background image

MARCIN OSIKOWICZ

mężczyźni bez przyczepności

background image

Copyright 

© Marcin Osikowicz

Projekt okładki:

Andrzej Oleksy

Skład i łamanie:

Studio Oko, Kraków

Wydawca:

Studio Oko, Kraków

ISBN 978-83-935880-0-8

Wydanie I

Kraków 2012

background image

MARCIN OSIKOWICZ

mężczyźni bez przyczepności

background image

5

Prolog

– Pamiętasz film „Rozmowa” z Genem Hackmanem pod-

słuchującym ludzi dla korporacji?

Siedzimy  we  trzech  w  samochodzie.  Po  prawej  Czarek. 

Maciek z tyłu, między stertą opon a kanistrem z resztkami wy-
sokooktanowej benzyny,

Potwierdzam ruchem głowy i patrzę w lusterko. Na pierw-

szym planie jego twarz, z tyłu motocykle odpoczywające na la-
wecie po dwóch dniach treningów. – Scena, kiedy Hackman jest 
świadkiem morderstwa… Dławi go poczucie winy, zatyka uszy 
rękami, zamyka oczy, chce zniknąć. Widz chce zniknąć razem 
z nim.

– Montował Walter Murch – Maciek wypowiada nazwisko, 

jakby należało do małego leśnego bożka z owłosionymi nogami. 
– Napisał, że ujęcia filmowe powinny być montowane w takim 
tempie, w jakim człowiek mruga oczami. Im większe napięcie, 
tym szybciej. Jeżeli trafisz z montażem w te mrugnięcia, cięcia 
stają się niewidoczne.

Na tor wyjeżdżam ostatni z grupy. Puszczam przodem wa-

riatów. Najszybszych nie dogonię nigdy, najwolniejszych dogo-
nię tak czy siak. Po pierwszym okrążeniu łapię dwa wdechy i po-
chylam mocniej. Lepiej nie myśleć, że powierzchnia styku opo-
ny z asfaltem to pięćdziesiąt pięć centymetrów kwadratowych. 
Stopniowo doganiam dwóch przede mną. Obrotomierz szaleje, 
biała dioda błaga, żebym zmienił bieg. Na prędkościomierz nie 
patrzę. Kiedy przyspieszam, kierownica trzepie jak koza roga-
mi. Na każdym hamowaniu zyskuję pięć metrów i szykuję się do 
wbicia kołem miedzy nich. Prosty plan – wyprzedzić na wyjściu, 

background image

6

zamknąć na wejściu i spieprzać. I nie patrzeć potem w lusterka, 
bo można zobaczyć diabła.

Bęc!  Drugi  walnął  pierwszego!  Przednie  koło  w  tylne. 

Pierwszy  leci,  drugi  się  przewraca  i  już  się  rolują  góra  –  dół 
–  góra  –  dół.  Dwóch  ludzi,  dwa  motocykle  i  chmura  żwiru. 
Wirażowi  podrywają  się  ze  stołków,  ja  wybieram  optymalny 
tor jazdy i wrzucam trzeci bieg. Nie odwracam się – za nieca-
łe dwie minuty będę tu ponownie. Może jeszcze przed karetką 
pogotowia.

Maciek rozpiera się wygodnie.
–  Jak  kleisz  scenę,  to  najważniejsze  są  emocje.  Nie  mo-

żesz wyciąć emocji. Może być złe światło, aktor może seplenić 
albo patrzeć w inną stronę, ale emocje muszą być. Niech mó-
wią, że nie umiesz montować, a ty rób swoje. Eksperyment taki 
był: zbliżenie na twarz mężczyzny sklejono z ujęciami jedzenia 
i trumny. Facet patrzy na trumnę i jest smutny. Ten sam facet 
patrzy na obiad i jest głodny. Montaż jest tym, co dzieje się mię-
dzy ujęciami.

Czarek raz po raz opuszkami palców dotyka przypieczonej 

słońcem skóry na głowie. „Fok” syczy za każdym razem, ale nie 
narzeka.  Trzyma  się  mimo  wszystko.  Bo  Czarek  funkcjonuje 
z  wysiłkiem,  nie  spontanicznie.  Rano  włącza  telewizyjne  wia-
domości,  gdzie  mówią  mu,  że  wciąż  nie  ma  wojny  i  może  iść 
do  pracy.  Przed  wyjściem  zawiązuje  na  nadgarstku  błękitne 
koraliki  –  pamiątkę  po  przyjacielu,  który  też  trzymał  się  jakiś 
czas,  a  w  końcu  wyfrunął  oknem  jak  ptak.  Co  tydzień  odwie-
dza w szpitalu dawną dziewczynę, której nikt nie chce już leczyć 
z anoreksji i która od czasu do czasu, na próbę, przestaje od-
dychać. Raz na miesiąc bierze wolny weekend, żeby na kanale 
sportowym oglądać wyścigi motocyklowe. Bardzo chciałby, żeby 

background image

7

Stoner zagrodził Rossiemu drogę do tytułu mistrza. Również raz 
w miesiącu oddaje ratę długu, który musi spłacić złym ludziom, 
mimo że go nie zaciągnął. Ale ktoś powiedział, że to on. Dlatego 
stracił pieniądze na mieszkanie. I nissana z nową turbiną, ideal-
nie przygotowanego do driftingu. Ale Czarek jednak chce żyć, 
a na tych ludzi nie ma komu się skarżyć. Zasypia samotnie, jego 
wielkie serce walczy o tlen na przekór ściśniętej krtani. Przed 
świtem dopada go atak paniki; walenie głową w ścianę pomaga.

– Bywa, że zmontujesz scenę i ona nie działa. Oglądasz sto 

razy, wszystko w porządku, ale nie gra. Błąd może tkwić w po-
przedniej scenie.

Sam  napisałem  na  adres  poznańskiego  Empiku,  żeby  mi 

zorganizowali spotkanie autorskie. Zleciłem wydrukowanie pla-
katów. To ja pod pretekstem pokazania wyścigowego weekendu 
wciągnąłem Czarka do samochodu i zmusiłem, żeby został mo-
deratorem. Nikt inny.

Centrum  handlowe  Stary  Browar  to  wielopiętrowe  rzędy 

terrariów. W czerwcowe popołudnie słońce wpada przez szklany 
dach prawie pionowo i odbija w polerowanych taflach podłogi. 
Godzinę temu ścigałem tamtych dwóch. Dłonie jeszcze pamię-
tają trzepotanie motocyklowej kierownicy. Mrugam.

Pierwszy leci, drugi się przewraca i już się rolują góra – dół 

– góra – dół.

Wchodzimy za szklaną taflę, lwom na pożarcie. W kawiarni 

Empiku dostajemy stolik, mikrofon, kawę i wodę. Kawa na zim-
no z kostkami lodu, które odbijają refleksy słońca.

Dwóch ludzi, dwa motocykle i chmura żwiru.
Zjawia  się  dwóch  pryszczatych  młodzieńców  z  pytaniem, 

czy  będzie  kamera  albo  przynajmniej  nagrody.  Przez  chwi-
lę  czytają  na  głosy  dialogi  z  „Dawcy”.  Oprócz  tego  pijaczek, 

background image

8

który  zniechęca  się  informacją,  że  książkę  trzeba  kupić  przed 
wyniesieniem ze sklepu. Ale zanim odłożył, przeczytał połowę. 
Dwóch urzędników bankowych prosi o dedykację dla trzeciego. 
I jest Aniela z kaskiem w ręce.

–  Szympans  i  człowiek  mają  w  dziewięćdziesięciu  dzie-

więciu  procentach  ten  sam  kod  genetyczny.  Różnica  wynika 
z montażu.

Wieczorem obchodzimy cały tor. Cztery tysiące osiemdzie-

siąt  trzy  metry,  cztery  piwa.  Na  trzecim  zakręcie  dogania  nas 
Aniela i od tej pory idziemy łeb w łeb.

– Tu najwięcej tracisz – macha ręką Czarek. – Siedziałem 

na  tym  zakręcie  pół  dnia.  Chyba  mnie  trochę  spiekło  słońce. 
Widziałem jak wychodzisz na prostą i masz przewagę. A tutaj 
cię doganiają.

Lasek  zlewa  się  ze  wstęgą  asfaltu.  Od  czasu  do  czasu 

zza  płotu  startuje  na  nas  samolot  i  oświetla  idealne  punkty 
hamowania.

– Ta twoja książka w ogóle nie jest o motocyklach – mówi 

Aniela.

Na  piechotę  zakręty  ciągną  się  jak  plany  ogólne  w  „Nad 

Niemnem”. Od piwa głowa się kiwa.

– Czasami robię widza w konia. Akcja zmierza w jednym 

kierunku i nagle wolta. Zwłaszcza kiedy montuję dokument, lu-
bię zamieszać.

Aniela odjeżdża na swojej cebeerce i nigdy nie wraca.
W wynajętej przyczepie nie ma prądu, po ciemku rozkłada-

my posłania.

background image

9

–  Widziałeś  mój  śpiwór?  –  pytam  przechodząc  na  drugą 

stronę kabiny i czuję, że z błędnikiem dzieje się coś niedobre-
go. Trzask! Przyczepa leci na bok. Łup! Spadają graty z szafek. 
Przyczepa okazuje się pieprzoną huśtawką. Leżymy więc bez ru-
chu po przeciwnych krańcach i chichoczemy.

– Idę do kibla – reflektuje się Czarek.
– Zobacz czy mój plakat jeszcze wisi przy wejściu.
Łup!

– Często jest tak, że mam już w głowie całość, a moi współ-

pracownicy widzą tylko fragmenty.

Czarek leci Antonowem 24. Razem z kolegami wynajął go 

na pół godziny, żeby zrobić zdjęcia podczas zaćmienia słońca. 
Następne będzie może za sto lat. Teraz z aparatem fotograficz-
nym przy twarzy siedzi w otwartych drzwiach i zapiera się noga-
mi o framugę. Obok śmigło rwie na strzępy siwe pasma chmur.

– Nic nie widać – krzyczy do przodu.
Pilot kładzie samolot na skrzydło i Czarek frunie w białej 

nicości. Nie ma grawitacji, nie ma słońca, tylko zanikające świat-
ło. Jest szczęśliwy.

***

Herbert przy śniadaniu Barbarzyńca w ogrodzie
Shakespeare w kiblu Julius Caesar
Code w łóżku Twist of the wrist

Ketonal zdejmuje koszulę bólu z prawej połowy ciała
Acyklovir zabija co wniknęło
Pigmentum Castellani wypala co wychodzi

background image

10

Herbert w Sienie skręca w stronę Il Campo
Być może zrobimy jeszcze kilka obrotów dookoła słońca z oca-

lałą katedrą pałacem obrazem

Cassius namawia Brutusa, by zakręcił kołem Historii
The fault dear Brutus is not in our stars but in ourselves that 

we are underlings

Code zakazuje mojemu mózgowi reakcji obronnych
You have to have confidence that the bike will make it through

Białe robaki z kosza na śmieci pytają czy już.

***

Osiem  powodów  wielkości  Burta  Munro,  z  In ver car gill 

w Nowej Zelandii.

Nakręcono o nim film, który przysłania Munro Hopkinsem. 

Zlewają  się  jak  tłoki  Chevroleta  i  Forda  stopione  w  odlewni-
czym tyglu. Hopkins jest Munro i nim nie jest. Munro umiera, 
legenda najszybszego Indiana świata żyje. Hopkins umiera, le-
genda Munro żyje.

Munro odkrywa, że determinacja nagina prawa. Ludzie pój-

dą  za  tobą,  okażą  serce,  oddadzą  czas,  pieniądze,  pokochają. 
Nie dlatego że są dobrzy z natury, ale że letnie ciąży do gorące-
go. Fizyka charyzmatyka. Jedyne co musisz poświęcić, to życie. 
Nie im, sobie.

Munro – Hopkins udziela mistrzowskiej lekcji, że najlepsze 

kwestie wypowiada się patrząc w podłogę, kiedy inni też mówią, 
albo kiedy rozgrzewa się „nieco udoskonalony” silnik Indiana 
Scout. Dopiero hagiograf dokonuje obróbki dźwięku, podnosi 
kontrast. Co z twoją nogą Burt? Pieprzyć ją. Mam zapasową.

Munro – Hopkins starzeje się pozostając mężczyzną. Jest 

mężczyzną  pozostając  dzieckiem.  Trzeba  się  ścigać,  żeby  to 

background image

11

osiągnąć.  Jedną  tabletkę  nitrogliceryny  kłaść  pod  język,  dru-
gą wrzucać do baku. Sikać na cytrynowe drzewo, gdy prostata 
rozsadza pęcherz. Męskość jest komedią dziecinności. Starość 
tragedią męskości.

Munro uczy, że ciało jest narzędziem, nie dziełem. Można 

użyć go do osiągnięcia celu. Zniszczyć, jeśli konieczne. Ból jest 
dowodem  istnienia,  a  każdy  dzień  nad  powierzchnią  gruntu 
i w pionie to dobry dzień.

Munro udowadnia, że wielkość bierze się z jednego punktu. 

Tym punktem może być Bonneville. Słabość w każdym innym 
aspekcie nie przeszkadza wielkości.

Munro jest mitem. Od tej chwili będą mówili: Jestem jak 

Burt Munro. Prawie jak Munro. Przeciwnie niż Munro.

Munro jest artystą według wszystkich interesujących mnie 

kryteriów.

***

–  Może  kupię  sobie  ciężarówkę  –  mówię  przy  kolacji.  – 

Lubię ciężarówki.

Maczam chleb w oliwie.
–  Nie  znoszę  ciężarówek  –  mówi  Kasia.  –  Już  lepiej  kup 

nowy motor.

– Nie chcę. Stary jest dobry.
Pomarańczowe  klosze  lampy  odbijają  się  we  wszystkich 

szybach. Z sąsiednich domów dochodzi rzężenie telewizyjnych 
wiadomości.

– A czego chcesz? – pyta żona.

background image

12

I.

Wyjeżdżam z warsztatu. Silnik chrapliwie rozgrzewa olej 

przepychając go między trybami z coraz mniejszym wysiłkiem. 
Chłodzę brzuch i plecy, które godzinę gotowałem pod kurtką, 
czekając na zmianę opon. Wtapiam się z strumień pojazdów. 
Zatrzymują mnie światła, potem drugie. Zaraz za drugimi jest 
zjazd na obwodnicę. Stojąc pod sygnalizatorem niecierpliwie 
obliczam trajektorię wejścia w zakręt i myślę już o dwóch ko-
lejnych. Prawo, lewo, prawo i na autostradę. Światło zielone, 
pierwszy  bieg,  prawo.  Drugi  bieg,  lewo.  Ciężarówki  blokują 
zjazd. Omijam je po zewnętrznej, wąskim pasem asfaltu mię-
dzy białą linią a barierami. Szurnięcie opony na drobnych ka-
mieniach.  Odruchowo  zamykam  gaz,  błąd.  Motocykl  wyrzu-
ca  mnie  w  powietrze.  Więc  to  już.  Trzaśnięcie  o  asfalt.  Byle 
się  zatrzymać.  Nie  wpaść  pod  koła  ciężarówki.  Nie  uderzyć 
w  barierę.  Motocykl  sunie  za  mną  po  drodze  krzesząc  iskry. 
Obracamy się ruchem przeciwnym do kierunku upływu czasu. 
Ćwierć obrotu, dwie ćwierci, do śmierci. Głowa o barierę, klat-
ka piersiowa o bak.

– Boli?
– Bardzo.
– Pan leży. Zaraz przyjedzie karetka.
Którego  dziś  mamy?  Dzień,  miesiąc,  rok?  Po  dwutysięcz-

nym na pewno, drugi? Siódmy? Dwunasty?

– Mogła pani nie puszczać męża na motor.
Korytarz, jarzeniówki odpływające w tył, poza horyzont zda-

rzeń. Pisk osi, stukot obluzowanych kółek na fugach łączących 
płyty lastryko. Jaki jest pin do mojej karty? Łoskot drzwi wahad-
łowych. Szuranie białych chodaków. Obcasy żony jak metronom 

background image

13

– tik tak, daj mi jakiś znak. Kiedy urodziły się nasze dzieci? Silnik 
elektryczny obracający kołowrót z windą na jednym, a przeciw-
wagą na drugim końcu liny. Co czytałem ostatnio? Kapuściński? 
Kołakowski? „Nie sądzimy przecież, że jarosza od kanibala róż-
ni jedynie poczucie smaku”. Drzwi są otwarte. Przeciąg unosi 
moje karty, kwity, buty, daty.

– Niech się pani odsunie. Zadzwoni ktoś.

***

Dedal buduje wyścigówki. Ikar na nich jeździ. Metal, pla-

stik, pióra, wosk. To zostaje na zimnym asfalcie.

***

Z wysoka patrzę na piękny pogrzeb. Cmentarz jak koc w ka-

mienne wzory rozłożony na ciepłej, piaszczystej ziemi. Na takiej 
ziemi przyjemnie poleżeć w jesienne popołudnie. Kurz wiruje 
w  promieniach  słońca  przeświecającego  przez  drobne  liście 
brzóz, tańczy między żałobnikami. Osiada na szkłach ciemnych 
okularów,  odprasowanych  klapach,  wyglancowanych  butach. 
Z  głośnika  przy  wyschniętej  fontannie  płynie  tango.  Adios, 
adios mój piękny. Żona z naręczem czerwonych róż, piękna jak 
w  dniu  wesela,  ale  wszystko  w  niej  na  odwrót.  Czerń  zamiast 
bieli.  Pożegnane  napisała  na  kartce,  ale  nie  może  przeczytać. 
Wyręcza ją przyjaciółka; jej głos nie drży, nie pęka na dwa tony. 
„Co to znaczy na zawsze? Jesteś w każdym fragmencie moje-
go życia”. Dzieci w jasnych sweterkach. Syn siada na kamiennej 
ławce ze zdjęciem w ręce. „Też chcecie takie? Weźcie na pamiąt-
kę”. Ksiądz ma jasną brodę i nie przeciąga ceremonii. Grabarze 
w czystych garniturach nie zdążą się zniecierpliwić. Nie ma ryku 
silników za ogrodzeniem. Nie ma kasku na trumnie. Wszystko 

background image

14

w dobrym guście, żadnego jarmarku. Kumple od motorów wita-
ją się skinięciem, a przy bramie żegnają jedynym słowem, które 
mężczyznom przechodzi przez ściśnięte gardła – kurwa.

***

Życie mężczyzny – ciąg prób samobójczych. Życie kobiety – 

ciąg prób zachowania życia.

***

Powoli przejeżdżam przed domem z gołej cegły, nieheblo-

wanych desek i eternitu. Zawracam auto. Za drucianym ogro-
dzeniem wnosi się pięciometrowy krzyż wbity w równo przycięty 
trawnik.

Furtka przymknięta, ale poddaje się, kiedy naciskam klam-

kę. Staję na ganku. Z sieni wychodzi starsza kobieta. Wyciera 
ręce w fartuch.

– Szukam taty.
–  Proszę,  proszę.  Niech  pan  wejdzie.  Władzio  bardzo  się 

ucieszy. Takie wydarzenie – mówi cofając się do przedpokoju. – 
Proszę, tutaj, zaraz go obudzę. Władziu!

Meblościanka,  książki,  stół  pod  obrusem,  wersalka  pod 

kapą,  święte  obrazki  za  szkłem,  cienki  dywan  na  podłodze 
z desek.

Do pokoju wchodzi ojciec. Jest ubrany w niebieskie dżinsy 

bez paska, flanelową koszulę i kapcie.

– Syn do mnie przyjechał? Mój syn?
Przeglądamy się w lustrze czasu rozpiętym przez środek po-

koju. Więc to tak, więc tak.

– Dzień dobry tato.
Ma ciepłą, suchą i szorstką dłoń.

background image

15

–  Ostatni  raz  widzieliśmy  się  na  rynku…  –  podaje  datę 

sprzed dziesięciu lat.

– Masz dobrą pamięć – mówię.
Też  coś  niecoś  pamiętam.  Kazał  wtedy  przynieść  dowód 

osobisty, żebym udowodnił, że jestem jego synem.

Kobieta wnosi herbatę i ciastka.
– To ja was zostawię samych.
– Tak – mówi ojciec przeciągając słowo w westchnienie.
Drzwi zamykają się ze skrzypnięciem.
– Jedz. Ja mam straszne problemy z zębami.
Upijam  łyk  herbaty.  Ojciec  wskazuje  na  święty  obraz  za 

szkłem, w pozłacanej ramie.

– Jezus z tego obrazu tak mnie zapraszał ręką – pokazuje 

ojciec i bierze zamach.

Dłoń ma zwiniętą w pięść, więc wygląda jakby wyprowa­

dzał lewy sierpowy.

– Najpierw jedną ręką wołał na mnie, potem drugą, o tak. 

A  kiedyś  jeszcze  –  ojciec  podaje  dokładną  datę  –  nad  moją 
kurtką powieszoną na krześle przez pięć minut unosiło się koło 
z dymu papierosowego. Pięć minut. Wyrzekłem się szatana i to-
bie też radzę, synu. Teraz rozmawiam z Bogiem dzień i noc. Nie 
piję  kawy,  herbatę  bardzo  słabą.  Cały  czas  się  modlę.  Szatan 
trzymał  mnie  przez  trzydzieści  sześć  lat  w  swoich  szponach. 
Odkąd  przyjechałem  na  studia  do  Krakowa,  na  komunistycz-
ną uczelnię ekonomiczną. Ale teraz jestem w stałym kontakcie 
z Panem Bogiem.

– To dobrze – mówię.
– A twoja babka, Władka, żyje?
– Umarła.
– Kiedy?
Podaję datę mniej dokładnie, niż chciał.
– A twoja mama dalej mieszka w tym mieszkaniu?

background image

16

– Tak.
– A pieniądze, które mi ukradła, co z nimi zrobiła?
–  Nie  ukradła.  Sąd  podzielił  wasz  majątek.  Może  trzyma 

pod dywanem, nie wiem.

– Z pomocą żydowskich adwokatów ukradła. Sły sza łem, że 

kupiłeś grunt. To za te pieniądze?

– Za swoje.
– Nie kłamiesz mnie?
– Nie.
Siedzimy  w  milczeniu.  Słońce  rzuca  cień  domu  na  trawę. 

Kret usypał na niej kilka kopców.

– Pamiętasz jak mnie pozwałeś o alimenty w czasie swoich 

studiów?

– To był błąd – przyznaję.
Kiwa głową.
– Syn do mnie powrócił. Modliłem się o to. Teraz będziemy 

mieli czas na wszystko. Tak – westchnął.

– Kto wam kosi? – pytam.
–  Sam  koszę,  siłę  mam.  Codziennie  spaceruję  osiem 

kilometrów.

Patrzę  na  jego  włosy  –  siwe  i  przerzedzone.  Więc  to  tak 

będzie.

– Z Janiną żyjemy jak brat z siostrą – ojciec patrzy w stronę 

drzwi. – To jej dom. Tylko wynajmuję pokój.

***

Człowiek to skrzypki z jedną struną. Im mocniej uderzyć, 

tym większa amplituda drgań. Radość – melancholia. Euforia – 
rozpacz. Można nie grać. Można nie żyć.

***

background image

17

Babcia  była  komunistką  o  szczerym  odchyleniu  stalinow-

skim. „Już wy się o nich nie martwcie” – denerwowała się, kiedy 
wygadywaliśmy na Ruskich. Do emerytury pracowała w banku, 
ale nigdy nie zrozumiała istoty działania tej instytucji. Dlatego 
odkładała pieniądze na lokatach, a  za odsetki kupowała pre-
zenty wnukowi. Przez trzydzieści lat nie malowała mieszkania, 
bo  przy  każdym  remoncie  jej  córka  źle  wychodziła  za  mąż. 
Prowadziła  skrupulatne  zapiski  w  wyświechtanych  zeszytach. 
„14  kwietnia;  masło  3,50;  znaczki  10,00;  prąd  54,00.”  Kiedy 
byłem w podstawówce, chodziła z naszą klasą do kina i teatru. 
Oszczędzała zapałki. Zużytą odpalała od świeczki piecyka ga-
zowego i biegła z nią do kuchni starając się zapalić gaz, zanim 
przypali palce. Zbierała gazety z moimi opowiadaniami, ale tak-
że sreberka po czekoladach i wszystkie inne papierki. Bez żena-
dy czytała listy od dziewczyn z mojej szuflady. Wznosiła toasty: 
„Pijmy, bo już nigdy tak młodo pić nie będziemy”. „Żeby nam 
się dobrze działo, a że działo to armata, więc żeby nam się do-
brze armaciało”. Korespondowała z Zygmuntem Kałużyńskim 
– on też niczego nie wyrzucał.

Po drugim wylewie była ciągle zirytowana tym, że nie może 

mówić, ręce się trzęsą, a leki na krążenie mają gastryczne skutki 
uboczne. Nawet filmy z wypożyczalni nie sprawiały jej przyjem-
ności. Połyka wszystkie tabletki uspokajające, jakie są w domu 
i zostawia list z jednym zdaniem urwanym w połowie.

Ratownicy wynoszą ją z mieszkania na kocu, bo nosze nie 

mieszczą  się  do  windy.  „Nic  nie  niosę”,  jeden  przed  drugim 
chełpią się krzepą. 

„Pani Wolff, czy pani mnie słyszy?” Nie ma szczęścia, leka-

rze cucą ją na intensywnej terapii i przywiązują do łóżka jeszcze 
na dwa tygodnie. Lubię, kiedy przychodzi we śnie.

***

background image

18

Śpiewają Terence Trent D’Arby i jego czarny Indian z chro-

mowanym lewarem ręcznej zmiany biegów.

Sign your name 
Across my heart 
I want you to be my baby

Mam trzynaście lat, oglądam go jadącego mokrymi ulicami 

Londynu. Najpierw do motocyklowej knajpy. Kumple w ćwie-
kowanych skórach puszczają z dymem czas, a barman o długiej 
twarzy współczująco kiwa głową polerując szklanki.

Time I’m sure will bring 
Disappointments in so many things

Potem  znów  przez  miasto,  pod  dom  pięknej,  której  fry-

zjer  z  okazji  pożegnania  odsłonił  ramiona  i  kark.  „Au  revoir, 
Terence”. Krople wody jak szklane łzy trzymają się nawoskowa-
nych błotników. Terence odkręca gaz, ona stoi za cienką mlecz-
ną szybą, z córką w szczupłych ramionach.

We started out as friends 
But the thought of you just caves me in

Wszystko się dobrze kończy, bo z czarnej sakwy wystają łapy 

pluszowego misia. Na misia nie ma mocnej.

Slowly we make love 
And the Earth rotates 
To our dictates

background image

19

Jako trzynastolatek wierzę, że kiedyś będę miał wyrzeźbio-

ny brzuch, czarną kurtkę i Indiana. 

Byłem bardzo blisko.

***

Najlepiej  zapamiętuję  frazy  nieistotne  –  historie  z  teledy-

sków  i  filmów,  słowa  piosenek,  nazwiska  aktorów.  Prawdziwe 
słowa, nazwiska, historie przepływają nade mną jak front atmos­
feryczny nad anteną satelitarną. Żyję w świecie przetworzonym 
– rzeczywistość najczęściej nuży.

***

Linoskok spada. Stopa minęła punkt, kiedy oko dostrzegło 

diabła. „Więc to już?”, myśli podczas krótkiego lotu od dachu 
po bruk. Na dole czeka Zaratustra, nielitościwy pocieszyciel.

– Niema dyabła, niema piekła. Dusza twa umrze prędzej 
jeszcze, niźli twe ciało: zbądź więc lęku! – mówi temu, 
którego diabeł strącił. – Tyś z niebezpieczeństwa uczynił 
powołanie, tem się nie gardzi. I oto przez swe powołanie 
giniesz; zato pochowam cię własnemi rękoma. 

***

Pcha motocykl poboczem, więc się zatrzymuję. Zanim do-

tacza się do mnie, już jesteśmy na „ty”. Ma na sobie plastikową 
zbroję i dżinsy przewiązane wąskim paskiem.

Zabieram  go  na  stację  i  z  powrotem.  Butelki  z  benzyną 

wkłada pod kurtkę, czuję je na plecach podczas hamowania. Nie 
przejmuję się bezwładnym stukaniem jego kasku w mój. Potem 

background image

20

powie, że nigdy nie jeździł tak szybko i nie pochylał tak mocno 
jak tego dnia ze mną.

Jego motocykl wygląda jakby brak benzyny był tylko pierw-

szym z listy problemów. Mimo wszystko zapala.

– Michał jestem. Cześć stary.
Potem co jakiś czas dzwoni. A to, że na prawo jazdy się za-

pisał, a to że pospawał ramę. Proponuję, że sfotografuję jego 
motocykl i jego w zbroi, że napiszę do gazetki. Przestaje się od-
zywać.  Po  kilku  tygodniach  przysyła  esemesa.  „Właśnie  mnie 
obudzili. Nie jest dobrze stary”.

Na intensywną terapię wpuszcza mnie dawny kolega z kla-

sy. Jest jednym z tych lekarzy o czerwonych oczach, co przez sto 
godzin dyżuru palą sto papierosów, piją sto kaw.

– Też jeździsz? – zapytał.
– Trochę.
– Sobie popatrz.
Michał miesiąc temu rozwalił się o tył samochodu. Trzy ty-

godnie trzymali go w śpiączce. Teraz przypominał worek pełen 
pogruchotanych kości. Rozmowa się nie kleiła, bo miał w krtani 
rurkę, przez którą odsysana była wydzielina z płuc. Mógł tylko 
szeptać i to nieczęsto, bo zaczynał kaszleć. Trudno go było zro-
zumieć. W ogóle trudno to zrozumieć.

***

Telefon od Wojtka.
– Wybieram się na Rdzawkę. Zakręty koło Nowego Targu, 

wiesz. Podobno asfalt ma tam domieszkę kauczuku. Jedziesz?

– W pracy jestem.
– W niedzielę? Frajer. Dobra, jadę. Nie mówię Aśce gdzie, 

żeby się nie denerwowała.

background image

21

Telefon od Aśki.
–  Szykuję  dla  Wojtka  przyjęcie  –  niespodziankę  na  czter-

dzieste urodziny. Przyjdziecie?

– Zapytam Kasi, czy będzie mogła.
– Tylko nie mów Wojtkowi.

Telefon od Wojtka.
– Słuchaj. Wypieprzyłem się w Rdzawce. Trochę rozwali łem 

motor.

– A ty?
– Nic mi nie jest, nogę obtarłem. Właśnie organizuję trans-

port do Krakowa.

– Aśka wie?
– Później jej powiem.

Telefon do Aśki
– Oczywiście, że przyjdziemy. Tak, Wojtkowi ani słowa.

***

– Mam niespodziankę – mówi żona. – Znalazłam ci siostrę 

przyrodnią.

– Agnieszkę?
–  Masz  jeszcze  jakąś?  Szukałam  w  listach  od  ojca.  Przej­

rzałam  rejestr  lekarzy.  W  końcu  trafiłam  na  zdjęcia.  Żadne 
nazwisko  się  nie  zgadza,  ale  jest  podobna  do  ciebie.  To  takie 
zabawne.

– Bardzo.

***

background image

22

Agnieszka siedzi naprzeciwko. Patrzę na jej twarz, rejestru-

ję  gesty,  sposób  układania  nóg.  Kiedy  sięga  po  winogrono  ze 
stołu, w jej torebce dzwoni telefon.

– Jak to wyje alarm? To trzeba wyłączyć. Jak to nie macie 

klucza? Ja mam klucz? Nie mam. Dozorca ma klucz.

Odkłada słuchawkę.
–  Dlaczego  nie  masz  klucza  do  własnej  firmy?  –  pyta  jej 

mąż.

– No nie mam. Dozorca ma.
Moja żona i mąż Agnieszki spoglądają po sobie.
– Co to za pytanie „dlaczego”? – prycham.

***

Złodzieje przychodzą pod wieczór. Przynoszą ślady błota, 

zabierają pieniądze. Zostawiają łom, biorą zegarek.

– Nie warto było oszczędzać – mówi Kasia, kiedy zamykają 

się drzwi za ostatnim policjantem.

Jest środek nocy, palą się wszystkie światła. Jakby za pomo-

cą stu lamp można było wywabić z oczu poczucie straty, wyświet-
lić spokój jak film na gołej ścianie. Meble są białe od talku, na 
którym widać każdy odcisk palca. Wiele ich – małych, dużych, 
winnych, niewinnych, naszych, obcych.

– Musimy zacząć wyjeżdżać. Lepiej dawać hotelarzom niż 

włamywaczom.

***

To ostatni moment. Erszóstka ma pięć lat, dziesięć kilo nad-

wagi i dziesięć koni mniej niż nowy model. Ja mam trzydzieści 
pięć lat. Mniejsza o nadwagę, ale nie będę już silniejszy. Wzrok 

background image

23

mi się nie poprawi, ani refleks. Nie będę zdrowszy. Trzeba to 
zrobić teraz.

W uszach zaczynają mi rosnąć włosy. Więc teraz. Zapoży­

czę się.

***

„Carefour”, czyli skrzyżowanie. Przy lepkich stolikach, gdzie 

jada się kurczaki przyrządzone według sekretnej receptury colo-
nela Sandersa, troje Amerykanów rozmawia o Bogu. Chłopiec 
z biblią w ręce wie o Nim wszystko. Kciuk i palec wskazujący 
pewnie  wciska  się  między  stronice  półprzejrzystego  papieru. 
Opuszkami wyczuwa, gdzie Księga Rodzaju, gdzie psalmy, gdzie 
Mateusz, gdzie Jan. Czyta, chociaż zna na pamięć. Dziewczyna 
wierzy w tego chłopca, w jego oczy i głos. Nawet jeśli za pięć lat 
się roztyje, ona tego nie zauważy – oczy i głos się nie starzeją. 
Ten trzeci chciałby wierzyć, że jest coś poza okładkami z plasti-
ku imitującego skórę. Coś poza deską i deską.

Długie deski – po cztery na każdego – czekają w drzewach. 

Jeszcze  szumią,  kołysze  nimi  wiatr.  Dlatego  zatrzymali  się  na 
skrzyżowaniu w środku Europy i poprzez szum słuchają tego, 
który wierzy, który wie.

***

Na ekranie widać młodego mężczyznę w slipach. Teatralnie 

przeciąga się i z puszką piwa staje w otwartych drzwiach ma-
łego  samolotu.  Otwiera  puszkę  i  próbuje  pić,  ale  pęd  powie-
trza zamienia płyn w pienistą smugę uciekającą w tył. Wyrzuca 
piwo  i  bez  wahania,  bez  najmniejszego  spięcia  mięśni  skacze 
w przepaść bez spadochronu. Po chwili jego śladem rusza jesz-
cze jeden skoczek, ale już ze spadochronem. Dogania tamtego 

background image

24

w powietrzu, przypina do siebie grubym pasem. Lądują razem. 
Ten  w  slipach  to  Travis  Pastrana.  Pierwszy,  który  na  motocy-
klu  wykonał  podwójne  salto  do  tyłu,  jeden  z  trzech  ludzi  na 
świecie, którzy mogą chodzić po oderwaniu miednicy od krę-
gosłupa. Cofam film i obserwuję twarz Pastrany w chwili skoku. 
Żadnego lęku.

 

***

Bada mnie okulista, laryngolog i lekarz medycyny sporto-

wej.  Orzekają,  że  jestem  wystarczająco  zdrowy,  żeby  skręcić 
kark na wyścigach.

***

W  Dzień  Matki  siadamy  na  tarasie  osiedlowej  trattorii 

z widokiem na nowe bloki wryte w bagnistą łąkę. Popielniczka 
i piwo z sokiem – dla niej. Coca­cola dla mnie.

– Musisz się ścigać?
– Musisz palić?
– Muszę palić, skoro się ścigasz.
Słońce kładzie czerwone plamy na ścianach. Obojgu nam 

zaczynają trzeszczeć stawy w dłoniach, ale ona może je uspokoić 
zapalając papierosa.

– Zobacz – powiedziała odgarniając kosmyk. – Siwe włosy 

mam przez to.

***

Moja praca to rodzaj aktorstwa. Wychodzę na scenę. Mówię 

swoje kwestie. Tysiąc przedstawień rocznie. Publiczność płaci za 
spektakl,  ale  –  inaczej  niż  w  teatrze,  woli  ostatnie  rzędy.  Pod 

background image

25

koniec semestru oceniam moją publiczność i obowiązkowo każ-
demu daję autograf. Czasem spotykam widzów na ulicy.

–  Pan  mnie  pewnie  nie  pamięta  –  dziewczyna  z  plikiem 

papierów.

–  Oczywiście  pamiętam  –  kłamię.  –  Była  pani  moją 

studentką.

– Pan zobaczy, jak się pracuje po dyplomie – zaciska wargi 

i podtyka garść ulotek reklamujących telefony.

Nie przeszła na drugą stronę. Znaczy nie jestem najgorszym 

aktorem.

***

Dobrze  jest  jechać  nocą  z  przyczepą.  Lewa  ręka  na 

kierownicy,  prawa  zmienia  płyty  rozrzucone  na  siedzeniu 
obok.  Rozgrzane  powietrze  furczy  za  uchylonym  oknem.  Do 
Częstochowy  Johny  Cash.  Do  Łodzi  Amy  Macdonald,  do 
Poznania  Kabaret  Starszych  Panów.  Kalina  Jędrusik  wypina 
odrobineczkę  biodro,  już  rzężą  żądze  u  stóp.  Pomarszczony 
Cash, który miał w Denver dziewczynę o czułych oczach i cie-
płych  ramionach,  niespiesznie  stuka  palcami  w  pudło  czarnej 
gitary.  Mała  MacDonald  biegnie  do  utraty  tchu  i  śmieje,  aż 
usta przestają czuć. „Chciałabym poznać cię, zanim”. Dobrze 
zatrzymać się na stacji, kiedy neony bledną o świcie, prostować 
krzyż tankując do kanistra najlepszą benzynę. Zaparkować przy 
torze,  kiedy  jeszcze  cisza  i  tylko  krople  rosy  drżą  na  plastiku 
przyczep kempingowych. Wyłączyć silnik, podłożyć kurtkę pod 
głowę i zamknąć oczy wsłuchując w szum drogi wirujący w gło-
wie. Wtedy każdy błysk snu na rozłożonym fotelu jest spełniony. 
„I drove all night to get to you”. Wyścigi, moja kochanka.

***

background image

26

Chodzę wzdłuż uliczek wyścigowego miasteczka, które bu-

dzi  się  z  szelestem  brezentu,  trzaskaniem  drzwi,  ziewnięciami 
przetykanymi przekleństwem. Ktoś staje na drodze.

– Piotrek.
– Jesteś sam? – pyta.
– Żonaty.
– Tutaj. Ktoś ci pomaga? Masz mechanika, namiot? Koce 

do grzania opon?

– Nic.
–  Ustaw  się  przy  nas.  Jest  Damian,  Maciek,  Daniel. 

Będziemy udawać twój zespół wyścigowy. Chodź, Agata naleje 
ci kawy.

***

Strumyczki wody ściekają z białych, czerwonych i granato-

wych płacht brezentu, spływają po stertach opon, wsiąkają w pia-
sek między kostkami bruku. Cały dzień czekam pod namiotem. 
Co pół godziny sprawdzam prognozę pogody w Internecie. Nie 
da się ukryć, będzie wyścig po mokrym torze. Wyciągam z ba-
gażnika  opony  na  deszcz.  Patrzę  jak  chłopcy  odkręcają  koła 
w moim motocyklu. Trzęsę się.

Nie wyjeżdżam na ostatnią sesję treningową. W takich wa-

runkach  nie  poprawię  czasu.  Nie  ma  po  co  ryzykować  niepo-
trzebnie. Jeszcze się wywrócę i nie pojadę w wyścigu. Wyścig jest 
najważniejszy. Tchórz ma sto wymówek.

Kolejne wyścigi rozpoczynają się i kończą. Po każdym cięża-

rówka zwozi motocykle uszkodzone w wypadkach.

–  Wyścig  klasy  Hornet  odwołany.  Powtarzam…  –  słychać 

z megafonu.

Chciałbym, żeby mój wyścig też odwołano, ale nic takiego 

się nie dzieje. Zimna woda ścieka z dachu, wlewa do spodni.

background image

27

–  Zawodnicy  klasy  Pretendent  proszeni  są  o  ustawianie 

się  na  polach  startowych.  Ściągam  mokre  dżinsy  i  zakładam 
kombinezon.  Jest  piekielnie  ciasny,  ruszam  rękami,  żeby  go 
naciągnąć.

Zapalam silnik i kiwam głową do Daniela. Bez słowa ściąga 

koce z opon.

–  Uważaj  na  drugim  zakręcie  –  pochyla  się  nade  mną 

Maciek. – Chyba jest trochę oleju na wewnętrznej. Dziwnie się 
tam wywracają.

Zakładam kask i w drogę. Przestało padać. Objeżdżam tor 

patrząc, gdzie kałuże, gdzie tylko mokro, a gdzie wąski pasek 
asfaltu  wysuszonego  podmuchami  powietrza  rozgania nego  na 
boki przez poprzednich zawodników. 

Na szybie osiada wodny pył.
Staję  na  swoim  polu  w  drugim  rzędzie  zawodników. 

Rozglądam, kto przede mną, kto za mną. Kręcą się mechani-
cy, dziewczyny z parasolkami. Jaskrawe kombinezony, plastiki, 
kaski. Tylko proste kolory, żadnych odcieni. Odcienie, to wątpli-
wości, a tu nie może być wątpliwości. Czerwony, zielony, niebie-
ski, biały, czarny. Do przodu.

– Co to jest? – sędzia zatrzymuje się przy moim motocyklu 

i patrzy w dół.

– Korek – mówię.
– Odkręcić.
Jak? Motocykl nie ma podstawki, a ja nie mam mechanika. 

Chłopcy zostali w namiocie. Dwie minuty do okrążenia rozgrze-
wającego. Za chwilę wszyscy ruszą, mnie każą zjechać na bok.

Nieznajomy facet, kolega albo mechanik innego zawodnika, 

klęka przy moim motocyklu i próbuje odkręcić korek. Nie daje 
rady, zaklejony na amen. Gość kładzie się na mokrym asfalcie 
i kopie butem w owiewkę. Korek strzela w trawę na poboczu. 
Mogę jechać. Machają flagami, dawaj. Okrążenie rozgrzewające 

background image

28

jest po to, żeby się schłodzić. Uspokoić tętno, wywietrzyć pot 
ściekający  pod  kaskiem.  Staram  się  trzymać  z  tylu,  żeby  jak 
najdłużej jechać i nie pozwolić wystygnąć oponom.

Znów  dojeżdżam  do  mojego  pola  startowego.  Czerwone 

światła już się palą. Pochylam się nad kierownicą. Dodaję gazu. 
Franciszek  spłodził  Andrzeja.  Andrzej  spłodził  Władysława. 
Władysław spłodził mnie. Stefania urodziła Władysławę. Wła­
dysława  urodziła  Annę.  Anna  urodziła  mnie.  Pokolenia  tra-
gicznych nieporozumień, ironii losu, bezkierunkowej ewolucji. 
Wszystko, żebym stanął w tym miejscu i porze przed białą linią 
i patrzył w rząd czerwonych świateł. Gasną.

***

– Byłem szósty. Dwóch się wypieprzyło na pierwszym zakrę-

cie. Potem jeszcze dwóch.

– Dobrze.
– Szkoda, że nie pojechałem treningu na deszczowych opo-

nach. Nie mogłem ich wyczuć. Może byłoby lepiej.

– Może.

***

Wyścig jak seks. W opisie nudny, w działaniu interesujący. 

W  opisie  jednostajne  ruchy  i  dużo  potu.  Ciekawie  jest  przed 
i po, nie akt. W działaniu odwrotnie – akt najważniejszy. Przed 
– pragnienie. Po – senność.

***

Następnego  dnia  wyścig  zawodników  klasy  Rookie.  Przy­

łączam się do nich bez nadziei na dobry wynik. Tylko po to, żeby 

background image

29

jeszcze  raz  wziąć  udział  w  wyścigu.  Dobrzy  zawodnicy,  dobra 
pogoda. Świeci ostre słońce. Ustawianie maszyn ciągnie się bez 
końca. Pocę się w szczelnie zapiętym kombinezonie. Piotrek stoi 
przy  moim  motocyklu.  Nie  ma  kolorowego  parasola,  cycków, 
ani kolczyka w pępku.

– Dobrze, że wpadłeś – mówię, kiedy przez megafon trąbią 

po raz kolejny i pomocnicy schodzą z toru.

Start! Wiatr owiewa ciało. Asfalt nagrzany, czuję się pew-

nie. Jadę w środku stawki zawodników. Pracujemy w równym 
tempie. Z wyjątkiem tych, co lądują w żwirze. Ale nie ja. Od po-
łowy  wyścigu  wyschnięte  wargi  oblizuję  obrzmiałym  językiem. 
Inni  też  słabną.  Wyprzedzam  jednego  z  napisem  „DNA”  na 
kombinezonie. Następny zawodnik też zwalnia. Będziesz mój. 
Jeszcze dwa zakręty.

Pac! Odjeżdża przednie koło. „Tyle”, myślę i już się turlam. 

Byle się zatrzymać. Góra – dół – góra – dół. Mózg obraca się 
w głowie jak kulka żyroskopu, którym dziecko potrząsa dla za-
bawy. „Wszystko bez sensu. Co ja tu robię?” Poglądy na wyścigi 
obracają się razem ze mną, do góry nogami. „Dziecko. Przecież 
mam dzieci”.

Przestaję się ruszać. Na chwilę. Potem zaczynają się zginać 

i rozginać moje ręce i nogi. „Działamy!”, wołają radośnie. „Nie 
zostaniesz tetraplegikiem jak Janusz Świtaj!”. Uspokoić oddech. 
Podnieść tyłek, oprzeć się na kolanach i łokciach. Powstrzymać 
zawroty głowy.

– Niech pan nie wstaje!
– Co pana boli?
– Wejdzie pan do karetki?
– Jak się pan nazywa?
– Jaki dzisiaj dzień?
Czyjeś  ręce  mnie  podtrzymują.  Nie  opieram  się.  Próbuję 

tylko przerwać potok pytań.

background image

30

– Wiem jak się nazywam. Wiem jak mają na imię moje dzieci.
– To nic nie znaczy. To się zazwyczaj wie.
W ambulatorium ściągają ze mnie kask i rękawiczki. Roz­

pinają kombinezon, ale nie daję się rozebrać.

– O popatrz! Żonaty – mówi lekarka – Halo. Proszę pana. 

Ma pan siniaki i stłuczoną dłoń. Coś jeszcze panu dolega?

– Dajcie mi pić. Odwodniony jestem.
– Dajcie wody odwodnionemu – śmieje się.
Wychodzę na słońce. Pielęgniarz podwozi mnie do namiotu 

karetką. Patrzę na tor. Następny wyścig właśnie się zaczął.

***

Bolą mnie kości, siniaki pulsują. Przyczepa ciąży, jakby dro-

ga z Poznania do Krakowa prowadziła cały czas pod górę. Przez 
pół sekundy śledzę drogę owada. Prąd powietrza zepchnął go 
znad  mglistej  łąki.  W  snopie  światła  wykonuje  skręt  w  lewo, 
w dół, do góry i rozbija na szybie, tuż przed moją twarzą. Jego 
życie zostawia tylko ślad na szkle. Nieważne wschody i zachody 
na łące. Nieważny zapach trawy o świcie. Trzy szybkie decyzje, 
jedna błędna.

***

Michał uczy się podciągać w łóżku na jednej ręce i sikać bez 

cewnika. Osiem miesięcy na oddziale. Codzienne rytuały kar-
mienia, lekarskich obchodów, obracania z boku na bok. Syreny 
w  białych  fartuchach  cieśninami  korytarzy  pchają  okręt  łóżka 
do kolejnych zatok. Izolatka, pokój dziesięcioosobowy, izolat-
ka. Towarzysze podróży zmieniają się często. Młodzi, starzy, cisi 
i charczący nocami. Nie warto się przywiązywać. Odyseja dopie-
ro się zaczyna.

background image

31

II.

Kiedy w samolocie zasypiam na siedząco, otwieram usta jak 

trup. Nie będę miał drugiej szansy na wyścigi.

***

Weekend  w  Madrycie.  Wysiadamy  z  metra  i  wspinamy 

się  po  schodach  do  wyjścia.  Bolą  mnie  obtarte  stopy  turysty. 
Plama  popołudniowego  słońca  kładzie  się  na  ścianie  i  stop-
niach. Wstępując na jej krawędź podnoszę wzrok. Rotunda Las 
Ventas z różowej cegły wznosi się na placu. Budynki wokół są 
niższe, to nie jest najlepsza dzielnica. Ludzie kupują orzechy, 
wodę, chipsy i ustawiają się do jednej z dwóch kolejek po bilety. 
Miejsca w słońcu są tańsze, ale o tej porze słońce już nie doku-
cza.  Omijamy  kolejki,  bilety  załatwił  nam  gruby  recepcjonista 
w hotelu. Zdarł przy tym drakońską prowizję wykorzystując mój 
entuzjazm i nieznajomość tutejszego życia. Obejmuje nas chłód 
podcieni, pokazujemy bilety kasjerom – starszym mężczyznom 
w  granatowych  spodniach  i  białych  koszulach.  Ich  pomocnicy 
krzykliwie namawiają do wypożyczenia poduszek zalegających 
w stertach pod ścianami. Wydają się dość brudne. Wspinamy się 
na pierwsze piętro. Między kolumnami wspierającymi maure-
tańskie łuki widać miasto, różańce aut i ściekające po nich kro-
ple skuterów. Ciepły wiatr omiata ściany plaza de toros, podnosi 
sukienki dziewcząt.

Wychodzimy  na  widownię.  Rzędy  kamiennych  stopni 

z  rów no  ciosanego  granitu.  Bileter  odprowadza  nas  na  miej-
sca. Arena jest pusta, wysypana równo zagrabionym piaskiem. 
Dwa kręgi namalowane kredą dzielą powierzchnię koła na sfe-
ry przyciągające wzrok jak tarcza. Tłum wpływa przez otwory 

background image

32

wejść  i  rozlewa  po  trybunach.  Prawie  nie  ma  dzieci,  tylko  je-
den  chłopiec  pod  opieką  ojca  podskakuje  za  naszymi  pleca-
mi.  Wracam  po  poduszkę  dla  Kasi,  sam  siadam  na  zawinię-
tej  w  plastikowy  worek  koszulce  z  bykiem.  Prezent  dla  Olka. 
Z  megafonów  słychać  ochrypły  komunikat,  żeby  minutą  ciszy 
uczcić śmierć matadora, który zginął w tym miejscu przed tygo-
dniem. Nikt nie słucha tych wezwań, powtarzanych dwukrotnie.

Zegar na wieży pokazuje szóstą dwiema czarnymi szpada-

mi. Toreadorzy obchodzą arenę z przewieszonymi przez ramię 
muletami. Ich obszyte cekinami obcisłe stroje błyszczą w ukoś-
nych promieniach słońca. Orkiestra posadzona w ławkach nad 
bramą gra podniecająco skoczną melodię. Widzowie podnoszą 
się i oklaskują idących. Toreros zatrzymują się przed trybuną ho-
norową i prezentują broń przed ludźmi oddzielonymi od tłumu 
balustradą z zdobioną w żółte i czerwone proporce. Pomocnik 
w białej koszuli niemrawo okręca tablicę z wypisaną wagą byka, 
jego wiekiem i nazwiskiem hodowcy.

Pierwsze  zwierzę  wbiega  na  arenę  i  widać,  dlaczego  ten 

sport nazywa się corrida de toros, bieg z bykami. Toreadorzy roz-
pierzchają po arenie i kryją za drewnianymi parawanami przy-
ciśniętymi do ogrodzenia. Byk z irytującym szpikulcem wbitym 
w garb nad karkiem próbuje wcisnąć tam głowę, żeby wyłuskać 
człowieka rogiem, niczym pistację z łupiny. Toreadorzy zabiera-
ją się do pracy. Po kolei judzą zwierzę różowymi capas wielkości 
płaszczy.  Przepuszczają  szarżujące  zwierzę  obok  i  uciekają  za 
parawan, który chwilę później dudni od ciosów rogami. Tłum 
nagradza oklaskami odwagę ludzi, śmiechem chłoszcze tchórzo-
stwo. Z trybun każdy rodzaj emocji jest widoczny jak na dłoni. 
Widok  zasnuwa  siwa  mgiełka  tytoniowego  dymu.  Mężczyzna 
przed nami wykrzykuje rady dla toreadorów. Lewą ręką mnie 
na wpół wypalonego papierosa. Jego prawa dłoń i stopa podska-
kują i wyrywają się jak psy na łańcuchach.

background image

33

Orkiestra daje sygnał. Na arenę wjeżdżają pikadorzy. Ich 

konie  mają  zasłonięte  oczy  i  korpusy  opancerzone  grubymi, 
przeszywanymi  kołdrami  z  ceraty.  Nogi  jeźdźca  są  chronione 
blachami, strzemiona przypominają stalowe szufle. Byk natych-
miast  atakuje  konia.  Nie  waha  się  nawet  sekundy  przed  wbi-
ciem rogu w jego brzuch. Zwierzę przyjmuje cios ze spokojem 
ślepego mędrca. Zapiera się nogami, żeby nie upaść. Pikador 
wbija grubą lancę w grzbiet byka. Zwierzę napiera i na chwilę 
podnosi konia w górę razem z jeźdźcem. Koń traci równowagę, 
pada na ziemię tuż przy barierze. Tłum podrywa się z ławek. 
Matadorzy  rzucają  się,  żeby  muletami  odciągnąć  uwagę  byka 
i dać czas pikadorowi na ucieczkę. Krzyki na widowni mieszają 
się głuchym dudnieniem kopyt o drewniane bariery. Byk odbie-
ga na drugą stronę koła. 

Ludzie pomagają koniowi wstać, poprawiają uprząż i pan-

cerze. Pikador wsiada. Oklaski. Jeździec kręci zirytowany głową 
i znów ustawia konia w pozycji bojowej. Byk atakuje jeszcze raz, 
przy samej barierze. Pikador wbija lancę. Zwierzęta i człowiek 
zastygają na chwilę w splocie znoszących się sił, bólu, strachu 
i dumy. Pikador uwalnia nogę przyciśniętą do drewnianej ścia-
ny. Byk wyjmuje rogi ze splotów materiału. Pikadorzy wyjeżdża-
ją z areny. Dwa ślepe konie wolno kroczą korytarzem między 
dwoma liniami parkanów i znikają w ciemnościach przeciwle-
głych bram.

Na znak orkiestry do byka doskakują banderilleros. Każdy 

ma  w  rękach  dwie  krótkie  włócznie,  oplecione  kolorowymi 
wstążkami.  Podbiegają  do  byka  rozkładając  ręce  jak  skrzydła, 
przelatują nad nożami rogów, wbijają banderille w krwawiący 
już grzbiet zwierzęcia.

Kuba  metodycznie  robi  zdjęcia.  Justyna  krzywi  usta,  bar-

dziej przeszkadza jej zapach dymu niż widok krwi. Kasia wzdry-
ga się co chwilę, nie odwraca wzroku.

background image

34

Wreszcie  na  arenę  wychodzi  matador  –  „dający  dobrą 

śmierć”.  Alvaro  Ortega  urodził  się  w  Sewilli,  cztery  lata  po 
mnie. Ale on nie marnował czasu. Dopiero kończyłem studia, 
kiedy on już debiutował jako pikador. Teraz stoi na piasku are-
ny rozmawia spokojnie z jednym z toreadorów, odwrócony do 
byka plecami. Zwierzę w tym czasie miota się to za jedną, to za 
drugą capa. Grzbiet spływa krwią, banderille zwisają szyderczo 
po bokach. W końcu matador rzuca kapelusz na ziemię i bierze 
się do pracy. Inni toreros odstępują. Arena jest przedzielona na 
pół linią cienia. Matador kieruje byka tam, gdzie na trybunach 
zasiada najwięcej ludzi. Krótką szpadę chowa za płachtą mulety. 
Jego gesty są pozą, ale odwaga autentyczna. Utrzymuje kontrolę. 
Przewiduje dynamikę ruchów byka. Ruchami bioder, podrzuce-
niem głowy i okrzykami wyzywa zwierzę do pojedynku, okazuje 
pogardę niebezpieczeństwu. Głowa byka okręca się wokół jego 
ciała,  rogami  krojąc  powietrze  na  plastry.  Matador  ociera  się 
o bok zwierzęcia. Jego biały kostium ocieka krwią startą z sier-
ści.  Margines  bezpieczeństwa  nie  istnieje  lub  jest  zbyt  mały, 
żebym mógł go dostrzec. Byk ukarze matadora za każdy błąd 
w sztuce zabijania. Wykorzysta siłę przypadku. Porządek rytu-
ału zabija byka. Chaos zabija matadora. Ortega oddaje pomoc-
nikowi jedną szpadę i bierze drugą – ostateczną. Jej ostrze jest 
lekko wygięte w dół, kiedy matador staje naprzeciw zwierzęcia 
z uzbrojoną ręką wyciągniętą prosto przed siebie. Ruszają jed-
nocześnie – rogi naprzeciw stali. Szpada wchodzi w grzbiet byka 
aż po gardę. Tłum klaszcze, matador odwraca się, żeby odebrać 
nagrodę uwielbienia. Matadorzy rzucają się wkoło byka z mule-
tami, którymi na zmianę młócą powietrze. Byk kręci głową na 
boki, a ostrze stopniowo rozdziera mu rdzeń kręgowy. W koń-
cu zwierzę klęka. Matador doskakuje do jego głowy i wbija mu 
w kark krótki nóż. Zwierzę jest martwe. Publiczność wiwatuje. 
Ortega odcina bykowi ucho. Orkiestra uderza w podniosłe tony. 

background image

35

Zaprzęg osłów umajonych wstęgami i kwiatami wyciąga byka za 
ogrodzenie.  Jego  nogi  sterczą  sztywno,  jakby  nadmiar  energii 
nawet po śmierci nie pozwalał im zwiotczeć.

Odwracam się w stronę chłopca. Ojciec tłumaczy szeptem 

to, co obaj widzieli i czuli.

Na  arenie  pomocnicy  z  czerwonych  koszulach  zasypują 

krew,  zbierają  do  wiadra  czerwone  błoto,  dorysowują  kredą 
stratowane linie. Orkiestra zapowiada następną walkę. Jeszcze 
pięć, by nasycić chwałą trzech matadorów. Pięć, nim zapadnie 
zmrok.

Drugi  byk  nie  zasługuje  się  niczym,  pamięć  o  nim  nie 

przetrwa.

Trzeci  byk  ma  kark  twardszy  niż  inne  albo  matador  Fer­

nando Cruz ma dzień gorszy niż inne. Cztery razy szpada spa-
da  na  grzbiet  ale  nie  wchodzi  głęboko.  Byk  podrzuca  głowę 
i broń kreśli w powietrzu srebrny łuk zanim spadnie w piasek. 
Cierpliwość tłumu wyczerpuje się po drugiej próbie. Po trzeciej 
matadora  dosięgają  gwizdy  i  szyderstwa.  Rodowity  madrileno 
nie powinien obrażać własnej publiczności brakiem kunsztu. Po 
czwartej próbie Fernando Cruz wymienia szpadę, ale zapasowa 
klinuje  się  w  pochwie.  Dopiero  pomocnik  wydobywa  ją  ude-
rzając  rękojeścią  o  krawędź  ogrodzenia.  Śmiech  publiczności 
chłoszcze matadora po plecach. Nowa szpada jest lepiej zaost-
rzona i byk pada. Tłum z ulgą przyjmuje koniec zawstydzające-
go widowiska.

Czwarty byk wstaje z klęczek, gdy już wydawał się martwy. 

Tłum skanduje: „Toro, toro!”, oddając cześć iskrze życia ponad 
śmiercią. Zwierzę przez chwilę stoi bez ruchu wpatrując w za-
bójców i ostatni promień słońca nad krawędzią dachu. Matador 

background image

36

czeka cierpliwie i z szacunkiem. Byk klęka jeszcze raz, pochyla-
jąc kark przed koniecznością. Matador kończy sprawę nożem.

Piąty byk przesadza ogrodzenie jak kot i wpada do koryta-

rza, którym przemieszczają się pomocnicy. Tłum wstaje, jakby 
każdego  na  trybunie  dźgnięto  szpadą  pod  łopatkę.  Byk  rusza 
korytarzem dookoła areny. Ludzie ze środka pierzchają na try-
buny. W końcu ktoś przytomnie otwiera bramę i byk znów wpa-
da do środka kręgu.

Chronimy  się  przed  południowym  upałem  w  muzeum 

Prado. Podłoga na parterze opada wraz z ulicą przypominając, 
że Madryt leży na wzgórzach. Od drzwi wita nas Francisco Goya 
wczesny, średni, późny. Portrety członków rodziny królewskiej, 
wszystkich Ludwików, Karolów, Alfonsów i Izabel są zbyt szcze-
re, żeby mogły się podobać zamawiającym. Goya potrafi sfałszo-
wać kolor nieba, rysunek wzgórz, dodać urody koniowi, ale nie 
jest wstanie przymusić ręki do pochlebnego retuszu rysów. Mimo 
że  dobrze  płacą,  obsypują  diamentowym  proszkiem  uznania. 
Okrucieństwo warg, brak polotu modeli maskuje jaskrawością 
sukien, szarf i diamentów. W innej sali Maja „Ślicznotka” dwu-
krotnie zakłada ręce za głowę na polecenie ministra Godoya. 
Naga, czy ubrana – jednakowo śmiało patrzy na wchodzących, 
pozwalając ocierać się o piersi. W osobnym pokoju sielanki z ła-
godnie kłócącymi się szulerami, psami na polowaniu, parasol-
kami osłaniającymi świetliste czoła dam na pikniku. Wszystkim, 
co  król  chciałby  mieć  na  ścianach  letnich  rezydencji.  Dalej 
„Rozstrzelanie powstańców madryckich” z wielkookim mężczy-
zną rozkładającym ręce jak blejtram obrazu. Płótno koszuli już 
czeka na czerwoną farbę. Po prawej żołnierz bez koloru i su-
mienia. Tylko karabin, płaszcz, czapka i stopa zaparta o suchą, 
hiszpańską ziemię. I biały koc na plecach, ściśnięta rzemieniem 

background image

37

dusza.  Pośrodku  lampa  –  pretekst.  Realizm  kazał  Goi  posta-
wić  ją  na  pierwszym  planie  mimo,  że  światło  nie  promieniuje 
od lampy, tylko od skazańca. Ostatnia sala to „Czarne obrazy” 
pracowicie wypreparowane ze ścian Domu Głuchego. Bolesne 
tatuaże zdjęte razem ze skórą tynku, przycięte w foremne pro-
stokąty.  Demony  cierpiące  z  braku  przyciągania,  walczące  na 
pałki, pożerające własne dzieci. Oczy Saturna błagają, żeby po-
wstrzymać jego chciwe usta.

Wychodzimy na słońce, wprost na pomnik Goyi. Brąz jest 

gładki, łagodzi zmarszczki cierpienia. Za rogiem siadamy przy 
stoliku  ustawionym  w  cieniu  kamienic.  Kelner  przynosi  wino, 
chleb, krokiety, smażone papryczki.

Czas nasyca gąbkę duszy. Cierpliwie prowadzi od bieli do 

czerni. Od mleka do ziemi.

***

Tylko ten, kto nie boi się nieistnienia, może być nietzche-

ańskim nadczłowiekiem. Gdybym nie spotkał żony, sądziłbym, 
że to niemożliwe. Żeby przyjąć Zaratustrę trzeba odrzucić lęk 
przed nicością. Żeby przyjąć Boga trzeba uwierzyć, że nicości 
nie ma. Chłód ukojenia jest na biegunach. Piekło pośrodku.

***

Niespodzianka!
Wojtek chodzi po sali oszołomiony. Wiele rąk wyciąga się 

w jego stronę. Na ekranie migają slajdy i urywki filmów. Wojtek 
–  dziecko,  Wojtek  –  nastolatek.  Aśka  –  dziecko,  nastolatka, 
z  Wojtkiem.  Wycieczki  tu  i  tam.  Wieża,  wodospad,  pomnik, 
plaża. Szpital, mały Iwo, pierwsze urodziny syna, pierwsze kro-
ki,  wspólne  wakacje,  samolot  „Tak,  tak  filmujcie  mnie.  To  ja, 

background image

38

Wojtek Lewicki. To dla pokoleń”. Narty, morze, narty, szpital, 
mały Hugo, Iwo trzyma Hugo na kolanach, choinka, gwiazdka, 
tort z jedną świeczką, samolot, morze, góry, Wojtek z Aśką, na 
motocyklu, na spacerze, w domu.

– To ja już taki stary? – pyta. Projektor rzuca na nasze twa-

rze niebieskie smugi.

***

Dzień  ojca.  Dzwonię.  Muszę  uspokoić  oddech,  zanim 

odbierze.

– Chcę, żebyś pojechał ze mną na wyścigi do Brna.
–  Ale  ja  nigdzie  nie  wyjeżdżam.  Mam  straszne  problemy 

z zębami.

– Zęby nie są potrzebne, żeby podróżować samochodem.
– Na wyścigi?
– Tak. Weźmiemy też Olka.
– Zastanowię się.

***

Palce krawca gładzą leżący na ladzie kombinezon. Wynaj­

dują rozdarcia, obtarcia, pęknięcia. Śledzą obrys każdego uszko-
dzenia, oceniają długość i głębokość.

Głowa  rzemieślnika  kiwa  się  miarowo  przeliczając  ruchy 

igłą na godziny, godziny na złotówki. Razem z głową kiwa się 
mucha w grochy uwiązana na chudej szyi.

–  Tu  zszyjemy,  tu  damy  łatę.  Tu  spróbujemy  zacerować. 

Cudów nie będzie, pan wie.

Wychodzę żegnany ukłonem starej daty, dźwiękiem dzwon-

ka znad drzwi i bon motem czerstwym jak piątkowy chleb.

background image

39

–  Motocykliści,  nie  niszczcie  motocykli,  niszczcie 

kombinezony.

Krawiec nie wie, że kiedy dotykał nogawki kombinezonu, 

bolała mnie noga, a kiedy odginał rękaw, drętwiała moja ręka.

***

Rozmowa z matką.
– Chyba nie zamierzasz tego ciągnąć?
– Oczywiście, że zamierzam.
– Dlaczego?
–  Chcę  napisać  książkę  o  wyścigach.  Dlatego  muszę  się 

ścigać.

– Przecież masz wyobraźnię.
–  Nie  mam.  Żeby  ciekawie  pisać,  muszę  mieć  ciekawe 

życie.

–  Nie  będę  się  z  tobą  kłócić,  bo  kto  by  ci  wyprasował 

koszule?

***

W  ciemnym  garażu  kładę  kombinezon  na  motocyklu.  Na 

rękawy nabijam rękawice i opieram je o manetki. Nogawki wsu-
wam  w  buty,  które  stawiam  na  podnóżkach.  Kask  mocuję  na 
baku. Tworzę motocyklistę nieistniejącego, zbroję bez rycerza.

***

Za stołem konferencyjnym siedzi szczupły pięćdziesięciola-

tek w okularach. Sekretarka przynosi tacę z filiżankami.

– Kawa, panie prezesie.

background image

40

Na blacie pudło z równo złożonymi kocami do opon. Pod 

blatem Milena przegryza kable.

– Ścigasz się jeszcze? – pytam Pawła.
– Nie. Po ostatnim razie mam niesprawną dłoń – pokazuje 

pokiereszowane palce. 

– Dlaczego upadłeś?
– Nie wiem. Przednia opona straciła przyczepność na wyj-

ściu z zakrętu.

– Dziwne. Zazwyczaj puszcza tylna – Paweł patrzy na mnie 

uważnie. – Dziewięćdziesiąt procent upadków na torze jest za-
winione przez kierowców.

Odchylam się na krześle.
– Nie przypominam sobie błędu. Wszystko było jak zwykle. 

Dzięki za pożyczenie koców.

Biorę pudło jedną rękę, Milenę na drugą.
– Przypomnij sobie.

***

Potrzebuję psychologa sportowego. Kogoś, kto mi powie, że 

mam szesnaście lat i jestem nieśmiertelny.

***

– Zjadł coś? – pyta żona. – Chciałabym, żeby wreszcie coś 

zjadł.

Jest  rozbita  jego  brakiem  apetytu.  Nieobecne  spojrzenie 

sięga o wiele dalej niż do filiżanki z kawą.

– Nie wiem. Ostatnio jadł wczoraj.
– Pójdź sprawdzić, proszę cię. Niech on zje.
Wkładam wysokie buty i rękawiczki. Stukam w futrynę i od-

czekuję chwilę, ale z drugiej strony nie dochodzi żaden dźwięk. 

background image

41

Otwieram ostrożnie, potem szybko zapalam światło na koryta-
rzu. Nie ma go. Schodzę do piwnicy. Zaraz przy wejściu łapię 
krótkie stylisko poręcznej ogrodowej łopaty. Na środku podłogi 
leży gazeta. Obchodzę całą piwnicę szturchając każde pudło.

– I co? – pyta, kiedy wracam.
–  Zjadł  całą  garść  trutki.  Myślę,  że  już  po  nim.  Powinien 

paść w ciągu dwóch, trzech dni. Tak mówił sprzedawca.

Kasia podnosi się z krzesła i zaczyna wkładać naczynia do 

zmywarki. Jej ramiona dalej są sztywne. Światło z nierdzewnej 
stali łyżek ucieka co raz szybciej w kierunku zachodnim.

– Trzy dni to zbyt długo – mówi patrząc na ulicę.
Przejeżdżający samochód przesuwa cień po jej twarzy.

***

Dziewiąta rocznica ślubu zamyka się za mną jak dzie wią te 

wrota.

***

Jedziemy na wyścigi. Ściskam kierownicę obok ojca, przed 

synem.  Wzgórza  wznoszą  się  łagodnie  jak  pośladki  aktorek 
Miloša Formana.

–  Gramy  w  skojarzenia  –  zarządza  Olek.  –  Zaczynam. 

„Motocykl”. Tato?

– Wyścigi, prędkość, tor, opony, kask – wyliczam.
–  Najwyżej  punktowana  odpowiedź:  „wyścigi”.  Wygrałeś. 

Teraz ty – zwraca się do swojego dziadka.

– „Rodzina” – mówię patrząc na drogę.
Ojciec namyśla się.
– Teściowa, synowa, mąż, żona, zięć – wylicza powoli.

background image

42

–  Jak  była  najwyżej  punktowana  odpowiedź?  –  dopytuje 

się Olek.

– „Dzieci” – mówię.
– „Dzieci” – powtarza ojciec.
– Zero punktów, dziadku.

***
Kupuję totka wstydliwie, kiedy przy okienku nie ma innych 

osób. Chowam los do portfela i przez kilka dni noszę w kieszeni 
nadzieję. Odraczam moment sprawdzenia. Prawda jest zawsze 
rozczarowaniem. Los na loterię – ofiara dla żarłocznego bożka 
o dwóch pyskach. Szczęście i pech. Może różowe kupony bez 
wartości zatkają dyszące paszcze.

Totolotek, wyścigi, pisanie – równe szanse powodzenia.

***

Odnajdujemy Autodrom Brno ukryty między lesistymi pa-

górkami pełnymi dębów i olch. Prowadzi do niego wąska droga 
z głębokimi rowami po obu stronach. Na końcu brama z war-
townikiem, za którą otwiera się perspektywa rozległych parkin-
gów i pawilonów. W powietrzu unosi się zapach spisku. Jakbym 
dotarł do tajnej bazy, w której przeprowadza się zakazane eks-
perymenty na kosmitach.

Nerwowo parkuję samochód przy największym budynku.
– Poczekajcie na mnie – rzucam w stronę Olka i ojca, sam 

biegnę załatwiać formalności.

Spieszę się, z harmonogramu wynika, że za chwilę rozpo-

cznie się mój trening.

–  No  i  co?  –  pyta  Olo  –  kiedy  powoli  wychodzę  z  biura 

zawodów.

background image

43

Podnoszę i opuszczam dłoń z plikiem papierów.
– No i ? – pyta ojciec.
Patrzę  na  nich  przez  długą  chwilę,  bo  nie  wiem,  co  od-

powiedzieć.  Ładnie  wyglądają  razem  –  mały  i  duży,  gładki 
i pomarszczony.

– Przyjechaliśmy za wcześnie. Wyścigi rozpoczną się za dwa 

dni.

– Jak to się stało? – zapytał ojciec.
Nie  chciało  mi  się  tłumaczyć  tego,  co  mnie  po  czesku, 

a  potem  po  angielsku,  a  potem  znowu  po  czesku  tłumaczyła 
kierowniczka.

– Czyli nie będziesz się ścigał? Wracamy? – zapytał Olo.
Potarłem dłonie o spodnie.
– Zostajemy do jutra. Będę jeździł na treningach, nie wy-

startuję w wyścigu.

***

Ręce sztywne. Trzymają kierownicę, jakby walczyły ze mną. 

Należą do człowieka, który się boi. Utraciłem wiarę w opony. 
W  to,  że  pięćdziesiąt  pięć  centymetrów  kwadratowych  gumy 
wgryzie się w asfalt i nie puści pod naporem siły odśrodkowej. 
Raz  zawiodłyście,  jak  mogę  wam  zaufać?  Zobaczcie,  zbliża 
się zakręt! Rzucam się barkiem w lewo, a wy mnie trzymajcie. 
Niżej,  szybciej,  na  kolano,  na  łokieć.  Za  mało.  Wyprzedzają 
mnie ci, którzy mają wiarę. Nawet śmierdzące spalonym olejem 
stodwudziestkipiątki na cieniutkich kołach. Doganiam na pro-
stych, a potem trzy zakręty i ich nie widzę. O, jedna leży! Krótki 
moment satysfakcji. I ten tor – zbyt szeroki i gładki. Jak parkiet 
w sali balowej na dworze brneńskiego księcia – tyle możliwości, 
jeśli się umie tańczyć walca. Proste uciekające w dół, kończące 
się koziołkującą sekwencją zakrętów pod górę. Prawdziwy cyrk 

background image

44

wektorów sił. Żołądek skacze do gardła jak na rollercoasterze. 
Dlaczego nie puszczają blokady w głowie?

***
Wyścigi są dla popieprzonych. Jeśli w głowie masz ułożone 

jak należy, nie możesz mieć sukcesów w ściganiu.

***

Powoli  uczę  się  zakrętów.  Na  prostej  startowej  rzucam 

okiem  w  prawo.  Jadąc  z  maksymalną  prędkością,  przeglądam 
się w szklanej ścianie centrum prasowego. Lustrzane tafle ko-
lejno odbijają skulone sylwetki uczepione dłońmi rogów ślepych 
bestii, smagające piętami ich brzuchy. Skoro wyglądam jak oni, 
dlaczego czuję się gorzej? Wylatuję w stronę pierwszego zakrę-
tu. Olo i ojciec stoją tuż za ogrodzeniem.

***

– Nie wiedziałeś, że zmienili harmonogram?
Jakub siedzi na składanym stołku w namiocie, między dwo-

ma motocyklami. Nie mogę oderwać wzroku od skóry jego twa-
rzy  zbombardowanej  młodzieńczym  trądzikiem.  Dziewczyna 
w bikini robi jajecznicę na turystycznej kuchence. Pod ich bo-
symi nogami wiją się kable zasilające koce do opon – służalcze 
kłębowisko węży.

– Mogę zostawić tutaj motocykl? – pytam.
Ruchem dłoni pokazuje miejsce na trawniku. Niebieski bre-

zent rzuca łagodzący cień na jego policzki.

***

background image

45

– Szaleństwo – mówi ojciec patrząc na tor.
Stoimy na dachu centrum prasowego. Daleko po lewej mo-

tocykliści wypadają z łuku i wkręcają silniki na stopnie kolejnych 
biegów. Tuż pod nami mijają linię startową, a w głębi po prawej 
hamują przed zakrętem. Nad lasem krążą burzowe chmury, ale 
nie pada.

– Szaleństwo. Przy tej prędkości niczego nie kontrolujesz. 

Tylko Bóg może cię przeprowadzić.

***

Hotel „Motorsport” jest tym, co obiecuje nazwa – szeregiem 

ciasnych pokoi, równoległymi liniami ścian upstrzonych zdjęcia-
mi motocykli i rzędami pucharów na półkach. Na szczęście ma 
również basen z zimną szatnią i restaurację z zimnym piwem.

Olek chce iść na basen – należy mu się za trzysta pięćdzie-

siąt kilometrów jazdy na tylnym siedzeniu. Ojciec idzie z nami, 
ale nie pływa – siedzi w plażowym fotelu pod oknem i patrzy na 
nas. Olek jest niezmordowany w wodzie – oddaje energię, która 
zgromadziła się w nim podczas godzin bezruchu. Nie zważa na 
nikogo, nawet na faceta z obwisłym brzuchem i pokrytą tatu-
ażami łysą głową, miarowo pływającego od krańca do krańca. 
Nad jego brwiami w stronę czubka głowy wije się napis „Catch 
me if you can”.

***

Siedzimy z Olkiem na tarasie hotelowej restauracji. Ojciec 

wolał  zostać  w  pokoju,  w  towarzystwie  śmierdzącej  kiełbasy 
i cienkich kromek chleba. Zielony płaszcz młodego zboża spły-
wa w dolinę oświetlany plamami słońca.

background image

46

– Z czym jest ten makaron? – pyta Olo.
– Ze szpinakiem.
– Nie znoszę szpinaku.
– To nie jedz.
– Już zjadłem.
Niebo jest ogromne. Zanosi się na burzę.

W telewizorze Jaromir Nohavica z twarzą kloszarda i duszą 

Cohena śpiewa o definitywnym odwalaniu kity:

Až obuju si rano černe papirove boty 
až i moja stara pochopi že nejdu do roboty 
až to se mnu sekne 
to bude pěkne

Chłodne  piwo  jest  niezasłużoną  nagrodą  za  dzisiejszy 

dzień.

***

–  Chcę,  żebyście  zmówili  ze  mną  pacierz  –  mówi  ojciec 

w pokoju.

– Ja nie – odpowiadam.
– Ja też nie – mówi Olo.
Ojciec  klęka  przed  łóżkiem.  Rozkłada  ręce,  jakby  chciał 

objąć świat. Lampa za jego plecami rzuca na ścianę wielki, zgar-
biony cień. Stare drzewo z dwoma konarami chwiejącymi się na 
wietrze.

***

background image

47

Umarł Michael Jackson. Sądziłem, że będzie się rozpadał 

latami na oczach fotoreporterów. Że kolejne części jego twarzy 
będą spadać do jedwabnej maseczki. A on się zatrzymał. Król 
Midas  przypadkowo  dotknął  własnego  serca  i  zamienił  krew 
w sieć ze złotej nici. Mała cena za bycie stwórcą siebie. Łatwo 
mu poszło. Do samego końca łatwo.

***

Śniadanie wliczone w cenę. Ciepłe rogaliki posypane cuk­

rem, kawa. Olo się obżera, ojciec cienko smaruje masłem krom-
kę chleba. Przy dużym stole siedzą zawodnicy Suzuki. Badziak, 
Saleta i inni. Przedstawiam się.

–  Nie  będę  mógł  wystartować  w  zawodach.  Wracam  do 

Krakowa. Mogę odstąpić jedno miejsce na liście startowej, sły-
szałem że są problemy.

Usta  układają  słowa,  oczy  śledzą  linie  tatuaży.  Twarze 

dzieci na ramieniu Salety, płomienie i szachownice na łydkach 
Badziaka.

Ojciec  jest  cały  wytatuowany  listą  doznanych  krzywd.  Od 

czoła, przez powieki aż do palców u nóg. Tusz jest niewidzialny, 
ale ból nigdy nie zanika.

***

Migrena. Ryk silników potęguje pulsowanie w czaszce.
– Dlatego, że jadłeś mięso w piątek – stwierdza ojciec.
Zakładam  kask  jak  abażur  na  pękniętą  żarówkę.  Wyjeż­

dżam na tor. Ledwo trzymam się w siodle. Zakręty, góra, dół, 
góra. Nade mną krąży samolot wlokąc za ogonem reklamę ka-
syna. Koło ruletki wiruje. Dosyć.

background image

48

***

Kto chce tylko dojechać do mety, nie będzie pierwszy. Kto 

chce być tylko pierwszy, nie dojedzie do mety. Linoskok stąpa 
po sznurze rozwieszonym między strachem a ambicją.

***

Saleta  siedzi  w  otwartych  drzwiach  samochodu.  Takiego 

jaki reklamuje w tygodniku z programem telewizyjnym.

– Wyjeżdżam – mówię. – Do zobaczenia w Moście.
– Nie będzie mnie w Moście – odpowiada, bawiąc się ra-

diem. – Jadę na wakacje z dziećmi, potem na turniej pokerowy.

Podajemy sobie ręce.
– Cześć – mówi do Olka i też podaje mu rękę.
– Kto to był? – pyta syn, kiedy wyjeżdżamy za bramę.
– Bardzo dobry bokser – mówię.
– I też się ściga?
– Tak.
– Dlaczego?
– Robi różne rzeczy.
Wjeżdżamy na autostradę. Ojciec rusza bezgłośnie warga-

mi. Może się modli, może poprawia protezę. Głowa przestaje 
boleć. Turniej pokerowy, cholera.

***

W  tym  czasie  Michał  dostaje  odleżyn  w  szpitalu.  Pielęg­

niarki nie obracają go z boku na bok tak często jak trzeba.

background image

49

III.

Późną wiosną lecimy do Aten z Kubą i Justyną, bez dzie-

ci. Hotel wybrany przez internet, na podstawie nocnego zdję-
cia tarasu z podświetlonym basenem i widokiem na rozżarzony 
do białości Akropol. Taras okazuje się zamknięty, basen suchy, 
a Akropol można zobaczyć stając na palcach, na ostatnim po-
deście klatki schodowej. Pokoje mają burżuazyjny sznyt – sza-
merowana złotem tapeta, lustro na całą ścianę, dużo purpury. 
W  łazienkach  marmur,  ale  w  tym  kraju  marmur  jest  dobrem 
powszechnym, jak oliwne drzewa, widok na port.

Pierwszego dnia budzi mnie demonstracja. Robotnicy ma-

szerują ulicą pod czerwonymi sztandarami. Nie chce im się krzy-
czeć, więc trąbią pneumatycznymi trąbami, zasilanymi sprężo-
nym powietrzem. Odsłaniam ciężką zasłonę i staję nagi w oknie. 
Nie mogę go otworzyć, więc moja kontrdemonstracja pozostaje 
niezauważona.

Ateny  są  brzydkim  miastem  z  pięknymi  ruinami.  Budyn­

ki wokół nich jednakowo pospolite, z wyjątkiem dachów. Jeżeli 
wspiąć się na wzgórze Lykavittos, można popijając schłodzone 
białe wino patrzeć na Akropol tonący w morzu dachów z zie-
lonymi  wyspami  ogrodów  i  kryształami  błyszczących  w  słońcu 
kolektorów słonecznych. 

Ateńskie chodniki, ławki, liście przydrożnych drzew manda-

rynkowych pokryte są pyłem, którego nie wchłania gleba, woda, 
ani las piniowy. Pyłem nieustannie podnoszonym do nieba i rzu-
canym ludziom pod nogi. Taki pył powstaje wyłącznie w żmud-
nym procesie polerowania posągów ciepłymi dłońmi.

– Pojedźcie do Pireusu, wsiądźcie na prom – poradziła nam 

kelnerka rozkładając markizę przed kawiarnią. – Każda wyspa 
jest lepsza wiosną niż Ateny.

background image

50

Dwie  godziny  później  jesteśmy  na  promie  płynącym  na 

Aeginę, a po kolejnej godzinie pędzimy pożyczonymi skuterami 
drogą wzdłuż morza. Tylko ja nie mam przeciwsłonecznych oku-
larów, ciągle mrużę oczy. Chmura rudych włosów Justyny miga 
przede  mną,  bo  Kuba  chce  być  pierwszy.  Zapamiętuję  chłód 
wieczoru oklejający ramiona, zapach glonów na tarasie restau-
racji, plecione krzesła z widokiem na może Egejskie.

Kilka  ciepłych  dni,  które  zaczynają  się  śniadaniem  w  ba-

rze na rogu, a kończą spacerem po wąskich korytarzach hotelu 
i trzaskiem drzwi na dobranoc. Pośrodku naprawdę długie spa-
cery, kozi ser, wino sprzedawane na kilogramy, nadziewane pa-
pryki. I dużo marmuru w precyzyjnie dobranych proporcjach.

Kiedy  odjeżdżamy,  Panatinaikos  pokonuje  Pireus  w  piłkę 

ręczną, nożną albo jeszcze jakąś i po ostatnim gwizdku na ulice 
wylewa się tłum rozentuzjazmowanych ludzi w biało­zielonych 
szalikach, z flagami, butelkami, racami. Skutery i motocykle blo-
kują ulice, robi się sino od dymu z rac, mężczyźni skandują hasła 
do rytmu wybijanego dłońmi na kubłach na śmieci. Policjanci 
przyglądają się temu paląc papierosy z karabinami przewieszo-
nymi przez plecy. Ciągniemy nasze lotnicze walizki przez tłum, 
starając się nie zwracać na siebie uwagi. Niepotrzebnie. Turyzm 
naszych twarzy jest nadto widoczny w świetle różowych flar. Nie 
obchodzimy żadnego z uczestników fiesty. Nie dotyczą nas klak-
sony, piszczałki, krzyki. Wsiadamy do nocnego autobusu, który 
kołysze nas aż do lotniska.

***

Popołudnie z Wojtkiem.
–  Jak  dasz  mi  się  przejechać,  napiszę  artykuł  o  twoim 

motorze.

– Po co?

background image

51

– Może zostanę kierowcą testowym i będą mnie zimą wysy-

łać z kaskiem do ciepłych krajów.

– Śnisz.
Zamieniamy  się  motocyklami.  On  bierze  moją  erszóstkę, 

ja wsiadam na krwistoczerowone Ducati. Jedziemy do muzeum 
lotnictwa  przeciskając  się  brutalnie  między  rzędami  rozgrza-
nych aut. Robimy zdjęcia na tle szarych, bojowych odrzutowców 
porzuconych na skraju trawnika, zastygłych w tęsknocie za ba-
rierą dźwięku. Wojtek bardzo chce, żebym sfotografował jego 
profil  vis­à­vis  przedniej  owiewki  Ducati.  Żeby  wyszło,  jakby 
z motocyklem patrzyli sobie w oczy. Jak bokserzy, którzy pozu-
ją na konferencji prasowej przed walką. Kto dziś spuści wzrok, 
jutro przegra walkę. Wojtek ma mimikę klauna, łatwo daje się 
upozować na mistrza wszechwag. Potem pędzimy na obwodnicę 
i robię mu zdjęcia, jak składa się w zakręcie na ślimaku. Pięknie 
się prezentuje ze zwisającym z siodełka małym tyłkiem opiętym 
w czarno­czerwony kombinezon.

Wieczorem w łóżku rozkładam laptop na kolanach i pró-

buję upiec danie według przepisu redaktora Pejsera: dwieście 
pięćdziesiąt  słów  wstępu,  sto  pięćdziesiąt  o  historii  modelu, 
pięćset na temat silnika, tyle samo o podwoziu, dwieście słów 
podsumowania, ramka z danymi technicznymi, tytuł, podtytuł. 
Zasypiam przy szumie wentylatora, już nie śnię.

***

Łódź, ulica Piotrkowska – pomalowana od przodka, gnijąca 

od zadka. Kawa, papierosy. Słowa wylatują z Czarka tak szybko, 
że obijają się jedno o drugie. Tylko kiedy się zaciąga lub pije, 
mają chwilę na uporządkowanie zgłosek.

– Kolegą moim był. Mieszkał w Nowym Jorku. Świetną miał 

pracę, mówię ci, jeździł limuzyną. Czarną, długą. Woził vipów, 

background image

52

dużo o nich opowiadał. Niektórzy, wiesz, równi ludzie, pożartu-
ją, popiją. Dobrze mu szło. Poznał nową kobietę i wyprowadzał 
się z domu. Wychodził z dwoma walizkami. Drzwi były już ot-
warte, widział światło na korytarzu. Żona zatrzymała go strza-
łem w tył głowy. Umarł szczęśliwy.

– Zabiorę cię na wyścigi. Chcesz?
–  Jasne!  Super!  A  słyszałeś  piosenkę  Casha  „Hurt”?  Zo­

bacz na YouTube. To cover. Napisał Trent Rezner, ale padł na 
kolana, kiedy Cash ją zaśpiewał.

***

Cash siedzi za stołem, na którym piętrzy się martwa natu-

ra zastawy. Ciężkie kielichy wypełnione goryczą. Nie można ich 
odsunąć.  Ciężkie  półmiski  z  których  ptaki  rzucają  spojrzenia 
czarnych oczu. Nie można ich uniknąć. Krzesło tak rzeźbione, 
że nie można się podnieść.

I hurt myself today 
To see if I still feel 
I focus on the pain 
The only thing that’s real

Cash śpiewa głosem przygniecionym ciężarem lat jak klapą 

fortepianu. Głos bez nadziei, bez pozy. Melodyjny tylko z prze-
konania o konieczności łączenia strun instrumentu ze strunami 
głosowymi. Jakby rozsypywał łupiny orzechów na pudło gitary.

June Carter z włosami jak zawsze rozpuszczonymi patrzy ze 

schodów i twarz jej kurczy się na widok spustoszenia dokonane-
go przez wbitą w ciało męża strzałkę czasu.

background image

53

The needle tears a hole 
The old familiar sting 
Try to kill it all away 
But I remember everything

Kolejne  obroty  Ziemi  wokół  Słońca  zamieniły  go  w  po-

skręcany  konar.  Koszula  wciąż  czarna,  ale  włosy  białe.  Wino 
wylane za stół niepewną ręką. Niedługo wszystko się skończy. 
Trzymając  się  za  ręce,  staną  w  świetle  punktowego  reflektora 
na krawędzi sceny, podobni komediantom z ostatniego obrazu 
Hoppera. Zamkną się drzwi prywatnego muzeum złotych płyt, 
czarnych instrumentów. Pękną szkła w ramach.

Jeszcze trwa piosenka. Zawsze – zwrotka, refren, zwrotka. 

Nagrywać, układać palce na strunach, szukać głosu szumie od-
dechu. Tylko to się liczy.

***

Plac wyłożony jest betonowymi płytami, które chwieją się 

i ścierają na krawędziach jak barki w porcie. Warsztat Damiana 
mieści  się  na  terenie  starej  bazy  autobusów  w  Katowicach. 
Wykręcam  samochód,  żeby  nie  musieć  zawracać  z  przyczepą. 
Z  otwartych  drzwi  dobiega  hałas  silnika.  Spawarka  co  chwilę 
rzuca ostre cienie na ściany garaży. 

Czarek  sprawdza  taśmy  mocujące  motor  i  wchodzimy. 

Przez chwilę oglądamy terenówkę z kołami od szosowego mo-
tocykla. Kiedyś miałem taki motor, ale ten był o wiele bardziej 
wyrafinowany.

– To supermoto Damiana – mówi Agata. – Wpakował w nie 

pięćdziesiąt kawałków.

– Jedziesz do Mostu?
– Oni jadą. Mam dość wyścigów co weekend.

background image

54

Damian odrywa się od pracy.
– Przyjechaliście po opony?
– Mam obsesję, że przednia położy mnie w środku zakrętu. 

Daj mi takie, które nie puszczą.

Damian  stawia  na  podłodze  dwie  opony.  Ziarnka  piasku 

przyklejają się do gładkich, czarnych powierzchni niczym ziarna 
sezamu do obwarzanka.

– Weź te. Mają większą powierzchnię styku z asfaltem pod-

czas złożenia.

Tego mi trzeba. Talizmanu od szamana.

***

Czarek  dolewa  kawy  z  termosu.  Autostrada  ze  świstem 

przewija przestrzeń nad szybą. Przed wjazdem do Niemiec za-
wsze głęboko nabieram powietrza i wypuszczam kiedy wyjadę. 
W  tym  kraju  zawsze  towarzyszy  mi  podejrzenie,  że  nie  mam 
prawa pobytu. Pewnie przez nieznajomość języka. Przez kości 
umarłych,  co  grzechoczą  z  pudełek  „nie,  nie,  nie”.  Naciskam 
mocniej gaz. Do Czech kilkaset kilometrów równego asfaltu, ze 
stacją benzynową pośrodku nocy.

– Po prostu mi się nie chce. W sobotę rano budzę się z nią 

w łóżku, włączam Eurosport, a potem łagodnie wyrzucam ją z 
pokoju przed dwunastą, bo zaczynają się kwalifikacje do wyści-
gów. Wyścigi to świetna wymówka, kiedy się nie chce. Chcesz 
Powerade’a?

Podsuwa mi butelkę z płynem koloru barwnika do tkanin.
– Wolę gruszkę.
–  Gruszki  mają  najwięcej  węglowodanów  ze  wszystkich 

owoców.

Oblizuję palce, sok ścieka na kierownicę.

background image

55

– Dostałem kiedyś zlecenie na zabicie człowieka. Śmieszna 

historia. Opowiem ci, ale nie możesz o tym pisać.

***

Niebo  szarzeje  nad  wzgórzami,  kiedy  wjeżdżamy  na  au-

todrom.  Jest  ciepło  i  wietrznie.  Flagi  na  masztach  trzepocą, 
podobne  ptakom  gotującym  się  do  odlotu  na  południe.  Wiry 
powietrza  mieszają  zapachy  kamieni,  asfaltu,  oleju  i  trawy. 
Odrętwiały ze zmęczenia rozkładam namiot na wysypanym żwi-
rem parkingu. Chmury wyskakują znad wieży startowej i pędzą 
nad miasto w dole. Namiot pęcznieje jak balon. Chce lecieć byle 
dalej od tego miejsca. Pojedyncze, tłuste krople deszczu stukają 
w wydęte poły.

– Śpij – mówi Czarek.
Zasypiam  we  wnętrzu  balonu,  lecę  nad  lasem,  daleko, 

spadam.

***

 

Jama jest pełna ziemi, tłustych grud gliny, liści, piasku, 

piór, drobnych kości. Światło prześwituje z góry, przeciska się 
między  nagimi  korzeniami.  Rozpycham  się,  brudzę  garnitur, 
buty. „Poczekaj”, mówią kości ptaka. „Wyjdziesz stąd, wszyscy 
wyjdziemy. Cierpliwości.”

***

Gruby Czech w fartuchu z granatowego nylonu wodzi dło-

nią po powierzchni mojego kasku. Poślinił paluch i przetarł naj-
większe obtarcie.

background image

56

– Wasz kask je porysowany. Ano. My go wam położymy tu. 

I wy go se wezmete po zawodach.

Zabiera  mój  kask  i  sapiąc  wystawia  go  na  szafę.  Drugi 

z  równo  przystrzyżonym  wąsikiem  i  ołówkiem  wetkniętym  za 
ucho obchodzi motor dookoła.

– „Proste jest piękne” – przeczytał napis na owiewce. – No 

jak pekne, jak u was numery zelene.

– No i co, że zielone?
– Ano mają być crwene.
– Dajcie mi czerwone, przykleję.
Roześmiali się obaj. Słyszę ich jeszcze zza drzwi hangaru
– Proste ne je pekne. Ne, ne.
Nowy kask kupuję od razu. Jacek Grandys wyciąga go dla 

mnie z głębi ogromnej przyczepy kempingowej zaprzężonej do 
tira. Kask kosztuje fortunę, kolor nie pasuje ani do kombinezo-
nu ani do motocykla. Nie zastanawiam się ani minuty. Innego 
nie ma.

***

– Hej, nie macie czerwonych jedynek albo ósemek? – py-

tam w namiocie sąsiadów. W środku troje ludzi pochyla się nad 
motorem. Młody zawodnik Wawrzyszczak, jego dziewczyna i oj-
ciec. Naprawiają starą, strasznie poobijaną erszóstkę. Motor wy-
gląda jakby ktoś go zmiął i potem niestarannie rozprostował na 
kolanie. Czerwony lakier tylko w niektórych miejscach przebija 
przez białe i żółte plamy surowego szklanego włókna.

– Mamy komplet zapasowych numerów do mojego motocy-

kla – mówi Wawrzyszczak nie przerywając odkręcania połama-
nej kierownicy. – Zamiast „221” jest „121”, dlatego nie naklei-
łem. Chcesz?

– Ja mam numer „18”.

background image

57

– To sobie zmień – rzuca jego ojciec znad strzaskanej przed-

niej szyby, którą szlifował papierem ściernym.

Zaklejam  zieloną  osiemnastkę  czerwonymi  jedynkami 

i dwójkami, zakładam nowy kask i pcham motocykl do biura. Za 
pięć minut zaczyna się trening. Pot spływa mi po plecach.

– Ano – mówi gruby w chałacie i podpisuje zgodę.
Ten z wąsikiem nie zwraca na mnie uwagi. Patrzy w talerz 

postawiony na gazecie. Małe krople zupy czosnkowej na chwilę 
zawieszają się na końcówkach wąsów, spadają na papier, wsią-
kają w litery.

***

Miasto Most spina dwa światy. Kopalnia i góry. Po prawej 

wieża zamku. Po lewej komin elektrociepłowni. Kiedy odkryto 
złoża węgla tuż pod miastem, zrównano z ziemią całe kwartały 
kamienic. Tylko gotycką katedrę czescy inżynierowe litościwie 
posadzili na szyny i przesunęli dwa kilometry na bok, żeby nie 
przeszkadzała koparkom.

Tor leży na wzniesieniu z widokiem na jezioro i pagórki, za 

którymi  rozmyta  linia  horyzontu  składa  się  z  następnych  linii 
wzgórz. Nitka toru wąska, chropawa i spękana. Zaczyna się pro-
stą, na którą wypadam z najbardziej nierównego zakrętu, jaki 
znam. Długa, długa prosta kończy się szykaną. Z daleka zakręt 
wygląda jak ślepy koniec ze ścianą zbudowaną z opon. Mijam 
znak „300”, wciąż przyspieszam. Potem znak „200”, a moja pra-
wa dłoń koniecznie chce zamknąć gaz. Sztuka w tym, żeby nie 
pozwolić ręce działać racjonalnie i przyspieszać nadal w stronę 
ściany. Między znakiem „200” a znakiem „100” mierzy się zdol-
ność umysłu do pokonania ciała. Ciało chce żyć. Ciało chce ha-
mować. Im większe masz jaja, tym bardziej zbliżysz się do „set-
ki” z otwartym gazem. Oznaka słabości – już nie przyspieszać, 

background image

58

jeszcze nie hamować. Trzeba wyeliminować moment nijakości, 
bezwładnego toczenia. Z paraliżem pod wpływem strachu o ży-
cie można żyć, nie można się ścigać. Trach, trach – strzelają biegi. 
Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Tylne koło unosi się w powietrzu, 
przednia opona wgryza w każdy por asfaltu. Kolana zapieram 
o bak, ręce o kierownicę, ale to nie pomaga, bo głowa wciąż pę-
dzi na spotkanie ściany. I już. Zakręt w prawo, wyjście z szykany 
w lewo, przyspieszenie, oddech, oddech.

Wzrok  oszukuje  kilka  razy  na  minutę.  Najpierw  zjazd  ze 

wzgórza  z  perspektywą  zakrętu  w  prawo  do  góry  i  widokiem 
na wieżę zamku wśród zieleni. Zakręt straszy z daleka, z bliska 
okazuje się łagodny jak pies, co szczerzy kły za ogrodzeniem, 
a cofa się przed nagą dłonią. Hamowanie, znów za wcześnie, 
znów dałem się nabrać. Potem w górę, mocne przyspieszenie 
i zakręt, który oszukuje odwrotną metodą – z daleka niewinny, 
a kiedy jestem w środku wiem, że było za szybko i trzeba się 
ratować. Trochę dalej wyjście z lewego łuku rozpoczyna wjazd 
na wzniesienie. Drugi, trzeci, czwarty bieg – nieprzerwane na-
bieranie prędkości, ciągle z lewym kolanem tuż przy asfalcie. 
Siła odśrodkowa wyrzuca mnie na prawą stronę toru, gdzie za 
wąskim  pasem  ziemi  ostrzy  zęby  stalowa  bariera.  Chciałoby 
się zachować margines asfaltu i odsunąć prawy łokieć od per-
spektywy starcia z zimną blachą. Ale każdy margines to błąd 
i strata. Dalej, pod górę! Po prawej stronie, za barierą i beto-
nowym murem widać bar. Dobrze byłoby siedzieć tam i patrzeć 
na tor znad szklanki zimnej wody. Zamiast tego oblizuję wargi 
i staram się zapanować nad prawym nadgarstkiem, który chce 
zamknąć gaz przed szczytem wzniesienia. Oczy mówią ręce – 
„nic nie widać, hamuj, poczekaj, rozejrzyjmy się”. Ale strach to 
błąd i strata. Więc gazu – trzeba wyskoczyć na szczyt pagórka 
tak, jakbym był pewien, że droga przede mną jest wolna. Że za-
raz za wzniesieniem nie leży rozwalony motocykl, nie wylał się 

background image

59

olej, nikt nie przebiega na drugą stronę. Wszystko trzeba zrobić 
odwrotnie niż chce ciało. Ciało chce tylko żyć. Pragnienie życia 
to strata czasu.

***

Saleta siedzi rozparty na plastikowym krześle. Jego czupry-

na  jest  przetkana  pajęczyną  siwizny.  Broda  upodabnia  go  do 
gladiatora z antycznej wazy.

– Miałem pojechać na festiwal gwiazd do Międzyzdrojów. 

Co bym tam robił?

Co gladiator miałby robić w cyrku? Jak długo ręka nawykła 

do ciosu może rzucać tortami z kremem?

***

W czeskiej łaźni twardy strumień wody spada na nagie tyłki. 

Żadnych  zasłon,  przebieralni.  Otwarty  sześcian  wyłożony  ka-
felkami, ostre światło. Patrzę w lustro, pocieram brodę. Suszę 
ręcznikiem zaparowane szkło. To nie pasta do zębów, zaczynam 
siwieć.

Za  drzwiami  sprzątaczki  palą  papierosy  oparte  o  poręcz. 

Ich granatowe uniformy pasują do ognistorudych fryzur, czar-
nych brwi i czerwonych wiader.

***

Przysiadamy na betonowym murku, którego krawędź wbija 

się  w  uda.  Kawa  w  cienkich  papierowych  kubkach  stygnie  na 
wietrze. Czarek pali papierosa otulonego dłonią. Motocykliści 
wyskakują z lewego łuku, przechodzą na prawe kolano i tuż pod 
nami prostują maszyny, by zniknąć za wzniesieniem po prawej, 

background image

60

gdzie kończy się prosta. Czarek dobrze wie, na kogo patrzymy. 
Rozpoznaje  numery  startowe,  motocykle,  modele  kasków.  Ja 
widzę tylko kolejne sylwetki – kombinacje ostrych kolorów na 
tle rozmytych szarości i zieleni krajobrazu.

– Stoner na przykład zaczął się ścigać, bo kiedyś zajechał 

na tor motorem w drodze do pracy i objechał wszystkich kole-
si, którzy się tam pocili od rana. Potem się zawziął. Z wysiłku 
potrafił narzygać do kasku podczas wyścigu, ale nie przerywał. 
W jednym z wypadków stracił palec u ręki. Tak się tym przejął, 
że nie zwrócił uwagi, że stracił również jądro.

Czarek  jest  prawdziwym  aficionado  wyścigów.  Kocha  je 

tak, jak Ernest Hemingway corridę. Tylko ten Amerykanin po-
trafił wytłumaczyć, dlaczego torero staje przed bykiem i tylko 
lekko odsuwa biodra, kiedy ostry róg przeszywa powietrze tuż 
obok jego ud. Dlaczego ubrani na biało, ale opasani czerwie-
nią  mężczyźni  biegną  przed  bykami  po  kamiennych  uliczkach 
Pampeluny.  Dlaczego  za  whisky  w  hotelowym  barze  płaci  się 
z napiwkiem nawet jeśli ostatnimi pieniędzmi. Nie, Hemingway 
niczego nie tłumaczył. Wystarczało, że dobrze opisywał czarne 
byki na białym piasku areny.

Jemy winogrona, które żona zapakowała na drogę. Słodkie, 

bez pestek. Olek tylko takie lubi.

***

–  W  tym  miejscu  powinieneś  dotykać  wewnętrznej  strony 

toru. Tutaj już musisz prostować i jednocześnie redukować bieg. 
O tu, gdzie te ślady opon. Kombinacja przypomina zakręt nu-
mer pięć na torze Suzuka.

Czarek zna wszystkie tory świata z telewizji.

background image

61

– Tu cię wyrzuca na zewnętrzną, odbijasz się i za szczytem 

łuku  znowu  przyciskasz  do  wewnętrznej.  Tu,  gdzie  się  kończą 
betonowe płyty. I odwijasz, odwijasz gaz.

Dochodzimy do najdalszego zakrętu. Asfalt wystygł. Z okrą-

głej  wieżyczki  zniknęli  wirażowi  w  pomarańczowych  kombi-
nezonach.  Zostały  tylko  flagi  oparte  drzewcami  o  balustradę. 
Czerwona na przerwanie wyścigu, żółta na niebezpieczeństwo, 
biała z czerwonym krzyżem na deszcz, żółto­czerwona na olej. 
I najgorsza ze wszystkich – niebieska.

Nad pustymi trybunami kołyszą się buki i brzozy. Gdyby nie 

ogrodzenie z drżącej stalowej sieci, one też spacerowałyby wo-
kół toru, kiedy nie widzi nikt.

***

Wyścigi to hazard. Dostojewski wiedział wszystko o pienią-

dzach, których nigdy nie miał. „Wydajesz tyle, ile musisz, żeby 
wziąć udział w rozgrywce. Tylko to się liczy – zagrać”.

***

Z  namiotu  Wawrzyszczaka  całą  noc  dobiegają  stukania 

młotka,  wyje  szlifierka,  brzęczą  klucze  wrzucane  do  skrzynki. 
Ojciec  reperuje  motocykl  synowi.  Rano  erszóstka  jest  gotowa 
do  odbioru  technicznego.  Wawrzyszczak  startuje  do  treningu, 
chwilę później ulega wypadkowi. Pęka kierownica, którą napra-
wiał ojciec. Znów – stuki, jazgot, brzęki. Trzeba odbudować za-
ufanie rąk do metalu, krwi do krwi.

***

background image

62

Tego  dnia  rano  w  Pampelunie  byk  Capuchino  podczas 

ulicznego  biegu  sztyletuje  rogiem  Daniela  Jimeno  Romero, 
sprzedawcę armatury spod Madrytu. To było jego czwarte en-
cierro. Do Pampeluny przyjechał z całą rodziną, chciał żeby zo-
baczyli jak biegnie wraz z trzema tysiącami innych. Po południu 
byk  ginie  z ręki  matadora  El  Fandi,  publiczność  przyjmuje  to 
w milczeniu.

***
W nocy przychodzi zimno. Wślizguje się do śpiwora niepro-

szone. „Obudź się”, szepce. „Obudź. Dziś dzień bitwy, chciałeś 
tego. Prawda? Prawda? Nie śpij, spójrz – świta.”

W drugiej części namiotu Czarek co dwie godziny pompuje 

wiotczejący materac. Budzi się, kiedy plecami zaczyna szorować 
kamienie.

***

Wszyscy są przeciwko mojemu ściganiu. Matka, żona, syn, 

nawet organizatorzy robią trudności. Kiedy już ruszę, mam prze-
ciw sobie rozum wołający „spieprzaj, póki możesz!”. Żeby za-
cząć się ścigać trzeba najpierw pokonać opory toczenia. Odciąć 
wszystkie liny trzymające przy gruncie zeppelin szaleństwa.

***

Na  kwalifikacje  kazałem  założyć  nowe,  magiczne  opony. 

Czarek pilnuje, żeby dobrze zagrzały się w elektrycznych kocach, 
pożyczonych od kolegi, co się już nie ściga. Trzy razy sprawdzam 
ciśnienie. Czary zadziałały. Wykręciłem czwarty czas okrążenia. 
Czwarty od końca. Już nie ostatni.

background image

63

***

– Co za różnica, czy będziesz czwarty od końca, czy czwarty 

od przodu, czy nawet pierwszy? Bez znaczenia. Ma znaczenie, 
czy się wywrócisz i połamiesz, czy nie. Dobrze, że masz bloka-
dy po wypadku. Może Ci wystarczą jeszcze na kilka wyścigów. 
A  w  ogóle,  kiedy  wracasz?  Mam  dość  samotnych  weekendów 
z twoimi dziećmi.

***

W  namiocie  naprzeciwko  chłopaki  zbierają  się  do  startu. 

Koce  spadają  z  gorących  opon.  Wtyczki  wylatują  z  gniazdek. 
W pół zdania milknie Vanilla Ice z magnetofonu.

If there was a problem yo I’ll solve it
Check out the hook while my DJ revolves it

Słychać  tylko  silniki  zagrzewające  się  do  walki.  Benzyna 

bulgocze w zbiornikach. Stojaki wykopane spod wahaczy. Kaski 
na łbach. Suwaki w górę, szyby w dół.

– Widzimy się tu za pół godziny! Wszyscy!
– Co?
– Wszyscy!
– Tak! Wszyscy.
Pięść o pięść. W drogę. Już.

***

Ustawiają  mnie  w  przedostatniej  linii.  Przede  mną  tłum 

zawodników, za mną prawie nikogo. Mam dobry start. Światła 
gasną, ruszam, oni jeszcze stoją. Dwóch wypada na pierwszej 

background image

64

szykanie.  Widzę  jak  w  locie  pierwszy  wskakuje  na  motocykl 
drugiego i razem wypadają na trawę. Ścisk, łokcie trą o plasti-
ki. Potem już tylko wyprzedzają mnie. Próbuję odroczyć mo-
ment, kiedy najszybsi zaczną mnie dublować. Dopadają mnie 
i tak. Wirażowy macha niebieską flagą – poddaj się, żadnych 
głupstw. Właśnie że robię głupstwa – gonię za szybszymi, po-
pełniam błędy, ryzykuję upadek, znowu błędy. Na dwa okrą-
żenia  przed  końcem  wokół  mnie  jest  pusto.  Uspokajam  się, 
pracuję miarowo, czekam na koniec.

Kolejny wyścig oglądam w rozpiętym kombinezonie. Saletę 

też  dublują.  Będzie  się  z  kim  podzielić  gorzkim  opłatkiem 
klęski.

Przez głośnik płyną hymny narodowe. Czeski, polski i jesz-

cze jakiś. Oklaski, podziękowania. Ściągam bieliznę w namiocie. 
Wiatr omiata mnie z kurzu.

***

Sport  ekstremalny  karze  bólem  drobne  błędy,  a  śmiercią 

poważne.  Rozpoczyna  się  grę  z  myślą  „Kurwa,  kurwa,  kurwa, 
zaraz się zabiję!”. Zwyciężyć można tylko na granicy katastrofy.

Piłka nożna tego nie daje.

***

Białe sztućce gną się, kiedy kroję czerwone mięso. Sos pły-

nie po białym talerzu. Ściany z białego płótna łopoczą na wie-
trze.  Czarna  kawa  stygnie  w  białej  filiżance.  Kryształki  cukru 
ścigają  się  wokół  plamy  na  serwecie,  wylatują  na  zakręcie  za 
popielniczką  i  spadają  w  przepaść.  Ekran  nad  barem  emituje 

background image

65

czeskie reklamy. Wycie silników zagłusza telewizor. Sygnał ka-
retki zagłusza motory. Naciągam kaptur, wychodzę na wiatr zo-
baczyć krew.

***

Badziak i Wiczyński stoją w pół drogi między łazienką a pa-

dokiem. Zatrzymuję się obok upozowany niedbale, jakbym miał 
prawo z nimi gadać. Jakby przepaść umiejętności dała się zasy-
pać czubkiem buta. Nawet nie ścigam się z nimi w jednej klasie. 
Są młodymi bogami wyścigów, a ja wkradłem się do świątyni po-
smakować mięsa z ofiarnego stołu.

– Jest taki wiatr, że musiałem przestawić punkty hamowa-

nia. Jeśli jutro ucichnie, przypierdolę w opony za szykaną.

–  Widziałeś  te  chłodnice  u  Czechów?  Nie  wydaje  mi  się, 

żeby były seryjne. Muszę się przyjrzeć, bo wyglądają jak wyje-
bane z kosmosu.

– Myślisz, że Czesi oszukują?
Teraz mogę zaznaczyć swoje istnienie.
–  Na  pewno  oszukują  –  wtrącam.  –  Inaczej  nie  byłbym 

czwarty od końca.

Bogowie śmieją się. Są tacy ludzcy.

***

Wracamy. Czarek popija niebieski napój izotoniczny, który 

pozwala  mu  zachować  jako  taką  równowagę.  Gniecie  butelkę 
palcami.

– W żadnym szpitalu już jej nie chcą. Ostatnio ważyła trzy-

dzieści sześć kilo. Podkarmili ją do czterdziestu dwóch i uciekła. 
Ordynator powiedział jej matce, żeby już nie prosiła o pomoc. Jej 
głowa zabija ciało. Spala się od środka. Nic nie mogę poradzić.

background image

66

***

Umarł Zapasiewicz. Jego głos mógł rozsadzić pałac Filis­

tynów,  gdyby  jak  Samson  stanął  między  kolumnami  i  zaczął 
recytować Herberta: „bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź 
odważny; w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy”.

Umarł  Kołakowski.  Jego  zimna  czaszka  bez  wstydu  dołą-

czyła do grona obrońców królestwa bez kresu. Popiół rozsypią 
między czterema węgłami domu. Rozum, Bóg, Miłość, Śmierć.

***

Nie ma różnicy między słabym i dobrym zawodnikiem in-

nej niż wynik. Ten sam wysiłek, ten sam szum w uszach, strach. 
Decyduje liczba błędów.

Nie  ma  różnicy  między  grafomanem  i  pisarzem  innej  niż 

rezultat.

***

Odtwarzacz połyka srebrną płytę. Zamykam szybę.

Go tell that long tongue liar 
Go and tell that midnight rider 
Tell the rambler, the gambler, the back biter 
Tell ‘em that God’s gonna cut‘em down

Jestem każdym z nich. Kłamcą o języku jaszczurki. Nocnym 

jeźdźcem  na  środku  drogi.  Wędrowcem  wśród  zaoranych  pól. 
Hazardzistą z garścią kości. Wilkiem o paszczy pełnej chciwych 
zębów.  Mogę  biec  długo,  ale  prędzej  czy  później  Bóg  mnie 
sieknie.

background image

67

***

Na stacji benzynowej poprawiam pasy mocujące motocykl. 

Dzikie  zwierzę  jest  dobrze  spętane.  Śpi,  ukołysane  szumem 
powietrza. Dotykam przedniej opony. Wąskie paski niezużytej 
gumy  na  krawędziach,  to  miara  mojego  strachu.  Dziesięć  mi-
limetrów z lewej strony, siedem z prawej. Można było szybciej 
przejeżdżać zakręty. Można było bardziej przycisnąć motocykl 
do ziemi. Fizyka pozwala, psychika nie.

background image

68

IV.

Hotel jak baza na nieznanej planecie. Grzesznie piękny wi-

dok z hotelowego okna. Trójkąt tarasu wbity w morze. Pomost 
wyznacza pionową oś symetrii. Horyzont bezdusznie dzieli sfery 
poziome. Morze poza kategorią kształtu. Basen jak niebieskie 
oko. Dwa koła ratunkowe z napisem „Odessa”, trzy kamienne 
łuki. Cztery sztuczne palmy. Kontenerowce wchodzące do por-
tu. Nic więcej.

Tutejszych ludzi do hotelu się nie wpuszcza. Tutejsi są obcy. 

Łatwo wyjść, trudniej wrócić. Furtka ma klamkę tylko od we-
wnątrz. Żegna nieruchome oko kamery. Przy wejściu na plażę 
mija się szlaban i dwóch wojaków w spodniach moro i podko-
szulkach w niebiesko­białe pasy. Potem drugi szlaban na górze 
skarpy i trzeci na skraju dzielnicy Sawinion. Tej nazwy nie sposób 
wymówić  z  francuska  „Sauvignon”.  Trzeba  położyć  akcent  na 
ostatnią sylabę i odmieniać przez wszystkie szczęśliwe przypad-
ki. Gdzie? „U nas w Sawinionie”. Ulice wąskie. Dwa samocho-
dy terenowe ledwo się mijają. Jedna ciemna szyba prawie trze 
o drugą, a kierowcy nie mogą nawet sobie spojrzeć w oczy. Po 
obu stronach wysokie mury osłaniają domy bogaczy. Biedaków 
nie  ma,  samyje  proste  biznesmieny.  Druzja  od  bazaru  do  mi-
liona dolarów, nigdy z powrotem. U kogo gaława rabotajet ha-
raszo, u tego dom w Sawinionie, w nim sejf wielkości lodówki 
i wypchany tygrys. Jest normalno.

Czas w Sawinionie dzieli się na przed i po kryzysie. Kryzys 

jak  odpływ.  Można  zobaczyć  u  kogo  kąpielówki,  a  kto  goły. 
Mądrym kryzys pieniędzy dużo nie zabierze, a mądrości przy-
da. Rozmawia się o maszynach, dieńgach, kontenerach płyną-
cych z Chin, cle. O policji w Dniepropietrowsku, która wszystko 
może, a chce tylko trochę.

background image

69

***

Lionia, kolega Kasi ze szkolnych czasów, rozmawia przez 

telefon stojąc w kąpielówkach na skraju pomostu.

– Da. Da. Niet. Niet. Diesat procent. Nielzja. Da. Paka.
Szesnaśnie  razy  na  godzinę.  W  końcu  odkłada  telefon 

i wskakuje do wody. Po powrocie sprawdza listę nieodebranych 
połączeń i oddzwania do każdego ze swoich składów.

– Ciężki dzień – mówi susząc głowę ręcznikiem.
– Ciężki. Bardzo gorąco – mówi jego żona, przekręcając się 

na leżaku i poprawiając kostium.

Ukradkiem  obserwuję  Tatianę  spod  nomieru  pierwszego. 

Zastanawiam się, co musiała przejść w życiu, żeby teraz musieć 
tak odpoczywać. Prawie nieprzytomna ze zmęczenia smaruje się 
kremem za pięćset dolarów.

***

Lionia ma kilka niespotykanych zdolności. Potrafi przenik-

nąć wszystkie bramki na lotnisku, jakby miał na głowie czapkę 
niewidkę. Umie zamieniać chiński plastik w złoto i to, co nienor-
malne w normalne. Dziś zabiera moją żonę poguliat po Odessie. 
Zostaję z dziećmi i widokiem na kontenerowce. Wszyscy liczy-
my, że moje poczucie wartości to zniesie.

„Jechaliśmy w stronę centrum Odessy. W pewnej chwili za-

trzymał samochód obok przystanku i zapytał, czy nie miałabym 
nic przeciwko, żebym przesiadła się na tylne siedzenie, bo ma 
sprawę.  Zrobiłam  to.  Po  chwili  wsiadł  facet  z  walizką,  Lionia 
ze  schowka  wyciągnął  liczarkę  do  pieniędzy.  Zrozumiałam, 
dlaczego  tutaj  samochody  mają  ciemne  szyby.  Priwiet  –  pri-
wiet,  facet  wysiadł,  pojechaliśmy  dalej.  Zaparkowaliśmy  pod 

background image

70

pomnikiem Woroncowa. Lionia wrzucił walizkę do bagażnika. 
Powiedziałam, że się nie spieszę. Że jeśli chce, możemy wrócić 
do Sawinionu i zostawić pieniądze w jego domu, w sejfie. „Ty 
szto”, powiedział. „Eto jeżodniewnaja sytuacja”. Poszliśmy na 
sushi. On tylko to je.”

***

Wieczorem  przy  basenie  starszy  mężczyzna  je  kolację 

z dziewczyną. On mówi, ona lekko omija wzrokiem jego twarz 
i patrzy na horyzont. Światła statków na redzie pulsują, wiatr 
się wzmaga. Kelnerka przynosi koc i troskliwie przykrywa nim 
nogi mężczyzny. Dziewczynie nie jest zimno. Pod stołem stuka 
klapkami o bose pięty. Jaszczurki dostosowują się do tempera-
tury kamienia.

***

Urlop – mała śmierć.

***

Na tarasie dziewczynka z mamą jedzą lody podane na kwa-

dratowych talerzach z porcelany, przyozdobione gałązką mięty. 
Olek kończy naleśniki, my pijemy kawę.

–  Nu,  skaży  malczikowi  priwiet!  –  matka  szturcha  dziew-

czynkę pod stołem i pokazuje jak wypinać piersi, jednocześnie 
kołysząc  ramionami.  Już  szkoli  córkę  do  najważniejszego  po-
lowania. Za dziesięć lat będzie gotowa, kiedy uchylą się drzwi 
limuzyny. Jeden jedyny skok na sejf, potem do końca życia nic.

***

background image

71

Słowa opadają na dno. Nabieram szlamu w dłonie, lepię ce-

gły, suszę na wietrze daremnego wysiłku, buduję wieże.

***

Jedziemy  taksówką,  idealnie  wysprzątanym  Hyundaiem. 

Taksówkarz jest mężczyzną w średnim wieku w znoszonej, po-
pielatej koszuli z krótkimi rękawami i białych sportowych bu-
tach. Z namysłem układał dziecięcy wózek w bagażniku. Droga 
z Sawinionu do Odessy biegnie przez dzielnicę niskich domków 
z dykty porośniętych winem i wszelkim zielskiem. W pyle wy-
schniętego  błota  na  poboczu  stoją  Ziły  wypełnione  arbuzami, 
trzydzieści kopiejek za kilo. Obok drogi torowisko tramwajowe 
porośnięte zielskiem. Ludzie czekają w upale, tramwaj nie nad-
jeżdża. Między Sawinionem a Odessą nie ma pieniędzy, ale jest 
czas. Słońce nie pozwoli zmarznąć, ziemia nie pozwoli głodo-
wać. W ogródkach rosną bakłażany, melony, pomidory. Na ścia-
nach winogrona nabierają cukru. Wieczorami można zaprosić 
sąsiadów do altany, odpocząć.

– Jesli eto nie sekret, skolko dolarów w waszym hotelu stoit 

nomier? – pyta taksówkarz.

Gwiżdże z wrażenia, kiedy słyszy odpowiedź.
Sporo się zmieniło po komunizmie – kręci głową. – Może 

trzeba mi było wyjechać. W dziewięćdziesiątym pierwszym wie-
lu wyemigrowało do Kanady. Jakoś nie mogłem. Wiedziałem, że 
Odessa wytrzyma beze mnie, ale nie byłem pewien, czy wytrzy-
mam bez Odessy.

Wjeżdżamy do miasta. Budowy, na których nie widać robot-

ników. Szyby wystawowe banków oklejone zachętami do wpła-
cania depozytów. „30% rocznie, pewny zysk”. Nikt się na to nie 
nabiera. W każdym razie nie Lionia i żaden z jewo druzjej.

background image

72

Parkujemy w centrum, w dzielnicy dwupiętrowych kamienic 

ocienionych  szpalerami  dwustuletnich  buków.  Między  starymi 
kamienicami  o  naderwanych  balkonach  i  przegniłych  rynnach 
rozpychają się nowe pałace kapitalizmu ze szklanymi fasadami.

Taksówkarz sumiennie odlicza resztę. Nie pasuje do czasów, 

w których nikt nie wydaje reszty.

***

– I jak wam smakuje? – pyta Lionia.
Pijemy sok z kiełków podany w mikroskopijnych, platiko-

wych  kubeczkach.  Oczyszcza  organizm,  zapewnia  równowagę 
metabolizmowi, przedłuża życie w nieskończoność. Smakuje jak 
zmielona trawa.

Z Mileną na ręce zapuszczam się na podwórko między ap-

teką  a  pijalnią.  Koty  wygrzewają  się  na  zakurzonych  płytach. 
W bramie staruszki wysiadują kulawe krzesła. Chronią zetlałe 
ciała  przed  słońcem,  pieszczą  rękojeści  lasek,  kiwają  głowami 
– da, da. Latawce koszul i majtek schną na sznurach rozwieszo-
nych przez kwadrat nieba. W otwartym oknie telewizor z włą-
czoną stacją muzyczną.

Mienia krizis nie kasajetsja
Liczno mnie on daże nrawitsja

Ze skrzynki pocztowej wyjmuję ulotkę wywieszoną jak język 

zgrzanego psa. „Jak by nie były złożone wasze problemy, można 
z nimi szto­to zdiełat”. Na odwrocie wykres . „Test dla oceny wa-
szych sposobności”. Stabilność, szczęście, niezależność, samore-
alizacja. Linia to opada ciut­ciut, to wznosi się niemnożko. „Ta 
ulotka daje wam prawo na bezpłatnoje testowanije.”

background image

73

Nikt nie słucha piosenek, nikt nie zwraca uwagi na migające 

w telewizorze obrazy.

Nie bojsja malczik, ja skażu sława
I ty zabudiesz, gdie niebo – gdzie ziemlia

***

– Kak w Jewropie, da?
Siedzimy  w  kawiarni  na  placu  przy  schodach  Potiom­

kinowskich. Pod wieczór wiatr od portu robi się chłodny. Olo 
jest znudzony spacerem, rozkłada się na blacie szklanego sto-
lika. Dopiero lody poprawiają mu humor. Milena śpi w wózku. 
Kasia pije cappuccino. Lubię patrzeć, kiedy pije cappuccino.

– Jak w Europie? – powtarza pytanie Lionia.
– Jesteśmy w Europie – mówię.
Aleją wysadzaną kasztanami idziemy w stronę portu – za-

rdzewiałego serca tego miasta. Las dźwigów pracowicie przesu-
wa kontenery z Chin. Lionia dobrze wie, które należą do niego. 
Stajemy na żelaznym moście, gdzie tradycyjnie przychodzą no-
wożeńcy. Zapinają kłódkę na jednej z żerdzi i wyrzucają klucz. 
Od czasu do czasu miejski ślusarz odpiłowuje część kłódek, żeby 
zrobić miejsce na nowe.

***

Walery, ojczym Lioni, pokazuje zdjęcia.
– Mój otiec. Pogib w czterdziestym trzecim. Widzisz na koł-

nierzu dwie belki skrzyżowane? Znaczy – artylerzysta. – To moi 
dziadkowie, rodzice ojca – wodzi palcem po czerstwych sylwet-
kach, które objazdowy fotograf usztywnił na amen siedzących 
przed obejściem. – To mój syn, ojczym, mama.

background image

74

Z ciemnego mieszkania wychodzimy na słońce. Pcham wó-

zek, małe kółka wpadają rowki, którymi w czasie deszczu woda 
spływa na ulicę. Olo uwiesza się na Kasi i demonstruje niechęć do 
przechadzek. Walery prowadzi z rękami założonymi na plecy.

–  Klub  szermierki.  Ulica  Tołstoja,  który  napisał  „Annę 

Kareninę”, „Wojnę i pokój”, znajesz? Nowy sobór, komuniści 
zburzyli, myśmy teraz odbudowali. Pomnik Michaiła Woroncowa. 
Był gubernatorem noworosyjskiego kraju. W Odessie była stoli-
ca. Kiedy Puszkin był na zsyłce, zalecał się do żony Woroncowa. 
Jemu to się nie podobało, więc wysłał go dalej, do Kiszyniowa. 
I Puszkin potem napisał o nim:

„Oto półnieuk, półbohater
I półszubrawiec na dodatek!
Lecz co do tego jest nadzieja,
Że będzie całym na ostatek.”

To był porządny czieławiek. W czasie kampanii napoleoń-

skiej jego oddział zmasakrowano. Swoich sołdatów zawiózł do 
rodzinnego  majątku  pod  Moskwą  i  za  swoje  pieniądze  leczył. 
A Puszkin tak śmiał o nim.

Walery kręci głową i wskazuje na wąskonosego mężczyznę 

z bokobrodami, który z postumentu czujnie wypatruje kolejnych 
Puszkinów,  Mickiewiczów  i  innych  utrapień  urzędu.  Za  nim 
wieczorne słońce rzuca blask na złote litery wplecione w śnież-
nobiały  gzyms  Spaso­Preobrażeńskiego  Soboru.  „Boh,  usłysz 
moju modlitwu”.

***

Na  tyłach  biurowca  z  lat  sześćdziesiątych  zdolny  restaura-

tor zbudował karczmę z ogrodem. Lampiony rzucają migotliwe 

background image

75

światła na pawilony z desek. W jednym wesele, w drugim stypa, 
w trzecim urodziny Walerego. Wszyscy po kolei wznoszą epickie 
toasty.

–  Czudiestwiennyj  czieławiek,  samyj  horoszyj  muż  –  Ina 

zach wala męża.

Pijemy lokalne wina, Olo zawieruszył się na dobre z miej-

scowymi  chłopakami  i  tylko  Sonia,  córka  Lioni,  woła  tęsknie 
w ciemnościach.

– Sasza, Sasza!
Milena  wyrywa  się  do  chodzenia.  Jej  pierwsze  kroki  na 

drewnianej podłodze wzbudzają aplauz starszych dam.

–  A  taki  wasz  pianista,  Kostecki,  żyje  jeszio?  –  zaczepia 

mnie jedna z nich. – Nikto kak on nie interpretował Chopina.

Lionia rozpina drugi guzik koszuli.
–  W  wojsku  przygarnął  mnie  jeden  lejtnant,  co  meblami 

handlował.  Woził  je  wojskowymi  ciężarówkami.  Prowadziłem 
mu ten interes przez dwa lata. Nie chciał puścić do cywila, tak 
mu  było  ze  mną  dobrze.  Bo  go  nie  okradałem.  W  końcu  się 
zgodził  na  moje  odejście  i  podarował  cały  komplet  mebli  do 
mieszkania. Czekałem przed domem, w końcu przyjechała cię-
żarówka, chłodnia. „Bieri” – powiedział kierowca. Wskoczyłem 
na pakę, tam moje meble między trumnami. W środku nasze 
sołdaty  z  Afganistanu.  Taka  była  wajenna  ekonomika.  Meble 
wzialim, nicziewo.

Za płotem z zaostrzonych żerdzi palą się światła blokowi-

ska. Między krzakami, na wyschniętej ziemi, mieszkańcy ustawi-
li grill i pieką kaszankę. Podciągają rękawy dresu za łokcie, bo 
wieczór jeszcze ciepły. Ciepła wódka kolebie się w plastikowych 
szklankach. Patrzą na nas ale nie przepijają.

– Ja skromnyj biznesmien – mówi Lionia. – Nie alkohol, nie 

gaz, nie broń. Ale drug mojego druga wysłał do Afryki statek 
z bronią. I jemu piraci statek porwali. Piraci polują na ukraińskie 

background image

76

statki potemu, że mają beznadziejną ochronę. Chcieli dwadcat 
piat milionów dolarów. I drug druga poszedł do Julii po pomoc, 
ale ona jemu skazała, że nic nie może zrobić, bo to biznes pre-
zydenta. Bo widzisz Kasia, prezydent tak się zajmuje bronią, jak 
ty zębami. Co było robić? Do prezydenta po pieniądze iść nie 
mógł, bo co to jego obchodzi, że statek porwali, jak to nie jego 
statek, tylko jego broń. Więc drug druga zapłacił. Nie dwadcat 
piat tylko piat, ale zapłacił.

Ina pochyla się nad Kasią.
–  On  dumajet,  szto  on  Napoleon  –  kiwa  głową  w  stronę 

syna. – A jemu do Napoleona kak do Luny.

***

Przez okno gabinetu Wojtek patrzy na mój ogródek.
– Musisz naprawdę lubić winogrona – zauważa.
Odgarniam papiery z biurka, stawiam butelkę mineralnej. 

Zamykam drzwi przed dziećmi.

– Ty się zajmujesz dotacjami z Unii, tak? – zagaja.
– No i?
– Interes jest do zrobienia. Nie myślałeś, żeby mieć własną 

elektrownię wodną?

– Przydałaby się – mówię ostrożnie.
Nalewam Wojtkowi wody. Przygrzało mu w kombinezonie.

***

– Musisz jechać na wyścigi? – pyta Olek.
Ma wypieki na twarzy i łzy w oczach. Przed chwilą skończył 

się kłócić z Kasią o ćwiczenia z ortografii.

– Muszę – odpowiadam krzywiąc się.

background image

77

Boli ręka, na której trzymam Milenę. Pakuję się drugą. Do 

piwnicy po skrzynkę z narzędziami. Po opony na deszcz, stoja-
ki. Do garażu po kask, po koce do grzania opon, kanister. Do 
domu po buty, po walizkę, portfel, telefon.

– Dlaczego musisz?
– Chcę skończyć.
– Co?
– To, co zacząłem.
Olo siedzi na schodach. Suwa bosymi stopami po parkiecie. 

Znowu nie założył skarpetek.

– Nie dam rady tutaj sam – powiedział patrząc w szczeliny 

między klepkami.

– Dasz radę. Idź teraz spać. Rano mama nie będzie się gnie-

wać. Znam ją.

Patrzę na zegarek. Jeśli ruszę teraz, będę w Poznaniu o pół-

nocy. Rozłożę namiot, albo pójdę do hotelu. Prześpię sześć – 
siedem godzin. Nie będzie źle na pierwszym treningu.

– Nie mógłbyś położyć się koło mnie i uśpić mnie, zanim 

pojedziesz? – zapytał Olo.

Patrzę na jego czerwony nos i opuchnięte powieki.
– Nie.
Oddaję Milenę Kasi, całuję ich po kolei i wsiadam do samo-

chodu. Klimatyzacja suszy twarz i kark mokre od potu. Godzinę 
zajmuje uspokojenie się. Zaraz potem przypominam sobie, że 
nie wziąłem kombinezonu. Zawracam zaprzęg.

Kiedy  podjeżdżam  pod  dom,  światło  świeci  się  tylko  na 

dole. Olo śpi, Milena też, żona nie.

***

Wyjeżdżam na pierwszy trening. Mam nagrzane opony i pa-

liwa  na  dwadzieścia  minut.  Słońce  jeszcze  nisko,  trawa  świeci 

background image

78

od rosy. Robię pierwsze okrążenie. Zwiedzam zakręty jak nawy 
dawno  nieodwiedzanego  kościoła.  Wciągam  zapach  asfaltu 
jak kadzidło. Mijam kolejnych wirażowych – pomarańczowych 
aniołów  stróżów,  trzymających  w  pogotowiu  kolorowe  flagi 
przykazań. Przejeżdżam przed wieżą startową – miejscem sądu 
ostatecznego religii, która wynosi na ołtarz podium pierwszych 
trzech zawodników z każdej klasy, a pozostałych kropi winem 
musującym, jeśli podejdą blisko.

Na drugim okrążeniu widzę wjeżdżającego Saletę. Daję mu 

czas na rozgrzewkę, a potem zaczynam gonić. Nie jest już łatwo 
go złapać. Moja przewaga doświadczenia topnieje, jego przewa-
ga  sześćdziesięciu  koni  nie  zmniejsza  się.  Spinam  się  mocniej 
i skracam dystans. A potem inny zawodnik go potrąca i Saleta 
wylatuje na trawę. Kiedy go mijam, jeszcze walczy o utrzymanie 
równowagi, ale ziemia jest nierówna. Po kolejnym okrążeniu wi-
dzę tylko leżący motocykl.

***

– Co tu o tobie naopowiadałem! – mówi Damian.
Podjeżdżam pod namiot. Daniel bez słowa podstawia stoja-

ki, owija kocami opony.

– Komu?
– Tym od placowego. Że stoimy tu ze sławnym dziennika-

rzem, że jesteśmy twoim „racing teamem” i w ogóle.

– Uwierzyli?
– Pewnie. Zapłaciłem czterysta trzydzieści złotych zamiast 

siedmiuset.

Dwieście siedemdziesiąt złotych. Na tyle inkasent wycenił 

moje nazwisko. Ściągam rękawiczki, opadam na krzesło.

***

background image

79

Spotykam go między namiotami, nie mogąc oderwać wzro-

ku obchodzę wkoło. Ma twarz bez cienia zarostu i biały kom-
binezon.  Wygląda  jak  żywa  ilustracja  do  książki  o  krucjacie 
dziecięcej. Mógłby być prawie kolegą mojego syna, a jest prawie 
moim. Artur Wielebski. Ma szesnaście lat, nie ma prawa jazdy.

– W głębi duszy uważasz się za nieśmiertelnego, prawda?
– Nie – mówi spokojnie i obraca za mną. – Wierzę w skupie-

nie i brak upadków.

– Jak ci poszło w wyścigu?
– Motocykl się zepsuł, w ogóle nie chciał jechać. Coś z elek-

troniką. Włączył się tryb awaryjny, moc spadła o połowę, straci-
łem amortyzator skrętu.

– Który byłeś?
– Czwarty.
W cokolwiek Wielebski wierzy, ma rację.

***

Ścigam  się  z  takimi,  co  im  włosy  jeszcze  nie  rosną,  kiedy 

mnie już wypadają. Oni są czwarci od przodu, ja czwarty od koń-
ca. To nie jest sport dla starych ludzi.

***

W kwalifikacjach idzie mi dobrze – czasy okrążeń są pra-

wie takie, jak przed upadkiem. Moc wróciła. Wiara i nadzieja 
również.

***

Startuję z piątej linii. Światła gasną, wyprzedzam kilku za-

wodników, którzy przespali początek. Jest tłoczno. Czterdziestu 

background image

80

narwańców pakuje się w pierwszy zakręt. Drugi, trzeci i stawka 
rozciąga się na nitce toru jak sznur paciorków różańca. Ci z przo-
du już w prawo, reszta jeszcze w lewo. Synchroniczne, skupione 
ruchy baletnic ćwiczących kroki Jeziora Łabędziego. „Czego się 
bać? Trzeba pracować!” powiedział Stalin, więc pracuję ciężko. 
Wyprzedza mnie dwóch tak znerwicowanych, że albo ich pusz-
czę, albo razem lecimy w żwir. Wyścig się kończy.

***

Słońce wczesnego popołudnia liże moją spoconą twarz jak 

sarna bryłę soli. Kartki z wynikami fruwają na wietrze. Jestem 
w połowie listy. Saleta kilka pozycji z tyłu, ale ja straciłem dwa 
miejsca po kwalifikacjach, on dwa zyskał. Ciągle jestem o trzy 
sekundy  lepszy,  bo  dobrze  znam  tor  i  nie  muszę  tyle  myśleć. 
W Moście on był szybszy o sekundę – dwie. Tam mieliśmy rów-
ne  doświadczenie,  ale  on  mocniejszy  motocykl.  Muszę  zacząć 
biegać, zanim moja przewaga zniknie. Saleta ma lepszą kondy-
cję. Patrzę na inne nazwiska. Kaśka Kędzior miała taki sam czas 
okrążenia, kiedy goniąc ją upadłem w pierwszym wyścigu. Teraz 
jest szybsza o dwie sekundy. Kiedy wracałem do formy, inni ro-
bili postępy.

***

Mój czas okrążenia to rekord toru plus suma wszystkich błę-

dów, plus słabszy motocykl. Siedemnaście sekund. Jeśli odliczyć 
pięć sekund na różnicę w sprzęcie, zostaje dwanaście. Przeciętny 
błąd  kosztuje  jedną  dziesiątą  sekundy.  Robię  sto  dwadzieścia 
błędów na okrążenie.

***

background image

81

Siedzę  na  rozkładanym  krześle  pod  czerwienią  namiotu 

i czekam na swoją kolej. Robi się gorąco. Zamek kombinezonu 
rozpięty aż do gaci, suwaki przy rękawach i nogawkach też. Buty 
ledwo wsunięte na stopy, cholewy opadają na boki jak wywie-
szone psie języki. Mimo to czuję, że moje ciało ślizga się w dru-
giej skórze. Hałas nie milknie. Startują wyścigi kolejnych klas. 
Zanim jedni skończą, drudzy grzeją silniki. W namiocie po pra-
wej masażystki biją po plecach następnego klienta. Z głośników 
dobiega głos komentatora. „Poszli! Pierwszy ten, drugi tamten, 
walka, punkty, miejsce, pięć okrążeń do kreski, wspaniale, jest, 
jest,  jest!”  Powietrze  drży.  Ja  drżę.  Z  białego  namiotu  obok 
wyjeżdżają  zawodnicy.  Wypolerowane  wizjery  kasków  odbija-
ją niebo. Jeszcze oni tylko, potem ja. „I proszę państwa, jakie 
emocje, klasa Superbike, czujemy ten temat, co powiesz przed 
wyścigiem swoim fanom, a ty, a ty?” Fortissimo startu – harmo-
nia dwunastu silników odgrywających fanfarę na własną cześć. 
Mam ręce złożone w wieżyczkę. Burzę ją, sprawdzając palcami 
temperaturę opon. Myślę o paliwie w baku. Nie może zabrak-
nąć, nie może być zbyt dużo. Pół litra na okrążenie plus pół na 
rozgrzewkę. Myślę o polach startowych, po cztery w rzędzie, kto 
po lewej, kto po prawej. Co zrobię, co oni zrobią. Wbić się na 
prawą krawędź toru, żeby tylko nikt nie zablokował, do przodu, 
do przodu, w zakręt. Powtarzam w myślach moment startu, ru-
chy dłoni, ułożenie ciała nad zbiornikiem. Kiedy w mojej głowie 
światła gasną, wyrzut adrenaliny do krwi jest tak silny, jakbym 
naprawdę startował.

Jazgot nagle cichnie. Milkną silniki, głośnik przestaje rzę-

zić. Narasta inny huk. Żółto­czerwone cielsko helikoptera wyła-
nia się znad płachty namiotu i niknie za wieżą startową. Łopot 
wirnika zwalnia, zamiera. Nikt już nie siedzi. Nikt nie je kiełba-
sek.  Masażystki  zamierają  w pół  ciosu.  Papierosy  marnują  się 
w palcach.

background image

82

Do  namiotu  po  lewej  ciężarówka  zwozi  rozbity  motocykl 

z  numerem  pięćdziesiąt  dziewięć.  Obok  lawety  gromadzą  się 
ludzie. Ktoś pomaga ściągnąć motor i ustawić go w boksie pod 
tabliczką  z  nazwiskiem  zawodnika  –  Jakub  Derenowski.  Mój 
wyścig powinien się już zacząć, ale nie wołają. Nie mogę się zde-
cydować, czy zapinać kombinezon, krążę bez celu. Dziewczyna 
w namiocie kiwa się w przód i w tył. Pocieszają ją dziewczyny 
tych, co wrócili. Dlaczego on – nie oni? Dlaczego ja – nie wy? 
Przychodzą zawodnicy, gestykulują. Fotoreporterzy robią swo-
je, ja też.

Helikopter  się  podnosi.  Wirażowi  sprzątają  tor.  Głośnik 

chrypi. „Następny wyścig, zapraszamy zawodników, niewielkie 
opóźnienie”. Daniel zrzuca koce z opon. Zapinam kombinezon, 
kask. Jadę.

***

Irving  w  powieści  umieścił  chłopca,  który  bardzo  chciał 

przespać się z siostrą. W końcu to robią. Pieprzą się cały dzień, 
a potem już nigdy nie mają ochoty. Są uczynki które trzeba po-
pełnić, by uwolnić myśli.

***

Damian naucza. Zabija czas.
– Gdybyś jechał pasem startowym szerokim na trzydzieści 

metrów, mógłbyś trzysta na godzinę?

– Jasne – wzruszam ramionami.
– A gdybyś jechał wąską drogą między drzewami, mógłbyś 

trzysta?

– Nie.

background image

83

– Dlaczego nie? – wyciąga rękę z kieszeni i macha nią przed 

moim nosem. – Widzisz palec, którym kiwam?

Potakuję.
–  A  paczkę  papierosów  widzisz?  –  pyta  i  rzuca  we  mnie 

Marlboro. Trafia mnie w ramię. – A widzisz, co teraz robię z pal-
cem? Nie? Dlaczego nie? Jak szerokie jest twoje pole widzenia?

***

Tor wyścigowy jest pętlą asfaltu zawiązaną na szyi. Gdyby 

nie biała kreska w poprzek, byłby pułapką bez początku i końca. 
Start – meta. Linia wyzwolenia.

***

Piotrek siedzi za czerwonym stojakiem z ciśnieniomierza-

mi, nakrętkami i ochraniaczami. Na kolanach trzyma reklamów-
kę z croissantami, które przyniosłem na śniadanie. Jest świeżo 
i wietrznie. Powietrze ma przejrzystość.

–  Był  taki  Klejnot.  Nazwisko  miał  Klejnot.  Zajmował  się 

tym i owym, biznesem. I on sobie, rozumiesz, taki cel postawił, 
żeby wykręcać okrążenie poniżej minuty czterdzieści. Ambitny, 
nie?  Wynajął  nas  jako  zespół  wyścigowy.  Pieniądze  miał. 
Jeździliśmy z nim na tor, on ćwiczył. Potem wynajął zawodnika 
– Pawelca, żeby go trenował. I jeździli. Najpierw Pawelec trzy 
kółka z przodu, potem Klejnot trzy kółka z przodu. Siadali na 
ławce, gadali. I znowu.

– I co? – pytam.
– No, doszedł do wyniku – Piotrek szeleści reklamówką.
– A dalej?
– Nic. Skończył się ścigać. Przestało go interesować. Zrobił 

co chciał, zajął się innymi sprawami.

background image

84

Piotrek  kładzie  na  kolanach  zapakowanego  croissanta 

z czekoladą. Gładzi opakowanie, ale waha się czy otworzyć.

–  Dobrze,  że  przyjechałeś  przed  Saletą,  bo  tu  strasz-

ne  rzeczy  wygadywał  komentator.  „Saleta  prowadzi…  grupę 
zawodników”.

Z westchnieniem odłożył ciastko do reklamówki. Zwycię­

żył siebie.

***

W klasie Rookie startuję z przedostatniej linii. Opóźniam 

okrążenie  rozgrzewające,  żeby  skrócić  oczekiwanie  na  start. 
Gorąco.  Zazdroszczę  zawodnikom  z  pierwszych  rzędów. 
Dziewczyny  nad  ich  głowami  rozpinają  kolorowe  parasolki. 
Mechanicy  dogrzewają  opony.  U  mnie  odwrotnie  –  głowa  się 
grzeje, opony stygną. Wyje syrena, na torze zostają sami zawod-
nicy.  Ruszamy.  Wyprzedzam  kilku  po  wewnętrznej,  a  potem 
oni mnie. Po dwóch okrążeniach ścigam się już tylko z jednym 
człowiekiem.  Siedzę  mu  na  ogonie,  wyprzedzam  na  zakręcie 
numer  trzy,  popełniam  błąd,  muszę  hamować.  Wyprzedza. 
Dopadam  go  znów  przy  wyjściu  na  prostą  startową.  Chowam 
się w jego tunelu aerodynamicznym, czekam aż zacznie hamo-
wać. Wyskakuję z jego strugi powietrza, omijam po zewnętrznej. 
Teraz niech on się martwi, nie obejrzę się. Ostatnie trzy okrą-
żenia  to  męka.  Tętno  skacze,  pierzchną  wargi.  Staram  się  nie 
odpuszczać. Skoro ja słabnę, on też musi. Jeszcze trochę, jeszcze 
sześć zakrętów, jeszcze przejechać pod mostkiem, ostatni łuk. 
Szachownica, biała kreska – meta. Puszczam gaz, oglądam się. 
Widzę dwóch z tyłu. Już nic się nie stanie. Jestem bezpieczny, 
koniec, koniec.

***

background image

85

Zjeżdżam do namiotu. Biorę do ręki zimny, papierowy ku-

bek z rurką.

– Pijesz colę? Wodę pij, albo ice tea, nie to gówno.
Patrzę na faceta, który rusza ustami. Jest chudy, ma zepsute 

zęby i policyjne okulary maskujące nerwowość. Nie poznaję go, 
ale pot zalewa mi oczy, więc nic dziwnego. Siorbię ostatni łyk, 
smakuje bosko.

– Gdyby nie coca­cola, byłbym pierwszy.

***

Wspinam  się  na  platformę  zobaczyć  końcówkę  wyścigu 

stodwudziestekpiątek.  Nadjeżdżają  z  cichym  bzyczeniem  mi-
niaturowych silników. Jeźdźcy skryci za owiewkami mijają nas 
w zwolnionym tempie walcząc o każde pół kilometra na godzi-
nę.  Krzysiek  Depta  pierwszy,  obraca  się.  Za  nim  dziewczyna 
z czarnym warkoczem łopoczącym na wietrze.

– Natalia, Natalia! – krzyczą kibice.
Nawet gdyby nie miała warkocza, poznaliby ją po linii bio-

der. Dziewięć wypiętych tyłków przelatuje widzom przed nosa-
mi. Osiem chudych, wąskich i zaciekłych. Jeden inny.

Jeszcze  ostatnie  okrążenie,  meta.  Depta  pierwszy,  Florek 

druga. Schodzę do garażu, gdzie zjeżdżają zwycięzcy. Trzy zgrza-
ne motocykle, trzy zdjęte kaski. Krzysiek wyciera spocone czoło. 
Florek prycha, żeby odgonić włosy z twarzy. Składa usta w dwie 
wiśnie i marzy o lusterku. Reporterzy strzelają migawkami.

– Natalia, tu popatrz! Tutaj! Na mnie.
W  czasie  dekoracji  nikt  jak  ona  nie  otwiera  szampana 

„Piccolo”. Słodki sok leje się po skórzanych kombinezonach.

Idziemy z Krzyśkiem w stronę jego namiotu. Niosę opony, 

które dostał w nagrodę za zwycięstwo. Jakub, idzie z boku. Jego 
cera trochę się poprawiła.

background image

86

– Myślałem, kurwa, że cię uduszę, jak żeś się ciągle oglądał 

na prostej. Wyprzedzała cię wtedy.

–  Wyprzedzała  na  prostej,  a  na  pierwszym  zakręcie  już 

ją  miałem.  Z  Natalią  jest  fajnie,  bo  się  nie  wpycha  –  mówi 
Krzysiek.

Dochodzimy na miejsce. Rzucam opony na plandekę.
– Poznajesz ten motor? – pyta mnie Jakub.
– Nie.
–  Powinieneś  rozpoznać  przynajmniej  tył.  Wyprzedzałem 

cię na każdym treningu.

Śmiejemy się. To nic.

***

Obiektyw fotoreportera nie lubi słabych zawodników. Karze 

nas utratą ostrości. Zrównuje z tłem. Na zdjęciach jestem równy 
napisowi na murze, drzewom, stosowi opon na poboczu. Tylko 
dobrzy zawodnicy zasługują na właściwą ekspozycję. Obiektyw 
celuje  w  ich  nonszalancką  pozycję  za  kierownicą,  swobodnie 
opuszczone kolano, luźne przedramiona. Cud nieostrości – li-
tościwa zasłona – spływa na błędy złych zawodników.

***

Redaktor Pejser siedzi w swoim namiocie, z nogami wyłożo-

nymi na składany stolik.

– Klucz ci przyniosłem – mówię. – Dziesiątkę. Tę, co poży-

czyłem na pierwszej rundzie i złamałem.

Patrzy na mnie zza ciemnych okularów.
– Nie trzeba było.
– Jak idzie? – pytam.
– Niespecjalnie.

background image

87

Bierze klucz i obraca go przez chwilę w palcach. Rzuca do 

pudła.

– Skrzynia biegów zdechła. Zakwalifikowałem się, ale słabo. 

Nie wiem, czy ukończę wyścig.

– Pożyczyć ci motocykl? – pytam i nagle obaj czujemy zaże-

nowanie tą propozycją. Sztywnieję oparty o wspornik namiotu. 
Pejser ściąga nogi ze stołu.

– Nie, dzięki. Zanim bym się przyzwyczaił… To jednak tro-

chę inny sprzęt.

Wydymam wargi ze zrozumieniem.

***

Na obrotomierzu jest czerwone pole. Sfera, gdzie wysiłek 

staje  się  niewarty  efektu.  Zakres  graniczny  wyznaczony  pro-
stymi prawami. Żaden mechanizm nie może przyspieszać bez-
ustannie. Na kresach skali jest zatarcie, obłęd, zawał. Lampka 
ostrzegawcza zapala się wcześniej. Zmień bieg, daj odpocząć! 
Nie  zwracam  uwagi.  Mechanizm  odcięcia  zapłonu  jest  błogo-
sławioną  sztuczką  inżyniera,  flagą  rozumu  wbitą  na  szczycie 
szaleństwa.

Mnie tego nie wmontowano. Wszystko, co mogę zrobić, to 

dążyć do doskonałości. Bać się mniej, rozumieć więcej.

***

– Który byłeś?
Pejser siedzi w furgonetce. Wychyla się z szoferki i czujnie 

rozgląda, żeby nie zawadzić o sterty sprzętu walające się po bru-
ku.  Wszyscy  pakują  się  i  wyjeżdżają.  Przy  śmietnikach  zostają 
potrzaskane owiewki, zdarte opony, butelki po oleju. Koniec.

– Jedenasty – mówi i kręci kierownicą w prawo.

background image

88

Podnoszę kciuk do góry, ale w gruncie rzeczy nie wiem, czy 

to dla niego dobrze czy źle.

***

Michał  zmienia  szpital  w  Krakowie  na  klinikę  w  Siemia­

nowicach  Śląskich.  Ledwo  przeżywa  podróż  karetką,  dwa  dni 
w narkozie i przeszczepy skóry na odleżynach. Tę skórę specjal-
nie dla niego wyhodowano w laboratorium.

W słuchawce słyszę, jak świszczy jego oddech.
– Najgorsze, że już nigdy nie wsiądę na motor. Rodzina nie 

pozwoli.

background image

89

V.

Wyspa to klatka. Hotel – klatka w klatce. Wyliczam strefy 

przyjemności i zniewolenia „all inclusive”. Od najciaśniejszej – 
bar, hotel, wyspa, morze.

Za barem stoi Grek w białej koszuli. Jego angielszczyzna 

przypomina  język  kadetów  amerykańskiej  szkoły  wojskowej. 
Każde zdanie zaczyna i kończy słowem „Sir”. Ma wypomado-
wane  włosy  i  z  galanterią  podaje  darmowe  drinki.  Cztery  do 
wyboru.

***

Stukanie do hotelowego pokoju. Tomek.
– Chodź. Olo rozbił głowę w basenie, chodź.
Odkładam gazetę. Na dole zamieszanie. Krew na płytkach. 

Olo  leży.  Na  łuku  brwiowym  ma  ranę  jakby  go  rozcięto  no-
żem do steków. Za chwilę Kasia zabierze go do szpitala, gdzie 
wszyscy  chodzą  w  maskach  ze  strachu  przed  grypą.  Pojedzie 
z  Łukaszem,  chirurgiem,  który  inaczej  wyobrażał  sobie  po-
czątek wakacji. Łukasz zszyje Olka pod okiem dwudziestu za-
ciekawionych lekarzy. Kasia będzie patrzeć mu na ręce i wal-
czyć  z  Olkiem,  któremu  nie  zadziała  znieczulenie.  Ja  zostanę 
z Mileną i będę obserwował jej chwiejne kroki między stolikami 
i nogami kelnerów.

***

Siedzimy pod płóciennym dachem altany między restaura-

cją a plażą. Cyprysy rzucają chybotliwy cień. Przykryte podusz-

background image

90

kami wiklinowe fotele skrzypią ale szum morza i wiatru zagłusza 
każdy cichy dźwięk. Dlatego Ula mówi głośno.

– Przecież masz dzieci. I żonę. Mniejsza o żonę, ale dzieci… 

Co jeśli się zabijesz? A Kasia co zrobi? Albo jeśli będziesz spę-
dzał resztę życia na wózku?

Jej synek odzywa się z wózka. Ula przykrywa mu nogi pie-

luchą i energicznie kiwa gondolą. Dziecko usypia. Zaglądam do 
drugiego wózka. Milena też śpi. Przesuwam jej pojazd dalej do 
cienia.

–  Co  się  stało  z  tym  gościem,  po  którego  przyleciał 

helikopter?

– Nie wiem – kłamię.
Dziś odłączą go od respiratora. Rodzina podpisze papiery. 

Komisja  lekarska  stwierdzi  śmierć  pnia  mózgu.  Nawet  narzą-
dów nie będzie można pobrać – zbyt długo były niedotlenione.

Odwracam  się  w  stronę  morza,  zakładam  ciemne  okula-

ry. Patrzę na sąsiednią wyspę z jednym, opuszczonym domem. 
Można by tam dopłynąć; zostać.

***

Biegnę po plaży obok hoteli upchanych na ciasnych parce-

lach. Między kolejnymi oddziałami parasoli stojących na bacz-
ność. Przeskakuję ponad nogami, babkami z piasku. Uskakuję 
przed wodą i dmuchanymi kołami. Brzeg opada stromo. Lewa 
noga prostuje się bardziej, prawa ciągle podkurczona. Bolesna 
asymetria. Dobiegam do miejsca, gdzie piasek zderza się z beto-
nową skarpą. Tu popełniają samobójstwo wodorosty. Unoszą się 
w wodzie łagodnie i bezwolnie, potem zdychają na słońcu pod 
murem, w towarzystwie kubków i toreb. Zawracam i biegnę pod 
słońce. Podkurczam lewą nogę, prostuję prawą.

background image

91

***

Odliczam dni do wyścigów. Moje oczy są w Poznaniu, moje 

kolana, przedramiona, palce. „Wyścig to życie, reszta jest czeka-
niem”. Steve McQuinn powiedział to opuszczając głowę i pod-
nosząc jednocześnie wzrok. Zawsze tak robił, kiedy chciał, by 
mu wybaczono.

***

Czytam „Twist of the Wrist” Keitha Code’a. Niech mi po-

wie, dlaczego się wywróciłem. Dlaczego nie jestem lepszy. „Tam 
kończy się zakręt, gdzie nabierasz pewności, że następnym ra-
zem możesz pokonać go szybciej.”

***

Leżymy pod parasolami. Łukasz wielkimi dłońmi smaruje 

plecy swojej żony. Wydaje się niemożliwe, żeby te palce mogły 
precyzyjnie prowadzić igłę i przeciągać chirurgiczną nić przez 
krawędzie rany.

Olek  prawie  nie  otwiera  oka.  Łuk  brwiowy  spuchł,  jakby 

mój syn brał udział w walce na kastety. Siedzi nad brzegiem mo-
rza w turkusowej koszuli i czerwonej czapce z daszkiem. Fale 
moczą kąpielówki. Jest obolały i obrażony, bo nie pozwoliliśmy 
mu się kąpać.

– Twój chłopak nie powinien być kierowcą wyścigowym – 

mówi Tomek. – Zabiłby się na drugim zakręcie.

– Przysięgnij, że nie kupisz mu motocykla – Kasia podnosi 

się z leżaka.

Wzruszam ramionami.
– Sam kupi. Już ma pieniądze.

background image

92

– Ale nie może z nich korzystać. Przysięgnij.
Przyjaciele patrzą zainteresowaniem.
– Nie kupię mu motocykla – mówię.
– Nigdy – dopowiada żona.
– Nigdy.
– Przysięgnij.
– Przysięgam.
Warto zapamiętać ten moment. Milena zjada ziarenka pia-

sku.  Ula  karmi  niemowlę  piersią.  Tomek  czyta  gruby  bestsel-
ler w miękkiej okładce. Łukasz zakręca tubkę kremu. Justyna 
topi spojrzenie w morzu, jak kobieta z ostatniej sceny „Burtona 
Finka”.  Dzieci  budują  zamek.  Kelnerzy  rozciągają  obrusy  na 
stołach. Wiatr przerzuca strony gazety o motorach. Odrzutowce 
kreślą na niebie funkcje liniowe. Kasia patrzy na mnie.

Moment ulgi po zdradzeniu syna.

***

Następne dni i noce podobne jak kolejne koszmary senne. 

Olo na zmianę sra i rzyga. W szpitalu nie bez powodu wszyscy 
nosili  maski.  Kiedy  kończy  chorować,  zaczyna  Milena,  potem 
my. Mijamy się w drzwiach do toalety. Na korytarz wyrzucam 
kolejne śmierdzące prześcieradła. Wkrótce wepchanie dziecię-
cego  wózka  na  podjazd  zaczyna  sprawiać  mi  trudność.  Mimo 
to wlokę się do ostatniego fotela przy plaży. Kontemplacja fal 
łagodzi dreszcze. Nie dopłynąłbym do domu na wyspie.

– Może ktoś nas przeklął? – pyta Kasia.
Wyrzuca  książkę  „Klątwa  Prometeusza”,  którą  znalazła 

w hotelowej bibliotece między niemieckimi harlekinami. I tak 
była do niczego.

***

background image

93

Wieczorem  Milena  spada  z  łóżka  na  podłogę.  Po  drodze 

wali głową w kant nocnej szafki. Byłem tuż obok. Strach i wy-
rzuty sumienia wiążą mnie jak woda i cement. Na całą noc za-
mieniam się w kamień nasłuchujący oddechu w ciemności.

Kiedy kwitnie pech, wiatr roznosi peszki.

***

Pot skapuje z czoła i spada na gumową taśmę bieżni. Biegam 

dwadzieścia minut – tyle, ile trwa wyścig. Co drugi dzień zwięk-
szam tempo. Siłownia mieści się w zaułku sutereny, między skła-
dem stołów do ping­ponga a kotłownią. Olo ćwiczy na atlasie 
i patrzy to na mnie, to na szczupłego nastolatka, który walczy 
z cieniem. Prosty, sierp, z łokcia, z grzywy, kopnięcie, garda.

– Co to za styl? – pytam go zdyszany.
–  Żaden.  Walczę  w  klatce.  Tam  nie  ma  stylu  –  mówi 

chłopak.

Wygląda na siedemnaście lat, przyjechał z mamą. Ciekawe, 

co jej mówi, kiedy wychodzi wieczorami.

***

Wracam do zdrowia i do roli upierdliwego ojca. „Olek, nie 

to!”. „Olek, nie tak”. On odbiera to jak szum morza, a ja się 
wstydzę, że wytwarzam takie dźwięki. Im jest większy, tym bar-
dziej się boję. Codziennie ratuję syna przed utopieniem w mo-
rzu,  wejściem  pod  samochód,  ostatecznym  rozbiciem  czaszki 
o  chodnik.  Nie  wychowuję,  całą  parę  tracę  na  zachowanie  go 
przy życiu.

***

background image

94

Balkon  wychodzi  na  zachodnią  stronę.  Za  paskiem  drogi 

widać  granat  morza  z  białą  pięciolinią  fal.  Wiatr  nanosi  kurz 
na poręcze plastikowych krzeseł i bieliznę uczepioną sznurów. 
Oddycham ciężko. Słońce za chwilę wpadnie do wody. Trudno 
będzie je wyłowić przed świtem. Moja maska prawie nie prze-
puszcza powietrza.

***

Przemysł turystyczny zaklął mnie w kręgu śniadań, obiadów 

i  kolacji.  Rozpuścił  w  bez­czasie,  samemu  nie  tracąc  cennych 
osobo­dób. W chwili dokładnie odmierzonej perystaltyką przy-
lotów, odpraw celnych i odlotów, wydali mnie poza ustrój – pro-
sto na zimną płytę lotniska.

***

Keith  Code  wyjaśnił  przyczynę  mojego  upadku  w  pierw-

szym rozdziale. Odejmowanie gazu w zakręcie jest podstawową 
reakcją obronną organizmu obawiającego się obrażeń. Inne to 
usztywnienie ramion i skupianie uwagi na nieistotnym obiekcie. 
Powinienem przeczytać to w maju.

***

Wszyscy mężczyźni myślą o seksie kilkadziesiąt razy dzien-

nie. Niektórzy tyle samo o wyścigach.

***

Stary doktor uleczył Milenę zalecając odstawienie herbatki 

rumiankowej.

background image

95

Fale  zabrały  pół  plaży,  ale  zagłada  wyspy  nie  jest  przewi-

dziana na nasz turnus.

W ostatni wieczór wynajęci tancerze wykonują dla nas to, 

co ich przodkowie robili dla radości morskich bożków i własnej. 
Chłopcy mają brązowe spodnie wpuszczone w wysokie, skórzane 
buty, szerokie pasy i białe koszule. Strzelają obcasami do dziew-
czyn w gorsetach. Drinki tępią moją wrażliwość. Nad brzegiem 
biały pies rąbie czarną sukę w rytm tradycyjnej muzyki płynącej 
z taśmy. Tylko psy są tutaj prawdziwe. I słońce, które tonie.

W przewodniku napisano, że na greckich wyspach najlepiej 

pisze się powieści.

***

– I jak się ma ten zawodnik? – pyta Kasia, patrząc nad moim 

ramieniem w ekran komputera. Szybko zamykam stronę czar-
nym krzyżykiem.

– Leczy się – mówię.
– Jak to „leczy się”?
Wtedy  zmieniam  zdanie.  Nie  byłbym  w  stanie  utrzymać 

w ustach takiego kłamstwa. Ale trzeba było spróbować.

– Tydzień temu go pochowali.
– Mówisz prawdę?
Żona  siada  na  drugim  krześle.  Oba  skrzypią  i  rysują 

panele.

Podobno  kiedy  jeszcze  leżał  na  ziemi,  organizatorzy  sta-

li nad nim i kłócili się, jak mogło dojść do wypadku. Podobno 
w ogóle nie hamował, ani nie skręcał. Wjechał prosto w meta-
lową barierę.

Rodzina nie chciała żadnych motocykli na pogrzebie.

***

background image

96

Do Ola wpadł kolega nadużywający słowa „no”.
– No, hamuj, no! – woła, kiedy grają w wyścigi samocho-

dowe.

– Po co? – pyta Olo. Wciska klawisz gazu, uderza w bandę 

na zakręcie, odbija się, taranuje samochód rywala, wygrywa.

Pięć minut później zagapia się, schodząc ze schodów, tłucze 

obojczyk i kolano.

***

Dzwoni Wojtek.
–  Nie  uwierzysz,  gdzie  jestem.  Wczoraj  spakowałem  się 

i z kumplem i pojechaliśmy do Brna na treningi. Właśnie cze-
kam pod bramą w kolejce do wjazdu na tor. A tobie jak poszło? 
Strasznie się musisz namęczyć, żeby móc napisać książkę, której 
nikt  nie  przeczyta.  Tak?  Jak  to  się  stało?  Przecież  tam  od  lat 
nikt nie zginął. Pech. Tak, masz rację. On nie żyje, my żyjemy. 
Kończę, wpuszczają nas na tor.

***

Justyna z Kubą przyszli upić się na smutno. Ojciec Kuby 

właśnie opuścił wielki, niedogrzany dom w Zakopanem, fotel, 
telewizor i kilka koszul. Tak nieoczekiwanie, tak dyskretnie, nie 
robiąc kłopotu. Zostawił pytanie, na które syn już nie przesta-
nie  odpowiadać.  „Ciekawe,  co  ty  w  życiu  osiągniesz?”.  Jutro 
w południe zagra góralska kapela, a potem wszyscy szybko się 
rozejdą.

No i znajomy technik rozbił się na motorze. Podobno nie 

ma twarzy ani płatów czołowych mózgu. Może lepiej, żeby się 
nie  obudził.  Jego  żona  miesiąc  temu  urodziła.  W  internecie 

background image

97

żadnej  wzmianki  o  tym  wypadku.  Może  zbyt  mało  krwi,  żeby 
zostawić ślad na ekranie.

Siedzimy na czerwonych kanapach, pijemy czerwone wino. 

Wino musi oddychać.

***

Płyniemy z Olem w stronę stadionu, niesieni prądem miesz-

kańców Nowej Huty. Pijaczkowie buszują w przydrożnych zaro-
ślach. Ich brodate głowy to wyłaniają się z krzaków, to chowają. 
Chłopaki w dresach urządzają nerwowe biegi tu i tam. Zrywają 
się grupami, po czterech, pięciu, lawirują między ludźmi, a po 
chwili zwalniają jakby nigdy nic. Przy bramie straganiarz propo-
nuje trąbki, biało­granatowe szaliki Klubu Sportowego Wanda, 
mosiężną  rzeźbę  motocykla,  piwo  jasne.  Kupujemy  tylko  pro-
gram  za  osiem  złotych  i  długopis  za  dwa.  Stajemy  na  śliskiej 
trawie,  przy  samej  bandzie.  Dym  z  papierosów  snuje  się  siwą 
mgiełką. Kobiety mają jaskrawe fryzury i tatuaże na odkrytych 
ramionach – gwiazdki, delfiny, imiona. Starsi mężczyźni noszą 
beżowe kurtki, półbuty i koszule pod krawatem – przecież nie-
dziela. Ci nigdy nie siądą na zakręcie, gdzie żużel spod kół móg-
łby obsypać ubranie, zaprószyć oczy.

Zawodnicy  siedzą  na  pace  ciężarówki,  która  robi  rundę 

wokół stadionu. Tłum klaszcze. Grubi ochroniarze w czarnych 
kamizelkach, z nogawkami wpuszczonymi w cholewy, odpycha-
ją ludzi od barier. Sędzia wita się z dyrektorem. Konferansjer 
informuje szanowną publiczność, gdzie można kupić kiełbaski 
i kto będzie jechał w pierwszym wyścigu.

Rozgrzewają się motocykle. Zawodnicy próbują nawierzch-

nię dodając gwałtownie gazu, w skupieniu ustawiają się przed 
taśmą. Czerwony, niebieski, żółty, biały – kolory kasków są rytu-
alnie określone. Strzał, taśma w górę i cztery szybkie okrążenia 

background image

98

na jednym biegu, w permanentnym ślizgu tylnego koła. Ktoś wy-
grał, bijemy brawo, już następny wyścig. Co cztery rundy traktor 
równa nawierzchnię i dalej, bo publiczność się niecierpliwi.

Dzwoni telefon.
– Wracacie już? – pyta Kasia.
Przeciskamy się do góry. Dziadkowie notują wyniki w pro-

gramie. Chropawe dłonie trzymają długopisy jak styliska hutni-
czych chochli. Każda litera świeci płynnym żelazem.

***

Mówię matce, ile pożyczyłem na wyścigi, z jej konta.
– Jak można wydać tyle pieniędzy dla przyjemności?
Patrzę  jak  soli  zupę,  próbuje,  miesza,  znowu  soli.  W  jej 

oczach widzę, że nie czuje smaku, zapętla się w trójkącie ber-
mudzkim czynności podstawowych.

– Przecież przez całe życie byłeś rozsądny.
– Nie byłem rozsądny. Po prostu oszczędzałem nierozsą-

dek. Wiedziałem, że się w końcu przyda.

Matka nalewa zupy na talerze.
– Mówiłam ci, że facet to inny gatunek człowieka.
– Inny od kogo?
– Od człowieka. Jedz.
Patrzę  przez  otwarte  okno  jej  mieszkania  na  dziewiątym 

piętrze. Okno jest otwarte, ale zabezpieczone siatką, żeby kot 
nie wyskoczył. Od dawna nie ma kota.

***

– Poznajesz mnie?
Patrzę  na  chłopaka  bez  koszuli.  Kędzierzawa  głowa,  luz 

w ramionach. Pełno tu takich.

background image

99

– Byłem twoim studentem w zeszłym roku. Patryk Kosiniak.
– Mam bardzo słabą pamięć.
– Nie szkodzi. Teraz ja cię będę uczył. Przede wszystkim ta 

twoja pozycja na motocyklu. Wyglądasz jak zupełny amator, co 
przyjechał pierwszy raz na tor i koniecznie chce dotknąć kola-
nem asfaltu. Dupą zjeżdżasz, głowa zostaje. Nie tak! Odwrotnie 
ma być. Druga sprawa – przy hamowaniu zablokuj się kolanami 
na baku. Możesz przykleić gumowe podkładki na bak, będzie ła-
twiej. Wyprostuj ręce, zablokuj kolana. Nie bolą cię ręce? Jajka 
nie gniotą? No właśnie.

Odchodzi alejką między namiotami. Motocyklista wytatuo-

wany na łopatce właśnie stawia fireblade’a na koło. Moje spoj-
rzenie musiało połaskotać, bo Patryk odwraca się.

– Dupa wyżej, głowa niżej. Będę pamiętał – wołam przez 

wiatr.

***

Wielebski kiwa się na skuterze. Ogląda wyścig przez siatkę 

za zakrętem. Przypomina Olka – jego twarz jest tak samo gład-
ka. Szesnaście spacerów Ziemi wokół Słońca to za mało, żeby 
wydeptać ścieżki na skórze.

Rozmawia ze mną, ale wzrok zawiesza daleko. Obserwuje 

dłonie wciskające klamki, stopy depczące dźwignie, opony rysu-
jące optymalny tor jazdy.

– Tak, trzeba się przesunąć do tyłu. Tylna opona jest szersza 

i lepiej przenosi obciążenie. Tak, trzeba hamować na wyprosto-
wanych rękach. Wtedy mniej bolą.

Patrzę  na  jego  chude,  bezwłose  przedramiona.  Kierowca 

wyścigowy, chłopiec. Dzieci uczą mnie jeździć.

***

background image

100

W pierwszych kwalifikacjach poprawiam czas o pół sekun-

dy! Euforia wlewa się do żył. Przypominam sobie, dlaczego tu je-
stem. Na tylnej oponie pas wytopionej gumy. Trzeba wymienić.

W  kolejnych  kwalifikacjach  idzie  trochę  gorzej. 

Wprowadzam zbyt wiele nowych elementów. Pilnuję jednego – 
drugi ucieka, trzeci przeszkadza. Dobre rady biegają w głowie 
jak stado baranów po hali. Za mało czasu, żeby wpędzić wszyst-
kie do zagrody.

***

W namiocie obok zrobiło się luźniej. Gdzie mieściły się trzy 

motocykle, stoją dwa. Ubyło jedno krzesło i wieszak na kom-
binezon.  Ze  ściany  zniknęła  tabliczka  „Jakub  Derecki  #56”. 
Został zegar, na który zerkam przechodząc.

Na szczęście z nim nie rozmawiałem. Na szczęście nie był 

moim kolegą. Tylko patrzyliśmy na ten sam zegar.

***

– Z wyścigami supermoto jest inaczej – mówi Piotrek. – Tor 

jest częściowo ziemny, są skocznie. Jedzie się raz po asfalcie, 
za chwilę po błocie i znowu. Wysiłek trzy razy większy, koszty 
dwa  razy  mniejsze.  Pamiętam  jak  kumpel  się  wywalił.  Mijam 
go – leży. Objeżdżam okrążenie – dalej leży. Następne kółko 
– wstaje. „Nie jest źle”, myślę. Jak go znowu mijam, rusza, ale 
pod prąd. „Nie dobrze”, myślę. Jakoś go powstrzymali sędzio-
wie. „Idź do lekarza”, mówimy po wyścigu. „Nic mi nie jest”, on 
na to. „Ale pójdę”, mówi. I stoi, bo nie wie, gdzie iść. Potem do-
piero przyznał, że nie wiedział, z kim rozmawia. Gadał, bo do 
niego gadali. Jedna dziewczyna strasznie go opierdalała, więc 
się domyślił, że narzeczona.

background image

101

***

Bohater ryzykuje po coś. Ja – po nic. Jestem bohaterem tyl-

ko własnej opowieści.

Nie dla mnie „złote runo nicości”. Jedyne co zdobędę, to 

nagroda Darwina, której nie zdobędę.

***

Start w upale. Dziesięciu przede mną, drugie tyle za mną. 

Światła gasną i fru! Razem ze stadem „Pretendentów” zwalam 
się w pierwszy zakręt. Kotłujemy się w bitewnym uniesieniu, aż 
strumień pojazdów wynosi mnie na pobocze. Ktoś upada, jadę 
po  nierównej  trawie,  zwalniam,  uspokajam  kierownicę.  Byle 
tylko  się  nie  wywrócić,  byle  znowu  poczuć  asfalt  pod  kołami, 
otrzepać opony z ziemi, złapać przyczepność. Odwracam się – 
jestem  ostatni.  Właśnie  wyprzedza  mnie  Saleta.  Szlag!  Biorę 
się do pracy. Wyprzedzam kolejnych zawodników. Są wolniejsi, 
diablo niebezpieczni, bo nieprzewidywalni. Ich nogi nie współ-
pracują z rękami, ręce nie słuchają głów, głowy nie widzą toru. 
Wyprzedzić,  nie  uderzyć,  zapomnieć.  I  następny,  następny. 
Widzę Saletę, który też wyprzedza maruderów, też zaciska zęby. 
Dogonię, bez przesady. Trzysta metrów, dwieście, sto pięćdzie-
siąt, łup! Saleta na końcu prostej zderza się z innym zawodni-
kiem,  wylatuje  w  powietrze  jak  lalka.  Wiruje  dwa  metry  nad 
ziemią, dwieście pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Motocykl 
sunie obok krzesząc iskry, wierny towarzysz niedoli. Bam, czło-
wiek wali w ziemię, żółty kurz. Kiedy mijam miejsce wypadku, 
Saleta jeszcze się turla. „Facet, który oddał córce jedną nerkę, 
nie powinien odbijać sobie drugiej”, myślę. „Ale przynajmniej 
nie  muszę  go  wyprzedzać”.  Jadę  dalej.  Wyprzedzam  jeszcze 
dwóch, trzech i kończy się wyścig.

background image

102

Piętnaście minut później Saleta w bieliźnie pozuje do zdjęć 

na tle pogruchotanego motoru. Kciukiem skierowanym do góry 
obraca klęskę w sukces medialny.

***

Spędzam kolejny dzień w hałasie, włóczę się między rozgrza-

nymi blachami furgonetek, wystawiam twarz na słońce. Człapię 
znanymi ścieżkami: bar, trybuny, namiot, wieża startowa, biuro 
zawodów, bar. Wszystko, żeby jeszcze raz wystartować. W koń-
cu wyje syrena, wołają na start zawodników Rookie. Ustawiają 
mnie w ostatniej linii. Przede mną całe stado wariatów. Za mną 
żadnego pracującego silnika, tylko wiatr wznieca mikroskopij-
ne tornada na sto ziaren piasku i sześć mrówek. Nikt na mnie 
nie liczy, omija mnie wodzirej z mikrofonem. Nie odpowiem na 
pytanie, jak się teraz czuję i kogo chciałbym pozdrowić na trybu-
nie. Fotograf o oczach dziecka i policzkach alkoholika robi mi 
zdjęcie z poczucia obowiązku.

Startuję dobrze i wbijam się między lepszych. Z przodu kilku 

popełnia falstarty. Będą musieli za karę przejechać przez depo 
z prędkością autobusu szkolnego szukającego miejsca do par-
kowania. Pierwszy zakręt – jak zwykle ktoś się wywraca. Jeden 
obłok kurzu, drugi. Może nie będę ostatni na mecie. Na prostej 
na moment odwracam głowę – nie widzę nikogo. Hamuję i wte-
dy ktoś mnie wyprzedza po wewnętrznej. Facet musiał kryć się 
tuż za mną na prostej. Odgarniałem powietrzne nad jego gło-
wą, a on wykorzystał nadwyżkę mocy i łapie mnie w pułapkę. 
Poczekaj! Siadam na jego ogonie i naciskam. Tańcujemy jak igła 
z nitką, szyjąc kolejne zakręty równym ściegiem. W końcu robię 
mu to samo, co on mnie. I już po wyścigu. Na ostatnim okrąże-
niu widzę, że doganiam Wawrzyszczaka. To radość, bo zawsze 

background image

103

dokładał  mi  dwie  sekundy  na  każdym  okrążeniu,  więc  szansa 
żeby go spotkać na mecie jest mała.

–  Co  się  stało?  –  pytam  troskliwie,  kiedy  wraca  do 

przyczepy.

– Falstart zrobiłem – mówi i odbiera mi nadzieję.

***

Parkuję na pasie awaryjnym, pomiędzy jednym a drugim wia-

duktem. Śląsk, północ, sierpień. Przez światła reflektorów prze-
pływała chmura kurzu, którą sam wznieciłem hamując. Wirują 
nocne owady. Obok ze świstem przejeżdżają ciężarówki.

– Co się stało? – pytam.
Starszy mężczyzna stoi obok małego, chińskiego motocykla. 

Z tych, które można kupić w supermarkecie na trzydzieści sześć 
rat po sto złotych.

Pochylamy  się  nad  dźwignią  zmiany  biegów,  która  spadła 

z osi i leży bezwładnie w kurzu jak zdechła sardynka.

Wyjmuję  skrzynkę  z  narzędziami  i  plastikowymi  opaska-

mi  mocuję  dźwignię.  Facet  gapi  się  na  mój  motor,  przyczepę 
i wszystko, co mam w bagażniku.

– Pan odpali i sprawdzi – mówię.
Silnik  zaczyna  terkotać.  Kierowca  wrzuca  bieg,  ale  moto-

cykl  nie  rusza,  tylko  wydaje  rozpaczliwe,  metaliczne  dźwięki. 
Mężczyzna wyłącza silnik i patrzy bezradnie przed siebie. Nie 
skarży  się,  nie  przeklina  losu.  Ma  w  ułożeniu  ramion  cierpli-
wość, jakby był ulepiony nie ze zwykłej gliny, tylko z czarnej zie-
mi doprawionej solą.

Chwytam  łańcuch  palcami  i  naciągam  na  tylną  zębatkę. 

Dobrze, że części są wątłe jak w rowerze, inaczej bym sobie nie 
poradził.

background image

104

– Pojadę za panem chwilę, żeby zobaczyć, czy wszystko gra 

– mówię.

– Dziękuję – podaje mi rękę suchą i ciepłą jak letnia noc.
Ruszamy.  Otwieram  wszystkie  okna  w  samochodzie,  żeby 

wiatr wysuszył pot. Dłonie śmierdzą smarem i gumą. Pierwszy 
raz naprawiłem urządzenie z silnikiem. Pierwszy raz byłem na-
rzędziem w rękach Opatrzności.

***

Siedzę w izolatce Michała. Ma jeszcze dwójkę gości, wszy-

scy założyliśmy zielone fartuchy z papieru.

– Spieszysz się – mówi Michał. – Zaczynajmy.
Wyciągam  aparat  fotograficzny  z  obiektywem  do  zbliżeń. 

Michał odsuwa koc. Flesz co chwilę rozświetla małe pomiesz-
czenie. Blizna na udzie, na barku. Obchodzę łóżko, przyjaciele 
Michała odsuwają się ode mnie. Druga noga, krtań. Rozglądam 
się. Kroplówka, telewizor, książka, kubek, karta choroby.

background image

105

VI.

Kilka  dni  w  Londynie,  bez  dzieci.  Wędrując  przez  Soho 

trafiamy na chiński Nowy Rok. Nad ulicami wiszą tysiące lam-
pionów, na każdym logo sponsora – Bank of China. W oknach 
wystawowych pieczone kaczki uśmiechają się, zalotnie kłoniąc 
długie, opalone szyje. Przeciskamy się w tłumie, dzieci rzucały 
na ziemię kapiszony. Potem tłum rozwiewa się jak mgła w oko-
licach Covent Garden.

„Trzeba szczególnego gustu na Covent Garden w deszczu”, 

powiedział pewien natręt o postrzępionych paznokciach, kiedy 
w podmiejskim autobusie wypytał nas, dokąd zmierzamy. Nosił 
okulary zabezpieczone przed zgubieniem sznurowadłem ople-
cionym wokół szyi. Rysował w notesie schematy połączeń mię-
dzy gwiazdami.

Trzy  przecznice  dalej  dostrzegam  kobietę  w  wieczorowej 

sukni  bez  ramion  ślizgającej  się  po  gładkich  nogach,  których 
nie mogły ogrzać srebrne pantofelki. Idzie szybko, ale nie chłód 
ją popędza. Znika w tłumie, który znów przybiera na sile i or-
ganizacji.  Tym  razem  podciągnięto  ciężkie  wozy  transmisyjne. 
Ludzie wiszą na gzymsach i rusztowaniach. Strzelają flesze apa-
ratów.  Ulicą  oddzieloną  podwójnymi  barierami  od  ludu  suną 
wymyte limuzyny. Policjanci przytykają do ust krótkofalówki.

– On już jest – odpowiada jeden z nich na pytanie „What’s 

going on?”. Język czerwonego dywanu wsysa najpiękniejszych 
ludzi  do  środka  przez  paszczę  drzwi.  Reszcie  zabiera  rozum. 
Nieliczni  podążają  w  przeciwnym  kierunku.  Kto  się  odwraca, 
zamienia w słup soli.

Szczepan  przyjechał  do  Londynu,  bo  nie  miał  wyjścia. 

W liceum byliśmy harcerzami, nosiliśmy bagnety przy paskach, 

background image

106

kraciaste koszule. W długie włosy wplątywały się liście. Piętnaście 
lat później on dalej miał długie włosy, kraciastą koszulę i miesz-
kał z rodzicami. Miał czas. Któregoś dnia zawiózł rower i wszyst-
kie  płyty  na  strych  do  kolegi,  pożegnał  się  i  zamiast  popełnić 
samobójstwo wsiadł do autobusu.

– Duże miasto – mówi Szczepan. – Różni ludzie mieszkają. 

Idziesz ulicą, spotykasz takiego dziwoląga, że myślisz: jest tylko 
jeden taki na planecie. Skręcasz za róg, a tam w knajpie, u fry-
zjera, w sklepie siedzą sami tacy jak ten.

Idziemy  wzdłuż  rzędów  niskich  domków  z  cienkiej  cegły. 

Barak  za  omszałym  murkiem  to  muzeum  motocykli.  Rzędy 
czarnych ram, wytartych skórzanych siedzeń, zimnych silników, 
ręcznie malowanych nazw. New Imperial, Ariel, BSA. Po mo-
tocyklowym domu starców oprowadza czternastolatek z seriami 
kolczyków w uszach i nabijanym ćwiekami pasie.

–  Czasem  czytam  polskie  gazety  –  mówi  Szczepan,  kiedy 

wychodzimy. – Przestaję rozumieć. Rozpoznaję słowa, ale zna-
czenie umyka.

Wsiadamy  do  metra.  Zawiezie  nas  pod  brunatne  kominy 

Tate Modern.

– Oświetlenie, które zrobiłeś w moim rowerze, wciąż działa 

– mówię.

Resztę drogi w milczeniu patrzymy na dziwolągów.
W naszym wieku już się emigruje – jedni na zewnątrz, dru-

dzy do środka. Zawsze na zawsze.

***

– Rzuciłam palenie – mówi matka. – To znaczy palę pięć 

papierosów dziennie, z ręką na sercu.

– Wczoraj?
– W piątek.

background image

107

– Po wizycie u lekarza?
– Tak. Ja jestem palacz sytuacyjny. Nie brakuje mi nikotyny, 

tylko mam chęć zapalić w określonych momentach. Kiedy się 
zdenerwuję, albo kiedy odpoczywam.

– Co powiedział lekarz?
– Nie powiem ci. Na czternastego jestem umówiona u spe-

cjalisty. Nie przejmuję się. Ty też się nie przejmuj. Ja się nawet 
umierać nie boję.

– To wielkie szczęście.
–  Nie.  To  znaczy,  że  życie  obrzydło.  Najbardziej  mi  żal 

takich ludzi jak Patryk Swayze. Wiesz, piękni, ogromny mają-
tek, fantastyczna żona. I muszą to wszystko zostawić. A ja co? 
Mieszkanie w bloku.

Siedzimy w mojej sypialni. Olo gra na dole, Milena śpi.
– W telewizji gadają bez sensu – wzdycha.
– Zawsze ci to mówiłem.
– Najgorsze że człowiek ma pamięć – milczy przez chwilę. – 

Przecież ja pamiętam, że wszystkie gazety, ci nawiedzeni dzien-
nikarze z Wyborczej, zwalczali Żarnowiec. Zwalczali i w końcu 
tej  elektrowni  nie  wybudowali.  A  teraz  się  dziwią,  dlaczego 
większość Polaków nie chce elektrowni jądrowej.

Patrzymy na lampę. Światło jest ostre. Jej skóra zwiotczała 

na twarzy i rękach.

– A ty czym się martwisz? – pyta.
– Ja? Niczym.
– Szczęśliwy z ciebie człowiek, co?
Patrzymy po sobie, ale nie jednocześnie. Nasze spojrzenia 

nie przecinają się.

– Dzieci męczą – kiwa głową. – Pamiętam jak byłeś mały 

i na plaży jedną taką ze starszym chłpocem zapytałam, kiedy bę-
dzie lepiej, a ona powiedziała, ze jak będziesz miał cztery i pół 

background image

108

roku. I faktycznie, jak już tyle miałeś, to na wakacjach mogłam 
sobie książkę poczytać, czy coś.

– Tak. Dzieci męczą.
– Wstawałeś o piątej, aż zacząłeś chodzić do szkoły. No ale 

ja wtedy już nie mogłam spać dłużej i tak mi zostało. Tylko wie-
czorem teraz wcześnie jestem zmęczona. Wczoraj o ósmej już 
padałam.

– Co to za specjalista, do którego idziesz?

***

Kasia  wyjeżdża  na  weekendowy  kurs,  zostaję  z  Mileną 

i Olem. Matka, teściowa i pani Ela na zmianę doglądają, poma-
gają i mówią. Zazwyczaj nie słyszę, co. Jakbym miał ciągle kask 
na głowie.

***

Denis  Hopper  umarł  na  raka  prostaty.  Ćwiczył  to  wielo-

krotnie.  W  „Swobodnym  jeźdźcu”  jako  wąsaty  harleyowiec 
kończy  podróż  na  poboczu,  przykryty  kurtką  z  amerykańską 
flagą. Kiedy kamera wznosi się, widać łagodną rzekę za wałem 
przeciwpowodziowym.

W  „Elegii”  jest  dojrzałym  poetą  podrywającym  studentki 

na błyskotliwe wiersze. Pada w trakcie gali na swoją cześć, kie-
dy lojalny przyjaciel wygłasza mowę pochwalną, w gruncie rze-
czy szczerą, chociaż z obowiązku. W ostatniej chwili kurczowo 
chwyta się ramion żony, która czuwa przy jego łóżku spełniając 
ostatni obowiązek – przecież przysięgała. Po wszystkim ogarnia-
ją ją niepotrzebne wątpliwości, czy aby nie pomylił jej z inną.

Portale pokazują ostatnie zdjęcia aktora. Wychudły staruszek 

w kaszkiecie osłaniającym cieniutką skórę przed kalifornijskim 

background image

109

słońcem.  Siedzi  na  wózku,  na  kolanach  trzyma  pięcioramien-
ną gwiazdę, którą za chwilę robotnicy wmurują w chodnik przy 
Hollywood  Boulevard.  Na  pożegnanie  Jack  Nicholson  całuje 
go w czoło, obok miejsca zaklejonego plastrem. Gdyby odkleić 
opatrunek od czaszki, ukazałby się niewielki otwór. Uważni in-
ternauci mogliby zobaczyć przez niego wszystkie znaki zodiaku, 
galaktyki,  białe  karły.  Dlatego  Hopper  uśmiecha  się  na  zdję-
ciach. Gwiazda, którą trzyma na kolanach zostanie w bruku, on 
poleci.

***

–  Powiedzieli  w  schronisku,  że  dwa  tygodnie  wcześniej 

tym samym podejściem szli Francuzi i zginęli – mówi Paweł. – 
Następnego dnia wchodziliśmy ścianą pokrytą kępami wyschnię-
tej trawy. Trawa z kawałkami lodu i kamieni odrywała się przy 
każdym dotknięciu. Szliśmy śladami tych Francuzów, widzieli-
śmy ich haki wbite w ścianę. W pewnym miejscu się skończyły.

Stoimy w jego pokoju. Paweł na środku dywanu, ja oparty 

o framugę drzwi. Na komodzie leżą czekany, pęki haków, kółek, 
zaczepów, młotek skalny. Powierzchnie każdego z tych przed-
miotów są porysowane w miejscach, gdzie wgryzały się z zimną 
skałę, żeby bronić życia.

– Co jakiś czas w pobliżu przelatywał helikopter. Myśleliśmy, 

że Szwajcarzy z górskiego pogotowia latają sobie na wycieczki, 
ale im chodziło o nas.

Słyszę za ścianą jak Kasia rozmawia z moją przyrodnią sio-

strą. Śmieją się.

–  Te  ich  haki  były  jakieś  cienkie.  Może  któryś  puścił  – 

wzrusza  ramionami  Paweł,  syn  Agnieszki,  wnuk  Władysława, 
alpinista.

background image

110

Niedługo później wchodzi po ścianie zamarzniętego wodo-

spadu w szwajcarskiej dolinie Schanfigg. Kiedy patrzy w stronę 
szczytu, Królowa Śniegu zrzuca sopel lodu prosto w jego oko.

–  Może  i  dobrze  –  powie  Agnieszka.  –  Z  jednym  okiem 

można żyć, a tak pewnie by mi się zabił.

W źrenicy Pawła widzę, że będzie wspinał się dalej.

***

Wojtek wpada na herbatę. Olo właśnie robi awanturę o ze-

szyt do polskiego, który zgubiliśmy. Histeria, tupanie, wrzask, 
płacz. Okazuje się, że dzień wcześniej zostawił go nauczyciel-
ce. Z niepokojem obserwuję moje geny wirujące w głowie syna. 
Płatki śniegu w szklanej bańce.

–  Z  Iwo  też  miałem  kłopoty  –  mówi  Wojtek.  –  Kupiłem 

poradnik  o  rozmowach  z  dziećmi,  bardzo  skuteczny.  Chcecie 
pożyczyć?

***

– Najlepiej byłoby z każdej strony przyciemnić, ale w nocy 

to by pan zupełnie nic nie widział. Legalnie można tylko z tyłu, 
ale to wygląda, jak wygląda. Z przodu najlepiej taki pasek na-
kleić u góry, że jak słońce nisko poświeci, nie będzie tak razić. 
Chce pan taki pasek?

W gablotce za szkłem oglądam zdjęcia samochodów z przy-

ciemnionymi szybami. Chudy rzemieślnik chodzi dookoła auta, 
otwiera  drzwi,  zamyka,  skrobie  paznokciem  w  szyby,  przecie-
ra  szmatką.  W  dłoni  trzyma  zapalonego  papierosa.  Kiedy  na 
chwilę wsiada, dwa palce i pet zostają na zewnątrz, poza kra-
wędzią karoserii. Garaż jest jasno oświetlony neonowym świat-
łem. Schody pod ścianą prowadzą do mieszkania na antresoli. 

background image

111

Wypuścić  ostatniego  klienta,  zamknąć  bramę,  pójść  na  górę, 
włączyć telewizor, poczekać do rana.

– Niech pan da ciemno z tyłu i po bokach, z przodu tylko 

pasek – decyduję.

– Ciemny lakier, czarne szyby. Trumna się zrobi z tego wozu 

– mówi, zaciągając się.

***

Przed chwilą Aleksander pokłócił się z Kasią. Z obu stron 

padły ciężkie słowa. Teraz liżą poranione dumy. Kasia zamknę-
ła  się  w  łazience,  poprawia  rozmazane  oczy.  Olo  siedzi  na 
schodach.

– Musisz jechać? – pyta.
Milczę.
– No, proszę. Odpowiedz mu – słyszę z łazienki matowy głos 

żony.

– Muszę.
– Dlaczego? – pyta syn.
– Bo bardzo chcę.

***

Radiostacje  obchodzą  Dzień  Bluesa.  Johnny  Cash  w  ra-

diu cofa się w czasie, z każdą piosenką młodszy, bardziej żywy. 
Wyjeżdżam mu naprzeciw.

***

Na  ulicy  Limanowskiego  są  kamienice  z  ustami  bram  za-

kneblowanymi dyktą. W jeden z tych milczących otworów czyjaś 
czuła ręka wstawiła dziecięcy wózek, konia na kółkach i komodę 

background image

112

bez szuflad. Zabawki czasu ocalone na chwilę przed ostatecz-
nym rozwiązaniem śmietnika. Zatrzymuję samochód, żeby zro-
bić zdjęcie telefonem komórkowym. Jeśli skręcić w lewo dojadę 
do posterunku żydowskiej policji getta. Jeśli w prawo, dotrę do 
szpitala  epidemicznego,  tuż  przy  murze.  Jeśli  zawrócę,  po  le-
wej znajdę Judenrat. Ktoś trąbi. Ruszam prosto w stronę bramy 
z chmur.

***

Z  Krakowa  do  Poznania  na  wyścigi  szybciej  przez  Łódź. 

Z  Poznania  do  Krakowa  wolniej  przez  Wrocław.  Znam  bary 
McDonalds  na  obu  trasach.  Zwłaszcza  w  Lesznie  i  Łodzi. 
Wydzielają olejny zapach, który roznosi się od zaplecza na par-
king  i  dalej  na  ulicę.  Barwią  wieczór  jarzeniówkami  na  czer-
wono  i  żółto.  Nie  mogę  się  oprzeć  sile  przyciągania  prostych 
bodźców.

Jednym  zaklęciem  zamawiam  chickenburgera,  kawę, 

shake’a, płacę siedemnaście czterdzieści. Oczy łzawią od klima-
tyzacji i blasku. Patrzę na dziewczynę przy stoliku obok. Siedzi 
pod ścianą z małym laptopem na kolanach. Miejsce wybrała tak, 
żeby nikt nie mógł zaglądać jej przez ramię. Pisze i uśmiecha 
się. Co pewien czas odzyskuje kontrolę nad mimiką i rozgląda. 
Sprawdza, czy nikt nie przejrzał jej sekretu. Jednocześnie szuka 
wzrokiem kogoś, kto w tej chwili jest równie szczęśliwy. Kogoś, 
kto w realnym świecie mógłby dzielić z nią moment technolo-
gicznego szczęścia. Nie znajduje. Wraca spojrzeniem do ekranu, 
palcami do klawiatury i na nowo zaczyna pieścić komputer – li-
tera po literze.

***

background image

113

– I jak ci idzie z tymi motorzystami?
– Średnio, babciu. Nie najlepiej.
– Uważasz?
– Uważam.
–  Motory  są  niebezpieczne,  Marcinku.  Jak  mieszkaliśmy 

na Kazimierza Wielkiego, po wojnie, był taki pan, co jeździł na 
motorze do pracy, do Nowej Huty. I mu się na szyi taka krostka 
zrobiła, bo nie zakładał szalika, a wiało. I potem mu ta krostka 
urosła, i umarł. Ty też źle się ubierasz na motor. Spodnie cien-
kie, będą cię stawy bolały, zobaczysz.

– A tobie, babciu, jak tam?
– Też nie najlepiej.
– Cieszę się, że cię widzę.
Podnoszę ją do góry, jak dziewczynkę, kręcę dookoła.
– No już – śmieje się – bo dostaniesz przepukliny.
Nie puszczam, ale i tak mi się wymyka.

***

O  ósmej  trzydzieści  rano  słońce  kładzie  długie  cienie  na 

wilgotnym od rosy asfalcie. Błyszczą okna na wieży kontrolnej. 
Ochroniarze przestawiają zimne stalowe bariery. Rozsuwają się 
zaparowane poły namiotów. Mechanicy odpalają pierwsze sil-
niki. Ustawiają się trzy kolejki. Najdłuższa do biura zawodów, 
średnia do baru, najkrótsza do pryszniców. Stoję w tej pierwszej, 
piszę.

Notatnik i długopis – proste narzędzia. Na stacji benzyno-

wej.  Na  światłach.  W  barze.  Na  poboczu.  W  kiblu.  Wszędzie 
mogę robić sztukę.

***

background image

114

Saleta trzyma kubek z kawą.
– Stopa mnie boli. Najgorsze, że za tydzień miałem pobiec 

w maratonie.

Obciął  włosy.  Z  łysą  czaszką  wygląda  bardziej  telege-

nicznie.

– Ten koleś odbił w lewo, żeby lepiej zmieścić się w zakręt. 

A ja jechałem o stówę szybciej. Walnąłem w jego oponę błotni-
kiem. Położyłem motocykl. Jadąc na dupie trąciłem go jeszcze 
w koło. Potem nie wiedziałem, dlaczego mnie tak turla. Nie wie-
działem, że lecę po trawie. Pomyślałem, że jak będę się napinał, 
obiję wszystkie narządy wewnętrzne. Więc się rozluźniłem.

Wokół nas gromadzi się kilku facetów. Saleta przyciąga ich, 

jak włączony telewizor przyciąga psią sierść.

– Ten gość, co w ciebie wjechał, cały artykuł napisał w gaze-

cie, że Saleta wyjebał – mówi jeden z nich.

Saleta wzrusza ramionami.
– Tyle rzeczy piszą. Prawdziwych, nieprawdziwych. Mnie to 

rybka.

***

Za chwilę pierwsze kwalifikacje tego dnia. Stoję przy linii, 

w pierwszym szeregu gotowych do wyjazdu. Obok mnie zawod-
nik  z  numerem  trzydzieści  sześć  i  napisem  „Kocham  Kasię” 
wymalowanym na owiewkach. Słońce świeci z ukosa, rzucamy 
jeden na drugiego długie, ostre cienie. Ciemne szyby wizjerów 
zapobiegają krępującym spojrzeniom. Grzejące się silniki dają 
pretekst  do  chłodnego  milczenia.  Wirażowy  daje  znak,  wyba-
wia z bezruchu. Atakujemy pierwszy zakręt jak psy spuszczone 
z łańcucha. Numer trzydzieści sześć łapie shimmy, kierownica 
bije w lewo i prawo, on walczy, wylatuje z asfaltu, wali w bariery, 
głuche uderzenie, iskry, upadek, wirowanie, bezruch.

background image

115

Zwalniamy obok niego i przez kilka następnych zakrętów 

żaden nie chce się ścigać. Adrenalina spływa do nóg, rąk, roz-
trzęsienie,  miękkość.  To  mija  po  chwili,  więc  przyspieszamy 
niepewni swego, czy wypada, ale przecież po to jesteśmy, więc 
dalej, gonić się, ścigać! Wtedy wywieszają czerwone flagi i zaga-
niają nas z powrotem do budy.

Na  torze  karetka,  piętnaście  minut  mija,  zły  znak.  Heli­

kopter ląduje obok, ratownicy biegną z noszami, w górę, w górę! 
Ochrona  szarpie  fotoreportera.  Obserwuję  zza  siatki,  na  dło-
niach odciskają się rdzawe romby.

Ruszamy znowu i wykręcam swój najlepszy czas okrążenia.

***

Shimmy  to  diabeł,  który  łapie  za  kierownicę  i  wrzeszczy 

przez wiatr „To nie dla ciebie!”.

***

Między  namiotami  roją  się  dzieci  z  pobliskiej  szkoły. 

Ośmiolatki stają w kolejce po plakaty i breloki. Trzynastolatki 
zbierają autografy od kogo się da. Składam dwa staranne podpi-
sy na programach wyścigów. Wszystko przez kombinezon, któ-
rego nie zdążyłem zdjąć.

Z daleka widzę Saletę, który cierpliwie ustawia się do zdję-

cia przy podium. Dzieci obskakują go jak pchły niedźwiedzia.

– Panie Przemku, panie Przemku!…
Oglądam  wyniki  drugich  kwalifikacji.  Znowu  pobiłem  re-

kord  życiowy.  Moje  nazwisko  przez  chwilę  jest  pierwsze  na 
wydruku z komputera. Najlepsze, że zszedłem poniżej granicy 
czasu okrążenia dla mojej grupy. Od następnego razu nie będę 

background image

116

mógł się ścigać w klasie Pretendent. Regulamin właśnie uwolnił 
mnie od wyścigów.

– Pan super wygląda w tym kombinezonie – podziwia mnie 

gruba dziewczynka z warkoczami koloru słomy.

Okręcam  się  dookoła,  żeby  zasłużyć  na  jeszcze  jedną  po-

chwałę, ale ona tylko chichocze.

Wyciągam telefon z lewej kieszeni kombinezonu. Kiedy go 

tam trzymam, kłuje mnie w żebra. W serce pod żebrami.

–  Dlaczego  nie  dzwoniłeś?  –  pyta  matka.  –  Wiesz  jak  się 

denerwuję! Cały czas się modlę.

– Rozmawiałem z Kasią.
– Masz do mnie dzwonić w pierwszej kolejności! Bo ja się 

bardziej denerwuję. To ja mogę stracić wszystko, w razie czego. 
Chyba nie sądzisz, że wnuki będą się mną opiekować, w razie 
czego.

Nie  pytam,  w  razie  jakiego  „czego”.  Odsuwam  telefon 

i puszczam strumień jej słów jak pianę z puszki rozgrzanej słoń-
cem coli.

– Nie mogłam spać. Wstałam o czwartej wściekła na ciebie, 

już nie zasnęłam. Uważaj, proszę cię. I zadzwoń do mnie zaraz 
po wyścigu. Zaraz. Pamiętaj.

Chowam telefon do kieszeni po prawej stronie. Tam, gdzie 

nie mam serca.

***

Chłopcy  przyklejają  mi  do  kasku  kamerę  wielkości 

niedopałka.

– Nie klnij zbyt głośno podczas jazdy. Wszystko się nagra – 

radzi Piotrek.

Po treningu Damian ogląda nagranie na laptopie. Obraz wi-

bruje, linia horyzontu chwieje z lewa na prawo. Dźwięk silnika 

background image

117

– bzyczenie muchy z sześcioma biegami. Dwadzieścia minut in-
tensywnego życia wciśniętych w prostokąt o przekątnej siedem-
nastu cali.

– Tutaj dobrze. Tu nie masz prawa jechać prosto. Dobrze. Tu 

minąłeś szczyt zakrętu. Zostawiłeś za dużo miejsca. Można było 
bardziej odkręcić. A tu, zobacz! Co jest? Odjeżdżasz do środka 
toru i dopiero wtedy się kładziesz. Błąd! Popatrz! A to? W tym 
miejscu  można  bardziej  się  położyć.  Asfalt  jest  profilowany. 
Wzrok oszukuje. Nie wierz w to, co widzisz. Tutaj motocykl trzy-
maj kolanami prawie cały czas. Nogi trzymaj tak – Damian pod-
skakuje na składanym krześle demonstrując pozycję – ręce…, 
wzrok na punkt hamowania, potem na punkt skrętu, potem na 
wyjście…

–  Czekaj  –  nie  słucham  go  już.  –  Zaczynamy  wyścig. 

Ściągajcie koce.

***

Na  trzecie  kwalifikacje  wyjeżdżam  z  zimnymi  oponami. 

Daniel  zapomniał  włączyć  wtyczkę,  a  mnie  poprzewracało  się 
w dupie od luksusu. Zanim pożyczyłem koce do grzania opon, 
dwa okrążenia poświęcałem na rozgrzewkę. Ale już zdążyłem 
zapomnieć, że tak trzeba i wjeżdżam na trawę raz, potem zno-
wu. Tor daje delikatne znaki, żebym się nie zapominał. Jak lew, 
któremu drży ogon ze zniecierpliwienia, kiedy treser trzyma gło-
wę w paszczy. Mnie zaczynają drżeć ręce.

***

Jeszcze  jedne  kwalifikacje.  Kamera  na  kasku.  Przestać 

myśleć, co się nagra – zacząć zapierdalać. Jadę dobrze, ale nie 

background image

118

po rekord. Zmęczony oglądam kartkę z wynikami. Spadam na 
czwarte miejsce.

***

– Zobacz – podchodzi Damian. – Znalazłem ochraniacze 

kolan krzeszące iskry. Kiedy przytrzesz asfalt, będzie wyglądało 
jakbyś się palił. Ten za tobą się przestraszy i odpuści. Chcesz za 
dwie stówy?

– To legalne?
– Nie jest nielegalne.
Namyślam się długo. Nie kupuję. Dwie stówy, zwariował.

***

Chłopcy robią poduszkę z pociętej karimaty i przyklejają do 

baku szarą taśmą.

– I jak? – pyta Daniel.
– Wygląda, jakby miała mi urwać jaja – mówię siadając na 

motor.

– Ale siedzisz dziesięć centymetrów dalej od kierownicy.
Rozgrzewka przed wyścigiem. Dziesięć minut, które można 

wykorzystać na przyzwyczajanie do nowej pozycji za kierowni-
cą,  przyglądanie  punktom  hamowania,  wsłuchiwanie  w  pracę 
zawieszenia. Nie tym razem. Tor jeszcze mokry. Zjeżdżam po 
jednym okrążeniu.

***

Chłopak  z  punktu  serwisowego  Shoei  wymienia  szybę 

w moim kasku na ciemną i nie chce pieniędzy. Od dziś na zdję-
ciach nie będzie widać mojej czerwonej z wysiłku gęby.

background image

119

***

John Malkovich powiedział, że lubi zagrać w przedstawie-

niu  gwarantującym  klapę.  Tylko  po  to,  żeby  poczuć  w  ustach 
ekscytujący smak całkowitej klęski.

***

Ruszam w wyścigu klasy Rookie. Nadążam przez pierwsze 

okrążenie, potem uciekają mi prawie wszyscy. Wyprzedzam tyl-
ko tego, co wołał przed startem: „Hej, co tu robisz! Twoja grupa 
startuje później!”

***

Ostatni wyścig. Ustawiają mnie w pierwszej linii. Po lewej 

trzech, za mną dwudziestu trzech. Nikogo przede mną – bardzo 
przyjemne uczucie.

Na mnie, na mnie wszystkie obiektywy! Do mnie, do mnie 

mikrofony!  Jak  się  czuję?  Pstryk,  pstryk.  Kogo  pozdrawiam? 
Pstryk. Wszystkich wyprzedzę, wszystkich. Nie dam się im, nie, 
nie, nie! Mam kamerę filmującą tych, co mnie będą gonili i nie 
dogonią.

– Pudło musi być – mówi Patryk.
Stukam pięścią w jego pięść, na szczęście. No dalej!
Start. Ucieka mi pierwszych trzech. Gonię ich przez kilka 

okrążeń, potem mija mnie jeszcze jeden. Nie odpuszczam ani 
jednego zakrętu, nie odwracam aż do mety.

Jestem piąty. Lepiej nie było nigdy, już nie będzie. Gówno. 

Koniec. Flagi.

Trzeba się przebrać i iść pod podium, popatrzeć.

background image

120

***

Wiatr przetacza chmury kurzu po betonie. Z kontenerów 

wysypują się puszki po napojach pobudzających, kawałki poła-
manych owiewek, zużyte opony. Zmęczeni faceci w parcianych 
rękawiczkach zwijają długie kable, wciągają motocykle do cię-
żarówek, składają stoliki i parasole. Pracują w równym rytmie, 
bez zbędnych ruchów.

***

Damian taszczy na przyczepę pudła z towarem.
–  Możesz  opowiadać  wnukom  o  serialach,  które  leciały 

w telewizji, wakacjach, albo o tym – mówi. – Ja co tydzień, dwa, 
opowiadam komuś o wyścigach, w których brałem udział osiem 
lat temu.

– Kombatanci do końca życia opowiadają o wojnie.
Śmieje się, łapiemy następną paczkę.

***

Daniel  wyrzuca  śmieci.  Papieros  dynda  w  kąciku  jego  ust 

jak Jamesowi Deanowi.

– Jakie plany na następny sezon? – pyta Daniel.
Wzruszam ramionami gestem Marlona Brando.
– Nie stać mnie na następny sezon.
– Szkoda. Ale może w supermoto byś wystartował? Za pięt-

naście tysięcy kupiłbyś sprzęt i jeszcze zostałoby kasy na wyścigi. 
Przyjedź do nas, do Katowic. Pożyczę ci motor i pojedziemy na 
tor crossowy. Zobaczysz.

***

background image

121

Saleta siedzi w niebieskim namiocie i kiwa na krześle.
– Wciągnąłem się bardziej, niż się spodziewałem. Wystartuję 

za rok.

Krzesło trzeszczy, może się złamie, może nie. Razem oglą-

damy się za kobietą w amarantowych szpilkach.

***

Badziak  prowadzi  na  smyczach  dwa  pieski  wielkości  cho-

mików.  Otwiera  drzwi  czarnego  Dodge’a  Challenger’a,  a  one 
zgrabnie wskakują na tylne siedzenie i znikają za czarną szybą. 
Litery  tablicy  rejestracyjnej  układają  się  w  imię  nordyckiego 
boga burzy i piorunów. Dziesięć cylindrów, pewnie dużo pali.

***
 
Szpital na Modrzewiowej ma dwa budynki patrzące sobie 

prosto w oczy przez szerokość podwórka. Jak dwaj bokserzy na 
konferencji prasowej – żaden nie spuści wzroku. Michał nie wie, 
w którym jest, więc zwiedzam oba. Różnią się zapachem. Ten, 
gdzie  rehabilitują  pachnie  maścią  kamforową  i  nadzieją.  Ten, 
gdzie tną, piłują i szyją pachnie nieświeżą pościelą owijającą nie-
ruchome ciała.

Leży  w  sześcianie  trzy  na  trzy,  na  trzy.  Ma  łóżko,  telewi-

zor na monety i małego laptopa, którego może przekładać jed-
ną ręką. Właśnie podcięli ścięgna u nóg, które nie chciały się 
rozprostować.

– Po takim czasie znam bardzo wielu ludzi w szpitalach – 

mówi. – Tu nie jest wesoło. Głównie ci z endoprotezami. Średnia 
wieku czterdzieści siedem lat. Ale w Krzeszowicach było kilku 
młodych  „tetrusiów”,  czyli  tetraplegików  porażonych  na  ca-
łym ciele. Wesołe chłopaki. Jeden wyrżnął na motorze. Drugi 

background image

122

kichnął, kiedy kiwał się na krześle. Była też dziewczyna – strip-
tizerka, która źle spadła z rurki. Wszyscy z „wysokim C”, czyli 
uszkodzeniami kręgów szyjnych C2 albo C3. Bo C1 jest odpo-
wiedzialny za oddychanie, więc jak ktoś uszkodzi, to zasadniczo 
koniec.

Podchodzę do okna. Marzę, żeby je otworzyć, ale Michał 

leży pod prześcieradłem bez piżamy.

– Konsultowałem rękę, ale jeden doktor z Monachium po-

wiedział, że najpierw muszą mnie uruchomić, bo po operacji bę-
dzie mnie musiał włożyć w gips od pasa w górę. Więc najpierw 
muszę zacząć chodzić. A ból... już trochę nauczyłem się z nim 
żyć. Nie biorę żadnych leków przeciwbólowych. Odstawiłem też 
Tramal. Na tej konsultacji w Warszawie poznałem chłopaka – 
też motocyklistę, też z porażeniem. I jemu powiedzieli, że nie 
ma szans, żeby ręka przestała boleć. Jedyna metoda, to pompa 
z morfiną zaszyta pod skórę. Ale ile tak można, dwa lata?

Sprawną ręką cały czas to podciąga się wyżej na poduszce, 

to opuszcza, próbując wygodniej ułożyć resztę ciała.

– Telewizora nie włączam, bo wrzucenie monety powoduje 

włączenie prądu, ale wyłączyć się go już nie da. Wolę laptopa. 
Mam tu podłączenie do internetu przez komórkę, całkiem szyb-
kie. Nowoczesne technologie dają teraz wiele możliwości czło-
wiekowi, prawda?

Wchodzi  pielęgniarka,  wyjmuje  termometr  spod  pachy 

Michała.

– Trzydzieści siedem i pół – odczytuje wynik.
– Tak się będzie teraz utrzymywać przez kilka dni – ocenia, 

kiedy znowu zostajemy sami. – Najlepiej było, jak mnie zaczęli 
rehabilitować w Zabierzowie. Po dwóch tygodniach powiedzia-
łem, że sam zejdę z wózka na materac. Szczęki rehabilitantom 
opadły, że spastyczny pacjent chce sam schodzić, ale nic. Złażę. 
Nogi latają w każdą stronę, tyłek się trzęsie, podpieram się jedną 

background image

123

ręką i staram trzymać głowę w poziomie, żeby nie stracić rów-
nowagi. Dałem radę. Rehabilitanci uznali, że mi się adrenalina 
skończyła i szukam nowych wrażeń. To też fajne chłopaki, wszy-
scy jeżdżą na ścigaczach, pogadaliśmy sobie. Ale jak mnie zaczę-
li trenować ostro, to serce nie wytrzymało, dostałem strasznych 
skoków ciśnienia i pani doktor odstawiła mi ćwiczenia na trzy 
tygodnie. Potem już nie zrobiłem postępów.

Wychodzę na dziedziniec. Stoję dłuższą chwilę, zanim od-

palam motor. Czekam, aż wiatr przewieje mnie na wylot.

background image

124

Epilog

Szary  cień  ćmy  na  płachcie  papieru  wyrywa  mnie  z  odrę-

twienia, które spływa wieczorem, po uśpieniu dzieci.

– Popatrz – podsuwam żonie gazetę. Na szóstej stronie zdję-

cie chłopca nad trumną włoskiego żołnierza. Jedną ręką głasz-
cze sztandar, drugą zatyka usta.

– Co z twoim motocyklem? – pyta Kasia.
– Adam przerabia go, żebym znów mógł jeździć po ulicy. 

Gdzieś zgubiłem boczną podstawkę. Poszukam w piwnicy.

Syna od ojca oddziela stalowe wieko, którego nie ociepla 

żaden z trzech kolorów flagi. Nawet czerwień.

– Niech on nie przerabia. Może już dość, co?
Jesienią  owady  chętniej  kuszą  się  na  ciepło  lampy  niż  na 

krew.

***

Telefon dzwoni, kiedy z balkonu patrzę na dojrzewające wi-

nogrona. Liście żółkną, łodygi drewnieją. Sok życia spływa do 
kapsułek – różowoczerwonych, z odcieniem fioletu.

– Wojtek się zabił – mówi Aśka.
Kucam przy balustradzie.
– Wiem, że pracowałeś nad czymś dla niego. Chciałabym, 

żebyś kontynuował. Zadzwonię w sprawie pogrzebu. Hugo i Iwo 
są już u babci.

– Co się stało? – pyta żona.
Wychodzę  po  Aleksandra  do  szkoły.  Winogrona  na  pło-

cie sąsiada są lepsze niż moje, mimo że nikt ich nie przyciął na 
wiosnę, latem nie obrywał liści. Zapach wierci w nosie, oszała-

background image

125

mia. Zrywam kiść, odchylam głowę. Lepki sok wypełnia gardło, 
spływa po palcach na asfalt, wysycha na wietrze.

W sobotę pójdziemy z Kasią na piękny pogrzeb. Cmentarz 

jak koc w kamienne wzory. Z głośnika popłynie tango. Adios, 
adios mój piękny.

***

Mam sen o wyścigach. Jestem na torze, którego nie znam. 

Wiosenny, wilgotny poranek, ciepło. Na asfalcie wilgoć w zacie-
nionych miejscach, szerokie zakręty z równo zagrabionym pia-
skiem na poboczu. Trenuję długo, spokojnie, poprawiam czasy 
okrążeń. Potem wyścig, jestem czwarty.

***

Wszystko  robię  tak  jak  zwykle.  Ruszam  ze  świateł  jako 

pierwszy, kładę motor w prawy łuk i nagle już nic nie jest jak 
zwykle. Tylna opona na moment zrywa z grudniowym asfaltem. 
Krótka sprzeczka. Ona chce uciec, on mówi „zostań”. Sekundę 
później konflikt wygasa, motocykl staje bokiem, a ja lecę pro-
sto.  Błąd  –  wiem  i  już  w  powietrzu  jestem  zły.  Walę  bokiem 
o asfalt, toczę w stronę krawężnika i próbuję w niego nie trafić. 
Udaje się. Motocykl robi to samo kawałek dalej, trafia gorzej. 
Uderzenie na moment stawia erszóstkę do pionu. Motocykl wali 
się na drugi bok, zastyga opanierowany żwirem z obu stron jak 
kotlet schabowy. Wstaję.

– W porządku? – facet wychyla się z okna samochodu.
Ma dobrze odprasowaną, białą koszulę. Może nigdy nie ca-

łował się z asfaltem. Podnoszę kciuki do góry, więc odjeżdża. 
Ciskam kask. Złość przechodzi w euforię. Słońce zaczyna prze-
świecać przez mgłę. Wciągam głęboko powietrze.

background image

126

***

Wigilia jest ciepła, nic nie zapowiada ciężkiej zimy, która 

spadnie później. Siedzimy w płaszczach na wersalce ojca. Milena 
boi się oderwać od mamy. Olek bawi szeleszczącym celofanem.

– Macie mi oddać mieszkanie, któreście ukradli, albo od-

kupić! Nie będzie żadnego pojednania, dopóki tego nie zrobi-
cie. Żadnych życzeń. Okradać ciężko pracującego robotnika to 
grzech śmiertelny, o pomstę do nieba wołający! Wy go pożałuje-
cie. Bardzo dobrze, żeście przyjechali z dziećmi. Niech wnuczek 
słyszy i zapamięta! Zabierzcie sobie tę paczkę.

– Wychodzimy – Kasia ciągnie mnie za rękaw.
Wolno podnoszę się, biorę syna za rękę. W progu spotykam 

panią Janinę. Żegnamy się spojrzeniem.

–  O  co  chodzi?  –  pyta  Olek,  kiedy  pakujemy  się  do 

samochodu.

Ruszam.  Ojciec  wychodzi  za  nami  na  werandę,  zaciska 

rękę  na  poręczy.  Wydaje  się,  że  patrzy  mi  w  oczy,  ale  to  po-
zór. Ciemna szyba odbija jego wzrok, więc może zobaczyć tylko 
siebie. Powoli zostawiam z tyłu dom z cegły i krzyż. W uszach 
szumi radosne: „już, już, już!”. Milena uspokaja się w foteliku. 
Żona spogląda na mnie, oczy jej błyszczą.

***

W galerii handlowej Saleta macha do mnie nieoczekiwanie 

z  ekranu.  Winda  wywozi  go  do  góry,  jakiś  facet  zaczepia  ela-
styczną linę do jego nóg. Skacze w dół bez wahania. Tłum na 
dole klaszcze, kiedy jego ciało podskakuje w górę i w dół jak 
odpustowa piłka na gumce. Kamera robi najazd na jego zado-
woloną twarz i plakat sponsora, a potem koniec filmu skleja się 

background image

z początkiem. Saleta znowu macha, skacze, odbija się, uwięzio-
ny w swoim popisie, niekończącym się dowodzie męskości.

***

– Znalazłam ci atlas Europy – mówi Kasia.
Wszystko spakowane. Bez pomocy umocowałem motocykl 

na przyczepie. Supermoto jest lżejsze niż erszóstka. Jedna ręka 
wystarcza  tam,  gdzie  potrzebne  były  dwie.  Zasapany  siadam 
przy stole. Mówią, że dobrze jest posiedzieć przed długą drogą.

– Zabrałeś kombinezon? – pyta żona.
– Tak.
– Kiedy wrócisz?
– Za trzy dni. Zdążę na urodziny Mileny.
Milczymy przez chwilę. Przeglądam harmonogram trenin-

gów. Kasia przewraca kartki z górami, lasami, drogami.  

– Do Malagi latają samoloty z Krakowa – mówi. – Moglibyśmy 

na miejscu pożyczyć samochód i obejrzeć kilka miast.

– Może Pampelunę – podnoszę wzrok.
– Co jest w Pampelunie?
– Gonitwa z bykami.
– Chciałbyś pobiec?
Nasze dłonie spotykają się w połowie stołu, nad szczeliną 

między deskami.

***

background image

Nowa książka autora m.in. „Dawcy” jest znowu krótka i auto­
biograficzna. Akcja „Mężczyzn bez przyczepności” rozgrywa się 
wokół wyścigów motocyklowych, ale zdecydowanie nie jest to 
poradnik. Krótkie streszczenie wyglądałoby tak:

Rozdział I. 

 

Bohater ściga się i upada boleśnie.

Rozdział II. 

 

Bohater nawiązuje relacje z ojcem, czego pod koniec już żałuje.

Rozdział III. 

 

Bohater przeżywa lęki przed śmiercią, uzasadnione.

Rozdział IV. 

 

Bohater się przełamuje.

Rozdział V. 

 

Bohater widzi, że tak nie można, bo to się na rodzinie odbija.

Rozdział VI. 

 

Bohater kończy karierę, bez większych sukcesów,  

 

ale chwilowo uchodzi z życiem.

W przerwach bohater podróżuje tu i tam, a także rzuca złote myśli 
jakby od niechcenia.

Bezpieczna podróż z BP

www.rkwadrat.pl