background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM PIERWSZY 

 

 

Dziewi ciu Ksi

Amberu 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Koszmar zbli ał si  ku ko cowi, lecz miałem wra enie,  e trwał cał  

wieczno .  

      Spróbowałem poruszy  palcami u nóg - udało mi si . Le ałem na szpitalnym 

łó ku i miałem obie nogi w gipsie, ale przynajmniej wci  je miałem.  

      Trzykrotnie zacisn łem i otworzyłem powieki.  

      Pokój przestał mi wirowa  przed oczami.  

      Gdzie, u diabła, byłem?  

      Po chwili za mienie zacz ło ust powa  i wróciła mi cz ciowo pami . 

Przypomniałem sobie długie noce, piel gniarki i igły. Za ka dym razem, kiedy 

zaczynało mi si  nieco rozja nia  w głowie, kto  wchodził i co  mi wstrzykiwał. 

Tak to wygl dało, dokładnie tak. Teraz jednak, skoro przyszedłem ju  troch  do 

siebie, b d  musieli z tym sko czy .  

      Ale czy sko cz ?  

      I naraz jak obuchem uderzyła mnie my l: niekoniecznie.  

      Wrodzony sceptycyzm co do szlachetno ci ludzkiej natury nie pozwolił mi na 

zbytni optymizm. Zrozumiałem,  e od dłu szego czasu odurzano mnie 

narkotykami. Nie miałem poj cia dlaczego, ale te  nie widziałem powodu, dla 

którego miano by zaprzesta  tych praktyk, je li im za to płacono. Musisz 

zachowa  zimn  krew i udawa ,  e jeste  nadal zamroczony - podpowiedziało mi 

moje drugie, gorsze, cho  zapewne i m drzejsze ja.  

      Tak te  uczyniłem.  

      Kiedy w jakie  dziesi  minut pó niej zajrzała przez drzwi piel gniarka, 

oczywi cie wci  słodko chrapałem. Odeszła. Przez ten czas zd yłem ju  

cz ciowo zrekonstruowa , co zaszło.  

      Uprzytomniłem sobie niejasno,  e miałem jaki  wypadek. To, co było potem, 

pami tałem jak przez mgł , a tego, co było przedtem, nie pami tałem zupełnie. 

Ale przypomniałem sobie,  e najpierw przebywałem w szpitalu, a dopiero pó niej 

przeniesiono mnie tutaj. Dlaczego? Nie miałem poj cia.  

      Czułem,  e nogi mi si  ju  zrosły i s  na tyle silne,  e mog  spróbowa  stan . 

Nie zdawałem sobie sprawy, ile czasu upłyn ło od ich złamania, ale wiedziałem,  e 

były złamane.  

      Usiadłem. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, gdy  bolały mnie wszystkie 

mi nie. Na dworze było ju  ciemno i zza okna mrugało na mnie kilka gwiazd. 

Odmrugn łem im i przerzuciłem nogi przez kraw d  łó ka.  

      Zakr ciło mi si  w głowie, ale tylko przez chwil ; wstałem i trzymaj c si  

por czy u wezgłowia zrobiłem ostro nie pierwszy krok.  

      W porz dku. Trzymałem si  na nogach.  

      A wi c teoretycznie mogłem wyj  st d o własnych siłach.  

      Wróciłem do łó ka, wyci gn łem si  i zacz łem rozmy la . Ciało miałem zlane 

potem i trz słem si  jak w febrze. Przed oczami migotały mi kolorowe plamki.  

      Co  si  psuje w pa stwie du skim...  

      To był wypadek samochodowy, uzmysłowiłem sobie. Cholernie nieprzyjemny 

wypadek...  

      Wtem drzwi si  otworzyły wpuszczaj c troch   wiatła i przez 

background image

 

wpółprzymkni te powieki zobaczyłem piel gniark  ze strzykawk . Miała szerokie 

biodra, ciemne wtosy i muskularne r ce. Kiedy zbli ała si  do łó ka, usiadłem.  

      - Dobry wieczór - powiedziałem.  

      - Ale ... dobry wieczór - odparła.  

      - Kiedy st d wychodz ? - spytałem.  

      - B d  musiała zapyta  lekarza.  

      -  wietnie, niech pani zapyta.  

      - Prosz  podwin  r kaw.  

      - Nie, dzi kuj .  

      - Musz  zrobi  panu zastrzyk.  

      - Nic podobnego. Nie potrzebuj   adnego zastrzyku.  

      - O tym decyduje lekarz.  

      - Wi c niech tu przyjdzie i sam mi to powie. A na razie nic z tego.  

      - Przykro mi, ale musz  słucha  polece  moich przeło onych.  

      - Tak samo tłumaczył si  Eichmann i sama pani wie czym si  to dla niego 

sko czyło - pokr ciłem wolno głow .  

      - Skoro tak - o wiadczyła - b d  musiała zameldowa  o tym...  

      - Doskonale. I prosz  przy okazji powiedzie ,  e jutro rano si  wypisuj .  

      - To niemo liwe. Nie mo e pan nawet chodzi ... i miał pan obra enia 

wewn trzne...  

      - Zobaczymy - powiedziałem. - Do widzenia.  

      Odwróciła si  i wyszła bez odpowiedzi.  

      Le ałem i rozmy lałem. Byłem chyba w jakiej  prywatnej klinice - a wi c kto  

musiał pokrywa  rachunek. Kto? Przed oczami nie stan li mi  adni krewni. Ani 

przyjaciele. Któ  wi c pozostawał? Wrogowie?  

      Usiłowałem przywoła  ich w pami ci.  

      Pustka.  

      Nie zgłosił si   aden kandydat do tego miana.  

      Nagle przypomniałem sobie,  e auto, którym jechałem, spadło ze skały prosto 

do jeziora. I to było wszystko, co pami tałem.  

      Jestem...  

      Wyt yłem pami  i znów poczułem,  e oblewa mnie pot.  

      Nie wiedziałem, kim jestem.  

       eby si  czym  zaj , usiadłem i odwin łem banda e. Wygl dało na to,  e pod 

spodem wszystko jest w porz dku i  e post piłem słusznie. Za pomoc  

metalowego pr ta, wyj tego z wezgłowia łó ka, zerwałem teraz gips z prawej 

nogi. Miałem nieodparte wra enie,  e musz  si  szybko st d wydosta ,  e czekaj  

na mnie jakie  nie cierpi ce zwłoki sprawy.  

      Sprawdziłem, jak spisuje si  moja prawa noga. Była zdrowa. Zerwałem gips z 

lewej nogi, wstałem i podszedłem do szafy. Nie wisiało w niej  adne ubranie.  

      Wtem usłyszałem kroki. Wróciłem do łó ka i przykryłem si , zasłaniaj c 

zerwany gips i zdarte banda e. Drzwi ponownie si  otworzyły.  

      Rozbłysło  wiatło - przy  cianie z r k  na kontakcie stał muskularny osiłek w 

białym fartuchu.  

      - Podobno wojuje pan z piel gniark ? I co zrobimy z tym fantem? - zapytał i 

trudno ju  było udawa ,  e  pi .  

background image

 

      - No wła nie - odparłem. - Co z nim zrobimy?  

      Zmarszczył brwi skonsternowany, a potem oznajmił:  

      - Pora na zastrzyk.  

      - Czy jest pan lekarzem? - spytałem.  

      - Nie, ale otrzymałem polecenie,  eby zrobi  panu zastrzyk.  

      - A ja si  nie zgadzam - powiedziałem - do czego mam pełne prawo. I co pan 

na to?  

      - Dostanie pan swój zastrzyk tak czy inaczej - o wiadczył i podszedł z lewej 

strony do łó ka. Trzymał w r ce strzykawk , któr  dot d chował za plecami.  

      Wymierzyłem mu paskudny cios, jakie  dziesi  centymetrów poni ej pasa, 

który rzucił go na kolana.  

      - ...! - zakl ł, kiedy odzyskał głos.  

      - Spróbuj podej  do mnie Jeszcze raz, kochasiu - zagroziłem - to dopiero 

zobaczysz.  

      - Ju  my mamy swoje sposoby na takich pacjentów - wysapał.  

      Zrozumiałem,  e najwy szy czas działa .  

      - Gdzie moje ubranie? - spytałem.  

      - ...! - powtórzył.  

      - Wobec tego b d  musiał wzi  pa skie. Prosz  mi je da .  

      Trzecia wi zanka ju  mnie znudziła, zarzuciłem mu wi c kołdr  na głow  i 

stukn łem go metalowym pr tem.  

      Nie min ły dwie minuty, a byłem od stóp do głów w bieli, niczym Moby Dick 

lub lody waniliowe. Obrzydlistwo.  

      Wepchn łem osiłka do szafy i wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem ksi yc w 

nowiu wisz cy nad rz dem topoli. Trawa była srebrzysta i połyskuj ca. Noc 

przekomarzała si  niemrawo ze  witem. Nie dostrzegłem niczego, co by mi 

pomogło zlokalizowa  to miejsce. Stałem na drugim pi trze jakiego  budynku, a 

kwadratowa plama  wiatła w dole na lewo wskazywała,  e na parterze kto  pełni 

dy ur.  

      Wyszedłem z pokoju i rozejrzałem si  po korytarzu. Na lewo ko czył si  

cian  z oknem i miał jeszcze czworo drzwi, po parze z ka dej strony. Zapewne 

prowadziły do podobnych pokoi jak mój. Podszedłem do okna: tak samo trawnik, 

drzewa, noc - nic nowego. Odwróciłem si  i skierowałem w drug  stron .  

      Drzwi, drzwi, drzwi, spod  adnych smugi  wiatła, a jedyny odgłos to moje 

kroki w za du ych, po yczonych butach.  

      Zegarek osiłka wskazywał pi t  czterdzie ci cztery. Za paskiem, pod białym 

kitlem sanitariusza, miałem metalowy pr t, który przy ka dym ruchu ocierał mi 

si  o biodro. Z sufitu co jakie  pi  metrów padało blade, czterdziestowatowe 

wiatło  arówki.  

      Schody skr cały w prawo w dół, były puste i wyło one chodnikiem. Pierwsze 

pi tro wygl dało tak samo jak drugie: rz dy pokoi, nic wi cej; schodziłem wi c 

dalej. Kiedy znalazłem si  na parterze, skierowałem si  w prawo szukaj c drzwi, 

spod których s czyło si   wiatło.  

      Znalazłem je tu  przy ko cu korytarza i nie zadałem sobie trudu,  eby 

zapuka .  

      Za wielkim l ni cym biurkiem siedział facet w jaskrawym płaszczu 

background image

 

k pielowym przegl daj c jak  kartotek . Spojrzał na mnie ze zło ci  i usta ju  

zło yły mu si  do krzyku, który jednak uwi zł mu w gardle, mo e z powodu 

mojej gro nej miny. Wstał szybko zza biurka.  

      Zamkn łem drzwi za sob , podszedłem i powiedziałem;  

      - Dzie  dobry. Narobił pan sobie kłopotów.  

      Najwyra niej kłopoty zawsze budz  ciekawo , bo ju  po trzech sekundach, 

jakie zaj ło mi przej cie przez pokój, padły słowa:  

      - Co to znaczy?  

      - To znaczy - wyja niłem -  e czeka pana proces o przetrzymywanie mnie w 

odosobnieniu oraz drugi proces o niedozwolone praktyki lekarskie i nadu ywanie 

narkotyków. Je li o mnie chodzi, to ju  cierpi  na głód narkotyczny i mog  zrobi  

co  nieobliczalnego...  

      Stał i patrzył na mnie.  

      - Prosz  st d wyj  - za dał.  

      Zobaczyłem na biurku paczk  papierosów. Pocz stowałem si  i powiedziałem:  

      - Niech pan siada i zamknie buzi . Mamy par  spraw do omówienia.  

      Usiadł, ale buzi nie zamkn ł.  

      - Przekroczył pan cały szereg przepisów - stwierdził.  

      - Wobec tego s d rozstrzygnie, po czyjej stronie le y wina - zareplikowałem. - 

Prosz  odda  mi ubranie i wszystkie rzeczy.  

      - W pa skim stanie zdrowia nie mo e pan...  

      - Nikt pana nie pytał o zdanie. Albo si  pan pospieszy, albo b dzie pan 

odpowiadał przed s dem.  

      Si gn ł do dzwonka na biurku, ale trzepn łem go w r k .  

      - Trzeba to było zrobi , kiedy wszedłem. Teraz jest ju  za pó no. Poprosz  

ubranie - powtórzyłem.  

      - Panie Corey, pa skie zachowanie jest doprawdy...  

      Corey?  

      - Nie ja wybierałem sobie t  klinik  i z pewno ci  mam prawo w ka dej chwili 

zrezygnowa  z waszych usług. Teraz wła nie ta chwila nadeszła.  

      - Ale  pa ska forma w  adnym razie nie pozwala mi pana wypisa . Nie mog  

do tego dopu ci . Musz  wezwa  kogo ,  eby odtransportował pana do pokoju i 

poło ył do łó ka.  

      - Niech pan tylko spróbuje - powiedziałem - a przekona si  pan, w jakiej 

jestem formie. A teraz do rzeczy. Przede wszystkim mam kilka pyta : kto mnie 

tu umie cił i kto za mnie płaci?  

      - Jak pan sobie  yczy - westchn ł, a jego rzadkie, rudawe w sy opadły jeszcze 

ni ej. Otworzył szuflad  i si gn ł do niej, ale ja miałem si  na baczno ci. 

Wytr ciłem mu rewolwer z r ki, zanim zd ył go odbezpieczy  - był to 

automatyczny colt kaliber 32, bardzo zgrabny. Sam odbezpieczyłem zamek, 

wycelowałem w niego i powiedziałem:  

      - Teraz odpowie mi pan na moje pytania. Najwyra niej uwa a mnie pan za 

kogo  niebezpiecznego. By  mo e ma pan racj .  

      U miechn ł si  niewyra nie i zapalił papierosa, co było bł dem, je li chciał mi 

udowodni ,  e zachował zimn  krew. R ce mu si  trz sły.  

      - Niech b dzie, Corey - powiedział. - Skoro ma to pana uszcz liwi : umie ciła 

background image

 

tu pana pa ska siostra.  

      ? - pomy lałem.  

      - Która siostra? - spytałem.  

      - Evelyn - odparł.  

      Nic mi to nie mówiło.  

      - Ale  to nonsens - zaprotestowałem. - Nie widziałem jej od lat. Nie wiedziała 

nawet, gdzie jestem.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Niemniej...  

      - Gdzie ona teraz mieszka? Chciałbym j  odwiedzi  - powiedziałem.  

      - Nie mam jej adresu pod r k .  

      - To niech go pan wyszuka.  

      Wstał, podszedł do kartoteki, otworzył j , przejrzał, wyci gn ł kart .  

      Przeczytałem j  uwa nie. Pani Evelyn Flaumel... Nowojorski adres równie  

był mi nie znany, ale wbiłem go sobie do głowy. Jak wynikało z karty, miałem na 

imi  Carl.  wietnie. Coraz wi cej danych.  

      Wsadziłem rewolwer za pasek obok pr ta, oczywi cie uprzednio go 

zabezpieczywszy.  

      - No dobra - powiedziałem. - A teraz gdzie jest moje ubranie i ile zamierza mi 

pan zapłaci ?  

      - Pa skie ubranie zostało zniszczone podczas wypadku - odparł - i nie ulega 

najmniejszej w tpliwo ci,  e miał pan złamane obie nogi, lew  nawet w dwóch 

miejscach. Prawd  mówi c nie rozumiem, jakim cudem stoi pan o własnych 

siłach. Min ły zaledwie dwa tygodnie...  

      - Zawsze szybko wracałem do zdrowia - wyja niłem. - Przejd my teraz do 

kwestii pieni dzy...  

      - Jakich pieni dzy?  

      - W ramach ugody, dzi ki której nie zaskar  pana do sadu za niezgodne z 

etyk  lekarsk  praktyki i te inne sprawy.  

      - Niech pan nie b dzie  mieszny.  

      - Kto tu jest  mieszny? Zgodz  si  na tysi c, w gotówce, do r ki.  

      - Nie ma nawet o czym mówi .  

      - Niech si  pan lepiej zastanowi, czy to si  panu opłaci, niech pan pomy li o 

szumie, jaki si  podniesie wokół kliniki, je li nadam sprawie rozgłos jeszcze przed 

procesem. Z cał  pewno ci  skontaktuj  si  ze Stowarzyszeniem Lekarzy, z 

pras , z...  

      - To szanta  - powiedział. - Nie zamierzam si  przed tym ugi .  

      - B dzie pan musiał zapłaci  teraz albo potem, po procesie - ci gn łem. - Mnie 

jest wszystko jedno. Ale teraz b dzie taniej.  

      Wiedziałem,  e je li zmi knie, to znaczy, i  moje podejrzenia były słuszne.  

      Patrzył na mnie ponuro, sam nie wiem jak długo. W ko cu powiedział:  

      - Nie mam przy sobie tysi ca dolarów.  

      - To niech pan wymieni jak  rozs dn  sum .  

      Znów zamilkł, a potem rzekł:  

      - To złodziejstwo.  

      - Nie w przypadku, kiedy kupuje pan za to milczenie. No wi c, ile pan 

background image

 

proponuje?  

      - Mam w sejfie jakie  pi set dolarów.  

      - Niech b dzie.  

      Po zbadaniu zawarto ci małego sejfu w  cianie oznajmił,  e znalazł tylko 

czterysta trzydzie ci dolarów, a ja nie zamierzałem zostawia  tam odcisków 

palców tylko po to,  eby sprawdzi , czy mówi prawd . Przyj łem wi c t  sum  i 

wepchn łem banknoty do kieszeni.  

      - Gdzie jest najbli sze przedsi biorstwo taksówkowe obsługuj ce t  okolic ?  

      Podał mi nazw , wyszukałem j  w ksi ce telefonicznej i przekonałem si ,  e 

jestem w stanie Nowy Jork. Kazałem mu wezwa  taksówk , bo nie znałem nazwy 

kliniki, a nie chciałem si  zdradza  przed nim z lukami w pami ci. Ostatecznie 

jeden z banda y, które zdj łem, był okr cony wokół mojej głowy.  

      Kiedy zamawiał taksówk , usłyszałem adres: Szpital Prywatny w Greenwood.  

      Zgasiłem papierosa, wyj łem nast pnego i ul yłem moim nogom o jakie  sto 

kilogramów, siadaj c w br zowym fotelu przy półce z ksi kami.  

      - Poczekamy sobie tutaj, a potem odprowadzi mnie pan do drzwi - 

powiedziałem.  

      Nie odezwał si  ju  ani słowem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 2 

 

Było około ósmej rano, kiedy taksówkarz wysadził mnie na pierwszym 

lepszym rogu najbli szego miasta. Zapłaciłem mu i przez jakie  dwadzie cia 

minut wał sałem si  bez celu. W ko cu wszedłem do restauracji, usiadłem przy 

stoliku i zamówiłem sok pomara czowy, dwa jajka na boczku, grzanki i trzy 

fili anki kawy. Boczek był za tłusty.  

      Po wi ciłem na  niadanie dobr  godzin , a potem poszedłem na poszukiwanie 

sklepu z odzie  i poczekałem do dziewi tej trzydzie ci, a  go otworz .  

      Kupiłem spodnie, trzy sportowe koszule, pasek, bielizn  i par  wygodnych 

butów. A tak e chusteczk  do nosa, portfel i grzebie .  

      Nast pnie znalazłem dworzec autobusowy i wsiadłem do autobusu do Nowego 

Jorku. Nikt nie próbował mnie zatrzyma . Nikt mnie nie  ledził.  

      Podczas drogi obserwowałem jesienny, wietrzny krajobraz pod jasnym, 

zimnym niebem i sumowałem w my lach wszystko, co wiem o sobie i swojej 

sytuacji.  

      Zostałem umieszczony w szpitalu w Greenwood jako Carl Corey przez moj  

siostr  Evelyn Flaumel. Stało si  to na skutek wypadku samochodowego, który 

wydarzył si  jakie  pi tna cie dni temu i w którym połamałem sobie obie nogi, 

obecnie ju  zro ni te. Nie pami tałem swojej siostry Evelyn. Lekarze z 

Greenwood dostali polecenie,  eby utrzymywa  mnie w stanie zamroczenia i 

przestraszyli si  konsekwencji prawnych, kiedy zagroziłem im s dem. Dobrze. 

Kto  z jakich  przyczyn si  mnie boi. Rozegram t  gr  do ko ca i zobaczymy, co z 

tego wymknie.  

      Zmusiłem si ,  eby wróci  pami ci  do wypadku samochodowego i 

rozpami tywałem to a  do bólu. To nie był wypadek. Odniosłem takie nieodparte 

wra enie, cho  nie wiedziałem dlaczego. Ale dowiem si , jak było naprawd , i 

kto  mi zapłaci. Kto  mi drogo zapłaci. Gniew, straszny gniew chwycił mnie za 

gardło. Ka dy, kto podniósł na mnie r k , kto próbował zrobi  mi krzywd , 

czynił to na własne ryzyko i teraz otrzyma stosown  zapłat ; kimkolwiek by był. 

Ogarn ła mnie  dza mordu,  dza unicestwienia przeciwnika i czułem,  e 

zdarza si  to nie po raz pierwszy i  e ulegałem ju  tej  dzy w przeszło ci. I to 

nieraz.  

      Patrzyłem przez okno na opadaj ce li cie.  

      Po przyje dzie do metropolii przede wszystkim poszedłem do fryzjera ogoli  

si  i ostrzyc, a potem zmieniłem w toalecie koszul  i podkoszulek, bo nie cierpi  

drapi cych resztek włosów na plecach. Automat kaliber 32, nale cy do 

bezimiennego indywiduum z Greenwood, spoczywał w prawej kieszeni mojej 

marynarki. Gdyby kto  z kliniki albo moja siostra chcieli, aby mnie zatrzymano, 

posiadanie broni bez zezwolenia stanowiłoby dobry pretekst. Mimo to 

postanowiłem go nie wyrzuca . Najpierw musieliby mnie znale  i mie  ku temu 

powód. Zjadłem szybki lunch, przez godzin  je dziłem po mie cie metrem i 

autobusami, a potem wzi łem taksówk  i kazałem si  zawie  do Westchester, 

pod adres Evelyn, mojej domniemanej siostry, której widok, jak si  łudziłem, 

wpłynie o ywczo na moj  pami .  

      Jeszcze zanim dojechałem, przemy lałem cał  taktyk , jak  zamierzałem 

background image

 

obra .  

      Tote  kiedy w odpowiedzi na moje pukanie po jakich  trzydziestu sekundach 

otworzyły si  drzwi do wielkiej starej rezydencji, wiedziałem, co powiedzie . 

Przemy lałem to id c długim, kr tym, wysypanym białym  wirem podjazdem, 

mi dzy ciemnymi d bami i jasnymi klonami; li cie szele ciły mi pod stopami, a 

wiatr chłodził  wie o podgolony kark pod podniesionym kołnierzem marynarki. 

Zapach mojego płynu do włosów mieszał si  z dusz c  woni  bluszczu, który 

oplatał  ciany tego szarego ceglanego domostwa. Nie było tu nic znajomego. 

Miałem wra enie,  e jestem tu po raz pierwszy.  

      Zapukałem i w  rodku rozległo si  echo.  

      Wpakowałem r ce do kieszeni i czekałem.  

      Kiedy drzwi si  otworzyły, u miechn łem si  i skin łem głow  obsypanej 

pieprzykami pokojówce o  niadej cerze i portorykanskim akcencie.  

      - Tak? - spytała.  

      - Chciałbym si  widzie  z pani  Evelyn Flaumel.  

      - Kogo mam zaanonsowa ?  

      - Jej brata. Carla.  

      - Och, prosz  wej  - powiedziała.  

      Hall, do którego wszedłem, miał mozaikow  podłog  z male kich łososiowo-

turkusowych płytek i mahoniowe  ciany, a na lewo stała długa, wielka donica, 

pełna zielonych li ciastych ro lin. Z góry szklano-emaliowany sze cian rzucał 

ółte  wiatło.  

      Dziewczyna odeszła, a ja rozgl dałem si  za czym  znajomym.  

      Nic.  

      Czekałem wi c.  

      W ko cu pokojówka wróciła, u miechn ła si , dygn ła i powiedziała:  

      Prosz  za mn . Pani przyjmie pana w bibliotece.  

      Poszedłem za ni  trzy stopnie w gór , a potem korytarzem obok dwojga 

zamkni tych drzwi. Trzecie na lewo były otwarte i te wła nie pokojówka mi 

wskazała. Wszedłem i zatrzymałem si  na progu.  

      Biblioteka, jak wszystkie biblioteki, była pełna ksi ek. Wisiały w niej tak e 

trzy obrazy, dwa przedstawiaj ce sielskie widoki, a trzeci spokojne morze. Na 

podłodze le ał gruby zielony dywan. Obok du ego biurka stał wielki globus 

zwrócony do mnie Afryk , a z tyłu ci gn ło si  na cał   cian  okno, osiem 

wielkich tafli szkl . Ale nie dlatego zatrzymałem si  w progu.  

      Kobieta za biurkiem była ubrana w turkusow  sukni  z szerok  krez  i 

dekoltem w szpic, miała fryzur  z dług  grzywk  i włosy koloru po redniego 

mi dzy barw  obłoków o zachodzie sło ca a drgaj cym płomieniem  wiecy w 

ciemnym pokoju. Jej oczy - co jakim  cudem wiedziałem - skryte za okularami, 

których chyba nie potrzebowała, były bł kitne jak jezioro Erie o trzeciej po 

południu w bezchmurny, letni dzie ; a kolor jej pow ci gliwego u miechu 

pasował do włosów. Ale nie to sprawiło,  e stan łem w progu jak wryty.  

      Sk d  j  znałem, ale nie wiedziałem sk d.  

      Podszedłem, przykleiwszy do twarzy u miech.  

      - Jak si  masz - powiedziałem.  

      - Siadaj, prosz  - wskazała mi przepastny, pomara czowy fotel z rodzaju 

background image

 

10 

tych, w jakie człowiek z lubo ci  si  zagł bia.  

      Usiadłem, a ona uwa nie mi si  przyjrzała.  

      - Ciesz  si ,  e znów jeste  na chodzie - powiedziała.  

      - Ja tez - odparłem. - A co u ciebie?  

      - Wszystko dobrze, dzi kuj . Musz  przyzna ,  e nie spodziewałam si  twojej 

wizyty.  

      - Wiem - zablefowałem - ale przyszedłem podzi kowa  ci za twoj  siostrzan  

pomoc i opiek . - Nadałem temu lekko ironiczny ton,  eby zobaczy  jej reakcj .  

      W tym momecie do pokoju wszedł ogromny pies - wilczarz irlandzki - i 

poło ył si  przed biurkiem. Tu  za nim wsun ł si  drugi okaz i wolno okr ył dwa 

razy globus.  

      - No có  - odparła z równ  ironi  - przynajmniej tyle mogłam dla ciebie 

zrobi . Powiniene  je dzi  ostro niej.  

      - Na przyszło  b d  bardziej uwa ał, przyrzekam. - Nie wiedziałem, jaka gra 

si  tu toczy, ale poniewa  ona nie wiedziała,  e ja nie wiem, postanowiłem 

wyci gn  z niej jak najwi cej informacji. - Pomy lałem sobie,  e b dziesz 

ciekawa, w jakim jestem stanie, wi c przyjechałem si  pokaza .  

      - Tak, oczywi cie - odpowiedziała. - Czy jadłe  co ?  

      - Lunch kilka godzin temu.  

      Zadzwoniła na pokojówk  i kazała poda  posiłek.  

      - Podejrzewałam,  e sam zechcesz wynie  si  z Greenwood, jak tylko 

poczujesz si  na siłach - oznajmiła. - Ale nie przypuszczałam,  e nast pi to tak 

szybko i  e si  tutaj zjawisz.  

      - Wiem - odparłem. - I dlatego tu jestem.  

      Pocz stowała mnie papierosem, podałem jej ogie  i sam zapaliłem.  

      - Zawsze byłe  nieobliczalny - o wiadczyła w ko cu. - I chocia  w przeszło ci 

cz sto ci to pomagało, w tej chwili bym na to nie liczyła.  

      - Co masz na my li? - spytałem.  

      - Stawka jest za wysoka na blef, a chyba tego wła nie próbujesz, przychodz c 

tu sobie jakby nigdy nic. Zawsze podziwiałam twoj  odwag , Corwin, ale nie 

b d  głupcem. Znasz sytuacj .  

      Corwin? Trzeba zanotowa  to w pami ci pod "Corey".  

      - Niekoniecznie - odparłem. - Nie zapominaj,  e ostatnio dłu szy czas 

przespałem.  

      - Chcesz przez to powiedzie ,  e si  z nikim nie kontaktowałe ?  

      - Nie miałem okazji, odk d odzyskałem przytomno .  

      Przechyliła głow  na rami  i zmierzyła mnie swoimi cudownymi oczami.  

      - Niezbyt to roztropne - powiedziała - ale mo liwe. Całkiem mo liwe. 

Zwłaszcza je li chodzi o ciebie. Załó my,  e mówisz prawd . W takim razie 

post piłe  m drze i bezpiecznie. Niech no pomy l .  

      Zaci gn łem si  papierosem z nadziej ,  e powie co  jeszcze, Ale milczała, 

wobec tego postanowiłem wykorzysta  punkt zdobyty w tej grze, dla mnie nie 

zrozumiałej, z nieznanymi graczami i niejasnym celem.  

      Sam fakt,  e tu przyszedłem, co  znaczy - powiedziałem.  

      - Tak - odparła - wiem. Ale poniewa  jeste  sprytny, mo e to znaczy  

niejedno. Poczekamy i zobaczymy.  

background image

 

11 

      Poczekamy na co? Co zobaczymy?  

      Przyniesiono steki i dzban piwa, zostałem wi c na chwil  zwolniony od 

czynienia ogólnikowych i m tnych uwag, które ona mogła interpretowa  jako 

subtelne lub wieloznaczne. Stek był doskonały, krwisty w  rodku i soczysty; z 

przyjemno ci  zagł biłem te  z by w  wie ym, chrupi cym chlebie i poci gn łem 

łyk piwa, zaspokajaj c głód i pragnienie. Evelyn  miała si , obserwuj c mnie i 

dziubi c widelcem w talerzu.  

      - Lubi  patrze , jak umiesz cieszy  si   yciem - powiedziała. - I dlatego 

wolałabym,  eby  nie musiał si  z nim rozstawa .  

      - Ja te  - przyznałem z pełnymi ustami.  

      Jadłem i przygl dałem si  jej. Zobaczyłem j  naraz w wydekoltowanej, 

wieczorowej sukni, szmaragdowej jak morze, na tle muzyki, ta ców, głosów... Ja 

byłem w srebrno-czarnym stroju i... Obraz si  rozpłyn ł. Ale wiedziałem,  e 

wspomnienie było prawdziwe i kl łem w duchu,  e trwało tak krótko. Co ona 

wtedy do mnie mówiła, kiedy stała w swojej szmaragdowej sukni przede mn  

ubranym na czarno i srebrno, tej nocy z muzyk , ta cami i szmerem głosów w 

tle?  

      Dolałem piwa i zdecydowałem si  zapu ci  sond .  

      - Pami tam pewn  noc - powiedziałem - kiedy była  w szmaragdowej sukni, a 

ja w swoich kolorach. Jakie to były szcz liwe chwile... i ta muzyka...  

      Na jej twarzy pojawił si  cie  melancholii, a rysy złagodniały.  

      - Tak... - powiedziała. - To były czasy, prawda...? Rzeczywi cie z nikim si  nie 

kontaktowałe ?  

      - Słowo honoru - przysi głem, nie bardzo wiedz c, o co chodzi.  

      - Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót - mówiła - a Cienie kryj  okropno ci, 

o jakich si  nam nawet nie  niło...  

      - I...? - pytałem dalej.  

      - On nadal ma kłopoty - sko czyła.  

      - Och!  

      - Tak - dodała - i b dzie chciał wiedzie , gdzie stoisz.  

      - Tutaj - odparłem.  

      - To znaczy...?  

      - Na razie - dopowiedziałem, mo e zbyt szybko, bo jej oczy rozszerzyły si  

troch  za bardzo - dopóki nie poznam całokształtu sprawy. - Cokolwiek to miało 

znaczy .  

      - Och!  

      Sko czyli my nasze steki i piwo, a ko ci rzucili my psom. Przy kawie 

poczułem przypływ braterskich uczu , ale je zdusiłem.  

      - A co z reszt ? - spytałem, staraj c si , by brzmiało to neutralnie i 

bezpiecznie.  

      W pierwszej chwili wystraszyłem si ,  e spyta, co mam na my li, ale ona 

wyci gn ła si  wygodniej w fotelu, wlepiła wzrok w sufit i powiedziała:  

      - Jak zwykle, od nikogo nie słycha  nic nowego. Mo e ty post piłe  

najrozs dniej. Mnie si  to w ka dym razie podoba. Ale jak mo na zapomnie ... 

czasy  wietno ci?  

      Spu ciłem oczy, bo nie byłem pewien, co powinny wyra a .  

background image

 

12 

      - Nie mo na - powiedziałem. - Nigdy nie mo na.  

      Nast piła długa, niezr czna cisza, któr  przerwała pytaniem;  

      - Czy mnie nienawidzisz?  

      - Oczywi cie,  e nie - odparłem. - Jak mógłbym ci  nienawidzi ... zwa ywszy 

na okoliczno ci?  

      Chyba j  to ucieszyło, bo pokazała w u miechu pi kne białe z by.  

      - To dobrze, dzi kuj  ci - rzekła. - Cokolwiek by mówi , jeste  d entelmenem.  

      Skłoniłem si  z emfaz .  

      - Zawrócisz mi w głowie.  

      - W tpi  - powiedziała. - Zwa ywszy na okoliczno ci...  

      Zrobiło mi si  nieswojo.  

      Wci  palił mnie gniew i ciekaw byłem, czy ona wie, kto na ten gniew zasłu ył. 

Miałem wra enie,  e tak. Poczułem nieodparte pragnienie, aby j  o to zapyta  

wprost, ale si  powstrzymałem.  

      - No wi c, co proponujesz? - zagadn ła w ko cu.  

      Przyparty w len sposób do muru odrzekłem:  

      - Oczywi cie, nie ufasz mi...  

      - Jak mogliby my ci ufa ?  

      Postanowiłem zapami ta  to "my".  

      - Có , na razie jestem gotów odda  si  w twoje r ce. Z ch ci  pozostan  u 

ciebie, co pozwoli ci mie  mnie na oku.  

      - A potem?  

      - Potem? Zobaczymy.  

      - Sprytnie - powiedziała. - Bardzo sprytnie. I stawiasz mnie w niezr cznej 

sytuacji. (Zaproponowałem to tylko dlatego,  e nie miałem gdzie si  podzia , a 

reszta wymuszonych szanta em pieni dzy nie na długo by mi starczyła). 

Naturalnie, mo esz zosta . Ale ostrzegam ci  - tu pokazała wisiorek na ła cuszku, 

który nosiła na szyi - to jest ultrad wi kowy gwizdek na psy. Donner i Blitzen 

maj  czterech braci, a cała szóstka  wietnie radzi sobie z niepo danymi 

osobnikami i reaguje na mój gwizdek. Nie próbuj wi c myszkowa  tam, gdzie ci  

nie prosz . Jeden gwizd i nawet ty nic przeciwko nim nie wskórasz. To dzi ki tej 

wła nie rasie w Irlandii nie ma ju  wilków, wiesz.  

      - Wiem - przyznałem i uzmysłowiłem sobie,  e to prawda.  

      - Tak - ci gn ła. - Erykowi si  to spodoba,  e jeste  moim go ciem. To 

powinno go skłoni  do zostawienia ci  w spokoju, a przecie  o to ci wła nie 

chodzi, n'est-ce pas?  

      - Oui - przyznałem.  

      Eryk! To imi  co  mi mówiło! Znałem jakiego  Eryka i była to bardzo wa na 

znajomo . Ten Eryk, którego znalem, nadal najwyra niej kr ci si  gdzie  w 

pobli u, i to te  było wa ne.  

      Dlaczego?  

      Przede wszystkim dlatego,  e go nienawidziłem. Nienawidziłem go tak bardzo, 

e mógłbym go zabi . I niewykluczone,  e próbowałem.  

      U wiadomiłem te  sobie,  e ł czy nas pewna wi .  

      Rodzinna?  

      Tak, wła nie tak.  aden z nas nie był tym zachwycony,  e jeste my... bra mi! 

background image

 

13 

Tak, teraz sobie przypomniałem: pot ny, władczy Eryk o kr tej, l ni cej brodzie 

i oczach - dokładnie takich samych jak oczy Evelyn!  

      Zalała mnie nowa fala wspomnie , zaszumiało mi w skroniach, poczułem 

ciepło rozlewaj ce si  na karku.  

      Zachowałem jednak kamienn  twarz i jakby nigdy nic zaci gn łem si  

papierosem popijaj c piwo, cho  jednocze nie uzmysłowiłem sobie,  e Evelyn jest 

rzeczywi cie moj  siostr ! Tylko  e nie nazywa si  Evelyn. Nie mogłem sobie 

przypomnie , jak si  naprawd  nazywa, ale nie Evelyn. Postanowiłem by  

ostro ny i nie zwraca  si  do niej po imieniu, dopóki sobie nie przypomn .  

      A kim ja jestem? I co si  wła ciwie wokół mnie dzieje?  

      Nagle poczułem,  e Eryk musiał mie  co  wspólnego z moim wypadkiem. Miał 

to by  wypadek  miertelny, ale udało mi si  prze y . I to on był sprawc ? Tak - 

podpowiedziało mi przeczucie. To musiała był sprawka Eryka. A Evelyn z nim 

współpracowała, opłacaj c szpital,  eby trzymano mnie w stanie odurzenia. 

Lepsze to ni   mier , ale...  

      Równocze nie zdałem sobie spraw ,  e przychodz c do Evelyn oddałem si  

niejako w r ce Eryka i je li tu zostan , b d  jego wi niem, wystawionym na 

kolejny atak.  

      Niemniej ona twierdziła,  e jako jej go  mog  liczy  na spokój z jego strony. 

Nale ało si  nad tym zastanowi . Nie wolno mi o niczym decydowa  pochopnie, 

musz  mie  si  nieustannie na baczno ci. Mo e byłoby lepiej, gdybym st d 

odszedł i poczekał, a  stopniowo wróci mi pami .  

      Ale z erała mnie jaka  straszna, gor czkowa niecierpliwo . Musiałem jak 

najszybciej pozna  cał  prawd  i zacz  odpowiednio działa . Popychał mnie do 

tego nieodparty przymus wewn trzny. Je li nawet za odzyskanie pami ci 

przyjdzie mi ponie  koszty ryzyka i niebezpiecze stwa, to trudno. Zostan .  

      - Pami tam te ... - mówiła Evelyn i uprzytomniłem sobie,  e opowiada co  od 

dłu szej chwili, a ja nie słucham. Mo e przyczyn  był refleksyjny ton jej słów, nie 

wymagaj cy odpowiedzi, mo e mój własny natłok my li. - Pami tam, jak kiedy  

zwyci yłe  Juliana w jego ulubionej grze; a on zakl ł i rzucił w ciebie kielichem 

pełnym wina. Wtedy ty chwyciłe  z w ciekło ci  swoje trofeum i zamierzyłe  si , a 

on si  przestraszył,  e posun ł si  za daleko. Ale ty si  nagle roze miałe  i 

przepiłe  do niego. Było mi przykro,  e ty, zawsze taki chłodny i opanowany, 

wpadłe  w taki gniew, a w Julianie wzbudziłe  tego dnia zawi . Pami tasz? 

Wydaje mi si ,  e od tej pory pod wieloma wzgl dami usiłuje ci  na ladowa . Ale 

ja nadal go nienawidz  i mam nadziej ,  e go wkrótce diabli wezm ... Co  czuj , 

e tak b dzie...  

      Julian, Julian, Julian. Tak i nie. Jaka  gra, kłótnia i utrata mojej niemal 

legendarnej zimnej krwi. Było w tym co  znajomego, lecz nie, nie mogłem sobie 

przypomnie , o co wła ciwie chodziło.  

      - A Caine, jego to dopiero wystrychn łe  na dudka! Wci  ci  nienawidzi, 

wiesz...  

      Zrozumiałem,  e nie jestem osob  szczególnie lubian . Ale to uczucie w 

dziwny sposób sprawiało mi przyjemno .  

      A imi  Caine tak e zabrzmiało swojsko. Nawet bardzo Eryk, Julian, Caine, 

Corwin. Te imiona dudniły mi w uszach i rozsadzały czaszk .  

background image

 

14 

      - To było tak dawno temu - powiedziałem niemal bezwiednie i chyba zgodnie z 

prawd .  

      - Corwin, nie bawmy si  w ciuciubabk . Chcesz czego  wi cej ni  

bezpiecznego k ta, wiem o tym. I jeste  wci  do  silny,  eby zdoby  co  dla 

siebie, je li odpowiednio to rozegrasz. Nie mam poj cia, co knujesz, ale mo e 

mogliby my doj  do porozumienia z Erykiem. - Teraz słówko "my" przeszło 

najwyra niej na nasz  stron . Musiała uzna ,  e jestem co  wart w tej grze, o 

cokolwiek si  ona toczy. Zobaczyła szans  osi gni cia własnych korzy ci. 

U miechn łem si  k cikiem ust. - Czy dlatego tu przyszedłe ? - ci gn ła. - Masz 

jak  propozycj  dla Eryka i szukasz kogo , kto mógłby posłu y  jako 

po rednik?  

      - Mo e... - powiedziałem. - Ale musz  si  najpierw zastanowi . Ledwo 

wróciłem do zdrowia i mam sporo spraw do przemy lenia. Jednak na wszelki 

wypadek wołałem ulokowa  si  w miejscu, z którego mógłbym szybko działa , 

gdybym doszedł do wniosku,  e w moim interesie jest zawrze  pakt z Erykiem.  

      - Uwa aj - powiedziała. - Wiesz,  e powtórz  ka de twoje słowo.  

      - Oczywi cie - przytakn łem, wcale o tym nie wiedz c i szukaj c szybkiego 

wyj cia z sytuacji - chyba  e w twoim interesie b dzie współpracowa  ze mn .  

       ci gn ła brwi, mi dzy którymi pokazały si  leciutkie zmarszczki.  

      - Nie bardzo wiem, co mi proponujesz.  

      - Jeszcze nic. Jestem tylko z tob  całkiem szczery i mówi  ci,  e na razie sam 

nie wiem, co dalej. Nie mam pewno ci, czy chc  dochodzi  do porozumienia z 

Erykiem. - W ko cu... - specjalnie zawiesiłem głos, bo czułem,  e powinienem co  

zaproponowa , a nie wiedziałem co.  

      - Masz inn  propozycj ? - zerwała si  nagle na równe nogi, chwytaj c za 

gwizdek. - Bleys! Oczywi cie!  

      - Siadaj - powiedziałem - i nie b d   mieszna. Czy oddałbym si  tak ch tnie i 

bez namysłu w twoje r ce,  eby zosta  rzuconym na po arcie psom w chwili, gdy 

przyjdzie ci do głowy Bleys?  

      Odpr yła si , a nawet jakby troch  skuliła, a potem usiadła.  

      - Mo e i nie - przyznała w ko cu. - Ale wiem,  e lubisz stawia  wszystko na 

jedn  kart , i wiem te ,  e jeste  podst pny. Je li przyszedłe  tu z zamiarem 

pozbycia si  przeciwnika, to szkoda fatygi. Nie jestem taka znów wa na. 

Powiniene  ju  tyle wiedzie . Poza tym zawsze my lałam,  e mnie lubisz.  

      - Lubiłem ci  i lubi  - zapewniłem j  - wi c nie masz si  czego obawia . 

Ciekawe,  e wspomniała  akurat to imi .  

       eby tylko połkn ła przyn t ! Tylu rzeczy musiałem si  dowiedzie !  

      - Dlaczego? Czy by rzeczywi cie skontaktował si  z tob ?  

      - Wolałbym o tym nie mówi  - odparłem maj c nadziej ,  e da mi to jak  

przewag  i teraz, znaj c ju  płe  owego Bleysa, dorzuciłem: - Nawet gdyby tak 

było, odpowiedziałbym mu to samo, co Erykowi: "Musz  to przemy le ".  

      - Bleys - powtórzyła, a ja dodałem w my lach; Bleys, lubi  ci . Nie pami tam 

dlaczego i mo e nawet niekoniecznie mam ku temu powody, ale ci  lubi . Tyle 

wiem.  

      Siedzieli my przez chwil  w milczeniu i poczułem,  e ogarnia mnie zm czenie, 

ale nie chciałem tego po sobie pokaza . Powinienem by  silny. Wiedziałem,  e 

background image

 

15 

musz  by  silny. U miechn łem si  wi c i powiedziałem:  

      - Ładn  masz bibliotek .  

      A ona odparła:  

      - Dzi kuj .  

      - Bleys - powtórzyła znów po chwili. - Naprawd  uwa asz,  e ma szans ?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Kto to mo e wiedzie ? Na pewno nie ja. Mo e ma, a mo e nie.  

      Oczy jej si  rozszerzyły, spojrzała na mnie z otwartymi ustami.  

      - Chyba nie zamierzasz... nie zamierzasz sam spróbowa ?  

      Roze miałem si , głównie po to,  eby j  uspokoi .  

      - Nie b d  niem dra. Ja? - Ale wiedziałem,  e mówi c to, poruszyła we mnie 

jak  strun , jakie  gł boko ukryte pragnienie, które odpowiedziało pot nym: 

"Czemu nie?"  

      I naraz ogarn ł mnie wielki strach.  

      Ona w ka dym razie wygl dała na uspokojon  moim od egnaniem si  od 

tego, od czego si  od egnałem. U miechn ła si  i ruchem głowy wskazała 

wbudowany w  cian  barek na lewo ode mnie.  

      - Napiłabym si  troch  Irish Mist - powiedziała.  

      - Ja te , skoro ju  o tym mowa - przyznałem, podniosłem si  i nalałem nam po 

kieliszku.  

      - Wiesz - powiedziałem, usadowiwszy si  znów wygodnie w fotelu - przyjemnie 

jest tak poby  znów razem, nawet je li to tylko na krótko. Od razu nasuwa si  

tyle wspomnie .  

      Odpowiedziała u miechem, z którym jej było bardzo do twarzy.  

      - Masz racj  - przyznała, poci gaj c łyczek. - Czuj  si  przy tobie niemal jak 

w Amberze - a ja omal nie wypu ciłem kieliszka z r ki, Amber! To słowo 

uderzyło we mnie jak grom!  

      W tym momencie ona zacz ła płaka , podszedłem wi c i obj łem j  

pocieszaj co ramieniem.  

      - Nie płacz, siostrzyczko, prosz  ci , nie płacz. Sprawiasz mi ból. - Amber! Co  

si  w tym kryło, co  porywaj cego i pot nego, - Jeszcze znów nadejd  dobre 

czasy - dodałem pocieszaj co.  

      - Czy naprawd  w to wierzysz? - spytała.  

      - Tak - potwierdziłem z moc . - Wierz !  

      - Jeste  szalony - powiedziała. - Mo e wła nie dlatego zawsze byłe  moim 

ulubionym bratem. Niemal wierz  w to, co mówisz, cho  wiem,  e jeste  szalony. - 

Chlipn ła jeszcze raz i drugi, i przestała. - Corwin - ci gn ła - gdyby ci si  udało... 

gdyby jakim  nieprawdopodobnym cudem ci si  udało, b dziesz pami ta  o 

swojej siostrze Florimel?  

      - Tak - obiecałem, zdaj c sobie spraw ,  e to jej prawdziwe imi . - Tak, b d  o 

tobie pami tał.  

      - Dzi kuj  ci. Powiem Erykowi tylko to, co konieczne, nie wspomn  ani 

słowem o Bleysie i zatrzymam dla siebie swoje najnowsze podejrzenia.  

      - Dzi kuj , Floro.  

      - Ale pami taj,  e ci nie ufam ani na jot  - dodała.  

      - To si  rozumie samo przez si .  

background image

 

16 

      Wezwała pokojówk , która zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie ledwo 

zdołałem si  rozejrze , a potem padłem na łó ko i spałem przez jedena cie godzin.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

17 

Rozdział 3 

 

Rano jej nie było i nie zostawiła dla mnie  adnej wiadomo ci. Pokojówka 

podała mi w kuchni  niadanie i wróciła do swoich obowi zków. Zrezygnowałem z 

pomysłu,  eby stara  si  wyci gn  z niej jakie  informacje, bo albo nic nie 

wiedziała, albo nic by mi nie zdradziła, a za to z pewno ci  powiedziałaby o 

moich indagacjach Florze. Ale poniewa  miałem dom do swojej dyspozycji, 

postanowiłem wróci  do biblioteki i rozejrze  si  troch . Poza tym lubi  

biblioteki.  ciany pełne pi knych i m drych słów daj  mi poczucie komfortu i 

bezpiecze stwa. Zawsze przyjemniej jest wiedzie ,  e mo na czym  si  obroni  

przed Cieniami.  

      Donner czy Blitzen, czy te  który  z ich krewnych pojawił si  sk d  w hallu i 

w sz c kroczył sztywno moim  ladem, Próbowałem si  z nim zaprzyja ni , ale 

przypominało to wymian  uprzejmo ci z policjantem, który kazał ci zjecha  na 

pobocze. Po drodze zagl dałem do innych pokoi - wygl dały normalnie i 

niewinnie.  

      Wszedłem do biblioteki, z której nadal spogl dała na mnie Afryka. 

Zamkn łem za sob  drzwi przed psami i ruszyłem wzdłu   cian czytaj c tytuły 

tomów na półkach. Najwi cej było ksi ek historycznych. Znalazłem tak e sporo 

ksi ek o sztuce w albumowych, drogich wydaniach i par  z nich 

przekartkowałem. Zwykle najlepiej mi si  my li, kiedy pozornie jestem zaj ty 

czym  innym.  

      Zastanawiałem si  nad  ródłem oczywistego bogactwa Flory. Czy, skoro 

jeste my krewnymi, znaczyło to,  e i ja ciesz  si  pewn  zamo no ci ? 

Usiłowałem przypomnie  sobie swoj  sytuacj  materialn  i socjaln , zawód, 

pochodzenie. Odnosiłem wra enie,  e nigdy nie musiałem martwi  si  o pieni dze, 

e zawsze jakim  cudem miałem ich pod dostatkiem. Czy byłem tak e 

wła cicielem równie wspaniałego domu? Nie pami tałem.  

      Jaki był mój zawód?  

      Usiadłem za biurkiem i starałem si  uprzytomni  sobie, czy znam tajniki 

jakiej  szczególnej dziedziny wiedzy. Bardzo trudno jest egzaminowa  samego 

siebie, tote  niewiele z tego wynikło. Nasza wiedza jest cz stk  nas samych, 

integralnym elementem cało ci i trudno j  oddzieli .  

      Lekarz? Przyszło mi to do głowy, kiedy przegl dałem anatomiczne rysunki 

Leonarda da Vinci. Niemal bezwiednie zacz łem przebiega  w my li poszczególne 

fazy operacji chirurgicznych. Zdałem sobie spraw ,  e kiedy  w przeszło ci 

musiałem operowa .  

      Ale nie było to jeszcze to, czego szukałem. Z chwil  gdy u wiadomiłem sobie, 

e odebrałem wykształcenie medyczne, zrozumiałem,  e była to tylko cz  jakiej  

ogólniejszej wiedzy. Wiedziałem,  e nie jestem chirurgiem. Kim wi c? Co jeszcze 

wchodziło w rachub ?  

      Co  przyci gn ło mój wzrok.  

      Siedz c za biurkiem miałem przed sob  przeciwległ   cian , a na niej, obok 

innych rzeczy, wisiała antyczna szabla kawaleryjska, której poprzednio nie 

zauwa yłem. Wstałem, podszedłem do niej i zdj łem j  z uchwytów.  

      Sykn łem w duchu gniewnie na jej opłakany stan. Ch tnie przywróciłbym jej 

background image

 

18 

nale yt   wietno  za pomoc  zwykłej osełki i kawałka naoliwionej szmatki. 

Znałem si  na starodawnej broni, zwłaszcza białej.  

      Szabla le ała mi w dłoni jak ulał i czułem,  e potrafi  si  ni  posługiwa . 

Odparowałem i natarłem par  razy. Tak, umiałem sobie z ni  radzi .  

      O czym to mogło  wiadczy ? Rozejrzałem si  po pokoju w poszukiwaniu 

czego  jeszcze, co by pobudziło mi pami . Nic nie znalazłem, odwiesiłem wi c 

szabl  i wróciłem do biurka. Siadaj c za nim, postanowiłem je przejrze . 

Zacz łem od  rodkowej szuflady poprzez t  po lewej i wszystkie szuflady po 

prawej stronie a  do samego dołu. Papier listowy, koperty, znaczki, spinacze, 

resztki ołówków, gumki - nic nadzwyczajnego.  

      Wyci gałem ka d  szuflad  na cał  długo  i opierałem j  na kolanach 

przegl daj c zawarto . Nie był to mój pomysł. Post powałem tak na skutek 

otrzymanego niegdy  przeszkolenia, które kazało mi bada  ka de  cianki i dno.  

      A jednak pewna rzecz omal nie uszła mojej uwagi i spostrzegłem j  dopiero w 

ostatniej chwili: tył ni szej szuflady po prawej stronie nie si gał tak wysoko, jak 

tyły innych szuflad. To musiało co  oznacza  - kiedy ukl kłem i zajrzałem w gł b, 

zobaczyłem u góry co  na kształt małego pudełeczka. Była to osobna szufladka, 

schowana na samym tyle i zamkni ta.  

      Spróbowałem si  do niej dobra  spinaczem, agrafk , a w ko cu metalow  

ły k  do butów, znalezion  w innej szufladzie; okazała si  najbardziej pomocna i 

po jakiej  minucie zamek pu cił.  

      Szufladka zawierała pudełko z tali  kart. A jego wierzch zdobił herb, na 

którego widok zesztywniałem, oblał mnie zimny pot i nie mogłem złapa  oddechu. 

Herb przedstawiał białego jednoro ca na zielonym polu, wzniesionego na tylnych 

nogach, zwróconego na prawo. Wiedziałem,  e znam ten herb, i zakłuło mnie 

bole nie,  e nie potrafi  go nazwa .  

      Otworzyłem pudełko i wyj łem karty. Były to karty tarokowe, 

przedstawiaj ce zwykłe dla nich berła, pentagramy, kielichy i szpady, ale Figury 

Atutowe - Wielkie Arkana - były całkiem inne. Wsun łem najpierw obie szuflady, 

nie zamykaj c tej mniejszej, i dopiero potem przyst piłem do bli szych ogl dzin.  

      Figury Atutowe wygl dały niemal jak  ywe, miało si  wra enie,  e zaraz zejd  

z l ni cego obrazka na ziemi . Karty były przyjemne i chłodne w dotyku.  

      Naraz zrozumiałem,  e i ja sam byłem kiedy  posiadaczem takiej talii.  

      Rozło yłem karty na blacie.  

      Pierwsza przedstawiała u miechni tego drobnego m czyzn , o chytrym 

wyrazie twarzy, ostrym nosie, ze strzech  słomianych włosów na głowie. Był 

ubrany w co  w rodzaju kostiumu renesansowego w kolorach pomara czowym, 

czerwonym i br zowym. Nosił długie po czochy i obcisły, haftowany kubrak. 

Znałem go. Miał na imi  Random.  

      Z nast pnej karty patrzyło na mnie beznami tne oblicze Juliana; długie, 

ciemne włosy opadały mu do ramion, niebieskie oczy były zimne i bez wyrazu. Od 

stóp do głów skrywała go biała łuskowa zbroja, nie srebrzysta ani metaliczna, ale 

jakby emaliowana. Wiedziałem jednak,  e mimo na pozór od wi tnego i 

dekoracyjnego wygl du była twarda i odporna na ciosy. Tego wła nie człowieka 

pobiłem w jego ulubionej grze, za co rzucił we mnie kielichem. Znałem go i 

nienawidziłem.  

background image

 

19 

      Teraz przeniosłem wzrok na  niad , ciemnook  twarz Caine'a, ubranego w 

czarno-zielony atłas oraz w ciemny, zało ony z fantazj , trójgraniasty kapelusz z 

zielonym pióropuszem spływaj cym na plecy. Stał profilem, podparłszy si  jedn  

r k  pod bok, a u pasa miał wysadzany szmaragdami sztylet. Jego wizerunek 

wywołał we mnie mieszane uczucia.  

      Potem był Eryk. Nale ało mu przyzna ,  e był przystojny. Włosy miał tak 

czarne,  e niemal granatowe, broda wiła mu si  wokół stale u miechni tych ust, a 

ubrany był po prostu w skórzan  kurtk , peleryn , wysokie czarne botforty i 

spi ty rubinem czerwony pas, u którego wisiał srebrzysty miecz. Wysoki, czarny 

kołnierz osłaniaj cy szyj  obszyty był na czerwono, podobnie jak r kawy. Stał z 

kciukami zatkni tymi za pas - jego r ce wygl dały na bardzo silne i sprawne. Nad 

prawym biodrem sterczały zza pasa czarne r kawice. Byłem teraz pewien,  e to 

wła nie on próbował mnie zabi  tego dnia, kiedy omal nie zgin łem. Przyjrzałem 

mu si  uwa nie i nie bez trwogi.  

      Nast pny był Benedykt, wysoki i surowy, o poci głej twarzy i szczupłym ciele, 

ale t gim umy le. Ubrany był na pomara czowo- ółto-br zowo i nasuwał mi na 

my l stogi siana, dynie, strachy na wróble i legendy o zapadłych miasteczkach. 

Miał dług , mocno zarysowan  szcz k , piwne oczy i proste, br zowe włosy. Stał 

obok gniadego konia, opieraj c si  na lancy oplecionej wiankiem z kwiatów. 

Rzadko si  u miechał. Lubiłem go.  

      Zastygłem, kiedy odkryłem nast pn  kart  i serce o mało nie wyskoczyło mi z 

piersi.  

      To byłem ja.  

      Znałem t  twarz, która codziennie przy goleniu patrzyła na mnie z lustra. 

Zielone oczy, ciemne włosy, czarno - srebrny strój. Miałem na sobie peleryn , 

lekko wzd t  jakby przez wiatr. Miałem te  czarne botforty, podobnie jak Eryk i 

jak on miecz przy boku, tylko mój był ci szy, cho  nieco krótszy. Nosiłem 

r kawice, srebrne i łuskowe. Klamra przy szyi była w kształcie srebrnej ró y.  

      Oto ja, Corwin.  

      Z nast pnej karty spojrzał na mnie wysoki, pot ny m czyzna. Był do mnie 

bardzo podobny, tylko miał silniej zarysowan  szcz k  i wiedziałem,  e jest 

wy szy ode mnie, lecz bardziej oci ały. Jego siła była legendarna. Był ubrany w 

niebiesko-szary strój spi ty na  rodku szerokim, czarnym pasem i stał z wesoł , 

roze mian  min . Z szyi zwisał mu na sznurze srebrny róg my liwski. Miał 

wystrz pion  bródk  i mały w sik. W prawej r ce trzymał kielich wina. 

Poczułem do niego nagł  sympati  i wtedy przypomniałem sobie jego imi . 

Nazywał si  Gerard.  

      Teraz przyszła kolej na m czyzn  o ognistej brodzie i płomiennych włosach, 

z mieczem w prawej dłoni i pucharem białego wina w lewej, w czerwono-

pomara czowych jedwabiach. W jego oczach, równie bł kitnych jak oczy Flory i 

Eryka, igrał diablik. Miał drobny podbródek, ale przykryty brod . Jego miecz 

był kunsztownie inkrustowany złotem. Na prawej r ce błyszczały dwa ogromne 

pier cienie, a na lewej jeden: szmaragd, rabin i szafir. Wiedziałem,  e to Bleys.  

      Nast pna posta  nosiła w sobie podobie stwo zarówno do Bleysa, jak i do 

mnie. M czyzna miał moje rysy, cho  drobniejsze, moje oczy, włosy Bleysa, był 

bez brody. Miał na sobie zielony strój je dziecki i siedział na białym koniu 

background image

 

20 

zwróconym na prawo. Była w nim siła i słabo , niepokój i rezygnacja. Odpychał 

mnie i poci gał, budził zarówno moj  sympati , jak niech . Wystarczyło mi 

rzuci  na niego okiem, by wiedzie ,  e nazywa si  Brand.  

      Zdałem sobie teraz jasno spraw ,  e znam ich wszystkich, pami tam ich, a 

wraz z nimi ich mocne i słabe trony, zwyci stwa i pora ki.  

      - Byli to moi bracia.  

      Zapaliłem papierosa, którego podkradłem Florze z pudełka na biurku, 

wyci gn łem si  w fotelu i podsumowałem zebrane w pami ci fakty.  

      Tych o miu dziwnych m czyzn w dziwnych strojach to byli moi bracia. 

Czułem jednak,  e ich sposób ubierania si  był dla nich tak oczywisty i naturalny, 

jak dla mnie czer  i srebro. W tym momencie zakrztusiłem si  dymem, zdaj c 

sobie spraw , co mam na sobie, co kupiłem w tym małym sklepiku w miasteczku, 

w którym si  zatrzymałem po opuszczeniu Greenwood. Byłem w czarnych 

spodniach, jednej z trzech nabytych tam srebrzystoszarych koszul i czarnej 

marynarce.  

      Powróciłem do kart. Zobaczyłem Flor  w turkusowej sukni koloru morza, w 

której przypomniała mi si  poprzedniego wieczoru, a po niej brunetk  o 

podobnych bł kitnych oczach i długich rozpuszczonych włosach, ubran  cał  na 

czarno, przepasan  srebrnym paskiem. Nie wiem, dlaczego na jej widok łzy 

zakr ciły mi si  w oczach. Miała na imi  Deirdre. Dalej przyszła kolej na Fion , o 

włosach jak Bleys i Brand, moich oczach i cerze jak masa perłowa. Poczułem do 

niej nienawi  od pierwszego spojrzenia. Pó niej była Llewella, której odcie  

włosów pasował do oczu koloru nefrytu. Ubrana była w migotliw , szarozielon  

sukni  z lawendowym paskiem i patrzyła smutno, jakby przez łzy. Przeczucie 

mówiło mi,  e jest jaka  inna od reszty z nas. Ale ona tak e była moj  siostr .  

      Ogarn ło mnie gorzkie poczucie oddalenia i rozł ki z nimi wszystkimi, cho  

jednocze nie miałem jakby wra enie ich fizycznej blisko ci. Karty były tak zimne 

w dotyku,  e je odło yłem, aczkolwiek niech tnie wypuszczałem je z r ki. Wi cej 

Figur Atutowych nie było, reszt  stanowiły zwykle karty. Sk d  mimo to 

wiedziałem - i znów: sk d? -  e kilku Atutów brakuje. W  aden sposób nie 

mogłem sobie jednak przypomnie , kogo te Atuty reprezentowały. Dziwnie mnie 

to zasmuciło, wzi łem nast pnego papierosa i zamy liłem si .  

      Dlaczego wszystko tak łatwo do mnie wracało, kiedy patrzyłem na karty? 

Wracało bez konieczno ci wygrzebywania z pami ci jednej informacji po 

drugiej? Znałem ju  teraz twarze i imiona mojego rodze stwa - ale nic wi cej.  

      Nie mogłem zrozumie , dlaczego zostali my wszyscy umieszczeni na kartach 

do gry, niemniej czułem przemo n  ch  posiadania takiej talii. Gdybym wzi ł t  

Flory, zaraz by to spostrzegła i znalazłbym si  w tarapatach. Odło yłem wi c 

karty do małej szufladki za du  szuflad  i zamkn łem jak poprzednio. A potem 

zacz łem sobie znów usilnie łama  głow  nad własn  przeszło ci , lecz niewiele mi 

z tego przyszło.  

      Dopóki nie przypomniałem sobie magicznego słowa.  

      Amber.  

      To słowo poprzedniego wieczora tak mnie wytr ciło z równowagi,  e starałem 

si  potem o nim nie my le . Ale teraz je przywołałem. Obracałem je w my lach na 

wszystkie strony, badaj c skojarzenia, jakie we mnie budziło.  

background image

 

21 

      Niosło ze sob  ogromn  t sknot  i pot n  nostalgi . Było w nim zapomniane 

pi kno,  wietno  i moc, straszna, niemal niezwyci ona moc. Nale ało do mojego 

codziennego słownictwa. Było zro ni te ze mn , a ja byłem zro ni ty z nim. Nagle 

przypomniałem sobie. Była to nazwa miejscowo ci. Miejscowo ci, któr  niegdy  

znałem. Ale wraz z tym nie przyszły  adne obrazy, tylko wzruszenie.  

      Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Czas przestał istnie . W ko cu wyrwało 

mnie z zamy lenia delikatne pukanie do drzwi. Potem gałka wolno si  przekr ciła 

i weszła pokojówka o imieniu Carmella, pytaj c, czy nie mam ochoty na lunch. 

Uznałem to za dobry pomysł, poszedłem wi c z ni  do kuchni, gdzie zjadłem pół 

kurczaka i wypiłem litr mleka. Potem wzi łem ze sob  do biblioteki dzbanek 

kawy, omijaj c po drodze psy.  

      Piłem wła nie drug  fili ank , kiedy zadzwonił telefon. Miałem wielk  ochot  

go odebra , ale byłem pewien,  e w domu jest wi cej aparatów i  e zrobi to 

Carmella. Myliłem si . Telefon ci gle dzwonił. W ko cu nie mogłem si  dłu ej 

oprze .  

      - Halo, tu rezydencja pani Flaumel - powiedziałem.  

      - Czy mógłbym mówi  z pani  Flaumel? - usłyszałem m ski głos, urywany i 

troch  nerwowy. Zdyszane słowa dobiegały niewyra nie poprzez trzaski i szum 

głosów mi dzymiastowej.  

      - Niestety, nie ma jej w domu. Czy mam jej przekaza  jak  wiadomo  albo 

prosi ,  eby zadzwoniła?  

      - Z kim mówi ? - chciał wiedzie  m czyzna.  

      Zawahałem si , lecz odpowiedziałem:  

      - Tu Corwin.  

      - Wielkie nieba! - wykrzykn ł i zapadła dłu sza cisza. My lałem ju ,  e 

odło ył słuchawk , i spytałem:  

      - Halo? - lecz w tym momencie on znów si  odezwał.  

      - Czy ona jeszcze  yje? - spytał.  

      - Oczywi cie,  e  yje! Z kim, do diabła, rozmawiam?  

      - Nie poznajesz, Corwin? Tu Random. Słuchaj, jestem w Kalifornii i mam 

kłopoty. Dzwoni  do Flory,  eby udzieliła mi schronienia. Czy trzymasz z ni ?  

      - Chwilowo - odpowiedziałem.  

      - Rozumiem. Czy zapewnisz mi swoj  opiek ? - Umilkł i dodał: - Prosz  ci , 

Corwin.  

      - Zrobi , co b dzie w mojej mocy - obiecałem - ale nie mog  podejmowa  

adnych zobowi za  w imieniu Flory.  

      - A obronisz mnie przed ni ?  

      - Tak.  

     - To mi wystarczy. Postaram si  jako  dotrze  do Nowego Jorku. Musz  

wybra  okr n  tras , wi c nie wiem, ile czasu mi to zajmie. Je li uda mi si  

omin  nie sprzyjaj ce Cienie, to pr dzej czy pó niej si  spotkamy.  ycz mi 

powodzenia.  

      - Powodzenia - powiedziałem.  

      Usłyszałem trzask słuchawki, a potem ju  tylko odległe echo dzwoni cych 

telefonów i głosów jak z za wiatów. A wi c bu czuczny mały Random wpadł w 

tarapaty! Miałem wra enie,  e nie powinienem si  tym szczególnie przejmowa . 

background image

 

22 

Ale teraz był on jednym z kluczy do mojej przeszło ci, a mo e i do przyszło ci. 

Tote  postaram si  mu pomóc, w miar  swoich sił, dopóki nie dowiem si  od niego 

wszystkiego, na czym mi zale y. Czułem,  e wi zy braterstwa mi dzy nami nie 

zostały jeszcze zbytnio nadszarpni te. Ale wiedziałem te ,  e to chytra sztuka; 

bystry, przebiegły, a jednocze nie dziwnie sentymentalny w najgłupszych 

sprawach: z drugiej strony jego słowo było niewiele warte i zapewne bez 

skrupułów sprzedałby moje zwłoki najbli szej akademii medycznej, gdyby mu si  

to opłacało. Owszem, pami tałem tego gnojka i nawet czułem do niego cie  

sympatii, zapewne w powodu paru miłych chwil, które razem sp dzili my. Ale 

ebym miał mu ufa ? Co to, to nie. Postanowiłem,  e powiem Florze o jego 

przyje dzie dopiero w ostatnim momencie. Mo e si  zdarzy ,  e posłu y mi jako 

as atutowy lub przynajmniej jako walet.  

      Dolałem sobie troch  gor cej kawy i wolno j  wypiłem. Przed kim uciekał? 

Nie przed Erykiem, bo nie zwróciłby si  tutaj o pomoc. Ciekawe, czy spytał o 

ycie Flory dlatego,  e mnie tu zastał? Czy by wi zało j  tak silne przymierze z 

bratem, którego nienawidziłem, i  cała rodzina zakładała,  e i na niej wywr  

zemst ? Wydawało mi si  to dziwne, ale przecie  zadał to pytanie.  

      I w czym byli tak sprzymierzeni? Jakie było  ródło tego napi cia, tej walki? 

Dlaczego Random uciekał?  

      Amber.  

      Oto odpowied .  

      Amber. Klucz do wszystkiego tkwił w Amberze. Tajemnica całej historii 

le ała w Amberze, w jakim  wydarzeniu, które miało tam miejsce niezbyt dawno 

temu, jak nale ało przypuszcza . Musz  porusza  si  na palcach. Musz  udawa , 

e wiem to wszystko, czego nie wiem, a jednocze nie kawałek po kawałku 

wyci ga  informacje od innych. Byłem pewien,  e mi si  to uda. Przy tej dozie 

nieufno ci, jak  sobie tu wszyscy okazywali, nietrudno by  enigmatycznym. Tego 

si  b d  trzymał. Wydusz  od nich to, co mi potrzebne, zdob d , co zechc , b d  

pami tał o tych, którzy mi pomogli, a reszt  stratuj . Wiedziałem bowiem,  e 

wła nie takie zasady obowi zuj  w mojej rodzinie, a ja byłem nieodrodnym 

synem mojego ojca...  

      Nagle rozbolała mnie głowa, t pym, dojmuj cym bólem, który niemal 

rozsadzał mi czaszk . Wiedziałem, czułem, byłem pewien,  e wywołała to my l o 

ojcu. Ale nie miałem poj cia, jak to si  stało i dlaczego. Po jakim  czasie ból 

troch  ust pił i zdrzemn łem si  w fotelu. Po jeszcze znacznie dłu szym czasie 

drzwi si  otworzyły i weszła Flora. Na dworze było ju  ciemno, nastała kolejna 

noc.  

      Flora była ubrana w zielon  jedwabn  bluzk  i dług  wełnian  spódnic  

koloru szarego oraz w turystyczne buty i grube skarpety. Włosy miała  ci gni te 

do tyłu, a twarz lekko przybladł . Nadal nie rozstawała si  ze swoim gwizdkiem.  

      - Dobry wieczór - powiedziałem wstaj c.  

      Nie odpowiedziała. Podeszła szybko do baru, nalała sobie spor  porcj  whisky 

i wypiła j  jednym haustem, jak m czyzna. Potem dopełniła szklank  i usiadła z 

ni  w fotelu. Zapaliłem papierosa i podałem jej. Podzi kowała skinieniem głowy i 

powiedziała:  

      - Droga do Amberu naje ona jest trudno ciami.  

background image

 

23 

      - Dlaczego?  

      Spojrzała na mnie ze zdumieniem.  

      - Kiedy ostatnio z niej korzystałe ?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Nie pami tam.  

      - Niech ci b dzie - powiedziała. - Zastanawiam si  tylko, czy to twoja sprawka.  

      Nie odpowiedziałem, bo nie miałem poj cia, o czym ona mówi. Naraz 

uprzytomniłem sobie,  e jest łatwiejszy sposób na znalezienie si  w miejscu 

zwanym Amber.  

      - Brakuje ci kilku Atutów - oznajmiłem raptem nie swoim głosem.  

      Zerwała si  na równe nogi, wychlapuj c sobie na r k  połow  szklanki.  

      - Oddaj je natychmiast! - krzykn ła si gaj c po gwizdek.  

      Podszedłem i chwyciłem j  za ramiona.  

      - Nie mam ich. Powiedziałem to tylko tak sobie.  

      Odpr yła si  i zacz ła szlocha ; pchn łem j  delikatnie z powrotem na fotel.  

      - My lałam  e wzi łe  moj  tali , a nie  e bawisz si  w głupie i niestosowne 

uwagi.  

      Nie przeprosiłem. Czułem,  e byłoby to nie na miejscu.  

      - Jak daleko udało ci si  dotrze ?  

      - Niezbyt daleko. - Raptem roze miała si  i spojrzała na mnie z nowym 

błyskiem w oczach. - Wiem ju , co zrobiłe , Corwinie - o wiadczyła, a ja 

zapaliłem papierosa,  eby nie musie  odpowiada . - Niektóre z tych przeszkód 

pochodziły od ciebie, prawda? Zablokowałe  mi drog  do Amberu, zanim tu 

przyszedłe , tak? Wiedziałe ,  e udam si  do Eryka. Teraz ju  nie mog , musz  

czeka , a  on przyjdzie do mnie. Bardzo sprytnie. Chcesz go tu  ci gn , tak? Ale 

on przy le posła ca, nie b dzie fatygował si  osobi cie.  

      W głosie tej kobiety, która przyznawała,  e wła nie miała zamiar wyda  mnie 

w r ce wroga i to zrobi przy pierwszej okazji, brzmiała nuta podziwu, kiedy 

mówiła o rzekomym pokrzy owaniu przeze mnie jej planów. Jak mo na 

okazywa  tak jawny makiawelizm w obliczu niedoszłej ofiary? Odpowied  

nasun ła mi si  sama: tacy ju  jeste my. Nie musimy bawi  si  w subtelno ci 

mi dzy sob . Niemniej pomy lałem,  e Florze brak finezji prawdziwego mistrza.  

      - Czy s dzisz,  e jestem a  tak głupi, Floro? - spytałem. - Uwa asz,  e 

zjawiłem si  tu tylko po to,  eby  mogła wyda  mnie Erykowi? Nie wiem, co ci 

stan ło na drodze, ale dobrze ci tak.  

      - Pami taj,  e nie gram w twojej dru ynie! A poza tym ty te  jeste  na 

wygnaniu! A wi c nie byłe  znowu taki sprytny!  

      W jej zapalczywych słowach wyczułem fałsz.  

      - Nie mów bzdur! - powiedziałem ostro.  

      Roze miała si .  

      - Wiedziałam,  e ci  to rozzło ci. Dobrze, niech ci b dzie, masz własne 

powody,  eby zamieszkiwa  Cienie. Jeste  szale cem.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Czego chcesz? Po co naprawd  tu przyszedłe ? - pytała dalej.  

      - Byłem ciekaw, jakie s  twoje plany - odparłem. - To wszystko. Nie mo esz 

zatrzyma  mnie tu sił , je li postanowi  odej . Nawet Eryk nic na to nie poradzi. 

background image

 

24 

Mo e po prostu chciałem ci  odwiedzi . Mo e staj  si  sentymentalny na stare 

lata. W ka dym razie zostan  tu jeszcze troch , a potem pójd  na dobre. Gdyby  

si  tak nie  pieszyła po nagrod  za wydanie mnie, mogłaby  wyj  na tym 

znacznie lepiej, młoda damo. Prosiła ,  ebym pami tał o tobie pewnego pi knego 

dnia...  

      Upłyn ło par  sekund, zanim dotarło do niej to co , co miałem nadziej  da  

jej do zrozumienia. Wykrzykn ła:  

      - A wi c masz zamiar spróbowa ! Naprawd  masz zamiar spróbowa !  

      -  wi ta racja - potwierdziłem, zdaj c sobie spraw , ze rzeczywi cie mam 

zamiar spróbowa , cokolwiek to miało znaczy  - i mo esz to powiedzie  Erykowi, 

je li chcesz, ale pami taj,  e mo e mi si  uda . Nie zapominaj,  e wtedy lepiej 

nale e  do moich przyjaciół.  

      Du o dałbym za to,  eby wiedzie , o czym mówi , ale poznałem ju  kluczowe 

słowa i przywi zywan  do nich wag , posługiwałem si  wi c nimi bezbł dnie, nie 

maj c poj cia, co wła ciwie znacz . Niemniej czułem,  e brzmi  całkiem 

naturalnie, a  nadto naturalnie...  

      Naraz Flora obj ła mnie i pocałowała.  

      - Nic mu nie powiem, Corwinie, naprawd ! My l ,  e mo e ci si  uda . Z 

Blyesem b d  kłopoty, ale Gerard pewno ci pomo e, a mo e i Benedykt. Caine te  

si  przył czy, jak zobaczy, co si   wi ci...  

      - Planowanie zostaw mnie - przerwałem.  

      - Odsun ła si . Nalała dwa kieliszki wina i podała mi jeden.  

      - Wypijmy za przyszło  - powiedziała.  

      - Z przyjemno ci .  

      Spełnili my toast. Nalała mi drugi kieliszek i przyjrzała mi si  uwa nie.  

      - To musi by  który  z was trzech: Eryk, Bleys albo ty - stwierdziła. - Jedynie 

wy macie do  odwagi i rozumu. Ale znikn łe  z horyzontu na tak długo,  e 

przestałam bra  ci  pod uwag .  

      - To tylko dowodzi,  e nigdy nic nie wiadomo.  

      S czyłem wino marz c,  eby cho  na chwil  umilkła. Miałem wra enie,  e 

troch  zbyt nachalnie próbuje rozwija  ka dy pomysł, jaki jej przychodzi do 

głowy. Co  mnie zaniepokoiło i chciałem to w spokoju przemy le .  

      Ile miałem lat?  

      Ta kwestia wyja niała po trosze moje gorzkie poczucie oddalenia i rozł ki z 

osobami przedstawionymi na kartach taroka. Byłem starszy, ni by na to 

wskazywał mój wygl d. (Patrz c w lustro dawałem sobie około trzydziestki, ale 

wiedziałem,  e to dlatego, i  Cienie mnie okłamuj . Byłem znacznie, znacznie 

starszy i upłyn ło ju  bardzo du o czasu, odk d widziałem swoje rodze stwo 

yj ce zgodnie, razem, w dobrej komitywie, bez napi  i tar  - jak na owej talii 

kart.  

      Usłyszeli my d wi k dzwonka i kroki Carmelli id cej do drzwi.  

      - To nasz brat, Random - powiedziałem pewien,  e si  nie myl . - Jest pod 

moj  opiek .  

      Jej oczy rozszerzyły si , a potem si  u miechn ła. Jakby wyra aj c uznanie 

dla m drego posuni cia, które wykonałem.  

      Oczywi cie nie było w tym  adnej mojej zasługi, ale nie miałem nic przeciwko 

background image

 

25 

temu,  eby tak my lała.  

      Dawało mi to wi ksze poczucie bezpiecze stwa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

26 

Rozdział 4 

 

Nowo zdobyte poczucie bezpiecze stwa towarzyszyło mi wszystkiego mo e 

trzy minuty.  

      Prze cign łem Carmell  w drodze do drzwi i otworzyłem je na o cie . 

Random wpadł do  rodka, natychmiast zamykaj c je za sob  i zasuwaj c zasuw . 

Jego jasne oczy były podkr one i nie miał na sobie kolorowego kubraka ani 

długich po czoch. Był nie ogolony i ubrany w br zowy wełniany garnitur. Przez 

rami  miał przerzucony gabardynowy płaszcz, a na nogach ciemne zamszowe 

buty. Ale był to bez w tpienia Random, ten sam Random, którego widziałem na 

karcie tarokowej, tylko jego  miej ce si  usta wykrzywiał teraz grymas 

zm czenia, a pod paznokciami miał obwódki brudu.  

      - Corwin! - powiedział i obj ł mnie.  

      U cisn łem go za rami .  

      - Chyba przydałby ci si  łyk czego  mocniejszego - zauwa yłem.  

      - Tak. Tak. Tak... - zgodził si  i poci gn łem go do biblioteki.  

      Jakie  trzy minuty pó niej, kiedy usiadł ze szklank  w jednej r ce, a 

papierosem w drugiej, powiedział:  

      - Goni  mnie. Za chwil  tu b d , Flora wydala stłumiony okrzyk, który 

zignorowali my.  

      - Kto? - spytałem.  

      - Jacy  faceci z Cieni. Nie wiem, kim s  ani kto ich nasłał. Jest ich czterech 

albo pi ciu, mo e nawet sze ciu. Byli ze mn  w samolocie. Leciałem 

odrzutowcem. Spostrzegłem ich koło Denver. Kilka razy zmieniałem samolot, 

eby si  ich pozby , ale nic z tego, a nie chciałem za bardzo zbacza  z trasy. 

Zgubiłem ich dopiero na Manhattanie, ale to tylko kwestia czasu. S dz ,  e 

wkrótce tu b d .  

      - I nie domy lasz si , kto ich nasłał?  

      U miechn ł si  leciutko.  

      - Có , my l ,  e mo emy bez wi kszego ryzyka ograniczy  kr g podejrzanych 

do rodziny. Mo e Bleys, mo e Julian, mo e Caine. A mo e nawet ty,  eby mnie tu 

ci gn . Ale mam nadziej ,  e nie. To nie ty, prawda?  

      - Nie ja - zapewniłem go. - Czy wygl daj  bardzo gro nie?  

      Wzruszył ramionami.  

      - Gdyby było ich tylko dwóch albo trzech, mógłbym spróbowa  wci gn  ich 

w zasadzk , ale z cał  t  band ...  

      Był drobnym m czyzn , licz cym niewiele ponad metr sze dziesi t wzrostu i 

wa cym najwy ej sze dziesi t par  kilo. Mimo to mówił najwyra niej serio. 

Byłem przekonany,  e rzeczywi cie, bez wahania stawiłby sam czoło dwóm lub 

trzem napastnikom. Zaciekawiło mnie nagle, czy i ja dysponuj  podobn  sił  

fizyczn  b d c jego bratem. Czułem si  pod tym wzgl dem nie najgorzej. Bez 

wi kszych obaw byłbym gotów zmierzy  si  w równej walce z ka dym 

przeciwnikiem. Jaki mogłem by  silny?  

      W tej chwili zrozumiałem,  e ju  niedługo b d  miał okazj  si  przekona .  

      Do drzwi frontowych rozległo si  pukanie.  

      - Co robimy? - spytała Flora.  

background image

 

27 

      Random roze miał si , rozwi zał krawat i rzucił go na płaszcz le cy na 

biurku. Potem zdj ł marynark  i rozejrzał si  po pokoju. Jego wzrok padł na 

szabl  - w jednej chwili był przy niej i trzymał j  w r ku. Wymacałem rewolwer 

w kieszeni marynarki i odbezpieczyłem.  

      - Co robimy? - powtórzył. - Istnieje prawdopodobie stwo,  e sforsuj  wej cie 

- ci gn ł - i wobec tego zaraz si  tu znajd . Kiedy walczyła  po raz ostatni, 

siostro?  

      - Wieki temu.  

      - Wi c lepiej szybko to sobie przypomnij, bo nie mamy du o czasu. Mówi  

wam, kto  nimi steruje. Ale nas jest trójka, a ich najwy ej dwa razy tyle. O co 

wi c tu si  martwi ?  

      - Nie wiemy, co to za jedni - zauwa yła Flora.  

      - Co za ró nica?  

      -  adna - odparłem. - Czy mam ich wpu ci ?  

      Oboje nieco zbledli.  

      - Równie dobrze mo emy poczeka ...  

      - A mo e by tak wezwa  policj ? - zaproponowałem.  

      W odpowiedzi wybuchn li niemal histerycznym  miechem.  

      - Albo Eryka - dodałem, patrz c na ni  badawczo.  

      Ale ona tylko potrz sn ła głow .  

      - Nie starczy czasu. Mamy jego Atut, lecz zanim zd y powiedzie , je li w 

ogóle zechce, b dzie ju  za pó no.  

      - A mo e to jego sprawka, co? - mrukn ł Random.  

      - W tpi  - odparła. - Bardzo w tpi . To nie w jego stylu.  

      - To prawda - dorzuciłem dla zasady,  eby da  im zna   e si  orientuj .  

      Znowu rozległo si  pukanie, tym razem znacznie gło niejsze.  

      - A Carmella? - spytałem, tkni ty nagł  my l .  

      Flora potrz sn ła głow .  

      - To mało prawdopodobne,  eby ona poszła otworzy .  

      - Nie wiesz, co ryzykujesz! - krzykn ł Random i wypadł z pokoju.  

      Wyszedłem za nim do hallu i sieni w sam  por ,  eby powstrzyma  Carmell  

przed otwarciem drzwi. Wystali my j  do jej pokoju z nakazem,  eby si  

zamkn ła, a Random zauwa ył;  

      - Oto dowód, jak  sil  dysponuj  nasi przeciwnicy. Kto tu wła ciwie za kim 

stoi, Corwin?  

      Wzruszyłem ramionami.  

     - Gdybym wiedział, nie omieszkałbym ci powiedzie . W ka dym razie my w tej 

chwili stoimy rami  w rami . - Cofnij si . - I otworzyłem drzwi.  

      Najbli szy napastnik usiłował odsun  mnie na bok, ale unieruchomiłem mu 

r k  w  elaznym u cisku i odepchn łem go. Było ich sze ciu.  

      - Czego chcecie - spytałem.  

      W odpowiedzi nie padło ani jedno słowo, tylko ujrzałem lufy. Błyskawicznie 

zatrzasn łem drzwi i zaci gn łem zasuw .  

      - Okay, rzeczywi cie tam s  - powiedziałem. - Ale sk d mog  wiedzie ,  e to 

nie jaki  twój podst p?  

      - To prawda - przyznał - niemal sam  ałuj ,  e tak nie jest. Wygl daj  na 

background image

 

28 

sko czonych oprychów.  

      Miał racj . Faceci na progu byli pot nie zbudowani i mieli kapelusze 

naci gni te gł boko na oczy. Ich twarze pozostawały w cieniu.  

      - Chciałbym wiedzie , kto tu za kim stoi - powtórzył Random.  

      W tym momencie poczułem w b benkach uszu przera liw  wibracj . 

Zrozumiałem,  e to Flora zrobiła u ytek ze swojego gwizdka. Dobiegł mnie brz k 

rozbijanej szyby i nie zdziwiłem si , gdy po chwili usłyszałem głuche warczenie i 

ujadanie.  

      - Wypu ciła na nich psy - powiedziałem. - Sze  przera liwych, dzikich bestii, 

które w innych okoliczno ciach mogły by  poszczute na nas.  

      Random kiwn ł głow  i ruszyli my w kierunku, sk d dobiegał hałas. Kiedy 

weszli my do salonu, dwóch m czyzn ju  tam było i obaj mieli bro . Jednym 

strzałem poło yłem pierwszego z nich i padłem na podłog  celuj c do drugiego. 

Random przeskoczył nade mn  wywijaj c szabl  i zobaczyłem, jak głowa 

tamtego spada z ramion. Tymczasem dwaj inni ju  drapali si  przez okno. 

Wypró niłem do nich magazynek, słysz c warczenie psów i jakie  obce strzały. 

Trzech m czyzn le ało ju  martwych na podłodze i tyle  psów Flory. Z 

satysfakcj  pomy lałem,  e załatwili my ju  połow  napastników i gdy nadbiegła 

reszta, zabiłem jeszcze jednego w sposób, który mnie samego zdumiał. Bez 

namysłu chwyciłem ci ki fotel i rzuciłem nim jakie  dziesi  metrów przez 

pokój, przetr caj c facetowi kr gosłup.  

      Skoczyłem do pozostałych dwóch, ale Random ju  zd ył przeszy  jednego 

szabl , zostawiaj c reszt  roboty psom, i wła nie zabierał si  do nast pnego, 

kiedy tamtego powalił jeden z wilczarzy. Wilczarz padł, ale jego zabójca nigdy 

ju  nikogo nie zabił - zgin ł uduszony przez Randoma.  

      Okazało si ,  e dwa psy s  martwe, a jeden ci ko ranny. Random dobił go 

jednym ruchem i skierowali my teraz uwag  na m czyzn.  

      W ich wygl dzie było co  dziwnego. Weszła Flora (wspólnie ustalili my co. Po 

pierwsze, wszystkich sze ciu miało bardzo mocno nabiegłe krwi  oczy, co jednak 

w ich przypadku wydawało si  czym  normalnym. Po drugie, przy palcach u r k 

mieli o jeden staw wi cej, a na wierzchu dłoni ostre, zakrzywione ostrogi. Ich 

szcz ki były kwadratowe i wydatne, po rozwarciu ust za  naliczyłem u jednego z 

nich czterdzie ci cztery z by, na ogół dłu sze ni  u ludzi i znacznie ostrzejsze. Ich 

ciała miały szarawy odcie , były twarde i l ni ce. Z pewno ci  dałoby si  

zauwa y  wi cej ró nic, ale ju  te zdawały si  potwierdza  jakie  przypuszczenie. 

Wzi li my ich bro  i z przyjemno ci  zatrzymałem sobie trzy małe, płaskie 

pistolety.  

      - Wypełzli z Cieni, to jasne - powiedział Random, a ja skin łem głow . - 

Musz  przyzna ,  e miałem szcz cie. Nie spodziewali si ,  e wespr  mnie takie 

posiłki: waleczny brat i pół tony psów. - Podszedł i wyjrzał przez zbite okno; nie 

kwapiłem si , aby mu towarzyszy . - Nic i nikogo - powiedział po chwili. - Z 

pewno ci  załatwili my ju  wszystkich. - Zaci gn ł ci kie pomara czowe 

zasłony i przysun ł do nich par  mebli o wysokich oparciach, podczas gdy ja 

sprawdzałem kieszenie zabitych. Jak mo na si  było spodziewa , nie znalazłem w 

nich nic, co pomogłoby ich zidentyfikowa .  

      - Wracajmy do biblioteki - powiedział Random. - Chciałbym sko czy  

background image

 

29 

swojego drinka.  

      Zanim usiadł, wyczy cił starannie szabl  i odwiesił j  na  cian . Ja tymczasem 

nalałem Florze kieliszek czego  mocniejszego.  

      - No có , zapewne teraz, kiedy trzymamy si  w trójk , dadz  mi na razie 

wi ty spokój - stwierdził Random.  

      - Zapewne - zgodziła si  Flora.  

      - Bo e, od wczoraj nie miałem nic w ustach! - oznajmił.  

      Wobec tego Flora poszła powiedzie  Carmelli,  e mo e ju  wyj  ze swojego 

pokoju, tylko ma trzyma  si  z daleka od salonu i przynie  do biblioteki solidny 

posiłek. Ledwo wyszła za próg, Random zwrócił si  do mnie z pytaniem:  

      - Jak jest teraz mi dzy wami?  

      - Lepiej miej si  przed ni  na baczno ci.  

      - Nadal trzyma z Erykiem?  

      - O ile mi wiadomo.  

      - To co tutaj robisz?  

      - Próbowałem zwabi  Eryka,  eby sam si  po mnie pofatygował. Wie,  e tylko 

w ten sposób mo e mnie dosi gn , i chciałem sprawdzi , jak bardzo mu na tym 

zale y.  

      Random potrz sn ł głow .  

      - Nic z tego nie b dzie. Ani cienia szansy. Dopóki ty jeste  tutaj, a on tam, po 

co miałby wychyla  nosa? Przecie  ma nadal silniejsz  pozycj . Je li chcesz si  z 

nim zmierzy , to ty b dziesz musiał uda  si  do niego.  

      - Wła nie doszedłem do takiego samego wniosku.  

      Jego oczy zal niły, a na ustach pojawił si  znajomy u mieszek. Przeci gn ł 

r k  po jasnej czuprynie i nie spuszczał ze mnie wzroku.  

      - Czy naprawd  zamierzasz to zrobi ? - zapytał.  

      - Mo e - odparłem.  

      - Nie zbywaj mnie, stary. Masz to wypisane na twarzy. Wiesz, sam miałbym 

ochot  si  do ciebie przył czy . Ze stosunków mi dzyludzkich najbardziej 

odpowiada mi seks, a najmniej stosunki rodzinne z Erykiem.  

      Zapaliłem papierosa rozwa aj c w duchu jego słowa.  

      - Zastanawiasz si , jak widz  - ci gn ł Random zgodnie z prawd . - My lisz: 

"Na ile mog  mu tym razem ufa ? Jest przebiegły, kłamliwy, nieobliczalny i 

gotów sprzeda  mnie za misk  soczewicy". Tak?  

      Skin łem głow .  

      - Pami taj jednak, braciszku Corwinie,  e je li nawet nie zrobiłem ci niczego 

dobrego, to i nie wyrz dziłem ci nigdy szczególnej krzywdy. Oprócz paru 

niewinnych figli. Wszystko razem wzi wszy mo na powiedzie ,  e stosunki 

mi dzy nami układały si  najlepiej z całej rodziny, to znaczy nie wchodzili my 

sobie w drog . Przemy l to. Chyba nadchodzi ju  Flora albo jej pokojówka, wi c 

zmie my temat... Ale zaraz! Pewno nie masz przy sobie talii ulubionych kart 

rodzinnych, co?  

      Potrz sn łem przecz co głow .  

      Weszła Flora i oznajmiła:  

      - Carmella zaraz przyniesie co  do jedzenia.  

      Wypili my z tej okazji i Random mrugn ł do mnie za plecami Flory.  

background image

 

30 

      Nazajutrz rano ciała z salonu ju  uprz tni to, nie było plam na dywanie, a 

szyby zostały wstawione. Random wyja nił,  e "zaj ł si , czym trzeba". Nie 

wypytywałem go dalej.  

      Po yczyli my mercedesa Flory i pojechali my na przeja d k . Okolica była 

dziwnie zmieniona. Nie potrafiłem sprecyzowa , na czym to polegało, ale miałem 

wra enie,  e jest jako  inaczej. Przy próbie rozwi zania tej zagadki znów 

rozbolała mnie głowa, postanowiłem wi c na razie o tym nie my le .  

      Siedziałem przy kierownicy, a Random obok. Mimochodem rzuciłem,  e 

chciałbym znale  si  znów w Amberze, po prostu,  eby si  przekona , co mi 

odpowie.  

      - Ciekaw jestem, czy chodzi ci tylko o zemst , czy o co  wi cej - powiedział, 

odrzucaj c w ten sposób piłeczk  i zostawiaj c mi z kolei pole do odpowiedzi, je li 

uznam to za stosowne. Uznałem. Uciekłem si  do ogólnikowego stwierdzenia:  

      - Sam si  nad tym zastanawiałem, próbuj c oceni  swoje szans . Mo e jednak 

zaryzykuj ...  

      Odwrócił si  do mnie (do tej pory patrzył przez okno) i powiedział:  

      - My l ,  e wszyscy mieli my podobne ambicje lub przynajmniej podobne 

my li. W ka dym razie ja miałem, cho  do  wcze nie, wycofałem si  z gry. Tak 

czy owak uwa am,  e warto spróbowa . Jak rozumiem, pytasz mnie, czy ci 

pomog . Odpowied  brzmi: "Tak", cho by po to,  eby zrobi  na zło  reszcie. - 

Potem dodał: - A co z Flor ? My lisz,  e stanie po naszej stronie?  

      - Bardzo w tpi  - odparłem. - Przył czyłaby si , gdyby my byli pewni swego. 

Ale jak tu mo na by  czego  pewnym w tej sytuacji?  

      - Czy w ka dej innej - dorzucił.  

      - Czy w ka dej innej - powtórzyłem, jakbym si  wła nie takiej odpowiedzi 

spodziewał.  

      Wolałem nie zwierza  mu si  z utraty pami ci. Bałem si  mu zaufa . 

Musiałem si  dowiedzie  tylu rzeczy, a nie miałem od kogo! Rozmy lałem nad 

tym prowadz c samochód.  

      - No to kiedy zaczynamy? - spytałem.  

      - Kiedy b dziesz gotów.  

      Masz ci los! Co mam teraz z tym fantem zrobi ?  

      - A mo e by tak od razu? - zaproponowałem.  

      Milczał. Zapalił papierosa, pewno dla zyskania na czasie. Poszedłem w jego 

lady.  

      - Dobrze - powiedział w ko cu. - Kiedy byłe  tam po raz ostatni?  

      - Tak cholernie dawno temu - odparłem -  e nawet nie jestem pewien, czy 

trafi .  

      - W porz dku, wobec tego musimy najpierw odjecha , zanim b dziemy mogli 

wraca . Ile masz benzyny?  

      - Trzy czwarte baku.  

      - Na nast pnym rogu skr  w lewo i zobaczymy, co si  stanie.  

      Skr ciłem i po chwili wszystkie chodniki wzdłu  ulicy zacz ły si  iskrzy .  

      - Do diaska! - zakl ł Random. - Nie robiłem tego od jakich  dwudziestu lat i 

teraz za szybko przypominam sobie ró ne rzeczy.  

      Jechali my dalej, a ja si  zastanawiałem, co si , u diabła, dzieje. Niebo stało 

background image

 

31 

si  zielonkawe, potem poró owiało. Zagryzłem usta powstrzymuj c si  od 

zadawania pyta . Przejechali my pod mostem, a kiedy wynurzyli my si  po 

drugiej stronie, niebo miało znów normalny kolor, wsz dzie wokół nas stały 

wielkie  ółte wiatraki.  

      - Nie martw si  - powiedział szybko Random, - Mogło by  gorzej.  

      Zauwa yłem,  e ludzie, których mijali my, mieli dziwne stroje, a droga była 

brukowana.  

      - Skr  w prawo.  

      Skr ciłem. Sło ce zakryły purpurowe chmury i zacz ło pada . Błyskawice 

przecinały niebo, a nad naszymi głowami przetaczał si  głuchy grzmot. Moje 

wycieraczki pracowały pełn  par , lecz niewiele to pomagało. Zapaliłem 

reflektory i jeszcze bardziej zwolniłem.  

      Byłbym przysi gł,  e min łem je d ca na koniu jad cego w przeciwn  stron , 

ubranego od stóp do głów na szaro, z wysoko podniesionym kołnierzem i głow  

pochylon  przed deszczem.  

      Pó niej chmury rozeszły si  i jechali my wzdłu  morza. Wysokie fale 

rozbijały si  o brzeg, a nisko nad nimi kr yły olbrzymie mewy. Deszcz ustał, 

wył czyłem wi c  wiatła i wycieraczki. Teraz nawierzchnia drogi była tłuczniowa, 

ale okolica wydawała mi si  całkiem obca. W lusterku wstecznym nie było ani 

ladu miasta, które wła nie min li my. Zacisn łem mocniej r ce na kierownicy, 

widz c nagle na skraju szosy szubienic , z której zwisał szkielet szarpany przez 

wiatr.  

      Random palił papierosa i wygl dał przez okno, a tymczasem droga odeszła od 

brzegu morza i skr ciła w bok, pn c si  wokół wzgórza. Po prawej mieli my 

bezdrzewn  równin  porosł  traw , a po lewej pi trzył si  rz d wzgórz. Niebo 

miało teraz intensywny ciemonofioletowy kolor, jak woda w gł bokim, czystym, 

krytym basenie. Nigdy dot d czego  podobnego nie widziałem.  

      Random otworzył okno,  eby wyrzuci  niedopałek, i wpu cił podmuch 

zimnego powietrza, który przyniósł ze sob  zapach morza, wilgotny i ostry.  

      - Wszystkie drogi prowadz  do Amberu - stwierdził sentymentalnie, jakby 

wygłaszał star  prawd .  

      Wtedy przypomniałem sobie, co powiedziała mi Flora poprzedniego dnia. I 

mimo obaw, aby nie wzi ł mnie za durnia lub nie pos dził o zatajenie wa nych 

informacji, uznałem,  e dla naszego wspólnego dobra musz  mu to powtórzy .  

      - Wiesz - zacz łem ostro nie - mam wra enie,  e kiedy zadzwoniłe  wczoraj 

podczas nieobecno ci Flory, ona w tym czasie starała si  dotrze  do Amberu, lecz 

okazało si ,  e droga jest zablokowana.  

      Roze miał si  na to.  

      - Ta kobieta nie ma krzty wyobra ni - odrzekł. - Oczywi cie,  e w takiej chwili 

droga b dzie zablokowana. Z pewno ci  my te  b dziemy w ko cu musieli i  

pieszo i wyt a  wszystkie siły i cał  pomysłowo ,  eby si  przedrze , o ile nam 

si  to w ogóle uda. Czy ona my lała,  e wróci sobie jak ksi niczka po dywanie z 

kwiatów? Głupia baba. Nie zasługuje na to, aby  y , ale nie mnie o tym 

decydowa , przynajmniej na razie. Na skrzy owaniu skr  w prawo - polecił 

nagle.  

      Co si  działo? Zdawałem sobie spraw ,  e Random jest w jaki  sposób 

background image

 

32 

odpowiedzialny za egzotyczne zmiany zachodz ce wokół nas, ale nie miałem 

poj cia, jak on to robi ani dok d nas prowadzi. Du o dałbym za to,  eby zgł bi  

jego sekret, a nie mogłem go przecie  zapyta  wprost, bo zdradziłbym si  ze 

swoj  niewiedz . I byłbym wtedy zdany na jego łask . Pozornie siedział całkiem 

bezczynnie, palił tylko papierosa i patrzył przez okno, lecz gdy pokonali my 

niewielkie wzniesienie, znale li my si  raptem na bł kitnej pustyni pod ró owym 

sło cem na migotliwym niebie. W lusterku wstecznym wida  było za nami całe 

mile tej pustyni ci gn cej si  a  po horyzont. Niezła sztuczka, trzeba przyzna .  

      Naraz silnik zaharczał, uspokoił si  i po chwili powtórzył swój wyst p. 

Kierownica zmieniła kształt w moich r kach. Stała si  półokr gła, a siedzenie 

jakby odsun ło si  do tyłu, samochód przywarł do ziemi, szyby okienne zrobiły 

si  bardziej sko ne.  

      Nic nie powiedziałem, nawet kiedy rozp tała si  wokół nas lawendowa burza 

piaskowa. A kiedy opadła, zaparło mi dech.  

      Na drodze przed nami wyrósł gigantyczny, ci gn cy si  na jakie  pół mili 

korek samochodowy. Wszystkie auta stały nieruchomo i tr biły.  

      - Zwolnij - powiedział Random. - To pierwsza przeszkoda.  

      Zwolniłem i w tym momencie ogarn ł nas nast pny podmuch burzy 

piaskowej. Zanim zd yłem zapali   wiatła, ju  było po wszystkim i ze 

zdumieniem zamrugałem par  razy oczami. Samochody znikn ły i ucichł ryk 

klaksonów. Ale droga iskrzyła si  teraz jak przedtem chodniki i słyszałem,  e 

Random przeklina kogo  lub co  pod nosem.  

      - Jestem pewien,  e omin łem t  pułapk  wła nie tak, Jak tego chciał ten, co 

nam j  zastawił - powiedział. - I w ciekam si ,  e zrobiłem to, czego si  

spodziewał: rzecz oczywist .  

      - Eryk? - spytałem.  

      - Zapewne. Jak my lisz, co powinni my teraz zrobi ? Zatrzyma  si  i 

spróbowa  trudniejszej drogi czy jecha  dalej i czeka  na nast pn  przeszkod ?  

      - Jed my dalej - zdecydowałem. - W ko cu to była dopiero pierwsza.  

      - Dobrze - zgodził si , ale dodał: - Kto wie, jaka b dzie ta druga?  

      Drug  była rzecz - nie wiem, jak inaczej to nazwa .  

      Rzecz, która wygl dała jak piec hutniczy z ramionami, przycupni ty na 

rodku drogi, si gaj cy po auta i po eraj cy je.  

      Gwałtownie zahamowałem.  

      - Co robisz? - spytał Random. - Jed  dalej. Jak inaczej go wyminiesz?  

      - Troch  mn  to wstrz sn ło - przyznałem, a on spojrzał na mnie dziwnie z 

ukosa, i znów owiała nas chmura piasku.  

      Zrozumiałem,  e powiedziałem co  niewła ciwego.  

      Kiedy pył opadł, jechali my znów po pustej drodze.  

      A w oddali wida  było wie e.  

      - My l ,  e go załatwiłem - odezwał si  Random. - Poł czyłem kilka w jedn  i 

chyba na tej si  nas nie spodziewał. W ko cu nikt nie mo e zagrodzi  wszystkich 

dróg do Amberu.  

      - To prawda - przyznałem z nadziej ,  e uda mi si  zatrze  złe wra enie 

wywołane moim nie wiadomym faux pas.  

      Zerkn łem spod okna na Randoma. Drobny, niepozorny człowieczek, który 

background image

 

33 

mógł równie łatwo jak ja zgin  poprzedniego wieczoru. Na czym polegała jego 

moc? I co znaczyło to całe gadanie o Cieniach? Co  mi mówiło,  e poruszam si  

w ród nich nawet teraz. W jaki sposób? Działo si  to za spraw  Randoma, a 

poniewa  nie było najwyra niej zwi zane z wysiłkiem fizycznym, gdy  jego r ce 

spoczywały bezczynnie na kolanach, doszedłem do wniosku,  e robi to sił  

umysłu. Ale jak?  

      Mówił o "dodawaniu" i "odejmowaniu", jakby  wiat, w którym si  porusza, 

był jednym wielkim równaniem. Nagle ogarn ła mnie dziwna pewno ,  e dodaje 

on i odejmuje ró ne elementy otaczaj cej nas rzeczywisto ci,  eby zbli y  si  do 

tego osobliwego miejsca, zwanego Amberem, do którego si  przedzierał.  

      Ja te  kiedy  to umiałem. I w przebłysku ol nienia zrozumiałem,  e klucz do 

wszystkiego le y w przypomnieniu sobie Amberu. Ale nie mogłem sobie nic 

przypomnie .  

      Szosa nagle skr ciła, zostawiaj c pustyni  z tyłu i wje d aj c w pola porosłe 

wysok , niebiesk , ostr  traw . Po chwili teren stał si  pagórkowaty, a u stóp 

trzeciego wzgórza dobra nawierzchnia si  sko czyła i wjechali my w w sk  poln  

drog . Była ubita i wiła si  mi dzy coraz wy szymi wzgórzami, na których zacz ły 

si  teraz pojawia  niskie krzewy i podobne do bagnetów osty. Po jakiej  

półgodzinie wzgórza zostały w tyle i wjechali my w las rozło ystych drzew o 

grubych pniach i romboidalnych li ciach w jesiennych kolorach purpury i  ółci. 

Zacz ł pada  drobny deszcz, w ród krzewów przesuwały si  cienie. Nad 

kobiercem mokrych li ci unosiła si  warstewka mgły. Gdzie  na prawo rozległ si  

skowyt.  

      Kierownica zd yła ju  trzy razy zmieni  kształt w moich r kach, na ostatek 

przyjmuj c posta  drewnianego o miok ta. Samochód miał teraz wysokie 

podwozie, a na masce figurk  w kształcie flaminga. Powstrzymałem si  od 

wszelkich komentarzy, dostosowuj c si  do zmian poło enia siedzenia i coraz to 

nowych warunków prowadzenia pojazdu. Znów rozległ si  skowyt. Random 

zerkn ł na kierownic , potrz sn ł głow  i nagle drzewa stały si  o wiele wy sze, 

oplecione pn czami winoro li i bł kitn  woalk  hiszpa skiego mchu, a samochód 

niemal e wrócił do normy. Spojrzałem na wska nik paliwa i zobaczyłem,  e 

mamy połow  baku.  

      - Posuwamy si  do przodu - zauwa ył Random, a ja przytakn łem.  

      Droga raptownie si  poszerzyła i zrobiła asfaltowa. Po obu stronach stały 

rowy pełne błotnistej wody. Pływały w nich li cie, gał zie i kolorowe piórka. 

Nagle zakr ciło mi si  w głowie i poczułem si  jakby odurzony.  

      - Oddychaj wolno i gł boko - powiedział szybko Random, zanim zd yłem si  

do tego stanu przyzna . - Jedziemy na skróty, wi c atmosfera i grawitacja b d  

przez jaki  czas nieco inne. Mieli my do tej pory sporo szcz cia; chc  to 

wykorzysta  i jak najszybciej dosta  si  jak najbli ej.  

      -  wietna my l - pochwaliłem go.  

      - Mo e tak, a mo e nie - odparł - ale warto spróbo... Uwa aj!  

      Wjechali my na szczyt wzgórza; raptem z przeciwnej strony wyłoniła si  

ci arówka i toczyła prosto na nas. Skr ciłem, aby j  wymin , ale i ona skr ciła. 

W ostatniej chwili zdołałem zjecha  z drogi na mi kkie pobocze na lewo tu  przy 

skraju rowu. Ci arówka po prawej zahamowała. Usiłowałem wróci  z pobocza z 

background image

 

34 

powrotem na szos , lecz utkn li my w rozmokłej glinie.  

      Usłyszałem trzask drzwiczek i zobaczyłem,  e kierowca wyskakuje z kabiny 

po prawej stronie, co znaczyło,  e to jednak on jechał zapewne po wła ciwym 

pasie, a nie my. Byłem pewien,  e nigdzie w Stanach nie ma ruchu lewostronnego, 

ale jednocze nie miałem przeczucie,  e ju  dawno opu cili my Ziemi , któr  

znałem.  

      Ci arówka okazała si  cystern . Du ymi, czerwonymi literami miała 

wypisane na boku: "ZUNOCO", a pod spodem slogan reklamowy: "Jeste my 

wsz dzie". Kierowca obrzucił mnie wyzwiskami, ledwo wysiadłem z wozu,  eby 

go przeprosi . Był równie wysoki jak ja, gruby jak beczka łoju i trzymał w r ku 

lewarek.  

      - Przecie  mówi ,  e bardzo mi przykro - powtórzyłem. - Co jeszcze mam 

zrobi ? Ostatecznie nic si  nikomu nie stało.  

      - Takich pieprzonych kierowców nie powinno si  puszcza  na szos ! - 

wrzeszczał. - To  mier  w oczach!  

      Random wysiadł z samochodu i warkn ł:  

      - Zje d aj pan! - W r ce miał rewolwer.  

      - Odłó  to - powiedziałem, ale odbezpieczył bro  i wycelował.  

      Facet odwrócił si  i zacz ł biec, oczy miał rozszerzone z przera enia i 

opadni t  szcz k . Random podniósł rewolwer i wycelował mu w plecy - zbiłem 

mu r k  w chwili, gdy naciskał cyngiel.  

      Pocisk uderzył w bruk i odbił si  rykoszetem.  

      Random odwrócił si  do mnie z pobielał  twarz .  

      - Ty cholerny głupcze! Mogłem trafi  w cystern !  

      - Mogłe  te  trafi  w człowieka, do którego mierzyłe .  

      - No to co? Nigdy wi cej si  tu nie znajdziemy, w ka dym razie za  ycia tego 

pokolenia. Ten bydlak miał czelno  obrazi  ksi cia Amberu! Stan łem w obronie 

twojego honoru!  

      - Sam potrafi  zadba  o swój honor - powiedziałem i nagle zawładn ło mn  

poczucie siły, które wło yło mi w usta słowa: - Decyzja, czy go zabi , nale ała do 

mnie, nie do ciebie - co mówi c poczułem autentyczn  w ciekło .  

      Drzwi szoferki zatrzasn ły si  i ci arówka czym pr dzej ruszyła, a Random 

skłonił przede mn  głow  i rzekł:  

      - Przepraszam, bracie. Nie chciałem wkracza  w twoje prawa. Poczułem si  

ura ony słysz c, jak jeden z nich mówi do ciebie w ten sposób. Wiem,  e 

powinienem poczeka , a  sam zrobisz, co uznasz za stosowne, albo przynajmniej 

ci  spyta .  

      - No dobra - powiedziałem - postarajmy si  jako  dosta  z powrotem na szos  

i ruszy  w drog .  

      Tylne koła ugrz zły w błocie a  po osie. Patrzyłem na nie, zastanawiaj c si , 

co zrobi  z tym fantem, gdy Random zawołał:  

      - Podnios  przedni zderzak, a ty we  tylny i wyniesiemy wóz na szos . Ale 

lepiej postawmy go tym razem na lewym pasie.  

      Wcale nie  artował.  

      Mówił co  przedtem o mniejszej sile przyci gania, ale ja nie czułem si  znów 

a  taki lekki. Wiedziałem,  e jestem silny, lecz miałem niejakie w tpliwo ci, czy 

background image

 

35 

b d  w stanie ud wign  mercedesa.  

      Musiałem jednak spróbowa , bo Random najwyra niej tego po mnie 

oczekiwał, a nie mogłem da  mu okazji do podejrze ,  e mam luki w pami ci. 

Przykucn łem wi c, zaparłem si , chwyciłem zderzaki i zacz łem powoli si  

prostowa . Tylne koła z kla ni ciem wydobyły si  z mokrej gliny. Trzymałem tył 

samochodu pół metra nad ziemi . Był ci ki - do diaska! był porz dnie ci ki - 

lecz dałem mu rad !  

      Przy ka dym kroku zapadałem si  gł boko w ziemi . Ale go niosłem! A 

Random pomagał mi z drugiego ko ca. Postawili my samochód na szosie. 

Zdj łem buty, opró niłem je z błota i wyczy ciłem k pkami trawy, wykr ciłem 

skarpetki, wrzuciłem je wraz z butami na tylne siedzenie, otrzepałem nogawki i 

usiadłem boso za kierownic .  

      Random zaj ł miejsce przy mnie i rzekł:  

      - Posłuchaj, chciałem ci  raz jeszcze przeprosi ...  

      - Nie mówmy ju  o tym - uci łem. - Było, min ło.  

      - Ale nie chciałbym,  eby   ywił do mnie uraz .  

      - Nie mam zamiaru. Prosz  ci  tylko,  eby  na przyszło  trzymał na wodzy 

swoj  pop dliwo , je li chodzi o odbieranie ludziom  ycia w mojej obecno ci.  

      - Dobrze - obiecał.  

      - No to w drog  - powiedziałem i ruszyli my.  

      Jechali my przez skalisty kanion, a potem przez miasto, które wygl dało, 

jakby było zrobione całe ze szkła albo szkłopodobnej materii, przez jego 

mieszka ców za  prze wiecało ró owe sło ce, ukazuj c ich organy wewn trzne i 

resztki ostatniego spo ytego posiłku. Przygl dali si  nam i gromadzili na rogach 

ulic, ale nikt nie próbował nas zatrzyma  ani nam przeszkodzi .  

      - Tutejsi naukowcy b d  z pewno ci  opisywa  to wydarzenie przez wiele lat - 

powiedział mój brat.  

      Przytakn łem.  

      Pó niej w ogóle nie było drogi i jechali my po czym  w rodzaju gładkiego 

silikonu bez pocz tku i ko ca. Po jakim  czasie zw ził si  i stał nasz  drog , a 

jeszcze potem po obu stronach rozlały si  moczary, zarosło, brunatne i cuchn ce. 

I przysi głbym,  e widziałem diplodoka, który podniósł głow  i uwa nie nam si  

przygl dał. Potem przeleciał nam nad głowami olbrzymi cien o skrzydłach 

nietoperza. Niebo było teraz granatowe, a sło ce koloru złotej ochry.  

      - Mamy ju  mniej ni  jedn  czwart  baku - zauwa yłem.  

      - Dobra - powiedział Random. - Zatrzymaj si .  

      Stan łem i czekałem.  

      Przez dłu szy czas - około sze ciu minut - milczał, a potem powiedział.  

      - Jed  dalej.  

      Po jakich  trzech milach dojechali my do ogrodzenia z bali, wzdłu  którego 

ruszyłem. Wreszcie trafili my na bram  i Random rzekł;  

      - Sta  i zatr b.  

      Po chwili wielkie  elazne zawiasy zaskrzypiały i drewniane wrota otworzyły 

si  do  rodka.  

      - Mo esz wjecha  - powiedział Random. - Nic nam nie grozi.  

      Na lewo stały trzy kopulaste pompy benzynowe, a za nimi mały budyneczek z 

background image

 

36 

rodzaju tych, które widywałem niezliczon  ilo  razy w bardziej przyziemnych 

okoliczno ciach. Zatrzymałem si  przy jednym z dystrybutorów i czekałem.  

      Facet, który do nas wyszedł, miał jakie  półtora metra wzrostu, tali  jak beka, 

nos przypominaj cy truskawka i bary szerokie na metr.  

      - Do pełna? - spytał.  

      Skin łem głow .  

      - Niech pan podjedzie troch  bli ej - zarz dził.  

      Podjechałem i spytałem Randoma:  

      - Czy moje pieni dze s  tutaj wa ne?  

      - Obejrzyj je sobie - zaproponował.  

      Mój portfel był wypchany plikiem pomara czowych i  ółtych banknotów z 

rzymskimi cyframi w rogach, po których nast powały litery D.R. Random 

u miechn ł si  zadowolony z siebie.  

      - Widzisz, zadbałem o wszystko.  

      - Wspaniale. A propos, jestem głodny.  

      Rozejrzeli my si  wokół i zobaczyli my tablic  z facetem znanym mi sk din d 

z reklamy kurczaków z ro na, a tu polecaj cym poblisk  knajp .  

      Truskawkowy Nos strzepn ł reszt  benzyny na ziemi  dla równego rachunku, 

odwiesił w a, podszedł i powiedział:  

      - Osiem Drachae Regums.  

      Znalazłem pomara czowy banknot oznaczony V D.R. i trzy inne oznaczone I 

D.R. i podałem mu.  

      - Dzi kuj  - rzekł i wsadził je do kieszeni. - Sprawdzi  olej i wod ?  

      - Tak.  

      Dolał troch  wody, powiedział,  e poziom oleju jest w porz dku, i mazn ł 

brudn   cierk  przedni  szyb . Potem nam pomachał i znikn ł w budyneczku.  

      Podjechali my do reklamowanej knajpy i kupili my kilkana cie porcji 

jaszczurki z ro na i galon słabego, słonawego w smaku piwa. Potem umyli my si  

w przybudówce, zatr bili my przed bram  i poczekali my cierpliwie, a  

przyszedł człowiek z halabard  przewieszon  przez prawe rami  i nas wypu cił. 

Znów ruszyli my w drog .  

      W pewnej chwili wyskoczył nam przed mask  tyranosaurus, zawahał si  przez 

moment i ruszył swoj  drog , na lewo. Nad naszymi głowami przeleciały kolejne 

trzy pterodaktyle.  

      - Niech tnie porzucani niebo Amberu - powiedział Random, cokolwiek to 

miało znaczy , a ja mrukn łem co  potwierdzaj co w odpowiedzi. - Ale boj  si  

próbowa  wszystkiego naraz - ci gn ł. - Mogliby my zosta  rozerwani na strz py.  

      - Zgoda - przyznałem.  

      - Z drugiej strony, nie podoba mi si  to miejsce.  

      Kiwn łem głow  i jechali my dalej, a  silikonowa równina si  sko czyła i 

rozci gn ł si  przed nami goły kamie .  

      - Co zamierzasz dalej? - zaryzykowałem.  

      - Teraz, kiedy mam ju  niebo, nastawi  si  na teren - powiedział.  

      Kamienna pustynia zaroiła si  skałami, mi dzy którymi prze witywała 

ciemna ziemia. W miar  upływu czasu ziemi było coraz wi cej, a skał coraz 

mniej. W ko cu zobaczyłem plamy zieleni. Najpierw tu i ówdzie k pki traw. Ale 

background image

 

37 

była to bardzo, bardzo jasna ziele , koloru nie spotykanego na Ziemi.  

      Wkrótce było jej wi cej.  

      Pó niej pokazały si  drzewa, rosn ce gdzieniegdzie przy drodze.  

      I wreszcie las.  

      Ale jaki!  

      Nigdy nie widziałem takich drzew - pot nych i majestatycznych, o gł bokiej, 

soczystej zieleni ze złotym połyskiem. Pi ły si  ku niebu, wznosiły do chmur. Były 

tu wielkie sosny, d by, klony i wiele innych, których nazw nie znałem. Kiedy 

opu ciłem troch  szyb , owion ł mnie podmuch wspaniałego, wonnego powietrza. 

Odetchn łem par  razy gł boko i postanowiłem jecha  dalej przy otwartym 

oknie.  

      - Las Arde ski - powiedział człowiek, który był moim bratem i którego 

zarówno kochałem, jak i zazdro ciłem mu jego wiedzy i m dro ci.  

      - Bracie - zwróciłem si  do niego - spisujesz si   wietnie. Lepiej, ni  si  

spodziewałem. Dzi kuj .  

      Był najwyra niej zdumiony. Jakby po raz pierwszy usłyszał dobre słowo od 

kogo  z rodziny.  

      - Staram si , jak mog  - powiedział. - I dalej b d  si  starał, obiecuj . Spójrz 

tylko! Mamy ju  niebo i mamy las! A  za dobre,  eby było prawdziwe! Min li my 

ju  połow  drogi i nic si  nam na razie specjalnego nie dało we znaki. My l ,  e 

mamy du o szcz cia. Czy dasz mi własne ksi stwo?  

      - Tak - odparłem, nie wiedz c, o co mu chodzi, ale gotów zaspokoi  jego 

zachciank  je li b dzie to le ało w granicach moich mo liwo ci.  

      Skin ł głow  i rzekł:  

      - Jeste  w porz dku.  

      Krwio erczy mały gnojek, który zawsze, jak pami tałem, miał dusz  

buntownika. Rodzice starali si  go jako  utemperowa , ale bez wi kszych 

rezultatów. Zdałem sobie w tym momencie spraw ,  e mieli my wspólnych 

rodziców, w przeciwie stwie do mnie i Eryka, do mnie i Flory, Caina, Bleysa i 

Fiony. I mo e jeszcze innych, ale co do tych byłem pewien.  

      Jechali my po twardej, ubitej drodze le nej po ród nawy ogromnych drzew. 

Ci gn ły si  bez ko ca. Czułem si  tu bezpiecznie. Raz i drugi spłoszyli my 

jelenia i wystraszyli zaj ca przy drodze. Gdzieniegdzie wida  było odciski 

ko skich kopyt. Promienie sło ca prze wiecały tu i ówdzie przez li cie, 

przypominaj c napi te złote struny jakiego  hinduskiego instrumentu 

muzycznego. Powietrze było wilgotne i o ywcze. Za witała mi my l,  e znam to 

miejsce,  e w przeszło ci cz sto przebywałem t  drog . Je dziłem po Lesie 

Arde skim na koniu, chodziłem pieszo, polowałem, le ałem na plecach pod tymi 

pot nymi konarami, z r kami pod głow , wpatruj c si  w niebo. Wspinałem si  

na niektóre z tych gigantów, patrz c z góry na ruchomy, zielony  wiat.  

      - Kocham ten las - powiedziałem bezwiednie na głos, a Random odpowiedział:  

      - Zawsze go kochałe . - W jego głosie kryła si  jakby nuta rozbawienia, ale nie 

byłem pewien.  

      Wtem z oddali usłyszałem d wi k, który instynktownie rozpoznałem jako głos 

rogu.  

      - Jed  szybciej - rzekł nagle Random. - To chyba róg Juliana.  

background image

 

38 

      Posłuchałem go.  

      Róg zabrzmiał znowu, tym razem bli ej. - Te jego cholerne psy rozszarpi  

nasz samochód na strz py, a ptaszysko wydziobie nam oczy! - powiedział 

Random. - Wolałbym nie spotyka  si  z nim akurat w chwili, kiedy jest w pełnej 

gotowo ci bojowej. Nie wiem, na co poluje, ale z pewno ci  ch tnie porzuci t  

zwierzyn  dla łupu w postaci dwóch swoich braci.  

      -  yj i daj  y  innym, oto moja najnowsza dewiza - oznajmiłem.  

      Random zachichotał.  

      - Co za osobliwy pomysł. Zało  si ,  e przetrwa nie dłu ej ni  pi  minut.  

      Róg odezwał si  ponownie, jeszcze bli ej, i Random zakl ł:  

      - Niech to diabli!  

      Szybko ciomierz wskazywał siedemdziesi t pi  mil na godzin , w dziwnych, 

runicznych cyfrach, i bałem si  jecha  szybciej na tej le nej drodze. Znów 

wyra nie usłyszeli my róg z lewej strony, trzy długie sygnały, którym 

towarzyszyło ujadanie psów.  

      - Jeste my bardzo blisko prawdziwej Ziemi, chocia  wci  daleko od Amberu 

- powiedział mój brat. - Ucieczka przez s siednie Cienie na nic si  nie zda, bo je li 

to Julian nas goni, poda y za nami. Albo jego Cie .  

      - Co robimy?  

      - Dodaj gazu i miejmy nadziej ,  e nie nas  ciga.  

      Tym razem róg zabrzmiał tu -tu .  

      - Na czym on tak p dzi, na lokomotywie? - spytałem.  

      - Raczej na swoim pot nym Morgenstemie, najszybszym koniu, jakiego 

stworzył.  

      Obracałem to ostatnie słowo w my lach, staraj c si  je rozszyfrowa . Jaki  

głos wewn trzny mówił mi,  e to prawda,  e rzeczywi cie stworzył Morgensterna, 

czerpi c z Cieni, wyposa aj c besti  w pr dko  huraganu i sił  kafara.  

      Przypomniałem sobie,  e mam swoje powody ba  si  tego zwierza - i wła nie w 

tym momencie go zobaczyłem.  

      Morgenstem był o sze  pi dzi wy szy od ka dego innego konia, miał oczy 

martwego koloru, jak wy eł weimarski, szar  ma  i kopyta z polerowanej stali. 

P dził jak wiatr za naszym samochodem, a w siodle siedział Julian, taki, jakim go 

pami tałem z talii kart - miał długie czarne włosy, bł kitne oczy i łuskow  biał  

zbroj . U miechn ł si  do nas i pomachał, a Morgenstem podrzucił w gór  łeb i 

jego wspaniała grzywa zafalowała na wietrze jak flaga. Nogi  migały mu jak 

błyskawice.  

      Przypomniało mi si ,  e Julian ubrał kiedy  swojego pachołka w moje ubranie 

i kazał mu dr czy  to zwierz . Oto dlaczego Morgenstem próbował mnie 

stratowa  podczas pewnego polowania, kiedy zsiadłem z konia,  eby oprawi  

jelenia.  

      Zamkn łem okno, aby zapach nie zdradził mojej obecno ci. Ale Julian 

wypatrzył mnie ju  i wiedziałem, co to znaczy. Wokół niego biegła sfora 

krwio erczych ogarów o niezwykłej wytrzymało ci i z bach jak stal. One te  

pochodziły z Cieni, bo  aden normalny pies nie mógłby tak biec. Ale wiedziałem, 

e słowo "normalny" tak czy owak nie ma tu zastosowania.  

      Julian dał mi znak,  eby my si  zatrzymali. Spojrzałem pytaj co na 

background image

 

39 

Randoma, a on kiwn ł głow .  

      - Je li go nie posłuchamy, to nas stratuje.  

      Nacisn łem hamulce, zwolniłem, stan łem.  

      Morgenstem zar ał, stan ł d ba, zarył wszystkimi czterema kopytami w 

ziemi  i zacz ł ta czy  w miejscu. Psy dreptały wokół z wywieszonymi j zykami, 

ci ko dysz c. Ko  był pokryty l ni c  warstw  potu. Spu ciłem okno.  

      - Co za niespodzianka! - powitał nas Julian swoim rozwlekłym, lekko 

zacinaj cym si  głosem, a gdy to mówił, wielki sokół o czamo-zielonkawym 

upierzeniu zatoczył w powietrzu koło i usiadł mu na lewym ramieniu.  

      - Tak, rzeczywi cie niespodzianka - przyznałem. - Jak e si  miewasz?  

      - Doskonale, jak zawsze. A ty i nasz drogi brat Random?  

      - Jestem w dobrej formie - powiedziałem, a Random skin ł mu głow  i 

zauwa ył:  

      - S dziłem,  e w dzisiejszych czasach znajdziesz sobie inn  rozrywk  ni  

polowanie.  

      Julian pochylił si  i spojrzał na niego drwi co przez przedni  szyb .  

      - Lubi  zabija  dzikie bestie - powiedział - a przy tym dzie  i noc my l  o 

swoich krewnych.  

      Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.  

      - Przerwałem polowanie słysz c w oddali warkot samochodu - ci gn ł. - Nie 

s dziłem jednak,  e jad  nim takie dwie osobisto ci. Przypuszczam,  e nie 

wybrali cie si  na przeja d k  dla czystej przyjemno ci, lecz macie przed sob  

jaki  cel, na przykład Amber. Zgadza si ?  

      - Zgadza - przyznałem. - Mog  spyta , dlaczego jeste  tutaj, a nie tam?  

      - Eryk kazał mi pilnowa  tej drogi - odparł, a moja r ka automatycznie 

pow drowała do pistoletu zatkni tego za pasek. Miałem jednak wra enie,  e kula 

nie przebije jego zbroi. Rozwa ałem, czyby nie zastrzeli  Morgensterna.  

      - Có , bracia - rzekł Julian z u miechem - witam was i  ycz  dobrej podró y. 

Z pewno ci  zobaczymy si  wkrótce w Amberze. Do widzenia. - Zawrócił konia i 

znikn ł w lesie.  

      - Uciekajmy st d czym pr dzej - powiedział Random. - Na pewno planuje 

zasadzk  albo pogo . - Co mówi c wyci gn ł pistolet zza pasa i poło ył na 

kolanach.  

      Prułem przed siebie z całkiem przyzwoit  pr dko ci .  

      Po jakich  pi ciu minutach, kiedy ju  byłem gotów odetchn , usłyszałem róg. 

Nacisn łem pedał gazu, wiedz c,  e Julian i tak nas dogoni, ale chciałem zyska  

na czasie i odjecha  jak najdalej.  cinali my zakr ty, pokonywali my z rykiem 

wzgórza i doliny, w pewnej chwili omal nie potr cili my jelenia, ale szcz liwie 

udało nam si  go wymin  nie wytracaj c pr dko ci.  

      Róg brzmiał coraz bli ej i Random kl ł pod nosem.  

      Co  mi mówiło,  e mamy przed sob  jeszcze dług  drog  przez las, i nie 

dodawało mi to ducha.  

      Trafił nam si  jeden długi, prosty odcinek, kiedy mogłem przycisn  pedał do 

deski i trzyma  przez prawie minut . D wi k rogu Juliana nieco si  oddalił. Ale 

polem wjechali my w teren, gdzie droga wiła si  i kr ciła, i musiałem zwolni . 

Julian znów zacz ł nas dogania .  

background image

 

40 

      Po jakich  sze ciu minutach pokazał si  we wstecznym lusterku, p dz c 

galopem w otoczeniu za artej, ujadaj cej sfory. Random otworzył okno, a po 

chwili wychylił si  i zacz ł strzela .  

      - Niech diabli porw  t  jego zbroj ! - zakl ł. - Jestem pewien,  e trafiłem go 

dwukrotnie i nic mu si  nie stało.  

      - Niech tnie my l  o zabiciu tej bestii - powiedziałem - ale spróbuj wycelowa  

w konia.  

      - Ju  próbowałem, nawet kilkakrotnie - odparł, rzucaj c pusty pistolet na 

podłog  i wyjmuj c drugi - i albo jestem gorszym strzelcem, ni  s dziłem, albo to 

prawda, co wie  niesie:  e Morgenstena mo na zabi  tylko srebrn  kul .  

      Pozostałymi nabojami poło ył sze  psów, ale jeszcze zostało ich ze dwa 

tuziny. Podałem mu jeden z moich pistoletów i załatwił dalszych pi  bestii.  

      - Ostatni nabój zostawiłem na głow  Juliana, je li podjedzie dostatecznie 

blisko - rzekł.  

      Byli ju  kilkana cie metrów za nami i szybko si  zbli ali, nacisn łem wiec 

hamulce. Nie wszystkie psy zd yły si  zatrzyma , ale Julian nagle znikn ł, tylko 

nad głowami przeleciał nam czarny cie .  

      Morgenstern przeskoczył samochód! Odwrócił si  w miejscu i w chwili, gdy 

ko  wraz z je d cem stan li przed nami, nacisn łem gaz zrywaj c wóz do przodu.  

      Morgenstern błyskawicznie uskoczył na bok. W lusterku zobaczyłem,  e dwa 

psy porzucaj  błotnik, który oderwały, i ruszaj  w dalsz  pogo . Przył czyło si  

do nich jeszcze pi tna cie czy szesna cie sztuk, reszta le ała na drodze.  

      - Niezły numer - powiedział Random - ale miałe  szcz cie,  e nie rozszarpały 

opon. Pewno nigdy dot d nie polowały na samochód.  

      Podałem mu mój drugi pistolet z poleceniem:  

      - Celuj w psy.  

      Strzelaj c dokładnie i precyzyjnie poło ył jeszcze sze . Julian był ju  przy 

samochodzie, w prawej r ce trzymał miecz.  

      Nacisn łem klakson,  eby spłoszy  Morgensterna, lecz ten ani drgn ł. 

Skr ciłem prosto na nich, a wtedy ko  si  usun ł. Random pochylił si  w 

siedzeniu, zło ony do strzału, oparłszy praw  r k  z pistoletem o lewe 

przedrami .  

      - Poczekaj - powiedziałem. - Spróbuj  wzi  go  ywcem.  

      - Oszalałe  - zaprotestował, kiedy hamowałem. Ale opu cił bro .  

      - W chwili gdy stan li my, otworzyłem błyskawicznie drzwi i wyskoczyłem - 

zapomniałem,  e wci  jestem na bosaka, niech to diabli!  

      Dałem nura pod jego mieczem, chwyciłem go za r k  i wysadziłem z siodła. 

Zd ył uderzy  mnie tylko raz swoj  opancerzon  lew  r k , ale poczułem 

potworny ból i zobaczyłem wszystkie gwiazdy.  

      Le ał bez ruchu na ziemi, nieco zamroczony, a ja op dzałem si  od 

szarpi cych mnie psów, które Random na prawo i lewo raczył kopniakami. 

Podniosłem miecz Juliana i przytkn łem mu szpic do gardła.  

      - Ka  im si  uspokoi ! - za dałem. - Albo przyszpil  ci  do ziemi.  

      Wychrypiał rozkaz i psy si  cofn ły. Random tymczasem trzymał za cugle 

niespokojnego Morgensterna.  

      No wiec, drogi bracie, co masz do powiedzenia na - swoj  obron ? - spytałem.  

background image

 

41 

      W jego oczach pojawił si  zimny niebieski błysk, ale twarz pozostała 

nieruchoma.  

      - Je li masz zamiar mnie zabi , to na co czekasz - powiedział.  

      - Wszystko w swoim czasie - odparłem, nie bez przyjemno ci patrz c na jego 

nieskaziteln  zbroj , teraz utytłan  w błocie. - A na razie powiedz mi, ile jest dla 

ciebie warte twoje  ycie?  

      - Wszystko co mam, oczywi cie.  

      Cofn łem si .  

      - Wstawaj i siadaj na tylne siedzenie samochodu - zarz dziłem, zabieraj c mu 

jednocze nie sztylet. Random zaj ł swoje poprzednie miejsce i trzymał pistolet z 

ostatnim nabojem wymierzonym w głow  Juliana.  

      - Dlaczego go po prostu nie zabijesz? - spytał.  

      - Mo e nam si  przyda  - wyja niłem. - Jest par  rzeczy, których chciałbym 

si  dowiedzie . A przed nami jeszcze długa droga.  

      Ruszyłem. Psy wci  kr yły w pobli u, a i Morgenstern pocwałował za 

samochodem.  

      - Obawiam si ,  e niezbyt wam si  przydam jako jeniec - odezwał si  Julian. - 

Nawet na torturach mog  zdradzi  tylko to, co wiem, a wiem niewiele.  

      - To mo e od tego zacznijmy - zaproponowałem.  

      - Eryk ma obecnie najsilniejsz  pozycj  jako ten, który był na miejscu w 

Amberze, gdy wszystko si  rozpadło. W ka dym razie ja tak to widz , dlatego 

ofiarowałem mu swoje poparcie. Gdyby to był który  z was, pewno zrobiłbym to 

samo. Eryk wyznaczył mi stra  w Ardenie, gdy  t dy wiedzie jedna z głównych 

tras, Gerard ma pod kontrol  południowe szlaki morskie, a Caine północne.  

      - Co z Benedyktem? - spytał Random.  

      - Nie wiem. Nic o nim nie słyszałem. Mo e jest z Bleysem. Mo e przebywa w 

którym  z Cieni i w ogóle jeszcze o niczym nie słyszał. A mo e nawet nie  yje. Ju  

od lat nic o nim nie wiadomo.  

      - Ilu masz ludzi w Ardenie? - ci gn ł Random.  

      - Ponad tysi c. Niektórzy z nich pewno cały czas was obserwuj .  

      - I je li wolisz zosta  przy  yciu, lepiej,  eby si  do tego ograniczyli - stwierdził 

Random.  

      - Niew tpliwie masz racj  - odparł Julian. - Musz  przyzna ,  e Corwin 

post pił sprytnie bior c mnie jako zakładnika. Mo e dzi ki temu uda si  wam 

wydosta  z lasu.  

      - Mówisz tak, bo chcesz  y  - odparował Random.  

      - Oczywi cie,  e chc   y . Mog ?  

      - Jak to?  

      - W zamian za informacje, których wam dostarczyłem.  

      Random roze miał si .  

      - Twoje informacje s  niewiele warte, jestem pewien,  e mo na by wydrze  z 

ciebie znacznie wi cej. Przekonamy si , jak tylko nadarzy si  okazja,  eby stan , 

co, Corwin?  

      - Zobaczymy - powiedziałem, - Gdzie jest Fiona?  

      - Chyba gdzie  na południu - odparł Julian.  

      - A Deirdre?  

background image

 

42 

      - Nie wiem.  

      - Llewella?  

      - W Rebmie.  

      - W porz dku. Mam wra enie,  e powiedziałe  mi wszystko, co wiesz.  

      - Owszem.  

      Jechali my dalej w milczeniu i w ko cu las zacz ł si  przerzedza . Dawno ju  

straciłem z oczu Morgensterna, cho  kr ył jeszcze nad nami sokół Juliana. 

Droga wiodła teraz do góry ku przeł czy pomi dzy dwoma purpurowymi 

szczytami. Mieli my ju  zaledwie  wier  baku benzyny. Po godzinie 

przeje d ali my mi dzy wysokimi skalnymi grzbietami.  

      - To idealne miejsce na zablokowanie drogi - powiedział Random.  

      - Zupełnie mo liwe - zgodziłem si . - Co na to powiesz, Julianie?  

      Julian westchn ł.  

      - Macie racj  - przyznał. - Zaraz b dzie zapora. Wiecie, jak si  przedosta .  

      Wiedzieli my. Kiedy podjechali my do bramy i wyszedł do nas stra nik w 

zielono-br zowym skórzanym stroju i z odsłoni tym mieczem, wskazałem 

kciukiem na tylne siedzenie i spytałem:  

      - Czy co  ci to mówi?  

      Poznał nie tylko Juliana, ale i nas. Czym pr dzej podniósł szlaban i 

zasalutował, kiedy przeje d ali my.  

      Czekały nas jeszcze dwie zapory, zanim min li my przeł cz; po drodze 

zgubili my sokoła. Byli my teraz na wysoko ci kilkuset metrów - zatrzymałem 

samochód na w skim odcinku biegn cym po gołej półce skalnej. Na prawo nie 

było nic tylko ziej ca przepa .  

      - Wysiadaj - powiedziałem. - Czeka ci  mały spacer.  

      Julian zbladł.  

      - Nie mam zamiaru si  przed tob  płaszczy  - rzekł. - Nie s d ,  e b d  ci  

błagał o lito . - I wysiadł.  

      - Szkoda - stwierdziłem. - Dawno nikt si  przede mn  nie płaszczył... A teraz 

podejd  do kraw dzi. Jeszcze troch  bli ej. - Random cały czas trzymał mu 

pistolet przy głowie. - Niedawno o wiadczyłe ,  e stan łby  po stronie ka dego, 

kto miałby tak  pozycj  jak Eryk.  

      - To prawda.  

      - Spójrz pod nogi.  

      Posłuchał. Oko nie si gało dna.  

      - Zapami taj swoje słowa w razie, gdyby sytuacja si  zmieniła. I zapami taj, 

kto darował ci  ycie, cho  mo e nie ka dy by tak post pił. Chod , Random, 

jedziemy.  

      Zostawili my go nad przepa ci ; stał ze  ci gni tymi brwiami, ci ko dysz c.  

      Wjechali my na szczyt na resztkach benzyny. Wł czyłem jałowy bieg, 

zgasiłem silnik i pu ciłem si  w dług  drog  w dół.  

      - Jak widz , nie straciłe  nic z dawnej przebiegło ci - odezwał si  Random. - 

Ja bym go na pewno zabił za kar . Ale my l ,  e post piłe  słusznie. Zapewne nas 

poprze, je li uda nam si  uzyska  przewag  nad Erykiem. Tymczasem jednak 

oczywi cie o wszystkim mu zamelduje.  

      - Oczywi cie - przyznałem mu racj .  

background image

 

43 

      - Poza tym miałe  własne powody,  eby go u mierci .  

      U miechn łem si .  

      - W polityce i w interesach nie nale y kierowa  si  emocjami.  

      Random zapalił dwa papierosy i jednego mi podał.  

      Patrz c w dół przez mgł  ujrzałem morze. Jego wody pod granatowym 

niebem, na którym wisiało złote sło ce, były tak intensywnej barwy - 

fioletowopurpurowe, g ste jak farba i pofałdowane niczym kawałek materiału - 

e od tego widoku niemal rozbolały mnie oczy. Nagle złapałem si  na tym,  e 

mówi  co  na głos w j zyku, który nawet nie wiedziałem,  e znam. Recytowałem 

"Ballad  o wilku morskim", a Random słuchał, dopóki nie sko czyłem, i spytał:  

      - Czy to prawda,  e sam j  napisałe ?  

      - To było tak dawno - powiedziałem -  e ju  nie pami tam.  

      Gra  skr ciła w lewo i jad c jej zboczem w dół ku zadrzewionej dolinie 

mieli my coraz wi kszy obszar morza przed oczami.  

      - Spójrz, latarnia morska w Cabrze - powiedział Random, pokazuj c 

ogromn  szar  wie  wyrastaj c  po ród morza. - Całkiem o niej zapomniałem.  

      - Ja te  - przyznałem. - To bardzo dziwne uczucie, wraca  do domu - dodałem 

i zdałem sobie naraz spraw ,  e nie mówimy po angielsku, lecz w j zyku zwanym 

thari.  

      Po jakiej  półgodzinie byli my na dole. Jechałem siła rozp du, jak długo 

mogłem, a potem wł czyłem silnik. Na jego d wi k z pobliskiego krzaka zerwało 

si  stadko czarnych ptaków. Szary cie , podobny do wilka, wypadł z kryjówki i 

pomkn ł w stron  zaro li, jele  za , którego podchodził, dot d niewidoczny, 

umykał teraz wielkimi susami. Byli my w dolinie obfito ci - cho  nie tak g sto i 

bujnie zalesionej jak Las Arde ski - która łagodnie opadała w stron  morza.  

      Na lewo pi trzyły si  góry. Im dalej zapuszczali my si  w dolin , tym 

wyra niej wida  było ogrom masywu skalnego, z którego pomniejszego szczytu 

zjechali my. Góry pot niały w swoim marszu ku morzu, przywdziewaj c 

barwny płaszcz mieni cy si  zieleni , fioletem, purpur , złotem i indygo. Ich czoło 

zwrócone ku morzu pozostawało dla nas niewidoczne, ale z najwy szego, 

ostatniego wierzchołka spływał leciutki welon z przejrzystych chmur, a promienie 

sło ca rozjarzały jego czubek  ywym ogniem. Oceniłem,  e dzieli nas jeszcze 

jakie  trzydzie ci pi  mil od tego pulsuj cego  wiatłem miejsca, a wska nik 

paliwa stał na zerze. Wiedziałem,  e celem naszej podró y jest ten najwy szy 

szczyt, i zacz ło mnie ogarnia  coraz wi ksze podniecenie. Random patrzył w tym 

samym kierunku.  

      - Jest wci  na swoim miejscu - odezwałem si .  

      - Ju  prawie zapomniałem... - westchn ł Random.  

      Zmieniaj c biegi zauwa yłem,  e moje spodnie nabrały dziwnego połysku, 

którego przedtem nie miały. Zw ały si  te  wyra nie ku dołowi, a mankiety 

znikn ły. Zwróciłem z kolei uwag  na moj  koszul . Przypominała teraz bardziej 

marynark , była czarna i lamowana srebrem, a mój pasek znacznie si  poszerzył. 

Po bli szym zbadaniu okazało si ,  e mam te  srebrne lampasy na spodniach.  

      - Widz ,  e jestem ju  w odpowiednim rynsztunku - skonstatowałem, chc c si  

przekona , jaki to odniesie skutek.  

      Random zachichotał i dopiero teraz spostrzegłem,  e ma na sobie br zowe 

background image

 

44 

spodnie w czerwone paski i pomara czowo-br zow  koszul . Br zowa czapka z 

ółt  lamówk  le ała obok na siedzeniu.  

      - Ciekaw byłem, kiedy zauwa ysz - powiedział. - Jak si  czujesz?  

      - Zupełnie nie le - odparłem. - Ale, nawiasem mówi c, jedziemy na ostatnich 

kroplach benzyny.  

      - Za pó no ju ,  eby co  na to poradzi . Jeste my teraz w prawdziwym  wiecie 

i sztuczki z Cieniami kosztowałyby za du o wysiłku. A ponadto nie przeszłyby 

niepostrze enie. Niestety, b dziemy musieli i  pieszo, kiedy wóz stanie.  

      Stan ł dwie i pół mili dalej. Zjechałem na skraj drogi i zatrzymałem si . 

Sło ce  egnało si  ju  z nami na zachodzie i rzucało długi cie .  

      Si gn łem za siebie na tylne siedzenie po buty, które tymczasem przekształciły 

si  w długie, czarne botforty, i wyjmuj c je usłyszałem metaliczny brz k. Jak si  

okazało, był to dobrze wywa ony srebrny miecz wraz z pochw . Pochwa idealnie 

pasowała do mojego pasa. Le ała tam tak e czarna peleryna z zapink  w 

kształcie srebrnej ró y.  

      - My lałe  pewno,  e na zawsze s  stracone? - zapytał Random.  

      - Tak jakby - odparłem.  

      Wysiedli my z samochodu i ruszyli my pieszo. Wieczór był chłodny i rze ki. 

Na wschodzie pokazały si  ju  gwiazdy, sło ce chowało si  za horyzont. Szli my 

drog , a Random zauwa ył:  

      - Co  tu nie gra.  

      - Co masz na my li?  

      - Za łatwo nam poszło. Nie podoba mi si  to. Dojechali my do Lasu 

Arde skiego niemal bez przeszkód. Co prawda Julian próbował nas zatrzyma , 

ale sam nie wiem... Tak gładko dotarli my a  tutaj,  e zaczynam podejrzewa , i  

nam na to pozwolono.  

      - Mnie te  to przyszło do głowy - skłamałem. - Jak s dzisz, co to mo e 

znaczy ?  

      - Obawiam si  - odparł -  e idziemy prosto w pułapk .  

      Przez kilka minut szli my w milczeniu.  

      - My lisz o zasadzce? - spytałem. - Ten las wydaje mi si  dziwnie spokojny.  

      - Bo ja wiem.  

      Przeszli my jeszcze jakie  dwie mile, zanim sło ce zaszło. Zapadła ciemna noc 

rozjarzona gwiazdami.  

      - Niezbyt to dla nas odpowiedni sposób podró owania - zauwa ył Random.  

      - To prawda - przyznałem.  

      - Ale troch  si  boj  zdobywa  teraz rumaka.  

      - Ja te .  

      - Jaka jest twoja ocena sytuacji? - zapytał Random.  

      - W ka dej chwili mo e nam grozi   miertelne niebezpiecze stwo.  

      - Czy s dzisz,  e powinni my zej  z drogi?  

      - Zastanawiałem si  nad tym - znów skłamałem. - Nic nam nie zaszkodzi pój  

troch  skrajem lasu.  

      Weszli my pomi dzy drzewa i ciemne cienie skał i krzewów. Powoli wzeszedł 

ksi yc, srebrzysty, rozja niaj cy noc.  

      - M czy mnie przeczucie,  e nie mo e nam si  uda  - odezwał si  Random.  

background image

 

45 

      - Na czym je opierasz?  

      - Na jednej zasadniczej rzeczy.  

      - Jakiej?  

      - Wszystko poszło za szybko i za łatwo. Wcale mi si  to nie podoba. Teraz, 

kiedy jeste my w prawdziwym  wiecie, za pó no ju ,  eby si  cofa . Nie mo emy 

igra  z Cieniami, musimy polega  na własnych mieczach. (Sam miał u pasa 

krótk , wypolerowan  do połysku kling ). Podejrzewam,  e to za spraw  Eryka 

dotarli my a  tutaj. Nic ju  na to nie mo emy poradzi , ale teraz  ałuj ,  e nie 

musieli my walczy  o ka dy cal przebytej drogi.  

      Przeszli my jeszcze mil  i zatrzymali my si  na papierosa. Palili my, 

osłaniaj c dło mi  arz cy si  czubek.  

      - Co za pi kna noc - powiedziałem do Randoma i chłodnego wietrzyku.  

      - Tak, zapewne... Co to takiego?  

      Za nami zaszele ciło co  w krzakach.  

      - Mo e to jakie  zwierz ...  

      Random ju  trzymał miecz w r ku. Zamarli my w bezruchu, ale nic wi cej nie 

usłyszeli my. Random schował miecz i ruszyli my w dalsz  drog . Z tyłu nie 

dobiegały ju   adne d wi ki, lecz po chwili usłyszałem co  przed nami. Na moje 

spojrzenie Random odpowiedział skini ciem głowy i zacz li my i  jeszcze 

ostro niej.  

      W oddali wida  było delikatn  łun , jak  daje ognisko. Nie słyszeli my 

adnych głosów, ale porozumiawszy si  bez słów zgodnie skierowali my si  w 

tamt  stron .  

      Min ła prawie godzina, zanim dotarli my do obozowiska. Wokół ognia 

siedziało czterech m czyzn, dwóch innych spało w cieniu. Dziewczyna 

przywi zana do pala miała wprawdzie odwrócon  głow , lecz na jej widok serce 

zabiło mi  ywiej.  

      - Czy by to była...? - szepn łem do Randoma.  

      - Tak, to mo e by  ona - przyznał.  

      Dziewczyna zwróciła twarz w nasz  stron  i wtedy j  rozpoznałem.  

      - Deirdre!  

      - Ciekawe, co ta lala zmalowała? - powiedział Random. - S dz c po ich 

barwach, zabieraj  j  z powrotem do Amberu.  

      M czy ni mieli stroje czarno-czerwono-srebrne, które to zestawienie, jak 

pami tałem z kart tarokowych i jeszcze sk d , było charakterystyczne dla Eryka.  

      - Skoro Eryk chce j  mie , to wystarczaj cy powód, aby jej nie dostał - 

o wiadczyłem.  

      - Nigdy nie  ywiłem szczególnych uczu  do Deirdre - powiedział Random - ale 

wiem,  e ty wr cz przeciwnie, wobec tego... - I wyci gn ł miecz z pochwy. 

Poszedłem w jego  lady.  

      - Szykuj si  - poleciłem, gotuj c si  do skoku.  

      Spadli my na nich jak piorun. W dwie minuty było ju  po wszystkim, Deirdre 

obserwowała nas z napi ciem, jej twarz w  wietle ognia wygl dała jak 

wykrzywiona maska. Krzyczała,  miała si  i powtarzała nasze imiona wysokim i 

przestraszonym głosem, dopóki nie rozci łem jej wi zów i nie pomogłem wsta .  

      - B d  pozdrowiona, siostro. Czy przył czysz si  do nas w naszej Drodze do 

background image

 

46 

Amberu?  

      - Nie - odpowiedziała. - Dzi kuj  za uratowanie mi  ycia, ale wolałabym od 

razu go nie straci . Po co wła ciwie idziecie do Amberu?  

      - Jest tam pewien tron do zdobycia - odparł Random, co było dla mnie 

nowo ci  - a my jeste my nim zainteresowani.  

      - Je li macie cho  odrobin  oleju w głowie, to radz  wam trzyma  si  z daleka 

i nie nadstawia  karku - powiedziała. Była naprawd  urocza, cho  wym czona i 

umorusana. Wzi łem j  w ramiona i u cisn łem. Random tymczasem znalazł 

bukłak wina i napili my si  wszyscy po łyku.  

      - Eryk jest jedynym ksi ciem w Amberze - ci gn ła Deirdre - i wojsko jest mu 

oddane.  

      - Nie boj  si  Eryka - o wiadczyłem, cho  w gł bi duszy wcale nie byłem tego 

taki pewien.  

      - Nigdy nie wpu ci was do Amberu - mówiła dalej. - Sama byłam tam 

wi niem, dopóki dwa dni temu nie udało mi si  wydosta  sekretnym przej ciem. 

My lałam,  e schroni  si  po ród Cieni, dopóki wszystko si  jako  nie uło y, ale 

niełatwo tam przej  tak blisko od rzeczywistego  wiata. Tote  dzi  rano jego 

ludzie mnie znale li i wie li z powrotem do Amberu. Mo liwe,  e po powrocie 

kazałby mnie zabi , cho  nie jestem tego pewna. W ka dym razie i tak byłabym 

nic nie znacz c  kukiełk . Wydaje mi si ,  e Eryk mo e by  obł kany, ale tego te  

nie jestem pewna.  

      - A co z Bleysem? - zapytał Random.  

      - Wysyła ró ne stwory z Cieni i Eryk jest mocno zaniepokojony. Ale nigdy 

dot d nie zaatakował wprost, wi c Eryk nie wie, co o tym my le , a sprawa 

sukcesji korony dalej jest nie rozstrzygni ta, cho  Eryk dzier y teraz berło w 

gar ci.  

      - Rozumiem. Czy mówił co  o nas?  

      - O tobie nie, ale o Corwinie owszem. Nadal boi si  jego powrotu do Amberu. 

Jeszcze przez jakie  pi  mil nic wam nie grozi, potem jednak na ka dym kroku 

czyha na was  miertelne niebezpiecze stwo. Ka de drzewo i ka da skała kryj  

pułapk  lub zasadzk , wszystko na cze  Bleysa i Corwina. Eryk chciał,  eby cie 

dotarli a  tutaj, gdzie Cienie wam nie pomog  i b dziecie w jego mocy. To 

absolutnie niemo liwe, aby udało si  wam omin  niezliczone pułapki i dosta  si  

do Amberu.  

      - A jednak ty uciekła ...  

      - To co innego. Ja starałam si  wydosta , a nie wtargn  do  rodka. Zapewne 

te  z powodu mojej płci i braku ambicji nie po wi cał mi tyle uwagi, co wam. A 

poza tym, jak widzicie, i tak mi si  nie udało.  

      - Teraz to si  zmieni, siostro - obiecałem. - Póki mam miecz w gar ci, jestem 

na twoje usługi. - A ona ucałowała mnie i u cisn ła mi r k , na co zawsze byłem 

łasy.  

      - Jestem pewien,  e nas  ledz  - powiedział Random i wszyscy troje dali my 

nura w ciemno ci.  

      Le eli my bez ruchu za krzakiem, obserwuj c, czy kto  si  nie poka e. Po 

pewnym czasie z pospiesznej, przeprowadzonej szeptem narady wynikło jasno,  e 

oczekuj  ode mnie podj cia jakiej  decyzji. Pytanie było proste: co dalej?  

background image

 

47 

      Na tak lapidarnie postawion  kwesti  nie mogłem ju  da  wykr tnej 

odpowiedzi. Wiedziałem,  e nie nale y im ufa , nawet drogiej Deirdre, a je li ju  

miałem zwi za  z kim  swoje losy, to Random był przynajmniej wraz ze mn  

pogr ony po uszy, a Deirdre zawsze darzyłem szczególn  sympati .  

      - Kochane rodze stwo - zacz łem - musz  wam co  wyzna ... - i r ka 

Randoma natychmiast spocz ła na r koje ci miecza: oto jak przedstawiały si  

nasze braterskie stosunki. Słyszałem niemal, jak mówi do siebie: Corwin uknuł 

zdrad .  

      - Je li uknułe  zdrad  - powiedział - to  ywcem mnie nie we miesz.  

      - Zwariowałe ? - odparłem. - Potrzebna mi jest twoja pomoc, a nie twoja 

głowa. A moje wyznanie sprowadza si  do tego,  e nie mam poj cia, o co, u 

diabła, w tym wszystkim chodzi. Domy liłem si  pewnych rzeczy, ale tak 

naprawd  to nie wiem, gdzie jeste my, co to jest Amber, co robi Eryk, kim jest 

Eryk i dlaczego chowamy si  po krzakach przed jego lud mi, no i przede 

wszystkim kim ja wła ciwie jestem.  

      Zapadła niezno nie długa cisza, przerwana wreszcie szeptem Randoma:  

      - Co to znaczy?  

      - Wła nie, co to znaczy? - zawtórowała mu Deirdre.  

      - To znaczy,  e udało mi si  wywie  ci  w pole, Random. Nie wydawało ci si  

to dziwne,  e przez cał  drog  moja rola sprowadzała si  wył cznie do 

prowadzenia samochodu?  

      - Ty kierowałe  cał  wypraw . S dziłem,  e działasz według jakiego  planu. 

Poza tym wykonałe  kilka całkiem sprytnych posuni . No i b d  co b d , jeste  

Corwinem.  

      - Ja sam dowiedziałem si  o tym dwa dni temu - powiedziałem. - Wiem tyle,  e 

jestem kim , kogo nazywacie Corwinem, ale niedawno miałem wypadek, podczas 

którego doznałem obra e  głowy - jak si  rozja ni, to poka  wam blizn  - i od tej 

pory cierpi  na amnezj . Nie pojmuj  całego tego gadania o Cieniach. Nie 

przypominam sobie nawet, jak wygl da Amber. Pami tam tylko moje 

rodze stwo i fakt,  e nie bardzo mog  mu ufa . Oto cała historia. I co teraz 

zrobimy?  

      - Do diaska! - zakl ł Random. - Tak, teraz rozumiem. To wyja nia ró ne 

drobiazgi, które mnie dziwiły podczas drogi... Ale jak ci si  udało tak kompletnie 

omami  Flor ?  

      - Kwestia szcz cia i pod wiadomej przebiegło ci. Chocia  nie! Ona po prostu 

jest głupia. Teraz jednak naprawd  was potrzebuj .  

      - Czy s dzisz,  e zdołamy przedrze  si  do Cieni? - spytała Deirdre, lecz nie 

zwracała si  z tym do mnie.  

      - Tak, ale jestem temu przeciwny - odparł Random. - Chciałbym ujrze  

Corwina w Amberze, a głow  Eryka na palu. I nie cofn  si  przed ryzykiem,  eby 

to zobaczy , nie zamierzam wi c wraca  do Cieni. Ty oczywi cie rób, co chcesz. 

Zawsze uwa ali cie mnie za mi czaka i pozera; teraz si  przekonacie,  e potrafi  

przeprowadzi  raz powzi t  spraw  do ko ca.  

      - Dzi ki, bracie - powiedziałem.  

      - Masz  le w głowie - stwierdziła Deirdre.  

      - Ciesz si ,  e ju  nie tkwisz przywi zana do pala - wypomniał jej i wi cej si  

background image

 

48 

nie odezwała.  

      Odpoczywali my w trawie jeszcze przez chwil , gdy wtem na polan  

wkroczyło trzech m czyzn. Rozejrzeli si  dokoła i dwóch z nich pochyliło si , 

w chaj c ziemi . Pó niej spojrzeli w naszym kierunku.  

      - Ciekawe - szepn ł Random, kiedy zacz li si  zbli a .  

      Zobaczyłem to wyra nie, cho  tylko odbite w Cieniu. M czy ni opu cili si  

na czworaki, a ich szare stoj  uległy w  wietle ksi yca dziwnemu przeobra eniu. 

I raptem spojrzało na mnie sze cioro płon cych oczu naszych tropicieli.  

      Przeszyłem pierwszego wilka mieczem i rozległ si  ludzki j k. Random 

jednym ruchem  ci ł głow  drugiemu i ze zdumieniem zobaczyłem,  e Deirdre 

podnosi trzeciego i z suchym, krótkim trzaskiem łamie mu kr gosłup na kolanie.  

      - Chod  tu, szybko! - krzykn ł Random. Przebiłem jeszcze ciało jego ofiary, a 

potem przetr conego wilka Deirdre, czemu towarzyszyły dalsze rozdzieraj ce 

krzyki.  

      - Uciekajmy! - zarz dził Random. - T dy!  

      Pod yli my za nim i po jakiej  godzinie przemykania si  po ród zaro li 

Deirdre spytała:  

      - Dok d wła ciwie idziemy?  

      - Do morza - odparł Random.  

      - Po co?  

      - Bo tam si  kryje pami  Corwina.  

      - Jak to?  

      - W Rebmie, oczywi cie.  

      - Zabij  ci  tam i rzuc  rekinom na po arcie.  

      - Nie pójd  do samego ko ca. Od brzegu ty go poprowadzisz i porozmawiasz z 

siostr  twojej siostry.  

      - Chcesz,  eby jeszcze raz przeszedł Wzorzec?  

      - Tak.  

      - To niebezpieczne.  

      - Wiem... Posłuchaj, Corwinie - zwrócił si  do mnie - musz  przyzna ,  e 

zachowywałe  si  ostatnio w stosunku do mnie bardzo przyzwoicie. Je li 

przypadkiem nie jeste  Corwinem, to b dzie po tobie. Chocia  musisz nim by , 

nie mo esz by  nikim innym s dz c po tym, jak sobie radziłe  mimo braku 

pami ci. Nie, głow  dam,  e to ty. Zaryzykuj i przejd  drog  wyznaczon  przez 

Wzorzec. Istnieje szansa,  e przywróci ci to pami . Czy jeste  gotów?  

      - Chyba tak - odparłem. - Ale co to takiego ten Wzorzec?  

      - Rebma to miasto widmo. Stanowi odbicie zatopione w morzu. Jak w 

zwierciadle odbija si  w nim cały  wiat.  yj  tam ludzie Llewelli, tak jakby  yli w 

Amberze. Nienawidz  mnie za kilka grzeszków z przeszło ci, wi c nie mog  ci 

towarzyszy , ale je li wyja nisz im, co ci  sprowadza, i napomkniesz o swojej 

misji, to chyba pozwol  ci przej  przez Wzorzec Rebmy, który b d c 

odwrotno ci  tego z Amberu, powinien odnie  ten sam skutek. To znaczy da  

synowi naszego ojca moc przebywania po ród Cieni.  

      - Co przez to zyskam?  

      - Zyskasz wiedz  o sobie samym.  

      - Wobec tego jestem gotów - o wiadczyłem.  

background image

 

49 

      - Brawo! Skoro tak, to idziemy na południe. Zajmie nam to par  dni, zanim 

dotrzemy do schodów - Zejdziesz z nim, Deirdre?  

      - Tak, zejd  tam z moim bratem Corwinem. Wiedziałem,  e tak odpowie, i 

ucieszyłem si , cho  jednocze nie ogarn ł mnie l k.  

      Szli my cał  noc. Wymin li my trzy zbrojne oddziały, a nad ranem 

przespali my si  w jaskini.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

50 

Rozdział 5 

 

Dwie doby szli my do ró owo-czarnych piasków oceanu. Trzeciego dnia rano 

dotarli my na pla , unikn wszy szcz liwie spotkania z kolejnym oddziałem. Nie 

chcieli my wychodzi  na otwart  przestrze , dopóki nie wypatrzymy miejsca, w 

którym znajduje si  Faiella-bionin, czyli Schody do Rebmy, i nie b dziemy mogli 

szybko do nich podbiec.  

      Wschodz ce sło ce rzucało tysi czne refleksy na spienione fale i o lepieni ich 

migotliwym ta cem nie mogli my dostrzec, co si  dzieje pod powierzchnia wody. 

Przez ostatnie dwie doby  ywili my si  owocami, byłem wi c w ciekle głodny, ale 

zapomniałem o tym patrz c na szerok , opadaj c  ku morzu pla , na jej kr te 

brzegi poro ni te czerwonym, pomara czowym i ró owym koralowcem, na zło a 

muszelek i wypolerowanych kamyków, na złoto-bł kitno-purpurowe fale z 

cichym pluskiem  l ce w dal swoj  pie   ycia, niczym błogosławie stwo spod 

ró owej zorzy porannej.  

      Jakie  dwadzie cia mil na lewo w kierunku północnym, zwrócona ku 

wschodowi, wznosiła si  góra Kolvir, matczynym gestem chroni ca Amber w 

obj ciach, a budz ce si  sło ce o wietlało j  złot  po wiat , rozpinaj c nad 

miastem welon t czy. Random spojrzał w tamt  stron  i zazgrzytał z bami - 

mo liwe,  e i ja bezwiednie uczyniłem to samo.  

      Deirdre dotkn ła mojej r ki, wskazała przed siebie ruchem głowy i zacz ła i  

na północ, równolegle do brzegu. Random i ja pod yli my za ni . Najwyra niej 

wypatrzyła jaki  znak.  

      Przeszli my mo e  wier  mili, kiedy nagle ziemia jakby lekko zadr ała.  

      - Je d cy na koniach! - sykn ł Random.  

      - Spójrzcie! - powiedziała Deirdre. Głow  zadarła do góry i patrzyła w niebo. 

Poszedłem za jej wzrokiem. Nad nami kr ył jastrz b.  

      - Jak daleko jeszcze? - spytałem.  

      - Tam, przy tym kopcu - odparła. Wznosił si  jakie  sto metrów przed nami, 

wysoki na ponad dwa metry, zbudowany z du ych szarych kamieni, wytartych 

przez piasek, wiatr i wod , usypanych na kształt  ci tego sto ka.  

      Odgłos kopyt rozległ si  bli ej i towarzyszył mu d wi k rogu, ale nie był to róg 

Juliana.  

      - Biegiem! - krzykn ł Random i rzucili my si  naprzód.  

      Po jakich  dwudziestu pi ciu krokach spadł na nas jastrz b. Run ł na 

Randoma, ale ten op dził si  trzymanym w r ku mieczem. Wtedy ptaszysko 

rzuciło si  na Deirdre. Błyskawicznie wyci gn łem miecz z pochwy i ci łem. 

Poleciały pióra. Ptak uniósł si  i znów opadł - tym razem ostrze trafiło celnie i 

my l ,  e jastrz b spadł na ziemi , ale nie mog  przysi c, bo nie miałem zamiaru 

zatrzymywa  si  i ogl da . T tent słycha  było ju  całkiem blisko i wyra nie, a 

sygnał rogu przewiercał nam uszy.  

      Dobiegli my do sto ka. Deirdre zwróciła si  pod k tem prostym do morza i 

ruszyła przed siebie. Nie byłem w nastroju,  eby kwestionowa  decyzj  tej, która 

zdawała si  doskonale wiedzie , co robi. Poszedłem w jej  lady; k tem oka 

widziałem ju  je d ców. Byli jeszcze do  daleko, ale p dzili galopem po pla y 

po ród ujadania psów i kakofonii rogów. Na ten widok Random i ja rzucili my 

background image

 

51 

si  czym pr dzej do wody za nasz  siostr . Byli my ju  po pas w morzu, kiedy 

Random powiedział:  

      - Czeka mnie  mier , czy zostan , czy pójd  dalej.  

      - Ale tu grozi ci natychmiast, a tam mo na jeszcze próbowa  negocjacji. 

Chod  szybko!  

      Byli my na czym  w rodzaju kamiennego chodnika, który schodził w morze. 

Nie miałem poj cia, jak oni sobie wyobra aj  oddychanie pod wod , ale Deirdre 

najwyra niej si  tym nie przejmowała, wi c i ja starałem si  nie okazywa  

niepokoju, cho  mocno mnie to nurtowało. Kiedy woda zacz ła nam podchodzi  

do gardła, byłem bliski paniki. Jednak e Deirdre szła prosto przed siebie, a ja z 

Randomem za ni . Co par  kroków był stopie  w dół. Schodzili my po 

ogromnych schodach, które nazywały si  Faiella-bionin, jak sobie naraz 

uprzytomniłem.  

      Przy nast pnym stopniu woda zamknie mi si  nad głow  - Deirdre ju  zeszła 

poni ej linii morza! Wci gn łem wiec gł boko powietrze i zanurzyłem si . 

Stopnie schodziły coraz ni ej. Nie mogłem si  nadziwi ,  e woda nie wypycha 

mnie w gór , lecz id  sobie zupełnie swobodnie jak po normalnych schodach, cho  

moje ruchy s  nieco spowolnione. Zacz łem si  martwi , co zrobi , kiedy nie b d  

mógł dłu ej wstrzymywa  oddechu. Widziałem p cherzyki nad głow  Deirdre i 

Randoma i starałem si  podpatrze , jak oni to robi , ale nic szczególnego nie 

rzucało mi si  w oczy. Ich piersi unosiły si  w normalnym rytmie oddechu.  

      Kiedy byli my ju  jakie  trzy metry pod wod , dobiegł mnie z lewej strony 

glos Randoma - jego słowa rozlegały si  jakby z gł bi studni, ale były całkiem 

wyra ne.  

      - Nie s dz , aby psy poszły za nami, cho by nawet udało im si  zmusi  konie - 

powiedział.  

      - W jaki sposób jeste  w stanie oddycha ? - spróbowałem zapyta  i jakby z 

oddali usłyszałem własne słowa.  

      - Nie martw si  - powiedział szybko. - Je li wstrzymujesz powietrze, to je 

wypu  i odpr  si . Dopóki jeste  na schodach, mo esz normalnie oddycha .  

      - Jak to mo liwe?  

      - Je li nasz plan si  uda, sam zrozumiesz - odpowiedział, a jego glos zadudnił 

głucho w zimnej, płynnej zieleni.  

      Byli my ju  jakie  siedem metrów pod wod  - wypu ciłem odrobin  powietrza 

i spróbowałem leciutko wci gn  oddech. Nie odczułem  adnych przykrych 

nast pstw, wci gn łem wi c oddech gł biej. Poleciało jeszcze troch  b belków, ale 

oprócz tego nic szczególnego nie nast piło. Nie czułem te  parcia wody, a schody, 

po których schodziłem, widziałem jak przez zielon  mgł . Wiodły coraz ni ej i 

ni ej, prosto przed siebie. Gdzie  z dołu s czyło si  nikłe  wiatło.  

      - Kiedy miniemy łuk, b dziemy bezpieczni - powiedziała moja siostra.  

      - Wy b dziecie bezpieczni - poprawił j  Random. Zastanawiałem si , co 

takiego mógł zrobi ,  eby zasłu y  sobie na podobny gniew w miejscu zwanym 

Rebm . - Je li jad  na koniach, które nigdy t dy nie szły, to b d  musieli  ciga  

nas pieszo - ci gn ł Random. - Wtedy mamy szans  im uciec.  

      - W takim przypadku zapewne w ogóle zrezygnuj  z pogoni - zauwa yła 

Deirdre.  

background image

 

52 

      Przyspieszyli my kroku. Kiedy byli my ju  kilkana cie metrów pod 

powierzchni , zrobiło si  ciemno i zimno, ale po wiata dobiegaj ca z dołu była 

coraz ja niejsza i po kolejnych paru stopniach zobaczyłem jej  ródło.  

      Na prawo wznosiła si  kolumna. Jej szczyt wie czyło co  na kształt jarz cego 

si  klosza. Jakie  pi  metrów dalej stała druga taka kolumna, tym razem na 

lewo, a potem nast pna, znów na prawo i tak dalej. Kiedy si  do nich zbli yli my, 

woda stała si  cieplejsza, a schody wyra niejsze; były białe, w ró owe i zielone 

yłki; przy pominałyby marmur, gdyby nie to,  e nie były  liskie mimo 

opływaj cej je wody. Miały jakie  pi tna cie metrów szeroko ci i po obu stronach 

ogradzała je balustrada z tego samego materiału.  

      Wokół nas pływały ryby. Obejrzałem si  przez rami , lecz nie dojrzałem 

adnych  ladów po cigu.  

      Robiło si  coraz ja niej. Weszli my w kr g pierwszego  wiatła i zobaczyłem, 

e to wcale nie klosz zwie cza czubek kolumny. Musiałem doda  sobie ów 

szczegół, próbuj c jako  zracjonalizowa  w my lach to zjawisko. Tymczasem 

okazało si ,  e był to półmetrowy płomie , ta cz cy jak na wielkiej pochodni. 

Postanowiłem,  e spytam o to pó niej, a teraz zachowam oddech - je li tak to 

mo na nazwa  - na szybki marsz w dół.  

      Kiedy weszli my w alej   wiatła i min li my sze  du ych pochodni, Random 

powiedział:  

      - Goni  nas.  

      Obejrzałem si  ponownie i zobaczyłem w dali kilka postaci, cztery z nich na 

koniach. To dziwne uczucie  mia  si  pod wod  i słysze  własny  miech.  

      - Prosz  bardzo - o wiadczyłem, dotykaj c r koje ci - teraz, kiedy doszli my 

a  dot d, wst piła we mnie dziwna moc!  

      Przyspieszyli my jednak kroku - na prawo i na lewo otaczały nas wody czarne 

jak atrament. O wietlone były tylko schody, po których zbiegali my w dół co sił, 

a  wreszcie dostrzegłem w oddali co  jakby wielki łuk. Deirdre przeskakiwała po 

dwa stopnie naraz, ale ju  czuli my wibracje tworzone przez staccato kopyt 

ko skich za nami.  

      Daleko z tyłu wida  było zbrojny oddział wypełniaj cy cał  szeroko  

schodów. Czterej je d cy na koniach wysforowali si  do przodu i powoli nas 

doganiali. Biegn c za Deirdre, nie zdejmowałem r ki z r koje ci.  

      Trzy, cztery, pi . Dopiero min wszy pi te  wiatło odwróciłem si  znowu i 

zobaczyłem,  e je d cy s  kilkana cie metrów nad nami. Pieszego oddziału nie 

było ju  prawie wida . W dole majaczył łuk, od którego dzieliło nas jeszcze 

kilkadziesi t metrów. Du y, l ni cy jak alabaster, zdobiony rze bami trytonów, 

nimf morskich, syren, delfinów. A po drugiej stronie stali chyba ludzie.  

      - Musz  si  dziwi , po co tu przychodzimy - powiedział Random.  

      - Je li nie zdołamy tam dotrze , ta kwestia pozostanie bez odpowiedzi - 

odparłem, biegn c ile sił, gdy  k tem oka dojrzałem,  e je d cy zbli yli si  jeszcze 

o kilka metrów. Wyci gn łem miecz z pochwy - jego ostrze błysn ło w  wietle 

pochodni. Random poszedł za moim przykładem. Jeszcze par  stopni i wibracje 

dochodz ce z zielonej toni stały si  tak pot ne, i musieli my stan  i zmierzy  si  

z przeciwnikiem, by nie da  si  zar ba  w biegu.  

      Napastnicy byli tu -tu . Od bramy dzieliło nas nie wi cej ni  trzydzie ci 

background image

 

53 

metrów, ale póki nie pokonamy czterech je d ców, równie dobrze mogło to by  

trzydzie ci mil. Zrobiłem unik przed ciosem nacieraj cego na mnie m czyzny. Z 

prawej strony, nieco za nim, zbli ał si  nast pny napastnik, wobec tego 

przesun łem si  w lewo, bli ej balustrady. Zmuszało go to do ci cia po 

przek tnej, jako  e trzymał miecz w prawej r ce.  

      Jego cios sparowałem en quatre i zripostowałem. Był mocno wychylony z 

siodła i czubek miecza przeszył mu szyj  po prawej stronie. Silny strumie  krwi 

niczym szkarłatny dym uniósł si  wiruj c w zielonej po wiacie. Pomy lałem 

idiotycznie,  e powinien to zobaczy  Van Gogh. Ko  przeszedł bokiem, a ja 

skoczyłem do drugiego napastnika i zaatakowałem go od tyłu. Odwrócił si  i 

odparł cios. Ale siła inercji w wodzie i moje uderzenie wysadziły go z siodła. 

Kiedy spadał, kopniakiem podrzuciłem go w gór  i gdy dryfował nade mn , znów 

ci łem. I tym razem sparował, lecz wypchn ło go to poza balustrad . Usłyszałem 

jeszcze tylko jego krzyk, kiedy wessało go ogromne ci nienie wody. Potem 

zapadła cisza.  

      Zwróciłem si  teraz do Randoma, który zabił ju  jednego je d ca wraz z 

koniem i wła nie walczył z drugim. Zanim do niego dobiegłem, zabił i jego i  miał 

si  w głos. Krew falowała nad ciałami zabitych i nagle zdałem sobie spraw ,  e 

naprawd  dawno temu znalem szalonego, smutnego, nieszcz snego Vincenta van 

Gogha, i to wielka szkoda, i  nie mógł tego namalowa .  

      Oddział pieszych znajdował si  teraz jakie  trzydzie ci metrów za nami, 

rzucili my si  wi c biegiem w kierunku łuku. Deirdre była ju  po drugiej stronie. 

Po chwili i my przekroczyli my bram . Mieli my obecnie do dyspozycji las 

mieczy i goni cy cofn li si . Schowali my bro , a Random powiedział:  

      - Dostan  teraz za swoje - po czym podeszli my do grupy ludzi, którzy stan li 

w naszej obronie.  

      Randomowi kazano natychmiast odda  bro  - wzruszył ramionami i odpi ł 

miecz. Dwóch m czyzn stan ło po jego bokach, a trzeci z tyłu i w ten sposób 

schodzili my dalej po schodach.  

      Straciłem poczucie czasu w tym wodnym królestwie, ale musieli my chyba i  

jaki  kwadrans do pół godziny, zanim doszli my na miejsce.  

      Stały przed nami złote wrota Rebmy. Weszli my przez nie i znale li my si  w 

mie cie. Wszystko wida  było przez zielon  mgiełk . Budynki, delikatnej 

konstrukcji i w wi kszo ci wysokie, tworzyły regularne wysepki, a ich kolory 

raniły mi oczy, wwiercaj c si  w mózg i natr tnie domagaj c si  miejsca w mojej 

pami ci. Niestety, sko czyło si  na znanym mi ju  bólu głowy, który odzywał si , 

ilekro  dawały o sobie zna  rzeczy zapomniane lub na wpół zapomniane. 

Wiedziałem jednak,  e chodziłem ju  kiedy  po tych ulicach lub w ka dym razie 

po bardzo podobnych.  

      Random nie wypowiedział ani słowa, odk d go aresztowano. Deirdre zapytała 

jedynie o nasz  siostr , Llewell , Upewniono j ,  e Llewella jest w Rebmie.  

      Przyjrzałem si  eskortuj cym nas m czyznom. Ich włosy były zielonkawe, 

purpurowe lub czarne, a oczy zielone, tylko jeden miał oczy piwne. Ubrani byli w 

łuskowate pantalony i peleryny, mieli skrzy owane na piersiach szelki i krótkie 

klingi u pasów nabitych muszelkami. Wszyscy byli do  sk po owłosieni. Nic do 

mnie nie mówili, ale przypatrywali mi si  ciekawie - Pozwolono mi zatrzyma  

background image

 

54 

bro .  

      W mie cie poprowadzono nas szerok  alej , jeszcze g ciej o wietlon  

płon cymi kolumnami ni  Faiella-bionin. Ludzie patrzyli na nas zza 

o miok tnych przyciemnionych okien, a wokół pływały barwne ryby. Kiedy 

skr cili my na rogu, ogarn ł nas zimny pr d, niczym podmuch północnego 

wiatru, a po kilku krokach pr d ciepły, jak wiosenny zefirek.  

      Doprowadzono nas do pałacu w  rodku miasta, który znałem jak własn  

kiesze . Był odbiciem pałacu w Amberze, zamglonym przez zielon  to  i 

zniekształconym przez niezliczone lustra umieszczone w najdziwniejszych 

miejscach. W szklanej sali, te  mi znajomej, siedziała na tronie kobieta o 

szmaragdowych włosach przetykanych srebrem, ogromnych oczach koloru 

nefrytu i brwiach jak skrzydła Jaskółki. Miała małe usta, okr gły podbródek i 

wysokie, wyra nie zarysowane ko ci policzkowe. Przez jej czoło biegła obr cz z 

białego złota, a szyj  zdobił kryształowy naszyjnik ze wspaniałym szafirem 

rzucaj cym błyski spomi dzy jej pi knych, gołych piersi, których czubki te  były 

jasnozielone. Ubrana była w niebieskie łuskowe spodnie i srebrny pasek, w r ku 

trzymała berło z ró owego korala, a na ka dym palcu miała pier cionek z 

kamieniem w innym odcieniu bł kitu. Powitała nas bez u miechu.  

      - Czego tu szukacie, wygna cy z Amberu? - spytała melodyjnym mi kkim 

głosem.  

      Odpowiedziała jej Deirdre.  

      - Uciekamy przed gniewem ksi cia, który rz dzi w prawdziwym mie cie, czyli 

przed Erykiem. Prawd  mówi c, chcemy go obali . Je li mu sprzyjacie, to znaczy, 

e oddali my si  w r ce wroga i jeste my zgubieni. Ale przeczucie mi mówi,  e tak 

nie jest. Przyszli my prosi  o pomoc szlachetna Moire...  

      - Nie dam wam posiłków do ataku na Amber. Jak wiecie, wszelkie rozruchy 

znajd  swoje odbicie i w moim królestwie.  

      - Nie o to nam chodzi, droga Moire - odparła Deirdre - ale o niewielk  

przysług , która ani ciebie, ani twoich poddanych nie b dzie nic kosztowała.  

      - Słucham wi c. Eryk jest tutaj równie znienawidzony, jak ten renegat stoj cy 

po twojej lewej r ce. - I wskazała na mojego brata, który patrzył jej prosto w 

oczy z zuchwałym u mieszkiem w k cikach ust.  

      Je li nawet przyjdzie mu zapłaci  wysok  cen  za to, co zrobił, to wiedziałem, 

e zapłaci j  z godno ci , jak prawdziwy ksi

 Amberu - podobnie jak to 

niegdy  uczyniło trzech naszych nie yj cych braci, co sobie nagle u wiadomiłem. 

Zapłaci j  drwi c ze  mierci i  miej c si  ustami pełnymi krwi, a umieraj c rzuci 

kl tw , która si  niechybnie spełni. Zrozumiałem,  e ja te  mam tak  moc i u yj  

jej, gdy okoliczno ci b d  tego wymaga .  

      - Przysługa, o któr  prosz  - ci gn ła Deirdre - dotyczy mojego brata 

Corwina, a zarazem brata lady Llewelli, która mieszka tu z tob . O ile wiem, on 

sam nigdy w niczym ci nie uchybił...  

      - To prawda. Ale dlaczego nie mówi sam za siebie?  

      - W tym cały problem, pani. Nie mo e, bo nie wie, o co prosi . Utracił pami  

po wypadku, jaki mu si  przytrafił, gdy  ył po ród Cieni. Przybyli my tu wła nie 

po to,  eby mógł j  odzyska  i stawi  czoło Erykowi.  

      - Prosz  ci , mów dalej - zach ciła j  kobieta na tronie patrz c na mnie spod 

background image

 

55 

rz s ocieniaj cych oczy.  

      - Tu, w tym budynku - ci gn ła Deirdre - jest pewna komnata, rzadko 

odwiedzana. W tej komnacie, odtworzony na podłodze gorej c  lini , mie ci si  

duplikat tego, co nazywamy Wzorcem. Bez utraty  ycia przeby  go mo e tylko 

syn lub córka ostatniego władcy Amberu. Daje im to władz  nad Cieniami. - W 

tym miejscu Moire zamrugała par  razy oczami, a ja zadałem sobie pytanie, ile 

te  osób wysłała na t   cie k ,  eby zdoby  cz stk  owej władzy dla Rebmy. 

Oczywi cie bez rezultatu. - Uwa amy,  e przej cie przez Wzorzec powinno wróci  

Corwinowi pami  i wspomnienie dawnych dni, gdy był ksi ciem Amberu. O ile 

nam wiadomo, to jedyne miejsce, gdzie Wzorzec jest zduplikowany, oprócz Tir-

na Nog'th, dok d naturalnie nie mo emy si  w tej chwili uda .  

      Moire zwróciła spojrzenie ku mojej siostrze, zmierzyła zimnym wzrokiem 

Randoma i znów utkwiła oczy we mnie.  

      - Czy Corwin jest gotów podda  si  tej próbie? - spytała.  

      Skłoniłem przed ni  głow .  

      - Jestem gotów, pani.  

      - Doskonale - powiedziała z u miechem. - Wobec tego udzielam ci mojego 

pozwolenia. Nie mog  jednak zapewni  ci bezpiecze stwa poza granicami mojego 

królestwa.  

      - Je li o to chodzi, wasza wysoko  - wtr ciła Deirdre - nie oczekujemy 

adnych przywilejów; po wyj ciu st d sami b dziemy sobie radzi .  

      - Z wyj tkiem Randoma - o wiadczyła Moire - który b dzie miał tu 

zapewnion  opiek .  

      - Co to znaczy? - spytała Deirdre, gdy  w tej sytuacji Random oczywi cie 

milczał.  

      - Z pewno ci  przypominasz sobie,  e pewnego razu ksi

 Random przybył 

do mojego królestwa jako przyjaciel, a potem w po piechu je opu cił z moj  

córk  Morganthe.  

      - Słyszałam co  o tym, lady Moire, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy.  

      - Tak wła nie było. W miesi c pó niej moja córka do mnie wróciła. Popełniła 

samobójstwo w par  miesi cy po wydaniu na  wiat syna, Martina. Co masz nam 

na to do powiedzenia, ksi

 Randomie?  

      - Nic - odparł Random.  

      - Kiedy Martin doszedł do pełnoletnio ci - ci gn ła Moire - jako  e płyn ła w 

nim krew władcy Amberu, uparł si  przej  przez Wzorzec. Jemu jednemu z 

moich ludzi si  to udało. Oddalił si  potem do Cieni i wi cej go nie widziałam. Co 

masz na to do powiedzenia, lordzie Randomie?  

      - Nic - powtórzył Random.  

      - Wobec tego wymierz  ci kar  - oznajmiła Moire. - O enisz si  z kobiet , 

któr  ci wska , i zostaniesz z ni  w moim królestwie przez okr gły rok albo 

po egnasz si  z  yciem. Co ty na to, Randomie?  

      Random nic nie rzekł, ale gwałtownie pokiwał głow . Moire uderzyła berłem 

o por cz swojego turkusowego tronu.  

      - Dobrze - o wiadczyła. - Niech wi c tak b dzie.  

      I tak si  stało.  

      Udali my si  teraz do komnat go cinnych,  eby si  troch  od wie y . Wkrótce 

background image

 

56 

potem Moire pojawiła si  w moich drzwiach.  

      - Witaj, Moire - powiedziałem.  

      - Lord Corwin z Amberu we własnej osobie - rzekła. - Zawsze chciałam ci  

pozna .  

      - A ja ciebie - skłamałem.  

      - Twoje bohaterskie czyny przeszły ju  do legendy.  

      - Dzi kuj , ale sam niewiele z nich pami tam.  

      - Czy mog  wej .  

      - Oczywi cie - usun łem si  na bok.  

      Weszła do pi knie urz dzonej komnaty, któr  mi przydzieliła, i usiadła na 

brzegu pomara czowej sofy.  

      - Kiedy chcesz spróbowa  swoich sił na Wzorcu?  

      - Jak najszybciej.  

      Zamy liła si  chwil , potem spytała:  

      - Gdzie byłe  przebywaj c w ród Cieni?  

      - Bardzo daleko st d - odparłem. - W miejscu które pokochałem.  

      - To dziwne,  e ksi

 Amberu posiada tak  zdolno .  

      - Jak  zdolno ?  

      - Do miło ci.  

      - Mo e u yłem niewła ciwego słowa.  

      - Nie s dz  - odparła. - Ballady Corwina potrafi  poruszy  strun  serca.  

      - Pani, jeste  bardzo łaskawa.  

      - Tylko prawdomówna.  

      - Pewnego dnia po wi c  ci ballad .  

      - Czym si  zajmowałe  mieszkaj c w ród Cieni?  

      - Mam wra enie,  e byłem zawodowym  ołnierzem. Walczyłem dla tych, 

którzy mi płacili. A tak e pisałem słowa i muzyk  do popularnych piosenek.  

      - Obie te rzeczy wydaj  mi si  w twoim przypadku logiczne i naturalne.  

      - Powiedz mi, prosz , co b dzie z moim bratem, Randomem?  

      - O eni si  z moj  poddan , dziewczyn  imieniem Vialle. Jest niewidoma i nie 

ma konkurenta.  

      - Czy jeste  pewna - spytałem -  e wyrz dzasz jej tym przysług ?  

      - W ten sposób osi gnie wysok  pozycj , nawet je li on po roku odejdzie i 

nigdy nie wróci. Bo cokolwiek by o nim mówi , jest jednak ksi ciem Amberu.  

      - A co b dzie, je li si  w nim zakocha?  

      - Czy jego w ogóle mo na pokocha ?  

      - Ja, na swój sposób, kocham go jak brata.  

      - Chyba po raz pierwszy syn powiedział co  podobnego i przypisuj  to twojej 

poetyckiej naturze.  

      - Niemniej, czy to w istocie najlepsze, co mo na dla niej uczyni ?  

      - Przemy lałam to i jestem pewna,  e tak. Wyleczy si  z wszelkich ran, jakie 

on jej mo e zada , a po jego odej ciu zostanie jedn  z moich dam dworu.  

      - Niech wi c b dzie, co ma by  - ust piłem, nie patrz c na ni  i czuj c dziwny 

smutek na my l o biednej dziewczynie. - Có  mog  doda ? - powiedziałem jeszcze. 

- Mo e post pujesz słusznie. Mam nadziej ,  e tak. - I pocałowałem j  w r k .  

      - Lordzie Corwinie, jeste  jedynym ksi ciem Amberu, który mo e liczy  na 

background image

 

57 

moj  pomoc - rzekła. - Mo e oprócz Benedykta. Ale nikt o nim nie słyszał od 

dwunastu lat i Lir jeden wie, gdzie s  pochowane jego ko ci. Szkoda.  

      - Nic o tym nie wiedziałem - odparłem. - Wszystko przez t  moj  pami . 

Musz  ci  prosi  o wyrozumiało . B dzie mi brakowa  Benedykta, je li 

rzeczywi cie nie  yje. Był moim nauczycielem szermierki i nauczył mnie włada  

wszelk  broni . Lecz mimo to miał w sobie du o delikatno ci.  

      - Tak jak i ty, Corwinie - powiedziała, bior c mnie za r k  i przyci gaj c do 

siebie.  

      - Nie, wcale nie - zaprotestowałem, siadaj c obok niej na kanapie.  

      - Mamy du o czasu do kolacji - rzekła i oparła si  o mnie kr głym ramieniem.  

      - Kiedy zasiadamy do stołu? - zapytałem.  

      - Wtedy, gdy to zarz dz  - odparła, przylegaj c do mnie całym ciałem.  

      Wzi łem j  w ramiona i znalazłem zapink  szaty skrywaj cej słodycz jej 

wdzi ków. Jej ciało było mi kkie i uległe, a włosy zielone.  

      Na tej kanapie dałem jej obiecan  ballad . Jej usta odpowiadały mi bez słów.  

      Po kolacji - nauczyłem si  je  pod wod , któr  to sztuk  mo e opisz  kiedy  

dokładniej, je li okoliczno ci b d  tego wymaga  - wstali my od stołu w długim 

marmurowym hallu, udekorowanym sieci  i czerwonobr zowymi linami, i 

wyszli my na w ski korytarzyk na tyłach, który zawiódł nas na spiralne schody 

arz ce si  w absolutnej ciemno ci i biegn ce pionowo w dół a  pod dno morza. 

Po jakich  dwudziestu krokach mój brat zakl ł, zszedł ze schodów i dał nura w 

gł b.  

      - Rzeczywi cie w ten sposób jest szybciej - zauwa yła Moire.  

      - A to długa droga - dodała Deirdre, która znała t  odległo  z Amberu.  

      Opu cili my wi c wszyscy schody i popłyn li my wzdłu  ich jarz cej si  

spirali. Min ło jakie  dziesi  minut, zanim dotkn li my podłogi, ale stan li my 

na niej mocno i pewnie. Wokół nas  arzyły si  blade  wiatełka pochodni 

umieszczonych w niszach.  

      - Dlaczego ta cz  oceanu otaczaj ca sobowtóra Amberu tak si  ró ni od 

innych wód? - spytałem.  

      - Bo tak jest - odparła Deirdre, co mnie zirytowało.  

      Byli my w ogromnej grocie, z której w ró ne strony rozchodziły si  

wydr one tunele. Poszli my jednym z nich. Po bardzo długim marszu zacz ły si  

po bokach pokazywa  wn ki, jedne chronione drzwiami lub kratami, inne nie. 

Przed siódm  wn k  stan li my. Zamykały j  ogromne szare drzwi, pokryte 

jakby łusk  wykut  z metalu i dwa razy wy sze od mnie. Na ten widok 

przypomniało mi si  co  na temat wysoko ci trytonów. Moire u miechn ła si  

patrz c prosto na mnie, wybrała ogromny klucz z kółka wisz cego przy pasie i 

wło yła do zamka.  

      Nie mogła go jednak przekr ci . Mo e zbyt długo drzwi nie były otwierane. 

Random sarkn ł niecierpliwie, odtr cił j  i sam chwycił za klucz. Rozległ si  

szcz k. Otworzył drzwi kopniakiem i weszli my do  rodka.  

      W pokoju o rozmiarach sali balowej znajdował si  Wzorzec. Podłoga była 

czarna i gładka jak szkło, a na niej rozpo cierał si  Wzorzec.  

      Iskrzył si  jak zimne ognisko, migotał, nadawał całej komnacie nierealny 

wymiar. Był to skomplikowany, promieniuj cy dziwn  energi  ornament, zło ony 

background image

 

58 

głównie z linii kr tych, cho  bli ej  rodka było te  par  linii prostych. 

Przypominał mi fantastycznie zagmatwan , wyolbrzymion  wersj  jednego z tych 

labiryntów, po których w druje si  ołówkiem (czy te  długopisem),  eby znale  

wyj cie lub wej cie. Niemal e widziałem słowo: "Pocz tek" wypisane z boku. 

Miał jakie  sto metrów szeroko ci i chyba sto pi dziesi t metrów długo ci.  

      Zaszumiało mi w głowie i krew uderzyła do skroni. Całe moje jestestwo 

wzdragało si  przed bezpo rednim kontaktem z tym przera liwym tworem. Ale 

je li byłem ksi ciem Amberu, to ten wzór był zakodowany gdzie  w moich 

genach, w moim systemie nerwowym, gwarantuj c odpowiedni  reakcj , która 

umo liwi mi przej cie.  

      - Szkoda,  e nie mam przy sobie papierosa - powiedziałem, na co kobiety 

zachichotały, ale jakby zbyt nerwowo i za wysoko.  

      Random wzi ł mnie pod rami  i powiedział:  

      - To ci ka próba, ale mo liwa do przebycia, inaczej by my ci  tu nie 

przyprowadzali. Id  bardzo wolno i nie my l o niczym innym. Nie bój si  

fontanny iskier, która b dzie tryska  ci spod nóg przy ka dym kroku. Jest 

niegro na. Poczujesz przebiegaj cy ci  lekki pr d, a po chwili ogarnie ci  radosne 

podniecenie. Ale nie rozpraszaj si  i pami taj - przez cały czas posuwaj si  

naprzód. Pod  adnym pozorem nie przestawaj i nie schod  z wyznaczonej  cie ki, 

bo zginiesz!  

      Szli my wzdłu   ciany po prawej r ce, okr aj c Wzorzec,  eby znale  si  na 

jego drugim ko cu. Panie szły za nami.  

      - Próbowałem wyperswadowa  jej ten plan w stosunku do ciebie, ale bez 

skutku - szepn łem do Randoma.  

      - Tak te  my lałem,  e spróbujesz - odparł. - Ale nie martw si . Rok mog  

sp dzi  nawet stoj c na głowie, a poza tym mo e wypuszcz  mnie wcze niej, je li 

wyka  si  wystarczaj co przykrym charakterem.  

      - Dziewczyna, któr  ci wybrała, nazywa si  Vialle. Jest niewidoma.  

      - Wspaniale - rzekł. -  wietny kawał.  

      - Pami tasz to ksi stwo, o którym mówili my?  

      - Jasne.  

      - Wobec tego b d  dla niej miły i zosta  przez cały rok, a ja b d  hojny.  

       adnej odpowiedzi. Dopiero po chwili szturchn ł mnie w bok.  

      - Jaka  twoja przyjaciółeczka, tak? - zarechotał. - Jaka ona jest?  

      - A wi c załatwione? - spytałem dobitnie.  

      - Załatwione.  

      Stan li my w miejscu, sk d zaczynał si  Wzorzec, w rogu pokoju. 

Przysun łem si  bli ej i przyjrzałem si  ognistej linii biegn cej tu  obok mojej 

prawej nogi. Wzorzec stanowił jedyne o wietlenie pokoju. Przemkn ł mnie zimny 

dreszcz.  

      Postawiłem lew  stop  na  cie ce. Obrysowała j  linia bł kitnych iskierek. 

Teraz dostawiłem praw  stop  i przeszył mnie pr d, o którym mówił Random. 

Zrobiłem krok do przodu.  

      Rozległ si  trzask i poczułem,  e włosy staj  mi d ba. Nast pny krok. Raptem 

cie ka gwałtownie skr ciła zawracaj c. Zrobiłem jeszcze dziesi  kroków i 

natrafiłem na jaki  opór, jakby wyrosła przede mn  niewidzialna zapora 

background image

 

59 

odpieraj ca wszelkie moje próby jej pokonania.  

      Forsowałem j  wytrwale. Nagle uprzytomniłem sobie,  e jest to Pierwsza 

Zasłona. Przedostanie si  za ni  b dzie ju  stanowiło pewne zwyci stwo, dobry 

znak, dowodz cy,  e istotnie jestem cz ci  Wzorca. Ka de podniesienie i 

opuszczenie stopy wymagało teraz nadludzkiego wysiłku, a z moich włosów 

leciały iskry.  

      Skoncentrowałem si  cały na ognistej linii. Szedłem ci ko dysz c. Wtem opór 

zel ał. Zasłona rozchyliła si  przede mn  równie nagle, jak przedtem zapadła. 

Przeszedłem na drug  stron  i co  osi gn łem. Zdobyłem cz stk  wiedzy o sobie 

samym.  

      Zobaczyłem wychudłe, obleczone papierow  skór  szkielety ludzi 

pomordowanych w O wi cimiu. Byłem obecny na procesie w Norymberdze. 

Słyszałem głos Stephena Spendera recytuj cego "Wiede " i widziałem Matk  

Courage przemierzaj c  scen  podczas premiery sztuki Brechta. Patrzyłem na 

rakiety strzelaj ce w niebo z takich miejsc, jak Peenemiinde, Yandenberg, 

Przyl dek Kennedy'ego, Kyzyl-kum w Kazachstanie, i dotykałem r k  

Chi skiego Muru. Pili my piwo i wino, w pewnym momencie Szapur powiedział, 

e jest pijany, i odszedł na bok zwymiotowa . Bł dziłem po zielonych lasach 

Zachodniego Rezerwatu i w ci gu jednego dnia zdobyłem trzy skalpy. Podczas 

marszu nuciłem melodi , któr  inni podchwycili, i w ten sposób powstała 

piosenka "Auprós de ma Blonde"... Przypominałem sobie coraz wi cej 

szczegółów z mojego  ycia w Cieniu, który jego mieszka cy nazywali Ziemi . 

Jeszcze trzy kroki, a trzymałem w r ku zakrwawion  szpad  i umykałem na 

koniu przed rewolucj  francusk , zostawiaj c za sob  zwłoki trzech m czyzn. 

Nasuwały mi si  coraz to nowe obrazy, a  wróciłem pami ci ...  

      Jeszcze jeden krok.  

      Wróciłem pami ci ...  

      Trupy. Le ały wsz dzie wokół, a w powietrzu unosił si  straszliwy fetor: odór 

rozkładaj cych si  ciał. Z jakiego  zaułka dolatywało rozpaczliwe wycie 

bato onego na  mier  psa. Niebo zasnuwały kł by czarnego dymu, a wokół mnie 

hulał lodowaty wiatr nios c kilka kropli deszczu. Gardło mnie piekło, r ce mi si  

trz sły, głow  miałem w ogniu. Ku tykałem niepewnie przed siebie, widz c 

wszystko jak przez mgł  na skutek gor czki, która mnie trawiła. Rynsztoki były 

pełne  mieci, zdechłych kotów i odchodów. Z turkotem i d wi kiem dzwonka 

przetoczył si  obok wóz wypełniony trupami, ochlapuj c mnie błotem i zimn  

wod .  

      Nie wiem, jak długo tak si  bł kałem, lecz w pewnej chwili chwyciła mnie za 

rami  jaka  kobieta z pier cionkiem w kształcie trupiej czaszki na palcu. 

Powiodła mnie do swojej izby i tam dopiero odkryła,  e nie mam pieni dzy i 

jestem na wpół przytomny. Na jej wymalowanej twarzy pojawił si  wyraz 

strachu, wymazuj c u miech z karminowych warg. Uciekła, a ja padłem na jej 

łó ko.  

      Po jakim  czasie - lecz znów nie wiem po jakim - pojawił si  jej sutener, 

uderzył mnie w twarz i wyci gn ł z łó ka. Uczepiłem si  jego prawego bicepsu, a 

on na pół ci gn c, na pół nios c, dowlókł mnie do drzwi. Kiedy zdałem sobie 

spraw ,  e chce mnie wyrzuci  na ulic , zacisn łem w prote cie r k ,  ciskałem go 

background image

 

60 

resztk  sił mamrocz c co  błagalnie. Nagle przez łzy i pot zalewaj cy mi oczy 

zobaczyłem jego szeroko otwarte usta i usłyszałem krzyk wydobywaj cy si  

spomi dzy zepsutych z bów.  

      Złamałem mu ko  w miejscu, gdzie go  ciskałem.  

      Odepchn ł mnie lew  r k  i upadł na kolana, łkaj c. Usiadłem na podłodze i 

na chwil  rozja niło mi si  w głowie.  

      - Zostaj  - tutaj... - wymamrotałem - dopóki nie poczuj  si  lepiej. Wyno  si . 

Je li wrócisz, zabij  ci .  

      - Jest pan chory na zaraz ! - krzykn ł. - Przyjd  tu jutro po pa skie ko ci! - 

Splun ł, wstał i wyszedł chwiejnie.  

      Dowlokłem si  do drzwi i zaryglowałem je. Pó niej doczołgałem si  z 

powrotem do łó ka i zasn łem. Je li przyszli nazajutrz po moje ko ci, to si  

rozczarowali. Albowiem jakie  dziesi  godzin pó niej obudziłem si  w  rodku 

nocy zlany potem i poczułem,  e gor czka min ła. Byłem osłabiony, ale zdolny do 

racjonalnego działania.  

      Zrozumiałem,  e przemogłem zaraz .  

      Wzi łem m skie okrycie, które znalazłem w szafie, oraz troch  pieni dzy z 

szuflady. I wyszedłem w noc na ulice Londynu w roku Wielkiej Zarazy, szukaj c 

czego ...  

      Nie pami tałem, kim jestem ani co robi . Oto jak si  to wszystko zacz ło.  

      Przeszedłem ju  dobrych par  metrów Wzorca, a iskry wci  tryskały mi 

spod stóp na wysoko  kolan. Nie orientowałem si  ju , w któr  stron  id  ani 

gdzie stoj  Random, Deirdre i Moire. Raz po raz przebiegał przeze mnie pr d, a 

gałki oczne zdawały si  wibrowa . Naraz poczułem mrowienie w policzkach i 

chłód na karku. Zacisn łem z by,  eby nimi nie szcz ka .  

      To nie wypadek samochodowy spowodował moj  amnezj . Miałem cz ciowy 

zanik pami ci od czasu panowania El biety I. Flora musiała uzna ,  e na skutek 

wypadku zostałem uleczony. Wiedziała o moim stanie. Nagle uderzyła mnie my l, 

e przebywała na Cieniu zwanym Ziemi  głównie po to,  eby mie  mnie na oku.  

      Czy by trwało to od szesnastego wieku?  

      Nie potrafiłem odpowiedzie  na to pytanie. Ale wkrótce si  dowiem.  

      Zrobiłem sze  szybkich kroków dochodz c do ko ca łuku i pocz tku linii 

prostej. Ledwo postawiłem na niej nog , poczułem, jak z ka dym moim ruchem 

ro nie przede mn  nowa zapora. Była to Druga Zasłona.  

      Skr t na prawo, potem jeszcze jeden i jeszcze. A wi c byłem ksi ciem 

Amberu. Tak przedstawiała si  prawda. Było nas pi tnastu braci i osiem sióstr, z 

czego nie  yło sze ciu braci i dwie, a mo e nawet cztery siostry. Sp dzali my du o 

czasu przebywaj c po ród Cieni albo w swoich własnych  wiatach. To czysto 

akademickie, cho  z punktu widzenia filozofii doniosłe pytanie: czy osoba maj ca 

moc nad Cieniami mo e stworzy  swój własny  wiat? Nie wgł biaj c si  w 

meritum, praktycznie bior c, mo e.  

      Wkroczyłem na kolejn  kr t  lini  i sun łem po niej krok po kroku, wolno, 

jak w smole. Raz... dwa... trzy... cztery... Podnosiłem z trudem gorej ce buty, 

brn c naprzód. W głowie mi huczało, a serce waliło jak młotem.  

      Amber!  

      Teraz, kiedy przypomniałem sobie Amber, droga znów była wolna. Amber to 

background image

 

61 

najwi ksze miasto, jakie kiedykolwiek istniało lub b dzie istnie . Od zawsze było i 

zawsze b dzie, a wszelkie inne miasta s  tylko odbiciem cienia której  z faz 

Amberu. Amber, Amber, Amber... Pami tam ci  i ju  nigdy ci  nie zapomn . 

My l ,  e gdzie  w gł bi serca zawsze ci  pami tałem, przez wszystkie te wieki, 

które sp dziłem na Cieniu-Ziemi, gdy  cz sto w nocy widziałem w snach twoje 

zielone i złote iglice i rozległe tarasy. Pami tam twoje szerokie promenady i 

kolorowe,  ółto-czerwone klomby kwiatów. Pami tam wonne powietrze, 

wi tynie, pałace i niewysłowiony urok, który ci  otacza, otaczał i zawsze b dzie 

otacza . Amber, nie miertelne miasto daj ce pocz tek wszystkim innym miastom. 

Nigdy ci  nie zapomn , podobnie jak i dnia, w którym znów ujrzałem twój obraz 

na Wzorcu w Rebmie, po ród twoich odbitych  cian. I cho  byłem przyjemnie 

syty po uczcie i miło ci z Moire, nic nie mogło si  równa  rozkoszy, jak  poczułem 

na to wspomnienie! Nawet teraz, kiedy stoj  kontempluj c Dworce Chaosu i 

opowiadaj c t  histori  jedynemu obecnemu  wiadkowi,  eby mógł j  powtórzy  

po mojej  mierci, nawet teraz przepełnia mnie miło  na my l o tym mie cie, do 

rz dzenia którym zostałem stworzony...  

      Jeszcze dziesi  kroków i wyrosły przede mn  wiruj ce j zyki ognia. 

Wszedłem w nie, a fale natychmiast zmywały tryskaj cy ze mnie pot. Lecz oto 

czekała mnie nowa, diabelska zaiste sztuczka: w wodzie wypełniaj cej pokój 

powstały nagle silne pr dy, gro ce zepchni ciem mnie z Wzorca. Walczyłem z 

nimi, opieraj c si  z całych sił. Instynktownie czułem,  e zej cie ze  cie ki przed 

jej uko czeniem równa si   mierci. Nie  miałem podnie  oczu znad ognistej linii 

pod nogami,  eby zobaczy , jaki dystans ju  przeszedłem i ile mi jeszcze zostało.  

      Pr dy ust piły i opadły mnie nowe wspomnienia, wspomienia z mojego  ycia 

jako ksi cia ... Nie, prosz  nie pyta , jakie - one nale  tylko do mnie; niektóre s  

złe i okrutne, inne pi kne - wspomnienia z dzieci stwa w wielkim pałacu w 

Amberze, nad którym powiewał zielony sztandar mojego ojca, Oberona, z białym 

jednoro cem, uniesionym na tylnych nogach, zwróconym na prawo.  

      Random przeszedł przez Wzorzec, a nawet Deirdre, tote  wiedziałem,  e i ja, 

Corwin, musz  tego dokona  mimo wszelkich przeszkód.  

      Wyszedłem z ognia i wkroczyłem na Wielki Łuk. Wszystkie  ywioły 

wszech wiata rozp tały si  wokół mnie. Miałem jednak pewn  przewag  nad 

innymi, którzy próbowali przeby  t  drog . Wiedziałem,  e ju  raz j  pokonałem, 

wobec czego jestem w stanie zrobi  to po raz drugi. To pomogło mi zwalczy  

miertelne obawy, które opadły mnie jak czarne chmury, odpłyn ły i powróciły ze 

zdwojon  sił . Szedłem po Wzorcu i przypomniałem sobie cał  przeszło , 

przypominałem sobie dni sprzed tych paru wieków sp dzonych na Cieniu-Ziemi i 

rozmaite miejsca na tym Cieniu, które były mi drogie i bliskie, zwłaszcza za  

jedno, które szczególnie ukochałem, najbardziej po Amberze.  

      Przemierzyłem jeszcze trzy łuki, lini  prost  i szereg ostrych zakr tów, znów 

w pełni  wiadom swej mocy, której nigdy nie straciłem: mocy panowania nad 

Cieniami.  

      Kolejnych dziesi  zakr tów przyprawiło mnie o zawrót głowy, pó niej 

przyszła kolej na krótki łuk, lini  prost  i Ostatni  Zasłon . Ka dy krok stanowił 

m k . Wszystko sprzysi gło si  przeciwko mnie. Woda była raz zimna, raz 

wrz ca. Fale napierały bezlito nie. Walczyłem z nimi, id c stopa za stop . Iskry 

background image

 

62 

tryskały mi teraz a  do piersi, wreszcie do ramion. Si gały oczu, były wsz dzie 

wokół. Ledwo widziałem przez nie sam Wzorzec.  

      Teraz jeszcze krótki łuk, ko cz cy si  w ciemno ci.  

      Raz... dwa... Ostatni krok był jak próba przebicia si  przez betonowy mur. 

Ale wyszedłem z niej zwyci sko. Dopiero wtedy si  odwróciłem si  wolno i 

spojrzałem za siebie, na drog , któr  przebyłem. Nie pozwoliłem sobie na luksus 

osuni cia si  na kolana. Przecie  byłem ksi ciem Amberu i nic nie mogło mnie 

zmusi  do okazania słabo ci przed równymi sobie. Nawet Wzorzec!  

      Pomachałem wesoło w kierunku, gdzie zapewne stali. Czy mnie widzieli, to 

ju  inna sprawa.  

      Zadałem sobie teraz pytanie, co dalej. Znałem ju  moc Wzorca. Wróci  t  

sam  drog  to  adna sztuka - Ale po co? Nie miałem swojej talii kart, lecz 

przecie  mogłem si  posłu y  Wzorcem. Wprawdzie oni tam na mnie czekali, mój 

brat i siostra, i Moire o udach toczonych z marmuru... Lecz z drugiej strony 

Deirdre mogła od tej pory radzi  sobie sama - w ko cu uratowali my jej  ycie. 

Nie czułem si  w obowi zku opiekowa  si  ni  na stałe. Random był na rok 

uwi zany do Rebmy, chyba  e zbierze si  na odwag  i skoczy na Wzorzec, 

którego magiczna moc pomo e mu uciec. Je li chodzi o Moire, to miło mi było j  

pozna  i mo e los znów nas ze sob  zetknie, co powitam z rado ci . Zamkn łem 

oczy i skłoniłem głow .  

      Jednak e ułamek sekundy wcze niej mign ł mi z dala jaki  cie . Czy by 

Random próbował szcz cia? Tak czy owak nie dowie si , dok d si  udałem. Nikt 

si  nie dowie.  

      Otworzyłem oczy. Stałem w  rodku takiego samego Wzorca, lecz 

odwróconego. Było zimno, a ja czułem si  piekielnie zm czony, ale byłem w 

Amberze - w prawdziwym pokoju, którego tamten, przed chwil  opuszczony, 

stanowił tylko odbicie. Z Wzorca mogłem przenie  si  do dowolnego miejsca w 

Amberze. Z powrotem mog  jednak by  kłopoty.  

      Stałem tak ociekaj c potem i zastanawiałem si , co robi . Je li Eryk 

zamieszkał w apartamentach króla, mog  go tam poszuka . Albo w sali tronowej. 

Ale wtedy b d  musiał znów przej  przez Wzorzec,  eby dotrze  do punktu, 

sk d mo liwa jest ucieczka.  

      Przeniosłem si  do znanego mi tajnego pomieszczenia w pałacu. Była to 

ciemna klitka bez okna, do której wpadało troch   wiatła przez judasza wysoko w 

górze. Zamkn łem si  od  rodka na zasuw , wytarłem z kurzu drewnian  prycz  

przy  cianie, rozci gn łem na niej peleryn  i uło yłem si  do drzemki. Gdyby 

kto  schodził tu z góry, usłysz  go znacznie wcze niej, nim dotrze do drzwi. 

Zasn łem.  

      Po jakim  czasie obudziłem si . Wstałem, wytrzepałem peleryn  i znów j  

wło yłem. Potem zabrałem si  za pokonywanie długiego szeregu kołków w  cianie 

wiod cych w gór  do pałacu. Wiedziałem, na jakim poziomie si  znajduj , dzi ki 

oznaczeniom na murze. Na drugim pi trze wskoczyłem na niewielki podest i 

zajrzałem przez judasz,  ladu  ywego ducha. W bibliotece było pusto. 

Przesun łem wi c ruchom  cz   ciany i wszedłem.  

      W pierwszej chwili poraziła mnie ogromna liczba ksi ek. To zawsze robi na 

mnie wra enie. Pó niej przejrzałem cały pokój, ł cznie z gablotami, i w ko cu 

background image

 

63 

podszedłem do kryształowej szkatuły, w której - jak  artowali my - krył si  cały 

zjazd rodzinny. Zawierała bowiem cztery talie rodzinnych kart i zacz łem si  

teraz zastanawia , jak wydoby  jedn  z nich nie wzniecaj c alarmu, który 

uniemo liwi mi jej u ycie. Po dziesi ciu minutach powiodło mi si , cho  nie była 

to łatwa sztuczka. Pó niej, z tali  w r ku, usadowiłem si  w wygodnym fotelu, 

eby pomy le .  

      Karty były takie same jak te Flory, wi ziły nas pod szkłem i były zimne w 

dotyku. Teraz ju  wiedziałem dlaczego.  

      Potasowałem je i rozło yłem przed sob  w nale ytym porz dku. Odczytałem z 

nich,  e cał  rodzin  czekaj  w najbli szych czasach kłopoty. Zebrałem je z 

powrotem, zostawiaj c jedn  kart . Był na niej Bleys. Zapakowałem pozostałe 

karty do pudełka i wło yłem za pasek. Potem zacz łem si  przygl da  Bleysowi.  

      Wła nie w tym momencie usłyszałem szcz k klucza w zamku. Có  mi 

pozostawało? Poluzowałem miecz w pochwie i czekałem pochyliwszy si  nisko za 

biurkiem. Po chwili wyjrzałem ostro nie i zobaczyłem,  e to słu cy imieniem 

Dik, który najwyra niej przyszedł posprz ta , gdy  zabrał si  do opró niania 

popielniczek i koszy na  mieci oraz do odkurzania pólek. Nie chciałem,  eby mnie 

odkrył w tej poni aj cej pozycji, wstałem wi c i powiedziałem:  

      - Dzie  dobry, Dik. Pami tasz mnie?  

      Poszarzał, zbladł i omal nie uciekł. W ko cu wyj kał:  

      - Oczywi cie, panie. Jak mógłbym zapomnie ?  

      - S dz ,  e po tak drugim czasie byłoby to całkiem mo liwe.  

      - Nigdy, lordzie Corwinie - zapewnił mnie.  

      - Przybyłem tu raczej nieoficjalnie i w niezbyt przyjaznych zamiarach - 

powiedziałem mu. - Je li Eryk rozzło ci si  na wie ,  e mnie widziałe , to przeka  

mu, prosz ,  e korzystam po prostu ze swoich praw i  e niebawem sam mnie 

zobaczy.  

      - Zrobi , co pan ka e - ukłonił si .  

      - Si d  ze mn  na chwil , przyjacielu, a powiem ci co  jeszcze. Był czas - 

zacz łem, patrz c w jego s dziwe oblicze -  e uwa ano mnie za zmarłego i 

bezpowrotnie straconego. Poniewa  jednak wci   yj  i jestem w pełni władz 

fizycznych i umysłowych, obawiam si ,  e musz  zakwestionowa  pretensje Eryka 

do tronu. Nie jest ani pierworodnym synem, ani nie mo e liczy  na powszechne 

poparcie, gdyby zjawił si  inny kandydat. Z tych to oraz innych, głównie 

osobistych wzgl dów mam zamiar wyst pi  przeciwko niemu. Nie wiem jeszcze, 

jak i kiedy, ale, na Boga!, najwy szy czas,  eby kto  to zrobił! Powtórz mu to. 

Je li chce mnie poszuka , niech wie,  e mieszkam po ród Cieni, lecz innych ni  

poprzednio. Mo e si  domy li, co przez to rozumiem. Nie pójdzie mu ze mn  

łatwo, bo b d  si  strzegł co najmniej tak, jak on tutaj. Ma we mnie wroga na 

mier  i  ycie i nie spoczn , póki jeden z nas nie zginie. Co ty na to, stary sługo?  

      Uniósł moj  r k  do ust i pocałował.  

      - B d  pozdrowiony, lordzie Corwinie - powiedział i otarł łz  z oka.  

      W tym momencie skrzypn ły drzwi. Wszedł Eryk.  

      - Witaj - powiedziałem wstaj c, tonem najmniej przyjemnym z mo liwych. - 

Nie spodziewałem si  spotka  ci  w tak wczesnym stadium rozgrywki. Jak si  

maj  rzeczy w Amberze?  

background image

 

64 

      Oczy mu si  rozszerzyły ze zdumienia, lecz odpowiedział mi głosem 

nabrzmiałym sarkazmem:  

      - Rzeczy si  maj  dobrze, Corwinie. Gorzej, je li chodzi o inne sprawy.  

      - Szkoda - odparłem. - A jak mogliby my temu zaradzi ?  

      - Znam sposób - rzekł i łypn ł na Dika, który natychmiast wyszedł i zamkn ł 

za sob  drzwi.  

      Eryk si gn ł do miecza.  

      - Chcesz zdoby  tron - o wiadczył.  

      - Czy  nie chcemy tego wszyscy?  

      - Zapewne - przyznał z westchnieniem. - To prawda,  e ka dy z nas ma głow  

zaprz tni t  jedn  my l . Nie wiem, co za sił  pcha nas do walki o t   mieszn  

pozycj . Ale musisz pami ta ,  e ju  dwukrotnie ci  pokonałem, za drugim razem 

wielkodusznie darowuj c ci  ycie na Cieniu-Ziemi.  

      - Nie było to znowu takie wielkoduszne. Zostawiłe  mnie na  mier  podczas 

Wielkiej Zarazy. A za pierwszym razem, jak sobie przypominam, sko czyło si  

remisem.  

      - A wi c musimy to teraz rozstrzygn , Corwinie - oznajmił. - Jestem od ciebie 

starszy i lepszy. Je li chcesz zmierzy  si  ze mn , z przyjemno ci  stawi  ci czoło, 

Zabij mnie i tron jest twój. Spróbuj. Nie s dz  jednak,  eby ci si  udało. 

Wolałbym te  od razu odeprze  twoje pretensje. Nacieraj. Zobaczymy, czego si  

nauczyłe  na Cieniu-Ziemi.  

      Obaj mieli my ju  miecze w gar ci. Wyszedłem zza biurka.  

      - Ale  ty masz niebywał  czelno ! - powiedziałem. - Dlaczego niby masz by  

lepszy od nas i bardziej predestynowany do rz dzenia?  

      - Bo to ja zaj łem tron - odpowiedział. - Spróbuj mi go odebra .  

      Spróbowałem. Zacz łem od ci cia w glow , które sparował, ja za  

odpowiedziałem na jego pchni cie w serce ci ciem w nadgarstek. Obronił si  i 

pchn ł mi dzy nas stołek, który odrzuciłem kopniakiem, maj c nadziej ,  e r bn  

go w twarz, ale nie trafiłem. Odparłem jego natarcie, a on moje. Walczyli my 

zaciekle bez wi kszego skutku. Zastosowałem teraz bardzo wymy lny atak, 

którego nauczyłem si  we Francji, a który składał si  z natarcia, zasłony czwartej 

i szóstej oraz wypadu zako czonego niespodziewanym ci ciem w nadgarstek.  

      Drasn łem go i popłyn ła krew,  

      - Piekielny bracie! - powiedział cofaj c si . - Jak mi donosz , towarzyszy ci 

Random.  

      - To prawda. Wi cej jest takich, którzy sprzysi gli si  przeciwko tobie.  

      Natarł gwałtownie zmuszaj c mnie do cofni cia si  i zrozumiałem,  e przy 

całym moim kunszcie jest nadal lepszy. Był jednym z najwi kszych szermierzy, z 

jakimi przyszło mi walczy , i odczułem nagle,  e nie dam mu rady, parowałem 

jak w ciekły i z równ  w ciekło ci  cofałem si  krok po kroku pod jego naporem. 

Obaj mieli my za sob  wieki treningu u najlepszych mistrzów klingi, z których 

najwi kszym był mój brat, Benedykt - w obecnej chwili jednak nie mogłem liczy  

na jego pomoc. Chwytałem rozmaite przedmioty z biurka i rzucałem nimi w 

Eryka, lecz on stale uchylał si  i nacierał nieubłaganie. Starałem si  zaj  go od 

lewej strony, ale nie mogłem uciec od czubka jego miecza wymierzonego prosto w 

moje lewe oko. I balem si . Eryk był wspaniały. Gdybym nie czuł do niego takiej 

background image

 

65 

nienawi ci, wyraziłbym mu uznanie za jego artyzm.  

      Tymczasem wci  si  cofałem, coraz ja niej ze strachem u wiadamiaj c sobie, 

e nie zdołam go pokona . W walce na miecze był lepszy ode mnie. Przeklinałem 

go w duchu, ale nic nie mogłem na to poradzi . Jeszcze trzy razy próbowałem 

bardziej wymy lnych ataków, lecz bez skutku. Parował ka de pchni cie i 

przeciwnatarciami wci  zmuszał mnie do odwrotu.  

      Chciałbym by  dobrze zrozumiany. Ja sam jestem naprawd  niezłym 

szermierzem. Tyle  e on był lepszy.  

      Usłyszałem w hallu hałas i szcz k broni. Nadchodziła  wita Eryka. Je li nawet 

Eryk nie zabije mnie wcze niej, to z pewno ci  zrobi to który  z jego ludzi - 

cho by strzałem z kuszy.  

      Prawy nadgarstek Eryka wci  krwawił. R k  nadal władał pewnie, miałem 

jednak wra enie,  e w innych okoliczno ciach, walcz c defensywnie, mógłbym go 

dzi ki tej ranie zm czy  i potem wykorzysta  najmniejszy moment nieuwagi.  

      Zakl łem pod nosem, a on si  roze miał.  

      - Byłe  głupi, zjawiaj c si  tutaj - powiedział.  

      Nie zorientował si , do czego zmierzam, a  do chwili, kiedy było ju  za pó no. 

Cofaj c si , znalazłem si  tu  przy drzwiach - było to ryzykowne, bo nie 

zostawiało mi pola manewru, ale lepsze ni  pewna  mier . Lew  r k  zdołałem 

zasun  rygiel. Drzwi były wielkie i ci kie, b d  musieli je teraz wywa y , aby 

wej . Zyskałem dzi ki temu jeszcze par  minut, lecz jednocze nie otrzymałem 

pchni cie w lewe rami , które mogłem tylko cz ciowo odparowa  podczas 

zamykania rygla. Na szcz cie, prawa r ka, któr  walczyłem, pozostała 

nietkni ta. U miechn łem si , dodaj c sobie animuszu.  

      - A mo e to ty byłe  głupcem, wchodz c tutaj - powiedziałem. - Idzie ci coraz 

gorzej, sam widzisz - i przypu ciłem gwałtowny, bezlitosny atak. Odparował go, 

ale musiał si  przy tym cofn  o dwa kroki. - Ta rana daje ju  o sobie zna  - 

dodałem. - R ka ci mdleje. Chyba sam czujesz,  e opuszczaj  ci  siły...  

      - Zamknij si ! - warkn ł i zrozamiałem,  e powiedziałem prawd . To 

zwi kszyło moje szans  o par  procent, natarłem wi c z nowym impetem, 

wiedz c,  e niezbyt długo b d  mógł utrzyma  takie tempo.  

      Ale Eryk tego nie wiedział. Zasiałem w nim ziarno niepokoju i cofał si  teraz 

przed moim niespodziewanym zaciekłym atakiem.  

      Rozległo si  walenie do drzwi, ale jeszcze przez par  minut nie musiałem si  o 

to martwi .  

      - Zaraz z tob  sko cz , Eryku - powiedziałem. - Jestem twardszy ni  dawniej i 

ju  po tobie, bracie.  

      Zobaczyłem w jego oczach strach, który odbił si  grymasem na twarzy i 

wpłyn ł na zmian  stylu walki. Walczył teraz defensywnie; cofaj c si  przed 

moim atakiem i byłem pewien,  e nie udawał. Najwyra niej mój blef si  udał, 

cho  dot d Eryk zawsze był lepszy ode mnie. A mo e to przekonanie te  wynikało 

głównie z mojego nastawienia psychicznego? Mo e omal nie dałem si  poskromi  

tym mitem, który Eryk piel gnował? Mo e byłem równie dobry jak on? Z 

dziwnym przypływem pewno ci siebie spróbowałem tego samego natarcia co 

poprzednio i tym razem trafiłem go, zostawiaj c jeszcze jeden krwawy  lad na 

jego przedramieniu.  

background image

 

66 

      - To było do  naiwne, Eryku,  eby da  si  po raz drugi nabra  na ten sam 

trik - powiedziałem, podczas gdy on cofał si  za fotel. Walczyli my przez chwil  

ponad oparciem, a tymczasem walenie w drzwi ustało i pytaj ce glosy zamilkły.  

      - Poszli po siekiery - wysapal Eryk. - Zaraz tu b d .  

      - Zajmie im to par  minut - odparłem nie przestaj c si  u miecha  - a to 

wi cej, ni  mi potrzeba. Ju  ledwo stoisz na nogach i krew ci płynie coraz obficiej, 

spójrz tylko!  

      - Zamknij si !  

      - Zanim tu wejd , w Amberze b dzie tylko jeden ksi

, i to nie ty!  

      Raptem lew  r k  zgarn ł z półki cały rz d ksi ek, obsypuj c mnie nimi jak 

gradem. Nie skorzystał jednak z okazji do ataku, lecz przebiegł przez pokój 

chwytaj c po drodze krzesło. Zaklinował si  w rogu, trzymaj c przed sob  w 

jednej r ce, krzesło, a w drugiej miecz. W hallu dały si  słysze  szybkie kroki, a 

potem łomot siekier o drzwi.  

      - No chod ! - rzekł Eryk. - Spróbuj mnie teraz dosta !  

      - Boisz si , co?  

      Roze miał si .  

      - Daj spokój! Nie mo esz mi nic zrobi , zanim drzwi nie puszcz , a potem i tak 

ju  po tobie.  

      Musiałem przyzna  mu racj . W tej pozycji mógł broni  si  skutecznie przed 

ka dym przeciwnikiem przynajmniej dobrych par  minut. Przeszedłem szybko 

przez pokój do s siedniej  ciany. Lew  r k  otworzyłem ukryte drzwiczki, przez 

które wszedłem.  

      - Dobra - powiedziałem. - Udało ci si ... na razie. Masz szcz cie. Nast pnym 

razem, kiedy si  spotkamy, nic ci ju  nie pomo e.  

      Splun ł i obrzucił mnie gradem wyzwisk, a nawet odstawił krzesło,  eby 

zrobi  obra liwy gest. Dałem nura w otwór i zasun łem drzwiczki, a gdy je 

ryglowałem, rozległ si  trzask i tu  przy moim ramieniu zal niło dwadzie cia 

centymetrów stalowej klingi. Rzucił we mnie mieczem, co było ryzykowne, 

gdybym zechciał wróci . Ale wiedział,  e to mało prawdopodobne, gdy  główne 

drzwi do biblioteki ju  p kały pod naporem sił.  

      Schodziłem po kołkach w  cianie jak najszybciej do miejsca, gdzie poprzednio 

spałem. Jednocze nie my lałem o kunszcie, do jakiego doszedłem we władaniu 

mieczem. Pocz tkowo w trakcie walki mimo woli czułem l k przed człowiekiem, 

który dwukrotnie mnie pobił. Teraz jednak przyszło mi do głowy,  e mo e te 

stulecia sp dzone na Cieniu-Ziemi nie poszły całkiem na marne. Mo e 

rzeczywi cie czego  si  przez ten czas nauczyłem. Czułem,  e jestem nie gorszy od 

Eryka. Było to bardzo przyjemne uczucie. Je li si  jeszcze kiedy  zmierzymy, co 

niechybnie nast pi, i je li nie przyjd  mu z pomoc  okoliczno ci zewn trzne, to 

kto wie? Nale ałoby szybko poszuka  takiej okazji. Dzisiejsza potyczka 

przestraszyła go, byłem pewien. To mo e sprawi ,  e nast pnym razem zadr y 

mu r ka,  e zawaha si  na jedn   mierteln  chwil ...  

      Pu ciłem si  kolka i zeskoczyłem z ostatnich pi ciu metrów l duj c na ziemi 

na ugi tych kolanach. Była to ju  przysłowiowa ostatnia chwila, ale nie traciłem 

nadziei,  e zd

 umkn  prze ladowcom:  

      Miałem bowiem za paskiem tali  kart.  

background image

 

67 

      Wyci gn łem kart  z Bleysem i wbiłem w ni  wzrok. Rami  mnie piekło, ale 

zapomniałem o tym czuj c ogarniaj cy mnie chłód.  

      Istniały dwa sposoby,  eby przenie  si  z Amberu bezpo rednio do Cieni... 

Jeden to Wzorzec, rzadko u ywany do tego celu, a drugi Atuty, pod warunkiem, 

e mo na było zaufa  któremu  z braci. Mój wybór padł na Bleysa. Był moim 

bratem i miał kłopoty, co znaczyło,  e mog  mu si  przyda .  

      Wpatrywałem si  intensywnie w jego ubran  na czerwono-pomara czowo 

posta  z ognist  koron  włosów, z mieczem w prawem r ce, a kielichem wina w 

lewej. W jego niebieskich oczach ta czyły diabliki, broda płon ła, a ornament na 

klindze przedstawiał - jak sobie nagle u wiadomiłem - fragment Wzorca. Jego 

pier cienie rzucały błyski. On sam wygl dał jak  ywy.  

      Nawi zanie kontaktu zwiastował lodowaty wiatr. M czyzna na karcie urósł 

do naturalnych rozmiarów i zmienił pozycj . Poszukał mnie wzrokiem i poruszył 

ustami.  

      - Kto to? - spytał i usłyszałem te słowa całkiem wyra nie.  

      - Corwin - odpowiedziałem, na co wyci gn ł do mnie lew  r k , w której nie 

było ju  kielicha.  

      - Wobec tego chod  do mnie, je li chcesz.  

      Wyci gn łem r k  i nasze palce si  zetkn ły. Post piłem krok naprzód. Nadal 

trzymałem kart  w lewej r ce, ale stali my obaj na skale, po prawej stronie 

zion ła przepa , a po lewej wznosiła si  wysoka forteca. Niebo nad nami było 

koloru ognia.  

      - Witaj, Bleys - powiedziałem, wtykaj c jego kart  do pozostałych za pasem. - 

Dzi ki za pomoc.  

      Nagle poczułem,  e słabn , i zobaczyłem krew tryskaj c  mi z lewego 

ramienia.  

      - Jeste  ranny! - zawołał, opasuj c mnie r k , a ja kiwn łem głow  i 

zemdlałem.  

      Pó niej tego wieczoru, wyci gni ty w fotelu w jednej z komnat fortecy, 

omówiłem z Bleysem sytuacj  nad butelk  whisky.  

      - A wi c zjawiłe  si  w Amberze?  

      -Tak.  

      - I zraniłe  Eryka w pojedynku?  

      - Tak.  

      - Niech to diabli! Szkoda,  e go nie zabiłe ! - Tu si  zreflektował. - Cho  mo e 

to i dobrze. Wtedy ty obj łby  tron. Kto wie, czy nie lepiej mi pójdzie z Erykiem, 

ni  poszłoby mi z tob . Jakie masz plany?  

      Postanowiłem zagra  w otwarte karty.  

      - Wszyscy chcemy tronu - powiedziałem - wobec czego nie warto si  

okłamywa . Nie mam zamiaru nastawa  z tego powodu na twoje  ycie - byłaby to 

głupota - ale te  nie my l  zrezygnowa  z walki z wdzi czno ci za twoj  

go cinno . Random chciałby tego co my, lecz nie ma szans. O Benedykcie nikt od 

dłu szego czasu nie słyszał. Gerard i Caine popieraj  Eryka i nie zgłaszaj  

pretensji. To samo z Julianem. Zostaj  Brand i nasze siostry. Nie mam poj cia, co 

knuje Brand, ale wiem,  e Deirdre nic sama nie wskóra. Chyba  e wesprze j  

Llewella i zgromadz  jakie  posiłki w Rebmie. Flora jest oddana Erykowi. Co z 

background image

 

68 

Fion , nie wiadomo.  

      - Wobec tego na polu walki zostajemy my dwaj - skonstatował Bleys, 

nalewaj c nam nast pn  szklaneczk . - Tak, masz racj . Nie wiem, co chodzi po 

głowach całej reszcie, ale oszacowałem siły ka dego z nas i my l ,  e mam 

najwi ksze szans . M drze zrobiłe  zwracaj c si  do mnie. Poprzyj mnie, a dam 

ci ksi stwo.  

      - Serdeczne dzi ki - powiedziałem. - Zobaczymy. Poci gn li my ze 

szklaneczek.  

      - Co innego pozostaje do zrobienia? - spytał i zrozumiałem,  e to wa ne 

pytanie.  

      - Mog  jeszcze zebra  własn  armi  i przyst pi  do obl enia Amberu - 

powiedziałem.  

      - Gdzie po ród Cieni le y twoja armia? - zainteresował si .  

      - To ju , oczywi cie, moja sprawa - rzekłem. - Nie mam zamiaru powstawa  

przeciwko tobie. Je li chodzi o sukcesj , chciałbym widzie  na tronie ciebie, 

siebie, Gerarda albo Benedykta, o ile jeszcze  yje.  

      - Najch tniej naturalnie siebie.  

      - Oczywi cie.  

      - Wobec tego rozumiemy si . I s dz ,  e mo emy na razie zjednoczy  swoje 

siły.  

      - Ja te  tak s dz . Inaczej nie oddałbym si  w twoje r ce.  

      U miechn ł si  w g stwinie brody.  

      - Potrzebowałe  kogo  - powiedział - a ja byłem mniejszym złem.  

      - To prawda - przyznałem.  

      - Szkoda,  e nie ma z nami Benedykta. Szkoda,  e Gerard si  sprzedał.  

      - Daremne  ale. Na nic si  nie zda rozpatrywa , co by było, gdyby...  

      - Masz racj .  

      Przez chwil  palili my w milczeniu.  

      - Jak dalece mog  ci ufa ? - zapytał.  

      - Tak dalece, jak ja tobie.  

      - Wobec tego zawrzyjmy umow . Prawd  mówi c, my lałem,  e nie  yjesz. Nie 

przyszło mi do głowy,  e zjawisz si  nagle w kluczowym momencie zgłaszaj c 

własne pretensje. Ale skoro tu jeste , to przes dza spraw . Zawrzyjmy sojusz, 

poł czmy nasze siły i razem przyst pmy do obl enia Amberu. Ten z nas, który 

prze yje, zdob dzie tron. Je li za  obaj prze yjemy, to có , zawsze mo emy 

rozstrzygn  spraw  przez pojedynek.  

      Zastanowiłem si  nad tym i doszedłem do wniosku,  e to zapewne 

najkorzystniejsza propozycja, na jak  mog  liczy .  

      - Chc  to jeszcze przemy le  - powiedziałem. - Dam ci odpowied  jutro rano, 

zgoda?  

      - Zgoda.  

      Wypili my do dna i oddali my si  wspomnieniom. Rami  troch  mnie rwało, 

ale whisky i ma  dostarczona przez Bleysa łagodziły ból. Wkrótce ogarn ł nas 

obu sentymentalny nastrój.  

      To dziwne uczucie mie  rodze stwo, a zarazem go nie mie , jako  e ka de z 

nas szło przez  ycie osobno i własnymi  cie kami. Dobry Bo e! Rozmawiali my a  

background image

 

69 

do  witu, zanim zmogło nas zm czenie. Dopiero wtedy Bleys wstał, klepn ł mnie 

w zdrowe rami , powiedział,  e zaczyna mu si  ju  kr ci  w głowie i  e rano 

słu cy przyniesie mi  niadanie. Kiwn łem głow , obj li my si  i wyszedł.  

      Podszedłem do okna, sk d miałem dobry widok na dolin . W dole jak 

gwiazdy jarzyły si  punkciki ognisk. Były ich tysi ce. Widziałem,  e Bleys 

zgromadził pot ne siły, i pozazdro ciłem mu. Ale, z drugiej strony, to bardzo 

dobrze. Je li kto  mógł pokona  Eryka, to wła nie Bleys. Nie byłby te  złym 

władc  Amberu - tylko po prostu wolałem sam nim zosta .  

      Popatrzyłem jeszcze przez chwil  i dostrzegłem,  e postacie kr c ce si  

mi dzy ogniskami maj  dziwne kształty. Zaciekawiłem si , z jakiego rodzaju istot 

składa si  jego armia. Tak czy owak było to wi cej, ni  ja posiadałem.  

      Wróciłem do stołu i nalałem sobie szklaneczk . Zanim j  jednak wypiłem, 

zapaliłem lampk  nocn  i w jej  wietle wyj łem skradzion  tali  kart. Rozło yłem 

je przed sob  i wyci gn łem t  z wizerunkiem Eryka. Poło yłem j  na  rodku 

stołu, a reszt  odsun łem na bok. Po chwili karta o yła, zobaczyłem Eryka w 

stroju nocnym, z zabanda owan  r k , i usłyszałem słowa:  

      - Kto tam?  

      - To ja, Corvin. Jak si  masz?  

      Zakl ł, a ja si  roze miałem. Wdałem si  w niebezpieczn  gr  i zapewne 

przyczyniła si  do tego whisky, ale kontynuowałem:  

      - Chciałem ci  zawiadomi ,  e u mnie wszystko w porz dku. Oraz przyzna  ci 

racj  co do głów zaprz tni tych jedn  my l . Ty wszak e swojej głowy długo ju  

nie ponosisz. Do zobaczenia, bracie! Dzie , w którym ponownie przyb d  do 

Amberu, b dzie dniem twojej  mierci. Pomy lałem sobie,  e lepiej ci  uprzedzi , 

bo to ju  niedługo.  

      - Przybywaj - odparł - i nie pro  o lito , gdy przyjdzie ci umiera . - Spojrzał 

mi prosto w oczy i przez chwil  mierzyli my si  wzrokiem. Potem zagrałem mu 

na nosie i przykryłem go dłoni  - bo było to niczym odło enie słuchawki 

telefonicznej - a nast pnie zmieszałem jego kart  z reszt  talii.  

      Zasypiaj c my lałem o armii Bleysa zgromadzonej w w wozie i o jej szansach 

na zdobycie Amberu. Nie b dzie to łatwe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

70 

Rozdział 6 

 

Kraina zwała si  Avernus, a  ołnierze zwerbowani przez Bleysa ró nili si  

nieco wygl dem od ludzi. Obejrzałem ich podczas lustracji nast pnego ranka id c 

za Bleysem. Wszyscy mieli ponad dwa metry wzrostu, bardzo czerwon  skór , 

sk pe owłosienie, kocie oczy i sze ciopalczaste dłonie oraz stopy. Ubrani byli w 

stroje lekkie jak z jedwabiu, ale utkane z czego  innego, i przewa nie szare lub 

niebieskie. Ka dy z nich był uzbrojony w dwie krótkie klingi, zakrzywione na 

ko cu. Mieli spiczaste uszy, a ich palce zako czone były pazurami. Klimat był tu 

ciepły, kolory zachwycaj ce i wszyscy uwa ali nas za bogów.  

      Bleys znalazł miejsce, gdzie panowała religia opieraj ca si  na wierze w braci-

bogów, którzy wygl dali jak my i mieli swoje kłopoty. Główn  rol  w ich mitach 

grał oczywi cie zły brat, który zagarn ł władz  i prze ladował dobrych braci. I 

naturalnie towarzyszyła temu opowie  o apokalipsie głosz ca,  e nadejdzie 

dzie , gdy oni sami zostan  wezwani na pomoc skrzywdzonym dobrym braciom.  

      Chodziłem z lew  r k  na czarnym temblaku i przypatrywałem si  tym, 

którzy wybierali si  na  mier . Stan łem przed jednym z nich i spytałem:  

      - Czy wiesz, kim jest Eryk?  

      - Ksi ciem Ciemno ci - odparł.  

      Skin łem głow .  

      - Bardzo dobrze - pochwaliłem go i poszedłem dalej.  

      Bleys dostał wykonane jak na zamówienie mi so armatnie.  

      - Z całym szacunkiem dla tych, którzy s  gotowi odda   ycie - powiedziałem 

mu - nie mo esz zdoby  Amberu z t  pi dziesi ciotysi czn  armi , nawet gdyby  

zdołał dotrze  z nimi wszystkimi do podnó a Kolviru, czego nie zdołasz. Sama 

my l,  eby u y  tych biedaków z ich szabelkami jak zabawki przeciw 

nie miertelnemu miastu, jest  mieszna.  

      - Wiem - przyznał - ale mam co  jeszcze.  

      - Musisz mie  znacznie, znacznie wi cej.  

      - A co powiesz na trzy floty o połow  wi ksze od tego, czym dysponuj  Caine i 

Gerard razem wzi ci?  

      - Jeszcze nie do . To dopiero pocz tek.  

      - Wiem. Nadal gromadz  siły.  

      - Wi c lepiej zgromad my ich nieporównywalnie wi cej. Eryk b dzie siedział 

sobie spokojnie w Amberze i zabijał nas podczas marszu przez Cienie. Kiedy 

pozostałe siły dotr  w ko cu do podnó a Kolviru, zostan  tam zdziesi tkowane. 

Potem trzeba jeszcze wspi  si  do Amberu. Jak my lisz, ilu nas zostanie, kiedy 

wkroczymy do miasta? Garstka, z któr  Eryk rozprawi si  w ci gu pi ciu minut 

bez najmniejszego trudu. Je li to wszystko, czym dysponujesz, drogi bracie, to 

mam złe przeczucie co do tej wyprawy.  

      - Eryk ogłosił,  e jego koronacja odb dzie si  za trzy miesi ce - powiedział 

Bleys. - Do tego czasu mog  co najmniej potroi  swoje siły lub nawet zgromadzi  

po ród Cieni  wier milionow  armi . S  inne  wiaty podobne do tego, w których 

zbior  tak  armi  krzy owców, jakiej dot d nikt jeszcze przeciw Amberowi nie 

prowadził.  

      - Eryk b dzie miał tyle samo czasu na przygotowanie działa  obronnych - 

background image

 

71 

zauwa yłem, - Sam nie wiem, Bleys... to niemal samobójstwo. Nie znałem w pełni 

sytuacji, kiedy si  do ciebie zwróciłem...  

      - A ty sam, co masz do zaoferowania? - spytał. - Nic. Podobno byłe  dłu szy 

czas dowódc  w wojsku. Gdzie twoje oddziały?  

      Odwróciłem si .  

      - Nic po nich nie zostało. Wiem to na pewno.  

      - Nie mógłby  poszuka  Cienia swojego Cienia?  

      - Nawet nie chc  próbowa  - odparłem. - Bardzo mi przykro.  

      - To jaki wła ciwie mam z ciebie po ytek?  

      - Odejd  wi c - o wiadczyłem - skoro pragniesz ode mnie jedynie wi cej mi sa 

armatniego...  

      - Zaczekaj! - krzykn ł. - Tak mi si  tylko wyrwało. Zale y mi ju  cho by na 

twojej radzie. Zosta   e mn , prosz . Mog  ci  nawet przeprosi .  

      - Nie trzeba - powiedziałem, wiedz c, co to znaczy dla ksi cia Amberu. - 

Zostan . S dz ,  e mog  ci si  przyda .  

      - Doskonale! - Klepn ł mnie w zdrowe rami .  

      - I sprowadz  ci posiłki - dodałem. - Nic si  nie martw.  

      Dotrzymałem słowa. Udałem si  miedzy Cienie i znalazłem ras  obro ni tych 

sier ci  stworze , z kłami i pazurami, nieco człekopodobnych i o inteligencji 

studentów z pierwszego roku - przepraszam was, moi drodzy, ale mam na my li 

to,  e byli lojalni, oddani, uczciwi i zbyt łatwo daj cy si  omami  takim łajdakom, 

jak ja i mój brat, Czułem si  jak ludo erca.  

      Znalazłem sto tysi cy wyznawców gotowych walczy  za nas z broni  w r ku. 

Wywarło to odpowiednie wra enie na moim bracie, który nie robił mi wi cej 

adnych uwag. Po tygodniu rami  mi si  wygoiło. Po dwóch miesi cach mieli my 

wier  miliona  ołnierzy, a nawet wi cej.  

      - Corwin, Corwin! Pozostałe  w ka dym calu sob ! - powiedział Bleys 

przepijaj c do mnie.  

      Ale ja czułem si  nieszczególnie. Wi kszo  z nich musiała zgin , a ja byłem 

za to odpowiedzialny. Miałem wyrzuty sumienia, cho  znałem ró nic  mi dzy 

Cieniem, a Substancj . Ale wiedziałem te ,  e ka da  mier  jest  mierci  

prawdziw .  

      Czasami w nocy siadałem nad tali  kart. Były w niej tak e te Atuty, których 

brakowało w poprzedniej talii. Jeden z nich przedstawiał sam Amber i 

wiedziałem,  e mógłby mnie tam przenie . Na innych były wizerunki mojego 

zmarłego lub zaginionego rodze stwa, a po ród nich portret ojca, który szybko 

odło yłem. Nie było go ju  w ród nas.  

      Wpatrywałem si  długo w ka d  twarz zastanawiaj c si , co mógłbym, od 

którego z nich uzyska . Kilka razy układałem karty i zawsze wskazywały na t  

sam  osob . Na Caine'a.  

      Miał na sobie zielono-czamy atłasowy strój i trójgraniasty kapelusz z długim 

zielonym pióropuszem. U pasa wisiał mu wysadzony szmaragdami sztylet. Był 

ciemnowłosy.  

      - Caine - wywołałem go.  

      Po chwili przyszła odpowied .  

      - Kto to? - zapytał.  

background image

 

72 

      - Corvin.  

      - Corvin? Czy to jaki   art?  

      - Nie.  

      - Czego chcesz?  

      - A co masz?  

      - Dobrze wiesz. - Podniósł oczy i spojrzał prosto na mnie, lecz ja nie 

spuszczałem wzroku z jego r ki spoczywaj cej blisko sztyletu. - Gdzie jeste ?  

      - Z Bleysem.  

      - Doszły mnie słuchy,  e pokazałe  si  niedawno w Amberze, dziwiło mnie te  

zabanda owane rami  Eryka.  

      - Sprawc  tego masz przed sob  - powiedziałem. - Jaka jest twoja cena?  

      - Co masz na my li?  

      - Pomówmy szczerze i bez ogródek. Czy s dzisz,  e Bleys i ja mo emy 

pokona  Eryka?  

      - Nie, i dlatego wła nie z nim trzymam. Nie mam te  zamiaru odst pi  wam 

swojej armady, a podejrzewam,  e głównie o to ci chodzi.  

      - Domy lny braciszku - u miechn łem si . - No to có , miło mi było z tob  

porozmawia . Do zobaczenia w Amberze... mo e ju  wkrótce.  

      Zrobiłem ruch r k , a on krzykn ł:  

      - Poczekaj!  

      - Na co?  

      - Nie znam nawet twojej oferty.  

      - Owszem, znasz. Odgadłe  j  i nie jeste  zainteresowany.  

      - Tego nie powiedziałem. Ale wiem, po czyjej stronie le y słuszno .  

      - Czy te  siła.  

      - Niech b dzie siła. Co masz mi do zaproponowania?  

Rozmawiali my przez jak  godzin , po której pomocne szlaki morskie zostały 

otwarte dla floty Bleysa, mog cej po wpłyni ciu oczekiwa  posiłków.  

      - Je li si  wam nie uda. Amber b dzie  wiadkiem trzech egzekucji - powiedział 

Caine.  

      - Ale w gruncie rzeczy nie spodziewasz si  tego, prawda?  

      - Nie; s dz ,  e ty albo Bleys obejmiecie tron. Ja jestem gotów słu y  

zwyci zcy. Własne ksi stwo w zupełno ci mi wystarczy. Nadal jednak ch tnie 

przyj łbym głow  Randoma jako cz  zapłaty.  

      - Nie ma mowy. Bierz, co ci daj , albo si  wycofaj.  

      - Bior .  

      U miechn łem si , zakryłem kart  dłoni  i ju  go nie było. Gerarda 

postanowiłem zostawi  na nast pny dzie . Rozmowa z Caine'em była m cz ca. 

Rzuciłem si  na łó ko i zasn łem.  

      Gerard, kiedy poznał stawk , zgodził si  nas nie atakowa . Głównie dlatego, 

e to ja si  do niego zwróciłem, a uznał,  e z dwojga złego mog  okaza  si  

pot niejszy ni  Eryk. Szybko dobiłem z nim targu, obiecuj c mu wszystko, co 

chciał, jako  e nie prosił o niczyj  głow .  

      Pó niej ponownie zrobiłem przegl d wojsk i opowiedziałem im co  nieco  o 

Amberze. Dziwnie, ale czerwonoskóre olbrzymy i owłosione karzełki współ yli 

zgodnie jak bracia. Było to smutne, ale prawdziwe. Uwa ali nas za bogów i 

background image

 

73 

koniec, kropka.  

      Zobaczyłem flot  płyn c  po wielkim oceanie koloru krwi. Zadumałem si . W 

wiecie Cieni, po którym płyn li, wielu z nich zginie na zawsze.  

      Pomy lałem o armii z Avernus i moich rekrutach z miejsca zwanego Ri'ik. Ich 

zadaniem był marsz na Ziemi  i do Amberu.  

      Potasowałem karty i rozło yłem je. Wzi łem do r ki portret Benedykta. 

Przywoływałem go przez dłu szy czas, lecz odpowiedzi  było tylko zimno. 

Si gn łem po kart  Branda. Znów przez dłu sz  chwil  czułem tylko chłód. 

Potem usłyszałem krzyk. Przera liwy,  cinaj cy krew w  yłach krzyk.  

      - Pomó  mi!  

      - Jak?  

      - Kto to? - zapytał i zobaczyłem,  e jego ciało si  wije.  

      - Corwin.  

      - Wydob d  mnie st d, Corwinie! Dam ci za to wszystko, co chcesz!  

      - Gdzie jeste ?  

      - Jestem... - Obraz zakł bił si  ukazuj c rzeczy, które wzdrygałem si  przyj  

do wiadomo ci, i rozległ si  ponowny krzyk, jakby ze  miertelnej otchłani, po 

czym zapadła głucha cisza. Znów ogarn ł mnie chłód.  

      Poczułem,  e si  trz s , lecz nie wiedziałem dlaczego. Zapaliłem papierosa i 

podszedłem do zasnutego noc  okna, zostawiaj c na stole rozrzucone karty.  

      Gwiazdy były małe i zasnute mgł . Nie mogłem rozpozna   adnej konstelacji. 

Mały, niebieski ksi yc sun ł szybko w ciemno ciach. Noc powiała nagłym, 

lodowatym chłodem i szczelniej otuliłem si  peleryn . Przypomniała mi si  nasza 

nieszcz sna, zimowa kampania w Rosji. Dobry Bo e! Omal nie zamarzłem na 

mier ! I do czego to wszystko prowadziło?  

      Do tronu Amberu, oczywi cie. Ten cel u wi cał wszystko.  

      Ale co z Brandem? Gdzie był? Co si  z nim działo, kto był tego sprawc ? 

adnej odpowiedzi.  

      Zamy liłem si  patrz c w noc,  ledz c wzrokiem bł kitn  elips  ksi yca. Czy 

przeoczyłem co  w obrazie sytuacji, jaki  szczegół, który umkn ł mojej uwagi? 

adnej odpowiedzi.  

      Usiadłem jeszcze raz przy stole z kieliszkiem w r ce. Przwertowałem 

wszystkie karty i wyj łem wizerunek ojca.  

      Oberon, władca Amberu, stał przede mn  w swojej zieleni i złocie. Wysoki, 

dobrze zbudowany, z włosami i brod  przetykan  srebrem. Na palcach 

pier cienie z zielonymi kamieniami w złotej oprawie. Złoty miecz. Niegdy  

s dziłem,  e nic i nigdy nie odbierze mu odwiecznego panowania nad Amberem. 

Co si  stało? Nadal nie wiedziałem. Ale on odszedł. Jaki koniec spotkał mego 

ojca?  

      Patrzyłem na kart , skupiwszy cał  uwag .  

      Nic... nic...  

      Co ?  

      Co .  

      W odpowiedzi dał si  zauwa y  ledwo widoczny ruch, figura na karcie 

skurczyła si  i przeobraziła w cie  człowieka, którego reprezentowała.  

      - Ojcze? - spytałem.  

background image

 

74 

      Cisza.  

      - Ojcze?  

      - Tak... - Bardzo słaby i odległy głos, jakby wydobywaj cy si  z muszli, 

zatopiony w jej monotonnym szumie.  

      - Gdzie jeste ? Co si  stało?  

      - Ja... - Długa pauza.  

      - Tak? To Corwin, twój syn. Co zaszło w Amberze,  e ci  nie ma?  

      - Nadszedł mój czas. - Jego głos dochodził z bardzo daleka.  

      - Czy to znaczy,  e abdykowałe ?  aden z braci nic mi nie powiedział, a nie 

ufam im na tyle, aby pyta . Wiem tylko,  e tron stoi otworem dla wszystkich 

ch tnych. Eryk ma teraz miasto we władaniu, a Julian sprawuje piecz  nad 

Lasem Arde skim. Caine i Gerard kontroluj  morze. Bleys jest gotów stawi  im 

wszystkim czoło, a ja zawarłem z nim przymierze. Jakie s  twoje  yczenia w tym 

wzgl dzie?  

      - Jeste ... jedynym, który o to pyta... Tak...  

      - "Tak",co?  

      - Tak... Stawcie im opór...  

      - A co z tob ? Jak mog  ci pomóc?  

      - Mnie... nie mo na pomóc. We  tron...  

      - Ja? Czy Bleys i ja?  

      - Ty!  

      - Tak?  

      - Masz moje błogosławie stwo... We  tron... i pospiesz si !  

      - Dlaczego, ojcze?  

      - Brak mi tchu... We  tron! - I znikn ł.  

      A wi c ojciec  ył. To było interesuj ce. Co teraz robi ? Popijałem whisky i 

rozmy lałem.  ył gdzie  i nadal był królem Amberu. Dlaczego znikn ł? Dok d si  

udał? Co si  za tym kryło? Same zagadki. Nie potrafiłem udzieli  odpowiedzi na 

adne z tych pyta , lecz sprawa nie dawała mi spokoju.  

      Tu musz  wyzna ,  e moje stosunki z ojcem nigdy nie układały si  zbyt 

dobrze. Nie czułem wprawdzie do niego nienawi ci jak Random lub paru innych 

braci, ale nie miałem te  najmniejszego powodu,  eby darzy  go szczególn  

sympati . Był silny, pot ny i okupował tron - to chyba wystarczy? Uosabiał te  

niemal cał  znan  nam histori  Amberu, a historia Amberu si ga wstecz tyle 

tysi cleci,  e nie warto ich nawet liczy . Co było robi  w tej sytuacji? Je li chodzi 

o mnie, dopiłem whisky i poszedłem spa .  

      Nazajutrz rano zwołali my narad  wojenn . Bleys miał czterech admirałów, z 

których ka dy dowodził mniej wi cej jedn  czwart  floty, i cały sztab oficerów 

piechoty. Razem było nas jakie  trzydzie ci osób, w połowie wielkich i 

czerwonoskórych, a w połowie małych i owłosionych.  

      Narada trwała cztery godziny, po czym rozeszli my si  co  zje . 

Uzgodnili my,  e wyruszamy za trzy dni. Poniewa  drog  do Amberu mógł 

otworzy  tylko kto  królewskiej krwi, ja miałem przewodzi  flocie na okr cie 

flagowym, a Bleys miał poprowadzi  piechot  przez krainy Cieni.  

      Zastanowiło mnie to i zapytałem, co by zrobił, gdybym si  nie zjawił, 

przychodz c mu z pomoc . W odpowiedzi usłyszałem dwie rzeczy:  e, po 

background image

 

75 

pierwsze, gdyby musiał polega  na własnych siłach, poprowadziłby najpierw flot  

i zostawił j  w odpowiedniej odległo ci od brzegu, po czym wróciłby jednym z 

okr tów do Avernus,  eby powie   ołnierzy na spotkanie o wyznaczonym czasie, 

a po drugie,  e specjalnie szukał takiego Cienia, w którym mógł liczy  na 

przybycie którego  z braci gotowego go wesprze .  

      To ostatnie wzbudzało niejakie podejrzenia, a to pierwsze wygl dało mało 

realistyczne, gdy  flota stałaby zbyt daleko w morzu, aby dostrzec jakie  sygnały 

z brzegu, a ryzyko spó nienia si  na spotkanie było - przy tej liczbie wojska - zbyt 

du e, aby pokłada  wi ksze nadzieje w tego rodzaju planie.  

      Ale jako taktyk Bleys zawsze był, moim zdaniem, niezrównany i kiedy 

rozło ył mapy Amberu i okolic, które sam sporz dził, i zacz ł wyja nia  taktyk , 

jak  zamierzał zastosowa , widziałem,  e cechuje go spryt godny ksi cia Amberu.  

      Kłopot w tym,  e naszym przeciwnikiem był inny ksi

 Amberu, i to taki, 

który miał niew tpliwie silniejsz  pozycj . Troch  mnie to niepokoiło, lecz wobec 

zbli aj cej si  koronacji nie pozostawało nam nic innego, jak pój  na cało . 

Je li przegramy, jeste my zgubieni, a zdawałem sobie spraw ,  e Eryk ma do 

swojej dyspozycji czas i najpot niejsze  rodki, czego my my nie mieli.  

      Przemierzałem krain  zwan  Avernus podziwiaj c jej zamglone doliny i 

przepa ci, jej dymi ce kratery, jaskrawe sło ce na zwariowanym niebie, mro ne 

noce i zbyt gor ce dni, skały i wydmy ciemnego piasku, małe, ale zjadliwe i 

niebezpieczne zwierz ta, wielkie purpurowe ro liny, jak cho by pozbawione 

kolców kaktusy, a po południu drugiego dnia, kiedy stałem na wyst pie skalnym 

nad morzem, pod wie  skł bionych cynobrowatych chmur, doszedłem do 

wniosku,  e lubi  ten kraj i je li jego synowie zgin  w walce za swoich bogów, 

postaram si  unie miertelni  ich pewnego dnia w po wi conym im hymnie.  

      Uspokoiwszy w ten sposób sumienie, obj łem dowództwo floty. Je li 

zwyci ymy, moi wojownicy b d  przez wieki opiewani na dworach i zamkach 

nie miertelnych władców. Ja za  byłem ich wodzem i przewodnikiem, który 

otwierał im drog . Poczułem rado .  

      Nazajutrz wyruszyli my w morze, a ja dowodziłem z okr tu flagowego. 

Wprowadziłem flot  w sztorm i wypłyn li my z niego o wiele bli ej miejsca 

przeznaczenia. Wprowadziłem nas w ogromny wir i wyszło nam to na dobre. 

Przeprowadziłem flot  przez kamienn  mielizn  i wody oceanu pogł biły si , a ich 

kolor zacz ł przypomina  to  wokół Amberu. A wi c nadal posiadałem t  

umiej tno . Mogłem kształtowa  nasz los w czasie i przestrzeni. Mogłem 

doprowadzi  nas do domu. To znaczy, do mojego domu.  

      Przeprowadziłem okr ty obok dziwnych wysp, na których krakały zielone 

ptaszyska, a zielone małpy zwisały z drzew niczym owoce, powrzaskuj c co  do 

siebie i rzucaj c kamieniami w naszym kierunku. Wyprowadziłem flot  daleko w 

morze, a potem zawróciłem w stron  brzegu.  

      Bleys maszerował tymczasem przez równiny  wiatów. Miałem dziwn  

wiadomo ,  e pokona wszelkie trudno ci i poradzi sobie z pułapkami Eryka. 

Porozumiewałem si  z nim za pomoc  kart i wiedziałem o wszystkim, co zaszło po 

drodze. O tym,  e stracił dziesi  tysi cy ludzi w walce z centaurami, pi  tysi cy 

zgin ło podczas wyj tkowo silnego trz sienia ziemi, tysi c pi set zmiotła tr ba 

powietrzna, dziewi tna cie tysi cy zgin ło lub przepadło bez wie ci w jakiej  

background image

 

76 

d ungli, kiedy spadł na nich napalm z dziwnych hucz cych obiektów na niebie; 

sze  tysi cy zdezerterowało w miejscu wygl daj cym jak obiecany im raj; 

pi ciuset zgin ło na piaszczystej równinie, gdy wybuchła obok wznosz c si  do 

góry chmura w kształcie grzyba; osiem tysi cy sze ciuset zostało zabitych w 

dolinie walcz cych maszyn, które wyjechały na g sienicach miotaj c ogie ; 

o miuset rannych i chorych zostawiono własnemu losowi; dwustu porwały 

wezbrane wody rzeki; pi dziesi ciu czterech odniosło  miertelne rany w 

pojedynkach mi dzy sob ; trzystu zmarło po zjedzeniu truj cych miejscowych 

owoców; tysi c stratował p dz cy tabun bawołopodobnych stworze ; 

siedemdziesi ciu trzech zgin ło podczas po aru namiotów; tysi c pi ciuset 

uton ło podczas powodzi; dwa tysi ce padło ofiar  tornada, które nadci gn ło od 

bł kitnych wzgórz.  

      Byłem zadowolony,  e sam straciłem w tym czasie tylko sto osiemdziesi t sze  

statków.  

      Zasn ! Mo e  ni ! - w tym s k cały... Eryk zabijał nas cal po calu i godzina 

po godzinie. Jego zapowiedziana koronacja miała si  odby  ju  za par  tygodni, a 

on najwyra niej wiedział,  e nadci gamy, bo wymierali my jak muchy.  

      Powiedziane jest,  e tylko ksi

 Amberu mo e si  porusza  po ród Cieni, 

cho  oczywi cie wolno mu przeprowadzi  ze sob , kogo chce. Wiedli my nasze 

wojska i patrzyli my, jak gin , je li za  chodzi o Cie , to mog  powiedzie  tyle: 

istnieje Cie  i istnieje Substancja, i to le y u podstaw wszechrzeczy. Z Substancji 

jest tylko Amber, prawdziwe miasto na prawdziwej Ziemi, które zawiera w sobie 

wszystko. Z Cieni jest niesko czona liczba rzeczy. Ka da mo liwo  istnieje 

gdzie  jako Cie  tego, co prawdziwe. Amber, poprzez sam  swoj  egzystencj , 

rzuca cienie we wszystkich kierunkach. Co jeszcze mo na doda ? Cie  rozci ga 

si  od Amberu do Chaosu i w jego granicach wszystko jest mo liwe. S  tylko trzy 

sposoby na przebycie go, ka dy z nich trudny.  

      Ksi

 lub ksi niczka krwi mo e przemierza  Cienie nadaj c otoczeniu 

dowolne kształty, dopóki nie przybierze ono po danej postaci - wtedy tam 

zostaj . Cie  ów staje si  ich własnym  wiatem, w którym mog  robi , co chc , o 

ile nie zakłóci im tego kto  z rodziny. W takim wła nie miejscu  yłem przez całe 

wieki.  

      Drugim sposobem s  karty, zrobione przez Dworkina, Mistrza Rysunku, 

który stworzył je na nasz obraz i podobie stwo,  eby ułatwi  porozumiewanie si  

członkom rodziny królewskiej. Był to s dziwy artysta, dla którego przestrze  i 

perspektywa nie miały tajemnic. Sporz dził rodzinne Atuty, które umo liwiały 

nam bezpo redni kontakt na ka d  odległo . Miałem jednak wra enie,  e nie 

zawsze u ywali my ich zgodnie z intencj  autora.  

      Trzecim sposobem był Wzorzec, te  narysowany przez Dworkina, po którym 

mógł przej  tylko członek naszej rodziny. Stanowił on jakby wprowadzenie w 

system kart i po przej ciu dawał moc panowania nad Cieniami.  

      Karty i Wzorzec umo liwiały natychmiastowe przeniesienie si  z Substancji 

przez Cie . Inny sposób, w drówka, był trudniejszy.  

      Wiedziałem, co Random robił toruj c nam drog  do prawdziwego  wiata. 

Jad c, dodawał w pami ci to, co zapami tał z Amberu, i odejmował to, co si  nie 

zgadzało. Kiedy wszystko ze sob  korespondowało, wiedział,  e przybyli my na 

background image

 

77 

miejsce. Nie była to jedynie sprytna sztuczka, bo przy odpowiedniej wiedzy ka dy 

człowiek mógłby dotrze  do własnego Amberu. Nawet teraz Bleys i ja mogli my 

poszuka  Cieni Amberu, gdzie ka dy z nas by rz dził i sp dził na tronie cał  

wieczno . Ale to by dla nas nie było to samo. Bo  adne z tych miejsc nie byłoby 

prawdziwym Amberem miastem, w którym si  urodzili my, miastem, z którego 

wszystkie inne bior  kształt.  

      Tote  dla celów naszej inwazji na Amber obrali my najci sz  drog , 

w drówk  przez Cie . Ka dy, kto o tym wiedział i dysponował dostateczn  sił , 

mógł stawia  nam na tej drodze przeszkody. Eryk to robił i gin li my w ich 

obliczu. Co z tego wyniknie? Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie.  

      Gdyby Eryk został ukoronowany, znalazłoby to swój odpowiednik, swoje 

odzwierciedlenie wsz dzie. A ka dy z nas, pozostałych braci, ka dy z ksi

Amberu, z ch ci  osi gn łby ten status i pozwolił, aby odbiło si  to w dowolny 

sposób w Cieniach  

      Min li my widmow  flot , statki Gerarda - Lataj cego Holendra tego 

wiata/tamtego  wiata - i wiedziałem,  e si  zbli amy. Posłu yły mi za punkt 

orientacyjny.  

      Ósmego dnia podró y byli my blisko Amberu. Wtedy wła nie rozp tał si  

sztorm. Morze pociemniało, niebo zasnuły chmury,  agle opadły wskutek nagłej 

ciszy. Sło ce schowało swoj  tarcz  - bł kitn  i ogromn  - i czułem,  e Eryk w 

ko cu nas dopadł.  

      Zerwał si  wiatr i - je li mo na to tak nazwa  - natarł z furi  na mój statek. 

Znale li my si  w szponach burzy, w samym sercu nawałnicy, jak mówi  poeci. 

Trzewia podeszły mi do gardła, gdy uderzyły w nas pierwsze bałwany. Miotało 

nami od burty do burty, jakby my byli ko mi do gry w r kach olbrzyma. 

Zalewała nas woda z morza i woda z nieba, które stało si  czarne, a deszcz ze 

niegiem przesłaniał oblodzony,  ci gaj cy pioruny takielunek. Jestem pewien,  e 

wszyscy krzyczeli, ja te . Powlokłem si  z trudem po szalej cym pokładzie do 

opuszczonego steru. Przywi załem si  sznurami i chwyciłem koło. Eryk 

niew tpliwie poszedł na całego.  

      Jedna godzina, druga, trzecia, czwarta i ani chwili wytchnienia - Pi  godzin. 

Ilu ludzi stracili my? Nie miałem poj cia.  

      Zadzwoniło mi w uszach, poczułem mrowienie i zobaczyłem Bleysa jakby na 

ko cu długiego, szarego tunelu.  

      - Co si  dzieje? - pytał. - Nie mog  si  z tob  skontaktowa .  

      -  ycie jest pełne niespodzianek - odparłem. - Wła nie staramy si  stawi  

czoło jednej z nich.  

      - Sztorm? - zapytał.  

      - Nie inaczej. Praprzodek wszystkich sztormów. Wydaje roi si ,  e widz  

potwora morskiego. Je li ma cho  troch  w głowie, napadnie nas od spodu... 

Wła nie to zrobił.  

      - Przed chwil  nas te  zaatakował - powiedział Bleys.  

      - Potwór czy sztorm?  

      - Sztorm. Zgin ło dwie cie osób.  

      - Nie tra  ducha, bro  fortu, porozmawiamy pó niej, dobrze?  

      Skin ł głow , a za jego plecami przeleciała błyskawica.  

background image

 

78 

      - Eryk zna nasz  liczb  - dodał jeszcze, zanim znikn ł. Musiałem si  z tym 

zgodzi .  

      Dopiero po nast pnych trzech godzinach nawałnica zel ała nieco, a jeszcze 

pó niej dowiedziałem si ,  e straciłem połow  floty, na moim statku flagowym za  

a  czterdzie ci osób z załogi Ucz cej sto dwadzie cia. Była to nielicha burza.  

      Zdołali my jednak jako  dopłyn  do oceanu nad Rebm . Wyj łem karty i 

zatrzymałem wzrok na wizerunku Randoma. Kiedy si  zorientował, kto go 

wzywa, pierwsze jego słowa brzmiały:  

      - Zawracaj!  

      - Dlaczego?  

      - Llewella twierdzi,  e Eryk rozbije was w proch. Radzi,  eby  troch  

odczekał, a  wszystko si  uspokoi, i dopiero wtedy uderzył; mo e za jaki  rok.  

      Potrz sn łem głow .  

      - Bardzo mi przykro - powiedziałem - ale nie mog . Ponie li my zbyt wielkie 

straty,  eby dotrze  a  tutaj. Teraz albo nigdy.  

      Wzruszył ramionami z min : "Pami taj,  e ci  ostrzegałem".  

      - Czemu miałbym si  cofa ? - spytałem.  

      - Głównie dlatego,  e jak słysz , Eryk sprawuje tu kontrol  nad pogod .  

      - Mimo to musimy zaryzykowa .  

      Znów wzruszył ramionami.  

      - Nic mów,  e ci  nie uprzedzałem.  

      - Jeste  pewien,  e on o nas wie?  

      - Czy s dzisz,  e jest kretynem?  

      - No nie.  

      - Wobec tego musi wiedzie . Je li ja domy liłem si  tego w Rebmie, to tym 

bardziej on w Amberze. A ja odgadłem prawd  po migotaniu Cienia.  

      - Niestety, mam złe przeczucia co do tej wyprawy - powiedziałem - ale to 

pomysł Bleysa.  

      - Wycofaj si  i niech on sam kładzie głow  pod topór.  

      - Nie mog  podj  takiego ryzyka. A nu  wygra. Ja stoj  na czele floty.  

      - Rozmawiałe  z Caine'em i z Gerardem?  

      - Tak.  

      - Wi c pewno s dzisz,  e na morzu masz szans . Ale posłuchaj, jak wnosz  z 

tutejszych plotek dworskich, Eryk posiadł tajemnic  Klejnotu Wszechmocy. Dało 

mu to władz  nad pogod  i Bóg wie, nad czym jeszcze.  

      - Wielka szkoda - powiedziałem. - B dziemy musieli jako  to znie . Nie 

mo emy da  si  wystraszy  paru sztormom.  

      - Corwin, musz  ci co  wyzna . Trzy dni temu sam rozmawiałem z Erykiem.  

      - Po co?  

      - Prosił mnie o to. Rozmawiałem z nim z nudów. Nakre lił mi ze szczegółami 

swoj  lini  obronn .  

      - Dowiedział si  od Juliana,  e przybyli my tu razem i był pewien,  e mi 

wszystko powtórzysz.  

      - Zapewne. Ale to nie zmienia faktów.  

      - Masz racj .  

      - Wi c niech Bleys walczy sobie na własn  r k , a ty uderz na Eryka pó niej.  

background image

 

79 

      - Niedługo ma zosta  ukoronowany.  

      - Wiem, wiem. Ale równie dobrze mo na zaatakowa  króla jak ksi cia, czy  

nie? Co za ró nica, jaki b dzie nosił tytuł w chwili, gdy go pokonasz? To b dzie 

nadal ten sam Eryk.  

      - To prawda, ale zwi załem si  z Bleysem.  

      - Wi c si  odwi .  

      - Nie mog  tak post pi .  

      - Wobec tego jeste  szalony.  

      - Mo e.  

      - Có , powodzenia.  

      - Dzi ki.  

      - Do zobaczenia.  

      Na tym sko czyli my rozmow , która zasiała jednak we mnie ziarno 

niepokoju. Czy bym zmierzał prosto w pułapk ? Eryk nie był głupcem. Mo e 

zarzucił ju  na nas gigantyczn  sie   mierci? Wzruszyłem ramionami i oparłem 

si  o burt , wło ywszy karty ponownie za pasek.  

      To dumne i samotne uczucie by  ksi ciem Amberu, nie mog cym nikomu 

zaufa . W danej chwili nie sprawiało mi to szczególnej satysfakcji, ale trudna 

rada...  

      Oczywi cie, to Eryk był sprawc  sztormu, który na nas spadł, co by si  

zgadzało z twierdzeniem Randoma,  e jest panem pogody w Amberze.  

      Spróbowałem wi c i ja pewnej sztuczki Poprowadziłem flot  w kierunku 

Amberu, nad którym szalała  nie yca. Była to najstraszniejsza nawałnica 

nie na, jak  mogłem wywoła . Ogromne płatki  niegu zacz ły spada  tak e na 

ocean. Niech Eryk spróbuje poradzi  sobie ze zwykłym darem z Cienia, je li 

potrafi.  

      I poradził sobie.  

      W ci gu pół godziny  nie yca ustała. Amber okazał si , praktycznie 

wodoszczelny - było to naprawd  jedyne w swoim rodzaju miasto. Nie chciałem 

zbacza  z kursu, pozostawiłem wi c bieg rzeczy własnemu losowi. Eryk 

rzeczywi cie panował nad pogod  w Amberze.  

      Co teraz robi ?  

      Płyn li my dalej, prosto w obj cia  mierci.  

      Có  mog  doda ?  

      Drugi sztorm okazał si  jeszcze gorszy ni  pierwszy, ale udało mi si  utrzyma  

koło sterowe. Burza była naładowana elektryczno ci  i skierowana głównie na 

flot . Rozproszyła nas po morzu i zabrała nam Jeszcze czterdzie ci statków.  

      Bałem si  skontaktowa  z Bleysem i usłysze , co jego spotkało.  

      - Zostało mi jeszcze dwie cie tysi cy wojska - powiedział. - Mieli my potop. 

Powtórzyłem mu, co usłyszałem od Randoma.  

      - Gotów jestem da  temu wiar  - odrzekł. - Ale nie ma co si  nad tym 

rozwodzi . Panuje nad pogod  czy nie, i tak go pobijemy.  

      - Miejmy nadziej  - odparłem.  

      Zapaliłem papierosa i oparłem si  o dziób. Wkrótce powinni my zobaczy  

Amber. Umiałem ju  na powrót porusza  si  po ród Cieni i wiedziałem, jak tam 

dotrze . Wszak wszyscy miewaj  złe przeczucia i  aden dzie  nigdy nie wydaje 

background image

 

80 

si  odpowiedni... Płyn li my wi c dalej, kiedy spadła na nas nagła ciemno  i 

rozp tał si  najgorszy ze sztormów. Uszli my jako  przed jego czarnymi 

mackami, ale przeszył mnie strach. Byli my na północnych wodach - je li Caine 

dotrzyma słowa, to wszystko w porz dku, gdyby jednak zamierzał nas wyda , to 

ma nad wyraz korzystn  sytuacj .  

      Przyj łem,  e nas zdradzi. Dlaczegó  by nie? Przygotowywałem wła nie flot  

do bitwy - pozostałe siedemdziesi t trzy okr ty - gdy zobaczyłem,  e płynie w 

naszym kierunku. Karty kłamały - lub te  powiedziały cał  prawd  - wskazuj c 

na niego jako na kluczow  posta .  

      Jego statek wysun ł si  na czoło i popłyn łem mu na spotkanie. Stan li my 

burta w burt , patrz c na siebie. Mogli my skomunikowa  si  przez Atuty, ale 

Caine zdecydował inaczej, a poniewa  miał silniejsz  pozycj , etykieta rodzinna 

wymagała, aby to on wybrał odpowiedni  rodek. Najwyra niej chciał,  eby go 

wszyscy słyszeli, gdy krzykn ł przez tub :  

      - Corwin! Złó  bro ! Mamy nad wami przewag  liczebn ! Nie macie  adnych 

szans!  

      Spojrzałem na niego przez wod  i podniosłem swoj  tub  do ust.  

      - Co z nasz  umow ? - spytałem.  

      - Uznaj j  za niebył  - odparł. - Twoje siły s  o wiele za słabe,  eby zdoby  

Amber, oszcz d  wiec swoich ludzi i poddaj si .  

      Obejrzałem si  przez rami  na sło ce.  

      - Zechciej wysłucha  mej pro by, bracie, i pozwól, bym póki sło ce nie stanie 

w zenicie, mógł naradzi  si  z moimi kapitanami.  

      - Dobrze - odparł bez wahania. - Jestem pewien,  e zdaj  sobie spraw  ze 

swojego poło enia.  

      Odwróciłem si  i wydałem rozkaz odwrotu i dobicia do reszty naszych 

okr tów.  

      Gdybym spróbował uciec, Caine  cigałby mnie przez Cienie i niszczył jeden 

statek po drugim. Proch si  nie zapalał na prawdziwej Ziemi, ale wystarczyło 

odpłyn  do  daleko, aby i on posłu ył do naszej zguby. Gdybym uszedł sam, 

flota nie mogłaby przeby  morza Cieni beze mnie i osiadłaby tu, na prawdziwych 

wodach, niczym stado kaczek. Cokolwiek bym zrobił, załog  czeka  mier  albo 

uwi zienie.  

      Random miał racj .  

      Wyci gn łem Atut z Bleysem i skoncentrowałem si  na obrazku, póki si  nie 

poruszył.  

      - Tak? - usłyszałem jego zaniepokojony głos. Z daleka dochodziły mnie jakby 

odgłosy bitwy.  

      - Mam kłopot - powiedziałem. - Przebiłem si  z siedemdziesi cioma trzema 

okr tami, lecz Caine za dał. aby my do południa si  poddali.  

      - Niech to diabli! - zakl ł Bleys. - Nie dotarłem a  tak daleko jak ty, a na 

dodatek jestem teraz w samym  rodku bitwy. Kawaleria roznosi nas na strz py. 

Nie mog  ci wi c nic rozs dnego doradzi . Mam własne problemy. Rób, jak 

uwa asz za stosowne. Znowu nacieraj ! - I kontakt si  urwał.  

      Wyci gn łem teraz kart  Gerarda. Kiedy rozmawiali my, zdawało mi si ,  e 

dostrzegam lini  brzegow  za jego plecami. To by potwierdzało moje 

background image

 

81 

przypuszczenie,  e jest na morzach południowych. Z niech ci  wspominam t  

rozmow . Zapytałem go, czy mo e i zechce udzieli  mi wsparcia w walce przeciw 

Caine'owi.  

      - Zgodziłem si  tylko ci  przepu ci  - odparł. - Dlatego wycofałem si  na 

południe. Nie zd yłbym przyj  ci z pomoc , nawet gdybym chciał. Poza tym nie 

umawiałem si ,  e b d  ci pomagał w zabiciu naszego brata.  

      I zanim zd yłem odpowiedzie , ju  go nie było. Miał oczywi cie racj . 

Zgodził si  da  mi sposobno  do walki, a nie walczy  za mnie.  

      Có  mi pozostawało?  

      Zapaliłem papierosa, chodz c tam i z powrotem po pokładzie. Robiło si  coraz 

pó niej. Poranna mgła dawno si  rozeszła, a sło ce grzało w plecy. Niedługo 

b dzie południe. Za jakie  dwie godziny...  

      Obracałem w r kach karty, wa yłem je na dłoni. Mogłem przy ich u yciu 

wezwa  Eryka lub Caine'a na pojedynek woli. Dawały tak  mo liwo  i zapewne 

jeszcze wiele innych, o których nic nie wiedziałem. Zostały tak zaprojektowane na 

rozkaz Oberona, r k  szalonego artysty Dworkina Barimena, garbusa o dzikim 

spojrzeniu, który był czarownikiem, ksi dzem lub medykiem - ró ne wersje 

kr yły - z jakiego  odległego Cienia, w którym ojciec uratował go przed 

okrutnym losem, jaki sobie zgotował. Nikt nie znał szczegółów, ale od tamtej pory 

Dworkin miał lekko pomieszane w głowie. Niemniej był wielkim artyst  i 

niew tpliwie posiadał dziwn  moc. Znikn ł wieki temu, po stworzeniu kart i 

wytyczeniu Wzorca w Amberze. Cz sto zastanawiali my si , co si  z nim stało, ale 

nikt nie potrafił udzieli  odpowiedzi. Mo e to ojciec kazał go zgładzi ,  eby na 

zawsze zachowa  jego sekrety w tajemnicy.  

      Caine b dzie przygotowany na taki krok z mojej strony i prawdopodobnie nie 

zdołam go złama , cho  mo e uda mi si  go przetrzyma . Lecz jego ludzie, tak czy 

owak, z pewno ci  dostali rozkaz ataku.  

      Eryk b dzie bez w tpienia gotowy na wszystko, ale skoro nie pozostawało mi 

nic innego, to co mi szkodzi spróbowa ? Nie miałem nic do stracenia oprócz 

duszy.  

      Była te  jeszcze karta przedstawiaj ca Amber. Za jej pomoc  mogłem si  tam 

przenie  i próbowa  zabójstwa, ale szans  prze ycia miałbym wtedy jedn  na 

milion.  

      Bytem gotów zgin  w walce, lecz po co ci gn  za sob  na  mier  tych 

wszystkich ludzi? Moja krew została najwyra niej ska ona, mimo władzy, jak  

miałem nad Wzorcem. Prawdziwy ksi

 Amberu nie miałby takich skrupułów. 

Doszedłem do wniosku,  e musiałem si  zmieni  podczas tych stuleci sp dzonych 

na Cieniu-Ziemi, które mnie zmi kczyły, sprawiły,  e stałem si  inny ni  moi 

bracia.  

      Postanowiłem,  e poddam flot , a sam przenios  si  do Amberu i wyzw  

Eryka na rozstrzygaj cy pojedynek. B dzie głupcem, je li przyjmie wyzwanie, ale 

có  do diabła, i tak nie miałem nic do stracenia.  

      Odwróciłem si ,  eby wyda  rozkazy oficerom, gdy nagle chwyciła mnie w 

swe kleszcze straszna siła, odbieraj ca mi dech i mow . Poczułem,  e kto  szuka 

ze mn  kontaktu i w ko cu udało si  wykrztusi  przez zaci ni te z by: "Kto 

tam?" Nie było odpowiedzi, tylko powolne, uporczywe wiercenie w gł bi czaszki, 

background image

 

82 

któremu z determinacj  si  przeciwstawiłem. Po chwili, kiedy Eryk zorientował 

si ,  e nie złamie mnie bez długiej walki, usłyszałem jego głos na wietrze:  

      - Jak ci idzie, bracie?  

      - Niespecjalnie - odparłem czy te  pomy lałem, a on zachichotał, cho  głos 

miał zduszony, jakby brakło mu tchu po naszej potyczce.  

      - Wielka szkoda - powiedział. - Gdyby  wrócił mnie poprze , hojnie bym ci  

wynagrodził. Teraz jest ju  oczywi cie za pó no. Pozostaje mi cieszy  si  z twojej 

i Bleysa pora ki.  

      Nie odpowiedziałem, lecz zaatakowałem go z cał  zaciekło ci . Cofn ł si  

troch  przed tym natarciem, ale zdołał zatrzyma  mnie w miejscu.  

      Gdyby który  z nas pozwolił sobie na moment nieuwagi, dostałby si  pod 

psychiczn  dominacj  drugiego lub wszedł z nim w kontakt fizyczny. Widziałem 

go bardzo wyra nie we wn trzu pałacu.  aden z nas nie  miał zrobi  

najmniejszego ruchu,  eby nie da  przewagi przeciwnikowi.  

      Tote  walczyli my ze sob  tylko wzrokiem i wewn trzn  sil  woli. Có , 

rozwi zał jeden z moich problemów atakuj c mnie pierwszy. Trzymał mój Atut 

w lewej r ce i wpatrywał si  we mnie ze zmarszczonymi brwiami. Szukałem 

słabego punktu, ale bez rezultatu. Moi ludzie co  do mnie mówili, lecz nie 

słyszałem ich słów stoj c oparty o burt .  

      Która to mogła by  godzina?  

      Poczucie czasu opu ciło mnie, odk d zacz ło si  nasze starcie. Czy mogły ju  

min  dwie godziny? Nie miałem poj cia.  

      - Odgaduj , co ci  dr czy - rzekł Eryk. - Tak, współdziałam z Caine'em. 

Skontaktował si  ze mn  po waszych pertraktacjach. Mog  ci  tu trzyma , gdy 

tymczasem on rozbije twoj  flot  i wy le j  do Rebmy rybom na po arcie.  

      - Poczekaj - powiedziałem. - Oni s  bez winy. Bleys i ja zwiedli my ich i my l , 

e prawo jest po naszej stronie. Ich  mier  nic ci nie da. Miałem zamiar podda  

flot .  

      - Trzeba było nie zwleka  z tym tak długo - odparł. - Teraz jest ju  za pó no. 

Nie mog  wezwa  Caine'a i odwoła  rozkazu nie zwalniaj c ci , a w momencie 

kiedy ci  zwolni , dostan  si  pod twoj  psychiczn  dominacj  albo zostan  przez 

ciebie napadni ty bezpo rednio. Nasze psychiki s  zbyt podobne.  

      - A gdybym dał ci słowo,  e tego nie wykorzystam?  

      - Łatwo jest złama  słowo,  eby zdoby  królestwo.  

      - Czy  nie czytasz w moich my lach? Nie czujesz,  e mówi  prawd ? 

Dotrzymam słowa!  

      - Czuj  jak  dziwn  lito  z twojej strony w stosunku do istot, które zwiodłe , 

i nie wiem, czemu to przypisa , ale nie mog  si  zgodzi . Sam rozumiesz. Nawet 

je li w tej chwili mówisz szczerze, czego nie wykluczam, to pokusa b dzie zbyt 

wielka w momencie, gdy zdarzy si  okazja. Sam to wiesz. Nie mog  ryzykowa .  

      Miał racj . Amber płon ł zbyt silnie w naszych  yłach.  

      - Twoja sztuka władania broni  znacznie wzrosła - zauwa ył. - Widz ,  e 

wygnanie pod tym wzgl dem ci posłu yło. Chyba ty jeden mógłby  z czasem sta  

si  moim równorz dnym przeciwnikiem, nie licz c Benedykta, o ile on  yje.  

      - Nie pochlebiaj sobie - powiedziałem szybko. - Jestem pewien,  e mog  ci  

pobi . Prawd  mówi c...  

background image

 

83 

      - Nie trud  si . Nie mam zamiaru si  z tob  pojedynkowa  w obecnym stanie 

rzeczy. - I u miechn ł si , odgaduj c moj  my l, która płon ła a  nazbyt jasno.  

      - Niemal  ałuj ,  e nie stoisz u mojego boku - rzekł. - Miałbym z ciebie wi cej 

po ytku ni  z któregokolwiek z tamtych. Julianem gardz . Caine jest tchórzem, a 

Gerard jest silny, ale głupi.  

      Postanowiłem wtr ci  dobre słowo za Randomem.  

      - Posłuchaj - powiedziałem. - To ja namówiłem Randoma,  eby tu ze mn  

przybył, on si  wcale do tego nie palił. My l ,  e byłby ci  poparł, gdyby  si  do 

niego zwrócił.  

      - Ten łajdak! Nie powierzyłbym mu nawet opró niania nocników. Pr dzej czy 

pó niej znalazłbym w swoim pirani . Nie, dzi kuj . Mo e nawet darowałbym mu 

ycie, gdyby nie twoje wstawiennictwo. Chciałby ,  ebym przycisn ł go do piersi i 

nazwał bratem, tak? O nie! Zbyt szybko stan łe  w jego obronie. To zdradza jego 

prawdziwe intencje, które niew tpliwie znasz. Niech lepiej nie liczy na prawo 

łaski.  

      Poczułem dym i usłyszałem szcz k metalu o metal. To by znaczyło,  e Caine 

ju  nadci gn ł i przyst pił do dzieła.  

      - Masz racj  - powiedział Eryk, czytaj c w moich my lach.  

      - Powstrzymaj go! Prosz  ci ! Moi ludzie nie maj  szansy przeciwko takiej 

sile!  

      - Nawet gdyby  si  oddał w moje r ce - Urwał i zakl ł. Pochwyciłem jednak 

jego zamysł. Mógł kaza  mi si  podda  w zamian za ich  ycie i wcale nie przerwa  

rzezi. Z przyjemno ci  by tak post pił, ale w zacietrzewieniu wynikn ło mu si  

tych par  zdradliwych słów.  

      Za miałem si  szyderczo z jego irytacji.  

      - I tak ju  wkrótce ci  dostan  - warkn ł. - Jak tylko zdob d  okr t flagowy.  

      - A tymczasem masz! - krzykn łem i natarłem na niego cał  sił  woli, 

wgryzaj c mu si  w mózg, bombarduj c go swoj  nienawi ci . Poczułem jego ból, 

co jeszcze dodało mi ostrogi. Smagałem go bezlito nie w rewan u za wszystkie 

lata na wygnaniu, przynajmniej tak  wyznaczaj c mu zapłat . Zaatakowałem 

granice jego zdrowych zmysłów w odwecie za cierpienia, jakie zesłał na mnie 

podczas zarazy. Uderzyłem go z całym impetem za wypadek samochodowy, 

którego był sprawc , zadaj c mu m k  w zamian za własne udr ki.  

      Zachwiał si  jakby, co jeszcze wzmogło moj  furi . Natarłem z now  energi  i 

poczułem,  e jego duch słabnie.  

      - Ty diable! - krzykn ł w ko cu i zasłonił r k  kart , któr  trzymał. Kontakt 

si  urwał; stałem na pokładzie dygocz c jak w febrze.  

      Dokonałem tego. Pobiłem go w pojedynku woli. Mogłem si  ju  nie obawia  

mojego brata tyrana w  adnej formie walki wr cz. Byłem od niego silniejszy.  

      Zaczerpn łem kilka gł bokich oddechów i stałem wyprostowany oczekuj c 

chłodnego powiewu zwiastuj cego kolejny psychiczny atak. Wiedziałem jednak, 

e to mi nie grozi, w ka dym razie ze strony Eryka. Czułem,  e przestraszył si  

mojej w ciekło ci.  

      Rozejrzałem si  wokół - wsz dzie wrzała walka. Pokłady ju  spływały krwi . 

Wrogi okr t zahaczył o nas burt , a inny próbował zrobi  to samo z drugiej 

strony. Koło ucha gwizdn ła mi strzała. Wyci gn łem miecz i skoczyłem w wir 

background image

 

84 

walki.  

      Nie wiem, ilu ludzi zabiłem tego dnia. Po dwunastym czy trzynastym 

straciłem rachub . W ka dym razie ju  podczas tej jednej potyczki było ich co 

najmniej dwa razy tyle. Wrodzona siła ksi

t Amberu, dzi ki której mogłem 

unie  mercedesa, dobrze mi tego dnia słu yła i byłem w stanie jedn  r k  

wyrzuci  m czyzn  za burt .  

      Wybili my do nogi załogi wrogich statków i zatapiaj c luki wysłali my 

obydwa do Rebmy,  eby uradowa  Randoma tak  masakr . Z mojej własnej 

załogi została połowa, a ja odniosłem niezliczone ukłucia i zadrapania, ale  adnej 

powa nej rany. Pospieszyli my na pomoc bratniemu okr towi i pobili my 

kolejnych napastników. Wszyscy z naszych, którzy ocaleli, przeszli na mój statek 

flagowy i znów miałem pełn  załog .  

      - Krwi! - krzykn łem. - Krwi i zemsty! Dajcie mi to, dzielni wojownicy, a 

wasze imi  w Amberze nie zaginie!  

      Jak jeden m  podnie li bro  wrzeszcz c: "Krwi!"  

      I popłyn ły jej tego dnia ju  nie galony, ale całe rzeki. Zniszczyli my jeszcze 

dwie jednostki Caine'a, uzupełniaj c załog  niedobitkami z naszej floty. Kiedy 

zmierzali my do szóstego statku, wspi łem si  na grotmaszt,  eby si  rozejrze  w 

sytuacji.  

      Wygl dało na to,  e maj  nad nami przewag  trzy do jednego. Z mojej floty 

zostało na oko czterdzie ci pi  do pi dziesi ciu pi ciu statków.  

      Wzi li my szósty statek i nie musieli my rozgl da  si  za siódmym i ósmym. 

Same do nas przypłyn ły. Pobili my je te , ale odniosłem par  ran podczas walki, 

po której znów zostałem z połow  załogi. Otrzymałem gł bokie ci cie w lewe 

rami  i w prawe udo, a ponadto rwało mnie rozpłatane prawe biodro.  

      Kiedy posłali my te dwa statki na dno, ruszyły na nas nast pne. Uszli my 

przed nimi pod osłon  jednej z naszych jednostek, która wła nie zwyci sko 

wyszła z własnej potyczki. Raz jeszcze poł czyli my siły, tym razem przenosz c 

bander  na tamten statek, mniej zniszczony ni  mój, który ju  zacz ł nabiera  

wody i miał przechył na praw  burt .  

      Nie mieli my niemal pola manewru, kiedy podpłyn ł nast pny wrogi okr t i 

jego załoga zacz ła wdziera  si  na nasz pokład. Moi ludzie byli zm czeni i mnie 

te  niewiele brakowało. Na szcz cie tamci byli w nie lepszym stanie. Zanim 

przybyto im na odsiecz, pokonali my ich i zawładn li pokładem, po raz kolejny 

przenosz c bander  na lepszy statek. Odnie li my jeszcze jedno zwyci stwo i 

zostałem teraz z dobrym statkiem, czterdziestoma lud mi i resztk  sił.  

      W zasi gu wzroku nie było ju  nikogo, kto mógłby nam przyj  z pomoc . 

Ka dy z moich pozostałych okr tów toczył boje z co najmniej jednym statkiem 

Caine'a. Musieli my ucieka  przed kolejnym napastnikiem. Zyskali my w ten 

sposób jakie  dwadzie cia minut. Usiłowałem wpłyn  do Cienia, ale to ci ki i 

powolny proces tak blisko Amberu. O wiele łatwiej jest dosta  si  w t  stron  ni  

z powrotem, gdy  Amber jest samym  rodkiem, przyczyn  wszechrzeczy. 

Gdybym miał jeszcze dziesi  minut, mo e by mi si  udało. Ale nie miałem.  

      Kiedy  cigaj cy nas podpływali coraz bli ej, zobaczyłem,  e z oddali kieruje 

si  w nasz  stron  jeszcze inny statek. Oprócz barw Eryka i flagi z białym 

jednoro cem dojrzałem równie  czamo-zielon  bander  Caine'a. Chciał osobi cie 

background image

 

85 

doko czy  dzieła.  

      Pokonali my załog  pierwszego okr tu, lecz nie mieli my nawet czasu 

otworzy  grodzi, kiedy zjawił si  Caine. Stałem na zakrwawionym pokładzie z 

garstk  m czyzn wokół, gdy Caine z dzioba swego statku wezwał mnie,  ebym 

si  poddał.  

      - Czy je li to zrobi , darujesz moim ludziom  ycie?  

      - Tak - odparł. - Inaczej sam musiałbym bez potrzeby straci  paru 

wojowników.  

      - Słowo ksi cia?  

      Pomy lał chwil , potem skin ł głow .  

      - Słowo - powiedział, - Ka  załodze zło y  bro  i przej  na mój pokład, kiedy 

podpłyn .  

      Schowałem miecz do pochwy i zwróciłem si  do moich ludzi.  

      - Stoczyli cie wspaniał  walk  i kocham was za to. Niestety, przegrali my. - 

Mówi c to wycierałem r ce starannie w peleryn ,  eby nie poplami  dzieła sztuki 

Dworkina, po które zaraz miałem si gn . - Złó cie teraz bro  i wiedzcie,  e 

wasze dzisiejsze czyny na trwałe zapisz  si  w pami ci. Pewnego dnia oddam 

wam sprawiedliwo  na dworze w Amberze.  

      M czy ni, dziewi ciu czerwonoskórych olbrzymów i trzech kudłatych 

karzełków, płakali składaj c bro .  

      - Nie s d cie,  e wszystko stracone, je li chodzi o nasze miasto - pocieszyłem 

ich. - Przegrali my tylko jedn  bitw , ale walka jeszcze trwa. Mój brat Bleys 

wła nie toruje sobie drog  do Amberu. Caine dotrzyma słowa i daruje wam  ycie, 

nawet gdy zobaczy,  e odszedłem poł czy  si  z Bleysem. Przykro mi,  e nie mog  

wzi  was ze sob .  

      Wyj łem Atut Bleysa z talii i trzymałem go nisko, za burt , zasłaniaj c przed 

tamtym statkiem. Wła nie kiedy Caine si  zbli ył, poczułem ruch pod zimn  

powierzchni .  

      - Kto? - spytał Bleys.  

      - Corwin. Co u ciebie?  

      - Wygrali my bitw , ale stracili my wielu ludzi. Odpoczywamy teraz przed 

podj ciem marszu. A u ciebie?  

      - Udało nam si  zatopi  chyba połow  floty Caine'a, ale on zwyci ył. Zaraz 

wejdzie na mój pokład. Pomó  mi uciec.  

      Bleys wyci gn ł r k , dotkn łem jej i upadłem mu w ramiona.  

      - Zaczyna mi to wchodzi  w zwyczaj - mrukn łem i dopiero wtedy 

spostrzegłem,  e i on jest ranny. Głow  i lew  dło  miał owini te banda em.  

      - Byłem zmuszony złapa  goł  r k  ostrze sztyletu - wyja nił. - Piecze jak 

diabli.  

      Odetchn łem gł boko i poszli my do jego namiotu, gdzie otworzył butelk  

wina i pocz stował mnie chlebem, serem i suszonym mi sem. Miał wci  spory 

zapas papierosów; wzi łem jednego i zapaliłem, podczas gdy lekarz wojskowy 

opatrywał mi rany.  

      Zostało mu jeszcze sto osiemdziesi t tysi cy  ołnierzy. Kiedy tego wieczoru 

patrzyłem ze wzgórza na rozbite namioty, ujrzałem przed sob  niesko czenie 

długi szereg obozowisk, w których koczowałem przez te wszystkie stulecia. I 

background image

 

86 

naraz poczułem,  e łzy mi napływaj  do oczu na my l o ludziach, którzy w 

przeciwie stwie do władców Amberu  yj  tylko krótk  chwil , zanim obróc  si  

w proch, a jeszcze tylu z nich ginie na polach bitewnych całego  wiata.  

      Wróciłem do namiotu Bleysa i sko czyli my butelk  wina.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

87 

Rozdział 7 

 

Tej nocy znów rozp tał si  gwałtowny sztorm. Nie zel ał nawet, kiedy 

srebrzysty  wit przebił si  zza chmur, lecz towarzyszył nam uparcie przez cały 

dzie .  

      W drówka w deszczu, i to zimnym, nie wpływa dobrze na morale. Zawsze 

nienawidziłem błota, po którym byłem zmuszony maszerowa  przez całe wieki!  

      Szukali my drogi w Cieniu, na której nie padałyby deszcze, ale nasze wysiłki 

nie przynosiły  adnych rezultatów. Maszerowali my do Amberu w ubraniach 

klej cych si  do ciała, do wtóru piorunów i przy blasku błyskawic.  

      Nast pnej nocy temperatura opadła i rano powitały nas sztywne od mrozu 

chor gwie i biały  wiat pod ołowianym, zasnutym  nie yc  niebem.  

      Nasi  ołnierze, pomijaj c tych małych, kudłatych, nie byli odpowiednio 

wyposa eni do takich okoliczno ci, tote  kazali my im i  jak najszybciej,  eby 

zapobiec odmro eniom. Czerwone wielkoludy cierpiały. W ich ojczy nie klimat 

był bardzo ciepły.  

      Tego dnia zaatakowały nas tygrys, nied wied  polarny oraz wilk. Tygrys, 

którego zabił Bleys, mierzył od czubka nosa do ko ca ogona ponad cztery metry 

dwadzie cia centymetrów.  

      Maszerowali my do pó na w noc, a  do porannej rosy. Bleys poganiał 

ołnierzy,  eby czym pr dzej wyj  z zimnych Cieni. Atut Amberu ukazywał 

ciepł , such  jesie , a zbli ali my si  ju  do prawdziwej Ziemi.  

      Nast pnego dnia maszerowali my do północy przez topniej cy  nieg,  nieg z 

deszczem, zimny deszcz, ciepły deszcz, a  do suchego l du. Wydali my rozkaz, 

eby tu rozbi  obóz, z potrójnym kordonem stra y. Bior c pod uwag  zm czenie 

wojska, byli my łatwym łupem. Ale ludzie ju  ledwo trzymali si  na nogach i nie 

uszliby du o dalej.  

      Atak nast pił kilka godzin pó niej, pod wodz  Juliana, czego si  

dowiedziałem poniewczasie z opisu tych, co prze yli. Skierował komandosów na 

najsłabiej obstawione punkty naszego obozu, na tyłach. Gdybym wiedział,  e to 

Julian, mógłbym spróbowa  go przytrzyma  za pomoc  jego Atutu, ale 

dowiedziałem si  tego dopiero po fakcie. Przez nagły napad zimy stracili my 

niemal dwa tysi ce ludzi i nie wiadomo, ilu jeszcze w walce z Julianem.  

      Wojsku zaczynała zagra a  demoralizacja, niemniej posłuchali rozkazu 

wymarszu. Nast pny dzie  był jedn  wielk  pułapk . Armia naszej wielko ci 

miała za mał  mo liwo  manewru,  eby sobie poradzi  z podjazdami, które 

Julian przeciwko nam wysyłał. Zabili my wprawdzie paru jego ludzi, ale 

stosunkowo niewielu, mo e jednego na dziesi ciu naszych.  

      W południe wkroczyli my w dolin  biegn c  równolegle do brzegu morza. 

Las Arde ski znajdował si  na północy, na lewo, a Amber prosto przed nami. 

Powietrze było chłodne i przesycone aromatem ziemi i jej płodów. Opadło ju  

par  li ci. Amber le ał osiemdziesi t mil przed nami, widoczny tylko jako 

migotliwy blask nad horyzontem.  

      Po południu zebrały si  chmury, spadł lekki deszcz i z nieba zacz ły wali  

pioruny. Potem burza ucichła i wyjrzało sło ce, osuszaj c  wiat.  

      Po jakim  czasie poczuli my dym. A po chwili zobaczyli my wokół j zyki 

background image

 

88 

płomieni. I wkrótce strzeliły w niebo ruchome  ciany ognia, które zbli ały si  do 

nas z miarowym trzaskiem, nios c ze sob   ar i wzniecaj c panik  w naszych 

szeregach. Rozległy si  krzyki, kolumna rozpadła si  i rzuciła do ucieczki. 

Zacz li my biec.  

      Obsypał nas deszcz popiołu, a dym robił si  coraz g stszy. P dzili my co sil, 

ale ogie  był szybszy. Płon ce połacie lasu huczały i grzmiały wokół, zalewaj c 

nas falami gor ca. Wkrótce płomienie były ju  przy nas, drzewa poczerniały, 

li cie si  spopieliły, mniejsze drzewka zacz ły si  chwia . Droga przed nami była 

jedn  rzek  płomieni.  

      Biegli my jak szaleni, boj c si ,  e za chwil  b dzie jeszcze gorzej. I nie 

mylili my si . Teraz ju  i wielkie, grube drzewa padały nam pod nogi; musieli my 

je przeskakiwa  i okr a . Całe szcz cie,  e byli my na szerokiej drodze le nej...  

       ar stał si  nie do wytrzymania i oddychali my z najwi kszym trudem. Mijały 

nas jelenie, wilki, lisy i zaj ce, ignoruj c nasz  obecno  i siebie nawzajem w 

panicznej ucieczce. Nad dymem unosił si  krzyk ptaków, które spadały masowo 

na ziemi , nie zwracaj c niczyjej uwagi.  

      Spalenie tego wiekowego lasu, równie s dziwego jak Las Arde ski, wydawało 

mi si  niemal  wi tokradztwem. Ale Eryk był ksi ciem Amberu i wkrótce miał 

zosta  królem. Na jego miejscu mo e zrobiłbym to samo...  

      Miałem osmalone brwi i włosy, a gardło spalone jak komin. Zadawałem sobie 

pytanie, ile ofiar b dzie nas ten po ar kosztowa ? Mi dzy nami i Amberem le ało 

jeszcze siedemdziesi t mil zalesionej doliny, za nami, do ko ca lasu, zostało 

ponad trzydzie ci.  

      - Bleys! - wykrztusiłem. - Dwie lub trzy mile przed nami jest rozgał zienie! 

Prawa odnoga prowadzi do rzeki Oisen, płyn cej do morza. To nasza jedyna 

szansa! Cała dolina Garnath stoi w ogniu. Jedyna nadzieja w tym,  e dotrzemy do 

wody!  

      Przytakn ł. Biegli my dalej, ale ogie  był szybszy. Dotarli my jednak do 

rozwidlenia, gasz c płomienie na tl cym si  ubraniu, wycieraj c popiół z oczu i 

wypluwaj c go z ust, przeczesuj c r kami włosy, kiedy zagnie dziły si  w nich 

płomyki.  

      - Jeszcze tylko  wier  mili - powiedziałem.  

      Kilkakrotnie spadały na mnie roz arzone gał zie, nie osłoni ta skóra paliła 

mnie  ywym ogniem, a i te osłoni te cz ci ciała miały si  nie lepiej.  

      Biegli my przez płon c  traw  wzdłu  długiego zbocza i kiedy u podnó a 

dojrzeli my wod , jeszcze przyspieszyli my kroku, cho  wydawało si  to 

niemo liwe. Wskoczyli my do rzeki, z ulg  zanurzaj c si  w chłodn  to .  

      Trzymali my si  z Bleysem jak najbli ej siebie, walcz c z pr dem, który 

unosił nas kr tym nurtem rzeki Oisen. Spl tane konary drzew nad naszymi 

głowami wygl dały jak strop płon cej katedry. Kiedy łamały si  i spadały prosto 

na nas, musieli my ratowa  si  błyskawicznym kraulem lub gł bokim nurem pod 

powierzchni . Wod  wokół pokrywały sycz ce, czarne szcz tki, a wystaj ce z niej 

głowy niedobitków naszej armii wygl dały jak pływaj ce orzechy kokosowe.  

      Rzeka była ciemna i zimna, wkrótce rozbolały nas rany, zacz li my szcz ka  

z bami i dygota . Przebyli my dobre par  mil, zanim zostawili my z tyłu płon cy 

las i dotarli my do płaskiej, bezdrzewnej równiny biegn cej do morza. 

background image

 

89 

Pomy lałem,  e to idealne miejsce dla Juliana, aby zaczai  si  na nas z 

łucznikami. Podzieliłem si  tym z Bleysem, który zgodził si  z moj  opini , ale 

uznał,  e niewiele mo emy na to poradzi . Musiałem przyzna  mu racj . 

Tymczasem drzewa płon ły wokół nas, a my posuwali my si  naprzód płyn c i 

brodz c.  

      Wydawało si ,  e min ły całe godziny, ale w rzeczywisto ci musiało upłyn  

znacznie mniej czasu, zanim moje obawy si  sprawdziły i spadł na nas pierwszy 

grad strzał.  

      Zanurkowałem i popłyn łem pod wod , a poniewa  płyn łem z pr dem, udało 

mi si  przeby  całkiem niezły dystans, zanim znów wynurzyłem si  na 

powierzchni . W tej samej chwili za wistały mi koło uszu nast pne strzały. Nie 

miałem poj cia, jak długi mo e by  ten korytarz  mierci, ale nie paliłem si  do 

tego, aby wychodzi  na brzeg i sprawdza . Wci gn łem gł boko powietrze i 

ponownie dałem nura. Dotkn łem dna i wymacuj c drog  mi dzy kamieniami 

przesun łem si  jak mogłem najdalej, a potem skierowałem si  do prawego 

brzegu, wypuszczaj c po drodze powietrze. Wychyliłem si  na powierzchni , 

wzi łem gł boki oddech i znów si  zanurzyłem, nie rozgl daj c si  przy tym 

zbytnio na boki. Płyn łem, a  zacz ło rozsadza  mi płuca, wtedy znów wyjrzałem.  

      Tym razem nie miałem szcz cia i dostałem strzał  w lewy biceps. Zdołałem 

zanurkowa  i złama  drzewce, a potem wyci gn łem grot i posuwałem si  do 

przodu wyrzucaj c nogi  abk  i pomagaj c sobie ostro nymi ruchami prawej 

r ki. Wiedziałem,  e kiedy znów si  wynurz , zastrzel  mnie jak kaczk . 

Zmusiłem si  wi c do zostania pod wod , a  przed oczami zacz ły mi lata  

czerwone plamki i pociemniało mi w głowie. Musiałem wytrzyma  chyba pełne 

trzy minuty. Za to kiedy tym razem wyjrzałem na powierzchni , spotkała mnie 

cisza. Ci ko dysz c ruszyłem przez wod  do lewego brzegu i chwyciłem si  

zwisaj cych wici.  

      Rozejrzałem si  wokół. Stało tu niewiele drzew i ogie  dot d nie dotarł. Oba 

brzegi były puste, podobnie jak rzeka. Czy bym był jedynym, który ocalał? 

Wydawało mi si  to niemo liwe, Przecie  było nas jeszcze tylu, kiedy 

przyst powali my do ostatniego marszu...  

      Bytem ledwo  ywy z wyczerpania i obolały na całym ciele. Czułem si , jakbym 

miał spalona skór , lecz woda była tak zimna,  e trz słem si  i siniałem. 

Wiedziałem,  e musz  szybko wyj  z rzeki, je li chc  utrzyma  si  przy  yciu. 

Uznałem jednak,  e sta  mnie na jeszcze par  podwodnych wycieczek, i 

postanowiłem odpłyn  troch  dalej, zanim opuszcz  bezpieczne gł biny.  

      Jakim  cudem zdołałem zanurkowa  jeszcze czterokrotnie, nim poczułem,  e 

za pi tym razem mog  ju  nie wypłyn . Przywarłem wi c do przybrze nej skały, 

złapałem oddech i wygramoliłem si  na brzeg. Nie poznawałem tej okolicy, po ar 

jednak j  omin ł. Na prawo stała g sta k pa krzewów, doczołgałem si  do niej, 

wpełzłem do  rodka, upadłem na twarz i natychmiast zasn łem.  

      Kiedy si  obudziłem, niemal tego po ałowałem. Bolał mnie ka dy centymetr 

ciała i byłem ci ko chory. Le ałem tak bez ruchu przez długie godziny, na wpół 

przytomny, a  wreszcie z najwy szym trudem dowlokłem si  do rzeki,  eby si  

napi  wody. Potem wróciłem do krzaków i znów zasn łem.  

      Byłem nadal cały obolały, gdy wróciła mi przytomno , ale ju  troch  

background image

 

90 

silniejszy. Poszedłem do rzeki i z powrotem, a potem z pomoc  lodowatego Atutu 

przekonałem si ,  e Bleys  yje.  

      - Gdzie jeste ? - spytał, gdy nawi załem kontakt.  

      - Sam nie wiem - odparłem. - Ciesz  si ,  e w ogóle jeszcze jestem. Chyba 

gdzie  w pobli u morza. Słysz  w oddali fale i rozpoznaj  zapach.  

      - Jeste  nad rzek ?  

      - Tak.  

      - Na którym brzegu?  

      - Na lewym, patrz c w stron  morza. Północnym.  

      - Zosta  tam i nie ruszaj si  z miejsca. Wy l  kogo  po ciebie. Zbieram nasze 

rozrzucone siły. Mam ju  ponad dwa tysi ce  ołnierzy i z ka d  chwil  ta liczba 

si  powi ksza. Julian zostawił nas na razie w spokoju.  

      - Dobrze - powiedziałem i zostałem w miejscu, uło ywszy si  do snu.  

      Usłyszałem jaki  ruch w krzakach i usiadłem zaniepokojony. Rozsun łem 

paprocie i wyjrzałem. Były to trzy czerwone wielkoludy.  

      Poprawiłem rynsztunek, wygładziłem ubranie, przeczesałem r k  włosy, 

stan łem wyprostowany, cho  miałem nieco mi kkie kolana, odetchn łem par  

razy gł boko i wyszedłem.  

      - Jestem tutaj - oznajmiłem.  

      Dwaj z nich a  podskoczyli na d wi k mojego głosu wyjmuj c błyskawicznie 

bro , ale szybko si  zreflektowali, powitali mnie z szacunkiem i zaprowadzili do 

obozu, który był odległy o jakie  dwie mile. Przeszedłem ten dystans o własnych 

siłach. Bleys powitał mnie słowami:  

      - Jest nas ju  ponad trzy tysi ce. - Pó niej wezwał lekarza wojskowego, 

oddaj c mnie ponownie w jego r ce.  

      Tej nocy - która min ła spokojnie - i nast pnego dnia wróciła reszta naszych 

ołnierzy. Było nas teraz jakie  pi  tysi cy. Z daleka widzieli my Amber.  

      Nazajutrz rano wyruszyli my. Do południa zrobili my pi tna cie mil. 

Maszerowali my wzdłu  pla y i nigdzie nie było wida  ani  ladu Juliana.  

      Oparzenia bolały mnie coraz mniej. Udo miałem ju  wygojone, ale r ka i 

rami  wci  mocno dawały mi si  we znaki.  

      Maszerowali my przed siebie i wkrótce od Amberu dzieliło nas ju  tylko 

czterdzie ci mil. Pogoda była łaskawa, a las na lewo zamienił si  w wymarł , 

czarn  pustyni . Ogie  zniszczył cał  ro linno  w dolinie i przynajmniej to jedno 

obróciło si  teraz na nasz  korzy .  

      Ani Julian, ani nikt inny nie mógł zastawi  na nas pułapki - na odległo  mili 

wszystko wida  było jak na dłoni. Przed zachodem sło ca przeszli my dalszych 

dziesi  mil, a potem rozbili my obóz na pla y.  

      Nazajutrz uprzytomniłem sobie,  e wkrótce ma si  odby  koronacja Eryka, i 

przypomniałem to Bleysowi. Stracili my prawie rachub  czasu i teraz 

zrozumieli my,  e zostało nam ju  tylko par  dni.  

      Do południa wiedli my  ołnierzy szybkim marszem, a potem stan li my na 

odpoczynek. Byli my dwadzie cia pi  mil od podnó a Kolviru. O zmroku ta 

odległo  zmalała do dziesi ciu mil. I szli my dalej. Maszerowali my do północy i 

dopiero wtedy rozbili my obóz. Tego dnia poczułem,  e wracaj  mi siły. 

Spróbowałem zrobi  mieczem par  ci  i wyszło to nie najgorzej. Nazajutrz 

background image

 

91 

miałem si  jeszcze lepiej.  

      Maszerowali my, a  doszli my do stóp Kolviru, gdzie spotkały nas poł czone 

siły Juliana i Caine'a, którego flota przedzierzgn ła si  teraz w piechot .  

      Bleys zagrzewał  ołnierzy okrzykami do walki; jak Robert E. Lee pod 

Chancellorsville, i pobili my ich.  

      Zostało nam trzy tysi ce ludzi, kiedy sko czyli my rozprawia  si  z 

przeciwnikiem. Julian oczywi cie uciekł. Ale zwyci yli my. Tej nocy było wielkie 

wi to. Zwyci yli my.  

      Niemniej gn biły mnie coraz powa niejsze obawy i podzieliłem si  nimi z 

Bleysem. Trzy tysi ce ludzi przeciwko Kolvirowi. Ja straciłem flot , a Bleys 

dziewi dziesi t osiem procent swojej piechoty. Nie było powodów do uciechy.  

      I wcale mi si  to nie podobało.  

      Ale nazajutrz zacz li my podej cie. Kamienne schodki mie ciły tylko dwóch 

m czyzn id cych rami  w rami , a wy ej jeszcze si  zw ały, zmuszaj c nas do 

wchodzenia w pojedynczym szeregu. Wspi li my si  sto metrów, potem dwie cie, 

trzysta. Wtem uderzył w nas sztorm od morza i smagani bezlito nie, 

przywarli my ciasno do skał. Lecz mimo to stracili my kilkuset ludzi.  

      Podczas dalszej wspinaczki spadł na nas ulewny deszcz. Droga robiła si  coraz 

bardziej stroma, coraz bardziej  liska. Na mniej wi cej jednej czwartej wysoko ci 

Kolviru zderzyli my si  ze schodz c  z góry zbrojn  kolumn . Pierwsze szeregi 

zwarły si  z nasz  stra  przedni  i dwóch m czyzn padło. Zdobyli my jeszcze 

dwa stopnie i padł nast pny trup.  

      I tak to si  toczyło przez przeszło godzin , podczas której zdołali my jednak 

wdrapa  si  na jedn  trzeci  wysoko ci, mimo przerzedzaj cego si  szeregu. 

Mieli my szcz cie,  e nasi czerwonoskórzy wojownicy byli silniejsi od ludzi 

Eryka. Co chwil  dawał si  słysze  szcz k broni, krzyk i znoszono w dół kolejn  

ofiar . Czasem był to który  z naszych olbrzymów lub poro ni tych futrem 

karzełków, ale cz ciej  ołnierze w barwach Eryka.  

      Weszli my do połowy góry, walcz c o ka dy stopie . Wiedzieli my,  e na 

szczycie czekaj  na nas szerokie schody, których te prowadz ce do Rebmy były 

zaledwie odbiciem. Zawiod  nas one do Wielkiego Łuku, który stanowi 

wschodnie wej cie do Amberu.  

      Nasza stra  przednia liczyła teraz mo e pi dziesi t osób. Potem czterdzie ci, 

trzydzie ci, dwadzie cia, tuzin...  

      Byli my ju  na dwóch trzecich wysoko ci, stopnie szły zygzakiem w gór  po 

cianie Kolviru. Wschodnie schody s  rzadko u ywane. Stanowi  niemal 

dekoracj . Pocz tkowo mieli my w planie przeci  spalon  obecnie dolin , 

okr y  gór  wspinaj c si  zachodnim szlakiem i wej  do Amberu od tyłu. Przez 

po ar i działania Juliana ten projekt upadł. Nigdy nie zdołaliby my pokona  

góry, jednocze nie j  okr aj c. Mieli my do wyboru frontalny atak albo nic. Ale 

nie zanosiło si  na nic.  

      Trzech dalszych przeciwników padło i zdobyli my cztery stopnie. Z kolei nasz 

człowiek id cy na czele spadł w przepa  i stracili my jeszcze jednego wojownika.  

      Od morza wiał ostry i chłodny wiatr, u stóp góry zbierały si  ptaki. Sło ce 

wyjrzało zza chmur, czyli  e Eryk najwyra niej zaniechał sterowania pogod , 

teraz kiedy mierzyli my si  z jego siłami.  

background image

 

92 

      Zdobyli my sze  stopni i stracili my nast pnego  ołnierza.  

      Było dziwnie, smutno i dziko...  

      Bleys stał przede mn  i wkrótce miała nadej  jego kolej. A potem moja, je li 

zginie.  

      Zostało jeszcze sze ciu ludzi.  

      Dziesi  kroków...  

      Teraz zostało tylko pi .  

      Posuwali my si  naprzód cal po calu i jak okiem si gn  wszystkie stopnie w 

dół poznaczone były krwi . Gdzie  w tym musi kry  si  gł boki morał.  

      Pi ty m czyzna zabił czterech, zanim upadł, i znale li my si  na kolejnym 

zakr cie. Wspinali my si  zakosami coraz wy ej, a nasz obecny przewodnik bił 

si  z broni  w obu r kach. Dobrze,  e walczył w  wi tej wojnie, bo ka dy jego cios 

krył prawdziw   arliwo . Zanim zgin ł, wyprawił na tamten  wiat trzech 

przeciwników.  

      Nast pny ju  nie był tak  arliwy lub tak dobrze władaj cy broni . Padł 

natychmiast i zostało tylko dwóch.  

      Bleys wyci gn ł swój długi inkrustowany miecz i jego ostrze zal niło w 

powietrzu.  

      - Zaraz si  przekonamy - powiedział - co potrafi  zdziała  przeciwko ksi ciu.  

      - Mam nadziej ,  e jeden ksi

 wystarczy - odparłem, a on zachichotał.  

      Byli my chyba w trzech czwartych drogi, kiedy w ko cu nadeszła jego kolej. 

Skoczył do przodu, natychmiast rozprawiaj c si  z pierwszym, który mu stan ł 

na drodze. Drugiemu błyskawicznie przebił gardło czubkiem miecza i niemal 

jednocze nie  ci ł głow  trzeciemu. Przez chwil  walczył z czwartym, nim go 

zabił.  

      Posuwałem si  za nim krok w krok, trzymaj c odkryty miecz w dłoni.  

      Był dobry, nawet lepszy, ni  pami tałem. Parł naprzód jak cyklon, a jego 

miecz ci ł jak błyskawica, zbieraj c  miertelne pokłosie. Cokolwiek by mówi  o 

Bleysie, tego dnia spisał si  jak przystało na człowieka jego rangi.  

      Zadawałem sobie pytanie, jak długo wytrzyma.  

      W lewej r ce trzymał sztylet, którym posługiwał si  z bezwzgl dn  

skuteczno ci , ilekro  udało mu si  doprowadzi  do bezpo redniego zwarcia. 

Zostawił go w gardle jedenastej ofiary.  

      Nie widziałem ko ca kolumny naszych przeciwników. Doszedłem do wniosku, 

e musi ci gn  si  a  do samego szczytu. Miałem nadziej ,  e moja kolej nigdy 

nie nadejdzie, i ju  niemal w to uwierzyłem.  

      Obok mnie spadły jeszcze trzy ciała i stan li my na wyst pie skalnym na 

zakr cie. Bleys oczy cił wyst p i zacz ł si  wspina . Przez pół godziny 

obserwowałem, jak wysyłał wrogów na tamten  wiat. Za sob  słyszałem pełne 

podziwu i nabo nego l ku szepty naszych  ołnierzy.  

      Byłem gotów pomy le ,  e dojdzie a  do szczytu.  

      U ywał wszelkich mo liwych sztuczek. Machał przeciwnikom przed oczami 

peleryn , podstawiał nog , wykr cał r ce.  

      Doszli my do nast pnej półki skalnej. Dostrzegłem krew na jego r kawie, ale 

jemu u miech nie schodził z ust, a wojownicy za plecami tych, których zabijał, 

mieli poszarzałe strachem twarze. To te  ułatwiało mu zadanie. Mo e do ich 

background image

 

93 

przestrachu i spowolnionej nerwami reakcji przyczyniał si  fakt,  e stałem z tyłu 

gotów w ka dej chwili wypełni  luk . Pami tali przecie , co si  działo podczas 

naszej bitwy morskiej.  

      Bleys stał ju  na kolejnym nawisie, oczy cił go, skr cił, zacz ł posuwa  si  w 

gór . Nigdy nie przypuszczałem,  e dojdzie a  tak daleko. Sam chyba nie 

umiałbym tego dokona . Był to najbardziej fenomenalny pokaz sztuki 

szermierczej i wytrzymało ci, jaki widziałem od czasu, gdy Benedykt bronił 

przeł czy nad Lasem Arde skim przed Ksi ycowymi Je d cami z Ghenesh.  

      Jednak i on najwyra niej powoli tracił siły. Gdybym tylko mógł go zluzowa , 

zast pi  cho  na chwil ...  

      Ale to było niemo liwe, szedłem wi c za nim, boj c si ,  e ka dy cios mo e ju  

okaza  si  ostatnim. Widziałem,  e słabnie. Byli my w odległo ci zaledwie 

trzydziestu metrów od szczytu.  

      Nagle poczułem do niego miło . Był moim bratem i stał u mego boku. Chyba 

ju  nie wierzył,  e wygra, a jednak walczył... daj c mi w efekcie szans  na tron.  

      Zabił kolejnych trzech m czyzn, lecz jego miecz poruszał si  coraz wolniej. Z 

czwartym walczył przez prawie pi  minut, nim go pokonał. Byłem pewien,  e 

nast pny przeciwnik b dzie ostatnim.  

      Ale si  myliłem.  

      Gdy go dobijał, przeło yłem miecz z prawej r ki do lewej, a praw  r k  

wyj łem sztylet i rzuciłem nim. A  po r koje  zagł bił si  w gardle nast pnego 

przeciwnika. Bleys przeskoczył dwa stopnie i podci ł nogi kolejnemu m czy nie, 

zrzucaj c go w przepa . Potem jednym ruchem r ki rozpłatał brzuch jego 

nast pcy. Pospieszyłem wypełni  luk  i stan łem tu  za nim w pełnej gotowo ci. 

On jednak jeszcze mnie nie potrzebował. W nowym przypływie energii u miercił 

nast pnych dwóch. Zawołałem,  eby podano mi z tylu sztylet, poczekałem, a  

Bleys si  odsunie, i rzuciłem nim w m czyzn , z którym walczył. Ten wła nie 

robił wypad do przodu i sztylet trafił go nie tyle ostrzem, ile r koje ci , lecz za to 

w głow . Jednocze nie Bleys przeszył mu rami  i m czyzna padł. Ale zza jego 

pleców wyskoczył z impetem nast pny przeciwnik i nadziawszy si  na miecz, 

run ł jak długi na Bleysa, poci gaj c go za sob  w przepa .  

      Instynktownie, niemal nie zdaj c sobie sprawy z tego, co robi , jednak w tej 

jednotysi cznej cz ci sekundy podejmuj c decyzj , któr  człowiek u wiadamia 

sobie dopiero po fakcie, si gn łem do pasa, wyszarpn łem moj  tali  Atutów i 

rzuciłem j  Bleysowi, który zdawał si  przez moment wisie  w powietrzu - tak 

szybko zareagowały moje mi nie i percepcja - krzycz c:  

      - Łap, głupcze!  

      Złapał.  

      Dalej nie miałem czasu patrze , co si  dzieje, bo musiałem zaj  si  

parowaniem i zadawaniem ciosów.  

      Tak zacz ł si  ostatni etap zdobywania Kolviru.  

      Wystarczy powiedzie ,  e dokonałem tego i stałem ci ko dysz c na szczycie, 

gdy moi ludzie jeden po drugim do mnie dochodzili. Raz jeszcze 

skonsolidowali my siły i ruszyli my naprzód. Marsz do Wielkiego Łuku zaj ł 

nam godzin . Przeszli my pod nim. Byli my w Amberze.  

      Nie wiedziałem, gdzie jest Eryk, ale z pewno ci  nigdy nie przypuszczał,  e 

background image

 

94 

dotrzemy a  tutaj.  

      Zastanawiałem si  te , gdzie jest Bleys. Czy zdołał wyci gn  jaki  Atut i 

zrobi  z niego u ytek, zanim si gn ł dna? Pewno nigdy si  nie dowiem.  

      Przecenili my nasze siły. Przeciwnik był znacznie liczniejszy i jedyne, co nam 

teraz pozostawało, to walczy  godnie do ko ca. Dlaczego post piłem tak 

idiotycznie i oddałem Bleysowi moje karty? Wiedziałem,  e nie ma własnych, i 

chyba to wywołało we mnie taki odruch, nabyty prawdopodobnie podczas tych 

lat sp dzonych na Cieniu-Ziemi. A przecie  mógłbym ich u y  do ucieczki, gdyby 

sprawy przyj ły zły obrót.  

      Sprawy przyj ły zły obrót.  

      Bili my si  a  do zmierzchu i z mojego wojska została niewielka grupka. 

Otoczono nas zaraz za granicami Amberu, daleko od pałacu. Walczyli my ju  

tylko w obronie  ycia i moi  ołnierze jeden po drugim gin li. Przewaga wroga 

była mia d ca.  

      Llewella albo Deirdre udzieliłyby mi schronienia. Dlaczego to zrobiłem?  

      Powaliłem kolejnego przeciwnika i odsun łem to pytanie na dalszy plan. 

Sło ce zaszło i ciemno ci zasnuły niebo. Zostało nas tylko par  setek, lecz wcale 

nie byli my bli ej pałacu.  

      I wtedy zobaczyłem Eryka wydaj cego rozkazy. Gdybym tylko mógł si  z nim 

porozumie ! Ale nie mogłem. Najprawdopodobniej poddałbym si ,  eby 

oszcz dzi   ycie moich  ołnierzy, którzy słu yli mi lepiej, ni  na to zasługiwałem. 

Lecz nie było komu si  podda , nikt do tego nie wzywał. Eryk nie usłyszałby 

mnie, nawet gdybym wrzeszczał co sił. Był daleko i dowodził.  

      Walczyli my wi c i wkrótce została nas tylko setka. Powiem krótko: w ko cu 

zabili wszystkich oprócz mnie. Rzucili na mnie sieci i obsypali gradem 

przyt pionych strzał. Kiedy padłem, ogłuszyli mnie i skr powali powrozem jak 

wieprzka, po czym wszystko odpłyn ło w dal prócz koszmarów, które za nic nie 

chciały ust pi .  

      Przegrali my.  

      Ockn łem si  w lochu gł boko pod Amberem,  ałuj c,  e dotarłem a  tak 

daleko. To,  e wci   yłem, znaczyło, i  Eryk ma co do mnie jakie  plany. 

Wyobraziłem sobie koło tortur i kleszcze, ogie  i szczypce. Le c na mokrej 

słomie ujrzałem swoj  ha b .  

      Jak długo byłem nieprzytomny? Nie miałem poj cia.  

      Przetrz sn łem cel  w poszukiwaniu czego , co pomogłoby mi popełni  

samobójstwo. Niczego takiego nie znalazłem.  

      Rany paliły mnie  ywym ogniem i byłem kra cowo wyczerpany. Poło yłem si  

i zapadłem w sen.  

      Po jakim  czasie obudziłem si , lecz nadal nikt si  mn  nie interesował. Nie 

było nikogo, kogo mo na by przekupi , ani nikogo, kto chciałby mnie torturowa . 

Nie było tak e nic do jedzenia. Le ałem owin wszy si  w peleryn  i my lałem o 

wszystkim, co si  zdarzyło, odk d opu ciłem szpital w Greenwood, nie pozwalaj c 

sobie zrobi  nast pnego zastrzyku.  

      Mo e byłoby lepiej, gdybym na to pozwolił?  

      Poznałem, co to rozpacz.  

      Lada chwila Eryk miał by  ukoronowany. Mo e nawet ju  to nast piło. Lecz 

background image

 

95 

sen był tak  zbawcz  rzecz , a ja byłem taki zm czony. Po raz pierwszy od dawna 

nie miałem nic do roboty tylko spa  i zapomnie  o wszystkim. Cela była wilgotna, 

ciemna i cuchn ca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

96 

Rozdział 8 

 

- Nie wiem, ile razy si  budziłem i znów zapadałem w sen. Dwukrotnie 

znalazłem na tacy przy drzwiach chleb, mi so i wod . W celi panowały ciemno ci 

i przejmuj cy chłód. Czekałem i czekałem bez ko ca.  

      Wreszcie po mnie przyszli. Drzwi si  otwarły wpuszczaj c słabe  wiatło. 

Zamrugałem oczami i kazano mi wyj . Korytarz a  p kał w szwach od 

uzbrojonych po z by ludzi, wi c nie miałem co próbowa   adnych sztuczek. 

Potarłem szczecin  na brodzie i poszedłem posłusznie ze stra . Po długim 

marszu doszli my do hallu ze spiralnymi schodami, po których zacz li my 

wchodzi . Nie zadawałem  adnych pyta  i nikt nie spieszył z  adnymi 

wyja nieniami.  

      Po wej ciu na gór  zaprowadzono mnie do pałacu, a w nim do czystego, 

ciepłego pomieszczenia, gdzie kazano mi si  rozebra . Czekała tam ju  na mnie 

paruj ca balia wody i słu cy, który mnie wyszorował, ogolił i przystrzygł mi 

włosy. Polem dostałem  wie y strój w kolorze srebrnym i czarnym. Ubrałem si , a 

na plecy zarzucono mi czarn  peleryn  z zapink  w kształcie srebrnej ró y.  

      - Gotowe - powiedział dowódca stra y. - Idziemy.  

      Ruszyłem za nim, a za mn  stra . Zaprowadzono mnie na tyły pałacu, gdzie 

kowal zakuł mi r ce i nogi w kajdany z ła cuchem tak grubym, abym nie mógł go 

rozerwa . Gdybym si  opierał, z pewno ci  pobiliby mnie do nieprzytomno ci i 

rezultat byłby taki sam. Nie miałem ochoty ponownie zosta  tak pobity, wi c si  

poddałem.  

      Nast pnie kilku stra ników podniosło mój ła cuch i poprowadzono mnie z 

powrotem do komnat pałacowych. Nie miałem nawet ochoty patrze  na 

otaczaj cy mnie przepych. Byłem wi niem i wkrótce czekała mnie  mier  lub 

koło tortur. I absolutnie nic nie mogłem na to poradzi . Rzut oka przez okno 

powiedział mi,  e jest wczesny wieczór. Przechodz c przez komnaty, w których 

bawili my si  jako dzieci, uznałem,  e nie czas teraz i miejsce na nostalgi .  

      Poprowadzono mnie długim korytarzem do sali jadalnej, w której za stołami 

siedziało mnóstwo ludzi, wielu mi znajomych. Najwytworniejsze suknie i stroje 

mieniły si  wszelkimi odcieniami t czy na przybyłych wielmo ach, z o wietlonego 

pochodniami rogu pokoju rozbrzmiewała muzyka, a stoły były ju  suto 

zastawione, cho  nikt jeszcze nie jadł.  

      Zobaczyłem znajome twarze, jak twarz Flory, i sporo nieznajomych. Był tu 

te  minstrel, lord Rein, którego niegdy  sam pasowałem na rycerza i którego nie 

widziałem przez całe stulecia. Odwrócił wzrok, kiedy nasze oczy si  spotkały.  

      Podprowadzono mnie do kra ca ogromnego głównego stołu i tam usadzono. 

Stra nicy stan li za mn . Przymocowali ko ce moich ła cuchów do  elaznych 

kółek  wie o osadzonych w podłodze. Krzesło u szczytu stołu było jeszcze puste.  

      Nie znałem kobiety siedz cej po mojej prawej r ce, ale m czyzn  po lewej 

był Julian. Zignorowałem go i spojrzałem na swoj  s siadk , drobn  blondynk .  

      - Dobry wieczór - powiedziałem. - Chyba si  jeszcze nie znamy. Nazywam si  

Corwin.  

      Spojrzała w popłochu na m czyzn  po prawej, pot nego, piegowatego 

rudzielca, szukaj c u niego pomocy, lecz on wdał si  naraz w wielce o ywion  

background image

 

97 

konwersacj  ze swoj  drug  s siadk .  

      - Mo e pani ze mn  porozmawia , przysi gam - ci gn łem. - To nie jest 

zara liwe.  

      U miechn ła si  niepewnie i rzekła:  

      - Nazywam si  Carmel. Jak si  pan ma, lordzie Corwinie?  

      - Pi kne imi  - odparłem. - Mam si   wietnie. Co taka miła dziewczyna jak 

pani robi w takim miejscu? Wypiła szybko łyk wody.  

      - Corwin - powiedział Julian gło niej, ni  to było konieczne - ta pani uwa a 

twoje zachowanie za obra liwe i bezczelne.  

      - Ile opinii zd yła ju  z tob  wymieni  tego wieczoru? - spytałem uprzejmie, 

a on si  nawet nie zaczerwienił. Zbielał.  

      - Do  ju  tego!  

      Wstałem na te słowa i zagrzechotałem ła cuchami. Prócz efektu, jaki to 

wywołało, miałem mo no  przekona  si , ile zostawiono mi luzu. Oczywi cie, za 

mało. Eryk był ostro ny.  

      - Podejd  bli ej i szepnij mi do ucha swoje zastrze enia - powiedziałem. Nie 

posłuchał.  

      - Posadzono mnie do stołu jako ostatniego, wiedziałem wi c,  e moment 

kulminacyjny ju  si  zbli a. I nie myliłem si ,  

      Sze ciu tr baczy dało pi ciokrotny krótki sygnał i Eryk wkroczył do sali. 

Wszyscy si  podnie li. Oprócz mnie.  

      Stra nicy poderwali mnie ła cuchami na nogi i tak przytrzymali. Eryk 

u miechn ł si  i zszedł ze schodów po mojej prawej r ce. Ledwo widziałem jego 

barwy pod gronostajowym futrem, które miał na sobie. Podszedł do szczytu stołu 

i stan ł za krzesłem, a za nim jego kamerdyner. Inni słu cy zacz li obchodzi  

stoły, rozlewaj c wino. Kiedy sko czyli, Eryk wzniósł toast:  

      -  yjcie szcz liwie w Amberze, który jest wieczny!  

      Wszyscy podnie li kieliszki. Oprócz mnie.  

      - Wypij! - rozkazał Julian.  

      - Udław si !  

      Spojrzał na mnie z w ciekło ci , lecz w tym momencie pochyliłem si  i szybko 

wzi łem kieliszek. Mi dzy mn  a Erykiem, który nie spuszczał ze mnie oczu, 

siedziało kilkaset osób, a mój głos zabrzmiał dono nie;  

      - Za Eryka, który siedzi na szarym ko cu stołu!  

      Nikt si  nie poruszył, tylko Julian wylał swoje wino na podłog  i po chwili 

wszyscy poszli za jego przykładem, lecz ja zdołałem wzi  spory łyk, zanim 

wytr cono mi kieliszek z r ki.  

      Eryk usiadł, go cie poszli jego  ladem, a i mnie pozwolono opa  na krzesło. 

Zacz ła si  uczta, a poniewa  byłem głodny, jadłem z równym apetytem jak 

wszyscy, a mo e i wi kszym. Muzyka grała nieprzerwanie i biesiada trwała 

przeszło dwie godziny. Nikt si  ju  do mnie nie odezwał, a i ja nie powiedziałem 

wi cej ani słowa. Ale wszyscy czuli moj  obecno  i nasz stół był cichszy ni  inne.  

      Caine siedział wy ej stołu, po prawej r ce Eryka, z czego wnioskowałem,  e 

Julian jest w niełasce. Nie było ani Randoma, ani Deirdre. Dojrzałem jeszcze 

wielu znajomych, których niegdy  zaliczałem do przyjaciół, lecz nikt nie wa ył si  

spojrze  mi w oczy. Zrozumiałem,  e pasowanie Eryka na króla Amberu to czcza 

background image

 

98 

formalno . Która zreszt  niebawem stała si  faktem.  

      Po uczcie nie było  adnych mów. Po prostu Eryk wstał, znów zagrzmiały 

tr bki i wszyscy przeszli w procesji do sali tronowej Amberu.  

      Wiedziałem, co teraz nast pi.  

      Eryk stan ł przed tronem i wszyscy zgi li si  w niskim ukłonie. Oprócz mnie, 

oczywi cie. Niemniej, tak czy owak, rzucono mnie na kolana.  

      Dzisiaj był dzie  koronacji.  

      Zapadła cisza. Potem Caine wniósł poduszk , na której spoczywała korona 

Amberu. Ukl kł i zastygł w tej pozie, ofiarowuj c j  Erykowi.  

      Szarpni to mnie na nogi i powleczono w stron  tronu. Zrozumiałem, czego 

ode mnie chc , uzmysłowiłem to sobie w ułamku sekundy i stawiłem opór. Ale 

zostałem pobity i rzucony na kolana przed stopniami tronu.  

      Muzyka zabrzmiała nieco gło niej - grano "Zielony zar kawek" - i Julian 

stoj cy za mn  powiedział:  

      - Oto zbli a si  moment koronacji nowego króla Amberu! - A do mnie 

szeptem: - We  koron  i podaj j  Erykowi. On sam si  ukoronuje.  

      Spojrzałem na koron  Amberu le c  na purpurowej poduszce, trzymanej 

przez Caine'a. Była srebrna i miała siedem pałek, ka d  zwie czon  klejnotem. 

Cała była wysadzana szmaragdami i miała po dwa ogromne rubiny na ka dej 

skroni. Nie poruszyłem si , my l c o czasach, kiedy widziałem pod ni  twarz 

mojego ojca.  

      - Nie - powiedziałem krótko i poczułem uderzenie w lewy policzek.  

      - We  j  i podaj Erykowi - powtórzył.  

      Zamachn łem si  na niego, lecz ła cuchy, na których mnie trzymano, były 

mocno  ci gni te. Uderzył mnie ponownie. Spojrzałem na wysokie, ostre szpice 

korony.  

      - Dobrze - powiedziałem w ko cu i si gn łem po ni .  

      Przez chwil  trzymałem j  w obu r kach, a potem błyskawicznie wło yłem j  

sobie na głow , mówi c:  

      - Ja, Corwin, koronuj  si  królem Amberu!  

      Zdj to mi j  natychmiast i poło ono z powrotem na poduszce. Na moje plecy 

spadły razy, przez sal  przebiegł szmer.  

      - Spróbujmy jeszcze raz - powiedział Julian. - We  j  i podaj Erykowi.  

      Znów cios.  

      - W porz dku - zgodziłem si  czuj c,  e moja koszula wilgotnieje.  

      Tym razem rzuciłem Erykowi koron  prosto w twarz, maj c nadziej ,  e 

wykol  mu oko. Chwycił j  praw  r k  i u miechn ł si  do mnie patrz c, jak 

mnie bij .  

      - Dzi kuj  ci - powiedział. - Ale teraz słuchajcie mnie wszyscy obecni i ci, 

którzy pozostaj  w Cieniu. W dzisiejszym dniu przejmuj  tron i koron  Amberu i 

bior  do r ki berło królewskie. Wygrałem tron w uczciwej walce i słusznie mi si  

on z krwi nale y.  

      - Kłamca! - krzykn łem i czyja  r ka zasłoniła mi usta.  

      - Koronuj  si  Erykiem Pierwszym, królem Amberu.  

      - Niech  yje król! - zakrzykn li po trzykro  zebrani.  

      Wtedy Eryk nachylił si  i powiedział do mnie zni onym głosem:  

background image

 

99 

      - Twoje oczy wła nie ujrzały widok, który ci b dzie musiał na długo 

wystarczy ... Stra ! Zaprowadzi  go do miejsca ka ni i wypali  oczy! Niech 

dzisiejsza uroczysto  na zawsze pozostanie mu w pami ci jako ostatnia rzecz, 

któr  widział. Pó niej wrzu cie go do najgł bszej ciemnicy pod Amberem i niech 

jego imi  zostanie zapomniane.  

      Splun łem i spadł na mnie grad razów.  

      Opierałem si  zaciekle przez cał  drog , lecz wywleczono mnie z sali. 

Wszystkie oczy odwracały si  ode mnie, kiedy wychodziłem, i ostatnie, co 

pami tam, to u miechni ty Eryk na tronie rozdzielaj cy swe łaski mi dzy 

wielmo ów Amberu.  

      Jego rozkaz wykonano i na szcz cie podczas ka ni straciłem przytomno .  

      Nie mam poj cia, jak długo le ałem bez  ycia, zanim ockn łem si  w 

absolutnej ciemno ci, z potwornym bólem rozsadzaj cym mi czaszk . Mo e to 

wtedy rzuciłem kl tw , a mo e zrobiłem to, gdy w arło si  we mnie rozpalone do 

biało ci  elazo. Nie pami tam dokładnie, wiedziałem jednak,  e Eryk nigdy nie 

zazna spokoju na tronie, gdy  kl twa ksi cia Amberu, rzucona w momencie 

niepohamowanej furii, zawsze si  spełnia.  

      Szarpałem w rozpaczy słom  w tej najczarniejszej z cel, lecz nie wylałem ani 

jednej łzy. I to było najstraszniejsze. Po jakim  czasie - tylko wy, bogowie, i ja 

wiemy, jak długim - znów zasn łem.  

      - Kiedy si  obudziłem, głowa nadal p kała mi z bólu. Podniosłem si  na nogi i 

zmierzyłem wielko  celi. Miała cztery kroki szeroko ci i pi  długo ci. Dziura w 

podłodze pełniła rol  ust pu, a w rogu le ał wypchany słom  materac. U dołu 

drzwi była szczelina, a za ni  taca ze st chłym chlebem i butelk  wody. Posiliłem 

si , ale nie przyniosło mi to ulgi. Ból pulsował mi w skroniach i daleko mi było do 

spokoju ducha.  

      Starałem si  jak najwi cej spa . Nikt do mnie ani razu nie przyszedł. 

Budziłem si , przemierzałem cel , wymacywałem tac  pod drzwiami i jadłem, co 

mi dawano.  

      Potem znów szedłem spa .  

      Po siedmiu spaniach przeszedł mi ból w oczodołach. Nienawidziłem mojego 

brata, który był królem Amberu. Wolałbym,  eby mnie zabił.  

      Ciekaw byłem reakcji ogółu, ale pozostawało to dla mnie tajemnic . 

Wiedziałem jednak,  e gdy mrok obejmie sam Amber, Eryk po ałuje swojego 

czynu. To jedno wiedziałem na pewno i z tego czerpałem pociech .  

      Tak zacz ły si  moje dni w ciemno ci, których nie miałem jak odmierzy . 

Nawet gdybym miał oczy, nie odró niłbym dnia od nocy w tym lochu.  

      Czas płyn ł sobie obok, ignoruj c mnie. Czasem oblewał mnie zimny pot i 

dr ałem jak w gor czce na my l o tym. Jak długo ju  tu jestem? Par  miesi cy? 

Mo e tylko par  godzin? Tygodni? Czy lat?  

      Przestałem si  nad tym zastanawia . Spałem, spacerowałem (wiedziałem z 

najwi ksz  dokładno ci , gdzie postawi  stop  i kiedy zawróci ), rozmy lałem o 

wszystkim, czego dokonałem i czego nie dokonałem. Czasem siadałem ze 

skrzy owanymi nogami, oddychałem wolno i gł boko, usuwałem z głowy my li i 

starałem si  wytrwa  w takim stanie jak najdłu ej. To pomagało - o niczym nie 

my le .  

background image

 

100 

      Eryk był sprytny. Mimo  e posiadałem w sobie moc, teraz była ona 

bezu yteczna. Niewidomy nie mo e w drowa  przez Cienie.  

      Broda urosła mi a  do pasa, włosy miałem długie i zmierzwione. Pocz tkowo 

stale byłem głodny, ale potem straciłem apetyt. Czasem kr ciło mi si  w głowie, 

gdy zbyt raptownie wstałem. Miałem koszmary, podczas których  niło mi si ,  e 

widz , i tym gorsze było przebudzenie.  

      Jednak e po pewnym czasie wypadki, które mnie tu doprowadziły, wydały mi 

si  czym  odległym i nierealnym. Miałem wra enie,  e przydarzyły si  komu  

innemu. I było to w pewnym sensie prawd .  

      Straciłem sporo na wadze. Wyobra ałem sobie, jak wygl dam, blady i 

wychudły. Nie mogłem nawet płaka , cho  par  razy próbowałem. Co  było nie w 

porz dku z moimi kanalikami łzowymi. To straszne,  eby doprowadzi  człowieka 

do takiego stanu.  

      Pewnego dnia usłyszałem lekkie drapanie w drzwi. Zignorowałem to. 

Powtórzyło si , lecz znów nie zareagowałem. Wtedy dobiegło mnie moje imi , 

wypowiedziane pytaj cym szeptem. Przeszedłem przez cel .  

      - Tak? - spytałem.  

      - To ja, Rein. Jak si  czujesz? Roze miałem si  na to.  

      - Wspaniale, po prostu wspaniale! Noc w noc pij  szampana i ta cz  z 

dziewcz tami. Powiniene  sam kiedy  spróbowa .  

      - Bardzo mi przykro,  e nie mog  nic dla ciebie zrobi  - powiedział i wyczułem 

w jego głosie ból.  

      - Wiem - odparłem.  

      - Pomógłbym ci, gdybym tylko mógł.  

      - Wiem.  

      - Przyniosłem ci co . Masz.  

      Klapka u dołu drzwi zaskrzypiała parokrotnie przy podnoszeniu.  

      - Co to jest? - spytałem.  

      - Czyste ubranie, trzy bochenki  wie ego chleba, ser, mi so, dwie butelki 

wina, karton papierosów i mnóstwo zapałek.  

       cisn ło mnie w gardle.  

      - Dzi kuj , Rein. Jeste  porz dnym człowiekiem. Jak ci si  udało to 

przeprowadzi ?  

      - Znam stra nika, który ma dzisiaj słu b . On nic nie powie. Za du o jest mi 

winien.  

      - Oby nie zechciał zlikwidowa  swoich długów za pomoc  szanta u - 

powiedziałem. - Nie przychod  wi cej, cho  nie musz  ci mówi , jak bardzo ci 

jestem wdzi czny. Oczywi cie zniszcz  wszelkie  lady.  

      -  ałuj ,  e tak si  to sko czyło, Corwinie.  

      - Ja te . Dzi kuj ,  e  o mnie nie zapomniał, pomimo rozkazu.  

      - Przyszło mi to bez trudu.  

      - Jak długo tu jestem?  

      - Cztery miesi ce i dziesi  dni.  

      - Co nowego w Amberze?  

      - Eryk rz dzi. To wszystko.  

      - Gdzie jest Julian?  

background image

 

101 

      - Z powrotem w Lesie Arde skim ze swoj  stra .  

      - Dlaczego?  

      - Jakie  dziwne rzeczy zacz ty ostatnio przenika  z Cieni.  

      - Rozumiem. Co z Caine'em?  

      - Jest nadal w Amberze i hula, ile wlezie. Przewa nie pije i zabawia si  z 

dziewcz tami.  

      - A Gerard?  

      - Jest admirałem całej floty.  

      Odetchn łem z ulg . Bałem si ,  e przyjdzie mu zapłaci  za wycofanie si  na 

południe podczas naszej bitwy morskiej.  

      - A co z Randomem?  

      - Jest za kratkami.  

      - Co? Schwytali go?  

      - Tak. Przeszedł Wzorzec w Rebmie i zjawił si  tutaj z kusz . Zranił Eryka, 

zanim go uj to.  

      - Naprawd ? Dlaczego nie został zabity?  

      - Podobno o enił si  w Rebmie z dam  dworu. Eryk nie chce w tej chwili 

adnych zadra nie  z Rebm . Moire jest władczyni  pi knego królestwa i mówi 

si ,  e Eryk chce prosi  j  o r k . To wszystko plotki, oczywi cie - Ale 

interesuj ce.  

      - Tak - powiedziałem.  

      - Lubiła ci , prawda?  

      - Poniek d. Sk d wiesz?  

      - Byłem obecny, kiedy s dzono Randoma. Rozmawiałem z nim przez chwil . 

Lady Vialle, jego  ona, prosiła,  eby pozwolono jej zamieszka  z nim w celi. Eryk 

nie wie jeszcze, co odpowiedzie .  

      Pomy lałem o niewidomej dziewczynie, której nigdy nie widziałem, i 

zadumałem si .  

      - Kiedy si  to wszystko zdarzyło? - spytałem.  

      - Hm... Przeszło miesi c temu. Wtedy wła nie pojawił si  Random. A w 

tydzie  pó niej Vialle wyst piła ze swoj  pro b .  

      - Musi by  dziwn  kobiet , je li naprawd  pokochała Randoma.  

      - To samo pomy lałem. Nie mog  sobie wyobrazi  bardziej niezwykłej pary.  

      - Je li b dziesz miał okazj  go zobaczy , przeka  mu moje pozdrowienia i 

wyrazy współczucia.  

      - Dobrze.  

      - Jak si  maj  moje siostry?  

      - Deirdre i Llewella s  nadal w Rebmie. Lady Florimel cieszy si  łaskami 

Eryka i zajmuje wysok  pozycj  na dworze. Nie wiem nic o Fionie.  

      - Czy s  jakie  wie ci o Bleysie? Jestem pewien,  e zgin ł.  

      - Musiał zgin  - powiedział Rein. - Ale jego ciała nie odnaleziono.  

      - Co z Benedyktem?  

      - Jak kamie  w wod .  

      - A z Brandem?  

      -  adnego kontaktu.  

      - To by chyba było całe drzewo rodzinne. Napisałe  jakie  nowe ballady?  

background image

 

102 

      - Nie - odparł. - Wci  pracuj  nad "Obl eniem Amberu", lecz w najlepszym 

razie b dzie to mo na  piewa  jedynie pok tnie.  

      Wyci gn łem r k  przez szczelin  u dołu drzwi.  

      - Chciałbym u cisn  ci prawic  - powiedziałem i poczułem,  e jego dło  

dotyka mojej. - Post piłe  bardzo szlachetnie,  e do mnie przyszedłe , ale nie rób 

tego wi cej. Byłoby głupot  nara a  si  na gniew Eryka. Chwycił mnie za r k , 

wymamrotał co  i poszedł.  

      Wymacałem jego pakunek z darami i zabrałem si  przede wszystkim do 

mi sa, które najłatwiej si  psuje. Zjadłem do niego mnóstwo chleba i 

u wiadomiłem sobie,  e niemal zapomniałem ju , jak smakuje dobre jedzenie.  

      Pó niej ogarn ła mnie senno  i poło yłem si . Chyba nie spałem zbyt długo, a 

kiedy si  obudziłem, otworzyłem jedn  z butelek wina.  

      Przy moim wycie czeniu niewiele trzeba było, abym poczuł si  na rauszu. 

Zapaliłem papierosa, usiadłem na materacu, oparłem si  o  cian  i oddałem si  

wspomnieniom.  

      Przypomniałem sobie Reina jako dziecko. Ja byłem ju  dorosły, a on był 

kandydatem na królewskiego błazna. Chudy, m dry dzieciak, z którego wszyscy 

si  naigrawali. Ł cznie ze mn . Komponowałem ju  wtedy muzyk  i pisałem 

ballady, on natomiast zdobył sk d  lutni  i nauczył si  na niej gra . Wkrótce 

piewali my razem unisono i na dwa głosy; bardzo szybko go polubiłem i 

zacz łem uczy  sztuki wojennej. Niezbyt dobrze mu to szło, ale czułem si  winny 

za to, jak go traktowałem przedtem, tote  nie szcz dziłem mu łask, nawet na 

wyrost, i w ko cu nauczyłem go całkiem zno nie włada  szabl . Nigdy tego nie 

ałowałem, i on zapewne te  nie. Wkrótce został minstrelem na dworze w 

Amberze. Przez cały ten czas nazywałem go swoim paziem, i kiedy ogłoszono 

wojn  przeciwko ciemnym siłom przybyłym z Cienia, zwanym Weirmonkenami, 

uczyniłem go swoim giermkiem i pojechali my razem na wojn . Pasowałem go na 

rycerza na polu bitewnym pod Jones Falls i w pełni na to zasłu ył. Pó niej 

przerósł mnie w materii układania pie ni. Był prawdziwie złotoustym 

piewakiem, a nosił si  w barwach szkarłatu. Kochałem go jako jednego z moich 

nielicznych przyjaciół w Amberze. Nie przypuszczałem jednak,  e o mieli si  

zaryzykowa  przemycenie mi  ywno ci. Nikt by si  nie o mielił. Zapaliłem 

drugiego papierosa i poci gn łem nast pny łyk na jego cze  i za jego zdrowie. 

Był dobrym człowiekiem. Ciekawe, jak długo uda mu si  zachowa  skór .  

      Wyrzuciłem niedopałki do dziury, podobnie jak pó niej pust  butelk . Nie 

chciałem, aby w razie nagłej inspekcji cokolwiek zdradzało,  e kto  "umilał mi 

ycie". Pochłon łem wszystko, co mi przyniósł, i po raz pierwszy od momentu 

uwi zienia najadłem si  a  do przesytu. Drug  butelk  wina zachowałem na 

pó niej, aby si  upi  i zapomnie .  

      A gdy i to miałem ju  za sob , znów naszła mnie fala gorzkich rozwa a . 

Jedyn  nadziej  czerpałem z przekonania,  e Eryk nie zna do ko ca granic 

naszych mo liwo ci. Był królem Amberu, to prawda, ale nie zgł bił jeszcze 

wszystkich tajemnic. Nie wiedział tego wszystkiego, co ojciec. Istniała szansa, 

jedna na milion,  e co  mo e obróci  si  na moj  korzy . Tylko tyle miałem na 

pociech ,  eby nie zwariowa  z rozpaczy.  

      Ale całkiem mo liwe,  e na jaki  czas postradałem zmysły - nie wiem. S  dni, 

background image

 

103 

których w  aden sposób nie potrafi  sobie odtworzy , teraz kiedy stoj  tutaj na 

kraw dzi Chaosu. Bóg jeden wie, co si  za nimi kryło, a ja z pewno ci  nie 

wybior  si  do psychoanalityka,  eby to roztrz sa . Zreszt  i tak  aden lekarz nie 

dałby sobie rady z nikim z mojej rodziny.  

      Sp dzałem czas le c lub chodz c w parali uj cej ciemno ci. Stałem si  

bardziej wyczulony na d wi ki. Słyszałem harce szczurów w słomie, dalekie j ki 

innych wi niów, echo kroków stra nika, gdy zbli ał si  z tac .  

      Nauczyłem si  rozpoznawa  po odgłosach odległo  i kierunek.  

      Zapewne stałem si  te  bardziej wra liwy na zapachy, lecz starałem si  nie 

zwraca  na to uwagi. Oprócz oczywistego mdl cego smrodu, przez dłu szy czas 

mógłbym przysi c,  e czuj  odór rozkładaj cego si  ciała.  

      Zastanawiałem si , jak długo by trwało, zanim by spostrze ono,  e nie  yj ? 

Ile kromek chleba i misek z pomyjami musiałoby si  zgromadzi  pod drzwiami, 

eby stra nik postanowił sprawdzi , co si  stało?  

      Odpowied  na to pytanie mogła by  bardzo wa na.  

      Odór  mierci utrzymywał si  w powietrzu do  długo. Próbuj c my le  w 

kategoriach czasu, uznałem,  e trwało to przeszło tydzie .  

      Chocia  wydzielałem sobie papierosy bardzo ostro nie, walcz c z gwałtown  

ch ci  i łatw  do spełnienia pokus , nadszedł w ko cu dzie , kiedy wzi łem do 

r ki ostatni  paczk .  

      Otworzyłem j  i zapaliłem. Miałem karton salemów, a wi c wypaliłem 

jedena cie paczek. Czyli dwie cie dwadzie cia papierosów. Obliczyłem kiedy ,  e 

pal  jednego papierosa przez siedem minut. To znaczy,  e samo palenie zaj ło mi 

tysi c pi set czterdzie ci minut, czyli dwadzie cia pi  godzin i czterdzie ci 

minut. Byłem pewien,  e mi dzy jednym papierosem a drugim upływała co 

najmniej godzina, a raczej nawet półtorej. Powiedzmy półtorej godziny. Spałem 

jakie  sze  do o miu godzin na dob , czyli zostawało szesna cie do osiemnastu 

godzin czuwania. Paliłem wi c dziesi  do dwunastu papierosów dziennie. Czyli 

to by znaczyło,  e od wizyty Reina upłyn ły jakie  trzy tygodnie. Powiedział mi, 

e siedz  tu cztery miesi ce i dziesi  dni, wobec tego do chwili obecnej od dnia 

koronacji musiało min  około pi ciu miesi cy.  

      Hołubiłem moj  ostatni  paczk  papierosów, rozkoszuj c si  ka dym z nich 

jak przygod  miłosn , a kiedy si  sko czyły, ogarn ła mnie depresja. Czas płyn ł 

i płyn ł. My lałem o Eryku. Jak sobie radził jako władca? Jakie mógł mie  

problemy? Jakie miał plany? Dlaczego nie kazał mnie torturowa ? Czy to 

mo liwe, by zapomniano o mnie w Amberze, nawet je li tak nakazywał dekret 

królewski? Uznałem,  e niemo liwe.  

      A co z moimi bra mi? Dlaczego  aden z nich si  ze mn  nie skontaktował? Nic 

łatwiejszego, jak wyci gn  mój Atut i złama  rozkaz Eryka. Ale nikt tego nie 

zrobił.  

      Długo my lałem o Moire, ostatniej kobiecie, któr  kochałem. Co robiła? Czy 

mnie wspominała? Pewno nie. Mo e była ju  kochank  Eryka albo jego  on . 

Czy kiedykolwiek mówiła z nim o mnie? Znów uznałem,  e pewno nie.  

      Co porabiały moje siostry? Do diabła z nimi, wszystkie takie same.  

      Straciłem ju  kiedy  wzrok, gdy o lepił mnie odrzut płomienia przy odpalaniu 

armaty w osiemnastym wieku na Cieniu-Ziemi. Ale trwało to tylko około 

background image

 

104 

miesi ca, potem wzrok odzyskałem. Jednak e Eryk wydaj c rozkaz wybrał 

radykalny  rodek. Nadal budziłem si  z krzykiem i dygotałem zlany zimnym 

potem, gdy wracał mi w pami ci obraz rozpalonych do biało ci pr tów - i ich 

dotyk!  

      J czałem bezgło nie i chodziłem od  ciany do  ciany.  

      Nic absolutnie nie mogłem zrobi  i to było najgorsze ze wszystkiego. Byłem 

bezradny jak niemowl . Oddałbym dusz  za to,  eby odzyska  wzrok i da  upust 

dławi cej mnie nienawi ci.  eby cho  na godzin  móc z mieczem w dłoni stan  

jeszcze przeciwko bratu.  

      Poło yłem si  na materacu i zasn łem. Kiedy si  obudziłem, zjadłem swoj  

porcj  i znów zacz łem kr y  po celi. U r k i nóg miałem szpony zamiast 

paznokci, broda si gała mi za pas, a włosy bez przerwy spadały na oczy. Byłem 

brudny i wszystko mnie sw działo. Zastanawiałem si , czy mam wszy.  

      Na my l,  e mo na doprowadzi  ksi cia Amberu do takiego stanu, trz słem 

si  z bezsilnej furii, płyn cej gdzie  z samego  rodka jestestwa. Wychowałem si  

w przekoamiu,  e jeste my niezwyci eni, nieskazitelni, opanowani i twardzi 

niczym diamenty, jak nasze portrety na Atutach. Najwyra niej tak nie było.  

      Ale przynajmniej byłem na tyle podobny do innych ludzi,  eby szuka  

ratunku. Grałem sam ze sob  w rozmaite gry, opowiadałem sobie historyjki, 

wspominałem ró ne przyjemne chwile - a było ich wiele. Przywoływałem w 

my lach uroki przyrody: wiatr, deszcz, ciepłe lato, rze kie podmuchy wiosny. Na 

Cieniu-Ziemi miałem mały samolot i bardzo lubiłem nim lata . Teraz 

odtwarzałem w pami ci rozja nione sło cem panoramy, zminiaturyzowane 

miasta, ogromne bł kitne przestrzenie nieba, stada chmurek (gdzie one teraz s ?) 

i wielkie połacie oceanu pod skrzydłami. Przypominałem sobie kobiety, które 

kochałem, przyj cia, potyczki zbrojne.  

      A kiedy ju  nie mogłem si  powstrzyma , my lałem o Amberze.  

      Pewnego dnia, przy podobnej okazji, moje kanaliki łzowe znów zacz ły 

funkcjonowa . Zapłakałem.  

      Po niesko czenie długim czasie, wypełnionym ciemno ci  i snem, usłyszałem 

kroki, które zatrzymały si  przed drzwiami mojej celi, i zgrzytn ł klucz w zamku.  

      Było to tak długo po wizycie Reina,  e zapomniałem ju , jak smakuje wino i 

papierosy. Nie potrafiłem okre li , ile czasu min ło, ale byłem pewny,  e upłyn ło 

go du o.  

      Na korytarzu stali dwaj m czy ni. Poznałem to po krokach, jeszcze zanim 

usłyszałem ich głosy. Jeden z głosów był mi znajomy. Drzwi si  otworzyły i Julian 

zawołał mnie po imieniu. Nie odpowiedziałem, powtórzył wi c:  

      - Corwin? Chod  tutaj. Poniewa  nie miałem wielkiej mo liwo ci wyboru, 

wstałem i wyszedłem. Zatrzymałem si  przed nim.  

      - Czego chcesz? - spytałem  

      - Chod  ze mn . - I wzi ł mnie za rami .  

      Poszli my korytarzem; on nic nie mówił, a ja pr dzej bym sobie j zyk odgryzł, 

ni  zadał mu jakie  pytanie. Poznałem po odgłosach,  e wchodzimy do hallu. 

Pó niej powiódł mnie schodami w gór , a nast pnie do pałacu.  

      Tam zaprowadzono mnie do jakiego  pomieszczenia i usadzono na krze le. 

Golibroda przyst pił do  cinania mi włosów i brody. Nie poznałem go po głosie, 

background image

 

105 

kiedy spytał, czy chc  mie  brod  równo przyci t  czy zgolon .  

      - Zgól - zaordynowałem, po czym zostałem oddany w r ce manikiurzystki, 

która zaj ła si  wszystkimi moimi dwudziestoma paznokciami.  

      Zostałem wyk pany i ubrany w czysty strój, który na mnie wisiał. Zostałem 

tak e odwszawiony, ale o tym nie mówmy.  

      Teraz zaprowadzono mnie do innego czarnego pomieszczenia wypełnionego 

muzyk , zapachem smakowitych potraw,  miechem i gwarem głosów. 

Domy liłem si ,  e to sala jadalna.  

      Gwar nieco ucichł, kiedy Julian wprowadził mnie i usadowił na krze le. 

Siedziałem tam, a  rozległy si  d wi ki tr bki i zmuszono mnie,  ebym wstał.  

      Usłyszałem toast:  

      - Niech  yje Eryk Pierwszy, król Amberu! Niech  yje król!  

      Nie spełniłem toastu, ale nikt nic zwrócił na to uwagi. Wniósł go Caine, to jego 

głos dobiegał ze szczytu stołu. Nie  ałowałem sobie jedzenia, jako  e był to 

najlepszy posiłek, jaki dostałem od koronacji. Z dobiegaj cych mnie rozmów 

zrozumiałem,  e obchodzimy wła nie rocznic  tego wydarzenia, co znaczyło,  e 

sp dziłem cały rok w ciemnicy.  

      Nikt si  do mnie nie odezwał i ja nie próbowałem zagadywa  do nikogo. 

Byłem tu obecny jedynie w charakterze ducha. Po to, aby mnie upokorzy  i 

unaoczni  moim braciom cen , jak  trzeba zapłaci  za sprzeniewierzenie si  

władcy. Poza dzisiejszym wieczorem za  zostałem skazany na zapomnienie.  

      Trwało to do pó nej nocy. Kto  hojnie dolewał mi wina, a to ju  było co . 

Przez reszt  nocy siedziałem gdzie  w k cie i słuchałem muzyki przygrywaj cej 

do ta ca. Nad ranem, pijanego do nieprzytomno ci, zawleczono mnie z powrotem 

do celi. I ju  było po wszystkim, został mi na pociech  czysty strój.  ałowałem 

jedynie,  e nie upiłem si  dostatecznie, aby zanieczy ci  podłog  albo czyje  

od wi tne szaty.  

      Tak sko czył si  mój pierwszy rok w ciemnicy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

106 

Rozdział 9 

 

Nie chc  si  powtarza , wi c powiem krótko,  e drugi rok był bardzo podobny 

do pierwszego, z tym samym finałem. Podobnie jak trzeci. Podczas drugiego roku 

Rein przyszedł do mnie dwukrotnie, przynosz c rozmaite dobra i plotki. W obu 

przypadkach zabroniłem mu pokazywa  si  wi cej. Trzeciego roku przyszedł 

sze  razy, co drugi miesi c - za ka dym razem zabraniałem mu tego na nowo, 

cho  z niekłaman  przyjemno ci  jadłem przyniesion   ywno  i słuchałem jego 

nowin.  

       le si  działo w Amberze. Jakie  nieczyste siły przybywały z Cieni szerz c 

zniszczenie. Rozprawiano si  z nimi, oczywi cie. Eryk zachodził w głow , sk d si  

brały. Nie wspomniałem nic o mojej kl twie, lecz pó niej w samotno ci czerpałem 

rado  z jej spełnienia.  

      Random był nadal wi niem, jak i ja. Jego  ona rzeczywi cie si  z nim 

poł czyła. Pozycja reszty mojego rodze stwa pozostała nie zmieniona.  

      I tak przebrn łem przez trzeci  rocznic  koronacji mojego brata, gdy 

zdarzyło si  co , co niemal przywróciło mnie  yciu.  

      To co ...  

      To co  pojawiło si  pewnego dnia i wprawiło mnie w tak doskonały humor,  e 

natychmiast otworzyłem ostatni  butelk  wina od Reina i ostatnie zaoszcz dzone 

pudełko papierosów. Paliłem, poci gałem z butelki i rozkoszowałem si  my l ,  e 

jednak pobiłem Eryka. Gdyby si  o tym dowiedział, oznaczałoby to mój koniec. 

Ale nie wiedział. Piłem, paliłem i upajałem si   wiatełkiem, które mi zamigotało.  

      Tak,  wiatełkiem.  

      Dojrzałem jasn  plamk  gdzie  na prawo. Czy macie poj cie, co to dla mnie 

znaczyło?  

      Jak pami tacie, odzyskawszy przytomno  na łó ku szpitalnym dowiedziałem 

si ,  e ko ci zrosły mi si  znacznie szybciej, ni  si  ktokolwiek spodziewał. 

Rozumiecie ju ? Zdrowiej  w szybszym tempie ni  inni. Wszyscy ksi

ta i 

ksi niczki Amberu s  w pewnym stopniu obdarzeni t  wła ciwo ci . Prze yłem 

zaraz , prze yłem marsz na Moskw ... Regeneruj  si  pr dzej i lepiej ni  wszyscy 

inni. Nawet Napoleon zwrócił na to uwag . Podobnie jak generał MacArthur. 

Tkanka nerwowa potrzebowała po prostu wi cej czasu,  eby si  odnowi , i tyle. 

Ta cudowna plamka  wiatła na prawo oznaczała,  e odzyskiwałem wzrok. Jak si  

okazało, było to zakratowane okienko w drzwiach celi.  

      Moje palce powiedziały mi,  e mam nowe gałki oczne. Trwało to trzy lata, ale 

si  dokonało. To była ta jedna szansa na milion, o której mówiłem wcze niej; 

szansa, której nawet Eryk nie mógł przewidzie  z powodu zró nicowanych 

mo liwo ci poszczególnych członków rodziny. I na tym polu go pobiłem: 

przekonałem si ,  e mog  sprawi  sobie nowe oczy. Zawsze wiedziałem,  e mój 

organizm potrafi w stosownym czasie odnowi  tkank  nerwow . Podczas wojny 

francusko-pruskiej otrzymałem postrzał w kr gosłup i zostałem cz ciowo 

sparali owany. Po dwóch latach to min ło.  ywiłem cich  nadziej  - przyznaj ,  e 

zwariowan  - i  mo e co  takiego stanie si  i w tym przypadku, i moje wypalone 

oczy si  zregeneruj . I miałem racj . Sprawiały wra enie zdrowych i całych, a 

wzrok powoli mi wracał.  

background image

 

107 

      Ile czasu zostało do nast pnej rocznicy koronacji? Przestałem kr y  po celi i 

serce zabiło mi mocniej. W chwili gdy kto  zauwa y,  e odzyskałem oczy, znów je 

strac . Musz  wi c uciec, zanim min  cztery lata.  

      Ale jak?  

      Do tej pory nie po wi całem temu zagadnieniu wi kszej uwagi, gdy  nawet 

gdybym wymy lił sposób na wydostanie si  z celi, nigdy nie udałoby mi si  uj  z 

Amberu - czy cho by z pałacu - bez oczu, bez niczyjej pomocy i bez  adnych 

szans na jedno czy drugie. Jednak e teraz...  

      Drzwi celi były du e, ci kie, okute mosi dzem, z malutkim zakratowanym 

okienkiem na wysoko ci półtora metra,  eby mo na było zajrze  do  rodka, czy 

jeszcze  yj , gdyby kogokolwiek to obchodziło. Nawet gdybym zdołał wyrwa  

krat , nie si gn łbym r k  do zamka po drugiej stronie. Na dole była tylko w ska 

szczelina osłoni ta klapk , przez któr  mo na było najwy ej wzi  po ywienie. 

Zawiasy znajdowały si  po drugiej stronie albo mi dzy drzwiami a framug , ale 

tak czy owak poza moim zasi giem. Innych drzwi nie było.  

      Nadal czułbym si  jak  lepiec, gdyby nie nikłe, pokrzepiaj ce na duchu 

wiatełko zza kratki. Zdawałem sobie spraw ,  e nie odzyskałem jeszcze w pełni 

wzroku i  e to musi potrwa , lecz i tak niewiele bym dojrzał w tych egipskich 

ciemno ciach. Wiedziałem to, poniewa  znałem lochy pod Amberem.  

      Zapaliłem papierosa chodz c od  ciany do  ciany, a potem oszacowałem swój 

dobytek pod k tem tego, co by mogło mi by  pomocne. Miałem ubranie, materac 

i ile dusza zapragnie przegniłej słomy. Miałem tak e zapałki, ale szybko 

odrzuciłem my l,  eby j  podpali . Było mocno w tpliwe, aby kto  przyszedł i 

otworzył drzwi. Ju  pr dzej stra nik odpowiedziałby mi  miechem, gdyby si  w 

ogóle zjawił. Miałem jeszcze ły k , któr  zw dziłem na ostatnim bankiecie. 

Chciałem wzi  nó , ale Julian zauwa ył,  e go bior  do r ki, i wyrwał mi. Nie 

wiedział jednak,  e była to ju  moja druga próba i  e zd yłem przedtem wetkn  

do buta ły k .  

      Czy mogła mi si  teraz do czego  przyda ?  

      Słyszałem te historie o facetach wydłubuj cych tunel z celi za pomoc  

najnieprawdopodobniejszych rzeczy: klamerek od paska (którego nie miałem) - i 

tak dalej. Aleja nie mogłem traci  czasu na metody hrabiego Monte Christo. 

Musiałem by  na wolno ci w ci gu paru miesi cy, w przeciwnym razie moje nowe 

oczy na nic mi si  nie przydadz .  

      Drzwi były drewniane. D bowe. Opasane czterema metalowymi paskami. 

Jeden biegł naokoło przy samej górze, drugi na dole, tu  nad szczelin ; dwa 

pozostałe z góry na dół po obu stronach zakratowanego okienka. Wiedziałem,  e 

drzwi otwieraj  si  na zewn trz i maj  zamek po lewej stronie. Jak pami tałem z 

dawnych czasów, ich grubo  wynosiła jakie  pi  centymetrów; starałem si  

przypomnie  sobie mniej wi cej poło enie zamka, co zweryfikowałem opieraj c 

si  o drzwi i czuj c w tym miejscu opór. Wiedziałem,  e s  tak e zamkni te na 

zasuw , ale to zmartwienie zostawiłem sobie na potem. Mo e uda mi si  j  

podwa y  wsuwaj c trzonek ły ki mi dzy drzwi a framug .  

      Kl cz c na materacu wyryłem ły k  czworok t w miejscu, gdzie powinien 

znajdowa  si  w drzwiach mechanizm zamka. Pó niej zabrałem si  do pracy i nie 

ustawałem przez par  godzin, dopóki r ka nie odmówiła mi posłusze stwa. 

background image

 

108 

Przejechałem paznokciem po powierzchni drzwi. Ledwo je zadrapałem, ale 

pocz tek był zrobiony. Przeło yłem ły k  do lewej r ki i dłubałem dalej, dopóki i 

ona nie zacz ła mnie bole .  

      Miałem nadziej ,  e mo e Rein si  poka e. Byłem pewien,  e uda mi si  

namówi  go do oddania mi swojego sztyletu, je li go przycisn . Nie pokazał si  

jednak, wi c nadal mozolnie  cierałem drzwi ły k .  

      Pracowałem tak dzie  po dniu, a  wy łobiłem prostok t gł boki na przeszło 

centymetr. Za ka dym razem, kiedy słyszałem kroki stra nika, przesuwałem 

materac z powrotem do przeciwległej  ciany i kładłem si  na nim plecami do 

drzwi. Gdy stra nik odchodził, wracałem do roboty. Musiałem j  jednak na jaki  

czas przerwa , cho  z du  niech ci . Mimo  e owin łem dłonie kawałkiem 

materiału oddartym z ubrania, były całe w b blach, które p kaj c odsłaniały 

ywe, krwawi ce mi so. Byłem wi c zmuszony da  im si  wygoi , a ten czas 

postanowiłem przeznaczy  na zaplanowanie, co zrobi  po wyj ciu.  

      Kiedy wydłubi  ju  dostatecznie gł boki otwór w drzwiach, podnios  zasuw . 

Łomot, jaki wyda spadaj c, sprowadzi prawdopodobnie stra nika. Ja b d  ju  

wtedy na zewn trz. Par  kopniaków powinno wyłama  drzwi wokół zamka, a 

sam zamek mo e sobie zosta  na miejscu. Stan  twarz  w twarz ze stra nikiem, 

który w przeciwie stwie do mnie b dzie uzbrojony, lecz b d  musiał go pokona .  

      Z jednej strony mo e działa  ze zbytni  pewno ci  siebie my l c, i  jestem 

lepy, lecz z drugiej strony mo e te  zachowa  pewn  ostro no , pami taj c, jak 

wkroczyłem do Amberu. Tak czy owak zginie, a ja zdob d  bro . Pomacałem 

prawy biceps i czubki moich palców niemal si  zetkn ły. Bo e! Ale  byłem 

wychudzony! Ale nadal byłem ksi ciem Amberu i nawet w tym stanie 

powinienem da  rad  zwykłemu człowiekowi. Mo e sam siebie zwodziłem, ale 

musiałem spróbowa .  

      Je li mi si  powiedzie, to maj c miecz w r ku nie cofn  si  przed niczym,  eby 

dotrze  do Wzorca, a potem z jego centrum przenios  si  do dowolnego  wiata 

Cieni. Tam si  wykuruj , powróc  do sił i tym razem nie b d  si  spieszył. Nawet 

gdyby miało mi to zaj  całe stulecie, przygotuj  wszystko do ostatniego 

szczegółu, zanim znów wyrusz  na Amber. Ostatecznie byłem jego legalnym 

władc . Czy  nie ukoronowałem si  w obecno ci całego dworu jeszcze przed 

Erykiem? Mam wi c słuszne prawo do tronu!  

      Gdyby tylko mo na było przej  do Cienia prosto z Amberu! Nie musiałbym 

wtedy zawraca  sobie głowy Wzorcem. Ale mój Amber stanowi centrum 

wszechrzeczy i nie tak łatwo si  go opuszcza.  

      Po jakim  miesi cu r ce mi si  wygoiły i wkrótce po podj ciu pracy były znów 

całe w odciskach. Pewnego dnia, słysz c kroki stra nika, jak zwykle przesun łem 

materac do przeciwległej  ciany. Klapka skrzypn ła i mój posiłek przesun ł si  

przez szczelin . Zaraz te  kroki si  oddaliły.  

      Wróciłem do drzwi. Nie patrz c na tac  wiedziałem, co zawiera: kromk  

suchego chleba, garnek wody i w najlepszym razie jeszcze kawałek sera. 

Wróciłem do poprzedniego zaj cia. Byłem w nim na dobre pogr ony, gdy nagle 

usłyszałem za plecami zduszony  miech.  

      Odwróciłem si . Przy  cianie na lewo stał jaki  człowiek i chichotał.  

      - Kim jeste ? - spytałem, a mój głos zabrzmiał mi w uszach jako  dziwnie. 

background image

 

109 

U wiadomiłem sobie,  e to pierwsze słowa, jakie wypowiedziałem od dłu szego 

czasu.  

      - Szykujemy ucieczk  - odezwał si . - Próbujemy zwia . - I znów zachichotał.  

      - Jak si  tu dostałe ?  

      - Wszedłem.  

      - Któr dy? W jaki sposób?  

      Zapaliłem zapałk  i cho  zabolały mnie oczy, nie zgasiłem płomienia.  

      Miałem przed sob  niewielkiego m czyzn . Wła ciwie nawet zupełnie 

małego. Miał jakie  półtora metra wzrostu i był garbusem. Jego włosy i broda 

były w nie lepszym stanie ni  moje. Jedyn  wyró niaj c  go cech  po ród tej 

zmierzwionej g stwiny był długi, haczykowaty nos i czarne oczka, teraz zmru one 

przed  wiatłem.  

      - Dworkin - powiedziałem.  

      Znów zachichotał.  

      - Zgadza si . A ty kim jeste ?  

      - Nie poznajesz mnie, Dworkinie? - Zapaliłem drug  zapałk  i przysun łem j  

do twarzy. - Przyjrzyj mi si . Odejmij brod  i dodaj mi jakie  pi dziesi t kilo 

wagi. Wyrysowałe  mnie z cał  dokładno ci  na kilkunastu taliach kart.  

      - Corwin - powiedział w ko cu. - Przypominam sobie, tak.  

      - My lałem,  e nie  yjesz.  

      -  yj ,  yj . Widzisz? - Zakr cił przede mn  pirueta. - Jak si  ma twój ojciec? 

Widziałe  go ostatnio? Czy to on ci  tu wpakował?  

      - Nie ma ju  Oberona - odparłem. - W Amberze rz dzi mój brat Eryk, a ja 

jestem jego wi niem.  

      - Wobec tego Ja mam pierwsze stwo, gdy  ja jestem wi niem Oberona.  

      - Naprawd ? Nikt z nas nie wiedział,  e ojciec wsadził ci  do wi zienia.  

      Usłyszałem szloch.  

      - Owszem - powiedział po chwili. - Nie ufał mi.  

      - Dlaczego?  

      - Powiedziałem mu,  e wymy liłem, w jaki sposób mo na zniszczy  Amber. 

Opisałem mu to, a on mnie zamkn ł.  

      - Niezbyt to było miłe z jego strony.  

      - Wiem - przyznał Dworkin - ale dał mi wygodne pomieszczenie i rozmaite 

rzeczy do eksperymentowania.  

      Tylko  e po jakim  czasie przestał mnie odwiedza . Przyprowadzał ze sob  

ró nych ludzi, którzy pokazywali mi kleksy z atramentu i kazali układa  o nich 

historie. To było nawet zabawne, ale pewnego dnia jeden kleks nie bardzo mi si  

spodobał i zamieniłem tego m czyzn  w  ab . Król si  rozzło cił, kiedy nie 

chciałem go przywróci  do poprzedniej postaci. Teraz od tak dawna nikogo nie 

widziałem,  e nawet byłbym gotów to zrobi . Raz...  

      - Jak dostałe  si  tutaj, do mojej celi? - spytałem ponownie.  

      - Powiedziałem ci, wszedłem.  

      - Przez  cian ?  

      - Oczywi cie,  e nie. Przez  cian  Cienia.  

      - Przecie   aden człowiek nie mo e przej  przez Cie  w Amberze. W 

Amberze nie ma Cieni.  

background image

 

110 

      - No có , uciekłem si  do oszustwa - przyznał.  

      - Jak to?  

      - Narysowałem nowy Atut i przeszedłem przez niego,  eby zobaczy , co jest po 

tej stronie  ciany. Ojej! To mi przypomina,  e nie mog  bez niego wróci . Musz  

narysowa  nast pny. Masz co  do jedzenia? I co  do pisania? I kawałek papieru?  

      - Prosz , oto chleb - pocz stowałem go - a do tego kawałek sera.  

      - Dzi kuj , Corwinie - połkn ł je z wilczym apetytem, popijaj c cał  moj  

wod . - Teraz daj mi kawałek pergaminu i ołówek, bo musz  ju  wraca  do 

siebie. Chc  sko czy  czyta  ksi k . Miło mi było si  z tob  zobaczy . Szkoda,  e 

Eryk ci  uwi ził. Wpadn  do ciebie jeszcze kiedy  na pogaw dk . Jak zobaczysz 

ojca, powiedz mu,  eby si  na mnie nie gniewał, bo ja...  

      - Nie mam ołówka ani pergaminu - przerwałem.  

      - Co  takiego! To barbarzy stwo!  

      - Wiem, ale te  i Eryk ma barbarzy skie zwyczaje.  

      - A co masz? Wol  mój własny pokój od tego miejsca. Przynajmniej jest lepiej 

o wietlony.  

      - Zjadłe  ze mn  kolacje - powiedziałem - a teraz chciałbym prosi  ci  o 

przysług . Je li j  spełnisz, przyrzekam,  e zrobi  wszystko, aby pogodzi  ci  z 

ojcem.  

      - Co by  chciał?  

      - Od dawna podziwiam twoj  sztuk  i jest co , co bardzo chciałbym mie  

namalowane twoj  r k . Czy pami tasz latarni  morsk  w Cabrze?  

      - Oczywi cie. Byłem tam wiele razy. Znam nawet latarnika, Jopina. 

Grywałem z nim w szachy.  

      - Przez całe swoje dorosłe  ycie marzyłem o tym, aby zobaczy  jeden z twoich 

magicznych rysunków tej wielkiej szarej wie y - ci gn łem.  

      - Bardzo wzruszaj ca pro ba - odparł - a poza tym do  łatwa do spełnienia. 

Robiłem kiedy  wst pne szkice tej latarni, ale nigdy poza nie nie wyszedłem, 

zawsze była jaka  pilniejsza praca. Znajd  ci który  z nich, je li sobie  yczysz.  

      - Nie, chciałbym mie  co  trwalszego, co  co dotrzymywałoby mi towarzystwa 

tutaj, w celi, i podtrzymywało mnie na duchu, a potem innych, którzy zajm  moje 

miejsce.  

      - To pi knie, ale jak to wykona ?  

      - Mam tu rylec - powiedziałem (ły ka była ju  dobrze wyostrzona) - i mógłby  

nakre li  obraz na tamtej  cianie,  ebym patrzył na niego przed snem.  

      Milczał przez chwil , a potem rzekł:  

      - Troch  tu ciemno.  

      - Mam kilka pudełek zapałek i b d  ci nimi przy wiecał. Mo emy nawet spali  

troch  słomy, je li zajdzie konieczno .  

      - Trudno to nazwa  idealnymi warunkami do pracy...  

      - Wiem, i bardzo ci  za to przepraszam, wielki Dworkinie, ale to wszystko, 

czym dysponuj . Dzieło sztuki skre lone twoj  r k  ze wszech miar umili mi moj  

n dzn  egzystencj .  

      Roze miał si .  

      - Dobrze wi c. Ale musisz obieca  mi do   wiatła,  ebym mógł potem 

naszkicowa  sobie drog  powrotn  do siebie.  

background image

 

111 

      - Zgoda - powiedziałem i przetrz sn łem kieszenie. Miałem trzy pełne 

pudełka i resztk  czwartego. Wło yłem mu ły k  do r ki i podprowadziłem go w 

stron   ciany.  

      - Czy poznajesz, jakie narz dzie trzymasz? - spytałem.  

      - To naostrzona ły ka, prawda?  

      - Tak. Zapal  zapałk , jak tylko powiesz,  e jeste  gotów. B dziesz musiał si  

po pieszy , bo mam ich ograniczony zapas. Przeznacz  połow  na latarni  

morsk , a drug  połow  dla ciebie.  

      - Dobrze - zgodził si  i zabrał do roboty, kre l c szybko na wilgotnym, szarym 

murze.  

      Najpierw zrobił pionowy prostok t jako obramowanie cało ci. Polem kilkoma 

zr cznymi kreskami zacz ł wyczarowywa  obraz latarni morskiej. Jakim  

cudem, cho  sam był pomylony, jego sztuka nic nic ucierpiała. Trzymałem 

zapałki na samym koniuszku, ob liniałem lewy kciuk i palec wskazuj cy i kiedy 

ju  mnie parzyły, chwytałem drug  r k  za zw glony czubek, aby wypaliły si  do 

samego ko ca.  

      Kiedy sko czyło si  pierwsze pudełko, latarnia ju  była gotowa i Dworkin 

zaczynał pracowa  nad niebem i morzem. Zach całem go, jak mogłem, wyra aj c 

zachwyt nad ka d  kresk .  

      - Wspaniałe, naprawd  wspaniałe - pochwaliłem go, gdy dzieło było ju  

niemal sko czone. Zmusił mnie jeszcze do zmarnowania nast pnej zapałki,  eby 

si  podpisa . W drugim pudełku wida  ju  było dno.  

      - Teraz mo emy podziwia  mój obraz - powiedział.  

      - Je li chcesz si  dosta  do siebie - zauwa yłem - to lepiej zostaw podziwianie 

mnie. Mamy zbyt mało zapałek,  eby si  w tej chwili bawi  w krytyków sztuki.  

      Naburmuszył si  troch , ale przeszedł pod drug   cian  i zacz ł szkicowa , 

jak tylko zapaliłem zapałk . Narysował mały pokój, czaszk  na biurku, obok niej 

globus, wokół  ciany pełne ksi ek.  

      - W porz dku - oznajmił, wła nie kiedy odrzuciłem trzecie pudełko i zabrałem 

si  za resztk  czwartego. Doko czenie rysunku kosztowało mnie jeszcze sze  

zapałek, a podpis siódm . Przy ósmej - zostały mi ju  tylko dwie - spojrzał na 

swoje dzieło, post pił krok naprzód i ju  go nie było.  

      Tymczasem zapałka sparzyła mnie w palce, rzuciłem j  na podłog , 

zaskwierczala spadaj c na słom  i zgasła. Stałem dygoc c na całym ciele, pełen 

sprzecznych uczu , gdy wtem znów usłyszałem jego głos i poczułem,  e jest obok. 

Dworkin wrócił.  

      - Co  mi przyszło do głowy - powiedział. - Jak chcesz podziwia  mój obraz, 

kiedy tu jest tak ciemno?  

      - Nic nie szkodzi, nauczyłem si  widzie  w ciemno ci - zapewniłem go. -  yj  w 

niej od tak dawna,  e zd yłem j  oswoi .  

      - Rozumiem. Po prostu byłem ciekaw. Zapal  wiatło,  ebym mógł wróci .  

      - Dobrze - przystałem, wyjmuj c moj  przedostatni  zapałk  - ale kiedy 

wpadniesz nast pnym razem, przynie  lepiej własn  pochodni . Ja b d  ju  bez 

zapałek.  

      Kiedy znikn ł ponownie, odwróciłem si  szybko i zanim zapałka zgasła, 

spojrzałem na latarni  morsk  w Cabrze. Tak, była w niej moc, czułem j .  

background image

 

112 

      Jednak e czy moja jedyna, ostatnia zapałka wystarczy? Nie, chyba nie. 

Potrzebowałem dłu szej chwili koncentracji, aby u y  Atutu jako furtki.  

      Co mógłbym spali ? Słoma była zbyt wilgotna i mogłaby si  nie zaj . To 

straszne mie  furtk  - drog  do wolno ci - tu  przed nosem i nie móc z niej 

skorzysta . Potrzebowałem ognia, który potrwa przez jaki  czas.  

      Mój siennik. Był to zszyty kawałek zgrzebnego płótna wypchany słom . Ta 

słoma powinna by  suchsza, a i materiał powinien si  zapali .  

      Uprz tn łem połow  celi do gołego kamienia na podłodze. Pó niej 

rozejrzałem si  za wyostrzon  ły k ,  eby przeci  ni  poszw . Zakl łem. 

Dworkin wzi ł j  ze sob . Targaj c i szarpi c rozerwałem siennik i wyci gn łem 

ze  rodka such  słom . Zrobiłem z niej mały kopczyk, a płótno poło yłem obok, 

eby je w razie potrzeby dorzuci  do ognia. Ale im mniej dymu, tym lepiej. 

Mógłby zwróci  uwag  przechodz cego stra nika. Nie było to na szcz cie zbyt 

prawdopodobne, gdy  dopiero co dostałem jedzenie, a przynosz  mi jeden posiłek 

dziennie.  

      Zapaliłem moj  ostatni  zapałk  i najpierw podpaliłem puste ju  pudełko 

tekturowe, a kiedy si  zaj ło, przytkn łem je do słomy. Zatliła si  i omal nie 

zgasła - była wilgotniejsza, ni  my lałem, mimo  e wyci gn łem j  z samego 

rodka materaca. Ale w ko cu rozjarzyło si  par  iskierek, a potem pokazał si  

płomie . Musiałem zu y  do tego celu dwa pozostałe puste pudełka po zapałkach, 

tote  dzi kowałem w duchu Bogu,  e nie wyrzuciłem ich do dziury kloacznej. 

Czwarte i ostatnie pudełko  ciskałem w pogotowiu w gar ci, w lewej r ce 

trzymaj c poszw  siennika i wpatruj c si  intensywnie w rysunek.  

      Kiedy płomienie poszły w gór , a ich blask ogarn ł  cian , skupiłem si  na 

widoku latarni, wywołuj c w my li jej obraz. Zdawało mi si ,  e słysz  w dali 

krzyk mew i czuj  słony powiew wiatru na twarzy. Im dłu ej patrzyłem, tym 

realniejszy stawał si  widok przed moimi oczami. Nie odrywaj c wzroku od 

rysunku dorzuciłem do ognia poszw  - płomienie na moment przygasły, lecz 

zaraz wystrzeliły w gór .  

      R ka Dworkina nie straciła swoich magicznych wła ciwo ci, gdy  wkrótce 

latarnia morska wydawała mi si  równie rzeczywista jak moja cela, a po chwili 

stała si  jedyn  rzeczywisto ci , a cela tylko Cieniem za moimi plecami. 

Usłyszałem plusk fal i poczułem ciepło popołudniowego sło ca. Zrobiłem krok 

naprzód, lecz moja noga nie wyl dowała w ognisku.  

      Stałem na piaszczysto-skalistym brzegu małej wyspy zwanej Cabr , na której 

znajdowała si  du a, szara latarnia morska, wskazuj ca w nocy drog  statkom 

płyn cym do Amberu. Nad moj  głow  kr yło stadko przestraszonych, 

wrzeszcz cych mew, a mój  miech zlał si  w jedno z szumem fal i swobodn  

pie ni  wiatru. Amber le ał czterdzie ci trzy mile za moim lewym ramieniem.  

      Uciekłem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

113 

Rozdział 10 

 

Poszedłem do latarni i wspi łem si  po kamiennych schodach wiod cych do 

wej cia po zachodniej stronie. Drzwi były wysokie, szerokie, solidne i 

wodoszczelne. Były zamkni te. Za mn  wychodził w morze niewielki pomost, do 

którego przycumowano dwie łódki: łód  wiosłow  i mał  kabinow   aglówk . 

Kołysały si  łagodnie na wodzie migocz cej blaskiem sło ca. Patrzyłem na nie 

przez chwil . Tak długo nic nie widziałem,  e przez moment wydały mi si  czym  

nadziemskim. Zdusiłem szloch, który chwycił mnie za gardło.  

      Odwróciłem si  tyłem i zapukałem do drzwi. Po niesko czenie długim 

czekaniu zapukałem ponownie. Wreszcie usłyszałem jaki  ruch i drzwi si  

otwarły, skrzypi c niemiłosiernie.  

      Jopin, latarnik, spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Zalatywała od niego 

whisky. Był niewysoki i tak zgarbiony,  e przypominał mi Dworkina. Jego broda 

była równie długa jak moja, wi c naturalnie wydawała mi si  jeszcze dłu sza i 

miała kolor popiołu, nie licz c paru  ółtawych plamek w okolicy pomarszczonych 

ust. Cer  miał porowat  jak skórka pomara czy, zbr zowiał  na sło cu i wietrze 

i wysuszon  na pergamin. Zamrugał par  razy oczami i w ko cu udało mu si  

skoncentrowa  wzrok na mojej twarzy. Jak wiele osób, które nie dosłysz , mówił 

do  gło no.  

      - Kim jeste cie? Czego chcecie? - spytał.  

      Doszedłem do wniosku,  e skoro trudno mnie pozna  w obecnym opłakanym 

stanie, to mog  równie dobrze zachowa  anonimowo .  

      - Jestem podró nikiem z południa - powiedziałem. - Mój statek si  rozbił, a ja 

dryfowałem przez wiele dni uczepiony kawałka drewna, a  wreszcie morze 

wyrzuciło mnie tu na brzeg. Spałem na pla y przez cale rano i dopiero teraz 

zebrałem do  sił,  eby dowlec si  do waszej latami.  

      Podszedł do mnie i chwycił mnie pod r k . Drug  r k  obj ł mnie wpół.  

      - Chod cie, chod cie do  rodka - powiedział. - Oprzyjcie si  na mnie. T dy.  

      Zaprowadził mnie do swojej izby, która była nieprawdopodobnie zagracona i 

zarzucona starymi ksi kami, wykresami, mapami i przyrz dami okr towymi. 

Nie szedł zbyt pewnie, tote  nie opierałem si  na nim za mocno, tylko tyle,  eby 

uwiarygodni  wersj  o moim wycie czeniu, które starałem si  zobrazowa  

podtrzymuj c si  framugi drzwi.  

      Podprowadził mnie do kanapy mówi c,  ebym si  poło ył, i poszedł zamkn  

drzwi wej ciowe oraz przynie  mi co  do jedzenia.  

      Zdj łem buty, ale miałem tak brudne nogi,  e wło yłem je z powrotem. 

Gdybym dryfował po morzu, nie byłbym brudny. Nie chciałem zdradza  swojej 

historii, przykryłem si  wi c kocem i wyci gn łem wygodnie nareszcie 

odpoczywaj c.  

      Jopin wrócił z dzbankiem wody, dzbankiem piwa, du  porcj  mi sa i 

bochenkiem chleba na drewnianej kwadratowej tacy. Jednym ruchem opró nił 

wierzch małego stolika, który kopni ciem przysun ł do kanapy. Postawił na nim 

tac  i zach cił mnie do jedzenia.  

      Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarza . Rzuciłem si   arłocznie na tac , 

zmiataj c wszystko do ostatniej okruszynki. Opró niłem te  oba dzbanki. I 

background image

 

114 

poczułem,  e ogarnia mnie nieludzkie zm czenie. Jopin widz c to, pokiwał tylko 

głow  i kazał mi i  spa . Zasn łem w tej samej sekundzie.  

      Kiedy si  obudziłem, była ju  noc. Od niepami tnych czasów nie czułem si  

tak dobrze. Wstałem i wyszedłem z budynku. Na dworze było chłodno, ale niebo 

było krystalicznie czyste i l nił na nim milion gwiazd. Za moimi plecami latarnia 

zapalała si  i gada, zapalała si  i gasła. Woda była zimna, ale musiałem si  umy . 

Wyk pałem si  i wyprałem ubranie. Zaj ło mi to chyba godzin . Potem wróciłem 

do wie y, rozwiesiłem pranie na oparciu krzesła, wsun łem si  pod koc i 

zasn łem.  

      Rano, gdy otworzyłem oczy, Jopin był ju  na nogach. Przygotował mi solidne 

niadanie, które potraktowałem podobnie jak kolacj  zeszłego wieczoru. Pó niej 

po yczyłem od niego brzytw , lusterko i no yczki; ogoliłem si  i przystrzygłem 

włosy. Ponownie wyk pałem si  w morzu i kiedy wło yłem pachn ce sol , 

sztywne i czyste ubranie, poczułem si  jak nowo narodzony.  

      Jopia spojrzał na mnie uwa nie, gdy wróciłem znad brzegu morza, i 

powiedział:  

      - Co  mi si  widzi, jakbym was sk d  znał. - Wzruszyłem ramionami. - No to 

opowiedzcie mi teraz o katastrofie waszego statku.  

      Wi c mu opowiedziałem. Od pocz tku do ko ca. Nie szcz dziłem opisu 

adnych nieszcz . Ł cznie ze złamaniem si  grotmasztu.  

      Poklepał mnie po plecach i nalał mi szklaneczk . Przypalił mi cygaro, którym 

mnie pocz stował.  

      - Odpocznijcie tu sobie - zaprosił mnie. - Odstawi  was na l d, kiedy tylko 

zechcecie, albo dam zna  któremu  z przepływaj cych statków.  

      Skorzystałem z jego go cinno ci. Ratowała mi  ycie. Jadłem i piłem zapasy z 

jego spi arni i przyj łem w prezencie czyst  koszul , która była dla mnie za du a. 

Nale ała do jego przyjaciela, który si  utopił.  

      Zostałem z nim przez trzy miesi ce, nabieraj c sił. Pomagałem mu jak 

mogłem: dogl dałem latarni w te noce, kiedy miał ochot  si  upi ; sprz tałem 

wszystkie pomieszczenia, a dwa pokoje nawet odmalowałem i wymieniłem pi  

pop kanych szyb; podczas sztormów obserwowałem z nim morze.  

      Jak si  dowiedziałem, polityka go nie interesowała. Nic go nie obchodziło, kto 

rz dzi w Amberze. Jego zdaniem, cała nasza cholerna rodzina była diabła warta. 

Dopóki mógł w spokoju obsługiwa  latarni  morsk , je  i pi  do woli oraz kre li  

swoje mapy, miał gł boko w nosie, co si  dzieje na brzegu. Zapałałem do niego 

prawdziw  sympati , a poniewa  znałem si  nieco na mapach i wykresach, 

sp dzili my na ich poprawianiu wiele przyjemnych wieczorów. Dawno temu 

pływałem po morzach północnych i sporz dziłem mu nowy wykres oparty na 

moich wspomnieniach z tej wyprawy. Sprawiło mu to niekłaman  rado , 

podobnie jak i opis tamtych stron.  

      - Corey (tak si  kazałem nazywa ), chciałbym tam kiedy  z tob  popłyn  - 

powiedział. - Nie wiedziałem,  e dowodziłe  własnym statkiem.  

      - Kto wie? - odparłem. - Przecie  sam byłe  kiedy  kapitanem, prawda?  

      - Sk d wiesz?  

      Prawd  mówi c, pami tałem to z przeszło ci, ale zatoczyłem r k  koło w 

odpowiedzi.  

background image

 

115 

      - Po tych wszystkich przedmiotach, które zebrałe , i po twoim zamiłowaniu do 

wykresów. Poza tym nosisz si  jak kto  przywykły do dowodzenia.  

      U miechn ł si .  

      - Tak, to prawda. Dowodziłem przez przeszło sto lat. Ale to było dawno 

temu... Napijmy si .  

      Poci gn łem łyk i odstawiłem szklank . Podczas tych miesi cy, które z nim 

sp dziłem, musiałem przyty  ponad dwadzie cia kilo. Lada moment mógł mnie 

rozpozna . Zastanawiałem si , czy wydałby mnie Erykowi. Ostatecznie nie 

byli my znów a  tak blisko zaprzyja nieni - miałem jednak wra enie,  e by mnie 

nie wydał. Ale wolałem tego nie sprawdza .  

      Pilnuj c latarni zastanawiałem si , jak długo powinienem tu jeszcze zosta ? 

Dolewaj c kropl  smaru do mechanizmu obrotowego doszedłem do wniosku,  e 

niezbyt długo. Zdecydowanie niedługo. Czas znów rusza  w drog  i uda  si  

pomi dzy Cienie.  

      I raptem pewnego dnia poczułem nacisk, pocz tkowo delikatny i jakby 

sonduj cy. Nie miałem poj cia, kto to mo e by . Natychmiast stan łem bez 

ruchu; zamkn łem oczy i opró niłem umysł. Trwało to jakie  pi  minut, zanim 

czyja  myszkuj ca obecno  si  wycofała.  

      Zacz łem chodzi  tam i z powrotem pogr ony w my lach i po chwili 

u miechn łem si  sam do siebie z powodu krótkiego dystansu, na jakim 

kr yłem. Pod wiadomie dostosowałem swoje kroki do wymiarów mojej celi w 

Amberze.  

      Kto  próbował si  ze mn  skontaktowa  poprzez Atut.  

      Czy by Eryk? Dowiedział si  o mojej ucieczce i chciał mnie w ten sposób 

zlokalizowa ? Chyba nie. Czułem,  e obawia si  naszego ponownego 

psychicznego zderzenia. A wi c Julian? Gerard? A mo e Caine? Ktokolwiek to 

był, całkowicie zamkn łem mu dost p. I byłem zdecydowany odmówi  kontaktu z 

ka dym członkiem mojej rodziny. Nawet gdybym miał straci  przez to wa ne 

nowiny lub ofert  pomocy, nie mogłem pozwoli  sobie na ryzyko. Próba kontaktu 

i wysiłek przy jej zablokowaniu napełniły mnie chłodem. Zadr ałem. My lałem o 

tym przez reszt  dnia i postanowiłem,  e pora odej . Nic dobrego dla mnie nie 

wyniknie z pozostawania tak blisko Amberu w sytuacji, gdy jestem całkiem 

bezbronny. Byłem ju  do  silny, aby uda  si  mi dzy Cienie i poszuka  

dogodnego dla siebie miejsca, je li mam kiedykolwiek zdoby  Amber, Opieka 

starego Jopina pozbawiła mnie czujno ci i pogr yła w niemal błogim spokoju. 

Przykro mi b dzie go opuszcza , bo w ci gu tych miesi cy, które sp dzili my 

razem, szczerze polubiłem staruszka. Tego wieczoru, kiedy sko czyli my gra  w 

szachy, powiedziałem mu,  e wyje d am.  

      Nalał nam po szklaneczce whisky i podnosz c swoj  powiedział:  

      - Powodzenia, Corwinie. Mam nadziej ,  e si  jeszcze kiedy  zobaczymy.  

      Nie zaprotestowałem, kiedy nazwał mnie moim prawdziwym imieniem, a on 

si  u miechn ł widz c,  e nie umkn ło to mojej uwagi.  

      - Byłe  dla mnie bardzo dobry, Jopinie - powiedziałem. - Je li moje plany si  

powiod , nie zapomn  o tobie.  

      Potrz sn ł głow .  

      - Nic od ciebie nie chc . Czuj  si  szcz liwy tu, gdzie jestem, robi c to, co 

background image

 

116 

robi . Lubi  t  cholern  latarni . Jest dla mnie wszystkim. Je li to si  powiedzie 

w tym, co planujesz... nie, nie mów mi o tym, nie chc  nic wiedzie  to wpadnij do 

mnie którego  dnia na partyjk  szachów.  

      - Na pewno - obiecałem.  

      - Mo esz jutro rano wzi  "Motyla", je li chcesz.  

      - Dzi ki.  

      "Motyl" to była jego  aglówka.  

      - Zanim odpłyniesz, radz  ci wzi  moj  lunet , wej  na latarni  i obejrze  

sobie Dolin  Garnath - dodał.  

      - A có  tam mo e by  ciekawego?  

      Wzruszył ramionami.  

      - To ju  sam zobaczysz.  

      - Dobrze.  

      Przed pój ciem spa  wypili my jeszcze par  szklaneczek i sp dzili my miły 

wieczór. Wiedziałem,  e b dzie mi brak starego Jopina. Był, obok Reina, jedyn  

przyjazn  dusz , jak  spotkałem od chwili powrotu. Zastanawiałem si , co te  

mogło zaj  w dolinie, która gdy j  ostatni raz widziałem, była rzek  płomieni. Co 

takiego niezwykłego działo si  tam po czterech latach?  

      Zasn łem dr czony snami o wilkolakach i sabatach czarownic, dopiero gdy 

ksi yc w pełni zawisł ju  wysoko nad  wiatem.  

      Wstałem o brzasku. Jopin jeszcze spał, co mi odpowiadało, bo nie lubi  

po egna , a miałem dziwne przeczucie,  e go wi cej nie zobacz .  

      Z lunet  u boku wdrapałem si  do najwy szego pomieszczenia na wie y, w 

którym znajdowała si  latarnia. Podszedłem do okna wychodz cego na brzeg i 

skierowałem lunet  na dolin .  

      Nad lasem wisiała mgła - zimna, szara, wilgotna, opasuj ca wierzchołki 

karłowatych, powykr canych drzew. Ich czarne konary splatały si  ze sob , jak 

palce sczepionych dło mi zapa ników. Mi dzy nimi migały jakie  ciemne 

kształty, ale po ich locie widziałem,  e to nie ptaki. Raczej nietoperze. Jakie  zło 

zagnie dziło si  w tym wielkim lesie... I po chwili zrozumiałem: to ja sam byłem 

tego sprawc .  

      Sprowadziłem to moj  kl tw . Przekształciłem spokojn  Dolin  Gamath w to, 

czym teraz była: w symbol mojej nienawi ci do Eryka i tych wszystkich, którzy 

go otaczali i pozwolili mu zagarn  władz , pozwolili mu mnie o lepi . Nie 

podobał mi si  ten las i patrz c na niego ujrzałem jasno, jak skrystalizowała si  

moja nienawi , której sam nadałem ten kształt.  

      Otworzyłem nowe wej cie do prawdziwego  wiata. Gamath była teraz  cie k  

przez Cienie. Ciemn  i gro n   cie k . Tylko Zło miało t dy dost p. To było 

ródło "nieczystych sił", o których wspominał Rein, a które przyczyniały tyle 

zmartwie  Erykowi. Poniek d to dobrze,  e go niepokoiły. Ale przesuwaj c 

lunet  nie mogłem oprze  si  wra eniu,  e zrobiłem co  bardzo złego. W owym 

czasie nie wiedziałem,  e jeszcze kiedy  ujrz   wiatło dzienne. Teraz, kiedy tak si  

stało, zrozumiałem,  e otworzyłem drog  dla czego , co b dzie bardzo trudno 

opanowa . Cały czas poruszały si  tam jakie  dziwne kształty. Zrobiłem co , 

czego nikt nie zrobił podczas całego panowania Oberona: otworzyłem now  

drog  do Amberu. I mo na si  po tym spodziewa  tylko wszystkiego najgorszego. 

background image

 

117 

Nadejdzie dzie , kiedy władca Amberu - ktokolwiek nim wtedy b dzie - stanie 

wobec problemu zanikni cia tej strasznej drogi. Wiedziałem to, patrz c na 

wytwór mojego bólu, gniewu i nienawi ci. Je li kiedy  zdob d  Amber, b d  

musiał walczy  z własnym dziełem, co jest zawsze piekielnie trudn  spraw . 

Odj łem lunet , od oczu i westchn łem. Co b dzie, to b dzie, pomy lałem. A 

tymczasem Eryk ma zapewnionych kilka bezsennych nocy.  

      Przełkn łem szybko par  k sów, przygotowałem łódk , podniosłem  agle i 

wypłyn łem. Jopin o tej porze zwykle ju  nie spał, ale mo e i on nie lubił 

po egna .  

      Skierowałem si  na pełne morze, wiedz c, dok d chc  si  uda , ale nie 

wiedz c jak. B d  płyn  przez Cie  i obce wody, ale to lepsze ni  droga l dowa z 

czaj cym si  wytworem mojej nienawi ci.  

      Wybrałem za cel l d, który skrzył si  prawie tak jak Amber i był niemal 

równie nie miertelny, l d, który ju  nie istniał. Znikn ł w Chaosie wieki temu, ale 

musiał gdzie  przetrwa  jego Cie . Nale ało go tylko znale , pozna  i z 

powrotem uczyni  swoim, jak to było dawno temu. Pó niej, wsparty własn  

armi , doka  w Amberze jeszcze jednego, nie znanego dot d wyczynu. Nie 

miałem gotowego planu, ale przysi głem sobie,  e w dniu mojego powrotu ogie  z 

dział wstrz nie nie miertelnym miastem.  

      Kiedy wpływałem do Cienia, podfrun ł do mnie biały ptak moich pragnie  i 

siadł mi na prawym ramieniu. Przytwierdziłem mu do nó ki podpisan  przez 

siebie wiadomo ; "Przybywam" i pu ciłem go w niebo.  

      Nie spoczn , dopóki nie wywr  zemsty i nie zdob d  tronu, i biada temu, kto 

stanie mi na drodze.  

      Sło ce wschodziło po mojej lewej r ce, wiatr d ł w  agle i pchał mnie na 

szerokie wody. Rzuciłem przekle stwo na głow  Eryka i roze miałem si .  

      Byłem wolny i cho  musiałem ucieka , to jednak dopi łem swego. Obecnie stoi 

przede mn  nowa szansa, o której marzyłem.  

      Teraz podfrun ł czarny ptak moich pragnie  i siadł mi na lewym ramieniu. 

Napisałem drug  kartk , przywi załem mu do nogi i wysłałem go na zachód.  

      Kartka głosiła: "Eryku, wróc !" i była podpisana:  

      "Corwin, władca Amberu".  

      Demon wiatru pchał mnie na wschód od sło ca.