background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

 

 

 

Walery Przyborowski 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zdobycie 

Sandomierza 

 

     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     

background image

 

 2 

     
 

 ROZDZIAŁ I

 

    w którym Kubuś przekonuje Ferdzia von Lausitza, że w każdej

 

    legendzie mieści się cząstka prawdy

 

 

        Śliczny, słoneczny dzień zajaśniał w Sandomierzu dn. 13 maja 1809 r.

 

    Była to niedziela, więc Kubuś Królikowski, zwany zwykle przez kolegów

 

    Kubkiem, Królem albo Królikiem, chłopiec liczący około szesnastu

 

    lat i uczeń ostatniej klasy szkoły miejscowej wybrał się wczesnym

 

    rankiem na przechadzkę. Bo jakże nie skorzystać z prześlicznej pory

 

    majowej, nie pójść nad Wisłę albo na Góry Pieprzowe, nie zachwycać się

 

    świeżym powietrzem, słońcem, uroczą młodą zielonością, zwłaszcza gdy

 

    się grało w zielone z kuzynką Jadzią, do której rodziców był Kubuś

 

    zapraszany stale na obiady we wszystkie niedziele, i trzeba było mieć

 

    niezwiędłą gałązkę bzu lub koniczyny, bo to był warunek gry nieodzowny.

 

    Wyszedł tedy Kubuś koło godziny ósmej rano n

a rynek sandomierski 

    i rozglądał się dokoła, rozmyślając, gdzie urwać bzu lub znaleźć koniczynę,

 

    by idąc na obiad do kuzynów Białkowskich mieć zielone, świeże

 

    i niezwiędłe, bo kuzynka Jadzia była pod tym względem nieubłaganie

 

    wymagająca. Stał więc Kubuś wahając się, czy udać się nad Wisłę czy na

 

    -

Góry Pieprzowe, gdy nagle z tyłu uderzył go ktoś w ramię i ozwał się głos:

 

    —

 Nu, Herr Kubek, nad czym tak rozmyślasz?

 

    Kubuś żwawo się odwrócił i ujrzał przed sobą swego kolegę szkolnego

 

    Ferdynanda von Lausitza, syna cesarsko-królewskiego radcy dworu, 

    który w Sandomierzu stał na straży całości i nienaruszalności władzy

 

    Jego Apostolskiej Mości, Cesarza Austriackiego Franciszka Pierwszego.

 

    Kolega Ferdynand von Lausitz był to chłopak niski, na swój wiek może

 

    zanadto otyły, ubrany z wyszukaną elegancją, z oczami chytrymi

 

    i biegającymi niespokojnie. Urodzony i wychowany w Sandomierzu

 

    mówił wprawdzie po polsku, ale lubił wtrącać do rozmowy wyrazy

 

    niemieckie, a nade

 wszystko dumny był z dygnitarskiego stanowiska

 

    swego ojca, który przecież za pan brat żył z komendantem miejscowej

 

    załogi, generałem

-

lejtnantem von Egermanem. Ferdynand pomiatał

 

    Polakami, szydził z obyczajów i zwyczajów polskich, starał się wyróżniać

 

    wśród swoich kolegów. Toteż nie lubili go oni wcale i unikali, o ile mogli,

 

    wszelkich z nim stosunków, zwłaszcza że był złośliwy, nieuczynny

 

    i o wszystkim, co się działo w szkole, gadał ojcu, z czego nieraz bardzo

 

    przykre wynikały h

istorie. Potajemnie nazywano go szpiclem, co wed- 

    ług cesarsko

-

królewskiej i apostolskiej nomenklatury oznaczało po

 

    prostu szpiega. 

    Kubuś nie znosił Ferdynanda von Lausitza i nieraz ściskał pięści,

 

    słuchając jak ten szwarcgelber[1] wyśmiewał się z Polaków i cesarza

 

    Napoleona, jak zapowiadał głośno, że tylko patrzeć, gdy tego Korsykani

    na żołnierze austriaccy przyprowadzą okutego w kajdany do Wiednia.

 

    Zwłaszcza w ostatnich czasach szwarcgelberowski szpicel rozpuścił

 

    strasznie

 swój język z powodu wojny, jaką Austria wydała Księstwu

 

    Warszawskiemu. Głosił więc, że arcyksiążę Ferdynand, dowódca korpu

    su austriackiego, zniósł za jednym zamachem to księstwo, a księcia

 

    Józefa jako buntownika wsadzi do fortecy. Księcia Jó

zefa Poniatowskie- 

    go dlatego nazywał buntownikiem, bo niegdyś służył on w wojsku

 

    austriackim. 

    Wczoraj zwłaszcza w szkole szpicel rozpowiadał, że przyszły urzędo

    we wiadomości, iż arcyksiążę Ferdynand rozbił, zniósł i zniszczył

 

    doszczętnie armię polską pod Raszynem, zajął Warszawę, i 

 dodawał

 

    Ferdzio —

 polski bunt (bo dla niego istnienie Księstwa Warszawskiego

 

    i wojska polskiego było buntem) raz na zawsze zostanie stłumiony.

 

    Polscy koledzy szpicla nie mogli zaprzeczyć tym złowrogim słowom,

 

    bo nie mieli żadnych wiadomości o tym, co się właściwie dzieje tam, koło

 

    Warszawy, gdyż nadęty i wyprostowany, jakby kij połknął, generał

    -

lejtnant von Egerman nie dopuszczał do Sandomierza żadnych gazet

 

background image

 

 3 

    i żadnych nowin. Ogłaszał tylko co parę dni przez plakaty przylepione na

 

    rogach ulic i pisane w prawomyślnym cesarsko

-

królewskim języku, że

 

    uzurpator Napoleon został pobity na głowę i ścigany jest przez dzielne,

 

    waleczne wojska Jego Cesarsko-Królewskiej Apostols

kiej Mości, że

 

    arcyksiążę Ferdynand na miazgę zgniótł buntownicze „bandy" polskie

 

    pod „Raschin" i zajął Warszawę.

 

    Słuchano więc w milczeniu słów szpicla, ściskano zęby i pięści, ale

 

    nikt nie mógł mu powiedzieć; kłamiesz! 

 bo nikt naprawdę 

nie 

    wiedział, jak się rzeczy w istocie mają. Toteż i teraz Kubuś, ujrzawszy

 

    przed sobą nieznośnego, czarno

-

żółtego szpicla, skrzywił się, jakby mu

 

    kto na odcisk nastąpił, i na jego pytanie odrzekł, że o niczym nie myśli,

 

    sądząc, że tą obojętną i chłodną odpowiedzią pozbędzie się niepożądane

    go towarzystwa. 

    Ale ten ani myślał go opuszczać.

 

    — Wiesz co? —

 rzekł. 

 Mam ochotę się przejść. Taki śliczny dzień.

 

    A chciałbym też coś zobaczyć. Powiedziałbym ci coś, żebyś mnie tylko

 

  

  nie zdradził, bo to wielka urzędowa tajemnica.

 

    —

 Wiesz o tym dobrze, że ja nikogo nie zdradzam, twoją zaś

 

    urzędową tajemnicę zachowaj dla siebie, jam jej wcale nie ciekawy.

 

    —

 Ale, bo ty nie wiesz...... a zresztą, powiem, bo cię to może

 

    pr

zekona, jakie straszne rzeczy działy się dawniej w tym kraju pod

 

    rządami polskimi.

 

    —

 Znowu jakaś niegodna plotka!

 

    —

 Wcale nie plotka. Jeżeli pójdziesz ze mną, przekonasz się

 

    naocznie. 
    —

 Cóż to takiego? 

 zapytał Kubuś istotnie zaciekawi

ony. 

    Ferdynand von Lausitz nadął się jak pęcherz, obejrzał się dokoła,

 

    a wziąwszy Kubusia pod ramię, pociągnął go na bok i z miną tajemniczą,

 

    półszeptem począł mówić:

 

    —

 Zapewne uważałeś od paru dni, jakie tłumy waszego dzikiego

 

    chłopstwa kazał spędzić generał

-lejtnant Freiherr von Egerman? 

    —

 Uważałem, ale to chłopstwo nie wydaje mi się znów tak dzikim.

 

    —

 O! Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości, dość spojrzeć na

 

    nich, na ich skołtunione głowy. Ale mniejsza o to. Chłopstw

o to dlatego 

    generał

-

lejtnant Freiherr von Egerman spędzić kazał, żeby ponaprawia

    ło mury i pokopało fosy koło Sandomierza, bo przyszedł rozkaz z Wied

    nia, żeby z tego miasta zrobić pierwszorzędną fortecę.

 

    — Hm! —

 odrzekł na to Kubuś. 

— T

ak wszędzie zwyciężacie,

 

    Napoleona macie w kajdanach przywieźć do Wiednia, księcia Józefa do

 

    twierdzy, a z Sandomierza chcecie robić fortecę. Na co, przeciw komu?

 

    ——

 Już ja tam nie wiem, dlaczego. Ojciec mój powiada, że będzie to

 

    mocne więz

ienie dla polskich buntowników. Ale tu nie o to idzie. 

    Wczoraj, wyobraź sobie, na urwisku, od strony Wisły, gdy Freiherr von

 

    Egerman oglądał zrujnowany klasztor i kościół, które niegdyś, ponoć,

 

    zbudowali jezuici, i kazał tam kopać fundamenta po

d mury forteczne, 

    natrafiono na straszne lochy, na ogromne podziemia, ciągnące się Bóg

 

    wie jak daleko. 
    — O! To nie nowina! —

 zawołał Kubuś. 

— Wszyscy w Sandomierzu 

    wiedzą o tych lochach, jak je nazywasz, a które są po prostu rozległymi

 

    

piwnicami. Nawet gadają ludzie, że jezuici zakopali tam znaczne skarby.

 

    Aleja w to nie wierzę. U nas zawsze po starych murach i starych dziurach

 

    mają się ukrywać niebywałe skarby.

 

    —

 Otóż, mylisz się, Kubku, nie są to piwnice, ale ogromne, ciągnące

 

    się daleko podziemia, zakręty, korytarze, głębokie i ciasne karcery,

 

    w których znaleziono całe góry kości ludzkich, tułowia i kościotrupy

 

    stojące, nawet kobiece... wyobraź sobie... kobiece!

 

    —

 Więc cóż z tego? Cóż ty przypuszczasz?

 

    —

 Ja nic nie przypuszczam, bom tego jeszcze nie oglądał. Ale ojciec

 

    mój twierdzi, że te szkielety męskie i kobiece to nieszczęśliwi więźniowie

 

    jezuitów, że są to niecne ślady intryg jezuickich, że w tych norach

 

    podziemnych może niejeden ojciec kilkorga dziatek o herezję posądzo

background image

 

 4 

    ny, niejedna żona nie chcąca wydać męża okrutną śmierć głodową

 

    znalazła lub skonała w mękach na torturach.

 

    —

 Trą la la la!

zaśmiał się Kubuś.

Czytałem ja o takich historiach

 

    w Hiszpanii pod panowaniem waszego habsburskiego domu, ale w 

    Polsce, mogę cię zapewnić, nic podobnego nigdy się nie działo. Owe

 

    kościotrupy, które tak przeraziły twego ojca, to są ciała nieboszczyków

 

    tam pochowanych, bo jak ci wiadomo zapewne, dawniej ludzi grzebano 
    pod 

kościołami.

 

    —

 Gdyby tak było, jak ty mówisz, toby przecie były trumny, a tam

 

    ich nie ma. 
    —

 Bo zbutwiały.

 

    —

 Zawsze byłyby jakieś ślady, jakieś szczątki, a tam nic nie ma, tylko

 

    same szkielety, kościotrupy, trupie czaszki. Nie! To z pewnością tak było,

 

    jak mój ojciec powiada, a z tą opinią zgadza się generał

-lejtnant Freiherr 

    von Egerman. 
    —

 Co tam generał

-

lejtnant wie o tym! Zna on to historię polską!

 

    I wiesz, co ja ci powiem? 
    —

 Cóż takiego?

 

    —

 Jeżeli to nie są nieboszczyki pochowane zwyczajnie pod kościo

    łem, to w takim razie te lochy i te kości są o wiele starsze od przybycia

 

    jezuitów do Sandomierza, co nastąpiło dopiero w XVII wieku.

 

    —

 Nie rozumiem cię.

 

    —

 Wiedzże o tym, nieuku jakiś, że za panowani

a króla Leszka 

    Czarnego Tatarzy dwa razy tu gościli, a nawet w 1260 roku wymordowali

 

    pięćdziesięciu zakonników w kościele św. Jakuba... Powinieneś wie

    dzieć o tym, bo przecież niedawniej jak rok temu papież tych męczenni

    ków w poczet błogosławionych policzył.

 

    — A tak, prawda! 
    —

 Otóż sandomierzanie, nauczeni tym strasznym przykładem, za

 

    panowania króla Leszka Czarnego wykopali trzy ogromne podziemia, 

    z których jedno właśnie zaczynało się tam, gdzie dziś ruiny kościoła

 

    po

jezuickiego się znajdują, i które miało iść pod Wisłę na tamtą stronę

 

    rzeki. 
    —

 Skądże ty to wiesz?

 

    —

 Czytałem o tym w starych kronikach.

 

    —

 Hm... może być, że te podziemia wykopano tam kiedyś w obawie

 

    przed Tatarami, ale skądże kościotrupy? Czyż nie jest to jasne, że jezuici

 

    skorzystali z tych lochów, by w nich więzić i torturować nieszczęśliwych

 

    heretyków. Tak nazywali oni inaczej wierzących...

 

    —

 Wszystko to, co mówisz, jest kłamstwem. Wiadomo dobrze, skąd

 

    się tam znajdują kości i szkielety. Kiedy w roku 1287 napadli Tatarzy na

 

    Sandomierz i ten wyczerpany, pozbawiony żywności miał już ulec,

 

    niejaka Halina, kasztelanowa sandomierska, umówiła się z Witkonem,

 

    wójtem sandomierskim, i w nocy udała się do obozu tatar

skiego, 

    stojącego na górze Salve Regina. Wiesz, gdzie...

 

    —

 Wiem. Cóż dalej? 

 pytał zaciekawiony Ferdzio von Lausitz.

 

    —

 Tam Halina stanęła przed carzykiem[2] dowodzącym całą tą hordą

 

    najeźdźców. Przedstawiła się jako kobieta pragnąca pomścić się na

 

    sandomierzanach, którzy jej mieli wiele krzywd wyrządzić, i wyjawiła,

 

    że ludność miasta ze wszystkimi bogactwami i kobietami ukryła się

 

    w lochu podziemnym, do którego tylko ona jedna może doprowadzić.

 

    —

 A wiesz, Kubek, że to bardzo ciekawe! I cóż dalej?

 

    —

 Pewno, że ciekawe. Właśnie wtedy z rozkazu wójta Witkona

 

    pogaszono w mieście wszystkie ognie i tak się uciszono, że zdawało się,

 

    jakoby Sandomierz stał się martwą pustynią. Ta cisza i smętek rozlany

 

    na obliczu Halin

y tak uwiodły carzyka tatarskiego, że uwierzył jej

 

    słowom. Natychmiast zwołał swoich murzów i wydał rozkaz, aby

 

    zapalono jarzące, smolne pochodnie. Cała horda pod przewodnictwem

 

    kasztelanowej Haliny ruszyła ku owym podziemiom i weszła w nie. Gd

    już ostatni Tatarzyn, wiedziony chęcią łupu i branek, zniknął w podzie

    miach, Witkon ukryty z garstką rycerstwa wypadł, ogromnymi głazami

 

background image

 

 5 

    zawalił wejście od lochów i tym sposobem pogrzebał w nich hordę

 

    najezdniczą.

 

    —

 A cóż się stało z kasztelanową Haliną?

 

    —

 Nie wiadomo. Oczywiście, zginęła w lochach, zapewne od mie

    czów mściwych Tatarów, ale tym sposobem własnym życiem okupiła

 

    życie swych współmieszkańców. Taką szczytną ofiarność można tylko

 

    znaleźć w historii polskiej, o której nie znający rzeczy nieprzyjaciele nasi

 

    tyle głupich bajek plotą.

 

    — Dziwne, dziwne! —

 powtarzał zamyślony Ferdzio von Lausitz.

 

    —

 Te trupy, szkielety, kości, które dziś odkryto w podziemiach koło

 

    klasztoru Jezuitów, nie są więc ofiarami fanatyzmu, jak twierdzi mądry

 

    generał

-

lejtnant von Egerman, ale zapewne szczątkami Tatarów, któ

    rych tam przed sześciu blisko wiekami pogrzebała dzielna kasztelanowa

 

    Halina. 
    —

 Tak, to może być, ale skądże się tam znajdują szkielety 

kobiece? 

    —

 Najprzód nie wiem, czy tam jest dużo szkieletów kobiecych, może

 

    tylko jeden, a w takim razie są to szczątki bohaterskiej Haliny.

 

    —

 Jeżeli jest jeden, a jeśli ich jest więcej?

 

    —

 I na to można znaleźć odpowiedź. Wiadomo przecież, ż

e Tatarzy po 

    drodze rabowali wszystko, mężczyzn zabijali, a kobiety brali w jasyr.

 

    Jeżeli tam jest więcej szkieletów kobiecych, to są to szczątki nieszczęśli

    wych branek pogańskich.

 

    —

 Hm! Wszystko pięknie wytłumaczyłeś, Kubku... Ani słowa, mogło

 

    tak być, ale ja myślę, że cała ta historia jest bajką, jest piękną legendą

 

    wymyśloną przez starych kronikarzy. W waszej historii jest mnóstwo

 

    takich bajek, na przykład o smoku pod Krakowem, o Krakusie i Wan

    dzie, o myszach Popielą, o kołodzieju Piaście.

 

    —

 W każdej legendzie, mój Ferdziu, jest cząstka prawdy. Ale historii

 

    o kasztelanowej Halinie nie trzeba mieszać z podaniami o smoku

 

    i Krakusie, o Popiciu i myszach. Te ostatnie wypadki miały się dziać

 

    w czasach bardzo 

odległych, w nieoznaczonej epoce, podczas gdy

 

    historia Haliny stała się w roku 1287, to jest w czasach, gdy ludzie

 

    spisywali już kroniki. Tamte zdarzenia noszą charakter nadzwyczajny,

 

    nadprzyrodzony, boć przecie wiemy, że smoków nie ma na świecie, że

 

    siarka w brzuchu potwora palić się nie mogła, że z ciał ludzkich nie mogą

 

    wylęgać się myszy, ani też zagryzać ludzi. Tymczasem w historii

 

    kasztelanowej Haliny nie ma nic nadzwyczajnego, nadprzyrodzonego, 

    jest tylko bohaterstwo i poświęcenie dla ojczyzny. Fakt więc ten nie

 

    jest niemożliwy, a zapisany przez współczesnych niewątpliwie jest

 

    prawdziwy. 
    —

 Wiesz, gdym się od ojca dowiedział o tych kościotrupach, byłem

 

    bardzo ciekawy je zobaczyć, choć wahałem się czy pójść, bo tam musi być

 

    bardzo brudno, a ja włożyłem na siebie nowe ubranie. Ale teraz pójdę...

 

    zum Teufel, w nowym ubraniu! Cóż, pójdziesz ze mną? Przecież to

 

    bardzo ciekawe zobaczyć kości ludzi, którzy przed sześciuset laty

 

    umarli, jeżeli w rzeczy samej jest to prawdą, coś powiedział. A nuż to są

 

    szczątki ofiar wymordowanych przez jezuitów, jak utrzymuje mój

 

    ojciec? 
    —

 To zobaczymy. Idę z tobą. Jeżeli to są szczątki ofiar jezuickich, to

 

    powinny być przy nich łańcuchy, okowy i tym podobne narzędzia

 

    męczeńskie, bo przecież wiadomo, że dawniej u nas nikogo nie wsadzano

 

    do więzień bez oków, jak to wy jeszcze dziś robicie z waszymi więźniami.

 

    Chodźmy, i pewien jestem, że się przekonasz, iż to co mądry generał

    -lejtnant von 

Egerman powiada, jest wierutną bajką.

 

    Ruszyli więc co żywo w kierunku ruin dawnego kościoła i klasztoru

 

    Jezuitów. Wszędzie dokoła miasta tłumy spędzonych z okolicy wieśnia

    ków pracowały pod nadzorem oficerów austriackich nad naprawianiem

 

    s

tarych murów i okopów, choć to była niedziela. Ale rząd Jego Apostol

    skiej Mości nie zwracał na to uwagi, a kij kapralów i oficerów napędzał

 

    opornych do ciężkiej pracy.

 

    Widok ten przykre uczucie wzbudził w Kubusiu, wrzała w nim krew,

 

background image

 

 6 

    ale m

usiał milczeć, bo wiedział, że nic na to poradzić nie jest w stanie.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ II

 

    w którym Kubuś jest podejrzany, że otrzymał zły stopień z geografii

 

    Do podziemi, o których Ferdzio von Lausitz opowiadał, nikogo nie

 

    wpuszczano, jemu zaś 

jako synowi wysokiego dygnitarza dano wolny 

    wstęp. Kapral, który z kijem w ręku pilnował nieszczęśliwych chłopów

 

    polskich spędzonych do robót koło fortyfikacji miasta, ujrzawszy Fer

    dzia, kłaniał mu się z wielkim uszanowaniem, z czego on był b

ardzo 

    dumny i, spoglądając z boku na Kubusia, zdawał się mówić:

 

    —

 Widzisz, co ja znaczę!

 

    Piwnice, do których obaj chłopcy weszli, zrazu nic godnego uwagi nie

 

    przedstawiały. Były to puste, sklepione mocno lochy, z których przeszli

 

    do długiego, wąskiego korytarza, a stąd dopiero do obszernego podzie

    mia, przedstawiającego okropny widok. Była to istna kostnica. Przy

 

    słabym blasku, przedostającym się przez dwa zakratowane okienka,

 

    bardzo wysoko umieszczone, ujrzeli najprzód opar

ty o mur cały szereg

 

    szkieletów. Stały one w najrozmaitszych pozycjach. Jedne z czaszkami

 

    do góry podniesionymi zdawały się czarnymi oczodołami szukać powie

    trza i słońca; inne z rękami opuszczonymi, z głową na piersi przedstawia

    ły smutny obraz, jeszcze inne miały ręce rozprostarte wzdłuż ściany,

 

    jakby się jej czepiały w jakimś rozpaczliwym wysiłku. Były też takie,

 

    które dziwnie podnosiły nogę, jakby chciały wykonać skok przez jakąś

 

    przeszkodę. Były takie, które wyciągnąwszy naprzód szkieletowe dłonie

 

    chciały coś lub kogoś chwytać w swe objęcia.

 

    Zgroza przejmowała, gdy się patrzyło na ten okropny widok. Posadz

    ka podziemia zarzucona była całą górą czaszek, piszczeli ludzkich, rąk

 

    odpadłych od ciała, kości wszelkiego rodzaju oraz pyłem powstałym

 

    zapewne ze zgniłych i przez wieki wysuszonych ciał ludzkich. Obaj

 

    chłopcy na ten widok, przypominający marność istnienia człowieczego,

 

    skamienieli tajemną trwogą przejęci. Trwoga ta zmieniła się w paniczny

 

   

 strach, gdy nagle ni stąd, ni zowąd jeden ze szkieletów opartych o ścianę

 

    poruszył się. Coś czarnego, ruchliwego wysunęło się z jego czaszki

 

    i z piskiem zanurzyło się w stosie kości leżących na ziemi, sam zaś

 

    szkielet z trzaskiem i głuchym chrzęstem runął na ziemię i prawie w pył

 

    się rozsypał. Podniosła się przy tym cała chmura duszącego kurzu, aż

 

    Ferdzio przerażony krzyknął:

 

    — Ach, Herr Je! —

 i schował się za Kubusia, czepiając się rozpaczli

    wie jego ramion, jakby szukał zasło

ny i pomocy. 

    Kubuś nie mniej był przestraszony, ale nie cofnął kroku. Oprzytom

    niał w jednej chwili i rzekł spokojnym, choć nieco drżącym głosem:

 

    —

 Czego się boisz? To pewno szczury.

 

    W tejże chwili stos kości na posadzce począł się także ruszać,

 

    chrzęścić, czaszki przewracały się i jakiś piszczel z dziwnym łoskotem

 

    potoczył się pod same nogi Kubusia, który cofnął się nieco z niemiłym

 

    uczuciem obrzydzenia. A że powietrze duszne w tym zamkniętym

 

    podziemiu stało się teraz wskutek upadku szkieletu prawie niemożliwe

 

    do oddychania, więc rzekł:

 

    —

 Chodźmy stąd, bo się udusimy. Słabo mi się robi.

 

    Co żywo więc zawrócili, przebiegli prawie pędem przez korytarz

 

    i pierwsze piwnice. Bardzo byli radzi, gdy się znaleźli na świeżym

 

    powietrzu, na jasnym dniu, pod złocistymi blaskami słońca majowego.

 

    Wciągali w płuca rześkie powietrze, a Ferdzio blady jak ściana tak się

 

    uczuł osłabiony, że usiadł na jakimś złomie muru i rzekł:

 

    —

 Za nic w świecie drugi raz bym tam nie poszedł.

 

    — Zapewne —

 odparł Kubuś 

 nie ma tam po co chodzić. Nic

 

    ciekawego, a powietrze strasznie jest zepsute. Można się nabawić

 

    choroby. Cóż, lepiej ci?

 

background image

 

 7 

    —

 Lepiej, ale jeszcze muszę sobie trochę odpocząć. Licho nadało,

 

    żeśmy tam poszli. Po nocach będą mi się śnić szkielety.

 

    —

 Widzę, że jesteś trochę tchórzem podszyty.

 

    —

 Nie, a zresztą przyznaj, że i ty się przeraziłeś, gdy ten kościotrup

 

    runął spod ściany. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu to się stało.

 

    — Z bardzo naturalnego. W tych podziemiach jest mnóstwo szczu- 

    rów, jeden z nich nieuważnie trącił szkielet i ten upadł. Przecież nie

 

    przypuszczasz chyba, że kościotrup chciał nas stamtąd wygnać.

 

    Ferdzio zamyślił się i po chwili rzekł:

 

    —

 Zapewne, że to tak było. A nawet widziałem, jak z czaszki coś

 

    czarnego i ruchliwego wyskoczyło.

 

    —

 W czaszce tej mieści się niewątpliwie gniazdo szczurze. Może to

 

    był szkielet jakiegoś znanego murzy tatarskiego. Na co mu to przyszło,

 

    teraz w jego głowie szczury się gnieżdżą!

 

    —

 Więc ty naprawdę przypuszczasz, że to są szczątki Tatarów,

 

    zwabionych do lochu przez ową kasztalanową Halinę?

 

    —

 Oczywiście, że tak. Skądże wzięłaby się taka ogromna masa

 

    szkieletów i kości? Przecież widziałeś ich post

awy rozpaczliwe; widocz- 

    nie umierali w strasznych męczarniach głodu. Tak, ja jestem pewien, że

 

    to są szczątki Tatarów pogrzebanych w tych podziemiach.

 

    Ale Ferdzio nie zgadzał się z tym. Jemu w głowie ćwiekiem utkwiło

 

    przypuszczenie generał

a-

lejtnanta von Egermana i ojca, radcy stanu, że

 

    w tych podziemiach kryją się ofiary zbrodni i intryg jezuickich, a skoro

 

    generał

-

lejtnant i wysoki hofrat tak twierdzą, to niegodną jest rzeczą

 

    wiernego poddanego Jego Cesarsko-Królewskiej Aposto

lskiej Mości

 

    inaczej utrzymywać. Świadczyłoby to bowiem o buntowniczym usposo

    bieniu. 

    Kubuś słuchał tego, ale nic się nie odzywał, bo na co by zdało się

 

    przekonywać kogoś, kto nie chce być przekonany. Stał więc w milczeniu

 

    i przypatryw

ał się ciężkiej pracy nieszczęśliwych chłopów polskich,

 

    spędzonych tutaj pod kijem kaprala. Zauważył więc, że mur otaczający

 

    Sandomierz w tym miejscu był prawie wszędzie zrujnowany, niski,

 

    pełen wyłomów i zapewne generalicja austriacka uznała go za niemożli

    wy do naprawienia, bo zostawiła go w spokoju, a natomiast o kilkanaście

 

    kroków dalej kazała sypać wysoki szaniec, nad którym właśnie praco

    wali spędzeni chłopi.

 

    Tymczasem Ferdzio przyszedł do siebie zupełnie i obaj chłopcy

 

 

   ruszyli z powrotem do miasta. Przez drogę ten kryjący się niedawno

 

    w podziemiu za plecami Kubusia bohater szwarcgelberowski teraz, 

    w świetle dnia, wobec kręcących się wszędzie żołdaków austriackich

 

    nabrał szczególnego animuszu i począł niestworzone rzeczy prawić

 

    o jezuitach, o dawnym rządzie polskim, o polskim nieładzie i chytrości.

 

    A wreszcie o błogim porządku, jaki w tym kraju zaprowadziła dobro

    czynna władza Jego Cesarsko

-

Królewskiej Apostolskiej Mości.

 

    —

 Zgnilibyście w sm

rodzie i brudzie —

 kończył 

— gdyby nie nasz 

    rząd. On was cywilizuje, on was uczy, jak żyć, chociaż naprawdę żyć nie

 

    możecie, boście stoczeni do szpiku kości przez trąd zepsucia i nieładu.

 

    Kubuś, słysząc te zuchwałe słowa, zatrzymał się cały dygoczący od

 

    gniewu i rzekł:

 

    —

 Wiesz, szpiclu, żeś ty strasznie głupi!

 

    —

 Szpicel? Jak śmiesz mnie nazywać szpiclem?

 

    —

 Bo jesteś nim!

 

    —

 Tak? Czekajże! Ja ci tego nie daruję, ja powiem ojcu. Zgnijesz tam

 

    w podziemiach, ty polska świnio!

 

    W tejże chwili rozległ się głośny policzek, Ferdzio zatoczył się jak

 

    pijany, furażerka mu spadła z głowy i oburącz chwycił się za twarz

 

    mocno zaczerwienioną. Kubuś zaś zły na siebie, że dał się unieść

 

    gniewowi, zawrócił spokojnie i poszedł na ulicę Opatowską, przy której

 

    mieszkali państwo Białkowscy ze swą córką Jadzią, bo było już blisko

 

    południa, a tam dawnym zwyczajem polskim punktualnie siadano do

 

    stołu.

 

background image

 

 8 

    Przez krótką tę drogę zdołał Kubuś opanować wzburzenie i jak

 

    zwy

kle spokojny, uśmiechnięty wszedł do saloniku kuzynów Białkow

    skich. Tu, będąc już we drzwiach, przypomniał sobie, że wśród przygód

 

    tego dnia zapomniał zupełnie o tym, że z panną Jadzią gra w zielone i że

 

    nie ma przy sobie ani świeżej gałązki 

bzu, ani paru listków koniczyny, 

    i oczywiście stanowczo przegrał zakład. Jakoż panna Jadzia, ubrana

 

    w krótką jasną sukienkę, mając złociste włosy związane w kosę, spada

    jącą z tyłu aż do pasa, podbiegła żwawo do Kubusia, wołając z daleka:

 

    —

 Zielone! Zielone! Prędko! Prędko!

 

    Kubuś nieco skonfundowany, ale uśmiechnięty, wydobył zza mun

    durka garść zwiędniętych, zeschłych, pokruszonych liści i pokazał

 

    pannie Jadzi z miną zabawną. Ta oburzyła się.

 

    —

 To ma być zielone? To się u kuzyna nazywa zielone, te śmiecie?

 

    —

 Ale one były zielone i jeszcze są zielone. Proszę patrzeć.

 

    —

 A ja proszę się nie wykręcać. Przegrałeś, kuzynku, i musisz teraz

 

    zapłacić, jakeśmy się umówili.

 

    —

 Nie wiem naprawdę, jakeśmy się umówili, ale co do zapłaty... to

 

    będzie ciężko, bo u mnie kabza pusta jak Sahara.

 

    —

 Także porównanie! Widocznie kuzynek dostałeś zły stopień z geo

    grafii, skoro ci Sahara tak utkwiła w głowie. Ale tu wcale nie idzie

 

    o pieniądze. Musi kuzynek zrobić teraz to, co ja będę chciała.

 

    —

 A cóż kuzynka będzie chciała?

 

    —

 To się pokaże, tyle tylko powiem, że trzeba żebyś kuzynek opuścił

 

    Sandomierz. 

    Kubuś zrobił poważną minę, westchnął i rzekł:

 

    —

 I bez rozkazu kuzynki będę musiał to zrobić.

 

   

 Twarz jego młoda miała taki wyraz, że panna Jadzia przestraszyła się

 

    i zawołała:

 

    —

 Jak kuzynek to dziwnie powiedział! Mój Boże, cóż się stało?

 

    —

 Stało się coś takiego, że jeżeli dziś jeszcze nie ucieknę z Sandomie

    rza, to mię Austryjaki* okują w kajdany i zapakują do kozy.

 

    Właśnie w tej chwili wszedł do saloniku pan Białkowski i, usłyszaw

    szy ostatnie słowa Kubusia, zawołał:

 

    —

 Jak się masz, chłopcze? Cóż to takiego? Dlaczegóż to Austryjaki

 

    mają cię wsadzić do kozy?

 

    Kub

uś zrazu nie chciał powiedzieć, zbywał półsłówkami, twierdził, że

 

    żartował, że to nic ważnego, ale przyciśnięty do muru przyznał się do

 

    awantury, jaką miał z Ferdziem von Lausitzem, zwanym pospolicie

 

    szpiclem. Pan Białkowski, mąż poważny z dużym, siwym wąsem,

 

    ubrany w kontusz karmazynowy i żółte buty, usiadł w karle, dobył

 

    tabakierki z zanadrza, uderzył w nią palcami, zażył potężny niuch,

 

    strzepnął ręką z kontusza rozsypany proszek, kichnął głośno mówiąc:

 

    dziękuję aspaństwu, choć oboje dzieci zajęte swymi myślami nie winszo

    wały mu wcale. Wytarł nos kraciastą czerwoną chustką i rzekł:

 

    —

 Hm! Mówię aspanu, że źle, bardzo źle. Po jakiego kaduka wdajesz

 

    się aspan z taką kanalią jak ten Lausitz?

 

    —

 Wdawać to się z nim, szczerze mówiąc, nie wdaję, ale dziś

 

    zaciekawił mię tymi kościotrupami i poszedłem z nim.

 

    * W dialogach zachowano ówczesną formę wyrazów: Austriacy, austriacki.

 

    Formy innych wyrazów uwspółcześniono,zgodnie z dzisiejszą pisownią.

 

    — Bardzo le

kkomyślnie to aspan zrobiłeś. Ale może on ojcu nie

 

    powie, żeś go aspan szpetnie spostponował onym policzkiem?

 

    —

 O! Co do tego nie ma żadnej wątpliwości, że powie. Nieraz to już

 

    zrobił i kilku kolegów naszych mocno z^ tego powodu ucierpiało.

 

    —

 Hm! Kanalia to widzę jest ostatnia. Hm! Nie ma co, musisz aspan

 

    uciekać. Źle to jest, bo lepiej nauki kończyć, wiadomo czego się człowiek

 

    za młodu nauczy, to na starość znalazł. Gdybyś aspan miał rodziców, to

 

    byłoby najlepiej pod ich skrzydło się schronić do czasu, ażby się rzecz

 

    utarła. Cóż tedy aspan myślisz zrobić? Chcesz uciekać 

— to dobrze, ale 

    dokąd?

 

    —

 Ucieknę do Księstwa Warszawskiego i wstąpię do wojska polskiego.

 

background image

 

 9 

    —

 Ba, łatwo to powiedzieć, wstąpię do wojska. Przyjmą t

o aspana? 

    Smyk jeszcze jesteś. Ile masz lat?

 

    —

 Szesnaście skończę na święty Jakub.

 

    —

 Hm! Może i przyjmą. Sam widziałem takich młokosów w wojsku,

 

    jakem był dwa lata temu w Warszawie. Ale to przecie teraz wojna!

 

    —

 O, tatuńciu! 

 wtrąciła się panna Jadzia. 

— Kuzynek Kubek (bo 

    i panna Jadzia Kubkiem go nazywała) jest mężny i nie boi się wojny.

 

    —

 A asanna skąd o tym wiesz? Patrzcie no ją! Kuzynek Kubek jest

 

    mężny. Co to znaczy 

 Kubek? Cicho bądź, dzierlatko! Asanna się nie

 

    od

zywaj, kiedy starsi mówią.

 

    Panna Jadzia raczka spiekła, cofnęła się zawstydzona pod okno, a pan

 

    Białkowski mówił:

 

    —

 Nie potrzebujesz asan daleko szukać tego wojska, co się szczęśli

    wie składa. Właśnie był tu u mnie dzisiaj rano pewien Żyd zza Wisły,

 

    z Lubelskiego, i radosne, rzec można, przywiózł mi wiadomości. Imagi

    nuj sobie aspan, że nasz dzielny książę Józef potłukł Austryjaków pod

 

    Górą na zrazy, wszędzie ich bije, jest już w Lublinie, oblega Zamość i ma

 

    wyruszyć pod Sandomierz, żeby go zdobyć. Będzie to srogi przelew krwi,

 

    zniszczeją nasze fortuny, spalą nam domy, ale to mniejsza, dla ojczyzny

 

    trzeba ponieść takie ofiary.

 

    Kubuś, słuchając tych wieści, cały promieniał ze szczęścia. Więc nasi

 

    biją tych szwarcgelberów? Więc wszystkie ich przechwałki, ogłaszane

 

    przez drukowane plakaty, jakoby zawojowali już całe Księstwo Warsza

    wskie, są niegodnym fałszem? Jakież to szczęście! O, jakże pragnął

 

    Kubuś jak najprędzej znaleźć się w szeregach waleczny

ch wojowników 

    polskich, jak mu dusza darła się do sztandarów i orłów ojczystych! Więc

 

    pod Sandomierz przyjdą, aby go zdobyć! O! On wie, którędy najłatwiej

 

    będzie do niego się dostać. Tam koło ruin jezuickich mur ma zaledwie

 

    łokieć wysokości i tak jest zrujnowany, że dość nogą kopnąć, by się

 

    rozleciał. Wprawdzie Austriacy rękami chłopów polskich sypią tam

 

    wysoki szaniec, ale przecie nasi przyjdą prędzej, nim ten szaniec będzie

 

    gptowy. O! Wielki Boże, na koniec wejrzałeś na nieszczęśliwą Polskę

 

    i dni szczęścia i radości jej dajesz.

 

    Tak sobie Kubuś myślał, a tymczasem pan Białkowski dalej mówił:

 

    —

 Zostaniesz asan u mnie do nocy, szukać cię tu przecie nie będą,

 

    a gdyby szukali, to cię kobiety dobrze ukryją.

 

    W tejże chwili panna Jadzia wysunęła się spod okna i cała zarumie

    niona zawołała:

 

    —

 Tatuńciu, ukryjemy kuzynka w garderobie!

 

    I poczęła klaskać w ręce i tańczyć po salce, wołając:

 

    —

 W garderobie! W garderobie! Tam kuzynka nie znajdą! O! Niech

 

    

sobie szukają, figę znajdą!

 

    I złożywszy paluszki, pokazała figę, nie wiadomo komu, prawdopodo

    bnie Austriakom, którzy oczywiście tego nie widzieli.

 

    Pan Białkowski patrzył na swą córkę i milczał przez chwilę, wreszcie

 

    rzekł:

 

    — A to koza

! Będziesz mi ty, dzierlatko, cicho? W garderobie

 

    kuzynka ukryją! Jaka mi mądra! Cicho bądź, aspanna, do paralusza!

 

    Panna Jadzia przestała skakać po sali, raczka znowu spiekła i jak

 

    przedtem ukryła się zawstydzona we wgłębieniu, a pan Białkowsk

    udając gniew mówił:

 

    —

 Skaranie boskie z tą dziewczyną!

 

    Wreszcie uspokoiło się wszystko, więc ciągnął dalej:

 

    — Zostaniesz tedy aspan u mnie do nocy. Ja tymczasem po obiedzie 

    poślę mego Jędrzeja do rybaka nad Wisłę, Kociubski się zowie.

 Znam go 

    od dawna, jeszcze z czasów insurekcji, kiedyśmy to z panem Kościuszką,

 

    naczelnikiem, wojowali. Kociubski jest człek godny, patriota gorący, i co

 

    ja mu powiem, to zrobi. On aspana nocą przewiezie przez Wisłę

 

    w Lubelskie, tam są nasi wojacy, i już sobie aspan radź, jak będziesz

 

    umiał. Rozumiesz?

 

    —

 Rozumiem i dziękuję serdecznie wujaszkowi dobrodziejowi.

 

background image

 

 10 

    Nazywał Kubuś pana Białkowskiego wujaszkiem, choć prawdę

 

    rzekłszy 

 ten nie był nim. Pokrewieństwo było dalekie, ale 

przez 

    grzeczność wypadało tak nazywać starego kościuszkowskiego wojowni

    ka. Ucałował potem ręce pana Białkowskiego, a on gadał:

 

    —

 No, już dobrze, dobrze. Pewien jestem, że nam wstydu nie zrobisz

 

    i będziesz się bił, jak przystoi na Polaka. A maszże pieniądze?

 

    Panna Jadzia znów wyskoczyła na środek salki i zawołała:

 

    — Kabza kuzynka jest pusta jak Sahara! 

    Prawdopodobnie byłaby ostro zgromiona przez ojca za to niewczesne

 

    odezwanie się, gdyby nie weszła do pokoju pani Białkowska 

i nie 

    oznajmiła, że waza z rosołem i makaronem jest już na stole. Kubuś

 

    przyskoczył do rąk wujenki, a panna Jadzia nie wiadomo dlaczego

 

    rzuciła się na szyję matce i coś jej szeptać do ucha poczęła; ale już pan

 

    Białkowski podniósł się z krzesła i podawszy rękę żonie prowadził ją

 

    uroczyście do pokoju stołowego.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ III

 

    w którym panna Jadzia oświadczyła, że życzy sobie, aby Kubuś

 

    wrócił generałem

 

    Kubuś miał rację twierdząc, że Ferdzio powie ojcu swemu o awantu

   

 rze i że pan hofrat cesarsko

-

królewski będzie chciał pomścić się za

 

    zniewagę, jaka spotkała jego jedynaczka. Już<nad wieczorem gospodyni,

 

    u której na stancji stał Kubek, wiedząc, że państwo Białkowscy są jego

 

    krewnymi, przybiegła przerażona i stroskana mocno z wiadomością, że

 

    policja u niej była, chcąc zabrać chłopca do więzienia, i że go szukają po

 

    całym mieście. Przez ostrożność pan Białkowski odpowiedział jej, że

 

    Kubuś dziś wcale nie był w jego domu i nikt nie wie, gdzie się znaj

duje. 

    Panna Jadzia okropnie się tą wiadomością przestraszyła, aż się rozpłaka

    ła, ale na szczęście policja do domu na ulicy Opatowskiej nie zajrzała,

 

    boby Kubusia tu z pewnością znalazła, gdyż proponowana przez pannę

 

    Jadzię skrytka w garderobie nie była żadną skrytką. Pani Białkowska

 

    tylko dla wszelkiego bezpieczeństwa po odwiedzinach gospodyni Kubu

    sia kazała mu się przebrać w suknie kobiece, żeby uchodził za dziewczy

    nę. Było to tym łatwiejsze, że chłopiec nie miał jeszcze wąsów, a owinąw

    szy głowę chustką, wyglądał na wcale ładną pannę. Kubuś dość

 

    niechętnie wdział na siebie spódnicę; nie umiał w niej chodzić i wstydził

 

    się, zwłaszcza, że panna Jadzi na widok tak przebranego kuzynka

 

    śmiała się do rozpuku, żartowała z niego i kazała mu chodzić; uczyła go,

 

    jak ma stawiać drobne kroczki. Nauka ta jednak stanowczo się nie

 

    powiodła i panna Jadzia wszystkim oświadczyła z zadąsaną minką, że

 

    tak niezgrabnej panny, jak kuzynek Kubek, świat i korona polska

 

    jeszcze nie widziały.

 

    Na szczęście dla Kubusia późnym wieczorem zjawił się rybak Ko

    ciubski i oznajmił, że wszystko gotowe do przeprawy panicza na drugą

 

    stronę Wisły. Kubuś zrzucił z siebie nieszczęsną spódnicę, przebrał się po

 

    męsku i, odziawszy się w burkę ofiarowaną mu przez pana Białkowskie

    go, był gotów do drogi. Trochę mu było przykro, bo rzucał spokojny kąt

 

    sandomierski i puszczał się w świat zgoła sobie nie znany, na Bóg wie

 

    jakie przygody, gdzie już sam sobie radzić i pomagać musiał, ale

 

    nadrabiał miną, przybierał bohaterskie postawy, śmiał się i okazywał

 

    radość. Uważał to za tym potrzebniejsze, że panna Jadzia w ostatniej

 

    chwili strasznie upadła na duchu, posmutniała i w skrytości gorącymi

 

    zalewała się łzami. Pan Białkowski wsunął w rękę chłopca woreczek

 

    z kilkudziesięcioma guldenami, uściskał, błogosławił i mówił:

 

    —

 Niech Cię Bóg prowadzi, mój chłopcze, bij się mężnie, ale nie

 

    narażaj niepotrzebnie życia, bo męstwo nie polega na tym, by się rzucać

 

    z zamkniętymi oczami na niebezpieczeństwo. Trzeba tu spokojnej

 

    wytrwałości, przytomnego znalezienia się w razie potrzeby. Mam na

background image

 

 11 

    dzieję, że wstydu nam nie zrobisz. Masz tu karteczkę do pułkownika

 

    Sierawaskiego, mego dawnego i do

brego znajomego. Jeżeli go spotkasz,

 

    to ci się ta rekomendacja przyda. No, niech cię Bóg prowadzi!...

 

    Pani Białkowska uściskała chłopca po macierzyńsku, spłakała się

 

    nad nim, sporządziła mu zawiniątko, do którego włożyła nieco bielizny,

 

    a d

o koszyka nieco żywności. Wreszcie zawiesiła mu na szyi medalionik

 

    z Matką Boską Częstochowską i krzyż na czole chłopca zrobiła. Panna

 

    Jadzia podała mu rączkę i spuszczając zaczerwienione od płaczu oczy

 

    szepnęła:

 

    —

 Proszę się bić dobrze i wrócić do nas generałem, a to, co daję, wziąć

 

    na pamiątkę.

 

    To rzekłszy, wybuchnęła głośnym płaczem i uciekła. Gdy Kubuś

 

    później rozwinął papierek, w którym kryła się owa pamiątka od panny

 

    Jadzi, zobaczył tam pukiel jej złocistych włosów i karteczkę z napisem:

 

    „nosić to na sercu". Obok włosów był w papierku dukat złoty węgierski

 

    z Matką Boską. Dukat schował przyrzekając sobie, że go wyda chyba

 

    w ostatniej potrzebie, a pukiel włosów zgodnie z poleceniem kuzynki

 

    umieścił starannie na piersiach, jak talizman serdeczny, który mu miał

 

    dopomóc w otrzymaniu szlifów generalskich. 

    Tak obdarzony i błogosławiony Kubuś wyruszył z rybakiem Kociub

    skim nad Wisłę, gdzie czekała już na nich łódka, którą mieli się

 

    przeprawić na brzeg przeciwny. Kociubski, stary już i siwy, ale trzyma

    jący się krzepko, z okrutnymi wąsiskami spuszczonymi na dół, mrukli

    wy i zawsze jakby rozgniewany, gdy już znaleźli się sami, odezwał się

 

    ostro do Kubusia: 
    —

 Na psa się zdały te bab

skie beki! 

    Splunął i po chwili dodał:

 

    —

 Iść za mną, nic nie gadać, bo te przeklęte krowie nogi[3] wszędzie się

 

    włóczą i węszą. Nie bojąc się niczego i mnie słuchać.

 

    Szli tedy zaułkami, przekradając się ostrożnie, zatrzymując się

 

    nieraz.

 Kociubski cały czas nadsłuchiwał bacznie. Szczęśliwie dostali się

 

    nad Wisłę, nie napotkawszy nigdzie krowich nóg. Niebawem znaleźli się

 

    na wątłej łódce, Kociubski chwycił za wiosło, odepchnął czółno i,

 

    energicznie pracując, puścił się na czarne fale Wisły. Noc była bardzo

 

    ciemna, za co należy, jak mówił Kociubski, podziękować Panu Bogu, bo

 

    pod jej zasłoną można niepostrzeżenie przedostać się na brzeg prawy.

 

    Wicher jednak podnosił na rzece wielkie fale i rzucał łódką jak piórkiem.

 

  

  Ale Kociubski był doświadczonym przewoźnikiem i rybakiem, znał

 

    dobrze rzekę i jej kaprysy; wiedział, jak należy się na niej zachowywać.

 

    —

 Szczęśliwie się to złożyło 

 gadał, gdy już odbijali od brzegu 

 że

 

    panicz teraz przeprawia się na tamten brzeg, bo wiem ja, że nasi już się

 

    tam kręcą. Dzisiaj rano sam widziałem ułanów. Nie będzie panicz

 

    potrzebował szukać naszych wojaków. Jeno patrzeć, jak przyjdą oni pod

 

    Sandomierz i zadadzą fernepiksu[4] kajzerlikom[5]...

 

    —

 Czy naprawdę nasi chcą zdobyć Sandomierz? 

 spytał Kubuś.

 

    —

 A cóż pan myśli, że na żarty? Zdobędą, zdobędą, ja im sam

 

    dopomogę, jak będę mógł. Dość już tych rządów nad nami przeklętych

 

    krowich nóg. Wypędzimy to robactwo z naszego Sandomierza, da Pan

 

    Jezu

s, że wypędzimy. Niech no się panicz do kaduka nie kręci, bo rzeka

 

    tęgo płynie, fala jest duża i łódka może się wywrócić... Siedzieć cicho

 

    i mnie słuchać!

 

    Siedział więc Kubuś spokojnie i cicho, patrzył na czarne fale przele

    wające się z szumem, przypatrywał się ciekawie błyskom, jakie się na

 

    nich ciągle pojawiały, i słuchał gadania starego Kociubskiego.

 

    —

 Nasi ściągnęli na tamten brzeg wszystkie łodzie i promy, a na cóż

 

    by to robili, jeżeli by nie mieli zamiaru przeprawiać się tutaj? A po cóż by

 

    znowu przeprawiali się, gdyby nie chcieli wytatarować[6] skóry kajzerlikom

 

    i nie wziąć Sandomierza?

 

    —

 Pewno, że tak 

 zauważył Kubuś 

 ale Austryjaki wiedzą

 

    »  zapewne o zamiarach naszych, bo na gwałt naprawiają mury, sypią

 

    szańce i nawet dziś, choć to była niedziela, kazali chłopom pracować.

 

background image

 

 12 

    —

 Wiem ja o tym, ale im Pan Jezus właśnie dlatego nie poszczęści.

 

    Panicz mówi: naprawiają mury, sypią szańce. To wszystko psu na budę

 

    się nie zda. Dowiedzą się nasi, gdzie te mury są słabe... już ja jestem

 

    w tym, żeby się dowiedzieli. A to ładne wichrzysko!

 

    Kubuś zaprzeczył temu, bo wichrzysko wcale nie było ładne.

 

    Owszem, nazywał je bardzo dokuczliwym i nieznośnym, bo pomimo

 

    ciepłej burki chłód przenikał go do kości. Ale uwaga ta oburzyła

 

    Kociubskiego, który rzekł:

 

    —

 Panicz jest młody, to i z przeproszeniem głupi. Nie ma w głowie

 

    nijakiej kalkulacji i penetracji. Kiej się jest w nocy na rzece, to nie 

potrza 

    wygadywać nic złego, bo woda to rozumie i jest mądra. Siedzieć cicho

 

    i nic nie gadać.

 

    Stary rybak był przesądny, jak wszyscy rybacy nadwiślańscy. Uwa

    żali oni Wisłę za żyjącą istotę i sądzili, że narzekać lub wygadywać na nią

 

    jest rzeczą niebezpieczną, bo rzeka to rozumie i może się zemścić.

 

    —

 Kiej się jest na cudzej łasce 

 dodał Kociubski gniewnie 

— to nie 

    potrza wymyślać.

 

    Zgromiony Kubuś umilkł, a i Kociubski przestał gadać, tylko coraz

 

    zawzięciej wiosłował i jak strzała przeszywał fale piętrzące się groźnie.

 

    Wśród milczenia chłopiec pogrążył się w myśli o tych wszystkich

 

    wypadkach, które tak nagle, tak niespodziewanie wyrzuciły go ze

 

    zwykłej spokojnej kolei życia i otworzyły przed nim pole zupełnie nowe,

 

    pełne Bóg wie jakich przygód. Ale nie żałował on tego wcale, ani też nie

 

    ubolewał nad tym, co się stało. Już dawno, od miesiąca, od początku tej

 

    wojny, wypowiedzianej, a raczej wcale nie wypowiedzianej, tylko 

    zdradziecko rozpoczętej przez Austrię przeciw Księstwu Warszawskie

    mu, budziła się w Kubusiu gorąca żądza wzięcia w niej udziału. Nieraz

 

    rozpaczał, że musi gnuśnie siedzieć w Sandomierzu, patrzeć na nienawi

    stnych Austriaków, kiedy tam gdzieś pod Warszawą bracia jego walczą

 

    z najeźdźcą. Przyczyniały się do tego jego myślenia wygłaszane bardzo

 

    często przez kuzynkę Jadzię uszczypliwe słówka o młodzieży, która nie

 

    ma w sobie rycerskiego ducha ojców i, kiedy jest wojna, woli siedzieć pod

 

    piecem lub bruki zbijać. Z tych to powodów rad był bardzo, że

 na koniec 

    rzeczy tak się ułożyły (nawet nie wiedział, kiedy) i że teraz w nocy przez

 

    burzliwą Wisłę dąży do tych szeregów ojczystych, do których od miesiąca

 

    wzdychał; i na wspomnienie trójbarwistej chorągiewki ułańskiej serce

 

    mu w piersi t

ak biło, jakby chciało wyskoczyć. No, już teraz i on wdzieje

 

    granatowy mundur z guzikami o srebrnych orłach, z żółtymi wyłogami,

 

    i on będzie się bił za ojczyznę. Oj, mocny Boże, jakże będzie prał tych

 

    znienawidzonych kajzerlików, te szpetne krowie nogi, jak ich nazywa 

    stary Kociubski. Kuzynka Jadzia powiedziała mu na pożegnanie, żeby

 

    wrócił generałem. Ba! Ba! Dziewczęta są głupie i nic się nie znają na

 

    wojnie i wojskowości. Niby to tak łatwo zostać generałem! Im się zdaje,

 

    że to tak samo, jak zapleść warkocz, zawiązać kokardkę lub pończochę

 

    zacerować. Tu trzeba walczyć, być mądrym, przebiegłym, dokonać

 

    jakiegoś wielkiego czynu wojennego.

 

    Ale z drugiej strony dlaczegóż by on nie miał dokonać takiego czynu

 

    i zostać generałem? Przecież nie święci garnki lepią, a generałowie nie

 

    z innej gliny są utworzeni. Dopieroż by to była uciecha i duma, i radość,

 

    gdyby w kapeluszu stosowanym[7], w mundurze z generalskimi szlifami, 

    ze szpadą u boku stanął przed kuzynką Jadzią na Opatowskiej ulicy

 

    i powiedział:

 

    —

 Pukiel włosów noszę na sercu i jestem generałem.

 

    A co? Co wtedy będzie? Co powie kuzynka Jadzia? Z pewnością

 

    spiecze raczka, klaśnie w ręce i nie będzie już do niego mówiła: kuzynku

 

    Kubku, ale:

 panie generale. A potem będzie ślub i wesele, pułk jego, bo

 

    przecież jako generał będzie miał swój pułk 

 ba! co tam pułk, całą

 

    dywizję co najmniej 

 zaprezentuje broń i będzie wołał: niech żyje nasz

 

    generał Jakub Królikowski i jego żona Jadwiga! Dopieroż to wszyscy

 

    będą patrzyli i co to będzie za uciecha, miły Boże! Co za radość! Co za

 

background image

 

 13 

    szczęście!

 

    Kiedy tak Kubuś marzył i zapomniał przy tym zupełnie, gdzie się

 

    znajduje, nagle gdzieś z ciemności rozległ się donośny, surowy głos:

 

    —

 Hej, kto tam płynie, stój, bo strzelę!

 

    —

 Jakże stanę, panie żołnierzu 

 odezwał się na to Kociubski 

— kiej 

    mię fala unosi.

 

    —

 Ktoś ty jest, gadaj!

 

    —

 Przewoźnik od Sandomierza.

 

    —

 Sam jesteś?

 

    —

 Nie, wiozę żołnierza, który chce wstąpić do wojska naszego.

 

    — Ilu was jest? 
    —

 A iluż by było? Dwóch jeno.

 

    — Przybijaj! 

    Tedy Kociubski pchnął silnie łódkę naprzód, aż się zaryła w piasku

 

    przybrzeżnym, sam szybko wyskoczył na ląd i zawołał:

 

    —

 Wyłaź panicz!

 

    Nie trze

ba było Kubusiowi dwa razy tego powtarzać, w jednej chwili

 

    znalazł się na lądzie i, podczas gdy Kociubski przywiązywał łódź do

 

    jakiegoś krzaku, sam począł się rozglądać dokoła i szukać oczami owego

 

    żołnierza, który przed chwilą z rybakiem rozmawiał. Noc była ciemna,

 

    brzeg gęsto zarosły wikliną i nic nie było widać zrazu, ale po chwili z tej

 

    wikliny wysunęła się mętna figura konia, lanca i dał się słyszeć łopot

 

    miotanej przez wiatr chorągiewki.

 

    Ułan! 

 pomyślał sobie Kubuś i serce mu zabiło w piersi.

 

    Tymczasem ów ułan, trzymając w ręku pistolet, zbliżył się do

 

    Kubusia i Kociubskiego, pochylił się na koniu, żeby im się lepiej

 

    przypatrzeć, i pytał:

 

    —— To wy z Sandomierza? 
    —

 Z Sandomierza, panie żołnierzu 

 odrzekł Kubuś.

 

    —

 I puściły was to Austryjaki?

 

    —

 Nie pytaliśmy się ich o to.

 

    —

 Hm! To ty, smyku, chcesz wstąpić do naszego wojska?

 

    Nie podobało się to mocno Kubusiowi, że ten ułan nazwał go

 

    smykiem, jego, co przed chwilą myślał o szlifach gener

alskich, ale 

    zamilkł i nic się nie odezwał.

 

    —

 Czemu nie gadasz, kiedy ci się pytają? 

 zawołał szorstko ułan.

 

    —

 Daj no pan spokój, panie żołnierzu 

 wtrącił się stary Kociubski

 

    —

 prowadź nas lepiej do swego komendanta, bo my też nowiny

 

    

przywozimy z Sandomierza. Ja ta nieczasowy, noc upływa, a przecie

 

    za dnia nie będę mógł wrócić na tamtą stronę. Prowadź nas do komendanta.

 

    —

 I bez twego gadania, stary, poprowadziłbym was do komendanta,

 

    bo taki jest przykaż.

 

    — Stary, mój pa

nie żołnierzu, ale jary 

 odezwał się na to widocznie

 

    obrażony Kociubski 

 aspan jeszcze koszulinę w zębach nosił, kiedym ja

 

    już wojował z Naczelnikiem Kościuszką. A kiedy masz przykaż, to nie

 

    gadaj, jeno prowadź!

 

    — No, no! Ruszajta przodem

, a gęby stulić. Obaczy to pan pułkownik

 

    Dziewanowski, jakieśta nowiny przywieźli.

 

    —

 Pewno, że obaczy 

 odpowiedział Kociubski.

 

    Ułan ciągle z pistoletem w ręku postępował wolno za Kubusiom

 

    i Kociubskim, wołając: Na prawo! na lewo! prosto! W międzyczasie gadał:

 

    —

 Kat was tam wie, coście wy za jedni. Może szpiegi austryjackie, po

 

    nocy przez Wisłę się przeprawiacie, możeśta myśleli, że ja was nie

 

    obaczę. Aleja stary wyjadacz, mam ślepie dobre i uszy też nie od parady.

 

    Już od dawna was słyszę, jakeśta płynęli. Ho! Ho! Nie ze mną to sprawa.

 

    Jeżeliśta szpiegi, to jeszcze słońce nie wejdzie, a już będzieta dyndać na

 

    gałęzi.

 

    Snadź[8] obrażony był słowami Kociubskiego o koszulinie w zębach i

 

    i rad był, że może dokuczyć za to przybyszom. W Kubusiu krew się już

 

    burzyła, ale stary Kociubski spokojnie i chłodno odpowiadał:

 

    —

 Obaczymy, obaczymy. Nie potrza na to słońca, żeby widzieć,

 

background image

 

 14 

    komu Pan Jezus poskąpił rozumu. Różnie bywa na świecie, mój panie

 

    żołnierzu. Chcąc zebrać pszenicę, trzeba ją posiać, ale głupcy to bez

 

    siania się rodzą. Tak już wszechmocny Pan Bóg postanowił, a mundur

 

    ułański nie zawsze na mądrym leży.

 

    Ułan, choć się nazwał starym wyjadaczem, widocznie nie bardzo

 

    zrozumiał metafizycznej mowy Kociubskiego, bo mruczał coś pod

 

    nosem, wreszcie groźnie zawołał:

 

    —

 Stulić jadaczkę, nie gadać. Przy kaź jest, żeby nie gadać, boty Icem

 

    od lancy pomacam wam pleców. 

    Cała ta rozmowa, to zachowanie się ułana, to podejrzenie o szp

iegost- 

    wo zimną wodą oblały Kubusia. Od razu spadł z nieba słodkich marzeń

 

    w ziemskie błoto. Jemu się zdawało, że jak przybędzie do swoich, do

 

    rodaków, to go przyjmą z radością, serdecznie, z otwartymi rękami,

 

    uścisną, ucałują, a tu tymczasem przywitano go szorstko, obelżywie,

 

    a nawet posądzono o szpiegostwo. Zabolało go to mocno, a nie wiedział

 

    biedak, że nie ostatnie to w życiu złudzenie rozbite na miazgę przez szarą

 

    rzeczywistość.

 

    Wydobyto się na koniec z gęstych zarośli wikliny na szeroką piaszczy

    stą drogę, wysadzaną po obu stronach rosochatymi wierzbami, a w dali

 

    błyszczały liczne światełka. Światełka te świadczyły, że wieś jest blisko.

 

    Jakoż niebawem znaleziono się w niej. Przy płotach stały rzędem

 

    prz

ywiązane konie, przy nich leżeli, siedzieli, spali żołnierze poowijani

 

    w płaszcze; lance ustawione w piramidę sterczały obok, a gdzieś za

 

    płotem w ciemnościach ktoś piskliwym dyszkantem śpiewał:

 

    „Nie masz pana nad ułana

 

    A nad tańce nie masz

 broni! 

    Kubuś wchłaniał w siebie ten śpiew, zachwycał się tym widokiem

 

    wojowników polskich i zapomniał już o przykrym spotkaniu ze starym

 

    wyjadaczem ułanem. A wyjadacz ten zaprowadził ich do pustej chaty

 

    chłopskiej, zaraportował panu wachmistrzowi o wszystkim, oddał Ku

    busia i Kociubskiego temuż panu wachmistrzowi i kłusem odjechał,

 

    wołając:

 

    —

 Nim słońce wejdzie, będzieta dyndać!

 

    Tymczasem wachmistrz w ułance na bakier zadzianej, z wąsami do

 

    góry zakręconymi, obejrzał starannie obu przybyszów, o to i owo spytał,

 

    a dowiedziawszy się, że Kubuś chce wstąpić do wojska, spytał szorstko:

 

    —

 A umiesz jeździć konno?

 

    Nie mówił pan, tylko ty, co przykre było dla Kubusia, nie przyzwyczajo

    nego do takiego bezceremonia

lnego ze sobą postępowania, ale odrzekł:

 

    — Niestety! Nie umiem. 
    —

 No! To pójdziesz do piechoty, chociaż jesteś za młody, smarkatych

 

    nam tu nie trzeba. No, chodźta, zaprowadzę was do pana pułkownika.

 

    Hm! Z Sandomierza przypłynęli. Można to tak z Sandomierza wychodzić

 

    jak z zajezdnego domu? Ha! Pułkownik to spenetruje. Marsz za mną!

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ IV

 

    w którym Kubuś rozśmieszył pułkownika Dziewanowskiego

 

    i co z tego wynikło

 

    Całe to przyjęcie w obozie, to traktowanie Kubusia p

rzez „ty" 

    ogromnie mu się nie podobały i powoli przekonywał się, że służba

 

    wojskowa nie będzie dla niego usłana różami. Ale stało się i inaczej już

 

    być nie może. Znosił więc pytania, podejrzenia z pokprą, nie gniewał się,

 

    gdy mówiono doń ty, chciał tylko jak najprędzej stanąć przed pułkowni

    kiem, bo zdawało mu się, że ten jako człowiek wykształcony i dobrze

 

    wychowany pozna z kim ma do czynienia. Inaczej się z nim obejdzie niż

 

    prości żołnierze. Ale pułkownik spał, bo było zaledwie po północku,

 

    i dopiero na usilne nalegania Kociubskiego adiutant poszedł obudzić

 

    swego zwierzchnika. 

background image

 

 15 

    Upłynął jednak kawał czasu, nim ich zawołano do izby, w której

 

    pułkownik Dziewanowski rezydował. Siedział on na ławie pod piecem,

 

    na 

którym paliły się smolne łuczywa, ubrany w kurtkę baranami

 

    podbitą, ziewał głośno i w ogóle miał gniewny wyraz twarzy, pochodzący

 

    zapewne stąd, że go zbudzono ze słodkiego snu.

 

    —

 Co mi powiecie? Coście wy za jedni? 

 pytał tonem surowym

 

    i g

roźnym.

 

    Kociubski wystąpił tedy naprzód, pięknie się do kolan pokłonił panu

 

    pułkownikowi i począł opowiadać, że jest z Sandomierza, że się szczęśli

    wie przeprawił przez Wisłę, by przynieść naszym wojakom wiadomość,

 

    co się tam dzieje. Mówił dalej, że Austriacy wiedzą o uderzeniu na

 

    miasto, że naprawiają mury, do czego spędzili masę chłopstwa ze wsi

 

    okolicznych, że usypali przed Bramą Opatowską wysoki szaniec, ale

 

    jeżeli nasi się pośpieszą, to go nie będą mogli wykończyć, jak należy.

 

    A i chłopi niechętnie pracują, nawet jak tylko się da, uciekają.

 

    Słuchał tego pułkownik Dziewanowski w milczeniu, nie spuszczając

 

    surowych oczu z Kociubskiego, wreszcie krzyknął na adiutanta, by

 

    spisał to wszystko, co stary rybak opowiada. Młody adiutant w akselban

    tach[9] i pięknym mundurze ułanów szóstego pułku usiadł przy prostym

 

    stole i na dużym arkuszu siwego papieru spisał wiadomość o szańcach

 

    oraz naprawie murów sandomierskich przez Austriaków. 
    —

 Skończyłeś, waćpan, już? 

 spytał adiutanta pan Dziewanowski.

 

    —

 Skończyłem, panie pułkowniku 

 odparł tenże.

 

    Wtedy pułkownik zwrócił się do Kociubskiego i spytał:

 

    —

 Cóż dalej? Nie wiesz, jakie mają siły Austryjaki w Sandomierzu?

 

    —

 Co nie mam wiedzieć, jaśnie panie pułkowniku, wiem.

 

    —

 Iluż ich tam jest?

 

    —

 Cztery tysiące, jak obszył.

 

    —

 Skądże to wiesz? Powiedzieli ci oni czy co?

 

    —

 A powiedzieli. Bo trzeba jaśnie panu wiedzieć, że ja też jestem

 

    stary żołnierz i wojowałem swego czasu z księciem Józefem na Wołyniu,

 

    byłem pod Zieleńcami i też pod Dubienką, a potem służyłem w insurekcji

 

    pod Naczelnikiem Kościuszką i biłem się pod Racławicami, Szczękocina

    mi, na okopach warszawskich... 
    — To dobrze —

 przerwał niecierpliwie pułkowni

k —

 ale skądże tak

 

    dokładnie wiesz, ilu jest Austry jaków w Sandomierzu?

 

    —

 A wiem, bo ja jestem stary żołnierz i jeno okiem rzucę, a zaraz

 

    wiem, ilu żołnierzy stojało w szeregu. A też potrza wiedzieć jaśnie panu

 

    pułkownikowi, że w tych wojskach w Sandomierzu jest przeszło tysiąc

 

    samych naszych Polaków, a między nimi to mam krewniaka spod

 

    Stobnicy, Wawrzka Wiśnię, bo na ten przykład moja siostra Kaśka

 

    wyszła za gospodarza z Nizin, Bartłomieja Wiśnię, i ten Wawrzek to jej

 

    syn, 

a mój niby siostrzeniec, wiem, co robią cy...

 

    —

 Dobrze, ale gadaj skąd wiesz o sile Austry jaków i nie marudź!

 

    —

 Nie gadam to? Przecie gadam. Otóż ten Wawrzek, bo to ja jego

 

    wujkiem jestem, dokumentnie mi opowiedział, jakie są bataliony i ile

 

 

   jest w nich żołnierzy. To ja sobie skalkulowałem, że nie może być więcej

 

    piechoty niż trzy tysiące siedemset lub osiemset, a reszta kawaleria,

 

    huzary węgierskie.

 

    — Hm! —

 mruknął pan Dziewanowski. 

 Może to i prawda. Panie

 

    adiutancie, spi

sałeś to wszystko, co ten człowiek powiedział?

 

    —

 Spisałem, panie pułkowniku.

 

    Więc pan pułkownik zwrócił się znowu do rybaka i spytał:

 

    —

 Jak się ty nazywasz i coś za jeden?

 

    —

 Nazywam się, proszę wielmożnego pana pułkownika, niby Ko

    ciub

ski, Piotr Kociubski, rybak znad Wisły.

 

    —

 Zanotuj to, panie adiutancie. Cóż więcej wiesz o Austryjakach?

 

    —

 A to, proszę jaśnie pułkownika, że naszym, których tam jest kole

 

    tysiąca, niby, jak oni to nazywają po swojemu, Galicjanom, to strasznie

 

    się mierzi. Bo to naprzód nijak nie mogą zrozumieć ich, z przeprosze

    niem, psiego gadania ani też komendy. Na mustrze te ich kaprale

 

background image

 

 16 

    i lejtnanty przywiązują do nóg naszych chłopaków: do jednej wiązkę

 

    siana, do drugiej wiązkę słomy, i uczą ich maszerunku, gadając cięgiem:

 

    słoma, siano! slima, szano! Co niby znaczy, z której na ten przykład nogi

 

    mają zaczynać maszerunek. A kapral to stoi z kijem i niech no który się

 

    pomyli, to go zaraz kładą na ziemię i biją kijami. To, z przepros

zeniem, 

    człek po takim biciu puchnie jako pierzyna, nie przymierzając.

 

    — A to szelmy, szwaby! —

 zawołał adiutant słuchający tego opowia

    dania z nadzwyczajną ciekawością.

 

    —

 Pewnie, że szelmy 

 ciągnął dalej Kociubski 

 toteż naszym

 

    okru

tnie to wszyćko zmierziło. Gadają, co jak nasi przyjdą, to oni zara

 

    kaprala w pysk albo śpikulcem w żywot, i do naszych przejdą.

 

    — Patrzajcie. A pewne jest to, co gadasz? —

 spytał pułkownik.

 

    —

 Łgałbym to przed jaśnie pułkownikiem? A to byłbym, 

z przepro- 

    szeniem, huncwot ostatni, gorszy od Szwaba. Prawdę mówię rzetelną

 

    jako na spowiedzi. Niech no tylko nasi przyjdą pod Sandomierz, to tam

 

    takiego bigosu narobią, że niech Pan Jezus broni. Nasze chłopaki zaraz

 

    do nich przejdą, a reszta to nic nie warta, same rekruty. Jedne huzary są

 

    strasznie zajadłe, ale ich ta jest niedużo, będzie może szwadron.

 

    —

 Zapisałeś to, panie adiutancie?

 

    —

 Zapisałem, panie pułkowniku.

 

    —

 Powiedzże mi, dobry człeku 

 mówił pułkownik 

 a ileż o

ni tam 

    mają armat?

 

    —

 Harmat to oni mają w Sandomierzu dwadzieścia siedem, z tego

 

    piętnaście jest ciężkich, oblężniczych, a polowych dwanaście.

 

    —

 To ty wiesz, co są działa oblężnicze, a co polowe?

 

    —

 Nie wiedziałbym to ja, stary żołnierz? Przecie, że wiem. Małom to

 

    się napatrzył i nasłuchał ich na okopach warszawskich, kiejśwa z Naczel

    nikiem Kościuszką prali Prusaków? Oho, znam ja to! Ale to nie wszyóko

 

    jeszcze. Za Wisłą to oni usypali mocny szaniec i stoi tam piętnaście

 

    

harmat, jeno już nie wiem jakiego kalibru, bom tam nie był, a szelmy

 

    blisko patrzeć nie dają i jak się z łódką podpłynie, to zara krzyczą: halt!

 

    curyk! To niby znaczy: ruszaj won, bo strzelę!

 

    —

 Ciekawe to wiadomości. Cóż więcej wiesz?

 

    — Ano

 już nic, jużem wszystko podział, com wiedział.

 

    W tejże chwili Kubuś, który dotąd w milczeniu przysłuchiwał się

 

    opowiadaniu Kociubskiego, wysunął się naprzód i rzekł mocno zmiesza

    ny, ale z determinacją:                                      ,

 

    '—

 Panie pułkowniku, ja... ja...

 

    Pułkownik spojrzał na chłopca i powiedział:

 

    —

 Co chcesz powiedzieć? Coś ty za jeden?

 

    —

 Jestem Jakub Królikowski, uczeń szkoły normalnej z Sandomie

    rza, uciekłem oto z panem Kociubskim, bo chcę wstąpić d

o naszego 

    wojska. 
    — Hm! Ile masz lat? 
    —

 Szesnaście skończę na święty Jakub.

 

    —

 Za młody jesteś. Nie lepiej to było się uczyć?

 

    —

 Kiedy nie mogłem, a kuzynka Jadzia...

 

    Tu Kubuś zaczerwienił się jak burak, gdyż spostrzegł, że głupstwo

 

 

   palnął, bo cóż mogła obchodzić pułkownika kuzynka Jadzia. Tak się

 

    zmieszał, że nie wiedział, co mówić. I adiutant, i pułkownik roześmieli się

 

    w głos, a ten ostatni pytał:

 

    —

 No cóż, ta kuzynka Jadzia? Gadaj żywo!

 

    Kubuś całkiem już stracił przytomność i rzekł:

 

    —

 Kuzynka Jadzia kazała mi, żebym został generałem!

 

    Tu chłopiec zawstydzony okrutnie, zły na siebie, rozpłakał się głośno.

 

    Pułkownik śmiał się do rozpuku i gadał:

 

    — A to zuch dziewczyna, ta kuzynka Jadzia! Dalipan, zuch dziewu- 

    cha! Kazała ci, żebyś został generałem? Bagatela! A niechże cię kule biją,

 

    mój chłopcze, dawnom się tak nie ubawił.

 

    Śmiał się adiutant, śmiał się pułkownik, ale widząc, że to przykrość

 

    sprawia Kubusiowi, spoważniał i rzekł:

 

background image

 

 17 

    ,—

 No! No! Nie wstydź się i nie martw, chłopcze. Kto wie, może

 

    i zostaniesz z czasem generałem. Wszyscy powinni do tego dążyć,

 

    a żołnierze wielkiego Napoleona powiadają, że każdy z nich w tornistrze

 

    nosi buławę marszałkowską, co znaczy, że walecznością, męstwem,

 

    dobrym sprawowaniem się może dosłużyć się kiedyś nie tylko szlif

 

    generalskich, ale i buławy marszałkowskiej. No! No! Uspokój się.

 

    Podobasz mi się i chętnie cię wezmę do swego pułku. Umiesz jeździe

 

    konno? 
    — Niestety, pan

ie pułkowniku, nie umiem, ale się nauczę.

 

    —

 Szkoda, bo mi się podobasz. Na naukę teraz czasu nie ma, bo jest

 

    wojna. Ha, trudno, zapisz się do piechoty. Ale co to chciałeś mi

 

    powiedzieć? Zapomnieliśmy ja i ty, a wszystkiemu winna jest twoja

 

    

kuzynka Jadzia. Zuch dziewczyna, rad bym ją poznać.

 

    —

 Pewnikiem pozna ją pan pułkownik, jak zdobędziemy Sando

    mierz, bo panna Białkowska tam mieszka 

 wtrącił się Kociubski.

 

    —

 A więc Białkowska się nazywa? Czekaj no! Znałem ja jakiegoś

 

    Bia

łkowskiego... ano, zobaczymy. Cóż tedy, chłopcze, chciałeś mi powie

    dzieć?

 

    —

 Chciałem powiedzieć, że... że... jest takie miejsce, przez które

 

    łatwo dostać się będzie można do Sandomierza.

 

    —

 No! No! Cóż to za miejsce?

 

    Tu Kubuś opowiedział o owych lochach pod murami jezuickimi,

 

    które zwiedził dziś, a raczej wczoraj (bo już było po północy) rano

 

    z Ferdziem szpiclem, i dodał, że tam prawie nie ma żadnej fortyfikacji, bo

 

    mur jest niski i tak zrujnowany, iż się rozsypuje. Wprawdzi

e Austriacy 

    budują tam szaniec, ale go dopiero zaczęli kopać i nieprędko skończą;

 

    Kubuś dodał, że gotów jest poprowadzić żołnierzy do tego miejsca

 

    i prawie ręczy za skutek.

 

    Pułkownik wysłuchał bacznie tej relacji, kazał ją spisać zaraz

 

    

adiutantowi i w końcu rzekł do tego ostatniego.

 

    —

 Wyprawisz wasan, mości adiutancie, obu tych zuchów wraz

 

    z raportem pod eskortą dwóch żołnierzy do pułkownika Sierawskiego,

 

    a on już będzie wiedział, co z tym wszystkim zrobić.

 

    A zwracając się do Kubusia dodał:

 

    —

 Żałuję, że cię nie mogę, mój chłopcze, wziąć do mego pułku, bo nie

 

    umiesz jeździć konno, a teraz nie czas na naukę. Za to możesz równie

 

    dobrze służyć ojczyźnie w piechocie. Dopisz tam, panie adiutancie, że

 

    polecam tego

 chłopca opiece pułkownika Sierawskiego. No! Skończone.

 

    Idźcie sobie. Pan adiutant was pośle do pułkownika Sierawskiego.

 

    Ale Kociubski teraz wystąpił, że on nie może i nie ma po co chodzić do

 

    pułkownika Sierawskiego, że on musi wracać do Sandom

ierza, i to zaraz, 

    dopóki jest noc. Ale pułkownik nie dał nawet mu skończyć i zawołał

 

    gniewnie: 
    —

 Co ty, stary, mi tu pleciesz? Masz słuchać, a nie rezonować. Ruszaj

 

    precz! Panie adiutancie, zabierz tych zuchów i spełnij mój rozkaz.

 

    Tru

dno było teraz się sprzeciwiać i Kociubski bardzo markotny

 

    ruszył za adiutantem ku drzwiom, a pułkownik dodał:

 

    —

 Tam u Sierawskiego potrzebni są przewoźnicy i ich łodzie.

 

    Przydasz się tam. Bądźcie zdrowi!

 

    Wyszli tedy na dwór i Kociubski rze

kł do Kubusia:

 

    —

 Otóż to, chcieć komu dobrze zrobić. Tam moja kobita zamartwi się

 

    z kretesem. Będzie myślała, żem się utopił albo że mię krowie nogi ubiły.

 

    Ano, cóż'robić? Kiej tak, to tak! Trudno. A może jeszcze na stare lata

 

    przydam się naszym. Tam potrza przewoźników, ano juści... ja tyż

 

    przewoźnik. Pierwsza na ten przykład ojczyzna, a potem dopiero żona.

 

    Ale się kobiecisko namartwi i nabeczy... Ha! Nieczta... tak Pan Jezus

 

    chciał i tak będzie.

 

    Ogniska już dogasały, bo było późno, koguty po kurnikach piały, dym

 

    się rozwłóczył po drodze między chałupami, ułani spali przy koniach,

 

    jeno warty czuwały. Chłód był przenikliwy i Kubuś nieprzywykły do

 

    czuwania całonocnego, znużony wrażeniami tego dnia, tak pamiętnego

 

background image

 

 18 

  

  w jego życiu, dygotał pod burką[10]. Świt był już bliski, bo od wschodu

 

    płynęła świeżość, i niebo bielało, ale smutek posępny leżał w naturze.

 

    Rosochate wierzby przy drodze szumiały i od czasu do czasu dawał się

 

    słyszeć świergot wróbli, nieomylny znak budzącego się dnia.

 

    Adiutant zawołał wąsatego wachmistrza i oddał mu raport wraz

 

    z ustnym rozkazem pułkownika, dodając i wskazując na Kubusia

 

    i Kociubskiego. 
    —

 Obu tych zuchów odeślesz pod eskortą dwóch szeregowców

 

    natychmiast

 do pułkownika Sierawskiego.

 

    To rzekłszy, nacisnął furażerkę na czoło, otulił się płaszczem i, nie

 

    kiwnąwszy nawet głową na pożegnanie, zniknął we drzwiach chałupy

 

    pułkownikowskiej. Wachmistrz tymczasem popatrzył na obu podróżni

    ków i powi

edział:

 

    —

 A, to wy, ptaszki! Cóżeśta zbroili, że was odsyłają do Sierawskiego?

 

    —

 Niceśmy nie zbroili, panie wachmistrzu 

 odparł Kociubski.

 

    —

 To się wie. Kużdy nicego nigdy nie zbroił i kużdy jest niewinny.

 

    Wiadomo, znamy się na tym. Żeby was tam pułkownik Sierawski

 

    przykazał rzetelnie orżnąó, o co u niego nietrudno, bo strasznie łasy jest

 

    na skórę ludzką, to dobrze by zrobił.

 

    —

 A za cóż to ma nas pułkownik Sierawski orżnąć?

 

    —

 A choćby za to, że bez wasze hultajstwo ani ja, ani moje ułany

 

    wywczasować się nie mogą.

 

    —

 Kiepskie to, z przeproszeniem, ułany, które myślą jeno o pierzynie

 

    —

 zauważył Kociubski.

 

    —

 Jeszcze tu będziesz pyskować! 

 krzyknął wachmistrz.

 

    —

 A dlaczego mię nazywasz hultajem? 

 ostro się stawił Kociubski.

 

    —

 Ja jestem stary żołnierz, sam Naczelnik Kościuszko mię znał, żebyś

 

    wiedział. Masz przykaż, to go wykonaj, a ludźmi nie pomiataj, bo nie

 

    wiesz, kto oni są i z czym tu przyszli.

 

    Wachmistrz wytrzeszczył groźnie oczy, wąsy się mu najeżyły i miał

 

    taką minę, jakby się chciał rzucić na Kociubskiego, ale się pohamował,

 

    zaklął pod nosem od siarczystych pieronów, splunął i począł wołać po

 

    nazwiskach na dwóch ułanów, żeby konie kułbaczyli, bo pojadą z ekspedycją.

 

    Jakoż niebawem nadjechało dwóch ułanów otulonych w płaszcze,

 

    ziewających głośno, z bardzo kwaśnymi minami, że ich ze snu zbudzono,

 

    a wachmistrz dodał:

 

    —

 Malinowski, masz tu ekspedycję do pułkownika Sierawskiego.

 

    Tych dwóch jegomościów doprowadzita tyż do pułkownika Sierawskie

    go, a uważać, żeby wam nie smyrgnęli gdzie po drodze, bo byśta za to

 

    srodze odpowiedzieli. No, w drogę marsz!

 

    Kociubski nic już nie powiedział, dopiero gdy już szli gościńcem przed

 

    wsią, rzekł do Kubusia:

 

    —

 OJ głupi, głupi ten wachmistrz! Ani krzty rozumu Pan Jezus mu

 

    nie dał. On się boja, żebyśwa nie smyrgnęli! Ale co to z głupim gadać. Zna

 

    on się na rzeczy? Jemu się widzi, co my jakie hultaje albo przeszpiegi.

 

    Głupi! Juści, co prawda mógłby pułkownik Dziewanowski przez tej

 

    warty odesłać nas do tego tam, Sierawskiego, bo wstyd porządnemu

 

    człekowi iść pod wartą jak jaki złodziej, ale to inne porządki. Za

 

    Naczelnika Kościuszki tak nie bywało. Ale niech ta! Wola Pana Jezusa,

 

    jeno 

mi mojej kobity żal, ona się ta zabeczy i zamartwi od żałości.

 

    Szli drogą piaszczystą, wiatr świszczał po zielonej runi wiosennej

 

    i dzień się szybko robił. Pola, drzewa, lasy, świat cały bielał, rozwidniał

 

    się, ptactwo świergotało. Ułani drzemali na koniach, Kociubski mówił

 

    pacierz, a Kubuś szedł smutny, zamyślony, rozczarowany i niespokojny.

 

    Jakże mu się inaczej przedstawiało w jego wyobraźni młodzieńczej to

 

    wstąpienie do szeregów narodowych, a jakże odmienną, strasznie

 

    odmienną była rzeczywistość!

 

  
 
 
 

background image

 

 19 

    ROZDZIAŁ V

 

    w którym Kubuś przekonał się, że guldeny wujaszka Bialkowskiego

 

    cudowne wywołują skutki

 

    Pułkownik Sierawski, którego wachmistrz ułański odmalował jako

 

    „okrutnie łasego na skórę ludzką", spał jeszcze,

 kiedy do jego obozu 

    przybył Kubuś i Kociubski; trzeba było czekać, aż się obudzi. Kwatero

    wał on, podobnie jak pułkownik Dziewanowski, w prostej chałupie

 

    chłopskiej, bo w tej małej wioszczynie, raczej przysiółku niż wsi, złożonej

 

    z kilku 

nędznych pod lasem chałup, nie było innego mieszkania. Na

 

    podwórzu pułkownikowskiej kwatery przechadzały się kury ze wspa

    niałym kogutem, a co gorsza parę średniego wzrostu prosiaków rozko

    szowało się w cuchnącej kałuży błota, na samym środku

 podwórza 

    leżącej. Kubuś, usiadłszy na ławie przed chałupą, przypatrywał się

 

    obozowisku piechoty budzącej się powoli i leniwie z nocnego spoczynku.

 

    Śliczne majowe słońce wypłynęło już na niebo, dogrzewało mocno

 

    i złociło kozłylł z bronią, ustawione wzdłuż drogi przecinającej wioskę.

 

    Stał tu cały batalion szóstego pułku piechoty, którego amarantowe

 

    kołnierze i białe wyłogi przy granatowych mundurach mile wpadały w oko.

 

    Żołnierze myli się, czesali, czyścili mundury i broń, a kuchci

ki 

    rozpalały ogień pod kotłami, by przygotować śniadanie, i w ogóle ruch

 

    był ogromny, życie i wesołość biła z twarzy wojowników, przeważnie

 

    Mazurów, krępych i nabitych jak pnie, a krzepkich jak barki chłopa

 

    polskiego. Kubuś znużony nocą wrażeniami zapomniał o wszystkim

 

    i nieomal pożerał oczami to życie wojskowe. Byłby tak siedział całe wieki

 

    i patrzył na polskich wojowników, niosących w ostrzach swych bagne

    tów całą przyszłość kraju, ale pułkownik Sierawski obudził się i adiutan

    wezwał do pułkownika Kubusia i Kociubskiego.

 

    Pułkownik siedział za stołem w mundurze zapiętym i zajadał z pros

    tej miski glinianej gorący barszcz z razowym chlebem, a obok niego leżał

 

    rozpieczętowany list Dziewanowskiego. Spojrzał ostro na wchodzących

 

    i głosem groźnym, rozkazującym zapytał:

 

    —

 Który to z was jest przewoźnikiem z Sandomierza?

 

    — Ja —

 odrzekł Kociubski.

 

    —

 A gdzie twoja łódka?

 

    —

 Ostała na Wiśle podle wsi, w której ułany stoją.

 

    —

 Zostaniesz tu u mnie, bę

dziesz mi potrzebny. Panie adiutancie, 

    niech mu tam jeść dadzą.

 

    —

 Dobrze, panie pułkowniku.

 

    —

 Twoje wiadomości są ważne, odsyłam je zaraz do generała

 

    Sokolnickiego. Będziesz za to wynagrodzony. Możesz odejść.

 

    Kociubski zdecydował się już zostać (skoro tak chcą panowie wojacy)

 

    i z fatalistycznym usposobieniem chłopa polskiego przyjmował nowy

 

    swój los z mężnym poddaniem się, mówiąc:

 

    —

 Ja ta nijakiej nagrody, jaśnie panie pułkowniku, nie potrzebuję, ja

 

    też jestem stary żołnierz i com zrobił, tom zrobił dla swoich.

 

    —

 Dobrze, dobrze, możesz odejść! 

 zawołał pułkownik szorstko,

 

    zajadając barszcz, a spostrzegłszy Kubusia, krzyknął:

 

    —

 A! A! Czekaj no... to ty chcesz wstąpić do wojska?

 

    —

 Tak, panie pułkowniku.

 

    — Ile masz lat? 
    —

 Szesnaście kończę na święty Jakub.

 

    —

 Młokos! A tam, do kroćset! Strasznie jesteś cienki. Jak się ty

 

    nazywasz? 
    — Jakub Królikowski i mam tu do... 
    —

 Cicho! Nie gadać! Odpowiadać tylko na moje pytania. Pisze mi tu

 

    pułkownik Dziewanowski, żebym się tobą zajął. Ale co ja do kroćset

 

    zrobię z taką tyczką? Jak to się nazywasz?

 

    — Królikowski. 
    — Zapisz go tam, panie adiutancie, do czwartej kompanii pierwszego 

    batalionu. Niech go tam kapral Michalski weźmie w o

broty. No! Na lewo 

    w tył zwrot, marsz!

 

background image

 

 20 

    Ale ta szorstkość obejścia, ten ton rozkazujący podobały się bardzo

 

    Kubusiowi. Instynktem odgadywał, że pod tą surowością kryje się dusza

 

    dobra i szczera. Przy tym nie szydzono tu z niego, nie wyśmiewano się

 

    z jego naiwności, więc nabrał odwagi i rzekł:

 

    —

 Panie pułkowniku!

 

    —

 Co tam jeszcze do kroćset? Powiedziałem: na lewo w tył zwrot...

 

    — Ale ja mam list! 
    — Jaki list? 
    —

 Do pana pułkownika.

 

    — Do mnie? Od kogo? 
    — Od mojego

 opiekuna i krewnego pana Białkowskiego.

 

    —

 Białkowskiego? Jakiego Białkowskiego? Nie Telesfora przypadkiem?

 

    — Tak, Telesfora. 
    — Z Sandomierza? 
    — Tak! 
    —

 A niechże cię kule biją! Czemuś mi zaraz nie powiedział?

 

    —

 Jakżem miał powiedzieć, kiedy mi pan pułkownik nie dał przyjść

 

    do słowa.

 

    —

 Nie gadać! U mnie nie wolno gadać! Gdzie jest ten list? Dawaj go!

 

    Szybko go otworzył, przeczytał i rzekł na pół do siebie, na pół do

 

    Kubusia: 
    —

 Poczciwy Telesfor, pamięta o mnie. Więc waćpan jesteś kuzynem

 

    Białkowskich?

 

    Nie mówił już teraz Kubusiowi „ty", tylko waćpan.

 

    —

Tak, panie pułkowniku.

 

    —

 Trzeba mi było zaraz powiedzieć. Panie adiutancie, zapowiedz

 

    Michalskiemu, żeby mi się z rekrutem tym oto obchodził delika

tnie. 

    Żadnych przekleństw i wymysłów. Pczciwy Telesfor! Cóż, dobrze

 

    wygląda?

 

    —

 Doskonale, panie pułkowniku.

 

    —

 No, proszę... starszy on ode mnie. Ale, ale, a moja chrześniaczka

 

    jak się ma?

 

    —

 Chrześniaczka?

 

    —

 No tak, czyś głuchy?

 

    —

 Kiedy nie wiem, o kim pan pułkownik mówi.

 

    —

 Acpan, widzę, nic nie wiesz. O kimże do kroćset, jak nie o mojej

 

    chrześniaczce... Jadzi... tak, tak, Jadzia jej na imię. Musi już być duża

 

    dziewczyna? 

    KuBuś zaczerwienił się jak burak i nic nie odrzekł, tak się zmieszał.

 

    — Czemu acpan nie odpowiadasz? 

    I powstawszy z krzesła, pułkownik krzyknął takim głosem, jakby stał

 

    przed swoim pułkiem i komendę mu dawał.

 

    —

 Jak się ma Jadzia?

 

    Kubuś aż podskoczył, tak się przestraszył i natychmiast odpowiedział:

 

    —

 Doskonale, panie pułkowniku.

 

    —

 Musi być już duża?

 

    —

 Duża, panie pułkowniku.

 

    —

 Ma już z piętnaście lat?

 

    —

 Piętnaście lat, panie pułkowniku.

 

    Pułkownik spojrzał na wystraszoną minę Kubusia i rzekł:

 

    — Ki kaduk! Jak to acpan odpowiadasz? 

    I począł naśladować głos Kubusia:

 

    —

 Doskonale, panie pułkowniku, duża, panie pułkowniku, piętnaście lat,

 

    panie pułkowniku! Cóż to? Pozytywka acpan jesteś? Nie lubię tego!

 

    U mnie musi być przytomność, rzeczowość, a acpan, widzę

 

    —

 gamajda jesteś. Panie adiutancie, niech się tam weźmie Michalski do

 

    niego po swojemu. Telesfor i Dziewanowski mi go poleca, na mojej jest 

    opiece, zrobić mi z niego człeka jak się należy! Ruszaj mi acpan za panem

 

    adiutan

tem! Czuj duch! Znać mores i rygor! Marsz!

 

    Kubuś zmieszany mocno, nie wiedząc naprawdę za co od krzykały

 

    pułkownika został zgromiony, wyszedł z adiutantem, a ten zawołał

 

background image

 

 21 

    głośno:

 

    —

 Kapral Michalski niech się tu stawi!

 

    Żołnierze poczęli wołać kaprala, który niebawem przybiegł i, przy

    kładając dłoń do czoła, głosem ochrypłym rzekł:

 

    — Na rozkazy pana adiutanta. 

    Ów groźny kapral Michalski w rzeczy samej wyglądał pół groźnie,

 

    a pół zabawnie. Niski, krępy, miał dużą głowę, a na niej furażerkę,

 

    zawadiacko na bakier nasuniętą, maleńkie, głęboko osadzone oczka, złe,

 

    groźne, surowe, nakryte szpakowatymi krzaczastymi brwiami, nos

 

    pałkowaty rubinowej barwy i wąsy siwe, szczecinowate. Był już niemło

    dy, najmniej pięćdziesiąt lat liczył, i całą figurą, postawą, ruchami,

 

    wejrzeniem zdradzał żołnierza służbistę, ale tępego, poza regulaminem

 

    batalionu nie widzącego nic lepszego i mądrzejszego na świecie.

 

    Stał tedy w służbowej postawie, a adiutant mu gadał wskazując na

 

    Kubusia: 
    —

 Z rozkazu pana pułkownika ma kapral zapisać tego rekruta do

 

    swojej czwartej kompanii, obchodzić się z nim dobrze, dać mu broń,

 

    lederwerki[12] i mundur. 
    — Wedle rozkazu, ale munduru nie ma —

 odrzekł kapral.

 

    —

 No! Są przecież mundury austryjackie* „,g

 

    —

 Są, panie adiutancie.

 

    —

 Dać mu tedy mundur austryjacki tymczasem, a ja zażądam

 

    z magazynu, by przysłano dla rekrutów nowe mundury.

 

    — Wedle rozkazu. 
    —

 Idź pan 

 zwrócił się adiutant do Kubusia 

— za kapralem. 

    Poszedł tedy Kubuś z kiepską miną za groźnym kapralem, bo mu się

 

    nadzwyczajnie przykro zrobiło, że go ubiorą w nienawistny biały

 

    mundur austriacki, może zdarty z poległych krowich nóg. Szedł tedy

 

    i rozmyślał, a po namyśle rzekł do 

kaprala: 

    — Panie kapralu! 

    Kapral, który stąpał przodem krokiem miarowym, obrócił się jak na

 

    komendę i warknął:

 

    — A czego? 
    —

 Chciałbym prosić, żeby mię nie ubierać w mundur austryjacki.

 

    Czy to ja Austryjak? Wolę poczekać, aż z magazynu przyjdą nasze

 

    uniformy. 
    —

 Co? Rekrut ma milczeć i słuchać. Jeszcze czego, do stu rogatych

 

    diabłów. Rekrut woli! Rekrutowi nie wolno woleć, a to co? Jeszcze czego!

 

    Zapowietrzają nam rekrutami batalion! On woli! Ja ci tu skórko na buty

 

   

 pokażę, co to grymasy robić!

 

    Mruczał jeszcze coś pod nosem i poszedł naprzód, a za nim coraz

 

    bardziej zmieszany i zniechęcony Kubuś. Weszli do jednej z chałup, gdzie ,

 

    przy stole pisał coś jakiś młody człowiek. Kapral mówił:

 

    — Z rozkazu pa

na pułkownika ma nasz pisarz zapisać na listek

 

    czwartej kompanii tego oto rekruta świszczypałę i dać asygnację na

 

    mundur austryjacki, a pan kapitan Piotrowski podpisze. 

    Słysząc to Kubuś wziął na odwagę i rzekł:

 

    —

 Prosiłem pana kaprala, żeby mię nie ubierać w mundur szwabski.

 

    Jakże ja to będę chodził w takim uniformie?

 

    —

 Milczeć do stu par rogatych ancychrystów! Nie rezonować, jeno

 

    słuchać, bo będą basy![13] 

 huknął kapral.

 

    Pisarz uśmiechnął się i rzekł:

 

    — Niech no pan kapral tu w kancelarii batalionowej nie dunderuje[14] 

    i niech sobie siądzie, i poczeka, aż wszystko przygotuję. Widzi pan kaprali

 

    tam na kominie tę butelczynę? Warta buzi!

 

    Kapral z ukosa spojrzał na butelkę, jego rysy zorane, jakby kto broną

 

    

po nich przejechał, wypogodziły się i rzekł:

 

    —

 A skąd pan pisarz ją mają?

 

    —

 Skąd mam, to mam, i powiadam, że warta buzi. Niech kapral

 

    spróbuje. 

    Kapral chwilę wahał się, spoglądając z ukosa na butelkę, wreszcie

 

background image

 

 22 

    żądza zajrzenia do jej wnętrza przemogła i krokiem wolnym, skradającym się,

 

    zbliżył się do komina. Podczas gdy kapral był zajęty butelką

 

    i słychać było tylko gulgotanie łakomie połykanej gorzałki, pisarz,

 

    któremu skłopotana fizjonomia Kubusia widocznie spodobała się, kiwnął na

 

    niego, by bliżej podszedł, i szepnął:

 

    —

 Masz pan pieniądze?

 

    —

 Mam trochę.

 

    —

 Daj temu moczy gębie parę guldenów, a mundur się znajdzie.

 

    —

 Jakże ja mu dam?

 

    —

 Wprost wsadź mu w kosmate łapę i powiedz, żeby ci kupił sukna

 

    na

 mundur. Tylko nie tutaj, ale jak wyjdziecie. Takie rzeczy robią się

 

    w cztery oczy. 
    — Dobrze. 

    Właśnie kapral skończył swą cichą pogawędkę z butelką, postawił ją

 

    z westchnieniem, będącym zapewne wyrazem żalu, że nie całą ją

 

    wypróżnił. Tymczasem pisarz począł głośno pytać Kubusia o imię

 

    i nazwisko, stan, miejsce urodzenia, lata i inne szczegóły, które zaraz

 

    wciągnął do wielkiej, ale mocno zabrudzonej i obszarpanej haniebnie

 

    księgi. Skończywszy tę czynność, rzekł:

 

    —

 Już możesz pan odejść.

 

    — A asygnacja? —

 zapytał kapral, którego nos dzięki butelce

 

    przybrał purpurową barwę.

 

    —

 Asygnację później wypiszę i sam ją poślę kapitanowi Piotrowskiemu.

 

    —

 Nowe jakieś porządki 

 mruknął kapral i zwracając się do

 

    Kubusia

 swym ochrypłym głosem rozkazywał:

 

    —

 Rekrut! Marsz za mną!

 

    Gdy wyszli do sieni, w której nikogo nie było, Kubuś idąc za radą

 

    poczciwego pisarza, wydobył z kabzy trzy srebrne guldeny i trzymając je

 

    w ręku rzekł:

 

    — Panie kapralu! 
    Kapr

al szybko odwrócił się z groźną miną i widocznie z zamiarem

 

    wylania na głowę chłopca całego potoku przekleństw i wymysłów, ale

 

    spojrzawszy na rękę Kubusia, w której błyszczały srebrniki od razu

 

    złagodniał i spytał jak mógł najmilszym głosem:

 

    — Czego wasan chcesz? 
    —

 Może pan kapral za te pieniądze postarałby się dla mnie o mundur

 

    pułkowy.

 

    Kapral szybko rzucił oczkami dokoła, łapczywie schwycił pieniądze,

 

    schował je do kieszeni i rzekł:

 

    —

 Hm! Widzi asan, trudno to będzie, bardzo trudno. Żeby tak wasan

 

    dał jeszcze drugie tyle, toby się pewnikiem galanty mundurek znalazł.

 

    Nowe trzy guldeny z kabzy Kubusia przelały się do kieszeni starego

 

    wyjadacza i już obaj w jak najlepszej komitywie udali się do kwatery

 

    kapra

la, gdzie znalazł się nowiuteńki, jak z igły mundur, z amaranto

    wym kołnierzem i białymi wyłogami, nowiuteńkie białe płócienne

 

    spodnie, kamasze, czapka z sutaszami[15] i kitką, lederwerki, ładownica

 

    pełna naboi i karabin. Mundur, co prawda, był nieco za duży i za szeroki

 

    na szczupłą figurę Kubusia, ale na to nie było już rady.

 

    —

 Żebyśwa tu dłużej stali, to posłałbym do Rachowa po Żyda krawca

 

    i on by paniczowi (teraz już Kubusia nie nazywał wasanem, tylko

 

    paniczem) dopasował galanto mundur, ale gadał mi pan kapitan, że

 

    pewnikiem dziś stąd wyruszymy, nie ma więc czasu, ale jak tylko stójka

 

    gdzie dłuższa przypadnie, to zaraz dopasujemy mundurek. A co? Nie

 

    pięknie panicz wyglądają? Żeby tu było zwierciadło, toby się panic

    przeźrał i obaczył, jaki galanty z niego żołnierz.

 

    Kubuś nie przeglądał się w zwierciadle, ale rad był niezmiernie

 

    i pysznił się, i prostował, i myślał sobie, co by to panna Jadzia

 

    powiedziała, gdyby go zobaczyła w takim stroju rycerskim. Odtąd był

 

    w wielkich łaskach u kaprala Michalskiego, zwłaszcza że jeszcze

 

    niejeden srebrnik pod różnymi pozorami przelał się do kieszeni wygi

 

    kaprala. Ale Kubuś się tym nie martwił, nie przywiązywał żadnej wagi

 

background image

 

 23 

    do pieniędzy, bo dotąd ich nie potrzebował, dziwił się tylko szczególnej

 

    ich własności wpływania na usposobienie ludzkie.

 

    Tymczasem w ciągu dnia kapral, nie odstępując ani na krok Kubusia,

 

    uczył go pierwszych zasad służby frontowej, jak trzeba maszerować, jak

 

    broń nabijać, jak strzelać, jaką postawę przed starszymi zachować.

 

    Chłopiec w lot to wszystko pojmował, aż się kapral dziwił i gadał:

 

    —

 Znać, że panicz są ślacheckie dziecko. Te psiajuchy, chłopy, to

 

    strasznie są niezgrabne. Trzeba mu dobrze zębów pomacać, żeby co

 

    zrozumiał, a panicz jeszcze ja słowa nie rzekę, a już wie, o co idzie. Znać

 

    ślacheckie dziecko w paniczu.

 

    Choć Kubuś nigdy się nad tym nie zastanawiał, czy był szlachcicem

 

    czy nie, i naprawdę nic go to nie obchodziło, jednakże słowa starego

 

    burczymuchy, ale niewątpliwie dzielnego żołnierza, przyjmował za

 

    dobrą monetę i rad był bardzo z siebie. A kapral gadał:

 

    —

 Tera jest wojna, a na wojnie można łatwo kulkę połknąć i nogi do

 

    góry zadrzeć, kto nie wie jak i co potrza robić. Potrza tedy mnie słuchać.

 

    My może dziś na tych śwabów pójdziemy, niech panicz mnie się zawdy

 

    trzyma i robi to, co ja rzekę. Niejedną ja już wojnę widział, z Naczelni

    kiem Kościuszką się wojował, tyż z generałem Dąbrowskim w Italii, 

to 

    wiem, jak potrza robić. Trzymać się mnie i słuchać.

 

    Kubuś przyrzekł, że tak robić będzie i przekonał się, że kapral miał

 

    rację, bo nad wieczorem dobosze w werbel uderzyli, pułkownik Sieraw

    ski siadł na koń i spiesznym marszem poprowadził swój batalion ku

 

    Wiśle.

 

  
 
 

    ROZDZIAŁ VI

 

    w którym Wicherek głosi publicznie, że Kubuś jest najmądrzejszym

 

    mężem w świecie

 

    Kubuś wśród innych znajomości, porobionych w ciągu pierwszego

 

    dnia swej służby między żołnierzami i oficerami batalionu, zapoznał się

 

    także z doboszem batalionowym, chłopcem mniej więcej w jego wieku

 

    będącym i nazywanym Wicherkiem. Czy on istotnie takie miano nosił,

 

    czy też było to jego przezwisko nadane mu z powodu nadzwyczajnej jego

 

    ruchliwości, tego się Kubuś teraz nie mógł dowiedzieć. To tylko pewne,

 

    że Wicherek był warszawiakiem, wygadanym, dowcipnym i złośliwym

 

    zarazem, sprytnym, przebiegłym i umiejącym się znaleźć w każdym

 

    położeniu. A przy tym ze swoimi wadami miał on, jak się Kubuś sam

 

    później o tym przekonał, nadzwyczaj dobre serce. Kpił sobie z kaprala

 

    Michalskiego, naśladował jego chód, jego zabawnie groźną minę, głos,

 

    ruchy, podrwiwał z niektórych oficerów i kamratów żołnierzy, płatał im

 

    nieraz złośliwe, a nawet bolesne figle, ale za to w każdej ciężkiej

 

    potrzebie można było liczyć na niego, że poda rękę pomocną; nie

 

    pozwalał po wsiach znęcać się nad kobietami lub dziećmi, jak się to

 

    często przytrafiało żołnierzowi zmęczonemu i wygłodzonemu, gdy mu

 

    odmawiano tego, czego żądał.

 

    Zauważył on zaraz z rana Kubusia, ale czy nie mógł, czy też nie

 

    uważał za stosowne narzucać się obcesowo ze swoją znajomością, dość że

 

    koło południa, gdy właśnie chodził po wsi i bębnił, by żołnierze szli brać

 

    obiad, zbliżył się do Kubusia. Wykrzywiając się po łobuzowsku i przy

    mrużywszy jedno oko, drugim mrugał wskazując na stojącego opodal

 

    kaprala i zapytał:

 

    —

 Cóż? Jakże się panu podoba ten okaz?

 

    — Jaki okaz? 
    — Ano, nasz szanowny, rubinami ozdobiony na nosie, wydmikufel, 

    moczygęba, semperpijus, kapral Michalski?

 

    Kubuś roześmiał się raz z łobuzowskich min Wicherka, a potem z jego

 

    określenia przymiotów starego kaprala, i rzekł:

 

    —

 Cóż, bardzo dobry człowiek!

 

    —

 Ujeździłeś go pan już?

 

background image

 

 24 

    —

 Zdaje się 

 uśmiechnął się Kubuś.

 

    —

 Skoro tak, to masz, kawalerze ładny, moją łapę; lubię takich

 

    zuchów, którzy z tym niedźwiedziem za jednym zamachem dają sobie

 

    radę. Nazywam się Alfons, przezwany Wicherkiem, niech i tak bę

dzie. 

    Papa w Warszawie na Podwalu stare buty łata i zwie się Przyszczypkiewicz,

 

    a ja, Wicherek, mama zaś na Starym Mieście kadryla[16] sprzedaje.

 

    Do widzenia, trzymaj się kawaler ciepło, a jak ci co potrzeba, to sobie

 

    kup. Ale, ale jak się 

to pan dobrodziej wabi? 

    — Co takiego? 
    —

 To ci dopiero frajer! Nie rozumiesz waćpan, o co pytam?

 

    — Nie rozumiem. 

    Wicherek przybrał poważną i zabawnie groźną minę i podnosząc

 

    palec do góry, głosem powolnym i nosowym, naśladując wybornie r

uchy 

    i mowę kapitana Piotrowskiego, rzekł:

 

    —

 Pytam się ciebie, młodzieńcze, jak się zowiesz i kto cię rodził?

 

    Kubuś roześmiał się głośno i odrzekł:

 

    —

 Nazywam się Jakub Królikowski.

 

    —

 Pięknie się acpan nazywasz, ani słowa, a tymczasem bądź zdrów

 

    i o mojej przyjaźni dobrze mów! Zobaczymy się jeszcze! Adio! Adio!

 

    To mówiąc, podniósł lewą ręką połę swego spencerka, niby naśladując

 

    damę unoszącą suknię, kłaniał się zgrabnie nogą, szastał i głosem

 

    cieniutkim, kobiecym wołał:

 

    — Adio! Adio! 

    Zaraz potem uderzył w bęben, a w przerwach naśladował

 

    z prawdziwym talentem rechotanie żab:

 

    — Rech, rech, rech, kwak, kwak! 

    Żołnierze śmieli się, a on im język pokazywał. Nadzwyczaj Kubusiowi

 

    podobał się ten zręczny, wesoły, szydzący z siebie oraz innych chłopiec

 

    i w ciągu dnia bliżej się z nim zapoznał. Wiedział on o wszystkim, co

 

    się dzieje w batalionie i w całym pułku, i zawsze miał jak najlepsze

 

    informacje. Jaką drogą do tego dochodził, Kubuś nie mógł odgadnąć,

 

    to tylko było pewne, że co zapowiedział Wicherek, to zawsze się

 

    sprawdziło. Oto i teraz, przed samym wieczorem, zbliżył się do Kubusia

 

    i szepnął:

 

    —

 Zabierz pan swoje manatki, bo za godzinę wyruszamy.

 

    —

 Skądże to Wicherek wie?

 

    —

 Skąd wiem, to wiem. Na pe.[17] Wyruszamy! Już przyszły rozkazy

 

    od generała Sokolnickiego. Mamy iść w dół rzeki do jakiejś wsi, której

 

    nazwiska nie pamiętam... nazwisko to pod ostatnim psem... jakoś...

 

    Paskudnice czy Wołka Paskudnicka. Tam mamy się przeprawić na

 

    łodziach i przyczaić na tamtym brzegu, czekając na przybycie generała.

 

    Rozumiesz, młodzieńcze? Taki plan powzięliśmy po naradzie w sztabie.

 

    Tu znowu naśladował czyjś głos, postawę i ruchy, tylko że Kubuś nie

 

    wiedział kogo; dopiero później przekonał się, że Wicherek z nieporówna

    nym talentem małpował jednego z oficerów sztabowych, majora Jabłoń

    skiego, który jako mający dozór nad taborem dywizyjnym i nad

 

    magazynami w żadnym razie nie mógł być podczas narad w 

kwaterze 

    głównej, a jednak miał tę słabość, że lubił uchodzić za znaczącą figurę i za

 

    wielkiego strategika. Zresztą był to dobry człowiek i dzielny oficer.

 

    Otóż teraz, jak zwykle, wiadomości udzielane przez Wicherka spraw

    dziły się w zupełności. Ledwie słońce zaszło, musiał uderzyć werbel.

 

    Pułkownik Sierawski siadł na koń i batalion pośpiesznym marszem

 

    wyruszył ze swego dotychczasowego stanowiska.

 

    Marsz ten był dość uciążliwy. Posuwano się piaszczystą boczną

 

    drożyną, wyciągając z trudnością nogi z piasku; nakazano zachować

 

    przy tym największą cichość, nie śpiewać, nie rozmawiać głośno, co

 

    oczywiście czyniło ten marsz przykrzejszym. Nawet Wicherek, idąc na

 

    czele czwartej kompanii tuż przed Kubusiom i kapralem Micha

lskim, nic 

    nie gadał i miał kwaśną minę. Noc była ciemna, a od Wisły ciągnął

 

    chłodny wiatr i podwiewał płaszcze żołnierskie, wytarte i zniszczone na

 

    podchodach i biwakach od początku trwania tej wojny, a raczej najazdu

 

background image

 

 25 

    austriackiego. Kubuś żałował swej burki, darowanej mu przez wujaszka

 

    Białkowskiego, ale regulamin nie pozwalał mu jej nosić i zabrano mu ją.

 

    Dano natomiast jakiś cienki, wytarty, prawie przezroczysty i kusy

 

    płaszcz, który bardzo niedostatecznie ochraniał od chłodu.

 

    Wleczono się więc powoli po piaskach, w posępnym milczeniu i przed

 

    samym świtem zatrzymano się wśród gęstej wikliny tuż nad brzegiem

 

    Wisły. Zabroniono pokazywać się i wychodzić z tej wikliny, o czym

 

    zresztą nikt nie myślał, bo każdy po uciążliwym, całonocnym marszu rad

 

    był spocząć i przespać się trochę. Kubuś, który już drugą noc nie spał,

 

    rzucił się na pierwszą lepszą kępkę trawy i niebawem zasnął snem

 

    kamiennym. Obudził się szarpnięty przez kogoś mocno. Otworzył oczy

 

    i ujr

zał nad sobą Wicherka.

 

    —

 Wstawaj , śpiochu 

 wołał dobosz 

 czyż nie uczono cię

 

    w szkołach, że aurora musis amica.[18] Co prawda, z łaciny to tylko

 

    pamiętam, ale pan, coś chodził do szkół austryjackich, musisz przecie

 

    więcej umieć.

 

    — Ciekawe na co? —

 rzekł Kubuś gniewny, że go obudzono.

 

    —

 Na co? Na co łacina ci się w tej chwili może przydać? O mało

    duszny młodzieńcze! Wiedzże o tym, że tam w sztabie pułkownika

 

    wszyscy łamią sobie głowę nad zbutwiałym papierem, który im wręczył

 

    jakiś stary piernik, a który, oczywiście nie piernik, ale papier,

 

    ma być pierwszorzędnej wagi i znaczenia, jak powiada kapitan Pio

    trowski. 
    —

 Więc cóż? Cóż ma za związek ten papier ż łaciną?

 

    —

 Taki, że na tym papierze są wypisane jakieś wiersze łacińskie.

 

    —

 Co mię to obchodzi! Jeść mi się chce.

 

    —

 Otóż to! Oni wszyscy zawsze o swym kałdunku tylko myślą i to

 

    w takiej chwili, kiedy jakiś stary piernik przynosi pierwszorzędnej wagi

 

    dokument. Wstawaj i chodź, w kwaterze pułkownika nie tylko ci jeść

 

    dadzą, ale jeszcze uczczą cię należycie. Kto wie, jaką nagrodą obdarzą.

 

    —

 Po co mam tam chodzić?

 

    —

 Po to, cebulo jakaś, żeby przetłumaczyć, co jest napisane na

 

    papierze wręczonym pułkownikowi przez starego piernik

a. 

    — Nic a nic nie rozumiem —

 rzekł Kubuś na pół zaspany.

 

    —

 Widzę, że masz głowiznę zakutą, ale nie bój się, ja ci ją powoli

 

    odkuję. Przekonuję się, że tylko w Warszawie rodzą się ludzkie głowy, bo

 

    na prowincji to same główki kapusty. Chodźże do kroćset peleryn, bo

 

    wpadnę w pasję, a wtedy nic cię nie obroni od straszliwego Achillesa

 

    gniewu. Uważasz pan, ja cytuję Iliadę, oto co zrobiły batogi mego

 

    nauczyciela, imć pana Koszałkowskiego. Niech mu tego na strasznym

 

    sądzie ostatecznym Pan Bóg nie pamięta.

 

    —

 Wytłumacz no mi, tylko bez tych błazeństw, o co idzie, boja nic nie

 

    rozumiem! —

 zawołał Kubuś. 

 Gdzie mam iść i po co?

 

    Wicherek obraził się trochę, że Kubuś mowę jego nazwał błazeń

    stwem, ale wreszcie opowiedz

iał, co następuje: że pułkownik Sierawski

 

    stanął kwaterą we wsi Paskudnickiej Wólce, jak ją Wicherek nazywał,

 

    leżącej o kilka stajańod Wisły i wikliny, w której batalion się ukrywał, za

 

    wałem, usypanym przeciw wylewom rzeki; że ta kwatera pułko

wnika 

    mieściła się w domu szkolnym, gdzie stary, zatabaczony (tak się wyraził

 

    Wicherek) nauczyciel, przypominający z fizjonomii okrutnego Koszałko

    wskiego, dowiedziawszy się o przeprawie naszych przez Wisłę, zamie

    rzających uderzyć na Sandomierz, wydobył z kuferka jakiś obszarpany

 

    i pożółkły papier, oświadczając, że na tym papierze jest napisane, w jaki

 

    sposób można dostać się do miasta bez walki; że pismo to jest łacińskie,

 

    a on tego języka nie zna, ale wie od ojca, że tam jest opis jakichś lochów

 

    podziemnych, którymi można wyjść na rynek; że pułkownika ogromnie

 

    zainteresowało to opowiadanie zatabaczonego nauczyciela, ale niestety,

 

    okazało się, iż w sztabie pułkowym nikt nie umie po łacinie 

— zatem nikt 

    nie jest

 w stanie przeczytać tego tajemniczego dokumentu kryjącego tak

 

    ważną, tak pierwszorzędną wiadomość, jak się wyraził kapitan Piotrow

    "ski; że Wicherek na koniec sobie przypomniał, iż jest przecie w batalionie

 

background image

 

 26 

    niejaki pan Jakub Królikowski, któr

y z ostatniej klasy drapnął heroicz

    nie do wojska polskiego, i że jako mąż uczony, biegły w języku

 

    starożytnych Rzymian, tajemniczy ten dokument może odczytać i tym

 

    sposobem przyczynić się do zbawienia ojczyzny.

 

    — Rozumiesz wasan teraz o co idzie? —

 skończył tę swoją przemowę

 

    Wicherek. 
    — Rozumiem —

 odrzekł Kubuś zamyślony 

 coś i ja wiem o tych

 

    lochach, tylko nie jestem pewny, czy ten dokument potrafię odczytać.

 

    —

 W każdym razie nie zawadzi spróbować. A jeżeli odczytasz, jakaż

 

    sława cię czeka. O, nadobny młodzieńcze! Jaka zasługa, jaki rozgłos

 

    w całej armii polskiej, która oczywiście dumna będzie niesłychanie, że

 

    tak uczonego męża w swym łonie posiada. A zatem, nie tracąc czasu,

 

    chodźmy!

 

    — Dobrze, tylko wi

dzisz... okrutnie mi się jeść chce!

 

    —

 O, pozioma duszo! Wtedy gdy rozgrywają się wypadki pierwszo

    rzędnego znaczenia, ty myślisz o swym nędznym brzuchu! Ale pociesz

 

    się, widziałem w kwaterze pułkownika czterołokciową kiełbasę, z której

 

    zap

ach czosnku mile połechtał moje szewskie podniebienie (nie zapomi

    naj, że mój papa zwie się Przyszczypkiewicz i przy szczypki przyszywa

 

    do wszelkiego rodzaju zużytych chodaków), a obok tej wspaniałej,

 

    pachnącej kiełbasy leży ogromny bochen razowca. Nakarmią cię tam,

 

    upieszczą, zaszczytami obsypią, byłeś pożółkły papier zatabaczonego

 

    mistrza wiejskiego odczytał. Dalej, jazda! Czas ucieka, wieczność czeka.

 

    Tak zachęcony Kubuś wstał i poszedł za Wicherkiem. Jużci łacinę

 

    znał, przecie w szkole czytywał i tłumaczył Korneliusza Neposa,,Żywoty

 

    sławnych mężów", Cezara ,,0 wojnie galijskiej", Cycerona mowę

 

    przeciw Katylinie, ale swoją drogą nie był pewny, czy zdoła je już

 

    przetłumaczyć, lub nawet odczytać ów stary dokument. Ws

zak nieraz 

    oglądał takie stare pisma (o co w takim odwiecznym mieście jak

 

    Sandomierz nie było trudno) i nigdy nie był w stanie ani jednego wyrazu

 

    w nich odgadnąć, tak pismo było zagmatwane, pełne zakrętów, zygza

    ków i skróceń. A nuż się skompromituje w oczach pułkownika Sieraw

    skiego i całego sztabu pułkowego? Przestraszony tą myślą chciał

 

    zawrócić, ale już było za późno, bo stali przed kwaterą pułkownika i ten

 

    hultaj Wicherek, salutując po wojskowemu, gadał głośno do kapitana

 

    Piotrowskiego, że przyprowadził takiego uczonego męża, który nie tylko

 

    jakiś tam marny dokument łaciński, ale nawet same hieroglify egipskie

 

    z łatwością jest w stanie odczytać, jeno żąda za to, żeby mu przede

 

    wszystkim dano z pół łokcia tej wspaniałej czosnkowej kiełbasy, leżącej

 

    w izbie na stole. 

    Kapitan Piotrowski, który Wicherka znał doskonale, rzekł surowo:

 

    —

 Tylko mi tu błazeństw, kpie jakiś, nie gadaj. Gdzie jest ten, co

 

    umie przetłumaczyć ów dokument?

 

    — Oto jest, panie kapitanie! —

 zawołał Wicherek, usuwając się

 

    i wskazując na ukrytego za sobą, mocno zmieszanego Kubusia.

 

    — A! To ty? Rekrut wczorajszy? 
    — Tak, panie kapitanie. 
    —

 Znasz łacinę?

 

    —

 Trochę znam, ale czy potrafię zrozumieć ten dokument, 

nie wiem. 

    — Niech mu pan kapitan nie wierzy —

 wtrącił się Wicherek 

— to 

    panieńska skromność przez niego przemawia, skromność właściwa

 

    wszystkim uczonym mężom.

 

    Kapitan nie zwracał uwagi na paplaninę Wicherka, tylko rzekł do

 

    Kubusia: 
    —

 Chodź za mną!

 

    W izbie siedział pułkownik Sierawski, obok niego paru oficerów

 

    i jakiś staruszek zgarbiony, zasuszony, zatabaczony, w rzeczy samej,

 

    w ogromnych okularach na nosie. Domyślił się Kubuś, że to był ów

 

    nauczyciel wiejski od tego 

tajemniczego dokumentu, o którym mówił

 

    Wicherek. Na stole, w rzeczy samej, obok pożółkłego arkusza papieru, na

 

    zgięciach mocno przetartego, leżała ogromna kiełbasa, której zapach

 

background image

 

 27 

    w istocie mile łechtał głodne podniebienie kuzynka panny Jadzi.

 

 

   Kapitan Piotrowski wchodząc wołał:

 

    —

 Panie pułkowniku, mamy takiego, co nam przetłumaczy to pismo.

 

    Oto jest rekrut wczorajszy. 
    —

 A! Królikowski, jak się masz? 

 zawołał pułkownik. 

— To ty, 

    co ci moja chrześniaczka przykazała wrócić generałem? Prawda! Praw

    da! Przecie ty ze szkół uciekłeś, a tam uczą łaciny. Chodź no tu bliżej

 

    i czytaj! 

    Kubuś, zmieszany mocno wspomnieniem panny Jadzi, zbliżył się na

 

    rozkaz pułkownika i wziął do ręki ów papier, a choć mu zapach kiełbasy

 

   

 przyjemną i zarazem silną robił dystrakcję,[19] jednak od pierwszego

 

    rzutu oka na dokument przekonał się, że go łatwo będzie mógł odczytać.

 

    Pismo było stosunkowo niedawne, bo jak data na czele świadczyła,

 

    skreślone w r. 1770. Było zatem proste

, czytelne, pozbawione onych 

    nieszczęśliwych wykrętasów, jakie Kubuś widywał na starych doku

    mentach. Atrament wprawdzie był wyblakły, tu i ówdzie całkiem pod

 

    wpływem wilgoci zatarty, papier wskutek składania go we czworo na

 

    zgięciach poprzerywany, ale ostatecznie rzecz odczytać się dawała. Inna

 

    kwestia, myślał sobie Kubuś, czy tekst potrafię przetłumaczyć, zwłasz

    cza że ta kiełbasa gwałtownie mnie ku sobie pociąga i myśli mi pląta.

 

    Wobec tego po chwilowym przypatrzeniu się papierowi Kubuś zdobył się

 

    na czyn heroiczny i rzekł:          .

 

    —

 Panie pułkowniku, dokument ten przeczytam, ale mi się strasznie

 

    jeść chce, prawie omdlewam i litery mi przed oczami skaczą.

 

    — Patrzcie go! Skórka na buty! —

 zawołał pułkownik. 

 Jakże to,

 

    nie dali ci w batalionie śniadania?

 

    —

 Nie dali, bom spał.

 

    —

 A toś sobie sam winien, rekrucie! I za karę powinienbyś czekać do

 

    obiadu z pustym żołądkiem. No! No! Panie adiutancie, ukraj mi tam

 

    trochę tej kiełbasy i pajdę chleba. Niech żre. Tylko żywo połykaj,

 

    rekrucie, bo nie lubię gamajdów. Kto prędko je, ten i prędko robi.

 

    Adiutant wypełnił rozkaz. Kubuś zabrał się do jedzenia, a pułkownik

 

    polecał majorowi Jabłońskiemu, którego przywołano, ażeby temu oto

 

    rekr

utowi (tu wskazał na pochłaniającego kiełbasę Kubusia), jeżeli ten

 

    dokument przetłumaczy, wypłacił z kasy pułkowej dwa złote i w dowód

 

    szczególnej łaski dał mu z furgonu tej oto kiełbasy pół łokcia. Zwrócił się

 

    następnie pułkownik do Kubusia i zapytał:

 

    —

Co? Kontent jesteś, rekrucie?

 

    —

 Dziękuję panu pułkownikowi, ale dwóch złotych nie potrzebuję,

 

    co zaś do kiełbasy, to i owszem.

 

    —

 Ty, rekrucie, masz słuchać, nie rezonować. Dwa złote dostaniesz

 

    i kwita. A co, najadłeś się?

 

    —

 Trochę.

 

    —

 Żarłok szpetny jesteś. No bierz papier i czytaj!

 

    Kubuś wziął po raz wtóry ów dokument tajemniczy, bacznie mu się

 

    przyglądał i czytać począł głośno.

 

  
 
 

    ROZDZIAŁ VII

 

    w którym pan dziedzic Świtalski w bolesnym udręczeniu swego

 

    pulchnego ciała wyrzekł się ojczyzny

 

    Kubuś, przeczytawszy po łacinie wręczony mu przez pułkownika

 

    Sierawskiego dokument, przekonał się, że w trzech czwartych doskona

    le go rozumie. Tu i ówdzie znalazł się wyraz, którego znaczenia nie

 

    

pojmował, tu lub tam jakieś słowo było zmazane, ale bądź co bądź

 

    główna treść była jasna i wyraźna. Kreślił tę osobliwą zapiskę ksiądz

 

    Ignacy Tuszyński, rektor kolegium jezuickiego w Sandomierzu, w roku

 

    1770, 24 lipca. Zaczynała się ona od słów następujących:

 

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, ja, Ignacy Tuszyński, rektor

 

    kolegium Jezuickiego w mieście królewskim Sandomierzu, czując, że Bóg

 

background image

 

 28 

    wszechmogący niebawem powota mnie do chwaty swojej, bym przed

 

    strasznym Jego Sądem zdat sprawę z mego grzesznego żywota... (tu

 

    brakowało kilku wyrazów, a może Kubuś ich nie rozumiał) ...którą mi

 

    powierzyt pod pieczęcią przysięgi w chwili swego świętobliwego zgonu...

 

    (znowu brak paru wyrazów) ...przeczuwając cios, jaki ma spaść na 

nasz 

    tyle zasłużony Bogu i świętej naszej rzymskokatolickiej wierze zakon, po

 

    naradzie z najdostojniejszymi braćmi i socjuszami postanowiłem tajem

    nicę tę przelać na pismo, by zasie nie zginęla w morzu niepamięci, a Boże

 

    broń jakiej wojny lub nieszczęścia, i przyczynita się do ratunku braci

 

    mojej ukochanej... (tu wskutek wilgoci cały jeden ustęp kilkuwierszowy

 

    był nieczytelny) ...podziemia te, zbudowane, ciągną się z jednej strony

 

    pod dnem rzeki Wisty, na drugi jej brzeg, gdzie 

mają wyjście starannie

 

    zakryte ogromnymi gtazami i zaroślami tak, że nikt, kto tej tajemnicy

 

    nie jest świadom, odkryć tego wejścia nie może; z drugiej zasie strony

 

    wychodzą na rynek sandomierski, mając odnogę do piwnic kościota

 

    Dominikanów 

pod wezwaniem świętego Jakuba. Wejść zaś do tych

 

    podziemi można bardzo wygodnie...

 

    •Tu w najważniejszym miejscu pismo tak było zatarte, spłowiałe

 

    i przez wilgoć oraz zagięcie papieru zniszczone, że zupełnie odczytać się

 

    nie dawało, choć wszyscy obecni, a nawet sam pułkownik Sierawski,

 

    próbowali tego dokonać.

 

    —

 Otóż nieszczęście! 

 zawołał pułkownik. 

— Nic nam z tego 

    dokumentu nie przyjdzie, skoro nie wiemy, którędy można będzie dostać

 

    się do podziemia.

 

    — Jak to nie wiemy? —

 odezwał się kapitan Piotrowski. 

 Dość

 

    będzie odszukać wejście z drugiej strony Wisły, a wyleziemy na sam

 

    środek rynku sandomierskiego.

 

    — A prawda —

 zawołał pułkownik Sierawski i nagle uderzył się

 

    w czoło 

 że ja też zapomniałem! Przecież ty, rekrucie, gadałeś mi coś

 

    o tych lochach. To nawet zostało zapisane..., gdzie jest u kaduka raport

 

    pułkownika Dziewanowskiego?

 

    —

 Posłany został jenerałowi Sokolnickiemu 

 rzekł adiutant.

 

    — Szkoda... ale to nic, powtórz Królikowski, co wiesz o tych lochach. 

    Więc Kubuś opowiedział, że wejście do lochów jest w ruinach

 

    dawnego klasztoru jezuickiego, ale tam dostać się niepodobna, bo

 

    Austriacy sypią szaniec w tym miejscu; że wejście za Wisłę, nawet gdyby

 

    było odszukane, także się na nic nie przyda, bo tam także Austriacy

 

    usypali mocną redutę, że na koniec on, Kubuś, wątpi, czy można by

 

    przedostać się przez te lochy, bo najprzód powietrze tam jest tak

 

    okropne, że on choć tylko chwilkę tam bawił, o mało jednak się ni

    udusił; że wreszcie zdaje mu się, iż lochy te musiały się pozapadać, bo

 

    z piwnicy, w której był, widział korytarz prawie całkiem gruzami

 

    zawalony. Mówił to wszystko Kubuś spokojnie, skromnie i rozsądnie,

 

    tak że spodobał się z tego oficerom i pułkownikowi, który go poklepał po

 

    ramieniu i rzekł:

 

    —

 Masz rację! Zuch jesteś! Na nic nam się te lochy przydać nie mogą.

 

    Schowaj sobie acpan ten papier —

 zwrócił się do zatabaćzonego

 

    nauczyciela. 

    Kubuś składając dokument we czworo, by go wręczyć jego właścicie

    lowi, zauważył na stronie odwrotnej jakieś rysunki, jakieś linie czarnym

 

    i czerwonym atramentem nakreślone.

 

    —

Tu jest coś narysowane!

zawołał.

 

    —

 Co? Pokaż! 

 rozkazywał pułkownik.

 

    Rozwinięto więc znowu papier, rozłożono go na stole i wszyscy

 

    ciekawie przypatrywali się onym liniom. Niewątpliwie oznaczały one

 

    kierunek i rozgałęzienie podziemia, tylko w niektórych miejscach były

 

    narysowane czerwonym atramentem znaki krzyża świętego i jakieś

 

    wyra

zy, których niepodobna było odczytać.

 

    — Hm! —

 rzekł pułkownik. 

 Zmieniam zdanie. Schowaj waćpan,

 

    panie adiutancie, ten papier. Jeżeli dostaniemy się do Sandomierza, a nie

 

    wątpię, że się dostaniemy, trzeba będzie zbadać te lochy i ten papier

 

background image

 

 29 

  

  może nam być przydatny. Tego zaś rekruta, który tak dobrze umie po

 

    łacinie, zatrzymać przy sztabie pułkowym, pożyteczniejszy on tu będzie

 

    niż w szeregu. Tymczasem zaprowadź go, panie adiutancie, do drugiej

 

    izby i niech tam na piśmie przetłumaczy mi ten papier na polski język.

 

    Jeżeli dobrze pisze, to zostanie w kancelarii pułkowej jako pisarz, bo

 

    Wiśniewski huncwot babrzejak kura i już w sztabie dywizji zwracano mi

 

    uwagę, że nie mogą jego hieroglifów przeczytać. No dosyć, panowie

 

  

  oficerowie na swoje miejsca, pilnować żołnierzy, żeby się nie włóczyli.

 

    Wołać mi tu przewoźnika Kociubskiego!

 

    Zasiadł tedy Kubuś w sąsiedniej izbie do ciężkiej pracy, nierad z tego,

 

    że pułkownik przeznaczył go na pisarza, bo on przecież przedarł się

 

    z takim niebezpieczeństwem do szeregów narodowych nie dlatego, by

 

    ślęczeć nad papierzyskami, ale żeby z bronią w ręku walczyć za ojczyznę.

 

    Rozkaz pułkownika jednak był wyraźny i słuchać go trzeba było. Zabrał

 

    się więc do tłumaczenia dokumentu łacińskiego, co mu szło bardzo

 

    niesporo, jak wszelka praca, do której się niechętnie bierzemy, przy tym

 

    słuchał tego, co się działo w izbie pułkownika, do której drzwi były

 

    otwarte, i co go więcej intresowało niż wszystkie najstaroży

tniejsze 

    dokumenty. 

    Właśnie przyszedł tam wezwany przewoźnik Kociubski i pułkownik

 

    taką z nim rozmowę prowadził:

 

    —

 Jak się masz, Kociubo?

 

    —

 Do usług wielmożnego pana pułkownika.

 

    —

 Cóż? Masz dostateczną ilość łodzi, by moich sześcius

et ludzi od 

    razu przewieźć na tamtą stronę?

 

    —

 Nie mam tyle, panie pułkowniku, chyba za dwoma albo i trzema

 

    nawrotami. 
    —

Co mi tu gadasz, do kroćset diabłów! Czyż nie kazałem ci, żebyś się

 

    wystarał o potrzebną liczbę łodzi?

 

    —

 Skądże ich wziąć, panie? Przecie nie stworzę. Wszyćkie, jakie

 

    były, to się zabrało, aż pod Zawichost, a tam są nasze ułany i też łodzie

 

    i promy zabierają. Są tu, panie pułkowniku, dwa piękne gabary,[20] co na

 

    nich jabłka jesienią wożą do Warszawy, a na których ze stu żołnierzy by

 

    się pomieściło. Cóż, kiej nijak ich odszukać nie możemy, a właściciel dać

 

    nie chce... 
    —

 Kto dać nie chce?

 

    —

 Właściciel tych gabarów, ten, do którego należą.

 

    —

 Co ty mi tu pleciesz? Jak to może być, żeby ktoś

 u nas, dla ojczyzny 

    nie chciał dać dwóch nędznych gabarów? Przecież do stu katów nie zginą

 

    mu! 
    —

 Peda, że mu zginą i dać nie chce. Cóż to, peda, przeciw cysarzowi

 

    się bijeta? Ja tyż, peda, jestem patryjotą polską, ale co cysarz to cysarz,

 

    jakże to z nim bić się? Ja, peda, nie chcę przykładać ręki do śmierci

 

    ojczyzny i gabarów nie dam, bo, peda, i tak by przepadły, cysarscy by je

 

    zabrali, a oni, niby te cysarscy, jak co raz, peda, wezmą, to już nijak nie

 

    oddadzą.

 

    — A to o

sobliwość! Milionset piorunów. Któż to jest ten zdrajca?

 

    —

 Zdrajca, panie pułkowniku, to on nie jest, jeno tak gada.

 

    — Odpowiadaj na moje pytanie, nie rezonuj. Kto to jest? 
    —

 Dziedzic. Ma tu niedaleśko folwarczek maluśki, będzie ta ze ćtyry

 

   

 włóki, ale ziemia dobra, jabłka rodzi. Sad z jabłoniami i śliwami ma

 

    bardzo piękny.

 

    —

 Co mi tu u stu par diabłów gadasz o jakichś sadach? Gadaj o tym

 

    łotrze!

 

    —

 Niby... o jakim łotrze, panie pułkowniku? Ja nic nie wiem

 

    o żadnym łotrze!

 

    —

 Skaranie boskie z tymi ludźmi! 

 zawołał Sierawski załamując

 

    rozpaczliwie ręce. 

 Masz mi gadać o tym dziedzicu, właścicielu

 

    gabarów! 
    — Przecie gadam, nie gadam to? Dziedzic, co on to za dziedzic, 

    z przeproszeniem. Juści pewnie, że dziedzic, bo ma piękny folwark,

 

background image

 

 30 

    ziemia dobra i sad godny, ale co on za dziedzic? Przecie pamiętają ludzie

 

    i ja sam pamiętam, że był, z przeproszeniem, świniarzem i świniami

 

    handlował i na tym się dużego grosza dorobił, i zaraz zachciało mu się być

 

    ślachcicem, i kupił od pana Górskiego folwark. Nawet już teraz nie

 

    nazywa się jak dawniej Świtała, jeno pan Świtalski, niby ślachcic.

 

    —

 Więc on ma dwa gabary i dać nie chce?

 

    —

 Ma dwa piękne gabary, na których jabłka spławia do Warszawy,

 

 

   i dać nie chce, bo, peda, wy głupcy chceta wojować z cysarzem, który jest

 

    mocnijszy jak wszystkie Napolijony. 
    —

 Dość tego! Hej, panie adiutancie! Weźmiesz mi pan czterech

 

    żołnierzy i sprowadzisz mi tu zaraz tego Świtalskiego. Kociubski,

 

    

wskażesz drogę!

 

    Kociubski z adiutantem wyszli i przez chwilę panowało milczenie,

 

    tylko słychać było jak pułkownik tam i z powrotem chodził po izbie

 

    krokiem niespokojnym. Wreszcie Kubuś usłyszał taką rozmowę.

 

    — Dalipan, nie rozumiem, dlaczeg

o generał Sokolnicki mnie naj

    przód z moim batalionem wysyła na tamtą stronę i prawie pod sam nos

 

    Austryjaków, a sam dalej i później z całym korpusem się przeprawi. Nuż

 

    mię nieprzyjaciel napadnie przeważną siłą, co ja zrobię? Nie rozumiem

 

    tego planu. 
    —

 I ja także 

 odrzekł kapitan Piotrowski 

 i prawdę rzec to mi się

 

    wcale ta wyprawa na Sandomierz nie podoba. Jestem pewny, że nas

 

    pobiją, a przy tym, gdyby nas nawet nie pobili i gdybyśmy wzięli

 

    Sandomierz, to nieprzyjaciel wy

cofa się przez most na drugą stronę

 

    Wisły, gdzie, jak powiadają, usypał sobie groźny szaniec.

 

    —

 Ten szaniec ma atakować jednocześnie Rożniecki.

 

    —

 Tak? A to co innego... w takim razie zwycięstwo jest możliwe.

 

    —

 Ja nie wątpię, tylko nie rozumiem, po co mnie generał wysyła

 

    z batalionem na straconą pocztę.

 

    —

 Przecie w rozkazie musi być coś o tym powiedziane?

 

    —

 Właśnie, że nie ma nic, żadnych objaśnień. Każe mi się przepra

    wić, ukryć się dobrze i czekać na swoje pojawienie się. S

am pod 

    Zawichostem ma się przeprawić. Przypuszczam, że mię naprzód wysyła

 

    dla zasłonięcia swej przeprawy i to byłoby mądre, tylko że ja jestem na to

 

    za słaby. Jak mię Egerman zwęszy, może napaść na mnie przeważną siłą

 

    i pobić, nim Sokolnicki będzie mi mógł podać rękę. I to mię trapi mocno.

 

    —

 Więc cóż myślisz pan pułkownik zrobić?

 

    —

 A nic... rozkaz wykonam, niech się dzieje, co chce...

 

    Tu zapanowało w izbie milczenie, pułkownik wciąż chodził krokiem

 

    niespokojnym, a kapitan Pio

trowski głośno pykał z fajeczki, a palił tytoń

 

    jakiś ordynaryjny, bo duszący dym się rozchodził i kręcił w nosie

 

    Kubusia ślęczącego nad owym łacińskim dokumentem. Tłumaczenie

 

    okropnie go nudziło i ziewał, ale cicho, zatykając usta ręką, żeby

 

  

  pułkownik nie słyszał. Tak upłynęło pół godziny. Pułkownik wciąż

 

    chodził i myślał, kapitan siedział i pykał z fajeczki, a Kubuś tłumaczył

 

    i ziewał, gdy nagle zrobił się rumor, drzwi się z łoskotem otworzyły

 

    i weszło do izby kilka osób.

 

    — 

To zapewne przyprowadzili żołnierze tegojegomścia, co gabarów

 

    dać nie chce 

 pomyślał sobie Kubuś i, zdjęty ciekawością zobaczenia

 

    tego człowieka, pocichutku powstał z krzesła i na palcach przysunął się

 

    do uchylonych drzwi. Oto co zobaczył: przy drzwiach między czterema

 

    żołnierzami uzbrojonymi w karabiny stał człowiek niski, tęgi, barczysty,

 

    ubrany w kapotę z waszecia,[21] w wysokie juchtowe buty, mogący liczyć

 

    około czterdziestu lat, z gębą ordynarną, wąsami szczecinowatymi

 

    i ma

leńkimi, chytrymi oczkami niespokojnie dokoła biegającymi. Puł

    kownik od razu wsiadł na niego z góry:

 

    —

 To wasan jesteś, co nie chcesz dać gabarów wojsku narodowemu?

 

    — A ja —

 rzekł zuchwale pan Świtała, przezwany Świtalskim.

 

    — To wasan tak

i jesteś Polak, taki patriota?

 

    —

 A taka patryjota... nie dam i tyło.

 

    W twarzy jego, w silnym zaciśnięciu wąskich ust, w spojrzeniu

 

background image

 

 31 

    małych chytrych oczek malował się upór i zaciętość.

 

    — Tak? A wiesz wasan, czym to pachnie? 
    — A czym? — sp

ytał zuchwale.

 

    — Stryczkiem. 
    — Owa! —

 zawołał. 

 Nie wolno! Ja tyż jezdem ślachcic.

 

    Pułkownik wybuchnął:

 

    —

 Ja ci, psi synu, dam szlachcica! Gdzie są gabąry? Gadaj!

 

    — Nie powiem. 
    — Hej! —

 krzyknął pułkownik już w pasji. 

 Rozciągnąć 

mi tego 

    łotra, pod batogami wyśpiewa nam, gdzie gabary. Dalej, wziąć się do

 

    niego! 
    —

 Żołnierze rzucili się na Świtalskiego, który usiłował stawić opór,

 

    krzyczał, wymyślał, ale na nic się to zdało, choć wrzeszczał, że „cysorz

 

    zakazać bić ślachtę". Rozciągnięto pana brata jak kota i batogi zaczęły

 

    być w robocie. Nie wytrzymał jednak, bo skórę miał łaskotliwą, wypasio

    ną na wieprzowinie, i po kilku uderzeniach krzyczał:

 

    —

 O laboga, już powiem.

 

    Okazało się, że gabary miał na brzegu samym w Wiśle zatopione.

 

    Umyślnie to uczynił, żeby ich nie dać wojsku polskiemu. Na szczęście

 

    łatwo je można było wydobyć, ale pan dziedzic Świtalski był bądź co bądź

 

    niegodziwym łotrem, wartym szubienicy, a przynajmniej porządnego

 

    

obatożenia. Lecz pułkownik Sierawski pod pozorem groźnym i krzykli

    wym ukrywał miękką i łagodną duszę szlachcica polskiego; przy tym był

 

    rozkaz naczelnego wodza, księcia Józefa Poniatowskiego, zabraniający

 

    wszelkich gwałtów i nadużyć, a przecież jakby nie patrzeć 

 obatożenie

 

    dziedzica Świtalskiego było gwałtem. Tu miało ten szczęśliwy skutek, że

 

    wykryto gabary, bez których jednorazowa i jednoczesna przeprawa 

    batalionu na drugą stronę Wisły była niemożliwa. Kazał tedy pułkownik,

 

   

 osiągnąwszy to, co zamierzał, puścić imcipana Świtalskiego. Zerwał on

 

    się zaczerwieniony jak burak, nacisnął czapkę na głowę i wrzasnął:

 

    —

 Niech diabli wezmą taką ojczyznę!

 

    Wypadł z izby jak szalony i pomimo tuszy zmykał tak gwałtownie, że

 

   

 w parę sekund zniknął z oczów oficerów i żołnierzy pokładających się ze

 

    śmiechu na ten widok zabawny. Pułkownik zły i niezadowolony z tej

 

    sceny kazał zaraz Kociubskiemu zająć się wydobyciem z wody gabarów.

 

    i wszystko przygotować do przeprawy na drugi brzeg rzeki całego

 

    batalionu, jak tylko słońce zajdzie i wieczór zapadnie.

 

    Kubuś tymczasem zabrał się znowu do owego nieszczęsnego tłuma

    czenia starego dokumentu. Na dworze śliczne słońce świeciło, żołnierze

 

    i oficerowie się kręcil

i, czyniono przygotowania do przeprawy, a on 

    musiał siedzieć nad bezużyteczną gadaniną rektora kolegium jezuickie

    go. A przy tym wieczór się zbliżał i należało się śpieszyć. Wziął się więc

 

    energicznie z rozpaczy do pracy i przed samym zachodem

 słońca

 

    skończył swe ciężkie zadanie". Miał jeszcze tyle mocy nad sobą i nad

 

    swym znudzeniem, że starannie jak mógł najpiękniej przepisał na czysto

 

    swój elaborat. Ukończywszy to wszystko, właśnie gdy mrok zapadał

 

    i w izbie pułkownika zapalono dwie świeczki łojowe, do których przez

 

    otwarte okno zlatywały się ćmy i chrabąszcze, wręczył swemu zwierzch

    nikowi owoc ciężkiej, całodziennej pracy.

 

    Pułkownik, który widocznie zapomniał już przy nawale zajęć o całej

 

    sprawie podziemi sa

ndomierskich, będąc zakłopotany, czy jego wypra

    wa nie zakończy się nieszczęściem, zrazu nie mógł zrozumieć, co za

 

    papier mu Kubuś wręcza.

 

    — Co to jest? —

 spytał gwałtownie. 

— Dlaczego mi to dajesz? 

    Musiał mu Kubuś wyjaśnić wszystko i przypomnieć rozkaz, jaki mu

 

    rano dał co do przetłumaczenia na język polski starożytnego dokumentu

 

    łacińskiego.

 

    — A prawda! —

 zawołał pułkownik. 

— Prawda, prawda! No i co? 

    Przetłumaczyłeś?

 

    —

 Przetłumaczyłem, panie pułkowniku.

 

    Pułkownik rozwinął papier i zawołał:

 

background image

 

 32 

    —

 Ale ty bardzo pięknie piszesz, aż miło czytać. Zostaniesz przy mnie

 

    w kancelarii pułkowej. Panie adiutancie, proszę tego bazgracza Wiś

    niewskiego przenieść do szeregów, a na jego miejsce naznaczyć Króli

    kowskiego. A co tam nowego? 

    Słowa te były zwrócone do jednego z oficerów, który przyszedł

 

    z jakimś doniesieniem. Kubuś bardzo markotny i niezadowolony z tego,

 

    że ma być pisarzem w kancelarii pułkowej, wyszedł na podwórze, żeby

 

    trochę odetchnąć świeżym powietrzem po kilkugodzinnym siedzeniu za

 

    stołem w dusznej izbie. Noc szybko zapadła, cicha słodka noc majowa,

 

    pełna szmerów, szeptów, głosów nieuchwytnych przyrody. W wiklinie

 

    nad Wisłą słowiki śliczne swe trele rozpoczynały, żaby gdzieś 

w bagnis- 

    kach rechotały, a przepiórki po zbożach zielonych i falujących jak

 

    wielkie wody radośnie ćwierkały. Na niebie z ciemnego błękitu miliony

 

    gwiazd mrugało złotymi oczkami. Noc była miła, rozmarzona, pełna

 

    woni kwitnących bzów i fiołk

ów. 

    A z zapadającym mrokiem zrobił się żywy ruch w wiklinie. Łodzie

 

    jedna po drugiej podpływały cicho, z lekkim pluskiem wioseł, żołnierze

 

    na nie wsiadali i puszczano je na rzekę, która srebrzyła się za każdym

 

    poruszeniem wioseł. Kubuś znalazł się na wielkim gabarze zapewne

 

    należącym do pana dziedzica Świtalskiego. Natknął się tu na Wicherka,

 

    który zobaczywszy go, zawołał:

 

    —

 Jak się masz, uczony mężu? Wiesz, że zatęskniłem się za tobą, bo

 

    przecie z tym chamstwem (tu wskazał na żołnierzy) taki jak ja człowiek

 

    wdawać się nie może.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ VIII

 

    w którym Wicherek daje Kubusiowi kilka nauk moralnych 

    Cały batalion szczęśliwie, bez zwrócenia na siebie niczyjej uwagi,

 

    przeprawił się na lewy brzeg Wisły. Austr

iacy spali spokojnie w Sando- 

    mierzu i nie myśleli o tym wcale, by przeszkodzić przeprawie pułkowni

    ka Sierawskiego. Żaden patrol nie ukazał się i nie oglądał ciekawego

 

    widoku, gdy wśród ciemnej nocy, jak można najciszej, przybijała do

 

    brz

egu jedna łódź po drugiej. Żołnierze z niej wyskakiwali i tu pod

 

    przewodnictwem Kociubskiego szli jakiś czas wzdłuż rzeki, a potem

 

    znikali, jak gdyby gdzieś te zbrojne szeregi zapadały się pod ziemię.

 

    Tym miejscem, w którym wkrótce zniknął cały

 batalion —

 tak że gdy

 

    słońce wzeszło, na rzece nie było ani jednej łodzi, a na lewym brzegu

 

    najbystrzejsze nawet oko nie mogło dostrzec żołnierza 

 było szerokie

 

    zagłębienie, półkolem wrzynające się w stromo wznoszące się wzgórze,

 

    odnogę słynnych Gór Pieprzowych, malowniczo pod Sandomierzem się

 

    piętrzących. Zagłębienie to, zarosło krzakami, a nade wszystko bujną

 

    wikliną, było co prawda niezbyt wygodnym, ale za to dość bezpiecznym

 

    ukryciem dla batalionu pułkownika Sierawskiego, który miał rozkaz od

 

    generała Sokolnickiego, naczelnego dowódcy tej wyprawy, aby przejść

 

    skrycie na brzeg lewy, ukryć się tam starannie i czekać na jego,

 

    Sokolnickiego, przybycie z resztą kolumny. Wszyscy wiedzieli, że mają

 

    uderzyć na Sandomierz i że generał Sokolnicki na czele dwunastego

 

    pułku piechoty pułkownika Weisenhofa, szwadronu szóstego pułku

 

    ułanów Dziewanowskiego, z którymi Kubuś na samym początku spotkał

 

    się był za Wisłą, i dwóch dział lekkiej artylerii ma się przeprawić poniżej,

 

    pod miasteczkiem Zawichost. Na jego to przybycie batalion pułkownika

 

    Sierawskiego miał czekać, utaiwszy dech w sobie.

 

    Co prawda, żołnierzom nie bardzo się uśmiechał całodzienny praw

    dopodobnie pobyt w wiklinie, na wilgotnej ziem

i i pod gorącymi

 

    promieniami słońca majowego, bo dość niskie krzaki i zarośla nie dawały

 

    dostatecznego cienia. A i nie można było palić ogni, żeby dym nie

 

    zdradził pobytu wojowników polskich, nie można było zatem ugotować

 

    ciepłej strawy, więc żywić się musiano sucharami i tym, w co każdy

 

background image

 

 33 

    z żołnierzy zaopatrzył swój tornister. Za to spać mogli, ile żywnie

 

    zapragnęli, co zresztą po bezsennie spędzonej nocy większość, nie tracąc

 

    czasu, zaraz uczyniła. Rozstawiono od strony Sandomier

za pikiety 

    dobrze ukryte, mogące objąć wzrokiem znaczną przestrzeń, i oddano się

 

    zasłużonemu, aczkolwiek przymuszonemu wypoczynkowi. A tymcza

    sem słońce powoli i majestatycznie wypływało na niczym niezmącony

 

    błękit, ozłociło sobą malownicze okolice starego Sandomierza, przeglą

    dało się w lśniących falach Wisły i obudziło słodkim pocałunkiem swych

 

    promieni całą rojną rzeszę ptactwa gnieżdżącego się w krzakach wikli

    ny. Pierwszeństwo oczywiście należało tu do słowików, których t

rele 

    brzmiały dokoła i rozpływały się ujmującą melodią w ciszy porannego

 

    powietrza; za nimi barwne wilgi usiłowały dorównać niezrównanym

 

    słowikom , reszta zaś szarego ptactwa świergotem swoim zagłuszała

 

    nieraz ten piękny śpiew artystów pierzastych. Wysoko w górze, kąpiąc

 

    się w złotych blaskach słońca, uwijały się chyże jaskółki, a nad Wisłą

 

    szybkim lotem krążyły białe ry bitwy, co chwila jak strzały spadające na

 

    wodę i unoszące w dziobie jakąś ofiarę swej żarłoczności.

 

    Ale zm

ęczonych żołnierzy to słońce, to rojne, bujne życie, ten śpiew

 

    i świergot niewiele obchodziły. Większość pokładła się na wilgotnej

 

    ziemi i spała jak zabita, inni głośno chrupali suchary lub półgłosem

 

    rozmawiali ze sobą o czekającym ich szturmie

 na Sandomierz i o niewy- 

    godnej pozycji, jaką w tej chwili zajmowali. Niektórzy zajęci byli

 

    budowaniem z gałązek wikliny szałasu dla pułkownika, który po

 

    obejrzeniu starannym całego zaimprowizowanego obozowiska, wyzna

    czeniu stanowiska pi

kietom, zaleceniu cichości i zakazaniu surowo

 

    wychodzenia z wikliny legł na spoczynek w owym szałasie, zbudowa

    nym bardzo misternie z gałązek i płaszczy żołnierskich.

 

    Kubuś, nie mając jeszcze doświadczenia wojskowego, nie zaopatrzył

 

    się w żadną żywność, był za dumny, by prosić kolegów żołnierzy choćby

 

    o garść sucharów, których zresztą może by mu nie dali, bo sami mieli

 

    niewiele. Głodny więc chłopiec otulił się z rozpaczy w płaszcz i legł pod

 

    krzakiem, pocieszając się tą mniemaną mądrą maksymą, że najlepszym

 

    lekarstwem na głód jest sen. Był mocno zmęczony, bo prawie już dwie

 

    noce nie spał, a i ciągłe marsze, nieustanny ruch, gwar obozowy,

 

    rozmaitość widoków i wrażeń znużyły mocno nie przyzwyczajonego do

 

    takich wysi

łków nadzwyczajnych chłopca tak, że ledwie położył się,

 

    zasnął mocnym snem.

 

    Obudził go Wicherek. Gdy Kubuś otworzył oczy, słońce już było

 

    wysoko i jeden jego ciepły promień przedarł się przez gąszcz wikliny

 

    i kładł się na twarz Kubusia, ściągając mnóstwo much i komarów, które

 

    w tym wilgotnym miejscu samowładnie panowały i nielitościwie cięły

 

    spoconą twarz chłopca. Wicherek stał nad nim, z rękami na tył założony

    mi, i z zabawnym wyrazem politowania na swej szczupłej, nerwowej,

 

  

  łobuzowskiej twarzy patrzył na opędzającego się od komarów Kubusia.

 

    —

 Widzisz, zacny, uczony młodzieńcze, który łacinę tak połykasz

 

    gładko jak ja kiełbasę z czosnkiem, że gdybym cię nie obudził, toby cię

 

    muchy zjadły z kretesem i do wieczora zostałby z ciebie szkielet, i nie

 

    mógłbyś brać udziału w bohaterskim szturmie do Sandomierza, grodu,

 

    który... 
    —

 Żebym ci, panie Wicherek, miał być wdzięczny za to, żeś mię

 

    zbudził, to nie powiem tego.

 

    —

 Nie jesteś mi wdzięczny, uczony mężu, Koperniku? Licho nadało,

 

    jakoś nie mogę sobie przypomnieć ani jednego więcej nazwiska uczone

    go... ale, zaczekaj! Koperniku, Naruszewiczu... No! I tak dalej. Pytam, 

    dlaczego mi nie jesteś wdzięczny, kiedy ja o tobie ciągle myślę?

 

    — Dl

atego, że spałem smacznie, a śpiąc zapomina się o głodzie.

 

    —

 Więc głodny jesteś?

 

    — Jak pies ostatni. 
    —

 Hm!... Widzisz pan, powiem ci coś, co zapewne zbawienny wpływ

 

    uczyni na twój umysł, panie ładny. Kiedym wstępował do wojska,

 

    a raczej

 drapnąłem bohatersko przed dyscypliną mistrza Koszałkows

background image

 

 34 

    kiego, pocięglem[22] papy Przyszczypkiewicza i pantoflem mamy, to

 

    kapitan Piotrowski, do którego kompanii zostałem zapisany, taką miał

 

    do mnie przemowę: ,,Skoro chłopcze wstępujesz do s

zeregów narodo- 

    wych, powinieneś się wyrzec żony i dzieci". Na to ja podniosłem dwa

 

    palce do góry i rzekłem tonem uroczystym: wyrzekam się! A mogłem to

 

    uczynić, bo jako żywo nie miałem nigdy'ani żony, ani dzieci. Potem

 

    kapitan tak przemawia

ł: ,,Powinieneś być wytrwały na zimno i gorąco,

 

    na niewygody, na głód nawet, i znosić go z mężnym sercem i wesołą

 

    twarzą, jak przystało na członka walecznego rycerstwa polskiego". Więc

 

    i ty, uczony mężu, powinieneś nie zważać na głód.

 

    — Ba! —

 mruknął Kubuś. 

 Dobrze to gadać, ale cóż, kiedy mi się

 

    jeść chce. Głodu nie można zagłuszyć najmądrzejszymi nawet słowami.

 

    —

 Śmiej się z tego, panie ładny...

 

    Tu Kubuś 

 który jak każdy Polak był zły, kiedy był głodny

 

    —

 rozgniewał się na zbyt poufałe traktowanie go przez Wicherka

 

    i zapytał ostro:

 

    —

 Dlaczego mię pan nazywasz panem ładnym?

 

    —

 A jakże mam pana nazywać, brzydkim?

 

    —

 Nie lubię takich wyrażeń...

 

    —

 Nie żołądkuj się, młodzieńcze, bo gniew piękności szkodzi. A cz

    domyślasz się, co ja tu trzymam za osobą? Co ja tam ukrywam?

 

    —

 Wcale się nie domyślam i nie mam ochoty do rozwiązywania

 

    zagadek. 
    —

 A więc patrz, panie brzydki, i pociesz się!

 

    To rzekłszy, Wicherek wyciągnął obie ręce, w jednej z nich trzymał

 

    potężny kawał suchej kiełbasy, a w drugiej pół bochenka razowego

 

    chleba. 

    Na ten widok zaiskrzyły się oczy Kubusia i rzekł:

 

    —

 Wszak podzielisz się pan ze mną?

 

    —

 Nie tylko się podzielę, ale dam wszystko. Ja się już najadłem do

 

   

 syta i to mi wystarczy do kolacji, którą mam nadzieję zjeść w pierwszo

    rzędnym handlu w Sandomierzu.

 

    Kubuś już łakomie połykał kiełbasę i mówił:

 

    —

 Skąd pan weźmiesz pierwszorzędny handel w Sandomierzu? Są

 

    tam wprawdzie dwie traktiernie[23

], ale trzeba przede wszystkim dostać

 

    się do miasta.

 

    —

 Dostaniemy się dziś jeszcze. Ja to panu mówię.

 

    —

 Więc naprawdę dziś ruszamy na Sandomierz?

 

    — Tak- 
    —

 Skądże pan to wiesz?

 

    —

 Ja wszystko wiem, ale nie jedz pan tak łakomie, bo się udławisz

 

    i Polska straciłaby marnie swą uczoną ozdobę.

 

    Kubuś nic na to nie odrzekł, bo i nie mógł odrzec, miał usta

 

    zapakowane kiełbasą. Gdy ją na koniec przełknął, spytał:

 

    —

 Skąd pan dostałeś tej kiełbasy? Jest wyborna.

 

    — Ba, od czegó

ż głowa na karku? Zrobiłem wyprawę do wsi leżącej

 

    za tymi górami. Jakoś się nazywa Dwiekozy czy Psiekozy...

 

    —

 Wyprawę pan zrobiłeś? Przecie nie wolno się wydalać z obozu!

 

    —

 Ja też nie pytałem się o pozwolenie.

 

    —

 Hm, a gdyby pana złapały Aus

tryjaki. 

    —

 Mnie? Śmiej się pan z tego, panie brzydki!

 

    —

 W każdym razie wykroczyłeś pan przeciw rozkazom pułkownika,

 

    lecz zarazem dałeś dowód niemałej odwagi. Ja bym tego nie zrobił.

 

    —

 Boś pan się nie urodził w Warszawie.

 

    — Czy to Warsza

wa daje patent na odwagę?

 

    —

 Spodziewam się, że nie wasze Psiekozy.

 

    —

 Nie słyszałem o takiej wsi, choć znam dobrze okolice Sandomierza.

 

    —

 Ba! Pan jeszcze o wielu rzeczach nie słyszałeś!

 

    —

 Kubuś, który w miarę jak połykał kiełbasę, czuł, że m

u wraca 

    dobry humor, nie gniewał się już wcale na ton lekceważący, z jakim

 

    nieustannie do niego odzywał się Wicherek. Owszem, dziękował mu

 

background image

 

 35 

    gorąco za jego dobre serce i za pamięć o głodnym koledze.

 

    —

 No! No! Nie żołądkuj się, uczony mężu 

— m

ówił Wicherek

 

    krzywiąc się po łobuzersku 

 i nie sil się na podziękowania, bo te mnie

 

    wcale nie rozczulają. Schowaj sobie resztę chleba i kiełbasy, żebyś miał

 

    czym posilić się i mógł nabrać sił wieczorem, gdy ruszymy do szturmu.

 

    Idź spać, bo kto śpi, ten nie grzeszy. Adio! Adio!

 

    Wyprostował się, wykonał nogami jakiś nadzwyczajny piruet i,

 

    pogwizdując mazurka legionowego, zniknął w gąszczu wikliny. Kubuś,

 

    nasycony zupełnie, poszedł za dobrą radą poczciwego Wicherka, położył

 

    si

ę znowu, wybrawszy takie miejsce, gdzie mu słońce i komary nie

 

    dokuczały, i ukołysany szmerem wikliny, świergotem ptactwa, mnóst

    wem sennych, niezdecydowanych odgłosów zasnął mocno.

 

    Wieczorem, gdy słońce zaszło, a z Wisły poczęły się podnosić białe

 

    opary, w tym śpiącym dotąd obozowisku zapanował ruch i ożywienie.

 

    Żołnierze powstawali, płaszcze na siebie wdziewali, tornistry zapinali,

 

    broń czyścili i nowe podsypki[24] na panewki kładli. Pułkownik Sierawski

 

    niespokojnie chodził nad Wisłę, co chwila wdrapywał się na strome

 

    wzgórza, skąd rozległy roztaczał się widok, i z utęsknieniem spoglądał

 

    ku Zawichostowi, wyglądając przybycia generała Sokolnickiego. Z oba

    wą patrzył pułkownik ku Sandomierzowi, skąd lada chwila mógł się

 

    ukazać jakiś podjazd nieprzyjacielski, dostrzec jego batalion, uwiadomić

 

    Egermana w Sandomierzu, który niewątpliwie skorzystałby z tego

 

    i z poważną siłą napadł na szczupłą kolumnę Sierawskiego. Mógł

 

    wreszcie ktoś z ludzi tutejszych ujrzeć ukrytych żołnierzy, mógł zoba

    czyć płynące Wisłą łodzie. Któż zresztą był w stanie przewidzieć tysiące

 

    wypadków, na jakie wojna naraża? Niespokojny więc był bardzo

 

    pułkownik, a bardziej byłby niespokojny, gdyby się dowiedział, że

 

    Wicher

ek i niektórzy żołnierze potajemnie się wymykali z obozu do wsi

 

    sąsiednich, poszukując żywności i tym sposobem zdradzając mimowol

    nie i lekkomyślnie pobyt na tym brzegu wojska polskiego.

 

    —

 Szczerze mówiąc 

 gadał Sierawski do kapitana Piotrows

kiego 

    —

 jak nie wiem, dlaczego generał Sokolnicki kazał mi się przeprawić

 

    wcześniej na ten brzeg i kryć się jak złodziej przez cały dzień, narażając

 

    na wytępienie moich zuchów, tak nie umiem sobie wytłumaczyć

 

    opóźnienia jego kolumny. Obiecał mi, że najpóźniej o godzinie piątej po

 

    południu przeprawi się pod Zawichostem i ze mną się połączy... A tu ani

 

    słychu, ani dychu o nim. Ja sam siedzę tutaj jak mysz na pudle, z obawą

 

    przed pierwszym podjazdem nieprzyjacielskim, Cóż? Nie widzi

sz nic, 

    kapitanie? 

    Kapitan wysunął głowę, podniósł się nieco, bo obaj prawie leżeli na

 

    ziemi, spojrzał najprzód ku Sandomierzowi i zawołał:

 

    —

 Do licha... ale tak, nie mylę się!

 

    —

 Cóż takiego? Co?

 

    — Konny patrol... 
    — Co? Austryjaki? 
    —

 Tak, raz, dwa, trzy... dziesięć koni, huzary... poznaję po czakach

 

    czerwonych i błękitnych dolmanach.[25]

 

    — Masz diable kaftan! —

 syknął pułkownik. 

 Będzie bal. A od

 

    Zawichosta nic nie widzisz? 

    Kapitan, który odznaczał się w bata

lionie wybornym wzrokiem, 

    spojrzał w tamtą stronę przykładając rękę do oczu, bo zachodzące słońce

 

    rzucało jaskrawe promienie, i po chwili rzekł:

 

    —

 Widzę coś... rusza się... ale kurz zasłania.

 

    —

 Bój się Boga. Patrz! Może to nasi?

 

    — Nie w

idzę dobrze... ale błyska coś pod słońce, jakby broń... całe

 

    chmury kurzu. 

    Pułkownik patrzył tam także i wołał na pół gniewnie:

 

    —

 Gdzie u paralusza ty co widzisz? Ja nic nie widzę!

 

    —

 Ależ tak! To nasi... Ułani! Widzę wyraźnie chorągiewki.

 

    —

 Nie mylisz się? Widzisz chorągiewki?

 

    —

 Widzę, doskonale widzę... O! Patrz, pan pułkownik, huzary ich

 

background image

 

 36 

    także zobaczyli, zatrzymują się, niespokojni są, myślą zawracać.

 

    —

 Prawda, i ja widzę, chwała Bogu! Biegnij, kapitanie, co żywo,

 

    niech

 batalion staje pod broń, sprowadź go tu, może nam się uda trochę

 

    przepłoszyć tych huzarów.

 

    —

 O, nie czekają oni na to . Zawrócili i zmykają... ułani ich zobaczyli

 

    i pędzą tu cwałem.

 

    —

 Ruszaj, kapitanie, po batalion! Sprowadź go natychmiast

'. Dobo- 

    sze niech w bębny uderzą!

 

    Kapitan Piotrowski począł się spuszczać ze stromego wzgórza, co mu

 

    dość ciężko przychodziło, bo był otyły i niezgrabne buciska miał na

 

    nogach, a pułkownik Sierawski podniósł się zupełnie i patrzył na

 

    p

ędzących jak wicher ułanów. Tak, oni to byli. Żółte rabaty[26] złociły się

 

    pod słońce, dwubarwiste chorągiewki migotały w promieniach, orły na

 

    czapkach srebrzyste blaski ciskały, konie rwały cwałem, całe chmury

 

    kurzu pryskały w górę, ziemia dudniła rozgłośnie. Aż serce rosło na

 

    widok tej dzielnej jazdy narodowej! 

    Toteż pułkownik Sierawski odetchnął, jakby mu wielki ciężar spadł

 

    z serca, i mruknął:

 

    —

 No, nareszcie, chwała Bogu, bo już nie wiedziałem, co robić,

 

    Na koniec ułani nadjechali. Było ich trzydzieści kilka koni pod

 

    dowództwem oficera, który pułkownika zobaczywszy zatrzymał swój

 

    pluton i salutował mu po żołniersku.

 

    —

 Gdzie generał Sokolnicki? 

 pytał ten ostatni.

 

    —

 Idzie za nami. Za pół godziny tu będzie.

 

    —

 Nie wiesz, mości poruczniku, dlaczego tak późno?

 

    —

 Przeprawa była trudna, brakowało łodzi i promów. Nim je

 

    zebrano, parę godzin upłynęło.

 

    —

 Dokąd, waćpan, tak pędzisz?

 

    —

 Właśnie mam rozkaz dotrzeć do kolumny pana pułkownika,

 

    a zo

baczywszy podjazd nieprzyjacielski, chciałem mu nieco boków

 

    pomacać. Ale widzę, że już drapnął.

 

    —

 Zatrzymaj się tu, waćpan, moi ludzie zaraz nadejdą. Nie widać tam

 

    jeszcze kolumny generała?

 

    Porucznik, młody, z zuchowatą miną oficer, spiął się na strzemio

    nach, spojrzał w tył i po chwili rzekł:

 

    —

 Zdaje mi się, że już idzie. Kurz ogromny zasłania widok.

 

    —

 Wysuń, waćpan, pikietę ku Sandomierzowi, a plutonowi każ zejść

 

    z koni. Zaczekamy na generała.

 

    Niebawem też nadbiegł batalion szóstego pułku, prowadzony przez

 

    zadyszanego mocno kapitana Piotrowskiego. Żołnierze radzi, że się

 

    wydobyli z dusznej gęstwiny nadrzecznej, gdzie ich komary nielitościwie

 

    cięły, biegli wesoło krokiem gimnastycznym, dobosze bili generałmar

sz, 

    a na ich czele Wicherek z miną zawadiacką przebierał pałeczkami

 

    z prawdziwym wirtuozostwem. Kubuś z tornistrem na plecach, w któ

    rym kryła się reszta kiełbasy i chleba razowego, z za ciężkim na jego siły

 

    karabinem na ramieniu, z ładownicą, w której mieściło się kilkadziesiąt

 

    nabojów, zmęczył się i spocił drapiąc się za innymi na górę, ale był

 

    dumny, że idzie za kraj walczyć z nienawistnym obcym najazdem. Stary

 

    kapral Michalski patrzył groźnym okiem na szeregi i co chwila mruczał:

 

    —

 Równaj się! Łby do góry! Piersi naprzód!

 

    Batalion ustawił się na wzgórzu i niebawem nadciągnęła kolumna

 

    generała Sokolnickiego. Sam on jechał na przedzie na myszatej kobyle,

 

    zakurzony, spocony, ale z orlim wejrzeniem. Za nim szedł raźnym

 

    krokiem pułk dwunasty piechoty ze swym pułkownikiem Weisenhofem,

 

    potem dwa działa, a w straży tylnej reszta ułanów Dziewanowskiego.

 

    Generał przywitał się z pułkownikiem Sierawskim. Potem obaj

 

    z Weisenhofem, Dziewanowskim i paru oficerami zeszli nieco na bok 

    i tam coś długo naradzali się. Mrok już zapadał, po polach mgły poczęły

 

    się włóczyć, gdzieś we wsi psy naszczekiwały, bydło porykiwało i cichy,

 

    senny wieczór majowy kładł się na ziemię. Generał siadł na konia,

 

    podjec

hał do dwunastego pułku i głosem donośnym począł mówić:

 

background image

 

 37 

    —

 Żołnierze dwunastego pułku, pójdziemy na Sandomierz, odwiecz

    ny gród polski, siedlisko chwały polskiej, by ostrzem bagnetów naszych

 

    wyrzucić wroga kalającego te szanowne mury. Macie tu 

obok siebie 

    batalion szóstego pułku, który na szańcach Góry nieśmiertelną sobie

 

    sławę zyskał. Czyż i wy dacie się ubiec swoim towarzyszom? Nie!

 

    Pójdziecie z równym męstwem naprzód i pokonacie wszystkie przeszko

    dy, by sobie zasłużyć na pochwałę wielkiego Napoleona i na cześć

 

    nieśmiertelną u potomności. Niech żyje Polska!

 

    Słowa te przyjęte były z ogromnym zapałem. Żołnierze potrząsali

 

    karabinami, rzucali czapki w górę i wołali:

 

    —

 Prowadź nas do Sandomierza! Prowadź, generale!

 

    Rozległa się komenda, szeregi się zwinęły i cała kolumna potoczyła

 

    się ku Sandomierzowi.

 

  
 
 

    ROZDZIAŁ IX

 

    w którym Kubuś dowiaduje się, że jest kapuścianą głową

 

    Mrok zapadł. Tylko na wieżach Sandomierza, który z tych wyżyn

 

    dawał się doskonale widzieć, gorzały jeszcze blaski zorzy wieczornej. Na

 

    czele szturmowej kolumny, maszerującej krokiem przyśpieszonym,

 

    posuwali się grenadierzy pierwszego batalionu dwunastego pułku pod

 

    dowództwem młodego księcia Marcelego Lubomirskiego. Szedł on

 

    pieszo z dobytą szpadą w ręku, piękny, rycerski, postawą swoją

 

    i ruchami dając przykład żołnierzom, którzy dobrani wzrostem, w wyso

    kich czapkach, błyszcząc amarantowymi wyłogami swych mundurów,

 

    maszerowali krokiem pewnym i nieu

lękłym.

 

    Lekki powiew wieczorny przynosił od Sandomierza gwałtowny

 

    odgłos bicia w bębny na alarm. Grały trąbki, co świadczyło, że nieprzyja

    ciel, ostrzeżony przez patrol huzarski, gotował się do obrony. Zapuszczo

    no się w głęboki wąwóz, w którym, gdy kolumna wystąpiła, powitana

 

    została z murów i baszt niesłychanie gwałtownym ogniem piechoty

 

    nieprzyjacielskiej. Kule świstały jak osy ..kiedy ktoś w ich ul dmuchnie,

 

    dzwoniły po bagnetach, zrywały czapki z głów, zapadały w ziemię pr

zed 

    szeregami i po obu ich stronach wyrywały z głuchym uderzeniem snopy

 

    gliny i piasku, który pryskał w górę, zabijały, raniły, przenosiły wysokie

 

    postacie grenadierów i wpadały między batalion szóstego pułku, gdzie

 

    Kubuś szedł w pierwszym szeregu i pierwszy raz w życiu tego rodzaju

 

    zabójczą muzykę słyszał.

 

    Ale nie przerażała go ona wcale. Dzielny Wicherek maszerował przed

 

    batalionem, bił w werbel do ataku energicznie, pałeczki tylko warczały

 

    w jego ręku, od czasu do czasu podskakiwał zabawnie, a gdy jaka kula

 

    świsnęła mu koło ucha lub zaryła się przed nim w piasku, wołał

 

    piskliwym głosem:

 

    — Moje uszanowanie pani dobrodziejce! 

    Stary kapral Michalski z miną groźną, najeżonymi wąsami, poglądał

 

    strasznym wzrok

iem po szeregach swego batalionu i gdy który żołnierz

 

    uchylił mimo woli głowę, słysząc koło niej świst przelatującej kuli, on to

 

    zaraz, dostrzegał, a znając wszystkich żołnierzy po imieniu i nazwisku,

 

    wołał ochrypłym grzmiącym głosem:

 

    — Hej

, Walczak, będziesz się, zatracono cebulo, kłaniał? Kobus, łeb

 

    do góry, bo ci go kroć sto tysięcy...

 

    Reszta wymyślań czy też przekleństw ginęła we wzmagającej się

 

    wrzawie, huku, świście kuł, biciu w bębny i grzmiącym okrzyku

 

    grenadierów, kt

órzy ruszyli do ataku na Bramę Opatowską.

 

    Wznosiła się ona wysoko w ciemnościach wieczornych, w swych

 

    średniowiecznych, prostych kształtach, zabarykadowana kamieniami,

 

    ogromnymi belkami i przez wszystkie otwory ziała ogniem, którego

 

    nagłe błyski oświecały wszystkie blanki. Spoza niej i murów co chwila

 

    z głośnym szumem wytryskiwały ogniste rakiety, rzucając dokoła

 

    purpurowy odblask, oświecając polskie szeregi walecznie, krokiem

 

background image

 

 38 

    szturmowym posuwające się naprzód.

 

    Już tam w tych szeregach śmierć obfite żniwo zebrała. Ten i ów padał

 

    z głośnym jękiem. Tu ranny wlókł się ciężko i wzywał pomocy towarzy

    szy, ówdzie cały szereg kładł się trupem jak zagon zboża, kiedy zręczna

 

    przodownica sierpem go zagarnie. Oficerowie co c

hwila wołali:

 

    —

 Szlusuj! Ściśnij szeregi!

 

    Ściskano więc szeregi i parto naprzód. Heroicznym męstwem wśród

 

    coraz ciemniejszej nocy, wśród krwawych błysków ognia i rakiet.

 

    W mgnieniu oka płac przed Bramą Opatowską zasłany został trupami,

 

    

a gdy prowadzący kolumnę szturmową książę Marceli Lubomirski padł

 

    zabity, kolumna ta zachwiała się i w nieładzie spod tego straszliwego

 

    ognia nieprzyjacielskiego ustępować zaczęła, chroniąc się do swoich

 

    poza wąwozem ustawionych.

 

    Obok gener

ała Sokolnickiego zgromadzili się pułkownicy i wyżsi

 

    oficerowie. Generał był niezadowolony i gadał:

 

    —

 Musimy wziąć Sandomierz, bo przecież nie możemy Rożnieckiego

 

    wystawić na sztych. Tylko patrzeć, jak z tamtej strony rzeki uderzy on na

 

    sza

niec przedmostowy. Jeżeli nie weźmiemy Sandomierza, to on będzie

 

    musiał się cofnąć.

 

    — Tak —

 odezwał się na to pułkownik" Dziewanowski 

— byle 

    Rożniecki nas nie wystawił na sztych, o co u niego nie trudno. Jakoś nie

 

    słychać nic z tamtej strony Wisły, a czas już byłby wielki, żeby on uderzył

 

    i rozdwoił uwagę nieprzyjaciela. My tu tymczasem wyłamujemy sobie

 

    zęby trzonowe, a Rożniecki zapewne gra w karty...

 

    —

 No! No! Daj pokój, pułkowniku. Umówiliśmy się z Rożnieckim, że

 

    uderzy ok

oło jedenastej w nocy, a mamy dopiero dziesiątą. Ważniejszą

 

    jest rzeczą to, że atak od strony Bramy Opatowskiej jest wprost

 

    niemożebny. Czy nie ma tu kogo, co by dobrze znał miasto?

 

    — Mam takiego w moim batalionie! —

 zawołał pułkownik Sierawski

    —

 Wykradł on się przed paru dniami z Sandomierza i wstąpił do

 

    szeregów. Chłopak uczony i wydaje się być bardzo rozsądny. Opowiada

 

    on, że od strony Wisły fortyfikacje są nie ukończone, mur na pół

 

    zrujnowany i w dodatku są jakieś lochy, którymi można dostać się na

 

    rynek. 
    —

 Wołaj go tu, pułkowniku! 

 rozkazywał generał żywo zaintereso

    wany tą wiadomością.

 

    Sprowadzono tedy Kubusia do generała, bo o nim to mówił pułkow

    nik Sierawski, i poczęto go wypytywać o owe słabe miej

sca w fortyfikac- 

    jach sandomierskich. Kubuś teraz trochę zmieszany, ale powoli od

    zyskujący zimną krew i pewność siebie 

 doskonale rozumiał, iż od jego

 

    wskazówek zależeć może tos tej wyprawy 

 odpowiedział, że istotnie od

 

    strony Wisły mur jest niski i zrujnowany mocno, że szaniec, który

 

    Austriacy zaczęli za tym murem wznosić, jest nie dokończony, i że,

 

    według niego, od tej strony łatwo będzie można wedrzeć się do miasta.

 

    Co się zaś tyczy tych lochów, to one w rzeczy samej istnieją, ale czy nimi

 

    można dostać się na rynek, on nie wie i wątpi, bo w lochach tych strasznie

 

    zepsute jest powietrze, a zapewne tu i ówdzie są one zapadnięte

 

    i zrujnowane. 

    Generał wysłuchał tej realacji Kubusia, relacji zwięzłej i jasnej,

 

 

   zamyślił się nieco i rzekł do pułkownika Sierawskiego:

 

    —

 Weźmiesz mi, panie pułkowniku, szwadron ułanów i kompanię

 

    woltyżerów swego pułku i pod przewodnictwem tego zucha (tu wskazał

 

    ręką na Kubusia) udasz się ku Wiśle, zbadasz tamtejsze fort

yfikacje. 

    Jeżeli są tak słabe, jak ten szeregowiec mówi, uderzysz na nie, dając mi

 

    jednocześnie znać o rezultacie. My tu z tej strony będziemy zabawiać

 

    nieprzyjaciela fałszywymi demonstracjami, dopóki od ciebie nie odbie

    rzemy wiadomości lub nie usłyszymy huku dział Rożnieckiego. Niech

 

    pana Pan Bóg prowadzi. 

    Sierawski skłonił się po wojskowemu generałowi, skinął na Kubusia

 

    i pobiegł do swego batalionu, który z bronią u nogi oczekiwał na rozkazy.

 

    W mig uformowano nakazaną kolumnę. Na czele stanął szwadron

 

background image

 

 39 

    ułanów pod komendą starego oficera, legionisty Zaremby, a za nim

 

    kompania woltyżerów szóstego pułku, ta sama, w której rozporządzał się

 

    stary kapral Michalski, w której bębnił po mistrzowsku Wicherek,

 

    w której

 w pierwszym szeregu stał Kubuś Królikowski. Była ona złożona

 

    przeważnie z młodych ludzi, i do tego warszawiaków (gdyż pułk szósty

 

    rekrutował się po większej części w Warszawie i jej okolicach), szczup

    łych, nerwowych, ale zręcznych, przebiegłych, głośnych w całym pułku

 

    wydrwigroszów, szydzących ze wszystkiego i umiejących sobie radzić

 

    w każdej potrzebie. Biada temu, kto się dostał na języki, suchej nitki na

 

    nim nie zostawili, choć w gruncie rzeczy mieli dobre serca, na co dowód

 

   

 dał Wicherek, który między nimi rej wodził. Teraz na głos swego

 

    pułkownika złamali się w dwójki i biegiem ruszyli za szwadronem

 

    ułanów, których Sierawski prowadził kłusem, mając przy sobie Kubusia

 

    wskazującego drogę.

 

    Zeszli szybko na obsze

rne łąki, leżące nad Wisłą, okrążyli miasto nie

 

    zauważeni przez nieprzyjaciela, który miał oczy zwrócone na Bramę

 

    Opatowską, i pod zasłoną ciemnej nocy dotarli do owego zrujnowanego

 

    muru obok zabudowań jezuickich. Od czasu do czasu puszczone pr

zez 

    Austriaków race rozświecały okolicę i przy tym migotliwym blasku

 

    pułkownik Sierawski rozpoznał, że Kubuś mówił prawdę. Mur był niski,

 

    pełen wyłomów, na pół walący się i zręczni wolty żerowie jednym

 

    skokiem go przesadzili; tu napotkali n

ie ukończony wprawdzie szaniec,

 

    ale stanowiący bądź co bądź zasłonę dla ukrytej za nim piechoty

 

    nieprzyjacielskiej. Ta na widok wpadających woltyżerów dała ognia, bez

 

    ładu i pospiesznie wymierzonego, świadczącego, że niespodziane zjawie

    ni

e się wojowników polskich zastało ją nie przygotowaną. Jednakże z tak

 

    słabą siłą, jaką miał tutaj Sierawski, z jedną kompanią woltyżerów, nie

 

    można było myśleć o atakowaniu szańca. Żołnierze jego usadowili się

 

    wzdłuż rowu, poza murem, i rozpoczęli strzelać do Austriaków, pułkow

    nik zaś wysłał co prędzej jednego z oficerów do generała Sokolnickiego

 

    z zawiadomieniem, że znalazł najsłabszy punkt twierdzy, i z prośbą, by

 

    mu przysłano resztę batalionu, zaręczając, że z nim na czele wedrze się

 

    niebawem do środka miasta.

 

    W oczekiwaniu na te posiłki prowadzono dalej bezużyteczną, bo na

 

    chybił trafił z powodu ciemności nocnych wymienianą strzelaninę.

 

    Kubuś oszołomiony tym wszystkim, znużony marszem, usiadł sobie na

 

    złomie muru i siedział osowiały patrząc, jak za każdym strzałem nagły

 

    błysk rozświeca noc, jak race z szumem wzbijały się w górę, by z hukiem

 

    pęknąć i tysiącami iskier rozprysnąć się i zgasnąć. Widok był prześliczny,

 

    miasto po każdej takiej racy rozświecało się purpurowym blaskiem

 

    na mgnienie oka, jego wieże, dachy, baszty wyglądały w tej krwawej

 

    poświacie jak zaczarowane, by znów zanurzyć się w nieprzejrzanych

 

    ciemnościach. Wrzawa bojowa rozlegała się dokoła, strzały huczały,

 

    a niebawe

m potężny huk dział zagłuszył inne głosy.

 

    Kubuś siedział na złomie, nie zważając, że od czasu do czasu jakaś

 

    kula świsnęła mu koło uszu, że z głuchym trzaskiem uderzyła koło niego

 

    w mur, patrzył na to widowisko i wsłuchiwał się w huk ognia kara

bino- 

    wego, w grzmoty armat, myśląc sobie, jak się tam bać musi i drżeć ze

 

    strachu kuzynka Jadzia. 

    Wtem tuż przy nim zaczerniała jakaś sylwetka, jakby spod ziemi

 

    wyrosła, i dał się słyszeć dobrze Kubusiowi znany głos Wicherka:

 

    — Kto tu u paralusza siedzi? -—

 zapytał tenże.

 

    — Ja. 
    — Co za ja? 
    — Królikowski. 
    —

 Uczony mąż?

 

    — Ano... niby. 
    —

 Kroć sto tysięcy, co pan sobie myślisz, czy chcesz dostać się na

 

    łono Abrahama? Czy nie słyszysz, jak kule gwiżdżą? Złaź mi do

 kaduka, 

    mój ładny panie, jeżeli nie chpesz, żebym cię za kark stąd ściągnął.

 

    Zgłupiał chłop z kretesem, jak Stwórcę kocham. Złaź i chodź za mną!

 

background image

 

 40 

    —

 Dokąd?

 

    —

 Nie pytaj, tylko chodź. Znalazłem takie miejsce, skąd będziemy

 

    strzelać do kajzerlików jak do kaczek. Maszże karabin?

 

    — Mam! 
    —

 A więc jazda!

 

    Poprowadził Kubusia do starej jakiejś rudery, stojącej nieco z boku

 

    od szańca, po trzęsących i zapadających się schodach wdrapał się na

 

    górę, ostrzegając chłopca, by szedł ostrożnie, bo może kark złamać, co

 

    nie było niemożliwe wobec egipskich ciemności panujących tutaj, i gdy

 

    na koniec dostali się na górę do jakiejś izby pełnej gruzów, wziął go za

 

    rękę, postawił przy oknie i rzekł:

 

    —

 Teraz uważaj!

 

    — Co mam 

uważać, kiedy nic nie widzę.

 

    —

 Zaraz obaczysz, jak tylko kajzerliki puszczą rakietę. Dalipan, to

 

    dobry pomysł, te rakiety, ale też te kajzerliki to osły nad osłami!

 

    —

 Dlaczegóż to?

 

    —

 Zaraz to, uczony mężu, zobaczysz.

 

    —

 Wątpię, czy co zobaczę. Własnego nosa nie widzę.

 

    —

 Aleja widzę, że pan, uczony mężu, masz kapuścianą łepetynę. No,

 

    baczność!

 

    W tejże chwili z trzaskiem i sykiem wypadła rakieta ognistym wężem

 

    i oblała czerwonym blaskiem wszystko dokoła. Nim pękła i deszczem

 

    iskier sypnęła, Kubuś ujrzał przed sobą szereg kaszkietów austriackich,

 

    ukrytych za szańczykiem.

 

    — Pal! —

 skomenderował Wicherek i dał ognia.

 

    Ale nim Kubuś się zorientował, w Sandomierzu znowu zalegały

 

    ciemności, dla oka przed chwilą oślepionego jaskrawością rakiety

 

    o wiele większe niż zwykle.

 

    — Dlaczego pan nie strzelasz? —

 ryknął gniewnie Wicherek.

 

    —

 Bo nic nie widzę.

 

    —

 Aleś, przecie przed chwilą widział!

 

    —

 Tak, ale teraz nie widzę.

 

    —

 Nie mówię ja darmo, że masz kapuściany łeb na karku. Cóż z tego,

 

    że umiesz łacinę, kiedyś na żołnierza niezdatny. Taki gamajda powinien

 

    iść na pomocnika tego skurczybyka, nauczyciela Koszałkowskiego,

 

    który mi tak nielitościwie łoił skórę, tam byś doskonale władał dyscyp

li- 

    ną. Uważajże do kroćset, jak tylko rakieta rozjaśni nieco ciemności, pal

 

    we łby kajzerlików!

 

    Nie potrzeba było długo na to czekać, bo zaraz potem nie jedna, ale

 

    dwie rakiety prysnęły ukośnie w stronę ku Wiśle, i tak samo jak

 

    przedte

m ukazał się cały szereg białych mundurów austriackich.

 

    — Pal! —

 syknął Wicherek i sam dał ognia.

 

    —

 Trafiłeś którego?

 

    — Nie wiem. 
    —

 Cóż u licha! Nie mierzyłeś czy co?

 

    —

 Nie było czasu na mierzenie.

 

    —

 Nabij karabin. Ja z pewnością trafiłem. Uważałeś tego oficerka, co

 

    stał przed frontem i szpadą wymachiwał?

 

    —

 Uważałem.

 

    —

 No, to z pewnością jak raca błyśnie, już go nie obaczysz. Posłałem

 

    mu kulę i ręczę za to, że kopyrtnął.

 

    —

 Kopyrtnął to niby, że poległ?

 

    —

 A cóżby innego znaczyło, uczony mężu z głową kapuścianą?

 

    —

 Dość tych wyzwisk. Nie lubię, gdy kto się ze mnie wyśmiewa.

 

    —

 Akurat mnie też tam dużo obchodzi, co wasan dobrodziej lubi lub

 

    nie. Nie żołądkuj się, bo wiadomo, gniew piękności szkodzi. Nabiłeś

 

    karabin? 
    —

 Nabiłem.

 

    —

 A więc baczność!

 

    Ledwie to wyrzekł, już gdzieś z tyłu za nimi, za Wisłą, rozległ się

 

    trzask ognia karabinowego, błysły długie, czerwone wstęgi światła,

 

background image

 

 41 

    a zaraz potem groźny, donośny huk armat, który z każdą chwilą się

 

    wzmagał.

 

    — Wiwat!—

 wrzasnął Wicherek. 

 To Rożniecki zadaje feferu

 

    kajzerlikom! 

    I w uniesieniu, uradowany niezmiernie, co się dość dziwne wydało

 

    Kubusiowi, począł wyprawiać różne szprynce,[27] wreszcie wdrapał się na

 

    okn

o i z całych sił krzyczał:

 

    —

 Wiwat, kamraty, górą nasza! Rożmeckirznie skórę kazerlikom, aż

 

    wióry lecą! Wiwat! Wiwat!

 

    Na nieszczęście nowa rakieta zajaśniała i oświeciła jak na dłoni

 

    drobną, szczupłą figurkę Wicherka i obok niej pucołowatą 

twarz Kubu- 

    sia. Austriacy, którzy już zauważyli, że parę strzałów padło na nich

 

    z boku, teraz od razu zrozumieli, kto ich raził i kto im zabił oficera.

 

    Natychmiast też, jakby na komendę, najmniej pięćdziesiąt luf skierowa

    ło się w tę stronę. Zagrzmiały strzały i grad kuł począł gwizdać, uderzać

 

    z trzaskiem w ściany, wpadać do środka tej izby, dzwonić po dachu, po

 

    podłodze, wszędzie, burząc zrujnowany mur i podnosząc całe chmury

 

    kurzu. Coś mocno i boleśnie uderzyło w twarz Wicherka. Co żywo więc

 

    zeskoczył z okna i skulony ukrył się za ścianą, a jednocześnie usłyszał,

 

    jak coś ciężkiego runęło na podłogę. Doleciał doń głos Kubusia:

 

    — Rany boskie! 

    Włosy na głowie Wicherka podniosły się i zawołał przerażony:

 

    — Kub

uś! Czy żyjesz?

 

    —

 Żyję, ale...

 

    — Ale co? 
    —

 Zdaje mi się, że jestem raniony.

 

    — Gdzie? 
    —

 Bo ja wiem. Coś mię uderzyło, zakręciło mną i obaliło na ziemię.

 

    —

 A! Szelmy kajzerliki. Na miłość boską, zobacz gdzieś ranny.

 

    —

 Zdaje mi się, że w ramię...

 

    —

 Boli cię?

 

    —

 Trochę.

 

    —

 Żeby ich kolka sparła! Czekaj, podpełznę do ciebie na czwora

    kach... nie ruszaj się, bo ciągle strzelają do nas... nie podnoś głowy, już

 

    idę...

 

    Ale niepotrzebne były te ostrożności, bo nagle 

w Sandomierzu, ze 

    strony austriackiej, i pod miastem, ze strony polskiej, ucichły strzały.

 

    Oba wojska, jakby na znak umówiony, przerwały walkę oczekując

 

    z dręczącym niepokojem na rezultat boju toczonego za Wisłą, od którego

 

    zależało rozstrzygnięcie losu Sandomierza. Wicherek cały zajęty swym

 

    ranionym towarzyszem nie zwrócił na to uwagi, podpełznął do niego

 

    i począł go obmacywać, a dotknąwszy ramienia, wywołał bolesny jęk

 

    z ust Kubusia. 
    —

 A więc tak, dostałeś w ramię. Jeżeli kość cała, to kpij sobie z tego.

 

    Możesz wstać?

 

    Przy pomocy Wicherka podniósł się Kubuś stękając i jęcząc. Młody

 

    dobosz począł go ostrożnie sprowadzać z trzęsących się schodów. Była to

 

    mozolna, długa i niebezpieczna podróż, bo trzeba było wprzód każdy

 

    stopień badać, czy można na niego stąpnąć. Nigdy Wicherkowi czas się

 

    tak nie dłużył, a spocił się przy tym chłopiec jak mysz.

 

    Na koniec zeszli i w tejże chwili usłyszeli jakiś głos wołający:

 

    —

 Nie strzelać, Austryjaki się poddają!

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ X

 

    w którym panna Jadzia jest przekonana, że Kubuś został generałem

 

    Wiadomość, że Austriacy się poddają i Sandomierz tym sposobem

 

    dostaje się w ręce polskie, sprawiłaby Wicherkowi w innym czasie

 

    i w innych warunkach wielką radość, ale teraz, gdy podpierał i prowadził

 

background image

 

 42 

    zranionego Kubusia, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, by go jak

 

    najprędzej doprowadzić do lekarza pułkowego, Wolfa. Niezadowolony

 

    był z siebie zupełnie, co u niego było rzeczą rzadką, bo należał do tych

 

    szczęśliwych natur, które zawsze w sobie i we wszystkim, co ich otacza,

 

    widzą dobrą stronę. Niezadowolony zaś był dlatego, że nikt inny, tylko

 

    on, swoim niewczesnym wskoczeniem na okno rudery i swymi krzykami 

    zwrócił uwagę Austriaków, wywołał ich strzały i ranę Kubusia.

 

    Krew rannemu płynęła obficie z ramienia, sam on słabł widocznie

 

    i ledwie się wlókł, a Wicherek, który nawet gdyby nie był w tej sprawie

 

    winny, nie opuściłby w żadnym razie rannego towarzysza, teraz, kie

dy 

    gryzło sumienie, z podwójną pieczołowitością i troskliwością koło niego

 

    chodził.

 

    — Uszy do góry! —

 gadał. 

Jeżeli kość nienaruszona, to się wyliżesz

 

    w ciągu paru tygodni. Ja ci to powiadam! Ja się znam na tym. Alboż to mi

 

    pierwszyzna

 widzieć rannych? Mało ich to własną ręką opatrzyłem pod

 

    Raszynem? Gwiżdżę na wszystkie rany. A nawet jeżeli ci te szelmy

 

    kajzerliki kość naruszyły, to i tak będziesz zdrów, tylko oczywiście

 

    dłużej to potrwa. No! No! Męstwo i odwaga! Już bądź spokojny, zapłacą

 

    mi te huncwoty za to. Dotąd to ja ich oszczędzałem, bo to zawsze jest

 

    świństwo zabijać ludzi, choćby nawet byli kajzerlikami, ale teraz...

 

    no! Żadnemu szelmie pardonu nie dam, jakem Alfons Przyszczypkie

    wicz, Wicherek zwań, dobosz pierwszego batalionu szóstego pułku.

 

    Popamiętają mnie oni i wnukom jeszcze zapowiadać będą, żeby się mnie

 

    strzegli. 

    Tak gadał i prowadził jęczącego Kubusia bardzo ostrożnie. Droga

 

    była dość uciążliwa, wśród wzgórzy, rowów i ruin, a noc ciemna narażała

 

    co chwila na potknięcie. Dla uniknięcia tego posuwano się bardzo wolno,

 

    zwłaszcza że Kubuś nie mógł iść prędko, bo omdlewał co trochę, tak że

 

    dla orzeźwienia go i dodania mu sił Wicherek wlał mu z manierki

 

    wszystką prawie wódkę do ust. Na szczęście spotkano dwóch żołnierzy

 

    woltyżerów z pierwszego batalionu i Wicherek zażądał od nich, żeby

 

    ponieśli na karabinie rannego Kubusia. Nie bardzo chcieli, widocznie

 

    mieli jakieś inne zamiary, i w ogóle temu spotkaniu n

ie byli radzi, 

    gadając:

 

    —

 Skoro ranny może iść, po cóż go mamy nieść. Zajdzie on i bez nas.

 

    Ale z Wicherkiem niełatwa była sprawa. Oburzył się nadzwyczajnie.

 

    —

 A wy skurczybyki, wy darmozjady, wy moczygęby, wydmikufle,

 

    to kiedy ja do was po ludzku gadam, to wy mi, psy ostatnie, odpowiada- 

    cie, że ranny może sam zajść, kiedy on właśnie iść nie może? Cóż ty, jeden

 

    i drugi, kiszko bycza, ochłapie wieprzowy, myślisz sobie, jeżeli kiedykol

    wiek myśl może powstać w takim, jak twój łbie pustym jak stodoła na

 

    wiosnę, że ciebie kule imać się nie będą? Otóż ja ci zapowiadam, ja dobosz

 

    pierwszego batalionu, a znasz mię zapewne jeden i drugi, stara podeszwo

 

    dziurawa, że w pierwszej bitwie odwrócisz kopyta do góry. Ja ci to

 

  

  powiadam. Rozumiecie, łby baranie, żaby przeklęte? Rozumiecie?

 

    I niech was siarczyste , ogniste, parzące i gorące kule biją!

 

    Ten potok słów, wylanych za jednym tchem, te wymysły wyszukane

 

    zapewne ze słownika ulicznego, warszawskiego tak oszołomiły obu

 

    woltyżerów, że stali nieruchomi, drapali się po głowach i gdy dobosz

 

    skończył, jeden z nich rzekł:

 

    — A bo widzi pan, panie Wicherek... 
    —

 A więc znasz mię, zgniła cebulo? 

 przerwał mu Wicherek. 

— 

    A kiedy mię znasz, to nieś tedy tego biedaka, ty ośle dardanelski, farbo

 

    ceglasta! 
    —

 O laboga, niechże pan Wicherek tak straśnie nie przeklina! Ju,

 

    zaniesiewa tego kamrata, kaj pan przykaże.

 

    —

 A więc żywo! Bierzcie go!

 

    Wsadzili tedy Kubusia na karabin trzymany przez

 obu woltyżerów

 

    i kazali mu chwycić się ich szyi rękami. Tak go nieśli, a Wicherek szedł

 

    przodem, drogę badał i wskazywał. Ale już teraz niedługo iść potrzebo

    wali. Ogniska rozpalone przez pułk dwunasty z jednej strony świadczyły

 

background image

 

 43 

    o pokojow

ym zakończeniu szturmu na Sandomierz, z drugiej były

 

    najlepszymi drogowskazami dla Wicherka. Niebawem znaleźli się przy

 

    tych ogniskach, dopytano się o doktora Wolfa, który właśnie na cmenta

    rzu przy kościele św. Pawła i w samym kościele zajęty był z cyrulikami

 

    opatrywaniem rannych. Tam zaniesiono Kubusia i Wicherek tak się

 

    zakręcił, tak nalegał, że doktor Wolf zaraz opatrzył rannego. Kubuś

 

    krzyczał wniebogłosy, bo go strasznie bolało, a Wicherek trzymając go za

 

    rękę szeptał mu d

o ucha: 

    —

 No! No! Odwagi. Nie krzycz! Nie róbże wstydu szóstemu pułkowi.

 

    Cicho bądź do kroćset. Boli cię? Wielka mi rzecz! Gwiżdżę, mości panie,

 

    na wszystkie bóle! 

    Na koniec skończyła się ta bolesna operacja i doktor Wolf poklepał po

 

    zd

rowym ramieniu Kubusia i rzekł:

 

    —

 Głupstwo, kochaneczku, będziesz zdrów za parę tygodni. Kość

 

    nienaruszona, kula wyrwała ci tylko kawałek mięsa. Potrzebujesz

 

    jedynie spokoju. Jak wejdziemy do Sandomierza, zgłoś się do mnie,

 

    a dam ci wygodne

 łóżko i wyliżesz się piorunem.

 

    —

 Ja mam kuzynów w Sandomierzu i oni mię chętnie przyjmą do

 

    siebie —

 odrzekł Kubuś, pomyślawszy o panu Białkowskim i o pannie

 

    Jadzi, która z pewnością musi być okrutnie przestraszona. Zobaczywszy

 

    go nie powie

 teraz, że jest niezgrabny, owszem, z pewnością będzie się

 

    zachwycała jego rycerską postawą i jego rycerskimi czynami.

 

    — Tym lepiej —

 odrzekł na to doktor i poszedł do innych rannych,

 

    potrzebujących jego pomocy.

 

    Wicherek ułożył Kubusia wygodnie na trawie na cmentarzu, z głową

 

    na jakiejś mogile, która tym razem służyła za poduszkę dla rannego

 

    rycerza, otulił go płaszczem i niebawem zniknął, mówiąc, że zaraz

 

    powróci. Leżał więc Kubuś sobie spokojnie, rana opatrzona i starannie

 

    

obandażowana przestała mu dokuczać, patrzył na niebo usiane gwiazda

    mi, które poczęło już rumienić się na wschodzie, i rozmyślał nad

 

    dziwnymi kolejami oraz wypadkami, jakich doznawał od kilku dni.

 

    Gdyby mu ktoś powiedział przed tygodniem, że będzie w nocy leżał na

 

    cmentarzu kościoła św. Pawła z mogiłą pod głową, ranny i osłabiony, nie

 

    uwierzyłby, uważałby to za żart, a jednak tak się stało.

 

    Jak to los rzuca .człowiekiem! 

 pomyślał sobie filozoficznie.

 

    Byłoby mu tu zresztą bardzo dobrze, gdyby nie ostry chłód jak zwykle

 

    przed świtem, i gdyby nie jęki i krzyki rannych, których ciągle znoszono

 

    i których było przeszło stu. Cyrulicy uwijali się, ognisko duże się paliło,

 

    rzucając krwawe blaski na mury kościoła, na leżących

 tu i ówdzie 

    rannych. To wszystko na tle nocy ciemnej dziwnie fantastyczny przed- 

    stawiało widok. Znużonemu Kubusiowi, zmęczonemu bólem i tylu

 

    wrażeniami, oczy powoli zaczęły się kleić i byłby zapewne zasnął, gdyby

 

    nie zjawienie się Wicherka, który skądsić przybiegł nieco zdyszany

 

    i siadając koło rannego rzekł:

 

    —

 Zmęczyłem się trochę, ale wiem wszystko.

 

    —

 Cóż wiesz? 

 zapytał Kubuś.

 

    —

 Jakie są warunki kapitulacji Sandomierza.

 

    Co prawda Kubusia niewiele obchodziły same war

unki, dla niego 

    ważniejsze było to, że Austriacy oddają miasto, mniejsza już na jakich

 

    warunkach, więc ziewając głośno, spytał obojętnie:

 

    —

 Jakież są tedy te warunki?

 

    —

 Kajzerliki mają w ciągu dwunastu godzin opuścić zupełnie miasto,wyjdą 

 

    z niego z bronią, bagażami i artylerią polową, co mi się wcale nie podoba.

 

    — Dlaczego? 
    —

 Dlatego, że najprzód, po co im tyle czasu zostawiono do wyjścia

 

    z miasta? Czy te żaby nie mogą się prędzej wyguzdrać? Ja mam ochotę

 

    wypocząć sobie w mieście wygodnie na pierzynach u jakiego mieszczani

    na, a tu czekaj prawie do jutra wieczora. A i tobie, uczony mężu,

 

    przydałoby się wygodniejsze legowisko z puchową poduszką pod głową,

 

    nie zaś mogiła jakiegoś nieboszczyka. Co, prawda?

 

    —

 Zapewne, ale i tak mi dobrze, skoro inaczej być nie może. Więc

 

background image

 

 44 

    Austryjaki swobodnie z bronią i działami pójdą sobie?

 

    —

 No, nie ze wszystkimi działami, tylko z artylerią polową, działa

 

    oblężnicze, których ma być piętnaście, łaskawie nam zostawić raczyli.

 

    Kroć sto tysięcy, gdybym to ja był, tohym zadał fernepiksu tym

 

    kajzerlikom. Ale trudno, nie ja tu rządzę, co jest wielką szkodą dla

 

    ojczyzny. Nie chwalę się, ale ja to inaczej i lepiej bym zrobił.

 

    Kubuś mimo woli roześmiał się z tej zarozumiałości, właściwej dla

 

    większości warszawiaków, na co Wicherek odrzekł:

 

    —

 Czego się, cebulo jakaś, śmiejesz? Myślisz, że to blaga, co ja

 

    mówię. No, to ja ci powiem na to, że każdy warszawiak ma więcej

 

    rozumu w pięcie niż wy tam na prowincji w głowie. To ja ci mówię,

 

    Alfons Przyszczypkiewicz, zwany pospolicie Wicherkiem. No, ale nic 

    straconego. Będzie kiedyś i w mojej parafii święto, bo zostanę marszał

    kiem, a zostanę nim na pewno, i to niedługo, bo nawet (tu obejrzał się

 

    ostrożnie dokoła i półgłosem dokończył) wielki Napoleon niech się w kąt

 

    schowa przed moimi czynami. Jak stwórcę kocham, tak będzie...

 

    Kubuś śmiał się z tego, bo go bawiła ta nieszkodliwa zresztą

 

    zarozumiałość i pewność siebie kilkunastoletniego dobosza, który świę

    cie wierzył w to, że niedługo swoje pałki drewniane zamieni na złocistą

 

    buławę marszałkowską.

 

    Nazajutrz koło południa, na skutek nowej umowy z Austriakami,

 

    głównie za staraniem poczciwego doktora Wolfa wszystki

ch rannych 

    przeniesiono do Sandomierza; umieszczono po klasztorach i po domach 

    prywatnych. Kubuś w towarzystwie nieodłącznego Wicherka udał się od

 

    razu na ulicę Opatowską, do domu wujaszka Białkowskiego. Gdy szedł,

 

    serce mu biło jak młot. Ciekaw był bardzo, jak go przyjmie i powita

 

    kuzynka Jadzia. Przez drogę przypatrywał się Austriakom, którzy na

 

    gwałt pakowali na bryczki, powózki i wszelkiego rodzaju wozy swe

 

    manatki. Kubuś zauważył, że oprócz wojskowych wynoszą się także

 

    r

odziny rozmaitych urzędników cywilnych. Na ogromne fury żydowskie

 

    ładowano z pośpiechem rozmaite graty, pościel, pierzyny; a co przy tym

 

    było łamania rąk, krzyku, wymyślań, jakim gniewnym wzrokiem pa

    trzono na Kubusia, Wicherka i innych rannyc

h Polaków, trudno opisać.

 

    Przechodząc przez rynek, spojrzał Kubuś na dom zajmowany przez

 

    hofrata von Lausitza, ojca szpicla Ferdzia, ciekawy, czy i oni się wynoszą

 

    także. Przypuszczał, że hofrat bezwarunkowo pociągnie za wojskiem, bo

 

    był bardzo nielubiany w mieście za swą czysto austriacką dokuczliwość

 

    i lękać się musiał nieprzyjemności ze strony rozdrażnionych na niego

 

    mieszkańców. Ale ku wielkiemu swojemu zdziwieniu spostrzegł, że

 

    przed domem nie stała'żadna bryczka; drzwi i okna były zamknięte,

 

    firanki spuszczone, tylko od czasu do czasu jakaś ręka je uchylała i ktoś

 

    patrzył na ulicę.

 

    Czyżby zamierzali zostać 

 myślał sobie Kubuś 

— ale dlaczego? 

    Wydawało mu się to mocno podejrzane. Wywnioskował, że chyba

 

    Bar

dzo ważne powody zmuszają hofrata do pozostania w mieście, wśród

 

    ludności, która go nienawidzi. Kubuś przyrzekł sobie, że baczną zwróci

 

    uwagę na zachowanie Ferdzia i jego godnego papy. Doniesie o tym,

 

    komu należy, że papa ten został w mieście. Ale nie było czasu na te

 

    rozmyślania, bo już weszli w ulicę Opatowską i z daleka widzieli zielone

 

    okiennice w dworku pana Białkowskiego.

 

    Dworek ten, na wielki smutek Kubusia, przedstawiał teraz obraz

 

    zniszczenia. Owe zielone okiennice, tak 

ślicznie odbijające się dawniej

 

    od białych ścian, teraz były podziurawione od kuł, potrzaskane, niektóre

 

    z nich wypadły z zawiasów i zwieszały u okien tu i ówdzie wybitych

 

    i naprędce albo zaklejonych papierem, albo założonych poduszkami

 

    i m

ateracami. Ściany też, lśniące jeszcze przed paru dniami niepokalaną

 

    białością, teraz były poobtłukiwane, przeorane, jakby pługiem kto po

 

    nich przejechał. Wysoki komin na dachu zwalony, a sam dach był

 

    podziurawiony i wyglądał jak rzeszoto. Piękne, także na kolor zielony

 

    pomalowane sztachety były powyrywane, niektóre rozłupane na drzaz

    gi, a ogródek, który odgradzał od ulicy, wczoraj jeszcze wabiący wonią

 

background image

 

 45 

    i urokiem róż stulistnych i innych kwiatów, wyglądał tak, jakby kto

 

    w niego

 wpędził stado nierogacizny, która wszystko zdeptała, stratowa

    ła, róże połamała, a rabaty poryła. Był to obraz zniszczenia i ruiny.

 

    Widok ten nadzwyczaj przykre na Kubusiu uczynił wrażenie. Dwo

    rek, niestety, stał w pobliżu Bramy Opatowskiej

, do której wczoraj 

    w nocy taki zacięty przypuścili szturm grenadierzy dwunastego pułku

 

    z księciem Marcelim Lubomirskim na czele, nic więc dziwnego, że był

 

    wystawiony na wszystkie nieszczęścia wojny i padł też ofiarą tej wojny.

 

    Kubuś pomyślał sobie, jakie straszne chwile musieli przeżyć mieszkańcy

 

    tego domu, na który pociski i kule jak grad padały, skoro takie

 

    zniszczenie wywołały.

 

    —

 Czy to tutaj mieszkają twoi kuzyni? 

 zapytał Wicherek, patrząc

 

    na ten obraz ruiny. 
    — Tutaj... 
    —

 Do licha, musieli niemało najeść się strachu. Ale wejdźmy do

 

    środka, natchniemy ich odwagą, opowiadając twoje czyny bohaterskie.

 

    — Tylko, mój Wicherku, nie popuszczaj wodzy twej warszawskiej 

    fantazji, a nade wszystko nie kłam.

 

    —

 Bądź spokojny i zdaj się na mnie. A że to i owo upiększę, to co to

 

    komu może szkodzić? Pamiętam, jak mój nauczyciel zawsze przytaczał

 

    jakieś łacińskie przysłowie, którego dziś sklecić bym nie potrafił, ale

 

    które miało mniej więcej zawierać tę niezaprzeczalną prawdę, że świat

 

    pragnie być oszukiwany, należy więc zadość uczynić temu pragnieniu.

 

    Nie było czasu na odpowiedź, bo ledwie zapukano do drzwi, te się

 

    otworzyły i w ciemnej sieni ukazał się sługa państwa Białkowskich, stary

 

    J

ędrzej, a za nim wychyliła się panna Jadzia. W jednej chwili poznała ona

 

    Kubusia, zbiegła ze schodów i stanęła cała oblana rumieńcem, z przera

    żeniem wpatrując się w obandażowane ramię i wołając:

 

    — Kubek! 

    Wicherek wysunął się naprzód, przyłożył rękę do furażerki i, z gracją

 

    szastając nogami, rzekł:

 

    —

 Czcigodna damo, mam honor ci przedstawić walecznego i uczone

    go rycerza Jakuba Królikowskiego, przyszłego generała.

 

    Panna Jadzia plasnęła w ręce, zakręciła się na pięcie i znikła w głębi

 

    we drzwiach prowadzących do tak zwanej kancelarii pana Białkowskie

    go. Kancelaria ta wychodząca na tyły domu, na sad owocowy, nic prawie

 

    nie ucierpiała. W tej chwili siedział w niej, w wielkim skórzanym karle,

 

    za ogromnym biurki

em zarzuconym różnymi drobiazgami sam pan

 

    Białkowski i palił fajkę. Panna Jadzia wpadła tu jak burza i zawołała:

 

    —

 Tatuńciu, Kubek został generałem, jest raniony. O la Boga!

 

    To rzekłszy, padła na najbliższe krzesło i ręką poczęła przytrzymy

  

  wać zbyt gwałtownie bijące serce.

 

    Pan Białkowski przestraszony nagłym zjawieniem się swej córki,

 

    mając od wczoraj silnie rozstrojone nerwy, zerwał się na równe nogi

 

    i zapytał gwałtownie:

 

    —

 Co się stało?

 

    —

 Nic, tatuńciu, tylko Kubek został generałem.

 

    — Jaki Kubek? 
    — No nasz Kubek, Królikowski. 
    — Co ty pleciesz, dziewczyno? 
    —

 Nie plotę, tatuńciu, stoi tam w sieni, ma wielkie szlify i ramię

 

    obandażowane, bo jest ranny i został generałem. Ach, mój Boże!

 

    —

 Oszalała d

ziewczyna! Gdzie? Kto? Co? 

    Na szczęście rzecz się zaraz wyjaśniła, bo do kancelarii wszedł Kubuś

 

    nieśmiało, a za nim Wicherek z miną triumfatora. Kubuś przypadł do rąk

 

    pana Białkowskiego, który jeszcze nie mógł zrozumieć, o co idzie, tylko

 

    

ściskał głowę chłopca i pytał:

 

    —

 Jak to? To ty? To ty, Kubusiu? W mundurze... A co to, jesteś raniony?

 

    —

 Tak, proszę wujaszka, ale to nic, będę zdrów za parę tygodni.

 

    —

 Ale co mi tu plecie Jadzia, że zostałeś generałem.

 

    Teraz wystąpił Wicherek i kłaniając się z gracją, rzekł:

 

background image

 

 46 

    —

 Mój przyjaciel Jakub Królikowski nie jest jeszcze generałem, ale

 

    nim będzie z pewnością. Ja to mówię, ja, Alfons Przyszczypkiewicz,

 

    zwany pospolicie Wicherkiem. 
    — Hi! Hi! Hi! —

 rozległ się cieniutki śm

ieszek panny Jadzi, która 

    spostrzegłszy, że w niewłaściwą porę się roześmiała, zakręciła się,

 

    buchnęła we drzwi i dopiero po niejakim czasie wróciła prowadząc swą

 

    mamę. Nowe więc nastąpiły pytania, wyjaśnienia, łzy i uściski. Zaraz

 

    zastawio

no wygłodzonym młodzieńcom sute śniadanie w kuchni, bo

 

    pokój stołowy był zupełnie od kuł zrujnowany, a wygłodzeni młodzieńcy

 

    spałaszowali wszystko w okamgnieniu. Wicherek z właściwą sobie

 

    pewnością nie przestawał opowiadać o bohaterskich czynac

h Kubusia, 

    no i oczywiście o swoich. Opowiadania tego słuchała panna Jadzia

 

    z natężoną uwagą, strzelając spod oczka na Kubusia, który się rumienił

 

    jak panna, ilekroć Wicherek zbyt się zagalopował, twierdząc, że za

 

    jednym strzałem z owej rudery Kubuś od razu pięciu kajzerlików

 

    trupem położył.

 

    A potem zaprowadzono Kubusia do pokoiku na pięterku. Usłano mu

 

    tam łóżko miękkie, pełne poduszek, piernatów, materacy i w nim

 

    zmęczonego, rannego ułożono. Chłopiec niebawem zasnął snem ka

miennym. 

 
 
 
 

    Rozdział XI

 

    w którym kuzynka Jadzia uważa, że milo jest przelać krew za

 

    ojczyznę

 

    W Sandomierzu tymczasem Austriacy przygotowywali się do opusz

    czenia miasta z bólem i wściekłością w sercu; zwłaszcza starszyzna

 

    i różni dygnitarze cywilni, bo żołnierzy nic to nie obchodziło, owszem,

 

    radzi byli, że ten bój tak prędko i tak gładko się zakończył. Koło

 

    południa, osiemnastego maja 1809 roku cały nieliczny korpus polski

 

    uszykował się w dwie linie wzdłuż gościńca prowadzącego do Bramy

 

    Opatowskiej. Utworzyła się w ten sposób ulica, którą Austriacy pod

 

    szyderczymi spojrzeniami polskich wojowników mieli przechodzić.

 

    Wszyscy żołnierze polscy na tę uroczystość przybrali się w nowe

 

    mundury; błyszczały więc amarantowe wyłogi i kołnierze, wysokie

 

    czapki z pomponami, czerwone szlify u piechoty; bagnety u karabinów 

    ciskały oślepiające blaski. Jazda, ułani Dziewanowskiego, na wychudzo

    nych trochę, ale nie mniej przeto dzielnych koniach, wdziała z fantazją

 

    ułanki na bakier, lśniły się żółte wyłogi i kołnierze, wiatr całował

 

    trójbarwiste chorągiewki u lanc. Przed tymi dzielnymi i zwycięskimi

 

    szeregami stał konno generał Sokolnicki w srebrnym haftowanym

 

    mundurze, w kapeluszu stosowanym, gr

oźny, dumny i zwycięski,

 

    otoczony pułkownikami, oficerami sztabu, świtą wspaniałą, świecącą

 

    haftami, orłami, pióropuszami.

 

    A na skrzydłach piechoty stali muzycy, z olbrzymim tamburmajorem

 

    na czele, w swych mundurach suto wyszywanych białymi taśmami.

 

    Obok tamburmajora, opartego dumnie na swej buławie, stał Wicherek

 

    wyprostowany, z iskrzącymi oczyma, oczekujący niecierpliwie pojawie

    nia się Austriaków, bijący energicznie pałeczkami w swój bęben. Gdy na

 

    znak adiutanta pułkowego tamburmajor podniósł swą buławę, zakręcił

 

    nią zręcznie w powietrzu, rzucił w górę i znowu schwycił, wtenczas

 

    muzyka zagrała nieśmiertelnego mazurka, przy którego dźwiękach szły

 

    legiony ,,z ziemi włoskiej do Polski". Aż serce rosło, gdy patrzyło się

 

    na to dzielne rycerstwo polskie i słuchało tej muzyki, którą lekki powiew

 

    porywał i niósł na niwy sandomierskie...     .                   '

 

    Na koniec z Bramy Opatowskiej poczęły się wysuwać zwyciężone

 

    wojska austriackie. Najprzód na spienionych koniach jechali huzarzy 

    węgierscy w niskich czarnych kaszkietach z białymi piórami, w oliwko

    wej barwy mundurach, żółtymi taśmami szamerowanych, w takichże

 

    dolmanach i czerwonych spodniach. Wszyscy mieli wąsy wyczernione

 

background image

 

 47 

    i ostr

o do góry zakręcone, jechali z dobytymi szablami, gniewnie

 

    spoglądając na polskich wojowników, co w tych ostatnich wywołało

 

    śmiech i mnóstwo żartów szeptanych półgłosem, bo nakazane było

 

    surowo milczenie w szeregach, a nawet gdyby i głośno mówi

ono, toby 

    huzarzy tego nie zrozumieli, bo jazda składała się wyłącznie z Węgrów.

 

    Muzyka polska wciąż grała mazurka, tamburmajor wykonywał swą

 

    błyszczącą buławą nadzwyczajne wykrętasy, huzarzy już wjechali

 

    w ulicę między szeregi polskie, gdy rozległa się komenda:

 

    —

 Prezentuj broń!

 

    Szczęknęły karabiny i piechota polska broń rzuciła przed swe piersi,

 

    bo należało przecież oddać ten honor nieszczęśliwym kajzerlikom,

 

    zresztą taki był zwyczaj we wszystkich armiach. Huzarzy w milczen

iu 

    przejechali, a po nich stąpała piechota austriacka właściwym sobie

 

    rozbujanym krokiem, mając karabiny zawieszone na prawym ramieniu.

 

    Ta miała postawę i minę mocno zabiedzoną, białe mundury poplamione

 

    i podarte. Szli z głowami spuszczonymi. Nagle z tych szeregów wystąpiło

 

    paru żołnierzy, wołając:

 

    —

 Jesteśmy Polakami, chcemy u swoich służyć! 

 rzucili się między

 

    linie polskie, które ich przyjęły radośnie, rozwarły się i zamknęły zaraz,

 

    jakby biedaków tych, w których odezwała się miłość do polskiej

 

    ojczyzny, chciały osłonić i ukryć.

 

    Na to hasło, jakby na znak umówiony, rozpoczęła się tłumna dezercja

 

    z szyków austriackich do polskich. Wśród tych ostatnich zagrzmiały

 

    okrzyki: 
    —

 Niech żyje Polska! Chodźcie bra

cia do nas! Kto Polak, tego tutaj 

    miejsce! 

    Wezwania te nie pozostały bez skutku. Przeszło ośmiuset żołnierzy

 

    opuściło szeregi kajzerlików i przyłączyło się do polskich. Oficerowie

 

    austriaccy i ich generał Egerman patrzyli na to z osłupieniem, klęli pod

 

    nosem, ale nie sprzeciwiali się tej dezercji, bo widzieli w oczach polskich

 

    wojowników, w ich groźnym wejrzeniu, w groźniejszym jeszcze pomru

    ku tysiąca piersi, w drżeniu karabinów dzwoniących głośno, że najmniej

    szy opór z i

ch strony może wywołać straszną katastrofę; że ci żołnierze

 

    dla osłonienia swych rodaków gotowi są rzucić się bez komendy na

 

    pozostałe resztki austriackie i wybić je do nogi. Patrzyli więc w milczeniu

 

    .na to topnienie swych szyków, kryjąc oczy ze wstydu i pragnąc jak

 

    Tnaj prędzej spod tego pręgierza i spod tych szyderczych wejrzeń polskiej

 

    generalicji się wymknąć.

 

    Przyśpieszyła więc kroku pozostała piechota austriacka, za nią już

 

    kłusem biegło dwanaście dział polowych, na widok k

tórych znowu 

    .zadrżały szeregi polskie i dały się słyszeć głosy:

 

    —

 Zabrać te armaty!

 

    Ale groźne wejrzenie generała Sokolnickiego i grzmiący jego głos

 

    uciszyły od razu te niewczesne pragnienia.

 

    Za piechotą, wskutek przejścia ośmiuset lud

zi do wojska polskiego 

    znacznie zmniejszoną, ciągnęło kilkadziesiąt bryczek, wozów, wózków,

 

    naładowanych najrozmaitszymi sprzętami, pierzynami, dziećmi, kobie

    tami, pościelą, łóżkami itp. Były to rodziny różnych urzędników cywil

    nych, któ

rzy wraz z wojskiem wynosili się z Sandomierza. Kawalkadę tę

 

    odznaczającą się nadzwyczajną rozmaitością wojsko polskie przyjęło

 

    śmiechami, wymysłami, życzeniami, by sobie poszli na złamanie karku,

 

    a Wicherek począł piszczeć i wołać:

 

    —

 A huź! A huż!

 

    

Jeszcze raz generał Sokolnicki musiał surowo nakazać milczenie.

 

    W końcu przeciągnęły owe wozy wygnańców z płaczącymi i krzyczący

    mi dziećmi i kobietami, a cały ten pochód zamykali znowu huzarzy

 

    węgierscy z dobytymi szpadami. Wszystko to pomaszerowało gościńcem

 

    na Opatów i teraz dopiero wojsko polskie przy biciu w bębny, z rozwinię

    tymi sztandarami wkroczyło do Sandomierza, witane przez mieszkań

    ców okrzykami radości. Na rynku grono panien ubranych biało i

 

    aramanto

wo, między którymi królowała złotowłosa panna Jadzia Biał

background image

 

 48 

    kowska, obsypało kwiatami wjeżdżającego na czele swych zwycięskich

 

    szeregów generała Sokolnickiego. Zaraz też zaciągnięto warty i obsta

    wiono strażą ważniejsze punkty miasta. Mieszkańc

y na rynku pozasta- 

    wiali stoły i przyjmowali obfitą ucztą żołnierzy. Do późnego wieczora

 

    bawiono się wesoło, muzyka grała, grzmiały okrzyki, a gdy ciemności

 

    zapadły, mieszkańcy bez niczyjego nakazu iluminowali miasto. W sta

    rym ratuszu wybitniejsi obywatele miejscy i okoliczna szlachta, która 

    zdołała zdążyć do Sandomierza, przyjmowali wspaniałą ucztą generała

 

    Sokolnickiego i całą starszyznę wojskową.

 

    Kubuś w tych wszystkich uroczystościach udziału nie brał, leżał

 

    w dworku w

ujka Białkowskiego, stękając, bo rana poczęła mu znowu

 

    dokuczać; ale już nad wieczorem wiedział, jak i co się odbyło, gdyż

 

    nie zapomniał o nim poczciwy Wicherek, ani też panna Jadzia. Przyszła

 

    ona do drzwi pokoju, w którym Kubuś leżał, i uchyli

wszy je nieco, 

    pytała:

 

    — Czy kuzynek Kubek nie potrzebuje czego? 
    —

 Nic nie potrzebuję, oprócz zdrowia.

 

    —

 I to przyjdzie, tylko trzeba być cierpliwym i leżeć spokójnie.

 

    —

 Łatwo kuzynce mówić o cierpliwości, gdy ją nic nie boli.

 

    — A k

uzynka boli ramię?

 

    —

 Oczywiście, że boli.

 

    —

 Żałuję kuzynka, ale miło jest cierpieć dla ojczyzny.

 

    —

 Ja też nie wyrzekam, tylko się niecierpliwię.

 

    —

 Doktor Wolf ma przyjść do kuzynka wieczorem, sama go o to

 

    prosiłam na rynku.

 

    —

 A cóż kuzynka robiła na rynku?

 

    —

 Sypałam kwiaty pod nogi generała Sokolnickiego. Do reszty

 

    spustoszyłam mój ogródek, ale nie żałuję tego wcale... Ubrana byłam

 

    w białą muślinową sukienkę, z przepaską amarantową. Wszyscy mi

 

    mówili, że ładnie wygląd

am. 

    —

 Kuzynka zawsze ładnie wygląda.

 

    Trwało chwilkę milczenie, a potem panna Jadzia spytała jakoś

 

    przytłumionym głosem:

 

    —

 Czy to kuzynek naprawdę mówi?

 

    —

 Naturalnie, że naprawdę. Jakżeby inaczej...

 

    Znowu milczenie, a potem pytanie n

i stąd, ni zowąd.

 

    —

 Więc kuzynek się nudzi?

 

    — Okropnie! 
    —

 Mówiłam mamie, żeby mi pozwoliła siedzieć przy kuzynku, ale

 

    mama powiada, że to nie wypada...

 

    — Okrutna mama! 
    —

 Jeżeli kuzynek się nudzi, to mu przyślę przez Antoniową śliczną

 

    książkę napisaną przez panią Genlis...                      .

 

    —

 Cóż to jest? Romans?

 

    —

 Ja nie wiem, bo mama nie pozwoliła mi jej czytać.

 

    —

 A więc skądże kuzynka wie, że ta książka jest śliczna?

 

    —

 Taki mi się zdaje... ej, co to o tym gadać. A nie zgubił kuzynek

 

    talizmanu ? 
    —

 Wiązanki z włosów kuzynki?

 

    —

Wcale nie z moich włosów.

 

    —

 Aż czyichże? Wszak na papierku jest napis ręką kuzynki skreślo

    ny? 
    —

 Wcale nie moją ręką.

 

    —

 A czyją?

 

    —Ej, brzydal jest kuzynek. Do widzenia! 

    Drzwi się zamknęły i rozległy się szybkie kroki zbiegającej po

 

    schodach panny Jadzi. Kubuś wstał, wsłuchując się w okrzyki brzmiące

 

    w mieście, w tony muzyki wesołej, nieustannie wypełniającej cały

 

    Sandomierz szumną, pełną otuchy melodią mazurka.

 

    Przed samym wieczorem wpadł Wicherek rozpromieniony, wesoły,

 

    śtoniejący się i począł Kubusiowi opowiadać barwnie, długo o tym, co się

 

background image

 

 49 

    działo przez dzień cały w Sandomierzu. Sypał konceptami jak z rękawa

 

    tak, że Kubuś chociaż mu ramię dokuczało, śmiać się musiał. Wreszcie

 

    wypowiedziawszy wszystkie nowiny, pomacał ręką pościel Kubusia

 

    i rzekł:

 

    —

 Fiu! Fiu! Na piernatach panicz sobie leży jak jaki hrabia! Bodaj to

 

    mieć ładne kuzynki. Mnie dali kwaterę u szewca, a wyznaczył mija ten

 

    stary wyga Michalski. Kiedym tam wszedł, patrzę 

— jedna izba, 

    dzieciaków cały tuzin, zaduch okropny, a szewcowa szewca pierze aż

 

    miło.,,Gdzież ja tu będę kwaterował?" 

 mówię do Michalskiego. A on

 

    mi powiada na to: „

Szewieckiemu synkowi będzie dobrze u szewieca",

 

    Szelma, nie mówi szewca, tylko szewieca! Żeby go kolka sparła! Ale on

 

    myśli, że ja tam będę mieszkał. No! Grubo się omylił! Niby to pijaczyna

 

    szewc da mi takie posłanie jak twoje. Mają tam jedno łóżko, na którym

 

    leży siennik brudny jak nieszczęście, bez poduszki, bez kołdry, a dziecia

    ki się drą, a szewc z szewcową się biją! Ty to w puchach leżysz. Bodaj to

 

    mieć młodą kuzynkę!

 

    Kubusiowi nie podobało się to bezceremonialne gadanie W

icherka 

    o pannie Jadzi, więc odparł chłodno:

 

    —

 Cóż to ma za związek jedno z drugim? Ranny jestem i potrzebuję

 

    lepszych wygód niż ty, coś zdrów jak ryba.

 

    —

 Trą la! Trą la la! Tak się to mówi. Ale spotkałem też dziś te

 

    twoją kuzynkę, na rynku sypała kwiaty i z innymi pannami pod

 

    nogi generałowi. Wyglądała w białej sukience z amarantową przepa

    ską jak anioł. Opowiadałem jej o tobie dziwy, o twej waleczności,

 

    męstwie, czynach, jakich dokonałeś oraz o tym, że zostaniesz pod

    oficerem. 
    —

 Podoficerem? Skądże znowu?

 

    —

 Stąd, że zostaniesz.

 

    —

 Wierz mi, Wicherek, że twoje kłamstwa już mnie nudzą.

 

    — Czy tak? 
    —

 A tak. Jesteś dobrym chłopcem, dobrym kolegą, kocham cię

 

    bardzo, ale masz szkaradną wadę, że co stąpn

iesz, to... 

    —

 Dokończ... to zełżesz, czy nie tak?

 

    — Ano tak. 
    —

 Więc wątpisz, że zostaniesz podoficerem?

 

    —

 Rozumie się, że wątpię.

 

    —

 O małowierni, przeczże wątpicie! To jest ustęp z Pisma Świętego,

 

    który mi mistrz Koszałkowski, niech go piekło pochłonie, wbił w pamięć

 

    przy pomocy pięciorzemiennej dyscypliny.

 

    —

 Przydałoby ci się jeszcze i teraz.

 

    —

 To mi tak źle życzysz? Wiedzże o tym, że ja mam lepsze serce. Nie

 

    tylko nie życzę ci bodaj dyscypliny, ale przeciwnie, postarałem się o to,

 

    żeby cię pułkownik mianował podoficerem w pierwszej grenadierskiej

 

    kompanii naszego pułku.

 

    —

 Co też ty pleciesz?

 

    —

 Prawdę mówię, jak Stwórcę kocham, wielkie słowo!

 

    —

 Ale jakimże sposobem ty się mogłeś o to postarać?

 

    —

 Co ci do tego, dość że się postarałem. Bo ty może myślisz, że ja nie

 

    mam w pułku znaczenia i wpływu? Cóż tam znaczy jakiś dobosz, jeszcze

 

    do tego syn szewca warszawskiego, nazywający się w dodatku Przy

    szczypkiewicz, wobec szlachcica, pana Jakuba Królikowskiego, który 

    tak łacinę zna, że niech się w kąt schowa arcybiskup warszawski z całą

 

    swoją kapitułą! Otóż, mój chłopcze, jeżeli tak sądzisz, to się grubo aspan

 

    dobrodziej mylisz. Słowo Wicherka dużo znaczy w pułku.

 

    — Nie wiedz

iałem o tym 

 zauważył Kubuś z ironią.

 

    —

 Więc dowiedz się, a jak dostaniesz nominację podoficera, wypra

    wisz mi bal. A teraz bądź zdrów, bo noc za pasem, a ja naprawdę nie mam

 

    gdzie skołatanej głowy złożyć. Ptaszkowie leśni mają swe gniazda, a

 ja 

    syn szewca warszawskiego chyba na rynku się położę, co znowu ze

 

    względu na damy sandomierskie nie byłoby przyzwoite. Prawda?

 

    — Prawda! 

background image

 

 50 

    —

 A widzisz, więc niech cię bogowie mają w swej opiece, Kubku. Ki

 

    licho, dlaczego cię twoja kuzyn

ka Kubkiem nazywa? 

    — Jest to skrócenie imienia Jakub. 
    —

 O patrzcież, a ja tego się nie domyśliłem. Stanowczo tępieję

 

    w twoim towarzystwie. No, panie podoficerze kompanii grenadierskiej 

    walecznego pułku szóstego, bądź zdrów, ja idę szukać wygodniejszej niż

 

    u szewca kwatery i takich puchów jak te, na których gnuśnie spoczy

    wasz. 

    Wyszedł w końcu zostawiając Kubusia oszołomionego i skrycie

 

    uradowanego wiadomością, że mają go zrobić podoficerem. Przypusz

    czał, że tym razem Wicherek nie skłamał, choć oczywiście nie wierzył

 

    w to, by narwany dobosz mógł mieć jakikolwiek wpływ na tę nominację.

 

    Wieczorem przyszedł doktor Wolfz felczerem, obejrzał ranę, opatrzył

 

    ją starannie, obandażował na nowo i rzekł:

 

    — Za tydzie

ń będziesz zdrów, chłopcze!

 

    Jakoż pod tym względem poczciwy doktor nie mylił się wcale.

 

    Z każdym dniem rana coraz więcej się goiła i Kubuś czuł się coraz

 

    silniejszy wśród spokoju, wygód i dostatniego jadła, o które panna Jadzia

 

    bardzo usiln

ie się starała. Do tej rekonwalescencji Kubusia przyczyniła

 

    się też wielce okoliczność, że Wicherek istotnie prawdę powiedział,

 

    i Kubuś został podniesiony na stopień podoficera „za zasługi i walecz

    ność okazaną przy zdobyciu Sandomierza", jak brzmiał rozkaz dzienny,

 

    uwiadamiający pułk o tym. Kubuś był niezmiernie rad i dumny z tego, a

 

    panna Jadzia, przeczytawszy o tej nominacji, klasnęła w ręce i zawołała:

 

    —

 No, już teraz ręczę za to, że kuzynek Kubek za rok zostanie

 

    kapitanem, 

za dwa pułkownikiem, a za trzy generałem.

 

    Wprawdzie Kubuś tych słów nie słyszał, ale stary Jędrzej, który

 

    czasem zachodził do „pana oficera" na pogawędkę, zawiadomił go o tym.

 

    Wicherek też co wieczór wpadał jak istny wicher do Kubusia i donosił

 

    mu, co się w mieście i w pułku dzieje. Mówił mu tedy, że do Sandomierza

 

    przyjechali sławni inżynierowie francuscy, służący w wojsku polskim,

 

    generał Pelletier i pułkownik Mallet, że obejrzeli fortyfikacje i rozkazali

 

    wykonać mnóstwo robót dla umocnienia miasta, a mianowicie usypać

 

    nowe okopy przed Bramą Opatowską; że wszystkie rowy zaopatrują

 

    w palisady, że z Zamościa mają sprowadzić sześć dział, a załoga ma być,

 

    znacznie zwiększona.

 

    —

 Czyżby obawiali się, że Austryjaki mogą napaść na Sandomierz?

 

    —

 spytał Kubuś.

 

    —

 Nie inaczej! I zdaje się, że będziemy tu mieli niedługo ich na karku.

 

    Żeby popuchły kajzerliki! Już sobie człowiek znalazł wygodną kwaterę,

 

    słodko wypoczywa, używa jak pączek w maśle, a tu te krowie 

nogi 

    przerywają mi moje wywczasy. Czekajcież, zapłacę ja wam za to!

 

    Wśród tego wszystkiego rana Kubusia wygoiła się prawie zupełnie

 

    i wychodził już na miasto, gdzie go towarzysze z kompanii radzi witali.

 

    Do szeregów i służby atoli nie wstępował, bo doktor Wolf zabronił mu

 

    tego. Ramię miał obandażowane, ale chodził, przypatrywał się robotom,

 

    jakie zarządził generał Sokolnicki, i przypuszczał, że Austriacy dobrze

 

    będą musieli się napracować, nim Sandomierz znowu dostaną. Widział,

 

 

   że teraz jest tu 39 armat, że załoga została zwiększona o cały pułk

 

    trzeci piechoty, że pod komendą generała Sokolnickiego jest obecnie

 

    5000 ludzi. 

    Wśród takich przechadzek, obserwacji, rozmów zauważył on pewną

 

    szczególną okoliczność, która mu dała dużo do myślenia i tak go zajęła,

 

    że zapomniał o wszystkim, a wyłącznie oddał się badaniu tej tajemniczej

 

    sprawy. 
  
 
 
 

    ROZDZIAŁ XII

 

    w którym Wicherek oświadczył Kubusiowi, że dokona czynu

 

background image

 

 51 

    wzbudzającego podziw całego świata

 

 

   Tajemnica, którą Kubuś odkrył, a raczej nie odkrył jeszcze, tylko

 

    szczególną swoją baczność na nią zwrócił, była następująca:

 

    Chodząc po mieście i przypatrując się wszystkiemu, a zwłaszcza

 

    robotom koło umocnienia miasta, znając sam wszystkie zaułki miejskie,

 

    boć przecie wychował się w Sandomierzu, zaszedł pewnego dnia na tyły

 

    posesji, mających front od strony ulicy Żydowskiej. W owe czasy

 

    znajdowało się tam kilka ogrodów przytulających się do zaułku bez

 

    nazwy i do wąwozu broniącego miasto od tej strony, a z którego można

 

    było dostać się do Wisły. Wąwóz ten mało, a raczej wcale nie był

 

    strzeżony, gdyż w ogóle teraz generał Sokolnicki niewiele dbał o właści

    we rozstawienie wart i pilnowanie miasta, wierząc, że nieprz

yjaciel jest 

    daleko jeszcze, a między Polakami nie mogą się znajdować ani zdrajcy,

 

    ani szpiedzy. 

    Wąwóz był gęsto zarośnięty. Ogromne krzaki leszczyny, przedmiot

 

    wypraw jesiennych wszystkich uliczników sandomierskich, jałowiec,

 

    wierzby, 

lipy, graby rosły w bujnym, dzikim pomieszaniu. Choć je

 

    łamano, choć długo bydło nieraz tu zachodziło i niszczyło nowe pędy

 

    i objadało liście, jednakże krzaki tworzyły tu gąszcz zbity i trudny do

 

    przebycia. Parę tylko ścieżek, wydeptanych Bóg w

ie przez kogo i w ja- 

    kim celu, przecinało to samotne i dzikie miejsce.

 

    Kubuś znał ten wąwóz doskonale. Podobała mu się dzikość tych

 

    zarośli rozrastających się swobodnie, pewna tajemniczość ich głębi,

 

    nieustanny, najrozmaitszy świergot i śpiew ptactwa drobnego, które się

 

    tu tysiącami gnieździło. Zwłaszcza na wiosnę, gdy jasna, młoda zieleń

 

    okryła swą majową szatą wszystkie nagości wąwozu, gdy czeremchy

 

    poczęły kwitnąć i podlaszczki bielić się na szmaragdowym tle traw,

 

    słowiki napełniały cały wąwóz swym melodyjnym śpiewem, niemałego

 

    uroku dodając tej pół dzikiej, pół romantycznej miejscowości.

 

    Otóż i teraz, zwłaszcza że to był przecież maj i słowików z pewnością

 

    było mnóstwo w wąwozie, wybrał się do niego Kubuś, a wybrał bardzo

 

    wcześnie, żeby jeszcze usłyszeć śpiew tych ptasząt. Poranek był piękny,

 

    ciepły i zanosiło się na dzień słoneczny. Przeszedłszy ów zaułek bez

 

    nazwy, na który wychodziło kilka ogrodów należących do posesji przy

 

    ulicy Żydowskiej, zaczął się już spuszczać w głąb wąwozu, gdy wśród

 

    ciszy i świeżości wiosennego poranku dobiegł do niego odgłos jakichś

 

    kroków i rozmowy niemieckiej. 

    Zdziwiony i zaniepokojony mocno, bo skądby teraz szwaby mogły się

 

    wziąć w Sandomierzu, zatrzymał się, ukryty za bujnie rozrosłym

 

    krzakiem leszczyny, i począł nadsłuchiwać, skąd te kroki i ta rozmowa

 

    może pochodzić. Niebawem nabył pewności, że ktoś po jednym z ogro

    dów chodzi i dość głośno rozmawia. Zastanawiając się i kombinując, do

 

    kogo ten ogród należeć może, doszedł do przekonania, że stanowi on

 

    przynależność domu, w którym dawniej mieszkał hofrat austriacki von

 

    Lausitz razem ze swym godnym synkiem Ferdziem. Przypomniał sobie

 

    następnie, że kiedy szedł przez rynek do dworku wujka Białkowskiego,

 

    by tam spocząć i ranę swą opatrzyć, to przed domem von Lausitza nie

 

    zauważył żadnego ruchu, podczas gdy wszyscy inni na gwałt pakowali

 

    swe rzeczy w zamiarze jednoczesnego z wojskiem opuszczenia Sando- 
    mierza. O

d Wicherka dowiedział się, że w istocie kilkadziesiąt wozów

 

    i bryk napełnionych kobietami, dziećmi i wszelkiego rodzaju gratami

 

    wyjechało za wojskiem z miasta. Czy jednak hofrat von Lausitz zrobił to

 

    samo, czy też pozostał w mieście 

 Kubuś nie wiedział i gorzko wyrzucali

 

    sobie teraz, że całkiem o tej sprawie zapomniał.

 

    Bo jeżeli 

 rozumował Kubuś 

 hofrat von Lausitz został w mieście,

 

    to z pewnością nie dlatego, żeby pomagać Polakom, ale dlatego, żeby im

 

    szkodzić.

 

    Wśród jego rozmyślań tymczasem kroki się zbliżały i rozmowa coraz

 

    wyraźniej dochodziła do uszu Kubusia. Jeden z mówiących miał głos

 

    niski, zachrypły i nieprzyjemny. Drugi głos uderzył Kubusia tym, że go

 

    znał, że mu kogoś przypominał, ale kogo 

— na razie 

nie mógł się

 

background image

 

 52 

    zorientować. Zresztą i czasu nie było na to, i kroki się coraz bardziej

 

    zbliżały, skrzypnęła jakaś dobrze ukryta furtka w parkanie otaczającym

 

    ogród i Kubuś ku wielkiemu swojemu zdziwieniu, a zarazem przeraże

    niu poznał w jednym z rozmawiających Ferdzia von Lausitza. Drugi

 

    mężczyzna był zupełnie nie znany. Niski, krępy, prawie opasły, ubrany

 

    w wyszarzałą kurtkę, w wysokie buty, w czapkę zniszczoną i zasmoloną,

 

    wyglądał na kolonistę niemieckiego albo na handlarza nierogacizną.

 

    I jakby na potwierdzenie tego przypuszczenia nieznajomy począł odwią

    zywać od krzaka dość dużego wieprzka, który rozciągnięty spał sobie

 

    wygodnie, a teraz kopnięciem nogi został przebudzony, kwicząc przeraź

    liwie. Z pozoru więc nieznajomy był to sobie zwyczajny handlarz

 

    nierogacizną albo może masarz z jakiegoś małego miasteczka, który

 

    kupiwszy gdzieś na targu lub we wsi tłustego wieprzaczka, pędził go

 

    teraz do siebie. Ale niespokojne, niezmiernie ruchliwe, bystre, siwe oczy, 

    którymi szybko obrzucił całe otoczenie, zdawały się co innego mówić.

 

    Pod tym przebraniem pospolitego wieprzarza kryła się jakaś mocno

 

    podejrzana figura. 

    Odwiązując swego kwiczącego prosiaka, handlarz rozmawiał z Fer

    dziem w da

lszym ciągu po niemiecku. Kubuś znał dobrze ten język, bo

 

    przecie uczył się w szkołach austriackich. Był dobrze ukryty za krza

    kiem leszczyny i, wstrzymując dech w sobie, żeby się nie zdradzić,

 

    wszystko mógł widzieć oraz słyszeć doskonale.

 

    —

 No, więc przygotujcie wszystkie wiadomości 

 mówił mniemany

 

    handlarz —

 jutro świtaniem będzie u was Wilhelmina.

 

    —

 A pan kapitan kiedy będzie?

 

    —

 Nie wiem, może już wcale nie będę, bo obawiam się, czy na mnie te

 

    przeklęte buntownik! nie zwróciły już uwagi. Wilhelminy nikt tu nie zna

 

    i ona tymczasem będzie się z wami widywała.

 

    —

 Ojciec prosi, żeby pan kapitan uwiadomił o naszych staraniach

 

    generała Geringera.

 

    —

 Naturalnie, że uwiadomię, jakżeby inaczej być mogło? Moje

 

    usz

anownie czcigodnemu panu hofratowi. No, naprzód, ty moja zasłono

 

    przed oczami głupich Polaków!

 

    Słowa te skierowane były do wieprzka, którego uderzeniem pręta

 

    nieznajomy popędził przed sobą, śmiejąc się cicho, i kiwnąwszy głową

 

    Ferdziowi, po

czął spadzistą ścieżką spuszczać się w głąb wąwozu.

 

    Ferdzio przez jakiś czas stał i patrzył za nim, potem zawrócił, wszedł do

 

    swego ogrodu i furtkę za sobą starannie zamknął na zasuwę od

 

    wewnątrz.

 

    Podniosła się teraz w umyśle Kubusia myśl, jak postąpić z tym

 

    odkryciem, które zrobił. Nie ulegało bowiem najmniejszej wątpliwości,

 

    że knuje się tu jakaś niegodziwa zdrada, że przez hofrata i jego synka

 

    udzielane są jakieś wiadomości Austriakom, zapewne o sile polskiej

 

    załogi w Sandomierzu, o jej położeniu, o stanie fortyfikacji itp. Kto wie

 

    nawet, czy właśnie tym wąwozem, przez ogród hofrata, nie będą się

 

    chcieli szwarcgelberzy dostać do miasta; ale teraz już im się to nie uda,

 

    bo jest tu Kubuś Królikowski, któremu Bóg pozwolił wykryć haniebną

 

    zdradę. Bo że tu była zdrada, to rzecz jasna, wszak Ferdzio wyraźnie

 

    prosił przebranego za handlarza świń kapitana austriackiego, aby

 

    o staraniach jego i Ferdzia ojca uwiadomił generała Geringera. A przecie

 

    Kubuś wiedział od wujka Białkowskiego, że o tym lub podobnym

 

    nazwisku generał austriacki stoi ze znacznym korpusem między miaste

    czkami Bogorią a Szydłowem, niejako w obserwacji Sandomierza. On to

 

    wie zapewne wysyła tego szpiega, przebranego za wieprza

rza, i przez 

    niego komunikuje się ze zdrajcą von Lausitzem, który w tym celu

 

    umyślnie pozostał w Sandomierzu.

 

    Tak, wszystko to jest bardzo prawdopodobne, ale co teraz czynić

 

    trzeba, żeby temu przeszkodzić?

 

    Takie pytanie postawił sobie Kubuś. Czy iść wprost do generała

 

    Sokolnickiego i wszystko mu powiedzieć? Chyba tak należy postąpić.

 

    Generał Sokolnicki jest tu komendantem naczelnym, powinien zatem

 

background image

 

 53 

    wiedzieć, jaka haniebna zdrada przeciw niemu pod ziemią się knuje,

 

    Ale po n

amyśle poczęły się w Kubusiu budzić pewne wątpliwości,

 

    pewne wahania. Z czym tu iść do generała, którego postawa chłodna,

 

    surowa budziła we wszystkich podwładnych uszanowanie, ale mroziła

 

    też ich mocno. Żaden oficer, nawet pułkownicy nie śmieli zbliżyć się do

 

    Sokolnickiego, a cóż dopiero jakiś tam podrzędny podoficer. Jak tu iść do

 

    niego i jakie mu dać dowody, że to wszystko jest prawdą? Wszak Kubui

 

    widział i słyszał, ale jak to udowodni?

 

    Nie, on nie pójdzie do generała, nie będzie budził niepotrzebnej

 

    trwogi, ale działać zacznie sam, na własną rękę. Wszak jutro świtaniem

 

    ma się tu zjawić jakaś Wilhelmina, szpieg kobiecy. On zaczai się na nią,

 

    schwyci i poprowadzi do generała 

 tym sposobem położy koniec

 

    szpiegostwu. 

    Ale tu znowu przypomniał sobie, że rana jego nie jest jeszcze zupełnie

 

    wyleczona, że jest mocno osłabiony. Czy zatem zdoła schwytać i pokonać

 

    ową Wilhelminę, której zapewne z pomocą pobiegnie i Ferdzio, i może

 

    sam hofrat, mężczyzna tęgi i silny, bo go Kubuś znał i nieraz widział,

 

    —

 Nie, sam nic nie zrobię. Trzeba mieć kogoś ze sobą, ale kogo?

 

    Bijąc się z myślami, szukając kogoś do wtajemniczenia w tę historię,

 

    przypomniał sobie Wicherka, jedynego człowieka, na którego liczyć i

 na 

    którym polegać można. Po starannym rozpatrzeniu tej sprawy z różnych

 

    Stron zdecydował Kubuś uświadomić Wicherka o wszystkim pod wiel

    kim sekretem i ostatecznie zasięgnąć u niego rady: czy donieść o wszyst

    kim komu należy, czy też samym we dwóch działać.

 

    Powziąwszy takie postanowienie, Kubuś zabrał się zaraz do jego

 

    wykonania i, nie tracąc czasu, ruszył do miasta szukać Wicherka. Znalazł

 

    go wygrywającego na bębnie marsza dla mustrujących się żołnierzy,

 

    niepodobna więc było z nim się rozmówić i Kubuś musiał czekać aż do

 

    wieczora, nim w końcu złapał Wicherka.

 

    -

 Mam z tobą o bardzo ważnych sprawach pogadać 

 rzekł, gdy

 

    Wicherek zjawił się wieczorem jak zwykle w jego izdebce 

 od rana cię

 

    szukam. 
    — Ba, moj

e dziecko, na mojej głowie tysiące spoczywa interesów

 

    —

 odpowiedział Wicherek ze zwykłą sobie warszawską blagą 

 ale cóż

 

    to za ważne sprawy?

 

    Kubuś podszedł ku drzwiom, wyjrzał, potem zamknął je starannie

 

    i zwrócił się do zdziwionego nieco t

ymi przygotowaniami Wicherka: 

    —

 Siadaj tu, przysuń się do mnie i słuchaj!

 

    —

 Na mój honor, cóż to takiego? Masz diablo tajemniczą minę! Ale

 

    skoro chcesz, słucham.

 

    —

 Przede wszystkim musisz mi dać słowo, że żadnemu z kamratów

 

    o tym nie powiesz. 
    — W mojej piersi setki spoczywa tajemnic! —

 zawołał na to z emfazą

 

    Wicherek. —

 Leżą tam one jak w grobie. Możesz mówić, chłopcze,

 

    a raczej... uczony mistrzu. 

    Wydobywszy z Wicherka słowo uroczyste, że nie będzie rozgadywał

 

    powierz

onej mu wiadomości, Kubuś opowiedział mu zdarzenie, którego

 

    był świadkiem dziś rano, i tak swą relację zakończył:

 

    —

 Dwie drogi, a raczej dwa sposoby pozostają nam do położenia

 

    końca tej ohydnej zdradzie i dlatego chcę się ciebie poradzić, którą

 z nich 

    wybrać.

 

    —

 Doskonale, opowiedz mi o tych dwóch sposobach, a moje doświad

    czenie, mój umysł krytyczny, wskażą ci, mistrzu, który jest dobry.

 

    Kubuś na tę nową blagę wzruszył ramionami i przekonany, że pod

 

    tym względem jego przyjaciel jest niepoprawny, rzekł:

 

    —

 Jednym z tych sposobów jest udanie się wprost do generała

 

    Sokolnickiego i zawiadomienie go o wszystkim. 
    —Wybornie, a drugi sposób? 
    —

 Drugi: ażebyśmy jutro świtaniem we dwóch zaczaili się w krza

    kach na tę jakąś Wilhelminę i, schwytawszy ją na gorącym uczynku,

 

    oddali w ręce naszej władzy.

 

background image

 

 54 

    Wicherek tym razem umilkł i poważnie się zamyślił; dopiero po

 

    chwili odrzekł:

 

    —

 Oba sposoby są dość głupie, a pierwszy najgłupszy.

 

    —

 Dlaczegóż to? 

— sp

ytał Kubuś nieco obrażony takim określeniem

 

    jego ciężko wymyślonych projektów.

 

    —

 Dlatego, mój uczony mistrzu, że można doskonale umieć łacinę,

 

    a nie wiedzieć, jak się praktycznie wziąć do rzeczy. Pójść do generała

 

    Sokolnickiego i wszystko m

u powiedzieć! Myślał, myślał i wymyślił

 

    głupstwo, kapitalne, na honor, głupstwo! Cóż to ty sądzisz, że taki jak ty

 

    podoficerzyna, świeżo upieczony, może sobie iść do generała, jak ja do

 

    ciebie przychodzę?

 

    —

 A dlaczegóż by nie? Sprawa tak ważna...

 

    —

 Dlatego, koniu dardanelski (nie mówię 

 ośle, aby cię nie obrazić),

 

    że według regulaminu, ty, z wszelkimi wiadomościami dotyczącymi

 

    służby i bezpieczeństwa wojskowego, powinieneś się udać do twego

 

    kaprala, ten do porucznika, porucznik do kapitana, kapitan do majora, 

    major do pułkownika, a dopiero pułkownik do generała. Rozumiesz to?

 

    —

 Rozumiem, ale tu jest wypadek wyjątkowy.

 

    —

 Nie ma w służbie wypadków wyjątkowych, wszystko musi iść

 

    podług regulaminu, bo inaczej nieład się wkradnie i porządek hierarchi

    czny naruszony zostanie. Oto mądre zdanie, którego na pamięć nauczyć

 

    się winieneś. A teraz zastanówmy się nad tym, co by z tego wynikło,

 

    gdybyś według tego przepisu postąpił? Otóż, mój chłopcze, znam dobrze

 

    kaprala Michalskiego. Cóż by on zrobił, wysłuchawszy twej relacji?

 

    Najprzód skrzyczałby .cię i zwymyślał porządnie, że zajmujesz się

 

    rzeczami, które do ciebie nie należą, potem by się upił i poszedł spać.

 

    Jutro rano, otrzeźwiwszy się i przypomniawszy sobie coś mu powiedział,

 

    zastanowiłby się trochę i powiedział by sobie: ano, do stu piorunów, nie

 

    ma co, trzeba powiedzieć o tym panu porucznikowi. Ten wezwałby cię do

 

    siebie, wypytał się szczegółowo i po długim namyśle poszedłby do

 

    kapitana, ten znów po namyśle do majora, major po namyśle do

 

    pułkownika, pułkownik ze swej strony kazałby cię wezwać, pytałby,

 

    krzyczał i wreszcie poszedł do generała. Czy masz, uczony mistrzu,

 

    pojęcie, ile by to czasu zajęło?

 

    — Czy ja wiem? 
    —

 Aleja wiem! Cały dzień, caluteńki, jak obszył, a tymczasem twoja

 

    nadobna Wilhelmina (bo nie wątpię, że jest nadobna) załatwiłaby od

 

    dawna swe szpiegowskie sprawy, otrzymałaby potrzebne dla generała

 

    Geringera wiadomości i czmychnęłaby tak, że ani oko, ani ucho

 

    wszystkich kapralów, poruczników, kapitanów, majorów nie ujrzałoby

 

    jej i nie słyszałoby. Pojmujesz ty to, uczony koniu dardanelski? Uważaj

 

    proszę, że przez wrodzoną mi grzeczność nie nazywam cię imieniem

 

    właściw

ego stworzenia dardanelskiego. 

    Lecz Kubuś nie zwrócił uwagi na tę subtelną różnicę i srodze

 

    zmartwiony rzekł:

 

    —

 Nic więc nie pozostaje, jeno chwycić się drugiego sposobu i samym

 

    tę sprawę załatwić.

 

    —

 Cóż to rozumiesz pod wyrazem „samym"

    — Ano... niby ja i ty... 
    —

 Takeś postanowił?

 

    — Tak. 
    —

 No, proszę! Nie lubię, gdy kto beze mnie coś postanawia. Ale

 

    mniejsza, to tylko powiem, że i ten sposób tyle jest głupi, ile ryzykowny.

 

    —

 Nie widzę tu żadnego ryzyka.

 

    — Ale

 ja widzę. Wiesz dobrze, że ja mam serce mężne, lecz z babą

 

    wojować... padam do nóżek!

 

    —

 Bój się Boga, Wicherek 

 zawołał przerażony Kubuś 

 cóż więc

 

    zrobimy? Przecież tak tych rzeczy zostawić nie można.

 

    —

 Rozumie się, że nie można.

 

    — W

ięc radź, co robić!

 

    —

 Hm! Czekaj, niech się namyślę. Moja dobra, tęga głowa warszaw

background image

 

 55 

    ska coś takiego wymyśli, że klękajcie narody!

 

    Począł tedy myśleć, a to myślenie objawiało się tym, że podszedł do

 

    okna i wybębnił na szybie palcami marsza. Kubuś, zaniepokojony do

 

    żywego, patrzał na niego jak w tęczę i czekał cierpliwie, co ta dobra, tęga

 

    głowa warszawska wymyśli. A głowa bębniła wciąż na szybie dość długo,

 

    tak że Kubuś poczynał już wątpić, czy z niej wyjdzie coś takiego, przed

 

 

   czym miałyby klękać narody. Ale wreszcie Wicherek zaprzestał bębnie

    nia i pogwizdywania, odwrócił się i rzekł:

 

    —

 Wymyśliłem oto taki sposób. Pójdziemy jutro skoro świt we

 

    dwóch do wąwozu, ukryjemy się w krzakach i capniemy na gorącym

 

    uc

zynku nadobną Wilhelminę.

 

    Kubuś, który oczekiwał jakiegoś nadzwyczajnego projektu, zawie

    dziony w swych nadziejach, rzekł:

 

    —

 Ale przecież ja to od razu proponowałem.

 

    —

 Tyś to proponował, mistrzu?

 

    —

 A tak... wszak zaraz ci to powiedział

em... 

    Wicherek przybrał postawę oburzoną:

 

    —

 Nie! Bezczelność teraz śród ludzi nie ma granic. On to proponował!

 

    Ściany, wzywam was na świadka! Ale to tak zawsze bywa na świecie.

 

    W ciężkiej pracy ducha wysnujesz jakąś myśl, zaraz ci ją schwycą

 

    i powiedzą, że to ich jest własność. O ludzie! Jakżeście zepsuci! Lecz

 

    mniejsza, tu nie idzie o to, kto spłodził tę myśl, tylko o to, żeby ją

 

    wykonać. Czekaj na mnie jutro, pójdziemy razem i wykonamy czyn,

 

    który wzbudzi podziw Polski. Co 

mówię 

 całego świata. Do jutra więc!

 

    To rzekłszy, porwał furażerkę i wybiegł.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ XIII

 

    w którym Wicherek oświadcza, że jest najlepszym aktorem

 

    Nazajutrz o świcie zgodnie z wczorajszą umową obaj przyjaciele,

 

    Wicherek i Kubuś, znaleźli się w wąwozie. Obaj byli uzbrojeni w krótkie

 

    pałasze i wypożyczone pod pierwszym lepszym pozorem od ułanów

 

    pistolety, które Wicherek starannie nabił, mówiąc:

 

    —

 Nie dlatego je nabijam, żebym chciał nim życie odebrać nadobnej

 

    Wilhelm

inie, ale żeby nastraszyć babę.

 

    A Kubuś śmiejąc się, zauważył:

 

    —

 Nie wiadomo, czego się z tobą trzymać, raz ją nazywasz nadobną

 

    Wilhelminą, to znowu babą.

 

    —

 O! Mój uczony mężu, pytam się ciebie, zali i najpiękniejsza panna

 

    nie jest babą

    —

 Chyba że nie 

 śmiał się Kubuś.

 

    —

 Widzę, mój koniu dardanelski, że o ile władasz znakomicie łaciną,

 

    o tyle nie jesteś mocny w polszczyźnie, co winno wstydem pokryć twoje

 

    czoło. A tymczasem bądź łaskaw wstrzymać potok twej wymowy, bo się

 

    zbliżamy do wąwozu, gdzie niebawem ma się rozstrzygnąć jeden

 

    z najdramatyczniejszych epizodów tej wojny, epizodów, w których 
    niejaki Alfons Przyszczypkiewicz, znany powszechnie ze swego boha- 

    terstwa, główną rolę odegra. Historia kiedyś będzie o tym pisała

 

    i przekaże potomności do naśladowania.

 

    —

 Może by w tej historii dało się także pomieścić wzmiankę 

— zau- 

    ważył Kubuś 

 że w tym bohaterskim epizodzie brał także udział niejaki

 

    Jakub Królikowski. 
    —

 To mi się wydaje zupełnie zbyteczne. Promienie światła winny

 

    padać na postać główną, resztę zostawiając w cieniu. Ale sza, milczenie,

 

    głos po rosie rozchodzi się daleko.

 

    W rzeczy samej poranek był świeży i chłodny, obfita rosa pokrywała

 

    liście drzew i krzaków, a na wschodzie chmury zasłaniały słońce. Ale

 

    mimo to zanosiło się na pogodę, bo powoli chmury znikały, rozpraszały

 

    się, uciekając przed jasnym obliczem gwiazdy dziennej, gdzieś w

 

background image

 

 56 

    nie skończoność. Obaj chłopcy, już teraz zachowując najgłębsze mi

lcze- 

    nie i niektóre ostrożności, ukryli się w gąszczu, obserwując furtkę od

 

    ogrodu, którą wczoraj wyszedł Ferdzio von Lausitz z przebranym za

 

    handlarza mężczyzną. Tu w gęstwinie jeszcze mroki nocne panowały

 

    i chłód, który nieprzyjemnie owionął młodzieńców, tak że w swych

 

    wiatrem podszytych mundurkach dygotali, nie tyle może z zimna, ile

 

    z nerwowego naprężenia i niepokoju.

 

    Umieścili się tak, że ich najbystrzejsze oko dostrzec nie mogło, a sami

 

    jednocześnie widzieli dobrze parkan i furtkę od ogrodu, Wicherek

 

    szepnął do ucha Kubusia:

 

    — Nic nie rób sam, czekaj zawsze na mój znak. 

    Jakkolwiek Kubuś był niewątpliwie mądrzejszy od Wicherka, jednak

 

    ulegał jego energicznej, czynnej naturze, jego warszawskiej bladze

 

    

i pewności siebie. Sam z usposobienia łagodny i miękki, stawał się

 

    narzędziem w ręku każdej silniejszej, a raczej ruchliwszej osobowości.

 

    Taki był właśnie stosunek między nim a Wicherkiem: Kubuś widział

 

    nieraz, że ten plecie i robi głupstwa, jednak nie śmiał oponować,

 

    zagadany i zakrzyczany przez zuchwalszą od siebie naturę.

 

    I oto teraz siedząc pod krzakiem leszczyny, z którego za najmniej

    szym poruszeniem spadały na nich krople obfitej rosy, rozmyślał nad

 

    tym, że o wiele lepiej byłoby zawiadomić zwierzchników o szpiegostwie

 

    hofrata i jego synka niż na swoją rękę działać. Działanie to może chybić

 

    zupełnie i Sandomierz, a z nim waleczną załogę, narazić na niebezpie

    czeństwo. Wydało mu się obecnie przy jasnym dniu, że całe gadanie

 

    Wicherka o hierarchicznym porządku w wojsku jest prostą blagą, że

 

    niepodobna, aby w tak ważnym wypadku nie można było udać się

 

    bezpośrednio do generała i o wszystkim mu opowiedzieć. Ale stało się

 

    i nie czas było teraz żałować oraz myśleć o tym, jak się to źle zrobiło. Oto

 

    właśnie zaszeleściły krzaki w wąwozie i dało się słyszeć gdzieś w głębi

 

    parowu lekkie i ostrożne czyjeś stąpanie.

 

    Jednocześnie z nieprzyjemnym zgrzytem, który wstrząsnął obu

 

    wojowników, otworzyła się wolno furtka od ogrodu i ukazał się w niej

 

    Ferdzio szpicel, otulony w płaszcz i trzymający pod pachą jakąś teczkę.

 

    Wyszedł skradając się. Obejrzał się bacznie dokoła i stał nadsłuchując

 

    pilnie z wyraźnym niepokojem na twarzy. Ale wokoło leżała cisza, tylko

 

    wiatr szeleścił liśćmi krzaków, a chór słowików oraz innego ptactwa

 

    napełniał swym śpiewem i świergotem całą okolicę.

 

    Wicherek nieznacznie trącił łokciem Kubusia i nachylając się mu do

 

    ucha, szepnął:

 

    —

 Baczność! Chwil

a stanowcza nadchodzi! 

    Kubuś nic na to nie odrzekł, cały zajęty patrzeniem na Ferdzia

 

    i wsłuchiwaniem w lekkie i ciche stąpanie dochodzące z głębi

 

    parowu. 

    Wreszcie kroki te rozległy się tuż przy ukrytych młodzieńcach

 

    i z gęstwiny wysunęła się wysoka postać kobieca. Ubrana była po

 

    wiejsku, w spódnicę krótką i zapaskę samodziałową, z czerwoną chustką

 

    na głowie. Nogi jednak bose, białe, czyste i małe, chód śmiały, pewny

 

    i zręczny zdradzały ją, że nie pochodziła spod strzechy wieśniaczej.

 

    Twarz była młoda, ładna, oczy duże, czarne, niespokojnie oglądające się

 

    dokoła, a spod kraśnej chustki zalotnie związanej wydobywały się

 

    kosmyki czarnych, bujnych włosów. Szła trzymając na ręku zwyczajny

 

    koszyk wiejski, z którego 

wyglądało parę białych serków i dzbanek

 

    pełny mleka. Widocznie starała się nadać sobie wygląd kobiety wiejskiej,

 

    idącej z rana z nabiałem do miasta, ale nie bardzo jej się to udawało.

 

    W ruchach, w spojrzeniu, w całym zachowaniu się tej kobiety widać było

 

    nadzwyczajny niepokój i obawę.

 

    Gdy ją Ferdzio zobaczył, pobiegł ku niej żywo i zawołał po niemiecku:

 

    —

 Ach, jesteś pani przecie, strasznie niespokojny byłem o panią.

 

    Papa całą noc nie śpi i drży z trwogi.

 

    Ona obejrzała się dokoła i spytała:

 

    —

 Czy tu bezpiecznie rozmawiać?

 

background image

 

 57 

    —

 Bezpieczniej w każdym razie jak w ogrodzie. Pełno Żydów, od

 

    których papa wynajmuje ogród. Papa nie kazał mi pani wprowadzać.

 

    Czy nikt pani nie widział?

 

    —

 Niestety, spotkałam patrol ułanó

w. 

    —

 I cóż? 

 spytał Ferdzio z widocznym przerażeniem.

 

    —

 Jeszcze cała drżę z przestrachu. Za nic w świecie więcej tu nie

 

    przyjdę.

 

    —

 Ale cóż ten patrol?

 

    —

 Bóg się mną opiekował. Zapatrzyli się oni na gromadkę wron,

 

    które opadły małego zajączka, i wskutek tego nie zwracali na mnie

 

    uwagi. Szybko przebiegłam koło nich, ale jaką straszną chwilę przeży

    łam! O! Herr Je!

 

    Przyłożyła rękę do serca, które musiało bić mocno, i mówiła dalej:

 

    —

 Mam polecenie powiedzenia panom, że te wycieczki nocne muszą

 

    się skończyć, są one zbyt niebezpieczne. Generał Geringer kazał zawia

    domić panów, że jeżeli dziś nie dacie potrzebnych wiadomości i planów

 

    fortyfikacji, jakie Polacy wznoszą koło Sandomierza, to ostatecznie

 

    obejdz

ie się bez nich i zerwie wszelkie stosunki z panami.

 

    —

 Mówił już o tym wczoraj pan kapitan von Schwarzfeid, ale papa na

 

    to odpowiedział, że generał zbyt się niecierpliwi, że na wszystko trzeba

 

    czasu i pieniędzy, że nie tak to łatwo dowiedzieć się o liczbie i składzie

 

    załogi polskiej, o ilości amunicji i zapasów żywności. Trzeba również

 

    niemałej przebiegłości, by odrysować plany nowych fortyfikacji.

 

    Pani Wilhelmina, bo ona to zapewne była, obejrzała się, westchnęła,

 

    poprawiła chustkę na głowie i rzekła:

 

    —

 Więc cóż? Co mam odpowiedzieć, jaką wiadomość zanieść?

 

    —

 Papa kazał się przede wszystkim zapytać, czy pieniądze są, bo

 

    musimy opłacać każdy krok, wiadomo, że papa z powodu zajęcia przez

 

    Polaków Sandomierza nie ma żadnych dochodów. Papa już zupełnie nie

 

    ma pieniędzy, ani krajcara nawet.

 

    Sięgnęła za gorset i wydobyła woreczek płócienny dość pękaty i,

 

    pokazując go Ferdziowi z pewnym wyrazem pogardy na swej ładnej

 

    twarzy, rzekła:

 

    —

 Tu jest sto reński

ch srebrem, ale mam rozkaz oddania ich wtedy 

    dopiero, gdy będę miała w ręku żądane wiadomości.

 

    —

 One są w tej teczce. Proszę! 

 rzekł Ferdzio chwytając gorączko

    wo za woreczek. 

    Ale pani Wilhelmina cofnęła szybko rękę i rzekła:

 

    — Mam ro

zkaz obejrzenia wprzód tych papierów. Pan przecież wie,

 

    że nikt kota w worku nie kupuje.

 

    — I owszem —

 syknął Ferdzio 

— jest tu plan nowych fortyfikacji, 

    wykaz liczebności załogi i zapasów żywności. Co do ilości amunicji dotąd

 

    nic nie mogliśmy się dowiedzieć, ale papa kazał zakomunikować, że za

 

    parę dni będzie wiedział.

 

    Gdy to Ferdzio mówił, Wilhelmina postawiła koszyk na ziemi. Nie

 

    puszczając z ręki worka z pieniędzmi, siadła na wystającym nieco

 

    pagórku i poczęła papiery w teczce przeglądać. Ferdzio tymczasem dalej

 

    gadał:

 

    —

 Papa bardzo się dziwi tej nieufności, jaką generał Geringer mu

 

    okazuje. Z generałem Egermanem papa znał się dobrze i był przez niego

 

    szanowany, a generał Geringer zupełnie inaczej postępuje. Papa kazał

 

    mi powiedzieć, że go to obraża.

 

    Na te słowa Wilhelmina podniosła głowę i spojrzała na Ferdzia takim

 

    wzrokiem, że ten zarumienił się i rzekł pośpiesznie:

 

    —

 Papa robi to przecież nie dla pieniędzy.

 

    — A po co? —

 spytała Wilhelm

ina. —

 Wszak generał płaci panom?

 

    —

 Te pieniądze idą na opłacenie tych, którzy nam potrzebnych

 

    wiadomości udzielają. Papa z nich ani grosza dla siebie nie bierze.

 

    — Czy tak? —

 spytała chłodnym tonem Wilhelmina, wciąż przeglą

    dając wręczone

 jej papiery. 

    —

 Ręczę, że tak. Papa nie pracuje dla pieniędzy, ale dla naszego

 

background image

 

 58 

    ukochanego cesarza i dlatego, że nienawidzi tych szlachciców polskich.

 

    — Bardzo chwalebne uczucia! —

 szepnęła ironicznie Wilhelmina

 

    i dalej zagłębiła się w przeglądanie papierów.

 

    Trwało to dość długą chwilę, podczas której Ferdzio już milczał i miał

 

    mocno nadąsaną minę. Wreszcie Wilhelmina się podniosła i rzekła:

 

    —

 Nie wiem, czy pan generał będzie zadowolony z tych papierów

 

    i czy powinnam panu dać te pieniądze, ale... ostatecznie, skoro ich tak

 

    bardzo potrzebujecie i pan mówisz, że musicie płacić...

 

    —

 Papa mi powiedział, żeby nie oddawać tych papierów bez pienię

    dzy. Zebranie tych wiadomości kosztowało papę bardzo wiele. Jak się

 

    woj

na skończy i papa będzie mógł wyjechać, to uda się zaraz do Wiednia,

 

    przedstawi cesarzowi i wszystko opowie... 
    —

 Cóż takiego opowie? 

 zapytała Wilhelmina.

 

    —

 Opowie... opowie, jak za jego gorliwość i wierność cesarzowi

 

    ganerał Geringer z nim postępował.

 

    —

 Zakomunikuję i tę wiadomość panu generałowi, a co on z nią

 

    zrobi, to już jego rzecz. Ostatecznie biorę na siebie odpowiedzialność,

 

    dając panu te sto reńskich, bo, powtarzam, nie wiem, czy wiadomości

 

    zawarte w tych papierach 

są tego warte. Ale niech już tak będzie.

 

    proszę...

 

    To mówiąc wręczyła Ferdziowi worek z guldenami, które ten

 

    skwapliwie wsunął do kieszeni. Następnie zabrała się do schowania

 

    otrzymanych od zdrajcy papierów. W tym celu odwróciła się od nieg

    i rozpinać zaczęła gorset.

 

    Wszystkiego tego byli niemymi świadkami Kubuś i Wicherek, wysłu

    chali całej rozmowy i teraz, kiedy obie strony miały się rozejść, Wicherek

 

    dał znak i krzyknął:

 

    —

 Naprzód, wiara, schwytać tych łotrów! 

— wysk

oczył z ukrycia

 

    i pobiegł ku Wilhelminie, wydzierając jej z rąk fatalne dokumenty.

 

    Za nim wypadł Kubuś i tak gwałtownie rzucił się na stojącego doń

 

    tyłem Ferdzia, że go obalił na ziemię, wołając:

 

    —

 Mam cię, szpiclu!

 

    Ferdzio wrzasnął przeraźliwie:

 

    — Herr Je! —

 i zemdlał.

 

    O wiele przytomniejszą okazała się kobieta. Ujrzawszy nieszczęsne

 

    papiery w ręku Wicherka, nie usiłowała nawet ich odebrać i sądząc

 

    zapewne, że w krzakach znajduje się więcej żołnierzy, w jednej chwili

 

   

 z nadzwyczajną zręcznością i szybkością rzuciła się w bok między krzaki

 

    i znikła. Jakiś czas słychać było po twardej ziemi jej bieg szalony,

 

    ale i ten ucichł wkrótce. Wicherek, oszołomiony tym niespodzianym

 

    postępkiem kobiety, stał jak skamieniały trzymając w ręku zdobyte

 

    papiery i patrząc osowiałym wzrokiem w tę stronę, w którą uciekła

 

    Wilhelmina. 
    —

 Cóż stoisz? 

 zawołał Kubuś rozgorączkowany. 

 Leć za nią, złap

 

    ją, ja tymczasem zajmę się tym łotrem.

 

    Ale Wicherek się nie ruszał i, oprzytomniawszy, rzekł tonem chłod

    nym: 
    —

 A to szwed baba! No, no! Rzetelnie dała nogę i wzięła nas na kawał.

 

    Szwed baba! 
    —

 Leczę za nią, bo ucieknie!...

 

    —

 Ani myślę, niech ucieka.

 

    —

 Więc jakże, co będzie?

 

    —

 Nic nie będzie. Papiery mamy, a to główna rzecz, co zaś do tej

 

    dzielnej białogłowy... niech sobie leci gdzie indziej się powiesić. Co nam

 

    po niej! UfR Aleśmy się gracko spisali.

 

    Popatrzył na leżącego nieruchomo Ferdzia.

 

    —

 Cóż to? Ten, widzę, kopyrtnął

 ze strachu. 

    —

 Zdaje mi się, że tylko zemdlał. Cóż teraz zrobimy?

 

    —

 Tego gagatka trzeba nam zabrać i zaprowadzić do pułkownika

 

    Sierawskiego. Niech sobie tam z nim robią, co chcą, tylko... uważasz

 

    Kubek, ty nic nie gadaj, już ja za dwóch będę mówił i w należytym

 

background image

 

 59 

    świetle przedstawię pułkownikowi nasz czyn heroiczny... Przede

 

    wszystkim nie trzeba mówić, żeśmy wczoraj wiedzieli o tych schadzkach

 

    szpiegowskich, boby nam porządnie głowę zmyto, a może i pod sąd

 

    wojenny oddano. Diabe

ł nie śpi, a generał Sokolnicki nie żartuje.

 

    —

 Jak to? Więc teraz powiadasz, żeśmy źle zrobili nie donosząc o tym

 

    generałowi?

 

    —

 Czyśmy źle zrobili, to zupełnie inna kwestia, mój uczony koniu

 

    dardanelski. Teraz zaś powiemy, żeśmy przypadkiem natknęli się na tę

 

    parę szpiegowską... Źle, powiadam, parę, należy powiedzieć, że było co

 

    najmniej czterech okrutnych chłopów, uzbrojonych od stóp do głów, że

 

    my, nie zważając na to, rzuciliśmy się na nich po bohatersku, papiery im

 

    wydarli

śmy, jednego wzięliśmy do niewoli, a reszta dała drapaka wobec

 

    naszej szalonej waleczności. Już ja to wszystko opowiem i w należytym

 

    świetle nasz czyn wystawię, tylko ty nic nie gadaj... rozumiesz?

 

    Kubuś skrzywił się, bo miał już dość blag Wicherka, i rzekł:

 

    —

 Nie podoba mi się to wszystko i żałuję mocno, żem twojej rady

 

    posłuchał. Twoje zaś zamiary przedstawienia naszej zasadzki jako czynu

 

    bohaterskiego na nic się nie przydadzą.

 

    —

 No, proszę, a to dlaczego, panie uczony łacinnik

u? 

    —

 Dlatego, że jak tam w sztabie zaczną tego szpiega indagować, toć

 

    on powie, że nie było czterech okrutnych chłopów, uzbrojonych od stóp

 

    do głów, ale on jeden, bez broni, i równie bezbronna kobieta.

 

    —

 Do pierona! Masz rację! Słowo honoru, nie pomyślałem o tym.

 

    Prawda, prawda! A to licho nadało. Czemu ten kiep także nie dał nogi,

 

    tylko zemdlał jak baba? Cóż, co myślisz?

 

    —

 Trzeba go najprzód otrzeźwić.

 

    Ale trzeźwić Ferdzia nie trzeba było, bo sam odzyskał przytomność,

 

    po

dniósł się nieco i siadł, przetarł czoło i wystraszonymi oczami rozglą

    dał się dokoła, a poznawszy Kubusia, zawołał:

 

    — Kubek Królikowski, to ty? 
    —Jak widzisz, to ja. 
    —

 Hm! Aleś mię przestraszył. Nie godzi się tak z kolegą postępować.

 

    —

 Ty nie jesteś moim kolegą, ja wśród kolegów nie mam szpiegów.

 

    Wstawaj i chodź z nami!

 

    —

 Mam iść z wami, a to gdzie i po co?

 

    ——

 Dowiesz się. No, wstawaj i ruszaj.

 

    —

 Bój się Boga, Kubek... czyż ja nie byłem twoim kolegą?

 

    —

 Byłeś, ale nim nie jesteś. Wstawaj i w drogę!

 

    —

 Powiedz mi przynajmniej, co chcesz ze mną zrobić?

 

    —

 Oddać cię w ręce naszego generała, a ten zapewne każe cię wraz

 

    z twoim godnym papą powiesić jako szpiegów. Widzisz, ze względu na

 

    dawne koleżeństwo mówię 

ci wszystko otwarcie. 

    —

 Ach, mój Boże, więc nie ma u ciebie żadnych względów dla

 

    dawnego kolegi? 
    —

 Dla szpiegów nie mam żadnych względów.

 

    —

 Zmiłuj się, Kubek... cóż ci z tego przyjdzie, że mnie powieszą? Co

 

    ludzie na to powiedzą, żeś własnego kolegę wydał w ręce kata. Przysię

    gam ci, że więcej nie będę szpiegował, że do niczego nie będę się mieszał.

 

    Tu ukląkł, złożył ręce jak do modlitwy i wołał jękliwym głosem:

 

    —

 Gotów jestem wstąpić do waszego wojska, Kubek, panie Kubek,

 

 

   zlituj się, puść mnie, jestem słaby, chory... ja umrę... O, mój Boże,

 

    litości, litości!

 

    Chciał się rzucić do nóg Kubka, który ze wstrętem słuchał tych próśb

 

    i wahać się począł, boć przecie ten żebrzący u jego nóg miłosierdzia

 

    chłopiec był do niedawna jego kolegą.

 

    Wtem Wicherek milczący dotąd i przypatrujący się tej scenie zawołał:

 

    —

 Za pozwoleniem, ucisz no się, panie ładny, i powiedz, czy oprócz

 

    tych papierów, które odebraliśmy dającej dzielnie nogę białogłowie, nie

 

    masz przy sobie innych? 
    —

 Nie mam żadnych.

 

    — Czy mieszkasz w Sandomierzu? 

background image

 

 60 

    — Tak. 
    —

 Hm! Czy przysięgasz, że nie będziesz więcej szpiegować.

 

    —

 Przysięgam!

 

    —

 A więc ruszaj sobie, niech cię oczy moje nie widzą! Zmykaj, bo jak

 

    wpadnę w pasję, to ci twój łeb farmazoński urwę i na kołku powieszę.

 

    Uciekaj, bo jak Stwórcę kocham, wściekłość mię porywa!

 

    Zrobił straszne oczy, trząsł się, zgrzytał zębami, co Ferdzia tak

 

    przeraziło, że zerwał się na równe nogi i w dwóch skokach znalazł się

 

    przy furtce ogrodowej, zniknął za nią i na dwa spusty za sobą zamknął.

 

    Teraz dopiero Wicherek wypogodził swą twarz, zaczął się śmiać i klepać

 

    po brzuchu Kubusia, mówiąc:

 

    —

 A co, znakomity ze mnie aktor? Niech się wszyscy inni schowają!

 

    Cóż masz taką kapcańską minę? Chodźmy, a po drodze wszystko ci

 

    wyłożę jasno i dokumentnie, dlaczegom tego durnia wypuścił.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ XIV

 

    w którym panna Jadzia wdziała na czoło Kubusia wieniec

 

    triumfatorski z bławatków i maków

 

    Łatwo domyślić się, dlaczego Wicherek wypuścił Ferdzia szpicla. Szło

 

    mu bowiem o to, żeby rzecz się nie wydała przed zwierzchnością, iż oni

 

    obaj z Kubusiom wiedzieli o schadzkach szpiegowskich jeszcze wczoraj, 

    nikomu o tym nie donieśli i na swoją rękę rzecz załatwić postanowili. Tak

 

    zaś, gdy Ferdzio drapnął, a w zdobytych papierach okaże się coś

 

    niebezpiecznego dla Sandomierza, Wicherek wszystko złoży, komu

 

    wypada, i opowie ze zwykłą sobie blagą, jakich to cudów waleczności,

 

    męstwa i przebiegłości obaj z Kubusiom dokonali, by owe papiery z rąk

 

    licznych i uzbrojonych Austriaków odebrać na szpiegowskiej schadzce,

 

    przypadkiem odkrytej. 

    Ale te piękne zamysły popsuła mu wiadomość, że Ferdzio ze swym

 

    ojcem hofratem mieszk

a w Sandomierzu. Nuż, gdy Wicherek będzie

 

    opowiadał o owych cudach waleczności, rzecz się cała wyda i okaże się,

 

    że obaj mężni rycerze mieli do czynienia z jedną kobietą, która zresztą

 

    zaraz uciekła, i z jednym szczupłym, słabym chłopakiem. Ale

 po chwili 

    Wicherek pomyślał, że ta okoliczność nie może szkodzić jego pomysłowi,

 

    bo przecie w interesie Ferdzia i jego papy godnego leży, żeby siedzieć

 

    cicho i milczeć. A zatem on, Wicherek, może swój pierwotny plan

 

    przeprowadzić i bardzo dobrze zrobił, że tego kpa szpiega wypuścił i tym

 

    sposobem jedynego niepotrzebnego świadka usunął.

 

    Wracając do miasta, cały ten plan ze zwykłą sobie wymową przedsta

    wił Kubusiowi, ale Kubuś słuchał go niechętnie 

 widocznie był

 

    niezadowolo

ny i zamyślony mocno.

 

    —

 Wszystkie te kłamstwa nie podobają mi się zupełnie. Źle zrobiłem,

 

    nie zawiadamiając zaraz wczoraj pułkownika Sierawskiego o swym

 

    odkryciu. Ale skoro raz źle zrobiłem, nie myślę nowych błędów do tego

 

    dodawać. Mam zamiar pójść zaraz i te papiery gdzie należy złożyć.

 

    —-

 I nowe kapitalne głupstwo zrobić! 

 zawołał z gniewem Wiche

    rek. —

 Powiadasz, chodząca cnoto, że nie lubisz kłamstw, za co

 

    z pewnością za życia jeszcze będziesz kanonizowany, a jednak będzies

    musiał kłamać, bo nie możesz się przyznać do tego, żeś wiedział jeszcze

 

    wczoraj o szpiegach, żeś na nich zasadzkę dziś uczynił. A jak uspra

    wiedliwisz wypuszczenie tego durnia, twego kolegi? Niech licho porwie, 

    pięknych miałeś kolegów, ani słowa!

 

    —

 Wypuszczenie młodego von Lausitza nie ma żadnego znaczenia,

 

    bo przecie obaj z ojcem mieszkają w mieście i uciec nie mogą.

 

    —

 Tak myślisz? Może sądzisz, koniu dardanelski, że po dzisiejszej

 

    scenie będą oni czekali, aż ich powieszą? Jeżeli tak w rzeczy samej

 

    myślisz, to jestem najświęciej przekonany, że w twojej pięknej głowie

 

    nie ma mózgu, jeno sieczka owsiana. 

background image

 

 61 

    Uwaga ta zastanowiła Kubusia i rzekł:

 

    —

 W takim razie nic nie pozostaje, jak uwiadomić o wszystkim

 

    prędko pułkownika i prosić go, żeby kazał aresztować obu Lausitzów,

 

    —

 Powiedział, co wiedział, a że nic mądrego nie wiedział, więc też

 

    głupio powiedział. Cóż teraz Lausitzowie mogą szkodzić? Zaręczam ci, że

 

    są obecnie w śmiertelnym strachu i na całe życie wyrzekli się szpiegost

    wa. Po co o tym gadać komu? Chyba masz ochotę, żeby nas pod sąd

 

    wojenny oddali i w dwadzieścia cztery godziny rozstrzelali. U generała

 

    Sokolnickiego o to nie trudno, a ja naprawdę nie mam ochoty przenosić

 

    si

ę na tamten świat, skoro mi na tym wcale jest nieźle.

 

    Tak mówił, tak przekonywał, że ostatecznie wymógł na Kubusiu

 

    milczenie, tylko taki postawił warunek: że nim coś postanowią, należy

 

    wprzód przejrzeć owe papiery wydarte z rąk szpiega Wilhelmi

ny. 

    Zamknęli się więc w izdebce Kubusia, którą tenże ciągle jeszcze

 

    zajmował u swego wujka pana Białkowskiego, i zabrali się do roboty.

 

    Wicherek tylko słuchał, bo papiery były pisane po niemiecku, a więc

 

    w języku, którego nauczyciel, mistrz Koszałkowski, w Warszawie

 

    pomimo obficie udzielanych dyscyplin nie mógł Wicherka nauczyć.

 

    Kubuś więc czytał i tłumaczył mu treść tych papierów.

 

    Okazało się, że były one dość ważne. Zawierały więc wykaz sił załogi

 

    sandomierskiej: ile jest p

ułków, jazdy, piechoty i armat. Następnie był

 

    dość niezręcznie zrobiony szkic nowych robót fortyfikacyjnych, zarzą

    dzonych według wskazówek inżynierów Malleta i Pelletiera. Wreszcie

 

    było kilka słów o stanie żywności w Sandomierzu. Hofrat donosił, że

 

    żywności jest tyle, że może na rok wystarczyć dla pięciotysięcznej załogi.

 

    O amunicji —

 pisał 

 nie ma bliższych danych, ale spodziewa się je,

 

    w ciągu kilku dni pozyskać.

 

    Wysłuchawszy tego wszystkiego, Wicherek rzekł:

 

    — Bardzo do

brze się stało, żeśmy te papiery chwycili. Krowie nogi

 

    nic nie będą wiedziały. Ciekawe jednak, za czyim pośrednictwem te łotry

 

    dowiadują się o tym wszystkim?

 

    —

 To w rzeczy samej jest nie tylko ciekawe, ale bardzo ważne, bo o ile

 

    wiem, to żaden z Lausitzów, ani ojciec, ani syn, nie pokazują się na

 

    mieście. Siedzą w swym domu jak zaklęci. Że mają kogoś, kto im zbiera

 

    te wiadomości 

 tego dowodzą słowa młodego Ferdzia. Sam powiedział,

 

    że nie mają już pieniędzy na opłacenie tych dono

sicieli. 

    Wicherek się zamyślił i po chwili rzekł:

 

    —

 Trzeba wziąć pod obserwację dom Lausitzów. Bądź spokojny, już

 

    ja się tym zajmę, a gdy takiego łotra schwycę... No! Będzie się miał

 

    z pyszna. Zadam ja mu piekielnego feferu. 
    — A tymczas

em cóż z tym fantem zrobić? 

 spytał Kubuś wskazując

 

    na papiery. 
    — A nic, wrzucisz je do pieca i koniec. 

    Gdy Kubuś nie okazał chęci wykonania tego, lecz twierdził uparcie,

 

    że bądź co bądź należy je wręczyć pułkownikowi Sierawskiemu,

 

    Wic

herek aż skoczył z krzesła i zawołał:

 

    —

 Wręczyć pułkownikowi Sierawskiemu? Czyś oszalał, uczony ko

    niu dardanelski, cebulo włoska, czosnku egipski? Czy ci się w głowie

 

    pomieszało? Więc masz ochotę, żeby ci najdalej jutro wpakowano

 

    w twoją kapuścianą głowę kulę? Czy ci się życie sprzykrzyło do kroćset

 

    czerwonych szatanów? 

    I począł tak wymownie dowodzić, tak przekonywać Kubusia, że

 

    skoro te papiery są u nich, nie zaś w rękach Austriaków, to Sandomierzo

    wi nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, a zatem byłoby prostym

 

    szaleństwem wystawiać swe życie na szwank.

 

    —

 Bo gdybym wiedział 

 kończył Wicherek 

 że niezawiadomienie

 

    naszej zwierzchności w czymkolwiek może zaszkodzić naszej sprawie, to

 

    nie dbając o to, co się ze mną stanie, w tej chwili pobiegłbym do

 

    pułkownika i opowiedział wszystko, ale skoro tak nie jest, to po kiego

 

    licha ja mam moją piękną fizys wystawiać pod kule własnych rodaków.

 

    Nie, tak głupi nie będę.

 

background image

 

 62 

    Tyle mówił, tak przekonywał, że Kubuś ze swą miękką naturą,

 

    przywykłą ulegać woli silniejszej i energiczniejszej, i tym razem zgodził

 

    się na to, by o całej sprawie jak najgłębsze zachować milczenie. Ze swej

 

    strony Wicherek przyrzekł, że będzie bardzo pilnie strzegł domu Lausit

    za, w czym i Kubuś mu pomoc obiecał, jakkolwiek zniechęcony był do

 

    całej tej sprawy, która nie po jego myśli poszła. Kubuś czuł w głębi

 

    sumienia, że nie postąpił jak należy, i drżał na myśl, iż mógł przez to jaką

 

    szkodę ojczyźnie wyrządzić. Siedział zamknięty w swym pokoiku, gryzł

 

    się, mało się pokazywał, a przy obiedzie miał tak straszną minę, że panna

 

    Jadzia nazywała go,,rycerzem smutnej postaci" lub,,płaczącą wierzbą".

 

    Wśród takiego to stanu duszy i serca rana się jego zupełnie zagoiła

 

    i musiał wracać do szeregów, gdzie ciągłe musztry, życie czynne

 

    i ruchliwe powoli te zgryzoty rugowały w jego pamięci i zacierały

 

    wspomnienie smutnych zdarzeń. Ponieważ już nie ulegało wątpliwości,

 

    że nieprzyjaciel ma zamiar oblegać Sandomierz, by go znowu z rąk

 

    polskich wydobyć, więc z rozkazu generała Sokolnickiego podwojono

 

    czujność w mieście. Liczne straże i wysunięte posterunki jazdy strzegły

 

    wszelkich dróg wiodących do miasta, a często wysyłane w różnych

 

    kieru

nkach podjazdy przynosiły wiadomości o najmniejszych ruchach

 

    nieprzyjaciela, a i nikomu podejrzanemu nie pozwalały się zbliżyć do

 

    miasta. Wicherek też zapewniał Kubusia, że do domu Lausitzów nikt nie

 

    przychodzi i nikt stamtąd nie wychodzi, prócz jednej służącej, która

 

    biega codziennie na targ po żywność. Podejrzewając jednak, że ta

 

    służąca może ułatwić porozumienie się Lausitzów z jakimś szpiegiem,

 

    chodził Wicherek za nią przez kilka dni, ale nic podejrzanego nie

 

    zauważył. Poznał nawet tę służącą, choć to na nic się nie przydało, bo to

 

    była Niemka bardzo źle mówiąca po polsku, a wiadomo z drugiej strony,

 

    że on, Wicherek, tego jej szwargotu wcale nie rozumiał.

 

    —

 Niech go piekło pochłonie, tego Koszałkowskiego 

 kończył swą

 

    relację Wicherek 

 bić to on bił rzetelnie, ale za to nic nie nauczył.

 

    Gdybym umiał szprechać, to wziąłbym na spytki Szarlotę, bo takie

 

    romantyczne imię nosi służąca Lausitzów, i wszystkiego się od niej

 

    dowiedział. No powiedzcie, bogowi

e, kto tu winien, ja czy mój mistrz. 

    Jeżeli ten łupiskóra żyje jeszcze, to jak wrócę do Warszawy, poproszę

 

    kamratów, wpadniemy do niego, rozciągniemy pana brata jak kota na

 

    ławie i oddam mu z sutą nawiązką wszystkie dyscypliny, jakie kiedykol

    wiek wymierzył na moją skórę. Bo gdybym nauczył się po niemiecku, to

 

    od Szarloty wywiedziałbym się, co się dzieje u Lausitzów.

 

    Tak gadał Wicherek, a Kubuś tylko ruszał ramionami, bo był

 

    przekonany, że Lausitzowie nie tacy niemądrzy, jak się

 wydaje Wicher- 

    kowi, żeby zaraz po wykryciu zdrady zajmować się jeszcze szpiego

    stwem. Na pewno siedzą w swym domu w śmiertelnym ciągle strachu.

 

    Tymczasem w mieście pod czujnym okiem generała Sokolnickiego

 

    zajmowano się przygotowaniami do

 energicznej obrony Sandomierza. 

    Część żołnierzy, mieszkańcy i okoliczni wieśniacy sypali szańce, wbijali

 

    palisady; naprawiano mury, wycinano tu i ówdzie w różnych budynkach

 

    strzelnice. Codziennie rozsyłał generał palety[28] do szlachty sandomi

er- 

    skiej, nakazując jej pod groźbą egzekucji dostawę oznaczonej ilości

 

    mąki, mięsa, krup i wódki 

 ciągnęły długim szeregiem wozy wiozące te

 

    wiktuały. Przygotowania te przekonywały wszystkich, że Sokolnicki

 

    zamierza w odwiecznym grodzie st

awić uparty i niezłomny opór; groźne

 

    jego oblicze, gdy się pokazywał wojsku lub ludowi, tchnęło spokojem

 

    i pewnością siebie, i nikt nie przypuszczał, że pod tą maską budzącą

 

    ufność kryje się ponury niepokój z powodu niewielkiej ilości amunicji,

 

    zwłaszcza nabojów dla armat sześcio

- i trzyfuntowych. Nikt tych braków 

    nie podejrzewał. Załoga i mieszkańcy pełni byli ufności, że raz zdobyty

 

    przez Polaków Sandomierz pozostanie na zawsze w ich rękach.

 

    Był już czerwiec, w tym roku niezwykle gorący. Dnia jedenastego

 

    czerwca przyszła wiadomość, że Austriacy w znacznej sile posuwają się

 

    ku miastu, że sam naczelny wódz, arcyksiążę Ferdynand d'Este,

 

    pobiwszy księcia Józefa pod wsią Wrzawy, w kącie między Sandomie

background image

 

 63 

    rzem a Wisłą, zamierza przeprawić się na lewy brzeg, by połączyć się

 

    z generałem Geringerem i przystąpić do szturmu miasta.

 

    Mimo to nazajutrz o świcie Kubuś otrzymał rozkaz, aby na czele swej

 

    sekcji, złożonej z dziesięciu ludzi, wyruszyć do niedalekiej wsi S

trachaj- 

    ce i wręczyć jej właścicielowi palet na niezwłoczną dostawę pewnej ilości

 

    furażu[29] dla koni. Uradował się bardzo z tego rozkazu, bo zamknięty

 

    w murach miasta wśród nieustannych upałów rad był odetchnąć

 

    świeżym powietrzem i nacieszyć oczy widokiem pól, pokrytych bujnym

 

    zbożem. Uśmiechała mu się myśl, że będzie wodzem dziesięciu zuchów

 

    i może mu się uda na ich czele jakiego pięknego czynu wojennego

 

    dokonać. Panna Jadzia, dowiedziawszy się o tej wyprawie, zerwała się

 

    

o świcie, by pożegnać się z Kubusiom, i powiedziała:

 

    —

 No, kuzynku, mam nadzieję, że mi przyniesiesz cały bukiet

 

    bławatków, maków i innych polnych kwiatów, z których ja uwiję

 

    wieniec i po powrocie uwieńczę nim czoło twoje, jak walecznego rycerz

a. 

    Kubuś przyrzekł, że nazrywa całe snopy żądanych kwiatów i zdziwił

 

    się bardzo, gdy wujek Białkowski wyszedł także z sypialni w szlafroku,

 

    w pantoflach, w szlafmycy i gadał:

 

    —

 A bądź ostrożny, bo podobno huzary włóczą się wszędzie po

 

    o

kolicy. Dziwi mię bardzo, że ci taki rozkaz dano, skoro wiem, że wczoraj

 

    przyszła wiadomość o Austryjakach. Są bardzo blisko Sandomierza.

 

    Miej się na baczności, chłopcze, bo o nieszczęście nietrudno!

 

    Ale Kubuś uśmiechnął się na te przestrogi, uważając je w duszy za

 

    zrzędzenie starego wujka. Odrzekł, dumnie się prostując:

 

    —

 Nie boję sieja Austryjaków, a rozkaz mam wyraźny i wykonać go

 

    muszę.

 

    —

 Jużcić, wykonać go musisz, ale 'bądź ostrożny!

 

    —

 O tatuńciu! 

 zawołała panna Jadzia

. — Kuzynek Kubek nie boi 

    się wcale Austryjaków i jest walecznym rycerzem.

 

    —

 No, no, no, niechże i tak będzie! Wszelako rozkaz ten nie wydaje mi

 

    się właściwy, i musi to być nieporozumienie. Niech cię Bóg prowadzi,

 

    chłopcze. Zachowaj wszelkie ostrożności i nim krok zrobisz, obejrzyj się

 

    wprzód na wszystkie strony. 
    —

 O, jestem pewna, że kuzynek Kubek wróci z triumfem, pobije

 

    Austryjaków, a ja go jak starożytne niewiasty greckie wieńcem przyo

    zdobię.

 

    —

 Cicho byłabyś, dzierlatko, i głupstw nie gadała. Wieńcem go

 

    przyozdobi! Jak starożytne niewiasty greckie! Co się w tej głowie troi!

 

    Na tym zakończyło się pożegnanie i Kubuś na czele swych dziesięciu

 

    zuchów wyruszył z Sandomierza do wskazanej mu wioski. Te zuchy byl

    to młodzi chłopcy od dwudziestu do dwudziestu paru lat, rodem spod

 

    Mińska Mazowieckiego i Sochaczewa, szczupli, weseli, sypiący kon

    ceptami jak z rękawa.

 

    — Panie podoficerze — gadali —

 a jak spotkamy gdzieś kajzerlików,

 

    to co będzie?

 

    —

 O, to ci głupi 

 odezwał się inny 

 on się pyta, co będzie.

 

    —

A pytam się, bom ciekaw.

 

    —

 Będziemy się bili i basta!

 

    Już byli za miastem brnąc po piaszczystej drodze, gdy nagle usłyszeli

 

    za sobą krzyki:

 

    — Stój, stój! 

    Był to Wicherek, który, dowiedziawszy się o wyprawie Kubusia,

 

    wyprosił u kapitana, żeby mu pozwolił połączyć się z nią. Biegł teraz co

 

    tchu z bębnem na plecach i karabinem w ręku, zziajany, spocony,

 

    zakurzony, ale wesoły, wołając:

 

    —

 Cóż ty, uczony mistrzu, myślisz sobie? Chcesz beze mnie czynić

 

    wyprawy? Otóż nie! I ja też z tobą!

 

    Kubuś rad był bardzo z towarzystwa Wicherka i przyjął go z otwarty

    mi ramionami, bo naprzód potrafił on rozweselić wszystkich, a potem

 

    pewność, z jaką mówił i czynił wszystko, dodawała otuchy.

 

    Posuwano się w piasku po kostki drogą wysadzaną karłowatymi, na

 

background image

 

 64 

    pół uschłymi wierzbami. Dzień był skwarny, spokojny i pod nogami

 

    kilkunastu ludzi wzbijały się całe chmury kurzu, które tę wycieczkę

 

    czyniły mniej przyjemną, jak się pierwotnie spodziewano. Po polach

 

    bujne zboża zieleniały, skowronki wieszały się w powietrzu, świergocąc

 

    wesoło. Jak okiem sięgnąć, nigdzie żywej duszy nie było widać. Sielski,

 

    cichy spokój leżał na tych niwach polskic

h. 

    Wicherek plótł niestworzone rzeczy, wywołując w zmęczonych

 

    towarzyszach wybuchy śmiechu, i tak, nie napotkawszy żadnej prze

    szkody, nie widząc nigdzie nawet śladu Austriaków, dotarli do owej wsi

 

    Strachaj ce. Pośpieszono do dworu i palet właścicielowi wręczono.

 

    Zaprosił on wszystkich na śniadanie złożone z siadłego mleka i chleba

 

    razowego. Kiedy żołnierze pałaszowali jedzenie, wygłodzeni całodzien

    ną przechadzką pod skwarnym niebem, wziął Kubusia na stronę i rzekł

 

    mu: 
    —

 Radzę panom zawrócić jak najprędzej. O ćwierć mili stąd nocują

 

    huzary węgierskie i ciągle się włóczą po okolicy. Wczoraj wieczorem byli

 

    u mnie. Dziwię się bardzo, że panów z głupim paletom wysłano w takiej

 

    małej liczbie.

 

    Słowa te zaniepokoiły trochę Kubusia i ze stanowczością, której się

 

    sam nie spodziewał, pomimo oporu żołnierzy, którzy radzi byli odpocząć

 

    w cieniu drzew i od miski niechętnie wstawali, nakazał natychmiastowy

 

    odwrót. Znalazł w tym poparcie w osobie Wicherka, k

tóremu zakomuni- 

    kował słowa dziedzica.

 

    Wyruszono więc z powrotem Z kwaśnymi minami i niechęcią, wlokąc

 

    się leniwie po piasku, choć Kubuś z Wicherkiem nalegali na pośpiech.

 

    Ale żołnierze z młodego, świeżo upieczonego podoficera niewiele sob

ie 

    robili, szli w bezładnej kupie, wlokąc się noga za nogą, wymyślając na

 

    skwar i kurz. Już uszli połowę drogi i Kubuś powoli odzyskiwał spokój,

 

    bo dotąd nic nie zakłóciło tego pochodu, gdy nagle, obejrzawszy się za

 

    siebie, spostrzegł ogromną chmurę kurzu wzbijającą się na drodze,

 

    a niebawem z pośrodka tej chmury zdawało mu się, że widzi czerwone

 

    czamary[30] huzarskie i błyszczące czaka. Na chwilę wszystko to znowu

 

    zasłonił kurz, ale za to dawał się słyszeć wyraźny tętent kilkuna

stu lub 

    kilkudziesięciu może koni.

 

    — Huzary! —

 zawołali żołnierze i wielu z nich pobladło.

 

    Dwadzieścia koni pędziło cwałem. Byli to huzarzy węgierscy. Wyma

    chiwali szablami i krzyczeli jakieś niezrozumiałe wyrazy.

 

    —

 Stać! 

— zakomendero

wał Kubuś i skupił swoich pod wierzbą,

 

    której szeroko rozpostarta korona ocieniała garść polskich wojowników

 

    i broniła od ciosów z góry.

 

    Wicherek zerwał bęben z pleców i począł weń bić generałmarsz, a gdy

 

    huzarzy zbliżyli się, Kubuś zakomenderował: ognia!

 

    Huknęły strzały, dym się rozpłynął i oto dwóch huzarów leżało na

 

    ziemi, brocząc krwią. Reszta uciekała. Ale niebawem zatrzymali się,

 

    sformowali znowu i jeszcze raz ruszyli z kopyta na garść wojowników,

 

    wrzeszcząc przeraźliwie i potrząsając szablami. Powitani ogniem i żela

    zem znów utracili trzy konie i jednego jeźdźca; żołnierze polscy ucieszeni

 

    tym podwójnym triumfem machali bronią i krzyczeli: niech żyje Polska?

 

    Wicherek bębnił zawzięcie i wołał:

 

    —

 Trzymać się kupy, dzieci, mierzyć dobrze! Damy fernepiksu

 

    kajzerlikom. 

    Gdy ci ruszyli do nowej szarży, przykląkł i mierzył do oficera

 

    dowodzącego nimi. Dał ognia i na wielką swoją radość ujrzał, że oficer

 

    upadł na ziemię obok trzech żołnierzy austr

iackich. 

    Po tej trzykrotnej próbie huzarzy zawstydzeni, straciwszy kilku ludzi 

    i kilka koni, okaleczeni mocno, skowycząc jak pies obity, zawrócili

 

    i niebawem znikli z oczu zwycięskiej garści wojowników polskich.

 

    Ci stali teraz zmęczeni, spo

ceni, uczernieni dymem prochowym, ale 

    dumni, z błyszczącymi oczami, oddychając ciężko. A Wicherek podska

    kiwał, wykrzykując: hu! ha!, i pobiegł schwytać konia, który stał

 

    spokojnie nad trupem swego zabitego pana. 

background image

 

 65 

    Na tym koniu wjechał triumfalnie do Sandomierza, gdzie już wiedzia

    no o bohaterskiej obronie garści polskiej. Witano ich więc radośnie.

 

    Nazajutrz w rozkazie dziennym znalazł się opis tej potyczki z tym

 

    dodatkiem, że podoficer Jakub Królikowski za przytomność, roztrop

    ność i męstwo okazane mianowany jest podporucznikiem i przeniesiony

 

    zostaje do sztabu pułkowego jako pomocnik adiutanta.

 

    Toteż panna Jadzia wieńcząc kwiatami (o których Kubuś mimo tak

 

    krwawej przygody nie zapomniał) czoło zwycięzcy, pewnie twierdziła;

 

    —

 Teraz to już tylko patrzeć, jak kuzyn Kubek zostanie generałem,

 

    Prawda, tatuńciu?

 

    Ale tatuńcio kiwał jakoś niedowierzająco głową i mówił:

 

    —

 Dzielny chłopak, ani słowa, ale do generalstwa jeszcze mu bardzo

 

    daleko. 
    Panna

 Jadzia na te słowa zrobiła kwaśną minkę i była przekonana,

 

    choć tego głośno nie wyjawiła, że tatuńcio nie zna się nic a nic na

 

    wojskowości i tak tylko mówi, aby jej dokuczyć.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ XV

 

    w którym Kubuś znowu spotyka handlarza świń

 

   

 Austriacy zbliżyli się do Sandomierza. Połączyły się tu prawie

 

    wszystkie korpusy austriackie pod naczelnym dowództwem Ferdynan- 

    da d'Este, tak że blisko dwadzieścia kilka tysięcy ludzi miało się

 

    zmierzyć z pięciotysięczną garstką, zamkniętą w murach starożytnego

 

    grodu, który właściwie nie był fortecą, bo nie miał ani kazamat, ani dróg

 

    krytych, tylko odwieczne, walące się mury i trochę szańców usypanych

 

    w ostatniej prawie chwili, zaopatrzonych w palisady. 

    Korpus księcia Józefa Poniatowskiego, wyparty z kąta między

 

    Sanem a Wisłą, ułatwiał Austriakom otoczenie ze wszystkich stron

 

    Sandomierza, który tym sposobem zostawiony był sobie samemu i włas

    nym siłom. Ale mężna załoga nie myślała o tym i pewna była, że potrafi

 

    

obronić powierzone jej stanowisko. Kubuś, ustrojony teraz w szlify

 

    podporucznikowskie, ze szpadą u boku, dumnie się nosił i gadał

 

    każdemu, kto go chciał słuchać:

 

    —

 Niech no te krowie nogi przyjdą pod Sandomierz, generał sprawi

 

    im takie basy

, jakie ja sprawiłem huzarom pod Strachajcami.

 

    Mówiąc to dumnie podnosił głowę i lewą ręką opierał ze wspaniałym

 

    gestem na rękojeści szpady. Należał teraz do sztabu szóstego pułku

 

    piechoty, gdzie właściwie z rozkazu pułkownika Sierawskiego od

 

 

   samego początku był umieszczony jako pisarz, ale wskutek rany, jaką

 

    otrzymał przy szturmie na Sandomierz, zapomniano o tym zupełnie.

 

    Teraz dopiero, gdy czyn Kubusia pod Strachajcami i jego nominacja na 

    podporucznika stały się w całym Sandomierzu głośne, przypomniał sobie

 

    pułkownik Sierawski o nim. Rzekł przyzwawszy do siebie Kubusia:

 

    —

 No! No! Mój rekrucie, kto by przypuszczał, że tak prędko pójdziesz

 

    w górę. Ale czemu to do kaduka nie widzę cię w moim sztabie?

 

    —

 Ranny byłem, panie pułkowniku.

 

    —

 Hm! Jużcić, teraz jako oficer pisarzem być nie możesz, ale będziesz

 

    moim adiutantem. Niech ci tam akselbanty przypną.

 

    Tym sposobem został Kubuś adiutantem pułkowym przy pułkowni

    ku Sierawskim i jeszcze dumniejszy się zrobił, błyszcząc nowiuteńkimi

 

    akselbantami przy szlifach podporucznikowskich. Czy mu było potrzeb

    ne czy nie, przechodził przez ulicę Opatowską koło domu wujka

 

    Białkowskiego i spoglądał w okna, a tak się jakoś zdarzało, że zawsze

 

    w tych okn

ach siedziała panna Jadzia i niby gdzie indziej patrzyła lub

 

    udawała, że jest jakąś robótką zajęta, wszakże gdy Kubuś przykładał po

 

    wojskowemu rękę do czaka, nagle go spostrzegała i wdzięcznym

 

    kiwnięciem złotowłosej główki na jego ukłon odpowiadała. Nie było

 

    dnia, aby on ze swej strony nie wpadł kilka razy do wuja Białkowskiego;

 

background image

 

 66 

    gadał, że tylko na chwilę przyszedł, bo ma mnóstwo zajęcia, że pułkow

    nik Sierawski wysyła go nieustannie z różnymi interesami, mimo to

 

    siedział nieraz parę godzin, ciągle niby wstając i śpiesząc się, na co pan

 

    Białkowski odpowiadał:

 

    —

 Nie plótłbyś głupstw, gdzie ci się tam może śpieszyć? Siedź, kiedy

 

    ci dobrze. 

    Więc Kubuś siedział, a panna Jadzia mustrowała go ciągle, mówiąc:

 

    — Niech 

kuzynek Kubuś prosto się trzyma!

 

    Lub: 
    —

 Kiedyż to kuzynkowi wąsy urosną? Jakże to może być, żeby pan

 

    adiutant-

porucznik nie miał wąsów!

 

    Kuzynek Kubuś czerwieniał i ręką sięgał, by świeży ledwie widzialny

 

    meszek pod nosem z fantazją zakręcić, z czego panna Jadzia głośno

 

    chichotała, co wprawiało pana adiutanta w mocny ambaras. To znowu,

 

    gdy się z czymś odezwał, czego ona dobrze nie zrozumiała lub nie

 

    dosłyszała, stawała przed nim wyprostowana, salutując po wojskowemu

 

    i głosem, który usiłowała zrobić grubym, wołała:

 

    — Wedle rozkazu pana adiutanta! 

    Taka była przy tym ładna, że kuzynek Kubuś miał ochotę ją uściskać,

 

    ale nie śmiał. A i na to ona zapewne sama by nie pozwoliła.

 

    Wśród tego wszystkiego dnia dziewiętn

astego czerwca wieczorem 

    Kubuś, owinąwszy się płaszczem, zamierzał zabrać się właśnie do spania

 

    w szańcu przed Bramą Opatowską, gdy zjawił się generał Sokolnicki

 

    w towarzystwie pułkownika Sierawskiego, by zlustrować szaniec.

 

    Sprawdzali, czy

 wszystko w nim w porządku, czy warty czuwają, bo

 

    Austriacy już stali pod Sandomierzem i widać było z dala szeroko

 

    rozłożone ognie ich obozowisk. Noc była bardzo ciemna, niebo zachmu

    rzone i z obozu nieprzyjacielskiego dochodził odgłos nieusta

nnych 

    jakichś ruchów, dudnienie wozów czy dział, a czasem bębny i trąbki

 

    grały, dając jakieś hasła. Zaniepokoiło to generała i dlatego wybrał się na

 

    zwiedzanie wszystkich szańców, by pobudzić dowódców, oficerów i żoł

    nierzy do bacznej czuj

ności.

 

    Kubuś usłyszał głos swego pułkownika, z obowiązku podniósł się

 

    i stanął przy nim, by być gotowym na jego rozkazy. Właśnie generał

 

    zalecał Sierawskiemu, ażeby ze względu na noc nadzwyczaj ciemną

 

    podwoił warty i gęstszy ich łańcuch ustawił, gdy nagle w ciemności na

 

    dole wzgórza, na którym szaniec się wznosił, ukazały się dwie pochodnie

 

    w odległości strzału karabinowego, oświecając trzech jeźdźców. Jeden

 

    z nich trzymał w ręku szpadę do góry podniesioną z zawieszoną na niej

 

  

  białą chustką. Zaraz też trębacz'zatrąbił, jakby wzywał załogę do

 

    rozmowy. 
    —

 Co to? Parlamentarz? Ależ tak, nie mylę się 

 mówił generał

 

    wpatrując się w jeźdźca 

 czego oni u licha chcą od nas? Ale wypada ich

 

    wysłuchać. Niech trębacz da odzew, a pan, panie pułkowniku, wyślij

 

    oficera z trębaczem i dwoma żołnierzami naprzeciwko tych panów,

 

    niech ich się zapyta, czego chcą? Trzeba kogoś wysłać, co umie gadać po

 

    niemiecku. 

    Pułkownik obrócił się do Kubusia:

 

    —

 Ty umiesz gadać tym derdydasem, weź trębacza i dwóch żołnierzy

 

    i ruszaj naprzeciw kajzerlikom. Spytaj się, czego chcą, a bądź grzeczny!

 

    Generał zaś dodał:

 

    —

 Jeżeli tam jest oficer i zażąda widzenia się ze mną, to tylko jego

 

    jednego tu przyprowadzisz, zawi

ązawszy mu wprzódy oczy starannie.

 

    Kubuś skłonił się po wojskowemu i skoczył do batalionu, by wziąć

 

    dwóch żołnierzy i trębacza, gdy nagle zbliżył się do niego Wicherek,

 

    który chyba słyszał całą rozmowę, i szepnął:

 

    —

 Weź mnie.

 

    — Dobrze, 

chodź!

 

    I zaraz też Kubuś w towarzystwie kaprala Michalskiego, który się

 

    sam nastręczył, i trębacza Wicherka, uzbrojonego w karabin, opuścił

 

    szaniec. Dając odzew na trąbce, zbliżył się do nieruchomo stojących

 

background image

 

 67 

    wysłańców. Tworzyli oni na tle c

iemnej nocy, w krwawym i migotliwym 

    oświetleniu pochodni iście tajemniczo

-romantyczny obraz. 

    Gdy się Kubuś do nich zbliżył, oficer trzymający na szpadzie białą

 

    chustkę zszedł z konia i, przykładając rękę do czaka, rzekł po niemiecku:

 

    — Z ro

zkazu generała Geringera przysłany jestem do generała von

 

    Sokolnicky. 
    —

 Mam rozkaz zaprowadzić pana do generała Sokolnickiego, ale pod

 

    jednym warunkiem. 
    —

 Pod jakimże to?

 

    —

 Że pan pójdzie z nami sam i pozwoli sobie zawiązać oczy.

 

    Au

striak chwilę pomyślał i rzekł tonem szorstkim:

 

    —

 Dobrze, zgadzam się.

 

    Już Kubuś, trochę podrażniony tym tonem, chciał odpowiedzieć, że

 

    tu wcale o to nie idzie, czy acpan się zgadzasz lub nie, tylko o to, że

 

    inaczej nie możesz się dostać do generała Sokolnickiego. Dał jednak

 

    pokój, zwłaszcza że jedna rzecz go uderzyła. Już od pierwszych słów

 

    wysłańca zauważył, że ten głos ostry, gruby, nieprzyjemny już skądś

 

    zna, gdzieś słyszał, ale gdzie 

 nie potrafił sobie na razie przypomnieć

    Twarzy oficera nie mógł widzieć, bo dygoczące światło pochodni źle ją

 

    oświecało, widział tylko przed sobą postać wysoką, barczystą, w ciem

    nym płaszczu, spod którego wyglądał biały mundur. W chwili jednak gdy

 

    Austriak podał Kubusiowi chustkę, by mu oczy zawiązał, blask pochodni

 

    padł na tę twarz i doskonale ją na moment oświecił. Wtedy po oczach

 

    stalowych, zimnych, bystrych i ruchliwych poznał Kubuś w osobie

 

    oficera owego handlarza nierogacizny, który przed paru tygodniami 
    

w wąwozie za ulicą Żydowską rozmawiał z Ferdziem von Lausitzem.

 

    Widok tego szpiega, który zapewne znowu w takim samym za- 

    miarze chce dostać się do Sandomierza pod pozorem poselstwa od

 

    swego generała, taki gniew w Kubusiu obudził, że stał chwilę jak

 

    skamieniały, trzymając chustkę w ręku i nie zawiązując oczu Austriako

    wi. Ale na szczęście szybko oprzytomniał i, mówiąc sobie w duszy:

 

    ,,Żebyś pękł łotrze, a nic nie zobaczysz!", zabrał się do tak starannego

 

    zawiązywania oczu wysłańca, jakby to był jasny dzień a nie noc, która

 

    i tak nic widzieć nie dozwalała. Uskuteczniwszy to, rzekł Kubuś do

 

    Michalskiego: 
    —

 Panie kapralu, weź tego pana pod rękę i uważaj, żeby chustki nie

 

    podniósł.

 

    Nie potrzeba tego było mówić staremu Michalskiemu, wiedział on

 

    dobrze, jak należy takich ichmościów pilnować. Ruszono tedy ku

 

    szańcowi, puszczając przed siebie wysłańca z Michalskim. Gdy tak szli,

 

    Kubuś zbliżył się do Wicherka i szepnął mu:

 

    — Wiesz ty, kto to jest? 
    — 

A wiem, poseł kajzerlików.

 

    —

 Tak, ale on jest tym handlarzem świń, którego zdybałem tam

 

    w wąwozie na rozmowie z Ferdziem von Lausitzem.

 

    — Co mówisz? 
    —

 Tak, poznałem go doskonale!

 

    —

 Święta Weroniko, patronko mojej mamy, i ten hycel znowu

 idzie 

    szpiegować? Jak Stwórcę kocham, wpakuję mu szpikulec we wnętrze.

 

    —

 Nie pleć głupstw, to poseł, a posłów nawet dzikie narody szanują.

 

    —

 Tak, no proszę, co to znaczy być uczonym mężem. Mnie tego

 

    mistrz Koszałkowski wcale nie nauczył, choć dyscypliny nie żałował,

 

    żeby mu tam Lucyper w piekle w dwójnasób oddał. Dzikie narody! Więc

 

    może lepiej, żeby wyszpiegowawszy naszą słabiznę wiedział, gdzie

 

    uderzyć i jak nas wziąć. Przyznaj, uczony mężu, co nosisz szlify

 

    podporucznikowsko-

adiutanckie, że to będzie kapitalne głupstwo. Po

    proszę ja pułkownika, żeby mi pozwolił ten rożenek wpakować w kajzer

    licki brzuszek, a bądź pewien, że spełnię to z przyjemnością i należy

    tym wdziękiem.

 

    —

 Ciebie się wiecznie błazeństwa trzymają!

 

    —

 Taki to już mój los, żebym zawsze z bębnem chodził, pozwalał się

 

background image

 

 68 

    innym w awansach prześcigać i prześcigać, choć czuję w piersi zdolność

 

    i talent wielkiego wodza. 
    —

 Nie wiedziałem o tym, że talenty w piersiach siedzą.

 

    — No

, u ciebie, panie adiutancie, z pewnością siedzą nie w głowie, ale

 

    gdzie... nie powiem. 
    —

 Przestań pleść błazeństwa i radź, co mam z tym fantem zrobić?

 

    —

 No, no świat się do góry nogami przewraca. Pan podporucznik

 

    adiutant radzi się dobosza

    —

 Radzę się nie dobosza, tylko przyjaciela.

 

    —

 A! Skoro tak, to powtarzam, nadziać hycla jak prosiaka na

 

    szpikulec. 
    —

 Wiesz, że to jest niemożliwe!

 

    .—

 Tak, dzikie narody... osoba posła jest święta... słyszałem nieraz te

 

    frazesy, al

e to jest nie poseł, tylko handlarz świń, z przeproszeniem pana

 

    porucznika adiutanta. 

    Zbliżano się już do szańca. Rozmowa się urwała. Kubuś wywniosko

    wał, że jego nagłe zaawansowanie na oficera zazdrość w Wicherku,

 

    a może i w innych obudziło. Zmartwiło go to bardzo i przyrzekł sobie, że

 

    w zbliżającej się walce i obronie Sandomierza dowiedzie niechętnym, że

 

    nie protekcją, ale męstwem i odwagą zasłużył sobie na szlify oficerskie.

 

    Co do tego handlarza nierogacizny i szpiega wysłane

go w poselstwie 

    postanowił Kubuś uwiadomić o tym pułkownika Sierawskiego. Przypo

    mniał sobie jednak, że w takim razie należy też powiedzieć, skąd wie

 

    o tym i skąd zna tego szpiega. Dał więc spokój. Takie to zawsze

 

    następstwa jeden nierozważny krok za sobą pociąga.

 

    Widocznie tego samego lękał się Wicherek, bo już przy wejściu do

 

    szańca zbliżył się do Kubusia i szepnął:

 

    —

Tylko, mości, uczony podporuczniku adiutancie, niech ci się

 

    czasem nie zachciewa mówić o tym szpiegu pułkow

nikowi, bo nie tylko 

    postradałbyś te piękne szlify i akselbanty, ale pojechałbyś tam, skąd nikt

 

    nie wraca, czego ci, mimo wszystko, wcale nie życzę. A teraz padam do

 

    nóżek!

 

    W szańcu kapitan Piotrowski uwiadomił Kubusia, że generał kazał

 

   

 posła zaprowadzić do swej kwatery, gdzie go oczekuje. Kwatera ta

 

    mieściła się w rynku w ratuszu, tam więc ruszono z posłem, mającym

 

    ciągle zawiązane oczy, czego Michalski skrupulatnie pilnował.

 

    Generał czekał na nich w dużej izbie, suto oświetlonej, mając koło

 

    siebie pułkowników: Sierawskiego, Dziewanowskiego, Blumera, Wei

    senhofa, podpułkownika ułanów 

 Brzechwę, kapitana Zawadzkiego

 

    z trzeciego pułku, kapitana Płończyńskiego z dwunastego pułku i kilku

 

    niższych oficerów. Do izby tej Kubuś wprowadził posła, cały czas

 

    w towarzystwie kaprala Michalskiego, i na rozkaz generała Sokolnickie

    go zdjął mu przepaskę z oczu.

 

    Niedawny handlarz nierogacizny, a teraz poseł generała austriackie

    go, ubrany był w świeżej białości mundur i pąsowy kołnierz, na którym

 

    złote gwiazdki świadczyły, że ma stopień kapitana. Olśniony światłem

 

    stał przez chwilę z zamkniętymi oczami, które przetarłszy ręką, otwo

    rzył i spojrzał po obecnych. Teraz Kubuś mógł mu się przyjrzeć

 

  

  dokładnie i przekonał się, że go pamięć nie omyliła, że ma przed sobą

 

    w istocie handlarza nierogacizny, który przed paru tygodniami podjął się

 

    misji szpiegowskiej. Taką uczuł pogardę dla tego człowieka, że gdyby nie

 

    obecność starszyzny plunął

by mu w oczy. 

    Tymczasem generał Sokolnicki zapytał po francusku:

 

    —

 Kto pan jesteś i czego chcesz?

 

    —

 Jestem kapitan von Schwarzfeid z pułku generała Straucha.

 

    — Z czym pan kapitan przybywasz? 
    —

 Czy mówię z generałem Sokolnicky?

 

    — Tak, ja nim jestem. 
    —

 Generał Geringer przysyła mię tutaj w imieniu jego Cesarsko 

    -

Królewskiej Wysokości, arcyksięcia Ferdynanda d'Este, wzywając cię,

 

    panie generale, do poddania się i otwarcia bram Sandomierza wojsku

 

background image

 

 69 

    Jego Cesarsko-Królewski

ej Apostolskiej Mości. Jego Cesarsko

-Królews- 

    ka Wysokość, arcyksiążę Ferdynand d'Este, powodowany uczuciem

 

    ludzkości, dla uniknięcia rozlewu krwi zgoła niepotrzebnego, wobec

 

    zwycięskiego pochodu naszej armii i pokonania pod Essiing wojsk

 

    f

rancuskich przyrzeka, że załoga Sandomierza w razie poddania się

 

    będzie mogła z bronią, bagażami i działami własnymi wyjść i ruszyć dla

 

    połączenia się ze swoimi za Pilicą, w przeciwnym zaś razie...

 

    Tu poseł na chwilę się zatrzymał, dumnie podniósł głowę i spojrzał po

 

    obecnych, a generał Sokolnicki zawsze tym samym chłodnym tonem

 

    rzekł:

 

    —

 Kończ, mości kapitanie, cóż będzie w razie przeciwnym?

 

    — Panie generale —

 rzekł kapitan 

 generał Geringer kazał mi

 

    zawiadomić waszą ekscelencję, że posiada pod bronią 26 000 ludzi i dział

 

    76, z których dwanaście jest dwunastofuntowych. Wobec tak przeważa

    jącej siły mniemam, że wszelki opór jest niemożliwy.

 

    —

 Jakie siły posiada generał Geringer, wiemy dobrze 

 przerwał tę

 

    mowę

 Sokolnicki —

 ale nie powiedziałeś nam, mości kapitanie, co |

 

    będzie, jeżeli propozycję twego dowódcy odrzucimy z przynależną jej

 

    pogardą.

 

    Zaiskrzyły się zimne, złe i ruchliwe oczy Schwarzfelda, wyprostował

 

    się, położył dłoń na rękojeści szpady i rzekł:

 

    —

 Miasto zburzymy granatami i bombami, weźmiemy je szturmem,

 

    a wtedy wobec rozdrażnienia żołnierza nie ręczymy za niczyje życie i za

 

    niczyją własność.

 

    Generał Sokolnicki po tych słowach zuchwałych z cechującym go

 

    spokojem 

zwrócił się do otaczających go oficerów i spytał po polsku:

 

    —

 Cóż, panowie, powiecie na te warunki?

 

    —

 Są one niesłychane! 

 zawołał z groźnym brwi zmarszczeniem

 

    pułkownik Sierawski. 

 Gdyby nawet przyjęte były przez załogę, mój

 

    pułk je odrzuci i bagnetem w ręku przedrze się przez szeregi nieprzyja

    cielskie. 
    —

 Mój pułk także to zrobi! 

—-

 odezwał się Weisenhof.

 

    — I mój —

 dodał Blumer.

 

    — A mój —

 krzyknął Dziewanowski 

— po staremu lancami utoruje 

    sobie drogę!

 

    —

 A więc, mości kapitanie Schwarzfeldzie 

 zakomunikował gene

    rał Sokolnicki po francusku 

 idź pan, powiedz swemu generałowi, że

 

    gdy wypalę do was ostatni ładunek, zjem ostatnią podeszwę u butów

 

    moich żołnierzy, wtedy zgodzę się może na wasze warunki.

 

    —

 Jednakże, ekscelencjo, zważ... 

 zaczął Schwarzfeld.

 

    —

 Już zważyłem. Odprowadzić tego pana za nasze posterunki.

 

    Zawiązać mu oczy!

 

    Kapral Michalski, mrucząc coś groźnie pod nosem, co żywo schwycił

 

    przepaskę i tak silnie nią ścisnął głowę posła, że ten zaklął po niemiecku:

 

    —

 Donnerwetter, cóż to, chcą mi tu głowę urwać!

 

    Musiał Michalski nieco rozluźnić przepaskę i, wziąwszy z serdecz

    nym uściskiem posła pod ramię, wyprowadził go w towarzystwie

 

    Kubusia z izby. Na ulicy cze

kała już eskorta z żołnierza i Wicherka, który

 

    zbliżywszy się do Kubusia szepnął:

 

    —

 Wiesz, przyszła mi do głowy pewna myśl.

 

    —

 Cóż to za myśl?

 

    —

 Jak wyprowadzisz tego łotra za szaniec, to powiedz mu, że wiesz,

 

    kto on jest. 

    Kubuś zamyślił się.

 

    — Hm —

 rzekł po chwili 

 masz słuszność, powiem mu to.

 

    —

 I dodaj, że jako handlarz świń zasługuje na to, by go nazwać

 

    świnią.

 

    —

 Już bądź spokojny, powiem mu kilka należytych duserów. Wszys

    tko we mnie kipi, jak sobie przypomn

ę, co ten hultaj gadał tam

 

    w kwaterze generała. Takie zuchwalstwo warte skarcenia.

 

    —

 A generał Sokolnicki go nie skarcił?

 

background image

 

 70 

    —

 Nie! Wiesz, jaki generał jest zawsze spokojny i pewny siebie. Ale

 

    bądź co bądź dobrze mu powiedział.

 

    Szli dalej 

w milczeniu, przedostali się za szaniec, a gdy znaleźli się już

 

    na polu, Kubuś kazał Michalskiemu zdjąć przepaskę z oczu posła i rzekł:

 

    —

 Mości kapitanie Szwarzfeldzie, jak wiem, kto jesteś!

 

    — Co to znaczy? 
    —

 Wiem, że jesteś handlarzem świń

 i szpiegiem. 

    — Co? 
    —

 Tak, nie udało ci się i twojej Wilhelminie. Jesteś szpiegiem,

 

    świniarzem, psem ostatnim, rakarzem i łajdakiem. Strzeż się, bo jak

 

    jeszcze raz wpadniesz w moje ręce, to ci każę dać sto kijów i powiesić na

 

    pierwszej 

lepszej gałęzi jak hycla i szelmę. Ruszaj precz na złamanie

 

    karku! 

    To rzekłszy Kubuś pchnął go gwałtownie, aż się tamten potoczył.

 

    Kubuś zaś zawrócił i wołając na swoich 

 chodźmy! 

 ruszył ku

 

    szańcowi.

 

    Kapitan Schwarzfeid skamieniał i przez chwilę nie mógł mówić

 

    z wściekłości, która go dusiła. Oprzytomniawszy dobył szpady i rzucił się

 

    za Kubusiom, ale noc była ciemna, potknął się o jakiś kamień na drodze

 

    i runął jak długi. Szczęście to było dla niego, bo Wicherek umyślnie się

 

    zatrzymał, gotów szpikulcem, jak nazywał bagnet, zmierzyć głębokość

 

    brzucha kajzerlika. 

    Nim się kapitan podniósł, nim odszukał szpadę, która mu z ręki

 

    wypadła, Kubuś ze swoimi już był w szańcu, mocno zadowolony z tego,

 

    że tak zwymyślał posła szpiega.

 

    W szańcu gorączkowe czyniono przygotowania do obrony.

 

  
 
 
 

    ROZDZIAŁ XVI

 

    w którym Wicherek utrzymuje, że o mało nie kopyrtnął

 

    W godzinę może potem, a jak utrzymywał kapitan Piotrowski, bo

 

    patrzył na zegarek, punktualnie w trzy kwadranse po oddaleniu się

 

    parlamentarza Austriacy rozpoczęli ze wszystkich stron zasypywać

 

    ogniem i żelazem szańce polskie i nieszczęśliwe miasto. Zwłaszcza

 

    z prawego brzegu Wisły ogień ten był bardzo dokuczliwy. Nieprzyjaciel

 

    miał tam sześć granatników i sześć dział dwunastofuntowych, których

 

    ogromne pociski i liczne granaty, pękając, druzgotały wszystko przed

 

    sobą. Na lewym brzegu trzy baterie równie parzącą wstęgą ognia

 

    ogarnęły nędzne okopiska polskie, które pod tą ulewą żelaza stękały

 

    i rozsypywały się na pył niczego nie zasłaniający i niczego nie broniący.

 

    Jednocześnie piechota austriacka, korzystając z ciemności, podkrad

    ła się pod same kretowiska polskie, rozstawiła się po domach przed

    mieść, o których zapomniano lub może nie chciano burzyć, i tutaj

 

    dośrodkowym ogniem karabinowym starała się razić obrońców Sando

    mierza. Artyleria polska, nie mogąc celować z powodu ciemności, mając

 

    jednocześnie rozkaz oszczędzania naboi, rzadko tylko odpowiadała

 

    nieprzyjacielowi, a starzy kanonierowie, co jeszcze za Naczelnika 

    Kościuszki z okopów warszawskich prażyli Prusaków, targali z gniewu

 

    wąsy, że milczeć muszą, i rażeni gęsto pociskami kładli się w groźnym

 

    pomruku na sen wieczny prz

y swych działach.

 

    Straszna to była noc i wspomnienie jej przez całe życie nie zatarło się

 

    w pamięci Kubusia. Niebo było zaciągnięte chmurami, tak że nigdzie ani

 

    jednej gwiazdki nie można było dojrzeć, a ciemności tak wielkie, że gdy

 

    Kubuś wyciągnął przed siebie rękę, to jej dostrzec nie mógł, choć wzrok

 

    miał doskonały. Zdaje się, że koło godziny jedenastej podniosła się od

 

    Wisły gęsta mgła i tę resztę blasków, jakie dotąd choć trochę rozświecały

 

    nieprzejrzane ciemności, do szczętu zgasiła. Wśród tej czarnej, ponurej

 

    nocy co chwila, niby wąż ognisty, leciał zakreślając łuk jakiś pocisk

 

    i padał wśród polskich nasypów, roznosząc śmierć i zniszczenie. Widać

 

background image

 

 71 

    było te nagłe, nieustanne, łączące się ze sobą ognie krwawe, które

 

    opasały purpurową wstęgą szańce polskie i zamkniętą w nich załogę.

 

    Ta z bronią u nogi w posępnym milczeniu stać musiała, przyjmując

 

    z heroiczną rezygnacją śmierć czyhającą na nią ze wszystkich stron,

 

    czekając, by w dopierśnym boju przy ost

atnim podskoku szturmowym 

    bagnet skąpać w posoce rakuskiej[31] i kolbę mózgiem nieprzyjaciół

 

    umalować.

 

    Kubuś stał tuż przy pułkowniku Sierawskim, który chodził ciągle od

 

    armat do piechoty, potykając się co chwila to o trupa, to o jakiś szczątek

 

    rozbity, i zachęcał do wytrwania, gadając:

 

    —

 Przecie skoczą oni tu do nas, a wtedy zapłacimy im z nawiązką.

 

    W jednej z takich przechadzek z pułkownikiem z jednego końca

 

    w drugi ktoś Kubusia zaczepił słowami szeptem wypowiedzianymi:

 

    — Kubek, czy to ty? 
    — Ja, a kto mówi? 
    —

 Alfons Przyszczypkiewicz, Wicherkiem pospolicie zwań. Wiesz,

 

    uczony mężu, że mi tak w gardle zaschło, iż mówić nie mogę. Nie masz

 

    tam czasem czym go odwilżyć?

 

    Ale Kubuś nic nie miał, bo nie pijał żadnych gorących trunków, więc

 

    Wicherek, zapominając o żartach, począł się gorzko uskarżać i wymyślać

 

    na Austriaków, że zamiast 

 jak przystało na prawdziwych żołnierzy

 

    —

 pójść z bagnetem w ręku do szturmu, zasypują okopiska polskie

 

    pociskami. 
    —

 Trudno będzie wytrzymać 

 mówił Wicherek 

 jeżeli to dłużej

 

    potrwa. 
    .—

 A jednak trzeba wytrzymać.

 

    —

 Kiedyż te kajzerliki uderzą na nas? Czy chcą nas wprzódy

 

    pozabijać, a potem dopiero wdrapać się na te istne cmentarzysko?

 

    — N

ie bój się, przyjdą oni do nas. O! Nawet... zdaje mi się, bębny biją

 

    werbel do ataku. 

    Wicherek nadstawił uszów, chwilę posłuchał i zawołał:

 

    — Nareszcie! 

    Splunął w ręce:

 

    —

 No, teraz będę prał, Chryste Panie!

 

    Jakoż w rzeczy samej ogień począł słabnąć i kolumny austriackie

 

    z głośnym krzykiem potoczyły się do ostatecznego szturmu. Wiatr

 

    powiał i rozpędził widocznie mgłę, bo się zrobiło widniej nieco i widać

 

    było jak ciemne masy, rozniecane niekiedy błyskami ognia karabinowe

    go, bujać się zaczęły, by jednym wytężonym skokiem dopaść szańca

 

    i w dopierśnym boju triumfem zakończyć te zmagania śmiertelne.

 

    Pułkownik Sierawski przebiegał przed szeregami i wołał głosem

 

    donośnym:

 

    —

 Ognia, wiara! A potem kolbą i bagnetem! Pamiętajcie Raszyn

 

    i Górę, pamiętajcie, żeście Polacy!

 

    A dobiegłszy do kapitana Płończyńskiego, który dowodził baterią,

 

    rozkazywał:

 

    —

 A powitajże ich tam, kapitanie, kartaczami! A dogodź im dobrze,

 

    masz ich jak na półmisku.

 

    Ro

zhukała się tedy artyleria polska. Starzy kanonierowie, postacie

 

    godne, by je ze spiżu wykuć i na wieczną pamięć na placach publicznych

 

    ustawić, ze spokojem jakby na paradzie nabijali działa podwójnymi

 

    puszkami kartaczy, mierzyli krótko, lont p

rzykładali, a po każdym

 

    strzale równo, sfornie, prawie bez komendy naprowadzali cofającą się

 

    armatę, by nowym wymiotom kartaczowym przeszywać szeregi nie

    przyjacielskie. Kładły się też one pokotem po każdym strzale, który

 

    krwawe bruzdy w n

ich orał, ale następni Austriacy upojeni wódką,

 

    pędzeni przez oficerów szli naprzód jak huragan.

 

    Już byli tak blisko, że dzwonić poczęły po ich kaszkietach kule

 

    karabinowe polskie. Cały dzielny batalion szóstego pułku wyskoczył na

 

    parapet s

zańca i czekał z nastawionym bagnetem na pędzącą ku niemu

 

    falę ludzką. Wicherek zawzięcie bębnił w werbel, a od czasu do czasu

 

background image

 

 72 

    porywał za karabin, przyklękał, dawał ognia, znów nabijał odgryzając

 

    z jakąś wściekłością naboje, potem jeszcze raz chwytał za pałeczki

 

    i bębnił, krzycząc:

 

    —

 A sprawcież tam, kamraty, łaźnię tym krowim nogom!

 

    Pułkownik Sierawski stał z obnażoną szpadą w ręku wśród swoich

 

    żołnierzy, z groźnym i dumnym poczuciem hetmaństwa swojego, głosem

 

    i postawą swoją zachęcając żołnierzy do zaciętego oporu, a obok niego

 

    Kubuś, zapomniawszy o swojej godności oficerskiej, schwycił pierwszy

 

    lepszy karabin poległego żołnierza i czekał niecierpliwie, kiedy będzie

 

    mógł go utopić w piersi nieprzyjaciół.

 

    W te

jże chwili gdy dysząc zmęczeniem od przydługiego biegu

 

    kolumny austriackie dopadły do szańca, z tyłu za nimi zapaliła się jakaś

 

    chałupa drewniana i ogień podsycany wiatrem rozgorzał tak wielkim

 

    płomieniem, że zrobiło się jasno jak w dzień. Przy

 blasku tego ognia 

    widać było twarze żołnierzy austriackich, czerwone od potu, dyszące

 

    ciężko, z oczami błędnymi, krwią zaszłymi, dziką żądzą mordu przejęte.

 

    Na wielu białe mundury były zaczerwienione prochem, krwią pobryzga

    ne, inni po dr

odze zgubili swe kaszkiety lub kule im je zerwały, a wśród

 

    huku dział grzmiących ciągle, trzeszczenia ognia karabinowego niemal

 

    słychać było ich świszczące oddechy. Na ich czele w stosowanym

 

    kapeluszu z ogromnym piórem czerwonym jechał wyciągniętym kłusem

 

    jakiś oficer, wskazując szpadą na szaniec i krzycząc ochrypłym głosem:

 

    — Vorwarts! Vorwarts! 

    Właśnie w tej chwili Wicherek uznając, że bębnienie do niczego nie

 

    prowadzi, rzucił bęben i z karabinem skoczył na parapet szańca; znalazł

 

    się tuż przy Kubusiu. Zobaczywszy innego oficera, zmierzył do niego, dał

 

    ognia, ale chybił.

 

    —

 Chybiłem 

 zawołał gniewnie, odgryzając ładunek 

 chybiłem,

 

    jak Stwórcę kocham, jakem Alfons Przyszczypkiewicz, chybiłem... ale

 

    co się odw

lecze, to nie uciecze. 

    Gorączkowo nabijał karabin, a Kubuś mu gadał:

 

    —

 Chybiłeś, niezdaro!

 

    —

 Poczekaj, zaraz go poczęstuję drugą kulą, tylko prochu nasypię na

 

    panewkę.

 

    Ale już strzelać było za późno, bo kolumna austriacka dopadła do

 

   

 szańca i z zajadłością wdzierać się nań zaczęła. Oficer wciąż siedział na

 

    koniu, mając odwróconą głowę od szańca, ręką, szpadą i głosem

 

    wzywając żołnierzy do posuwania się naprzód. Wreszcie odwrócił się

 

    twarzą, na którą padł odlask pożaru, a Kubuś krzyknął:

 

    —

 Widzisz, widzisz... szpieg, świniarz!

 

    Ale Wicherekjuż tego nie słyszał, bo właśnie rozpoczął śmiertelny bój

 

    z jakimś Austriakiem, który wskoczył na rów okalający szaniec, obalił

 

    palisadę i darł się zuchwale na wał. Wicherek, obaczywszy go, rzucił się

 

    ku niemu, starł się z nim na bagnety, cofnął i, podniósłszy karabin do

 

    góry, trzasnął kolbą Austriaka w łeb. Tamten runął jak długi, ale padając

 

    chwycił Wicherka za nogi i obalił. Na dnie rowu obydwaj dusząc się

 

    

rękami, gryząc zębami, zniknęli w ciemnościach sprzed oczu innych.

 

    Kubuś zaś podniecony do najwyższego stopnia widokiem szpiega

 

    Schwarzfelda, opuszczającego już konia i ze szpadą w ręku przewodni

    czącego swoim we wdzieraniu się na szaniec, skoczył ku niemu, mając za

 

    całą broń cienką szpadę w ręku.

 

    Od niejakiego czasu pożar, strawiwszy chałupę, ustawać zaczął

 

    i tylko niekiedy wybuchał snopem iskier, by zaraz zgasnąć i w większych

 

    jeszcze ciemnościach pogrążyć walczących. W jednej

 z takich chwil 

    nagłego rozjaśnienia Kubuś przypadł do Schwarzfelda, krzycząc po

 

    niemiecku: 
    —

 Tuś mi, handlarzu świński, szpiegu! 

 i rzucił się na niego, godząc

 

    go szpadą w piersi.

 

    Schwarzfeid obrócił się i, nie mając czasu zasłonić się do ciosu,

 

    uderzył Kubusia szpadą tak silnie w głowę, że chłopiec oszołomiony

 

    padł, czując ogromny ból głowy. Przez jakiś czas słyszał jeszcze koło

 

background image

 

 73 

    siebie wrzawę, huk, jęki, zgrzyt bagnetów, a potem wszystko ucichło

 

    i już nie wiedział, co się z nim dzieje.

 

    Obudził się pod wpływem dokuczliwego. zimna. Otworzył oczy.

 

    i począł się rozglądać dokoła. Widno już było i w oczy uderzyło go

 

    ogromne, czerwone jak krew słońce, powoli podnoszące się na wscho

    dzie. Wiatr świszczał przeraźliwie, głowa go bolała mocno, zimno mu

 

    było, a oddech dusił mu mdły, nieprzyjemny zapach. Zrazu nie mógł

 

    sobie zdać sprawy, gdzie się znajduje, i dopiero powoli począł sobie

 

    przypominać, że w nocy, w ciemnościach toczono upartą walkę, że on

 

  

  chciał zabić Schwarzfelda. Ale teraz widział, że jest dzień, wielka cisza

 

    leżała dokoła, tylko tuż przy nim ktoś jęczał i rzężał chrapliwie.

 

    Nie wiedział, czy żyje czy śni. Z trudnością podniósł się nieco i ujrzał,

 

    że leży na dnie rowu. Dokoła niego walały się w strasznych pozycjach, ze

 

    szklanymi oczami trupy polskich i austriackich żołnierzy. Wszędzie było

 

    pełno krwi i ta krew taki mdły, nieprzyjemny zapach wydawała.

 

    Obmacał rękę, głowę, która go bolała bardzo, ale przekonał się, że jest

 

    cała, że nie jest raniony, tylko potłuczony ciężko.

 

    Wtedy przypomniał sobie wszystko, walkę, uderzenie, jakie otrzymał

 

    od szpiega Schwarzfelda, i przede wszystkim zadał sobie pytanie, kto

 

    zwyciężył, nasi czy Austriacy? Ale pytania tego nie mógł rozwiązać,

 

    a przykry jęk rozlegający się gdzieś blisko zmusił go zwrócić oczy w tę

 

    stronę.

 

    O parę kroków od niego leżał na wznak, cały krwią zalany, straszny,

 

    siny dobosz Wicherek, przygnieciony ogromnym cielskiem grenadiera 
  

  austriackiego, który skostniałymi rękami trupa wpił się w szyję nie

    szczęsnego chłopca i tak zastygł. Wicherek, który zapewne był ciężko

 

    raniony, nie mógł oswobodzić się z tego trupiego uścisku i leżał

 

    oddychając ciężko i jęcząc od czasu do czasu. Był to tak okropny widok,

 

    że Kubusiowi włosy na głowie powstały ze zgrozy.

 

    Ale trzeba było ratować Wicherka, który widać już ledwie dyszał. Żal

 

    go się serdecznie zrobiło Kubusiowi, usiłował się podnieść i pobiec ku

 

    towarzyszowi i prz

yjacielowi, ale tak go głowa zabolała, że zachwiał się

 

    i usiąść musiał na ziemi. Po chwilowym odpoczynku powlókł się ku

 

    rzężącemu śmiertelnie Wicherkowi i usiłował skostniałe ręce grenadiera

 

    oderwać od szyi towarzysza. Ale wbiły się one tak mocno, że osłabiony

 

    Kubuś nie mógł tego dokonać. Grozę położenia jeszcze to zwiększyło, że

 

    Wicherek otworzył oczy, zaszłe już mgłą, i czy poznał Kubusia, dość że

 

    coś niezrozumiale wymówił i znowu powieki mu opadły.

 

    Rozpacz ogarnęła chłopca, czuł się zupełnie bezsilny. Z niemą prośbą

 

    podniósł wzrok w górę, ku niebu, skąd 

 zdawało mu się 

— jedyny 

    ratunek przyjść może. Ale, o radości! Na szczycie zrujnowanego,

 

    zoranego kulami, pokrytego zwłokami walecznych szańca, ujrzał kilku

    na

stu żołnierzy ze swego pułku, którzy z noszami pod przewodnictwem

 

    kaprala Michalskiego widocznie przyszli zbierać rannych. Ostatek sił

 

    dobywając, krzyknął:

 

    — Ratujcie! 

    Poczciwy Michalski poznał Kubusia i zawoławszy:

 

    — O, pan adiutant! —

 co żywo zsunął się z szańca w rów.

 

    Przybiegłszy do Kubusia, kapral nachylił się nad nim i pytał troskli

    wie: 
    — A co to? Pan adiutant ranny? 
    — Nie, ale ratujcie Wicherka. 

    W jednej chwili znalazło się dziesięć rąk, które zwaliły trupa g

rena- 

    diera z biednego dobosza i oswobodziły mu szyję od śmiertelnego

 

    uścisku. Wicherek otworzył oczy, wciągnął w płuca powietrza i szepnął:

 

    —

 Pić!

 

    Od razu kilka manierek z wódką znalazło się przy ustach Wicherka.

 

    Począł pić. Pił długo, odetchnął mocno, otworzył oczy, spojrzał dokoła,

 

    podniósł się, usiadł i rzekł:

 

    —

 A co, skurczybyki, myśleliśta, żem już kopyrtnął? Oho! Rogata

 

    dusza w warszawiaku. Dajcie no mi jeszcze gorzaliny, bo mię zemdliło

 

background image

 

 74 

    nieco. 
    Podano mu manier

kę skwapliwie, a on znowu pił długo, a gdy

 

    skończył, zapytał:

 

    —

 A gdzież jest ten wielkolud? Chciał mię zdusić, a łapy miał szelma

 

    silne jak u niedźwiedzia; kiedy mię chwycił, to aż coś zatrzeszczało we

 

    mnie, alem go pchnął szpikulcem pod piąte żebro, piszczał jeno jak

 

    kurczę: aj, Herr Je! Zwalił się na mnie i dusza jego dała nogę, ale mi szyi

 

    nie puścił. Maluśko, a byłbym już na łonie papy Abrahama.

 

    Wyciągnął ręce, odetchnął głęboko i gadał:

 

    —

 O, laboga, jak to dobrze, żeśta mię uratowali kamraty, jeno boję

 

    się, czy mi kręgów nie nadłamał ten wielkolud.

 

    Macał się po szyi i śmiał się głośno, rad, że żyje.

 

    Tymczasem poczciwy kapral Michalski zajął się Kubusiom. Obmacał

 

    mu głowę i przekonawszy się, że jest cała, gadał:

 

    —

 Nic nie będzie panu adiutantowi, boli, bo potłuczona, ale to furda.

 

    Zara w gorzałce umaczam chustę, owinę łepetynę pana adiutanta

 

    i będzie dobrze.

 

    Zrobił tak i w rzeczy samej lżej się poczuł Kubuś; przy pomocy

 

    Michalskiego mógł już się podnieść. Teraz dopiero Wicherek go spo

    strzegł:

 

    —

 Cóż to, Kubuś, raniony jesteś?

 

    —

 Nie, tylko mi ten świniopas głowę trochę potłukł.

 

    —

 I co? Nie zakantowałeś rakarza?

 

    — Nie! 
    —

 To szkoda, jak widzisz, mojego wielkoluda uśmierciłem. Ale

 

    kiedym tu leżał i dusiłem się, to mi się zdawało, żem już umarł i na

 

    tamtym świecie ciebie widziałem.

 

    —

 Widziałeś mię, ale nie na tamtym, tylko na tym świecie.

 

    —

 Tak? Ano to dobrze. Ale cóż, kamraci, powiedzcie no, czy

 

    spr

aliście Austryjaków?

 

    —

 A jakże 

 odezwali się chórem 

 trzy razy kąjzerliki powracały

 

    do szturmu i trzy razy odrzuciliśmy ich. Patrz jeno, co ich tu leży!

 

    —

 Więc zwycięstwo przy nas?

 

    —

 A jużci, jakżeby było inaczej!

 

    —

 Nie gadać 

— zakome

nderował Michalski 

jeno zbierać rannych.

 

    A pan adiutant może chodzić?

 

    —

 Mogę, już mi lepiej.

 

    —

 Po mojemu to niech pan adiutant idzie do miasta i położy się do

 

    łóżka. Jak się wy leży, zaraz będzie lepiej.

 

    —

 Idę z tobą, Kubuś! 

 zawołał 

Wicherek. —

 Choć mi się we łbie

 

    kręci jak na diabelskim młynie.

 

    Podpierając się wzajem, stękając, opowiadając sobie przygody tej

 

    strasznej nocy, powlekli się w ulicę Opatowską, ale tu oczy ich uderzył

 

    okropny widok. Cała ta ulica zawalona była rannymi, których tu i na

 

    rynek znoszono ze wszystkich stron, kładziono na bruku, na siennikach,

 

    materacach poznoszonych z sąsiednich domów, na słomie i na sianie.

 

    Kilkunastu felczerów i kilku lekarzy z doktorem Wolfem na czele, bez 
    surd

utów, z zakasanymi po łokcie rękawami biegało śród tych nieszczęś

    liwych, niosąc im pomoc. Jęki, krzyki, wołanie o ratunek napełniały

 

    ulicę wrzawą straszliwą. Pełno kobiet, mieszczek, panien, szlachcianek

 

    pomagało lekarzom. Znosiły wodę, szarpie, bandaże; między nimi Kubuś

 

    ujrzał złotowłosą główkę panny Jadzi, jak cała zapłakana, klęcząc,

 

    dawała pić jakiemuś rannemu oficerowi. Generał Weisenhof z twarzą

 

    opaloną od wybuchu prochu siedział na przyniesionym mu skądś krześle

 

    i stękał głośno.

 

    Kubuś przedostał się do panny Jadzi, która zobaczywszy go krzyknę

    ła, rączkami uderzyła w powietrze i zemdlała. Przeniesiono ją zaraz do

 

    domu, otrzeźwiono, a ona, patrząc na owiązaną głowę Kubusia, rzekła:

 

    —

 Mówili, że kuzynka zabił jakiś straszny Austryjak.

 

    —

 Widzi kuzynka, że mię nie zabił, tylko mi głowę stłukł mocno

 

    pałaszem.

 

background image

 

 75 

    —

 No, już teraz powinni kuzynka zrobić generałem.

 

    —

 Generałem jak generałem... może jeszcze nie, ale z czasem i to

 

    nastąpi.

 

    Umies

zczono Kubusia i Wicherka w tym samym pokoju na pięterku,

 

    gdzie już raz się leczył, i tutaj dowiedzieli się o dwóch bolesnych

 

    nowinach: naprzód, że Austriacy żadnego szańca nie zdobyli, prócz

 

    jednego za Żydowską ulicą, za parowem. Przez jakąś zdradę, jak

 

    mówiono, Austriacy cichaczem, korzystając z ciemnej nocy, przedostali

 

    się do tego parowu i z tyłu uderzyli na szaniec, tak że załoga jego

 

    i szwadron ułanów pułkownika Dziewanowskiego musiały bagnetem

 

    i lancami przebyać się przez 

nieprzyjaciela do miasta. 

    Wiadomość ta jak piorun uderzyła Kubusia, przeszyła mu na wskroś

 

    serce. 
    —

 To moja wina, że ten szaniec dostał się w ręce Austryjaków

 

    —

 mówił do Wicherka 

 moja, moja wina. Gdybym był od razu

 

    powiedział pułkownikowi o szpiegostwie tego łotra Schwarzfelda i Fer

    dzia von Lausitza, do tego by nie przyszło. Nigdy w życiu sobie tego nie

 

    daruję, nigdy!

 

    —

 Głupstwo rozum zjadło 

 odpowiedział na to Wicherek 

 co się

 

    stało, to się nie odstanie, i żadne żale na to nie pomogą. Jużcić,

 

    gdybyśmy powiedzieli pułkownikowi o szpiegach, byłoby może lepiej...

 

    Nie przeczę, żeśmy źle zrobili, ale cóż na to teraz poradzić, kiedy już po

 

    sprawie? Nie gadaj no, uczony mężu, że to tylko twoja wina, bo i moja

 

 

   także, i za pokutę przysięgam sobie, że jak mi jeno szyja nieco się

 

    wyprostuje, pójdę prać szelmów kajzerlików, co się zmieści. Dwóch już

 

    uśmierciłem, da Bóg, uśmiercę jeszcze więcej. Nie martwić się, nie gadać

 

    głupstw, bo to z przeproszeniem psu na budę się nie przyda, uszy do góry

 

    i jazda! 

    Druga nowina, którą im nad wieczorem przyniósł sam wujek Biał

    kowski, była tak samo bolesna. Generał Sokolnicki, utraciwszy

 

    w nocnym szturmie przeszło tysiąc ludzi, nie mając naboi, nie widząc

 

    znikąd pomocy, postanowił poddać Sandomierz Austriakom, a Wiche

    rek wymyślał:

 

    —

 Gadali, co ten Sokolnicki to tęgi generał, a ja widzę, że jest kapcan

 

    ostatni. Cóż to znaczy, że stracił tysiąc ludzi? Może i mnie policzył!

 

    Ale ja żyję jeszcze i żyje także cztery tysiące zuchów, którzy samego

 

    Lucypera się nie zlękną, a cóż dopiero kajzerlików. Nie spraliśmy im to

 

    skóry dzisiejszej nocy? Nie ma naboi! Wielka rzecz! Ja w mojej ładownicy

 

    mam ich pięćdziesiąt i każdy kamrat musi ich mieć jeszcze choć po kilka.

 

    A i co tu po nabojach? Nie mamy to kolb i bagnetów? Babski to jakiś

 

    sentyment u tego generała i oświadczam publicznie, że stracił on

 

    zupełnie mój szacunek.

 

    — Niewiele go tam obchodzi twój szacunek, mój Wicherku — zauwa- 

    żył Kubuś 

ja ci teraz powiem, bo głupstwo twój rozum zjadło. Chcesz

 

    się bić bez naboi? Toć Austryjaki nie takie głupie. Nie będą się darli na

 

    szaniec jak dzisiejszej nocy, ale poczną bezpiecznie strzelać do nas

 

    i wystrzelaj

ą jak kaczki. Podług mnie generał mądrze robi.

 

    Wicherek przeciw temu oponował, spierał się i wreszcie zakończył

 

    oświadczeniem, że rad by się dowiedzieć, jakie są warunki kapitulacji.

 

    Późno w nocy przyszedł do nich kapral Michalski srodze zmartw

iony i na 

    frasunek dobrze, jak to mówią, cięty. Powiedział, że załoga polska

 

    w ciągu dwudziestu czterech godzin opuści Sandomierz z bronią i baga

    żami, że zostawi tylko te armaty, które poprzednio zdobyła na Austria

    kach, i że ma się udać za Pilicę; że ci ranni, którzy nie będą mogli

 

    wyruszyć za wojskiem, pozostaną pod opieką austriacką, a gdy wyzdro

    wieją, odesłani także zostaną do swych pułków.

 

    Zmartwiło to bardzo obu młodych wojaków, ale że nic nie mogli na to

 

    poradzić, poczęli się namyślać, co ze sobą zrobią. Obaj do marszu

 

    w czasie skwaru letniego nie byli zdolni i Kubusia głowa wciąż bolała,

 

    a Wicherek był mocno osłabiony i jakoś szyi nie mógł doprowadzić do

 

    właściwej pozycji; zostać zaś w Sandomierzu za n

ic nie chcieli, bo 

background image

 

 76 

    najprzód mógł Kubusia poznać Schwarzfeid i pomścić się za zniewagę

 

    mu wyrządzoną, a potem Ferdzio von Lausitz wychyli na świat głowę

 

    i z pewnością nie będzie względem nich tak głupio wspaniałomyślny, jak

 

    oni byli względem niego. Nie wiedzieli więc, co robić, i całą noc

 

    przegadali, przemęczyli się nad sposobami wyruszenia za wojskiem, ale

 

    nic wynaleźć nie mogli.

 

    Dopiero rano wujek Białkowski wybawił ich z kłopotu, oświadczając,

 

    że nie myśli pozostać w Sandomierzu, ale z żoną i panną Jadzią wyruszy

 

    za wojskiem; że w tym celu wystarał się o powóz i brykę, i jeżeli chcą obaj

 

    chłopcy, to ich zabierze ze sobą.

 

    Z podziękowaniem i radością zgodzili się na to. Nazajutrz, 18 czerwca

 

    wraz z wojskiem zni

echęcony, smutny i pomrukujący wyruszyli z tego

 

    starego grodu, którego tak walecznie i tak na próżno bronili. Austriacy

 

    zaraz zajęli zamek i obsadzili wszystkie szańce i bramy, triumfalnie

 

    uśmiechali się i szyderczo patrzyli na wyruszające wojs

ko polskie. Ale 

    niedługo tu bawili. Jak wiadomo, niebawem musieli Sandomierz opuścić

 

    i zwrócić go prawym właścicielom.

 

    *  *  * 

    Tak się skończyło to sławne oblężenie Sandomierza i te zacięte walki

 

    o jego posiadanie. Wojna już krótko trwała i Kubuś w końcu tej kampanii

 

    został kapitanem, a Wicherek po jej ukończeniu, nie mogąc, jak mówił,

 

    dojść do ładu ze swoją szyją, która ilekroć chciał ją obrócić w prawo,

 

    wykręcała się na lewo, wziął dymisję i na Podwalu w Warszawie założył

 

    sklep z wyrobami swego papy Przyszczypkiewicza. Podobno dobrze mu 

    się powodzi.

 

    Kubuś pewnego pięknego poranka, ubrany w mundur kapitana

 

    grenadierów szóstego pułku, w błyszczące szlify na ramionach, oświad

    czył się uroczyście wujkowi Białkowskiemu o rączkę panny Jadzi.

 

    Wujek się chętnie zgodził, mama się rozpłakała, a panna Jadzia,

 

    rumieniąc się jak róża, szepnęła:

 

    —

 Dobrze, pójdę za kuzynka Kubka, ale pod warunkiem, że zostanie

 

    generałem.

 

    Kuzynek Kubek przyrzekł, że się postara, więc było wesele sute, na

 

    którym był pułkownik Sierawski, kapitan Piotrowski, kapral Michalski

 

    i kupiec Wicherek, wciąż nie mogący sobie dać rady ze swoją szyją.

 

    Panna Jadzia ślicznie wyglądała, Kubuś promieniał radością i wszyscy

 

 

   tego dnia byli bardzo szczęśliwi. A potem żyli długo, kochali się i mieli

 

    dużo dzieci...

 

     

Koniec 

     

Radom, w sto drugą rocznicę zdobycia Sandomierza (1901 r.).