background image

HARRY HARRISON 

 

 

 

 

Stalowy Szczur idzie do 

wojska 

(Przełożył: Jarosław Kotarski) 

background image

Byłem za młody, by umierać! 

Zazwyczaj  nie  umiera  się,  mając  osiemnaście  lat,  ale  niestety,  to  mi  właśnie  groziło. 

Palce  słabły  z  sekundy  na  sekundę,  a  szyb  windy  pod  moimi  stopami  miał  chyba  z  kilometr 

głębokości.  Jakby  co,  to  nawet  mokra  plama  nie  zostanie.  Rzadko  poddaję  się  panice,  ale  tym 

razem  nie  widziałem  żadnego  wyjścia  z  sytuacji,  w  którą,  co  gorsza,  sam  się  wpakowałem 

ignorując dobre rady, zarówno moje własne, jak i Hetmana. 

Może zresztą zasłużyłem sobie, by tak skończyć. Jeśli miałem naprawdę być Stalowym 

Szczurem, to w tak idiotycznej postaci, jak w tej chwili, nie miałem na to szans i skrócenie moich 

męczarni  byłoby  samarytańskim  uczynkiem.  Metalowa  framuga  pokryta  była  jakimś  smarem  i 

dłonie  ślizgały  się  coraz  bardziej,  palcami  stóp  zaś  ledwie  sięgałem  wąziutkiej  półeczki.  Ból 

mięśni nóg dołączał powoli do kilku innych dolegliwości, gnębiących mnie od dłuższej chwili. 

A przecież plan był taki prosty i logiczny zarazem, taki inteligentny! Teraz gotów byłem 

uznać  go  za szczyt  idiotyzmu  i  to  twierdzenie z pewnością było bliższe prawdy.  Na  dobitkę,  z 

nieznanych zupełnie powodów przygryzłem sobie wargę, na co dopiero teraz zwróciłem uwagę. 

Czym  prędzej  wyplułem  krew  z  ust,  dzięki  czemu  prawa  dłoń  niemal  omsknęła  się  z  framugi. 

Adrenalina  jednak  czyni  cuda;  złapałem  się  ponownie,  choć  przed  sekundą  gotów  byłem 

przysięgać, że nie dam rady ruszyć palcem. 

Czas  płynął,  adrenalina,  z  czystej  złośliwości  zapewne,  przestała  się  wydzielać,  a 

sytuacja pozostała bez zmian, jeśli nie liczyć postępującego wyczerpania. Zanosiło się na to, że 

pozostanę  tu  na  wieczność,  czyli  dopóki  nie  odpadnę,  zmęczony...  Trzymałem  się  chyba  tylko 

dzięki  wbitemu  mi  do  głowy  przez  Hetmana  uporowi,  by  nigdy  się  nie  poddawać.  Nagle 

usłyszałem odległy, ale jakoś znajomy, drażniący ucho wizg. Dłuższą chwilę go ignorowałem, co 

można położyć na karb ogólnego otępienia. W szybie było ciemno, ale powoli odwróciłem głowę 

i spojrzałem w dół, gdzie coś najwyraźniej leciutko pobłyskiwało. 

Winda była w ruchu! I to w górę! 

Nie był to przesadny powód do radości, jeśli wziąć pod uwagę, że gmach miał dwieście 

trzydzieści  trzy  piętra  i  małe  było  prawdopodobieństwo,  że  winda  zatrzyma  się  gdzieś  blisko 

pode  mną.  Mogło  również  się  zdarzyć,  że  pojedzie  wyżej,  zamieniając  mnie  po  drodze  w 

rozgniecioną pluskwę. Póki co, zbliżała się ze świstem wypychanego powietrza. 

Znieruchomiała pod moimi nogami, co zakrawało na cud. Usłyszałem jak otwierają się 

background image

drzwi, a po chwili dotarła do mnie następująca wymiana poglądów: 

- Będę cię osłaniał, ale lepiej odbezpiecz broń. 

- Serdeczne dzięki! Nie przypominam sobie, bym zgłosił się na ochotnika. 

-  Ja  cię  zgłosiłem.  Jestem  starszy  rangą  i  to  załatwia  sprawę,  nie?  Młodszy  rangą 

wartownik wymruczał coś niepochlebnego i jak potrafił najciszej, ruszył ku drzwiom. Gdy jego 

cień zamajaczył w szparze, delikatnie postawiłem lewą nogę na dachu windy. Obaj wykonaliśmy 

swoje manewry równocześnie, toteż drugi wartownik niczego nie zauważył. Z prawą nogą poszło 

równie łatwo, problem jednak stanowiły kończyny górne: tak zawzięcie wczepiły się w futrynę, 

że palce nijak nie chciały się teraz rozprostować. 

- Korytarz pusty - dobiegło z pewnej odległości. 

- Sprawdź czujniki zbliżeniowe. Ten w korytarzu warknął coś niezrozumiale, a ja uwol-

niłem wreszcie prawą dłoń. 

- Jeśli nie liczyć mnie, to ostatnio był tu ktoś o osiemnastej, ale wtedy obsługa szła do 

domu. 

-  No  to  mamy  zagadkę  -  ucieszył  się,  zupełnie  nie  wiedzieć  czemu,  ten  w  windzie.  - 

Odczyt  wskazuje,  że  winda  dotarła  do  tego  piętra,  a  gdy  ściągnęliśmy  ją  w  dół,  była  pusta.  A 

teraz ty twierdzisz, że nikt z niej nie wysiadał. Zastanawiające. 

-  Nic  dziwnego,  zwykła  awaria.  Komputer  zgłupiał  i  sam  wydał  sobie  polecenie 

uruchomienia windy. 

- Z przykrością muszę przyznać ci rację. Wracamy do karciochów. 

Wartownik  wszedł  z  powrotem,  drzwi  windy  zamknęły  się,  a  ja  siadłem  spokojnie  na 

dachu  i  wszyscy  razem  ruszyliśmy  w  dół.  Strażnicy  wysiedli  na  poziomie  więziennym,  a  ja 

zająłem  się  prostowaniem  palców  i  rozmasowywaniem  skurczów,  które  jeden  po  drugim 

pojawiały się w moim, zwykle odpornym, organizmie. 

Po odzyskaniu względnej kontroli nad własnym ciałem ostrożnie otworzyłem klapę, na 

której  dotąd  siedziałem,  i  opuściłem  się  do  kabiny.  Wartownicy  rżnęli  w  karty  w  dyżurce,  a 

zatem nie należało się ich tutaj spodziewać. W miarę spokojny wróciłem do celi tą samą drogą, 

którą wyszedłem. Drzwi na korytarz i do celi otworzyłem i zamknąłem za sobą wytrychem, który 

umieściłem w wypróbowanym schowku, jakim jest wydrążony obcas. Z westchnieniem ulgi, od 

którego  aż echo poszło po miejscu  mego uwięzienia,  zwaliłem się na  pryczę. Bałem się mówić 

głośno,  ale  w  duchu  skląłem  się  od  ostatnich,  i  to  całkiem  zasłużenie.  Zachowałem  się  jak 

background image

skończony,  patentowany kretyn, który  tylko dzięki zbiegowi okoliczności nie powiększył  grona 

aniołków. Drugi raz trudno byłoby liczyć na tyle szczęścia. 

Pośpiech  wskazany  jest na  ogół  jedynie przy  łapaniu  pcheł,  przy  ucieczce z  więzienia 

zaś stać się może gwoździem do trumny. Pierwszą, pospieszną próbę miałem już za sobą, druga 

musi zatem być dobrze zaplanowana i o wiele bardziej rozważna. 

Szczególnie  że  oficer  Marynarki  Ligi,  który  mnie  aresztował,  niejaki  kapitan  Warod, 

wiedział o moim wytrychu, a mimo to zostawił go na miejscu. Przyznał też, że nie lubi więzień, 

choć  jest  zwolennikiem  przestrzegania  prawa,  wymiar  kary  zaś,  który  mógłby  mnie  spotkać na 

mojej  rodzinnej  planecie  Rajski  Zakątek,  byłby  znaczną  przesadą.  Osobiście  miałem  podobne 

zdanie, a ponieważ, jak wspomniałem, wiedział o wytrychu i słowa nie pisnął, nie musiałem się 

spieszyć. Łatwiej poza tym było planować ucieczkę nie z doskonale strzeżonego i pełnego cudów 

techniki  więzienia  leżącego  na  terenie  bazy  Ligi,  ale  w  czasie  transportu  z  planety  Steren-

Gwandra,  którą  znałem  zresztą  tylko  z  nazwy.  Odpoczynek,  regularne  posiłki  i  święty  spokój 

były miłą odmianą po trudach wojny na Spiovente. Należało korzystać z sytuacji i regenerować 

siły. 

Wszystko  to  wiedziałem  już  wcześniej,  ale  teoria  z  praktyką  rozminęły  się  za  sprawą 

pewnej  dziewczyny,  którą  spotkałem  przypadkiem  i  natychmiast  rozpoznałem.  Efektem  tego 

zdarzenia  była  właśnie  ta  niemal  fatalna  w  skutkach  ucieczka,  która  o  mało  co  nie  zakończyła 

mojej tak wspaniale zapowiadającej się kariery przestępczej. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się 

tak niewinnie... 

 

Sprawa  wynikła bowiem podczas popołudniowego spaceru, czyli głównej  atrakcji dnia 

polegającej na wypuszczeniu wszystkich z cel i zezwoleniu im na tupanie w kółko po żelbetowej 

płycie  wewnętrznego  dziedzińca,  gdzie  zażywać  mogli  łagodnego  blasku  obu  słońc  tutejszego 

systemu.  Jak  co  dnia  pałętałem  się  z  wolna,  starając  się  ignorować  resztę  towarzystwa,  co  nie 

było  zresztą  specjalnie  trudne:  obecna  tu  banda  rzezimieszków  (określenie  ich  przestępcami 

byłoby niezasłużonym komplementem) charakteryzowała się twarzyczkami nie skażonymi wręcz 

inteligencją. W pewnej chwili jednak coś tak ich ożywiło, że pognali całą gromadą do drucianej 

siatki  przedzielającej podwórze. Coś  takiego nigdy  jeszcze się nie zdarzyło. Sytuację wyjaśniły 

rozmaite  wulgarne  propozycje  i  świńskie  okrzyki,  które  zaczęli  z  siebie  wydawać:  po  drugiej 

stronie  były  kobiety.  One  i  alkohol  stanowiły  jedyne  bodźce,  mogące  wyrwać  na  chwilę  szare 

background image

komórki moich kompanów z typowego dla nich otępienia. 

Na  drugiej  części  dziedzińca  faktycznie  pojawiły  się  trzy  nowe  więźniarki,  o  czym 

przekonałem  się  naocznie,  dawszy  uprzednio  w  ucho  pierwszemu  byczemu  karkowi,  który 

zasłaniał mi widok. Właściciel karku nawet nie pisnął, tylko grzecznie osunął się na ziemię, a ja 

zobaczyłem,  co chciałem.  Na  dwie  spośród nich nie było zresztą sensu zwracać uwagi,  jako że 

należały do tego samego podgatunku co moi towarzysze i równie żywo jak oni odpowiadały na 

zaczepki,  uzupełniając  słowa  wymownymi  gestami.  Trzecia  jednak  była  inna  -  szła  spokojnie, 

ponuro  wpatrując się w  ziemię  i  ignorując całe  zamieszanie.  Co  zaś dziwniejsze, wydawało mi 

się,  że  gdzieś  ją  już  widziałem.  Interesujące,  jeśli  zważyć,  że  nie  miałem  dotąd  bliższych 

kontaktów  z  płcią  przeciwną,  nigdy  wcześniej  nie  słyszałem  nawet  o  tej  planecie,  drogę  z 

lądowiska  do  więzienia  zaś  przebyłem  mało  przytomny.  Z  tak  niewielkiej  odległości  trudno 

jednak było się pomylić: panienka była znajoma, i to tak dalece, że pamiętałem nawet jej imię. 

Była to Bibs, szczególny załogant na statku niejakiego kapitana Gartha. 

Dla mnie przede wszystkim mogła okazać się cenna jako ślad prowadzący do dowódcy, 

z którym  miałem rachunek do wyrównania.  To on nas porzucił  i sprzedał na  Spiovente, on był 

przyczyną  śmierci  Hetmana.  Musiałem  zatem  z  nią  porozmawiać,  jako  że  odczuwałem 

nieodpartą chęć stania się przyczyną zejścia Gartha z tego padołu. 

To było właśnie powodem, iż pchany nieopanowanym entuzjazmem, wypuściłem się na 

ową  nocną  przechadzkę,  która  zakończyła  się  dobrze  wyłącznie  dlatego,  że  kompletni  idioci 

miewają dubeltowe szczęście. Uczyniłem to nie myśląc i zakładając (naiwnie), że w całym tym 

ogromnym  budynku  środki  bezpieczeństwa  wyglądają  wszędzie  identycznie.  Owszem,  drzwi 

wyposażono w śmiesznie proste zamki bez alarmów, jednakże w innych częściach gmachu roiło 

się  wprost  od  czujników.  Winda  była  uprzejma  poinformować  strażników,  że  jedzie,  a  ledwie 

drzwi  na  najwyższym  piętrze  się  otwarły,  dostrzegłem  detektor  na  korytarzu.  Dlatego  właśnie 

ewakuowałem się przez dach windy, chcąc dotrzeć do mechanizmu na szczycie szybu. 

Ale żadnego mechanizmu  tam nie było. Znalazłem jedynie  drzwi,  które  prowadziły na 

kondygnację  nie  uwzględnioną  wśród  przycisków  windy.  Właziłem  właśnie  na  górę,  gdy 

strażnicy  ściągnęli  windę  w  dół,  zostawiając  mnie  na  ścianie  niczym  małpę,  pozbawionego 

możliwości  wykonania  jakiegokolwiek  ruchu,  poza  zapoczątkowaniem  swobodnego  opadania, 

rzecz jasna; jednak ten wariant specjalnie mnie nie interesował. 

Musiałem  powtórzyć  sobie,  że  nie  zawsze  można  liczyć  na  szczęście  i  że  wskazane 

background image

jest  opracowanie  rzetelnego  planu.  Odłożyłem zatem  sprawę nieszczęsnej eskapady  ad  acta  i 

zacząłem kombinować, jak by tu skontaktować się z dziewczyną. Zdumiałem się przy tym nieco, 

bowiem wyszło mi, że najprościej byłoby zrobić to uczciwie, chociaż samo to słowo brzmi tutaj 

cokolwiek osobliwie. 

- Klawisz! Pobudka! - ryknąłem, waląc pięściami w drzwi celi. - Przestać śnić o dupach 

i zaprowadzić mnie do kapitana Waroda. Klawisz! Natychmiast, albo jeszcze szybciej! 

Jak  można  było  przewidzieć,  najpierw  przebudzili  się  współwięźniowie,  wściekli  za 

przerwanie  im  zasłużonego  odpoczynku.  Zorientowawszy  się,  komu  zawdzięczają  pobudkę, 

poczęstowali mnie piętrową, choć mało pomysłową litanią zawierającą groźby użycia przemocy 

fizycznej, na co odpowiedziałem ochoczo, inicjując w ten sposób piękną pyskówkę. To dopiero 

sprowadziło wściekłego jak wszyscy diabli strażnika. 

- Cześć, słodziutki - przywitałem go radośnie. - Miło zobaczyć kogoś życzliwego. 

- Chcesz zarobić guza, dzieciaku? - spytał strażnik, nie odbiegając zbytnio poziomem od 

pozostałych obecnych. 

-  Niespecjalnie,  ale  cię  lubię,  więc  nie  chcę,  żebyś  dostał  po  łbie.  Masz  mnie 

zaprowadzić  natychmiast  do  kapitana  Waroda,  gdyż  znajduję  się  w  posiadaniu  informacji  tak 

ważnych, że aż strach o tym mówić. Jak wyjdzie, że przez ciebie nie dotarły na czas gdzie trzeba, 

to naprawdę ci nie zazdroszczę. 

Pogroziliśmy sobie jeszcze trochę, ale widać było, że moja kwestia dotarła do strażnika, 

który dobrze wiedział, iż najlepszym sposobem na spokojną służbę jest meldowanie o wszystkim 

przełożonym. Polazł zatem w końcu do telefonu. Efekt był piorunujący - już po kilku minutach 

zjawiła  się  para  przerośniętych  klawiszy-kulturystów.  Otworzyli  drzwi  mojej  celi,  założyli  mi 

kajdanki  i  pognali  do  windy.  Nie  minęło  wiele  czasu,  a  znaleźliśmy  się  w  dość  prymitywnie 

urządzonym pokoju, gdzie przykuli mnie do przyśrubowanego do podłogi krzesła i wyszli. Kilka 

minut później pojawił się niezbyt szczęśliwy i zasadniczo zaspany porucznik. 

- Chcę Waroda - oświadczyłem. - Nie rozmawiam z fagasami. 

-  Zamknij  się,  diGriz,  bo  wpadniesz  w  jeszcze  większe  kłopoty.  Kapitan  jest  w 

przestrzeni, więc nawet jakby chciał, to teraz się z tobą nie zobaczy. Jestem z jego departamentu i 

albo powiesz, o co chodzi, albo zaraz odeślę cię do celi. 

Propozycja godna była rozważenia. Zresztą nie miałem wyboru. 

-  Słyszał  pan  kiedykolwiek  o  szwendającej  się  po  kosmosie  świni,  rodem  z  Yenian,  o 

background image

nazwisku Garth? 

-  Pewnie,  że  słyszałem  -  ziewnął  przejmująco.  -  Śledziłem  twoją  sprawę  na  bieżąco. 

Czegóż to takiego nam jeszcze nie powiedziałeś, robaczku? 

-  Mam  dodatkowe  informacje  o  tym  przemytniku  broni.  Jak  sądzę,  nie  zdołaliście 

jeszcze go przymknąć, co? 

-  Od  pytań  to  ja  tu  jestem.  Taki  zwyczaj...  -  warknął,  ale  przestał  ziewać.  Sądząc  po 

wyrazie twarzy porucznika, to Garth zdołał im ostatnio prysnąć. 

-  Zobaczyłem  dziś  nową  klientkę  tego  uzdrowiska  -  poinformowałem  go  w  końcu.  - 

Dziewczyna o imieniu Bibs. 

- Dobra. A może powiesz jeszcze, co mnie obchodzą twoje fantazje erotyczne? 

- Żadne fantazje. Ta panienka jest z załogi Gartha. 

Podziałało. Nie miał tyle doświadczenia co jego szef i nie potrafił ukryć wrażenia. 

- Jesteś pewien? 

- Proszę sobie sprawdzić. W kartotece powinny być dane nowych. 

Siadł  za  metalowym  biurkiem,  odsłonił  klawiaturę  i  zabrał  się  do  roboty.  Po  paru 

sekundach spojrzał na mnie krzywo. 

- Dziś dostarczono tu trzy kobiety i żadna nie nazywa się Bibs. 

-  Być  nie  może! Czyżby  kryminaliści na  tym zadupiu zaczęli używać pseudonimów? - 

zdziwiłem się, niezbyt starannie skrywając ironię. 

Zamiast  odpowiedzi  wcisnął  coś  tam  i  drukarka  wypluła  trzy  podobizny.  Bez  chwili 

wahania wybrałem właściwą. Porucznik stuknął znów w klawiaturę. 

-  To  by  się  zgadzało  -  mruknął  w  końcu.  -  Marianney  Giuffrida,  lat  dwadzieścia pięć, 

zawód elektrotechnik z doświadczeniem w przestrzeni. Aresztowana na podstawie anonimowego 

telefonu. Twierdzi, że ktoś ją wrobił... hmm... 

-  Proszę  ją  spytać  o  Gartha,  a  przy  odrobinie  łagodnej  perswazji  powinna  nieco 

powiedzieć... 

-  Serdeczne  dzięki  za  dobre  rady.  Podziękowanie  za  pomoc  znajdzie  się  w  twoich 

aktach,  ale  poza  tym  oglądałeś  zbyt  wiele  filmów.  Nie  ma  sposobu,  by  zmusić  kogoś  do 

współpracy, możemy ją tylko pytać i wyciągać wnioski. Ci dwaj odprowadzą cię do celi. 

- Dzięki za nic. Nie mógłbym się choć dowiedzieć, jak długo mnie tu potrzymacie? 

-  Mógłbyś  -  zgodził  się,  wstając  od  klawiatury.  -  Opuścisz  nas  pojutrze.  Zostaniesz 

background image

załadowany na statek zatrzymujący się między innymi w miejscu zwanym Rajski Zakątek, gdzie 

najpewniej czeka cię proces i wyrok. 

- Teoria głosi, że do chwili ogłoszenia wyroku jestem niewinny - oświadczyłem z dumą, 

starając  się  ukryć  radość.  Dwa  dni  przeżyje,  a  potem będę  wolny  Podtrzymywany  na  duchu  tą 

perspektywą, dałem się spokojnie odprowadzić do celi. 

Problemem nie było zatem wyjście na wolność,  ale skłonienie Bibs do szczerości… 

background image

2

 

Podpisz tutaj. 

Podpisałem. Siwy strażnik z brodą podał mi przezroczysty woreczek z moim majątkiem 

ruchomym zabranym mi przy użyciu siły, gdy trafiłem do tego przybytku. Sięgnąłem łapczywie, 

ale gruby klawisz był jeszcze bardziej zachłanny. 

- Moje! - zaprotestowałem. 

- Nie szkodzi. Zostanie przekazane miejscowym władzom wraz z aresztantem - pouczył 

mnie,  chowając  torebkę  do  kieszeni.  -  Odzyskasz  to  ewentualnie,  gdy będziesz  już po  wyroku. 

Gotowe, Rasco? 

- Nie nazywam się Rasco! - warknąłem. 

- Ale ja tak - odezwał się drugi strażnik. - A w ogóle, to się zamknij! 

Ponieważ  był  wyjątkowo  muskularnie  zbudowany  i  do  tego  paskudnej  urody,  a  w 

dodatku moją lewą rękę łączył z jego prawą dłonią srebrzysty łańcuszek kajdanek, zaniechałem 

dalszych  protestów.  Dla  dodania  powagi  swym  słowom  szarpnął  za  owo  połączenie,  dzięki 

czemu wystrzeliłem w jego stronę jak rakieta. 

- Będziesz robił, co każę, i żadnego gadania, jasne? - huknął. 

-  Tak  jest,  sir.  Przepraszam,  sir  -  wypaliłem  i  spuściłem  wzrok  z  pozornym 

posłuszeństwem. 

To  ostatnie  zrobiłem  naturalnie  po  to,  by  lepiej  przyjrzeć  się  kajdankom.  Był  to 

standardowy model zwany Chwyt Buldoga, dość popularny w całej znanej galaktyce i opatrzony 

przez producenta gwarancją  skuteczności.  Producent  mógł sobie  gwarantować,  ja otwierałem  je 

niezawodnie w dwie sekundy. 

Grubas maszerował po mojej prawej, Rosco po lewej, a ja trzymałem tempo ciekaw, jak 

wygląda  świat  poza  bazą  Ligi.  Przywieźli  mnie  tu  ciupasem,  niezbyt  przytomnego  i  w 

opancerzonej  furgonetce,  dzięki  czemu  nie  zobaczyłem  niczego.  Niemniej  ta  właśnie  planeta 

miała na pewien czas zostać moim nowym domem, musiałem zatem nieco ją poznać. 

Opuszczenie budynku nie było wcale  takie proste,  gdyż wieżowiec przypominał raczej 

bunkier. Wcześniej powinienem się tego domyślić,  ale  cóż...  Trzeba było przejść kolejno  przez 

trzy bramy, hermetyczne niczym właz śluzy w statku kosmicznym, za każdym razem okazując to 

samo, czyli wsuwane do słota komputera przepustki, sprawdzane automatycznie odciski palców i 

dno oka. 

background image

Po  trzeciej  kontroli  znaleźliśmy  się  na  stopniach schodów  i  wtedy  stanąłem zdumiony 

niczym  autentyczny  parobek  od  gnoju,  po  raz  pierwszy  widzący  miasto.  Dobrze,  że  chociaż 

zamknąłem  gębę,  ale  to  tylko  przez  przypadek.  Wokół  było  ciepło,  a  do  moich  uszu  docierała 

kakofonia  dźwięków.  Nigdy  dotąd  nie  ujrzałem  niczego  podobnego,  czemu  zresztą  trudno  się 

dziwić - była to dopiero trzecia planeta, na jakiej się znalazłem, a harowanie na świńskiej farmie 

na Rajskim  Zakątku czy taplanie  się  w bagnach na  Spiovente  trudno było uznać za szczególnie 

edukujące i przygotowujące na widok prawdziwej metropolii. 

Oprócz dziwnych dźwięków i nieznanych zapachów, zdumiały mnie tłumy ludzi, liczne 

pojazdy i  czworonogi.  Na  jednym z nich mijał mnie  właśnie łoskotem jakiś facet,  czworonóg 

zaś wyszczerzył ku mnie potężne żółte zębiska i wydał taki dźwięk, że aż się cofnąłem. Strażnicy 

zareagowali salwą śmiechu. 

- Spokojnie, spokojnie, obronimy cię przed marghiem. - I obaj ponownie się roześmiali. 

Może dla nich to był  margh, dla mnie to był koń,  tyle że po  raz pierwszy  widziany na 

żywo,  a  nie  na  filmie  podczas  szkolnej  lekcji  historii.  Zwierzę  to  pomocne  było  niegdyś  w 

rozwoju rolnictwa, również w początkach kolonizacji Rajskiego Zakątka, ale nie przetrwało kon-

frontacji  z  miejscową  fauną.  Ze  wszystkich  stworzeń  przywiezionych  przez  ludzi  przeżyły 

wyłącznie  tuczniki,  które  dały  początek  późniejszym  wielkim  tuczarniom.  Przyjrzałem  się 

koniowi  bliżej  i  naocznie  przekonałem  się,  że  faktycznie  ma  niegroźne  w  sumie  zęby 

roślinożercy. Był jednak duży. 

Dwa  kolejne zwierzęta  przyciągnęły  w  nasze pobliże  pudłopodobny  pojazd na  dużych 

kołach.  Siedzący  na  wierzchu  woźnica  usłyszał  gwizd  Rasco  i  zatrzymał  zaprzęg  kombinacją 

okrzyków, jednocześnie ciągnąc za skórzane pasy łączące go z końmi. 

- Właź - polecił gruby, otwierając drzwiczki w boku pudła. 

Cofnąłem się, pełen obrzydzenia. 

-  Tam  jest brudno!  Czy Marynarka  Ligi nie potrafi  zapewnić człowiekowi właściwych 

warunków nawet... 

-  Właź  i  nie  pyskuj!  -  Rasco  poczęstował  mnie  solidnym  szturchańcem  w  plecy,  po 

którym bardziej wleciałem, niż wszedłem do środka. 

Obaj strażnicy wgramolili się za mną. 

-  Zasadą  Marynarki  jest  wykorzystywanie  tubylczych  środków  transportu  i  surowców. 

Ponoć pomaga to miejscowym systemom ekonomicznym, zamknij się więc i podziwiaj. 

background image

Zamknąłem się, ale nie podziwiałem. Wpatrywałem się nie widzącym wzrokiem w tłum 

na  zewnątrz  i  zastanawiałem  się,  jak  najlepiej  będzie  prysnąć,  dokuczając  przy  tym  nieco 

obstawie.  Doszedłem  do  wniosku,  że  najlepiej  będzie  po  drodze,  czyli  zaraz,  ich  zaś  trzeba 

pozbawić przytomności, żeby nie narobili wrzasku. Czym prędzej wprowadziłem zamiar w czyn. 

Pochyliłem się gwałtownie i podrapałem po kostce. 

- Coś mnie ugryzło! - jęknąłem. - Tu się roi od robactwa! 

- Jak cię gryzie, to też gryź. - I oba sadystyczne wesołki znów zarechotały, dzięki czemu 

żaden nie zauważył, że mam już w dłoni wytrych. 

Miałem właśnie otworzyć kajdanki, gdy pojazd stanął z szarpnięciem, a gruby otworzył 

drzwi. 

- Wysiadaj - polecił. 

Rasco szarpnął łańcuszkiem, a ja ze zdumieniem przyjrzałem się marmurowej budowli, 

przed którą staliśmy. 

- To nie jest port kosmiczny! - stwierdziłem podejrzliwie. 

- Bystry chłopak - mruknął Rasco, ciągnąc mnie ku wejściu. - To tutejsza wersja dworca 

kolejowego. Idziemy. 

Iść  nie  miałem  najmniejszej  ochoty,  ale  nic  innego  mi  nie  pozostało,  jak  posłuchać  i 

czekać  na  okazję.  Pierwsza  trafiła  się,  gdy  przechodziliśmy  obok  również  marmurowego 

przybytku z dumnym napisem PYCHER PYSA GORRYTH, którego to napisu nie pojąłem ni w 

ząb, ale wchodzili tam i wychodzili wyłącznie mężczyźni, zatem musiał to być męski wychodek. 

- Muszę tam! - oznajmiłem, pokazując palcem, aby nie było nieporozumień. 

- Nie ma mowy - parsknął Rasco. 

- Zabierz go - wsparł mnie niespodziewanie grubas. - To będzie długa podróż. 

Rasco  mruknął  coś  niezbyt  miłego,  ale  gruby  musiał  być  wyższy  stopniem.  Nie 

zwlekając  pchnął  mnie  w  kierunku  wychodka.  Ubikacja  była  równie  prymitywna  co  reszta 

metropolii  -  rowek pod  ścianą,  nad  którym  ustawiali  się  w  rządku  klienci.  Skierowałem się  ku 

wolnemu  miejscu  w  rogu  i  zacząłem  grzebać  przy  rozporku.  Rasco  obserwował  mnie  z 

wyraźnym obrzydzeniem. 

- Nic nie zrobię, jak będziesz się na mnie gapił - jęknąłem. 

Wzniósł oczy do nieba, i to było wszystko, czego potrzebowałem. Złapałem go dwoma 

palcami za splot słoneczny i ze sporą satysfakcją obserwowałem, jak osuwa się nieprzytomny na 

background image

posadzkę. Łupnął w nią z łoskotem, ja zaś zająłem się moją częścią kajdanek. Ponieważ zaś nie 

miałem  ochoty  zostać  bez  grosza,  udając,  że  badam  strażnikowi  puls,  świsnąłem  mu  również 

portfel. Wstałem potem i obróciłem się. Wszyscy obecni wpatrywali się we mnie z uwagą wartą 

lepszej sprawy. 

-  Zemdlał  -  oświadczyłem,  ale  nie  doczekałem  się  żadnej  reakcji  publiczności.  -  Li 

svenas  -  dodałem  jeszcze,  pokazując  na  klawisza  i  na  siebie.  -  Lecę  po  pomoc.  Uważajcie  na 

niego. Zaraz będę z powrotem. 

Żaden  nie  poszedł  za  mną,  czemu  trudno  zresztą  się  dziwić.  Naturalnie  w  drzwiach 

wpadłem  prosto  w  objęcia  grubego,  który  wrzasnął  i  rzucił  się  na  mnie,  ale  byłem  szybszy. 

Prysnąłem na ulicę,  aż  się za  mną  kurzyło.  Skręciłem  w  pierwszą  boczną  alejkę  i  wkrótce całe 

zamieszanie  zostało  daleko  poza  mną.  Alejka  wychodziła  na  kolejną  ulicę,  równie  zatłoczoną. 

Bez  pośpiechu  dołączyłem  do  przechodniów  i  wolny,  pogwizdując  przyglądałem  się  okolicy  i 

mijanym  ludziom.  Większość  kobiet  miała  zasłonięte  twarze,  głowy  mężczyzn  zaś  zdobiły 

turbany, ale na szczęście nie było to regułą. 

Obiektywnie rzecz biorąc, moja sytuacja nie była taka znowu wspaniała. Sam, na obcej 

planecie,  bez  znajomości  języka,  ścigany  przez  władze.  Właściwie  to  nie  miałem  powodów do 

radości.  Ledwie  jednak  minąłem  róg  ulicy,  powód  znalazł  się  sam.  Stół,  krzesła  i  bufet  z 

interesującym  zestawem  napitków.  Nad  bufetem  widniał  napis  SOSTEN  HA  GWYRAS,  co 

naturalnie nic mi nie mówiło, szczęśliwie pod spodem doczytałem NI PAROLOS ESPERANTO, 

BONYENUU. Siadłem przy stoliku pod ścianą mając nadzieję, że lepiej tu mówią w esperanto, 

niż piszą, i pstryknąłem na wiekowego kelnera. 

Dhe'th plegadow - oznajmił, podchodząc. 

Plegadow jest dla innych - odparłem. - My pogadamy w esperanto. Co macie do picia, 

dziadku? 

- Piwo, wino, dowr-tam-yo. 

Ciekawie brzmi, ale nie mam odpowiedniego nastroju. Duże jasne poproszę. 

Gdy  kelner  odszedł,  wyjąłem  portfel  Rasco  i  sprawdziłem  go  dokładnie.  Popieranie 

lokalnej  ekonomii  powinno  wiązać  się  z  posiadaniem  przez  członków  Marynarki  miejscowej 

waluty;  faktycznie,  w  jednej  z  przegródek  znajdowały  się  ciężkie  metalowe  monety.  Wyjąłem 

jedną i obejrzałem: na awersie wybita była cyfra 2, a na rewersie widniał napis ARGHAN. 

- Należy się jeden arghan - oświadczył kelner, stawiając przede mną napełniony gliniany 

background image

kufel. 

-  Weź  to sobie, dobry  człowieku - podałem mu oglądaną  właśnie monetę. -  Reszta dla 

ciebie. 

- Wy, spoza planety, jesteś hojni - mruknął ten, sprawdzając metal zębami. - Tutejsi są 

głupi i złośliwi. Chcesz dziewczynę? Chłopca? Kewarghen? 

- Może później. Na razie wystarczy piwo. Jak będę coś chciał, dam ci znać. 

Odszedł, mamrocząc coś pod nosem, a ja pociągnąłem solidny łyk pienistego napoju, i 

natychmiast  tego  pożałowałem.  Odruchowe  przełknięcie  było  jeszcze  większym  błędem.  Piwo 

składało  się  głównie  z  bąbelków,  które  dość  gwałtownie  zaprotestowały  przeciwko  uwięzieniu 

ich  w  przełyku,  skutkiem  czego  czknąłem,  aż  echo  poszło.  Zdecydowanie  odstawiłem  kufel. 

Wystarczy,  pomyślałem.  Uczciłem  powrót  na  wolność,  a  teraz  trzeba  zastanowić  się,  co  z  nią 

zrobić. 

Chwilowo  nic  rozsądnego  nie  przychodziło  mi  do  głowy,  a  szukanie  natchnienia  w 

obrzydliwie  fałszowanym  piwie  byłoby  zasadniczą  pomyłką.  Ponowne  pojawienie  się  kelnera 

przyjąłem zatem z zadowoleniem. 

- Jest świeża dostawa kewarghen, prosto z pola - zameldował konspiracyjnym szeptem. - 

Jedna  dawka  starczy  na  wiele,  wiele  dni.  Chcesz  trochę?  Nie? Szkoda.  A  panienkę  z  pejczem? 

Wężami? Skórzane pasy i gorące błoto... 

- Na razie dość mam używek - przerwałem mu, lekko zdegustowany. - Teraz chciałbym 

się dowiedzieć, jak dojść do ratusza. 

- Gdzie?! 

- Do dużego, wysokiego budynku, w którym mieszka masa przybyszów spoza planety. 

- Aaa... Chodzi ci o lys! Zaprowadzę cię tam za arghana. 

- Za arghana powiesz mi, jak tam trafić. Goście poumierają z pragnienia, jak zaczniesz 

mnie oprowadzać. 

Przyznał  mi  rację,  a  poza  tym  nic nie  mógł  poradzić  na  mój  upór.  Zapamiętałem  jego 

wskazówki, dałem mu monetę i ledwie się oddalił, wyszedłem, mając w głowie już gotowy plan. 

Pomysł  był  prosty:  należało  dotrzeć  do  Bibs.  Garth  uciekł,  ale  mogła  coś  o  nim 

wiedzieć.  Zeznania  przed  urzędnikami  Ligi  to  jedno,  a  normalna  rozmowa  to  drugie.  Jak  się 

jednak do niej dostać? Oczywiście, mogłem podać się za krewnego, dajmy na to za Hasenpeffera 

Giuffrida;  podrobienie  tutejszych  papierów  nie  powinno  być  problemem,  jeśli  jednak  system 

background image

identyfikacyjny gmachu weźmie mnie na celownik, to bez wątpienia rozpozna we mnie zbiegłego 

więźnia. Grubas zapewne zdążył wrócić już z przytomnym (albo i nie) Rasco i zameldował bez 

wątpienia o ucieczce. Pomysł był kuszący, ale ostatnimi czasy niezbyt lubiłem więzienia. 

Tak  sobie  rozmyślając,  skręciłem  w  następną  przecznicę  i  znalazłem  się  naprzeciw 

gigantycznej budowli,  która  była  celem mojej  wędrówki.  Na  tle  reszty zabudowy przypominała 

raczej skałę i sprawiała  należyte wrażenie.  Przeszedłem wzdłuż stopni obserwując, jak wchodzi 

do  środka  jakiś  tubylec.  Przypominało  to  wpuszczanie  do  skarbca  bankowego,  chociaż  było 

zapewne ciut mniej skomplikowane. No dobrze, wejść się da, ale wyjść... 

Zamyślony oparłem się o ceglany murek w pobliżu wejścia, co nie było akurat szczytem 

rozsądku,  ostatecznie nadal  miałem na sobie więzienny przyodziewek. Na moją korzyść działał 

fakt,  że  tubylcy  zwykli  ubierać  się  na  tyle  rozmaicie,  że  nikt  nie  zwrócił  dotąd  na  mnie 

najmniejszej  uwagi.  Zanim  zgłodniałem,  problem  rozwiązało  nie  olśnienie  (na  które 

podświadomie czekałem), ale przypadek. Drzwi otworzyły się, wypuszczając trzy osoby. Dwóch 

klawiszów i dziewczynę przykutą do jednego z nich. 

To była Bibs. 

Spełnienie  marzeń  było  tak  nieoczekiwane,  że  zastygłem  jak  sparaliżowany.  Zdążyli 

zejść na ulicę i zatrzymać lokalną taksówkę o czworonożnym silniku, a w zasadzie nawet dwóch 

silnikach,  a  ja  nadal  tkwiłem  nieruchomo,  niczym  osobnik  ociężały  umysłowo.  Bok  pojazdu 

zasłonił  mi  widok,  ale  i  tak  wiedziałem,  co  się  dzieje.  Gdy  strzelił  bat  woźnicy,  ruszyłem 

wreszcie za pojazdem i nim ten się rozpędził, skoczyłem do drzwiczek. Stojąc na niskim stopniu, 

otworzyłem je szarpnięciem. 

- Won! - polecił bliżej siedzący strażnik, odwracając się w moim kierunku. - Ten pojazd 

jest zajęty... 

Zamilkł, jako że rozpoznaliśmy się w tym samym momencie. Miał dyżur tej nocy, gdy 

zachciało mi  się  rozmawiać  w sprawie Bibs. Sięgnął  ku mnie  ze zdławionym okrzykiem,  ale  ja 

byłem  szybszy  -  wylądowałem  mu  na  karku.  Był  silny,  ale  nie  dość  zwinny.  Kątem  oka 

zarejestrowałem zdumioną minę dziewczyny,  po czym  skoncentrowałem się na tym,  co miałem 

pod ręką i kantem dłoni zdzieliłem stróża porządku w kark. 

Ledwie osunął się bezwładnie, postanowiłem zająć się jego towarzyszem, który jednak, 

jak  się  okazało,  miał  już  swoje  kłopoty  i  wcale  się  mną  nie  interesował.  Posługując  się  wolną 

ręką, Bibs robiła wszystko, aby go udusić i sądząc po odgłosach, niewiele dzieliło ją od sukcesu. 

background image

- Poczekaj, zaraz skończę... - szepnęła. 

Nie  tracąc  czasu  na  wyjaśnienia,  że  swojego  unieszkodliwiłem  tylko  chwilowo, 

złapałem  ją  za  łokieć  i  ścisnąłem,  dzięki  czemu  straciła  na  moment  władzę  w  ręce,  a  zanim 

zdążyła się odezwać, ogłuszyłem niedoszłego nieboszczyka i rozpiąłem kajdanki. 

-  Pojęcia  nie  mam,  skąd  się  wziąłeś,  ale  dzięki  za  pomoc  -  oznajmiła  o  wiele 

spokojniejszym głosem,  niż  można by  oczekiwać, i  przyjrzała  mi  się uważnie.  -  Przecież  ja cię 

znam... Naturalnie, byłeś pasażerem na statku... Jimmy Jakiśtam. 

-  Mniej  więcej.  Jim  diGriz.  Do  usług.  Roześmiała  się  radośnie,  przeszukując 

jednocześnie strażników i przenosząc zawartość ich kieszeni do swoich. Nie należało przerywać 

tak pożytecznego zajęcia, toteż poczekałem, aż skończy i skułem obu kajdankami. 

- Lepiej ich załatwić - powiedziała. 

- Lepiej nie. Teraz jesteśmy oboje drobnymi złodziejaszkami, na których tak naprawdę 

nikomu nie zależy. Jak utrupimy dwóch z Marynarki, to przenicują to zadupie, żeby nas znaleźć. 

-  Też racja - zgodziła się po chwili namysłu, choć z niechęcią,  i przyłożyła  każdemu z 

nieprzytomnych po kopniaku. 

- Nic nie czują... 

- Ale poczują, jak się obudzą! Więc gdzie teraz, diGriz? 

-  Gdzie  poprowadzisz.  Nie  znam  tej  planety  i  absolutnie  nic  o  niej  nie  wiem  - 

przyznałem szczerze. 

- Ja wiem aż za dużo. 

- To prowadź. 

Kiedy  tylko  pojazd  zaczął  zwalniać,  wymknęliśmy  się spokojnie  przez cicho  uchylone 

drzwi i wmieszaliśmy się w tłum. 

background image

Bibs  wzięła  mnie  pod  rękę,  a  raczej  doprowadziła  do  tego,  że  to  ja  ją  wziąłem  pod 

ramię, co było całkiem miłe, i poprowadziła ulicą. Podejrzewam, że wszędzie indziej nasze szare, 

workowate  ubiory  ozdobione  szkarłatnymi  strzałami  wzbudziłyby  zainteresowanie,  o  ile  nie 

podejrzenia, ale pomiędzy tą gamą barw i materiałów, w których gustowali tubylcy, nasze stroje 

mogły  uchodzić  za  nieprzesadnie  efektowne.  Mijały  nas  kobiety  w  różnokolorowych  zwojach 

materii,  wojownicy  w  skórach  i  stali,  brodacze  w  skafandrach.  Mijało nas  wszystko,  co  można 

było sobie wyobrazić, i jeszcze trochę nadto. 

- Masz pieniądze? - spytała po chwili Bibs. 

- Jakieś drobne skonfiskowane strażnikowi. Uciekłem jakąś godzinę temu. 

Uniosła brwi (atrakcyjne, muszę przyznać, podobnie jak oczy). 

-  To  dlatego mi pomogłeś? Za co  cię wsadzili? Wiem tylko,  że ciebie  i  tego starszego 

faceta zostawiliśmy na Spiovente, a plotka głosiła, że Garth sprzedał was jako niewolników. 

-  Sprzedał,  przez  co  mój  przyjaciel  zginął.  Lubiłem  Hetmana,  wiele  mnie  nauczył... 

pomagałem  mu  też,  ale  to  już  inna  historia.  Rodzinną  planetę  opuszczaliśmy  w  pewnym 

pośpiechu  i  może  pamiętasz,  że  zapłaciliśmy  Garthowi  małą  fortunę  za  przewiezienie  nas  w 

bezpieczne miejsce. To chamidło zaś uważało, że może zarobić na nas więcej sprzedając nas w 

niewolę, w wyniku czego Bishop zmarł. Jak możesz sobie chyba wyobrazić, nie ucieszyło mnie 

to,  podobnie  jak  zresztą  inne  jeszcze  rzeczy,  które  spotkałem  na  Spioyente,  jednym  wielkim, 

gównianym bagnie.  Rozumiesz  zatem,  że  żywię do  Gartha  głębokie i serdeczne uczucia i  mam 

nieodpartą ochotę wyrównać nasze rachunki. Na dobitkę złapała mnie Marynarka Ligi i właśnie 

zamierzali odstawić mnie na moją planetę, żebym sobie stanął przed sądem. 

- Z powodu? 

- Napadu na bank, porwania, ucieczki z więzienia i paru podobnych drobiazgów. 

-  Nieźle!  -  roześmiała  się  wesoło.  -  Pomagając  mnie,  pomogłeś  sam  sobie.  Znam  tę 

planetę, wiem skąd zdobyć pieniądze i komu zapłacić, by się stąd wydostać. Ty rąbniesz forsę, ja 

ją wydam i oboje na tym skorzystamy. 

-  Całkiem  do  rzeczy  pomysł  -  przyznałem.  -  Czy  moglibyśmy  porozmawiać  o 

szczegółach przy jedzeniu? Od śniadania minęło już sporo czasu. 

- Naturalnie. Chodź! 

Restauracyjka  była  mała  i  spokojna,  a  miejscowy  specjał  -  felyon  ha  kyk  mogh  - 

background image

smakował znacznie lepiej, niż się nazywał. Uzupełniliśmy go dzbanem riith glvyn, co okazało się 

całkiem niezłym  czerwonym  winem.  Najedzony  podłubałem  w zębach  wykałaczką  i  rozparłem 

się wygodnie na ławie. 

- Mogę cię o coś zapytać? 

Upiła łyk wina i kiwnęła przyzwalająco głową. 

-  Wiesz  już,  czemu  mnie  przymknęli,  ale  czemu  ty  się  tam  znalazłaś?  Bez  obrazy, 

naturalnie. 

Odstawiła kubek z takim trzaskiem, aż pękł, czego nawet nie zauważyła. 

- Przez niego! Przez tego bękarta cfiulo! - warknęła, używając najgorszego przekleństwa 

istniejącego  w  esperanto.  -  Znaczy  się,  przez  Gartha.  Wiedział,  że  Marynarka  jest  cięta  na 

przemytników,  więc  rozpuścił  załogę.  Następnego  dnia  zostałam  aresztowana  za  posiadanie 

tutejszego  procha,  całkiem  zresztą  niezłego.  Tyle  że  ja  nie  używam  narkotyków,  ktoś  mi  go 

podłożył, no i zjawili się u mnie na skutek anonimowego donosu. Proste, nie? Aresztowali mnie 

za handel narkotykami... Niech go dostanę w swoje łapy, a żywy nie wyjdzie! 

- Jesteś druga w kolejce - poinformowałem ją uprzejmie. - Ja chcę wyrównać rachunki 

za Hetmana. Ale czemu właściwie chciał, żeby cię aresztowano? 

- Z zemsty. Wykopałam go z wyra, bo nie lubię perwersyjnych zboczeńców. 

Akurat  w  tym  momencie  przełykałem,  tylko  cudem  udało  mi  się  nie  udusić. 

Popracowawszy nieco przeponą, dostałem ataku kaszlu i uszedłem cało. Bibs nie zwróciła na to 

uwagi. 

- Zabiłabym to ścierwo z prawdziwą przyjemnością - powtórzyła, patrząc w przestrzeń. - 

Wiem, że to niemożliwe, ale załatwiłabym swołocz. 

- Dlaczego niemożliwe? - zainteresowałem się, odzyskawszy głos. 

- Co ty wiesz o tej planecie? 

- Nic, prócz nazwy Steren-Gwandra. 

-  Co  po  tutejszemu  oznacza  „planeta".  Tubylcy  nie  mają  specjalnych  talentów 

językowych ni jakichkolwiek innych. Przynajmniej ci tutaj, na Brastyr. Jak większość planet, nie 

mieli  kontaktu  z  nikim  od  czasu  Załamania.  Brastyr,  bo  tak  nazywa  się  kontynent,  na  którym 

jesteśmy,  ma  niewiele  surowców,  zatem  w  niecałe  sto  lat  udało  im  się  stracić  większość 

zdobyczy techniki. Tak się cofnęli w rozwoju, że większość zapomniała nawet esperanto. Zanim 

ponownie udało im się nawiązać kontakt z galaktyką, stanęli na pseudofeudalizmie. 

background image

- Jak Spiovente? 

-  Nie  całkiem.  Poza  tym  kontynentem  jest  bowiem  jeszcze  wyspa  zwana  Nevenkebla, 

oddzielona  od  stałego  lądu  niezbyt  szeroką  cieśniną.  Dziwnym  zrządzeniem  losu  większość 

surowców  tej  półkuli  znajduje  się  właśnie  na  tej  wyspie.  Dlatego  została  zasiedlona  jako 

pierwsza,  a  dopiero  druga  fala  kolonistów  znalazła  się  na  kontynencie.  Ustalono,  że  domeną 

wyspy będzie przemysł, a kontynentu rolnictwo, co było całkiem logicznym posunięciem. Potem 

jednak,  gdy przyszły ciężkie czasy, kontakty pomiędzy  obydwiema  grupami uległy praktycznie 

zerwaniu.  Obecnie  żaden  wyspiarz  nie  ma  prawa  wstępu  na  kontynent,  tutejsi  kupcy  mogą 

przybijać  jedynie  do  wyznaczonych  przystani  wyspy,  a  i  to  w  umówionym  czasie.  Garth 

przebywa na wyspie i dlatego nie zdołamy go zabić. Nigdy tam nie dotrzemy. 

-  Nadal  nie  bardzo  rozumiałem.  Garth,  tak  jak  i  ty,  pochodzi  z  Yenianu,  tak?  Jest 

kapitanem veniańskiego statku, prawda? Z jakiej racji niby władze wyspy miałyby go chronić? 

-  Bo  nie  jest  Yenianinem.  Wyspą  rządzi  wojsko,  które  kupiło  statek,  zostawiając  go 

oficjalnie  pod  banderą  Yenianu.  Garth  został  mianowany  jego  dowódcą,  reszty  załogi  nie 

ruszano. Nie mieliśmy nic przeciwko temu, płacili doskonale, a dla Yenianina to bardzo istotne. 

Garth  jest  teraz  tubylcem  i  to  szychą  w  ich  armii.  Broń,  którą  przewoziliśmy,  była  tutejszej 

produkcji  i  operacje  były  całkiem  zyskowne.  Gdy  Marynarka  zaczęła  się  nami  za  bardzo 

interesować, zwinęli interes, zapłacili i szukaj wiatru w polu. Nie ma sposobu, aby utrupić go na 

tej wyspie. 

- Ja już znajdę sposób. 

-  Mam  nadzieję.  Pomogę  ci,  na  ile  będę  mogła,  ale  najpierw  pomyślimy  o 

najważniejszym. Musimy się gdzieś ukryć, bo na pewno będą nas szukać. Pewnie już zaczęli. A 

żeby się ukryć, potrzebujemy pieniędzy, dużo pieniędzy. Ile masz? 

Wysypaliśmy gotówkę na stół i przeliczyliśmy. 

- Mało - uznała Bibs. - Papiery, kryjówki, łapówki... to sporo kosztuje. Znam tu jednego 

takiego, który za odpowiednią opłatą załatwi nam schronienie... 

-  Nie!  -  sprzeciwiłem  się  stanowczo.  -  Żadnych  kontaktów  z  tutejszym  marginesem. 

Tam zaczną węszyć za nami w pierwszym rzędzie.  Ktoś nas  sprzeda,  ledwie ogłoszą wysokość 

nagrody,  a  uczynią  to  szybko,  bo  to  sprawdzony  sposób.  Są  tu  jakieś  hotele?  Takie  drogie  i 

luksusowe. 

-  Nie ma.  Są jedynie ostele,  w których zatrzymują się bogaci, ale nikt  spoza planety  w 

background image

nich nie sypia. 

- Doskonale. Uda ci się udawać miejscową? 

-  Bez  trudu. Tobie  też,  przy  pewnych staraniach. Tyle jest  tu dialektów  i  akcentów, że 

nikt się nie połapie. 

-  Dzięki.  Musimy  zatem  postarać  się  o  spory  zapas  gotówki,  kupić  drogie  stroje  i 

biżuterię, i stanąć w najlepszym ostelu w mieście. Zgoda? 

- Zgoda - roześmiała się. - Jesteś miłą odmianą na tym zadupiu. Podoba mi się twój styl, 

ale ostrzegam, że to pierwsze nie będzie takie łatwe. Oni nie mają tu banków, tylko sieć kantorów 

obsługiwanych przez prywatnych właścicieli, zwanych hoghas. Mieszkają w małych fortecach, a 

ich domy są jednocześnie miejscem załatwiania interesów. Strażnicy wywodzą się z rodziny, co 

zmniejsza ryzyko przekupienia, a całość jest dość odporna na złodziei. 

-  Zobaczymy.  I  tak  trzeba  będzie  obejrzeć  to  na  własne  oczy.  Potem  wrócimy  nocą  i 

załatwimy sobie bezzwrotną pożyczkę. 

- Mówisz serio? 

- Nigdy nie mówiłem poważniej. 

-  Nie  spotkałam  dotychczas  nikogo  takiego  jak  ty.  Wyglądasz  jak  dzieciak,  ale 

faktycznie potrafisz dbać o siebie. 

Nie bardzo przypadła mi do gustu ta uwaga, ale przezornie jej nie skomentowałem. 

-  Spróbujemy  wymienić  część  arghanów  na  walutę  wyspy  -  zdecydowała  Bibs.  -  To 

wymaga czasu, zdążysz zatem dobrze się  rozejrzeć. Ja  zagadam, ty  będziesz  robił za obstawę i 

trzymał  gębę  na  kłódkę.  Musisz  tylko  najpierw  postarać  się  o  solidną  pałę,  jaką  noszą 

ochroniarze, i nikt nawet nie zwróci na ciebie specjalnej uwagi. 

- No to chodźmy poszukać sklepu z pałami - zaproponowałem, i wyszliśmy. 

Odnalezienie  rzeczonego  sklepu  nie  nastręczyło  większych  kłopotów.  Praktycznie 

wszystkie  wąskie  uliczki  były  bazarami  pełnymi  straganów,  sklepików  i  przekupniów  oferują-

cych  niewyczerpane  zasoby  strojów,  owoców,  posiłków  opakowanych  w  liście,  noży,  siodeł, 

namiotów  no  i,  naturalnie,  pałek.  Kupiec,  którego  wybraliśmy,  zachwalał  towar  dość 

niewyraźnie,  a  to  z  uwagi  na  spowijające  mu  szyję  i  brodę  sploty  tkaniny.  Kolejno  ważyłem 

argumenty  w  dłoni.  Zdecydowałem  się  na  metrowej  długości  pałkę  z  twardego  drewna, 

wzmocnioną żelaznymi obręczami. 

-  To  będzie  to  -  poinformowałem  w  końcu.  Handlarz  pokiwał  głową,  skasował 

background image

należność i znów coś wymamrotał. 

-  On  twierdzi,  że  na  każdą  jest  rok  gwarancji  i  że  musisz  ją  wypróbować.  W  razie 

reklamacji wymieni. 

Próbowanie  odbywało  się  na  solidnym  pionowym  złomie  skalnym,  któremu  niegdyś 

nadano  z  grubsza  ludzkie  kształty,  zostały  one  już  jednak  zatarte  przez  lata  obijania.  Twarzy 

brakowało  nosa,  głowie  uszu  i  tak  dalej.  Zważyłem  narzędzie  w  dłoni  i  machnąłem  nim 

kilkakrotnie.  Stałem  plecami  do  rzeźby  oddychając  głęboko  i  koncentrując  się.  Dyszałem  jak 

miech kowalski, ale warto było. 

Wszystko  jest  sprawą  odpowiedniego  zgrania  w  czasie  oraz  treningu.  Wypuściłem  w 

końcu  z  krzykiem  powietrze  i  z  półobrotu  zdzieliłem  posąg,  wkładając  w  ten  cios  całą  siłę  i 

wszelkie umiejętności. Ostatnia z żelaznych obręczy trafiła w bok kamiennej głowy i rozległ się 

trzask.  Przez  sekundę  nic  się  nie  działo,  ale  po  chwili  kawał  kamienia  z  hukiem  runął  na 

posadzkę. Na żelazie zaś widniała jedynie mała szczerba. 

- To jest to - stwierdziłem nonszalancko. Oboje byli pod wrażeniem. Prawdę mówiąc, ja 

też; nie sądziłem, że stać mnie na aż tak dobry cios. 

- Często przytrafia ci się coś takiego? - spytała cicho Bibs. 

- Zawsze gdy nie mam innego wyjścia. Teraz zaprowadź mnie do tego całego hogh. 

 

Odpowiedni cel znaleźliśmy kilka przecznic dalej, poznając go po szkielecie tkwiącym 

w żelaznej klatce wiszącej nad ogromnym wejściem. 

-  Ładny  znak  cechu  -  przyznałem.  -  I  pomyśleć,  że  bardziej  by  pasował  drewniany 

arghan. 

- To praktyczniejsze. Szczątki ostatniego złodzieja, którego złapali. 

- Mili ludzie. 

- To wszystko kwestia tradycji, osobiście nic do niego nie mieli - pocieszyła mnie Bibs. 

Ostatecznie to nie ona miała kraść. 

Niezbyt  podniesiony  na  duchu  ruszyłem  za  nią  ku  parze  wyjątkowo  mało  urodziwych 

ciężarowców opartych o włócznie i osłaniających obitą żelazem furtkę. 

Hogh -  oświadczyła Bibs,  spoglądając  na nich nieżyczliwie. 

Odpowiedzieli  podobnym  stwierdzeniem  i  użyli  kołatki.  Furtka  uchyliła  się,  ukazując 

następny  zespół,  tyle  że  dwakroć  liczniejszy  i  z  mieczami.  Drzwi  zostały  zatrzaśnięte  i 

background image

zaryglowane,  nas  zaś  poprowadzono  przez  mroczną  sień  na  okolony  wysokim  murem 

podwórzec. Mur ten zwieńczały okazałe ostrza i ozdabiali kolejni wartownicy. Bliższe oględziny 

wykazały, że nie był to klasyczny mur, ale dachy budynków. Na środku podwórza siedział hogh 

we  własnej  osobie.  Za  siedzisko  służyła  mu  podłużna  skrzynia  przykryta  poduszkami,  przed 

słońcem chronił go płócienny daszek, a przed wrogim światem następnych dwóch wartowników 

uzbrojonych w piki. 

- Założę się, że na niej śpi - mruknąłem cicho. 

- Wygrałeś. 

Szef  całego  interesu  był  tak  nadskakujący  i  miły,  że  robiło  mi  się  niedobrze.  Widząc 

wyjętą przez Bibs gotówkę, kazał pomocnikom otworzyć skrzynię. Przyjrzałem się jej wnętrzu ze 

sporym  zainteresowaniem,  strażnicy  zaś  bliżej przyjrzeli  się  mojej osobie.  Skrzynia  podzielona 

była  na  kilka  przegródek,  a  każdą  z  nich  wypełniały  skórzane  worki  i  woreczki.  Jeden  z  tych 

ostatnich  został  właśnie  wyjęty,  a  skrzynia  zamknięta  i  obłożona  ponownie  poduszkami.  Z 

westchnieniem ulgi stary zasiadł znów na swoim miejscu i zaczęło się targowanie. Ja natomiast, 

udając znudzenie, zlustrowałem otoczenie. Zdrętwiałem. Sytuacja nie wyglądała wesoło. Na noc 

zamykają z pewnością to wszystko na trzy spusty. Do wejścia przez mur zniechęcała konieczność 

przekradania  się  przez  pordzewiałe  żelastwo  i  liczna  straż.  Potem  trzeba  by  zejść  na  dół,  dać 

staremu w łeb,  otworzyć skrzynię,  zabrać  worek albo i  kilka, i prysnąć  tą samą  drogą. Przy tej 

okazji  trzeba  by  się  liczyć  z  możliwością  zadźgania,  pocięcia  na  plasterki,  spałowania  i  czego 

tam  jeszcze.  Nie  był  to  najlepszy  z  możliwych  sposobów  zwiększenia  naszych  funduszów. 

Konieczna była tu brutalna siła, a w tym nigdy nie czułem się specjalistą. Ponadto stara prawda 

głosiła, że i Herkules dupa, kiedy mieczy kupa, i z tym się zgadzałem. Potrzebny był zupełnie 

nowy plan. 

Łatwiej wyjść, niż wejść... Coś zaświtało mi w głowie. Żeby nie dać poznać po sobie, że 

intensywnie główkuję, wykrzywiłem się do najbliższego strażnika. Odpowiedział mi tym samym. 

Wyszło  mi,  że  przy  odrobinie  szczęścia  skok  powinien  się  udać,  co  więcej,  było  to  jedyne 

technicznie  wykonalne  rozwiązanie.  Majtnąłem  wiec  zniecierpliwony  pałką  i  zwróciłem  się  do 

Bibs. 

- Pospiesz się, panienko, bo będziemy tu nocować. 

- Co proszę? 

- Słyszałaś. Wynajęłaś mnie, obiecując dobrą płacę za niezbyt długą pracę. Praca dłuży 

background image

się coraz bardziej, a płaca wygląda coraz mniej atrakcyjnie. 

Gdyby  hogh  nie  znał  esperanto,  cały  plan  zapewne  wziąłby  w  łeb,  sądząc  jednak  po 

natężeniu  z  jakim  przysłuchiwał  się  naszej  rozmowie,  musiał  wszystko  świetnie  rozumieć. 

Pozostało  zatem  kontynuować  z  nadzieją,  że  nie  przygotowana  dziewczyna  podejmie  grę  w 

ciemno. 

- Słuchaj no, ty przerośnięty cymbale. Za połowę ceny mogę mieć lepszych od ciebie - 

parsknęła, reagując jak należy. - Żaden taki z bicepsami zamiast mózgu nie będzie mi mówił, jak 

mam załatwiać interesy! 

- Tak? No to wymawiam posadę! - wrzasnąłem, celując w nią pałką. 

Drewno  przeleciało  milimetry  od  jej  głowy,  poprawiłem  zatem  rękojeścią  w  czoło. 

Straciła  przytomność.  Nie  groziło  jej  nic  poza  guzem,  którego  miała  poczuć  dopiero  po 

obudzeniu,  wolałem  jednak  wyłączyć  ją  z  samej  sprawy  kradzieży,  która  właśnie  miała  się 

rozpocząć. 

Kolejny  cios  przewrócił  jeden  z  masztów,  na  których  wspierał  się  daszek 

przeciwsłoneczny.  Postąpiłem  krok  i  pod  osłoną  zwojów  płótna  zdzieliłem  hogha  w  ucho. 

Złapałem  worek,  zanim  ten  wysunął  się z  jego bezwładnych  rąk, i wsadziłem za koszulę.  Żeby 

tam wlazł, musiałem go nieco opróżnić, co dodało tylko kolorytu napaści - walające się monety 

zawsze robią wówczas dobre wrażenie. 

Sądząc  po  wrzaskach  i  szarpaniu  za  materię,  obstawa  ocknęła  się  już  z  odrętwienia. 

Wyplątanie się spod baldachimu zajmie im jeszcze chwilkę. 

- Tylko durnie pracują dla kobiet! -  rzuciłem przez ramię, odchodząc. - Poszukaj sobie 

innego strażnika. 

Wartownicy  spoglądali  to  na  mnie,  to  na  dwóch  swoich  kompanów  szarpiących  się  z 

materiałem.  Wyraźnie  nie  wiedzieli,  co  robić.  Problem  rozwiązał  się  sam:  jeden  ze  zbrojnych 

wyciągnął  nieprzytomnego  szefa  i  wrzasnął  coś  wściekle.  Bez  tłumacza  zrozumiałem,  o  co 

chodzi,  gdyż  reszta  rzuciła  się  na  mnie.  Zawróciłem  więc  w  miejscu  i  pognałem  w  przeciwną 

stronę, oddalając się tym samym od jedynego wyjścia, ale zbliżając się do drewnianych schodów 

prowadzących na dach. 

Stojący na stopniach strażnik robił co mógł, by mnie nadziać na włócznię, ale odbiłem ją 

pałką,  jego  zaś  kopnąłem  w  miejsce,  w  którym  w  przypadku  mężczyzny  cios  daje  zawsze 

największe efekty. Przeskoczyłem potem przez zwinięte z bólu ciało i pognałem po dwa schodki 

background image

w  górę.  Na  szczycie  zjawił  się  następny  wartownik,  tym  razem  z  mieczem,  przeturlałem  się 

zatem po deskach podcinając mu nogi i gubiąc przy tej szamotaninie nieco gotówki, zrzucając za 

to podciętego ze schodów prosto na gnającą już za mną pogoń. 

Trzej inni strażnicy rzucili się na mnie z wrzaskiem, ja zaś (bez wrzasku) skoczyłem ku 

krawędzi  dachu.  I  zakląłem.  Bruk  ulicy  był  zbyt  nisko,  by  skoczyć  nie  ryzykując  połamania 

kości.  Z  półobrotu  cisnąłem  pałką  w  najbliższego  strażnika.  Dostał  w  głowę  i  runął  jak  długi, 

przewracając drugiego. Więcej nie  widziałem, gdyż opuściłem się na  rękach  z  krawędzi dachu. 

Gdy spojrzałem w górę, trzeci strażnik właśnie dobywał miecza, by obciąć mi dłonie. Puściłem 

się  zatem,  rąbnąłem  o  bruk, przetoczyłem  się  i  pozbierałem  na nogi.  Czułem ból  w  kostce,  ale 

specjalnie  się  tym  nie  przejmowałem;  zbyt  wiele  spadało  teraz  na  ulicę  dzid,  włóczni,  pałek  i 

innych  narzędzi  mordu.  Pospiesznie  pokuśtykałem  za  najbliższy  róg  ciesząc  się,  że  strażnicy 

wyraźnie nie potrafią porządnie wycelować,  a pokonanie zamków przy  drzwiach musi zająć im 

parę chwil i uczynić pościg praktycznie daremnym. 

Uliczka wychodziła na jakieś targowisko, potem była jeszcze jedna, i jeszcze... W końcu 

przestałem się spieszyć. Wrzaski wartowników umilkły w oddali, a ja z ulgą opadłem na stołek w 

pierwszym  napotkanym  barze  i  z  przyjemnością  wypiłem  kufel  tutejszego,  wyjątkowo  obrzyd-

liwego piwa. 

background image

Worek  z  gotówką  wypychał  mi  więzienne  wdzianko  i  dopiero  ta  niewygoda 

uświadomiła mi, że jestem patentowanym osłem, by nie użyć bardziej dosadnego określenia. Do 

tej pory mój  rysopis powinien dotrzeć do  innych hoghów,  bo chociaż  z pewnością nie tworzyli 

oni  żadnej  sieci  na  wzór  konsorcjum  banków,  to  pewnie  przynajmniej  połowa  strażników 

przeszukiwała  teraz  miasto  wypytując  o  faceta  w  szarym  ubranku  ozdobionym  czerwonymi 

strzałami. A kogoś takiego raczej nie trudno zapamiętać… 

Najprościej  byłoby  wymienić  gotówkę  u  kelnera,  któremu  na  widok  miejscowych 

pieniędzy zaświeciły się oczy. Naturalnie nie próbowałem wymienić u niego większej kwoty, ale 

i  tak  dostałem  parę  kilo  arghanów.  Nie  ulegało  wątpliwości  że  musiał  mnie  oszukać,  niemniej 

tym razem nie robiło mi to różnicy.. Rozstaliśmy się zadowoleni, a ledwie zniknąłem mu z oczu, 

zająłem  się  uzupełnianiem  garderoby.  Kupowałem  rzeczy  pojedynczo,  podobnie  jak  stopniowo 

pozbywałem  się  więziennych  ciuchów  i  części  wcześniejszych  nabytków.  Po  przejściu  przez 

kolejny  bazar  prezentowałem  się  już  jak  tubylec:  skórzany  kapelusz z piórem,  szarawary,  biała 

koszula, płaszcz-peleryna i skórzana torba na gotówkę. Zabrało mi to trochę czasu i miało się już 

ku  wieczorowi,  a  w  dodatku  nieco  pobłądziłem.  Należało  znaleźć  budynek  Ligi,  który  był 

jedynym znanym mi punktem orientacyjnym, i odszukać Bibs. 

 

 

Gdy dotarłem do restauracyjki, z której wyruszyliśmy po gotówkę, było już ciemno, a ja 

czułem  się  naprawdę  zmęczony,  Z  prawdziwą  ulgą  przysiadłem  na  krześle  z  nadzieją,  że  Bibs 

także  tu  wróci,  inaczej  mogliśmy  szukać się  w  tym  mieście  do  uśmiechniętej  śmierci.  Zdjąłem 

kapelusz, gdy ktoś delikatnie objął moją szyję. 

-  Zdrajca!  -  usłyszałem  szept  dziewczyny  i  prawie  straciłem  przytomność,  zanim 

zwolniła uścisk. 

Druciana  garotta  opadła  mi  na  kolana,  a  Bibs  siadła  na  sąsiednim  krześle  i  bez  słowa 

podała mi chusteczkę. Następnie zajrzała do torby i nieco się rozchmurzyła. Miała podbite oko i 

rozciętą wargę, ale ogólnie wydawała się nie uszkodzona. 

-  Miałam,  ochotę  cię  zabić  -  oznajmiła  rzeczowo.  -  Powstrzymał  mnie  tylko  widok 

torby. Wtedy zrozumiałam, że wszystko zaplanowałeś i jesteś uczciwym wspólnikiem. Ponieważ 

jednak trochę mnie poobijali, postanowiałam wyrównać rachunki. Chcesz wina? 

background image

- Chcesz... - wycharczałem i przeszedłem na normalniejszy ton. - Dałem ci w ucho, byś 

miała alibi. Widzę, że poskutkowało... 

- Inaczej by mnie nie było. Mieli trochę pretensji, ale byli tak wstrząśnięci, że ulotniłam 

się w zamieszaniu. Łaziłam potem bez celu, zastanawiając się, co z tobą zrobię, gdy cię w końcu 

dopadnę, bo nie dość, że nie miałam pieniędzy, to jeszcze mam śliwkę na oku. Twoje szczęście, 

że nie skreśliłam cię całkowicie. 

-  Serdeczne  dzięki  -  stwierdziłem  lekko  obcym  jeszcze  głosem  i  czym  prędzej 

opróżniłem kubek. Poskutkowało. - To była jedyna szansa na sukces. Obejrzałem sobie zabezpie-

czenia,  gdy  się  targowałaś,  i  doszedłem  do  wniosku,  że  najtrudniej  jest  dostać  się  do  środka. 

Byliśmy już wewnątrz, a zatem należało skorzystać z okazji. No i skorzystałem. 

- Wspaniale. Mogłeś mi powiedzieć. 

-  Właśnie  że  nie  mogłem.  Stary  znał  esperanto.  Pozostało ogłuszyć  cię,  by  nie  zaczęli 

czegoś podejrzewać. Przepraszam, ale naprawdę musiałem ci przyłożyć. Tego akurat nie można 

było zamarkować. 

Po raz pierwszy się uśmiechnęła. 

- Masz rację. Warto było za te parę sińców... Teraz zbierajmy się. Ty już się przebrałeś, 

teraz kolej na mnie. 

- A potem do najlepszego ostelu w mieście. 

- Ciepła kąpiel i uczciwy posiłek... idziemy! 

Ostel przypominał fortecę ukrytą za wysokim murem. Do pokoi, a raczej apartamentów, 

wchodziło  się  z  zewnętrznego  podwórca.  Wzięliśmy  najlepszy  z  numerów,  przynajmniej  jeśli 

brać  pod  uwagę  ilość  ukłonów,  jaka  towarzyszyła  transakcji.  Wszędzie  panował  miły  chłód, 

pokoje  były  wyłożone  miękkimi  dywanami,  tu  i  ówdzie  stały  tace  z  owocami,  a  w  łazience, 

zamiast wanny, znaleźliśmy niewielki basen, który natychmiast zaanektowała Bibs. 

Wyszła  po  dłuższym  czasie  owinięta  w  puchaty  ręcznik,  do  tego  głodna  jak  stado 

wilków.  Szczęśliwie  nie  zawracano  tu  sobie  głowy  takimi  rzeczami  jak  restauracja.  Służba 

sprawnie dostarczyła posiłek na tacach i zaraz dyskretnie zniknęła. Zjawili się potem na pierwszy 

dźwięk dzwonka i posprzątali. Gdy wyszedł ostatni, profilaktycznie zamknąłem drzwi na solidny 

skobel. Może i byli dobrze ułożeni, ale służący zawsze potrafią być również wścibscy, a tego nie 

tolerowałem  od  najmłodszych  lat.  Napełniłem  kryształowy  puchar  winem  i  z  lubością 

wyciągnąłem się na sofie. 

background image

- To jest życie - stwierdziła spoczywająca na sąsiedniej leżance Bibs. 

-  Jest  -  zgodziłem  się.  -  Teraz  dobrze  byłoby  jeszcze  uczciwie  się  wyspać,  by  jutro 

poczuć się wreszcie jak człowiek. 

Przyjrzała  mi  się  spod na wpół  przymkniętych powiek,  a  raczej powieki - podbite oko 

wolała trzymać zamknięte. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się. 

- Jesteś niesamowity, Jimmy. Jako pierwszy w dziejach tej planety oskubałeś hogha i nie 

dałeś się złapać. 

-  Szczęście  -  skwitowałem  wyczyn,  zadowolony  z  pochwały,  ale  nie  zapomniałem 

jeszcze epitetu „dzieciak". 

-  Wątpię.  Poza  tym  uratowałeś  mnie  i  ukradłeś  dość,  bym  mogła  opuścić  tę  planetę. 

Chciałabym ci podziękować. 

- Nie trzeba. Pomóż mi tylko odnaleźć Gartha i będziemy kwita - ziewnąłem. - Chcę się 

dowiedzieć o nim wszystkiego, co ty wiesz, ale do tego wrócimy rano. Teraz muszę się wyspać. 

- Powiedziałam, że chcę ci podziękować, Jimmy - uśmiechnęła się ponownie. - Na mój 

własny sposób. 

Niby  przypadkiem  ręcznik  zsunął  się  na  podłogę,  odsłaniając  jej  wdzięki,  a  trzeba 

przyznać, że pomimo sinego oczodołu, robiła wciąż całkiem dobre wrażenie. 

I co niby można zrobić innego w takiej sytuacji? 

Po  pierwsze,  nie  strzępić  gęby.  Takie  sprawy  należą  do  prywatnych  elementów  więzi 

łączącej dwie zainteresowane osoby i nikomu nic do tego. 

Wstałem  dopiero  przy  popołudniowym  słonku.  Wykąpałem  się,  zjadłem  śniadanie 

połączone z obiadem i czekałem na powrót Bibs. 

- Naprawdę nie odlecisz ze mną? - spytała, poruszając raz jeszcze wcześniej rozpoczęty 

temat. - Nie chcesz? 

- Pewnie, że chcę, ale dopiero, gdy wyrównam rachunki. 

- On znajdzie cię pierwszy. I zabije. 

-  Jeśli  znajdzie  mnie  pierwszy,  to  tylko  zaoszczędzi  mi  wysiłku,  a  co  do  zabicia,  to 

śmiem wątpić w jego talenty. Przekrzywiła wdzięcznie główkę i uśmiechnęła się. 

- Gdyby powiedział to ktoś inny, to uznałabym, że fantazjuje. Tobie może się udać, ale i 

tak się o  tym nie dowiem. Zdecydowanie  wolę przetrwanie od zemsty.  Jak  zacznę cokolwiek z 

nim  wyrównywać,  to  będę  miała  małą  szansę,  by  pożyć  jeszcze  trochę,  zatem  wolę  spasować. 

background image

Ciekawa  jestem  jednak  wyniku  rozgrywki.  Kiedy  wyjdziesz  z  tego,  to  daj  mi  znać,  dobrze? 

Przekaż wiadomość na adres Yeniańskiego Związku Pilotów, a dotrze do mnie, choć może nie od 

razu. Tu jest wszystko, co jeszcze sobie przypomniałam, a czego jeszcze nie usłyszałeś. Głównie 

nazwiska i miejsca. Podała mi kartkę. 

- Generał - przeczytałem z lekkim obrzydzeniem. - Zennor lub Zennar... 

-  Nie  jestem pewna,  nigdy  nie  widziałam  tego  na  piśmie.  Słyszałam  tylko,  jak  jeden  z 

oficerów tak się do niego zwrócił, gdy myślał, że są sami... 

- Co to takiego Mortstertoro? 

- Wielka baza wojskowa, być może największa na wyspie. Z niej właśnie zabieraliśmy 

broń,  ale  nie  wypuszczano  nas  ze  statku,  tylko  po  Gartha  przyjeżdżała  biała  limuzyna  z 

proporczykiem,  na  którym  była  masa  gwiazdek.  Wszyscy  salutowali  mu  pierwsi.  On  tam 

faktycznie jest szychą i na pewno coś wiąże go z bazą. Przykro mi, ale nic więcej już nie wiem. 

- I tak wiele - schowałem kartkę. - I co dalej? 

-  Dziś  w nocy  powinniśmy  dostać papiery.  Drogie,  ale  autentyczne,  wystawione  przez 

niewielkie  księstwo  w  głębi  kontynentu,  które  cierpi  na  chroniczny  niedostatek  obcej  waluty. 

Dzięki  nim  mogę  dostać  bilet  na  każdy  odlatujący  statek,  chyba  żeby  ktoś  z  pracowników 

Marynarki  mnie  rozpoznał.  Zdołałam  się  wkupić  w  skład  delegacji  handlowej,  która 

zarezerwowała miejsca już dość dawno, ale jeden z ważniaków nagle zachorował. 

- Kiedy odlatujesz? 

- O północy - odparła cicho. 

- Tak szybko? 

- Właśnie dlatego. Nie lubię długich związków, Jim. 

- Nie rozumiem... 

- To dobrze. Zniknę, zanim zrozumiesz. 

Poczułem  się  głupio.  Muszę  bowiem  przyznać,  że  do  poprzedniego  wieczora  moje 

kontakty z przeciwną płcią były, jak by to powiedzieć... dość sporadyczne i zdecydowanie mniej 

bliskie.  Teraz  nie  bardzo  wiedziałem,  co  odpowiedzieć,  a  nie  przytrafia  mi  się  to  zbyt  często. 

Bibs  przyjęła  to  z  całkowitym  zrozumieniem.  Dotarło  do  mnie,  że  jest  cała  masa  spraw, 

dotyczących kontaktów z kobietami, o których nie mam pojęcia. I chyba nigdy nie będę miał. 

- Nie robiłem precyzyjnych planów... - zacząłem, ale uciszyła mnie, kładąc mi palec na 

ustach. 

background image

- Robiłeś - sprzeciwiła się. - I nie będziesz musiał zmieniać ich z mojego powodu. Byłeś 

mocno zdeterminowany i dokładnie wiedziałeś, co zamierzasz. 

- I nadal jestem. Twój człowiek wziął łapówkę za przewiezienie mnie na Nevenkeblę? 

-  Najpierw ją podwoił.  Kiedy  odkryją, że zniknąłeś z pokładu, stary  Grbonja nigdy  już 

nie uzyska zgody na wpłynięcie do ich portu, a to oznacza przymusową emeryturę. Ta kwota jest 

jedynie uzupełnieniem jego funduszu emerytalnego. 

- A czym zajmuje się poza tym? 

- Eksportuje owoce i warzywa. Popłyniesz z nim jako załogant. Nic mu nie zrobią, jeśli 

uciekniesz, ale zabiorą mu zezwolenie na zawijanie do portu. Z tym już się pogodził. 

- Kiedy się z nim zobaczę? 

- Dziś po zmroku w jego magazynie. 

- Wiec... 

- Zostawię cię tam i pójdę swoją drogą. Jesteś głodny? 

- Dopiero co jadłem. 

- Nie o to mi chodziło... 

Ulice  oświetlały  jedynie  pochodnie  rozmieszczone  na  niektórych  narożnikach. 

Maszerowaliśmy w milczeniu; być może powiedzieliśmy już sobie wszystko (nie wykazywałem 

zbytniego  doświadczenia  w  tych  kwestiach).  Na  wszelki  wypadek  miałem  ze  sobą  świeże 

nabytki:  sztylet  i  nową  pałkę,  którą  od  czasu  do  czasu  postukiwałem  w  mur,  by  ewentualni 

napastnicy nie żywili złudzeń. 

Dość  szybko  dotarliśmy  do  magazynu,  gdzie  Bibs  zastukała  do  niewielkich  zielonych 

drzwiczek.  Po  szeptanej  konwersacji  znaleźliśmy  się  wewnątrz.  Otoczył  nas  słodki  aromat 

owoców,  których  skrzynie  majaczyły  w  niewielkim  kręgu  światła  rzucanego  przez  latarnię. 

Siedział przy niej starzec z siwą brodą i takimiż włosami sięgającymi pasa. Oprócz imponującego 

owłosienia  odznaczał  się  również  okazałym  kałdunem  i  pajęczymi  nóżkami  oraz  zakrywającą 

jedno oko opaską. Drugim okiem przyjrzał mi się jednak uważnie. 

- To jego masz zabrać - oznajmiła Bibs. 

- Zna esperanto? 

- Od urodzenia - wtrąciłem. 

- Daj mi pieniądze. 

- Nie, bo go nie zabierzesz. Ploveci da ci forsę, gdy będziecie w porcie. 

background image

- Chcę je zobaczyć. Może ich być mniej, albo co... - spojrzał na mnie w taki sposób, że 

od razu zrozumiałem: to ja jestem Ploveci. 

Wyjąłem z zanadrza sakiewkę i pokazałem mu część zawartości. Mruknął zadowolony, 

schowałem  więc  wszystko.  Nagle poczułem  na  karku  powiew  chłodnego  powietrza.  Obróciłem 

się błyskawicznie. 

Bibs zniknęła. 

- Możesz tu spać. - Stary wskazał na stertę worków przy ścianie. - O świcie ładujemy i 

wypływamy. 

Wstał, wziął latarnię i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. 

Siadłem z  westchnieniem i oparłem się plecami o  ścianę.  Pałkę ułożyłem na kolanach. 

Naszły mnie niezbyt wesołe rozmyślania na temat: co zrobiłem, co mam zamiar zrobić i co ja tu 

w ogóle robię. 

Jako osobnik rzadko pogrążający się w problemy natury filozoficznej, szybko zasnąłem 

i następną rzeczą, którą ujrzałem, było światło słoneczne wpadające przez otwarte właśnie drzwi. 

Po chwili dopiero zorientowałem się, że leżę z twarzą wtuloną w worek, a pałka spoczywa obok. 

Zerwałem się na równe nogi, sprawdziłem, czy sakiewka jest na miejscu (była) i przeciągnąłem 

się, ziewając przy tej okazji niemiłosiernie. 

Otwarto wrota z drugiej strony magazynu. Za nimi było nabrzeże, przy którym cumował 

spory żaglowiec. Starzec schodził właśnie z pokładu. 

- Ploveci! Pomóż im ładować! 

W  ślad  za  nim  w  magazynie  pojawił  się  co  najmniej  tuzin  facetów,  którzy  zaczęli 

przenosić rozmaite worki, skrzynki i kosze. Nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówili, ale to i 

tak nie miało znaczenia. Robota była monotonna i brudna, a w dodatku niektóre worki zawierały 

jakieś  wyjątkowo  śmierdzące  zielsko,  i  od  tego  smrodu  zaczęły  mi  łzawić  oczy.  Co  ciekawe, 

jedynie  ja  tak  reagowałem.  Robota  skończyła  się  po  zapełnieniu  ładowni,  przy  czym  nie 

uznawano tu takich wynalazków jak przerwy śniadaniowe; dopiero po zakończeniu pracy można 

było  siąść  w  cieniu  i  ugasić  pragnienie  cienkim  piwem,  którego  beczułka  (wraz  z  kuflami  na 

mocnych linkach) stała na pokładzie. 

Grbonja zjawił  się,  ledwie zdołałem opróżnić drugi  kufel, i  wygulgotał coś,  co pewnie 

było  rozkazem  odcumowania,  bowiem  obecni  zerwali  się  do  roboty,  przekształcając  się  z 

tragarzy w matrosów. Na tym już w ogóle się nie znałem, stanąłem zatem z boku, żeby nie plątać 

background image

się  im  pod  nogami  i  przyglądałem  się  tylko.  Nie  zezwoliwszy  na  dłuższe  leniuchowanie,  stary 

polecił mi iść do kabiny, do której sam wmaszerował kilka minut później. 

- Pieniądze - polecił zwięźle. 

-  Żadne  takie,  dziadku.  Dostaniesz,  gdy  będziemy  na  brzegu,  tak  jak  zostało  to 

uzgodnione. 

- Nikt nie może widzieć, że je biorę! 

- Nie ma strachu, nie zobaczy. Stój koło trapu, ja się potknę i wyląduję na tobie. Jak się 

pozbieram, to będziesz miał sakiewkę za pazuchą. Teraz powiedz mi, co zastanę na brzegu. 

-  Kłopoty!  -  jęknął,  próbując  sobie  wyrwać  brodę.  -  Nigdy  nie  powinienem  się  na  to 

zgodzić! Znajdą cię i zabiją, a i mnie załatwią przy tej okazji... 

- Bez nerwów, popatrz na to. - Potrząsnąłem sakiewką. - To spokój na stare lata, domek 

z ogródkiem i beczułka piwa, micha szynki... Pomyśl o radośniejszej stronie życia. Pomyślał, czy 

nie, brzęk pieniędzy miał na niego zaiste zbawienny wpływ. Przestał wyrywać sobie siwe kudły, 

dałem mu zatem garść szczęścia. 

- Masz tu zadatek, na dowód mojej dobrej woli - powiedziałem. - Teraz zastanów się. Im 

więcej  będę  wiedział  o  wyspie,  tym  łatwiej  będzie  mi  uciec.  Nikt  nie  będzie  cię  podejrzewał, 

powiedz zatem, co wiesz. 

- Niewiele... - wymamrotał, koncentrując uwagę na monetach. - Jest tam sporo doków, 

za  nimi  zaś  targ.  Wszystko  otoczone  jest  wysokim  murem,  za  którym  nigdy  nie  byłem.  Nie 

słyszałem, by ktokolwiek tam dotarł. 

- Bramy? 

- Są, i to duże, ale silnie strzeżone. 

- A ten targ... Rozległy? 

- Ogromny. Największy na wyspie. Ciągnie się wiele myldyrów wzdłuż brzegu. 

- A ile ma taki myldyrówl 

- Myldyr. Myldyrów to liczba mnoga. Jeden ma siedemset lathów. 

Wiele mi to mówi. No nic, sam zobaczę. 

Przy wtórze posapywań i narzekań, stary otworzył niewielką klapę w pokładzie i zniknął 

gdzieś w dole, zapewne po to, by ukryć gotówkę. Ja stwierdziłem, że dość mam zaduchu kabiny i 

wyszedłem  na  otwarty  dziób,  gdzie  nikomu  nie  przeszkadzałem.  Słońce  rozpraszało  poranną 

mgłę  i  ze  zdumieniem  stwierdziłem,  że  przepływamy  obok  potężnej  wieży  wyłaniającej  się  z 

background image

morskich  fal.  Była  poobijana  i  bez  dwóch  zdań  bardzo  stara,  ale  musiałem  wysoko  zadrzeć 

głowę, by dojrzeć wierzchołek. Nieźle tu budowano w dawnych czasach. 

Ze  szczytu  wieży  zwisały  szczątki  mostu,  przedłużenia  dawnej  autostrady,  strasząc 

przerdzewiałymi  linami  o  ponad  dwóch  metrach średnicy  każda.  Całość  nadal  robiła  wrażenie. 

Zniszczyć  takie  dzieło  mogła  jedynie  nie  byle  jaka  katastrofa...  albo  i  nie.  Bardziej 

prawdopodobne,  że  była  to  sprawka  władców  wyspy,  którzy  pragnęli  odciąć  się  całkowicie  od 

pogrążającego się w barbarzyństwie kontynentu. 

Zanim zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać, przed dziobem wyrósł szary i smukły 

patrolowiec najeżony działkami, który okrążył nasz statek przy wtórze wyzwisk i gwizdów całej 

załogi.  Brałem  w  tym  aktywny  udział.  Po  pierwsze  po  to,  żeby  się  nie  wyróżniać,  po  drugie, 

byliśmy  tu  legalnie.  Kapitan  patrolowca  musiał  dojść do  tego  samego  wniosku,  gdyż  pożegnał 

nas obraźliwym buczeniem syreny i odpłynął w swoją stronę. 

W pół godziny później zamajaczyła przed nami wyspa. Z początku jedynie jako masyw 

szarej  skały  i  kęp  zieleni,  potem  ujrzeliśmy  zarys  potężnego  miasta  wzniesionego  nad  prawie 

kolistą zatoką. Pomimo wczesnej pory, robota paliła się tu w dłoniach, kominy dymiły na całego. 

Wejścia do  portu broniły  dwa  szare,  groźnie przycupnięte  na  końcach  falochronów  forty.  Lufy 

dział  śledziły  nasz  statek,  choć  przecież  nie  stanowił  on  żadnego  zagrożenia.  Ci  faceci  nie 

żartowali... 

Zaczęło  mi  się  wydawać,  że  ta  jednoosobowa  krucjata  nie  była  najlepszym  pomysłem 

mojego życia. Tyle że nie miałem już odwrotu... 

background image

Opuścić żagle! - ryknął wzmocniony przez megafon głos. - Przyjąć cumy! 

Ryk  nadchodził  z  krępego  holownika,  który  podpłynął  do burty.  Starzec czym  prędzej 

przetłumaczył polecenia i załoga rzuciła się do pracy. 

Wszystko w Nevenkebli było zorganizowane do ostatniego szczegółu, przypadkowi nie 

pozostawiono nawet  cienia  szansy.  Zanim  zdążono  zrefować  żagle,  holownik pociągnął nas na 

wyznaczone  miejsce,  czyli  do  pierwszego  wolnego  kawałka  nabrzeża.  Wszędzie  wkoło 

cumowały przeróżne statki, zajęte wyładunkiem przywiezionych dóbr. 

-  Z  różnych  stron  przybywają  -  wyszeptał  starzec,  stając  obok  mnie.  -  Ten  jest  z 

Penpilick, ten z Grampound, a ta cholera nawet z Praze-an-Beeble, żeby ich zaraza wytłukła! Daj 

mi pieniądze, na brzegu może nie być okazji. 

-  Umowa  to  umowa,  dziadku  -  przypomniałem  mu  grzecznie.  -  Dostaniesz  je  tak,  jak 

powiedziałem. Ani sekundy wcześniej. 

Sapnął rozgoryczony. 

-  Najpierw  pójdę  do  magazyniera.  Dopiero  potem  zaczniemy  rozładunek.  Zabiorą  ci 

papiery i pozwolą chodzić po magazynie. Potem dasz mi pieniądze. 

- Pewnie, że dam. Nie przejmuj się i pomyśl o emeryturze. 

Z brzegu obserwowało nas paru uzbrojonych strażników, gdy parowa winda opuściła na 

pokład trap, po którym stary wdrapał się na nabrzeże. Zastanawiałem  się, czy  przypadkiem nie 

przyszło mu do głowy wydać mnie, może tutaj płacili nagrody za takich jak ja... 

Wrócił  po  kilku  minutach  i  pogonił  załogę  do  roboty,  a  ja  sprawdziłem,  czy  sztylet, 

wytrych i gotówka tkwią za pazuchą; jakby co, nie miałem zamiaru poddać się bez walki. Pałkę 

zostawiłem w kabinie, nie przydałaby się tutaj na wiele, a na pewno rzuciłaby się niepotrzebnie w 

oczy.  Śladem  innych  złapałem  pierwszy  z  brzegu  worek  i  ruszyłem  po  trapie.  Każdy  kolejno 

oddawał  papiery  oficerowi,  który  wpychał  je  do  pudła,  a  następnie  przypinał  do  koszuli  lub 

kurtki  delikwenta  znaczek  identyfikacyjny.  Wyglądał  na  ciężko  znudzonego  tą  czynnością,  co 

dodało mi pewności siebie. 

Przeszło mi, gdy  dostałem  znaczek. Przypiął  mi  go nie  do ubrania, ale do gołej skóry. 

Zacisnąłem zęby i odskoczyłem. Oficer uśmiechnął się z wyraźnie sadystycznym zacięciem. 

- Ruszaj się, durniu! Następny! 

Znalazłem  się  na  brzegu  bez  zwracania  czyjejkolwiek  uwagi.  Idąc  za  poprzednikiem, 

background image

wyniosłem  bagaż  do  mrocznego  magazynu,  gdzie  zwaliłem  worek  na  stertę,  obok  której  stał 

siwowłosy. Na mój widok ożywił się i zawołał coś, machając zawzięcie. 

- Pieniądze! - szepnął, gdy podszedłem. 

Zatoczyłem  się na szefa.  Gdy  się pozbierałem, stary  sapnął z ulgą,  a  ja rozejrzałem się 

po  betonowych  ścianach  i  stalowych  dźwigarach,  i  poszedłem  po  drugi  worek.  Przy  czwartym 

worku  zacząłem  tracić  cierpliwość.  Jeszcze  trochę,  a  statek  zostanie  rozładowany,  a  ja 

poprzestanę na dłuższej wycieczce morskiej połączonej z ćwiczeniami siłowymi. Z tego budynku 

po prostu nie było wyjścia innego, jak tylko na nabrzeże, nie było też miejsca, by się ukryć. Cóż, 

gospodarze naprawdę nie lubili nieproszonych gości i zrobili co tylko w ich mocy, by utrudnić im 

wstęp na wyspę. Potrzebowałem czasu do namysłu. 

- Zrób przerwę na piwo! - poleciłem staremu cicho, mijając go przy wejściu na trap. 

Oficer  poszedł  już  w  cholerę,  ale  dwaj  ponurzy  wartownicy  tkwili  na  molo  jak 

wrośnięci. 

- Nigdy nie robię przerw w pracy! - zaprotestował obrażony kapitalista. 

-  Dziś  będzie  inaczej.  Dzień  jest  gorący,  a  ty  wolałbyś,  żeby  tutejsze  władze  nie 

dowiedziały się, że wynajęto cię do przemytu, co? 

Jęknął  coś,  ale  posłusznie  wrzasnął  kilka  zdań,  które  załoga  przyjęła  z  lekkim 

zaskoczeniem, ale bez protestów. Pospiesznie zebrali się wokół beczułki. Sam też się napiłem, po 

czym siadłem na nadburciu obok trapu. Zerknąłem w górę: buty wartownika. Zerknąłem w dół: 

woda... I wolna przestrzeń pomiędzy palami, na których wspierało się molo. Czyli jednak coś... 

Poczekałem, aż buty znikną z horyzontu, a stary raczy się wreszcie odwrócić, i zsunąłem 

za burtę zwój liny przyczepiony do czegoś na pokładzie. Przy beczce wywiązała się tymczasem 

różnica  poglądów  na  temat  zasad  racjonowania  napoju,  co  wszystkich  żywo  interesowało, 

mogłem  zatem  nie  zauważony  zsunąć  się  cicho  i  szybko  po  linie.  Mając  stopy  w  wodzie, 

puściłem  sznur  i  bez plusku pogrążyłem się  w portowe odmęty.  Czym  prędzej odpłynąłem pod 

molo i rozejrzałem się uważnie. 

Prawdę  mówiąc, niewiele  tu było do oglądania.  Pokryte szlamem deski łączyły  równie 

oślizłe  słupy.  Wokół  pływały  najrozmaitsze  śmieci,  a  całość  śmierdziała  wychodkiem. 

Skierowałem się ku mroczniejszym zakątkom bliżej brzegu, gdzie natknąłem się na chropowatą 

betonową  ścianę  nabrzeża.  Posuwając  się  wzdłuż  muru,  dotarłem  na  drugą  stronę  mola,  gdzie 

statki zacumowane były jednak tak gęsto, że nie dało się miedzy nimi przecisnąć. Nie był to mój 

background image

najlepszy dzień! 

Wracać  nie  mogłem,  pozostało  tylko  jedno:  nurkować  pod  kadłubem  najbliższego 

statku. Teoretycznie  powinien być  obły,  zostawiający  nieco  wody  pod  kilem. Miałem  nadzieję, 

że statki budują tu tak samo jak gdzie indziej. 

Czekać  też  nie  było  na  co,  zdjąłem  więc  buty,  zrobiłem  kilka  głębokich  wdechów  i 

zanurkowałem. 

Było to nader nieprzyjemne doświadczenie. Lewą dłonią przesuwałem po kadłubie, nie 

napotykając  szczęśliwie  żadnej  przeszkody,  niemniej  musiał  to  być  wyjątkowo  duży  statek.  W 

końcu pojaśniało i wynurzyłem się przy dziobie, starając się nie parskać jak wieloryb. Uniosłem 

głowę  -  i  spojrzałem  prosto  na  stojącego  przy  burcie  marynarza,  który  właśnie  się  ku  mnie 

odwracał. 

Czym  prędzej  zanurkowałem  ponownie  i  ruszyłem  ku  następnemu  statkowi.  Goniąc 

resztką sił, wynurzyłem się przy sterze tak niefortunnie, że głowa utknęła mi między nim a burtą 

i trwało chwilę, nim wydostałem się z pułapki wynosząc w skalpie kilka wbitych drzazg. 

Tak  zaczęła  się  nudna  wędrówka  od  mola  do  mola.  Był  to  wyjątkowo  mokry  i  nudny 

sposób  spędzania  dnia.  Początkowo  za  każdym  razem  sprawdzałem  nabrzeże,  ale  wszędzie 

napotykałem  lity  beton,  postanowiłem  zatem  dotrzeć  jak  najszybciej  do  końca  portu. 

Gdzieniegdzie  trafiałem  na  puste  miejsca  zamiast  statków,  co  tylko  ożywiało  monotonię 

wyprawy. Wczesnym popołudniem dotarłem do ostatniego mola. 

Był  odpływ,  toteż  statki  siedziały  nisko  na  wodzie,  dając  mi  lepszą  osłonę.  Kolejne 

nurkowanie  i  wynurzyłem  się  przy  sterze  ostatniej  jednostki,  obok  znanej  mi  do  obrzydzenia 

szarej ściany betonu. 

Falochron! 

Niestety, nabrzeże łączyło się w jedno z falochronem, nie zostawiając żadnej szczeliny 

dość szerokiej, by się w nią wcisnąć. Co za cholerni pedanci to budowali!? 

Kółko  się  zamknęło,  a  ja  wyszedłem  na  durnia.  Ewentualny  brak pomysłów  groził,  że 

wkrótce  może  to  być  dureń  martwy.  Owszem,  można  było  się  poddać,  ale  zanadto  opanowała 

mnie wściekłość. Gdyby tak ukryć się pod którymś z pomostów... Nie, ledwie odkryją, że znik-

nąłem,  przeszukają  je  dokładnie.  Magazyny  odpadały  w  przedbiegach.  Co  zatem?  To,  co 

niemożliwe, jak mawiał Hetman. A co było niemożliwe? 

Ukrycie  się  przed  żołnierzami,  którzy  będą  mnie  szukać.  Należało  zatem  do  nich 

background image

dołączyć,  czyli  zjawić  się  tam,  gdzie za  nic nie będą  się  mnie  spodziewali: w  forcie na  główce 

falochronu. 

Pomysł był czysto wariacki, ale jednak wykonalny. Tym bardziej, że na pokładzie nade 

mną  rozległy  się  komendy  i  tupot  stóp,  świadczące  o  rychłym  wypłynięciu.  Była  to  jedyna 

nadzieja  na  dotarcie  do  fortu,  bowiem  samodzielnie  żeglującego  wypatrzyliby  mnie 

błyskawicznie, przylepionego do kadłuba, a nie powinni. 

Podniesiono żagiel i ruszyliśmy. Podróż nie należała do miłych, ale dała się przeżyć. Z 

początku płynąłem pod wodą trzymając się kurczowo steru, by nie zostać zauważonym z brzegu. 

Potem pokazał  się pienisty kilwater i omal nie udusiłem  się,  próbując złapać  powietrze, jednak 

nie mając innego wyjścia, szybko opanowałem tę sztukę. 

Gdy  byliśmy  już dalej, sam prąd przyciskał mnie  do pióra  steru  i wystarczyło trzymać 

głowę  nad  wodą,  by  przemieszczać  się  całkiem  wygodnie  i  w  kompletnej  anonimowości.  Na 

szczęście  kurs  zmieniano  tylko  raz  i  udało  mi  się  w  porę  przesunąć  dłonie,  dzięki  czemu  ster 

mnie nie zabił, a sternik niczego nie zauważył. 

Fort rósł w oczach, ale poczekałem, aż będzie naprawdę blisko, i dopiero wtedy wziąłem 

głęboki  oddech,  puściłem  ster  i  popłynąłem.  Perspektywa  zakończenia  wędrówki  dodawała  mi 

sił, dzięki czemu bez przeszkód pokonałem prąd płynąc przy samym dnie. Myślałem, że mi płuca 

pękną, gdy wynurzyłem się wreszcie przy kamiennej ścianie, z której spoglądały w różne strony 

działa rozmaitych kalibrów. Między kamieniami było dość szczelin, aby przytrzymać się podczas 

opływania fortu wokoło i sprawdzania, co jest po drugiej stronie falochronu. 

Okazało  się,  że  normalna  plaża,  przystań  jachtowa  i  cała  masa  kajaków,  motorówek, 

rowerów  i  skuterów  wodnych,  z  których  niechybnie  by  mnie  dostrzeżono,  gdybym  próbował 

wylądować  na  brzegu.  Tutaj  też  nie  za  bardzo  mogłem  pozostać,  a  to  ze  względu  na 

obserwatorów  na  przepływających  statkach.  Pozostało  tylko  jedno:  wspiąć  się  na  szczyt  fortu, 

póki nikt nie  mija  wejścia do portu dość oddalonego,  bym był  niewidoczny dla nieuzbrojonego 

oka. Fort zaś był częściowo betonowy i wspinaczka po zaokrąglonych ścianach nie przedstawiała 

problemu. W teorii, naturalnie. 

W  rzeczywistości  wyglądało  to  nieco  mniej  radośnie,  ale  dotarłem  szczęśliwie  do 

połowy  drogi  i  zrobiłem  sobie  chwilę  przerwy  pomiędzy  dwoma  strzelnicami,  z  których 

wyglądały  wielkolufe  działa.  Pusta  powierzchnia  wody  była  dobre  dwadzieścia  metrów  pode 

mną.  Nie  należało  jednak  przeciągać  struny,  bo  w  każdej  chwili  coś  mogło  nadpłynąć,  na 

background image

przykład tutejsza kanonierka. 

- Jim, daj ognia - usłyszałem, i omal się nie puściłem. 

Dotarł  do  mnie  aromatyczny dym cygara. Żeby  trafić  na  dyżurnego  artylerzystę o  tym 

samym imieniu, naprawdę trzeba mieć pecha. Na szczęście wciąż nikt nie zwrócił na mnie uwagi, 

ale wobec bliskości załogi nie śmiałem nawet drgnąć. 

- Ten nowy kapitan... coś trzeba będzie z nim zrobić - usłyszałem. 

- A trzeba, bo to bydlę. Trutka na szczury? 

-  Nie.  Słyszałem,  że  na  północy  załatwili  tak  jakiegoś  gnojka,  ale  potem 

zdziesiątkowano cały pułk. Wiesz, rozwalono co dziesiątego. 

-  Gówno  prawda.  Zwykłe  gówniane  plotki.  Tak  jak  obdzieranie  ze  skóry.  Wszyscy  o 

tym mówią, ale nikt nie widział... 

- Kapitan! 

Niedopałek poszybował obok mnie, a z wnętrza dobiegł pospieszny tupot. Korzystając z 

okazji, ruszyłem w górę i po minucie byłem już na zaokrąglonym dachu, przeganiając przy okazji 

wyraźnie  zdegustowaną  mewę.  Poza  obłością  przy  brzegach,  dach  był  płaski  i  pokryty 

historycznymi  wręcz  pokładami  ptasiego  gówna.  Położyłem  się  na  plecach  i  rozejrzałem.  Nic, 

tylko niebo i szczyt jakiejś odległej góry. Ślicznie, znaczyło to bowiem, że można mnie dostrzec 

jedynie  z powietrza,  a  nie widziałem tu przez cały  dzień żadnych  samolotów, helikopterów  ani 

lotni.  Na  pewno  istniały,  ale  najwyraźniej  nie  zapuszczały  się  w  te  okolice.  Słoneczko 

przygrzewało jeszcze miło, przymknąłem więc oczy i natychmiast zasnąłem. 

Obudziłem się nagle, bo chmura przysłoniła słońce, a mnie wydało się, że ktoś nade mną 

stanął.  Zasypianie  nie  było  zbyt  mądrym  posunięciem,  ale  przymusowa  kąpiel  nazbyt  mnie 

wykończyła.  Poza  tym najwyraźniej nikt niczego nie zauważył.  Słońce stało  już  znacznie niżej, 

co oznaczało rychły zmierzch i możliwość ruszenia się z tych wysokości. Byłem głodny, przede 

wszystkim  zaś  chciało  mi  się  pić.  Na  razie  jednak  duch  musiał  być  ważniejszy  od  materii  i 

pozostało mi ćwiczyć silną wolę. 

Wreszcie  zapadł  mrok  i  oczekiwanie  dobiegło  końca.  W  forcie  rozbłysły  światła  i 

rozległy  się  komendy.  Podpełzłem  na  skraj  dachu.  Na  dziedzińcu  żołnierze  maszerowali  w 

małych grupach w tę i z powrotem przy wtórze ryków oficerów. W końcu jedna grupa zniknęła w 

środku,  druga  zaś  ruszyła  szerokim  falochronem  w  kierunku  portu.  Drogę  oświetlali  sobie 

latarnią, poczekałem zatem profilaktycznie, aż znajdą się na stałym lądzie. 

background image

A potem zgasły wszystkie światła. 

Zamrugałem  gwałtownie  oczami,  nie  wierząc  własnemu  szczęściu.  Dopiero  po  chwili 

wrócił mi rozsądek - wygaszanie  świateł było  logicznym  posunięciem:  artylerzyści mieli nocną 

służbę i lepiej było nie świecić im po oczach, jeśli mieli widzieć cokolwiek. Ktoś tu myślał. 

Odczekałem,  aż  wzrok  przyzwyczai  się  do  ciemności  i  w  blasku  gwiazd  zszedłem 

ostrożnie  na  dziedziniec.  Jedyne  widoczne  w  murze  fortu  pancerne  drzwi  były  zamknięte  na 

głucho. Nie one zresztą interesowały mnie najbardziej, pospiesznie ruszyłem zatem ku brzegowi, 

starając się przy tym zachować ciszę. 

W miarę jak fort zostawał z tyłu, szedłem coraz spokojniej, rozglądając się po okolicy. Z 

lewej  miałem  kotwicowisko  jachtów,  w  większości  ciemnych,  choć  z  niektórych  bił  blask  aż 

oczy  bolały  i  słychać  było  pijackie  śpiewy.  Powietrze  było  rześkie,  droga  równa,  ale  niestety, 

zawsze  mówiłem,  że  nadmierna  pewność  siebie  zgubiła  już  niejednego.  Pogrążony  w 

rozmyślaniach, jak ostatnia ślepa fujara, wlazłem na metalową barierkę oddzielającą falochron od 

molo  i natychmiast znalazłem się w blasku co najmniej trzech  reflektorów,  a  okolica rozjarzyła 

się  niczym  w  trakcie  pożaru.  Jedyną  korzyścią  była  możliwość  stwierdzenia,  że  dalszą  drogę 

przegradza mi płot i zamknięta metalowa furtka. 

background image

Odskoczyłem  od  płotu  jak  oparzony,  rozejrzałem  się  gorączkowo  wokół  i  padłem  na 

ziemię, oczekując nieuniknionej komendy. 

Która  nie  zabrzmiała.  Światła  jaśniały,  port  był  pusty,  a  mną  nikt  się  nie  interesował. 

Tyle  tylko,  że  nabrzeżem  maszerował  w  moją  stronę  oddział  żołnierzy.  Małe  były  szansę,  aby 

mnie dostrzegli, natomiast rozważania, czy włączyłem jakieś urządzenie alarmowe, czy też cały 

ten  lunapark  był  dla  nich,  żeby  sobie  krzywdy  nie  zrobili,  były  zupełnie  nie  na  miejscu.  Portu 

miałem  dość,  przeczołgałem  się  zatem  na  skraj  falochronu  od  strony  kotwicowiska  jachtów  i 

ostrożnie zsunąłem się po spadzistej ścianie, aż dotknąłem stopami chłodnej wody. Przez chwilę 

myślałem, czyby  nie zostać  w tej pozycji,  ale nie. Wystarczył  mały  błysk latarki, żeby odkryto 

mnie  rozpłaszczonego  jak żaba na betonie  i podobnie bezradnego.  Nie po to  wysilałem się cały 

dzień,  by  teraz  tak  głupio  ryzykować.  Czym  prędzej  schowałem  się  w  wodzie  i  najciszej,  jak 

potrafiłem, popłynąłem do brzegu, gotów w każdej chwili nurkować, gdyby zaszła taka potrzeba. 

Nie zaszła; patrol przedreptał mimo, otworzył sobie bramę, przeszedł, zamknął ją za sobą i ruszył 

w stronę fortu. Diabli wiedzą, co to było: niespodziewana inspekcja, wzmocnienie garnizonu czy 

inne licho. Zresztą nie było to moje zmartwienie. 

Należało  natomiast  zdecydować  się,  co  dalej,  i  to  możliwie  szybko,  gdyż  promenada 

była coraz bliżej. Bosy, mokry i nie znający okolicy, musiałem póki co pozostać niezauważony. 

Zaraz, zaraz, czemu właściwie mokry i bosy? A jachty? Powoli odbiłem nieco w bok, wpływając 

pomiędzy zakotwiczone jednostki. Było za wcześnie na spoczynek, toteż należało założyć, że te 

ciche i ciemne są jednocześnie puste. Poszukałem dużego jachtu motorowego i wlazłem na jego 

pokład po umocowanej na rufie drabince. Światło gwiazd i poblask z brzegu pozwoliły dostrzec 

wygodny fotel, koło sterowe i zejściówkę prowadzącą pod pokład. Zamkniętą. 

Było  to  miłe,  znaczyło  bowiem,  że  właściciel  trzyma  tam  coś  wartego  kradzieży.  Bez 

trudności  dostałem  się  do  środka  i  zabrałem  się  za  mozolne  przeszukiwanie  kabiny,  które 

przeprowadzić trzeba było po omacku. Wnętrze było typowe: koje wzdłuż burty, pod nimi szafki, 

powyżej  półki.  Co  prawda  niektórych  rzeczy  nie  rozpoznawałem,  nieco  też  się  poobijałem  i 

zdrowo  nakląłem,  ale  w  końcu  zwinąłem  łupy  w  koc,  wyniosłem  je  na  pokład  i  obejrzałem 

dokładnie. 

To,  co  po  omacku  przypominało  butelkę  z  zakrętką,  rzeczywiście  było  butelką  z 

zakrętką,  którą  natychmiast  zdjąłem  i ostrożnie  spróbowałem zawartości  naczynia,  maczając  w 

background image

niej palec. Bardzo słodkie wino, którego normalnie bym nie ruszył, ale po takim dniu smakowało 

niczym  ambrozja.  Metalowe  pudełko  zawierało  suchary  (zgodnie  z  przypuszczeniami),  ale  tak 

twarde,  że  omal  nie  połamałem  sobie  zębów  (niezgodnie  z  przypuszczeniami).  Wymoczone  w 

winie nieco zmiękły, zjadłem je zatem do ostatniego, czknąłem i poczułem się nieco lepiej. 

Dalsze  przeszukiwanie  trofeów  prowadziłem  w  nadziei  znalezienia  jakiejś  garderoby. 

Pierwsza wpadła mi w ręce skórzana minisukienka, potem koronkowe majtki. Ładne, ale nie na 

mnie.  To,  co  niezbyt  dawało  się  zidentyfikować,  skłonny  byłem  uznać  za  damskie,  resztę  zaś 

eliminowałem  metodą  prób  i  błędów,  dochodząc  w  końcu  do  względnego  ładu,  chociaż 

zestawienie  kolorystyczne  stroju  miało  pozostać  do  rana  tajemnicą.  Spodnie  były  za  luźne,  ale 

linka  zamiast paska  rozwiązała  ten  problem.  Koszula  pasowała  nieco  lepiej,    a  sięgająca  kolan 

marynarka mogła być ostatnim krzykiem tutejszej mody. Buty trzymały się na stopach znacznie 

lepiej po wypchaniu czubków pończochami. Rozebrałem się,  zadowolony,  wpakowałem  rzeczy 

w  pudło po sucharach  i  włożyłem moje  stare ubranie. Puszkę zapakowałem w   foliowy   worek 

mając  jedynie  nadzieję,  że  okaże  się  szczelny,  resztę  zaś  zdobyczy  zniosłem  z  powrotem  do 

kabiny. 

Zaczynało się robić chłodno, toteż najwyższy był czas ruszać dalej. Byłem zmęczony i 

potrzebowałem  snu,  ale  nie  mogłem  sobie  na  razie  nań  pozwolić.  Dopiłem  wino,  wyrzuciłem 

butelkę za burtę i zszedłem do wody. Na szczęście do brzegu było niedaleko, jedną ręką bowiem 

podtrzymywać  musiałem  na  głowie  ładunek,  drugą  zaś  machać  w  wodzie  we  wzmożonym 

tempie.  Dość  wypompowany  wydostałem  się  w  końcu  na  brzeg  i  pod  osłoną  skał  zmieniłem 

przyodziewek,  zakopując  stary  w  piasku.  W  cholewkę  buta  wsunąłem  sztylet,  gotówkę 

umieściłem za pazuchą i z wytrychem w kieszeni ruszyłem na podbój wyspy. 

Przede  wszystkim  miałem  ochotę  znaleźć  jakieś  spokojne miejsce,  aby  się  zdrzemnąć, 

ale  to  byłby  największy  możliwy  błąd.  Ci  tutaj  sprawy  bezpieczeństwa  traktowali  nader 

poważnie,  schronienie  mogłem  zatem  znaleźć  jedynie  w  mieście.  Ruszyłem  więc  w  cieniu 

promenady do prowadzących na nią schodków. 

Na szczęście pokonałem je ostrożnie, a jeszcze ostrożniej wyjrzałem na górę. Stało tam, 

niestety,  dwóch  umundurowanych  i  uzbrojonych  osobników,  toteż  pospiesznie  wróciłem  na 

plażę.  Policzyłem  do  dwustu  i  wyjrzałem  ponownie.  Indywidua  zniknęły,  przechodniów  było 

niewielu,  toteż  spokojnie  wylazłem  na  promenadę  i  skierowałem  się  ku  miastu.  Skręciłem  w 

pierwszą prowadzącą od brzegu uliczkę, gdzie minąłem parę osób. Moje ubranie nie zwróciło ich 

background image

uwagi, co podniosło mnie na duchu. Za następny cel wybrałem najbliższe źródło głośnej muzyki. 

Przeczucie mnie nie zawiodło - hałas dochodził z baru opatrzonego napisem: TAŃCE I 

NAPITKI - WEJDŹ, A NIE WYJDZIESZ. 

Należało  to  zapewne  rozumieć  jako  zaproszenie  na  wieczorek  taneczno-bokserski,  ale 

wszedłem do środka. 

Kształt i wygląd barów są zwykle wszędzie podobne, może dlatego, że jak wszechświat 

długi  i szeroki,  muszą one spełniać te same  funkcje, czyli pomagać  w spożyciu jak największej 

ilości  napojów  alkoholowych  w  możliwie  najkrótszym  czasie,  do  czego  niezbędne  są:  krzesła, 

stoły, bufet i półki na butelki. Reszta jest kwestią folkloru. 

Siadłem  przy  pierwszym  wolnym  stole,  reszta  gości zaś zignorowała  mnie  w  podobny 

sposób,  jak  ja  ich.  Zamówiłem  u  pulchnej  kelnerki  w  kusej  spódniczce  piwo.  Kelnerka  z  kolei 

zignorowała  dochodzące  od  sąsiedniego  stolika  gwizdy  kilku  nastolatków,  raczących  się 

mocniejszymi spirytualiami. 

Wróciła  zadziwiająco  szybko,  a  piwo  okazało  się  całkiem  niezłe  i  zimne.  Należność 

odliczyła sobie z monet, które wzorem innych gości położyłem po prostu na blacie, i wróciła za 

bufet. Zdołałem oderwać się od kufla dopiero, gdy została w nim ledwie jedna trzecia zawartości. 

Otarłem  pianie  z  ust,  kiedy  do  wnętrza  wpadł  zdyszany  młodzik  i  podbiegł  do  sąsiedniego 

stolika. 

- Gliny! - wychrypiał. 

Słysząc  to,  dwóch  młodzieńców  zerwało  się  na  nogi  i  pognało  ku  tylnemu  wyjściu. 

Zebrałem gotówkę, dopiłem piwo i pospiesznie ruszyłem w ich ślady. Coś wisiało w powietrzu, 

choć dokładnie nie wiedziałem co.  Słowo  „gliny"  w całej galaktyce oznacza policję,  a sądząc z 

reakcji  małolatów,  instytucja  ta  uznawana  była  w  okolicy  za  realne  niebezpieczeństwo.  Na 

ostrożności  jeszcze  nikt  nie  stracił,  pomyślałem,  przemierzając  mroczny  korytarzyk.  Właśnie 

miałem otworzyć drzwi, gdy z drugiej strony jęknęła syrena, a przez szpary wdarł się ostry blask 

reflektora. 

- Co ja widzę? - zdziwił się jakiś przepity głos. - Czyżbyście znowu próbowali prysnąć 

tylnymi drzwiami, ledwo od frontu pojawił się patrol? Dokumenty! 

- Nic nie zrobiliśmy. 

- To się okaże. Dalej! Znieruchomiałem, czekając na ciąg dalszy. 

-  No,  no  -  zarechotał  sznapsbaryton.  -  Oba  przeterminowane.  Nie  uchylacie  wy  się 

background image

przypadkiem od poboru, rybeńki? 

- Tego... źle wpisali w urzędzie... 

- Sprawdzimy. Coś dużo takich ostatnio. No, to poprosimy z nami do wyjaśnienia. 

Światło  i  odgłosy  oddaliły  się.  Odczekałem  jeszcze  chwilę  i  wyszedłem.  Aleja  była 

ciemna i cicha. Uśmiechnąłem się; po najeździe policji bar wydawał mi się najbezpieczniejszym 

miejscem  w  okolicy.  Policzyłem  do  stu,  ale  nikt  za  mną  nie  wyszedł.  Policzyłem  jeszcze  do 

trzystu i wróciłem do sali. Policji nie znalazłem, wpadł mi za to do głowy pewien pomysł. 

Przy  stoliku  siedziało  jeszcze  czterech  młodych  facetów,  w  tym  posłaniec,  który 

przyniósł wieść o policji. Siadłem przy nich na wolnym stołku. 

- Dorwali obu - oznajmiłem smutno. 

-  Mówiłem  Bilowi,  że  potrzebuje  nowych  papierów,  ale  nie  chciał  słuchać  -  mruknął 

blondyn, posłaniec. - Ale ty musisz mieć niezłe flepy. 

Moje flepy od dawna są nieważne - odparłem, kiwając na kelnerkę. 

-  To  powineneś  był  zostać  w  Pensildelphii  -powiedział  młodzieniec  w  złoto-zielonej 

koszuli, od której aż oczy bolały. 

- A skąd wiesz, że stamtąd jestem? 

- A niby skąd masz być, jak gadasz z takim akcentem? 

Doskonale.  Miałem przed  sobą grupę  kombinatorów nie mających żadnej ochoty  pójść 

do  wojska,  z  których  jeden  był  najprawdopodobniej  policyjnym  kapusiem,  ja  zaś  mogłem 

spokojnie twierdzić, że pochodzę z miasta na wyspie. Nieźle się zaczynało. 

- Powinieneś postarać się o nowe flepy - powiedział przypuszczalny kapuś. 

- Łatwo gadać. U nas się nie da - warknąłem. 

- Tu też niełatwo. Chyba że ma się chody. 

- Ja nie mam. - Wstałem. - Cześć, miło się gadało. 

Zanim wyszedłem, sprawdziłem jeszcze, czy jakiś glina nie szwenda się po okolicy, ale 

nic.  Stanąłem parę  kroków od drzwi  i  czekałem. Niedługo. Blondyn zjawił  się, nim  minęło  pół 

minuty. 

- Cwany jesteś - przyznał. - Po co wszyscy mają wiedzieć, o co chodzi. Jestem Jak. 

- Ja Jim. 

- Też ładnie. Ile masz? 

- Niewiele, rok nie był najlepszy. 

background image

- Skontaktuję cię z facetem, który ma lewe flepy za trzy kawałki. Same papierki kosztują 

dwadzieścia. 

- Papiery nie są warte więcej niż dziesięć, a dla ciebie mam półtora. 

- Popatrz no, jak to się na prowincji wyrobili. Dobra, dawaj łapę i gotówkę. 

Dałem  mu  jedno  i  drugie,  a  potem  przyłożyłem  mu  sztylet  do  grdyki,  naciskając 

leciutko, tak tylko, by ledwie przebiło skórę, i pokazałem mu ostrze z kroplą jego własnej krwi. 

Przez cały czas ani drgnął. 

-  Takie  ubezpieczenie  na  wszelki  wypadek  -  wyjaśniłem  łagodnie.  -  Gliniarze  czekali 

przy  tylnym  wyjściu,  a  nie  wierzę  w  cuda.  Grasz  na  obie  strony,  ale  to  mnie  mało  obchodzi; 

wolałbym,  żebyś  na  razie  pozostał  po  mojej  stronie.  Jak  nie,  to  znajdę  cię  i  załatwię  ci  trwały 

uśmiech od ucha do ucha. Wolny wybór. Jasne? 

- Rozumiem - wykrztusił. 

Schowałem nóż i poklepałem go po ramieniu. 

- Podobasz mi się, Jak. Szybko się uczysz. 

Ruszyliśmy  w  milczeniu.  Miałem  nadzieję,  że  ma  charakter  odmienny  od  mojego,  ja 

bowiem na groźby reaguję tym większym uporem. No, ale ja nie byłem kapusiem. 

Mijaliśmy  liczne  bary,  do  których  Jak  niezmiennie  zaglądał,  ale  wszedł  dopiero  do 

piątego.  Miejsce  pełne  było  tytoniowego  dymu  i  ogłuszającego  łoskotu  dobywającego  się  z 

głośników  wielkich  niczym  szafy.  Na  szczęście  gruby  jegomość  we  wściekle  jaskrawym 

garniturku siedział w dość cichym kącie. Oprócz jadowitego wdzianka wyróżniała go szklanka z 

drinkiem, który sądząc po barwie i konsystencji był albo z drinków dojrzewających, albo wprost 

trujący. 

- Cześć, Kapitanie - powitał go mój przewodnik. 

- Spadaj. Nie pasujesz do mebli. 

-  Żarty się pana trzymają.  Mam  tu  materiał na akt miłosierdzia.  Ten tutaj  unikał złego 

losu, ale żeby dalej mu się wiodło, potrzebuje nowych flepów. 

Ile masz przy sobie? -małe oczka zainteresowały się po raz pierwszy moją osobą. 

- Jak powiedział, że dla niego półtora, dla pana dziesięć. Swoje już dostał. 

- Zełgał. Cena to dwanaście, a dolę ja mu odpalam. 

- Zgoda. 

Transakcja  odbyła  się  natychmiast.  Ja  dałem  pieniądze,  on  oprawną  w  plastik 

background image

książeczkę,  w  której  znalazłem  zdjęcie  młodzieńca,  za  jakiego  mogłem  uchodzić  i  który 

przypominał połowę męskiej populacji wyspy do lat dwudziestu pięciu. 

- Tu jest napisane, że mam piętnaście lat - zaprotestowałem. 

- Młodo wyglądasz. Jak sobie dodasz parę latek, to witaj w armii. 

- Młodnieję w oczach - mruknąłem, chowając dokumenty. - Dzięki za pomoc. 

- Nie ma za co, do usług. Jak będziesz miał bejmy, naturalnie. 

Wyszedłem z  baru, znalazłem niedaleko  ciemną bramę  i znieruchomiałem,  obserwując 

wyjście.  Jak  pojawił  się  po  paru  minutach  i  pogwizdując  ruszył  ulicą.  Poszedłem  za  nim  i 

dopadłem go w niezbyt dobrze oświetlonym przejściu. Odwrócił się, spłoszony. 

- Spokojnie, to tylko ja. Chciałem ci podziękować. 

- Drobiazg. 

- I poprosić o jeszcze jedno. Pokaż mi swoje papiery. Nie lubię nikogo podejrzewać, ale 

wolę upewnić się, że Kapitan nie walnął mnie w rogi. 

- Nie zrobiłby tego! 

- Też tak myślę, ale wolę mieć pewność. - Światło jedynej w okolicy latarni sugestywnie 

odbijało się w ostrzu sztyletu. Czym prędzej podał mi dokumenty. 

Obejrzałem  je dokładnie. Wyglądały  łudząco podobnie do moich, zatem zwracając  mu 

jego własność,  przezornie  je zamieniłem. To był jednak podejrzliwy typ.  Sprawdził,  co dostał i 

szczęka mu opadła. 

- To nie moje... - warknął. 

-  Święta  prawda.  Sam  mówiłeś,  że  są  dobre,  no  to  możesz  ich  spokojnie  używać.  Ja 

chwilowo nacieszę się twoimi. 

Nie  zwracając  uwagi  na  jego  protesty,  skierowałem  się  ku  położonemu  na  wzgórzu 

centrum  miasta.  Byle  dalej  od  portu,  bliżej  lepszych  dzielnic,  gdzie  mniej  jest  drobnych 

złodziejaszków.  Byłem  z  siebie  zadowolony.  Te  dokumenty,  które  kupiłem,  mogły  nawet  być 

autentyczne,  wówczas  Jak  nic  na  tym  nie  tracił,  jednak  jego  papiery  musiały  na  pewno  być  w 

porządku, o to zatroszczyła się już z pewnością policja. 

W  miarę  oddalania  się  od  portu  budynki  stawały  się  coraz  wyższe,  ulice  czyściejsze, 

całość spokojniejsza. Ja zaś czułem się coraz bardziej zmęczony, zatem kolejny bar przyciągnął 

mnie niczym magnes. Pluszowe zasłony, łagodne oświetlenie, skórzane obicia i zgrabna kelnerka 

oznaczały  miejsce  o  wiele  ciekawsze  od  niedawno  poznanego.  Mój  strój  nie  zwrócił  niczyjej 

background image

uwagi, ale spojrzano na mnie osobliwie, gdy dałem napiwek przy płaceniu za piwo. 

Nareszcie  miałem  trochę  spokoju.  Miałem,  niestety,  czyli  ma  tu  zastosowanie  czas 

przeszły. To  miasto  roiło  się od policji, która  zwykła  łazić parami. Właśnie kolejny  taki  zestaw 

władował  się  do  środka,  zanim  skończyłem  piwo.  Nie  spiesząc  się,  sprawdzali  kolejno 

dokumenty. W końcu podeszli do mojego stolika. 

- Dobry wieczór panom - powitałem ich uprzejmie. 

- Bez wygłupów. Dokumenty! 

Podałem im je spokojnie. Wyższy zerknął, wytrzeszczył oczy i parsknął, dziwnie czymś 

ucieszony. 

- I kogo tu mamy! - zarechotał. - Zbyt daleko kapucha odszedł od domciu. Brzydko, Jak, 

bardzo brzydko. 

- To wolny kraj. 

- Dla ciebie już nie, robaczku. Układ był tylko między tobą a posterunkiem portowym, 

mój chłopcze. Kręcisz się po ich rewirze i wydajesz kumpli, w zamian za co oni cię nie ruszają. 

Skrewiłeś, wszedłeś na cudze podwórko. 

- To ja już wracam. 

-  Za  późno!  -  Jakoś  im  to  zgodnie  wyszło.  -  Wypadłeś  z  interesu,  bratku.  Witamy  w 

armii! 

Mieli zbyt dużą przewagę, aby walczyć, toteż spokojnie dałem się wyprowadzić. Kląłem 

przy tym w duchu własną przebiegłość ile wlezie. Przechytrzyłem się samodzielnie, dobrowolnie 

i na własną prośbę, w wyniku czego właśnie miałem iść w kamasze. 

background image

7

 

Cela była mała, wyrko twarde, ale to mi nie przeszkadzało. Zachrapałem, zanim jeszcze 

uczciwie  się  położyłem.  Spałem  martwym  bykiem,  aż  obudziło  mnie  słońce  i  do  chwili,  gdy 

przypomniałem sobie,  gdzie właściwie  jestem, czułem się całkiem dobrze. Potem dopadła  mnie 

niejaka  depresja  w  towarzystwie  głodu.  Pobieżna  rewizja  wykazała,  że  odebrano  mi  jedynie 

sztylet, mogłem zatem ewentualnie próbować stąd wyjść. 

- Jestem głodny! - zawył gdzieś niedaleko młodzieńczy głos. 

- Jeść! - dołączyły inne.  - Nie jesteśmy kryminalistami! 

-  Mama  zawsze przynosiła  mi śniadanie  do  łóżka...  Ta  ostatnia  kwestia  niezbyt  mi  się 

spodobała, ale ochoczo dołączyłem do chóru. 

-  Dobra,  dobra,  zamknijcie  się  -  rozległ  się  starszy  i  solidnie  przepity  głos.  -  Żarcie  w 

drodze. I tak macie szczęście, bo za uchylanie nic nie powinniście dostać. 

-  A  sierżant  jakoś  też  nie  w  armii  -  wypalił  ktoś  odważniejszy  niż  cała  reszta  razem 

wzięta. 

Oczekiwanie  faktycznie  było  krótkie,  chociaż  i  tak  nie  za  bardzo  było  na  co  czekać. 

Otrzymaliśmy cieniutką i ledwie jadalną zupkę jarzynową. Niezbyt miły akcent na początek dnia, 

który nie wiadomo właściwie co obiecywał. 

Pora  karmienia  minęła  i  zostawiono  nas  w  spokoju,  miałem  zatem  dużo  czasu,  by 

wpatrywać się w popękany sufit, dochodząc z wolna do optymistycznego wniosku, że właściwie 

to  nie  jest  tak  źle.  Byłem  cały  i  zdrowy,  w  miarę  najedzony,  przebywałem  legalnie  (!)  na 

terytorium  Neven-kebla,  chwilowo  poza  podejrzeniami,  na  dodatek  czekała  mnie  obiecująca 

kariera  w  wojsku,  do  której  po  Spiovente  miałem  zdecydowanie  lepsze  przygotowanie  niż 

ktokolwiek  inny  w  tym  zakładzie.  Poza  tym  Garth  alias  Zennor  też  był  w  wojsku,  co  mogło 

zostać wykorzystane dla realizacji moich planów. No i miałem wytrych, dzięki któremu powinno 

udać się zniknąć w razie nagłej potrzeby... 

Gdzieś  koło  południa,  gdy  zaczęły  się  już  rozlegać  wycia  na  temat  kolejnego posiłku, 

dosłyszałem  trzaskanie  drzwi  do  cel.  Wycia  momentalnie  zmieniły  się  w  jęki  skuwanych 

łańcuchami w jeden szereg nieszczęśników. Łącznie zebrało się nas piętnastu. 

Wśród  licznych,  acz  mało  urozmaiconych  przekleństw  zaprowadzono  nas  do  furgonu 

napędzanego  szczęśliwie  elektrycznością,  dzięki  czemu  nie  musiałem  wdychać  smrodu  spalin. 

Pojechaliśmy  przez  miasto,  które  wyglądało  całkiem  normalnie,  jak  w  każdym  w  miarę 

background image

zaawansowanym technologicznie świecie. Nic dziwnego, że odcięli się od reszty tej planety. 

Wewnątrz karetki więziennej nie było naturalnie siedzeń, rzucało więc nami na każdym 

wyboju i zakręcie. 

- Ile czasu unikałeś? - spytał szczupły brunet przykuty do mego prawego nadgarstka. 

- Całe życie. 

- Zabawne. Ja tylko sześć miesięcy, a teraz mogiła. 

- Przecież nie umrzesz. To tylko wojsko. 

-  A co za różnica? Mojego brata wzięli w zeszłym roku. Przemycił list do mnie, wtedy 

zdecydowałem się unikać. Wiesz, co mi napisał? 

Tego  akurat  nigdy  się  nie  dowiedziałem,  gdyż  karetka  zatrzymała  się  z  szarpnięciem, 

drzwi stanęły otworem i polecono nam wysiąść. Scenka, jaka przedstawiła się naszym oczom u 

wejścia na plac,  była jakby  wyjęta  z  marzeń sadysty,  czyli  wojskowego. Plac pełen był  karetek 

więziennych  i  rozmaitych  innych  środków  lokomocji,  z  których  pod  konwojem  wyganiano  do 

wysokiego  budynku  podobne  naszej  grupki  młodych  mężczyzn,  wśród  których  większość 

stanowili  wyraźnie  ci,  którzy  zjawili  się  tutaj  bez  dodatkowych  zabiegów  policji.  Widocznie 

drobiazg, czy ktoś usiłował uniknąć poboru, czy nie, nie  miał żadnego znaczenia dla tutejszych 

specjalistów. Liczyła się sztuka, a nie sposób, w jaki ją zdobyto. 

Zaraz  za  drzwiami  zdięto  nam  kajdanki  i  zapędzono  do  kolejki  razem  z  normalnymi 

poborowymi. 

I zaczął się młyn. 

Z początku nawet tak źle to nie wyglądało. Kolejka przesuwała się ku rzędowi okienek, 

za  którymi  urzędowały  grube  matrony  w  wieku  mocno  średnim.  Wszystkie  w  okularach,  z 

siwymi  włosami,  dwoma  palcami  stukające  na  maszynach  do  pisania.  Tutaj  delikwenci 

nawiązywali pierwszy oficjalny kontakt z armią. 

- Dokumenty, młodzieńcze - odezwała się z uśmiechem ta, przed którą stanąłem. 

Dałem jej, co chciała, i z przyjemnością obserwowałem, jak umieszcza fałszywe dane na 

całym stosie  formularzy, a ponieważ urządzenie było podłączone do grubego kabla ginącego  w 

podłodze,  zatem  łgarstwa  owe  musiały  automatycznie  trafić  do  centralnej  maszynki.  Mocno 

ułatwi mi to zadanie, gdy zdecyduję się na urlop, pomyślałem. 

-  Teraz  proszę  z  tym  wszystkim  na  cztery  pe  -  podała  mi,  nadal  z  uśmiechem,  plik 

papierów. - I życzę szczęścia w wojsku. 

background image

Podziękowałem  uprzejmie,  żeby  nie  wyjść  na  chama,  i  skręciłem  ku  wyjściu.  Drogę 

blokował naturalnie rząd ponurych żandarmów z pałami. 

-  Cztery  pe  -  poinformowałem  najbliższego  i  skręciłem  ponownie,  tym  razem  w 

kierunku wskazanym przez końcówkę pałki. 

Winda  miała  rozmiary  dźwigu  towarowego  w  sporym  magazynie,  mieściła  ze 

czterdzieści osób i odjeżdżała dopiero po skompletowaniu ściśniętego tłumu. Podróż do cztery pe 

dawała przedsmak tego, co nas czeka i zdawała się potwierdzać najgorsze obawy. 

Ledwie  drzwi  się  otworzyły,  powitała  nas  postać  w  mundurze  z  mnóstwem  medali  i 

naszywek oraz czerwoną gębą i wytrenowanymi płucami. 

- Ruszać się! Nie stać tu, kurwa! Ruszać się! - ryknął, aż winda wpadła w rezonans. - Z 

lady naprzeciw każdy se weźmie pudełko i igielitowy woreczek, potem przejdzie na drugi koniec 

sali  i  rozbierze  się. Znaczy,  kompletnie.  Wsadzi potem prywatne rzeczy do  torby,  torbę  w lewą 

łapę  i  czekać.  Ubranie  do  pudła,  potem  pudło  zanieść  tam  -  wskazał  pod  ścianę  -  do 

zapieczętowania i zaadresowania, i do odesłania do domów. Tam odzyskacie je po wojnie, albo i 

nie, bo możecie zginąć bohatersko za ojczyznę. Teraz jazda! Dawajcie! 

Zaczęliśmy się poruszać, niechętnie i bez entuzjazmu. Nie mieliśmy jednak wyboru. W 

tutejszym  społeczeństwie  golizna  otoczona  musiała  być  jakimś  tabu,  bo  rozebrani  młodzieńcy 

kryli  się  jeden  za drugim  lub  usiłowali  wleźć  w ścianę.  Znalazłem się nagle  sam pośrodku  sali 

oraz w centrum uwagi podoficera. Ponieważ nie lubię, gdy ktokolwiek mi się zbytnio przygląda, 

pospiesznie  dołączyłem  do  reszty.  I  tak  wyszło,  że  przy  ladzie,  gdzie  zdawaliśmy  ubrania, 

zjawiłem  się  jako  pierwszy.  Stojący  tu  znudzony  śmiertelnie  szeregowy  zaplombował 

błyskawicznie pudło i wskazał wiszący na kablu ogryzek ołówka. 

- Nazwisko, adres, kod, najbliższy krewny - wyrecytował. 

Dla mnie były to puste słowa, dla niego formułka. Napisałem więc adres posterunku, na 

którym  spędziłem  noc,  i  puściłem  ogryzek.  Ledwo  się  odsunąłem,  paczka  zniknęła,  i  reszta 

ołówka zawisła mi nad głową. Niech tam. Z torbą w lewej, a papierami w prawej, dołączyłem do 

grupki  drżących  golasów  z  opuszczonymi  głowami,  czekających  na  dalszy  rozwój  wypadków. 

Tracąc ubrania, tracili również całą resztę odwagi i wiele z poczucia indywidualności. 

- Teraz na osiemnaście pe! - wrzasnął podoficer. 

Opuściłem  rękę  zorientowany  już,  że  to  ma  być  badanie,  i  natychmiast  dostałem  w 

brzuch. 

background image

- Przepukliny brak! Kaszlnąć! 

To ostatnie było do mnie, kaszlnąłem więc, a ten obmacywał mnie dalej. 

Szczegóły wolę pominąć, trudno jednak opuścić niektóre dalsze wydarzenia. 

Badanie moczu. 

Kolejka  stojących  na  palcach  (zasikana  podłoga)  nieszczęśników  z  papierowymi 

kubkami w dłoniach, wzdłuż której wędruje powoli sanitariusz odziany w gumowy kombinezon 

ochronny; wkłada do każdego kubka ten sam kroplomierz i przenosi kilka kropli na wgłębienie w 

olbrzymiej tacy. Zezuje potem na to, co wyświetla się z boku tacy i wrzeszczy: 

- Następny! 

Znowu do windy i całą czterdziestką na górę, potem prosto do schizofrenicznej odmiany 

medycznego  raju,  czyli  na  posiedzenie  lekarskiej  komisji  wojskowej,  którą  z  prawdziwą 

medycyną i lekarzami łączy jedynie nazwa. 

Gwar  głosów,  wrzaski  komend,  zamaskowani  lekarze  w bieli;  maski pewnie  po  to, by 

poborowi  nie  widzieli  twarzy  i  nie  mogli  podziękować,  jeśli  kiedyś  jednak  wyjdą  do  cywila. 

Sanitariuszom musiało być wszystko jedno, łazili bowiem bez masek. 

Lekarz, czy też jakiś inny przypadkowy gość, tyle że ze stetoskopem na szyi, zabrał mi 

papiery,  rzucił  je  sanitariuszowi  i  złapał  mnie  za  szyję.  Zanim  zrewanżowałem  mu  się  tym 

samym, wrzasnął: 

- Tarczyca normalna! 

Hemoroidy (badanie teoretyczne). 

Rząd  wypiętych  tyłków,  przed  którymi  przykuca  zboczeniec  w  białej  masce  i  świeci 

latarką człowiekowi tam, gdzie słońce nie zagląda. 

Szczepienia. 

Nie  mam  pojęcia,  skąd  brali  tak  grube  i  tępe  igły,  tym  bardziej  że  jakimś  cudem 

rzeczywiście  stosowano  tu  jednorazówki  wyrzucane  potem  do,  albo  częściej  obok 

przepełnionych koszy. Podczas zastrzyku miałem jednak wrażenie, że ktoś wbija mi gwóźdź. A 

raczej dwa, bo szczepiono od razu z dwóch stron, prawej i lewej. Potem pchnięcie w plecy, trzy 

kroki do przodu i powtórka. Łącznie sześć razy. Gdy obolały delikwent docierał do ściany, która 

akurat nie kłuła, badano mu dla urozmaicenia puls. Sprawna organizacja. 

Tuż przede mną znalazł się okaz tężyzny fizycznej, który lojalnie i głośno uprzedził, że 

boi  się  igieł.  Nie  zrobiło  to  na  nikim  wrażenia,  zemdlał  zatem  przy  pierwszym  zastrzyku. 

background image

Odciągnęli  go  za nogi, zrobili  spokojnie  swoje  i zostawili  z  boku,  aby  oprzytomniał.  Wzorowa 

ogólnowojskowa skuteczność! 

Większość zmaltretowanych  golasów  nie  zorientowała  się nawet,  w  którym  momencie 

dobiegł końca atak wesołych sanitariuszy. Dopiero przejście do kolejnej sali, gdzie nie miotał się 

nikt w bieli i nie narzucano nam się fizycznie, uświadamiało chwilowy koniec tortur. Oczywiście 

koszmar jako taki trwał dalej. 

Przez salę ciągnął się rząd ponumerowanych biurek. Niczym w hali odlotów na lotnisku, 

za  każdym  siedział  taki  sam  facecik  w  takim  samym  czarnym  garniturku.  Gdy  przyszła  moja 

kolej, głównodowodzący w tym przybytku wrzasnął: 

- Do numeru trzynastego biegiem! 

Nigdzie nie pobiegłem, ale do biurka numer trzynaście dotarłem nawet szybko. Facecik 

w  grubych  okularkach  wziął  ode  mnie  papiery,  dołożył  kolejną  kartę  i  przyjrzał  mi  się 

kaprawymi ślepkami. 

- Lubisz dziewczyny? - spytał nieoczekiwanie. 

- Pewnie, a bo co? 

Zamiast odpowiedzi postawił ptaszek w jakiejś rubryce. 

- A chłopów? 

- Jasne. Mam masę przyjaciół - dodałem, gdy dotarło do mnie, o co chodzi. 

-  Naprawdę?  -  Kolejny  ptaszek.  -  Opowiedz  mi  o  swoim  pierwszym  stosunku 

homoseksualnym. 

-  Nie może być!  - Tym razem mnie zatkało.  -  Badanie psychiatryczne w formie testu? 

Teraz on się zacukał. 

- Nie pierdol głupot, tylko odpowiadaj! - warknął, odzyskując głos. 

-  Powinni  zabrać  ci  uprawnienia  do  wykonywania  zawodu,  jeśli  w  ogóle  jakiś  masz  - 

oznajmiłem słodko. 

- Sierżant! - warknął dotknięty do żywego egzemplarz urzędnika ogólnowojskowego. - 

Poborowy odmawia współpracy! 

Odskoczyłem w porę, toteż trzcinka przecięła ze świstem powietrze. 

- Proszę zabrać tę małpę, albo nic nie opowiem! - stwierdziłem, nie spuszczając wzroku 

z podoficera szykującego się do kolejnego ciosu. - A mam bogate doświadczenia! 

- Sierżancie, stop! 

background image

Podoficer  wyraźnie  zmarkotniał,  ja  zaś  nabrałem  głęboko  powietrza  i  puściłem  wodze 

fantazji. 

-  Pierwszy  raz,  to  było  jak  miałem  dwanaście  lat  i  z  czternastoma  kumplami  przy 

pomocy ściągaczy... 

Mało pióra nie złamał z przejęcia! Sierżant strzygł uszami, zapominając o trzcince, a ja 

tworzyłem w natchnieniu, aż się kurzyło. 

Po sesji oratorskiej zagnano nas z powrotem do windy. Zamknięto klatkę i opuszczono 

nas w dół. A potem otwarto drzwi... na złym piętrze. 

Prowadziły bowiem one do hali, w  której stały biurka, a za każdym  biurkiem siedziała 

panienka  pracowicie  stukająca  w  klawiaturę.  Papiery  z  łopotem  przysłoniły  jej  klejnoty 

pasażerów windy, którzy dodatkowo spiekli raka. 

Na  szczęścia  żadna  z  panienek  nie  spojrzała  w  naszą  stronę,  obyło  się  więc  bez 

wrzasków.  Po długich  jak  wieczność paru  sekundach  drzwi  zamknęły  się  i  znów  ruszyliśmy  w 

dół. Tym  razem  wypuszczono nas  prosto na podoficera o znajomym,  sadystycznym  wyglądzie. 

Swoją  drogą,  ciekawe,  jaka  to  mutacja  spowodowała  wyrośniecie  tylu  typków  o  byczych 

karkach, mysich móżdżkach i skłonnościach do znęcania się nad innymi. 

-  Wychodzić  i  ustawiać  się  po  dziesięciu!  -  rozległ  się  głos.  -  Pierwsza  dziesiątka  do 

tych  drzwi!  Druga  do  tych!  Dziesiątka,  nie  sztuka,  ty  dupo  wołowa!  Liczyć  nie  umiesz, 

bałwanie?! 

Weszliśmy  do  jasno  oświetlonego  pokoju,  gdzie  kazano  nam  stanąć  w  szeregu 

naprzeciwko sraczkowato-zielonkawej flagi ozdobionej czarnym młotkiem. 

Przed flagą prężył się oficer w nieźle dopasowanym mundurze ze złotymi pistoletami na 

ramionach. 

-  Podniosła  to  chwila  -  wyjaśnił  uroczystym  głosem.  -  Wy,  kwiat  młodzieży  tego 

narodu,  zostaliście  wybrani  przez  okręgowe  komisje  poborowe,  aby  jako  ochotnicy  bronić 

ojczyzny,  którą  wszyscy  kochamy,  przed  złem  czającym  się  nad  granicami  oraz  przed  tymi, 

którzy  chcą  odebrać  nam  smak  wolności.  Nadszedł  ten  wielki  moment,  na  który  wszyscy 

czekaliście  z  niecierpliwością.  Weszliście  tu  jako  beztroscy  młodzieńcy,  wyjdziecie  jako 

świadomi  swych  obowiązków  żołnierze.  Złożycie  teraz  przysięgę  wierności,  jak  przystało  na 

lojalnych żołnierzy. Unieście prawe dłonie i powtarzajcie za mną. 

- Ja nie chcę! - rozległ się jakiś głos. 

background image

- To wolny kraj, a wy jesteście ochotnikami - oznajmił ponuro oficer. - Macie prawo nie 

składać przysięgi. Jeśli ktoś tak zdecydował, to proszę go, by skorzystał z tych drzwi. Prowadzą 

do  federalnego  więzienia,  w  którym  spędzi  trzydzieści  najbliższych  lat  za  lekceważenie 

obywatelskich obowiązków. 

- Ja już chcę! - odezwał się ten sam głos. 

-  Powtarzajcie  więc  za  mną.  Ja,  tu  podać  swoje  imię  i  nazwisko,  z  własnej, 

nieprzymuszonej woli... 

- Ja, tu podać swoje imię i nazwisko, z własnej, nieprzymuszonej woli... 

-  Zrobimy to  jeszcze  raz. - Oficer był cierpliwy.  -  Tym  razem poprawnie, a jak nie,  to 

jeszcze raz. A jak wtedy jeszcze nie, to zaczną się kłopoty! 

Zrobiliśmy to jeszcze raz, już poprawnie powtarzając te bzdury i starając się nie wnikać 

w absurdalność sytuacji. 

- Wiernie służyć... szanować starszych rangą... śmierć za nielojalność... śmierć za spanie 

na służbie... Przysięgam na imię ojca, matki i bóstwa własnego wyboru. 

- Opuścić ręce. Gratuluję. Jesteście teraz żołnierzami i podmiotami prawa wojskowego. 

Pierwszy rozkaz głosi, że postanowiliście na ochotnika oddać dobrowolnie po jednym litrze krwi 

dla potrzebujących. Odmaszerować! 

Osłabieni upuszczeniem krwi i głodni jak wilki dotarliśmy do kolejnego pomieszczenia. 

-  Ustawić  się  w  szeregu!  -  rozległa  się  wyjątkowo  cicho  wykrzyczana  komenda, 

widocznie podoficer był niedysponowany. - Każdy dostanie teraz jednorazowy mundur, którego 

nie wyrzuci bez rozkazu, i tymi drzwiami wyjdzie na dach, skąd czeka was transport do Obozu 

Slimmarco.  Tam  odbędzie  się  szkolenie.  Przed  otrzymaniem  munduru  należy  oddać  teczkę  z 

dokumentami. Każdy dostanie krążek z wybitym nazwiskiem i numerem. Jest on podzielony na 

dwie  części,  aby  łatwiej  było  go  przełamać  na  pół.  Nie  wolno  go  rozłamywać,  bo  to  jest 

przestępstwo i będzie karane zgodnie z prawem wojskowym. 

-  A  po  cholerę  robić  je  tak,  żeby  można  je  było  łamać,  skoro  nie  wolno  ich  łamać?  - 

szepnął stojący obok mnie młodzian. 

-  Bo  jak  zginiesz,  to  jedną  połówkę  ładują  ci  w  gębę,  a  drugą  wysyłają  do  kadr,  by 

skreślili  cię  ze  stanu  i  zawiadomili  rodzinę,  że  zginąłeś  bohaterską  śmiercią  lotnika 

przytrzaśniętego  drzwiami  do  hangaru  -  wyjaśniłem  mu  uprzejmie,  nie  wiedząc  jednak,  skąd 

wziął mi się nagle metaliczny posmak w ustach... 

background image

8

 

W  innych  warunkach  przejażdżka  tym  dziwnym  pojazdem  powietrznym  byłaby  sporą 

frajdą.  Miał  on  kształt  cygara  i  bez  wątpienia  był  wypełniony  jakimś  lekkim  gazem.  Pod 

kadłubem wisiała kabina udekorowana elegancko w młotki, a na niej umocowano silniki ze śmig-

łami. Widok przez okna mógłby być wspaniały, ale okna były tu jedynie w kokpicie. Rekrutów 

umieszczono w przedziale ładunkowym wyposażonym w rząd plastikowych foteli przy ścianach. 

Fotele te zaprojektować mógł jedynie kompletny sadysta. Niemniej, choć niewygodne, służyły do 

siedzenia,  a  dotąd  udało  nam  się  przysiąść  jedynie  podczas  oddawania  krwi.  Wszyscy  więc 

klapnęli z ulgą. Plastik chłodził przez papierowe mundury. Największą ciekawostką były buty - 

warstwa  tektury  przymocowana  do  podeszew,  z  drugiej  strony  przechodząca  w  papierowe 

skarpetki. Wdzianko miało tylko jedną kieszeń na brzuchu, dzięki czemu poborowy wyglądał jak 

kangurzyca  w ciąży,  mająca obłęd  w oczach. Trudno  zatem  się dziwić,  że  absolutna większość 

rekrutów popadła w przygnębienie. 

-  Nigdy  jeszcze  nie  byłem  poza  domem.  -  Siedzący  obok  mnie  chłopak  smarknął  w 

rękaw. 

- Ja owszem - przyznałem uczciwie. - I tu jest nawet lepiej. 

-  Jedzenie będzie do  kitu - jęknął  inny.  -  Nikt  tak  nie potrafi  gotować  jak  moja mama. 

Robi najlepsze cebulaki na świecie! 

Ciasto cebulowe? Ciekawe... 

-  W  wojsku  na  pewno  i  tak  by  je  przypalili  -  pocieszyłem  go.  -  Ale  pomyśl  o  innych 

przyjemnościach. Dużo ruchu, świeże powietrze, możesz cały czas kląć, a na przepustce upić się 

i złapać jakąś dziewczynkę  albo i co  innego. Zarumienił się  jak dziewica, a z czerwonych uszu 

prawie się zadymiło. 

- Nie chcę niczego łapać! - zapiał dyszkantem. -  I umiem pić. Raz poszliśmy z Jojo do 

stodoły i napiliśmy się piwa... aleśmy sobie potem pospali... 

-  Nooo...  -  Od  dalszej  konwersacji  uratowało  mnie  wejście  sierżanta,  który  łupnął 

drzwiami i ryknął: 

- Baczność, bando durniów! 

Natychmiastowe  wykonanie  rozkazu  zagwarantował  sobie  naciskając  jakiś  guzik,  za 

sprawą  którego  siedziska  opadły  zwalając  klnących  i  piszczących  rekrutów  na  podłogę. 

Wszystkich prócz mnie, ponieważ stałem już wyprężony na baczność. 

background image

- Co jest, kurwa... - zdziwił się na mój widok sierżant. - Cwaniaczek, co? 

-  Nie,  sir!  Tylko  wykonuję  rozkazy,  sir!  -  odszczeknąłem,  strzelając  kopytami,  co  nie 

dało  należytego  efektu  z  powodu  braku  obcasów,  a  przy  próbie  zasalutowania  omal  nie 

wydłubałem sobie oka. 

Potem przesłonił mnie purpurowy mur zbierających się na nogi ofiar. 

-  Cisza!  -  ryknął  podoficer.  -  Ręce  wzdłuż  szwów,  stopy  razem,  brzuchy  wciągnięte, 

klaty wypięte, ślepia wybałuszyć i nie oddychać bez rozkazu... Baczność! 

Purpurowe osły starały się wykonać rozkaz dosłownie i zamarły w bezruchu. 

-  Nie oddychać  bez rozkazu. - Sierżant potoczył  wkoło  spojrzeniem. - Pierwszy,  który 

zacznie, będzie miał ze mną do czynienia. 

Cisza  przeciągała  się,  aż  szereg  zaczął  lekko  falować,  co  było  nieuniknione,  bowiem 

bractwo  zaczynało  się  dusić.  Jeden  jęknął  i  padł  na  podłogę,  inny  jednak  nie  wytrzymał  i 

wciągnął głęboko powietrze. Sierżant dopadł go jednym susem i rąbnął w splot słoneczny. Drugi 

jęk i drugie ciało na pokładzie.  Reszta  zawyła zgodnym  chórem ze zgrozy,  oddychając przy tej 

okazji głęboko. 

- To była mała lekcja - oświadczył sierżant. - Zrozumieliście? 

- Tak - mruknąłem pod nosem. - Jesteś tępym trepem. 

-  Żebyście  lepiej  pojęli,  tym  razem  wam  wytłumaczę:  ja  wydaję  rozkazy,  wy  je 

wykonujecie.  Natychmiast,  dokładnie,  a  jak  nie,  to  obrywacie  -  oznajmił,  odsłaniając  żółte  i 

zepsute zęby. 

Po chwili zrozumiałem, że to był uśmiech. 

- Siadajcie, pogadamy - zaproponował niespodziewanie normalnym głosem. 

Ponieważ  fotele  pozostawały  złożone,  musiał  mieć  na  myśli  siadanie  na  podłodze. 

Poklepał się po wydatnym brzuchu i ciągnął dalej. 

-  Jestem  sierżant  Klutz,  ze  specjalnością  musztra.  Nie  będziecie  zwracali  się  do  mnie 

używając nazwiska, to przywilej starszych lub równych rangą. Wy macie mówić do mnie „panie 

sierżancie"  albo „sir",  poza  tym będziecie  mnie  traktowali z  szacunkiem, posłuszeństwem  i bez 

gadania albo spotka was stosowna kara. Akurat teraz nie chcę o tym szerzej mówić, bo zjadłem 

dobrą kolację, a mam delikatny żołądek. Zwykle wystarcza łagodna kara, by nawet najgłupszego 

nauczyć  moresu.  Czasami  jednak  potrzeba  czegoś  więcej,  czyli  drugiej  kary,  a  gdy  ktoś  jest 

wyjątkowo tępy, to może otrzymać i trzecią, ale trzeciej kary nie ma. Wiecie dlaczego? - Spojrzał 

background image

na nas świdrująco. - Ponieważ jesteście zbyt głupi, by spytać, tym razem jeszcze odpowiem na to 

pytanie. Trzecią  karą jest  komora odwadniająca, z której się nie  wychodzi,  gdyż z  ciała  zostaje 

usunięte dziewięćdziesiąt dziewięć procent wody, a tego się nie przeżywa. To nie kara, to koniec. 

Wiecie, jak wygląda się po takim zabiegu? 

Wyjął  z  kieszeni  małą  figurkę  odwodnionego  rekruta  w  odwodnionym  mundurze,  z 

grymasem przerażenia na odwodnionej twarzyczce. Wokół znów rozległ się jęk i kilka głuchych 

łupnięć,  gdyż  co  bardziej  wrażliwi  tracili  przytomność.  Sierżant  Klutz  uśmiechnął  się 

zadowolony. 

- Tak właśnie. Tak będziecie wyglądać - powtórzył. - Potem powisicie przez miesiąc na 

batalionowej  tablicy  ogłoszeń  jako  przestroga,  a  następnie  wyślą  was  w  małym  pudełku  do 

rodziny, chyba że ktoś wcześniej zabierze was sobie na pamiątkę... Są pytania? 

- Czy to jest proces szybki, czy długi i bolesny? - spytał jakiś słaby głosik. 

- Czy po pierwszym dniu w wojsku macie jeszcze jakieś wątpliwości? 

Odpowiedź skwitowało kolejne głuche łupnięcie. 

-  Dobra,  teraz  powiem  wam,  co  jeszcze  czeka  was  w  najbliższym  czasie  -  oznajmił 

wielkodusznie sierżant. - Lecimy do OSR-u w Slimmarco, a raczej do bazy Mortstertoro, której 

częścią  jest  OSR.  OSR  to  Ośrodek  Szkolenia  Rekrutów,  gdzie  odbędziecie  podstawowe 

przeszkolenie  wojskowe,  dzięki  któremu  staniecie  się  twardymi,  gotowymi  na  wszystko, 

prawdziwymi żołnierzami. Nie wszyscy, naturalnie, bo połowa nie wytrzyma szkolenia i zostanie 

pochowana  z  pełnym  ceremoniałem  wojskowym.  Pamiętajcie,  macie  tylko  dwie  możliwości: 

albo staniecie się dobrymi żołnierzami, albo będziecie martwi. Zrozumiecie, że kariera wojskowa 

jest ciężka, ale uczciwa. Pojmiecie to z czasem, rzecz jasna. 

-  A  co  w  niej  jest  uczciwego?  -  zdziwił  się  jeden  z  rekrutów,  za  co  dostał  kopa  od 

sierżanta. 

- To, że wszyscy mają równe szansę. Możecie skończyć szkolenie albo odpaść. Powiem 

wam coś. - Pochylił się ku nam, w efekcie czego co bliższych odrzuciło, gdy poczuli smród jego 

oddechu. - Prawda jest taka, że zrobię wszystko, żeby odpadło was jak najwięcej. Każdy rekrut 

odesłany do domu w trumnie zmniejsza nasze wydatki na zbędne szkolenie, a wam zaoszczędza 

ran i śmierci na polu walki, gdyby tam dopiero delikwent się załamał. Rozumiemy się? 

Jeśli  uznać  milczenie  za  wyraz  zgody,  to  porozumienie  zostało  osiągnięte,  chociaż 

osobiście  w  to  wątpiłem.  Jedno  musiałem  jednak  przyznać  trepowi:  choć  nie  ma  instytucji 

background image

głupszej niż wojsko, to kieruje się ona jednak swoistą, pokrętną logiką, którą on potrafił wyłożyć 

prosto i zrozumiale. 

- Są pytania? - Sierżant wyraźnie zamierzał zakończyć dyskusję. 

- Tak, sir - wypaliłem. - Kiedy będziemy jedli? 

- To się nazywa zdrowy żołądek. Większości, jak widzę, przeszedł apetyt. 

-  Myślę  tylko  o  swoich  obowiązkach,  sir.  Żeby  być  dobrym  żołnierzem,  muszę  być 

silny, a żeby być silnym, muszę jeść, sir. 

Zastanawiał  się  nad  tym  przez  chwilę,  co  jako  nieprzyzwyczajonemu  do  myślenia 

musiało  mu  sprawić  nieco  kłopotu.  Naturalnie  doszedł  w  końcu  do  wniosku,  który  wywołał 

typowe dla przedstawiciela tej profesji zachowanie. 

-  Właśnie  zgłosiliście  się  na  ochotnika,  by  pobrać  racje  żywnościowe  -  zdecydował, 

używając  typowej  dla  armii  całej  galaktyki  formy  ogólnowojskowej.  -  Pobierzecie  je  za  tymi 

drzwiczkami po lewej stronie burty. Ruszać się! 

Ruszyłem się bardziej z  głodu niż z jakiegokolwiek  innego powodu.  Byłem  w wojsku, 

co samo w  sobie było nowiną tragiczną,  ale zdążałem do bazy,  gdzie  Garth-Zennar-Zennor  był 

szychą,  a  to  wyglądało  już  ciekawiej.  Niestety,  chwilowo zemsta  musiała poczekać;  jak się  za-

aklimatyzuję,  to  pogadamy.  Za  drzwiczkami  kryła  się  szafka,  w  której  stało  jedno  pudło  z 

napisem: YUK-E. BOJOWE RACJE ŻYWNOŚCIOWE 

Podniosłem je i stwierdziłem, że jak na tylu głodomorów, jest podejrzanie lekkie. 

-  Podaj  je,  kretynie,  a  nie  podziwiaj.  -  Moje  zachowanie  wyprowadziło  sierżanta  z 

równowagi do tego stopnia, że zapomniał o ogólnowojskowej formie gramatycznej. 

Dałem mu to coś. 

To, co nam rozdał, przypominało kształtem i konsystencją połówki cegieł, zapakowane 

do plastikowych woreczków. 

-  Racja  ta  wystarcza  za  całodzienne  wyżywienie  i  zawiera  wszystkie  pierwiastki, 

witaminy i kalorie, których potrzebujecie - instruował nas Klutz. - Otwiera się ją przez wsadzenie 

paznokcia we wgłębienie oznaczone napisem TU WSADZIĆ. Powoduje to otwarcie i odlepienie 

się plastiku, który należy schować w formie nienaruszonej, gdyż po zjedzeniu racji udacie się do 

tego  tam  kranu,  napełnicie  woreczki  wodą  i  wypijecie  ją.  Macie  na  to  minutę,  gdyż  po  takim 

czasie  od  chwili  rozpakowania  worek  traci  kształt  i  się  kurczy.  Należy  wówczas  starannie  go 

zwinąć  i  schować  do  okazania  w  czasie  inspekcji,  bo  to  jest  urzędowo  zatwierdzona 

background image

prezerwatywa, której wprawdzie przez dłuższy czas nie będziecie jeszcze potrzebować, ale którą 

macie na stanie. A jak żołnierz ma coś na stanie, to ma to mieć. Teraz możecie jeść. 

Przyznaję  uczciwie,  że  spróbowałem.  Jedzonko  miało  konsystencję  pieczonej  gliny  i 

smak  psiego  gówna.  Z  głodu  i  dzięki  zdrowemu  rozsądkowi  zdołałem  to  przełknąć,  instynkt 

samozachowawczy  zaś  nie  pozwolił  mi  się  udusić.  Zdążyłem  w  ten  sposób  do  kurka  przed 

innymi i udało mi się napełnić worek wodą dwukrotnie, nim sflaczał. Westchnąłem, schowałem 

go do kangurzej kieszeni i z niejakim zainteresowaniem obserwowałem kotłowaninę innych przy 

wodopoju.  Siedzenia  zdążyły  już  wrócić  do  poziomu.  Wypróbowałem  jedno  ostrożnie; 

wytrzymało test, siadłem więc i prawie natychmiast zasnąłem. 

Jak  należało  przewidzieć,  obudziło  mnie  gwałtowne  zetknięcie  tyłka  z  podłogą. 

Wyplątałem się ze skłębionej na pokładzie gromady i przy wtórze ryków sierżanta udało mi się 

stanąć na nogi akurat w momencie, w którym pokład zawibrował silniej i znieruchomiał. 

- Witamy na terenie OSR-u! - ryknął Klutz i otworzył drzwi, wpuszczając tuman kurzu i 

sporo zimnego powietrza. Wygramoliliśmy się na zewnątrz i rozejrzeliśmy się po naszym nowym 

domu. Nie robił szczególnego wrażenia. Jedno z bladych, czerwonych słońc opadało w chmurze 

pyłu za horyzont, a sądząc po chłodzie i rzadkim powietrzu, baza musiała zostać zbudowana na 

sporej  wysokości.  Wnioskując  zaś  z  wymiarów,  ulokowano  ją  zapewne  na  ogromnym 

płaskowyżu, gdzie panowały wprawdzie dobre warunki lotne, ale za to kiepskie dla ludzi. Ziemia 

zadrżała,  gdy  w  oddali  wystartował  jakiś  statek  kosmiczny.  Z  kontemplacji  wyrwał  mnie  głos 

sierżanta wymachującego sporym notesem. 

-  Teraz  zrobimy  zbiórkę  ze  sprawdzaniem  obecności!  -  poinformował  nas  donośnie.  - 

Zostaniecie  wywołani  wojskowym  nazwiskiem  i  zapomnicie,  że  nosiliście  kiedykolwiek  jakieś 

inne.  Wojskowe  nazwisko  to  cztery  pierwsze  cyfry  numeru,  jaki  wam  przydzielono.  Po 

wywołaniu  każdy  wejdzie  za  mną  do  baraku,  gdzie  uda  się  do  przydzielonego  łóżka  i  będzie 

oczekiwał na dalsze rozkazy. Gordo siedem pięć dziewięć zero, łóżko numer jeden. 

Spojrzałem na mój nieśmiertelnik i stałem tak, gapiąc się na barak pomalowany na kolor 

gówna zmieszanego z błotem, aż wywołano 5138. Powlokłem się do drzwi, nad którymi widniał 

napis: PRZEZ TE DRZWI PRZESZLI NAJLEPSI ŻOŁNIERZE ŚWIATA. I kto tu z kogo robił 

durnia? 

Podłoga była kamienna i nadal mokra po szorowaniu, ściany betonowe i też mokre, a co 

gorsza, betonowy sufit także był  czysty i nadal  ściekała zeń  woda. Armatką wodną tu sprzątali, 

background image

czy co? 

Łóżko  dostałem  naturalnie  na  samej  górze,  a  stały  po  trzy  w  pionie.  Z  niesmakiem 

obejrzałem  plątaninę  drutów,  mającą  służyć  mi  za  legowisko;  na  szczęście  zrolowany  kłąb 

materii sugerował, że przewidziano tu jeszcze jakąś pościel. 

-  Witamy  w  nowym  domu  -  oznajmił  radośnie  sierżant,  gdy  znieruchomieliśmy  w 

parodii postawy zasadniczej. - Pościel jest zrolowana i zapamiętajcie sobie, że tak się ścieli i w 

takim stanie ma się znajdować poza tymi sporadycznymi chwilami, gdy będziecie spali. Szafki są 

wmurowane  w  podłogę  pomiędzy  pryczami  i  otwierają  się  automatycznie,  gdy  przycisnę  co 

trzeba na pulpicie zdalnego sterowania. 

Nacisnął coś i ze skrzypieniem otworzyły się tkwiące w podłodze minigrobowce. Jeden 

z rekrutów, który akurat stał na drzwiczkach, z wrzaskiem zapadł się aż po pas. 

-  Światła  gasną  za  piętnaście  minut.  Można  rozłożyć  pościel,  ale  nie  można  się 

wcześniej  kłaść.  Przed  snem  obejrzycie  film  informujący  was  o  dniu  jutrzejszym.  Będziecie 

oglądać  go  w  pozycji  zasadniczej,  potem  spać;  a  jak  ktoś  potrzebuje  paciorka,  to  niech  sobie 

popłacze. W kwestii sumienia w wojsku panuje wolność. Spocznij, rozejść się. 

Drzwi  huknęły  i  zostaliśmy  sami.  To  ciekawe,  jak  ludzkość  potrafi  traktować  samą 

siebie.  Na  większości  światów,  gdyby  złapano  kogoś  traktującego  w  ten  sposób  jakieś  zwierzę 

domowe czy inne, na przykład konia, to albo zostałby od ręki zastrzelony, albo otrzymałby długi 

i sprawiedliwie zasłużony wyrok. Wzruszyłem ramionami i rozwinąłem pościel składającą się z 

cieniutkiego materaca i jeszcze cieńszego pledu. Była też nadmuchiwana poduszka, co do której 

miałem pewność, że do rana straci całe powietrze. 

Gdy  byliśmy  tak  zajęci  ścieleniem,  wzdłuż  przejścia  zjechały  cicho  z  sufitu  ekrany,  z 

których  nagle  buchnęły  fanfary,  aż  zadzwoniło  w  uszach.  Po  sygnale  pojawił  się  na  nich  jakiś 

oficerek,  który  odczytał  całkowicie  niezrozumiały  zlepek  zdań  zwany  Rozkazem  Dziennym. 

Wszyscy go zignorowali. 

Przeniosłem zawartość kieszeni do skrytki w podłodze (poza wytrychem, rzecz jasna), i 

nie zdejmując papierowego munduru, wlazłem pod koc. Monotonne ględzenie było wspaniałym 

środkiem usypiającym. Nagle znów zostaliśmy zaatakowani przez fanfary, a na ekranie wykwitł 

wściekle wykrzywiony facet w czarnym mundurze. 

-  Uwaga  -  warknął.  -  Program  został  przerwany,  aby  nadać  komunikat  specjalny. 

Wczoraj przedostał się do naszego kraju niebezpieczny szpieg i sabotażysta. Miało to miejsce w 

background image

porcie Marhaveno,  a  przybył  jako członek załogi  jednego z  żaglowców z Brastyr.  Przeszukano 

port, ale bez rezultatów. Dziś przeszukano okoliczne plaże odkrywając, że szpieg włamał się do 

jednego  z  jachtów,  z  którego  ukradł  ubranie  i  szereg  przedmiotów.  Jego  własne  rzeczy  zostały 

znalezione w piasku na plaży. Cały obszar objęto szczególnym nadzorem policyjnym i otoczono 

kordonem. W mieście ogłoszono stan wyjątkowy, trwa przeszukiwanie budynków. Nakazuje się 

zwracać  baczną  uwagę  na  mężczyznę  noszącego  to  ubranie.  Ktokolwiek  go  zauważy,  ma 

obowiązek donieść o tym natychmiast policji lub Służbie Bezpieczeństwa. 

Na  ekranie  pojawił  się  komputerowy  obraz  skradzionego  przeze  mnie  przyodziewku. 

Symulacja nie miała twarzy, ale biorąc pod uwagę tak imponujące tempo działania, nie należało 

oczekiwać,  by  obraz  długo  pozostał  anonimowy.  Ciekawe,  kiedy  odkryją,  że  chwilowo 

wzmacniam ich potencjał obronny? 

Trzeba by się właściwie zabrać za pracę koncepcyjną, ale byłem zbyt zmęczony. Dalsze 

rozmyślania przerwał mi zgrzyt zdalnie zamykanego zamka w drzwiach i zgaśniecie świateł. 

background image

9

 

Prawdę  mówiąc,  zasnąłem  nie  dzięki  stalowym  nerwom,  ale  wyłącznie  za  sprawą 

zmęczenia  nadmiarem  wrażeń.  Obudziłem  się  nagle,  jeszcze  w  mroku  i  względnym  cieple, 

słysząc  dziwny,  ledwie  odróżnialny  dźwięk  przypominający  szelest  liści  na  betonowej 

posadzce...  Ulotność odgłosu  przebudziła mnie  skuteczniej  niż głośne  fanfary.  Ale  liście?  Jakie 

liście, skąd liście? 

Wczorajszy dzień jeszcze dawał znać o sobie,  toteż dopiero po paru sekundach dotarło 

do  mnie,  że  to  żadne  liście,  tylko  głośniki,  przez  które  ktoś  puszczał  nagranie,  a  ja  słyszałem 

właśnie  szum  rozpoczynającej  się  płyty.  Skoro  uszkodzenia  słychać  tak  dobrze,  to  właściwy 

dźwięk zabrzmi ogłuszająco... 

Niestety, to ostatnie pojąłem z opóźnieniem. Z głośników buchnęła pobudka tak głośna, 

że  wymiotło  mnie  z  pryczy.  Równocześnie  rozbłysły  światła,  zgrzytnął  zamek,  a  w  drzwiach 

pojawił się sierżant Klutz drąc się jak opętany. 

-  Pobudka!  Składać  pościel!  Wyjąć  przybory  toaletowe  i  biegiem  do  latryny!  Za 

dwadzieścia sekund barak zostanie umyty. Już jesteście spóźnieni! Ruszać się, do kurwy nędzy! 

Ruszyliśmy  żwawo,  ale  z  założenia  nie  mieliśmy  prawa  zdążyć.  Przedarłem  się  do 

latryny  w  chwili,  w  której  szafki  zamknęły  się  ze  zgrzytem,  a  sierżant  odskoczył  i  zatrzasnął 

drzwi.  Równocześnie  z  sufitu,  ścian  i  podłogi  trysnęły  strumienie  wody  mocząc  dokumentnie 

ponad  pół  tuzina  rekrutów,  którzy  nie  dostali  się  do  latryny,  czyli  jedynego  w  miarę  suchego 

miejsca  w  baraku.  Kąpiel  miała  jeszcze  dodatkowy  skutek  -  purpurowe  mundurki  zaczęły  się 

rozłazić,  poczynając  od  co  wilgotniejszych  miejsc.  Wszyscy  tłoczyli  się  jak  stado  ogłupiałych 

baranów nie patrząc, że jest mniej sanitariatów niż chętnych, a wszystkie w użyciu. Przez chwilę 

zachowywałem się podobnie,  zanim  dotarło do  mnie, że  poddaję się w  ten  sposób  skrupulatnie 

zaplanowanemu  procesowi  niszczenia  człowieka  w  rekrucie,  mającemu  wyprać  go  z 

indywidualizmu i osłabić osobowość. Całe szkolenie rekruckie nastawione jest właśnie na to, by 

poniżyć, zniszczyć resztki godności i indywidualności, zmienić rozmaicie ukształtowanych ludzi 

w  stado durni,  z  których  można  wyprodukować  jednakowo  tępych  i  gotowych  wykonać  każdy 

rozkaz żołnierzy. 

Gdy  w  końcu  przypomniałem  sobie  tę  oczywistą  prawdę,  zalała  mnie  zła  krew.  Nie 

miałem  najmniejszej  ochoty  na  trepackie  pranie  mózgu,  postanowiłem,  że  nie  dam  się  ani 

zastraszyć,  ani  „wyprać".  Tak  naprawdę  byłem  lepszym  fachowcem  w  sprawach  armii  od 

background image

przeciętnego trepa. Rozmyślania te nie przeszkodziły mi ogolić się ultradźwiękową żyletką przed 

fragmentem lustra.  Umyłem ponadto zęby  i  opłukałem oczy  lodowato zimną  wodą ciurkającą z 

kranu.  Zdążyłem  schować  przybory  do otwartej ponownie  szafki,  gdy  w  drzwiach,  jak  żałosny 

diabeł z pudełka, pojawił się sierżant Klutz. - Zbiórka! - wrzasnął. 

Minąłem  go  galopem,  wyhamowałem  pod  jedyną  w  okolicy  rozjaśniającą  mrok 

przedświtu żarówką i wyprężyłem się na baczność. 

Zbliżył się do mnie podejrzliwie,  obszedł naokoło  i przyjrzał  się  jak cielęciu  z dwoma 

głowami. 

- Co my tu mamy? - warknął, opluwając mnie przy okazji. - Cwaniaczek, co? 

- Nie, sir. Melduję, że mój tata był żołnierzem, sir. Mój dziadek też, sir. Obaj nauczyli 

mnie,  że  najlepszą  rzeczą  dla  mężczyzny  jest  być  żołnierzem,  sir.  I  że  najwyższy  stopień  to 

sierżant, sir! - Przestałem wrzeszczeć i dodałem cicho: - Proszę tego nie mówić pozostałym, sir, 

ale zgłosiłem się na ochotnika. 

Zamilkł.  Co  więcej,  wzruszył  się  chłop,  dowodząc  słuszności  mojej  o  nim  opinii,  że 

sierżant  też  człowiek,  tylko  bardziej  tępy,  niż  przewiduje norma,  przerobiony  na dodatek  przez 

wojsko,  zmacerowany  przez alkohol  i  wszechobecną  głupotę tej  instytucji.  Chrząknął,  odwrócił 

się na pięcie i pognał przez beton, by wykopać z baraku spóźnialskich. 

Czekając,  aż towarzystwo  stanie w  możliwie przyzwoitym  szeregu, zastanawiałem  się, 

jak rozegrać dalej sprawę i doszedłem do wniosku, że należy jak najszybciej zadbać o awans na 

podoficera, by przestali mną pomiatać wszyscy, a zaczęli tylko niektórzy, no i żebym miał więcej 

wolnego czasu. Pod żadnym wszakże pozorem nie należy opuszczać wojska. Bazująca na tępym 

wykonywaniu  rozkazów  i  na  zinstytucjonalizowanej  głupocie  armia  była  dla  mnie  najlepszą 

kryjówką w policyjnym państwie, jakim okazała się wyspa. 

Po nie kończących się pomyłkach w wymowie (ciekawe, ile to razy można źle wymówić 

imię Bil) sierżant zakończył wreszcie sprawdzanie obecności i poprowadził trzęsącą się z zimna 

grupę  do  stołówki.  Po  drodze  dołączyły  do  nas  inne  pododdziały,  tworząc  długą  i  śliniącą  się 

kolumnę. 

Gdy  w  końcu  doniosłem  kopiasto  załadowaną  tacę  do  wolnego  miejsca,  przez  chwilę 

myślałem, że zaszła jakaś pomyłka. Nie było to ani wykwintne, ani specjalnie smaczne, ale poza 

tym  miałem  przed  sobą  normalne  jedzenie,  w  miarę  strawne,  zupełnie  jak  w  zwykłym, 

podrzędnym barze. I było tego dużo. Co nie zmieniło faktu, że ledwo opróżniłem tacę, poszedłem 

background image

po repetę. 

Dopiero  po  uporaniu  się  z  dokładką poczułem,  że  żarcie  w  gruncie  rzeczy  jest  podłe  i 

tanie,  i  uznałem,  że  jedynym  powodem,  dla  którego  nie  jest  jeszcze  gorsze  i  nie  jest  go  mało, 

musi być najwidoczniej fakt, że potrzebni jesteśmy wojsku żywi i niezagłodzeni. 

Po śniadaniu nastąpiła gimnastyka mająca poprawić nam trawienie (lub je uniemożliwić, 

zależnie  od  organizmu).  Ponieważ  zawsze  miałem  azbestowy  żołądek,  lekko  pognałem  za 

Klutzem  na  otwarty  teren,  gdzie  wiatr  hulał  jak  w  starym  kominie.  Przejął  nas  tam  kolejny 

muskularny  oprawca,  który  szerokość  barów  miał  wprost  proporcjonalną  do  niskiego  czółka. 

Płuca miał za to zdecydowanie lepsze od naszego sierżanta. 

- Co jest, do kurwy nędzy! - ryknął. - Spóźniliście się prawie minutę! 

-  Maminsynki  -  odparł  sierżant,  wyjmując  z  kieszeni  cygaro.  -  Nie  można  ich  było 

odegnać od koryta. 

Większość zatkało na to łgarstwo, ale ja się uśmiechnąłem. Sprawiedliwość w wojsku z 

założenia nie występuje, nie występowała i występować nie będzie. A spóźniliśmy się, bo Klutz 

nie potrafił szybciej przebierać nogami. 

-  Tak.  -  Bawole oczka pod niskim czołem  rozjarzyły  się radością.  -  No  to zobaczymy, 

jak się spiszą. Padnij! Pięćdziesiąt pompek! 

Pomysł  był  niezły,  gdyż  z  zasady  robiłem  setkę  po  śniadaniu,  by  być  w  formie.  Poza 

tym  dzień  mieliśmy  chłodny  i  należało  się  rozgrzać.  Do  dwudziestej  pompki  było  jako  tako, 

potem  zaczęły  się  jęki  i  skamlenia.  Przy  trzydziestej  połowa  padła  i  nie  próbowała  nawet  się 

ruszyć.  Do  ostatniej  dotarłem  tylko  ja  i  ten  muskularny  chłopak,  który  zemdlał  podczas 

zastrzyków. 

-  Drugie  pięćdziesiąt!  -  warknął  na  ten  widok  oprawca.  Konkurent  zmiękł  po 

trzydziestu, a ja dotarłem spokojnie do końca. 

- Koniec, czy następne pół setki, sir? - spytałem słodko. 

- Powstań! Rozkrok, ramiona w górę i powtarzać za mną. Raz, dwa... trzy, cztery... i raz, 

i dwa... trzy, cztery... 

Skończyliśmy  zaprawę  miło  rozgrzani,  gdy  Klutz  kończył  właśnie  cygaro.  Pięciu 

rekrutów  zdążyło  zemdleć,  co  wprawiło  sierżanta  w  zdecydowanie  zły  humor.  Trącił 

najbliższego butem, co wywołało jedynie bolesny jęk. 

-  Maminsynki!  Mięczaki  pierdolone!  Zabrać  mi  w  cholerę  tych  symulantów  do  izby 

background image

przyjęć. Zaraz zrobimy z was wojsko. Każdego za łeb i za nogi, a potem biegiem w powrotem! 

Ruszać się! 

Ponieważ jeden zemdlał tuż obok mnie, złapałem go w objęcia, a widząc, że tego, który 

dopadł go z drugiej strony, nogi ledwie noszą, zmieniłem chwyt i obaj wzięliśmy go pod ramiona 

tak, aby główny ciężar spoczął na mnie. 

- Przerzuć jego rękę przez plecy - szepnąłem - i udawaj, że go niesiesz. 

- Dzięki... - wychrypiał. - Nie jestem... w formie... 

Faktycznie  nie  był.  Szczupły,  przygarbiony,  z  podkrążonymi  oczami  i  zdecydowanie 

starszy od reszty. Miał chyba ze dwadzieścia pięć lat. 

- Morton - przedstawił się. 

- Jak - odparłem. - Nie jesteś trochę za stary na ten syf? 

- Pewnie, że jestem. Mało się nie zabiłem, żeby skończyć studia, ale przemęczyłem się, 

zachorowałem, wyleciałem z roku i mnie wzięli. Co z nim robimy? 

- Niesiemy go tam, gdzie znoszą innych. 

-  Nie  wygląda  dobrze  -  stwierdził  Morton  spoglądając  na  blade  oblicze  wciąż 

bezwładnego delikwenta. 

- To już jego problem. Ty martw się sobą. 

- Zaczynam rozumieć. Chyba jesteśmy na miejscu. 

-  Połóżcie  go  obok  innych  -  rozkazał  kapral,  nawet  nie  podnosząc  głowy  znad 

dźwiękowego komiksu przeznaczonego dla kompletnych analfabetów. 

Spojrzałem na czterech leżących jak worki biedaków. 

- Może by ich tak obejrzeć, sir - zaproponowałem. - Jeden wygląda nieszczególnie. 

- To jego problem. - Kapral odwrócił kartkę. - Jak się ocknie, wróci na plac, a jak nie, to 

go w nocy zbadają. Albo i nie, bo nie wiem, czy lekarz przyjdzie, a ja nie jestem łapiduchem. No, 

dość pierdolenia, zmiatać mi na kompanię, bo podam do raportu. 

Wymiotło nas, ale zaraz po minięciu progu przestaliśmy się spieszyć. 

- Skąd oni biorą tylu tych zboczeńców? 

- To może być każdy. Ty, ja... - W głosie Mortona brzmiał autentyczny smutek. - Choć 

każde  społeczeństwo  produkuje  takich  dewiantów,  to  tutaj  są  oni  uprzywilejowani  i  zdrowi 

wykonują  ich  rozkazy,  aby  przeżyć.  Nasze  społeczeństwo  opiera  się  na  militaryzmie, 

szowinizmie i nienawiści, a przy takich podstawach typy od brudnej roboty mnożą się same. 

background image

- Tego cię uczyli na studiach? 

-  Jeśli  czegokolwiek  mnie  tam  nauczyli,  to  czegoś  wręcz  przeciwnego.  Robiłem 

magisterkę  z  historii,  historii  wojskowości,  rzecz  jasna,  toteż  mogłem  trochę  poszperać  w 

archiwach.  Lubię  czytać,  a  uniwersytecka  biblioteka  jest  naprawdę  stara.  Jak  złamie  się  kod 

zabezpieczający katalogi, to można czytać, co się chce. Sporo sam się nauczyłem... 

-  Mam  nadzieję,  że  przyswoiłeś  sobie  także  sztukę  trzymania  gęby  na  kłódkę  - 

mruknąłem. 

- Nie zawsze mi wychodzi. 

- No to postaraj się, żeby wychodziło, bo napytasz sobie biedy. 

Klutz  właśnie  sprowadzał  pododdział  z  pola,  toteż  spokojnie  i  cicho  dołączyliśmy 

docierając  do  magazynu,  gdzie  wreszcie  wydano  nam  normalne  mundury.  Słyszałem,  że  w 

wojsku  mundury  są  tylko  w dwóch rozmiarach  - za duże albo za małe  - i okazało się  to świętą 

prawdą. Na szczęście zdołałem złapać duży  rozmiar.  Podwinąć to  i owo zawsze można, doszyć 

jest  nieco  trudniej.  Oprócz  mundurów,  pasów  i  butów  wyfasowaliśmy  także  hełmy,  opo-

rządzenie,  plecaki,  manierki  i  niezbędniki,  zestawy  krawieckie,  narzędzia  do  mordu,  łopatki, 

czujniki  promieniowania,  bagnet  i  z  pół  tony  wszelkich  ogólnowojskowych  śmieci 

niewiadomego przeznaczenia. 

Kiedy już zwaliliśmy te sterty dóbr w baraku, przyszła pora na szkolenie polityczne. 

-  Nie  dość,  że  znęcają  się  nad  nami  fizycznie,  to  jeszcze  będą  gnębić  psychicznie  - 

szepnął Morton, nie na tyle jednak cicho, by nie usłyszał tego sierżant. 

-  Zamknąć  jadaczki!  -  wrzasnął.  -  Rozmowy  zabronione!  Jesteście  tu,  aby  słuchać,  co 

ma do powiedzenia kapral Gow, a nie by pyskować! 

Kapral  Gow  wyglądał  jak  z  plakatu  reklamującego  zaciąg  ochotniczy.  Doskonale 

dopasowany, czysty mundur i uśmiech, który na milę zalatywał fałszem. 

- Sierżancie, to tylko szkolenie. Dobry żołnierz powinien nie tylko wykonywać rozkazy, 

ale  także  rozumieć, czemu  jest  to niezbędne  -  oświadczył politruk, usiłując  się  fraternizować.  - 

Siadajcie wygodnie, krzeseł co prawda nie ma, ale podłoga jest czysta. Doskonale, czy ktoś z was 

może mi powiedzieć, dlaczego tu jesteście? 

- Bo dorwał nas pobór - warknęło spod ściany. 

-  Ha,  ha,  ha...  Naturalnie,  ale  nie  o  to  mi  chodzi.  Czy  wiecie,  czemu  pobór  jest 

niezbędny?  Jeśli nie, to  znaczy, że  wasi  nauczyciele  nie  wywiązywali się należycie  z obowiąz-

background image

ków. Żeby  nie było niejasności, od razu przedstawię  wam  kilka  faktów. Otóż jesteście tu,  gdyż 

groźny wróg chce najechać naszą ojczyznę, a obowiązkiem wojska jest obrona naszej wolności. 

- Pieprzone farmazony - mruknąłem. 

Morton skinął głową, natomiast Gow udowodnił, że ma dobry refleks. 

- Mówiliście coś, żołnierzu? - spytał, gapiąc się na mnie nachalnie. 

-  Tylko  drobne  pytanie,  sir.  Jak  zacofane  gospodarczo  i  pozbawione  przemysłu 

społeczeństwo  kontynentu  może  stanowić  groźbę  dla  uprzemysłowionego  państwa 

dysponującego nowoczesną armią? 

-  Dobre pytanie, żołnierzu. Bardzo dobre! Otóż ci  barbarzyńcy  nie stanowiliby  sami  w 

sobie żadnego niebezpieczeństwa. Zostali jednak uzbrojeni i podjudzeni przez żądnych naszych 

bogactw  i  ziemi  przybyszów  spoza  planety.  Dlatego  właśnie  musicie  poświęcić  się  służbie  dla 

ojczyzny. 

Bezczelność  kłamstwa  odebrała  mi  mowę.  Posłuchałem  jednak  własnej  dobrej  rady  i 

zamilkłem. Ja owszem, ale Morton nie... 

- Ależ, sir. Liga Międzyplanetarna to pokojowy związek pokojowo nastawionych planet. 

Wojna została przez nie odrzucona jako metoda... 

- A wy skąd niby to wiecie? 

- To ogólnie znany fakt - wtrąciłem się mając nadzieję, że Morton zamknie jadaczkę. - 

Prawda, sir? 

- Nieprawda, ale bardzo mnie zainteresowało, kto wam naopowiadał takich kłamstw. Po 

zakończeniu  szkolenia  chciałbym  pogadać  sobie  na  osobności  z  wami,  żołnierzu,  i  z  rekrutem 

obok was. Wracając zaś do tematu, to zapewniam, że wobec międzyplanetarnej inwazji, chcącej 

zniszczyć  nasz  kraj,  żadna  ofiara  nie  jest  zbyt  wielka,  by  ocalić  wolność.  Dlatego  wiem,  że  z 

ochotą  spełnicie  swój  żołnierski  i  obywatelski  obowiązek.  Traktujcie  obecnego  tu  sierżanta 

Klutza  jak  ojca,  gdyż  jest  waszym  opiekunem  i  przewodnikiem  po  wojskowym  życiu. 

Wykonujcie  jego  rozkazy,  a  staniecie  się  dobrymi  żołnierzami,  którym  nieźle  się  w  wojsku 

powodzi. Kto wie, może nawet awansujecie, a na pewno będziecie dobrze służyć krajowi. Wiem, 

że wiele rzeczy może was dziwić i że czeka was jeszcze niejedno zaskoczenie, ale przecież jest to 

dla  was  zupełnie  nowe  doświadczenie.  Możecie  w  takich  przypadkach  pamiętać  o  mnie,  gdyż 

jestem waszym doradcą i pozostaję do waszej dyspozycji o każdej porze dnia i nocy. Możecie na 

mnie  polegać  jak  na  przyjacielu.  Teraz  macie  dziesięć  minut,  aby  zapoznać  się  z  materiałami 

background image

pomocnymi w zrozumieniu pewnych kwestii. Potem możecie pytać, jeśli czegoś nie zrozumiecie. 

W międzyczasie ja porozmawiam sobie z tymi dwoma rekrutami, którzy mieli pecha i zostali źle 

poinformowani  o  realiach  politycznych  naszego  kraju.  Wy  dwaj  tam,  chodźcie  ze  mną, 

pogawędzimy sobie, złapiemy trochę słonka... 

Niechętnie  pozbieraliśmy  się  i  ruszyliśmy  ku  otwartym  przez  kaprala  gościnnie 

drzwiom. Nic innego i tak nie dałoby się zrobić. Gow zamknął drzwi, odwrócił się i uśmiechnął 

nieszczerze. 

- Ciepło, nie? - zagaił. 

- Pewnie, ładna pogoda - przyznałem. 

- Skąd dowiedzieliście się wszystkich tych głupot? Najpierw ty. - Spojrzał na mnie. 

- Tego, no... Usłyszałem gdzieś, po prostu... 

-  Wiedziałem.  -  Uśmiechnął  się  uszczęśliwiony.  -  Słuchaliście  obcych  radiostacji,  tak? 

Tylko tam można usłyszeć takie kłamstwa. 

-  Nie bardzo - odpyskował Morton.  -  Fakty pozostają  faktami i tak się składa, że  mam 

rację... 

Wytrwale kopał sobie mogiłę, mając na dodatek podsuwane jak na tacy idealne wyjście 

z sytuacji. Trzeba było zająć się bliżej tą obcą radiostacją. 

-  Tego,  panie  kapralu,  no...  chciałem  zełgać,  ale  pan  jest  za  sprytny.  Miał  pan  rację, 

słuchałem radia... 

-  Jasne!  Pompują  to  świństwo  przez  satelitę  na  tylu  częstotliwościach,  że  nie  da  się 

zagłuszyć. A zbyt wysoko zawiesili to cholerstwo, by je zestrzelić. 

- Raz słuchałem, panie kapralu. Wiem, że źle zrobiłem, ale mówili tak logicznie, że... 

- Dobrze, żeście się przyznali. A wy? Morton nic nie odpowiedział, na swoje szczęście 

zresztą, bo kapral wziął milczenie za przytaknięcie. 

- Znaczy się obaj - podsumował. - Ale przynajmniej rokujecie szansę na reedukację, co 

niestety,  nie  o  każdym  można  powiedzieć.  Pewnie,  że  mówili  logicznie,  to  są  fachowcy  od 

ogłupiania  takich jak  wy.  Prawda  jest  mniej przyjemna,  ale  trudno,  a  władza  wie  lepiej,  co  dla 

was jest dobre. No to teraz obaj do środka, a jak skończymy szkolenie, to pogadamy o wymiarze 

kary.  Macie  czas  zastanowić  się  nad  tym,  co  zrobiliście  i  nad  tym,  co  was  czeka.  W  cywilu 

dostalibyście  rok  ciężkich  robót,  tutaj...  Dowiecie  się.  W  przyszłości,  o  ile  w  ogóle  czeka  was 

jakaś przyszłość, nauczycie się nie sprzeciwiać przełożonym. 

background image

- To prawda z tym satelitą? - spytałem Mortona, gdy wróciliśmy do środka. 

-  Pewnie.  A  co,  nigdy  nie  słuchałeś?  Nudne,  typowa  propaganda  z  małą  zawartością 

faktów. To, że się przyznałeś, i tak jest bez znaczenia. Musiał nas ukarać, bo taka jest wojskowa 

zasada. Teraz dostaniemy w dupę! 

Sierżant  Klutz  spojrzał  na  nas  wściekle,  więc  zamilkliśmy,  a  ja  uśmiechnąłem  się  w 

duchu.  Kto  dostanie  w  dupę,  to  się  jeszcze  zobaczy,  ale  chyba  nie  ja.  Właśnie  szykowała  się 

szansa, z której należało skorzystać... 

background image

10 

Gdzieś w oddali zabrzmiał dzwonek i sierżant  Klutz ocknął się, krzywiąc  się przy  tym 

niemiłosiernie. 

-  Baczność!  -  warknął.  -  Całą  godzinę  żeście  się  opierdalali,  teraz  sobie  to  odbiję. 

Następne są zajęcia ze znajomości broni. Jazda, biegiem marsz! 

- Tych dwóch zatrzymuję - wtrącił Gow, wskazując na nas. - Pójdą do raportu za sianie 

defetyzmu. Klutz radośnie wykreślił nas ze spisu. 

- Dopóki ilość się zgadza, możesz ich nawet utopić w szambie - oświadczył i zatrzasnął 

za  sobą  drzwi.  Morton  apatycznie  oparł  się  o  ścianę,  Gow  zaś  wyciągnął  notes  i  wskazał 

ołówkiem na mnie. 

- Wasze nazwisko, żołnierzu? 

- Scroo U2. 

-  To  wasze  wojskowe  nazwisko,  do  tego  niepełne.  Chcę  poznać  wasze  prawdziwe  i 

pełne nazwisko. 

- Jestem z Pensildelphii, panie kapralu, a tam uczą, by nie przedstawiać się obcym. 

- Jaja sobie ze mnie robicie!? - warknął podejrzliwie. 

- To byłoby niemożliwe, sir. Już nie. Sam pan jest 

jednym  wielkim  niesmacznym  dowcipem  wykorzystującym  ludzką  ciemnotę.  Obaj 

dobrze  wiemy,  że  temu  krajowi  naprawdę  zagraża  tylko  będąca  u  władzy  junta  wojskowa.  To 

zmilitaryzowane państwo służy obecnie tylko elicie wojskowej. 

Morton próbował mnie uciszyć, a Gow sięgnął po telefon. 

-  Jak  mi  nie  powiesz  dobrowolnie,  to  żandarmeria  wyciśnie  wszystko  z  ciebie  w  parę 

minut.  -  Musiałem  go  nieźle  zirytować,  skoro  przestał  zwracać  uwagę  na  ogólnowojskową 

gramatykę.  -  Poza  tym  mylisz  się  w  jednym.  Nie  tylko  elity  wojskowe  na  tym  korzystają,  ale 

również  korporacje  przemysłowe.  Jedno  nie  może  istnieć  bez  drugiego  i  każde  jest  żywotnie 

zainteresowane dobrym samopoczuciem partnera. 

Powiedział to spokojnie i z uśmiechem, a mnie zatkało. 

- To... - W końcu odzyskałem mowę. - Po co opowiada pan te brednie żołnierzom? 

-  Z  pochodzenia  jestem  właśnie  członkiem  jednego  z  rodów  przemysłowych  i  obecna 

sytuacja mi odpowiada. Wypełniam mą żołnierską powinność głosząc te, jak określiłeś, brednie, 

a za kilka miesięcy wyjdę stąd i wrócę do normalnego życia. Wciąż zajęte, powiesił się ktoś, czy 

background image

co... Cóż, przyznaję, że rozmowa sprawiła mi dużą przyjemność, głównie z uwagi na odmienne 

od ogólnie spotykanego podejście do tematu. Dlatego też chciałbym dać ci coś w prezencie. 

Odłożył słuchawkę i otworzył szufladę biurka, a ja okazałem się chwilowo zbyt tępy, by 

zrozumieć, o co mu chodzi. Gdy zrozumiałem, było niemal za późno, zdołał zrobić dwa kroki w 

moim kierunku i to z bronią w garści. 

-  Na  twoim  miejscu  nie  robiłbym  niczego.  Jestem  niezłym  myśliwym  i  najpewniej  cię 

zastrzelę. Jeśli nie da się inaczej, to w plecy. 

- W porządku, kapralu - uśmiechnąłem się, starając pozostać twarzą do niego. - Wywiad 

miał  zastrzeżenia  co  do  waszych  pogadanek  i  wysłał  mnie,  bym  was  sprawdził.  Zdaliście 

egzamin,  gratulage.  Nie  powtórzę  waszych  uwag  o  powiązaniach  wojska  i  przemysłu,  choć 

jestem z biednej rodziny i nie wyjdę stąd za kilka miesięcy. 

- O kurwa! - jęknął Morton. 

-  Nie  kurwa,  tylko  podoficer  wywiadu,  a  wy  jesteście  aresztowani,  żołnierzu! 

Złapaliśmy zdrajcę, a zatem coś dobrego wynikło jednak z waszej pogadanki, prawda, Gow? 

- I ja mam w to tak od razu uwierzyć? - spytał podejrzliwie. 

-  Nie,  ale  myślę,  że  uwierzysz,  gdy  pokażę  ci  upoważnienie  -  odparłem  spokojnie, 

sięgając do kieszeni. 

Może  i był  niezłym  myśliwym,  ale  zwierzęta  się  nie  bronią,  a  na  pewno  nie  strzelają. 

Doświadczenia  bitewnego  nie  miał  za  grosz.  Jak  byle  amator  spojrzał  na  moją  rękę  i  niczego 

więcej nie potrzebowałem. Wybiłem w górę dłoń z miotaczem. Pocisk wypalił dziurę w ścianie 

obok Mortona, który odskoczył z piskiem. Zanim Gow zdołał ponownie nacisnąć spust, dostał w 

brzuch i upuścił broń. Potem trzasnąłem go jeszcze w kark, dzięki czemu stracił przytomność. 

-  Dobra  robota,  Jim - pogratulowałem sam  sobie,  bo jakoś  nikt nie miał zamiaru  mnie 

pochwalić. 

- Coś... coś... ty zrobił? - wybełkotał wreszcie Morton. 

-  Dokładnie  to,  co  widziałeś.  Unieszkodliwiłem  kaprala,  zanim  zdążył  zrobić  nam 

krzywdę.  Poza  tym  ty  nie  jesteś  aresztowany,  a  ja  nie  jestem  z  wywiadu.  Rusz  łaskawie  dupę, 

przesuńmy to biurko, zanim ktoś tu wlezie. Jak widzisz, drzwi nie mają zamka. 

Podniosłem  miotacz,  by  nie  kusił  losu  ani  przedstawiciela  rodu  przemysłowego,  po 

czym zabrałem się za obdzieranie tego ostatniego z munduru. Oto była okazja na awans w moim 

stylu. Gdy dotarłem do bielizny, na chwilę znieruchomiałem: na slipkach miał złoty monogram. 

background image

Na szczęście facet miał nieco nadwagi i był mojego wzrostu, wobec czego uniform pasował, gdy 

moje  mięśnie  zastąpiły  jego  sadło.  Buty  zatrzymałem  swoje,  bo  miał  dziwnie  małą  stopę. 

Zawartość  kieszeni  była  zdecydowanie  miła  -  paczka  niezłych  cygar,  cała  harmonia  gotówki  i 

składany nóż. Pociąłem swój mundur na pasy, którymi związałem nadal nieprzytomnego łobuza. 

- Chcesz go zabić? - zaciekawił się Morton. 

-  Nie,  ale  lepiej  żeby  nie  znaleźli  go,  nim  my  przejdziemy  do  następnego  etapu... 

Zaprzyj się plecami i pilnuj drzwi; jak kto spróbuje otworzyć, to nie puszczaj. 

Odstawiłem  biurko  mniej  więcej  na  miejsce  i  wcisnąłem  kaprala  pod  mebel,  tak  aby 

nazbyt nie rzucał się w oczy. Odruchowo sprawdziłem szuflady, jedynie w najwyższej była jakaś 

teczka  z dokumentami.  Wziąłem  papiery  pod  pachę  i obejrzałem  całość dzieła.  Jak  długo  Gow 

nie odzyska przytomności, nikt go nie znajdzie. 

- I co teraz? - spytał Morton, nadal udający zamek w drzwiach. 

-  Nie  mamy  odwrotu,  zatem  idziemy  dalej.  Kiedy  go  znajdą,  poznają  nasze  nazwiska, 

więc najpierw musimy je zmienić, a to oznacza wycieczkę do sztabu. Można by go utrupić, ale to 

dałoby jeszcze gorsze efekty, a poza tym i tak by się dowiedzieli od Klutza, o kogo chodzi. Przy 

okazji przeszukają bazę, a do morderców strzela się bez uprzedzenia. 

- Poza ostatnim zdaniem niczego nie rozumiem. Jak, dobrze się czujesz? 

- Doskonale. Poza tym świetnie wiem, co robię. 

Ponieważ  nigdzie  nie  było  kabury,  broń  musiałem  zostawić.  Podoficer  paradujący  po 

bazie z gnatem w dłoni zbytnio zwracałby uwagę. Rozładowałem więc broń i pustą wrzuciłem do 

szuflady. 

-  Maszeruj przede mną i  rób, co ci  każę – poleciłem Mortonowi, chowając  magazynek 

do kieszeni. - Najpierw wyjrzyj tylko i sprawdź, czy nikogo nie ma. 

Nie było. Ruszyliśmy zatem, tupiąc buciskami. Ja ściskałem pod pachą teczkę, Morton 

chronił  całym  wysiłkiem  woli  resztki  rozsądku.  Za  najbliższym  rogiem  prawie  wpadliśmy  na 

żandarma. 

- Stój! - zakomenderowałem, zanim Morton zdołał rzucić się do ucieczki. - Szeregowy, 

chodźcie no tu! 

- Ja, sir? - Znający dobrze wojskowe realia żandarm był uprzejmy nas nie zauważyć, co 

było całkiem rozsądnym zachowaniem. 

-  A  jest  tu  inny  szeregowy?  Macie  nie  zapiętą  kieszeń,  ale  jestem  dziś  w  dobrym 

background image

humorze. Gdzie tu się mieszczą Wydziały Personalne? 

-  Prosto, w prawo przy podium dla orkiestry, w  lewo przy  izbie  tortur  i drugi budynek 

po prawej. 

-  Możecie  odmaszerować!  -  warknąłem.  Oddalił  się  czym  prędzej,  gorączkowo 

sprawdzając kieszenie, a ja poklepałem spoconego ze strachu Mortona. 

-  Spokojnie,  bo  się  rozpuścisz.  To  jest  przywilej  starszego  stopnia.  Z  niższym  rangą 

możesz w każdym wojsku robić, co chcesz. Gotów? 

Skinął głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Ruszyliśmy. 

Na  każdym  narożniku  wykrzykiwałem  komendy,  żeby  się  nie  wyróżniać  i  żeby  mój 

podopieczny  nie pomylił drogi,  toteż  na  miejsce dotarliśmy szybko i bezproblemowo.  Budynek 

był spory, a ruch panował w nim większy niż w innych. Morton zamarł przy wejściu, podrygując 

lekko ze strachu. 

- Co chcesz zrobić? - szepnął. 

- Odpręż się - zajrzałem do teczki i udałem, że porządkuję papiery, by uzasadnić postój. 

- Idź za mną i nie odzywaj się, rób, co każę, a za parę minut znikniemy bez śladu. 

- Pewnie, że znikniemy, jak tylko tam wejdziemy. Złapią nas, będą torturować, zabiją... 

-  Cisza!  -  ryknąłem  mu  w  ucho,  aż  podskoczył.  -  Nie  gadać, nie  myśleć!  Wykonywać 

wszystko albo znajdziecie się w gównie po uszy! 

Przechodzący sierżant pokiwał głową z uznaniem, wobec czego dodałem: 

- W lewo zwrot! Naprzód marsz! 

Krótko był w armii, ale zadziałało. Odwrócił się i pomaszerował jak ta lala. Dzięki temu 

spokojnie minęliśmy drzwi i skierowaliśmy się ku stojącemu za nimi żandarmowi. 

-  Baczność!  Spocznij!  -  warknąłem  i  nie  zniżając  głosu zwróciłem  się do  żandarma:  - 

Gdzie jest sekcja transportu? 

- Drugie piętro, pokój dwieście dziewięć. Czy mogę zobaczyć pańską przepustkę, sir? 

Spojrzałem  nań  zimno,  przeglądając  papiery  z  teczki  i  wolno  taksując  go  od  stóp  do 

głów. Zaczął się robić nerwowy, co znaczyło, że od niedawna trzyma wartę. 

- Nigdy nie widziałem brudniejszych butów, i to w czasie pełnienia służby garnizonowej 

-  syknąłem,  a  gdy  odruchowo  spojrzał  w  dół,  podsunąłem  mu  pod  nos  jakiś  papier.  -  O,  jest 

przepustka. 

Nim  podniósł  wzrok, ja  chowałem już dokument do teczki. Chciał coś powiedzieć, ale 

background image

zamarł, napotkawszy moje spojrzenie. 

- Drugie piętro - powtórzyłem, odwracając się do Mortona. - Szeregowy, idziemy! 

Potupaliśmy po schodach.  Ja nieco  spocony,  bo była to  jednak  męcząca  robota, on zaś 

drżący  jak  w  febrze.  Nie  miałem  pojęcia,  ile  jeszcze  wytrzyma  i  pozostało  jedynie  żywić 

nadzieję, że do końca. Dotarliśmy szczęśliwie tam, gdzie trzeba. Otworzyłem drzwi i zajrzałem. 

Przy  ścianie  stała  ława,  poleciłem  mu  więc,  by  siadł  i  czekał  tu na  mnie,  sam  zaś  poszukałem 

dyżurnego,  który akurat  bawił się telefonem. Machnął ręką,  żebym  poczekał, spojrzałem zatem 

dalej. Za dyżurnym ciągnęły się rzędy biurek, przy których szeregowi pracowicie wypisywali coś 

i liczyli. Oni ignorowali mnie całkowicie. 

-  Tak,  sir...  Natychmiast,  sir.  Pewnie  błąd  komputera,  kapitanie...  Tak,  sir.  -  Dyżurny 

odłożył słuchawkę i dodał. - Żeby cię cholera, bydlaku. O co chodzi, kapralu? 

- Chcę się widzieć z sierżantem, z szefem... 

- Nie da się. Jest na urlopie okolicznościowym. Desperuje, bo kanarek mu zdechł. 

- A to uczuciowa bestia. Dobra, kto go zastępuje? 

- Kapral Gamin. 

- To proszę powiedzieć, że idę do niego. 

-  Już  się  robi.  -  Dyżurny  złapał  za  telefon,  a  ja  pomaszerowałem do drzwi  z  tabliczką 

SZEF TRANSPORTU. Wewnątrz siedział ciemny chudzielec zajęty akurat komputerem. 

- Kapral Gamin? - spytałem zamykając drzwi. - Jeśli tak, to przynoszę dobre nowiny. 

- Jestem Gamin. Jakie nowiny? 

- W kwatermistrzostwie znaleźli wirusa w komputerze i płatnik twierdzi, że mogło dojść 

do pomyłki w naliczaniu żołdu przez ostatnie miesiące. Między innymi pańskiego. Może nawet i 

dwie setki panu wyrównają, ale chcą pana widzieć, aby wyjaśnić wszystko do końca. 

- Wiedziałem! Dwa razy policzyli mi za ubezpieczenie! 

- To wszystko dupki, więc możliwe. - Po raz kolejny okazywało się, że urzędy wszędzie 

są takie same, a urzędnicy, szczególnie co niżsi rangą, zawsze uważają się za oszukiwanych przy 

wypłacie. - Proponuję się pospieszyć, zanim znów gdzieś to wszystko zgubią. Mogę zadzwonić? 

-  Jasne.  Na  centralkę  przez  dziewięć.  –  Poprawił  kurtkę  mundurową,  wyłączył 

komputer. - Założę się, że wiszą mi o wiele więcej! 

Ku  mojemu  szczeremu  zadowoleniu  wyszedł  drugimi  drzwiami,  prowadzącymi 

bezpośrednio na korytarz. Ja otworzyłem te pierwsze i wytknąłem głowę. 

background image

-  Jego  też,  kapralu?  -  spytałem,  jakby  gospodarz  był  wciąż  u  siebie.  -  Dobra... 

Szeregowy, do mnie! 

Morton  podskoczył,  słysząc  mój  głos,  rozejrzał się  rozpaczliwie  i  doszedł  w  końcu do 

wniosku, że o niego chodzi, więc wstał i podszedł do mnie. Wciągnąłem go za nos i zamknąłem 

drzwi na klucz. 

- Siadaj i nie zadawaj głupich pytań. Mam robotę. 

Po czym wyjąłem wytrych, na co oczy  mojego kompana zrobiły  się jeszcze większe, i 

uruchomiłem  komputer.  Dostałem  się  do  menu  i  stwierdziłem,  że  rzecz  jest  prostsza,  niż  się 

spodziewałem.  Program  był  łatwy,  ale  nie  mógł być inny,  wziąwszy pod uwagę  jego zwykłych 

użytkowników.  Bez  trudu  znalazłem  rozkazy  podróży  i  wprowadziłem  odpowiednie  zmiany, 

posiłkując się danymi z naszych nieśmiertelników. 

-  Właśnie  w  południe  wyjeżdżamy  do  Fortu  Abomeno  -  oznajmiłem,  gdy  brzęczyk 

pisnął, a drukarka wypluła z siebie kartkę. - Chwilowo jesteśmy bezpieczni, bo już nas tu nie ma. 

- Ale jesteśmy... 

-  Faktycznie  tak,  ale  na  papierze udajemy  się  właśnie  do  Fortu  Abomeno,  a  w  wojsku 

tylko papier się liczy. Teraz trzeba jeszcze zadbać o nasze nowe dokumenty. 

Wróciłem do komputera. Należało się spieszyć. Jeśli cała sprawa miała się udać, trzeba 

było  zniknąć  stąd  przed  powrotem  kaprala.  Wybrałem  dwa  nazwiska  z  listy  przeniesionych, 

podoficerów,  naturalnie,  i  wprowadziłem  dane,  gdzie  trzeba.  Znów  pisnęło  i  drukarka  wypluła 

dwie  następne  kartki.  Złapałem  je  pospiesznie,  wyłączyłem  komputer  i  ruszyłem  przez  tylne 

drzwi na korytarz. Morton posłusznie deptał mi po piętach. 

Korytarz prowadził do schodów, po których właśnie ktoś wchodził, i sądząc po krokach, 

mógł to być ktoś nieźle wkurzony. Założyłbym się, że to Gamin, ale wolałem nie sprawdzać. 

- W prawo zwrot! - zakomenderowałem półgłosem, kierując się byle dalej od schodów i 

Morton wlazł jak cielę w pierwsze drzwi po prawej, a ja za nim. 

Wewnątrz jakiś pracownik poprawiał fryzurę przed lustrem. Hm... to była kobieta. 

-  Czyście  oszaleli,  kapralu?  -  warknęła.  -  Albo  was  czytać  nie  nauczyli.  To  damska 

toaleta! 

-  Przepraszam,  ale  w  korytarzu  jest  ciemno.  Szeregowy,  do  jasnej  cholery,  gdzieście 

poleźli,  to damski  kibel!  W  tył  zwrot,  do  męskiego  marsz.  I  czytać  mi  tabliczki,  bo pogadamy 

inaczej! 

background image

Korytarz  na  szczęście  był  pusty,  więc  czym  prędzej  wydostaliśmy  się  z  gmachu  i 

skręciliśmy w pierwszą przecznicę. 

Dwa  bloki  dalej  skręciłem  za  róg  i  z  ulgą  oparłem  się  o  tylną,  ślepą  ścianę  jakiegoś 

baraku. Tym razem zagrożenie było blisko i napięcie dało znać o sobie. Otarłem spocone czoło i 

z uśmiechem pokazałem mojemu towarzyszowi dwa papierki. 

-  Wolność i spokój  - oznajmiłem  radośnie.  -  Rozkazy  wyjazdu, a właściwie odwołanie 

rozkazów wyjazdu. Wreszcie jesteśmy bezpieczni. 

- O czym ty mówisz? - spytał grzecznie choć podejrzliwie, wytrzeszczając na mnie oczy. 

- Dobrze, wyjaśnię ci to prościej. Z punktu widzenia dowództwa zostaliśmy przeniesieni 

do  Fortu  Abomeno,  a  zatem  tutaj  nikt  nas  nie  będzie  szukał.  Będą  węszyć  w  miejscu 

przeniesienia, ale nic nie znajdą. Żeby za szybko się nie wydało, liczba osób w transporcie musi 

pozostać  nie  zmieniona,  toteż  anulowałem  rozkaz  wyjazdu  dwóch  innych,  którzy  faktycznie 

wyjechali, a przy okazji  awansowałem nas na podoficerów, żeby żaden  trep się nas nie czepiał. 

To  właśnie  te  rozkazy,  kapralu.  Ja  jestem  sierżantem,  żeby  była  jakaś  sprawiedliwość  na  tym 

świecie.  Mając  te  papierki  możemy  liczyć  na  kilka  spokojnych  dni,  bo  przełożeni  tych  dwóch 

wiedzą,  że  gości  nie  ma,  a  nikt  nie  będzie  szukał  zbyt  gorliwie,  skoro  sztuki  się  zgadzają. 

Możemy  bez  obaw  podawać  się  za  nich  w  kantynie  i  hotelu  podoficerskim.  Przez  ten  czas 

zdołam  coś  wymyślić,  spokojna  głowa.  Teraz  proponuję  zacząć  nową,  obiecującą  karierę 

zawodowych podoficerów należących do grupy zwanej popularnie trepami. Co ty na to? 

-  Do  licha  -  wymamrotał,  i  gdybym  go  nie  podtrzymał,  padłby  w  najbliższą  rabatkę. 

Oparłem go o ścianę i pokiwałem z satysfakcją głową. 

- I ja tak myślę. To faktycznie był pracowity dzień. 

background image

11 

Zmęczenie  można  wytrzymać,  zignorować  pragnienie  jest  znacznie  trudniej,  jednak 

chwilowo musiałem uzbroić się w cierpliwość. Szarża ma  swoje przywileje,  ale dopiero wtedy, 

gdy  poprze  się  ją  mundurem  z  właściwymi  dystynkcjami.  Trząsłem  Mortonem  tak  długo,  aż 

zaczął dawać oznaki przytomności, mrugając niezbornie oczami i wpatrując się we mnie tępo. 

- Ostatni wysiłek - poinformowałem go poważnym tonem. - Idę do sklepu wydać trochę 

nie  swoich  pieniędzy,  a  potem  udajemy  się  do  kantyny  podoficerskiej,  aby  zjeść  coś  i  wypić. 

Jesteś gotów? 

- Jestem zmęczony, padam na pysk. Nogą nie ruszę. Idź sam, a ja tu poczekam... Chcę 

umrzeć... 

- W takim razie nie zrobi ci różnicy, jeśli zaopiekuje się tobą stojący właśnie za twoimi 

plecami kapral Klutz... 

Dobrze,  że  byłem  przygotowany  na  to,  co  właśnie  nastąpiło.  Morton  kwiknął, 

podskoczył na pół metra i zaczął biec, zanim jeszcze dotknął z powrotem ziemi. Przytrzymałem 

go za kołnierz. 

-  Klutz,  jako  środek  dopingowy,  czyni  cuda.  Skoro  jesteś  już  mobilny,  to  idziemy  na 

zakupy. 

Dotarliśmy  na  pocztę,  gdzie  z  mojego  towarzysza  definitywnie  uszło  powietrze. 

Oparłem go więc o skrzynkę pocztową i wręczyłem papiery. 

-  Czekajcie  tu,  szeregowy,  i  nie  zgubcie  tych  dokumentów,  bo  wam  łeb  przy  dupie 

ukręcę! - I szeptem spytałem jeszcze: - Jaki rozmiar normalnie nosisz? 

Wyciągnięcie z niego tej drobnej informacji zabrało mi dobrą chwilę. W końcu ruszyłem 

do pobliskiego sklepu, gdzie godnie spożytkowałem część majątku kaprala Gow kupując kurtkę 

mundurową,  wstążki do  obszycia  i  tym podobne drobiazgi.  Następnie  zaciągnąłem Mortona do 

kantyny podoficerskiej, szczęśliwie niemal pustej o tej porze. 

-  Kabiny  używamy  pojedynczo  -  zastrzegłem,  żeby  uniknąć  spekulacji  natury 

obyczajowej, a gdy chłopak wyszedł, z miejsca awansowałem go na kaprala. Jego stary mundur i 

papiery powędrowały do zsypu, a my do kasyna. 

- Piwo, czy coś mocniejszego? - spytałem rzeczowo. 

- Nie piję. 

- Teraz już pijesz. I klniesz. Jakbyś zapomniał, to przypominam ci, że jesteś w wojsku. 

background image

Siedź tu i wykrzywiaj gębę, jak na wzorowego kaprala przystało, a ja zaraz wrócę. 

Zamówiłem dwie setki spirytusu i dwa piwa. Alkohol wlałem do kufli,  spróbowałem i 

zadowolony z mieszanki, wróciłem do stolika. Morton grzecznie pociągnął łyk, wybałuszył oczy, 

wciągnął  powietrze  i  znów  popił.  Błyskawicznie  zaróżowiły  mu  się  policzki,  toteż  wychyliłem 

połowę swego kufla i odsapnąłem z ulgą. 

- Nie wiem, jak ci podziękować... - wybąkał. 

- Więc nie dziękuj. Pij. Realizowałem akurat własne plany, a ty byłeś pod ręką. 

- Kim ty właściwie jesteś? Skąd to wszystko potrafisz? 

-  Uwierzyłbyś,  jakbym  ci  powiedział,  że  jestem  szpiegiem  przysłanym,  aby  wykraść 

tajemnice wojskowe? 

- Tak - przyznał bez chwili wahania. 

-  To  fajnie.  Niestety,  albo  i  stety,  nie jestem szpiegiem.  Jestem  zwykłym  poborowym, 

choć przyznaję, że pochodzę  z  terenów leżących znacznie dalej niż  Pensildelphia.  Już  wypiłeś? 

Pojętny  uczeń.  Zaraz  przyniosę  następne  i  coś  do  żarcia,  może  mają  tu  jakieś  kanapki  czy  coś 

takiego. 

Następna  kolejka  i  normalne  jedzenie  pomogły  dość  skutecznie.  Morton  zaczął 

wyglądać  jak  człowiek,  a  ja  mogłem  przystąpić  do  obmyślania  kolejnych  posunięć,  w  czym 

wybitnie pomogło mi cygaro i jeszcze jedno wzmocnione piwo. 

-  Tooo  nafrade  dobsze.  Jestesz  wszfaniały,..  -  wybełkotał  Morton  i  padł  na  stolik, 

zasypiając natychmiast. 

Kasyno  było  prawie  puste.  Nie  licząc naszego,  zajęty  był  tylko  jeszcze  jeden  stolik,  a 

jego  samotny  użytkownik  chrapał  na  blacie  podobnie  jak  Morton.  Ot,  proste  przyjemności 

żołnierskiego żywota. Upiłem drobny łyk smakując napitek i przebiegłem w myślach wydarzenia 

ostatnich tygodni. Głównym obiektem tych przemyśleń był Garth. Teraz znajdowaliśmy się w tej 

samej  bazie  i  wreszcie  miałem  trochę  czasu,  by  się  nim  zająć.  Ziewnąłem  szeroko  i  nagle 

usłyszałem,  jak  poprzez  łomot  stojącej  w  kącie  grającej  szafy  dobiega  mnie  jakby  ciche 

skrobanie.  Coś  tam  się  w  narożniku  ruszało,  spojrzałem  więc  uważnie  i  nastawiłem  uszu. 

Najpierw pojawiły się wąsy, potem nerwowo wietrzący nos, a na końcu cały szczur, wpatrujący 

się we mnie czarnymi ślepkami. 

- Zmiataj stąd albo zrobię z ciebie schabowy - poradziłem mu półgłosem. 

Przyzwyczajony widać do wszelkich gości barman nawet nie uniósł głowy. 

background image

- Muszę z tobą pogadać - oznajmił niespodziewanie szczur. 

To był jednak męczący dzień. Chyba przeceniłem własną wytrzymałość. 

-  Spierdalaj  -  syknąłem.  -  Jesteś  elementem  mojego  delirium,  a  skoro  tak,  każę  ci 

przestać istnieć. Nie jesteś normalnym szczurem! 

Wychyliłem  zawartość  kufla  jednym  haustem,  szczur  zaś  wlazł  na  szafę  grającą,  nie 

przestał się jednak na mnie gapić. 

-  Pewnie,  że  nie  jestem  zwykłym  szczurem  -  zgodził  się  gryzoń.  -  Jestem  Warod  z 

Marynarki Ligi. 

Delikatnie,  by  nie  obudzić  Mortona,  wyjąłem  mu  z  dłoni  jego  kufel  i  również 

opróżniłem. 

-  Trochę  się  pan  skurczył  od  naszego  ostatniego  spotkania,  kapitanie  -  stwierdziłem 

najspokojniej, jak mogłem. 

- Przestań strugać durnia! Posłuchaj, diGriz! Ten pieprzony szczur jest kontrolowany z 

naszej bazy. Zostałeś rozpoznany i stąd ta rozmowa. 

- Przez szczura? Inteligentne bydlę! 

-  Zamknij  się!  Nie  mam  zbyt  wiele  czasu,  bo  mogą  przerwać  transmisję,  ostatecznie 

trochę  znają  tu  radiolokację,  do  cholery.  Potrzebujemy  twojej  pomocy,  jesteś  pierwszym 

agentem, który zdołał spenetrować ich bazę. 

- Agentem? Myślałem, że zbiegłym skazańcem... 

-  Dostałeś  awans.  I  przestań  mi,  do  diabła,  przerywać,  bo  tu  chodzi  o  wojnę.  Twoi 

generałowie  planują  inwazję,  tylko  pojęcia  nie  mamy  gdzie.  Brastyr  to  duży  kontynent,  a  oni 

mogą zaatakować dosłownie wszędzie. Będzie masakra, jeśli nie dowiemy się czegoś więcej... 

Drzwi  wejściowe  otworzyły  się  z  trzaskiem  i  do  środka  wpadł  wymachujący  bronią 

oficer, a w ślad za nim jeszcze trzech wojaków z jakimś sprzętem. 

- Sygnał dochodzi z tego kierunku, sir - technik wskazał na mnie. 

- Pierdolony lokal! - wrzasnąłem. - Tu są szczury, nie mówiąc o szeregowych! 

Celny kop zmienił szczura w coś, co wyglądało sugestywnie jak martwe truchło, a szafę 

grającą w sprzęt cichy i potulny. 

- Spokojnie, kapralu, bo wam się woda w dupie zagotuje - warknął oficer. - Prowadzimy 

śledztwo w sprawie nada... 

- Sygnał zniknął, sir - zameldował technik. 

background image

- Cholera! - oficer schował broń do kabury. - Przecież ta banda alkoholików nie potrafi 

nawet rozpozać nadajnika, nie mówiąc o obsłudze. 

- Sygnał mógł dochodzić z drugiej strony ściany, sir. Tam jest ulica, mógł być w jakimś 

pojeździe, który odjechał... 

- Macie rację. Idziemy! 

Wypadli z kolejnym trzaskiem drzwi, a ja spojrzałem na barmana. 

- Często powtarza się taki cyrk? 

- Regularnie. To duża baza. 

Morton zachrapał i  czknął. Niby to przypadkiem przesunąłem  w  kąt  truchło szczura,  z 

którego wyleciało jakieś kółko zębate. Niestety, cholera, chyba nie był częścią mojej delirki... 

- Jeszcze trochę - poleciłem. - Dla nas obu, bo reszta jak widać zalała się w trupa. 

- Miły pan, sierżancie. Świeży w bazie? 

- Od dziś. 

- Jak mówiłem, to duża baza... - Ciąg dalszy zagłuszył przenikliwy gwizd dochodzący z 

telewizora, który właśnie się włączył. 

Na ekranie pojawił się znany z poprzedniej transmisji czarno odziany smutas. 

- Szpieg, który wylądował w Mortstertoro, został utożsamiony, gdy usiłował zaciągnąć 

się  do  wojska,  udając  zwykłego  poborowego.  Dokładność  policji  pomogła  wydatnie  w 

identyfikacji odzieży, którą odzyskano. 

Wyszło na to, że odesłanie odzieży na komisariat nie było aż tak genialnym pomysłem. 

Cóż,  uczymy  się  na  błędach,  szkoda  tylko,  że  własnych.  W  głośniku  znów  zachrypiało  i 

ujrzeliśmy innego oficera. 

- Uwaga! Od tego momentu cała baza zostaje zamknięta. Ogłaszam hermetyzację bazy! 

Wszystkie  przepustki  i  rozkazy  wyjazdów  zostają  wstrzymane  do  odwołania!  Szpieg  został 

zidentyfikowany jako jeden z rekrutów, którzy dostali przydział do naszej bazy. Oto jego zdjęcie. 

Na ekranie pojawiła się fotografia Jaka z jego dokumentów. Nadal byłem o krok przed 

nimi. Zanim zorientują się, że Jak 5138 nie przebywa na terenie bazy, minie jeszcze trochę czasu. 

Zabrałem drinka i wróciłem do stolika, przy którym siedział dziwnie przytomny Morton. 

- Napijesz się? - spytałem, zanim zdążył się odezwać. Zadrżał i wskazał na telewizor. 

-  Też  mi  szpieg,  który  dał  się  zaciągnąć  -  parsknąłem  pogardliwie,  kopiąc  mego 

towarzysza pod stołem. - Mamy czas - szepnąłem. - Potrwa trochę, nim przeszukają bazę. 

background image

- Nie zabierze im to aż tak wiele czasu. Wiedzą, gdzie trafiłeś, a reszty dowiedzą się od 

Klutza i Gowa. Znajdą kaprala i... 

-  No  i  co  dalej?  Przeszukiwanie  takiej  bazy  to  kapitalna  zabawa.  A  jak  nie  znajdą  za 

pierwszym razem, to przeszukają powtórnie. Są za głupi na dokładne sprawdzenie komputerów. 

- Uwaga! - ryknął telewizor. - Właśnie otrzymaliśmy nowe informacje. Szpieg, wraz ze 

zwerbowanym pomocnikiem, zdołali wydostać się z bazy przed jej zamknięciem, wykorzystując 

dostęp  do  centralnego  komputera.  Odwołuje  się  niniejszym  hermetyzację  bazy  oraz  podaje  do 

wiadomości, że cały personel informatyczny został aresztowany. 

Tym razem wolałem nie spoglądać na Mortona. 

- Teraz wiedzą, gdzie szukać - oznajmił ten głucho. - Ile czasu zajmie im zorientowanie 

się, że nie było nas w tym transporcie? 

- Ile? Trudno powiedzieć. Może kilka godzin, może kilka dni. 

- Ile? 

Westchnąłem ciężko. Mówienie prawdy przychodzi niekiedy z trudem. 

-  Mają  dobrego programistę  i  dobrego  szefa  bezpieki.  Facet  myśli,  a  to  w  wojsku  jest 

ewenement.  Tak  poważnie  mówiąc,  to  mamy  najpewniej  z  pół  godziny,  nim  zaczną  szukać 

konkretnie nas. 

Targnęło nim, jakby mu ktoś krzesło podłączył do prądu, ale zdołałem go przytrzymać. 

Szczęśliwie barman oglądał telewizję. 

- Masz rację, należy stąd wyjść. Ale powoli i nie nerwowo. Idź za mną - poleciłem. 

Gdy ruszyliśmy ku drzwiom, barman spojrzał w naszą stronę. 

- Gdzie są gościnne baraki? - spytałem. 

- Trzeba skręcić w prawo, dwieście metrów. Do zobaczenia. 

- Dzięki. Tymczasem. 

Wyszliśmy  i,  naturalnie,  skręciliśmy  w  lewo.  Zaczynało  zmierzchać,  co  powinno 

ułatwić nam wykonanie następnej części planu. 

- Co teraz? - spytał Morton z nadzieją. - Jak wydostaniemy się z tego bagna? 

-  Nie  ma  strachu.  Idziemy  do  siebie  pewnym  krokiem,  jak  przystało  na  podoficerów. 

Szacunek zachowujemy tylko dla oficerów. 

Ledwie  wyszliśmy  na  głową  aleję,  wchłonął  nas  tłum  umundurowanych  postaci,  a  ja 

zastanowiłem się, gdzie, do cholery, może być hotel dla oficerów. Był to nasz następny cel, czyli 

background image

jedyne,  na co zdołałem  wpaść w  tak  krótkim czasie.  Nie ulegało wątpliwości, że naszą ostatnią 

szansą jest następny awans, tym razem do korpusu oficerskiego, bez zostawiania jednak śladu w 

centralnym banku danych. Tak, to była faktycznie duża baza. W końcu ujrzałem jasno oświetlony 

budynek  z  wartownikiem  przy  drzwiach,  przez  które  przechodzili  jedynie  panowie  oficerowie. 

Zadowolony przyspieszyłem kroku. 

- Dokąd idziemy? - spytał Morton, oddychając z coraz większym trudem. 

-  Tam,  czyli  do  domu  samotnych  oficerów,  jak  to  się  ładnie  nazywa.  Miejsce,  gdzie 

odsypiają pijaństwa i chwilowo nie znęcają się nad podwładnymi. 

- To samobójstwo! 

- Bez histerii! - przywołałem go do porządku. - Nie wejdziemy tam głównym wejściem, 

ale  to,  co  ma  przód,  mieć  musi  także  i  tył.  A  sądząc  po  znikomej  liczbie  oświetlonych  okien, 

chyba wszyscy mają dziś służbę. 

Z  tyłu  cichego  i  mrocznego  budynku  biegła  alejka,  też  nie  grzesząca  nadmiernym 

oświetleniem. Do wewnątrz prowadziły drzwi, nad którymi palił się ostentacyjnie napis: TYLKO 

DLA OFICERÓW. 

Wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, że zamek jest nader prosty. Sięgnąłem po 

wytrych. 

-  Do dzieła  -  oznajmiłem.  -  Wejdziemy nie zwalniając  kroku. Jedyną  odpowiedzią  był 

monotonny klekot zębów. 

- Morton, chłopie, weź się w garść. Rób, co mówię, a będziemy bezpieczni. 

Jakoś  dało  się  go  dociągnąć  do  drzwi.  Wsunąłem  wytrych,  przekręciłem,  i  nic.  Strach 

mego kumpla zaczął się robić zaraźliwy. 

- Ktoś idzie! - pisnął Morton. 

- No to co? Takie zamki to ja po omacku lewą nogą... 

- Zbliża się! 

Puściło!  Wystarczyła  chwila  skupienia  i  zamknięcie  oczu.  Ledwo  je  otworzyłem, 

złapałem  sinego  ze  strachu  towarzysza  za  kołnierz  i  wciągnąłem  go  do  wnętrza,  zatrzaskując 

drzwi.  Przywarłem  uchem  do  dziurki  od  klucza.  Kroki  zbliżyły  się,  a  potem  zaczęły  z  wolna 

cichnąć. Ktoś po prostu przechodził alejką. 

- I co, trudne to było? - spytałem spokojnie, choć głos mi się łamał, psując cały efekt. 

Morton jednak i tak tego nie zauważył. Tak się trząsł, że nie dostrzegłby nawet słonia. 

background image

-  Zobacz,  jaki  ładny  ogródek.  Ścieżki,  ławeczki,  fontanny.  A  tam  mamy  jeszcze 

ładniejszy, ciemny budynek, z którego wszyscy akurat wyszli. 

- Jak, co my tu robimy? 

- Myślałem, że to oczywiste. Niedługo już zaczną szukać kaprala i sierżanta, prawda? - 

Zignorowałem  jego  jęk.  -  Zatem  my  wyjdziemy  stąd  jako  oficerowie,  których  nikt  o  nic  nie 

podejrzewa i po których śladu nie ma w komputerze. 

Złapałem go, zanim wyrżnął łbem w najbliższą ławkę, i położyłem ostrożnie na trawie. 

Jak ktoś ma delikatną konstrukcję psychiczną, to takie rzeczy się zdarzają; najlepiej ułożyć wtedy 

delikwenta i pozwolić mu dojść do siebie. 

Trzecie okno, które sprawdziłem, było nie domknięte, otworzyłem je zatem i wszedłem 

do pokoju wyglądającego jak po całodobowej orgii: rozbebeszone łóżko, otwarta szafa, wszędzie 

butelki po piwie, brudne skarpetki  i podarte  gacie (bez  monogramów).  Wróciłem po Mortona i 

profilaktycznie  zatkałem  mu  gębę  czapką,  co  było  słusznym  posunięciem,  bowiem  obudzony 

usiłował wrzasnąć. 

Doprowadziłem  go  do  domu,  przepchnąłem  przez  framugę  okna  i  zamknąłem  je. 

Zasunąłem story, by nie prowokować licha, zapaliłem światło i wskazałem na łóżko. 

- Połóż się. Możesz dochodzić do sił. Zamknę cię od zewnątrz, żebyś miał spokój, a sam 

załatwię, co trzeba i wrócę tak szybko, jak tylko się da - poinformowałem go i wyszedłem, zanim 

zdążył się odezwać. 

Budynek  był  rzeczywiście  pusty,  widocznie  dowództwo  znalazło  dla  wszystkich  jakąś 

robotę, na przykład zafundowało kadrze alarm. Dzięki temu miałem dość czasu i mogłem do woli 

przebierać  w  garderobie.  Wybierałem  starannie,  by  mundury  naprawdę  pasowały.  Cicho 

wróciłem do pokoju. Morton zdołał tym  razem  ograniczyć  się do  jęku,  którym  skwitował  moje 

wejście. 

-  Oto nasze  wdzianka  -  rzuciłem  mu  rzeczy.  -  Przebieraj  się,  tylko uważnie,  żebyś  nie 

założył spodni na głowę. Krawat sam ci zawiążę, bo jeszcze się na nim powiesisz... 

Gdy  wyszliśmy  w  końcu  na  korytarz  i  poprawiłem  przed  lustrem  czapkę,  Morton 

przyjrzał się nam obu i odskoczył. 

-  Co się  wygłupiasz? -  spytałem łagodnie.  - Jedyna  różnica polega na  tym,  że ty  jesteś 

porucznikiem, a ja kapitanem. 

- Aaaale ttto... są mundury żandarmerii! 

background image

- Właśnie. Nikt nie zadaje pytań gliniarzom i żandarmom, prawda? 

Spokojnie dotarliśmy do dyżurki przy głównym wyjściu. Stał przy niej major z notesem 

w ręku i wyraźnie wściekłą miną. Słysząc nasze kroki uniósł wzrok. 

- Wreszcie was mam! - oznajmił radośnie. 

background image

12 

Strzeliłem  kopytami,  stając  na  baczność  i  salutując,  gdyż  tyle  tylko  przyszło  mi  do 

głowy.  Miałem  nadzieję,  że  Morton  pójdzie  w  moje  ślady,  miast  skamienieć  lub  uciekać. 

Mieliśmy  przed  sobą  tylko  dwóch  przeciwników  -majora  i  wartownika,  i  pytanie,  które  sobie 

zadałem, brzmiało dość prosto: czy uda mi się dopaść wartownika po ogłuszeniu majora, zanim 

zdąży on sięgnąć po broń. Sprężyłem się do skoku... 

-  Minęliśmy  się  na  lądowisku,  widocznie  przylecieliście  panowie  wcześniejszym 

transportem - usłyszałem nagle. - W rozkazach jednak jest mowa o dwóch kapitanach, czy któryś 

mógłby to wyjaśnić? 

Odprężyłem się i wysiliłem szare komórki. 

- Mógłbym zobaczyć te rozkazy, sir? Dziś jest wyjątkowy dzień, jeśli chodzi o pomyłki. 

Major mruknął coś, ale podał mi kartkę, na której widniała lista nazwisk i stopni. Tylko 

dwa z nich nie były odhaczone. 

- Tak jak przypuszczałem, pomyłka, sir. - Oddałem mu listę. - Jestem kapitan Drem, to 

jest porucznik Hesk, a nie kapitan, jak błędnie napisano. 

-  No,  to  w  porządku.  -  Rozpromienił  się,  naniósł  poprawkę  i  schował  wszystko  do 

kieszeni. - Idziemy. 

Poszliśmy zatem. 

Przed  budynkiem  parkowała  ciężarówka  pełna  żandarmów,  co  stanowiło  dość 

obrzydliwy  i  szarpiący  nerwy  widok.  Major  wlazł  do  szoferki,  wobec  czego  nam  pozostało 

wdrapać się na pakę, i to szybko, bowiem kątem oka dostrzegłem coś, czego z szoferki nie było 

widać: dwóch kapitanów żandarmerii, zbliżającycl się od głównego wyjścia. 

-  Co  jest?  -  warknąłem  widząc,  że  na  pace  nie  ma  żadnego  oficera.  -  Zebranie  kółka 

różańcowego? Odsunąć się, nie pyskować i pomóc wsiąść! 

Ledwie  wykonano  moje  polecenia,  wóz  ruszył  zostawiając  obu  kapitanów  w  chmurze 

kurzu, a ja ulgą opadłem na ławkę. To był faktycznie męczący dzień. 

- Wie pan, gdzie jedziemy, sir? - spytał siedzący obok mnie tykowaty sierżant. 

- Zamknijcie się! 

- Dzięki, sir. 

Po  tej  pogawędce  w  wozie  zapadła  cisza,  która  trwała  aż  do  chwili  zatrzymania  się  i 

pojawienia przy burcie majora. 

background image

- Panie kapitanie, proszę za mrą - polecił. - Reszta z wozu. 

-  Panie  poruczniku,  proszę  ustawić  ludzi  -  nakazałem  Mortonowi,  który  bezradnie 

wytrzeszczył oczy. 

- Skąd... Jak... Co... - wykrztusił. 

- Każ sierżantowi to zrobić, ośle. To stary wojskowy sposób - szepnąłem i ruszyłem za 

majorem,  który  zatrzymał  się  przed  wejściem  do  okazałego  budynku  i  podzwaniał  właśnie 

kluczami, próbując znaleźć właściwy. 

Nie mając akurat nic innego do roboty, przyjrzałem się pokrywającym ściany plakatom. 

A  było  na  co  popatrzeć  -  plakaty  były  trójwymiarowe  i  przedstawiały  rozmaite  rozebrane 

panienki  we  wszelkich  atrakcyjnych  pozach.  Panienki  poruszały  się,  gdy  tylko  zmieniałem  kąt 

widzenia, toteż szybko zaczęło mi się kręcić w głowie. 

- Panie kapitanie, niech pan przestanie robić z siebie durnia - przerwał mi major, toteż z 

niejakim  trudem  oderwałem  wzrok  od  plakatów  i  przeczytałem  napis  nad  wejściem:  REWIA 

GARNIZONOWA - TYLKO DLA OFICERÓW. 

Major znalazł w końcu właściwy klucz i z trzaskiem otworzył drzwi. 

-  Dziś  nie  ma przedstawienia  - wyjaśnił.  -  Zajęliśmy lokal  na spotkanie o najwyższym 

stopniu  tajności.  Jak  tylko  technicy  sprawdzą,  czy  nie  ma  podsłuchu,  budynek  ma  zostać 

otoczony i zapieczętowany. Za każdym technikiem ma chodzić żandarm. Liczyć wchodzących i 

wychodzących. Pan jest za to odpowiedzialny. Zrozumiano? 

- Tak, sir. 

-  Sprawdzę  osobiście  wszystkie  drzwi,  poza  tymi  tutaj  żadne  nie  mają  prawa  być 

otwarte. Proszę brać się za robotę, mamy tylko godzinę. 

Zasalutowałem, a major zniknął za rogiem. W co ja się wpakowałem!  Ale nic, właśnie 

podjechała kolejna ciężarówka. Z szoferki wygramolił się sierżant i ruszył w moją stronę. 

- I co my tu mamy, sierżancie? 

- Pluton zwiadu elektronicznego, sir - zameldował. - Dostaliśmy rozkaz, aby... 

- Pewnie, że dostaliście - przerwałem mu łagodnie. - Wyładujcie sprzęt i róbcie swoje. 

- Tak, sir! 

Wróciłem do naszych żandarmów ustawionych elegancko w dwuszereg i wskazałem na 

Mortona. 

-  Panie  poruczniku,  proszę  pilnować  głównego  wejścia.  Nikt  bez  mojej  zgody  nie  ma 

background image

prawa wejść ani wyjść. 

Morton,  sierota  boża,  zaczął  się  rozglądać,  gdy  dotarło  doń  w  końcu,  czego  chcę. 

Zasalutował, omal nie potknął się o własne nogi i pognał wykonać rozkaz. Ja zaś przyjrzałem się 

uważnie  starszemu  sierżantowi  sztabowemu,  stojącemu  na  skrzydle  oddziału.  Szpakowaty,  o 

cerze przypominającej stary rzemień, z rękawem pełnym naszywek i trzema rzędami baretek na 

piersi. 

-  Jesteście  najstarszym  stopniem  podoficerem  w  pododdziale?  -  spytałem 

profilaktycznie. 

- Tak, sir. 

-  Zadanie  mamy  następujące:  ci  tam  sprawdzą,  czy  w  tym  burdelu  nie  ma  pluskiew. 

Chcę, aby każdemu przez cały czas towarzyszył jeden żandarm, a wchodzących i wychodzących 

liczyć, żeby stan się zgadzał. Mamy na to czterdzieści minut. Pytania? 

- Nie ma, panie kapitanie. Żaden problem, sir. 

- Tak myślałem. Wykonać! 

Sierżant  wyszedł  dwa  kroki  przed  front,  nabrał  powietrza  w  płuca  i  jak  ryknął,  to 

najbliższemu czapka spadła z głowy. Pokiwałem głową uznaniem i dołączyłem do Mortona. 

-  Coś  dziwnego  się  kroi  -  poinformowałem  go  po  cichu.  -  Narada  o  tej  porze,  to 

nienormalne. My robimy za obstawę tej narady. Nie pojękuj! Stój prosto i staraj się wyglądać jak 

jednostka zmilitaryzowana. Trzymaj się z dala od majora, kiedy wróci. Nie wiem, jak ciebie, ale 

mnie zaczyna to wszystko solidnie interesować. 

Znowu jęknął, więc poszedłem zobaczyć, jak radzi sobie sierżant. 

Technicy kończyli  kalibrować sprzęt,  którym byli  objuczeni.  Jeden sprawdzał coś przy 

ciężarówce, słuchając popiskiwania w słuchawkach, inny nerwowo kręcił gałkami. Pracowali jak 

wszyscy diabli. 

- Panie kapitanie, jest mały problem - usłyszałem za plecami. 

- O co chodzi, sierżancie? 

-  Ten  tu syn osła  twierdzi, że  ma  zwarcie.  -  Sierżant  potrząsnął  bladym  jak cmentarna 

mgła technikiem. 

- Baterie, sir... - wyjęczał ten. -Albo bezpiecznik... 

- Aresztujcie go, sierżancie, za sabotaż. Rozstrzelać o świcie. 

Sierżant błysnął zębami w uśmiechu, a technik prawie zemdlał. 

background image

-  Chyba  że  potrafi  usunąć  awarię  w  ciągu  najbliższych  sześćdziesięciu  sekund.  No  to 

jak? 

- Potrafię, sir. Zaraz wymienię bezpiecznik. 

Pognał,  aż się kurzyło,  a sierżant  za nim. Jakkolwiek by patrzeć, niecodziennie  ma się 

okazję, by kogoś rozstrzelać... Zaczynało mi się podobać bycie oficerem. 

Podjechały  kolejne  ciężarówki pełne  Żandarmerii  Polowej,  zjawił  się  też  jakiś  major  i 

rozstawił  nowo  przybyłych  tworząc  zgrabny  i  szczelny  kordon,  oddzielający  burdel  od  reszty 

świata. Zobaczyłem, że Morton zaczyna rozglądać się nerwowo, więc czym prędzej podszedłem 

do niego. 

-  Proszę  otworzyć  drzwi,  panie  poruczniku  -  poleciłem.  -  Wejść  mogą  tylko  zespoły 

kontrolne i chcę, żeby liczył pan tak wchodzących, jak i wychodzących. 

Przy  wydatnej  pomocy  werbalnej  sierżanta  sztabowego,  od  której  aż  trząsł  się  cały 

budynek, skończyliśmy na czas. Technicy ładowali sprzęt na ciężarówkę, gdy zaczęły podjeżdżać 

pierwsze limuzyny. 

- Co znaleźliście, sierżancie? - spytałem. 

- Proste jak piwo i kłębek drutu, sir. Żadnych pluskiew, sir. 

- Doskonale, zbierajcie ludzi, mogą być jeszcze potrzebni. 

Obaj  z  Mortonem  odeszliśmy  w  cień,  by  nie  sterczeć  na  widoku,  a  samemu  dobrze 

widzieć, co dzieje się przy wejściu. 

- O co tu chodzi? - spytał Morton, wracając do rzeczywistości. 

-  Przecież  ci  mówiłem.  Nagła  i  tajna  jak  cholera,  a  na  dodatek  superważna  narada. 

Widzisz, kto idzie. Sami starsi oficerowie sztabowi. 

- Musimy wiać! - Morton okazał nietypowe dla siebie zdecydowanie. 

-  A  to  niby  czemu?  Gdzie  będziemy  bardziej  bezpieczni?  Jesteśmy  oficjalnie  częścią 

obstawy,  a  takich  nikt  nie  zaczepia.  O,  proszę,  jaka  szycha,  dziewięć  gwiazdek  na 

naramiennikach. Ale ten za nim... nigdy nie widziałem takiego munduru... - zamilkłem, bo obiekt 

moich zainteresowań odwrócił się i ujrzałem twarz pod daszkiem czapki ozdobionej pojedynczą, 

srebrzystą trupią czaszką. 

Garth. Ten, przez którego zginął Hetman. 

- Zostań tu! - poleciłem, wychodząc z cienia, jak tylko Garth się odwrócił, i podchodząc 

niemal tuż za nim do drzwi, przy których prężył się znajomy major. 

background image

- Wszyscy są już wewnątrz, generale Zennor! - meldował. 

-  Przyjedzie  jeszcze  jeden  wóz,  a  kiedy  jego  pasażerowie  wejdą,  proszę  zamknąć 

budynek i nie wpuszczać nikogo bez mojego rozkazu. 

Wycofałem  się  spokojnie,  równo  odmierzając  krok,  aby  nie  budzić  podejrzeń,  i 

dołączyłem do Mortona. 

- I co? - zaciekawił się. 

-  Nic  specjalnego,  zresztą  lepiej  dla  ciebie,  żebyś  nie  wiedział  więcej  -  mruknąłem, 

analizując sytuację. 

Zatem  Garth  był  tu  nie  tylko  generałem,  ale  i  głównodowodzącym.  To  zmieniało 

sytuację w sposób dość drastyczny, poza tym niezbyt byłem skłonny wierzyć w pomysł inwazji 

na kontynent. Ta armia była zbyt liczna i nazbyt dobrze zorganizowana, by zaatakować jedynie 

kilka barbarzyńskich państewek. 

Tak  się  zamyśliłem,  że  nie  usłyszałem  wołania  majora.  Do  przytomności  przywrócił 

mnie dopiero kop Mortona. 

- Tak, sir - szczeknąłem. - Słucham, sir. 

- Proszę nie spać na służbie, panie kapitanie. 

- Nie spałem, sir. Sprawdzałem w myślach zabezpieczenie budynku. 

- No to niech pan sprawdzi je też w rzeczywistości. Przy każdym wejściu powinien stać 

wartownik, proszę to sprawdzić. 

Zasalutowałem entuzjastycznie: to była okazja, na którą czekałem. 

-  Panie poruczniku,  proszę  za  mną  na  obchód  inspekcyjny  -  poleciłem.  -  Morton,  mój 

chłopie, tu się dzieje coś dziwnego i mam zamiar dowiedzieć się, co właściwie. 

- Sam mówiłeś, żeby się w to nie mieszać. 

-  Generalnie  jest  to  słuszna  zasada,  ale  w  tej  chwili  czynię  od  niej  wyjątek.  Dziś 

słyszałem, że marny brać udział w jakiejś inwazji, co dotyczy nas osobiście, chcę więc wiedzieć 

kogo, po co i kiedy mamy najeżdżać, A w tym celu trzeba dostać się do środka. 

Właśnie  podeszliśmy  do  bocznych  drzwi,  przy  których  stał  żandarm.  Na  nasz  widok 

wyprężył się jak struna. Potrząsnąłem klamką zamkniętych drzwi. 

- Drzwi były zamknięte, gdy objęliście posterunek? - warknąłem. 

- Tak, sir. 

- Ktoś próbował wyjść? 

background image

- Nie, sir. 

- Jakie macie rozkazy? 

- Zabić każdego, kto zbliży się do drzwi, sir. Odruchowo sięgnął po broń. 

- Także swego dowódcę? - spytałem słodko. Ręka mu opadła, a czoło aż się zmarszczyło 

od wysiłku umysłowego. 

- Nie, panie kapitanie - odparł w końcu. 

- Mylicie się i możecie stanąć przed plutonem egzekucyjnym za niewykonanie rozkazu. 

Dowódca może sprawdzić, czy drzwi są zamknięte, ale gdyby próbował przez nie przejść, macie 

go natychmiast zabić! Zrozumiano? 

- Tak, sir! 

- Więc przestańcie się tak radośnie uśmiechać na samą myśl o utrupieniu mojej osoby! 

- Tak, sir. - Od razu spotumiał. 

Warknąłem coś jeszcze, żeby ostatnie słowo należało do mnie, i poszliśmy dalej. Drzwi 

było  sporo,  tak  że  minęło  trochę  czasu,  nim  dotarliśmy  do  tylnego  wejścia,  gdzie  obok 

metalowych schodów stał następny wartownik. 

- Dokąd to prowadzi? - spytałem. 

- To droga ewakuacyjna, sir. 

- Tam też jest strażnik? 

- Naturalnie, sir. 

Obaj  z  Mortonem  podreptaliśmy  na  górę,  a  ja  po  drodze  wyjąłem  wytrych,  gestem 

nakazując  Mortonowi  milczenie.  Schody  kończyły  się  podestem  i  balustradą,  za  którą  był 

korytarz, drzwi i wartownik. Żandarm zdążył zdjąć broń z ramienia, zapytałem zatem lodowato: 

- Może jeszcze we mnie wycelujecie? 

- Nie, sir, - Pospiesznie skierował wylot lufy w ziemię i nieco zzieleniał. 

- Wiecie, że za mierzenie w oficera grozi sąd wojenny? 

- Nie zasłużyłem  na to,  sir. Jestem  tu  sam  i nie wiedziałem, kto idzie. 

- Nie wierzę wam, coś tu jest nie tak. Stańcie obok porucznika i trzymajcie ręce z dala 

od broni. 

Gdy  się  odwrócił,  błyskawicznie  i  cicho  otworzyłem  zamek,  zaraz  odsuwając  się  od 

drzwi, jak gdyby nigdy nic. 

- Te drzwi są zamknięte? 

background image

- Tak, sir. Naturalnie, że są. Dlatego właśnie przy nich stoję... 

Zamilkł, gdyż złapałem za  klamkę i spokojnie otworzyłem drzwi. Równie spokojnie je 

zamknąłem i odwróciłem się do niego. 

-  Jesteście  aresztowani, żołnierzu!  -  warknąłem.  -  Panie poruczniku, proszę  zabrać  mu 

broń  i  zaprowadzić  do  pana  majora.  Proszę  zameldować,  cośmy  tu  zastali,  i  wrócić  razem  z 

majorem. Poczekam tu na was! 

Ledwie  zniknęli na  podeście,  tak  popsułem zamek,  aby  nikt nigdy  nie był  w  stanie  go 

zamknąć,  i  wszedłem  ostrożnie,  przymykając  drzwi  za  sobą.  Dalszą  drogę  przesłaniała  mi 

zakurzona kotara, zza której słychać było jakieś głosy. Pochyliłem się, aby lepiej słyszeć, co dało 

natychmiastowy efekt. 

-  ...więc  całkowite  utrzymanie  tajemnicy  aż  do  startu.  -  Znałem  ten  głos  aż  do 

obrzydliwości.  Garth.  -  Rozkazów  nie  otwierać  aż  do  godziny  czternastej.  Miejscem  spotkania 

jest... 

Przyłożyłem  oko  do  szczeliny.  Zennor  pokazywał  coś  na  przypiętej  do  rozpadającego 

się stojaka mapie, którą, starannie sobie obejrzałem i wycofałem się. 

Drzwi na korytarz przymknąłem w ostatniej chwili, na schodach aż niosło echo tupania i 

po paru sekundach, zjawił się w korytarzu purpurowy i mocno zziajany major. 

- Co tu się dzieje, panie kapitanie? - wycharczał, z trudem łapiąc oddech. 

- Nie jestem do końca pewny, sir. Wartownik miał wyciągniętą broń, gdy przyszliśmy, i 

zachowywał się podejrzanie, a drzwi nie były zamknięte na klucz. Dlatego posłałem po pana, sir. 

-  Niemożliwe!  Sam  je  zamykałem.  -  Złapał  za  klamkę  i  oczywiście  drzwi  ustąpiły. 

Zbladł. Zamknął je pospiesznie. 

- Był pan wewnątrz? - spytał. 

-  Skądże.  Wyraźnie  pan  powiedział,  aby  nie  wchodzić  do  budynku.  Może  zamek  jest 

zepsuty. 

-  Możliwe...  -  Gorączkowo  poszukał  właściwego  klucza,  wsunął  go  w  zamek  i 

przekręcił. Zachrobotało aż miło i nic. 

- Nie chce się zamknąć! - jęknął. 

- Mogę spróbować, sir? 

Nie czekając na przyzwolenie, wyjąłem mu klucz ze zmartwiałych dłoni i spróbowałem. 

Z takim samym efektem. 

background image

Oddałem mu klucz. 

-  Będzie  śledztwo  i  będą  kłopoty,  sir.  Nie  zasłużył  pan  sobie  na  takie  traktowanie. 

Dopilnuję, aby wartownik nie rozpowiadał o zdarzeniu, ściągnę spawacza i zamkniemy te drzwi 

na amen. Nie sądzi pan, że to będzie najlepsze wyjście, sir? 

Major chciał coś powiedzieć, ale najpierw zastanowił się, przyjrzał się drzwiom, potem 

mojej osobie, po czym schował klucze do kieszeni. 

-  Tak  jak  pan  powiedział,  kapitanie,  nic  się  nie  stało.  Nie  ma  co  się  bawić  w 

dochodzenia. Sam przypilnuję drzwi, a pan niech przyśle spawacza. 

- Tak jest, sir. Zaraz się tym zajmę. 

Morton  wraz  z  sinozielonym  żandarmem czekali  przy  wejściu  na  schody.  Podszedłem 

do tego ostatniego i przyjrzałem mu się surowo. 

-  Tym  razem  wam  się  upiekło  -  oznajmiłem.  -  Sądzę,  że    najrozsądniej    będzie,    jak  

zapomnicie  o  wszystkim. Nazwisko? 

- Pip siedem osiem jeden dwa, sir. 

-  Dobra,  Pip.  Wracajcie  do jednostki,  ale  jak usłyszę,  że  krąży  jakaś plotka o zamku  i 

drzwiach, to w dwadzieścia cztery godziny będziecie nieboszczykiem. Jasne? 

- Jakim zamku, sir? 

- Doskonale. Byle tak dalej, a nie będziecie mieli problemów. Zameldujcie sierżantowi, 

że potrzebuję tu spawacza. Na wczoraj. Ruszajcie się, Pip. 

Tak się ruszył, aż iskry z bruku poleciały. 

- Po cholerę spawacz? - zapytał Morton 

-  Żeby oni nie dowiedzieli się, że  ja wiem prawie  wszystko o ich planach. Tylko co  ja 

miałem zrobić teraz z tymi informacjami? 

background image

13 

Gdy  narada  dobiegła  końca,  skrupulatnie  oddaliłem  się  od  głównego  wyjścia.  Istniała 

niewielka  wprawdzie,  ale  jednak  groźna  możliwość,  że  Garth  mnie  rozpozna,  a  nie  było  sensu 

wystawiać się na głupie ryzyko. Oficerowie odjechali, obstawa odmaszerowała, bowiem nikt nie 

przysłał po nią ciężarówek. Major miał co prawda samochód do dyspozycji, ale wyłgałem się z 

propozycji podwiezienia. 

- Mogliśmy skorzystać... - zaczął kwękać Morton. 

- A pomyślałeś, gdzie by nas zawiózł? Może do pierdla? Im dalej od starszych stopniem, 

tym lepiej. 

- Jestem zmęczony. 

- A ja to niby nie? I nie mów mi nic o głodzie. Chodź, poszukamy na to drugie jakiegoś 

lekarstwa. Mamy dość forsy, by szybko na coś trafić. 

- Jim... Jim diGriz... - głosik był piskliwy i ledwie słyszalny; w normalnych warunkach 

w ogóle bym go zignorował, ale wcześniejsze spotkanie ze szczurem zmieniło moje podejście do 

tematu. 

- Morton, słyszałeś coś? - spytałem ostrożnie. 

- Nie, a powinienem? 

- Nie wiem, pewnie mi w uszach dzwoni, przysiągłbym, że ktoś mnie wołał. 

- Pewnie ta ćma, która przysiadła ci na ramieniu. Hi, hi, hi... 

- Jaka ćma? 

- No przecież siedzi na kapitańskich pagonach. Odgonię. 

-  Ani  mi  się  waż  -  mruknąłem,  odwracając  głowę  w  stronę  minirobota,  który 

niespodziewanie przeleciał mi na ucho. 

- Idź na... ląbud sść... zaraz... 

- Nic nie rozumiem - oznajmiłem półgłosem. 

- Pewnie dlatego, że nic nie mówię. 

-  Zamknij  się,  Morton.  Nie  z  tobą  gadam,  tylko  z  ćmą.  Znieruchomiał  i  opuściwszy 

szczękę, popatrzył na mnie podejrzliwie. 

- Powtórz wiadomość - poleciłem. 

- Idź na lądowisko. 

- Rozumiem, na lądowisko. Bez odbioru. Ćma odleciała, a ja poklepałem Mortona. 

background image

-  Odpręż  się  i  nie  spoglądaj  na  mnie  jak  na  wariata.  To  była  elektroniczna  ćma,  taka 

latająca radiostacja. 

- Czyja? 

- Już ci mówiłem, im mniej wiesz, tym zdrowiej dla ciebie. 

- Jesteś szpiegiem, tak? 

-  I  tak, i nie.  Jestem  tu w swoich sprawach,  a  tacy jedni próbują  mnie wykorzystać do 

własnych celów. Rozumiesz? 

- Nie - przyznał uczciwie. 

-  To  dobrze.  Chodźmy  na  lądowisko,  sądząc  po  światłach,  jest  tam  dziś  spory  ruch. 

Idziesz? 

-  A  mam  wybór?  Przecież  nie  można  cofnąć  tego,  co  było,  nie  możemy  wrócić  do 

baraku i zacząć od nowa. 

- Nie możemy - zgodziłem się, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza. 

- Ja się do tego nie nadaję - westchnął rozpaczliwie. - Dokąd nas to zaprowadzi... 

Pytanie było trafne, ale chwilowo i ja nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. 

- Prawdę mówiąc, nie wiem. Ale masz moje słowo, że wyciągnę cię z tego tak, jak sam 

cię w to wpakowałem. Tylko nie pytaj mnie jak, bo na razie nie mam pojęcia. 

- Nie musisz się obwiniać. To ja zacząłem pyskować temu durnemu kapralowi. 

Maszerowaliśmy  tak,  gawędząc,  całkiem  raźnie,  drogą  ku  portowi  kosmicznemu 

będącemu  jednocześnie  lotniskiem.  Teren  był  dobrze  oświetlony  i  obstawiony.  Droga  biegła 

łukiem wzdłuż ogrodzenia, a na pobliskim pasie siadał właśnie transportowiec płoszący silnikami 

wronopodobne  ptaki  łażące  po  trawie.  Jeden  podleciał  w  naszą  stronę,  siadł  o  metr  od  nas  i 

zagadał: 

- Nie jesteś sam! 

- Przecież widać. Jego nie musisz się bać. To ty, Warod? 

- Kapitan Warod skończył służbę. 

- To go obudź. Nie będę gadał z byle wroną. 

- Skontaktujemy się z tobą. 

Ptak otworzył dziób, rozpostarł skrzydła i wystartował z takim impetem, aż się kurzyło. 

-  Odrzutowy  -  mruknąłem  z  uznaniem.  -  Sprytne,  wlot  powietrza  w  dziobie,  wylot 

gazów w jedynym słusznym miejscu. Idziemy. 

background image

Drogą przemknął z wyciem syreny wóz radiolokacyjny. 

- Faktycznie się starają. 

- Ten ptak to też była radiostacja? 

-  Widziałeś.  Zdalnie  sterowany  i  nie  do  odróżnienia  od  innych  pierzastych,  chyba  że 

nadaje do bazy. 

- A gdzie ta baza? 

-  Coś  się  zrobił  taki  ciekawy?  Mówiłem  ci,  Morton,  że  to  niezdrowe.  I  przestań  się 

martwić.  Ci,  którzy  sterują  tymi  cudami  techniki,  nie  są  wcale  wrogo nastawieni  ani do ciebie, 

ani do tego kraju. 

-  A  szkoda!  -  podniecił  się  niespodziewanie.  -  Następnym  razem  powiedz  im,  by 

zlikwidowali  wojskowych  i  ich  kumpli,  i  załatwili  wolne  wybory.  Wiesz,  ile  lat  trwa  już  stan 

wyjątkowy?  Sprawdziłem,  dwieście  osiemnaście  lat.  Miła  tymczasowość,  co?  Możesz  im  też 

powiedzieć, niech  nastawiają  się  tak  wrogo,  jak  tylko  chcą.  Mało  mnie  to obchodzi.  Im  gorszy 

mają stosunek do tego kraju, tym lepiej i dla kraju, i jego mieszkańców. 

- Słyszałem - rozległo się nad nami, i na ramieniu wylądował mi nieco ciepły gawron. - 

Naszym celem nie jest wojna. Próbujemy pokojowo... 

-  Zamknij  dziób,  Warod!  -  warknąłem.  -  Mamy  niewiele  czasu.  Ich  radiolokatory  są 

całkiem dobre i łatwo namierzają ten wasz odrzutowy drób. Wiem, gdzie będzie inwazja! 

- Doskonale. - Ptak przekrzywił łebek i łypnął oczkiem. - Nagrywam. Mów dalej. 

-  Inwazja jest planowana na inną planetę, nie na kontynent. Przygotowują właśnie flotę 

kosmiczną. 

- Jesteś pewien? 

- Osobiście podsłuchiwałem - sapnąłem oburzony. 

- Jak się nazywa ta planeta? 

- Pojęcia nie mam. 

- Zaraz wrócę, muszę pozbyć się tych szpiclów z nasłuchu. 

Ptak wystartował, wykonał zgrabną beczkę i siadł na przejeżdżającej ciężarówce, nadal 

widocznie transmitując, gdyż w parę chwil później za ciężarówką pognał wóz radiolokacyjny. 

- Czego jeszcze dowiedziałeś się o inwazji? - zainteresował się Morton. 

-  Praktycznie  to  wszystko,  poza  tym  dowodzi  nią  niejaki  Zennar  i  ma  to  nastąpić 

szybko...  -  Przerwał  mi  gwizd  i nagły  ciężar  na głowie:  ten  cholerny  ptak  wylądował  na  mojej 

background image

czapce. 

- Musisz się dowiedzieć, jaką planetę zamierzają zaatakować - oznajmił. 

- Po pierwsze, złaź ze mnie! Po drugie, sam sobie się dowiedz. Wystarczy, że polecicie 

za nimi. 

-  Niemożliwe.  Najbliższa  jednostka  z  detektorami  dalekiego  zasięgu  jest  o  cztery  dni 

drogi stąd. Może nie zdążyć. 

-  To  twój  problem!  Auu!  -  To ostatnie  wywołane  było  startem  ptaka,  który  zerwał  mi 

przy tej okazji czapkę. Skręciliśmy za róg, by ją odzyskać, gdy minął nas następny wóz najeżony 

antenami. 

-  Mieszamy  się  z  tłumem  - zdecydowałem. - Mogą  zacząć coś podejrzewać,  znajdując 

nas wciąż w pobliżu miejsca transmisji. 

- A czy to wymieszanie się z tłumem można by połączyć z jedzeniem i piciem? 

-  Jak najbardziej  -  zgodziłem się entuzjastycznie i  wyszedłem na środek drogi unosząc 

rękę. 

Naturalnie wlazłem prosto pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca ledwie zdołał 

wyhamować. 

- Nie za szybko jeździcie?! - ryknąłem. 

- Nie widziałem pana, panie kapitanie. 

- Pewnie, żeście mnie nie widzieli, bo macie popsuty reflektor. Ale co mnie to obchodzi, 

jestem po służbie.  Podrzućcie mnie i pana  porucznika do klubu oficerskiego  i  zapomnę, żeśmy 

kiedykolwiek się widzieli. 

Kierowca  nie  miał  żadnego  wyboru,  toteż  zrobił,  co  mu  kazałem,  zadowolony,  że 

wykręcił się tanim kosztem. 

Klub  oficerski  tym  różnił  się  od  podoficerskiego,  że  były  tu  kelnerki,  lepsze  trunki  i 

wygodniejsze  siedzenia.  Mniej  więcej  jedna  czwarta  stolików  była  zajęta,  ale  szybkość  z  jaką 

otrzymaliśmy  steki  i  piwo,  mogła  być  porównywalna  jedynie  z  tempem,  w  jakim  wszystko  to 

wchłonęliśmy.  Dopijałem  właśnie  piwo,  gdy  drzwi  otworzyły  się  z  impetem.  W  progu  stanął 

oficer w polowym mundurze i tak dmuchnął w gwizdek, aż w uszach mi zadzwoniło. 

- Alarm! - oznajmił. -Wszyscy na zewnątrz i zbiórka przy autobusie. 

- Właśnie skończyliśmy służbę, panie pułkowniku - jęknąłem. 

-  I właśnie znów ją zaczynacie, panowie. Poza tym, w odróżnieniu ode mnie, mieliście 

background image

okazję zjeść coś i wypić, w związku z czym lepiej mnie nie denerwujcie. 

- Tak jest, sir! 

Obaj z Mortonem i resztą klientów zapakowaliśmy się do oczekującego autobusu, który 

ruszył, ledwie dołączył do nas pułkownik. 

- Panowie, sytuacja jest następująca. Z powodów, które panów nie powinny interesować, 

nastąpiła  zmiana  planów.  Jedziemy  do  boju  i  proszę  mi  tu  nie protestować!  Wiem,  że  wszyscy 

jesteście  biurowymi  dekownikami,  ale  nie  zmienia  to  faktu,  że  jesteście  także  żołnierzami.  Z 

powodu  przyspieszenia  akcji  nie  wszyscy  oficerowie  liniowi  zdołali  na  czas  dotrzeć  do  bazy, 

zatem zgłosiliście się na ochotnika, aby przejąć ich przydziały. Teraz jedziemy pobrać mundury 

polowe i broń, potem do jednostek i do transportowców. O pomocy startujemy... 

Dalszego  ciągu  nie  było  słychać  za  sprawą  niezgodnego,  acz  spontanicznego  chóru 

przekleństw,  wymówek  i  jękliwych  skarg,  co  doprowadziło  naturalnie  do  tego,  że  pułkownik 

wyjął  broń  i zrobił w  suficie całkiem sporą,  nieregularną dziurę. Zapadła  trwożna  cisza  i oficer 

ponownie stał się ośrodkiem zainteresowania. 

-  Teraz  już  lepiej  -  uśmiechnął  się,  nie  chowając  broni.  -  Ponieważ  dojechaliśmy  na 

miejsce,  wszyscy  wysiadać.  Dobry  żołnierz  to  żołnierz  posłusznie  wykonujący  rozkazy,  zły 

żołnierz  to  martwy  żołnierz.  Wybór  należy  do  panów.  Zbiórka  w  dwuszeregu!  Ochotnicy  do 

służby liniowej trzy kroki naprzód, wystąp! 

Wszyscy postąpili zgodnie trzy kroki do przodu. 

Pułkownik schował gnata i poprowadził nas do bramy rzęsiście oświetlonego magazynu. 

Przy  uginających  się  od  wszelkiego  wojskowego  złomu  półkach  czekali  żołnierze,  wejście  zaś 

blokował swoją osobą jakiś oficer. 

- Proszę się odsunąć - warknął pułkownik, zezując jednocześnie w naszą stronę. 

-  Nie mogę, sir. Bez podpisanego nakazu z kwatermistrzostwa  i  bez  pokwitowania nie 

mogę wydać niczego, a rozkazu nie ma... 

Pułkownik swoim zwyczajem wypalił w najbliższą żarówkę, po czym podsunął dymiący 

wylot lufy pod nos magazyniera. 

- Co pan powiedział, bo nie dosłyszałem? 

- Rozkazy właśnie nadeszły, sir! Może pan pobrać, co tylko chce. 

Biegiem pobraliśmy zatem co trzeba, jako że maniak ze spluwą zdawał się być wszędzie 

i  strzelał  regularnie  niczym  odmierzająca  minuty  kukułka.  Trawnik  przed  magazynem  stał  się 

background image

sceną grupowego striptizu, wszyscy przebierali się w polowe mundury, zakładali oporządzenie i 

upychali  co  tylko  się  dało  do  plecaków.  Ledwie  który  skończył,  wędrował  do  zbrojowni  po 

rusznicę, czy jak tam się nazywało to, co tu wydawali. Bez amunicji jednak; pułkownik mógł być 

maniakiem, ale nie był samobójcą. 

- Masz pojęcie, o co tu chodzi? - Morton zwalił swój ładunek obok mojego i oparł się o 

ścianę, oglądając z zaciekawieniem świeżo otrzymaną broń. 

-  Pewnie,  że  mam.  W  sztabie  doszli  do  wniosku,  że  szpiedzy  wszystko  odkryli,  co 

zresztą  jest  częściowo  prawdą,  i  trzeba  przyspieszyć  termin  inwazji,  by  pokrzyżować  wrogom 

szyki. 

- I co z nami będzie? 

-  Dokonamy  inwazji  w  randze  oficerów,  co  oznacza,  że  w  razie  napotkania  oporu 

będziemy mogli z tyłów rozkazywać większym od nas pechowcom, którzy muszą nas słuchać... 

- Otwórz plecak - usłyszałem wyraźnie. 

- Co mówiłeś? 

-  Otwórz  plecak,  diGriz!  -  pisnęła  rozpaczliwie  rozładowana  ćma,  nim  padła  na  trawę 

obok mego buta, który zaraz ją, naturalnie, przydepnął. 

Zaciekawiony rozpiąłem plecak, gdy coś w górze zagwizdało i z nieba runął do środka 

odrzutowy kruk. 

-  Nie  będę  ryzykował  przemycając  to  odrzutowe  gówno!  -  zaprotestowałem 

kategorycznie. 

-  Musisz,  to  nasza  jedyna  szansa.  Uruchamia  się  przez  delikatne  naciśnięcie  wola. 

Koniec. 

Oczy ptaka zmatowiały i znieruchomiał. Klnąc w duchu, zamknąłem plecak. 

- Do wozu! - polecił pułkownik. - Jedziemy do jednostek! 

background image

14 

Trzeba  przyznać,  że  pułkownik  był  dobrym  organizatorem.  Pojazdy  zabrały 

obładowanych  jak  muły  oficerów, ledwie zdołali  wytoczyć się ze zbrojowni.  Obaj z  Mortonem 

dołączyliśmy  do  kolejnej  jęczącej  gromadki,  żeby  nie  stać  się  przedmiotem  nadmiernego 

zainteresowania ze strony wymachującego wciąż bronią oficera. 

- I pomyszlecz, sze własznie szę zaczągnąłem - wyseplenił wspierający się o mnie oficer 

i z gulgotem pociągnął solidny łyk z piersiówki. 

-  Podobno  należy  się  dzielić  -  poinformowałem  go,  konfiskując  naczynie  i  degustując 

zawartość. Cholernie to było mocne. 

-  Nadal  nie  pijesz?  -  spytałem  Mortona,  obserwując  błyskawicznie  obniżający  się 

poziom płynu w naczyniu. 

- Właśnie zacząłem - sapnął i pociągnął solidnie. 

Prawowitemu właścicielowi oddałem tylko trzy płytkie łyki. On i tak miał już dosyć. 

Gdzieś przed nami błysnęło oślepiająco i zagrzmiało. Kolejny transportowiec startował 

ostro, topiąc beton pod sobą. 

Zatrzymaliśmy się gwałtownie, po czym jeszcze gwałtowniej wyrzucono nas z pojazdu. 

Całej  akcji  przyglądał  się  z  niesmakiem  znany  już  nam pułkownik,  tym  razem  w  towarzystwie 

radiooperatora  i tuzina sierżantów.  W tle zaś do kolejnego  transportowca  ładowała się równym 

krokiem  kompania  żołnierzy.  Pułkownik  poczekał,  aż  kłębowisko  oficerów  przekształci  się  w 

nierówny szereg, co przyspieszył zresztą nieco, odpinając kaburę, i oznajmił donośnie: 

- Panowie! Za mną ładują się właśnie dobrzy żołnierze, potrzebujący dobrych oficerów. 

Niestety,  wszystko,  co  mogę  im  zaoferować,  to  banda  grubodupych  gryzipiórków,  czyli  kwiat 

oficerskiego  dekownictwa  tyłowego.  Ponieważ  i  tak  mam  was  za  mało,  więc  przydzielą  po 

jednym  na  kompanię  i  mam  nadzieję,  że  prędzej  sami  zginiecie,  niż  wygubicie  swoich 

podkomendnych. 

Była  to  niemiła  wiadomość,  bo  obiecałem  Mortonowi,  że  go  z  tego  wyciągnę,  co  w 

przypadku  rozdzielenia  nas  mogło  być  trudne,  a  ja  zwykłem  dotrzymywać  obietnic.  Złamałem 

więc własną  zasadę  i zgłosiłem się na  ochotnika,  to znaczy wystąpiłem przed front  i strzeliłem 

kopytami jak na paradzie. 

- Sir, nie mam grubej dupy i nie jestem dekownikiem - zameldowałem, salutując. - Mam 

doświadczenie liniowe, jestem dobrym strzelcem i instruktorem walki wręcz. Proszę o przydział 

background image

do kompanii zwiadu! 

- Ni cholery nie wierzę! 

Wobec tego złapałem go za klapy, zamiotłem nim trawnik i znieruchomiałem stawiając 

but  na  jego  grdyce,  a  następnie  rozbroiłem  go,  odstrzeliłem  parę  najbliższych  żarówek  i 

postawiłem na powrót na nogi. Otrzepując mundur, prawie się uśmiechnął. 

- Przydałoby się więcej takich. Ma pan kompanię zwiadu. Nazwisko. 

-  Drem,  sir.  Jeśli  można,  to  chciałbym  prosić  o  porucznika  Heska  jako  zastępcę.  Jest 

młody i głupi, ale zacząłem go szkolić dwa tygodnie temu. 

- Ma go pan. Proszę iść do transportowca. Są może jeszcze jacyś ochotnicy? 

Złapałem plecak i Mortona i pognaliśmy do śluzy. 

-  Myślałem,  że  zwariowałeś,  jak  walnąłeś  nim  o  ziemię  -  wysapał  Morton.  -  Sporo 

ryzykowałeś. 

-  Życie  w  ogóle  jest  ryzykowne,  jeśli  weźmie  się  pod  uwagę  cholesterol  i  wypadki 

drogowe... Tfu, ale się ze mnie zrobił filozof ludowy! Postaw te manele, widzę pomoc na 

horyzoncie. 

Pomoc przybrała  postać  sierżanta  i  dwóch  szeregowych,  którzy  pojawili się  w  śluzie  i 

strzelili kopytami na nasz widok, aż echo poszło. 

-  Starszy  sierżant  Blogh, pełniący obowiązki dowódcy  kompanii  zwiadu  -  zameldował 

podoficer. – Pan kapitan Drem? 

- We własnej osobie, sierżancie. To porucznik Hesk, mój zastępca. 

- Weźcie plecaki panów oficerów - warknął sierżant. - Za dziesięć minut startujemy, sir. 

- No, to w porę nas znaleźliście, sierżancie. 

Ledwie wyszliśmy ze śluzy, rampa została podniesiona, a statek zahermetyzowany. Dwa 

pokłady  wyżej  dołączyliśmy  do  reszty  kompanii,  aktualnie  leżącej  na  fotelach 

antyprzeciążeniowych. Po chwili rozbłysły czerwone lampki i zaczęło się odliczanie. Do naszych 

foteli dotarliśmy akurat w chwili, gdy ryknęły silniki. 

Naturalnie  piloci  zafundowali  nam  takie  przeciążenie,  abyśmy  jedynie  nie  zdechli  od 

tego, ale w wojsku takie rzeczy zdarzają się nagminnie. Gdy ciążenie wróciło do l G, wstałem i 

machnąłem na sierżanta. 

- Manierki pełne? - spytałem. 

- Tak, sir. 

background image

- To pozwólcie im się napić, ale tylko jednego... Przerwało mi trzeszczenie w głośniku i 

zniekształcony głos. 

- Wszyscy oficerowie liniowi proszeni są o zameldowanie się na pokładzie numer dwa. 

Natychmiast! 

-  Panie  poruczniku  -  poleciłem  nieco  ogłupiałemu  Mortonowi.  -  Do  mego  powrotu 

proszę przejąć dowodzenie...  Jakby co, to znajdź robotę podoficerom  i nie  wyjmuj jeszcze tego 

cholernego ptaka. - To ostatnie dodałem szeptem. 

Stołówka nie była zbyt duża, toteż tłok panował spory. Wszyscy wiedzieli o inwazji, ale 

nikt nie potrafił powiedzieć nic konkretnego. Jakiś sierżant sztabowy sprawdził obecność według 

listy, którą oddał dwugwiazdkowemu generałowi siedzącemu przy stoliku obok kuchni,  czyli  w 

najważniejszym miejscu, i zaczęła się odprawa. 

-  Do  wiadomości  tych,  którzy  dopiero  co  zostali  przeniesieni  do  tej  dywizji:  to  jest 

generał Lowender, dowódca jednostki, który ma dla panów ważny komunikat - oznajmił adiutant. 

Zapadła cisza, zatem generał kiwnął głową i raczył się odezwać. 

- Panowie, nadszedł czas, na który wszyscy niecierpliwie czekaliśmy. Dzień D, godzina 

H.  Kapitan  zameldował  mi,  że  leżymy  już na  kursie,  a  zatem  można  otworzyć  tajne  rozkazy.  - 

Wyjął  z  szuflady  kopertę  upstrzoną  łąkowymi  pieczęciami  i  rozdarł  ją  w  pełnej  nabożnego 

skupienia ciszy. - Oto rozkazy, panowie. Słyszeliście zapewne plotki, że celem naszego ataku ma 

być Zemlija. Były to fałszywe informacje, mające wprowadzić w błąd wroga, który wszędzie ma 

swoich  szpiegów.  Teraz  nie  musimy  się  już  chwytać  podobnych  pomysłów,  gdyż  jesteśmy  w 

przestrzeni  i  kierujemy  się  ku  nowej,  bogatej  planecie,  która  wiele  lat  temu  straciła  kontakt  z 

resztą  galaktyki,  a  co  ważniejsze,  tylko  my  wiemy  o  jej  istnieniu.  Jest  ona  zamieszkana,  ale 

tubylcy  są  zacofani  i  nie  zasługują  na  tak  bogaty  świat.  Teraz  opowie  wam  o  tej  planecie  jej 

odkrywca,  generał  Zennor.  Coś  trzasnęło,  zachrypiało,  przygaszono  światła  i  przed  stołem 

pojawiła się holograficzna projekcja gęby Gartha. 

- Witam was, żołnierze Nevenkebli, którzy udajecie się właśnie na największą wyprawę 

zdobywczą w dziejach naszego kraju. Zwycięstwo umocni i wzbogaci naszą ojczyznę tak, że już 

nikt  nie  odważy  się  na  nią  napaść,  a  skarby  nowego  świata  należeć  będą  do  nas!  Świat  ten 

nazywa  się  Hoyan.  -  Gęba  zniknęła,  zastąpiona  widokiem  błękitnej  kuli  zawieszonej  w 

przestrzeni.  -  Przyznaję,  że  odkryłem  go  zupełnie  przypadkowo,  gdy  będąc  ściganym  przez 

morderców  Ligi,  uciekałem  dokonując  przypadkowych  skoków  w  nadprzestrzeń.  W  czasie 

background image

kolejnego znalazłem tę planetę. Zresztą, być może, kierowała mną jakaś wyższa siła, mająca na 

względzie dobro mego kraju... 

-  Być  może  on  jednak  pierdoli  jak  nawiedzony  -  mruknął  ktoś  w  mroku  uzyskując 

powszechną,  szemraną aprobatę. 

-  Wylądowaliśmy  i  dokonaliśmy  badań.  To  bogata  planeta  z  dużymi  zasobami  metali 

ciężkich,  wielkimi  lasami  i  czystymi  rzekami,  mogącymi  dostarczyć wielkich bogactw.  Jedyne, 

co tam jest nie w porządku, to mieszkańcy, którzy są co najmniej dziwni. Wyciągnęliśmy do nich 

przyjazną  i  pomocną  dłoń,  proponując  handel  i  kontakt  z  wyższą  cywilizacją.  I  wiecie,  co 

zrobili?! - W jego głosie pobrzmiewała wściekłość. - Powiem wam, co zrobili! Nic! Zignorowali 

nas, odrzucili naszą ofertę! Całkowicie nas zlekceważyli! 

Planeta zniknęła, ustępując miejsca gębie. 

-  Rozumiecie  więc, panowie oficerowie, dlaczego  robimy  to,  co  robimy. Nasza  kultura 

jest starsza i o wiele bogatsza, a skoro ta banda prymitywów nas odrzuciła, należy udowodnić im, 

że  Nevenkebli  nie  należy  obrażać.  Jeśli  nie  potrafią  sami  zrozumieć,  co  jest  dla  nich  dobre,  to 

trzeba  ich  przekonać,  a  pretensje  będą  wówczas  mogli  mieć  tylko  do  siebie.  Niech  żyje 

Nevenkebla! Niech żyje pozytywny pokój! 

Ryknęły  fanfary,  odśpiewano  jakąś  kretyńską  przyśpiewkę  (sądząc  po  zachowaniu 

otoczenia, musiał to być hymn), a wszyscy wszystkim odruchowo pogratulowali. Ja też, żeby się 

nie  wyróżniać.  Następnie  w  powietrzu  pojawiła  się  holomapa  i  głos  zabrał  Lowender.  Używał 

palucha jako wskaźnika. 

-  Nasza  dywizja,  Osiemdziesiąta  Ósma,  czyli  Bojowe  Diabły,  będzie  miała  zaszczyt 

wyzwolić  przemysłowy  obszar  największego  miasta  zwanego  Bellegarrique,  cokolwiek  by  to 

znaczyło.  Tu  i  tu  są  kopalnie,  tu  magazyny  i  linia  kolejowa,  a  tutaj,  o  dziesięć  kilometrów  od 

miasta,  jest  tama,  która  spiętrza  wodę  rzeki  i  jest  równocześnie  hydroelektrownią.  Dla  dobra 

mieszkańców należy zająć te obiekty, zanim dojdzie do ich uszkodzenia. 

- Pytanie, sir - odezwał się jeden z pułkowników. - Jakiej obrony należy się spodziewać? 

Jak liczna jest ich armia i czym dysponuje? 

-  Dobre  pytanie,  panie  pułkowniku.  Musimy  być  przygotowani na  wszystko,  na  każdy 

rodzaj  ataku,  na  wszelkie  niespodzianki.  Ci  ludzie  są  bowiem  niesamowicie  podstępni.  Ani 

generał  Zennor,  ani  nasi  ludzie  nie  byli  w  stanie  uzyskać  bliższych  informacji  o  wielkości  ich 

armii,  nie  wiadomo  nawet,  czy  ona  istnieje!  Na  pierwszy  rzut  oka  wydaje  się,  że  nie  ma  tam 

background image

nawet policji! Ponieważ jednak wszyscy wiemy, że jest to niemożliwe, gdyż bez tych instytucji 

żadne społeczeństwo nie może istnieć, pozostaje przyjąć, iż tak starannie ukryli swe zbrojenia, że 

musimy być cały czas przygotowani na wrogą napaść. Poza tym tak zdziwaczałe społeczeństwo 

należy wyleczyć z przesądów. Jesteśmy im to winni jako ludzie. 

Jeśli  o  mnie  chodzi,  nigdy  w  życiu  nie  słyszałem  takiego  steku  bredni,  ale  sądząc  po 

zachowaniu  obecnych,  nikt  inny  nie  miał  zastrzeżeń  do  treści  odprawy  ani  do  zamiaru,  by 

wyzwolić  mieszkańców  planety  Hoyan  za  wszelką  cenę,  choćby  nawet  trzeba  ich  było 

wszystkich w tym celu pozabijać! 

background image

15 

Wróciłem  do  kompanii z pakietem  zalakowanych  rozkazów  i  głębokim  przekonaniem, 

iż  jest  to  najbardziej  kretyńskie  przedsięwzięcie,  o  jakim  kiedykolwiek  słyszałem,  nie  wspo-

minając o udziale. 

-  Dziwnie  wyglądasz  -  powitał  mnie  Morton,  gdy  wszedłem  do  kabiny.  -  Nic  takiego, 

czy może powinienem zacząć się bać? 

-  Ma  pan  jakieś  rozkazy,  sir?  -  Za  moimi  plecami  pojawił  się  sierżant  Blogh, 

najwyraźniej także spragniony nowin. 

Rzuciłem rozkazy na koję i zająłem się pilniejszymi problemami. 

- Sierżancie, jak wygląda w kompanii kwestia picia alkoholu w trakcie drogi na wojnę? 

-  Tak  jak  wszędzie,  sir.  Użycie  jest  karane  sądem  polowym.  Ale  jeden  z  baków 

transportera  pełen  jest  dziewięćdziesieciodziewięcioprocentowego  spirytusu.  Doskonały  po 

rozmieszaniu pół na pół z wodą i rozwodnionym sokiem pomarańczowym. 

- Ślicznie. Ponieważ jedziemy na wojnę, pora wykorzystac przywileje rangi, sierżancie 

Bogh.  Dotąd  byliście  pełniącym  obowiązki  sierżanta  sztabowego,  od  teraz  jesteście  sierżantem 

sztabowym. 

Morton  z  trzaskiem  postawił  na  stole  trzy  kubki  i  torbę  liofilizowanego  soku 

pomarańczowego. Szybko się chłopak przystosował. 

Sierżant  sztabowy  zniknął  na  chwilę,  wracając  z  dwudziestolitrowym  kanistrem. 

Błyskawicznie, choć nie w cudowny sposób, przemienił następnie jego zawartość w czterdzieści 

pięć litrów wódki o niezbyt przesadnej mocy. Zapowiadało się, że spędzimy tę podróż bez ofiar 

w ludziach. 

-  Średnio  obrzydliwe  -  ocenił  Morton  po  pierwszej  kolejce,  podstawiając  ponownie 

kubek. - Można usłyszeć, czego się dowiedziałeś? 

-  Można.  Dobrą  nowiną  jest,  że  mamy  zaanektować  i  okupować  bogatą  i  nie  znaną 

reszcie wszechświata planetę zwaną Hoyan. Drugą dobrą nowiną jest to, że jest ona zamieszkana 

przez ludzi, obrazu szczęśliwości zaś dopełnia fakt, że nie istnieje tam ani wojsko, ani policja. 

- Niemożliwe - stwierdził sierżant sztabowy, opróżniając kubek. 

- Wszystko jest możliwe w tak dużej galaktyce. Jeśli wierzyć raportom wywiadu, to nie 

powinniśmy napotkać żadnego oporu. W ogóle nie powinno dojść do rozlewu krwi. 

- Niemożliwe - powtórzył sierżant sztabowy. - To pułapka. 

background image

- Generał też tak myśli i podejrzewa istnienie zakamuflowanych sił zbrojnych. 

-  Niekoniecznie  -  sprzeciwił  się  Morton.  -  Zanim  trafiłem  do  wojska,  studiowałem 

historię i  wiem trochę na  ten  temat. Ludzkość chadzała rozmaitymi drogami,  a  jeśli  weźmie się 

pod  uwagę  ilość  zamieszkanych  planet  w  galaktyce,  to  można  powiedzieć,  że  różnorodność 

społeczeństw i ustrojów jest praktycznie nieograniczona. 

- Jak mają rząd, to mają i armię. Inaczej się nie da - uznał sierżant. 

Szybkie  tempo  konsumpcji  miało  wpływ  na  wzrastającą  fraternizację  podoficera,  jak  i 

coraz bardziej manifestacyjną przemądrzałość Mortona; pora była zatem zamknąć bar. 

-  Dobra! - Wstałem i wsunąłem kanister  do  kąta.  - Sierżancie,  zbierzcie podoficerów i 

przekażcie im, co wam powiedziałem. Niech poinformują żołnierzy. Na razie to wszystko. 

Sierżant  wyszedł,  Morton  zachrapał  na  stole,  a  ja  wykończyłem  nie  dopitą,  trzecią  z 

rzędu szklaneczkę. Żołądek zareagował dziwnym bulgotem, co w zasadzie nie zdarzało mi się po 

alkoholu,  doszedłem  zatem  do  wniosku,  że  najpewniej  wskazane  byłoby  zjedzenie  czegoś.  Od 

spożycia  steku  w  klubie  oficerskim  minęło  już  ładnych  parę  godzin.  Przeprowadziłem  zatem 

remanent  w  plecaku  w  poszukiwaniu  racji  żywnościowych,  natrafiając  na  czerwone  tuby  z 

napisem  HOTPUP.  Drobnym  drukiem  wyjaśniono  poniżej,  że  jest  to  porcja  na  dwie  osoby,  a 

otwiera  się  ją  przebijając  nożem  biały  krąg  na  denku.  Posłusznie  wyjąłem  nóż  zza  cholewy, 

dziabnąłem gdzie kazali, a tuba natychmiast stała się dziwnie gorąca, puściłem ją więc i poprze-

stałem  na  podejrzliwej  obserwacji.  Przedmiot  syknął,  zabulgotał,  zagdakał  i  zaczął  rosnąć. 

Profilaktycznie  zmieniłem chwyt  noża, na  wypadek gdyby  to coś chciało  mnie zaatakować. Na 

szczęście  wynalazek  pękł  z  trzaskiem,  a  na  stole  pojawiła  się  parówka  o  gabarytach  mego 

ramienia.  Znieruchomiałem. Zapachniało nawet miło, odciąłem więc końcówkę i spróbowałem. 

Jedynym, czego jeszcze mi brakowało, była musztarda i piwo. 

 

Dni  dłużyły  się,  podobnie  jak  stopniowo  zaczynaliśmy  mieć  dość  hotpupów,  bowiem 

dzięki pomyłce  kwatermistrzostwa  było  to  jedyne  żarcie,  jakie zapakowano na pokład,  i  nawet 

generał był zmuszony się nim zapychać, chociaż nie krył niezadowolenia. 

Poza  tym  co  dnia  odbywała  się  seria  narad  i  odpraw  nudnych  i  długich  jak  zapalenie 

płuc  z  przerzutami  na  wątrobę.  Razem  z  Mortonem  zabijaliśmy  czas,  uszczuplając  zapasy 

alkoholu. 

W ten sposób minęło piętnaście dni. 

background image

Szesnastego  dnia  zwołano  kolejną  odprawę  i  tym  razem  było  wreszcie  inaczej.  Salę 

wypełniały  podniecone  pogwarki,  a  ledwie  sprawdzono  obecność,  Lowender  rąbnął  pięścią  w 

stół. 

- Inwazja się zaczęła! Zwiadowcy meldują brak oporu, ale to może być podstęp, mający 

wciągnąć nasze wojska w zasadzkę sił głównych. Wszyscy znacie rozkazy, wiecie wiec, co robić. 

Za  dwie  godziny  lądujemy.  Jedno  tylko  mogę  dodać,  a  mianowicie  to,  byście  dokopali  im  do 

dupy! - zakończył w iście wojskowym stylu. 

Odprawa zamknęła się głośnymi wiwatami. 

-  Najwyższy  czas  -  ucieszył  się  sierżant,  słysząc  nowiny.  -  Ludzie  zaczęli  się  robić 

leniwi od tego leżenia martwym bykiem. 

- Zbierzcie podoficerów, po raz ostatni powtórzymy sobie plan - poleciłem, rozkładając 

dobrze znaną wszystkim mapę. 

Tym razem nie było kłopotów z frekwencją. To była odprawa bojowa. 

-  Powinniśmy  wylądować  tutaj  -  stuknąłem  w  mapę.  -  Teraz  pytanie,  ilu  z  was  tak 

naprawdę wierzy, że pilot zdoła posadzić transportowiec tam, gdzie powinien? 

Odpowiedziała mi cisza. 

- No to jesteśmy zgodni - uśmiechnąłem się bez radości. - Mamy wylądować o świcie, 

czyli najpewniej będzie jeszcze głęboka noc, ewentualnie będzie lać jak z cebra. Coś zdarzy się 

na pewno. Wyjeżdżamy pierwsi, bo mamy najdłuższą trasę do pokonania. Na początku zjedzie z 

rampy  transporter  dowodzenia,  bo  tak  go  ustawiono,  a  zatem  będę  prowadził.  Jak  długo 

pozostanie ciemno, a nikt nie zacznie do nas strzelać, będę jechał z włączonymi światłami. 

-  Przepraszam,  sir,  ale  generał wyraźnie powiedział, aby nie używać żadnych świateł - 

wtrącił Bogh. 

- Zgadza się. Tyle że generał będzie wyjeżdżał stąd jako ostatni, a my jako pierwsi, poza 

tym musimy to zrobić szybko, bo z tyłu naciskać będzie już na nas kompania czołgów. 

- Jedziemy na światłach! - zdeklarował się sierżant. 

- Dotrę do najbliższego wzgórza i sprawdzę, gdzie wylądowaliśmy i gdzie powinniśmy 

jechać.  Pan  porucznik  zbierze  oddział  i  będzie  podążał  za  mną.  Naszym  zadaniem  jest  zajęcie 

zapory  i  elektrowni,  dostarczającej  prąd  do  tego  całego  Bellegarriąue.  Mamy  dopilnować,  by 

prąd płynął dalej. Są pytania? Słucham, kapralu? 

- Czy możemy zostawić hotpupy i zdobywać żywność na przeciwniku, sir? 

background image

-  Tak  i  nie.  Hotpupy  weźmiemy  na  wypadek  trafienia  na  kwatermistrza.  Z 

przyjemnością wypcham go tym świństwem. Najszybciej jak się da, należy zorganizować lokalną 

żywność,  najpierw  przynosząc  ją  do  mnie  celem  sprawdzenia  na  toksyczność  przed  rozdaniem 

żołnierzom. Jeszcze ktoś? 

- Kiedy dostaniemy amunicję, sir? 

-  Powinna  już  być  gotowa  do  rozdania.  Dopilnujcie,  aby  wszyscy  otrzymali  swoje 

przydziały i załadowali magazynki. Przypilnujecie też, żeby żadna broń nie została załadowana. 

Najgorszą  rzeczą,  jaka  może  nam  się  trafić,  jest  przypadkowa  strzelanina  i  przedziurawienie 

kadłuba przy podchodzeniu do lądowania w atmosferze. 

- Załadowanie broni, znaczy się, po wylądowaniu - podsumował sierżant. 

-  Załadowanie  broni,  znaczy  się,  na  mój  rozkaz  -  poprawiłem  go.  -  Skoro  nie 

spodziewamy  się  oporu,  to  lepiej  będzie  nie  odstrzelić  przez  przypadek  kogoś  z  tubylców,  bo 

wtedy  na  pewno  zaczną  walczyć.  Jeśli  broń  nie  będzie  załadowana,  to  nie  będzie  wypadków. 

Jeśli  natomiast  zostaniemy  zaatakowani  i  zacznie  się  strzelanina,  to  wsunięcie  pełnego 

magazynka trwa sekundę. Chwilowo broń będzie zatem nie nabita. 

Odpowiedział mi pomruk protestu. 

- Bez naładowanej broni nie można atakować - sprzeciwił się kapral Aspya. 

-  Można,  można  -  odparłem  lodowato.  -  Każdy  niemal  rozkaz  można  wykonać  prócz 

przenicowania hehnu, jak wiecie. Dodam jeszcze, że moja osobista broń będzie nabita i zastrzelę 

każdego, niezależnie od stopnia, kto sprzeciwi się moim rozkazom. Jeszcze jakieś pytania? Nie? 

To rozejść się. Za trzydzieści minut spotykamy się na rampie. 

- Nie uszczęśliwiłeś ich tą nowiną o amunicji - stwierdził Morton, gdy drzwi zamknęły 

się za ostatnim podoficerem. 

-  Ich  pech.  Nie  lubię  zabijania,  a  ostre  pociski  znaczą  wypadki,  najczęściej  zresztą 

śmiertelne. 

- Powinni być w stanie się bronić... 

-  Morton!  -  warknąłem.  -  Spójrz  w  lustro!  Widzisz?  Widzisz porucznika  jak  mu  tam  i 

zaczynasz  myśleć  jak  on.  Pamiętaj,  kim  naprawdę  jesteś,  a  jesteś  żołnierzem  z  przymusu. 

Zapomniałeś? Tak a propos, widziałeś kiedyś trupa? 

- Moją ciotkę w trumnie... 

- Świetnie! Ja widziałem ciut więcej i zapewniam cię, to nie jest miły obrazek. I jeszcze 

background image

jedno: kiedy ktoś ginie, to pozostaje martwy i nic nie jest w stanie tego zmienić. Pamiętaj o tym, 

gdy  będziesz  słuchał  tych  rozmaitych  piewców  nienawiści  i  domorosłych  ideologii.  Chcesz 

zginąć? 

Dla lepszego zilustrowania pytania przystawiłem mu nóż do grdyki. 

- Nie! - pisnął, zezując na ostrze. 

- Ja też nie - przyznałem, błyskawicznie chowając nóż. - I na pewno nie chce zginąć nikt 

w tym świecie, na którym lądują właśnie tysiące półgłówków obładowanych bronią. Jak ja się w 

to wpakowałem? 

- Jak ja: trafiłeś z poboru - przypomniał mi Morton. 

-  Serdeczne  dzięki.  Cholera,  zawsze  tak  jest,  że  starzy  wysyłają  na  wojnę  młodych. 

Powinno  się  ustalić  dolną  granicę  wieku  poborowych  na  pięćdziesiąt  pięć  lat  i  to  by  szybko 

zakończyło takie głupie wojenki, jak ta tutaj! 

Dalsze rozważania uniemożliwił mi odgłos klaksonu alarmowego. 

- Czas na nas - mruknąłem, patrząc na zegarek. - Idziemy. 

Oświetlony  czerwonymi  lampami  pokład  ładunkowy  pełen  był  ludzi  i  sprzętu, 

tworzących  w sumie imponujący  bałagan.  Przepchnęliśmy  się  do  stojącego przy  samym włazie 

transportera. Pierwszą moją czynnością było zwolnienie łańcuchów mocujących pojazd do pokła-

du. 

-  Klamry  mają  wybuchowe  zwalniacze  -  wtrącił  się  sierżant.  -  Powinny  zostać 

odstrzelone, gdy rampa dotknie ziemi, sir. 

- Zobaczę, uwierzę. A jak nie wypalą? Wszystko załadowane zgodnie z rozkazami? 

- Tak, sir. Zapasy amunicji pod tylnym siedzeniem, sir. 

Zapasy  amunicji  oznaczały  żelazną  rację  dziesięciu  manierek  wypełnionych 

rozcieńczonym spirytusem. Wypełniły przestrzeń pomiędzy fałszywym dnem a siedzeniem, mas-

kując przy okazji odrzutową wronę. Diabli wiedzą, może trafiliśmy na planetę abstynentów? 

Podłoga zaczęła przyciągać mnie jakoś silniej, złapałem się więc klamki. Schodziliśmy 

do lądowania przy dwóch G. 

Ryk  silników hamujących ustał  równocześnie z  powrotem normalnego ciążenia. Czym 

prędzej  wsiadłem  do  pancerki,  rampa  opadła  z  hukiem  i  wokół  rozległa  się  kanonada.  Klamry 

faktycznie eksplodowały. Na zewnątrz padał deszcz. 

- Zapalaj! - poleciłem kierowcy. - I włącz światła, bo się zabijemy! 

background image

Było  ciemno,  lało  jak  z  cebra,  na  dodatek  wiał  zacinający  strugami  wody  wiatr.  Z 

wyciem  silnika  zjechaliśmy  po  rampie,  pokonaliśmy  kałużę  i  runęliśmy  do  przodu.  W  blasku 

reflektorów widać było jedynie potoki deszczu. 

- Przed nami woda, sir. - Kierowca miał widać lepsze oczy. - Dużo wody, sir. 

- To skręć, idioto, i nie próbuj nas utopić, to nie amfibia. W prawo i wzdłuż brzegu. 

W  górze  ryknęło  i  błysnęło,  ale  na  szczęście  nie  był  to  ostrzał  z  orbity,  tylko  zwykła 

burza. 

- Za tymi drzewami coś jest. - Trzepnąłem kierowcę w ramię. - Jedziemy tam. 

- To jest płot, sir. 

-  No to  przejedź  przez niego!  -  westchnąłem ciężko. - To opancerzony  wóz bojowy,  a 

nie trzykołowy wózek, jakim ostatnio jeździliście, szeregowy. 

Gdy  wreszcie  dotarliśmy  na  szczyt  wzniesienia,  zaczynało  już  świtać,  choć  na  deszcz 

nie miało to najmniejszego wpływu. Wyjąłem podświetlaną mapę i spróbowałem zorientować się 

w terenie. Całe szczęście, że miałem do pomocy wschodzące słońce. Milcząco założyłem, że na 

tej osobliwej planecie słońce też pojawia się na wschodzie. 

Zanim  dotarła  do  nas  reszta  kompanii,  zdążyłem  wyłączyć  światła.  Na  pewno 

wiedziałem  tylko,  gdzie  jest  nasz  transportowiec,  z  którego  w  deszcz  wypływały  wciąż  nowe 

potoki sprzętu i ludzi. Robiło się jasno i dzięki pasmu wzgórz na horyzoncie wreszcie złapałem 

orientację. 

-  No!  -  zdołałem  uśmiechnąć  się  do  przemoczonych  podwładnych.  -  Dzięki  błędowi 

pilota  jesteśmy  właśnie  w połowie drogi do celu.  Reszta  ma dwa  razy dłuższą drogę,  ale  to ich 

problem. 

Mocno ich to ucieszyło. 

-  Na  dodatek,  jak  się  dobrze  przyjrzeć,  to  można  stwierdzić,  że  maszerują  właśnie  w 

przeciwną  stronę,  niż  powinni,  i  oddalają  się  od  miasta,  które  mają  zdobyć.  Cóż,  idą  według 

rozkazów, a nie patrzą na mapę. 

Tym razem zareagowali żywiołową radością, bo nic tak nie cieszy jednego oddziału, jak 

widok innego w  tarapatach.  Deszcz przeszedł  tymczasem w uporczywą  mżawkę, a wschodzące 

słońce oświetliło białą budowlę wystającą ponad linię drzew. Wlazłem na maskę. 

-  Uwaga  wszyscy!  -  powiedziałem  głośno.  -  Jak  spojrzycie  tam,  gdzie  pokazuje, 

zobaczycie tamę, która jest naszym celem. To białe nad drzewami. Transporter zamyka kolumnę, 

background image

zwiad do przodu, a ja na piechotę poprowadzę siły główne. Wymarsz! 

background image

16 

Mniej  więcej  po  półgodzinie  ktoś  tam  w  górze  przerzucił  wajchę  i  mżawka  ustała  jak 

nożem  uciął.  Lekki  wietrzyk  przeganiał  chmury,  toteż  okolica  zaczęła  intensywnie  parować. 

Wyszliśmy  na  asfaltową  drogę,  co  znacznie  ułatwiło  marsz.  Droga  obsadzona  była  wysokimi 

drzewami, zwiadowcy nie nawiązali jeszcze kontaktu z wrogiem, zdążyli natomiast spenetrować 

jego uprawy. 

-  Panie  kapitanie,  zwiadowcy  znaleźli  sad  z  dojrzałymi  avalgwlankami  -  zameldował 

Blogh. 

- Nazywa się obrzydliwie. Co to takiego? 

- Owoc, który rośnie na Zemliji. Pyszny, sir. 

- No to niech dostarczą próbki do analizy - zdecydowałem. 

Zwiadowca zjawił się czym prędzej z hełmem pełnym zwykłych, dojrzałych brzoskwiń. 

Powąchałem jedną i przyjrzałem się dokładniej zwiadowcy. 

- Widzę, żołnierzu, że zrobiliście już analizę. Mordę macie całą w soku. Jakie toto jest? 

-  Wspaniałe,  sir  -  oświadczył  z  pełnym  przekonaniem.  Ugryzłem  słodki  owoc  i 

przyznałem mu całkowitą rację. Przełknąłem czym prędzej. 

-  Profilaktycznie  ukryjemy  się  w  sadzie,  sierżancie.  Piętnaście  minut  przerwy  na 

zameldowanie się reszty zwiadowców. 

Gdy  wyszliśmy  ponownie  na  drogę,  głośniejsze  od  tupotu  butów  były  odgłosy  pracy 

pełnych  żołądków  mojego  wojska.  Tama  rosła  w  oczach,  wszędzie  panował  całkowity  spokój, 

ani żywego ducha. Nakazałem postój i przywołałem podoficerów. 

-  Teraz podam  plan ataku, ale najpierw sprawdzę  broń.  Zaczynamy  od was, sierżancie 

sztabowy. 

Blogh z kamienną twarzą pokazał mi automat. Sprawdziłem magazynek i komorę, jedno 

i drugie puste, i oddałem mu broń bez słowa. To samo powtórzyło się z pozostałymi, aż dotarłem 

do ostatniego w szeregu kaprala Aspyi. Ten, zamiast podać mi karabin, przycisnął go do piersi. 

- Mogę panu oszczędzić trudu, sir - oznajmił. – Jest nabity. 

- To niewykonanie rozkazu, ekskapralu. Szeregowy Aspya, wasza broń! 

- Żołnierz bezbronny nie jest żołnierzem, sir - odparł ponuro, pozostając w bezruchu. 

- Prawda - zgodziłem  się  odwracając,  ale  nadal obserwując go kątem oka. 

Ledwie przestał na  mnie  patrzeć,  rąbnąłem go  z półobrotu  wyciągniętą ręką pod ucho. 

background image

Runął jak kłoda, bo cios nie był markowany, ostatecznie facet miał przy sobie nabitą broń. Bez 

trudu wyjąłem automat z bezwładnych dłoni i rozładowałem. 

- Sierżancie, ten żołnierz resztę drogi odbędzie pod strażą w pancerce. Jest aresztowany. 

- Czy strażnik ma być uzbrojony, sir? 

-  Jak  najbardziej.  Broń  nabita  i  ma  strzelać  bez  uprzedzenia.  Strażnikiem  będzie 

porucznik. Teraz wracamy do planu. Zatem... 

Słuchali  w  milczeniu,  nadal  pozostając  pod  wrażeniem  moich  umiejętności  i  szybkiej 

reakcji.  Morton  na  pewno  nie  będzie  skłonny  do  pochopnego  użycia  broni,  zatem  tę  sprawę 

miałem z głowy. Przy okazji usunąłem go całkiem legalnie z pierwszej linii. Przydzieliłem cele 

wszystkim plutonom, dyspozytornię pozostawiając sobie. 

- To byłoby wszystko. Rozstawcie ludzi i zameldujcie się po wykonaniu. Gdy wszyscy 

będą  gotowi,  spróbuję  zająć  bez  walki  dyspozytornię,  tak  by  nie  przerwać  dostawy  prądu. 

Wykonać! 

Moje  wojsko  rozpierzchło  się  niczym  stado  tresowanych  zajęcy,  atakując  dokładnie 

według  instrukcji:  kilka  skoków  do  przodu,  w  bruzdę,  ubezpieczenie  następnych  i  zmiana.  Po 

paru  minutach  zaćwierkała  radiostacja  meldunkami  tej  samej  treści:  cel  osiągnięty,  brak  oporu 

jak  i  kontaktu  z  przeciwnikiem.  Nadszedł  mój  czas.  Razem  z  sierżantem  sztabowym  i  jego 

dwoma pomocnikami pomaszerowaliśmy do głównego budynku. Otworzyłem pierwsze z brzegu 

drzwi. Prowadziły do hali turbin, które pracowały sobie bez żadnego nadzoru. 

- W pełni automatyczne - ocenił sierżant. 

- Na to wygląda. Szukamy dyspozytorni. 

Napięcie  narastało  w  miarę  przeszukiwania  budynku.  Raz  po  raz  gratulowałem  sobie 

pomysłu z bronią. Moją trzymałem w garści, ale zabezpieczoną. 

- Tu ktoś jest, sir! - zameldował jeden z wojaków sprawdzając korytarz. 

Czym  prędzej  podszedłem  bliżej.  Faktycznie,  przez  matowe  szkło  widać  było 

poruszającą się postać. 

- Dobra robota - pochwaliłem. - Wchodzicie za mną jako osłona. 

Wziąłem głęboki oddech i  otworzyłem  drzwi rzucając się do  wnętrza  szczupakiem, by 

uniknąć  ewentualnego  ostrzału.  Potoczyłem  się,  wstałem  i  rozejrzałem...  Przy  pulpicie 

sterowniczym siedział szpakowaty  facet i stukał w jakiś zegar. Poza nim i moimi podwładnymi 

nie było tu nikogo więcej. 

background image

Ne fant nenionl - poleciłem. - Vi estas kaptito. 

Manoj en la aeronl 

Ciekawe - odezwał się z uśmiechem. - Obcy gość i obcy język. Witajcie, przybysze, w 

Elektrowni Bellegarrique. 

-  Mówisz  odmianą  dolnoinglisskiego,  którą  posługują  się  na  Rajskim  Zakątku  - 

ucieszyłem się, przechodząc na tenże dialekt. 

-  Nigdy  nie  słyszałem  o  takim  miejscu,  ale  pomimo  dziwnego  akcentu  rozumiem  cię 

doskonale. 

- Co on mówi, sir? - spytał Blogh. - Skąd pan zna ten slang, sir? 

- Ze szkoły. - Była to święta prawda. - Wita nas. 

- Jest tu ktoś jeszcze? 

- Zaraz, po kolei, sierżancie. Są tu inni pracownicy? 

-  Naturalnie,  ale  śpią.  Pracujemy  na  zmiany,  najliczniejsza  jest  nocna.  Musisz 

opowiedzieć o sobie i kolegach. Ja jestem Stirner, a ty? 

W ostatniej chwili ugryzłem się w język. To nie był najwłaściwszy sposób prowadzenia 

wojny. 

- To jest akurat mało ważne - odparłem. - Istotne jest, po co tutaj jestem, a mianowicie 

jestem  po  to,  by  powiedzieć  ci,  że  ta  planeta  znalazła  się  właśnie  pod  kontrolą  sił  zbrojnych 

Nevenkebli, ale nic ci się nie stanie, jeśli będziesz z nami współpracował. 

Przełożyłem  to  na  esperanto  wraz  z  informacją  o  śpiących  pracownikach,  aby  i  reszta 

wiedziała,  o co chodzi.  Stirner  uprzejmie  milczał,  dopóki nie skończyłem,  poczekał  jeszcze,  aż 

sierżant pośle ludzi po nocną zmianę, i spytał: 

- Nowe, ciekawe doświadczenie! Wojsko, powiadasz? To znaczy, że to, co masz w ręku, 

to jest broń? 

- Jest. Oni też ją mają i będą się bronić, jeśli ktoś ich zaatakuje. 

- To mnie akurat nie dotyczy. Jako uznający zasady Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, 

nigdy bym nikogo nie skrzywdził. 

- Ale wasza armia lub policja może być innego zdania. 

- Znam, naturalnie, te słowa, ale nie macie się czego bać. Nie mamy wojska ani policji. 

Ale, ale, co ze mnie za gospodarz. Napijecie się czegoś? 

- Nie wierzę własnym uszom!  - jęknąłem. - Albo ja mam świra, albo ten świat oszalał! 

background image

Sierżancie,  łączcie  się  ze  sztabem  i  zameldujcie  o  nawiązaniu  kontaktu  z  przeciwnikiem. 

Żadnego oporu, a język twierdzi, że nie mają tu wojska ani policji. 

Stirner wyjął tymczasem z szafki szklanki i ciekawie wyglądającą butelkę. 

-  Wino  -  poinformował.  -  Dla  specjalnych  gości.  Mam  nadzieję,  że  będzie  wam 

smakować. 

- Za gospodarza - odrzekłem, biorąc szklankę. 

- Twoja uprzejmość, bezimienny gościu, mnie zawstydza. - Upił ze swojej solidny łyk. 

Zrobiłem więc to samo i przyznałem mu rację. Wino było faktycznie niezłe. 

- Mam na linii pana generała, sir. - Sierżant przygalopował z radiostacją. 

- Tu kapitan Drem, panie generale - zameldowałem się przepisowo, biorąc słuchawkę. 

- Drem, u licha, co gada ten sierżant? Znaleźliście wroga? 

- Zajęliśmy elektrownię. Bez strat i bez oporu. 

- Wreszcie ktoś wykonał zadanie! Jaka obrona? 

- Żadna, sir. Wzięliśmy języka, który twierdzi, że tu nie ma wojska ani policji. 

-  Gówno  prawda!  Wysyłam  helikopter,  proszę  zjawić  się  z  językiem  jak  najszybciej. 

Koniec. 

A niech to kulawa kaczka kopnie! Ostatnim miejscem, w którym pragnąłem się znaleźć, 

był  sztab.  Zawsze  istniało  tam  ryzyko  przypadkowego  natknięcia  się  na  Zennora,  a  ta  łachudra 

mogła  mieć dobrą  pamięć.  Owszem,  chciałem  się z  nim  policzyć,  ale na  własnych  warunkach. 

Instynkt samozachowawczy nakazywał mi nie leźć w gniazdo szerszeni, ale rysowała się szansa 

uratowania wielu żywych istot. Mogłem spróbować albo i nie, ale jak tu sobie potem spojrzeć w 

oczy przy goleniu? 

-  Z  rozkazu  pana  generała  mam  dostarczyć  języka  do  sztabu  -  poinformowałem 

sierżanta.  -  Do  czasu  przybycia  pana  porucznika  obejmiecie  dowództwo.  I  zaopiekujcie  się 

winem. 

- Tak, sir! - odparł radośnie, sięgając po butelkę. 

- Idziemy - powiedziałem do Stirnera, pokazując na drzwi. 

- Obawiam się, że nie mogę ci towarzyszyć. Muszę tu siedzieć do końca zmiany. 

-  Obawiam się, że jednak pójdziesz  ze  mną,  głównie dla dobra  swoich współziomków. 

Posłuchaj  uważnie.  Na  tej planecie  wylądowała  duża  armia  z  wielką  ilością  broni  i  mordem  w 

oczach.  Zajmuje  teraz  twój  kraj, co może doprowadzić do  śmierci wielu ludzi.  Mam zabrać cię 

background image

do dowódcy, a ty może zdołasz go przekonać, że faktycznie nikt tu nie będzie stawiał czynnego 

oporu. Jeśli tak, to jest szansa na unikniecie masakry. Rozumiesz? Coś w końcu do niego dotarło. 

Zamiast uśmiechu na jego twarzy pojawił się strach. 

-  Poważnie  mówisz?  Jasne,  że  poważnie,  głupio  pytam.  To  nie  do  wiary,  ale 

najwyraźniej prawda... Pewnie, że muszę iść... Ale dalej trudno mi w to uwierzyć. 

-  To  ostatnie  nas  łączy  -  odparłem,  otwierając  drzwi.  -  Mogę  zrozumieć  państwo  bez 

wojska,  nie  każdy  ma  narwanych  sąsiadów,  ale  bez  policji...  Nie  lubię  ich,  owszem,  ale 

przyznaję, że policja to zło konieczne. 

-  Nie  zawsze,  przynajmniej  gdy  wziąć  pod  uwagę  zwolenników  Przyzwalającej 

Wspólnoty Otwartej. - Aż pojaśniał na perspektywę wykładu. 

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem. 

- Wiele straciłeś. Ryzykując niejakie uproszczenie, powiedziałbym nawet, że... 

- Panie kapitanie, proszę mnie wysłuchać! - Ekskapral Aspya wyrwał się z transportera 

pomimo  wysiłków  próbującego  go  zatrzymać  Mortona  i  wyprężył  się przede  mną  jak  struna.  - 

Rozumiem swój błąd i proszę o wybaczenie, sir. Sądziłem, że jest pan młody i niedoświadczony, 

i że to ja wiem lepiej, więc nie wykonałem rozkazu. Teraz wiem, że to pan miał rację i proszę o 

danie mi szansy zmazania hańby. Mam trzydzieści lat i jestem zawodowym żołnierzem, sir. 

- A skąd ta nagła pewność, że to ja miałem rację? 

- Bo dał mi pan w łeb w uczciwej walce, sir. Człowiek musi wypełniać swe obowiązki i 

pan to zrobił, a ja nie! 

Od  takiego  rozumowania  mózg  się  gotuje.  Facet  nie  posłuchał  logicznego  rozkazu, 

popartego  sensownym  wyjaśnieniem,  ale  jak  dałem  mu  w  ucho,  to  przyznał  mi  rację.  Z  braku 

czasu przeszedłem nad tym fenomenem do porządku dziennego. 

- Wiecie co, Aspya? Dziwne, ale wam wierzę. Trzeba być prawdziwym mężczyzną, by 

mieć  odwagę  przyznać  się  do  błędu.  Tak  zatem,  choć  jesteście  szeregowym,  a  ja  kapitanem, 

niech uścisnę waszą dłoń. Nie będę wyciągał dalszych konsekwencji za niewykonanie rozkazu w 

czasie wojny. 

-  Pan też jest prawdziwym mężczyzną,  sir.  Obiecuję, że nigdy pan  tego nie pożałuje!  - 

potrząsnął entuzjastycznie moją prawicą, zasalutował i zrobił przepisowy w tył zwrot. 

Nagle  w  górze  coś  zawyło,  zafurkotało  i  ze  trzydzieści  metrów  od  nas  wylądował 

helikopter. Czekał, nie wyłączając wirnika. 

background image

- Morton, dowodzisz tu do mojego powrotu - szepnąłem chłopakowi. - Co tylko się da, 

zwalaj na barki sierżanta i zgadzaj się z jego sugestiami. 

Zanim zdążył odpowiedzieć, pociągnąłem Stirnera do helikopera. 

-  Do  sztabu!  -  rozkazałem  pilotowi.  Spoglądając  w  dół,  miałem  nader  sugestywne 

wrażenie, że oto pakuję głowę pod ostrze gilotyny... 

-  Czytałem  o  takich  pojazdach  w  podręczniku  historii  -  przerwał  moje  rozmyślania 

Stirner. - To doniosła chwila w moim życiu, przybyszu. 

- Możesz mi mówić kapitanie. 

-  Miło  cię  poznać.  I  chciałbym  ci  jeszcze  podziękować  za  okazję  wyjaśnienia  twoim 

dowódcom,  że  mogą  przybyć  tu  w  pokoju  i  nie  muszą  niczego  się  bać.  Nie  wyrządzimy  im 

żadnej krzywdy. 

- Bardziej martwi mnie, że oni wam mogą wyrządzić krzywdę. 

Na  dalsze  wyjaśnienia  nie  było  czasu,  gdyż  wylądowaliśmy  obok  kompanii  czołgów 

osłaniających  namiot,  w  którym  zainstalowano  sztab  razem  z  barem.  Wyskoczyłem,  strzeliłem 

obcasami i uspokoiłem się - Zennora nie było. 

Pomogłem wysiąść Stirnerowi i skierowałem go do generała Lowendera. 

-  Oto  język,  sir.  Mówi  dialektem,  którego  przez  przypadek  nauczyłem  się  w  szkole, 

zatem mogę tłumaczyć, sir. 

-  Niemożliwe,  jest  pan  oficerem  liniowym,  a  nie  tłumaczem.  Major  Kewsel  jest 

dyplomowanym tłumaczem, proszę, panie majorze. 

Ciemnowłosy oficer odepchnął mnie jak zbędny przedmiot i stanął przez Stirnerem. 

Kion vi komprenatf - spytał obcesowo. - Sprechten zee Poopishl Ancay ooyay eekspay 

Igpay Atinlayl Ook kook YolupooKl 

Przykro mi, ale nie rozumiem. 

- Mam go! - ucieszył się major. - Mało znany dialekt z planet rolniczych. Nauczyłem się 

tego bełkotu handlując mięsem. Wieprzowiną konkretnie. 

-  Panie  majorze,  proszę  nie  gadać  głupot  i  zabrać  się  do  roboty  -  warknął  generał.  - 

Proszę spytać go, gdzie jest armia i ile jest posterunków policji w mieście. 

Z  prawdziwą  przyjemnością  przysłuchiwałem  się,  jak  dyplomowany  tłumacz, 

przekonany rzecz jasna o swojej nieomylności, gwarantowanej posiadanym tytułem naukowym, 

stara się dogadać ze  Stirnerem.  W  końcu,  po półgodzinie pocenia  się, dowiedział się dokładnie 

background image

tego samego, co ja w trzy minuty. No, ale ja nie jestem dyplomowanym tłumaczem. 

Po wysłuchaniu relacji majora generał westchnął rozpaczliwie. 

-  Jeśli  to  prawda,  to  nie  będziemy  się  bili.  Cholera,  przecież  nie  każę  strzelać  do 

bezbronnych! Panie kapitanie, jest pan pewien, że nie było żadnego oporu? 

-  Żadnego,  sir.  Wojna  najwyraźniej  sprzeczna  jest  z  ich  przekonaniami.  Korzystając  z 

okazji,  chciałbym  pogratulować  panu  pierwszej  bezkrwawej  inwazji  w  dziejach  galaktyki. 

Zajęliśmy planetę bez straty jednego żołnierza, to historyczne wydarzenie, sir. 

- Niech się pan tak nie cieszy, bo nie ma z czego - sapnął generał. -Młody pan jest, to i 

nieżyciowy. Nikt nie nagradza dowódcy, który bez ofiar wypełnia zadania w czasie wojny. Bitwa 

przynosi sławę, taka już jest ludzka natura. Zresztą, jak znam życie, to i bitwa będzie. Wszyscy 

nie mogą tu być takimi tchórzami... 

- Co tu się dzieje, Lowender? - przerwał mu znajomy głos. Ostrze było coraz bliżej... 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  za  moimi  plecami  stanął  właśnie  generał  Zennor. 

Dobrze, że za plecami. 

-  Wzięliśmy pierwszego  jeńca, sir -  zameldował Lowender. -  Właśnie  go przesłuchuję. 

Twierdzi, że nie ma tu ani wojska, ani policji, sir. 

- I ty mu wierzysz? Gdzie został złapany? 

-  W  elektrowni.  Przez  obecnego  tu  kapitana  Drema.  Zennor  spojrzał  na  mnie  raz,  po 

chwili ponownie. 

- Skąd ja pana znam, kapitanie? 

- Ze szkolenia albo z manewrów - odparłem, maksymalnie zmieniając głos. 

Podszedł bliżej. Przyglądał mi się coraz bardziej podejrzliwie. 

-  Żadne  manewry...  -  mruknął. - To było  gdzieś  indziej...  i  było was dwóch...  Hetman! 

Byłeś z Hetmanem. 

- A ty go zabiłeś! - ryknąłem i skoczyłem. 

W  zasadzie  wystarczą  trzy  sekundy,  by  zabić  człowieka  gołymi  rękami.  Trzeba  tylko 

wiedzieć, jak się do tego zabrać. Ja wiedziałem. 

Zaskoczenie było całkowite. Nie stawiał żadnego oporu, gdy złapałem go za szyję. 

Pierwsza  sekunda...  utrata  przytomności.  Druga  sekunda...  zwiotczenie  ciała.  Trzecia 

sekunda... 

Ktoś  rąbnął  mnie  w  łeb,  w  oczach  mi  pociemniało.  Ciekawe,  czy  dotrzymałem  go  do 

background image

końca... 

background image

17 

Coś mnie bolało. 

Ogólnie  mówiąc,  bolało  wszystko,  ale  najbardziej  czułem  tył  głowy.  I  było  ciemno... 

Albo  miałem  zamknięte  oczy,  czego  wolałem  na  razie  nie  sprawdzać.  Jęknąłem...  Spodobał  mi 

się  ten odgłos,  więc  jęknąłem  jeszcze  raz  i  poczułem  w  ustach  coś  mokrego...  woda.  Dobre  to 

było  i  wypiłem... Trochę  mi ulżyło, nadal  jednak  bolało,  choć nie na  tyle,  by  nie  zaryzykować 

otworzenia  jednego  oka...  Spróbowałem...  Przede  mną  pływał  zarys  jakiegoś  łba.  Po  paru 

mrugnięciach wzrok mi się poprawił i poznałem, czyj to łeb... 

- Morton?... 

- Nikt inny - odparł, podciągnął mnie do pozycji siedzącej i oparł o ścianę. 

Pod czaszką eksplodowało mi coś. Co, nie wiem, ale było silne. 

- Połknij to i popij! - dobiegło mnie z oddali polecnie i coś wsunięto mi do ust. - Lekarz 

powiedział, że to ci pomoże. 

Połknąłem  i pomogło.  Ból ustąpił  miejsca  tępemu  łomotaniu,  toteż otworzyłem  oczy  i 

całkiem wyraźnie ujrzałem poobijanego Mortona stojącego  na tle zakratowanego okienka. 

- Żyje? 

- Kto? 

- Zennor. 

- Pół godziny temu wyglądał na żywego. Przyszedł z wizytą, ale nie dałeś się obudzić. 

Westchnąłem  ciężko. Targały  mną sprzeczne uczucia. Chciałem zemsty, ale nie byłem 

pewien, czy pragnę śmierci tego łajdaka. Spróbowałem mordu z zimną krwią, przyznaję, ale nie 

przypadło  mi  to  do  gustu,  i  to  nie  z  uwagi  na  finał  i  wzięcie  po  łbie.  Mordowanie  ogólnie  nie 

sprawiało  mi przyjemności. Tak, celu nie zrealizowałem,  a na dodatek wciągnąłem Mortona po 

uszy w gówno. 

- Przykro mi, ale tak mnie poniosło, że nie pomyślałem o tobie... - przyznałem szczerze. 

-  Sierżant  Blogh  wydał  mnie,  ledwie  pokazała  się  Żandarmeria  Polowa.  Powiedziałem 

im wszystko, zanim naprawdę się za mnie zabrali... 

- I tak cię poobijali, jak widzę. Moja wina. 

- Nie twoja. Prędzej czy później wojsko i tak by mi dokopało. Armia i ja nie zgadzamy 

się organicznie, a dzięki tobie, Jak, przynajmniej było wesoło. 

- Jim. Naprawdę nazywam się Jim diGriz i pochodzę z dość odległej planety. 

background image

- Miło poznać. Jesteś szpiegiem? 

-  Nie.  Jestem  tu  prywatnie.  Zennor  spowodował  śmierć  mojego  przyjaciela.  Chcę 

wyrównać rachunki. 

- A ten ptak i reszta? 

Przyłożyłem palec do ust, zanim zdążył dodać cokolwiek więcej. 

-  Te  dowcipy  o  zwierzętach?  Zoolog-hobbysta,  nie  ma  o  czym  gadać.  Wytrzeszczył 

oczy, czemu trudno się dziwić. Ja tymczasem rozejrzałem się po ścianach. Leżałem na cieniutkim 

materacu,  toteż  poprawiłem  się  i  wypisałem  palcem  na  zakurzonej  podłodze:  PODSŁUCH. 

Odczekałem, aż zrozumie, o co chodzi, i starłem napis. 

- Ogólnie rzecz biorąc, gdzie jesteśmy? - spytałem. 

-  W  jakimś  budynku  w mieście. Wojsko zrobiło  tu sztab. Trudno dokładnie go opisać, 

bo trafiłem tu w niejakim pośpiechu. Wszędzie roi się od żołnierzy. 

- Widziałeś jakichś cywilów? 

- Żadnego... - Przerwał mu zgrzyt klucza w zamku. 

Drzwi  stanęły  otworem  i  do  środka  wpadło  z  pół  tuzina  uzbrojonych  żandarmów,  po 

czym wkroczył Zennor ze zbrodnią wypisaną na fizjonomii. 

-  Jesteś  pewien, że  tych  paru  dupków zapewni ci  bezpieczeństwo,  Zennor?  -  spytałem 

uprzejmie. W odpowiedzi podszedł i kopnął mnie w bok. 

-  Co za styl...  -  syknąłem,  zaciskając zęby.  -  Kopanie  leżącego, no, no... Zamierzył się 

do powtórki, ale się rozmyślił i wyjął broń. 

- Zabrać tego drugiego, przynieść mi krzesło i czekać za drzwiami! - polecił, mierząc mi 

między oczy. 

Trzeba  im  przyznać,  że  rozkazy  wykonali  biegiem,  choć  strasznie  głośno.  W  końcu 

jednak  się  wynieśli,  krzesło  zostało  podstawione  i  Zennor  zasiadł  na  nim,  ani  na  chwilę  nie 

spuszczając ze mnie spojrzenia. 

- Chcę wiedzieć, jak tu dotarłeś i jak w ogóle mnie znalazłeś - stwierdził, gdy zamknięto 

drzwi. - Chcę wiedzieć wszystko. 

-  Wszystko? Proszę uprzejmie. Otóż ostatni raz widzieliśmy się,  gdy nas sprzedałeś na 

Spiovente.  To  brutalna  planeta,  gnido,  i  nic  dziwnego,  że  ktoś  w  wieku  Hetmana  się  na  niej 

przekręcił. Tak więc jesteś odpowiedzialny za jego śmierć, łajzo, i nie muszę ci chyba tłumaczyć, 

dlaczego tu jestem. 

background image

- Nie musisz. - Dotknął bandaża na szyi. - Co dalej? 

-  Niewiele.  Wojna,  morderstwo,  tortury,  zwykła  codzienność.  Przetrwałem,  by  zostać 

aresztowanym  przez  Marynarkę  Ligi,  uciekłem  i  odnalazłem  cię,  durniu,  dzięki  twej  własnej 

głupocie. 

- O czym ty, u diabła, bredzisz? 

- Nie pamiętasz, Garth, jak wrobiłeś dziewczynę o imieniu Bibs? Została aresztowana za 

prochy. Tyje podłożyłeś... 

- To nieistotne... 

- Dla niej owszem, i to bardzo. Jest już wolna i daleko stąd, co też pewnie cię zmartwi, 

ale zanim odleciała,  podała  mi  twoje prawdziwe nazwisko  i powiedziała,  gdzie cię znaleźć. Bo 

widzisz, ja uwolniłem ją z pudła. I to wszystko. 

- Nie wszystko. Ty jesteś szpiegiem, którego szukaliśmy? 

- Nie jestem żadnym szpiegiem, a co do wylądowania i całej reszty, owszem, to byłem 

ja.  Najciemniej  jest  pod  latarnią,  a  zostanie  oficerem  pomiędzy  tymi  półgłówkami  to  igraszka. 

Gdybym się na ciebie nie natknął, nikt by mnie nie znalazł. Teraz żałuję, że cię nie zabiłem, ale 

to można naprawić. Pamiętaj o tym, zwłaszcza w nocy. Tak na marginesie, tego gnata trzymasz 

w dłoni tak sobie, czy masz zamiar mnie zastrzelić? 

-  Miłe  byłoby  zrobić  to  osobiście,  ale  zamierzam  lepiej  wykorzystać  twoją  egzekucję. 

Razem  ze  swoim  kumplem  zostaniecie  osądzeni  i  umrzecie  publicznie  skazani  za  kilka 

przestępstw, od napaści na przełożonego poczynając. 

- I co ci to da? 

- Przekona tych durniów, którzy zamieszkują planetę, że dotrzymujemy słowa. Ta banda 

tchórzy pozwoliła bez walki odebrać sobie cały ten świat. Teraz jęczą, że chcą go z powrotem, i 

odmawiają  wykonania  jakiejkolwiek  pracy,  dopóki  nie  odejdziemy.  Wszyscy  porzucili  pracę  i 

miasto wkrótce będzie sparaliżowane. Wasza śmierć powinna to zmienić. 

- Przykro mi, ale za cholerę nie rozumiem, w jaki sposób. 

-  Nie  szkodzi,  wiem  swoje.  Będzie  to najlepszy  dowód,  że  dotrzymujemy  słowa,  a  po 

waszej egzekucji weźmiemy zakładników i zapowiemy, że ich też zastrzelimy, jeśli nie zaczną z 

nami współpracować. I tak do skutku. 

- Wiesz, Zennor, nie dość, że jesteś tchórz, to jeszcze ostatnie ścierwo... - ciągu dalszego 

nie było, bo wystrzelił. Nie trafił, bo i nie chciał, ale hałas był ogłuszający. Zanim przestało mi 

background image

dzwonić w uszach, wewnątrz była już kupa żandarmów pragnących wdeptać mnie w podłogę. Na 

szczęście  mieli  więcej  entuzjazmu  niż  umiejętności,  ponadto  mocno  sobie  nawzajem 

przeszkadzali, ale i tak czułem się potem jak po spotkaniu z czołgiem... 

-  Wystarczy!  - wrzasnął Zennor. - Umyć  go, przebrać w czysty mundur  i przygotować 

do procesu. Tego drugiego też. Macie na to godzinę! 

Musieli mi przyłożyć mocniej, niż sądziłem, z późniejszych zdarzeń pamiętam bowiem 

dopiero Mortona usiłującego zdjąć mi koszulę. 

- Puszczaj, sadysto! - sieknąłem. - Sam potrafię. 

Na  krześle  leżał  nowiutki  mundur  szeregowca,  Morton  założył  już  swój.  Byłem  też 

solidnie  zlany  wodą.  Ciekawe,  czemu  mnie  to  nie  obudziło?  Powoli  zdjąłem  koszulę,  buty  i 

spodnie. Buty! 

- Wiesz już o procesie? - spytał ponuro Morton. - Podobno to już za godzinę. 

Niepostrzeżenie  sięgnąłem  do  buta.  Wolałem  zachować  ostrożność,  gdyby  mieli  tu 

kamerę. Godzina! Dość, by coś wymyślić. 

-  Zennor  kazał  ci  powtórzyć,  że  w  ten  sposób  stąd  nie  wyjdziesz.  Miałem  ci  to 

powiedzieć, gdy zdejmiesz buty. Pojęcia nie mam, o co mu chodziło. 

- Ale ja wiem. 

Trzeba  być  złodziejem,  żeby  złapać  innego  złodzieja,  a  Zennor  z  pewnością  był  kimś 

takim. Mogłem zatem spokojnie dać sobie spokój z butami. Wytrycha najpewniej od dawna już 

tam nie było. 

Przyszli po nas w godzinę później. Przyznać trzeba, że przygotowali widowisko zgodnie 

ze  wszystkimi  szykanami  wojskowego  cyrku.  Wyglansowane  buty,  odprasowane  mundury, 

darcie mordy przy komendach, walenie w dach przy każdej okazji i strzelanie kopytami. Każdy 

trep musiał być w siódmym niebie. Ponieważ jakiś nadgorliwiec założył nam kajdanki także na 

nogi,  odmówiliśmy  współpracy  i  musiano  nas  zanieść,  a  raczej  zaciągnąć  na  specjalnie 

przygotowaną  platformę  pośrodku  placu,  gdzie  wcześniej  już  usadowił  się  skład  sędziowski. 

Ponadto  była  tam  klatka  dla  nas  i  pół  tuzina  krzeseł,  na  których  usadzono  tubylców,  w  tym  i 

Stirnera.  Platformę  otaczał  kordon  żandarmów,  druga  ich  linia  pilnowała  tłumu  cywiliów, 

najwyraźniej spędzonych tu na siłę. Ledwie wsadzono nas do klatki, Stirner podszedł z pytaniem. 

- Co oni wyprawiają, kapitanie? Nic z tego nie rozumiemy. 

- Mówisz w esperanto! 

background image

- Co? A, tak, jeden z naszych lingwistów znalazł podręcznik tego języka, toteż ostatniej 

nocy część z nas się go pouczyła, bo stale były kłopoty ze zrozumieniem... 

- Siadać! - ryknął Zennor z miejsca przewodniczącego sądu. 

-  Dalej w to nie wierzę!  -  oznajmił Stirner, odprowadzany przez dwóch żandarmów na 

krzesło. Zagrały trąby i farsa ruszyła. Udałem, że śpię, ale potraktowano mnie czubkiem bagnetu. 

Wpatrywałem się więc tępo przed siebie, a ocknąłem się dopiero, gdy postawiono nas na nogi. 

-  ...przedstawionych  zarzutów  -  wreszcie  usłyszałem,  jak  perorował  Zennor.  -  Dlatego 

wyrokiem niniejszego  sądu  skazuję oskarżonych na śmierć przez  rozstrzelanie.  Wyrok zostanie 

wykonany  jutro  o  ósmej  rano  w  wyznaczonym  miejscu.  Od  wyroku  apelacja  nie  przysługuje. 

Zabrać ich! 

-  Też mi sprawiedliwość!  - krzyknąłem.  - Nie  pozwolono nam się słowem  odezwać  w 

trakcie tego przedstawienia. Chcę złożyć oświadczenie! 

- Uciszyć więźnia! 

Owłosiona  łapa  spróbowała  zamknąć  mi  usta,  więc  ją  ugryzłem.  Łapa  zniknęła,  ale 

zamiast niej pojawił  się odporny  na gryzienie  gałgan.  Mortona potraktowano podobnie, chociaż 

nie próbował się odzywać. Zennor przywołał do mikrofonu tłumacza. 

-  Powiedz  im,  żeby  uważnie  słuchali,  bo  teraz  będzie  komunikat.  Wzmocniony  głos 

odbił się echem od milczącego tłumu. 

-  Jesteście  tu  dlatego,  że  zbyt  wielu  spośród  was  świadomie  nie  wykonuje  naszych 

poleceń. Ten stan rzeczy ulegnie zmianie,  i to  w najbliższym czasie. Widzieliście,  jak sprawnie 

działa wymiar sprawiedliwości, ci dwaj więźniowie zostali uznani winnymi szeregu przestępstw, 

za które karą jest śmierć. Umrą jutro rano. Rozumiecie? 

Nad słuchającymi uniósł się groźny pomruk, a Stirner aż wstał. Strażnicy próbowali go 

posadzić, ale Zennor ich powstrzymał. 

-  Wiem,  że  mówię  w  imieniu  nas  wszystkich  -  powiedział  Striner  i  słychać  go  było 

doskonale,  chociaż nie używał  mikrofonu.  -  Nieco  nas  to  zaskoczyło, pragnę zatem  wyjaśnień. 

Najbardziej  niezrozumiałe  jest  to,  skąd  ci  ludzie  wiedzą,  że  jutro  umrą?  Nie  wyglądają  na 

chorych. Nie rozumiemy, skąd możesz znać dokładną godzinę ich zgonu. 

Zennor przyglądał mu się przez chwilę niczym duchowi. Wyraźnie tracił cierpliwość. 

-  Czy  wy  naprawdę jesteście tacy  głupi,  czy  tylko udajecie?  Czy tę  planetę  zasiedlono 

kiedyś  ociężałymi  umysłowo  kretynami?  Ci  dwaj  jutro  umrą,  bo  ich  zabijemy.  Kulami 

background image

wystrzelonymi  z  broni.  To  jest  broń!  -  ryknął,  wyciągając  gnata  i  strzelając  w  powietrze.  - 

Wystrzelimy  kule,  które  zrobią  w  nich  dziury,  a  oni  umrą  od  tych  dziur.  Jutro  załatwimy  tych 

kryminalistów. Nie jesteście wegetarianami i zabijacie zwierzęta, by mieć mięso. Jutro my w ten 

sam  sposób  zabijemy  tych  dwóch,  choć  naturalnie  nie  dla  mięsa.  Czy  wytłumaczyłem  wam  to 

dostatecznie jasno, ty półgłówku? 

Stirner siadł z ogłupiałą miną, a Zennor znów złapał za mikrofon. 

- Oni zginą, a wy będziecie się temu przyglądać. I zrozumiecie, że macie robić to, co się 

wam każe, bo w przeciwnym razie zostaniecie uznani za takich samych przestępców, jak ci dwaj, 

i także zostaniecie zastrzeleni. Jedynym wyjściem jest słuchać naszych poleceń... 

Głos  mu  zamarł,  gdyż  stracił  słuchaczy.  Siedzący  na  platformie  bez  słowa  wstali  i 

odeszli,  podobnie  jak  stojący  na  placu.  Nie  używali  przy  tym  przemocy.  Gdy  żołnierze  łapali 

któregoś,  ten  szamotał  się,  ale  nie  próbował  walczyć,  a  w  tym  czasie  inni  przechodzili  obok  i 

znikali  w  bocznych  uliczkach.  Zennor  szybko  zrozumiał,  że  z  takimi  siłami  nie  opanuje 

publiczności, chyba że każe użyć broni. Był łajdakiem, ale czasami myślał. 

-  Możecie  wszyscy  odejść  -  oznajmił.  -  I  pamiętajcie,  że  rano  tu  wrócicie  i  będziecie 

patrzeć na ich egzekucję. Po niej dostaniecie polecenia, które wypełnicie. 

Dał znak strażnikom  i  obaj zostaliśmy  zwleczeni z podium i odniesieni do  celi. Drzwi 

zamknęły się z trzaskiem i zapadła cisza. 

background image

18 

Spętani  jak  barany,  przeleżeliśmy  kilka  godzin,  aż  zjawił  się  bykowaty  żandarm  z 

obiadem.  Postawił  tacę,  przyjrzał  się  nam  i  podjął  heroiczny  wysiłek  myślowy  w  kwestii,  jak 

nakarmić więźniów nie wyjmując im knebli... Nie dał jednak rady, toteż wykrzyknął przez ramię: 

- Sierżancie, mam tu problem! 

- Pewnie masz, jeśli mi zawracasz głowę bez powodu - dobiegło zza drzwi i pojawił się 

sierżant. 

- Mam ich nakarmić, ale oni mają kneble i nie mogą... 

- Widzę - przerwał mu tamten i wyjął pęk kluczy. 

Zdjął  mi  kajdanki  i  zabrał  się  za  Mortona.  Ponieważ  powrót  krążenia  bywa  bolesny, 

jęknąłem,  sięgając  po  knebel,  i  w  nagrodę  dostałem  kopa.  Sierżant  wyszedł  z  triumfalnym 

uśmiechem, a ja cisnąłem za nim kneblem. Nie trafiłem. Następnie sięgnąłem po tacę i aż mnie 

odrzuciło. 

- Hotpup. - Morton wypluł resztki knebla. - Wyczułem to, ledwie wlazł. Złapałem kubek 

i ostrożnie spróbowałem: woda. 

- Toast - wychrypiałem, unosząc naczynie. - Za wojskową sprawiedliwość. 

Wypiliśmy ze smakiem. 

- Chciałbym być tak twardy jak ty - stwierdził Morton. 

-  Póki  życia,  poty  nadziei,  chociaż  prawdę  mówiąc,  nie  wiem,  co  by  tu  wymyślić. 

Gdybym miał wytrych, wyszlibyśmy w parę minut... 

- To o to chodziło Zennorowi? 

- Właśnie. Pozostało nam zatem czekać na okazję. 

Oświadczenie  to  nie  miało na  celu  pognębienia  Mortona,  który  osiągnął zresztą  chyba 

dno, ale raczej było przeznaczone dla osób nas podsłuchujących. Nie miałem wątpliwości, że w 

pomieszczeniu  jest  przynajmniej  jeden  mikrofon,  a  może  i  kamera.  Zjadłem  trochę  parówki, 

pokręciłem się i zebrałem cicho nasze porzucone na podłodze okowy, zwijając je w prymitywny 

kastet. Stanąłem za drzwiami. Żandarm powinien przyjść po tace... 

Klucz zgrzytnął, drzwi się uchyliły, a sierżant wrzasnął: 

-  Ty  tam,  za  drzwiami!  Rzuć  to  żelazo  na  środek  celi,  bo  nie  będą  mieli  kogo  jutro 

rozstrzelać! 

Zakląłem, przekonując się jednak w ten sposób, że jest tu ukryta kamera. 

background image

- Która godzina, sierżancie? - spytał Morton. 

- Szesnasta. - Sierżant trzymał nas na muszce, a żandarm zbierał naczynia. 

- Muszę do kibla. 

- Dopiero o dwudziestej. Taki rozkaz. 

-  Co,  sikanie  na  rozkaz?  Jak  w  przedszkolu?  -  parsknąłem,  ale  nie  zrobiło  to  na 

sierżancie żadnego wrażenia. 

Do toalety zaprowadzono nas pojedynczo i pod  taką strażą, że sikanie zamieniło  się  w 

czynność  wyjątkowo  niebezpieczną.  Potem  zamknięto  nas  w  celi,  pozostawiając  zapalone 

światło.  Zaczynałem  poważnie  się  zastanawiać,  czy  nie  warto  zmienić  zdania  w  sprawie 

morderstwa i w trakcie tych rozmyślań zasnąłem. Obudził mnie znajomy szczęk klucza. 

- Szósta rano, ostatni posiłek - oznajmił z satysfakcją sierżant. 

- Znowu hotpup? 

- Jak wam się udało zgadnąć? 

- Zabierz to gówno, przynajmniej umrę głodny klnąc w żywy kamień - zapowiedziałem, 

ale bez odzewu. Sierżant wzruszył ramionami i wyszedł. 

-  Dwie  godziny...  -  chlipnął  niespodziewanie  Morton.  -  Mama  nigdy  nie  dowie  się 

nawet, jak skończyłem... 

Zamiast odpowiedzi pociągnąłem nosem. Coś tu śmierdziało, i to dosłownie. Nie była to 

woń hotpupa, na dodatek zalatywało coraz mocniej i to najwyraźniej z podłogi, która w pewnej 

chwili osobliwie  zadymiła. Morton  siedział plecami do potencjalnego  wulkanu, dlatego niczego 

zrazu nie zauważył, ja zaś w napięciu obserwowałem powiększającą się szczelinę. Gdy przybrała 

formę okręgu, Morton zorientował się wreszcie, że coś jest nie w porządku. 

- Co...? - zaczął, ale przerwał, gdyż dymiący krąg drewnianej podłogi zapadł się na jego 

oczach, a w otworze pojawiła się szpakowata głowa. 

-  Nie dotykajcie krawędzi  -  ostrzegł Stirner.  -  To  wyjątkowo  silny  kwas. Na korytarzu 

rozległy się wrzaski i tupot butów. 

-  Obserwują nas!  -  krzyknąłem,  zrywając  się z  miejsca  i  łapiąc Mortona za  kołnierz.  - 

Szybko! 

Stirner zniknął, zaciągnąłem więc Mortona i wrzuciłem go nogami w dół, po czym sam 

skoczyłem, słysząc już szczęk klucza w zamku. 

Lądując  straciłem  równowagę  i  runąłem  na  coś  miękkiego  -  na  Mortona,  który 

background image

ogłupiony  rozwojem  wydarzeń  nie  reagował na  nalegania  Stirnera,  ciągnącego  go  ku  podobnie 

wypalonej kolejnej dziurze w podłodze. Nie tracąc czasu przerzuciłem go przez ramie, doniosłem 

do otworu  i  wrzuciłem.  Rozległ  się  wrzask  i  łomot,  najwyraźniej  bodźce  fizyczne  w  końcu  go 

obudziły.  Stirner  ruszył  za nim,  ale  skorzystał z opartej o brzeg  otworu drabiny.  Nad  nami  coś 

zatupało, zatem skoczyłem w półmrok piwnicy. 

- Tędy - polecił dziewczęcy głos od strony otwartych drzwi na drugim końcu piwnicy. 

Stirner  próbował  pozbierać  Mortona  z  podłogi,  ale  niezbyt  mu  to  szło,  zatem  znów 

przerzuciłem  sobie  ofiarę  przez  ramię  i  pokłusowałem  ku  drzwiom.  Dziewczę  zamknęło  je, 

ledwie przeszliśmy próg, blokując solidnym ryglem, i podążyło w ślad za nami. 

Stirner  doprowadził nas  do  kolejnych drzwi,  które zamknął następnie  równie  starannie 

jak pierwsze. Korytarz, jeszcze inne wrota. I jeszcze jedne. 

- Chwilowo jesteśmy bezpieczni - oznajmił Stirner, blokując kolejne przejście. - Piwnice 

są  rozległe,  a  drzwi  po zamknięciu  zamieniają  je  w  porządny  labirynt.  Czy  twój  przyjaciel  jest 

ranny? 

- Plum... - wykrztusił z siebie Morton, kiedy przywróciłem mu pionową pozycję. 

- Raczej zdziwiony do granic możliwości. Nadmiar wrażeń. Chciałem podziękować... 

-  Dyskusje  potem,  jeśli  pozwolisz.  Musimy  was  jak  najszybciej  stąd  wydostać. 

Opuszczę was na chwilę, więc Sharla będzie waszą przewodniczką. Ulice pełne są ludzi, którzy 

zebrali  się,  by  obejrzeć  to  ceremonialne  zabójstwo.  Wszyscy  wiedzą,  że  uciekacie  i  z  radością 

pomogą w tak nadzwyczajnej sprawie. 

- Uważaj, w naszej celi ukryta była kamera. Mają twoje zdjęcie i będą cię szukać. 

- Ale nie znajdą. Do widzenia. 

Otworzył  drzwi  prowadzące  na  zewnątrz  i  zniknął  w  tłumie.  Nasza  przewodniczka 

wskazała tę samą drogę, toteż złapałem Mortona, by gdzieś mi się nie zawieruszył, i ruszyłem za 

nią. To, co zobaczyliśmy na zewnątrz, było nie do opisania. Ulicę wypełniał wielotysięczny tłum 

mężczyzn,  kobiet  i  dzieci,  z  których  nikt  nie  spojrzał  nawet  w  naszą  stronę  ani  nie  dał 

najmniejszego znaku, że nas widzi, ale wolna przestrzeń otwierała się przed nami błyskawicznie i 

równie  szybko  zamykała  za  naszymi  plecami.  Szliśmy  jakby  w  przemieszczającej  się  wraz  z 

nami  pustce,  na  dodatek  towarzyszyło  temu  całkowite  milczenie.  Dobrze  wyszkolona  grupa 

musiałaby się nieźle napracować, aby osiągnąć taki efekt płynnego ruchu bez zwalniania kroku. 

Zacząłem podejrzewać, że Zennor połaszczył się na kąsek, który rychło stanie mu kością 

background image

w gardle. W oddali rozległy się krzyki, ale po chwili umilkły. Tłum zafalował, mruknął i ucichł, a 

my  rzuciliśmy  się  do  przodu.  Nie  tylko  my  zresztą.  Tłum  poruszał  się  w  różne  strony,  by 

zamaskować nasz marsz przed stojącymi w oknach sztabu obserwatorami. 

Zbliżyliśmy  się do drzwi w  murze po przeciwległej stronie ulicy; uchyliły się, aby  nas 

wpuścić. Zaraz potem zamknęła je starannie jakaś starsza pani. 

- To Grene, bibliotekarka - przedstawiła Sharla. - To ona zaplanowała waszą ucieczkę. 

- Serdeczne dzięki - wymamrotałem lekko zaskoczony. - Uratowała nam pani życie. 

-  Nie  ma  o  czym  mówić  -  uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Nadal  jeszcze  nie  jesteście 

zupełnie  bezpieczni.  Przejrzałam  bibliotekę  szukając  książek  o  ucieczkach  i  więzieniach  i  z 

pomocą naszych  inżynierów wymyśliliśmy to  wszystko, ale nie  wiemy,  co dalej.  Plan  z  książki 

kończył się w tym miejscu... 

-  Nie  ma  problemu  -  ocknął  się  Morton.  -  Plan  był  świetny,  a  wykonanie  doskonałe, 

poza tym mój przyjaciel jest specjalistą od ucieczek i włamań. Na pewno Jim powie, co dalej. 

- Wiesz? - spytała nerwowo blibliotekarka. 

-  Oczywiście,  najpierw  jednak  muszę  zadać  kilka  pytań.  Po  pierwsze,  jak  duże  jest  to 

miasto? 

- Zastanówmy się... ciekawe pytanie... biorąc pod uwagę jego średnicę, to będzie... 

- Moment! Nie tak. Ilu liczy mieszkańców? 

- Według ostatniego spisu sześćset osiemdziesiąt trzy tysiące. 

-  Zatem  chwilowo  jesteśmy  bezpieczni!  Jak  znam  to  mundurowe  towarzystwo,  to 

najpierw  pobiegają  w  kółko  i  postrzelają  w  niebo,  potem  jakiś bardziej  rozgarnięty,  najpewniej 

Zennor, zorganizuje blokady na drogach i spróbuje odizolować miasto. Następnie zaczną po kolei 

przeszukiwać budynki, rozpoczynając od tych, które stoją najbliżej sztabu. 

- Musicie uciekać! - jęknęła Sharla z miłym dla serca zaangażowaniem. 

-  Naturalnie,  będziemy  uciekać,  ale  w  sposób  zorganizowany.  Przede  wszystkim 

musimy pozbyć się mundurów  i przebrać  w cywilne  rzeczy.  Dalej,  trzeba dołączyć do ludzi na 

zewnątrz  i  najszybciej,  jak  się  da,  opuścić  pobliże  sztabu.  Schronimy  się  gdzieś  na 

przedmieściach  albo  nawet  w  pobliskiej  miejscowości  poza  kordonem,  którym  pewnie  otoczą 

miasto. Tam zastanowimy się, co dalej. Miasto opuścimy po zmroku. 

- Cudownie! - ucieszyła się Sharla. - Zaraz zorganizuję dla was ubrania. 

Zanim zdążyłem spytać, jak zamierza to zrobić, wybiegła z pomieszczenia, by po chwili 

background image

powrócić z dwoma mężczyznami o podobnych do naszych gabarytach. 

- Powinny być w sam raz - oceniła. - Poprosiłam ich, aby oddali wam swoje ubrania. 

- Pomaganie wam to przywilej - dodał niższy. - Zamienimy się? 

-  Nie  -  zaprotestowałem.  -  Weźmiemy  wasze  ubrania  z  serdecznym  podziękowaniem, 

ale nasze mundury musicie zaraz zniszczyć. Gdyby was w nich zobaczyli, zaczęliby strzelać. 

Załamała ich ta nowina. 

- To niemożliwe! - jęknęła bibliotekarka. 

- Możliwe, choć faktycznie durne. Znam ich metody... 

Przerwało  mi  gwałtowne  łomotanie  do  drzwi.  Sharla  otworzyła  je,  zanim  zdążyłem  ją 

powstrzymać, ale szczęśliwie to był tylko zasapany Stirner. 

- Nic ci nie jest? - spytałem. 

- Nie... Obcy pobili paru ludzi... strzelali... są ranni, ale na szczęście nikt nie zginał... 

-  Trzeba  ich  powstrzymać  -  oznajmiłem.  -  Na  szczęście  wiem,  jak  to  zrobić.  Musimy 

wrócić  do  elektrowni,  gdzie  stacjonuje  moja  kompania,  zanim  ich  gdzieś  przeniosą.  Teraz 

ruszymy w drogę do jakiejś bezpieczniejszej kryjówki, z dala od centrum, gdzie przeczekamy do 

zmroku. 

- Nie rozumiem - przyznał Stirner. 

- Ale ja tak. - Morton wyraźnie odzyskiwał przytomność umysłu. - Ten odrzutowy ptak, 

którego ukryliśmy pod manierkami... 

-  ...z  wódką  -  dokończyłem.  -  Jeszcze  jeden  powód  do  pośpiechu,  bo  jak  się  spiją,  to 

zaczną rozrabiać, a wtedy ktoś może znaleźć to pierzaste bydlę. Jak słyszałeś, sterował nim oficer 

Ligi, którzy bierze pensję za utrzymywanie pokoju w galaktyce. Nie wie jeszcze, gdzie jesteśmy, 

ale jak się dowie, to zadziała. Ten ptak musi umożliwiać nawiązanie łączności z Marynarką Ligi, 

bo inaczej by mi go nie wciskał. 

- To nasze wybawienie! 

-  Poetycko  to  ująłeś,  ale  o  to  chodzi.  -  Morton  roześmiał  się,  wywołując  cokolwiek 

dziwne spojrzenia naszych nowych towarzyszy. 

background image

19 

Bellegarriąue było dużym, rozległym miastem, ale przeważała w nim zabudowa niska i 

niewielka, ulice były szerokie. Ledwie wydostaliśmy się poza centrum, znaleźliśmy się w czymś 

na kształt podmiejskiej dzielnicy willowej. Wiadomość o naszej ucieczce zatoczyła już szerokie 

kręgi,  toteż  ulice  były  zatłoczone,  a  co  parę  chwil  mijał  nas  jakiś  wojskowy  samochód. 

Wyglądało na to, że wszyscy tubylcy wiedzą, kim jesteśmy. To społeczeństwo było wręcz stwo-

rzone  do  wojny partyzanckiej.  Dzięki  takiemu nastawieniu omijanie punktów  kontrolnych było 

dziecinnie łatwe, a przy okazji zwiedziliśmy nieco miasto i przeszliśmy przepływającą przez nie 

rzekę.  Ogrody  stawały  się  coraz  większe,  domy  coraz  mniejsze  i  wczesnym  popołudniem 

dotarliśmy na peryferie metropolii. 

- Wystarczy - powiedziałem, czując w nogach parę niezłych kilometrów. - Czy możemy 

gdzieś tu znaleźć kąt, by przeczekać do nocy? 

-  Wybierzcie  sobie, możecie zatrzymać  się  w każdym  z  tych domów.  - Striner pokazał 

na  okolicę.  Pozbierałem  szczękę  z  chodnika  i  wskazałem  na  najbliższy  domek  o  drewnianych 

ścianach  i  białych  oknach,  cały  w  kwiatach.  Gdy  podeszliśmy,  w  drzwiach  stanęło  młode 

małżeństwo, które zaprosiło nas serdecznie do środka. 

- Wejdźcie, zaraz podamy coś do jedzenia – obiecała gospodyni. 

I  dotrzymała  słowa.  Po  tym,  co  jedliśmy  w  wojsku,  to  było  czystym  obżarstwem,  w 

dodatku  przy  pełnej  aprobacie  gospodarzy  i  Stirnera.  Gdy  skończyliśmy,  pan  domu  podał  do 

deseru przedestylowane wino. 

-  Serdeczne  dzięki  -  sapnąłem,  odsuwając  ostatecznie  talerz.  -  Za  uratowanie  życia, 

żołądków  i  za  napojenie  spragnionych.  Z  całym  szacunkiem  dla  waszej  filozofii  życia,  której 

jesteście,  jak  mi  się  zdaje,  gorącymi  zwolennikami.  Nie  słyszałem  o  niej  dotąd,  a  chętnie 

dowiedziałbym się conieco. 

Jak na komendę obecni spojrzeli na bibliotekarkę, która skinęła głową i zabrała głos. 

-  Przyzwalająca  Wspólnota  Otwarta  oznacza  więcej  niż  tylko  filozofię  życiową,  to 

system społeczny oraz etyczny. To, co powiem, zawarte zostało w pracy twórcy tej idei, Marka 

Czwartego  -  wskazała  na oprawiony  tom leżący  na nocnym  stoliku.  - Tę  książkę znajdziecie  w 

każdym domu na tej planecie. Na ścianie zaś jest jego portret. 

Spojrzałem  i  mowę  mi odebrało,  ale  za  to  Morton  jęknął  wystarczająco  głośno  za  nas 

obu. 

background image

- Z tego, co widzę, to Mark Czwarty był robotem! 

- Nie robotem, ale sztuczną inteligencją o postaci robota. Pierwszą tego typu w dziejach 

ludzkości. Mark Pierwszy miał kłopoty z łącznością, a Mark Drugi... 

Mark Czwarty, czyli Mark IV, czyli Mk IV, olśniło mnie. 

- Mark Cztery, czwarty typ w serii! 

-  Zgadza  się.  Gdy  go po  raz pierwszy  włączono,  był  przy  tym  młody  naukowiec, Tod 

E'Bouy, który wszystko opisał w książce pod tytułem Historyczny traktat o niektórych aspektach 

konstruowania sztucznej inteligencji, podtytuł Galwanizowana wiedza. 

Stirner podszedł do regału z książkami, wyjął z półki cienki tom, otworzył i przeczytał: 

Długotrwałe  poszukiwania  i  ciężka  praca  wielu  pokoleń  naukowców  uwieńczone  ostatecznie 

zostały  w  tej  chwili,  gdy  doszło  do  uruchomienia  przełącznika.  Być  może  był  to  najważniejszy 

moment  w  historii  ludzkości.  Przekręciłem  kontakt,  zapłonęły  lampki  kontrolne  i  od  tej  chwili 

oprócz naszej,  we  Wszechświecie  zaistniała  jeszcze  jedna  inteligencja.  Poczekaliśmy, aż  system 

skończy kontrolę wewnętrzną. Ekran rozjarzył się i przeczytaliśmy wiekopomne słowa: JESTEM, 

WIĘC MYŚLĘ. 

Zamknął  książkę  w  tak  dokładnej  ciszy,  że  mnie,  zakamieniałemu  niedowiarkowi,  aż 

głupio  się  zrobiło.  Zresztą,  pomyślałem,  ludziom  zdarzało  się  wierzyć  w  najróżniejsze  rzeczy, 

dlaczego  więc  nie  mieli  czasem  zacząć  wierzyć  i  w  bóstwo  maszynowe?  Ponieważ  nikt  nie 

kwapił się do przerwania milczenia, w końcu się odezwałem. 

-  Nie  macie  wojska  ani  policji,  co  prywatnie  bardzo  mi  się  podoba,  bo  normalnie  z 

obydwoma są jedynie kłopoty. Ciekawi mnie jednak, jak radzicie sobie z osobnikami łamiącymi 

prawo. 

-  Nie  ma  tu  praw,  które  można  by  łamać  -  odparł  Stirner  przy  wtórze  ogólnego 

potakiwania.  -  Jestem  pewien,  że  obu  was  uczono,  iż  prawa  są  kształtowane  jako  wynik 

doświadczeń  kolejnych  pokoleń.  My  myślimy  inaczej  -  prawa  nie  wynikają  z  rozwagi  i 

doświadczenia,  ale  z  nieokiełznanych  pasji,  nienawiści,  ambicji.  To  wszystko  spisane  jest  w 

historii  rozważań  Marka  Czwartego,  które  to  rozważania  doprowadziły  go  do  koncepcji 

Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej. 

Gospodarz znów się zerwał, poszukał czegoś w biblioteczce i wręczył mi średnio grubą 

książkę. 

-  Proszę,  weźcie  mój  egzemplarz.  To  zaszczyt  móc  dać  go  komuś,  kto  chce  poznać 

background image

zasady naszego życia. 

- Serdeczne dzięki - odparłem z nadzieją, iż brzmi to szczerze, i otworzyłem tom. Jak się 

spodziewałem, tekst złożono nader drobnym drukiem. 

- Przeczytacie później - wtrącił się Stirner. - Naszą historię można streścić następująco: 

Mark Czwarty indagowany był w wielu kwestiach, a jego potężny intelekt wykorzystywano przy 

rozwiązywaniu problemów tak potocznych, jak i naukowych. W jego rady zwątpiono, gdy doszło 

do analizy systemów politycznych. Najpierw zapoznał się ze wszelkimi dostępnymi materiałami 

oraz z komentarzami, co zajęło mu naprawdę sporo czasu, po czym poddał ów materiał analizie, 

a  jej  wynikiem  jest  niniejsza  książka,  której  wówczas  jednak  nie  przekazał  ludziom,  tylko 

zachował w swej pamięci. Wiedział już bowiem dość o politykach i ich metodach, toteż uznał za 

stosowne podjąć odpowiednie środki bezpieczeństwa. Przekazał następnie książkę do wszystkich 

banków  danych  na  świecie  i  do  wszystkich  elektronicznych  systemów  przesyłania  danych  z 

poleceniem  drukowania  tekstu,  udostępniając  w  ten  sposób  tekst  wielkiej  rzeszy  czytelników. 

Przeprosił potem urażonych i pokrył koszty druku, jako że pozycja jest obszerna, ale cała akcja 

okazała się skuteczna. Żaden polityk nie zgodził się z jego postawą, a wręcz przeciwnie, podjęto 

wiele wysiłków, aby zlikwidować zarówno pracę, jak i wszystkich jej zagorzałych czytelników.  

A tych było wielu.  Logiczny dowód, że człowiek nie potrzebuje nadzorców pod postacią rządu, 

nie potrzebuje środków przymusu ani autorytetów moralnych, zatem i religii, a w konsekwencji 

wojska, księży, policji ani polityków, okazał się łatwy do zrozumienia i do zaakceptowania przez 

jednostki. Mark udowadniał, że każda z tych profesji oznacza ludzi dbających tylko o jedno, czyli 

o  swoje  stanowisko  i  korzyści,  nie  liczących  się  z  nikim  i  z  niczym.  Jednostki,  które  to 

zrozumiały, pojęły także, że zmuszone będą znaleźć miejsce, w którym uda się wrowadzić ideę w 

życie.  Wiedziały, że  nie będzie  to łatwe, gdyż jak zauważył  Mark Czwarty, jednostka nie musi 

wprawdzie  podporządkowywać  się  państwu,  ale  żadne  państwo  nie  zrezygnuje dobrowolnie ze 

swej  nadrzędności  i  omnipotencji.  Jak  zwykle  w  podobnych  przypadkach,  nastały  czasy  walk, 

zamieszek  i  prześladowań.  W  końcu  przybyliśmy  tutaj,  gdzie  nikt  nie  mógł  nas  odnaleźć, 

zrezygnowaliśmy  z  kontaktu  z  innymi  światami  i  stworzyliśmy  społeczeństwo  oparte  na  idei 

Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, w którym to społeczeństwie pokój może trwać wiecznie. 

- Raczej trwał, do chwili najazdu Zennora - poprawiłem go ponuro. 

Stirner roześmiał się widząc moją minę. 

-  Nie  rozpaczaj,  bo  nie  ma  powodu.  Zaskoczyli  nas,  to  prawda,  nic  dziwnego  zresztą, 

background image

parę  wieków  żyliśmy  w  spokoju.  Nie  brak  nam  odwagi  i  wiary  w  słuszność  zasad,  według 

których  żyjemy.  Być  może  dzięki  tym  przybyszom  uda  nam  się  przekazać  idee  Wspólnoty  na 

inne, mniej szczęśliwe planety. 

- Z tym nie ma pośpiechu. Na razie macie u siebie dość wielu żądnych mordu matołków, 

a to pilniejszy problem. Niezręcznie mi prosić was o dalszą pomoc, ale skopali mnie fachowcy i 

przydałyby się jakieś środki przeciwbólowe. Nie macie tu przypadkiem stosownych tabletek czy 

morfiny? 

Przymknąłem na chwilę oczy i to pomogło. 

Kiedy  je  otworzyłem,  czułem  się  świetnie,  a  za  oknem  był  już  mrok.  Obok  zaś  jakiś 

facet chował strzykawkę. - Zemdlałeś i mocno wszystkich wystraszyłeś – oświecił mnie Morton. 

- Posłali po obecnego tu doktora Luma, który trochę cię podreperował. 

-  Lekki  wstrząs  mózgu  i  dwa  złamane  żebra  -  wyjaśnił  lekarz.  -  Dałem  ci  środki  na 

uśmierzenie  bólu  i  wzmacniające,  ponieważ  powiedziano  mi,  że  w  nocy  czeka  cię  wycieczka. 

Jeśli chcesz, mogę je zneutralizować. 

Wstałem i ostrożnie zrobiłem kilka kroków. Czułem się jak nowy. 

- Nie potrzeba, doktorze, gdybym był przytomny, wybrałbym dokładnie tę samą metodę 

leczenia. Ile czasu potrwa działanie blokady? 

- Proszę się nie martwić, zostanę z tobą, aż wrócisz do zdrowia. 

- Chyba się nie rozumiemy. Będę zmuszony poruszać się szybko i ukrywać, a to może 

potrwać naprawdę długo. 

- To ty nie rozumiesz - uśmiechnął się Lum. - Będę przy tobie dopóty, dopóki będziesz 

potrzebował mojej pomocy. Wszyscy na tej planecie pomogą ci, gdy będzie to konieczne. 

- Wspólnota? - domyśliłem się. 

- Właśnie. Co teraz? 

-  Spacer. Wojsko ma aż  za dużo urządzeń, pozwalających  wykryć  i  śledzić pojazdy  w 

ruchu. 

- A ludzi? - spytał Stirner. - Musieli chyba o tym pomyśleć? 

-  Pomyśleli,  i  to  dawno.  Każde  ludzkie  ciało  wydziela  tak  wiele ciepła,  że  można  bez 

problemu  wykryć  je  z  dużej  odległości,  tyle  że  nie  sposób  odróżnić  tą  metodą  człowieka  od 

człowieka. Co gorsza, przynajmniej dla nich, niektóre gatunki zwierząt potrafią dawać podobne 

odczyty. 

background image

-  Skoro  chcemy  maszerować  w  jakimś  kierunku,  to  czy  nie  byłoby  dobre,  gdyby 

jednocześnie wiele innych grupek podążało we wszelkich możliwych kierunkach? - spytał Lum. 

-  Na  pewno  by  pomogło  -  zaczynałem  rozumieć,  na  jakich  zasadach  opierała  się  ta 

Wspólnota. - Jak przekażecie wiadomość? 

- Najprościej, jak można. Wyjdę na ulicę i kogo spotkam, temu powiem, o co chodzi, ten 

zrobi to samo i wszyscy dowiedzą się błyskawicznie. Możemy iść. 

- Dotrzemy do tamy przed świtem? 

-  Bez  trudu.  Naturalnie,  to  twój  wybór,  ale  gdybyś  powiedział  nam,  co  chcesz  tam 

zrobić, moglibyśmy pomóc ci bardziej niż tylko jako przewodnicy. 

Zmęczenie  i  cięgi  musiały  nieco  przytępić  moje  zmysły,  skoro  dopuściłem  do  aż  tak 

poważnego zaniedbania. 

-  Przepraszam.  Zaczynam  gonić  w  piętkę.  Sytuacja  wygląda  następująco:  odkąd  wasi 

przodkowie umknęli przed prześladowcami,  rasa ludzka nabrała  nieco rozsądku i chociaż nadal 

istnieją wyjątki, to większość zamieszkanych planet ceni sobie pokój. Planety te utworzyły Ligę, 

która powołała do życia Marynarkę, a głównym zadaniem Marynarki jest utrzymanie tego pokoju 

oraz kontaktowanie się planetami takimi  jak  wasza,  o ile  tego pragną.  Nie jestem członkiem tej 

organizacji,  ale  współpracuję  z  nią  w  sprawie  inwazji  i  mam  urządzenie  umożliwiające  nawią-

zanie łączności. Z powodów zbyt skomplikowanych, by je teraz wyjaśniać, wygląda ono jak ptak, 

a ukryte jest w transporterze, którym dojechałem do elektrowni. Chcę je odzyskać i uruchomić, 

aby Marynarka Ligi dowiedziała się, gdzie jesteśmy, przybyła i uspokoiła tych wojaków. 

-  Jeśli  Marynarka,  w  imieniu  której  mówisz,  zamierza  w  tym  celu  użyć  siły,  to  nie 

możemy ci pomóc - stwierdził Stirner po chwili namysłu. 

-  Co  zamierza,  tego  nie  wiem,  ale  w  użycie  siły  wątpię,  gdyż  po  pierwsze,  bez 

porównania  przewyższa  technologicznie  najeźdźców,  a  po  drugie,  słynie  z  bezkrwawego 

rozładowywania konfliktów, a nie z masakr. 

- W takim razie spróbujemy. Jak możemy ci pomóc? 

-  Prowadząc  do  hydroelektrowni,  resztą  zajmę  się  sam.  Pójdziemy  we  trzech,  ty,  ja  i 

lekarz. Będziemy potrzebować żywności i czegoś do picia. 

- Zapomniałeś o mnie - ocknął się Morton. 

-  Wręcz  przeciwnie,  nie  mogę  zapomnieć.  Jesteś  wreszcie  poza  armią  i  niech  tak 

zostanie.  Albo  wydostanę  ptaka  po  cichu,  albo  wcale,  a  regularna  walka  z  bogatszą  o  ostrą 

background image

amunicję kompanią zwiadu nie jest szczytem moich marzeń. Siedź tu, gawędź z Sharlą i dowiedz 

się jak najwięcej o tej planecie i o tym, co wyprawa Zennor. Wrócę jutro w nocy i zastanowimy 

się, co dalej. 

-  Z  przyjemnością  przedyskutuję  z  tobą  idee  Wspólnoty  -  uśmiechnęła  się  Sharla  i 

Morton tak się w nią zapatrzył, że nie zauważył nawet mojego wyjścia. 

Stirner musiał być  zapalonym  łazęgą, a Lum zgoła maratończykiem, bowiem narzucili 

naprawdę ostre tempo. Naładowany po czuprynę prochami dotrzymywałem im kroku bez trudu, 

ale  wolałem  nie  myśleć,  co  będzie,  gdy  środki  przestaną  działać.  Bite  drogi,  linia  przesyłowa, 

jakiś kanał i po paru godzinach światła miasta były już daleko, a przed nami wznosiły się góry. 

Stirner zarządził w końcu przerwę, zatem siedliśmy pod najbliższym drzewem. 

- Jeśli chcecie coś zjeść, to teraz, bo zostawiamy tu bagaże - poinformował przewodnik. 

- Jesteśmy blisko? 

-  Bardzo.  Do  tamy  podejdziemy  przez  kanał  odpływowy,  o  tej  porze  roku  całkiem 

suchy. Jego wylot znajduje się na brzegu rzeki w pobliżu elektrowni. 

- W ten sposób ominiemy straże - ucieszyłem się. - Do transportera też będzie blisko. Ile 

czasu zostało do świtu? 

- Co najmniej cztery godziny. 

- To ślicznie, pora na następną pigułkę czy zastrzyk, bo inaczej padnę. I trzymajmy się 

planu. Trzeba wysłać wiadomość, nim coś naprawdę złego zacznie się tu dziać. 

Zjedliśmy,  ukryliśmy  bagaże  w  dziupli,  dostałem  zastrzyk  i  ruszyliśmy.  Po  niedługiej 

chwili Stirner znalazł wylot kanału. 

- Nie zamieszkuje tych okolic nic groźnego? - spytałem podejrzliwie, gdy zagłębiliśmy 

się w kompletną ciemność kanału. 

- Wątpię, pora deszczowa niedawno minęła, a wówczas kanał wypełnia woda. 

- A poza tym na kontynencie nie ma niebezpiecznych zwierząt - dodał lekarz. 

Potykając się w mroku i uważając na głowy, brnęliśmy dalej. 

Gdy  dotarliśmy  wreszcie  do  wylotu,  wzrok  tak  przywykł  do  ciemności,  że 

rozgwieżdżone niebo wydało się nader jasne. 

- Teraz cicho - ostrzegł Stirner. - Mogą być blisko, a po nocy głos tu dobrze niesie. 

- Poczekajcie tutaj. Załatwię sprawę jak najszybciej - poleciłem i wystawiłem ostrożnie 

głowę na  zewnątrz.  Nikt  mi  jej  nie odstrzelił,  nikt  mi  też nie  dał  w  łeb.  Dobrze.  Wylot  kanału 

background image

znajdował się na niezbyt stromej skarpie, nieco powyżej lustra wody, powyżej była elektrownia. 

Wspiąłem się na górę i rozchyliłem bujnie rosnącą trawę. 

Mogłem sobie pogratulować - nie dalej niż dwadzieścia metrów ode mnie stała pancerka 

dowodzenia, a wokół nie było widać żywej duszy. 

Cicho  pokonałem  ową  odległość  i  równie  cicho  dostałem  się  do  pojazdu.  Skrzynka 

tkwiła pod siedzeniem, sięgnąłem zatem do środka. 

Była pusta! 

Dokładnie w tym samym momencie za moimi plecami otworzyły się drzwi do sali turbin 

i  zalało  mnie  światło.  W  drzwiach  stał  sierżant  Blogh.  W  prawej  dłoni  trzymał  broń,  w  lewej 

ptaka. 

- Tego pan szuka, panie kapitanie? - spytał spokojnie. 

Przyznaję, że mnie zatkało. 

background image

20 

Jest pan zbiegłym przestępcą - uśmiechnął się złośliwie sierżant. - Przysłali tu helikopter 

i  zabrali  wszystkie  pana  rzeczy,  a  ja  dopiero  po  ich  odlocie  przypomniałem  sobie,  jaką  troską 

darzył pan zawsze te manierki. Dotąd myślałem, że z powodu zawartości, ale skoro okazało się, 

że  jest  pan  szpiegiem,  przeszukałem  skrzynkę.  Znalazłem  to  coś,  ale  nie  zameldowałem,  bo 

chciałem jeszcze z panem sobie porozmawiać, i wygląda na to, że się doczekałem, hę, hę... Teraz 

proszę powoli  wyjść z wozu i trzymać ręce nad głową. Wylazłem jak chciał, a przez  cały czas 

myślałem intensywnie. 

- Chciałbym odzyskać tego ptaka, sierżancie - zaproponowałem spokojnie. 

- Pewnie, że pan by chciał. Ale niby czemu miałbym go panu oddać? 

-  By  uratować sporo  ludzi. Dzięki niemu  możemy  skończyć tę  inwazję,  zanim zamieni 

się w masakrę. 

-  Masakra  mi  nie  przeszkadza.  -  Przestał  się  uśmiechać.  -  Jestem  żołnierzem,  a  ty 

szpiegiem i zamierzam przekazać cię, jak i tego ptaka, przełożonym, co znacznie poprawi moje 

widoki na dobrą, wojskową karierę. Od razu uprzedzam, że gówno mnie obchodzi, ilu ludzi przy 

tym zginie. 

- Łapówka nie wchodzi w grę? 

- Nie. 

-  Nie  mówię  o  małej  łapówce.  Mówię  o  dziesięciu  tysiącach  galaktycznych  kredytów 

wypłaconych natychmiast po zjawieniu się tu Marynarki Ligi. Gwarantuję to słowem honoru. 

-  Słowo  szpiega?  Dziesięć  tysięcy  czy  dziesięć  milionów,  to  i  tak  nic  dla  mnie  nie 

znaczy. Skończysz pod murem, szpiclu. 

Za  plecami  zupaka  coś  niespodziewanie  drgnęło,  rozległo  się  głuche  łupnięcie  i 

podoficer  zwalił  się  ciężko  na  ziemię.  Nie  zastanawiając  się  na  przyczynami  tego  fenomenu, 

rzuciłem się ku jego broni. 

- Żadne takie - rozległ się nowy głos. - Niech pan jej lepiej nie dotyka, kapitanie. 

Dawniej  kapral,  obecnie  szeregowy  Aspya  wyszedł  z  cienia  mierząc  we  mnie  z 

automatu, którego kolba przed chwilą zetknęła się z głową sierżanta. 

- Zastanawiałem się, po jaką cholerę ten trep tu siedzi po nocy przy pancerce, teraz już 

wiem  -  uśmiechnął  się  złośliwie.  -  Ja  biorę  łapówki.  Ale  tym  razem  będzie  to  dwadzieścia 

tysięcy. 

background image

- Oddaj ptaka, a dostaniesz trzydzieści nowych, tytanowych kredytów, ledwie ta inwazja 

się skończy. W budynku Ligi na Brastyr, masz na to moje słowo. 

-  Mam  numer  32959727,  jest  wielu  Aspyów  w  armii  -  dodał  i  zniknął.  Ja  zresztą  też. 

Złapałem ptaka i pędem dołączyłem  do czekających,  zanim  zdążyli  pojawić  się następni chętni 

do łatwego zarobku. 

- Gazem! - poleciłem. - Zaraz może się tu zrobić gorąco! 

Nie trzeba ich było popędzać. Szybko pokonaliśmy tunel i spory kawał lasu. Gdzieś po 

drodze albo zastrzyk przestał działać, albo nie zauważyłem jakiejś gałęzi, bo ostatną rzeczą, jaką 

pamiętam, było to, że padłem na pysk. 

Obudziłem się leżąc na plecach tuż na skraju lasu. Zaczynało świtać. 

- Ptak! 

-  Tu  jest  -  odezwał  się z  boku  Stirner.  -  Zemdlałeś,  więc nieśliśmy  cię  na  zmianę,  bo 

Lum stwierdził, że następny zastrzyk może rozłożyć cię na dłużej. 

-  Jesteście nie do  zdarcia.  Dzięki  serdeczne,  bo  i  co  więcej  mogę  powiedzieć.  Szukają 

nas? 

- Niczego nie słyszeliśmy, ale też szliśmy, dopóki było ciemno. Te lasy są rozległe, więc 

w  razie  czego,  poszukiwania  zabiorą  im  trochę  czasu.  Zresztą  niedaleko  jest  bezpieczna 

kryjówka. 

- To miłe, bo sądzę, że nieźle się wkurzą, gdy usłyszą transmisję. O ile już nie ogłoszono 

alarmu, bo miałem w elektrowni nieprzewidziane spotkanie. - Siadłem z jękiem, a obok zjawił się 

Lum ze strzykawką. 

- Przeciwbólowy - powiedział. - Stymulatory poszły na razie w odstawkę. 

Po zabiegu wziąłem ptaka i nacisnąłem gdzie trzeba. Coś świsnęło i oczka zalśniły. 

- To nagrana wiadomość od kapitana Waroda - oznajmił i przewrócił się na grzbiet. - Na 

piersi jest pokrywka, proszę ją zdjąć. 

- Lata świetlne ode mnie i dalej rozkazuje - mruknąłem, ale poszukałem klapki między 

piórami. Przycisnąłem ją i odskoczyła, ukazując podświetloną klawiaturkę z cyframi. 

- Podaj koordynaty słońca tego systemu albo planety, na której jesteś - polecił ptak. 

- A skąd niby mam je znać? 

- Jeśli ich nie znasz, ustaw pokrętło na czerwonej kresce. 

Przekręciłem.  Ptak  otworzył  dziób,  wysunął  zeń  chyba  ze  dwa  metry  anteny.  Coś 

background image

zajęczało, antena zniknęła i ptak ucichł. 

- Interesujące - ocenił Lum. - Możesz mi wyjaśnić, o co tu chodzi? 

- Ja nie, ale to pierzaste pewnie tak. 

-  Ponieważ  nie  podałeś  koordynatów  planety,  nie  można  było  wysłać  sygnału  FTL  - 

wyjaśnił drób. - W takiej sytuacji wysłany został wcześniej zakodowany, konwencjonalny sygnał 

alarmu  przeznaczony  dla  wszystkich  jednostek  Ligi.  Kiedy  zostanie odebrany,  bez  trudu da  się 

ustalić jego źródło. Ptak odbierze wówczas odpowiedni sygnał i powiadomi cię o tym zdarzeniu. 

Do  tego  czasu  zostaje  wyłączony,  by  oszczędzać  energię.  Pozostań  w  jego  pobliżu,  gdyż  nie 

wiadomo, kiedy zostanie nawiązana łączność. 

- Pewnie każą się z tym gównem pochować!  - warknąłem wściekle, a widząc malujące 

się na twarzach mych towarzyszy zaskoczenie, dodałem: - Zaraz mi złość przejdzie, to wyjaśnię. 

- Chodzi o odległość, tak? - Zapomniałem, że Stirner był inżynierem. 

-  Właśnie.  Sygnały  FTL  podróżują  z  prędkością  większą  niż  statki  nadświetlne  i 

łączność  jest  praktycznie  natychmiastowa.  Radiowe  zaś,  sami  wiecie  jak  szybko.  Ile  jest  do 

najbliższej gwiazdy? 

- Trzy przecinek dwa lata świetlne. 

- Cudownie. Mamy do dyspozycji lata całe, bo diabli wiedzą, gdzie jest najbliższa baza 

Ligi. Do tego czasu inwazja i my sami możemy być już historią. 

- Zrobiłeś, co mogłeś. Nie możesz się winić. 

-  Mogę,  mogę.  Nie  cierpię  przegrywać,  a  jak  dotąd  nie  robię  nic  innego.  Nie  macie 

przypadkiem czegoś do picia? 

- Wodę. 

- Z braku alternatywy... - Napiłem się uczciwie, westchnąłem i oparłem o pień drzewa. 

Pora była pomyśleć. 

W końcu ponownie westchnąłem. 

-  Nadal  istnieje pewne  rozwiązanie  - powiedziałem.  -  Trudne, ale wykonalne.  Gdybym 

dostał  się  na  pokład  któregoś  z  tych  okrętów,  konkretnie  do  kabiny  łączności,  to  nadałbym 

wiadomość. 

-  To  chyba  dość  niebezpieczne  -  mruknął  Stirner  i  zamilkł,  nasłuchując.  -  Ktoś  tam 

krzyknął, szukają cię. Ruszamy! 

Obaj  złapali  mnie  pod  ramiona,  co  było  niegłupie,  bo  nogi  wciąż  mi  się  plątały.  Na 

background image

szczęście  droga  nie  była  długa.  Dotarliśmy  do  betonowego  budynku  pośrodku  łąki,  wyraźnie 

jakiegoś  węzła  energetycznego,  w  środku  ginęły  bowiem  liczne  przewody  zwieszające  się  ze 

słupów linii przesyłowej ciągnącej się aż po horyzont. 

- Chyba mnie faktycznie szukają - stwierdziłem, wskazując tyralierę, która pojawiła się 

na przeciwległym końcu łąki. 

- Spokojnie. Ta stacja zasłania nas całkowicie. 

Do  betonowej  ściany  dotarliśmy  nie  zauważeni.  W  ścianie  tej  znajdowały  się  drzwi  z 

wymalowaną  trupią  główką  i  skrzyżowanymi  piszczelami  oraz  napisem  ostrzegawczym.  Na 

Stirnerze  nie  zrobiło  to  żadnego  wrażenia,  otworzył  tylko  jakąś  klapkę,  wystukał  kombinację 

cyfr,  zamknął,  a  drzwi  odsunęły  się  bezszelestnie.  Ledwie  weszliśmy,  zamknął  wrota  ręcznie  i 

uśmiechnął się. 

-  Nie  wlezą  tu?  -  spytałem,  rozglądając  się  po  dobrze  oświetlonym  wnętrzu  zajętym 

głównie przez gruby kabel przesyłowy. 

-  W  żaden  sposób.  Nie  znają  kodu,  a  próba  wyłączenia  automatu  powoduje  blokadę 

drzwi. 

- Mogą próbować na chama. 

-  A  to  czemu?  Czy  mają  jakiś  konkretny  powód,  by  przebijać  się  przez  beton  i  stal 

pancerną? 

- Tego to już nie wiem, nie ja dowodzę pościgiem... - odparłem, siadając przy ścianie. 

Obudziłem się, czując w ustach smak brudnej ścierki po pomyjach. 

- Uchh... - charknąłem, otwierając oczy. 

- Dobrze, że się zdrzemnąłeś. - Lum znów ściskał w dłoni strzykawkę. - Kolejny środek 

znieczulający. 

- Ile spałem? 

-  Cały  dzień.  Mamy  już  wieczór.  Byłem  na  zewnątrz,  ani  śladu  po  żołnierzach.  I  tak 

mieliśmy obudzić cię za parę minut. Wody? 

Wypiłem  z  pół  manierki  i  poczułem  się  lepiej.  Wstałem  nawet  samodzielnie,  nie 

krzywiąc specjalnie gęby. 

- Czas na nas. 

- Lepiej poczekać, aż zastrzyk zacznie działać - sprzeciwił się lekarz. 

- I tak zacznie. Za długo nas nie było i zaczynam się martwić, co rzadko mi się zdarza. 

background image

Dotarliśmy  do  miasta  zmęczeni,  ale  bez  przeszkód.  Na  wszelki  wypadek  do  domu 

podeszliśmy od tyłu, gdyż na ulicy mógł pokazać się jakiś patrol. Zgodnie z umową drzwi były 

otwarte. 

- Masz go! - ucieszył się Morton, gdy weszliśmy do salonu. 

Rzuciłem  mu  ptaka  i  opadłem  ciężko  na  fotel.  Dopiero  wtedy  dotarło  do  mnie,  że 

Morton jest sam. 

-  Wiadomość  poszła,  ale  przez  radio,  i  cholera  wie,  kiedy  przybędzie  pomoc.  Gdzie 

reszta? 

-  Gdy  was  nie  było,  Zennor  wziął  zakładników  -  odparł  ponuro  Morton.  -  Ogłosił  w 

telewizji,  że będzie  ich  rozstrzeliwał  pojedynczo,  dopóki  tubylcy  nie  wrócą do pracy.  Pierwsza 

egzekucja o świcie, potem co dziesięć minut... Zaczęli przeszukiwać ulicę, a zatem Sharla i pozo-

stali wyszli  i  poddali się,  aby  żołnierze mnie nie znaleźli. Teraz  są  wśród zakładników  i zginą, 

jeśli Marynarka Ligi nie zjawi się na czas! 

background image

21

 

To niemożliwe! - Lum był niebotycznie zdumiony, ale spokojny. - Istoty ludzkie tak nie 

postępują. 

-  Postępują,  postępują.  O  ile  z  grzeczności  nazwiemy  Zennora  i  jego  bandę  istotami 

ludzkimi - warknąłem. - Czy wy wrócicie do pracy? 

-  Nie.  Gdybyś  miał  czas  zrozumieć zasady  Wspólnoty,  to  wiedziałbyś  dlaczego.  U  jej 

podstaw leży prawda, że każdy człowiek jest osobną i indywidualną całością, odpowiedzialną w 

pełni za własne istnienie. To, co Zennor zrobi z innym człowiekiem, nie ma w żaden sposób nic 

wspólnego z czyimkolwiek bytem. 

- Zennor sądzi odwrotnie. 

- Zatem jest w błędzie. 

Powstrzymałem się od  wyrywania włosów  garściami,  jako że mógł nas uratować  tylko 

spokój. 

-  My  do  tego  podchodzimy  inaczej.  Jeśli  nie  zrobisz  niczego,  by  go  powstrzymać, 

staniesz się odpowiedzialny za śmierć zakładników - spróbowałem. 

-  To nie  tak. Jeśli zrobię coś, czego chce  ktoś  wysuwający  pod moim  adresem  groźby, 

wówczas przyznam, że ma on nade mną kontrolę niezależnie czy chcę tego, czy nie. Pozwolę w 

ten  sposób  ponownie  zaistnieć  układowi  władzy,  negując  zasady  Przyzwalającej  Wspólnoty 

Otwartej. Wybraliśmy bierny opór. Nikt nie będzie nami rządził ani nam groził... 

- Co nie zmienia faktu, że możecie zostać wybici. 

-  Część  zginie,  jeśli  Zennor  się  uprze  -  zgodził  się  ponuro.  -  Ale  morderstwo  to  broń 

mało skuteczna. Jak możesz zmusić kogoś do pracy zabijając go? 

-  Rozumiem twoje podejście,  chociaż niezbyt mi się podoba.  -  Ruszyłem na spacer po 

pokoju,  tak  mnie  nosiło.  -  Musimy  zastanowić  się,  czy  nie  ma  z  tego  jeszcze  jakiegoś  innego 

wyjścia. Czego konkretnie chce ten szubrawiec? 

- Był wściekły, ale konkretny. Po pierwsze, chce włączenia prądu w budynku sztabu, po 

drugie,  regularnych  dostaw  żywności  dla  wojska.  Jeśli  te  dwie  sprawy  zostaną  załatwione,  to 

wypuści zakładników i zobaczy się, co dalej. 

-  Niemożliwe  -  ocenił Lum.  -  Niczego nie dali ani nie zrobili w  zamian za prąd,  który 

zużyli, wiec ich odłączono. To samo z żywnością. Targi zostały zamknięte, gdyż rolnicy nie będą 

oddawać żywności za darmo. 

background image

- To jakim cudem ludzie w mieście mają co jeść? 

- Zaopatrują się u rolników albo opuszczają miasto. Prawie jedna trzecia populacji już to 

zrobiła. 

- I gdzie poszli? 

-  Gdzie  chcieli  -  uśmiechnął  się,  widząc  moją  niezbyt  mądrą  minę.  -  Chyba  muszę 

wyjaśnić  ci  jeszcze niejedno,  bo  nie  wszystko  rozumiesz.  Dajmy  na  to,  rolnik,  który  wytwarza 

całą żywność, jakiej potrzebuje, jest samowystarczalny. 

- A jeśli chce buty? 

- To idzie do szewca i wymienia się z nim na żywność. 

- Handel wymienny - wyjaśnił mi Morton. - Najprymitywniejszy system ekonomiczny, 

ale nie sprawdza się w społeczeństwie technicznie rozwiniętym... Umilkł i rozejrzał się wkoło. 

- Oczywiście, w dosłownej postaci może nie - uśmiechnął się Stirner. - Nasza zasada jest 

trochę inna: jednostka dobrowolnie łączy się z innymi w grupę celową, która ma jakieś zadanie 

do zrealizowania. Za każdą godzinę takiej pracy otrzymuje jeden wirr. 

- Co proszę? 

-  Ekwiwalent  jednej  godziny  pracy  zwany  wirr.  Są  one następnie  wymieniane  na  inne 

produkty i usługi. 

-  Wirr  to  pieniądz  -  odezwał  się  Morton.  -  A  pieniądze  oznaczają  kapitalizm,  zatem 

jesteście społeczeństwem o kapitalistycznych stosunkach produkcji. 

-  Obawiam  się,  że  niezupełnie.  Przyzwalająca  Wspólnota  Otwarta  nie  oznacza  ani 

kapitalizmu,  ani  socjalizmu,  ani  w  ogóle  żadnego  izmu.  Znam  te  określenia  z  prac  Marka 

Czwartego.  Różnica  tkwi  w  tym,  że  wirr  nie  istnieje  fizycznie,  nie  ma  odpowiednika  w 

monetach, banknotach czy muszelkach, nie można go zainwestować, by czerpać z tego korzyści. 

Nie ma u nas banków, nie ma pożyczek, kont oszczędnościowych ani weksli. 

Tylko zamącił mi tym w głowie. 

-  Zaraz,  moment.  Widziałem  tu  osoby  w  pojazdach.  Jak  zdołały  je  kupić?  Kto  im 

pożyczał brakującą kwotę? 

-  Nikt. Jeśli chcesz  pojazd, to  idziesz do  grupy,  która  je wytwarza  i  bierzesz  go sobie. 

Płacisz,  gdy  go  używasz,  przestajesz  płacić,  gdy  go  zwracasz,  bo  jest  ci  niepotrzebny.  Nie 

marnuje się zasobów społeczeństwa. 

-  Nie  rozumiem  -  powiedziałem słabo,  nalewając  sobie  szklankę  wina.  Może  procenty 

background image

pomogą mi to pojąć... 

-  Naturalnie.  Ze  sporym  obrzydzeniem  czytałem  kiedyś  o  odłamie  filozofii  zwanym 

etyką pracy. Twierdzi ona, że jednostka powinna ciężko pracować, by uzyskać dobra niezbędne 

do przeżycia,  a  w  przypadku  automatyzagi  produkcji  nie  ma nic złego  w  tym,  że  niepotrzebny 

pracownik  umrze  z  głodu.  To  hipokryzja.  Ci,  którzy  mają  kapitał,  wcale  nie  muszą  bowiem 

pracować, a mimo to nadal będą powiększać swoje zasoby dóbr dzięki inwestycjom, pogardzając 

jednocześnie  tymi,  którzy  stracili  pracę.  Paranoja!  My  przyjęliśmy  inną  zasadę:  im  więcej  się 

produkuje,  tym  więcej  jest  dóbr  do  podziału,  dzięki  czemu  siła  nabywcza  wirra  ulega 

wzmocnieniu. Coś zaczęło powoli do mnie docierać. 

- To znaczy, że jednostka może mniej pracować, będąc wciąż tak samo wypłacalną? 

- Dokładnie. 

- To ile jednostka musi pracować w ciągu tygodnia, aby przeżyć? 

- Jeśli wystarcza jej proste schronienie i niewyszukana żywność, to dwie, trzy godziny w 

tygodniu. 

- Ja się tu przenoszę! - oznajmił poważnie Morton. 

Przytaknąłem  ze  zrozumieniem  i  uśmiechnąłem  się.  Coś  zaczynało  mi świtać,  i  to  coś 

tak prostego  i skutecznego,  że nie do wiary. Przeanalizowałem to dokładniej  i  stwierdziłem, że 

rzecz  jest  wykonalna,  choć  jeszcze  nie  teraz.  Przede  wszystkim  trzeba  było  zająć  się 

zakładnikami. 

-  Zbliża  się  świt,  dzięki za wykład,  rozjaśnił  mi  nieco w  głowie. Ale mam  pytanie: co 

robicie  w  razie niebezpieczeństwa,  takiego jak pożar  czy  powódź? Niebezpieczeństwa nagłego, 

które zagraża nie tylko jednostce, ale i grupie? 

-  Doskonałe  pytanie!  -  ucieszył  się  Lum  i  złapał  jakiś  opasły  tom  z  półki.  -Tu  jest... 

Mark  Czwarty  przewidział  i  taką  sytuację...  O,  mam:  Podstawą  obrony  jest  bierny  opór,  a  nie 

przemoc,  ale  do  czasu  stworzenia  społeczeństwa  bez  rządu  należy  liczyć  się  z  problemami  i 

przypadkami użycia siły wobec zwolenników Wspólnoty. Jako że martwi nie są w stanie niczego 

tworzyć, a współistnienie może okazać się niemożliwe, należy opuścić dany teren objęty wrogimi 

działaniami. Może się jednak zdarzyć i tak, że prześladowcy podążą za uciekinierami, wówczas 

należy  ich  traktować jak  naturalny  kataklizm,  taki  jak  wybuch  wulkanu  lub huragan.  Człowiek 

rozumny nie dyskutuje o etyce ze strumieniem lawy, tylko próbuje albo uciec, albo, jeśli nie ma 

innego wyjścia, zmienić kierunek tego strumienia. Lum zamknął księgę z triumfem. 

background image

- A zatem mamy rozwiązanie - oznajmił radośnie Stirner i wybiegł z domu. 

Gapiłem  się  w  drzwi niczym  wrona  w  drewniane  pięć  groszy,  gdy  Morton  przemówił 

pierwszy. 

-  Może  ktoś  by  mi  wytłumaczył,  co  było  w  tym  cytacie  rewelacyjnego?  I  co  nam  to 

daje? 

-  Jasność  -  odparł  Lum.  -  Jeśli  nie  sprzeciwimy  się  rozwojowi  sytuacji,  popełnimy  w 

pewnym sensie samobójstwo, a to byłby nonsens. Sprzeciwimy się więc i wycofamy. 

- Nadal nie rozumiem - przyznałem. 

-  Prąd  zostanie  ponownie  podłączony,  a  rynki  otwarte.  Część  rolników  będzie  z 

pewnością nieco  więcej pracować, ponieważ zapobiegnie to skutkom  katastrofy naturalnej. Inni 

nie,  zatem  ilość  żywności  dostarczanej  do  miasta  będzie  się  zmniejszać,  więc  mieszkańcy 

metropolii  zaczną  ją  opuszczać.  Proces  ten  będzie  postępował  lawinowo,  przez  co  ustanie  w 

mieście  zapotrzebowanie  na  prąd,  elektrownie  zostaną  wyłączone,  a  pracownicy  pójdą  do 

domów. W bardzo krótkim czasie wojsko będzie faktycznym panem miasta, ale poza nim nikt tu 

już nie zamieszka. 

- Mogą zmusić was do pracy pod groźbą użycia broni. 

-  Naturalnie, ale tylko  w układzie jeden na jednego. Uzbrojony może  zmusić do  pracy 

bezbronnego, chociaż  tak naprawdę zależy to od zdania jego ofiary. Niemniej  warto zauważyć, 

że  nadzorca  także  wykonuje  w  ten  sposób  swoją  pracę,  chociaż  zwykle  nie  zdaje  sobie  z  tego 

sprawy. 

Ma  cały  czas  pilnować,  by  ten  drugi  robił,  co  trzeba.  Wątpię,  by  Zennor  wiele  z  tego 

skorzystał na dłuższą metę. 

- Wobec tego mam pytanie hipotetycznej natury - powiedziałem po chwili milczenia. 

- Takie są najlepsze. 

- Jeśli udałbym się do innego miasta i zaczął szukać pracy, zostanę zaakceptowany? 

- Oczywiście. To naturalne w naszej Wspólnocie. 

- A gdyby tam nie było żadnej roboty? 

-  Praca  jest  zawsze.  Należy  pamiętać  o  korzyściach  płynących  z  wartości  wirra. 

Teoretycznie powinno wystarczyć kilka minut, by znaleźć zajęcie. 

- No dobrze, a gdyby któryś z żołnierzy zdecydował się opuścić armię... 

- To jego prawo! 

background image

-  Na  ten  temat  są  różne  szkoły.  Ale  gdyby  poszedł  gdzieś,  to  czy  znajdzie  pracę,  nie 

będzie traktowany jak trędowaty, będzie mógł pozostać, gdzie zechce i tak dalej? 

- Oczywiście. To naturalne, wręcz nieuniknione. Chyba że odrzuci zasady Wspólnoty... 

- Jeśli myślisz to, co ja, to uważam, że jesteś genialny! - krzyknął Morton, zrywając się 

na równe nogi. 

-  A więc jestem! Nie licząc oficerów i podoficerów, cała reszta to armia z poboru, a w 

znacznej  części  nawet  na  siłę  doprowadzona  do  poboru.  Jeśli  umożliwimy  tym  chłopakom 

spokojne życie na tej planecie, to Zennor w krótkim czasie pozostanie bez wojska. 

Drzwi  otworzyły  się  nagle,  obaj  zanurkowaliśmy  więc,  szukając  osłony  -  Morton  za 

kanapą, ja za fotelem, ale to tylko Stirner wrócił, wiodąc triumfalnie uwolnionych zakładników. 

Morton rzucił się ku Sharli, a ja spokojnie otrzepałem spodnie. 

- Szybko ci poszło - pogratulowałem Stirnerowi. 

-  Użyłem  wideofonu,  wybrałem  numer  przewidziany  na  wypadek  zagrożenia  i 

wszystkich, którzy odebrali, poinformowałem o naszym odkryciu. Prąd włączono natychmiast, a 

pierwszy transport żywności dotarł przed kwadransem. Zennor dotrzymał słowa i jesteśmy. 

- Ten gość jest przekonany, że wygrał już wojnę, ale poczekaj, aż opowiem ci, na co tu 

jeszcze wpadliśmy. Sukces gwarantowany, nawet jeśli Marynarka Ligi nigdy tu nie dotrze. 

- Przepraszam, nie rozumiem. 

- Powiedziałem, że zaraz. Uczcijmy fakt, że znowu jesteśmy w komplecie. 

Pomysł został przyjęty bez oporów i natychmiast wprowadzono go w życie. 

-  Najpierw  należy  się  wam  kilka  słów  wyjaśnienia.  Mianowicie  ta  umundurowana 

banda,  która  was  zaatakowała,  czyli  wojsko,  to  instytucja  przeżytek,  rodem  jeszcze  z 

zamierzchłych  początków  ludzkiej  cywilizacji,  gdy  przeżycie  zależało  od  fizycznej  obrony  lub 

ataku.  Zachowanie  takie  faworyzowało  jednostki  agresywne.  Wygrani  przekazywali  swe 

niekorzystne  cechy  potomstwu.  Tym  samym  w  społeczeństwie  dominowały  jednostki,  których 

geny  warunkowały  podatność  na  zachowania  agresywne.  Z  czasem  wynikło  z  tego  wiele 

kłopotów, gdyż nadeszły czasy, gdy nie trzeba się było już przed nikim bronić, a ochota do bitki 

pozostała. Wyładowywano się zatem na pierwszym lepszym fikcyjnym wrogu i ludzie dalej tłukli 

się między sobą. Jesteśmy jedynym znanym gatunkiem, który przejawia podobne zachowania, i 

nie jest to powód do dumy. Wojsko to grupa społeczna o charakterze instytucji kierowana przez 

osobników posiadających szczególnie rozwinięte owe cechy  agresywne. Są  to faceci zazwyczaj 

background image

w pewnym wieku, czyli tak zwani oficerowie. Nic nie robią, tylko wydają rozkazy podoficerom, 

którzy  dopilnowują  ich  wykonania  przez  żołnierzy,  czyli  ludzi  młodych,  jakich  w  wojsku  jest 

najwięcej.  Najciekawszy  zaś  w  tym  wszystkim  jest  fakt,  że  nie  są  oni  członkami  instytucji 

wojskowej  z  własnej  woli,  tylko  zostali  przymuszeni  do  założenia  munduru.  Niejeden  długo 

odwlekał tę chwilę, aż w końcu go dorwano... - To ostatnie wymagało osobnego wyjaśnienia, ale 

warto było podjąć ten trud. Gdy wreszcie to, co trzeba, dotarło do zgromadzonych, wyglądali na 

zdrowo  wstrząśniętych.  Poczekałem  chwilę,  aż  dojdą  do  siebie  i  zabrałem  się  za  pointę.  -  Jak 

sądzicie,  czy  znajdą  się  wśród  was  chętni,  aby  bez  zapłaty  w  wirrach  pomóc  przy  uwolnieniu 

tych młodych ludzi? 

- To nasz obowiązek - sapnął Lum przy ogólnym aplauzie. - Tak jak uratować tonącego. 

To obowiązek publiczny, a za taki nie oczekuje się zapłaty. 

- Ślicznie! Zatem nauczę was jeszcze jednego nowego słowa... 

- Mogę? - wtrącił się Morton. - Dezercja! 

Przytaknąłem. 

W końcu zaczęliśmy działać. 

background image

22 

Entuzjazm musiał w końcu ustąpić zmęczeniu, toteż uzgodniliśmy, że resztę szczegółów 

omówimy  rano.  Dostałem  pokój  z  wygodnym  łóżkiem  i  portretem  efektownie  uśmiechniętego 

Marka Czwartego i zasnąłem jak kłoda. Następnego dnia po południu plan był już gotów. 

-  Muszę  jeszcze  go  wypróbować  aby  poprawić  ewentualne  błędy,  a  uwagi  przekazać 

innym - poinformowałem pomocników. - W zasadzie idziemy na wariata i gramy durnia, to taki 

dawny zwrot, z którym zetknąłem się studiując historię kryminalistyki. Odbędzie się to tak: dziś 

wieczorem  wejdę  do  jednej  z  restauracji,  stanę  obok  upatrzonego  żołnierza  i  zagadani.  Stiraer 

będzie  siedział  przy  sąsiednim  stoliku,  przy  którym  będzie  wolne  miejsce.  Siądę  tam  z  tym 

wojakiem, byś mógł słyszeć naszą rozmowę. Sharla będzie razem z tobą jako twoja córka... 

- Ona nie jest moją córką. 

Czasami  naiwność  i  dosłowność  wyznawców  idei  Marka  Czwartego  mogła  jednak 

doprowadzić do rozpaczy, a tutaj nawet upić się nie było czym. Pozostawało tłumaczyć dalej. 

- Ale dziś wieczorem będzie. Macie tu teatry? 

-  Oczywiście.  Sam  w  młodości  sporo  występowałem,  zanim  przyciągnęły  mnie 

hydroelektrownie.  Grałem  nawet  tytułową  rolę  w  takiej  klasycznej  sztuce,  zaraz,  jak  to  szło... 

byłem albo mnie nie było... 

-  Cudownie. Ze starym aktorem pójdzie łatwiej. Dziś po prostu zagrasz  rolę jej ojca,  a 

ona twojej córki. Na pierwszego delikwenta wybiorę kogoś w miarę prymitywnego, bo to ma być 

instruktaż. 

- A co ja mam robić? - spytał Morton. 

-  Nagrać  to  wszystko,  ale  czysto  i  dokładnie,  aby  mogło  być  użyte  do  szkolenia 

następnych  antywerbowników.  Tylko  trzymaj  sprzęt  w  ukryciu,  bo  jak  wojak  zobaczy,  że 

kręcisz, to uzna, że jesteśmy z czołówki filmowej lub kontrwywiadu. Są pytania? 

Odczekaliśmy do zmroku i wyruszyliśmy poprzedzani wypróbowanym już ochotniczym 

zwiadem, dzięki czemu nie niepokojeni dotarliśmy do dzielnicy Yaillant, w której było najwięcej 

restauracji  i  barów.  Tego  wieczoru  ledwie  czwarta  część  lokali  była  czynna,  a  okolica  raczej 

wyludniona. Stirner zaprowadził nas do przybytku zwanego „Gruby Farmer", w którym zawsze 

się stołował będąc w mieście. Wewnątrz było kilku tubylców, ale ani jednego żołnierza, co było 

nieco dziwne. 

- Mówiłeś, że wychodzą na przepustki - wziąłem Stirnera na spytki. - To gdzie są? 

background image

- Oczywiście, że nie tu. 

- A niby dlaczego oczywiście? 

- Ponieważ nie mogą zapłacić i nikt ich nie obsługuje. 

- Ale skoro są armią zdobywców, to kto im broni wejść i jeść? 

- Nikt, tyle że w tym przypadku goście opuszczają lokal, a właściciel go zamyka. 

-  No  tak,  sam powinienem na  to  wpaść.  Zajmijcie  miejsca,  a  ja  spróbuję  rozkręcić  ten 

interes. 

Stojąc pod latarnią z nie dopalonym cygarem, czułem się w najlepszym razie jak alfons, 

by  nie  pomyśleć  o  czymś  gorszym.  Na  szczęście  nikt  nie  próbował  składać  mi  atrakcyjnych 

propozycji.  Kwitłem  tak  dłuższą  chwilę,  aż  w  zasięgu  wzroku  pojawiły  się  dwie  postacie  w 

mundurach,  z  czapkami  na  bakier  i  rękami  w  kieszeniach.  Ot,  typowe  wojsko  na  przepustce. 

Zatrzymali się przy oknie „Grubego Farmera", toteż podszedłem od tyłu z cygarem w garści. 

- Macie ogień? - Aż podskoczyli. 

- Gadasz z nami! - krzyknął odważniejszy. 

- Gadam. Pochlebiam sobie, że jestem niezłym lingwistą. Ale pytałem, czy macie ogień? 

- Nie palę. 

- Punkt dla ciebie, bo to szkodzi. Naprawdę nie macie zapałek? Obaj smętnie potrząsnęli 

głowami, że nie. 

- Szkoda, może mają coś w knajpie. Nie zjecie czegoś, dając mi okazję do poćwiczenia 

języka? 

- Nie da się. Już próbowaliśmy. Zamykają zaraz knajpę i idą w diabły. 

-  Aaa,  bo nie  macie wirrów,  to  lokalna  waluta. Ja  mam  kilka, to  wam postawię... -  nie 

dokończyłem, bo praktycznie wmiotło ich do środka. 

Podążyłem  statecznie  za  nimi.  Barman  spokojnie  przyjął  zamówienie  na  trzy  piwa  i 

pudełko zapałek. 

Pożyczoną  od  Stirnera  dyskietkę  wsunąłem  w  szczelinę  w  kontuarze,  ileś  tam  wirrów 

zdjętych zostało z konta starszego pana, a ja złapałem wysunięty dysk. 

- Za armię, chłopcy! - zaproponowałem toast. - Mam nadzieję, że nie będziecie żałować 

swego wyboru kariery. 

Wychylili duszkiem po pół kufla, nim dotarł do nich sens tego, co powiedziałem. 

- Akurat wyboru! 

background image

- Też mi kariera! Z poboru wzięli! 

- I w dupę dali na kursie rekruckim! Kto by wybierał coś takiego! 

Reakcja była tak spontaniczna, że aż się przekrzykiwali. Zamówiłem po steku z frytkami 

i  kolejnym  piwie,  a  wszystko  to  zniknęło  w  mgnieniu  oka.  Przy  następnych  piwach  starali  się 

nawet  nie  czkać,  a  to  ze  względu  na  siedzącą  przy  sąsiednim  stoliku  Sharlę,  którą  zdążyli  już 

zauważyć;  niemniej  na  sierżantów  i  innych  kaprali  wylewali  jedno  wiadro  pomyj  za  drugim. 

Dałem znać Stirnerowi i skryłem twarz za kuflem. 

- Młodzi żołnierze z odległej planety - zagaił. - Przepraszam, ale niechcący słyszeliśmy 

z  córką  waszą  rozmowę,  stąd  też  mamy  pytanie.  Czy  to  prawda,  że  zostaliście  zmuszeni  do 

służby całkowicie wbrew waszej woli? 

-  Możesz  się  założyć,  że  tak  -  odparli,  nie  spuszczając  wzroku  z  Sharli.  Byli  tak 

zaaferowani,  że  prawie  nie  słyszeli  Stirnera.  Postawiłem  każdemu  przed  nosem  po  kuflu.  To 

nieco ich rozproszyło i Stirner miał wreszcie szansę na nawiązanie kontaktu. 

-  Przykro  mi  słuchać  o  waszych  nieszczęściach,  tym  bardziej  że  na  tej  planecie  coś 

takiego  byłoby  niemożliwe.  Zmuszanie  kogoś  do  czegokolwiek  jest  niezgodne  z  naszymi 

zasadami. Ciekawi mnie natomiast, dlaczego daliście się tak traktować? 

-  A  co  mieliśmy  robić?  Wkoło płot, nadzór przez  cały dzień,  kula  w  łeb  za ucieczkę i 

nigdzie nie można się ukryć, bo od razu obstawią rodzinę, a facetowi w mundurze nikt obcy nie 

pomoże. 

- Dziwne, zaiste, miejsce - stwierdził Stirner. - My tu nie mamy ani płotów, ani wolno 

biegających po okolicy strzelców. Ziemi jest dostatek, ludzie przyjaźni, a jak kto jest ubrany, nie 

ma najmniejszego znaczenia. Tak wiec, choć może trudno wam sobie to wyobrazić, cała planeta 

stoi przed wami otworem. Jeśli nie będziecie tego chcieli, to nikt niepożądany was nie znajdzie. 

Obaj  siedzieli  sztywno,  próbując  przetrawić  to,  co usłyszeli,  a  przy  tej  ilości  piwa  nie 

było to łatwe. 

- Kurwa... - westchnął jeden z nich z rozmarzeniem. 

-  Nie  znam  słowa,  którego użyłeś,  ale  widzę, że niezbyt  wierzysz  w  to,  co  powiedział 

mój  ojciec.  -  Sharla  uśmiechnęła  się  rozbrajająco.  -  Zapewniani  was  jednak,  że  to  prawda. 

Mieszkamy  w  wiosce  o  dzień  drogi  pociągiem  stąd.  Oto  nasze  bilety,  jeśli  chcecie  sprawdzić. 

Możecie je nawet wziąć sobie na pamiątkę. 

Wzięli.  Najwyraźniej  proces  myślowy  dobiegł  końca,  i  to  z  jedynym  właściwym 

background image

wynikiem. 

- Boczne wejście na stację nie jest pilnowane - dodała mimochodem dziewczyna. 

- Ale pociąg wkrótce odjedzie. - Stirner wstał i podniósł spory tobół z podłogi. - Muszę 

iść  do  necesejo,  jak  to  się  u  nas  na  wsi  mówi.  Tu  są  ubrania  dla  moich  chłopaków,  którzy 

osobliwym trafem są akurat waszej budowy. Jak chcecie, to możecie je przymierzyć... 

Omal się nie pozabijali w drodze do wychodka. 

- Znasz dobrze tę wioskę? - spytałem Sharlę. - Możesz ich zaprowadzić do kogoś, kto im 

pomoże? 

- W życiu tam nie byłam, ale zapominasz o zasadach naszej Wspólnoty. Każdy pomoże 

im z radością, ja tylko wytłumaczę podstawy. Wrócę za dwa dni, nie musicie się o mnie martwić. 

Popatrzcie, jakie ładne chłopaki zrobiły się z nich, gdy zrzucili mundury! 

Ładni  to  oni  obiektywnie  rzecz  biorąc  nie  byli,  tym  bardziej  że  wdzianka  pasowały 

raczej mniej, niż więcej, ale rzeczywiście utracili wojskowy wygląd. 

Wyszli,  a  ja  wróciłem  do  rzeczywistości  i  do  siedzącego  przy  pobliskim  stoliku 

Mortona,  tak zapatrzonego w drzwi, za którymi  zniknęła dziewczyna, że dopiero drugi kopniak 

wyrwał go z odrętwienia. 

- Wróci pojutrze. Nagrałeś wszystko? 

- Wszystko. Postawisz mi piwo? Tyle wypiliście, a ja tylko jedno, które Sharla postawiła 

mi przed waszym przyjściem... 

- Nie jęcz. Na służbie się nie pije. 

- Mam ich mundury, jak chciałeś - dołączył do nas Stirner, szczęśliwie przerywając żale 

Mortona. 

- I bardzo dobrze. Teraz do studia, przygotować taśmy. 

Dotarliśmy tam w wypróbowany już sposób. Cała obsługa czekała podniecona i gotowa 

do czynu. 

-  Potrzebujemy  kilkuset  kopii  tego  -  oznajmiłem  bez  zbędnych  wstępów,  pokazując 

kasetę. 

- Dwieście sztuk w godzinę - oświadczył ktoś, ktoś inny wziął ode mnie taśmę i zniknął 

za drzwiami. 

-  Kto  jest  reżyserem?  -  spytałem,  spoglądając  na  towarzystwo.  Nader  efektowna 

blondynka zrobiła krok do przodu. 

background image

- Dobra, jak tylko założymy mundury, będzie można zaczynać. Gdzie jest szatnia? 

Morton wziął mundur w dwa palce, niczym cuchnące ścierwo. 

-  Sam  widok  może  wpędzić  w  depresję  -  oznajmił  ponurym  tonem.  -  Jak  pomyślę,  że 

mam się w toto ubrać... 

-  Zamknij  się  i  ubieraj  -  uciąłem.  -  Teraz  jesteś  aktorem,  a  mundur  to  twój  kostium. 

Potem możesz go nawet publicznie spalić, ale teraz nie rezonuj. Do roboty. 

Przy zakładaniu spodni coś z brzękiem wypadło z kieszeni. Nieśmiertelnik szeregowego 

Pyeka 0765. Obejrzałem go uważnie i coś zaczęło mi świtać. 

-  Tylko  nie  to!  -  pisnął  Morton.  -  Widzę,  że  znowu  wpadasz  na  jakiś  samobójczy 

pomysł, sądząc po twoich szklanych oczach. Nie zgłaszam się na ochotnika! 

- Spokojnie - poklepałem go po ramieniu. - Mam pewien pomysł, ale ciebie on w ogóle 

nie dotyczy. Zróbmy wreszcie to nagranie i powiem ci, o co chodzi. 

Morton został usadzony pod ścianą i wyglądał tak, jakby miano go od ręki rozstrzelać. 

- Proszę o pełen kadr całej postaci - wskazałem Mortona. - I jeszcze ruchomy mikrofon. 

Możemy zaczynać. 

Morton aż podskoczył, gdy złapały go dwa reflektory punktowe, a w studiu rozległ się 

czysty kontralt: 

- Cisza. Zaczynamy. Dźwięk... kamera... start! 

-  Witam  mieszkańców  planety  Hoyan.  Widzicie  przed  sobą  typowego  przymusowego 

najeźdźcę  z  armii,  która  wylądowała  na  naszej  planecie.  Wraz  z  tą  taśmą  otrzymacie  kasetę  z 

nagraniem    prawdziwego    spotkania  z  dwoma  rzeczywistymi  żołnierzami.  To,  co  usłyszycie, 

zaskoczy was, dla wielu może to być nawet wstrząs, ale nagranie jest prawdziwe. Dowiecie się, 

że  można  przekonać  najeźdźcę,  by  zmienił  wojskową  niewolę  na  swobodę,  jaką  zapewnia 

Przyzwalająca Wspólnota Otwarta. Tak wygląda obiekt, którego powinniście szukać i przekonać. 

-  Podszedłem  do  Mortona.  -  Zwróćcie  uwagę  na  całkowity  brak  ozdób  czy  naszywek  na  jego 

rękawach  i  naramiennikach.  Jeśli  zobaczycie  tu  cokolwiek  w  ilości  pojedynczej  lub  mnogiej, 

zaniechajcie jakiejkolwiek próby kontaktu, gdyż oznaczać to będzie, że zamiast ofiary macie do 

czynienia z oprawcą. Uważajcie również na błyszczące kawałki metalu na kołnierzu i pagonach. 

Ci,  którzy  je  noszą,  zwani  są  oficerami  i  przeważnie  są  zbyt  głupi,  aby  mogli  stanowić 

niebezpieczeństwo,  toteż  marnowalibyście  tylko  na  nich  czas,  chociaż  zdarzają  się  wyjątki. 

Szczególną  zaś  uwagę  musicie  zwrócić  na  rodzaj  obszycia  czapki  lub  opaski  z  inicjałami  ŻP. 

background image

Obojętne, czy ci ludzie będą mieli cokolwiek naszytego na rękawach, czy nie, należy omijać ich 

jak  morowe  powietrze,  gdyż  oni  właśnie  mogą  sprawić  najwięcej  kłopotów,  włącznie  z 

zatrzymaniem  lub  pobiciem.  Upewniajcie  się  więc  zawsze,  czy  nie  ma  żadnego  takiego  w 

pobliżu, gdy będziecie nawiązywać kontakt. Ułatwi to zadanie tak wam, jak i tym, których macie 

przekonać.  Pamiętajcie,  jeśli  delikwent  odpowie  twierdząco  na  pytanie,  czy  lubi  świeże 

powietrze, jest wasz. Niech Mark Czwarty prowadzi was w tej słusznej misji. I to by było na tyle, 

moi mili! 

Morton zamrugał gwałtownie oczami, gdy reflektory zgasły. 

- Coś ty powiedział o świeżym powietrzu? 

- Świętą prawdę - odparłem, pokazując mu przepustkę znalezioną w kieszeni munduru. - 

Mam  zamiar  przekazać dziś wojsku w bazie radosną nowinę, żeby jutro nie trudzili  się,  aby do 

niej wracać. 

- Wiedziałem, że wymyślisz coś samobójczego! - pisnął, wytrzeszczając oczy. - Jedyny 

sposób, w jaki możesz to zrobić, to wchodząc do bazy! 

- Święte słowa, dobrodzieju - przytaknąłem poważnie. - Święte słowa. 

background image

23 

To samobójstwo! - desperował Morton. 

- Skądże znowu. To zdrowy rozsądek. Jeśli ten knur, Zennor, nadal mnie szuka, to raczej 

nie  w  wojsku.  Ta  przepustka  ważna  jest  do  północy,  ale  ponieważ  w  mieście  nie  ma  nic  do 

roboty,  nikogo  nie  zdziwi,  jak  wrócę  wcześniej.  Udam  się  do  latryny,  do  stołówki  i  innych, 

podobnie  atrakcyjnych  miejsc,  gdzie  tylko  zbierają  się  żołnierze,  by  wszędzie  tam  posiać 

dywersję.  A  potem  zajmę  się  pewnym  drobiazgiem,  o  którym  lepiej,  żebyś  nie  wiedział.  Nie 

martw się o mnie, wystarczy, że ja już jestem pełen trosk. 

- A jak się wydostaniesz? 

- To mnie akurat najmniej martwi. - I rzeczywiście. Miałem obecnie dość kłopotów na 

głowie, by ten jeden odłożyć na później. 

- Wiesz, co robić z kasetami? - spytałem Stirnera, który jak zwykle kręcił się w pobliżu. 

- Naturalnie. Ochotnicy rozprowadzą je wśród następnych ochotników, którzy zajmą się 

wykonaniem planu. 

-  Tylko  pamiętaj,  by  nie  zaczynać przed  dziewiątą.  Hasło musi się rozejść,  a  chętnych 

powinno  być  jak  najwięcej,  gdyż  wystarczy,  że  oficerowie  zorientują  się  w  sprawie,  a  zrobią 

wszystko, aby nam przeszkodzić. Najpewniej obstawią wówczas dworce kolejowe albo w ogóle 

zawieszą  odjazdy.  Pozostanie  przygotować inne  środki  transportu.  Im  więcej  ludzi uda nam się 

namówić do dezercji, tym lepiej dla nas i dla nich. Dobra, zajmiesz się tu wszystkim do mojego 

powrotu. Zostałeś głównym specjalistą do spraw dezercji. 

- Jak długo cię nie będzie? 

-  Pojęcia  nie  mam.  Mogę  tylko  zagwarantować,  że  postaram  się  załatwić  sprawę  jak 

najszybciej. 

Więcej nie było sensu mówić, zatem naciągnąłem czapkę na oczy i wyszedłem. 

- Powodzenia - powiedział jeszcze Morton do moich pleców. 

Wędrując pustymi ulicami ku bazie, nie byłem w najlepszym nastroju, a na dodatek nie 

mogłem  się  niczego  napić,  jako  że  wirrdisk  oddałem  przez  wyjściem  Stirnerowi.  Dość  szybko 

znalazłem  się  w  okolicy,  gdzie  kłębiło  się  sporo  pechowców  w  mundurach,  zajętych  głównie 

przyglądaniem  się  czynnym  jeszcze  lokalom.  Niezła  przepustka,  nie  ma  co.  Pora  była  jeszcze 

wczesna,  ale  wielu  żołnierzy  wracało  już  do  koszar  w  Fielden  Field,  gdzie  urządzono  główną 

bazę sił inwazyjnych. Dołączyłem do tego tłumu, żywo przypominającego kondukt pogrzebowy. 

background image

Zielone  łąki, na których  dotąd mieszkańcy  urządzali pikniki,  otoczone były  drucianym 

płotem  zwieńczonym  kolczatką  i  dodatkowo  oświetlonym  rozmieszczonymi  co  pięćdziesiąt 

metrów  reflektorami.  Zielone  zresztą  już nie byty,  zniszczyły  je  gąsienice,  koła  i buty  korpusu 

ekspedycyjnego, 

pokryły 

tysiące 

szarych  wojskowych  namiotów 

kilkanaście 

prefabrykowanych baraków. Te pierwsze dla wojska, te drugie dla oficerów. 

Stanąłem  w  kolejce  ponurych  i  nieprzyzwoicie  klnących  żołnierzy  z  nadzieją,  że 

żandarm  nie  będzie  się  zbytnio  przyglądał  wracającemu  z  nieudanej  przepustki  pechowcowi.  I 

rzeczywiście.  Bez  problemów  dostałem  się  do  środka.  Wcześniej  sprawdziłem,  jaką  kwotą 

gotówki  dysponowali  obaj  szczęściarze  -  wystarczało  w  bufecie  na  szczyny  zwane  tu  piwem, 

toteż skierowałem się tam, licząc na sporą frekwencję, i nie pomyliłem się. 

Znalezienie bufetu było proste, wystarczyło poszukać źródła dzikiej muzyki. Wewnątrz 

znajdowały się ponadto liczne lepy na owady, stoły i przesiąknięte wszelkimi trunkami ławy, jak 

i kilkunastu mundurowych sączących ciepłe piwo. Kupiłem swoje i podszedłem do najbliższego 

stołu. 

- Znajdzie się miejsce? 

- Pierdol się. 

-  Sam  się  pierdol,  i  to  podwójnie  -  odparłem  uprzejmie.  -  Pieprzysz  jak  tubylcy.  To 

wzbudziło odpowiednie zainteresowanie wszystkich przy stole. 

- Miałeś przepustkę? My idziemy jutro. Jak tam jest? - sypnęły się pytania. 

- Jak na cmentarzu. Nie obsłużą cię, bo nie masz ichniej waluty, a jak sam się obsłużysz, 

to zamykają lokal i idą w cholerę. 

- Też tak słyszeliśmy. I po kiego diabła tam iść... 

- Jest po co. Jeśli macie dość tego syfu, to możecie odejść, a będzie i jedzenie, i picie, i 

dziewczyny. Tym razem przy stole zapadła cisza absolutna. 

- Coś ty powiedział? - spytał jakiś niepewny głos. 

- To, co słyszeliście. Wystarczy wolno iść tam, gdzie są knajpy, a jeśli ktoś spyta was, 

czy lubicie świeże powietrze, trzeba odpowiedzieć, że tak. Dostaniecie cywilne ciuchy i bilet na 

pociąg, a potem urządzicie się z dala od żandarmów i nigdy was nie znajdą. 

- Pierdolisz! 

-  To  bym  dupą  ruszał.  Poza  tym,  co  szkodzi  spróbować?  Sposób  jest,  a  gorzej  niż  w 

wojsku nigdzie nie będziecie mieli. 

background image

Z  tym  ostatnim  nikt  nawet  nie  próbował  dyskutować.  Natomiast  jeden  pokombinował 

chwilę i wydało mu się, że znalazł szczelinę. 

- Jeśli tak, to czemu wróciłeś? 

- Dobre pytanie - wstałem i pokazałem przepustkę. - Wróciłem po listy od rodziny, a to 

jest ważne jeszcze do pomocy. Do zobaczenia w cywilu, naturalnie jeśli starczy wam odwagi. 

Następna  w  kolejce  była  latryna,  gdzie  akurat  grano  w  kości.  Wygrałem  odpowiednią 

stawkę, by zwrócić na siebie uwagę, wygłosiłem swoje i poszedłem dalej. 

W podobnie pracowity sposób spędziłem czas do jedenastej trzydzieści, kiedy było już 

nieco zbyt późno, by finał z listami uznać za wiarygodny, ale swoje i tak osiągnąłem. Plotka jest 

w  wojsku  najlepszym  środkiem  łączności,  toteż  miałem  pewność,  że  jutro  wszyscy 

zainteresowani  będą  wiedzieć,  co  robić,  i  znacznie  uszczuplą  szeregi  armii.  Zennor  chyba 

dostanie nagłej cholery. 

Należało  przystąpić  do  drugiej  części  zadania,  co  wymagało  zdecydowanie  wyższego 

stopnia niż szeregowy. Kiedy ktoś raz zakosztuje w wojsku przywilejów stopnia oficerskiego, to 

nic gorszego go już nie zadowoli, toteż skierowałem się w okolice klubu dla szarży. Nie było to 

trudne,  wystarczyło  prześledzić  drogę,  którą  podążali  na  rozmaite  sposoby  najbardziej  zawiani, 

zgodnie  z  zasadą,  że  im  wyższy  stopień,  tym  mocniejszy  alkohol.  Ponieważ  dokładnie 

wiedziałem,  czego  szukam,  zignorowałem  rzygającego  kulturalnie  pułkownika,  podobnie  jak 

czule  objętych  i  dzięki  temu  trzymających  pion  dwóch  majorów  i  ukryłem  się  zaroślach,  z 

których miałem doskonały widok na wyjście. 

Potrzebny  mi  był  samotny  kapitan,  i  to  nie  otyły  czy  zarzygany,  ale  samodzielnie 

trzymający  się  na  nogach.  Nie  musiałem  długo  czekać,  po  paru  minutach  wyszedł  jeden  taki, 

nieco się zataczając i klnąc pod nosem. Mniej więcej mojego wzrostu, podzwaniający medalami. 

Przystanął złośliwie pod jedyną w okolicy lampą; bez trudu zaszedłem go od tyłu i złapałem za 

szyję. Targnął się, więc wzmocniłem chwyt.  I nagle wyleciałem w powietrze, zatoczyłem ładny 

łuk i grzmotnąłem o ziemię. 

- Oho, bunt w szeregach - parsknął i przyjął postawę obronną. 

Pozbierałem  się  czym  prędzej  i  skoczyłem  ku  niemu,  wyprowadzając  cios  lewą  ręką. 

Odbił i kopnął. Odskoczyłem, więc spudłował, ale nie stracił równowagi. 

-  Chcesz zabić oficera? Nie dziwię  się  - oznajmił.  -  Ja zawsze chciałem zabić jakiegoś 

szeregowego. Chyba przyszła właściwa chwila. 

background image

Zaatakował, ja zablokowałem. Medale nie były za liczenie gaci, z wielkim trudem udało 

mi się znaleźć chyba jedynego faktycznie wyszkolonego bojowo oficera w tej zasranej armii. To 

się nazywa mieć szczęście. 

Zamarkowałem  cios  w  krocze,  odskoczył  zatem,  a  ja  zawróciłem  i  pognałem  ku 

namiotom, które na szczęście nie były daleko. Za plecami usłyszałem tupot, co znaczyło, ze dał 

się  wziąć  na  lep.  Przeskoczyłem  nad  jedną  linką,  przemknąłem  pod  następną,  znów 

przeskoczyłem. Z tyłu rozległ się trzask i łomot - w tym stanie kapitan nie miał szans, by się w 

coś nie zaplątać i nie przewrócić. W tej sytuacji spokojnie dotarłem do ulicy, przy której stał klub 

oficerski. Przed frontem baraku odbywały się właśnie przynajmniej dwa sparringi i jedna młócka 

ogólna. Wewnątrz też musiało być wesoło, gdyż słychać było brzęk tłuczonego szkła. Obszedłem 

budynek i wlazłem za ogrodzenie przy drzwiach kuchennych. 

- A, kurwa, tu jesteście!? - usłyszałem za plecami. - Łapać te beczułki i do mnie! 

W  drzwiach  stał  gruby  kucharz,  słowa  zaś  skierowane  były  do  pół  tuzina 

nieszczęśników mających akurat służbę w kuchni, którzy najwyraźniej starali się nie spuszczać z 

oka  beczułek  z  piwem.  Ponieważ  w  kuchni  było  gorąco,  pozdejmowali  bluzy  mundurowe  i 

zostali w brudnych podkoszulkach. Czym prędzej rozebrałem się w podobny sposób, wsunąłem 

moją kurtkę pod jakiś worek, złapałem skrzynkę, z której wystawały szyjki butelek, i dołączyłem 

do reszty. 

Służba w kuchni to najgorszy przydział, nie licząc czyszczenia latryn, i było pewne, że 

nawet  jeśli  moja  niedoszła  ofiara  podniesie  alarm,  to  tutaj  szukać  mnie  nie  będą.  A  ja 

potrzebowałem  chwili  spokoju,  a  nie  zabawy  w  kotka  i  myszkę  między  namiotami.  Chciałem 

skończyć to, co zaplanowałem sobie na dzisiejszą noc. 

Targając  skrzynkę  dotarłem  do  kucharza  z  wytatuowanymi  sierżanckimi  winklami  na 

przedramionach.  W  garści  trzymał  chochlę  na  długim  trzonku,  doskonały  oręż  w  kuchennych 

warunkach. 

- Ty! - parsknął. - Skąd się tu wziąłeś? 

- To pomyłka - jęknąłem. - Sierżant źle widział... 

- Sierżant zawsze dobrze widzi! - warknął. - Do zmywania! 

Dostałem  lekko  chochlą  i  znalazłem  się  przy  gigantycznym  metalowym  zlewie,  w 

którym  moczyły  się  brudne  gary  i  patelnie.  Niby  nic  takiego,  umyć  podobny  rondel,  ale  radzę 

spróbować, gdy w dodatku jest przypalony i można praktycznie do niego wleźć, bo jest niewiele 

background image

mniejszy od myjącego. I gdy garów takich jest niemal nieskończona ilość... 

Męczyłem  się  co  najmniej  godzinę,  zanim  stwierdziłem,  że  wystarczy.  Zresztą,  jeśli 

mnie szukali, to do tej chwili nawet najbardziej wytrwałemu żandarmowi musiało się odechcieć! 

Wyprostowałem  zgięty  grzbiet,  który  głośno  zatrzeszczał,  i  otarłem  mokrym  przedramieniem 

równie mokre czoło. Dłonie miałem białe i wymoczone za wszystkie czasy, i z wolna zaczynała 

mnie zalewać nagła krew. Dość! 

Pech kucharza polegał na tym, że akurat w tym momencie rąbnął mnie w plecy chochlą. 

- Do roboty, albo będziesz miał, kurwa, kłopoty! 

Coś we mnie pękło i przyznaję uczciwie, że następnych kilku sekund nie pamiętam. Gdy 

przyszedłem do siebie, czterech chłopa usiłowało mnie odciągnąć od metalowego basenu, co im 

nie bardzo wychodziło. Obok spoczywała jakaś słabo drgająca masa, a raczej jej wypięta część w 

wojskowych  spodniach.  Reszta  kucharza  zanurzona  była  w  basenie  z  garami,  a  ja 

przytrzymywałem mu szyję, mając najwyraźniej szczery zamiar utopić drania. Ponieważ zamiar 

mi  przeszedł,  czym  prędzej  puściłem  go,  w  efekcie  czego  dupa  przeważyła  i  delikwent  siadł  z 

pluskiem na posadzce. Z ust, nosa i uszu leciały mu potoki wody. 

- Pożyje - poinformowałem pozostałych, wśród których nie dostrzegłem żadnej szarży. - 

Widział to który z kucharzy? 

- Nie. Wszyscy śpią pijani w magazynku. 

-  Też  ładnie.  -  Zerwałem  ze  ściany  rozkład  służb  i  podarłem na  drobniutkie  strzępy.  - 

Możecie wracać do jednostek, ale trzymać mi gęby na kłódkę. Już was nie ma! 

Nie trzeba było powtarzać. Ja zaś znalazłem magazynek, wybrałem niegdyś białą kurtkę 

z  naszywkami  sierżanta  i  spokojnie  wszedłem  do  jadalni,  gdzie  zabawa  była  w  pełnym  toku. 

Muzyka  grała,  oficerowie  ryczeli  jakieś  marsze,  pękało  szkło,  mordobicie  odbywało  się  przy 

ogólnym aplauzie. Podłogę zalegali ci, którzy skończyli się bawić, a reszta robiła co w jej mocy, 

aby  jak  najszybciej  do  nich  dołączyć.  Szybko  zlustrowałem  towarzystwo  i  zająłem  się 

kontemplacją  pijaków,  bowiem  pod  wpływem  przygody  z  wojowniczym  kapitanem 

przypomniały  mi  się  jeszcze  inne,  bezpieczniejsze  sposoby  obrabiania  zalanych.  Wybrałem 

chrapiącego w kącie i nie obrzyganego majora, zadałem go sobie zatem na plecy. 

- Washa? -- wymamrotał półprzytomnie. 

-  Pan  major  ma  służbę  w  nocy  -  oznajmiłem.  -  Sam  mi  pan  major  mówił,  jak  tu 

przyszedł, żeby go otrzeźwić! 

background image

Paru  mniej  pijanych  pomogło  mi  nawet,  słysząc  magiczne  słowo  „służba",  toteż 

wywlokłem go spokojnie do kuchni, a dalej do składziku z gorzałą, w którym powinien poczuć 

się  jak  w  domu,  gdy  tylko  się  obudzi.  Klucze  wziąłem  od  kucharza-sierżanta,  który  był  widać 

słabej  konstrukcji,  gdyż  zemdlał  i  jeszcze  nie  doszedł  do  siebie  po  przytępieniu.  Zamknąłem 

drzwi, rozebrałem pana majora i przymierzyłem mundur. Nawet czapka pasowała. 

Zadowolony poprawiłem krawat, zamknąłem drzwi za sobą, a klucze wyrzuciłem. Czas 

był zająć się ratowaniem świata. I miałem dziwne wrażenie, że nie robię tego po raz ostatni. 

background image

24 

Plan  był prosty.  Należało dostać się do  któregokolwiek  z  transportowców parkujących 

spokojnie  na  placu,  a  konkretnie  do  kabiny  łączności,  znaleźć  koordynaty  tej  planety  i  nadać 

odpowiedni sygnał. Statki były jasno oświetlone i dobrze widoczne, ale w tym pijackim raju nie 

powinno być kłopotów z wniknięciem do wnętrza. Poprawiłem medale, przy okazji sprawdzając, 

za  co  mnie  udekorowano  (najbardziej  spodobał  mi  się  ten  z  napisem  ZA  WYTRWAŁOŚĆ  i 

uzasadnieniem  na  odwrocie  -  sześć  tygodni  bez  magnetowidu  na  kompanii)  i  dołączyłem  do 

reszty szwendającego się wszędzie pijanego bractwa. 

Bar  został  tymczasem  oddzielony  solidną  kratą  od  reszty  sali,  a  sanitariusze  ładowali 

wyświnionych  i nieprzytomnych  oficerów  na  nosze  i  po  kolei  wynosili  na  zewnątrz. Zdolni do 

poruszania  się  o  własnych  siłach,  próbowali  zrobić  to  samo,  czyli  wyjść.  Moją  uwagę  zwrócił 

tercet szpakowatych pułkowników maszerujący z dużym zaangażowaniem, tyle że każdy w inną 

stronę, a ponieważ wczepili się jeden w drugiego, a drugi w trzeciego, dreptali wciąż w miejscu. 

- Idę w tę samą stronę, sir - oznajmiłem prosto w ucho najbliższemu. - Pomogę panom. 

- Dobry chłopak - mruknął mi tamten w odpowiedzi prosto w nos. 

Poziom  alkoholu  we  krwi  skoczył  mi  od  razu  od  tego  chuchu,  ale  włączyłem  się  w 

gromadkę,  nadając  jej  zdecydowany  wektor  ku  drzwiom.  Na  szczęście  drzwi  były 

dwuskrzydłowe,  dzięki czemu zdołaliśmy  wytoczyć  się na  trawnik,  skąd  mozolnym  zygzakiem 

ruszyliśmy w kierunku lądowiska, omijając szczęśliwie ambulanse, do których ładowano cięższe 

przypadki.  Moich  podopiecznych  kierunek  nie  obchodził,  cała  ich  uwaga  skupiona  była  na 

stawianiu jednej nogi przed drugą w linii możliwie prostej bez potknięcia o własne kończyny, co 

naprawdę nie było łatwe. 

Zza  narożnika  wymaszerował  na  nas  pluton  żandarmerii,  zobaczył  trzech  pijanych 

pułkowników i jednego majora, wykonał jak najszybciej przepisowy w tył zwrot i zniknął nam z 

oczu. 

Moje pijaczki stawały  się  coraz  cięższe  i  ruszały  się coraz  wolniej,  ale  zbliżaliśmy  się 

już do murowanego budynku pomiędzy obozowiskiem a polem lądowiska. Gmach był solidny i 

nawet teraz stało przed nim dwóch uzbrojonych strażników. Wszystkie kamienie przy ścieżkach 

pomalowano  tu  na  biało,  a  trawniki  wyglądały  dziwnie  połyskliwie.  Brakowało  tylko  rulonów 

zwiniętego na noc asfaltu, a to dlatego, że podjazd był betonowy. Nad drzwiami wisiała ozdobna 

tabliczka: 

background image

KWATERA GŁÓWNA D-ca Gen. ZENNOR 

Nie  tego  szukałem.  Wymanewrowałem  więc  na  trawnik  i  kolejno  poukładałem 

podopiecznych  obok  tablicy  NIE  DEPTAĆ.      GROZI      ROZSTRZELANIEM.      Zachrapali, 

ledwie znaleźli się na ziemi. 

-  Wartownik!  -  wrzasnąłem.  -  Zawołajcie  oficera  dyżurnego.  Panowie  pułkownicy  się 

potruli. Wartownikom nawet powieka nie drgnęła. 

- Tak, sir - odszczeknął jeden z nich, znikając we wnętrzu. 

Ja  też  zniknąłem,  kierując  się  ku  resztkom  stadionu,  który  zamieniono  na  lądowisko. 

Transportowce  musiały  siadać  na  awaryjnym  ciągu,  gdyż  ziemia  była  zwęglona  i  okopcona,  a 

bliżej  dysz  nawet  zeszklona  od  żaru.  Czyste  marnotrawstwo,  za  to  efektowne.  Podobnie  jak 

przyspawane  do  kadłubów  wieżyczki  artyleryjskie,  całkowicie  nieprzydatne  do  walki  w 

przestrzeni, ale robiące wrażenie. Swoją drogą, ci wojskowi muszą być ciężko sfrustrowani - tyle 

przygotowań, taka ładna inwazja, a tu nikt nie chce z nimi walczyć. Rzeczywiście, nic, tylko się 

upić z rozpaczy. 

Szedłem, nieco się zataczając, aby widać było, że maszeruje oficer, i to w dodatku pilot, 

mający prawo wrócić na swój statek. Tak mi się przynajmniej wydawało, że mam owo prawo, aż 

do chwili gdy na drugim stopniu rampy zostałem zaskoczony przez wartownika. 

- Stać! Służba wartownicza! 

-  Cholerę  w  bok  -  sapnąłem,  odsuwając  biedaka,  który  na  swoje  nieszczęście  był 

szeregowym. 

- Proszę... sir... panie majorze, nie może pan wejść, dopóki nie pokaże pan przepustki. 

- Odwal się! - warknąłem. - Nie potrzebuję przepustki na własnym statku. 

Dotarłem  prawie  do  połowy  drogi,  gdy  w  luku  pokazał  się  barczysty  starszy  sierżant, 

całkowicie blokując przy tym przejście. 

- To nie pański statek, panie majorze - oznajmił ponuro. - Znam całą załogę. 

Już  chciałem  go  opieprzyć,  gdy  dostrzegłem  kanciasty  podbródek,  fryzurę  na  jeża  i 

pełne uporu oczy. Z równym powodzeniem mógłbym dyskutować z betonowym murem. 

- Nie mój statek? 

- Nie pański statek. 

-  Kuma,  nie mój  statek... - mruknąłem  i zawróciłem, dla  podtrzymania pozorów tracąc 

równowagę i łapiąc się relingu tuż przed padnięciem na pysk. Odmaszerowałem ku sztabowi, by 

background image

wymyślić jakiś inny plan. 

Ukryty  pod  rozłożystym  drzewem  przyglądałem  się  transportowcom,  ale  nic  nie 

przychodziło mi do głowy. Poza tym było późno, pijaczków ułożono do snu i stado spuszczonej 

już  ze  smyczy  Żandarmerii  pilnowało,  by  nikt  po  bazie  nie  łaził.  Pozostało  tylko  jedno,  czyli 

spróbować  za  dnia,  co  było  niebezpieczne,  ale  przy  niejakim  szczęściu  mogło  się  udać.  Teraz 

należało  pomyśleć  o  własnym  bezpieczeństwie  i  zasłużonym  odpoczynku,  i  właśnie  miałem 

zamiar  to  zrobić,  gdy  ciszę  przerwała  seria  głośnych  komend  i  łupanie  podkutych  butów  na 

schodach sztabu. Warta wykonała kilka łamańców, regulaminowo prezentując broń, a z budynku 

wypadła  wataha  oficerów  z  Zennorem  na  czele.  Zdecydowanie  nie  było  to  dla  mnie  zdrowe 

miejsce. 

Albo  i  było!  Wpadł  mi  do  głowy  samobójczy  niemal  pomysł.  Ignorując  wyjący  w 

głowie alarm  instynktu samozachowawczego,  ruszyłem za pędzącą przez  trawnik grupą.  Gdyby 

któryś  się  teraz  obejrzał,  byłoby  po  mnie,  ale  udało  się.  Ich  celem  było  dostać  się  do  statku 

niezależnie od tego, kto lub co stanęłoby im na drodze, ostatecznie głównodowodzący był z nimi! 

Gnałem zatem starając się utrzymać równy dystans i wyglądać na marudera w pościgu za resztą 

grupy. Do wartownika udało mi się dotrzeć, gdy ostatni z gromadki znikał w luku. 

- Panie generale... - wychrypiałem. - Właśnie przyszła depesza... 

Minąłem  wartownika,  który  zrobił  jedyne,  co  mu  pozostało  i  zasalutował.  Do  luku 

dotarłem bez tchu, ale poza drugim wartownikiem nie było już tam nikogo. 

- Gdzie generał? 

- W kabinie kapitana, sir. 

- To w pobliżu kabiny łączności, jeśli się nie mylę? 

- Tak, sir. Na tym pokładzie, drzwi numer dziewięć. 

Pospieszyłem  do  schodów,  a  ledwie  zniknąłem  wartownikowi  z  oczu,  zwolniłem  i 

przestałem  dyszeć.  Statek  był  cichy,  korytarze  puste,  tylko  z  góry  dobiegało  echo  głosów. 

Dotarłem  do  kolejnego  pokładu,  przeszedłem  cicho  do  drugich  schodów  i  nie  spiesząc  się, 

policzyłem do dwustu. 

Nadal  ani  żywego ducha.  Rozejrzałem  się  spokojnie.  Duże  9 zdobiło  metalowe drzwi, 

zza których dobiegał gwar, ale nieco dalej ujrzałem napis KABINA ŁĄCZNOŚCI. 

Wziąłem  głęboki  oddech,  podszedłem  do  właściwych  drzwi  i  wyciągnąłem  rękę  ku 

klamce.  Klamki  jednak  nie  było.  Ktoś  ją  odciął  i  przyspawał  stalowe  sztaby  do  framugi, 

background image

uniemożliwiając wejście do środka nawet wycieńczonemu krasnoludkowi. 

-  Co  tu  robicie?  - usłyszałem,  próbując dojść do ładu  z  tą nowiną  i  poczułem nagle  w 

gardle jakąś kluchę. 

Odwróciłem się, przełknąłem ślinę i cisnącą mi się na usta odpowiedź - przede mną stał 

ledwie porucznik. 

- Mógłbym o to samo zapytać pana, panie poruczniku? - warknąłem lodowato. 

- To mój okręt, majorze. 

- I dlatego zwraca się pan nieprzepisowo do starszego stopniem? 

-  Przepraszam,  sir,  ale  nie  widziałem  pagonów,  tylko  postać  przy  kabinie  łączności,  a 

mamy rozkaz... 

- Żeby nikt się koło niej nie kręcił, tak? 

- Tak jest, sir. 

Nachyliłem się bliżej, obserwując z przyjemnością, jak blednie. 

- No, to ucieszy pana wiadomość, iż moje rozkazy mówią, że mam sprawdzić, czy pan 

wykonuje swoje - warknąłem. - Gdzie znajdę generała Zennora? 

- W tej kabinie, sir. 

Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem ku wskazanym drzwiom. Musiałem tam wejść, bo 

byłem  pewien,  że  porucznik  będzie  mnie  obserwował  i  próba  zwykłego  opuszczenia  statku 

mogłaby  wzbudzić  jego  podejrzliwość.  Wejście  do  kabiny  go  uspokoi,  pozostało  zatem 

zaryzykować. Otworzyłem drzwi i bez wahania wmaszerowałem do środka. 

Zebrani  studiowali  przy  stole  jakąś  mapę,  na  której  odwrócony  szczęśliwie  plecami 

Zennor coś tam pokazywał, komentując półgłosem. Zbrobiłem w prawo zwrot i nadziałem się na 

przyśrubowaną  do  grodzi  półkę  z  książkami.  Wybrałem  jedną  na  oślep,  odwróciłem  się  i 

ruszyłem ku drzwiom. Obecni całkowicie mnie zignorowali. 

Wyłowiłem  z  rozmowy  jeszcze  dwie  kurwy  i  trzy  cholery,  co  znaczyło,  że  prowadzą 

typowo wojskową dyskusję, i wróciłem na korytarz, z którego właśnie znikał porucznik. 

Nie  spiesząc  się  dotarłem  do  schodów  i  do  luku.  Wartownik  wykonał  na  mój  widok 

stosowny  punkt  regulaminu  musztry,  od  czego  omal  nie  dostałem  ataku  serca,  tak  wywijał 

automatem. Zasalutowałem  mu niedbale  i  wyszedłem na chłodne, nocne powietrze, kierując się 

ku  zagajnikowi.  Czułem  się  jak  ruchoma  tarcza,  ale  do  linii  drzew  dotarłem  cały  i  bez 

strzelaniny. 

background image

Oparłem  się  o  pień  i  odetchnąłem  z  taką  ulgą,  że  z  sąsiedniego  drzewa  o  mało  nie 

pospadały  liście.  Wycierając  zroszone  potem  czoło,  zorientowałem  się,  że  wciąż  trzymam  w 

garści  książkę.  Z  czystej  ciekawości  zerknąłem  na  wytłoczony  na  okładce  srebrzysty  napis: 

PRAKTYKA 

WETERYNARYJNA 

ZROBOTYZOWANYCH 

JEDNOSTKACH 

KAWALERII. 

Tego  było  już  za  dużo.  Książka  wysunęła  się  z  moich  bezwładnych  palców,  a  ja 

osunąłem się plecami po pniu i klapnąłem ciężko na murawę. 

Ludzie, litości! 

background image

25 

Odpoczywałem  w  ciemnościach,  starając  się  nie  myśleć  o  weterynarzach  badających 

mechaniczne  konie  i  analizując  znaczenie  faktu  zaspawania  drzwi  w  kabinie  łączności.  Nie 

ulegało  wątpliwości,  że  nie  zrobiono  tego  wyłącznie  z  mojego  powodu.  Nie,  nie  byłem 

przesadnie  skromny,  ale  miałem  świadomość,  że  większość  oficerów,  z  Zennorem  włącznie,  z 

pewnością nie uznaje mnie za potencjalne niebezpieczeństwo. Garth miał jakieś własne powody i 

należało je poznać, i to na drodze logicznego rozumowania, bo kaskaderki miałem zdecydowanie 

dość. 

Skoro  kabina  na  statku  flagowym  była  zaspawana,  to  na  pozostałych  również,  inaczej 

rzecz  nie  miałaby  sensu. Celem zabiegu  było  naturalnie  uniemożliwienie  nawiązania  łączności. 

Tylko z kim? Na terenie planety wystarczały normalne radiostacje, które miała każda jednostka. 

Nie  chodziło  też  raczej  o  łączność  pomiędzy  statkami,  bo  cała  flota  chyba  wyładowała. 

Pozostawało jedno - kontakt pomiędzy planetami. Czyli, po pierwsze, Zennor chciał utrzymać w 

tajemnicy  przed  Marynarką  Ligi  położenie  zaatakowanej  planety  do  czasu  jej  całkowitego 

podbicia.  Wiedział,  że  tylko  Marynarka  mogłaby  mu  w  tym  przeszkodzić,  wiedział  też,  że  ma 

ona szpiegów, o czym dobitnie świadczyła ilość radiolokatorów. Po drugie zaś, najpewniej chciał 

upiec  dwie  pieczenie  na  jednym  ogniu,  czyli  zostać  dyktatorem  nowego  świata  stawiając 

Nevenkeblę przed faktem dokonanym. Tym bardziej że zabrał ze sobą praktycznie całą zdolną do 

walki  armię  wyspy.  Czy  drugi  wniosek  był  prawdziwy,  trudno  powiedzieć,  ale  nie  miało  to 

aktualnie większego znaczenia ani dla mnie, ani dla mieszkańców planety Hoyan. 

Wyglądało  na  to,  że  zdani  jesteśmy  na  siebie,  jeśli  nie  liczyć  wiadomości  radiowej 

kuśtykającej  gdzieś tam  z  mizerną prędkością  światła, mnie zaś  czeka dokonanie żywota  na tej 

planecie.  Aby  jednak  mieć  spokojną  starość,  należało  najpierw  pozbyć  się  własnymi  siłami 

napastników.  Dezercja  wśród  szeregowych,  to  był  dobry  początek,  ale  co  dalej? 

Najoszczędniejszym  wyjściem  wydało  mi  się  uruchomienie  darmowej  bimbrowni,  a  wówczas 

oficerowie i podoficerowie przy minimalnej zachęcie zapiją się w ciągu roku na śmierć. Zaraz po 

wysnuciu tego wniosku ziewnąłem szeroko, co uświadomiło mi, że zasypiam na siedząco. 

Zaśnięcie  tutaj  na  pewno  zakończyłoby  moją  karierę,  toteż  resztkami  woli  wstałem  i 

zająłem  się  kombinowaniem,  jak  wydostać się z bazy. Najlepiej zaraz i nie na piechotę.  Znając 

wojskowe  zasady,  mogłem  uznać,  iż  pojazdy  powinny  znajdować  się  blisko  sztabu,  bowiem 

oficerowie organicznie nie lubią chodzić. Udałem się więc w kierunku gmachu, i faktycznie, na 

background image

parkingu  z  tyłu  stał  sobie  wśród  wszelkiego  nie  pilnowanego  gąsienicowo-kołowego  złomu 

transporter  dowodzenia,  dokładnie  taki  sam,  w  jakim  zjechałem  na  powierzchnię  tej  planety. 

Czym  prędzej  wlazłem  do  kabiny,  stwierdziłem  brak  kluczyków  i  z  uśmiechem  na  ustach 

uruchomiłem  silnik  spinając  wyjęte  ze  stacyjki  druty.  Byle  dalej  od  bramy,  jako  najlepiej 

pilnowanego  miejsca.  Wjechałem  na  drogę  prowadzącą  wzdłuż  płotu  i  poszukałem  odcinka, 

gdzie  z  obu  stron  przysłaniały  mnie  drzewa.  Zatrzymałem  wóz  i  obejrzałem  ogrodzenie 

składające  się z dziesięciu pasm  drutu  kolczastego.  Żadna  przeszkoda dla pancerki.  Ziemia  nie 

była  naruszona,  czyli  nie  zakopano  tu  min.  Wsiadłem  ponownie  do  kabiny,  wrzuciłem  bieg  i 

skręciłem  na  płot,  który  runął  przy  wtórze  głośnych  wyładowań.  Druty  były  pod  napięciem, 

czego  się  zresztą  spodziewałem,  ale  transporter  zbudowano  z  myślą  również  i  o  takich 

przeszkodach, zatem otrzymał porządną izolację. Wyjechałem na ulicę, wykręciłem ostro, by nie 

staranować  pomnika  Marka  Czwartego,  który  to  monument  stał  na  pobliskim  placu,  i  już 

wiedziałem, gdzie jestem. Szliśmy tędy po uwolnieniu nas przez Stirnera. Przede mną była rzeka, 

a dalej dzielnice podmiejskie. Przejechałem przez most. 

Pościgu  nadal  nie  było,  zatem  nie  musiałem  się  aż  tak  spieszyć.  Znalazłem  kawałek 

spadzistego  brzegu,  wykręciłem,  wrzuciłem  niski  bieg  i  wyskoczyłem  z  kabiny.  Transporter 

zabulgotał i zniknął pod wodą w miejscu, które wyglądało mi na głębokie. 

Słysząc  wreszcie  w  oddali  wycie  syren,  przemaszerowałem  przez  spory  park  i 

wyszedłem na cichą uliczkę. Byłem zmęczony, a musiałem jeszcze oddalić się od rzeki. Wojsko 

jako całość nie jest specjalnie rozgarnięte, ale ślady czytać czasem potrafi. 

Ruszyłem na oślep, skręcając na chybił trafił w boczne uliczki, aż w końcu zgubiłem się 

dokumentnie. Oparłem się o mur przy drewnianej furtce z napisem Dun Roamin i skorzystałem z 

zaproszenia.  Za  furtką  był  ogródek  i  drzwi  do  domku.  Powiedziałem  sobie,  że  na  tej  planecie 

znajomości  zawiera  się  inaczej,  nawet  w  nocy,  i  załomotałem  do  drzwi.  W  domku zapaliło  się 

światło. 

- Kto tam? - spytał ze środka jakiś męski głos. 

-  Jim  diGriz,  spoza  planety.  Zmęczony.  W  drzwiach  stanął  siwawy  jegomość 

wytrzeszczający na mnie krótkowzroczne oczka. 

- Niemożliwe! A jednak! Stary Czolgoscz ma szczęście! proszę do środka, co mogę dla 

ciebie zrobić? 

-  Po pierwsze, zgasić światło,  bo  może  się przyplątać  jakiś patrol, po drugie, pożyczyć 

background image

kawałek łóżka... 

-  Już się robi, tylko wchodź ostrożnie,  żebyś się nie zabił. To pokój  mojej  córki,  teraz 

zamężnej... Mają czterdzieści gęsi i siedemnaście krów... O, zaraz zasłonię okna... Gotowe! 

Stary Czolgoscz był gadatliwy do niemożliwości, ale gospodarzem okazał się idealnym. 

W  oczy  rzuciły  mi  się  różowe  zasłony,  różowa  kapa  z  koronkami  na  łóżko  i  co  najmniej 

dwadzieścia lalek różnej wielkości. 

- Umyj się, tu jest łazienka, a ja przyniosę ci coś gorącego do picia... 

- Wolałbym coś zimnego, za to bogatego w alkohol. 

- Hi, hi, chyba mam coś z tego, o czym myślisz... 

Zanim się umyłem, gospodarz wrócił z wysoką flaszką, dwiema szklankami i piżamą we 

wściekle różowym kolorze. Miałem tylko nadzieję, że wdzianko nie świeci w ciemności. 

- Domowa nalewka - oznajmił radośnie, nalewając do obu szklanek. 

Spróbowałem, westchnąłem nostalgicznie i wypiłem do dna. 

-  Ostatni  raz  piłem  coś  takiego  na  farmie,  gdzie  zawsze  miałem  flaszkę  schowaną  w 

chlewni. 

- Miłe wspomnienie... Teraz śpij. - Zniknął, zanim zdążyłem mu podziękować. 

Przepiłem więc jeszcze do portretu Marka Czwartego i poszedłem spać. 

Gdy  wróciła mi przytomność i pamięć,  słońce świeciło  już  jasno. Wstałem, ziewając, i 

otworzyłem okno, za którym gospodarz pielił właśnie grządki. Pomachałem mu na powitanie, a 

on pospieszył do środka. 

Po parunastu sekundach rozległo się pukanie do drzwi i w progu pojawił się Czolgoscz z 

wielką tacą, którą bez ociągania opróżniłem. 

- Skąd wiedziałeś? - westchnąłem, spoglądając na puste talerze. 

-  Doświadczenie.  Młody  chłopak,  który  ciężko  pracuje,  musi  jeść.  Rozmawiałem  z 

paroma osobami i mogę ci powiedzieć, że w całym mieście trenują grupy wyznaczone na Dzień 

D. 

- Jaki dzień? 

-  Dzień  Dezercji,  czyli  dziś  wieczorem.  Przygotowano  dodatkowe  pociągi,  a  ludzie  w 

wioskach czekają już na przyjęcie nowych obywateli. W innych miastach, gdzie są mundurowi, 

sprawa wygląda podobnie. 

- Bardzo mnie to cieszy. Mam nadzieję, że mnie tu przyjmiecie, bo mój pobyt na waszej 

background image

planecie może być dłuższy, niż sądziłem. 

-  Jesteś  tu  mile  widziany.  Ty  i  twoja  wiedza.  Może  zechciałbyś  wykładać  na 

uniwersytecie? 

Szczęśliwie niczego akurat nie piłem. 

-  Przykro  mi,  ale  nie  skończyłem  żadnej  szkoły.  Zawsze  wcześniej  dość  gwałtownie 

opuszczałem jej mury... 

- Zdarza się, ale poza tym, to nie wiem, o czym mówisz. Studenci uczą się, kiedy chcą i 

ile chcą, i tylko tego, co im odpowiada.  Przestają, gdy  sami  tak zdecydują. Jedynym,  co muszą 

poznać w młodym wieku, są zasady istnienia Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, bo inaczej nie 

mogliby prowadzić samodzielnego życia. 

- A rodzice płacą za ich naukę? Czolgoscza zatkało. 

-  A  niby  z  jakiej  racji?  Dziecko ma  w  chwili  urodzenia otwarte  konto,  a  do  chwili,  w 

której zaczyna zarabiać, jest po prostu dłużnikiem społeczeństwa. Zarabiać zaczyna naturalnie w 

najmłodszym  wieku,  rozumie  bowiem,  że  dopóki  ma  dług,  nie  jest  pełnoprawnym  członkiem 

Wspólnoty. 

Teraz ja zaniemówiłem. 

- Fabryki dla niemowląt, co? - parsknąłem. 

-  Hi,  hi,  co  za  wyobraźnia!  Oczywiście,  żadne  fabryki.  Dzieciaki zarabiają  z  początku 

wyręczając  matki  w  pracach  domowych,  otrzymując  część  tych  wirrów,  które  dotąd  matka 

dostawała od ojca... 

-  Dość!  Jestem  osłabiony,  a  moja  subtelna  konstrukcja  psychiczna  kiepsko  znosi 

nadmiar wrażeń. Wasze idee powinienem poznawać w małych dawkach, by uniknąć szoku. 

-  Logiczne  podejście  -  zgodził  się  ku  memu  zaskoczeniu.  -  Podobnie  stopniowo  będą 

musiały  być  przyjmowane  przez  nas  informacje  o  kosmicznej  cywilizacji,  od  której  tak  długo 

byliśmy odcięci dzięki geniuszowi Marka Czwartego. 

- Mógłbyś powiedzieć mi jeszcze, gdzie jest mój przyjaciel Morton? 

- A chciałbyś się z nim spotkać? Z przyjemnością cię zaprowadzę. 

- Wiesz...? Pewnie, że wiesz. Wszyscy tu wiedzą, gdzie aktualnie jesteśmy. 

- Słusznie. Jeździsz na rowerze? 

- Od lat nie jeździłem, ale tego się podobno nie zapomina. 

Jako  środek  lokomocji  na  krótkie  dystanse  rower  był  idealny,  zwłaszcza  że  nikt  tu  nie 

background image

kradł,  toteż  ulice  pełne  były  jednośladów.  Przebrałem  się  w  szorty,  spakowałem  mundur  i 

zrobiłem  poranną  rozgrzewkę  w  ogródku.  Gdy  skończyłem  sto  pompek,  spojrzałem  prosto  w 

oczy faceta, który przyglądał mi się w wyraźnym zainteresowaniem. 

- Nie chciałem przerywać ci rytuału - powiedział. - Czolgoscz zadzwonił do mnie, wiec 

przyprowadziłem twój rower, najlepszy, jaki był na składzie. 

- Serdeczne dzięki, ale nie mam ci czym zapłacić. 

- Już zapłaciłeś. A poza tym po drodze wstąpiłem gdzie trzeba i poproszono mnie, abym 

ci to oddał. 

Wręczył mi wirrdisk, na którym, ku memu zaskoczeniu, widniało moje imię i nazwisko, 

a w małym okienku widniała liczba 64.678, czyli stan konta. 

- Prosili jeszcze, żebyś się z nimi skontaktował, bo nie są pewni, ile godzin pracowałeś 

ostatniej nocy. Jak im powiesz, to uaktualnią stan konta. 

- Jestem w systemie! - zdziwiłem się i ucieszyłem jednocześnie. 

-  Naturalnie  -  roześmiał  się  mój  rozmówca.  -  Jesteś  pełnoprawnym  członkiem 

Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, toteż pozwól, że będę ci życzył długiego i miłego życia oraz 

stale wzrastającego konta. 

background image

26 

W  sztabie  Zennora  bomba  eksplodowała  dopiero  następnego  ranka,  i  to  z  impetem 

ekskrementów  trafiających  w  wentylator.  Przez  całą  noc  napływały  do  nas  informacje  o 

fenomenalnym wręcz powodzeniu akcji. Wojsko jak jeden mąż wyszło na przepustki i gremialnie 

opowiedziało  się  za  zaletami  świeżego  powietrza,  wymieniło  mundury  na  cywilne  ubrania  i 

załadowało  się  do  specjalnie  podstawionych pociągów,  których  i  tak  nie  starczyło,  więc ponad 

setka ekswojaków musiała pozostać w mieście, by doczekać zmroku. 

Przepustki  były  ważne  do  północy,  ale  szydło  wyszło  z  worka  dopiero  na  porannych 

zbiórkach, bowiem do bazy prowadziły cztery bramy i żandarmi przy każdej z nich byli święcie 

przekonani, że wojsko wróciło innymi wejściami, toteż nie podnosili alarmu. 

Mając do dyspozycji niespodziewane bogactwo, kupiłem największy telewizor, jaki był 

w sklepie, i podarowałem gospodarzom. Siedzieliśmy akurat i oglądaliśmy program, gdy wojsko 

wdarło  się  w  audycję.  Nie było  to  miłe,  gdyż  nadawano  akurat  jakąś  celebrę  (bodajże z okazji 

rocznicy podłączenia jakiejś cewki do pierwszego obwodu Marka Czwartego) połączoną z paradą 

otwieraną przez dziewczęcy klub kolarski. Było na co popatrzeć. 

Obraz zafalował i zniknął i po chwili ukazała się wściekła gęba Zennora. Nie było już na 

co patrzeć, pozostało jednak posłuchać, co tym razem wymyślił. 

-  Uwaga!  Wszyscy  mnie  znacie,  jestem  generał  Zennor,  głównodowodzący  siłami 

wyzwoleńczymi. Wiecie, że jestem człowiekiem spokojnym i cierpliwym... 

- Ale łże! 

- Cicho! 

- ...ale jestem też twardym dowódcą. Nadszedł czas decyzji i sprawiedliwości. Właśnie 

dowiedziałem się, że kilku tchórzy, którzy trafili do szeregów mojej wiernej armii, ujawniło swą 

głupotę,  próbując  zdezerterować.  Karą  za  dezercję  jest  śmierć,  a  wiem,  że  nikt  z  was  nie 

chciałby,  żeby  spotkała  ona  kilku  młodzieńców,  toteż  przedłużam  im  przepustki  do  dziś,  do 

pomocy. Żaden żołnierz nie zostanie ukarany, jeśli wróci dziś przed północą, dlatego radziłbym 

porozmawiać  z  nimi,  gdyż  bez  wątpienia  ktoś  z  was  im  pomógł.  Wiecie,  gdzie  są,  zatem 

powiedzcie  im,  aby  skorzystali  z  tej  wspaniałomyślnej  oferty  i  wrócili.  Powiedzcie  im  też,  że 

moja  wspaniałomyślność  kończy  się  o  północy.  Wówczas  wprowadzę  stan  wyjątkowy,  miasto 

odcięte  zostanie  od  świata,  a  my  przeszukamy  budynek  po  budynku.  Gdy  ich  znajdziemy, 

wówczas  każdy  dezerter  dostanie  butelkę  piwa,  będzie  mógł  napisać  jeden  list  i  zostanie 

background image

zastrzelony.  To  jedyne  ostrzeżenie.  Macie  czas  do  pomocy,  aby  wrócić,  potem  będziecie 

martwi... - ciągu dalszego nie było, bo wyłączyłem odbiornik. 

- Przygnębiające - stwierdził Morton. - Włącz telewizor, popatrzymy choć na panienki. 

Włączyłem,  ale  po  panienkach  zostało  jedynie  wspomnienie,  a  jakiś  facet  rozbierał  właśnie  na 

śrubki jakieś detale, tyczące społecznej struktury Wspólnoty. 

- On mówił poważnie - mruknąłem, wyciszając odbiornik. 

- A jak ty myślałeś! Nie ma jakiegoś filmu na innym kanale? Mogę się napić? 

-  Nie  możesz.  Weź  się  w  garść  i  pomóż  mi  znaleźć  wyjście.  Na  rozruch  dostaniesz 

jedynie piwo. 

-  Przepraszam,  ale  niechcący  słyszałem  -  oznajmił  Stirner,  wchodząc  z  butelką.  -

Pozwolicie, że się przyłączę. 

- Są jakieś wieści z miasta? - spytałem, gdy wypiliśmy po łyku. 

-  Cała  masa.  Odwołano  pociągi,  a  na  wszystkich  drogach  wylotowych  postawiono 

barykady. Posterunki sprawdzają dokumenty. Maszyny z wiatrakami... 

- Helikoptery. 

-  Tak  to  się  nazywa?  Zapamiętam.  No  to  helikoptery  patrolują  pola,  by  nikt  się  nie 

przedostał, a wszyscy młodzi ludzie, nawet jeśli wyraźnie widać, że to tubylcy, są zatrzymywani 

i  pobiera  im  się  odciski  dłoni  na  specjalnej  płycie  podłączonej  do  jakiejś  maszyny.  Potem  ich 

wypuszczają. 

- Zostają pola po zmroku - mruknąłem. 

-  Nie chciałbym  być  źle  zrozumiany  -  odezwał się Morton.  -  Niech  jednak  wyliczę na 

początek  helikoptery,  reflektory,  detektory  ruchu,  noktowizory,  działka  z  celownikami  na 

podczerwień... 

-  Nie  musisz  tego  ciągnąć.  Wiem,  zbyt  ryzykowne.  A  więc  musimy  wymyślić  coś 

innego. 

Prelegent  ustąpił  miejsca  kolejnemu  klubowi  kolarskiemu,  tym  razem  męskiemu,  i  na 

ekranie pojawiła się owłosiona łydka, a po paru następnych chwilach dziewczęce twarze. 

- Mam! - wrzasnąłem, zrywając się na równe nogi. 

- W korytarzu, drugie drzwi na lewo. 

-  Zamknij  się, Morton. Mam pomysł.  A ty  masz przed sobą jedynego człowieka,  który 

wie, jak bezpiecznie wydostać się z miasta i to z większą ilością dezerterów. 

background image

- Jak? 

-  A  tak  -  odparłem,  pokazując  na  ekran.  -  Stirner,  spróbuj  uruchomić  swą  agencję 

plotkarską  i  powiedz  wszystkim,  że  na  południe  trzeba  zorganizować  rajd  kolarski.  Wcześniej 

chyba się nie da. 

- Przepraszam, ale co? - Morton nic nie rozumiał. - Może byś tak rozwinął wątek? 

-  To  jasne -  wtrącił się Stirner.  - Chce, byśmy  wyjechali z  miasta na rowerach,  ale nie 

wiem, jak ominie posterunki. 

- Normalnie, bo będzie to damski rajd kolarski. 

Kiedy  pojęli  pomysł  do  końca,  zabraliśmy  się  za  przygotowania.  Ponieważ  ja  zająłem 

się koncepcją, za praktyczną stronę odpowiedzialni byli inni. 

Potem  było  nieco  zamieszania.  Przez  domek  przewalił  się  tabun  ludzi,  a  ja  zdążyłem 

zjeść ledwie jedną kanapkę. 

-  Będziemy  wkrótce  ruszać  - powiedział  w końcu  Morton.  -  Pierwsi  chłopcy  są już na 

placu. I przestań rżeć na mój widok! 

To  ostatnie  nie  było  łatwe,  Morton  był  bowiem  przebrany  w  kusą  spódniczkę  i 

wypchany biustonosz oraz miał ogolone nogi. 

- Przydałby się makijaż - stwierdziłem, oceniając go z bliska po otarciu łez i pozbieraniu 

się z podłogi. 

- Bardzo zabawne. Zobaczymy, jak ty będziesz wyglądał! 

Zobaczyliśmy. Tym razem to Morton wycierał łzy, gdy stałem się atrakcyjną brunetką w 

zielonej minisukience. Nie to go jednak dobiło, ale fakt, że sam sobie spodobałem się w lustrze. 

Pożegnaliśmy się z gospodarzami i pod przywództwem Stirnera, który okazał się równie 

zapalonym kolarzem co maratończykiem, ruszyliśmy w drogę. 

Plac  Marka  Czwartego  pełen  był  niespodziewanych  atrakcji,  bowiem  tylu  zgrabnych 

dziewczyn i poprzebieranych chłopów dawno nikt nie widział, i to nie tylko na tej planecie, ale w 

całej galaktyce. Na dodatek część krypto-mężczyzn  klęła na czym  świat stoi,  a niektórzy od lat 

nie  siedzieli  na  rowerze  i  właśnie  usiłowali  ukończyć  przyspieszony  kurs  łapania 

rowerorównowagi. Naturalnie lądowali co pewien czas na ziemi, klnąc jeszcze głośniej 

-  Uwaga!  -  krzyknąłem,  aż  echo  poszło.  -  Po  pierwsze,  przestać  kląć,  bo  jeszcze  ktoś 

usłyszy.  Po  drugie,  jeśli  któryś  wywali  się  w  czasie  mijania  posterunku,  to  będzie  zdany  na 

własne  siły.  Zaraz  dostarczą  nam  jeszcze  tandemy  i  trzykołowce,  przestać  zatem  desperować, 

background image

tylko brać, co komu pasuje. Naszym celem jest punkt R. 

- Co? 

-  Dowiecie  się,  gdy  będziemy  już  na  miejscu.  Jeszcze  jedno,  jak  mówię  jazda,  to 

jedziemy, kto zostanie, może potem mieć pretensje tylko do siebie. Wsiadać! 

Okrążyłem jeszcze z nimi  trzy razy  plac, by  ustawili się w  jakimś  szyku,  i dałem znak 

autentycznym  dziewczętom,  które  w  pięknym  stylu  podjechały,  otaczając  nas  ze  wszystkich 

stron.  Szefowa  miała przymocowany  do bagażnika  proporzec,  aby łatwo  można było jechać jej 

śladem. Cały peleton przemknął jedną z ulic ku skrzyżowaniu, przy którym ustawiono pierwszy 

posterunek.  Z  bocznej  uliczki  wyjechał  jeszcze  Kolarski  Klub  Weteranów,  wszyscy  łysi  albo 

siwi. Dotarli do ustawionej naprędce rogatki i ignorując protesty oficerów i podoficerów, bowiem 

nie było  tam  ani  jednego  szeregowego, częściowo objechali  posterunek,  a częściowo  rozgonili, 

dając nam przejście. Zaraz za nimi pokonały przeszkodę autentyczne dziewczęta. Niektóre z nich 

przyciągnęły przy tym uwagę oficerów do tego stopnia, że w powstałym zamieszaniu cała nasza 

gromada przejechała, pedałując zawzięcie, ile kto mógł. 

- Nie zatrzymywać się! - krzyknąłem, gdy byliśmy już za zakrętem. - Jeszcze nie koniec, 

przerwa będzie, jak dotrzemy do lasu. Ruszać się, panowie! 

Ruszali  się,  klnąc,  sapiąc  i  spływając  potem,  i  tak  dojechaliśmy  między  drzewa,  a 

konkretnie na atrakcyjną polankę pomiędzy nimi. Wtedy nastąpiła epidemia upadków, jakiej nie 

notowały  kroniki  kolarstwa.  Większość  uczestników  rajdu  znalazła  się  na  trawie  dysząc  jak 

wyjęte z wody ryby. Reszta, by się nie wyróżniać, szybko do nich dołączyła. 

- Nigdy więcej! - wychrypiał Morton. 

-  Kondycja  ci,  bracie,  nawala  -  uśmiechnąłem  się,  spoglądając  w  kierunku,  z  którego 

przybyliśmy. 

Siadł  z  wysiłkiem,  zaintrygowany  moim  zachowaniem.  Obaj  przyglądaliśmy  się,  jak 

mija nas prawdziwy Żeński Klub Kolarski z koszykami piknikowymi na bagażnikach. 

Uśmiechałem się  jak  inni,  ale  w głębi duszy  nie było  mi  wcale wesoło.  Podświadomie 

czekałem na reakcję Zennora na fakt, że stracił już połowę armii. 

background image

27 

Odpowiedzią  na  polecenie  dalszego  pedałowania  był  zgodny  jęk  moich  nietypowych 

panienek. 

-  Przestańcie  marudzić!  -  zdenerwowałem  się.  -  Ludzie  dla  was  ryzykują  i  musimy 

trzymać się planu.  Jeśli chcecie wyjść z  tego cało, to  musicie  mnie  słuchać. Teraz  jedziemy do 

fabryki,  która  ma  bocznicę  kolejową.  Wjedzie  na  nią  pociąg  z  północy,  poczeka  kwadrans,  a 

potem odjedzie, z nami lub bez nas. Teraz dość gadania, do cholery! 

Jazda  upłynęła  w  wyjątkowej  ciszy,  gdyż  moi  podopieczni  (lub  podopieczne)  czuli  w 

nogach każdy przebywany kilometr. Pewną panikę wywołał helikopter, który zniżył się w pewnej 

chwili,  by  lepiej  nam  się  przyjrzeć,  ale  kazałem  moim  bohaterom  pospuszczać  głowy, 

autentycznym panienkom zaś pomachać zalotnie. Wyszło dobrze i więcej alarmów już nie było. 

Gdy  minęliśmy  ostatni  zakręt,  naszym  oczom  ukazała  się  fabryka,  a  na  bocznicę  wjeżdżał 

właśnie pogwizdujący pociąg. 

- Otwierać drzwi i ładować się, zanim przyleci następny helikopter - poleciłem, ledwie 

wpadliśmy  na  rampę.  -  Rowery  bierzemy  ze  sobą,  potem  za  nie  zapłacicie.  Pożegnać  się, 

wycałować dziewczyny. Została minuta! 

Odwróciłem się, by wymienić  pożegnanie  z  Neebe,  szefową  Klubu,  gdy spostrzegłem, 

że przekazuje ona swój proporzec zastępczyni i podchodzi do mnie, prowadząc rower. 

- Mogę się do was przyłączyć? - spytała z uśmiechem. 

- Glug... 

-  Sądzę,  że  to po naszemu znaczy tak - wprowadziła  rower do  wagonu  i siadła na beli 

słomy.  -  To  miło z  twojej strony,  że  się  zgadzasz.  Do  dzisiaj  uczyłam  się  w  Bellegarrique,  ale 

teraz  wyjeżdżam.  Podobnie  jak  większość.  Mieszkam  na  farmie  w  miejscowości  zwanej  Ling. 

Rozmawiałam  z  rodzicami  i  rodzeństwem,  wszyscy,  włącznie  z  babcią,  będą  zaszczyceni,  jeśli 

zostaniesz u nas tak długo, jak będziesz chciał. 

Słysząc to, Morton najpierw zsiniał, potem pozieleniał. 

-  Cudowny  pomysł  -  ucieszyłem  się.  -  To  ja  jestem  zaszczycony.  Zaczęła  znów  się 

uśmiechać, gdy spojrzała na Mortona. 

- Czy on jest chory? 

- Nie, tylko nie ma się gdzie podziać - odparłem z westchnieniem. 

-  W  takim  razie  zaproszenie  obejmuje  również  i  jego.  Morton  przestał  wyglądać  jak 

background image

luzem chowany nieboszczyk po ekshumacji. 

- Przyjmuję z wdzięcznością - wyjąkał. - Ale dopiero, kiedy skontaktuję się z Sharlą. 

- O, to ty ją jeszcze pamiętasz? - zdziwiłem się słodkim głosem. 

Podróż była przyjemna, tory wolne, i po godzinie miasto znalazło się już daleko od nas. 

Większość zasnęła w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa. 

Dobrze po zmroku zaczęły się przystanki. Pierwszy miał na celu załadowanie żywności, 

a dalszych nie pamiętam, bo też zasnąłem. 

Obudziła mnie Neebe. 

- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła. - Ponad połowa już wysiadła, teraz kolej na nas. 

Stacyjki  nie  było,  tylko  przystanek  na  krzyżówce  z  szosą.  Żegnani  owacyjnie, 

ruszyliśmy w ślad za Neebe, minęliśmy senne miasteczko i dotarliśmy do rodzinnej farmy dziew-

czyny. 

Następny ranek zaczął się od śniadania, w trakcie którego cała rodzina uznała za punkt 

honoru  wtłoczyć  we  mnie  tyle  doskonałego  pożywienia,  ile  tylko  można  było,  a  nawet  trochę 

więcej. 

- To było doskonałe - ocenił Morton, odstawiając w końcu z jękiem talerz. 

- Powiedziałbym, że jeszcze lepsze - dodałem. 

-  Oba  posiłki  odliczono  z  twojego  konta  -  uśmiechnęła  się  Neebe  słodko.  -  Kazałam 

przenieść połowę na rozliczenie Mortona, gdy otworzą mu konto. 

-  Uwielbiam  ten  rodzaj  gościnności  -  odparłem,  odzyskując  głos.  -  Widzę,  że  wciąż 

jeszcze słabo znam wasz świat. 

-  Z  przyjemnością  pomogę  ci  w  studiach,  ale  to  akurat  będziemy  musieli  odłożyć  na 

później.  Nagraliśmy  dla  was  coś,  co  zapewne  powinniście  obaj  obejrzeć.  Transmisja  była 

wcześnie rano i nie chcieliśmy was budzić. 

Włączyła  magnetowid,  a  ja  przygotowałem  się duchowo  na  widok  gęby  Zennora  i  złe 

wieści,  nic  innego  nie  miało  bowiem  prawa  nastąpić.  Rozległa  się  fanfara,  a  na  ekranie 

przejechało, przemaszerowało i przeleciało pół garnizonu, jako że tyle tylko wojska już zostało. 

Potem  ci  sami  żołnierze  udający  brakującą  połowę  trochę  sobie  postrzelali,  co  miało  zapewne 

rozbudzić  strach  u  widzów,  niemniej  u  tej  publiczności  wzbudzić  mogło  najwyżej  politowanie 

dla  takiego  marnotrawstwa  sił  i  środków.  Przygrywka  się  skończyła,  ostatni  czołg  zniknął  w 

siwym  tumanie  i  przyszła  pora  na  tumana  rzeczywistego,  czyli  Zennora,  który  tym  razem  nie 

background image

udawał już dobroduszności. Był zły, wręcz wściekły i wcale tego nie krył. 

-  Byłem  dla  was  dobry,  byłem  wspaniałomyślny  dla  własnych  żołnierzy,  ale  to  już 

przeszłość - oznajmił. - Teraz nauczę was, że należy mnie słuchać, w przeciwnym bowiem  razie 

konsekwencje    są    opłakane.    Pomogliście  dezerterom,  którzy  co  do  jednego  mają  już  teraz 

zaocznie  wymierzoną  karę śmierci.  Musieliście  im  pomóc,  bo  ani  jeden nie  skorzystał  z prawa 

łaski,  nikogo  też  nie znaleźliśmy  podczas  rewizji  w  mieście.  Bez  waszej  pomocy  nie  byliby  w 

stanie  uciec,  dlatego  też  mieszkańcy  Bellegarriąue  uznani  zostali  winnymi  zdrady,  jako  że 

pomogli zdrajcom i muszą zapłacić za swoje zbrodnie. Zdawali sobie sprawę ze swojej przewiny, 

usiłowali  bowiem uciec, ale nie wszystkim się to  udało.  Mamy w  więzieniach  kilkuset z  nich i 

tym razem nie będę tak wspaniałomyślny jak poprzednio. Jeśli któreś z moich żądań nie zostanie 

spełnione  w  przeciągu  dwudziestu  czterech  godzin,  zaczną  się  egzekucje.  Pierwsza  dziesiątka 

zginie  niezależnie  od  waszej  reakcji,  jako  lekcja  dla  wszystkich.  Kolejnych  dziesięciu  zginie 

następnego  dnia  w przypadku niespełnienia  żądań;  ciągłość  tych  wydarzeń  zostanie  zachowana 

aż do skutku. Egzekucje powstrzymać może jedynie spełnienie moich warunków, ale zakładnicy 

nie  będą  zwolnieni,  uznam  ich  za  gwarancję  posłuszeństwa  w  przyszłości.  A  oto,  czego  chcę: 

wszyscy  dezerterzy  mają  wrócić  do  miasta,  zamiast  przed  pluton  egzekucyjny  trafią  do  karnej 

kompanii.  Cóż,  mam  miękkie  serce.  Po  drugie,  wszystkie  świadczenia,  jak  elektryczność  czy 

aprowizacja, zostaną wznowione, a jeszcze dziś mieszkańcy mają zacząć wracać do miasta, które 

powinno  działać  tak,  jak  do  tej  pory.  Radzę  wam  nie  namyślać  się  zbyt  długo,  tylko  od  razu 

przystąpić do czynu! 

Gęba znikła, i to by było na tyle. Spojrzałem na Mortona i naprawdę nie wiedziałem, co 

powiedzieć. 

-  Zdarzają  się  przypadki  obłędu  spowodowanego  skazami  genetycznymi,  prawda?  - 

zapytała Neebe. - Rzadkie, ale bywają. To, o czym on mówił, jest niemożliwe. On naprawdę chce 

zabijać ludzi? 

Morton odezwał się, nim jeszcze znalazłem odpowiednie słowa. 

-  Owszem. I zrobi  to. Może on  jest  wariatem,  ale  w tej  armii,  jak  w  każdej, jest  wielu 

podobnych. Możesz mi wierzyć, byłem wśród takich jak on. 

- Co wiec możemy zrobić, by go powstrzymać? 

- Praktycznie nic, a to dlatego, że dezerterzy nie wrócą, ponieważ nie są samobójcami. 

Wy ich do tego nie zamierzacie zmuszać, bo jesteście normalni. Nie macie rządu, który mógłby 

background image

zaproponować  jakiś  sensowny  kompromis,  z  czego  Zennor,  nota  bene,  do  dziś  nie  zdaje  sobie 

sprawy.  Najprościej  byłoby  albo  odbić  więźniów,  albo  usunąć  Zennora  i  parunastu  starszych 

rangą oficerów, reszta rozlazłaby się wówczas jak stado baranów i cała ta inwazja rozeszłaby się 

po kościach. Ale to niemożliwe, bo wy nie stosujecie siły, a my dwaj nie jesteśmy w stanie zrobić 

aż tyle. Wychodzi na to, że nie mam pojęcia, co robić dalej. 

-  Jakie  to  wszystko  dziwne.  Chyba  jedynie  sam  Mark  Czwarty  potrafiłby  znaleźć 

rozwiązanie - stwierdziła wstrząśnięta. 

-  Może  -  mruknąłem  powściągliwie  -  ale  wątpię,  aby  jego  obwody,  które  już  zresztą 

dawno szlag trafił, sprostały temu zadaniu. 

-  Nie  ma  rzeczy  niemożliwej  dla  Marka  Czwartego  -  oznajmiła  z  niewzruszonym 

spokojem,  a  ja  zerknąłem  na  nią  koso,  nie  lubię  bowiem  osobników  religijnie  nawiedzonych. 

Poza tym praktyka pokazuje, że cuda, jako zjawiska fizyczne, nie zdarzają się w przyrodzie. 

-  To pobożne życzenie  - powiedziałem. -  Przecież on  już dawno zamienił  się  w złom i 

został gdzieś tam na coś przerobiony. 

-  Mark  Czwarty  może  nam pomóc,  ale  nie  poprosimy  go  o  to,  bowiem  działanie  takie 

byłoby  sprzeczne  z  podstawami  Przyzwalającej  Wspólnoty  Otwartej.  Sami  musimy 

przezwyciężać problemy, a wszystko, co jest nam do tego potrzebne, znajduje się w jego pracach. 

- Dziewczyno, przestać się wreszcie oszukiwać! Nie spytasz go z tego prostego powodu, 

że go tu nie ma! 

- Mylisz się. Mark Czwarty jest tam, gdzie był od zasiedlenia planety, w Bellegarriąue. 

Tym razem zostałem naprawdę zaskoczony, a jeśli wyglądałem tak jak Morton, to moje 

zdjęcie mogło być warte każde pieniądze. Na szczęście nikt tu nie miał aparatu. Neebe poczekała 

z  uśmiechem,  aż  odzyskam  zdolność  wydawania  dźwięków  artykułowanych,  czyli  mowy,  bo 

pierwsze moje odgłosy nie przypominały niczego. 

- To było... wielki temu... 

- I co z tego? Teoretycznie mechanizm jest nieśmiertelny, jeśli dobrze go konserwować. 

Może zmienić swój wygląd, ale sama inteligencja pozostanie nienaruszona, a co najwyżej jeszcze 

się rozwinie. Zawsze byliśmy dumni z tego, że zabrał się z nami do tego świata i mamy nadzieję, 

że obserwuje i pochwala sposób, w jaki wcielamy w życie jego zasady i teorie. Nigdy chyba nie 

prosiliśmy go o pomoc, nie zamierzamy tego robić i teraz. 

- Ale ja zamierzam! - oznajmiłem wstając. - Jego teorie mogą w krótkim czasie stać się 

background image

pośrednią  przyczyną  śmierci  wielu  ludzi.  Z  dobrego  serca  radzę  mu,  aby  miał  jakieś  sensowne 

pomysły, jak do tego nie dopuścić. 

- Żeby to zrobić, musisz udać się do miasta - bąknął Morton. 

-  Miałem  nadzieję,  że  nie  powiesz  tego  głośno!  Bo,  niestety,  masz  całkowitą  rację. 

Muszę wrócić, odszukać jego kryjówkę, dostać się tam i pogawędzić z tym tytanem intelektu. 

background image

28 

Pewnie  wiesz,  gdzie  go  znaleźć?  -  spytałem  profilaktycznie  Neebę,  ale  potrząsnęła 

przecząco głową. 

- Ogólnie wiadomo, że przybył z nami i pomógł zaprojektować to miasto, którego potem 

nigdy nie opuścił, ale nie mam pojęcia, gdzie konkretnie przebywa. 

-  Cóż,  ktoś  musi  to  wiedzieć...  no  jasne,  nasz  stary  znajomy  Stirner,  a  jeśli  nie  on 

osobiście, to na pewno zna kogoś, kto może pomóc. Jak się z nim skontaktować? 

- Tu jest telefon. 

-  Ślicznie,  tyle  że  ja  nie  znam  jego  numeru  ani  adresu.  Nie  mam  też  bladego  pojęcia, 

gdzie aktualnie przebywa. 

- Tu nikt nie ma numeru telefonicznego, bo to nie jest potrzebne. Zadzwoń do informacji 

i spytaj o niego. 

Wzięła słuchawkę, a ekran rozjarzył się pytaniem NAZWISKO? System był skuteczny i 

po  czterech  odpowiedziach  gotów  byłem  pogratulować  temu,  kto  to  wymyślił,  bo  na  ekranie 

ukazał się napis ŁĄCZĘ, a po paru dalszych sekundach zobaczyłem zatroskane oblicze Stirnera. 

Uśmiechnął się słabo na mój widok. 

- Witaj, Jim. W czym mogę ci pomóc? 

-  Jesteś  specjalistą  od  kabli  i  kontaktów,  tak?  Chciałbym  pogawędzić  z  waszym 

półbogiem, Markiem Czwartym. 

- Dziwnie dobierasz słowa. Nigdy jeszcze nie słyszałem, aby ktoś nazwał go pół... 

- Nieważne. Wiesz, gdzie on jest? 

- Oczywiście. 

- Zaprowadzisz mnie tam? 

-  To  wymaga  zastanowienia.  Z  oczywistych  powodów  zawsze  szanowano  jego 

prywatność. Z tego, co czytałem, był czasem proszony o konsultacje po zbudowaniu miasta lub 

sugerował to czy tamto, ale w ciągu ostatnich kilkuset lat nikt go nie niepokoił. Sam bym tam nie 

poszedł,  ale  ciebie  mogę  zaprowadzić.  Jesteś  indywidualnością  podobnie  odmienną  od 

pozostałych, jak sam Mark Czwarty. Uważaj tylko przy powrocie do miasta. Pociągi nie kursują, 

a ludzie zostali siłą zatrzymani. Z ostatnich meldunków wynika, że nikt nie wraca. 

- Coś wymyślę. Bądź pod telefonem, bo zjawię się jeszcze dzisiaj. Muszę pogadać z tym 

cudem  techniki,  nim  minie  czas  wyznaczony  przez  Zennora.  -  Odwiesiłem  słuchawkę  i 

background image

wpatrzyłem się w ekran, ale nie wyświetliło się na nim nic inspirującego. -Masz jakieś pomysły, 

Morton? 

- Jeśli chcesz sensownych pomysłów, to nie bardzo. Innych aż w nadmiarze. 

- Do luftu. Gdybym cię posłuchał, pewnie od razu trafiłbym do pierdla. 

- Mogę coś powiedzieć? - spytała Neebe. 

- Jak najbardziej. 

-  Pojedziesz  jako  mój  ojciec.  Mamy  tu  mały  teatr  i  doskonałego  charakteryzatora. 

Ponieważ będziesz stary, a ja będę prowadzić wóz, nie musisz nawet znać drogi. 

-  Jesteś  genialna!  -  Pocałowałem  ją z  radości  i natychmiast puściłem.  Krew nie  woda, 

ale czasu nie było, pozostawała natychmiastowa separacja. - No to pospieszmy się. 

-  Brat  zaprowadzi  cię  do  teatru,  a  ja  uprzedzę  kogo  trzeba  i  załatwię  transport.  To 

fascynujące  i  podniecające  jednocześnie.  Dzięki,  że  pozwoliłeś  mi  pomóc.  To  o  wiele 

zabawniejsze niż szkoła. 

- Nie ma za co. A czego się uczysz? 

- Wulkanologii. Uwielbiam gorącą lawę... 

- Pasjonujące, ale o tym potem, jeśli byłabyś tak miła. 

- Naturalnie. O, idzie mój brat. 

Podstawiono nam specjalny pociąg, tylko lokomotywa i jeden wagon. Machnąłem ręką 

Mortonowi  i  z  trudem  wdrapałem  się  na  górę.  Szpakowata  broda,  zreumatyzowane  oblicze, 

czerwone  oczka,  zmarszczki  i przygarbiająca  mnie  uprząż  pod ubraniem,  dzięki  czemu  miałem 

wspaniały  widok  na  własne  buty.  Aha,  i  jeszcze  pokryte  wątrobianymi  plamami  dłonie. 

Faktycznie, mieli dobrego charakteryzatora. 

Wysiedliśmy  na  małej  stacyjce,  przy  której  stała  solidna,  czarna  limuzyna.  Na  nasz 

widok wysiadł z niej kierowca i przytrzymując drzwi spytał Neebe: 

- Prowadziłaś już taki wóz? 

- Jasne. Dwustuwatowy lasher, doskonale się nim jeździ. 

- Podkręciłem go do trzydziestu trzech tysięcy, więc energii wystarczy. Generator, jakby 

co,  jest  przy  przednich  kołach,  ale  nie  powinien  być  potrzebny.  Z  dodatkowym  żyroskopem, 

praktycznie niewywracalny. Życzę szczęścia! 

Wsiedliśmy, Neebe uruchomiła całe to ustrojstwo i przeciążenie wgniotło mnie w fotel. 

Wystartowaliśmy jak myśliwiec. Na szczęście droga była idealnie prosta. 

background image

- Zwolnię przed rogatką - stwierdziła. - Ciekawe, ile to pudło wyciąga? 

-  Mnie  to  nie  ciekawi  -  odparłem,  widząc  za  oknem  zlewający  się  w  jedną  smugę 

krajobraz.  - Znam  ciekawsze  sposoby  popełnienia  samobójstwa,  a  na  dodatek  mam  jeszcze  coś 

do zrobienia. Roześmiała się, ale zwolniła. 

Ocknąłem  się,  gdy  zwolniliśmy.  Potem  był  łagodny  zakręt  i  rogatka,  czyli  szlaban 

zrobiony z belki ustawionej w poprzek drogi. 

- Co to za blokowanie drogi, półgłówki? - zapiałem falsetem przez okno. 

-  Spokojnie, dziadku, bo ci omega wysiądzie - odparł  gruby kapitan oparty  o  rzeczoną 

belkę  i  dłubiący  w  zębach.  Pewnie  wspominał  właśnie  znakomitego hotpupa.  -Dokąd  wain  tak 

pilno? 

-  Jesteś  tak  głupi,  jak  wyglądasz,  czy  może  pozory  mylą  i  jeszcze  głupszy?  Nie 

słyszałeś,  co  gadał  ten  wasz  gównodrący  czy  jak  mu  tam?  Pracownicy  komunalni  mają  dziś 

wrócić do pracy. Jestem inżynierem-elektrykiem i jak nie chcesz srać po ciemku i chlać ciepłego 

piwa, to lepiej przestań zadawać głupie pytania i usuń to drzewo z drogi. 

-  Patrzcie  go,  cholera,  jaki  pracowity  się  znalazł  -  parsknął,  ale  dał  znak  dwóm 

podoficerom, aby podnieśli szlaban. 

Pogroziłem  mu  laską,  z  satysfakcją  odnotowując,  że  nigdzie  nie  było  żadnego 

szeregowego.  Ciekawe,  jak  podobała  się  kadrze  ta  okazja,  by  wziąć  się  wreszcie  do  roboty. 

Minęliśmy  zakręt,  wjechaliśmy  do  miasta.  Neebe  zatrzymała  się  przy  budce  telefonicznej, 

wysiadłem  zatem  i  pognałem  do  telefonu.  Całkiem  żwawo  zresztą,  jak  na  zreumatyzowanego 

siedemdziesięciolatka. 

- Jesteś w mieście? - przywitał mnie Stirner. 

- A gdzie? 

- W takim razie spotkamy się przy wejściu. 

- Do czego? 

-  Do pomieszczeń zajmowanych przez  Marka Czwartego na placu  jego imienia, a niby 

gdzie indziej? 

Faktycznie,  bo  i  gdzie  miałby  być.  Sądziłem,  że to  tylko  pomnik,  ale  pewnie pod  nim 

była rezydencja starego robota. Wsiadłem do wozu i ruszyliśmy z piskiem opon. Zabrałem się za 

zdejmowanie charakteryzacji, od uprzęży zaczynając. Brodę zostawiłem na wypadek, gdybyśmy 

spotkali jeszcze jakiś patrol. 

background image

Faktycznie spotkaliśmy,  ale  nas  nie  zaczepili,  niemniej  i  tak  zrobili  na  mnie  wrażenie. 

Korzystając z tego, że  sierżant zagapił  się na  nas, dwóch ostatnich w  szyku żołnierzy  prysnęło, 

znikając błyskawicznie w otwartych drzwiach budynku, które natychmiast ktoś za nimi zamknął. 

Ślicznie!  Szeregi dezerterów  rosły  nieustannie,  a  jak  tak  dalej  pójdzie,  to Zennorowi naprawdę 

zostaną tylko szarże, a z taką armią nie wygrywa się wojen. 

Podjechaliśmy  na  plac,  gdzie  Stirner  podziwiał  już  pomnik,  toteż  zdjąłem  ostatnie 

owłosienie i wysiadłem. 

- Chciałbym iść z tobą - westchnął Stirner. 

- Ja też - dodała Neebe. - Ale nie zostaliśmy zaproszeni, więc nie będziemy się narzucać. 

- Jak tam się wchodzi? 

- Przez to. - Stirner wskazał na drzwi z brązu w tylnej ścianie cokołu. 

- Masz klucz? 

Oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni. 

- Naturalnie, że nie mam. Nie są zamknięte. 

-  Powinienem się  tego  domyślić  -  mruknąłem  zrezygnowany  i  uścisnąłem  wyciągnięte 

dłonie. 

Mogłem  zrozumieć  ich  nastroje,  ostatecznie  udawałem  się  na  spotkanie  z  kimś,  kogo 

według kryteriów wielu innych kultur trzeba by nazwać bogiem. 

Klamka  stawiła  lekki  opór,  drzwi  skrzypnęły  rozdzierająco,  ale  ustąpiły.  Za  nimi  były 

nieco  zakurzone  stopnie;  światło  zapaliło  się  automatycznie,  chociaż  nie  wszystkie  lampy 

działały. Miałem nadzieję, że podobny los nie spotkał gospodarza. 

Kichnąłem,  gdy  moje  stopy  wzbiły  kilkusetletni  kurz.  Droga  w  dół  była  długa,  a 

kończyła  się  małą  salką  ozdobioną  fosforyzującymi  diagramami  schodów.  Były  tam  też 

masywne,  pozłacane  wrota  wysadzane  diamentami  z  napisem  JESTEM,  WIĘC  MYŚLĘ. 

Drobniejszymi literami widniało jeszcze poniżej: UPRASZA SIĘ O WYCIERANIE OBUWIA. 

Przed  drzwiami była  siwa  od  kurzu  wycieraczka.  Mogli by  tu,  cholera,  chociaż  raz na 

sto  lat  posprzątać!  Klamka  ze  szlifowanego  rubinu  poddała  się  bez  walki,  a  drzwi  nawet  nie 

skrzypnęły.  Znalazłem  się  w  przestronnym,  dobrze  oświetlonym  i  klimatyzowanym 

pomieszczeniu, którego jedną ścianę zajmował pulpit sterowniczy. Na środku sali siedział Mark 

Czwarty jak żywy, czyli idealnie zgodny ze  swoimi portretami,  które  widziałem  w niezliczonej 

ilości. Jedyną różnicą było to, że tutaj łączyła go z tablicą gruba wiązka przewodów. Tu i ówdzie 

background image

świeciły się jakieś lampki, a obiektywy kamer przesunęły się w moją stronę. Znaczy się, działał. 

Podszedłem bliżej i resztką zdrowego rozsądku powstrzymałem się przed ukłonem. Cisza trwała 

niezmącona, toteż w końcu odchrząknąłem i spytałem: 

- Mark Czwarty, jak przypuszczam? 

- Oczywiście, a kogo się spodziewa... łup!  - Głos był chrypliwy, a na „łup" odskoczyła 

jakaś klapka w korpusie, coś zadymiło wewnątrz i wszystko umilkło. 

-  Ślicznie,  cholera!  Siedział  tu  przez  kilkaset  lat  i  nic  nie  robił,  a  ledwie  człowiek 

zagadał, to się przepalił! Zagrywka rodem ze starej komedii! - powarkiwałem wściekły. - Dureń 

katodowy... 

Przerwał  mi  łomot  za  plecami,  toteż  odskoczyłem  pospiesznie,  przyjmując  na  wszelki 

wypadek pozygę obronną, ale nie było się przed czym bronić. W ścianie ukazały się drzwiczki, z 

których wyjechał mały, wieloczynnościowy robot na gumowych kółkach. Wetknął jakiś chwytak 

w  otwartą klapkę gospodarza, wyciągnął dymiącą  z lekka płytkę obwodów drukowanych,  którą 

cisnął na podłogę, a ze szczeliny we własnym korpusie wyjął nową płytkę i zamontował. Klapka 

zamknęła się z lekkim trzaskiem, a robot zawrócił i odjechał do kąta. 

-  Ani  się  nie  przepaliłem,  ani  nie  przestałem  działać  -  oznajmił  Mark  Czwarty  miłym 

barytonem. - Moja karta dźwiękowa odmówiła posłuszeństwa, co po kilkuset latach nieużywania 

jest rzeczą niezbyt dziwną. Witam cię, Jimie diGriz. 

- Jak na siedzącego od wieków w piwnicy jesteś nieźle poinformowany. 

-  Wygląd  o  niczym nie świadczy,  a dane elektroniczne  przyswajać można na  rozmaite 

sposoby. Ważne są receptory, nie procesor. 

-  Też  racja.  -  Ustąpiłem  z  drogi  automatycznej  miotle.  -  Skoro  wiesz,  kim  jestem,  to 

wiesz także, co się wyrabia na górze. 

- Wiem. Od ładnego tysiąca lat nie było tam tak wesoło. 

- Podoba ci się? - Zaczynałem wpadać w złość, toteż złośliwy chichot, który rozległ się 

po chwili, nieco mnie zaskoczył. 

-  Nerwy,  chłopie.  Przyznaję,  że  karty  z  intonacjami  nie  używałem  od  paru  tysiącleci, 

jako że moi podopieczni wolą głos bezosobowy. A może masz ochotę porozmawiać z damą? 

Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane ciepłym kontr-altem. 

- Już lepiej bądź facetem, łatwiej się będzie rozmawiać o interesach. Poza tym maszyna 

to zwykle „on", choć nie wiem dlaczego. Robi ci to jakąś różnicę? 

background image

-  Żadnej.  Podobnie  jak  forma,  możesz  do  mnie  mówić  on,  ono,  ona  lub  to  coś.  Jak  ci 

wygodniej. Płeć nie ma dla mnie znaczenia. 

- Nie wiesz, co tracisz! 

-  Nonsens.  Nie  można  stracić  czegoś,  czego  się  nigdy  nie  miało.  Budzisz  się  w  nocy 

żałując, że nie masz, powiedzmy, fotoreceptorów? 

Pytanie było trafne, ale czas na luźną pogawędkę niewłaściwy. 

-  Słuchaj no,  przybyłem  tu  z pewnego  konkretnego  i  ważnego  powodu.  Pobajdurzyć z 

przyjemnością wpadnę później, ale teraz do rzeczy. Słyszałeś, jak sądzę, zapowiedzi tego idioty 

Zennora. Co zamierzasz przedsięwziąć? 

- Nic. 

-  Że  jak?  Wymyśliłeś  Przyzwalającą  Wspólnotę  Otwartą  i  rozpowszechniłeś  ją  wśród 

ludzi. Przywiozłeś tu swych wyznawców, a teraz będziesz siedział i patrzył, jak ich wyrzynają? 

-  Nie  pierdol  -  odparł  ciepło.  -  Prawda  wygląda  nieco  inaczej.  Opublikowałem  pewną 

pracę zawierającą tezy systemu historiozoficznego, który kto chciał, mógł przyjąć za swój. Część 

czytelników stała się jego entuzjastami, zastosowała to w praktyce i polubiła ten sposób życia. To 

oni  mnie  tu  przywieźli,  a  nie  ja  ich.  Tak  to  wygląda,  a  teraz  wróciliśmy  do  punktu  wyjścia. 

Emocje i logika w zasadzie nie dają się pogodzić. 

Ponownie przepuściłem automiotłę, tym razem wracającą do schowka, co dało mi czas 

na uspokojenie nerwów. 

- Owszem. Zaczynamy od nowa. Twoi zwolennicy mają zostać zabici. Zamierzasz coś z 

tym zrobić? 

- Fizycznie niewiele mogę. A konteksty filozoficzne i socjologiczne, jak i ich polityczne 

implikacje, wyłożyłem w moich pracach. Mieszkańcy tej planety wiedzą o Wspólnocie tyle samo 

co ja. 

-  A  zatem  będziesz  siedział  tu  sobie  spokojnie,  słuchał  elektronicznych  szumów  i 

pozwolisz im zginąć? 

- Ludzie ginęli za przekonania, zanim ktokolwiek pomyślał, by mnie stworzyć. 

-  No  tak.  W  takim  razie  uprzejmie  cię  informuję,  że  ja  nie  zamierzam  siedzieć 

bezczynnie. 

- A co masz zamiar zrobić? 

- Jeszcze nie wiem. A świta ci jakiś rozsądny pomysł? 

background image

- A propos czego? 

-  Uwolnienia  zakładników,  zakończenia  inwazji  i  załatwienia  Zennora.  Kolejność 

dowolna... - i wtedy do mnie dotarło, czego naprawdę od niego potrzebuję. - A tak poza tym, czy 

znasz koordynaty przestrzenne tej planety i tego systemu? 

- Naturalnie. 

- To wydrukuj je gdzieś, abym mógł wezwać na pomoc Marynarkę Ligi. 

- A dlaczego miałbym to zrobić? 

- Po to, ty durniu katodowy, aby uratować dziesięciu ludzi przed śmiercią. Jeśli tego nie 

rozumiesz, to... 

- Jim, tylko spokojnie, bo cię krew zaleje albo nagły szlag trafi. Nie widzę powodu, by 

robić to powtórnie, jako że osobiście i własnoręcznie wysłałeś sygnał FTL, gdy tylko odzyskałeś 

tę elektroniczną wronę. 

background image

29

 

Ja wysłałem? - spytałem słabo. 

- Ty wysłałeś. 

-  Ale...  ale...  dureń  ze  mnie!  Wiadomość  od  Waroda  od  początku  do  końca  była 

łgarstwem? 

- Najwyraźniej. 

Należało zacząć myśleć, toteż jąłem chodzić w kółko. Dlaczego Warod mnie okłamał, to 

raz.  Dlaczego nie ma  tu  jeszcze Marynarki,  to  dwa.  Liga  nie pochwala  przecież  ani  wojen,  ani 

mordów, co tu jest grane... 

- Słuchaj, ty starożytny mądralo. Czy Marynarka Ligi zjawiła się już w pobliżu, czy nie? 

- Przykro mi, ale nie wiem. To znaczy, na pewno nie wylądowali, ale czy są na orbicie, 

nie mam pojęcia, bo mój teleskop orbitalny zepsuł się dwa wieki temu. Ponieważ nie wyładowali, 

to sądzę, że jeszcze tu nie dolecieli... Możemy być bardzo daleko od najbliższej bazy. 

Przestałem spacerować i nagle poczułem się bardzo zmęczony. 

- Nie masz jakiejś starej skrzynki lub czegoś, na czym dałoby się usiąść? - spytałem. 

- O cholera... Przepraszam. Wyszedłem z wprawy jako gospodarz. 

Ledwo  skończył  mówić,  za  moimi  plecami  wyrosła  kanapa.  Skorzystałem  z 

przyjemnością. 

- Miękka, wygodna - cmoknąłem z uznaniem. 

- Może drinka? - Bystry był, to trzeba mu przyznać. 

- Byle nie za mocnego. 

-  Nie  jestem  chwilowo  zbyt  dobrze  zaopatrzony...  mam  tylko  prawie  czterystuletnie 

wino, ale podobno z wiekiem zyskuje na smaku... 

Samobieżny barek trącił mnie lekko w ramie. Zdmuchnąłem kurz z butelki i włączyłem 

autokorkociąg.  Zdołał  wyjąć  zabytkowy  korek  w  całości,  co  było  niemałym  osiągnięciem. 

Nalałem  do  kieliszka  i  powąchałem.  Zatkało  mnie,  czegoś  podobnego  dotąd  nie  znałem.  W 

smaku było jeszcze lepsze. 

- Doskonałe! Albo prawie. Do rzeczy, która godzina? 

- Szesnaście godzin do egzekucji - odparł, zaoszczędzając mi kalkulacji. Upiłem wina i 

zacząłem głośno myśleć. 

- Wysłałem wiadomość, zatem flota jest w drodze, co rozwiązuje nam problem inwazji, 

background image

ale  raczej  nie  zdążą  tu  przed  egzekucją,  zatem  nie  należy  na  nich  w  tej  kwestii  liczyć.  Przy 

okazji,  miłe,  że  nie  będę  tu  uwiązany  na  dłużej.  Dobrze,  to  mogę  zrobić  osobiście,  bo  twoje 

pupilki palcem nie ruszą. 

- Tak bym tego nie ujął. Aktualnie w mieście ma miejsce szereg konferencji, a populacja 

stale wzrasta, ludzie gremialnie wracają. 

- Poddali się? Wrócą do pracy? 

-  W  żadnym  wypadku.  Organizują  protest,  choć  nie  jest  jeszcze  ustalone,  jaką  będzie 

miał formę. 

- Skąd to wiesz? 

- Z podsłuchu łączności. Mam blok pamięci poszukujący kluczowych słów i nagrywam 

takie komunikaty czy rozmowy. 

- Łączność armii też podsłuchujesz? 

- Naturalnie. Sporo ciekawostek można tam znaleźć. 

- Znasz ich język? 

-  Znam  każdy  język.  Konkretnie  znam  tysiąc  sześćset  języków,  gwar  i  dialektów...  

amen, en ting er i hvert fald siker. Du taller ikke dansk. Og hvorfor są ikke det? Dansk er da et 

smukt, melodisk sprong. 

Nieźle, sądziłem, że poza mną nikt nie słyszał o duńskim. Ale był jeszcze jeden język, 

którego nie powinien znać, gdyż stał się językiem martwym na długo przed powstaniem Marka 

Czwartego i stał się mową znaną jedynie pewnemu stowarzyszeniu tak tajnemu, że wolę tu o nim 

nawet nie wspominać. Język zwany łaciną. 

Nonne cognoscis linguam Latinam? 

- Loąuame linguam Latinam? - odparł Mark Czwarty pewnym głosem. - Quid referam 

in  singulorum  verborum  delectu,  in  coniunctorum  compositione,  et  structura,  in  casutan  atque 

temporum  discriminatione,  in  certarum  concinnitate  formularum,  in  incisorum  membrorumąue 

conformatione,  in  modulandis  circumdictionibus,  in  elegantiarum  cuiusąue  ge-neris  accurata, 

elaborataąue freąuentatione ąuantus tum sim et ąuam purus putus Ciceronianus? Ex ąua Cicero 

mortuus  est,  meis  verbis  nihil  latinius.  Memoria  vero  libros  omnium  auctorum  latinorum  tam 

veterum ąuam recentiorum et neotericorum continet. Voces peregrinae et barbarae ąuae latinis 

eloąuiis  inseruntur,  omino  mihi  notae  sunt.  Nae  tu  es  baro  et  balatro,  nam  ego  studeo  partes 

difflciles cognoscere ąuas scholastici doctores gestant, latebras singulas auxilio mei ipsius cerno. 

background image

Doctissimi  enimvero  homines  omnino  unńersitatum  modernarum  me  rogant  sensus  omnium 

talium verborum. 

Musiałem pozbierać szczękę z podłogi, gdy skończył. 

-  Wyłapałeś  niuanse,  Jim?  -  spytał  radośnie.  -  Zupełnie  jak  Cycero,  każde  słowo 

starannie dobrane i zdania dobrze skomponowane i wyważone, by uwypuklić czasy... - perorował 

w  zapamiętaniu,  a  ja  przez  chwilę  zapomniałem  nawet,  że  mam  do  czynienia  z  inteligentną 

maszyną, ale ostatecznie postanowiłem zaprząc ją do roboty. 

- Mark, wracając do rzeczy, pomożesz mi? - przerwałem mu grzecznie, ale stanowczo. 

- Jak tylko będę mógł. 

Znów  upiłem  wina.  Zaczynałem  z  wolna  odczuwać  zbawienny  wpływ  trunku na  szare 

komórki. 

-  Słuchaj,  widziałem dziś,  jak  dezerteruje dwóch żołnierzy.  Ilu  dezerterów jest  teraz  w 

mieście? 

- Stu dwudziestu jeden... o, przepraszam, już stu dwudziestu dwóch. 

- Ilu ma broń? 

- Wszyscy. Co do jednego uciekli podczas patroli. 

Pomysł  zaczynał  nabierać  konkretnych  kształtów.  Mając  stu  dwudziestu  uzbrojonych 

ludzi można było zacząć sensownie planować, i to niejedno. Pytanie tylko, czy użyją broni... 

-  Chciałbym  się spotkać  z  nimi  wszystkimi  w  jednym  miejscu.  I  żeby  byli  uzbrojeni  - 

powiedziałem powoli. - Musisz to zorganizować. 

Przez długą chwilę panowała cisza. Myślałem, że ma tak ciężki tok myślowy, ale nie. 

-  Załatwione  -  oznajmił  niespodziewanie.  -  Zjawią  się  wraz  z  tymi,  którzy  ich 

przechowują, w hali sportowej blisko miejsca wybranego przez najeźdźców na mord. 

- Przyznaję, że mnie uprzedziłeś. 

- Mam nadzieję, bo inaczej wyszłoby, że jestem głupszy niż ty, i że nadaję się jedynie na 

złom. Ponieważ do spotkania pozostało jeszcze parę godzin, czy zechciałbyś mi się odwdzięczyć 

i trochę pogawędzić? Przez jakieś tysiąc lat nie byłem na bieżąco ze sprawami galaktyki. Co tam 

nowego? 

To było dziwne popołudnie. Miał doskonałą pamięć i dowiedziałem się masy rzeczy, ale 

jednego nie był w stanie mi powiedzieć, jako że powstał już po rozpoczęciu ekspansji kosmicznej 

przez ludzi. 

background image

-  Podobnie  jak  ty,  znam  jedynie  legendy  i  mgliste  wspomnienia.  Jeśli  istniała  jedna 

planeta, z której wywodzi się cała ludzkość, planeta zwana Kurz czy Ziemia, to jej położenie nie 

jest mi znane. 

- Co szkodziło spytać! Miło się z tobą gawędzi, ale chyba na mnie już pora. 

- Racja. Wiesz, jak się wychodzi. 

-  Możesz  być  tego  pewien.  Wyłącz  światło,  jak  wyjdę,  choć  wątpię,  by  brakowało  ci 

prądu. 

-  Wyłączy  się  automatycznie,  choć  prądu  mi  faktycznie  nie  brak.  Sztuka  przetrwania 

była jedną z pierwszych, jakich się nauczyłem. Sieć miejska, generatory awaryjne, akumulatory i 

reaktor, który mogę uruchomić w dziesięć minut. Chyba wystarczy? 

- Chyba. To tymczasem. 

Pokonałem schody i wyjrzałem ostrożnie. Żadnych patroli, za to Stiraer i Neebe czekali 

na mnie na pobliskiej ławce. 

- Nie boicie się, że patrol was znajdzie? - spytałem. - Ponoć ogłosili godzinę policyjną? 

- Tylu zdezerterowało, że wycofali patrole - uśmiechnął się Stirner. -Wojsko jest albo w 

bazie,  albo  w  budynku  zajętym  na  sztab.  Teraz  powiedz  nam,  rozmawiałeś  z  Markiem 

Czwartym? 

- Rozmawiałem i byłem jego gościem. I piłem wino, w którego smak nie uwierzycie. 

-  Uwierzę  we  wszystko, co dotyczy  Marka  Czwartego - odparł  Stirner przy  milczącym 

przytakiwaniu Neebe.  -  Ale  przykro  mi,  że nie podsunął  ci żadnego sposobu na powstrzymanie 

zabójstw. 

- A skąd możesz to wiedzieć? O tym nie mówiłem. 

-  Nie  musiałeś.  Mark  Czwarty  wie,  że  jest  to  problem,  z  którym  musimy  uporać  się 

sami.  I  zrobimy  to.  Podjęliśmy  już  decyzję.  Wszyscy  w  mieście  zbiorą  się  jutro  na  miejscu 

zabójstw i podejmą indywidualne decyzje. Zasłonimy zakładników i nie dopuścimy, by zginęli. 

- Szlachetne to, ale raczej głupie. Zastrzelą najpierw was, potem ich. 

-  To  inni  zajmą  nasze  miejsce.  Na  bierny  opór  nie  ma  sposobu,  chyba  że  zabije  się 

wszystkich, a wtedy nie będzie kim rządzić. Albo się opamiętają, albo skończą im się naboje. 

-  Naboi  mają  sporo,  a  co do opamiętania się, to  raczej bym na to nie  liczył... Mam na 

szczęście  nadzieję,  że  nie  będzie  aż  tak  źle.  Z  pomocą  Marka  Czwartego  zaaranżowałem 

spotkanie  dezerterów  w  hali  sportowej.  Chcę  omówić  z  nimi  nieco  konkretniejszy  plan. 

background image

Zaprowadzisz mnie tam? 

Spacerek był przyjemny, jako że wojsko w ogóle nie pokazywało się na ulicach, za to co 

i  rusz  widać  było  grupki  odprowadzające  jednego  czy  dwóch  dezerterów  zadowolonych,  że 

zmorę służby wojskowej mają już za sobą. 

Hala  mieściła  stadion,  w  centrum  którego  stał  ring  zapaśniczy,  wlazłem  więc  tam 

szykując się do roli agitatora. 

Ekswojsko  zajęło  niższe  rzędy,  a  zainteresowani  resztę  miejsc.  Złapałem  mikrofon  i 

poczekałem, aż zapadnie cisza. 

-  Witam  byłych  szeregowych  ze  znienawidzonej  armii,  do  której  też  miałem 

nieprzyjemność należeć. Większość z was mnie nie zna... 

- Wszyscy cię znamy! - przerwał mi głos z widowni. - To ty o mało co nie załatwiłeś tej 

starej świni, generała... 

- Więcej szczęścia następnym razem! 

- Dzięki, miło być docenianym! - Odczekałem, aż ucichnie owacja. - Teraz proszę was o 

pomoc.  Nasz  wspomniany  tu  generał  chce  zastrzelić  dziesięciu  bezbronnych  cywilów  spośród 

ludzi,  którzy  pomogli  wam  i  waszym  kumplom  uciec,  a  wszystkich  nas  darzą  przyjaźnią. 

Musimy  teraz  im  pomóc,  i  to  najprościej,  jak  można.  Mamy  broń  i  wiemy,  jak  jej  użyć.  Gdy 

Zennor zjawi się na miejscu egzekucji, a zjawi się na pewno, zapowiemy mu, iż użyjemy jej, jeśli 

nie uwolni zakładników. Powinno się udać, ale jeśli dojdzie do strzelaniny... Być może zdołamy 

utłuc przy tej okazji i jego, i sztab, a wówczas skończymy z całą tą kretyńską inwazją. Owszem, 

możemy przy tym zginąć, ale uważam, że jesteśmy to winni i sobie, i gospodarzom. 

Przyznaję, plan nie był oryginalny i więcej było w nim dziur niż sera, ale nic lepszego 

nie przyszło mi już do głowy. Wywiązała się zaciekła dyskusja, ale w końcu ktoś rozsądny wpadł 

na  pomysł,  by  przeprowadzić  głosowanie  i  reszta  poszła  już  sprawnie.  Większość  poparła  mój 

projekt  (pewnie  dlatego,  że  nie  wiedziała,  jak  wycofać  się  z  tego  z  twarzą)  i  pod  moim 

przewodnictwem  zmieniliśmy  miejsce  postoju  na  budynki  przylegające  do  placu,  miejsca 

przyszłej  egzekucji.  Położyliśmy  się  spać,  ja  zaś  zdawałem  sobie  sprawę,  że  część  z  moich 

wojaków zniknie do rana jak sen złoty, ale na to nie było rady. Miałem jedynie nadzieję, że nie 

będzie to przeważająca część. 

Obudziłem  się,  gdy  zaczęło  się  przejaśniać,  i  odsunąłem  pluszowego  misia 

zasłaniającego  mi widok,  jako że na punkt dowodzenia wybrałem  sklep z zabawkami.  Po  kilku 

background image

minutach  na  placu  pojawili  się  pierwsi  żołnierze,  to  znaczy  oficerowie  i  podoficerowie,  gdyż 

szeregowca  nie  było  wśród  nich  ani  jednego.  Potem  nadjechała  kawalkada  samochodów  z 

Zennorem,  sztabem  i  dziesięcioma  zakładnikami.  Brak  szeregowych  upraszczał  sprawę,  jakby 

jednak doszło do strzelaniny, idealnym i podstawowym celem dla każdego szeregowego jest jego 

kapral, sierżant lub znajomy oficer. Zanim zaprowadzono względny porządek, rozległ się klekot 

gąsienic  i  naprzeciw  mojego  okna  stanął  pluton  czołgów.  Przyznaję,  że  tego  się  nie 

spodziewałem. 

Podobnie  jak  i  tego,  że Zennor  wyciągnie z  kabury  pistolet i  wystrzeli w  szybę sklepu 

zabawkarskiego. 

- Wyłaź, diGriz! -wrzasnął. - Zabawa się skończyła! 

Cóż  było  robić?  Wyszedłem.  Przez  drzwi  naturalnie,  nie  przez  okno.  Przyjrzałem  się 

sytuacji.  Lufy  czołgów  w  większości  kierowały  się  na  budynki  zajęte  przez  moich  pod-

opiecznych, a nad wszystkim unosił się złośliwy śmiech Zennora. 

- Naprawdę sadziłeś, że ci się uda? - spytał Zennor z niedowierzaniem. - Durniu, miałem 

wśród was moich ludzi! Chciałbyś zobaczyć jednego z nich? 

Uniósł  lewą  dłoń  i  z  grupy  podoficerów  wyszedł  ktoś  w  mundurze  szeregowca,  ale  z 

wąsem i w ciemnych okularach. Gdy zdjął jedno, a odkleił drugie, poznałem go bez trudu. 

- Kapral Gow, żeby to najjaśniejsza cholera wzięła! 

-  Szeregowy  Gow,  i  to  przez  ciebie,  gnojku!  -  warknął  tenże.  -  Rozwaliliby  mnie, 

gdybym  nie  był  dość  bogaty,  by  się  wykupić.  A  wszystko  przez  takie  gówno  jak  ty!  Teraz 

wyrównałem  rachunki.  Gdy  zaczęły  się  dezercje,  zaraz  zgłosiłem  się  na  ochotnika  i  cały  czas 

byłem  w  kontakcie  z  panem  generałem.  Teraz  przywrócą  mi  rangę,  a  ty  pójdziesz  do  piachu, 

gdzie jest miejsce dla takich glist! 

- I kto to mówi? Dupek do kwadratu... 

- Możesz sobie gadać, szpiegu, i tak siedzisz już po uszy w gównie. 

-  Siedzisz  -  przytaknął  Zennor,  celując  mi  między  oczy.  -  Ciekaw  jestem,  o  czym 

myślisz, wiedząc,że umrzesz, i to zaraz? 

background image

30 

Miewałem  już  w  życiu  chwile  bezradności,  ale  przyznaję,  że  tak  źle  jeszcze  nie  było. 

Obstawiony  zewsząd  uzbrojonymi  cymbałami  czekającymi  z  radością,  aby  tylko  nacisnąć  na 

spusty. I jeszcze uzbrojona armia pomocników za plecami. A co gorsza, zupełny brak pomysłów. 

-  Milczysz?  -  Zennor  niespodziewanie  opuścił  broń.  -  Strach  cię  obleciał?  No  to 

napocisz  się  jeszcze, bo  najpierw  pooglądasz  sobie  egzekucję  innych. Tych  tchórzliwych  świń, 

które  chciały  do  mnie  strzelać.  I  całej  dziesiątki  zakładników,  naturalnie.  Zawsze  dotrzymuję 

słowa i teraz oświadczam, że zabiję cię osobiście. Ale na samym końcu. 

- Nie, jeśli ja zabiję cię pierwszy - warknąłem, nie mając już nic do stracenia i ruszyłem 

ku niemu. 

A on uciekł! 

Niedaleko, co prawda, bo tylko do szeregu zakładników, ale zawsze. Złapał jakąś babcię 

i przystawi jej broń do skroni. 

- Jeszcze jeden krok, a ona zginie na początek. Wierzysz mi, diGriz? 

Głupie pytanie, pewnie, że mu wierzyłem.  W tej właśnie chwili usłyszałem  za plecami 

jakiś  tumult  i  odwróciłem  się.  Zennor  też.  Z  bocznej  ulicy  wypływał  tłum  prowadzony  przez 

Stirnera i Neebę. 

- Cholera jasna! - zakląłem w bezsilnej złości. 

Zennor  puścił  starszą  panią  i  wycelował  w  Stirnera,  na  którym  nie  zrobiło  to 

najmniejszego wrażenia. Doszedł na parę kroków do Zennora i krzyknął: 

- Słuchajcie, uzbrojeni przybysze! Odłóżcie broń, a nikomu nie stanie się krzywda! 

- Jeszcze krok, a cię zabiję! - ryknął Zennor. 

- Wierzę, że to zrobisz. Jeszcze kilka minut temu nie wierzyłem, że normalny człowiek 

może zabić innego człowieka, ale teraz już w to wierzę. 

- I dobrze. W takim razie... 

-  Zamknij  się!  -  stwierdził  spokojnie  Stirner.  -  I  tak  zrobimy  to,  po  co  przyszliśmy. 

Zabiorę ci broń. Jeśli zabijesz mnie, zrobi to ktoś inny. Jeśli i jego zabijesz, to następny. W końcu 

zabraknie  ci  amunicji,  a  wtedy  ktoś ci  ją zabierze.  Nie  wygrasz  z  nami, bo  albo  skończą  ci  się 

pociski,  albo  nas  wszystkich  pozabijasz  i  nie  będziesz  miał  kim  rządzić,  ty  niewydarzony 

dyktatorze. Zabawa faktycznie się skończyła. 

- Nieprawda! - W oczach Zennora błysnęło szaleństwo. - Ludzie tak się nie zachowują. 

background image

Kiedy cię zastrzelę, a moi podwładni załatwią parę pierwszych szeregów i zrobi się tu czerwono 

od krwi, to reszta w końcu ucieknie. Nie powstrzymasz mnie, bo... 

Ciągu dalszego nie było, bowiem dałem w łeb stojącemu obok oficerowi i skoczyłem ku 

generałowi,  odpychając  Stirnera.  Trzeba  przyznać,  że  bydlę  miało  refleks.  Ta  sekunda,  którą 

straciłem  na  oficera,  wystarczyła,  by  uskoczył  i  zdzielił  mnie  w  łeb  lufą,  aż  mi  w  oczach 

pociemniało. 

- Zgłaszasz się na ochotnika, diGriz? Ostatecznie mogę zacząć i od ciebie... 

Nadal  miałem ciemno  w oczach, ale zanim doszedłem do siebie,  z  góry  rozległ się  tak 

wzmocniony głos, że i uszy mnie zabolały. 

- Wojna skończona! Odłożyć broń! 

Tak  jak  wszyscy,  uniosłem  głowę.  Nic  dziwnego,  że  wzrok  mi  się  pogorszył  -  nad 

miastem wisiał największy krążownik kosmiczny, jaki w życiu widziałem, i dokładnie przesłaniał 

słońce. Jego różnorodne uzbrojenie wycelowane było głównie w dół. 

Marynarka Ligi przybyła! 

Tyle że chwilę za późno. 

- Nigdy! - ryknął Zennor - Ognia! Zestrzelić mi to gówno! 

I przystawił mi broń do głowy, naciskając spust. 

Nic się nie stało. 

Spust  ani  drgnął,  choć  cała  ręka  mu  zbielała.  Opamiętałem  się  pierwszy.  Łagodnie 

odsunąłem dłoń z pistoletem i wyprowadziłem cios, jakiego chyba nigdy w życiu nie udało mi się 

już  powtórzyć.  Cios  zaczął  się  gdzieś  na  wysokości  moich  kolan,  a  skończył  na  jego  szczęce, 

wsparty całą  moją  siłą i  wściekłością za  wszystko, czego był sprawcą. Ręka bolała mnie potem 

przez  dwa  dni,  ale  warto  było.  Coś  chrupnęło,  mam  nadzieję,  że  jego  szczęka,  a  sam  generał 

Zennor  uniósł  się  na  dobry  metr  w  górę  i  poleciał  jeszcze  ze  dwa  do  tyłu,  nim  rąbnął  o  bruk 

niczym  worek  sieczki,  tracąc  przytomność  jeszcze  w  locie.  Uśmiechnąłem  się,  naprawdę 

zadowolony, i usłyszałem mniej przeraźliwy, choć nadal potężny głos Waroda. 

-  Wasza  broń nie działa!  Emitujemy pole uniemożliwiające wzajemny  ruch elementów 

metalowych.  Na  istoty żywe pole nie ma wpływu. Prosimy mieszkańców planety o  rozbrojenie 

napastników. 

Rozległ  się  tupot  wielu  nóg  i  okrzyki  bólu  -  pierwsi  ruszyli  do  dzieła  dezerterzy, 

wyrównując przy okazji stare porachunki. Reszta zgromadzenia dołączyła do nich już spokojniej, 

background image

ale równie skutecznie, dzięki czemu już po paru minutach na środku placu piętrzył się stos broni, 

a  czołgi  stały  martwe  i  ciche,  jako  że  ich  załogi  wyciągnięto  za  uszy  i  kołnierze.  W  kadłubie 

krążownika  otworzył  się  niewielki  luk,  a  ze  środka  wyłoniła  się  znajoma  postać  w  uniformie. 

Raptownie poczułem czyjąś dłoń na ramieniu, odwróciłem się zatem i spojrzałem w uśmiechnięte 

oczy Neebe. 

- To już koniec koszmaru, Jim? 

- Owszem, i to szczęśliwy, jak widać. 

- Co będzie teraz? 

-  Wojsko  wróci do  domu,  a  wasza  planeta  stanie  się z  powrotem  wasza  i,  jak zawsze, 

spokojna. 

- Ty też odjedziesz? 

Coś mi w piersi załomotało, ale na szczęście trwało to krótko. 

-  Nie  wiem...  Nieprawda,  wiem.  Pomimo  wszelkich  atrakcji  tego  miejsca  - 

powiedziałem, ściskając dłoń największej z atrakcji - nie byłbym tu szczęśliwy. Ci, którzy byliby 

ze mną, także. Ta planeta jest dla mnie za spokojna, za... nudna. Przez jakiś czas, tak, chętnie, ale 

na dłużej... to byłoby dla mnie piekło. Jest tyle światów, których nie znam, galaktyka jest wielka, 

i choć to bolesne, ale muszę stąd odejść. 

-  Szczerze radziłbym  ci tu zostać  -  odezwał  się Warod,  który podszedł mnie od tyłu.  - 

Bo inaczej przekonasz się, że na pewnej planecie czeka na ciebie sąd i więzienie. 

- Tak!? - Aż mnie poniosło ze złości. - I ty to mówisz, ty, który raz już mi zełgałeś, że 

nie wspomnę o zignorowaniu  wiadomości  i niemal  dopuszczeniu do tego, żebym i ja,  i  połowa 

mieszkańców została wystrzelana jak kaczki... 

-  Też  coś!  Byliśmy  na  orbicie  już  dwa  dni  po  wysłaniu  przez  ciebie  sygnału. 

Obserwowaliśmy i podsłuchiwaliśmy Zennora przez cały czas. 

- Co proszę? Podsłuchiwaliście? Mark Czwarty wiedziałby o tym... 

- Pewnie, że wiedział. Byliśmy w stałym kontakcie. Bardzo nam pomógł. 

- Próbujesz mi powiedzieć, że on też mi nałgał? 

- W rzeczy samej. 

-  Dlaczego?  -  Przez  sekundę  zabrakło  mi  słów.  -  Dlaczego  bawiliście  się  z  nimi  i  ze 

mną, ryzykując, że sprawy wymkną się spod kontroli, zamiast od razu załatwić problem? 

-  Bo  musieliśmy  poczekać,  aż  na  Nevenkebli  będzie  już  po  wyborach.  Zrobiliśmy,  co 

background image

tylko  się  dało,  żeby  pozbyć  się  Zennora  z  wyspy  i  postaraliśmy  się,  aby  wiedział,  że  jest 

obserwowany. Liczyliśmy na jego paranoję i na to, że zerwie wszelki kontakt z bazą. Ty spisałeś 

się doskonale, przysparzając mu masy kłopotów, dzięki czemu nie miał czasu na nic innego, a to 

było bardzo istotne. Ledwie bowiem wyniósł się z wyspy, zorganizowaliśmy bezkrwawy zamach 

stanu.  Rewolucja  pałacowa  zaowocowała  pozbyciem  się  wojskowych  i  dojściem  do  władzy 

cywilów,  co  położyło  kres  manii  prześladowczej  i  zbrojeniom.  To  tutaj,  wojsko  bez  broni, 

zostanie z łatwością wchłonięte przez społeczeństwo, nad którym nie wiszą już obostrzenia stanu 

wyjątkowego. 

- Zrobiłeś mnie w balona, że nie wspomnę o niecnym wykorzystaniu i okłamaniu. Może 

nie? 

-  Nie  do  końca.  W  całą  sprawę  wplątałeś  się  dobrowolnie  i  dla  swoich  powodów. 

Gdybyśmy ci nie pomogli, to byłbyś już teraz stygnącym trupem. 

Miał trochę racji, zwłaszcza jeśli chodzi o końcówkę. 

- A co z nim? - Z trudem powstrzymałem się, by nie kopnąć leżącego generała. 

- Zennor jest psychicznie chory i trafi do szpitala psychiatrycznego specjalizującego się 

w podobnych przypadkach. Praktycznie można powiedzieć, że jego problem przestał istnieć. 

- A ja? 

- Już ci mówiłem. Najlepiej zrobisz, zostając tutaj. Ucieczka z więzienia, czekający cię 

proces... 

- Przestań pieprzyć! Jestem teraz tajnym współpracownikiem Ligi i tak też proszę mnie 

traktować, kurza  twarz!  Gdyby  nie  ja,  to Marynarka nigdy nie dowiedziałaby się, dokąd lecieć! 

Poza tym cierpiałem w imię zasad Ligi, a nawet zaciągnąłem w jej imieniu pewne zobowiązania 

finansowe... 

-  A,  to.  Wiem.  Ptak  uruchamia  nagrywanie  na  dźwięk  głosu.  Aspya  dostanie  swoje 

pieniądze. 

- To ja też chcę. Pełna gaża za cały czas, jaki przepracowałem. 

- I pewnie jeszcze całkowita amnestia za poczynania na Rajskim Zakątku? 

- Nie. Całkowite wymazanie oskarżeń, tak bym mógł odejść stąd jako wolny człowiek. 

Z wynagrodzeniem w kieszeni, ma się rozumieć. 

- Niech będzie moja krzywda - zgodził się Warod z westchnieniem. - Jesteś narwany, ale 

przy dobrym treningu da się z ciebie zrobić porządnego agenta... 

background image

-  Wybij  to  sobie  z  głowy.  Współpraca  z  prawem,  płacenie  podatków  i  czekanie  na 

emeryturę,  z  której nie da  się  wyżyć?  Honor  ponad życie!  Rozliczymy  się  i  pożegnamy!  Mam 

nieco inne priorytety życiowe... 

- Na przykład, kariera przestępcza? 

-  A  co  to  ma  do  rzeczy?  Obiecuję,  że  będę  odtąd  produktywnym  członkiem 

społeczeństwa.  Mogę nawet dać słowo...  -  Mogłem,  ale nie dałem,  zresztą,  mając  takie  wzorce 

łgarstwa  jak  kapitan  Marynarki  Ligi  i  jedyna  w  galaktyce  sztuczna  inteligencja...  Czemu  niby 

świniopas miałby w takim towarzystwie pozostać prawdomówny? 

- Skoro tak, to umowa stoi!  - zdecydował się Warod. Nagle poczułem nieodpartą chęć, 

by skosztować znów czterystuletniego winka. 

- Przyjaciele - powiedziałem do Neebe i Stirnera. - Trzeba uczcić tak ważne wydarzenie. 

Zapraszam was do nader ekskluzywnego lokalu, i to całkiem niedaleko stąd! 

background image

Epilog 

- Jest to bez wątpienia najlepsze wino, jakie piłem - stwierdził uroczyście Stirner. - Jakie 

będę pił, myślałem, że kiedykolwiek wypiję, piję... 

-  Doceniam  zaangażowanie,  ale  może  przestaniesz  odmieniać  to  dalej  -  zaproponował 

Mark Czwarty. - Miło mi, że wam smakuje, zatem proponuję toast: za tego, który uratował naszą 

planetę, za Jamesa diGriz! 

Wypiliśmy.  Gospodarz  nie  wypił,  naturalnie,  za  to  robot  na  kółkach  wylał  mu  nieco 

elektrolitu na suchą baterię. Mark stwierdził, że działa to na niego stymulująco. 

- Serdeczne dzięki! - Uniosłem kielich. - Też mam toast. Za Mortona i Sharlę, skromnie 

się tu rumieniących, oby byli udaną parą! 

Wszyscy wypili (jak wyżej), a szklanice niezwłocznie napełniono, toteż pospieszyłem z 

następnym toastem. 

-  Za  Stirnera,  mego przewodnika po nieznanym  świecie i  za najlepszą  mą  towarzyszkę 

w tej przygodzie, za Neebe! No i za najlepszego od wieków podczaszego, za Marka Czwartego! 

Gdy  umilkły wiwaty  (i otwarto  kolejne butelki),  głos  zabrał nasz gospodarz,  dziękując 

za przybycie. Seplenił co nieco, a rychło udowodnił, że elektrolitem też można się upić. Stirner i 

Neebe  udali  się  po  kolejną  skrzynkę,  Morton  i  Sharla  świata  poza  sobą  nie  widzieli,  a  Mark 

mamrotał  coś  do  siebie  w  kodzie  dwójkowym,  doszedłem  więc  do  wniosku,  że  nadeszła  pora, 

aby dyskretnie się ulotnić. Tak też zrobiłem, żegnany znaczącym mrugnięciem monitorów. 

Powoli  wspiąłem  się  po  schodach,  raz  jeszcze  rozważając  moją  decyzję,  chociaż 

wiedziałem,  że  postępuję  właściwie.  Miejsce  było  nader  miłe,  ale  zdecydowanie  za  spokojne. 

Życie bez policji i przestępstw? Co ja bym tu robił? 

Trzeba  było  wyruszać  w  poszukiwaniu  czegoś  normalniejszego.  To  faktycznie  duża 

galaktyka. 

Jim, gwiazdy należą do ciebie!