background image

4

A.J. Quinell - Reporter

background image

5

Prolog

O

 godzinie 16.40 w niedzielê 7 czerwca 1981 roku z bazy izraelskich si³

powietrznych w Etzion na Pustyni Synajskiej wystartowa³o czternaœcie ma-

szyn. By³y to myœliwce wielozadaniowe: osiem F-l6 i szeœæ F-l5. Ale do

celów planowanej misji z F-16 wymontowano dzia³ka i odczepiono rakiety

powietrze–powietrze, uzbrajaj¹c je zamiast tego w tysi¹ckilogramowe bom-

by i zaopatruj¹c w dodatkowe zbiorniki paliwa. Myœliwce F-15 spe³nia³y

rolê os³ony, zachowa³y wiêc standardowe uzbrojenie, ale je równie¿ wypo-

sa¿ono w dodatkowe zbiorniki.

Maszyny przelecia³y nisko nad zatok¹ Akaba. F-15 utrzymywa³y nieco

wy¿szy pu³ap, os³aniaj¹c formacjê F-16.

Szeœæ minut po starcie samoloty dotar³y do brzegów Arabii Saudyjskiej

i kontynuowa³y kurs równoleg³y do granicy jordañskiej.

O godzinie 16.52 sier¿ant jordañskich si³ powietrznych w bazie Ma’an

ujrza³ na ekranie radaru czternaœcie œwietlistych punkcików. W trzydzieœci

sekund póŸniej wie¿a kontrolna w Ma’an za¿¹da³a od lec¹cych maszyn ujaw-

nienia to¿samoœci. Dowódca dywizjonu uczyni³ to w nieskazitelnym jêzyku

arabskim, wyjaœniaj¹c, ¿e dywizjon lotnictwa saudyjskiego wykonuje w³aœ-

nie lot æwiczebny z bazy w Tabuku. Poda³ te¿ w³aœciwe has³a identyfikacyj-

ne i wymieni³ kilka ¿artobliwych zdañ z wie¿¹ kontroln¹. Formacja polecia-

³a dalej na wschód. Trzy minuty póŸniej czternaœcie punkcików zniknê³o

z monitora radaru w Ma’an.

Jordania i Arabia Saudyjska nie posiadaj¹ zintegrowanego systemu woj-

skowej kontroli przestrzeni powietrznej. Dlatego te¿ wie¿a kontrolna w Ma’an

nie przekaza³a informacji o locie ani do Tabuku, ani do jakiejkolwiek innej

bazy saudyjskiej.

background image

6

O godzinie 17.00 formacja czternastu maszyn zmieni³a kurs na pó³noc-

no-wschodni, w kierunku granicy irackiej.

W tym czasie, na pu³apie dziesiêciu tysiêcy metrów, amerykañski samo-

lot dozoru powietrznego AWACS znajdowa³ siê w odleg³oœci mniej wiêcej

800 kilometrów na po³udniowy wschód od czternastu izraelskich maszyn.

By³a to maszyna wypo¿yczona wraz z personelem pok³adowym i naziem-

nym rz¹dowi saudyjskiemu, bardzo zaniepokojonemu potencjalnymi konse-

kwencjami konfliktu iracko-irañskiego. Jej nies³ychanie czu³e anteny skie-

rowane by³y na wschód, na Zatokê Persk¹, tote¿ operatorzy radarów nie

dostrzegli czternastu intruzów, którzy lecieli samym skrajem pola elektro-

nicznego omiatania.

O godzinie 17.10 czternastka przedosta³a siê nie zauwa¿ona w irack¹

przestrzeñ powietrzn¹ i po szesnastu minutach znalaz³a siê nad celem: zbu-

dowanym przez Francuzów reaktorem nuklearnym Tammuz I w El-Tuwai-

tha, piêtnaœcie kilometrów na po³udniowy zachód od Bagdadu. Podczas gdy

F-16 w klasycznym manewrze zwiêkszy³y pu³ap, ustawiaj¹c siê od strony

zachodz¹cego s³oñca, F-15 zajê³y pozycje obronne, gotowe do zaatakowa-

nia irackich myœliwców, gdyby te zd¹¿y³y przybyæ przed zakoñczeniem mi-

sji.

O godzinie 17.32 pierwszy F-16, lec¹c bardzo nisko, trafi³ swoj¹ tysi¹c-

kilogramow¹ bomb¹ dok³adnie w œrodek betonowej kopu³y reaktora. Za nim

z t¹ sam¹ precyzj¹ zrzuci³y bomby pozosta³e maszyny. Kamery pok³adowe

zarejestrowa³y ca³kowite zniszczenie reaktora. Sukces misji by³ stuprocen-

towy.

Powy¿sze fakty sta³y siê znane i szeroko rozpowszechnione na ca³ym

œwiecie przez œrodki masowego przekazu.

Do wiadomoœci publicznej nie dotar³a jednak wiadomoœæ, ¿e z oœmiu

F-16 tylko siedem zrzuci³o bomby nad El-Tuwaitha. Ósma maszyna wysz³a

z formacji i oddali³a siê o oko³o dziesiêæ kilometrów od oœrodka El-Tuwaitha.

W czasie powy¿szego nalotu, w izraelskiej bazie Etzion, w sali opera-

cyjnej, grupa wy¿szych oficerów si³ powietrznych w wielkim napiêciu s³u-

cha³a przekazywanych przez g³oœnik meldunków pilotów oœmiu F-16. Nieco

na uboczu sta³ genera³ David Ivri w towarzystwie jakiegoœ cywila, który

wyraŸnie nie pasowa³ do wojskowej atmosfery i ludzi znajduj¹cych siê w tym

pomieszczeniu. By³ œmiesznie niski i wrêcz karykaturalnie oty³y, w bia³ym

lnianym garniturze z ciemnozielonym krawatem, z t³ustymi upierœcieniony-

mi palcami.

Kolejne meldunki pilotów o sukcesie ich misji stopniowo wp³ywa³y na

roz³adowanie napiêcia, które w koñcu ust¹pi³o miejsca euforii. Tylko czo³o

grubasa w bia³ym ubraniu pozostawa³o zmarszczone, a wzrok niespokojny.

Wreszcie, po pewnej przerwie, us³yszeli meldunek ósmego pilota. Grubas

background image

7

rozpozna³ jego g³os, gdy¿ zaledwie przed paroma godzinami przeprowadza³

poufn¹ rozmowê z pilotem.

Teraz ten sam g³os zawiadamia³ z odleg³oœci ponad oœmiuset kilome-

trów, ¿e spuœci³ swoj¹ tysi¹ckilogramow¹ bombê w sam œrodek celu. Grubas

rozluŸni³ kurczowo zaciœniête palce, a w k¹cikach jego ust pojawi³ siê uœmie-

szek. Paru oficerów zerknê³o na niego ciekawie, wiedzieli bowiem, ¿e cz³o-

wiek ten, mimo groteskowego wygl¹du, obraca siê w krêgu ludzi dziel¹cych

sekrety niedostêpne nawet genera³om.

Zniszczenie reaktora Tammuz I w El-Tuwaitha nale¿a³o do najbardziej

kontrowersyjnych przedsiêwziêæ si³ zbrojnych Izraela o globalnych konse-

kwencjach. Irakijczycy, których wspierali Francuzi, twierdzili, ¿e reaktor s³u¿y

wy³¹cznie pokojowym celom.

Izraelczycy g³osili coœ wrêcz przeciwnego. Uwa¿ali istnienie reaktora

w El-Tuwaitha za bezpoœrednie zagro¿enie ich bytu pañstwowego. Historii

budowy reaktora Tammuz I od pocz¹tku towarzyszy³y ³apówki, szanta¿ eko-

nomiczny i morderstwa, a czasami… bohaterskie czyny.

Oto jest czêœæ opowieœci, w której znajdzie siê odpowiedŸ na pytanie,

dlaczego jeden F-16 nie zrzuci³ bomby na Tammuz I, lecz zupe³nie gdzie

indziej.

Ale jednoczeœnie jest to twór wyobraŸni autora.

background image

8

background image

9

Ksiêga pierwsza

background image

10

background image

11

1

K

lik…

Podrasowany Nikon utrwali³ obraz czarnoskórego sier¿anta, który bieg³

przez ry¿owisko z klekocz¹cym karabinem M-l6 u biodra.

Klik…

Na kolejnej klatce sier¿ant wykonywa³ piruet jak poci¹gana za sznurki

marionetka, tylko ¿e to nie by³y sznurki, ale seria pocisków z zamaskowane-

go gniazda karabinu maszynowego.

Klik…

Sier¿ant le¿a³ na grobli w przedœmiertnych drgawkach utrwalonych na filmie.

Chmurka skry³a s³oñce i Munger skorygowa³ odpowiednio przes³onê.

Us³ysza³ wykrzyczany rozkaz i po lewej zobaczy³ podrywaj¹cego siê kapita-

na. Kapitan bieg³ przygiêty, mia³ przerzucony przez plecy pistolet maszyno-

wy, w ka¿dej d³oni granat.

Po prawej wychynêli dwaj Belgowie, ostrzeliwuj¹c skraj lasu.

Klik…

Nikon zarejestrowa³ pecha Belgów. Wietnamski strzelec wybra³ ich jako

priorytetowy  cel.  By³  doœwiadczonym  ¿o³nierzem.  Dwusekundowa  seria

wystarczy³a, by Belgowie padli jak rozdarte szmaciane lalki.

Z przeciwleg³ych skrajów ry¿owiska lufa karabinu maszynowego i obiek-

tyw aparatu fotograficznego powêdrowa³y teraz ku kapitanowi. Munger by³

szybszy.

Klik…

D³ugim susem kapitan rzuci³ siê na ziemiê, ciskaj¹c jednoczeœnie granat.

Klik…

Kapitan przytula³ siê do ziemi, jakby chcia³ siê w ni¹ zapaœæ, by nie

skosi³y go przelatuj¹ce mu nad g³ow¹ pociski.

Huk wybuchaj¹cego granatu, potem krótka cisza i nastêpnie klekot pi-

stoletów maszynowych. Przez ry¿owisko tyralier¹ bieg³a reszta patrolu.

background image

12

Wkrótce by³o po wszystkim. Munger siê wycofa³. Zobaczy³ samotnie

siedz¹cego jeñca, ¿o³nierza Wietkongu. Mia³ rêce zwi¹zane na plecach, na

szyi pêtlê sznura okrêcaj¹cego parokrotnie drzewo. Na krótk¹ chwilê ich

wzrok siê spotka³. Spojrzenie Azjaty by³o niezg³êbione, Anglika martwe.

Nikon powêdrowa³ ku oku.

Klik…

To by³a ostatnia klatka filmu.

Zabitych nie chowali. Ani w³asnych, ani wroga. Ci ludzie od dawna stra-

cili chêæ do podobnych gestów. Odeszli szybko z tego nieprzyjaznego miej-

sca. Przodem, jak zwykle, posz³o rozpoznanie. Kapitan zmiesza³ ich z b³o-

tem za to, ¿e nie wytropili zasadzki. Dowódca patrolu mia³ w nosie zabitych

Belgów, ale wielkie powa¿anie dla wojskowej dyscypliny i profesjonalizmu.

Ich niedostatek wywo³ywa³ w nim zawsze jedno i to samo uczucie: gniew.

I kiedy rozk³adali na noc biwak, gniew ten nadal siê w nim tli³.

Siedzia³ ponury i milcz¹cy, podczas gdy pozostali ¿artowali i robili pla-

ny na zapowiedziany urlop w Sajgonie. W po³udnie nastêpnego dnia powin-

ni dotrzeæ do Vinh Long, przekazaæ jeñca i wsi¹œæ do helikoptera, który ich

uniesie do wielkiego miasta.

Od czasu do czasu zerkali ciekawie na fotografa siedz¹cego samotnie

kilka metrów dalej. Byli mile po³echtani jego obecnoœci¹ podczas akcji i po-

dziwiali jego odwagê w czasie wymiany ognia. Trudno im by³o uwierzyæ, ¿e

mo¿na stawiæ czo³o kulom, bêd¹c uzbrojonym tylko w aparat fotograficzny,

trzymaæ go pewnie i robiæ zdjêcia nawet temu, który chce fotografuj¹cego

zabiæ. Przez d³ug¹ chwilê o tym rozmawiali. Australijczyk wyrazi³ opiniê, ¿e

reporter by³ pewno tak zatopiony w robocie, ¿e zapomnia³ o kulach. Francuz

natomiast by³ innego zdania:

– Nie ma serca i nie ma duszy, wiêc niczego nie czuje, nawet strachu.

Francuz by³ w b³êdzie. W³aœnie w tej chwili Munger bardzo siê ba³. Nie

o ¿ycie, lecz o to, ¿e postrada zmys³y. Chocia¿ mia³ dopiero trzydzieœci lat,

dawno ju¿ opanowa³ sztukê kontrolowania uczuæ. Od dziecka nauczono go

zwracaæ uwagê na dyscyplinê myœlenia i dlatego przera¿a³a go œwiadomoœæ,

¿e po g³owie ko³acze mu siê coœ, co wymknê³o siê spod kontroli. Chcia³ to umiej-

scowiæ, okreœliæ i zanalizowaæ. Co go tak niepokoi³o? Koszmar, którego by³

nieustannie œwiadkiem podczas minionych dni? Zimna, bezwzglêdna brutalnoœæ

ludzi, którym towarzyszy³? Po dziesiêciu latach tej pracy zobojêtnia³ na wszel-

kie horrory i ludzk¹ brutalnoœæ. Podobnie nieczu³y by³ na mi³oœæ i przyjaŸñ.

A mo¿e chodzi³o o coœ z przesz³oœci? Zacz¹³ szperaæ w pamiêci, segre-

guj¹c i oceniaj¹c wydarzenia, ale kiedy dotar³ do lat ch³opiêcych, zapad³a

zas³ona. Zawsze wtedy zapada³a.

background image

13

Zrezygnowa³ z dalszych dociekañ na temat Ÿród³a lêków i, aby czymœ siê

zaj¹æ, zaniós³ butelkê wody jeñcowi. Przytkn¹³ szyjkê do ust Wietnamczyka,

który pi³ ³akomie, a¿ wypi³ wszystko. W³aœciwie Munger powinien by³ zo-

stawiæ trochê wody dla siebie na rano, ale wiêzieñ przez ca³y czas wpatrywa³

siê w niego i nie potrafi³ oderwaæ od niego oczu.

Gdyby siê wówczas g³êbiej nad tym zastanowi³, wiedzia³by, co ko³acze

mu siê po g³owie.

Cztery dni póŸniej siedzia³ na tarasie restauracji przy rue Catinat. Re-

stauracja by³a pe³na – klientelê stanowi³a mieszanka wojskowych, korespon-

dentów i biznesmenów.

Na krzeœle przy wejœciu do lokalu siedzia³ w³aœciciel, oty³y Francuz. By³

z³y na Mungera, który zajmowa³ ca³y stolik, mimo ¿e omlet zjad³ ju¿ dwie

godziny temu. Od tego czasu popija³ jedna po drugiej wódki z wod¹ mineral-

n¹. Gdyby chodzi³o o kogokolwiek innego, w³aœciciel zareagowa³by ju¿ daw-

no, czyni¹c ma³o delikatn¹ uwagê. Jednak¿e zna³ dobrze Mungera, wiele o nim

wiedzia³, a przede wszystkim to, ¿e nie jest cz³owiekiem, który pozwala siê

obra¿aæ. D³ugo mu siê przygl¹da³ i doszed³ wreszcie do wniosku, ¿e Anglik

jest chory. Mia³ œci¹gniêt¹ twarz i zapadniête oczy. I nie by³a to sprawa alko-

holu. Munger potrafi³ piæ du¿o, ale jeszcze nikt nie widzia³ go pijanego.

Munger nie by³ chory – w ka¿dym razie nie pod wzglêdem fizycznym,

by³ jednak wyczerpany, od czterech dni prawie nie spa³, a teraz, chocia¿

ow³adnê³o nim zmêczenie, a umys³ usypia³, nie potrafi³ wstaæ i iœæ do hotelo-

wego pokoju. Nie szuka³ kontaktu z ludŸmi, ale ³apczywie wch³ania³ gwar

ulicy i ruch wokó³ siebie. Potrzebowa³ tego, by zag³uszyæ myœli.

Miêdzy samochodami, motocyklami i rikszami przebieg³ ulicê rudy kun-

del. Z przedni¹ ³ap¹ uniesion¹ do góry psina wzbudza³ litoœæ. £apa by³a za-

krwawiona – ofiara ruchu ulicznego albo czyjegoœ okrucieñstwa. Pies zacz¹³

wêszyæ miêdzy stolikami i któryœ z kelnerów wymierzy³ mu kopniaka. Uciek³

skowycz¹c, a w³aœciciel restauracji z aprobat¹ pokiwa³ g³ow¹. Ze swojego

strategicznego miejsca móg³ obserwowaæ ca³¹ restauracjê i bar. Po minucie

pokiwa³ po raz wtóry, gdy Munger skin¹³ na kelnera i zamówi³ stek. Omlet

nie zaspokoi³ g³odu reportera, pomyœla³ Francuz. Pies siedzia³ na skraju chod-

nika i najwidoczniej wyczu³ kusz¹ce zapachy, gdy kelner stawia³ talerz przed

Mungerem. Patrzy³ z otwartym pyskiem, jak Munger kraje miêso na drobne

kawa³ki, a potem pochyla siê i stawia talerz na ziemi. Nie wierzy³ w³asnym

oczom. Cz³owiek skin¹³ palcem. Pies nieufnie siê zbli¿a³, patrz¹c to na ró¿o-

we miêso, to na zdumionego kelnera.

Gruby Francuz wsta³ z fotela przy drzwiach. W restauracji zapad³a ci-

sza. Wszystkie oczy by³y zwrócone na Mungera i parszywego kundla.

background image

14

– Monsieur…! – zacz¹³ w³aœciciel oburzonym g³osem, ale zamilk³, gdy

Munger obróci³ siê i spojrza³ przez szparki mrocznych oczu.

– Zap³aci³em! – warkn¹³.

Scenê obserwowali teraz wszyscy, ³¹cznie z kundlem. W³aœciciel otwie-

ra³ i zamyka³ usta, jak ryba wyrzucona na piasek. Po chwili wzruszy³ pogard-

liwie ramionami i wróci³ na swoje miejsce. Ktoœ siê rozeœmia³, pies pod-

szed³ do talerza i zacz¹³ jeœæ. Ju¿ siê nie ba³ – wyczu³, ¿e jest pod ochron¹.

Przy pobliskim stoliku incydentowi przygl¹dali siê dwaj amerykañscy

korespondenci. Jeden z nich powiedzia³:

– Munger dziecinnieje z wiekiem…

Drugi siê zaœmia³.

– Nie s¹dzê. Zrobi³ to specjalnie, ¿eby podra¿niæ starego Montagne.

Obaj patrzyli ciekawie na Mungera, a ten wpatrywa³ siê w psa po³ykaj¹-

cego ³akomie kawa³ki miêsa.

– Wygl¹da na chorego – odezwa³ siê pierwszy. Drugi pokiwa³ g³ow¹.

– Mo¿e wreszcie i jego dopad³o. Od lat niemal bez przerwy obs³uguje tê

wojnê. Przylgn¹³ do niej jak pijawka. Wojna sta³a siê dla niego narkotykiem,

który zacz¹³ go z¿eraæ od wewn¹trz.

– Chyba nie to – sprzeciwi³ siê drugi. – Jeszcze dwa dni temu by³ taki

sam, jak zawsze. Ciekawe. Wkrêci³ siê na patrol Si³ Specjalnych. Ale po

powrocie niczego nie pokaza³. ¯adnych zdjêæ.

– Mo¿e nie zdarzy³o siê nic interesuj¹cego.

– Zawsze jest coœ interesuj¹cego, kiedy w pobli¿u krêci siê Munger. O nie,

coœ siê wydarzy³o, ale pojêcia nie mam, co to mog³o byæ, ¿eby takiego cz³o-

wieka jak on wprowadziæ w szok.

Korespondenci zabrali siê z powrotem do jedzenia, omawiaj¹c ostatnie

inicjatywy pokojowe.

Kundel zjad³ i siedzia³ teraz u nogi Mungera. Reporter podrapa³ psa w g³o-

wê. Pies trzepn¹³ raz ogonem w ziemiê i poliza³ cz³owiekowi d³oñ.

Munger nie nakarmi³ psa, by rozz³oœciæ w³aœciciela restauracji. Zawsze

lubi³ psy i psy go lubi³y. By³a to cecha ludzi samotnych, którzy mieli tak

ukszta³towany charakter, ¿e nie potrafili wyraziæ swoich uczuæ innym ludz-

kim istotom. O Mungerze mówiono, ¿e jest tylko skorup¹ albo ¿e sk³ada siê

wy³¹cznie z palca na przycisku migawki.

Kimkolwiek by³, lubi³ psy.

Dwa dni póŸniej z Bangkoku przylecia³a Janine Lasage. Jad¹c taksówk¹

do miasta, odczuwa³a ulgê i podniecenie. W Tajlandii spêdzi³a trzy tygodnie.

Nienawidzi³a Bangkoku. Miasto wy³¹cznie dla mê¿czyzn, z setkami salonów

masa¿u, tancbud i burdeli. Wola³a Sajgon. Sajgon tak¿e zaspokaja³ potrzeby

background image

15

mê¿czyzn, ale podczas wojny czêœciej tu mo¿na by³o spotkaæ prawdziwych

mê¿czyzn. W Sajgonie by³ równie¿ Munger, a ona bardzo chcia³a byæ z nim.

Nie widzia³a go zbyt d³ugo. Ponad miesi¹c. Kiedy taksówka pêdzi³a w ha-

³aœliwym t³umie pojazdów, Janine raz jeszcze zastanawia³a siê, co w³aœciwie

poci¹ga j¹ w Mungerze. I ponownie zdecydowa³a, ¿e jest to czysto fizyczne

zauroczenie. Janine Lasage by³a piêkn¹ kobiet¹, zdoln¹ uwieœæ prawie ka¿-

dego mê¿czyznê, którego zapragnê³a, ale by³a tak¿e kobiet¹ wymagaj¹c¹

zaspokojenia jej seksualnego apetytu i spoœród wielu tylko Munger móg³ jej

to zapewniæ. W pewnym sensie by³o to bardzo niepokoj¹ce, gdy¿ dawa³o mu

nad ni¹ przewagê, co jej zupe³nie nie odpowiada³o. Przewagê i w³adzê. Usi-

³owa³a przeanalizowaæ swoje uczucia. Czy go kocha? Zaœmia³a siê z siebie

samej, z podobnego pytania. Oczywiœcie, ¿e go nie kocha. Mo¿e wiêc go

nienawidzi? Jego zamkniêcie w sobie, twardy charakter, niezale¿noœæ i dy-

stans wobec otoczenia… On nikogo nie potrzebuje. Mo¿e to w³aœnie do nie-

go przyci¹ga? Janine by³a kobiet¹ pragn¹c¹ i umiej¹c¹ dominowaæ, ale w tym

wypadku nie odnosi³a z tego ¿adnych korzyœci. Konkretnie w dziedzinie seksu.

Ilekroæ bowiem podporz¹dkowa³a sobie mê¿czyznê, od razu przestawa³ j¹

interesowaæ. Natomiast Mungera zna³a ju¿ od ponad roku i stale go pragnê-

³a, poniewa¿ nie sta³ siê narzêdziem w jej rêkach. Na lotnisku w Bangkoku

spotka³a Rama Fostera, który te¿ lecia³ do Hongkongu. Powiedzia³ jej, ¿e

Munger w³aœnie wróci³ z okolic Vinh Long, z patrolu Si³ Specjalnych. Mog-

³a wiêc byæ pewna, ¿e teraz zostanie przez pewien czas w Sajgonie. Janine

by³a tym nieco zaskoczona, gdy¿ Ram mimochodem wspomnia³, ¿e Munger

nie zg³osi³ cenzurze wojskowej ¿adnych zdjêæ, zachowuje siê nieco dziwnie

i pije, nawet jak na niego, du¿o.

Taksówka zajecha³a przed hotel Continental. Zap³aci³a kierowcy i po-

prosi³a portiera o zabranie walizek. Skinieniem witaj¹c znajome osoby na

tarasie, posz³a prosto do recepcji. Wpisa³a siê do ksiêgi goœci i zerknê³a na

rzêdy kluczy. Numeru 204 nie by³o, co znaczy³o, ¿e Munger jest u siebie.

Posz³a do windy, nie czekaj¹c na baga¿. Recepcjonista patrzy³ na ni¹ ³ako-

mym wzrokiem: elegancka wysoka kobieta o blond w³osach, warta grzechu.

Zatrzyma³a siê przed drzwiami numeru 204. Z w³osów wyjê³a d³ug¹ srebr-

n¹ szpilkê. Ale szpilka wymknê³a siê jej z palców i wpad³a za sukniê, zatrzy-

muj¹c siê na poœladkach. Zapuka³a, us³ysza³a chrz¹kniêcie i wesz³a.

Le¿a³ na ³ó¿ku, odziany tylko w szlafrok. Na twarzy mia³ parodniowy

zarost.

– Ça va, Dave? – zapyta³a odruchowo, nim dotar³o do niej to jak on

wygl¹da. – Jesteœ chory?

– Non. Ça va, Janine.

Podesz³a do ³ó¿ka i zobaczy³a stoj¹cy obok kosz na œmieci. Poczu³a za-

pach spalonego papieru.

background image

16

– Co siê sta³o, Dave? Co tu siê dzieje? – Pochyli³a siê, musnê³a go war-

gami lekko w usta i usiad³a obok. W milczeniu wzruszy³ ramionami. Zajrza-

³a do kosza i zobaczy³a spalone negatywy oraz odbitki.

– Co to by³y za zdjêcia?

– Moje…

– Dlaczego je spali³eœ?

Znów wzruszy³ ramionami.

Siêgnê³a do kosza i wyjê³a nadpalon¹ zaledwie odbitkê. W górnym rogu

zobaczy³a twarz mê¿czyzny. Mia³ wykrzywione usta, wyszczerzone, jakby

w grymasie bólu, zêby. Pocz¹tkowo myœla³a, ¿e ten cz³owiek jest w agonii,

dopiero po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e na tej twarzy maluje siê sadystycz-

na lubie¿noœæ.

Podnios³a wzrok.

– To z ostatniej wyprawy? Co siê tam dzia³o? Kto to jest?

Wzi¹³ z jej d³oni odbitkê, obejrza³, siêgn¹³ po zapalniczkê, podpali³ zdjê-

cie, a gdy ogieñ zacz¹³ parzyæ mu palce, wrzuci³ do kosza.

– Czy wreszcie mi powiesz, co siê sta³o?

– To niewa¿ne. Skoñczy³o siê. Pakujê manatki.

– Jak mam to rozumieæ?

– Koniec, skoñczy³em z tym.

– Z prac¹ tutaj? Z zawodem? Dlaczego?

– Mam dosyæ.

– I co zamierzasz robiæ?

– Jutro polecê do Hongkongu, zostawiê aparat u Czanga do sprzedania

na licytacji. Potem wyjadê z Azji i popróbujê czegoœ innego. Gdzie indziej…

Zupe³nie oniemia³a, krêci³a tylko g³ow¹. Przygl¹da³a siê uwa¿nie jego

twarzy. Zobaczy³a w oczach bojaŸñ, lêk przed czymœ nieznanym. Mia³a wra-

¿enie, ¿e przygl¹da siê zagubionemu dziecku. Munger z pocz¹tku zaskoczy³

j¹ swoim stanem, a teraz zacz¹³ wrêcz intrygowaæ.

– Mo¿e jednak o wszystkim opowiesz? Podziel siê ze mn¹… – prosi³a.

– Nie ma o czym opowiadaæ.

Nie nalega³a wiêcej. Wsta³a i zaczê³a przechadzaæ siê po pokoju, zbiera-

j¹c myœli. Na stole sta³ Nikon. Munger i ten aparat fotograficzny stali siê

legend¹. Dlaczego teraz chcia³ go sprzedaæ? Taki aparat sprzedaje siê tylko

wtedy, gdy jego w³aœciciel umiera.

– Okay, Dave, porozmawiamy o tym póŸniej. Wydajesz siê zmêczony. –

Spojrza³a na zegarek. – Jad³am w samolocie. Nie jesteœ g³odny?

– Nie.

– No to chodŸmy spaæ.

Stanê³a przed ³ó¿kiem i wolno zaczê³a rozpinaæ górê sukni. Jak stripti-

zerka. Munger przygl¹da³ siê jej opalonemu cia³u. Przewiesi³a sukniê przez

background image

17

krzes³o. Mia³a na sobie jeszcze tylko skrawek bia³ego jedwabiu na biodrach.

Podesz³a bli¿ej do ³ó¿ka i, patrz¹c na Mungera, ods³oni³a ten skrawek ukazu-

j¹c jasny trójk¹t w³osów. Po³o¿y³a siê ko³o niego, rozwi¹za³a pasek szlafro-

ka i zaczê³a pieœciæ jego cia³o.

– Zbyt d³ugo na to czeka³am – wyszepta³a. – Zbyt d³ugo. I cokolwiek ciê

drêczy, przestanie, bo ja to wypalê. Obiecujê ci…

Po raz pierwszy jego oczy rozb³ys³y i pojawi³a siê w nich nadzieja. Przy-

ci¹gn¹³ j¹ do siebie, przytuli³, chowaj¹c g³owê w jej ramieniu.

Po dziesiêciu minutach zaœmia³a siê. By³ to wulgarny œmiech.

– Nie mo¿esz! Co siê z tob¹ sta³o? – W d³oni trzyma³a miêkkiego penisa.

W oczach Mungera pojawi³ siê ten sam wyraz zaszczutego psa czy zagu-

bionego dziecka.

– Chcê wreszcie znaæ prawdê, Dave! – W jej g³osie pojawi³a siê nuta

triumfu.

Odsun¹³ siê. Janine rozeœmia³a siê raz jeszcze i wysz³a z ³ó¿ka.

– Dave Munger impotentem! – dra¿ni³a siê z nim, siêgaj¹c po sukniê.

Nagle spowa¿nia³a. – A mo¿e tylko ze mn¹? – Na jej twarzy pojawi³ siê

niepokój, ale zmy³o go zadowolenie, gdy Munger odwróci³ g³owê do œciany.

– Widzê, ¿e nie. Musia³eœ próbowaæ z innymi – syknê³a i raz jeszcze

wybuchnê³a tym samym triumfuj¹cym œmiechem. Zapiê³a sukniê, poprawi³a

w³osy i umocowa³a je srebrn¹ szpilk¹.

– By³eœ dobry tylko w tym jednym. I tylko do tego ciê potrzebowa³am.

Trwa³o, póki trwa³o. Mo¿e kupiê na licytacji twój aparat. Bêdzie mi przypo-

mina³ takiego mê¿czyznê, jakim by³eœ. – Po raz ostatni zaœmia³a siê i wysz³a

z pokoju.

Munger pozosta³ w ³ó¿ku. Wpatrywa³ siê têpo w sufit, a potem zas³oni³

oczy d³oñmi.

Duff Paget dobrze zachowa³ tê datê w pamiêci: 26 paŸdziernika 1968

roku. Licytacja odbywa³a siê na trzy dni przed pierwsz¹ rocznic¹ jego ma³-

¿eñstwa z Ruth. I to by³o powodem jego obecnoœci, jak równie¿ przyczyni³o

siê do innych wydarzeñ.

Dowiedzia³ siê o tym po ósmej wieczorem. Zadzwoni³ Czang, barman

w klubie korespondentów zagranicznych. O dziesi¹tej trzydzieœci wieczo-

rem mia³a siê odbyæ aukcja sprzêtu fotograficznego.

– Czyjego? – spyta³ Duff.

– Mungera – odpar³ Czang.

Duff poczu³ pustkê w do³ku.

– Munger nie ¿yje?

– ¯yje, panie Paget. By³ tu przed godzin¹. Kaza³ mi wszystkich zawiadomiæ.

2 – Reporter

background image

18

– Bêdê – odpar³ krótko Duff.

Odwiesi³ s³uchawkê i przez kilka minut sta³ przy wielkim oknie, wpa-

trzony w panoramê Hongkongu: ruchome œwiate³ka w porcie i nieruchoma

œwietlna mozaika Kowloonu zamykaj¹ca horyzont. Pierwszy szok zast¹pi³a

teraz pal¹ca ciekawoœæ. Aukcja sprzêtu fotograficznego nie by³a w tym cza-

sie nadzwyczajnym wydarzeniem. Przed miesi¹cem by³ na licytacji apara-

tów Hasagawy, który towarzyszy³ natarciu piechoty morskiej pod Con Thien.

Zab³¹kany pocisk moŸdzierza (o ile mówienie o zab³¹kanym pocisku pod-

czas wojny ma jakiœ sens) rozerwa³ go na kawa³ki. Japoñczyk zostawi³ m³o-

d¹ ¿onê, w malutkim mieszkanku w Happy Valley, a poniewa¿ nie mia³ sta³ej

pracy, dzia³aj¹c jako wolny strzelec, i wszystkie zarobione pieni¹dze pako-

wa³ w nowy sprzêt, do niego sprowadza³ siê ca³y jego doczesny maj¹tek.

Podczas aukcji m³oda wdowa siedzia³a w rogu, cichutka i jakby skamie-

nia³a, oczy jej ani na chwilê nie opuszcza³y sto³u, na którym le¿a³y rzêdy

aparatów, obiektywów, trójnogów i filtrów. W ha³aœliwym pomieszczeniu

œwiat³o z³owrogo odbija³o od czarno-srebrzystych przedmiotów. Ruth od-

wiedzi³a wdowê na kilka godzin przed aukcj¹ i zasta³a j¹ przy pucowaniu

sprzêtu. Nie uroni³a jednej ³zy. W rogu w ko³ysce spa³o szeœciomiesiêczne

dziecko. By³o to pierwsze zetkniêcie Ruth ze stoicyzmem wschodniego umy-

s³u.

– Nie pokazywa³a po sobie niczego – opowiada³a potem Duffowi. – ¯ad-

nych ³ez. Poczêstowa³a mnie fili¿ank¹ herbaty, mówi³a o dziecku i cenach

biletów lotniczych do Japonii. Pokaza³a mi te¿ aparat, którego u¿ywa³ w chwi-

li, gdy rozerwa³ go pocisk. By³ powyginany i zgnieciony. Ze œmiechem za-

uwa¿y³a, ¿e nie nadaje siê na aukcjê. Rozeœmia³a siê, Duff! Czy ty uwie-

rzysz? Myœlê, ¿e w ten sposób chcia³a ukryæ prawdziwe uczucia. Ten œmiech

to by³ wentyl bezpieczeñstwa.

Duff przygl¹da³ siê potem m³odej kobiecie spod oka, gdy Bennet, szorst-

ki Anglik, agent ubezpieczeniowy, który kiedyœ pracowa³ w wielkiej firmie

aukcyjnej Sotheby, wywo³ywa³ kolejne pozycje i zachêca³ do podbijania ceny.

W miarê jak kolejne elementy sprzêtu fotograficznego znajdowa³y nabyw-

ców, filigranowa g³ówka Japonki opada³a coraz ni¿ej i ni¿ej. Te precyzyjne

mechanizmy z metalu, plastiku i szk³a by³y jej ostatnimi wiêzami ze zmar-

³ym mê¿em.

Tym razem aukcja przebiegnie inaczej, gdy¿ Munger ¿y³. Ale dlaczego

fotoreporter wojenny, zw³aszcza tej klasy co Munger, mia³by sprzedawaæ

narzêdzia pracy? Niezrozumia³e. To zupe³nie tak, jakby zdrowy cz³owiek

zapisa³  swe  oczy  klinice  okulistycznej  z  mo¿liwoœci¹  natychmiastowego

odbioru.

Kiedy tak snu³ rozwa¿ania, do portu wp³yn¹³ majestatycznie wielki statek

wycieczkowy, rozœwietlony od rufy po dziób. Z mola przy dworcu morskim

background image

19

dobieg³y dŸwiêki powitalnej orkiestry. Równoczeœnie Ruth wzywa³a go na

kolacjê.

Przygl¹da³ siê w milczeniu, jak ¿ona kolejno ustawia miseczki na obro-

towej tacy poœrodku okr¹g³ego sto³u. Kurczak w sosie orzechowym, wie-

przowina na s³odko-kwaœno, wielkie ostrygi abalone w plasterkach, trudna

do zidentyfikowania jarzyna w równie tajemniczym brunatnym sosie, sma-

¿one krokiety z kraba, gotowane krewetki, a poœrodku miska paruj¹cego ry¿u.

Na skraju tacy sta³y ponadto ma³e pojemniczki z sosem sojowym, musztar-

d¹, octem i ostrym sosem chili. Na samym koñcu Ruth postawi³a miseczkê

zimnej s³abej herbaty, w której Chiñczycy po jedzeniu myj¹ palce. Nastêp-

nie usiad³a po drugiej stronie sto³u i dumnie czeka³a na reakcjê mê¿a, który

pochyli³ siê nad tac¹ i wszystko obw¹cha³ z wielkim uznaniem.

– Pachnie i wygl¹da wspaniale, kochanie – powiedzia³. Ruth w³aœnie

ukoñczy³a szeœciomiesiêczny kurs kuchni kantoñskiej, zorganizowany przez

Klub Amerykañski i ta kolacja by³a w pewnym sensie prac¹ dyplomow¹.

Jednak Duff w g³êbi duszy marzy³ o wielkim, grubym, soczystym steku, przy-

pieczonym z zewn¹trz na wêglach, a w œrodku ró¿owiutkim, oczywiœcie ob-

³o¿onym z³ocistymi pierœcieniami sma¿onej w cieœcie cebulki, i wielkim ziem-

niaku w skórce, przekrojonym na pó³ i ustrojonym ³y¿k¹ gêstej œmietany ze

szczypiorkiem.

Potrzebowa³ akurat szeœciu miesiêcy, ¿eby dojœæ do wniosku, ¿e jednak

nie lubi chiñskiej kuchni. Nie ³atwo mu by³o siê do tego przyznaæ. Zagra-

niczni korespondenci, jego koledzy, traktowali gastronomiê orientaln¹ z re-

werencj¹ blisk¹ religijnemu oddaniu. Tak jak marynarz ma podobno dziew-

czynê w ka¿dym porcie, tak korespondent albo reporter na azjatyckim szlaku

musi mieæ ulubion¹ chiñsk¹ restauracyjkê w Cholon, w Wientianie, w Pe-

nangu lub w Phnom Penh. W zgodnej opinii tego œrodowiska, im mniejszy

i brudniejszy lokal, tym lepsze jedzenie.

– Tutaj jadaj¹ kulisi – s³ysza³ wielokrotnie Duff, gdy sadzano go w trzesz-

cz¹cym krzeœle w jakiejœ dziurze przy bocznej uliczce w jednym z azjatyc-

kich miast. Dostrzega³ w tym zapewnieniu jak¹œ absurdaln¹ sprzecznoœæ i czê-

sto chcia³ spytaæ swego kulinarnego przewodnika, dlaczego nie pójd¹ coœ

zjeœæ do lokalu, gdzie jadaj¹ bogaci Chiñczycy.

Ale by³ m³ody i jeszcze zielony. Bardzo siê stara³ przyswoiæ sobie entu-

zjazm ludzi, których czêsto szanowa³ i zak³ada³, ¿e maj¹ wyrobione podnie-

bienie.

A teraz Ruth z takim zapa³em studiowa³a tajniki kantoñskiej kuchni, ¿e

nie mia³ serca powiedzieæ jej, i¿ wola³by raczej zwyk³y stek.

Przez chwilê raz jeszcze zacz¹³ mieæ w¹tpliwoœci, czy dobrze zrobi³, ¿e-

ni¹c siê tu¿ przed wys³aniem go na placówkê. By³ wobec siebie uczciwy:

jego w¹tpliwoœci dotyczy³y samej istoty ma³¿eñstwa. W ci¹gu minionego

background image

20

roku wiele dowiedzia³ siê o sobie. Na przyk³ad tego, ¿e niespokojny duch,

jaki mu towarzyszy³ od dzieciñstwa, nie wygas³ z wiekiem. Wprost przeciw-

nie. W wieku dwudziestu siedmiu lat stwierdzi³, ¿e podniecenie i doœwiad-

czenia minionych miesiêcy wyzwoli³y tego ducha, który z poczwarki prze-

mieni³ siê w motyla rw¹cego siê do lotu. Jednak¿e ma³¿eñstwo by³o w tym

wypadku szczytowym punktem wspinaczki ku… nieuchronnoœci. Zakocha³

siê w Ruth na trzecim roku na Uniwersytecie Corell. Studiowa³ nauki poli-

tyczne, a ona psychologiê. Byli tradycyjnymi narzeczonymi, nieœwiadomy-

mi, a mo¿e tylko nie ulegaj¹cymi presji, rewolucji seksualnej szalonych lat

szeœædziesi¹tych. Oboje pochodzili z konserwatywnych miast Œrodkowego

Zachodu. Jego ojciec by³ sêdzi¹ okrêgowym, jej – wieloletnim republikañ-

skim burmistrzem. Jedyne, co powa¿niej ró¿ni³o obie rodziny, to wyznanie.

Rodzina Duffa wywodzi³a siê z protestanckich imigrantów, jej rodzice byli

drugim pokoleniem polskich ¯ydów.

Mimo podobnego konserwatywnego wychowania, mieli bardzo odmienne

osobowoœci, co dopiero ostatnio zaczê³o siê ujawniaæ. W skrócie: on by³

romantykiem, ona nie. Tak, nie lubi³ egzotycznych kuchni. Nie lubi³ ich smaku,

ale nie przeszkadza³y mu zapachy. Czasami z zadowoleniem bliskim rozko-

szy wdycha³ zapachy podniecaj¹cego i tajemniczego Wschodu, i napawa³

oczy jego widokiem. Ruth koncentrowa³a siê na prowadzeniu domu. Podjê³a

siê te¿ dorywczej pracy w szpitalu dzieciêcym w Sandy Bay. Szpital specja-

lizowa³ siê w skomplikowanych operacjach krêgos³upa, a Ruth by³a psycho-

terapeut¹. Trzymaj¹c zrêcznie pa³eczki, wybiera³ k¹ski z miseczek i z pe³ny-

mi ustami wydawa³ odpowiednie pomruki zachwytu. Z wielk¹ jasnoœci¹ zda³

sobie sprawê, ¿e los ich ma³¿eñstwa zale¿eæ bêdzie od zrozumienia i akcep-

towania dziel¹cych ich ró¿nic, a przede wszystkim od szczerego przyznania

siê do nich. Szczerego? Duff dobrze wiedzia³, ¿e ma wybitny talent do k³ama-

nia. Potrafi³ ³gaæ przekonuj¹co. Nie czu³ w zwi¹zku z tym najmniejszych wy-

rzutów sumienia, z góry bowiem za³o¿y³, ¿e wiêkszoœæ jego k³amstw, pó³-

k³amstw i pó³prawd, a tak¿e przemilczeñ, s³u¿y dobrej sprawie i jest dowodem

starañ, by unikn¹æ komplikacji i nikogo nie uraziæ. By³a to koncepcja roman-

tyka, a wiara w jej celowoœæ pozwala³a mu z uœmiechem na ustach rzuæ gumia-

sty plasterek skropionej sokiem cytrynowym ostrygi abalone i jednoczeœnie

mruczeæ: „wspania³e, kochanie”, tonem wykluczaj¹cym wszelki fa³sz.

Ruth natomiast nigdy nie skala³a siê k³amstwem czy choæby pó³prawd¹.

Duff pamiêta³ jej pierwsz¹ wizytê w domu jego rodziców. Ojciec od lat sam

robi³ piwo. To by³a jego mania. Z entuzjazmem zapalonego amatora wmu-

sza³ ten napój rodzinie i ofiarowywa³ przyjacio³om, którzy z uprzejmoœci

zapewniali go, ¿e ¿aden z renomowanych browarów nie produkuje nic rów-

nie wspania³ego. Ruth uwa¿a³a siê za koneserkê piw. Mia³a po temu pewne

prawo, gdy¿ jej dziadek, przed wyemigrowaniem do Stanów Zjednoczonych,

background image

21

by³ piwowarem w po³udniowej Polsce. W jej rodzinnym domu pito piwo,

dyskutowano o piwie, oceniano poszczególne marki. Dowiedziawszy siê

o tym ojciec Duffa pobieg³ do piwnicy, nala³ jej kufel ¿ó³tego p³ynu najnow-

szej produkcji i czeka³ w napiêciu na werdykt, który jego zdaniem móg³ byæ

tylko jeden.

Ruth wypi³a ³yk, skrzywi³a siê i wypowiedzia³a pamiêtne s³owa:

– Ojej! Pan chyba nie mówi powa¿nie, nazywaj¹c to piwem.

W pewnym sensie rodzina by³a jej wdziêczna. Od tego dnia usta³a pro-

dukcja domowego piwa. Poniewa¿ ojciec by³ sêdzi¹, pochwali³ sw¹ przysz³¹

synow¹ za bezkompromisow¹ szczeroœæ i uczciwoœæ w wyra¿aniu opinii,

niemniej Duff podejrzewa³, ¿e w g³êbi serca nigdy nie zaaprobowa³ tego

ma³¿eñstwa.

Kiedy teraz usi³owa³ przegryŸæ kawa³ek d³ugiej w³óknistej jarzyny, mia³

ochotê wszystko wypluæ, wykrzykn¹æ jej ulubione „Ojej!” i dodaæ: „Chyba

powa¿nie nie traktujesz tego jako pokarmu dla cz³owieka?”. Po mêsku zma-

ga³ siê jednak z tward¹ ³odyg¹, zachodz¹c w g³owê, dlaczego Ruth nie ogra-

nicza siê do kuchni, któr¹ zna najlepiej. Od matki i babki nauczy³a siê przy-

gotowywania  ¿ydowskich  potraw  ze  wschodniej  Europy.  Duff  uwielbia³

¿ydowsk¹ kuchniê, ale Ruth orzek³a, ¿e skoro maj¹ mieszkaæ w obcych kra-

jach, to ona zamierza delektowaæ siê miejscowymi przysmakami. Na szczê-

œcie Duff mia³ za parê dni jechaæ do Wietnamu z zamiarem pozostania tam

co najmniej przez miesi¹c. W Sajgonie by³o wiele wspania³ych restauracji

francuskich, a w ka¿dej bazie amerykañskiej – mia³ ich kilka odwiedzi栖

zawsze móg³ liczyæ na krwisty stek. Przez chwilê poczu³ wyrzuty sumienia

z powodu swojej dwulicowoœci, ale czym prêdzej siê ich pozby³, wysuwaj¹c

logiczny argument, ¿e nie w porz¹dku by³oby zostawiaæ ma³¿onkê w z³ym

nastroju, przygnêbion¹ niepowodzeniem kulinarnym. Wierzy³ œwiêcie, ¿e

jego mi³oœæ do Ruth usprawiedliwia ca³kowicie podobne myœlenie i postê-

powanie. Doszed³ do tego wniosku ju¿ w okresie narzeczeñskim. Zamierza³

wówczas, po otrzymaniu dyplomu, ubiegaæ siê o przyjêcie do korpusu s³u¿-

by zagranicznej. Mia³ ju¿ za sob¹ pierwsz¹ rozmowê z komisj¹ rekrutacyjn¹

i wyznaczono mu drugi termin za parê miesiêcy. I po drugiej rozmowie zre-

zygnowa³. Wiadomoœæ ta podzia³a³a na Ruth jak bomba. Powiedzia³ jej, ¿e

postanowi³ nie iœæ do s³u¿by pañstwowej, lecz zostaæ zawodowym fotore-

porterem. Ruth by³a z tego bardzo niezadowolona. Wiedzia³a oczywiœcie

o jego zainteresowaniu fotografi¹. Przez ostatnie dwa lata by³ sekretarzem

uniwersyteckiego kó³ka fotograficznego i zdoby³ wiele nagród w uczelnia-

nych konkursach. Jedno z nagrodzonych zdjêæ przedstawia³o zamglony owal

twarzy zamyœlonej Ruth. Zdjêcie to by³o ich s³odk¹ tajemnic¹. Przewodni-

cz¹cy jury zauwa¿y³ uczenie, ¿e wyraz twarzy kobiety symbolizuje „trans-

cendentaln¹ niewinnoœæ”. W rzeczywistoœci Duff nacisn¹³ migawkê dos³ownie

background image

22

w parê sekund po zapewnieniu Ruth jednego ze wspanialszych orgazmów

jej m³odego ¿ycia.

Ruth jednak przez ca³y czas zak³ada³a, ¿e zainteresowanie Duffa sztuk¹

fotograficzn¹ jest tylko m³odzieñczym hobby, a nie zapowiedzi¹ ¿yciowego

wyboru. Niemniej Duff by³ zdecydowany i wys³a³ dziesi¹tki kopert z w³as-

nymi fotografiami do powa¿nych dzienników i periodyków. Ruth by³a zara-

zem zdziwiona i dumna, kiedy po paru tygodniach niewielki, ale wp³ywowy

tygodnik na Wschodnim Wybrze¿u zaproponowa³ mu etat fotografa z zupe³-

nie przyzwoit¹ p³ac¹.

Duff nie by³ specjalnie podniecony tym sukcesem. Powiedzia³ Ruth, ¿e

jego marzeniem jest zostaæ fotoreporterem wojennym, niemniej ta propozy-

cja mo¿e byæ pierwszym etapem.

Zanim móg³ podj¹æ pracê, musia³ siê przekwalifikowaæ z amatora na

zawodowca. Po otrzymaniu dyplomu po raz pierwszy zostawi³ Ruth sam¹

i wyjecha³ do Los Angeles na szeœciomiesiêczne studium fotografiki.

I to by³ pocz¹tek pierwszego „niedomówienia” czy te¿ „przemilczenia”,

jeœli kto woli, w stosunku do Ruth. Powiedzia³ prawdê, ¿e zamierza zostaæ

reporterem wojennym, ale nie powiedzia³, ¿e równoczeœnie bêdzie pracowa³

dla rz¹du Stanów Zjednoczonych, w s³u¿bie zagranicznej, chocia¿ nie w spo-

sób, jaki ona sobie wymarzy³a.

Czas uzyskania przez Duffa magisterium zbieg³ siê z powa¿n¹ akcj¹ re-

krutacyjn¹ w ³onie amerykañskiej wspólnoty wywiadowczej. Ktoœ zda³ so-

bie wreszcie sprawê, ¿e tak zwana tajna organizacja szpiegowska nie powin-

na mieæ zbyt publicznego wizerunku.

Nast¹pi³o to po tym, kiedy wy¿szej rangi analityk w siedzibie CIA w Lang-

ley rutynowo zaj¹³ siê wewnêtrznym biuletynem s³u¿b specjalnych, doty-

cz¹cym personelu amerykañskich ambasad w Europie. Wiele stron zape³-

nionych  by³o  paszportowymi  podobiznami  pracowników  placówek,  od

ambasadorów do najni¿szej rangi sekretarzy. Jednak¿e w licznych miejscach

znajdowa³a siê uwaga na pustym polu: „fotografia niedostêpna”. Owe puste

pola dotyczy³y przewa¿nie stanowisk zastêpców attaché wojskowego lub

attaché kulturalnego. I analityk nie musia³ zasiadaæ do komputera, aby dojœæ

do wniosku, ¿e chodzi³o o lokalnych agentów CIA.

By³o to typowo biurokratyczne partactwo, które da³o pocz¹tek nowemu

trendowi. Dalsze czteromiesiêczne studium wykaza³o kierownictwu Firmy

to, co wszyscy doko³a dawno ju¿ wiedzieli: CIA mia³a zbyt publiczny wize-

runek, ka¿dy wiedzia³, kto jest agentem, a kto nie jest. Wiedziano o tym nie

tylko w Langley, ale we wszystkich zak¹tkach œwiata.

Raport w tej sprawie zawiera³ nastêpuj¹c¹ rekomendacjê: nale¿y jak naj-

szybciej zmieniæ sytuacjê, w której CIA przypomina odwrócony lodowiec

z dziewiêcioma dziesi¹tymi masy wystaj¹cymi nad powierzchniê wody.

background image

23

Jednoczeœnie analityk, który wszcz¹³ alarm, zaproponowa³, aby utrzy-

maæ  dotychczasow¹  ekspozycjê  personelu.  Niech  owi  lokalni  dyplomaci

pozostan¹ nadal „widzialni”. Bêd¹ odci¹gali uwagê. Natomiast nale¿y przy-

st¹piæ do formowania kadry niewidzialnej, w mroku, w g³êbinach oceanu,

gdzie spoczywa masa lodowca. I niech sobie wszyscy podziwiaj¹ piêkno

wystaj¹cego z wody szczytu, niech go nawet krytykuj¹, niech siê wokó³ nie-

go tocz¹ spory kompetencyjne ró¿nych agencji. Jednoczeœnie bêdzie funk-

cjonowa³ ultratajny departament, którego pracownicy w ¿yciu nie st¹pali po

marmurowej posadzce wielkiego holu kwatery g³ównej w Langley ani nie

byli szkoleni na ¿adnej z tak zwanych farm CIA.

I w ten oto sposób powsta³ wydzia³ Equinus.

Jego pierwszym dyrektorem zosta³ ów bystry analityk, który zauwa¿y³ to

biurokratyczne partactwo. On te¿ wymyœli³ powy¿sz¹ nazwê. By³ rozmi³owa-

ny w klasycznej literaturze i rozwi¹zywaniu krzy¿ówek. Equinus to po ³acinie

koñ, a koñ kojarzy siê z Troj¹. Dyrektor by³ bardzo z siebie zadowolony. Jego

agenci musieli mieæ przykrywkê do swojej dzia³alnoœci, wiarygodn¹ i nie ko-

jarz¹c¹ siê z instytucjami pañstwowymi. Zestawiono krótk¹ listê po¿¹danych

profesji. Obejmowa³a ona agentów handlu miêdzynarodowego, importerów

i eksporterów, in¿ynierów budowlanych, geofizyków, pracowników biur po-

dró¿y, doradców finansowych i handlowych, wyk³adowców wy¿szych uczel-

ni, t³umaczy, funkcjonariuszy instytucji charytatywnych, misjonarzy i tym po-

dobnych. Innymi s³owy, dobry by³ ka¿dy zawód, który pozwala³ na niewinne

podró¿owanie i pracê gdzieœ w œwiecie. I jeszcze jedno: na czele listy znajdo-

wali siê fotoreporterzy prasowi i korespondenci. Pomys³ sam w sobie nie by³

oryginalny. Wiêkszoœæ wywiadów europejskich jeszcze przed narodzinami

Marconiego umieszcza³a agentów w œrodowiskach dziennikarskich.

Dobieraj¹c agentów do nowego wydzia³u siêgniêto do tego samego Ÿró-

d³a, z którego CIA czerpa³a od dawna: absolwenci wy¿szych uczelni, biali,

o politycznej orientacji na prawo od œrodka, wyznania najchêtniej protestanc-

kiego. By³ jednak dodatkowy warunek: kandydaci musieli posiadaæ jakieœ

naturalne uzdolnienie, jakiœ specjalny talent lub powo³anie. To mia³o stano-

wiæ ich pancerz ochronny.

Wydzia³ Equinus sprawi³ sobie odizolowany od jakiejkolwiek sieci kom-

puter i umieœci³ siê w firmie na obrze¿u miasta Gary w Indianie. Dlaczego

Gary? Za³o¿ono bowiem, ¿e ¿aden szanuj¹cy siê szpieg nigdy by nie posta-

wi³ nogi w tym mieœcie. Firma by³a przykrywk¹ i rzekomo produkowa³a

rozpylacze ze œrodkami owadobójczymi dla domoros³ych ogrodników. Ana-

lityk w nowej roli dyrektora, a nazywa³ siê Ray Sherman, nazwa³ firmê Pte-

rygota Inc., siêgaj¹c do ³aciñskiego s³owa, które okreœla³o rodzinê uskrzy-

dlonych insektów. Z bli¿ej nieznanych powodów, nazwa chwyci³a i ju¿ po

pierwszym roku przedsiêbiorstwo wykaza³o zysk.

background image

24

Sherman zacz¹³ od wprowadzenia do komputera nazwisk najlepszych

studentów ostatniego roku renomowanych wy¿szych uczelni. Uwagê zwró-

ci³ na tych, którzy zamierzali poœwiêciæ siê któremuœ z zawodów wymienio-

nych na jego krótkiej liœcie, a jednoczeœnie nie kryli siê z uczuciami patrio-

tycznymi  i  chcieliby  s³u¿yæ  krajowi.  Wprowadzi³  tak¿e  do  komputera

nazwiska najœwie¿szych kandydatów do s³u¿by dyplomatycznej. Zadaniem

komputera by³o miêdzy innymi odnalezienie wspó³zale¿noœci miêdzy dwo-

ma zestawami nazwisk i wybranie tych, które s¹ na obu. W pierwszej partii

znalaz³o siê nazwisko Duff Paget. I w³aœnie on podczas drugiej rozmowy

w Departamencie Stanu zosta³ dyskretnie wywo³any i przedstawiony zupe³-

nie innej komisji, której przewodnicz¹cy nieœmia³o zapyta³, czy Duff nie

zechcia³by zostaæ szpiegiem. Dalej wszystko posz³o ³atwo, gdy¿ zatriumfo-

wa³ romantyzm i niespokojna natura. Wyzna³, ¿e w³aœnie zamierza siê ¿eniæ.

Cz³onkowie komisji radoœnie pokiwali g³owami. Sprawdzili ju¿ rodzinê jego

narzeczonej i nie mieli ¿adnych zastrze¿eñ. Dobra i dyskretna ¿ona legitymi-

zowa³a „legendê”. Wyzna³, ¿e jest zapalonym fotografem, choæ ma czysto

amatorski status. Otrzyma³ zapewnienie, ¿e to nie stanowi najmniejszego

problemu. Co wiêcej, otrzyma odpowiednie wyszkolenie i pracê, a nastêpnie

wyznaczony teren dzia³ania. Przez trzy dni przechodzi³ bardzo szczegó³owe

badania i odpowiada³ na liczne testy. Otrzyma³ wysokie noty. Najbardziej

ucieszy³ go sukces, jaki odniós³ przy obowi¹zkowym odpowiadaniu na pyta-

nia przy u¿yciu wykrywacza k³amstw.

Pojecha³ wiêc do Los Angeles na przyœpieszony intensywny kurs foto-

grafiki zawodowej, ale tydzieñ szkolenia w tej dziedzinie przeplata³ siê z ty-

godniem w tajnym kompleksie w pobli¿u Long Pine u podnó¿a Sierra Neva-

da. Tam by³ uczony w³aœciwego, równoleg³ego zawodu.

Przed wyjazdem do Kalifornii odby³ d³ug¹ i powa¿n¹ rozmowê z Ruth.

Postanowili, ¿e wezm¹ œlub dopiero wówczas, gdy Duff ustabilizuje siê za-

wodowo. I ¿e co najmniej trzy lata poczekaj¹ z za³o¿eniem rodziny. W g³êbi

duszy Ruth ¿ywi³a nadziejê, ¿e do tego czasu Duff siê zmieni, a niespokojna

natura ust¹pi dojrza³emu rozs¹dkowi. Ruth by³a kobiet¹ praktyczn¹ i cierpli-

w¹. Mo¿e poczekaæ.

Jednak¿e zaledwie pó³tora roku po rozpoczêciu pracy w tygodniku Duff

otrzyma³ propozycjê wyjazdu na placówkê do Hongkongu, sk¹d mia³ obs³ugi-

waæ Azjê Po³udniowo-Wschodni¹. W owym czasie Azja Po³udniowo-Wschod-

nia oznacza³a Indochiny. Tak wiêc niespodziewanie Duff otrzyma³ szansê za-

spokojenia swych pragnieñ: mia³ okazjê zostaæ reporterem wojennym.

Nagle pojawi³ siê problem: co zrobiæ z Ruth? Na placówce mia³ przeby-

waæ co najmniej przez dwa lata i zdaniem Ruth dwuletnia separacja by³a

wykluczona. Wiêc siê pobrali. Z praktycznego punktu widzenia ma³¿eñstwo

by³o sukcesem. Ruth doskonale absorbowa³a szok kulturowy towarzysz¹cy

background image

25

przenosinom z Ameryki do Orientu. Wiedz¹c, ¿e mê¿a czêsto nie bêdzie,

pogr¹¿y³a siê w dzia³alnoœci spo³ecznej i charytatywnej miejscowej miêdzy-

narodowej kolonii. Oprócz kursu gotowania uczêszcza³a we wtorki na lek-

cje uk³adania bukietów kwiatowych ikebana, a w czwartki zag³êbia³a siê

w tajniki jogi. W odró¿nieniu od nowych amerykañskich czy europejskich

przyjació³, nie zatrudni³a s³u¿¹cej. Mieszkanie mieli ma³e i jego sprz¹tanie

nie by³o trudne, a poza tym pomaga³o wype³niæ czas. W dalszym ci¹gu trak-

towa³a pobyt na placówce jako chwilow¹ drobn¹ zmarszczkê na g³adkiej

powierzchni, po której bêd¹ ¿eglowaæ przez ca³e ma³¿eñskie ¿ycie.

Przygl¹da³a mu siê, gdy k³ad³ do ust ostatni¹ grudkê ry¿u, a widz¹c jej wzrok

bekn¹³, jak nale¿a³o wed³ug chiñskiego obyczaju, by wyraziæ uznanie, i uœmiech-

n¹³ siê. Po raz kolejny stwierdzi³a, ¿e jej m¹¿ jest najprzystojniejszym mê¿czy-

zn¹ na œwiecie. Mia³ szczup³¹ twarz i mo¿na by nawet powiedzieæ, ¿e piêkn¹:

du¿e oczy, prosty nos, szerokie ruchliwe usta z bardzo mêsk¹ doln¹ warg¹ nad

podbródkiem z do³eczkiem. Twarz okala³y czarne, proste, po³yskliwe w³osy. Ruth

wiedzia³a, ¿e Duff jest w pe³ni œwiadomy swojej urody i czasami bardzo z³y

z tego powodu, bo tak jak to bywa z piêknymi kobietami – ludzie patrz¹ i podzi-

wiaj¹ owo piêkno, ale nie zawsze traktuj¹ powa¿nie osobowoœæ.

– Dlatego zaj¹³em siê fotografi¹ – powiedzia³ jej kiedyœ. – Ludzie bêd¹

oceniali mnie wy³¹cznie na podstawie zdjêæ, a nie wygl¹du.

Ruth rozumia³a Duffa, poniewa¿ by³a tak piêkna, ¿e mê¿czyŸni przysta-

wali na ulicy. Wœród korespondentów nazywano ich Hollywoodzkim Duetem.

Kiedy zaczê³a zbieraæ nakrycia, zauwa¿y³a, ¿e Duff jest zamyœlony i jak-

by strapiony.

– Smakowa³o? – spyta³a i musia³a powtórzyæ pytanie, gdy¿ ogarn¹³ j¹

roztargnionym spojrzeniem.

– Kolacja by³a absolutnie wspania³a. Przepraszam, ale o czymœ myœla-

³em. Za godzinê bêdê musia³ wyjœæ. Do klubu prasy. Aukcja sprzêtu fotogra-

ficznego – wyjaœni³.

Spowa¿nia³a. Od³o¿y³a z powrotem naczynia na stó³ i usiad³a.

– Czyjego?

Dostrzeg³ jej wyraz twarzy i uœmiechn¹³ siê.

– Mo¿esz siê nie martwiæ. Nikt nie zgin¹³. Dave Munger sprzedaje swoje

kamery. Nie wiadomo, dlaczego.

Munger. To nazwisko wywo³ywa³o w niej sprzeczne uczucia. Spotka³a

go tylko raz na po¿egnalnym przyjêciu korespondenta tygodnika „News-

week”, który wyje¿d¿a³ na bliskowschodni¹ placówkê. Przyjêcie by³o bardzo

alkoholowe. Munger pi³ wiêcej ni¿ wiêkszoœæ obecnych, ale by³ mniej ha-

³aœliwy. Siedzia³ samotnie przy barze, wychylaj¹c jedna po drugiej wódkê z wo-

d¹ mineraln¹. Duff wyjaœni³ Ruth, ¿e Munger przez siedem miesiêcy przebywa³

w strefie wojennej i teraz musi odzyskaæ równowagê ducha. Nazwano to

background image

26

„powrotem do normalnoœci”. Zdziwi³a j¹ jego niepozorna aparycja: szczu-

p³y, niczym siê nie odznaczaj¹cy, chyba tylko zmierzwion¹ czupryn¹ i za-

szczutym wyrazem twarzy. Oczy natomiast mia³ wyraziste, wielkie, myœl¹-

ce, jasnoniebieskie, ale o zmiennej intensywnoœci w zale¿noœci od nastroju

chwili. Od innych kobiet nas³ucha³a siê plotek o jego reputacji kochanka.

Podobno kobiety by³y drugim i ostatnim obiektem jego zainteresowania po

fotografii. I podobno wszystkie kobiety pada³y do jego stóp z monotonn¹

wrêcz regularnoœci¹. Z pocz¹tku nie mog³a zrozumieæ, co jest w nim takie-

go, ¿e poci¹ga kobiety. Nieco póŸniej, gdy tañczy³a, w pewnej chwili zoba-

czy³a wpatrzone w siebie jego oczy, wch³aniaj¹ce jej obraz. Dozna³a szoku,

czuj¹c nagle seksualne podniecenie.

Innym aspektem jej stosunku do Mungera by³o uwielbienie, jakie okazy-

wa³ mu Duff. Mo¿e nie tyle okazywa³, nie mia³ bowiem po temu okazji, ale

nosi³ je w sobie. Ruth nie podoba³o siê, ¿e jej mê¿czyzna znajduje siê pod

tak przemo¿nym wp³ywem innej osobowoœci. Nawet niezbyt dobrze mu zna-

nej i raczej rzadko spotykanej.

Po raz wtóry zgarnê³a pó³miski i ruszy³a w stronê kuchni, rzucaj¹c przez

ramiê:

– Mo¿e wreszcie doszed³ do wniosku, ¿e fotografowanie przeszkadza

mu w piciu i uwodzeniu kobiet.

Duff tylko wymownie spojrza³ i wzruszy³ ramionami. Nie potrafi³ wyjaœniæ

Ruth Ÿród³a i rodzaju emocji, jakie Dave Munger budzi u pozosta³ych fotorepor-

terów. Poza tym Ruth nie umia³aby zrozumieæ jego uwielbienia dla Mungera,

poniewa¿ nie wiedzia³a o tym, co siê kiedyœ wydarzy³o. Coœ, o czym nigdy jej

nie powie. By³o to jedno z jego „pominiêæ”. Zdarzy³o siê po dwóch miesi¹cach

od przybycia Duffa na placówkê. Dwóch miesi¹cach wielkiej frustracji.

Po przyjeŸdzie do Sajgonu Duff zg³osi³ siê przede wszystkim do miej-

scowego rezydenta wydzia³u Equinus, który dzia³a³ w Wietnamie pod przy-

krywk¹ przedstawiciela amerykañskiej firmy komputerowej. Rezydent po-

wiedzia³ mu, ¿e przez pierwszy rok trzeba budowaæ i utrwalaæ reputacjê

zawodow¹. Reputacjê reportera wojennego.

Tajemnic¹ robienia dobrych zdjêæ w strefie wojennej jest, po pierwsze,

zachowanie zimnej krwi, po drugie, znalezienie siê we w³aœciwym miejscu

o w³aœciwym czasie.

Duff ruszy³ w teren, przemierza³ tam i z powrotem ca³y Wietnam z apa-

ratami w sta³ej gotowoœci, ale trafia³ w z³e miejsca o z³ym czasie. Godny

po¿a³owania brak szczêœcia. Albo opuszcza³ strefê dzia³añ wojennych tu¿

przed rozpoczêciem walk, albo przybywa³ tu¿ po ich zakoñczeniu. Pozosta-

wa³o mu fotografowanie rannych i czarnych plastikowych worków z zabity-

mi. Raz uchwyci³ grupkê jeñców Wietkongu, którzy przypominali zag³odzo-

ne dzieci na wagarach.

background image

27

Pocz¹tkowo lekcewa¿y³ brak sukcesów. Przecie¿ dopiero zaczyna³, po-

znawa³ kraj, nawi¹zywa³ kontakty w ko³ach wojskowych, zarówno amery-

kañskich, jak i po³udniowowietnamskich. Jednak¿e w miarê mijania tygodni

jego frustracja ros³a. Po ka¿dym wyjeŸdzie w teren wraca³ do Sajgonu, szed³

do hotelowego pokoju i zasiada³ w prowizorycznej ciemni, któr¹ urz¹dzi³

w g³êbokiej œciennej szafie ubraniowej. Po wywo³aniu filmów i zrobieniu

odbitek stwierdza³ z przygnêbiaj¹c¹ regularnoœci¹, ¿e nie s¹ wystarczaj¹co

interesuj¹ce, by uzyska³y aprobatê jego amerykañskiej redakcji.

A potem zaczêli pokpiwaæ koledzy. „Masz mo¿e jakieœ ciekawe pocztó-

weczki do obejrzenia?” – pytali z³oœliwie w barze lub na hotelowym tarasie

wychodz¹cym na ulicê Tu Do. Na pozór przyjmowa³ to z humorem. Uœmie-

cha³ siê i ripostowa³, ale wewnêtrznie cierpia³. Od swego redaktora naczel-

nego otrzyma³ nawet pismo z lekk¹ wymówk¹: redakcja w dalszym ci¹gu

musi korzystaæ z serwisów agencji fotograficznych, a przecie¿ utrzymanie

w terenie w³asnego fotoreportera sporo kosztuje.

Po dwóch miesi¹cach nast¹pi³ kryzys. W barze restauracji Pod Anio³em

odbywa³ siê przypadkowy jubel. Jedni korespondenci w³aœnie odlatywali na

zas³u¿ony odpoczynek w Hongkongu i Bangkoku, inni dopiero co wrócili.

W tym œwiatku, mimo przyjacielskich stosunków, obowi¹zywa³a ostra kon-

kurencja. Duff znowu sta³ siê przedmiotem docinków. W gromadce znajdo-

wa³ siê Dave Munger, który jako jedyny siedzia³ w milczeniu przy barze,

s³ucha³ i wszystkich bacznie obserwowa³, pij¹c wódkê z wod¹ mineraln¹.

Duff doszed³ do wniosku, ¿e los jest cholernie niesprawiedliwy. Oto wi-

dzi cz³owieka, który jest ju¿ legend¹, nie musi szukaæ i wêszyæ za wojn¹.

Idzie sobie na spacerek i wojna sama przychodzi do niego. Nic dziwnego, ¿e

nosi przezwisko „Mahomet”. Góry przychodz¹ do Mahometa! W g³êbi du-

szy Duff wiedzia³, ¿e to nie takie proste. Munger by³ profesjonalist¹.

Przez ca³e lata nawi¹zywa³ kontakty w ko³ach wojskowych nie tyle z ge-

neralicj¹ i sztabowcami, co ze starszymi podoficerami, od których w³aœci-

wie wszystko zale¿a³o. Zw³aszcza od podoficerów odpowiedzialnych za trans-

port. Mówiono, ¿e Mungerowi ³atwiej jest na skiniêcie palca otrzymaæ do

dyspozycji helikopter ni¿ trzygwiazdkowemu genera³owi. Mia³ równie¿ zna-

jomoœci  we  wszystkich  cywilnych  portach  lotniczych  Azji  Po³udniowo-

-Wschodniej. Od sajgoñskiego Ton San Nut, przez Hai Tak w Hongkongu,

do Hanedy w Tokio. Dave Munger zna³ prawie wszystkich przedstawicieli

linii lotniczych. Inni mogli prawiæ komplementy i dawaæ prezenty w dyrek-

cjach linii, a Munger po prostu wiedzia³, od kogo naprawdê zale¿y zdobycie

miejsca. Inni mogli o pó³nocy wydzwaniaæ do lokalnego dyrektora linii, b³a-

gaj¹c o miejsce w przepe³nionym samolocie, a w tym samym czasie przed-

stawiciel linii na lotnisku z honorami wprowadza³ Mungera na pok³ad odla-

tuj¹cej maszyny, bardzo czêsto sadzaj¹c go bez dop³aty w pierwszej klasie.

background image

28

Innym aspektem profesjonalizmu Mungera by³y jego „magiczne sztucz-

ki”. Opanowa³ prestidigitatorstwo, by w razie potrzeby ukryæ rolkê filmu.

Koszmarem fotoreporterów by³a groŸba konfiskaty lub przeœwietlenia zdjêæ

zapieraj¹cych dech w piersiach i zdobytych z wielkim mozo³em. Wielu ¿an-

darmów i policjantów nieraz przy³apa³o Mungera na robieniu zdjêæ w „zaka-

zanych strefach”. Z satysfakcj¹ rejestrowali jego zmartwion¹ i skonsterno-

wan¹ twarz, gdy mu odbierali kasetê i wyci¹gali pasek filmu na œwiat³o

dzienne. Nie dostrzegali wówczas wewnêtrznego uœmiechu ani tym bardziej

w³aœciwego filmu ukrytego gdzieœ w kieszeni, podczas gdy oni niszczyli bez-

wartoœciow¹ przynêtê.

I wreszcie kroki podjête przez Mungera w celu zapewnienia sobie wzglêd-

nego bezpieczeñstwa osobistego. Niektórzy fotoreporterzy i korespondenci

zabierali ze sob¹ broñ, udaj¹c siê na mniej bezpieczne wyprawy: czasami

ma³y rewolwer, nó¿ sprê¿ynowy lub pojemnik z gazem. Bywa³o, ¿e wynaj-

mowali ochroniarzy – nie w wypadku wypraw w strefy wojenne, ale pod-

czas wizyt w podejrzanych dzielnicach miast Dalekiego Wschodu. Jeden ze

s³awnych nowojorskich komentatorów telewizyjnych otrzyma³ przydomek

„Sinatra”, poniewa¿ podczas wszystkich spacerów towarzyszy³a mu ca³a

gromada goryli.

Munger wybra³ inn¹ drogê. Na samym pocz¹tku kariery przestudiowa³

historiê orientalnych sztuk walki: judo, karate, Tok Wae Do, kung-fu i wielu

innych mniej znanych. Z ka¿dej wybra³ i wyuczy³ siê paru technik, które

uwa¿a³ za najbardziej skuteczne. I dziêki temu umia³ pokazywaæ pazury,

jeœli zachodzi³a potrzeba.

Kiedy Duff tak sta³ przy przeciwleg³ym koñcu lady barowej, zapatrzony

w sw¹ trzeci¹ podwójn¹ whisky, pomyœla³, ¿e warto by podobnie siê przygo-

towaæ. Pracuje tu dopiero dwa miesi¹ce, uczy siꅠMunger, chocia¿ dopie-

ro trzydziestolatek, siedzi w tym zawodzie od ponad dziesiêciu lat. Obs³ugi-

wa³ Cypr i Biafrê, Angolê, pó³nocne Borneo i teraz Wietnam. Mam jeszcze

czas… Obla³ siê zimnym potem, gdy¿ porazi³a go myœl, ¿e nie tylko o czas

i doœwiadczenie tu chodzi. Munger robi³ tylko czarno-bia³e zdjêcia i jego

negatywy nie zawiera³y ¿adnych specjalnych efektów. Ich doskona³oœæ wy-

nika³a z „wyczucia”. Albo siê ma owo „wyczucie” chwili, miejsca i tematu,

albo nie. Duff poczu³ uk³ucie zazdroœci. W³aœciwie nie mia³ jeszcze okazji

sprawdziæ, czy sam je posiada. Zbyt krótko tu by³. Ale ju¿ zbiera³ ciêgi. Od

redaktora, od kolegów. Z gorycz¹ pomyœla³, ¿e powinien by³ urodziæ siê

Angolem, tak jak Munger. Interesuj¹ce, ¿e Brytyjczycy przodowali w tym

zawodzie. Nie oznacza to, ¿e nie by³o dobrych fotografów amerykañskich

i z innych krajów europejskich – Francuzów i Niemców – oraz jeden wrêcz

genialny Hiszpan. Nawet Japoñczycy byli nieŸle reprezentowani przez Ha-

sagawê i paru innych, ale Brytyjczycy stanowili elitê: ukazuj¹cy ca³¹ grozê

background image

29

wojny Lerry Burrows, beznamiêtny Don McCullin i m³ody, bezkompromi-

sowy Tim Page. A wiele d³ugoœci przed nimi Dave Munger, który jak nikt

potrafi³ sfotografowaæ zesztywnia³e ze strachu rysy m³odego, œmiertelnie

znu¿onego ¿o³nierza i odcisn¹æ piêtno wojny w milionach umys³ów czytel-

ników.

Im wiêcej Duff pi³, w tym wiêksz¹ wpada³ rozpacz. Odg³os rozmów

i œmiechy dochodzi³y do niego jakby przez d³ugi tunel. Dopi³ ostatni¹ szklankê

whisky i podniós³ wzrok, aby za¿¹daæ od barmana nastêpnej. Zamiast bar-

mana napotka³ w lustrze za barem twarz Mungera. Przez d³ug¹ chwilê pa-

trzyli na siebie. Duff czu³, jak niebieskie oczy Mungera zagl¹daj¹ mu do

duszy i penetruj¹ umys³. Dostrzegaj¹c wszystko, dostrzegaj¹c pustkê. Na

ciemnej poci¹g³ej twarzy b³¹ka³ siê pó³uœmiech. Kpi¹cy? I nagle Duff zacis-

n¹³ palce na pustej szklance i rzuci³ szklank¹ w lustro.

G³osy i œmiechy zamar³y. Duff sta³ bez ruchu, wali³o mu têtno, niczym

po zastrzyku adrenaliny. Powoli siê obróci³ i dostrzeg³ skierowane na siebie

dziesi¹tki par oczu i twarzy – ni to rozbawionych, ni to zdumionych, znieru-

chomia³ych w b³ysku wyimaginowanego flesza. Siêgn¹³ powoli do tylnej

kieszeni, wyj¹³ zwitek banknotów, z którego na œlepo wyci¹gn¹³ kilka i rzu-

ci³ na barow¹ ladê. Jak we œnie przeszed³ przez salê i wymkn¹³ siê w parn¹

noc. Us³ysza³ jeszcze o¿ywione g³osy i czyjœ œmiech.

Kilka razy potrz¹sn¹³ g³ow¹, jakby chcia³ odzyskaæ utracon¹ przytom-

noœæ umys³u, a gdy to nie pomog³o, zacz¹³ uderzaæ otwart¹ d³oni¹ w czo³o.

Zatrzyma³a siê ko³o niego taksówka. Kierowca o szczerbatym szerokim uœmie-

chu siêgn¹³ za siebie i otworzy³ tylne drzwi. Duff wgramoli³ siê i leg³ na

siedzeniu. Taksówka ruszy³a, w³¹czaj¹c siê w ruch uliczny.

– Gdzie pan jechaæ? – spyta³ ³aman¹ angielszczyzn¹ kierowca. Duff z tru-

dem dŸwign¹³ siê do pozycji siedz¹cej i wybe³kota³:

– Hotel Continental.

Kierowca zerkn¹³ w lusterko i szybko oceni³ stan swego pasa¿era.

– Chcieæ dziewczynê, Joe? Bardzo m³oda, du¿o seksu.

Duff z trudem zebra³ myœli.

– Nie. Continental.

Kierowca wzruszy³ ramionami i zaj¹³ siê lawirowaniem wœród pojazdów.

Po piêciu minutach Duff zmieni³ zamiar. Jeszcze nigdy nie zdradzi³ Ruth,

ale w obecnym stanie umys³u wykoncypowa³ sobie, ¿e skoro we wszystkim

innym okaza³ siê nieudacznikiem, to najprawdopodobniej w ma³¿eñstwie

równie¿. A poza tym pozwoli mu to zapomnieæ o wszystkim innym. No i ni-

gdy nie kocha³ siê z Azjatk¹.

Kierowca zawióz³ go wiêc do Cholon, chiñskiej dzielnicy miasta, i pozo-

stawi³ przed drzwiami s³awnego przybytku Tai Cheong. Nie tak go sobie Duff

wyobra¿a³. Jakaœ stara wiedŸma poprowadzi³a go trzeszcz¹cymi drewnianymi

background image

30

schodami na piêtro, do stodolastej sali. Pod przeciwleg³ymi œcianami sta³y

³o¿a z baldachimami i moskitierami, pozostawiaj¹c jedynie w¹skie przejœcie

œrodkiem. Bia³e moskitiery lekko drga³y, b¹dŸ to z powodu aktywnoœci na

³o¿ach, b¹dŸ poruszane wiaterkiem z dwóch sufitowych wentylatorów. Duff

wyczuwa³ ciê¿ki, s³odki zapach.

Zacz¹³ mieæ powa¿ne w¹tpliwoœci, czy dobrze zrobi³, przychodz¹c tu.

Chcia³ siê wycofaæ, ale wiedŸma ujê³a go za rêkê i poprowadzi³a do jednego

z ³ó¿ek, rozsunê³a muœlin i zachêci³a do po³o¿enia siê. Stwierdzi³, ¿e bia³e

poszewki i przeœcierad³a s¹ czyste – poza tym po³o¿enie siê by³o o wiele

³atwiejsze od schodzenia tymi okropnymi schodami. Rzuci³ siê bezw³adnie

na pos³anie, kobieta zdjê³a mu obuwie, zasunê³a moskitierê i odcz³apa³a.

Przez wiele minut le¿a³ na plecach. Pobliski szmer kaza³ mu podnieœæ

g³owê i spojrzeæ w lewo. Przez dwie moskitiery dostrzega³ tylko amorficzny

kszta³t ko³ysz¹cy siê w powolnym rytmie.

Lekko podniós³ siê, otworzy³ szerzej oczy i kiedy adaptowa³y siê do mro-

ku, rozpozna³ na s¹siednim ³o¿u dwie po³¹czone sylwetki. Szczegó³ów w dal-

szym ci¹gu nie dostrzega³, tylko dwa splecione cienie, rozko³ysane w mlecz-

nej mgle. Ten widok, w po³¹czeniu ze s³odkim zapachem, wdzieraj¹cym siê

w nozdrza, wywo³ywa³ erotyczne doznania, jakich dot¹d jeszcze nie prze¿y-

wa³. I wcale nie odnosi³ wra¿enia, ¿e jest podgl¹daj¹cym intruzem. Mia³ œwia-

domoœæ uczestnika dope³niaj¹cego swoj¹ obecnoœci¹ nastrój tego miejsca i tej

sceny. Móg³by tak patrzeæ przez ca³¹ wiecznoœæ, ale us³ysza³ za sob¹ szelest,

obróci³ siê i zobaczy³ dwa migda³owe jeziora. Skoncentrowa³ wzrok i jeziora

przybra³y kszta³t pary skoœnych oczu w owalu kobiecej twarzy.

Dziewczyna wdrapa³a siê na wysokie ³o¿e i moskitiera opad³a z szele-

stem. Duff podpar³ siê na ³okciu. Teraz lepiej wszystko widzia³. Klêcza³a na

przeœcieradle. Mia³a na sobie bia³e ao dai pod sam¹ szyjê, obcis³e na pier-

siach i w stanie, a do³em rozszerzaj¹ce siê w wachlarz i wysoko rozciête, by

ods³oniæ jedwabne czarne spodnie.

Powoli, jakby w rozmarzeniu, rozebra³a go. Rozeœmia³a siê krótko, nie-

mal wstydliwie, gdy usi³owa³a zdj¹æ mu majtki przez naprê¿onego cz³onka.

Rzuci³a jego ubranie gdzieœ w k¹t i z naturaln¹ gracj¹ usiad³a w nogach

³ó¿ka, by siê rozebraæ. By³a szczup³a i delikatna, a skórê mia³a niemal tak

bia³¹ jak moskitiera. Duff dostrzeg³ czarne oczy i w³osy, ciemne, dumnie

stercz¹ce sutki. Pragn¹³ jej, ale zmusi³ siê do bezruchu. Zaczê³a mu maso-

waæ stopy. Smuk³e palce sprawia³y rozkosz granicz¹c¹ z bólem. Od stóp

przesz³a do ³ydek i potem do ud. Pomijaj¹c twardego cz³onka skoncentrowa-

³a siê na brzuchu i klatce piersiowej. Teraz siedzia³a na nim okrakiem, z twa-

rz¹ nisko nad jego twarz¹, a jej d³ugie w³osy opada³y na poduszkê. Wresz-

cie zajê³a siê jego barkami, ugniataj¹c palcami miêœnie i przynosz¹c ulgê.

Nareszcie skoñczy³a, zbli¿y³a twarz, na wargach b³¹ka³ siê lekki uœmiech.

background image

31

Czu³ pulsowanie i zarazem istnienie tylko jednej czêœci swego cia³a – tej,

któr¹ pominê³a. Jakby j¹ odseparowa³a od reszty i nastawi³a uk³ad nerwowy

na odbiór sygna³ów z ca³ej d³ugoœci wzniesionego cz³onka.

Poczu³ dotyk jej sutek na piersi, poczu³ jej usta na ustach. Poca³unek by³

perwersyjnie siostrzany. Ujê³a cz³onka i potar³a nim o swe jedwabiste wrota.

Wstrz¹sn¹³ nim rozkoszny ból, wyprê¿y³ siê i wdar³ w ni¹. W tym samym

momencie rozwar³a usta i wprowadzi³a jêzyk miêdzy jego wargi.

I potem wydawa³o mu siê, ¿e tkwi zawieszony w przestrzeni bez ruchu i ¿e

ona tak¿e zastyg³a, a jednoczeœnie odnosi³ wra¿enie, i¿ pozwoli³ zamkn¹æ swój

symbol mêskoœci w s³ój pe³en ¿ywych wij¹cych siê nieziemskich stworów.

Byæ mo¿e to wra¿enie by³o zbyt natrêtne i wyraziste. Dziesi¹tki razy czu³

zbli¿aj¹cy siê orgazm i za ka¿dym razem o parê sekund przed nim fala odp³y-

wa³a. Z pocz¹tku, chc¹c przed³u¿yæ rozkosz, dziewczyna zwalnia³a tu¿ przed

osi¹gniêciem szczytu, kiedy jednak czas mija³, zaczê³a przyœpieszaæ, by go

przezeñ przeprowadziæ. Zacz¹³ sobie zdawaæ sprawê, ¿e to siê nie stanie. Ta

œwiadomoœæ wywo³a³a niepokój, a wraz z nim negatywn¹ reakcjê fizyczn¹.

Dziewczyna to pojê³a, pokrêci³a g³ow¹ i obdarzy³a s³odkim uœmiechem.

– Nie martw siꠖ szepnê³a. – Jesteœ silny. Odprê¿ siê, a ochota powróci.

Zesz³a z niego, obsunê³a siê, muskaj¹c piersiami jego brzuch i uda. Pod-

niós³ g³owê i zobaczy³, jak bierze do ust miêkkiego cz³onka. Cz³onek siê

wyprê¿y³, wype³niaj¹c jej usta. Znowu zbli¿y³ siê do orgazmu i znowu nie

dotar³ do szczytu. Nie móg³ na to poradziæ on, nie mog³a ona. A starali siê

oboje. Palcami muska³a jego sutki. Czu³ straszne pragnienie doznania osta-

tecznej ulgi, przebrniêcia przez niewidzialn¹ barierê. Ale nie móg³ i ona te¿

zda³a sobie z tego sprawê. Podci¹gnê³a siê i u³o¿y³a obok niego, chowaj¹c

g³owê w ramiê mê¿czyzny i ws³uchuj¹c siê w bicie jego serca.

– Nie martw siê – powiedzia³a. – Mo¿e póŸniej, mo¿e innym razem.

Jej s³owa nie przynios³y pociechy. Udowodni³ sobie ostatecznie, ¿e jest

nieudacznikiem, czu³ straszliwy ból w przyrodzeniu.

Unios³a siê, podpar³a ³okciem i z niepokojem wpatrywa³a w jego znêka-

n¹ twarz. Potem poklepa³a go po plecach, odsunê³a moskitierê i odesz³a.

S¹dzi³, ¿e wiêcej ju¿ jej nie zobaczy, ale powróci³a po dziesiêciu minu-

tach, nios¹c tackê z laki, któr¹ postawi³a na ³ó¿ku. Na tacy sta³a ma³a oliwna

lampka, fajka z cienkim, d³ugim cybuchem, szczypczyki, pude³ko zapa³ek

i kawa³ek srebrnej folii. Na folii le¿a³a brunatna grudka, chyba wilgotna,

gdy¿ lœni³a w mroku. Duff uœwiadomi³ sobie, ¿e patrzy na kulkê opium i przy-

rz¹dy do jego palenia. By³o to wbrew jego zasadom, ale czu³ ca³kowite otê-

pienie. W milczeniu przygl¹da³ siê, jak dziewczyna zapala oliwn¹ lampkê,

ujmuje w szczypczyki brunatn¹ kulkê i obraca nad p³omieniem. Po paru minu-

tach nachyli³a siê i przeci¹gnê³a kulkê pod nosem. Z aprobat¹ skinê³a g³ow¹,

uœmiechnê³a siê do Duffa i wrzuci³a grudkê opium do fajki. Na z³o¿onych

background image

32

razem otwartych d³oniach poda³a mu fajkê niczym dar. Poczu³ strach, ale

tylko przez chwilê. Pomyœla³, ¿e co bêdzie, to bêdzie, i przyj¹³ dar.

Z pocz¹tku postêpowa³ nieporadnie, usi³uj¹c poci¹gaæ tak, jakby pali³

w fajce tytoñ. Ale ona pokaza³a mu, jak nale¿y ostro¿nie to czyniæ, powoli,

i przetrzymywaæ dym w p³ucach.

By³o to jego pierwsze doœwiadczenie z narkotykami. Nigdy w ¿yciu nie

spróbowa³ nawet marihuany. Z podnieceniem i lêkiem oczekiwa³ teraz skut-

ków. Po paru minutach ogarnê³a go fala ulgi. ¯adnego otêpienia myœli czy

zmys³ów, tylko lekka, kwaœna suchoœæ w gardle. By³ nieco zawiedziony. Je-

œli ju¿ wszed³ na niegodn¹ drogê zakazanych rozkoszy, to niech siê przynaj-

mniej dowie, jak ten owoc smakuje.

Dziewczyna siedzia³a na ³ó¿ku ze skrzy¿owanymi nogami i wpatrywa³a

siê w niego, na nagim ciele perli³ siê pot. Duff uœwiadomi³ sobie nagle, ¿e

dziewczyna jest nieprawdopodobnie piêkna. Nie fizycznie, nie zewnêtrznie,

ale od wewn¹trz promieniuje nieziemsk¹ urod¹. By³a jak olejny obraz – por-

tret, który na pierwszy rzut oka wydaje siê tylko barwny i dobrze skompono-

wany, ale przy bli¿szym obejrzeniu ujawnia ca³¹ g³êbiê kolorów, cieni i to-

nów, sk³adaj¹cych siê na doskona³e dzie³o. Dopiero teraz odkrywa³ jej cia³o

o subtelnym odcieniu koœci s³oniowej, œwietliste, jakby pod skór¹ ktoœ prze-

suwa³ lampê. Dopiero teraz zauwa¿y³, ¿e jej czarne w³osy nie s¹ czarne zwy-

k³¹ czerni¹, ale przechodz¹ w odcieñ hebanu. Siedzia³a w nogach ³o¿a, dale-

ko, a mimo to czu³ dotyk jej jedwabistej skóry, twardoœæ sutek, rozkoszn¹

miêkkoœæ miêdzy udami i delikatnoœæ ³uku szyi.

Doœæ niewyraŸnie zdawa³ sobie sprawê, ¿e opium mimo wszystko opa-

nowa³o jego zmys³y, wyostrzy³o je i z³agodzi³o zarazem. Rozeœmia³ siê, ale

nie us³ysza³ w³asnego œmiechu. Uœmiechnê³a siê i u³o¿y³a go na poduszce.

Wszystkie lêki i niepokoje odp³ynê³y wraz z dymem, który spiral¹ unosi³ siê

gdzieœ wysoko i tam osiada³, tworz¹c nieruchom¹ mgie³kê.

Poranek przyniós³ powrót do rzeczywistoœci. I jeszcze coœ: zwrotny punkt

w ¿yciu.

Obudzi³ siê póŸno. Czyjeœ palce delikatnie œciska³y mu p³atek lewego

ucha. Mrukn¹³ coœ, œwiadomoœæ powoli wraca³a, a kiedy wróci³a, poczu³

g³uchy ból, promieniuj¹cy gdzieœ z podstawy czaszki. Wraz z bólem powró-

ci³a pamiêæ. Obróci³ g³owê i zobaczy³ pochylon¹ nad sob¹ dziewczynê. By³a

ubrana w tê sam¹ ao dai, w³osy mia³a splecione wysoko na g³owie. Na jego

³o¿u i na wszystkich innych moskitiera by³a podwiniêta i zarzucona na bal-

dachim. Z ogromnego pomieszczenia umknê³a tajemniczoœæ. Wygl¹da³o jak

opustosza³e koszary. Usiad³. W sali pozosta³ tylko on i dziewczyna. Wziê³a

czarkê ze stolika przy ³ó¿ku i poda³a mu j¹ z malutk¹ fiolk¹. W czarce by³a

background image

33

herbata, w fiolce coœ, co wygl¹da³o jak garstka drobniutkich brunatnych na-

sion.

– Po³knij – powiedzia³a. – Dobre na g³owê.

Zêbami wyci¹gnê³a z fiolki korek, odchyli³a mu g³owê i wsypa³a zawar-

toœæ do ust. Popi³ ³ykiem herbaty. Ziarenka mia³y gorzki smak pleœni.

– Dobre chiñskie lekarstwo – powiedzia³a tonem, jakim siê mówi do

ma³ego ch³opca.

– Jesteœ Chink¹? – spyta³.

– Pó³ Chink¹, pó³ Wietnamk¹.

Poda³a mu ubranie. By³o uprane i odprasowane. Wypi³ herbatê i zacz¹³ siê

ubieraæ. Dziewczyna uklêk³a i za³o¿y³a mu skarpetki. Teraz naprawdê poczu³

siê jak ch³opczyk. Dziwne uczucie bezradnoœci, wzmocnione wra¿eniami po

minionej nocy: winy, podniecenia, wewnêtrznego rozdygotania i depresji.

Incydent w barze najprawdopodobniej zakoñczy³ obie jego embrionalne

kariery. Rezydent wydzia³u Equinus zna ju¿ bez w¹tpienia wszystkie szcze-

gó³y. Agent, który traci panowanie, jest nic nie wartym agentem, a jego suk-

cesy reporterskie te¿ s¹ równe zeru. Ponadto zdradzi³ ¿onê i pali³ opium!

Dziewczyna pomaga³a mu teraz w³o¿yæ buty. Patrz¹c na jej po³yskliwe

czarne w³osy, pomyœla³: No to co? Nic nadzwyczajnego, straci³ tylko dwie

prace i jedn¹ ¿onê, ale noc by³a wspania³a i co za doœwiadczenie dla amery-

kañskiego ch³opaka z prowincji! Co za frajda móc samemu siê pocieszyæ

i usun¹æ gnêbi¹ce myœli!

– Jak siê nazywasz? Jak ci na imiê? – spyta³, gdy dziewczyna wsta³a.

– Wei Fong. A ty?

– Duff.

– Duff? – powtórzy³a niepewnie.

Zmusi³ siê do uœmiechu.

– Tak. Bezu¿yteczny Duff. – Zerkn¹³ na zegarek i zakl¹³. Do dziewczyny

powiedzia³:

– Muszê wracaæ na Armageddon.

Spojrza³a szeroko otwartymi oczami.

– Bezu… Tak siê nazywasz? Arma…

Uj¹³ jej twarz w obie d³onie i poca³owa³ w usta.

– Dziêkujê ci, Wei Fong. Byæ mo¿e jesteœ ostatni¹ przyjazn¹ mi istot¹.

Uœmiechnê³a siê kusz¹co.

– Zobaczyæ ciebie jeszcze?

Wzruszy³ ramionami.

– Mo¿e. I wtedy przyniosê aparat. Nie mogê utrwaliæ na filmie wojny, to

mo¿e uda mi siê utrwaliæ jej przeciwieñstwo.

Sprowadzi³a go na dó³, gdzie zap³aci³ starej wiedŸmie i wyszed³, nie

ogl¹daj¹c siê za siebie. Przed wejœciem czeka³ na niego szczerbaty taksówkarz.

3 – Reporter

background image

34

Taksówkarze sajgoñscy nale¿eli do gatunku, który przysysa³ siê do dobrego

klienta niczym pijawka, ale bynajmniej nie krwio¿ercza, tylko bardzo do-

brotliwa i przyjazna. W drodze do hotelu Duff wpad³ w ostateczn¹ depresjê.

Martwymi oczami patrzy³ na przewalaj¹ce siê t³umy przetykane amerykañ-

skimi ¿o³nierzami, operetkowo wystrojonymi wietnamskimi policjantami,

na kobiety, jedne w zachodnich strojach, inne w powiewnych ao dai. Czasa-

mi przemkn¹³ mu przed oczami buddyjski mnich w szafranowej sukni, wzbo-

gacaj¹cej bukiet barw ulicy. Chiñskie lekarstwo okaza³o siê skuteczne na ból

g³owy, który wyraŸnie ustêpowa³, ale nie zmniejszy³o depresji.

Wszystkie marzenia okaza³y siê mrzonkami, ambicje kpin¹ ze zdrowego

rozs¹dku. By³ nieudacznikiem. Nie-u-da-czni-kiem! Kiedy taksówka podje-

cha³a przed hotel od ulicy Tu Do, wiedzia³ ju¿, co zrobi. Nie bêdzie czeka³.

Zaraz porozumie siê z rezydentem i z³o¿y rezygnacjê. Przeteleksuje do Hong-

kongu i wszystko wyzna Ruth.

Zap³aci³ kierowcy i po schodach wbieg³ do holu. Tak by³ zatopiony we w³a-

snych myœlach, ¿e nie zauwa¿y³ schodz¹cego mê¿czyzny i lekko go potr¹ci³.

– Gdzieœ ty siê, do diab³a, podziewa³, Duff?

Pytanie zada³ Greg Harris, bardzo mi³y Australijczyk, który zapoznawa³

z wojn¹ wietnamsk¹ czytelników „Melbourne Star”. By³ tylko nieco starszy

od Duffa i od bardzo niedawna pracowa³ w Wietnamie, obaj wiêc widzieli

w sobie bratnie dusze. Duff raczej obojêtnie spojrza³ na kolegê i zobaczy³ na

jego twarzy z trudem opanowywane podniecenie. Australijczyk chwyci³ go

za ramiê.

– Wszêdzie ciebie szukam. Nie s³ysza³eœ?

– Co mia³em s³yszeæ?

– Pierwsza Dywizja. Raz jeszcze macaj¹ Ah Shau. Od œwitu. Przez wiele

godzin obowi¹zywa³o embargo. Dopiero przed godzin¹ puœcili farbê. Ju¿

prawie wszyscy polecieli. By³em w Delcie i dopiero teraz wróci³em. Zaraz

zaczn¹ lataæ po rannych. Zabierzemy siê w tamt¹ stronꠜmig³owcami sani-

tarnymi. ChodŸ, stary, nie marudŸ! £ap sprzêt i lecimy!

Duff w dalszym ci¹gu nie pojmowa³, o co w³aœciwie chodzi, i pó³przy-

tomnie spogl¹da³ na Grega, który nim potrz¹sn¹³ i rykn¹³:

– ObudŸ¿e siê, cz³owieku, rusz siê! To najwiêksza operacja od lat!

Z brzêkiem upad³a wyimaginowana moneta: orze³ czy reszka? Pojawi³a

siê szansa! Ostatnia szansa! Greg krzykn¹³ do szczerbatego taksówkarza, by

czeka³, po czym zwróci³ siê znów do Duffa:

– No i co, jedziesz? A w ogóle: co ci jest?

Duff siê uœmiechn¹³.

– Nic, absolutnie nic. Jadê! Poczekaj pó³ minuty.

Wpad³ do recepcji i, ignoruj¹c zdumionego recepcjonistê, sam porwa³ klucz

do pokoju. Hotelowe windy by³y powolne, wiêc wbieg³ na drugie piêtro po

background image

35

schodach. Drzwi do pokoju zasta³ otwarte, gdy¿ pokojówka w³aœnie zmywa³a

wilgotn¹ szmat¹ marmurow¹ posadzkê. Patrzy³a z rozbawieniem, jak miota

siê nieprzytomnie od ³ó¿ka do szafy, komody, ³azienki. W przesz³oœci ju¿ to

wszystko widzia³a. Zdj¹³ lekkie obuwie i w³o¿y³ grube buty do chodzenia po

d¿ungli, kamizelkê przeciwod³amkow¹, w biegu porwa³ he³m i torbê ze sprzê-

tem. Gdy by³ ju¿ w drzwiach, us³ysza³ piskliwe wo³anie. Obróci³ siê. Poko-

jówka sta³a przy ³ó¿ku, trzymaj¹c w podniesionej d³oni zafoliowany identyfi-

kator. Bez niego nie by³by dopuszczony nawet w pobli¿e œmig³owca. Wróci³,

uca³owa³ dziewczynê w oba policzki, niemal wyrwa³ jej z rêki legitymacjê

prasow¹ i wybieg³ ¿egnany jej perlistym œmiechem.

Polecieli œmig³owcem sanitarnym Huey w towarzystwie trzech korespon-

dentów, którzy nie zd¹¿yli z pierwsz¹ fal¹. Ma³o kto mia³ ochotê na rozmo-

wê. Po starcie jeden z pilotów powiedzia³:

– Tam s¹ jatki. Ja muszê lecieæ, ale nie mam pojêcia, po co wy siê pcha-

cie.

Lecieli szybko i bardzo nisko. Nos œmig³owca by³ lekko pochylony do

przodu, jakby stalowe ptaszysko chcia³o zajrzeæ w g³¹b nieprzeniknionej

d¿ungli. W pewnej chwili us³yszeli metaliczne szczêkanie, jakby ktoœ spraw-

nie wbija³ gwoŸdzie w gigantyczn¹ blaszan¹ puszkê. Albo jakby jakiœ dia-

belski dziêcio³ bi³ dziobem w blachê.

– Sukinsyny! – zakl¹³ pilot. – Ka³asznikowy. Cholernie blisko strefy l¹-

dowania. – Pilot zapatrzy³ siê w przyrz¹dy, a jego przygodni pasa¿erowie

spojrzeli po sobie, bezskutecznie usi³uj¹c nie wygl¹daæ na tak przestraszo-

nych, jak byli w istocie.

Jeden z korespondentów zdj¹³ he³m, uniós³ siê i usiad³ na nim. Duff by³

bliski pójœcia w jego œlady, kiedy pilot krzykn¹³:

– Gotowaæ siê do l¹dowania, gotowaæ siê do l¹dowania! – œmig³owiec

zatacza³ krêgi nad polan¹. Œwiece dymne wyznacza³y obrêb l¹dowiska, na

którym spoczywa³y cztery œmig³owce: dwa Hueye z obracaj¹cymi siê wirni-

kami, jeden, przewrócony na bok, jeszcze dymi³, i wypalona Cobra. Ludzie

objuczeni noszami biegli w kierunku dwóch sprawnych helikopterów.

Duff przygotowa³ Nikona i przesun¹³ d³oni¹ przed obiektywem, by spraw-

dziæ, czy zdjêta jest os³ona. By³ pewien, ¿e gdyby nie wycie silnika, to pozo-

stali s³yszeliby bicie jego serca.

Œmig³owiec usiad³, wyskoczyli i zaczêli biec w kierunku drzew.

Przez nastêpne kilka minut Duff mia³ wra¿enie, ¿e ogl¹da film puszczo-

ny  na  przyœpieszonych  obrotach.  Zacz¹³  fotografowaæ  spomiêdzy  drzew.

Najpierw spalon¹ Cobrê, potem rój sanitariuszy ³aduj¹cych nosze z ranny-

mi. Wszystko dzia³o siê tak szybko, ¿e nastawi³ aparat na ci¹g³¹ pracê i miarowy

background image

36

trzask migawki obwieszcza³ wycinanie i utrwalanie na taœmie skrawków akcji

ratunkowej. Jego koledzy ruszyli w g³¹b d¿ungli w kierunku odg³osów strze-

laniny. Postanowi³ doczekaæ startu œmig³owców i ruszyæ za nimi. Silniczek

Nikona zatrzyma³ siê po ostatniej klatce. Duff szybko przewin¹³ film, otwo-

rzy³ kamerê, wyj¹³ rolkê i siêgn¹³ do torby po now¹. Wszystkie czynnoœci

wykonywa³ szybko i sprawnie. Ile¿ to godzin spêdzi³ na ich przeæwiczaniu.

Nagle palce zastyg³y, serce zamar³o. W torbie nie mia³ ani jednej zapasowej

rolki.

Usiad³ ciê¿ko na ziemi, otwarty aparat luŸno zwisa³ mu z szyi. Ramiona-

mi obj¹³ podci¹gniête kolana i ukry³ g³owê miêdzy nogami. Z gard³a wydo-

by³ mu siê histeryczny, bolesny œmiech. Jeszcze jedno upokorzenie. Z jego

w³asnej winy. Straszliwe upokorzenie.

Poprzedniego dnia postanowi³ zmieniæ film z 400 ASA na 800. Ktoœ mu

powiedzia³, ¿e Munger zawsze u¿ywa 800 ASA. Kupi³ dziesiêæ pude³ek.

Mia³ je rozpakowaæ wieczorem po przyjêciu w barze, sprawdziæ, czy kasety

s¹ dobre, czy z ka¿dej wygl¹da odpowiedniej d³ugoœci jêzyczek filmu, i w³o-

¿yæ do odpowiedniej przegródki w torbie. A torbê ju¿ przygotowa³, opró¿-

niaj¹c z niepotrzebnych czterechsetek. Ale na przyjêciu wydarzy³o siê to

lustro, a potem wydarzy³a siê dziewczyna i opium…

Wieczór zasta³ go w ³ó¿ku. Od trzech godzin ju¿ le¿a³ zapatrzony w sufit

i w wolno obracaj¹ce siê skrzyd³a wentylatora. Tam, przy l¹dowisku, rozpa-

trywa³ trzy opcje: po¿yczyæ parê rolek od jakiegoœ reportera, wracaæ do Saj-

gonu pierwszym œmig³owcem, odebraæ sobie ¿ycie.

Wróci³ pierwszym œmig³owcem. Od nikogo nie bêdzie po¿ycza³ filmu.

Oczywiœcie, otrzyma³by go wraz z ironicznym uœmiechem i rad¹, by spraw-

dzi³, czy nie ma os³ony na obiektywie. A jeœli chodzi o trzecie rozwi¹zanie,

to zacz¹³ w¹tpiæ, czy starczy mu odwagi.

Na ewakuacjê z l¹dowiska musia³ czekaæ ponad godzinê. Wraca³ z t¹

sam¹ za³og¹. Siedzia³ w g³êbi kabiny miêdzy czarnymi plastikowymi worka-

mi z cia³ami zabitych, ¿a³uj¹c prawie, ¿e nie jest jednym z nich. Pilot nie

odezwa³ siê s³owem. Tylko spojrza³ na niego wymownie. Bardzo rzadko spo-

tyka³ korespondentów i fotografów którzy nie potrafili stawiæ czo³a okro-

pieñstwom wojny. Ale kiedy ju¿ takiego spotyka³, to wiedzia³, ¿e lepiej jest

milczeæ.

A wiêc to ju¿ koniec drogi. W szufladzie obok spoczywa³a ostatnia zmar-

nowana szansa w postaci dziesiêciu pude³ek dziewiczego filmu. I nie potru-

dzi³ siê nawet, by wywo³aæ tê jedn¹ rolkê, któr¹ wykorzysta³. Po co? Jak¹

wartoœæ mog³y mieæ zdjêcia spalonego œmig³owca robione w czasie, kiedy

kilometr dalej trwa³a najwiêksza od miesiêcy bitwa?

background image

37

Ciche pukanie do drzwi poirytowa³o go.

– Kto tam? – burkn¹³ niegrzecznie.

– List do pana – us³ysza³ przyt³umion¹ odpowiedŸ.

– Proszê wsun¹æ pod drzwi.

Przele¿a³ jeszcze godzinê, zatopiony w kontemplacji wentylatora. Po-

tem wsta³ i w drodze do ³azienki zobaczy³ na pod³odze ¿ó³t¹ kopertê. Pod-

niós³ i rozerwa³ j¹. Na dywan wypad³y paski negatywów i odbitek styko-

wych wraz z pojedyncz¹ kartk¹. Usiad³ na pod³odze i zacz¹³ czytaæ rêczne

pismo:

Nie mam pojêcia, jak panu dziœ posz³o, ale ja narobi³em wiêcej zdjêæ, ni¿

potrzebujê. Mo¿e siê panu przydadz¹. Niech to bêdzie nasz ma³y sekret. Jeœli

chodzi o powód, to jest bardzo prosty: jestem wdziêczny, ¿e celowa³ pan w moje

odbicie w lustrze, a nie we mnie.

D.M.

Duff przez d³ugie minuty wpatrywa³ siê w list, po czym rzuci³ go na

dywan i zacz¹³ ogl¹daæ stykówki. Dziesiêæ na dwóch paskach. Pierwszy pa-

sek przedstawia³ ró¿ne etapy nacierania dwóch czarno odzianych i uzbrojo-

nych w ka³asznikowy ¿o³nierzy Wietkongu na robi¹cego zdjêcie. Na trzecim

zdjêciu jeden z nich w ¿a³osnym piruecie odskakiwa³ na bok, a ka³asznikow

wypada³ mu z rêki. Twarz wykrzywia³a nienawiœæ i ogromny wysi³ek. Na

pi¹tym zdjêciu ¿o³nierz klêcza³ z twarz¹ zalan¹ krwi¹.

Drugi pasek by³ histori¹ ostatnich sekund ¿ycia amerykañskiego ¿o³-

nierza. Skulony strzela³ z M-16: zbli¿enie pokazywa³o twarz przytulon¹ do

kolby, przymru¿one oczy pod nisko nasuniêtym he³mem, zarost na pod-

bródku. Na he³mie kred¹ wypisane s³owa: JeŸdziec Piekie³. Na ostatnim

zdjêciu ¿o³nierz le¿a³ na plecach, przyciskaj¹c do siebie karabin, mia³ sze-

roko otwarte, nic ju¿ nie widz¹ce, oczy. He³m le¿a³ obok, odwrócony dnem

do do³u.

Duff wzi¹³ g³êboki oddech. Te zdjêcia to skarb! WyraŸne, ostre i prze-

mawiaj¹ce z si³¹ ciosu zadanego miêdzy oczy. Powoli od³o¿y³ je obok listu

Mungera, wsta³, wyprostowa³ siê, sztywnym krokiem poszed³ do ³azienki,

odda³ mocz, opuœci³ deskê, usiad³ na niej i d³ugo tam siedzia³. Zawsze najle-

piej mu siê myœla³o w tej pozycji i w tym miejscu.

Minê³a wiecznoœæ. Podj¹³ decyzjê. Wsta³ i spuœci³ wodê.

Nie by³o sposobu wyt³umaczenia tej decyzji Ruth. Ani te¿ wyt³umacze-

nia owych dwudziestu czterech godzin, które okaza³y siê punktem zwrot-

nym jego ¿ycia.

background image

38

Siedzia³ za sto³em i przez otwarte drzwi do kuchni s³ysza³ szczêk zmywa-

nych przez Ruth naczyñ. Nie, ona nigdy by nie zrozumia³a. Ani tego lustra, ani

Wei Fong, ani opium, a przede wszystkim tego, ¿e wys³a³ tego wieczoru do

redakcji czyjeœ zdjêcia jako swoje. Nie mia³ jednak z tego powodu wyrzu-

tów sumienia. Nie próbowa³ nawet usprawiedliwiaæ swego postêpku tym, ¿e

pomaga mu on uwiarygodniæ konieczn¹ przykrywkê do dzia³alnoœci szpie-

gowskiej. Od tamtego wieczoru spotka³ Mungera tylko raz, w zat³oczonym

barze na lotnisku Ton San Nut. Przedziela³ ich t³umek i dopiero po wielu

minutach uda³o siê Duffowi pochwyciæ jego spojrzenie w lustrze. Skin¹³

g³ow¹, Munger skin¹³ jemu. Wiadomoœæ zosta³a wys³ana i odebrana.

Tak, to by³ punkt zwrotny. Redaktor naczelny przys³a³ mu entuzjastycz-

ny telegram z gratulacjami. Dwa dni póŸniej Duff zabra³ siê z patrolem pie-

choty morskiej w rejon Delty i jego fotografie zosta³y póŸniej okreœlone

jako najbardziej wstrz¹saj¹ce z ca³ej wojny. Zosta³ te¿ lekko ranny w nogê

przez od³amek, co dla korespondenta by³o równoznaczne z odznaczeniem

bojowym. Skoñczy³y siê ¿arty i docinki. Nigdy nie usi³owa³ zg³êbiæ w³aœci-

wej przyczyny szczodrobliwoœci Mungera. Jednak¿e od tamtego wydarze-

nia coœ ich po³¹czy³o. Teraz chcia³ za wszelk¹ cenê wiedzieæ, dlaczego Mun-

ger sprzedaje swój sprzêt i czy nie jest mu potrzebna pomoc.

Odsun¹³ krzes³o, wsta³, przeci¹gn¹³ siê i poszed³ do kuchni. Ruth, w d³u-

gich ró¿owych gumowych rêkawicach, sta³a przy zlewie i zmywa³a talerze.

Stan¹³ tu¿ za ni¹, poca³owa³ w szyjê i poklepa³ w siedzenie.

– Wychodzê.

Odwróci³a siê, poca³owa³a go w usta i spyta³a:

– Wrócisz póŸno?

– Najwy¿ej za dwie godziny. Kiedy skoñczysz, zadzwoñ do Mandaryna

i zamów stolik na czwartek.

Uœmiechnê³a siê, wiedz¹c, ¿e chodzi o ich rocznicê.

– Zadzwoniê i powiem, ¿eby ju¿ mrozili szampana. Parê butelek.

– I po co ludzie opowiadaj¹ takie bzdury, ¿e we dwójkê ¿yje siê równie

tanio jak w pojedynkê – odpar³ z udawan¹ rozpacz¹.

Poca³owa³a go raz jeszcze, tym razem w czubek nosa, i powróci³a do

zmywania. Kiedy zamyka³ drzwi, przypomnia³a sobie o bransoletce. Czy ju¿

j¹ kupi³? To mia³a byæ oczywiœcie niespodzianka, ale oboje o niej wiedzieli.

Dwukrotnie w ubieg³ym tygodniu pokierowa³a nim w stronê jubilerskiego

sklepu, gdzie niby to mimochodem zwróci³a uwagê na le¿¹c¹ w witrynie

bransoletkê z jaspisu oprawionego w z³oto. Jej cena wynosi³a siedem tysiê-

cy hongkoñskich dolarów. Ekstrawagancki prezent, ale skoro Duff otrzyma³

sw¹ pierwsz¹ premiê za zdjêcia…

background image

39

2

W

alter Blum przygl¹da³ siê wchodz¹cym do klubu. Ju¿ od godziny siedzia³

przy tym samym co zawsze stoliku w rogu i, jak zawsze, sta³ przed nim

srebrny kube³ek z lodem. W lodzie ch³odzi³a siê na po³y ju¿ opró¿niona bu-

telka Montrachet. Blum lubi³ przygl¹daæ siê ludziom. By³ to jego zawód

i pasja zarazem. To prawda, ¿e nie nadawa³ siê do niczego innego, gdy¿ wa-

¿y³ blisko sto piêædziesi¹t kilo i by³ niski. Wygl¹da³ jak uosobienie bardzo

bogatego, bardzo oty³ego cz³owieka o pospolitych upodobaniach. Mia³ na

sobie b³yszcz¹cy jasnopopielaty flanelowy garnitur i rdzawy krawat, z wpiê-

t¹ z³ot¹ szpilk¹ wysadzan¹ brylantami, na tle jasnoniebieskiej jedwabnej

koszuli. W pulchnych palcach, z nadzianymi na nie zbyt wielkimi sygneta-

mi, trzyma³ grube cygaro, które regularnie podnosi³ do ust. Karykatury do-

pe³nia³ monokl zwisaj¹cy z szyi na jedwabnym, plecionym czarnym sznu-

reczku.  Nikt  nigdy  nie  widzia³,  by  kiedykolwiek  korzysta³  z  monokla.

W klubie dziennikarzy, który wszyscy nazywali inicja³ami FCC – Foreign

Correspondent’s Club – pojawia³ siê niemal codziennie o siódmej trzydzie-

œci wieczorem, przywo¿ony pod Sutherland House bia³ym rolls-royce’em

bêd¹cym jego w³asnoœci¹. Mêczy³ go nawet kilkunastometrowy spacer do

wind, tote¿ wysiadaj¹c na czternastym piêtrze w klimatyzowanym holu

dysza³ i lekko siê poci³. Szed³ do swego stolika powoli, rozdaj¹c ³askawe

uk³ony znajomym i personelowi. Na stoliku czeka³o ju¿ sch³odzone wino

i cztery kieliszki. Trzy kieliszki na wszelki wypadek, gdyby mu przysz³a

ochota zaprosiæ kogoœ do stolika. Zaproszenie by³o zawsze mile widziane,

gdy¿ nawet przy niskich cenach klubowych butelka montrachet kosztowa-

³a  fortunê.  Blum  podnosi³  siê  od  stolika  o  dziewi¹tej  czterdzieœci  piêæ.

W drodze do holu zatrzymywa³ siê przy barze i zamienia³ kilka s³ów z bar-

manem Czangiem. O dziesi¹tej siedzia³ ju¿ za swoim stolikiem w rogu sali

grillowej hotelu Mandaryn. Wola³ jadaæ sam – spo¿ywanie posi³ku to po-

wa¿na sprawa.

Przychodzi³ tak do klubu od wielu lat. Nikt nie wiedzia³, dlaczego wy-

bra³ w³aœnie FCC. Nie by³ to klub milionerów, brakowa³o mu bogactwa i prze-

pychu pasuj¹cych do jego wygl¹du krezusa. Powód by³ jednak prosty. Lubi³

obserwowaæ ludzi z ró¿nych œrodowisk, a pod tym wzglêdem FCC bi³ na

g³owê wszystkie inne kluby Hongkongu.

Szacowny Hongkong Club skupia³ wy³¹cznie brytyjskich biznesmenów

i urzêdników z administracji gubernatora, z dodatkiem nielicznych „ludzi

z miasta”, wy³¹cznie po to, by zamkn¹æ usta krytykom, zarzucaj¹cym w³a-

dzom klubowym politykê kolonialn¹. Klub Amerykañski by³… by³ po prostu

zbyt amerykañski, dostojny zaœ Country Club w Deep Walter Bay stanowi³

background image

40

siedlisko nuworyszów. Mimo swego wygl¹du Walter Blum zatrz¹s³by siê ze

z³oœci, gdyby go tam zakwalifikowano.

Ujmuj¹c krótko, FCC by³ klubem kosmopolitycznym. Tylko ma³y pro-

cent jego cz³onków nale¿a³ do korpusu prasowego. Byli w nim oczywiœcie

przedstawiciele miejscowych œrodków przekazu: redaktorzy i reporterzy bry-

tyjskiej oraz chiñskiej prasy, kamerzyœci i komentatorzy miejscowych stacji

telewizyjnych,  nawet  krzykliwi  prezenterzy  muzyki  z  radia,  gadaj¹cy

o wszystkim i o niczym miêdzy poszczególnymi utworami. Poniewa¿ byli

„miejscowymi” i „profesjonalistami” jak to lubili o sobie mówiæ, przybierali

dumne pozy, okazuj¹c wy¿szoœæ pomniejszym rybkom: specom od reklamy

czy œwie¿o upieczonym reporterom dzia³u miejskiego, milkn¹c natomiast

w obecnoœci „arystokracji” zawodu. Ow¹ arystokracjê stanowili ci, dla któ-

rych w pierwszym rzêdzie klub powsta³: szefowie placówek œwiatowych agencji

prasowych, renomowanych pism, korespondenci i fotoreporterzy, którzy wy-

darzenia w tym regionie Azji rozprzestrzeniali na ca³¹ kulê ziemsk¹.

Walter Blum nie mia³ trudnoœci z rozpoznaniem, kto jest kim. „Arysto-

kratów” by³o w klubie niewielu. Spêdzali zbyt wiele czasu na uganianiu siê

za tematami. Nie ubierali siê te¿ zgodnie z obowi¹zuj¹c¹ mod¹ i prowadzili

rozmowy raczej cicho.

Warstwa ,,œrednia” – przedstawiciele prasy miejscowej – odwiedza³a klub

raczej w „mundurach”. Mundurem nazywano stój typu safari. Jego kurtka

mia³a epolety wojskowe, nadmiar kieszeni oraz specjalne wsuwki na d³ugo-

pisy. Wielu hinduskich krawców przy Nathan Road dosz³o do niespodziewa-

nej fortuny wy³¹cznie dziêki produkcji odzienia tego typu.

Trzecia z kolei warstwa – brokerzy ubezpieczeniowi i ¿eglugowi, agenci

biur podró¿y i linii lotniczych oraz importerzy – zagl¹da³a tu czêsto. Jej przed-

stawiciele zachowywali siê zawsze tak, jakby oczekiwali lada chwila wybu-

chu jakiegoœ skandalu lub przynajmniej podniecaj¹cego wydarzenia. Czêsto

ich oczekiwania siê spe³nia³y, gdy¿ mieszanka goszcz¹cych w klubie ludzi

czasami okazywa³a siê bardzo wybuchowa.

Tego wieczoru w lokalu panowa³ klimat oczekiwania na widowisko. Nie

by³o to chorobliwe podniecenie towarzysz¹ce zwyk³ej aukcji, ale wielkie za-

ciekawienie. T³ok by³ wielki, gdy¿ wieœæ szybko obieg³a wszystkich zaintere-

sowanych. Ze swego punktu obserwacyjnego, zza strategicznie umieszczone-

go w rogu stolika, Walter Blum widzia³ salê restauracyjn¹, prawie ca³y owalny

bar i hol, a¿ do wind. Raz po raz by³ ³askaw skin¹æ g³ow¹ komuœ, kto by³ tego

wart. Zainteresowa³a go czwórka przy barze: Howard Talbot, pierwszy sekre-

tarz amerykañskiego konsulatu, piêkna Janine Lasage, dalekowschodnia kore-

spondentka „L’Universe”, Sami Asaf z Bliskowschodniej Agencji Telegra-

ficznej w Bejrucie, i Johann Kinkel, dyrektor miejscowego Instytutu Goethego.

Tak, bardzo interesuj¹ca czwórka, pomyœla³ Blum, który wiedzia³, ¿e wszyscy

background image

41

w grupce przy barze oprócz oficjalnego zawodu mieli jeszcze drugi: byli agen-

tami wywiadu – chocia¿ Blum wola³ nazywaæ ich szpiegami.

Talbot by³ numerem drugim miejscowej rezydentury CIA. Janine Lasage

– Service de Documentation Exterieure et de Contre-Espionage, czyli w czê-

sto u¿ywanym skrócie SDECE – dum¹ francuskich s³u¿b specjalnych. Asaf

by³ jedynym przedstawicielem, a wiêc i szefem miejscowej placówki na rejon

dalekowschodni, irackiego Mukhabaratu. Kinkel wreszcie by³ wschodz¹c¹

gwiazd¹ niemieckiej BND – Bundesnachrichtendienst. Zgodnie z informa-

cjami uzyskanymi przez Waltera Bluma przyjecha³ on tu na szeœciomiesiêczny

sta¿, aby przed oczekuj¹cym go powa¿nym awansem zdobyæ wiedzê na te-

mat sytuacji na Dalekim Wschodzie. Blum by³ ciekaw, czy ka¿dy z czwórki

wie, ¿e pozostali te¿ s¹ szpiegami i ¿e barman Czang, który w tej chwili

pucowa³ kieliszki i przys³uchiwa³ siê ich rozmowie, pracuje równoczeœnie

dla gubernatora, tajnych s³u¿b ChRL i Kuomintangu na Tajwanie. Myœl ta

bardzo rozbawi³a Waltera. Upi³ ³yczek montrachet i strzepn¹³ popió³ cygara

z klapy flanelowej marynarki. Jego uwagê zwróci³y otwieraj¹ce siê drzwi

windy, z której wyszed³ w jasnoniebieskich sportowych spodniach i w kre-

mowej koszuli Duff Paget. Przed wejœciem do g³ównej sali zatrzyma³ siê,

tak jak to zawsze robili wszyscy, przy tablicy oddzielaj¹cej hol od baru.

Wywieszano tam zdjêcia zrobione przez co znamienitszych cz³onków FCC.

Mog³y to byæ tak zwane zdjêcia g³ów pañstw w nietypowych sytuacjach,

mog³y przedstawiaæ wydarzenia z ró¿nych dziedzin, a¿ po zdjêcia z terenu

wojny – te zdjêcia, które znalaz³y uznanie œwiatowej prasy i jej czytelników.

Nikt nie potrafi³ spêdziæ przed t¹ tablic¹ nawet parunastu sekund, aby nie

doznaæ g³êbokiego szoku. Oto zdjêcie zrobione przez Eddie’ego Adama: szef

sajgoñskiej policji strzela w g³owê zwi¹zanego bezbronnego ¿o³nierza Wiet-

kongu: oto buddyjski zakonnik pali siê ¿ywcem przed prezydenckim pa³a-

cem. I tu¿ obok wzruszaj¹ce zdjêcie Larry’ego Burrowa: czarnoskóry sier-

¿ant tuli i uspokaja przera¿onego bia³ego ¿o³nierza. Zdjêcie Dona McCullina

przedstawiaj¹ce ¿o³nierza piechoty morskiej w g³êbokim szoku po bliskim

wybuchu artyleryjskiego pocisku: wyraz twarzy mówi wiêcej o wojnie ni¿

milion s³ów. I nieopodal uœmiechniêta g³upawo twarz Richarda Nixona.

Walter wiedzia³ jednak, ¿e Duff skieruje uwagê przede wszystkim na

dwa zdjêcia dodane ostatnio do kolekcji. Jedno z nich przedstawia³o woj-

skowego kapelana. Wygl¹da³ niemal œmiesznie w mundurze i koloratce; ogl¹-

da³ siê za szeregowym w kuloodpornej kamizelce, na plecach której kred¹

wypisano modn¹ od niedawna sentencjê anonimowego autora:

Idê w cieniu Doliny Œmierci,

Diab³a siê nie bojê,

Bom sukinsyn wiêkszy od niego.

background image

42

Wyraz twarzy kapelana by³ bardzo wieloznaczny. Druga fotografia po-

kazywa³a w zbli¿eniu dziewczynê o migda³owych oczach, wspania³ym owa-

lu twarzy i hebanowych w³osach upiêtych wysoko na g³owie. Jej twarz kon-

trastowa³a z bia³ym tiulem t³a. By³a to twarz transcendentalnej niewinnoœci.

Walter wiedzia³, ¿e Paget skupi uwagê na tych dwóch zdjêciach, ponie-

wa¿ sam je zrobi³. Decyzja Komisji Klubowej umieszczenia ich na tablicy

przy wejœciu by³a paszportem do klubowej arystokracji.

Duff sta³ przed tablic¹ przez d³ug¹ chwilê, a nastêpnie przeszed³ do baru

i do³¹czy³ do grupki szpiegów przy barowej ladzie. Walter zamyœli³ siê. Czy¿by

Paget by³ jednym z nich? Pytanie nie by³o retoryczne, stupiêædziesiêciokilo-

wy ¿ar³ok bowiem by³ tak¿e jednym z nich, a co wiêcej, cieszy³ siê zas³u¿o-

n¹ reputacj¹ w ³onie swojej organizacji.

Szpiegiem zosta³ doœæ póŸno i trafi³ do zawodu dziwn¹ drog¹. By³ rosyj-

skim ¯ydem, którego rodzina uciek³a po rewolucji do Chin i osiedli³a siê

w Szanghaju. Jego ojciec zaj¹³ siê importem, a nastêpnie produkcj¹ teksty-

liów na przeogromny chiñski rynek. Firmê nazwa³ Walen Trading. S³owo

Walen powsta³o z po³¹czenia imion dwojga jego dzieci: Waltera i Ellen.

Wkrótce po osiedleniu siê w Szanghaju Ellen umar³a na zapalenie p³uc. Je-

dynym spadkobierc¹ rodzinnej fortuny zosta³ Walter.

Firma  Walen  Trading  rozwija³a  siê  dobrze.  Na  przestrzeni  lat  ojciec

Waltera otworzy³ liczne filie i sieæ hurtowni w ca³ych Chinach. Wszystkie

by³y zarz¹dzane przez rosyjskich ¯ydów. Podczas wojny i okupacji japoñ-

skiej fortuna rodziny pokaŸnie wzros³a z powodu znikniêcia z rynku g³ów-

nych rywali: Brytyjczyków i Francuzów, którzy zostali internowani. To wzbo-

gacenie nie by³o w ¿adnym wypadku rezultatem jakichkolwiek niecnych

poczynañ ojca Waltera, którego zawsze uwa¿ano za uczciwego, honorowe-

go i odwa¿nego przemys³owca. Swoje pieni¹dze i swobodê dzia³ania w wa-

runkach wojennych wykorzystywa³ jak móg³, by pomagaæ internowanym,

posuwaj¹c siê nawet do przekupywania japoñskich funkcjonariuszy i podej-

mowania osobiœcie ryzykownych przedsiêwziêæ, by do obozów internowa-

nych dostarczaæ lekarstwa i ¿ywnoœæ. Kiedy wiêc wojna siê skoñczy³a, mia³

nie tylko olbrzymi maj¹tek, ale i zaskarbion¹ sobie wdziêcznoœæ zarówno

dawnych konkurentów, jak i brytyjskiego rz¹du. Otrzyma³ nawet Order Im-

perium Brytyjskiego. Zamierza³ udaæ siê do Londynu, aby odebraæ go z r¹k

samego monarchy, króla Jerzego V, ale niestety, zmar³ na zawa³ serca tu¿

przed odp³yniêciem statku. I w ten oto sposób Walter sta³ siê w wieku lat

dwudziestu spadkobierc¹ kwitn¹cego imperium, obejmuj¹cego liczne fabry-

ki i przedsiêbiorstwa handlu zagranicznego. A zosta³ sam, gdy¿ matka zmar-

³a dawno, przyjació³ mia³ niewielu, a do tego by³ ma³o atrakcyjnym gruba-

sem. Odkry³ jednak, ¿e ma nie tylko talent do handlu i wytwarzania dóbr, ale

do  stawiania  politycznych  prognoz,  które  siê  sprawdzaj¹,  i  bezb³êdnego

background image

43

wyw¹chiwania politycznych intryg. Kiedy komuniœci i nacjonaliœci bili siê

o w³adzê w Chinach, Walter na d³ugo przed wszystkimi doszed³ do wniosku,

¿e zwyci꿹 komuniœci. Zacz¹³ sprzedawaæ poszczególne fabryki Walen Tra-

ding i inwestowa³ poza Chinami. Ale inwestowa³ w bardzo specyficzny spo-

sób. Od ojca nauczy³ siê, ¿e oprócz kapita³u, w handlu najwartoœciowszymi

aktywami s¹ ludzie. Ojciec by³ wspania³ym sêdzi¹ charakterów, szybko i traf-

nie ocenia³ ludzi. Walter odziedziczy³ ojcowski instynkt i jeszcze bardziej

go rozwin¹³. W³aœciwie bez ryzyka pope³nienia b³êdu potrafi³ zawsze wy-

braæ w³aœciwego cz³owieka do w³aœciwej pracy. Zwo³a³ wiêc do Szanghaju

czo³ówkê swoich podkomendnych ze wszystkich filii, oddzia³ów, fabryk i biur

handlowych Walen Trading, by przedstawiæ im zasady nowej polityki i plan

dzia³ania. Ka¿dy z nich mia³ osi¹œæ z rodzin¹ w którymœ z wybranych kra-

jów. Ka¿dy otrzyma kapita³ w wysokoœci pó³ miliona dolarów i kredyt ban-

kowy na milion. W 1948 roku by³o to sporo. Ka¿dy z nowych mened¿erów

mia³by 25 procent akcji zarz¹dzanego przedsiêbiorstwa. On sam mia³ za-

miar przenieœæ siê do Hongkongu, gdzie planowa³ umieœciæ zarz¹d konsor-

cjum Walen Trading.

Ziarno zosta³o rzucone na ¿yzn¹ glebê. Walter rozsadzi³ swych mene-

d¿erów po ca³ym œwiecie. W owych latach œcis³ej kontroli przep³ywu kapi-

ta³ów i wywo¿enia pieniêdzy z Chin, powsta³y pewne trudnoœci przy trans-

ferze owych milionów Waltera, ale poradzi³ sobie z tym zupe³nie genialnie.

W przedwojennych Chinach bardzo aktywni byli benedyktyni, prowadz¹cy

liczne misje. W przeciwieñstwie do Waltera, stawiali na zwyciêstwo Ku-

omintangu i czynnie siê do tego przygotowywali. Swoje aktywa zainwesto-

wali w Stanach Zjednoczonych. Walter zaproponowa³ im korzystny interes:

otworzy zakonowi liniê kredytow¹ w Chinach, a oni jemu w Nowym Jorku

minus 10 procent za us³ugê. Zawarto porozumienie i œwiadczono sobie prze-

widziane umow¹ us³ugi a¿ do czasu ca³kowitego zwyciêstwa komunistów,

a nawet jeszcze d³u¿ej, bo chocia¿ prognozy benedyktynów okaza³y siê fa³-

szywe, komuniœci zachêcali pocz¹tkowo prywatnych przedsiêbiorców do

pozostania i wiele firm pochopnie to uczyni³o.

Walter mia³ ju¿ ostatecznie opuœciæ Chiny, kiedy nast¹pi³y powa¿ne kom-

plikacje. Niespodziewany cios. Otó¿ ³¹czy³a go z opatem benedyktynów nie

tylko finansowa umowa, ale i kochanka, rosyjska emigrantka o wybucho-

wym temperamencie. Ona to w³aœnie odegra³a kluczow¹ rolê w spotkaniu

opata i Waltera. Likwiduj¹c swoje sprawy, Walter hojnie j¹ obdarowa³, ale

ona, niestety, pos³ugiwa³a siê innymi kryteriami hojnoœci i wœciek³a popê-

dzi³a do w³adz, opowiadaj¹c wszystko o pogwa³ceniu przez Walen Trading

przepisów o kontroli obrotu dewizowego. Opat i Walter trafili do wiêzienia.

Walter nadmiernie siê nie zmartwi³. Wiedzia³, ¿e to tylko chwilowe za-

k³ócenie harmonogramu wyjazdu. Komuniœci byli pragmatykami. Chcieli

background image

44

pieniêdzy. Problem dotyczy³ wy³¹cznie wielkoœci sumy. G³ównym zmartwie-

niem Waltera by³a obawa, ¿e jego rozsiani ju¿ po œwiecie mened¿erowie

ofiaruj¹ za du¿o. Z wiêzienia nie móg³ siê z nimi porozumieæ, wiêc uda³

zapalenie wyrostka robaczkowego i za¿¹da³ wezwania w³asnego lekarza, który

by³ tak¿e imigrantem z Rosji i zaufanym przyjacielem rodziny. Natychmiast

wiêc zjawi³ siê, wezwany przez w³adze wiêzienne, i w czasie badania Walter

zdo³a³ przekazaæ mu instrukcje. Komuniœci byli jednak bardzo podejrzliwi

i oœwiadczyli, ¿e skoro Walter ma w istocie zapalenie wyrostka robaczkowe-

go, jak to potwierdza lekarz, to trzeba radykalnie problem rozwi¹zaæ. W ten

oto sposób Walter straci³ niewinny w ca³ej sprawie, zdrowiutki wyrostek

robaczkowy, który zosta³ z³o¿ony na o³tarzu kupieckiej uczciwoœci.

We w³aœciwym czasie nowojorskie biuro konsorcjum wp³aci³o dwa mi-

liony dolarów, które Walter zaproponowa³, i po dalszych szeœciu miesi¹cach

ma³ostkowych targów zosta³ zwolniony, otrzymuj¹c zezwolenie na wyjazd

do Hongkongu. Szybko odzyska³ wagê stracon¹ w wiêzieniu, ale zachowa³

dwie trwa³e pami¹tki z tego okresu: pooperacyjn¹ bliznê na œnie¿nobia³ym

brzuchu i calutki tekst szekspirowskiego Hamleta. By³a to jedyna angiel-

ska ksi¹¿ka, jak¹ uda³o mu siê wypo¿yczyæ w wiêziennej bibliotece, i na-

uczy³ siê dramatu na pamiêæ, od pierwszej do ostatniej strony. Przy okazji

dokona³ osza³amiaj¹cych, jego zdaniem, odkryæ, gdy¿ w jêzyku Szekspira

znalaz³ absolutnie wszystko, co kiedykolwiek chcia³ powiedzieæ, ale nie móg³

– po prostu z braku s³ów i umiejêtnoœci ich komponowania w przejrzyste

zdania.

Od tego czasu wszystkie jego rozmowy by³y obficie zaprawiane cytata-

mi z Hamleta. Czêsto wprawia³o to w zak³opotanie przyjació³ i znajomych,

natomiast rozsiani po œwiecie mened¿erowie firmy baczyli, by zawsze mieæ

pod rêk¹ egzemplarz dramatu, gdy¿ do rutyny nale¿a³o otrzymywanie telek-

sów z cierpk¹ uwag¹ na przyk³ad nastêpuj¹cej treœci:

Akt 1, scena 2, wiersz…

Po odszukaniu wzmiankowanego wiersza mened¿er dowiadywa³ siê, ¿e

ma „na czas pewien poskromiæ swoje zachwyty” i rozumia³ wówczas, ¿e Wal-

ter nie by³ ca³kowicie przekonany co do korzyœci, jakie przynieœæ mo¿e propo-

nowane wspólne przedsiêwziêcie.

Po przybyciu do Hongkongu stwierdzi³, ¿e zasiane przez niego ziarna

zaczê³y kie³kowaæ. Obecnie mia³ filie we wszystkich czêœciach œwiata, od

Rio de Janeiro po Sydney, Londyn i Johannesburg, nie wspominaj¹c ju¿ o no-

wojorskiej centrali. Na Dalekim Wschodzie posiada³ biura w Japonii i w kilku

background image

45

stolicach Azji Po³udniowo-Wschodniej. Filie i biura rozwija³y siê w zale¿-

noœci od warunków lokalnych, ale olbrzymie znaczenie mia³y temperament

i prê¿noœæ mened¿era. W Rio handlowano stal¹ i stopami metali, na które

istnia³o  du¿e  zapotrzebowanie.  W  Japonii  zajmowano  siê  b³yskawicznie

powstaj¹cymi przemys³ami materia³ów fotograficznych i elektronicznych.

I nie tylko. Tokijski mened¿er zakontraktowa³ flotyllê kutrów do po³owu

tuñczyka i sprzedawa³ ryby do Europy za poœrednictwem biura paryskiego.

Dwukrotnie w ci¹gu roku Walter odbywa³ wielki objazd swoich placó-

wek – objazd w sprawach handlowych, ale i gastronomiczny. Odwiedza³

mened¿erów i najlepsze restauracje w miastach, w których rezydowali. Pod-

czas objazdu w 1953 roku po kolacji w restauracji hotelu Savoy poszed³ do

teatru Old Vic, gdzie obejrza³ Hamleta z Richardem Burtonem w roli tytu³o-

wej. Siedzia³ w pierwszym rzêdzie i, poruszaj¹c bezg³oœnie wargami, po-

wtarza³ kwestie wszystkich aktorów. Pod koniec drugiego aktu bezwiednie

zacz¹³ szeptaæ. W czasie antraktu otrzyma³ w barze kartkê:

Wielkie dziêki, mi³y panie, ale tekst jest mi dobrze znany.

R.B.

Zachowa³ tê kartkê i ceni³ na równi z obrazami wielkich mistrzów, które

wkrótce potem zacz¹³ skupywaæ.

W  po³owie  lat  piêædziesi¹tych  by³  ju¿  jednym  z  najbogatszych  ludzi

w Azji. Wojna koreañska i jej nastêpstwa przynios³y nieprawdopodobny roz-

wój japoñskiego handlu i Walen Trading sta³o siê gigantem. Walter mia³

teraz biura i fabryki w ponad czterdziestu krajach i ka¿dy z wielkich objaz-

dów zajmowa³ mu do trzech miesiêcy. Powinien byæ zadowolony. I by³ za-

dowolony, jeœli idzie o sukces handlowy. Czegoœ mu jednak brakowa³o. Po-

niewa¿ tak dobrze dobra³ sobie mened¿erów, a ponadto pozostawi³ im woln¹

rêkê, sam nie mia³ wiele do roboty. Jego imperium nie wymaga³o codzienne-

go dozoru i podejmowania wielu decyzji. Poszczególne cz³ony prowadzi³y

w³asn¹ politykê i, w odró¿nieniu od wielkich miêdzynarodowych koncer-

nów, gdzie nieustanna kontrola przez centralê jest konieczna, nadopiekuñ-

czoœæ Waltera mog³aby jedynie zaszkodziæ, zabijaj¹c ducha inicjatywy.

Walter zacz¹³ siê wiêc nudziæ. Znudzony szuka³ ¿yciowej podniety.

Wydarzeniem, które sta³o siê katalizatorem, by³a bliskowschodnia woj-

na 1956 roku. Po zajêciu Pó³wyspu Synajskiego rz¹d Izraela zrobi³ to, co

zawsze robi³, bêd¹c w potrzebie powojennej: wys³a³ w œwiat znanych gene-

ra³ów i mê¿ów stanu, by prosili diasporê o nape³nienie skarbca. Mosze Da-

jan, bohater w³aœnie zakoñczonej wojny, uda³ siê do Australii. Po otrzyma-

niu obietnicy czterdziestu milionów dolarów od tamtejszych ¯ydów zatrzyma³

siê w drodze powrotnej w Hongkongu.

background image

46

W Hongkongu rezydowa³o niespe³na trzystu ¯ydów, ale za to wielu z nich

by³o bardzo bogatych. Dajan spêdzi³ kilka dni na udzielaniu wywiadów i wy-

g³aszaniu odczytów o wojnie, o stanie izraelskich finansów i o gromadz¹cych

siê na horyzoncie niebezpieczeñstwach. Walterowi poœwiêci³ ca³y wieczór,

jedz¹c z nim kolacjê w jego ekskluzywnej willi góruj¹cej nad miastem.

Dajan zna³ ogrom fortuny Waltera i liczy³ na co najmniej milion dolarów.

Ku swojemu zdziwieniu stwierdzi³, ¿e jego gospodarz przejawia w tym wy-

padku cechy sk¹pca. Walter t³umaczy³, ¿e ma wstrêt do dawania pieniêdzy

rz¹dom. Zarówno w formie podatków, jak i datków. Niemniej popiera ca³ym

sercem Izrael i nie jest cz³owiekiem sk¹pym. Ofiarowa³ ju¿ spore sumy na

zalesianie oraz liczne dotacje dla uniwersytetu w Tel Awiwie. Tak¿e jego filia

w Tel Awiwie, która rozwinê³a w Izraelu przemys³ obróbki diamentów, szczo-

drze rozdzieli³a wiele subwencji. Dajan by³ bardzo przekonuj¹cy i mocno na-

lega³, ale Walter oœwiadczy³, ¿e gotów jest ofiarowaæ pomoc w innej formie.

– W jakiej¿ to innej formie? – zapyta³ Dajan.

Walter lekko wzruszy³ ramionami, jakby siê dziwi³, ¿e wielki genera³ nie

potrafi siê domyœliæ i wyjaœni³, ¿e posiada na œwiecie ogromn¹ sieæ przedsta-

wicielstw, biur, filii i przedsiêbiorstw, a wszystkie s¹ zarz¹dzane przez nies³y-

chanie przedsiêbiorczych fachowców ¿ydowskiej narodowoœci. Mo¿e wiêc

móg³by pomóc Izraelowi w promocji izraelskich towarów? Dajan myœla³ nad

tym d³u¿sz¹ chwilê, a potem w jego jedynym oku pojawi³ siê b³ysk olœnienia.

Spêdzi³ resztê wieczoru i pó³ nocy zag³êbiaj¹c siê w charakter Waltera, bior¹c

go w krzy¿owy ogieñ pytañ i szperaj¹c w jego ¿yciorysie. Doszed³ do wnios-

ku, ¿e mimo swej aparycji i oczywistego braku dobrego gustu, ten cz³owiek

ma ¿ywy umys³, subteln¹ inteligencjê i wielk¹ znajomoœæ ludzkiej natury.

Kiedy ju¿ siê ¿egna³, rzuci³ mimochodem, ¿e byæ mo¿e widzi sposób,

w jaki Walter móg³by oddaæ wielk¹ przys³ugê Izraelowi, ale przedtem musi

na ten temat odbyæ rozmowy i przedyskutowaæ sprawê w Izraelu, i ¿e w od-

powiednim czasie ktoœ w jego imieniu zg³osi siê do Waltera.

Blum odprowadzi³ Dajana do samochodu, podziêkowa³ za wizytê, siê-

gn¹³ do kieszeni i wyj¹³ z niej czek, który poda³ genera³owi. Czek opiewa³ na

milion dolarów. Uœmiechn¹³ siê, widz¹c zdziwienie na twarzy Dajana.

Z kolei Dajan zaskoczy³ i zarazem zachwyci³ Waltera. W czasie kolacji

genera³ zauwa¿y³, ¿e wszystkie wypowiedzi gospodarza a¿ siê roj¹ od cytatów

z Hamleta. Wsiadaj¹c do wozu opuœci³ szybê i na po¿egnanie powiedzia³:

– Akt drugi, scena druga, wiersz dwieœcie osiemdziesi¹ty szósty.

Z rozpromienion¹ twarz¹ Walter d³ugo patrzy³ za odje¿d¿aj¹cym. Na-

tychmiast skojarzy³ wymieniony wiersz ze s³owami: „Biedakiem bêd¹c, ubo-

gim te¿ s³owa podziêki”.

background image

47

Szeœæ tygodni póŸniej, podczas kolejnego copó³rocznego objazdu swych

placówek, Walter odwiedzi³ filiê izraelsk¹. Wtedy Dajan zaprosi³ Waltera na

kolacjê, w której uczestniczy³ jeszcze jeden goœæ, drobny ruchliwy mê¿czy-

zna o nazwisku Isser Harel. Po kolacji Dajan zostawi³ obu goœci samych

przy kawie i butelce koniaku. Isser Harel by³ w owym czasie legendarnym

szefem izraelskiego wywiadu, Mosadu. W miarê jak obni¿a³ siê poziom ko-

niaku w butelce, Harel z coraz wiêkszym o¿ywieniem i przekonaniem mó-

wi³, w jaki sposób Walter mo¿e pomóc Izraelowi. Walter nie móg³ d³u¿ej

wytrzymaæ i przerwa³:

– Mam byæ szpiegiem?! – wykrzykn¹³ z radoœci¹.

Harel zaprzeczy³, proponuj¹c mniej dramatyczne okreœlenie, ale Walter

trwa³ przy szpiegu. Bardzo mu siê podoba³o i chêtnie zrezygnowa³ z seman-

tycznych niuansów. Dostrzeg³ od razu piêkno proponowanej mu funkcji. Mia³

sieæ filii i biur, œwietnie funkcjonuj¹cy system zbierania informacji, dyspono-

wa³ sieci¹ ³¹cznoœci, a przede wszystkim armi¹ lojalnych ¿ydowskich mene-

d¿erów i nie ograniczonymi funduszami. Ju¿ widzia³ siebie w magicznej roli

paj¹ka, czyhaj¹cego na ofiary poœrodku uplecionej przez siebie sieci.

Z kolei Harel s³ucha³ uwa¿nie, gdy Walter puszcza³ wodze fantazji. Wy-

mieni³ tak¿e nazwiska tych mened¿erów, którzy mogliby byæ obarczeni spe-

cjalnymi zadaniami. Tymczasem, od zaraz, oferowa³ wci¹gniêcie na listê

p³ac Walen Trading ju¿ operuj¹cych w terenie agentów Mosadu. Mo¿na by

te¿ otworzyæ dalsze biura w newralgicznych punktach… Rozwija³ przed

oczami Harela now¹ wizjê.

Harel po raz wtóry zacz¹³ protestowaæ. Trzeba dzia³aæ powoli, ludzi na-

le¿y przeszkoliæ, samego Waltera tak¿e. Siatka, jak¹ Walter proponuje, wy-

maga lat przygotowywania. Wcale nie zniechêci³ tym jednak Waltera.

– Bêdê szpiegiem! – mrucza³ do siebie zachwycony. Grube wargi skrzy-

wi³ w diabolicznym uœmiechu. – Bêdê arcyszpiegiem! Tak, arcyszpiegiem!

Harel z wysi³kiem powstrzyma³ uœmiech, a potem, zdaj¹c raport na po-

siedzeniu rz¹du, wyrazi³ opiniê, ¿e chocia¿ Walter Blum i jego Walen Tra-

ding mog¹ siê przydaæ, zw³aszcza jako kana³y przekazywania pieniêdzy i ³¹cz-

noœci, to jednak nie nale¿y liczyæ na wartoœciowe informacje wywiadowcze

z wyj¹tkiem, byæ mo¿e, paru sekretów przemys³owych.

Szef Mosadu po prostu nie docenia³ energii Waltera, jego geniuszu or-

ganizacyjnego i talentu do szpiegowskiej przenikliwoœci. W ci¹gu szeœciu

miesiêcy Walter wybra³ dwunastu ludzi i zacz¹³ zamêczaæ Harela, by ich

wzi¹³ na szkolenie. Gdy Harel wreszcie siê zgodzi³ i wezwa³ ich na indywi-

dualne rozmowy, nie móg³ wyjœæ z podziwu na temat umiejêtnoœci Waltera

w doborze ludzi. Z dwunastki odpad³ tylko jeden i to wy³¹cznie dlatego, i¿

okaza³o siê, ¿e ma blisk¹ rodzinê w ZSRR i jest w zwi¹zku z tym podatny

na ewentualny szanta¿ KGB. Walter odby³ wiele podró¿y do Tel Awiwu,

background image

48

oficjalnie w zwi¹zku z rosn¹c¹ aktywnoœci¹ izraelskiej filii Walen Trading,

a w rzeczywistoœci w celu pobrania „lekcji” szpiegowania. Po roku szerokim

strumieniem zaczê³y nap³ywaæ do Mosadu informacje od Waltera i jego ludzi,

a analitycy izraelscy przyznawali, ¿e otrzymuj¹ materia³y najwy¿szej jakoœci.

Znacznie wczeœniej ni¿ przewidywa³, Isser Harel zacz¹³ wprowadzaæ

swoich agentów do Walen Trading, która przesz³a od pasywnej roli zbiera-

nia informacji do aktywnej roli wêszenia za nimi i organizowania akcji spe-

cjalnych. Harel by³ jednak na tyle roztropny, ¿e nie odbiera³ Walterowi wy-

marzonej  przez  niego  funkcji  arcyszpiega.  Blum  pozosta³  szefem  swojej

w³asnej siatki i dziêki temu dywidendy p³ynê³y szerokim strumieniem.

Kiedy na pocz¹tku lat szeœædziesi¹tych Izrael zapragn¹³ w³asnej bomby

atomowej, dokumentacji technicznej dostarczy³a siatka Waltera, uzupe³nia-

j¹c j¹ pewnymi teoretycznie nieosi¹galnymi komponentami. Nieco póŸniej

nowojorska filia Walen Trading okaza³a wielk¹ pomoc w uzyskaniu potrzeb-

nych iloœci plutonu nadaj¹cego siê do produkcji bomb. Pluton pochodzi³

z amerykañskich zapasów i „rozp³yn¹³ siꔠw tajemniczych okolicznoœciach.

Walen Trading zajê³a siê tak¿e przewiezieniem ³upu do Izraela. W okresie

poprzedzaj¹cym wojnê 1967 roku Walter otworzy³ liczne filie na Bliskim

Wschodzie. Wszystkie nale¿a³y do firm zarejestrowanych w takich krajach,

jak Liechtenstein, Panama i Monako. Walter w dalszym ci¹gu utrzymywa³

doskona³e kontakty w œwiecie arabskim i w rezultacie chytrych podstêpów

i twardych negocjacji handlowych sprawi³, ¿e wiele firm handluj¹cych z Izra-

elem uniknê³o wpisania na arabsk¹ czarn¹ listê. Po wojnie 1967 roku zrobi³

te¿ wiele, aby zminimalizowaæ skutki embarga na dostawê broni do Izraela.

Embargo to zainicjowa³a Francja i przy³¹czy³o siê do niego wiele innych

krajów. To w³aœnie siatka Waltera wyprowadzi³a spod nosa Francuzów dwie

korwety zamówione przez Izrael, a w ramach embarga zatrzymane na osobi-

ste polecenie genera³a de Gaulle’a.

Dlatego te¿ w 1969 roku Walter Blum móg³ z czystym sumieniem uzna-

waæ siê za arcyszpiega. Siatka Waltera otrzyma³a kryptonim DAKTYL, a sam

Walter Daktyl Jeden. Poszczególni cz³onkowie organizacji zostali obdarzeni

dalszymi cyframi. Mimo bliskiej wspó³pracy Mosadu z CIA, ani CIA, ani

¿aden inny wywiad nie dowiedzia³ siê o siatce w ³onie Walen Trading.

Walter Blum zachowa³ g³ówn¹ bazê operacji w Hongkongu, poniewa¿

Orient od zawsze go fascynowa³. Ostatnio jednak Mosad coraz bardziej na-

lega³, by przeniós³ kwaterê g³ówn¹ na Bliski Wschód. W 1962 roku Isser

Harel przeszed³ na emeryturê i zast¹pi³ go Mair Amit, który dotrwa³ do roku

1968. Od tego czasu Walter pracowa³ pod kierunkiem Zwi Zamira.

Podczas pierwszej rozmowy z Walterem Zamir parokrotnie napomyka³,

¿e nastêpne dziesiêciolecie bêdzie dla Izraela bardzo trudne. Krajowi gro¿¹

liczne niebezpieczeñstwa i us³ugi Waltera bêd¹ na wagê z³ota. Czy nie ze-

background image

49

chcia³by znaleŸæ siê bli¿ej miejsca wszystkich wydarzeñ? Walter obieca³

zastanowiæ siê nad tym. Uczyni³ te¿ wstêpny krok, rozbudowuj¹c cypryjsk¹

filiê Walen Trading. Cypr by³by idealnym miejscem pobytu, gdyby postano-

wi³ przenieœæ siê z Dalekiego Wschodu nieco na zachód.

Walter zauwa¿y³ ruch w barze. Duff Paget opuœci³ grupê szpiegów i ru-

szy³ w g³¹b sali. Po raz wtóry tego wieczoru Blum zacz¹³ zadawaæ sobie

pytania na temat Pageta. Wiedzia³, ¿e reprezentuje on czasopismo, które ma

bliskie zwi¹zki z waszyngtoñskim establishmentem. Mo¿e nie samo czaso-

pismo, co jego w³aœciciel. Nie po raz pierwszy Walter interesowa³ siê Page-

tem. Przed dwoma miesi¹cami szuka³ danych w Mosadzie na temat m³odego

fotoreportera. Nie otrzyma³ potwierdzenia, ¿e jest agentem wywiadu, a po-

niewa¿ Mosad od dawna ju¿ przenikn¹³ w wy¿sze krêgi CIA, wynika³oby

z tego, ¿e Paget jest „czysty”. Walter odczuwa³ jednak pewien niepokój i nie

opuœci³y go podejrzenia. Spojrza³ na zegarek i stwierdzi³, ¿e ma jeszcze pó³

godziny do rozpoczêcia aukcji. Skin¹³ wiêc palcem na kelnera i wys³a³ przez

niego zaproszenie do Pageta, aby ten zaszczyci³ go sw¹ obecnoœci¹.

Siedz¹c przy jednym stoliku w rogu sali stanowili olbrzymi kontrast.

Jeden niski, brzydki i ponad miarê oty³y, drugi wysoki, szczup³y i nieprze-

ciêtnie przystojny.

Kiedy Duff podniós³ kieliszek, Walter zainicjowa³ rozmowê:

– Pragnê pogratulowaæ panu ostatnich zdjêæ. Pierwsza klasa. Zaczynaj¹

pana nazywaæ Nowym Mungerem.

Duff zaprzeczy³ energicznie, choæ by³ mile po³echtany pochwa³¹ z ust

cz³owieka, o którym wiedzia³, ¿e interesuje siê ¿ywo serwisem prasowym

z Wietnamu.

– Nie dorastam mu nawet do piêt – odpar³. – Jestem jeszcze nowicju-

szem. Munger to najwy¿sza klasa…

– By³ – dopowiedzia³ Walter, pilnie obserwuj¹c twarz m³odego cz³owie-

ka. – Co ma znaczyæ ta aukcja?

– Nikt nie wie. – Duff wzruszy³ ramionami. – Munger dopiero co wróci³

z operacji przeprowadzanej przez Si³y Specjalne w pobli¿u Vinh Long. Wróci³

do Sajgonu, nie wys³a³ ¿adnych zdjêæ i rozpocz¹³ pijack¹ sesjê. Trwa³a ty-

dzieñ. Przylecia³ dziœ rano do Hongkongu i obwieœci³, ¿e sprzedaje ca³y sprzêt.

Zostawi³ go u Czanga i podobno odlecia³ pierwszym samolotem do Europy.

Walter dola³ wina do obu kieliszków i mrukn¹³:

– Ciekawe. Bardzo ciekawe. A pieni¹dze z aukcji?

Duff sarkastycznie siê uœmiechn¹³.

4 – Reporter

background image

50

– Dla miejscowego Towarzystwa Opieki nad Zwierzêtami. Na schroni-

sko dla bezdomnych psów.

Potê¿ne brzuszysko Waltera zatrzês³o siê od œmiechu.

– No tak, Munger nigdy nie przepada³ za ludŸmi. Ale niech pan mi po-

wie, przyjacielu, czy nasza piêkna panna Lasage nic na ten temat nie wie?

By³a przecie¿ jego… przyjació³k¹ przez ostatnich kilka miesiêcy. Z prze-

rwami, ale by³a. – Walter zauwa¿y³, ¿e twarz Duffa pociemnia³a, gdy spoj-

rza³ na siedz¹c¹ przy barze smuk³¹ Francuzkê.

– Nie – odpar³ krótko Duff œciœniêtym g³osem. – Jej informacje s¹ raczej

obsceniczne. – Gdy spogl¹da³ na Janine Lasage, w jego oczach malowa³a siê

g³êboka uraza.

– Ciekaw jestem bardzo… – mrukn¹³ Walter delikatnie.

Duff nozdrzami wci¹gn¹³ g³êboko powietrze.

– Powiedzia³a, ¿e od powrotu z Vinh Long nie mo¿e ju¿… Sta³ siê impo-

tentem. Podobno próbowa³, ale nic mu nie wysz³o.

Walter uniós³ brwi i wypuœci³ k³¹b dymu z cygara.

– Nie jest ³adnie takie rzeczy mówiæ o mê¿czyŸnie. Zw³aszcza o Munge-

rze. Zw³aszcza w tym klubie.

Duff pomrukiem wyrazi³ solidarnoœæ z t¹ opini¹. Walter przygl¹da³ siê Fran-

cuzce. By³a wysoka, szczup³a, niemal chuda. Walter s³ysza³ kiedyœ opiniê, ¿e

jest zbudowana jak w¹¿. Z tego, co powiedzia³ Duff, wynika³o, ¿e jest równie¿

jadowita. D³ugie w³osy barwy dojrza³ego zbo¿a upiê³a na g³owie. Walter s³y-

sza³, ¿e wystarczy, by wyjê³a jedn¹ szpilkê, potrz¹snê³a g³ow¹, a sp³yn¹ poni¿ej

pasa. Bardzo chcia³by to zobaczyæ. Mia³ s³aboœæ do d³ugow³osych blondynek.

W zat³oczonym pomieszczeniu rozleg³ siê szmerek, gdy dwaj kelnerzy

wnieœli d³ugi stó³. Od baru oderwa³ siê Bennet, ubrany jak zwykle w teniso-

wy garnitur z kamizelk¹.

Kelnerzy ustawili stó³ w koñcu salki. Siedz¹cy przy barze wstali, by le-

piej widzieæ.

Walter by³ zdziwiony skromnoœci¹ mungerowskiego zestawu. Podczas

poprzednich aukcji stó³ siê ugina³ pod sprzêtem fotograficznym i akcesoria-

mi. Tym razem sta³a na nim tylko otwarta poobijana stalowa walizka zawie-

raj¹ca opakowane akcesoria do robienia odbitek: trzy plastikowe butelki,

dwie kuwety, zegar ciemniowy, termometr, filtr wodny i kilka szpul – a obok

niej druga mniejsza, te¿ stalowa, walizka, w której widaæ by³o piêæ obiekty-

wów, filtry u³o¿one w przegródkach i filmy w pude³kach. Oprócz tego na

brezentowej torbie le¿a³ jeden jedyny aparat fotograficzny. Torba mia³a z boku

ciemn¹ plamê. Wszystkie oczy by³y zwrócone na ten aparat, który mia³ przy-

czepione z boku coœ, co zniekszta³ca³o proporcje obudowy. Walter nigdy

niczego podobnego nie widzia³. Spojrza³ pytaj¹cym wzrokiem na Duffa, ale

ten mia³ te¿ oczy wlepione w aparat.

background image

51

– Dlaczego ten aparat tak dziwnie wygl¹da? – spyta³ Walter. – Czy by³by

pan ³askaw mi wyjaœniæ?

Nie odrywaj¹c wzroku od sto³u, Duff zacz¹³ t³umaczyæ pe³nym nabo¿eñ-

stwa tonem:

– To jest Nikon FTN, obudowa z niklu, aparat nies³ychanie lekki. Trwa³y

i odporny na zewnêtrzne warunki. Ukaza³ siê na rynku w 1965, ale Munger

mia³ go ju¿ o rok wczeœniej. Otrzyma³ z fabryki do wypróbowania w terenie.

Po szeœciu miesi¹cach zabra³ aparat do Tokio i kaza³ dorobiæ ten uchwyt. Jest

z aluminium i tak go zaprojektowano, ¿eby mo¿na by³o prze³o¿yæ d³oñ i trzy-

maæ oraz ustawiaæ aparat przegubem, co pozwala palcom regulowaæ przes³o-

nê i czas ekspozycji oraz wyzwalaæ migawkê. Uchwyt jest na zawiasie, mo¿na

wiêc przechyliæ aparat na bok i zmieniaæ film, wszystko jedn¹ rêk¹.

– Bardzo przemyœlne – stwierdzi³ Walter. – Ale czy konieczne?

– Niech pan spojrzy na ten brezent! – Duff g³ow¹ wskaza³ torbê. – Ta

plama to krew. Munger dosta³ postrza³ w lewe ramiê. By³o to na samym

pocz¹tku ofensywy Tet. Mia³ niesprawn¹ rêkê, ale przez nastêpne dwa dni

zrobi³ seriê najlepszych zdjêæ.

Walter by³ wyraŸnie pod wra¿eniem.

– No to dlaczego Nikon nie montuje tych uchwytów seryjnie?

– W fabryce uwa¿aj¹, ¿e to wygl¹da paskudnie i nie pasuje do standar-

dowego futera³u. St¹d brezentowa torba zawi¹zywana na tasiemki. Inni re-

porterzy wojenni mogliby sobie coœ podobnego sprawiæ, ale tego nie robi¹.

– Dlaczego nie?

Duff uœmiechn¹³ siê.

– Chyba dlatego, ¿e s¹ indywidualistami i nie chc¹, ¿eby myœlano, i¿

kogoœ naœladuj¹. – Powróci³ do obserwacji sto³u, za którym stan¹³ w³aœnie

Bennet i klasn¹³ w d³onie.

– Aukcja aparatu i akcesoriów fotograficznych, zgodnie z instrukcj¹ pana

Davida Mungera… z przeznaczeniem uzyskanej kwoty dla Królewskiego

Towarzystwa Opieki nad Zwierzêtami… – rozpocz¹³ Anglik.

W sali rozleg³y siꠜmiechy, ale umilk³y, gdy Bennet bez dalszych wstê-

pów poprowadzi³ licytacjê. Wiedzia³ dobrze, ¿e najwiêksze zainteresowanie

wzbudzi sam aparat, wiêc zostawi³ go na koniec, wyzbywaj¹c siê szybko

stalowych walizeczek za cenê niewiele wy¿sz¹ ni¿ ich rynkowa wartoœæ.

Nastêpnie zrobi³ dramatyczn¹ pauzê i poleci³ Czangowi, aby nala³ mu

szklankê whisky z wod¹. Jednym haustem wypi³ po³owê, szklankê odstawi³

na stó³ i przesun¹³ torbê z kamer¹ na œrodek.

– Panie i panowie, zestaw trzeci. Jeden Nikon FTN, nieco zmodyfikowa-

ny – og³osi³.

Nowy aparat FTN kosztowa³ osiemset miejscowych dolarów i od tej

kwoty Bennet rozpocz¹³ licytacjê. W ci¹gu minuty przebicia wywindowa³y

background image

52

cenê do trzech tysiêcy dolarów. Oczy obecnych wêdrowa³y tam i z powro-

tem po trzech potencjalnych nabywcach. Pierwszym by³ „Kozio³” Foster,

szef placówki tygodnika „Newsweek”, korzystaj¹cego czêsto z fotografii

Mungera. Drugim George Hardy, reporter dziennika „The New York Times”.

I wreszcie Janine Lasage. Podczas kiedy dwaj pierwsi sygnalizowali przebi-

janie ceny podniesieniem palca, Janine wypowiada³a swe propozycje bez-

barwnym, zdecydowanym g³osem.

– Ona bardzo chce to kupi栖 zauwa¿y³ Walter, ale Duff nie s³ucha³.

Jego zwê¿one oczy patrzy³y to na uczestników aukcji, to na aparat Mungera.

George Hardy odpad³ przy trzech tysi¹cach dolarów. Tempo podbijania ceny

zmala³o. Walter s¹dzi³, ¿e Foster kupuje byæ mo¿e w imieniu swej firmy, ale

i on odpad³ przy czterech tysi¹cach.

– Cztery tysi¹ce po raz drugi! – obwieœci³ Bennet i podniós³ d³oñ, aby

uderzyæ w stó³.

– Cztery i pó³!

Wszystkie oczy zwróci³y siê w kierunku stolika w rogu i na Duffa Page-

ta, który wydawa³ siê byæ zdziwiony w³asn¹ inicjatyw¹. Walter Blum uœmiech-

n¹³ siê szeroko i dola³ wina do obu kieliszków.

– Piêæ tysiêcy! – G³os Janine Lasage zabrzmia³ jak trzaœniêcie bicza.

Na sali rozleg³ siê szum, Bennet poci¹gn¹³ spory ³yk wina, wyci¹gn¹³

z kieszeni chustkê i otar³ czo³o.

– Piêæ i pó³! – Duff nachyli³ siê nad sto³em, twarz mia³ œci¹gniêt¹ napiê-

ciem.

Nast¹pi³a d³uga przerwa w licytacji. Wszyscy patrzyli na Francuzkê,

w której oczach malowa³ siê gniew i zawód.

– Piêæ i pó³ po raz pierwszy – zaintonowa³ Bennet, patrz¹c na Janine.

Siedzia³a wyprostowana na sto³ku barowym, palce prawej rêki zaciska³a na

kieliszku.

– Piêæ i pó³ po raz drugi…! – wywo³a³ Bennet.

– Szeœæ! – wykrzyknê³a francuska korespondentka, a tu¿ po tym pad³o

jedno s³owo Duffa:

– Siedem!

Bennet wiedzia³, ¿e to ju¿ koniec. Janine Lasage jakby nagle zwiêd³a.

– Siedem po raz pierwszy, po raz drugi… – rozejrza³ siê po sali i szybko

trzepn¹³ d³oni¹ w stó³. – Po raz trzeci! Za siedem tysiêcy Nikona naby³ Duff

Paget. Dziêki w imieniu psów, mi³y panie! – Bennet zarechota³ g³oœno, za-

chwycony w³asnym dowcipem, ale pozosta³ odosobniony z t¹ reakcj¹. Wszy-

scy patrzyli na Janine Lasage, która zsunê³a siê ze sto³ka, mierz¹c Duffa

nienawistnym spojrzeniem. Na sali zrobi³o siê cicho jak makiem zasia³. I wte-

dy Francuzka warknê³a:

– Va te faire enculer!

background image

53

Z ha³asem odstawi³a kieliszek na ladê i wysz³a.

Kilka osób nerwowo zachichota³o, a potem przy barze zapanowa³ œcisk

i gwar rozmów.

– Czy zna pan francuski? – zapyta³ Walter Duffa, który siedzia³ jakby

w transie. Podniós³ jednak g³owê i pokrêci³ g³ow¹. Walter uœmiechn¹³ siê.

– Pozwoli wiêc pan, ¿e przet³umaczꅠTa piêkna dama zarzuci³a panu

sodomiꅠsugerowa³a te¿, ¿e jest pan pederast¹… Niezbyt to eleganckie

i oryginalne w ustach osoby, której zawód wymaga przyswojenia sobie bo-

gatego s³ownictwa. Niemniej otrzyma³ pan wiadomoœæ, która w skrócie ozna-

cza, ¿e zyska³ pan jednoczeœnie aparat i œmiertelnego wroga.

Wzrok Duffa spoczywa³ nadal na Nikonie Mungera.

– Nie ma do niego prawa – powiedzia³.

– Bêdzie pan u¿ywa³ tego aparatu?

– Nie. Nigdy. Nikt nigdy nie bêdzie go u¿ywa³. Bêdzie czeka³ na Munge-

ra, gdyby go kiedyœ zapragn¹³. – Westchn¹³ i doda³: – Janine Lasage nie jest

jedyn¹ osob¹, która d³ugo bêdzie na mnie wœciek³a.

– Tak?

–  Wyda³em  pieni¹dze  przeznaczone  na  bransoletkê  dla  mojej  ¿ony.

W czwartek mamy rocznicꠜlubu.

Walter wyda³ pe³en wspó³czucia pomruk.

– I ona zakupu aparatu nie zrozumie?

Duff smutno pokiwa³ g³ow¹.

– Niestety, nie.

Walter wyci¹gn¹³ rêkê i po ojcowsku poklepa³ Duffa po ramieniu.

– No có¿, m³ody cz³owieku, przynajmniej nie musi pan chwilowo mar-

twiæ siê pann¹ Lasage. Z tego, co s³ysza³em, przeniesiono j¹ na placówkê

bliskowschodni¹. Nasza dama wyje¿d¿a ju¿ za kilka dni. – Spojrza³ na zega-

rek i dŸwign¹³ siê z fotela. – Dziêkujê panu za towarzystwo i ciekaw¹ roz-

mowê. I niech pan zapamiêta s³owa Hamleta: „By wielkim byæ, bez racji

dzia³aæ nie nale¿y”.

Walter Blum dumnie przeparadowa³ przez salê, odprowadzany zaintry-

gowanym spojrzeniem Duffa.

29 paŸdziernika nast¹pi³y dwa wydarzenia, pozornie nie maj¹ce ze sob¹

wyraŸnego zwi¹zku: Duff Paget ofiarowa³ swej ¿onie jedynie bukiet piêk-

nych ró¿, co doprowadzi³o do powa¿nej awantury, tysi¹ce zaœ kilometrów na

zachód rz¹d Iraku podpisa³ uk³ad o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej.

background image

54

background image

55

Ksiêga druga

background image

56

background image

57

3

Strona nr 1 z 5

IRACKI PROGRAM NUKLEARNY

Raport nr 1 1A, 14 lipca 1975 roku

Do: dyrektora generalnego, genera³a Izaaka Hoftiego.

Od: dyrektora Biura Studiów i Analiz, Szymona Saguy.

ród³a: rezydent, Pary¿

Daktyl Cztery

Daktyl Siedem

Liczba kopii: zero

Mam ju¿ tego dosyæ! Pêta siê tu zbyt wielu ludzi, wysy³aj¹ sprzeczne infor-

macje i zabieraj¹ zbyt wiele czasu pracownikom mojego biura. W ci¹gu minio-

nych czterdziestu piêciu dni opracowywaliœmy raporty i sporz¹dzaliœmy anali-

zy dla: wywiadu wojskowego (dwukrotnie), Ministerstwa Spraw Zagranicznych

Sekretariatu Rady Ministrów Rady Naukowej przy premierze Sekretariatu pre-

miera Szefa Sztabu Ambasadora USA (dlaczego?!) i dla pana (piêciokrotnie).

Nie wst¹pi³em do Mosadu, ¿eby zostaæ urzêdnikiem pocztowym.

Powtarzaliœmy siê w ró¿nych raportach i sprawozdaniach (w ci¹gu tych 45

dni) co najmniej dwanaœcie razy. Zrekapitulujê najwa¿niejsze informacje, jaki-

mi dysponujemy, i nastêpnie przedstawiê wniosek.

Strona nr 2 z 5

1. Pañstwa zaliczone do grupy „wrogowie Izraela” (lub „potencjalni wrogo-

wie”), które obecnie usi³uj¹ wyposa¿yæ siê w broñ nuklearn¹. Najwiêksze za-

gro¿enie stanowi¹: Egipt, Libia, Pakistan i Irak.

2. Nie ulega w¹tpliwoœci, ¿e najwiêkszym zagro¿eniem jest Irak, poniewa¿,

w odró¿nieniu od Libii i Egiptu, które s¹ pod œcis³¹ kontrol¹ swoich „opiekunów”,

background image

58

tzn. ZSRR i USA, Irak dostatecznie zdystansowa³ siê od ZSRR, aby móc wejœæ

na drogê niezale¿nej (a wiêc i nie kontrolowanej) polityki. Pakistan znajduje siê

w ogonie pretendentów do broni nuklearnej, poniewa¿ brak mu œrodków finan-

sowych i dostêpu do osi¹gniêæ naukowych. Poza tym program nuklearny Paki-

stanu ma na celu zneutralizowanie zagro¿enia ze strony Indii. Zagro¿enie dla

Izraela jest jedynie pochodn¹ i ubocznym produktem przynale¿noœci do wspól-

noty islamskiej.

3. Sponsorem Iraku jest Francja, chyba najbardziej sprzedajne z pañstw

rozwiniêtych.

UWAGI:

A. Zapotrzebowanie Francji na ropê jest w ponad 50% pokrywane przez

Irak.

B. Francusko-iracki „pakiet nuklearny” zawiera warunek, ¿e Irak zakupi we

Francji produkty przemys³owe, w tym broñ, za sumê ponad szeœciu miliardów

dolarów. Wed³ug naszej oceny, w latach 1977–1981 zapewni to pracê ponad

milionowi francuskich robotników.

C. W ³onie francuskiego rz¹du mo¿na obecnie zaobserwowaæ wyraŸny an-

tyizraelski trend. Wszystkie te czynniki, w po³¹czeniu z zasobami irackich pól

naftowych oraz ambicjami Saddama Husajna, by przewodzi栜wiatu arabskie-

mu, stwarzaj¹, w mojej opinii, najwiêksze zagro¿enie, jakiemu Izrael kiedykol-

wiek musia³ stawiæ czo³o.

Strona nr 3 z 5

4. BIE¯¥CA SYTUACJA:

Przed trzema miesi¹cami zosta³a podpisana umowa, w której Francja zo-

bowi¹za³a siê zbudowaæ w Iraku reaktor nuklearny o mocy 70 MW dla celów

naukowych i szkoleniowych oraz drugi reaktor (minireaktor pomocniczy o mocy

800 kW. Dowiedzieliœmy siê (dziêki wysi³kom DAKTYLA Cztery), ¿e powy¿szy

kontrakt zawiera liczne utajnione klauzule, z których dwie wydaj¹ siê mieæ istotne

znaczenie:

a) ¿adna ze stron nie ujawni przez dwadzieœcia piêæ lat mo¿liwoœci tech-

nicznych wznoszonego kompleksu;

b) przy budowie kompleksu Francuzi nie zatrudni¹ ¿adnego pracownika

pochodzenia ¿ydowskiego.

Jest rzecz¹ znamienn¹, ¿e budowany w myœl umowy reaktor jest dwukrot-

nie wiêkszy ni¿ reaktory do celów naukowych budowane w krajach uprzemy-

s³owionych.

Budowa kompleksu i instalacja reaktorów spoczywaæ maj¹ w rêkach kon-

sorcjum piêciu francuskich firm, któremu przewodzi rz¹dowa agencja Techni-

catom.

background image

59

Zdolnoœæ Iraku do wyprodukowania broni nuklearnej:

Poniewa¿  Irak  podpisa³  traktat  o  nierozprzestrzenianiu  broni  atomowej,

podlega kontroli Miêdzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Poza tym, na

d³ugie lata przewidziana jest obecnoœæ w Iraku francuskich naukowców i tech-

ników nuklearnych. Tak wiêc w normalnych okolicznoœciach i warunkach Irakij-

czycy nie mog¹ wyprodukowaæ wzbogaconego uranu ani Pu 239. Kiedy jednak

bêd¹ ju¿ mieli w³asne wyszkolone ekipy, mog¹ postanowiæ wyrzuciæ Francuzów

i inspektorów Agencji. Mog¹ te¿ ukraœæ Pu 239 – tak jak my.

Strona nr 4 z 5

Obecnie Irak negocjuje z W³ochami kupno czterech laboratoriów do prac

z materia³ami rozszczepialnymi. W laboratoriach tych mo¿na odzyskiwaæ Pu 239

z wykorzystanego paliwa reaktorów. Nasze informacje wskazuj¹, ¿e kontrakt

mo¿e byæ podpisany wkrótce.

Irak ju¿ posiada niewielki reaktor do badañ naukowych, dostarczony przez

Zwi¹zek Radziecki. Reaktor ten jest czynny od 1968 roku, jednak¿e Zwi¹zek

Radziecki œciœlej kontroluje swoich klientów ni¿ niektóre z pañstw zachodnich

i w tym przypadku nie musimy siê niczego obawiaæ.

Istot¹ problemu jest to, ¿e z chwil¹ ukoñczenia wy¿ej wymienionych inwe-

stycji, Irakijczycy bêd¹ mogli jednorazowo szkoliæ oko³o tysi¹ca osób persone-

lu. Jeœli potrzebne s¹ jeszcze jakieœ dowody, ¿e Irak zamierza produkowaæ

broñ nuklearn¹, to dostarczy³a je w³aœnie siatka DAKTYL stwierdzaj¹c, ¿e od

szeœciu miesiêcy Irak usi³uje zakupiæ (z ró¿nych Ÿróde³) wielkie iloœci tlenku

uranu zwanego potocznie „¿ó³tym ciastem”. Prowadzone s¹ w tej sprawie ne-

gocjacje z Brazyli¹, Nigeri¹, Chinami, Libi¹ i Portugali¹. Powtarzam, ¿e chodzi

o du¿e iloœci. Warto zwróciæ uwagê, ¿e reaktor, który Francuzi maj¹ zamiar

zbudowaæ, nie mo¿e pracowaæ na rafinowanym „¿ó³tym cieœcie”.

Nie chodzi wiêc o paliwo, ale o to, ¿e ok³adaj¹c „¿ó³tym ciastem” reaktor,

mo¿na uzyskaæ rocznie do dwunastu kilogramów Pu 239, co w zupe³noœci wy-

starcza do wyprodukowania dwóch bomb wielkoœci tej, któr¹ zrzucono na Na-

gasaki.

Strona nr 5 z 5

WNIOSEK:

Irakijczycy s¹ zdecydowani wyprodukowaæ broñ nuklearn¹, a reaktor do-

starczany przez Francjê to im umo¿liwi. Przewidywany czas realizacji:

Jeœli kontrakt z Francuzami realizowany bêdzie wed³ug za³o¿onego harmo-

nogramu i jeœli, co zak³adam, Irakijczycy wyrzuc¹ w pewnej fazie Francuzów

i inspektorów Miêdzynarodowej Agencji Energii Atomowej, to mog¹ mieæ w³asne

bomby nuklearne na prze³omie 1979/1980 roku. Ju¿ w tej chwili dysponuj¹

samolotami zdolnymi do przenoszenia broni nuklearnej.

background image

60

ZALECENIA:

1. Wszyscy zainteresowani powinni powtórnie przeczytaæ Memorandum

Trzecie.

2. W ³onie Mosadu nale¿y utworzyæ sekcjê, której g³ównym zadaniem bê-

dzie przeciwdzia³anie powy¿szemu zagro¿eniu.

Sekcja ta powinna mieæ w swych poczynaniach absolutny priorytet.

KONIEC

Walter Blum rzuci³ raport na biurko i spowi³ go dymem cygara. Siedz¹cy

po drugiej stronie biurka genera³ Hofti zakaszla³ i d³oni¹ zacz¹³ odganiaæ

dym. Obaj panowie siedzieli w gabinecie, w którym na œcianie widnia³ w ram-

ce napis: NIE PALIÆ!

Walter Blum by³ jedyn¹ osob¹, która nie podporz¹dkowywa³a siê zaka-

zowi. Wyjaœni³ podczas swej pierwszej wizyty, ¿e dym mniej bêdzie prze-

szkadza³ „kochanemu genera³owi”, ni¿ brak zapalonego cygara jemu same-

mu – Walterowi, który wówczas straci zdolnoœæ racjonalnego myœlenia.

Genera³ Izaak Hofti obj¹³ funkcjê szefa Mosadu w 1973 roku, kiedy to

Zui Zamir pad³ biurokratyczn¹ ofiar¹ wojny Jom Kippur. Hofti by³ cz³owie-

kiem upartym i w zasadzie zimnym, ale ze œladami ukrywanego g³êboko

poczucia humoru. Walter bardzo go lubi³ i lubi³ te¿ przekomarzaæ siê z nim.

– Co to jest Trzecie Memorandum? – spyta³.

Hofti wsta³, podszed³ do okna i otworzy³ je mimo w³¹czonej klimatyza-

cji. Fala gor¹cego powietrza wdar³a siê do gabinetu. Hofti z rozkosz¹ je

wdycha³, daj¹c do zrozumienia Walterowi, co s¹dzi o jego cygarze. Hofti

zastanawia³ siê, czego bardziej nienawidzi: tego cygara czy wody koloñ-

skiej, w której Walter codziennie chyba siê k¹pa³. A w ogóle Walter szalenie

denerwowa³ genera³a, który by³ cz³owiekiem surowych obyczajów i absty-

nentem, podczas kiedy Walter pope³nia³ œmiertelny grzech nadu¿ywania ¿y-

cia. Z drugiej strony, genera³ Hofti ¿ywi³ wielki szacunek dla intelektu Blu-

ma. A przede wszystkim ceni³ go za to, ¿e dostarcza³ lepszych i pewniejszych

informacje ni¿ inne Ÿród³a. Z rezygnacj¹ wiêc westchn¹³, raz jeszcze zach³ys-

n¹³ siê gor¹cym, ale czystym powietrzem, zamkn¹³ okno i wróci³ za biurko.

– Trzecie  z  trzech  zaleceñ,  które  Golda  Meir  pozostawi³a  w  spadku.

Uwa¿a³a je za swój dar dla Izraela. Dar dla narodu od ustêpuj¹cego premie-

ra. Pierwsze Memorandum dotyczy imigracji. Drugie problemów wewnêtrz-

nych, wreszcie Trzecie bezpieczeñstwa narodowego. Memoranda s¹ œciœle

tajne, kr¹g wtajemniczonych ograniczony. Ale otrzyma pan egzemplarz. Na

razie podam kilka szczegó³ów maj¹cych odniesienie do raportu, z którym

przed chwil¹ pan siê zapozna³.

Genera³ wskaza³ na teczkê na biurku i przez kilkanaœcie sekund zbiera³

myœli, nim zacz¹³ wyjaœniaæ:

background image

61

– W 1967 roku wyprodukowaliœmy pierwsz¹ g³owicê nuklearn¹. Przy

pañskiej nieocenionej pomocy.

Genera³ nawi¹zywa³ do wyczynu z 1965 roku, kiedy to siatka DAKTYL

wspó³uczestniczy³a w kradzie¿y stu kilogramów wzbogaconego uranu z za-

k³adów Nuclear Materials Equipment w Pensylwanii.

– Od tego czasu – ci¹gn¹³ Hofti – rozbudowaliœmy nasz arsena³. Mamy

dwadzieœcia trzy g³owice. – Lekko siê uœmiechn¹³. – Nie wie pan, ¿e na

mocy decyzji podjêtej w 1973 roku podczas wojny Jom Kippur, trzynaœcie

z tych g³owic by³o w ka¿dej chwili gotowych do u¿ycia.

Widz¹c zdumienie na twarzy Waltera, genera³ uœmiechn¹³ siê szerzej.

– Byliœcie gotowi ich u¿yæ?

Genera³ wzruszy³ ramionami.

– To ju¿ by³aby decyzja Goldy Meir. Osobiœcie w¹tpiê. Trzynaœcie g³o-

wic przygotowano, ¿eby przestraszyæ Amerykanów. Przypomina pan sobie,

¿e przez pierwsze kilka dni tej wojny oci¹gali siê z powietrzn¹ dostaw¹ bro-

ni. Kissinger pewno zak³ada³, ¿e jeœli Egipcjanom uda siê odebraæ i utrzy-

maæ znaczn¹ czêœæ Synaju, to przy pertraktacjach pokojowych bêdziemy

bardziej sk³onni do ustêpstw. Mniejsza o to. Doœæ, ¿e Golda postawi³a im

siedemdziesiêciodwugodzinne ultimatum: albo dostawy zaczn¹ przybywaæ,

albo na Egipcjanach sprawdzimy jakoœæ naszego arsena³u nuklearnego.

– I Amerykanie jej uwierzyli? – Walter wyraŸnie w to w¹tpi³.

– Z pocz¹tku nie. Ale po dwudziestu czterech godzinach zaczêliœmy przy-

gotowywaæ bomby. By³y w Dimona, a CIA ma tam agenta. – Hofti znów siê

uœmiechn¹³, widz¹c po raz wtóry zdumienie Waltera.

– Od lat wiemy o nim – doda³ Hofti. – Wpakowali go nam, kiedy w la-

tach piêædziesi¹tych pomagali w budowie Dimony. Zostawiliœmy go w spo-

koju, wychodz¹c z za³o¿enia, ¿e któregoœ dnia mo¿e siê przydaæ. I ten dzieñ

nadszed³. Daliœmy mu szansê przyjrzeæ siê bombom w trakcie ich uzbrajania

testowego. Nie minê³o kilka godzin, a Amerykanie zaczêli powa¿nie trakto-

waæ groŸbê Goldy. Otrzymaliœmy to, co by³o nam potrzebne i armia egipska

znalaz³a siê w potrzasku. Wniosek p³ynie z tego jasny, prawda?

– Prawda – odpar³ Walter. – Oczywiœcie, gdyby Egipcjanie mieli wów-

czas w³asne g³owice nuklearne, to groŸba Goldy stanowi³aby puste s³owa.

„To w pañstwie naszym przedziwne zapowiada rzeczy” – zakoñczy³ cytatem

z Hamleta.

– S³uszny wniosek – zgodzi³ siê Hofti. – W Trzecim Memorandum Gol-

da wyk³ada z mniejsz¹ byæ mo¿e erudycj¹, ni¿ uczyni³by to Szekspir, ale

jasno i niedwuznacznie: nie mo¿emy dopuœciæ do tego, aby którykolwiek

z potencjalnych wrogów Izraela posiad³ broñ nuklearn¹ do czasu, a¿ nie bê-

dzie podpisane globalne porozumienie, gwarantuj¹ce pañstwu izraelskiemu

bezpieczne granice, ratyfikowane przez wszystkich s¹siadów i gwarantowane

background image

62

przez wielkie mocarstwa. To, ¿e w tej chwili w regionie tylko Izrael ma

broñ nuklearn¹, gwarantuje status quo do czasu podpisania traktatu poko-

jowego.

– Obecna sytuacja mo¿e jeszcze d³ugo potrwaæ – zauwa¿y³ Walter.

– Nie tak d³ugo, jak s¹dz¹ niektórzy. Ju¿ w tej chwili otrzymujemy nie-

pokoj¹ce sygna³y z Egiptu. Ja osobiœcie stawiam na dziesiêæ lat. Wa¿ne jest

jednak, by nikt inny na Bliskim Wschodzie nie zmajstrowa³ sobie bomby

nuklearnej. Wówczas ten czas siê wyd³u¿y… Ale byæ mo¿e w ostatecznym

rozrachunku musielibyœmy zgodziæ siê na mniej, ni¿ uwa¿amy, ¿e nam siê

nale¿y. Bo Egipcjanie ju¿ dowiedli, ¿e potrafi¹ prowadziæ konwencjonaln¹

wojnê. Wreszcie kiedyœ musielibyœmy przegraæ. Nasze szanse szacujê na

jeden do stu. Ratowa³o nas lepsze uzbrojenie i bardziej nowoczesna doktry-

na wojenna, a ich gubi³a dezorganizacja. Przy takich perspektywach musimy

pracowaæ na rzecz pokoju. Jedyn¹ nasz¹ atutow¹ kartê stanowi monopol

nuklearny. Nie wolno nam go straciæ.

– Dlatego te¿ postanowi³em przyj¹æ sugestiê Szymona – kontynuowa³

genera³. – Wydzielona sekcja Mosadu bêdzie pilnowa³a, by Irak ani ¿aden

inny z naszych wrogów nie uzyska³ dostêpu do broni nuklearnej.

Walter pilnie s³ucha³, zapatrzony w swoje cygaro.

– Powinienem raczej powiedzieæ, ¿e nie sekcja w ³onie Mosadu tu, na

miejscu, ale specjalne cia³o czy organ, wszystko jedno jak to nazwaæ, w ra-

mach struktur Mosadu. I widzê tu pana, osobiœcie, Walterze. Oczywiœcie,

bêdzie pan wykorzystywa³ swoj¹ siatkê, ale i wszystkie inne agencje i ludzi,

jeœli zajdzie potrzeba. Od tej chwili pañsk¹ podstawow¹ misj¹ jest niedo-

puszczenie, by Irak sprawi³ sobie bombê.

Walter dŸwign¹³ siê z wielkim wysi³kiem i zacz¹³ spacerowaæ po gabine-

cie. Mia³ na sobie ciemny lœni¹cy garnitur i pó³buty ze skóry aligatora, które

przy ka¿dym kroku ¿ywej góry miêsa przenikliwie skrzypia³y. Po kilku kur-

sach od œciany do œciany, zatrzyma³ siê nagle przed biurkiem i wyraŸnie

poirytowany powiedzia³:

– To jest k³amstwo!

– Co jest k³amstwem?

– Opowiadanie, ¿e tylko nie zap³acone buty skrzypi¹.

Hofti prychn¹³ na pó³ rozbawiony, na pó³ poirytowany.

– Ja mówiê o zagro¿eniu egzystencji Izraela, a pan sobie ¿artuje.

– Wcale nie ¿artujê. W Nowym Jorku zap³aci³em czterysta dolarów za tê

parê. – Cygaro wycelowa³ oskar¿ycielsko w genera³a. – I kupi³em je u ¯yda.

– Uœmiechn¹³ siê chytrze. – Pewno nie zap³aci³ aligatorowi.

Odczyta³ prawid³owo zimne spojrzenie genera³a i powróci³ do fotela, na

który opuœci³ siê z wielk¹ ostro¿noœci¹. Hofti po raz kolejny uœwiadamia³

sobie pewne niedogodnoœci, jakie wynikaj¹ z zatrudnienia agenta na tyle

background image

63

bogatego, ¿e mo¿e kupiæ pó³ Izraela. Milcza³ jednak i czeka³, a¿ Walter po-

wróci do tematu.

– Móg³bym oczywiœcie zacz¹æ od narzekania, jak¹ to ogromn¹ odpowie-

dzialnoœæ zrzuca pan na moje barki – zacz¹³ Walter. – Jednak¿e chronicznie

unikam jakichkolwiek aluzji do wagi. Czujê jej nadmiar. Czy ma pan, gene-

rale, jakieœ sugestie co do sposobu realizowania powierzonej mi misji?

– Mam wiele sugestii – odpar³ Hofti. – Pierwsza, aby wreszcie przeniós³

siê pan na Cypr. Musi byæ pan bli¿ej areny, na której trwaj¹ zapasy.

Walter zaakceptowa³ sugestiê skinieniem g³owy.

– No i bli¿ej Francji, bo tam zacznê… – doda³.

– Dlaczego i jak?

Walter podniós³ trzy palce.

– Przewidujê trzy etapy. Pierwszy: powstrzymaæ Francuzów drogami

dyplomatycznymi.  Drugi:  sabotowaæ  umowê  francusko-irack¹  wszelkimi

mo¿liwymi sposobami. Trzeci: zak³adaj¹c, ¿e reaktor zostanie jednak do-

starczony, uczyniæ go niezdolnym do eksploatacji. – Milcza³ przez d³ug¹

chwilê i doda³: – Zastanowiê siê nad wszystkimi aspektami i w ci¹gu sied-

miu dni przedstawiê raport. Tymczasem potrzebne mi s¹ wszystkie informa-

cje, nawet okruchy informacji dotycz¹cych tego problemu. Pañski przyja-

ciel Szymon znowu bêdzie wœciek³y. Zamierzam zabraæ mu du¿o czasu. –

Uœmiechn¹³ siê czaruj¹co do genera³a i doda³:

– Mam nadziejê, ¿e lubi dobre cygara.

4

K

undel nale¿a³ do Androulli Papadopoulos, która w owym czasie mia³a

osiem lat i by³a grzeczn¹ dziewczynk¹. Mieszka³a z rodzicami w niewielkim

gospodarstwie trzy kilometry od wsi Phini, wysoko w górach Trodos na Cy-

prze. Matka wysy³a³a j¹ czêsto do Phini po zakupy.

W po³owie drogi do wsi sta³ jeszcze jeden dom, by³ nieco cofniêty i oto-

czony niskim kamiennym murem. Androulla mia³a zapowiedziane, aby ni-

gdy nie zbli¿a³a siê do tego domu, gdy¿ mieszka tam „dziwny cudzozie-

miec”.

Ów cudzoziemiec prawie nigdy nie wychodzi³, a w rzadkich wypadkach,

gdy to czyni³, nie odzywa³ siê do nikogo, z wyj¹tkiem starej kobiety w ma-

³ym sklepiku, a czyni³ to wtedy tylko, kiedy zamawia³ produkty.

Kr¹¿y³o o nim wiele plotek. Ludzie byli bardzo nieufni wobec obcych,

nawet wobec Cypryjczyków z innych stron wyspy. Jednak¿e plotki wkrótce

background image

64

wygas³y, nikt bowiem o cudzoziemcu nic nie wiedzia³ i nie móg³ siê dowie-

dzieæ, oprócz tego, ¿e kupi³ na pó³ zniszczony budynek dawnego gospodar-

stwa i kilka akrów ziemi, a czas spêdza³ remontuj¹c dom, hoduj¹c trochê

jarzyn i parê kur. Stara kobieta w sklepiku twierdzi³a, ¿e obcy mówi popraw-

nie po grecku i ¿e regularnie kupuje wódkê.

Samotnik  jest  zawsze  przedmiotem  spekulacji  i  licznych  podejrzeñ.

Mieszkañcom Phini nie podoba³a siê jego milcz¹ca obecnoœæ w okolicy i do-

szli do wniosku, ¿e jest z³ym cz³owiekiem. Obwieszczono to wszystkim dzie-

ciom i nakazano trzymaæ siê od niego z daleka. Przez rok Androulla by³a

pos³uszna i, chodz¹c do wsi, nawet nie spogl¹da³a na dom, w którym miesz-

ka³ cudzoziemiec. Nigdy go te¿ nie widzia³a, gdy przechodzi³a drog¹. Za-

wsze przyœpiesza³a kroku, gdy¿ bardzo siê ba³a. I zawsze towarzyszy³ jej

pies. Jednak któregoœ dnia wiewiórka przebieg³a psu drogê i ten puœci³ siê za

ni¹ w pogoñ. Wiewiórka poszuka³a schronienia za niskim kamiennym ogro-

dzeniem domu, a pies pod¹¿y³ za ni¹. Przera¿ona Androulla zosta³a na dro-

dze i wtedy us³ysza³a przeci¹g³y skowyt psa. Potem nast¹pi³a cisza. Dziew-

czynka ju¿ by³a gotowa biec do domu po ojca, kiedy za murkiem pokaza³a

siê g³owa cudzoziemca.

– Czy to twój pies, dziecko? – spyta³.

Strach pozbawi³ j¹ mowy, ale energicznie skinê³a g³ow¹.

– No to chodŸ tu lepiej, twój piesek siê skaleczy³.

G³owa obcego zniknê³a. Przez d³ug¹ chwilê Androulla sta³a niezdecydo-

wana, poniewa¿ jednak bardzo kocha³a swego psa, zdoby³a siê na odwagê,

podesz³a do otwartej furtki i ostro¿nie przez ni¹ zajrza³a. Pies le¿a³ nierucho-

mo pod murem, cudzoziemiec pochyla³ siê nad nim. Przera¿ona podbieg³a.

– Nie ¿yje?

Cudzoziemiec zaprzeczy³ ruchem g³owy. Wtedy dopiero zobaczy³a, ¿e

pies ma otwarte oczy i na jej widok merda ogonem.

– Przeci¹³ sobie ³apê na no¿u kosiarki. – Mê¿czyzna wskaza³ le¿¹c¹ bli-

sko muru kosiarkê. Owija³ teraz psi¹ ³apê kawa³kiem p³ótna. Androulla by³a

niezmiernie zdziwiona, ¿e pies tak spokojnie poddaje siê zabiegom, gdy¿

by³o to zwierzê bardzo nieufne wobec obcych.

– Bardzo siê skaleczy³? – spyta³a.

– Nie, ale przez kilka dni bêdzie chodzi³ na trzech nogach.

Mê¿czyzna skoñczy³, wyprostowa³ siê, pies tak¿e wsta³, trzymaj¹c ska-

leczon¹ ³apê w powietrzu, pokuœtyka³ do mê¿czyzny i poliza³ mu d³oñ, a po-

tem spojrza³ pytaj¹cym wzrokiem na Androullê.

Po d³ugiej chwili skrêpowanego milczenia mê¿czyzna powiedzia³:

– Powinnaœ ju¿ chyba iœæ, dziecko. I pilnuj, ¿eby nie zerwa³ opatrunku.

Nieco oœmielona przygl¹da³a siê mê¿czyŸnie: mia³ d³ugie w³osy i gêst¹

brodê, wiêc twarzy w³aœciwie nie widzia³a. Ale dostrzeg³a bardzo niebieskie

background image

65

oczy i ciemn¹ skórê, jakby spalon¹ s³oñcem. Dosz³a do wniosku, ¿e nie wy-

gl¹da na z³ego cz³owieka. I chyba nie jest z³y, bo jej pies nigdy nie poliza³by

rêki kogoœ takiego. Strach j¹ ca³kowicie opuœci³, pozosta³a tylko ciekawoœæ.

Poniewa¿ mia³a zaledwie osiem lat, pytanie, które zada³a, trafia³o w sedno

problemu:

– Ludzie mówi¹, ¿e z pana to z³y cz³owiek. Dlaczego?

Mo¿e i uœmiechn¹³ siê nawet, ale nie by³a pewna. Wszystko przes³ania³a

broda. Odpowiedzia³ jej bardzo powa¿nie:

– Najprawdopodobniej maj¹ racjê. A teraz zmykaj, ma³a, i nie pozwól

psu uganiaæ siê za wiewiórkami.

Odwróci³ siê i poszed³ do domu, a ona wziê³a psa za obro¿ê i pomaszero-

wa³a do furtki. Mê¿czyzna ju¿ znika³ w drzwiach, kiedy wykrzyknê³a:

– Dziêkujê panu!

Zatrzyma³ siê, skin¹³ g³ow¹ i patrzy³ za ni¹, gdy sz³a œcie¿k¹ do drogi.

Sta³ tak d³ugo, nawet kiedy zniknê³a z oczu.

Gdy wróci³a do domu, opowiedzia³a o wszystkim matce. Dosta³a burê,

bo nie powinna by³a wchodziæ za furtkê, tylko od razu wracaæ. Cudzozie-

miec jest z³ym cz³owiekiem.

Androulla nie by³a przekonana.

– Dlaczego jest z³y? Co takiego zrobi³?

Matka powiedzia³a, ¿eby nie zadawa³a g³upich pytañ. Androulla jest za

m³oda, by wiedzieæ takie rzeczy. I ma tam wiêcej nie chodziæ, nie rozmawiaæ

z obcym i o nic go nie pytaæ.

Kiedy dziewczynka dalej upiera³a siê, ¿e to nie jest z³y cz³owiek, w³¹-

czy³ siê ojciec, kaza³ córce iœæ do jej pokoju i zagrozi³ laniem, jeœli bêdzie

sprzeciwia³a siê matce.

Posz³a wiêc do pokoju, po³o¿y³a siê do ³ó¿ka, a pies wskoczy³ za ni¹.

Najpierw zacz¹³ lizaæ twarz swojej m³odej pani, chc¹c j¹ z pewnoœci¹ pocie-

szyæ, potem zaœ szarpa³ zêbami opatrunek, wiêc mu da³a klapsa, co sprawi³o

jej pewn¹ ulgê jako przeniesienie agresji. Pies najwidoczniej to zrozumia³,

gdy¿ nawet nie warkn¹³, co zwyk³ czyniæ w wypadkach karcenia.

Minê³y tygodnie i miesi¹ce, Androulla by³a pos³uszna matce i nie spo-

gl¹da³a nawet na dom cudzoziemca. Pies jednak nie otrzyma³ ¿adnych zaka-

zów, wiêc ilekroæ znalaz³ siê w pobli¿u starej farmy, znika³ za furtk¹ i po-

wraca³ do Androulli po kilku minutach, gdy by³a ju¿ daleko. Za ka¿dym

razem wydawa³ siê nies³ychanie zadowolony z wizyty, o czym obwieszcza³

merdaj¹c ogonem.

I mog³oby tak trwaæ przez lata, gdyby nie turecka inwazja na Cypr w lutym

1973 roku i w konsekwencji okupacja pó³nocno-wschodniej czêœci wyspy.

5 – Reporter

background image

66

Tureckie plany inwazyjne przewidywa³y bombardowanie lasów w gó-

rach Trodos, w celu odwrócenia uwagi cypryjskiej armii.

Tak wiêc którejœ nocy nadlecia³y z pó³nocy samoloty i wkrótce lasy w gó-

rach zaczê³y p³on¹æ. Okolice wioski Phini ocala³y, poniewa¿ wiêkszoœæ bomb

spad³a na pó³nocne stoki. Jednak¿e jeden bombowiec, byæ mo¿e z powodu

z³ej nawigacji, zab³¹ka³ siê zbyt daleko na po³udnie i zrzuci³ swój zapalaj¹cy

³adunek niespe³na sto metrów od gospodarstwa Papadopoulosów. Androulla

i jej rodzice sami musieli gasiæ po¿ar, poniewa¿ mieszkañcy wioski pilno-

wali swoich domów w obawie przed najazdem spodziewanych tureckich hord.

Rodzina mia³a szczêœcie, gdy¿ wiatr wia³ z pó³nocy, spêdzaj¹c ogieñ ni¿ej na

zbocze w przeciwnym kierunku od domu. Jedyne niebezpieczeñstwo mog³o

groziæ ze strony rzêdu czterech potê¿nych sosen. Gdyby zaczê³y p³on¹æ, dom

móg³by siê od nich zaj¹æ. Kiedy wiêc Androulla pomaga³a matce nosiæ wia-

dra z wod¹ i zalewaæ ni¹ poszycie w okolicy domu, ojciec wzi¹³ siekierê

i zacz¹³ œcinaæ sosny. By³ w po³owie œcinania ostatniej, gdy dosz³o do nie-

szczêœcia. Prawdopodobnie ze zmêczenia nie trafi³ w wyr¹bany klin, siekie-

ra obsunê³a siê na pniu i trafi³a go w udo, rani¹c a¿ do koœci. Matka Andro-

uilli by³a opanowan¹ kobiet¹, ale prawie stanê³o jej serce, gdy zobaczy³a, co

siê sta³o.

– Biegnij do wioski! – krzyknê³a do córki. – Biegnij do wioski po po-

moc!

Matce uda³o siê zaci¹gn¹æ ojca do domu. By³a na tyle opanowana, ¿e

powy¿ej rany za³o¿y³a opaskê uciskow¹. Liczy³a na to, ¿e pomoc nadejdzie

najprêdzej za godzinê, dlatego te¿ bardzo siê zdziwi³a, gdy po dwudziestu

minutach otworzy³y siê drzwi i stan¹³ w nich mê¿czyzna z brezentow¹ torb¹

koloru khaki.

Cudzoziemiec! I przybieg³ jeszcze przed Androull¹!

Z pocz¹tku kobieta by³a niezdecydowana. Instynkt nakazywa³ jej chro-

niæ mê¿a przed nieznanym.

Cudzoziemiec wydawa³ siê rozumieæ sytuacjê. Odezwa³ siê bardzo ³a-

godnie:

– Proszê mi pozwoliæ tylko spojrzeæ. Nie zrobiê mu krzywdy.

Postawi³ torbê na kamiennej pod³odze i odpi¹³ paski. Kobieta ujrza³a

butelki i metalowe pude³ka. Na torbie dostrzeg³a wytarte litery USMC. Nie

wiedzia³a, co oznaczaj¹. Cudzoziemiec zbli¿y³ siê, ci¹gn¹c za sob¹ torbê.

Najpierw sprawdzi³ opaskê uciskow¹ i aprobuj¹co skin¹³ g³ow¹. Kiedy ogl¹da³

ranê, do izby wpad³a zdyszana Androulla.

Matka Androulli czêsto wspomina³a tê noc i tego cz³owieka, który umia³

narzuciæ jej swoj¹ wolê.

Najpierw j¹ przekona³, ¿e rana nie jest taka groŸna, na jak¹ wygl¹da.

Chocia¿ ranny utraci³ du¿o krwi, ¿adna z têtnic nie by³a przeciêta. Niemniej

background image

67

trzeba by³o zszyæ ranê. Sporo by³o tego szycia. Cudzoziemiec pozostawi³

kobiecie wybór: albo tylko opatrzy ranê i bêdzie próbowa³ zawieŸæ mê¿a do

najbli¿szego lekarza, który jest w Platres, piêtnaœcie kilometrów górsk¹ dro-

g¹, albo zszyje sam. Nie jest lekarzem, ale ma w tych sprawach doœwiadcze-

nie. By³ jeszcze inny problem, który nale¿a³o braæ pod uwagê: drogi mog¹

byæ zablokowane. W pobli¿u mog¹ siê krêciæ tureckie oddzia³y. A gdyby

uda³o siê dostaæ do Platres, to tamtejsi lekarze mog¹ byæ przez wiele dni

zajêci powa¿niejszymi wypadkami – ofiarami inwazji. Powiedzia³ jej te¿, ¿e

z doniesieñ radiowych wynika, i¿ na pó³nocy Cypru toczy siê regularna woj-

na. Kobieta spojrza³a na œci¹gniêt¹ cierpieniem twarz mê¿a, na jego zaciœ-

niête z bólu zêby, a potem przenios³a wzrok na cudzoziemca, na niebieskie

spokojne oczy.

– Niech pan szyje – zdecydowa³a.

Androulla zagotowa³a wodê. Cudzoziemiec rozpocz¹³ zabieg, matka zaœ

mu pomaga³a. Najpierw wstrzykn¹³ wokó³ rany nowokainê, nastêpnie ob-

my³ ranꠜrodkiem dezynfekuj¹cym. Ka¿d¹ czynnoœæ wyjaœnia³: pierwsze

szwy na splotach miêœni – nici chirurgiczne rozpuszcz¹ siê po kilku dniach –

i antybiotyk w zasypce. Zamkniêcie rany i zewnêtrzne szwy. Zasypka, gaza

i banda¿. Nim skoñczy³, kobieta by³a ju¿ spokojna o mê¿a. Ka¿de s³owo

i ka¿dy ruch tego cz³owieka œwiadczy³y o doœwiadczeniu i fachowoœci. Po-

móg³ jej jeszcze zanieœæ mê¿a do ³ó¿ka i zostawi³ proszki przeciwbólowe.

Po czym zlekcewa¿y³ podziêkowania i wyszed³, odmawiaj¹c nawet fili¿anki

kawy. Pewnoœæ siebie i opanowanie jakby go opuœci³y z chwil¹, gdy zakoñ-

czy³ zabieg.

Nim jeszcze zamkn¹³ za sob¹ drzwi, kobieta poprosi³a:

– Niech mi pan przynajmniej powie, jak pan siê nazywa.

Mrukn¹³ coœ pod nosem i znikn¹³.

– Co on powiedzia³? – spyta³a córki.

– ¯e to nie ma znaczenia.

Pani Papadopoulos zawiadomi³a jednak wójta w wiosce i po dwóch dniach

przyjecha³ wojskowy lekarz. Obejrza³ ranê i oceni³ szycie jako profesjonal-

ne. Zrobi³ gospodarzowi zastrzyk przeciwtê¿cowy i obieca³ wróciæ po tygo-

dniu, ¿eby zdj¹æ szwy.

Krótka i krwawa wojna skoñczy³a siê, gdy armia turecka zajê³a czêœæ

wyspy do linii podzia³u. Mieszkaj¹cy w tej czêœci Cypryjczycy greckiego

pochodzenia zostali wyrzuceni do greckiej czêœci. Mogli ze sob¹ zabraæ tyl-

ko to, co potrafili unieœæ. Poza szkodami w lasach Trodos, które by³y wyni-

kiem jedynego nalotu, wioski w tym rejonie nie ucierpia³y zbytnio i ¿ycie

powróci³o wkrótce do normy. Natomiast w gospodarstwie Vassosa i Heleny

background image

68

Papadopoulosów i ich córki Androulli pojawi³ siê nierozwi¹zalny, a w ka¿-

dym razie trudny do rozwi¹zania problem.

Cudzoziemiec odda³ im przys³ugê. W œwietle kodeksu honorowego Cy-

pryjczyków mieli wobec obcego d³ug wdziêcznoœci. I d³ug ten musieli sp³a-

ciæ. Kiedy tylko Vassos móg³ chodziæ, odwiedzi³ cudzoziemca, by osobiœcie

mu podziêkowaæ i zaprosiæ na obiad. Podziêkowania zosta³y skwitowane

wzruszeniem ramion, a zaproszenie odrzucone. Obcy chcia³ byæ sam. W kil-

ka dni póŸniej Vassos popija³ z przyjació³mi przy wystawionym na zewn¹trz

miejscowej tawerny stoliku, kiedy zobaczy³ cudzoziemca id¹cego po zaku-

py do sklepiku. Zaprosi³ go do stolika, spotka³a go jednak kolejna odmowa.

Vassos mia³ ju¿ zamiar zrezygnowaæ z wysi³ków nawi¹zania przyjaznych

stosunków z cudzoziemcem, ale Helena by³a kobiet¹ upart¹, a ponadto, jak

ka¿da ¿ona gospodarza w tych górach, rozs¹dn¹ i przebieg³¹, wiêc wreszcie

znalaz³a sposób na zamkniêtego w sobie cudzoziemca.

No i któregoœ dnia upiek³a kleftiko, cypryjski specja³ – jagniê w jarzy-

nach i w bukiecie tajemniczych zió³. Helena by³a s³awna z umiejêtnoœci przy-

rz¹dzania kleftiko, a w tym przypadku przesz³a sam¹ siebie. Potrawa przez

ca³y dzieñ dusi³a siê w piekarniku i dopiero przed samym zachodem s³oñca

pani Papadopoulos prze³o¿y³a j¹ do kamionki. Androulla, ob³adowana spo-

rym ciê¿arem, ruszy³a do cudzoziemca.

Ojciec zd¹¿y³ jeszcze rzuciæ za córk¹:

– Jeœli on tego od ciebie nie przyjmie, to nie jest mê¿czyzn¹.

Androulla z pewnymi obawami podesz³a pod dom obcego. Postawi³a

kamionkowe naczynie na progu i dopiero wtedy zapuka³a nieœmia³o do drzwi.

Pies, który jak zwykle jej towarzyszy³, przygl¹da³ siê ciekawie, wyraŸnie

zaintrygowany, co z tego wszystkiego wyniknie. Uchyli³y siê drzwi, wyjrza-

³a twarz cudzoziemca. Androulla dostrzeg³a w jego oczach zniecierpliwie-

nie.

– O co chodzi? – spyta³.

– Mama przysy³a to! – Wskaza³a palcem kamionkê.

– A co to jest?

– Kleftiko.

– Zabierz to z powrotem, dziecko. Podziêkuj mamie, ja tego nie chcê.

Proszê, ¿eby mnie zostawiono w spokoju.

– Jeœli z tym wrócê, to mama mnie zbije.

– Z pewnoœci¹ tego nie zrobi – odpar³ bardzo rozdra¿nionym tonem.

Androulla nie mia³a pojêcia, co mog³aby jeszcze zrobiæ lub powiedzieæ,

ale czu³a, ¿e jest to ostatnia szansa. Nagle wpad³ jej do g³owy pomys³. Na-

chyli³a siê i zdjê³a pokrywkê naczynia. Buchnê³y aromaty niesione wraz z pa-

r¹. Pies zbli¿y³ siê, wêsz¹c podniecony. A gdy Androulla podnios³a g³owê…

PóŸniej zaklina³a siê matce, ¿e zobaczy³a tak¿e wêsz¹cy nos cudzoziemca.

background image

69

W ka¿dym razie na jego twarzy odmalowa³a siê wewnêtrzna walka. Wresz-

cie jedna strona zwyciê¿y³a i obcy burkn¹³:

– No dobrze, zostaw to. Nie chcê, ¿ebyœ dosta³a lanie.

Androulla szybko umknê³a w obawie, ¿e cudzoziemiec mo¿e zmieniæ

zdanie. Od p³otu krzyknê³a, ¿e rano wróci po naczynie.

I tama pêk³a. Po paru dniach Vassos znów siedzia³ przed tawern¹ i zno-

wu przechodzi³ cudzoziemiec. Tym razem przyj¹³ zaproszenie na szklanecz-

kê wina i nawet chwilê porozmawia³. Trochê o uprawianiu ziemi, trochê

o tureckiej inwazji. Wspomnia³ te¿, ¿e pani Papadopoulos jest wspania³¹

kuchark¹. A potem to ju¿ wesz³o w zwyczaj. Cudzoziemiec co tydzieñ przy-

chodzi³ do wioski po zakupy, po czym przy³¹cza³ siê do Vassosa i jego przy-

jació³. Nigdy nie by³ nadto rozmowny, ale miejscowi ludzie szybko zorien-

towali siê, ¿e wie du¿o o œwiecie. W krótkim czasie sta³ siê wyroczni¹ i kimœ

w rodzaju arbitra w sporach. Ka¿dy nowy krok zachêca³ do nastêpnego. Przy-

j¹³ zaproszenie na kolacjê z okazji urodzin Androulli i przyniós³ jej w pre-

zencie niebieski blezer. Nieco póŸniej, w dniu wioskowego œwiêta, w³¹czy³

siê do ogólnej zabawy i nawet tañczy³ sirtaki wraz z innymi, budz¹c podziw

swoimi umiejêtnoœciami. Wyjaœni³, ¿e by³ ju¿ na Cyprze du¿o wczeœniej,

w czasie wojny. Nie wspomnia³ jednak, co robi³ wówczas ani dlaczego teraz

mieszka tu niemal jak pustelnik. Mieszkañcy wioski nie nalegali. Szanowali

teraz jego ma³omównoœæ i z zadowoleniem obserwowali, jak powoli wynu-

rza siê ze swej samotni i staje siê cz³onkiem wspólnoty. By³ to jednak proces

powolny, mo¿e nawet bolesny, zupe³nie jakby paralityk odzyskiwa³ w³adzê

w nogach. Minê³y trzy lata, nim siêgn¹³ wzrokiem poza wioskê Phini i posta-

nowi³ spêdziæ weekend w Platres, by zakosztowaæ innej kuchni, a mo¿e i za-

mieniæ kilka s³ów w ojczystym jêzyku.

Kelner przecisn¹³ siê miêdzy zat³oczonymi stolikami i postawi³ przed

goœciem wielk¹ tacê. Dla lepszego efektu odczeka³ parê sekund, a nastêpnie

zdj¹³ powoli pokrywê. Walter patrzy³ z pe³nym zadowolenia oczekiwaniem.

Goœcie przy s¹siednich stolikach wychylali siê, by lepiej widzieæ to, co sta³o

siê ju¿ porannym rytua³em. Walter sprawdzi³, czy wszystko jest tak, jak po-

winno byæ: cztery sadzone jajka z lekko zamglonymi ¿ó³tkami, trzy przeciê-

te na pó³ pomidory posypane serem i oczywiœcie upieczone na grillu, cztery

jagniêce kotlety z grzybami, szeœæ plasterków w¹tróbki i dodatkowo talerz

podsma¿anych kartofli. Pojawi³ siê drugi z kolei kelner i postawi³ noside³ko

z tostami, kostkê podmro¿onego nie solonego mas³a, s³oik pomarañczowej

marmolady  Cooper  i  dzbanek  sch³odzonego,  œwie¿o  wyciœniêtego  soku

background image

70

pomarañczowego. Walter zakoñczy³ przegl¹d potraw i uœmiechn¹³ siê czaru-

j¹co do obu kelnerów, oczekuj¹cych pochwa³y lub nagany.

– Wszystko w porz¹dku – stwierdzi³. – Kawê proszê podaæ dok³adnie za

dwadzieœcia minut.

Kelnerzy odeszli, krêc¹c z podziwu g³owami, a Walter zabra³ siê do swe-

go œniadania, które nazywa³ „miêdzynarodowym” w odró¿nieniu od hotelo-

wej nomenklatury, wed³ug której œniadanie kontynentalne zaczyna siê od

bu³eczki, z odrobin¹ mas³a i d¿emu, a koñczy na kawie.

Walter Blum siedzia³ na tarasie hotelu Forest Peak w Platres i dochodzi³

w³aœnie do wniosku, ¿e na œwiecie jest zaledwie kilka równie doskona³ych

miejsc do spo¿ywania œniadañ. Wielkolistne drzewa ocienia³y taras, chro-

ni¹c oczy goœci przed ostrymi promieniami porannego s³oñca. Z tarasu roz-

tacza³ siê wspania³y widok: poroœniête sosnowym lasem wzgórza opada³y

ku p³askim polom, na horyzoncie zaœ ledwo dostrzegalnie rysowa³a siê linia

brzegu. S³ychaæ te¿ by³o radosne g³osy dzieci pluskaj¹cych siê w niewidocz-

nym z tarasu hotelowym basenie. Rozpoczê³o siê lato i tu, w górach Trodos,

panowa³ cudowny ch³ód w porównaniu ze spiekot¹ i kurzem w Limassol.

Dziêki tym górom klimat Cypru by³ znoœny w lecie, myœla³ Walter. Co praw-

da, jego willa w Limassol by³a klimatyzowana, podobnie jak biura i merce-

des  600,  ale  znacznie  przyjemniej  jest  oddychaæ  œwie¿ym  powietrzem

z aromatem ¿ywicy i sosnowych szyszek. Ju¿ od dwóch lat mieszka³ na

Cyprze i bywa³ czêstym goœciem w Platres. Nosi³ siê nawet z myœl¹ kupie-

nia w górach domu, ale spodoba³ mu siê ten pe³en uroku hotel w dziewiêt-

nastowiecznym stylu. Z pocz¹tku mia³ zastrze¿enia do kuchni, ale w czasie

swoich pobytów zorganizowa³ regularn¹ dostawê ulubionych delikatesów.

Sprowadzi³ te¿ na miesi¹c s³awnego kucharza z Pary¿a, który coœ niecoœ

nauczy³ miejscowych adeptów sztuki kulinarnej. Sytuacja uleg³a znacznej

poprawie.

Dodatkowym powodem regularnych wizyt w górach by³o bliskie s¹siedz-

two Ruth i Duffa Pagetów, którzy mieszkali przy drodze do Spilii. Od czasu

tamtej aukcji przed siedmiu laty w Hongkongu zawi¹za³a siê miêdzy nimi

przyjaŸñ. Duffa przeniesiono na Bliski Wschód w 1972 roku. Nale¿a³ teraz

do najbardziej szanowanych i cenionych fotografów prasowych. Walter, za-

g³êbiaj¹c zêby w soczystym kotlecie jagniêcym, chrz¹kn¹³ rozbawiony na

myœl o Duffie.

Zawsze go o to podejrzewa³, a przed trzema laty podejrzenie zamieni³o

siê w pewnoœæ. Jeden z agentów Waltera wynaj¹³ w zachodnim Bejrucie

mieszkanie w pobli¿u budynku mieszcz¹cego kwaterê g³ówn¹ Organizacji

Wyzwolenia Palestyny. Zadaniem agenta by³a inwigilacja osób wchodz¹-

cych  i  wychodz¹cych  z  budynku.  Mieszkanie  pod  apartamentem  agenta

Waltera wynaj¹³ Kanadyjczyk, zawiaduj¹cy miejscowym biurem morskiej

background image

71

firmy przewozowej. Lokalizacja mieszkania Kanadyjczyka by³a ca³kowicie

przypadkowa. Agent Waltera zawsze jednak sprawdza³ wszystkich s¹siadów.

Sprawdzi³ i w tym przypadku. Centrala Mosadu poinformowa³a, ¿e Kana-

dyjczyk jest podejrzany o zwi¹zki z CIA. Po otrzymaniu tej informacji agent

obj¹³ akcj¹ fotografowania nie tylko siedzibê Palestyñczyków, ale wszyst-

kich goœci Kanadyjczyka. Po pewnym czasie, ku swojemu zaskoczeniu, Walter

stwierdzi³, ¿e mieszkanie to czêsto odwiedza Duff Paget, a nawet czasami

zostaje na noc, mimo ¿e wynajmuje na sta³e apartament w hotelu Commo-

dore. Walter zaplanowa³ wiêc akcjê i, wykorzystuj¹c wzniecony przez w³as-

nych ludzi niegroŸny po¿ar w szybie windy budynku, umieœci³ u Kanadyj-

czyka mikrofony. Nie zrobi³ tego, rzecz jasna, osobiœcie. I w ten oto sposób

Mosad dowiedzia³ siê wreszcie o istnieniu wydzia³u Equinus w CIA i przy-

nale¿noœci do niej Duffa. Od tego czasu, ilekroæ przebywa³ na Cyprze, Wal-

ter regularnie odwiedza³ Pagetów, a jego willa w Limassol zawsze sta³a dla

nich otworem. Walterowi chodzi³o nie tylko o podpatrywanie i niuchanie, co

te¿ Duff kombinuje. Lubi³ po prostu m³od¹ parê, a w dodatku ceni³ kulinarne

umiejêtnoœci Ruth w zakresie kuchni ¿ydowskiej.

Ich wzajemne stosunki zawsze go dziwi³y. Dostrzega³ g³êbokie ró¿nice

charakterów i osobowoœci, a przez swoich agentów dowiadywa³ siê, ¿e Duff

podczas wyjazdów w teren miewa mi³osne przygody. Walter nie móg³ tego

zrozumieæ, gdy¿ dla niego Ruth by³a uosobieniem urody i kobiecego wdziê-

ku. Podziwia³ te¿ jej poœwiêcenie. Po tureckiej inwazji otwarto w Platres

schronisko dla greckich sierot, dzieci ofiar krótkiej, lecz okrutnej wojny.

Ruth  zaproponowa³a  sw¹  pomoc  jako  psycholog.  Propozycjê  przyjêto

z wdziêcznoœci¹. Rzuci³a siê w wir pracy, poœwiêcaj¹c ponadto parê godzin

dziennie na doskonalenie ju¿ doœæ dobrze opanowanego jêzyka greckiego.

Walter doszed³ do wniosku, ¿e Duff nie zaspokaja³ jej seksualnie. Umocni³

siê w tym przekonaniu, gdy po roku odwiedzi³a Izrael.

Duff w tym czasie przebywa³ w Iraku i Iranie z zadaniem dostarczenia

zdjêæ z obozu kurdyjskiej partyzantki. Ruth postanowi³a zwiedziæ Ziemiê

Obiecan¹. Walter zapewni³ pomoc i us³ugi swego biura w Tel Awiwie. Od-

da³ jej tak¿e do dyspozycji apartament. Nie bêd¹c pewny, czy Ruth nie uczest-

niczy w sekretnych poczynaniach Duffa, kaza³ j¹ poddaæ dyskretnej obser-

wacji. Z raportu, który po paru dniach wyl¹dowa³ na jego biurku, wynika³o,

¿e od dnia przylotu Ruth widuje siê z niejakim Gideonem Galili. Galili oka-

za³ siê kapitanem izraelskich si³ powietrznych. Natychmiast rozdzwoni³y siê

dzwonki alarmowe, ale dalsze dochodzenie wykaza³o, ¿e jej stosunki z kapi-

tanem nie maj¹ nic wspólnego ze zbieraniem informacji wywiadowczych,

lecz jedynie z potrzeb¹ zaspokojenia potrzeb cielesnych. Z raportów wyni-

ka³o, ¿e pozna³a kapitana Galili przed paroma miesi¹cami na Cyprze, gdzie

m³ody cz³owiek spêdza³ urlop. Spotkali siê na dancingu w³aœnie w hotelu

background image

72

Forest Peak. Jeszcze jeden zbieg okolicznoœci. Duffa wówczas nie by³o

i Ruth wybra³a siê na kolacjê i dancing w gronie przyjació³. Ruth i Gideon

Galili natychmiast przypadli sobie do gustu i agent, który w Izraelu prze-

s³uchiwa³ kapitana, doszed³ do wniosku, ¿e oboje s¹ zakochani. Ruth na-

wet wspomina³a w rozmowie z kochankiem o porzuceniu Duffa, ale jesz-

cze nie dojrza³a do takiej decyzji. Po pierwsze, w pewnym sensie nadal

kocha³a mê¿a, a po drugie, Gideon Galili by³ od niej o cztery lata m³odszy

i mia³a w¹tpliwoœci, czy jego uczucie d³ugo potrwa. Po tej pierwszej po-

dró¿y ponownie odwiedzi³a Izrael, a po miesi¹cu Galili przylecia³ na Cypr.

Walter domyœla³ siê, ¿e sytuacja dojrzewa i wkrótce Ruth bêdzie musia³a

podj¹æ decyzjê.

Wpakowa³ do ust ostatni plasterek w¹tróbki i natychmiast pojawi³ siê

kelner ze sporym dzbankiem kawy. Po tak powa¿nym zajêciu, jakim jest

spo¿ywanie posi³ku, Walter mia³ zwyczaj siedzieæ jeszcze pó³ godziny przy

kawie, obserwowaæ sceneriê i zape³niaj¹cych j¹ ludzi. Tego ranka jednak nie

zauwa¿y³ na tarasie nikogo interesuj¹cego, nawet ¿adnej kobiety wartej po-

dziwu. Myœli Waltera poszybowa³y wiêc z powrotem ku Ruth i Duffowi.

Przed szeœcioma miesi¹cami Ruth zaskoczy³a go, przychodz¹c z proœb¹ o ra-

dê. Zrobi³a to podczas wyprawy na zakupy w Limassol. Walter zabra³ j¹ na

lunch w Amathusie. Odczuwa³ przedziwn¹ przyjemnoœæ, wchodz¹c do tego

lokalu w towarzystwie piêknej kobiety, której wygl¹d i zachowanie bez w¹t-

pienia œwiadczy³y, ¿e nie jest prostytutk¹.

Podczas posi³ku wydawa³a siê zgaszona. Zupe³nie niespodziewanie spy-

ta³a, czy mo¿e prosiæ o radê. By³ przecie¿ ¯ydem, jak i ona, wiêc na pewno

zrozumie. Otworzy³a siê przed nim i wyjawi³a wszystkie swoje problemy.

Walter uwa¿a³, by wyrazem twarzy czy s³owem nie zdradziæ siê, ¿e ju¿ wie

o Gideonie Galili i ich zwi¹zku. Przede wszystkim jednak stara³ siê upewniæ,

czy Ruth wie o pracy Duffa w amerykañskim wywiadzie. Wysun¹³ delikatn¹

sugestiê, ¿e byæ mo¿e du¿e wymagania w pracy i ciê¿ar odpowiedzialnoœci

czyni³y z Duffa trudnego partnera. Sta³o siê szybko jasne, ¿e w przekonaniu

Ruth jedyn¹ prac¹ Duffa by³o robienie zdjêæ na obszarach objêtych dzia³a-

niami wojennymi lub zamieszkami. Walter poczu³ du¿¹ ulgê, ¿e udzielaj¹c

Ruth rady nie bêdzie musia³ braæ pod uwagê aspektów narodowego bezpie-

czeñstwa Izraela. Innymi s³owy, jego rady bêd¹ zupe³nie szczere. Ruth pod-

jê³a decyzjê: opuœci Duffa. Owszem, w pewien sposób kocha³a go jeszcze,

ale raczej tak, jak kocha siê dziecko, a nie mê¿a. Duff by³ romantykiem, i to

naiwnym. B³yskotliwy w pracy, lecz zbytnio ni¹ poch³oniêty. Nie odczuwa³a

winy z powodu romansu z Gideonem. Od dawna wiedzia³a, ¿e Duff j¹ zdra-

dza. I nawet nie obarcza³a go za to win¹ – le¿a³o to w jego naturze, podobnie

jak k³amanie. Wreszcie dosz³a do sedna problemu: jego s³aboœæ. Byæ mo¿e

Walter tego nie dostrzega³, ale Duff by³ s³abym cz³owiekiem. St¹d jego liczne

background image

73

k³amstwa i romansowanie. Kocha³ j¹, ale by³ zbyt s³aby, by nadaæ tej mi³oœci

pozytywn¹ treœæ, utrwaliæ j¹, chroniæ. Zawsze przychodzi³o mu z trudem

powiedzieæ: nie.

Walter nie chcia³ byæ wci¹gniêty w ca³¹ sprawê, nie chcia³ stan¹æ po

niczyjej stronie. Lubi³ ich oboje. Niemniej uzna³ to za istotne, ¿e Duff nigdy

jej siê nie przyzna³, i¿ jest szpiegiem. Jak¿e w tych warunkach mog³a roz-

kwitn¹æ ich mi³oœæ? Jak¿e móg³ nie dzieliæ z ni¹ tak istotnego elementu ¿y-

cia, dziel¹c tylko pozosta³e?

Jednak¿e Walter pyta³ wy³¹cznie o Gideona. Czy jest pewna jego uczuæ?

By³a pewna. Wiedzia³a, ¿e j¹ kocha. I nawet ba³a siê intensywnoœci tego

uczucia. By³ to cz³owiek o nieprawdopodobnej ¿ywotnoœci i energii, zdecy-

dowanie d¹¿¹cy do celu. Dotychczas celem jego ¿ycia by³a wojskowa karie-

ra. Ca³¹ swoj¹ energiê jej w³aœnie poœwiêca³. Wyzna³ Ruth, ¿e jeszcze nigdy

siê nie zakocha³. Nawet nie przewidywa³ takiej ewentualnoœci. Wyjaœni³ jej

to bardzo prosto: ¿y³ dotychczas jak cz³owiek g³uchy, który nagle us³ysza³

szopenowsk¹ sonatê. Ruth porównywa³a go raczej do ateisty odkrywaj¹cego

now¹ egzotyczn¹ religiê. Gideon mia³ si³ê uczucia neofity i to w³aœnie by³o

niepokoj¹ce. Chcia³, by rozwiod³a siê z Duffem i wysz³a za niego. Niepoko-

i³y j¹ te¿ jej w³asne uczucia. Gideon reprezentowa³ to wszystko, czego Duf-

fowi by³o brak: otwartoœæ, szczeroœæ, opiekuñczoœæ i praktyczne podejœcie

do ¿ycia. Ale Ruth zd¹¿y³a te¿ poj¹æ wp³yw fizycznej urody kobiety na kszta³-

towanie decyzji i œwiadomoœci mê¿czyzny. Gideon by³ jeszcze m³ody i, mimo

owego praktycznego podejœcia do ¿ycia, poddawa³ siê ³atwo wp³ywom z ze-

wn¹trz. Nie chcia³a doznaæ tego samego zawodu po raz wtóry.

– No a dzieci? – spyta³ Walter.

Wzruszy³a ramionami. Na pocz¹tku czêsto rozmawia³a o tym z Duffem.

Chcieli mieæ dzieci. Po zamieszkaniu na Cyprze przesta³a braæ pigu³ki anty-

koncepcyjne. Gdy po roku nie by³o ¿adnego rezultatu, posz³a do lekarza i prze-

prowadzi³a badania. Lekarz powiedzia³, ¿e nie ma nic, co by uniemo¿liwia³o

zajœcie w ci¹¿ê. Prosi³a Duffa, aby da³ siê zbadaæ, ale odmówi³. Nie nalega-

³a. By³a psychologiem i rozumia³a, ¿e widzia³ w tym próbê podwa¿enia jego

mêskoœci. Taki jest Duff, t³umaczy³a Walterowi. Bêd¹c s³abym psychicznie,

nie chcia³ stawiæ czo³a groŸbie. Wspomnia³a o tym Gideonowi i on natych-

miast poszed³ do lekarza i potem jej powiedzia³, ¿e nic nie stoi na przeszko-

dzie, by mieli dzieci. Jeszcze jeden element równania, które nale¿y rozwi¹-

zaæ.

Walter by³ w k³opocie. Bardzo chcia³ pomóc Ruth w jej problemie. Chcia³-

by j¹ pocieszyæ, niechby zaczerpnê³a cz¹stkê jego si³y. Dwa fakty przema-

wia³y przeciwko temu. Po pierwsze, nie powinien wkraczaæ miêdzy dwoje

przyjació³ i opowiadaæ siê po czyjejkolwiek stronie. Po drugie: jego uczu-

cia wobec Ruth nie by³y wy³¹cznie platoniczne. Rzecz jasna, ¿e ani przez

background image

74

chwilê nie myœla³, ¿e mo¿e od niej oczekiwaæ czegokolwiek poza sympati¹.

Od m³odych lat wiedzia³, ¿e jego aparycja nie œcina z nóg m³odych i piêk-

nych kobiet. Fizycznych przyjemnoœci zawsze dostarcza³y mu œwietnie op³a-

cane prostytutki. Niemniej móg³ marzyæ i fantazjowaæ, a jedna z fantazji

dotyczy³a Ruth: któregoœ dnia stanie siê cud, Ruth przejrzy i pokocha cnoty

jego umys³u oraz charakteru, a jednoczeœnie stanie siꠜlepa na jego chorob-

liw¹ oty³oœæ. Choæ by³o to tylko marzenie, niemniej uniemo¿liwia³o mu udzie-

lenie rady, by czym prêdzej opuœci³a mê¿a i po³¹czy³a siê z m³odym, czaruj¹-

cym i przystojnym pilotem izraelskich si³ powietrznych. Poradzi³ jej wiêc

tylko, by raz jeszcze wszystko przemyœla³a, odczeka³a i nie dzia³a³a pochop-

nie.

Najprawdopodobniej postanowi³a odczekaæ i to d³ugo, nigdy wiêcej bo-

wiem do tej sprawy nie wróci³a. Tego wieczoru bêdzie mia³ okazjê przyjrze-

nia siê z bliska stosunkom miêdzy ma³¿onkami, gdy¿ Duff w³aœnie wróci³ na

kilka dni do domu i Walter zosta³ zaproszony na kolacjê. Ruth obieca³a przy-

rz¹dziæ kaczkê w czerwonej kapuœcie i, mimo zjedzonego przed chwil¹ œnia-

dania, Walter poczu³ nap³ywaj¹c¹ do ust œlinkê. Postanowi³, ¿e w zwi¹zku

z t¹ kolacj¹ zje tylko lekki lunch, najwy¿ej niedu¿ego kurczaka i pó³ cytry-

nowego placka, w którym tak celowa³ tutejszy szef kuchni.

Powróci³ myœlami do w³asnych problemów. Minê³y dwa lata od pamiêt-

nego spotkania z genera³em Hoftim. Pierwsza faza operacji Waltera zakoñ-

czy³a siê pora¿k¹. Przez ca³y 1976 rok i w pierwszych miesi¹cach 1977 pro-

wadzono zorganizowan¹ kampaniê w celu sk³onienia rz¹du francuskiego do

rezygnacji z kontraktu na budowê reaktora nuklearnego w Iraku. Kampania

odbywa³a siê na dwóch p³aszczyznach. Z jednej strony nies³ychanie silne

naciski dyplomatyczne, z drugiej powa¿ne próby wp³yniêcia na opiniê pu-

bliczn¹, by przeciwstawi³a siê umowie. Prezydent Francji otrzyma³ grub¹

tekê dokumentów wskazuj¹cych na to, ¿e Irakijczycy bêd¹ usi³owali wyko-

rzystaæ reaktor do wyprodukowania broni atomowej. Wœród dokumentów

by³y cytaty publicznych wypowiedzi Saddama Husajna i innych irackich

przywódców, œwiadcz¹ce o takich intencjach. W pewnym momencie prezy-

dent Giscard d’Estaing wydawa³ siê wahaæ, oœwiadczaj¹c publicznie, ¿e

nic nie wiedzia³ o intencjach Iraku i nie zna³ szczegó³ów kontraktu. Irakij-

czycy zareagowali b³yskawicznie, gro¿¹c anulowaniem ujêtych w umowie

zamówieñ wartych miliardy dolarów, a nawet napomykaj¹c o mo¿liwoœci

embarga na dostawy ropy do Francji, i to nie tylko z Iraku, ale i innych

pañstw arabskich. Tak wiêc górê wziê³y wzglêdy ekonomiczne i kontrakt

mia³ byæ w pe³ni realizowany. Kampania maj¹ca na celu pobudzenie fran-

cuskiej opinii publicznej do protestu tak¿e skoñczy³a siê fiaskiem. Francja

nigdy nie mia³a silnego ruchu antynuklearnego i wysi³ki Waltera nie po-

trafi³y go stworzyæ. Blum wiedzia³ dobrze, ¿e budowa reaktora postêpuje

background image

75

zgodnie z harmonogramem. Dotychczas jedynym sukcesem siatki DAKTYL

by³o umieszczenie agenta w zak³adach w Le Seyne-sur-Mer ko³o Tulonu.

Przed trzema dniami agent ten zawiadomi³, ¿e jeœli nie pojawi¹ siê ¿adne

komplikacje produkcyjne, to reaktor bêdzie gotów do wys³ania drog¹ mor-

sk¹ za szesnaœcie do dwudziestu miesiêcy. Walter postanowi³, ¿e komplika-

cje siê pojawi¹.

Blum ho³dowa³ maksymie, ¿e cel uœwiêca œrodki, zw³aszcza jeœli celem

jest dobro ¿ydowskiego narodu, co sprowadzone do w³aœciwych proporcji

obecnych  czasów  oznacza³o  dobro  izraelskiego  pañstwa.  Przyznawa³,  ¿e

w ci¹gu dwóch najbli¿szych lat mo¿e zaistnieæ powa¿ne zagro¿enie narodo-

wego bytu Izraela. Zdawa³ te¿ sobie sprawê, ¿e jeœli dojdzie do zainstalowa-

nia reaktora w Iraku, to trzeba bêdzie siêgn¹æ po metody radykalne. W zwi¹zku

z tym odczuwa³ pewien niepokój, nie z powodu wyrzutów sumienia, ale nie-

dostatków logistycznych, gdy¿ na obszarze przysz³ych operacji, czyli w Ira-

ku i w s¹siaduj¹cych z nim krajach, nie posiada³ odpowiedniej liczby agen-

tów.

W latach szeœædziesi¹tych Mosad odniós³ wielki sukces, dokonuj¹c pe-

netracji instytucji rz¹dowych pañstw arabskich. Dziêki temu by³ przygoto-

wany na wojnê szeœciodniow¹. Ma³o brakowa³o, by Eli Cohen, operuj¹cy

w Syrii zosta³ ministrem obrony, gdyby przez przypadek go nie zdemasko-

wano. W Egipcie Wolfgang Lotz zosta³ doradc¹ sztabu generalnego, a jego

prawdziw¹ to¿samoœæ odkryto zupe³nie przypadkowo podczas rutynowego

przegl¹du danych zamieszka³ych w Egipcie Niemców, dokonanego z okazji

wizyty Waltera Ulbrichta w 1965 roku. Dla izraelskiego wywiadu nasta³y

trudne czasy – wrogie pañstwa arabskie usprawni³y przy pomocy KGB swo-

je s³u¿by kontrwywiadowcze.

Mosad mia³ obecnie powa¿ne trudnoœci z werbowaniem dobrych agen-

tów, a zorganizowanie w pañstwach arabskich sprawnie dzia³aj¹cej siatki

szpiegowskiej sta³o siê w³aœciwie niemo¿liwe. W Iraku Walter dysponowa³

tylko jednym pe³nowartoœciowym agentem, zatrudnionym co prawda w po-

licji politycznej, w Mukhabaracie, ale na zbyt niskim szczeblu, by uzyskaæ

dostêp do tajemnic rz¹dz¹cej partii Baas. Donosi³ on o powa¿nych tarciach

w ³onie tej partii, a nie o jej strategicznych zamierzeniach. Na pocieszenie

agent ów pracowa³ w os³awionym Kasr al Nihaja, czyli Pa³acu na Skraju –

niegdyœ rezydencji rodu królewskiego, a obecnie miejscu przetrzymywania

i  przes³uchiwania wrogów pañstwa przez oficerów Mukhabaratu, lubuj¹-

cych siê w torturach. Agent informowa³ o wszystkim, co widzi i s³yszy, ba³

siê jednak nadmiernego ryzyka i odmawia³ zorganizowania w³asnej siatki.

Niegdyœ da³ siê zwerbowaæ, poniewa¿ by³ w opozycji do re¿imu i jego poli-

tyki eksterminacji Kurdów. By³ szyit¹, a szyici s¹ zdecydowanie niechêtni

dominuj¹cym we w³adzach sunnitom. Poniewa¿ uwa¿a³ siê te¿ za humanistê

background image

76

i intelektualistê, wiêc kiedy patrzy³ na torturowanie kurdyjskich rebelian-

tów, wszystko siê w nim burzy³o. Zareagowa³ w jedyny, jaki móg³, sposób:

przysta³ do wroga, który móg³ zadaæ najboleœniejszy cios diab³om, jak ich

okreœla³, rz¹dz¹cym teraz jego krajem. Mosad wielokrotnie usi³owa³ go na-

k³oniæ do powa¿niejszej wspó³pracy i zbudowania siatki, ale on uparcie od-

mawia³. Powiedzia³, ¿e bêdzie nadal pracowa³ w Mukhabaracie, choæ to jest

dla niego okropne, i bêdzie informowa³ œwiat o okrucieñstwach Husajna, ale

nic wiêcej. To, co robi³, najwidoczniej mu wystarcza³o, by uspokoiæ sumie-

nie. Walter by³ bardzo zawiedziony. Koniecznie musi mieæ w Iraku siln¹

ekipê agentów. Ju¿ nied³ugo, bardzo nied³ugo.

Jako œwietny organizator, Walter Blum popada³ w depresjê, gdy nie móg³

zrealizowaæ swych planów. Sytuacje takie, jak teraz, doprowadza³y go do

pasji. ¯a³owa³ wówczas, ¿e nie jest szczup³y i sprawny fizycznie, i sam nie

mo¿e pojechaæ w teren. Jak¿eby uwielbia³ pracê terenow¹, móg³by dojrzeæ

wszystko, pomóc, na miejscu zdecydowaæ. Co za idiotyczne myœli! – skarci³

siê. Agent musi byæ niewidoczny, dzia³aæ w mroku, musi byæ mistrzem ma-

skowania siê, musi byæ niedostrzegalny w t³umie. Walter by³ a¿ nadto wi-

doczny. Niepomiernie go to irytowa³o. Czu³ siê jak istota z innej planety: bez

koñczyn, tylko tu³ów i du¿y mózg. Po raz kolejny zacz¹³ rozwa¿aæ mo¿liwo-

œci stworzenia siatki w Iraku. Jakie ma opcje? Siatka oka¿e siê konieczna,

gdy powstanie potrzeba naziemnego dotarcia do reaktora w celu jego znisz-

czenia. Oczywiœcie, jeœli Francuzom uda siê reaktor dostarczyæ i zainstalo-

waæ. Opcje by³y ma³o zachêcaj¹ce. Mia³ do dyspozycji co najmniej dziesi¹t-

kê dobrze wyszkolonych agentów, ale problemem by³o przerzucenie ich do

Iraku i umieszczenie na eksponowanych stanowiskach b¹dŸ w miejscach,

gdzie mogliby byæ przydatni. Na drodze piêtrzy³y siê problemy nie do poko-

nania. Od 1966 roku, kiedy Mosad sk³oni³ oficera irackiego lotnictwa do

ucieczki wraz z samolotem MIG-21, Mukhabarat zrobi³ siê nieprawdopo-

dobnie czujny, by nie dopuœciæ do powtórzenia podobnej hañby. Walter nie

widzia³ mo¿liwoœci przepchniêcia ¿adnego ze swych agentów przez liniê

obrony irackiego kontrwywiadu.

G³êboko westchn¹³ i dopi³ resztkê kawy. By³ w zdecydowanie z³ym humo-

rze. Ze stêkniêciem odsun¹³ fotel od stolika i wsta³. Za rzêdem sosenek jad³

œniadanie jakiœ cz³owiek. Przechodz¹c obok niego Walter zerkn¹³ ciekawie:

broda, d³ugie w³osy, intensywnie niebieskie oczy. Id¹c przez hol w kierunku

recepcji Walter nadal mia³ przed oczami tê zaroœniêt¹ twarz. I jeszcze coœ:

jakby zaskoczenie w niebieskich oczach. Zaskoczenie na widok Waltera. Za-

trzyma³ siê poœrodku holu. Myœli galopowa³y mu w g³owie, gor¹czkowo kata-

logowa³ wspomnienia. Obróci³ siê na piêcie i ruszy³ z powrotem na taras.

Mê¿czyzna w³aœnie odchodzi³, zostawiaj¹c na talerzu nie dojedzone jajka na

boczku. Zobaczy³ Waltera i na jego twarzy pojawi³ siê wyraz rezygnacji.

background image

77

– I oto w ca³ej okaza³oœci… nieco bardziej zaroœniêty, ale ten sam, au-

tentyczny Dave Munger! – kiwaj¹c g³ow¹, powiedzia³ Walter.

Postanowi³ poczekaæ do koñca kolacji. Nie chcia³, aby cokolwiek od-

wraca³o uwagê od jedzenia. A kolacja by³a, zgodnie z jego przewidywania-

mi, doskona³a. Kaczkê poprzedzi³y gêsie w¹tróbki w purée. Przed tygodniem

Walter przys³a³ skrzynkê wina. Duff, chocia¿ twierdzi³, ¿e uwielbia wino

i na winach siê zna, na pewno wybra³by do kaczki coœ bardziej oczywistego

i mniej odpowiedniego. Kiedy poprzednio Walter by³ zaproszony na kola-

cjê, musia³ piæ w³oskie Barolo do solonej wo³owiny i placków kartoflanych.

Tym razem wola³ nie ryzykowaæ i s³ysz¹c o kaczce przys³a³ Chateau Letour

1959. S¹ na tyle zaprzyjaŸnieni, ¿e Duff nie obrazi siê za ten gest, ale zara-

zem bêdzie to lekki prztyczek, pomyœla³.

Podczas kolacji Duff wiele mówi³ o sytuacji w Libanie i zastanawia³ siê,

czy prezydentowi Sarkisowi uda siê powstrzymaæ lewicê. Walter s³ucha³ jed-

nym uchem, pomrukami kwituj¹c wnioski Duffa, w pe³ni poch³oniêty jedze-

niem, piciem i Ruth. Stwierdzi³, ¿e bardzo schud³a, choæ bez uszczerbku dla

swej urody. Czarne w³osy mia³a splecione w kok. To uczesanie jeszcze bar-

dziej podkreœla³o wysokie koœci policzkowe i œniad¹ cerê. Mia³a twarz smut-

n¹, a melancholii dodawa³ jej idealny owal, nieco zwê¿one policzki i pe³ne

wargi.

Jedli kolacjê w jadalni umeblowanej bardzo stereotypowo i formalnie,

a przylegaj¹cej do salonu po³o¿onego o dwa stopnie poni¿ej. W salonie okna

zajmowa³y œcianê od pod³ogi do sufitu i wychodzi³y na patio obramowane

drzewami i krzewami dyskretnie podœwietlonymi paroma reflektorami. Dwie

pozosta³e œciany salonu zabudowane by³y pó³kami pe³nymi ksi¹¿ek. Poœrod-

ku, wokó³ niskiego sto³u, znajdowa³y siê wygodne, pokryte skór¹ fotele. Na

w¹skiej pó³ce w jadalni rozmieszczono oprawione fotografie i pami¹tki z ró¿-

nych wypraw Duffa. W jednym rogu, pod rega³em z ksi¹¿kami sta³ wysoki

postument. Le¿a³ na nim, przykryty szklanym kloszem, jeden przedmiot:

aparat fotograficzny Mungera Nikon FTN. W przedziwny sposób domino-

wa³ nad ca³ym pokojem. Walter wiedzia³, ¿e nikomu nie wolno dotykaæ apa-

ratu. Nawet pokojówce, by go odkurzyæ. Co miesi¹c Duff zdejmowa³ aparat

ze stolika, rozbiera³ go i czyœci³. Czasami, ale bardzo rzadko, pokazywa³

przyjacio³om, jak aparat pracuje i w jaki sposób powinno siê go trzymaæ.

Ale im równie¿ nie wolno by³o dotkn¹æ Nikona. Walter z góry cieszy³ siê na

efekt bomby, jak¹ mia³ zamiar wkrótce zdetonowaæ. Tymczasem nu¿y³ go

wyk³ad Duffa o za³o¿eniach polityki amerykañskiej wobec Libanu, przerwa³

wiêc jego wywody i zapyta³ Ruth o pracê w sierociñcu. Rozb³ys³y jej oczy,

gdy zaczê³a opowiadaæ o dzieciach i ich rozwoju. Walter zupe³nie nie móg³

background image

78

poj¹æ, ¿e Duff nie czyni ¿adnych wysi³ków, by zapewniæ tej kobiecie szczê-

œcie. Ruth wyjaœnia³a, ¿e nawet najm³odsze dzieci powinny byæ czym prê-

dzej umieszczone w rodzinach zastêpczych. Mia³a te¿ kilka trudnych przy-

padków i na nich siê teraz skupi³a. Minê³y ju¿ trzy lata od wojny, ale na

niektórych dzieciach wci¹¿ pozosta³y jej wyraŸne œlady. By³ na przyk³ad

szeœcioletni ch³opiec, na którego oczach zabito rodziców. Ruth postanowi³a

wyprowadziæ ch³opca z urazu, aby móg³ wieœæ normalne ¿ycie. Walter s³u-

cha³ uwa¿nie, natomiast twarz Duffa wyra¿a³a rosn¹ce zniecierpliwienie.

S³ysza³ ju¿ to wszystko wczeœniej, a w trakcie wykonywania zawodu repor-

tera wojennego widzia³ niejedn¹ podobn¹ tragediê i by³ na nie uodporniony.

Walter wyczu³ owo zniecierpliwienie i kiedy s³u¿¹ca sprz¹tnê³a nakrycia,

uzna³, ¿e nadszed³ czas.

– Aha, przy okazji: dziœ rano spotka³em Dave’a Mungera – obwieœci³.

Duff otworzy³ usta, d³onie zaœ zacisn¹³ w piêœci. Zapanowa³a cisza. Ruth

ciekawie zerknê³a na mê¿a. Pytanie, kiedy wreszcie pad³o, sk³ada³o siê z jed-

nego s³owa, wypowiedzianego zduszonym g³osem:

– Gdzie?

Walter tylko siê uœmiechn¹³. DŸwign¹³ siê ciê¿ko i spyta³ Ruth:

– Kawa w salonie?

Skinê³a g³ow¹ i wsta³a.

– Gdzie, do diab³a?! – Duff wygl¹da³ jakby mia³ za chwilê eksplodowaæ.

Walter spojrza³ na niego z wyrozumia³oœci¹ okazywan¹ dziecku.

– Tu, w Platres, w hotelu Forest Peak. Opowiem przy kawie.

Przeszli do salonu. Walter rozsiad³ siê wygodnie w skórzanym fotelu,

s³u¿¹ca poda³a mu gor¹c¹ kawê i postawi³a obok na stoliku talerzyk z miê-

towymi czekoladkami. Duff stan¹³ poœrodku salonu, rozstawi³ nogi i pa-

trzy³ to na Waltera, to na aparat fotograficzny na postumencie. Nie potrafi³

ukryæ podniecenia i niecierpliwoœci. Walter, po ³yku kawy i trzech czeko-

ladkach, obdarzy³ Duffa niewinnym uœmiechem i wreszcie wszystko opo-

wiedzia³.

Munger mieszka w okolicy od kilku lat. Szczegó³y s¹ nieznane, ale

podobno kupi³ ma³e gospodarstwo w pobli¿u Phini. Walter odniós³ wra¿e-

nie, ¿e Munger nie by³ zachwycony spotkaniem. Wyci¹ganie od niego in-

formacji przypomina³o wyciskanie wody z suchej g¹bki. Walter zaprosi³

go na kolacjê. Nawet zaproponowa³, aby przyszli tu razem dziœ wieczo-

rem. Zapewni³, ¿e Dave bêdzie mile widziany. Na zachêtê napomkn¹³, ¿e

Duff ma jego Nikona. Opowiedzia³ o aukcji w Hongkongu. Munger jednak

odmówi³. T³umaczy³ siê mêtnie pilnymi zajêciami i powiedzia³, ¿e mo¿e

kiedy indziej.

Na zakoñczenie rozmowy Walter da³ mu swój bilet wizytowy i prosi³

o telefon. Munger by³ nies³ychanie speszony spotkaniem i rozmow¹.

background image

79

Ciekawoœæ Duffa nie zosta³a jednak zaspokojona. Kiedy Munger przyje-

cha³ na Cypr? Sk¹d? Co teraz robi? Jak wygl¹da?

Walter potrafi³ odpowiedzieæ tylko na ostatnie pytanie:

– Trochê siê postarza³ przez te osiem lat. Pewno ju¿ zbli¿a siê do czter-

dziestki. Jest bardzo opalony, nosi brodê, d³onie ma spracowane – mo¿e rze-

czywiœcie uprawia ziemiê? Wyra¿a siê dziwnie i powoli, jakby odzwyczai³

siê od mówienia, w ka¿dym razie po angielsku.

Opis Waltera nosi³ znamiona pe³nego i dok³adnego, gdy¿ Walter by³

dobrym obserwatorem. Duff chcia³ natychmiast iœæ i szukaæ Mungera, lecz

Blum go powstrzyma³, zaznaczaj¹c, ¿e Munger nie chce byæ nachodzony –

przez nikogo. Dosta³ wizytówkê Waltera i jeœli bêdzie mia³ ochotê, to za-

dzwoni.

Duff nadal nie by³ przekonany. Nie dawa³a mu spokoju myœl, ¿e przez

tyle lat Munger znajdowa³ siê tak blisko. Podniecony nalega³, by jednak go

odszukaæ, a w ka¿dym razie daæ mu znaæ, ¿e by³by bardzo mile widziany.

Walter odradza³. Jest bowiem w tym wszystkim coœ dziwnego. Munger

ju¿ nie przyszed³ do hotelu na lunch, a kiedy Walter zapyta³ o niego w recep-

cji, otrzyma³ odpowiedŸ, ¿e Munger wyprowadzi³ siê natychmiast po œnia-

daniu, co zaskoczy³o recepcjonistê, gdy¿ przyby³ dopiero poprzedniego wie-

czoru i zarezerwowa³ pokój na trzy dni. Hotelowy rejestr goœci zawiera³ jego

adres: Phini, Cypr. Walter sprawdzi³ ksiêgê hotelow¹ za ostatnie piêæ lat

i nie znalaz³ tam Mungera. Do rozmowy w³¹czy³a siê Ruth. Z tego, co Wal-

ter mówi, wynika, ¿e Munger pojawi³ siê po d³ugim okresie odosobnienia.

Spotkanie z Walterem musia³o stanowiæ dla niego wstrz¹s. Uœmiechnê³a siê

do Bluma, chc¹c os³abiæ sugestiê, ¿e spotkanie z kimkolwiek innym mog³o

nie wywo³aæ szoku.

Wreszcie  Duff  zgodzi³  siê,  ¿e  w  tych  okolicznoœciach  poszukiwanie

Mungera nie przynios³oby spodziewanego rezultatu, a mog³oby tylko za-

szkodziæ. Poza tym, wyje¿d¿a za dwa dni i bêdzie nieobecny co najmniej

przez miesi¹c. Jedno jest pewne: kiedy wróci, odszuka Mungera i spyta, czy

nie jest mu potrzebna pomoc. Spojrza³ raz jeszcze na samotnie stoj¹cy pod

kloszem aparat. W ka¿dym razie móg³by mu zaproponowaæ jego zwrot.

Przez resztê wieczoru Duff snu³ opowieœci o Mungerze. W swoim czasie

kr¹¿y³o ich wiele. Wychwala³ te¿ pod niebiosa jego geniusz reportera wo-

jennego. Nikt mu nigdy nie dorówna³ i nikt nigdy nie dorówna.

Ruth i Walter s³uchali w milczeniu. Ruth, jak zwykle, gdy chodzi³o o Mun-

gera, by³a zdziwiona i lekko zazdrosna. ¯aden cz³owiek nigdy tak nie za-

p³odni³ wyobraŸni jej mê¿a i nie zaw³adn¹³ jego myœlami. W tym musia³o

byæ coœ wiêcej ni¿ tylko uznanie dla talentu kolegi-reportera. Przecie¿ Duff

by³ teraz uwa¿any za jednego z najlepszych w swoim zawodzie. Ile¿ to ju¿

mia³ wystaw! A ostatni album jego fotografii okaza³ siê bestsellerem! Tak,

background image

80

w tym by³o coœ wiêcej ni¿ uznanie dla talentu. Westchnê³a. Munger to jesz-

cze jeden powód powsta³ej miêdzy nimi przepaœci.

Walter s³ucha³ z wielkim zainteresowaniem. W czasie pobytu w Hongkon-

gu pozna³ Mungera doœæ dobrze. I nigdy nie móg³ go w pe³ni rozszyfrowaæ.

Niewielu by³o ludzi, których Walter nie potrafi³ zrozumieæ i zaszufladkowaæ.

Munger do nich w³aœnie nale¿a³. Zupe³nie jakby ¿y³ w pró¿ni, ca³kowicie nie-

zale¿nie od otaczaj¹cego go œwiata i zamieszkuj¹cych go istot. Walter manipu-

lowa³ ludŸmi, ich lêkami, nadziejami i uczuciami. Cz³owiek, który by³ uod-

porniony na manipulacjê, musia³ go fascynowaæ. S³ucha³, jak Duff raz jeszcze

opisywa³ niesamowit¹ zdolnoœæ Mungera docierania na w³aœciwe miejsce we

w³aœciwym czasie. Tu¿ przed tym, gdy mia³o siê tam coœ wydarzyæ! I zrêcz-

noœæ, z jak¹ robi³ zdjêcia, takie, jakie chcia³, a potem wymyka³ siê z przedziw-

n¹ ³atwoœci¹ z krêgu czyhaj¹cych na niego niebezpieczeñstw. Porusza³ siê jak

zjawa, jak cieñ, przemyka³ przez kordony, mury, zaryglowane drzwi i biuro-

kratyczne zapory. Nigdy nie by³o takiego jak on! I te jego ostatnie dni w tere-

nie! Co takiego wydarzy³o siê podczas owego patrolu, ¿e porzuci³ zawód?

Porzuci³ jedyne ¿ycie, które by³o mu bliskie i które tak dobrze zna³.

Waltera dopad³a wreszcie sennoœæ. Tego wieczoru wypi³ du¿o wina, po-

tem jeszcze trzy koniaki. Nawet obecnoœæ Ruth i interesuj¹ce opowieœci Duffa

nie pomaga³y. Wygramoli³ siê wiêc z fotela, uca³owa³ Ruth w policzek i po-

wiedzia³, ¿e bez wzglêdu na to, co nabroi, umiejêtnoœæ przyrz¹dzania kaczki

w czerwonej kapuœcie ju¿ zapewni³a jej miejsce w niebie. Rozeœmia³a siê

i obieca³a przyjechaæ w nastêpnym tygodniu do Limassol na lunch.

Przy samochodzie Walter obudzi³ szofera, wcisn¹³ siê na tylne siedzenie

limuzyny, opuœci³ szybê i powiedzia³ do Duffa:

– W Bejrucie uwa¿aj. Z tego, co ostatnio s³ysza³em, kolejny wstrz¹s jest

ju¿ bliski.

Duff machn¹³ rêk¹.

– Nie martw siê. Czy¿ to nie Hamlet powiedzia³, ¿e ostro¿noœæ jest lep-

sz¹ po³ow¹ zwyciêstwa?

Walter pokrêci³ g³ow¹.

– Nie ta sztuka. To s³owa Falstaffa, który nadmiernie siê ob¿era³ i pi³

zbyt du¿o. – Mrugn¹³ szelmowsko. – Nigdy nie s³uchaj rad takiego cz³owie-

ka. Poza tym Falstaff mia³ na myœli dyskrecjê, a nie ostro¿noœæ.

Po odjeŸdzie Waltera Duff z butelk¹ koniaku wyszed³ na patio. Maj¹c

g³owê pe³n¹ rewelacji, nie by³ jeszcze gotów do snu. Ruth rozumia³a ten

nastrój i chêæ pozostania w samotnoœci. Poca³owa³a go na dobranoc i posz³a

do sypialni. Mia³a za sob¹ mêcz¹cy dzieñ. Jednak¿e i ona nie mog³a zasn¹æ.

Le¿a³a w podwójnym ³o¿u, ws³uchana w ciche tykanie zegara na stoliku

background image

81

nocnym i odg³os przeje¿d¿aj¹cych od czasu do czasu samochodów na szosie

za will¹. Wieczorna rozmowa o Mungerze bardzo j¹ rozstroi³a. Nie chodzi³o

tu o samego Mungera, ale o wspomnienia, z którymi siê kojarzy³. Poœlubne

miesi¹ce w Hongkongu, uœwiadamianie sobie, ¿e jej ¿ycie z Duffem nie uk³ada

siê tak, jak mia³o i jak to zaplanowali. Jak ona zaplanowa³a. Dojrzewanie

kobiety-¿ony w obcym œrodowisku, w obcej kulturze. Odkrywanie przez ni¹

w³asnego charakteru. Dobrze pamiêta³a ów wieczór, kiedy Duff wróci³ po

aukcji z aparatem fotograficznym Mungera, i w³asne oburzenie, gdy siê do-

wiedzia³a, ¿e nie ma ju¿ pieniêdzy na kupno bransoletki z okazji rocznicy.

Uœmiechnê³a siê teraz do siebie na wspomnienie swojej infantylnej reakcji.

By³ to czas, kiedy jej œrodowiskowe wychowanie kaza³o przywi¹zywaæ wielk¹

wagê do dóbr materialnych. Kaza³o mierzyæ mi³oœæ i uczucie wartoœci¹ po-

darunku. Wtedy piêkny apartament i szafa pe³na butikowych strojów by³y

spe³nieniem ma³¿eñskich marzeñ. Czegó¿ innego mo¿na siê by³o po niej spo-

dziewaæ? Rodzice zawsze wynagradzali jej sukcesy w nauce: a to wakacje

w Kalifornii po maturze, a to sportowy MG na dwudzieste pierwsze urodzi-

ny i dyplom. Ocenia³a swoj¹ pozycjê w ¿yciu i status w œrodowisku tak, jak

ocenia siê wisz¹cy na œcianie obraz: ten oznacza bezpieczeñstwo, tamten

dobre ma³¿eñstwo, a ten trzeci towarzysk¹ akceptacjê.

Minê³o wiele czasu, nim zorientowa³a siê, ¿e obrazy s¹ niewyraŸne i nie-

uchwytne, a kszta³t nadaj¹ im tylko ramy. Z pocz¹tku myœla³a, ¿e winê za

taki stan rzeczy ponosi ich nieustabilizowane ¿ycie i okresowe zakotwicza-

nie siê w ró¿nych krajach. Po dwóch latach w Hongkongu przenieœli siê na

rok do Singapuru, a potem do Bangkoku. Poczu³a dopiero jak¹ tak¹ stabili-

zacjê, kiedy zamieszkali na Cyprze, kupili willê i Ruth mog³a j¹ urz¹dziæ po

swojemu i umeblowaæ zbieranymi latami meblami. Po raz pierwszy zyska³a

poczucie jakiejœ ci¹g³oœci i wzglêdnego bezpieczeñstwa. Ale jednoczeœnie

odczu³a pustkê w swym ¿yciu. Wszystkie obrazy znalaz³y siê na w³aœciwym

miejscu, a czegoœ jednak brakowa³o. Ju¿ wtedy wiedzia³a o niewiernoœci

Duffa i jego mi³ostkach. W œrodowisku dziennikarskim zawsze znalaz³o siê

wielu chêtnych do podzielenia siê plotkami.

Pamiêta, ¿e zdziwi³o j¹ w³asne beznamiêtne podejœcie do faktu zdrady.

Byæ mo¿e lata spêdzone na Wschodzie nauczy³y j¹ postrzegaæ ma³¿eñstwo

w innym œwietle. Nie tak, jak czyni³y to jej europejskie czy amerykañskie

rówieœnice. Ona by³a mu przez te wszystkie lata wierna. Wiernoœæ to jeszcze

jeden obraz w ramie. Ale teraz w ramie tkwi³o tylko wyblak³e p³ótno.

Obróci³a siê na ³ó¿ku i poprawi³a poduszkê. Ile¿ nocy przespa³a sama,

podczas kiedy Duff przebywa³ gdzieœ daleko? Chyba ponad po³owê ma³¿eñ-

skiego ¿ycia. Ale nie to by³o miar¹ pustki. Sprawa siêga³a znacznie g³êbiej.

Dotyka³a samej istoty mi³oœci. Ruth pragnê³a byæ potrzebna. Teraz dopiero

zdawa³a sobie sprawê, ¿e zapewniæ jej to mog¹ w³asne dzieci albo mi³oœæ

6 – Reporter

background image

82

mê¿czyzny. Dzieci nie mog³a mie栖 w ka¿dym razie nie z Duffem – sta³o siê

wiêc nieuchronne, ¿e kiedy pojawi³a siê alternatywa w postaci Gideona, zde-

cydowa³a siê na romans. Z pocz¹tku obawia³a siê, ¿e ze strony Gideona jest to

chwilowa namiêtnoœæ. Œwiadoma by³a swojej urody, przez lata musia³a gasiæ

zapa³y wielu zalotników. Dopiero po swej podró¿y do Izraela i drugiej wizycie

Gideona na Cyprze porzuci³a obawy i nurza³a siê w szczêœliwej pewnoœci, ¿e

on j¹ naprawdê kocha. By³ poza tym silny, pewny siebie – i potrzebowa³ jej.

Znów siê uœmiechnê³a do poduszki, ale nie by³ to radosny uœmiech. Chcia-

³a mi³oœci, ma j¹, ale sama jej intensywnoœæ wywo³a³a niepokój. Co siê sta-

nie, jeœli nie potrafi ju¿ kochaæ tak mocno?

Walter zasn¹³ w kilka sekund po przy³o¿eniu g³owy do poduszki, ale nie

by³ to dobry sen. Do trzeciej nad ranem rzuca³ siê i obraca³ niespokojnie

w wielkim  ³o¿u.  Wreszcie,  mrucz¹c  poirytowany,  zapali³  nocn¹  lampkê.

Wszystko to by³o bardzo dziwne, poniewa¿ z zasady sypia³ dobrze, rzadko

miewaj¹c jakiekolwiek sny. Przez kilka minut le¿a³ wpatrzony w sufitowy

wentylator, potem w³o¿y³ nocne pantofle, przeszed³ do kredensu w salonie

i nala³ sobie szklankê wody Perrier. Wyszed³ z ni¹ na balkon. Noc by³a ciem-

na, bezksiê¿ycowa i tylko jasna ³una wskazywa³a na s¹siedztwo Limassol,

gdzieœ daleko w dole. By³ œwiadomy, ¿e nie pozwala³ mu spaæ jakiœ chaos

myœlowy w zakamarkach mózgu. Coœ go drêczy³o, coœ domaga³o siê rozwi¹za-

nia. I póki nie znajdzie Ÿród³a niepokoju i odpowiedzi, jak sprawê rozwi¹zaæ,

póty nie zaœnie. Przywyk³ do metodycznego myœlenia, wiêc natychmiast

doszed³ do wniosku, ¿e skoro spa³ dobrze ubieg³ej nocy, to jego podœwiado-

moœæ jest zaniepokojona czymœ, co wydarzy³o siê minionego dnia. Przebieg³

wiêc myœlami wszystkie wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin, a jak to

zwykle bywa wczesnym rankiem, umys³ mia³ jasny i nie zaœmiecony ¿adny-

mi pomys³ami, które rodz¹ kolejne godziny dnia, zaciemniaj¹c obraz i kom-

plikuj¹c ¿ycie.

Munger! Bêdzie mu potrzebny Munger. To poranne spotkanie by³o zrz¹-

dzeniem opatrznoœci. Przeszed³ do salonu i usiad³ za biurkiem. Przez pó³

godziny uk³ada³ i szyfrowa³ depeszê, któr¹ z samego rana wyœle do Szymona

Saguy w centrali Mosadu.

Pod nag³ówkiem BARDZO PILNE ¿¹da³ pe³nych informacji na temat

niejakiego Davida Mungera, niegdyœ wojennego reportera. Informacje mia-

³y zawieraæ absolutnie wszystko. Walter Blum chcia³ znaæ ka¿dy szczegó³

z ¿ycia Mungera od chwili poczêcia. Dzieciñstwo, rodzice, krewni, przyja-

ciele, wrogowie, wykszta³cenie, co lubi, czego nie lubi, przebyte choroby

i inne kontakty z lekarzami, pogl¹dy polityczne, ulubiony kolor, ulubiona

potrawa i napój. Za¿¹da³ tak¿e odbitek wszystkich fotografii, które Munger

background image

83

kiedykolwiek opublikowa³. Wreszcie za¿¹da³ przeprowadzenia  w  równie

pilnym trybie dochodzenia siêgaj¹cego daleko w przesz³oœæ i pozwalaj¹ce-

go odpowiedzieæ na pytanie, co mog³o wydarzyæ siê podczas ostatnich dni

Mungera w Wietnamie. Myœl¹c intensywnie Walter przypomnia³ sobie –

i wspomnia³ o tym w depeszy – ¿e Munger przy³¹czy³ siê do patrolu Si³

Specjalnych, który operowa³ w pobli¿u Vinh Long w paŸdzierniku 1969 roku.

Niech  agenci  Mosadu  w  Stanach  Zjednoczonych  odnajd¹  i  przes³uchaj¹

¿yj¹cych jeszcze cz³onków tego patrolu, niech siê dowiedz¹, co tam zasz³o.

I niech agenci w Armii USA pogrzebi¹ w archiwach i odnajd¹ raporty doty-

cz¹ce tego czasu i sprawy.

Skoñczy³ pisanie, schowa³ tekst do teczki i spojrza³ na zegarek. Nastêp-

nie podniós³ s³uchawkê i nocnemu portierowi poleci³ obudziæ siê o szóstej

trzydzieœci rano.

Gdy siê po³o¿y³, zasn¹³ od razu. Pozosta³y mu tylko dwie godziny snu,

ale po obudzeniu natychmiast sobie przypomnia³ s³owa Duffa, ¿e Munger

porusza³ siê jak zjawa, cieñ…

5

J

anine Lasage siêgnê³a w dó³ i poklepa³a czarne w³osy Samiego Asafa. Or-

gazm by³ powy¿ej przeciêtnej. Sami podniós³ g³owê i spojrza³ na ni¹ ponad

jej faluj¹cym brzuchem. Lekko dysza³, wilgotne w¹sy b³yszcza³y.

– Jesteœ bardzo dobry, Sami – pochwali³a.

Ods³oni³ w uœmiechu zêby i zacz¹³ siê po niej wczo³giwaæ. Czu³a jego

sztywny cz³onek ocieraj¹cy siê o jej lewe udo i w duchu westchnê³a. Ju¿ od

dawna nie osi¹ga³a orgazmu w sposób konwencjonalny. Powodem mog³o

byæ nadmierne dogadzanie sobie w przesz³oœci lub wybuja³a wyobraŸnia –

potrzebowa³a teraz subtelniejszej podniety, innego bodŸca ni¿ pompuj¹cy

mêski cz³onek. Ale w jakiœ sposób musia³a zaspokoiæ potrzeby Samiego.

Napracowa³ siê d³ugo i ciê¿ko, nale¿a³o go wynagrodziæ. Usadowi³ siê na

niej, zaj¹³ w³aœciw¹ pozycjê i pchn¹³ g³êboko. Prawie nic nie odczu³a, ale

wydawa³a z siebie odpowiednie odg³osy. Wiedzia³a, ¿e natarcie bêdzie trwa-

³o d³ugo, Sami Asaf nale¿a³ bowiem do mê¿czyzn, którzy stawiaj¹ znak rów-

nania miêdzy seksualn¹ jurnoœci¹ a czasem trwania stosunku. Kiedy tak pod

nim le¿a³a, g³aszcz¹c go po plecach i poruszaj¹c rytmicznie poœladkami,

myœla³a o innych sprawach.

Œwiadomie uwiod³a Samiego przed miesi¹cem, wkrótce po otrzymaniu

funkcji ³¹cznika miêdzy francuskim kontrwywiadem a Mukhabaratem. I jej

background image

84

nowe zadanie mia³o œcis³y zwi¹zek z umow¹ dotycz¹c¹ sprzeda¿y przez Fran-

cjê reaktora nuklearnego Irakowi. Wezwano j¹ do Pary¿a na odprawê, któr¹

prowadzi³ osobiœcie dyrektor SDECE, Alexandre de Marenches.

Mosad nie da za wygran¹, powiedzia³. Bêdzie usi³owa³ nie dopuœciæ do

realizacji umowy. W ci¹gu ostatnich dwóch lat ludzie Mosadu byli nies³y-

chanie aktywni w ca³ej Francji, a kiedy reaktor zostanie przewieziony do

Iraku, przenios¹ siê w œlad za nim. Baz¹ operacji bêdzie najprawdopodob-

niej Bejrut. Poniewa¿ Janine ju¿ od szeœciu lat dzia³a³a na Bliskim Wscho-

dzie, jest idealn¹ kandydatk¹ na koordynatorkê kontrofensywy SDECE i ³¹cz-

niczkê z irackim Mukhabaratem. Œwietnie siê sk³ada, ¿e zna Samiego Asafa

z dawnych lat, kiedy obs³ugiwa³a Daleki Wschód. Sami jest obecnie wice-

dyrektorem Mukhabaratu i odpowiada za bezpieczeñstwo reaktora oraz ochro-

nê francuskiego personelu.

Le¿¹c pod Samim Janine uœmiechnê³a siê do siebie. Ciekawe, czy ich obecne

stosunki dyrektor de Marenches tak¿e okreœli³by mianem znajomoœci?

De Marenches zapozna³ j¹ z analiz¹ si³ przeciwnika. Chocia¿ w Iraku

Mosad nie dysponowa³ powa¿niejsz¹ siatk¹, by³ doskonale zakonspirowany

w Bejrucie. Niedawne raporty wspomina³y, ¿e w ³onie Mosadu powsta³a

sekcja, której wy³¹cznym zadaniem jest sprawa irackiego reaktora. Jest rze-

cz¹ niezmiernie wa¿n¹ dla Francji, podkreœli³ dyrektor, by reaktor bez prze-

szkód dotar³ na miejsce, zosta³ zainstalowany i ¿eby nast¹pi³ jego rozruch,

poniewa¿ dopiero wtedy nabior¹ mocy wa¿ne uk³ady handlowe ogólnej na-

tury oraz te na dostawê broni.

– Czy Izraelczycy maj¹ jakieœ podejrzenia co do w³aœciwego przezna-

czenia reaktora? – spyta³a Janine.

De Marenches spojrza³ enigmatycznie i typowo po francusku wzruszy³

ramionami; Francuzi wzruszaj¹ ramionami nieco inaczej ni¿ reszta œwiata.

– Izraelczycy s¹ zawsze podejrzliwi. Ale przecie¿ to Irakijczycy podpi-

sali traktat o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, czego Izrael nigdy nie

zrobi³.

Uœmiechnê³a siê cynicznie.

– I to czyni sprawê jasn¹.

De Marenches poinstruowa³ j¹ z kolei o stosunkach z Amerykanami i ro-

li CIA w obecnej sprawie. Trzeba za³o¿yæ, ¿e z powodu wrêcz paranoiczne-

go lêku prezydenta Cartera przed rozprzestrzenianiem broni atomowej, CIA

jest bardzo zainteresowana irackim reaktorem. Departament Stanu wywiera

wielk¹ presjê na rz¹d francuski, by Francja wycofa³a siê z umowy. Oczywi-

œcie by³ to rezultat nacisków ¿ydowskiego lobby w Kongresie.

Tak wiêc, nie spuszczaj¹c oka z Mosadu, nale¿y równie¿ zwracaæ uwagê

na CIA. W jej przypadku korzystna by³a sytuacja, ¿e CIA i Mosad przesta³y

kooperowaæ. Od wczesnych lat siedemdziesi¹tych wszystko siê zmieni³o. In-

background image

85

teresy obu organizacji s¹ teraz przeciwstawne. I druga rzecz, która mog³a

u³atwiæ pracê Janine Lasage: agenci SDECE w Waszyngtonie zinfiltrowali

ostatnio nieznany dot¹d wydzia³ CIA, zwany Equinus. De Marenches poda³

kartkê z nazwiskami podejrzanych o reprezentowanie wspomnianego wy-

dzia³u. Siedem nazwisk. Na pierwszym miejscu Duff Paget.

De Marenches dostrzeg³ jej uœmiech i skomentowa³ go w myœlach: zado-

wolona, ¿e siê na kimœ zemœci.

– Zna pani któregoœ z tych agentów? – spyta³.

– Tak. Znam trzech, a jednego bardzo dobrze.

Na zakoñczenie dyrektor ostrzeg³ j¹ raz jeszcze, by by³a ostro¿na w kon-

taktach z Amerykanami. Skinê³a machinalnie g³ow¹, g³êboko zamyœlona.

Sami zwiêksza³ tempo i Janine poczu³a, ¿e d³ugo tak nie wytrzyma. Naj-

wy¿ej jeszcze dwie minuty, a potem go spycham, bêdzie gotów czy nie. Sami

Asaf  by³  jej  oczywiœcie  potrzebny.  Dlatego  w³aœnie  przed  miesi¹cem  go

uwiod³a. Zawsze chcia³a mieæ pe³n¹ kontrolê nad operacj¹ w toku. Od lat

wiedzia³a, ¿e s¹ dwa podstawowe sposoby uzyskania i zachowania pe³nej

kontroli nad mê¿czyzn¹: pieni¹dze i seks. Z w³asnego doœwiadczenia wie-

dzia³a, ¿e z tych dwóch seks jest pewniejszy.

W tym wypadku mia³a nad nim pe³n¹ kontrolê. Przesunê³a d³oni¹ po

jego plecach i czubku podskakuj¹cej g³owy, podnios³a rêkê i spojrza³a na

zegarek od Cartiera. Robi³o siê póŸno, a mia³a jeszcze parê wa¿nych spraw

do omówienia z Samim.

Wiedzia³a, co zrobi. Po miesi¹cu po¿ycia z Irakijczykiem zna³a cienk¹

granicê miêdzy sadyzmem a masochizmem. Najpierw unios³a stopy i opar³a

je na jego kostkach, potem lew¹ d³oni¹ chwyci³a go mocno za w³osy, a pa-

znokcie prawej d³oni wbi³a mu w lewy poœladek. Jêkn¹³ z bólu. Szarpnê³a

w³osy i unios³a jego g³owê, po czym wbi³a zêby w podbródek. Wstrz¹sn¹³

nim dreszcz, zacz¹³ ruszaæ biodrami jak oszala³y. Ju¿ jest prawie gotów, po-

myœla³a, i mocniej wbi³a zêby i paznokcie. Sami osi¹gn¹³ orgazm, wydaj¹c

okrzyk bólu i ekstazy.

Któregoœ dnia zabijê cz³owieka w takiej sytuacji, pomyœla³a, i przynios-

³o jej to ulgê. Zamiast w podbródek ugryzê w sam¹ krtañ, przegryzê j¹. Gdzieœ

przeczyta³a, ¿e kiedy cz³owiek umiera podczas aktu p³ciowego, to cz³onek

mu nie flaczeje, ale jeszcze bardziej nabrzmiewa. To by by³o warto zoba-

czyæ. I poczuæ.

Sami le¿a³ na niej, ciê¿ko dysz¹c. Po doœæ d³ugiej chwili i po wyszepta-

niu mu do ucha stosownej porcji pieszczotliwych s³ówek, zepchnê³a go z sie-

bie i wysz³a z ³ó¿ka. Patrzy³ na ni¹, gdy bieg³a do ³azienki – szczup³a, o pe³-

nych piersiach, zwinna, z d³ugimi blond w³osami.

Kto to przed laty nazwa³ j¹ przebieg³ym wê¿em? – usi³owa³ przypomnieæ

sobie Sami. Niebezpiecznym wê¿em…

background image

86

S³ysza³ chlupot wody w bidecie i odg³os ten skojarzy³ mu siê z prostytu-

cj¹. Jego pierwsz¹ kobiet¹ by³a prostytutka w Pary¿u i te¿ po stosunku usiad-

³a natychmiast na bidecie. By³ wówczas lekko zak³opotany i z³y myœl¹c, ¿e

pewno wziê³a go za brudasa.

Przysz³o mu do g³owy, ¿e w pewnym sensie Janine te¿ siê prostytuuje. Nie

mia³ ¿adnych z³udzeñ, ¿e posz³a z nim do ³ó¿ka z mi³oœci. Wiedzia³ dobrze, ¿e po

zakoñczeniu misji rzuci go jak szmatê, zachowuj¹c oczywiœcie pozory i grzecz-

n¹ formê rozstania. No, ale to bêdzie dopiero za dwa lata, a do tego czasu ma

dostêp otwarty do jej… cia³a. Cia³a, którego nigdy nie mia³ doœæ. Przedziwne,

jak ona potrafi³a w ci¹gu zaledwie miesi¹ca rozszyfrowaæ jego seksualne prefe-

rencje. Jednoczeœnie uœwiadomi³ sobie, ¿e zbyt wiele czasu spêdza w Bejrucie

na tak zwanych konferencjach ³¹cznikowych. Usprawiedliwia³ to przed sob¹

i dyrektorem, wskazuj¹c na niezbity fakt, ¿e groŸba dzia³añ ze strony Mosadu

ma swoje korzenie w Libanie, a jeœli jeszcze nie ma, to bêdzie mia³a, i jest rzecz¹

konieczn¹ rozbudowaæ w Libanie siatkꅠDobrze jednak wiedzia³, ¿e nie ¿adne

siatki, ale prê¿ne cia³o Janine Lasage ka¿e mu nieustannie podró¿owaæ do Bej-

rutu. Francuzka wysz³a z ³azienki i podesz³a do okna. Mia³a na sobie tylko rêcz-

nik owi¹zany w pasie. Znajdowali siê w jej mieszkaniu na najwy¿szym piêtrze

bloku w Ras Beirut. Z okna rozci¹ga³ siê wspania³y widok na miasto. Nawet

w tej chwili s³ychaæ by³o dalekie odg³osy wymiany ognia z broni maszynowej

gdzieœ w dzielnicy Nabaa. Trwa³a wojna domowa.

Sami spojrza³ na zegarek, wsta³ i zacz¹³ zbieraæ ubranie, które przed

godzin¹ zosta³o niedbale porozrzucane w przyp³ywie pasji. Za pó³ godziny

mia³a rozpocz¹æ siê konferencja prasowa w siedzibie Organizacji Wyzwole-

nia Palestyny i poniewa¿ Sami by³ nadal korespondentem Bliskowschodniej

Agencji Prasowej, powinien w niej uczestniczyæ.

Janine odwróci³a siê od okna i patrzy³a, jak Sami wci¹ga skarpetki.

– Duff Paget – powiedzia³a nieco ochryp³ym kontraltem.

– ¯e co, Duff Paget? – spyta³.

– Chcê, ¿ebyœ go zabi³.

Spojrza³ na ni¹ zdumiony.

– On jest z CIA. – I zanim móg³ cokolwiek powiedzieæ, doda³a: – Zaczy-

na pchaæ nos w nasze sprawy.

– Duff w CIA? – Sami przybra³ zaskoczony wyraz twarzy.

– Tak, Sami. I nie b¹dŸ taki zdziwiony. Jest agentem od co najmniej

oœmiu lat. Od Wietnamu.

– Jesteœ pewna?

Sami by³ zak³opotany. Wielu jego kolegów dziennikarzy i znajomych

pracowa³o w wywiadzie, ale zawsze szybko siê o tym dowiadywa³. Ale Pa-

get! Jeszcze wczoraj siedzia³ z nim w grupie korespondentów w barze hotelu

Commodore. Z pó³ godziny przegadali o dawnych czasach.

background image

87

– Oczywiœcie, ¿e jestem pewna – odpar³a. – Nale¿y do wydzia³u specjal-

nego CIA. Przed paroma miesi¹cami uda³o siê nam go spenetrowaæ. Dowie-

dzieliœmy siê równie¿, ¿e jednym z g³ównych zadañ wydzia³u jest zapobie-

ganie rozprzestrzenianiu broni atomowej. – Powiedzia³a to lekko, ³¹cz¹c

w jednym zdaniu prawdê z pó³prawd¹.

Na twarzy Samiego malowa³y siê w¹tpliwoœci. Spojrza³ na ni¹ ostro.

–  Nie  wymyœli³aœ  tego?  Od  lat  go  nienawidzisz.  Od  czasu  tej  aukcji

w Hongkongu.

– Nie b¹dŸ g³upi, Sami. Owszem, nienawidzê go, ale nie to jest moj¹

motywacj¹. – Ruszy³a wolno w stronê ³ó¿ka. – Oczywiœcie, to nie ma zna-

czenia, czy Paget jest w CIA czy nie, jeœli wasz reaktor ma spe³niaæ rolê,

jak¹ mu oficjalnie przypisujecie. Jeœli jednak jest inaczej i Paget coœ wyniu-

cha, to wtedy mój rz¹d znajdzie siê pod olbrzymi¹ presj¹. Z Izraelczykami

damy sobie radê, ale Stany Zjednoczone to inna sprawa. Giscard d’Estaing

mo¿e byæ zmuszony do anulowania umowy. Ropa czy nie ropa.

Stanê³a przy ³ó¿ku. Sami zadar³ g³owê, by j¹ widzieæ.

– Chocia¿ nie mamy nic do ukrycia, nie podoba mi siê wtykanie nosa

przez CIA – mrukn¹³.

– Oczywiœcie, ¿e nie mo¿e ci siê podoba栖 odpar³a s³odkim g³osem. –

Tak czy inaczej Paget stanowi zagro¿enie. Twoim obowi¹zkiem jest go wy-

eliminowaæ.

Sami westchn¹³. Bardzo lubi³ Duffa Pageta.

– To bardzo powa¿na decyzja – powiedzia³. – Zamordowanie agenta CIA

mo¿e wywo³aæ reakcjê ³añcuchow¹.

– B¹dŸ realist¹, Sami. Ilu dziennikarzy i fotoreporterów zginê³o w Bej-

rucie na przestrzeni ostatnich dwóch lat? Z tuzin. A mo¿e i wiêcej. Poza tym

to nie wasi ludzie powinni wykonaæ zadanie, ale ktoœ z Organizacji Wyzwo-

lenia Palestyny. Masz tam przyjació³, porozmawiaj z nimi. Zw³aszcza ¿e

Paget otrzyma³ zadanie szpiegowania Palestyñczyków. Mam wszystkie szcze-

gó³y na ten temat.

Po d³u¿szej ciszy Sami mrukn¹³:

– Zastanowiê siê nad tym.

Wygra³a. Wiedzia³a, ¿e wygra! Przyci¹gnê³a jego g³owê do piersi.

– Kiedy to bêdzie mia³o nast¹piæ, chcê tam byæ i widzieæ.

Walter Blum i profesor Chaim Nardi szli wolno alejk¹ terenów uniwer-

syteckich w Tel Awiwie. Walter by³ w be¿owym garniturze, do którego do-

bra³ ró¿owy krawat. Profesor, drobny mê¿czyzna o ptasiej twarzy, mia³ na

sobie sportowe spodnie i koszulê z krótkimi rêkawami. W sam raz na upa³.

A Walter siê poci³.

background image

88

Ten grubas intrygowa³ Nardiego. Przed tygodniem zadzwoni³ do Nar-

diego genera³ Hofti. Profesor wiedzia³, ¿e Hofti jest szefem Mosadu. Gene-

ra³ powiedzia³, ¿e przez specjalnego pos³añca wysy³a profesorowi zestaw

dokumentów najwy¿szej wagi. Zawieraj¹ najdrobniejsze nawet szczegó³y

¿ycia pewnego cz³owieka. I prosi, by Nardi przestudiowa³ dokumenty, a na-

stêpnie podzieli³ siê swoimi wnioskami z niejakim Walterem Blumem. Nar-

di gdzieœ ju¿ s³ysza³ to nazwisko, ale nie zdo³a³ go z kimkolwiek skojarzyæ

Hofti doda³, ¿e chodzi o tego samego Waltera Bluma, który tak hojnie obda-

rowa³ uniwersytet w Tel Awiwie i wiele innych instytucji w Izraelu.

Nardi przestudiowa³ wiêc przys³ane mu dokumenty w nabo¿nym sku-

pieniu, i z rosn¹cym zainteresowaniem, a po otrzymaniu zezwolenia genera-

³a Hoftiego przedyskutowa³ je z dwoma kolegami z katedry psychiatrii.

W przewidzianym czasie pojawi³ siê Walter i, po obfitym lunchu, na

który zaprosi³ go dziekan, zabra³ Nardiego na spacer.

– Fascynuj¹cy przypadek – powiedzia³ Nardi. – Z pewnoœci¹ zna pan ju¿

moj¹ diagnozê. Có¿ jeszcze móg³bym dodaæ?

Walter spojrza³ na drepcz¹c¹ obok malutk¹ postaæ i pomyœla³, ¿e profe-

sor przypomina raczej wróbla ni¿ geniusza w dziedzinie psychologii i psy-

chiatrii.

– Chcê wiedzieæ, jak mo¿na nim manipulowaæ – odpar³.

Profesor siê skrzywi³. W tym momencie zda³ sobie sprawê, ¿e Walter nie

jest tylko biznesmenem.

– W tym kontekœcie s³owo „manipulowa攠ma niemi³e brzmienie – za-

uwa¿y³ doœæ sztywno.

– Bo i sytuacja jest niemi³a – odparowa³ Walter. – Ten cz³owiek jest

niezbêdny. Ja go potrzebujê. Izrael go potrzebuje!

Profesor d³ugo siê zastanawia³, wreszcie zacz¹³ mówiæ:

– No có¿, nie ma najmniejszej w¹tpliwoœci, ¿e ten cz³owiek jest w per-

manentnym szoku. Nie bêdê wdawa³ siê w naukowe okreœlenia, to panu nic

nie da. Aby móg³ byæ komukolwiek do czegokolwiek przydatny, musi wyjœæ

ze stanu pourazowego. Musi byæ z niego za uszy wyci¹gniêty. Musi zacz¹æ

mówiæ, mówiæ, mówiæ. W³aœnie o tym prze¿yciu czy prze¿yciach, które

wpakowa³y go w ten stan. Ale wnioskujê, ¿e nie jest do tego sk³onny. Szko-

da, ¿e nie uda³o siê panom dowiedzieæ, co wydarzy³o siê podczas tego ostat-

niego patrolu.

– W dalszym ci¹gu wêszymy, nie rezygnujemy. Mo¿e trafimy na œlad.

Chocia¿ zbytnio na to nie liczê. By³ to mieszany patrol amerykañskich od-

dzia³ów specjalnych i najemników ró¿nej narodowoœci. Dotychczas nie zna-

leŸliœmy nikogo ¿ywego, kto w tym uczestniczy³. Najgorsze, ¿e ca³a doku-

mentacja dotycz¹ca tej wyprawy zosta³a zniszczona.

– Poruszamy siê wiêc po omacku. – Profesor roz³o¿y³ bezradnie rêce.

background image

89

Walter zatrzyma³ siê.

– Mówi pan, ¿e cz³owiek pozostanie bezu¿yteczny, póki nie wyjdzie ze

stanu pourazowego? – spyta³.

– To niezupe³nie tak. Wszystko zale¿y, do czego jest wam potrzebny. On

nie jest chory umys³owo. Chodzi o to, ¿e wydarzenie, od którego wszystko

siê zaczê³o, spowodowa³o, i¿ zamkn¹³ siê w sobie. Przesta³ istnieæ dla œwia-

ta, a œwiat dla niego. Budzi nadziejê to, ¿e powolutku zaczyna wygl¹daæ ze

swojej skorupy, coraz bardziej j¹ rozchylaæ. Wiele czasu mu to zajê³o, jed-

nak¿e warto pamiêtaæ, ¿e umys³, podobnie jak cia³o, posiada olbrzymi¹ zdol-

noœæ regeneracji. Musi pan byæ jednak bardzo ostro¿ny. Cokolwiek pan za-

mierza przedsiêwzi¹æ, radzê robiæ to po g³êbokim zastanowieniu, aby nie

pojawi³ siê skutek odwrotny do zamierzonego.

Walter wznowi³ spacer, profesor drepta³ obok.

– Co pan by zaleca³ w danej sytuacji? – spyta³ Walter.

Profesor przyj¹³ lekko mentorski ton:

– Zacznijmy od jego przesz³oœci. Urodzi³ siê w kwietniu 1941 roku. Jego

ojciec by³ œredniej rangi funkcjonariuszem Ministerstwa Obrony, nie wziêto

go do wojska z powodu wady serca. Przeciêtny pod ka¿dym wzglêdem syn

œredniozamo¿nej rodziny z pó³nocnej Anglii. Z raportu wynika, ¿e by³ nieco

nudny. Tyle ojciec. Matka natomiast z pewnoœci¹ nie by³a nudna. Jeszcze

d³ugo przed wyzwoleniem kobiet zdoby³a, dziêki w³asnym wysi³kom, uni-

wersyteckie stypendium i zaczê³a studiowaæ medycynê. Byæ mo¿e do wyj-

œcia za m¹¿ sk³oni³a j¹ czêœciowo potrzeba dofinansowania dalszych stu-

diów. By³a bardzo ¿ywotn¹, przystojn¹ kobiet¹, o silnej woli i samozaparciu.

By³a ¯ydówk¹, chocia¿ nie obnosi³a siê ze sw¹ wiar¹ i nie praktykowa³a.

Nie interesowa³ jej te¿ ruch syjonistyczny. – Profesor zerkn¹³ z ukosa na

Waltera, chc¹c byæ mo¿e sprawdziæ, jak zareagowa³ on na informacjê o oso-

bie pochodzenia ¿ydowskiego, która nie jest zainteresowana syjonizmem,

b¹dŸ chcia³ po prostu wiedzieæ, czy Walter go s³ucha. S³ucha³ pilnie.

Nardi, usatysfakcjonowany, ci¹gn¹³ dalej:

– Dziecko j¹ uwielbia³o. Mo¿na powiedzieæ, ¿e by³a oœrodkiem jego ¿y-

cia. Poza matk¹ nie mia³ w³aœciwie przyjació³. Poniewa¿ rodzice pracowali

w Londynie, spêdza³ wiele czasu u dziadków w Bradford. Dziadkowie byli

nieczuli, nie okazywali ch³opcu uczucia. Cotygodniowe wizyty matki by³y

w tych warunkach wspania³ymi prze¿yciami. Kiedy wojna siê skoñczy³a,

ch³opiec by³ ju¿ zamkniêty w pierwszej skorupie. Móg³bym go nazwaæ in-

trowertykiem… – Nardi wzruszy³ ramionami. – Oczywiœcie moja diagnoza

jest oparta wy³¹cznie na opisach i informacjach z drugiej rêki… jakkolwiek

akta, które dosta³em, s¹ rzeczywiœcie opracowane nies³ychanie szczegó³owo…

– Parunastu agentów zbiera³o je przez kilka tygodni – przyzna³ Walter. –

S³ucham dalej, profesorze.

background image

90

– No có¿, w normalnych warunkach koniec wojny powinien byæ dla

Mungera koñcem psychicznej i umys³owej izolacji. Zamieszka³ ponownie

z rodzicami i rozwija³ siê pod matczynym okiem. Nast¹pi³y jednak dwa wy-

darzenia, które wp³ynê³y na kszta³t jego przysz³ego ¿ycia. Matka specjalizo-

wa³a siê w leczeniu skutków niedo¿ywienia. W Wielkiej Brytanii by³ to bar-

dzo powa¿ny problem, zw³aszcza w latach 1942 i 1943. Dwa miesi¹ce po

zakoñczeniu wojny i dwa miesi¹ce po zabraniu synka od dziadków zapropo-

nowano jej wyjazd do Niemiec. Chodzi³o o pomoc tym, którzy prze¿yli obo-

zy koncentracyjne.

– Wszystko to wiem – przerwa³ zniecierpliwiony Walter. – Czyta³em ten

cholerny raport.

Profesor nie lubi³, gdy przerywano mu wyk³ad. Obrzuci³ Waltera suro-

wym spojrzeniem i kontynuowa³:

– W Niemczech matka mia³a zostaæ przez miesi¹c, ale to, co tam zasta³a,

poruszy³o j¹ do g³êbi. Mo¿na sobie wyobraziæ olbrzymi¹ ró¿nicê miêdzy

ocala³ymi wiêŸniami Auschwitz a angielskimi dzieæmi cierpi¹cymi przez dwa

lata na lekki niedobór pewnych witamin. Przebywa³a wiêc w Niemczech

przez rok, widuj¹c syna najwy¿ej raz na miesi¹c. W tym czasie ojciec ch³op-

ca przeniós³ siê do Bradford, do rodzinnego domu, i zacz¹³ pracowaæ w ro-

dzinnym interesie. Przez ten rok ma³y zacz¹³ chodziæ do szko³y podstawo-

wej,  której  ca³ym  sercem  nienawidzi³.  By³  samotnikiem,  z  tej  racji

nielubianym przez innych ch³opców. Po powrocie matki z Niemiec up³ynê³y

dwa wzglêdnie spokojne lata. Pod wp³ywem matki i okazywanego przez ni¹

uczucia, m³ody Munger zacz¹³ wychodziæ ze skorupy. I wówczas nast¹pi³o

drugie wydarzenie, które ukszta³towa³o jego charakter na resztê ¿ycia.

– Wojna 1948 roku i w jej wyniku powstanie pañstwa Izrael… – Walter

przerwa³ jeszcze raz.

– Otó¿ to! – Profesor mówi³ zadumany. – Takie bywa przeznaczenie.

Przysz³y charakter siedmioletniego ch³opca, w ka¿dym razie jego istotne ele-

menty mo¿e zostaæ ukszta³towany w jednej chwili przez wydarzenie, o któ-

rym ch³opiec nie ma pojêcia i które nast¹pi³o gdzieœ o tysi¹ce kilometrów od

niego. – Profesor zauwa¿y³ wyraz twarzy Waltera i zacz¹³ mówiæ szybciej:

– Ju¿ dobrze, pan to wszystko wie. Matka porzuci³a w³asne ¿ycie, mê¿a

i syna. Pojecha³a do Izraela. Walczyæ. By³a ¯ydówk¹, by³a z tego dumna.

Izrael sta³ siê jej mi³oœci¹, nic nie by³o wa¿niejsze, nawet syn, którego te¿

przecie¿ kocha³a. Ale i z niego zrezygnowa³a.

– Mog³a jednak wróciæ po zakoñczeniu wojny.

Nardi zaprzeczy³ ruchem g³owy.

– Nie mog³a i nie chcia³a. Typowy przypadek œwiadomego odrzucenia

w³asnej przesz³oœci. Za³ó¿my jednak, ¿e syn czu³ podœwiadomie, i¿ matka

nie wróci. Ojciec byæ mo¿e podsyca³ nawet podobne myœli. Proszê pamiêtaæ,

background image

91

¿e zaledwie miesi¹c po opuszczeniu przez matkê rodziny wyst¹pi³ o rozwód.

– Ponownie pokrêci³ g³ow¹. – Nie, nie. Mam pe³ne prawo zak³adaæ, ¿e ch³o-

piec czu³, i¿ matka nie wróci. I dozna³ wstrz¹su. Jest to w³aœciwie dok³adnie

udokumentowane w tych raportach, które czyta³em. Jego zachowanie w szko-

le, brak przyjació³, a przede wszystkim absolutny brak emocjonalnej reakcji

na wiadomoœæ o œmierci matki. To wszystko wskazuje, ¿e ciê¿ko prze¿y³ ów

cios, porzucenie go przez jedyn¹ kochan¹ osobê.

– By³a bohaterk¹. Zginê³a podczas bitwy o Jerozolimê. Zginê³a straszn¹

œmierci¹… – dopowiedzia³ Walter.

Nardi roz³o¿y³ rêce.

– Dla jednych mog³a byæ bohaterk¹. Dla m³odego Mungera by³a ju¿

nikim. Tak jak wszystko inne, usun¹³ j¹ ze swojego œwiata. Porzuci³a go!

Od chwili uœwiadomienia sobie tego faktu, obudowa³ swoje uczucia mu-

rem ochronnym. Nie okazywa³ nikomu sympatii, nie przyjmowa³ od niko-

go jej objawów. O tak, kiedy dorós³, sta³ siê kobieciarzem. I poci¹ga³ ko-

biety, fascynowa³ je. Wcale nierzadko kobiety lgn¹ do takich mê¿czyzn.

Kiedy i ojciec umar³ na serce, ch³opiec nie okaza³ najmniejszego wzrusze-

nia czy smutku. Mia³ wówczas dziesiêæ lat i na pogrzebie nie uroni³ nawet

jednej ³zy.

– Ale przecie¿ jego zdjêcia…? – spyta³ Walter. – Mo¿e mi pan powie,

profesorze, jak cz³owiek pozbawiony uczuæ mo¿e robiæ podobne zdjêcia?

Z kolei profesor przerwa³ spacer i, staj¹c naprzeciwko Waltera, zacz¹³

wyjaœniaæ z wielkim przejêciem:

– Próbowa³em to analizowaæ, panie Blum. Studiowa³em ka¿de ze zdjêæ

osobno i powiem panu coœ zaskakuj¹cego. Zrobi³em fascynuj¹ce odkrycie:

otó¿ z tysiêcy odbitek, które mi przys³ano, tylko nieca³e sto nie dotyczy³o

wojny. I w tym tkwi klucz. By³a tam seria zdjêæ zrobionych w czasie wakacji

na wyspie Bali. Spêdza³ je z kobiet¹ i byæ mo¿e ona go znudzi³a, doœæ ¿e

robi³ zdjêcia widokowe i ludzi. Zna pan Bali?

Walter skin¹³ g³ow¹.

– Wyspa nieprawdopodobnie piêkna, te¿ tam by³em. Kiedy jednak ogl¹da-

³em zdjêcia Mungera, nie poznawa³em tego miejsca. Wszystko by³o zupe³-

nie inne, ni¿ to, co zapamiêta³em. Na przyk³ad maski na twarzach tancerzy.

Uda³o mu siê je jakby izolowaæ od postaci, uczyniæ bardziej groteskowymi,

ni¿ by³y w rzeczywistoœci. Sfotografowa³ na przyk³ad drzewo. Wysokie, tro-

pikalne drzewo, ale za nim czai³a siê burza i ga³êzie wydawa³y siê nabrzmie-

waæ groz¹ na tle czarnych chmur. Sfotografowa³ te¿ przybrze¿ne fale. Piêk-

ne i symetryczne, gdy przetaczaj¹ siê przez rafê koralow¹. Ale uchwyci³ je

w momencie, gdy groŸna bia³a piana uderza³a w jakby znieruchomia³¹ taflê

wody. Widzia³ pan to, panie Blum? Widzia³ pan to, co ja dostrzeg³em, albo

raczej, co on wydoby³?

background image

92

Walter spojrza³ dziwnie na profesora, uj¹³ go pod ramiê i poprowadzi³

ju¿ nie alejk¹ miêdzy budynkami, ale w stronê pozostawionego daleko sa-

mochodu.

– Chce mi pan powiedzieæ, ¿e Munger potrafi fotografowaæ tylko wojnê?

– Coœ wiêcej: wojna w nim tkwi, po¿era go, trawi. Jego oczy s¹ soczew-

kami obiektywu. Czytuje pan poezjê?

– Rzadko – odpar³ Walter nieco zaskoczony. – Czytywa³em sporo Szek-

spira. – Poeta Wordsworth mówi³ o czymœ, co nazywa³ „wizj¹ doskona³¹”.

Pozwala³a mu dostrzegaæ to, czego istnienia zwykli œmiertelnicy nie byli

œwiadomi. Œwiat³o padaj¹ce na liœæ. Barwê kwiatu. Odcieñ zieleni odleg³ego

wzgórza. Niektórzy poeci maj¹ ten dar dostrzegania i wra¿enia potrafi¹ wy-

raziæ s³owami. Munger jest ich przeciwieñstwem. Jego piórem jest obiektyw

aparatu fotograficznego i za jego pomoc¹ przenosi na papier œwiat³oczu³y to,

co widzi, a widzi tylko w czerni i szaroœci z dodatkiem bieli.

ZnaleŸli siê przy samochodzie. Kierowca trzyma³ otwarte tylne drzwiczki.

– I dlatego z takim zapamiêtaniem pracowa³ – kontynuowa³ profesor. –

Nieustannie siê doskonali³. Podobnie jak poeta, który musi siê doskonaliæ

i nieustannie uczyæ wyra¿aæ s³owami to, co pozwala mu dostrzec „wizja do-

skona³a”. Wszystko, co Munger mia³, to ponur¹ wizjê wojny.

Walter zaduma³ siê.

– I dlatego robi³ takie wspania³e wojenne zdjêcia?

– Tak – zgodzi³ siê profesor. – I dlatego nie jest pe³nym cz³owiekiem.

Walter westchn¹³ i wyci¹gn¹³ na po¿egnanie d³oñ.

– Dziêkujê panu, profesorze. Jasne jest teraz dla mnie, ¿e kluczem do

osobowoœci Mungera jest jego zmar³a matka. Mo¿e potrzebna mu terapia

szokowa. Muszê nad tym pomyœleæ.

Nardi przyj¹³ podan¹ mu rêkê, potrz¹sn¹³ ni¹ i powiedzia³ surowym g³osem:

– Wiem, ¿e to, co pan robi, musi byæ bardzo wa¿ne, ale niech pan nie

zapomina, ¿e cz³owiek, nawet niepe³ny, jest nadal istot¹ ludzk¹. Psychologia

w rêkach amatora mo¿e byæ narzêdziem niebezpiecznym i destruktywnym.

Czy ja b¹dŸ moi koledzy mo¿emy panu jeszcze w czymœ pomóc?

– Nie. W istniej¹cych okolicznoœciach muszê pracowaæ sam. – Jego g³os

brzmia³ sucho. – Poza tym w naszym biznesie wielu ludzi ulega destrukcji.

Pozostaje fakt, ¿e matka Mungera by³a ¯ydówk¹. Munger mo¿e to uznaæ lub

nie, ale fakt pozostaje faktem. Zginê³a walcz¹c za Izrael. Mo¿e mu siê to

bardzo nie podobaæ, ale chcemy mu daæ tê sam¹ szansê.

Kiedy Walter siedzia³ ju¿ w samochodzie, Nardi powiedzia³:

– Patrol?

– Co patrol?

– Po powrocie okaza³ siê impotentem. Tak w ka¿dym razie twierdzi je-

den z raportów.

background image

93

– Co z tego wynika?

– W jego urazie psychicznym musi byæ jakiœ element seksualny. Trzeba

o tym pamiêtaæ.

– Bêdê pamiêta³ – odpar³ Walter i da³ znak kierowcy, by rusza³.

6

M

ieli ich w wizjerze. Ca³¹ czwórkê. Teleobiektyw pozwala³ dostrzec na-

wet rysy twarzy.

– Ten sam zestaw co zwykle – stwierdzi³ Duff Paget. Wyprostowa³ siê

i pomasowa³ sobie kark. Spojrza³ na zegarek.

– Ch³opcy id¹ na lunch. My mo¿emy zrobiæ to samo. Przez najbli¿sze

dwie godziny nic siê nie bêdzie dzia³o.

Jerry Kimber potwierdzi³ skinieniem g³owy. Patrzy³ przez okno na budy-

nek po drugiej stronie ulicy. Widzia³ czterech mê¿czyzn wsiadaj¹cych do czar-

nego forda. Po obu stronach drzwi do budynku stali inni, trzymaj¹c w gotowo-

œci pistolety maszynowe Skorpion. Lustrowali ulicê i nieliczne pojazdy.

Jerry obróci³ siê do Duffa, który zdj¹³ z aparatu teleobiektyw i zast¹pi³

go standardowym. Nastêpnie odkrêci³ aparat od statywu, w³o¿y³ go do skó-

rzanej torby i, nie zamkniêt¹, przewiesi³ sobie przez ramiê, by byæ gotowym

do robienia zdjêæ. W tym mieœcie zawsze dzia³o siê a¿ nazbyt wiele.

– Na co mia³byœ ochotê? – spyta³ Jerry.

– Wszystko mi jedno, byle nie baranina. JedŸmy do The Smugglers na

dobry stek.

Jerry uœmiechn¹³ siê.

– Jesteœ bardzo ostro¿ny jak na obie¿yœwiata. A mo¿e masz nadziejê na-

tkn¹æ siê na Ginê Mansutti?

– Nigdy nie wiadomo. – Duff te¿ siê uœmiechn¹³. – Jest przekonana, ¿e

za³atwiê jej wywiad z Arafatem. Co za naiwnoœæ. Mo¿na oczekiwaæ, ¿e lada

chwila œci¹gnie te eleganckie butikowe d¿insy i zacznie mnie powa¿nie prze-

konywaæ, ¿ebym ugada³ Arafata. Jazda, idziemy!

Na klatce schodowej Duff nacisn¹³ guzik windy. Jerry zamkn¹³ drzwi na

potrójny zamek.

Piêtro wy¿ej Misza Wigoda, alias Melim Jaheen, tak¿e doszed³ do wnio-

sku, ¿e mo¿na na parê godzin zawiesiæ obserwacjê siedziby OWP i, podob-

nie jak Amerykanin i Kanadyjczyk, postanowi³ coœ zjeœæ w restauracji na

background image

94

rogu, gdzie mia³ swój stolik i gdzie móg³ liczyæ na ulubione danie: potrawkê

z jagniêcia. Tak siê z³o¿y³o, ¿e œci¹gn¹³ windê na kilka sekund przed Duf-

fem. Wsiad³ i nacisn¹³ guzik parteru. Winda zatrzyma³a siê jednak piêtro

ni¿ej. Gdy otwiera³y siê jej drzwi, us³ysza³ s³owa Kanadyjczyka:

– Jeszcze tylko jeden pieprzony miesi¹c i przenios¹ mnie do… – Urwa³,

gdy zobaczy³, ¿e w kabinie ktoœ jest.

Duff i Jerry skinêli przyjaŸnie Miszy. Winda ruszy³a. Misza zauwa¿y³ w pó³-

otwartej torbie jak zwykle gotowy do u¿ytku aparat fotograficzny. Widzia³

w miêdzynarodowej prasie wiele zdjêæ autorstwa tego Amerykanina. Podzi-

wia³ go bardzo. A nawet trochê mu zazdroœci³. Sam doskonale radzi³ sobie

z aparatem i by³ wysoce kwalifikowanym specjalist¹ fotografii na u¿ytek wy-

wiadu, ale w pracy Duffa dostrzega³ element, który odró¿nia artystê od rze-

mieœlnika. Pomyœla³ sobie, ¿e mo¿e któregoœ dnia bêdzie móg³ paradowaæ so-

bie z aparatem i chwytaæ ¿ycie na gor¹co, miast siedzieæ gdzieœ w k¹cie i bez

koñca fotografowaæ twarze, z których jedna na tysi¹c gdzieœ komuœ siê przyda

i coœ objawi. Misza nie tylko tego zazdroœci³ Amerykaninowi. Sam by³ niski,

³ysiej¹cy, mia³ „charakterystyczn¹” twarz, jak to okreœla³a matka, innymi s³o-

wy by³ brzydki. Natomiast Duff Paget by³ wysoki i bardzo przystojny.

Winda stanê³a na parterze, Misza grzecznie przepuœci³ towarzyszy krót-

kiej podró¿y. Duff i Jerry ruszyli przez hol i pierwsi wyszli przez otwarte

drzwi w spiekotê wczesnego popo³udnia. Misza zosta³ na stopniach i pa-

trzy³, jak obaj mê¿czyŸni id¹ w kierunku zielonego, starego i poobijanego

mercedesa zaparkowanego na rogu. Kanadyjczyk gestykulowa³ i coœ z o¿y-

wieniem mówi³. Dziêki mikrofonom, które Mosad zainstalowa³ w mieszka-

niu poni¿ej, Misza wiedzia³, ¿e lubi du¿o mówiæ. Niezbyt to dobra cecha

u agenta wywiadu. Duff potakiwa³, ale d³oñ trzyma³ pod otwart¹ klap¹ torby

na uchwycie aparatu. Profesjonalista! Misza ju¿ odwraca³ g³owê, schodz¹c

na chodnik, kiedy zza rogu wyskoczy³a z piskiem opon popielata simca.

Z otwartych okien wyziera³y czarne lufy. Zadzia³a³ instynkt: Misza rzuci³ siê

na ziemiê, siêgaj¹c jednoczeœnie po swój MAB w kaburze pod pach¹. Za-

trzyma³ d³oñ w po³owie drogi, widz¹c, ¿e nie on jest celem. Obie lufy plu³y

ju¿ ogniem w kierunku Duffa Pageta i Kanadyjczyka. W og³uszaj¹cym ter-

kocie broni maszynowej obaj padli jak œciêci. Misza rozpozna³ charaktery-

styczny dŸwiêk i zakl¹³ pod nosem.

– Uzi! Te bydlaki u¿ywaj¹ naszych Uzi! – mrukn¹³.

Popielaty samochód zwolni³. Strzelanina trwa³a trzy sekundy. Misza wie-

dzia³, ¿e w tym czasie oba pistolety maszynowe wystrzeli³y ponad siedem-

dziesi¹t pocisków. Simca znowu przyœpieszy³a. Z tylnego siedzenia dwie

twarze spogl¹da³y ciekawie za siebie. Dobry Bo¿e! Jedna z nich nale¿a³a do

kobiety! Bia³a twarz w oprawie czarnych krêconych w³osów. Misza prze-

niós³ wzrok na le¿¹cych.

background image

95

Wsparty o mur Kanadyjczyk nie dawa³ znaków ¿ycia, ale Paget siê poru-

sza³. Wykonywa³ jakieœ groteskowe ruchy. Nogi mia³ przedziwnie wykrêco-

ne, lewe ramiê strzaskane. Brakowa³o mu dolnej czêœci twarzy, wystawa³

tylko bia³y kawa³ek koœci ¿uchwowej. Ale siê porusza³, niby czerwona szmata

poci¹gana na nitkach. A w prawej rêce Misza zobaczy³ aparat wycelowany

w oddalaj¹cy siê samochód. Ten myszygene robi zdjêcia! Misza wstrzyma³

oddech. Przecie¿ on nie ¿yje! Nie mia³ prawa prze¿yæ, ale robi zdjêcia!

Misza zerwa³ siê na równe nogi, zacz¹³ biec, w g³owie czu³ zamêt. Duff

ju¿ siê nie rusza³. D³oñ z aparatem przytrzymywa³a wylewaj¹ce siê wnêtrzno-

œci. Misza pochyli³ siê nad nim, wzdrygaj¹c siê odruchowo na widok zmasa-

krowanej twarzy. Tylko oczy by³y ca³e i tli³y siê w nich ostatnie iskierki ¿ycia.

Co najmniej jeden pocisk trafi³ w jamê ustn¹. Widaæ by³o bia³¹ koœæ, resztki

zêbów, bulgoc¹c¹ krew. I s³ychaæ by³o nie jêki konaj¹cego, ale… Tak! Duff

usi³owa³ coœ powiedzieæ, wykrztusiæ s³owo. Misza jeszcze ni¿ej pochyli³ g³o-

wê. Po ulicy rozchodzi³y siê krzyki i tupot biegn¹cych ludzi oraz odleg³e wy-

cie syreny. Ucho Miszy niemal dotyka³o krwawej jamy. I us³ysza³ kilkakrotnie

powtórzone s³owo, niemal bezdŸwiêczne. Jakby „ilm… ilm… ilm…” Nagle

Misza zrozumia³. To by³ dŸwiêk z g³êbi gard³a przez usta, których nie by³o.

Umieraj¹cy nie móg³ wypowiedzieæ litery „f’. Chodzi³o mu o film. Wzrok

Miszy utkn¹³ w zaciskanym w prawej rêce aparacie fotograficznym.

Misza opanowa³ siê i zacz¹³ znów postêpowaæ jak profesjonalista. Zerk-

n¹³ na drug¹ stronê ulicy. Wartownicy przed budynkiem OWP patrzyli po-

zornie ze spokojem, ale trzymali broñ w gotowoœci. Grupka gapiów sta³a

w bezpiecznej odleg³oœci.

Pod pretekstem udzielania pomocy rannemu, uniós³ cia³o, tak aby same-

mu obróciæ siê plecami do ludzi. Wiedzia³, ¿e ma zaledwie kilka sekund. Duff

rzeczywiœcie teraz jêcza³ – by³y to przeraŸliwie chrapliwe dŸwiêki wydoby-

waj¹ce siê przez zalewaj¹c¹ krtañ krew. Misza szybkim ruchem wyrwa³ ka-

merê z martwiej¹cych palców i omal nie zwymiotowa³, kiedy na ziemiê sp³y-

nê³y  pozbawione  wsparcia  jelita.  Dysza³  ciê¿ko,  usi³uj¹c  jak  najszybciej

wykonaæ konieczn¹ robotê. Palce œlizga³y siê po umazanym we krwi apara-

cie. Przewin¹³ film, otworzy³ tyln¹ œciankê, wyj¹³ kasetê i schowa³ j¹ do

kieszeni. Zatrzasn¹³ aparat i po³o¿y³ go tam, gdzie by³ – na otwartej jamie

brzusznej. Jêki usta³y. Amerykanin skona³.

Misza wsta³ i ponownie zerkn¹³ na budynek OWP. Stra¿nicy pilnie mu

siê przygl¹dali. Na ich u¿ytek zrobi³ kilka wymownych gestów – najpierw,

¿e cz³owiek nie ¿yje, potem wzruszy³ ramionami i roz³o¿y³ rêce, sygnalizu-

j¹c, ¿e nic go to nie obchodzi, ¿e jest przypadkowym œwiadkiem tragedii.

Powoli zacz¹³ siê wycofywaæ. By³ ju¿ blisko rogu, kiedy jeden z palestyñ-

skich stra¿ników podniós³ swego Skorpiona. Misza zamar³, ale tamten tylko

poprawi³ uchwyt. Misza ruszy³ dalej. Syreny wy³y ju¿ blisko. Gdy pierwszy

background image

96

wóz policyjny pojawi³ siê u wylotu ulicy, Misza by³ ju¿ za rogiem – pêdzi³,

trzymaj¹c d³oñ pod kurtk¹, gotów utorowaæ sobie drogê seri¹ z MAB-a, gdy-

by zasz³a taka potrzeba.

Walter Blum siedzia³ za wielkim mahoniowym biurkiem, wpatruj¹c siê

w politurowany, prawie pusty blat. Blat by³ zbyt wielki. Zupe³nie niepo-

trzebnie. Ale dziêki temu on ze swoj¹ mas¹ wydawa³ siê mniejszy. Przed

godzin¹ by³ pogr¹¿ony w smutku, teraz ju¿ tylko zadumany. Przez ca³y czas

rozmyœla³ o Duffie Pagecie i jego œmierci. Utrata przyjaciela wywo³a³a smu-

tek. Zadumê i troskê o przysz³oœæ. Przed dwoma dniami, gdy dosz³a do niego

straszna wiadomoœæ, wys³a³ list kondolencyjny do Ruth. Odwiedzi³by j¹ oso-

biœcie, ale otrzyma³ telegram, ¿e Misza Wigoda ma dodatkowe informacje

dotycz¹ce œmierci Duffa i rolkê filmu. Walter wezwa³ Miszê na Cypr. Agent

Mosadu przed godzin¹ przyby³ i opisa³ dok³adnie okolicznoœci œmierci Duf-

fa. Film by³ ju¿ wywo³any, teraz robiono odbitki i powiêkszenia. Walter wy-

biera³ siê do Ruth tego wieczoru. Tymczasem jego ludzie dyskretnie obser-

wowali dom Pagetów, dziêki czemu dowiedzia³ siê, ¿e przed po³udniem Ruth

odwiedzi³ rezydent CIA z Nikozji. Gdy zastanawia³ siê nad ewentualnym

znaczeniem tej wizyty, us³ysza³ brzêczyk. Nacisn¹³ guzik interkomu i us³y-

sza³ podniecony g³os, który zawiadamia³, ¿e powiêkszenia s¹ gotowe.

Odsun¹³ fotel na naoliwionych kó³kach i wsta³. Œciana tu¿ za nim zabu-

dowana by³a pó³kami pe³nymi ksi¹¿ek. Zrobi³ parê kroków i t³ustym palcem

pchn¹³ grzbiet Davida Copperfielda tu¿ poni¿ej litery D w nazwisku Charle-

sa Dickensa. Coœ szczêknê³o, potem zamrucza³o i fragment obudowy odsu-

n¹³ siê do wewn¹trz, ods³aniaj¹c w¹ski korytarzyk wy³o¿ony boazeri¹. Id¹c

nim w kierunku obitych filcem drzwi Walter wyrzuca³ sobie owo banalne

rozwi¹zanie architektoniczne. Przecie¿ móg³ równie dobrze umieœciæ biura

swej siatki DAKTYL w zwyk³ym budynku pod przykrywk¹ jakiejœ firmy

handlowej. Skoro jednak postanowi³ byæ szpiegiem, czy arcyszpiegiem, jak

wola³ siebie nazywaæ, to niech towarzysz¹ temu i arcyefekty z Hollywoodu.

Sprawia³o mu to pewn¹ przyjemnoœæ. Otworzy³ drzwi na koñcu korytarzyka

i wszed³ do funkcjonalnie urz¹dzonej salki bez okien, jednego z pomiesz-

czeñ nadbudowy s¹siedniego budynku. Pracowa³o tu szeœciu agentów przy

obs³udze centrum ³¹cznoœci i dzia³u dokumentacji. Tu¿ obok znajdowa³a siê

sala konferencyjna i do niej w³aœnie Walter skierowa³ kroki, witaj¹c skinie-

niem g³owy agentów na s³u¿bie. W sali konferencyjnej za owalnym sto³em

siedzieli dwaj mê¿czyŸni. Jednym by³ Izaak Szapiro, nominalnie zastêpca dy-

rektora handlowego Walen Trading Cypr, a w rzeczywistoœci szef DAKTYLA

Siedem. Dawniej by³ to jego w³asny kryptonim, ale obecnie ponumerowani

agenci pierwotnej siatki DAKTYL mieli rozbudowane zespo³y. Drug¹ oso-

background image

97

b¹ by³ Misza Wigoda. Na stole le¿a³y cztery czarno-bia³e powiêkszenia roz-

miarów 20 x 30. Na dwóch by³o widaæ samochód z boku. Jecha³ zbyt szyb-

ko, by zdjêcia mog³y byæ wyraŸne, ale na wysokoœci okien widnia³o parê

bia³ych plamek. Wigoda wskaza³ na nie.

– P³omienie wylotowe. Paget wci¹¿ robi³ zdjêcia, gdy do niego strzelali.

Walter wzi¹³ do rêki trzeci¹ fotografiê. Widaæ by³o ty³ samochodu. Zdjê-

cie zrobiono z ziemi. Przez tyln¹ szybê patrz¹ dwie osoby.

Twarz m³odego mê¿czyzny, w³osy pod zawojem ulubionym przez feda-

inów OWP. I twarz kobiety o krêconych czarnych w³osach.

Misza podsun¹³ Walterowi czwarte zdjêcie. By³ to jeszcze bardziej po-

wiêkszony wycinek trzeciego. Twarz kobiety prawie naturalnej wielkoœci,

ale niewyraŸna ze wzglêdu na u¿ycie filmu o zbyt ma³ej czu³oœci. Walter

wpatrywa³ siê d³ugo w tê twarz.

Szapiro powiedzia³:

– Sprawdzaliœmy z fotografiami wszystkich znanych terrorystek OWP.

Wynik negatywny.

Walter pokrêci³ g³ow¹, odwróci³ grzbietem do góry pierwsze trzy fotogra-

fie i ob³o¿y³ nimi g³owê kobiety na czwartej tak, by zas³oniæ czarne w³osy.

– To nie jest Arabka – powiedzia³. – W³o¿y³a perukê. Bez niej nosi d³u-

gie blond w³osy. – G³os mu stê¿a³. – Lubi je te¿ upinaæ na czubku g³owy.

Zawsze jedn¹ szpilk¹. Kiedy szpilkê wyjmuje, kaskada w³osów sp³ywa jej

na plecy. To jej znak rozpoznawczy.

Szapiro by³ zdumiony, widz¹c, jak Walter z trudem hamuje gniew. Za-

wsze widzia³ swego szefa w sardonicznym humorze i lekcewa¿¹cego naj-

gorsze nawet wieœci.

– Kto to taki? – spyta³.

– Janine Lasage. Pracuje dla „l’Universe”… i SDECE.

– Po co kombinuje z OWP i dlaczego uczestniczy³a w zamachu? – wy-

rwa³ siê Misza.

Walter westchn¹³.

– Co do pierwszej czêœci pytania, to musimy siê dopiero dowiedzieæ, co

robi³a w samochodzie. Piek³o nie zna gorszej furii ni¿ przelicytowana kobie-

ta. – Zabra³ czwart¹ fotografiê.

Szapiro i Wigoda spojrzeli na siebie pytaj¹cym wzrokiem.

– Kobieta przelicytowana? Czy to Szekspir? – zapyta³ w koñcu Wigoda.

Szapiro skin¹³ g³ow¹.

– Szekspir poprawiony przez Bluma.

Walter siedzia³ rozparty na poduszkach klimatyzowanego mercedesa 600. Wóz

wspina³ siê krêt¹ drog¹ do Platres. Ka¿dego innego dnia Walter rozmawia³by

7 – Reporter

background image

98

ze swoim szoferem, Spiro, na tematy polityczne, o meczach futbolowych, pogo-

dzie lub jego rodzinie. Spiro mia³ piêciu synów i cztery córki. By³a to bardzo

ró¿norodna i fascynuj¹ca gromadka. Spiro od dwóch lat pracowa³ u Waltera

i przez pierwsze kilka miesiêcy nieustannie raczy³ go opowieœciami o wy-

czynach swoich latoroœli. Dwaj synowie poœwiêcili siê polityce, trzeci mia³

spor¹ t³oczniê win pod Limassol, czwarty odda³ siê dziennikarstwu – praco-

wa³ jako reporter w lokalnej gazecie – a pi¹ty, najm³odszy, b³yszcza³ jako

gwiazda futbolu. Z córek dwie by³y szczêœliwymi ¿onami i prowadzi³y go-

spodarstwo,  trzecia,  o  nieposkromionym  temperamencie,  poœwiêci³a  siê

karierze piosenkarki buzuki, a jej ¿ycie mi³osne by³o przedmiotem skandali-

zuj¹cych plotek, czwarta zaœ wybra³a Cypryjsk¹ Partiê Komunistyczn¹ jako

pole swego dzia³ania. Nieustannie k³óci³a siê te¿ z dwoma najstarszymi braæ-

mi, którzy znajdowali siê na przeciwleg³ym krañcu politycznego spektrum.

I w³aœnie najm³odsza by³a oczkiem w g³owie ojca. Pocz¹tkowo Walter s¹-

dzi³, ¿e Spiro po prostu fantazjuje, a w najlepszym wypadku grubo przesa-

dza. Jednak¿e po kilku miesi¹cach dosta³ zaproszenie na œlub najm³odszej

córki i z ciekawoœci poszed³. Ca³a rodzina okaza³a siê dok³adnie taka, jak

Spiro j¹ opisywa³: utalentowana, ró¿norodna, krzykliwa i bardzo mi³a. Wal-

ter by³ zdumiony, zw³aszcza ¿e wiêkszoœæ dzieci nale¿a³a do grona ludzi

bardzo zamo¿nych. Po co Spiro pracuje za piêædziesi¹t cypryjskich funtów

tygodniowo? Tyle mu bowiem p³aci³. Nastêpnego dnia po œlubie zada³ swe-

mu kierowcy to pytanie. Spiro uœmiechn¹³ siê i odpar³, ¿e po prostu lubi

prowadziæ samochód, zw³aszcza taki, jaki ma Walter. A poza tym: nigdy nie

pozwoli, by dzieci go utrzymywa³y. Ceni sw¹ niezale¿noœæ i zdolnoœæ wy-

stêpowania nadal w charakterze surowego i bezstronnego ojca.

Z tych to w³aœnie powodów Walter bardzo lubi³ starego Spiro, rozmowa

z nim sprawia³a mu przyjemnoœæ, a czasami korzysta³ nawet z jego opinii,

gdy chodzi³o o zawi³e problemy cypryjskie.

Dziœ jednak musia³ pomyœleæ, wiêc nacisn¹³ guzik, który uruchamia³

mechanizm podnosz¹cy szybê miêdzy nim a kierowc¹. Nie spogl¹da³ nawet

na piêkny krajobraz, tylko odda³ siê rozmyœlaniu.

W najbli¿szym czasie czeka³y go dwa spotkania o kapitalnym, jego zda-

niem, znaczeniu. Pierwsze z Ruth, drugie z Mungerem. Nie mia³ pojêcia, jak

Ruth odebra³a œmieræ mê¿a. By³a siln¹ kobiet¹, ale wizyta rezydenta CIA

z Nikozji mog³a powa¿nie zachwiaæ jej równowag¹ psychiczn¹. Postanowi³

byæ z ni¹ szczery. Dalsze k³amstwa czy pó³prawdy by³yby w tym wypadku

czymœ najgorszym. Pojawi³o siê tylko jedno pytanie: czy mówiæ jej o Janine

Lasage? By³by to argument pomocny w jego strategii. A mo¿e zostawiæ go

w rezerwie, na póŸniej?

Nie mia³ najmniejszych wyrzutów sumienia manipuluj¹c przyjació³mi. Lu-

bi³ postrzegaæ siebie w roli inicjatora w „wielkiej grze”. Wed³ug jego definicji,

background image

99

przyjaciele istnieli po to, by uczestniczyæ w owej „grze” w celach uznanych

przez niego za wznios³e. – A jeœli nie chcieli, to znaczy, ¿e nie byli przyjació³mi.

I wówczas mia³ tym wiêksze prawo sk³oniæ ich do kooperacji, odpowiednio

nimi manipuluj¹c. By³a to bardzo wygodna filozofia i zapewnia³a spokojny sen.

Niemniej teraz by³ bardzo niespokojny, tak jak ka¿dy agent, kiedy przy-

chodzi chwila, gdy musi siê zdekonspirowaæ. Nazywa siê to „spuszczaniem

spodni” i jest konieczne podczas werbunku potencjalnego agenta, który nie

jest motywowany pieniêdzmi. Instynkt podpowiada³ Walterowi, ¿e w przy-

padku Ruth tylko absolutna szczeroœæ stworzy szansê sk³onienia jej do wspó³-

pracy. By³a przecie¿ ¯ydówk¹ i bardzo siê przejmowa³a przysz³oœci¹ Izra-

ela. Munger to zupe³nie inna sprawa.

Spojrza³ na le¿¹c¹ na siedzeniu obok teczkê, która zawiera³a ca³¹ doku-

mentacjê Mungera oraz opiniê profesora Chaima Nardiego. Ciekawe, czy

Ruth siê zgodzi z jego interpretacj¹ i zaaprobuje taktykê, jak¹ mia³ zamiar

zastosowaæ. Przez chwilê poczu³ lekki strach, myœl¹c o czekaj¹cej go roz-

mowie z Mungerem. Tyle niewiadomych… Ten cz³owiek jest absolutnie nie-

przewidywalny. Walter instynktownie ba³ siê nieprzewidywalnych sytuacji

i ludzi. W wiêkszoœci wypadków chroni³ go maj¹tek, intelekt i stanowisko.

Ale nie tym razem. Tym razem bêdzie nie os³oniêty. No có¿, nie mia³ wybo-

ru. Koniecznie chcia³ mieæ Mungera, nawet za cenê pewnego ryzyka. Dom

Mungera by³ pod sta³¹ obserwacj¹ od ich pierwszego spotkania na hotelo-

wym tarasie. Blum wiedzia³, ¿e Munger prowadzi ¿ycie pustelnika. Raz na

tydzieñ chodzi do Phini po zakupy i spêdza trochê czasu w tawernie, rozma-

wiaj¹c z miejscowymi ludŸmi przy kawie lub szklance wina. Znacznie rza-

dziej chodzi na kolacjê do swych najbli¿szych s¹siadów. Dyskretne rozpyty-

wanie w wiosce pozwoli³o ustaliæ, ¿e Munger jest szanowany, a nawet lubiany.

Nie by³o ³atwo czegokolwiek siê o nim dowiedzieæ. Mieszkañcy wioski za-

chowywali przedziwn¹ dyskrecjê na jego temat.

Walter przypomnia³ sobie ostrze¿enie profesora na temat niebezpieczeñ-

stwa zwi¹zanego ze stosowaniem psychologii przez amatorów. Ruth nie jest

amatorem. Zapozna siê z dokumentacj¹ i udzieli Walterowi rad. Mo¿e nie

bêd¹ mia³y takiego ciê¿aru gatunkowego jak profesorskie, ale dziêki temu

mo¿e bêd¹ bardziej praktyczne.

Mercedes mija³ Mandriê. Walter na chwilê chcia³ siê odprê¿yæ i otwo-

rzy³ lodówkê. Sta³ w niej pó³misek z plastrami wêdzonego ³ososia i pieczo-

nej kury oraz pasztetu z w¹tróbek. Obok ch³odzi³a siê butelka montrachet.

Na uchwycie nad kolanami umocowa³ tackê i zaj¹³ siê powa¿nym proble-

mem jedzenia. Bêdzie ju¿ póŸno, gdy skoñczy z Ruth, a poza tym lepiej mieæ

pe³ny ¿o³¹dek przed czekaj¹c¹ go przepraw¹.

background image

100

Ruth w³aœnie przycina³a ró¿e w ogrodzie, gdy mercedes Waltera zaje-

cha³ przed dom. Poprzedniego wieczoru pada³ deszcz, tote¿ w³o¿y³a jaskra-

wo¿ó³te d³ugie kalosze. W³osy uczesa³a w koñski ogon i kiedy tak sta³a po-

chylona nad krzewami, Walter pomyœla³, ¿e emocjonalne prze¿ycia minionych

miesiêcy i ostatnich dni nie uszczknê³y nic z jej urody.

– Nalej sobie drinka! – zawo³a³a. – Zaraz przyjdê.

– Dopiero co pi³em montrachet – odpar³. – By³oby ¿al psuæ taki bukiet

czymkolwiek innym.

Uœmiechnê³a siê i Walter odetchn¹³ z ulg¹, gdy¿ potwierdza³o to pierw-

sze wra¿enie co do jej pogody ducha.

– W lodówce jest jeszcze jedna butelka montrachet z przes³anej przez

ciebie skrzynki. Wyjmij j¹, ale nie wypij ca³ej, nim ja do³¹czê.

Poszed³ do kuchni, znalaz³ wino, odkorkowa³ butelkê, wyszuka³ dwa kie-

liszki i wszystko zaniós³ do saloniku… Ruth w³aœnie œci¹ga³a ¿ó³te kalosze.

– Zostañmy na patio – zaproponowa³a – i popatrzmy na zachód s³oñca.

Zabra³ wino i kieliszki, postawi³ na stoliku i opad³ na trzeszcz¹cy wikli-

nowy fotel. Ruth usiad³a naprzeciwko, stopy w lekkich sanda³ach po³o¿y³a

na wolnym fotelu. Nie jest wcale spiêta, pomyœla³ Walter. Nala³ do kielisz-

ków wina. Zaczêli popijaæ, spogl¹daj¹c na siebie w milczeniu.

– Jest mi niezmiernie przykro, Ruth – odezwa³ siê wreszcie Walter w oba-

wie, ¿e cisza zacznie ich krêpowaæ.

– Wiem, ¿e siê lubiliœcie – odpar³a.

Kolejna chwila ciszy.

– Wszystko w porz¹dku? Potrzebna ci jakaœ pomoc? – spyta³.

Zaœmia³a siê. Ironicznie, gorzko.

– Nie, Walterze. Wszystkie moje ziemskie potrzeby s¹ zaspokojone. Mam

ubezpieczenie Duffa. Tantiemy z jego ksi¹¿ki i emerytura… od rz¹du Sta-

nów Zjednoczonych.

Podniós³ brwi. Ruth zaœmia³a siê raz jeszcze. Okropny œmiech. Przeszy³

go dreszcz. Upi³a trochê wina i powiedzia³a:

– Duff by³ szpiegiem. Od dawna. Jeszcze przed naszym ma³¿eñstwem. –

Spojrza³a na Waltera, oczekuj¹c jakiejœ reakcji. Nie widz¹c ¿adnej, kontynu-

owa³a: – Z³o¿y³ mi wizytê mi³y pan z ambasady. By³ nieco zdziwiony, ¿e

Duff mi nigdy nie powiedzia³. Z pocz¹tku mu nie wierzy³am. To by³o nie-

prawdopodobne. Jak¿e mo¿na byæ czyj¹œ ¿on¹ przez blisko dziesiêæ lat i o tym

nie wiedzieæ? To ohydne ze strony Duffa… nic mi nie powiedzieæ. – Znów

oczekiwa³a reakcji, ale Walter najspokojniej popija³ wino, wpatruj¹c siê w ni¹

powa¿nym wzrokiem.

– To ohydne! – wysycza³a. – Myœla³am, ¿e takie s¹ przepisy, ¿e ¿onom

nie wolno wiedzieæ, ale ten cz³owiek wyjaœni³ mi, ¿e to sprawa decyzji agen-

ta. No i Duff zdecydowa³: nie powiedzia³ mi. – Odwróci³a wzrok na dolinê.

background image

101

– Op³akiwa³am go, Walterze! Zapomnia³am o wszystkich jego s³abo-

œciach i wadach, o jego k³amstwach i zdradach. Pamiêta³am tylko szczêœliwe

chwile. By³am gotowa nawet uwierzyæ, ¿e mnie naprawdê kocha³. I tylko

mnie. W mojej wyobraŸni widzia³am ten okropny obraz: le¿y martwy w pyle

ulicy. Zabity, poniewa¿ robi³ to, za co mu p³acono. ¯e robi³ to, w czym by³

dobry. A potem przyszed³ ten cz³owiek i w swoim biurokratycznym ¿argonie

obwieœci³, ¿e Duff by³ szpiegiem. I to powa¿nym agentem z parunastoma

pochwa³ami wpisanymi do tajnych akt personalnych. Da³ mi jakieœ papiery

do podpisania i powiedzia³, ¿e otrzymam list z kondolencjami od dyrektora

CIA, i ¿e Duff zosta³ zabity podczas wykonywania obowi¹zków, oraz ¿e by³

bohaterem i wielkim patriot¹.

Wróci³a spojrzeniem do Waltera.

– Zw³oki odwieziono do Stanów, pogrzeb ma byæ bardzo uroczysty. Ko-

ledzy i przyjaciele. Obecny bêdzie sam dyrektor CIA. Ja nie pojadê, Walte-

rze. Za ¿ycia nale¿a³ ju¿ do nich, mog¹ go sobie zatrzymaæ i po œmierci.

Walter nape³ni³ jej kieliszek:

– Co zamierzasz teraz zrobiæ?

Spojrza³a na niego zdziwiona.

– Nie wydajesz siê tym zaskoczony?

– Nie, Ruth. Od wielu lat wiedzia³em, ¿e Duff jest szpiegiem.

Wyprostowa³a siê i otworzy³a usta ze zdumienia.

– Duff ci powiedzia³? Powiedzia³ tobie, a nie pisn¹³ s³owa mnie?

– Nigdy mi niczego nie powiedzia³.

– No to sk¹d wiedzia³eœ?

– Bo i ja jestem szpiegiem. Od ponad dwudziestu lat.

Jej twarz przybra³a niemal komiczny wyraz os³upienia.

– Ty, Walterze? Te¿ pracujesz dla CIA?

– Nie. Dla Izraela. Dla Mosadu. – Uœmiechn¹³ siê.

Gwa³townie odstawi³a kieliszek. Trochê wina prysnê³o na stó³. Wsta³a

odsuwaj¹c fotel i posz³a na skraj tarasu. Przez kilka minut sta³a tak, potem

obróci³a siê ku Walterowi z uœmiechem na twarzy. By³ to mi³y uœmiech, bez

¿alu czy ironii.

– Powiedzia³eœ mi o tym. A on nigdy mi nie powiedzia³. Musi w tym

tkwiæ jakiœ mora³.

– Mora³ jest taki, ¿e w pewnym sensie wiêcej mi na tobie zale¿y ni¿

Duffowi.

Przechyli³a g³owê i obrzuci³a go pytaj¹cym spojrzeniem.

– Chcesz mi powiedzieæ, ¿e mnie kochasz?

Krótko siê zaœmia³ i odpar³:

– Oczywiœcie, ¿e ciê kocham, ale to jest tak œmieszne, ¿e wiêcej nie

bêdziemy o tym mówiæ. Obiecujê, ¿e nie bêdê ciê tym wprawia³ w zak³opotanie,

background image

102

a ty obiecaj, ¿e nie bêdziesz siê ze mnie œmia³a. I nie dlatego ci powiedzia³em,

¿e jestem szpiegiem. A teraz odpowiedz na moje pytanie: jakie masz plany?

Powróci³a do sto³u, usiad³a i wybuchnê³a œmiechem. By³a wyraŸnie roz-

bawiona.

– Och, Walter! Ty szpiegiem? Wiem dobrze, ¿e mnie kochasz. Kobieta

zawsze to wie. Ale mówienie, ¿e jesteœ szpiegiem! To jest œmieszne i nie-

prawdopodobne.  Do  Duffa  pasowa³o  szpiegowanie,  mia³  to  w  naturze…

Nawet jego aparycja. Ale ty, Walterze?! Chcê powiedzieæ, ¿e jesteœ ostatni¹

osob¹, któr¹ mog³abym o coœ podobnego podejrzewaæ.

Na ustach Waltera pojawi³ siê pe³en wyrozumienia uœmiech.

– Bardzo mi schlebia to, co powiedzia³aœ. ¯aden szpieg nie chce wygl¹daæ

na szpiega. A poza tym: nie jest moj¹ rol¹ skradaæ siê noc¹ w obuwiu na gumo-

wych podeszwach. Nie œledzê ludzi na ulicy, nigdzie siê nie w³amujê, by wy-

kraœæ dokumenty, i nie podk³adam bomb. Kierujê powa¿n¹ siatk¹ szpiegowsk¹.

W zestawieniu z Walterem owo nocne skradanie siê i podk³adanie bomb

wywo³a³o kolejny uœmiech na jej twarzy. Spowa¿nia³a jednak szybko i spyta³a:

– Dlaczego mi wiêc o tym nie opowiesz, Walterze? Skoro powiedzia³eœ

tyle, powiedz resztê. Mam ju¿ doœæ karmienia strzêpami informacji.

I powiedzia³ jej. Nie wszystko, ale wiele – zgodnie z jego strategi¹, za-

cz¹³ od najwczeœniejszych dni. Od spotkania z genera³em Dajanem, o Isse-

rze Harelu i generale Hoftim. Opowiedzia³ o siatce i o tym, co zdo³a³a zdzia-

³aæ. Mówi³ przez ponad godzinê, a Ruth by³a tak zas³uchana, ¿e nawet nie

spostrzeg³a, i¿ s³oñce zasz³o, a czerwonawy b³êkit nieba zamieni³ siê w czerñ.

Wsta³a, by zapaliæ œwiat³a i przynieœæ now¹ butelkê wina.

– To wszystko jest zupe³nie fascynuj¹ce – przyzna³a. – Podkreœla twój

charakter, nadaje mu nowy kszta³t… zawsze widzia³am w tobie tylko boga-

tego i ekstrawaganckiego bon vivant… Nie chcê przez to nic z³ego powie-

dzie慠By³eœ dobrym przyjacielem, szczodrym… ale w zasadzie cz³owie-

kiem zainteresowanym wy³¹cznie robieniem pieniêdzy i u¿ywaniem ¿ycia…

Teraz postrzegam ciê zupe³nie inaczej. To wspania³e, co robisz. Twoje ¿ycie

ma g³êboki sens… – Uderzy³a j¹ nagle myœl. – Czy powiedzia³byœ o tym

¿onie, gdybyœ by³ ¿onaty?

– Oczywiœcie. Pracowa³aby ze mn¹. Dzieli³a triumfy i rozterki. Wierzy-

³aby w to, co i ja.

Skinê³a g³ow¹.

– Przecie¿ i ja mog³am dzieliæ to z Duffem. Wszystko u³o¿y³oby siê ina-

czej. To by nas zwi¹za³o.

– Mo¿e siê obawia³, ¿e nie zaaprobujesz… – podsun¹³, chc¹c z³agodziæ

jej ¿al.

– Nie. No, mo¿e z samego pocz¹tku. Mogê zrozumieæ jego pocz¹tkowe

opory. Spodziewa³am siê ¿ycia osiad³ego, rodzinnego, bezpiecznego. Ale

background image

103

póŸniej akceptowa³am je takim, jakim by³o. Przecie¿ ju¿ jego oficjalny za-

wód by³ wystarczaj¹co niebezpieczny. I przysta³am na takie ¿ycie. Nie, Wal-

terze! Jemu chodzi³o o coœ innego. On siê lubowa³ w tajemnicach i sekre-

tach. Tak¹ mia³ naturê.

Po pewnym czasie zada³a pytanie:

– Wiêc czego ¿¹dasz ode mnie?

– Najpierw ty odpowiedz na moje pytanie. Jakie masz plany? Co z Gide-

onem?

– Dzwoni³. Chcia³ natychmiast przylecieæ. Zamierza³ prosiæ o okolicz-

noœciowy urlop w sprawach rodzinnych. – Spojrza³a z ukosa na Waltera. –

Rodzinny urlop z powodu œmierci Duffa! Powiedzia³am mu, ¿eby siê wstrzy-

ma³. Wówczas jeszcze zamierza³am lecieæ do Stanów na pogrzeb. Powie-

dzia³am mu, ¿e muszê wszystko przemyœleæ.

– Wyjdziesz za niego?

– Jeœli tego bêdzie chcia³… i mo¿e ja te¿. Ale chcê odczekaæ przynaj-

mniej rok. Pod tym wzglêdem jestem tradycyjna.

Walter odczu³ wielk¹ ulgê, chocia¿ niczego po sobie nie pokaza³.

– A przez ten rok? – zapyta³.

– Zostanê na Cyprze. Mam tu przyjació³. Polubi³am pracê w sierociñcu

i poza tym… – uœmiechnê³a siê blado – jestem niezale¿na finansowo.

– Doskonale. – Walter dŸwign¹³ siê, poszed³ do salonu i po chwili wróci³

z teczk¹. Po³o¿y³ j¹ na stole, otworzy³, wyj¹³ z niej dwa grube pliki w ¿ó³tych

ok³adkach i poda³ Ruth.

– Potrzebujê twojej opinii. Czy by³abyœ ³askawa przeczytaæ te dwa zbio-

ry dokumentów? Ten grubszy najpierw. Wracam teraz do Forest Peak. Jutro

przyœlê po ciebie samochód o ósmej trzydzieœci. Zjemy razem kolacjê i po-

rozmawiamy.

Otworzy³a pierwsz¹ ok³adkê. Na stronie by³y tylko dwa s³owa: DAVID

MUNGER.

– Czy on te¿ jest szpiegiem? – spyta³a cicho.

– Nie. Ale przy odrobinie pomocy mo¿e nim zostaæ.

Podzielili siê potê¿nych rozmiarów chateaubriandem. Walter zjad³ czte-

ry pi¹te, Ruth resztê. Siedzieli w samym k¹cie pustej restauracji i w czasie

posi³ku niewiele rozmawiali. Walter mia³ na sobie zielon¹ sportow¹ mary-

narkê i tego samego koloru krawat do blado¿ó³tej koszuli, za któr¹ wepchn¹³

róg zielonej serwetki. Ruth w³o¿y³a na ten wieczór prost¹ czarn¹ sukniê bez

dekoltu. W³osy upiê³a wysoko, a na z³otym ³añcuszku na szyi b³yszcza³a

Gwiazda Dawida. Przy oddalonym stoliku siedzia³y dwie jej znajome – spo-

rej tuszy emerytowane Angielki – i przygl¹da³y siê z dezaprobat¹. Najpierw

background image

104

dobieg³y do nich plotki, ¿e Ruth nie ma zamiaru polecieæ do Stanów na po-

grzeb mê¿a, a teraz oto widz¹ j¹ w restauracji, zabawiaj¹c¹ siê, nim jeszcze

ostyg³ zmar³y. Ponadto w towarzystwie cz³owieka, o którym wiadomo, ¿e

utrzymuje stosunki z kobietami lekkich obyczajów i którego skandaliczne

prowadzenie siê by³o ogólnie znane. Obie damy szepta³y do siebie w œwiê-

toszkowatej ekstazie.

– Deser? – spyta³ Walter, prze³kn¹wszy ostatni kawa³ek polêdwicy.

– Nie, dziêkujê. Ty jedz, a ja podzielê siê z tob¹ opini¹ na temat zadanej

mi lektury.

Skinieniem palca Walter przywo³a³ kelnera, który poœpieszy³ z wózkiem

pe³nym s³odkoœci i, o nic nie pytaj¹c, postawi³ przed Walterem talerz z po-

³ówk¹ cytrynowego placka.

Kiedy kelner odszed³, Ruth zaczê³a mówiæ. W zasadzie zgadza siê z anali-

z¹ profesora Nardiego. Powiedzia³a to nieœmia³o, gdzie jej bowiem do takiej

s³awy jak Nardi i ona nie ma prawa do zgadzania siê czy niezgadzania. Z dru-

giej strony ma tê przewagê nad Nardim, ¿e zna³a i wielokrotnie obserwowa³a

Mungera. Teraz dopiero wiele zauwa¿onych przez ni¹ szczegó³ów jego zacho-

wania nabra³o znaczenia i daje siê wyt³umaczyæ. Podziela³a opiniê, ¿e porzu-

cenie Mungera przez matkê mia³o ogromny wp³yw na ukszta³towanie charak-

teru Davida. Jeœli idzie o powody jego nag³ego za³amania i wycofania siê

z zawodu, to zrozumieæ je bêdzie mo¿na dopiero po uzyskaniu informacji na

temat wydarzeñ maj¹cych miejsce podczas ostatniego patrolu Si³ Specjalnych.

Na zakoñczenie zada³a Walterowi pytanie, jakie ma plany wobec Mungera.

Gdy skoñczy³ cytrynowy placek, raz jeszcze rzuci³ ³akomym wzrokiem

na wózek z deserami, g³êboko westchn¹³, daj¹c jednak¿e znak kelnerowi, ¿e

nie weŸmie wiêcej, i przyst¹pi³ do wyjaœniania Ruth obecnej misji oraz trud-

noœci zwi¹zanych z umieszczeniem w Iraku agentów. S³ucha³a uwa¿nie, ro-

bi¹c nawet kilka istotnych uwag na temat niebezpieczeñstwa proliferacji

nuklearnej w ogóle, a dla Izraela w szczególnoœci. Ruth by³a inteligentna,

zna³a œwiat i potrafi³a obserwowaæ. Walter zacz¹³ siê jej zwierzaæ ze swoich

w¹tpliwoœci i obaw. Kilkakrotnie powraca³a do myœli, ¿e gdyby Duff postê-

powa³ podobnie jak teraz Walter, to ich ¿ycie wygl¹da³oby zupe³nie inaczej.

Wreszcie Walter zacz¹³ mówiæ o Mungerze i o tym, ¿e jest przekonany,

i¿ w³aœnie ten jeden cz³owiek jest niezbêdny do rozwi¹zania g³ównego pro-

blemu. CIA nie przypadkiem trafi³a na Duffa. Wojenny reporter to idealna

przykrywka. Munger, chocia¿ od lat ju¿ nie pracowa³, cieszy³ siê nie spla-

mion¹ reputacj¹. Wiedziano, ¿e jest ca³kowicie apolityczny. Z pewnoœci¹

pozosta³y mu te¿ liczne kontakty.

– Jak bêdziesz próbowa³ go sk³oniæ? – spyta³a.

– Wykorzystam matkê. By³a ¯ydówk¹. To znaczy, ¿e Munger te¿ jest

¯ydem. Czy chce czy nie.

background image

105

Opowiedzia³, jak ma zamiar podejœæ Mungera podczas rozmowy nastêp-

nego dnia po po³udniu. Formu³owa³ nawet zdania i okreœlenia, jakich zamie-

rza u¿yæ. Ruth wszystkiego wys³ucha³a, a potem stwierdzi³a:

– To zbyt ryzykowne. Chcesz zastosowaæ terapiê szokow¹. Mo¿esz go

wepchn¹æ jeszcze g³êbiej w tê jamê, jak¹ sobie sam wygrzeba³.

Walter roz³o¿y³ bezradnie rêce.

– No to co mam robiæ? Munger ma skórê grubsz¹ ni¿ nosoro¿ec. Jak j¹

przebiæ? Matka by³a jedyn¹ osob¹, której pozwoli³ siê zbli¿yæ, która wywo-

³ywa³a w nim jakieœ g³êbsze uczucia. Poza tym zawsze trzyma³ siê od wszyst-

kich z daleka. Nie zbli¿a³ siê do nikogo, nie przyjaŸni³ z nikim, chyba ¿e by³a

mu potrzebna pomoc w pracy.

Ruth powstrzyma³a go rêk¹, po czym siêgnê³a po torebkê.

– To chyba niezupe³nie tak. Nie rozumiem jeszcze wszystkiego, ale wy-

daje mi siê, ¿e na coœ trafi³am. Na coœ bardzo ciekawego. – Wyjê³a z torebki

karteczkê. Bardzo star¹, a¿ pociemnia³¹ w miejscach z³o¿enia.

– Przegl¹da³am rzeczy Duffa – ci¹gnê³a. – Znalaz³am wœród nich teczkê

z osobistymi dokumentami. Istnia³a miêdzy nami umowa, ¿e nigdy do niej

nie zajrzê, podobnie jak on nie zajrzy do pewnych moich rzeczy. No có¿, po

jego œmierci uzna³am, ¿e umowa ju¿ nie obowi¹zuje. Myœla³am, ¿e bêdê

musia³a przeci¹æ skórê, gdy¿ zamek by³ cyfrowy. Ale spróbowa³am jako kodu

daty jego urodzenia. – Uœmiechnê³a siê s³abiutko. – Niezbyt to profesjonal-

ne jak na szpiega, prawda? Otworzy³am zamek. W œrodku znalaz³am wiele

listów od by³ych i obecnych kochanek, testament sprzed wielu lat i trochê

papierów, które odda³am temu cz³owiekowi z ambasady. No i tê kartkê.

Poda³a j¹ Walterowi, ten uj¹³ papier delikatnie i, powstrzymuj¹c uœmiech,

umieœci³ monokl w lewym oku. Po raz pierwszy widzia³a Waltera z mono-

klem, rzeczywiœcie mo¿na by³o pêkn¹æ ze œmiechu. Walter czyta³ g³oœno:

Nie mam pojêcia, jak panu dziœ posz³o, ale ja narobi³em wiêcej zdjêæ, ni¿

jest mi potrzeba. Mo¿e siê panu przydadz¹. Nasz ma³y prywatny sekret. Jeœli

chodzi o powód, to jest bardzo prosty: jestem wdziêczny, ¿e celowa³ pan

w moje odbicie w lustrze, a nie we mnie. D. M.

Walter od³o¿y³ kartkê na stó³. Grymas wykrzywi³ mu twarz. Monokl

wypad³ i zawis³ na jedwabnym sznureczku.

– O co tutaj chodzi? – spyta³.

Ruth ponownie przeczyta³a s³owa:

– Jestem wdziêczny, ¿e celowa³ pan w odbicie. Chyba wiem, czego to

dotyczy. Duff by³ bardzo przygnêbiony. Pracowa³ w Wietnamie zaledwie

dwa miesi¹ce, ale uwa¿a³, ¿e to a¿ dwa miesi¹ce, a on nie ma ¿adnych spek-

takularnych zdjêæ. Bardzo z tego powodu cierpia³. No i podobno w barze

w Sajgonie, podczas jakiegoœ bankietu, wœciek³ siê i cisn¹³ szklank¹ w lustro

za lad¹ barow¹. Opowiedzia³a mi to tak zwana ¿yczliwa osoba. Pyta³am potem

background image

106

Duffa, ale mnie zby³, mówi¹c, ¿e to pijacki wybryk i nie ma o czym mówiæ.

– Podnios³a twarz ku Walterowi. – Ale ja obliczy³am… To siê wydarzy³o

dok³adnie dwa dni przed wys³aniem przez Duffa jednych z jego najlepszych

wietnamskich zdjêæ…

– I twoim zdaniem to by³y zdjêcia Mungera?

Zamiast odpowiedzi wskaza³a na kartkê.

– Naprawdê s¹dzisz, ¿e Duff móg³by coœ takiego zrobiæ? – Walter by³

szczerze zdumiony.

D³ugo myœla³a, nim zdoby³a siê na odpowiedŸ:

– Wówczas nigdy bym w to nie uwierzy³a. Ale po tylu latach jestem

pewna, ¿e by³ do tego zdolny i piêknie siê wobec samego siebie rozgrzeszy³.

Jestem pewna, ¿e tylko raz to zrobi³. Znam prawie wszystkie jego póŸniejsze

wojenne zdjêcia i wiem, ¿e sam je robi³. Potrzebny mu by³ pierwszy impuls,

¿eby ruszyæ z miejsca. I otrzyma³ go od Mungera. Czy by³ to odruch Munge-

ra, czy przemyœlana decyzja, niewa¿ne. Istotne jest to, ¿e tak nie post¹pi³by

egoista, którego nie obchodz¹ inni.

Walter pochyli³ siê nad listem Mungera i pulchnymi palcami wyg³adza³

zagiêcia, jakby tym sposobem chcia³ wymacaæ dodatkowe informacje.

– To by t³umaczy³o obsesjê Duffa na temat aparatu Mungera i uczestni-

czenie w licytacji.

– Tak – odpar³a Ruth. – Nienawidzi³am tego aparatu. Kosztowa³ mnie

bransoletkê. Nawet chcia³am go wyrzuciæ. Nie mog³am jednak zdobyæ siê na

to. Wczoraj, po znalezieniu tej kartki, wyjê³am aparat spod klosza i oczyœci-

³am. Sama nie wiem, dlaczego… – Uœmiechnê³a siê blado.

Walter przesta³ wyg³adzaæ list i z³o¿y³ go wzd³u¿ zagiêæ.

– Po¿yczysz mi to? Obiecujê zwróciæ.

– Oczywiœcie. Mo¿esz sobie nawet zatrzymaæ. Poka¿esz to Mungerowi?

– To zale¿y od tego, jak pójdzie rozmowa. A teraz kawa i likier! Powiem

ci, w czym bêdziesz mi mog³a pomóc. Jeœli jutro mi siê powiedzie.

Przeszli wiêc do hotelowego salonu, ¿egnani pe³nymi dezaprobaty spoj-

rzeniami obu starszych Angielek. Przez nastêpn¹ godzinê Walter wyjaœnia³,

czego oczekuje od Ruth. S³ucha³a najpierw nieco rozbawiona, potem oburzo-

na, a wreszcie rozsierdzona. Walter bezczelnie ni¹ manipulowa³. Jak¿e móg³

twierdziæ, ¿e j¹ kocha, a po paru godzinach próbowaæ tak j¹ wykorzystaæ?

Nie  czu³  siê  wcale  winny,  nie  okaza³ te¿  najmniejszej  skruchy.  Tego

wymaga jego praca. Zagro¿ona jest przysz³oœæ Izraela. I ten fakt by³ wa¿-

niejszy ni¿ jakiekolwiek wzglêdy osobiste. Ruth jest ¯ydówk¹, a zbieg przy-

krych okolicznoœci spowodowa³, ¿e jest obecnie wolna, ma czas i mo¿e mu

pomóc, zostaj¹c jedn¹ z jego agentek.

Chwilami Ruth myœla³a, ¿e to wszystko z³y sen. Wydarzenia minionych

paru dni zupe³nie j¹ oszo³omi³y odbieraj¹c zdolnoœæ jasnego myœlenia. I teraz

background image

107

ta krzykliwie wystrojona góra t³uszczu bezczelnie wci¹ga j¹ do swojej siatki

szpiegowskiej i w szczegó³ach wyznacza dziwaczne zadanie. I robi to tak

bezceremonialnie, jakby chodzi³o o rzecz naturaln¹ i prost¹. A mo¿e tak¹

jest? Oburzenie powoli ustêpowa³o, ale nadal nie mog³a zdobyæ siê na jasn¹

odpowiedŸ. M¹ci³o siê jej w g³owie od zbyt wielu przeró¿nych myœli. I nie-

zale¿nie od nich nie dawa³a spokoju sprawa osobista: Gideon Galili. A jeœli

go rzeczywiœcie kocha i bêdzie chcia³a u jego boku rozpocz¹æ nowe ¿ycie?

Walter by³ optymist¹. Przecie¿ sama zdecydowa³a, ¿e poczeka rok, nim

podejmie decyzjê co do ¿ycia z Gideonem. Przez ten rok mog³aby oddaæ

wielkie us³ugi Izraelowi. Nic by na tym nie straci³a. Gideon poczeka. W to

nie w¹tpi³a.

To, co Walter proponowa³, by³o nieuczciwe, z³e. Ale mo¿liwe do spe³-

nienia. Bêdzie musia³a dobrze wszystko przemyœleæ. Ma czas. Walter powi-

nien najpierw porozmawiaæ z Mungerem.

7

G

dy Walter pad³ na ziemiê, udawa³, ¿e straci³ przytomnoœæ. Najboleœniej

uderzy³ prawym poœladkiem. Po dwóch kolejnych ciosach mia³ odrêtwia³¹

szczêkê. Le¿a³ nieruchomo, z zamkniêtymi oczami, po g³owie hasa³y mu

przedziwne doznania. S³ysza³ g³oœny, urywany oddech Mungera, nie z wy-

si³ku, ale z wœciek³oœci. Po raz pierwszy w ¿yciu ktoœ œmia³ uderzyæ Waltera.

Bardzo mu siê to nie podoba³o. Dominuj¹cym uczuciem by³ strach. Przed

pierwszym ciosem ujrza³ w oczach Mungera ¿¹dzê krwi. Oczy mu dos³ow-

nie poczerwienia³y.

Zacz¹³ myœleæ racjonalnie. Wiedzia³, ¿e ociera siê o œmieræ. W wyobraŸ-

ni widzia³ ptasi¹ twarz profesora, który go ostrzega³ przed amatorskim sto-

sowaniem zasad psychologii.

Le¿a³ bez ruchu przez d³ugi czas. Stara³ siê nie drgn¹æ. Oddech Mungera

uspokaja³ siê powoli. Walter us³ysza³ ciche st¹panie. Otworzy³ w panice oczy

i zobaczy³ nad sob¹ Mungera z dzbankiem. Po chwili poczu³ strumieñ zim-

nej wody.

– Wstawaj! – rozkaza³ Munger.

Blum nie mia³ zamiaru wstawaæ. Skuli³ siê i odczo³ga³ w k¹t.

– Wstawaj, cz³owieku, bo ciê zabijꠖ powiedzia³ beznamiêtnym g³osem

Munger. W³aœnie ta beznamiêtnoœæ œmiertelnie przerazi³a Waltera. Podpar³

siê plecami o œcianê i usi³owa³ wstaæ. Ju¿ prawie sta³, kiedy prawa noga na

chwilê odmówi³a mu pos³uszeñstwa. Z olbrzymim wysi³kiem utrzyma³ siê

background image

108

na lewej. Po chwili jednak rêkami wspar³ siê na stole i podniós³ siê. Munger

zmru¿y³ oczy. Blum oceni³ dystans dziel¹cy go od drzwi i z jêkiem pokona³

go, gin¹c w pó³mroku. Przy samochodzie na drodze sta³ Spiro. Podbieg³,

widz¹c, ¿e Walter siê zatacza. Mimo swych lat wci¹¿ by³ silny. Obj¹³ go

ramieniem, podprowadzi³ kuœtykaj¹cego do wozu i nadludzkim wysi³kiem

u³o¿y³ na tylnym siedzeniu. Chcia³ natychmiast wracaæ do Limassol i popro-

siæ paru „przyjaci󳔠o dokonanie aktu zemsty, ale Walter sucho nakaza³

jechaæ do domu pani Paget.

Dwie godziny póŸniej le¿a³ w jej domu na kanapie w salonie i popija³

koniak. Dopiero co wyszed³ lekarz, który stwierdzi³, ¿e nic nie jest z³amane,

¿aden organ nie jest uszkodzony, s¹ tylko ogólne podrapania i siniaki. I do-

da³, ¿e obfite kszta³ty pacjenta zamortyzowa³y ciosy i upadek. Walter wpa-

trywa³ siê w lekarza zbola³ym wzrokiem, jakby rozczarowany tak uspokaja-

j¹c¹ diagnoz¹. Po wyjœciu doktora Ruth, pocz¹tkowo bardzo przejêta, z trudem

ukrywa³a rozbawienie. Przysunê³a do kanapy fotel, usiad³a i wpatrywa³a siê

w nieoczekiwanego goœcia.

Krzywi¹c siê z bólu czy te¿ z powodu ca³ego wydarzenia, odstawi³ kieli-

szek, g³êboko westchn¹³ i stwierdzi³:

– Jesteœ zbyt inteligentna i szlachetna, by wypowiedzieæ narzucaj¹ce ci

siê s³owa: A nie mówi³am?

– Co siê sta³o? – spyta³a z uœmiechem.

Opowiedzia³ jej. Z pocz¹tku wszystko sz³o dobrze. Munger by³ tylko

zdziwiony. I choæ niezbyt zadowolony z wizyty, wpuœci³ Waltera do œrodka.

Blum wyjaœni³, ¿e by³ w Platres, dowiedzia³ siê o œmierci Duffa i postanowi³

powiadomiæ o tym Mungera. Anglik pokiwa³ g³ow¹ i wymamrota³ coœ na

temat, ¿e jest mu bardzo przykro. Duff by³ bardzo dobrym fotografem. Na-

stêpnie da³ do zrozumienia, ¿e wizyta jest skoñczona. Walter nie ruszy³ siê

z miejsca, tylko spyta³, czy Munger zamierza wróciæ kiedykolwiek do daw-

nej pracy. Munger wzruszy³ ramionami i odpar³, ¿e to jego sprawa. Nie wia-

domo dlaczego, Walter uzna³ to za zachêtê do dalszej rozmowy i nie zwleka-

j¹c wyzna³, ¿e jest izraelskim agentem. Zaraz potem spyta³, czy Munger nie

zechcia³by dla niego pracowaæ, wznawiaj¹c wykonywanie zawodu reportera

wojennego i wykorzystuj¹c go jako przykrywkê.

Propozycja  najwyraŸniej  oszo³omi³a  Mungera  i  przez  dziesiêæ  minut

milcza³. Czas ten Walter wykorzysta³ na zachwalanie swojej oferty. Wyja-

œni³ Mungerowi sytuacjê polityczn¹ wynikaj¹c¹ z irackiego programu broni

nuklearnej. Napomkn¹³, jak trudno umieœciæ agenta w Iraku. Mówi³ o Duf-

fie, opisa³, jak zgin¹³ i dlaczego. Wyci¹gn¹³ z kieszeni star¹ kartkꠖ list

Mungera do Duffa – i po³o¿y³ na stole. Przygl¹da³ siê Mungerowi, gdy ten

background image

109

czyta³  niegdyœ  skreœlone  przez  siebie  s³owa.  Na  chwilê  coœ  siê  pojawi³o

w oczach Mungera. Potem Walter zacz¹³ mówiæ o Ruth. Wspomnia³, ¿e ma

aparat Mungera i chêtnie mu go odda.

Munger podniós³ wreszcie g³owê i, patrz¹c Walterowi g³êboko w oczy, spy-

ta³, co on ma z tym wszystkim wspólnego. Zaskoczy³ Waltera tym pytaniem.

Munger powinien by³ ju¿ zrozumieæ. Walter zastanowi³ siê chwilê i powiedzia³:

– Mo¿e pan wiele pomóc. Wa¿¹ siê losy Izraela. I los wszystkich ¯ydów.

– Pieprzê ¯ydów – odpar³ Munger.

Walter pochyli³ siê ku niemu i spyta³:

– Swoj¹ matkê te¿?

– I wtedy mnie uderzy³ – powiedzia³ Walter do Ruth.

– Wcale mu siê nie dziwiê – odpar³a.

Prychn¹³ ze z³oœci.

– Nie da³ mi szansy rozwiniêcia tematu. Zagrozi³, ¿e mnie zabije, jeœli sobie

nie pójdê. I mówi³ powa¿nie. – Usiad³, podniós³ kieliszek i opró¿ni³ go do dna.

– A tak przy okazji. Minionej nocy prawie nie spa³am. Rozmyœla³am

o tym, co mi powiedzia³eœ i czego ode mnie ¿¹da³eœ. Na szczêœcie reakcja

Mungera czyni mój udzia³ zbêdnym. Ale i tak zdecydowa³am, ¿e siê tego nie

podejmê. Nie umiem k³amaæ. To nie le¿y w moim charakterze. Czasami na-

wet tego ¿a³ujê, ¿ycie by³oby ³atwiejsze…

Westchn¹³.

– Bardzo nieudana wyprawa. Liczy³em na zwerbowanie dwóch agen-

tów, a upolowa³em dwie odmowy i dorobi³em siê siniaków.

– Co teraz zrobisz?

Raz jeszcze westchn¹³. Zwykle okr¹glutka twarz wydawa³a siê teraz ob-

wis³a. Œci¹gn¹³ usta i przez minutê milcza³. Nagle na twarzy pojawi³a siê

determinacja.

– Wrócê teraz do hotelu i dobrze siê wyœpiê. Rano pojadê z drug¹ wizyt¹

do Mungera.

– Co?

– Tak postanowi³em. Albo mnie zabije, albo wys³ucha. – Wykrzywiony

ze z³oœci spojrza³ na Ruth. – Pieprzy ¯ydów, powiedzia³. Doskonale. Ja te¿

jestem pieprzonym ¯ydem. I on równie¿. – Wsta³, obszed³ stolik i skierowa³

siê ku drzwiom. – A przy okazji i ty! – rzuci³ przez ramiê.

Jeszcze d³ugo po jego wyjœciu Ruth siedzia³a sztywno wyprostowana

w fotelu. Wreszcie wybuchnê³a œmiechem. Przynajmniej raz Walter nie mu-

sia³ siêgaæ do Szekspira, ¿eby wyraziæ swoje najg³êbsze uczucia.

Przez ca³¹ noc gniew nie ustêpowa³, podsycany wspomnieniami minio-

nego dnia, a nad ranem sk³oni³ Waltera do czegoœ ca³kowicie sprzecznego

background image

110

z jego obyczajami: nie zjad³ œniadania, lecz wezwa³ Spiro i kaza³ siê zawieŸæ

prosto do Phini.

Przez dwadzieœcia minut jazdy siedzia³ na tylnym siedzeniu jak Budda i pró-

bowa³ opanowaæ rozsadzaj¹c¹ go wœciek³oœæ. Kaza³ kierowcy zatrzymaæ siê kil-

kaset metrów od domu Mungera. Gdy ruszy³ pieszo w jego stronê, Spiro zacz¹³

b³agaæ, aby pozwoli³ sobie towarzyszyæ. Walter warkn¹³ ostro, by czeka³.

Mimo olbrzymiej nadwagi szed³ podobnie jak s³oñ: z t¹ sam¹ wytrwa³o-

œci¹ i cicho. Niepostrze¿enie zbli¿y³ siꠜcie¿k¹ do samych drzwi. W rêku

trzyma³ teczkê.

Mimo czynionych wysi³ków wœciek³oœæ nadal go rozsadza³a i kiedy otwo-

rzy³ drzwi i zobaczy³ siedz¹cego przy stole Mungera, zacz¹³ wykrzykiwaæ:

– Hej, ty! Jesteœ pieprzonym ¯ydem i twoja matka by³a pieprzon¹ ¯y-

dówk¹. A teraz mnie zabij, jeœli chcesz!

Wtedy rozpêta³o siê piek³o. Pies, którego za obro¿ê przytrzymywa³a ja-

kaœ dziewczynka – przera¿ona oty³¹ zjaw¹ zajmuj¹c¹ ca³¹ szerokoœæ drzwi –

szczeka³ i wyrywa³ siê ca³y zje¿ony. Walter, wpatrzony w Mungera, nie wi-

dzia³ ani dziewczynki, ani psa. Munger zerwa³ siê, przewracaj¹c dzbanek

z kaw¹. Chcia³ go pochwyciæ, ale dzbanek spad³ na ziemiê, oblewaj¹c nogi

dziewczynki gor¹c¹ kaw¹. Krzyknê³a z bólu i puœci³a psa, który skoczy³ i zato-

pi³ k³y w ³ydce Waltera. Walter wrzasn¹³ jak zarzynane prosiê, upuœci³ tecz-

kê, chwyci³ psa za kark i wyrzuci³ go za drzwi. Pies skowycz¹c odbi³ siê od

ziemi i ponownie ruszy³ do ataku. Wtedy rozleg³ siê strza³, wzbijaj¹c chmu-

rê py³u spod stóp zwierzêcia, które stuli³o ogon i umknê³o. Na œcie¿ce sta³

Spiro i spokojnie ³adowa³ nabój do staroœwieckiej strzelby o d³ugiej lufie.

Obawy dziewczynki o psa przywróci³y jako tako porz¹dek. G³oœno p³a-

cz¹c, usi³owa³a wybiec na dwór, ale Walter chwyci³ j¹ i wsadzi³ sobie pod

pachê, wzywaj¹c Spiro do od³o¿enia broni. Spiro zawaha³ siê. Wtedy nad

ramieniem Waltera pojawi³a siê twarz Mungera.

– Kto to taki? – spyta³.

– Mój kierowca. Myœli, ¿e pan chce mnie zabiæ.

– Œwietny pomys³. Ale to mo¿e poczekaæ. Niech mu pan ka¿e od³o¿yæ tê

pukawkê.

Walter odda³ Mungerowi wyrywaj¹c¹ siê dziewczynkê.

– Pies jest nietkniêty. Spiro nie trafi³ – poinformowa³. Powtórnie kaza³

kierowcy opuœciæ broñ i wracaæ do samochodu. – Wszystko jest w najlep-

szym porz¹dku. – Poniewa¿ mówi³ pewnym siebie, autorytatywnym tonem,

Spiro opuœci³ lufê ku ziemi. Zapowiedzia³ jednak, ¿e bêdzie czeka³ przy furt-

ce. Walter ma go zawo³aæ, jeœli zajdzie potrzeba.

Androulla uspokoi³a siê i Munger odes³a³ j¹ do domu. Walter pokuœtyka³

do krzes³a i ciê¿ko na nie opad³. Obejrza³ ³ydkê. Mia³ rozerwane i zakrwa-

wione spodnie. Podniós³ wzrok na stoj¹cego w drzwiach Mungera.

background image

111

– W ci¹gu minionych dwudziestu czterech godzin by³em czêœciej fizycznie

napastowany ni¿ przez wszystkie poprzednie lata. Czy pies ma wœciekliznê?

– Niestety, nie.

Munger pochyli³ siê, by podnieœæ z pod³ogi dzbanek. Przez chwilê wpa-

trywa³ siê w Waltera, po czym podszed³ do zlewu, nape³ni³ dzbanek wod¹

i postawi³ na ogniu.

– Niech pan zdejmie spodnie – poleci³.

Po dwudziestu minutach Walter, bez spodni i z obanda¿owan¹ nog¹, z kub-

kiem kawy w rêku, siedzia³ naprzeciwko Mungera.

– Dajê panu dziesiêæ minut – powiedzia³ Munger. – A potem ma pan

znikn¹æ z mojego ¿ycia na zawsze.

Walter milcza³ przez dobr¹ minutê. Potem otworzy³ teczkê i wyj¹³ z niej

dwa pliki dokumentów oraz fotografiê, któr¹ po³o¿y³ na stole bia³¹ stron¹ do

góry. Jeden plik poda³ Mungerowi.

– Ju¿ panu mówi³em o irackim programie nuklearnym. Tutaj s¹ dowody,

¿e Irakijczycy zamierzaj¹ zdobyæ broñ nuklearn¹, aby jej u¿yæ przeciwko

Izraelowi. Moim zadaniem jest im to uniemo¿liwiæ.

Nastêpnie poda³ Mungerowi fotografiê.

– To zdjêcie zrobi³ Duff Paget na parê sekund przed œmierci¹. To jest

powiêkszenie twarzy osoby wygl¹daj¹cej przez tyln¹ szybê samochodu za-

machowców.

Munger przygl¹da³ siê twarzy i tak¿e, jak przedtem Walter, palcami za-

s³oni³ czarne w³osy.

– Zgadza siꠖ odezwa³ siê Walter. – To Janine Lasage. Pañska eksko-

chanka. Pracuje dla SDECE. Teraz wspó³pracuje najprawdopodobniej z irac-

kim Mukhabaratem przeciwko nam. Nienawidzi³a Duffa, bo przelicytowa³

j¹ podczas aukcji pañskiego aparatu. W chwili, gdy zosta³ zamordowany,

wykonywa³ misjê inwigilacji OWP. Lasage zorganizowa³a jego likwidacjê.

Walter oczekiwa³ jakiejœ reakcji Mungera. Nie by³o ¿adnej. Munger sie-

dzia³ wpatrzony têpo w zdjêcie.

Walter wzi¹³ do rêki drugi plik dokumentów, po³o¿y³ przed Mungerem

i otworzy³. Tu¿ pod papierow¹ ok³adk¹ wpiête by³o zdjêcie trzydziestoparo-

letniej kobiety. Twarz ³adna, ale surowa, co jeszcze bardziej uwypukla³y

pó³cienie odbitki w sepii.

Walter zacz¹³ mówiæ lekko spiêtym g³osem:

– Rita Helena Munger, z domu Rothstein, urodzona 20 lipca 1914 roku.

Córka Beniamina i Racheli Rothsteinów, ¿ona Williama Mungera. Zmar³a

14 czerwca 1948 roku w Jerozolimie.

W pokoju zapanowa³a cisza. Walter czu³ suchoœæ w gardle. Bardzo chcia³

unieœæ kubek i wypiæ parê ³yków kawy, ale siê powstrzyma³. Munger wpa-

trywa³ siê w star¹ fotografiê. Trudno by³o odczytaæ wyraz jego twarzy.

background image

112

Walter wzi¹³ g³êboki oddech i mówi³ dalej:

– W tej teczce znajdzie pan wszystkie informacje dotycz¹ce tego, co

pañska matka uczyni³a dla Izraela. Ile ludzkich istnieñ ocali³a, ile sama

wycierpia³a. Pan pewno nawet nie wie, w jakich okolicznoœciach umar³a.

Najwy¿szy czas, aby pan siê dowiedzia³. Z³apali j¹ ludzie z jordañskiego

Legionu Arabskiego. Poder¿nêli jej gard³o. Ale przedtem po kolei gwa³cili.

By³o ich ponad dwudziestu.

Dopiero teraz Munger podniós³ g³owê. Zaczerpn¹³ oddechu i otworzy³

usta, jakby chcia³ coœ powiedzieæ, ale potem je zamkn¹³. Walter widzia³, ¿e

z  trudem nad sob¹ panuje. Obawiaj¹c siê przegranej, ci¹gn¹³ dalej:

– Oczywiœcie, porzuci³a pana. Ale uczyni³a to motywowana wielk¹ wia-

r¹, ¿e to, co zamierza uczyniæ, jest konieczne, aby ocaliæ naród ¿ydowski.

Daæ mu w³asne pañstwo. Ocaliæ tych, którzy wyszli ca³o z hitlerowskiej rzeŸni.

Pan mo¿e tego nie pojmuje, ale pojmuj¹ miliony ¯ydów, pojmujê ja.

Zapad³a kolejna cisza. Munger nie spuszcza³ wzroku z Bluma.

– S¹ sprawy, których nie znajdzie pan wœród dokumentów. Nikt nie

wie, ile wycierpia³a, porzucaj¹c jedyne dziecko – ci¹gn¹³ Walter. – Moim

zdaniem to, co zrobi³a, wynika³o ze z³o¿enia œlubowania, podjêcia wyzwa-

nia. Po prostu zrozumia³a nagle, kim jest. Najprawdopodobniej z podœwia-

domoœci wydoby³a to jej praca wœród ocala³ych wiêŸniów obozów kon-

centracyjnych w Niemczech. Musia³a odbyæ wewnêtrzn¹ walkê. Musia³a

dokonywaæ niezliczonych rachunków sumienia. Musia³a podj¹æ straszli-

w¹ decyzjê: jej w³asne dziecko albo przysz³oœæ ¿ydowskiego narodu. Pod-

jê³a decyzjê.

Skoñczy³, teraz by³o mu ju¿ wszystko jedno. Podniós³ kubek, upi³ ³yk

kawy. By³ w rozpaczy. Nie potrafi³ dotrzeæ do Mungera. Siêgn¹³ do teczki

i wyj¹³ bilet wizytowy. Rzuci³ go Mungerowi przez stó³.

– Mo¿e pan zgubi³ ten, który panu da³em. Albo wyrzuci³. Jeœli pan po-

dejmie decyzjê, ¿eby mi pomóc, proszê zadzwoniæ i prosiæ o Daktyl Jeden.

Gdziekolwiek bym by³, znajd¹ mnie.

Zamkn¹³ teczkê, wzi¹³ spodnie wisz¹ce na oparciu s¹siedniego krzes³a

i wsta³. Wiedzia³, ¿e wygl¹da œmiesznie, ale nic go to nie obchodzi³o. Po raz

pierwszy w ¿yciu pomyœla³, ¿e o godnoœci œwiadczy powaga wypowiada-

nych s³ów, a nie wygl¹d. Pokuœtyka³ do drzwi.

Odwracaj¹c g³owê powiedzia³:

– Od czerwca 1948 roku w ka¿dy szabat dzieci sk³adaj¹ kwiaty na grobie

pañskiej matki i modl¹ siê o jej duszê. I bêdzie tak zawsze… póki istnieje

pañstwo Izrael.

Wyszed³, nie zamykaj¹c za sob¹ drzwi.

background image

113

8

L

ato przesz³o w jesieñ, w górach Trodos zaczê³y spadaæ szyszki. Pe³no ich

by³o w ogrodzie wokó³ domu Ruth. Któregoœ dnia przysz³y dzieci z sierociñ-

ca, ¿eby pomóc je zgrabiæ na stos. By³o pe³no œmiechu i radoœci. Ruth przy-

gotowa³a dzbanki z sokami owocowymi i talerze z kanapkami. Prawdê po-

wiedziawszy, mia³a sporo k³opotu, by szyszki znalaz³y siê na jednym stosie.

Zdesperowana podzieli³a dzieci na dwa zespo³y i zorganizowa³a coœ w ro-

dzaju wyœcigu. Który zespó³ szybciej u³o¿y wiêkszy stos. Niech ju¿ bêd¹

dwa zamiast jednego. Na czele jednego zespo³u postawi³a dziesiêcioletni¹

Miriam, doœæ rozs¹dn¹ dziewczynkê. Na przywódcê drugiego zespo³u wy-

bra³a Stavrosa, jej k³opotliwego wychowanka. By³a to dla niego próba skon-

centrowania siê na jednym zadaniu, a zarazem wyró¿nienie. Zawody w³aœ-

nie siê zaczê³y, kiedy z patio wywo³a³a j¹ s³u¿¹ca. Ktoœ przyszed³.

Paroma okrzykami zachêci³a Miriam i Stavrosa do kontynuowania zaba-

wy i szybkim krokiem posz³a do domu. Nieproszeni goœcie pojawiali siê

rzadko. By³a ciekawa, kto to taki.

Wesz³a ze s³onecznego ogrodu i pocz¹tkowo mia³a trudnoœci z dopaso-

waniem wzroku do mroku salonu. Po chwili zobaczy³a mê¿czyznê przy po-

stumencie z aparatem fotograficznym Mungera. Szklany klosz by³ zdjêty,

a mê¿czyzna  trzyma³  w  rêkach  Nikona.  Poczerwienia³a  ze  z³oœci,  trac¹c

momentalnie dobry humor.

– Niech pan to od³o¿y! Tego nie wolno dotykaæ!

Obróci³ siê i zrobi³ parê kroków w jej kierunku.

– Kim pan jest? – zapyta³a ostro.

I natychmiast pozna³a! Ubrany by³ w sztruksowe cieliste spodnie i nie-

biesk¹ kurtkê. Mia³ brodê, d³ugie w³osy i bardzo niebieskie oczy. Trzyma³

aparat w naturalny sposób, zupe³nie jakby pasowa³ do jego d³oni: prawy

nadgarstek w dorobionym uchwycie, palce na pierœcieniach obiektywu.

Wstrzyma³a oddech. W milczeniu patrzyli na siebie. Przez otwarte okno

wpada³ do salonu œmiech dzieci. Zapyta³a cicho:

– Nie zapomnia³ pan, jak go u¿ywaæ?

Spojrza³ na pó³kê tu¿ za postumentem. Od œmierci Duffa le¿a³o tam kil-

ka pude³ek filmu. Ruth je tam zostawi³a. Munger wzi¹³ jedno, zwa¿y³ w d³o-

ni, odczyta³ czu³oœæ i nastêpnie jednym p³ynnym ruchem wyj¹³ kasetê z pu-

de³ka, otworzy³ aparat, w³o¿y³ j¹, przeci¹gn¹³ film, zaczepi³ o tryby perforacjê,

zamkn¹³ aparat i przesun¹³ parê klatek. Puste pude³ko po filmie spad³o na

ziemiê. Ca³a operacja nie trwa³a nawet dziesiêciu sekund. Munger przy³o¿y³

wizjer do oka i zacz¹³ robiæ zdjêcia. Ruth sta³a bez ruchu, ws³uchana w ci-

chy trzask migawki i szmer przesuwanego filmu. Przez okno wpad³ promieñ

8 – Reporter

background image

114

jesiennego s³oñca, rozœwietlaj¹c jej twarz i ³zy, które nie wiadomo dlaczego

zaczê³y sp³ywaæ po policzkach.

9

N

aradzie przewodniczy³ Walter, chocia¿ na to spotkanie przyby³ potajem-

nie na Cypr genera³ Hofti. Siedzieli naprzeciwko siebie. Po lewej rêce Wal-

tera zajêli miejsca Izaak Szapiro i Misza Wigoda. Ten ostatni zosta³ w ostat-

nich miesi¹cach  awansowany  na  szefa  sekcji bejruckiej siatki DAKTYL

i nosi³ obecnie kryptonim Daktyl Czternaœcie.

Po prawej rêce siedzia³ Efim Zimmerman, Daktyl Cztery z Pary¿a. Wen-

tylator na d³ugiej metalowej nodze ustawiono tak, ¿e nawiewa³ powietrze

prosto w twarz Hoftiego, dziêki czemu genera³ nie musia³ wdychaæ dymu

z cygara Waltera. Podziêkowa³ te¿ za ow¹ uprzejmoœæ w sposób, który we-

d³ug niego móg³ sprawiæ najwiêksz¹ przyjemnoœæ gospodarzowi. Chc¹c na-

wi¹zaæ lepsze stosunki ze swoj¹ gwiazd¹ wœród agentów Mosadu, Hofti prze-

czyta³ dok³adnie Hamleta.

– „Za to ulgi sprawienie, dziêki wielkie” – powiedzia³.

Walter uœmiechn¹³ siê i zrewan¿owa³:

– Chcia³em pana tylko uwolniæ od „cuchn¹cego i zgubnego waporów

nagromadzenia”.

Tak wiêc spotkanie zaczê³o siê beztrosk¹ pogawêdk¹, która jednak szyb-

ko ust¹pi³a powa¿nej debacie. Celem konferencji mia³ byæ przegl¹d œrod-

ków podjêtych przeciwko budowie reaktora Tammuz I i planowanie przy-

sz³ej strategii. Pierwszy zabra³ g³os Efim Zimmerman.

By³ to potê¿nie zbudowany mê¿czyzna o œnie¿nobia³ych w³osach. Po-

chodzi³ z Rosji i jeszcze przed wojn¹ pracowa³ w Szanghaju dla ojca Walte-

ra. Odmawia³ przejœcia na zas³u¿ony odpoczynek, mimo ¿e ju¿ dawno stuk-

nê³a mu szeœædziesi¹tka. Powiedzia³ kiedyœ Walterowi, ¿e gdyby chodzi³o

tylko o zarobienie wiêcej pieniêdzy dla siebie i Walen Trading, dawno wy-

cofa³by siê z interesów. Od kiedy powsta³a siatka DAKTYL, sta³ siê jednym

z jej najskuteczniejszych agentów. Uwielbia³ tê pracê i doskonale j¹ wyko-

nywa³. Jego sekcja infiltrowa³a francusk¹ administracjê, policjê, s³u¿by wy-

wiadowcze i przemys³. Wszyscy pilnie s³uchali ka¿dego jego raportu.

Zimmerman podsumowa³ go trzema propozycjami na przysz³oœæ. Pierw-

sza dotyczy³a samego reaktora. Jego budowa mia³a byæ definitywnie zakoñ-

czona w czerwcu 1979 roku, czyli za osiem miesiêcy. Zimmermanowi uda³o

siê wprowadziæ dwóch agentów do zak³adów w La Seyne-sur-Mer. Jednym

background image

115

by³ ¯yd z siatki DAKTYL. Zimmerman proponowa³ umieszczenie w zak³a-

dach bomby na krótko przed wysy³k¹ reaktora. Bomba nie zniszczy³aby go,

ale powa¿nie uszkodzi³a, powoduj¹c wielomiesiêczne opóŸnienie w dosta-

wie. Kto wie, czy nawet nie o parê lat.

Nastêpnie Zimmerman zaproponowa³ kampaniê zastraszania francuskich

naukowców, pracuj¹cych przy realizacji irackiego programu nuklearnego.

Jego trzeci projekt dotyczy³ konkretnej osoby. Otó¿ uda³o siê stwierdziæ,

¿e cz³owiekiem odpowiedzialnym za realizacjê irackiego programu nuklear-

nego jest naukowiec egipski, Yahia el Mashad. Odwiedza³ on czêsto Pary¿

w celu przeprowadzania konsultacji z zainteresowanymi przedstawicielami

zak³adów i w³adz francuskich. Zimmerman proponowa³ „wyeliminowanie”

Egipcjanina podczas którejœ z jego wizyt.

Przez nastêpn¹ godzinê debatowano nad tymi trzema propozycjami. Szyb-

ko siê zgodzono na akcjê sabota¿ow¹ w zak³adach. Zimmerman mo¿e szy-

kowaæ bombê. Genera³ Hofti sprzeciwi³ siê jednak kampanii terroru wobec

francuskich naukowców. Jego zdaniem zwiêkszy³oby to izolacjê Izraela na

arenie miêdzynarodowej. By³ jeszcze inny powód: dowiedziano siê ostatnio,

¿e egipski prezydent Sadat powa¿nie rozwa¿a mo¿liwoœæ zawarcia separaty-

stycznego pokoju z Izraelem. Lada dzieñ mo¿na oczekiwaæ wstêpnych posu-

niêæ. W zwi¹zku z t¹ ciekaw¹ inicjatyw¹ nie wolno nara¿aæ reputacji Izraela

na arenie miêdzynarodowej.

I wreszcie trzecia propozycja Zimmermana. Hofti by³ za jej przyjêciem.

W koñcu Yahia el Mashad dzia³a³ wbrew ¿yczeniom w³asnego rz¹du. Broñ

nuklearna w rêkach Saddama Husajna by³a Egiptowi równie potrzebna, jak

wszystkie egipskie plagi naraz. Przede wszystkim wzmocni³aby ona irackie

aspiracje do przewodzenia arabskiemu œwiatu.

W tym momencie do dyskusji w³¹czy³ siê Misza Wigoda i poinformo-

wa³, ¿e przed miesi¹cem dowiedzia³ siê od libañskiego naukowca, ¿e Mu-

khabarat aresztowa³ dwóch czo³owych atomistów irackich, pracuj¹cych przy

realizacji zak³adów Tammuz. Aresztowanymi s¹ Jabar Mohammed i Sad-

dam Azzawi. Najprawdopodobniej w ³onie p³awi¹cej siê w bizantyjskich

intrygach irackiej partii Baas ktoœ zarzuci³ im nielojalnoœæ.

Izaak Szapiro te¿ dorzuci³ swoje informacje: agent Mosadu w Mukhaba-

racie, Hammad Szihab, zawiadomi³ przed paroma dniami, ¿e obaj naukowcy

byli przes³uchiwani w Bagdadzie w pa³acu zwanym „ostatnim przystankiem”.

Szihab nie uczestniczy³ w przes³uchaniu, ale o nim s³ysza³. Naukowcy zosta-

li nastêpnie zabrani w nieznane miejsce. Nasz agent podejrzewa³, ¿e zostali

zlikwidowani.

– To bardzo ciekawe – zauwa¿y³ Walter. – I zastanawiaj¹ce. Na kilka

miesiêcy przed otrzymaniem francuskiego reaktora Irakijczycy pozbywaj¹

siê dwóch najlepszych atomistów? Zdawa³oby siê, ¿e uczeni tej rangi nie

background image

116

podlegaj¹ czystkom. Dla Iraku s¹ na wagê z³ota, a jeœli nie z³ota to wzboga-

conego uranu…

Hofti uœmiechn¹³ siê, ale pokrêci³ g³ow¹.

– Wiesz, jacy s¹ paranoiczni, jeœli idzie o sprawy bezpieczeñstwa. Im

wa¿niejszy jest cz³owiek i im wy¿sze zajmuje stanowisko, tym g³oœniej musi

siê wydzieraæ na temat swojej lojalnoœci. Musi j¹ stale obnosiæ i obwiesz-

czaæ. W Iraku nikt nie jest chroniony przed czystkami.

– I obaj ci naukowcy s¹, b¹dŸ byli, szyitami – uzupe³ni³ Misza, nawi¹zu-

j¹c do faktu, ¿e zarówno Saddam Husajn, jak i ca³a oligarchia nale¿¹ do

mniejszoœciowej sekty sunnickiej.

Walter nie by³ ca³kowicie przekonany padaj¹cymi argumentami, ale za-

chowywa³  milczenie.  Hofti  natychmiast  zauwa¿y³,  ¿e  aresztowanie  tych

dwóch naukowców sprawia, ¿e znaczenie atomisty egipskiego automatycz-

nie wzrasta.

Z kolei raport przedstawi³ Misza Wigoda. Poinformowa³, ¿e po zamor-

dowaniu Duffa Pageta ustanowi³ œcis³y dozór nad poczynaniami Janine La-

sage. Dziêki temu dowiedzia³ siê, ¿e utrzymuje ona bliskie stosunki z Sami

Asafem i jest jego kochank¹. St¹d p³ynie logiczny wniosek, ¿e SDECE i Mu-

khabarat œciœle wspó³pracuj¹, chroni¹c Tammuz I przed Mosadem. Co nale-

¿y w tej sprawie przedsiêwzi¹æ?

Wigoda by³ przekonany, ¿e chaos i anarchia panuj¹ce obecnie w Bejru-

cie znacznie u³atwi¹ pozbycie siê pary kochanków. Raz na zawsze.

Walter i Hofti byli przeciwni takiemu rozwi¹zaniu. Francuzi i Irakijczy-

cy szybko by ich zast¹pili innymi. Lepiej znane z³o… Natomiast Misza musi

postaraæ siê za³o¿yæ pods³uch w mieszkaniu i w samochodzie Lasage…

– O nic siê nie martw – pocieszy³ Miszê Walter. – W odpowiedniej chwi-

li zajmê siê t¹ pani¹.

Wreszcie zebrani omówili sytuacjê w Iraku. Walter opiera³ siê sugestiom

zorganizowania nowej siatki w Bagdadzie. Nie chcia³ powiedzieæ, dlaczego

opóŸnia³ jakiekolwiek poczynania w tym kierunku. Jego w³asny niepokój

zwi¹zany z sytuacj¹ wynika³ ze œwiadomoœci, i¿ pope³ni³ powa¿ny b³¹d.

Omyli³ siê w ocenie cz³owieka i zastosowa³ z³¹ metodê.

Mimo fachowych rad poszed³ za g³osem instynktu, a instynkt go zawiód³.

By³o mu tym bardziej g³upio, ¿e zebrani przy tym stole udawali, ¿e nic nie

widz¹, chocia¿ nie rozumieli powodów nieprzystêpowania do powa¿nej ak-

cji rekrutacji agentów. Dopiero przy omawianiu problemu Efim Zimmerman

pozwoli³ sobie na krytyczn¹ nutê. Operacjê nale¿a³o rozpocz¹æ ju¿ przed

wieloma miesi¹cami, powiedzia³. Wszelkie akcje na terenie Francji wp³yn¹

najwy¿ej na opóŸnienie wysy³ki reaktora. Nadejdzie jednak czas, ¿e konieczne

bêdzie zdecydowane dzia³anie na terenie Iraku. Walter pokornie przyj¹³ s³o-

wa zawoalowanej krytyki pod swoim adresem. Kiedy by³ jeszcze ch³opcem,

background image

117

Efim powali³ go raz na kolana, a póŸniej by³ œwiadkiem na jego barmicwie.

Nale¿a³ do w¹skiej grupy ludzi, którzy mieli prawo mówiæ do Waltera, jak

im siê podoba³o. Walter siedzia³ wiêc cicho ze spuszczonymi oczami i s³u-

cha³ dyskusji na temat proponowanej strategii i agentów Mosadu, którzy

mogliby, wbrew wszelkim przeszkodom, jednak byæ wys³ani do Bagdadu.

Tak naprawdê, to Walter nie mia³ wielkich wyrzutów sumienia. W przesz³o-

œci wielokrotnie szed³ za instynktem i odnosi³ sukcesy. W robocie wywia-

dowczej nie ma œcis³ych norm postêpowania. Istotnym elementem s¹ ludzie

i do nich trzeba dopasowywaæ metody dzia³ania.

Walter stanowczo wola³by mieæ w Iraku jednego cz³owieka, któremu

móg³by w pe³ni zaufaæ ni¿ ca³y zastêp wykwalifikowanych agentów bez iskry

bo¿ej.

Gdy s³ucha³ dyskusji, wiedzia³, ¿e ¿aden z proponowanych pomys³ów

nie daje realnej szansy powodzenia. I dyskutuj¹cy te¿ to wiedzieli. Rozpa-

trywali je z obowi¹zku. Ta œwiadomoœæ nie poprawi³a mu humoru ani nie

usprawiedliwia³a jego pomy³ki. Czu³ natomiast, ¿e pozostawienie sprawy

w zawieszeniu mo¿e byæ katastrofalne.

Wyczuwaj¹c rozterkê Waltera genera³ Hofti zaproponowa³ pó³godzinn¹

przerwê. W tym momencie zadzwoni³ ¿ó³ty telefon. Odebra³ go Izaak Szapi-

ro, poniewa¿ aparat sta³ tu¿ przed nim. Piêæ par oczu zwróci³o siê w jego

kierunku.

– Szapiro.

S³ucha³ przez chwilê, zerkn¹³ w stronê Waltera i powiedzia³ do s³uchawki:

– Powtórzê mu.

Skoñczy³ rozmowê i, wyraŸnie zaskoczony, zwróci³ siê do Waltera:

– Przyszed³ ktoœ do Walen Trading i pyta o ciebie. Poda³ twój kryptonim,

Daktyl Jeden. Powiedzia³, ¿e nazywa siê Munger.

Wszyscy spojrzeli na Waltera i zobaczyli na jego twarzy b³ogi uœmiech.

background image

118

background image

119

Ksiêga trzecia

background image

120

background image

121

10

REUTER, BEJRUT 10 STYCZNIA, 1978 – 19.33

…David Munger, znany brytyjski fotoreporter wojenny, który znikn¹³ z Hong-

kongu w 1969 roku, po sprzedaniu na licytacji swego sprzêtu, pojawi siê dziœ

w Bejrucie. Munger, który zapewnia³ serwis fotograficzny z wojen w Biafrze,

Angoli, na Cyprze, Borneo i w Wietnamie, powiedzia³, ¿e ma zamiar obs³ugi-

waæ Bliski Wschód jako niezale¿ny fotoreporter. Odmówi³ odpowiedzi na pyta-

nia dotycz¹ce miejsca jego pobytu i dzia³alnoœci podczas minionych dziewiêciu

lat.

Gordon Frazer, szef placówki Reutera w Bejrucie, patrzy³ przez ramiê

maszynistce, która wystukiwa³a depeszê na klawiaturze dalekopisu. Wes-

tchn¹³, gdy skoñczy³a. Wiele by da³, by mo¿na by³o coœ dodaæ i uzupe³niæ.

Dziewczyna obróci³a siê do Frazera z uœmiechem zdziwienia.

By³a Arabk¹ maronitk¹, ukoñczy³a studia na amerykañskim uniwersyte-

cie. Zachwyca³a urod¹. Pracowa³a u Reutera od trzech miesiêcy i od tych¿e

trzech miesiêcy Gordon Frazer dzieli³ swój czas na zbieranie informacji i roz-

bieranie w myœlach dziewczyny. Dotychczas po¿¹danie by³o nie zaspokojo-

ne i chyba przez drug¹ stronê nieakceptowane, ale Gordon nale¿a³ do gatun-

ku optymistów.

– Dlaczego? – spyta³a. – Dlaczego pojawienie siê jakiegoœ fotografa za-

s³uguje na uwagê i osobn¹ depeszê wielkiej agencji prasowej?

Gordon uœmiechn¹³ siê pob³a¿liwie, podziwiaj¹c liniê jej piersi. Podzi-

wia³ j¹ zreszt¹ nieustannie. Przez palce przebiega³y mu mrówki.

– Bo to jest bardzo specjalny fotoreporter – wymamrota³, ca³kowicie

przejêty fascynuj¹cym widokiem ³abêdziej szyi, i z wysi³kiem odwróci³ wzrok,

s³ysz¹c terkot odleg³ego dalekopisu, który zacz¹³ przyjmowaæ wiadomoœæ.

– Prawdopodobnie w³aœnie UPI nadaje tê sam¹ informacjꠖ powiedzia³.

– Ed Makin musia³ szaleæ jak poparzony kot. – Uœmiechn¹³ siê do siebie,

background image

122

zachwycony, ¿e pobi³ najwiêkszego rywala chocia¿ o kilka sekund. Wskaza³

na pozosta³e dalekopisy.

– Za chwilê zaczn¹ to podawaæ inni, a wszyscy redaktorzy w Europie

i Stanach bêd¹ chwytali za s³uchawki, ¿eby z³apaæ Mungera na kontrakt.

– Jest a¿ taki dobry? – spyta³a dziewczyna.

– Najlepszy! W ka¿dym razie by³.

Ponownie oderwa³ wzrok od jej piersi i ruszy³ wzd³u¿ rzêdu dalekopi-

sów. UPI podawa³a mniej wiêcej to samo, dodaj¹c, ¿e Munger ma obecnie

trzydzieœci dziewiêæ lat, i ¿e wydaje siê byæ w doskona³ym stanie zdrowia.

Odezwa³ siê dalekopis AFP. Frazer nie zna³ francuskiego i, ujrzawszy

nazwisko Munger skin¹³ na dziewczynê, by podesz³a. Kiedy t³umaczy³a tekst

depeszy, zagl¹da³ przez ramiê w jej piersi i lekko napiera³ biodrami na jej

poœladki. Nawet nie drgnê³a. Poczu³ dreszczyk emocji. Przed tygodniem na-

tychmiast przesunê³aby siê do przodu.

Jeszcze parê dni, pomyœla³, a biurowe stosunki z towarzyskich zamieni¹

siê w seksualne. Wiadomoœæ AFP by³a inn¹ form¹ tej, któr¹ on przekaza³.

¯a³owa³, ¿e nie jest d³u¿sza, gdy¿ dziewczyna odesz³a na swoje miejsce.

Nadal j¹ intrygowa³o zainteresowanie agencji fotoreporterem. W czasie trzy-

miesiêcznej pracy w agencji nie zdarzy³o siê, by jakikolwiek inny dzienni-

karz wzbudzi³ podobne zainteresowanie.

– Jak on wygl¹da? – spyta³a. – I gdzie by³ przez te wszystkie lata?

Frazer wzruszy³ ramionami.

– Nie chce powiedzieæ.

Spojrza³ na zegarek. Za kilka minut koñczy siê jej dy¿ur. Zast¹pi j¹ ktoœ inny

Ju¿ mia³ na koñcu jêzyka zaproponowanie drinka w hotelu Commodore, gdzie

zastaliby jeszcze Mungera na zorganizowanym z pewnoœci¹ naprêdce przyjêciu,

ale w ostatniej chwili powstrzyma³ siê, gdy¿ przypomnia³ sobie wp³yw Mungera

na kobiety i doszed³ do wniosku, ¿e tê jedn¹ zatrzyma dla siebie.

Przygl¹da³a mu siê ciekawie, wiêc opowiedzia³ jej to i owo z dawnych

lat Mungera, a nastêpnie zaproponowa³, ¿e któregoœ dnia pójd¹ na kolacjê

i opowie jej wiêcej. Zgodzi³a siê ochoczo i dreszcz raz jeszcze przebieg³ mu

po plecach, chocia¿ szybko sobie uœwiadomi³, ¿e jej entuzjazm wynika bar-

dziej z zaciekawienia Mungerem ni¿ z zauroczenia jego osob¹.

W czasie krótkiego spaceru do hotelu Commodore rozmyœla³ o Munge-

rze i o szoku, jakiego dozna³, kiedy go zobaczy³ w barze. Siedzia³ w pustym

lokalu z Edem Makinem. Popijali martini. Makin jak zwykle wyrzeka³ swo-

im nowojorskim akcentem z dzielnicy Bronx. Wróci³ dopiero z Nowego Jor-

ku, gdzie odwiedza³ ¿onê i swoj¹ centralê.

– Mówi¹, ¿e k³opoty chodz¹ parami. Moje wy³¹cznie trójkami – mówi³.

– Mój szef ma pretensjê o zbyt wysokie koszty utrzymania placówki, mój

dentysta obwieœci³, ¿e za nowy mostek mam zap³aciæ trzy tysi¹ce dolarów…

background image

123

a moja ¿ona zaczê³a jêczeæ, ¿e z powodu zbyt d³ugich okresów separacji ma

za ma³o seksu. – Westchn¹³, poci¹gn¹³ ³yk martini i ponuro spojrza³ na rudo-

w³osego Szkota. – Co byœ zrobi³ na moim miejscu, Gordon?

Frazer wzruszy³ ramionami. Lubi³ tego malutkiego, ³ysego i puco³owa-

tego Amerykanina, ceni³ jego profesjonalizm, ale dra¿ni³ go nieco ten wieczny

pesymizm.

– Rozwi¹zanie twoich problemów wydaje siê bardzo proste. Aby zmniej-

szyæ koszty opuœæ elegancki apartament i zamieszkaj, jak my wszyscy, w hotelo-

wym pokoju. Wyrwij wszystkie zepsute zêby i wpraw raz na zawsze porz¹dn¹

sztuczn¹ szczêkê. Nie bêdziesz musia³ stale zmieniaæ mostków. ¯onie kup nowe

baterie do wibratora. Teraz przestañ narzekaæ i zamów drinki. Twoja kolejka.

Makin coœ mrukn¹³ i spojrza³ na barmana. To, co zobaczy³ w lustrze za

jego plecami, odmieni³o mu nagle twarz z ponurej na absolutnie zdumion¹.

Obróci³ siê wolno na barowym sto³ku. To samo zrobi³ Frazer, zaskoczony

zachowaniem kompana. W wejœciu do baru zobaczyli uœmiechniêt¹ twarz

Mungera. Obaj otworzyli ze zdumienia usta.

Munger podszed³ do baru.

– Widzê, ¿e wszystko po staremu. Na zewn¹trz trwa wojna, a Makin

i Frazer podpieraj¹ barow¹ ladê.

Przywita³ siê z nimi podaniem rêki, ale oni nie odzyskali jeszcze g³osu.

Spojrza³ na ich puste kieliszki.

– Pozwolicie, ¿e bêdê zgadywa³, co nadacie dziœ wieczorem jako ekstra

wiadomoœæ: „Przeciêtna temperatura wytrawnego martini w barze hotelu

Commodore wzros³a o trzy stopnie, co powoduje powa¿ny niepokój wœród

dziennikarzy zgromadzonych przed Ministerstwem Informacji. W ka¿dej

chwili spodziewany jest komunikat o zmianach na niektórych fotelach mini-

sterialnych”. – Ods³oni³ zêby w swobodnym uœmiechu i podnosz¹c trzy pal-

ce wskaza³ barmanowi puste kieliszki.

Makin pierwszy odzyska³ mowê.

– Gdzieœ ty, do cholery, by³? Wszyscy myœleli, ¿e nie ¿yjesz.

– By³em tu i tam – odpar³ Munger, siadaj¹c na barowym sto³ku.

– Gdzie? Co siê w³aœciwie sta³o? – domaga³ siê wyjaœnieñ Frazer. – I co

tutaj robisz?

Munger podniós³ d³oñ, powstrzymuj¹c grad pytañ. Przygl¹da³ siê bar-

manowi przygotowuj¹cemu drinki. Podniós³ podsuniêty mu kieliszek, po-

smakowa³ i z aprobat¹ skin¹³ g³ow¹.

– Temperatura akurat. Moc w³aœciwa. Nie bêdzie rz¹dowego przesile-

nia, nie bêdzie depeszy. – Zacz¹³ przygl¹daæ siê krytycznie obu szefom pla-

cówek agencyjnych.

– Ed, zmala³eœ, nieprawdopodobnie uty³eœ i do reszty wy³ysia³eœ. Nato-

miast ty, Gordon, jesteœ podobny do Frazera z Sajgonu, tyle ¿e przyby³o ci

background image

124

piegów. To bardzo Ÿle, ¿e pozosta³eœ taki sam, wspominam ciê bowiem jako

cynika i degenerata seksualnego. A lata powinny przecie¿ ³agodziæ wszyst-

kie kanty…

Obaj dziennikarze zignorowali te z³oœliwoœci. Oni tak¿e pilnie przygl¹-

dali siê Mungerowi. By³ dok³adnie ogolony, ale bladoœæ policzków i pod-

bródka kontrastowa³a z g³êbok¹ opalenizn¹ czo³a i ramion, co wyraŸnie wska-

zywa³o, ¿e do niedawna nosi³ brodê. Frazer zauwa¿y³ tak¿e, ¿e Munger ma

spracowane d³onie. A wiêc pracowa³ fizycznie, a nie jako fotograf. Nie po-

starza³ siê, a nawet wtedy, przed dziewiêcioma laty, wydawa³ siê starszy.

WyraŸnie pog³êbi³y siê te¿ linie na czole, wokó³ niebieskich oczu i w k¹ci-

kach ust. Mia³ twarz cz³owieka, który wiecznie przebywa na granicy m³odo-

œci i wieku œredniego.

Oczy, oprócz zadowolenia, wyra¿a³y coœ jeszcze. Jakiœ przedziwny stan

duszy, w której coœ zamar³o. Munger nie nale¿a³ do ludzi wylewnych, ale

Makin i Frazer znali go dobrze i pamiêtali, ¿e jeœli chcia³o siê przenikn¹æ

przez zas³onê, za jak¹ chowa myœli, to nale¿a³o patrzeæ mu w oczy. Kiedy

by³ odprê¿ony, wydawa³y siê wiêksze i ich barwa jaœnia³a o jeden ton. Gdy

by³ spiêty, oczy mu ciemnia³y i zwê¿a³y siê. W pewnym sensie przypomina-

³y przes³ony obiektywu, które ustawia³ w zale¿noœci od nasilenia nastroju.

Teraz by³y nieprzejrzyste, jakby ktoœ za³o¿y³ na nie filtr, by zmatowiæ obraz.

– No wiêc, opowiadaj! – odezwa³ siê wreszcie Makin. – Coœ robi³?

Munger potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Przesz³oœæ jest zamkniêta, Ed. Przesz³oœæ to przesz³oœæ i nie chcê o niej

mówi栖 odpar³ spokojnym, zdecydowanym g³osem, nie dopuszczaj¹cym

dyskusji.

Makin przyj¹³ tê kwestiê wzruszeniem ramion.

– Bêdziesz tu pracowa³? – spyta³ Frazer, a kiedy Munger potwierdzi³,

Makin natychmiast wskoczy³ z kolejnym pytaniem:

– Dla kogo?

– Chwilowo dla siebie. Kto kupi, ten dostanie. A potem zobaczymy. Tu

bêdê mia³ bazê. W Bejrucie.

Po  tych  s³owach  Frazer  przeci¹gaj¹c  siê,  wsta³  i  ruszy³  ku  drzwiom,

mówi¹c przez ramiê, ¿e zaraz wraca.

Munger wypytywa³ Makina o lokalne stosunki i Makin zacz¹³ ju¿ mu

opowiadaæ o problemach dziennikarzy akredytowanych w stolicy Libanu,

kiedy nagle umilk³ w pó³ s³owa i zerwa³ siê jak oparzony.

– Sukinsyn! Oczywiœcie! Twoje pojawienie siê to sensacja. Polecia³ nadaæ

wiadomoœæ! – Pobieg³ do drzwi, kiwaj¹c siꠜmiesznie na krótkich nó¿kach.

– Nie odchodŸ, Dave, poczekaj!

Chocia¿ biuro Makina by³o na miejscu, w hotelu, Frazer wyprzedzi³ go

o kilka sekund.

background image

125

Nie by³o go zaledwie dwadzieœcia minut, ale wiadomoœæ ju¿ siê roze-

sz³a. W barze Mungera otacza³a grupka korespondentów. Nale¿a³o siê tego

spodziewaæ. Ca³a falanga fotoreporterów i korespondentów, którzy w latach

szeœædziesi¹tych obs³ugiwali wojnê wietnamsk¹, przenios³a siê teraz na Bli-

ski Wschód. Teren ten sta³ siê permanentnym punktem zapalnym œwiata,

zapewniaj¹c dostatnie ¿ycie setkom najlepszych przedstawicieli masowych

œrodków przekazu ziemskiego globu.

Frazer przepchn¹³ siê przez otaczaj¹cych Mungera dziennikarzy i ode-

bra³ swój barowy sto³ek od George’a Blake’a, fotoreportera „Toronto Star”.

Makin te¿ zd¹¿y³ wróciæ i, oczywiœcie, trzyma³ ju¿ w rêku kieliszek. Rzuci³

w kierunku Frazera pe³ne wyrzutu spojrzenie i mrukn¹³ pod nosem:

– Bydlê!

Munger sta³ obrócony plecami do baru. Zast¹pi³ martini sw¹ tradycyjn¹

wódk¹ z wod¹ mineraln¹. Zamawiaj¹c drinka, Frazer s³ysza³ jednym uchem

pytania zadawane Mungerowi, który odpiera³ natarcie i te¿ o coœ pyta³. By³

wyraŸnie odprê¿ony i uœmiechniêty, ale jego oczy nadal wydawa³y siê zma-

towia³ymi lustrami. Nie pokazywa³y niczego.

Bar coraz bardziej siê zape³nia³, ha³as wzrasta³. Wielu zna³o Mungera

z dawnych lat, inni tylko o nim s³yszeli. M³odzi przyszli z ciekawoœci obej-

rzeæ ¿yw¹ legendê. Spontaniczne zgromadzenia zwabiaj¹ korespondentów

wojennych w ten sam sposób, w jaki obsypane kwieciem krzewy zwabiaj¹

pszczo³y. I im niebezpieczniejsze jest miejsce czy sytuacja, tym bardziej

gor¹ca panuje atmosfera.

Gdy rozmowy na chwilê zamar³y, Frazer powiedzia³ do Mungera:

– Dziœ w nocy bêdziesz mia³ mnóstwo telefonów z propozycjami podpi-

sania kontraktu.

– Ju¿ zaczêli dzwoniæ. Powiedzia³em w recepcji, ¿eby wszystko zapisy-

wali. – Upi³ ³yk wódki z wod¹ i spyta³ Frazera:

– A jak wygl¹da konkurencja?

Frazer chwilê myœla³, a potem podniós³ d³oñ z czterema wystawionymi

palcami.

– Czwórka w pierwszej lidze. – Wskaza³ g³ow¹ na Kanadyjczyka. – Tam

stoi George i Ray Morris, których znasz. Od czasu do czasu pojawia siê tu

McCullin. No i ten m³ody Francuz Latiere. Pracuje na w³asny rachunek. Jest

dobry. Œmieræ Duffa Pageta stworzy³a pustkê… S³ysza³eœ o jego œmierci? –

Munger skin¹³ g³ow¹. – Wiesz, ¿e na aukcji w Hongkongu kupi³ twój aparat?

Munger ponownie skin¹³ i po raz pierwszy Frazer dostrzeg³ coœ w jego

oczach.

– Tak, wiem. Przed paroma miesi¹cami odda³a mi go na Cyprze wdowa

po nim…

OdpowiedŸ wzbudzi³a zainteresowanie Frazera.

background image

126

– Jak przyjê³a œmieræ mê¿a?

– Kiedy j¹ widzia³em, nie wygl¹da³a najgorzej – odpar³ Munger i nagle

zmieni³ temat:

– Janine Lasage jest w mieœcie?

Tym razem Frazer ju¿ zastrzyg³ uszami. K¹tem oka widzia³ Eda Makina

niby to s³uchaj¹cego, co mu opowiada George Blake, ale wyraŸnie przys³u-

chuj¹cego siê ich rozmowie.

– Owszem, gdzieœ siê tu krêci. Na pewno zaraz przyleci, kiedy siê dowie.

Ma teraz romans z Sami Asafem. Pamiêtasz go?

– Oczywiœcie! – odpar³ Munger. Oczy mu siê zwêzi³y i pociemnia³y.

– Janine jest nadal diablo piêkn¹ kobiet¹ – powiedzia³ Frazer, pilnie obser-

wuj¹c Mungera, w którego k¹cikach ust pojawi³ siê enigmatyczny uœmieszek.

– Powinieneœ powiedzieæ tylko to diablo, Gordonie. Reszta zbêdna.

Frazer rozeœmia³ siê niepewnie i zerkn¹³ na Eda Makina, który przesta³

udawaæ, ¿e s³ucha paplaniny Blake’a. Frazer chcia³ jeszcze coœ powiedzieæ,

ale przerwali mu nowi przybysze. Ka¿dy z nich pragn¹³ uœcisn¹æ d³oñ Mun-

gerowi i oczywiœcie spytaæ: „A gdzieœ ty, do cholery, by³ przez te wszystkie

lata?”. Munger szybko i zrêcznie zmienia³ temat, rzucaj¹c dowcipami. W³a-

œciciel lokalu by³ niezmiernie zadowolony. Zbiegowisko zapowiada³o po-

wa¿ne zwiêkszenie obrotów, które ostatnio bardzo zmala³y w bejruckich re-

stauracjach i barach. Najlepszymi klientami byli obecnie najrozmaitszej nacji

dziennikarze. I dlatego w³aœnie w³aœciciel postawi³ za barem dwóch rezer-

wowych kelnerów, a sam czuwa³ nad rozwojem sytuacji. Sta³ teraz w g³êbi

baru – drobny, dobrze ubrany Libañczyk, oko³o piêædziesi¹tki. W czasie wojny

wietnamskiej pracowa³ w wielu hotelach na Dalekim Wschodzie i zna³ do-

brze Mungera. Bardzo siê zdumia³, gdy przed dwiema godzinami w hotelu

zjawi³ siê Munger z czterema potê¿nymi walizami i za¿¹da³ najwiêkszego

apartamentu na d³u¿szy czas. I chyba miêdzy innymi to w³aœnie sk³oni³o

teraz w³aœciciela do skiniêcia palcem na barmana i wydania mu dyskretnego

polecenia. Po paru minutach ha³as uciszy³a kanonada otwieranych butelek

szampana. Ktoœ krzykn¹³ „Alleluja, radujmy siê bracia!” i temperatura zgro-

madzenia podskoczy³a o parê stopni. Bar by³ naprawdê zat³oczony i z po-

cz¹tku nikt nie zauwa¿y³ wchodz¹cej kobiety. Potem rozmowy zaczê³y cich-

n¹æ, wszystkie oczy zwróci³y siê na ni¹. By³a to Janine Lasage w swoim

z³oto-czarnym spodnium od Gucciego. W jednym rêku mia³a wyszywan¹

z³otymi cekinami wieczorow¹ torebkê, w palcach drugiej trzyma³a papiero-

sa w d³ugiej cygarniczce z koœci s³oniowej. Ponad g³owami obecnych do-

strzeg³a  stoj¹cego  przy  barze  Mungera  i  pos³a³a  w  jego  kierunku  czu³y

uœmiech.

Zaszura³y stopy na dywanie, zaczêto siê odsuwaæ, robi¹c jej w¹skie przej-

œcie. Widzia³a teraz Mungera w ca³ej okaza³oœci, a on j¹. Wielu obecnych

background image

127

s³ysza³o o ich romansie. Wielu s³ysza³o te¿ jej komentarze po jego znikniê-

ciu. Aukcja w Hongkongu zwabi³a sporo ludzi.

Bardzo powoli, tanecznym krokiem, zbli¿a³a siê do baru. Munger pa-

trzy³ na ni¹ z kamiennym spokojem.

Na parê metrów przed celem wêdrówki stanê³a, prawa d³oñ powêdrowa-

³a teatralnym gestem do góry, w³o¿y³a cygarniczkê miêdzy zêby i, wznosz¹c

siê dalej, dotar³a do ty³u g³owy. Chwilê po tym kaskada blond w³osów opa-

d³a jej na plecy.

Ta melodramatyczna scena powinna wzbudziæ ogólny œmiech, ale w wy-

konaniu tej kobiety spowodowa³a tylko wstrzymanie oddechów. W absolut-

nej ciszy przesz³a ostatnie parê metrów i stanê³a przed Mungerem. Przez

d³ugi czas patrzyli sobie w oczy, wreszcie spyta³a zduszonym g³osem:

– Ça va, Dave? – Pochyli³a siê i poca³owa³a go w usta, a potem z prze-

krzywion¹ g³ow¹ czeka³a wraz z innymi na reakcjê. Jeszcze przez kilka se-

kund przygl¹da³ siê jej bacznie pociemnia³ymi i zwê¿onymi oczami.

– Ça va, Janine. Powinnaœ obci¹æ w³osy. Pasowa³y ci, kiedy by³aœ m³oda.

Wzdrygnê³a siê, jakby zosta³a spoliczkowana. W barze rozleg³ siê pe³en

aprobaty szmer.

Nigdy jeszcze nikt z obecnych tego wieczoru w barze nie widzia³ Janine

Lasage, któr¹ opuœci³aby dra¿ni¹ca pewnoœæ siebie. Wielu by³o ofiarami jej

z³oœliwego jêzyka i cynicznego humoru. I zawsze uroda oraz gotowoœæ u¿ycia

¿¹d³a chroni³a j¹ przed ripost¹. Dlatego teraz, upokorzona, nie znalaz³a nawet

jednego sojusznika. W pe³ni zdawa³a sobie z tego sprawê. Jakby smagniêta

biczem zaczê³a wycofywaæ siê, z twarz¹ wykrzywion¹ nienawiœci¹ i wzro-

kiem kobry utkwionym w Mungera. By³a to jednak kobra umykaj¹ca przed

mangust¹. W po³owie drogi obróci³a siê na piêcie i usi³owa³a opuœciæ lokal

z godnoœci¹. Nie powiod³o siê jej to. Po raz pierwszy kaskada blond w³osów

nie ochroni³a jej, ale sta³a siê raczej symbolem pora¿ki. Na szczêœcie instynkt

zakaza³ jej potrz¹saæ w³osami, co lubi³a zawsze robiæ dla wiêkszego efektu.

Dopiero gdy wysz³a, obecni przerwali milczenie. Ten sam g³os co po-

przednio wykrzykn¹³ raz jeszcze „Alleluja!” i zabrano siê na dobre do picia.

Dopiero po pó³nocy Mungerowi uda³o siê umkn¹æ w ciszê i spokój hote-

lowego apartamentu. By³ to w istocie najwiêkszy apartament, jakim hotel

dysponowa³, a przede wszystkim posiada³ dwie ³azienki. Dlatego te¿ Mun-

ger go wybra³. W odró¿nieniu od Eda Makina nie mia³ problemów z gotów-

k¹. Wed³ug zapewnieñ Waltera mo¿liwoœci finansowe by³y praktycznie nie-

ograniczone. Aby obietnica ta nie by³a go³os³owna, da³ Mungerowi pas z irchy

do noszenia na go³e cia³o. By³o w nim piêædziesi¹t tysiêcy dolarów w bankno-

tach tysi¹cdolarowych i piêtnaœcie jednokaratowych b³êkitnych brylantów. Tak

background image

128

wiêc pas mia³ wartoœæ blisko pó³ miliona amerykañskich dolarów – nie li-

cz¹c irchy.

Nawet bez finansowego wsparcia Waltera Munger nie mia³by proble-

mów z p³aceniem za ten apartament. Id¹c do siebie, odebra³ w recepcji dwa-

naœcie telefonicznych wiadomoœci od naczelnych redaktorów agencji praso-

wych oraz amerykañskich, europejskich i japoñskich gazet oraz tygodników.

Wszyscy b³agali o pilny kontakt. Rano zamierza³ usi¹œæ przy telefonie i do

po³udnia zawrzeæ potrzebne kontrakty. Potem bêdzie spokojnie czeka³ na

zaliczki.  Wróciwszy  do  apartamentu,  uda³  siê  natychmiast  do  wiêkszej

z dwóch ³azienek. Mia³a mu s³u¿yæ za ciemniê. S³u¿ba hotelowa ju¿ wstawi-

³a dwa w¹skie sto³y, jakich za¿¹da³, oraz przeci¹gnê³a dodatkowe kable elek-

tryczne z gniazdkami. Po zaplanowaniu wszystkiego, wróci³ do sypialni, ro-

zebra³ siê, a pas z pieniêdzmi zawiesi³ na haczyku po wewnêtrznej stronie

drzwi. Nawet przez chwilê nie myœla³ o jego ukryciu, wiedzia³ bowiem z do-

œwiadczenia, ¿e najlepszym sposobem ochrony cennych przedmiotów jest

pozostawianie ich w miejscu, w jakim z³odziejowi nie przyjdzie nawet do

g³owy szukaæ.

Przed wyjœciem z sypialni w³¹czy³ radio, wybra³ jak¹œ lekk¹ muzykê i usta-

wi³ si³ê g³osu tak, aby móg³ s³uchaæ przez otwarte drzwi mniejszej ³azienki.

Mniejsza by³a jednak rozmiarów niejednego hotelowego pokoju i mieœci-

³a zarówno prysznic, jak i wannê. Od czasów pobytu w Japonii mia³ awersjê

do mycia siê w europejskim stylu, to znaczy w wannie. „Moczysz siê we w³a-

snym brudzie”, us³ysza³ kiedyœ od przyjaciela Japoñczyka. Wszed³ wiêc teraz

pod prysznic, namydli³ siê i pozwoli³ strumieniowi gor¹cej wody zmywaæ przez

piêtnaœcie minut brud i zapach po podró¿y, i po d³ugim pobycie w zat³oczo-

nym barze. Przez te piêtnaœcie minut dokoñczy³ w myœlach rozplanowanie

ciemni. Przywióz³ du¿o sprzêtu, z którego czêœæ by³a mu zupe³nie nie znana.

Przez dziewiêæ lat nast¹pi³ wielki postêp w dziedzinie wywo³ywania filmów

i kopiowania. Prawdê powiedziawszy, nigdy siê tym wiele nie przejmowa³,

obróbkê pozostawiaj¹c innym. Jego zdjêcia przemawia³y bardziej treœci¹ ni¿

technik¹ dokonywania powiêkszeñ. Obecnie mo¿e byæ jednak inaczej.

Wy³¹czy³ prysznic, wytar³ siê i w³o¿y³ bia³y k¹pielowy szlafrok.

Spojrza³ na zaparowane lustro nad umywalk¹, rêcznikiem przetar³ œro-

dek i przez minutê wpatrywa³ siê we w³asn¹ twarz. Gdyby go teraz widzia³

Frazer, od razu zauwa¿y³by zmianê w stosunku do wizerunku w barze. Tam

na twarzy Mungera widaæ by³o o¿ywienie, gdy mówi³, s³ucha³ b¹dŸ obser-

wowa³. Tutaj by³o widaæ twarz, która nie wyra¿a³a ¿adnych uczuæ.

Odwróci³ siê od swego odbicia i przeszed³ do saloniku. Obok drzwi sta³y

dwie metalowe walizki. Ukucn¹³ i po ustawieniu cyfrowych kodów obie otwo-

rzy³. W jednej mia³ swój stary aparat i nowiutkiego Hasselblada oraz zestaw

obiektywów, parê statywów, pude³ka z filmami i drobny sprzêt potrzebny

background image

129

w ciemni. W drugiej znajdowa³o siê podstawowe wyposa¿enie ciemni: po-

wiêkszalnik, suszarka, gilotyna do papieru, naczynie do chemikaliów, lampa

na ruchomej podstawie oraz plastikowe butelki z wywo³ywaczami i utrwala-

czami.

Po dywanie przeci¹gn¹³ obie walizki bli¿ej drzwi ³azienki i zacz¹³ wypa-

kowywaæ sprzêt. Ustawi³ go w ci¹gu zaledwie pó³ godziny. Po zakoñczeniu

wszystko sprawdzi³ i wróci³ do saloniku. Nikona, statywy i pude³ka z filma-

mi u³o¿y³ na stole. Potem doda³ jeszcze zestaw obiektywów. Hasselblada

zostawi³ w walizce. Skoñczywszy przeszed³ do drugiego sto³u, na którym

przygotowano mu bar. Nape³ni³ szklankê kostkami lodu i zala³ rosyjsk¹ wódk¹.

Siêgn¹³ rêk¹ do syfonu z wod¹ sodow¹, zrezygnowa³ jednak i poci¹gn¹³ ³yk

czystej wódki. Mia³a ostry smak, ale wkrótce jej moc os³abi³ rozpuszczaj¹cy

siê lód. Sta³ tak nad sto³em przez kilka minut, kolistym ruchem mieszaj¹c

lód i p³yn w szklance, i od czasu do czasu upijaj¹c ³yczek. Z sypialni dobie-

ga³y dŸwiêki muzyki. Pomyœla³ o Janine Lasage i incydencie w barze na

dole. Jego reakcjê spowodowa³o wy³¹cznie wspomnienie Duffa Pageta i jego

ostatniego zdjêcia, nie wiedzia³ bowiem nic o jej uw³aczaj¹cych jego mê-

skoœci uwagach sprzed wielu lat w Hongkongu. Dopiero po wyjœciu Janine

powiedzia³ mu o tym Frazer. Mimo i¿ uwagê o w³osach wypowiedzia³ w gnie-

wie, mia³ racjê. Jej blond p³aszcz ju¿ do niej nie pasowa³. A w³osy, nawet

upiête wysoko na g³owie, tylko uwypukla³y wydatnoœæ koœci policzkowych,

coraz bardziej wyrazist¹ wraz z up³ywem lat, co nadawa³o jej twarzy dra-

pie¿ny wyraz. Byæ mo¿e inni tego nie dostrzegali. Mo¿e niczego nie dostrze-

gali oprócz wyrafinowanej urody?

Z zamyœlenia wyrwa³o go bzyczenie. Spojrza³ na swój nowy Seiko z bu-

dzikiem. Zegarek wskazywa³ piêædziesi¹t piêæ minut po pó³nocy. Zastopo-

wa³ brzêczenie, dopi³ wódkê, wróci³ do otwartej walizki i wyj¹³ Hasselbla-

da, a z bocznej kieszeni zwój cieniutkiego drutu, zakoñczonego z jednej strony

wtyczk¹ do lampy b³yskowej, z drugiej gumow¹ przyssawk¹. Wtyczkê wci-

sn¹³ do gniazdka flesza, flesz umocowa³ na aparacie i zaniós³ wszystko do

sypialni, gdzie po³o¿y³ na ³ó¿ku, gasz¹c przy okazji radio. Rozwijaj¹c drut

podszed³ do okna i otworzy³ je. Mia³ widok na po³udnie miasta. Jêzykiem

zwil¿y³ brzeg gumowej przyssawki i docisn¹³ j¹ do zewnêtrznej strony alu-

miniowej framugi. Wróci³ do ³ó¿ka, usiad³ i nastawi³ intensywnoœæ flesza na

17. Towarzyszy³ temu lekki stuk, którego nie by³oby w zwyk³ym aparacie.

Wzi¹³ aparat w lew¹ rêkê, obróci³ przegub i spojrza³ na zegarek. Czeka³

w tej pozycji przez czterdzieœci sekund, póki na wyœwietlaczu nie pokaza³a

siê godzina 1.00. Praw¹ rêk¹ wykona³ trzykrotnie czynnoœæ przesuwania klat-

ki. Po dwóch minutach powtórzy³ to samo.

9 – Reporter

background image

130

Sto piêædziesi¹t kilometrów na po³udnie, w bunkrze na Wzgórzach Go-

lan, ³¹cznoœciowiec Mosadu zdj¹³ z uszu s³uchawki i zatelefonowa³ do cen-

trali.

Dziesiêæ minut póŸniej, mimo nocnej godziny, Daktyl Jeden zosta³ obu-

dzony w swej willi w Limassol natrêtnym brzêczykiem zielonego telefonu

stoj¹cego przy ³ó¿ku. Walter po omacku siêgn¹³ do nocnej lampki, zapali³ j¹

i z trudem usiad³. Zawsze spa³ nago i gdyby w sypialni znajdowa³ siê w tej

chwili jakiœ ukryty obserwator, zapewne wybuchn¹³by œmiechem na widok

ró¿owiutkiej masy miêsa fa³dami sp³ywaj¹cej na poœciel. Walter rzuci³ okiem

na przepiêkny zegar na œcianie i mrukn¹³ coœ niechêtnie. Uœmiechn¹³ siê

jednak, gdy dy¿urny agent centrali DAKTYL zawiadomi³ go, ¿e Daktyl Nie-

bieski po raz pierwszy nawi¹za³ ³¹cznoœæ radiow¹.

Walter od³o¿y³ s³uchawkê, zgasi³ œwiat³o, wsun¹³ siê pod poœciel i usi³o-

wa³ powróciæ do snu, w którym siedzia³ przy wspaniale zastawionym stole

w otoczeniu legionu ponêtnych kobiet.

W tym samym czasie w Bejrucie Munger mia³ koszmarny sen – ten sam,

który go drêczy³ od dziewiêciu lat.

Zwiniêcie anteny i schowanie radiostacji ukrytej w Hasselbladzie zajê³o

mu minutê. Podró¿, spotkania w barze i zagospodarowanie ciemni tak go

wyczerpa³y, ¿e zasn¹³ prawie natychmiast. Zamykaj¹c okno nie œci¹gn¹³ za-

s³ony i ksiê¿yc ³agodnie oœwietla³ sypialniê. Podobnie jak Walter, sypia³ nago,

przykryty tylko przeœcierad³em do pasa. Ukryty obserwator mia³by jednak

zupe³nie inny widok ni¿ w sypialni Waltera. Munger mia³ tors wysportowa-

ny i opalony cypryjskim s³oñcem. Na tym tle wyraŸnie widaæ by³o bliznê na

lewym ramieniu. By³ to œlad po Ÿle zszytej ranie – prezencie od ¿o³nierza

Wietkongu, który nie okaza³ nale¿ytego szacunku s³awnemu fotoreportero-

wi.

Najpierw le¿a³ na plecach z g³ow¹ spoczywaj¹c¹ wysoko na dwóch po-

duszkach. Nie rusza³ siê. Po kilku minutach pojawi³y siê drgawki w nogach

i mechaniczne zaciskanie palców. Zacz¹³ oddychaæ ciê¿ej, na czo³o wyst¹pi-

³y krople potu.

Trwa³o to z dziesiêæ sekund – potem otworzy³ oczy, z gard³a wydoby³

mu siê g³uchy jêk. Usiad³, otar³ pot z czo³a i d³oñmi zas³oni³ oczy. Zacz¹³

dygotaæ, oddychaj¹c spazmatycznie.

Powoli siê uspokaja³, oddech stawa³ siê normalniejszy. Opuœci³ d³onie

i spojrza³ w jasny kwadrat okna. Jego twarz wyra¿a³a krañcow¹ rozpacz.

Ostatni raz ten koszmar nawiedzi³ go przed czterema miesi¹cami. Przez

minione parênaœcie tygodni modli³ siê do wszystkich mo¿liwych bogów, aby

sta³o siê to po raz ostatni. W miarê up³ywu czasu zacz¹³ coraz bardziej wierzyæ,

background image

131

¿e diab³a z jego cia³a ostatecznie wygna³y egzorcyzmy. Teraz musia³ po¿e-

gnaæ siê z t¹ nadziej¹.

Stoczy³ siê z ³ó¿ka, zataczaj¹c dobrn¹³ do okna i otworzy³ je szeroko. Do

sypialni  natychmiast  wdar³a  siê  fala  gor¹cego  powietrza,  nios¹c  odg³osy

miasta. Wyjrza³ na ulicê. Jecha³ ni¹ tylko jeden pojazd: d¿ip libañskiej ar-

mii, która wprowadzi³a ostatnio godzinê policyjn¹.

Przez piêæ strasznych sekund Munger myœla³ o samobójstwie, które by

go wyzwoli³o. Widzia³ oczami wyobraŸni siebie spadaj¹cego na chodnik przed

hotelem. Poderwa³ siê nagle, poszed³ do ³azienki i puœci³ zimny prysznic na

g³owê.

Koszmar zawsze by³ ten sam. Zaczyna³ siê od orientalnej twarzy, o wy-

datnych koœciach policzkowych. By³a to twarz dziewczyny. Gdyby nie oczy,

by³aby piêkna. Ale oczy by³y antytez¹ piêkna, chocia¿ dziêki lekko skoœne-

mu kszta³towi powinny za takie uchodziæ. By³y w nich: ból, krañcowa roz-

pacz i najwy¿sza pogarda, wszystko razem. Ból i rozpacz rozprzestrzenia³y

siê do wewn¹trz, pogarda by³a wymierzona w niego – w Mungera. Obejmo-

wa³a go, niczym œwiat³o reflektora.

Gdziekolwiek spojrza³, widzia³ te oczy. Nie móg³ siê ich pozbyæ, nie

pomaga³o zaciskanie powiek. W sennym koszmarze bieg³, próbowa³ uciec,

ale oczy by³y wszechobecne, wype³nia³y jego w³asne oczy, zespala³y siê z ni-

mi, zagl¹da³y mu w duszê.

Wy³¹czy³ prysznic i przeszed³ do saloniku. Wiedzia³, ¿e nie ma mowy

o œnie. Gdzieœ w nim tkwi³y te oczy, czyha³y tylko na okazjê, by wype³zn¹æ.

Nape³ni³ szklankê lodem i zala³ wódk¹ Stolicznaja. Usiad³ i zacz¹³ rozmy-

œlaæ o rzeczywistoœci. Dla Mungera rzeczywistoœci¹ by³y wydarzenia. To, co

siê ju¿ sta³o, a nie to, co mog³o by³o staæ siê w przesz³oœci lub na co ludzie

czekaj¹, ¿e siê stanie. Rzeczywistoœci¹ by³ Walter Blum. Myœli Mungera

powêdrowa³y do owego dnia przed czterema miesi¹cami, kiedy wszed³ do

siedziby Walen Trading. Sk³oni³ go do tego nocny koszmar. Koszmar w po-

³¹czeniu z mglistymi wspomnieniami kobiety o radosnym spojrzeniu – ko-

biety, która przemknê³a przez jego m³ode ¿ycie. Wnosi³a œwiat³o swoj¹ obec-

noœci¹, zostawi³a mrok po odejœciu. To by³o brutalne ze strony Waltera Bluma

– wykorzystywaæ wspomnienie matki. By³a to brutalnoœæ ³omu, który wy-

wa¿y³ wieko i wyzwoli³ d³ugo skrywane uczucia. Dzieñ po dniu Munger

usi³owa³ potem zatrzasn¹æ wieko i byæ mo¿e powiod³oby mu siê, gdyby nie

wróci³ koszmar we œnie i pozbawi³ go psychicznej odpornoœci. Pozosta³a mu

jednak pewna szansa: zaj¹æ siê czymœ, co mo¿e wyzwoli go w inny sposób

lub pozwoli przynajmniej zapomnieæ.

Wiarê w to wzmocni³y nastêpne tygodnie. Nie mia³ czasu na ponure myœli.

Ju¿ po kilku dniach zosta³ wys³any do centrum szkoleniowego Mosadu pod

Tel Awiwem i przez nastêpne dziesiêæ tygodni wch³ania³ techniki dzia³alnoœci

background image

132

operacyjnej. By³ zdumiony zmianami, jakie zasz³y przez lata jego izolacji od

œwiata. Jeden z instruktorów powiedzia³, ¿e w ci¹gu dekady technologia

tworzona na u¿ytek astronautów powróci³a z kosmosu na ziemiê. Nauczyli

go obs³ugiwaæ nadajniki radiowe ukryte wewn¹trz aparatu fotograficznego,

zobaczy³ bomby mieszcz¹ce siê w rolce filmu i zak³ada³ urz¹dzenia pods³u-

chowe wielkoœci guzika od koszuli.

Misza Wigoda zapozna³ go z najnowszymi technikami fotografowania

i duplikowania zdjêæ. Pokaza³ te¿ najnowsze teleobiektywy, które pozwala-

j¹ odczytaæ numer rejestracyjny samochodu z odleg³oœci pó³tora kilometra.

Wiele z tych urz¹dzeñ wci¹¿ nie by³o dostêpnych na rynku, ale specjaliœci

Mosadu „opakowywali” je w firmowe obudowy; obiektywy Mungera mog-

³y przejœæ ka¿d¹ inspekcjê z wyj¹tkiem fabrycznej u Nikona.

Przez te dziesiêæ tygodni pobiera³ nauki od mistrzów szpiegowskiego

zawodu. Z kolei i on potrafi³ zadziwiæ niektórych instruktorów: ekspert od

walki wrêcz szybko uzna³, ¿e ju¿ niewiele mo¿e go nauczyæ. Techniki judo,

karate i inne nie zmieni³y siê przez dziewiêæ lat.

Munger pokaza³ te¿, ¿e ma wrodzony talent œledzenia ludzi, nie bêd¹c

„wyczuwalnym”, potrafi natomiast sam „wyczuæ”, gdy ktoœ idzie jego tropem.

„David Munger jest psychicznie i fizycznie predystynowany do pracy

agenta terenowego”, napisa³ w swoim raporcie na zakoñczenie kursu szef

grupy instruktorów.

Walter Blum, który pochylony nad genera³em Hoftim odczyta³ te s³owa,

uœmiechn¹³ siê do siebie.

Pierwsza powierzona Mungerowi misja by³a prosta: ma powróciæ do fo-

toreporterskiej pracy i zdobyæ pozycjê najlepszego reportera wojennego na

Bliskim Wschodzie. Kazano mu nawi¹zaæ poprzednio zerwane kontakty, by

uzyskuj¹c rozg³os, u³atwi³ sobie poruszanie siê w pañstwach ca³ego regionu.

Co najmniej przez rok nikt nie bêdzie niczego wiêcej od niego ¿¹da³. Przez

ten rok siatka Mosadu we Francji nie zaprzestanie akcji przeciwko reaktoro-

wi i ludziom z nim zwi¹zanym. Munger tylko wtedy bêdzie w³¹czony do

akcji, jeœli reaktor zostanie wys³any do Iraku. Ale, na wszelki wypadek, musi

mieæ pozycjê, która umo¿liwi mu dowolne odwiedzanie i opuszczanie Iraku.

Okres szkolenia rozbudzi³ w Mungerze œwiadomoœæ przynale¿noœci do

narodu ¿ydowskiego. Dotychczas jej nie mia³. Nie uwa¿a³ siê za ¯yda, nie

myœla³ tymi kategoriami, choæ wiedzia³, ¿e judaizm uznaje matkê za pro-

bierz dziedzictwa wiary. Jednak¿e do chwili swego intelektualnego nawró-

cenia matka nie praktykowa³a ani nie przekazywa³a mu ¿ydowskich tradycji.

Nie zna³ ¿ydowskich obrz¹dków i obyczajów, nigdy w nich nie uczestniczy³.

W ¿yciu nie by³ w synagodze.

Podczas miesiêcy spêdzonych w Izraelu traktowano go jak ¯yda. Instruk-

torów nie obchodzi³a jego ignorancja religijna. By³ ¯ydem i to im ca³kiem

background image

133

wystarczy³o. Z pocz¹tku myœla³, ¿e otrzymali specjalne instrukcje co do jego

osoby, i ¿e ich zachowanie jest ³agodn¹ odmian¹ prania mózgu. Wkrótce

porzuci³ podejrzenia. Instruktorzy zachowywali siê naturalnie. Zak³adali, ¿e

pracê, jak¹ bêdzie mia³ wykonywaæ i zwi¹zane z ni¹ ryzyko, mo¿e podj¹æ

tylko ¯yd – wy³¹cznie cz³owiek motywowany mi³oœci¹ do Izraela i narodu

¿ydowskiego. Zacz¹³ akceptowaæ ich stosunek do siebie i motywacjê. I sam

zacz¹³ myœleæ o sobie jako o ¯ydzie. Nie potrafi³ natomiast i nie chcia³ ak-

ceptowaæ religijnej otoczki. Ale w centrum szkolenia odrzuca³o j¹ tak¿e wielu

innych. Munger dostrzega³ wy³¹cznie rasê, gatunek ludzi, z którymi móg³

siê uto¿samiaæ.

Ostatniego dnia pobytu w Izraelu odwiedzi³ grób matki. Wczesnym po-

rankiem cmentarz by³ pusty. Na grobie, jednym z tysiêcy, le¿a³y kwiaty. Cho-

cia¿ i na wielu innych je zauwa¿y³, wra¿enie pozosta³o wielkie. Mo¿e jesz-

cze wiêksze, ni¿ gdyby to by³y jedyne kwiaty. Pamiêtaj¹! J¹ i innych jej

podobnych. W lekkim deszczyku sta³ nad grobem przez godzinê. W g³owie

mia³ burzê myœli, ale kiedy odchodzi³, wiedzia³ jedno: podobnie jak matka,

podj¹³ decyzjê.

Gdy teraz siedzia³ w luksusowym apartamencie, z zimn¹ szklank¹ w d³o-

ni, pomyœla³, ¿e jak na ironiê jego decyzja mo¿e byæ unicestwiona przez parê

skoœnych oczu.

Zdawa³ sobie sprawê z niebezpieczeñstwa. Zna³ cieniutk¹ liniê oddzie-

laj¹c¹ normalnoœæ od szaleñstwa. Przez te piêæ sekund patrzenia z okna na

ulicê, linia zaczê³a siê rozmywaæ.

Wsta³ i zacz¹³ przegl¹daæ sprzêt fotograficzny na najbli¿szym stole. Bez

specjalnego celu. Chcia³ po prostu czymœ siê zaj¹æ. Sprawdzi³ aparat i po-

uk³ada³ pude³ka z filmami wed³ug ich czu³oœci.

I wtedy w³aœnie spostrzeg³ kasetê z naœwietlonym filmem. Zdziwi³ siê,

gdy¿ nie przypomina³ sobie, by ostatnio cokolwiek fotografowa³. Zacz¹³ szu-

kaæ w pamiêci. Oczywiœcie! Przed czterema miesi¹cami robi³ zdjêcia w domu

Ruth Paget! Ten poranek! I to podniecenie, gdy po raz pierwszy po tylu latach

trzyma³ w rêku aparat. Zosta³ pó³ godziny i fotografowa³ Ruth oraz bawi¹ce

siê w ogrodzie dzieci. Prosi³a, by przys³a³ jej odbitki, ale od chwili przekrocze-

nia progu biura Waltera Bluma by³ zawsze zajêty, nie mia³ dos³ownie chwili

czasu. Trzyma³ teraz w palcach opakowanie po filmie i przypomnia³ sobie ³zy

w jej oczach, gdy po raz pierwszy od dziesiêciu lat wzi¹³ do r¹k aparat fotogra-

ficzny. Jaka by³a piêkna i jaka wydawa³a siê nieodporna na ¿ycie. Zauwa¿y³

jeszcze coœ w jej spojrzeniu, ale nie potrafi³ tego zdefiniowaæ.

Powodowany impulsem poszed³ z filmem do ciemni. Postanowi³ go od

razu wywo³aæ. Pozwoli mu to przetrwaæ nocne godziny.

Pracowa³ mechanicznie, palce szybko przypomina³y sobie tysi¹ce jak¿e

czêsto wykonywanych w przesz³oœci ruchów. Po prze³adowaniu taœmy do

background image

134

bêbna, nape³ni³ go przygotowanym wywo³ywaczem. Nie potrzebowa³ sto-

pera – w myœlach odlicza³ sekundy. Wyla³ wywo³ywacz, zastêpuj¹c go de-

stylowan¹ wod¹. Dobrze wyk¹pa³ taœmê, lekko potrz¹saj¹c bêbnem, wyla³

wodê i wla³ utrwalacz. Przypomnia³y mu siê setki pokoi hotelowych, w któ-

rych wykonywa³ te same czynnoœci. Zawsze go to fascynowa³o: oczekiwa-

nie z niecierpliwoœci¹ rezultatu i sprawdzenie, czy oko i obiektyw dostrze-

g³y  ten  sam  obraz.  Tym  razem  jednak  zupe³nie  nie  pamiêta³  obrazów

rejestrowanych  wówczas  przez  oko.  Op³uka³  dok³adnie  utrwalony  film

i umieœci³ go na sk³adanej suszarce. Na piêtnaœcie minut przeszed³ do salo-

niku.

Gdy wróci³, film by³ ju¿ suchy. Dwanaœcie klatek, krótka rolka. Trzy

zdjêcia samej Ruth, trzy Ruth z którymœ z dzieci i szeœæ samych dzieci.

Wszystkie zdjêcia by³y dobrze naœwietlone i dobrze wywo³ane. W³o¿y³ ne-

gatyw do kopioramy i naœwietli³ papier, korzystaj¹c z lampy powiêkszalnika

jako Ÿród³a œwiat³a. Po dziesiêciu minutach mia³ ju¿ gotowe stykówki. By³o

w nich coœ, czego nie potrafi³ zg³êbiæ i zacz¹³ przebiegaæ myœlami poszcze-

gólne fazy, od momentu rozpoczêcia zdjêæ. Wszystko wydawa³o siê w po-

rz¹dku, równie¿ technicznie fotografie by³y bardzo dobre, mia³y doskona³e

kontrasty i pe³n¹ wyrazistoœæ. A jednak by³y jakieœ inne. Pocz¹tkowo my-

œla³, ¿e to zmêczenie i stan umys³u os³abia postrzeganie. Wzi¹³ szk³o po-

wiêkszaj¹ce i przez wiele minut bada³ skrupulatnie ka¿d¹ odbitkê. Potem

wyprostowa³ siê i spojrza³ w ³azienkowe lustro, jakby od w³asnego odbicia

domaga³ siê odpowiedzi na drêcz¹c¹ zagadkê. Wróci³ do saloniku i wypi³

jeszcze jedn¹ wódkê z lodem, patrz¹c przez okno na czêœciowo oœwietlone

miasto. Po dziesiêciu minutach podj¹³ decyzjê, wróci³ do ciemni i zacz¹³

robiæ powiêkszenia.

O pi¹tej rano wpatrywa³ siê w rz¹dek powiêkszeñ 12x25 podczepionych

do sznurka przeci¹gniêtego nad wann¹. Pierwsze szeœæ przedstawia³o ba-

wi¹ce siê dzieci. Nie upozowane, naturalne. Pamiêta³, ¿e sta³ na tarasie i pa-

trzy³, jak dzieciaki ha³asuj¹ przy zgrabianiu szyszek. Po paru minutach prze-

sta³y interesowaæ siê zarówno nim, jak i aparatem. Nie jakaœ nadzwyczajnoœæ

zdjêæ przykuwa³a uwagê Mungera, ale to, ¿e klisza tak dobrze utrwali³a bez-

trosk¹ radoœæ maluchów, ¿e ich pe³ne szczêœcia podniecenie a¿ emanowa³o

z odbitek. By³y to fotografie, jakich jeszcze nigdy w ¿yciu nie zrobi³. Na-

stêpne trzy pokazywa³y Ruth pochylon¹ w rozmowie z ch³opczykiem. Mun-

ger przypomina³ sobie nawet jego imiê: Stavros. Trzyma³a obie jego d³onie

w swoich d³oniach. Na pierwszym zdjêciu ch³opiec mia³ wzrok opuszczony

do ziemi, twarz pe³n¹ smutku. Na drugim na jego wargach zacz¹³ wykwitaæ

uœmiech. Na trzecim uœmiech obj¹³ ju¿ ca³¹ twarz. Ch³opiec przeby³ drogê

background image

135

od smutku do radoœci. Po raz pierwszy w swojej karierze fotoreportera Mun-

ger utrwali³ sekwencjê, która nie koñczy³a siê œmierci¹.

Wreszcie przeniós³ wzrok na ostatnie trzy zdjêcia. Robi¹c odbitki za³o-

¿y³ maski, tak ¿e na powiêkszeniach mia³ tylko twarz. By³y to portrety piêk-

nej kobiety. I zawiera³y coœ jeszcze. Kiedy robi³ te zdjêcia, zajrza³o s³oñce

przez okno i wydoby³o cienie na jej twarzy, uwypukli³o policzki, musnê³o

czo³o i podbródek, odbi³o siê od czarnych w³osów. Kompozycja œwiat³ocie-

ni by³a doskona³a. Ale piêkna dodawa³ jeszcze wyzieraj¹cy z jej oczu wyraz

wspó³czucia. Na dwóch portretach s³oñce otar³o siê o b³yszcz¹ce w oczach

³zy, ale nie wydoby³o smutku, lecz podkreœli³o g³êbiê wspó³czucia.

Munger d³ugo wpatrywa³ siê w trzy powiêkszenia, zw³aszcza w ostatnie.

Wreszcie to jedno odczepi³ i powróci³ do powiêkszalnika.

Gdy wyszed³ z ciemni, salonik zalewa³o wschodz¹ce s³oñce. Przysun¹³

do okna krzes³o, usiad³ i wystawi³ odbitkê na promienie s³oñca. Tylko oczy!

Oczy Ruth Paget. Poni¿ej jedna ³za. By³o to maksymalne powiêkszenie, bar-

dzo ziarniste, ale mo¿e to w³aœnie pozwoli³o wydobyæ ca³e piêkno.

Munger trzyma³ zdjêcie na odleg³oœæ wyci¹gniêtej rêki i wpatrywa³ siê

intensywnie w te oczy. I nadal dostrzega³ w nich g³êbokie wspó³czucie. Mocno

zacisn¹³ powieki. Moc¹ wyobraŸni przywo³a³ tamte oczy. Nigdy nie mia³

z tym trudnoœci, przez ca³y czas tkwi³ mu w g³owie obraz tamtych oriental-

nych oczu. Zobaczy³… poczu³ ból i rozpacz, a przede wszystkim pogardê.

Trzyma³ powieki zaciœniête, pozwalaj¹c wezbraæ fali bólu i lêku, a kiedy

serce zaczê³o mu biæ mocno, otworzy³ oczy, i dostrzeg³ wspó³czucie w spoj-

rzeniu Ruth Paget.

Kilka razy powtarza³ to samo i za ka¿dym razem zwyciê¿a³o wspó³czu-

cie. Zaniós³ powiêkszenie oczu do sypialni i postawi³ na stoliku ko³o ³ó¿-

ka. Zadzwoni³ do recepcji i zapowiedzia³, by nikogo nie ³¹czono. Wróci³

do okna, zaci¹gn¹³ zas³ony i po³o¿y³ siê do ³ó¿ka. Siêgaj¹c do lampki noc-

nej, spojrza³ na powiêkszenie. Patrzy³ d³ugo, wreszcie zgasi³ œwiat³o i opad³

na poduszki.

Spa³ przez dwadzieœcia cztery godziny i nie mêczy³y go ju¿ ¿adne zmory.

11

B

y³ pocz¹tek lata, kiedy Walter ponownie uda³ siê do Platres. Mia³ humor

znacznie lepszy ni¿ poprzednim razem. Siedzia³ obok Spiro i rozmawiali na

temat rodziny starego Greka, sytuacji politycznej na Cyprze oraz bezradno-

œci ONZ w rozwi¹zywaniu cypryjskiego problemu.

background image

136

Gdy wóz znalaz³ siê u podnó¿a gór Trodos, Spiro zamilk³, poœwiêcaj¹c ca³¹

uwagê prowadzeniu krêt¹ i w¹sk¹ drog¹. Natomiast myœli Waltera poszybowa³y

do Pary¿a, sk¹d w³aœnie wróci³ i gdzie z Efimem Zimmermanem planowa³ ostat-

ni¹ seriê akcji mog¹cych zapobiec wys³aniu do Iraku reaktora Tammuz I.

Zdecydowano, ¿e egipski atomista Yahia el Mashad zostanie zamordo-

wany podczas swej nastêpnej wizyty we Francji. Ekipa Mosadu ju¿ czeka³a

w Pary¿u. Inna ekipa szykowa³a siê do umieszczenia bomb w zak³adach w La

Seyne-sur-Mer. Obaj agenci Mosadu zatrudnieni w tych zak³adach donieœli,

¿e budowa reaktora wyprzedzi³a nieco harmonogram. Optymalnym czasem

na akcjê bombow¹ musia³aby wiêc byæ wczesna jesieñ.

Walter nie mia³ w¹tpliwoœci, ¿e pod sprawnym kierownictwem Zimmer-

rnana obie akcje siê powiod¹. Nie mia³ równie¿ w¹tpliwoœci, ¿e ich sukces

bêdzie sukcesem po³owicznym, który opóŸni dokoñczenie i wys³anie reak-

tora o kilka miesiêcy, w najlepszym wypadku o rok. Przypomnia³ sobie ostat-

ni¹ kolacjê z Zimmermanem. Zimmerman mówi³, a Walter jad³ i bardzo

uwa¿nie s³ucha³, gdy¿ ¿ywi³ szacunek dla wiedzy Zimmermana na temat nie

tylko Francji, ale i œwiata.

Zimmerman uwa¿a³, ¿e w celu ca³kowitego wyeliminowania z gry fran-

cuskiego reaktora, Izrael bêdzie musia³ podj¹æ „defensywne” kroki wojsko-

we. Oznacza³o to akcjê komandosów lub przeprowadzenie nalotu bombo-

wego. Oczywiœcie, ¿adnej z tych akcji nie mo¿na przeprowadziæ na terytorium

Francji, a wiêc dopiero po zainstalowaniu reaktora w Iraku. Walter wiedzia³,

¿e podobnie myœl¹ genera³ Hofti i izraelscy szefowie sztabów.

Zimmerman k³ad³ wielki nacisk na potrzebê wiarygodnych informacji

z Iraku i na posiadanie tam najwy¿szej klasy agentów, zdolnych wysoko

dotrzeæ. Czy mia³by to byæ rajd komandosów, czy nalot, planiœci bêd¹ po-

trzebowali dok³adnych informacji z miejsca zainstalowania reaktora. Cho-

dzi tu przede wszystkim o wyznaczon¹ datê rozruchu, po którym reaktor

stanie siê radioaktywny. Zniszczenie instalacji musia³oby nast¹piæ przed t¹

dat¹. El-Tuwaitha znajdowa³a siê zaledwie osiemnaœcie kilometrów od œród-

mieœcia Bagdadu i gdyby to trzyipó³milionowe miasto zosta³o ska¿one ra-

dioaktywnym opadem, Izrael zosta³by powszechnie potêpiony.

W miesi¹cach, jakie pozosta³y do przeprowadzenia akcji, siatka DAK-

TYL bêdzie odgrywa³a decyduj¹c¹ rolê. Po wizycie Sadata w Izraelu pod

koniec 1977 roku rozpoczê³a siê nowa era. Pokój z Egiptem musi byæ i bê-

dzie zawarty. Trzeba jednak uœwiadomiæ sobie, ¿e ten pokój zwiêkszy nie-

chêæ innych pañstw arabskich. Saddam Husajn w Iraku dostrze¿e to jako

szansê na zdobycie pozycji przywódcy œwiata arabskiego. Wykorzysta oka-

zjê do podjêcia zdecydowanych kroków wobec Izraela. Jego autorytet mo¿e

nies³ychanie wzmocniæ posiadanie broni nuklearnej. Wraz z t¹ broni¹ wzro-

s³yby jego ambicje, co jest nie do zaakceptowania przez Izrael.

background image

137

Walter s³ucha³ z uwag¹, a kiedy Zimmerman przesta³ mówiæ, on zaœ skoñ-

czy³ jedzenie, wspomnia³ o Mungerze. Munger by³ w terenie dopiero trzy mie-

si¹ce, a ju¿ ca³kowicie odzyska³ dawn¹ pozycjê. Jak szalony rzuci³ siê w wir

pracy, od¿y³y w nim dawne pasje i talenty. W³aœnie w bie¿¹cym tygodniu „Pa-

ris Match” opublikowa³ jego wstrz¹saj¹cy reporta¿ z walk w po³udniowym

Libanie. Przed trzema tygodniami „Time” i „Newsweek” wykorzysta³y jego

zdjêcia do zilustrowania artyku³u dotycz¹cego sytuacji w po³udniowym Je-

menie. Munger by³ jedynym zachodnim fotoreporterem, któremu od ponad

roku uda³o siê dostaæ do tego kraju. Walter nie mia³ pojêcia, jak Munger to

za³atwi³ i wiedzia³, ¿e Misza Wigoda, który „prowadzi³” Mungera z bazy

w Bejrucie, te¿ nie by³ œwiadomy jego metod. W ostatnim raporcie do Wal-

tera Wigoda pisa³ z zachwytem, ¿e dla Mungera przekroczenie zamkniêtej

granicy jest równie ³atwe, jak dla innych przejœcie na drug¹ stronê ulicy.

W najbli¿szych dniach Munger wybiera³ siê do Iranu, sk¹d mia³ przedostaæ

siê do kontrolowanego przez Kurdów terytorium Iraku. To mo¿e bardzo przy-

daæ siê w przysz³oœci, pisa³ Wigoda.

Walter mówi³ z takim entuzjazmem o swoim nowym agencie, ¿e i Zim-

merman da³ siê nim zaraziæ. Pamiêta³ liczne przypadki, kiedy instynkt Wal-

tera w doborze ludzi okazywa³ siê niezawodny. Niemniej poczu³ siê w obo-

wi¹zku zadania paru pytañ, na przyk³ad: jak¹ siatkê buduje Munger?

Walter musia³ przyznaæ, ¿e nie buduje ¿adnej, ¿e postawi³ warunek, i¿

bêdzie pracowa³ sam, nie polegaj¹c na nikim. Le¿a³o to w jego naturze i tak

ju¿ musi zostaæ. Nie podoba³ mu siê nawet dozór ze strony Wigody. Osobi-

œcie bardzo lubi³ Miszê, ale podczas krótkich wizyt na Cyprze wola³by sk³a-

daæ raporty bezpoœrednio Walterowi.

Jednak¿e w tej sprawie Walter by³ nieustêpliwy. Wigoda jest doœwiadczo-

nym agentem i mog¹ powstaæ sytuacje, kiedy jego pomoc oka¿e siê bezcenna.

Zimmerman wyrazi³ obawê, ¿e ca³y wysi³ek DAKTYLA w Iraku ograni-

czy siê w istocie do jednego cz³owieka. To zbyt ma³o, bez wzglêdu na to, jak

dobry jest ten cz³owiek. Walter z rezygnacj¹ roz³o¿y³ rêce. To wszystko, co

w tej chwili mo¿na zrobiæ. Centrala Mosadu bêdzie usi³owa³a przerzuciæ do

Iraku ekipê wspieraj¹c¹ i ulokowaæ j¹ w Bagdadzie. W najlepszym jednak

wypadku bêdzie to „chwilówka” z³o¿ona z agentów pozuj¹cych na biznes-

menów. Tym samym czas ich pobytu bêdzie bardzo ograniczony. Mosad

postara siê, aby po jednych pojawili siê nastêpni, tak aby przez ca³y czas

mieæ tam paru swoich ludzi.

Gdy wznosili siê coraz wy¿ej miêdzy górskie szczyty, Walter obserwo-

wa³ soczyst¹ zieleñ, myœl¹c, ¿e sytuacja wcale nie jest taka œwietna. W isto-

cie bêdzie musia³ polegaæ na jednym cz³owieku i choæ ten cz³owiek mia³

wiele cech nadzwyczajnych, mia³ te¿ i powa¿n¹ skazê. Walter cierpia³ nad

tym, ¿e nie potrafi zg³êbiæ powodów dziewiêcioletniej dobrowolnej ucieczki

background image

138

Mungera od œwiata. By³a to szara strefa i dopóki jej nie rozjaœni, w¹tpliwo-

œci pozostan¹.

Pomyœla³ o Ruth. Ona mog³a pomóc w wyjaœnieniu tajemnicy. Walter

nie rozumia³ ludzi tak prostolinijnych, ¿e odmawiali pokrêtnego dzia³ania

nawet w zbo¿nym celu, a przecie¿ cel uœwiêca œrodki. Ruth postawi³a spra-

wê jasno: nie bêdzie uczestniczyæ w machinacjach Waltera.

Blum ostatecznie doszed³ do wniosku, ¿e nawet gdyby spróbowa³a, to by

siê jej nie uda³o. Na tylnym siedzeniu mercedesa le¿a³o pud³o z wyszywan¹

cekinami wieczorow¹ sukni¹, któr¹ kupi³ dla niej w Pary¿u. Mia³ nadziejê,

¿e Ruth w³o¿y j¹ na dzisiejsz¹ kolacjê. Odczuwa³ te¿ pewien niepokój, gdy¿

wiedzia³, ¿e przed tygodniem odwiedzi³ j¹ Gideon Galili. Walter nie mia³

z³udzeñ, ¿e nigdy nie zdobêdzie wiêcej ni¿ sympatiê Ruth, ale odczuwa³ ¿al,

¿e ktoœ inny mo¿e posi¹œæ wiêcej.

Z³y nastrój rozwia³ siê, gdy wszed³ do willi z pud³em pod pach¹. Ruth

us³ysza³a samochód i szybko wbieg³a do domu od strony ogrodu. Zobaczy³

j¹ we framudze. Mia³a na sobie cienk¹ bawe³nian¹ sukienkê i padaj¹ce z ty³u

s³oñce obramowa³o jej sylwetkê z³otym kadrem. Na widok Waltera jej twarz

rozjaœni³a siê wyrazem tak autentycznego zadowolenia, ¿e Walter poczu³

wzruszenie. Przesz³a szybkim krokiem przez salon, pochyli³a siê nad pu-

d³em i wydatnym brzuchem goœcia, i uca³owa³a Bluma w oba policzki.

– Czy to prezent dla mnie? – spyta³a.

Skin¹³ g³ow¹ i poda³ jej pud³o, nagle zawstydzony jak ma³y ch³opak.

Zanios³a je do sto³u, rozwi¹za³a wst¹¿ki i unios³a wieko. Zamar³a wpatrzona

w lœni¹c¹ materiꠖ g³adki jedwab wyszywany przepiêknie cekinami. Ostro¿nie

wyjê³a sukniê z pud³a i, trzymaj¹c wysoko na odleg³oœæ r¹k, wpatrywa³a siê

w ni¹ z otwartymi ustami. Potem przy³o¿y³a do cia³a i obróci³a siê do Waltera.

– Jest przepiêkna – wyszepta³a. – Nie powinieneœ by³, Walterze…

Nim zdo³a³ cokolwiek odpowiedzieæ, uœmiechnê³a siê figlarnie i doda³a:

– Ja tylko tak z grzecznoœci powiedzia³am. Oczywiœcie, ¿e powinieneœ

by³. Wspania³a! Od lat nie mia³am na sobie niczego podobnego. Kolacja

w Forest Peak?

Skin¹³ g³ow¹. Czu³ siê jak uczniak. Ruth posz³a w kierunku sypialni.

– Tylko j¹ powieszê i zaraz zrobiê ci drinka. Rozgoœæ siê.

Walter, niezmiernie z siebie zadowolony, poszed³ w g³¹b salonu. Zamie-

rza³ w³aœnie usi¹œæ, kiedy zobaczy³ oprawione czarno-bia³e fotografie. Nie

spuszczaj¹c z nich oczu, podszed³ bli¿ej. Dwie, bardzo ziarniste, przedsta-

wia³y twarz Ruth, trzecia Ruth z ch³opcem. Oczy ch³opca by³y zwrócone na

Ruth, a jego twarz wyra¿a³a radoœæ i zaufanie. Walter sta³ zafascynowany,

nie mog¹c oderwaæ wzroku.

– Zdjêcia Mungera – odezwa³a siê zza jego pleców Ruth.

– Mungera? – Obróci³ siê zaskoczony.

background image

139

Ruth trzyma³a kube³ek z lodem, z którego stercza³a szyjka otwartej bu-

telki wina. Potwierdzi³a skinieniem g³owy, zanios³a kube³ek na stó³ i wyjê³a

z kredensu dwa kieliszki. Walter powróci³ do kontemplacji zdjêæ.

– Niewiarygodne… Munger… P³aka³aœ.

– Tak. I sama nie wiem, dlaczego.

Przynios³a mu kieliszek wina i stanê³a obok, spogl¹daj¹c na ostatni¹ fo-

tografiê, na której obiektyw utrwali³ sp³ywaj¹c¹ ³zê.

– On nigdy niczego podobnego nie fotografowa³ – mrukn¹³ Walter. –

Gdybym ciê nie zna³, to powiedzia³bym, ¿e k³amiesz… to antyteza tego, co

robi Munger.

Ruth z pude³ka na pó³ce wyjê³a pozosta³e zdjêcia Mungera.

Walter roz³o¿y³ je na stole.

– Wspania³e. Widaæ w nich duszê…

– To samo powiedzia³ Gideon – odpar³a.

– Gideon?

– Tak. By³ tu w zesz³ym tygodniu… – Umilk³a na chwilê i potem doda³a:

– Pobieramy siê…

– Kiedy?

– Na pocz¹tku przysz³ego roku. – Nie zauwa¿y³a ¿adnej zmiany w wyra-

zie twarzy Waltera, ale wyczu³a, ¿e jest zawiedziony.

– Dosz³aœ wiêc do wniosku, ¿e go kochasz?

– Dosz³am do wniosku, ¿e nie wiem, co to mi³oœæ. – Wzruszy³a ramiona-

mi. – Ale wiem, ¿e jego mi³oœæ… ¯e mnie kocha… Nigdy mnie nie zrani.

Nigdy mnie nie ok³amie.

– Czy to wystarczy?

Podesz³a do okna i wyjrza³a na góry. Walter chcia³ jeszcze coœ powie-

dzieæ, coœ wyjaœniæ, ale zabrak³o mu s³ów i tym razem nawet Szekspir nie

poœpieszy³ z pomoc¹. Spojrza³ wiêc raz jeszcze na fotografie i spyta³:

– Czy mogê parê z nich po¿yczyæ? Tylko na kilka dni.

– Oczywiœcie. Munger przys³a³ mi po kilka odbitek. Mo¿esz wzi¹æ komplet.

Wybra³ cztery fotografie.

– Kiedy on wraca? – spyta³a.

Spojrza³ pytaj¹cym wzrokiem.

– Munger. Do zdjêæ do³¹czy³ list. Przeprasza³, ¿e przesy³a zdjêcia tak

póŸno. I powiedzia³, ¿e chcia³by siê ze mn¹ zobaczyæ, kiedy przyleci.

– Teraz jest w pó³nocnym Iraku u Kurdów. Potem ma trochê wolnego

czasu. Powinien siê zjawiæ pod koniec miesi¹ca.

– A jak mu ogólnie idzie?

Walter móg³ siê wreszcie uœmiechn¹æ.

– Doskonale. Jest znowu najlepszy. Najlepszy fotoreporter na œwiecie!

Ucieszy³o j¹, ¿e Walter odzyska³ humor.

background image

140

Kolacja minê³a w dobrym nastroju. Walter opanowa³ rozczarowanie, a po-

za tym doszed³ do wniosku, ¿e w ci¹gu oœmiu miesiêcy wiele mo¿e siê zda-

rzyæ. Ruth promienia³a w nowej sukni, a on k¹pa³ siê w jej blasku.

Tego wieczoru przed pójœciem spaæ, w³o¿y³ cztery fotografie wraz z not-

k¹ do koperty i zaadresowa³ j¹ do profesora Chaima Nardiego.

Po dziesiêciu dniach otrzyma³ zdjêcia z powrotem z krótkim liœcikiem,

który sprawi³ mu wielk¹ przyjemnoœæ.

Nadzwyczajne! Wys³a³em rekomendacjê do dziekana, aby podczas nastêp-

nej pañskiej wizyty nada³ panu doktorat z psychologii. I to wcale nie honorowy.

Misza Wigoda postawi³ sobie kolacjê w Smugglers Inn w dzielnicy Ras.

Dok³adnie tak – postawi³ sobie – poniewa¿ nie nale¿a³ do tych, którzy oszu-

kuj¹ w rozliczeniach i prywatne kolacje zaliczaj¹ jako s³u¿bowe.

Jak to by³o w jego zwyczaju, wybra³ stolik w rogu. Siedzia³ sam, prezen-

tuj¹c doœæ smutny wizerunek niskiego i oty³ego cz³owieka o ³ysinie podob-

nej do mniszej tonsury. Szpiedzy czêsto jadaj¹ samotnie, a poza tym wynika-

j¹ce z tego zawodu ograniczenia w utrzymywaniu stosunków towarzyskich

jeszcze bardziej pog³êbia³a wrodzona nieœmia³oœæ Miszy. Chocia¿ by³ spraw-

nym i kompetentnym agentem, owa nieœmia³oœæ by³a hamulcem, uniemo¿li-

wiaj¹c mu pe³ne rozwiniêcie skrzyde³, dobry szpieg bowiem musi umieæ

zab³ysn¹æ w towarzystwie. Dlatego te¿ w³aœnie Miszy wyznaczano czêsto

zadania polegaj¹ce na samotnym œledzeniu i spe³nianiu roli ³¹cznika.

Tego  wieczoru  postawi³  sobie  kosztown¹  kolacjê,  poniewa¿  czu³  siê

wysoce usatysfakcjonowany i bardzo wa¿ny. Obarczenie go funkcj¹ oficera

prowadz¹cego agenta Daktyl Niebieski uwa¿a³ za awans, a poza tym wszyst-

ko sz³o dobrze. Tego popo³udnia odebra³ szczegó³owy raport od Mungera po

jego powrocie z Kurdystanu. Przes³uchanie odby³o siê w mieszkaniu w dziel-

nicy Nabaa. Przykrywk¹ Miszy by³o kierowanie biurem importowo-ekspor-

towym. Mieszkanie znajdowa³o siê w s¹siednim budynku i, podobnie jak

w centrali DAKTYLA w Limassol, ukryte drzwi ³¹czy³y oba budynki – a za-

razem biuro Miszy i mieszkanie. Misza spêdzi³ z Mungerem ponad trzy go-

dziny. Niczego nie nagrywa³, niczego nie notowa³. Obdarzony by³ pamiêci¹

absolutn¹. Siedzia³ bez ruchu z pó³przymkniêtymi oczami, ws³uchuj¹c siê

i kataloguj¹c p³yn¹ce s³owa. Munger odby³ owocn¹ podró¿, rozmawia³ z licz-

nymi przywódcami kurdyjskimi, zarówno w Iranie, jak i w Iraku, i ustali³,

którzy mog¹ okazaæ siê po¿yteczni w przysz³oœci. Przedstawi³ te¿ plan, po-

zwalaj¹cy dostarczyæ do Kurdystanu broñ i amunicjê, by je zmagazynowaæ

na czas nastêpnego kurdyjskiego powstania. W zamian za to Kurdowie irac-

cy udzieliliby Mungerowi wsparcia i potrzebnych informacji. Dysponowali

background image

141

kryjówkami w Bagdadzie i w innych irackich miastach. Munger dok³adnie

opisa³ broñ, jakiej Kurdowie potrzebuj¹, i jak j¹ mo¿na przemyciæ, korzysta-

j¹c z kurdyjskich agentur w Turcji. Wskaza³ te¿ proponowane miejsce sk³a-

dowania.

Plan by³ dobry, Wigoda pogratulowa³ Mungerowi, ¿ycz¹c mi³ego odpo-

czynku, bo nastêpnego ranka Munger odlatywa³ na Cypr.

Misza zobaczy³, ¿e do jego stolika podchodzi George, w³aœciciel restau-

racji, jak zwykle uœmiechniêty, nios¹c menu. Misza jada³ tu raz w miesi¹cu.

Sprawia³o mu przyjemnoœæ, ¿e jest traktowany przez George’a jako sta³y

i powa¿ny klient.

– Zdrowie ci sprzyja, Melim? – spyta³ George, u¿ywaj¹c przybranego

nazwiska Miszy. – I nie czytaj menu, proszê. Mam pyszn¹ polêdwicê z grilla

i bêdzie dla mnie obraz¹, jeœli nie skosztujesz.

Misza skin¹³ g³ow¹, ale George pozosta³ jeszcze parê minut, rozmawia-

j¹c o polityce i o ulicznym festiwalu, który co roku organizowali lokalni

kupcy. Festiwal nosi³ miano Makhoul od nazwy ulicy i by³ to jeden z kupiec-

kich sposobów wypiêcia siê na wojnê domow¹ i pokazania, ¿e ¿ycie toczy

siê normalnie.

Gdy George wreszcie odszed³, Misza rozsiad³ siê wygodnie, zadowolo-

ny z ciep³ej atmosfery miejsca. Na stolikach sta³y kwiaty i artefakty – wiêk-

szoœæ klientów stanowili artyœci i rzemieœlnicy, a George lubi³ otaczaæ siê

ich pracami.

U George’a, jak powszechnie nazywano tê restauracjê, zjawia³o siê wie-

czorami wielu miejscowych dziennikarzy i korespondentów zagranicznych,

gdy¿ by³o to jedno z niewielu w mieœcie miejsc z dobr¹ kuchni¹, poza reno-

mowanymi hotelami, oczywiœcie.

Misza nie zna³ nikogo z nich, ale wiele o wszystkich wiedzia³, gdy¿ Mosad

rutynowo zbiera³ informacje o ludziach zwi¹zanych z mediami. Tego wie-

czoru zainteresowa³y Miszê dwa stoliki. Przy jednym siedzia³ Gordon Fra-

zer z piêkn¹ Arabk¹. Trzyma³ d³oñ na jej d³oni i, pochylony, o czymœ j¹

gor¹co przekonywa³.

Misza poczu³ uk³ucie zazdroœci. Frazer mia³ przecie¿ co najmniej piêæ-

dziesi¹t lat i wcale nie by³ przystojny, a jednak cieszy³ siê powodzeniem

u kobiet. Misza natomiast w ogóle nie przyci¹ga³ ich uwagi. Usi³owa³ sobie

przypomnieæ, kiedy po raz ostatni zaprosi³ piêkn¹ dziewczynê na kolacjê…

Bardzo dawno temu, kiedy spêdza³ urlop w Jerozolimie. A poza tym dziew-

czyna wcale nie by³a taka piêkna, a jeszcze mniej chêtna.

Drugi stolik, który zwróci³ uwagê Miszy, znajdowa³ siê w odleg³ym rogu

i siedzieli przy nim Sami Asaf i Janine Lasage. Dwoje ludzi, których po-

czynania niezmiernie interesowa³y Miszê. Oprócz prowadzenia Mungera

Misza  mia³  obowi¹zek  nadzorowania  bejruckiej  siatki  DAKTYL,  czyli

background image

142

trzech miejscowych agentów. Od dawna ju¿ bez powodzenia usi³owa³ za³o-

¿yæ pods³uch w apartamencie Janine Lasage i w jej biurze.

Francuzka fascynowa³a go z dwóch wzglêdów. Fascynowa³a go jej apa-

rycja i osobowoœæ oraz symultanicznie wykonywane zawody. By³a piêkna,

mia³a styl i pewnoœæ siebie – to wszystko, czego jemu brakowa³o. By³ jej

antytez¹. Byæ mo¿e to z powodu niedostatku ¿ycia seksualnego Misza czê-

sto fantazjowa³ na temat Janine Lasage. W snutych przez niego erotycznych

wizjach Janine wystêpowa³a coraz czêœciej. Nawet poprzedniej nocy, usi³u-

j¹c zasn¹æ, uprawia³ masturbacjê j¹ w³aœnie maj¹c w myœlach: jej d³ugie

w³osy muska³y mu twarz i piersi, jej d³ugie nogi owija³y siê wokó³ jego nóg,

jej jêzyk wdziera³ siê w jego usta.

Z trudem skoncentrowa³ siê na jedzeniu. Dopiero po piêtnastu minutach

podniós³ wzrok znad talerza. Powêdrowa³ nim oczywiœcie do stolika w rogu,

do piêknej Francuzki, ale zmiesza³ siê nieco, napotkawszy jej uwa¿ne spoj-

rzenie. Szybko odwróci³a oczy, Misza mia³ jednak nieodparte wra¿enie, ¿e

d³ugo go przedtem obserwowa³a. By³by jeszcze bardziej zaniepokojony, gdy-

by us³ysza³ jej s³owa skierowane do Samiego Asafa.

– Jesteœ pewien, Sami? Wygl¹da na przekarmion¹ mysz.

– Nie jestem pewien – odpar³ Sami. – Ale OWP przysz³a do nas z proœb¹

o zbadanie jego przesz³oœci. Twierdzi, ¿e ma irack¹ matkê.

– A ojciec?

– Libañczyk z Batrum. Wszystko siê zgadza, tylko ¿e od dawna nie ¿yje,

a w tym kraju trudno dogrzebaæ siê do faktów.

Janine Lasage raz jeszcze zlustrowa³a salê. Mê¿czyzna przygl¹da³ siê

jej, ale w tym nie by³o nic nadzwyczajnego. Wielu mê¿czyzn lubi³o na ni¹

patrzeæ.

– Zbyt czêsto by³ widziany w pobli¿u siedziby dowództwa i baz OWP –

ci¹gn¹³ Sami. – I chocia¿ prowadzi dochodowe przedsiêbiorstwo, nie stano-

wi to alibi. Wielu agentów Mosadu robi to samo. Mosad dba o to, by ich

przedstawicielstwa by³y dochodowe.

– Co zrobisz, jeœli oka¿e siê ¿ydowskim agentem?

Sami Asaf wzruszy³ ramionami.

– Przekonam OWP, ¿eby go chwilowo zostawili w spokoju. WeŸmiemy

go pod sta³¹ obserwacjê i zobaczymy, dok¹d nas zaprowadzi. Jedna rzecz jest

pewna: wszystkie dzia³ania bêd¹ kierowane z Bejrutu. Chwilowo nie wiemy,

kiedy i jakie. Twoja przekarmiona mysz mo¿e okazaæ siê promykiem s³oñca.

Janine Lasage uœmiechnê³a siê i palcami przemknê³a pieszczotliwie po

ramieniu mê¿czyzny, a potem wbi³a paznokcie w jego cia³o.

– Powiesz mi, kiedy siê czegoœ dowiesz?

Spojrza³ na cztery œlady na swej ciemnej skórze.

– Oczywiœcie, Janine – odpar³ zduszonym g³osem.

background image

143

W przeciwleg³ym koñcu sali Misza, z wyrazem b³ogiego zaspokojenia

na twarzy, po³kn¹³ ostatni kawa³eczek polêdwicy z grilla w sosie bearnoise.

12

M

iniony dzieñ przyniós³ Ruth Paget wielkie zadowolenie. Rano zadzwoni³

z Tel Awiwu Gideon. Nie mia³ do zakomunikowania ¿adnych sensacji. Ot,

po prostu otrzyma³ przepustkê na weekend, spêdza³ go z rodzicami i têskni³

za Ruth. Dzwoni³ tylko po to, ¿eby jej powiedzieæ, ¿e j¹ kocha i zaczyna

liczyæ dni do œlubu. Matka ju¿ zaczyna myœleæ o przygotowaniach, chocia¿

to jeszcze kilka miesiêcy.

Ruth odebra³a telefon w ³ó¿ku. Le¿a³a, œciskaj¹c s³uchawkê miêdzy uchem

a poduszk¹. Ws³uchiwa³a siê w tubalny g³os Gideona i powoli opada³y z niej

resztki snu. Wydawa³o siê jej czymœ nadzwyczajnym móc spokojnie myœleæ

o szczegó³ach w³asnego przyjêcia weselnego. Jeszcze nie do koñca rozbu-

dzona, powêdrowa³a myœlami na moment w przesz³oœæ: jej pierwszy œlub

i przyjêcie œlubne. Ona i Duff. Co za mi³oœæ, ile¿ nadziei! Piêkna para, której

droga ¿yciowa wydawa³a siê jednym d³ugim pasmem szczêœcia.

Gideon rozmawia³ z ni¹ przez dwadzieœcia minut. W pewnej chwili us³y-

sza³a g³os jego matki, karc¹cy syna jak ma³e dziecko, ¿e rachunek telefoniczny

bêdzie ogromny. Ale zaraz potem sama podesz³a do telefonu „na parê s³ów”

i rozmawia³a przez piêtnaœcie minut. Matka Ruth umar³a ju¿ przed wielu laty

i kiedy s³ucha³a teraz matki Gideona, polecaj¹cej jej dobrze jeœæ i ciep³o siê

ubieraæ w ch³odnym górskim klimacie, uœmiechnê³a siê i poczu³a prawie za-

pomniane ciep³o matczynej troski. Jak to mi³o móc znowu robiæ plany, móc

myœleæ o przysz³oœci, która rysuje siê zupe³nie realnie, marzyæ o za³o¿eniu

prawdziwej rodziny. Tego jej w³aœnie brakowa³o przez minione dziesiêæ lat.

Ze œladem wyrzutów sumienia zda³a sobie sprawê, ¿e na jej decyzjê wyjœcia za

Gideona wp³ynê³o najbardziej pragnienie posiadania dziecka. Oczywiœcie,

kocha³a go. By³ uczciwy, szczery i przystojny. By³ tak¿e inteligentny. Wie-

dzia³a, ¿e Gideon jest nadzwyczaj utalentowanym pilotem w najlepiej wy-

szkolonych si³ach powietrznych œwiata. Przeznaczeniem Gideona jest zostaæ

któregoœ dnia genera³em. Doprowadz¹ go do tego talent i ambicja. Oczywi-

œcie, ¿e go kocha! Gideon bêdzie te¿ wspania³ym ojcem. Jego rodzice s¹ ko-

chaj¹c¹ siê par¹. Jego pewnoœæ siebie, zdecydowanie, celowoœæ wszystkich

poczynañ, wychowanie, jakie otrzyma³… Oczywiœcie, ¿e go kocha…

background image

144

Resztê dnia spêdzi³a w sierociñcu. Stavros wyszed³ wreszcie ze swojej

skorupy, jakby dojrza³. Mia³ byæ zabrany przez nowych rodziców zastêp-

czych, bezdzietn¹ parê w œrednim wieku z Nikozji. Ruth wybra³a ich z listy

ma³¿eñstw pragn¹cych adoptowaæ sierotê wojennego. By³a bardzo ostro¿na

w doborze przysz³ych opiekunów, gdy¿ ch³opiec wymaga³ zarówno dyscy-

pliny, jak i mi³oœci, jeœli mia³ rozwijaæ siê normalnie. Dlatego te¿ postanowi-

³a, ¿e wybrana para bêdzie w ci¹gu kilku miesiêcy odwiedzaæ Stavrosa w sie-

rociñcu, aby nawi¹za³a siê niæ wzajemnego zaufania. No i uda³o siê. Zastêpczy

rodzice przyjechali, Stavros z malutk¹ walizeczk¹ podszed³ do ich samocho-

du, pomacha³ Ruth i wsiad³ do wozu. Rozpiera³a j¹ duma. Jej praca ocali³a

ch³opca i pozwoli mu teraz wieœæ normalne ¿ycie.

W pewnym sensie Stavros by³ ju¿ jej ostatnim zmartwieniem. Kiedy

tego wieczoru wróci³a do domu, przyrz¹dzi³a sobie koktajl i, usiad³szy na

patio, poczu³a b³ogi spokój. Na kolacjê zaprosili j¹ przyjaciele, ale zadzwo-

ni³a i przepraszaj¹c, wymówi³a siê. Wola³a zostaæ sama. Chcia³a sama cie-

szyæ siê swoim zadowoleniem i krystalizuj¹cymi siê planami na przysz³oœæ.

Gdy us³ysza³a samochód zaje¿d¿aj¹cy przed dom, a potem ciche puka-

nie do drzwi, poczu³a z³oœæ. Prawdopodobnie któryœ z okolicznych przyja-

ció³ wpad³ na pogawêdkê. Ka¿dego innego dnia z miejsca zaproponowa³aby

drinka i przejœcie do saloniku, ale dziœ zamierza³a grzecznie, lecz stanowczo

wyprawiæ goœcia w drogê powrotn¹.

Otwieraj¹c drzwi, przybra³a odpowiedni¹ minꅠi zobaczy³a przed sob¹

Mungera. Przez chwilê patrzyli na siebie w milczeniu.

– Przepraszam, ¿e nie zadzwoni³em, ale na mojej farmie nie mam telefo-

nu – odezwa³ siê Munger. – Jesteœ zajêta?

– Nie, ale¿ nie – wyb¹ka³a i zobaczy³a, ¿e Munger trzyma wi¹zankê

kwiatów owiniêtych w papier. Skrêpowany podniós³ je i pokaza³ czubki czer-

wonych ró¿. Uœmiechnê³a siê.

– Ju¿ dawno od nikogo nie dosta³am ró¿ – powiedzia³a.

Odp³aci³ uœmiechem.

– Kupi³em ró¿e po raz pierwszy w ¿yciu. Chcia³bym ci podziêkowaæ.

Wziê³a ró¿e i skry³a w nich twarz.

– Podziêkowaæ? Za co?

– To w³aœnie przyszed³em powiedzieæ.

Uœwiadomi³a sobie, ¿e stoj¹ w drzwiach. Odsunê³a siê na bok i zaprosi³a

go do wejœcia.

– IdŸ na taras. Tylko w³o¿ê je do wody i przygotujê ci drinka.

Najpierw poda³a Mungerowi drinka, a potem ustawi³a ró¿e w wazonie

w saloniku. Raz po raz zerka³a przez okno na goœcia, który siedzia³ sztywno

background image

145

w fotelu, zapatrzony w roztaczaj¹cy siê z tarasu widok. Widzia³a jego twarz

z profilu i przypomnia³a sobie dzieñ, kiedy po raz pierwszy zobaczy³a go na

przyjêciu w Hongkongu. Wówczas ani twarz, ani zachowanie nie zrobi³y na

niej najmniejszego wra¿enia. Z pocz¹tku. Ale nieco póŸniej uchwyci³a jego

spojrzenie i dostrzeg³a b³ysk w niebieskich oczach.

Wiele siê nie zmieni³, pomyœla³a. Je¿eli ju¿, to jego twarz wydaje siê

jeszcze bardziej poci¹g³a. Ale jest opalony i wygl¹da zdrowo.

Wchodz¹c na patio, powiedzia³a:

– Najpierw ja podziêkujê. Za zdjêcia. Piêkne. Dzieciom bardzo siê po-

doba³y.

Zby³ podziêkowanie lekkim wzruszeniem ramion. Wydawa³ siê bardzo

spiêty. Upi³a ³yczek ze swojego drinka i, aby pokonaæ milczenie, opowie-

dzia³a mu o Stavrosie i jego przybranych rodzicach, i o tym, ¿e jest szczêœli-

wa, i¿ wszystko tak dobrze siê skoñczy³o.

Munger zada³ kilka pytañ o ch³opca i Ruth opisa³a jego historiê i jej

wysi³ki, by móg³ pozbyæ siê ciê¿aru przesz³oœci. W³aœnie zasz³o s³oñce i pur-

purowe pasma na horyzoncie ciemnia³y, roztapiaj¹c siê w mroku. Munger co

kilka sekund obraca³ g³owê w stronê Ruth i patrzy³ jej prosto w oczy. Przez

sekundê, ale z ¿arliw¹ intensywnoœci¹.

Gdy skoñczy³a opowieœæ o Stavrosie, zapad³a kolejna cisza. By³o ju¿

zupe³nie ciemno. Widzia³a tylko zarys jego twarzy. Czu³a, ¿e coœ w nim wzbie-

ra, ¿e rozsadza go jakieœ nieznane uczucie. Zaskoczy³o j¹ to. Wszystko, cze-

go siê o nim dowiedzia³a, wyklucza³o nie tylko okazywanie uczuæ, ale ich

posiadanie.

– Za co chcesz mi podziêkowaæ? – spyta³a.

– Za ocalenie mi ¿ycia – powiedzia³ cicho.

Nie wiedzia³a, co ma na to odpowiedzieæ. By³a ca³kowicie zagubiona.

– Uda³o ci siê tak, jak ze Stavrosem. Nie wiem jak i dlaczego, ale ocali-

³aœ mnie od szaleñstwa, a w moim wypadku to równoznaczne z ocaleniem

¿ycia.

– Czy to nie trochê melodramatyczne? – spyta³a, zbieraj¹c myœli.

– Nie – odpar³ krótko i to „nie” uniemo¿liwi³o jej kontynuowanie i pre-

zentacjê racjonalnych przes³anek, jakie mia³a zamiar mu podsun¹æ.

– Dlaczego nie? I o czym ty w³aœciwie mówisz? – Tymi pytaniami usi³o-

wa³a zyskaæ na czasie.

Wsta³ i poszed³ na skraj tarasu. S³ysza³a jego ciê¿ki oddech.

Rzuci³ przez ramiê:

– Myœla³em o samobójstwie.

Wreszcie s³owo, które mog³a zrozumieæ i z którym mog³a sobie pora-

dziæ. Wsta³a, przesz³a do saloniku i zapali³a œwiat³a. Spojrza³a na zegarek

i powiedzia³a:

10 – Reporter

background image

146

– Zostañ na kolacjê. Mam parê steków w lodówce. – Wskaza³a grill. –

Wêgiel jest ju¿ nasypany. Rozpal, a ja przygotujê sa³atê.

Wsta³ z lekkim oci¹ganiem, wygl¹da³ jakby chcia³ przeprosiæ i odejœæ,

ale nim zd¹¿y³ otworzyæ usta, odwróci³a siê i posz³a do kuchni.

On upiek³ steki. Dla siebie przypieczony, dla niej pó³surowy. Wyjaœni³, ¿e po

latach jedzenia Ÿle przyrz¹dzonego miêsa, wesz³o mu w zwyczaj przypalanie go

na czarno. Przy tym zajêciu nieco siê odprê¿y³. Kiedy ju¿ usiedli, zaproponowa³a:

– Na serio porozmawiamy po jedzeniu, a teraz o niczym albo wcale.

I prawie wcale nie rozmawiali, ale pojawi³o siê miêdzy nimi milcz¹ce

porozumienie. Ruth przez ca³y czas by³a œwiadoma jego obecnoœci: sylwet-

ki, szczup³ej twarzy i jasnych prostych w³osów. Znajdowa³a siê w jego psy-

chicznym polu magnetycznym i ¿adna inna myœl tego nie zak³óca³a. Nie

zak³óca³y te¿ dochodz¹ce ich odg³osy: pohukiwanie sowy miêdzy œwierka-

mi, œciszone odleg³oœci¹ wybuchy ogni sztucznych z okazji wioskowej fie-

sty czy przeje¿d¿aj¹ce z rzadka samochody na szosie. Oczekiwa³ czegoœ.

Czegoœ niespodziewanego. Instynktownie przeczuwa³a, ¿e to, co jej powie

po kolacji, bêdzie wstrz¹sem. Na pewno dla niego, gdy zacznie opowiadaæ.

Byæ mo¿e i dla niej. Oczekiwaniu wiêc zacz¹³ towarzyszyæ lêk przed niezna-

nym. Jej pe³en nadziei nastrój sprzed godziny rozwia³ siê bezpowrotnie.

I jeszcze coœ poczu³a: proste fizyczne przyci¹ganie. Bardzo j¹ to zatrwo-

¿y³o, bo ³¹czy³o siê z tym, czego od niej chcia³ Walter Blum i czego mu

odmówi³a. Niepokój zmusi³ j¹ do podjêcia decyzji. Kiedy skoñczy³ jeœæ,

odezwa³a siê.

– Chcê, ¿ebyœ o czymœ wiedzia³, nim sam zaczniesz mówiæ.

I w szczegó³ach opowiedzia³a, ¿e w wieczór poprzedzaj¹cy pierwsz¹

próbê zwerbowania Mungera, Walter usi³owa³ j¹ sk³oniæ do wspó³pracy. Przy-

zna³a, ¿e pokaza³ jej raport profesora Nardiego i podczas kolacji w hotelu

Forest Peak mówi³, ¿e wielk¹ niewiadom¹ jest aspekt seksualny urazu psy-

chicznego Mungera. Chcia³ te¿, aby rozwi¹za³a dla niego ten problem, choæ-

by drog¹ uwiedzenia Mungera, gdy¿ Walter nie móg³by zasn¹æ spokojnie,

póki nie dowiedzia³by siê, czy Munger nadaje siê na agenta.

Munger nie wydawa³ siê zdziwiony tymi rewelacjami. Wiedzia³, ¿e dla

Waltera cel uœwiêca œrodki i ¿e nie ma granic, których by nie przekroczy³, by

ten cel osi¹gn¹æ.

– Co za ironia losu… – zacz¹³ Munger. – A ty jesteœ bardzo… szczera.

Uœmiechnê³a siê blado.

– To jeden z moich problemów. Mia³abym ³atwiejsze ¿ycie, gdybym na-

uczy³a siê trochê k³amaæ.

Przygl¹da³ siê jej jakby z niedowierzaniem. Poczu³a falê po¿¹dania. Aby

j¹ zdusiæ, spyta³a:

– No wiêc, jak to by³o z tym samobójstwem?

background image

147

Wyj¹³ z kieszeni cygaretkê.

– Czy pozwolisz, ¿e zapalê?

Skinê³a g³ow¹. Zapali³, poci¹gn¹³ parê razy i rozsiad³ siê w fotelu.

– Jesteœ psychologiem, mo¿e zrozumiesz. W ka¿dym razie wiêcej ode

mnie. Opowiem ci o drêcz¹cej mnie zmorze…

Pali³ cygaretkê, opowiada³, a ona s³ucha³a. Trwa³o to d³ugo, poniewa¿ nie

opuszcza³ najdrobniejszych szczegó³ów, zaczynaj¹c od pierwszej nocy przed

dziesiêciu laty, kiedy koszmar siê pojawi³. Opowiedzia³, jak wyjrza³ przez okno

na ulicê w Bejrucie i niemal¿e widzia³ swe martwe cia³o, i jak by³ blisko urze-

czywistnienia tego wytworu wyobraŸni. Mówi³ o wywo³aniu filmu i dostrze-

¿eniu czegoœ, co kaza³o mu pracowaæ do œwitu nad powiêkszeniami i ¿e wreszcie

osi¹gn¹³ jedno: wypchn¹³ tamte koszmarne oczy ze œwiadomoœci.

Wys³ucha³a wszystkiego w skupieniu, a kiedy wreszcie skoñczy³, odnios³a

wra¿enie, ¿e pozby³ siê jednej warstwy zmursza³ej skóry, ujawniaj¹c inn¹

twarz pod spodem – twarz zdolnej do odczuwania istoty ludzkiej, a nie wize-

runku robota.

Dawno ju¿ opró¿ni³a kieliszek, ale wci¹¿ trzyma³a go w palcach. Teraz

odstawi³a go powoli, ostro¿nie, jakby ba³a siê zak³óciæ tê chwilê. Usi³owa³a

wyobraziæ sobie Mungera w hotelowym pokoju: siedzi pod oknem i usi³uje

pozbyæ siê natrêtnej wizji pary oczu, zastêpuj¹c j¹ oczami z fotografii. Pró-

bowa³a u³o¿yæ jakieœ zdanie, które zabrzmia³oby w miarê rozs¹dnie i ade-

kwatnie do sytuacji. Nie mog³a. Munger chyba to wyczu³. Siêgn¹³ do kiesze-

ni, wyj¹³ coœ i po³o¿y³ na stole. Fotografiê. Ruth spojrza³a na ni¹ i dozna³a

szoku. W powiêkszonych ponad naturaln¹ wielkoœæ swoich w³asnych oczach

dostrzeg³a wspó³czucie i coœ wiêcej, czego siê ba³a. Munger utkwi³ wzrok

w jej twarzy. Doby³a wreszcie g³osu i lekko zduszonym szeptem spyta³a:

– A wiêc koszmary skoñczy³y siê? Mêka siê skoñczy³a?

– Niezupe³nie… – Wzmocni³ zaprzeczenie ruchem g³owy. – Ty… zupe³-

nie nie wiem jak… pomog³aœ mi pokonaæ koszmar. Ale on nadal we mnie

tkwi. Uczepi³ siê jak rakowaty guz. Czujê to. Chwilowo nie daje znaku ¿y-

cia. Ale jak d³ugo czaiæ siê bêdzie w ukryciu? Dlatego tu przyjecha³em…

Jej obawy nabra³y realnego kszta³tu.

– Musisz siê cofn¹æ w czasie, Davidzie. Musisz wyjawiæ przyczynê.

Potrzebujesz pomocy. Mo¿e nawet innej, ni¿ ja mogê ci udzieliæ. Chyba o tym

wiesz….

Pochyli³ siê, patrz¹c niemal b³agalnym wzrokiem. B³aganie zabrzmia³o

te¿ w jego g³osie:

– Wiem, ¿e potrzebujê pomocy. Ale wiem równie¿, ¿e tylko ty mo¿esz

mi jej udzieliæ. Wiem, ¿e proszê o wiêcej, ni¿ mam prawo…

background image

148

– I powiesz mi…?

– Tak, powiem ci, od czego zacz¹³ siê koszmar. – Oddycha³ ciê¿ko. –

I wtedy mi pomo¿esz? Historia jest nieopisanie ohydna. I byæ mo¿e nic nie

poradzisz…

– Mów. Postaram siê pomóc.

Wyj¹³ now¹ cygaretkê i zapali³. Ruth zdawa³a sobie sprawê, ¿e wkracza

na pole minowe. Jakiœ g³os mówi³ jej, ¿eby ucieka³a, ale inny radzi³ zaspoko-

iæ zawodow¹ ciekawoœæ.

– Mów – powtórzy³a.

Zajê³o mu to godzinê. Mówi³ g³osem bezbarwnym, monotonnym, jak

w transie czy w hipnozie. Czasami nabiera³ werwy. Wówczas opowiada³

¿ywo. W innych chwilach gubi³ s³owa. Przez tê godzinê Ruth by³a pod pre-

sj¹ rozmaitych emocji. Raz nawet trysnê³y jej z oczu ³zy. Gdyby nie ulga,

jak¹ to przynios³o, nie dotrwa³aby do koñca.

Opowiedzia³ jej o ostatnim patrolu w Wietnamie.

By³a to wyprawa, na jakie nie zabiera siê fotoreporterów i dziennikarzy.

Nigdy.

Amerykanie od dawna u¿ywali w Wietnamie Si³ Specjalnych. Oczywi-

œcie do specjalnych misji. W sk³ad jednostek specjalnych wchodzili czêsto

zwykli najemnicy. Misje specjalne polega³y na wypadach do Pó³nocnego

Wietnamu, Laosu czy Kambod¿y. Czasami wysy³ano jednostki specjalne na

wypady karne przeciwko wioskom pomagaj¹cym Wietkongowi. Po ofensy-

wie Tet w 1967 roku i w czasie pog³êbiaj¹cej siê dezintegracji armii po³u-

dniowowietnamskiej zwiêkszono liczbê misji powierzanych jednostkom spe-

cjalnym. Dla amerykañskiego wywiadu w Sajgonie patrole by³y nadzwyczaj

cennym Ÿród³em informacji w coraz bardziej chaotycznej sytuacji.

Ludzie wchodz¹cy w sk³ad tych jednostek nale¿eli, z takich czy innych

przyczyn, do marginesu spo³ecznego. By³y oczywiœcie i dobre zespo³y, i do-

brzy ludzie, ale ci stanowili margines. Dobrzy w praktycznym, a tak¿e i mo-

ralnym znaczeniu tego s³owa, toczyli trudn¹ i okrutn¹ wojnê, czêsto w trud-

nych i okrutnych warunkach, a mimo to nie przekraczali pewnych granic.

Ale w miarê up³ywu czasu tych dobrych by³o coraz mniej. Wtedy, kiedy

Munger udawa³ siê w teren z patrolem, przetrzebione pierwotne jednostki

zosta³y uzupe³nione najemnikami z licznych krajów. Byli tam Francuzi, Bel-

gowie, Po³udniowoafrykañczycy, Koreañczycy i Australijczycy.  Czasami

ludzie z plemienia Meo, którzy nienawidzili wszystkich Wietnamczyków,

zarówno z Po³udnia, jak i z Pó³nocy. Patrolem Mungera dowodzi³ kapitan Si³

Specjalnych. By³ to jego siódmy rok w Wietnamie i, jak to kiedyœ wyjaœni³

Mungerowi, zabijanie sta³o siê dla niego narkotykiem. Sprawê komplikowa³

background image

149

fakt, ¿e by³ tak¿e autentycznym narkomanem – nie móg³ ¿yæ bez heroiny.

Munger zna³ go od samego pocz¹tku, od 1962 roku, kiedy m³ody oficer przy-

by³ ze Stanów – gorliwy, pe³en idea³ów patriota. Nale¿a³ do pierwszej ame-

rykañskiej  misji  wojskowej  pomocy  dla  Po³udniowego  Wietnamu.  Przez

pierwsze szeœæ miesiêcy szkoli³ ¿o³nierzy armii po³udniowowietnamskiej,

ARVN. Potem uczestniczy³ w operacjach jako doradca wojskowy na szcze-

blu kompanii. Po regulaminowej turze wróci³ do Stanów. Wys³ano go do

bazy szkoleniowej w Fort Bragg. Nie móg³ sobie znaleŸæ miejsca w pokojo-

wej codziennoœci. Zg³osi³ siê na ochotnika na drug¹ turê w Wietnamie, a po-

tem na trzeci¹ i czwart¹. Munger zna³ wielu takich jak on. Wojna atakowa³a

im mózg, opanowywa³a ca³kowicie, usuwa³a wszystkie inne aspiracje ¿ycio-

we. Stawali siê robotami do zabijania. Nawet ich prze³o¿eni Ÿle siê czuli

w ich obecnoœci i rzadko ogl¹dali ich na w³asne oczy, z wyj¹tkiem czasu

potrzebnego na przekazanie rozkazu lub przypiêcie kolejnego medalu. Kapi-

tan mia³ dwadzieœcia osiem lat, a twarz starca.

W patrolu by³o jeszcze trzech ¿o³nierzy jednostek specjalnych. Pierwszy

to chudy, milcz¹cy homoseksualista ze slumsów nowojorskiego Bronksu.

Jeœli ju¿ siê odzywa³, to korzysta³ wy³¹cznie z przekleñstw. Pozostali dwaj

pochodzili z Po³udnia, jeden bia³y, drugi czarny – potê¿nie zbudowani i,

niby syjamscy bracia, po³¹czeni nierozerwalnymi wiêzami nienawiœci. Po-

nadto w sk³ad patrolu wchodzili dwaj Belgowie, którzy zawsze nosili czarne

okulary i opowiadali o swoich wyczynach w parunastu poprzednich woj-

nach; Australijczyk o pokiereszowanej bliznami twarzy – nosi³ na biodrach

dwa Colty M1911 i usi³owa³ mówiæ teksaskim akcentem; Francuz, którego

rodzice mieli plantacjê kauczuku w pobli¿u Hue i zostali okrutnie zamordo-

wani przez Wietkong; i wreszcie ludzie z plemienia Meo – mieli byæ prze-

wodnikami i przes³uchiwaæ jeñców.

O zamierzonym patrolu Munger po raz pierwszy us³ysza³ w podrzêdnym

barze przy ulicy Tu Do. Grupka ¿o³nierzy piechoty morskiej opowiada³a

o swej niedawnej akcji w Delcie, o tym jak by³o ciê¿ko i jakie straty ponio-

s³a ich jednostka. Przy s¹siednim stoliku siedzia³ kapitan Si³ Specjalnych

i dwaj Belgowie. Jeden z Belgów by³ pijany i zacz¹³ dra¿niæ tych z piechoty

morskiej, mówi¹c, ¿e nie maj¹ pojêcia o prawdziwej wojnie. Dosz³oby do

bijatyki, gdyby nie to, ¿e marines znali kapitana i wiedzieli, do czego jest

zdolny. Dopili wiêc drinki i wyszli. Munger siedzia³ na koñcu barowej lady,

kapitan mrugn¹³ do niego i zaprosi³ do stolika. Wtedy w³aœnie Munger do-

wiedzia³ siê, ¿e za dwa dni kapitan ma poprowadziæ rekonesans na pó³nocny

zachód od Vinh Long. Od wielu ju¿ miesiêcy Wietkong wykazywa³ w tym

rejonie du¿¹ aktywnoœæ i naczelne dowództwo chcia³o siê dowiedzieæ, czy

to nie s¹ przygotowania do jakiejœ wiêkszej akcji. Takie informacje by³y na

wagê z³ota.

background image

150

Du¿o wypito przy stoliku i po jakimœ czasie obaj Belgowie odpadli z gry.

By³o ju¿ rano, barman spa³ na ladzie, kiedy Mungerowi uda³o siê wreszcie

przekonaæ kapitana, by zabra³ go ze sob¹, co oczywiœcie napotka na trudno-

œci, ale nie jest niemo¿liwe do zrealizowania. Zarówno kapitan, jak i Mun-

ger byli mistrzami w obchodzeniu zarz¹dzeñ wojskowych. Umówiono siê,

¿e Munger dotrze do Vinh Long na w³asn¹ rêkê, a na miejscu kapitan w³¹czy

go do patrolu jako uczestnika. Oczywiœcie, Munger bêdzie musia³ odpowied-

nio siê ubraæ i ukryæ aparat fotograficzny. By³ jeden stanowczy warunek:

kapitan zachowuje prawo pe³nej kontroli nad zrobionymi zdjêciami. Mimo

¿e by³ zupe³nie pijany, kiedy to mówi³, spojrzenie mia³ lodowate i Munger

wiedzia³, ¿e lepiej z tym cz³owiekiem nie ¿artowaæ. Zgodzi³ siê ochoczo na

postawiony warunek, myœl¹c, ¿e jak przyjdzie co do czego, jakieœ wyjœcie

siê znajdzie.

Uda³ siê wiêc z patrolem i od pierwszego dnia by³a to zwariowana po-

dró¿ kolejk¹ górsk¹ w same g³êbiny piek³a.

Zaczê³o siê od powa¿nego zajœcia miêdzy cz³onkami wyprawy. Po sied-

miu godzinach marszu w pokrytych gêstym lasem wzgórzach rozbito pierw-

szy biwak. Obaj Meo stanêli pierwsi na czatach, pozostali zaœ podgrzewali

swoje racje polowe. Jeden z Belgów zdj¹³ but, obejrza³ du¿y pêcherz na

piêcie i zacz¹³ kl¹æ. Murzyn z Po³udnia zrobi³ zjadliw¹ uwagê na temat roz-

delikaconych paniczyków. Belg powiedzia³ coœ po francusku, w³¹czaj¹c w to

dwa s³owa cochon noir. By³y to jedyne dwa francuskie s³owa, które Murzyn

w³aœnie rozumia³, tote¿ bez zw³oki zacz¹³ dusiæ Belga. Drugi Belg chwyci³

pistolet maszynowy, ale kiedy szykowa³ go do strza³u, zobaczy³ nagle przed

oczami wylot lufy pistoletu kapitana. Opuœci³ wiêc broñ, kapitan natomiast

z wielk¹ precyzj¹ trzepn¹³ Murzyna za uchem rêkojeœci¹ swego pistoletu.

Porz¹dek zosta³ przywrócony. Murzyn odzyska³ przytomnoœæ po dziesiêciu

minutach, natomiast jego ofiara do koñca rekonesansu obnosi³a na szyi czer-

wone prêgi.

Tego wieczoru Munger obserwowa³ kapitana i Francuza szprycuj¹cych

siê heroin¹. Bia³y z Po³udnia w¹cha³ kokainê, a pozostali palili l¿ejsze nar-

kotyki. Munger zacz¹³ siê zastanawiaæ, czy ujdzie z ¿yciem.

Nastêpnego dnia wdarli siê g³êbiej na teren znajduj¹cy siê pod kontrol¹

Wietkongu. Obaj Meo szli pierwsi, jako przewodnicy, reszta w rozwiniêtym

szyku, jeden od drugiego co piêædziesi¹t metrów. Wszyscy byli doœwiadczo-

nymi ¿o³nierzami i, mimo nocnej ucieczki w narkotyki, potrafili posuwaæ siê

cicho, zrêcznie i pewnie. Munger nieco odetchn¹³.

Wieczorem drugiego dnia podczas posi³ku Munger siedzia³ obok bia³e-

go z Po³udnia, który interesowa³ siê fotografi¹ i zna³ reputacjê towarzysz¹-

cego im fotoreportera. Mówi³ powoli – nawet jak na Po³udniowca – wa¿y³

ka¿de s³owo i wymawia³ je ze œpiewnym akcentem.

background image

151

Powiedzia³, ¿e te¿ robi zdjêcia i spyta³, czy Munger chcia³by je zoba-

czyæ. Munger zauwa¿y³ b³ysk w oczach rozmówcy i wiedzia³, co nast¹pi.

Zdarzy³o mu siê to ju¿ wiele razy w Wietnamie i w innych miejscach. Poru-

szy³ ramionami w sposób znamionuj¹cy odmowê, ale ¿o³nierz ju¿ siêgn¹³ do

kieszeni polowego munduru. By³o ich szeœæ. Fotografie okrucieñstw wojny.

Zbezczeszczone zw³oki. Uœmiechaj¹cy siê do obiektywu mê¿czyzna z par¹

uciêtych nóg przerzuconych przez ramiꠖ sam korpus bez koñczyn le¿a³

u jego stóp. Rz¹dek czarno odzianych ¿o³nierzy Wietkongu z ³okciami zwi¹-

zanymi od ty³u – spogl¹daj¹ w obiektyw, spogl¹daj¹ na œmieræ. Na nastêp-

nym zdjêciu ich powykrêcane cia³a ju¿ le¿¹ na ziemi. Góral Meo wysypuje

z torby na ziemiê ludzkie uszy, a sier¿ant Si³ Specjalnych liczy je, ¿eby wie-

dzieæ, jaka nale¿y siê premia. Na ostatnim zdjêciu widzia³ Wietnamczyka

przywi¹zanego do drzewa, a z gard³a wystawa³a mu rêkojeœæ bagnetu. Po³u-

dniowiec patrzy³ zach³annie na Mungera, chc¹c zobaczyæ jego reakcjê, li-

cz¹c na objawy obrzydzenia czy choæby md³oœci.

– Podobaj¹ siê? – zapyta³ zjadliwie.

Munger tylko wzruszy³ ramionami.

– Kiedy bêdziesz nastêpnym razem fotografowa³ w cieniu, ustaw przy-

s³onê na f4. Otrzymasz lepsz¹ g³êbiê ostroœci – odpar³ beznamiêtnym tonem.

Kapitan spod oka przygl¹da³ siê i przys³uchiwa³ wszystkiemu. Po s³o-

wach Mungera wybuchn¹³ œmiechem. Po paru sekundach zawtórowa³ mu

po³udniowiec.

Od tej pory nikt ju¿ nie zanudza³ Mungera swoimi fotografiami.

Do czwartego dnia przeszli ponad sto piêædziesi¹t kilometrów.

W zasadzkê wpad³o im szeœciu Wietnamczyków nios¹cych ¿ywnoœæ –

ry¿ i jarzyny.

Munger po raz kolejny by³ zaskoczony wojskow¹ sprawnoœci¹ patrolu.

Przednia stra¿ Meo ostrzeg³a odpowiednio wczeœnie. ¯o³nierze Wietkongu

posuwali siê szlakiem omijaj¹cym niewielki pagórek. S¹dzili, ¿e s¹ bezpieczni

na w³asnym terenie i nie zachowywali specjalnej ostro¿noœci. Kapitan wy-

s³a³ obu po³udniowców na szlak powy¿ej miejsca, którym Wietnamczycy

musieli przejœæ, i wyda³ im szczegó³owe instrukcje, co maj¹ robiæ. Reszta

patrolu, wraz z Mungerem, mia³a rozwin¹æ siê wachlarzem poni¿ej szlaku.

¯o³nierze Wietkongu szli gêsiego. Gdy mijali po³udniowców, krótka seria

z pistoletu maszynowego œciê³a czterech pierwszych. Dwaj ostatni porzucili

³adunek i rzucili siê do ucieczki prosto w ramiona reszty patrolu. Nie mieli

nawet czasu podnieœæ ka³asznikowów, kiedy zostali powaleni na ziemiê i zwi¹-

zani. Kapitan szuka³ informacji, a wiêc potrzebni mu byli jeñcy.

Munger zd¹¿y³ zrobiæ zaledwie szeœæ zdjêæ, gdy¿ kapitan popêdzi³ pa-

trol dalej w obawie, ¿e odg³os strza³ów œci¹gnie jakiœ wiêkszy oddzia³ Wiet-

kongu.

background image

152

Przez nastêpne piêæ godzin patrol posuwa³ siê szybko na wschód, by jak

najszybciej oddaliæ siê od miejsca wydarzenia. Jeñcy maszerowali w ogonie

z pêtlami na szyi. Wiedzieli dobrze, ¿e jeœli któryœ z nich upadnie, to bêdzie

ci¹gniêty dopóty, dopóki siê nie udusi. ¯aden nawet siê nie potkn¹³.

Wieczorem przes³uchiwali ich górale. Reszta patrolu obserwowa³a. Cza-

sami ktoœ siê rozeœmia³, czasami pada³a zbêdna rada. Munger siedzia³ na ubo-

czu, rêkami obj¹³ podci¹gniête kolana i usi³owa³ niczego nie s³yszeæ. Nie cho-

dzi³o mu o zduszone dŸwiêki wydawane przez torturowanych jeñców, którym

zdejmowano kneble doœæ rzadko – po to, aby mogli odpowiedzieæ na pytania –

tylko o te œmiechy. Usi³owa³ siê wy³¹czyæ, perswaduj¹c sobie, ¿e przes³uchu-

j¹cy Meo nie s¹ przecie¿ ludŸmi, nie s¹ istotami ludzkimi w ogólnie przyjêtym

znaczeniu tego okreœlenia. S¹ aberracyjnym tworem ludzkoœci.

Tej nocy Munger nie zmru¿y³ oka. Nawet kiedy by³o ju¿ po wszystkim.

Rano zrobi³ zdjêcia zmasakrowanych cia³. Bia³y po³udniowiec przygl¹da³

siê ciekawie i prosi³ o odbitki dla siebie.

Po po³udniu pi¹tego dnia dotarli do wioski. Podczas nocnych tortur jeñ-

cy wyznali, ¿e w wiosce znajduje siê niejaki Dien Phang, major wywiadu

Wietkongu. Poniewa¿ jego jednostka operowa³a w pobli¿u, major móg³ od

czasu do czasu odwiedzaæ w wiosce rodzinê. Mia³ ¿onê, córkê i ma³ego syn-

ka. Wioska by³a niewielka, wtulona w w¹sk¹ dolinê. Przez jej œrodek p³ynê-

³a rzeczka.

Kapitan i jeden z Belgów zrobili rozpoznanie i stwierdzili, ¿e w wiosce

mieszka najwy¿ej trzydzieœci osób. Nie by³o œladu obecnoœci wojskowej,

¿adnych uzbrojonych mê¿czyzn, jedynie kobiety, dzieci i starcy. Tylko jeden

m³ody cz³owiek. My³ siê w³aœnie w strumieniu.

Kapitan postanowi³ nie zwlekaæ. O obecnoœci patrolu w terenie nieprzy-

jaciel ju¿ wiedzia³ i byæ mo¿e trwa przeczesywanie okolicy. Zosta³o niewie-

le czasu. Meo zajêli pozycje na stoku po obu krañcach dolinki, by ostrzegaæ

przed przybyciem wroga. Belgowie mieli zajœæ z jednej strony, po³udniowcy

z drugiej. I jedni, i drudzy przewa¿nie dzia³ali parami. Francuz i homoseksu-

alista otrzymali zadanie podejœcia od do³u rzeczki, a kapitan i Australijczyk

od góry. Wszyscy przedtem zgromadzili siê wysoko na stoku nad wiosk¹

i kapitan wskaza³ ka¿demu jego drogê, a ponadto m³odego cz³owieka przy

strumieniu mówi¹c, ¿e jego w³aœnie trzeba schwytaæ. Jeœli to jest w³aœnie ów

Dien Phang, to trzeba bêdzie zabraæ go do Sajgonu. Dowódcê patrolu czeka³

za to kolejny medal, a najemników pieniê¿na premia.

Podczas prowadzonej przez kapitana odprawy Munger robi³ przez tele-

obiektyw zdjêcia wioski, która wydawa³a siê wyj¹tkowo spokojna, niemal

idylliczna. Kilka kobiet i kilkoro dzieci pracowa³o wœród warzyw na polu.

Inne pra³y przy strumieniu odzie¿, uderzaj¹c ³opatkami roz³o¿one na kamie-

niach sztuki. Paru starców siedzia³o w cieniu grubolistnego drzewa, pal¹c

background image

153

fajeczki na d³ugich cybuchach i gwarz¹c. Munger czu³ wzrastaj¹ce napiêcie.

Wiedzia³, jaki grom spadnie za chwilê na wioskê.

Zsynchronizowano zegarki i wszyscy siê rozbiegli. Natarcie mia³o na-

st¹piæ za piêtnaœcie minut. Kapitan przykucn¹³ z Australijczykiem tu¿ obok

Mungera i przez lornetkê obserwowa³ wioskê.

– Ty zostaniesz – odezwa³ siê k¹tem ust do Mungera.

Munger oderwa³ oko od wizjera.

– Dlaczego?

Na twarzy kapitana wykwit³ krzywy uœmiech.

– Dlatego, ¿e nie chcê pami¹tkowych zdjêæ. – Opuœci³ lornetkê i spojrza³

na Mungera ju¿ nie z uœmiechem, lecz z groŸb¹ w oczach. – Zrozumia³eœ?

– Zrozumia³em.

Munger wróci³ do swego wizjera. Nawet z teleobiektywem nie wychwy-

ci wiele z tego, co mia³o siê wydarzyæ. Powiedzia³ wprawdzie kapitanowi,

¿e rozumie rozkaz, ale jest tu po to, ¿eby robiæ zdjêcia i bêdzie je robi³.

Po dziesiêciu minutach kapitan i Australijczyk zeszli stokiem w dó³, aby

zaj¹æ pozycjê wyjœciow¹. I znowu atak odby³ siê z wojskow¹ precyzj¹. Po

szeœædziesiêciu sekundach ostrza³u patrol zaj¹³ wioskê.

Munger podkrad³ siê na ty³y chaty z bambusa i fotografowa³ skutki na-

tarcia. W polu widzenia mia³ osiem cia³. Trzej starcy zostali posiekani jedn¹

seri¹. Le¿eli pod swoim drzewem, koñczyny mieli nienaturalnie powykrêca-

ne, sp³ywa³a z nich krew i wsi¹ka³a w ziemiê. Dwie kobiety le¿a³y na kamie-

niach nad rzeczk¹, a op³ywaj¹ca je woda nabiera³a ró¿owego zabarwienia.

Dwaj ch³opcy mo¿e oœmioletni, mo¿e m³odsi, le¿eli na progu jednej z chat,

niczym lalki poszarpane przez niegrzeczne dziecko. Stara kobieta z przygar-

niêtym do piersi niemowlêciem le¿a³a na plecach z odstrzelon¹ potylic¹.

Dziecko p³aka³o w jej œmiertelnym uœcisku.

Pozosta³ych mieszkañców wioski, zbitych w gromadkê, pilnowali Bel-

gowie. Na twarzach niektórych Wietnamczyków malowa³o siê przera¿enie,

inni byli w szoku lub jeszcze nie zrozumieli, co siê dzieje. Munger skierowa³

aparat na cz³owieka wyci¹ganego z chaty przez Francuza i Australijczyka.

Mê¿czyzna opiera³ siê i szarpa³, póki Australijczyk nie uderzy³ go kolb¹

pistoletu maszynowego w twarz. Wietnamczyk nie straci³ przytomnoœci, ale

krew zaczê³a sp³ywaæ z rozciêtego policzka. Z tej samej chaty wyszed³ za

nim kapitan. Trzyma³ w rêku ka³asznikowa i plik papierów. Szeroko siê uœmie-

cha³. Wykrzykn¹³ do Belgów, ¿e pochwycili w³aœciwego cz³owieka.

Nie przerywaj¹c fotografowania, Munger odczu³ ulgê. Wraz z odniesio-

nym sukcesem powinna objawiæ siê wielkodusznoœæ i reszta mieszkañców

wsi byæ mo¿e ocaleje.

Tak siê jednak nie sta³o. Gdy dwaj po³udniowcy pojawili siê we wsi

prowadz¹c m³odego mê¿czyznê, z grupy strze¿onych kobiet wyrwa³y siê dwie

background image

154

i podbieg³y do zwi¹zanego jeñca: jego ¿ona i córka. Kiedy zawodzi³y i b³a-

ga³y o litoœæ i uwaga wszystkich by³a na nie skierowana, pozosta³e trzy ko-

biety i dziecko usi³owa³y uciec. Nie przebieg³y nawet dziesiêciu metrów,

kiedy skosi³y je kule. Ch³opczyk odbieg³ nieco dalej. Munger widzia³ jak

czarny po³udniowiec przykl¹k³, z³o¿y³ siê i puœci³ krótk¹ seriê z pistoletu

maszynowego. Pociski odrzuci³y ch³opca na kilka metrów w krzaki. Munger

oniemia³. Przypomnia³ sobie odpowiedŸ, jakiej udzieli³ któremuœ korespon-

dentowi w sajgoñskim barze najemnik zapytany, jak mo¿e zabijaæ dzieci:

„Celujê nieco ni¿ej”.

Niemal odruchowo Munger zrobi³ zdjêcie nó¿ek ch³opca wystaj¹cych z krza-

ków. Kiedy zak³ada³ now¹ rolkê, us³ysza³ znowu strza³y i przeraŸliwe krzyki.

Pozostali mieszkañcy wsi w ci¹gu parunastu sekund zostali wybici. Oca-

la³a starsza kobieta i jej córka pochylone nad le¿¹cym na ziemi jeñcem. Za-

pad³a cisza i tylko dymek unosi³ siê nad cia³ami.

Munger przesta³ myœleæ, sparali¿owany groz¹, palce naciska³y mecha-

nicznie spust migawki, rejestruj¹c przebieg wydarzeñ. Oko patrzy³o przez

wizjer, ale mózg przesta³ rejestrowaæ to, co oko dostrzega³o – by³ wy³¹czo-

ny. Ju¿ tego doœwiadczy³ w przesz³oœci. W Angoli, w Biafrze, na Borneo.

I teraz tu. Jest fotoreporterem, wykonuje swój zawód, utrwala na taœmie fil-

mowej ¿ycie. I œmieræ.

Potem robi³ jeszcze zdjêcia sceny gwa³tu na kobiecie i jej córce. Wszy-

scy w tym uczestniczyli, k³óc¹c siê o miejsce w kolejce. Zwi¹zany Wietnam-

czyk le¿a³ na boku, pokrwawiony policzek mia³ unurzany w b³ocie, obser-

wowa³ wszystko szeroko otwartymi oczami.

Córka mia³a oko³o piêtnastu lat, by³a piêkna i wszyscy chcieli j¹ mieæ.

Australijczyk odci¹gn¹³ na bok matkê, która wkrótce zaczê³a krzyczeæ, ale

córka znosi³a wszystko w milczeniu, le¿¹c na pokrwawionej ziemi. Pierw-

szy by³ kapitan, z racji swojej funkcji. Dziewicze krople krwi splami³y uda

dziewczyny – Munger widzia³ to przez teleobiektyw. I przez ca³y czas mia³a

zaciœniête usta. Potem przysz³a kolej na Belgów, a po nich na czarnego po³u-

dniowca, nastêpnie bia³ego i wreszcie Francuza. Homoseksualista sta³ z boku

i przygl¹da³ siê zawiedzionym wzrokiem, jak nogi dziewczyny s¹ wykrêca-

ne, rozk³adane lub podnoszone w zale¿noœci od preferencji chwilowego u¿yt-

kownika. Kiedy Francuz zdyszany skoñczy³, jeden z Belgów rozeœmia³ siê

i powiedzia³ homoseksualiœcie, ¿e trzeba by³o zachowaæ mu ch³opca. Ho-

moseksualista nic nie odpowiedzia³, wpatrzony w nag¹ dziewczynê le¿¹c¹

u stóp Francuza, który podci¹ga³ w³aœnie spodnie. Dziewczyna le¿a³a na ple-

cach, mia³a roz³o¿one nogi, twarz ukry³a w ramionach. Jej czarne w³osy ni-

czym rozwiniêty wachlarz spoczywa³y na ziemi. Z g³uchym pomrukiem

homoseksualista odtr¹ci³ Francuza i ukl¹k³ naprzeciwko dziewczyny, siê-

gaj¹c po swojego cz³onka. Brutalnym ruchem obróci³ dziewczynê na brzuch

background image

155

i wpakowa³ siê w jej odbyt. Po raz pierwszy rozpaczliwie wrzasnê³a, ale jej

krzyk zgin¹³ w ha³aœliwym rechocie widowni. I wówczas Munger zrobi³ ostat-

nie zdjêcie. Gwa³ciciel chwyci³ dziewczynê za w³osy i poci¹gn¹³, chc¹c we-

pchn¹æ cz³onka g³êbiej. Twarz Wietnamki wyra¿a³a nie tylko ból, ale i sto

innych uczuæ. Patrzy³a prosto w obiektyw, na Mungera.

W jej wzroku pojawi³ siê wyraz, który mia³ staæ siê treœci¹ jego sennych

koszmarów…

Dziewczyna patrzy³a tak d³ugo, a¿ kapitan spojrzeniem powêdrowa³ za

jej wzrokiem. Obok bambusowej chatki zobaczy³ Mungera z aparatem w rê-

ku. Dotychczas kapitan trzyma³ luŸno pistolet maszynowy. Teraz natych-

miast go uniós³ i puœci³ seriê nad g³ow¹ Mungera, œcinaj¹c bambusowe li-

œcie, które opad³y na ziemiê z szelestem.

– Kurwa maæ! – wrzasn¹³ kapitan. – Powiedzia³em ci, ¿e ¿adnych zdjêæ!

Ruszy³ w stronê Mungera, który przekrêci³ siê na bok i tkwi³ bez ruchu.

Tylko jego palce gor¹czkowo pracowa³y.

– Oddaj mi to cholerstwo! – rozkaza³ kapitan, staj¹c nad Mungerem,

który widzia³ wycelowan¹ w siebie lufê i wœciek³y wzrok.

Wiedz¹c, ¿e znajduje siê o w³os od œmierci, podniós³ rêkê z aparatem.

Kapitan z groŸnym pomrukiem wzi¹³ Nikona. Nie odk³adaj¹c broni, usi-

³owa³ bez powodzenia otworzyæ tylne wieko aparatu. W koñcu odda³ go

Mungerowi, który ju¿ wsta³. Broñ by³a wycelowana w jego pierœ.

– Otwórz!

Otworzy³.

– Wyjmij film!

Munger wyci¹gn¹³ kasetkê.

– Przeœwietl!

Munger wykona³ polecenie. Pasek filmu zwis³ obci¹¿ony rolk¹. Kapitan

przeklinaj¹c chwyci³ film i cisn¹³ nim o ziemiê. Ale broni nie opuœci³.

– Jeszcze raz siê to powtórzy, a skoñczysz jak oni… – Lufa zatoczy³a

kr¹g, wskazuj¹c na rozrzucone trupy. Munger obróci³ siê i odszed³, œciskaj¹c

pod spocon¹ pach¹ kasetê, któr¹ przed chwil¹ wyj¹³ z aparatu i zd¹¿y³ w ostat-

niej chwili zast¹piæ inn¹. Za plecami us³ysza³ dwa ostatnie strza³y, oznacza-

j¹ce wyzwolenie dla kobiety i jej córki.

13

R

uth zaparzy³a kawê. Zaraz po zakoñczeniu opowieœci wsta³a bez s³owa i po-

sz³a do kuchni, zme³³a ziarna i nape³ni³a maszynkê wod¹. Powoli i z trudem,

background image

156

rêce jej siê trzês³y. Rozmyœla³a, czekaj¹c na zagotowanie siê wody. Co przera-

zi³o j¹ bardziej: sama opowieœæ czy beznamiêtny sposób, w jaki Munger rela-

cjonowa³ przebieg wydarzeñ? Ten absolutny brak zaanga¿owania i nieokazy-

wanie uczuæ czyni³y z niego bardziej uczestnika ni¿ obserwatora. Podczas

monologu Mungera sto razy chcia³a przerwaæ, by zadaæ pal¹ce j¹ pytanie.

Ale kiedy wynios³a tacê na patio i postawi³a j¹ na stole, nadal nie znalaz-

³a sposobu nadania pytaniu takiego kszta³tu, aby maskowa³o jej oburzenie

i odrazê.

Rozla³a kawê do fili¿anek, podsunê³a jedn¹ Mungerowi.

– Jak¿e mo¿na, maj¹c choæby ŸdŸb³o uczciwoœci, staæ za wêg³em i robiæ

zdjêcia, nie usi³uj¹c niczemu zapobiec? – zapyta³a w koñcu.

Wzi¹³ z cukiernicy ³y¿eczkê cukru, zamiesza³ w kawie i odpar³ spokojnie:

– Nie przysz³o mi to wtedy do g³owy.

Ruth wybuchnê³a.

Przez piêæ minut zwali³a na niego górê epitetów. Kwestionowa³a jego

odwagê i mêskoœæ, a nawet inteligencjê.

– Tylko cz³owiek niedorozwiniêty umys³owo mo¿e byæ podobnie nie-

czu³y – oœwiadczy³a zjadliwie.

Siedzia³ nieruchomo w fotelu, przyjmuj¹c jej tyradê ze stoickim spoko-

jem. Gdy umilk³a, uœmiechn¹³ siê kpi¹co. Przez u³amek sekundy mia³a ocho-

tê przeskoczyæ przez stó³ i rzuciæ siê na niego. Z trudem opanowa³a siê,

wsta³a i oschle zaproponowa³a, by sobie poszed³. Po raz pierwszy wyczu³a

pe³n¹ si³ê osobowoœci Mungera. On te¿ wsta³. Jakby zastyg³, wpatruj¹c siê

w ni¹ przez stó³. Pociemnia³y mu oczy.

– Ty idiotko! Przyszed³em tu i wszystko ci opowiedzia³em, poniewa¿

s¹dzi³em, ¿e ty jedna zrozumiesz. ¯e potrafisz bez emocji oceniæ problem.

Przyjrzeæ mu siê, przeanalizowaæ. ¯e pomo¿esz. Zamiast tego traktujesz mnie

jak niepos³usznego psa. Myœla³em, ¿e masz zdyscyplinowany umys³, a ju¿

przy pierwszym zetkniêciu z ludzkim okrucieñstwem za³amujesz siê. Powie-

dzia³em ci wszystko tak, jak siê wydarzy³o. I opisa³em moje reakcje. Gdy-

bym usi³owa³ upiêkszyæ ca³¹ historiê sentymentalizmem, to jak¿e mog³abyœ

zrozumieæ to, co sta³o siê ze mn¹ potem?

Stali tak naprzeciwko siebie. Munger swoimi s³owami trafi³ w sedno.

Ruth zda³a sobie sprawê, ¿e jej pierwsza reakcja by³a nieprofesjonalna. Ot,

reakcja jednej kobiety na dramat innej.

Wziê³a g³êboki oddech, wskaza³a mu fotel. Oboje ponownie usiedli. Puste

ju¿ fili¿anki Munger nape³ni³ kaw¹ i wróci³ do pierwotnego tematu.

– Czyta³aœ opiniê tego profesora na mój temat. Ja tak¿e j¹ czyta³em. W za-

sadzie wszystko siê zgadza. Skry³em siê w kokonie twardym jak najtwardszy

pancerz. W ka¿dym razie tak mi siê wydawa³o. Jest jeszcze kilka rzeczy, które

powinnaœ wiedzieæ. Kiedy ktoœ przez dziesiêæ lat wykonuje taki zawód jak

background image

157

mój, wyrabia w sobie mechanizmy obronne. Racja, podczas tego rekonesansu

widzia³em ludzi torturowanych, gwa³conych i zabijanych. Tak, by³em do g³êbi

poruszony, przera¿ony, wszystko we mnie zamiera³o. Ka¿dy musia³by tak za-

reagowaæ z wyj¹tkiem sadystów, ale ja dziêki mojej naturze i zawodowemu

doœwiadczeniu potrafi³em wytworzyæ w sobie blokadê. W³¹czyæ moje myœle-

nie na ja³owy bieg. Wcale nie próbujê siê usprawiedliwiaæ. Oczywiœcie, ¿e

zabiliby mnie, gdybym usi³owa³ interweniowaæ. Oczywiœcie, ¿e mog³em siê

zabawiæ w niepokalanego rycerza – moje zdjêcia by ich wykoñczy³y, zatrium-

fowa³aby sprawiedliwoœæ. Ha, ha, sprawiedliwoœæ! Nie jestem rycerzem bez

skazy. Nigdy nie chcia³em nim byæ. A tamtego dnia robi³em po prostu to, co

zawsze: zdjêcia jednych ludzi wyrz¹dzaj¹cych krzywdê drugim.

Dopiero teraz g³os mu zadr¿a³, ale Ruth nie wiedzia³a, czy z gniewu, czy

ze wspó³czucia.

– Podczas tego rekonesansu zginê³o kilkadziesi¹t istot ludzkich. Ale dla

mnie to tylko kropla w pe³nym krwi morzu. Widzia³em œmieræ legionów

ludzi. Niepotrzebn¹, okrutn¹ œmieræ. Widzia³em tysi¹ce dzieci, z nó¿kami

jak patyczki i brzuchami jak balony, umieraj¹cych z g³odu. Widzia³em jak

p³onê³y oblane napalmem. Ca³e osady i wsie tak ginê³y. Widzia³em ludzi

wyrzucanych ¿ywcem z helikopterów. Widzia³em ludzi œcinanych jak kwia-

ty seriami z broni maszynowej. Widzia³em tysi¹ce szcz¹tków ludzkich roz-

rzuconych na obrze¿u leja po pó³tonowej bombie. – Dygota³ ca³y i Ruth

widzia³a, jak jego oczy wype³niaj¹ siê ³zami. – Przeszed³em przez Dolinê

Œmierci. Ca³¹ j¹ przeszed³em, biwakowa³em w niej, jad³em pokarm z jej pól,

pi³em wodê z jej strumieni, spa³em pod porastaj¹cymi j¹ drzewami. To by³

mój dom, rozumiesz?

£zy sp³ywa³y mu po policzkach, ledwo móg³ mówiæ.

– I wreszcie coœ pêk³o. Coœ przebi³o skorupê. Nie mog³em daæ sobie

z tym rady. Czy ty rozumiesz, co ci chcê powiedzieæ? – Zacz¹³ krzyczeæ:

– To mnie zmieni³o! Sta³em siê istot¹ ludzk¹ i teraz nie potrafiê sobie

z tym poradziæ…

S³owa jakby wygas³y, opad³ w fotelu wstrz¹sany szlochem. Ruth obesz³a

stó³, uklêk³a przy nim. Objê³a go ramionami i przyci¹gnê³a jego g³owê do

swojej piersi. Po chwili tak¿e z jej oczu zaczê³y skapywaæ ³zy i ³¹czyæ siê

z jego ³zami.

Pomyœla³a  o  Stavrosie.  Przed  kilkoma  godzinami  wyprawi³a  ch³opca

w nowe ¿ycie. Cz³owiek, którego tuli³a, by³ na swój sposób m³odszy od Sta-

vrosa. Munger by³ dzieckiem, które wreszcie przysz³o na œwiat i nie potrafi-

³o stawiæ mu czo³a, a nie mog³o te¿ zapomnieæ o czarnej otch³ani, w której

by³o poczête.

background image

158

Po kilku minutach nieco siê uspokoi³. Ruth wróci³a na swój fotel. Munger

wstydzi³ siê teraz chwilowego za³amania i nie mia³ odwagi spojrzeæ jej w oczy.

A tymczasem w³aœnie w jej oczach sta³ siê teraz zupe³nie innym cz³owie-

kiem. Zawodowe doœwiadczenie uœwiadomi³o jej, jak wielki wysi³ek uczyni³,

by siê otworzyæ i podzieliæ z ni¹ nêkaj¹cym go koszmarem. A te ³zy œwiadczy-

³y zarówno o uldze, jak i ¿alu. Jedno by³o pewne: przesta³ byæ sam, ³¹czy³a ich

nierozerwalna niæ. A to oznacza³o, ¿e od tej chwili Ruth ponosi³a za niego

czêœæ odpowiedzialnoœci. By³a katalizatorem. By³a chirurgiem, który przepro-

wadza³ operacjê na mózgu pacjenta. Operacji nie mo¿na przerwaæ w po³owie.

– Opowiedz mi, co dalej… – poprosi³a cicho.

Po zaczerpniêciu oddechu dokoñczy³ opowieœæ. Powróci³ do Sajgonu po

po³udniu. Natychmiast wywo³a³ film i zrobi³ powiêkszenia 12x25. Przypi¹³

je do œciany i skierowa³ na nie reflektorek, raz jeszcze wch³aniaj¹c tamten

koszmar. Z pocz¹tku zastanawia³ siê, która gazeta lub periodyk najlepiej wy-

korzysta ten materia³. Nale¿a³o postêpowaæ ostro¿nie, gdy¿ z chwil¹ publi-

kacji grozi³o mu podwójne niebezpieczeñstwo. Po pierwsze ze strony kapi-

tana, a nastêpnie naczelnego dowództwa, które chcia³oby poznaæ wszystkie

szczegó³y i dowiedzieæ siê, w jaki sposób Munger wkrêci³ siê na zakazan¹

dla prasy wyprawê. Istnia³o niebezpieczeñstwo cofniêcia mu akredytacji, co

oznacza³o permanentny zakaz pracy w Wietnamie. Zdjêcia nale¿a³o wiêc

opublikowaæ tak, by tylko twarze ofiar by³y widoczne. Przygl¹da³ siê uwa¿-

nie odbitkom, szukaj¹c najlepszego sposobu wykadrowania. Przy ostatnim

ujêciu nie mia³ problemu: zbli¿enie twarzy dziewczyny gwa³conej przez

homoseksualistê. U szczytu zdjêcia widaæ by³o d³oñ przyci¹gaj¹c¹ g³owê za

w³osy. Munger uzna³, ¿e to jest najbardziej dramatyczny obraz, jaki w ca³ej

karierze fotoreportera uda³o mu siê utrwaliæ na kliszy. Wpatrzy³ siê w oczy

dziewczyny i dozna³ wstrz¹su: po raz pierwszy jego œwiadomoœæ zarejestro-

wa³a przekaz myœli ofiary.

Usi³owa³ racjonalizowaæ doznanie: to tylko kawa³ek chemicznie nasy-

conego kartonu. Monochromiczna fotografia. Ból, ostateczna rozpacz i po-

garda s¹ wy³¹cznie rezultatem gry cieni i œwiat³a. Cofn¹³ siê o parê kroków,

znowu podszed³. Oczy wypala³y mu w g³owie swój wyrok.

Zszed³ do hotelowego baru. Na drinka, by siê uspokoiæ. Jeszcze nie dra-

matyzowa³. Gdy po pó³nocy wróci³ nieco pijany, reflektor nadal siê pali³,

gdy¿ zapomnia³ go wy³¹czyæ. Po otwarciu drzwi ujrza³ tylko te oczy. Mimo

¿e sta³ z boku, oczy wci¹¿ na niego patrzy³y. Przeszed³ na drug¹ stronê, ich

spojrzenie powêdrowa³o za nim. Poszed³ do ³azienki i, mimo zamkniêtych

drzwi, czu³ je na plecach, czu³ je w sobie.

Wróci³ do sypialni i zgasi³ reflektorek. Potem siê po³o¿y³. Szybko za-

sn¹³. I we œnie prze¿y³ po raz pierwszy ów koszmar. Doznanie to wstrz¹snê³o

nim, gdy¿ do tej pory prawie nigdy nic mu siê nie œni³o. Mimo wszystkich

background image

159

prze¿yæ, spa³ zawsze dobrze, co by³o dowodem gruboœci skorupy, w jakiej

siê zatrzasn¹³.

Tej nocy koszmar powróci³ trzykrotnie. Za ka¿dym razem Munger budzi³

siê spocony. Gdy po raz trzeci pojawi³a siê zmora, wsta³ i poszed³ do nocnego

baru, tam pi³ do œwitu. Mo¿e w ci¹gu dnia oczy przestan¹ go drêczyæ? Wróci³

do hotelu i zjad³ obfite œniadanie. Poszed³ do pokoju, zdj¹³ powiêkszenia ze

œciany, zapakowa³ do pud³a, a pud³o wsadzi³ do szuflady. W czasie tych czyn-

noœci odwraca³ g³owê, by nie napotkaæ spojrzenia dziewczyny.

Chcia³o mu siê spaæ, ale nie móg³ zasn¹æ. Postanowi³ stawiæ czo³o pro-

blemowi. Wyj¹³ z pud³a tê jedn¹ fotografiê i ponownie powiesi³ na œcianie.

Skierowa³ na ni¹ zapalony reflektorek i przysun¹³ sobie krzes³o. Siedzia³ na

nim przez godzinê, wpatruj¹c siê w oczy. Ten sam przekaz: straszliwe oskar-

¿enie. Oczy reprezentowa³y gwa³con¹ ludzkoœæ. A on, adresat spojrzenia,

by³ uosobieniem obojêtnoœci œwiata. Czu³ siê bardziej winny ni¿ homosek-

sualista-gwa³ciciel. Sztylet przebi³ skorupê.

Spali³ fotografiê oczu, spali³ pozosta³e zdjêcia i wszystkie negatywy. Da-

remna, bezowocna próba usuniêcia wypalonego w mózgu spojrzenia dziew-

czyny.

Po drugiej daremnej próbie – w ³ó¿ku z Janine Lasage – odlecia³ do

Hongkongu. Tam odda³ na aukcjê aparat i resztê sprzêtu. Potem opuœci³ Azjê.

Zmiana scenerii nie pomog³a. Wyjecha³ do Afryki Po³udniowej, gdzie

pracowa³ w paru fabrykach oraz jako kierowca ciê¿arówki. Pieniêdzy nie

potrzebowa³. Przedtem uda³o mu siê du¿o zaoszczêdziæ i dobrze zainwesto-

waæ. Pracowa³, bo nie chcia³ siedzieæ bezczynnie. Próbowa³ wieœæ normalne

¿ycie. Chwilami mia³ wra¿enie, ¿e ma szansê, ale wtedy koszmar nagle po-

wraca³, a wraz z nim poczucie winy. Wina ros³a, warstwami nak³ada³a siê na

siebie, oblepia³a go skorup¹, zaczê³a obejmowaæ wszystkie okropieñstwa,

jakie kiedykolwiek widzia³.

– Dlaczego od razu nie poszuka³eœ pomocy medycznej? – spyta³a Ruth. –

Chyba zdawa³eœ sobie sprawê, ¿e tylko psychiatra mo¿e ciê z tego wydobyæ.

Pokrêci³ g³ow¹.

– Pomyœla³em, ¿e jeœli ktokolwiek zacznie szperaæ mi w mózgu, to osza-

lejê do reszty. Wiedzia³em, ¿e tkwi¹ jeszcze we mnie resztki normalnoœci.

Na nich chcia³em bazowaæ i budowaæ nowe ¿ycie. Wierzy³em, ¿e uda mi siê

odpokutowaæ winê. Zacz¹³em myœleæ o uczestnikach tego patrolu…

– O, w³aœnie! Co z nimi? Na pewno umknêli sprawiedliwoœci.

Zaprzeczy³ ruchem g³owy.

– Nie umknêli. Zabi³em ich.

– Co?!

background image

160

Otar³ pot z czo³a. Wieczór by³ ch³odny, ale wysi³ek opowiedzenia wszyst-

kiego by³ tak ogromny, ¿e mia³ zroszon¹ potem twarz.

– Tak, Ruth. Zabi³em ich. Im wiêcej o tym myœla³em, tym bardziej umac-

nia³em siê w przekonaniu, ¿e jest to najpewniejszy sposób pozbycia siê zmo-

ry tych oczu.

Ruth by³a og³uszona tym wyznaniem. Cichym g³osem spyta³a:

– Zabi³eœ ich wszystkich?

– Nie. Trzej ju¿ nie ¿yli. Minê³y dwa lata od tamtego rekonesansu. Dwóch

zginê³o podczas akcji, trzeci w barowej bójce.

– Jak i gdzie ich zabi³eœ?

Machn¹³ rêk¹.

– To niewa¿ne. Wytropienie ich zajê³o mi dwa lata. Opuœcili Wietnam,

kiedy sta³o siê jasne, ¿e Wietkong zwyciê¿a. Musia³em szukaæ w Europie,

w Stanach i w Panamie. Ale wszystkich odnalaz³em i umierali, wiedz¹c dla-

czego. Bardzo dziwne: przez te dwa lata mia³em w ¿yciu cel, a ¿ycie zyska³o

sens. I obnosi³em w sercu nadziejê, ¿e kiedy wykonam wyrok, odnajdê sie-

bie. Oczywiœcie, tak siê nie sta³o. Osiedli³em siê na Cyprze i w pewnym

sensie osi¹gn¹³em namiastkê wewnêtrznego spokoju. Zacz¹³em nawet wieœæ

jakie takie ¿ycie. Ale wdar³ siê w nie Walter Blum i doszczêtnie rozwali³

mój obronny mur. – Rozeœmia³ siê gorzko. – Na swój niezwyk³y sposób

ofiarowa³ mi szansê. Ty te¿. Teraz wszystko jest jako tako pod kontrol¹. I

mam wytkniêty cel. To ju¿ coœ.

Ruth posz³a do kuchni zaparzyæ kawy. By³a prawie pó³noc, ale nie czu³a

sennoœci. Wys³uchiwa³a zwierzeñ mê¿czyzny, który po raz pierwszy w ¿yciu

przed kimœ siê otworzy³. Zapamiêta to doœwiadczenie do koñca ¿ycia. Przera¿a-

j¹ce, ale i ekscytuj¹ce. Wróci³a z kaw¹ na patio, rozla³a j¹ do fili¿anek i spyta³a:

– I co teraz? Powiedzia³eœ, ¿e tylko ja mogê ci pomóc.

Upi³ kilka ³yków i uœmiechn¹³ siê. By³ to jego pierwszy naturalny uœmiech.

Zmy³ ca³e napiêcie z jego twarzy i od razu zmieni³ atmosferê.

– Mo¿esz mi pomóc, Ruth, robi¹c to, o co ciê prosi³ Walter.

W pierwszej chwili nie zrozumia³a i tylko niemo patrzy³a. Gdy pojê³a,

wybuchnê³a œmiechem.

– Mam ciê uwieœæ?

Uœmiechn¹³ siê znowu.

– Uwieœæ, to nieodpowiednie s³owo. Muszê odzyskaæ moj¹ mêskoœæ.

Coœ mi mówi, ¿e tylko ty mo¿esz mi j¹ zwróciæ.

Zupe³nie zaskoczona, krêci³a tylko g³ow¹. Chcia³a coœ odpowiedzieæ,

ale j¹ powstrzyma³ gestem d³oni.

– Poczekaj. Pos³uchaj. W minionych miesi¹cach próbowa³em kilka razy…

Ilekroæ jestem z kobiet¹, ilekroæ siê do niej zbli¿am, widzê tamte oczy, czujê

siê winny. I koniec. Ty pomog³aœ mi uwolniæ siê od nocnej zmory. Mo¿e, po

background image

161

prostu… mo¿e, pomo¿esz mi pokonaæ niemoc… Wiem, ¿e nie mam prawa

ciê o to prosiæ, ale pomyœla³em, ¿e jeœli uda mi siê raz, to ju¿ wystarczy…

jest to dla mnie bardzo wa¿ne. Wiem, ¿e to tylko blokada psychiczna. Jeœli j¹

zniszczê, wszystko bêdzie w porz¹dku…

Czu³a, ¿e zaraz dostanie ataku histerii. Wsta³a i odesz³a kilka kroków.

Patrzy³a na ciemny ogród i usi³owa³a uporz¹dkowaæ myœli. Us³ysza³a od-

suwanie fotela, jego kroki, jego obecnoœæ za plecami, jego oddech na karku,

a potem poczu³a jego wargi. Pr¹d przebieg³ jej przez cia³o. Na chwilê wstrzy-

ma³a oddech.

– Przestañ, Dave!

Obróci³a siê ku niemu i powiedzia³a o Gideonie. O postanowieniu wyj-

œcia za niego. O tym, ¿e Duff i Gideon byli jedynymi mê¿czyznami w jej

¿yciu. Powiedzia³a, ¿e jest jej bardzo przykro, ale nie mo¿e mu pomóc.

Cofn¹³ siê, skin¹³ g³ow¹, ¿e rozumie. Przeprosi³, mówi¹c, ¿e nic nie wie-

dzia³, nie zdawa³ sobie sprawy.

Wrócili do stolika, usiedli i zapadli w krêpuj¹ce milczenie. Idiotyczna

sytuacja. Wdar³ siê w jej ¿ycie, zburzy³ uporz¹dkowane i posegregowane

uczucia, zniszczy³ równowagê psychiczn¹, a ona czuje siê odpowiedzialna!

Zaczê³a walczyæ ze sob¹. Czy on ¿¹da zbyt wiele? Oczywiœcie, ¿e tak! Z dru-

giej strony chodzi³o o tak ma³¹ rzecz, która mo¿e odmieniæ jego ¿ycie. Mo¿e

podejœæ do sprawy klinicznie? Potraktowaæ to jako metodê terapii psychicz-

nej? Przecie¿ ma do czynienia z chorym psychicznie cz³owiekiem. Zerknê³a

na œci¹gniêt¹ smutkiem twarz i poczu³a przyp³yw litoœci.

Siêga³ w³aœnie po fili¿ankê. Wyci¹gnê³a rêkê i dotknê³a jego d³oni. Ro-

zumia³a to jako gest wspó³czucia. Obróci³ szybko d³oñ i pochwyci³ jej palce,

splót³ ze swoimi. Jego by³y ciemne, opalone, zaciœniête na skalnym zrêbie,

pod którym by³a przepaœæ. Us³ysza³a wypowiadane przez siebie s³owa, jak-

by p³ynê³y z innych ust: Spróbujê, ale tylko ten jeden raz. I pod warunkiem,

¿e bêdzie postêpowa³ z ni¹ ostro¿nie, bo w sprawach seksu brak jej pewno-

œci siebie.

Nie puszczaj¹c jej d³oni wsta³, obszed³ stó³, uniós³ j¹ z fotela i zacz¹³

ca³owaæ. I znowu poczu³a pora¿aj¹cy j¹ pr¹d. W milczeniu wprowadzi³ j¹ do

domu, do sypialni, powoli i z delikatnoœci¹ rozebra³ i u³o¿y³ na ³ó¿ku, potem

rozebra³ siê sam i zacz¹³ j¹ pieœciæ d³oñmi i wargami. Z pocz¹tku by³a pa-

sywna. Po paru minutach ju¿ zupe³nie inna kobieta zaczê³a reagowaæ, jej

cia³o wygiê³o siê w ³uk, usta zaczê³y wydawaæ pojêkiwania rozkoszy. Zapo-

mnia³a o Duffie i Gideonie Galili. Zapomnia³a, kim jest. Kiedy w ni¹ wnik-

n¹³, przyjê³a go ju¿ inna kobieta, dla której stanowi³o to prawdziw¹ premierê

mi³oœci. Straci³a poczucie czasu. Pierwszy orgazm nast¹pi³ po kilku sekun-

dach… a mo¿e minutach, godzinie? Drugi i trzeci przysz³y z bezczasowej

przestrzeni. A mo¿e by³o ich wiêcej, ale jej cia³o i psychika wtopi³y siê w siebie

11 – Reporter

background image

162

nawzajem i przenosi³y j¹ od œwiadomoœci przez fantazjê do snu i od snu do

œwiadomoœci…

Gdy siê obudzi³a, by³a sama. Le¿a³a jeszcze d³ugo, ws³uchana w poran-

ny œwiergot ptaków w ogrodzie, usi³uj¹c oddzieliæ fantazjê od rzeczywisto-

œci. Wreszcie wsta³a, w³o¿y³a szlafrok i wysz³a do saloniku. Przez okno zo-

baczy³a go w tym samym fotelu przy stole i przez krótk¹ chwilê myœla³a, ¿e

stamt¹d nie odchodzi³, ¿e wszystko by³o tworem wyobraŸni. Czu³a jednak

s³odkie zmêczenie. To nie by³ sen. Wysz³a na zalane s³oñcem patio. Munger

podniós³ g³owê, zobaczy³ j¹ i lekko siê uœmiechn¹³. Usiad³a naprzeciwko

niego. Ptaki œpiewa³y niemal nad g³ow¹, ukryte w ga³êziach œwierków. Wo-

la³aby, ¿eby zamilk³y.

– Nie uda³o siê? – spyta³a.

Pokrêci³ g³ow¹.

– Bardzo mi przykro… Ja nie…

Przerwa³:

– Nic nie mów! Proszê ciê, Ruth! Koszmar nie odszed³, ale by³o cudow-

nie. W ¿yciu nie widzia³em nic równie piêknego, jak twoja twarz ubieg³ej

nocy. Nigdy jej nie zapomnê.

Szuka³a s³ów.

– Ja ju¿ sama nie wiem… Mo¿e gdybym mia³a wiêksze doœwiadczenie…

Uœmiecha³ siê.

– By³o wspaniale. Niepotrzebne ci wiêksze doœwiadczenie. – Wzruszy³

ramionami. – No có¿, bêdê musia³ siê z tym pogodziæ. Dziêkujê, ¿e zrobi³aœ

wszystko, co mo¿na…

Nerwowo zwija³a palcami d³ugie w³osy.

– Nic mi nie zawdziêczasz… Nie masz wobec mnie ¿adnego d³ugu. Szko-

da… – By³a zdesperowana i zagubiona: jak¿e to mo¿liwe, ¿e nie dzieli³ z ni¹

jej ekstazy? To niesprawiedliwe. B³yskawicznie podjê³a decyzjê.

– Kiedy wracasz? – spyta³a. – To znaczy do Bejrutu.

– Za parê tygodni.

– Podejmiemy jeszcze jedn¹ próbê…

Poprzez stolik uœcisn¹³ jej d³oñ.

– Dziêkujê, ale chyba ju¿ nie. I tak zrobi³aœ dla mnie wiêcej, ni¿ na to

zas³ugujê. Wychodzisz za m¹¿. O tym musisz myœleæ.

– Ju¿ myœla³am. Nie dochowa³am wiernoœci Gideonowi. Co siê sta³o, to

siê nie odstanie. Mo¿emy raz jeszcze spróbowaæ coœ z tego wszystkiego urato-

waæ. – Nowa myœl przebieg³a jej przez g³owê i szybko na ni¹ zareagowa³a: –

Tylko nie s¹dŸ, na mi³oœæ bosk¹, ¿e motywuje mnie po¿¹danie, chocia¿ muszê

przyznaæ, ¿e nigdy w ¿yciu nie mia³am podobnie… intensywnego prze¿ycia.

background image

163

Z uœmiechem pokrêci³ g³ow¹.

– Jesteœ zbyt uczciw¹ kobiet¹, aby to kontynuowaæ…

– Mo¿e w³aœnie wymaga tego zawodowa uczciwoœæ. Pos³uchaj, przysz³a

mi do g³owy myœl: moi przyjaciele maj¹ letni domek przy pla¿y w Polis, na

zachodnim wybrze¿u, zupe³nie odizolowany, z dala od zgie³ku. PojedŸmy

tam na kilka dni… Nie œpieszmy siê. Odprê¿ysz siê i mo¿e siê uda.

– Czujê siê jak pacjent u lekarza.

– Bo nim jesteœ. Pomyœl o tym tak: z³ama³eœ nogê i Ÿle ci j¹ z³o¿ono.

Przez wiele lat kula³eœ. Teraz trzeba nogê ponownie z³amaæ i powtórnie z³o-

¿yæ. To mo¿e byæ bolesne.

Obserwuj¹c go pilnie, zauwa¿y³a, ¿e zadrga³y mu k¹ciki ust.

– Bêdziesz mia³a na sobie lekarski kitel?

– Nic bêdê mia³a na sobie niczego.

I pojechali do Polis. W¹skimi i krêtymi drogami, przez wioski i pola,

dotarli do nabrze¿nej szosy skrêcaj¹cej na zachód. Napotykali coraz mniej

samochodów i ludzi, gdy¿ okolica nie by³a jeszcze rozwiniêta turystycznie.

Tylko winnice, lasy i poszarpany skalisty brzeg. Na lunch zatrzymali siê

w tawernie w Stroumbi, usiedli przy stoliku na zewn¹trz, wypili zbyt wiele

wina, rozmawiali o niczym i trochê siê poœmiali. Czeka³a ich jeszcze godzi-

na drogi do Polis. W wiejskim sklepiku kupili trochê zapasów ¿ywnoœci i ru-

szyli na pó³noc przez lasy, a¿ dotarli na cypel i nad zatokê, o której legenda

g³osi³a, ¿e by³a miejscem narodzin Afrodyty. Domek przyjació³ znajdowa³ siê

w nastêpnej malutkiej zatoczce. Munger prowadzi³ bardzo ostro¿nie, jechali

ma³o przeje¿d¿onym traktem. Letniskowy domek sta³ prawie nad samym mo-

rzem, os³oniêty od niego pó³kolem znieruchomia³ych w s³oñcu topoli.

Ledwo Munger zatrzyma³ samochód, Ruth wyskoczy³a, wszystko z sie-

bie zdjê³a i nago wbieg³a do wody. Munger zaniós³ rzeczy na werandê i do-

³¹czy³ do Ruth.

Po pó³godzinie le¿eli na malutkiej pla¿y, susz¹c siê w popo³udniowym

s³oñcu. Munger myœla³, ¿e jest to najbardziej ciche i spokojne miejsce ze

wszystkich, które zna. Ruth pomyœla³a, ¿e musi postêpowaæ z rozwag¹. Na

pewno bêdzie spiêty, skrêpowany, w nieustannym lêku przed pora¿k¹…

Munger wspar³ siê na ³okciu i zacz¹³ przygl¹daæ siê Ruth. Palcem do-

tkn¹³ kropli wody, która umknê³a s³oñcu. Tu¿ poni¿ej lewej piersi. Widzia³,

¿e tê¿eje jej sutka.

– Wczoraj by³o zbyt ciemno – szepn¹³. – Chcê na ciebie patrzeæ. Muszê

widzieæ twoj¹ twarz.

Chcia³a coœ odpowiedzieæ, ale po³o¿y³ palec na jej ustach. Zacz¹³ ca³o-

waæ jej sutki, d³oni¹ pieœci³ brzuch. Obla³ j¹ ¿ar i poczu³a wilgoæ miêdzy

background image

164

udami. Wróci³a pamiêæ doznañ mi³osnych poprzedniej nocy i pragnienie ich

ponownego prze¿ycia.

By³a w rozterce: oddaæ siê rozkoszy bez myœlenia o czymkolwiek czy

dyktowaæ w³asny scenariusz tej mi³osnej terapii. Le¿a³ teraz na niej, przy-

gniata³ j¹ swym ciê¿arem, wdar³ siê w ni¹ jednym potê¿nym pchniêciem,

a wtedy objê³a d³oñmi poœladki mê¿czyzny wciskaj¹c je z ca³ych si³ jeszcze

g³êbiej, wydaj¹c jêk… Szczêœcia? Triumfu? Jak przez mg³ê s³ysza³a jego

g³os powtarzaj¹cy bez koñca, ¿e j¹ kocha.

Zostali w Polis przez dziesiêæ dni. P³ywali, le¿eli na piasku i kochali siê.

Gotowali sobie posi³ki, spacerowali po wzgórzach i kochali siê. Wieczorami

tañczyli na werandzie przy muzyce ze starego bateryjnego adaptera, œmiali

siê i kochali. Dopiero czwartej nocy, kiedy w ciemnoœciach le¿a³a w jego

ramionach, powtórzy³a s³owa, które wyszeptywa³ do niej na pla¿y.

– Kocham ciê.

– Wiem. I mamy problem.

– My nie mamy. Niestety, ma go Gideon.

Odsun¹³ siê, zapali³ œwiat³o i usiad³ na ³ó¿ku. Le¿a³a, spogl¹daj¹c na

niego.

– Lekarze nie powinni zakochiwaæ siê w pacjentach – oœwiadczy³ z uda-

wan¹ surowoœci¹.

– Wiem. Ale ja nigdy nie sk³ada³am przysiêgi Hipokratesa.

– No wiêc co z Gideonem? Ju¿ go nie kochasz?

Zmarszczy³a brwi, zastanawiaj¹c siê nad odpowiedzi¹.

– Kocham. I powiem mu to. Powiem, ¿e kocham go tak, jak kocha³ mnie

Duff, a to za ma³o.

– Nie wyjdziesz za niego?

– Wyjdê za ciebie. I chcê mieæ dzieci. – Patrzy³a mu w oczy, oczekuj¹c

reakcji. Nie dostrzeg³a ¿adnej. – Nie odpowiada ci to?

Uœmiechn¹³ siê.

– Po prostu nie wierzy³em w³asnym uszom. Powtórzy³em to sobie w my-

œlach i dopiero wtedy uwierzy³em. Kiedy?

– Kiedy za ciebie wyjdê, czy kiedy bêd¹ dzieci?

– Jedno i drugie.

Usiad³a.

– Zaparzmy sobie kawy i zacznijmy planowaæ. – Zobaczy³a, ¿e zerka na

zegarek. – Wiem, ¿e jest póŸno, ale nie zasnê ani nie bêdê siê z tob¹ kochaæ,

póki wszystkiego nie ustalimy.

background image

165

Wstali, a potem siedzieli na werandzie, snuj¹c plany na przysz³oœæ. Pierw-

sz¹ myœl¹ Mungera by³o pojechaæ prosto do Limassol i powiedzieæ Waltero-

wi, ¿e Daktyl Niebieski przechodzi na emeryturê, ale potem oboje doszli do

wniosku, ¿e to mog³oby obróciæ siê przeciwko nim. Odrodzenie Mungera,

jego powrót do œwiata mia³y swój cel. Ów cel by³ instrumentem odrodzenia.

Ruth by³a akuszerk¹, która daj¹c noworodkowi klapsa w poœladki sprowo-

kowa³a pierwszy krzyk. Ów cel musia³ pozostaæ podstaw¹ ich wspólnego

¿ycia. Munger ostrzeg³ j¹, ¿e to mo¿e potrwaæ parê lat. Jeœli operacje sabota-

¿owe Waltera we Francji zawiod¹, Munger bêdzie potrzebny w Iraku.

Ruth nie przeszkadza³o czekanie. Ani gro¿¹ce niebezpieczeñstwo. Mia-

³a przedziwn¹ pewnoœæ ich wspólnego przeznaczenia. Ile¿ przeszli, aby móc

rozpocz¹æ wspóln¹ wêdrówkê. Pobior¹ siê po zakoñczeniu misji.

Po raz pierwszy w ¿yciu by³a czegoœ absolutnie pewna. Odkryta mi³oœæ

pozwoli³a dostrzec resztê ¿ycia we w³aœciwej perspektywie. Równie¿ we

w³aœciwej perspektywie widzia³a teraz swój stosunek do Duffa i Gideona.

Nie wiedzia³a przedtem, ¿e mi³oœæ mo¿na prze¿ywaæ na wielu p³aszczyznach.

Prawdopodobnie wiêkszoœæ ludzi nie wiedzia³a, ¿e kochaæ mo¿na tak inten-

sywnie, jak ona tego doœwiadcza³a teraz. W¹tpi³a, czy podobne prze¿ycie

jest mo¿liwe w m³odszym wieku. Przecie¿ to w³aœnie przesz³oœæ i osobiste

prze¿ycia stworzy³y warunki do powstania takiego uczucia. Czu³a wdziêcz-

noœæ wobec losu. Nie mia³a teraz najmniejszych w¹tpliwoœci, nie odczuwa³a

niepewnoœci. Odkry³a znaczenie mi³oœci – uczucia wynikaj¹cego z po³¹cze-

nia wielkiej namiêtnoœci ze wspó³czuciem, w³asnej potrzeby z wdziêczno-

œci¹. Przez chwilê k¹pa³a siê w aurze tego objawienia, ale horyzont szybko

siê zachmurzy³, gdy¿ nap³ynê³y nowe myœli.

No tak, gdy Munger wróci do Bejrutu, ona bêdzie musia³a polecieæ do

Izraela i wyt³umaczyæ wszystko Gideonowi. Zobaczy³ niepokój na jej twa-

rzy.

– On to Ÿle przyjmie – powiedzia³. – Wiem to dobrze. Wiem, jak ja bym

zareagowa³. Zrobi³bym wszystko, aby ciê zatrzymaæ.

– Masz racjê, ale có¿ mogê na to poradziæ. Gideon jest silny, da sobie

radê. – Usi³owa³a siê uœmiechn¹æ. – Dziœ nie chcê byæ smutna. Poczekajmy

do œwitu i pójdziemy do morza. Po p³ywaniu bêdziemy siê kochaæ w tym

samym miejscu, co za pierwszym razem. Przecie¿ z tym dzieckiem nie musi-

my wcale czekaæ. Nie przeszkadza mi status samotnej matki, skoro ma byæ

tymczasowy.

background image

166

background image

167

Ksiêga czwarta

background image

168

background image

169

14

B

y³a to jedna z niewielu sytuacji w ¿yciu Waltera Bluma, kiedy okazywa³

odrobinê pokory. Siedzia³ w poczekalni gabinetu premiera w Jerozolimie

i nie tylko brakowa³o mu zwyk³ej pewnoœci siebie, ale odczuwa³ nawet lekki

lêk. Za parê minut po raz pierwszy mia³ spotkaæ premiera pañstwa, cz³owie-

ka, którego podziwia³ i który go wprost fascynowa³. Przed paroma minutami

do gabinetu wszed³ ju¿ genera³ Hofti i Walter w ka¿dej chwili spodziewa³ siê

wezwania. Aby opanowaæ nerwowoœæ, postanowi³ siê czymœ zaj¹æ i otwo-

rzy³ akta z raportem przygotowanym ubieg³ego wieczoru wspólnie z genera-

³em Hoftim. Orygina³ raportu zabra³ Hofti i premier najprawdopodobniej

w tej chwili siê z nim zapoznawa³.

Strona nr 1 z 3

IRACKI PROGRAM NUKLEARNY

Raport nr 43A (Urz¹d Premiera) 3 maja 1981

Dla: premier

Od: genera³ Izaak Hofti

ród³o: Mosad

Liczba kopii: zero

AKTUALNA SYTUACJA:

Mimo wszelkich wysi³ków, zarówno dyplomatycznych (via Min. Spr. Zagr.),

jak i tajnych (Mosad), oba reaktory, zakontraktowane przez Irak we Francji,

zosta³y dostarczone i s¹ obecnie instalowane w nuklearnych zak³adach do-

œwiadczalnych w EI-Tuwaitha pod Bagdadem.

Raporty 28A (Urz. Pr.) z dnia 18 lipca 1980 oraz 31A (Urz. Pr.) z dnia 12

wrzeœnia 1980 wymienia³y szczegó³owo wysi³ki i akcje Mosadu, zw³aszcza siat-

ki  DAKTYL,  maj¹ce  na  celu  sabotowanie  irackiego  programu  nuklearnego.

background image

170

Rezultatem tych dzia³añ by³o opóŸnienie realizacji programu o 12 do 14 mie-

siêcy.

Wraz z reaktorami na miejscu ich monta¿u przebywa 265 francuskich ato-

mistów i techników nuklearnych.

Strona nr 2 z 3

Oceniamy,  ¿e  g³ówny  reaktor  o  mocy  70  MW  ruszy  miêdzy  czerwcem

a wrzeœniem bie¿¹cego roku.

W raporcie 41A z 11 lutego 1981 roku przedstawiliœmy liczne opcje. W tym

samym czasie Urz¹d Premiera wyda³ polecenie dokonania uzupe³niaj¹cej ana-

lizy irackiej zdolnoœci wyprodukowania broni nuklearnej na bazie odzysku ma-

teria³ów rozszczepialnych i dostarczanych przez Francjê reaktorów.

Raport 42A z 2 marca 1981 roku stwierdza, ¿e Irak jest nie tylko zdolny

wyprodukowaæ broñ nuklearn¹ na bazie dostarczanych reaktorów, ale ¿e pod-

stawowym celem re¿imu Husajna jest tak¹ broñ posi¹œæ, zw³aszcza w obliczu

konfliktu z Iranem.

Obecnie pozostaj¹ otwarte dwie opcje (w wypadku, gdyby zosta³a podjêta

decyzja zniszczenia obu reaktorów).

a) uderzenie z powietrza (nalot bombowy).

b) uderzenie z ziemi (akcja komandosów).

Po konsultacjach z wywiadem wojskowym zalecamy opcjê a) jako ³atwiej-

sz¹ do zrealizowania.

Strona nr 3 z 3

Akcja powinna byæ przeprowadzona oczywiœcie przed uruchomieniem re-

aktora. EI-Tuwaitha znajduje siê osiemnaœcie kilometrów od centrum Bagdadu

i dominuj¹ce w tym rejonie wiatry bez w¹tpienia spowodowa³yby zniesienie

radioaktywnej chmury nad miasto.

WNIOSEK KOÑCOWY:

Decyzja ewentualnego zniszczenia reaktorów jest decyzj¹ polityczn¹. Nie-

mniej nasz wydzia³ badañ i analiz przygotowa³ opiniê, która mo¿e mieæ na ni¹

wp³yw.

W skrócie: w wypadku przeprowadzenia akcji i zniszczenia reaktorów Izra-

el stanie przed fal¹ krytyki i potêpienia ca³ego œwiata. Wiele napaœci bêdzie

czyst¹ hipokryzj¹, na przyk³ad potêpienie przez Egipt czy Iran. Jednak¿e w wiêk-

szoœci bêd¹ to autentyczne i ostre wyrazy oburzenia. Staniemy równie¿ w ob-

liczu groŸby sankcji ONZ. Bêdziemy potêpiani na podstawie dwóch przes³a-

nek:

a) Irak podpisa³ i po dziœ dzieñ skrupulatnie przestrzega uk³adu o nieroz-

przestrzenianiu broni nuklearnej.

background image

171

b) nalot bêdzie precedensem o nieobliczalnych skutkach.

KONIEC

Walter zamkn¹³ aktówkê i zacz¹³ siê zastanawiaæ, jak premier zinterpre-

tuje ich koñcowy wniosek. Na odpowiedŸ nie musia³ d³ugo czekaæ. Sekre-

tarz uchyli³ drzwi i gestem zaprosi³ spoconego Waltera do œrodka.

Premier siedzia³ z genera³em Hoftim przy stole, w rogu sporego gabine-

tu. To zwyk³y jadalny stó³, pomyœla³ Blum, id¹c w jego kierunku. Premier

wsta³ i, zbywaj¹c przedstawianie goœcia przez Hoftiego, wyci¹gn¹³ rêkê, po

czym z uœmiechem powiedzia³:

– Nie spotkaliœmy siê nigdy osobiœcie, ale mam wra¿enie, ¿e od dawna

pana znam. I dziêkujê panu w imieniu Izraela i ¯ydów na ca³ym œwiecie za

wszystko, co pan zrobi³ i wci¹¿ robi.

Walter uœcisn¹³ d³oñ premiera, czuj¹c jeszcze wiêksze onieœmielenie. Ze

zdziwieniem stwierdzi³, ¿e premier jest drobniejszy, ni¿ to sobie wyobra¿a³.

Wydawa³ siê nawet w¹t³y. Walter wpatrzy³ siê w oczy za grubymi szk³ami,

dostrzeg³ w nich pewnoœæ siebie i determinacjê.

Kiedy siadali, premier powiedzia³:

– Proszê paliæ, jeœli ma pan ochotê.

Walter uœmiechn¹³ siê i Hofti zamar³. Stanowczo prosi³ Waltera, by nie

wyci¹ga³ swoich grubych cygar, gdy¿ w tym gabinecie palenie by³o surowo

zabronione. Walter siêgn¹³ do wewnêtrznej kieszeni swej kasztanowej ma-

rynarki z surowego jedwabiu i wyj¹³ cygaro. Odwin¹³ je z celofanu, uci¹³

koniec i powiedzia³:

– Tylko sobie po¿ujê.

Hofti odetchn¹³ z ulg¹.

– Jak pan sobie ¿yczy – odpar³ premier. Spojrza³ na le¿¹c¹ przed nim

teczkê, wzi¹³ do rêki czerwonego markera i zacz¹³ podkreœlaæ niektóre frag-

menty. Walter przygl¹da³ siê premierowi z zainteresowaniem.

Menachem Begin wyznawa³ zasadê oko za oko, z¹b za z¹b, ale jeœli z¹b

by³ ¿ydowski, to ¿¹da³ w zamian ca³ej szczêki. Uwa¿a³ siê za wcielenie pañ-

stwa. Niezachwianie wierzy³ w historyczne i biblijne prawa ¯ydów. W oczach

innych ludzi czyni³o go to czasami k³êbowiskiem sprzecznoœci. Ostro potêpia³

terroryzm, ale w m³odoœci sam przewodzi³ terrorystycznej komórce Irgunu.

Poucza³ œwiat o przestêpczym charakterze hitlerowskiej zasady zbiorowej od-

powiedzialnoœci, a nastêpnego dnia wydawa³ polecenie zmiecenia z powierzchni

ziemi palestyñskiej wioski, z której czynione by³y wypady OWP. Przekonuj¹-

co mówi³ o prawie ¯ydów do osiedlania siê na Pó³wyspie Synajskim, a po

miesi¹cu jecha³ do Camp David i przehandlowywa³ te prawa.

Waltera jednak fascynowa³ i nie widzia³ w jego dzia³aniu ¿adnych sprzecz-

noœci. Ka¿dy ruch Begina, ka¿da jego decyzja dotyczy³a jednostkowego,

background image

172

doraŸnego celu, s³u¿¹cego celowi nadrzêdnemu: zapewniæ przetrwanie pañ-

stwa Izrael, zapewniæ mu bezpieczeñstwo.

Begin uniós³ g³owê znad raportu i stwierdzi³:

– Pañskie poczynania we Francji zas³uguj¹ na najwy¿sz¹ pochwa³ê.

W zale¿noœci od punktu widzenia, dwa morderstwa i jeden akt sabota¿u

mog¹ byæ zakwalifikowane jako godne pochwa³y czyny. O to bowiem w kon-

kretnym wypadku chodzi³o. Profesor Yahia el Mashad, Egipcjanin, szef irac-

kiego programu nuklearnego, zosta³ zamordowany w pokoju paryskiego hote-

lu. Akcjê nieco skomplikowa³a obecnoœæ w pokoju francuskiej prostytutki,

która zdo³a³a uciec. Na swoje nieszczêœcie widzia³a twarz agenta Mosadu i po

tygodniu zginê³a w ulicznym wypadku. Profesor Yahia przyjecha³ do Pary¿a,

by negocjowaæ w imieniu Iraku zakup udzia³ów w konsorcjum o nazwie Euro-

dif produkuj¹cym wzbogacony uran. Negocjacje zosta³y przerwane.

Parê miesiêcy przedtem, w kwietniu 1979 roku, agenci Mosadu umieœci-

li ³adunki wybuchowe w zak³adach produkuj¹cych elementy dla reaktora, co

opóŸni³o jego wykonanie o ponad rok.

– Uda³o nam siê, niestety, tylko opóŸniæ sprawê – powiedzia³ Walter.

– Ale to by³o nam bardzo potrzebne – powiedzia³ Begin. – Nieodzowne!

W ci¹gu tego roku zawarliœmy pokój z Egiptem, dwaj nasi inni wrogowie,

Irak i Iran, walcz¹ przeciwko sobie. I to w efekcie oznacza, ¿e jeœli bêdziemy

musieli podj¹æ akcjê zalecon¹ w tym raporcie, z politycznego punktu widze-

nia czas bêdzie odpowiedniejszy. – Begin obróci³ siê do Hoftiego:

– Generale, bardzo wyraŸnie i bez os³onek mówi pan o miêdzynarodo-

wych reperkusjach, jakich musimy siê spodziewaæ. Ale nie dostrzega pan

najistotniejszego elementu.

– A mianowicie?

– Prezydenta Stanów Zjednoczonych!

Premier uœmiechn¹³ siê, gdy zobaczy³ pe³ne zaskoczenia spojrzenia wy-

mieniane przez swych rozmówców. Wsta³ i zacz¹³ spacerowaæ po gabinecie.

– Mo¿e to na pierwszy rzut oka wydaæ siê dziwne, ale najwiêkszym za-

gro¿eniem dla Izraela nie s¹ arabskie armie, nie jest Rosja czy broñ nuklear-

na. Najwiêkszym zagro¿eniem jest nacechowane dystansem podejœcie obec-

nej administracji do poczynañ Izraela. Maj¹c Stany Zjednoczone jako w pe³ni

zdeklarowanego sojusznika, mo¿emy stawiæ czo³o wszystkim i wszystkie-

mu. Moim zdaniem Stany Zjednoczone s¹ jedynym wartym posiadania so-

jusznikiem. Pañstwa europejskie, z chwalebnym wyj¹tkiem Holandii, przy-

parte do muru zawsze zrobi¹ to, co le¿y w ich w³asnym interesie. Ameryka

nas uzbraja, Ameryka daje nam tak istotn¹ pomoc finansow¹. – Premier za-

cz¹³ spacerowaæ szybciej i mówiæ o parê decybeli g³oœniej. – Oczywiœcie, ¿e

du¿a czêœæ tej pomocy jest bezinteresowna. Ale du¿¹ rolê odgrywa polityka.

Zdobycie urzêdu prezydenta jest prawie niemo¿liwe bez ¿ydowskich g³o-

background image

173

sów. To samo dotyczy wielu kongresmanów. Kiedy Mosze Dajan ostatnio

odwiedza³ Stany, prezydent Carter b³aga³, by nie krytykowa³ go na forum

¿ydowskich organizacji. Prawie pad³ przed nim na kolana. Mosze mówi³ mi,

¿e by³ to przykry widok.

– Ale Carter przegra³ – wtr¹ci³ Walter.

– Tak, panie Blum. Bo organizacje ¿ydowskie zachowa³y neutralnoœæ.

Nie widzia³y wiêkszej ró¿nicy miêdzy kandydatami, jeœli chodzi o ich stosu-

nek do Izraela. Carter by³ przyjacielem, ale s³abym. Reagan jest ciut mniej-

szym przyjacielem, ale uczyni Amerykê siln¹, co jest dla nas bardzo istotne.

Begin przerwa³ na chwilê, wróci³ do sto³u, westchn¹³ i zacz¹³ mówiæ

dalej:

– Problem polega na tym, ¿e teraz prezydent Reagan nieco boczy siê na

Izrael, a bardzo na mnie. – Gorzko siê uœmiechn¹³. – Jestem przyzwyczajony

do braku popularnoœci. I ma³o mnie to obchodzi. Reagan jest wœciek³y na

nasz¹ ingerencjê w Libanie. Chcia³by, ¿ebyœmy zaakceptowali obecnoœæ sy-

ryjsk¹ w tym kraju. Innymi s³owy, Amerykanie zaakceptowali fakt, ¿e tysi¹-

ce palestyñskich terrorystów korzysta z Libanu jako bazy wypadowej do

mordowania naszych kobiet i dzieci. Reagan wys³a³ mi tu swego ambasado-

ra, ¿eby wyraziæ niezadowolenie. – Premiera zaczê³a ogarniaæ wœciek³oœæ.

Ciê¿ko oddycha³ i d³oñmi bi³ powietrze. – Reagan traktuje nas jak ma³e dzie-

ci, którym trzeba dawaæ od czasu do czasu klapsy. – Twarz mu siê mieni³a,

ale po chwili zapanowa³ nad emocjami i uœmiechn¹³ siê figlarnie. – Przypo-

mnia³em ambasadorowi amerykañsk¹ blokadê Kuby. Zwróci³em te¿ uwagê,

¿e Ameryka Œrodkowa staje siê amerykañskim Libanem. Spyta³em ambasa-

dora, co zrobi³yby Stany Zjednoczone, gdyby Kubañczycy podprowadzili

parê dywizji pancernych pod granicê meksykañsko-teksask¹ albo wys³ali

terrorystów do Dallas w celu zabijania dzieci.

– I jak on to przyj¹³? – spyta³ Walter, zachwycony dopuszczeniem go do

tajemnic zakulisowych gier dyplomatycznych na najwy¿szym szczeblu.

– Jeszcze nie otrzyma³em odpowiedzi, ale jestem pewien, ¿e moje s³owa

zosta³y przekazane prezydentowi. – Premier uœmiechn¹³ siê, natychmiast jed-

nak spowa¿nia³. – Problem polega na tym, ¿e Reagan jest twardy i ze wzglê-

du na wiek mo¿e nie zechcieæ po raz wtóry kandydowaæ. To by pozbawi³o

nas parasola w tej konkretnej sprawie. Reagan móg³by uczyniæ wiele szko-

dy. Ju¿ i tak toczymy z nim powa¿ny spór na temat amerykañskich planów

dostarczenia Arabii Saudyjskiej samolotów dozoru powietrznego AWACS.

Kto wie, jak to siê skoñczy. Mo¿emy w tej sprawie przegraæ…

Begin powróci³ na fotel. Postuka³ palcem w raport.

– Jeœli zbombardujemy reaktor, a Reagan nie bêdzie ca³kowicie przeko-

nany, ¿e to by³o konieczne, mo¿e powa¿nie siê rozz³oœciæ i nie postawi weta

wobec ONZ-owskiej rezolucji o sankcjach. By³oby to dla nas powa¿nym

background image

174

ciosem. Reagan móg³by nawet wstrzymaæ wojskow¹ i finansow¹ pomoc.

A to by³oby ju¿ katastrofalne. Widzicie wiêc dylemat, panowie. Decyzja o zbom-

bardowaniu reaktorów bêdzie podjêta przez ca³¹ Radê Ministrów w komple-

cie. Bêdzie to bardzo trudna decyzja, chyba ¿e… Tak, chyba ¿e bêdziemy

mogli z ca³kowit¹ pewnoœci¹, zaraz po nalocie, przedstawiæ Reaganowi nie-

zbite dowody, i¿ Irakijczycy zamierzali wykorzystaæ uzyskane urz¹dzenia

do produkcji broni nuklearnej.

– To wszyscy wiedz¹… – zacz¹³ Walter, ale premier mu przerwa³:

– To wiemy my i prawdopodobnie wszyscy inni, ³¹cznie z Francuzami.

Niemniej zarówno oni, jak i Irakijczycy, wszyscy Arabowie oraz Rosja pod-

nios¹ wrzask, ¿e pope³niliœmy morderczy akt. Niech sobie wrzeszcz¹, wcale

to mi nie przeszkadza. Niech sobie wrzeszcz¹ wszyscy z wyj¹tkiem prezy-

denta Reagana. On jeden musi wiedzieæ, dlaczego musieliœmy to zrobiæ. I nie

wystarcz¹ mu nasze s³owa, wyjaœnienia i zapewnienia. Musimy mieæ ¿elaz-

ny dowód.

Begin dotychczas sta³ pochylony nad fotelem i biurkiem. Teraz dopiero

usiad³. Spojrza³ pytaj¹co na genera³a Hoftiego.

– Jak wygl¹da Mosad w Iraku? Jak¹ mamy szansê umieszczenia agenta

w ich nuklearnym oœrodku?

Hofti pokrêci³ g³ow¹ i zerkn¹³ na Waltera, który bez owijania w bawe³nê

odpar³:

– Prawie ¿adnej. Œrodki bezpieczeñstwa podjête zarówno przez Irakijczy-

ków, jak i Francuzów s¹ bezprecedensowe. Jeœli chodzi o ogóln¹ penetracjê

Iraku, to odpowiadam: s³aba. Mamy na miejscu tylko jednego dobrego agenta.

– Tylko jednego?

– Mamy jeszcze z tuzin tak zwanych ³apaczy much. Druga klasa. Dobrzy

do dozoru i gdy okazyjnie potrzebne jest u¿ycie si³y, ale nie s¹ to ludzie tego

kalibru, jaki pozwala³by im spenetrowaæ tajne instalacje. Mamy te¿ dobrze

uplasowanego agenta w ³onie irackiego Mukhabaratu, ale jego dostêp do

informacji jest ograniczony. Niestety, mamy tylko jednego naprawdê dobre-

go. Najwy¿szej klasy. Jego kryptonim to Daktyl Niebieski.

– Proszê mi coœ o nim powiedzieæ. ¯yd?

Begin  uchwyci³  spojrzenie  rzucone  przez  Waltera  w  stronê  Hoftiego

i szybko doda³:

– Nie potrzebujê szczegó³ów, panie Blum. Niech mi pan tylko opisze

ogólnie cz³owieka, który sta³ siê tak wa¿ny dla bezpieczeñstwa pañstwa.

Walter przez chwilê myœla³, a potem zacz¹³ mówiæ:

– Nie jest Izraelczykiem. Ale jego matka by³a ¯ydówk¹. Zginê³a za Izra-

el. On teraz uwa¿a siê za ¯yda i ca³kowicie identyfikuje z ¯ydami. To b³y-

skotliwy agent, chocia¿ przysta³ do nas doœæ póŸno. Jest bardzo niezale¿ny,

typowy samotnik. Wypracowa³ swoj¹ w³asn¹ strategiê odwiedzania Iraku.

background image

175

Cieszy siê przychylnoœci¹ w³adz. Kiedy Irakijczycy napadli na Iran, uda³ siê

natychmiast do Teheranu, gdzie wynegocjowa³ umowê z Bani Sadrem. Na

mocy tej umowy w tajemnicy dostarczalibyœmy Irañczykom amunicjê i czê-

œci zapasowe do myœliwców F-l6, w zamian za co oni podjêli próbê zbom-

bardowania irackich urz¹dzeñ nuklearnych w El-Tuwaitha. Plan by³ b³ysko-

tliwy, ale niestety irañskie lotnictwo zawiod³o. ¯adna z bomb nie spad³a

bli¿ej ni¿ trzy kilometry od reaktora.

– Szkoda – odpar³ Begin. – Pocz¹tkowo CIA sugerowa³a, ¿e to by³y prze-

malowane samoloty lotnictwa izraelskiego. Musieliœmy im t³umaczyæ, ¿e

gdyby tak by³o naprawdê, to bomby trafi³yby w cel. Gdzie jest teraz ten

cz³owiek?

– Na Cyprze. Czeka na mnie. Za parê dni ma wróciæ do Iraku.

– Jeden cz³owiek – powiedzia³ Begin w zamyœleniu. – No có¿, nieraz

zdarzy³o siê w naszej historii, ¿e jeden cz³owiek wiele zdzia³a³. Na przyk³ad

Cohen w Syrii. Niech pan mi powie, generale, sk¹d bêdziemy znali datê

rozruchu reaktora?

– To nie przedstawia najmniejszego problemu – odpar³ z przekonaniem

Hofti. – Oczywiœcie, Irakijczycy bêd¹ chcieli zachowaæ datê w tajemnicy,

ale my ju¿ dawno spenetrowaliœmy Miêdzynarodow¹ Agencjê Energii Ato-

mowej. Ona bêdzie musia³a byæ uprzedzona przez Irak. – Wskaza³ na raport.

– W tej chwili uda³o nam siê okreœliæ przybli¿ony termin rozruchu. Miêdzy

czerwcem a wrzeœniem bie¿¹cego roku.

Begin zatroska³ siê.

– Zosta³o nam ma³o czasu. – Wsta³ i wznowi³ spacer – drobny rozsa-

dzany energi¹ mê¿czyzna, nie potrafi³ nigdy d³ugo usiedzieæ w fotelu. Za-

trzyma³ siê nagle i z triumfaln¹ nut¹ w g³osie powiedzia³:

– To siê stanie w lipcu! – Obróci³ siê do obu zaskoczonych goœci i po-

wtórzy³: – To siê musi staæ w lipcu. Agenci wywiadu powinni byli to do-

strzec. Tammuz to imiê sumeryjskiego boga pasterzy… ale równie¿ lipiec

po arabsku.

– To tylko spekulacja – powiedzia³ Hofti, ale premier zdecydowanie za-

przeczy³.

– Nie, Hofti. Oczywiœcie, z powodu opóŸnienia z wysy³k¹ reaktora do-

k³adny termin rozruchu mo¿e byæ przypadkowy, ale trzeba pamiêtaæ, ¿e Sad-

dam Husajn kocha siê w symbolach. Wielu Arabów to robi. Jest bardzo praw-

dopodobne, ¿e z tego w³aœnie powodu rozruch Tammuzu nast¹pi w miesi¹cu

tammuz. Jeœli mamy zniszczyæ reaktor, to musimy zrobiæ to do koñca czerw-

ca… Pozostaje nam bardzo ma³o czasu. – Zwróci³ siê do Waltera:

– Pañski agent, Daktyl Niebieski, musi przyst¹piæ do akcji. Chcê mieæ

dowód! Tymczasem zlecê naszym si³om powietrznym rozpoczêcie æwiczeñ.

Walter odepchn¹³ fotel i wsta³.

background image

176

– Muszê wiêc natychmiast wracaæ do Limassol. Dziêkujê za przyjêcie

mnie, panie premierze.

Begin podszed³, z pewnym trudem obj¹³ Waltera i uœciska³.

– Proszê przekazaæ naszemu cz³owiekowi, ¿e Izrael liczy na niego. I pro-

szê mu ode mnie osobiœcie przekazaæ wyrazy szacunku i ¿yczenia wszelkiej

pomyœlnoœci.

Walter uroczyœcie sk³oni³ g³owê i ruszy³ w stronê drzwi.

15

– Nie ma najmniejszej szansy!

Munger powiedzia³ to kategorycznym tonem i twarz Waltera posmutnia-

³a, a policzki jakby mu opad³y.

– Ca³kowicie siê z tym zgadzam – popar³ Mungera Wigoda. – Nie ma

w¹tpliwoœci, ¿e spodziewaj¹ siê jakichœ kroków z naszej strony. Francuzi tak-

¿e, a maj¹c na miejscu parê setek swoich naukowców i techników, postarali

siê o odpowiednie œrodki ochrony. El-Tuwaitha jest fortec¹. Nie mamy szans.

– Ja tak¿e jestem tego samego zdania – odezwa³ siê Izaak Szapiro. –

A próbowanie mo¿e nam tylko zaszkodziæ.

Walter mrukn¹³ coœ poirytowany i spojrza³ na czwartego mê¿czyznê, sie-

dz¹cego po drugiej stronie biurka. By³ nim Efim Zimmerman, który specjal-

nie przyjecha³ z Pary¿a, by wzi¹æ udzia³ w konferencji.

– Mo¿e podchodzisz do tego w niew³aœciwy sposób, Walterze – podsun¹³.

Walter ponownie zamrucza³, tym razem groŸnie. By³ w takim nastroju,

¿e nawet czcigodny Efim Zimmerman ryzykowa³ zbesztanie. Przez minion¹

godzinê debatowano nad sposobami zdobycia owego niepodwa¿alnego do-

wodu, jakiego ¿¹da³ Menachem Begin. Dowodu, który by przekona³ najbar-

dziej zatwardzia³ego sceptyka.

Rozpatrywali wiele propozycji, zaczynaj¹c od przekupienia wysokiego

funkcjonariusza irackiego, a¿ po bezpoœredni¹ penetracjê instalacji nuklear-

nych. ¯aden z pomys³ów nie dawa³ nawet promyka nadziei.

– A jak mam podchodziæ? Od ogona? – warkn¹³ Walter, co w najmniej-

szym stopniu nie stropi³o Zimmermana.

– Tlenek uranu – wypowiedzia³ pewnym siebie g³osem. – Od trzech lat

Irakijczycy usi³uj¹ go zakupiæ. Przez podstawione firmy pertraktowali z Por-

tugalczykami, Brazylijczykami, a nawet z Australijczykami. Poszukuj¹ stu

ton. Dziêki naszym wysi³kom dotychczas im siê nie uda³o, a bardzo siê sta-

rali. A¿ tu nagle przestali. Przed trzema miesi¹cami przestali szukaæ.

background image

177

– No wiêc co z tego? Przestali – odezwa³ siê Walter. – A co bardziej

prawdopodobne, uzyskali w jakiœ sposób gotowy produkt. U 235 albo Pu 239.

Mo¿e im sprzedali Rosjanie.

Zimmerman pokrêci³ g³ow¹.

– Ma³o prawdopodobne. Wiesz, jacy oni s¹. Na pewno nie! – Nachyli³

siê i mentorskim tonem powiedzia³:

– Pomyœl, Walterze. Porusz ³epetyn¹. Z jakiego¿ to innego powodu Ira-

kijczycy mogliby przestaæ rozpytywaæ na rynku o tlenek uranu?

– Bo ju¿ go maj¹?

– Otó¿ to! Widzisz, ¿e nie by³o trudno do tego dojœæ? – Zimmerman

rozpar³ siê w fotelu, bardzo z siebie zadowolony. – I wcale nie jest trudno

zgadn¹æ od kogo go dostali. Wiemy, ¿e Libia mia³a w zapasie ponad piêæset

ton. Za³o¿ê siê, ¿e nasz kochany pu³kownik Kadafi dogada³ siê ze swoim

kumplem, Saddamem Husajnem.

– Bardzo logiczny wywód, mój drogi Efimie, ale siê mylisz. – Walter by³

uradowany, ¿e mo¿e siê odci¹æ Zimmermanowi. – Poniewa¿ siatka DAK-

TYL ma hermetyczne sekcje i obowi¹zuje zasada, ¿e informacje s¹ ograni-

czane do tych, którzy musz¹ wiedzieæ, ty akurat nie wiedzia³eœ o tym, ¿e

pilnujemy nuklearnego sk³adziku Kadafiego od chwili, kiedy zacz¹³ go za-

pe³niaæ. Mogê ci podaæ wszystkie daty otrzymanych przez niego przesy³ek

z ka¿dego kierunku. Do sk³adu i ze sk³adu. Dotychczas nie reeksportowa³

ani grama tlenku uranu. To jedna z naszych dobrze obs³ugiwanych operacji.

– Gestem rêki wskaza³ Szapiro. – Izaak nad ni¹ czuwa.

Izaak wygl¹da³, jakby mia³ siê zaraz rozp³akaæ.

– Panie Blum, czy nie czyta³ pan naszych ostatnich depesz sygnowanych

PILNE?

– Jeszcze nie. Wróci³em wczoraj w nocy i zd¹¿y³em zapoznaæ siê tylko

z teczk¹ NATYCHMIASTOWEGO DZIA£ANIA. Co tam jest w twojej pil-

nej, cz³owieku?

Szapiro kilka razy prze³kn¹³ œlinê. Œmiesznie porusza³a mu siê przy tym

grdyka.

– Przed czterema dniami Libijczycy wydali sto ton tlenku uranu z maga-

zynów w Sarir do Tobruku. Teraz jest za³adowywany na niewielki frachto-

wiec, s/s „Elmsland”. Ma on szeœæset ton wypornoœci, poprzednio nale¿a³ do

armatora brytyjskiego, ale w ubieg³ym miesi¹cu zosta³ sprzedany kompanii

Hirah Trading & Shipping w Bejrucie.

Zapad³a przykra cisza, któr¹ przerwa³ Wigoda, obwieszczaj¹c cicho:

– Hirah jest firm¹ Irakijczyków. W przesz³oœci handlowa³a wyposa¿eniem

wojskowym kupowanym od Amerykanów. G³ównie sprzêtem elektronicznym.

W rezultacie Walter musia³ przeprosiæ Zimmermana i konferencja poto-

czy³a siê dalej. Omawiano opcjê po opcji.

12 – Reporter

background image

178

Izaak Szapiro z miejsca zaproponowa³ zatopienie s/s „Elmsland”, który

z ca³¹ pewnoœci¹ roz³aduje ³adunek w malutkim porcie zatoki Fau. Od chwi-

li zamkniêcia z powodu wojny drogi wodnej Szatt al-Arab, g³ówny port,

Basra, by³ odciêty. Fau zwykle s³u¿y³ flotyllom rybackim i móg³ przyjmo-

waæ tylko ma³e jednostki.

Statek bêdzie przechodzi³ przez Kana³ Sueski i Szapiro by³ zdania, ¿e

mo¿na zatopi栄Elmsland”, gdy bêdzie czeka³ w Port Saidzie na uformowa-

nie konwoju. Mo¿e nawet pomog¹ Egipcjanie. Prezydent Sadat spaæ chyba

nie mo¿e, drêczony myœl¹, ¿e Saddam Husajn mo¿e mieæ broñ nuklearn¹.

Zastanawiano siê, czy „Elmsland” nie pop³ynie innym szlakiem. Sporo

irackiego zaopatrzenia sz³o przez jordañski port Akaba, a nastêpnie ciê¿a-

rówkami przez pustyniê. Irakijczycy wykorzystywali te¿ potajemnie saudyj-

ski port D¿edda, za cichym przyzwoleniem w³adz.

W koñcu wszyscy siê jednak zgodzili, ¿e z powodu wyj¹tkowego ³adun-

ku, przewo¿onego w beczkach, Irakijczycy skieruj¹ statek prosto do Fau.

Munger, który dotychczas nie zabiera³ g³osu, spyta³:

– Jak dok³adnie te beczki wygl¹daj¹ i ile ich mo¿e byæ?

Szapiro odpowiedzia³ tonem wyk³adowcy:

– Tlenek uranu ma barwê ¿ó³tka i konsystencjê gruboziarnistego piasku.

St¹d te¿ obiegowa nazwa ,,¿ó³te ciasto”. Irakijczycy nie mog¹ wykorzystaæ

tlenku uranu w reaktorze Tammuz. Kupili go tylko z jednego powodu: chc¹

nim ob³o¿yæ rdzeñ i w ten sposób odzyskaæ Pu 239. Sto ton tlenku da im

dostatecznie du¿o Pu 239, by móc sobie sprawiæ oko³o dwudziestu g³owic

o mocy bomby u¿ytej nad Hiroszim¹. Poniewa¿ tlenek uranu jest radioak-

tywny i groŸny przy po³kniêciu py³u lub wdychaniu go, przewozi siê go w spe-

cjalnych ¿ó³tych pojemnikach o pojemnoœci dwustu litrów. Beczki s¹ uszczel-

nione jaskrawoczerwon¹ gum¹. Ka¿da beczka wa¿y mniej wiêcej jedn¹ trzeci¹

tony i jest oznaczona czarnymi literami i cyframi oznaczaj¹cymi Ÿród³o po-

chodzenia rudy i numer seryjny partii. Celem jest zapewnienie jakiej takiej

kontroli przez Miêdzynarodow¹ Agencjê. Ale to bardzo iluzoryczna kontro-

la. W wysy³anej przez Libiê partii jest dok³adnie trzysta pojemników.

Munger podszed³ do mapy zajmuj¹cej prawie ca³¹ œcianê. Bliski Wschód

w najdrobniejszych szczegó³ach. Zacz¹³ jej siê przygl¹daæ. Z kolei wszyscy

obecni patrzyli w jego plecy, spodziewaj¹c siê jakiejœ propozycji. Gdy Mun-

ger obróci³ siê do nich, jego twarz rozjaœnia³ uœmiech.

– By³oby g³upot¹ topiæ statek i ³adunek. Czy¿ jest lepszy dowód, ni¿

fotografia pokazuj¹ca odbiór ³adunku przez Irakijczyków? Dostarczymy j¹

prezydentowi Reaganowi.

Powróci³ do sto³u i usiad³ og³uszony chórem g³osów. Wszyscy zachwy-

cali siê pomys³em. Irakijczycy bêd¹ z³apani na gor¹cym uczynku! Pozosta-

wa³o pytanie, czy Mungerowi uda siê takie zdjêcie zrobiæ.

background image

179

Munger by³ spokojny. Przecie¿ robienie zdjêæ w zakazanych miejscach

by³o jego specjalnoœci¹, czy¿ nie? W Fau bêd¹ podjête specjalne œrodki bez-

pieczeñstwa, ale Fau le¿y w pobli¿u strefy wojennej i dostanie siê tam nie

powinno nastrêczaæ specjalnych trudnoœci. Jest jeszcze jeden bardzo interesu-

j¹cy i wielce obiecuj¹cy element: przecie¿ Irakijczycy nie mog¹ przewieŸæ

beczek z tlenkiem uranu do El-Tuwaitha, gdzie krêc¹ siê setki francuskich na-

ukowców i inspektorów Agencji Atomowej, depcz¹cy wszystkim po piêtach.

Na pewno tego nie zrobi¹. Zawioz¹ beczki do jakichœ utajnionych zak³adów,

gdzie bêd¹ przechowywali tlenek do czasu, a¿ reaktor Tammuz ruszy i wszy-

scy cudzoziemcy zostan¹ wyproszeni z El-Tuwaitha. Otó¿ w zwi¹zku z tym

nale¿a³oby iœæ œladem ³adunku i zrobiæ zdjêcia owych utajnionych zak³adów.

Podniecenie wzros³o, a wraz z nim ha³as, gdy¿ ka¿dy mia³ jak¹œ uzupe³-

niaj¹c¹ propozycjê lub plan wsparcia. Ale Munger zdecydowanie odmówi³

przyjêcia jakiejkolwiek pomocy. Chce dzia³aæ sam i bêdzie improwizowa³.

Dziêki kurdyjskim kontaktom zna³ wiele adresów w Bagdadzie i innych mia-

stach, gdzie w razie potrzeby mo¿e siê ukryæ. Mia³ te¿ wypracowan¹ bez-

pieczn¹ drogê odwrotu przez Kurdystan do tureckiego portu Mersin, a to na

wypadek, gdyby coœ posz³o nie tak. Munger zakoñczy³ uwag¹, ¿e obecnie

najwa¿niejsz¹ rzecz¹ jest obserwacja s/s „Elmsland” i szacunkowe wylicze-

nie dnia oraz godziny przybycia ³adunku do Fau.

I na tym konferencja siê skoñczy³a. Izaak Szapiro i Misza Wigoda poszli

zaplanowaæ metodê dyskretnej obserwacji statku. Walter kaza³ Mungerowi

czekaæ w Platres na sygna³. Munger, ¿egnaj¹c siê z Zimmermanem, uœcisn¹³

mu d³oñ i ¿yczy³ szczêœliwego powrotu do Pary¿a. Powodowany impulsem

Zimmerman obj¹³ Mungera i uœciska³.

– JedŸ z Bogiem – powiedzia³.

Munger by³ ju¿ przy drzwiach, kiedy zawo³a³ do niego Walter:

– Powiedz Ruth, ¿e bardzo siê na ni¹ gniewam. Ju¿ od ponad miesi¹ca

nie by³a u mnie na lunchu.

– By³a bardzo zajêta. Odnawiamy moj¹ star¹ farmê. Ruth narzeka, ¿e

zbyt czêsto wysy³asz mnie w teren i wszystko musi robiæ sama.

– To ¿adna wymówka – mrukn¹³ Walter. – Powiedz jej, ¿e „serce roz-

szczepi³a mi na dwoje”.

Munger skrzywi³ siê.

– To niemo¿liwe, Walterze, ty nie masz serca. – Szybko zamkn¹³ drzwi,

a obruszony Walter zwróci³ siê do Zimmermana:

– Przecie¿ to nieprawda!

– Oczywiœcie, ¿e nieprawda. – Zimmerman poklepa³ go po ramieniu. –

Ale ukryte jest tak g³êboko pod zwa³ami t³uszczu, ¿e mo¿na go nie dostrzec.

Mam ochotê na drinka!

Kiedy Walter przygotowywa³ dwie du¿e szkockie, Zimmerman powiedzia³:

background image

180

– Jeden g³os mi podpowiada, ¿e to bardzo Ÿle, i¿ tak wiele zale¿y od

jednego cz³owieka. Drugi zapewnia, ¿e nie mo¿e byæ lepiej, skoro tym cz³o-

wiekiem jest Munger.

Walter poda³ mu szklankê i obaj poszli w róg, gdzie sta³o kilka foteli.

– Do tej pory Munger jest najlepszy, to prawda – zgodzi³ siê Walter. –

Tylko ta jego cholerna niezale¿noœæ. On nie znosi nad sob¹ kontroli, nie

znosi, kiedy mu ktoœ zagl¹da przez ramiê. A ja chcia³bym panowaæ nad sytu-

acj¹. Prowadziæ i kierowaæ. Niestety, w tym wypadku jestem tylko obserwa-

torem. Zreszt¹ wszyscy jesteœmy.

Zimmerman rozsiad³ siê wygodnie i popija³ whisky. Wyczuwa³, ¿e Wal-

ter chce porozmawiaæ. Mo¿e nawet szuka rady dobrego wujaszka. By³a to

niecodzienna sytuacja, która wyraŸnie bawi³a Zimmermana. Aby Waltera

zachêciæ, zaproponowa³:

– Powiedz mi o nim coœ wiêcej.

Walter zacz¹³ mówiæ i trwa³o to pó³ godziny. Wspomnia³ o jego proble-

mach natury psychicznej i ¿e ich przyczyna nadal pozostaje tajemnic¹. Po-

wiedzia³ te¿ o Ruth i próbie namówienia jej, by uwiod³a Mungera. Odmówi-

³a, a mimo to po paru miesi¹cach zostali kochankami.

Walter nie pomin¹³ te¿ g³êbokiej przemiany Mungera, rozkwitu jego oso-

bowoœci i pozytywnych zmian charakteru. Pocz¹tkowo Walter by³ scepty-

kiem, jeœli idzie o zwi¹zek Ruth i Mungera, ale podczas kolacji u obojga

w Platres dostrzeg³ intensywnoœæ ³¹cz¹cego ich uczucia. By³o to wszech-

obejmuj¹ce uczucie, jak to okreœli³, ale bez demonstrowania.

Z pocz¹tku Walter obawia³ siê, ¿e ta nag³a mi³oœæ mo¿e wp³yn¹æ nega-

tywnie na pracê Mungera. Okaza³o siê, ¿e jest wrêcz przeciwnie: osi¹ga³

jeszcze lepsze rezultaty, mimo i¿ wiêcej czasu spêdza³ na Cyprze.

Po nieudanym irañskim nalocie na El-Tuwaitha Munger zaaran¿owa³

wydalenie go z Iranu za sprzyjanie stronie irackiej. Oskar¿ono go mianowi-

cie o robienie frontowych zdjêæ korzystnych dla strony irackiej. Natych-

miast polecia³ do Bejrutu i spotka³ siê z Sami Asafem. Powiedzia³, ¿e chcia³-

by pracowaæ po irackiej stronie frontu. Prosi³ o zezwolenie na swobodne

poruszanie siê oraz o wielokrotn¹ wizê. Wiedzia³ dobrze, ¿e Asaf jest funk-

cjonariuszem Mukhabaratu, ale oficjalnie dla niego by³ tylko koleg¹, wielo-

letnim korespondentem Bliskowschodniej Agencji Prasowej, maj¹cym do-

skona³e uk³ady w irackim Ministerstwie Informacji.

Sami Asaf pomóg³ Mungerowi, który, dziêki swojej reputacji i zatargowi

z w³adzami irañskimi, zosta³ przyjêty z otwartymi ramionami. Protestowa³a tyl-

ko Janine Lasage. Nienawidzi³a obsesyjnie Mungera. W „L’Universe” opubli-

kowa³a nawet artyku³ krytykuj¹cy jego prasowe zdjêcia i sugeruj¹cy, ¿e fotogra-

fuje tylko na czarno-bia³ym negatywie, poniewa¿ obce s¹ mu tajniki fotografii

barwnej. Artyku³ ten w ko³ach prasowych wywo³a³ huragany œmiechu.

background image

181

Zimmerman zada³ wtedy pytanie, co Walter zamierza zrobiæ z Janine

Lasage, która jest bardzo sprawnym agentem i pracuje na szkodê Izraela.

Walter  wzruszy³  ramionami.  Zabierze  siê  do  niej  we  w³aœciwym  czasie.

Wszystko o niej wie i lepiej niech Lasage chwilowo zostanie, ni¿ ma j¹ za-

st¹piæ ktoœ nowy, kogo trzeba bêdzie rozpracowywaæ.

Walter zacz¹³ wreszcie mówiæ o w³asnym dylemacie. Siedz¹cy naprze-

ciwko niego starszy pan by³ jedyn¹ osob¹, której móg³ siê zwierzyæ z takich

myœli. Sta³ w obliczu problemu artysty lalkarza, maj¹cego emocjonalny sto-

sunek do lalek, którymi porusza spod sceny. Bardzo polubi³ Ruth, a teraz

polubi³ Mungera. Obserwowa³ ich wielkie szczêœcie, cieszy³ siê ich projek-

tami wspólnego ¿ycia, ale oto w najbli¿szych tygodniach musi wystawiæ

Mungera na wielkie niebezpieczeñstwo. Jak pogodziæ obowi¹zek z g³osem

sumienia? Co bêdzie, jeœli nast¹pi konflikt miêdzy obowi¹zkiem a sumie-

niem? Co ma wtedy zrobiæ? Omawia³ ten problem ze wszystkich stron, a kiedy

wyczerpa³y siê s³owa, spojrza³ zmartwiony na starszego mê¿czyznê, szuka-

j¹c u niego pocieszenia lub uspokojenia sumienia.

Zimmerman siedzia³ d³ugo, w milczeniu obracaj¹c prawie pust¹ szklan-

kê, w której pozosta³a rozpuszczona w trzech czwartych kostka lodu.

– Drogi Walterze – zacz¹³ wreszcie. – Wybra³eœ sobie profesjê szpiega,

poniewa¿ interesy œmiertelnie ciê znudzi³y. Fascynowa³a ciê intryga, szuka-

³eœ podniety. Chcia³eœ jednoczeœnie robiæ coœ po¿ytecznego, zaspokoiæ swo-

j¹ pró¿noœæ i uspokoiæ sumienie… Uœmiechn¹³ siê, by os³abiæ ostroœæ s³ów.

– Ale czyni¹c to, zawar³eœ jednoczeœnie coœ w rodzaju paktu z diab³em. I by-

wa, ¿e diabe³ ¿¹da tantiem. Ju¿ traci³eœ agentów. I mo¿esz straciæ jeszcze

jednego, w³aœnie tego, o którym mowa. Musisz byæ na to przygotowany i ak-

ceptowaæ tak¹ mo¿liwoœæ.

Walter skrzywi³ siê. Zimmerman nie doda³ mu ducha. Zreszt¹ tak na-

prawdê Walter nie spodziewa³ siê tego.

– Skoñczy³eœ? – spyta³ Zimmermana.

– Nie. Mam ci jeszcze jedno do powiedzenia. Ju¿ zbyt d³ugo rozpulchniasz

cia³o nieprawdopodobnym ob¿arstwem. Osi¹gasz wiek, w którym twoja tusza

mo¿e zabiæ ci serce, którego, jak twierdzi Munger, nie posiadasz. Ogranicz siê

trochê. Z trunkami i cygarami tak¿e. Wszystkiego u¿ywasz w nadmiarze.

Walter zabija³ go wzrokiem, ale Zimmerman odpowiedzia³ uœmiechem

i wyci¹gaj¹c szklankê doda³:

– Z drugiej strony ja jestem przyk³adem zdrowia… wiêc zrób mi jeszcze

jednego drinka, m³ody cz³owieku!

Ruth i Munger razem bielili dziesiêciometrowej d³ugoœci œcianê pokoju

dobudowanego do starej chaty, a przeznaczonego na studio i ciemniê. Po

background image

182

wykonaniu misji mia³a nast¹piæ radykalna zmiana w jego karierze fotografa.

Zamierza³ porzuciæ fotoreporterkê wojenn¹. Chcia³ poœwiêciæ siê fotografi-

ce portretowej, ewentualnie realizowaæ specjalne prasowe zlecenia tema-

tyczne i zamówienia periodyków turystycznych. Wtedy Ruth mog³aby mu

wszêdzie towarzyszyæ. Mia³ tak¿e zamiar zaj¹æ siê fotografi¹ barwn¹ i z pew-

noœci¹ spêdza³by wiêcej czasu w ciemni.

Zaczêli malowaæ z przeciwleg³ych koñców i powoli zbli¿ali siê do sie-

bie. Munger przez ca³y czas opowiada³ o przebiegu konferencji poprzednie-

go dnia. Niczego nie ukrywa³, poniewa¿ postanowili nie mieæ przed sob¹

tajemnic. Ruth zyskiwa³a pewnoœæ siebie, wiedz¹c o wszystkim, bez wzglê-

du na to, jak owo wszystko mog³o j¹ przera¿aæ. Munger zaœ odkry³, ¿e dzie-

l¹c siê problemami i zwierzaj¹c z niepokojów czyni³ je znoœniejszymi.

Rozeœmia³a siê, gdy przekaza³ jej pos³anie Waltera. Powiedzia³a, ¿e za

jakiœ tydzieñ wybierze siê do Limassol, gdy¿ tak czy inaczej musi zrobiæ spra-

wunki. Mia³a jeszcze jedn¹ sprawê do za³atwienia, ale o tym nie wspomnia³a.

Od osiemnastu miesiêcy, od owych pierwszych dni na pla¿y w Polis, ma-

rzy³a skrycie, aby zajœæ w ci¹¿ê. By³a zdesperowana, gdy mija³y miesi¹ce,

a pragnienie siê nie spe³nia³o. Skoñczy³a trzydzieœci piêæ lat i czasu pozosta-

wa³o ma³o. Ginekolog w Limassol by³ optymist¹: wszystko jest w najlepszym

porz¹dku. Opieraj¹c siê na jej kalendarzyku wypracowa³ kartê dni p³odnych.

Pos³ugiwanie siê ni¹ by³o trudne, gdy¿ podczas wielu wskazanych dni Munger

by³ nieobecny. Jej niepokój coraz bardziej wzrasta³, w miarê jak p³ynê³y miesi¹-

ce, ale w ostatnich dniach odzyska³a trochê nadziei. Okres opóŸni³ siê ju¿ o piêæ

dni. A zawsze przychodzi³ bardzo regularnie. Nie podnieca³a siê zbytnio, oba-

wiaj¹c siê rozczarowania, i nic nie powiedzia³a Mungerowi. Przede wszyst-

kim nie chcia³a go niepokoiæ w przededniu wyjazdu do Iraku. Pojedzie w przy-

sz³ym tygodniu do Limassol, zrobi testy i mo¿e dopiero wtedy, jeœli oka¿¹ siê

pozytywne, zrobi przysz³emu ojcu niespodziankê.

Przez chwilê koncentrowa³a siê na malowaniu œciany. W³aœciwie to bar-

dzo podoba³a jej siê ta praca – cieszy³o patrzenie, jak powstaje miejsce przy-

sz³ego wspólnego ¿ycia. Z pocz¹tku by³a nieco niechêtna propozycji Mun-

gera, by tu zamieszkali po œlubie. Wydawa³o siê rozs¹dniejsze, by on przeniós³

siê do jej du¿ej willi. Rozumia³a jednak implikacje psychologiczne. W willi

snuæ siê bêdzie zawsze aura Duffa i chocia¿ Munger nigdy nie wspomina³,

¿e to by mu przeszkadza³o, wola³a unikn¹æ ewentualnych komplikacji.

Pierwsza wizyta w wiejskim domu i w wiosce Phini przekona³a j¹. Jedli

lunch w tawernie i kiedy zobaczy³a, jakim szacunkiem otaczaj¹ Mungera

mieszkañcy wioski, poczu³a nagle, ¿e to miejsce jest i jej bliskie.

Wieczorem poszli na kolacjê do Papadopoulosów. Helena przygotowa³a

kleftiko i opowiedzia³a historiê po¿aru oraz jak tym w³aœnie daniem zwabi³a

Mungera, zapocz¹tkowuj¹c obecn¹ przyjaŸñ.

background image

183

Ruth g³aska³a psa Androulli, od której dowiedzia³a siê o jego skaleczo-

nej ³apie i o jej w³asnym pocz¹tkowym strachu przed „z³ym cudzoziemcem”.

W efekcie poczu³a siê w wiosce jak u siebie w domu i poœwiêci³a ca³¹ ener-

giê na renowacjê chaty. Przyje¿d¿a³a niemal ka¿dego ranka. Z wioski przycho-

dzili rzemieœlnicy: murarze, stolarze i hydraulicy. Razem z ni¹ pracowali za bar-

dzo skromne wynagrodzenie. Vassos pomóg³ w za³o¿eniu ogródka warzywnego

za kuchni¹ i zmajstrowa³ system nawadniania, czerpi¹cy wodê ze studni.

Wszystko mia³o byæ gotowe za miesi¹c, a z tego, co s³ysza³a, za miesi¹c

Daktyl Niebieski przejdzie na emeryturê.

Jej marzenia przerwa³o pobliskie plaœniêcie pêdzla malarskiego. Obró-

ci³a siê zaskoczona i zobaczy³a szeroki uœmiech Mungera. Spotkali siê pra-

wie w po³owie œciany.

– Powêdrowa³aœ gdzieœ myœlami, bo tu ciê nie by³o – powiedzia³.

– Tak. I myœli by³y wcale przyjemne. Poca³uj, ¿eby dobrze zakoñczyæ

wycieczkê.

– Najpierw skoñczymy œcianê – odpar³.

Umoczy³a wiêc pêdzel w wiaderku i zaczê³a energicznie malowaæ pozo-

sta³y kawa³ek. Jednak¿e poca³unek zosta³ od³o¿ony, gdy¿ pod ogrodzenie

podjecha³ czarny samochód – ten sam samochód przywozi³ zawsze polece-

nia od Waltera.

Tym razem by³a to bardzo krótka wiadomoœæ:

„Elmsland”. Fau 1 czerwca.

Munger poda³ jej kartkê.

– Muszê jutro lecieæ.

Skinê³a g³ow¹ i ze zdwojon¹ energi¹ zaczê³a koñczyæ bielenie œciany.

Cztery dni póŸniej Joseph Levy i David Burg spacerowali po Lasku Bu-

loñskim. Levy by³ paryskim rezydentem Mosadu, a Burg jego londyñskim

odpowiednikiem. Od dawna siê przyjaŸnili. Walczyli razem w Haganie* o na-

rodzenie pañstwa izraelskiego. Podczas weekendów czêsto siê odwiedzali,

aby porozmawiaæ o dawnych czasach i przyjacio³ach.

Spêdzili w³aœnie parê godzin w pobliskiej restauracji, a poniewa¿ popo-

³udnie by³o ciep³e i s³oneczne, wybrali siê po posi³ku na spacer do lasku.

Byli doœwiadczonymi oficerami wywiadu, zbyt m¹drymi, by w jakimkol-

wiek lokalu poruszaæ sprawy zawodowe.

* ¯ydowska organizacja wojskowa za³o¿ona przez syjonistów po I wojnie œwiatowej

w Palestynie, sta³a siê trzonem armii Izraela w okresie tworzenia siê pañstwa [przyp. red.].

background image

184

Tu, na otwartej przestrzeni, z dala od kêp drzew i mówi¹c przyciszonymi

g³osami, czuli siê na tyle bezpieczni, by móc bez obaw trochê poplotkowaæ

o swojej pracy. Kiedy jednak zawrócili w kierunku miasta, rozmowa sta³a

siê powa¿niejsza. Levy uczestniczy³ w przedsiêwziêciach maj¹cych na celu

opóŸnienie budowy reaktora Tammuz I. Burg chcia³ wiedzieæ, co bêdzie te-

raz, kiedy reaktor jest ju¿ w Iraku i wkrótce zostanie uruchomiony.

Zgodnie z regu³ami pracy szpiegowskiej Levy powinien milczeæ, ale

poniewa¿ Burg by³ wysokiej rangi oficerem Mosadu i ponadto przyjacielem,

przekaza³ mu informacje na ten temat. Nie by³o tego wiele, jednak¿e…

W odleg³oœci stu piêædziesiêciu metrów, w tyle ciemnozielonej furgo-

netki,  zaparkowanej  naprzeciwko  restauracji  Pavillon  Dauphine,  brodaty

mê¿czyzna obserwowa³ Izraelczyków przez lornetkê. Szli powoli w jego kie-

runku, zwróceni nieco ku sobie podczas rozmowy. Tu¿ obok brodatego mê¿-

czyzny ustawiona by³a d³uga czarna tuba nadzwyczaj czu³ego mikrofonu

kierunkowego. Brodacz obróci³ siê do blondyna w roboczym kombinezonie,

który siedzia³ przy metalowym stoliku w g³êbi furgonetki. Na blacie le¿a³o

kilka magnetofonów i wzmacniaczy.

– Spróbuj teraz! – poleci³ blondynowi.

Ten poprawi³ s³uchawki na uszach i spyta³:

– Odleg³oœæ?

– Sto piêædziesi¹t metrów i powoli maleje.

– Prawie niemo¿liwe – odpar³ blondyn, ale nacisn¹³ guzik i taœma jedne-

go z magnetofonów zaczê³a siê wolno obracaæ. Docisn¹³ s³uchawki do uszu,

ws³ucha³ siê i pokrêci³ g³ow¹.

Brodacz podniós³ do oczu lornetkê i w miarê zbli¿ania siê Izraelczyków

korygowa³ po³o¿enie mikrofonu. Z kierunku ich spaceru wynika³o, ¿e nie

znajd¹ siê bli¿ej ni¿ osiemdziesi¹t metrów.

Byli ju¿ prawie w tej odleg³oœci, kiedy blondyn powiedzia³: Coœ s³yszê.

S³abiutko… bardzo s³abiutko… zanika… zanik³o.

Brodacz zakl¹³.

– Cholera, jeszcze dziesiêæ metrów, jeszcze tylko dziesiêæ metrów! A co masz?

Blondyn zdj¹³ s³uchawki i odpowiedzia³:

– Ja niczego nie zrozumia³em, ale mo¿e laboratorium coœ wydobêdzie.

JedŸmyl

Po dwóch godzinach w centrali SDECE de Marenches odczytywa³ tekst

wydobyty przez techników w laboratorium:

BURG: Powiadasz… (nies³yszalne)… w Iraku? Na ca³y

kraj?

background image

185

LEW:  Nieprawdopodobne,  ale  prawdziwe.  Jeden  na

ca³y kraj…

BURG: Znasz tego agenta?

LEW. Nie. On jest z… (nies³yszalne) … kryptonim

Daktyl Niebieski. Akcja lada chwila.

BURG: Ale jeden cz³owiek, to… (nies³yszalne).

Brodacz siedzia³ na brze¿ku krzes³a przed biurkiem dyrektora.

– Przepraszam bardzo, ¿e tylko tyle. Odleg³oœæ wynosi³a ponad sto me-

trów – t³umaczy³ siê.

Dyrektor uœmiechn¹³ siê, zbywaj¹c t³umaczenie gestem d³oni.

– Dobra robota. Bardzo dobra. Rzadko udaje nam siê z³apaæ Mosad z rêk¹

w nocniku. – Nacisn¹³ guzik interkomu. – Wysy³amy sygna³ do Bejrutu. Do

Janine Lasage. Proszê notowaæ…

16

A

hmed Nassir by³ chciwy. I w dodatku by³ tchórzem. Munger zadawa³ so-

bie pytanie, czy chciwoœæ pokona strach. Irakijczyk pracowa³ na etacie t³u-

macza w Ministerstwie Informacji i przydzielono go Mungerowi. Towarzy-

szy³ wszêdzie Mungerowi, mimo i¿ ten doœæ dobrze nauczy³ siê arabskiego.

Munger nie mia³ najmniejszych w¹tpliwoœci, ¿e Nassir jest równie¿ niskie-

go szczebla funkcjonariuszem Mukhabaratu. By³ to têgi, niski mê¿czyzna

powy¿ej trzydziestki, po angielsku mówi³ z amerykañskim akcentem, gdy¿

przez dwa lata studiowa³ na amerykañskim uniwersytecie w Bejrucie. Do

Mungera przydzielono go teraz po raz trzeci i nie przypadkiem, gdy¿ po

bli¿szym poznaniu Nassira, Munger rozmawia³ o nim podczas lunchu z Sami

Asafem w hotelu Sindbad. Munger od razu zorientowa³ siê, jaki po¿ytek

mo¿e mieæ z Nassira. Chciwoœæ wprost zia³a mu z oczu. Wskazywa³ na ni¹

nawet sposób, w jaki nieustannie obmacywa³ z³oty sygnet na palcu. To pierw-

sze wra¿enie potwierdzi³y przedstawione przez Nassira ordynarnie zawy¿o-

ne rachunki poniesionych kosztów. A kiedy Munger p³aci³ w restauracji za

nich obu, Nassir, z konspiracyjnym uœmieszkiem, prosi³ o rachunek.

Jego tchórzostwo te¿ nie ulega³o w¹tpliwoœci. Otrzyma³ polecenie towa-

rzyszenia Mungerowi zawsze i wszêdzie, ³¹cznie z wypadami w strefê wo-

jenn¹. Ilekroæ jednak Munger mia³ zag³êbiæ siê w teren uznany za niebez-

pieczny, Nassir zawsze znajdowa³ wymówkê i pozostawa³ w hotelu. Albo by³

chory, albo czeka³ na wa¿ny telefon czy wizytê jakiegoœ oficjela. Mungerowi

background image

186

nies³ychanie to odpowiada³o. Bardzo te¿ szybko nawi¹za³ dobre stosunki

z dowódcami w terenie. Przywozi³ im papierosy i alkohol, a przede wszyst-

kim robi³ im zdjêcia i przysy³a³ odbitki, a czasami i gazety, w których ukaza-

³y siê ich zdjêcia. Oficerowie iraccy podziwiali te¿ odwagê Mungera w cza-

sie ostrza³u i cenili fakt, ¿e wydalono go z Iranu z powodu sympatii dla Iraku.

Tak wiêc Munger móg³ poruszaæ siê w strefie wojennej z doœæ du¿¹ swo-

bod¹, ku wielkiej zazdroœci innych fotoreporterów, którzy musieli siê ogra-

niczaæ do udzia³u w wycieczkach na wojenne spektakle, organizowane dla

prasy przez Ministerstwo Informacji.

Obecnie jednak Munger mia³ powa¿ny k³opot. Siedzia³ ze swym t³uma-

czem w restauracji hotelu El D¿amharia w Basrze. Patrzy³, jak Nassir po¿era

ostatni kawa³ek chudego kurczaka, i zastanawia³ siê, ile mu trzeba zap³aciæ,

¿eby prze³amaæ jego strach. A decyzjê nale¿a³o podj¹æ szybko. Czas nagli³.

K³opot polega³ na tym, ¿e Munger nie bêdzie móg³ zrobiæ zdjêæ roz³a-

dunku s/s „Elmsland”. Tego popo³udnia, po krótkiej wizycie u brygadiera

dowodz¹cego czêœci¹ garnizonu w Choramszar, Munger pojecha³ do Fau

szos¹ prowadz¹c¹ wzd³u¿ drogi wodnej Szatt al-Arab. Nassir zosta³ w hote-

lu, t³umacz¹c siê niedyspozycj¹ ¿o³¹dkow¹, która jednak musia³a ju¿ min¹æ,

s¹dz¹c z wielkiego apetytu okazywanego podczas kolacji.

Munger bez trudu przejecha³ przez trzy drogowe punkty kontrolne, gdzie

wystarczy³y dokumenty i znajomoœci, na które siê powo³ywa³. Przy czwartej

kontroli drogowej sytuacja okaza³a siê beznadziejna. By³ zaledwie pó³tora

kilometra od portu Fau. Zapora drogowa z kolczastego drutu stanowi³a czêœæ

ogrodzenia przecinaj¹cego w¹ski pó³wysep od brzegu do brzegu. Wzd³u¿

zasieków sta³y tablice z trupimi czaszkami, oznaczaj¹cymi pole minowe.

Nazwiska jednego brygadiera i dwóch pu³kowników nie zrobi³y najmniej-

szego wra¿enia na dowódcy punktu kontrolnego, m³odym kapitanie, który

uœmiechn¹³ siê tylko i powiedzia³, ¿e nawet ich by nie przepuœci³.

Munger by³ bardzo zawiedziony. Widzia³ z daleka statki przycumowane

do jedynego molo i kilka czekaj¹cych na redzie na swoj¹ kolej. „Elmsland”

mia³ przybyæ za dwa dni i najprawdopodobniej od razu czeka go roz³adunek.

Instynkt podpowiada³ Mungerowi, ¿e z kapitanem nie ma co dyskutowaæ

i nic nie zmieni jego stanowiska. Mo¿e nawet wzbudziæ podejrzenia. Poroz-

mawia³ wiêc z nim mi³o przez kilka minut, przy okazji obserwuj¹c dwie

ciê¿arówki, które nadjecha³y od strony l¹du i zosta³y przepuszczone po do-

k³adnym sprawdzeniu dokumentów dokerów. Na zakoñczenie rozmowy ofia-

rowa³ kapitanowi paczkê marlboro i wróci³ do Basry. Musia³ dowiedzieæ siê,

gdzie znajduje siê miejsce ostatecznego przeznaczenia beczek z tlenkiem

uranu.

background image

187

Nassir ogryz³ ostatni¹ kostkê i papierow¹ serwetk¹ otar³ t³uszcz z twarzy

i palców. Siêga³ w³aœnie po wyka³aczkê, kiedy Munger go spyta³:

– Mam pewien problem, Ahmed. Mo¿e ty mi pomo¿esz?

– Chêtnie, panie Munger. O co chodzi?

Munger wyj¹³ z kieszeni z³o¿ony papierek i poda³ Nassirowi.

– Chcia³bym otrzymaæ ich wycenê. Szybko.

Nassir zorientowa³ siê, ¿e w papierku coœ jest. Roz³o¿y³ go ostro¿nie na

stole. Kiedy zobaczy³ cztery brylanty, natychmiast zas³oni³ je pulchn¹ d³oni¹

przed ciekawymi oczami.

– Brylanty! – stwierdzi³ zduszonym g³osem.

– Tak, brylanty – potwierdzi³ Munger obojêtnie. – Mówi¹c szczerze, nie

znam siê na brylantach. Trafi³y w moje rêce zupe³nie przypadkowo.

– Chce pan, ¿ebym je panu sprzeda³? – Na twarz Nassira wyst¹pi³ pot,

w oczach rozb³ys³a chciwoœæ.

– Kto wie, ale najpierw chcê mieæ wycenê.

Nassir z³o¿y³ papierek, ale zostawi³ go na stole przed sob¹.

– Mo¿e bêdê móg³ panu pomóc, panie Munger. Znam tu jednego cz³o-

wieka… zajmuje siê szlachetnymi kamieniami i jest przyjacielem mojego

wuja. Bardzo uczciwy cz³owiek. Jeœli bêdzie pan chcia³ sprzedaæ, to da panu

najwy¿sz¹ cenê. Gwarantujê.

– Doskonale. Kiedy mo¿esz mi daæ znaæ?

Nassir spojrza³ na zegarek.

– Jest teraz na pewno w domu. Móg³bym iœæ i spytaæ go. – Jakby uderzy-

³a go nag³a myœl:

– Ale pan niech lepiej ze mn¹ nie idzie. By³by nieufny wobec cudzoziemca.

A pan wie przecie¿, ¿e w Iraku handel kamieniami szlachetnymi jest zakazany.

– Oczywiœcie, ¿e wiem. Zreszt¹ muszê tu czekaæ na telefon. – Mrugn¹³ zna-

cz¹co, a Nassir uœmiechn¹³ siê niepewnie. Wzi¹³ brylanty i spyta³ Mungera:

– Czy mam panu daæ pokwitowanie?

Munger zaprzeczy³ energicznym ruchem g³owy i przy³o¿y³ palec do ust,

nakazuj¹c dyskrecjê. Tym razem uœmiech Nassira by³ pewniejszy. Wsta³.

– Po powrocie przyjdê do pana do pokoju – powiedzia³ i odszed³ szyb-

kim krokiem.

Wróci³ po dwóch godzinach. Munger le¿a³ na ³ó¿ku pó³drzemi¹c, kiedy

us³ysza³ pukanie.

Nassir wszed³ do pokoju z zadowolon¹ min¹, przyj¹³ ofiarowane mu

whisky i usiad³.

– Mam dobre wiadomoœci, panie Munger – zacz¹³. – Te brylanty s¹ bardzo

wysokiej jakoœci. No, nie idealne, s¹ drobne skazy, ale maj¹ dobr¹ wartoœæ.

background image

188

Ka¿dy z nich ma nieco poni¿ej jednego karata i mój przyjaciel, to znaczy przy-

jaciel mego wuja, mo¿e panu daæ dziesiêæ tysiêcy za sztukê. Za jedn¹ sztukê

dziesiêæ tysiêcy, panie Munger! Czterdzieœci tysiêcy za cztery! To bardzo do-

bra cena. Nigdzie nie dostanie pan lepszej. Nawet w Bejrucie te¿ nie…

Munger za³o¿y³, ¿e Nassir bêdzie musia³ podzieliæ siê z kupuj¹cym po

po³owie, z czego wynika³o, ¿e za oko³o dwadzieœcia tysiêcy dolarów gotów

jest ryzykowaæ stanowiskiem, a kto wie czy nie ¿yciem, dokonuj¹c nielegal-

nej transakcji. Ukry³ jednak zadowolenie, odzywaj¹c siê osch³ym tonem:

– Ka¿dy z tych brylantów wa¿y dok³adnie jeden karat, wszystkie s¹ ide-

alne, bez skaz, klasy D. Ich wartoœæ w hurcie wynosi szesnaœcie tysiêcy do-

larów sztuka. Co najmniej. Chcia³eœ mnie oszukaæ.

Nassir nie okaza³ najmniejszego zmieszania. Tylko jego oczy siê zwêzi³y.

– Jeœli pan zna³ tak dok³adnie ich wartoœæ, to po co pan mnie prosi³ o wy-

cenê? Co pan kombinuje?

– Kombinujê, jak wielkie ryzyko jesteœ gotów podj¹æ za spor¹ sumê pie-

niêdzy.

– Jak du¿e ryzyko i co dla pana znaczy „spora suma”? – spyta³ Nassir,

pochylaj¹c siê konfidencjonalnie.

Munger postanowi³ nie zag³êbiaæ siê za bardzo w kwestiê ryzyka. Dobry

sprzedawca podkreœla wy³¹cznie zalety towaru. Zreszt¹ Nassir sam szybko

zorientuje siê w skali zagro¿enia.

– Te brylanty, warte razem szeœædziesi¹t cztery tysi¹ce, mog¹ byæ twoje,

Ahmed. Za jedn¹ informacjê.

Nassir uœmiechn¹³ siê, ale spojrzenie mia³ zimne.

– Pan jest szpiegiem!

– Ty te¿, mój drogi Ahmedzie.

Tak, ale w drobnych sprawach. Nie mogê uwierzyæ, ¿e to, co wiem, jest

warte tyle pieniêdzy.

– Tyle bêdzie dla mnie warte to, czego siê dowiesz.

– Ale to w³aœnie bêdzie ryzykowne.

– Ryzyko nie jest wcale takie du¿e.

– Dla kogo pan pracuje? Dla CIA?

Munger uœmiechn¹³ siê, rozk³adaj¹c rêce. Nassir te¿ siê uœmiechn¹³ i po-

kiwa³ g³ow¹.

– Tak w³aœnie myœla³em. Brytyjczycy nigdy by tyle nie zap³acili. Co pan

chce wiedzieæ?

– P³ynie tu statek „Elmsland”. Przybêdzie do Fau za dwa lub trzy dni.

Bêdzie od razu roz³adowywany. £adunek zostanie wywieziony ciê¿arówka-

mi w nieznanym kierunku. Chcê znaæ ten kierunek i miejsce przeznaczenia.

– Co to za ³adunek?

– Nie wiem.

background image

189

Nassir domyœla³ siê, ¿e Munger k³amie. Domyœla³ siê tak¿e, ¿e chodzi

o broñ i amunicjê.

– To bêdzie trudne – odpar³. – Fau jest stref¹ zamkniêt¹. Nawet dla mnie.

– Wiem. Ale prze³adunek nast¹pi w porcie. Na co najmniej cztery ciê¿a-

rówki. W konwoju bêdzie wiêc czterech kierowców. A nawet mo¿e po dwóch

na jeden wóz. Mo¿esz otrzymaæ informacjê od któregokolwiek z nich. A mo¿e

nawet od dokerów w porcie. Wielu z nich przyje¿d¿a do pracy z Basry. Nie

powinieneœ mieæ trudnoœci z wy³uskaniem jednego czy dwóch.

– Mo¿liwe – zgodzi³ siê Nassir. – Ale to bêdzie kosztowne.

– Za szeœædziesi¹t cztery tysi¹ce dolarów mo¿na bardzo du¿o kupiæ. –

Munger rzuci³ ostatni¹ przynêtê:

– Dwa brylanty dostaniesz od razu, a dwa przed opuszczeniem przeze mnie

Bagdadu, czyli za niespe³na tydzieñ. Jeœli twoja informacja oka¿e siê prawdzi-

wa i dok³adna, otrzymasz dodatkowo dwa takie same brylanty jako premiê.

Nassir w mgnieniu oka obliczy³ swoj¹ fortunê na dziewiêædziesi¹t szeœæ

tysiêcy dolarów minus trochê dinarów za kupienie informacji.

– Umowa stoi? – spyta³ Munger.

– Umowa stoi – odpar³ Nassir.

Munger wsta³, siêgaj¹c po szklankê Nassira.

– Przypieczêtujmy to drinkiem – powiedzia³.

O ponad tysi¹c kilometrów na pó³nocny wschód, w Bejrucie, Janine La-

sage te¿ zawiera³a umowê na znacznie lepszych warunkach ni¿ Munger, bo

tylko za piêæ tysiêcy funtów libañskich.

„Pu³kownik” D¿amil Mahmoud nie by³ prawdziwym pu³kownikiem, ale

dowodzi³ jedn¹ z bejruckich prywatnych armii. Poza tym by³ bardzo dys-

kretny. Jego „armia”, sk³adaj¹ca siê ze stu piêædziesiêciu starannie dobra-

nych opryszków, mia³a za zadanie ochronê bogatego libañskiego przemy-

s³owca, ale Mahmoud mia³ zwyczaj wynajmowaæ doraŸnie ekipy tym, którzy

gotowi byli odpowiednio zap³aciæ.

Janine Lasage potrzebowa³a co najmniej dziesiêciu ludzi pod wodz¹ fa-

chowca, który zorganizowa³by porwanie niejakiego Melima Jaheena, prze-

trzyma³ go parê dni – póki Janine nie wydobêdzie od niego informacji –

a potem pozby³by siê go dyskretnie.

Poprzedniego wieczoru otrzyma³a z Pary¿a kodowan¹ wiadomoœæ, ¿e na

terenie Iraku operuje agent Mosadu o kryptonimie Daktyl Niebieski. Za³¹-

czona instrukcja nakazywa³a zlikwidowanie go w porozumieniu z Mukha-

baratem. W depeszy znajdowa³o siê s³owo „zneutralizowanie”, ale to by³ po

prostu s³u¿bowy eufemizm na zabicie. Metoda, jak¹ powinna przyj¹æ, by

wykonaæ polecenie, sama siê narzuca³a: Melim Jaheen by³ prawie na pewno

background image

190

agentem Mosadu. Jeœli tak, to musi znaæ to¿samoœæ Daktyla Niebieskiego.

Oczywiœcie powinna te¿ skontaktowaæ siê natychmiast z Samim Asafem

w Bagdadzie i sk³oniæ go do wstêpnych dzia³añ. Nie uczyni³a jednak tego

z kilku powodów. Po pierwsze, Asaf wykorzysta³by swych przyjació³ z OWP,

¿eby pochwyciæ Jaheena i zacz¹æ go obrabiaæ, a Janine Lasage z w³asnego

doœwiadczenia wiedzia³a, ¿e OWP obchodz¹ tylko jej w³asne interesy. Po

drugie, bardzo chcia³a odnieœæ sukces osobiœcie, zadziwiæ sw¹ sprawnoœci¹

centralê SDECE, daj¹c jednoczeœnie prztyczka w nos Asafowi. Ostatnio ich

wzajemne stosunki uleg³y oziêbieniu. Czêœciowo z powodu przebywania

Asafa g³ównie w Bagdadzie, a czêœciowo w rezultacie kie³kuj¹cego miêdzy

nimi antagonizmu. Zaczê³o siê w³aœciwie od zamordowania Duffa Pageta.

Po kilku miesi¹cach nast¹pi³ nieuchronny przeciek z kó³ dysydenckich w ³o-

nie OWP i Amerykanie odkryli, ¿e za tym zamachem sta³ Mukhabarat. Z nie-

spodziewanym zapa³em CIA zabra³a siê do pomszczenia swego pracownika

i „zneutralizowa³a” czterech agentów Mukhabaratu w Pakistanie. Sami Asaf

by³ z tego powodu bardzo niezadowolony. Jeszcze bardziej dotknê³a go wia-

domoœæ o zamordowaniu w Pary¿u profesora Yahii el Mashada oraz opóŸ-

nieniu w dostawie reaktora z powodu akcji sabota¿owej. Wylewa³ swoje

¿ale, oskar¿aj¹c SDECE o niekompetencjê i brak czujnoœci, a tak¿e kwestio-

nowa³ skutecznoœæ jakiejkolwiek pomocy ze strony agentów SDECE w Ira-

ku, skoro organizacja ta nie potrafi upilnowaæ spraw na w³asnym podwórku.

Pok³ócili siê ostatecznie, kiedy Sami wykorzysta³ swoje kontakty, by za³a-

twiæ Mungerowi akredytacjê fotoreportera wojennego w Iraku. Jej niena-

wiœæ do Mungera gorza³a niby rozpalone do bia³oœci ¿elazo. B³aga³a Samie-

go,  by  nie  pomaga³,  a  zrobi³  wszystko,  ¿eby  Mungerowi  odmówiono

akredytacji. Wszystko bez skutku. Sami lubi³ i szanowa³ Mungera, a póŸniej

z satysfakcj¹ opowiada³, jak efektywnie i z korzyœci¹ dla Iraku fotografie

Mungera prezentuj¹ œwiatu tocz¹c¹ siê przeciwko Iranowi wojnê.

Od trzech miesiêcy Sami Asaf nie odwiedzi³ Bejrutu. W tym czasie Janine

Lasage widzia³a go dwukrotnie w Bagdadzie, ale by³y to ma³o przyjemne

spotkania, które nie zakoñczy³y siê w ³ó¿ku. U siebie Asaf by³ pewny, zaro-

zumia³y, a nawet arogancki. Swoiœcie pojmowane zasady moralne nie po-

zwala³y mu zdradzaæ ¿ony tak blisko ma³¿eñskiej sypialni.

Ostatnio ¿ycie erotyczne Janine Lasage pozostawia³o wiele do ¿yczenia.

Mia³a krótki romans z Gordonem Frazerem, ale ma³o j¹ zadowalaj¹cy. Do-

myœla³a siê, ¿e Frazerowi chodzi³o tylko o jeszcze jedno imiê na liœcie pod-

bojów. Poza tym spêdzi³a kilka nocy z przypadkowymi kochankami, co tyl-

ko unaoczni³o jej dramat sytuacji i niedosyt doznañ erotycznych.

Tak wiêc z „pu³kownikiem” D¿amilem Mahmoudem negocjowa³a ju¿

zgorzknia³a, z¿erana nienawiœci¹ kobieta. Ustali³a szczegó³y: pó³ nale¿noœci

z góry, reszta po wykonaniu zadania. Nie powiedzia³a mu, ¿e Jaheen jest

background image

191

podejrzany o przynale¿noœæ do Mosadu, nie chcia³a bowiem ryzykowaæ, ¿e

on lub któryœ z jego ludzi wypaple to Organizacji Wyzwolenia Palestyny.

Z tego samego powodu wyperswadowa³a mu przechwycenie Jaheena na jego

w³asnym podwórku. Ceni³a wysoko kompetencjê agentów Mosadu i wiedzia-

³a, ¿e s¹ uzbrojeni i pracuj¹ pod ochron¹. By³oby szaleñstwem próbowaæ go

porwaæ z biura lub z domu. Zna³a restauracje i bary, w których bywa³. Trzeba

obserwowaæ te miejsca i staraæ siê dopaœæ go w chwili, gdy bêdzie bez ochro-

ny. Mia³a te¿ przygotowane bezpieczne mieszkanie, gdzie umieœci siê porwa-

nego – w muzu³mañskim porcie Damour. Tam go bêdzie przes³uchiwa³a.

I na tych warunkach zawarto porozumienie, Janine wrêczy³a „pu³kowni-

kowi” dwa i pó³ tysi¹ca libañskich funtów i zaproponowa³a, ¿e przypieczê-

tuj¹ umowê drinkiem. Szkock¹ whisky.

Mahmoud schowa³ pieni¹dze, ale odmówi³ whisky. By³ religijnym mu-

zu³maninem, zasugerowa³ natomiast, ¿e pieczêtowanie uk³adu mog³oby od-

byæ siê w znacznie przyjemniejszy sposób, którego ponadto nie zakazuje

Koran. Janine grzecznie odmówi³a. Chocia¿ „pu³kownik” tryska³ zdrowiem

i by³ bardzo ¿ywy, mia³ ju¿ ponad szeœædziesi¹t lat i mo¿na by³o za³o¿yæ, ¿e

ów przyjemniejszy sposób by³by czymœ w rodzaju jednokierunkowej ulicy.

Nastêpnego wieczoru Ahmed Nassir ponownie zapuka³ do pokoju Mun-

gera i wœlizn¹³ siê do œrodka. Usi³owa³ udawaæ opanowanie i beztroskê, ale

zdradza³a go podniecona i jarz¹ca siê chciwoœci¹ twarz.

– Mieliœmy wielkie szczêœcie – powiedzia³, gdy Munger posadzi³ go i da³

drinka. – Uda³o mi siê odnaleŸæ kierowcê, który dopiero co przyjecha³ z Bag-

dadu. Nale¿y do konwoju, przewo¿¹cego ³adunek „Elmslandu” na miejsce

przeznaczenia. – Wypi³ solidny ³yk whisky. Munger przygl¹da³ mu siê bacz-

nie. – To by³o nies³ychanie kosztowne. Musia³em mu daæ bardzo du¿o pie-

niêdzy, nim zechcia³ coœ powiedzieæ. Bardzo du¿o mu da³em.

– Mów dalej! Co ci powiedzia³? – spyta³ Munger.

Dla wiêkszego efektu Nassir odczeka³ chwilê:

– Statek przyp³ynie pojutrze rano. W Basrze czeka ju¿ piêæ ciê¿arówek Vo-

lvo F12, które maj¹ zabraæ ³adunek. Podjêto nadzwyczajne œrodki ostro¿noœci.

Na ka¿dej ciê¿arówce bêd¹ ¿o³nierze i konwojowi ma towarzyszyæ oddzia³ ¿an-

darmerii. Drogi bêd¹ zamykane na czas przejazdu konwoju. Kierowca nic nie

wie na temat ³adunku. – Spojrza³ bystro na Mungera. – Pan te¿ nie wie?

– Nie mam pojêcia. Wiesz dobrze, jak to jest w tej bran¿y. Mówi¹ cz³o-

wiekowi tylko tyle, ile musi wiedzieæ.

Nassir ochoczo to potwierdzi³.

– Konwój jedzie najpierw do Kifri. Miasto sto piêædziesi¹t kilometrów na

pó³noc od Bagdadu. Maj¹ tylko przejechaæ przez Kifri do bazy wojskowej

background image

192

oddalonej od miasta oko³o dziesiêciu kilometrów. Kierowca mówi, ¿e ju¿ tam

by³ z innymi ³adunkami. Mogê panu pokazaæ na mapie, gdzie to dok³adnie jest.

Munger usi³owa³ nie okazywaæ zadowolenia.

– Jak d³ugo bêd¹ jechali? Kiedy tam dotr¹?

– Z Fau jakieœ szeœæset kilometrów… Na noc ciê¿arówki zatrzymuj¹ siê

przewa¿nie w Al Hillah, prawie w po³owie drogi.

– Doskonale, mamy wiêc cztery dni.

– My?

Munger skwitowa³ pytanie kwaœnym uœmiechem.

– Z samego rana wrócimy do Bagdadu. Potrzebny mi bêdzie jeden dzieñ,

¿eby uzyskaæ zezwolenie na wyjazd w strefê pó³nocnego frontu. Kifri le¿y

szeœædziesi¹t kilometrów za lini¹ frontu. Jest rzecz¹ normaln¹, ¿e chcê tam

siê wybraæ.

Nassir krêci³ siê niespokojnie.

– Ja ju¿ swoje zrobi³em. Wywi¹za³em siê z umowy. Doœæ ju¿ ryzykowa³em.

Zaryzykowa³ wiêc Munger. By³o to ryzyko starannie skalkulowane:

– Rozumiem, w pe³ni ciê rozumiem, Ahmedzie. Szkoda, ¿e rezygnujesz

z premii. Warunkiem premii by³a przydatnoœæ informacji uzyskanej od cie-

bie. Jeœli nie pojadê do Kifri, nie dowiem siê, czy informacja jest przydatna.

Na twarzy Nassira chciwoœæ walczy³a z ostro¿noœci¹. Wreszcie zada³

pytanie:

– Jak pan ma zamiar otrzymaæ zezwolenie? Nikomu tam nie wolno jeŸdziæ.

– Mam przyjació³ w Bagdadzie.

Nassir przygl¹da³ mu siê chwilê, a potem podj¹³ decyzjê:

– No dobrze, pojadê do Kifri, ale ani kroku dalej. Na miejscu sam pan

sobie radzi.

Munger zaakceptowa³ warunek.

– I zaraz po tym wyjedzie pan z Iraku? – spyta³ jeszcze Nassir.

– Tak.

– I nigdy ju¿ nie wróci?

– Nigdy.

– To œwietnie. Trzeba to oblaæ. – Nassir wsta³ i nala³ sobie potê¿n¹ por-

cjê szkockiej.

17

M

item jest pogl¹d, ¿e agent wywiadu potrafi wyczuæ gro¿¹ce mu niebez-

pieczeñstwo, jest prawd¹ natomiast, ¿e bywa œwiadomy „ogona”, czyli osoby

background image

193

go œledz¹cej. To nie instynkt, lecz rezultat szkolenia i doœwiadczenie – pod-

œwiadome obserwowanie bezpoœredniego otoczenia. I jeœli coœ wykracza poza

normê, mózg to rejestruje, w³¹cza sygna³ alarmowy: twarz napotykana zbyt

czêsto, osoba id¹ca tym samym krokiem w tej samej odleg³oœci, cz³owiek

wpatrzony w gazetê, ale nie przewracaj¹cy stron, samochód lub furgonetka

wyró¿niaj¹ce siê w strumieniu pojazdów. Misza Wigoda by³ profesjonalist¹,

ale sygna³u alarmowego nie odebra³ z jednej prostej przyczyny: nie by³ œle-

dzony.

Zjad³ wczesny lunch w restauracyjce przy œlepej uliczce dzielnicy Fay-

adi Ya w Bejrucie. Przychodzi³ tu czasami, poniewa¿ tu podawano najlepszy

kebab w ca³ym Libanie. To miejsce by³o równie¿ pod sta³¹ obserwacj¹ ludzi

Janine Lasage. Minutê po wejœciu Miszy Wigody do restauracji cz³owiek

w kaftanie po drugiej stronie uliczki informowa³ j¹ przez telefon, ¿e Melim

Jaheen jest sam i bez ochrony.

Misza jad³ szybko, poniewa¿ wczesnym popo³udniem mia³ jechaæ do

portu Jounieh na rozmowê z jednym z przywódców Falangi w sprawie do-

stawy broni. Jego pomocnik, Tamar Feder vel Fuad Tawfir, mia³ go za godzi-

nê zabraæ samochodem z rogu ulicy Hassl.

Jedz¹c z wielkim smakiem, rozmyœla³ o przysz³oœci. Zaraz po zakoñcze-

niu misji Mungera obiecano mu trzy miesi¹ce urlopu. W tym czasie lokaln¹

siatk¹ DAKTYL mia³ kierowaæ Tamar. Misza w pe³ni zas³u¿y³ na ten urlop,

pierwszy od d³u¿szego czasu. Zacz¹³ ju¿ odczuwaæ ciê¿ar nieustannego na-

piêcia. Nie by³o to tylko napiêcie zwi¹zane z kryzysem irackim, raczej rezul-

tat ¿ycia przez ponad trzy lata we wrogim otoczeniu, pod przybranym na-

zwiskiem. Nigdy nie móg³ siê odprê¿yæ, upiæ lub swobodnie rozmawiaæ

z przyjació³mi czy obcymi. Towarzyszy³a mu nieustanna potrzeba zachowa-

nia czujnoœci i to w³aœnie najbardziej niszczy³o nerwy. Zbyt d³ugo czeka³ na

ten urlop, mia³ nieco otêpia³e zmys³y i zwolnion¹ reakcjê. Podczas urlopu

zamierza³ polecieæ do Europy i Ameryki Pó³nocnej. Bêdzie du¿o jad³ i du¿o

pi³, a jeœli nie opuœci go szczêœcie, to spotka jak¹œ mi³¹ kobietê.

W myœlach przewija³ mu siê tak¿e Munger. Przed paroma godzinami

kurier z Bagdadu przywióz³ wiadomoœæ, dok¹d przewo¿one s¹ beczki z tlen-

kiem uranu, i ¿e Munger bêdzie chcia³ w ci¹gu najbli¿szych trzech dni zro-

biæ zdjêcia.

System kurierski funkcjonowa³ doskonale. Siatka DAKTYL mia³a sze-

œciu kurierów podró¿uj¹cych do i z Bagdadu wed³ug sta³ego harmonogra-

mu. Byli to ludzie prowadz¹cy autentyczne interesy w skali usprawiedliwia-

j¹cej tak czêste wizyty. Ich zadaniem by³o zbieranie i rozwo¿enie poczty

z i do stale zmieniaj¹cych siê skrzynek kontaktowych. Munger nigdy osobi-

œcie nie zostawia³ wiadomoœci w takiej skrzynce. Czynili to jego kurdyjscy

przyjaciele. Dziêki temu nikt nie móg³ go o nic podejrzewaæ.

13 – Reporter

background image

194

Misza skoñczy³ posi³ek, szybko wypi³ kawê i, skin¹wszy g³ow¹ grubaso-

wi, do którego nale¿a³ lokal, wyszed³ w gor¹cy i zat³oczony zau³ek.

Dwieœcie metrów dalej podjecha³ na róg Tamar Feder, otar³ pot z czo³a

i postanowi³ raz jeszcze poruszyæ w rozmowie z Misz¹ sprawê zamiany samo-

chodu na wyposa¿ony w klimatyzacjê, gdy¿ po godzinie je¿d¿enia bejruckimi

ulicami w rozgrzanym wozie cz³owiek nie by³ ju¿ zdolny do niczego.

Machinalnie rozgl¹da³ siê po ruchliwej ulicy. Czterdzieœci metrów przed

nim dwaj ludzie roz³adowywali skrzynie z furgonetki. Po drugiej stronie uli-

cy sta³a zielona ciê¿arówka Ford. Kierowca wychyli³ siê z szoferki i k³óci³

z wœciek³ym w³aœcicielem sklepu, któremu zas³oni³ wystawê. W godzinie

po³udniowego posi³ku ruch uliczny by³ nieco mniejszy, ale chodniki pozo-

stawa³y zapchane zarówno przez przechodniów, jak i sprzedawców zachwa-

laj¹cych swoje towary.

Tamar zauwa¿y³ b³yszcz¹c¹ w s³oñcu ³ysinê Miszy przepychaj¹cego siê

przez t³um. Dotkn¹³ ju¿ kluczyka zap³onu, kiedy to siê sta³o…

Misza znajdowa³ siê prawie na wysokoœci furgonetki. Dwaj ludzie, wy-

nosz¹cy z wozu skrzyniê, upuœcili j¹ i z obu stron chwycili Miszê. Wepchnê-

li go szybko do furgonetki i wskoczyli za nim. Zatrzasnê³y siê drzwi, furgo-

netka ruszy³a, w³¹czaj¹c siê w ruch uliczny. Tamar widzia³, ¿e Misza nie

móg³ siê niczego spodziewaæ i nie mia³ ¿adnych szans. Gdy chcia³ ju¿ ru-

szyæ, us³ysza³ za sob¹ przyœpieszaj¹cy samochód. Po chwili przemkn¹³ obok

niego zielony mercedes z dwoma pasa¿erami. Jednym by³a kobieta. Obróci-

³a siê. Tamar przez u³amek sekundy widzia³ jej twarz. Rozpozna³ j¹. Ogl¹da³

tê twarz w kartotece Mosadu: Janine Lasage.

By³ blisko za mercedesem, ale nie zd¹¿y³. Na skraju pola widzenia do-

strzeg³ ciê¿arówkê przecinaj¹c¹ na ukos ulicê. Mercedes zdo³a³ przed ni¹

przemkn¹æ, ale Tamar nie zmieœci³ siê. Z ca³ych si³ nacisn¹³ wiêc peda³ ha-

mulca i zas³oni³ d³oñmi twarz. Zderzenie nie by³o powa¿ne i Tamarowi nic

siê nie sta³o, nie licz¹c drobnego skaleczenia na brodzie.

Od tej chwili ka¿d¹ czynnoœæ dyktowa³ surowy profesjonalizm i we-

wnêtrzna dyscyplina. Tamarowi nawet nie przysz³o do g³owy œcigaæ merce-

desa i próbowaæ wydobyæ Miszê z opresji. Przy uderzeniu odskoczy³y drzwi

samochodu. Tamar da³ nura w zaskoczony t³um, przebi³ siê na drug¹ stronê

i zacz¹³ oddalaæ siê szybkim krokiem od miejsca wypadku. Dwie przecznice

dalej z³apa³ taksówkê i po piêtnastu minutach by³ w bezpiecznym mieszka-

niu w dzielnicy Ain Rummaneh, na najwy¿szym piêtrze wielkiej kamienicy.

Telewizyjne maszty na dachu maskowa³y radiow¹ antenê nadawcz¹ Mosa-

du. Pó³ godziny po porwaniu Miszy Wigody Tamar przekazywa³ ju¿ wszyst-

kie szczegó³y kwaterze g³ównej siatki DAKTYL w Limassol na Cyprze.

Zakazano mu opuszczaæ mieszkanie. Mia³ przede wszystkim zapewniæ p³yn-

ne przekazywanie wiadomoœci do i od Daktyla Niebieskiego.

background image

195

Tamar czu³, ¿e ogarnia go rozpacz. By³ zastêpc¹ Miszy przez ca³y minio-

ny rok i darzy³ go przyjaŸni¹. Jego pragnieniem by³o przeczesywanie Bejru-

tu bez wzglêdu na ryzyko, ale mu tego zakazano. Rozkazy by³y jasne: Daktyl

Niebieski ma priorytet. Wigody bêd¹ poszukiwali inni. Inni te¿ zajm¹ siê

likwidacj¹ obecnej siatki DAKTYL w Bejrucie.

Zapyta³, czy ma ostrzec Daktyla Niebieskiego, ¿e uprowadzono Wigodê.

I znów otrzyma³ odpowiedŸ: „zajm¹ siê tym inni”.

Ruth spóŸni³a siê pó³ godziny, ale przysz³a rozpromieniona. Gdy stanê³a

w drzwiach restauracji Amathus, natychmiast dostrzeg³a Waltera, siedz¹ce-

go jak zwykle przy stoliku w rogu sali. Kelner w³aœnie stawia³ przed nim

pó³misek z zak¹skami. Zobaczy³ j¹ i gdy podesz³a, dŸwign¹³ siê ciê¿ko.

– Ju¿ myœla³em, ¿e jestem ofiar¹ niegodnego porzucenia przez ukochan¹

kobietꠖ powiedzia³ surowym tonem, któremu jednak towarzyszy³ uœmiech.

Poca³owa³a go w policzek, przeprosi³a, a potem skarci³a, ¿e zaczyna bez niej.

Spojrza³ nieco zdziwiony, gdy odsunê³a na bok menu.

– Czy mogê sobie dziœ pozwoliæ na ekstrawagancjê? – spyta³a.

– Ale¿ oczywiœcie!

– A wiêc w takim razie kawior, homar i szampan Dom Perignon.

Zdumiony Walter otworzy³ szeroko oczy i skin¹³ na maître d’hôtel.

– A jaka¿ to okazja?

– Nic specjalnego – odpar³a lekcewa¿¹co. – Po prostu czujê siê szczêœli-

wa. Mo¿e dlatego, ¿e jem z tob¹ lunch. Bardzo mi ciebie brakowa³o.

– Œwietnie to ukrywa³aœ – mrukn¹³ sceptycznie. – Od wieków ciê nie

widzia³em.

– Jestem okropnie zajêta. Ale jedz, nie czekaj na mnie. Nie chcê, ¿ebyœ

zas³ab³ z g³odu. Powiedz tylko jeszcze, czy s¹ wieœci od Davida?

Walter wrzuci³ sobie do ust oliwkê i skin¹³ g³ow¹. W dalszym ci¹gu by³

zaskoczony zachowaniem Ruth.

– Wszystko idzie dobrze. Za cztery czy piêæ dni powinien wróciæ na Cypr.

Obdarzy³a go uœmiechem.

– I natychmiast mnie zawiadomisz?

– Oczywiœcie. – Przygl¹da³ siê jej przez chwilê i nagle oœwiadczy³:

– Jesteœ w ci¹¿y!

Jej zdziwienie by³o przekomiczne.

– Sk¹d ty…. Jak…?

Walter uœmiecha³ siê, bardzo z siebie zadowolony.

– To oczywiste i logiczne. Jesteœ promienna i szczêœliwa, chocia¿ po-

winnaœ byæ smutna i niespokojna. Tylko jedno mog³o wp³yn¹æ na zmianê

nastroju. Jestem te¿ szczêœliwy, ¿e ty i David… – Wsta³ z wielk¹ powag¹,

background image

196

obszed³ stolik i uca³owa³ j¹ w oba policzki. Poczu³a siê nagle okropnie za-

wstydzona i skrêpowana.

Powróciwszy na fotel, Walter spyta³:

– Kiedy siê o tym dowiedzia³aœ?

– Przed chwil¹. Dlatego siê spóŸni³am. Lekarz mia³ nag³y poród i przez

godzinê na niego czeka³am.

– A wiêc wybaczam ci spóŸnienie. By³aœ zaskoczona?

– W pewnym sensie. Od miesiêcy mieliœmy nadziejꅠ– Pogrozi³a mu

palcem. – To twoja wina, zabiera³eœ go i wysy³a³eœ, nie wiadomo gdzie, w nie-

w³aœciwym czasie.

Kelner przyniós³ kawior i szampana. Walter zaproponowa³ toast za po-

myœlnoœæ przysz³ego dziecka i uszczkn¹³ spor¹ czêœæ kawioru.

– Kiedy œlub? – spyta³.

– Szybko. Ale potrzeba dwóch tygodni na zgromadzenie potrzebnych doku-

mentów i zrobienie badañ lekarskich. – Nag³y smutek przemkn¹³ przez jej twarz.

Walter zauwa¿y³ i spyta³:

– O co chodzi?

– O Gideona.

– Nadal pisze?

– Tak. Co miesi¹c. Ka¿dego pierwszego. I zawsze takie same listy…

Nie po raz pierwszy dyskutowa³a na ten temat z Walterem. Gideon Galili

nie chcia³ przyj¹æ zerwania do wiadomoœci. A w ka¿dym razie nie tak, jak

Ruth tego oczekiwa³a. Z pocz¹tku by³ oszo³omiony, ale i zdeterminowany

broniæ ich zwi¹zku. Nie za³ama³ siê, nie okazywa³ rozpaczy, lecz spokojnie,

mo¿na by powiedzieæ nawet, ¿e lodowato, usi³owa³ j¹ odzyskaæ. Napisa³a

mu, ¿e jeszcze przez wiele miesiêcy nie ma zamiaru poœlubiæ Mungera. Nie

chcia³a powiedzieæ, dlaczego. Zrozumia³ to jako swoj¹ szansê. Na pocz¹tku,

podczas jej króciutkiej wizyty w Izraelu, dok¹d polecia³a, by mu o wszyst-

kim powiedzieæ, usi³owa³ logicznie j¹ przekonywaæ, podkreœlaj¹c, ¿e ju¿ jej

nie wysz³o jedno ma³¿eñstwo z fotoreporterem wojennym. Dlaczego drugie

mia³oby byæ inne? Mówi³a mu o mi³oœci, a on odpowiada³, ¿e jego mi³oœæ do

niej jest tak wielka, tak wszechogarniaj¹ca, ¿e w miarê up³ywu czasu za-

cznie wytwarzaæ w niej podobne uczucie. By³ tego pewny i nic nie potrafi³o

zachwiaæ jego wiar¹, ¿e tak musi siê staæ. Usi³owa³a okazaæ gniew, mówi¹c,

¿e ich zwi¹zek jest nieodwo³alnie skoñczony. On jest m³ody, przystojny,

odnosi zawodowe sukcesy. Zosta³ majorem w wieku dwudziestu dziewiêciu

lat. S¹ inne kobiety, z pewnoœci¹ znajdzie kogoœ… m³odszego. I zakocha siê

ponownie. Zdesperowana, ¿e nie chce jej zrozumieæ, zaczê³a krzyczeæ, usi-

³uj¹c zburzyæ jego stoicki spokój. Jej gniew sp³yn¹³ po nim jak morska fala

po nabrze¿nej skale. By³ zdecydowany j¹ odzyskaæ. Nigdy nie zaakceptuje

rozpadu ich zwi¹zku.

background image

197

Po miesi¹cu przyjecha³ na Cypr, gdy Munger wyjecha³ na Bliski Wschód.

Zatrzyma³ siê na trzy dni w hotelu Forest Peak. By³y to najgorsze dni w ¿yciu

Ruth. Galili by³ jednoczeœnie zdeterminowany i patetyczny. Wojskowa dys-

cyplina w po³¹czeniu z b³yskotliw¹ karier¹ uczyni³y z niego cz³owieka nie

akceptuj¹cego pora¿ki. A utrata Ruth by³aby dla niego najwiêksz¹ ¿yciow¹

pora¿k¹. Z drugiej strony, wielka mi³oœæ do Ruth robi³a z niego chwilami

rzewnego ch³opca. W ci¹gu pierwszych dwóch dni przegadali ponad dzie-

siêæ godzin. Ruth g³êboko cierpia³a, widz¹c jego ból i nie mog¹c mu pomóc.

Podj¹³ niez³omne postanowienie: nigdy jej nie zapomni, nigdy nie straci na-

dziei, nigdy nie zaakceptuje zerwania. Zamierza³ zostaæ w Platres dwa tygo-

dnie, ale po drugim dniu Ruth mia³a ju¿ wszystkiego doœæ. Wy³¹czy³a tele-

fon i zamknê³a bramê wjazdow¹ do posiad³oœci. Sta³ przed ni¹ przez ca³y

dzieñ. Nie wo³a³, nie wzywa³ jej, tylko sta³. Widzia³a go z okna sypialni.

Wysoka, zgrabna sylwetka, œci¹gniêta cierpieniem twarz.

Nie wiedz¹c, co pocz¹æ, zadzwoni³a tego wieczoru do Waltera, prosz¹c

o radê. Wys³ucha³ wszystkiego i powiedzia³, ¿eby posz³a spaæ i o nic siê nie

martwi³a. On siê wszystkim zajmie. Prosi³a, aby nie by³ zbyt surowy dla

Gideona i Walter solennie obieca³, ¿e nie bêdzie, ¿e doskonale rozumie, przez

co przechodzi m³ody pilot. Po tej rozmowie Ruth poczu³a siê nieco lepiej,

ale mimo to prawie wcale tej nocy nie spa³a. O ósmej rano zadzwoni³a do

hotelu, gdzie jej powiedziano, ¿e Gideon przed dwiema godzinami pojecha³

na lotnisko. Zadzwoni³a do Waltera, który wyjaœni³, ¿e Gideon otrzyma³ w no-

cy telefon od dowódcy swego dywizjonu, aby natychmiast wraca³, gdy¿ cze-

ka go wa¿na misja. Gideon niczego nie podejrzewa, a przy obecnej sytuacji

w Libanie, misja na pewno da siê skleciæ, i to z po¿ytkiem dla wszystkich.

Nawet dowódca dywizjonu nic nie wie o prawdziwych powodach œci¹gniê-

cia Gideona z urlopu.

Ruth gor¹co podziêkowa³a Walterowi i po od³o¿eniu s³uchawki mia³a rów-

nie¿ dobre s³owo dla Pana Boga, ¿e da³ Walterowi tak olbrzymie wp³ywy. Pó³

godziny póŸniej taksówkarz przywióz³ jej bukiet czerwonych ró¿ i list, w któ-

rym Gideon t³umaczy³ swój nag³y odlot i wspomina³, ¿e wielokrotnie bez po-

wodzenia dzwoni³. I ¿e bêdzie do niej co miesi¹c pisa³ a¿… do dnia œlubu.

Wszystkie listy by³y takie same: dostarczane w pierwszym tygodniu mie-

si¹ca mówi³y o tym, ¿e jest sam, z nikim siê nie wi¹¿e i czeka na Ruth.

– Byæ mo¿e liczy na to, ¿e coœ przytrafi siê Mungerowi – podsun¹³ Wal-

ter. – Wielu fotoreporterów ginie.

Wzruszy³a ramionami.

– Kto wie, mo¿e tak myœli. Chocia¿ ja uwa¿am inaczej. Raczej s¹dzi, ¿e

któregoœ dnia oprzytomniejê.

– Gideon ma na twoim punkcie obsesjê, to jasne – stwierdzi³ Walter. –

Jako psycholog powinnaœ znaæ to zjawisko. Wcale nie tak rzadkie.

background image

198

Kelner przyniós³ homara i piêciocentymetrowej gruboœci stek dla Waltera.

Zd¹¿y³ go zaledwie skosztowaæ, kiedy zjawi³ siê maître d’hôtel i zawiadomi³,

¿e ktoœ z biura dzwoni w wa¿nej sprawie. Walter mrukn¹³ zawiedziony, po-

leci³ po³o¿yæ stek na podgrzewaczu i obieca³ Ruth, ¿e za parê minut wróci.

Wróci³ jednak dopiero po dwudziestu minutach i w tym czasie Ruth upo-

ra³a siê z homarem. Gdy usiad³, spojrza³a na jego twarz i zrobi³o siê jej zimno.

– K³opoty?

– Tak.

– David?

– Nie bezpoœrednio.

– Powiedz mi, Walterze, proszê!

Walter westchn¹³ i odprawi³ kelnera, który chcia³ postawiæ przed nim

stek. Ju¿ to samo wiele mówi³o o powadze sytuacji.

– W Bejrucie porwano Miszê Wigodê. – Nie krêpowa³ siê wymieniæ

nazwisko. Wiedzia³, ¿e Munger o wszystkim jej mówi. Martwi³o go to, ale

nic nie móg³ poradziæ.

– Kiedy?

– Przed niespe³na godzin¹.

– OWP?

Walter powtórnie westchn¹³.

– Nie jesteœmy pewni, ale wiemy, ¿e zamieszane jest SDECE. Na miej-

scu porwania widziano Janine Lasage.

– O Bo¿e! – Ruth by³a wstrz¹œniêta. Wiedzia³a wszystko o Janine Lasa-

ge i o jej udziale w zamordowaniu Duffa. Przed wieloma laty pozna³a j¹ na

przyjêciu w Hongkongu. Munger powiedzia³, ¿e wkrótce przyjdzie dzieñ

wyrównania rachunków.

– Nie powinienem by³ czeka栖 mrukn¹³ Walter. – Powinienem by³ daw-

no siê ni¹ zaj¹æ. To z³a kobieta.

– Ostrzeg³eœ Davida?

Spojrza³ na ni¹ bystro.

– W³aœnie to robimy. David jest w drodze miêdzy Basr¹ a Bagdadem.

Zobaczy³ przera¿enie na jej twarzy.

– Ona zmusi Wigodê do mówienia, Walterze! Wiesz o tym. Musisz zna-

leŸæ Davida i czym prêdzej wycofaæ go z Iraku!

Poklepa³ j¹ uspokajaj¹co po ramieniu.

– Znajdziemy go. Mamy du¿o czasu. Wigoda jest profesjonalist¹. Ow-

szem, w koñcu bêdzie mówi³, ale to potrwa. Dni albo nawet tygodnie.

Ruth zaczê³a p³akaæ. Chusteczk¹ wyjêt¹ z torebki wyciera³a ³zy.

– Nie mo¿esz byæ wcale tego pewien. To mog¹ byæ tylko godziny. Nie

wiadomo, jak go zaczn¹ torturowaæ. To s¹ zwierzêta. David mo¿e wpaœæ

w ich rêce. Musisz go ostrzec!

background image

199

– Nie martw siê – powtórzy³. – Jesteœmy w ³¹cznoœci z naszymi ludŸmi

w Bagdadzie. Zawiadomi¹ Davida, gdy tylko zjawi siê w hotelu.

– Kiedy David dotrze do hotelu?

– Tego nie jesteœmy pewni. Wiemy, ¿e opuœci³ hotel E1 D¿amharia w Basrze.

W drodze do Bagdadu mo¿e udaæ siê na front. Usi³ujemy siê tego dowiedzieæ.

Zdo³a³a siê nieco opanowaæ.

– Wracam do domu. Zawiadomisz mnie, gdy tylko czegoœ siê dowiesz?

Czegokolwiek, Walterze! Chcê znaæ zarówno dobre, jak i z³e wieœci. Bêdê

czeka³a w domu na twój telefon.

– Oczywiœcie, zaraz zadzwoniê.

Zaproponowa³, ¿e Spiro odwiezie j¹ mercedesem do domu. Jej w³asny

samochód odstawi inny szofer. Odmówi³a. Czuje siê dobrze, mo¿e sama pro-

wadziæ. Walter sta³ przy mercedesie, gdy wycofywa³a samochód z parkingu.

Przed odjazdem wykrzyknê³a przez okno:

– Dziêkujê za lunch. I natychmiast dzwoñ, gdyby by³a jakaœ wiadomoœæ.

– Obiecujꠖ odpar³.

Zadumany  odprowadzi³  j¹  smutnym  wzrokiem.  Zerka³a  w  lusterko

i uchwyci³a to spojrzenie.

Dotar³a do Platres po godzinie. Gdy wesz³a do domu, uda³a siê prosto do

kuchni i zaparzy³a sobie kawê. Nie mog³a zapomnieæ spojrzenia, jakim j¹

¿egna³ Walter: smutek i zaduma. Ale przedziwna zaduma, jakby w poczuciu

winy. Uœwiadomi³a to sobie z przeraŸliw¹ jasnoœci¹: tak, to by³o poczucie

winy! Fili¿anka wypad³a z palców i roztrzaska³a siê o posadzkê. Gor¹ca kawa

sparzy³a jej nogi, ale nawet nie krzyknê³a.

Uœwiadomi³a sobie, ¿e Walter nie ma zamiaru ostrzegaæ Davida. Mia³

nadziejê, ¿e Wigoda wytrzyma tortury do chwili wype³nienia przez Mungera

wyznaczonego mu zadania. Walter Blum przemyœla³ zale¿noœci wystêpuj¹ce

miêdzy obowi¹zkiem a utrzymaniem przy ¿yciu swego przyjaciela i doszed³

do wniosku, ¿e pierwszeñstwo ma obowi¹zek.

Pobieg³a do telefonu. Wykrêci³a pierwsze cyfry numeru Walen Trading,

ale zda³a sobie sprawê, ¿e nic nie zdzia³a. Walter bêdzie nadal k³ama³. Podj¹³

decyzjê i nie zmieni jej. Bêdzie j¹ uspokaja³ i sk³ada³ obietnice, ale nie ruszy

palcem. Od³o¿y³a s³uchawkê i zmusi³a siê do racjonalnego przemyœlenia sy-

tuacji. Wróci³a do kuchni, zmiot³a szcz¹tki fili¿anki, zaparzy³a now¹ kawê,

rozmyœlaj¹c przez ca³y czas nad ró¿nymi mo¿liwoœciami. Mog³aby spróbo-

waæ zadzwoniæ do Bagdadu. Wiedzia³a, ¿e David zatrzymuje siê zawsze

w hotelu Sindbad. Mog³aby zadzwoniæ do amerykañskiej ambasady w Ni-

kozji. Rezydent CIA, który zawiadamia³ j¹ o œmierci Duffa, jeszcze tam by³.

Prawdopodobnie on mo¿e coœ pomóc. Po zastanowieniu siê dosz³a do wnios-

background image

200

ku, ¿e to by³oby ryzykowne. Bagdad a¿ kipi podejrzliwoœci¹ i intryg¹. Nie-

przemyœlanym ruchem mog³aby naraziæ Mungera na niebezpieczeñstwo.

Dostrzeg³a tylko jedno wyjœcie: poniewa¿ Davida trzeba ostrzec, ona sama

poleci do Bagdadu… Problemem by³ rozk³ad lotów. Wiedzia³a, ¿e bezpoœred-

niego po³¹czenia nie ma. David lata³ zawsze przez Amman. Wiza natomiast

nie stanowi³a problemu: przed miesi¹cami, korzystaj¹c z kontaktów w amba-

sadzie amerykañskiej, uzyska³a wszystkie mo¿liwe wizy do krajów arabskich.

Zawsze ba³a siê, ¿e Davidowi mo¿e siê coœ przydarzyæ podczas fotoreporter-

skich wypraw. Zostanie na przyk³ad ranny. Gdyby do tego dosz³o, chcia³a móc

natychmiast do niego jechaæ. Oczywiœcie, uzyskanie wiz do takich krajów jak

Iran czy Po³udniowy Jemen by³o niemo¿liwe, ale mia³a wa¿ne wizy do Liba-

nu, Syrii, Jordanii i Iraku. Pobieg³a z powrotem do telefonu i zadzwoni³a na

lotnisko w Larnace. Po denerwuj¹cym oczekiwaniu ze s³uchawk¹ przy uchu

dowiedzia³a siê, ¿e o siódmej wieczorem ma samolot do Bejrutu, gdzie mo¿e

z³apaæ lot jordañskich linii do Ammanu przez Bagdad. Do Larnaki mia³a dwie

godziny jazdy samochodem, wiêc swobodnie zd¹¿y…

Posz³a do sypialni, wrzuci³a potrzebne rzeczy do niewielkiej podró¿nej

torby, której nie bêdzie musia³a oddawaæ na baga¿, a potem z szufladki noc-

nego stolika wyjê³a berettê 8 mm, któr¹ przed laty da³ jej Duff, gdy tak czê-

sto pozostawia³ j¹ sam¹. Wiedzia³a, jak siê obchodziæ z broni¹. Wiedzia³a

tak¿e o bramkach kontrolnych na lotniskach, ale ¿yj¹c tak d³ugo w œrodowis-

ku fotoreporterów zna³a metody, jakich u¿ywali, by przemyciæ filmy.

W kuchni znalaz³a niewielkie kwadratowe blaszane pude³ko o wymia-

rach dziewiêæ na dziewiêæ centymetrów i wysokie na niespe³na trzy. Posz³a

z nim do gabinetu, gdzie znalaz³a kilka kartek metalizowanej kalki maszyno-

wej. Owinê³a nimi berettê, maskuj¹c tym kszta³t. W³o¿y³a broñ do pude³ka

i ob³o¿y³a szminkami. Dorzuci³a zapalniczkê i kilka monet. Pude³ko scho-

wa³a na dnie malutkiego neseseru. By³a pewna, ¿e przeœwietlenie na lotni-

sku nie ujawni kszta³tu broni.

O czwartej trzydzieœci siedzia³a w swoim renaulcie, pêdz¹c górsk¹ dro-

g¹ w kierunku Larnaki.

Janine Lasage przyjecha³a do domu na przedmieœciu piêtnaœcie minut po

furgonetce. Zajê³o jej nieco wiêcej czasu pokonanie zapór drogowych i punk-

tów kontrolnych OWP. D¿amil Mahmoud czeka³ na ni¹ na brudnym podwór-

ku. Jego ludzie otaczali dom. Wysz³a z mercedesa – z³owroga czarna postaæ.

By³a w czarnych spodniach, czarnej bluzce bez rêkawów, a w rêku nios³a

czarn¹ torebkê.

Uœmiechnê³a siê do Mahmouda.

– Jak w zegarku. Dobra robota.

background image

201

Odpowiedzia³ jej grymasem twarzy, który te¿ mia³ byæ uœmiechem.

– Zrobi³em wszystko wed³ug pani ¿yczenia. Czy mam od razu zacz¹æ

tortury? Jestem ekspertem. – Rozb³ys³y mu oczy.

– Mo¿e póŸniej, jeœli zajdzie potrzeba. Zak³adaj¹c, ¿e jest tym, za kogo

go uwa¿amy, potrafi oprzeæ siê fizycznemu bólowi bardzo d³ugo. Nawet wiele

dni. A ja nie mam tyle czasu.

– A wiêc jak?

Poklepa³a czarn¹ torebkê.

– Serum prawdy! Przy odrobinie szczêœcia szybko rozwi¹¿e mu jêzyk.

Mahmoud pokiwa³ m¹drze g³ow¹.

– Aha, aha… S³ysza³em. Penta… i coœ tam.

– Pentatol sodu to przesz³oœæ. Obecnie u¿ywa siê valium w czystej po-

staci.

– Valium? – By³ zdumiony – Moja ¿ona bierze to na uspokojenie. – Za-

œmia³ siê. – Ona stale musi siê uspokajaæ.

– Wyobra¿am sobie… Ale on dostanie du¿o wiêcej. Dwadzieœcia miligra-

mów do¿ylnie. – Zwróci³a siê do swego ochroniarza, który sta³ przy mercedesie:

– Czekaj tu, dobrze siê rozgl¹daj.

– I do D¿amila:

– Idziemy!

Misza Wigoda le¿a³ nago na drewnianym stole. Nogi i rêce mia³ wykrê-

cone, i tak mocno zwi¹zane, ¿e w nadgarstkach i kostkach ju¿ spuch³y. Oprócz

tego sto³u i zwisaj¹cej z sufitu ¿arówki, w pokoju nic nie by³o.

Us³ysza³ otwieranie drzwi i zobaczy³ Janine Lasage, a za ni¹ D¿amila

Mahmouda. Stara³ siê zachowaæ beznamiêtny wyraz twarzy. Janine Lasage

podesz³a do sto³u i po³o¿y³a na nim czarn¹ torebkê. D¿amil Mahmoud stan¹³

w nogach zwi¹zanego i zacz¹³ mu siê z zainteresowaniem przygl¹daæ.

Janine Lasage sprawdzi³a wiêzy i z zadowoleniem skinê³a g³ow¹. Siêg-

nê³a miêdzy nogi i unios³a penisa. Karminowy paznokieæ wbi³a g³êboko w od-

s³oniêt¹ ¿o³¹dŸ. Misza z bólu wyprê¿y³ siê w ³uk, ale nie wyda³ ¿adnego

dŸwiêku. Uœmiechnê³a siê i powiedzia³a po arabsku:

– Melimie Jaheen, nie jesteœ Arabem. Jesteœ ¯ydem i pracujesz dla Mo-

sadu. Chcê odpowiedzi na kilka pytañ i ty mi ich udzielisz. Chyba zdajesz

sobie z tego sprawê. Tak czy inaczej udzielisz mi tych odpowiedzi. Mów od

razu, a oszczêdzisz sobie wiele bólu. – Patrzy³a mu w oczy. I on te¿ patrzy³

na ni¹. Nawet nie mrugn¹³.

Skinê³a g³ow¹, jakby potwierdza³a w³asn¹ diagnozê. Otworzy³a torebkê,

z której wyjê³a strzykawkê i zaopatrzon¹ w gumowy kapturek fiolkê z bez-

barwnym p³ynem. D¿amil patrzy³ jak zafascynowany, gdy przebija³a kapturek

background image

202

ig³¹ i wci¹ga³a p³yn do strzykawki. Misza zmarszczy³ brwi i podniós³ g³owê,

wlepiaj¹c oczy w sufit. Koncentrowa³ siê. Janine wiedzia³a, ¿e przypomina

sobie lekcje z okresu szkolenia, ¿e usi³uje stworzyæ hermetyczne przegrody

w mózgu, izoluje i ukrywa fakty, których nie wolno wyjawiæ.

Nachyli³a siê i pochwyci³a jego rêkê poni¿ej ³okcia, naciskaj¹c mocno

palcem, by wyst¹pi³a ¿y³a. Poniewa¿ Misza by³ oty³y i mia³ grube ramiona,

dwukrotnie nie trafi³a. Zaklê³a g³oœno. Nie wolno siꠜpieszyæ! Wci¹gnê³a

g³êboko powietrze. Wk³u³a siê dopiero za trzecim razem. Patrzy³a uwa¿nie

na podzia³kê. Przesta³a naciskaæ t³oczek, gdy wstrzyknê³a dok³adnie dwa-

dzieœcia miligramów. Z torebki wyjê³a plaster i, pozostawiaj¹c ig³ê w ¿yle,

przylepi³a strzykawkê do ramienia.

Przez nastêpne kilka minut obserwowa³a jego oczy. Czeka³a, a¿ nast¹pi

stan, nazywany przez lekarzy ptosis, kiedy to powieki opadaj¹ bezwiednie

do po³owy i s³abn¹ psychiczne hamulce. Nie bêdzie spa³, zachowa œwiado-

moœæ, ale jednoczeœnie zostanie obna¿ona podœwiadomoœæ i zaæmi siê lo-

giczne myœlenie.

Trwa³o to piêæ minut. Wzrok mia³ nadal utkwiony w suficie, ale nagle

powieki zatrzepota³y i opad³y. Jedn¹ unios³a palcami. Oko by³o szkliste, Ÿre-

nica rozszerzona. By³ gotów.

Ka¿de pytanie zadawa³a najpierw po arabsku, nastêpnie po angielsku.

Milcza³. Wiedzia³a, ¿e jakiœ skrawek jego œwiadomoœci jeszcze walczy³, by

wydobyæ siê z otulaj¹cych j¹ mgie³. Pierwsze s³owa wypowiedzia³ po an-

gielsku – wymamrota³ ich parê i musia³a bardzo siê nachyliæ, by us³yszeæ.

By³a to odpowiedŸ na pytanie, jaki jest dzieñ tygodnia. Odpar³:

– Nigdy w niedzielê.

Rozeœmia³a siê. Podœwiadomoœæ zawiera œmieszne myœli. Teraz by³ wtorek.

Ca³¹ nastêpn¹ godzinê wêdrowa³a przez labirynt jego mózgu. Dwukrot-

nie musia³a wstrzykn¹æ wiêcej valium, aby pozosta³ w ptosis. By³a zniecier-

pliwiona i z trudem zmusza³a siê do precyzyjnego dzia³ania. Chcia³a otrzy-

maæ  odpowiedŸ  tylko  na  jedno  pytanie.  W  miarê  up³ywu  czasu  jej

zniecierpliwienie ros³o. Misza opowiada³ o swym dzieciñstwie, szkolnych

przyjacio³ach, o matce i dawno zapomnianym wypadku samochodowym. Ile-

kroæ zbli¿a³a siê do jego pracy, stawa³ siê niezrozumia³y, twarz mu tê¿a³a,

wykrzywia³a siê w grymas odzwierciedlaj¹cy to, co dzia³o siê w jego móz-

gu. By³ szkolony i æwiczony na tak¹ w³aœnie chwilê. Zda³a sobie sprawê, ¿e

nie wyciœnie z niego ¿adnych szczegó³ów na temat pracy. Zreszt¹ nie intere-

sowa³y jej te szczegó³y. Pragnê³a tylko jednego nazwiska.

Pochyli³a siê nad nim nisko i wyszepta³a:

– Daktyl Niebieski. Daktyl Niebieski.

Twarz mu siê wykrzywi³a, jakby w spaŸmie straszliwego bólu. Janine

Lasage ¿ywo zabi³o serce. Jego reakcja wskazywa³a, ¿e coœ wie. Znowu pod-

background image

203

œwiadomoœæ walczy³a z nawykami wyniesionymi ze szkolenia. Przez piêæ

minut powtarza³a:

– Daktyl Niebieski. Kto to jest? Kto to jest?

W pewnym momencie przerwa³a, by podaæ wiêcej valium. Palce mu

dygota³y. Nale¿y byæ bardzo ostro¿nym. Przedawkuje, a on zapadnie w sen.

Na d³ugie godziny, a nawet…

– Daktyl Niebieski, kto to jest? Daktyl Niebieski, kto to jest?

Zaczê³a w¹tpiæ, czy jej siê powiedzie, i wpad³a w panikê. Pochylona,

opieraj¹c siê jedn¹ d³oni¹ na jego klatce piersiowej, a drug¹ na brzuchu,

z ustami tu¿ przy uchu, us³ysza³a podniecony g³os D¿amila:

– Niech pani spojrzy!

Podnios³a g³owê i obejrza³a siê za siebie. Penis Miszy Wigody stercza³

pionowo. Zanios³a siê histerycznym œmiechem. Szybko uprzytomni³a sobie

sytuacjê i spowa¿nia³a.

– Tak. To siê zdarza. Valium w tej iloœci likwiduje wszystkie hamulce.

W pewnym sensie stanowi œrodek zwiêkszaj¹cy popêd p³ciowy.

– Coœ takiego! – wykrzykn¹³ Mahmoud. – Takie drzewo z tak ma³ego

korzonka!

Janine Lasage uœmiechnê³a siê i nagle coœ jej przysz³o do g³owy: a jeœli

to spowodowa³ jej dotyk? Czy nie mog³aby tego wykorzystaæ? Siêgnê³a po

penisa i zaczê³a go masowaæ w górê i w dó³. Zwi¹zany mê¿czyzna jêkn¹³

i zacz¹³ siê wiæ. W pokoju s³ychaæ by³o chrapliwy oddech D¿amila Mahmo-

uda. Janine pochyli³a siê i poliza³a twarz Wigody, który teraz jêcza³ bez prze-

rwy. Wysun¹³ jêzyk w poszukiwaniu kobiety, wygi¹³ siê ca³y w ³uk, wpycha-

j¹c sztywnego penisa g³êbiej w jej d³oñ.

Nagle go puœci³a i odst¹pi³a o krok.

– Daktyl Niebieski, kto to jest? – powtórzy³a parê razy.

Misza dysza³ spazmatycznie. Posz³a za ciosem. Kilkakrotnie bra³a penisa

do rêki i potem puszcza³a. Oszo³omiony valium mê¿czyzna by³ bliski sza³u.

– Powiedz mi, kim jest Daktyl Niebieski, a dostaniesz.

W kalejdoskopie myœli i doznañ Miszy Wigody coœ pêk³o. Z gard³a wy-

doby³ mu siê charkot:

– Munger.

Nie zrozumia³a, gdy powiedzia³ to po raz pierwszy, ale b³agalnym g³o-

sem powtórzy³:

– Munger… Daktyl Niebieski… Munger.

Odskoczy³a od sto³u jak oparzona. Twarz, wyra¿aj¹ca najpierw zdumie-

nie, powoli siê rozpromienia³a. Prze¿ywa³a chwilê ¿yciowego triumfu. D¿a-

mil ciekawie siê jej przygl¹da³. Nie rozumia³ jej zachowania, nie zrozumia³

tego, co powiedzia³ Wigoda, ale w ¿yciu nie widzia³ kobiety podobnie pod-

nieconej po us³yszeniu jednego s³owa.

background image

204

– Dowiedzia³a siê pani tego, czego pani chcia³a? – spyta³.

– O tak! I du¿o wiêcej. – Oddycha³a jakby w ekstazie. P³awi³a siê w my-

œlach o swoim sukcesie. O tym, co powie Sami Asaf, kiedy siê dowie, ¿e

cz³owiek, któremu umo¿liwi³ dzia³alnoœæ w Iraku jest szpiegiem Mosadu.

Ju¿ wyobra¿a³a sobie aresztowanie i przes³uchiwanie Mungera. Nienawi-

dzi³a Mungera ca³¹ dusz¹, od ma³ego palca stopy po blond w³osy – te w³osy,

które tak obraŸliwie potraktowa³.

Nie zawiadomi jeszcze Bagdadu. O, nie! Chce tam byæ, chce zobaczyæ ich

twarze. Poleci do Bagdadu pierwszym samolotem. Kilka godzin nie uczyni

wielkiej ró¿nicy. Te kilka godzin bêd¹ dla niej okresem radosnego oczekiwa-

nia na wspania³y fina³. W jej marzenia wdar³ siê g³os D¿amila Mahmouda:

– Mam go teraz zabiæ? Skoñczy³a pani z nim?

Rzuci³a okiem na Wigodê. Nie przesta³ siê wiæ i jêczeæ.

– Nie. Nie skoñczy³am. Proszê wyjœæ. Zawo³am pana, kiedy skoñczê.

Wzruszy³ ramionami i skierowa³ siê w stronê drzwi, zerkaj¹c ciekawie

na rozpalon¹ twarz kobiety. Wychodz¹c, trzasn¹³ g³oœno drzwiami, ale na-

tychmiast cichutko je otworzy³, pozostawiaj¹c szparkê. Przytkn¹³ do niej

oko.

Janine Lasage wyci¹gnê³a szpilkê przytrzymuj¹c¹ w³osy. Blond kaskada

opad³a jej na plecy. Zrzuci³a pantofle, rozpiê³a bluzkê i spodnie. Widz¹c jej

nagie cia³o Mahmoud wci¹gn¹³ g³êboko powietrze przez zaciœniête zêby.

Wesz³a na stó³, stanê³a na czworakach okrakiem nad Wigod¹, zêby mia³a

ods³oniête, oczy jak szparki…

Wigoda szeroko otwartymi oczami wpatrywa³ siê w twarz kobiety. Wy-

czuwa³ rytm jej poœladków, czu³ zbli¿aj¹c¹ siê chwilꅠCzego? Rozkoszy?

Gdy osi¹gnê³a orgazm, chwyci³a go za uszy, przyci¹gnê³a g³owê i wbi³a zêby

w pulsuj¹c¹ têtnicê ods³oniêtej szyi.

D¿amil Mahmoud odwróci³ siê, odszed³ parê kroków i zwymiotowa³ na

kamienn¹ posadzkê korytarza.

18

D

o standardowych praktyk agencji wywiadowczych nale¿y przegl¹danie

list pasa¿erów w portach lotniczych po³o¿onych w regionach zapalnych. Li-

sty te trafiaj¹ do komputerów tak oprogramowanych, ¿e pewne nazwiska s¹

natychmiast sygnalizowane.

By³o rzecz¹ naturaln¹, ¿e siatka DAKTYL mia³a wgl¹d w listy pasa¿e-

rów na lotnisku w Larnace. Uzyskanie ich by³o nies³ychanie proste. Walen

background image

205

Trading by³a g³ównym udzia³owcem firmy spedycyjnej, maj¹cej biura w por-

towym terminalu. Za niewielk¹ miesiêczn¹ gratyfikacjê ni¿szej rangi urzêd-

nik administracji portu przekazywa³ piêtnaœcie minut przed odlotem i piêt-

naœcie minut po odlocie pe³ne listy pasa¿erów. Przy odlotach nie musia³ nawet

przynosiæ listy, tylko wykorzystan¹ ju¿ papierow¹ taœmê teleksow¹, któr¹

przekazywano do portu przeznaczenia. Nawet i tej taœmy czêsto nie przyno-

si³, a po prostu równolegle nadawa³ tekst na teleks centrali DAKTYLA w Li-

massol.

Tak wiêc dwadzieœcia minut po odlocie do Bejrutu samolotu cypryjskich

linii, rejs 502, dy¿urny w centrali DAKTYLA, przegl¹daj¹c rutynowo listê,

trafi³ na nazwisko pani R. Paget.

Dy¿urny wiedzia³, ¿e Walter znajduje siê jeszcze w s¹siednim biurze,

nacisn¹³ wiêc guzik interkomu i przekaza³ informacjê. Walterowi wystar-

czy³y dwie minuty, aby siê dowiedzieæ, ¿e o dziewi¹tej wieczorem odlatuje

z Bejrutu do Bagdadu samolot linii jordañskich.

Lot z Larnaki do Bejrutu trwa tylko dwadzieœcia piêæ minut, ale kiedy

Ruth, bardzo zdenerwowana, przechodzi³a kontrolê paszportow¹ w Bejru-

cie, Tamar Feder ju¿ odbiera³ piln¹ wiadomoœæ radiow¹ w swym apartamen-

cie na najwy¿szym piêtrze bloku mieszkalnego. Mia³ wszystko rzuciæ, po-

œpieszyæ na lotnisko i wszelkimi sposobami uniemo¿liwiæ pani Ruth Paget

odlot do Bagdadu. Podany by³ dok³adny rysopis osoby. Po dwóch minutach

Feder siedzia³ w samochodzie, przeklinaj¹c wzmo¿ony ruch o tej godzinie.

Ruth odetchnê³a z ulg¹, kiedy celnik tylko zerkn¹³ okiem na jej przybory

toaletowe w górnej czêœci neseserka. Piêkne kobiety mia³y czêsto problem

z celnikami. Lubili d³ugo je przetrzymywaæ i przegl¹daæ damsk¹ bieliznê

w walizce.

Ruth przesz³a do g³ównej sali i skierowa³a kroki w stronê kontuarów

linii lotniczych. Mia³a odebraæ bilet ze stoiska Jordan Airways. Z powodu

wojny domowej niegdyœ ruchliwy terminal przypomina³ teraz raczej mauzo-

leum. Po lewej stronie zaledwie kilku pasa¿erów dokonywa³o odprawy. Spoj-

rza³a na tablicê odlotów: jej lot by³ jedynym w przeci¹gu najbli¿szych dwóch

godzin. Odebra³a bilet, zap³aci³a, dowiaduj¹c siê przy okazji, ¿e odlot nast¹-

pi o czasie. Sz³a ju¿ w kierunku stanowiska odpraw, kiedy j¹ zobaczy³a: sta³a

na koñcu krótkiej kolejki. Czêsto ostatnio o niej myœla³a, tote¿ rozpozna³a j¹

natychmiast – Janine Lasage.

Ruth odwróci³a siê, posz³a w kierunku rzêdu foteli i usiad³a. Postanowi-

³a myœleæ racjonalnie: jeœli Janine Lasage leci do Bagdadu, to znaczy, ¿e

skoñczy³a z Misz¹ Wigod¹. Musia³ jej wszystko powiedzieæ. Ale dlaczego leci

do Bagdadu? Przecie¿ mog³a przekazaæ informacjê telefonicznie. Jednak¿e

background image

206

Ruth nie mia³a pojêcia, jak funkcjonuje ³¹cznoœæ siatek wywiadowczych. Mo¿e

informacjê szczególnej wagi trzeba zawieŸæ osobiœcie? A mo¿e tak w³aœnie

tamta chce? To by pasowa³o do jej charakteru, jej przesadnej dumy i puszenia

siê. Chce tam byæ na miejscu, kiedy pochwyc¹ Mungera. Ona go nienawidzi!

Ruth z absolutn¹ pewnoœci¹ wiedzia³a, ¿e musi zatrzymaæ Janine Lasage.

Nie wolno dopuœciæ, by dosta³a siê do samolotu. Zaczê³a obmyœlaæ plan, ale

przychodzi³o to jej ciê¿ko. By³a w Bejrucie, nikogo nie zna³a. Nie mog³a

przecie¿ iœæ na policjê.

Jedno by³o wiêc pewne: musi j¹ zatrzymaæ sama. Ale jak? Zastrzeliæ?

Gdzie? Tu, w terminalu, lub w samolocie. Nie, to zbyt ryzykowne. Lasage

mo¿e j¹ rozpoznaæ. Widzia³y siê bardzo dawno temu, ale mog³a zapamiêtaæ

¿onê Duffa Pageta.

Widzia³a, jak Janine Lasage podchodzi do kontuaru, oddaje na baga¿

jedn¹ walizkê i uœmiecha siê uwodzicielsko do urzêdnika linii lotniczej. Trzeba

podj¹æ decyzjê! Czas umyka. Lasage odwróci³a siê, trzymaj¹c w d³oni kartê

pok³adow¹, przesz³a ukosem przez hol i wesz³a do drzwi, na których widaæ

by³o nalepkê z kobiec¹ sylwetk¹.

Ruth zdawa³a sobie sprawê, ¿e ma teraz niepowtarzaln¹ szansê. Zabra³a rze-

czy i szybkim krokiem posz³a w tym samym kierunku. Za drzwiami by³a pod³u¿-

na salka z szeœcioma kabinami po jednej stronie i piêcioma umywalkami oraz

du¿ym lustrem po drugiej. Janine Lasage sta³a przy œrodkowej umywalce i po-

prawia³a makija¿. Zerknê³a na Ruth, nie przerywaj¹c malowania ust.

Ruth postawi³a neseserek na umywalce i zaczê³a otwieraæ cyfrowy za-

meczek. Na u³amek sekundy zapomnia³a, jaka jest kombinacja, i zamar³o jej

serce. Parê razy odetchnê³a g³êboko, by siê uspokoiæ. Pomog³o. Dr¿¹cymi

palcami nastawi³a cyfry. Zameczek odskoczy³. Wyjê³a górn¹ wk³adkê, spod

niej blaszane pude³ko. Otworzy³a pude³ko, wyjê³a berettê, odwinê³a z czar-

nej kalki, odbezpieczy³a i po cichu prze³adowa³a broñ. Znajdowa³a siê pó³-

tora metra od celu, a z tej odleg³oœci nie mo¿na chybiæ. Spojrza³a z ukosa

w lustro. Janine Lasage poprawia³a brwi, pochylona nisko nad lustrem. Ruth

wybra³a miejsce, tu¿ poni¿ej lewej piersi. Ju¿ podnosi³a broñ, kiedy w któ-

rejœ z kabin spuszczono wodê. Ruth przestraszy³a siê i schowa³a broñ do

pude³ka. Znowu trzês³y siê jej rêce.

Z kabiny wysz³a stara Arabka. Pocz³apa³a do umywalki miêdzy obiema

kobietami, siêgnê³a po myd³o i zaczê³a myæ koœciste d³onie. Ruth powoli

odzyskiwa³a opanowanie i odwagê. Trwa³ wyœcig miêdzy ablucjami Arabki

a makija¿em Janine Lasage.

Pocz¹tkowo Ruth myœla³a, ¿e bêdzie musia³a zabiæ Janine w obecnoœci

starej kobiety. Jej ofiara skoñczy³a z brwiami i pudrowa³a twarz. Starzejesz

siê, suko, pomyœla³a z satysfakcj¹. Widaæ zmarszczki. Nagle spostrzeg³a, ¿e

jest obserwowana w lustrze. Odwróci³a twarz i zaczê³a grzebaæ w neseserku.

background image

207

Wreszcie Arabka umy³a rêce. Zaczê³a rozgl¹daæ siê za rêcznikiem i, nie

widz¹c go, coœ zamrucza³a pod nosem. W koñcu, otrzepuj¹c rêce z wody

ruszy³a ku drzwiom. Gdy je za sob¹ zamknê³a, Ruth w mgnieniu oka wydo-

by³a pistolet. Teraz jednak Janine Lasage patrzy³a na ni¹ wprost, rozpozna-

j¹c znajom¹ osobê.

– Pani jest…? – zaczê³a.

Ruth obróci³a siê z wycelowanym pistoletem.

– Tak. Ty suko. Jestem Ruth Paget.

Mo¿e opóŸni³o jej refleks wypowiadanie tych s³ów, a mo¿e brak do-

œwiadczenia. B³yskawicznym ruchem Janine uderzy³a d³oni¹ w nadgarstek

Ruth i wytr¹ci³a broñ, która z ³oskotem upad³a na posadzkê i zeœliznê³a siê

pod drzwi jednej z kabin.

Impet uderzenia przewróci³ Ruth, zd¹¿y³a jednak z³apaæ ramiê Janine

i poci¹gn¹æ j¹ za sob¹. Obie kobiety zaczê³y siê tarzaæ po pod³odze. W zasa-

dzie walka nie powinna byæ równa – Janine Lasage by³a szkolona w walce

wrêcz – ale Ruth odczuwa³a silniejsz¹ nienawiœæ i mia³a wiêksz¹ motywa-

cjê: wprost nieludzk¹ si³ê matki chroni¹cej poczête w jej ³onie dziecko. Gdy

tak zmaga³y siê na œliskiej posadzce, przez g³owê Ruth przemkn¹³ wizeru-

nek twarzy Duffa, którego ta kobieta zabi³a, wizerunek Mungera, którego

chcia³a zabiæ. Ale przede wszystkim myœla³a o formuj¹cym siê w niej dziec-

ku. Janine Lasage walczy³a fachowo, Ruth zaciekle, z zaciek³oœci¹ samicy

¿bika broni¹cej potomstwa. Zasycza³a z satysfakcj¹, chwytaj¹c przeciwniczkê

za szyjê i zaciskaj¹c na niej palce. Janine bez trudu siê wyrwa³a i kopnê³a

obcasem w kolano Ruth, usi³uj¹c jednoczeœnie wbiæ rozstawione palce w jej

oczy. Ruth zdo³a³a odchyliæ g³owê w bok, ale obcas trafi³ w cel. Jêknê³a

z bólu. Janine wykorzysta³a moment, by odepchn¹æ siê i, maj¹c wiêcej prze-

strzeni, spróbowaæ wstaæ. Prawie jej siê uda³o, ale Ruth te¿ zdo³a³a siê wy-

krêciæ i chwyci³a w kostce nogê Janine, która padaj¹c, usi³owa³a podeprzeæ

siê lew¹ rêk¹. Upadek by³ zbyt mocny, trzask koœci obwieœci³ z³amanie nad-

garstka. Janine wrzasnê³a z bólu. Ruth rzuci³a siê na ni¹. Walczy³a bez pla-

nu, wiedziona instynktem podpowiadaj¹cym, gdzie mo¿e zadaæ najwiêkszy

ból. Bi³a piêœciami na oœlep, nieœwiadoma bolesnego pulsowania w kolanie

i otartej skóry palców, gdy trafia³y w wyszczerzone zêby Janine.

Janine broni³a siê, kopi¹c nogami. Trafi³a Ruth w podbrzusze, na mo-

ment osza³amiaj¹c przeciwniczkê. Skorzysta³a z tych paru sekund, odczo³-

ga³a siê w k¹t i, podpieraj¹c siê zdrow¹ rêk¹, usi³owa³a wstaæ. Ruth klêcza³a,

ciê¿ko dysz¹c. Obie kobiety wpija³y w siebie wzrok. Lewa rêka Janine zwi-

sa³a bezw³adnie. Twarz mia³a posiniaczon¹, z przeciêtych warg sp³ywa³y

krople krwi, podobnie jak ze z³amanego nosa. Z rozerwanej bluzki wygl¹da³y

poczerwienia³e, podrapane piersi. Ze spojrzenia wyziera³y strach i wœciek-

³oœæ. W oczach Ruth mo¿na by³o dostrzec tylko nienawiœæ. Powoli wsta³a

background image

208

i ruszy³a przed siebie. Przy pierwszym wsparciu siê na lewej nodze, ból wy-

krzywi³ jej twarz i omal nie upad³a. W zwê¿onych Ÿrenicach Janine pojawi³

siê b³ysk triumfu: przeciwniczka jest u kresu si³. Spojrza³a na posadzkê za

Ruth, gdzie pod drzwi kabiny polecia³ pistolet, a nastêpnie siêgnê³a praw¹

rêk¹ do w³osów i wyci¹gnê³a z nich d³ug¹ szpilkê. Gdy opada³a jej na ramio-

na s³awetna kaskada, wyci¹gnê³a rêkê i koñcem szpilki wycelowa³a w Ruth.

Przez pokrwawione usta powiedzia³a:

– Zginiesz. Tak jak zgin¹³ twój m¹¿ i jak zginie ten bydlak Munger.

Opary nienawiœci w toalecie by³y nieomal widoczne. Ruth, usi³uj¹c wspie-

raæ ciê¿ar cia³a na prawej nodze, posuwa³a siê powoli przed siebie. Janine

wtuli³a siê plecami w k¹t, trzymaj¹c szpilkê niczym sztylet. W wybranym

momencie rzuci³a siê, mierz¹c w twarz Ruth, w lewe oko.

Szpilka by³a bliska celu, ale Ruth zd¹¿y³a siê nieco uchyliæ i ostry koniec

wbi³ siê g³êboko w policzek tu¿ pod koœci¹. Jednoczeœnie krzyknê³a i szarp-

nê³a siê, wyrywaj¹c g³ówkê szpilki. Szpilka pofrunê³a i spad³a ha³aœliwie do

jednej z umywalek. Incydent trwa³ krótko, ale Janine potrafi³a go wykorzy-

staæ: rzuci³a siê do drzwi kabiny, w której znajdowa³ siê pistolet. Tylko jed-

no ocali³o ¿ycie Ruth: Janine skacz¹c do drzwi zapomnia³a, ¿e nie otwieraj¹

siê one na zewn¹trz, lecz do wewn¹trz. Straci³a wiêc parê drogocennych

sekund, szarpi¹c siê z zamkiem. To da³o Ruth potrzebny czas. Kiedy Janine

uklêk³a i zdrow¹ rêk¹ zaczê³a macaæ za sedesem w poszukiwaniu broni, Ruth

ca³ym ciê¿arem swego cia³a rzuci³a siê na ni¹ od ty³u. G³owa Janine polecia-

³a do przodu i uderzy³a w porcelanow¹ p³uczkê. Na chwilê straci³a przytom-

noœæ. Ruth chwyci³a wtedy prawie metrowej d³ugoœci pasmo blond w³osów

i owinê³a je dwakroæ wokó³ szyi Janine. Lew¹ rêk¹ wpakowa³a g³owê Fran-

cuzki do muszli, praw¹ zaciska³a improwizowan¹ garotê na szyi. Muszla

klozetowa z³owrogo potêgowa³a odg³osy charczenia duszonej.

Tamar Feder zaparkowa³ samochód przed wejœciem do terminalu, wy-

skoczy³ z wozu i wbieg³ po schodkach do sali odlotów. Przy kontuarze jor-

dañskich linii dowiedzia³ siê, ¿e pani Ruth Paget jeszcze siê nie pojawi³a.

Powinna siê poœpieszyæ, gdy¿ za parê minut zamyka siê bramkê. Tamar ob-

rzuci³ wzrokiem prawie pust¹ salê. Nie by³o nikogo, kto odpowiada³by ryso-

pisowi wysokiej, piêknej brunetki. Zacz¹³ spacerowaæ tam i z powrotem,

zastanawiaj¹c siê, czy ci tam w centrali nie trac¹ przypadkiem zdrowego

rozs¹dku. W dalszym ci¹gu nie wiedzia³, w jaki sposób powstrzymaæ tê kobie-

tê przed wejœciem na pok³ad samolotu, oczywiœcie jeœli w ogóle siê pojawi.

Mo¿liwoœci mia³ doœæ ograniczone: albo ³agodna perswazja, albo uderzenie

czymœ ciê¿kim w g³owê. Zatrzyma³ siê i raz jeszcze rozejrza³ doko³a. Jakieœ

dwadzieœcia metrów od niego otworzy³y siê drzwi damskiej toalety i, s³aniaj¹c

background image

209

siê, wysz³a z niej kobieta z zakrwawion¹ chusteczk¹ przy³o¿on¹ do policzka,

w podartym kostiumie i rozczochrana. Nie waha³ siê ani sekundy. Podbieg³

i os³oni³ kobietê przed ludŸmi.

Mimo podrapanej i zakrwawionej twarzy rozpozna³ osobê, której mia³

uniemo¿liwiæ odlot.

– Daktyl – wyszepta³. Wyczeka³ chwilê, spodziewaj¹c siê jakiejœ reak-

cji. Nie by³o ¿adnej. Ruth patrzy³a na mê¿czyznê b³êdnym wzrokiem. Uj¹³ j¹

delikatnie za ramiona i powtórzy³:

– Pani Paget, jestem Tamar Feder. DAKTYL.

Jakby przejrza³a i wymamrota³a:

– Janine Lasage…

– Gdzie? – Potrz¹sn¹³ ni¹, ra¿ony informacj¹. – Gdzie? Niech¿e pani

mówi, pani Paget!

Kciukiem wskaza³a damsk¹ toaletê.

– Niech pani tam usi¹dzie! – Zaprowadzi³ j¹ w pó³mrok, gdzie sta³o parê

rzêdów pustych foteli. – Proszê na mnie zaczekaæ. – Gdy podszed³ do drzwi,

wsun¹³ rêkê pod marynarkê i uj¹³ rêkojeœæ pistoletu. Potem pchn¹³ drzwi i wszed³.

Pojawi³ siê z powrotem po pó³ minucie. Zasta³ Ruth stoj¹c¹ przy fote-

lach, b³êdnie patrz¹c¹ przed siebie. Jakaœ para zerka³a ciekawie na okrwa-

wion¹ twarz i poszarpany kostium. Tamar obj¹³ Ruth ramieniem i, nie wyj-

muj¹c d³oni spod marynarki, spacerowym krokiem ruszy³ ku wyjœciu. Byli

ju¿ przy drzwiach, kiedy z g³oœnika pad³o nazwisko Ruth Paget i wezwanie

do samolotu.

Ruth zaczê³a coœ mamrotaæ, ¿e musi lecieæ do Bagdadu, ale Tamar ani

nie puœci³ jej, ani nie zwolni³ kroku. Prowadz¹c j¹ po schodkach do samo-

chodu powiedzia³:

– Wraca pani na Cypr, pani Paget. Wykona³a pani zadanie.

19

– Po co, co diab³a, chcesz tam jechaæ?

– Nos mi mówi, ¿e coœ siê zacznie dziaæ – odpar³ Munger.

Sami Asaf uœmiechn¹³ siê i pokiwa³ g³ow¹. Nos Mungera mia³ reputacjê

wyw¹chiwania konfliktów, które dopiero mia³y nast¹piæ.

Siedzieli obaj w barze hotelu Sindbad. Sami popija³ sok pomarañczowy,

a Munger swoj¹ wódkê z lodem. Lokal by³ pe³en zachodnich biznesmenów

odpoczywaj¹cych po ciê¿kim dniu negocjacji z urzêdnikami irackich ministerstw.

Munger jednego rozpozna³, ale ani on, ani tamten nie pokazali tego po sobie. By³

14 – Reporter

background image

210

to belgijski handlarz broni¹ nazwiskiem Pierre Renard. Przed rokiem poœredni-

czy³ miêdzy Iranem i Izraelem w transakcji, któr¹ Munger zainicjowa³. Wykona³

dobr¹ robotê, okaza³ siê dyskretny, Munger go polubi³ i w konsekwencji poleci³

Walterowi Blumowi. Jego obecnoœæ w Bagdadzie i handlowanie z Irakijczyka-

mi dowodzi³y zdecydowanie amoralnego charakteru handlu broni¹. Nie ma lep-

szej recepty na dobre zyski, ni¿ zaopatrywanie obu stron uwik³anych w przed³u-

¿aj¹cy siê konflikt zbrojny. Pierre Renard spe³nia³ dodatkow¹ funkcjê kuriera

siatki DAKTYL, co te¿ by³o intratne. Munger nie spodziewa³ siê go w Bagda-

dzie. Najwidoczniej Walter zabezpiecza³ siê ze wszystkich stron.

– Pomówiê z dowództwem armii – obieca³ Sami z uœmiechem. – Na

froncie pó³nocnym od miesiêcy panuje spokój, nawet nie ma lokalnych po-

tyczek, ale skoro wybierasz siê tam z tym twoim piekielnym aparatem, to kto

wie, czy sytuacja siê nie zmieni. Na jak d³ugo chcesz tam jechaæ?

– Na parê dni, najwy¿ej tydzieñ. Chcia³bym wyruszyæ jutro rano.

– Nie ma problemu – powiedzia³ Sami. – Zadzwoniê jeszcze dziœ wie-

czorem. Z samego rana mo¿esz odebraæ zezwolenie w ministerstwie. Nassir

jedzie z tob¹?

– Oczywiœcie. Przecie¿ wiesz, ¿e musi. Mnie nie przeszkadza. Porz¹dny

cz³owiek.

Sami pochyli³ siê ku Mungerowi i powiedzia³ surowym g³osem:

– To nieprawda. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Wiem dok³adnie, po

co ci Nasser.

Mungerowi zrobi³o siê zimno, ale Sami uœmiechn¹³ siê.

– Nassir jest leniwy i nic niewart. Odpowiada ci, poniewa¿ nie pêta siê

stale przy tobie.

Munger skwitowa³ to uœmieszkiem i szybko zmieni³ temat:

– Kiedy znowu lecisz do Bejrutu?

Sami spowa¿nia³.

– Nieprêdko. S³ysza³eœ o Janine Lasage?

– Niczego nie s³ysza³em. Przed godzin¹ wróci³em z Basry. A co siê sta³o?

– Nie ¿yje.

– Ooo?

Sami ³ykn¹³ soku pomarañczowego. Twarz mia³ ponur¹.

– Tak. Zosta³a zabita wczoraj w damskiej toalecie na lotnisku w Bejrucie.

– Mia³a wielu wrogów i oprócz ciebie niewielu przyjaci󳠖 stwierdzi³

sentencjonalnie Munger.

– To prawda. Udusili j¹ jej w³asnymi w³osami.

Po d³ugiej ciszy Munger odezwa³ siê:

– A mówi³em jej, ¿eby je obciê³a.

background image

211

Walter Blum koczowa³ w swoim biurze. Sekretarce kaza³ opuœciæ czaso-

wo zajmowany obok gabinetu pokój i poleci³ przekszta³ciæ go w sypialniê,

która okaza³a siê wcale wygodna. Nastêpne dni mia³y staæ siê apogeum wie-

lu lat pracy i Walter by³ zdecydowany nie dopuœciæ, by cokolwiek stanê³o

w ostatniej chwili na przeszkodzie sukcesowi. Nieustannie otrzymywa³ ra-

diodepesze od genera³a Hoftiego. Za trzy dni mia³o siê odbyæ posiedzenie

rz¹du. Podczas tego posiedzenia musi zostaæ podjêta ostateczna decyzja.

Kampania wyborcza przebiega³a Ÿle. Jeszcze nigdy partie polityczne tak za-

ciekle ze sob¹ nie walczy³y. Szymon Peres, przywódca opozycji, otrzyma³

od rz¹du poufn¹ informacjê o mo¿liwoœci nalotu na reaktor Tammuz I i by³

temu zdecydowanie przeciwny. Podejrzewa³, ¿e motywacja Begina zorgani-

zowania takiego nalotu jest czysto polityczna. Z tego te¿ powodu uzyskanie

dowodu wrogich intencji Iraku sta³o siê podwójnie wa¿ne.

Tego wieczoru jednak, gdy Walter siedzia³ w zaciszu swego gabinetu,

nie te myœli zaprz¹ta³y mu uwagê, ale Ruth Paget. Nieco wczeœniej otrzyma³

wiadomoœæ, ¿e Tamar Feder bêdzie próbowa³ przemyciæ j¹ z Libanu przez

port Jounieh, znajduj¹cy siê w rêkach chrzeœcijan, i ¿e nast¹pi to byæ mo¿e

jeszcze tej nocy. W ci¹gu dwudziestu czterech godzin powinna znaleŸæ siê

w Limassol. Walter ba³ siê oczekuj¹cego ich spotkania. W najlepszym wy-

padku Ruth bêdzie pogardliwie obojêtna, w najgorszym obrzuci go stekiem

wyzwisk, a mo¿e i rzuci siê na niego. Krêci³ z podziwem g³ow¹, myœl¹c

o tym, co zrobi³a na lotnisku w Bejrucie. Co za kobieta! Oto, do czego zdol-

na jest zakochana kobieta. Z pewnoœci¹ ocali³a Mungerowi ¿ycie. Gdyby

Janine Lasage wys³a³a przed œmierci¹ radiogram, Munger ju¿ by³by areszto-

wany, tymczasem przed godzin¹ Walter otrzyma³ wiadomoœæ, ¿e Munger

zameldowa³ siê w hotelu Sindbad i zd¹¿y³ zobaczyæ siê z Samim Asafem.

Natychmiast po porwaniu Miszy Wigody Walter wys³a³ do Bagdadu kilku

ludzi. Byli to jednak agenci ma³ego kalibru i, aby nie wzbudziæ podejrzeñ, nie

powinni przebywaæ w stolicy Iraku d³u¿ej ni¿ kilka dni. Ale w³aœnie przez te

kilka dni hotel Sindbad i parê skrzynek kontaktowych bêd¹ pod obserwacj¹.

Ponadto uruchomiono ³¹cze radiowe miêdzy jednym z bagdadzkich bezpiecz-

nych mieszkañ a central¹, by Walter móg³ na bie¿¹co otrzymywaæ meldunki.

Oceniaj¹c ogóln¹ sytuacjê, Walter by³ zadowolony, mimo odczuwanego

napiêcia. Jego najwa¿niejszy agent by³ tam, gdzie powinien byæ, bliski zdobycia

koniecznego dowodu machinacji Irakijczyków. Mukhabarat go nie podejrzewa,

a nawet pomaga za poœrednictwem Samiego Asafa. Najlepszy dywizjon izrael-

skich si³ powietrznych czeka w pogotowiu na szansê zniszczenia reaktora.

Wszystko  wygl¹da³o  ró¿owo  –  z  wyj¹tkiem  perspektywy  spotkania

z Ruth.

background image

212

Teren przypomina³ Mungerowi stare lotnisko, co Nassir potwierdzi³.

– Brytyjczycy zbudowali je w latach dwudziestych. Ich lotnictwo mia-

³o patrolowaæ zbuntowane obszary, czyli zrzucaæ bomby na ch³opów. Na

obszarach pustynnych, p³askich, to siê udawa³o, ale nie tu. Zbyt górzysty

teren.

Munger obserwowa³ okolicê przez siln¹ lornetê. By³o póŸne popo³udnie,

doskona³e œwiat³o. Siedzia³ w samochodzie zaparkowanym na poboczu dro-

gi do Kalar. Kalar, otoczone zasiekami z drutu kolczastego, znajdowa³o siê

w odleg³oœci trzech kilometrów, usadowione na wzgórzu. Na wschodzie,

w stronê irañskiej granicy wznosi³y siê strome szczyty.

Maska samochodu by³a podniesiona i obok sta³ Nassir z brudn¹ szmat¹

w d³oniach. Kierowcy, którzy przeje¿d¿ali, mogli myœleæ, ¿e wóz siê prze-

grza³ – w lecie to zwyk³y obrazek na górskich drogach.

Przez lornetê Munger widzia³ zaledwie zarys od dawna ju¿ zaroœniêtego

pasa startowego. Dostrzega³ cokolwiek tylko dlatego, ¿e patrzy³ z góry. By³o

jasne, dlaczego lotnisko przesta³o byæ u¿ywane: po³o¿one u stóp górskiego

pasma, oferowa³o zbyt trudne podejœcie dla nowoczesnych samolotów. Pasy

by³y te¿ zbyt krótkie dla odrzutowców. Mog³y z niego korzystaæ maszyny

œmig³owe i to l¿ejsze. Po jednej stronie dawnego pasa sta³y rzêdem blaszane

baraki – kszta³tem przypomina³y przeciête wzd³u¿ beczki. Jedne by³y opusz-

czone,  inne  podreperowane  i  odnowione.  Munger  zobaczy³  trzech  ludzi

w mundurach, którzy wyszli z jednej z blaszanek. Poszli w kierunku wiêk-

szego budynku z ceg³y, stoj¹cego w g³êbi. Mo¿na by³o domyœliæ siê, ¿e mie-

œci siê w nim kasyno oficerskie. Typowe brytyjskie budownictwo wojskowe

sprzed drugiej wojny œwiatowej. Tak, niegdyœ to by³o kasyno oficerskie, byæ

mo¿e s³u¿y dalej w tym charakterze. Po drugiej stronie pasa startowego sta³y

nowsze budynki – dwa po³¹czone ze sob¹, tworzy³y literê T. Pionowa pa³ka

T to najwidoczniej magazyny; parterowe, bez okien, z odsuwanymi drzwia-

mi od dachu do ziemi. Poprzeczny budynek by³ piêtrowy i mia³ wiele okien.

Munger za³o¿y³ z kolei, ¿e tam mieœci siê administracja.

Oba te budynki oddzielono od wszystkich pozosta³ych wysok¹ siatk¹,

nad któr¹ widaæ by³o wiele mówi¹ce bia³e punkciki: izolatory, przez które

przebiega³ drut. Munger ju¿ widzia³ przedtem podobne ogrodzenia pod pr¹-

dem. I tylko jedna brama, a za ni¹ nieco z boku wartownia. Stali przed ni¹

¿o³nierze uzbrojeni w ka³asznikowy. Siatka by³a wewnêtrzn¹ ochron¹, po-

niewa¿ doko³a ca³ego terenu le¿a³y rozci¹gniête zwoje kolczastego drutu.

Nawet z tak du¿ej odleg³oœci mo¿na by³o stwierdziæ, ¿e jest to nowiutki drut

kolczasty, jeszcze nie tkniêty przez rdzê, bo odbija³ miejscami promienie

s³oñca. W obrêbie tej zewnêtrznej zapory, w odleg³oœci jakichœ czterdziestu

metrów od siatki, bieg³ drut na oko³o trzydziestocentymetrowych palikach,

pomiêdzy którymi w regularnych odleg³oœciach sta³y przybite do s³upów

background image

213

tablice z trupimi czaszkami obwieszczaj¹ce pole minowe, przez które pro-

wadzi³a tylko jedna droga do zewnêtrznej bramy i drugiej wartowni.

– Jak d³ugo to potrwa? – spyta³ Nassir.

– Kilka minut. B¹dŸ cicho i udawaj, ¿e naprawiasz silnik.

Munger obserwowa³ przez lornetê i kalkulowa³ odleg³oœci. Spoza zwo-

jów drutu kolczastego nie móg³ liczyæ na wyraŸne zdjêcia, nawet gdyby za-

³o¿y³ najsilniejszy ze swoich teleobiektywów. Tak¿e blaszane baraki prze-

s³ania³yby  mu  widok  na  rozsuwane  drzwi  magazynu,  do  którego  bêd¹

roz³adowywane ¿ó³te beczki. Nie uœmiecha³o mu siê tak¿e przekradanie przez

pole minowe w dzieñ, nie mówi¹c ju¿ o nocy.

Zobaczy³ spor¹ gromadkê ludzi opuszczaj¹cych domniemany budynek

administracyjny. Koniec dnia pracy. Wodzi³ za nimi wzrokiem, gdy powêdro-

wali do bramy, minêli j¹, a nastêpnie ruszyli na ukos przez pas startowy w kie-

runku blaszanych baraków. Kilku zosta³o na pasie i zaczê³o kopaæ pi³kê. Wi-

daæ by³o kupki kamieni oznaczaj¹ce bramki. Munger przygl¹da³ siê graj¹cym,

rozmyœlaj¹c, czy tu mo¿e znajdzie rozwi¹zanie pal¹cego problemu. Nassir

znowu zacz¹³ jêczeæ, ¿e trzeba st¹d czym prêdzej odjechaæ. Jeszcze jedno spoj-

rzenie na pole minowe… Tak, problem istnieje, wielki problem.

Brama jest strze¿ona dzieñ i noc. Przed chwil¹ przeje¿d¿a³ samochód.

By³ dok³adnie skontrolowany. Nawet podwozie sprawdzono za pomoc¹ lu-

stra. Munger by³ bliski za³amania, gdy nagle drobny incydent zwróci³ jego

uwagê i podniós³ na duchu: któryœ z graczy strzeli³ w stronê bramki, ale

pi³ka posz³a bokiem i po odbiciu siê od ziemi upad³a o kilka metrów dalej,

i potoczy³a siê na sam œrodek minowego pola. Gracz spokojnie przeskoczy³

przez drut okalaj¹cy pole i pobieg³ po pi³kê. Munger wybuchn¹³ œmiechem.

Pole minowe i tablice ostrzegawcze to mistyfikacja. Dowództwo bazy oszczê-

dza³o pieni¹dze, ustawiaj¹c tylko dekoracjê, przekonane, ¿e i tak ka¿dy bê-

dzie siê ba³ ryzykowaæ.

Skierowa³ lornetê na drogê dojazdow¹ poza drutami kolczastymi. Po obu

jej stronach bieg³y g³êbokie, poroœniête rowy odwadniaj¹ce, wykopane na

wypadek wielkich ulew. Mo¿na siê w nich doskonale ukryæ. Powróci³ do

obserwacji blaszanych baraków. Tu¿ za nimi sta³ w¹ski zrujnowany budy-

nek, w³aœciwie tylko œciany stercz¹ce na pó³tora metra. Chyba latryny jesz-

cze z brytyjskich czasów; za nimi te¿ mo¿na siê ukryæ.

Od³o¿y³ lornetê, wzi¹³ notes i o³ówek, zrobi³ w miarê dok³adny szkic

terenu i zabudowañ, notuj¹c wszystkie odleg³oœci. Wreszcie, ku widocznej

uldze Nassira, kaza³ mu zamkn¹æ maskê.

Ale ulga by³a krótkotrwa³a. Gdy wracali do Kifri, Munger wyjaœni³, cze-

go oczekuje od Nassira. Po pierwsze, ma znaleŸæ i kupiæ parê no¿yc do dru-

tu, a za kilka godzin zawieŸæ Mungera do pewnego miejsca na drodze. Musi

jechaæ wolno, bo na zakrêcie Munger wyskoczy.

background image

214

Wed³ug informacji Waltera, ciê¿arówki z beczkami tlenku uranu powin-

ny przybyæ wczesnym popo³udniem dnia nastêpnego. Godzinê po zachodzie

s³oñca Nassir ma przyjechaæ po Mungera w to samo miejsce.

Nassir by³ bardzo nieszczêœliwy. Nie chcia³ zrobiæ tego, czego ¿¹da³

Munger, ale Munger uœwiadomi³ mu smutn¹ prawdê: Nassir i tak jest ju¿

powa¿nie zaanga¿owany w operacjê, czeka go jednak olbrzymi maj¹tek, a po-

za tym, i to chyba jest najwa¿niejsze, jeœli Mungera schwytaj¹, to torturowa-

ny wyzna wszystko, ³¹cznie z udzia³em Nassira. Tak wiêc Nassir nie ma

wyboru. Przez resztê drogi Nassir coœ pomrukiwa³, ale doszed³ wreszcie do

wniosku, ¿e wyboru nie ma.

Wszystko posz³o sprawnie. O dziesi¹tej wieczorem ruch na drodze by³

minimalny. Munger siedzia³ obok kierowcy ubrany na czarno, ³¹cznie z czar-

nym nakryciem g³owy i szalikiem zas³aniaj¹cym twarz. Miêdzy nogami trzy-

ma³ brezentow¹ torbê, a w niej aparat, obiektywy, no¿yce do drutu, spodnie

i kurtkê khaki, jeden termos z gor¹c¹ kaw¹, drugi z zimn¹ wod¹, torebkê

kanapek z kurczakiem, flakon tabletek deksedryny i butelkê p³ynu przeciw-

komarowego. Broni ¿adnej nie mia³, bo i po co. Jeœli go nakryj¹, potrzebna

by by³a brygada pancerna.

Nassir dygota³ ze strachu, ale prowadzi³ doœæ pewnie, co nie by³o zbyt

trudne przy prêdkoœci piêtnastu kilometrów na godzinê. Zbli¿ali siê w³aœnie

do zakrêtu.

– Twoj¹ jedyn¹ szans¹ i gwarancj¹ bezpieczeñstwa jest zabranie mnie

st¹d jutro wieczorem. Bêdziesz móg³ odetchn¹æ, kiedy odlecê z Bagdadu.

– Gdybym wiedzia³, nigdy bym na to nie poszed³ – mrukn¹³ Nassir.

– Pomyœl o pieni¹dzach, które ciê czekaj¹ – poradzi³ mu Munger, otwo-

rzy³ drzwi i wyskoczy³.

Nawet siê nie potkn¹³. Tylko przez kilka kroków musia³ biec niesiony

rozpêdem. Potem skrêci³ w bok i skry³ siê w rowie. Odprowadzi³ wzrokiem

czerwone œwiate³ka samochodu znikaj¹cego za zakrêtem. Mimo ca³ej pogar-

dy dla Nassira, poczu³ siê nagle okropnie samotny.

Œwiat³o ksiê¿yca w nowiu pozwala³o rozró¿niæ kszta³ty otoczenia. W bu-

dynku domniemanego kasyna oficerskiego pali³o siꠜwiat³o i s³ychaæ by³o

muzykê. Mia³ ju¿ iœæ w kierunku zwojów kolczastego drutu, kiedy us³ysza³

pomruk silników samochodowych. Skry³ siê ponownie. Po paru minutach

nadjecha³ konwój wojskowy i min¹³ go w odleg³oœci zaledwie kilku metrów.

Prze¿y³  chwilê  autentycznego  rozbawienia:  czy¿by  Sami  Asaf  powa¿nie

potraktowa³  jego  s³owa  i  teraz  naczelne  dowództwo  si³  zbrojnych  Iraku

wzmacnia pó³nocny front?

Znowu zapad³a cisza, Munger wyszed³ z rowu, dok³adnie owin¹³ czar-

nym szalikiem doln¹ czêœæ twarzy i ruszy³ w kierunku zasieków z kolczaste-

go drutu.

background image

215

Przejœcie na drug¹ stronê zajê³o godzinê, gdy¿ musia³ ³¹czyæ za sob¹

druty, by w ci¹gu dnia nie odkryto przypadkowo miejsca, którym przecho-

dzi³. Gdy szed³ przez rzekome pole minowe, odczuwa³ drobny niepokój. Mogli

tu przecie¿ parê min po³o¿yæ. Wreszcie dotar³ do pojedynczego drutu i ostro¿-

nie przeszed³ na drug¹ stronê. Skulony nisko przy ziemi, wykorzystuj¹c œwiat-

³a kasyna jako punkt odniesienia, przebieg³ otwart¹ przestrzeñ do zrujnowa-

nych latryn. Znalaz³ ciemny k¹t, gdzie mur zewnêtrzny siêga³ prawie dwóch

metrów, a odleg³y o dwa metry wewnêtrzny os³ania³ go z drugiej strony.

Przede wszystkim zdj¹³ czarne ubranie i nagie cia³o natar³ p³ynem przeciw-

komarowym. Nastêpnie w³o¿y³ spodnie i kurtkê khaki, nala³ sobie gor¹cej

kawy do plastikowej nakrêtki termosu i popi³ ni¹ tabletkê deksedryny. Czar-

nym ubraniem wymoœci³ k¹cik.

Czeka³a go d³uga noc, ale w rozmyœlaniach towarzyszy³a mu Ruth. Myœl

o niej rozgrzewa³a podczas ch³odnych godzin nocy. Oczami wyobraŸni wi-

dzia³ j¹ w Platres. Czeka na niego. O tej porze ju¿ pewno œpi. Mówi³a mu, ¿e

kiedy go nie ma, zawsze k³adzie siê wczeœnie. Wyobra¿a³ sobie jej czarne

w³osy na bieli poduszki.

Pewnie jak zwykle podci¹gnê³a kolana pod brodê i tuli poduszkê do piersi.

Zawsze tak spa³a, kiedy wyje¿d¿a³. Poduszkê nazywa³a mungerówk¹ lub

namiastk¹ jej Mungera. I mówi³a, ¿e ona przynajmniej nie chrapie. Dodawa-

³a smutno, ¿e, niestety, nic innego te¿ nie robi.

Usiad³ na czarnym pos³aniu, popija³ kawê i przeczekiwa³ noc. Ruth ani

na chwilê go nie opuszcza³a.

Czarne w³osy Ruth nie le¿a³y na poduszce, nie przyciska³a te¿ drugiej

poduszki do piersi. Siedzia³a przed biurkiem Waltera Bluma, wys³uchuj¹c

jego wynurzeñ na temat obowi¹zku i dylematu, przed jakim stan¹³. By³a

bardzo opanowana, co zaskoczy³o Bluma. Z wyj¹tkiem plastra na policzku

i œladów podrapañ na szyi wygl¹da³a jak ktoœ, kto powróci³ z mi³ego week-

endu. Tylko oczy zdradza³y, przez co przesz³a.

Walter mówi³ o Izraelu i o jego przysz³oœci oraz przesz³oœci. O tym, ile

poœwiêcono i ile trzeba bêdzie jeszcze poœwiêciæ dla tego kraju. Szczerze

przyzna³, ¿e dla tej przysz³oœci by³ gotów poœwiêciæ Mungera. Mog³a mu

wierzyæ lub nie, ale doda³, ¿e sam by³by gotów ponieœæ ofiarê.

Powiedzia³a mu wiêc, ¿e wierzy, i rzeczywiœcie tak by³o. Wszystko to

jednak by³o ju¿ niewa¿ne. Dla swojego mê¿czyzny zabi³a cz³owieka i ob-

chodzi³o j¹ teraz tylko jedno: szczêœliwy powrót Mungera. Nosi³a jego dziecko

i potrzebowa³a dla niego ¿ywego ojca.

Walter poinformowa³ j¹ o ostatnich wydarzeniach. Munger pojecha³ na

pó³noc Iraku po swoje zdjêcia. Jeszcze dzieñ, dwa, a opuœci Irak. Walter jest

background image

216

w sta³ej ³¹cznoœci z Bagdadem i dowie siê natychmiast o wykonaniu misji.

I zaraz zadzwoni do niej do Platres.

Pokrêci³a g³ow¹. Nie. Zostanie w Limassol. A kiedy siê dowie, ¿e Mun-

ger leci, pojedzie po niego na lotnisko w Larnace. Walter okazywa³ pe³ne

troski zrozumienie. Zaraz zamówi dla niej apartament w hotelu Amathus…

– Nie. Bêdê spa³a tutaj… – wskaza³a w¹sk¹ sofê pod œcian¹… a ty mo-

¿esz sobie iœæ do hotelu.

Walter otworzy³ usta i ³apa³ powietrze jak ryba. Wreszcie powiedzia³:

– Powinnaœ siê dobrze wyspaæ, Ruth. Jestem pewien, ¿e wszystko bêdzie

w porz¹dku.

– Wcale nie jesteœ tego pewien i nie mo¿esz byæ. Masz tylko nadziejê. Ja

te¿ j¹ mam. Proszê ciê tylko o jedno. Nie próbuj mnie karmiæ ¿adnym cyta-

tem z Hamleta, bo ciebie te¿ uduszê.

Noc by³a zimna, ale na dwie godziny przed wschodem s³oñca Mungerowi

by³o ju¿ w³aœciwie gor¹co. Usiad³ na piêtach i stara³ siê rozluŸniæ zesztywnia-

³e miêœnie. Otworzy³ termos z zimn¹ wod¹ i trochê wypi³. Robi³ to dok³adnie

co godzinê. Kilka drobnych ³yczków, ¿eby zwil¿yæ usta i gard³o. Ani razu nie

wyjrza³ przez mur, bo i po co. Zna³ dobrze basowy pomruk silników ciê¿aró-

wek Volvo F12 i nie nale¿a³o ryzykowaæ wychylania g³owy, póki to nie jest

absolutnie konieczne. S³ysza³ w nocy wiele innych pojazdów przeje¿d¿aj¹-

cych drog¹. Bardzo siê nawet dziwi³ tym o¿ywionym ruchem. Najwidoczniej

dostawa tlenku uranu by³a wielkim wydarzeniem dla tutejszej bazy. Wielo-

krotnie sprawdza³ Nikona i teleobiektyw, a¿ wreszcie skarci³ siê: postêpuje jak

nowicjusz i jeœli nie przestanie, to zapomni zdj¹æ z obiektywu os³onê.

Po drugiej po po³udniu us³ysza³ g³uchy ryk piêciu trzystukonnych silni-

ków. Uj¹³ aparat i chrz¹kn¹³ rozbawiony, zdejmuj¹c os³onê z obiektywu. Nie

zapomnia³! Powolutku uniós³ g³owê i wyjrza³, obrzucaj¹c szybkim spojrze-

niem ca³y horyzont. Zmartwia³.

Piêæ ciê¿arówek w³aœnie podje¿d¿a³o do wewnêtrznej bramy, poprze-

dzanych i chronionych z ty³u przez wojskowe d¿ipy, natomiast w odleg³oœci

czterdziestu metrów od jego kryjówki, plecami obróceni do blaszanego ba-

raku, grali w karty i palili papierosy ¿o³nierze. By³ to w³aœnie ten barak, za

którym chcia³ siê skryæ podczas robienia zdjêæ. Usiad³ ciê¿ko i zacz¹³ prze-

klinaæ wszystkich ¿o³nierzy, którzy wymykali siê spod kontroli swoich prze-

³o¿onych. Istotne pytanie: jak d³ugo zamierzaj¹ graæ? Nie móg³ opuœciæ kry-

jówki. Natychmiast by go dostrzegli. Cholera jasna, przybywa taki ³adunek,

a oni tu bumeluj¹, zamiast iœæ pomagaæ w zdejmowaniu beczek!

Dochodzi³y do niego odg³osy wydawanych komend i syk hamulców,

a nastêpnie g³uchy metaliczny grzechot rozsuwania magazynowych drzwi.

background image

217

Zaryzykowa³ wychylenie g³owy. Dziêki Bogu! ¯o³nierze wstali, otrzepywa-

li ziemiê ze spodni i podnosili ka³asznikowy. Ale co to?! Jeden idzie w jego

kierunku. Munger czym prêdzej siê skry³. Czy tamten go zobaczy?

Czeka³, mia³ nerwy napiête do ostatecznoœci. S³ysza³ szuranie, potkniê-

cie, coraz bli¿sze kroki. Wstrzyma³ oddech, zmuszaj¹c siê do ca³kowitego

bezruchu. ¯o³nierz by³ ju¿ bardzo blisko. Nog¹ odtr¹ci³ kamieñ, chrz¹kn¹³,

kaszln¹³. I cisza, z wyj¹tkiem g³oœnego oddechu.

Przez te kilka sekund Munger po raz pierwszy w ¿yciu zda³ sobie spra-

wê, ile dŸwiêków wydaje bezwiednie ludzkie cia³o: bicie serca, walenie pul-

su, prze³ykanie œliny. Po chwili do³¹czy³y nowe odg³osy: jakby rozpryskiwa-

nie  p³ynu.  Ten  sukinsyn  sika!  Mia³  dzik¹  ochotê  wybuchn¹æ  œmiechem.

Przypomnia³ sobie szkolne zabawy, kiedy ch³opcy konkurowali, który poœle

strumieñ moczu najdalej, najwiêkszym ³ukiem. Raz uda³o mu siê zrobiæ ³uk

przez okno ubikacji, dwa metry od ziemi. Jeœliby takiej sztuczki popróbowa³

teraz iracki ¿o³nierz, Munger zosta³by oblany. Us³ysza³ g³oœny oddech ulgi.

Po chwili kroki siê oddali³y.

Munger przeczeka³ jeszcze minutê i wyjrza³ ponad murem. Droga wol-

na. Œciany blaszanych baraków nie pozwala³y dostrzec ciê¿arówek, ale s³y-

chaæ by³o liczne odg³osy nawo³ywañ i uderzeñ metalu o metal.

Wzi¹³ aparat, obejrza³ siê i, pomagaj¹c sobie rêk¹, przeskoczy³ mur. Zgiê-

ty w pó³ podbieg³ do baraku, podkrad³ siê na jego skraj i ostro¿nie wyjrza³.

Ciê¿arówki Volvo sta³y ty³em do rozsuniêtych drzwi magazynu. Dostrzeg³ dwa

podnoœniki podje¿d¿aj¹ce po ³adunek. Sporo ¿o³nierzy. Jedni na ciê¿arów-

kach przysuwali beczki, inni po prostu stali doko³a. Z boku przygl¹da³a siê

grupka oficerów, a miêdzy nimi dwóch cywilów w bia³ych kitlach. I ci dwaj

w³aœnie podeszli, gdy ³apy podnoœników unios³y dwie pierwsze beczki.

Munger podniós³ aparat. Przez wizjer dok³adnie widzia³ czarne litery na

¿ó³tym tle i czerwone zapieczêtowane korki.

Mê¿czyŸni w kitlach pochylili siê, ¿eby sprawdziæ, czy s¹ nieuszkodzo-

ne. NajwyraŸniej byli w doskona³ych humorach, Munger dostrzega³ ich sze-

rokie uœmiechy. Kiedy robi³ zdjêcie, jeden z nich pieszczotliwie poklepywa³

¿ó³t¹ beczkê.

By³o to jedyne zdjêcie, jakie zd¹¿y³ zrobiæ. Us³ysza³ szelest po lewej

stronie i w panice obróci³ g³owê. W odleg³oœci nieca³ych stu metrów z kasy-

na wysz³o dwóch mê¿czyzn. Widzieli go jak na d³oni.

Ocali³ go strój w barwach ochronnych. Mia³ na tyle rozs¹dku, by nawet

nie drgn¹æ. By³ jak kameleon pasuj¹cy kolorem do otoczenia. Nim minêli ba-

rak, up³ynê³o dziesiêæ sekund. Przez ca³y czas by³ na widoku. I przez te dzie-

siêæ sekund poj¹³ istotê teorii wzglêdnoœci: mia³ wra¿enie, ¿e up³ynê³a godzi-

na. Czu³ ogarniaj¹c¹ go wœciek³oœæ na siebie samego. Pomyli³ siê. Z wyliczeñ

poprzedniego dnia wynika³o, ¿e nie bêdzie widoczny z kasyna. A teraz mia³ po

background image

218

prostu wielkie szczêœcie. Musia³ szybko podj¹æ decyzjê. W ka¿dej chwili z bu-

dynku mog¹ wyjœæ inni, a on ma tylko jedno zdjêcie. Czy to wystarczy? Musi.

Jest profesjonalist¹, utrwali³ na filmie to, co chcia³. Na pewno.

Zgiêty popêdzi³ do ruin dawnej latryny i przeskoczy³ przez mur, przytu-

laj¹c do siebie aparat.

Prze¿y³ jeszcze jedn¹ nieprzyjemn¹ chwilꠖ zw¹tpienia w Nassira. Gdy

siedzia³ w rowie, zacz¹³ siê nagle zastanawiaæ, czy Nassir po niego przyje-

dzie. A jeœli strach okaza³ siê ostatecznie wiêkszy od chciwoœci? Szybko

odrzuci³ tê myœl. Po co siê drêczyæ?

Dziesi¹tki razy spogl¹da³ na zegarek, wreszcie us³ysza³ samochód, który

po chwili wyjecha³ wolniutko zza zakrêtu. Mia³ otwarte drzwi. Munger wy-

skoczy³ z rowu, bieg³ parê metrów wzd³u¿ wozu i wskoczy³, uderzaj¹c moc-

no w ramiê Nassira. Ten na chwilê straci³ panowanie nad kierownic¹ i nie-

bezpiecznie  zjecha³  na  drug¹  stronê  szosy.  Munger  zaœmia³  siê,  s³ysz¹c

przera¿ony pisk Nassira i zatrzasn¹³ drzwi.

– Zrobione? – spyta³ Nassir.

– Tak.

– Wszystko skoñczone?

– Tak.

Nassir odetchn¹³ z ulg¹.

– I teraz dostanê pozosta³e brylanty?

– Tak – odpar³ Munger, usi³uj¹c zdj¹æ kurtkê. – Ale najpierw odwieziesz

mnie do Bagdadu, do hotelu Sindbad. Tam mam na godzinê roboty i potem

dam ci brylanty.

– I wyjedzie pan z Bagdadu? Na zawsze?

– Z ca³¹ pewnoœci¹ na zawsze. – Munger spojrza³ na zegarek. – Nie

dotrzemy do Bagdadu przed dziewi¹t¹, wiêc nie zd¹¿ê na ostatni samolot.

Polecê rano liniami jordañskimi. Zostawisz mnie przed hotelem i wrócisz po

godzinie po swoje brylanty. I pos³uchaj: nie b¹dŸ g³upi i nie zacznij szastaæ

pieniêdzmi. Tak wpadaj¹ wszyscy przestêpcy.

– Nie jestem przestêpc¹, panie Munger – odpar³ powa¿nie Nassir. – Nic

nikomu nie ukrad³em. Odda³em tylko przys³ugê. Jeœli pan chce wiedzieæ, to

ja tego re¿imu wcale nie popieram. Robiê to, co robiê, bo muszê. Mo¿e pan

oczywiœcie powiedzieæ, ¿e dopuœci³em siê zdrady, ale pan przecie¿ te¿ jest

zdrajc¹. Anglik pracuj¹cy dla CIA, dla Amerykanów. ¯adna ró¿nica.

– Masz racjê – przyzna³ Munger. – A teraz uwa¿aj na drogê, chcia³bym

dotrzeæ do Bagdadu zdrów i ca³y.

Nassir skoncentrowa³ siê i dotarli do hotelu tu¿ przed dziewi¹t¹. Munger

wysiadaj¹c, powiedzia³:

background image

219

– PrzyjdŸ do mojego pokoju o dziesi¹tej.

– Dlaczego nie teraz?

– Muszê coœ przedtem zrobiæ. – Nie móg³ przecie¿ t³umaczyæ, ¿e chce

wywo³aæ negatyw i sprawdziæ, czy zdjêcie jest dobre. Bo jeœli nie jest, musi

wróciæ i próbowaæ jeszcze raz, pomyœla³ z lêkiem. A Nassir bêdzie mu wte-

dy znowu potrzebny. Na twarzy Araba widzia³ narastaj¹c¹ podejrzliwoœæ.

– Odprê¿ siê, drogi Ahmedzie. Ani na chwilê nie opuszczê pokoju. PrzyjdŸ

o dziesi¹tej. A teraz idŸ do ¿ony. Poka¿, ¿e jesteœ dobrym mê¿em, bogatym

mê¿em.

Nassir uœmiechn¹³ siê. Wiedzia³, ¿e do rana nie ma ¿adnych samolotów.

– Dobrze, jestem o dziesi¹tej – zgodzi³ siê.

Munger klepn¹³ go po ramieniu. Jeszcze przez chwilê sta³ na chodniku,

patrz¹c za odje¿d¿aj¹cym. Nastêpnie wszed³ do hotelu, z recepcji wzi¹³ klucz

do pokoju i sprawdzi³, czy nie ma dla niego wiadomoœci. Nie by³o. Skiero-

wa³ kroki do wind i zobaczy³, ¿e do jednej w³aœnie wchodzi Pierre Renard.

Przyœpieszy³ kroku, a Renard uprzejmie przytrzyma³ automatyczne drzwi.

Gdy winda ruszy³a, Munger obojêtnie spyta³:

– Numer pokoju?

– Trzysta dwa.

To by³y jedyne wymienione przez nich s³owa. Na trzecim piêtrze Renard

wysiad³, nie rzuciwszy nawet okiem na Mungera, który pojecha³ na pi¹te

piêtro.

Po dziesiêciu minutach wywo³ywa³ w ³azience negatyw, a po pó³godzi-

nie odbitki suszy³y siê na sznurku. Ogl¹da³ jedn¹ z nich przez szk³o powiêk-

szaj¹ce. Czarne cyfry i litery na ¿ó³tej beczce by³y doskonale widoczne. Cywil

w bia³ym kitlu poklepywa³ beczkê jak psa, drugi mê¿czyzna uœmiecha³ do

niego promiennie. Munger by³ ciekaw, kim oni s¹. Obaj w œrednim wieku,

w okularach. Wygl¹dali na naukowców.

Natychmiast po wysuszeniu odbitek zapakowa³ jedn¹ wraz z negatywem

w celofan i wsun¹³ na dno torebki z przyborami do golenia. Nastêpnego dnia

wczesnym popo³udniem przesy³ka powinna byæ na biurku Waltera Bluma.

Teraz mia³ jeszcze jedn¹ czynnoœæ do wykonania. Drug¹ odbitkê pocz¹tko-

wo zamierza³ zostawiæ w skrzynce kontaktowej, ale doszed³ do wniosku, ¿e

lepszy bêdzie Pierre Renard. W³o¿y³ odbitkê do koperty, na której napisa³

drukowanymi literami: DAKTYL JEDEN NATYCHMIAST NATYCHMIAST.

Nie wsiad³ do windy, lecz zszed³ schodami na trzecie piêtro i, znalaz³szy

pokój 302, wsun¹³ kopertê przez szparê pod drzwiami.

Gdy wróci³ do swego pokoju, rozpi¹³ koszulê i zdj¹³ pas z pieniêdzmi,

z którego wyj¹³ z³o¿ony papierek z brylantow¹ premi¹ dla Nassira. Pas scho-

wa³ do szuflady nocnego stolika i nala³ sobie porcjê wódki z wod¹ mineral-

n¹. Spojrza³ na zegarek: 21.40.

background image

220

By³ przeraŸliwie zmêczony. Po tabletkach deksedryny bola³y go oczy

i g³owa. Minionej nocy nie zmru¿y³ oka. Zadzwoni³ do jordañskich linii i za-

rezerwowa³ miejsce w samolocie o ósmej rano, a potem po³¹czy³ siê z recep-

cj¹, prosz¹c o obudzenie o szóstej. Pozosta³o mu tylko rozliczyæ siê z Nassi-

rem. Raz jeszcze spojrza³ na zegarek: 21.50.

Piêæ minut póŸniej us³ysza³ pukanie do drzwi. Najwidoczniej Nassir nie

móg³ ju¿ wytrzymaæ. Munger uœmiechn¹³ siê pod nosem. Wzi¹³ papierek

z brylantami i podszed³ do drzwi. Chcia³ szybko za³atwiæ sprawê. ¯adnych

drinków, ¿adnego œwiêtowania i po¿egnañ.

Otworzy³ drzwi i stan¹³ oko w oko z Samim Asafem. Towarzyszy³o mu

dwóch mê¿czyzn z pistoletami maszynowymi. W g³êbi sta³o jeszcze czte-

rech. Uœmiech zgas³ na twarzy Mungera.

Asaf pos³a³ mu mroczne spojrzenie.

– Ahmed Nassir bardzo przeprasza, ale pewne okolicznoœci uniemo¿li-

wiaj¹ mu przyjœcie – powiedzia³ cierpko. Powêdrowa³ spojrzeniem ku d³oni

Mungera i wyj¹³ z niej z³o¿ony papierek, potem pchn¹³ Anglika w g³¹b po-

koju.

Wszed³  do  œrodka,  a  za  nim  eskorta.  Zrobi³o  siê  t³oczno.  Asaf  kaza³

Mungerowi usi¹œæ na ³ó¿ku, a agentom poleci³ przestrzeliæ nogi Mungerowi,

gdyby ten chcia³ wstaæ.

Do pokoju wszed³ jeszcze jeden mê¿czyzna i zameldowa³, ¿e po dzie-

wi¹tej Munger nie opuszcza³ hotelu. Tak twierdzi portier.

– A wiêc musz¹ byæ tutaj – powiedzia³ Asaf i wyda³ instrukcje nowo

przyby³emu oraz czterem mê¿czyznom.

Munger zorientowa³ siê, ¿e szukaj¹ negatywów lub odbitek.

Asaf poszed³ do ³azienki i poci¹gn¹³ nosem. Munger czu³ zapach od-

czynników nawet z ³ó¿ka. Rewiduj¹cy okazali siê ekspertami. Przeszukiwali

metodycznie, rozbierali i rozpruwali wszystko, co budzi³o ich podejrzenie.

Wkrótce sypialnia i ³azienka by³y praktycznie zdemolowane. W czasie ich

pracy Asaf siedzia³ w fotelu naprzeciwko Mungera i przegl¹da³ zawartoœæ

pasa z pieniêdzmi. Gotówkê i brylanty po³o¿y³ na ³ó¿ku. Dwaj uzbrojeni

mê¿czyŸni nie mogli oderwaæ wzroku od tego bogactwa.

– Mia³eœ pecha – powiedzia³ Asaf. – Dziœ po po³udniu aresztowaliœmy

na lotnisku odlatuj¹cego Libañczyka. Od miesiêcy by³ pod nasz¹ obserwa-

cj¹. Podejrzewaliœmy go o nielegalny wywóz dewiz. Dzia³a³ w imieniu rów-

nie nielegalnych handlarzy walut¹. Odwiedza³ czêsto Bagdad. No i okaza³o

siê, ¿e trafiliœmy w dziesi¹tkê. Mia³ przy sobie sporo gotówki, a tak¿e dwa

brylanty. – Wskaza³ d³oni¹ b³yszcz¹ce okruchy na ³ó¿ku. – Dok³adnie takie

same. Jednokaratowe. Po wyczerpuj¹cym nas i jego przes³uchaniu Libañ-

czyk przyzna³, ¿e ma je od pewnego kupca w Al Azamija. Z kolei równie

wyczerpuj¹co przes³uchany kupiec wyzna³, ¿e przed dwoma dniami naby³ je

background image

221

od niejakiego Ahmeda Nassira. I wtedy wezwano mnie. Dok³adnie przed

godzin¹. Poszliœmy prosto do domu Nassira. Wiesz dobrze, ¿e to okropny

tchórz. Ju¿ po pó³godzinie zacz¹³ mówiæ. S³awny David Munger szpiegiem

CIA! Rozeœmia³ siê bardzo nieprzyjemnie.

– To ju¿ wygl¹da na tradycjê wœród fotoreporterów – ci¹gn¹³. – Pamiê-

tasz Duffa Pageta. Aha, przy okazji: widzia³em dziœ po po³udniu raport bej-

ruckiej policji na temat œmierci Janine Lasage. Podobno g³ówn¹ podejrzan¹

jest wdowa po Pagecie.

Asaf nareszcie zobaczy³ drgniêcie martwej dotychczas twarzy Mungera

i ponownie siê zaœmia³.

– W³aœnie, piêkna pani Ruth Paget. By³a w tym czasie na lotnisku. Mia³a

lecieæ do Bagdadu. Nie polecia³a ani ona, ani Janine Lasage. Widziano Ruth

Paget, pokrwawion¹, jak j¹ wyprowadza³ z terminalu jakiœ mê¿czyzna. O tak,

krwawi³a!

Munger intensywnie wpatrywa³ siê w Asafa. Chcia³ siê odezwaæ, kiedy

przeszkodzi³ mu okrzyk triumfu jednego z przeszukuj¹cych ³azienkê. Szed³

z torebk¹ z przyborami do golenia w jednej rêce i celofanow¹ kopertk¹ w dru-

giej.

Sami wyj¹³ negatyw i odbitkê, podniós³ pod œwiat³o i d³ugo siê przygl¹-

da³. Z zadowoleniem pokiwa³ g³ow¹.

– Tylko jedno zdjêcie? Nie zrobi³eœ wiêcej?

Munger tylko wzruszy³ ramionami.

– Zaczniesz mówiæ, Munger, mo¿esz mi wierzyæ. Osobiœcie bêdê ciê

przes³uchiwa³. Sprawi mi to wielk¹ satysfakcjê, bo nie lubiê ludzi, którzy

mnie zdradzaj¹. Ja ci pomog³em, a ty zrobi³eœ ze mnie durnia. – Sta³ teraz

nad Mungerem, patrzy³ przez szparki oczu. Munger podniós³ g³owê i spo-

kojnie odpowiedzia³:

– Nie by³o wcale trudno.

Asaf z ca³ej si³y uderzy³ go piêœci¹ w twarz. Munger upad³ na ³ó¿ko, ale

natychmiast siê poderwa³ i rzuci³ ku gard³u Samiego, ale Irakijczyk z rechotem

odskoczy³, a dwie lufy pistoletów unios³y siê na wysokoœæ piersi Mungera.

– To tylko pocz¹tek, Munger. Zabierzemy ciê do Kasr al Nihaja… Skoro

jesteœ szpiegiem, musia³eœ s³yszeæ o „Pa³acu na Skraju”.

20

P

osiedzenie rz¹du odby³o siê rano pi¹tego czerwca i, zgodnie z przewidy-

waniami, by³o burzliwe. W salonie przylegaj¹cym do sali posiedzeñ czeka³

background image

222

dowódca izraelskiego lotnictwa, genera³ David Irvi. W wypadku podjêcia

decyzji, nalot mia³ odbyæ siê w niedzielê siódmego, kiedy – jak s¹dzono –

wiêkszoœæ francuskich naukowców i techników bêdzie nieobecna.

G³osy ministrów by³y podzielone, jastrzêbie i go³êbie wzajemnie na sie-

bie krzycza³y. Z natury rzeczy jastrzêbie by³y g³oœniejsze.

Menachem Begin pozwoli³ im wykrzyczeæ siê do woli. Mia³ zamiar za

kilka minut przywo³aæ wszystkich do porz¹dku i zmusiæ do podjêcia decyzji

oraz pogodzenia siê z jej konsekwencjami. Begin nie mia³ najmniejszych

w¹tpliwoœci: reaktor musi byæ zniszczony. S³ysz¹c jednak wokó³ siebie pod-

niesione g³osy i widz¹c ca³y harmider, wiedzia³, ¿e Izrael bêdzie podzielony

podobnie jak Rada Ministrów. W ka¿dym razie nalot zwiêkszy szanse koali-

cji podczas zbli¿aj¹cych siê wyborów. Begin do koñca ¿ycia bêdzie oskar¿a-

ny przez opozycjê o dzia³anie w interesie politycznym. G³êboko westchn¹³

i uderzy³ piêœci¹ w stó³.

Nieco siê uciszy³o, kiedy wszed³ sekretarz i po³o¿y³ przed premierem

kartkê. Ten przeczyta³ i oczy mu siê zaœwieci³y.

– Przyszed³ genera³ Hofti. Podobno ma do pokazania coœ bardzo interesu-

j¹cego – powiedzia³ zebranym i poleci³ sekretarzowi wprowadziæ genera³a.

Sekretarz pochyli³ siê do ucha premiera i coœ wyszepta³.

– Jego równie¿ – doda³ Begin.

Po chwili do sali posiedzeñ weszli genera³ Hofti i Walter Blum. Hofti

niós³ w rêku du¿¹ ¿ó³t¹ kopertê. Begin natychmiast zauwa¿y³, ¿e Blum jakby

siê postarza³ od ich poprzedniego spotkania. Twarz mia³ blad¹ i obwis³e po-

liczki. Przez chwilê Begin myœla³, ¿e wieœci s¹ niepomyœlne, ale w oczach

Hoftiego dostrzeg³ olbrzymie podniecenie i to go podnios³o na duchu.

Sekretarz znalaz³ dla obu krzes³a i kiedy wyszed³, Begin rozpocz¹³ pre-

zentacjê.

– Wszyscy znamy genera³a, a to jest pan Walter Blum. Tylko niektórzy

z was wiedz¹, ¿e uczyni³ wiele dla naszego kraju. Niech siê dowiedz¹ teraz

pozostali.

Walter skin¹³ dostojnie g³ow¹.

– Co pan nam przynosi, generale? – spyta³ Begin.

Hofti otworzy³ kopertê i wyj¹³ z niej plik du¿ych powiêkszeñ. Poda³

Beginowi, który rozes³a³ je w lewo i w prawo. Niektórzy ministrowie musie-

li dzieliæ siê jedn¹ odbitk¹. Zapad³a g³êboka cisza – wszyscy byli pochyleni

nad powiêkszeniami. Wreszcie Begin poprosi³:

– Niech pan zinterpretuje, generale!

Hofti odchrz¹kn¹³.

– Zdjêcie przed dwoma dniami zrobi³ jeden z naszych agentów w Iraku,

na terenie tajnej bazy w pó³nocno-zachodniej czêœci kraju. Beczki zawieraj¹

tlenek uranu. S¹ czêœci¹ partii stu ton dostarczonej przez pu³kownika Kada-

background image

223

fiego. Oznaczenia cyfrowe i literowe na beczkach zosta³y zweryfikowane

i Miêdzynarodowa Agencja Energii Atomowej w Wiedniu ma je w swoim

rejestrze. Jak wszyscy wiedz¹, tlenek uranu nie ma zastosowania w nowym

reaktorze, nie mo¿e byæ dla niego paliwem. Jedyne, do czego mo¿e Irakij-

czykom s³u¿yæ, to cele zbrojeniowe. Ze stu ton tlenku uranu mo¿na odzy-

skaæ tyle Pu 239, by skonstruowaæ dwadzieœcia bomb nuklearnych, z któ-

rych ka¿da bêdzie mia³a moc bomby u¿ytej w Hiroszimie.

Oczy wszystkich skierowane by³y na genera³a. Ten ponownie odchrz¹k-

n¹³, po czym kontynuowa³:

– Postacie na zdjêciu. Jedna to profesor D¿abar Mohammed, druga pro-

fesor Saddam Azzawi. Dwaj czo³owi iraccy atomiœci. Przed dwoma laty ob-

wieszczono oficjalnie, ¿e wykonano na nich wyrok œmierci za zdradê. By³a

to oczywiœcie chêæ wprowadzenia wszystkich w b³¹d i ukrycia irackich in-

tencji zbrojeniowych, co pomog³o w zbudowaniu tajnych instalacji z dala od

wszechobecnych oczu Francuzów oraz nieco mniej obecnych inspektorów

Miêdzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

Genera³ Hofti skoñczy³, Ariel Szaron rozeœmia³ siê nerwowo i spyta³:

– Czy jeszcze ktoœ jest przeciw?

Nast¹pi³o gremialne zaprzeczanie, po czym premier Begin zabra³ g³os:

– A wiêc rozumiem, ¿e mo¿emy wydaæ dyspozycje Davidowi Ivriemu. –

Nastêpnie zwróci³ siê do Hoftiego:

– Wspania³a robota. Wspania³a robota, panie Blum. Proszê przekazaæ

nasze dziêki i gratulacje cz³owiekowi, który tyle zaryzykowa³, aby nam do-

starczyæ ten dowód.

Szmer g³osów oznacza³ przy³¹czenie siê reszty gabinetu do gratulacji

premiera.

– Nie mogê tego zrobi栖 odpar³ Walter martwym g³osem. – Schwytali

go.

– O Bo¿e! – wykrzykn¹³ Begin. – Kiedy?

– Dos³ownie kilka godzin po zrobieniu tego zdjêcia. Zd¹¿y³ wys³aæ ko-

piê przez kuriera.

Ariel Szaron, nieodmiennie cz³owiek akcji, zapyta³:

– Czy wiemy, gdzie go trzym¹j¹? Czy jest szansa wydobycia go?

– Trzymaj¹ go w „Pa³acu na Skraju”.

– Cholera! – Twarz Szarona wyd³u¿y³a siê. Wiedzia³ wiele o „Pa³acu”.

– Mamy jedn¹ szansꠖ odezwa³ siê Hofti. – Bardzo nik³¹. I dlatego

poprosi³em pana Bluma, by zechcia³ mi towarzyszyæ. W celu skorzystania

z niej potrzeba mi aprobaty gabinetu.

– Proszê wyjaœni栖 poleci³ Begin. I Hofti przedstawi³ mu plan, który

opiera³ siê na tym, ¿e w „Pa³acu” Mosad mia³ agenta nazwiskiem Hammad

Szihab. Dotychczas agent ten by³ raczej pasywny, nale¿a³oby go uaktywniæ

background image

224

i, jak to siê mówi, „poci¹gn¹æ za uszy”, nawet gro¿¹c ujawnieniem go Irakij-

czykom.

– Szihab zd¹¿y³ ju¿ donieœæ, ¿e nasz agent jest przes³uchiwany. Dotych-

czas niczego jeszcze nie powiedzia³ i na razie Mukhabarat jest przekonany,

¿e pracuje dla CIA. Zdaniem Szihaba nasz agent mo¿e wytrzymaæ najwy¿ej

tydzieñ.

Hofti wyjaœni³ nastêpnie, ¿e Mosad od dawna jest w posiadaniu dok³ad-

nych planów „Pa³acu”, a dziêki informacji Szihaba zlokalizuje bez proble-

mów celê przetrzymywanego agenta. Znajduje siê na samym koñcu d³ugie-

go korytarza. Po jego drugiej stronie, za ¿elaznymi drzwiami, jest dziedziniec

otoczony piêtnastometrowym murem gruboœci dwóch i pó³ metra. Szihab

mo¿e zdobyæ klucz do drzwi na spacerniak.

– Komandosi? – spyta³ Szaron.

– Wykluczone – odpar³ Hofti. – Budynek znajduje siê w œrodku miasta.

Musimy rozbiæ mur, i to w œciœle okreœlonej chwili. Mo¿e to byæ bomba

z nisko lec¹cego samolotu. Chcielibyœmy u¿yæ jednej maszyny z dywizjonu

bior¹cego udzia³ w nalocie na reaktor. Cel znajdowa³by siê w prostok¹cie

osiem metrów na dziesiêæ.

– Bomba przebije mur i co dalej? – spyta³ Begin.

Odpowiedzia³ Walter:

– Sto piêædziesi¹t metrów po drugiej stronie placu jest bazar. Suk. S¹dzi-

my, ¿e w powsta³ym chaosie nasz agent oraz Szihab zdo³aj¹ tam dotrzeæ.

Bêd¹ tam nasi ludzie. W labiryncie suku ³atwo siê ukryæ i znikn¹æ. Agenci

udadz¹ siê do kurdyjskiego bezpiecznego mieszkania, gdzie bêd¹ ju¿ czeka-

³y ¿ona Szihaba i jego dzieci. Nastêpnym etapem zajm¹ siê Kurdowie. Prze-

prowadz¹ ich przez Kurdystan do Turcji. Droga ucieczki jest przygotowana.

– Rozmawia³ pan z Irvim, generale? – spyta³ Hoftiego Begin.

– Krótko mu o tym wspomina³em przed przyjœciem tutaj. Pokaza³em te¿

plany „Pa³acu” i jego po³o¿enie. Mia³ dwie uwagi: pierwsz¹, ¿e szanse tra-

fienia w tak ma³y cel i przy tak trudnym podejœciu s¹ nik³e, drug¹, ¿e z po-

wodu odleg³oœci oraz potrzeby utajnienia nalotu i zmylenia radarów w nalo-

cie weŸmie udzia³ tylko osiem maszyn F-l6 i szeœæ maszyn os³ony F-15. Irvi

zwróci³ uwagê, ¿e do zniszczenia reaktora potrzeba piêciu lub nawet szeœciu

bomb. Poniewa¿ mamy ich do dyspozycji osiem, margines bezpieczeñstwa

wydaje siê skromny. I w³aœnie dlatego potrzebna jest decyzja gabinetu.

– Czy nie mo¿emy wys³aæ dodatkowej maszyny? – spyta³ ktoœ.

Odpowiedzia³ Mordechai Zipori:

– Wysy³amy ³¹cznie czternaœcie maszyn. To jest absolutne maksimum

i tak ju¿ wymagaj¹ce nies³ychanej koordynacji. Piloci æwicz¹ od dwóch ty-

godni. Nalot ma odbyæ siê za dwa dni. Nie mo¿emy ot tak dorzuciæ jednej

maszyny. – Rozejrza³ siê po obecnych i uzupe³ni³:

background image

225

– Wybór jest okrutny, ale prosty. Dla nik³ej szansy uratowania naszego

agenta trzeba zmniejszyæ szansê powodzenia nalotu na reaktor.

Zapad³a g³êboka cisza, któr¹ przerwa³ Hofti:

– Nim panowie podejm¹ decyzjê, chcia³bym zwróciæ uwagê na jedno.

Mosad zawsze robi wszystko, by ocaliæ agenta.

– I ja chcia³bym coœ doda栖 wtr¹ci³ Walter. – Ten agent nie jest Izraelczy-

kiem. Jest ¯ydem po matce, która zginê³a w Jerozolimie w 1948 roku, walcz¹c

o Izrael. Jest to cz³owiek niebywale odwa¿ny, który ju¿ raz przeszed³ w ¿yciu

piek³o i mia³ si³ê, by siê z niego wydobyæ. Teraz ponownie znalaz³ siê w pie-

kle. Po tej misji mia³ siê o¿eniæ. Jego przysz³a ¿ona oczekuje dziecka. – Wska-

za³ na fotografiê le¿¹c¹ przed Beginem. – Ona te¿ zaryzykowa³a w³asnym ¿y-

ciem, by jej przysz³y m¹¿ móg³ to zdjêcie zrobiæ. Zas³ab³a w moim biurze, gdy

siê wczoraj dowiedzia³a, ¿e go schwytano. Jest obecnie w szpitalu. – Skoñczy³

i kolejno spojrza³ w oczy ka¿demu z szesnastu ministrów.

– No c󿅠– zacz¹³ Begin. – Wszyscy, którzy s¹ za wydzieleniem jednej

maszyny…

Do góry powêdrowa³o szesnaœcie r¹k.

Dwie godziny póŸniej Walter uczestniczy³ w innej naradzie. Z genera-

³em Davidem Irvim polecia³ do bazy lotniczej w EtZion na Pustyni Synaj-

skiej. Teraz sta³ przy gigantycznym stole sali odpraw i przygl¹da³ siê pu³-

kownikowi Danielowi Renerowi, który w tym momencie przypomina³ ma³ego

ch³opca bawi¹cego siê modelem samolotu. Si³y powietrzne Izraela posiada-

j¹ plastyczne modele ka¿dego wiêkszego miasta bliskowschodniego. W tej

chwili dwadzieœcia metrów kwadratowych sto³u zajmowa³a makieta Bagda-

du. Na parocentymetrowej wysokoœci „Pa³acu na Skraju” zatkniêta by³a czer-

wona plastikowa flaga. Pu³kownik Rener, dowódca misji, pochyla³ siê nad

sto³em z modelem F-l6, dopasowanych wielkoœci¹ do budynków na makie-

cie, i wyjaœnia³ Walterowi trudnoœci zwi¹zane ze zrzuceniem bomb z ma³ej

wysokoœci w gêsto zabudowanym terenie.

– Pilot bêdzie widzia³ cel przez piêæ sekund. Ponadto w tym czasie bê-

dzie wychodzi³ z ostrego skrêtu, a wiêc mamy problemy przeci¹¿eniowe.

Jeœli poleci dziesiêæ metrów za bardzo w lewo, bomba nie trafi w mur. Znie-

sie go dziesiêæ metrów w prawo, a bomba trafi w celê waszego agenta.

– To by³oby lepsze ni¿ zniesienie na lewo – odpar³ ponuro Walter.

Rener zrozumia³ i tylko pokiwa³ g³ow¹.

– Pilot bêdzie mia³ zaledwie jedn¹ szansê podejœcia. – Wskaza³ palcem

czarne kó³ka na makiecie. – Wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. Dlatego te¿

po zrzuceniu ³adunku musi wyjœæ ostro w górê, têdy… Jeœli pomyli siê choæ-

by o dwa stopnie, to koniec.

15 – Reporter

background image

226

Walter westchn¹³.

– Nigdy nie utrzymywa³em, ¿e to bêdzie ³atwe.

– I jeszcze jedno: w zwyk³ych warunkach pilot musia³by przygotowy-

waæ siê przez wiele dni do podobnej misji. Komputery pok³adowe zosta³yby

specjalnie zaprogramowane. – Pomacha³ modelem w d³oni. – Za³adowali-

œmy do symulatora program pokazuj¹cy Bagdad, wiêc pilot bez przerwy

æwiczy. Robimy teraz makietê samego budynku i muru. Zeskanujemy j¹ i te¿

wpakujemy do symulatora, ale nalot jest ju¿ w niedzielê. Mamy za ma³o

czasu na dobre przygotowanie.

– Ale szansa jest?

Rener wzruszy³ ramionami.

– Szansa jest zawsze z wyj¹tkiem, kiedy jej nie ma. Mówiê panu to wszystko,

¿eby pan na zbyt wiele nie liczy³. Chce pan znaæ szanse? Trzydzieœci procent.

– To sporo – mrukn¹³ Walter. – Wyœle pan najlepszego pilota, co? Oczy-

wiœcie najlepszego po panu…

– Drogi panie Blum, wszyscy moi piloci s¹ najlepsi. Najlepsi z najlep-

szego lotnictwa na œwiecie.

Walterowi nie wystarcza³a ta odpowiedŸ.

– Panie pu³kowniku, sformu³ujê inaczej to pytanie. Gdyby pan siedzia³

tam w celi i oczekiwa³ na tortury, kogo wybra³by pan na swego wybawiciela?

Rener zerkn¹³ na genera³a Irvi, który siê uœmiechn¹³ i powiedzia³:

– Odpowiedz panu Blumowi.

– Majora Gideona Galili.

Walter s³abo siê uœmiechn¹³.

– A wie pan, pu³kowniku… mo¿e to panu wydawaæ siê dziwne, ale w³a-

œnie tego nazwiska oczekiwa³em.

21

M

unger s³ysza³ g³os przez zas³onê bólu. Natrêtny g³os, który doprowadza³ go

do sza³u. Od siedemdziesiêciu dwóch godzin nie dali mu zmru¿yæ oka. Licz¹c

noc przed aresztowaniem, nie spa³ od czterech nocy i dni. A kiedy, mimo bólu,

osun¹³ siê w senn¹ nicoœæ, ten g³os zacz¹³ przywo³ywaæ go do rzeczywistoœci

i bólu. Powoli otworzy³ oczy, spodziewaj¹c siê zobaczyæ okrutn¹ i mœciw¹

twarz Sami Asafa. Trwa³o d³ugo, nim zda³ sobie sprawê, ¿e pochylaj¹cy siê

nad nim cz³owiek nie jest ani rozjuszony, ani nie spogl¹da z nienawiœci¹. Wy-

daje siê byæ mo¿e zniecierpliwiony, lecz i pe³en dobrych intencji.

– Munger, s³yszysz mnie?

background image

227

Zdoby³ siê na potwierdzaj¹ce skiniêcie g³ow¹.

– Jestem Hammad Szihab. Przyjaciel. Mam niewiele czasu. To niebez-

pieczne. S³uchaj dobrze. Jutro po po³udniu dok³adnie o pi¹tej trzydzieœci

Izraelczycy podejm¹ próbê uwolnienia ciê. Bêdziemy musieli przebiec po-

dwórzec. Bardzo szybko.

G³owa Mungera bezw³adnie opad³a na drewniane prêty pryczy.

– Nie dam… nie dam rady…

– Dasz radê. Bêdê z tob¹. Za nieca³e dwadzieœcia cztery godziny.

– Bêdê… w jeszcze gorszym… stanie ni¿ teraz…

– Nie. Do jutra nie bêdziesz torturowany. Sami Asaf pojecha³ do Kifri

dowiedzieæ siê, dlaczego warty wokó³ bazy niczego nie zauwa¿y³y. Wróci do-

piero jutro wieczorem. Zostawi³ rozkazy, ¿e tylko jemu wolno ciê przes³uchi-

waæ. I dlatego pozwolili ci spaæ. Œpij, zachowaj si³y. Jeszcze tylko jeden dzieñ.

– Ale jak to ma siê odbyæ? – Munger nieco siê o¿ywi³. – Jak siê wydosta-

niemy? – W œwiadomoœci zaœwita³ promyk nadziei.

– Rozbij¹ mur ogradzaj¹cy spacerniak. Nie wiem jak.

Promyk nadziei rozgorza³. Munger domyœla³ siê, jak to zrobi¹.

– Daktyl Jeden przysy³a wiadomoœæ – powiedzia³ Szihab. – „Przy wierze

wytrwaæ trzeba”.

Uœmiech przemkn¹³ przez usta Mungera.

– Tego mog³em siê po nim spodziewaæ. W³aœnie tego. Ale sk¹d ty w tym

wszystkim?

– Daktyl Jeden nie pozostawi³ mi wyboru. Muszê ju¿ iœæ, bo trzêsê siê ze

strachu.

– Nie jesteœ w tym odosobniony – powiedzia³ Munger.

– Idê. A ty œpij. – Delikatnie dotkn¹³ ramienia wiêŸnia i szybko wycofa³

rêkê, gdy¿ Munger wzdrygn¹³ siê z bólu.

Po odejœciu Szihaba Munger przez d³u¿szy czas zastanawia³ siê, czy mia³

halucynacje. Jednak¿e nawet lekkie dotkniêcie skatowanego cia³a sprawia³o

mu ból, co by³o sygna³em, ¿e powróci³ do rzeczywistoœci. Zamkn¹³ oczy.

Czas dopowie resztê. Przy wierze wytrwaæ trzeba… zacz¹³ zapadaæ w sen

i z mg³y wy³oni³a siê tym razem twarz Ruth. Prawdziwa, jak najprawdziw-

sza. Ca³y czas mu towarzyszy³a przez minione dni i godziny, czyni¹c je zno-

œniejszymi. Nawet wówczas, gdy bili go gumowymi pa³kami, gdy doczepiali

do cia³a elektrody, gdy œmieli siê patrz¹c, jak zwija siê w agonii, Ruth za-

wsze przy nim by³a, ratuj¹c przed utrat¹ zmys³ów.

W niedzielê o dziesi¹tej rano czasu bagdadzkiego irackie Ministerstwo

Informacji zwo³a³o dziennikarzy na konferencjê prasow¹ i obwieœci³o, ¿e

si³y bezpieczeñstwa pochwyci³y szpiega CIA. Jest nim s³awny fotograf   David

background image

228

Munger, którego zatrzymano, gdy po bezskutecznej próbie przekupienia funk-

cjonariuszy irackich usi³owa³ wywieŸæ za granicê tajne informacje natury

wojskowej.

W niedzielê o jedenastej rano Walter Blum siedzia³ w gabinecie pu³kow-

nika Renera.

– Absolutnie wykluczone – mówi³ Rener. – Galili spêdzi³ ju¿ osiem go-

dzin w symulatorze. Nie ma po prostu czasu na przeæwiczenie innego pilota.

Niech pan tylko pomyœli, cz³owieku: startujemy za piêæ godzin. Dlaczego,

do cholery, nie powiedzia³ mi pan o tym wczeœniej?

– Nie s¹dzi³em, ¿e to mo¿e mieæ znaczenie. Nie spodziewa³em siê komu-

nikatu irackiego. By³ dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Przypuszczam, ¿e

tylko z sobie wiadomych powodów Irakijczycy chc¹ w to uwik³aæ Ameryka-

nów. Niemniej to dowodzi, ¿e Munger siê trzyma.

– Jest pan pewien, ¿e Galili skojarzy?

– Jak¿e móg³by nie! Niech tylko us³yszy wiadomoœæ… Czy nie by³oby

szansy odizolowania go do czasu startu…

– Najmniejszej! – Rener spojrza³ na zegarek. – W tej chwili siedzi w sy-

mulatorze. Wyjdzie z niego za pó³ godziny. Potem za³ogi jedz¹ razem lunch

i nastêpnie przez dwie godziny odpoczywaj¹ przed ostateczn¹ odpraw¹. Nie-

którzy ju¿ s³uchali radia. Du¿o bêd¹ o tym mówili.

Walter westchn¹³, a Rener powiedzia³ pe³nym zdziwienia g³osem:

– S³ysza³em o ró¿nych trójk¹tach mi³osnych, ale nigdy o czymœ takim.

Wiem, ¿e przez ostatni rok Gideon by³ dziwnie zamkniêty w sobie i przyga-

szony, ale pojêcia nie mia³em, z jakiego powodu.

– Wpad³ w mi³osn¹ obsesjꠖ stwierdzi³ Walter.

Rener pokrêci³ g³ow¹.

– Panie Blum, niepotrzebnie siê pan martwi. Znam Gideona Galili od

dwunastu lat, od kiedy zacz¹³ lataæ. To wspania³y cz³owiek, wielki patriota.

By³ zachwycony, kiedy mu powierza³em tê misjê. Jest wniebowziêty, maj¹c

szansê uratowania tak cennego agenta.

– Póki siê nie dowie, kto to taki.

– Nie zrobi mu to ¿adnej ró¿nicy – stwierdzi³ stanowczo Rener. – To

profesjonalista i, jak powiedzia³em, patriota. Uczyni wszystko, co bêdzie

mo¿liwe. Pan mo¿e najwy¿ej modliæ siê, by to wystarczy³o. Wie pan, jakie

s¹ szanse. Jeœli Galili nie trafi, to nie dlatego, ¿e siê nie stara³.

Walter ponownie westchn¹³, a Rener spyta³:

– Mam z nim porozmawiaæ?

– Wolê to zrobiæ ja. – Walter wsta³. – Z³apiê go, kiedy bêdzie wychodzi³

z symulatora.

background image

229

Kiedy pó³ godziny póŸniej Rener wyjrza³ przez okno swego gabinetu,

zobaczy³ ich razem spaceruj¹cych przed sal¹ odpraw. Stanowili dziwny kon-

trast: wysoki, szczup³y pilot i przeraŸliwie gruby, krzykliwie ubrany cywil.

Galili musia³ siê schylaæ, by s³yszeæ, co Walter do niego mówi. W pewnej

chwili stanêli i patrzyli, jak formacja F-15 odrywa siê od odleg³ego pasa

startowego i rwie z rykiem w niebo. Gdy wznowili spacer, mówi³ z kolei

Galili, po³o¿ywszy d³oñ na ramieniu Waltera.

O  trzeciej  po  po³udniu  Spiro  zaparkowa³  mercedesa  przed  g³ównym

wejœciem do szpitala œwiêtego Barnaby w Limassol. Ze schodów kuœtykaj¹c

schodzi³a ju¿ Ruth. Spiro poœpieszy³ odebraæ z jej r¹k walizeczkê.

Gdy jechali w kierunku Platres, spogl¹da³ w lusterko na Ruth. By³a piêk-

na i smutna.

Przed godzin¹ mia³a telefon od Waltera. Dotrzymywa³ obietnicy i na

bie¿¹co informowa³ j¹ o rozwoju sytuacji. S³ychaæ go by³o s³abo i nie po-

wiedzia³ nic konkretnego oprócz tego, ¿e akcja rozpocznie siê przed szóst¹.

I ¿e szansa jest nik³a. Da jej znaæ, gdy tylko otrzyma konkretn¹ wiadomoœæ.

Z³¹ czy dobr¹. Pyta³ te¿, jak siê czuje. Odpar³a, ¿e lepiej, i ¿e wraca do domu

w Platres. Tam bêdzie czeka³a na telefon. Powiedzia³, ¿e zaraz zadzwoni do

biura i poleci, by Spiro j¹ odwióz³.

W³aœnie przeje¿d¿ali przez wioskê Kalini, gdzie ujrza³a malutk¹ cerkiew

na ryneczku. Kierowana impulsem poprosi³a Spiro, ¿eby stan¹³.

W niedzielê mieszkañcy paradowali w œwi¹tecznych odzieniach. Wielu

siedzia³o na progach swoich domów na wyniesionych krzes³ach lub na ³a-

wach. Rozmawiano, plotkowano, wachlowano siê w upale gazetami. Wszy-

scy ciekawie jej siê przygl¹dali, gdy sz³a kulej¹c przez placyk i potem schod-

kami do cerkwi.

Stoj¹cy na progu brodaty, odziany na czarno i w czarnym wysokim na-

kryciu g³owy pop powita³ j¹ skinieniem g³owy i poinformowa³, ¿e ju¿ jest po

mszach. Zdumionym spojrzeniem obrzuci³ Gwiazdê Dawida na szyi kobie-

ty. Spojrza³a ponad jego ramieniem na ciemne ch³odne wnêtrze i ikonostas

z ikonami, pod którymi migota³y p³omyki zapalonych œwiec.

– Czy mog³abym tu posiedzieæ przez parê godzin? – spyta³a.

Pop bacznie siê jej przyjrza³ i dostrzeg³ smutek na twarzy.

– Jesteœ mile widziana, siostro w Bogu – odpar³.

Wróci³a  do  Spiro  i  spyta³a,  czy  mo¿e  na  ni¹  czekaæ.  Stary  kierowca

uœmiechn¹³ siê i g³ow¹ wskaza³ tawernê. Tam bêdzie siedzia³, a ona mo¿e

wróciæ, kiedy zechce.

W cerkwi usiad³a w ³awce blisko drzwi. Nie by³a religijn¹ osob¹. Na-

wet  sobie  nie  mog³a  przypomnieæ,  kiedy  po  raz  ostatni  œwiadomie  siê

background image

230

modli³a. Znajdowa³a siê w œwi¹tyni obcego jej wyznania, ale to nie czyni³o

najmniejszej ró¿nicy. Po prostu tutaj, w domu bo¿ym, zbierze myœli, uspo-

koi siê.

Gdy po godzinie pop wraca³ z popo³udniowej sjesty, zajrza³ przez drzwi

i zobaczy³ klêcz¹c¹ kobietê…

22

O

 15.45 rozwieziono za³ogi do samolotów.

Piloci odziani w antyprzeci¹¿eniowe kombinezony, z niesionymi pod

pach¹ he³mami i maskami tlenowymi przypominali astronautów udaj¹cych

siê w przestrzeñ kosmiczn¹. Wiele do siebie nie mówili, ¿adnych ¿arcików

czy przechwa³ek, by zatuszowaæ zdenerwowanie.

Piêciu ludzi naziemnej obs³ugi maszyny Gideona Galili nabo¿nie pa-

trzy³o, jak major wysiada z autobusiku, a potem, gdy ten odjecha³, stoi przez

minutê, wpatruj¹c siê w samolot. Zawsze tak robi³.

W s³oñcu F-l6 migotliwie jaœnia³. Zgrabne podbrzusze myœliwca szpeci-

³o groŸne cygaro bomby. Czu³o siê jakby zniecierpliwienie maszyny trzyma-

nej na ziemi. Galili zawsze odnosi³ wra¿enie, ¿e patrzy na ¿yw¹ istotê. Per-

sonel naziemny widzia³ to inaczej. Po prostu maszyna wymaga³a wielkiej

troski, wielu godzin sprawdzania kilometrów przewodów, tysiêcy ruchomych

czêœci, delikatnych podzespo³ów najnowoczeœniejszej elektroniki. Aby mog³a

lataæ, trzeba poœwiêciæ jej tysi¹ce roboczogodzin. Ale kiedy lata³a, by³a naj-

wspanialsz¹ broni¹ œwiata.

Gideon skin¹³ g³ow¹ mechanikom i ruszy³ na zwyczajowy obchód, szep-

cz¹c sam do siebie:

– Os³ony dysz zdjête… Kliny wyjête… Bomba zabezpieczona… – I tak

dalej, i tak dalej. Za³oga naziemna przygl¹da³a siê niemal obojêtnie. Rutyno-

wy przegl¹d. Zarówno oni, jak i on wiedzieli, ¿e wszystko jest w najlepszym

porz¹dku. Oni te¿, podobnie jak pilot, byli najlepsi z najlepszych.

Galili podszed³ do metalowych schodków, odda³ he³m i maskê mechani-

kowi, wdrapa³ siê na górê i zajrza³ do kabiny.

– Hamulce zaci¹gniête… Systemy uzbrojenia zabezpieczone… System

wyrzutni fotela katapultowego zabezpieczony… Spadochron we w³aœciwym

po³o¿eniu… Osprzêt z³o¿ony w³aœciwie…

W trzynastu z rozrzuconych wokó³ lotniska betonowych hangarach trzy-

nastu innych pilotów dokonywa³o tych samych czynnoœci kontrolnych. Ani

jeden z pilotów nie znalaz³ najmniejszego uchybienia.

background image

231

Gideon Galili wgramoli³ siê do kabiny i zaj¹³ miejsce w fotelu. Mecha-

nik pomaga³ mu w pod³¹czaniu wê¿yków tlenowych i ciœnieniowych oraz

przewodu ³¹cznoœciowego.

¯elazna racja i pakiet medyczny do kieszeni na piersiach… zacisn¹æ

pasy… Pasy spadochronu doczepiæ do pasów piersiowych… He³m z wê¿em

tlenowym i przewodami ³¹cznoœciowymi… zawór tlenowy dzia³a… zawlecz-

ki wyrzucanego fotela wyjête…

Mechanik zszed³ na ziemiê, zdj¹³ schodki i przeszed³ do przodu w ocze-

kiwaniu na w³¹czenie silnika. Tymczasem Gideon dokonywa³ reszty przed-

startowych czynnoœci kontrolnych. Gdy skoñczy³, podniós³ kciuk. Mecha-

nik za³o¿y³ wówczas t³umi¹ce ha³as nauszniki i na szyjê laryngofon.

O 16.15 po drugiej stronie lotniska zagra³ pierwszy silnik.

Gideon ju¿ mia³ nacisn¹æ guzik startera, kiedy nagle w jego mózgu wy-

buch³a, niby eksploduj¹ca gwiazda, ostateczna decyzja. By³ ni¹ zupe³nie

og³uszony. Og³uszony jej bezwzglêdnoœci¹. Nie trafi. Skieruje bombê w pra-

wo.

Zamar³ z palcem na przycisku startera. By³ w stanie najwy¿szego unie-

sienia. Stanowi³ jednoœæ z bomb¹ o metr pod stopami. Przy swoim talencie,

umiejêtnoœciach i woli poprowadzi bombê dziesiêæ metrów w prawo od celu.

Bomba uzyska nowy cel. Co mu powiedziano? ¯e lepiej w prawo ni¿ w le-

wo… Lepiej niech Munger umrze, ni¿ ma zostaæ w ³apach Mukhabaratu.

Gideon Galili przyniesie mu wyzwolenie…

Nagle w s³uchawkach zabrzmia³ niespokojny g³os mechanika:

– Wszystko w porz¹dku, panie majorze? Wszyscy ju¿ zapuœcili…

– W porz¹dku, w porz¹dku. – W³¹czy³ starter. Us³ysza³ gwizd rozpêdza-

j¹cej siê turbiny, a potem ryk silnika.

O 16.30 myœliwce zaczê³y ko³owaæ na pas. Walter by³ w wie¿y kontrol-

nej wraz z genera³em Irvim. Obserwowa³, jak samoloty wynurzaj¹ siê ze

schronów, zmierzaj¹c na sam koniec pasa, gdzie ustawiaj¹ siê w przewidzia-

nym z góry miejscu, niczym baletnice na scenie tu¿ przed podniesieniem

kurtyny. Obowi¹zywa³a cisza radiowa. Nie wolno ryzykowaæ. Wróg móg³by

przez zwyk³y przypadek przechwyciæ fragment korespondencji. Maszyny

posuwa³y siê teraz parami ku linii startowej, pierwsze F-l6, za nimi F-15.

– Galili jest po lewej w trzeciej parze – mrukn¹³ Irvi, a potem doda³:

– Rener powiedzia³ mi o wszystkim. O tym, co ³¹czy Gideona z tym

agentem. Zdumiewaj¹cy zbieg okolicznoœci… Ale mo¿e pan byæ spokojny.

Galili wykona robotê. I wykona j¹ dobrze.

background image

232

– Wiem – odpar³ Walter. – Rozmawia³em z nim przez pó³ godziny. Po tej

rozmowie zrobi³o mi siê wstyd, ¿e mia³em w¹tpliwoœci.

Rozleg³ siê po³¹czony ryk silników i siedem par zaczê³o nabieraæ prêdko-

œci na czarnym pasie startowym. Pierwsza para oderwa³a siê od ziemi na wy-

sokoœci wie¿y kontrolnej i posz³a stromo w górê. Druga para, po oderwaniu siê

w tym samym miejscu, pozosta³a ni¿ej, ¿eby nie wpaœæ w strumieñ zaœmig³o-

wy pierwszej pary. Trzecia para mog³a od razu tak¿e poderwaæ siê stromo.

Walter obserwowa³ lew¹ maszynê trzeciej pary. Dostrzeg³ w kabinie he³m

i maskê tlenow¹ pilota. Obudzi³a siê w nim nadzieja, ¿e wszystko pójdzie

dobrze. Perfekcja startu formacji doda³a mu otuchy.

– Teraz zacznie siê czekanie – mrukn¹³ Irvi. – Na szczêœcie tylko godzi-

na. Ostatni¹ tego typu wypraw¹ by³ rajd na Entebbe. Nie dowodzi³em jesz-

cze si³ami powietrznymi, ale uczestniczy³em w planowaniu. I w czekaniu…

to by³o najgorsze. W ci¹gu jednego dnia postarza³em siê o dziesiêæ lat. –

Uj¹³ Waltera pod rêkê. – ChodŸmy do centrum dowodzenia.

Gideon pilotowa³ jakby w transie. Praw¹ d³oñ trzyma³ lekko na dr¹¿ku,

stopy równie spokojnie na peda³ach orczyka, oczy nieustannie na przyrz¹-

dach i na zmieniaj¹cym siê obrazie monitora. Radary by³y w gotowoœci, ale

wy³¹czone, ich ekrany martwe, aby unikn¹æ wykrycia.

F-l6 lecia³y w luŸnej formacji taktycznej i chocia¿ mózg Gideona w pew-

nej mierze przesta³ funkcjonowaæ, pilot zachowywa³ swe miejsce w szyku

instynktownie. Przelecieli nad zatok¹ Akaba i zmienili nieznacznie kurs na

liniê brzegu Pó³wyspu Arabskiego. Ta cz¹stka mózgu Gideona, która funk-

cjonowa³a, zajêta by³a Mungerem, Ruth i Walterem Blumem. Nie by³y to

¿adne racjonalne myœli, ale przypadkowa zbitka rozmaitych skojarzeñ. S³y-

sza³ Waltera Bluma: „Ona go kocha. Musi pan to zrozumieæ. Zas³ab³a, kiedy

siê dowiedzia³a, ¿e Irakijczycy go schwytali. Bez wzglêdu na to, co siê sta-

nie, nigdy ju¿ nie pokocha nikogo innego”.

Jego w³asne s³owa: „Niech pan bêdzie spokojny, panie Blum. Uczyniê

wszystko, co mo¿na. Ruth ani nikt inny nie ma z tym nic wspólnego. Wiem,

dlaczego on tam siê znalaz³. Wiem, co zdzia³a³. Wiem, ¿e go torturuj¹. Mam

trudne zadanie, ale sobie poradzê. Mo¿e pan byæ tego pewny”.

Potem myœli przeskoczy³y do pierwszej rozmowy z pu³kownikiem Re-

nerem, kiedy siê dowiedzia³, ¿e wybrano go do wykonania specjalnej misji:

lec¹c tu¿ nad dachami ma wpakowaæ bombê w mur wiêzienia, aby umo¿li-

wiæ uratowanie cz³owieka, który tak wiele zaryzykowa³ dla Izraela. Pamiê-

ta³, jak¹ wówczas poczu³ dumê. Pamiêta³ godziny spêdzone w symulatorze,

kiedy po raz pierwszy zapoznawa³ siê z parametrami niemal¿e niewykonal-

nej misji, jak¹ mu zlecono. Zaci¹³ siê. Wykorzystuj¹c ca³¹ posiadan¹ wiedzê

background image

233

i zaprzêgaj¹c do pracy swój talent, raz po raz dokonywa³ podejœæ z symulo-

wan¹ prêdkoœci¹ siedmiuset kilometrów na godzinê i raz po raz nie trafia³

mimo wszystko w cel, bez wzglêdu na to, jak bardzo siê stara³, aby zd¹¿yæ

w ci¹gu tych paru ulotnych sekund dostrzec cel, naprowadziæ nañ elektro-

niczny celownik, zleciæ komputerowi zwolnienie bomby we w³aœciwym u³am-

ku sekundy. Raz po raz nie trafia³. Albo bomba rozpoczyna³a lot zbyt póŸno,

albo trafia³a w bok s¹siedniego budynku. Dopiero podczas trzeciej sesji w sy-

mulatorze, pod okiem podziwiaj¹cej go obs³ugi technicznej, zaczê³o mu iœæ

lepiej. Podchodzi³ spokojniej i pewniej, wychwytywa³ wczeœniej cel, precy-

zyjniej go ustanawia³ na komputerze. Podczas ostatniej parogodzinnej pró-

by mia³ ju¿ szeœædziesi¹t procent trafieñ. Gdy wychodzi³ z symulatora tech-

nicy go okr¹¿yli, œciskali rêce i z podziwu krêcili g³owami. Ale wówczas

jego  si³¹  napêdow¹  by³a  motywacja  pozwalaj¹ca  na  pe³n¹  koncentracjê

wszystkich zmys³ów, pamiêci, wiedzy i doœwiadczenia.

Za budynkiem symulatora czeka³ na niego Walter Blum ze swoj¹ bomb¹.

Trafi³a w sam œrodek celu. Bohaterem, którego nale¿a³o uratowaæ, by³ Mun-

ger. To nazwisko by³o rakowat¹ naroœl¹ na œwiadomoœci Gideona – cz³o-

wiek, który zabra³ mu Ruth, zniszczy³ przysz³oœæ. Diabe³, szatan! I coœ siê

w Gideonie za³ama³o. Nast¹pi³o schizoidalne rozszczepienie mózgu. Trzy

czwarte by³o sparali¿owane, mo¿e nawet znacznie wiêcej ni¿ trzy czwarte,

a funkcjonuj¹ca czêœæ podjê³a decyzjê i pilotowa³a maszynê. F-l6 znalaz³ siê

w rêkach psychicznie chorego cz³owieka.

Do uszu wdziera³y siê dŸwiêki. To pu³kownik Rener rozmawia³ przez

radio z kontrolerem bazy Ma’am. Ale Gideon nie s³ucha³ starannie przeæwi-

czonych kwestii Renera, wyg³oszonych w nienagannym arabskim, i wtrêtów

innych pilotów, te¿ po arabsku, aby wzmocniæ wiarygodnoœæ tego, co mówi³

Rener. Po paru minutach zabra³ siê do przestrajania komputera nawigacyj-

nego, a wzrok skoncentrowa³ na symbolach wskaŸnika refleksyjnego HUD,

które zamigota³y w chwili, gdy ca³a formacja obra³a nowy kurs: wschód

pó³nocny wschód – na Bagdad.

W centrum dowodzenia w Etzion genera³ Irvi wskaza³ Walterowi punkt

na mapie.

– Galili wyjdzie z formacji w tym miejscu. Na po³udnie od Al Ramadi.

Trzy minuty póŸniej bêdzie ju¿ nad Bagdadem. – Zerkn¹³ na zegar na œcia-

nie. – Za piêtnaœcie minut od tej chwili.

Walter spojrza³ na centrum: rzêdy komputerów obs³ugiwane przez milcz¹-

cych operatorów, dziewczyna w niebieskim mundurze roznosi im w³aœnie kawê.

background image

234

Dowódca centrum i zgromadzona wokó³ niego grupka oficerów rozmawia-

j¹ pó³g³osem, od czasu do czasu któryœ z nich zerka na czarny g³oœnik wi-

sz¹cy w rogu sali. Ten g³oœnik przyku³ te¿ uwagê Waltera: w pewnej chwili

przestanie milczeæ i us³ysz¹ g³osy pilotów, którym wreszcie bêdzie wolno

przerwaæ radiow¹ ciszê, by zawiadomiæ o sukcesie b¹dŸ pora¿ce. Napiêcie

w centrum wzrasta³o, by³o prawie namacalne. Serce Waltera zaczê³o g³oœno

waliæ.

Granicê irack¹ przelecieli na pu³apie siedemdziesiêciu metrów. Od cza-

su do czasu samoloty unosi³y siê lekko i zaraz opada³y, jak mewy niesione

wiatrem. To pok³adowe komputery dokonywa³y korekty wysokoœci – pusty-

nia by³a falista.

O 17.20 rozb³ys³ kolejny symbol na refleksyjnym wskaŸniku HUD Gi-

deona. Funkcjonuj¹ca czêœæ jego mózgu zareagowa³a. £agodnym ³ukiem

wyszed³ z formacji i polecia³ na wschód. Siêgn¹³ lew¹ rêk¹ i w³¹czy³ detek-

tor opromieniowania radarowego. Przelecia³ nad znieruchomia³¹ tafl¹ jezio-

ra Habbaniyan i po minucie by³ ju¿ nad przedmieœciami Bagdadu. W mózgu

mia³ teraz trzy obrazy nak³adaj¹ce siê na siebie: to, co oczy rejestrowa³y na

bie¿¹co w zestawieniu ze wspomnieniem symulowanego lotu, symbole wskaŸ-

nika refleksyjnego i wreszcie, jakby wypalony w pamiêci, kamienny mur

„Pa³acu na Skraju”, stanowi¹cy zarazem kres i cel wêdrówki.

Lecia³ teraz wœród wy¿szych budynków. Skrêci³ w lewo, skrêci³ w pra-

wo, przemyka³ siê w bezpiecznej odleg³oœci od stanowisk rakiet przeciwlot-

niczych. Rozpocz¹³ ostatnie podejœcie i w wyobraŸni widzia³ teraz tylko ob-

raz muru. Mur nabra³ znaczenia symbolu. Patrzy³ w punkt dziesiêæ metrów

na prawo od… Od czego? Wiedzia³ tylko, ¿e to musi byæ dziesiêæ metrów na

prawo, a nie na lewo. Dziesiêæ metrów na prawo – punkt powy¿ej szerokiej

przypory muru. Tam za kilka sekund umieœci odpowiedni symbol we wskaŸ-

niku refleksyjnym. Dok³adnie za tym punktem czeka³ Munger.

Teraz skoncentrowa³ siê na rzeczywistoœci w dole: rz¹d budynków usta-

wionych w ³uku – ciemniejszych ni¿ na symulatorze, ale z pewnoœci¹ tych

samych. Bardzo ostry skrêt. Czu³, jak jest wpychany w fotel przeci¹¿eniem

czterech g. Wiedzia³, ¿e za tymi budynkami ujrzy szerok¹ alejê, potem plac,

po którego przeciwleg³ej stronie stoi „Pa³ac na Skraju” ze swoim wysokim

murem. W wyobraŸni zobaczy³ punkt nad przypor¹, pokrywaj¹cy siê z sym-

bolem wskaŸnika refleksyjnego. Ka¿da sekunda dzieli³a siê teraz i rozci¹ga-

³a na milisekundy. Budynki przemyka³y parê metrów od koñcówek skrzyde³.

Wyszed³ ze skrêtu prosto na szerok¹ alejê. Plac! Mur, przypora! We wskaŸ-

niku refleksyjnym pojawia siê symbol, palce zmierzaj¹ do guzika zwalniaj¹-

cego bombê…

background image

235

I g³os w s³uchawkach. Spokojny, beznamiêtny. G³os pu³kownika Renera.

– Prowadz¹cy Czerwony do bazy. Bomba w celu.

By³ to g³os profesjonalnego pilota, doskona³ego pilota. Izraelskiego pi-

lota, który bezb³êdnie wykona³ powierzon¹ mu misjꠖ uœwiadomienie sobie

tego dotar³o do chorego umys³u Gideona w u³amku sekundy. Trafi³o weñ

niczym piorun z nieba i uleczy³o… W mikrosekundzie prawa rêka zmieni³a

po³o¿enie dr¹¿ka, lewa stopa musnê³a peda³ orczyka. Symbol wskaŸnika re-

fleksyjnego przesun¹³ siê w lewo na wyrastaj¹cym przed Gideonem murze,

palec nacisn¹³ guzik.

Trzy sekundy póŸniej F-l6 podskoczy³, uwolniony od tysi¹ckilogramo-

wej bomby, a nastêpnie z rykiem wzbi³ siê ku niebu. Bomba mia³a zapalnik

o pó³sekundowym opóŸnieniu. Wbi³a siê w mur, odczeka³a pó³ sekundy i ro-

zerwa³a go w py³. Gideon Galili, ju¿ wysoko na niebie, ³ka³ w maskê tlenow¹

i dygota³ w g³êbokim szoku. Jak¿e móg³ zabrn¹æ tak daleko w chore maja-

czenia? By³ blisko zdradzenia wszystkich zasad, wszystkiego, w co wierzy³,

czego siê nauczy³. Wzbija³ siê wy¿ej, skrêcaj¹c na zachód, by wejœæ na wol-

ny od rakiet przeciwlotniczych korytarz. Obejrza³ siê i zobaczy³ eksplozjê:

lec¹c¹ w górê i na plac chmurê py³u i wiêkszych od³amków. S³ysza³ g³osy

kolejnych pilotów zg³aszaj¹cych swoje udane trafienia w reaktor. W³¹czy³

mikrofon i dr¿¹cym g³osem zameldowa³:

– Czerwony Trzy. Zadanie wykonane. Bomba w celu.

Postanowi³ zawróciæ. Chcia³ zobaczyæ, co zdzia³a³. Wiedzia³ dobrze, ¿e

ma œciœle wyliczone paliwo, wiedzia³ o groŸbie rakiet przeciwlotniczych, ale

nic go to nie obchodzi³o. Pchn¹³ dr¹¿ek, zredukowa³ ci¹g i zawróci³ ku prze-

s³oniêtemu chmur¹ py³u placowi.

Wydawa³o mu siê, ¿e ich widzi: dwie sylwetki po przeciwnej stronie

placu. Dwaj mê¿czyŸni. Jeden kuleje, drugi go podtrzymuje – obejmuje ra-

mieniem, niemal ci¹gnie. Jak¿e wolno siê posuwaj¹! Na szczêœcie poza nimi

na placu nie ma ¿ywej duszy. Chyba dotr¹ do labiryntu wielkiego bazaru. Na

pewno dotr¹.

I nagle ich dostrzeg³: z py³u wok󳠄Pa³acu” wy³oni³a siê grupka ludzi

w mundurach khaki. Biegli w stronê uciekinierów.

Gideon zakl¹³. Dlaczego wymontowano dzia³ko! Zwiêkszy³ ci¹g, F-l6

skoczy³, jak koñ dŸgniêty ostrog¹, nos wyprowadzony ze œlizgu przeszy³

powietrze tu¿ ponad g³owami biegn¹cych. Przelot F-l6 z wyj¹cym dopala-

czem, siedem metrów nad g³ow¹, jest dla zwyk³ego œmiertelnika wieczno-

œci¹ w piekle, skondensowan¹ do dwóch uderzeñ serca. Gdy Gideon pode-

rwa³ maszynê, obejrza³ siê i zobaczy³ ludzi rozpierzchaj¹cych siê, z d³oñmi

na uszach. Trzej le¿eli skuleni na ziemi. G³oœno siê rozeœmia³. By³ pewien,

¿e narobili w spodnie. Nie widzia³ natomiast Mungera i podpieraj¹cego go

cz³owieka. Uda³o im siê! Œmiech zamar³ mu na ustach. Oczami wyobraŸni

background image

236

zobaczy³ Ruth oczekuj¹c¹ na kochanka – jej przysz³ego mê¿a. Skoro tak

musi byæ… prze¿yje to jakoœ.

Zerkn¹³ na wskaŸnik refleksyjny HUD i zacz¹³ ju¿ wyliczaæ trasê po-

wrotu, kiedy us³ysza³ wysoki przeraŸliwy pisk. Jego wzrok pomkn¹³ do sy-

gnalizatora zagro¿eñ. Zmartwia³ widz¹c, ¿e namierzaj¹ go radary wyrzutni

rakiet  przeciwlotniczych.  Przez  ten  ostatni  skrêt  i  nastêpnie  poderwanie,

maszyna znalaz³a siê zbyt blisko budynku mieszcz¹cego urzêdy pañstwowe

i  strzeg¹cych go  wyrzutni. Najprawdopodobniej wypuœcili  dwie.  Wszed³

w ciasny lewy skrêt i na chwilê przeci¹¿enie pozbawi³o go wzroku. Dosko-

nale zdawa³ sobie sprawê z odleg³oœci. Jeœli rakieta zbli¿y siê do dwustu

metrów, bêdzie za póŸno. Naprowadzany radarowo pocisk nie da siê ju¿

zmyliæ. W odleg³oœci trzydziestu metrów detonuje zapalnik zbli¿eniowy i na

tor  jego  lotu  z  prêdkoœci¹  ponaddŸwiêkow¹  pomkn¹  mordercze  stalowe

od³amki. Sygnalizator zagro¿eñ wskazywa³, ¿e jedn¹ rakietê uda³o mu siê

zgubiæ. Druga podchodzi³a z lewej strony. Nie móg³ od niej uciec lec¹c po

prostej, wiêc zdecydowa³ siê na nurkowanie tu¿ przed jej nosem. Mia³ na-

dziejê, ¿e œci¹gaj¹ca go ku ziemi si³a ci¹¿enia pozwoli wykonaæ ciaœniejszy

skrêt i rakieta przemknie nad nim.

Prawie siê uda³o. Zabrak³o najwy¿ej metra lub dwóch. Ale ostrzegaw-

czy pisk nie milk³ i Gideon wiedzia³, ¿e za sekundê umrze. K¹tem oka do-

strzeg³ nawet srebrne cygaro.

Zobaczy³ jeszcze oœlepiaj¹cy b³ysk, a zaraz potem major Gideon Galili

i jego maszyna przestali istnieæ, poch³oniêci przez ognist¹ kulê.

23

W

iadomoœæ o izraelskim nalocie i zniszczeniu reaktora w El-Tuwaitha obie-

g³a ca³y œwiat. Potê¿nym echem powróci³y okrzyki oburzenia i potêpienia.

Chocia¿ oficerowie si³ powietrznych wielu pañstw po cichu podziwiali bez-

b³êdne planowanie i precyzjê nalotu, politycy i mê¿owie stanu tych¿e sa-

mych pañstw g³oœno obwieszczali swoj¹ dezaprobatê. Podjudzani przez Fran-

cjê  i  Irak,  wykrzykiwali  na  temat  aktu  nie  usprawiedliwionej  agresji

izraelskiej, akceptuj¹c bez zastrze¿eñ oœwiadczenie sekretarza generalnego

Miêdzynarodowej Agencji Energii Atomowej, ¿e wszystkie dowody, które

s¹ w ich dyspozycji wskazuj¹, i¿ iracki program nuklearny mu wy³¹cznie

charakter pokojowy.

Prezydent Reagan tak¿e wyda³ oœwiadczenie, które póŸniej okreœlono

jako najostrzejsze w ca³ej historii stosunków amerykañsko-izraelskich.

background image

237

W kuluarach Organizacji Narodów Zjednoczonych delegaci rozpoczêli

przygotowywanie rezolucji domagaj¹cej siê na³o¿enia bezwzglêdnych sank-

cji na pañstwo izraelskie. Amerykañska delegacja by³a zak³opotana i zacho-

wywa³a milczenie. Kr¹¿y³y plotki, ¿e Departament Stanu radzi³ prezydento-

wi, by da³ Izraelowi nauczkê, drastycznie ograniczaj¹c amerykañsk¹ pomoc

wojskow¹ i finansow¹. Wed³ug jednego z przecieków z Bia³ego Domu, pre-

zydent Reagan okreœli³ Menachema Begina jako niebezpiecznego maniaka.

Trzy dni póŸniej, wczesnym rankiem dziesi¹tego czerwca, na pok³adzie

samolotu transportowego lotnictwa izraelskiego przylecia³ do Waszyngtonu

genera³ Izaak Hofti. Uda³ siê prosto do Langley i spêdzi³ dwie godziny z dy-

rektorem CIA, Williamem J. Caseyem. Tego samego dnia w Gabinecie Owal-

nym Bia³ego Domu odby³o siê spotkanie prezydenta Reagana z dyrektorem

CIA. Uczestniczyli w nim tak¿e genera³owie Izaak Hofti oraz sekretarz sta-

nu Aleksander Haig.

Hofti wyj¹³ z teczki parê kartek oraz du¿¹ fotografiê. Prezydent i sekre-

tarz stanu przeczytali raport, i d³ugo ogl¹dali fotografiê, po czym spojrzeli

pytaj¹co na Williama Caseya, który skin¹³ g³ow¹ i powiedzia³:

– Nasi analitycy twierdz¹, ¿e zdjêcie jest autentyczne.

Nast¹pi³a d³uga cisza, po której prezydent powiedzia³ do Hoftiego:

– Sekretarz stanu wyda oœwiadczenie, ¿e chocia¿ nasz rz¹d uwa¿a, i¿

Izrael dzia³a³ pochopnie, to istniej¹ jednak dowody wskazuj¹ce, ¿e nie bez

podstaw. – Skoñczywszy bizantyjsk¹ formu³ê spojrza³ na Haiga i doda³: –

Nie bêdzie oczywiœcie ¿adnych ciêæ w pomocy wojskowej i finansowej. A wo-

bec ewentualnej rezolucji w Radzie Bezpieczeñstwa postawimy weto.

– Dziêkujê, panie prezydencie – odpar³ z uœmiechem genera³ Hofti.

Reagan spojrza³ na fotografiê na biurku.

– Niech pan mi powie, generale, jak uzyskaliœcie to zdjêcie? – spyta³.

– Zrobi³ to zawodowiec, który zrezygnowa³ z honorarium, panie prezy-

dencie – odpar³ Hofti.

background image

238

Epilog

M

inê³o dziesiêæ lat. Dziesiêæ lat powolnego i znojnego zawierania przez

Izrael pokoju z s¹siadami. Czasami by³ to pokój ma³o spokojny, pe³en po-

dejrzliwoœci, ale pokój bez wojny i mieszkañcy Izraela powoli do niego przy-

wykali i zaczêli wy³adowywaæ nadmiar energii na k³ótnie wewnêtrzne, co

od wieków le¿a³o w ich naturze.

Któregoœ popo³udnia w koñcu lata Walter Blum pojecha³ na lotnisko

Ben Guriona, by powitaæ goœcia. Od chwili wycofania siê z interesów miesz-

ka³ w Jerozolimie i bardzo rzadko wyje¿d¿a³ za granicê.

By³ ju¿ starym cz³owiekiem i nie cieszy³ siê najlepszym zdrowiem. Dwa

lekkie ataki serca poprzedniego lata wywo³a³y du¿y niepokój lekarzy. Zde-

cydowanie kazali mu ograniczyæ bywanie w restauracjach, jednak¿e Walter

wyznawa³ filozofiê, ¿e ¿ycie bez dogadzania sobie to ¿adne ¿ycie. By³ zresz-

t¹ w ka¿dej chwili gotów na spotkanie ze Stwórc¹, by osobiœcie broniæ swe-

go punktu widzenia.

Mia³ ostatnio wielu goœci z ca³ego œwiata, ale na ¿adnego tak nie czeka³,

jak na tego, który mia³ przybyæ za pó³ godziny. Goœæ ten by³ dziesiêcioletnim

ch³opcem i przylatywa³ na dwa tygodnie. Jego rodzice wyjechali na Karaiby,

by przygotowaæ fotoreporta¿ i jednoczeœnie uczciæ dziesi¹t¹ rocznicꠜlubu.

Walter mia³ przez dwa tygodnie obwoziæ ch³opca po Izraelu i przy okazji

powiedzieæ mu parê s³ów o przodkach, rodzice bowiem uwa¿ali, ¿e dorós³

do wieku, w którym nale¿y wiele rzeczy zrozumieæ, a w tym wypadku Wal-

ter by³ idealn¹ osob¹, która mo¿e pomóc zrozumieæ.

Ch³opiec wyszed³ z sali odpraw, natychmiast spostrzeg³ Waltera, pod-

bieg³ i zarzuci³ mu rêce na ramiona. Walter, rozpromieniony, odsun¹³ ch³op-

ca na odleg³oœæ rêki i pilnie mu siê przyjrza³. Ch³opiec urós³ od minionego

roku. By³ bardzo wysoki, jak na swój wiek, i szczup³y, mia³ ciemne w³osy,

bardzo niebieskie oczy i szczer¹ twarz.

background image

239

Rozpoczêli podró¿ po kraju. Odwiedzali dawne pola walk na pustyni

i w górach, archeologiczne wykopaliska, historyczne pomniki i budynki, ki-

buce i miasta. Przez ca³y czas Walter mówi³, a ch³opiec s³ucha³. Czasami by³

trochê tym wszystkim znudzony, jak to dziesiêciolatek, ale nigdy nic nie

okazywa³, gdy¿ kocha³ i szanowa³ starego cz³owieka.

Ostatniego dnia poszli na Górê Herzla w Jerozolimie, miejsce wieczne-

go spoczynku kobiet i mê¿czyzn – ¿o³nierzy, mê¿ów stanu, robotników i my-

œlicieli – którzy pomagali w powstaniu pañstwa izraelskiego.

Mimo bliskoœci miasta, miêdzy niekoñcz¹cymi siê rzêdami p³askich bia-

³ych kamieni nagrobnych, by³o cicho i spokojnie. Walter podprowadzi³ ch³op-

ca do jednego z nich, odczyta³ napis po hebrajsku i rozpocz¹³ opowieœæ o je-

go  babce.  Ch³opiec  zada³  potem  kilka  pytañ  i  wys³ucha³  w  skupieniu

odpowiedzi. PóŸniej poszli do Grobu Nieznanego ¯o³nierza, otoczonego gro-

bami kobiet i mê¿czyzn zabitych podczas wszystkich wojen, a nigdy nie

zidentyfikowanych. S¹ tam równie¿ groby tych, których nazwiska s¹ znane,

ale cia³ nigdy nie odnaleziono. Wszystkie p³yty s¹ jednakowe.

Na wielu grobach le¿a³y kamyki. Walter wyjaœni³, ¿e jest to obyczaj sprzed

tysiêcy lat, kiedy ¯ydzi mieszkali na pustyni. Na grobach k³adziono kamie-

nie, by nie rozgrzeba³y ich zwierzêta ¿ywi¹ce siê padlin¹. Obyczaj przetrwa³

jako symbol opieki nad zmar³ymi.

Podeszli do jednego z grobów. Walter odczyta³ napis i wyjaœni³, kim by³

cz³owiek, który zgin¹³ siódmego czerwca 1981 roku. Gdy skoñczy³, ch³o-

piec nie chcia³ od razu odejœæ, lecz sta³ d³ugo zamyœlony nad kamienn¹ p³y-

t¹. Potem podniós³ z ziemi dwa kamyki i po³o¿y³ na bia³ym marmurze.

Ch³opiec nazywa³ siê Gideon Munger.

Nazwisko wyryte na p³ycie brzmia³o Gideon Galili.