku, leży chory i trzeba go zaraz odwieźć do domu,                       

r-  Rozumiał po polsku? 
■•- Piąte przez dziesiąte! - wtrącił Kiszka. - Ale nie daliśmy mu odjechać. Ciągnęliśmy w te 
krzaki. Na szczęście o tej porze, tuż przed zamknięciem, nie było gapiów. Kiedy zobaczył 
ciebie w trawie, bladego jak księżyc przed burzą, bardzo się zdenerwował. Chłop wielki jak 
góra, z białymi włosami. Sam cię dźwignął'i dct samochodu. 
-   Skąd znał starego rybaka? • 
108 
-  Znikąd"! - Mrągwa rozpalał się coraz bardziej. - Chciał lecieć do szpitala, aleśmy mu 
wytłumaczyli, że nie masz dokumentów, że może mieć kłopoty z polską milicją, bo wiezie 
narkomana! Wołaliśmy, pokazując na ciebie palcami: kokaina, heroina! Aż facet dostał pietra. 
Starego z Rewy znamy z zeszłego roku. Też nas trzymał tu przez kilka dni. On za forsę zrobi 
wiele. Ale to porządny gość. Tylko glin nie lubi. A nam to po drodze. Powiedzieliśmy, że on 
twój Vater... znaczy ojciec. Petersen zajechał aż na plażę. Myślałem, że zabuksuje w piasku, 
ale nie! Bracie, co to za wóz! 

background image

-   Słyszałem - odburknął sucho Michał. - I co? Kiszka obtarł nos rękawem. 
-   Nic. Wyniósł cię szczęśliwy, że się pozbywa trefnego balastu. A stary wiedział, jakie zioła 
potrzebne. On przez czterdzieści lat był rybakiem, a na starość został zielarzem. Wszyscy go 
znają. Od Gdańska po Kołobrzeg. 
Michał czuł w sercu ogromną wdzięczność. Ale nie mógł jej okazać. Wobec tych 
dziewięciolatków musi być twardy jak skała. Jeśli chce, by go szanowali. 
-   O forsę nie mam pretensji - powiedział cicho. - Ale zegarek oddajcie. I to już! 
Obaj milczeli, namyślając się głęboko. W końcu Kiszka sięgnął do przepastnej kieszeni. 
-   Cholera, dobry elektron. 
-  Właśnie dlatego chcę go mieć - odparł Michał sucho. Kiszka przetarł dłonią twarz. Blizna 
pomału znikała pod opalenizną. 
-  Jest takie chińskie przysłowie - wymruczał, patrząc Michałowi prosto w oczy: - Kto lubi 
dawać, wiele kraść musi! 
-   Dopadnę ich - powiedział Michał z mocą, zapinając zegarek na przegubie. - Tych 
handlarzy. Parowoza i Archanioła. Jeszcze o tym usłyszycie! 
-   Dobra! - powiedział Mrągwa wstając. - Od dziś czytujemy .Trybunę Ludu". Cześć. 
Spływamy na zachód. Tam ludzie lubią odpusty. Może się jeszcze spotkamy. 
Kiszka spojrzał na przyjaciela ze szczerym zdumieniem. Nie 
109 
-  Znikąd! - Mrągwa rozpalał się coraz bardziej. - Chciał lecieć do szpitala, aleśmy mu 
wytłumaczyli, że nie masz dokumentów, że może naieć kłopoty z polską milicją, bo wiezie 
narkomana! Wołaliśmy, pokazując na ciebie palcami: kokaina, heroina! Aż facet dostał pietra. 
Starego z Rewy znamy z zeszłego roku. Też nas trzymał tu przez kilka dni. On za forsę zrobi 
wiele. Ale to porządny gość. Tylko glin nie lubi. A nam to po drodze. Powiedzieliśmy, że on 
twój Vater... znaczy ojciec. Petersen zajechał aż na plażę. Myślałem, że zabuksuje w piasku, 
ale nie! Bracie, co to za wóz! 
-   Słyszałem - odburknął sucho Michał. - ! co? Kiszka obtarł nos rękawem. 
-   Nic. Wyniósł cię szczęśliwy, że się pozbywa trefnego balastu. A stary wiedział, jakie zioła 
potrzebne. On przez czterdzieści lat był rybakiem, a na starość został zielarzem. Wszyscy go 
znają. Od Gdańska po Kołobrzeg. 
Michał czuł w sercu ogromną wdzięczność. Ale nie mógł jej okazać. Wobec tych 
dziewięciolatków musi być twardy jak skała. Jeśli chce, by go szanowali. 
-   0 forsę nie mam pretensji - powiedział cicho. - Ale zegarek oddajcie. I to już! 
Obaj milczeli, namyślając się głęboko. W końcu Kiszka sięgnął do przepastnej kieszeni. 
-   Cholera, dobry elektron. 
-  Właśnie dlatego chcę go mieć - odparł Michał sucho. Kiszka przetarł dłonią twarz. Blizna 
pomału znikała pod opalenizną. 
-  Jest takie chińskie przysłowie - wymruczał, patrząc Michałowi prosto w oczy: - Kto lubi 
dawać, wiele kraść musi! 
-   Dopadnę ich - powiedział Michał z mocą, zapinając zegarek na przegubie. - Tych 
handlarzy. Parowoza i Archanioła. Jeszcze o tym usłyszycie! 
-   Dobra! - powiedział Mrągwa wstając. - Od dziś czytujemy „Trybunę Ludu". Cześć. 
Spływamy na zachód. Tam ludzie lubią odpusty. Może się jeszcze spotkamy. 
Kiszka spojrzał na przyjaciela ze szczerym zdumieniem. Nie 
109 
mieli w zwyczaju celebrować oficjalnych pożegnań. Mijali się Па gigancie, okradali lub nie i 
znikali w tłumie. 
Odchodzili śmiesznie kołyszącym się krokiem. Michał przełknął ślinę. „Jestem cholerny 
mięczak! - pomyślał. - A to źle!" 
Stary wrócił późno. Obrzucił Michała badawczym spojrzenie^ 

background image

-  Ten plecak twój? 
-   Mój. Odzyskałem. Czy mogę tu, u pana, jeszcze pobyć? Be? jedzenia... tylko spanie...                                                             
Я 
Stary bez słowa rozwinął gazetę. Leżało na niej dziesięć wę. dzonych szprot. I pachniały tak, 
że ślina sama napływała do ust. Do tego był chleb z masłem i ziołowa herbata, która nie 
bardzo «.. smakowała Michałowi. Stary nie był rozmowny. W garnuszku г ciemnym nalotem, 
którego już się, zapewne, nie dało odmyć, podał chłopcu gorzki płyn. 
-   Pij to jeszcze przez dwa dni. Przed jedzeniem. Nie wiem, jakim świństwem cię 
nafaszerowali. Na pewno to nie makowa słoma. 
Michał skrzywił,się, ale wypił posłusznie. Swego czasu wiele czytał o tajemnicy ziół. 
-  Jedz tomata - powiedział stary. - Trzeba ci witamin. 
-   Co to tomat? - spytał chłopiec. 
Stary popatrzył na niego spod obwisłych brwi. 
-   Nie wiesz? Po rusku „pomidor". Z francuska też. - Oczy starego mają pełno iskierek 
śmiechu. - Kiedyś uczono tego w szkole. Byli dobrzy nauczyciele. Dziś, widać, nikt od was 
niczego 
,   nie wymaga. Ani szkoła, ani dom. 
„Starcze, co ty wiesz o dzisiejszej szkole? - myśli ponuro Michał. - Rodziców interesują tylko 
stopnie: czy nie grozi dwója, czy prześliźniemy się do następnej klasy. Nikt w domunie zna 
naszych lektur ani programu. Nie sprawdza, nawet jednym okiem, zeszytów czy wypracowań. 
Nie ma na to ochoty. I niech się nie zasłaniają brakiem czasu. Mają go dostatecznie dużo na 
kłótnie, bezsensowną wymianę zdań, wałkowanie tematów, od których nie przybędzie kury w 
garnku, godzinne wystawanie w kolejkach' po wieprzowinę/jakby bez tego nie dało się żyć. 
Mają czas na ciche trzydniówki, opowieści o głupich przełożonych, o tych, któ- 
110 
rvm się udało zagranicą, albo jak wspaniale bili faszystę. Jeśli nie mają dla nas czasy, to po 
cóż nas mieć?" 
Michał wpatruje się w tłustą szprotę leżącą sobie wygodnie na wyszczerbionym talerzu, i 
nagle wydaje mu się, że jest owym rybakiem, co złowił złotą rybkę i za zwrócenie jej 
wolności może poprosić o trzy dary. „Jeśli mnie wrzucisz z powrotem do morza - mówi rybka 
bezgłośnie - sprawdzą się twoje trzy największe życzenia. - Ale jak będziesz.pływać? - dziwi 
się Michał. - Uwę-dzona? - To nieważne - odpowiada szprota. - No, dalej. Jakie są twoje 
życzenia? - Michał skrobie się w głowę. - To nie takie proste, daj pomyśleć! - Trzy minuty - 
odpowiada ryba. - Dłużej nie mogę. - Chłopiec spogląda na zegarek. - Jak wolno płyną 
sekundy! Wiem! - wykrzykuje. - Pierwsze życzenie, to żeby w naszym domu było jak 
dawniej. Żeby się wszyscy kochali... no, choćby lubili. - A dalsze? - popędza szprotka. - 
Drugie... żeby było więcej pieniędzy. Dla Sabiny, i w ogóle. - A trzecie? - rybie szalenie się 
spieszy. Michała to złości, ale wie, że czas ucieka. -Do pioruna! - mruczy. - Przecież nie jest 
wcale tak łatwo zmienić świat w trzy minuty! - Trzecie? - ostrzega uparta ryba. - No więc... 
moim trzecim życzeniem jest dopaść tych... - mamle obraźliwe słowo - zbrodniarzy, co 
handlują narkotykami!" - dorzuca twardo. W końcu to są jego żądania. Jeśli się rybie nie 
spodobają, może ją zwyczajnie zjeść. Szprota coś się wierci niecierpliwie na talerzu. 
-  Zgadzasz się, do diabła, czy nie? - wybucha Michał na głos. Stary patrzy na niego surowo. 
-   Co ty? 
-   To nie było do pana - chłopcu jest wstyd, lecz chce mu się śmiać. - Przepraszam. Myślałem 
o takich tam sprawach... 
-   Nie jesz? To świetna ryba. Świeża i trudno ją dostać. Michał.ostrożnie odkłada rybkę na 
bok. 
-  Jakoś... nie mam apetytu. Może jutro. Zjadłem już tyle chleba i... - milknie. Przecież nie 
będzie opowiadał obcemu o swoich zmaganiach z tępą szprota. Jeśli jest słowna, to spełni 

background image

jego trzy życzenia. A jeśli usiłowała go nabrać, to popamięta! Zostanie pożarta przez 
bezpańskie koty buszujące nocami po śmietnikach. 
111 
-   Dziwny z ciebie gość. - Widelec starego zawisł nad rybą. „Nie zjedz jej, człowieku! Daj 
rybie szansę!'/ - błaga Michał 
bezgłośnie, udręczony. I widelec cofa się jak zaczarowany. Potem piją herbatę i kładą się 
spać. 
Ale Michał nie może zasnąć. Szum morza zmienia natężenie. Odgłosy są inne. Po niebie 
pędzą niskie, bure chmury. Wzmaga się wiatr. 
Takie noce są dobre dla samobójców. 
Ranek wstaje zachlapany deszczem. Morze uspokoiło się, ma kolor butelki po piwie. Chmury, 
choć wiszą nisko, są jakieś takie podarte, o białawych obrzeżach. 
Michał przeciera oczy. Nie słyszy kroków starego, który śpi m kuchni na wersalce. Nie 
słychać niczego oprócz bębnienia deszczu o parapet. Wstaje niechętnie. W lustrze nad 
kuchennym zlewem widzi nieznajomą twarz: wykrzywione usta, podkrążone oczy, splątana 
grzywa nad czołem. „To ja? - dziwi się w duchu. - Wyglądam jak zmięta ścierka do podłogi". 
Pluje z pasją do zlewu. Pasta do zębów ma smak spalonej gumy albo jeszcze czegoś gorszego. 
Chłodny dotyk wody przywraca równowagę ducha. W kuchni na stole nieszczęsna szprota 
bez głowy i ogona nie wygląda urodziwie. 
-   Wrzucę cię z powrotem do morza - obiecuje, zatapiając zęby w ciemnym chlebie. - Po 
drodze wrzucę cię do wody. Jak było umówione. 
I wcale go nie obchodzi, czy bezgłowa ryba będzie w stanie spełnić trzy wczorajsze życzenia. 
Wierzy w jej uczciwość. On wykona wszystko, co obiecał. 
Wkłada sweter i cienki skafander z kapturem. Kupił go wczesną wiosną na krakowskich 
ciuchach.>Za pierwsze „zdobyte" pieniądze. Z podziału po udanym skoku na pewnego 
pośrednika bazarowego, który trzymał w szachu i terroryzował pół Kleparza. Już nieraz 
szwedzki skafander ratował go przed deszczem. Wychodzi wprost w wilgotne powietrze. 
Chciwie wciąga je do płuc. Rybę, opakowaną w strzęp gazety, trzyma w garści. Do morza 
kilkaset kroków. Gazeta wraz z zawartością ląduje w paszczy kolejnego grzywacza. Połknie 
czy wyrzuci na brzeg? Ryba znika w kipieli, 
112 
;ak przystało na istotę rodem z baśni. Michał śmieje się głośno. Dawno już się nie śmiał do 
własnych myśli. To działa oczyszczająco. Jak gorąca kąpiel. 
W kawiarence jest mnóstwo ludzi. Wchodzą, wychodzą. Michał zerka na zegarek. Za 
piętnaście dwunasta. „Przyjdzie czy nie? Może ten deszcz go powstrzyma? Ale cóż to za 
problem dla chłopaka! Tyle że chłopak jest najwyraźniej przyzwyczajony do łatwych 
warunków. Nawet pogodowych". 
W drzwiach "miga znajoma twarz. Tomek jest cały żółty: kalosze, kurtka nieprzemakalna. I 
żółty sweter. Michał przypatruje mu się z cieniem zazdrości w duszy. Po chwili to mija. 
Trzeba umieć zdławić zazdrość. Tak postanowił. I tak będzie. Poza tym sama świadomość, że 
ten świecący w oczy dobrobytem wyrostek musi płaszczyć się przed byle śmieciem w rodzaju 
Parowoza, zmienia wszystko. 
-   Cześć. „ 
-   Jestem. - Szare oczy dziwnie błyszczą. Michał zaciska zęby. 
-   Brałeś dziś? 
Tomek czerwieni się jak panienka. 
-   No... kolega odsprzedał... jak Boga kocham, nie od Parowoza! Wierzysz mi? 
-   Jakie to ma znaczenie - mamrocze Michał - czy ci wierzę. Niby dlaczego mam ci wierzyć? 
Jesteś mój brat albo swat? Myślałem, że coś zrozumiałeś, ale... - macha pogardliwie dłonią -
.nie ma o czym mówić! - Zbiera się do wyjścia. 

background image

-   Co ty? - denerwuje się Tomek. - Jak Boga kocham... Michał ściska mu boleśnie ramię. Jest 
wściekły, wyjątkowo 
wściekły 
-   Przestań pleść w kółko o panu Bogu! Jesteś tylko efektem głupiej komórki, której się coś 
pochrzaniło! Wiesz, kto to był He-raklit? 
Tomek patrzy na niego w szczerym zdumieniu. 
-  Wiem. Starożytny filozof. Chyba grecki. O co ci chodzi, bo... 
-   O czternaście miliardów komórek, z których składa się ludzki 
113 
mózg! - woła Michał brzydko krzywiąc usta użytek chociaż z jednej z nich? Tomek spuszcza 
głowę. 
Siąpi kapuśniak. Cicho i bezgłośnie. Bez wiatru, sztormowej fali, bez wrzasku mew. Tak 
samo jak siąpił w górach. Michał 2 sympatią wspomina marcowy pobyt na Podkarpaciu. 
Pierwszy raz wyjechał wtedy z Księgowym. Na dobry początek. Tam zdobywał wiadomości, 
uczył się życia, twardniał na kamień. „Może go znów tu ściągnąć? - zastanawia się wylizując 
kubeczek po lodach. - Nie, bez sensu. To moja sprawa. Jeśli zdobędę forsę, jeśli się uda 
odebrać ją handlarzom, to pojadę do niego, rzucę szmal na stół i powiem: bierz i rób z tym, co 
należy. Daj tym, którzy najbardziej potrzebują!" 
Tomek chrzęści wafelkiem. Ma ładne zęby. Siedzą przy blaszanym stoliku na biało 
lakierowanych metalowych krzesełkach. Barek na wolnym powietrzu jest pusty. Kolorowy 
parasol moknie tracąc świeżość barw. 
-  To jaki masz plan? 
Michał wraca z dalekiej podróży. Gryzie wafelkowy kubeczek. Wie, że powinien Tomkowi 
przedstawić precyzyjnie opracowany plan. Ale taki jeszcze w jego głowie nie powstał. 
-   Myślę - Michał oblizuje palce - że dobrze byłoby udać kogoś innego... 
-   Kogo? 
Michał marszczy nos. 
-   Dostawcę towaru... - teraz zapala się, czuje, że wpadł na niezły pomysł. - Widzisz, moim 
pierwszym zadaniem jest zdobyć dużo pieniędzy... 
-   Po co? - Tomek jest naiwny jak dziecko. 
-   Muszę udać dostawcę, jeśli chcę zwabić Parowoza z gotówką. Z bardzo dużą gotówką. 
-   I co? 
Michał milczy. W myślach doskonale wyobraża sobie tę scenę. Wyreżyserował ją w 
najdrobniejszych szczegółach. Tylko czy równie dobrze ją zagra? 
Może byś zrc 
114 
-   Nie mogę w pierwszej fazie działać sam. Pamiętaj, że oni f^nie widzieli. Parowóz i jego 
trzej goryle! 
Tomek wyraźnie się ożywia. Podoba mu się Michał i cała ta niezwykła sprawa. 
-  To jasne. Przecież nie przylepisz sobie brody ani wąsów. Ktoś musi ci pomóc. Ale kto? 
Mnie też znają. Bardzo dobrze znają... 
-  Wiem. To, bracie, nie jest ani proste, ani bezpieczne. Ale coś dla mnie możesz zrobić... 
-   Co? 
-   Nie brać nic przez najbliższy tydzień. Tomek przeciera dłonią twarz. 
-   Obiecuję. 
Wieczorem Michał siedzi przy stole z głową podpartą na ręku. -"- Zna pan jakiegoś 
przyzwoitego gliniarza w tym mieście? Stary rybak przerywa pracę nad skubaniem zielska. 
-   Gliniarza? Znaczy... milicjanta? A po co ci? 
Michał chowa długopis. Na kartce ma naszkicowany schemat. Zawsze lubił sobie wszystko 
najpierw narysować. Lepiej się utrwalało w pamięci. Gdzieś czytał, że pewien znamienity 

background image

włoski reżyser też tak robił, zanim przystąpił do nakręcania filmu. Wcale nie był ważny 
scenariusz, dialogi i te wszystkie literackie sprawy. Ważne były rysuneczki, setki 
rysuneczków wykonanych na bibułkach. 
-   Powinien przyskrzynić jednego zgredę. To jest przyłapać go na gorącym uczynku. A ja mu 
go podprowadzę... 
Stary patrzy na Michała z powagą. 
-   Coś ci powiem, synku. Nie lubię ja takiej roboty. No... nie podoba mi się, jak setka ludzi, 
mając do dyspozycji najnowocześniejszy sprzęt, ściga jednego człowieka. Ten człowiek już 
na wstępie jest skazany. Nie ma żadnych szans. Ucieka jak zając przed sforą wilków. 
Michał mruży oczy i uśmiecha się. Chyba zrozumiał, o co chodzi staremu. 
-   Dlatego, że wielu na jednego? 
11t> 
Stary teraz struga nożem kawałek drewna. Wióry, równiutkie jak sprężynki, spadają na 
podłogę. 
-  Właśnie. Wiem, że to może być najgorszy złodziej lub morderca. Ale powinien być jeden 
na jednego. W takich samych warunkach. Znaczy... bez psów, proszku do wykrywania 
odcisków, czy ja wiem co jeszcze. Zwyciężyć powinno prawo, fakt. Ale га pomocą rozumu, 
synu. A nie tak: jeden wystawia zwierzynę, к drugi ją cap! 
Michał uśmiecha się łagodnie. 
-   Proszę pana, tak było w czasach Sherlocka Holmesa! Albo tego drugiego... widziałem 
serial w telewizji... Arsena Łupina! ZŻ sto lat gliniarz siądzie przed komputerem, powie do 
mikrofonu! chcę wiedzieć, gdzie Walery Wątróbka ukrył worek mąki! I komputer mu 
wyświetli. 
Stary wzruszył ramionami. 
-   Nie chcę żyć w takich czasach. Człowiek będzie numerem statystycznym podglądanym 
dzień i noc przez oko jakiejś kameryj A w ogóle... czy za sto lat będzie jeszcze komuś się 
chciało szukać worka mąki? 
Michał wzdycha. Faktycznie. Nie za bardzo ten worek pasuje^ do dwudziestego pierwszego 
wieku. Ale takie oko kamery... też groza! 
-   Proszę zapomnieć, o czym mówiłem - mruczy wstając i krzesła. - Chyba pan ma rację, że 
to niezbyt honorowo wysta-J wiać zwierzynę na strzał z cudzej dubeltówki. Ale... światem 
rzą-S dzi bezprawie. I to też mi się nie podoba. 
Był piątek, samo południe. Leżeli na płask w krzakach za ławeczką, vis a vis sklepu Pewexu, 
i czekali. Michał raz po raz przy-j kładał do oczu lornetę, przyniesioną z domu przez Tomka. 
Oczekiwanie przedłużało się. 
-   A jak nie przyjdzie? - martwił się Michał. 
-   Zawsze przychodzi. Ma tu, na osiedlu, klientów. A gliniarze nie znają tego miejsca. Inaczej 
nie pracowałby tu od roku. 
-   Pst! - Michał wbija wzrok w wylot uliczki. - Jest! Istotnie. Parowóz pojawił się, o dziwo, 
bez obstawy. 
116 
-   Pokaż lornetkę! - Tomek uważnie penetrował okolicę. -fam za rogiem stoi samochód. 
Zielona skoda. Teraz mi się kojarzy... że zawsze tam stała... 
Michał odebrał lornetkę. Można rzec, wyrwał ją! 
-   Daj, sam sprawdzę. Faktycznie. Chyba widzę jakieś trzy łebki w środku. Myślisz... że to na 
wypadek, gdyby musieli stąd vviać? Bardzo niedobrze. Jeśli Parowóz odjedzie, nigdy się nie 
dowiem dokąd. 
-   On nie odjeżdża. Nieraz widziałem, jak odchodził tam, w prawo. Sam. Cienie, jak ich 
nazywasz, zostawały tu... no, w każdym razie nie szły za nim. Raczej obserwowały nas. 

background image

Parowóz, kiedy sprzedał towar, był czysty. Nie bał się. Miał kupę forsy. Ale to nie 
zabronione. 0, schodzi się klientela... ty, czy mógłbym... 
Michał, zanim pomyślał, już siedział na Tomku okrakiem. 
-  Jeśli stąd odejdziesz choćby na minutę, bracie, dam znać na milicję. Wiem, kim jesteś i 
gdzie mieszkasz. I możesz wierzyć, że słowa dotrzymam.' 
Tomek nawet nie próbował walczyć. Leżał rozpłaszczony w trawie jak żaba i łykał łzy. 
-  Widzisz, jak jest! To cholernie wciąga... ten kompot! Michał puścił go. Ale czuwał. 
-   Piekielny świat! Ciągną jak do miodu! Dziewczyny też! -Michał podświadomie 
wypatrywał błękitnego motyla. Wypatrywał pełen żalu i niepokoju. Ale blondynki o długich 
lokach nie zobaczył. - Idą do tego bloku, gdzie macie melinę. Czyja, właściwie, jest ta 
piwnica? 
Tomek ukradkiem ocierał oczy. 
-   Nie wiem. Tam jest skład pudeł jakiejś spółki czy firmy. Zawsze są puste. 
-  Czy na pewno? - dopytywał się Michał. - Może w nich przechowują narkotyki? Może tam 
gotują kompot? 
Tomek popukał się palcem w czoło. 
-  Zwariowałeś? Czy ty wiesz, jak to śmierdzi? Taki kompot w czasie gotowania? Baby z 
całego bloku by się zbiegły. Nie, tam niczego nie trzymają. Zawsze przynosi ze sobą. W 
takim worku jak na szkolne kapcie. 
117 
-  To ważne - zgodził się Michał. - Mamy teraz trochę czasu A ty leż tu, bo jak ci dam w 
ucho... 
Leżeli zmilczeli. Minęła godzina. Potem jeszcze kwadrans. 
-  Wracają! - szepnął Tomek wychyliwszy głowę. - Ci trzej г ósmej В і jedna dziewczyna z 
mojej klasy. Widzisz? 
Michał poczuł dreszcz niepokoju. 
-  Teraz uważaj: ja pójdę za Parowozem. W pewnej odległości. Będę za nim łaził tak długo, 
jak się da. Może mnie doholuje do swojej centrali, a choćby tylko meliny. Ty postaraj się 
sprawdzić, czy zielona skoda stąd odjedzie. I opiszesz mi dokładnie faceta przy kierownicy. 
To musi być ktoś ważniejszy rangą. Nie żaden goryl. Tylko ostrożnie, człowieku. Oni są 
niebezpieczni. Jestem tego dowodem. I nie tylko ja. 
Tomek wypluł zżute źdźbło trawy. Też czuł nerwowy dreszczyk. O wiele intensywniejszy niż 
po ukłuciu igły. Choćby z kompotem. 
-   Nie jestem całkiem głupi. 
-  Amen - wymruczał Michał sceptycznie. - To się okaże. Spotkamy się o piątej w lodziarni. 
Możesz? 
-   Nie mam nic do roboty. Moi starzy są zajęci załatwianiem miejscówek, bagażu, serdelków, 
i czy ja wiem czym jeszcze! Nawet nie zauważyli, że mnie nie ma w domu. Jakby wyjeżdżali 
na antypody! 
Michał spojrzał na niego spod oka. „Więc on też? Też odczuwa to w ten sposób? Czyli jest 
potencjalnym kandydatem do giganta! I do tego narkoman!" 
-   Nie pękaj. Nie tylko tobie życie układa się nie tak. Każdy ma jakiegoś robala. Gdyby 
wszyscy się rozmazywali, to... - Nie dokończył. W celowniku lornetki pokazał się wydatny, 
pryszczaty nos w całej okazałości. - Jesteś, brachu! I nie opuszczę cię aż do śmierci! 
Przysięgam! 
Nieszczęście polegało na tym, że Michał nie znał dobrze ani Sopotu, ani Gdańska, bo aż tam 
zawlókł się śledząc pryszczatego. Trzymał się z daleka, ale wzrok miał wbity w 
charakterystyczny płócienny kapelusik z błyskawicznym zamkiem. Kolejka minęła 
118 

background image

Gdańsk Przymorze, potem Lotnisko Wrzeszcz i jeszcze jakąś stacyjkę. Parowóz wysiadł w 
Gdańsku Głównym. Wmieszał się. w tłum w dużej hali dworcowej, aż Michał myślał, że go 
zgubił. Ale nie. Stał koło kiosku ze słodyczami najwyraźniej na kogoś czekając. I doczekał się 
po chwili. Michał zerkał zza dużego rozkładu jazdy. Ten, który podszedł, był... no tak, Gacek, 
z uszami jak nietoperz. „Niedobrze - pomyślał chłopiec - zbyt wielu ich znam. I oni, niestety, 
znają mnie!" Tuż obok stanął młody mężczyzna w kurteczce koloru safari. Chciał sprawdzić 
coś w rozkładzie jazdy, a Michał wyraźnie mu w tym przeszkadzał- Odsunął się uprzejmie. 
Ich oczy spotkały się na moment. I było coś we wzroku nieznajomego, co zapaliło sygnał w 
mózgu. „Albo gliniarz, albo należy do nieznanej obstawy Parowoza. Jedno z dwojga. Trzeba 
zmienić miejsce obserwacji". Odszedł spokojnie, starając się poruszać płynnie, aby nie 
zwracać na siebie uwagi. Pożałował, że nie ma ze sobą plecaka. Z plecakiem lepiej wygląda 
się w hali dworca. Ale w nieznanych, czasem ciasnych uliczkach Gdańska, które zapewne 
wypadnie mu zwiedzić, plecak tylko by zawadzał. Nie wspominając już o jego ciężarze.  ; 
Michał stał tyłem do obserwowanych. Widział ich dokładnie w szybie kiosku z gazetami. 
Gacek zniknął, jakby się rozpłynął. Parowóz usiadł na jednej z ławek. Wydawało się, że śpi z 
głową od-x rzuconą do tyłu i daleko wyciągniętymi nogami. „Spryciarz - pomyślał Michał - 
ale ja też nie wypadłem sroce spod ogona. - Zerknął na faceta przy rozkładach. Tkwił tam 
dalej. - Jeszcze jeden do obserwacji! - westchnął niezadowolony- ~ Trzeba mieć szyję na 
łożyskach kulkowych!" 
Ba! Gdybyż znał prawdę! 
To stało się tak nagle, że Michał ledwie zdążył. Parowóz, ni stąd, ni zowąd, podniósł się 
zabierając stojący obok na ławce koszyk. Taki zwykły koszyk, w jakim kobiety noszą 
kartofle. Plecio- ■ ny z wikliny. Tyle że ten miał wieczko. „Ukradł? - zdziwił się Michał 
ruszając szparko. - Ale ta baba, która siedzi na ławce obok, nie śpi! I na pewno by zauważyła 
stratę. Nie ucieka, wielki cwaniak! Co robi facet pod rozkładami? Nic nie robi. Po prostu już 
go tam nie ma!" 
119 
Michał porusza się w miarę sprawnie. Zawsze pomiędzy nim a obserwowanym znajduje się 
kilka osób. Przed dworcem pry. szczaty rozgląda się. „Do diabła! Chyba mi nie wsiądzie do 
jakiegoś mercedesa!" Parowóz przygląda się długiej kolejce czekających na taksówki. 
Zdegustowany wali piechotą. Mijają ulice, twarze, pojazdy. Michał do bólu oczu wypatruje 
znajomego kapelusika. Od-czasu do czasu przemyka w prawo i w lewo. Jak długo już tak idą? 
Nie bardzo sobie z tego zdaje sprawę. Raz tylko, kiedy śledzony skręcił w prawo, mignął mu 
na skrzyżowaniu drogowskaz z napisem: Kartuzy. W końcu znaleźli się na małej uliczce 
prowadzącej w kierunku szosy wylotowej z miasta. Peryferie Gdańska. Tu już przechodniów 
było mniej. Michał chwilami j-obił parusekundowe postoje w bramach. Dziwiło go, że 
Parowóz ani razu się nie obejrzał. „Albo jest tak pewny siebie, albo wie, że strzegą go 
niewidzialne cienie. A rozgarnięte cienie już dawno by mnie zlokalizowały. Więc o co 
chodzi?" 
Przeskakiwał kałuże powstałe po niedawnym deszczu. Mijali dwu, a potem już jednopiętrowe 
domki o obłażącym tynku i obskurnych podwórkach, do których strach zaglądać. Nagle 
prowadzący przyhamował, rozejrzał się niespokojnie, zanim wszedł do ciemnej bramy z 
obwisłym, jednym tylko skrzydłem zjedzonym przez rdzę. Michał odczekał jakiś czas. Dłużej 
nie mógł. „Raz kozie śmierć! - powiedział do siebie. - Nie wolną się bać!" 
W bramę wszedł, a raczej wpełzł, na miękkich nogach. Chyba nigdy przedtem tak się nie bał. 
Może dlatego, że teraz wiedział, co mu grozi. Ciemność sieni zaskoczyła go. Ściana, o którą 
się oparł, była obrzydliwie wilgotna i toczył ją grzyb. W prześwicie na podwórze Michał 
dostrzegł starą, rozpadającą się szopę i stos czarnych od wilgoci desek zwalonych na kupę. O 
kilka metrów wyżej małe okienko z doniczką, w której coś się zieleniło. Reszta to szary mur 
sąsiedniego domu, lśniąca nowością rynna i dwie beczki okryte plandeką. Tyle zarejestrowało 

background image

bystre oko. Gdzieś, z góry, rozległ się czyjś paskudny w brzmieniu chichot. Michał wzdrygnął 
się. „Tak śmiały się hieny, które oglądałem na filmie!" Pomału, czując skurcz w krtani, 
odlepił się od zagrzybionego muru. Parę kroków dalej zaczynała się klatka schodowa. No, 
właściwie 
120 
trudno było to nazwać klatką. Cudem uniknął pułapki, czyli braku dwóch pierwszych stopni. 
W nagłym mroku ogarniającym go ze wszystkich stron, nie widział dalej jak ng odległość 
wyciągniętej dłoni. Na prawo wymacał poręcz. Lub coś w jej rodzaju. Wreszcie wyczuł pod 
stopą schody. Coś trzasnęło, zaskrzypiało niebezpiecznie. Chłopiec na moment wstrzymał 
oddech. W końcu upiorny mrok ustąpił miejsca odrobinie światła. Wpadało ukosem z 
wąskiego okienka na wpół zabitego dyktą. Dalej był podest, brudny, nie myty od dziesiątków 
lat, jakieś drzwi... Właśnie się otworzyły. Michał skoczył w ciemny załom. Zrobił to 
dosłownie w ostatniej chwili. 
W drzwiach stanęła dziewczyna o długich blond włosach, tak chuda, że Michałowi wydała się 
kościotrupem odzianym w wytartą spódnicę i spłowiały sweter. Miała ogromne, świetliste 
oczy i wargi pomalowane czymś na czarno. „Tak malują się dziewczyny punków" - pomyślał. 
Dziewczyna skierowała się do zlewu, który nie wiedzieć dlaczego znajdował się na zewnątrz. 
Miała w ręku czajnik, okopcony i brudny jak ona sama. Jej odkryte ramiona pełne były 
śladów po zastrzykach. „Punkowa, i na dodatek ćpa" - stwierdził Michał, lecz w tej samej 
chwili wtarł się w ścianę. Spoza drzwi dobiegł znów ten sam przeraźliwy hieni chichot, we 
framudze zaś pojawił się człowiek nie człowiek, coś przygiętego do ziemi, z grzywą włosów 
opadającą aż na szerokie usta rozwarte w gniewnym grymasie. 
- Gośka, pospiesz się! Parowóz nie będzie czekał! 
Dziewczyna nie zareagowała. Dalej stała z dłonią na odkręconym kranie. Potem wolno, 
chlapiąc wodą po podłodze, skierowała się ku drzwiom. 
„Parowóz nie będzie czekał!" - uśmiechnął się w duchu Michał. Teraz już znał ich melinę. 
Może nie jedyną, ale ten obskurny dom nadawał się do najczarniejszych spraw. Z 
morderstwem na czele. Uważnie, aby nie skrzypnęły stopnie, wycofywał się. Chwilę odczekał 
w bramie. Potem wyszedł na uliczkę korzystając z tego, że przejeżdżający jezdnią ciężki wóz 
z węglem zagłuszył wszystko. Mijając sąsiednią bramę kątem oka dostrzegł, albo mu się tak 
tylko wydawało, szczupłą sylwetkę w kurteczce koloru sa- 
121 
fari. „Jestem chyba przewrażliwiony" - pomyślał oddychając głęboko. W nozdrzach czuł 
jeszcze obrzydliwy smród tamteg0 podwórka. Postanowił wracać do Sopotu. 
Właśnie rozpoczął się szczyt lipcowych przyjazdów. Z dworców wylewały się strugi ludzi z 
bagażami takich rozmiarów, jakby ich właściciele wybierali się na wyprawę alpinistyczną w 
góry Pamiru. „Szerpów im trzeba!" - roześmiał się Michał bezgłośnie. Poczuł głód. Przed 
dworcem, na placyku, była smażalnia ryb, frytek z keczupem i budka z hot dogami. Najtańsza 
była ryba. Palcami oddzielał delikatne mięso od ości. Jedzenie wydało mu się lepsze niż 
zwykle. Może był bardziej głodny lub szczególnie z siebie zadowolony. A może jedno i 
drugie. 
W kolejce do Sopotu było tłoczno. Michałowi wydawało się, że nie ma czym oddychać. 
Słońce przebiło się przez mgłę, deszczowe chmury odpływały, parowała ziemia i morze. 
Kiedy wysiadł, natychmiast zrzucił z siebie kurtkę. Szedł w samej koszulce pogwizdując. Był 
zadowolony. Łaził po ulicach, zjadł lody malinowe, przeliczył pieniądze, wzdychając, że tak 
szybko topnieją. Przystanął przed księgarnią. Zatrzymał się bez specjalnego celu. Od czasu 
ucieczki nie kupił żadnej książki, choć dawniej robił to często. Ale dawniej pieniądze płynęły 
z domu. I nie zastanawiał się, w jaki sposób do tego domu przypływają. Były i już. Wzrok 
jego padł na otwarty album włoskiego malarstwa. Z kolorowej ' reprodukcji spoglądała na 
niego twarz archanioła Gabriela. 

background image

- Zwiastowanie - przeczytał półgłosem - Botticelli. Cholernie podobny do mojego! - 
roześmiał się. ! wtedy zdał sobie sprawę, że twarz złoczyńcy od pierwszej chwili wydała mu 
się znajoma. Za sprawą włoskiego twórcy. Tę reprodukcję znał od dawna. Jak wiele innych, 
które zbierał. - Botticelli - powtórzył. Na pewno jakiś mediolańczyk albo florentczyk - 
westchnął, zmieszany własną niewiedzą. - Jeśli wrócę kiedyś do świata - marzył wpatrzony w 
uduchowioną twarz archanioła - jeśli wrócę do normalnych ludzi, przysięgam, będę się tego 
uczył po nocach! Nawet gryząc suchy chleb! Będę, nawet obudzony o północy, wie- 
122 
dział, kim był Herakiit, gdzie żył, co pisał i z czego zasłynął. Będę oglądał i zapamiętywał 
obrazy, rzeźby, wszystko co piękne. Pojadę do tych muzeów i galerii. Bo tak trzeba. Kiedy 
już skończę z tym ściganiem, kiedy wymierzę sprawiedliwość. Zabiorę Kiszkę, Mrągwę i 
innych, tych ze szlaku. Oni też mają prawo do godnego życia w pięknie. Może nie wszyscy, 
ale część z nich na pewno!" 
Lodziarnia była zapchana wycieczką czy też wczasowiczami. \/\/ każdym razie pękała w 
szwach od ludzkiej stonki. Michał wyszedł na zewnątrz. Tu poczeka na Tomka. 
Przyszedł z wesołą miną. Michał nawet zastanawiał się przez chwilę, czy nie wstrzyknął sobie 
przypadkiem jakiegoś świństwa. Ale nie zapytał. „Spróbuję mu ufać! To znaczy poprawił się 
w myślach, chcąc być szczery sam przed sobą - muszę udawać, że mu ufam". 
 
-   Dobrze mu się przyjrzałem! - pochwalił się, odwijając z papierka gumę do żucia. - Chcesz? 
Michał przecząco pokręcił głową. 
-   Opisz dokładnie. 
Tomek pociamkał i rozpoczął relację. 
-   W zielonej skodzie byli ci trzej z obstawy Parowoza... 
-   Kto prowadził wóz? 
Tomek strzelił gumą. Biały balonik pękł z suchym trzaskiem. 
-  Taki starszy... no, nie tak znowu stary. Miał chyba ze dwadzieścia lat... najwyżej. Typ 
Włocha. 
Michał zmarszczył brwi. Twarz mu pojaśniała. 
-   Chodź szybko! 
Zdumiony Tomek ruszył biegiem. Przepychali się przez tłum ludzi, aż wylądowali przed 
księgarnią. 
-   Co ty? - Tomek łapał oddech. - Dokąd gnasz? 
Michał odwrócił się. Miał w oczach tyle światła, że śmiało" mógłby posłużyć za reflektor. 
-  Tylko uważaj. To, o co cię zapytam, jest bardzo ważne. Dla mnie i... nie tylko. Czy masz 
jeszcze w pamięci twarz tego kierowcy zielonej skody? 
Tomek skinął głową twierdząco. 
-   No... poznałbym go nawet na fotografii. 
123 
-   Więc patrz - Michał zbliżył nos do szyby. - Widzisz album włoskiego malarstwa? Tam, na 
lewo od słownika. Takiego grubego słownika w granatowej oprawie. Widzisz? 
-  Widzę. Album też. 
-  Jest otwarty na stronie z obrazem Botticellego,,Zwiastowanie". 
Oczy Tomka się śmiały. 
-   Ten anioł, bracie, jest podobny! Kropka w kropkę kierowca skody! Znasz go? 
Michał odetchnął głęboko. 
-   Czy go znam? Na moich oczach, no prawie, zamordował człowieka. Serio - dorzucił, 
widząc sceptyczną nieco minę Tomka. - To facet ze światka narkotyków. Ich boss albo co 
najmniej zastępca bossa. Mam z nim osobiste porachunki. 
Tomek zmarkotniał. 

background image

-   Czy mam rozumieć, że moja rola skończona? Michał rozłożył ręce. 
-   Tak. Dzięki za pomoc, ale reszta już należy do mnie. I tak wciągnąłem się do 
niebezpiecznej gry. Kiedy ruszasz w te góry? 
Tomek miał minę, jakby się napił octu. 
-   Pojutrze. Trzeba ci ^czegoś? 
Michał zastanawiał się: „Można mu zaufać czy nie?" 
-  Jeszcze nie wiem. Może dam ci do wrzucenia kartkę. W jakiejkolwiek miejscowości się 
znajdziesz... 
-   Kartkę? - zdumiał się Tomek. - Zaraz tutaj mogę ci tę kartkę wrzucić. 
Michał skrzywił się. „Boże, jak oni nic nie myślą, ci z normalne; go świata!" 
-   Człowieku - powiedział spokojnie - tutaj mógłbym to zrobić sam. Chodzi o to, żeby kartka 
miała stempel poczty Polski południowej, a nie północnej, gdzie jestem naprawdę. Od czasu 
do czasu wysyłam do domu wiadomość, że żyję i dobrze mi się powodzi. Po co mają tam 
umierać ze strachu o mnie. Ale nigdy nie wysyłam widokówki z miejscowości, gdzie jestem 
naprawdę-Rozumiesz? 
Tomek dawno już zrozumiał. 
124 
-   Oczywiście. I podajesz prawdziwy adres. To jest pewnym ryzykiem. Napisz, nie spojrzę 
ani na miasto, ani na tekst. Słowo. 
Michał wzruszył ramionami. 
-; Wielu z nas tak robi.J staramy się uczyć tego innych. Mamy na szlaku swoich zaufanych 
kurierów. Wożą kartki po całym kraju. Te z widoczkami Tatr pisze się nad morzem, a wrzuca 
w górach I odwrotnie. Nie słyszałem, aby któryś zdradził lub*zawiado-mil gliniarzy. Honor 
giganta na to nie pozwala. Ale... trzeba uważać. 
Tomek wsadził ręce do kieszeni spodni. Wyraźnie coś jeszcze chciał powiedzieć czy o coś 
zapytać. 
-   Może... - odważył się w końcu - może potrzebujesz forsy? Ja chętnie... 
Michał poklepał go po ramieniu. 
-  Twoja forsa pochodzi od rodziców. Dali ci ją, żebyś miał. My, ludzie z giganta, 
zdobywamy wszystko sami. Tak jest sprawiedliwie. Dzięki za dobre chęci, ale nie potrzebuję. 
Po rozprawie z Archaniołem powinienem być najbogatszym człowiekiem w kraju. 
Tomek rzucił mu szybkie, strwożone spojrzenie. 
-   Ty z nimi bardzo uważaj. 
-   Tak jest - odburknął Michał - już mi to mamusia śpiewała nad kołyską. Bywaj, stary! 
Ni stąd, ni zowąd rozległy się gdzieś w pobliżu tony fujarki. Pó chwili tęskną melodię podjęła 
druga. Michał aż plasnął dłońmi w kolana. 
-   Nie dostali ich! Wspaniale! 
-   Kogo? - zdziwił się Tomek. 
-   Widzisz tych muzykantów? Oni też mieli zderzenie z naszym świętym aniołem. I wyszli 
cało! No, to bywaj! 
-   A kartka? - dopytywał się Tomek. - Miałeś mi dać do wysłania kartkę? 
-  Już nie potrzeba - powiedział Michał, patrząc chłopcu głęboko w oczy. - Już nie potrzeba. 
Ale ty nie zapominaj: masz przestać ćpać. I nie sądź, że mi znikniesz z oczu gdzieś tam w 
górach! Ja wszędzie mam swoich szpiegów! Dowiem się, jak żyjesz. 
125 
Dzięki za wszystko. Na pewno się jeszcze spotkamy. - I nie он wracając się pomaszerował w 
kierunku, skąd płynęły dźwięk; dwóch fujarek.                                           v 
Tomek został przed księgarnią. Czuł się porzucony, nikomu niepotrzebny. Jedno, co mógł 
teraz zrobić, to strzelić sobie pod-wojną dawkę kompotu. „Nie - pomyślał, spoglądając na 
znikające Michałowe plecy. - Nie. On z tym walczył i zwyciężył. A teraz ryzykuje życiem, by 

background image

ich zniszczyć. Jakże mógłbym być przeciwko niemu? Po tym wszystkim? Nie jestem babą! O 
Boże, pozwól mi nie być babą. I wytrwać!"                          - 
Michał dobre dwie minuty stał w tłumie otaczającym grajków. Do czapki wpadały brzęczące 
dwudziestki. Melodia snuła się, przebijała przez miejski gwar. Obaj chłopcy mieli 
półprzymknięte oczy i uduchowiony wyraz twarzy. Wyglądali na muzyków, którym zabrakło 
paru złotych na wycieczkę statkiem po morzu. Byli czyści, ostrzyżeni, jednym słowem tacy, 
jacy podobają się tym, którzy mają pieniędze. Już dawno odkryli polską rację: nikt nie da 
złamanego grosza brudnym, długowłosym, obwieszonym łańcuchami. 
-   Witajcie, druhowie - Michał oparł się plecami o ścianę. Przestali grać. Zawiedziony tłum 
zaklaskał. Podjęli melodię. Łysy mrugnął na Michała. W języku znaków brzmiało to mniej 
więcej tak: „Daj popracować, później pogadamy". 
Nie miał nic przeciwko temu. Znów chciało mu się jeść, więc przeszedł na drugą stronę ulicy, 
skąd dochodził zapach smażonych frytek. Zjadł dwie porcje siedząc na odwróconym do góry 
dnem koszu na śmieci. Ociężały przymknął oczy, wsłuchując się w fujarkowe trele. Kiedy 
umilkły na dobre, rozwarł powieki. Lu-cuś sadził przez jezdnię, sprawnie wymijając 
samochody. Za nim Łysy z głową jak piłka futbolowa, porośnięta krótkim, miękkim runem. 
-   Cześć, stary. Nie myślałem, że się jeszcze spotkamy na Wybrzeżu. 
Michał wzruszył ramionami. 
-   Tak się składa, że nie zakończyłem tu jeszcze swoich pora- 
126 
chunków. Musieliśmy z Księgowym spłynąć wtedy z młyna. Jak tam zdrówko? Lucuś 
pomacał się po potylicy.                                    ' 
-   Chyba nie najlepiej stróżowaliśmy wtedy w lasku koło karuzeli. Dranie zaszli nas od tyłu. 
Jak Indianie. Ani gałązka nie strzeliła. Dostaliśmy po łbie, i to wszystko, co pamiętamy. 
Michał pokiwał głową. 
-  Zataszczyliśmy was do młyna. Aie przedtem sami wpadliśmy vv niezłe tarapaty. Gdyby nie 
te dwa dzieciaki... zresztą, to już sprawa zamknięta. 
-   Ale... - zaczął Lucuś nieśmiało. - Może teraz w czymś moglibyśmy... cholernie chcę się 
zrehabilitować... 
-   Skoro mówisz, że nie skończyłeś jeszcze swoich porachunków... 
Michał poważnie rozważaj propozycję. Obaj byli „czyści". Nie zna ich twarzy ani Parowóz, 
ani Archanioł Gabriel. 
-   Jest jedna robótka... widzicie, karuzelarz i jego barakowóz to była melina handlarzy 
narkotyków. Tam dokonywano zamiany pieniędzy na towar. 
-   Kompot? - spytał Łysy. Sam nigdy nie brał. Ale, jak oni wszyscy, wiele słyszał. 
-   Nie. Towar z Turcji albo innego zamorskiego kraju. Heroina lub kokaina. Nie wiem. W 
małych, jednogramowych paczuszkach. 
-  Takie buty - westchnął Łysy, Michał spojrzał na niego spod oka. 
-   Nie musisz się w to mieszać. Nikogo nie namawiam. Sprawa jest bardzo niebezpieczna. 
Lucuś cichutko zachichotał. 
-   Już dawno mnie nie capnęli. Nawet tęsknię za widokiem munduru. 
Michał spojrzał na niego z cieniem uśmiechu. Dla syna milicjanta tęsknota za szarym 
gamiturkiem z wypustkami miała swój głęboki sens. 
-   Postaram się, żeby nie capnęli nikogo z nas. Gdzie nocujecie? 
127 
-   Na kempingu w Gdyni. Przytuliliśmy się do wycieczki ja, pończyków. Lubią, jak im gramy 
do poduszki. Mamy tam wikt i opierunek. Co najmniej do połowy lipca. 
-     Księgowy tu był ponownie? - spytał Łysy przeliczając utarg. 
Michał'pokręcił głową. 

background image

-   Oblatuje Dolny Śląsk. Wątpię, żeby go tu coś przygnało, Kiedy zdobędę forsę od tych 
zgredów, sam mii ją zawiozę. | wreszcie poznam tego słynnego Dziadka z Wrocławia. 
Obaj chłopcy spojrzeli po sobie. 
-   On nie jest wcale taki łagodny, jak opowiadają - wymruczał Łysy. - Potrafi mieć łapę 
cięższą od worka treningowego. Coś o tym wiem. 
-   Ale jest sprawiedliwy. Tyle że każdego przejrzy do podszewki. Niczego zbujać się nie da. 
Nie wiem, jak to robi, ale umie czytać w myślach. 
Michał uśmiechnął się. Miał już serdecznie dość Wybrzeża. Choć pogoda wciąż była niezła, a 
ludzkie mrowie zapewniało o wiele większe bezpieczeństwo, marzył, by się ruszyć. Pojechać 
tam,  gdzie jeszcze  nie  był.   Kraj jest duży  i  piękny.  Tylko... 
-   Jest tak: jeden z was podejdzie do faceta, którego wskażę. Powie mu, że jest do kupienia 
towar prosto ze statku. Cena musi być niewiele niższa od prawdziwej. Ja będę obserwować z 
ukrycia. Nic się stać nie może, ponieważ odbędzie się to w jasny dzień, pod znanym sklepem, 
wśród ludzi. Który z was? 
Łysy spojrzał na Lucusia. 
-   A może... obaj? 
Michał zaprzeczył ruchem głowy. 
-   Drugi będzie potrzebny do czego innego. Chodzi o całkowicie nie znane w tej branży 
twarze. Więc, który pierwszy? 
-   Ja! - zawołał Lucuś. - Mam podobno promienny, zniewalający uśmiech. 
Roześmiali się. 
Znów leżał w krzakach znajomego parku. Tym razem zamiast Tomka obok warował Łysy. 
Było tak samo zielono, ciepło i przy- 
128 
. ^nie. I znów, jak poprzednio, o określonej godzinie pojawił się Lrowóz. Dziś nie miał 
płóciennego kapelusika. Ża to żółta kopula jarzyła się słonecznie. 
-  To ten - powiedział Michał w pustkę. - Ten żółty. Odpowiedzi nie było. Wcale jej zresztą 
być nie miało. Obaj z 
łysym wytrzeszczyli oczy. Lucuś niczym nie speszony, żując gu-ppę, podszedł do Parowoza i 
coś powiedział. Michał drgnął. Nie wiadomo kiedy i skąd wokół żółtej koszulki pojawili się 
goryle. Trzech, jak zawsze. 
-   Obstawa - szepnął Łysy. 
-   Na razie nie ma obaw. Za dużo ludzi w sklepie i na ulicy Sprawdź, czy za tamtym rogiem 
parkuje zielona skoda. 
Łysy odpełzł. Nie było go dobrą chwilę. 
-   Nie ma - zaraportował. Michał odwrócił głowę zdziwiony. 
-  Jesteś tego pewien? 
-  Jak najbardziej. Tam stoi tylko półciężarówka z firmowym napisem: „Draco extra Dry". 
Michał przymknął powieki. „Gdzie ja już widziałem ten napis? - myślał gorączkowo. - No, 
gdzie?" 
-   Lucuś idzie! - syknął Łysy wychylając głowę zza krzaka wajgeli. 
-  Tu, do nas? - przeraził się Michał. - Idiota! 
Lucuś nie był idiotą. I nie szedł w kierunku parku tylko ulicą. Skręcił za róg. 
-   Podszedł do ciężarówki! Rozumiesz coś z tego? 
Michał gryzł palce. Tego nie przewidział. Miał nadzieję, że chłopak nie wsiądziedo środka. 
Nieoczekiwanie jak błyskawica, objawił mu się obraz: już wiedział, gdzie widział podobne 
napisy: ;,Draco extra Dry". Na pustych kartonach w piwnicy domu, w którym była, a raczej w 
którym wciąż jest, melina narkomanów. Tego jest pewien. 
-   Niech on już wraca! - wyszeptał pobielałymi nagle wargami. 

background image

Lucuś jakby usłyszał bezgłośne wołanie. Lekkim, spacerowym bokiem oddalił się od 
ciężarówki. Ktoś się z niej wychylił i coś 
129 
mówił. Lucuś kręcił głową. Wyglądało, że.się nie zgadza. Potem nabrał rozpędu i znikł za 
rogiem. 
-   Gazu! - krzyknął Michał. - Leć za nim, ale w odległości! |\ja pewno będzie miał „ogon"! 
Łysy poderwał się jak koń wyścigowy. 
-   Gdzie się spotkamy? 
-  Tam gdzie gracie! Na deptaku! 
Michał uważnie obserwował goryli Parowoza. I słusznie, jak się okazało, gdyż jeden z nich, 
niby niechcący, podążył w ślad za Lucusiem. 
-   Lucusiu, masz wspaniały, puszysty ogon! - wymruczał Michał. - Już ja się nim zajmę! 
Szli sobie to przyspieszając, to zwalniając. Jak kaczuszki, jedna za drugą: Lucuś, ogon, Łysy i 
Michał. W tej samej, nie zmieniającej się kolejności wpełzli na deptak. 
„Teraz - pomyślał Michał przyspieszając. - Głupi ogon niczego się nie domyśla!" Koło kiosku 
z gazetami wyprzedził wszystkich. Zawracając mrugnął tylko do Lucusia. Na ogon wpadł tak 
niespodziewanie, że się z nim zderzył. Czołowo, rzec można. Ogon był osiłkiem, ale jakby to 
powiedział Kubuś Puchatek; „Osiłkiem o bardzo małym rozumku". Uderzony boleśnie przez 
Michała odskoczył i zamachnął się lewym sierpowym. Michał wykonał podskok i ruch 
dłonią, tak szybki, że aż niedostrzegalny. 
-   Głupi pacan - szepnął na ucho ogonowi - lewym sierpowym, bije się tylko na ringu! 
Ale osiłek niewiele słyszał. Zwisł Michałowi w ramionach jak sflaczały worek treningowy. 
Najdziwniejsze, że nikt z przechodniów niczego nie zauważył. Michał doholował worek do 
krzesełka pod parasolem kawiarnianego ogródka, który, choć pora była stosowna, niczego nie 
serwował. 
Na zamkniętych, szklanych drzwiach kawiarenki wisiało oświadczenie napisane flamastrem: 
„Zamknięte z powodu choroby personelu". 
-   Jak personel wyzdrowieje - powiedział do osiłka, który dalej niczego nie słyszał - to cię 
ocuci wodą albo coca-colą z lodu' Cześć! 
130 
Nie słysząc odpowiedzi, pogalopował dalej. 
Spotkali się pod ścianą domu, wyraźnie przez muzykantów preferowaną jako miejsce 
koncertów. Już układali na chodniku zpiszczoną czapkę. Już podnosili fujarki do ust. 
-   Zaraz! Poczekajcie! - Michał chciał wszystko wiedzieć jak najszybciej. - Co ci powiedział 
facet z ciężarówki? 
Lucuś wypiął pierś, obciągniętą przyciasną bawełnianą koszulką z wizerunkiem tygrysa w 
skoku. 
-  Zainteresował się. Ale cena wydała mu się za wysoka. Chciał się dogadać w sprawie rabatu. 
Pytał, ile tego mam. 
-   A ty co? 
-   Ja? Ja jestem inteligenty! Powiedziałem, że o ilości będziemy mówić nie na tym szczeblu, 
że mam bossa. 
-   Fantastycznie! - ucieszył się Łysy. - To ja nim będę! Michał zmarszczył brwi. 
-   Nie wygłupiajcie się. To nie zabawa w kotka i myszkę. To są piekielnie niebezpieczni 
faceci. Wykończyli karuzelarza. Na śmierć. 
Łysy i Lucuś wyraźnie się zmieszali. 
-   Gadasz... widziałeś? Michał skinął głową. 
-  Teraz opowiedz dokładnie, co mówił ten z ciężarówki. Czy był podobny do Włocha? 
Lucuś otworzył usta. I zamknął je. Przełknął ślinę. 
-   Znasz go? 

background image

Michał ponownie skinął głową. 
-   Powiedział, że interesuje ich wyłącznie „cukier" w małych, jednogramowych 
opakowaniach. Każdą porcję sprawdzą. Potem zapytał, czy znam Turka. Powiedziałem, że nie 
pracuję z takimi, którzy są znani. Bo mogą być. również znani glinom. Dobrze powiedziałem? 
Michał uśmiechnął się. 
-   Naprawdę świetnie. I co dalej? Lucuś westchnął. 
-   Oni mi wyglądają, mimo wszystko, na małe płotki. Może są niebezpieczni, ale to nie jest 
„elita narkotyczna". 
131 
-  Twoje szczęście! - wybuchnął Łysy. - Posłali za tobą tW ciocha, którego się zlikwidowało! 
To „się zlikwidowało" rozśmieszyło Michała. 
-  Wyznaczył jakieś miejsce spotkania? Może coś mówił o u|j, су Doinej? 
Lucuś zamrugał powiekami. 
-   Fakt. Dolna sto dwanaście. Jakaś rudera. 
-   Chce cię wciągnąć w pułapkę! Zabrać towar i unieszkodij. wić! - Łysy nie wiadomo 
dlaczego szarpał własne ucho. 
-   Oczywiście - potwierdził Michał. Lucuś roześmiał się. 
-   Ludzie, ludkowie! Przecież ja się czegoś przy ojcu nauczyłem! To jest świetny facet. Aż go 
szkoda na ojca dla mnie! 
Michał przyjrzał się mówiącemu. Nie odzywał się. Czekał. 
-   Powiedziałem, że przyjdzie ktoś inny. I że będzie miał „cienie". Dużo i dobrych. 
-   Prawdziwy teatr cieni! - stwierdził ponuro Łysy. - To co robimy? 
Michał zastanowił się. 
-  Teraz grajcie sobie. Ja muszę obmyślić plan. A wieczorem postawicie mi porcję zupy? Grą? 
Grała. Najpierw jedna fujarka, poddając ton, a potem druga. Wyciągały czystą rzewną 
melodię o kondorze, który fruwa nad Andami wolny i zwycięski. 
Michał nie tracił czasu. Postanowił przed spotkaniem lepiej spenetrować melinę przy ulicy 
Dolnej. Chodziło mu przede wszystkim o znalezienie doskonalszej niż odrapane schody drogi 
ewakuacyjnej. Po prostu musiał zawczasu wiedzieć, którędy wiać. A że będzie wiał, w to nie 
wątpił. Ostrożnie wszedł w bramę i przywarował. Nie był pewien, czy cała ulica nie jest pod 
baczną obserwacją gangu. Już u stóp połamanych schodów poczuł wyjątkowo nieprzyjemną 
woń. „Gotują kompot - domyślił się. i Tutaj jacyś niewolnicy gotują kompot, potem ktoś to 
wynosi, ktoś inny sprzedaje dzieciom pod szkołami!" Musiał odskoczyć w czerń, ponieważ 
czyjeś kroki-człapały z ulicy. Poznał je od razu. 
132 
■r0 Bernadetta. Jedna z tych narkomanek urzędujących pod ba-rem „Liii". Decyzję podjął bez 
chwili wahania. Wyszedł z ukrycia wprost na dziewczynkę. 
-   Cześć - powiedział półgłosem. - Poznajesz mnie? Potrząsnęła głową przestraszona. 
-   No wiem. Dałeś Gackowi w ucho. Przyszedłeś po kompot? Skąd wiedziałeś gdzie? 
-  Za dużo pytań - warknął Michał. - Na żadne nie będzie odpowiedzi. Jak chcesz wyjść cało z 
opresji, to radzę, rób to, o co poproszę. 
Znów potrząsnęła głową. % 
-  Grozisz? 
-   Nie. Proszę. Tak będzie lepiej. 
-   Czego chcesz? 
-  Wejdziemy razem na górę. Znasz tę Gośkę z czarnymi ustami? 
-   No pewnie. To ona gotuje towar. Ona i pan Miecio. 
-  Ten garbus z włosami jak szopa? 
Cień uśmiechu przebiegł przez wymizerowaną twarz- dziewczynki. 
-   On. Sam nie bierze. Ale pije. Wódkę. Michał zerknął na zegarek. 

background image

-  To skocz do monopolowego. Jest za rogiem. Przynieś pół litra. Tu masz forsę. - Z bólem 
wyciągnął przedostatni banknot. 
Obruszyła się. 
-   Nie jestem na posyłki! Co ty sobie wyobrażasz... auuu! Chwycił ją delikatnie za włosy. 
Bardzo delikatnie. 
-   Prosiłem. 
Już nie oponowała. Wybiegła w jasny kwadrat światła. Michał zaszył się pod schodami. 
Nasłuchiwał. Cisza była taka, że lot muchy brzmiałby zapewne jak orkiestra w pełnym 
składzie. Tylko śmierdziało coraz gorzej. Kiedy oczy przywykły do mroku, przyjrzał się od 
dołu schodom. „Dwa ciągi ponad podestem. I jakieś światło z lewej. Jakby przez szparę w 
deskach wpadał promień słońca". 
Wracała Bernadetta. Bez słowa podała mu butelkę. 
133 
Masz. I dość na dziś. Bo powiem Gackowi! Michał roześmiał się cichutko. Zabrzmiało to 
nieoczekiwanie groźnie. 
-  Teraz razem pójdziemy na górę. I powiesz, że tak jak ty, je. stem na ciągu. Resztę zostaw 
mnie. 
Nic nie odparła. Wstępowali po drewnianych, skrzypiący^ schodach. Michał czujnym okiem 
rejestrował wszelkie zakamarki brudnego półpiętra. Bernadetta zastukała trzy razy. A potem 
jeszcze dwa. 
Drzwi otworzyła czarnousta Gośka. Obejrzała uważnie Michała. 
-   To od nas - wyszeptała Bernadetta. - Jest w potrzebie... Z cienia wychynął człowiek z 
grzywą siwawych włosów. 
-   To dla pana, panie Mięciu - powiedział Michał podając mu butelkę. 
Wyciągnęła się łapa przypominająca bochenek chleba. Bezzębne wargi coś marniały. Ale 
oczy ten człowiek miał bystre. Bar-*  dzo bystre. 
-   Bóg wynagrodzi. Gośka, zajmij się gościem! 
Michał niepewnie rozglądał się dookoła. Najbardziej spodobał mu się żelazny piecyk na 
nóżkach z rurą wychodzącą oknem. 0-kreślenie „okno" było może trochę na wyrost. Otwór w 
spróchniałych ramach z trzema małymi szybkami. Czwartej nie było. To tędy wyłaziła na 
zewnątrz rura od piecyka. Na żelaznej fajerce stało emaliowane wiadro z żółtawobrunatną 
zawartością. Stąd szedł smród. Czarnousta Gośka mieszała od czasu do czasu drewnianą 
kopyścią. Wyglądała jak czarownica z bajki o Królewnie Śnieżce. Michałowi przeszkadzały 
jej uczernione wargi. Pan Miecio w kącie szczękał szkłem. Po chwili pojawił się z dwoma 
emaliowanymi, brudnymi jak święta ziemia kubkami. Jeden podał Michałowi. 
-  Zdrówko. 
Michał wziął kubek. Nie zamierzał pić ani kropelki. Nienawidził alkoholu, a jeszcze bardziej 
ludzi, którzy pod jego wpływem zachowywali się gorzej od zwierząt. Ale musiał być 
uprzejmy. W końcu był gościem pana Mięcia. 
134 
podeszła Gośka stawiając na krzywym stole talerz z chjebem Uśmiechnęła się do Michała. 
Ten ruch, taki naturalny, siostrzany czy też zgoła matczyny, serdeczny, rozbroił chłopca. 
-   Dzięki. 
Bernadetta w drugim końcu pokoju szeleściła workami pełnymi suchych makowin. Nie 
interesowała się ani Gośką, ani Michałem- 
-   Co bierzesz? - spytała czarnousta ćma. - Kompot? Michał potrząsnął głową. 
-   Chcę sprzedać. Ale nie dam się wykantować ani przez Paro-woza, ani przez jego szefów. 
Czarne usta drgnęły. Skrzywiły się brzydko. 

background image

-   Oni też nie dadzą się oszukać. Towar musi być pierwszej klasy. Tylko kompot 
sprzedajemy tanio. Wszystko inne za ciężki grosz. I będą pytać, skąd masz towar. Od Turka 
czy z Metro-polu? 
„Metropol" - zastanowił się Michał. - Co to może być? Hotel? Statek? No, wszystko jedno, 
zapamiętam". 
-   Nie. Od Szweda. Nazywa się,.. Larsen. Ingmar Larsen Jeździ najnowszym wozem Lancia 
Delta 4 WD. 
4 Pan Miecio bulgotał butelką. Spomiędzy siwych kłębów patrzyły na Michała bardzo mądre, 
woale nie zamglone oczy. 
-   Mówisz... Szwed? Michał skinął głową. 
-   Poznałem go jeszcze w Krakowie - kłamał jak z nut - Tu spotkałem przypadkiem pod 
Pewexem. Kupował duńskie piwo 
Pan Miecio wyjął Michałowi z ręki nietknięty kubek i podniósł go do ust. 
-   Może to prawda, a może i nie. Twoja sprawa. Twój biznes i ewentualna strata. Parowóz... 
nasz kupczyk będzie tu jutro w południe. Przyjdź. Przynieś. Sprawdzi. Jak towar dobry, to 
pohandlujecie. 
Michała peszyło to bardzo wnikliwe spojrzenie. Czuł się tak jakby ten siwy zwierz,' 
zgarbiony i brudny, nicował mu na wylot duszę. 
-   Ja towar przyniosę, a oni mi go capną i nie zapłacą ani gro- 

135 
sza! - roześmiał się nieco sztucznie. - Sam pan przyzna, że to możliwe. 
Gośka jak cień przesunęła się przez pokój. Coś tam poszeptały z Bernadettą. 
Stary wypił już całą butelkę. Nie był ani trochę bardziej pijany niż poprzednio. Wyglądał na 
człowieka, którego krew składa się w stu procentach z czystego alkoholu. 
-   Nie bądź taki bojaźliwy. Ani Parowóz, ani Przystojniak nie mają nic do gadania pod tym 
adresem. Jasne? 
-   Przystojniak? - zainteresował się Michał. - Wiem, który to. Podobny do Włocha. Dla mnie 
cio archanioła Gabriela. 
Pan Miecio zarechotał. Klepnął Michała ciężką łapą po ramieniu, aż ten przysiadł. 
-   Archanioł z duszą Belzebuba! No, toś mnie ubawił! Przychodź jutro. Sam. 
Michał wzruszył ramionami, 
-  Ja sam, a tamci będą z gorylami! Pan Miecio pokiwał głową. 
-   Mówię tylko raz. Tu będziesz bezpieczny. 
-   W porządku. - Michał marzył o wyjściu na świeże powietrze. Do smrodu gotującego się 
kompotu nigdy się nie przyzwyczai. - Do jutra. 
Wyszedł, uważnie zamykając drzwi. Wcale nie były takie spróchniałe. Wręcz przeciwnie. 
Solidne, dębowe, z olbrzymią zasuwą. Z zewnątrz, o dziwo, też. Zamiast od razu zejść 
schodami w dół, wspiął się w górę. Drugi podest był podobny. Tyle że nie zamieszkany. 
Sporo było śladów myszy albo szczurów. Trzeci miał klapę wychodzącą na dach. Michał 
próbował ją podnieść, Drgnęła dopiero po ciężkim wysiłku. W jasnej plamie dostrzegł dwie 
solidne metalowe poręcze. Podciągnął się, błogosławiąc swoją sprawność i lata nieustannych 
ćwiczeń. Klapa uniosła si dopiero wtedy, gdy podparł ją głową. Upadła z trzaskiem n dach. 
Michał zamarł w niezbyt zręcznej pozycji. Nic. Cisza. Wystawił głowę. Dach jak dach. 
Niedaleko, za oddartą -połacią рарУ-dostrzegł coś w rodzaju komina. Przepełzł, ostrożnie 
stawiaj^ stopy. To było zejście do sąsiedniej klatki. Tylko że tej klatkiJu 
136 
nie było. Ruina z wypaloną ścianą. Ale w połowie wysokości zachowała się część podestu. 
„Skoczyć czy nie skoczyć?" - pomyślał, i skoczył. Nic się nie załamało. A mogło. Teraz 
szukał dalszej drogi. I znalazł. 0 wypaloną ścianę oparta była całkiem porządna żelazna 

background image

drabinka. Zastanowił się. „Czyżby to przewidujący pan Miecio zorganizował sobie 
ewentualną drogę ucieczki? Wykluczone. Garbus po wypiciu butelki był może trzeźwy jak 
szczygiełek, ale nie mógłby ani podciągnąć się na rękach, ani skoczyć z takiej wysokości. 
Jaka jest jednak w tym wszystkim jego rola?" 
Michał nie miał czasu, żeby się nad tym lepiej zastanowić. Złaził po drabwie szczęśliwy, że 
jest cały i zdrowy. 
Na ulicy świeciło słońce. Znów było pięknie. 
Tak znakomitej pogody Wybrzeże nie pamiętało od wielu lat-Zwykle w lipcu przychodzą 
sztormy, przelatują burze lub siąP' trzydniówka. W tym roku było inaczej. Toteż plaże roiły 
się od ludzi. Wszędzie kręciły się psy „przyjezdne" lub „tubylcze", fruwały piłki i 
wrzeszczały dzieci. Kutry milicyjne patrolowały wybrzeże, szukając kąpiących się w 
niedozwolonych miejscach. Nikt nie polował na uciekinierów. Bo też i nikt nie miał na to 
czasu. Komunikaty prasy, radia i telewizji w zgryźliwym tonie donosiły ° coraz nowych 
zatruciach salmonellą, milicja robiła obławy na brudne lodziarnie, nie zwracając uwagi na 
snujących się ćpunów-Deptakiem ciągnęły pielgrzymki przypieczonych, ustawiając się w 
tasiemcowych kolejkach po coca-colę, frytki czy ciepłą oranżadę. 
Lucuś i Łysy zbierali niezłe żniwo. Kiedy Michał zajrzał do starej czapki leżącej na chodniku, 
aż się złapał za głowę. Czego tam nie było! Oprócz rodzimych dwudziestek poniewierały się 
amerykańskie ćwierćdolarówki, szwedzkie korony i austriackie szylingi. 
 
~ Od razu wstąpcie po duńskie piwo! - roześmiał się. Wiedział, że chłopcy nie pili. - Póki 
Pewex otwarty! 
Wyszczerzyli zęby nie przerywając koncertu. Michał musiał lednak z nimi pogadać. Nie 
wiedział przecież, jak skończy się ten 
supergigant...                                                                                  137 
dzień. Podniósł dłoń z rozstawionymi palcami w kształt litery ny-To oznaczało: „Jestem w 
kłopocie". Natychmiast urwali w Poi nuty. Rozległy się oklaski. 
-   Co jest? - spytał Lucuś mierzwiąc skręcone włosy. Michał pochylił mu się do ucha. Był 
wyższy, szczuplejszy i bardziej opanowany. 
-   Dziś w południe mam spotkanie. Gdybym nie wrócił do szesnastej, trudno, zawiadomcie 
milicję. 
Łysy wytrzeszczył oczy. 
-  Zwariowałeś? Michał potrząsnął głową. 
-   Nie o mnie tu chodzi. 0 tamtych. Handlarzy. Nie mogą dalej spokojnie łazić po świecie i 
zarażać dzieciaki. To są bezwzględne hieny i trzeba je unieszkodliwić. Nie każę wam iść do 
komisariatu. Wystarczy anonimowy telefon. Numer w całym kraju ten sam, 997. Adres 
meliny w Gdańsku znacie. Właścicielem jest niejaki Miecio. Garbus. Ale nie wcześniej niż o 
szesnastej zero zero. Gdyby mi się udało inaczej ich załatwić, przyjdę o piętnastej do baru 
„Frykas". Bądźcie tam. 
Spojrzeli po sobie. 
-   Nie potrzebujesz forsy? Możemy ci odpalić... Michał uśmiechnął się. 
-   Mam zamiar na nich zarobić. Jeśli się uda... 
Więcej nie było o czym mówić. Pożegnali się skinieniem głowy. Obaj chłopcy wrócili na 
swoje stanowiska. Po chwili rozległy się rzewne nuty piosenki: „Jeszcze się tam żagiel bieli 
chłopców, którzy odpłynęli..." 
Michał poczuł, że mu serce bije mocniej i szybciej. Dopiero teraz. Z przyzwyczajenia 
sprawdził wszystkie kieszenie. Ani świstka. Żadnego dokumentu poza metryką chrztu. Jedną 
z tych „lewych", których używał. Opiewała na nazwisko: Janusz Kozak, lat piętnaście. Nawet 
wiek się nie zgadzał. Piętnaście lat Michał skończył już pół roku temu. Resztę własnych 
pieniędzy miał jak zwykle w tajnej kieszonce spodenek. W ręku saszetkę z „towarem". 

background image

Pięćdziesiąt małych porcyjek w bibułkowych opakowaniach. Te bibułki pochodziły z dwóch 
paczek herbaty ekspreso- 
138 
yje\, zakupionej wczoraj tuż przed zamknięciem sklepu. Sporo rniał roboty z wysypaniem 
pylistej herbaty i wsypaniem miałkiej s0|i kuchennej. Pracował przez pół nocy. Ale wyglądało 
dobrze, pwa prawdziwe opakowania heroiny leżały oddzielnie. Teraz wiele zależało od łutu 
szczęścia. Tuż za sklepem monopolowym natknął się niespodziewanie na faceta, którego już 
kiedyś widział. Był co prawda całkiem inaczej ubrany, ale chłopiec dałby głowę, że to ta 
sama twarz. Trwało parę sekund, zanim przypomniał sobie, skąd go-zna. „To ten z dworca w 
Gdańsku. Był w kurteczce safari. Potem mi mignął tu, na Dolnej". I znów nie wiedział, czy to 
obstawa Parowoza, czy wręcz przeciwnie. I tak nie miał odwrotu. I dobrze o tym wiedział. 
Minął człowieka, jak mija się słup ogłoszeniowy. Tamten też się zupełnie Michałowi nie 
przyglądał. 
W bramie wziął głęboki oddech. Musiał przez chwilę uspokoić walące serce. „Ciekawe - 
pomyślał odwracając głowę do jasnego prostokąta światła - czy jeszcze kiedyś zobaczę ten 
najpiękniejszy ze światów?" 
U pana Mięcia nie gotowano dziś kompotu. Michał zastukał trzy, a potem jeszcze dwa razy. 
Otworzyła czarnousta. Miała pod okiem potężnych rozmiarów siniec. Michał poczuł, że mu 
słabną nogi. Był zdenerwowany i pocił się. W mieszkaniu nikogo więcej nie zauważył. 
- Zaczekaj - powiedziała czarna ćma. - Miecio-skoczył po wódkę. Tamci przyjdą w południe. 
- Podsunęła mu zydel. Usiadł na brzeżku. Czekanie to nie jest to, co lubi najbardziej. Nawet 
na świętego Mikołaja. Kiedy był dzieckiem i kiedy ten święty jeszcze do niego przychodził. 
Nie lubił czekać na matkę ani ojca, gdy zjawiali się później niż powinni. Niż obiecali. 
A teraz czekał, bezsilnie zaciskając pięści, aż mu bielały kostki. „A może oni tak celowo? 
Może chcą mnie rozwałkować psychicznie, aż pęknę? Nie, nie zrobią mi nic złego. Garbus 
obiecał, że mi włos z głowy nie spadnie. Tak, ale on nie wie, co jest naprawdę w bibułkach. I 
nie wie, że Parowóz mnie zna. Że już raz, o mały włos, nie wykończył mnie tam, w tej 
narkomańskiej piwnicy! Jest taki święty od załatwiania rzeczy niemożliwych. Tylko nie 
pamiętam imienia. Szkoda, może by mi pomógł? Wykończą 
139 
mnie przez to cholerne czekanie!" Te myśli niespodziewanie po. mogły. Michał postanowił 
odprężyć się, rozluźnić. Kulka z ciasta, w każdym razie tak mu się wydawało, że jest z ciasta, 
przestała jeździć tam i z powrotem w przełyku. Odetchnął parę razy głęboko i właśnie wtedy 
weszli. 
O dziwo, Parowoza nie było. Michał kątem oka zerknął na wysokiego, który wyglądał jak 
dżdżownica. 
-   To jest Roller. Facet od gotówki. Polskiej, japońskiej, zielonej... jaka potrzebna. 
-   Polska wystarczy - wyszeptał Michał ochryple. „Mam więcej szczęścia niż rozumu - 
pomyślał. - Roller, nowa twarz. Dlaczego tak przypomina glistę? Nieważne! Grunt, że nie jest 
Parowozem!" 
Pan Miecio, nie patrząc na siedzącego, od razu zajął się butelkami. A było ich kilka w 
nylonowej siatce. Roller przysunął sobie skrzynkę i też usiadł. Nie było tu w zwyczaju 
pozdrawianie się staropolskim „dzień dobry". Trzej goryle, z których Michał nie znał ani 
jednego, nie robili wrażenia zapracowanych. Osiłka też nie było. „Czyżby go zwolnili z 
pracy? Za nieudolność?" Michał miał ochotę się roześmiać. Nie zdążył. Pan Miecio pomimo 
tuszy i garbu poruszał się bezszelestnie jak ćma. Podstawił mu pod nos kubek z wódką. 
Chłopiec wziął bez słowa. Przyglądali się sobie z Rollerem ukradkiem. 
-   Pokaż towar - zaszemrała glista, gdy już upił ze trzy potężne łyki. 
Michał sięgnął do saszetki. Dwaj goryle znaleźli się nagle po jego obu stronach. W pierwszej 
chwili chciał zaprotestować, ale zrezygnował oceniwszy sytuację. „Czasem faceci za plecami 

background image

są mniej groźni od tych na wprost" - pomyślał. Wyjąboryginalne opakowanie. Pochodziło z 
owej puszki po ogórkach i na pewno nie było trefne. 
Roller fachowo otworzył rożek, wysypał szczyptę na dłoń i powąchał. Jego gęba świeciła się 
od potu. Michał aż się zatrząsł z obrzydzenia. Teraz nad próbką pochylił się drugi z obstawy. 
Miał klasyczny prosty nos, małe wąsiki prowincjonalnego fryzjera ■ głodne oczy. 
140 
-   W porządku - powiedział. - Daj drugą prót^C-Michał pogratulował sobie w duchu, że ma 
tę drugą. Znów sprawdzali węchem i końcem języka. 
-  Turecka - wymruczał Roller sięgając za paz^he-Michał obraził się. 
-   Nie żadna turecka. Facet przywiózł ze SzweCJ'- Pochodzi z Pakistanu, a laboratorium jest 
w Sztokholmie. Trz/krotnie oczyszczana. 
Roller przechylił głowę. Wyglądał jak wróbel n# drucie. 
-   Podbijasz cenę, frajerze? 
Pan Miecio pojawił się jak duch. 
-   Spokojnie - w jego głosie drgało zniecierpliwienie- ~ zapłacisz tyle, ile trzeba. 
Michał spojrzał zdumiony na handlarzy. siedz'e'i luD stali w postawie pełnej pokory. „Kim on 
dla nich jest u l'cna? Bossem?" 
Roller wyjął plik gotówki. Michał aż przełknął £|ine- Nigdy w swoim życiu nie trzymał w 
ręku tylu pieniędzy. 
-   Mam pięćdziesiąt takich porcyjek - otworzył saszetkę, aby pokazać z daleka. - Oprócz tych 
dwóch, sprawd2onycn- 
-  Za próbki się nie płaci! - warknął ten z wąsikom. - Powinieneś o tym wiedzieć! 
„Powinienem" - przyznał mu w duchu rację Mi£na'- Pieniądze szeleściły. Same banknoty 
dziesięciotysięczne. - A nuz podrabiane? - przeraził się. - Fałszywe?" 
Kiedy ręce ich zetknęły się, by wymienić jedne? na drugie, w mózgu Michała nagle zapaliło 
się czerwone światło. Usłyszał, na pewno usłyszał, czyjeś ciche kroki na zewnątrz- Lub 
trzaśniecie stopnia. Miał nerwy na wierzchu. Nigdy przeci^2 dotąd w tak obrzydliwy sposób 
nikogo nie oszukiwał. Dlate^J0 usłYsza' to-czego nie usłyszeli tamci. 
Kiedy huknęły dębowe drzwi, ściskał pieniądz^ w spoconej dłoni. Ci, co weszii, nie byli w 
mundurach. Ale icn fuchy, oczy, głos wskazywały na doskonale wyszkolone jednostki. 
Michał Później często wspominał ten moment, analizował 9°, nie był aż tak zaskoczony jak 
tamci. Toteż wykonał ten rzut szczupaka nie- 
141 
omal automatycznie. Spadł na podłogę, przeorał brzuchem pół pokoju i wykonawszy skręt 
ciałem, zastygł tuż za skrzynką, na której wciąż tkwił Roller. Widział tylko nogi, strasznie 
dużo różnych nóg, słyszał głosy i szczęk zatrzaskiwanych kajdanków. Spódnica czarnoustej 
Gośki mignęła w drzwiach. Wykorzystał ten jeden jedyny moment. Nie wstając przeturlał się 
przez próg. 0 zejściu schodami nie mogło być mowy. Mundurowi stali na pół-piętrze. Wolna 
była, o dziwo, droga w górę, znana Michałowi. Cóż, nie mógł biec. Drewniane, spróchniałe 
stopnie zaraz by go zdradziły. Trzeba zachować zimną krew. I myśleć. Przede wszystkim 
mądrze myśleć. Plecami przywarł do załomu tuż za schodami. Skurczył się, uciszył oddech i, 
jak mu się wydawało, rytm serca. Czekał. Jak na klatkach zwolnionego filmu rejestrował 
obraz, który radował mu serce. Wychodzili, skuci, kolejno: pan Miecio powłócząc nogą, 
czarnousta Gośka, milcząca, z nisko pochyloną głową, i Wreszcie ci, których nienawidził 
najbardziej, Roller, trzymany znanym chwytem za włosy, i jego goryle. Film był dźwiękowy, 
a jakże. Słów, które fruwały, Michał nie znał. Nawet na szlaku takich się nie używa. Tajniacy 
specjalnie nie złorzeczyli, ale i nie należeli do osobników szczególnie uprzejmych. 
Zachowywali się od początku jak dobrze przygotowana do akcji brygada antyterrorystyczna. 
A że w ferworze zajść zgubili jednego, zdarza się w najlepszych rodzinach.  Michał musiał 
jeszcze odczekać całą, dość skomplikowaną i skrupulatnie przeprowadzoną rewizję. Widział, 

background image

jak wynoszono jego czarną saszetkę wraz z „trefną" zawartością. „A jeśli ich wypuszczą 
dlatego, że heroina okaże się zwykłą solą?" - przeraził się nie na żarty. Uspokoił się nieco, 
jeśli w tej sytuacji w ogóle można mówić o spokoju, gdy wyniesiono worki słotny makowej i 
olbrzymi zapas gotowanego kompotu. To jedno wystarczyło, żeby posłać za kratki całą tę 
bandę. I to na długo. Michał poczuł, że pocą mu się brwi, nos i dłonie. Dopiero teraz zdał 
sobie sprawę, że wciąż kurczowo ściska gruby plik pieniędzy. To go otrzeźwiło. Znów zaczął 
myśleć logicznie. „Muszę się stąd wydostać razem z gotówką. Nie ma mowy, aby ją tu gdzieś 
ukryć. Nie jest wykluczone, że ten dom długo jeszcze będzie pod obserwacją. To przecież 
melina!" 
142 
Był moment, kiedy wszyscy mundurowi znaleźli się w środku mieszkania. Michał skoczył jak 
żbik. Cicho i szybko, starając się tak rozkładać ciężar ciała, aby nic nie skrzypiało. Zresztą 
milicjanci robili sporo hałasu. Udało się. Wyjście na dach też. Chwilę leżał rozpłaszczony, 
badając wzrokiem okolicę. Nikogo. Dopadł drugiego włazu w chwili, gdy na schodach 
zadudniły czyjeś kroki. Znów przywarował nasłuchując, a potem skoczył na znany podest. 
Jeszcze tylko żelazna drabina i jasny prostokąt światła, który był wolnością. Michał stłumił 
natychmiastową chęć ucieczki. To mogło wiele kosztować. I miał rację. Mundurowi byli i tu. 
Słyszał ich głosy. Zapadł w ciemność jak kot. Czekał. 
Trwało to dość długo. Z ukrycia słyszał głosy, turkot samochodu na wyboistej jezdni, pisk 
opon, ludzkie okrzyki, dzwonki rowerów zaciekawionej gawiedzi. Michał zerknął na zegarek. 
Druga. Wszystko to trwało dopiero dwie godziny, a chłopcu wydawało się, że dwie doby. 
Najważniejsze, że zdobył pieniądze. Czuł je, wymięte i zwilgotniałe, w kieszeni spodni. 
„Odebrałem im tylko to, co ściągnęli od nieszczęsnych ćpunów! - pomyślał mściwie. - To są 
pieniądze Tomka i jego kolegów. Także tych dziewczyn. - Jak z mgły wynurzył mu się obraz 
błękitnego motyla. -Trzeba je przeznaczyć dla innych: głodnych i brudnych. I 
nieszczęśliwych". 
Zaryzykował. Posunął się parę kroków. Czuł, że lewa łydka całkiem mu ścierpła. Gdyby teraz 
musiał nagle wiać... Nie musiał. Za rozwaloną ścianą nie istniejącego domu nie było już 
nikogo. Także gapiów. Wyszedł tak jakoś dziwnie, bokiem, jakby sam udawał, że siebie nie 
zna. Że widzi własną sylwetkę po raz pierwszy w życiu. Mijając spokojnym, 
zrównoważonym krokiem tamtą bramę, nie rzucił na nią nawet okiem. Nic go to miejsce nie 
obchodziło. Nigdy więcej tam nie wejdzie. Nigdy. 
W barze „Frykas" stawił się za kwadrans trzecia. Chłopcy już byli. Na widok Michała Lucuś 
poderwał się z wysokiego stołka. 
- Co ci? Hej, co ci się stało? 
Michał nie zrozumiał. 
143 
-   Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha własnej prababki! - dorzucił Łysy marszcząc brwi. 
Michał przyjrzał się swoim dłoniom. Drżały tak, jak trzęsą się ręce starych ludzi. 
-   Nic - odparł schrypniętym głosem. - Już wszystko dobrze. Udało się! 
Odetchnęli. 
-   Kiedy tu wszedłeś, miałeś gębę koloru najbielszej kredy, jaką w życiu widziałem! - Lucuś 
odzyskiwał humor. 
-  A kiedy ty ostatnio widziałeś kredę, bracie! - westchnął obłudnie Łysy. - Przy tablicy... 
Wszyscy trzej pokiwali głowami. Jeśli nawet któryś z nich czuł coś na kształt wyrzutów 
sumienia z powodu braku postępów w nauce, szybko o tym zapominał. Na szlaku jest tyle 
spraw, tyle niebezpieczeństw, stresów, a czasem i drobnych radości, że nie sposób myśleć o 
rzeczach przyziemnych. Michałowi powoli wracały kolory. Przetarł dłonią czoło. Był wolny i 
miał pieniądze. A tamci, złoczyńcy, siedzieli za kratami. 

background image

-   Udało się - powtórzył sącząc zimną coca-colę. W jego oczach błyszczały gwiazdy. - 
Ocyganiłem ich na strasznie grube tysiące. 
-   I puścili cię? No... - Lucuś podrapał się po okrągłej głowie. - Tak bez walki? 
Michał zachichotał. 
-   Kiedyś wam to opowiem ze szczegółami. W każdym razie tak się złożyło, że tylko ja jeden 
jestem na wolności. Za tamtymi bestiami zamknęły się bramy pudła! Gliny ich przyskrzyniły. 
No, naprawdę nie wiem, kto sypnął! 
Lucuś i Łysy spojrzeli po sobie. 
-   Na pewno nie my! Pamiętamy, oczywiście, numer 997, ale to nie my! Czekaliśmy do 
szesnastej, jak Boga kocham! 
Michał ostatni raz, nerwowo, zadzwonił zębami o szkło. 
-  Wiem. Podejrzewam, że ta melina była pod obserwacją. Parowóz i ten Roller pewnie też. 
Gliny działają wolno, bo u nich jest również biurokracja. Ale czasem spadają jak jastrzębie. 
Widziałem ich w akcji! Zrobili to czyściutko. 
144 
-  Więc jak uciekłeś? - Łysy ssał cukierka i słowo „uciekłeś" zabrzmiało: „uszekłesz". 
Michał wzruszył ramionami. 
-   Sam nie wiem. Cholerne szczęście i tyle. Nie, nieprawda -dodał po chwili patrząc bacznie 
w oczy chłopców. - Wcześniej dobrze spenetrowałem teren. Wiedziałem, jak wiać. A to, 
bracia, też ważna zasada na gigancie. 
Pokiwali głowami z podziwem. 
-   I co teraz? 
-   Ogromny kotlet schabowy z kalafiorem! - zamarzył Michał. 
-   Dla nas trzech? - Lucuś kuł żelazo póki gorące. 
-  Tak jest! - roześmiał się Michał. - Ale najpierw któryś z was kopnie się rozmienić banknot 
dziesięciotysięczny. Nie powinien być trefny, trzeba mieć jednak oczy z tyłu głowy. Facet w 
moim wieku nie może łazić z kieszeniami wypchanymi takimi nominałami.  To też jedna z 
zasad na szlaku! 
-   Żeby te wszystkie cholerne zasady spamiętać - roześmiał się Łysy wstając - życie na 
gigancie byłoby różowym snem! 
-  A jest ucieczką - powiedział Lucuś ponuro, f Pierońską ucieczką od samego siebie. 
Michał spojrzał na niego spod oka. 
-   Kiedyś się skończy, stary. Jest na świecie sprawiedliwość. Nie może być tak, żeby 
wszystko się waliło na głowę tylko jednemu. Nie może. Wyleziemy na powierzchnię, 
złapiemy oddech. Choćby miało to jeszcze trwać jakiś czas. Ja wierzę w przeznaczenie. W 
coś trzeba wierzyć. 
-   I świat się zmieni? Michał zacisnął pięści. 
-   My się zmienimy. Już się zmieniliśmy. Świat nie jest dla nikogo przeszkodą. On, bracie, 
stoi otworem. Chcesz coś zrobić dla siebie, zrób! A nie chcesz, nie zawracaj głowy sobie i 
innym. 
-   Ja chcę... No... chciałbym... - Lucuś dawno już nie rozmawiał takim tonem. To też było 
nowe. - Tylko... 
Michał przetarł oczy. 
-   Nie pękaj! Na rany, nie pękaj! Ja też mam różne zagwozdki 
145 
rodzinne   u,   .,     л, 
zobaczyć л             Y'        tecaz wiem' czego chcę- Chcę' brac'e 
Lucuś Archanioła Gabriela. W oryginale! 
_ Ty .^mrugał rzęsami. Przestał się rozklejać. 

background image

Nawet        Ś powiesz'to- no< gdz'e ten Łysy? banknot? ПІЄ zauważV|i' kiedY odpłynął z 
dziesięciotysięcznym ... Г^ w dłoni. 
-  WróCii             -   ■ ,   • 
nikt myśl        rozesmiał S|e Michał. - Za głupie dziesięć tysięcy 
Wróciłą°Vsięnie ześwinL Michałow^0 dwudziestu minutach. Wężowym ruchem wsunął 
-   Nie кРІІк г02тіепіопУсг> setek i dwusetek. 
schabów          fałszywe. Twój fart, koleś.  No, zamówiłem już 
wytrze!;C2ekają! 
L Gdz      Vl' Па n'ego oczy-ca, można6? W Gdańsku' SoP°cie czy Gdyni? Gdzie, u Boga Oj-
bw ni  ° teJ Porze dostać danie miłe sercu każdego Polaka? 
-  Jest    Vłsięjakindor 
Michał      a ^edna knaJPa- тУ|ко moze ci nie starczyć forsy, śmiech     r°Ześmiał sie- Był to 
naprawdę szczery i serdeczny 
_   0 tO л:„   ,      .      ,   ., 
kalafiory i           cie   ZIS 9łowa nie boli! Stawiam trzy kotlety, trzy 
Czyż ies^"^ Z truskawkami ~ dorzucił łakomie Lucuś. wolność? i Jakak°lwiek suma, za którą 
można kupić przyjaźń i - •'    chwilę dzikiej radości. 
Michał brvrv. . na progu !» mału- systematycznie pakował plecak. Stary siedział 
-   Odcho!fąC Zielsk° W pęczki'                       / 
-  Tak. |Jad2lSZ'. synek? 
proszę.            mn,e pora' Dzi(?kuję za wszystko. Tu są pieniądze, 
buszkiem *'ął ПІЄ licząc' Scnował do kieszeni i zaciągnął się cy- 
-   Dokącjp Michał 2й^- , , 
-   Przed      ą       Pę na rzemyk- 
łem morza S'ebie- Sa- Jaszcze wakacje. Prawie wcale nie widzia-" Ani Westerplatte, ani Helu, 
ani latarni morskiej. 
 
146 
Stary zawieszał pęki ziół pod okapem dachu. 
-  Ty jesteś jakiś inny. Różni tu bywali. Ale ty jesteś inny.Uwa-żaj na siebie. Tacy jak ty albo 
dochodzą do zaszczytów i pieniędzy, albo... - urwał i zamyślił się. - Wróć, synek, do tych, co 
oczy za tobą wypatrują. 
Michał spochmurniał. 
-   Kiedyś... na pewHO. Nie chcę nikogo krzywdzić. Ale i siebie nie dam! - dorzucił twardo. - 
Do widzenia. I jeszcze raz dziękuję. 
Stary nie odpowiedział'. Zajął się swoją robotą. Michał zarzucił plecak na ramię. Posłał 
ostatnie spojrzenie na gościnny rybacki dom, na morze, połyskujące jak oliwa. „Jutro cały 
dzień będę się kąpał! Ale nie tu! Trzeba dalej. Jak najdalej od Gdańska i ulicy Dolnej!" 
Tego samego dnia wylądował w Jastrzębiej Górze. O dziwo, to właśnie kąpielisko było w 
sezonie wolne od bakterii i otwarte dla ludzi chcących się taplać w morzu. 
Na nocleg wybrał sobie suchą polankę przy jakiejś kolonii. Dzieci były małe, sanitariaty 
względnie czyste, prysznic i kuchnia wyjątkowo zadbane. Już miał zamiar pertraktować z 
panią kucharką o talerz jarzynowej zupy, gdy nagle zdębiał. 
-     Sabina, gdzie jesteś, Sabina? 
Michał poderwał się, potem skulił i przywarł do gęstego krzaka jałowca. Zobaczył ją 
wcześniej, niż zdążył pomyśleć. Szła jasnowłosa/opalona, z buzią wykrzywioną w podkówkę. 
Taka samą, jaką zapamiętał. 
-   Dlaczego płaczesz, Sabina? - dziewczynka, która zastąpiła jej drogę, była drobnej budowy 
dziewięciolatką o wrażliwych oczach. 
-  Tak sobie. 

background image

Michał zagryzł wargi. Żal mu się zrobiło siostry, chętnie by podbiegł, utulił, narysował jelenia 
albo małpę. No, zrobił cokolwiek. Jej łzy, duże jak grochy, odczuł jako własną klęskę. Nie 
poruszył się. Przeszły w odległości kilku metrów ginąc w gęstwinie lasku. I to było wszystko. 
Teraz wiedział, że tu zostać nie może. Nie wolno popełnić błędu. Był uciekinierem i 
złodziejem poszuki- 
147 
wanym przez całą milicję od Gdańska po Kołobrzeg. Parowóz we własnej obronie zapewne 
dokładnie go opisał. Jego portret pamięciowy, jaki z łatwością odtworzą spece w Wielkiej 
Detektyw-ni, rozesłany w tysiącach odbitek, może nosić w kieszeni każdy gliniarz. Nawet 
taki z „białej", eleganckiej drogówki. Nie, Sabina z radości, że zobaczyła brata całego i 
żywego, narobiłaby straszliwego alarmu. Szkoda, siostro. 
Coś zaszeleściło w zaroślach. Michał spiął się, gotów do obrony. W tej samej chwili głośno 
się roześmiał. To jeden z kolonistów, mały, grubiutki, w rogowych okularach, z trudem 
zapinał majtki. 
-   Cześć - powiedział Michał. 
Mały zjeżył się. Już otwierał usta do strasznego wrzasku, ale je zamknął na widok tabliczki 
czekolady. 
-   No? - spytał przełykając ślinę. 
-   Dostaniesz czekoladę - powiedział Michał - jeśli drugą zaraz zaniesiesz Sabinie. 
Mały zmarszczył nos. 
-   Której? Są dwie. 
-   Lubimowskiej. Znasz? 
Grubas skinął głową. Czekał na rozkazy. Michał wyjął długopis i na białym skrawku 
opakowania szybkimi kreskami narysował niedźwiedzia z beczką miodu. Na beczce widniał 
napis: „Miód Michała". 
-   Zanieś. I więcej tu nie wracaj. 
Mały trzymał w ręku dwie tabliczki. Przyglądał się niedźwiedziowi. 
-   Ten Michał to ty? Trzepnięty lekko w ucho, przysiadł. 
-   Nie zadawaj pytań, tylko leć. I pamiętaj, że cały czas cię widzę. Mam cię na muszce... 
Gruby w okularach wystartował jak rakieta. Michał roześmiał się w duchu. „Gotów uwierzyć, 
że mierzę do niego ze strzelby! Pewnie się naczytał opowieści Karola Maya!" 
Zebrał swoje rzeczy, zarzucił plecak i szybkim krokiem pomaszerował w kierunku szosy. 
Okazja „na łebka" trafiła się szybko. 
148 
Przez Łebę i Rowy przyjechał do Ustki. Tam postanowił zanocować. A może i pobyć parę 
dni. 
* W Ustce byłoby całkiem ładnie, gdyby nie brudne kempingi, zaniedbane domy i ulice i 
potworny tłok. Tej nocy spał z plecakiem pod głową w cieniu rzadkich sosenek. Zbudziła go 
mgła. 
Takiego widoku się nie zapomina! Nieba-nie było, bo zabrało je morze. Albo odwrotnie. W 
szarozielonej poświacie kłębiły się pasma, jak duchy. Przypływały i odpływały przybierając 
przedziwne kształty. Bałby się, gdyby to nie było takie realne. I takie piękne. 
Michał otarł twarz. Była wilgotna. Mokry miał plecak, spodnie i koszulkę. Mgła nie ziębiła, 
ale zetknięcie z nią nie sprawiało przyjemności. Powietrze parne, nasycone zapachem soli, 
gorzkich sosnowych igieł, oblepiało. Nie było czym oddychać. 
-   Pogodę diabli wzięli! - wymruczał głośno. - Teraz się zacznie plucha! 
I wykrakał. To, co spadło godzinę później, nie było jeszcze deszczem, tylko rosą o 
olbrzymich kroplach. Prawdziwa ulewa dopadła go pod zamkniętym jeszcze barem 
mlecznym. Skulony, zakutany wraz z plecakiem w plastikowy płaszcz nieprzemakalny czekał 

background image

marząc o gorącym,mleku. Tak go zastała kucharka z ogromnym znamieniem na nosie i 
pomocnica w perkalowej sukience i pantoflach na niebotycznych szpilkach. 
-   Spać nie możesz? - burknęła kucharka mocując się z oporną kłódką. 
Michał pośpieszył z pomocą. Był bardzo zręczny. Oddał pęk kluczy i ukłonił się szarmancko. 
-  Właśnie przyjechałem. Mam tu znaleźć jakąś kwaterę. Mama dojedzie później. Jeszcze jest 
w szpitalu... 
Dlaczego wszystkie kucharki na świecie mają miękkie serca? Ta z czarnofioletową kulą na 
czubku nosa wyraźnie się wzruszyła. 
-  Teraz, w sezonie, będzie trudno... Maryśka, czy ten mecenas, co jest w parterowym pokoju 
u Seredyńskiej, dziś wyjeżdża? 
Maryśka zdjęła niebotyczne szpilki. W przydeptanych kapciach iie wyglądała już tak 
wytwornie. 
149 
-. Nie wiem. 
-  To leć, zapytaj! - Maryśka widocznie była przyzwyczajona do dziwnych rozkazów 
szefowej. Kopnęła się zachlapaną ulicą gubiąc kapcie. - Ty siadaj tu. Co zjesz? Może być 
jajecznica. | chleb z masłem. Bułek nie ma. 
Michał usiadł przy brudnym stoliku. Widać, od wczoraj nikt tu nie sprzątał. Kucharka 
strzelała garnkami, niewidoczna za ścianką. Wychyliła się nagle, spłoszona. 
-  A pieniądze masz? Bo u tej Seredyńskiej za pokój drogo biorą. 
Michał uśmiechnął się rozbrajająco. 
-  Zapłacimy, ile będzie trzeba. Mama musi mieć morskie powietrze. A my nie jesteśmy 
biedni. 
Uspokojona właścicielka znamienia zniknęła za okienkiem. Pomału nadciągnęły inne kobiety 
pracujące w barze. Nie przyglądały się Michałowi. Miały zaspane, znużone oczy i wymięte 
twarze. Jedna z nich postawiła przed chłopcem talerz dymiącej jajecznicy. Okruchy ze stolika 
strzepnęła na ziemię. Potem przyniosła chleb i masło. Był dobry, lekko kwaskowy, świeży. 
Jadł z przyjemnością. Nawet nie zauważył, kiedy wróciła Ma-.yśka. Szefowa przywołała go 
gestem ręki. 
-   Będzie ten pokój. Taka różowa willa w ogródku. Dwie przecznice stąd. Powiesz, że 
przysyła cię Feliksa z mlecznego. Płacisz dwieście trzydzieści. No, do widzenia. 
Michał szurnął nogami. I zarejestrował w duchu: „Nie wydała reszty z trzystu! Nic dziwnego, 
skoro powiedziałem, że nie jesteśmy biedni!" 
W takim pokoju nie mieszkał prawie od pół roku. Nieduży, na parterze, ale wygodnie 
urządzony. Na stoliku kwiaty, w oknie firanki i ciemnowiśniowe zasłony. Najbardziej jednak 
przypadł mu do serca fotel bujany i łazienka z prysznicem. Właścicielka zażądała za tydzień z 
góry. Zapłacił. Uspokojona przyglądała mu się uważnie. 
-   Nie palisz? 
Michał wyjmował z plecaka swoje rzeczy. Nie były nowe, lecz 
150 
vv dobrym gatunku. Z zagranicznymi metkami. Potrząsnął przecząco głową. 
-   Nie piję, nie palę i nikt tu do mnie nie będzie przychodził. Kiwnęła głową zadowolona z 
odpowiedzi. 
-   Powinnam cię zameldować. Masz legitymację? Michał wolno odłożył na bok gruby, 
wełniany sweter. 
-   Mam metrykę chrztu. Może to wystarczy do przyjazdu mamy? 
Skinęła głową. 
-   Dasz mi ją później. - Wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi. 
Odetchnął z ulgą, ale pomyślał, że eleganckie pokoje w modnych nadmorskich kurortach to 
nie są dobre miejsca dla tych ze szlaku. Nigdy by nie podjął takiej decyzji, gdyby nie 

background image

następny plan. Nie zrezygnował przecież z Archanioła Gabriela. Żeby go dostać, musiał 
przeczekać. I nie zwracać na siebie uwagi niepotrzebnym szwendaniem się pociągami 
towarowymi. Zresztą miał zbyt wiele gotówki, by ryzykować jakąś całkiem przypadkową 
kradzież. Duże pieniądze nigdzie nie są bezpieczne. Nawet w bankowych sejfach otwieranych 
elektronicznie. Wiedział o tym i dlatego zabezpieczył się tak, jak umiał najlepiej. Drugie dno 
plecaka stało się prawie niewyczuwalne. Częściowo opróżniony plecak położył na spodzie 
szafy. I uważnie poprzyczepiał do klap ledwie widoczne źdźbła długich traw. Gdyby ktoś 
próbował go otworzyć lub w nim grzebać - zauważyłby to natychmiast. Lekko senny położył 
się na tapczanie zdjąwszy przedtem zabłocone adidasy. Szum deszczu usypiał. Ostatnie, co 
widział, to srebrny świerk za oknem, a na jego czubku dużego czarnego ptaka z otwartym 
dziobem. 
Potem wszystko zniknęło. 
Przez następne dwa dni spał, wstawał, jadł i znów kładł się spać. Z nikim nie rozmawiał, 
niczym się nie interesował. Regenerował nadszarpnięte nerwy i było mu dobrze. Trzeciego 
dnia uwagę jego zwróciła gazeta leżąca w przedpokoju. Znalazł w niej artykuł znanego 
dziennikarza z Wybrzeża na temat przymkniętej 
151 
przez milicję bandy handiarzy narkotyków. Przyjrzał się całkiem udanemu zdjęciu Parowoza i 
jego goryli. O dostawcy fałszywej heroiny nie było ani słowa. „Nie zbadali próbek z solą 
kuchenną? - pomyślał zaskoczony. - Dlaczego?" Odłożył gazetę zadumany. Coś się w tym 
wszystkim niezbyt zgadzało. Artykuł był pisany 2 pasją. Widać, że autor szczerze przejął się 
tragedią szkolnych dzieci wciąganych, czasem siłą, w straszliwy nałóg. Nie zawierał nazwisk 
poszkodowanych ani nazwy szkoły. Nie było ani słowa o szefie lub bossach bandy. I choć 
dziennikarz sugerował, że złapani mogą być jedynie płotkami - nie rozwijał tematu, nie 
zgłębiał go. „Może dla dobra śledztwa?" - myślał Michał odkładając gazetę na miejsce. 
Wieczorem, patrząc na zalaną deszczem alejkę w ogrodzie, zmienił zamiar. 
„Mama w Ustce chora stop lekarstwo codziennie szesnasta poczta" - dwa telegramy tej treści 
wysłał skoro świt do dwóch miast: Wrocławia i Krakowa. Znaczyły: Potrzebuję twojej 
pomocy. Czekam codziennie o szesnastej na poczcie głównej w Ustce. 
Tak Michał wezwał Księgowego. 
Codziennie o szesnastej zasiadał na ławeczce w ciasnym i dusznym pomieszczeniu 
pachnącym starymi papierami i szewskim klejem. I czytał książkę, którą kupił za ciężkie 
pieniądze: „Historia malarstwa światowego". To była jedna, jedyna rzecz, na którą wydał 
zdobyczną forsę. 
-   Pewnie mnie już nie pamiętasz? Numer butów trzydziesty dziewiąty! - zabrzmiał znajomy 
flegmatyczny głos. 
Michał pomrugał oczami. Właśnie zwiedzał boczną salę w Luwrze. 
-   Człowieku! Jak to dobrze! 
Jedli obiad w małej salce restauracji „Jantar". Michał w zwięzłych słowach zdał relację z 
własnych dokonań. 
-   Ile tego jest? - spytał rzeczowo Księgowy. 
Michał wymienił astronomiczną sumę. Z zadowoleniem zobaczył, jak wystająca grdyka 
'Księgowego przejechała z miejsca na miejsce. 
152 
-   Pięknie - wymamrotał wstrząśnięty. - N000, pięknie. Michał lubił robić na ludziach 
wrażenie. Na ten moment czekał 
od dawna. 
-   Nie mogę się"sam z tym całym szmalem snuć po Wybrzeżu -powiedział wbijając kęs na 
widelec. 

background image

-   Słusznie. Uważam, że w ogóle nie powinieneś się tu, jak mówisz, snuć. Trzeba było 
zwinąć żagle i pruć gdzieś w drugi koniec kraju! Tak bym zrobił ja. 
-   I głupio! - zaperzył się Michał. - Jeśli mnie szukają, to będą rozumować tak jak ty: prysnął 
gdzieś na południe! Ma za co żyć. 
Księgowy potrząsał głową. Wciąż jeszcze był oszołomiony sumą wyrwaną gangsterom przez 
Michała. 
-   Rozumujesz jak osławiony Sherlock Holmes. Pamiętaj tylko, że nim nie jesteś. Masz 
piętnaście lat, no, szesnasty rok! - dorzucił, widząc zmarszczone brwi przyjaciela. -' Jesteś 
niepełnoletnim gangsterem kwalifikującym się do wieloletniej odsiadki w domu poprawczym. 
Takie są realia. 
Michał milczał. Wezwał tu Księgowego nie po to, żeby wysłuchiwać jego pouczeń. Ale i nie 
zamierzał się z nim kłócić. Dostatecznie dużo mu zawdzięczał, żeby wytrzymać każde 
morały.. A Księgowy miewał zapały kaznodziejskie. 
-   Skończyłeś? To uważaj: nie zamknąłem jeszcze sprawy! Nie dostałem Archanioła 
Gabriela. I dopóki drania nie dopadnę, nie wyjadę z Wybrzeża. Czy to się komu podoba, czy 
nie. Ale nie chcę mieć tej góry forsy przy sobie. Trochę mi jej zostawisz, okay? 
Księgowy przymknął powieki. Też nieźle poznał Michała. W końcu przeobrażał się na jego 
oczach. Z szarej poczwarki pełnej łez i strachu, jaką znalazł nocą na krakowskich plantach, w 
barwnego motyla. Może w zbyt barwnego? Takie żyją krótko, przy-szpilone w gablotach za 
szkłem lub unicestwione przez istoty silniejsze. 
-  Ty decydujesz - odparł krótko - moją sprawą jest dopilnować, by ta forsa dostała się do 
właściwych rąk. Tych najbardziej potrzebujących. Ile sobie zostawisz, twoja sprawa. Tu życie 
jest drogie, pamiętaj. Mogę ci w czymś jeszcze pomóc? 
Michał skinął głową. 
153 
-  Tak. Jeśli zechcesz zostać dzień, dwa. Ale nie mogę cię przenocować. Moja gospodyni jest 
dość podejrzliwa, choć przyznam, nigdy nie próbowała grzebać w moich rzeczach. 
Księgowy strzelił palcami. 
-  To dla mnie żaden problem. Forsę dasz mi zaraz? 
-   Nie - zaprzeczył Michał. - Dopiero jak będziesz odjeżdżał. W tej chwili jest bezpieczna. 
Spotkamy się jutro rano w barze mlecznym koło rybnego. Wiesz... - zawiesił na chwilę głos -
chyba zostanę malarzem... albo historykiem sztuki... 
-  Wiem - odparł krótko Księgowy. - Bardzo dobrze rysujesz. Dawno to zauważyłem. 
Michał spojrzał ciepło na przyjaciela. Znów mu zaimponował spokojem i rzeczowością. 
-   Idziemy do kina? 
Poszli. Byli przecież piętnastolatkami, którzy od czasu do czasu muszą pobawić się w 
gwiezdne wojny, dać się postraszyć potworom i monstrom z innego świata. Ten świat 
codzienny, spłukany deszczem i targany północnymi wiatrami był, co prawda, równie 
straszny. Ale oni albo o tym nie wiedzieli, albo nie chcieli wiedzieć. 
Raczej to drugie. 
Miejsce, w którym gromadziły się ćpuny, nie należało do najelegantszych. Za to było 
ruchliwe. Jak wszystkie dworce. Godziny też mieli wyjątkowo niewygodne: między pierwszą 
a trzecią rano. 
-  To jest pora, o jakiej ludzi na szafot wiozą! - westchnął Księgowy. 
-   Trudno. Muszę znów chwycić nitkę. Przezywają go Przystojniak. Ale dla mnie zawsze 
będzie Archaniołem, z Botticellego. Twarz taka, że ręce same się składają do modlitwy. A 
dusza z piekła rodem. Czy to sprawiedliwe? 
Księgowy wyszczerzył ładne zęby. 
-  Ze mną chcesz dyskutować o sprawiedliwości, bracie? To jest takie słowo jak „szczęście". 
Można je spotkać tylko w słowniku pod literą „s". 

background image

154 
Michał zacisnął pięści. 
-   Nie. Ono musi być gdzieś w życiu. To słowo. Muszę się z nim spotkać. Choćby na krótko. 
Księgowy roześmiał się szczerze. 
-   Nadajesz się do resocjalizacji. Gratuluję. - I poważnie uścisnął Michałowi dłoń. 
Nie obraził się. Myślami błądził gdzie indziej. W lasku, niedaleko stacji Jastrzębia Góra. 
Siedzieli sobie z Sabiną w cieniu młodniaka i rysowali afrykańskie zwierzęta. 
Tymczasem deszcz przestawał padać. 
Pokój u pani Seredyńskiej trzeba było ponownie opłacić. Drugi tydzień. Michał wymyślił 
jakąś bajeczkę o nadzwyczajnych przeszkodach, które nie pozwoliły matce stawić się w Ustce 
w ustalonym terminie. Kobieta okazała się łatwowierna, a Michał wyjątkowo niekrępującym 
lokatorem. Podejrzewał nawet, że wcale nie został zameldowany. Jednakże nigdy nie wracał 
do domu później niż o dwudziestej pierwszej. Mógł oglądać program telewizyjny w 
niewielkim saloniku, czasem dostawał, wraz z innymi gośćmi, herbatę z kruchymi 
ciasteczkami. Ale żeby wyjść z tego miłego domu w nocy, trzeba było okazać trochę sprytu. 
Drzwi wejściowe dokładnie ryglowano, trzykrotnie sprawdzano, a klucze wisiały w sypialni 
gospodyni. Tym się nie martwił. Mieszkał przecież na parterze. Jeden skok i już znajdował się 
za oknem. Zostawała furtka w ogrodzie. Klucza, oczywiście poza właścicielką, nikt nie miał. 
Posesję otaczała podmurówka i żelazne sztachety. Wspiąć się po nich to dziecinna igraszka 
dla kogoś tak wysportowanego jak Michał. Jeden był tylko szkopuł: pies. Duży, nierasowy, 
wil-kopodobny Czesio. Tak miał na imię: Czesio. Pies znał wszystkich lokatorów, na nikogo 
się nie rzucał, ale w nocy, spuszczony z długiego łańcucha, szczekał jazgotliwie. Wyjątkowo 
hałaśliwe bydlę. Michał postanowił obłaskawić go kiełbasą. Czesio pół kilograma zjadł, 
mlasnął jęzorem, a potem rozszczekał się tak, że w całym domu zapaliły się światła. Lecz 
Michał był już po drugiej stronie ogrodzenia. Przyczajony obserwował nagle obudzony dom. 
Uspokoił się po jakimś czasie. 
 
155 
Dworzec kolejowy nie jest bezpiecznym miejscem o pierwszej w nocy. Toteż Michał 
wszystko, co cenniejsze, pozostawił w domu. Włącznie z zegarkiem. Księgowy już był. 
Michał minął go bez słowa. Dziś się nie znali. Rozejrzał się.po brudnym wnętrzu. „Tamte 
dwie to ćpunki najniższej kategorii. Nie przydadzą się do niczego. Jeden dworcowy 
złodziejaszek. Ma to wypisane na gębie. Dawno już zauważyłem, że twarz ludzka jest niby 
mapa nawigacyjna przebytych rejsów. Żeglujesz, żeglujesz, a wszystko to odkłada się w 
zmarszczkach, wyrazie oczu, sposobie trzymania głowy. Ten też do niczego!" Nagle 
dostrzegł, że Księgowy daje mu jakieś znaki. Gdy się z nim zrównał, usłyszał szept: 
-   Tam, na zewnątrz, przy torach. 
Na peronach było czarno choć oko wykol. W lipcu noce nie są tak ciemne jak sierpniowe,' 
niemniej ta noc nadawała się do filmów o Frankensteinie. Kiedy wzrok się na tyle 
przyzwyczaił, że zaczął odróżniać, gdzie kończy się ściana, dostrzegł ich. Po ognikach 
papierosów. Skupieni pod filarem zaciągali się „trawką". Jeden był szczególnie nieprzyjemny. 
Słusznego wzrostu, chudy, z twarzą naznaczoną nałogiem. Miał na gołej skórze kamizelkę z 
imitacji tygrysiego futra i gruby łańcuch, jakim chłopi na łąkach przypalowują krowy. 
Nadgarstki w skórzanych opaskach z ukrytymi ostrzami żyletek. 
Michał nie zdziwił się. Znał ich. Byli brutalni i bezwzględni. Polska odmiana Rockersów. Bez 
czarnych skór nadziewanych ćwiekami i bez japońskich hond. Na to byli zbyt biedni. 
Normalnie zszedłby im z drogi. W masie stanowili siłę nie do pokonania. Ale teraz 
potrzebował kontaktu. Ci go mieli. 
Podszedł równym krokiem. Stanął, smagnięty ostrym promieniem światła z latarki. Miała 
chyba z sześć baterii. Niewiele różniła się od lotniczego reflektora. 

background image

-   Hej - powiedział. - Może macie działkę do odsprzedania? Nie odpowiedzieli. Milczenie 
przedłużało się. 
-   Frajer nam się trafił - wychrypiał ten w tygrysie. - Ile masz forsy? 
Michał już sięgał do kieszeni. Nie zdążył. Przyskoczyło dwóch. Normalnie strząsnąłby ich 
łapy jak przejrzałe gruszki z drzewa, ale 
156 
teraz nie chciał. Miał być frajerem, to nim będzie. Do czasu, naturalnie. 
Czyjeś chwytliwe dłonie dokładnie spenetrowały kieszenie. Znalazły to, czego szukały. 
Pieniądze. 
-   Niewiele, synek! - wykrztusił chłopak o nieświeżym oddechu. Normalnie Michał 
poradziłby mu, aby udał się jak najszybciej do dentysty. Teraz było mu niezręcznie. 
-   Tyle, ile trzeba - odparł spokojnie. Dostał w twarz. Niezbyt mocno, żeby zrozumiał, że nie 
należy się wymądrzać. - Tyle, ile płaciłem Przystojniakowi. 
Zapadła cisza. Ci, co go rewidowali, odstąpili o dwa kroki. Ten w tygrysie znów zaświecił 
latarką. Michał zmrużył oczy. 
-  Łżesz, synek. Tu nie region Przystojniaka! 
Latarka zgasła. Michał odetchnął. „To już jakaś wiadomość". 
-  Wiem - odparł łagodnie. - Przyjechałem z Gdańska. Tam była wsypa. Wpadł Roller i... 
-   Dość! - uciął tygrys. - O tym było w gazetach. 
-   Nie czytam gazet - odparł Michał lekko. - A poza tym znam Gośkę od punków, pana 
Mięcia... 
-  Zna garbusa? - zdziwił się jeden z chłopaków z cienia. 
-   I co? Też wpadł? 
Michał przygryzł usta. „Strzelam w ciemno!" - pomyślał. 
-   Nie. Nie wiem, jakim cudem, ale on nie wpadł. 
Ten w tygrysie podniósł się. Chwycił Michała za kołnierz koszuli. 
-   Nie wiesz? Przecież to wtyczka glin! 
Michał wyglądał tak, jakby go koń kopnął w szczękę. Z szeroko otwartymi oczyma i ustami 
był samym zdumieniem. Tygrys widział to w świetle latarki. Puścił koszulę. 
-   Wtyczka? - wyjąkał Michał wcale nie udając bezbrzeżnego zdumienia. Wszystkiego mógł 
się spodziewać, ale nie tego! -„Chociaż... - błyskawica przeszyła mózg - to dlatego 
powiedział, że przy nim nic złego nie może mi się przydarzyć. Ale dlaczego nie sypnął 
wcześniej? Dlaczego?" 
Nie był to jednak moment do psychologicznych rozważań. Tygrysia kamizelka znów 
zaciągnęła się „trawką". W sumie siedzia- 
157 
ło tam sześciu chłopaków. I jedna dziewczyna o całkiem łysej, wygolonej do skóry głowie. 
-   Nic ci nie damy - powiedział tygrys podzwaniając łańcuchem. - Chwilowe trudności. 
Towar dopiero płynie. Jeśli nie masz, oczywiście, na myśli kompotu. 
Michał zakaszlał sucho. Tak kaszlą ci, co długo już nie brali. 
-   Może wiecie, gdzie teraz jest Przystojniak? Albo ktoś od niego? 
Zachichotał ten z nieświeżym oddechem. 
-   Gliny dałyby wiele, żeby to wiedzieć. Ale coś ci powiem... pytaj o parostateczek „Ligia". 
Bandera nieważna. Pływa pod wieloma. Śliczny okręcik. Palce lizać. I zawsze się tam coś 
znajdzie... w maszynowni!                 •                 r 
Michał zrozumiał. Ten, jak się wyraził ćpun, „parostatek" to jakiś drobnicowiec z tak dalekich 
stron, jak przypuśćmy Trójkąt Bermudzki. A Przystojniak musi być tam, gdzie on cumuje. 
-   Ahoj - odparł unosząc dłoń. - Płyńcie lekko! Nie odpowiedzieli. Ale też żaden się nie 
ruszył. 
-   On jest w porządku - zapewniła głośno dziewczyna, gdy już odszedł kilka kroków. 

background image

Ćmili „trawkę" wtopieni w czerń. 
Michał poczuł, że jest spocony. Temperatura powietrza wyraźnie się podnosiła, barometr pani 
Seredyńskiej szedł na pogodę. Ale wilgoć płynęła od zachodu. 
Księgowy siedział tam, gdzie poprzednio. Michał oczami dał mu znak. Wyszli z dworca 
każdy osobno. 
-   Coś wiem - rzucił Michał i ziewnął szeroko. - Znasz statek „Ligia"? 
Księgowy przełknął ślinę. Znużyła go ta godzina na dworcu. 
-   Znam nieźle rozkład jazdy pociągów między Krakowem a Wrocławiem - odparł rozwlekle. 
- Ostatnio studiowałem połączenia z Wybrzeżem. Ale na statkach się nie znam. Nie wiem, 
gdzie rufa, a gdzie ta... no, ta druga strona. Nigdy nie płynąłem takim pudłem i nie zamierzam 
tego robić. Nie lubię dużej wody. Tak naprawdę wystarczy mi kanapa w pierwszej klasie 
pospiesznego lub ekspresu. 
158 
Jak na Księgowego, było to bardzo długie zdanie. Michał westchnął. 
-   Wracaj, dokąd bogi prowadzą! Dziś przyniosę ci forsę. Dopóki nie dopadnę Archanioła, 
nie licz na mnie. 
-   W porządku - odparł Księgowy. - Rozjaśnia się. Jeśli nie masz nic przeciw temu, wyjadę 
wieczorem pospiesznym o dwudziestej pierwszej dwadzieścia. Spotkamy się na obiedzie w 
tej knajpce koło parku. O piętnastej? 
Michał ziewnął szeroko. 
-   0 tej porze jest tam największy tłok. Godzinę później? Gra? Księgowy skinął głową. 
-   Cześć. Życzę powodzenia w poszukiwaniu tej pływającej jednostki. Może ci coś powiedzą 
w kapitanacie portu? 
-   Może. Ale statek jest na pewno trefny. Trzeba uważać. Cześć. 
Willa pani Seredyńskiej stała uśpiona. 0 dziwo, Czesio łasił się, skacząc wzdłuż sztachet. 
Zajęczał tylko z zadowolenia, gdy go Michał, już przeskoczywszy ogrodzenie, podrapał za 
uszami. Do swego pokoju chłopiec wszedł tak, jak wyszedł: oknem. Rozebrał się po cichutku, 
żeby nie robić hałasu. Na tapczan rzucił się z przyjemnością. I natychmiast zasnął. 
Po południu rozjaśniło się. Chmury nie stanowiły już jednolitej ławicy o szaroburym kolorze. 
Porwały się na strzępy, zbielały. Wreszcie ukazało się słońce. I zaraz wszędzie zaroiło się od 
ludzi. 
Michał skrupulatnie pakował plecak. Pani Seredyńska rozpaczała nad strasznym losem 
chłopca, którego matka dalej musi pozostać w szpitalu. Taką wersję zaserwował powróciwszy 
po śniadaniu, rzekomo z poczty. 
-   Poczekaj, dam ci na drogę trochę ciasteczek - miła kobieta wybiegła do kuchni. 
Michał szybko przepakowafpaczkę z banknotami. Sobie zostawił okrągłą sumę. „Na pociągi, 
autobusy i całą resztę - obliczał. ! zaraz roześmiał się w duchu. - Jak łatwo człowiek 
przyzwyczaja się do dobrobytu, do życia za cudze!" 
159 
Ciasteczka położył na samym wierzchu. Były takie, jakie lubił' kruche, okrągłe, z konfiturą z 
wiśni. „Takie robiła mama. Dawno bardzo dawno temu!" Szurnął nogą, cmoknął właścicielkę 
willi w pulchną dłoń i raz na zawsze opuścił gościnny dom. 
Całe popołudnie przegadali z Księgowym. O wszystkim: pieniądzach, pociągach, pani 
Zwolińskiej z Pruszcza, która utworzyła Dom Rodzinny dla kilkunastu sierot, pani Dorocie, 
co za własne pieniądze kupiła sześćdziesiąt par dziecięcych majtek, i o miłości. O tej ostatniej 
jakoś tak półgębkiem, choć całkiem serio. 
Wieczorem rozjechali się bez uścisków. 
-   Jakby coś, wiesz, gdzie mnie szukać? - Księgowy stał na stopniu wagonu pierwszej klasy. 
-  Jakby co; wiem! - odparł Michał zarzucając plecak na jedno ramię. - Moja przyszłość wiąże 
się z Archaniołem! 

background image

Pociąg drgnął i ruszył. 
-   „Ligia"? - zdziwił się człowiek w kołobrzeskim porcie. -Jesteś pewien nazwy statku? 
Michał kiwnął głową. 
-   Moi rodzice wracają nim do kraju. Z dalekiego rejsu. Człowiek z portu potarł dłonią nie 
ogolony podbródek. 
-   Zaczekaj. Spróbuję się czegoś dowiedzieć. 
Michał westchnął i przysiadł na biało lakierowanej ławce. Kołobrzeg kojarzył mu się 
wyłącznie z festiwalem piosenki. Wygląd miasta zaskoczył go. Port także. Gryzł drożdżowe 
ciastko z jagodami i przez zmrużone powieki przypatrywał się morzu. Miało miejscami barwę 
butelki z oliwą. 
-   Coś ci się pokręciło - wymruczał człowiek z portu przeglądając plik drukowanych kartek w 
kolorze malwy. - Ale, czekaj... jest taki. Pływa pod banderą panamską. Tylko że nie zawija do 
polskich portów. Idzie do Szwecji... Za kilka dni będzie w Trelle-borg. 
Michał posłał mu najładniejszy uśmiech, na jaki mógł się w danej chwili zdobyć. 
-   Dziękuję. Zadał pan sobie tyle trudu. Nie ogolony rozłożył ręce. 
160 
-   Ani to jest dobry statek, ani najlepsza z bander. Dziwię się, że rodzice wybrali właśnie taki 
do podróżowania. 
Michał podniósł się z ławki. 
-   Był najtańszy - powiedział. - A oni liczą się z forsą. Pojechali przecież na zarobek. 
Człowiek ze zrozumieniem pokiwał głową. 
-   Powodzenia. Najlepiej czekaj na nich w Szczecinie. Wcześniej czy później pewnie tam 
jakoś dotrą. Choćby promem z Ystad. 
To nie był zły pomysł. Z Kołobrzegu do Szczecina nie tak znów daleko. Z oszczędności 
postanowił wybrać się tam autostopem. Już po godzinie złapał ciężarówkę. Na skrzyni oprócz 
ładunku blachy falistej były trzy prosiaki pokwikujące w worku. Zapewne dodatkowy i 
całkiem prywatny ładunek pana kierowcy. Na szczęście obeszło się bez kontroli drogowej. 
Ciężarówka dowiozła go do Goleniowa - Lotniska. Stamtąd Michał musiał się prze-fnieścić 
dalej. 
Lotnisko bardzo go zaciekawiło. Zwiedził poczekalnię i bufet, gdzie zjadł cynaderki z 
ziemniakami po obłędnej, jak mu się wydawało, cenie. A potem najzwyczajniej zwiał. 
Zapomniał, że nie, należy włazić w oczy milicji. Na lotnisku roiło się od mundurów wszelkiej 
maści. Cóż, ochrona. „Nic z tego - pomyślał, z żalem patrząc przez szybę na srebrzysty 
kadłub z wizerunkiem żurawia - nie polecę nawet do Krakowa. Trzeba mieć dowód albo 
legitymację. A ja mam tylko cztery metryki na cudze nazwiska!" 
W centrum Szczecina wylądował późnym wieczorem. Znów zaskoczyło go miasto. A 
najbardziej nadbrzeże i cumujące z dala, we mgle, statki - kolosy. 
Noc przedrzemał w nieczynnej budce strażnika. Była tam kiedyś budowa: plac otoczony 
płotem, dziurawym dziś i do połowy rozwalonym. Poniewierały się jakieś szczątki rur i 
blachy skorodowanej przez rdzę. Ale budka była względnie cała i.bezpieczna. Budził się 
często i znów zapadał w nicość. Nad nim szumiał wiatr i brzęczało żelastwo. Michał spał jak 
zając. Tego się nauczył na szlaku. I, o dziwo, była to zupełnie wystarczająca ilość snu. 
Rankiem zaskoczyła go mgła. Przyszła nie wiadomo skąd, rozlała się 
161 
mleczną poświatą, wchłonęła brzydotę otoczenia, sprawiła, że powietrze zgęstniało i 
pocieplało. Chłopiec odwinął się z cieniutkiego kocyka kupionego jeszcze w Gdańsku na 
Jarmarku Dominikańskim. To był taki koc, który nic nie ważył. Z termosu napił sie gorącej 
herbaty. Teraz już mógł opuścić nocne schronienie. 2 mgły powoli wydobywały się kontury 
miasta. Dźwigi i żurawie wielkiego portu. Poczuł się małym, maleńkim ziarenkiem piasku Jak 

background image

te z plaży. Przeciągnął się z lubością. Zrobił parę ćwiczeń gimnastycznych i dwadzieścia 
„pompek". Znów wstał nowy dzień. Może się poszczęści? 
0  piątej po południu zdał sobie sprawę z własnej bezsilności. W szczecińskim porcie niczego 
nie mógł się dowiedzieć. Nikt nie chciał z nim rozmawiać. Nikogo nie interesował statek, 
który nie zawija do polskich portów. Na dźwięk nazwy „parostatku" ludziom brwi 
podjeżdżały do góry. 
-   Taka łajba? 
Za "trzecim razem zapytany sięgnął po słuchawkę telefoniczną. 
-   Mam zawiadomić milicję? Tam się będziesz tłumaczył! 
Michał chcąc nie chcąc dał tyły. Już się zorientował, że są statki i STATKI. Jedne godnie 
noszące własną banderę, inne uwikłane w międzynarodowe konflikty, z podejrzaną załogą, 
nieprawdziwą banderą i chciwym zysków kapitanem. „Ligia" najwyraźniej należała do tej 
drugiej kategorii. A przecież to był jedyny trop. 
1  znów musiał zahaczyć o środowisko, którego nienawidził. I którego się bał. 
Dziewczyna była wychudzona, z przedramionami pokłutymi od zastrzyków. Miała błędne 
oczy i bardzo pięknie zarysowane usta. Na tym odcinku plaży znali ją wszyscy. Była dla 
wszystkich. Bezbronna, w szponach nałogu i ludzi bez skrupułów: Za działkę kompotu lub 
gram kokainy poszłaby do samego piekła. ! to na piechotę.                                                            

Michał z trudem ukrył obrzydzenie. „Czy ten błękitny motyl, ta istota z najpiękniejszymi 
włosami, jakie widziałem w życiu, mogłaby też tak wyglądać, gdybym jej nie uratował?" 
162 
Teraz była mu potrzebna ta dziewczyna, której już poczęły wypadać włosy. 
-   Możesz coś zorganizować dla siebie i dla mnie? - spytał I wciskając jej pieniądze w 
spoconą dłoń. 
Spojrzała wzrokiem umęczonej zwierzyny. Tak kiedyś patrzyła I na Michała sarna złapana we 
wnyki. Znaleźli ją z ojcem w lesie na I Mazurach. I uwolnili. 
-   Podrożało - odburknęła nie wypuszczając pieniędzy. Nie wiedział o tym. 
-   Ile? - Suma, którą wymieniła, wydała się Michałowi zbyt j wygórowana. Boleśnie chwycił 
ją za przegub dłoni. Poczuł drobne kosteczki ledwie obciągnięte skórą. - Łżesz! - wychrypiał. 
Wywinęła się zręcznie. Michał najchętniej wytarłby dłoń lub | umył w morzu. Czuł lepki pot. 
-   Podrożało! - syknęła. 
-   Przystojniak nie zmienia cen w środku sezonu! - strzelił, bo musiał paść ten przydomek 
Archanioła. 
Spojrzała na niego spod oka. 
-   On nie dyskutuje z takimi gnojkami! - prychnęła. - To jest KTOŚ, pętaku! 
Zerwała się z murka tuż nad plażą. Odchodziła powiewając szeroką cygańską spódnicą. 
Michał poczuł się jak koń tuż przed wyścigiem. 
-   Znają go tu! Dobrze trafiłem! 
Ba. Tylko że zaczął od najniższego szczebla. 
Znów zapadła noc. Słońce dawno już zaszło, ale nad horyzontem wciąż jaśniało pasmo 
czerwieni. 
-   Idzie sztorm - powiedział stary człowiek w kapeluszu jak główka prawdziwka. 
Michał spojrzał na niego z niedowierzaniem. 
-   Ani wiaterku. Powietrze nawet nie drgnie. 
Stary skruszył chleb. Z góry z dzikim wrzaskiem spadła jak pocisk mewa. Ptaki brały okruchy 
z powietrza. Rzucony w górę pokarm znikał w łakomie rozwartych dziobach. Michał z 
przyje-I mnością przyglądał się ptakom. 
163 
-   Sztorm idzie - powtórzył stary wstając. - Ty z kolonii? Michał potrząsnął głową. 

background image

-   Nie. Indywidualny. Szukam noclegu, ale nie mam wiele pieniędzy. 
Stary świdrował go oczami z porcelany. 
-   Na biednego też nie wyglądasz. 
-   Może pan by mnie "przenocował? Choćby w stodole? Stary rozwarł bezzębne usta. Śmiał 
się. 
-   Tu jest port. A ja rybak. Żadnej stodoły nie mam. W całym Świnoujściu nie znajdziesz. My 
tu żyjemy z morza. Inaczej. 
Michał też się roześmiał. Basen portowy dla rybaków w Świnoujściu znajduje się dwa metry 
od ulicy i dziesięć, no, góra dwanaście od torów .kolejowych. 
-   A może ma pan jakąś komórkę. Zapłacę. • Stary zmrużył oczy. 
-   Coś się znajdzie, chodź. 
Michał poczuł ostry zapach śledzi. Dolatywał z beczek, które stały karnie pod rząd, nasączone 
solą. 
-   Nie sprzedał pan? - zdziwił się chłopiec. - Na południu Polski marzą o solonych śledziach. 
Rybak skrzywił się. 
-   Spółdzielnia nie przyjmuje wszystkich śledzi. Nie mają chłodni. Muszą solić i beczkować. 
Taka sprawa. 
Ława była strasznie twarda, ale stary zrobił legowisko z koca. Tu też pachniało śledziami. 
Wszystko było przesączone wonią ryb. 
-   Zapłacisz trzy stówki - powiedział, przyglądając się Michałowi, gdy ten wyjmował śpiwór. 
- Mleka nie mam. Wódki chcesz? 
Chłopiec podziękował. Chciał spać^Zamknął oczy i zaczął liczyć barany. Niewiele pomogło. 
W dwie lub trzy godziny później obudził go z drzemki czyjś głos. Pochodził z zewnątrz i był 
dość natarczywy. Z początku słuchał nie słysząc. Nagle usiadł przeszyty prądem. 
-   Dasz kuter, stary... 
-   Nie dam. 
-   Mówię ci, dasz. Potrzebny. Wyjdziemy w morze zaraz za promem do Ystad. Trzeba towar 
podjąć z wody. 
-   Nie dam. - Stary rybak bronił się dziarsko. 
-   Żebyś nie żałował! - głos nabrał niebezpiecznych tonów. -To cię może drogo kosztować. 
Facet płaci, ale wymaga. Miesiąc temu zapłacił za kurs w dolarach. Tobie też zapłaci. 
-   Mam go gdzieś! - Rybak wyraźnie się nie bał. - Idź już. Gadała, i pamiętaj: nikt moim 
kutrem nie będzie wychodził w morze po trefny towar, jasne? 
Obcy głos zaklął wyjątkowo szpetnie. Kroki oddaliły się. 
„To tak? - myślał Michał całkowicie rozbudzony. - Statek płynie do określonego miejsca na 
morzu. Tam zrzuca do wody ładunek, zabezpieczony, oczywiście, przed zatonięciem. 
Podpływa kuter i zabiera towar. Ale co nim jest? Jakaś kontrabanda, narkotyki? Jasne! Tylko 
za to płaci się dolarami. Zapewne ta nieszczęsna, przemytnicza »Ligia«... Szukają kutra. 
Widać coś nawaliło w dobrze obmyślonym planie Archanioła. Jak on powiedział? Wyjdą tuż 
za promem do Ystad... cwaniacy! A co na to służba graniczna? Wojskowe patrole?" 
Słońce już stało wysoko, a Michał jeszcze spał. Obudził go stary rybak. 
-   Wstawaj. Wyspałeś się, i dobrze. Teraz idź sobie swoją drogą'- 
r  - Dlaczego? - spytał niewinnie Michał. Wyszedł umyć się pod studnię. Stary za nim. 
-   Nic w nocy nie słyszałeś? Michał przecząco pokręcił głową. 
-   Nic a nic. Spałem jak suseł. A co się w nocy działo? Złodzieje? Uciekają na pływającej 
desce do Szwecji? 
Rybak podejrzliwie przyglądał się termosowi z herbatą. 
-   Kiedyś i tak bywało. Ale nie na desce. Bałtyk to nie balia z wodą do prania. To morze. A 
morze jest wszędzie niebezpieczne. Idź już. Będzie sztorm. 
Chłopiec roześmiał się łyknąwszy z termosu. 

background image

-   Już wczoraj pan obiecywał ten sztorm, i nic! Pogoda. Tylko (lekka mgiełka na horyzoncie. 
164 
165 
-   Już jak ja mówię, że będzie, to będzie! - obraził się stary. | Nie na darmo pływam 
czterdzieści lat. A ty się zbieraj! 
Michał zarzucił ciężki plecak. 
-   Dziękuję. Do widzenia. 
Stary odwrócił się plecami i zniknął. 
Robiło się parno i bardzo gorąco jak na tak wczesną porę dnia. Michał leżał na dzikiej plaży 
rozebrany do kąpielówek i myślał o tym, co usłyszał w nocy. „A może to wszystko mi się 
przyśniło? Nie, skądże! Stary był wyraźnie zaniepokojony". 
Zawarczał wodolot. Śmigał, nieomal unosząc się nad falami. Mijały godziny. Dochodziło 
południe. I coś działo się w powietrzu. Coś niejasnego. Zmienił się też zapach morza. Od 
zachodu niebo szarzało. 
-   A może naprawdę będzie sztorm? - zaniepokoił się chłopiec. Miał spieczoną skórę na 
plecach. - Na tyip bezludziu człowiek mówi sam do siebie! 
Spakował potężny plecak. Trzeba było coś zjeść, znaleźć miejsce na nocleg i rozpytać się 
wśród ćpunów. 
Najłatwiejsze było pierwsze: ryba z frytkami ze smażalni przy płatnej plaży. Kiedy oblizywał 
palce, spojrzenie jego padło na elegancki samochód z obcą rejestracją hamujący przy 
krawężniku. Dobrze, że już połknął rybę. Inaczej mógłby się udławić ością. 
-   Przecież to on! Archanioł! - wyszeptał zbielałymi wargami. Wrzucił zatłuszczoną tackę do 
kosza i poderwał plecak. Wokół 
byli ludzie. Cała masa przewalających się tam i z powrotem wczasowiczów. Archanioł 
Gabriel szedł szybko chodnikiem. Miał na sobie nieskazitelnie białe spodnie i tenisową białą 
koszulkę. Szedł nie rozglądając się, jak człowiek, który nie tylko wie, dokąd zmierza, ale że 
tam, gdzie zmierza, czeka go przyjemność. I nie było dziewczyny, kobiety czy staruszki, 
która by się za nim nie obejrzała. 
Michał przeciskał się chodnikiem pod prąd. Wpatrzony w białe spodnie, jak sroka w gnat, 
myślał tylko o jednym: żeby nie wsiadł do samochodu, do żadnego pojazdu, bo to 
oznaczałoby koniec śledzenia! 
166 
Archanioł nigdzie nie wsiadł. Za to wszedł. Do barku kawowego „Kapucino". Takich barków 
minął kilka. Do tego wszedł i nie rozglądając się, podszedł do bufetu. 
-   Małą kawę! - zadysponował. - Bary jest? Właścicielka rozpłynęła się w uśmiechach. 
-  A jakże, czeka od rana! Podać ciasteczko? Świeżutkie... Archanioł machnął dłonią. 
Właścicielka zniknęła w malutkim 
zapleczu. 
Teraz wpełzł Michał. Postawił plecak w kącie i rozejrzał się wśród przysmaków zamkniętych 
w szklanej gablotce. Na naczelnym miejscu pysznił się tort beżowy pokrojony na grube 
kawałki. Michał aż zmrużył oczy. Otworzył je szeroko dostrzegłszy kartkę z ceną. „To nic! - 
rozgrzeszył się w myślach. - Należy się!" 
Z małej bocznej salki wyszedł wysoki, żylasty mężczyzna z ciemną kępką wąsów pod 
przydługim nosem. Przywitał się z Przystojniakiem krótkim uściskiem dłoni. 
Michał kazał sobie podać kawał tortu i napój firmowy. Dorośli nie zwracali na niego 
najmniejszej uwagi. 
-   Dziś? - spytał krótko Archanioł, unosząc do ust mikroskopijną filiżaneczką ze złotym 
uszkiem. 
Mężczyzna skrzywił się. 

background image

-   Podejmiemy z morza... w plastikowych kapsułach. Miejsce oznaczone czerwoną boją... 
tylko ta pogoda... 
Michał wytężył uszy. Temat był pasjonujący 
-   Bary - Archanioł mówił głosem, który brzmiał jak zgrzytanie metalu o szkło. - Nie nawal. 
Który kuter? 
Mężczyzna zwany Barym pochylił się nisko. 
-   Nie strasz, Przystojniak. Nie pierwszy raz wysyłam ludzi po towar. Kuter „Nela". 
Michałowi wypadł z ust kawałek beżowego tortu. Zakrztusił się, szybko popił sokiem. 
„Przecież kuter »Nela« należy do starego ze Świnoujścia. Tego, który mnie dziś przenocował. 
Czyżby go przekabacili? Przecież w nocy nie chciał się na nic zgodzić! A może... może 
wezmą kuter bez zgody właściciela? Ci ludzie są zdolni do wszystkiego! Choćby ten Bary z 
hitlerowskim wąsikiem!" 
167 
Mężczyźni coś szeptali. Michał zjadł i wypił. Nie miał żadnego powodu, by tkwić dalej w 
dusznej dziurce, szumnie z włoska zwanej „Kapucino". Tym bardziej że wtłoczyło się 
hałaśliwe towarzystwo złożone z trzech facetów i dwóch jaskrawo wymalowanych kobiet. 
Obstąpili bar pokrzykując, jakby oddaleni byli od siebie o dziesiątki kilometrów. 
„Do licha! - pomyślał Michał wściekły - nie wiem, kiedy to wszystko ma się wydarzyć!" 
Zarzucając plecak ha ramię, nagle przystopował. Jeden z młodych mężczyzn wydał mu się 
znajomy. Albo bardzo do kogoś podobny. Wysilił pamięć, bez rezultatu. Jasna głowa, dobrze 
ostrzyżona... gdzie on już widział te włosy? I prosty nos nad.wąskimi jak linijka ustami. 
Gdzie? 
Wyszedł nie mogąc sobie przypomnieć. 
Pogoda wyraźnie się psuła. Piaskiem biegła drobna fala kończąc się spienioną falbanką. 
Wyglądało tak, jakby morze marszczyło brwi, zagniewane czymś lub złe bez powodu. Parne 
powietrze wisiało nieruchomo. Górą, gdzieś na wysokości popiskujących mew, gęstniało w 
szarawą zasłonę. 
Michał przyspieszył kroku. Czuł dziwny szum w uszach i niespokojne bicie pulsu. „Gdzie ja 
dziś znajdę nocleg? - myślał rozglądając się uważnie. - Plaża odpada. Może rzeczywiście 
zbliża się sztorm? Potrzebne mi solidne schronienie. Żadna buda czy szałas. Tu, zresztą, i tak 
niczego takiego nie ma". Nagle przystanął. Z pamięci wyłoniły się szyny kolejowe. Te same, 
które ginęły w lesie, za chatą rybaka, u którego nocował. „Tam! Jeszcze nie spotkałem 
dworca bez bocznicy. A jak bocznica, to i stary wagon. I blisko rybaka, blisko kutra o 
spłowiałym od słonej wody napisie »Nela«". 
Było tak, jak przewidział. No, może tylko wagon okazał się bardziej zdezelowany, niżby 
sobie życzył. W każdymrazie dach cały i solidna podłoga. Brak szyb w oknach uzupełnił 
płatami blachy zżartymi przez rdzę, które poniewierały się wzdłuż szyn. W ogóle chłopiec 
natrafił na całe mnóstwo „skarbów". Jeśli tak można nazwać pozostałości po niegdysiejszej 
kolejowej bazie remontowej. -.Co za frajda dla prawdziwych mężczyzn ze szlaku! - po-
myślat, zdziwiony, ze nikt wcześniej nie wykorzystał tak wspania- 
lej okazji. - Kilku facetów, co się nie boją o swoje białe rączki, mogłoby ten wagonik 
doprowadzić do pierwotnego wyglądu! Co ja mówię, do supereleganckiej salonki pierwszej 
klasy! Na przykład harcerze z prawdziwego zdarzenia. Ale nie ci, co jeżdżą na obóz z 
łóżkami, pierzynami i pięcioma kucharkami!" 
Krzątał się zapobiegliwie, jakby miał tu spędzić polarną zimę. W dwie godziny później 
wagon, a raczej jeden z przedziałów, stał się zupełnie znośnym siedliskiem. Był już 
najwyższy czas, bo na zewnątrz zrobiło się dziwnie. Nie wiadomo kiedy zerwał się wiatr. 
Szarpał trawy i karłowate sosenki porastające wydmy za rzadkim laskiem. Niebo zmieniło 
kolor na szaroperłowy. Ale od zachodu wciąż nadpływały jakieś bure pasma podbite białym 

background image

barankiem. Między podmuchami ciepłego wiatru zdarzały się dłuższe lub krótsze chwile 
całkowitej ciszy. 
Michał dobrze ukrył plecak. Wcale nie w wagonie. Podwiesił go sprytnie pod tylnymi 
zderzakami i zasłonił kłębem starego kolczastego drutu. Tam zostawił przecież wszystkie 
swoje pieniądze. Wewnątrz, na wymiecionej podłodze, zrobił legowisko z zeschłych liści 
dębu rosnącego nie opodal. Na tym dopiero rozłożył koc i śpiwór. Zapasy wraz z termosem 
utknął w drugim kącie. Rozejrzał się zadowolony. „W porządku. Teraz trzeba znaleźć punkt 
obserwacyjny. Stąd przecież nie widać ani chałupy, ani portu, u nadbrzeża którego 
przycumowana jest »Nela«. Szkoda, że nie mam lornetki!" 
Faktycznie. Ale mało który gigantowicz zaopatrzony jest we wszystko, co potrzebne. Michał 
miał latarkę i termos (szczyt luksusu, z którego podśmiewali się wszyscy), nóż sprężynowy, 
odebrany małemu gangsterowi spod Łowicza, drugi do krojenia chleba, łyżkę, starą frontową 
manierkę, kupioną na pchlim targu, i całkiem porządny litrowy garnek z teflonu. I jeszcze 
czerwony emaliowany kubek, dar Księgowego. 
A teraz najpotrzebniejsza okazała się lornetka.  " 
Znów powiało ciepłą wilgocią. Michał zmienił przepoconą koszulkę^ Zastanowił się, gdzie 
zrobić pranie. Uzbierało się już trochę rzeczy od czasu, gdy opuścił wygodną łazienkę pani 
Sere-dyńskiej. „O tym jutro - pomyślał rozsądnie. - Dziś, gdyby lunął 
168 
7 - Supergigant. 
169 
deszcz, raczej się upaćkam. Trzeba włożyć najstarsze, zbielałe od prania dżinsy. I tę cienką 
nieprzemakalną wiatrówkę z kapturem". 
Był gotów. 
Odchodząc rzucił za siebie ostatnie spojrzenie. Nic nie wskazywało na to, że w starym 
porzuconym na bocznicy gruchocie ktoś uwił sobie gniazdo. Pozbywszy się plecakowego 
ciężaru, szedł raźno. Dopiero u wejścia do portu zwolnił. Nie chciał specjalnie rzucać się w 
oczy. 
„Nela" stała przy nadbrzeżu. W pobliżu nie widać było nikogo. Starego tez. Ani innych 
kutrów. „Wyszły w morze? A ten nie? Dlaczego?" 
W smażalni znów zjadł rybę z frytkami. I tym razem, jak zawsze, smakowała mu. Potem 
wyruszył na zwiedzanie miasteczka. Nie było duże, ale dość czyste i zadbane. Na fasadzie 
budynku z czerwoną dachówką zauważył tablicę: „Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych". 
 
„Wielka Detektywnia!" - splunął niezbyt uprzejmie. I nagle zrozumiał, że sam nic nie może 
zrobić. Nie aresztuje Archanioła vel Przystojniaka, nie zawróci kutra „Nela" ze środka morza, 
nie przejmie trefnego towaru, który najpewniej trafi do łap handlarzy. A potem za kradzione 
pieniądze odkupią go chore ćmy lub piękne, lecz głupie błękitne motyle. Zazgrzytał zębami. 
„No więc co? Mam wejść tam, do tego pomieszczenia pachnącego kryminałem? Dać się 
zapudłować tylko dlatego, że nie mam pułku wojska, plutonu milicji z karabinami 
maszynowymi lub szybkiej, u-zbrojonej motorówki straży pogranicznej? Nie! Niedoczekanie! 
Nie ca-pnęliście mnie w ciągu sześciu miesięcy - nie capniecie i teraz! Ale dam wam szansę, 
panowie. Bo nie widzę, niestety, innego wyjścia!" 
Pierwszy sklep był zamknięty z powodu urlopu. Drugi, z równie irracjonalnego powodu. 
Nabycie papieru i koperty stawało się problemem nie do rozwiązania. W końcu trafił na 
pocztę. Była oblężona, jak pod Zbarażem/)tprzez ludzi z przekazami pieniężnymi, 
książeczkami PKO, paczkami wielkości szafy gdańskiej, z listami poleconymi i pocztówkami 
z widokiem morza. 
„Dawno nie wysłałem wiadomości do domu! - pomyślał. -Stąd nie mogę, bo trafią na ślad. 
Niestety żadnego z/iaszych kurierów nie ma w tej mieścinie". 

background image

Po godzinie wyżebrał przybrudzoną niebieską kopertę i arkusz papieru maszynowego. W 
kiosku kupił gazetę i klej roślinny. W sklepie z zabawkami małe, tępe, dziecinne nożyczki. 
Teraz należało gdzieś się ukryć. Nie mógł się zająć wycinaniem liter z gazety na środku 
miasta, na oczach tłumu. Potrzebne mu było zaciszne miejsce. W pierwszej chwili chciał 
wracać do swojego wagonu na bocznicy. Ale spojrzawszy w niebo, przekonał się, że nie ma 
na to zbyt wiele czasu. Sztorm się zbliżał. Czuć go było w zapachu wiatru i morza. Nawet tu, 
w centrum samochodowych spalin. Chcąc nie chcąc zaszył się w parku pod ogromną wierzbą 
płaczącą, której wiotkie gałęzie rozkładały się na trawie jak wdowi welon. Tu jest zacisznie. 
W każdym razie wiatr nie szarpał stronicami „Głosu Wybrzeża". 
Zastanowił się nad tekstem. Powinien być zwięzły, ale zrozumiały. „Te barany przecież o 
niczym nie wiedzą! Nikt z gliniarzy nie będzie kojarzył sprawy gdańskiej ze świnoujską! 
Archanioł Gabriel chodzi sobie wyelegantowany, bez obstawyl Gwiżdże na całą tę Wielką 
Detektywnię! Ale już niedługo!" 
Wycinał tylko duże litery. Głównie z tytułów. Przyklejał ostrożnie, czasem krzywo. Pomyślał, 
czy nie należałoby zrobić jakiegoś błędu gramatycznego lub ortograficznego. Tak, aby ten, 
kto będzie czytał, sądził, że pisał to, a raczej lepił, analfabeta. „Bzdura! - skarcił samego 
siebie. - Dzisiaj nie ma już analfabetów. W Polsce na pewno ich nie ma, a w obcym języku 
pisać nie umiem!" I zaraz bardzo pożałował, że się nie przykładał do nauki angielskiego. „To 
nic! Wszystko nadrobię! Będę mówił co najmniej sześcioma językami, oglądał galerie i 
muzea całego świata, podróżował i pisał mądre artykuły. Tylko niech z tym skończę!" 
Z uwagą przyjrzał się kartce. Trochę pomazana klejem, ale wszystko czytelne. Zaczął 
półgłosem sylabizować: DZIŚ CHYBA W NOCY PRZEMYTNICY NARKOTYKÓW 
PODEJMĄ Z MORZA PLASTIKOWE POJEMNIKI ZE STATKU LIGIA STOP KU- 
170 
171 
TER NELA I RYBAK NAZWISKIEM GADAŁA STOP ZRÓBCIE COŚ BO TO JUŻ 
NIEMOŻLIWE A PRZYSTOJNIAK TRYJUM-FUJE STOP MŚCICIEL 
-  Tu chyba jest błąd - wymruczał, wpatrując się w słowo „tryjumfuje". - Trudno. Nie będę 
odklejał. 
. Lepkie palce wbił w piasek gorący i sypki. Drobiny szczelnie przylgnęły mu do dłoni. 
Przesypywał ziarenka z dziecięcą radością. Jakże przypominał w tej chwili swoich 
rówieśników kąpiących się w morzu, budujących zamki z rozgrzanego piasku. Tylko że tamci 
nie byli tak okrutnie samotni. ! nie dźwigali w sercu straszliwej zemsty. 
Ostrożnie włożył papier do koperty. Zastanowił się, czy i do kogo zaadresować. W końcu 
zrezygnował. Kiedy wstał, otrzepując spodnie, w oddali błysnęło. Niebem nadciągały 
granatowe chmury, to się skupiając, to rozpadając. Tylko morze było spokojne. Jeszcze. 
Frajer stał przy wystawie dłubiąc w nosie. Michał ocen ił. go na oko: nada się. Włożył ciemne 
okulary, na czoło nasunął przeciwsłoneczny daszek na gumce. ,,'Szkoda, że nie mam peruki! - 
pomyślał z humorem. - Także brody i wąsów. Oczywiście sztucznych! Taka morda w 
futerale, nie do rozpoznania! Jak w gangsterskich filmach!" 
-   Cześć - wymruczał frajerowi w prawe ucho. - Stówa za odniesienie listu. 
Frajer miał najwyżej dziesięć lat. I nie był ze szlaku. Nie podbijał ceny, choć mógł. Łypnął na 
Michała z niedowierzaniem. Chyba naieżał do jakiejś kolonii. 
-  Jaki list? - Małe oczki świeciły jak kryształki lodu. 
-   Niebieski. Pójdziesz na milicję. Oddasz tylko oficerowi dyżurnemu. Nikomu innemu. 
Powtórz! 
Frajer zmarszczył się. Wetknął palec do dziurki od nosa na głębokość centymetra. Albo 
dwóch, 
-   Po co? Zapamiętałem. Gdzie ta milicja? Michał trzepnął go w ucho. 
-   Powtórz! 

background image

172 
Mały wyrecytował dokładnie, skandując zgłoski. Potem siąknął nosem. 
-   No? Gdzie list? I stówa? 
Michał wyjął z kieszeni dwie pięćdziesiątki. 
-  Jedna teraz, druga po wykonaniu zadania. Frajer łypnął okiem ze złością. 
-  Tak, ja zaniosę, a ty zwiejesz! 
-   Nie masz wyboru, dziecino - wyszemrał Michał. - Starszym czasami należy wierzyć. - 
Błysnęło porządnie. Mały aż przysiadł. - No, hulaj! - wrzasnął М-ichał, bojąc się, że kolonia 
zacznie się zbierać, zanim jego ofiara ruszy nogą. 
Frajer kopnął się przez plac. Michał widział, jak na moment zawahał się na schodach. Po 
sekundzie, która trwała wieki, otworzył drzwi. Znów błysnęło. Aż dziwne, że po żadnym z 
błysków nie słychać było grzmotu. Mały zabawił w środku kilka chwil. Michał zdjął okulary i 
ochronny daszek. Na wszelki wypadek ukrył się za drewnianą tablicą reklamującą Polską 
Kasę Oszczędności. Kiedy mały pojawił się w drzwiach, cofnął się jeszcze głębiej. Frajer 
pędził przez placyk nie oglądając się za siebie. Stanął przed piekarnią i niespokojnie strzelał 
oczami. Michał gwizdnął. 
-   Oddałem - wysapał wyciągając brudną łapę. Michał podał mu drugą pięćdziesiątkę. 
-   Co mówili? 
Mały wzruszył ramionami. 
-   Nie zdążyli. Dałem nogę, jak wyszedł taki ważny. Chyba ich generał albo co. 
Michał zmarszczył czoło. 
-   Gadaj po ludzku, człowieku! 
-   Jak Boga kocham! Za barierką był ten... no, dyżurny. Wziął kopertę i spytał od kogo. I 
wtedy właśnie otworzyły się drzwi... znaczy drugiego pokoju, i wszedł taki... miał tych 
pasków czy wężyków cały kołnierz! No, cześć. Nasi się już zbierają! 
-   Powodzenia - wymruczał Michał. Sam nie wiedział, czy się cieszyć, czy martwić. „Teraz 
ten ważny pewnie czyta mój list. I jeśli uwierzy w anonim - zadziała!" 
Znów błysnęło, a zaraz potem przetoczył się daleki jeszcze 
173 
grom. Wiatr dmuchnął znienacka podnosząc tuman pyłu. Michał odwrócił się na pięcie i 
pognał na swój punkt obserwacyjny. 
Kuter stał tam, gdzie przedtem. Ktoś, jakaś postać w kurtce sztormowej z kapturem, coś 
ładował. Michał wytrzeszczył oczy, ale wiatr sypał drobinami piasku i wciąż trzeba było 
mocno zaciskać powieki. „Nie - pomyślał, gdy nastała minuta ciszy - to nie jest mój 
dobroczyńca. Tamten był niski, przysadzisty, a ten wysoki i szczupły". Mężczyzna sprawdził 
cumy i odszedł. 
Robiło się coraz,ciemniej. Pomimo wczesnej popołudniowej pory zaciągnięte niebo i 
ołowiane morze sprawiały, iż człowiek czuł się jak po zapadnięciu zmroku. Chłopiec ziewnął 
szeroko. Chciało mu się spać. I nio w tym dziwnego. W nocy mało spał. Raczej drzemał. 
Teraz stwierdził, że nie ma najmniejszego sensu czuwać. Wszak wszystko rozegra się w 
ciemnościach. Prom do Ystad odpływał o północy. Postanowił wrócić do wagonu i wyciągnąć 
się wygodnie. 
Burza nadchodziła z dużą szybkością. Błyskawice rozświetlały mroczne niebo, dudniły 
gromy. Zdążył, nim pierwsze wielkie krople zabębniły o dach wagonu. A zaraz potem 
rozszalało się piekło. Michał czuł niepokój, ale mocne ściany wydawały mu się 
najbezpieczniejszym miejscem pod słońcem. „W końcu ten wagon stoi tu już ładnych 
kilkanaście lat! Nie zaszkodziły mu ani sztormy, ani ciężkie zimy. Jakoś przetrwamy razem: 
ja i ta prehistoryczna wizytówka Polskich Kolei Państwowych!" 
Nawet nie wiedział, kiedy zmorzył go sen. 

background image

Lecz gdy się po paru godzinach obudził, nie mógł się zorientować, gdzie jest. Usiadł na 
posłaniu i drżąc na całym ciele z chłodu i grozy wsłuchiwał się w dzikie wycie wiatru. „No, 
przecież to jest wagon, na zewnątrz szaleje morze i wiatr. Nic się złego nie stało, no!" 
Serce uciszało się powoli. W blasku silnej latarki dojrzał za jedynym oknem zasłoniętym folią 
kołyszące się w pijanym tańcu sosny. Huczało strasznie. Ale pozostałe okna zabezpieczone 
deskami i blachą nie wpuszczały światła błyskawic. Zresztą już ich chyba nie było. Absolutna 
czerń wybiegała na spotkanie falom deszczu. I łoskot, jaki wydaje startujący odrzutowiec. 
Spojrzał na 
174 
zegarek i poderwał się gwałtownie. Wskazówki pokazywały godzinę dwudziestą drugą 
czterdzieści pięć. 
- Późno! Do licba! - wykrzyknął, rzucając się w stronę, gdzie ukrył sweter i plastikowy 
przeciwdeszczowy płaszcz. - Przydałaby się porządna harcerska albo wojskowa pałatka! 
Okręcił się jak umiał najszczelniej. Z kapturem ściągniętym pod brodą i latarką w dłoni 
wychynął zza zapory zrobionej z desek. W wagonie nie było porządnych drzwi. W nos 
uderzyła go fala deszczu i wichru. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie jest lodowata. Ostrożnie, 
żeby się nie zaplątać w gałęziach, przełaził na skróty przez rzadki młodniak. Wcześniej już 
obrał sobie stanowisko. Niestety, kiedy przyjdzie zgasić latarkę, w tej absolutnej czerni nie 
dostrzeże niczego. Potknął się, zachwiał i z trudem odzyskał równowagę. Woda zalewała mu 
oczy, wślizgiwała się za kołnierz i wpływała do butów. I nie mogło być inaczej. 
Gdyby postąpił krok dalej, wpadłby nosem na chałupę. Wyczuł ją jednak jak nietoperz z 
echolokacją. Powinien stąd dostrzec kuter. Ale nic nie widział. Huk wichru i niedalekiego 
morza zlany w jedno nie pozwalał na usłyszenie czegokolwiek ani kogokolwiek. Można drzeć 
się na całe gardło, i tak nic to nie pomoże. Oczy pomału przyzwyczajały się do ciemności, 
lecz nie do lejących się z nieba hektolitrów wody. Zmrużone, ze zlepionymi rzęsami same ,się 
zaciskały. Michał przypomniał sobie, że w kieszeni skafandra ma przeciwsłoneczny daszek z 
pleksiglasu. Pomogło! Patrzył teraz w czerń szeroko otwartymi oczyma. 
Tylko że niczego nie widział. 
Nagle, nie wiadomo, daleko czy blisko, błysnęło jakieś światełko. 
Odpowiedziało drugie. Z pięćdziesięciu, no najdalej stu metrów od stanowiska Michała. 
Chłopiec przysiadł. Nie wiedział, czy cofnąć się w lasek, czy zostać na miejscu. „Gdyby mnie 
widzieli, już bym pewnie nie żył!" - pomyślał całkiem rozsądnie. 
Znów błysnęło. Światełko zatoczyło krąg. Do huku wiatru doszedł nowy dźwięk: terkot z 
trudem zapalanego silnika. 
„Kuter odbija od mola! - pomyślał chłopiec i runął całym cia- 
175 
łem naprzód. Musiał sprawdzić, czy to »Nela«, czy też gliny w ich służbowym ścigaczu lub 
motorówce. - Oni tu już powinni być. Wszystko dokładnie opisałem, podałem opryszków na 
patelni. A może będą czekać na ich powrót na brzegu? Żeby złapać z ładunkiem. Oczywiście, 
ale ze mnie idiota!" 
Terkotanie silnika ucichło. Zmroku nic się nie wyłaniało, za to deszcz się zmniejszył. Padało, 
ale przestało chlustać. Chłopiec nie czuł chłodu, tylko ogromne podniecenie. Miejsca, gdzie 
pojawiły się błyski latarek, były znów czarne jak atrament. Za plecami miał niewidoczne 
szyny kolejowe, a przed sobą port. W jednej tylko chacie świeciło się światełko. Wyglądało 
na świecę. Nie był to dom właściciela „Neli". Ta jedna świeca czy też blask naftowej lampy, 
bo nie była to elektryczność, sprawiła, że Michał zaczął oddychać normalnie, a serce 
przestało trzepotać jak ptak. Dwa, trzy głębokie oddechy i już znowu mógł myśleć logicznie i 
precyzyjnie: „Przesunę się pod dach domostwa rybaka. Tam jest miejsce osłonięte. 
Poczekam, nie budząc starego. Pies nie zaszczeka, bo go nie ma". 

background image

Sunął jak duch, nie zapalając latarki. Tuż przed progiem potknął się o jakiś kloc. Upadł. 
Poczuł, że włos mu się jeży na głowie. To nie był kloc drewna. To był człowiek. Poruszony, 
zajęczał. W świetle zapalonej na sekundę latarki ujrzał zaciśnięte powieki, bezwładnie 
odrzuconą głowę starego rybaka. Żył. 
Michał nie wrzasnął ani nie zemdlał. Uczuł tylko, jak jakieś gorąco promieniuje mu od serca 
do czubka głowy. Jak sztywnieją ręce i nogi. Jak wysychają usta, z trudem łapiące powietrze. 
Wycofywał się krok po kroku. Kiedy wróciła świadomość, był już bezpieczny w rzadkim 
lasku. Teraz jasno zdał sobie sprawę z tego, co się stało. „To oni, ci handlarze, stuknęli w łeb 
starego, żeby wziąć jego łódź! Natychmiast trzeba zawiadomić milicję! Natychmiast!" 
Biegł roztrącając barkami karłowate pnie sosenek. Rękoma, jak wiatrakami, opędzał się od 
mokrych miotełek boleśnie bijących po twarzy. Wziął bezpośredni kurs na miasteczko, przez 
diuny, nie dbając, iż nogi grzęzną w mokrym piasku. Parł jak oszalały, bo sądził, że uda się 
jeszcze uratować życie, które ledwie się kołata- 
176 
ło. Człowiek w takiej sytuacji postępuje irracjonalnie. I nie ma się czemu dziwić. 
Miasteczko ciemne i zlane deszczem. Nie świeciło się w ani jednym oknie. „Pewnie 
wyłączyli prąd! Może piorun strzelił albo wiatr zerwał przewody?" Michał pamiętał, gdzie 
była budka telefoniczna. Zamajaczył jej kształt. W blasku latarki mokrymi, trzęsącymi się 
pałcami wykręcał znany w całym kraju numer 997. 
Trzasnęło coś na drugim końcu drutu. 
-   Pogotowie milicyjne, słucham. 
Michał zaszczekał zębami. Nie z zimna. Ze strachu. 
-  Tam, przed chałupą, leży stary rybak! Właściciel łodzi „Nela". Nie wiem, jak się nazywa, 
ale jeszcze żyje... stuknęli go w głowę... 
-   Proszę podać imię i nazwisko... - kobiecy głos był bezbarwny, obojętny, urzędowy. 
-   Nie wiem, jak on się nazywa... umiera... - Michał miał ochotę walnąć słuchawką o 
metalową ściankę kabiny. 
~ Proszę podać swoje imię, nazwisko i adres... - głos nie zmienił tonu. Był nadal suchy. Może 
tylko bardziej zniecierpliwiony. 
-   A żeby cię! - warknął chłopiec i rzucił słuchawkę. Zwisła wydając przeciągłe jęki. - A żeby 
cię! - rzucał wszystkimi znanymi wyzwiskami, bijąc pięścią w szkło. Pomogło. Uspokoił się. 
Ale raz na zawsze znienawidził telefoniczne budki, sztorm i Archanioła Gabriela w 
nieskazitelnie białych spodniach. I wszystkie baby na świecie> które, siedząc w cieple, 
przyjmują telefony.    , 
Nie pamiętał, jak wrócił na punkt obserwacyjny. Nie rozumiał, jak w ogóle mógł tam 
dobrnąć. W pamięci zachował twarz rannego człowieka, a w sercu nienawiść do tych, którzy 
to zrobili. I do tych, którzy jego, Michała, zlekceważyli. Już się nie bał. Pochylony nad 
starym, przemywał mu ranę czystą wódką. Pamiętał, gdzie stała. Dobrze, że jej rybak nie 
wypił. Z wielkim wysiłkiem dociągnął bezwładne ciało przez próg. O położeniu rannego na 
łóżku nie było mowy. Nie miał na to sił. Pamiętając wszystkie nauki mistrza, podłożył 
rybakowi pod głowę jasiek i napoił go wodą. Stary jęczał, wywracał białkami. Odchodząc 
Michał nałożył mu solidny 
177 
kompres z zimnej wody pół na pół z wódką. To wszystko, co mógł zrobić^ 
Było dobrze po drugiej w nocy, gdy na morzu coś się zaczęło dziać. Wiatr nieco osłabł i 
można było usłyszeć terkotanie silnika. Po dłuższym czasie zabłysły latarki, dało się słyszeć 
ciężkie stąpanie i o pięćdziesiąt kroków od stanowiska Michała zamajaczyły dwie sylwetki w 
rybackich sztormówkach z kapturami. Szli przez nikogo nie zatrzymywani, nisko pochyleni 
pod ciężarem obłych przedmiotów, trących powierzchnią o piach. Michał bardziej domyślał 
się tego, niż widział. Kiedy cienie zniknęły w dali, gdy wszystko się uspokoiło, zrozumiał, że 

background image

przegrał. Mokry i zły do-czołgał się do swojego legowiska. Zdjął plastikowy płaszcz, 
przemoczone adidasy, sweter i koszulę. Wszystko to robił jak automat. Kiedy wśliznął się do 
śpiwora i zaciągnął zamek, łzy ciurkiem rzuciły mu się z oczu. Płakał, jak płacze 
nieszczęśliwe dziecko i o-krutnie zraniony człowiek. Szlochał, czując ból w sercu i straszliwą 
samotność. Dawno już tak nie płakał. Chyba od dnia, gdy uciekł. „Więc na nic moje wysiłki! 
Na nic sny o mścicielu, który uratuje jeśli nie świat, to choć tych kilku ćpunów. Na nic 
marzenia o sprawiedliwości, wizja drani i morderców za kratkami. Nikt mi nie wierzy, choć 
chcę dobrze dla innych. Nawet gliny! Cholerne, głupie gliny!" 
Pomału uspokajał się. Łzy obsychały. Wycie wichru usypiało. I szelest sosnowych miotełek o 
dach wagonu. Zasnął, tuląc twarz do złożonego w kostkę koca. 
Świat po sztormie jest zupełnie odmienny od świata zranego zwykłym sierpniowym 
deszczem. Morze po sztormie jest długo wzburzone, niespokojne. Niebo wisi nisko i jeśli 
nawet nie ma chmur, wydaje się, jakby były. I to w kolorze popiołu. Piasek w niczym nie 
przypomina złocistej plaży. Jest szary, grubo zasłany tym wszystkim, co morze ze złości 
wyrzuciło na ląd: stęchłe wodorosty, jakieś oślizłe gałęzie, drewienka i stare, podarte szmaty, 
cuchnące smarem i olejami. Tu i ówdzie błyska drobinami bursztyn. Tu i ówdzie poniewierają 
się pokruszone drobne muszelki. Nad tym pobojowiskiem unoszą się wrzeszczące mewy i 
rybitwy. 
178 
I wyjątkowo silny odór siarki. Tak chyba cuchnie w przedsionku piekła. 
Michał spał długo. Kiedy się obudził, stwierdził, że nie wie, która godzina. Zegarek stanął. 
Widocznie wyczerpała się bateria. Niechętnie otwierał opuchnięte od płaczu oczy. Niechętnie 
rozpinał śpiwór. Cała energia uleciała z niego jak z pękniętego balonika. Nic go już nie 
obchodziło. Niczego nie chciał. O niczym nie marzył. Tego dnia poczuł, zrozumiał, że 
nadszedł kres. Że dalej uciekać nie ma gdzie i nie ma po co. To, w co wierzył, czego chciał - 
nie istniało. Zostało raz na zawsze wykreślone z życia. „Wyżej nie podskoczę - myślał 
zbierając mokre, porozrzucane w nocy rzeczy. - Spływam stąd. Mam dość morza, sztormu, 
dość wszystkiego!" 
Wyjął plecak z ukrycia. Był lekko wilgotny, ale do środka nie przeciekła ani jedna kropla 
wody. Wygrzebał część pieniędzy, spakował mokre rzeczy zawinięte w plastik. Wysuszy je 
przy pierwszej nadarzającej się okazji. Termos był pusty. Żołądek też. Postanowił okrężną 
drogą, omijając port, dotrzeć do miasteczka i wsiąść "w pierwszy lepszy pojazd zdążający do 
Szczecina. Nie zatrzymując się nawet na śniadanie. Nie wiedział zupełnie, jaki to dzień 
miesiąca, jaki tygodnia. 
I było mu to dokładnie obojętne. 
W pociągu osobowym odchodzącym o jedenastej piętnaście siedział o wiele za wcześnie. 
Bezmyślnie wgapiony w peron drgnął w pewnym momencie. „Ten facet, blondyn, co tam stoi 
pod rozkładem jazdy. Skąd go znam? - Przez pamięć przewinął się film. Był parosekundowy, 
szerokoekranowy, barwny: Gdańsk - dworzec kolejowy - rozkład jazdy. To raz. Gdańsk - 
ulica Dolna, to dwa. A potem? Gdzie potem? No, jasne! W tej rozgadanej grupie, która tuż za 
Archaniołem weszła do barku kawowego. Nie dalej jak wczoraj. Obstawa Parowoza, a teraz 
Przystojniaka. A jakżeby inaczej! Tylko po co tu tkwi?" 
Pociąg drgnął i ruszył. Peron przepływał wolno przed zdumionym wzrokiem Michała. 
Przepływał też ów blondyn z kamienną twarzą pokerzysty. 
179 
Chłopiec zapadł w drzemkę. Obudził się na stacji Szczecin. Chwycił plecak i pomaszerował 
do dworcowej restauracji. Dopiero po zjedzeniu podwójnej jajecznicy, twarożku ze śmietaną i 
trzech bułek z masłem ośmielił się zacząć myśleć. 
A było nad czym. 

background image

,,Mądrość ma uczniów, głupota tylko odbiorców" - przypomniał sobie chińską sentencję idąc 
ulicami Szczecina. Nie czuł już żalu do świata, pogodził się z porażką. Ale nie dawało mu 
spokoju poczucie niedowartościowania. Ambicja nawet szczelnie ukryta w kieszeni piszczała 
tam i wyrywała się na wolność. Ambicja to straszna rzecz. Może zatruć życie każdemu, kto 
jej nadepnie na odcisk. Źle skierowana sama potrafi zarazić trądem nienawiści i nietolerancji. 
Michał kupił w kiosku pocztówkę. Wybierał taką, żeby na niej nie było skrawka morza. 
Napisał parę słów do matki i Sabiny, wrzucił spokojnie do skrzynki, wiedząc, że na zawsze 
opuszcza Wybrzeże. Bo przyszedł na to czas. 
W toalecie na dworcu dokładnie przeliczył pieniądze. Ciągle było ich sporo. Poutykał, gdzie 
się dało. Część przeznaczył na książki. Chciał je kupić, póki jeszcze mógł i miał za co. Kupił 
też bilet drugiej klasy na pociąg pośpieszny relacji Szczecin-Wroc-ław odchodzący po 
południu. 
Ostatnie dni giganta postanowił spędzić jak przystało na praworządnego obywatela tego 
kraju: z ważnym biletem, bez ekscesów i ze spokojnym sumieniem. On zrobił przecież 
wszystko, co było w jego mocy. A że Wielka Detektywnia zlekceważyła go, to ich strata. 
Teraz będą się sami uganiać za trefnym towarem po całym kraju. Był pewien, że handlarze 
rozprowadzą go swymi misternymi kanałami po większych miastach,.szkołach, dyskotekach i 
piwnicach w bogobojnych blokach bogobojnych ludzi. 
O swojej przyszłości jeszcze nie myślał. 
Dworzec Wrocławski, duży, dziewiętnastowieczny, spodobał się chłopcu. Wyszedł i 
odetchnął ciepłym powietrzem. Nie było ono morskie, pachniało spalinami, ale zadziwiało 
łagodnością. Sztormy, ulewy, grząski piach zostały na Wybrzeżu. Tu wesoło 
180 
dźwięczały tramwaje, przesuwali się zwyczajni ludzie, nie śmierdziało złym tłuszczem ze 
skwierczących ryb. Nie musiał szukać adresu. Ani planu miasta. Miał go w mózgu od wielu 
miesięcy. Taka a taka ulica, w bok od mostu Grunwaldzkiego, potem w prawo, czwarty dom, 
ogródek. Jedna z kwater Księgowego i przechowalnia tych, co są na szlaku czy gigancie. 
Jednym słowem dom Dziadka, o którym tak wiele słyszał. 
Michał nie spieszył się. Wieczór zapadł ciepły, rozbłysły świat-ła.'Szedł ulicami nie czując 
ciężaru plecaka. Raz tylko, koło gmachu opery, przeszedł na drugą stronę, by nie zderzyć się 
z milicyjnym patrolem. Auta sunęły z cichym szelestem opon, ludzi prze: suwało się coraz 
mniej. Za to coraz więcej pojawiało się psów wyprowadzanych na wieczorny spacer. 
Nie wiedział, dlaczego polubił to miasto od pierwszego wejrzenia. Nie wiedział też, czy 
będzie to miłość odwzajemniona. Przyspieszył, gdyż zaczął się obawiać, że wizyta o tak 
późnej porze może się Dziadkowi nie spodobać. Wyjął z kieszeni jabłko i gryząc je szedł 
coraz szybszym krokiem. Zmęczony, ale spokojny i rozjuźniony wkroczył w alejkę 
obsadzoną lipami. Sprawdził numer domu. Ten. Z bijącym sercem otworzył furtkę do małego 
ogródka. I zaraz się zatrzymał. Przed nim siedział duży pies: ni to wyżeł, ni to seter. Rudy był 
i jakby piegowaty. Tyle tylko można było dostrzec w świetle latarni. Szczeknął raz i zastąpił 
Michałowi drogę. Nawet nie szczerzył kłów. Za to w oczach miał ostrzeżenie: „Nie rusz się, 
człowieku, dopóki ktoś nie wyjdzie!" 
~ Spokój, Pułkowniku! - odezwał się dźwięczny bas. W otwartych drzwiach stał wysoki, siwy 
mężczyzna w szarym blezerze. - Ktoś do mnie? 
-   Tak - powiedział Michał przez, nie wiedzieć czemu, ściśnięte gardło. - Ja do Dziadka. 
Przysyła mnie Księgowy. 
Pies ustąpił przez nikogo nie wołany. Siwy mężczyzna dłonią wskazał drzwi. 
-  Wejdź, proszę. Wyobraź sobie, że jest nas tu tylko trzech. To zaiste niezwykła sytuacja. 
Michał poczuł, że kamień spada mu z serca. „Nie wyrzucił mnie, nie pyta, kim jestem?" Za 
chwilę stawiał plecak w przedpo- 
181 

background image

koju. W ostrym świetle dostrzegł jasne oczy patrzące uważnie spod szarych nieco obwisłych 
brwi. 
-   Witaj, Michale ■*■ powiedział gospodarz wyciągając dłoń. Chłopiec skamieniał. 
-   To pan... skąd pan... 
-   Wejdź, nie pytaj. Cieszę się, że już jesteś. Czekałem na ciebie. 
Michał czuł pustkę w mózgu. Powiesił kurtkę, wytarł chustką spoconą twarz. Kiedy przestąpił 
próg przestronnego pokoju, to co pierwsze rzuciło mu się w oczy, to... jego własna twarz! 
Nie, nie w lustrze! Patrzyła z powiększonej amatorskiej fotografii. A fotografia zrobiona była 
na gdańskim dworcu. Na tle kas i dużego rozkładu jazdy. 
I doskonale wiedział kiedy. 
Stał speszony i niespokojny. Wodził wzrokiem od mężczyzny do psa i z powrotem. Dziadek 
nie spieszył się z wyjaśnieniami. 
-   Usiądź. Zaraz będzie herbata. I coś na ząb. Leżeć, Pułkowniku! 
Pies zwalił się pod stół jak worek kartofli. Spod frędzli serwety wystawał jego mokry 
brązowy nos. Załomotały czyjeś kroki. Z góry, drewnianymi schodami, spadali na łeb na 
szyję obaj: Kiszka i Mrągwa. 
-   Cześć, Mścicielu! - Kiszka jak zwykle stał w rozkroku z rękami w przepaścistych 
kieszeniach. - Dosoliłeś im? 
Michał z radością patrzył na małego. Ślad na policzku prawie zniknął. 
-   Kiszka, i ty tutaj? Mrągwa, jak go zmusiłeś do osiadłego trybu życia? 
Dziadek w milczeniu ssał wygasłą fajkę. 
-   Byliby nas capnęli gliniarze. Na odpuście w Pyrzycach. Zwialiśmy w ostatniej chwili 
gubiąc sztuczną nogę. Takie życie. O rety, herbata! Pewnie woda już się ugotowała na 
miękko! 
Mrągwa wybiegł z pokoju. Kiszka wskazał palcem zdjęcie Michała stojące na komodzie. 
-  Widzisz, koleś? Tylko kwiatków brakuje... - umilkł speszony spojrzeniem starego. 
182 
Michał przecierał zmęczone oczy. Nic już mu się nie chciało. Czuł spokój w duszy. Był w 
dom», z którego nikt go nie wyrzuca, gdzie traktują go z sympatią, a ón sam nie ma nic do 
załatwienia. Nikogo nie ściga, nie wymierza sprawiedliwości, nie układa łamigłówek. 
„Odpocząć - myślał leniwie, wbiwszy wzrok w portret ładnej kobiety wiszący nad 
sekretarzykiem - jakiś czas odpocząć. A potem się zobaczy. Potem". 
Dziadek przyglądał mu się spod oka. 
-   Zmęczyłeś się, synku, co? 
Michał spojrzał wzrokiem stuletniego starca. "- Tak. Jakbym ziemię obleciał dookoła. Czy nie 
powie mi pan, skąd tu się wzięła moja fotografia? I kto ją zrobił? 
Dziadek uśmiechnął się. Miał przyżółcone od nikotyny zęby. 
-   Powiem. Naturalnie że powiem. Ale może lepiej będzie, kiedy on sam ci wszystko 
wyjaśni? 
-   On sam? - zdziwił się Michał. - Kto? 
-   Ten, co zrobił zdjęcie. 
-   Jest tu, we Wrocławiu? - Michał zadał to pytanie zupełnie bezmyślnie. I zaraz się 
zawstydził. - No, nie powinien tu być, skoro zrobił to zdjęcie na dworcu w Gdańsku. 
-   Cały czas ci robił zdjęcia, hobbysta! - roześmiał się Dziadek wstając. - Przygotuję parę 
kanapek. Herbata już idzie. Słyszę ją. 
Mrągwa wtoczył się manewrując tacą zręcznie, jak rasowy kelner. 
-   Podano do stołu! 
-  Widziałem takiego w filmie - mruknął Michał - nazywał się kamerdyner! 
Mrągwa łypnął za wychodzącym Dziadkiem. 

background image

-   Bracie, nie mamy łatwego życia! Stary jest cholernie sprawiedliwy, ale robi takie rzeczy, o 
jakich nigdy mi się na gigancie nie śniło! 
-   Nie trzyma nas tu siłą! - wtrącił Kiszka zdejmując szklanki z tacy. - W każdej chwili 
można by zwiać... - przerwał, bo wkroczył Dziadek z talerzem cienko pokrojonego chleba. 
Był też żółty ser i sałatka jarzynowa. 
183 
Michał jadł, aż mu się trzęsły uszy. Kiedy wypił ostatni łyk, powiedział wstając: 
-   Dziękuję. Oddam panu pieniądze, bo... Dziadek powstrzymał go ruchem dłoni. 
-   Siedź. O tym innym razem. Zostaniesz u mnie jakiś czas. Oni - wskazał na Kiszkę i 
Mrągwę - też. Wspólnie zastanowimy się nad waszym dalszym losem. Będziesz spał w 
pokoiku na górce. Tam też jest łazienka. Wszyscy po sobie bardzo dokładnie sprzątają, robią 
pranie, i co tam jeszcze... 
Michał poczuł na dłoni dotyk mokrego nosa. To Pułkownik dokładnie obwąchiwał nowego 
domownika. 
-   Psa karmić może tylko Dziadek - ostrzegł Mrągwa. - Nam nie wolno. 
Dziadek uśmiechnął się kącikami ust. 
-   Jutro idziemy razem po zakupy - powiedział do obu malców. - A teraz myć szkłanki, uszy i 
spać! 
O dziwo, nikt nie zaprotestował. Tylko Kiszka posłał Michałowi długie spojrzenie. Była w 
nim tęsknota za szlakiem, kolejowymi szynami, odpustami z okazji różnych świąt i starą 
czapką, do której z brzękiem wpadały dwudziestozłotówki. Michał skrzywił się. Nie wiedział, 
co go czeka. Nie znał jutra. Nic nie mógł zrobić dla malców, którzy być może za dzień lub 
tydzień zatęsknią do brudnej i głodnej wolności. „Luuudzie, nie skąpcie groszy dla ślepca! 
Ludzieee!" 
Obudził się z dziwnym uczuciem. Miał sen: nad łąką wśród motyli latała żaba. Za nią wielkie, 
czarne ptaszysko kracząc i kołując. I potem nagle ptak i on, Michał, znaleźli się w jednej 
klatce. Żaba odleciała razem z motylami. Chłopiec bał się ptaka. Zakrywał dłonią oczy. 
Wtedy się obudził. 
Wnętrze było małe, wyłożone drewnem, o spadzistym suficie. Mebli też mało. Jakieś 
biureczko z kilkoma'szufladkami, na nim wazon pełen wysokich żółtych nawłoci. Tapczanik i 
dwa foteliki. Michał spojrzał w górę. W ścianie znajdowało się okrągłe okno. „Jak bulaj na 
okręcie! - pomyślał. I zrobiło mu się dziwnie na duszy. - Gdybym teraz spotkał złotą rybkę, o 
jakie trzy rzeczy bym 
184 
poprosił? - zastanowił się z rękami pod głową. - Jedna z próśb by brzmiała tak: żebym mógł 
tu zostać. Tu, w tym pokoiku. Z moimi książkami. I żeby przyjechała tu Sabina. A potem 
mama. Tylko się przywitać, powiedzieć co nowego. Na dwa, trzy dni!" 
Zaskrzypiały schody. Michał usiadł w pościeli. Zapukano. Coś, czego nie słyszał od lat! 
-   Proszę - wyszeptał. - Proszę! - rzucił głośniej. W drzwiach stał Dziadek. 
-  Witaj w mieście nad Odrą - rzekł z uśmiechem. - Nie jesteś głodny? Tamci dwaj 
spałaszowali już cztery jajka na miękko i górę chleba. To świetni młodzieńcy - zrobił do 
Michała oko - tylko nie wiedzą zupełnie, do czego służy nóż i widelec! 
Michał roześmiał się. 
-   Owszem, wiedzĄ! - odparł z humorem. - Nóż, według filozofii Kiszki, służy do wbijania w 
serce! 
Dziadek spojrzał na nie rozpakowany plecak. 
-   Nie masz chyba zamiaru mnie porzucić? Zresztą jestem ci winien parę wyjaśnień. I ty mnie 
też... 
Michał spuścił wzrok. 

background image

-  Wiele o panu słyszałem. Że pomaga pan... no, tym z giganta. Ale iakie cztery jajka na 
miękko i góra chleba kosztują. A pan, jak sądzę, nie pozwoli im żebrać na życie. Tu, we 
Wrocławiu? 
Dziadek usiadł na fotelu. 
-   Mam na to pieniądze, chłopcze. Po jakimś czasie wiele zrozumiesz. Wszystko się 
wyjaśni... 
-   Księgowy tu był? - spytał Michał lekko. 
-   Był. To wspaniały chłopak. Mój największy pomocnik. Ma zadatki na niezłego 
psychoterapeutę. I społecznika. 
Michał pomrugał rzęsami. 
-   Jest pan pewien, że mówimy o tym samym osobniku? 
-   „Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz? Trzydziesty dziewiąty numer butów!" - zacytował 
Dziadek, wcale udatnie naśladując powolny sposób mówienia Księgowego. 
Michał pokręcił głową. 
-   To on. No... w jakimś sensie obaj jesteśmy tymi... no, społecznikami! Tylko, że my 
kradniemy, proszę pana! 
185 
Dziadek wstał. 
-   Na spowiedź możesz pójść da wrocławskiej fary albo... zresztą zaczekaj na naszego 
głównego gościa. Telefonował ze Szczecina. Dziś przyjeżdża. 
Michał przygryzł usta. 
-    Ze Szczecina? Był tam, gdzie ja? Czy to on... jest autorem zdjęć mojej skromnej osoby? 
Stary pan skinął głową. Wstał i ruszył ku drzwiom. 
-   Idź się myć. Potem może nie być ciepłej wody. Dać ci ręcznik? 
-   Dziękuję. Mam wszystko. Czy... mogę tam wysuszyć swoje rzeczy? Był okropny sztorm, a 
ja... - urwał. Dziadek, nie Dziadek a wszystkiego wiedzieć nie musi. 
-   Naturalnie. 
Michał pół dnia łaził po mieście. W księgarni kupił bardzo drogi album włoskiego malarstwa. 
Wydał na to ogromne pieniądze, ale miał go na własność. Archanioła Gabriela. Od przyjazdu 
do Wrocławia po raz pierwszy nie martwił się o jutro. Co będzie jadł, gdzie spał. Wiele 
rozmyślał, przemierzając pieszo dziesiątki kilometrów. Wracały stare obrazy: dom, ojciec, 
matka, dziadek. Najczęściej jednak Sabina. Niechętnie myślał o szkolnej ławie. Miał 
nieodparte wrażenie, że nie mógłby już chodzić tymi uliczkami małego miasteczka, słuchać 
lekcji objaśnianych głosami ludzi, którzy byli jakby z innej epoki. „To dla mnie zamknięty 
okres. Nie chcę tam wrócić. Nie potrafię. Co innego dziś mnie interesuje, źle bym się czuł 
wśród dawnych kolegów. Jestem przecież innym człowiekiem. Wiem o życiu sto razy więcej 
od każdego z nich. Widziałem morze nieszczęścia i śmierć. Jak po takich doświadczeniach 
można wrócić do starej szkolnej ławki? Jakby nigdy nic nie zaszło? Może w filmach tak 
bywa, w życiu nie. Ale uczyć się muszę. I chcę. Więc jak pogodzić te sprawy wcale nie do 
pogodzenia?" 
Do domu Dziadka wracał na ostatnich nogach. Zmęczony, ale uspokojony wewnętrznie, 
rozleniwiony. Własnym kluczem otworzył drzwi. Już na schodach usłyszał głosy. Dobiegały 
z du- 
żego pokoju, w którym wczoraj wszyscy jedli kolację. Zszedł ze stopnia. Drzwi do pokoju nie 
były zamknięte. W szerokiej szparze dojrzał tył głowy Dziadka i... aż mu dech zaparło z 
wrażenia! Na wprost jego" oczu siedział rozparty w fotelu blondyn w kurteczce koloru safari. 
Ten sam, na którego stale się natykał: „Gdańsk -dworzec kolejowy - rozkład jazdy. To raz. 
Gdańsk - ulica Dolna - to dwa. Barek kawowy, gdzie podsłuchał Archanioła - to trzy. Peron 
dworca, gdy opuszczał Wybrzeże - to cztery". 

background image

-   Przecież to jest facet z obstawy Przystojniaka! Ten, który pojawiał się zawsze tam, gdzie 
cuchnęło narkotykami! - wyszeptał prawie bezgłośnie. - „Co on tu robi? Czy jest w zmowie z 
Dziadkiem? Chce odzyskać zdobyte przeze mnie pieniądze? -myśli przelatywały mu z 
szybkością światła. Chłód wdarł się w serce i prysła ostatnia nadzieja.'- Wiać stąd, i to 
szybko! Tylko cichutko. Oni jeszcze nie wiedzą, że wróciłem. Nie słyszeli kroków". 
Ostrożnie, stopień po stopniu, tak aby nie skrzypnęły, Michał pnie się na poddasze. Dobrze że 
nie wyładował całkowicie plecaka. Z łazienki bezszelestnie wynosi suche już rzeczy: kurtkę, 
sweter, skafander. Jeszcze nigdy nie pakował się w takim tempie. „Gdzie są Kiszka i 
Mrągwa? Trzeba by ich ostrzec, że to pułapka! Dlaczego nie odkrył tego Księgowy?,A może i 
on?... Nie! - Michał zaciągnął sznur, zapiął klapy. - Zbyt wiele razem przeżyliśmy. Nie, 
Księgowy jest czysty. Tylko ich, widać, nie rozszyfrował!" 
Wolniutko  schodził  na  dół.   Cichutko  szczęknął zamek  w drzwiach wejściowych. Przed 
samą furtką na porośniętych trawą płytkach chodnika siedzi Pułkownik. Michał chce go 
ominąć, ale *pies nie puszcza, cicho warczy szczerząc kły. 
-   Michał! - rozlega się za plecami głos Dziadka. - Michał! Dokąd ty? 
Chłopiec zrezygnowany odwraca się. Na jego pobladłą twarz powoli wstępuje rumieniec. 
Stoją tam obaj: Dziadek i ten drugi, wróg. 
-  Wiem, kim pan jest - cedzi Michał patrząc mu prosto w oczy. - To dzięki panu udało się 
Archaniołowi raz jeszcze! To 
186 
187 
dzięki panu, swojemu gorylowi, nie wpadł w łapy milicji największy gangster na Wybrzeżu. 
Pan śledził mnie. Pan był na dworcu, gdy odjeżdżałem do Szczecina. To pan! 
Młody człowiek nie zmienił kamiennego wyrazu twarzy. Nie mrugnął nawet okiem. Nie 
odwrócił się do Dziadka, gdy ten spytał szczerze zdumiony: 
-   Co on plecie, Jarek? No, co? 
-   On nie plecie, Dziadku - odparł wreszcie blondyn cichym głosem - w paru punktach ma 
całkowicie rację. Tylko nie w tych, o których myśli. 
Dziadek zszedł ze stopnia. Podszedł do chłopca i ujął go za rękę. 
-   Wracaj, Michał. Nie wiem, co między wami zaszło, ale nie pozwolę cię skrzywdzić. 
Musisz mi wierzyć. Komuś trzeba. 
-   Komuś trzeba - powtórzył Michał z rezygnacją. Już wiedział, że nie ucieknie. Prawdę 
mówiąc, wolał, aby to ten stary, siwy człowiek zadecydował o wszystkim. Nawet gdyby się 
miało okazać, że to właśnie on jest szefem handlarzy narkotyków na obszarze całego kraju. 
Siedzieli przy okrągłym stole. Plecak, jak poprzedniego dnia, został w przedpokoju. Michał 
głaskał rudy łeb Pułkownika, który wydawał się z tego bardzo zadowolony. Zupełnie jakby to 
kto in: ny przed paroma minutami szczerzył żółte zębiska. 
-   Chyba zaczniemy od Adama i Ewy - powiedział blondyn zapalając długiego, bardzo 
cienkiego papierosa. 
Michał podejrzliwie przyjrzał się paczce leżącej na serwecie 
-   Z marihuaną cźy kokainą? - spytał złośliwie. Było mu w tej chwili wszystko jedno. Być 
może tak czuje się skazaniec na pięć minut przed śmiercią na elektrycznym krześle. 
Oczywiście, o ile ten skazaniec ma choć cień poczucia humoru. 
-   Nie są nawet perfumowane! - uśmiechnął się blondyn. -Po prostu ja nie jestem tym, za 
kogo mnie bierzesz. 
-   Był pan wszędzie tam, gdzie ja! - wybuchnął chłopiec. 
-  Tak. Prawie wszędzie. Jak sądzisz, dzięki komu udało ci się uciec z milicyjnej obławy w 
melinie na ulicy Dolnej? 
188 
-   Mówi pan o... Gdańsku? O melinie Mięcia? 

background image

-   A jakże. Nie aresztowano cię tam. Już zapomniałeś? Michał zmarszczył brwi. 
-   Obmyśliłem sobie wcześniej drogę ewakuacyjną - odparł pogardliwie. - Nikt mi niczego 
nie ułatwiał. 
Blondyn roześmiał się cicho. Ale nie był to śmiech radosny. 
-   I sądzisz, że ten skok szczupaka, sprytny, nie przeczę, sprawił, że nie dostrzegło cię sześciu 
dobrze wyszkolonych chłopaków? Czy wydaje ci się, że byli ślepi i głusi? Że nagle zbiorowo 
stracili zdrowy rozsądek? Że są gorszymi niż ty karatekami? 
Michał przygryzł usta. „Tak, w tym wszystkim jest jakieś ziarno prawdy - myślał splatając i 
rozplatając palce. - Ale co to ma znaczyć? Czyżby..." 
-   Proszę, niech mi pan odpowie - oczy chłopca wyrażały całe morze nieszczęść i krzywdy - 
czy jest pan członkiem tej bandy, czy... 
-   Wręcz przeciwnie - powiedział łagodnie Dziadek. - Wręcz przeciwnie, synku. Jarek jest... 
no, przedstaw się Michałowi, Jarku... 
-   Kapitan Jarosław Tygielski - odparł blondyn poważnie. -Oto moja legitymacja. 
Przez stół przeleciał prostokąt oprawny w granatową tekturę czy też płótno. 
Michał zmrużył oczy. Nie wyciągnął ręki po legitymację. Był zaskoczony, zmieszany i co tu 
dużo mówić, niezbyt z siebie zadowolony. Cała prawda docierała do niego dziwnie pomału. 
Sięgnął po dokument, nie mógł się przecież dłużej ośmieszać. 
-   A... nie jest fałszywa? - bronił się resztą sił. - Tyle się słyszy o przebierańcach w 
mundurach... 
-   Jak widzisz, nie jestem w mundurze... Dziadek westchnął. 
-   Jesteś twardą sztuką, chłopcze. Musi ci jednak wystarczyć moje słowo. Jest tak, jak 
powiedział. 
-    Księgowy... czy on zna kapitana? Dziadek zmarszczył obwisłe brwi. 
-   Tak. Zna. Ale nie wiedział, że Jarek był na Wybrzeżu. Że cię 
189 
śledził. Księgowy to osobny problem. Nie pora teraz, aby go roztrząsać. Niech mówi Jarek. 
Michał skinął głową. 
i popłynęła opowieść. O szerzącej się w kraju narkomanii, o walce milicji z. drobnymi 
gangami i frontalnym ataku przeciwko tym najgroźniejszym - handlarzom. Hurtownikom i 
półhurtowni-kom zaopatrzonym w nowoczesną aparaturę. 
-   Powstały już nie tylko meliny, w których domowym sposobem gotowano, ale całe 
laboratoria przerabiające białą śmierć -dorzucił kapitan. 
-   Wiedzieliście o statku „Ligia"? 
-  Tak. I od dawna śledziliśmy grupę. Niejedną zresztą. Nie spodziewaliśmy się tylko 
morderstw i pobić. W tym nas uprzedzili. 
-   A mój list? - spytał Michał gorzko. - Ten dostarczony na posterunek? 
Kapitan Tygielski ukazał w uśmiechu nieco krzywe zęby. 
-   Zostawiłeś na nim dziesiątki odcisków palców! Nie pomyślałeś, że łatwo je sprawdzimy? 
Michał wzruszył ramionami. 
-   W żaden sposób nie mogliście wiedzieć, że są moje. Kapitan parsknął śmiechem. 
-  Jeszcze dużo musisz się uczyć, Michał. Twoje odciski zdjąłem ze szklanki, którą piłeś sok, 
Pamiętasz tort beżowy w małym barku kawowym w Sopocie? Palce lizać! Tam gdzie spotkali 
się Przystojniak z Barym. 
-   Do licha! - Michał się wyraźnie zdenerwował. - W końcu kogo pan śledził? Archanioła czy 
mnie? 
-  Archanioła? - zdziwił się kapitan. - O Przystojniaku można powiedzieć wszystko, tylko nie 
to, że jest aniołem. 
-  Jest - upierał się Michał. - Z obrazu Botticellego. Kapitan i Dziadek wymienili spojrzenia. 

background image

-  Widzisz - sumitował się kapitan miękko - ja się nie zajmuję historią sztuki. Mało wiem o 
obrazach. Więcej o zbrodni. Chcesz wiedzieć, co się stało z twoim listem? 
-   Chcę. Bo na baby z telefonicznej centrali 997 w ogóle czło- 
wiek nie może liczyć. Pytała o moje nazwisko. Tak, jakbym to ja pobił starego rybaka! 
Kapitan westchnął. 
-   Tak. Nie da się ukryć. Czasami i nasi pracownicy przesypiają okazje. Ludzie są tylko 
ludźmi. Nieżyciowe przepisy i nas gnębią. I u nas nie brak biurokratów. Wracając do twego 
listu. Bardzo nam pomógł. Nie znaliśmy wtedy nazwiska „Gadała". Ty je podałeś jak na 
rożnie. To on ogłuszył starego Pierzchałę... rybaka, u którego mieszkałeś... 
-   Właściciela kutra „Nela"? 
-   Tak. Nie chciał współpracować z przemytnikami za żadne pieniądze. 
-   Sami wzięli łódź! 
-   Bo zmusiła ich do tego awaria innego kutra. Mieli taki z bardzo podrasowanym silnikiem. 
Byli w sytuacji podbramkowej. Stary Pierzchała przeżył. Pomogła mu czyjaś pierwsza 
pomoc. Nie wiesz czasem czyja? 
-   A oni? Co z przemytnikami? - przerwał Michał ostro. 
-   Siedzą. Twój Archanioł pękł bardzo szybko. Sypie swoich kumpli aż miło. Zdjęliśmy całą 
siatkę. Ale nie wtedy, gdy zabrali towar z morza. Nie mogliśmy czekać na nich na brzegu, jak 
zapewne chciałeś... 
-   Dlaczego? - Michał ma oczy duże i błyszczące. 
-   Bo musieli nas najpierw doprowadzić do szefa. Nie był nim przecież Archanioł, choć, nie 
przeczę, miał w tej swoistej hierarchii dość wysoką pozycję. Zbyt wysoką jak na takiego 
żulika. Zgubiła go chciwość i kompletny brak perspektywicznego myślenia. Wierzył, że jest 
nietykalny. 
-   Macie .tego szefa? 
-   Tak. To dość ważna figura na Wybrzeżu! Własny gabinet w państwowym 
przedsiębiorstwie, sekretarka, i podwójne życie. Teraz siedzi bez sekretarki. I długo posiedzi. 
Bardzo długo. 
-   Zna pan wyrok? - zakpił Michał. Kapitan Tygielski przesunął dłonią po oczach. 
-   Znam paragrafy. Jestem prawnikiem. 
-   Wasze paragrafy! - wybuchnął Michał. - Jesteście do nich 
190 
191 
podwiązani jak serdelki! Paragraf na to, na tamto! A jaki przewiduje pan dla mnie? Zapadło 
niezręczne milczenie. 
-   Dlaczego mylisz sprawy, Michał? - głos Dziadka brzmiał sucho. Stary spoglądał spod 
obwisłych brwi w kolorze popiołu. - Jarek dość dokładnie zrelacjonował ci historię ujęcia 
handlarzy narkotyków. To przecież im wypowiedziałeś wojnę. Nie kto inny, tylko ty sam! 
Wielki Mściciel. 
-   Każdy ma jakąś ksywę na szlaku! Dobrze pan o tym wie. Byłem Mścicielem, fakt. 
-   Dlaczego powiedziałeś: byłem? - zainteresował się kapitan, zapalając cienkiego papierosa 
w kolorze czekolady. 
-   Niech mnie pan nie łapie za słówka! - warknął Michał. - A zresztą dobrze, powiem. 
Skończyłem z gigantem. Teraz muszę się uczyć. 
Dziadek skrzywił wargi. 
-   Nie musisz się zaraz deklarować. Przemyśl najpierw wszystko. Lepiej nie wierzyć słowom 
poety: „Mierz siły na zamiary, nie zamiar według sił." Nie jesteś pierwszym uciekinierem w 
tym domu. Wysłuchałem już wielu słów. Nieczęsto się sprawdzały. Mierz raczej zamiar 
według sił. To jest, niestety, mniej romantyczne, ale bardziej realne. 

background image

Rozległ się brzęczyk u furtki. Dziadek poszedł otworzyć. Michał siedział w fotelu skubiąc 
frędzle serwety. Miał do siebie żal o ten wybuch.    .                                                      : 
-   Powiedzmy otwarcie - kapitan wpatrywał się w smugę dymu - zbyt wcześnie zaczęliśmy 
rozmowę na twój temat. 
Michał potrząsnął głową. 
-   Sam nie wiem. To nie tak łatwo po półrocznym gigancie wleźć z powrotem w szyny, które 
na dodatek prowadzą donikąd. 
-   Rozumiem. Tylko dlaczego donikąd? Są, nie przeczę, bocznice, ale na ogół szyny wiodą 
od miasta do miasta, od kraju do kraju... 
Rozległ się tupot wielu nóg. W drzwiach stanęli: Kiszka i Mrąg-wa, za nimi dwaj milicjanci 
w mundurach, a na końcu Dziadek. Kapitan Tygieiski zerwał się z fotela. 
192 
 
-   Co się stało? 
-   Kradli. W samie. - Dziadek rozłożył ręce w geście rozpaczy. - Oni! 
Od Kiszki bił na odległość zapach „małego żywieckiego". Mrągwa miał oczy wbite w 
podłogę i tylko trząsł się jak galareta. Michał skoczył do niego, otoczył ramieniem. 
Milicjanci na boku wymieniali cichymi głosami uwagi z kapitanem. 
-   Mrągwa, jak mogłeś? - w głosie Michała brzmiał ból. -Dlaczego nie przypilnowałeś? 
Mrągwa łykał łzy. 
-   Chciałem. Nie dało rady. 
Kiszka toczył po obecnych świetlistym wzrokiem. 
-  Jedno pyfko! Dwa pyfka... 
-  Wyjdź.!. - wrzasnął Dziadek. - Do łazienki! A ty z nim! Niech się prześpi, a wieczorem na 
dywanik! 
Michał stał na środku pokoju jak skamieniały. Tak się cieszył, że te dzieciaki znalazły w 
końcu opiekę. Odwrócił się, wstrząśnięty, słysząc za sobą z trudem powstrzymywany śmiech. 
Nie wierzył własnym oczom: to kapitan Tygieiski i Dziadek trzęśli się od chichotu. 
-   Jedno pyffko! - łkał kapitan ocierając oczy chusteczką. 
-   Drugie pyffko! - Dziadek siąkał w kraciastą płachtę wielkości średniego prześcieradła. 
Michał poczuł nagle łaskotanie w gardle. Zanim się opamiętał, zanim opanował, trzęsły mu 
się ze śmiechu plecy. 
-  Jed- no pyffko! 
Ale i śmiech ma swoje granice. W końcu wszyscy otrzeźwieli na tyle, by wysłuchać relacji 
kapitana. 
-   Kiszka rąbnął w samie kilka butelek żywieckiego. Trzy wypił natychmiast, jeszcze w 
sklepie. Resztę chciał wynieść pod koszulą, kretyn! Mrągwa podniósł taki raban, chcąc go 
powstrzymać, że bez trudu dali się capnąć kierownikowi sklepu. Ten zadzwonił po milicję. I 
to wszystko. 
-   Nie mieli już pieniędzy? - zmartwił się Michał. - Nie mieli czym zapłacić? 
193 
-   Nie mieli - odparł Dziadek. - Całą swoją forsę wydali na grę w czerwone i czarne. A 
ponadto zabroniłem im kupowania piwa. To był warunek ich pobytu u mnie. 
-   Wyrzuci ich pan? - jęknął Michał. - To są świetne dzieciaki! Co prawda, uciekinierzy, ale 
w ich przypadku lepiej im na szlaku niż w pijackiej melinie tatusiów. 
Kapitan Tygielski przysiadł na poręczy. Miał twarz zmęczoną, pobrużdżoną zmarszczkami. 
Wydawał się w tej chwili o wiele starszy. 
-  Zrozum, że w naszym kraju dzieci nieletnie nie mogą się pętać bez opieki! Nawet psy 
należy odprowadzić do schroniska. Na tym, między innymi, polega człowieczeństwo. Ja nie 

background image

twierdzę, że w domu Kiszki jest choćby jedna osoba, która mogłaby go wychować na 
uczciwego człowieka. Ale państwo musi mu zapewnić jakieś miejsce. 
-   W Izbie Milicyjnej albo w poprawczaku! Tam się dopiero nauczy życia! Już ja coś o tym 
słyszałem. I widziałem! 
Dziadek pokiwał głową. 
-   Wiemy. Wszystko to wiemy. Są jednak jeszcze inne możliwości. Domy Rodzinne, 
kuratorzy... nie wpakujemy ich byle gdzie... 
-   A propos - wtrącił kapitan. - Może coś wiesz o pewnych sumach pieniędzy, które ostatnio 
wpływały pod rozmaite adresy. Głównie, właśnie, do rodzin zastępczych. Nadawcy byli dość 
znani. Na przykład: Kapitan Kloss, Robinson Crusoe? Co? Nic ci to nie mówi? 
Michał uśmiechnął się. Był to zaledwie cień uśmiechu. 
-   0 tym także pan wie? Księgowy zdradził? Kapitan potrząsnął głową. 
-   Niczego nie zdradził. Wiem przecież, że dysponowaliście olbrzymią fortuną. Czy nie tak? 
Michał skinął głową. Nie miało sensu się wypierać, 
-   Tak. Dla siebie wziąłem tylko tyle, ile trzeba. Trochę wydałem na książki. 
-   A przedtem na swetry dla Kiszki i Mrągwy - wtrącił Dziadek. - Oni mają jednak 
kryształowe dusze. 
194 
-   I lepkie łapy! - dorzucił kapitan. - Te pieniądze nie przepadły^ oczywiście. Trafiły do rąk 
potrzebujących. Tylko że to nie wy powinniście o tym decydować. 
Michał wzruszył ramionami. 
-   Może ma pan rację. Ale to t?ył zupełny przypadek. Dałem fałszywe narkotyki. Zwykła 
kuchenna sól. Potem zaraz wpadła milicja. I pieniądze zostały w moich rękach. 
-   Tak, wiem. Zatrzymani zeznali wszystko. Milicja przegapiła ten stos złotówek. Wpadłi, 
widać, o minutę za późno.>A ty, Michał, czułeś się jak Robin Hood? Co odbiera złym i 
bogatym, by dać biednym i dobrym? 
-   Mniej więcej.- uśmiechnął się chłopiec. I był to prawdziwy uśmiech, z serca*. - To 
wspaniałe uczucie móc dawać! 
-   Ale nie kradzione - westchnął Dziadek. - Zarób sam i podziel się, proszę bardzo, twoje 
prawo. Ale nie kradzione! 
-   Nawet takim... zgredom? 
-   Nawet. Dura lex, sed lex. To po łacinie: prawo jest twarde, ale jest prawem! Każdy 
cywilizowany kraj tworzy prawo. I musi się nim kierować. 
-   A co będzie z Kiszką? - spytał Michał cicho. Dziadek uderzył dłonią w oparcie fotela. 
-   Martw się, co będzie z tobą! 
-   Wróci do domu. Do matki, siostry... - powiedział spokojnie kapitan. 
-   A do ojca? - oczy Michała ciskały błyskawice. - Czyżby o nim pan zapomniał? 
Kapitan spuścił wzrok. 
-   Dobrze. Powiem ci wszystko. I tak byś się dowiedział wcześniej czy później. Twój ojciec 
opuścił dom... 
-   Wyjechał zagranicę? - wyszeptał Michał. - Do tych willi i basenów z niebieskimi 
kafelkami? 
-   Nie. - Kapitan Tygielski zaciągnął się dymem. - Rozstali się z matką. Ale płaci na was... i 
martwi się o ciebie. 
-   Dlaczego? - oczy Michała były ciemne jak jaskinie. 
-   Dlaczego płaci? 
-   Nie! - chłopiec mówił wolno i cicho. - Dlaczego się mar- 
195 
twi? Teraz? A przedtem nie miał czasu? Nikt nie miał czasu? Dla Sabiny też nie mieli czasu? 
Ważne były pieniądze, stanowisko, szefowie, kto wyjechał, serdelki, mięso z kością i kapcie 

background image

do szkoły! Nieważne było tylko to, co w tych kapciach łaziło! - Łzy rzuciły mu się z oczu. 
Płakał bezgłośnie, nie mogąc wykrztusić ani jednego słowa więcej. Płakał nie tylko we 
własnym imieniu. Płakał za Kiszkę, Mrągwę, Księgowego, łysą dziewczynę od popper-sów i 
czarnoustą Gośkę od punków. 
I płakał za wszystkie najpiękniejsze i najbardziej błękitne motyle tego świata. 
Michał zbudził się następnego ranka w łóżku, na pięterku. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie 
rozebrał się na noc. Tylko niedbale zrzucone adidasy poniewierały się na środku pokoju. 
Spojrzał w okrągły bulaj nad głową. Na tle jasnego nieba kiwała się gałąź jarzębiny upstrzona 
gronami jagód. Były tak pięknie czerwone, że uśmiech wypełzł mu na usta. Wstał, wziął 
gorący prysznic i mocno wytarł się włochatym ręcznikiem. Czuł straszliwy głód i dziwną 
lekkość w sercu. „Widać ulżyło mi, choć zrobiłem niezłe przedstawienie tam, na dole. 
Trudno. Człowiek nie może stale trzymać nerwów na postronku. Czasem pęka". 
Zszedł na dół węsząc zapach kawy. W kuchni był Dziadek w ciepłym szlafroku. Robił sobie 
grzanki w tosterze. 
-   Lubisz taki przypieczony chleb? 
Michał skinął głową. Usiadł przy stole nakrytym ceratą w czer^ woną kratkę. Tu i ówdzie 
lśniły na niej krople miodu. Wszedł Pułkownik dzwoniąc medalami. Przyniósł je w pysku, 
nanizane na wstążeczkę. 
-   Chce się nimi przed tobą pochwalić - uśmiechnął się Dziadek gładząc psie uszy. - Nie jest 
rasowy, ale my tu urządzamy raz w roku wystawę najpiękniejszych psów kundlowatych. Też 
dostają medale. 
Michał zmusił się do uśmiechu. 
-   Przepraszam pana. Za wczorajsze. Dziadek wrzucił mu na talerz chrupiącą kromkę. 
-   Nie ma za co. Jesteś wyjątkowo twardy, Mścicielu. To ci 
196 
pomoże w życiu. Inni pękają z hukiem. A potem są jak dmuchawce: ulatują ich marzenia. 
Zostaje pusty pęd, który niczego już nie wyda. Ty mi się podobasz. Choćby dlatego, że masz 
fantazję i poczucie humoru. To ważne. Nie będziesz ponurakiem, który wszystko ma za złe. I 
chyba dobrze wiesz, o co ci w życiu chodzi. Jarek poszedł na pocztę zadzwonić do matki... . - 
Do mojej? - Michał przełknął kęs. Teraz wydawało mu się, że mu następny rośnie w ustach. 
-  Tak. Chce, żebyście sobie porozmawiali tutaj. Na neutralnym gruncie. Myślę, że to dobry 
pomysł, co? 
Michał wolno skinął głową. Nie mógł sobie wyobrazić tej rozmowy z matką. Ale 
podświadomie się ucieszył. Był już zmęczony dotychczasową sytuacją. Pół roku to szmat 
czasu. Wyobraźnia podesłała mu obraz miasteczka gdzieś w centralnej Polsce: gotycki 
kościół, parafia, rynek z apteką i ośrodkiem zdrowia, targ w każdy czwartek, szkoła, 
podstawowa', do której chodził nie tak przecież dawno, „jego liceum", jak się o nim wyrażał - 
w bocznej ulicy nad kanałem, gdzie wiosną łowili żaby, nowe osiedle „Na górce", jakieś „M - 
ćwierć" na piętrze, kuchnia z kafelkami i ta powszedniość wyłażąca ze wszystkich kątów 
mieszkania, gdzie snuli się ludzie zajęci wyłącznie własnymi sprawami. 
-  Ja tam nie wrócę - powiedział twardo. - Nie wrócę! Chcę pójść do liceum plastycznego. Jest 
tutaj, w tym mieście. Zamieszkam w jakimś internacie. Mama będzie musiała się zgodzić. 
Zarobię korepetycjami, latem w OHP. Zarobię na siebie! 
-   Ostatnio przywykłeś kraść - wtrącił Dziadek nie stropiony wybuchem Michała. 
Chłopiec spojrzał mu w oczy. Z łyżeczki na ceratę kapał gęsty miód. 
~ Z tyjn koniec. Ale na wakacje pojadę w Polskę. Za zarobione pieniądze. I będę pomagał 
tym, co na szlaku. Takim jak Lucuś, Łysy, Kiszka czy Gośka od punków. Im trzeba pomagać, 
proszę pana. Są zagubieni, nieszczęśliwi, czasem chorzy. Milicja wszystkich nie wyłapie. 
Ktoś musi być z uciekinierami. Pan wie, ilu ich jest? Muszą być tacy jak Księgowy, ja... 
Dziadek popijał mocną kawę z odrobiną cukru i mleka. 

background image

197 
-   Mówisz, że chciałbyć do liceum plastycznego? 
-   Tak. Poduczę się i zdam. Choćbym miał stracić ten rok... pójdę do pracy i będę się uczył. 
Ja, proszę pana, jestem już dziś innym człowiekiem. 
Dziadek odstawił filiżankę. 
-   Tak. Wierzę ci. I pomogę. - Michał miał twarz rozjaśnioną. Jego suche, wypłowiałe od 
słońca włosy sterczały zabawnie na wszystkie strony jak miotła. - Pójdziemy do fryzjera. 
Musisz się ostrzyc. Tak, wierzę, że jesteś już kim innym. A i stary mędrzec Heraklit 
powiedział... 
-   Do tej samej rzeki wstępujemy i nie wstępujemy, jesteśmy i nie jesteśmy - dokończył cicho 
Michał. 
Stary pan spojrzał na niego szczerze zdumiony. ~ Wiesz więcej, niż myślałem. 
-   Nic nie wiem! - powiedział Michał wpatrzony w parę ulatującą z czajnika. - To czysty 
przypadek. Ale chciałbym wiele umieć. I zobaczyć tego Botticellego w oryginale! 
Następnego wieczora stali z kapitanem na peronie przestronnego wrocławskiego dworca. 
Czekali na matkę, która z Sabiną jechała na spotkanie z synem marnotrawnym. 
-   Biblijna sytuacja, co, Michał? 
Nie odpowiedział. Był chłodny i spokojny. Nie drżało mu serce. Od rozmowy z Dziadkiem 
wiedział, że musi sam wygrać swój los. Był przygotowany na ciężką walkę, i czuł, że stoczy 
ją zgodnie z własnym sumieniem. „Dobrze że Kiszka nie pójdzie do Domu Dziecka, dobrze, 
że handlarze siedzą za kratami! Szkoda matki, jej łez i niepokoju. Tego szkoda. Ale każdy 
musi wiedzieć, że będzie miał takie życie, na jakie sobie zapracuje". 
-   Chciałem cię spytać - kapitan spod przymrużonych oczu obserwował zmienną twarz 
chłopca - czy ten system pocztowy, jaki stworzyliście na gigancie, zdawał egzamin? 
Michał uśmiechnął się. Teraz był naprawdę zwykłym chłopcem skorym do psot. 
-   Oczywiście. Wozimy te kartki do rodzin w różne strony kraju. Stempel pocztowy jest 
zawsze z miejscowości, gdzie nas już od dawna nie ma. A oni wiedzą, że żyjemy, że nic się 
złego nie 
198 

dzieje, propagujemy tę metodę u nowych uciekinierów. Tb ma sens.; 
Odezwał się megafon: 
- Pociąg pospieszny z Bydgoszczy wjeżdża na tor czwarty przy peronie ósmym. Prosimy 
odsunąć się od toru... 
„Nie - myśli Michała układają się logicznie - nie odsuwać się od toru, tylko bardzo uważać! 
Ten tor zaprowadzić może wszędzie: do radości lub smutku. Na supergigant lub do zwykłego 
ludzkiego szczęścia. Nie odsuwać się od toru, tylko cholernie uważać!" 
Dwa snopy świateł elektrowozu ukazały się nad błyszczącymi torami. Pociąg kończył bieg. 
ISIS 
199 
©   Copyright by Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia", Warszawa 1989 
Redaktor Ewa Grab', wska 
Redaktor techniczny Janina Ściechowska 
Korektor Monika Paszkowicz 
СІР - Biblioteka Narodowa 
Boglar Krystyna 
Supergigant z motylem / Krystyna Boglar . - Warszawa : „Nasza Księgarnia", 1989 . -  (Klub 
Siedmiu Przygód) 
ISBN 83-10-09350-0 
PRINTED IN POLAND 

background image

Instytut wydawniczy „Nasza Księgarnia", Warszawa 1989. 
Wydanie pierwsze. Nakład 40000 + 250 egzemplarzy. 
Ark. wyd. 10,7  >\rk. druk. A1 - 12,5. 
Oddane do вхййапіа w kwietniu 1988 r. 
Podpisano do druku w czerwcu 1989 r. 
Zakłady Graficzne w Gdańsku. Zam. nr 1390/88 A-87