background image
background image

Lesław Furmaga

UPADEK NIKODEMA DYZMY

background image

Redakcja:

 Barbara Kaszubowska

Korekta:

 Katarzyna Czapiewska

Okładka:

 Wiola

 Pierzgalska

Skład:

 Monika

 Burakiewicz

© Lesław

 Furmaga

 i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie

  prawa  zastrzeżone.  Kopiowanie,  reprodukcja  lub  odczyt  jakiegokolwiek  fragmentu  tej  książki

w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie

 pierwsze

ISBN

 978-83-7722-890-6

Novae

 Res – Wydawnictwo Innowacyjne

al. Zwycięstwa

 96/98, 81-451

 Gdynia

tel.:

 58 698 21 61, e-mail: 

sekretariat@novaeres.pl

, 

http://novaeres.pl

Publikacja

 dostępna jest w księgarni internetowej 

zaczytani.pl

.

Wydawnictwo

 Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja

 do formatu EPUB:

Legimi

 Sp. z o.o. | 

Legimi.com

background image

Książka ukazała się dzięki

 cennym

 radom

i osobistemu wsparciu politologa,

Wójta

 Gminy

 Gniewino Pana Zbigniewa Walczaka

oraz

 Towarzystwa Oświatowego w Gniewinie,

za

 co autor wyraża serdeczne podziękowania.

background image

U

ROZDZIAŁ I

lica

  wrzała,  słychać  było  krzyki,  rozentuzjazmowany  tłum  niczym

spienione  morze  unosił  w  kierunku  Belwederu  transparenty

i sztandary.

– Nie damy nawet guzika! Niezwyciężona armia polska niech żyje! Jesteśmy

silni, zwarci i gotowi!

Dzień  był

  upalny.  Gdy

  wysoki  oficer  z  niedbale  rozpiętymi  pod  szyją

haftkami munduru skończył relację, w gabinecie zapanowała cisza, tylko tykanie

olbrzymiego  zegara  z  suchym  trzaskiem  odmierzało  sekundy.  Leżące  na  stole

dokumenty  i  krótkie  przemówienie  pułkownika  oraz  relacja  cywila  mówiącego

z wyraźnym rosyjskim akcentem rysowały przed zebranymi obraz apokalipsy.

Prezydent

  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  oficerów  z  góry,  milczał  chwilę,  jakby

zbierając myśli.

–  To  wizje  chorych  umysłów,  ludzi  przerażonych,  defetystów,  a  Polsce

jeszcze raz potrzebni są bohaterowie! Bohaterowie!

Pułkownik Żagwa

 Romanowski

 poruszył się w fotelu, zmierzył spojrzeniem

prezydenta,  po  czym  uderzył  otwartą  dłonią  w  blat  stołu.  Rozległ  się  trzask  jak

po wystrzale. Wszyscy oniemieli.

–  Bzdury!  Żadni  bohaterowie!  –  prawie  wykrzyknął  pułkownik.  –  Polsce

potrzebny  jest  gracz!  Polsce  potrzebny  jest  szczęściarz!  Polsce  potrzebny  jest

taki...  taki  Dyzma!  Panie  prezydencie!  Potrzebny  jest  Dyzma...  –  powtórzył  już

spokojnie oficer, dyplomata i szpieg w jednej

 osobie.

Istotnie,  niedawno

  kraj  przeżył  nie  lada  wstrząsy.  Niebywały  zbieg

okoliczności,  tupet  i  bezczelność  wyniosły  bowiem  na  wyżyny  społeczne

polityczne 

bezdomnego, 

bezrobotnego, 

prowincjonalnego 

urzędnika

pocztowego, któremu powierzono stery państwa.

Mimowolny

  oszust,  niejaki  Nikodem  Dyzma,  niedoszły  fordanser

i  zwolniony  z  urzędu  pocztowego  na  prowincji  mierny  urzędnik,  przez

kilkanaście miesięcy trząsł Warszawą i krajem.

W  czasie  kryzysu,  żonglując  zasłyszanymi  pomysłami,  istotnie  uratował

background image

Polskę  od  katastrofy  gospodarczej.  Nikodem  Dyzma  związał  się  z  grupą

wpływowych  ludzi  i  grupie  tej  przewodził.  Gdy  z  powodu  kryzysu  upadł

gabinet, Dyzma został powołany na urząd premiera. Początkowo wahał się, czy

to  stanowisko  przyjąć.  Lecz  przyjął.  Wykorzystując  zręcznie  zdolności

otaczających  go  specjalistów,  był  o  krok  od  uformowania  nowego  –  wydawało

się  sprawnego  –  rządu,  kiedy  przeciwnicy  i  opozycja  odkryli  jego  najpilniej

strzeżoną  tajemnicę.  Był  to  czas,  w  którym  w  Warszawie

  sensacja  goniła

sensację.

Nikodem

  Dyzma  zaistniał  na  rządowym  raucie,  kiedy  publicznie  zbeształ

dyrektora  gabinetu  premiera,  niejakiego  Jana  Terkowskiego,  za  to,  że  ten

wytrącił mu z rąk talerzyk z sałatką.

Terkowski

 znany był z tego, że nosił się wysoko i jako w zasadzie urzędnik

mający  służyć  urzędowi  premiera  uważał  się  za  personę  ważniejszą  od

ministrów.

Bywa

  czasem,  że  los  podaje  komuś  wyłącznie  asy.  Bywa,  że  wszystko,  co

się  dzieje  wokół  takiego  człowieka,  dzieje  się  po  to,  aby  go  wynieść  jeszcze

wyżej  i  wyżej,  chociażby  on  sam  temu  przeszkadzał  i  nie  wszystko  rozumiał...

Kariera  Nikodema  Dyzmy  mogła  wydawać  się  jedynie  literacką  fikcją,  gdyby

realne życie i realny świat nie pokazały, że rzeczywistość jest często bogatsza niż

literacka  fikcja.  Jeżeli  taki  człowiek  okazywał  ignorancję,  przypisywano  mu

oryginalność,  jeżeli  palnął  głupstwo,  uważano  to  za  żart,  jeżeli  zachował  się  po

grubiańsku,  podziwiano  w  nim  mocnego  człowieka,  a  jego  nielogiczne

powiedzenia  obrastały  w  piórka  anegdot.  Ale  tylko  ludzie  pozbawieni  fantazji

mogą pozostawać w przekonaniu, że zestawienie jakiejkolwiek kariery z karierą

Nikodema Dyzmy to kpina i porównanie jedynie szydercze, bo Nikodem Dyzma

ostatecznie  jak  mało  kto  potrafił  korzystać  z  mądrości  innych  i  w  swoim

działaniu był niezwykle skuteczny.

Warszawski

  przybłęda,  mandolinista  z  podłej  peryferyjnej  knajpy  dzięki

otrzymanemu  od  losu  plikowi  asów  ograbił  z  olbrzymiego  majątku  swego

dobroczyńcę  Leona  Kunickiego,  wykradł  mu  weksle  i  kompromitujące

dokumenty,  zbałamucił  oraz  odebrał  żonę  i  poprzez  niesamowitą  intrygę

wyprawił z kraju na dożywotnią banicję.

Raz

  jednak  obejrzał  się  za  siebie.  Ktoś  wtedy  krzyknął:  „To  oszust!  Oszust

background image

i  morderca!”.  Zaczęła  się  prasowa  wrzawa.  Przedtem  znaleziono  trupa.  Był  to

podziurawiony  nożem  były  szef  Dyzmy,  podobny  urzędnik  niskiego  szczebla

z  zapyziałego  Łyskowa,  który  dał  gardło,  bo  naprzykrzał  się  Dyzmie

organizującemu  bank  zbożowy  i  w  niekonwencjonalny  sposób  ratującemu

Rzeczpospolitą...

Proces

  był  poszlakowy,  nic  nikomu  nie  udowodniono,  ale  wyrok  zapadł

i szczęściarz Dyzma trafił na pięć lat za kraty. Opozycja krzyczała, że oskarżenie

było  dęte.  „Sprawa  polityczna!  Zniszczono  geniusza!...  Dyzma!  Niech  żyje

Nikodem Dyzma!” – krzyczała ulica.

Nieco

 później zaczęły się dziać rzeczy jeszcze bardziej niezrozumiałe.

Mimo

  poprzedzającej  tę  wizytę  burzy  telefonów  dyrektor  centralnego

więzienia  w  Warszawie  Gabriel  Zdanowicz  był  zaskoczony  rangą  gości,  którzy

zjawili  się  w  jego  gabinecie.  Rano  dzwonili  minister  sądownictwa  i  komendant

urzędu śledczego, osobiście w więzieniu zjawili się minister spraw wojskowych,

minister sądownictwa, minister więziennictwa i dwaj generałowie.

–  Więc  zgodnie  z  zapowiedzią  prosimy  o  rozmowę  z  panem  Nikodemem

Dyzmą – zwrócił się do dyrektora w nieco

 oschły sposób minister sądownictwa.

–  Tak  jest,  panie  ministrze,  osadzony  Dyzma...  –  zaczął  w  półukłonie

  szef

zakładu karnego.

– Panie dyrektorze – przerwał mu któryś z generałów –

 prosimy

 unikać zbyt

formalnych określeń, pan Dyzma jest...

W  tej  chwili  rozległo  się  pukanie  i  do  gabinetu  wszedł  komendant  straży,

zasalutował i oznajmił, że więzień

 oczekuje

 na wprowadzenie.

–  Tak,  wpro...  to

  znaczy  poprosić  –  poprawił  się  zdezorientowany  dyrektor

zakładu karnego.

Do

  gabinetu  pod  eskortą  strażników  wszedł  postawny  mężczyzna

o wyrazistych rysach, lat około czterdziestu, w więziennym ubraniu w szare pasy

i  więziennej  czapce.  Przybyły  przybrał  postawę  zasadniczą  z  zamiarem

regulaminowego zameldowania się.

–  Proszę,  niech  pan  siada,  panie  premierze  –  powiedział  uprzejmie  któryś

z  ministrów,  nawiązując

  do

  pełnionego  przez  więźnia  urzędu  przed

aresztowaniem.  Nikodemowi  Dyzmie  przedstawiono  zgromadzonych  wokół

oficjeli.

background image

Rysy

  twarzy  mężczyzny  w  więziennym  pasiaku  wyostrzyły  się,  przez  jego

oblicze  przebiegł  skurcz.  „Czyżby  nastąpił  przewrót  w  kraju  i  to,  co  jego,

chociaż sam nie wiedział co, było znowu wierzchu? Czyżby Wareda, Jaszuński,

Ulanicki  zdołali  w  jakiś  sposób  urwać  łeb  sprawie  tego  cholernego  Boczka?...

Jak to możliwe? Przecież... przecież...” – kotłowało się w jego głowie.

Twarz

  więźnia  zmieniła  wyraz,  jego  oczy  błysnęły  jak  oczy  kota,  który

spostrzegł trzy młode szczurki bez opieki matki. – „A to ci heca! Najważniejsze

szychy w państwie u mnie w pudle?!... Aby czy to się dzieje naprawdę? Żeby to

tylko  nie  był  sen,  cholera  jasna,  żeby  nie  sen...  A  może  Terkowski  okazał  się

szpiegiem  i  go  w  trymiga  zwinęli?”  –  te  myśli  mknęły  przez  głowę  więźnia  jak

błyskawice.  Że  cuda  się  zdarzają,  Nikodem  Dyzma  wiedział  na  pewno.  Można

dwa  dni  nic  nie  jeść,  żeby  starczyło  na  dwa  grandpriksy  w  kiosku  na  rogu

Łuckiej, bo na bułkę zabrakło już pieniędzy; można słuchać drwin Mańki, że on

przy  niej,  chociaż  ona  od  dwóch  dni  nie  miała  klienta,  że  on  to  przywłoka,

obibruk,  ostatnie  nic  bez  grosza  przy  chudym  tyłku...  A  za  kilka  godzin  jeszcze

tego  samego  dnia  można  mieć  sześć  tysięcy  szmalu  w  kieszeni,  posadę  za

połowę tego miesięcznie, apartament w pałacu z trzema szafami z zagranicznego

drewna,  służącym  w  liberii  i  wodotryskiem  w  łazience...  Można  jeszcze  tego

samego  dnia  to  mieć,  bez  wygrania  wielkiej  forsy  w  państwowej  monopolowej

loterii pieniężnej. Można!

–  Proszę,  niech  pan  siada  –  powtórzył  zaproszenie  minister  sądownictwa.

Dyzma  usiadł  w  głębokim  skórzanym  fotelu.  Czuł,  że  serce  bije  mu  jak

parowozowy  miech.  „Tylko  spokojnie”  –  mitygował  się  w  myślach  całą  siłą

woli. „Oni chcą wystrugać nowy przekręt, dranie, ministrowie to nic wielkiego,

tylko  że  cwaniaki  cholera  jasna.  Trzeba  się  trzymać...  przez  grzeczność  tu  nie

przyszli. Muszą coś chcieć ważnego. Nic nie zrobić za darmochę. I mało gadać...

mało  gadać,  żeby  nie  zapeszyć”.  –  Pod  czaszką  byłego  bezrobotnego,  później

premiera, obecnie zaś kryminalisty, którego właśnie w więzieniu odwiedzało pół

tuzina  ministrów,  wirowały  rozbiegane  myśli.  Jak  niegdyś,  gdy  bezdomnego

Nikodema potentat Kunicki prosił niemal na kolanach, żeby zechciał przyjąć pięć

tysięcy  złotych  od  razu  gotówką,  a  później  posadę  z  krociowym

wynagrodzeniem  oraz  zamieszkać  w  pawilonie  albo  w  pałacu  zgodnie

z  łaskawym  życzeniem  jego,  to  znaczy  szanownego  pana  Nikodema  Dyzmy.

background image

Taki sam skurcz w gardle jak teraz i takie

 same wątpliwości trzymały go właśnie

wtedy...  „Czy  to  aby  nie  jakie  przywidzenie,  cholera?...  Nie  jakie

przywidzenie?” – uparcie wracało pytanie.

– Panie premierze – zaczął minister sądownictwa, człowiek, który dotychczas

na  jego  apelacje  i  listy  zza  krat  po  prostu  nie  odpowiadał.  –  Przybywamy  tu

z  wiadomością,  że  w  sprawie,  do  której  wmieszano  pańską  czcigodną  osobę,

ujawnione  zostały  całkowicie  nowe  okoliczności,  więc  sprawę  rozpatrzono

ponownie w trybie specjalnym. Ale przybywamy tu również z misją dziejową...

Ojczyzna  jest  w  potrzebie  i  armia  postawiła  przed  panem  wielkie,  patriotyczne

zadanie. Zadanie, które może wypełnić tylko jeden człowiek, jedyny mąż stanu,

Nikodem Dyzma. Właśnie szanowny pan, panie premierze! – Minister skłonił się

i  zniżył  głos.  –  Niechże  pan  przebaczy  ojczyźnie  i  sądownictwu  straszną

pomyłkę! Znajdziemy winnych i ukażemy

 ich

 srogo!

Jak

  już  było  powiedziane,  Nikodem  Dyzma  przekonał  się  osobiście,  że  są

cuda  na  świecie,  bo  ich  sam  doświadczył.  Ale  żeby  za  podejrzenie  o  nasłanie

zbirów  na  Boczka,  co  było  przecież  udowodnione,  przepraszała  cała  gromada

ministrów, to już przesada nawet w cudach... Więc to jest sen, sen, przywidzenie,

mara albo podpucha jeszcze większa jak ta, kiedy za jego sprawą z Kunickiego

niewiele  mniejsi  od  tych  tutaj  uczynili  oszusta  po  to,  by  on,  Nikodem  Dyzma,

mógł  zabrać  mu  Koborowo,  a  z  Niny  zrobili  dziewicę,  żeby  w  Rzymie  można

było unieważnić jej małżeństwo z tym starym ramolem Kunickim.

–  ...Zbliża  się  wojna!  Upadł  gabinet!  –  przemawiał  jakby  z  oddali  któryś

z ministrów. – Pełniący obowiązki prezydenta został zdominowany bohaterskim

patriotyzmem  oraz  zrywem  narodu  i  pogubił  się,  i  niestety,  nieświadomy

katastrofalnej  sytuacji  na  wschodzie  i  zachodzie  naszej  zagrożonej  śmiertelnie

ojczyzny,  wiedzie  kraj  ku  katastrofie...  Jeżeli  zgodzi  się  pan  kandydować  na

stanowisko  rekomendowanego  przez  armię  prezydenta  Rzeczypospolitej

Polskiej,  podejmiemy  natychmiastową  akcję  ratowania  Rzeczypospolitej...

Zatrzymamy  w  powietrzu  wystrzelone  pociski!  Zatrzymamy  i  zawrócimy

historię!  Uratujemy  od  zagłady  ojczyznę.  Czy  pan  jest  gotów  podjąć  rozmowy

z Wojskową Realną Radą Patriotyczną?

 Czy

 pan będzie gotów przyjąć na siebie

brzemię niewyobrażalnej odpowiedzialności... panie prezydencie?

Nikodem

  Dyzma,  ubrany  w  więzienny  pasiak,  siedział  w  głębokim,

background image

skórzanym  fotelu  w  tej  nieodpowiedniej  dla  niego  już  obecnie  instytucji

i  przymknąwszy  oczy,  widział  przed  sobą  rozbiegane  figurki,  które  dziwacznie

pląsały 

dokoła. 

O... 

tam 

kłaniał 

się 

nisko 

Dyzmie, 

prezydentowi

Rzeczypospolitej, rejent Winder z Łyskowa, który był mały, a jednak skoczył mu

do gardła... Dalej trzaskał obcasami, salutując, pułkownik Wareda, jego do końca

wierny  przyjaciel,  nieco  z  boku  kręciła  się  po  ulicy  Łuckiej  Mańka  i  szczerze

zapłakana  machała  mu  ręką,  jak  wówczas  gdy  odjeżdżał  dorożką  z  poddasza

w  Warszawie  do  pałacu  w  Koborowie...  No  i  była  cisza,  którą  przerwał

narastający  tusz  werbli  i  z  ciemności,  świecąc  niczym  nafosforowany,  wychylał

się  coraz  bardziej  i  bardziej...  Brrr...  Aż  strach  pomyśleć...  Kunicki...  Kunik

z  zastygłą  w  oniemieniu  twarzą,  kiedy  zorientował  się,  że  jego  król  złoty,  pan

Nikodem  kochany,  ograbił  go  z  majątku,  zabrał  mu  żonę  i  wpakował  go  do

kryminału.

– Więc zechce pan wybaczyć sędziom pomyłkę i powrócić do narodu, który

znalazł  się  w  niebezpieczeństwie  i  szuka  zbawcy  przed  katastrofą?  –  Dobiegały

do  ciągle  jeszcze  zdezorientowanego  Nikodema  Dyzmy  gdzieś  jakby  z  daleka

fragmenty patetycznego przemówienia ministra sądownictwa.

Ciągle

  niepewny,  czy

  rzeczywistość  to,  czy  omam,  więzień-już  nie  więzień

wyciągnął  szyję  w  kierunku  mówiącego  i  patrzył  z  pode  łba,  podejrzliwie  na

wysoką delegację. Minister skończył i zapadło milczenie.

– Że co? Czy się zgadzam? I tak, i nie, tylko żeby nie było żadnej podpuchy,

bo...  bo  ja...  nie  żartuję  –  wypalił  wreszcie  bez  głębszego  zastanowienia

kandydat na prezydenta w więziennym pasiaku.

–  Garnitur  i  samochód

  dla

  pana  premiera  –  powiedział  najwyższy  tu  rangą

minister sądownictwa.

–  Tak  jest,  wszystko  przygotowane.  –  Tęgawy  osobnik  w  cywilu,  który

przed

 chwilą wszedł do gabinetu, wyprężył się po wojskowemu.

Po

  pewnym  czasie  sprzed  więzienia  ruszyła  kawalkada  rządowych

pojazdów, kierując się w stronę Belwederu.

background image

C

ROZDZIAŁ II

złowiek,  który  siedział  na  tylnej  kanapie  w  czarnej  limuzynie

w  towarzystwie  ministra  sprawiedliwości,  nie  miał  już  nic  wspólnego

z  niższym  urzędnikiem  na  poczcie  w  Łyskowie.  Nie  był  to  już

bezrobotny nieudacznik, poszukujący pracy w Warszawie, ani administrator dóbr

Leona Kunickiego, nie był to też prezes banku zbożowego i wielki gospodarczy

reformator.  Człowiek  ten  przestał  być  kryminalnym  więźniem  z  pięcioletnim

wyrokiem  za  zorganizowanie  pospolitego  morderstwa,  bo  w  sprawie

ukatrupienia  bezczelnego  Boczka  niezwykły  los  podał  mu  jeszcze  raz  pokera

z ręki, a z pokerem przegrać nie można.

Długie rozmowy prowadzone z towarzyszem więziennej niedoli, profesorem

uniwersytetu skazanym za zabójstwo w afekcie niewiernej żony, studentki, stały

się  dla  niego  spóźnionymi  studiami  w  Oxfordzie,  których  mu  zabrakło,  jemu  –

Nikodemowi  Dyzmie,  prezesowi  banku  zbożowego  i  premierowi.  Jadąc  teraz

samochodem,  wciąż  nie  mógł  w  pełni  zrozumieć  swojej  sytuacji,  ciągle  zbierał

myśli  i  usiłował  łączyć  ze  sobą  zdarzenia,  które  pomogłyby  mu  wyjaśnić,  co

wydarzyło  się  po  ponownym  rozdaniu  kart  i  co  się  wokół  niego  dziać  będzie

dalej...

Gdy przed kilkoma laty magnat Leon Kunicki biegał koło Nikodema Dyzmy,

który  kilka  godzin  wcześniej  kupował  dwa  papierosy  kosztem  bułki  z  najtańszą

kiełbasą, i błagał go o przyjęcie posady za kilka tysięcy złotych miesięcznie oraz

zamieszkanie  w  pałacu,  owo  zrządzenie  losu  było  dla  Nikodema  Dyzmy  tak

niezwykłe, że nie do końca był w stanie zrozumieć, co zaszło. Przyjmował swój

nowy los bez oceniania faktów.

Później, po nagle i brutalnie przerwanej karierze, za sprawą długich rozmów

z  profesorem  Kordianem  Sewerynem  Rawą  Michalewskim  zrozumieć  mógł

znacznie więcej.

Z  uwagi  na  fakt,  że  proces,  jak  się  okazało  faktycznych  zabójców

nieszczęsnego  Boczka,  toczył  się  za  zamkniętymi  drzwiami  i  nikt  o  nim  nie

słyszał,  nasz  bohater  nie  wiedział,  że  zdarzenia,  które  wtrąciły  go  za  kraty,

background image

przebiegły zupełnie inaczej, niż on je zaplanował i opłacił.

Jego  rozprawa  sądowa  o  zorganizowanie  morderstwa,  jako  proces  byłego

premiera,  była  utajniona  i  opierała  się  na  zeznaniach  dwóch  opryszków,  którzy

mieli  zlecenie  na  dokonanie  tego  zabójstwa.  Później  szef  szajki  na  skutek

konfliktu  ze  zbirami  od  mokrej  roboty  wyznaczył  innych  ludzi,  więc

niezadowoleni  byli  wspólnicy  sypnęli,  gdy  sprawa  nabrała  wymiaru

państwowego  i  za  wyjaśnienie  morderstwa  ustalono  wysoką  nagrodę  pieniężną.

W  ich  zeznaniach  nie  wszystko  się  jednak  zgadzało.  Ale  niezawodny

w  popieraniu  oskarżenia  okazał  się  w  procesie  Jan  Terkowski,  który  formował

potajemnie  rząd  alternatywny  dla  rządu  Nikodema  Dyzmy  i  miał  bardzo

wpływowych sojuszników.

Nikodem  Dyzma  nawet  po  wyroku  traktowany  był  w  więzieniu  jak  gość

honorowy, 

było 

bowiem 

bardzo 

prawdopodobne, 

że 

może 

zostać

zrehabilitowany  i  powróci  na  wysoki  stołek,  tym  bardziej  iż  domagała  się  tego

ulica, której wcale nie przeszkadzało, że krajem mógł rządzić nie oksfordczyk ze

szlachty kurlandzkiej, a człowiek z gminu.

Kawalkada rządowych limuzyn skręciła w boczną ulicę i samochód wiozący

więźnia  stanu  teraz  zdążał  w  kierunku  centrum  samotnie.  Po  pewnym  czasie

pasażer  zorientował  się,  że  nie  jedzie  w  kierunku  Belwederu.  Istotnie,  wóz

zatrzymał  się  przed  niewielkim  budynkiem,  przed  którym  prężyła  się  wojskowa

warta.  Gdy  zdezorientowany  Dyzma  wysiadł,  stanęło  przed  nim  dwóch

oficerów,  którzy  polecili  mu  iść  ze  sobą.  Zaprowadzili  gościa  do  pustego

gabinetu.  Dyzma  pozostał  sam.  Mijały  długie  minuty,  a  on  czekał  na  dalszy

rozwój  wypadków.  Wreszcie  drzwi  otworzyły  się,  a  do  pokoju  wszedł  bez

pukania  nieznany  dotychczas  naszemu  bohaterowi  pułkownik  wojska  polskiego

i bez słowa usiadł za biurkiem. Długą chwilę trwała cisza.

–  Nazywam  się  Ryszard  Przewrot  Żagwa  Romanowski,  jestem

pułkownikiem  wywiadu  wojskowego  i  będę  z  panem  współpracował,  panie

Dyzma.  –  Przybyły  w  końcu  się  przedstawił.  –  Wszystkie  nasze  spotkania,

z  obecnym  włącznie,  stanowią  najściślejszą  tajemnicę  państwową,  tajemnicę

wywiadu  wojskowego,  rozumie  pan?  –  podniósł  nieco  głos  pułkownik.  –

Niebawem  będzie  pan  rozmawiać  z  Wojskową  Patriotyczną  Radą  Realną.

Przedtem  jednak  ja  mam  coś  panu  do  zakomunikowania...  Czy  rozumie  pan,

background image

panie Dyzma, sytuację polityczną kraju i sytuację własną?

– Rozumiem, to znaczy, nie wiem... – Nikodem zaczął się jąkać.

– Nic pan nie rozumie, panie Dyzma... – przerwał mu pułkownik.

„Ki  diabeł...”  –  zaniepokoił  się  Nikodem,  miarkując,  że  jego  los  niczym

piłeczka tenisowa znowu szybuje gdzieś po jakiejś niezrozumiałej trajektorii i że

on  nie  ma  wpływu  na  to,  gdzie  piłeczka  upadnie.  Przed  chwilą  generałowie

i  ministrowie  zwracali  się  do  niego  z  najwyższym  szacunkiem  i  prosili,  żeby

zechciał  zostać  prezydentem  państwa,  teraz  jakiś  pułkownik  traktował  go  jak

kaprala...  „Co  u  diabła,  się  dzieje,  co  będzie  dalej?”  –  zastanawiał  się  ni  to

kryminalista, ni państwowy dostojnik.

Pułkownik wyjął z teczki plik papierów.

–  Oto  pańskie  dossier,  pańska  historia,  panie  Dyzma.  Są  tu  takie  rzeczy,

o których sam pan nie wie. Przede mną niczego nie musi pan ukrywać i udawać,

rozumie  pan?  My  wiemy  o  panu  wszystko...  Poczta  w  Łyskowie,  przyjazd  do

Warszawy,  bieda  z  nędzą  na  ulicy  Łuckiej,  znalezione  zaproszenie  na  rządowy

raut,  niesamowita  awanturka  z  dyrektorem  gabinetu  premiera,  Janem

Terkowskim,  o  wytrąconą  z  rąk  sałatkę,  zdarzenia  z  pańskim  dobroczyńcą

Leonem  Kunickim,  czyli  Kunikiem,  którego  pan  ograbił  i  wypędził  z  kraju,

bzdury  z  Oxfordem,  którego  pan  na  oczy  nie  widział,  udany  pomysł,

najprawdopodobniej  Kunickiego,  dotyczący  skupu  zboża  i  dalsza  pańska

niesamowita kariera, między innymi dzięki loży masońskiej, w której został pan

wielkim trzynastym i zadowalał w łóżku nienasycone baby z wyższych sfer...

–  To,  to...  Dlaczego  tu  jestem?  Może  lepiej  niech-bym  odsiedział  ten  wyrok

do  końca,  panie  pułkowniku,  ja  chcę  z  powrotem  do  więzienia...  –  wybełkotał

Dyzma,  sprowadzony  na  ziemię  i  zdezorientowany  sytuacją,  której  zupełnie  nie

rozumiał,  niczym  człowiek  rzucany  wyrokami  zmiennego  losu  istotnie  jak

tenisowa piłeczka na meczu.

–  Teraz  w  kraju  rządzi  Wojskowa  Patriotyczna  Rada  Realna,  pan  musi  tej

radzie  być  bezwzględnie  posłuszny  –  pułkownik  twardo  zaakcentował  ostatnie

słowa.

–  To  co  mam  robić?  Będę  musiał  potajemnie  zabijać  przeciwników

politycznych  tej  rady,  wykonywać  wyroki?  –  przeraził  się  kandydat  na  głowę

państwa,  który  niedawno  w  więzieniu  przeczytał  książkę  o  wyciągniętym  zza

background image

krat człowieku w zamian za usługi zbójeckie dla rządu, gdzieś w Argentynie.

–  Nic  takiego.  –  Pułkownik  jakby  rozbawił  się  nieco.  –  Pańskie  zadanie

wygląda na niezwykle trudne, ale pomożemy panu.

– Niezwykle trudne? Ze zbożem też było niezwykle trudne i dałem radę, no

nie?

Pułkownik zniżył głos.

–  Wkrótce  Wojskowa  Patriotyczna  Rada  Realna  podejmie  wiele  ważnych

decyzji  państwowych,  a  ogłosi  je  ustanowiony  przez  armię  cywilny  prezydent,

bohater  i  męczennik,  który  raz  już  uratował  Rzeczpospolitą,  a  potem  został

odsunięty  od  władzy,  niesłusznie  osądzony  i  niesłusznie  skazany.  Jako  taki

zyskał  pan  sympatię  i  poparcie  silnej  opozycji  i  całej  gawiedzi.  Będzie  pan

musiał  stanąć  na  czele  niepopularnych,  ale  koniecznych  reform,  przemian,

sojuszy  i  paktów.  Niepopularnych...  –  powtórzył  pułkownik.  –  Rozumie  pan,

panie premierze?

–  Że  niby  ja?  Rozumiem,  bo  ja  panie  pułkowniku...  –  usiłował  nawiązać

partnerską rozmowę Dyzma. Oficer tylko machnął ręką.

–  Do  więzienia  pan  nie  wróci,  chyba  że  na  bardzo  długo,  za  zdradę  stanu,

jeżeli  pan  zdradzi...  Z  owym  Boczkiem  też  miał  pan  szczęście...  niebywałe

szczęście.  –  Romanowski  pokręcił  głową,  jakby  sam  nie  dowierzał  temu,  co

w tej sprawie wiedzieli jedynie nieliczni. – Wie pan co? – zwrócił się już bardziej

bezpośrednio  do  kandydata  na  głowę  państwa.  –  Jeżeli  jako  prezydent

Rzeczypospolitej  będzie  pan  miał  takie  szczęście  jak  w  swoich  sprawach

osobistych,  to  nie  tylko  wygramy  tę  wojnę,  ale  staniemy  się  mocarstwem

większym niż Ameryka.

– Że co? Większym niż Ameryka? – Nikodem Dyzma starał się maksymalnie

skoncentrować. – „No, szczęście to niby tak, mam, ale najlepiej jakby tak można

wrócić do Koborowa i gdybym mógł mieć święty spokój z tą cholerną polityką...

Przecież to sami wariaci...” – myślał ze zmarszczonymi brwiami i kroplami potu

na czole.

–  Jeżeli  jestem  niewinny,  to  ja  bym  chciał  do  domu,  panie  pułkowniku  –

wypalił wreszcie w niezwykle szczery sposób.

–  Do  domu?  –  Pułkownik  uśmiechnął  się  z  parsknięciem.  –  Panie  Dyzma,

pan  wie,  że  dzięki  nadzwyczajnym  zrządzeniom  losu  niezależnie  od  pana

background image

ignorancji i braku wykształcenia stał się pan człowiekiem niezwykle popularnym

i ważnym, ważnym! Rozumie pan?

– Pewnie, że rozumiem, tylko...

Tu  pułkownik  poczęstował  rozmówcę  papierosem,  którego  mu  z  galanterią

przypalił,  sam  też  głęboko  zaciągnął  się  dymem  i  mówił  dalej  powoli,  jakby

z namaszczeniem.

–  W  tej  chwili  narodowi  potrzebny  jest  przywódca,  dyktator,  ale  przede

wszystkim  szczęściarz...  Niektórzy  nazywają  takie  szczęście  charyzmą.  Głupcy,

którzy  uważają,  że  wszystko  na  tym  świecie  jest  już  poznane  i  zrozumiałe,  nie

wierzą  w  niepojętą,  niedającą  się  logicznie  wyjaśnić  przychylność  losu  wobec

niektórych przeciętnych wodzów i polityków, którzy potem zmieniają świat. Pan

do  tego  w  pudle  dużo  czytał  i  często  słuchał  romantyka  z  pistoletem  w  garści,

Kordiana  Seweryna  Rawę  Michalewskiego.  I  teraz  jest  pan  zapewne

człowiekiem, który nie tylko ma fart, ale z którym można logicznie o tym i owym

pogadać,  panie  Dyzma.  Myślę,  że  pogadamy  jeszcze  niejeden  raz.  Teraz

potrzebujemy  pańskiego  nazwiska  i  pańskiej  kociej  zręczności  w  skakaniu  po

dachach,  myśleć  będziemy  my,  chociaż  nie  zaszkodzi,  jak  i  pan  czasami  też

pomyśli...  Postawimy  pana  na  ambonie,  a  jak  będzie  potrzeba,  to  wsadzimy  na

czołg  albo  po  cichu  ukatrupimy...  Ukatrupimy,  rozumie  pan?  Żeby  sprawa  była

jasna,  tu  nie  chodzi  o  niczyją  osobistą  karierę,  nie  chodzi  o  ropę  naftową  ani

granice...  Nie  chodzi  o  polityczny  pucz  celem  przejęcia  władzy  przez  wojsko.

Chodzi  o  życie  milionów  istnień  ludzkich,  miliony  Polaków  i  Żydów,  chodzi

o ratowanie narodu przed zagładą... I pan ma tu odegrać rolę historyczną, panie

Dyzma.  –  Pułkownik  wstał  i  sprężyście  zasalutował  ciągle  jeszcze

zdezorientowanemu  wybrańcowi  losu  na  nowym  życiowym  zakręcie.  –

Zapraszamy do Belwederu, panie prezydencie. – Pułkownik trzasnął obcasami.

background image

N

ROZDZIAŁ III

ieco  wcześniej  w  Wilnie  drzwi  do  gabinetu  generała  Orlicza

otworzyły  się  nagle,  pchnięte  od  zewnątrz,  i  do  pokoju  wpadł

pułkownik Ryszard Przewrot Żagwa Romanowski. Generał zerwał się

z fotela, zatrzaskując uchyloną szufladę biurka.

Pułkownik spostrzegł opartą o kałamarz kopertę i przez jego twarz przebiegł

skurcz. Sięgnął po list, pochwycił go, zmiął w palcach.

– Nie pozwolę ci na zdradę. My mamy strzelać do Niemców i bolszewików,

nie do polskich oficerów – powiedział z hamowaną pasją.

– Myliłem się... Teraz już mogę tylko...

–  Gówno!  Przestań  pieprzyć  o  honorze!  Stoimy  właśnie  w  obliczu  zagłady.

Żaden  naród  w  czasach  nowożytnych  nie  był  tak  zagrożony  jak  my  teraz.  Ci

dwaj, jeden na zachodzie, drugi na wschodzie, to nie wodzowie naczelni, to nie

ludzie,  tylko  bestie!  A  ich  armie  to  nie  wojsko,  to  cyborgi  uzbrojone

w najnowocześniejsze aparaty do masowej zbrodni. Jeżeli będzie wojna,  będzie

to ludobójstwo, zagłada, likwidacja naszego narodu...

– Co więc mamy czynić? – zapytał generał

– Podpisać układ z Niemcami! – rzucił słowa jak kamienie pułkownik.

– Układ z Niemcami ? Układ z Hitlerem?!

– Taak, nie sojusz, tylko układ... Lecimy do Warszawy, powstała Wojskowa

Patriotyczna Rada Realna, przejmujemy władzę...

– Co damy Niemcom? – pytał ciągle zdumiony generał.

– To, co będziemy musieli zamiast milionów istnień ludzkich.

– Kto to powie narodowi?

– Nowy prezydent...

– Nowy prezydent? Jaki? Skąd nowy prezydent?

– Nie wiem... Szukamy takiego, mamy już namiar...

Generał patrzył przez okno. Na koszarowych placach panował bezruch i było

pusto, nic nie zdradzało zbliżającej się katastrofy.

Dwie  godziny  później  z  lotniska  w  Wilnie  wystartował  wojskowy  samolot,

background image

przyjmując  kurs  na  Warszawę.  W  fotelach  siedziało  dwóch  oficerów  i  cywil,

panowało milczenie.

Generał  Orlicz  Orliński  był  rzecznikiem  sojuszu  z  Sowietami.  Forsował

teorię,  że  ratunkiem  dla  Polski  wobec  oczywistego  zagrożenia  przez  Hitlera  jest

otworzenie  granicy  dla  wojsk  sowieckich,  które  wspólnie  z  armią  polską

powinny  stawić  skuteczny  opór  hitlerowskiej  machinie  wojennej  już  na  Śląsku

i Pomorzu, nie dopuszczając Niemców do Warszawy. Atak aliantów na Rzeszę

wzdłuż 

granicy 

francuskiej 

miał 

odciążyć 

polsko-sowiecką 

obronę

Rzeczypospolitej i zakończyć krótką wojnę.

To  przede  wszystkim  generał  Orlicz,  nie  wiedząc  o  tajnym  paktowaniu

dyplomacji hitlerowskiej z Sowietami i powołując się na honor, przyczynił się do

polityki  bez  ustępstw  wobec  Hitlera.  Gdy  więc  forsujący  zupełnie  inną

koncepcję wojny wysoki oficer polskiego wywiadu, pułkownik Ryszard Żagwa

Romanowski,  przedstawił  generałowi  komisarza  Kwiejewa,  a  ten  okazał

dokumenty  niezwykłej  wagi  przywiezione  z  Moskwy,  generał,  kierując  się

poczuciem odpowiedzialności i honorem, wybrał jedyne możliwe w jego pojęciu

zachowanie polskiego oficera w obliczu tak fatalnego błędu...

Misja  komisarza  Sergieja  była  tak  złożona  jak  dzieje  i  sytuacja  jego  polskiej

ojczyzny  na  Kresach  Wschodnich.  Ksawery  Bińczycki,  syn  Stefana

Bińczyckiego,  ziemianin  na  Bińczycach,  trafił  do  Moskwy  w  roku  1920.

Wówczas  to  bowiem  oddział  czerwonoarmistów  najechał  na  majątek

w  Bińczycach.  W  starciu  z  bolszewikami  zginął  syn  fornala  ze  dworu  Sergiusz

Kwieja, rówieśnik młodego panicza Aleksandra Bińczyckiego.

Gdy  sowieci  pędzili  do  niewoli  jeńców,  a  wśród  nich  młodego  dziedzica,

stary  Kwieja  poszedł  za  nimi.  Dał  butelkę  wódki  bolszewikom  i  chciał

wyciągnąć  z  opresji  chłopca,  co  się  nie  powiodło.  Jednak  fornalowi  udało  się

wcisnąć  do  paniczowskiej  kieszeni  dokumenty  zabitego  syna  –  dworskiego

robotnika.

W  łagrze  wyjątkowo  zdolnym  „parobkiem”  z  dworskich  czworaków

zainteresował  się  odpowiedzialny  za  „resocjalizację”  komisarz  i  młody

„komunista” trafił na specjalny kurs do Kijowa, a potem do Moskwy.

Spotkał go tam bliski współpracownik Dzierżyńskiego, który przed kilku laty

przebywał w Bińczycach. Czekista potwierdził, że to faktycznie syn fornala, bo

background image

zapamiętał takiego właśnie chłopca.

Chłopak  znał  doskonale  wioskę,  pana  i  panią,  przypomniał  sobie  także

czekistę  i  jego  dwóch  towarzyszy.  Ksawery  Bińczycki,  czyli  Sergiusz  Kwieja,

został  zatem  Sergiejem  Kwiejewem  i  z  protekcji  czołowego  funkcjonariusza

Narodnyjego  Komisariatu  Wnutriennych  Dieł  przewidziano  go  na  stanowisko

wysokiego  komisarza  nadzoru  politycznego  ziemi  wileńskiej.  Młody  zdolny

politruk  zorientował  się  szybko,  w  czym  rzecz,  i  nurzał  swe  szlacheckie  ręce

w  krwi  towarzyszy  NKWD-zistów  coraz  głębiej.  Wykrywał  wciąż  nowe  ich

błędy,  odstępstwa  od  linii  partii  i  sprzeniewierzenia  komunistycznym  ideom.

Został  prokuratorem...  Rzędem  szli  pod  plutony  egzekucyjne  i  do  łagrów  jego

podwładni,  podsądni,  przyjaciele  i  koledzy.  Sława  wielkiego  rewolucjonisty

dotarła do wodza narodów.

Sergiej  Kwiejew  znalazł  się  na  Kremlu.  Poleciało  kilka  głów  z  bardzo

wysokich  szczebli.  Synowi  wyzyskiwanego  fornala  z  pańskiego  majątku

w  Polsce  powierzono  –  z  wielką  ufnością  w  jego  oddanie  sprawie  sowieckiej

rewolucji  –  tajną  tekę  spisku  sowiecko-hitlerowskiego  przeciwko  bękartowi

traktatu  wersalskiego,  jak  nazywano  wówczas  Polskę.  W  roku  1937  Sergiej

Kwiejew  miał  znamienny  udział  w  masakrze  kadry  oficerskiej  ZSRR.  On  to

podsunął Stalinowi niektóre hipotezy zdrady marszałków i generałów. On to, nie

zapominając Tuchaczewskiemu jego wycieczki nad Wisłę w roku 1920, szepnął

szukającym  atrakcyjnej  sprawy  prokuratorom  słówko  o  perfidnej  zdradzie

marszałka.  On  to  z  wysokiego  szczebla  podłożył  tu  i  tam  do  akt  tego  i  owego

wysokiego  oficera  papierek,  który  w  szczęśliwym  kraju  budującym  komunizm

mógł zaowocować tylko wyrokiem śmierci.

Sergiej  Kwiejew,  poznawszy  kanon  filozofii  bezpieczeństwa  w  zwycięskim

kraju  rad,  stosował  go  z  wielkim  zapałem...  Jeżeli  wśród  tysiąca  pewnych  jest

jeden  towarzysz  niepewny,  dla  pewności  należy  skazać  cały  tysiąc.  Wróg  nie

może przetrwać.

Stalinowi do zastraszania komisarzy potrzebna była prawda, że dowódcy też

zdradzają.  Każdy  wysoki  działacz  partyjny  czy  urzędnik  komunistycznego

państwa  był  świadom  tego,  że  jeżeli  wytoczą  mu  proces,  to  się  przyzna  do

wszystkiego,  co  będzie  wyszczególnione  w  akcie  oskarżenia.  Drżeli  wiec

dostojnicy  partyjni  i  wysocy  oficerowie  przed  generalissimusem.  Porządek

background image

w kraju rad był niezagrożony.

Stalin  na  naradach  pykał  z  fajki  i  patrząc  w  przestrzeń,  mówił  spokojnie  na

przykład  o  tym,  że  na  Białorusi  chłopi  są  butni  i  panoszy  się  kułactwo.  Takie

wsie  trzeba  oczyścić  –  stwierdzał.  Odpowiedzialni  ludzie  pytali  wówczas,  co

należy zrobić z chłopskimi rodzinami. Wódz narodów marszczył nos lub machał

połową  dłoni  i  odpowiedzialni  ludzie  nie  pytali  już  o  nic  więcej.  W  lasach

ogradzano olbrzymie przestrzenie i kopano długie, szerokie doły.

Na  podobne  spotkania  z  wodzem  wzywany  był  też  kilkakrotnie  prokurator

ludowy  Sergiej  Kwiejew.  Stalin  palił  fajkę  i  patrzył  w  przestrzeń,  mówił  mało,

trzeba  było  zgadywać  jego  myśli  i  wypowiadać  je  głośno,  a  on  jedynie  kiwał

aprobująco  głową.  Lub  nie  kiwał  i  wtedy  robiło  się  strasznie.  Chodziło  o  to,  że

Związkowi  Radzieckiemu  w  imię  nieśmiertelnych  idei  wielkiego  Lenina,  dla

zwycięstwa proletariackiej rewolucji, potrzebne były ziemie położone na zachód

od  granic  ZSRR.  Hitler  zaś  był  wielkim  wodzem  i  wracał  do  wspólnej  polityki

ze  Związkiem  Radzieckim.  Za  wszelką  cenę  należało  pozyskać  więc  jego

szczerą  przyjaźń.  Tylko  bowiem  przy  pomocy  Hitlera  Związek  Radziecki  mógł

opanować  i  włączyć  do  swojego  terytorium  ziemie  polskie  aż  do  Wisły.

Komisarze zgadywali myśli wodza... Rozmowy z Anglikami i Francuzami trzeba

kontynuować,  trzeba  godzić  się  na  ich  warunki  i  obiecywać...  Ani  Anglicy,  ani

Francuzi  nie  dadzą  Związkowi  Radzieckiemu  ziem,  na  których  mieszkają

Polacy.  ZSRR  i  Rzesza  Niemiecka  pracują  wspólnie  nad  rozbiorem  Polski,

wszystko  inne  to  tylko  dyplomacja.  Rozbiór  ten  będzie  przeprowadzony

w  drodze  krótkiej  wojny.  Na  zachodzie  niemiecko-polskiej,  a  na  wschodzie

radziecko-polskiej.  Polacy  są  butni,  inteligencja  patriotyczna,  kadra  oficerska,

policja, urzędnicy...

Wódz  narodów  marszczył  nos  i  machał  czterema  palcami  lewej  ręki,

w  prawej  trzymał  fajkę...  No  i  zaczęły  się  przygotowania.  Sergiej  Kwiejew  był

w samym ich centrum. Jego współpracownicy obliczyli, że w pierwszym etapie

trzeba  zapewnić  obozy  dla  trzydziestu  tysięcy  oficerów,  urzędników,  księży

i  różnego  rodzaju  przedsiębiorców.  Na  taką  liczbę  ludzi  należało  też  wykopać

doły, a w łagrach przewidzieć miejsca dla dwóch milionów Polaków, mężczyzn,

kobiet, dzieci...

W  dokumentach  dotyczących  przygotowań  do  gigantycznej  zbrodni

background image

powtarzały  się  nazwy  miejscowości:  Ostaszkowo,  Kozielsk,  Starobielsk,  Katyń.

Wynajdowano i przygotowywano tereny, klasztory, obozy. Do Moskwy na tajne

narady zaczęli przyjeżdżać coraz bliżsi współpracownicy Hitlera.

Gdy  28  kwietnia  1939  roku  Führer  wypowiedział  układ  z  Polską

o niestosowaniu przemocy oraz układ morski z Wielką Brytanią, a 3 maja Stalin

zdymisjonował  na  życzenie  Hitlera  Litwinowa,  który  był  Żydem,  i  powierzył

stanowisko  ministra  spraw  zagranicznych  Wiaczesławowi  Mołotowowi,  Sergiej

Kwiejew wiedział, że godzina zero nadeszła.

Wielkiego  zwrotu  należało  dokonać  właśnie  teraz.  Poszedł  w  ruch  aparat

fotograficzny.  Nocą  w  zaciemnionym  gabinecie  komisarza  i  prokuratora

trzaskała  migawka.  Dokumenty  zaplanowanych  masowych  morderstw  zaczęły

odkładać  się  długim  wężem  na  czarnych  taśmach  negatywów.  W  sejfie

wielkiego  NKWD-zisty  przybywało  rolek  ze  sprawami  wielkiej  wagi.

Sporządzone przez Kwiejewa dossier dawało pełny obraz moralności politycznej

i  „zamiarów  pokojowych”  kraju  zwycięskiego  socjalizmu.  Z  lakonicznych

opisów  i  cyfr  dotyczących  likwidowania  opornych  wsi  w  Rosji  i  na  Białorusi,

burzenia  cerkwi  i  kościołów,  unicestwiania  duchowieństwa,  kupców,

przemysłowców  i  inteligencji  rysował  się  obraz  grożącej  także  Polsce

apokalipsy.

W  lipcu  1939  roku  dyplomacje  Hitlera  i  Stalina  ustaliły  termin  podpisania

paktu  Ribbentrop-Mołotow  na  dzień  23  sierpnia.  Datę  zbrojnego  napadu  na

Polskę armii hitlerowskiej wyznaczono na 26 sierpnia, agresję Armii Czerwonej

od wschodu sojusznicy przewidzieli we wrześniu. Ze strony sowieckiej układy te

były bez alternatywy, ze strony Hitlera zaś w absolutnej tajemnicy uzależniono je

od  powodzenia  lub  niepowodzenia  pokojowych  rozmów  z  Polską.

„Pokojowych”  –  to  znaczy  od  wspólnej  agresji  Niemiec  i  Polski  na  sowiecką

Rosję. Decyzja zależała od Polski.

Dziesiątego  lipca  1939  roku  w  daczy  Kwiejewa  pod  Moskwą  nastąpił

wybuch,  a  potem  pożar  w  którym  spłonęło  wszystko.  „Zginął”  gospodarz

i  trzech  jego  bliskich  współpracowników  z  NKWD.  Poszlaki  wskazywały  na

zamach,  w  którym  chodziło  o  pozbycie  się  konkurentów  do  najwyższych

stanowisk  tworzonych  w  związku  z  przewidzianą  wojną.  Znaleziono  notatki

Kwiejewa.  Ich  zawartość  wystarczyła  do  oskarżenia  i  stracenia  kilku  kolejnych

background image

krwawych dygnitarzy. Stalin i Beria znowu odnieśli sukces, wykrywając kolejne

spiski. Przeprowadzono jeszcze jedną czystkę.

Dwunastego  lipca  samolot  z  Moskwy  do  Bukaresztu  zabrał  grupę

zachodnioeuropejskich  przemysłowców.  Żydowski  kupiec  oferujący  maszyny

poligraficzne dla prasy partyjnej w Moskwie odleciał bez przeszkód. W Rumunii

przesiadł  się  na  samolot  do  Warszawy,  a  stamtąd  nocnym  pociągiem  przyjechał

do Wilna.

W Moskwie tego dnia sztandary przewiązane były czarną krepą, odbywał się

pogrzeb  zwęglonego  do  niepoznania  Sergiusza  Kwiejewa  i  trzech  jego

towarzyszy.

Sergiusz  Kwiejew,  czyli  hrabia  Bińczycki,  był  w  tym  czasie  szpiegiem

wyjątkowym,  on  to  bowiem  zgłębił  wszystkie  tajniki  niezwykle  zagmatwanej

sytuacji  politycznej  we  wzajemnych  stosunkach  Polski,  Niemiec,  Rosji,  Anglii

i Francji.

Jako nieliczny widział jak na dłoni pozbawione nawet najmniejszych śladów

honorowego  postępowania  zamiary  czterech  potęg  i  pełne  solidarności,

uczciwości i odpowiedzialności zamierzenia kraju najsłabszego, jego ojczyzny.

Polskę  i  Wielką  Brytanię  obowiązywały  umowy  z  31  marca  1939  roku

z  enigmatycznymi  jednostronnymi  gwarancjami  brytyjskimi.  I  oto  odbywał  się

wyścig, kto z kim teraz podpisze traktat pokojowy, to znaczy: kto z kim podpisze

pakt  o  wspólnej  agresji  oraz  przeciwko  komu  ta  agresja  będzie  skierowana.

Hrabia  Bińczycki,  jako  bolszewik  przez  dwadzieścia  lat  sprawujący  urząd

komisarza komisarzy, aż do bólu był świadomy tego, że właśnie ta słaba Polska

w  tej  chwili  ma  swoje  pięć  minut,  być  może  w  całej  jej  historii  jedyne.  I  że  to

Polsce  właśnie  teraz  przyszło  decydować  o  losach  nowożytnego  świata  –  bo

z kim w tej dziejowej chwili Polska się zwiąże, ten zwycięży.

Hitler w pierwszym etapie wojny błyskawicznej zamierzał uderzyć na Anglię

i  Francję,  więc  niezbędny  był  mu  sojusznik  chroniący  terytorium  niemieckie

przed  uderzeniem  Sowietów  ze  wschodu.  Takim  sojusznikiem  w  oczywisty

sposób  mogła  być  Polska.  Ponadto  Führerowi  w  dalszej  kampanii  na  Moskwę

marzyło  się  pięćdziesiąt  dywizji  świetnego  polskiego  wojska,  co  dawało  niemal

pewne  zwycięstwo  w  wojnie  ze  Stalinem.  Więc  w  tej  właśnie  chwili  to  nie

Polska  Niemcom  składała  pokojowe  oferty,  lecz  Polsce  Niemcy,  gdyż  w  tej

background image

makrowojennej  sytuacji  sprawa  Gdańska  i  korytarza  była  po  prostu  marginalna.

Oferty  sojuszu  składały  też  Polsce  z  nieuczciwymi  intencjami  Anglia  i  Francja,

którym chodziło o to, aby Polska, nie bratając się z Niemcami, przyjęła na siebie

pierwsze  uderzenie  ich  potęgi,  po  bohatersku  zasłaniając  możnych  sojuszników

swoim  ciałem.  No  i  wreszcie  sowiecka  Rosja,  planując  uderzenie  na  Polskę

i  wymordowanie  jej  elit,  chętnie  najpierw  wraz  z  Polską  uderzyłaby  na  Niemcy

lub  co  najmniej  chciałaby  się  odgrodzić  Polską  od  agresywnego  Hitlera.

W każdym razie także dyplomacja sowiecka tak jak pozostałe potęgi europejskie

pilnie zabiegała o pakt pokojowy z Polską.

Hrabia  wiedział,  że  w  najbliższych  dniach,  w  lipcu  i  sierpniu,  zostaną

podpisane 

być 

może 

najbardziej 

doniosłe 

dokumenty 

polityczne

w dotychczasowej historii świata: kto z kim i przeciwko komu w Europie rozpęta

najstraszliwszą wojnę w dziejach, jaką można sobie wyobrazić. Liczyły się dni...

Hrabia  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  jeżeli  Warszawa  podpisze  pakt  z  Anglią

i Francją, to na Polskę uderzą Niemcy, a zaraz potem Rosja – i że Polska zamieni

się wtedy w wielką zbiorową mogiłę, a następnie zostanie unicestwiona i zniknie

z mapy świata... Jeżeli Warszawa podpisze pakt z Niemcami, Niemcy uderzą na

Rosję,  więc  Polskę  w  pewien  sposób  rozdepcze  przemarsz  ich  wojsk  na

Moskwę, uszkodzi butem tam i tu polską ziemię i polską wolność, ale Polski nie

spali  i  nie  zniszczy.  Liczyły  się  dni  i  godziny.  Czy  jednemu  człowiekowi,

szpiegowi, który działał samotnie, uda się powstrzymać kataklizm? Czy w Polsce

wśród  rządzących  znajdzie  się  odpowiednio  silny  człowiek,  który  waży  się

zdradzić  wyrachowanych  i  możnych,  nieuczciwych  sojuszników,  odważy  się

krzyknąć, że fatamorgana, że nie ma oazy pod zwodniczymi palmami? Czy uda

się zawrócić legiony znad przepaści?

Pułkownik  Ryszard  Przewrot  Żagwa  Romanowski  miał  życiorys  mniej

romantyczny.  Jego  matka  była  pokojówką  w  Bińczycach,  ojciec  zaś  nieznany,

chociaż  staranne  wykształcenie,  jakie  otrzymał  chłopiec,  wskazywało  na

przyzwoitego  opiekuna,  za  którym  krył  się  być  może  rodzic.  Były  to  jednak

czasy,  gdy  bękartowi  żyło  się  trudno.  Doznawane  upokorzenia  i  zniewagi,

z którymi Ryszard spotykał się w szkole, w bursie, na przyjęciach i balach oraz

w  pułku,  miały  znaczny  wpływ  na  kształtowanie  się  jego  osobowości.

Spotykając się z pogardą, odpłacał pogardą. Wcześnie też odkrył, że za wielkimi

background image

słowami  często  kryje  się  małość  ludzi  i  spraw:  za  nabożeństwem  obłuda,  za

orderem  tchórzostwo  i  prywata,  za  przysięgą  wierności  zdrada.  Odrzucając

wszelkie  pozory,  ten  młody  oficer  robił  wrażenie  chłodnego  cynika.  Jego

wyjątkowa  przyzwoitość  i  bezpośredniość  zdawały  się  zaprzeczać  cechom

dobrego  szpiega.  Oficer  ten  po  wojnie  bolszewickiej  wykrył  kilka  niezależnych

siatek  sowieckiego  wywiadu  w  warszawskich  i  wileńskich  środowiskach

inteligenckich.  On  to  ujawnił,  idąc  tropem  radziecko--niemieckiego  układu

w  Rapallo,  tajną  umowę  między  Reichswehrą  i  Armią  Czerwoną  o  dostawach

broni  i  wysokich  kredytach  na  rozwój  sowieckiego  przemysłu  zbrojeniowego

oraz utworzeniu poligonów gazowych Reichswehry nad Wołgą i Kamą.  Młody

porucznik wywiadu już wtedy był znakomitym specjalistą do spraw Rosji.

W  roku  1926  porucznik  Romanowski  wykrył  tajne  szczegóły  traktatu

o  przyjaźni  i  współpracy,  podpisanego  w  Berlinie  24  kwietnia  między  Rzeszą

i  ZSRR.  W  latach  1931  –  1932  na  długo  przed  Zjazdem  Komunistycznej  Partii

Polski  w  Mohylewie  wówczas  już  kapitan  Romanowski  ujawnił  działania  tej

partii jako agentury sowieckiej, zmierzającej do oderwania Kresów Wschodnich

od  Polski  na  rzecz  ZSRR.  W  maju  1938  major  Romanowski,  idąc  w  ślad  za

oświadczeniem  Władimira  Potiomkina,  że  dla  dalszego  rozwoju  ZSRR

nieodzowny  jest  czwarty  rozbiór  Polski,  odkrył  wiele  poufnych  działań  Stalina,

które  zmierzały  do  wojny  z  Rzecząpospolitą.  Rola  majora  w  wielu  szczegółach

prowokacji  Gestapo  przeciw  kadrze  oficerskiej  ZSRR  w  1937  roku  nie  była

znana  nikomu.  Autentyczni  mistrzowie  szpiegowskiego  rzemiosła  największe

tajemnice  życia  zabierają  do  grobu.  Nie  można  jednak  powiedzieć,  że  Ryszard

Przewrot  Żagwa  Romanowski  obsesyjnie  nienawidził  Sowietów.  As  wywiadu

takiego  formatu  traktuje  przeciwnika  jak  profesjonalny  oficer  straży  ogniowej

pożar.  Żadnych  emocji,  żadnych  odruchów  zemsty  na  płomieniach  za  to,  że

pochłonęły najbliższych.

Polska dyplomacja prowadziła działalność w sposób honorowy i kryształowo

czysty.  Zdymisjonowany  przez  Wojskową  Patriotyczną  Radę  Realną  minister

spraw  zagranicznych,  ponad  wszystko  wynosząc  honor,  odpowiadał  na

wszystkie  żądania  niemieckie  –  nie!  Podobnie  mówił  Rosjanom,  gdy

proponowali  pakt  przeciwko  Niemcom.  Polityka  obydwu  mocarstw  była

zdecydowanie  zakłamana  i  przebiegła,  dla  Polaków  zaś  niezbywalną  wartość

background image

miał  honor.  Polska  dyplomacja  była  zdecydowanie  uczciwa,  nie  chciała  bratać

narodu  i  państwa  ani  z  hitlerowcami,  ani  z  bolszewikami.  Słowem:  taka,  która

nie  miała  tajemnic...  Romanowski  miał  tajemnice.  Wiedział,  że  Niemcy

niezależnie  od  podpisanego  traktatu  w  Rapallo  paktują  przeciwko  Rosji  oraz  że

Sowieci układają się z Republiką Weimarską, a później z Hitlerem, prowokując

jednocześnie  rozruchy  robotnicze  w  Berlinie.  Uważał,  że  w  polityce

niezbywalna  jest  jedynie  przebiegłość.  Niepokój  graniczący  z  bezsilną  rozpaczą

ogarniał  tego  bystrego  polityka  i  szpiega  wobec  ignorowania  w  polsko-

brytyjskich rozmowach niebezpieczeństwa zagrażającego Polsce ze wschodu...

Żelaznym  punktem  Hitlera  w  naczelnych  planach  strategicznych  była  wojna

z  Rosją.  Ale  Niemcy  z  Rosją  nie  graniczyły.  Aby  więc  do  wojny  doszło,

należało  ten  stan  rzeczy  zmienić.  Jeszcze  w  lutym  i  marcu  1939  roku  Hitler

wyrażał  się  o  Polakach  i  Polsce  bardzo  dobrze,  Piłsudskiego  cenił  niemal  jak

idola-wodza.  W  dyskusji  o  siłach  militarnych  w  ówczesnej  Europie  powiedział:

„Dajcie  mi  polską  piechotę,  ja  jej  dam  niemieckie  czołgi  i  zdobędę  świat”.

W  ówczesnej  równowadze  sił  w  Europie  Polska  stanowiła  kamyczek,  który

mógł przeważyć szalę.

Dygnitarze niemieccy przyjeżdżali do Polski, by w kniejach Polesia polować

na  grubego  zwierza.  Wieczorami  w  leśniczówkach  i  oficjalnych  gabinetach

toczyły  się  polityczne  rozmowy.  Polskiemu  ministrowi  spraw  zagranicznych

niemieccy dyplomaci drogą oficjalną i nieoficjalną podsuwali wciąż nowe teksty

pokojowych  porozumień  i  paktów.  Niemcy  upierali  się  przy  swoich  żądaniach

wyłączności  praw  do  Wolnego  Miasta  Gdańska  i  szerokiego  korytarza  do  Prus

Wschodnich, ale Niemcy wojny z Polską nie chciały. Czy im naprawdę chodziło

o  Gdańsk  i  komunikacyjny  korytarz?  Hitler  planował  wojnę  z  Rosją,  a  z  Rosją

jego  kraj  nie  graniczył.  Z  Rosją  graniczyła  Polska,  granicząc  jednocześnie

z Niemcami...

Jednak  gdy  paliło  się  na  wschodzie,  polski  minister  spraw  zagranicznych

pojechał  do  Londynu  prosić  o  gwarancje  pokoju  na  zachodzie...  Pokoju

z  Niemcami,  tak  jakby  w  ogóle  nie  było  zagrożenia  ze  strony  Rosji.  Gdy  więc

w Wilnie zjawił się hrabia Bińczycki, czyli Sergiej Kwiejew, i dowiódł, że wojna

niezależnie  od  brytyjskich  gwarancji  pokoju  bez  pokrycia  nastąpi  i  że  będzie  to

wojna  na  dwóch  frontach,  przynajmniej  część  polskich  polityków  i  dowódców

background image

przebudziła się z tragicznego w skutkach letargu.

Hitler  do  realizacji  swoich  planów  potrzebował  Polski  jako  sojusznika,  jako

sprzymierzeńca.  Lub  niewolnika.  Jako  kraju  formalnie  wolnego  lub  jako  kraju

podbitego i uciemiężonego. I należy to jeszcze raz powtórzyć: wybór tego, jakim

ten kraj chciał być, należał do Polski.

***

Ryszard  Przewrot  Żagwa  Romanowski  późne  dzieciństwo  i  wczesną  młodość

spędził w Wilnie i Bieńczycach. Tu i tam szeptano wówczas, że jest on bliskim

kuzynem 

lub 

być 

może 

nawet 

bratem 

Ksawerego 

Bińczyckiego.

Zainteresowanie  Ryszarda  Rosją  sowiecką  miało  początek  już  w  dzieciństwie,

a jego wybuch nastąpił po uprowadzeniu Ksawerego przez bolszewików.

Przez  wiele  lat  Romanowski  jako  wywiadowca  śledził  losy  Sergieja

Kwiejewa, oczekując jakiegoś sygnału, żaden sygnał jednak nie nadchodził.

W  roku  1931  przyszła  pierwsza  tajemnicza  kartka  ze  Stambułu,  którą

Ryszard  Romanowski  powiązał  z  Moskwą.  W  1937  roku  przez  dyplomację

turecką  otrzymał  wiadomość,  że  kuzyn  odezwie  się  tylko  wtedy,  gdy  będzie  to

absolutnie  konieczne.  Bardziej  owocnych  kontaktów  polski  as  wywiadu

z  wysokim  funkcjonariuszem  NKWD  nawiązać  nie  zdołał.  Gdy  więc  w  lipcu

1939  roku  zjawił  się  bez  zapowiedzi  w  jego  mieszkaniu  w  Wilnie  żydowski

kupiec  z  Rumunii,  w  którym  pułkownik  bez  trudu  rozpoznał  Ksawerego

Bińczyckiego,  na  kilka  sekund  odebrało  mowę  nawet  człowiekowi  tak

odpornemu  na  emocje  i  stresy  jak  pułkownik  Romanowski.  Dalej  sprawy

potoczyły  się  szybko.  Po  spotkaniu  grupy  oficerów  z  prezydentem

Rzeczypospolitej  w  Warszawie  i  potwierdzeniu  przypuszczeń,  że  prezydent

i  rząd  nie  ustąpią  w  kwestii  utrzymania  za  wszelką  cenę  sojuszu  z  Anglią

i  Francją,  a  w  konsekwencji  wywołają  wojnę  z  Niemcami,  do  Berlina  udała  się

tajna  separatystyczna  delegacja  wojskowa.  Dała  ona  dyplomacji  niemieckiej

pozytywną  odpowiedź  na  pokojowe  propozycje  Niemiec  i  zgodę  na  niemieckie

warunki dotyczące Gdańska oraz autostrady do Prus Wschodnich. Niemcy do 1

listopada  wstrzymały  w  zamian  za  to  przygotowania  do  ataku  na  Polskę

i zawiesiły podpisanie gotowego już paktu Ribbentrop-Mołotow.

background image

G

ROZDZIAŁ IV

dy  pułkownik  Romanowski  przeanalizował  wieści  przywiezione

z  Moskwy  przez  hrabiego  Bińczyckiego  i  okazało  się,  że  zarówno

prezydent, jak i rząd nie dopuszczają możliwości porozumienia Polski

z  Niemcami,  sytuacja  stała  się  krytyczna.  Nie  było  opatrznościowego  polityka,

który  mógłby  przejąć  władzę.  Nagłe  więc  zapadnięcie  się  Tatr  lub  wyschnięcie

Morza  Bałtyckiego  nie  wprawiłoby  ścisłego  kierownictwa  Wojskowej

Patriotycznej Rady Realnej w większy wstrząs i zdumienie niż informacja szefa

Urzędu Śledczego na pospiesznie zwołanym spotkaniu tej rady.

–  Panie  pułkowniku,  panowie  oficerowie,  Wysoka  Rado.  Odpowiednie

organy  Rzeczypospolitej  ujęły  autentycznych  zabójców  tego  nieszczęsnego

Boczka  z  Łyskowa...  Sprawa  jest  skomplikowana.  Mimo  dowodów,  jakie

zebraliśmy  w  śledztwie  przeciwko  byłemu  premierowi  Nikodemowi  Dyzmie,

stwierdzono  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  ten  mąż  stanu  z  dokonanym

zabójstwem nie miał nic wspólnego. Przekazuję tę wiadomość Wysokiej Radzie,

zanim  dostanie  się  do  prasy.  Państwo  jest  zagrożone!  Zbliża  się  wojna!  Nim

wystąpię do sądu z nowymi dowodami, przekazuję wieści najwyższym władzom

w państwie.

Sprawa  istotnie  była  skomplikowana...  Ale  kim  był  naprawdę  Nikodem

Dyzma?  Trudno  znaleźć  w  Polsce,  od  Bałtyku  do  Tatr,  człowieka,  który  nie

słyszał tego nazwiska. Stało się ono popularne, gdy ten znany tylko w pewnych

kręgach  Dyzma  otrzymał  nominację  na  premiera  z  misją  powołania  nowego

rządu. I chociaż początkowo odmówił, później się tego zadania podjął.

Ludzie  ze  sfer  rządowych  w  Warszawie  wiedzieli  jeszcze  to,  że  przedtem

niejaki  Nikodem  Dyzma  na  karkołomnych  zasadach  powołał  Polski  Bank

Zbożowy  i  prezesował  mu,  skupując  od  rolników  tysiące  ton  pszenicy,

jęczmienia  i  owsa.  Okazało  się  to  genialnym  posunięciem  ekonomicznym,

przynosząc  Dyzmie  sławę  człowieka,  który  jako  nieliczny  przeciwstawił  się

skutecznie ogarniającemu kraj kryzysowi ekonomicznemu.

Gdy  wydawało  się,  że  Nikodem  Dyzma  jest  pierwszą  personą  w  Polsce

background image

i może wszystko, gdy najwyżsi krajowi dygnitarze tłoczyli się wokół niego, aby

łaskawie  kiwnął  palcem  i  uczynił  z  nich  ministrów,  gdy  po  ślubie  z  piękną

młodą 

ziemianką, 

hrabiną 

Niną, 

stał 

się 

właścicielem 

jednego

z najwspanialszych polskich majątków ziemskich, został nagle aresztowany pod

zarzutem zorganizowania i opłacenia pospolitego morderstwa...

Fakt  ten  sprowadził  na  kraj  szok  tak  wielki,  że  upadł  organizujący  się

gabinet, katastrofalnie spadła złotówka na giełdzie, a tu i tam wybuchły rozruchy

uliczne.

Opozycja podniosła wrzawę, że to zakamuflowany zamach stanu, komuniści

wyszli  z  czerwonymi  sztandarami  na  place  zebrań.  Bo  przecież  w  nękanej

kryzysami  Polsce  objawił  się  mocny  człowiek,  zbawca  ojczyzny,  genialny

polityk  i  ekonomista,  a  ciemne,  bliżej  nieokreślone  siły  postanowiły  go

zniszczyć,  nie  dopuszczając  w  ten  sposób  do  rozkwitu  niezależnej

Rzeczypospolitej.

Nie tylko w brukowych gazetach, ale także w opiniotwórczych zaroiło się od

sugestii  i  dociekań  na  temat  tego,  jakie  agentury  stoją  za  usunięciem  z  areny

politycznej  wybitnego  człowieka,  który  podjął  się  dzieła  i  mógł  uratować

państwo od dalszego chaosu i upadku...

Dramat  dokonał  się  w  Koborowie,  w  majątku  ziemskim,  wielkim  niczym

niezależne  rolniczo-przemysłowe  imperium.  W  niedzielny  poranek  Nikodem

Dyzma  wypoczywał  tam  przed  jutrzejszym  wyjazdem  do  Warszawy,  gdzie

formował nowy rząd Polski.

Piorun  z  jasnego  nieba  zamieniający  w  ognisty  krąg  staw  w  Koborowie  nie

byłby  tak  niespodziewany  w  owo  letnie  przedpołudnie  niż  kawalkada  czarnych

limuzyn,  która  pojawiła  się  przed  pałacem  w  wielkim  majątku...  Potem  sprawy

pobiegły  jak  wystrzały  z  broni  maszynowej...  Aresztowania  dokonał  zastępca

głównego  komendanta  policji,  ten  sam,  który  objął  stanowisko  niespełna  przed

rokiem z protekcji właśnie prezesa Nikodema Dyzmy...

Jakie  były  kulisy  tego  aresztowania  –  dokładnie  nie  wie  nikt.  Osłupiałemu

Dyzmie  przedstawiono  zarzut  wynajęcia  morderców  niejakiego  Józefa  Boczka,

jego byłego przełożonego w urzędzie pocztowym w Łyskowie, skąd późniejszy

boss  Dyzma  pochodził  i  gdzie  przez  wiele  lat  był  zatrudniony,  co  jak  niezbicie

udowodniono w śledztwie, skrzętnie i skutecznie ukrył przed wszystkimi.

background image

W  niezwykłej  tej  sprawie  wszelkie  ślady  wiodły  do  Jana  Terkowskiego,

byłego  dyrektora  gabinetu  prezesa  Rady  Ministrów  –  oraz  talerzyka  z  sałatką,

który  dyrektor  Terkowski  nieopatrznie  wytrącił  z  rąk  na  rządowym  raucie

głodnemu  jak  wilk  ulicznemu  przybłędzie,  branemu  pomyłkowo  za  dygnitarza,

Nikodemowi Dyzmie.

Terkowski  nie  pełnił  samodzielnego  rządowego  stanowiska,  jednak  uważał,

że  stały  dostęp  do  premiera  czyni  go  ważniejszym  od  sekretarzy  stanu,  za  co  ci

szczerze  go  nienawidzili.  On  niewiele  sobie  z  tego  robił,  lecz  w  odwecie

utrudniał  temu  i  tamtemu  kontakty  z  szefem  rządu  i  skutecznie  przeszkadzał

w karierze.

Kiedy  więc  w  dolnych  salonach  restauracji  Hotelu  Europejskiego  talerzyk

z sałatką Dyzmy roztrzaskał się o posadzkę, a winny temu Terkowski jakby tego

nie  zauważył,  Dyzma  przywołał  go  do  porządku  w  sposób,  jaki  na  rządowych

rautach  zaiste  do  tej  pory  nie  był  praktykowany.  Zdezorientowany  Terkowski

przeprosił Nikodema Dyzmę, a wszyscy obecni wówczas ministrowie przekonali

się  na  własne  oczy,  że  z  tym  gabinetowym  bufonem  Terkowskim  można  sobie

jednak poradzić.

Rzecz  w  tym,  że  na  przyjęciu  wszyscy  wiedzieli,  kim  był  Terkowski,  nikt

jednak nie wiedział, kim był Nikodem Dyzma. Ale czy całkowicie? Otóż nie, bo

każdy  już  się  mógł  przekonać,  że  Dyzma  to  ktoś,  kto  nie  bał  się  zwymyślać

Terkowskiego,  a  potem  do  pułkownika  Waredy  wypowiedział  słynne  słowa,

które obiegły Warszawę: „Terkowski to głupstwo, szkoda tylko sałatki”.

Podobno  w  działaniu  najważniejsze  jest  to,  żeby  w  odpowiedniej  chwili

znajdować się w odpowiednim miejscu. Nikodem Dyzma tego wieczora był tam,

gdzie powinien...

Odpowiednim  miejscem  jeszcze  na  owym  sławetnym  raucie  był  także

stoliczek,  przy  którym  usadowił  Dyzmę  oberkelner  restauracji  w  dolnych

salonach  Hotelu  Europejskiego.  Przy  nim  to  bezdomny  przybłęda,  obstawiony

kieliszkami z wódką i z drugim talerzykiem pełnym sałatki, przyjmował wyrazy

uznania  i  gratulacje  od  defilady  ministrów  i  arystokratów,  adwersarzy

Terkowskiego.

Na właściwym miejscu znalazł się wówczas także bogacz i pseudoziemianin,

niejaki  Leon  Kunicki.  Bardzo  uważnie  obserwował  on  dygnitarzy  i  wysokich

background image

oficerów  oblegających  owego  niezwykłego  człowieka,  który  mógł  pewnie

w  tym  rządzie  załatwić  wszystko,  a  on,  Leon  Kunicki,  właściciel  Koborowa,

miał przecież pilną sprawę do załatwienia i sporo gotówki na to przeznaczonej...

Powodzenie,  jakie  od  zdarzenia  z  sałatką  i  Terkowskim  niosło  Nikodema

Dyzmę  na  wyżyny  międzywojennej  Rzeczypospolitej,  stało  się  rychło

przysłowiem,  źródłem  anegdot,  dowcipów  i  powiedzeń.  Wszelkie  przypadki

nieprawdopodobnego  powodzenia  jeszcze  przez  wiele,  wiele  lat  określano

mianem  „kariery  Nikodema  Dyzmy”.  Bowiem  ciąg  zdarzeń  i  zbiegów

okoliczności  ciągle  czynił  z  Dyzmy  człowieka  niezwykłego.  Sytuacje  te  były

wręcz  nieprawdopodobne,  a  jednak  działy  się  naprawdę.  Wśród  kolejnych

przypadków  losu,  które  nobilitowały  Nikodema  do  rangi  człowieka

nadzwyczajnego,  nie  zabrakło  takich  jak  to  na  wyścigach  konnych,  kiedy

Dyzma, chcąc być oryginalny, postawił jako jedyny na konia outsidera, szkapę,

która w wyścigach zazwyczaj tylko statystowała. Uczynił to w wysokości jeden

do  stu  i  ów  koń  tym  razem  wygrał,  a  „mąż  stanu”  zgarnął  całą  stawkę.  Czy  to

możliwe?  Gracze  karciani  wiedzą,  jak  bardzo  mało  prawdopodobne  jest,  by

karty  tak  się  ułożyły,  żeby  pokerzysta  otrzymał  pokera  z  ręki...  A  jednak  takie

przypadki, jak wiadomo, niejeden raz miały miejsce.

Począwszy  zatem  od  pamiętnego  rautu  w  dolnych  salonach  Hotelu

Europejskiego,  Nikodem  Dyzma  miał  wspaniałą  kartę.  Jednak  jak  wiadomo,

dobra  karta  ma  to  do  siebie,  że  często  się  odwraca,  przynosząc  serię

spektakularnych porażek.

W  przypadku  Nikodema  Dyzmy  karta  przestała  mu  po  prostu  fenomenalnie

sprzyjać.

Dyzma,  mąż  stanu  formujący  nowy  rząd,  zaistniał  nagle.  Po  incydencie

z  Terkowskim  skupił  wokół  siebie  jego  adwersarzy  oraz  politycznych

nieprzyjaciół  i  wrogów,  których  jak  się  okazało,  Terkowski  miał  bardzo  wielu.

Dzięki  niezwykłej  przychylności  gwiazd  na  niebie  Dyzma  był  górą,  Terkowski

dołem.  Ale  gra  toczyła  się  dalej.  Dyzma  awansował,  Dyzma  rósł,  Dyzma

brylował  w  arystokratycznych  salonach...  Ale  Dyzma  miał  też  swoją  tajemnicę,

z  której  nie  zwierzył  się  nikomu.  Nie  pochodził  on  bowiem  ze  szlachty

kurlandzkiej,  nie  skończył  Uniwersytetu  w  Oxfordzie,  jak  rozgłaszała  prasa,

nawet nigdy nie był w Londynie i nie umiał ani jednego słowa po angielsku. Do

background image

Warszawy,  gdzie  za  sprawą  wielkiego  zbiegu  okoliczności  zrobił  oszałamiającą

karierę, trafił z zapyziałego miasteczka Łysków.

Na  skutek  szumu  w  prasie  Nikodema  Dyzmę,  już  prezesa  Banku

Zbożowego, odnalazł jego były szef, naczelnik urzędu pocztowego z  Łyskowa,

wówczas bezrobotny pan Boczek.

Los  w  stolicy  nie  podawał  mu  w  prawdzie  asów  z  ręki  jak  prezesowi

Dyzmie,  ale  szukając  po  desperacku  posady,  był  on  za  to  niezwykle  przebiegły

i bezczelny.

Pan  Boczek  zorientował  się  szybko,  iż  prezes  Dyzma  jako  mąż  stanu

i  przyjaciel  arystokratów  swoją  przeszłość  z  Łyskowa  wykreślił  z  życiorysu

i wolałby, żeby nikt się o niej nie dowiedział. Od takiego stwierdzenia niedaleko

już było do pomysłu, że wspólna tajemnica z dygnitarzem tej miary, jakim teraz

był  jego  były  pomocnik  pan  Nikodem,  może  stanowić  niezłe  źródło  utrzymania

nawet jak na warszawskie wysokie ceny.

Od  tej  też  pory  pan  Boczek  stał  się  częstym  gościem  w  gabinecie  prezesa

Banku Zbożowego przy ulicy Wspólnej.

Sekretarka i asystenci prezesa nie mogli zrozumieć, cóż to jest za persona ten

Boczek,  w  powykrzywianych,  brudnych  butach,  kusym  płaszczu  i  kapeluszu

prosto ze śmietnika... Do tego nie prosił o widzenie z prezesem, lecz za każdym

razem  go  coraz  natarczywiej  żądał.  Dostał  posadę,  ale  nie  podobała  mu  się,  jak

zresztą  żadna  praca,  i  chciał  po  starej  znajomości  mieć  z  panem  Nikodemem

dobrze bez posady.

Pan  Nikodem  więc  rad  nierad,  opuszczając  rondo  kapelusza  na  twarz  nieco

niżej  niż  zwykle,  nikogo  w  sprawę  nie  wtajemniczając,  odwiedził  późnym

wieczorem  knajpę  na  obrzeżach  Pragi,  gdzie  niegdyś,  z  łaski  właściciela  pana

Tadzia Wąsa, który zawsze był mu życzliwy, grywał na mandolinie do kotleta za

pięć złotych i kolację.

Wówczas to, brzdąkając w struny instrumentu, słyszał nieraz rozmowy, jakie

pan  Wąs  mocno  przyciszonym  głosem  prowadził  z  kilkoma  dobrze

zbudowanymi młodymi ludźmi, i przestraszył się nawet trochę tego, co pewnego

razu usłyszał. Dość, że teraz musiał panu Wąsowi opowiedzieć o panu Boczku –

gdyż  pan  Boczek  podzielił  się  wiadomością  o  odkryciu  w  stolicy  dawnego

podwładnego  z  Łyskowa.  Zatem  Dyzma  podał  dokładnie,  jak  dawny  szef

background image

wygląda i gdzie go wieczorem można spotkać, najlepiej w odludnym miejscu.

Nie  było  z  tym  problemu,  bo  pan  Boczek  dostał  znowu  od  Nikodema  sto

złotych  i  jak  zwykle  tego  i  następnego  wieczoru  bawić  miał  w  barze  pod

„Złotym Kopytem”, a potem odwiedzić pannę Antosię Bucką. W drodze do niej

przechodził przez dwie nieoświetlone ulice i dwa szemrane place, kierując się ku

staremu nieczynnemu tartakowi.

Rozmowa  z  panem  Wąsem  wprawiła  Nikodema  Dyzmę  w  dobry  nastrój,

więc dał za usługę 150 złotych, chociaż trzeba było dać 120.

***

Personą, która w sprawie aresztowania dostojnika Dyzmy odegrała znaczną rolę,

był  niejaki  rejent  Winder  z  Łyskowa,  do  niego  bowiem  pan  Boczek  napisał

z Warszawy list. Doniósł mu uprzejmie o swoim odkryciu i dodał, że ten wałkoń

i  obibruk  Dyzma,  którego  pan  rejent  miał  przyjemność  wysyłać  po  papierosy,

odstawia obecnie jeszcze większego pana, którym został przecież przez pomyłkę,

i  że  jak  pies  ognia  boi  się,  żeby  jego  nowi  wspólnicy  nie  wywąchali,  że  on

w  Łyskowie  stemplował  koperty  na  poczcie.  W  liście  było  jeszcze  o  tym,  że

dygnitarz  Dyzma,  mimo  iż  nie  chce,  musi  swego  byłego  przełożonego

wspomagać,  póki  ten  nie  znajdzie  równie  intratnej  posady.  Dla  rejenta  Windera

te  informacje  niewiele  znaczyły  do  czasu,  kiedy  dowiedział  się,  że  znany  mu

z bezczelności Boczek w Warszawie został ukatrupiony...

Zresztą  już  i  wcześniej,  gdy  Nikodem  Dyzma  został  prezesem  Banku

Zbożowego,  dyrektor  Terkowski  dogrzebał  się  w  jego  życiorysie  śladu

łyskowskiego  i  zwąchał  z  rejentem  Winderem.  Nad  szczęściarzem  Dyzmą

zawisła katastrofa. Szczęśliwa karta się odwróciła.

Znowu  można  by  się  zastanawiać,  czy  to  możliwe,  ale  Terkowski  zaraz

potem znikł, zupełnie niespodziewanie wyjeżdżając na placówkę dyplomatyczną

do Argentyny. Dyzma przewodził wówczas loży masońskiej pań z najwyższych

sfer,  a  tu  i  tam  mówiło  się,  że  te  baby  mogą  wszystko...  No  i  wówczas  jeszcze

karty  w  talii  prezesa  Dyzmy  układały  się  tak,  że  zawsze  podawały  mu  tylko

figury i asy.

Terkowski  jednak  nagle  powrócił  z  Argentyny  do  Warszawy.  Nikt  też  nie

wiedział  o  tym,  że  on  właśnie  formuje  potajemnie  drugi  gabinet  i  że  mimo

background image

nawału  spraw  państwowych  spotkał  się  w  trybie  pilnym  z  prokuratorem

generalnym i rejentem Winderem, bo rejent Winder miał na prezesa Dyzmę haka.

Szybko  też  na  polecenie  komendanta  głównego  komisarz  kryminalny  policji

przesłuchał dwóch szemranych cwaniaków i kilka prostytutek z Pragi...

Jedna  z  nich,  Mańka,  na  którą  niegdyś  bezrobotny  Nikodem  miał  oskomę,

lecz którą Nikodem prezes przepędził jak burą sukę, gdy się do niego mizdrzyła,

już  wcześniej  kapowała,  że  ten  frajer,  który  teraz  szwenda  się  po  banku  na

Wspólnej,  mieszkał  z  nią  na  Łuckiej  i  lubił  mokrą  robotę.  Sprawdzono.  Adres

zamieszkania się zgadzał. Były co prawda niejasności w związku z zaciukaniem

bezczelnego Boczka, ale cóż... Aby Terkowski mógł stworzyć gabinet, należało

usunąć  z  drogi  Dyzmę.  Na  skutek  nacisków  uchylono  więc  Dyzmie  immunitet,

prokurator generalny wydał nakaz aresztowania, zawiadomiono prezydenta...

Nadciągający  z  zachodu  nad  Polskę  niepokój  zdominował  inne  sprawy

w  państwie.  W  radiu  coraz  częściej  słychać  było  wykrzykującego  histerycznie

Hitlera.  Wrzask  ten  złowieszczo  niósł  się  po  Europie,  zagrożone  były

Czechosłowacja  i  Austria,  ale  przede  wszystkim  śmiertelne  niebezpieczeństwo

zawisło nad Polską.

W  świetle  coraz  bardziej  nieuchronnej  wojny  kwestia  procesu  Nikodema

Dyzmy  przycichała.  Niemniej  jednak  nie  była  już  jedynie  sprawą  o  zabójstwo,

a  stanowiła  linię  podziału  pomiędzy  zwolennikami  „niesłusznie  oskarżonego”,

z pobudek politycznych, a partiami popierającymi Terkowskiego.

Zarówno  brukowe,  jak  i  szanowane  powszechnie  gazety  szybko  rozprawiły

się  z  tezą,  że  człowiek  z  gminu,  jakim  był  Nikodem  Dyzma,  nie  może  być

mężem stanu. W ościennym mocarstwie, które właśnie zagrażało Polsce, władzę,

a następnie dyktaturę zdobył z wielkim powodzeniem właśnie człowiek podobny

do Dyzmy i nikt w tym nic nierealnego nie widział.

Nagłówki  w  gazetach  krzyczały,  ulica  wrzała,  nawet  w  najwyższych

urzędach  państwowych  szeptano:  gdzie  dowody,  że  ten  Dyzma  to  morderca?

Będzie  wojna,  są  wewnętrzne  niepokoje,  Polsce  potrzebny  jest  dyktator!

Uwolnić  mocarza!  Dyzma  na  premiera!  Takie  okrzyki  i  napisy  na  murach

powtarzały się coraz częściej.

Terkowski dwoił się i troił, doprowadzając proces do końca, i jak powtarzała

część prasy – bezczelny oszust z Łyskowa został skazany.

background image

I  ciągle  aktualna  w  mediach  sprawa  Dyzmy  nagle  wybuchła  z  nową  siłą.

Niejaki  Józef  Boczek  przybył  do  Warszawy  z  Łyskowa,  licząc  na  pomoc

niegdysiejszego  swojego  podwładnego,  a  teraz  wszechwładnego  Nikodema

Dyzmy.  Pomoc  wymuszoną  szantażem.  Pierwsze  spotkania  z  prezesem  Banku

Zbożowego  istotnie  utwierdziły  go  w  przekonaniu,  że  ma  do  eksploatacji  żyłę

złota. Ale uwierzywszy w swoje powodzenie, szantażował nie tylko Dyzmę.

Po  przybyciu  do  stolicy  pan  Boczek  zamieszkał  na  Pradze  u  braci  Sasinów

i  tak  się  złożyło,  że  usłyszał  rozmowę  gospodarzy  i  poznał  wielką  tajemnicę.

Grupka  trefnych  gości  w  sąsiadującym  z  jego  pakamerą  pokoju  na  piętrze

każdego  wieczora  piła  wódkę  i  prowadziła  szemrane  rozmowy.  Sprawa

dotyczyła  octowni  nad  Wisłą  i  była  na  tyle  niezwykła,  że  chytry  cwaniaczek

z Łyskowa postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – wykorzystać to,

co  wiedział  o  przeszłości  swojego  niegdysiejszego  podwładnego,  i  to,  co

podsłuchał  o  interesach  pana  Sasina  i  jego  kompanów.  A  tym  samym  podwoić

swoje dochody z szantażu.

Witold  Sasin,  syn  właściciela  fabryczki,  od  początku  nie  czuł  sympatii  do

grubego  sublokatora  z  prowincji  i  po  kilku  tygodniach  kazał  mu  się  wynosić

z powrotem „na wieś”.

–  Tu  jest  wielkie  miasto,  roboty  w  biurze  pan  nie  znajdziesz...  Niech  pan

sobie szuka kwatery między swoimi, gdzieś na wiosce, panie starszy.

Ale Boczek nie miał zamiaru łatwo ustąpić, bo przecież zapowiadało mu się

tutaj mieszkanie za darmo, a do tego jeszcze kilka stóweczek miesięcznie za tak

zwaną dyskrecję.

– Zaraz, zaraz, panie Witek, co to znaczy: niech pan sobie szuka kwatery na

wiosce? Czy tak się godzi postępować z człowiekiem?

–  Co  się  ma  nie  godzić.  Reguluj  pan  za  ostatni  tydzień  i  zjeżdżaj  pan,  bo

pokój będzie potrzebny. – Syn pryncypała był twardy.

–  Pokój  potrzebny?  Firmę  pan  Witek  poszerza,  do  domu  beczułki  przenosi.

Panie Witek, dom to dom, a firma to firma... Nie trzeba tak robić, panie Witek.

– Jaka firma?

–  Jaka  firma?  A  no  ta  z  ulicy  Krzywej,  co  to  ocet  produkuje,  taki  najlepszy

ocet, panie Witek, bardzo dobry ocet, drogi ocet, najlepszy na świecie...

– Pewnie, że najlepszy, czego nie miałby być?

background image

–  Bo  są  różne  octy.  Takie,  co  się  nimi  grzybki  zalewa,  i  takie,  co  się  nimi

wisienki  uszlachetnia,  wiśnióweczkę  robi,  a  i  z  miodem  taki  ocet  można  wypić,

bo jest bardzo smakowity i na reumatyzm odpowiedni taki ocet, panie Witek...

– Że co?!

–  A  no  to,  że  ja  jak  z  rodziny  jestem  i  rodzinna  tajemnica  to  dla  mnie  rzecz

jest  święta,  ani  słówka  nikomu,  ale  wyrzucać  na  wieś  mnie  nie  można,  nie

można...

Młody  Sasin  spurpurowiał,  zacisnął  pięści  i  patrzył  z  pasją  na  cienką  szyję

Boczka.  „Toś  ty  takie  ścierwo,  gnoju  śmierdzący,  już  ty  cuchniesz  trupem  i  nic

cię  nie  uratuje...”  –  pomyślał,  ale  opanował  się  i  nic  nie  powiedział.  Ale  odtąd

cwany i głupi Boczek miał już na Pradze przechlapane.

Następnego  dnia  nad  ranem  młody  Sasin  odstawił  beczki  ze  spirytusem  od

aparatury,  przystawił  pod  krany  beczki  z  octem  i  wykonał  inne  czynności

zmieniające  małą  nocną  gorzelnię  w  dużą  dzienną  octownię.  Następnie  poszedł

do kantorku, gdzie urzędował ojciec.

– Tato, ten Boczek to świńskie ucho, łobuz, szuja, on nas zakapuje.

– Żeby zakapować, najpierw trzeba coś wiedzieć, synu...

– On wie, tato.

– Co wie?

– Wszystko wie, pogadaj z nim, to sam zobaczysz...

Jeszcze tego samego dnia stary Sasin zagadnął lokatora:

– No jak tam u pana z wyprowadzką, panie starszy? Syn panu mówił, żebyś

pan nowej kwatery sobie poszukał...

–  Kwatery  szukać?  Syn  mówił,  ale  pan  nie  będzie  taki,  panie  gospodarzu...

Spokojnie tu żyjemy, zgodnie...

– Syn mówił, to mówił, pokój potrzebny, zresztą tylko na dwa tygodnie była

umowa.

–  Nie  będzie  pan  taki,  panie  Sasin  –  upierał  się  lokator.  –  Ja...  grób,  mogiła

nikomu ani słówka nie pisnę...

– A co masz pan piskać?

–  No,  że  raz  ocet,  a  raz  spirytusik  w  fabryce  z  urządzenia  leci,  he,  he  he...

Panie gospodarzu, nikomu ani słówka, do grobu z rodzinną tajemnicą...

– Co pan bredzisz, panie Boczek, rozum pan postradał?

background image

–  Nie,  rozum  to  ja  swój  mam,  mam,  panie  gospodarzu.  I  tak  sobie

pomyślałem, że ze trzy stóweczki co miesiąc dla takiej firmy nie ubytek, a pomoc

dla  bezrobotnego  urzędnika  państwowego  będzie  duża.  Wspierajmy  się

nawzajem, panie gospodarzu, wspierajmy się jak Pan Bóg przykazał... – Boczek

sięgnął do kieszeni i wyjął pomiętą gazetę. – O, widzi pan, panie gospodarzu, tu

monopol  ogłasza,  że  za  informację  o  każdej  fabryczce  samogonu  płaci  premię.

Dużą premię płaci... Ale ja jak w rodzinie pomieszkam sobie, jak cztery, no trzy

i  pół  stóweczki  co  miesiąc  dostanę,  to  nic  nie  powiem,  jeszcze  w  gorzelni

pomogę za dodatkowy literek... octu, he, he, he – zaśmiał się chytry sublokator. –

Jak w rodzinie pomogę, panie gospodarzu.

Sasin  senior  poczuł,  że  go  ręce  świerzbią,  jak  patrzy  na  tego  przybłędę

i  słucha  podobnej  gadki.  „Za  głupiś,  żeby  ściągać  haracze”  –  pomyślał

i uśmiechnął się do cwaniaka przyjaźnie.

–  Dobra,  dobra,  panie  Boczek,  do  sołtysa  nie  pójdziemy,  tylko  buzia

w kubeł, bo wszyscy stracimy robotę. Może pan mieszkać i co panu się należy,

to  pan  dostanie,  dostanie  pan  swoje  szybko...  Jak  w  rodzinie,  panie  Boczek  –

dodał senior Sasin i uśmiechnął się samymi ustami.

W  nocy  po  załadowaniu  na  furmankę  beczek  z  „octem”  dla  firmy

produkującej korniszony i pikle oraz gatunkowe wódki w kantorku szefa odbyła

się narada. Rano trzej młodzi, dobrze zbudowani ludzie czekali przed domem, bo

chcieli  zobaczyć  i  zapamiętać,  jak  wygląda  nowy  członek  rodziny  Sasinów,

który niedawno przyjechał z prowincji.

Kilka dni później, gdy po dużej wódeczce pan Boczek, zataczając się, zdążał

do panny Buckiej, był oczekiwany jednocześnie w bramie na ulicy Krochmalnej

i w bramie na ulicy Krzywej – przez dwie różne bandy... Droga jego wiodła na

ulicę Krzywą przez Krochmalną, ale do Krzywej już nie dotarł.

Jakiś  czas  później  policja  wykryła  na  Pradze  tuż  nad  Wisłą  zakamuflowaną

w  octowni  gorzelnię.  W  śledztwie  wyszła  na  jaw  sprawa  morderstwa

związanego  z  działalnością  tej  gorzelni.  Aresztowano  zleceniodawców

i  wykonawców  mokrej  roboty.  Dowody  były  oczywiste  i  podejrzani  przyznali

się  do  winy.  W  kołach  rządowych  wybuchła  konsternacja,  gdyż  niedawno  na

podstawie  poważnych  poszlak  skazany  za  tę  właśnie  zbrodnię  został  człowiek

z pierwszych stron gazet, prezes Banku Zbożowego i premier, Nikodem Dyzma.

background image

A  ten  nawet  nie  wiedział  o  tym,  że  na  Pradze  była  taka  fabryka,  że  jej

właścicielom  nie  spodobał  się  jego  były  pryncypał  z  Łyskowa  oraz  że

namolnego i bezczelnego Boczka tego samego wieczora czekała dintojra 

[1]

.

background image

T

ROZDZIAŁ V

ym razem samochód zatrzymał się istotnie przed Belwederem. Przybyli

weszli  do  niewielkiego  gabinetu,  gdzie  w  głębokich  fotelach  siedzieli

generałowie,  pułkownicy  oraz  kilku  cywili.  Nikodemowi  wskazano

fotel tuż przy zajmującym szczyt stołu generale, który w milczeniu przyglądał mu

się długą chwilę.

– Witamy w Wojskowej Patriotycznej Radzie Realnej – powiedział wreszcie

sucho  generał.  –  Wobec  tego,  że  przybył  już  pan  Nikodem  Dyzma,  proszę

o relację z Rosji agenta Iskrę Cienia.

Nikodem  przełknął  ślinę  i  pomyślał:  „Aha...  czekali,  cwaniaki  na  mnie,  to

jednak trzymam ich za pyski”.

Generał zwrócił się ponownie do cywila w sportowym garniturze.

–  Więc  jest  pan  pewny,  że  Sowieci  wypowiedzą  wojnę  Polsce  zaraz  po

uderzeniu na nasz kraj armii niemieckiej? – zapytał.

–  Nie!  –  odpowiedział  twardo  agent  Cień,  jeszcze  niedawno  komisarz

Kwiejew  na  Kremlu,  a  wcześniej  znany  jako  hrabia  Bińczycki.  –  Sowieci  nie

wypowiedzą  nam  wojny.  Pojęcie  wojny  jest  określone  odpowiednimi

konwencjami. Stalin nie przygotowuje wojny w rozumieniu tych konwencji. Nie

chodzi  tu  o  przyłączenie  zdobytego  terytorium  na  warunkach  zgodnych

z  prawem  międzynarodowym.  Stalinowi  chodzi  o  fizyczne  wyeliminowanie

wiodącej części narodu polskiego. Przygotowane są kazamaty, klasztory, miejsca

na  doły,  amunicja  i  brygady  morderców.  Pragnę  jeszcze  raz  zwrócić  uwagę

Wysokiej  Rady,  że  tym  razem  na  wschodzie  i  zachodzie  nie  chodzi  o  wojnę...

Stoimy w obliczu dwóch niszczących sił fizycznych, które należy traktować jako

żywioł,  jak  zjawiska,  których  nie  można  zwyciężyć,  a  jedynie  przyjąć  je  w  taki

sposób,  aby  spowodowały  mniejszy  kataklizm,  niż  to  wynika  z  ich  siły

i kierunku przemieszczania.

Hrabia, mówiąc dalej, uniósł do góry kilka spiętych arkuszy.

– Panie prezydencie – powiedział, podając szczupłemu cywilowi w ciemnym

garniturze  nieco  zmięte  i  sfatygowane  dokumenty,  a  Nikodem  dopiero  wtedy

background image

zorientował  się,  że  wśród  zebranych  jest  głowa  państwa.  –  To  są  ściśle  tajne

sowieckie  materiały  z  operacji  rozkułaczania  Białorusi  i  budowy  Kanału

Białomorskiego.  Osobiście  byłem  świadkiem  tych  zbrodni.  Umysł  i  moralność

takiego  polityka  jak  pan,  panie  prezydencie,  nie  jest  w  stanie  przyjąć  bez

niedowierzania i szoku tego, co dzieje się w Związku Radzieckim, a teraz grozi

już bezpośrednio naszemu narodowi. Mimo wszystko wierzyliśmy w jakieś idee

rewolucji, komunizmu, filozofii Lenina... Oświadczam zatem panu prezydentowi

i całej Wojskowej Patriotycznej Radzie Realnej, że nic takiego nie istnieje. a

2

  +

b

2

 = c

2

 to Pitagoras, kanon geometrii. Takim kanonem materializmu, marksizmu,

leninizmu,  bolszewizmu  jako  systemów  opierających  się  na  materializmie

powinna być zasada, że ostatnim kryterium każdej teorii jest praktyka... Powinna

być,  a  nie  jest,  bo  tam  nie  ma  żadnej  zasady  naukowej,  nie  ma  żadnej  teorii.

Miliony  tomów  propagandowej  literatury  to  bełkot  całkowicie  oderwany  od

rzeczywistości.  Prawem  całej  sowieckiej  Rosji  są  terror  i  zbrodnia,  tylko  terror

i tylko zbrodnia.

Hrabia przerwał. Członkowie rady mieli kamienne twarze. Prezydent położył

dłonie  na  biurku,  spuścił  głowę,  jakby  już  dojrzał  do  słuchania  w  pokorze

zwiastunów apokalipsy.

–  Cóż  więc  mam  robić?  –  zapytał  stłumionym  głosem,  wyraźnie  straciwszy

energię,  z  którą  jeszcze  niedawno  stanowczo  sprzeciwiał  się  zasadniczym

zmianom polityki państwa wobec zbliżającej się wojny.

– Należy zawrzeć pokój z Niemcami na możliwie korzystnych, choć ogólnie

złych,  wymuszonych  na  nas  warunkach.  Trzeba  łudzić,  trzeba  kłamać

i  paktować,  paktować,  a  nie  wojować,  bo  jesteśmy  słabi,  rozwarstwieni

politycznie  i  niegotowi...  –  mówił  z  naciskiem  pułkownik  Romanowski,  jedyny

tu człowiek, którego Nikodem Dyzma zdążył już poznać.

– Nasi sojusznicy, Anglia i Francja... – zaczął prezydent.

– Nasi sojusznicy się nie liczą – przerwał mu pułkownik. – Wielka Brytania

militarnie  nie  jest  przygotowana  do  wojny.  Anglicy  bawią  się  w  dyplomację  –

poparcia,  potępienia,  noty.  Szykują  do  zrzucenia  na  Niemcy  tony  ulotek...  Ale

nawet  gdyby  wypowiedzieli  Rzeszy  wojnę,  będą  siedzieć  za  kanałem  La

Manche  i  najwyżej  zaczną  przygotowywać  obronę  morską.  Oni  muszą  się

przestraszyć  tego,  że  niemiecki  żandarm  kopnie  w  tyłek  angielskiego  dzieciaka

background image

na  samym  środku  Piccadilly  Circus,  a  królewski  pałac  Buckingham  zostanie

obwieszony swastykami...

–  Pan  się  zapomina,  to  jest  ton  histerycznej  paniki,  a  nie  relacji  wywiadu

wojskowego – podniósł głos prezydent.

–  Nie  –  zaprzeczył  pułkownik.  –  W  tej  chwili  Anglia  kryje  się  za  plecami

Polski.  Jeżeli  Polska  zawrze  pokój  z  Niemcami,  o  który  Hitler  jeszcze  ciągle

usilnie  prosi,  to  Chamberlain  i  Churchill  będą  Hitlera  mieli  na  karku  już  bez

zderzaka,  jakim  obecnie  jest  dla  nich  Polska...  Na  potwierdzenie  każdego

wypowiedzianego  tutaj  słowa  mamy  niepodważalne  dokumenty  wywiadu,

którego obowiązkiem jest ujawnić prawdę, bo naród został oszukany i ogłupiony

kłamstwami 

propagandy. 

Naród 

został 

ogłupiony 

samobójczym

huraoptymizmem!  –  podniósł  głos  pułkownik.  –  W  razie  wojny  niezależnie  od

naszego bohaterstwa i poświęcenia Niemcy za dwa tygodnie będą w Warszawie,

a za trzy tygodnie bolszewicy zajmą Wilno, Lwów i może jeszcze Lublin. Zajmą

i zaczną mordować polską inteligencję.

–  Panie  prezydencie  –  do  rozmowy  ponownie  włączył  się  hrabia  –  sytuacja

na  wschodzie  nie  może  być  opanowana  działaniami  dyplomatycznymi.

Jakiekolwiek  skuteczne  pakty,  umowy  i  porozumienia  ze  Stalinem  nie  są

możliwe.  Bolszewicy  każdy  pakt  międzynarodowy  w  odpowiedniej  dla  siebie

chwili  zerwą,  motywując  tym,  że  był  on  zawarty  z  wyzyskiwaczami  przeciw

własnemu  narodowi,  a  oni  postanowili  właśnie  ten  naród  wyzwolić.  Wszyscy

carowie Rosji łącznie nie wymordowali przez wieki tylu niewinnych chłopów co

Lenin i Stalin przez dwie dekady... Na Białorusi wojsko otacza wsie i pędzi ludzi

prosto do olbrzymich dołów, miasta się wyludniły, dziesiątki tysięcy inteligentów

i  robotników  spoczywa  na  dnie  Białomorskiego  Kanału.  Celem  stłumienia

buntów  chłopskich  na  Ukrainie  specjalnie  zorganizowano  wielki  strategiczny

głód,  który  przeżyli,  panie  prezydencie  i  Wysoka  Rado...  którzy  przeżyli  –

powtórzył  hrabia  –  tylko  ci,  którzy  gotowali  trupy  zmarłych  z  głodu.  Przeżyli

tylko  ci,  którzy  gotowali  i  jedli  ludzkie  trupy...  –  Przez  gabinet  przeszedł  cichy

szmer.  –  Głód  taki  trwał  dwa  lata  i  był  precyzyjnie  zorganizowany  –  ciągnął

dalej  straszną  relację  agent  Iskra  Cień,  czyli  hrabia  Bińczycki,  do  niedawna

sowiecki  komisarz.  –  Na  olbrzymich  obszarach  wiejskich  przetrząsano  wszelkie

zakamarki i poszukiwano ukrytej żywności, nawet owsa i siana. Co znaleziono,

background image

wywożono  lub  na  miejscu  niszczono.  Przez  dwa  lata  w  ten  sposób

wymordowano  pod  partyjnymi  nakazami  naszego  rodaka  Stanisława  Kosiora

sześć milionów ludzi, a niektóre źródła dowodzą, że nawet piętnaście milionów...

W miastach i wsiach bolszewicka partia powołuje tak zwane stalinowskie trójki,

które  wskazują  nieposłusznych  władzy  i  skazują  ich  doraźnie  na  śmierć  lub

prowadzące do śmierci zesłania. Te trójki to przeważnie kryminaliści i analfabeci

z  marginesu  i  dołów  społecznych.  Skazani  to  inteligencja,  rzemieślnicy

i  duchowni...  Tu  nie  chodzi  o  opór  stawiany  carowi,  który  ciemiężył,  ale  nawet

wtedy  posługiwał  się  wykształconymi  sędziami,  szanował  autorytety,  tytuły

naukowe  i  prawo  własności.  Tu  chodzi  o  uchronienie  narodu  od  najazdu

żądnych 

masowych 

morderstw 

zwyrodnialców, 

którzy 

nazywają 

się

komunistami,  chociaż  żadnymi  komunistami  nie  są.  Europie  nigdy  nie  śniło  się

o  takim  ludobójstwie,  o  tak  masowej  zbrodni,  jakiej  obecnie  doświadcza  jej

wschodnia  część.  Podobne  doły  w  lasach,  wody  w  bagnach  i  kanałach,

przepaście  w  tajgach  przygotowane  są  dla  przyszłych  ofiar  z  Polski,  oficerów,

podoficerów,  dziennikarzy,  rzemieślników  z  Wilna,  Lwowa,  Drohobycza,

Lublina...  Stalin  zamierza  w  pierwszym  etapie  wymordować  dwa  miliony

Polaków. Pan, panie prezydencie, w to nie wierzy, nie wierzy też Europa, ale to

fakty, których szczegóły poznałem osobiście. To masakra, to zagłada Polski.

Hrabia  skończył  i  zapanowała  cisza,  którą  przerwało  bicie  jakby  na  alarm

wielkiego  gabinetowego  zegara.  Uderzenia  umilkły  i  cisza  stała  się  nieznośna.

Czas  stanął  w  miejscu.  Bieg  historii  zawahał  się  na  zwrotnicy  dziejów.

Kilkadziesiąt  milionów  istnień  ludzkich,  bez  świadomości  tego,  o  czym

mówiono  w  gabinecie  polskiego  prezydenta,  czekało  na  wyrok  śmierci...  Albo

wszystko  potoczy  się  zgodnie  z  wytyczoną  przez  przeznaczenie  drogą,  albo

inaczej powieją wichry historii...

Agent Iskra Cień otworzył skórzaną teczkę, po czym mówił dalej.

–  Oto  tajne  dokumenty  sowieckie,  z  których  wynika,  że  Niemcy  uderzą  na

Polskę  w  sile  jednego  miliona  doskonale  przygotowanych  i  uzbrojonych

żołnierzy.  Przy  naszej  zażartej  obronie  i  olbrzymich  stratach  Hitler  najdalej  po

miesiącu  zdobędzie  Warszawę.  Wówczas  Sowieci  uderzą  od  wschodu  i  zajmą

Polskę do linii Wisły. Takie są założenia wspólnej agresji Rosjan i Niemców na

Polskę.  Najeźdźcy  z  obydwu  stron  zaczną  natychmiast  wyludniać  nasz  kraj

background image

celem  jego  germanizacji  na  zachodzie  oraz  rusyfikacji  i  bolszewizacji  na

wschodzie.  Zarówno  jedni,  jak  i  drudzy  dysponują  listami  setek  tysięcy  osób

przeznaczonych  do  zagłady.  Niemcy  planują  w  Polsce  budowę  niespotykanych

dotychczas  w  historii  świata  obozów  koncentracyjnych  z  przemysłowymi

piecami do spalania zwłok ludzkich. Sowieci prowadzą szkolenia morderców na

szeroką  skalę.  Na  Białorusi  setki  brygad  egzekucyjnych  NKWD  przechodzą

kursy masowego zabijania. Ustawiają rzędy mężczyzn i kobiet na przerzuconych

przez  rowy  belkach  i  jednym  strzałem  z  tyłu  zabijają  od  razu  kilkoro

nieszczęśników.  Przez  ile  czaszek  przejdzie  pocisk,  tyle  ofiar  wpada  do  dołu...

Robią  zawody:  kto  przestrzeli  jednym  strzałem  więcej  głów,  ten  dostaje

dodatkową musztardówkę wódki...

Prezydent  uniósł  twarz,  patrzył  w  milczeniu  przez  dłuższą  chwilę  na

zebranych.

–  Wiem,  skąd  pan  przybywa  –  zwrócił  się  do  hrabiego  –  więc  to  wszystko

zapewne  najstraszliwsza  prawda.  Zbliża  się  zatem  sąd  ostateczny.  To  straszne,

ale  ja  mimo  tego  nie  zaproponuję  poddania  się  Niemcom  bez  wojny  narodowi

pragnącemu walczyć. To przekracza moje możliwości – powiedział głucho, lecz

nieustępliwie prezydent.

Pułkownik  Romanowski  odsunął  krzesło  od  stołu,  a  w  martwej  ciszy,  która

zapadła po oświadczeniu głowy państwa, zabrzmiało to jak odgłos huku.

– Jeżeli nie wykonamy politycznego zwrotu, to – oficer podniósł głos, mówił

głośno  i  dobitnie  –  po  uderzeniu  Niemców  i  Sowietów  na  Polskę  Anglia

i  Francja  zgodnie  z  zawartymi  sojuszami  wypowiedzą  Hitlerowi  wojnę.  Będzie

to  jednak  wojna  zimna.  Alianci  nie  mają  uzbrojenia,  nie  mają  odpowiedniego

wojska. Są słabi... Nie zaatakują Niemców nawet na morzach i oceanach. Hitler

i  Stalin  tymczasem  zgodnie  z  planami  germanizacji  i  bolszewizacji  wymordują

naszych  oficerów,  inteligencję,  rzemieślników  i  duchownych...  Następnie,  po

roku  lub  dwóch  latach,  Hitler  ruszy  na  Związek  Radziecki,  odbierając  mu

„oczyszczone”  ziemie  polskie  i  zapuszczając  się  aż  pod  Moskwę.  Niemcy  na

początku  wojny  będą  dysponować  olbrzymią  i  niezwyciężoną  armią.  Wówczas

Stalin  zwróci  się  o  pomoc  do  drżących  coraz  bardziej  przed  potęgą  Hitlera

Anglików.  Powstanie  nowy  sojusz,  w  wyniku  którego  nie  w  Blitzkriegu,  ale

w  wyniszczającej  wojnie  pozycyjnej  najprawdopodobniej  Niemcy  poniosą

background image

klęskę.  Zabraknie  im  ludzi,  walczyć  będą  dzieci  i  starcy...  Wiadomo  natomiast,

że Rosjanom ludzi nie zabraknie. Wciąż nowe dywizje armii Stalina, dozbrajane

przez Amerykę, będą nie do pobicia... Gdy zwycięstwo aliantów będzie pewne,

nastąpi  podział  łupów.  Stalin  nie  sięgnie  po  Belgię,  Holandię  czy  Włochy.

Dostanie  Litwę,  Estonię,  Łotwę,  Słowację,  Czechy,  może  Bułgarię  i  Rumunię.

Polskę otrzyma na pewno, po wszystkie czasy, i w ten sposób Polska na zawsze

przestanie istnieć... Ale celem strategicznym całego ciągu działań Hitlera nie jest

zdobycie  Polski,  tylko  zdobycie  wielkiej  Rosji.  I  jeżeli  Polska  podpisze

z  Hitlerem  odpowiedni  układ  i  udostępni  mu  drogę  na  Rosję,  nie  pozostanie

całkowicie  wolna,  ale  będzie  ocalona.  Gramy  o  istnienie,  panie  prezydencie...

O istnienie! O wszystko!

Prezydent  przygryzł  usta,  patrzył  na  blat  stołu.  Po  chwili  zabrał  głos,

a osaczony przez generalicję, starał się zachować resztki patosu.

–  Rozwinęliśmy  szeroko  sztandary  i  już  wyruszyliśmy  do  boju,  do  boju

o  istotnie  o  istnienie!  Do  boju  o  wszystko!  Nie  mogę  zwinąć  tych  sztandarów

i rzucić Niemcom orłów pod nogi... Nie mogę...

Na  te  słowa  pułkownik  Romanowski  uniósł  do  góry  biało-czerwony

proporczyk, który miał przed sobą.

–  Te  rozwinięte  szeroko  sztandary  zasłoniły  panu  pole  bitwy,  panie

prezydencie.  To  strategiczny  błąd,  katastrofalny  błąd.  Sztandary  trzeba  zwinąć,

orkiestra  natychmiast  musi  zamilknąć,  przerwać  hymn,  a  do  akcji  bez  chwili

zwłoki po cichu muszą wkroczyć szpiedzy i dyplomaci... Szpiedzy... po cichu...

– powtórzył tonem rozkazu.

Znów zapadła długa cisza i ponownie przerwał ją prezydent.

–  W  tej  sytuacji  mogę  tylko  zrezygnować  z  urzędu  –  powiedział  z  głęboką

rozwagą.  –  Rozumiem  tragizm  sytuacji,  ale  zdrada  narodu  poprzez  ustępstwa

znienawidzonym  Niemcom  i  zdrada  sojuszników  po  prostu  nie  mieści  mi  się

w  głowie,  ja  tego  zrobić  nie  potrafię.  Wojskowa  Patriotyczna  Realna  Rada

przejęła  władzę,  więc  w  tej  strasznej  chwili  bierze  odpowiedzialność  za  kraj.

Rozumiem  katastrofalną  sytuację  po  ujawnieniu  przez  wywiad  przygotowań

Sowietów  do  zadania  nam  ciosu  w  plecy,  widzę  podobnie  jak  panowie

oficerowie  zagładę  w  wojnie  na  dwóch  frontach  z  gigantami  zła,  zatem  nie

stawiam  oporu  i  dobrowolnie  składam  rezygnację  z  urzędu  Prezydenta

background image

Rzeczypospolitej  Polskiej.  Składam  ją  na  ręce  Wojskowej  Patriotycznej  Rady

Realnej  –  powiedział  pochylony  i  nagle  jakby  postarzały  pierwszy  obywatel

państwa polskiego.

Prowadzący spotkanie generał Orlicz wstał.

– W tej sytuacji Wojskowa Patriotyczna Rada Realna ogłasza w całym kraju

stan  wyjątkowy  i  przyjmuje  rezygnację  pana  prezydenta.  Jednocześnie

rekomenduje  na  stanowisko  głowy  państwa  polskiego  Nikodema  Dyzmę,

oczyszczonego  z  wszelkich  sfabrykowanych  przez  opozycję  zarzutów  byłego

prezesa  Polskiego  Banku  Zbożowego  i  byłego  premiera.  Z  uwagi  na  stan

wyjątkowy  prezydent  obejmie  swój  urząd  natychmiast  z  pominięciem  wyborów

powszechnych do czasu możliwości ich przeprowadzenia. – Tu generał  ogarnął

spojrzeniem zebranych. – Kto jest za powyższym, niech podniesie rękę. Głosują

tylko członkowie Wojskowej Patriotycznej Rady Realnej.

Wszyscy  oficerowie  i  cywile  oprócz  byłego  już  prezydenta  i  Nikodema

Dyzmy  unieśli  dłonie  do  góry.  Wówczas  generał  zwrócił  się  do  Dyzmy  tymi

słowy:

–  Czy  pan  prezydent  wystąpi  z  orędziem  do  narodu  i  ogłosi  zamiar

podpisania  układu  pokojowego  z  Niemcami?  Czy  pan  wystąpi  z  apelem  do

rodaków o rozwagę i zaniechanie z góry przegranej wojny?

Ten wyciągnął szyję, przekrzywił głowę i tak trwał dłuższą chwilę. Cisza się

przedłużała.

– Jak nie można inaczej, to pewnie, że tak – powiedział wreszcie, podejmując

w  ten  sposób  pierwszą  decyzję  na  stanowisku  Prezydenta  Rzeczypospolitej

Polskiej.  Słowa  te  członkowie  Wojskowej  Patriotycznej  Rady  Realnej  przyjęli

krótkimi  oklaskami.  Były  prezydent  wstał,  kiwnął  zebranym  głową  i  opuścił

posiedzenie.  Pozostali  powstali  z  miejsc.  Gdy  zdymisjonowany  dygnitarz

wyszedł,  generał  Orlicz  pogratulował  Nikodemowi  Dymie  objęcia  najwyższego

w  państwie  stanowiska,  po  czym  zrobili  to  wszyscy  członkowie  rady.

Otworzono butelkę szampana i wzniesiono toast za pomyślność nowych rządów,

po czym niezwykle krótka i skromna, zaimprowizowana uroczystość zakończyła

się i rada przystąpiła do dalszych obrad.

background image

U

Rozdział VI

stępujący  prezydent  już  kilka  dni  temu  opuścił  Belweder.  Nowy,

mianowany  przez  armię  dyrektor  generalny  gabinetu  wraz

z  ochmistrzem  Belwederu  oprowadzał  obecnego  prezydenta  po  jego

siedzibie.  Nikodem  Dyzma  myślał  jednak  o  czym  innym,  powoli  i  z  wielkimi

oporami docierała do niego niezwykła prawda. Był to przecież już inny Nikodem

Dyzma  niż  ten,  którego  znamy  z  jego  przypadkowej  kariery,  kiedy  los

zasypywał  go  ciągiem  zdarzeń  tak  niebywale  szczęśliwych.  W  więziennej  celi

profesor  Kordian  Seweryn  Rawa  Michalewski  często  do  niego  powiadał  te

słowa: „Nie wierz, Nikodemie, w taką drabinę, która nie ma na górze ostatniego

szczebla.  Szczęście  to  przewrotna  dziwka,  nie  wierz  w  takie  szczęście,  które

zapomina  za  łaskę  losu  wystawiać  swoim  wybrańcom  rachunek  i  naliczyć

procenty... Rachunku takiego musisz spodziewać się w każdej chwili... W każdej

chwili, drogi Nikodemie”.

Tym  razem  Nikodem  Dyzma  nie  z  Kunickim  miał  do  czynienia.

„Potrzebujemy  pańskiej  kociej  zwinności  w  skakaniu  po  dachach”,  „wsadzimy

pana  na  ołtarz,  a  jak  będzie  trzeba,  to  i  na  czołg  albo  po  cichu  ukatrupimy...”.

Słyszał  ciągle  wypowiedziane  dziwnym  szeptem  słowa  specoficera,  którego

polecenia  on,  prezydent  państwa,  będzie  musiał  natychmiast  wykonywać...

Dziwne,  ale  do  niedawna  Nikodem  –  drobny  cwaniak  z  Łyskowa,  a  potem

cwany  wyga  z  Warszawy  –  nie  wiedział,  ile  będzie  zarabiać  na  swoim

stanowisku,  dotąd  bowiem  go  to  nie  interesowało.  Podczas  posiedzenia

Wojskowej Patriotycznej Rady Realnej zdał sobie sprawę z tego, o co tym razem

chodzi  naprawdę  –  o  ratowanie  kraju,  Warszawy,  Grodna,  Poznania,  Łyskowa

przed  obrzuceniem  bombami,  pożogą  i  zrównaniem  z  ziemią  całej  Polski,  o  to,

aby  bolszewicy  nie  zapełnili  olbrzymich  dołów  ciałami  pomordowanych

bestialsko  Polaków,  nauczycieli,  oficerów,  urzędników...  O  to,  by  nie  rozkradli

sklepów,  magazynów,  kościołów,  by  Polska  pozostała  na  mapie  świata...  I  on,

Nikodem  Dyzma,  został  w  to  wplątany  gdzieś  na  samej  górze  zdarzeń...  Chyba

nie jest więc ważne, że tu jeden salon jest bardziej złocony od drugiego i że być

background image

może  on  każdego  miesiąca  dostanie  górę  pieniędzy,  za  które  przyjdzie  mu

zapłacić  w  każdej  chwili...  Gdy  został  sam  w  swoich  prezydenckich

apartamentach,  podszedł  do  baru  i  otworzył  go.  Było  tam  bardzo  dużo  pięknie

podświetlonych kolorowych butelek. Znalazł białą z czystą wódką. Nalał trunku

do  połowy  dużej  kryształowej  czarki  i  wypił  powoli,  jak  ciepłą  herbatę.

Rozbiegane  myśli  uspokoiły  się  nieco.  Nie  czuł  żadnej  radości.  Przez  sekundę

pomyślał  o  Koborowie,  w  którym  było  mu  tak  dobrze.  Uznał,  że  siedząc

w złoconym skórzanym fotelu z kryształową czarką dobrej wódki w ręce, czuje

się  gorzej  niż  wtedy,  gdy  pierwszy  raz  usiadł  w  chłodnej  więziennej  celi  na

drewnianym  zydlu  i  w  głowie  miał  kompletną  pustkę.  Wtedy  zawalił  mu  się

świat: stracił wolność, dostatek i wielkie znaczenie. Jednak w więzieniu niczego

nie musiał. Niczego nie musiał! W celi czuł, że pierwszy raz w życiu nic nie jest

zmuszony  robić  i  niczego  nie  musi  się  obawiać,  o  nic  zabiegać,  o  nic  się

martwić... Teraz w pełnych złoceń salonach wyraźnie odczuwał jakby ból, jakiś

dyskomfort  i  uciążliwość  tego,  że  skończyła  się  laba  i  spokój,  taki  prawdziwy

głęboki spokój za zamkniętymi drzwiami.

Gdy  zapadł  wyrok  i  on,  wybraniec  losu  i  szczęściarz  Nikodem  Dyzma,

znalazł  się  za  kratami,  miotały  nim  mieszane  uczucia.  A  jednak  daleko  mu  było

wtenczas do rozpaczy.

Od  pierwszego  spotkania  w  salonach  Hotelu  Europejskiego  ze  swoim

dobroczyńcą  Leonem  Kunickim  czuł  się  tak,  jakby  przygniatał  go  ciężki

betonowy strop, który wcześniej czy później na niego runie i być może zmiażdży

go  zupełnie.  W  pierwszych  dniach  więziennego  życia  myślał,  że  to  się  właśnie

dokonało,  a  on  żyje  nadal,  nie  jest  głodny,  łóżko  ma  wygodniejsze  niż  to

składane  u  Barcików  na  ulicy  Łuckiej  i  co  chyba  najważniejsze  –  nie  musi  żyć

w  napięciu  przez  ten  cholerny  Oxford,  którego  w  ogóle  nie  umiał  sobie  nawet

wyobrazić, choć miał go rzekomo ukończyć. A Nina? No właśnie, Nina... Nigdy

o niej nie myślał jak o kimś bliskim, tylko jak o hrabiance z innego świata, która

nagle się pojawiła w jego życiu i równie nagle zniknęła. Zawsze wydawało mu

się, że ona tylko udaje tę wielką miłość przed samą sobą... Często nie rozumiał,

co  mówiła,  i  te  jej  zdziwione  oczy,  gdy  on  coś  po  swojemu  powiedział.  Nie

podobała jej się jego mandolina, nie podobało jej się, kiedy opowiadał cokolwiek

ze  swojego  prawdziwego  życia,  co  nie  było  od  początku  do  końca  zmyślone...

background image

Inaczej patrzyła na niego, a inaczej na tego przybłędę Hella, który nie wiadomo

skąd  się  zjawił,  i  to  widzieli  wszyscy.  Hrabianka,  ale  baba  młoda,  zdrowa

i  wyposzczona,  bo  Kunicki  był  staruch  i  nie  do  tych  rzeczy...  On,  Nikodem,  to

bardzo  lubił,  a  jeszcze  bardziej  z  taką  elegancką  kobitką.  Kiedyś  nawet  myślał,

że  one  tego  chyba  w  ogóle  nie  robią...  No  i  on  był  ważniejszy  niż  wszyscy  jej

kuzyni  i  hrabiowie  do  kupy  wzięci,  a  i  Koborowo  potrafił  dla  niej  odebrać

Kunickiemu. Ale za tym przybłędą Hellem wodziła oczami i jakby ciągle czekała

na jego pojawienie się i to w czasie, gdy szykowała się do ślubu z Nikodemem.

Zły  był  tylko,  gdy  dowiedział  się,  że  więzienną  celę  będzie  dzielić  z  jakimś

uczonym. Znowu będzie musiał słuchać zagranicznych wyrazów i zgadywać, co

one  znaczą.  Najlepiej  niech  sobie  gada  taki  profesor,  a  on  odzywać  się  nie  ma

zamiaru.

Gdy  go  klawisz  wprowadził  po  raz  pierwszy  do  ciupy,  w  której  miał

przesiedzieć  pięć  lat,  profesor  na  dolnej  koi  czytał  książkę.  Przerwał  lekturę,

usiadł na łóżku i przedstawił się bez podawania ręki.

–  Kordian  Seweryn  Rawa  Michalewski.  Wiele  o  panu  słyszałem.  Jeżeli

w czymś będę mógł dopomóc, służę uprzejmie, bo jestem już tu zadomowiony –

zadeklarował dobrą wolę postawny szpakowaty mężczyzna i powrócił do swojej

książki.  Przez  pierwsze  dwa  dni  przeważnie  czytał,  był  cichy  i  pełen  ledwo

uchwytnych  życzliwych  gestów.  Poza  tym  jakby  go  nie  było.  Nikodem

próbował  czytać  gazety,  z  trudem  rozwiązał  dwie  krzyżówki  i  szczerze  zaczął

pragnąć, aby powściągliwy w mowie towarzysz zaczął wreszcie coś mówić.

Któregoś  dnia  zjawił  się  w  więzieniu  adwokat  pięknej  Niny  –  jego  pani

małżonki.  Mimo  że  Nikodem  miał  coraz  większe  wątpliwości  co  do

prawdziwych  uczuć  pięknej  żony,  grom  z  jasnego  nieba  albo  deszcz  padający

z  dołu  do  góry  nie  wprawiłby  go  w  większe  osłupienie  niż  sprawa,  z  którą

przybywał znany warszawski prawnik cywilista. Okazało się bowiem, że piękna

Nineczka wystąpiła przeciwko niemu na drogę sadową z pozwem o rozwód...

–  Czyś  pan  oszalał?!  To  chyba  następna  sztuczka  tego  gangstera

Terkowskiego  i  jego  szajki!  Nina  chce  ze  mną  rozwodu?!  –  zdezorientowany

wyskoczył  z  wrzaskiem  na  mecenasa,  gdy  ten  tylko  zdążył  wyłożyć  mu  cel

swojej wizyty.

– Niech pan łaskawie się opanuje, oto pozew podpisany przez panią hrabinę

background image

Ninę Ponimirską.

–  Nie!  Ja  tego  nawet  nie  przeczytam,  niech  żona  przyjdzie  tu  osobiście  albo

napisze do mnie list.

– Pani hrabina do więzienia nie przyjdzie i listu do pana nie napisze. Sprawa

jest już w sądzie i jej przebieg będzie wyłącznie formalny, wyłącznie formalny –

powtórzył  mecenas.  –  Pani  hrabina  nie  życzy  sobie  żadnych  listów  od

szanownego pana i nie przewiduje z panem rozmowy – wyrecytował z kamienną

twarzą prawnik osłupiałemu szczęściarzowi, którego opuściło szczęście.

Nikodem  Dyzma  skamieniał.  Czy  to  możliwe?  Czyżby  jego  dalekie

podejrzenia  sprawdziły  się  szybciej,  niż  przypuszczał?  Przecież  Nina  zakochała

się w nim od razu, jak tylko pojawił się w Koborowie. Jakie ona miała oczy, gdy

na  niego  patrzyła...  Kokietowała  go,  czytała  mu  Londona,  gdy  udawał,  że

choruje.  A  ich  noce...  Nawet  Mańka  z  ulicy  Łuckiej  nie  była  taka  i  nie  robiła

takich rzeczy... Nie krzyczała takim głosem „Niku... Niku... ach, ach... kochany,

najdroższy,  jeszcze,  jeszcze!”.  Nie,  to  niemożliwe,  żeby  Nina  przestała  go

kochać  tak  nagle!  A  jeżeli  tak,  to  została  do  tego  przymuszona  ze  względów

politycznych,  na  pewno  politycznych...  Nikodem  nagle  przestał  ufać  wszystkim

swoim wątpliwościom i stał się dziwnie przekonany, że ten wniosek o rozwód to

jakieś nieporozumienie.

– O nie, panie szanowny, nie będzie żadnego rozwodu! Nina tu musi przyjść

i  wyjaśnić  mi  wszystko.  Na  dobre  i  złe  przysięgała!  Ona  tu  musi  przyjść,  niech

pan  to  zabiera,  ja  niczego  nie  podpiszę,  nie  podpiszę!  –  niemal  krzyczał

wytrącony z równowagi, a przed oczami przesuwał mu się film z jego ukochaną

Nineczką w roli głównej... „Niku, twoja Nineczka to, twoja Nineczka tamto...”

Ale  co  się  działo  z  jego  Nineczką  po  skandalu,  który  wybuchł  tak  nagle

i niespodziewanie, tego Nikodem nie wiedział.

Początkowo  Nineczka  była  przekonana,  że  aresztowanie  Nika  to

nieporozumienie  i  pomyłka,  potem  uwzględniwszy  wnioski  z  licznych  rozmów

z  przerażonymi  przyjaciółmi  męża,  którzy  w  trybie  błyskawicznym  tracili

lukratywne  posady,  doszła  do  wniosku,  że  to  polityczny  zamach  stanu,  zamach

bezwzględnych  karierowiczów  na  jej  Nika,  jej  genialnego  małżonka.  Z  czasem

jednak,  powoli,  ale  nieustannie,  przychodziły  refleksje.  Część  prasy  trąbiła,  że

człowiek  okrzyczany  geniuszem  i  zbawcą  ojczyzny  był  niedouczonym,

background image

chamowatym  parweniuszem  i  niczym  więcej.  Na  pierwszych  stronach  gazet

pokazały się zdjęcia i rysunki Nikodema Dyzmy, męża stanu i zbawcy ojczyzny,

z  gitarą  w  ręku...  Obok  drukowano  teksty  szmirowatych  piosenek,  jakie  ów

genialny  ekonomista  i  polityk  wyśpiewywał,  akompaniując  sobie  na  tym

nieszczęsnym  instrumencie  w  barze  robotniczym  „Pod  Słoniem”  na  ulicy

Pańskiej,  za  pięć  złotych  i  ciepłą  kolacje.  Właśnie  ten  artykuł  o  „genialnym

polityku  i  mandolinie”  wzbudził  pierwsze  wątpliwości  hrabianki  Ponimirskiej.

Przypomniała  sobie,  jak  Niko  przedkładał  ów  instrument  rodem  z  gminu  nad

fortepian.  Potem  przypominała  sobie  różne  powiedzenia  i  zwroty  małżonka,

którymi  była  zaskoczona  i  których  prostactwo  jako  zaślepiona  miłością  kobieta

kładła  na  karb  oryginalnego  sposobu  bycia  człowieka  tak  silnego,  że  nie

potrzebował  się  liczyć  z  niczym  i  nikim.  I  to  straszne  przemówienie  do

pracowników 

administracji 

majątku 

Koborowie, 

kiedy 

został 

jej

plenipotentem...  A  ja  zapowiadam,  że  cackać  się  nie  będę...  Bo  ja  to  tak  wszystko

trzymam  za  pysk...  U  mnie  musi  się  tyrać,  bo  za  próżniactwo  forsy  dawać  nie  myślę...

Zrozumiano?  I  o  tym  złodziejstwie  do  ludzi  uczciwych,  z  wyższym

wykształceniem, bez żadnego powodu... Wtedy tu i tam zwracano jej dyskretnie

uwagę  na  grubiaństwo  i  często  po  prostu  zwyczajne  chamstwo  męża,  ale  ona

przez  długi  czas,  zrozpaczona  beznadziejnym  małżeństwem  z  Kunickim,  była

swoim  Nikiem  zauroczona  i  nie  chciała  u  niego  widzieć  prymitywnego

zachowania.

Refleksje  i  podszepty  znajomych  nie  spowodowałyby  jednak  tak  szybko

spustoszenia w uczuciach Nineczki do Nika, gdyby nie... no właśnie – gdyby nie

przystojny,  tajemniczy,  bogaty  i  egzotyczny  wielbiciel,  arystokrata  oraz  wielki

światowiec  Oskar  Hell.  Swego  czasu  jej  Niko  obszedł  się  z  nim  w  sposób

podstępny i podły, o czym ona dowiedziała się dopiero teraz...

I  oto  osiągnąwszy  najwyższy  możliwy  szczebel  kariery,  były  przybłęda

i  bezrobotny  z  Łyskowa  Nikodem  Dyzma  siedział  w  prezydenckim  fotelu,

patrzył  na  czerwone  płomienie  pełzające  po  głowniach  pachnącego  drewna

w granitowym kominku i świadomy sytuacji, w jakiej się znalazł, myślał o tym,

jakby  to  dobrze  było  odsiedzieć  w  więzieniu  zapewne  skrócony  wyrok

i  otworzyć  sobie  za  pieniądze,  których  miał  sporo  na  koncie,  na  przykład  taki

wielki,  trzypiętrowy  sklep  ze  wszystkim,  jakich  kilka  widział  w  Warszawie.

background image

Albo lepiej restaurację z pięknymi kobietami do tańca i wielkiej zabawy, w jakiej

z pułkownikiem Waredą puszczał nocami grube tysiące złotóweczek... Niestety,

jednak  jego  przewrotny  los  znowu  podał  mu  pokera  z  ręki  i  teraz  miał  do

dyspozycji  cały  prezydencki  Belweder,  a  jutro  czy  pojutrze  będzie  musiał  przez

radio  przemówić  na  cały  kraj  i  powiedzieć  milionom  ludzi  to,  co  jest  podobno

konieczne, ale czego ci ludzie nie chcą słyszeć... A aby być tak wielkim, musiał

ograbić z całego majątku swojego dobroczyńcę Leona Kunickiego, kazać policji

pobić Mańkę, wyrzucić z posad wielu ludzi, którzy nie chcieli wykonywać jego

głupich  poleceń,  bo  wiedzieli,  że  są  bezmyślne  i  złe...  W  więziennej  celi  jego

towarzysz  profesor  Kordian  Seweryn  Rawa  Michalewski  często  powtarzał,  że

kto się znajdzie na wysokim stołku, musi uważać na to, co mówi, bo jeżeli nawet

mu się przyśni jakieś draństwo, zaraz znajdą się tacy, którzy „zgodnie z prawem”

usłużnie  to  dla  niego  uczynią.  „Władza  to  straszna  rzecz,  panie  Nikodemie,

dlatego każdy, kto chce być uczciwym człowiekiem, powinien się jej wystrzegać

jak  ognia...”  Więc  co  teraz  będzie?  Po  co  jemu  to  wszystko...  Mańkę  trzeba  by

może odnaleźć i dać jej na ten sklep z papierosami i szarym mydłem. A Kunicki?

Kunicki  by  się  bardzo  przydał  właśnie  teraz,  bo  jego  pomysły...  Tylko  jak  go

udobruchać za taką straszną krzywdę?

Nikodem Dyzma, prezydent Rzeczypospolitej, marzył do późnej nocy o celi

w  więzieniu,  gdzie  miał  wszystko,  co  było  mu  potrzebne,  i  nie  musiał  się  o  nic

starać i niczym przejmować. Roił sobie też o restauracji z prawdziwymi damami

do  tańca,  którą  na  pewno  miałby  już  niedługo,  aż  wreszcie,  niepewny  jutra

i  zdezorientowany,  położył  się  spać  w  królewskim  łożu,  które  przygotował  mu

kamerdyner czy jakoś inaczej zwany służący.

Rano dostarczono prezydentowi gazety.

„BEZKRWAWY PUCZ W WARSZAWIE!!!”,

„BYŁY AS EKONOMISTA NIKODEM DYZMA

NOWYM PREZYDENTEM POLSKI”,

„NIESPODZIEWANA ABDYKACJA GŁOWY PAŃSTWA!” -

krzyczały  nagłówki  brukowych  szmatławców  i  poważnych,  renomowanych

tygodników.  Nikodem  przeczytał  wszystkie  i  zabrał  się  do  czytania  całych

artykułów,  ale  znużony,  wkrótce  tego  zaprzestał,  zmiął  gazety,  wrzucił  je  do

background image

ozdobnego kosza, pewnie na śmieci, i poczuł, że jest głodny.

Wieczorem  przeglądał  poufne  biuletyny  rządowe  i  natrafił  na  notatkę,  która

go  szczególnie  zainteresowała.  Pismo  informowało,  że  zbiegły  z  Polski  znany

posiadacz  ziemski  prowadzi  z  dużym  powodzeniem  w  Rumunii  i  na  Węgrzech

firmę  zaopatrującą  w  żywność  armie  tych  krajów.  Osobnik  ten,  postawiony

w  Rumunii  przed  sądem  za  rzekome  nadużycia,  wykazał,  że  oskarżenia  były

niesłuszne i procesy wygrał, otrzymując znaczne odszkodowania.

Następnego  dnia  prezydent  poprosił  do  Belwederu  ministrów  spraw

zagranicznych  i  spraw  wewnętrznych,  a  później  długo  rozmawiał  z  ministrem

wojny.  Wkrótce  też  polskie  służby  specjalne  odnalazły  za  granicą  Leona

Kunickiego,  który  po  zaopatrzeniu  go  w  list  żelazny  od  prezydenta  przybył  na

poufne rozmowy do kraju.

Zaproszony gość już pół godziny czekał w jednym z salonów Belwederu na

doprowadzenie  przed  oblicze  głowy  państwa.  Myślami  starszego  pana  miotały

demony.  Kunicki  był  pełen  niepokoju.  Cóż  teraz  może  mu  powiedzieć  ten

straszny  i  tak  niezwykle  przebiegły  człowiek...  Człowiek,  któremu  on  zaufał

i  który  obrabował  go  z  całego  mienia,  zabrał  mu  żonę  oraz  godność  i  wyrzucił

jak złodzieja z kraju...

Wysoki  prezydencki  urzędnik  poprosił  wreszcie  niezwykłego  interesanta

przez oblicze głowy państwa. Kunicki wszedł do gabinetu z duszą na ramieniu,

bał się bowiem, że gdy zobaczy swojego tyrana i kata, stanie się coś strasznego.

Dyzma też szczerze obawiał się tego spotkania.

Kunicki  wszedł  do  gabinetu  i  gdy  zobaczył  Nikodema  Dyzmę  za

prezydenckim  burkiem,  zbladł  i  zaczęły  mu  się  trząść  ręce.  Długo  panowała

cisza.

–  Panie  Kunicki  –  przerwał  ją  w  końcu  prezydent  –  znalazłem  pana

w  Budapeszcie,  dałem  panu  list  żelazny  i  ściągnąłem  tutaj,  bo  wtedy  nam  się

spieszyło... To była sprawa państwowa, sprawa wywiadu, na których się pan nie

znasz i nawet pan nie przypuszczasz, o co byłeś podejrzany. Musieliśmy wysłać

pana  za  granicę  i  tam  obserwować.  Okazało  się,  że  to  była  prowokacja,  obcy

wywiad,  szpiedzy  wyprowadzili  nas  w  pole,  a  pan  byłeś  niewinny.

W szpiegostwie różne rzeczy się dzieją... Nie takie, panie Kunicki, nie takie... –

łgał  bez  zająknienia  prezydent  Polski  i  były  plenipotent  Kunickiego.  –  Teraz

background image

porozmawiamy  o  sytuacji  w  kraju  i  odszkodowaniach,  o  wielkich  korzyściach,

o gratyfikacjach dla pana za tamte niekorzystne interesy.

Ciągle  stojący  obok  swojego  fotela  Kunicki  wyciągnął  szyję,  przekręcił

głowę i przyglądał się niegdysiejszemu swojemu panu Nikodemowi kochanemu,

czujnie  patrzył  jak  lis  na  zwierzę,  które  jest  nie  tylko  znacznie  większe,  ale

i  znacznie  szybsze,  tyle  że  nażarte  do  syta,  więc  chyba  nie  zaatakuje...  Kunicki

nie  wiedział,  czy  został  zwabiony  w  pułapkę  czy  wyprowadzony  na  dostatnie

żerowisko.  Jego  instynkt  podpowiadał  mu,  że  tu  gdzieś  blisko  jest  złoto,  żyła

dużych  pieniędzy,  ale  królowi  złotemu,  kochanemu  panu  Nikodemowi,  już  nie

wierzył. „Po co on mnie tu ściągnął? Co tu się będzie dziać, panie święty? Może

naprawdę  ten  potężny  człowiek  ograbił  go,  bo  wymagała  tego  polityka...

A  z  polityką  nikt  nie  wygrał...  Tylko  co  Koborowo  i  Nina,  jego  żona,  miały

wspólnego  ze  szpiegami  i  tym  wszystkim,  co  takie  przewrotne  i  niezrozumiałe.

A  może  Nina  też  była  szpiegiem?  Że  też  on  się  tego  od  razu  nie  domyślił!  Ona

cały  czas  była  dziwna...  On,  spryciarz,  ale  i  stary  głupiec,  ożenił  się  z  kobietą,

która kto wie kim była. Ale to było dawno... A czego teraz może chcieć od niego

ten człowiek, któremu on zaufał i który go ograbił... A może musiał, bo szpiedzy

zawsze  coś  muszą...  Drugi  raz  on  się  temu  perfidnemu  draniowi  wyprowadzić

w  pole  nie  da,  na  pewno  nie!  Ale  on,  panie  święty,  coś  powiedział  o  wielkich

korzyściach,  o  godziwym  odszkodowaniu,  gratyfikacjach,  panie  święty,  za

wszystko,  a  teraz  jest  prezydentem  państwa...  No  to  niech  mówi,  niech  mówi,

zobaczymy,  co  powie...”.  –  Wiele  gorączkowych  myśli  przetaczało  się  przez

głowę  Kunickiego,  niegdysiejszego  magnata,  a  obecnie  człowieka  o  niepewnej

kondycji.

Prezydent Dyzma rozsiadł się tymczasem wygodnie w fotelu, bębnił palcami

po biurku i ciągnął dalej swe łgarstwa.

–  Panie  Kunicki,  pan  jesteś  człowiekiem  pracowitym,  sprytnym  i  masz  pan

szczęście. Jakbyś pan wiedział, jakie się chmury nad panem zbierały, to byś pan

mnie w rękę pocałował. Za panem w świat pojechali agenci wywiadu i to jeszcze

jacy,  ho,  ho!  A  ja  cały  czas  pana  obserwowałem  osobiście,  chroniłem  i  gdzie

mogłem,  pomagałem.  Nieczęsto,  bo  pan  radziłeś  sobie  dobrze,  ale  pomagałem.

No,  siadaj  pan,  panie,  panie  Leonie  –  Dyzma  użył  imienia  Kunickiego,  czego

nigdy  nie  robił  –  bo  jak  się  pan  dowie,  po  co  pana  wezwałem,  to  się  pan

background image

przewróci i zrobi sobie krzywdę albo padnie na atak serca, a szkoda by było, bo

przed  panem  wielkie  pieniądze,  wielkie  pieniądze,  panie  Kunicki...  –

przystępował powoli do rzeczy prezydent.

Kunicki  ciągle  nie  spuszczał  z  oczu  najważniejszej  urzędowej  osoby

w  państwie  albo  oszusta  lub  szpiega.  Nie  był  go  wcale  pewny,  ale  usiadł

ostrożnie na brzegu fotela. Wzmianka o wielkich pieniądzach go zelektryzowała,

choć czujny był nadal.

–  Pan,  panie  Kunicki,  w  Rumunii  i  na  Węgrzech  zaopatrywał  wojsko

i znowu zbił pan na tym wielka forsę...

–  Uczciwie!  Uczciwie!  Ja  nie  dam  sobie  niczego  wmówić...  ja,  ja...  –

przerwał prezydentowi gość.

– Wiem, wiem, uczciwie i... nieuczciwie... były tam takie różne, panie, tego,

ale  nie  o  to  chodzi,  panie  Kunicki.  Ja  po  starej  znajomości  i  żeby  panu

wynagrodzić  krzywdę,  bo  przyznaję,  że  z  tym  Koborowem  to  była  krzywda,

mogę panu powierzyć... mogę panu dać... No, zgadnij pan, co mogę panu dać? –

Nikodem  Dyzma  przerwał  i  przyglądał  się  bystro  Kunickiemu,  który  wiercił  się

na rogu fotela i to mrużył, to rozszerzał rozbiegane oczka.

– Mogę panu dać... mogę panu dać koncesję, wie pan na co?

Kunicki czekał, ale w końcu napiętym ze zdenerwowania głosem zapytał:

–  Skąd  ja,  prosty  człowiek,  mogę  wiedzieć,  jak  pan  prezydent  zechce  mi

łaskawie i uczciwie zapłacić za mój cały majątek za... panie święty...

Prezydent Dyzma uderzył lekko dłonią w stół i Kunicki zamilkł.

– Ja panu mogę dać wyłączną koncesję na zaopatrywanie całej armii polskiej,

całej  armii  w  żywność,  mundury,  materiały  budowlane,  konie,  paszę,  paliwo,

wszystko  oprócz  broni...  Ja  panu  mogę  dać  koncesję  na  wyprzedaż  majątku

Wojska  Polskiego  po  powszechnej  demobilizacji,  którą  przewidujemy  wobec

zamierzonej neutralności Polski w tej wojnie, rozumiesz pan?!

Kunicki  siedział  w  miejscu  i  nie  ruszał  się,  dopiero  po  chwili  zamrugał

oczami, wyciągnął szyję jeszcze bardziej do przodu i zapytał, jakby nie dosłyszał

tego, co było powiedziane:

– Hę? Proszę?... Że co? Panie prezydencie?

–  Doceniając  pana  talenty  i  tytułem  zadośćuczynienia  za  pana  ofiarność

i  oddanie  kiedyś  Koborowa  dla  dobra  publicznego,  mogę  dać  panu  wyłączną

background image

koncesję  na  zaopatrywanie  armii  polskiej  w  kraju  i  podczas  zamierzonej

ewakuacji za granicą, rozumiesz pan? – powtórzył Nikodem Dyzma.

Kunicki  wstał  powoli  z  miejsca,  zrobił  dwa  kroki  w  kierunku  prezydenta

i  stanął  osłupiały.  Powieki  mu  drgały.  Wyglądał  tak,  jakby  nie  wiedział,  co  ma

z sobą uczynić.

–  Panie  Nikodemie,  królu  złoty,  to  znaczy  przepraszam,  panie  prezydencie,

powiada pan: wyłączną koncesję na zaopatrzenie całej armii, całej polskiej armii,

polskiego wojska?

– Tak, całej armii, polskiego wojska...

–  Panie  prezydencie,  to  aby  na  serio?  Aby  nie  żart  jakiś,  żeby  ośmieszyć

skromnego  człowieka,  który  na  polityce  się  nie  zna,  ale  gospodarzem

i handlowcem jest dobrym, panie święty?

–  Dobrze  pan  słyszy.  Chodzi  o  koncesję  na  zaopatrywanie  całej  armii

polskiej, koncesję wyłączną, natychmiast po podpisaniu umowy z rządem, która

jest  już  przygotowana.  Dotychczasowe  agendy  przejmie  pan  na  kredyt,

magazyny,  bocznice  kolejowe,  tory,  statki  morskie,  kilka  samolotów

dostawczych... Spłaci pan później...

Kunicki  zrobił  kilka  drobnych  kroczków  do  tyłu  w  kierunku  swojego  fotela

i  ostrożnie  w  nim  usiadł.  Siedział  i  przyglądał  się  chwilę  prezydentowi

w  wielkim  skupieniu.  Małe  kropelki  potu  wystąpiły  mu  na  czoło  i  wytarł  je

chustką.  Nagły  skurcz  przebiegł  po  jego  twarzy,  jakby  uprzytomnił  sobie  coś

bardzo ważnego, o czym karygodnie zapomniał.

–  Królu  złoty,  panie  Nikodemie  kochany,  to  znaczy  przepraszam,

przepraszam  bardzo,  wielce  szanowny  panie  prezydencie,  w  kwestii  pańskiego

udziału,  no,  pańskich  gratyfikacji,  to  ja  rozumiem,  że  pan  rozumie,  że  ja

rozumiem, że powinny być... – Kunicki rozejrzał się po gabinecie i zniżył głos. –

Określi  je  łaskawie  pan  sam  osobiście,  powiedzmy  w  wysokości  trzy,  a  nawet

cztery od sta do banku w Szwajcarii. Cztery od sta, od każdej transakcji, aby to

nie  będzie  za  mało,  królu  złoty,  to  znaczy  panie  prezydencie  szanowny?  Cztery

od sta albo jeszcze trochę...

Pan  Nikodem  kochany,  król  złoty,  uderzył  ręką  w  stół  i  Kunicki  zamilkł.

Patrzył  wystraszony  na  prezydenta,  nie  wiedząc,  co  się  stało,  nie  mogło  to

bowiem  być  przecież  za  mało,  bo  już  było  na  granicy  wszelkich  możliwości.

background image

Chwilę trwała głucha cisza.

–  Panie  Kunicki.  Panie  Kunicki  –  powtórzył  Nikodem  Dyzma.  –  Tu  nie

prywata, tu są sprawy, o jakich panu się nigdy nie śniło, panu i mnie... Pan wie,

jaka  jest  stawka?  Trzeba  ratować  Polskę.  Ratować!  Trzeba  ratować  kobiety

i  dzieci  od  zagłady  we  własnych  domach  i  na  ulicach  miast,  trzeba  ratować

mężczyzn  od  zagłady  na  frontach  w  walce  z  dziesięciokrotnie,  ba,

dwudziestokrotnie  silniejszymi  armiami  wrogów...  Pan  może  zarobić,  pan

powinien  zarobić,  bo  to  będzie  pańska  praca.  Ja  nie!  Mnie  na  tym  zarabiać  nie

wolno! Nie wolno! Ja muszę ratować kraj, rozumie pan, panie Kunicki?! Będzie

pan  w  sposób  uczciwy  zaopatrywać  wojsko,  w  sposób  uczciwy,  rozumie  pan!

W  najlepsze  produkty,  surowce  i  materiały.  O  żadnych  gratyfikacjach,

procentach  czy  czymkolwiek  podobnym  dla  kogokolwiek  nie  ma  i  nie  będzie

mowy, nigdy! To jest warunek propozycji. Rozumie pan, panie Kunicki?!

Kunicki  zerwał  się  z  fotela  i  skłonił  nisko,  z  powagą,  jakby  z  nagle  nabytą

wielką godnością i prawdziwym szacunkiem.

background image

K

ROZDZIAŁ VII

ilka  dni  później  w  Belwederze  odbyła  się  narada,  która  miała

wszystkie klauzule najwyższej tajności. O tym spotkaniu nie wiedział

rząd,  nie  wiedział  minister  spraw  wewnętrznych  ani  minister  wojny.

To  była  poufna  narada,  która  formalnie  nigdy  się  nie  odbyła.  Przewodniczył  jej

sam  prezydent,  obecni  byli:  odwołany  z  przymusowej  emigracji  były  magnat

Leon  Kunicki,  były  asystent  prezesa  Polskiego  Banku  Zbożowego  Zygmunt

Krzepicki i urlopowany na tę okoliczność z więzienia profesor Kordian Seweryn

Rawa  Michalewski  oraz  sztabowy  pułkownik  Wojska  Polskiego  Wacław

Wareda.

– Panowie, los Polski jest w naszych rękach, nie w sejmie ani w rządowych

ławach,  tylko  jak  tu  siedzimy:  w  naszych  rękach.  Nowy  minister  spraw

zagranicznych  rozpoczął  ściśle  tajne  rozmowy  z  Ribbentropem.  Jeszcze  dzisiaj

podpiszę  odpowiednie  protokoły  i  projekty  porozumienia  opracowane  przez

Wojskową Patriotyczną Radę Realną, ale zdanie prezydenta Polski na wszystkie

kwestie  wypracujemy  właśnie  my  teraz.  Wiecie,  o  co  chodzi,  no  nie?  Więc

gadajcie i fertig... – zagaił krótko po swojemu prezydent.

Kunicki  wytarł  pot  z  czoła.  Jeszcze  przed  kilkoma  dniami  był  przestępcą

i  oszustem,  wyrzuconym  z  kraju  banitą,  a  teraz  miał  doradzać  prezydentowi

w  najwyższej  wagi  sprawach  państwowych...  Patrzył  chytrymi  rozbieganymi

oczkami  i  na  razie  milczał.  Zdążył  już  obliczyć  zapowiadające  się  olbrzymie

dochody  z  procentów  od  sum  związanych  z  zaopatrywaniem  armii  polskiej

i nieprzebrane krocie, jakie można było zyskać na demobilizacji armii – i znowu

szczerze wielbił króla złotego, pana Nikodema kochanego.

Wareda był tym razem wyjątkowo poważny, zmarszczył czoło i intensywnie

myślał. Doradca bankowy prezesa, Krzepicki, był jak zwykle na luzie, a profesor

Rawa Michalewski zachowywał właściwą sobie powagę.

–  Panie  święty,  panie  Nikodemie  kochany,  królu  złoty,  to  znaczy  szanowny

panie prezydencie, na Węgrzech i w Rumunii nikt nie ma wątpliwości, że wojna

z  Niemcami  to  nonsens,  że  na  taką  wojnę  można  pójść  tylko  wtedy,  gdy

background image

zawiedzie  dyplomacja,  jak  się  pokoju  i  życia  ludzi,  tysięcy  ludzi...  milionów

ludzi nie da wytargować za jakieś ustępstwa polityczne i terytorialne. Bo oni nas

zgniotą jak w maszynce do mięsa, a do tego są przecież jeszcze bolszewicy...

Profesor Michalewski zgniótł papierosa w popielniczce.

–  Nie  mamy  innego  wyjścia,  jak  pertraktować  i  układać  się  z  Niemcami

przeciwko  bolszewikom  albo  z  bolszewikami  przeciwko  Niemcom.  Anglicy

i  Francuzi  mają  mało  wojska,  są  nieprzygotowani,  nie  będą  nas  ratować.

Najbardziej  realny  wydaje  się  układ  z  Niemcami,  który  kosztem  ustępstw

terytorialnych,  nawet  bardziej  dotkliwych  jak  utrata  enigmatycznych  praw  do

Wolnego  Miasta  Gdańska  i  pasa  autostrady,  zapewni  nam  pokój  –  powiedział

krótko  profesor  i  w  salonie  zapanowała  cisza.  Po  chwili  przerwał  ją  pułkownik

Wareda.

– Nikuś – zaczął poufale, ale zorientował się, że popełnił gafę, wstał, trzasnął

obcasami  i  zasalutował.  –  Panie  prezydencie!  Niemcy  mają  przewagę

dziesięciokrotną,  Sowieci  piętnastokrotną,  Polska  jest  gołębim  jajkiem  między

ruchomymi  skałami.  Angielski  i  francuski  wywiad  zna  potęgę  Hitlera  i  te  kraje

nie  przystąpią  do  wojny.  –  Pułkownik  zasalutował  i  usiadł,  a  głos  zabrał

ponownie Kunicki.

– Panie prezydencie, ja zaopatruję wojsko w Europie i wiem, gdzie ile czego

jest...  Polska  ma  obecnie  dziewięćset  pięćdziesiąt  tysięcy  żołnierzy,  czterysta

samolotów i osiemset pięćdziesiąt czołgów. Niemcy mają milion osiemset tysięcy

żołnierzy,  tysiąc  trzysta  tylko  bojowych  samolotów,  no  i  dwa  tysiące  siedemset

czołgów  gigantów.  Sowieci  mają  pięć  milionów  i  sto  tysięcy  żołnierzy,

dwadzieścia cztery tysiące czołgów i siedemnaście tysięcy siedemset pięćdziesiąt

cztery  samoloty.  Dyplomatów  mamy  wszyscy  prawie  tyle  samo,  a  racji

politycznych  my  najwięcej...  To  którą  z  tych  broni  Polska  powinna  uznać  za

najbardziej  odpowiednią  do  wykorzystania  w  tej  wojnie?  Z  której  broni  nie

wolno  nam  rezygnować,  panie  święty?  Trzeba  paktować,  targować  się,  żeby

nam  ustępstw  starczyło  na  dłużej,  bo  wiadomo,  że  jeżeli  chcemy  żyć,  panie

święty,  Hitlerowi  z  wojną  czy  bez  wojny  jeszcze  długo  będziemy  musieli

ustępować... Ten drań potrzebuje autostrady przez nasze Pomorze, chce Gdańska

i  będzie  chciał  przemarszu  swoich  wojsk  na  Moskwę.  I  to  jest  warunek

najgorszy, bo ten przemarsz zabierze nam dużo wolności, ale nie zabierze życia

background image

milionów ludzi i nie wtrąci całej Polski do więzienia hitlerowskiej okupacji. Ten

drań  Hitler  nie  chce  polskiego  przemysłu  ani  ropy  naftowej,  bo  ani  jednego  ani

drugiego  nie  mamy.  Co  znaczy  oddanie  im  korytarza  i  Gdańska?  A  pal  licho

korytarz  i  Gdańsk!  Prawda,  to  dyshonor,  panie  święty,  ustępstwo,  strata  części

terytorium,  ale  nie  katastrofa...  Panie  Nikodemie  kochany,  królu  złoty,  bez

Gdańska  i  z  taką  trasą  przez  Pomorze  Polska  może  funkcjonować...  Takie

ustępstwa  to  nie  zagłada...  Wojna  to  nonsens,  Niemcy  i  Sowieci,  ich  prawie

dziesięciomilionowa  wspólna  armia  mogłaby  zarzucić  nas  czapkami,  a  będą

rzucać granaty, nie czapki... Granaty, nie czapki...

–  To  rząd,  który  przepędziliśmy,  tego  nie  wiedział?  –  przerwał  Kunickiemu

prezydent. Pułkownik Wareda wstał i powtórzył procedurę salutowania.

– Rząd, który ustąpił, realizował w sposób honorowy postanowienia sojuszy

zawartych  z  Anglią  i  Francją,  panie  prezydencie.  Lansowana  była  fałszywa

teoria, że to Anglia i Francja będą ochraniać nas, podczas gdy to my staliśmy się

tarczą dla tych politycznych graczy. Możliwość odstąpienia od tych sojuszów nie

była  w  ogóle  brana  pod  uwagę.  To  był  polityczny  dogmat,  panie  prezydencie.

Każdego,  kto  pierwszy  zgłosiłby  pomysł  układów  z  Niemcami,  okrzyczanoby

zdrajcą.  Nikt  więc  takiego  wariantu  nie  zgłaszał.  Ja  sam  do  czasu,  gdy

dowiedziałem  się  o  manewrze  Wojskowej  Patriotycznej  Rady  Realnej,  uległem

tej  psychozie,  to  była  psychoza  powszechna...  –  Powiedziawszy  to,  pułkownik

zasalutował i usiadł.

– A specjaliści wojskowi, nie od polityki, tylko od wojny, nie policzyli tych

niemieckich  i  sowieckich  dywizji,  czołgów,  samolotów,  nie  porównali  ich

z naszą niemocą i w trymiga nie skapowali się, że tu trzeba pomyśleć, co robić,

a nie wojować? – zapytał Dyzma.

–  Specjaliści  obliczyli,  ale  co  z  tego,  kiedy  patrioci  w  rządzie  i  ulica

krzyczała, że nie oddamy nawet guzika, nasz oberminister w sejmie wykrzykiwał

o  honorze,  nie  wspominając  ani  słowa  o  dywizjach,  i  krzyczał,  że  Polska  od

morza  odepchnąć  się  nie  da,  jakby  nie  wiedział,  że  ma  pięć  okrętów

podwodnych,  a  Niemcy  mają  ich  na  pęczki...  –  odezwał  się  profesor  Kordian

Seweryn Rawa Michalewski. – Specjaliści obliczyli, ale nie mieli nic do gadania.

No i polscy politycy zapomnieli, że istnieje sowiecka Rosja... W strategii wojny

nie  uwzględnili  równie  potężnego  jak  Niemcy  wroga  –  Sowietów  –  nie

background image

uwzględnili...  bo  im  nie  pasowało  do  strategii,  wywracało  ją  do  góry  nogami...

Chyba dlatego powstała wasza patriotyczna rada wojskowa i przejęliście władzę.

Inaczej na zachodzie i wschodzie byłaby masakra, byłaby masakra – powtórzył,

nie wstając z miejsca profesor.

–  Więc  co  mam  robić,  cholera  jasna?  –  zapytał,  wyraźnie  wytrącony

z równowagi prezydent.

Kunicki znowu wytarł pot z czoła.

– 

Panie 

święty, 

królu 

złoty, 

panie 

Nikodemie 

kochany...

Pertraktować...Pertraktować  z  Hitlerem,  może  nawet  ze  Stalinem  albo  samym

diabłem,  jak  będzie  trzeba  to  i  z  diabłem.  Najgorsze,  co  możemy  zrobić,  to

przyjąć wojnę z Niemcami i zaraz potem z bolszewikami. To już lepiej podpalić

Polskę  i  uciekać,  panie  święty.  Musimy  postanowić,  że  wojny  nie  będzie,

i  dopiero  po  wykluczeniu  wojny  jako  niedopuszczalnej  zagłady  myśleć,  co

czynić  dalej...  –  mówił,  ciągle  stojąc  przed  prezydentem,  Kunicki.  –  Anglikom

i  Francuzom  trzeba  powiedzieć,  że  jesteśmy  z  nimi  i  że  faszyzm  nam  się  wcale

nie  podoba,  ale  jak  nam  nie  zagwarantują  pokoju  z  Sowietami  i  tu  zaraz  nie

przyślą  po  pół  miliona  żołnierzy  z  odsieczą  przeciw  Niemcom,  to  będziemy

musieli  oddać  Gdańsk  z  korytarzem  i  podpiszemy  nowy  pakt  o  nieagresji  na

zachodzie,  bo  innego  wyjścia  nie  mamy...  Inaczej  my  zginiemy,  a  oni  będą

z  nami  całym  sercem.  My  zginiemy,  a  oni  będą  nas  wspierać  moralnie,  panie

święty... Czy to Rumunia, Węgry czy Czechy, każdy kraj, który ma do wyboru

wojnę albo paktowanie z Hitlerem, panie święty, ma tylko jednego wroga, tylko

jeden  front.  Jakby  przyszło  do  konfliktu  zbrojnego,  te  państwa  stoją  w  obliczu

jedynie nierównej wojny i po przeliczeniu sił decydują się na paktowanie. Tylko

jedno  państwo  stoi  naprzeciw  nie  tyle  przegranej  wojny,  co  zagłady,  bo  ma

dwóch  wrogów  i  będzie  miało  dwa  fronty,  a  na  nich  dwadzieścia  razy  więcej

wrogich czołgów, armat, samolotów i zbrodniczego wojska. Ten kraj to Polska...

Powiedzmy, że nie ma żadnych Niemców i żadnych bolszewików, powiedzmy,

że z jednej strony idzie lawina, a z drugiej postępuje potop. Obydwa kataklizmy

niszczą,  rujnują,  a  przede  wszystkim  zabijają  ludzi.  A  strażacy,  którzy  mają  nas

ratować,  krzyczą,  że  najważniejszy  jest  honor,  że  oni  cofać  się  ani  uciekać  nie

będą,  że  nie  oddadzą  tym  kataklizmom  nawet  guzika...  Panie  święty,  to

przecież...

background image

– Fiksum dyrdum na opak, pomieszane klepki... To pomieszane klepki, a nie

polityka czy jakakolwiek strategia – przerwał mówcy prezydent.

–  Brawo!  Brawo,  panowie  cywile!  –  wystrzelił  z  komentarzem  pułkownik

Wareda.

„Ten Kunicki to ma kiepełkę, trzeba go chyba zrobić generałem” – pomyślał

Nikodem i uznał, że dowiedział się tego, czego chciał, więc naradę można uznać

za zakończoną.

Tymczasem  w  Warszawie  ściśle  tajne  informacje,  mimo  usilnych  wysiłków

cenzury,  przeciekły  na  zewnątrz.  Na  ulicach  zapanował  niepokój,  zaczęto

wzniecać  coraz  liczniejsze  manifestacje.  Patriotyczne  organizacje,  których

w  obliczu  nadchodzącej  wojny  namnożyło  się  wiele,  po  prostu  oszalały.  Na

placach  zebrań  powiewano  transparentami  z  napisami  „TARGOWICA!”,

„POLSKA  SPRZEDANA!”,  „DYZMA  Z  KLIKĄ  ZDRAJCÓW,  PRECZ!”.

Ale też tu i tam coraz częściej pojawiały się głosy pełne opanowania i rozsądku,

a w gazetach zamieszczano artykuły z rzetelną analizą tragicznej sytuacji Polski.

Rzecz  w  tym,  że  fanatycy  patriotycznych  poglądów  tępili  gdzie  tylko  mogli

wszelkie  przejawy  wolnej  dyskusji  i  od  razu  podzielili  Polaków  na  bohaterów

i  zdrajców.  W  takiej  też  atmosferze  miała  się  odbyć  decydująca  konferencja

pokojowa w Belwederze. Pułkownik Przewrot Żagwa Romanowski i Wojskowa

Patriotyczna  Rada  Realna  dążyli  do  tego,  by  za  wszelką  cenę  ruchowi,  który

stworzyli,  nadać  charakter  demokratyczny.  Każdy  autentyczny  zwolennik

manewru  prezydenta  Dyzmy  ceniony  był  na  wagę  złota.  Na  konferencję

pokojową  zaproszono  więc  także  przedstawicieli  opozycji,  która  starała  się

pokrzyżować antywojenne dążenia Patriotycznej Wojskowej Rady Realnej.

Pułkownik  Romanowski  był  zaniepokojony  postawą  prezydenta,  który  nie

wykonywał  ślepo  poleceń  junty  przed  naradą.  Postanowił  więc  odpowiednio

zmobilizować Nikodema.

– Panie prezydencie, oto krótki tekst pańskiego wystąpienia. Proszę się z nim

zapoznać i go opanować.

– Ja już mam swój tekst...

– Nie!

–  Tak  jest,  panie  pułkowniku!  –  Nikodem  wprawdzie  przytaknął,  ale

pułkownika całkiem opuściła pewność, czy można ufać temu człowiekowi.

background image

Dyzma 

przeczytał 

przygotowane 

dla 

niego 

kilkunastozdaniowe

oświadczenie,  które  było  zbyt  formalne  i  patetyczne,  więc  nie  przypadło  mu  do

gustu.  W  tym  czasie  główna  sala  konferencyjna  wypełniła  się  po  brzegi,  na

korytarzach tłoczyli się korespondenci zagranicznych pism, dla których zabrakło

miejsc prasowych. Pułkownik podszedł do głowy państwa.

– Ostrzegam! Jeżeli pan nas zawiedzie, będzie krótka strzelanina i zginie pan

w zamachu sił nieznanych, wszystko jest przygotowane. To ostatnia przestroga...

– niemal warknął szef junty.

–  Dobrze,  jeżeli  będę  mówił  źle,  strzelajcie  –  uciął  prezydent,  sam  się

dziwiąc,  skąd  u  niego  taki  spokój  i  odwaga.  Gdy  przyszła  odpowiednia  chwila,

wyciągnął z kieszeni kartkę...

Szanowni  państwo,  Polacy!  Z  zachodu  Niemcy,  ze  wschodu  bolszewicy.  Póki

można,  trzeba  wybrać,  z  kim  paktować,  z  kim  wojować.  Albo  paktować

z Niemcami przeciwko bolszewikom, albo z bolszewikami przeciwko Niemcom...

Czy chcemy, czy nie, innej możliwości nie ma. Anglia i Francja to bujda, mają

mało  wojska,  są  nieprzygotowani,  nikogo  nie  będą  ratować.  Niemcy  mają  nad

nami przewagę dziesięciokrotną, Sowieci piętnastokrotną, a Polska jest gołębim

jajkiem między walącymi się skałami... Trzeba to jajko natychmiast zabrać...

Na  sali  zawrzało,  a  potem  nastąpiła  cisza.  Siedzący  tuż  przed  mównicą

pułkownik był blady, gdyż zorientował się, że prezydent wygłasza nieznany mu

tekst  własny.  Wstał  z  miejsca,  dał  jakieś  znaki  na  galerię.  Prezydent  podniósł

głos.

Dotychczasowa  propaganda  w  sposób  nieodpowiedzialny  ogłupiła  naród.

Polska  dysponuje  dziewięćset  pięćdziesięcioma  tysiącami  żołnierzy,  mamy

czterysta  samolotów  i  osiemset  pięćdziesiąt  czołgów.  Niemcy  mają  blisko  dwa

miliony żołnierzy, tysiąc trzysta samolotów i trzy tysiące superczołgów.  Sowieci

mają  pięć  milionów  i  sto  tysięcy  żołnierzy,  dwadzieścia  cztery  tysiące  czołgów

i  siedemnaście  tysięcy  siedemset  pięćdziesiąt  cztery  samoloty.  Dyplomatów

mamy  jednakowo  dużo,  racji  politycznych  o  wiele  więcej  niż  nasi  przeciwnicy.

Pytam,  którą  z  tych  broni  powinniśmy  wybrać  jako  odpowiednią  w  takiej

sytuacji?  Która  broń  jest  dla  nas  najkorzystniejsza?!  Trzeba  paktować!

background image

Targować  się,  żeby  nam  na  długo  starczyło  ustępstw,  bo  wiadomo,  że  jeżeli

chcemy  żyć,  jeszcze  długo  będziemy  ustępować...  Hitler  od  Polski  potrzebuje

autostrady,  chce  Gdańska  i  będzie  chciał  przemarszu  wojsk  niemieckich  przez

Polskę  na  Moskwę.  I  to  jest  najgorsze,  bo  ten  przemarsz  zabierze  nam  część

wolności,  ale  nie  zabierze  życia  milionom  ludzi  i  nie  będzie  hitlerowskiej

okupacji w Polsce. Pozostaniemy wolni. Hitler nie chce polskiego przemysłu ani

polskiej  ropy  naftowej,  bo  ani  jednego,  ani  drugiego  nie  mamy.  Ale  możemy

mieć  nadzieję,  że  Niemcy  zadowolą  się  tym,  czego  chcą  i  co  mogą  od  nas

dostać. Co dla nas znaczy oddanie im korytarza i Gdańska? A pal licho korytarz

i  Gdańsk!  Oddanie  tego  to  nie  zagłada...  nie  okupacja,  nie  wymordowanie

milionów  Polaków  i  Żydów.  Będziemy  żyć  bez  Gdańska,  z  autostradą  na

Pomorzu, i tego nawet nie zauważycie, a trupów i pożarów nie będzie...

Nikodem  Dyzma  niemal  dosłownie  powtarzał  słowa  Kunickiego  i  profesora

Michalewskiego, ale robił to z wielkim przekonaniem i przedziwną mocą.

Na  sali  ciągle  panowała  cisza,  tylko  trzaskały  migawki  aparatów

fotograficznych  i  błyskała  magnezja.  Pułkownik  Romanowski  siedział

w milczeniu, zaciskając palce na poręczy fotela.Prezydent mówił dalej.

Rząd,  który  ustąpił,  realizował  honorowo  postanowienia  sojuszy  zawartych

z  Anglią  i  Francją.  Nikt  nie  wpadł  na  pomysł  innej  polityki,  bo  to  byłoby

niegodne. Wasze żony i dzieci nie znają się na polityce i honorze, ale chcą żyć!

Trzeba kombinować, trzeba ratować ludzi... Anglikom i Francuzom powiemy, że

jesteśmy  z  nimi,  ale  jak  nam  nie  przyślą  natychmiast  po  półtora  miliona

żołnierzy z odsieczą, to oddamy Gdańsk i korytarz Niemcom i podpiszemy z nimi

nowy pakt o nieagresji. Inaczej zginiemy, choć Anglicy i Francuzi będą z nami

całym  sercem!  Niemcy  i  Sowieci  to  dla  nas  nie  wojsko,  to  trzęsienie  ziemi

i potop, a z trzęsieniem ziemi i potopem się nie walczy, tylko zabezpiecza przed

jego  skutkami.  I  my  to  chcemy  uczynić.  Chcemy  uratować  wasze  dzieci  przed

lawiną,  wasze  domy  przed  zburzeniem  i  wasze  wnuki  przed  niewolą,  tak  nam

dopomóż Bóg! -

zakończył  patriotycznie  prezydent,  skłonił  się  i  zszedł  z  mównicy.  Całe

przemówienie  trwało  trzy  minuty.  Chwilę  jeszcze  panowała  cisza,  potem  nastał

background image

szum i dało się słyszeć okrzyki: „Hańba!”, „Zdrada!”, „Targowica!”. Zagłuszyły

je jednak gromkie brawa.

background image

N

ROZDZIAŁ VIII

ina  po  zaślubieniu  nowego  ukochanego  ruszyła  z  nim  we  wspaniałą

podróż.  Młoda  para  odwiedziła  Egipt,  Wyspy  Kanaryjskie,  Nowy

Jork, a w drodze powrotnej do Polski także Rzym, pełną wspaniałych

zabytków Grecję oraz norweskie i fińskie fiordy. Tam też, na wschodzie, blisko

sowieckiej granicy stało się coś strasznego.

Wielkie  było  zdziwienie  Nikodema,  gdy  otrzymał  od  swojej  byłej  małżonki

drugi list. Było to pismo wydrapane ołówkiem na byle jakim papierze w kratkę –

zupełnie  inne  od  tego  wykaligrafowanego,  na  wytwornej  papeterii,  jakie

Nikodem otrzymał po wizycie adwokata w więzieniu.

Szanowny  Panie  Prezydencie  Rzeczypospolitej  Polskiej!  Kochany,  Najdroższy

Niku!

Wiem, jak zawiniłam, myśląc, że te oszczerstwa, które pisano o Tobie, były

chociaż w części prawdą... I ten straszny list do Ciebie, który napisałam, kiedy

bez  winy  siedziałeś  w  więzieniu,  tak  jak  teraz  ja.  To  nie  Ty  okazałeś  się  złym

człowiekiem, ale mój nowy mąż. Pewnie nie wybaczysz mi nigdy tego, och, jakie

to  straszne!  Oskar  rzeczywiście  pracował  w  sowieckim  wywiadzie,  to  Ty  miałeś

rację.  On  został  aresztowany,  a  ja  z  nim,  jego  stracono  pod  zarzutem

szpiegowania  na  rzecz  Francji,  mnie  bez  żadnych  podstaw  wtrącono  do

okropnego  więzienia  –  do  łagru,  na  15  lat...  Na  15  lat,  Niku!  Pracujemy  tu

w  podziemnej  kopalni  złota  przez  całe  dnie  i  nocami  także.  Jemy  tylko  zgniłe

śledzie  i  przemrożone  ziemniaki  z  obierkami  albo  same  obierki.  Kobiety

umierają  jedna  po  drugiej.  Wiem,  że  tylko  Ty  możesz  mnie  uratować.  Niku!

Naprawdę kochałam i kocham tylko Ciebie! Ratuj! Całuję Twoje ręce -

Nina

Ten list Nikodem także przeczytał dwukrotnie. „A widzicie ją, ścierwo jedne,

hrabianka, nie chcę pana ani widzieć, ani słyszeć, nigdy! Tak pisała poprzednio.

Przyszła  koza  do  woza,  a  niech  sobie  zdycha  w  tym  Kołymiu,  jak  była  taka

background image

ważna...  Ale  jak  ona  tam  tymi  swoimi  paluszkami  jak  jakiś  alabaster  grzebie

w zamrożonej na kamień ziemi, jak je te zgniłe śledzie... Że też nadal żyje mimo

wszystko”  –  myślał  Nikodem  po  lekturze  listu  i  zajął  się  czym  innym.

Wieczorem  zadzwonił  do  niego  minister  spraw  zagranicznych  i  zapytał,  czy  nie

chciałby  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  swojej  byłej  małżonce,  bo  ma  kontakt

z  osobą,  która  przywiozła  list  i  niedawno  osobiście  panią  hrabinę  widziała.

Nikodem  zastanowił  się  przez  chwilę.  Co  go  właściwie  obchodzi  teraz  ta  baba,

on  zawsze  czuł,  nawet  kiedy  się  z  nim  kochała,  że  ona  jest  taka  jakaś  z  innego

świata... Ale ładna była, cholera jedna, taka ładniutka cała, i starała się, starała się

do samego końca... „Pal licho” – pomyślał i powiedział ministrowi, żeby ktoś do

Belwederu tę osobę przywiózł.

Następnego  dnia  zameldowano  mu  zapowiedzianą  wizytę.  Dyrektor

odpowiedniego  departamentu  zjawił  się  u  prezydenta  z  panią  może

trzydziestoletnią, szczupłą, o ascetycznej urodzie.

–  Pani  Kamila,  nasza  nieoficjalna  przedstawicielka  w  określonych  kanałach

dyplomatycznych 

kompetentnych 

dla 

Rosji 

sowieckiej 

– 

przedstawił

prezydentowi młodą kobietę urzędnik z ministerstwa.

Podczas  rozmowy  Nikodem  dowiedział  się  rzeczy  przerażających.  Nina  ze

swoim mężem została aresztowana podstępem. Sowieci zarzucili Oskarowi i jego

żonie  podwójne  szpiegostwo,  nie  tylko  na  rzecz  Moskwy,  ale  także  na  rzecz

Paryża,  na  co  były  podobno  dowody.  Oskar  został  zamordowany,

prawdopodobnie zatłuczony w śledztwie.

–  Pan  prezydent  byłej  małżonki  by  teraz  nie  poznał  –  powiedziała  suchym

tonem  agentka.  –  Ma  wybite  pewnie  podczas  przesłuchań  zęby  i  odmrożoną

twarz. Dawno by umarła, gdyby nie fanatyczna wiara w pomoc pana prezydenta.

Ona  mówi  o  panu  jak  o  Bogu,  była  silna,  ale  już  długo  nie  pociągnie.  Tam  się

nie da żyć, najwyżej kilka miesięcy...

Nikodem  starał  się  zbagatelizować  sprawę,  może  nawet  o  niej  zapomnieć  –

w  końcu  co  go  ta  hrabianka  teraz  obchodzi,  jest  pewnie  po  tym  wszystkim

brzydka,  porzuciła  go  jak  ścierwo,  kiedy  stało  się  nieszczęście.  Napisała  do

adwokatów, że nie zapłaci im ani grosza... Niech sobie zdycha w tym Kołymiu,

niech  zdycha...  Ale  w  nocy  nie  mógł  spać.  Zamykał  oczy  i  widział  jak  ją,  taką

delikatną  i  wrażliwą,  katują  bolszewiccy  siepacze.  Otwierał  oczy  i  widział  to

background image

samo.

Następnego  dnia  poprosił  o  pilne  przybycie  do  Belwederu  pułkownika

Ryszarda Przewrota Żagwę Romanowskiego, który zasępił się mocno, słuchając

opowiadania prezydenta.

–  Sowieckie  łagry  na  Kołymiu  to  powolna  śmierć,  stamtąd  żywym  się  nie

wychodzi...

– Musimy ratować tę kobietę, Ryszard, musimy ją ratować. – Nikodem sam

był zdziwiony swoimi słowami i nowym stanowiskiem w tej sprawie.

– Ba... ratować – mruknął pułkownik. – Bardzo ci na tym zależy?

Dyzma wzruszył ramionami.

– Bo ja wiem, czy mi zależy... Trzeba ją ratować, bo ją zamęczą te dranie.

–  Jest  wyjście...  –  powiedział  po  chwili  pułkownik.  –  Jest  wyjście  –

powtórzył  –  ale  trzeba  uciec  się  do  ostateczności,  trzeba  zapytać  o  sposób

wyciągnięcia stamtąd tej pani hrabiego Bińczyckiego, a on przecież nie żyje.

– Wiem, że nie żyje. A gdzie teraz przebywa? – zapytał prezydent.

–  W  Waszyngtonie,  tylko  do  twojej  wiadomości,  ale  nawet  ty  musisz  o  tym

zapomnieć.

– Już zapomniałem – uciął Nikodem. – I co dalej? – kuł żelazo póki gorące.

–  Zostaw  to  mnie.  Jeżeli  ta  pani  przeżyje  jeszcze  jeden  miesiąc,  to  wróci  do

kraju. Domyślam się, co nam poradzi hrabia.

Dalej  sprawy  potoczyły  się  szybko.  Wskazany  z  Waszyngtonu  sposób

działania  był  prosty.  Ninę  jako  bezwartościowego  już  więźnia  po

przesłuchaniach można było wymienić na szpiega sowieckiego, najlepiej takiego,

który według NKWD i GRU na polskich przesłuchaniach powiedział wiele, ale

jeszcze nie wszystko. Oni bardzo chętnie wykupywali tych swoich agentów, na

których  dla  przykładu  mogli  wykonać  wyrok  śmierci,  a  pułkownik  miał  kilku

takich  pod  kluczem.  Ruszyła  supertajna,  działająca  na  uboczu  spraw  wielkich

szpiegowska  maszynka.  Tym  sposobem  przemarznięta  i  zatłuczona  prawie  na

śmierć kobieta, jeszcze niedawno piękna, otrzymała szansę na drugie życie, choć

jeszcze o tym nie wiedziała.

Któregoś dnia rano prezydent otrzymał tekst orędzia, jakie miał wygłosić do

narodu i tym samym przekazać społeczeństwu wiadomość o podjęciu przez rząd

rozmów  pokojowych  z  Niemcami.  Miała  to  być  pierwsza  oficjalna  informacja

background image

głowy  państwa  o  możliwości  zażegnania  wojny.  Przed  wieczorem  zjawił  się

w  Belwederze  pułkownik  Romanowski  z  młodym  cywilem,  przedstawiając  go

jako lektora i konsultanta retoryki tego wystąpienia. Jak zrozumiał Nikodem, ten

młody  miał  go  nauczyć  poprawnie  wygłosić  tekst.  Sprawa  wyłamania  się

prezydenta  spod  kontroli  wojskowej  rady  podczas  spotkania  w  Belwederze

poszła w pewnym stopniu w zapomnienie.

– Mówiłem ci, Nikodemie, że potrzebna nam twoja zręczność w skakaniu po

dachach...  Potrzebne  nam  u  ciebie  to  coś,  czego  nie  umiemy  nazwać,  ale  na

samowolę  sprawa  jest  za  poważna.  Robiąc  takie  numery,  możesz  zginąć,

pamiętaj! Wiemy, że działałeś w dobrej wierze i ci się udało. Znowu spadłeś na

cztery łapy.

W ciszy gabinetu lektor uruchomił projektor filmowy i zaprezentował głowie

państwa  kilka  przemówień  wielkich  Polaków,  w  tym  wystąpienia  publiczne

marszałka  Józefa  Piłsudskiego,  ale  też  najnowsze  mowy  Mussoliniego  i  Hitlera.

Potem  przeczytał  głośno  przemówienie  przygotowane  dla  Nikodema  Dyzmy

i  zaczęło  się  retoryczne  interpretowanie  tekstu.  Prezydent  przemawiał  jednak

ciągle  po  swojemu,  więc  lektor  przerywał  mu  i  uczył  go  mówić  ze  swadą

i  poprawnie,  co  ciągle  przynosiło  mizerne  efekty.  Znużony  tą  pracą  Nikodem

myślami  uciekał  do  cichej  i  spokojnej  celi  więziennej,  gdzie  godzinami  mógł

sobie leżeć na pryczy i wspominać dobre czasy w Koborowie oraz wymyślać, co

zrobi,  gdy  znowu  będzie  wolny.  Wolny  i  bogaty,  bo  przecież  pieniędzy  na

koncie  zostało  mu  sporo.  Wspominał  z  pewnego  rodzaju  tęsknotą  rozmowy

z  profesorem  Kordianem  Sewerynem  Rawą  Michalewskim,  który  rozprawiał

o  rzeczach  Nikodemowi  często  nieznanych,  ale  które  były  niezwykle

interesujące.  Tęsknił  też  za  spacerniakiem,  na  którym  zawsze  spotykał  dwóch

nierozłącznych  więziennych  kumpli:  Kleofasa  Kaczora  i  Waflezego  Lisa.

Kleofas,  dorożkarz  i  malarz  amator,  siedział  w  więzieniu  za  nieudolne  próby

podrabiania  obrazów  mistrzów  pędzla,  a  Waflezy,  szofer  ciężarówki,  za

rozwalenie  po  pijanemu  żydowskiego  przydrożnego  sklepiku  z  ryżem,  mydłem

i  powidłem.  Postawiono  mu  dodatkowy  zarzut  czynu  z  premedytacją  ze

względów  rasistowskich.  Pasją  życiową  obydwu  panów  było  zmienianie  na

lepsze  Europy,  Ameryki  i  Japonii.  Pan  Waflezy  zdawał  się  być  jednak  przede

wszystkim specjalistą od spraw Rosji sowieckiej.

background image

–  Ty  sobie  nie  lekceważ...  –  powiadał  do  pana  Kleofasa.  –  Jak  przyjdą

Sowieci,  to  zabiorą  majątki  obszarnikom  i  fabryki  burżujom,  ale  burżujów  jest

mało,  szlag  więc  trafi  twoją  dorożkę  i  marny  zrobi  się  los  twojej  gniadej  Baśki.

Kobyłka  pójdzie  do  kopalni  albo  będzie  ciągnąć  wózki  kolejowe  na  węglowej

bocznicy. Ja ci to mówię, Kleofas.

– Co ty... Oni biednych nie ruszą...

–  Biednych?  A  ty  wiesz,  kto  u  nich  jest  biedny?  Biedny  u  bolszewików  to

taki, który z braku żywności zjada własne dzieci, jak to było podczas wielkiego

głodu  na  Ukrainie...  Ten,  co  ma  dorożkę  i  konia,  to  u  nich  jest  piździec

kapitalista,  burżuj,  wyzyskiwacz,  który  idzie  pod  sąd  ludowy  i  do  dołu  albo  na

dno Kanału Białomorskiego... Ja ci to mówię, Kleofas, ty sobie nie lekceważ.

Nikodem  słuchał  Waflezego,  bo  to  ani  chybi  był  człowiek  mądry.  O  to,  co

usłyszał  od  szofera  na  spacerniaku,  pytał  potem  profesora  w  celi  i  zgadzało  się

wszystko,  chociaż  profesor  mówił  po  swojemu,  a  szofer  po  swojemu,  Nikodem

wiedział,  że  Michalewski  odsiaduje  12  lat  za  zastrzelenie  młodej  niewiernej

żony, ale nigdy go o nic nie pytał.

Do profesora na widzenia przychodził jedynie młody przystojny mężczyzna,

który  regularnie  przynosił  mu  paczki.  Dyzma  początkowo  myślał,  że  to  syn

skazanego, ale okazało się, że nie.

–  Panie  Nikodemie,  najlepszy  epik  nie  napisze  takiego  opowiadania,  jakie

pisze  życie.  Ten  młody  człowiek,  który  do  mnie  przychodzi,  to  kochanek

Mesaliny,  mojej  żony,  niech  jej  Pan  Bóg  odpuści  wszystkie  grzechy.  Niech  jej

Bóg  odpuści  zło,  bo  wyprawiłem  ją  na  tamten  świat  niepotrzebnie...  o  czym

wiedziałem wówczas, gdy strzelałem, i wiem dzisiaj równie dobrze jak wtedy...

– To po coś pan strzelał? – wyrwało się Nikodemowi logiczne pytanie.

–  No  właśnie,  po  co  strzelałem?  Nie  wiem  po  co,  ale  myślę,  że  prawem

nonsensu, właśnie dlatego iż tak nie należało zrobić. Do tego, żeby ją zabić, nie

było żadnych logicznych powodów, żadnych... Poza jednym: to zabójstwo było

po  prostu  moralnie  usprawiedliwione,  ale  sprawiedliwość  i  moralność  to  taka

zabawa,  a  strzał  z  pistoletu  to  śmierć.  Jedno  jest  z  innego  świata  i  drugie

z innego...

– Zawile pan mówi, panie Sewerynie. To powinien pan zabić swoją żonę czy

nie  powinien?  –  Nikodem  starał  się  zrozumieć  towarzysza  więziennej  niedoli.

background image

Profesor podszedł do niego blisko.

–  Panie  Nikodemie  –  mówił  powoli  i  z  przekonaniem.  –  Zdrada  ze  strony

kobiety to ośmieszenie, przyprawienie rogów, zrobienie z człowieka głupca. Ale

prawem  paradoksu  prestiż  zdradzonego  mężczyzny  może  na  tej  zdradzie

zyskać...  Bo  ze  zdradą  należy  zrobić  tylko  jedno,  tylko  jedno!  –  profesor

powtórzył  dobitnie  ostatnie  słowa.  –  Zlekceważyć  ją!  Zlekceważyć  i  zdradę,

i  kobietę...  Nie  zauważyć  zdrady,  przestać  zauważać  kobietę,  która  zdradziła.

Obrócić  taką  miłość  w  epizod,  sympatyczny  żart,  panie  Nikodemie.  Jedynie  za

rozkosz  podaną  przez  kobietę  nie  trzeba  płacić  życiem  i  zdrowiem.  Heroina,

alkohol,  nikotyna  zabijają.  Rozkosz  z  kobietą  nie  zabija,  przeciwnie:  uzdrawia,

uspokaja,  pobudza,  inspiruje...  Artystom  pozwala  tworzyć,  wojownikom

zwyciężać...Ale  to  niemożliwe,  bo  za  wszystko  trzeba  płacić...  Za  wszystko

trzeba płacić – to jest prawda generalna. Więc rozkosz podana przez kobietę od

tej  kobiety  uzależnia  i  ogłupia...  Ogłupia!  Zabójstwo  za  zdradę,  zwłaszcza

kobiety,  jest  odwrotnością  zlekceważenia,  czyli  absolutnym  absurdem.

W  przypadku  głębszych  przemyśleń  zdarza  się,  że  w  czynach  zwycięża  prawo

absurdu i świadomie robimy rzeczy zupełnie głupie...

–  E  tam.  –  Nikodem  machnął  ręka.  –  Nie  mógłbyś  pan  powiedzieć  tego  po

ludzku, tak zwyczajnie?

Profesor usiadł na więziennym zydlu i zaczął snuć opowieść.

–  Najlepiej  to  wszystko,  co  się  działo,  pamięta  Grzegorz,  który  jako  jedyny

do  mnie  przychodzi,  najbliższy  mi  człowiek  na  tym  świecie.  Żona  i  córki  po

rozwodzie wyjechały do ojca na Kurytybę, chyba dalej już wyjechać nie mogły.

Kiedy  strzeliłem,  Grzegorz  był  z  Mesaliną  w  łóżku.  Siedział  goły  tak  jak  ona,

obok  niej,  trzymał  się  oburącz  za  głowę  i  płakał,  bo  był  pewny,  że  jego  też

zastrzelę...

Kilka lat przedtem w grupie, którą prowadziłem, zjawiła się nowa studentka.

Dziewczyna  zjawisko...  Gdzie  tylko  się  pokazała,  działy  się  dziwne  rzeczy.

Miała  jakąś  magię  w  sobie.  Mężczyźni  i  kobiety  patrzyli  ciągle  na  nią,  a  ona

robiła  wszystko,  żeby  dominować  jeszcze  bardziej.  W  swoisty  sposób

przybliżała  się,  jakby  ocierała  o  wszystkich  razem  i  każdego  osobno...  Ja

unikałem  zawsze  tego,  co  niepotrzebne,  a  groźne:  narkotyków,  nadużywania

alkoholu,  długów,  zbytnich  szybkości,  chociaż  jestem  dobrym  kierowcą

background image

rajdowym.  Postanowiłem  też  unikać  tej  dziewczyny  i  tak  robiłem,  ale  ona

wyraźnie  zaczęła  na  mnie  polować.  Początkowo  miała  jakieś  pytania,  zawsze

logiczne i dobrze przygotowane. Gdy wykładałem, wpatrywała się we mnie bez

przerwy,  reagując  pozami  i  mimiką  na  to,  co  mówiłem.  Czułem,  że  ona  jest

blisko mnie, że jest coraz bliżej... Potem zaczęła przychodzić z różnymi prośbami

i  propozycjami.  A  to  żeby  jej  kuzynce  zrecenzować  pracę  magisterską  za

dwukrotnie  wyższe  honorarium,  niż  się  należało,  a  to  żeby  przejrzeć  konspekt

książki,  którą  ona  chce  napisać,  a  to  żeby  jej  towarzyszyć  na  uroczystościach

weselnych  ciotki.  Trzymałem  się  od  tych  propozycji  z  daleka  i  przeważnie

odmawiałem. Po prawie roku takich podchodów grupa studentów zaprosiła mnie

na  wycieczkę  nad  polskie  morze,  na  półwysep  Hel  i  do  Gdyni.  Pojechałem

i dopiero w pociągu zauważyłem, że jedzie z nami moja wielbicielka, studentka

Mesalina.

Na  Helu  zostałem  zakwaterowany  na  poddaszu  u  rybaka,  w  uroczej,

udekorowanej  sieciami  mansardzie  pod  strzechą.  Przez  pierwsze  dwa  dni

dziewczyna  trzymała  się  ode  mnie  z  daleka,  jakby  przestała  mnie  kokietować

i  szukać  mojego  towarzystwa.  Któregoś  późnego  wieczoru  ktoś  zapukał  do

drzwi  na  stryszku  rybackiej  chaty.  Ona.  Chociaż  wieczór  był  ciepły,  miała  na

sobie  długi  przeciwdeszczowy  płaszcz,  mocno  ściągnięty  paskiem  w  talii,  co

podkreślało  krągłość  jej  bioder  i  wydatność  biustu.  Na  fajansowym  półmisku

przyniosła  duży  kawał  wędzonej  ryby  i  bryłę  ułamanego  wiejskiego  chleba.

Postawiła talerz na stole i z kieszeni płaszcza wyjęła małą butelkę wódki.

–  Przepraszam  pana  bardzo,  ale  dzisiaj  są  moje  urodziny,  tylko  raz  w  życiu

kończy  się  okrągłe  dwadzieścia  lat  –  powiedziała  jakby  mocno  stremowana

i  niepewna  tego,  czy  jej  nie  wyproszę.  –  To  jest  wędzony  na  zimno  łosoś,  tak

przyrządzony  to  najlepsza  ryba  na  świecie.  Przyniosłam  też  pięćdziesięcioletnią

wódkę, helską starkę. Piszę książkę o kobietach ciągle czekających na brzegu na

rybaków swoich mężów i kochanków... Wymarzyłam sobie, że spróbuję tej ryby

i  wódki  z  panem  profesorem  na  półwyspie,  pod  rybacką  strzechą,  bo  taka  jest

scena w mej książce. Zaraz sobie pójdę – całą grupą idziemy nad morze, już na

mnie czekają. – Tu wskazała kciukiem płaszcz, który miała na sobie.

Byłem  zdezorientowany,  nie  wiedziałem,  co  zrobić.  Myślałem  o  żonie

i  córkach.  Ona  w  tej  chacie,  pięknie  uczesana  i  uroczo  podniecona,  wyglądała

background image

jak wymarzona przez mężczyznę boginka z erotycznej bajki.

–  Poświętujemy  przez  chwilę  razem  moje  dwudzieste  urodziny,  tak  bardzo

proszę, panie profesorze...

Uśmiechała  się  przy  tym  prosząco  i  wyglądała  jak  usposobienie  kobiecego

czaru.  Dziwne,  ale  wiedziała,  co  jest  gdzie  w  moim  pokoju.  Nie  wiem,  kiedy

i kto nakrył do stołu, podał talerzyki, nalał starki do szklaneczek... To wszystko

było  nierealne.  Ryba,  chleb,  rybackie  sieci  dokoła  i  w  nich  my,  ja  i  nieziemsko

piękna  dziewczyna.  Uświadomiłem  sobie,  że  od  dawna  pragnąłem  znaleźć  się

tak  blisko  tej  kobiety,  bo  już  od  dawna  myślałem  o  niej  po  nocach.  Starka  była

jak  czarodziejski  płonący  nektar.  Nie  pamiętam,  o  czym  rozmawialiśmy  i  czy

w  ogóle  rozmawialiśmy,  przestałem  się  bronić  przed  tym  aniołem  i  szatanem

w jednym, chociaż czułem, że zaczynam się pogrążać w otchłani. Pamiętam, że

strach  przed  zrobieniem  kolejnego  kroku  nagle  gdzieś  przepadł  i  zacząłem  się

czuć  najszczęśliwszym  człowiekiem  na  świecie.  Odczuwałem  szczęście  już

wówczas,  gdy  jeszcze  nic  się  działo...  Potem  ona  mnie  pocałowała.  Pocałowała

mnie  pierwsza...  Lekko,  delikatnie,  jakby  była  zjawą.  Zrzuciła  z  siebie  płaszcz,

pod  którym  była  zupełnie  naga.  Oprzytomniałem  całkiem  i  patrzyłem  na  nią

realnie,  tak  jak  mężczyzna  patrzy  na  nagą  kobietę,  która  do  niego  przyszła.

Uwaga  w  takich  sytuacjach  skupia  się  na  kobiecych  piersiach.  Wiedziała  o  tym

i  pozwalała,  wręcz  jakby  nakazywała  patrzeć  mi  na  nie.  Wysokie  ich  wzgórki

były  idealnie  równe  od  góry  i  dołu,  tak  jak  widzi  to  się  na  marmurowych

posągach  Wenus  czy  Wenery.  Piękna  Helena  Trojańska  czy  boska  Kleopatra

mają  między  milionami  kobiet  na  świecie  wiele  wiernych  odbić,  jednak  tej

nieziemskiej urody doświadczyło niewielu mężczyzn. Uroda takich kobiet, nigdy

niedoceniona,  więdnie  i  ginie  w  małżeńskich  łożach  często  niegodnych  jej

mężczyzn, bez wyobraźni i poczucia tego najwspanialszego piękna, lub zużywa

się w luksusowych burdelach, odarta z należnego jej czaru i powabu. Patrząc na

nagą Mesalinę, wiedziałem, że to istota jedna na milion, królowa nocy, królowa

seksu, królowa łoża... Potem nastąpił odlot...

Znad  morza  wróciłem  pokonany  w  grze  z  Mesaliną,  ale  jeszcze  czujny.

Kochałem  swoją  żonę  i  rodzinę,  byłem  z  nimi  szczęśliwy.  Spostrzegłem  więc

szybko, że zażyłem zbyt dużą dawkę Mesaliny i poczułem uzależnienie od niej.

Jeszcze  jedna  taka  noc,  jeszcze  tylko  jedna...  Mesalina  kuła  żelazo  póki  było

background image

gorące,  organizowała  spotkania  we  dnie,  żeby  mi  było  łatwiej  na  nie

przychodzić.  Zmieniłem  się.  Jadwiga,  moja  dobra  żona,  szybko  zauważyła,  że

dzieje się coś złego...

Z chwilowej zadumy o profesorze wyrwał Nikodema nieco podenerwowany

głos lektora.

–  Jeszcze  raz,  panie  prezydencie.  Zwroty  „dramat  ojczyzny”,  „nie  tylko

honor,  ale  także  rozwaga”,  „ocalenie  narodu”  musi  pan  akcentować  różnymi

sposobami.  Takie  orędzie  nie  może  być  czytane,  musi  pan  stwarzać  pozory,  że

mówi,  że  po  prostu  rozmawia  z  narodem,  że  rozmawia  z  ludźmi.  –  Dyzma,

zbawca  narodu  z  przymusu,  przetarł  zaczerwienione  oczy,  pokręcił  się  w  fotelu

i zaczął patetyczny tekst „wygłaszać” od nowa.

background image

O

ROZDZIAŁ IX

d  wczesnego  rana  plac  przed  rozgłośnią  Polskiego  Radia

w  Warszawie  zapełniał  się  tłumem.  Ze  wszystkich  stron  nadciągali

ludzie  całymi  rodzinami,  przybywały  też  z  flagami  i  sztandarami

dzieci  z  warszawskich  szkół,  parami,  z  biało-czerwonymi  chorągiewkami

w  rękach.  Po  mieście  rozeszła  się  wiadomość,  że  nastąpi  wielkie  polityczne

wydarzenie.  Jedni  mówili,  że  do  Polski  przyjechał  prezydent  Stanów

Zjednoczonych  Ameryki  i  premier  Wielkiej  Brytanii,  inni,  że  w  Warszawie

zjawił  się  Hitler  z  pokojowymi  propozycjami.  W  tłumie  huczało  jak  w  ulu,  że

podobno  nowy  prezydent,  prawdziwy  cudotwórca,  wpadł  w  sprawach

politycznych  na  jeszcze  lepszy  pomysł  niż  kiedyś  w  rolnictwie,  kiedy  to  Bank

Zbożowy  uratował  Polskę  z  głębokiego  kryzysu  gospodarczego.  Teraz

tajemniczy  pomysł  polityczny  Nikodema  Dyzmy  miał  uchronić  kraj  przed

straszną  wojną  i  zapewnić  mu  niezwykłe  powodzenie  w  nadchodzących

negocjacjach  międzynarodowych.  Słyszało  się  jednak  także  i  to,  że  uknuta

została zdrada, że prawowity prezydent został zmuszony do złożenia urzędu i że

Polskę sprzedano Hitlerowi...

Przed  całą  baterią  mikrofonów  od  kilku  już  minut  siedział  główny  bohater

tych  wydarzeń,  prezydent  Nikodem  Dyzma.  Był  zmęczony  i  podenerwowany,

dokoła  niego  siedzieli,  stali  i  kręcili  się  różnego  rodzaju  doradcy,  konsultanci

i specjaliści po cywilnemu i w oficerskich mundurach. Pułkownik  Romanowski

stał  przy  oknie  i  obserwował  coraz  bardziej  pęczniejący  tłum.  Sprawdzał  tajne

oznakowania  ukrytych  tu  i  tam  oddziałów  służb  porządkowych  i  wojska.

Spodziewano 

się 

protestów 

rozruchów 

ulicznych, 

otumaniony

huraoptymistyczną  propagandą  lud  chciał  wojny.  Ludzie  zachowywali  się

spokojnie,  ale  nastroje  były  nieodgadnione.  Do  pułkownika  Romanowskiego

podszedł generał Orlicz.

– Alea iacta est, kości zostały rzucone – powiedział przytłumionym głosem. –

Boże chroń naszą ojczyznę.

–  Boże  chroń  ojczyznę  –  odpowiedział  jak  echo  Romanowski.  –  Tylko

background image

cholera  jasna  ten  Dyzma...  Nie  jestem  pewny,  czy  znowu  nie  wykręci  nam

numeru...  On  może  spieprzyć  całe  nabożeństwo,  trzeba  było  przemówienie

nagrać i puścić z taśmy...

–  Nie!  Powiedzieliby,  że  nie  mamy  żadnego  prezydenta.  To  jest  taniec  na

linie...  –  Autorzy  bezkrwawego  dotychczas  puczu  prowadzili  tę  rozmowę

przyciszonymi głosami.

Godzina  zero  była  blisko,  grę  o  wszystko  należało  zaczynać.  Drzwi  do

dźwiękoszczelnej kabiny z widokiem na plac przed rozgłośnią zostały zamknięte,

reżyser  programu  dał  umówiony  znak,  na  mikrofonach  zapaliły  się  czerwone

światełka.

Bracia Polacy! Matki Polki, ojcowie Polacy i wy, polskie dzieci, wszyscy, cała

nasza  wielka  narodowa  rodzina  stanęła  nad  przepaścią.  Jesteśmy

w niebezpieczeństwie, z dwóch stron grożą nam dwie pożogi wojenne...-

Wbrew  obawom  pułkownika  głos  prezydenta  Dyzmy  był  spokojny,  pewny

i  zrównoważony.  Prezydent  przemawiał,  zebrany  przed  rozgłośnią  tłum  słuchał

w  ciszy  i  skupieniu  słów,  które  padały  jak  razy  bicza.  Podobne  place  przed

rozgłośniami radiowymi i państwowymi urzędami zorganizowane w całym kraju

też  były  zapełnione  ciżbą.  Wszędzie  transmitowano  przemówienie  głowy

państwa.  Ludzie  wydawali  się  cisi  i  karni,  ale  w  każdej  chwili  gotowi  do

rozruchów  i  buntu.  Przemówienie  się  przedłużało  i  słuchacze  zaczęli  się

niecierpliwić,  ciągle  bowiem  nie  było  wiadomo,  jakie  rząd  podjął  decyzje.

Prezydent  mówił,  ludzie  słuchali  i  zadawali  sobie  pytanie:  będzie  wojna  czy

wojny nie będzie? I oto tłum zafalował.

– Niech się prezydent pokaże, nowy prezydent do ludzi!

– Prezydent na balkon!

–  Chcemy  widzieć  prezydenta!  Niech  przestanie  czytać!  Niech  wyjdzie!  –

powtarzały  się  okrzyki.  Szum  stawał  się  coraz  głośniejszy,  zagłuszał  słowa

przemówienia. W rozgłośni zapanowała konsternacja. Prezydent przerwał orację.

Pułkownik  Romanowski  dawał  mu  rozpaczliwe  znaki,  aby  mówił  dalej.

Nikodem zwrócił się do oficerów i specjalistów.

–  Panowie,  ludzie  nie  słuchają,  trzeba  do  nich  wyjść...  –  Mówca  był  blady

i podenerwowany.

background image

– Nie! Proszę kontynuować przemówienie! – podniósł głos pułkownik.

– Nie mogę, przerywają mi...

– Proszę przemawiać dalej!

– A gówno! – Nikodem stracił panowanie nad sobą i zachował się jak kiedyś

w  cyrku.  Zgromadzeni  w  rozgłośni  oficerowie  i  doradcy  zdębieli,  mikrofony

były  na  fonii.  Ostatnie  słowa  poszły  w  eter  i  do  megafonów.  Szum  ucichł,

zapadła  groźna  cisza,  która  się  przedłużała.  Nagle  tłum  wybuchnął  śmiechem.

Nikodem  odepchnął  pułkownika  i  znalazł  się  na  wielkim  tarasie  rozgłośni.

Uniósł do góry ręce i machał nimi nad głową. Tłum krzyczał i gwizdał.

–  Podłączcie  tu  mikrofony  –  przejął  inicjatywę  prezydent.  Wojskowi

dowódcy,  agenci  i  dyplomaci  chwilowo  zgłupieli,  sytuacja  wymknęła  się  spod

ich kontroli. Na placu z czerwonego samochodu straży pożarnej odezwał się głos

wzmocniony megafonem.

– Nie chcemy paktu z Hitlerem! Nie straszcie nas bolszewikami, bolszewicy

biedoty nie ruszą!

Nikodem  podszedł  blisko  do  baterii  instrumentów  nagłaśniających,  które

pospiesznie zostały przeniesione za nim na taras.

Witajcie,  ludzie!  Jestem  z  wami!  Niedawno  jeszcze  byłem  biedakiem  jak  wielu

z was. Tu nie chodzi o politykę, nie chodzi o granice, nie chodzi o stanowiska!

Tu  chodzi  o  życie  albo  śmierć  waszych  mężów,  żon,  dzieci.  Mówicie,  że

bolszewicy biedoty nie ruszą? A wiecie, kto jest dla bolszewików biedotą?! Tylko

tacy, którzy z braku ziemniaków i siana gotują i zjadają własne dzieci, tak jak to

było podczas wielkiego głodu na Ukrainie. Słyszeliście o wielkim głodzie? A kim

zapełnione  są  łagry  na  Syberii,  czyimi  trupami  wypełniony  jest  Białomorski

Kanał?  Wszyscy  carowie  Rosji  przez  wieki  nie  wymordowali  tylu  chłopów  co

Lenin  i  Stalin  przez  dwie  dekady.  Każdy,  kto  ma  konia  i  dorożkę,  samochód

ciężarowy,  warsztat  rzemieślniczy,  własny  dom,  to  dla  bolszewików  piździec

kapitalista,  burżuj  i  wyzyskiwacz!  Każdy  taki  pójdzie  do  ciurmy!  Nie  możemy

bolszewików wpuścić do polskich miast i wsi, bo rozkradną wszystko! Myśleliśmy

nad tym, mówię wam. Na zdrowy chłopski rozum lepiej oddać Niemcom Gdańsk

i  zrobić  im  drogę  do  Malborka,  niż  bolszewikom  dać  całą  Polskę,  bo  oni

zabiorą  wszystkim  wszystko,  zwalą  kościoły  i  wprowadzą  u  nas  swoją

bolszewicką komunę, w której nikt nie może nic mieć...

background image

Nikodem  Dyzma  wykrzykiwał  do  mikrofonów  zdania  zasłyszane

w  więzieniu  od  szofera  Waflezego  Lisa,  powtarzał  to,  co  mówił  profesor

Kordian  Seweryn  Rawa  Michalewski,  i  to,  co  przekazywał  pułkownik

Romanowski,  bo  sam  w  to  głęboko  uwierzył  i  się  tego  przeraził.  Tłum  przestał

gwizdać, słowa wykrzykiwane przez prostego człowieka trafiały do przekonania

ludziom,  którzy  spodziewali  się  wypolerowanych  kłamstw  i  politycznych

wybiegów. Mówca rzucał luźno powiązane ze sobą, zasłyszane niedawno myśli.

Czy to Rumunia, Węgry, czy Czechy... Każdy kraj, który ma do wyboru wojnę

albo paktowanie z Hitlerem, ma tylko jednego wroga, jeden front na karku, jakby

przyszło  do  wojny.  Po  przeliczeniu  sił  kraje  te  decydują  się  na  paktowanie.  Jest

jednak jedno państwo, które ma dwóch wrogów i będzie miało dwa fronty, a na

tych  frontach  dwadzieścia  razy  więcej  wrogich  czołgów,  armat,  samolotów

i wojska niż swoich... Ten kraj to Polska... Drodzy ludzie, pomyślcie, że nie ma

żadnych  Niemców  i  żadnych  bolszewików,  z  zachodu  idzie  lawina,  który  pali

wszystko,  a  ze  wschodu  postępuje  potop,  który  niszczy  i  rujnuje,  a  przede

wszystkim zabija ludzi. Z dwóch stron idą kataklizmy, a nasi strażacy krzyczą, że

nie  ustąpią,  że  nie  oddadzą  wulkanowi  nawet  guzika,  że  nie  ustąpią  przed

trzęsieniem ziemi, bo są silni, zwarci i gotowi! Że na ukrycie się przed wulkanem

nie pozwoli im honor... Przecież to fiksum dyrdum na opak i śmierć naszych żon,

dzieci i nas samych... Rozumiecie to, ludzie?!...

Gdy Dyzma wykrzykiwał to, co niedawno usłyszał od Leona Kunickiego, tu

i tam odezwały się gwizdy, gdy inteligenci oburzali się na taki język. Ale gwizdy

zostały  zagłuszone  przez  brawa  i  skandowane  okrzyki:  Niech  żyje  prezydent

Dyzma!  Dyzma  i  Żagwa  Romanowski  to  zdrajcy!  Dyzma  precz!  Bolszewicy

precz! Dyzma swojak! Nikodem, ratuj nasz kraj! Nikodem z ludu rodem!

Prezydent  podniósł  rękę  do  góry  i  wrzawa  ucichła.  Dyzma  podjął

przemówienie.

Słuchajcie,  ludzie,  słuchajcie  w  całej  Polsce!  Mogą  być  tylko  trzy  wyjścia:  my

ruszymy  z  Ruskimi  na  Niemców  albo  pozwolimy  Niemcom  uderzyć  na  Ruskich,

albo Ruscy razem z Niemcami uderzą na nas! Albo Ruscy z Niemcami uderzą na

nas  i  nas  zmiotą,  wymordują,  zetrą  z  mapy!  Co  wybieracie,  bo  innych

możliwości nie ma?! Inaczej być nie może!

background image

Mówca  powtórzył  pytanie  nieco  ochrypniętym  już  głosem,  przerwał  i  na

olbrzymim  placu  zapanowała  cisza.  Tysiące  ludzi  rozwiązywało  w  myślach

prosty  rebus:  pozwolić  Niemcom  przejść  i  uderzyć  na  Rosję  czy  pozwolić,  aby

Niemcy  i  Rosjanie  wspólnie  napadli  na  Polskę  i  ją  obrócili  w  pył??  Tłum

zafalował.

Jak Ruscy na nas, to lepiej my na Ruskich! My na Ruskich! Zdrada! Junta precz!

Nie  damy  Lwowa,  niech  żyje  Dyzma!  Niech  żyje  Nikodem  z  ludu  rodem!  My

na Ruskich, bolszewicy precz! -

znowu  krzyżowały  się  wrzaski.  Prezydent  machał  biało-czerwoną  chorągiewką,

którą mu ktoś podał, i wołał:

–  Idźcie  do  domów,  ludzie,  powiedzcie  żonom  i  dzieciom,  że  wojny  nie

będzie!

Gdy  nastroje  nieco  się  uspokoiły,  Dyzma  zszedł  z  balkonu.  W  głównym

pomieszczeniu rozgłośni panowała cisza.

–  Brawo,  Nikuś!  –  przerwał  ją  nagły  wrzask  pułkownika  Waredy,  który

wpadł do rozgłośni prosto z wiecowego placu. Wareda objął i ściskał prezydenta.

Nikodem wyzwolił się z tych objęć.

– Chyba dobrze powiedziałem, no nie? – zapytał niepewnie zebranych.

Pułkownik Romanowski stał przy oknie, tuż obok generała Orlicza.

– Mogę przysiąc, że on w ogóle nie rozumie, czego dokonał... To wybraniec

losu, szczęściarz – rzucił cichcem do ciągle jakby osłupiałego generała i zwrócił

się półoficjalnie do głowy państwa.

–  Gratuluję,  panie  prezydencie,  chociaż  znowu  złamał  pan  umowę.  Coś

takiego  nazywają  charyzmą,  pan  ma  to,  co  mają  wodzowie  z  ludu.  Niech  żyje

prezydent Dyzma!

Plac  przed  rozgłośnią  pustoszał,  w  głównym  hallu  radia  panował  gwar.

Wszyscy  składali  gratulacje  Nikodemowi  Dyzmie,  a  on  przyjmował  je

z podniesioną głową, już bez cienia skromności, jako zasłużone i należne.

***

Na  posiedzeniu  Wojskowej  Patriotycznej  Rady  Realnej  nowy  minister  spraw

zagranicznych  składał  sprawozdanie  z  ciągle  nieoficjalnych  i  głęboko

utajnionych  rozmów  pokojowych  z  Niemcami,  które  jak  to  bywa  w  takich

background image

sytuacjach, toczyły się dwoma niezależnymi kanałami: oficjalnie w Berlinie i na

drodze  cywilnych  oraz  wojskowych  wywiadów  i  towarzyskich  koneksji

w Szwajcarii oraz w różnych europejskich kurortach. Zaraz też na początku tych

rozmów potwierdziło się, że Hitler przy wojnie z Polską wcale się nie upiera, że

Niemcom  chodzi  o  korytarz  do  Prus  Wschodnich  oraz  Gdańsk  ze  względów

gospodarczych  oraz  strategicznych  i  że  nie  jest  to  pretekst  do  zaatakowania

Polski.  Główny  problem  stanowiła  poufna  sprawa,  jaką  miał  być  przemarsz

wojsk  nienieckich  przez  Polskę  w  świetle  strategicznie  już  zaplanowanej  wojny

Niemiec  z  sowiecką  Rosją.  Wojna  ta  bowiem  w  polityce  III  Rzeszy  była

konieczna  i  nieunikniona,  gdyż  to  właśnie  w  wielkich  przestrzeniach  ziemi

rosyjskiej  tkwiły  szczególne  możliwości  stworzenia  przestrzeni  życiowej  dla

narodu  panów.  Przy  czym  wojna  ta  w  planach  Hitlera  była  tak  bliska,  że

w  przypadku  porozumienia  z  Polską  zawieranie  przygotowanego  paktu

Ribbentrop-Mołotow  z  Sowietami  nie  miało  sensu.  Polscy  dyplomaci  uzyskali

więc warunki pokoju znacznie lepsze, niż to się zapowiadało. Sprawę zaciemniał

jedynie fakt, że w pertraktacjach z dyplomacją Hitlera postanowienia na papierze

mogły się w przyszłości znacznie rozminąć z rzeczywistością.

Nowy  minister  spraw  zagranicznych  referował  całą  sprawę  na  posiedzeniu

Wojskowej  Patriotycznej  Rady  Realnej.  Był  jednak  zdania,  że  Hitler

przynajmniej  początkowo  warunków  tej  umowy  dotrzyma.  Ustalono  wstępnie,

że  po  oddaniu  przez  Polskę  wszelkich  praw  do  Wolnego  Miasta  Gdańska

i  wyrażeniu  zgody  na  wytyczenie  korytarza  do  Prus  Wschodnich  Niemcy

żadnych innych żądań wysuwać w stosunku do Polski nie będą. Tajny załącznik

do  porozumienia  mówił,  że  w  razie  wojny  niemiecko-sowieckiej  Polska

udostępni armii niemieckiej swobodny stały ruch wojsk przez Polskę, przy czym

Polska  będzie  miała  zagwarantowane  szerokie  obszary  niedostępne  dla

administracji  i  armii  niemieckiej.  Miało  to  szczególne  znaczenie  dla  ludności

pochodzenia  żydowskiego,  gdyż  zapewniało  na  tych  obszarach  egzystencję

polskim  Żydom.  Powracający  z  Niemiec  dyplomaci  sygnalizowali  też,  że

w  trakcie  rozmów  na  różnych  szczeblach  dopatrzyli  się  szczególnego

zainteresowania  Hitlera  osobą  prezydenta  Dyzmy  i  że  było  ono  zdecydowanie

życzliwe.  Oczywiście  wszystkie  warunki  porozumienia  z  Niemcami  mogły

zaistnieć jedynie w przypadku zachowania przez Polskę pełnej neutralności.

background image

Następnego ranka rozpoczęło się szaleństwo prasowe. Nagłówki w gazetach

krzyczały:

„NIECENZURALNE SŁOWA PREZYDENTA”

„PREZYDENT W TŁUMIE, Prezydent Z TŁUMEM!”

„PREZYDENT Z LUDŹMI!”

„NIKODEM DYZMA -

PREZYDENT NIEZALEŻNY!”

„ALBO BOLSZEWICY Z NIEMCAMI NA POLSKĘ, ALBO POLSKA

Z NIEMCAMI NA BOLSZEWIKÓW”

„NIECH ŻYJE ZBAWCA OJCZYZNY NIKODEM Z LUDU RODEM!”.

background image

N

ROZDZIAŁ X

ikodem  Dyzma  jako  prezes  Banku  Zbożowego  i  zarządca  dóbr

Kunickiego  zwykł  był  problem  związany  z  kobietami  rozwiązywać

w sposób tak stary, jak prosty. Był to zresztą jego sposób ulubiony, bo

nie wymagał wysiłku związanego z zabieganiem o względy dam. Nikodem w tej

kwestii  zdążał  na  skróty  i  interesował  się  jedynie  tym,  o  co  mu  rzeczywiście

chodziło. Reszta go denerwowała.

Pod kilkoma latarniami na Krakowskim Przedmieściu wybór był spory. Gdy

Nikodem  mieszkał  na  ulicy  Łuckiej  i  kupował  po  dwa  grandpriksy  w  kiosku

z  papierosami,  a  zamiast  bułki  z  kiełbasą  –  solonego  śledzia  na  obiad,  piękne

panie  z  Krakowskiego  Przedmieścia  wydawały  mu  się  światem  dla  niego

dalekim  i  niedostępnym.  Gdy  zaś  zamieszkał  w  koborowskim  pałacu

i  przyjeżdżając  do  Warszawy,  stacjonował  w  najlepszych  hotelach,  dystans  ten

zmalał  i  zaczął  uważać  wręcz  przeciwnie:  że  kobiety  te  nie  dorównują  paniom

zajmującym  etatowe  miejsca  przy  stolikach  w  wytwornych  lokalach.

Nikodemowi  nie  podobało  się  jednak  to,  że  ze  swoimi  potrzebami  musiał  się

ukrywać,  gdyż  w  świecie,  w  jakim  się  znalazł,  nie  było  w  dobrym  tonie

korzystanie  z  miłości  płatnej.  Sprawę  stosunków  z  damami  nawet  takimi  za

dwieście  złotych  najlepiej  scharakteryzował  Nikodemowi  as  towarzyski

i  salonowy  wyjadacz,  najlepszy  przyjaciel  Nikusia,  pułkownik  Wareda.  Ten

mawiał:

–  Ty  sobie,  prezesie,  nie  lekceważ,  jak  się  warszawskie  damy  dowiedzą,  że

ty  skaczesz  na  boczki  poza  towarzystwo,  to  leżysz  marnie  i  kwiczysz.  Masz  tu

szerokie  pole,  które  potrzebuje  uprawy  i  na  żadne  obce  ugorki  skakać  wara,

rozumiesz?  Pani  Lala  Koniecpolska  i  cały  tuzin  dam  płacze  i  czeka.  Za  zdradę

możesz  zapłacić  gardłem,  tego  robić  nie  wolno,  Nikodem.  –  I  to,  co  mówił

pułkownik, to nie były żarty, te panie mogły bowiem bardzo wiele.

Sprawa  jeszcze  bardziej  zmieniła  wymiar,  gdy  prezes  został  prezydentem

Rzeczypospolitej  i  nie  mógł  ot  tak  sobie  pójść  na  Marszałkowską  czy  Nowy

Świat  i  wybrać...  Ta  cholerna  obstawa,  czy  jak  to  nazywano  –  ochrona  głowy

background image

państwa  –  bardzo  prezydentowi  przeszkadzała  jako  mężczyźnie.  Żeby  takich

rzeczy  nie  robił,  ostrzegał  go  także  generał  Romanowski.  Prezydent  poprosił

więc raz nieoficjalnie na koniak pułkownika Kredeka, szefa ochrony.

–  Panie  komendancie  –  zagaił  bez  wstępów  Nikodem.  –  Jakbym  ja

potrzebował po prostu trochę prywatności, na przykład w nocy albo w dzień, to

można tak to zrobić, żebyście się nie wtryniali?

– Oczywiście, panie prezydencie. Na to jest protokół, procedura...

– Co jest?

– Przepis, panie prezydencie...

– Masz tobie, cholera jasna... przepis! Co za przepis?

–  Osoba  panu  bliska,  zapewne  dama,  musi  być  do  nas  zgłoszona  celem

rutynowego  sprawdzenia.  A  później  już  może  pana  prezydenta  odwiedzać,

najlepiej tu, w Belwederze. Wszystkiego my dopilnujemy.

Tym  razem  Nikodem  zaklął  po  cichu.  Osoba  bliska,  jaka  do  cholery  bliska?

Jaka  bliska?!  On  nie  potrzebował  żadnej  osoby  bliskiej,  tylko  takiej,  która

przyjdzie  po  to,  co  potrzeba,  weźmie  kasę  i  się  później  nie  będzie  czepiać.

Chociaż z babami nigdy nie wiadomo. Mańka dziwka, a się czepiała. Ten zaś tu

wyjeżdża  z  jakąś  osobą  bliską...  Prezydent  zmarszczył  czoło  i  myślał

intensywnie.

– Panie Kredek, panie komendancie, ja to lubię tak po męsku, wybrać sobie

taką, jaka mi pasuje, zapłacić i potem żeby poszła cholera won. Ja mam sprawy

państwowe na łbie, studenci i inteligencja buntują się. Mam sprawy państwowe,

rozumiesz  pan,  nie  jakieś  amory.  Wybrać  sobie  potrzebuję  taką  i  żeby  potem

poszła, gdzie była. Żeby poszła, ot i wszystko... – Prezydent skończył i zapadła

cisza. Teraz pułkownik Krerdek zmarszczył czoło i myślał intensywnie.

– To znaczy pan prezydent chciałby korzystać z usług prostytucji? – zapytał

z wielką powagą.

–  E  tam!  Gówno  korzystać  prostytucji,  dziwkę  po  cichu  od  czasu  do  czasu

potrzebuję,  a  pan  zaraz  o  prostytucji.  Prostytucja  to  pojęcie  społeczne,  mnie  nic

takiego nie potrzeba.

–  To  będzie  kwestia  wymagająca  określonych  działań  operacyjnych,  panie

prezydencie. Potrzebne decyzje będzie musiała podjąć Patriotyczna Realna Rada

Wojskowa.  Musi  być  polityczna  decyzja  o  ochronie  tajemnicy  państwowej.  –

background image

Pułkownik Kredek był śmiertelnie poważny.

–  Czyś  pan  zwariował?!  O  tym  nie  może  dowiedzieć  się  pani  Lala

Koniecpolska  i  żadne  warszawskie  baby  z  towarzystwa  nie  mogą  się

dowiedzieć, bo wtedy katastrofa... A jak się zrobi taką tajemnicę, to jeden i drugi

całkiem  niepotrzebnie  będzie  wiedział,  że  jest  taka  tajemnica  i  się  dowie  tego,

o czym najlepiej, jak jest po cichu.

No  i  rzeczywiście:  sprawa  jako  punkt  poufny  stanęła  na  posiedzeniu

Wojskowej  Patriotycznej  Rady  Realnej.  Zagaił  na  ten  temat  Ryszard  Przewrot

Żagwa Romanowski, mianowany niedawno do stopnia generała.

–  Mamy  następny  kłopot  z  prezydentem,  panowie.  Komendant  jego  straży,

pułkownik  Kredek,  zgłosił,  że  prezydent  jako  osoba  rozwiedziona  nie  ma  stałej

partnerki  i  mimo  powodzenia  u  tutejszych  pań  z  towarzystwa  nie  chce  takiej

partnerki  na  stałe  i  upiera  się  przy  częstym  korzystaniu  z  usług  prostytutek.

Wobec nieustępującego i ciągłego zagrożenia zamachem na życie prezydenta ze

strony  antyniemieckich  patriotów  jego  osoba  musi  być  aktywnie  chroniona.

Kontakty  prezydenta  bezpośrednio  z  prostytutkami  z  punktu  widzenia  strategii

jego  ochrony  są  wykluczone  i  obowiązek  zorganizowania  tych  spotkań

z  zapewnieniem  bezpieczeństwa  głowie  państwa  ciąży  na  Wojskowej

Patriotycznej Radzie Realnej.

–  Masz  tobie!  –  odezwał  się  nieoficjalnie  kapitan  Zółwik  Trzeciakowski.  –

Wojskowa  Patriotyczna  Rada  Realna  ma  być  alfonsem  i  stręczycielką...  Jak

zaksięgować takie wydatki? – Na sali wybuchł krótki śmiech.

–  Panie  pułkowniku,  muszę  pana  przywołać  do  porządku,  zwracam  panu

uwagę,  że  sytuacja  jest  poważna.  Prezydent,  z  pełnym  szacunkiem  dla  jego

urzędu,  to  człowiek  dziwny.  Musimy  się  liczyć  z  jego,  że  tak  powiem  –

ekstrawagancjami,  bo  dalsze  powodzenie  naszego  manewru  zależy  od  pana

prezydenta.  On  mimo  naszych  początkowych  obaw  okazał  się  człowiekiem

właściwym  do  naszej  trudnej  gry  politycznej.  A  co  do  meritum  sprawy:

wykorzystywanie  prostytutek  dla  celów  wywiadu  wojskowego  i  w  ogóle  dla

operacyjnych  celów  politycznych  to  nic  nowego,  dlatego  pańska  uwaga  jest  co

najmniej niestosowna.

– Panie generale – nie dawał za wygraną pułkownik Żółwik Trzeciakowski.

–  Z  uwagi  na  poufność  naszych  spotkań  możemy  tu  mówić  wszystko  bez

background image

obawy, że wyjdzie poza te ściany prawda? – zapytał.

–  Tak  jest.  To,  o  czym  tu  mówimy,  objęte  jest  ścisłą  tajemnicą  wojskową,

tajemnicą niedostępną dla rządu, premiera i prezydenta...

–  No  to  przecież  powołując  pana  Dyzmę  na  stanowisko  prezydenta

Rzeczypospolitej, nasza rada ustaliła, że ma on być naszym figurantem, że to, co

my  ustalimy,  on  ma  przekazywać  jako  postanowienia  cywilnej  głowy  państwa,

bo  tak  będzie  bardziej  politycznie.  Więc  czy  nie  można  mu  powiedzieć,  że  się,

przepraszam za dosłowność, jego dziwkami zajmować nie będziemy?

Mimo  że  sytuacja  zrobiła  się  groteskowa,  nikomu  na  sali  do  śmiechu  nie

było.  Pułkownik  Romanowski  milczał,  wreszcie  powstał  z  miejsca  i  zwrócił  się

bezpośrednio do pułkownika Żółwika.

–  No  to  nich  pan  powie  prezydentowi,  żeby  się  uspokoił  i  żeby  robił  to,  co

mu każemy.

– Ja mu to powiem, jak Boga kocham powiem... Bo co on mi może zrobić...

– żachnął się Żółwik.

–  Może  panu  powiedzieć,  żeby  pan,  przepraszam  za  wyrażenie,  pocałował

go  w  dupę,  bo  co  pan  mu  zrobi...  –  odezwał  się  z  kąta  sali  pułkownik  Wareda,

po czym wcale nie nastąpił ogólny śmiech, chociaż powinien. Wręcz przeciwnie:

wśród  zebranych  zapanowała  cisza.  Romanowski  uniósł  głowę,  powstał,

przeszedł się po sali, po czym stanął przed zebranymi. Był bardzo poważny.

– Komunikuję panom, że wywiad wojskowy wykrył ostatnio dwa przypadki

przygotowanych  zamachów  na  życie  pana  prezydenta  i  moją  osobę.  W  jednym

przypadku  zamach  organizowała  grupa  studentów  z  ugrupowania  narodowego

„Walka”, a w drugim organizacja komunistyczna sterowana z Moskwy. Obydwa

zamachy  zostały  udaremnione,  a  niedoszli  zamachowcy  są  pod  kluczem.  Nie

muszę dodawać, że w tej sytuacji sprawa upodobań pana prezydenta ma wymiar

strzeżonej 

tajemnicy 

państwowej, 

ponieważ 

te 

upodobania 

mogłyby

zamachowcom  nasunąć  pomysł  napaści  na  głowę  państwa  za  pośrednictwem

podstawionej  prostytutki.  Z  chwilą  gdy  zrobiliśmy  z  pana  Dyzmy  prezydenta

Rzeczypospolitej  –  ciągnął  dalej  pułkownik  Romanowski  –  czy  tego  chcemy,

czy nie, został on prezydentem. Gdyby się sprzeniewierzył pryncypiom naszych

sojuszy,  naszym  zasadniczym  kierunkom  politycznym,  wyjście  byłoby  tylko

jedno...  katastrofa  lotnicza  –  mówił  powoli,  lecz  z  naciskiem.  –  Jesteśmy  na  to

background image

przygotowani.  Ale  prezydent  Dyzma  niczemu  się  nie  sprzeniewierzył,  a  wręcz

przeciwnie:  realizując  wytyczone  mu  zadania,  przejawił  w  wielokrotnie

bezcenną  inicjatywę  i  wielki  zmysł  polityczny,  przez  co  zyskał  aprobatę

społeczeństwa.  Prezydent  Dyzma  cieszy  się  uznaniem  i  poparciem  wielkiej

części narodu. Dlatego też ochrona jego ciągle zagrożonego życia, niezależnie od

okoliczności  i  sytuacji,  jest  pierwszym  obowiązkiem  naszej  rady.  Tym  samym

sprawą, o której mowa, zajmie się IV wydział Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Akcja  ma  kryptonim  „Relaks”  i  musi  być  zorganizowana  tak  jak  każda  akcja

specjalna, to znaczy precyzyjnie i niezawodnie. To rozkaz! Życzę powodzenia –

zakończył krótkie przemówienie Przewrot Żagwa Romanowski.

Tydzień  później  pułkownik  Kredek  miał  dla  głowy  państwa  złą  i  dobrą

wiadomość.

–  Panie  prezydencie,  musimy  być  ostrożni,  bo  wykryto  na  pana  zamachy.

Mamy 

cywilny 

samochód 

do 

dyspozycji, 

przejedziemy 

się 

powoli

Marszałkowską,  jak  trzeba  będzie,  to  przystaniemy.  Pan  sobie  coś  wybierze

i pojedziemy dalej. W drugim samochodzie z połączeniem telefonicznym będzie

jechał  kapitan  Tosiek  i  on  tę  panią,  którą  pan  prezydent  uzna,  zabierze

i  przywiezie  na  przygotowaną  przez  nas  i  odpowiednio  zabezpieczoną  kwaterę.

Później panią odwieziemy na miejsce. Tak będzie najlepiej.

–  E  tam,  najlepiej...  –  żachnął  się  Nikodem.  –  Po  co  taki  cyrk?  Pójdę  sobie

normalnie, a jak już inaczej nie można, to poślijcie za mną ze dwóch tajniaków,

potem niech oni w trymiga się zwiną i po krzyku.

–  Panie  prezydencie,  nie  da  rady,  pan  nie  może  być  cały  czas  wystawiony,

stan jest wyjątkowy, prawie domowa wojna...

Wieczorem  dnia  następnego  Marszałkowską  ruszyły  dwa  samochody,  jeden

za  drugim.  Jechały,  przystawały,  znowu  ruszały,  ale  prezydent  żadnej  kobiety

sobie  nie  wybrał.  Diabeł  tkwi  w  szczegółach,  a  w  tej  sprawie  były  szczegóły.

Nikodem bowiem już dawno upatrzył sobie koło latarni przy sklepie jubilera taką

trochę mocniej zbudowaną blondynę, która mu się spodobała. Kilka razy już na

nią polował, ale zawsze bez skutku, bo mu ją ktoś sprzed nosa zabrał. Przejazdy

dwóch  samochodów  wzdłuż  Marszałkowskiej  powtarzały  się  i  wciąż

bezowocnie, bo Nikuś uparł się na tę blondynę, a ona koło latarni pojawiała się

na  krótko  i  zaraz  znikała.  Pułkownik  Kredek  i  kapitan  Tosiek  jako

background image

zdyscyplinowani  oficerowie  wywiadu,  zdając  sobie  sprawę  z  wagi  misji,  jakiej

służą, nie zdradzali jednak zniecierpliwienia i podnosili na duchu głowę państwa.

Zapewniali go solennie, że następnym razem wszystko już będzie, jak należy.

Wkrótce też procedura akcji „Relaks” została uproszczona tak, że w punkcie

„Y”, czyli w bliskiej okolicy latarni koło sklepu jubilerskiego, zajął miejsce oficer

wywiadu  w  cywilnym  ubraniu  i  oczekiwał  na  pojawienie  się  obiektu  „X”.

Z  chwilą  pojawienia  się  blondyny,  agent  wezwał  samochód,  a  kapitan  Tosiek

dostarczył  damę  do  przygotowanego  przez  wywiad  i  odpowiednio

zabezpieczonego przed dywersją lokalu.

Nikodem  oczekiwał  jej  w  głębokim  fotelu,  słuchając  muzyki  z  radia,  sącząc

najlepszy markowy koniak i zaciągając się wytwornym tureckim papierosem.

„Ten  Tosiek  ma  klepki  na  miejscu,  trzeba  przyznać,  że  się  do  tego

wszystkiego przyłożył i mu to wyszło... Ciekawe, jakie ma ordery. Trzeba by mu

jakiś  wisiorek  dołożyć,  bo  ci  mundurowi  na  takie  świecidełka  bardzo  są  łasi...

A  swoją  drogą:  co  to  za  jedna,  ta  blondyna  z  takim  ładnym  pyszczkiem,  bo  nie

wygląda  na  dziwkę,  cholera  jedna...”  Na  takich  rozmyślaniach  minął

Nikodemowi czas do chwili, gdy rozległo się pukanie i kapitan Tosiek osobiście

wprowadził do salonu panią o jeszcze ciągle nieznanym imieniu. Oficer z uwagi

na cywilne ubranie i konspiracje, nie mogąc zasalutować przy gościu, skłonił się

nisko prezydentowi.

– Pozostaję pod telefonem w swoim apartamencie do dyspozycji szanownego

pana  prezesa  –  wyrecytował  oświadczenie,  ponowił  ukłon  i  znikł  za  obitymi

skórą drzwiami.

Nikodem wstał i władczym gestem zaprosił panią, aby usiadła.

–  Krzesimir  Tarczyński  jestem.  Może  kieliszek  koniaku?  Są  też  zimne

przekąski, kawior, szampan... – Nikodem poczuł się w roli gospodarza-magnata

świetnie.  Przyjrzał  się  dokładniej  obiektowi  „X”  i  stwierdził,  że  jednak  jak  się

lepiej przypatrzyć, to widać, że ta jego wymarzona blondynka to jednak dziwka,

cholera jasna...

–  A  ja  jestem  Beatricza  Gąsiorek,  możesz  do  mnie  mówić  Betka.  Ładnie  tu

się urządziłeś, to wszystko twoje? Te kryształy to prawdziwe? – przedstawiła się

i zaczęła rozmowę prostytutka.

– Napij się, Beatricza, koniaku, tam jest barek. Tu herbata i kanapki. Czuj się

background image

jak u siebie, a pytań dużo nie zadawaj, bo ja się tak trochę ukrywam, Beatricza.

Rozumiesz?

–  Wiem,  wiem.  Powiedzieli  mi  te  twoje  kamerdynery,  że  żona  twoja  najęła

trzech  tajniaków,  żeby  cię  pilnowali  i  jej  donosili,  czy  nie  brykasz

z dziewczynkami, łobuzie... Jak cię złapie, obetnie ci kasę i leżysz, dlatego mnie

tu przywieźli taryfą.

– A no święta prawda... – Nikodem znowu w duchu pochwalił przebiegłość

oficerów  Kredeka  oraz  Tośka  i  nalał  sobie  do  szklanki  dużo  czystej  wódki.

Wypił  ją  duszkiem  i  przekrzywiając  głowę  to  w  lewo,  to  w  prawo,  oglądał

goszczącą  się  przy  barku  pannę  podobnie  jak  fornal  ogląda  konia  na  targu  albo

cyklista motocykl, który kupuje.

– No to napatrzyłeś się już? – zapytała dziewczyna, także nalewając sobie pół

szklanki czystej wódki.

– Nie, napatrzę się, jak zdejmiesz spódnicę i bluzkę, bo te tego... tutaj... masz

spiczaste jak świńskie ryjki, tak przynajmniej wyglądają z daleka,

–  Tylko  spódnicę  i  bluzkę  mam  zdjąć?  –  zapytała  „dama”,  wybuchając

ochrypłym  śmiechem,  który  nie  pozostawiał  wątpliwości  co  do  tego,  że  jej

profesja to zdejmowanie nie tylko spódnicy i bluzki.

–  A  Beatricza,  co  to  za  imię?  –  zapytał  Nikodem,  bo  mu  coś  nie  pasowało.

Pamiętał  z  gimnazjum  w  Łyskowie,  że  Beatrice  to  była  taka  piękność  ze  snu,

chyba  ta,  która  przyśniła  się  poecie  Dantemu.  „U  rejenta  Windera  w  salonie

wisiał  też  obraz  takiej  różowiutkiej  pięknej,  półgołej  w  obłoku.  Obraz  pewnego

dnia  służąca  Karolka  strąciła  przy  sprzątaniu.  Awantura  była  straszna,  że

Beatrice  spadła  i  się  rama  skrzywiła.  Ale  to  była  Beatrice,  a  nie  Beatricza”  –

myślał Dyzma.

– A no imię jak imię – odpowiedziała dziewczyna, popijając wódkę. – Wujek

mój wiersze pisał i dużo książek czytał... Pamiętam taki wiersz:

Słońce nad zielonym lasem i chmury ciemne czasem.

Kocham cię niezależnie od pogody, mój ty jedyny, ukochany, mój młody...

Albo taki:

Góry  są  wysokie,  a  morza  głębokie,  moja  miłość  jak  góry  wysoka,  jak  morze

background image

głęboka.

Nie zapomnij mnie, chociaż wyjeżdżam do miasta, boś tyś moja niewiasta...

-

zadeklamowała  Beatricza.  –  Wujek,  Rocho  miał  na  imię,  mądry  był,  takie

wiersze pisał – dodała chełpliwie.

Nikodem  skrzywił  się.  „Jakbym  coś  podobnego  zaśpiewał  w  barze  »Pod

końskim  kopytem«,  to  by  mnie  wyrzucili  na  pysk  z  lokalu.  Nie,  to  do  niczego

niepodobne”  –  myślał,  mocno  rozczarowany  swoją  cud  blondyną,  na  którą

czołówka polskiego wojskowego wywiadu polowała dwa dni.

–  Wujek  z  jednej  książki,  jak  ja  się  urodziłam,  kazał  mnie  ochrzcić,  tak  jak

jedna  pani  w  tej  książce  się  nazywała,  tylko  że  ładniej,  nie  Beatricze,  a  tak  jak

Maria czy Zofia – Beatricza...

Szef operacji „Relax” nie wyspał się tej nocy, bo grubo przed świtem obudził

go telefon od prezydenta.

– Panie Tosiek, podjedź pan i zbierz osobę, bo ja nie mam czasu. Jutro rano

przyjedzie  premier  Bułgarii,  a  i  ona  od  rana  też  gdzieś  się  spieszy  do  swojej

roboty, bo jest umówiona z klientem. Zabieraj ją pan i fertig.

Prezydentowi  Beatricza  z  bliska  musiała  się  podobać  najwyżej  średnio,  bo

gdy ją tylko kapitan Tosiek zabrał, przyszła mu na myśl Mańka, i dziwił się sam

sobie, że jej nigdy nie zaprosił na spotkanie...

background image

M

ROZDZIAŁ XI

yśli  prezydenta  Dyzmy,  zajmującego  samotnie  wielkie  salony

w  Belwederze,  uparcie  wracały  do  więziennej  celi,  do  której

przywykł  i  która  jawiła  mu  się  jako  swego  rodzaju  azyl  od

wszystkiego  zła.  Istotnie,  po  niezwykłych  wydarzeniach,  które  odmieniły  jego

siermiężne  życie  w  Łyskowie  i  w  Warszawie  na  ulicy  Łuckiej,  po  meandrach

zdarzeń  w  banku,  po  napięciach  konferencji  w  rządowych  gabinetach,

pijaństwach  w  luksusowych  knajpach,  upojnych  nocach  w  ramionach  pięknej

żony  hrabianki,  ekscesach  z  niewyżytymi  kobietami  w  loży  masońskiej

więzienna cela była dla niego miejscem, w którym mógł spokojnie myśleć. I ten

dziwak,  pół  Fin,  pół  Polak,  profesor  o  wymyślnych  imionach  –  Kordian

Seweryn Rawa Michalewski...

Tu  nie  miał  przy  sobie  profesora  Michalewskiego,  co  stanowiło  wielki

niedostatek  Belwederu.  Nikodem  zwierzył  się  z  tego  swojemu  osobistemu

doradcy.

–  Nie  ma  żadnego  problemu,  panie  prezydencie  –  usłyszał  przychylną

odpowiedź.  –  Ułaskawi  pan  profesora  i  weźmie  go  do  swojego  gabinetu  jako

specjalistę,  powiedzmy  do  spraw  związanych  z  traktatem  polsko-fińskim,  bo

wspólnych spraw z Finami mamy sporo.

Towarzysz  Nikodema  z  więziennej  celi,  znalazłszy  się  ponownie  w  obliczu

głowy  państwa,  zachował  się  jak  zwykle  z  wielką  godnością,  powagą

i dystansem.

– Ja, panie prezydencie, przebywam w zakładzie karnym z wyrokiem 12 lat

pozbawienia wolności i mam moralny obowiązek karę odbyć do ostatniego dnia,

dlatego proszę łaskawie o pozostawienie mnie w spokoju...

–  E  tam,  chrzanisz  farmazony.  Są  wyroki,  są  kary,  ale  są  też  ułaskawienia,

awanse,  protekcje,  propozycje...  Wszystko  będzie  legalne  i  zgodne  z  prawem,

ułaskawię cię i dam ci dobrą posadę, wrócisz do ludzi i wszystko tamto pójdzie

w zapomnienie.

Nie  była  to  jednak  sprawa  prosta,  bo  kim  naprawdę  był  w  głębi  swojej

background image

osobowości  profesor  Kordian  Seweryn  Rawa  Michalewski?  Nikodem  Dyzma

dobrze  pamiętał  historię  jego  tragedii  i  jego  komentarze  w  prasie  wypływające

właśnie z poczucia moralności tego na pół szalonego człowieka.

–  Wyrok  mój  to  12  lat  pozbawienia  wolności  –  mówił  kiedyś  w  celi

spokojnym,  zrównoważonym  tonem.  –  Jest  to  wyrok  z  gruntu  niesprawiedliwy

i zamierzałem wnieść od niego apelację, ale nie pozwolił mi na to Krzesimir Rój

Pawłowski,  mój  adwokat,  najlepszy  papuga  w  kraju,  któremu  na  jego  usilne

prośby  powierzyłem  swoja  obronę.  Wyrok  był  niesprawiedliwy  –  powtórzył

profesor  –  bo  opierał  się  na  błędnym  oskarżaniu  o  zabójstwo  w  afekcie,  a  ja

przecież  Mesalinę  zastrzeliłem  po  głębokich  przemyśleniach  z  premedytacją...  –

ciągnął beznamiętnie. – Zrobiłem to, mimo iż wiedziałem, że postępuję nie tyko

niezgodnie z prawem, ale także ze swoim sumieniem i wszelką możliwą logiką.

Mesalinę  należało  po  prostu  wypędzić,  dać  jej  trochę  pieniędzy  i  niechby  żyła

sobie  po  swojemu.  Orzeczenie  rozwodu  z  jej  wyłącznej  winy  było  oczywiste.

Ona  po  rozbiciu  mojego  małżeństwa,  po  moim  rozwodzie  i  wyjeździe  żony

i  córek  do  Australii,  zaczęła  niemal  oficjalnie  prowadzić  życie  kurtyzany.

Dostawałem stosy listów z opisami jej ekscesów w nocnych klubach i hotelach,

„przyjaciele”  przysyłali  mi  wykazy  jej  nowych  kochanków.  Nomen  omen  była

taką samą żoną jak Mesalina, żona cezara Klaudiusza. Jako 20-letnia dziewczyna

zabawiała się z premedytacją jak kot piłeczką małżeństwem i rodziną dwukrotnie

od  niej  starszego,  znanego  i  szanowanego  człowieka.  Zagrała  sama  ze  sobą

w  takie  karty:  czy  rozbije  jedno  z  najbardziej  szanowanych  małżeństw

w  Warszawie,  czy  nie.  Przedtem,  jeszcze  w  liceum,  jako  piętnastoletnia

dziewczynka  rozbiła  małżeństwo  znakomitego  polonisty,  swojego  nauczyciela,

i posłała szanowanego do czasu jej poznania męża i ojca na więzienne prycze za

pedofilię.  W  siedemnastym  roku  życia  stała  się  bohaterką  warszawskiego

skandalu w związku z usunięciem zaawansowanej ciąży i wyrokiem skazującym

profesora  medycyny,  który  tej  aborcji  dokonał.  Mając  osiemnaście  lat,

doprowadziła znanego przemysłowca z Łodzi do zabójstwa żony, a następnie do

samobójstwa.  To  była  klasyczna  femme  fatale.  Powiedziałem  panu,  że  jedyną

racją  czynu,  jakiego  dokonałem,  była  konieczność  moralna,  potrzeba  jakby

interwencji  siły  wyższej  w  niedoskonałe  prawo  istot  ziemskich.  Gdyby  we

wszechświecie,  gdzie  rządzi  podobno  dobro,  był  Bóg,  na  pewno  on  odebrałby

background image

możliwość czynienia zła i tylko zła takiemu indywiduum, które jest uosobieniem

tego zła. Ponieważ jednak Boga w postaci biblijnej nie ma, więc czynu będącego

poza  ludzkim  wymiarem  sprawiedliwości  dokonać  musiał  ułomny  człowiek.

Jednak  jego  postępek  powinien  być  osądzony  w  kategoriach  ludzkich,  a  nie

boskich,  bo  człowiekowi  zabijać  drugiego  człowieka  nie  wolno.  To  oczywiście

nonsens,  taki  jak  zabijanie  przeciwko  innemu  złu...  Mesalina,  obserwując  moją

wewnętrzną  walkę  o  wybór  między  autentyczną  miłością  do  żony  i  dzieci

a pożądaniem jej ciała, nie była pewna wyniku tej walki. Napisała zatem list do

mojej  żony,  informując  ją  o  naszej  „miłości”.  Na  wyrwanej  z  zeszytu  kartce

w  kratkę  namazała  czerwonym  ołówkiem  kilka  zdań.  List  był  takim  świstkiem,

jaki  można  napisać  do  przekupki  na  targu,  żeby  dostarczyła  pani  do  domu

oskubaną kaczkę i szparagi... Cała Mesalina.

Gdy  moje  małżeństwo  się  rozpadło  i  wziąłem  cywilny  ślub  z  tą  złą  kobietą,

ona  z  cudownej  zakochanej  dziewczyny  stała  się  cyniczną  uliczną  dziwką.

Poznała gangsterów w białych kołnierzykach i zaczęła wciągać mnie w przemyt

narkotyków na wielką skalę. Odmówiłem, zaczęła mną pomiatać. Ale narkotyk,

pod którego wpływem pozostawałem, zrobił swoje i zdradzony, opluty, bez nocy

z nią, przynajmniej raz na jakiś czas, żyć już nie mogłem.

Zbuntowałem  się,  kupiłem  pistolet,  wstąpiłem  do  klubu  i  godzinami

strzelałem do tarczy.

Mierzyłem  do  czarnego  punktu  i  wyobrażałem  sobie,  że  celuję  w  jej  czoło

nad przepastnymi zielonymi oczami. Pomagało.

Tamtego  dnia  pojechałem  na  tygodniowy  rajd  do  Wiednia.  Przy  granicy

zawróciłem.  Jechałem  z  powrotem  do  Warszawy  jak  szalony.  Przed  domem

zobaczyłem  małego  amerykańskiego  forda,  którego  niedawno  kupił  sobie  jeden

z moich kolegów, pracowników naukowych uniwersytetu.

Otwierałem  po  cichu  kolejne  pokoje,  aż  dotarłem  do  sypialni.  Oni  w  łóżku,

zupełnie  nadzy,  pili  koniak,  palili  papierosy  i  śmiali  się  głośno.  Słyszałem  ten

śmiech  już  na  klatce  schodowej.  Gdy  wszedłem  do  pokoju,  skamienieli.

Przeładowałem  na  ich  oczach  rewolwer  i  wyciągnąłem  broń  przed  siebie.

Mesalina  zerwała  się,  ale  zaraz  upadła  znów  na  łóżko.  Jej  kochanek  też  się

zerwał i ukląkł. Mesalina próbowała wstać.

–  To  nie  jest  tak,  jak  myślisz,  kocham  tylko  ciebie,  kocham  tylko  ciebie...  –

background image

powtarzała pobladłymi ustami.

– Dlaczego?! – zadałem pytanie bez sensu, mierząc w jej piękną główkę, tak

jak mierzyłem dziesiątki razy do czarnego krążka tarczy z dziesiątką pośrodku.

Wiedziałem  aż  do  bólu,  co  należy  zrobić.  Należało  zwyczajnie  trzasnąć  im

kilka  fotek  potrzebnych  do  sprawy  rozwodowej,  a  następnie  ciągle

z rewolwerem w ręce trochę z nimi pożartować, całkowicie na luzie opowiedzieć

im jakiś naprawdę zabawny dowcip i kazać, żeby się ubrali i sobie poszli. Poszli

precz.  Tak  należało  zrobić,  wiedziałem  to  dobrze.  Myślałem  usilnie,  co

powiedzieć, żeby wiedziała, za co ginie, ale nie mówiłem nic.

Musiało  być  w  moim  milczeniu  coś  autentycznie  przerażającego,  bo  ona

pozostawała  jakby  sparaliżowana  i  nie  próbowała  żadnych  sztuczek.  Charczała

tylko  w  jakiś  rozpaczliwy,  rozdzierający  sposób.  Patrzyłem  na  nią  w  milczeniu

sporą  chwilę.  Ciągle  nie  miałem  nic  do  powiedzenia.  Ująłem  broń  w  obydwie

dłonie  i  mierzyłem  precyzyjnie  w  linię  jej  czoła,  a  ona  zaczęła  spazmatycznie

płakać.  Przegryzła  sobie  usta,  twarz  miała  zakrwawioną.  Widziałem  przed  sobą

czarną  szczerbinkę  i  muszkę  na  tle  jasnej  płaszczyzny...  środka  czoła  Mesaliny.

Pociągnąłem  za  spust,  który  stawił  dziwny  opór.  Pamiętam  ten  opór,  to  był

sygnał od opatrzności, która dawała mi szansę... Świadomie zrezygnowałem z tej

szansy, pociągnąłem mocniej i jeszcze mocniej. Rewolwer szarpnął się w moich

dłoniach,  potem  usłyszałem  huk  wystrzału.  Muszka  przesuwała  się  teraz

nieznacznie w lewo po kolorowych deseniach tapety, nie było przed nią gładkiej

jasnej płaszczyzny.

Zupełnie  nagi  mężczyzna  klęczał  obok  nieruchomego  ciała  kobiety.  Miał

wykrzywioną  płaczliwym  grymasem  twarz,  coś  usiłował  mówić,  ale  tylko

bełkotał. Musiał być pewny, że za chwilę też zginie i nie ma dla niego ratunku.

–  Niech  się  pan  ubiera  i  idzie  do  domu,  panie  Grzegorzu,  bo  tu  zaraz

przyjedzie  policja  –  usłyszałem  swoje  spokojnie  wypowiedziane  słowa.  –

Właściwie  powinien  pan  zostać  jako  świadek  wydarzeń,  ale  niech  pan  idzie  do

domu...

On jeszcze chwilę klęczał w bezruchu na pościeli, potem poruszył się i zaczął

niezdarnie schodzić z łóżka. Trząsł się i był trupio blady.

–  Ja...  ja  mogę,  mogę  iść?  –  zapytał  wreszcie  wykrzywionymi  jak  w  ataku

epilepsji ustami.

background image

–  Przeleciał  pan  laluś  panienkę,  to  się  zdarza  mężczyznom,  za  takie  coś

rozumny, choć zdradzony mąż daje najwyżej w mordę, nie zabija...

Zaczął  się  niezdarnie  ubierać,  zostawił  kamizelkę,  krawat  i  jedną  skarpetkę.

Poszedł, nawet nie spojrzawszy na martwą Mesalinę...

Prezydent  Dyzma  przypomniał  sobie  całą  tę  historię,  gdy  profesor

kategorycznie odmówił podpisania wniosku o ułaskawienie.

–  Ja  się  nie  wybieram  z  powrotem  do  ludzi  na  świecie  i  mam  prośbę  do

ciebie,  Nikodem.  –  Przeszedł  na  „ty”,  jak  to  zwykł  czynić  w  sytuacjach

i  sprawach  szczególnych.  –  Jest  wojna,  rozumiem  twoją  rolę  w  tej  wojnie...

Rozumiem  ciebie,  ty  zrozum  mnie...  Mam  prośbę  –  powiedział  po  chwili

Michalewski.  –  Wojna  stwarza  różne  sytuacje,  bardzo  różne...  Niemcy

i  Japończycy  szkolą  ochotników  do  akcji  specjalnych  tylko  w  jedną  stronę.  Ja

jestem  dobrym  kierowcą,  po  krótkim  przeszkoleniu  mogę  nawet  pilotować

samolot...  Mówię  nieźle  po  niemiecku,  rosyjsku  i  fińsku.  Przy  pierwszej  akcji

specjalnej,  najlepiej  w  Sowietach,  proszę  uwzględnić  moją  ofertę,  moją

kandydaturę,  panie  prezydencie...  –  Profesor  przerwał  i  po  raz  pierwszy

uśmiechnął się szeroko. – Rozumiesz, Nikodem? Załatw mi takie coś...

background image

W

ROZDZIAŁ XII

szpitalnej  separatce  panowała  cisza.  Przy  łóżku  obstawionym

kroplówkami i różnego rodzaju medyczną aparaturą siedziała młoda

kobieta.  Patrzyła  na  bladą  twarz  pogrążonego  w  półśnie  człowieka

w średnim wieku. Do sali weszła pielęgniarka, sprawdziła aparaturę, tu i tam coś

poprawiła. Po chwili wszedł lekarz, przywitał się z siedzącą przy łóżku.

– Pani znowu na posterunku?

– Tak, spędziłam tu całą noc.

–  Dobrze,  najgorsze  już  mamy  za  sobą.  –  Doktor  uśmiechnął  się.  –  Dużo

szczęścia było w tym nieszczęściu. Kilka centymetrów brakowało, aby obydwie

kule naruszyły serce generała.

–  Prezydent  Dyzma  podobno  szybko  wraca  do  zdrowia.  Nic  mu  już  nie

grozi, prawda? – zapytała kobieta.

–  Tak,  wczoraj  pan  prezydent  wstał,  jego  rany  były  powierzchowne,  trzy

draśnięcia. Prawdziwy cud od Boga.

–  To  dobrze...  Prezydent  i  generał  żyją,  wielkie  to  szczęście.  Niewiele

brakowało,  żeby  zginęli,  tak  jak  pan  major,  a  przecież  to  nie  na  majora  był

zamach...  A  co  by  było,  jakby  zginęli  prezydent  i  mój  mąż?  Jakie  byłyby

wówczas dalsze losy wielkiego manewru?

–  Katastrofa...  Byłaby  katastrofa,  wybuchłoby  powstanie,  resztki  polskich

wojsk  zaatakowałyby  pewnie  niemieckie  militarne  transporty,  doszłoby  do

masowej pacyfikacji całej Polski – powiedział z przerażeniem doktor.

–  Czy  pan,  profesorze,  popiera  generała  i  jego  manewr?  –  pytała  dalej

kobieta.

–  To  już  polityka,  miła  pani,  a  ja  jestem  lekarzem  i  tylko  lekarzem...

W każdym razie rozumiem istotę tego wielkiego zwrotu.

Ranny  poruszył  się  na  łóżku.  Otworzył  oczy,  popatrzył  chwilę  na  kobietę,

potem  na  doktora,  przymknął  powieki  i  znowu  zapadł  w  półsen.  Przez  drzwi

separatki dał się słyszeć hałas zmieniającej się warty. Żandarmi zachowywali się

zbyt  głośno.  Profesor  wyjrzał  na  zewnątrz.  Oficer  zasalutował,  skinął  głową

background image

w  geście  przepraszającym  i  przed  separatką  ucichło.  Pielęgniarka  zrobiła  swoje

i wyszła.

–  Ten  zamach  można  było  przewidzieć.  Prezydent  był  nieostrożny  –

powiedział  lekarz,  badając  tętno  rannego  generała  Romanowskiego.  –  Po

podpisaniu  porozumień  z  Hitlerem  –  ciągnął  dalej  –  szok  społeczny  był  zbyt

wielki...  Wiadomo  też  było  powszechnie,  że  za  nową  polityką  stał  nasz

pułkownik,  przepraszam,  generał  –  poprawił  się  doktor.  –  Naród  był

przygotowany  do  walki...  Nie  oddamy  nawet  guzika...  Fundusz  Obrony

Narodowej,  ofiarność,  solidarność,  patriotyzm,  aż  kipiało  to  wszystko.  Tłum

myślał, że zwyciężymy, że jesteśmy co najmniej równym przeciwnikiem Rzeszy,

że  sojusz  z  Anglią  i  Francją  daje  nam  przewagę,  że  Sowieci  są  zbyt  słabi,  aby

nas  zaatakować...  Oszukane  propagandą  społeczeństwo  uwierzyło  w  sukces,

jeszcze teraz nikt nie zdaje sobie sprawy z rozmiarów Tragedii, jaka na szczęście

została zażegnana...

– To jednak jest pan zwolennikiem manewru prezydenta Dyzmy i generała. –

Kobieta uśmiechnęła się.

–  Ja  znam  część  szczegółów  tego  planu,  wiem,  że  jest  on  na  miarę  wielkich

polityków,  ale  tłum  krzyczy  o  zdradzie  i  zamachowcy  w  swoim  przekonaniu

strzelali  do  zdrajców,  proszę  pani.  –  Doktor  zamilkł  i  w  szpitalnym  pokoju

zapadła cisza.

–  Taak...  Jeszcze  dużo  złego  przed  nami  –  westchnęła  głęboko  małżonka

generała.

Kilkanaście  dni  później  generał  Romanowski  przybył  do  Belwederu,

dowieziony  ze  szpitala  w  opatrunkach.  Sprawy  tymczasem  biegły  szybko

i w wielu z nich konieczne były natychmiastowe decyzje.

Po  złożeniu  dymisji  przez  byłego  prezydenta  Rzeczypospolitej  i  objęciu

stanowiska  głowy  państwa  przez  Nikodema  Dyzmę  Polska  przyjęła  narzucony

jej  układ  z  Niemcami,  tracąc  prawa  do  Wolnego  Miasta  Gdańska.  Strona

niemiecka  przyjęła  z  Polską  nowy  pakt  o  nieagresji.  Jak  każdy  tego  rodzaju

dokument  zawierał  on  kilka  tajnych  załączników.  Jeden  z  nich  dotyczył

przemarszu  wojsk  hitlerowskich  przez  Polskę  na  wschód.  Ratyfikujący  te

dokumenty  wyszli  daleko  naprzeciw  żądaniom  Hitlera  i  usuwali  tym  samym

powody  do  wojny  –  z  góry  przegranej  przez  Polskę.  Hitler  podbojem  Polski

background image

zainteresowany  był  jedynie  w  sposób  pośredni,  chodziło  mu  bowiem  głównie

o  bój  z  Rosją.  Układ  polsko-niemiecki  eliminował  potrzebę  zawierania

przygotowanego  już  przez  dyplomację  Hitlera  paktu  z  Sowietami,  który  mieli

podpisać w Moskwie ministrowie Rzeszy i Rosji, Ribbentrop i Mołotow.

W tej sytuacji Anglia i Francja zerwały umowy o pomocy i sojuszu z Polską,

pozostawiając  jednak  wiele  dyplomatycznych  furtek  i  możliwości  powrotu  do

tych  umów.  Polska,  dotychczas  nic  nieznaczący  kamyk  w  Europie,  po  zmianie

polityki  spowodowała  olbrzymią  lawinę.  Kamyk  bowiem,  odpowiednio

poruszony, mógł zmienić bardzo wiele.

Co w tej sytuacji uczyni Polska? – zastanawiali się politycy na całym świecie.

Czy  wyruszy  z  Hitlerem  na  Moskwę,  czy  pozostanie  neutralna?  Polska

tymczasem  rozbudowywała  przemysł  i  podpisywała  niezwykle  korzystne

umowy handlowe, dyktowane potrzebami państw prowadzących wojnę.

Prezydent  Dyzma  siedział  nieruchomo  w  fotelu  i  mimo  oszałamiających

sukcesów  był  w  złym  nastroju.  Generał  Romanowski  zajął  miejsce  naprzeciw.

Udane  wystąpienia  publiczne  Nikodema  Dyzmy  i  wspólnie  przeżyty  zamach

znacznie  odmieniły  stosunki  między  marionetkowym  prezydentem,  jakim  miał

być  w  założeniu,  a  Wojskową  Patriotyczną  Radą  Realną.  Prezydent  stawał  się

twardym partnerem.

– Żyjemy... – mruknął Dyzma do Romanowskiego.

–  Powiedziałem  ci  kiedyś,  że  w  naszej  sytuacji,  żeby  zostać  bohaterem,  nie

wystarczy poświęcenie życia, trzeba także zostać zdrajcą... Za to kraj jest wciąż

niemal wolny i rozkwita.

– Jak długo będzie wolny? – zapytał bez entuzjazmu prezydent.

–  Liczę,  że  do  końca  wojny...  przegranej  przez  Hitlera,  więc  także  przez

nas... – dorzucił generał.

– Wojsko rozpuściłeś już do domu? – zainteresował się prezydent.

– Tak... Demobilizacja jest prawie zakończona. Wiele dobrego zrobiła nasza

opozycja, całe lotnictwo, w tym wszystkie „Łosie”, odleciało do Rumunii... Nie

ma  już  w  kraju  także  większej  części  broni  pancernej.  Moje  kontakty

z  patriotami,  którzy  nie  podporządkowali  się  naszym  rozkazom,  są  kruche

i niejasne. Hitler wie, że nasza zmiana polityki na jego korzyść to gra i udaje tak

jak my, że wszystko jest w porządku. Dostarczenie mu jakichkolwiek powodów,

background image

które  potwierdziłyby  takie  podejrzenia,  to  katastrofa,  zerwanie  układu

i  egzekucja  zakładników  stanu...  Dla  nas  kule  albo  szubienica,  dla  narodu

zbrodnicza okupacja.

–  Taniec  na  linie  –  mruknął  Nikodem  Dyzma.  –  Jakby  coś  pękło,  to

i  Szkopy,  i  nasi  w  trymiga  nas  ukatrupią  –  dodał  po  chwili  i  w  gabinecie

ponownie  zapanowała  cisza.  –  Jutro  chcę  rozmawiać  z  zamachowcami  –

dorzucił po chwili prezydent.

– To harcerze i studenci – powiedział generał. – Zdeterminowani, niestety jak

większość narodu, ogłupieni i oszukani do granic możliwości przez propagandę,

ofiarni  młodzi  patrioci.  Nie  mają  pojęcia  o  układzie  sił  w  Europie  i  na  świecie.

Myślą,  że  Anglia  i  Francja  zdmuchną  w  pył  słabą  armię  niemiecką.  Niemieckie

„papierowe czołgi”... Kto wymyśli taką bzdurę? Ci młodzi ludzie są przekonani,

że  my  jesteśmy  po  prostu  przekupionymi  zdrajcami,  że  Niemcy  bali  się  polskiej

potęgi  i  dlatego  nas  sobie  kupili,  a  my  dla  własnych  korzyści  zdradziliśmy

naród... Co im powiesz, Nikodem? – zapytał generał Romanowski.

–  Tragiczną  prawdę.  Będziemy  im  ją  powtarzać,  póki  nie  staną  się

fanatykami naszej sprawy, tak jak teraz fanatycznie wierzą, że Polska była silna,

zwarta i gotowa. Muszą zrozumieć, że jeżeli ma ich dobrze oceniać historia, nie

wykręcą  się  bełkotem  o  honorze  i  nawet  nadstawianiem  karku  w  zamachach

takich jak ten na nasze głowy. To prawda, że aby dzisiaj ratować ten kraj, trzeba

najpierw  zostać  zdrajcą...  Tak  nas  urządzili  nasi  politycy,  patrioci...  –  odparł

Nikodem Dyzma. Dziś już nie był jedynie szczęściarzem i prostakiem, ale także

studentem nauk pobieranych we wspólnej celi od profesora uniwersytetu. Ciągle

jeszcze  mówił  swoim  slangiem,  ale  szóstym  zmysłem  uchwycił  społeczny  sens

tego, co potocznie nazywa się sprawowaniem władzy.

Tymczasem wywiad brytyjski wykrył założenia marszałka Pétaina i premiera

Lavalle’a  zmierzające  do  oddania  Francji  Hitlerowi.  Dokumenty  jednoznacznie

świadczyły  o  tym,  że  potężna  Francja,  która  nie  miała  przecież  tak  jak  Polska

drugiego  silnego  wroga  za  plecami,  chcąc  ratować  kraj  od  zagłady,  nie  tylko

podda  się  Niemcom,  ale  niebawem  zacznie  im  wiernie  służyć.  Więc  jak

przywódcy  polscy  mieli  pozwolić  na  to,  aby  ich  ojczyzna  została  zmiażdżona

przez Niemcy i Rosję w imię solidarności z Francją, która paktuje z Niemcami?!

Nonsens  polityki  polskiego  rządu,  obalonego  przez  Wojskową  Patriotyczną

background image

Radę  Realną,  w  tej  sytuacji  stał  się  oczywisty  nawet  dla  trzeźwo  myślącej

służącej...  Ale  dla  wielu  wykształconych  polityków  strzegących  polskiego

honoru ciągle jeszcze nie. Rumunia, Węgry, Słowacja, Finlandia oraz Hiszpania

i  Japonia  zdawały  się  akceptować  atak  Niemców  na  Rosję,  który  wydawał  się

już  nieunikniony.  Okoliczności  te  coraz  mocniej  przechyliły  szanse  wygrania

wielkiej  wojny  na  korzyść  Hitlera.  Armia  niemiecka  bez  jednego  wystrzału

zajmowała  państwo  po  państwie  w  Europie,  pomnażając  swój  arsenał  o  setki

czołgów, samolotów oraz okrętów i olbrzymie składy paliw. Polska tymczasem,

spełniając  żądania  terytorialne  Hitlera,  większą  część  wojska  zdemobilizowała,

a  część  ewakuowała  i  jako  armię  neutralną  internowała  w  Rumunii  oraz  na

Węgrzech.  Prezydent  Rzeczypospolitej  po  złożeniu  wymuszonej  dymisji  na

posiedzeniu  Wojskowej  Patriotycznej  Rady  Realnej  także  zniknął  z  kraju

i  w  Londynie  powołał  polski  rząd  emigracyjny.  Jego  premierem  został  znany

dygnitarz  i  działacz  polityczny,  osobisty  wróg  i  adwersarz  prezydenta  Dyzmy  –

Jan Terkowski.

A  ponieważ  stara  nienawiść,  podobnie  jak  stara  miłość,  nie  rdzewieje,  rząd

Terkowskiego w Londynie przyjął wrogie stanowisko wobec nowego polskiego

rządu w Warszawie i prezydenta Nikodema Dyzmy.

background image

N

ROZDZIAŁ XIII

ikodem  Dyzma  szybko  zadomowił  się  w  Belwederze.  Po  licznych

wystąpieniach,  w  których  zaprezentował  prymitywny,  ale  skuteczny

styl  sprawowania  władzy,  cała  Wojskowa  Rada  Realna  zmieniła  do

niego stosunek.

Wojna  tymczasem  czyniła  spustoszenie  w  Europie.  Polska  ciągle  stała  na

uboczu  i  obserwowała  na  razie  kataklizm,  który  już  teraz  rozszerzał  się  na  cały

świat.  Nikodem  Dyzma  zaczynał  powoli  rozumieć  to,  co  jeszcze  niedawno

wydawało  mu  się  nie  do  pojęcia.  Był  zmuszony  do  podejmowania  nowych

decyzji i potrzebował coraz częściej dobrych rad.

Często  posyłał  więc  samochód  do  więzienia,  skąd  po  załatwieniu

niezbędnych  formalności  przywożono  mu  profesora  Michalewskiego.  Któregoś

dnia Nikodem usiłował ponowić swoją propozycję.

–  Ty  nie  możesz  już  dłużej  siedzieć  w  ciupie.  Dzieją  się  wielkie  rzeczy.  Ty

musisz...

– Więzień ma siedzieć w więzieniu – przerwał sucho prezydentowi profesor.

–  Przestań  wydziwiać,  jesteś  potrzebny  na  wolności!  Masz  klepki

w  porządku,  tutaj  trzeba  takiego,  bo  mnie  zaskakują,  cwaniaki,  a  żadnych

Oxfordów  nie  kończyłem.  Twój  łeb  mi  potrzebny  tutaj,  pod  ręką...  –

denerwował się Nikodem.

Profesor palił cygaro i patrzył na prezydenta jak na coś osobliwego. Rozsiadł

się w wielkim fotelu i milczał. W tym salonie i w tej pozie, cygarem w ustach, ale

w więziennym pasiaku wyglądał jak aktor.

–  Przebierz  się  z  tego  w  garnitur  –  powiedział  Nikodem  i  wezwał

kamerdynera.  –  Proszę  zaprowadzić  pana  profesora  do  garderoby  i  pomóc  mu

przebrać się w przedpołudniowe ubranie, jedno z tych, które poleciłem dla niego

uszyć.

Po  chwili  profesor  powrócił  do  salonu.  W  eleganckim  jasnym  garniturze

i  kolorowej  koszuli  z  muszką  pod  szyją  prezentował  się  wreszcie  jak  gość

prezydenta Rzeczypospolitej.

background image

– Ty już tam nie wrócisz, prawnicy z mojej kancelarii załatwią z sądami, co

potrzeba. Zostajesz?

– Nie.

– Dlaczego nie?

– Bo to niegodne...

Nikodem chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Zmiął jedynie w ustach

przekleństwo. Cisza panowała dłuższą chwilę, aż przerwał ją profesor.

–  Ja  do  celi  wrócę  jeszcze  dzisiaj,  bo  tam  jest  moje  miejsce.  Ale  będę  ci

pomagał i nikt się nie dowie, że to moje rady, bo mnie przecież nie ma. Ty sam

nie  wiesz,  Nikodemie,  ile  robisz  dla  zwyczajnych  Kowalskich,  Wiśniewskich,

Piotrowskich.  Nie  chcę  powiedzieć:  dla  narodu,  bo  do  ciebie  wielkie  słowa  nie

pasują....  Nie  pasują...  –  powtórzył  profesor.  –  Nie  musimy  się  oszukiwać,  ty

jesteś  niedouczony  i  prymitywny,  ale  masz  koci  spryt  i  instynkt,  fart  masz,

prezydencie.  Fart,  a  nie  patriotyczne  wykrzykniki,  kiedy  trzeba  chwytać  się

brzytwy... Ty z tymi swoimi oficerami faktycznie ratujesz kraj od tragedii, jakiej

nie zna i tak podła historia Polski. – Profesor mówił z wyraźnym przekonaniem.

–  Ty  nie  rozumiesz,  że  jesteś  opatrznościowym  prezydentem,  że  możesz  zostać

jednym  z  największych  polityków  polskich  wszech  czasów  z  monarchami

włącznie...  Nikodem  Dyzma  to  postać  legendarna.  Człowiek  z  gminu,  bez

wybujałych ambicji, dla którego ważniejsi są Kowalscy i Wiśniewscy z ulicy niż

orły  na  sztandarach  i  słowa  takie  jak  duma  i  chwała.  Słowa,  które  nieosadzone

w  odpowiednich  realiach,  stały  się  ognikami  wiodącymi  w  przepaść,  prosto  do

zguby.  Tobie  instynkt  pozwolił  z  pustki  wielkich  słów  nie  do  odrzucenia  dla

innych  wyłuskać  sens  rządzenia:  działanie  na  rzecz  niezagrożonego  losu

i spokojnego bytu Kowalskich, bo znowu nie chcę powiedzieć „narodu”. Wojna

jednocześnie na dwóch frontach, z Niemcami i Rosją, to byłby skok w przepaść

–  tu  użyję  wielkiego  słowa:  samobójstwo  narodu...  Wojskowi,  którzy  ciebie

posadzili  niby  na  marionetkowym  tronie,  to  strategowie  o  wyostrzonej

inteligencji  i  czujności,  praktycy  działań  z  frontu  stałego  zagrożenia,  ludzie

przebiegli  i  wbrew  pozorom  –  patrioci.  Tacy  często  ujawniają  się  w  skrajnych

sytuacjach,  ale  jeżeli  chcą  walczyć  tylko  o  byt  Kowalskich  i  Wiśniewskich,  to

zmiatają  ich  ambicje  i  dążenia  oblegających  koryto  władzy  polityków.  Orężem

„zbawców  ojczyzny”  były  i  będą  patriotyczne  okrzyki,  wielkie  słowa,  a  potem

background image

tortury,  więzienia  dla  oponentów,  bo  honor  i  wielkie  sprawy  usprawiedliwiają

wszystko.  Życie  Kowalskich  i  ich  rodzin  to  dla  ambitnych  władców  mała

sprawa,  niespektakularna...  Nikodem  Dyzma  to  polityk  z  przypadku,  który  wie,

że  jak  szykuje  się  dwóch  na  jednego,  to  ten  jeden  musi  kombinować,  uciekać,

któremuś z tych dwóch ustąpić, pokonać z nim gorszego a potem, jak przyjdzie

czas, kropnąć tego, któremu ustąpił, kropnąć go albo wejść z nim w komitywę...

Popatrz na historię Polski i Finlandii, mojej drugiej ojczyzny, porównaj te historie

i  przekonasz  się,  że  nieraz  „zdrada”  to  jedyna  droga,  żeby  kilka  milionów

Svensonów czy Wiśniewskich przeżyło wojnę. Ja ci pomogę, tylko wiesz, mam

ten warunek...

– Jaki warunek?

–  Musisz  mi  załatwić  to,  o  czym  już  ci  mówiłem:  misję,  bum-bum  w  jedną

stronę... U Sowietów chcę coś takiego zrobić, bo mam z nimi porachunki.

–  Masz  tobie...  –  mruknął  prezydent.  –  Tobie  potrzebni  są  psychiatrzy  –

dodał ze szczerym zakłopotaniem.

–  Niech  będą  i  psychiatrzy,  mnie  oni  nie  przeszkadzają.  Ja  chcę  jechać  na

taką wycieczkę, bo to dla mnie najlepsze rozwiązanie mojej sprawy.

–  Jakiej  twojej  sprawy,  do  cholery?  Swoją  sprawę  dawno  już  rozwiązałeś

i jej nie ma. Nie ma! Rozumiesz?

–  Ta  sprawa  jest  we  mnie,  Nikodem...  –  uciął  krótko  profesor  i  prezydent

zrozumiał, że w tej kwestii profesorowi może tylko ustąpić.

– Dobrze, do licha, załatwię ci... wycieczkę.

– Najdalej za rok od dzisiaj?

– Za dwa lata, jeżeli się nie rozmyślisz...

– Parol? Słowo honoru?

– Parol, słowo honoru!

Profesor wstał i mocno uścisnął dłoń prezydenta.

Przy  następnym  spotkaniu,  gdy  mowa  była  o  manifestacjach  przeciwników

wielkiego  manewru  prezydenta  Dyzmy,  jak  nazywano  porozumienie  zawarte

z  Niemcami,  Michalewski  rzucił,  że  tęskni  za  żeglowaniem  po  morzu.  Kiedyś

w  Finlandii  nauczył  się  tej  sztuki,  ale  później  w  Polsce  nie  miał  do  tego

warunków. Nikodem zainteresował się sprawą i poinformowano go, że w Gdyni

jest  jacht,  który  w  każdej  chwili  może  być  postawiony  do  dyspozycji  głowy

background image

państwa.  Za  kilka  też  dni  profesor,  który  teraz  mimo  swojego  uporu  spędzał

więcej  czasu  w  Belwederze  niż  w  więzieniu,  został  zaproszony  na  wyjazd.

Prezydent  zabierał  go  do  ciągle  rozkwitającej  Gdyni.  Tam  w  jednym

z  portowych  basenów  stał  piękny  mahoniowy  jacht.  Dzień  był  pogodny,  ale

wietrzny.  Kapitan  małej  sportowej  jednostki  na  nabrzeżu  zgodnie  z  protokołem

salutował  głowie  państwa.  Zaraz  też  okazało  się,  że  skiper  potrzebny  jest

profesorowi  Michalewskiemu  raczej  tylko  do  asysty,  gdyż  profesor  radzi  sobie

z  żaglami  doskonale.  Za  kołem  sterowym  czuł  się  jak  ryba  w  wodzie.  Na

pokładzie  trwałą  nieustająca  dyskusja  na  temat  uwarunkowań  kraju  i  dalszego

postępowania  głowy  państwa  w  dwuznacznej  sytuacji  politycznej.  Profesor

w pewnym momencie utracił stoicki spokój i podniósł głos.

–  Polacy  to  szaleńcy!  Zawsze  ignorowali  naukę  płynącą  z  dziejów.  Historia

Polski to historia krwawo stłumionych powstań i zbiorowe groby. Sybir i groby,

groby, groby, groby... Ja wychowałem się w dwóch ojczyznach. Obydwie mają

wyjątkowo  podłe  położenie  geopolityczne  między  dwoma  mocarstwami,  bo  nie

tylko  Rosja,  ale  i  Szwecja,  sąsiadująca  z  Finlandią,  przez  wieki  była

mocarstwem.  Porównując  narodowe  tragedie  Finlandii  i  naszej  wspólnej

ojczyzny,  aż  dziw  bierze,  że  podobne  sytuacje  tu  kończyły  się  dramatami,

a u Finów cichymi sukcesami, przede wszystkim politycznymi. Po jednej stronie

Bałtyku  wybuchały  ciągle  bohaterskie  zrywy  wolnościowe,  po  których  ziemia

spływała  krwią  i  na  kraj  spadały  represje.  Po  drugiej  stronie  morza  pozorna

uległość przynosiła cenne swobody wolnościowe.

Wiatr  na  zatoce  stawał  się  coraz  silniejszy  i  jacht  przechylał  się  coraz

mocniej.  Cypel  Helu  był  już  blisko,  a  profesor  sterował  nadal  na  otaczające  go

betonowe gwiazdobloki. Nikodem zaniepokoił się, a przy sterującym profesorze

stanął kapitan, gotowy w każdej chwili do interwencji. Nagle jacht zmienił kurs

jeszcze  bardziej  na  wystające  z  wody  betonowe  zęby.  Żagle  załopotały  z  furią,

mahoniowe  bomy  przeleciały  nad  pokładem  z  jednej  burty  na  drugą  i  jacht

przechylił  się  w  przeciwną  stronę.  Nikodem  ze  zdumieniem  zauważył,  że  przed

dziobem  żaglowca  nie  ma  już  betonowych  gwiazdobloków  ani  cypla  helskiego

półwyspu,  a  rozpościera  się  pofalowana  płaszczyzna  morza,  aż  do  dalekiego

portu w Gdyni.

–  Po  mistrzowsku  wykonany  zwrot  przez  rufę  –  nie  mógł  się  powstrzymać

background image

od  pełnego  podziwu  komentarza  kapitan.  –  Gdzie  się  pan  uczył  sztuki

żeglowania?

–  W  fińskich  i  norweskich  fiordach  –  padła  skromna  odpowiedź.  Teraz

żegluga,  chociaż  w  znacznym  przechyle,  była  znowu  stateczna  i  spokojna.

Profesor  powrócił  do  przerwanego  wątku.  –  W  roku  1795  Polska  utraciła

niepodległość,  bo  jej  Królestwo  oddane  zostało  pod  rządy  caratu,  car  stał  się

królem  Polski  i  do  roku  około  1815  obydwa  te  kraje  były  jakby  jednakowo

prawnymi  częściami  państwa  rosyjskiego.  Polacy  byli  równoprawnymi

obywatelami rosyjskimi. Królestwo Polskie miało własny sejm, senat, armię oraz

skarb,  działał  Uniwersytet  Warszawski  i  Wileński.  Polska  konstytucja,  mimo  że

tu  i  tam  łamana  przez  księcia  Konstantego,  była  aktem  prawnym  dającym

Polakom  prawa  nie  tylko  iluzoryczne.  Tętniły  życiem  teatry,  na  emigracji

tworzyli  swe  wiekopomne  dzieła  Adam  Mickiewicz  i  Fryderyk  Chopin.  Pod

zaborami  powstawała  najwspanialsza  polska  literatura  wszech  czasów:  Henryk

Sienkiewicz,  Bolesław  Prus,  Stefan  Żeromski,  Stanisław  Wyspiański,

Władysław  Reymont...  –  Profesor  mówił  jak  w  transie,  wykonując  przy  tym

nieznaczne  ruchy  kołem  sterowym.  Jacht  w  głębokim  przechyle  rozcinał

niewielkie  fale,  woda  syczała  przy  burtach,  w  oddali  majaczyły  nowoczesne

sylwetki gmachów w Gdyni. Profesor spojrzał na Nikodema. – Myślałeś o tym,

prezydencie?  Mam  wymieniać  dalej  twórców  z  XIX  wieku  tworzących

w  czasach,  gdy  nie  było  Polski,  lecz  wielkich  Polaków  było  więcej  niż  przez

kilka wieków przedtem i potem? Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, malarze

Jan  Matejko,  Wojciech  Kossak,  Artur  Grottger,  Józef  Chełmoński...  i  muzyka:

Stanisław  Moniuszko,  Mieczysław  Karłowicz,  Karol  Szymanowski,  Henryk

Wieniawski,  Ignacy  Paderewski...  Także  wybitni  twórcy  emigracyjni:  Adam

Mickiewicz,  Juliusz  Słowacki,  Kamil  Cyprian  Norwid,  Fryderyk  Chopin...

Odejmij  geniuszy  z  czasów  pod  zaborami  i  co  zostanie  z  kultury  polskiej,

z naszej klasyki o wartościach nieprzemijających?

– To oni wszyscy, pod okupacją, w tym samym czasie? – zapytał Nikodem,

nie  ukrywając  swojej  ignorancji,  chociaż  coś  podobnego  wiedział  jeszcze

z gimnazjum w Łyskowie. Nigdy jednak o tym nie myślał.

–  Oni  wszyscy  mieli  możliwości  tworzenia  swych  wiekopomnych  dzieł

właśnie pod zaborami... – odparł profesor – ale Polacy, nie bacząc na możliwości

background image

militarne,  zapragnęli  wolności  takiej  tylko  pod  polskimi  sztandarami,  bez

rosyjskiego  dwugłowego  orła  na  rządowych  urzędach.  Sztandary  i  krzyże,

koniecznie krzyże, bo wolność dla nas to nie tyle swobody, kultura i gwarancja

pokoju  we  wspólnocie  z  ościennym  mocarstwem,  co  narodowe  symbole

i  sobiepaństwo.  Weto!  Liberum  veto!  To  dla  nas  jest  wolność.  Słusznie,

powtarzam,  słusznie,  że  lepsze  własne  narodowe  sztandary  niż  pomieszane

z  obcymi  godłami.  Lepsze,  tylko  za  jaką  cenę?  Polski  charakter  nie  znosi

racjonalizmu.  Patrząc  na  historię  fińską  i  polską  w  XIX  wieku,  co  widzimy  jak

na  dłoni?  Widzimy  politykę  fińską,  kraju  położonego  podobnie  jak  nasz

w  kleszczach  potencjalnych  zaborców,  politykę,  która  swoim  wojowniczym

oficerkom  kazała  pochować  do  pochew  nieskrwawione  szabelki.  Widzimy  też

politykę  polską,  politykę  narodowych  bohaterów:  „Hajże  na  Moskala!”.  Być

może  przyczyną  takiego  stanu  jest  wyższość  mentalności  protestanckiej  nad

katolicką, ale chyba przede wszystkim nasza natura...

Profesor zamilkł, a jacht na skrzydłach wiatru i żagli leciał nieco bardziej na

zachód,  kierując  się  ku  redzie  portu  w  Gdańsku.  Za  nim  i  przed  nim

w  niewielkiej  odległości  trzymały  się  dwie  motorówki  z  obstawy  prezydenta

Rzeczypospolitej  Polskiej.  Na  redzie  w  Gdańsku  stało  kilka  wielkich

niemieckich  okrętów  wojennych.  Sterujący  ciągle  „Morskim  Orłem”  profesor

Michalewski dużym łukiem omijał to zgrupowanie, jednak najbliższe z  okrętów

salutowały  banderami  polskiemu  prezydentowi.  Profesor,  obracając  powoli

mahoniowe koło steru, skierował jacht bardziej na północ ku otwartemu morzu.

Chwilę jeszcze milczał, po czym podjął przerwany wątek.

–  Mój  drugi  kraj  niepodległość  utracił  w  roku  1617.  Wtedy  to  po  pokoju

w  Stolbova  Finlandia  stała  się  częścią  szwedzkiego  imperium.  Zabór  dzięki

elastyczności politycznej Finów przebiegał raczej bez więzień, egzekucji i zesłań,

a z czasem wojska fińskie stały się elitarnymi jednostkami szwedzkimi. Tu i tam

Finowie zaczęli dominować w Szwecji. Po pokoju w Nystad tereny Inflant wraz

z  ujściem  Newy  znalazły  się  pod  rządami  Rosji,  znowu  odmieniając  dzieje

narodu  fińskiego.  Do  szwedzko-rosyjskiej  wojny  o  Finlandię,  jak  wiadomo,

doszło  w  1809  roku.  Potem  zostało  utworzone  Wielkie  Księstwo  Fińskie,

którego  tytularnym  władcą  był  rosyjski  car...  I  na  110  lat  państwo  fińskie

włączono  w  skład  imperium  rosyjskiego.  Patriotyzm  fiński  jakby  przysnął,

background image

Finom  działo  się  nieźle  i  z  przejawami  narodowego  bohaterstwa  czekali  na

lepsze czasy.

Po  drugiej  stronie  Bałtyku  zaś  w  roku  1830  grupa  Polaków  znudzonych

w  miarę  niezależnym  politycznie  życiem  w  formalnie  okupowanym  kraju

wywołała 

pierwsze 

nieobliczalne 

powstanie 

narodowowyzwoleńcze.

Sprzysiężenie Podchorążych z olbrzymią patriotyczną wrzawą dokonało nie lada

strategicznego 

wyczynu, 

podpalając 

browar 

na 

warszawskim 

Solcu

i  obwieszczając  Europie  patriotyczny  czyn  w  postaci  narodowego  powstania.

Polacy walczyli z Rosjanami do października 1831 roku, po czym zostali w pył

rozgromieni.  Na  naród  spadły  represje,  o  jakich  wcześniej  trudno  było  nawet

pomyśleć.  Królestwo  Polskie  utraciło  autonomię...  Co  miało  na  celu  to

powstanie?  Oczywiście  ten  patriotyczny  zryw  zmierzał  do  odzyskania  przez

Polskę  pełnej  niezależności.  Czy  to  było  możliwe?  Polacy  w  roku  1830

dysponowali  stu  pięćdziesięcioma  tysiącami  żołnierzy.  Rosjanie  rzucili  łącznie

dwieście tysięcy, a mogli rzucić dwieście pięćdziesiąt i trzysta tysięcy doskonale

uzbrojonych  i  wyćwiczonych  sołdatów...  Kto  w  strategicznych,  przemyślanych,

zgodnych  ze  sztuką  wojenną  rozważaniach  uznał,  że  to  powstanie  może  być

wygrane?  Być  może  już  wtedy  liczono  na  interwencję  państw  zachodnich

w  obronie  tego,  co  u  Polaków  wielkie.  Tylko  że  żadnej  pomocy  nie  było

i powstanie zostało uznane za tragiczny nonsens nie tylko przez przychylne nam

kraje europejskie, ale potępione także przez papieża Grzegorz XVI. No i zaczęły

się  represje.  Unię  personalną  łączącą  Królestwo  z  Rosją  carską  zastąpiono  unią

realną.  Nałożono  również  na  powstańczy  kraj  wielkie  kontrybucje,  a  granica

z Rosją stała się granicą celną. Produkcja przemysłowa z naszych ziem masowo

przenoszona była do Rosji, zamykano polskie uczelnie. Pojawiła się rusyfikacja.

Jeszcze  jeden  drobiazg...  W  czasie  działań  zbrojnych  tego  powstania,  które  do

dzisiaj jest naszą dumą narodową, zginęło ku chwale ojczyzny około czterdziestu

tysięcy młodych, wspaniałych, dzielnych Polaków.

Profesor  zasępił  się  i  zapatrzył  przed  siebie.  Po  chwili  kontynuował

rozważania, a Nikodem Dyzma słuchał, nie przerywając ani słowem.

–  Polscy  politycy,  świadomi  realnej  sytuacji  i  unikający  romantycznej

demagogii,  tacy  jak  Aleksander  Wielopolski,  przeciwnik  wymachiwania

szabelką przed potężnym zaborcą, byli potępiani przez cały naród, a na ich życie

background image

dokonywano  zamachów.  „Polak  mądry  po  szkodzie”,  mówi  staropolskie

przysłowie,  ale  któryś  z  naszych  mądrych  poetów  napisał,  że  polski  szlachcic

tego  przysłowia  nie  kupi,  bo  przed  szkodą  i  po  szkodzie  głupi.  O  ile  też

powstanie listopadowe wydaje się granatem w rękach zadziornego głuptaska, do

tego  granatem,  który  eksplodował,  to  narodowy  zryw  styczniowy  w  roku  1863

można śmiało określić mianem samobójstwa pomyleńca. W tym czasie Rosjanie

przecież  dysponowali  w  Polsce  siłami  dwukrotnie  większymi  aniżeli  styczniowi

powstańcy.  Kolejny  nasz  piękny  czyn  wolnościowy  skończył  się  śmiercią

dwudziestu  tysięcy  powstańców...  W  wyniku  klęski  znaczące  jeszcze  coś

Królestwo  Polskie  zostało  zmazane  z  mapy  i  przeszło  już  tylko  do  historii.  Na

jego  miejscu  powstał  upokarzający  nasze  ambicje  niepodległościowe  Kraj

Nadwiślański...  Państwo,  kiedyś  tak  wielkie  i  potężne,  otrzymało  nazwę  od

przepływającej przez nie rzeki... W tym czasie Wielkie Księstwo Fińskie, będące

pod takim samym zaborem jak Polska, nie urządzając patriotycznych, skąpanych

w  krwi  festynów,  zalegalizowało  oficjalnie  język  fiński  jako  urzędowy,

a wcześniej rubla zastąpiono tam fińską marką. Podczas trwającej przeszło wiek

niewoli  Finowie  nigdy  nie  wystąpili  zbrojnie  przeciw  nieproporcjonalnie

potężniejszemu  imperium,  co  nie  przeszkodziło  temu,  że  naród  fiński  otrzymał

niepodległość  w  trakcie  rewolucji  bolszewickiej,  podobnie  jak  tę  niepodległość

otrzymali  wykrwawieni  i  zdziesiątkowani,  ale  bohaterscy  Polacy.  Finowie

unikali wojny aż do roku 1939, kiedy zaatakowali ich Sowieci. Błędy w polityce

się  zdarzają  się,  bo  dzieje  uczą  pokolenia.  Polacy  ze  swoich  błędów  nie  umieją

jednak wyciągać wniosków. Katolicyzm upowszechnił pogląd, że cierpienie jest

drogą  do  zbawienia.  Ofiara  Chrystusa  odpowiada  naszej  mentalności...  No

i krzyż! Symbol męki... Wystarczy nas rozhisteryzować i nastraszyć, że zabierze

się nam krzyż... Ten z drewna i ten nasz wewnętrzny, no i wtedy żegnaj, logiko,

żegnaj,  instynkcie  i  inteligencjo  ludzi  myślących.  Lawiną  runą  na  herezję

podniecone  polskie  obywatelki,  starsze  panie.  Za  nimi  bohaterscy  ich

małżonkowie,  obrońcy  krzyża.  Polacy  muszą  mieć  krzyż!  Nie  tylko  ten

drewniany,  który  bez  głębszego  szacunku  tak  lubią  stawiać  gdzie  popadnie,  ale

i  ten,  który  ciągle  niosą  na  grzbiecie.  Wnoszą  ten  krzyż  do  sejmu  i  rządu,

wieszają  w  instytucjach  publicznych.  A  minister  z  jednym  krzyżem  na

publicznym pochodzie to prowokacja do pojawienia się innego ministra z innym

background image

krzyżem, gwiazdą Dawida czy tureckim półksiężycem. Taki krzyż to sygnał, że

rząd  zamiast  zajmować  się  zapewnieniem  ludziom  powszechnego  lecznictwa,

emerytur  i  obronności  kraju  zajmuje  się  rozwiązywaniem  odwiecznego

problemu:  który  z  wielu  wyznawanych  Bogów  jest  najlepszy?...  –  Profesor

znowu się nieco zacietrzewił, ale zaraz zniżył głos i mówił dalej spokojnie. – Ale

nie  zapominajmy,  prezydencie,  że  chrześcijaństwo  to  wielka  tradycja  narodu

polskiego,  olbrzymia  społeczna,  wewnętrzna  siła  chroniąca  nasz  kraj  przed

bolszewizmem.  Przed  bolszewizmem,  a  bolszewizm  to  zagłada  cywilizacji

i  europejskiej  kultury.  Z  chrześcijaństwem  nie  wolno  walczyć,  bo  dobrze  jest,

kiedy  każdej  niedzieli  rano  od  Tatr  do  Bałtyku  biją  dzwony  i  odświętnie  ubrani

ludzie  idą  modlić  się  do  kościołów.  Złe  zaczyna  się  wówczas,  gdy  do  polityki

wdzierają  się  ludzie,  którzy  nie  umieją  sprawować  świeckiej  władzy,  więc

z  sejmu  i  rządu  czynią  wyimaginowany  przez  siebie  dom  boży,  w  którym  nie

rozwiązują trudnych problemów społecznych, bo przecież muszą bronić krzyża...

Bronią  niezagrożonej  w  głębi  ludzkich  serc  świętości,  jakby  nie  wiedzieli,  że  ta

prawdziwa wiara jest tylko wewnętrzna, wewnętrzna i trwała, więc zniszczyć ją

można jedynie nakazem wiary...

Prezydent  Nikodem  Dyzma  później  niejeden  raz  wspominał  tę  rozmowę,

a  właściwie  refleksje  profesora  Michalewskiego  na  jachcie  –  ku  rozwadze

swoich  decyzji,  bo  przecież  miał  ratować  honor  Polaków  lub  po  prostu  samych

Polaków.

background image

G

ROZDZIAŁ XIV

enerał  Ryszard  Przewrot  Żagwa  Romanowski  przeczytał  doręczoną

mu  depeszę  i  zerwał  się  z  fotela,  jakby  nagle  został  oblany  kubłem

zimnej wody. Tekst był niezaszyfrowany i krótki.

Rozmowy  w  Berlinie  przebiegają  pomyślnie  stop  nasza  delegacja  przyjmowana

z  honorami  stop  Hitler  zażądał  pilnie  osobistego  spotkania  z  prezydentem

Dyzmą  stop  ustalamy  z  ministrem  Ribbentropem  szczegóły  konferencji  na

szczycie stop następna wiadomość o godzinie 23 stop.

Na  biurku  rozdzwoniły  się  telefony,  ten  z  czerwonym  światełkiem  także.

Telefonował  premier,  z  zagranicy  dobijali  się  niemal  wszyscy  polscy

ambasadorowie.

Do gabinetu wtargnął pułkownik Kredek z plikiem papierów w rękach.

–  Nowa  sprawa!  –  niemal  krzyknął  od  drzwi.  –  To  nagłówki  gazet

w  Niemczech!  –  Tytuły  na  czołówkach  czasopism  i  dzienników  wydrukowane

były  olbrzymią  czcionką  i  dosłownie  emanowały  sensacją:  „ADOLF  HITLER

ZAPRASZA  PREZYDENTA  NIKODEMA  DYZMĘ!”,  „PREZYDENT

POLSKI  GOŚCIEM  WODZA  NARODU  NIEMIECKIEGO!”,  „POLSKA

I  NIEMCY  –  RAZEM!”,  „SPRZYMIERZEŃCY  KONFERUJĄ  O  LOSACH

EUROPY...”.

W pomieszczeniach Wojskowej Patriotycznej Rady Realnej zapanował ruch,

pospiesznie  stukały  klawisze  faksów  i  maszyn  do  pisania.  Wiadomo  było,  że

polska  zgoda  na  rozmowy  o  spełnieniu  żądań  niemieckich  została  przyjęta

przychylnie  i  że  polską  nieoficjalną  delegację  ugoszczono  z  honorami

przysługującymi 

oficjalnej 

wizycie 

przedstawicieli 

obcego 

mocarstwa.

W Warszawie czekano przy telefonach.

Tymczasem  prezydent  Dyzma,  nie  angażując  się  w  kolejne  sprawy

państwowe,  słuchał  radia  i  popijał  zimną  lemoniadę,  gdy  między  dwoma

cygańskimi  dumkami  na  alt  i  mandolinę,  które  uwielbiał,  usłyszał  jeden

z komunikatów, od jakich od rana trzęsła się prasa.

background image

– Masz ci pasztet, cholera jasna! – zaklął głośno. – Spotkanie z Hitlerem? Co

ja  powiem  temu  brunatnemu  pajacowi?  Ani  myślę,  niech  sobie  do  niego  jedzie

Romanowski  i  niech  jadą  przemądrzali  politycy...  Ale  zaraz,  zaraz...  Hitler  to

teraz  ważniak,  nie  każdy  może  z  nim  gadać,  niepotrzebne  uniwersytety,  nawet

takie  jak  ten  w  cholernym  Oksfordzie,  kiedy  ma  się  znajomości  z  takim

Hitlerem...  Tylko  co  ja  mu  powiem...  –  Prezydent  zasępił  się  i  podszedł  do

telefonu.

–  Proszę,  niech  natychmiast  przyjedzie  do  mnie  prezes  Kunicki  i  profesor,

tak... profesor Rawa Michalewski, no tak, z więzienia, szybko niech przyjeżdżają

obaj.  Późno  już?  Noc?  Tak,  noc...  To  niech  będą  juto  z  samego  rana  –  zgodził

się prezydent i poszedł spać.

Za to żaden z członków Wojskowej Patriotycznej Rady Realnej tej nocy spać

się  nie  wybierał.  Późne  posiedzenie  gremium  zapowiadało  nowe  sensacyjne

wieści  i  sensacyjne  wydarzenia.  Informacje  telefoniczne  z  Berlina  od

przewodzącego  delegacji,  wysokiego  oficera  junty,  potwierdzały,  że  Hitler

zażądał  spotkania  na  szczycie  i  że  z  uporem  domaga  się  przyjazdu  prezydenta

Dyzmy.  Wywiad  wojskowy  ustalił,  iż  szpiedzy  niemieccy  działający  w  Polsce

dostarczyli  Führerowi  danych  o  niezwykłej  karierze  polskiego  przywódcy  i  że

prezydent polski wydał się wodzowi niemieckiemu interesującym politykiem.

„Nikodem  Dyzma  to  człowiek  niezwykły,  potrafił  przebić  się  przez

wszystkie  kołtunerie  i  z  marszu  po  władzę  uratował  Polskę  od  katastrofy.  To

zdolny  polityk  i  być  może  historyczny  wódz,  taki  jak  Józef  Piłsudski.  Wielkie

Niemcy wysoko cenią takich polskich przyjaciół” – te słowa Führera, niemające

nic  wspólnego  z  polsko-niemiecką  wojną  i  brzmiące  jak  deklaracja  przyjaźni,

wygłoszone  na  oficjalnym  spotkaniu  wodza  z  wyższymi  oficerami  Wermachtu

w Kilonii w dniu przybycia do Niemiec nowo mianowanego polskiego ministra

spraw zagranicznych, przekazało Wojskowej Patriotycznej Radzie Realnej kilka

agencji.

–  Złapał  Kozak  Tatarzyna,  a  Tatarzyn  za  łeb  trzyma  –  tak  jeden

z  pułkowników  podsumował  na  pospiesznie  zwołanym  spotkaniu  zależność

prezydenta Dyzmy od Wojskowej Patriotycznej Realnej Rady i odwrotnie.

Generałowi Romanowskiemu daleko jednak było do żartów.

–  Obawiam  się,  że  sytuacja  może  wymknąć  się  spod  naszej  kontroli.

background image

Powołaliśmy 

cywila 

Nikodema 

Dyzmę 

na 

stanowisko 

prezydenta

Rzeczypospolitej,  bo  był  kandydatem  doskonałym.  Ale  teraz  okazuje  się,  że

obecnie jest on kandydatem zbyt dobrym... Wojskowa Patriotyczna Rada Realna

wytyczyła przebieg działań Polski w sytuacji wojny światowej, z jaką będziemy

wkrótce  mieli  do  czynienia.  Polska  zgodziła  się  z  żądaniami  niemieckimi

w kwestii Gdańska i autostrady, ale pozostała krajem neutralnym i nie przystąpi

do wojny z Niemcami hitlerowskimi...

– Obawia się pan, że prezydent Dyzma może usiłować zmienić te pryncypia?

– zapytał pułkownik Wareda.

–  Prezydent  Dyzma  zaprzysiągł  posłuszeństwo  radzie  i  ciągle  jest  od  niej

zależny.  Bezpośredni  jego  kontakt  z  Hitlerem  –  faszystą,  z  Hitlerem  –  wodzem

stwarza  jednak  przesłanki  do  przejęcia  od  Hitlera  wzorców  niemieckich,  nam

całkowicie  obcych.  Rzecz  w  tym,  że  my  nie  znamy  poglądów  prezydenta,  nie

znamy  jego  odporności  na  pokusy  do  faszystowskiego  wodzowania,  którymi

Hitler  na  pewno  będzie  chciał  zarazić  prezydenta  Dyzmę  –  mówił  powoli,

wyraźnie zbity z tropu ostatnimi wydarzeniami generał Romanowski.

–  Tak  jest,  cholera  jasna,  to  nie  przelewki  –  wtrącił  niekonwencjonalnie

któryś  z  oficerów.  –  Bo  co  będzie,  jeżeli  prezydent  Dyzma  włoży  brunatny

mundur  ze  swastyką  na  ramieniu  i  nam  takie  mundury  ufunduje?  Co  będzie,

jeżeli  da  się  opętać  Hitlerowi?  Jaki  mamy  wpływ  na  to,  żeby  go  ewentualnie

powstrzymać w takiej sytuacji? Polska faszystowska... To przecież katastrofa!

– Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma – powtórzył pułkownik

Bradecki z kontrwywiadu.

– To prawda. – Generał Romanowski kiwnął głową. – Przypominam, że jest

stan  wyjątkowy  i  obowiązuje  nas  tajemnica,  której  zdrada  karana  jest  bez  sądu

śmiercią.  Prezydent  Dyzma  jest  zakładnikiem  stanu  i  o  tym  wie,  jego

sprzeniewierzenie  się...  –  generał  zrobił  pauzę  –  to  katastrofa  lotnicza  albo  inny

tragiczny  wypadek...  W  tej  chwili  jeszcze  niewiele  się  zmieniło,  prezydent  nie

ma nigdzie poza radą oparcia, jest zależny od nas i tylko od nas... On...

–  A  popularność?  A  naród?  –  przerywając  mówcy,  zapytał  jakby  gdzieś

z daleka pułkownik Wareda i zapadła krótka cisza.

– Właśnie... popularność... naród... – powtórzył przewodniczący. – Prezydent

Dyzma  nadspodziewanie  szybko  stał  się  politykiem  popularnym,  a  teraz  może,

background image

bratając  się  z  Hitlerem,  uniezależnić  się  od  rady...  Sytuacja  staje  się  niejasna

i groźna...

Za  oknami  już  dniało,  kiedy  padły  ostatnie  słowa  niezwykłej  nocnej  narady

w  Warszawie,  które  gdyby  zostały  ujawnione,  niewątpliwie  przeszłyby  do

historii...

***

Tego  ranka  u  prezydenta  już  o  ósmej  zameldował  się  prezes  Kunicki,  a  kilka

minut później profesor Rawa Michalewski. Dyzma kazał więc podać dodatkowe

dwa  śniadania  i  ściśle  tajna,  niezwykle  ważna  i  stanowiąca  o  losach  wojny

w  Europie  narada  w  Belwederze  zaczęła  się  od  uwagi  profesora,  że  to  skandal,

żeby  prezydencki  kucharz  nie  umiał  ugotować  przepisowo  ściętych  jajek  na

miękko.  Prezes  Kunicki  zaś,  nie  zwracając  zupełnie  uwagi  na  jajka,  sery

i wędliny, które miał przed sobą, zaczął od razu od sedna.

–  Panie  święty,  panie  Nikodemie  kochany,  królu  złoty,  co  to  się  porobiło...

Hitler szczwana sztuka, on wie, kto teraz jest najmądrzejszy w Europie, kogo ma

się  pytać,  co  dalej  z  tą  wojną.  Ja  myślę,  że  musi  go  pan  naprowadzić  na  taką

ścieżkę, żeby miał z górki tylko tam, gdzie, panie święty, są polskie interesy...

–  Hitler  nikogo  nie  pyta,  wiadomo,  że  on  będzie  dyktował  warunki,  a  nie

pytał.  Rzecz  w  tym,  że  niepytającemu  też  można  odpowiadać  na  pytania,  które

mu się zasugeruje, na tym polega dyplomacja... – dorzucił profesor Michalewski.

Prezydent  zdawał  się  być  zainteresowany  przede  wszystkim  śniadaniem

i  precyzyjnie,  z  namaszczeniem,  smarował  bułeczkę  masłem,  obkładając  ją

polędwicą.

– On na ludzi lubi wrzeszczeć, a ja tego nie znoszę, ja go...

– Panie prezydencie – zaczął oficjalnie profesor. – Nerwy na wodzy albo nie

jechać.  Hitler  zachowuje  się  po  chamsku,  gdy  zostanie  zdenerwowany,  ale

w  stosunku  do  osób,  które  szanuje,  potrafi  być  wytworny.  W  panu  zobaczył

bratnią  duszę,  człowieka,  który  podobnie  jak  on  startował  z  nizin  i  zdobył

błyskawicznie władzę. Jemu takiego kogoś brakuje, to wielka szansa dla Polski,

Nikodem.  –  Profesor  przeszedł  na  „ty”,  jak  to  miał  w  zwyczaju.  –  Mówiłem  ci

już,  że  ty  z  tym  swoim  prostactwem  jesteś  wielki...  Pojedziesz  i  wysłuchasz,

czego on chce...

background image

–  Czego  on  chce,  to  my  wiemy,  panie  święty,  a  on  jak  się  dowie  od  głowy

państwa  polskiego,  że  jest  zgoda  na  autostradę  i  zagarnięcie  Gdańska,  to  się

ucieszy  i  będzie  chciał  sojuszu  militarnego  na  okoliczność  wojny  ze  Stalinem

i  jak  mu  pan,  królu  złoty,  taki  pakt  obieca,  zaraz  ruszy  na  Moskwę...  Tylko  my

przecież  nie  chcemy  żadnej  wojny...  Jego  trzeba  zatkać  tą  autostradą

i  Gdańskiem  i  niechby  się  odczepił,  ale  on  się  nie  odczepi,  to  pewne,  panie

święty... – wyrzucił z siebie jednym tchem Kunicki.

Profesor Michalewski odstawił ostentacyjnie na bok także drugie jajko, które

było za mocno ścięte, skrzywił się i powiedział:

– Nikodem, gramy o wszystko, na twoją głowę zwaliło się być albo nie być

Europy...  Hitlerowi  można  tylko  ustępować,  innej  możliwości  nie  ma.

A ustępstwa to wojna, też innej możliwości nie ma. Ale jest jeszcze coś gorszego

od  wojny...  On  prawdopodobnie  zobaczył  w  tobie  bratnią  duszę  i  będzie  chciał

cię  ubrać  w  faszystowski  mundurek.  W  taki  mundurek  będzie  chciał  ubrać  całą

Polskę...  Rozumiesz,  Nikodem?  Będziesz  musiał  odmówić  mu  faszystowskiego

braterstwa, bo on ci takie braterstwo zaproponuje, to niemal pewne, Nikodem. –

Po  tych  słowach  w  salonie  zapadła  długa  cisza.  Dało  się  wyczuć  napięcie,  bo

istotnie sytuacja była patowa.

– Hitler to szczwana sztuka, jego w pole trudno wyprowadzić, panie święty,

ale  królu  złoty,  panie  Nikodemie  kochany,  czy  jemu  nie  będzie  potrzebny

neutralny,  no,  powiedzmy,  pseudoneutralny,  a  oficjalnie  neutralny,  przyjacielski

kraj? Ten drań chce wojny, wojna z sowiecką Rosją to jego cel główny. Polska

nie ma bogactw mineralnych, Polska jest biedna, ale leży na drodze do Rosji i on

albo tę drogę dostanie bez wojny z Polską, albo dzięki wojnie z Polską, a to już

zależy od pana, królu złoty, panie Nikodemie kochany. Jakby tak pan Hitlerowi

powiedział:  wodzu,  dostaniesz  od  Polaków  wszystko,  co  będziesz  chciał  –

autostradę,  Gdańsk,  przemarsz  twojej  zwycięskiej  armii  na  wschód,  a  do  tego

sprzedawać  ci  będziemy  żywność  dla  twojego  niepokonanego  wojska  i  dla

ludności  zajętej  wojną.  Rozpuścimy  swoich  żołnierzy  do  domów  i  będziemy

neutralni,  będziemy  neutralni  bez  wojska  i  nie  będziemy  mogli  cię  zdradzić,

nawet  jakbyśmy  chcieli.  Nikt  nie  będzie  bombardował  naszych  hodowli

zwierzęcych  i  upraw,  wojsko  twoje,  wodzu,  będzie  zawsze  miało,  co  potrzeba,

bo  kraj  nasz  nie  jest  mały  i  tej  żywności  produkuje  dużo,  a  będzie  produkował

background image

jeszcze więcej. Przypomni mu pan, panie Nikodemie kochany, że jego kraj leży

na zachód od Polski, a będzie utrzymywał wielką armię walczącą na wschód od

Polski. W środku będzie kraj neutralny, którego nikt nie ruszy, panie święty, nikt

nie ruszy... Kraj ten będzie handlować, bo mu będzie wolno. Będzie handlować

i  produkować  dla  potrzeb  pana,  panie  Hitlerze,  wielki  wodzu...  Tak  mu  pan

powie, panie święty...

–  Alianci  zachodni  na  to  nie  pójdą  –  przerwał  wywód  Kunickiego  profesor

Rawa Michalewski.

–  Pójdą  albo  nie  pójdą  –  powiedział  dwuznacznie  po  swojemu  prezydent

Dyzma.  –  Myśleliśmy  już  o  tym  i  chyba  takie  stanowisko  zajmiemy  –  dodał,

dokładając  sobie  sałatki.  –  Zaproponujemy  stronie  niemieckiej  właśnie  podobne

rozwiązania, to już postanowione. – Nikodem Dyzma przejął inicjatywę, mówiąc

o pomysłach Kunickiego jak o swoich własnych, nie pierwszy już raz zresztą.

–  Wiedziałem,  wiedziałem,  że  pan  prezydent,  królu  złoty,  takie  rozwiązanie

wymyśli,  bo  to  przecież  rozwiązanie  jedyne:  dla  Hitlera  dogodne,  a  dla  nas

pokój, panie święty... Alianci zachodni będą woleli Polskę neutralną niż to, by te

polskie  wzmocnione  i  dozbrojone  przez  Niemców  kilkadziesiąt  dywizji  miało

runąć  na  nich.  Polska  w  zależności  od  tego,  co  pan  prezydent,  królu  złoty,

Hitlerowi  powie.  Może  być  takim  kamieniem,  który  przeważy  siły  w  Europie,

a taki kamień jest bardzo cenny i bardzo się liczy, panie święty...

–  A  co  z  Gdańskiem  i  autostradą?  –  zapytał  wprost  prezydent.  Kunicki

odsunął  od  siebie  talerzyk.  Nie  jadł  wcale,  tylko  myślał,  przymrużywszy  oczy.

Jego pulchne palce zaciskały się na drewnianych poręczach fotela.

–  Panie  święty,  co  z  autostradą,  co  z  autostradą...  Ano  może  by  mu  tak

powiedzieć:  panie  Hitlerze,  wodzu  wielki,  cały  świat  na  pana  patrzy  i  na

w  wolnej  Polsce  pańską  autostradę,  a  technika  w  pana  kraju  zwycięskim

najpierwsza  na  świecie.  Niemcy  powinny  zasłynąć  z  tej  autostrady,  dlatego

trzeba by ją zawiesić w powietrzu. Nawet Amerykanie nie mieliby wtedy takiego

długiego mostu... Nazywałaby się ta autostrada zawieszona na filarach Estakadą

Pokojową  Adolfa  Hitlera...  Pod  nią  polscy  rolnicy  uprawialiby  sobie  spokojnie

ziemię,  krzyżowałyby  się  polskie  drogi,  przebiegały  tory.  Taka  autostrada

w  ogóle  by  Polsce  nie  przeszkadzała,  a  dla  świata  byłaby  pokazem,  jak  to

wielkie Niemcy w sposób pokojowy potrafią rozwiązywać sporne problemy. Za

background image

Gdańsk  zaś,  panie  Hitlerze,  pomógłby  pan  Polsce  rozbudować  nasz  ukochany

port w Gdyni, żeby wyglądał jak taki Hamburg, panie święty...

Profesor Rawa Michalewski poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Toż to są świetne pomysły, wspaniałe rozwiązania techniczne i polityczne!

Gdyby tak się stało, Polska zamiast stracić na obecnej sytuacji politycznej, zyska!

No i wyjdziemy z twarzą przed światem...

–  Myśleliśmy  już  o  tym,  nie  wiadomo  tylko,  czy  Niemcy  będą  chcieli

budować estakadę – powiedział spokojnie prezydent Dyzma.

–  Oczywiście,  oczywiście  –  zaczął  mu  przytakiwać  prezes  Kunicki,  ale

profesor wesoło zakrzyknął:

–  Ty  się,  Nikodem,  nie  zgrywaj,  i  tak  te  pomysły  będą  uznane  za  twoje

i  sławę  przyniosą  tobie,  bo  twoja  to  zasługa,  że  znalazłeś  i  że  zrobiłeś

prezydenckim doradcą pana Kunickiego, bo to skromny człowiek, ale jak widzę

głowa tęga.

Prezydent  Dyzma  obrzucił  profesora  złym  spojrzeniem,  ale  ten  śmiał  mu  się

w oczy.

–  No  to  szampana!  –  Prezydent  także  się  roześmiał,  klepiąc  mocniej  niż

zwykle prezesa Kunickiego po plecach i po stokroć utwierdzając się w duchu, że

ten stary ma klepki na miejscu.

background image

M

ROZDZIAŁ XV

inęło  kilka  dni,  generał  Romanowski  trzymał  w  ręce  plik  kartek

maszynopisu.

–  Ciekawe,  co  powie  na  to  historia...  –  zwrócił  się  ni  to

z pytaniem, ni z uwagą do prezydenta.

– Na temat memoriału? – zapytał Nikodem Dyzma.

– Na temat memoriału i skonfiskowanej broszury...

–  Historia  nigdy  się  nie  dowie,  że  był  taki  Studnicki  i  że  miał  wizję,  co  by

było, gdyby...

–  Uprzytomnij  sobie,  że  jest  wiosna  1939  roku,  i  słuchaj,  co  on  pisze  –  nie

ustępował generał. Zaczął czytać.

Jeżeli Niemcy zostaną zwyciężeni przy kooperacji koalicji z Rosją sowiecką, musi

ona być wynagrodzona, a może być wynagrodzona tylko naszym kosztem. Wielka

Brytania  w  prasie,  w  występach  parlamentu  stale  uważa  osiągnięcie  przez  nas

ziem  wschodnich  za  jakiś  imperializm,  karygodny  jak  wszystkie  imperializmy

nieangielskie. Idea granicy Curzona: Białystok – Brześć jest w wysokim stopniu

zakorzeniona  w  Anglii.  Anglicy  z  czystym  sumieniem  będą  oddawali  Sowietom

nasze wschodnie dzielnice. Największe niebezpieczeństwo ze strony Anglii polega

na tym, że pragnie ona udziału Rosji w koalicji. Czym jednak za ten udział może

Rosji  zapłacić?  Tylko  ziemiami  polskimi,  tylko  naszym  wschodem,  tj.

województwami leżącymi za Bugiem i Sanem.

Bo istotnie Władysław Studnicki tuż przed samym wybuchem wojny w roku

1939  wręcz  krzyczał,  że  papierowe  niemieckie  czołgi  z  polskiej  propagandy  to

tragiczne  kłamstwo  i  że  wojnę  z  Niemcami  błyskawicznie  przegramy,  a  później

Anglicy  sprzedadzą  nas  Stalinowi  jak  związanego  barana  w  worku  i  że  połowę

naszego  terytorium  zagarnie  na  wieki  Rosja.  Czyż  był  to  głos  wyroczni?  Może,

tyle że za tę właśnie diagnozę polityczną i celną przepowiednię prorok omal nie

trafił do domu obłąkanych, o czym, jak to przewidział Nikodem Dyzma, historia

milczy,  a  ci  bardziej  wtajemniczeni  mogli  usłyszeć  w  zakłamanym  swym  kręgu

background image

zaledwie szyderczy jej chichot.

– Rozumiesz, są dwie alternatywy – mówił po przeczytaniu pisma generał do

prezydenta.  –  Albo  będzie  tak  jak  my  do  tego  dążymy,  albo  dokładnie  tak  jak

przewiduje to Studnicki.

Generał  zapatrzył  się  w  papiery,  które  miał  przed  sobą,  i  jakby  stracił

nieodstępujący go nigdy spokój.

I co tu jest zabawną fikcją literacką, a co historyczną prawdą? Ten fragment

memoriału  do  władz  polskich,  który  napisał  i  ogłosił  na  wiosnę  1939  roku

polityk  wizjoner  Władysław  Studnicki,  oraz  fragmenty  jego  odezwy  „Wobec

nadchodzącej  II  wojny  światowej”  są  co  do  kropki  i  przecinka  historycznie

prawdziwe...  Ale  Władysław  Studnicki  nie  był  Nikodemem  Dyzmą,

karierowiczem  z  sensacyjnej  powieści,  któremu  wolno  wszystko.  Władysław

Studnicki był znanym i odpowiedzialnym polskim politykiem, którego głos mógł

znacznie  zaważyć  na  polskiej  opinii  publicznej  i  w  konsekwencji  na  przebiegu

wojny.  Dlatego  też  jego  przeciwnicy,  rządzący  Polską  wodzowie  w  tych

dziejowych chwilach, silni, zwarci i gotowi do konfliktu z Niemcami i Rosją na

obu  frontach  jednocześnie,  memoriał  zlekceważyli,  a  broszurę  z  odezwą

skonfiskowali  i  wrzucili  do  kosza...  Studnickiemu  zaś  zagrożono  domem

wariatów albo więzieniem w Berezie Kartuskiej.

Wobec  wrzawy,  jaka  się  wokół  tej  sprawy  uczyniła,  nawet  szczerze

nielubiący  zawiłej  lektury  politycznej  prezydent  Nikodem  Dyzma  przeczytał

uważnie obydwa dokumenty i nie dziwiąc się wcale wzburzeniu generała, starał

się go po swojemu uspokoić.

– Ty się nie przejmuj tym, co by mogło być, a czego nie będzie, bo do tego

nie dopuścimy. Trzeba tylko rozkazać Tośkowi, żeby w trymiga zrobili porządek

z tymi, co zniszczyli broszurę, i wydrukować nową...

Prezydent  otrzymał  na  swoje  urodziny  niezwykle  cenny  upominek  od

zaopatrującego  armię  superochmistrza  tytułowanego  generałem  i  swojego

osobistego  doradcy  Leona  Kunickiego.  Była  to  miniatura  zwodzonego  mostu,

wykonana  ze  szczerego  złota  w  wieku  XVII  przez  rosyjskiego  mistrza  sztuki

złotniczej.  Kunicki  kupił  to  cacko  od  znanego  wschodniego  kolekcjonera

brylantów.  Było  ono  sporej  wielkości  i  miało  masę  co  najmniej  dwudziestu

dekagramów  czystego  kruszcu  najwyższej  próby.  Po  nakręceniu  mechanizmu

background image

należało  chuchnąć  na  złotą  płaszczyznę  przed  mostem  i  urządzenie  zaczynało

działać. Most łamał się i jego przęsło na środku, przy akompaniamencie hejnału

i  fanfar,  unosiło  się  skośnie  do  góry.  Wtedy  most  był  zamknięty.  Stojący  na

cokole  fanfarzyści  unosili  złote  trąbki  i  z  umieszczonej  w  konstrukcji  mostu

pozytywki  rozlegała  się  melodia...  Zabawka  zachwycała  niezliczoną  ilością

precyzyjnie  wykonanych  szczegółów.  Otrzymał  ją  kiedyś  kochający  się

w  mostach  car  Piotr  I  Wielki  od  znanej  rodziny  książęcej,  chcącej  za  pomocą

tego  cudeńka  ugłaskać  gniew  władcy  z  powodu  nieposłuszeństwa  młodej

księżniczki  z  ich  możnego  rodu,  która  nie  usłuchała  nakazu  imperatora  i  nie

poślubiła  dla  celów  politycznych  wskazanego  jej  księcia.  Potem  przez  wiele  lat

zabawka  stała  w  sali  tronowej  cara.  Gdy  sędziowie  stawali  przed  władcą

rosyjskim  z  wnioskami  o  ułaskawienie  skazanych  na  śmierć  książąt,  monarcha

chuchał na most. Jeżeli most się otworzył, skazany zostawał ułaskawiony. Jeżeli

car  na  most  nie  chuchnął  lub  chuchnął  i  przęsło  pozostało  uniesione,  skazańca

tracono. Taka to była zabawka.

Precjozo  stało  na  stole  w  Belwederze  i  goszczący  tu  często  generał

Romanowski  bawił  się  nim  jak  dziecko.  Tym  razem  także,  a  prezydent

beznamiętnie obserwował działanie miniaturki i milczał.

–  Wiesz  co,  Nikodem  –  przerwał  to  milczenie  generał  –  miałem  taki  sen...

Nie dało się nic zrobić i nasz kochany były minister spraw zagranicznych podjął

wojnę  z  Niemcami.  Jak  na  bohatera  harcownika  przystało,  rozdrażnił  przedtem

wilka  wykrzykiwaniem  o  swojej  gotowości  i  potędze  oraz  o  tym,  czego  nie

odda.  Wilk  go  capnął,  przeżuł  i  wypluł,  oddając  część  jego  skóry

niedźwiedziowi  z  drugiej  strony  lasu...  Ale  zając  nie  był  sam,  miał  przyjaciół,

którzy  podszepnęli  mu,  że  może  całemu  zagajnikowi  pokazać,  że  nie  boi  się

wilka,  bo  ma  honor,  a  zając  z  honorem  jest  silniejszy  od  wilka,  nawet  od  wilka

z honorem. No i ci przyjaciele bardzo się ucieszyli, że szykujący się na nich wilk

zjadł najpierw zająca...

–  Przestań  chuchać  na  ten  most,  bo  już  chyba  wszystkich  zbrodniarzy

ułaskawiłeś... – mruknął Dyzma.

–  Ułaskawiłem?  Nie  ułaskawiłem  właśnie,  bo  mi  ciągle  wychodzi  wyrok

śmierci  –  powiedział  z  powaga  generał.  –  Żarty  żartami,  ale  wiesz,  jakie

informacje  otrzymałem  od  agentury  –  wycedził  przytłumionym  głosem,  jakby

background image

chciał  zatrzymać  tę  wiadomość  tylko  dla  siebie.  –  Nasz  bohaterski

zdymisjonowany  minister  spraw  zagranicznych  potajemnie  załatwiał  dla  siebie

i  swojej  rodziny  bezpieczny  kanał  przerzutowy  do  Rumunii.  Chwytasz,  co  on

miał  zamiar  zrobić?  On  miał  zamiar  nie  oddać  Niemcom  nawet  guzika,  bo  miał

honor... A kiedy z zachodu gruchną na nas Niemcy, a od wschodu wleje się do

Polski bolszewia, on zostawi kraj skąpany we krwi i z tym honorem ucieknie do

Rumunii... Rozumiesz, Nikodem, co tu się dzieje?

– To go aresztuj, generale... To dezercja.

–  Aresztować  bohatera?  Nikt  nie  przypuszcza  nawet,  że  to  idiota  albo

zdrajca... Wiesz, jak może być, jeżeli natychmiast nie skorzystamy z zaproszenia

od  Hitlera  i  nie  pojedziemy  z  Gdańskiem  i  korytarzem  w  zębach  do  Berlina

prosić,  tak...  prosić  –  powtórzył  generał  –  o  pokój?...  Zwolennicy  tego  naszego

cichego  szaleńca  w  cylindrze,  obłąkani  frazami  o  honorze,  sprowadzą  na  nas

dwie  wojny  i  uciekną  przed  odpowiedzialnością  na  emigrację.  Francuzi

natychmiast  po  rozbiciu  naszych  wojsk  przez  Wermacht  zdradzą  Polskę

i pobratają się z Hitlerem, zdziwieni, że myśmy tego nie zrobili pierwsi. Anglicy

nie  kiwną  palcem,  żeby  bronić  naszego  terytorium.  Skumają  się  z  Sowietami

i zapłacą im pod koniec wojny za walkę ze wspólnym wrogiem naszą wolnością.

Stalin wlezie do Polski i uczyni z niej swoją republikę albo coś w tym rodzaju...

Nasz kraj będzie tarczą, którą zasłonią się przed Niemcami Anglicy, a gdy już ta

tarcza  będzie  podziurawiona  jak  sito,  to  ją  porzucą,  porzucą  –  westchnął  cicho

Romanowski.  –  I  jeszcze  ją  kopną...  I  śniło  mi  się,  że  po  wojnie  na  zwycięską

defiladę,  która  zapewne  będzie  maszerować  w  Londynie,  a  być  może  nawet

w  Paryżu,  nie  zaproszą  Polaków,  nawet  polskich  lotników,  którzy  uratują

Londyn, nie zaproszą... Taki miałem sen – zakończył głucho generał, pochylił się

nad  stołem  i  chuchnął  na  lśniącą  złotem  płaszczyznę  przed  miniaturowym

mostem,  którego  przęsło  przy  akompaniamencie  fanfar  uniosło  się  do  góry  i  tak

pozostało. – Wyrok śmierci – powiedział głucho Romanowski.

– Dla kogo wyrok śmierci? – zapytał prezydent z powagą, jakby to nie była

rozmowa o snach i zabawa zwodzonym mostem.

–  Dla  Polski...  –  odrzekł  oficer.  –  Bo  widzisz,  w  analizach  dalszego

przebiegu  wojny  jest  taki  scenariusz,  który  przedstawili  mi  dwaj  studenci.

Studenci...  zupełnie  niekonwencjonalne  spojrzenie,  cholera  jasna,  ale  jakby

background image

wizjonerskie,  jakby  wizjonerskie  –  zaakcentował.  –  W  ich  przewidzeniach  jest

coś sugestywnego, oby to nigdy się nie ziściło.

– Aż tak cię przestraszyli dwaj studenci?

– Aż tak mnie przestraszyli... Słuchaj sam, co może być. Następny zamach na

nasze głowy może się udać. Zginiemy, stracimy władzę lub stanie się coś równie

nieprzewidzianego.  Polska  wróci  do  polityki  bez  ustępstw.  Będzie  wojna

z Niemcami. Po kapitulacji Austrii, Czech, Węgier przyjmiemy jako pierwsi atak

rozwścieczonego  Hitlera  na  siebie.  Przeciwko  naszym  pięćdziesięciu  dywizjom

Niemcy  rzucają  sto  pięćdziesiąt  żelaznych  dywizji  Wermachtu  i  SS.  Chodzić

będzie  o  pokaz  siły,  o  zastraszenie  świata,  to  nie  będzie  zwyczajna  wojna...

Pomimo bohaterskiej obrony, nie może być inaczej, po trzech tygodniach padnie

Warszawa  i  wtedy  jak  już  wiemy  na  pewno,  dostaniemy  nożem  w  plecy  od

Sowietów.  Przeciwko  naszym  pięciu,  sześciu  dywizjom  niezwiązanym  jeszcze

walką z Niemcami bolszewicy rzucają pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt. Praktycznie

nie  będzie  to  wojna,  tylko  rzeź.  Po  miesiącu  część  kraju  będzie  pod  okupacją

niemiecką, a część pod sowiecką. Rzeź nadal będzie trwać na ludności cywilnej.

Po roku czy dwóch w Polsce zostanie połowa Polaków i nie będzie ani jednego

Żyda...  Wtedy  Hitler  ruszy  na  Rosję,  po  dwóch  latach  przegra  z  przestrzenią,

mrozami  i  z  braku  ludzi...  Bolszewicy  runą  na  zachód,  pójdą  do  Berlina  przez

Polskę  i  już  z  Polski  nie  wyjdą.  Zagarną  większą  część  naszego  kraju,  Lwów

i  Wilno,  do  linii  Curzona  albo  nawet  do  Wisły,  a  z  tego,  co  pozostanie,  zrobią

małe państewko komunistyczne. No i w tej wojnie będą dwa kraje, które utracą

wszystko...  Będą  dwa  takie  kraje!  –  powtórzył  generał  z  naciskiem.  –  Jeden

zbrodniczy  i  bandycki,  a  drugi  honorowy  i  bohaterski.  Ten  drugi  po  „wygranej

wojnie”  straci  połowę  swojego  terytorium,  a  na  skrawku  ocalałej  ziemi  będzie

musiał  zdjąć  koronę  ze  swojego  orła,  wywiesi  czerwone  sztandary  z  sierpem

i  młotem,  a  w  szkołach  portrety  Stalina.  Będzie  musiał  się  wyprzeć  własnej

historii  i  wyrzec  się  wiary...  Tak  skończy  się  opowieść  o  nieoddanym  guziku

i polskim uratowanym honorze...

– Przestań! – powiedział zmienionym i zupełnie nieswoim głosem prezydent.

–  Przestań...  –  powtórzył,  porażony  aż  do  bólu  realną  wizją  apokalipsy.

W  gabinecie  zapanowała  ołowiana  cisza.  W  końcu  prezydent  pierwszy  się

otrząsnął.  –  Dobrze,  że  to  tylko  przewidywania  dwóch  studentów...  –  mruknął,

background image

chcąc  pomniejszyć  wrażenie,  jakie  ta  rozmowa  wywarła  na  nich  obydwu,

sternikach  łodzi  zabłąkanej  w  sztormie  między  skałami.  Generał  Romanowski

był ciągle niezwykle poważny.

– To wizja studentów, ale mnie tu bardzo niepokoi jeden szczegół.

– Co cię niepokoi?

–  To,  że  jeżeli  chucham  i  pytam  się  twojego  mostu  o  życie  lub  śmierć  w  tej

kabale, przęsło nie opada. Most zawsze pozostaje zamknięty...

***

Kilka  dni  później  prezydent  przeglądał  biuletyny  prasowe  i  kolejny  raz  czytał

pod  swoim  adresem  wiele  krytycznych  artykułów  i  uwag.  Zaczął  tracić

popularność,  o  czym  niebawem  dała  znać  także  ulica.  „Prezydent  prostak”,

„Dyzma bez Boga – Niezgoda!”, „Honor czy zdrada, panie prezydencie?” – na

murach  mnożyły  się  takie  transparenty  i  napisy.  Brak  wyraźnego  szacunku  dla

honoru  i  Boga  w  przemówieniach  głowy  państwa,  czyli  tego,  co  dla  Polaków

było zawsze rzeczą świętą, na dłuższą metę nie było dobrze widziane.

–  Musisz  być  bardziej  ostrożny,  Nikodem.  Róbmy  swoje,  ale  bardziej

dyplomatycznie  –  mówił  mu  generał  Romanowski,  bawiąc  się  miniaturowym

mostem cara Piotra I. – Zresztą prawdą jest, że polski oficer bez imponderabiliów

to  bolszewik  i  o  tym  musimy  pamiętać.  Wiemy  obaj,  że  wykrzyknikami

o  honorze  wojny  się  nie  wygra,  ale  w  armii  o  jednym  i  drugim  mówić  trzeba,

a  już  broń  Boże  lekceważąco.  Kapelan  sił  lotniczych  dobija  się  do  ciebie  –

zmienił temat generał.

–  Klecha  obsmarował  mnie  w  poczytnej  kościelnej  gazecie  i  jeszcze  ma

czelność pchać się na rozmowę... – Nikodem Dyzma skrzywił się.

–  Znam  go.  W  roku  dwudziestym  podobnie  jak  ksiądz  Skorupka  trzy  razy

biegł z krzyżem w ręce na sowieckie karabiny maszynowe i żadna kula nawet go

nie  drasnęła,  dwa  razy  odznaczony  krzyżem  Virtuti  Militari.  Uratował  też  od

niechybnej  śmierci  transport  rannych,  to  była  głośna  sprawa  .  Czego  chce  od

ciebie?

– Nie wiem, w gazecie nasmarował, że prezydent, który nie walczy o honor

jak o wolność, to tylko administrator, dozorca dóbr materialnych, a nie narodowy

przywódca.

background image

– Trafnie to ujął – mruknął generał.

– Trafnie – przytaknął prezydent. – Tyle że jak to chce powtórzyć, to o czym

mamy gadać?

Za jakiś czas sprawa kapelana powróciła w rozmowie z Kunickim.

–  Królu  złoty,  panie  Nikodemie  kochany,  w  armii  się  mówi,  nie  obraź  się,

drogi prezydencie, w armii się mówi, że wódz naczelny, w niczym nie obrażając

starozakonnych,  bardziej  chyba  jest  Żydem  niż  Polakiem,  bo  Boga  naszego

świętego  na  sztandarach  wojskowych  mu  jest  za  dużo  i  o  Kościele  świętym

naszym katolickim wyraża się, jakby był z wiary żydowskiej, nie polskiej...

– To bzdury, bzdury i nic więcej – żachnął się Nikodem Dyzma.

–  Panie  prezydencie,  wielce  szanowny,  kochany  panie  Nikodemie,  ksiądz

major  kapelan  Karol  Więcławski,  kawaler  krzyża,  szuka  do  pana  drogi,  bo  ma

sprawę  patriotyczną  na  głowie.  Zrób,  królu  złoty  gest,  zaskocz  niewdzięczne

gazety, odwiedź kapłana w świątyni, niech góra przyjdzie do Mahometa, będzie

czyn godny nie administratora, tylko jego królewskiej mości, panie święty...

– Ja mam jechać do księdza, kiedy ksiądz ma interes do mnie?

– Ano tak, żeby nie było zwyczajnie...

Prezydent zastanawiał się, co na to odpowiedzieć.

– Może i racja, bo pan masz klepki poukładane w porządku i chyba do tego

jeszcze  jakieś  podwójne  niektóre,  panie  Kunicki...  Pójdę  do  kościoła  do  tego

kapelana bohatera i pan zorganizuje mi to spotkanie.

I tym sposobem któregoś dnia prezydent całkowicie nieoficjalnie pojawił  się

w  katedrze  jak  każdy  wierny.  Wszedł,  przyklęknął,  gdzie  trzeba,  i  przywitał  się

z  oczekującym  go  księdzem  kapelanem  jak  z  dobrym  znajomym.  Gospodarz

poprosił dostojnego gościa do małego gabinetu za zakrystią.

Kapelanowi chodziło o patronat prezydenta nad domem sierot po żołnierzach

i działaczach pomordowanych przez bolszewików na wschodzie, ale także o co

innego. Wobec zmiany oficjalnej polityki Wojskowej Patriotycznej Rady Realnej

– z obrony honoru Polski w wojnie na rzecz obrony ludzi i terytorium – w armii

zarysował  się  rozłam  ideologiczny.  Z  jednej  strony  uaktywnili  się  oficerowie

wyraźnie  dystansujący  się  od  antykościelnych  haseł,  a  z  drugiej  zdecydowanie

ożywiły się tendencje antyreligijne, niebezpiecznie zbliżone do materialistyczno-

marksistowskich.

background image

– Panie prezydencie – mówił sędziwy kapłan. – Wojsko to bój, a bój to brat

śmierci. Wielokrotnie odprawiałem świętą mszę polową przed szarżą na  szańce,

na  karabiny  maszynowe,  przed  walką  na  bagnety.  Patrzyłem  w  oczy  młodym,

których  wielu  za  chwilę  miało  oddać  życie...  Bóg  i  honor...  Bóg,  honor

i  ojczyzna...  Nie  pamięta  się  wtedy,  że  ta  ojczyzna  bywa  czasami

niesprawiedliwa...  Nigdy  nie  powstanie  bardziej  doniosła  wartość  dla  takiej

chwili...  I  trudno  to  wytłumaczyć,  bo  to  wiara.  A  wiara  nie  ma  wymiarów,  ale

ma  siłę,  ma  moc,  jest,  istnieje  i  zmienia  świat.  Rozumiem  błąd  strategiczny

w  strasznej  wojnie  na  dwóch  frontach,  ale  nie  wolno  osłabiać  wiary,  bo  to

krzywda zadana poległym i żywym. Głosi pan, że rozwinięte sztandary zasłoniły

pole bitwy w niedoszłej wojnie...

–  Księże  kapelanie  –  przerwał  duchownemu  prezydent  –  te  sztandary

rozwinięte  na  zachodzie  przeciw  Niemcom  zasłoniły  nam  bolszewików  na

wschodzie.  Nie  może  być  większego  grzechu  jak  zaniechanie  obrony  matki

Polki  przed  gwałtem  pijanego  czerwonoarmisty  i  krzyża  na  kościele  przed

strąceniem  go  przez  czerwoną  zarazę.  Krzyczano,  że  Bóg  nie  pozwoli,  że  Bóg

nie  dopuści,  że  Bóg  nas  uratuje...  Jesteśmy  państwem  i  armią,  nie  możemy

strzelać  w  ciemno,  wierząc,  że  Bóg  zaniesie  nasze  kule  do  właściwego  celu...

Obaliliśmy rząd, który tak myślał. Nie występował przeciwko wierze i Bogu, ale

rozpaczliwie ratował wiarę na całej naszej polskiej ziemi, ratował wiarę i honor...

–  Prezydent  skończył  nieco  dłuższy  niż  zazwyczaj  wywód  i  w  stylowym

przykościelnym  gabinecie  zapanowała  cisza.  Półmrok  i  świece  palące  się

w ciężkim metalowym lichtarzu przydawały specjalnego uroku tej rozmowie.

–  Cieszy  moje  serce  to,  co  słyszę,  bo  fakt,  panie  prezydencie,  iż  bywa,  że

możnym  i  wiernym  na  ziemi  miłość  do  Boga  przysłania  i  zastępuje  miłość  do

ludzi, a ręce zajęte trzymaniem sztandaru nie znajdują już miejsca na chwycenie

miecza...  I  to  jest  obłuda  przed  Bogiem  i  ojczyzną.  Niech  żyje  Polska  i  jej

skuteczni  obrońcy.  –  Kapłan  uczynił  znak  krzyża,  a  prezydent  skłonił  się  przed

nim głęboko i szczerze.

background image

E

ROZDZIAŁ XVI

kspres  „Adolf  Hitler”,  niemiecki  pociąg  specjalny,  jak  wicher

przelatywał  przez  małe  i  wielkie  stacje  za  niemiecką  i  polską  granicą.

Zarówno  w  jednym,  jak  i  w  drugim  kraju  dworce  przybrane  były

polskimi i niemieckimi barwami narodowymi oraz godłami faszystowskimi.

Ruch  innych  pociągów  był  wstrzymany.  Polska  delegacja  dyplomatyczna

z  prezydentem  Rzeczypospolitej  Nikodemem  Dyzmą  na  czele  powracała  do

Warszawy  z  historycznej  wizyty  u  kanclerza  Niemiec  Adolfa  Hitlera.  Wódz

narodu  niemieckiego  dla  podkreślenia  wagi,  jaką  przywiązywał  do  przyjaźni

z  Polską  i  osobistych  swoich  sympatii  dla  polskiego  prezydenta  Nikodema

Dyzmy,  oddał  do  dyspozycji  delegacji  polskiej  swój  luksusowy  pociąg

półpancerny, którym teraz prezydent wraz ze świtą powracał do stolicy.

Nikodem  patrzył  na  białą  płaszczyznę,  która  nad  nim  majaczyła,  przetarł

oczy.  Czyżby  śnił  jeszcze?  Leżał  w  szerokim  luksusowym  łożu.  Ale  gdzie  był

naprawdę?  Śnił  o  wybrukowanej  okrągłymi  kamieniami  ulicy  i  małym  rynku.

„Bibułka  Solali,  kto  zapali,  ten  pochwali”  –  ten  napis  na  sklepie  z  papierosami

i mydłem był na łyskowskim rynku od zawsze. Mały Nikodem uczył się na nim

składać  pierwsze  litery.  Slogan  był  duży,  a  potem  malał  i  malał  wraz  z  tym,  jak

dorastał  chłopiec.  Nikodem  wyrostek  podający  starszym  chłopakom  piłkę

szmaciankę  na  tonącym  w  kurzu  targowisku,  Nikodem  uczeń,  Nikodem

gimnazjalista  już  nie  w  wydzierganej  na  drutach  wełnianej  czapce  pilotce  ani

dużo  za  dużym  kaszkiecie,  tylko  w  granatowej  gimnazjalnej  czapce...  Nikodem

gimnazjalista... Miło było przewracać kartki kolorowych książek, w których było

napisane o wszystkim, co na świecie. Lubił Nikodem słuchać, jak pan Todys na

tle kolorowej mapy mówił o Afryce, która ze swoimi palmami, piaskami pustyni

i  czarnymi  Murzynami  znajdowała  się  jakby  na  innej  planecie.  W  gimnazjum

było  bardzo  ciekawie  i  gdyby  nie  arytmetyka,  pewnie  i  on  tak  jak  syn  rejenta

Windera  zostałby  studentem  i  miał  jeszcze  piękniejszą,  bo  wyszywaną  złotymi

nitkami czapkę. Ale matka umarła, a on nikogo innego nie miał na świecie, więc

trzeba  było  przestać  chodzić  do  gimnazjum...  Biała  płaszczyzna  sufitu

background image

w  luksusowym  wagonie,  półokrągło  ukształtowana  na  brzegach,  pływała  ciągle

nad Nikodemem i pokazywały się na niej, jak na ekranie kina przyjeżdżającego

na  rynek  trójkołowym  samochodem  dekawką,  obrazy  z  Łyskowa.  Sklep

z  marynarkami  i  garniturami,  w  którym  na  wystawie  stała  pani,  duża  i  zupełnie

jak  prawdziwa,  w  pięknej  sukni  i  w  kapeluszu.  Dalej  był  mur,  za  którym  stał

mały  domek  z  dużym  szyldem  RZEŹNIK,  na  murze  zaś  ktoś  nabazgrolił  „Nie

kupuj  u  Żyda”.  Nikodem  szerzej  otworzył  oczy  i  zobaczył  obite  skórą  głębokie

fotele oraz kilka innych mebli, jakie bywają w pałacach, więc przypomniał sobie,

że  podróżuje  w  luksusowym  wagonie  sypialnym  Adolfa  Hitlera.  Wstał  i  zaczął

się pospiesznie ubierać. Zastanawiał się, czy to możliwe, czy to wszystko dzieje

się  naprawdę...  Kilka  lat  temu,  gdy  stracił  posadę  na  poczcie,  był  przecież

bezrobotnym włóczęgą, z którego Mańka szydziła, że jest gołodupcem we fraku

i wywłoką w lakierkach... Niedawno był takim ulicznym pyłem miotanym razem

ze  śmieciami,  a  wczoraj  człowiek,  na  którego  skinienie  pękały  granice  państw

i  płonęły  największe  miasta,  niemal  przysięgał  mu,  że  dla  niego  powstrzyma

wojnę i w trymiga zbuduje drugi taki wielki port dla Polski jak ten w Gdyni. On,

Nikodem  Dyzma,  ma  tylko  poprzeć  go  w  wojnie  z  Rosją,  która  na  mapie

w gimnazjum w Łyskowie była większa niż cała Europa i jeszcze do tego kawał

morza...

W  tej  chwili  dało  się  słyszeć  pukanie  i  w  drzwiach  stanął  oficer  służbowy,

zasalutował i zameldował, że śniadanie jest przygotowane. Zapytał, czy podać je

do  salonu  czy  prezydent  przejdzie  do  jadalni.  Pociąg  przejeżdżał  właśnie  przez

jakąś  większą,  szczodrze  udekorowaną  na  biało-czerwono  stację  w  Polsce.

Dyzma  odpowiedział,  że  jest  zmęczony  i  zje  śniadanie  w  sypialni,  żeby  były

jajka  na  twardo  ze  szczypiorkiem  i  kiełbasa  z  musztardą.  Odmówił  też  fryzjera

i  powiedział,  że  ogoli  się  sam.  Patrząc  w  lustro  na  swoją  twarz,  był  bardzo

z siebie dumny. „Musi coś we mnie być, skoro oni wszyscy przy mnie baranieją,

teraz  to  już  nie  przelewki.  Romanowski  był  taki  ważny:  wsadzimy  pana  na

czołg,  a  jak  trzeba  będzie,  to  ukatrupimy...  A  przy  Hitlerze  zrobił  się  taki  mały,

Hitler  ledwo  co  się  do  niego  odzywał,  a  mnie  przypalił  papierosa”  –  myślał

zadowolony Dyzma.

W tej jakże ważnej rozmowie był taki moment, kiedy wszyscy oniemieli, bo

Nikodem  nieproszony  zaczął  mówić  o  tym,  o  czym  nie  miało  być  mowy,  to

background image

znaczy  o  szczegółach  dotyczących  autostrady.  Formalnie  delegacji  polskiej

przewodniczył  prezydent,  nieformalnie  wszystkim  kierować  miał  generał

Romanowski.  Prezydent  miał  jedynie  wygłosić  kilka  wyuczonych  na  pamięć

kwestii.  Co  do  autostrady,  Wojskowa  Patriotyczna  Rada  Realna  stała  na

stanowisku,  że  założenia  i  szczegóły  tego  przedsięwzięcia  ustalą  komisje

ekspertów  w  rozmowach  technicznych.  Hitler  osobiście  w  rozmowach

bezpośrednich  mógłby  bowiem  Polsce  zbyt  wiele  narzucić.  Toteż  kiedy

Nikodem  Dyzma  zwrócił  się  bezpośrednio  do  Führera  i  powiedział,  że  budowę

autostrady,  przez  którą  omal  nie  wybuchła  wojna  światowa,  śledzić  będzie  cały

świat  i  że  będzie  to  zapewne  budowa  wyprzedzająca  swoją  techniczną

doskonałością  osiągnięcia  amerykańskie,  dyplomaci  strony  polskiej  byli

przerażeni.

–  A  jakżeż  ta  budowa  miałaby  wyglądać?  –  zapytał  Hitler.  Któryś

z  ministrów  zaczął  tłumaczyć,  że  nad  wstępnymi  założeniami  tego

przedsięwzięcia  pracują  już  eksperci.  Führer  jednak  przerwał  ministrowi

i  ponowił  pytanie,  kierując  je  bezpośrednio  do  prezydenta.  Nikodem  Dyzma,

wcale niezbity tym z tropu, wyrecytował to, co usłyszał od Kunickiego.

–  Drogi  wodzu,  to  powinna  być  autostrada  przyjaźni  dosłownie

i  w  przenośni,  symbol.  Przebiegać  powinna  na  betonowej  palisadzie,  niemiecka

autostrada  nad  polskimi  polami  uprawnymi,  nad  polskimi  drogami,  wioskami

i  miasteczkami,  około  czterdziestokilometrowa  estakada,  dłuższy  most  od

najdłuższego  mostu  w  Ameryce...  Estakada  Pokoju  Adolfa  Hitlera.  –  Nikodem

Dyzma,  kończąc  ten  wywód,  skłonił  lekko  przed  Führerem  głowę,  jakby

w  hołdzie  jego  wielkości  oraz  w  podzięce  za  taką  właśnie  autostradę.  To

uczyniwszy,  sięgnął  po  papierosa,  a  wtedy  stała  się  rzecz  zupełnie

nieoczekiwana.  Hitler  wziął  z  wielkiego  kanclerskiego  biurka  zapalniczkę

w  kształcie  bomby  lotniczej  i  przypalił  polskiemu  prezydentowi  papierosa.

Zważywszy  na  fakt,  że  to  były  rozmowy  oficjalne,  w  tej  chwili  rozbłysnęła

magnezja  w  aparatach  i  wybuchł  na  moment  gwar,  po  czym  nastąpiła  wielka

cisza.

Prezydent  Dyzma  zaciągnął  się  dymem,  po  czym  jeszcze  raz  skinął

Führerowi i powiedział, że naród polski nigdy nie zapomni wielkiemu wodzowi

niemieckiej  Rzeszy  jego  przyjaźni  i  pomocy  udzielanej  przez  starszego,

background image

silniejszego brata bratu młodszemu. Na to Hitler odparł, że bardzo mu się podoba

propozycja  takiej  autostrady,  która  nie  zabierałaby  Polsce  na  rzecz  Niemiec

nawet  skrawka  suwerennego  terytorium,  bo  niektóry  politycy  na  świecie

zarzucają  mu  zaborczość.  W  taki  sposób  nastroje  wojenne  i  chłód  trudnego

spotkania na szczycie zostały zastąpione wzajemnymi komplementami.

Po śniadaniu w ciągle pędzącym ekspresie odbyła się krótka narada sumująca

polskie sukcesy dyplomatyczne, które po raz pierwszy w historii posypały się na

jeszcze  niedawno  śmiertelnie  zagrożony  kraj  jak  z  rogu  obfitości.  Generał

Romanowski  i  ministrowie,  członkowie  delegacji  solidarnie  uznali,  że  spotkanie

przyniosło nadspodziewanie dobre rezultaty, bo wstępne wygranie autostrady na

betonowych  palach  stanowiło  zaledwie  jeden  szczegół  w  tyglu  spraw,  które

zostały  omówione  i  w  których  podjęto  wstępne  decyzje.  Niekwestionowanym

bohaterem całej konferencji stał się prezydent Dyzma. Chodziło przecież przede

wszystkim  o  tajny  protokół...  Celem  omówienia  szczególnie  ważnych  spraw

Hitler  zaprosił  prezydenta  i  generała  Romanowskiego  do  swojej  posiadłości

w  Alpach,  dokąd  delegację  przewieziono  samolotem.  Tam  minister  Ribbentrop

zażądał  od  Polski  nieograniczonego  ruchu  wojsk  niemieckich  wobec

postanowionej  już  wojny  z  sowiecką  Rosją,  co  w  zasadzie  równało  się

z  udziałem  Polski  w  tej  wojnie  po  stronie  Niemiec.  Wówczas  nastała  sytuacja

patowa.  No  i  prezydent  Polski  przedstawił  wtedy  stronie  niemieckiej  swoje

osobiste propozycje, takie, jakie usłyszał na spotkaniu od Kunickiego i profesora

Michalewskiego.  Führer  i  jego  minister  spraw  zagranicznych  wysłuchali

z  uwagą.  Ustępstwa  w  sprawach  Gdańska  i  autostrady,  a  przede  wszystkim

zapowiedź  neutralności  Polski  i  związanie  się  z  Niemcami  długoterminowymi

umowami  na  dostawy  żywności  oraz  węgla  rozwiązywały  wiele  niezwykle

istotnych  problemów  strategicznych  wielkiej  Rzeszy.  Dość,  że  Hitler  uściskał

polskiemu prezydentowi obydwie dłonie i zaprosił go na polowanie.

Przed  opuszczeniem  Niemiec  przez  polską  delegację  generał  Romanowski

podczas kameralnej kolacji w hotelu wzniósł toast.

– Nikodem, jesteś prawdziwą głową państwa! Czołem, panie prezydencie! –

Oficer wypił kielich szampana, zasalutował i trzasnął obcasami.

Gdy  pociąg  zbliżał  się  do  Warszawy,  stacje  i  przejazdy  kolejowe  były  nie

tylko  udekorowane  polskimi  i  niemieckimi  flagami  narodowymi,  ale  także

background image

wypełnione  po  brzegi  tłumami  ludzi.  Na  murach  i  transparentach  widniały

napisy:  „PRZYJAŹŃ  POLSKO-NIEMIECKA  NIECH  ŻYJE!”,  „CHCEMY

POKOJU  –  POKÓJ  NIECH  ŻYJE!”  oraz  „PREZYDENT  DYZMA  NIECH

ŻYJE!”.

background image

N

ROZDZIAŁ XVII

iebawem  istotnie  przez  ziemie  polskie  ruszyły  na  wschód  kolumny

czołgów  i  samochodów  bojowych  z  czarnymi  krzyżami  na

pancerzach.  Uderzenie  niemieckie  na  Związek  Radziecki  nastąpiło

bez wypowiedzenia wojny.

Resztki  polskiej  wolności  chwiały  się  w  posadach,  ale  nie  było  publicznych

egzekucji,  nie  budowano  na  ziemi  polskiej  przewidzianych  wcześniej  obozów

masowej  zagłady...  Polska  oddała  pod  panowanie  niemieckie  Gdańsk,

wytyczony  został  szeroki  korytarz  wiodący  z  Rzeszy  przez  polskie  Pomorze  do

Prus  Wschodnich.  Udostępniono  także  Hitlerowi  drogi  strategiczne  dla

przemarszu  wojsk,  co  zaowocowało  obecnością  tych  wojsk  w  większości  miast

polskich.  Tu  i  tam  zdarzały  się  incydenty  między  niemieckimi  żołnierzami

a  ludnością  polską,  drogi  w  Polsce  dla  rodzimych  pojazdów  w  pewnych

okresach  stały  się  niedostępne,  ale  działał  niezawisły  rząd  polski,  sądy,  polskie

uczelnie,  na  państwowych  urzędach  powiewały  polskie  flagi  i  nie  zginął  ani

jeden polski żołnierz. Polska spełniła podstawowe żądania Hitlera i pozostawała

krajem  neutralnym,  jako  też  jedyny  kraj  w  Europie  skutecznie  ratowała  od

zagłady  swoich  Żydów.  Rejony  położone  bowiem  z  dala  od  szlaków

strategicznych,  zgodnie  z  podpisanymi  umowami,  były  w  neutralnej  Polsce  dla

Niemców  niedostępne  i  tam  skupiła  się  ludność  żydowska.  Prezydent  Dyzma,

generał  Romanowski  i  wszyscy  członkowie  Wojskowej  Patriotycznej  Rady

Realnej  zdawali  sobie  sprawę  z  tego,  że  bez  końca  tak  nie  będzie,  ale  póki  co

Żydzi  żyli,  wojna  trwała  i  nie  wiadomo,  jak  się  skończy.  Padła  Dania,  w  której

krwawe żniwo zaczęła zbierać nieludzka okupacja. W stanie wojny z Niemcami

pozostawały  Wielka  Brytania  i  Jugosławia.  Czechosłowacja  weszła  z  Hitlerem

w układy o przyjaźni i pomocy, podobnie uczyniły Węgry. Hitlerowska machina

wojenna  z  piekielną  mocą  posuwała  się  na  wszystkich  frontach  dalej  i  dalej

w  głąb  podbijanych  krajów.  Po  kilku  miesiącach  wojny  błyskawicznej

niemieckie  zagony  pancerne  znalazły  się  nad  Morzem  Czarnym  i  pod  Moskwą.

Wojnę przegrała też Francja, która po kilkunastu tygodniach walk skapitulowała.

background image

Co  gorsza,  władzę  w  tym  kraju  przejął  staruszek,  bohater  pierwszej  wojny

światowej,  marszałek  Pétain,  który  zaczął  z  Niemcami  kolaborować.  Kraj  nad

Sekwaną,  potężny  sojusznik  walczącej  ciągle  Anglii,  która  miała  być  filarem

koalicji  antyhitlerowskiej,  oddał  Niemcom  na  potrzeby  wojenne  swoje

dwustudwudziestotonowe  rezerwy  złota,  wspierał  niemiecki  wysiłek  wojenny

setkami  tysięcy  wykwalifikowanych  robotników  wysyłanych  do  niemieckich

zakładów  zbrojeniowych  i  krwawo  rozprawiał  się  z  rodzimą  antyhitlerowska

opozycją.  Podobnie  współpracowała  z  Niemcami  Finlandia.  Polska  zatem,

pozostając  neutralna,  zachowała  także  znaczną  suwerenność  i  twarz  –  Polska

z Niemcami nie walczyła, ale też z nimi oficjalnie nie kolaborowała.

Któregoś  letniego  popołudnia  prezydent  kazał  się  zawieźć  na  ulicę  Łucką,

przez  którą  przejechał,  nie  wysiadając  z  samochodu.  Na  drugi  dzień  wezwał

odpowiedniego  ministra  i  polecił  mu,  aby  służby  odnalazły  w  Warszawie

dziewczynę,  niejaką  Mańkę  Barcik,  która  kiedyś  mieszkała  z  rodzicami  pod

numerem  36.  Z  informacji,  jaką  niemal  natychmiast  otrzymał,  wynikało,  że

rzeczona  uprawiała  nielegalnie  prostytucję  i  przebywa  obecnie  w  więzieniu.

Odsiaduje  dwuletni  wyrok  za  udział  w  okradnięciu  obywatela  greckiego,

Karolosa  Kondrasa.  „Co  mnie  teraz  obchodzi  to  ścierwo,  kapowała

o wymyślonym podkopie, niech sobie gnije w więzieniu, niczego innego nie jest

warta”  –  pomyślał  Nikodem,  ale  sen  miał  niespokojny.  Ciągle  widział  Mańkę

i  jej  niemal  fanatycznie  zacięty  wyraz  twarzy,  gdy  powtarzała:  „Bo  ja  ciebie

kocham, Nikodem”. I te oczy... Żadna kobieta nigdy, ba, żaden człowiek tak na

niego nie patrzył. Cały czas, nawet w Koborowie, zastanawiał się, dlaczego tak

potraktował  Mańkę.  Bez  uszczerbku  dla  swoich  olbrzymich  i  ciągle

narastających  oszczędności  mógł  jej  przecież  kupić  ten  wymarzony  sklep

z  papierosami  i  szarym  mydłem...  Przypominał  też  sobie  ze  szczegółami  to,  co

wiedział o tej dziewczynie.

Na Łuckiej kobiety stojące pod latarniami oraz oparte o mury kamienic miały

mocne makijaże, a ich króciutkie spódnice i opięte bluzki nadawały im wulgarny

i  wyzywający  wygląd.  Kręcący  się  po  ulicy  dwaj  chłopcy  w  ukrytych  pod

płaszczami  mundurkach  licealistów  szukali  czego  innego.  Mańka,  niewiele

starsza  od  nich,  była  umalowana  z  umiarem,  ubrana  w  skromną  sukienkę

i odróżniała się bardzo wyraźnie od innych urzędujących tu panienek.

background image

Chłopcy,  najwidoczniej  poszukujący  męskiej  przygody,  już  trzeci  raz

przedefilowali przed bramą, w której stała Mańka. Przechodzili i patrzyli na nią,

a  potem  oglądali  się  i  wracali,  długo  jednak  żaden  z  nich  nie  podchodził  do

dziewczyny. Wreszcie podeszli do Mańki obaj.

– Dzień dobry – wyrecytowali jak na komendę.

– Dzień dobry – odpowiedziała Mańka.

– Przepraszamy, a panienka to też jest dziwka? – zapytał ten niższy.

Mańka skrzywiła się, bo nie wiedziała, co odpowiedzieć.

–  Nie!  –  odrzekła  po  chwili.  –  Ale  pójdę  z  tobą,  jak  zapłacisz,  bo  jestem

bezrobotna.

– A z nami dwoma panienka pójdzie?

– Nie pójdę. Z dwoma nie!

– Dlaczego?

– Bo nie.

–  On  poczeka  na  korytarzu,  dopiero  potem  przyjdzie,  po  kolei  –  powiedział

ten  niższy.  Obydwaj  pogmerali  za  pazuchami  i  każdy  pokazał  banknot

dwudziestozłotowy.

Mańka się zastanowiła.

– Dobrze, niech wam będzie. Za hotel też zapłacicie?

– Ile?

– Piątaka.

– Zapłacimy.

Istotnie, jeden wszedł z nią do pokoju, a drugi pozostał na korytarzu i nakazał

pierwszemu,  by  się  pospieszył.  Chłopak,  który  był  z  nią,  robił  wrażenie

przestraszonego,  raz  po  raz  przełykał  ślinę  i  nic  nie  mówił.  Wyjął  zza  pazuchy

dwadzieścia  złotych  i  położył  na  stoliku.  Mańka  rozesłała  łóżko  i  rozbierała  się

powoli.

– No, na co czekasz? – warknęła. – Rozdziewaj się, zdejmuj portki albo nic

z tego nie będzie.

Chłopak  przestraszył  się  jeszcze  bardziej,  miał  płaczliwą  minę  i  Mańka

zaniepokoiła  się,  że  klient  ucieknie.  Rzuciła  okiem  na  stół.  Banknot  leżał  koło

popielniczki,  wstała  więc  i  włożyła  go  do  torebki.  Naga  wślizgnęła  się

z powrotem do łóżka.

background image

– Nie bój się, nic ci nie zrobię. Nie ciupciałeś jeszcze w życiu?

– Nie, nigdy... – przyznał się chłopiec.

–  No,  zdejmuj  to  wszystko,  to  też,  i  chodź  tutaj,  pod  kołderkę,  tu  jest

cieplutko,  oj,  jak  cieplutko...  –  Dziewczyna  kierowała  akcją  spod  kołdry.  Nagi

chłopak  wskoczył  do  łóżka,  złapał  Mańkę  za  szyję  i  przylgnął  mocno  do  jej

nagiego ciała.

– Puść mnie, bo udusisz! O tak, pogładź tutaj i tutaj. Daj, pogłaszcze ci to. –

Chwilę panowała cisza.

– O, jak dobrze... – westchnął chłopak i zaczął oddychać coraz głębiej.

Ten,  który  czekał  na  korytarzu,  okazał  się  uczniem  bardzo  pojętnym  i  za

kilka  dni  przyprowadził  trzech  kolegów.  Potem  przyszła  na  Łucką  do  Mańki

reszta  gimnazjalnej  klasy.  Mańka  kupiła  sobie  dwie  sukienki,  ładną  seksowną

bieliznę  i  książkę  o  łóżkowych  sztuczkach,  o  której  powiedziały  jej  starsze

dziewczyny.

Nikodem przyglądał się jej uważnie, gdy opowiadała mu tę historię. Było mu

wtedy  tak  jak  z  żadną  kobietą,  ani  potem  z  Niną,  ani  w  hotelowych  pokojach,

z  żadną  już  tak  nie  było.  Wtedy  przyglądał  się  długo  śpiącej  Mańce.  Ile  mogła

mieć  lat?  Najwyżej  siedemnaście,  a  zbudowana  była  jak  laleczka,  taka  szczupła

i  filigranowa.  Gdy  się  obudziła,  zaczęli  rozmawiać.  Zapytał  ją,  czy  pamięta,

kiedy  było  jej  najlepiej  w  życiu,  co  najbardziej  zapamiętała  –  wówczas

opowiedziała mu historię z licealistami.

–  A  co  byś  jeszcze  chciała  tak  naprawdę,  Mańka?  –  pytał  dalej  Nikodem,

któremu jak nigdy zebrało się na rozmowę.

– Ja bym chciała mieć sklep, mój sklep, rozumiesz, Nikodem? Własny sklep,

taki z papierosami i szarym mydłem... – powiedziała żarliwie Mańka.

Od  tamtego  czasu  minęło  kilka  lat,  które  dla  Nikodema  stanowiły  wiek

prawie.  Tych  kilka  godzin  spędzonych  kiedyś  z  tą  dziewczyną  w  hotelu

przypadło  na  przełomie  dziejów  jego  życia.  Rano  tego  dnia  był  bezrobotnym

biedakiem,  który  od  trzech  dni  nic  nie  jadł  i  stać  go  było  tylko  na  dwa

grandpriksy,  gaszone  po  trzech  sztachnięciach.  W  południe  tego  dnia  słuchał

drwin i wyzwisk Mańki, że jest nieudacznikiem i ostatnią łamagą, a także uwag

gospodarzy Barcików na Łuckiej, że tylko miejsce zajmuje i od trzech tygodni za

kąt ze składanym łóżkiem nie płaci.

background image

Wczesnym  zaś  wieczorem  tego  niezwykłego  dnia  niebywałym  zdarzeniem

losu  na  rządowym  raucie,  na  rauszu  po  niezliczonych  kieliszkach  najlepszej

zimnej  wódki  i  syty  po  zjedzeniu  wytwornych  tartinek,  kawioru  i  innych  dań

królewskich,  przyjmował  uściski  dłoni  i  dowody  wielkiego  szacunku  oraz

uznania  od  ministrów  i  generalicji.  Kilka  godzin  później,  po  zainkasowaniu

pięciu  tysięcy  złotych  gotówką  od  magnata  Kunickiego  i  przyjęciu  posady

z ministerialną płacą, wracał do nory na poddaszu przy Łuckiej, by pożegnać się

z  dotychczasową  nędzą  i  siermiężnym  życiem.  Spotkał  wówczas  pod  latarnią

współlokatorkę  Mańkę,  która  zawsze  z  niego  drwiła,  a  teraz  od  trzech  dni  nie

miała  klienta...  Nikodem  w  nędznym  swoim  życiu,  jakie  pędził  w  stolicy,  nie

zauważył,  że  zjadliwe  zaczepki  ze  strony  tej  dziewczyny  wypływały

z  zainteresowania  i  chęci  nawiązania  kontaktu.  Przygoda  w  hotelu

i  zaimponowanie  dziewczynie  pięćsetkami  i  mrożącym  krew  w  żyłach,

wymyślonym  kryminalnym  opowiadaniem  wyzwoliły  w  niej  bezgraniczną,

zaborczą i jednocześnie do granic możliwości ofiarną miłość. W tym hotelu także

Nikodem  po  raz  pierwszy  poczuł  do  kobiety  coś  więcej  niż  tylko

powierzchowne  pożądanie,  ale  wobec  tego,  co  go  kilka  godzin  temu  spotkało

i całkowicie przytłoczyło, swoich uczuć jakby nie zauważył. Dał jej wtedy tylko

czerwony  banknot  na  sukienkę.  Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  w  obecnej

sytuacji  pokazywanie  się  z  prostytutką  z  robotniczej  dzielnicy  to  kompromitacja

i zagrożenie awansu, jakiego dostąpił, więc zlekceważył uczucia, usunął Mańkę

ze  swoich  wspomnień,  a  próby  utrzymania  znajomości  odrzucił  brutalnie.  Tak

minęły lata, lecz on nigdy naprawdę o tej dziewczynie nie zapomniał.

I teraz dowiedział się, że dziewczyna siedzi w więzieniu. Nie wiedzieć kiedy

polecił  prawnikom  z  prezydenckiej  kancelarii,  aby  wszczęli  procedurę

ułaskawienia  Mańki.  Dziewczynę  wezwano  więc  do  naczelnika  zakładu

karnego,  żeby  podpisała  odpowiednie  dokumenty.  Początkowo  zupełnie  nie

wiedziała,  o  co  chodzi.  Usłyszała  tylko,  że  władza  chce  darować  jej  ten  rok

odsiadki.  Wtedy  dowiedziała  się,  że  prezydentem  Polski  jest  Nikodem  Dyzma.

Pomyślała  jednak,  że  niemożliwe,  żeby  to  był  jej  Nikodem,  który  chodził  na

mokrą  robotę  i  na  którego  ona  kapowała  przodownikowi,  choć  nawet  teraz

chciałaby go pocałować w rękę.

Kilka  dni  przedtem  Nikodem  spacerował  z  obstawą  po  parku

background image

Łazienkowskim.  Nie  wiadomo  kiedy  znalazła  się  przy  nim  stara  Cyganka.

Podbiegła,  chwyciła  go  za  rękę  i  uklękła.  Tajniacy  chcieli  ja  odpędzić,  ale

Dyzma ich powstrzymał, w oczach kobiety było bowiem coś fascynującego, coś,

czego nie rozumiał, ale poddał się temu.

–  Panie  wielki,  ty  z  wieczora  uczynisz  poranek,  zatrzymasz  bystre  wody

rzeki,  piorun  w  powietrzu  schwytasz,  ale  strzeż  się,  bo  broń  jest  wymierzona

w  ciebie,  a  jak  twoja  głowa  spadnie,  noc  nastanie  i  piekło  będzie,  piekło  na

ziemi!  Kamienie  będą  się  palić,  zewsząd  płacz  kobiet  nieść  się  będzie.  –  Słowa

bogato  ubranej  Cyganki  były  tak  zaskakujące,  jej  głos  miał  tak  dziwną  siłę,  że

tajniacy przestali odpędzać starą kobietę.

– Poszła, ty głupia babo, precz! – Nikodem opanował się szybko.

–  Nie  gardź,  panie,  wróżbą,  Cyganka  ci  prawdę  powie.  Czerwony  papier

połóż i słuchaj, słuchaj! – powtórzyła z naciskiem i sugestywnie stara. – Słuchaj,

co  starucha  Esmera  powie,  bo  wieczorne  karty  jej  naszeptały,  żebym  na  twojej

drodze  stanęła,  ciebie  odnalazła  i  powiedziała  ci,  że  twoja  gwiazda  za  jasno

świeci,  za  jasno  świeci,  panie  wielki...  Sam  jesteś  na  świecie,  ale  kobieta  koło

ciebie twoja... Wielka to siła woda z góry spadająca albo gdy czarne chmury się

zetrą  i  grom  uderza  w  drzewo,  ale  kobieta  na  oślep  miłująca,  bez  reszty  pana

wielkiego  to  siła  większa  od  gromu  z  chmur  czarnych  i  spiętrzonej  wody...  To

siła tajemna...

–  Przepadnij,  głupia!  –  Nikodem  nie  dawał  za  wygraną,  krzyczał  zły,  że

tajniacy słyszą takie rzeczy, bo jaka niby to kobieta?! Nina?

Cyganka  klęczała  w  parkowej  alei,  jej  bogate  jedwabne  spódnice  leżały

rozłożone  na  ziemi.  Dookoła  panowała  cisza,  tylko  stara  coś  szeptała,  jakby

tajemną  modlitwę.  Nikodem  sięgnął  do  portfela  i  rzucił  czerwony  papier  na

rozesłane przed nim spódnice czarownicy.

– A jakaż to kobieta czeka, starucho? – zapytał, zdziwiony tym, że pyta.

–  Jedyna  dla  ciebie,  wielki  panie,  z  gminu  kobieta,  jedyna  do  samej  śmierci

twojej. Jej krew, twoja krew, panie, jedyna dla ciebie kobieta...

Po  pewnym  czasie  prawnik  prowadzący  sprawę  zameldował  prezydentowi,

że  działania  proceduralne  dobiegają  końca  i  że  niejaka  Maria  Barcik  będzie

zwolniona  z  więzienia.  Nikodem  nakazał,  aby  zaopiekowała  się  nią

wolontariuszka, dał tysiąc złotych z własnej kasy, kazał dziewczynę przyzwoicie

background image

ubrać,  zakwaterować  w  domu  opieki  dla  samotnych  kobiet  u  sióstr  zakonnych

i przywieźć do Belwederu na rozmowę, gdy Mańka będzie gotowa.

Ta  zaś,  gdy  rozpoczęła  się  procedura  ułaskawienia,  zmiarkowała,  że  ów

prezydent  to  nikt  inny  tylko  jej  Nikodem  z  poddasza  na  Łuckiej,  który  raz

poszedł z nią do hotelu i dał jej sto złotych na sukienkę. Zaczęła rozpytywać, kto

to taki – prezydent.

–  A  kto  król  jest,  wiesz,  ty  głupia?  –  zapytała  ją  Stacha  z  Pragi,  podstarzała

prostytutka i towarzyszka z celi.

– Pewnie, że wiem, rządzi wszystkim i chodzi w koronie.

–  No  to  prezydent  jest  taki  sam  jak  król,  tylko  że  w  koronie  nie  chodzi  –

poinformowała ją Stacha.

Mańkę  do  Belwederu  przywiózł  wieloletni  pracownik  kontrwywiadu,  stary

adwokat,  który  prowadził  sprawę  jej  ułaskawienia.  Prezydent  polecił  mu

pozostać przy rozmowie.

Dziewczyna weszła do salonu, zobaczyła Nikodema, podbiegła i pocałowała

go w rękę.

–  Nikodem...  Ja  kapowałam  na  ciebie  do  przodownika...  Kapowałam...  –

przyznała się uczciwie.

– Co tam kapowałaś, nic, panno Maniu, takie kapowanie...

–  Kapowałam,  a  ty  królem  jesteś,  tylko  w  koronie  nie  chodzisz...  –

Dziewczyna  klęczała  nadal  przed  Nikodemem,  lecz  on  wyswobodził  rękę  z  jej

uścisku.

– Wstań i siadaj. Co tam na Łuckiej?

–  Tata  umarł,  mama  pierze  i  jakoś  żyje,  twój  portret,  Nikodem,  kupiła,

wszystkim  o  tobie  opowiada,  że  mieszkałeś  z  nami...  Ty  mnie  jeszcze  kochasz,

Nikodem?

Nikodem  pożałował,  że  pozostawił  prawnika  przy  tej  rozmowie,  ale  teraz

prawdziwy  jego  życiorys  znany  był  powszechnie  i  przecież  Hitler  też  nie

pochodził z arystokracji... Ta świadomość dodawała Dyzmie pewnego blichtru.

Prezydent po krótkiej rozmowie odprawił Mańkę, nakazując, żeby mieszkała

u  sióstr  i  na  ulicę  pracować  nie  wychodziła.  No  i  żeby  pilnie  ćwiczyła  czytanie

i pisanie, bo pewnie kupi dla niej ten sklep z papierosami i szarym mydłem albo

wymyśli co lepszego. Gdy to mówił, dziewczyna uklękła i zapytała:

background image

– Nikodem, a ty pójdziesz kiedy ze mną jeszcze? Nikodem...

background image

P

ROZDZIAŁ XVIII

rezydent  Dyzma,  trzymając  w  ręce  puchar  z  szampanem,  śmiał  się

beztrosko  do  pięknej  Włoszki  Frau  Volff,  małżonki  ambasadora

nazywanego  gubernatorem  III  Rzeszy  w  Polsce.  Pan  ambasador  także

był  bardzo  zadowolony.  Toast  za  Führera  towarzystwo  zebrane  w  Belwederze

spełniło  do  dna.  Na  przyjacielskim  spotkaniu  u  prezydenta  Rzeczypospolitej

witano Nowy Rok. Niemcy skutecznie zmierzały do zapanowania nad światem.

Paryż już od dawna służył Hitlerowi, Moskwa była oblężona, a Afryka podbita.

Na Dalekim Wschodzie potężny sojusznik Rzeszy – Japonia – zadał druzgocący

cios  Amerykanom  szykującym  odsiecz  dla  Europy.  Bliski  Wschód  w  szachu

trzymała  armia  włoska,  na  Wielką  Brytanię  spadały  samolatające  bomby  nowej

generacji  V1  i  V2...  Także  generał  Romanowski  śmiał  się  i  bawił  najnowszymi

dowcipami  małżonkę  oraz  dwie  córeczki  ambasadora  i  generała  niezwyciężonej

armii  niemieckiej.  Panowie  zaprzyjaźnili  się  już  dawno  i  wiele  czasu  spędzali

razem.  Wiele  spraw  związanych  z  działaniem  rządu  polskiego,  sądów,

uniwersytetów i organizacji społecznych omawiano też przy koniaku w pałacyku

ambasadora,  w  Belwederze  lub  na  polowaniach  w  borach  Polesia.  Atmosfera

tych  rozmów,  towarzystwo  pań  i  twórców  kultury  nie  sprzyjały  realizowaniu

nieludzkich nakazów hitlerowskich dla podbitego świata. W Polsce żyło się więc

spokojnie. Czy jednak spokój ten był niezmącony? Do generała Romanowskiego

i  prezydenta  Dyzmy  dochodziły  niepokojące  wieści  o  organizujących  się

agendach  Polski  podziemnej.  Mimo  zwycięstw  armii  niemieckiej  na  wszystkich

frontach  w  Warszawie,  we  Lwowie,  w  Krakowie,  Wilnie  i  innych  polskich

ośrodkach  mobilizowały  się  wielotysięczne  oddziały  Armii  Krajowej  i  mniej

liczne,  ale  także  niebezpieczne  dla  wewnętrznego  pokoju  bojowe  jednostki

Armii  Ludowej.  Naród  jednak  jakby  zrozumiał  swoją  rację  stanu,  nie

organizowano więc już zamachów na „kolaboracyjnego” prezydenta oraz jego –

jak  powszechnie  sądzono  –  prawą  rękę:  generała  Romanowskiego.  Tylko

sporadycznie  zdarzały  się  akcje  sabotażowe  przeciwko  wojskom  niemieckim

maszerującym  na  front  wschodni.  Polacy  jakby  zdali  sobie  sprawę  z  tego,  że

background image

Stalin  jest  nie  mniejszym  wrogiem  Polski  niż  Hitler  i  wydawali  się  tolerować

Niemców w Polsce.

Któregoś  dnia  generał  Romanowski  jak  zwykle  wieczorem  zjawił  się

w  Belwederze.  Teraz  jego  współpraca  z  prezydentem  układała  się

nadspodziewanie  dobrze.  Nikodem  Dyzma  został  zaakceptowany  przez

Wojskową  Patriotyczną  Radę  Realną  takim,  jakim  był:  jako  prosty  człowiek

poza wyrafinowanymi układami, czyniący tylko to, co dało się pojąć zwyczajnie,

na chłopski rozum. W sprawie zachowania się Polski w 1939 roku jego dewiza

brzmiała: jeżeli dwóch silniejszych zaatakuje słabszego, to ten musi przynajmniej

jednego  z  napastników  jakoś  wywieść  w  pole  albo  po  prostu  uciekać  gdzie

pieprz rośnie, zanim zostanie pobity...

Generał  i  prezydent  śmiali  się  przy  kominku,  ale  mimo  tych  zwycięstw,

a  właściwie  dzięki  tym  zwycięstwom,  koniak,  który  popijali,  miał  gorzki  smak.

Zwycięstwa armii niemieckiej nie mogły ich w głębi duszy cieszyć.

– Czy masz jakieś wiadomości od hrabiego? – zapytał prezydent.

–  Tak,  hrabia  Bińczycki  teraz  przebywa  w  Anglii,  wie  o  tym  tylko  premier

Churchill  i  dwaj  jego  najbliżsi  współpracownicy.  Hrabia  jest  niezastąpionym

ekspertem  na  wypadek  wojny  aliancko-sowieckiej.  Bolszewicy  nadal  są

przekonani,  że  Sergiej  Kwiejew  zginął  w  wybuchu  i  pożarze  daczy  pod

Moskwą.

– To była świetna zagrywka – powiedział z przekonaniem Nikodem.

–  Hrabia  reprezentuje  interesy  polskie  w  Anglii  i  Ameryce,  u  Hitlera  my.

Brak  nam  jednak  odpowiedniego  człowieka  w  Moskwie.  Teraz  Niemcy

posuwają  się  w  głąb  Rosji,  gromią  bolszewików,  ale  można  przypuszczać,  że

armię  hitlerowską  pokonają  w  końcu  bezkresne  rosyjskie  przestrzenie.  W  tej

chwili  na  frontach  hitlerowcom  nie  brakuje  żołnierzy,  ale  zabraknie  ich  do

okupowania  świata,  bo  przez  swój  rasizm  gnębią  podbite  narody.  Jeszcze

przyjdzie do tego, że Polskę będą wyzwalać Sowieci i bardzo by nam się przydał

teraz taki Kwiejew w Moskwie. Ale to sprawa trudna, bo z bolszewikami mogą

współpracować  tylko  prawdziwi  zbrodniarze.  Przypadek  hrabiego  był  jedyny

i  kuriozalny.  Sowieci  od  swoich  zaufanych  wymagają  dowodów  lojalności

zawsze w postaci zbrodni, każdy, kto chce tylko upozorować służenie im, złamie

się  na  tym.  Hrabia  zabijał  wrogów,  zabijał  morderców  i  katów,  robił  to  więc

background image

z  pasją,  w  sposób  imponujący  nawet  Dzierżyńskiemu.  Zamiłowanie  do  takiej

zbrodni  wyniosło  hrabiego  na  sowieckie  wyżyny  podobnie  jak  Berię.  Stalin,

tworząc  rząd  polski,  którego  zadaniem  będzie  wyniszczenie  polskiej  inteligencji

i oddanie Sowietom polskich ziem wschodnich, do tego rządu powoła wyłącznie

kanalie.  Na  wschodzie  tkwimy  więc  w  sytuacji  patowej...  –  ciągnął  generał

Romanowski.

–  Bolszewicy  jak  tylko  wejdą  do  Polski,  załatwią  nas  w  trymiga  i  fertig  –

przytaknął  po  swojemu  Nikodem.  Generał  milczał,  głownie  w  kominku

przygasły,  znów  odezwał  się  donośny  gong  zegara.  W  przyciszonym  głośniku

dały się słyszeć armatnie salwy. W Berlinie wiwatowano na cześć niemieckiego

wodza  i  jego  niezwyciężonej  armii.  Dyzma  i  Romanowski  spuścili

głowy,prezydent wyłączył radio.

– Teraz Sowieci uciekają, są pobici, ale kto prowadzi wojnę strategiczną, ten

musi  przede  wszystkim  uwzględniać  demografię  i  przestrzeń...  Mimo  rzezi  na

froncie,  masakry  dorosłych  i  młodych,  tych  w  szkołach  i  w  kołyskach

bolszewików  ciągle  przybywa,  a  Niemców  jest  coraz  mniej...  coraz  mniej,  do

zajęcia  mają  zaś  stale  nowe  obszary.  Marsz  Hitlera  musi  się  więc  wreszcie

załamać... Musi – podkreślił z naciskiem generał.

–  No,  to  nieuniknione,  że  bolszewicy  tu  przyjdą...  –  ni  to  zapytał,  ni

stwierdził Nikodem.

–  Ratowanie  Polski  przed  zbrodniami  Stalina  jest  dla  nas  równie  ważne  jak

utrzymanie  naszego  rządu  i  ratowanie  narodu  przed  zbrodniami  Hitlera,  tylko

uważasz,  Nikodem,  w  tej  sprawie  nie  mamy  jeszcze  koncepcji...  Nie  mamy  –

powtórzył głucho Romanowski.

***

Znowu  minęło  kilka  miesięcy,  świat  krwawił,  w  Polsce  panował  pokój.  Rynek

wojenny był chłonny, olbrzymia produkcja rodzimych zakładów przemysłowych

szła  na  eksport,  nie  było  bezrobocia.  Często  goszczący  w  Belwederze  Kunicki

u prezydenta czuł się prawie jak u siebie.

–  Panie  Nikodemie  kochany,  królu  złoty,  kalesony  bawełniane  dla  piechoty

byłyby  nieco  tańsze  w  Rumunii,  bo  w  tym  kraju  mam  bardzo  dobrych

dostawców,  ale  wojna  w  Europie,  czasy  niepewne,  przemysł  rodzimy  trzeba

background image

rozwijać, 

Łodzi 

powstają 

nowe 

tkalnie. 

Złożyłem 

zamówienie

długoterminowe  i  fabryki  dostały  tego,  panie  święty,  kopa,  jak  się  to  mówi,  do

dalszego  rozwoju.  Co  ja  zresztą  panu  prezydentowi,  królu  złoty,  zawracam

głowę  kalesonami...  Francuski  premier  współpracujący  z  Niemcami,  ten

prawdziwy kolaborant Pierre Lavallle, przekazał Hitlerowi dwieście dwadzieścia

ton złota zgromadzonego we francuskim banku i teraz Niemcy płacą za wszystko

złotem...  Szepnąłem,  panie  święty,  fabrykantom  w  Łodzi,  żeby  zaczęli

produkować  białe  kurtki  dla  strzelców-narciarzy,  do  Rosji.  Panie  prezydencie

kochany, królu złoty, no jest zamówienie na połowę miliona takich kurteczek za

straszne pieniądze...

–  To  pan  zarabiasz  krocie  ,  panie  Kunicki?  –  zagadnął  niby  od  niechcenia

Dyzma.

– Królu złoty, panie Nikodemie kochany, uczciwie za handlowy procent, za

przysługującą mi marżę handlową od wiktu i mundurów dla wszystkich dywizji

w kraju i na emigracji już na takie Koborowo zarobiłem, a teraz kończę zarabiać

na drugie – przyznał się Kunicki, wstając z miejsca i kłaniając Nikodemowi. „Ma

ten  stary  kiepełkę,  ma”  –  pomyślał  nie  wiadomo  który  już  raz  Dyzma  o  swoim

byłym pryncypale. A głośno zapytał:

–  A  wiesz  pan,  panie  Kunicki,  że  to  wszystko,  co  robimy  i  posiadamy,  jest

niepewne,  bardzo  niepewne?  Bo  może  wystrzelić  jak  z  armaty  i  polecieć  do

luftu.

– Że co? Królu złoty, do luftu? – Kunicki wyciągnął szyję i przypatrywał się

uważnie prezydentowi, zatrzymując w pół zdania swoją gadaninę.

– Teraz Sowieci uciekają, są pobici, ale kto umie patrzeć na przebieg wojny,

dostrzega  demografię  i  przestrzeń,  panie  Kunicki...  Mimo  pogromu

bolszewików,  Ruskich  dużych  na  froncie  i  małych  w  szkołach  i  w  kołyskach

przybywa,  przybywa  i  nie  zabraknie  ich  jeszcze  przez  dziesięć  lat  takiej  wojny.

Niemców  zaś  jest  coraz  mniej,  a  do  okupowania  mają  wciąż  nowe  obszary.

Marsz  Hitlera  musi  się  wreszcie  załamać  i  tu  przyjdą  bolszewicy,  a  wtedy

skończy  się  wszystko,  panie  Kunicki...  Tam,  gdzie  wchodzą  bolszewicy,  trawa

nie rośnie. Ratowanie Polski przed Stalinem jest tak samo ważne jak utrzymanie

naszego  rządu,  ale  w  sprawie  bolszewików  nie  ma  koncepcji,  panie  Kunicki,

w sprawie najazdu Sowietów rząd i armia dopiero szukają wyjścia... – Nikodem

background image

powtórzył  to,  co  usłyszał  od  generała  Romanowskiego,  i  czekał,  co  powie

Kunicki.

–  Panie  święty,  racja,  gdzie  Sowieci  wejdą,  traw  nie  rośnie...  Jak  ruszą  na

zachód,  to  przejdą  przez  Polskę,  innej  drogi  nie  ma.  Przejdą  przez  Polskę

i posieją komunę, czerwona zaraza wyjdzie z nor na ulicę, ludzie stracą, co mają,

wszystko stracą... Trzeba by pół Polski, powiedzmy część północną, im zostawić

na  ten  przemarsz.  Bo  przecież  z  pognania  Niemców  do  Berlina  nie  zrezygnują,

a na część południową tak od Kowla, Kalisza, Dęblina trzeba wcześniej wpuścić

dywizje  internowane  za  granicą  i  olbrzymią  liczbę  spadochroniarzy  alianckich,

Anglików,  wolnych  Francuzów,  Amerykanów,  żeby  ta  strona  była  zajęta  przez

sojuszników  z  zachodu...  Panie  święty,  zarządzana  przez  powstańców  i  rząd

emigracyjny  z  Londynu,  bo  temu  rządowi  bolszewicy  nie  będą  mogli  zarzucić

kolaboracji  z  Niemcami,  nie  będą  mogli  tego  zarzucić...  Tylko  że  rząd

Terkowskiego,  panie  prezydencie,  zmiecie  nas  i  zniszczy  –  powiedział  bardzo

powoli, z widocznym ociąganiem się Kunicki.

Nikodem  zauważył  jego  skupienie.  „No  tak...  Zachowanie  jak  największej

enklawy wyzwolonej przy udziale aliantów zachodnich na południu Polski przed

nadejściem  Sowietów  to  trafny  i  chyba  jedyny  sposób  na  uratowanie

przynajmniej  południowej  części  Polski.  Ratunek  przed  bolszewizacją

i  wszystkim  najgorszym,  czego  można  się  spodziewać  po  Stalinie...  Ten  stary

cwaniak  znowu  sprytnie  to  wymyślił...”  –  pomyślał  Nikodem  i  chcąc  sobie

przywłaszczyć  ten  pomysł,  jak  wszystkie  poprzednie  pomysły  Kunickiego,

rzucił:

–  A  kto  panu  powiedział,  że  nie  sprowokujemy  zrzutu  spadochroniarzy

i amerykańskich dyplomatów na południu?

Kunicki poruszył się niespokojnie.

–  Królu  złoty!  Co  pan  mówi?  To  przecież  ratunek  dla  polskich  majątków,

przynajmniej tych na południu, prawdziwe ocalenie!

–  Dla  kogo  ocalenie,  dla  tego  ocalenie  –  powiedział  już  bez  entuzjazmu

prezydent.

Kunicki skrzywił się, jakby oblizał cytrynę.

–  Fakt,  fakt,  królu  złoty,  dla  pana  prezydenta,  dla  naszego  rządu  i  nas

wszystkich to katastrofa.

background image

– Katastrofa – przytaknął prezydent.

***

Rozciągnięty od Bałtyku do Morza Czarnego front wschodni w czasie niezwykle

ciężkiej zimy tego roku był dla niemieckich wojsk atakujących Rosję niezwykle

trudny. Armie niemieckie, okopane na olbrzymim obszarze w czasie siarczystych

mrozów  i  potężnych  śnieżyc,  nie  tylko  wstrzymały  błyskawiczny  marsz  na

wschód,  ale  ponosiły  wielkie  straty,  nawet  gdy  nie  walczyły...  Rozległe

przestrzenie,  błoto,  a  później  mrozy  i  śnieg  zasypujący  drogi  pokonały  dywizje

Hitlera. Na polach bitew pojawili się zawsze niezwyciężeni pogromcy najazdów

na Rosję: Generał Mróz, Generał Błota i Marszałek Przestrzeń... Ze wschodu na

zachód  Europy  ciągnęły  pociągi  z  niemieckimi  żołnierzami  w  bandażach,

których  rany  nie  były  zadane  w  boju,  lecz  przez  mrozy.  Z  Rosji  do  Niemiec

powracały całe odmrożone dywizje.

Tymczasem 

niemal 

tysiąc 

kilometrów 

od 

Moskwy, 

za 

Wołgą,

w  Kujbyszewie  wrzało.  W  systemie  bunkrów  wielkiego  podziemnego  miasta

zjawili się amerykańscy specjaliści wojskowi.

Mimo znacznych strat na Dalekim Wschodzie przebieg batalii w Europie stał

się  dla  Ameryki  równie  ważny  jak  wojna  z  Japonią.  Lotnictwo  sowieckie,

wspierane  świetnym  sprzętem  nadsyłanym  z  zachodu,  w  miesiącach  zimowych

przełomowego  dla  zmagań  tej  wojny  roku  systematycznie  niszczyło  linie

kolejowe,  magazyny  żywności  i  magazyny  paliw  odciętych  od  Rzeszy  dywizji

niemieckich.  Inaczej  też,  niż  przewidywał  Führer,  przebiegały  walki  na  froncie

zachodnim. Hitler był pewny, że Francja skapituluje natychmiast po przełamaniu

Linii  Maginota,  liczył  też  na  olbrzymie  arsenały  francuskiej  broni,  która  miała

stać  się  łupem  jego  zwycięskich  armii.  Tajne  kontakty  Abwehry  z  bliskimi

współpracownikami  marszałka  Pétaina  utwierdziły  go  w  takim  przekonaniu.

Kapitulacja  Francji  była  jednak  niepełna  i  w  kraju  tym  działał  na  większości

obszaru  niezwykle  silny  ruch  oporu.  Tak  zwany  manewr  polski  wzmocnił

czujność  sprzymierzonych,  którzy  nie  dopuścili  już  do  kapitulacji  następnego

sojusznika.  W  ten  sposób  wojna  błyskawiczna,  prowadzona  początkowo  przez

Hitlera  z  wielkim  powodzeniem,  przemieniła  się  na  wschodzie  i  zachodzie

w  regularną,  wyczerpującą  wojnę  pozycyjną.  Zdemontowane  w  europejskiej

background image

części  Rosji  fabryki  armat,  karabinów  maszynowych,  czołgów,  samochodów,

traktorów, a nawet wózków dziecięcych pospieszne montowano za Uralem jako

fabryki  broni.  Setki  tysięcy  kobiet  rosyjskich  tylko  za  kartki  na  głodowe  racje

żywności  stanęły  w  hutach  przy  piecach  martenowskich,  przy  warsztatach

w  stalowniach,  na  ścianach  kopalni  węgla.  Każdego  dnia  nieprawdopodobna

liczba  czołgów,  samolotów  bojowych  i  armat  opuszczała  zakaukaskie  fabryki,

trafiając do nowo formowanych dywizji Armii Czerwonej.

Dla  odmiany  w  miastach  niemieckich,  zrównywanych  z  ziemią  przez

brytyjskie i amerykańskie lotnictwo, przemysł wojenny kurczył się i upadał coraz

bardziej.  Nastał  czas,  w  którym  armia  sowiecka  rozbijała  w  pył  niezwyciężone

niemieckie  dywizje  pancerne  i  zgodnie  z  przewidywaniami  generała

Romanowskiego  ruszyła  na  zachód.  Na  życzenie  Stalina  przyszli  zwycięzcy

postanowili zwołać wielkie spotkanie. Oznaczało to, że mocarstwa już teraz mają

zamiar  dokonać  podziału  wojennego  łupu.  Stalin  w  swoich  żądaniach  wyraźnie

powrócił  do  postanowień  niedoszłego  paktu  Ribbentrop-Mołotow,  z  tym  że

partnerem  w  nowym  poddziale  Europy  miał  być  teraz  nie  Hitler,  a  Churchill.

Konferencja  odbyła  się  w  Jałcie  i  jej  postanowienia  były  w  pełni  zadowalające

dla radzieckiego wodza.

Generał  Romanowski  nerwowo  bębnił  palcami  po  fornirze  prezydenckiego

biurka.

–  Było  do  przewidzenia,  że  oni  nas  sprzedadzą  –  stwierdził  z  goryczą.  –

Czyżby  cała  nasza  praca  poszła  na  marne?  W  tej  sytuacji  Stalin  wymorduje

połowę narodu polskiego, a ocalonym narzuci kajdany – powiedział głucho.

Prezydent powoli zapalił papierosa, poczęstował też generała.

–  Myślałem  o  tym...  –  mruknął.  –  Trzeba  pół  Polski,  powiedzmy  część

północną, zostawić Sowietom na przemarsz ich zwycięskich wojsk, bo  przecież

z  pognania  Niemców  do  Berlina  Stalin  nie  zrezygnuje.  A  na  część  południową

trzeba  wcześniej  sprowokować  powrót  dywizji  internowanych  za  granicą

i  zrzuty  mnogich  spadochroniarzy  alianckich,  Anglików,  wolnych  Francuzów,

Amerykanów.  Żeby  ta  część  Polski  była  zajęta  przez  sojuszników  z  zachodu

i  zarządzana  przez  powstańców,  nawet  nie  przez  nas,  bo  nam  zarzuca  się

kolaborację,  a  przez  rząd  niestety  Terkowskiego.  Rozumiesz,  o  co  chodzi?  –

zapytał Nikodem, a generał zmarszczył brwi i milczał dłuższą chwilę.

background image

–  Rozumiem...  –  powiedział  po  chwili.  –  I  wiesz  co?  Powiem  ci,  że  ty

czasem  jesteś  zaskakujący.  Jesteś,  jesteś...  cichym  wielkim  strategiem,  Nikodem

–  wyznał  polityczny  wyga,  oficer  i  wytrawny  szpieg.  –  Ty  jesteś,  Nikodem,

czasami po prostu... zaskakujący – powtórzył. – To jest, to może być pomysł na

uratowanie Polski... Ale...

–  Ale  dla  zwyciężonych  kolaborantów  szubienica  albo  kula  w  łeb...  –

dokończył prezydent, przygryzając usta i patrząc ponuro w ziemię.

–  Właśnie.  Takie  rozwiązanie  to  nasze  samobójstwo...  Z  tobą  Terkowski

będzie  chciał  się  rozprawić  krwawo,  tu  już  nie  o  sałatkę  idzie.  Myślałem  o  tym

i mam poufne propozycje, aby objąć katedrę spraw wschodnich na uniwersytecie

w  Bostonie.  Wiadomo,  co  się  za  tym  kryje...  Amerykański  wywiad  wojskowy

poszukuje  specjalistów.  Ty,  Nikodem,  musisz  zdecydować.  Z  jednej  strony

twoje zagrożone życie, z drugiej pierwszy w historii polski pokojowy manewr na

tak wielką skalę, pokojowy manewr w miejsce krwawej wojny...

background image

T

ROZDZIAŁ XIX

elefon z kancelarii odebrał prezydentowi spokój na cały dzień. Był już

późny  wieczór,  a  on  nie  mógł  myśleć  o  czym  innym  niż

o zapowiedzianym spotkaniu. „Co mnie jeszcze, do stu diabłów, może

obchodzić ta baba!” – mitygował się w myślach, ale niepokój uparcie powracał.

„Taka  była  cholera  zakochana,  a  jak  tylko  znalazłem  się  w  tarapatach,  to  mnie

rzuciła  jak  jakieś  ścierwo...  No  i  z  tym  Hellem  musiała  kombinować  już

przedtem,  bo  skąd  on  się  przy  niej  w  trymiga  znalazł,  jak  mnie  zamknęli?  Eee,

chyba  jednak  nie,  dokąd  byłem  w  Koborowie,  ona  była  w  porządku”  –

rozmyślał Nikodem.

No i Nina Hell, uratowana od strasznej śmierci w sowieckim łagrze, znalazła

się  w  Belwederze  z  wizytą  u  prezydenta.  Spotkanie  wyznaczono  w  jednym

z  saloników  dla  oficjalnych  gości,  gdzie  Nineczka  długo  czekała  na  pojawienie

się  byłego  męża.  Siedziała  niepewna  w  głębokim  fotelu  i  patrzyła  na  ogród,

gdzie  wielki  rasowy  kot  pochwycił  właśnie  białoczarnego  ptaka,  pewnie  srokę,

i  tarmosił  go,  aż  sypały  się  pióra.  Nina  wzdrygnęła  się.  Ta  brutalna  scena

przywołała wspomnienia koszmaru, jaki niedawno przeżyła w Rosji.

Drzwi  do  saloniku  stuknęły  i  stanął  w  nich  Nikodem.  Nina  poderwała  się

z  miejsca.  Niegdysiejsi  państwo  Dyzmowie  patrzyli  na  siebie  w  milczeniu,

chwila ciszy była długa.

– Niku... Niku... – powiedziała wreszcie pobladła i zupełnie zagubiona Nina.

Nikodem  nie  podchodził  do  niej.  Ona  podbiegła  w  jego  kierunku  kilka  kroków

i zatrzymała się w miejscu, jakby zmrożona jego ostentacyjną obojętnością.

–  Dlaczego  tak  stoisz?  Siadaj,  pogadamy,  jak  przyszłaś.  Dobrze,  że  się  dało

ugadać z tymi draniami, bolszewikami, żeby cię puścili. Dwóch szpiegów poszło

na wymianę.

– Niku... Niku... – powtórzyła Nina i znowu zapadła cisza.

Nikodem  dopiero  teraz  zauważył,  że  „jego”  Nineczka  wygląda  już  nie  tak

pięknie  jak  kiedyś.  Gdy  się  jej  dobrze  przyjrzał,  spostrzegł,  że  usta  kobiety  są

lekko zniekształcone. Cała jej zresztą twarz była skrzywiona w jakimś grymasie,

background image

jakby  odcisnęło  się  na  niej  piętno  przeżytego  piekła.  Nina  stała  nadal  na  środku

salonu.

–  Nie  przywitasz  się  ze  mną,  nienawidzisz  mnie  bardzo?  –  zapytała

niepewnie.

–  Jak  się  mam  niby  z  tobą  przywitać,  jak  z  żoną?  Czego  chcesz,

wyciągnąłem  cię  z  tego  ruskiego  kryminału  i  fertig...  –  odpowiedział  sucho

Nikodem.

Nina cofnęła się, opadła na fotel i głośno zaszlochała. „Masz tobie! Baba jak

narobi  głupot,  to  zawsze  płacze...”  –  pomyślał  zniesmaczony  Nikodem.  Głośno

zaś prezydent zapytał:

–  A  Koborowo  to  całkiem  puścił  z  torbami  ten  twój  nowy  mąż?  Jego  ruscy

naprawdę  ukatrupili,  dwa  razy  sprawdzałem  przez  wywiad,  dostał  kulę  z  tyłu

w głowę, tak po sowiecku. Sama jesteś teraz?

–  Sama,  Niku.  Oskar  zastawił  Koborowo  we  francuskim  banku,  w  Paryżu,

jestem zrujnowana, prawie nic nie mam... – odpowiedziała, szlochając, Nina.

– Nie płacz, jakoś ci pomogę – rzekł już mniej oficjalnie Nikodem.

Kobieta  zerwała  się  z  fotela,  podbiegła  do  Dyzmy  i  pocałowała  go  w  rękę

podobnie  jak  poprzednio  Mańka.  „Masz  ci  ją,  powariowały,  głupie  baby”  –

pomyślał Nikodem i posadził Ninę w fotelu jak dziecko.

– Bili cię tam ci bandyci? Pewnie cię dranie katowali? – zapytał po chwili.

–  Życia  mi  nie  starczy,  żeby  ci  odpłacić  za  to,  że  zabrałeś  mnie  stamtąd!  To

były  bestie,  szakale...  zwyrodnialcy...  i  żadnego  ratunku,  żadnej  nadziei,  oprócz

tego, że ty może mnie uratujesz... Niku...

– No to urządził cię ten przybłęda, nie ma co gadać...

Nina  milczała  długo,  patrząc  w  jakiś  punkt  na  podłodze,  po  czym  zaczęła

mówić zdławionym głosem.

–  Do  tartaku  i  gorzelni  były  jakieś  niejasności  z  ziemią  i  francuski  bank  ich

nie przyjął. To mi zostało, tylko to. Pan Tokarczyk, dyrektor, pamiętasz go? Taki

wielki, zwalisty, okazał się uczciwym człowiekiem, nawet pensji zrzekł się przez

kwartał.  Skromnie  żyć  mam  z  czego,  zamieszkałam  w  pawilonie,  tam  gdzie

kiedyś mieszkał Georg. Przecież to dopiero miesiąc, jak wróciłam z tego piekła,

ziemię polską całowałam...

– A Koborowa odebrać tym draniom się nie da? – zapytał prezydent.

background image

– Może i by się dało, ale ja nie mam do tego głowy ani na to pieniędzy...

Teraz Nikodem patrzył na ogród, gdzie kot kończył rozprawiać się ze sroką,

a wiatr roznosił pióra po gazonie.

– Widzisz go, rabusia, zamordował ptaka – mruknął.

– Widziałam Niku. Widocznie tak jest urządzony świat, w którym kto może

zamordować  drugiego,  to  morduje...  –  Nina  podniosła  wzrok  i  popatrzyła  na

Nikodema  z  niepewnością  i  strachem.  –  Niku,  ty  kochasz  mnie  jeszcze  chociaż

trochę? Wrócisz do mnie? – zapytała, patrząc w przestrzeń. – Wrócisz do mnie?

Ja naprawdę kocham tylko ciebie – powtórzyła niepewnie...

– Że co?

– Wrócisz, kochany Niku? Wrócisz?!

Nikodem milczał bardzo długo, a Nina przeżywała katusze.

–  Może  tak,  a  może  nie...  –  odparł  wreszcie  po  swojemu.  –  Mam  na  głowie

sprawy  wojny,  bolszewicy  idą  na  Polskę...  Ty  byłaś  niewierna,  jak  mnie

oskarżyli... Zobaczymy, co da się zrobić – odpowiedział bez sensu, jak to często

robił.

***

Na  frontach  wojny  i  na  arenie  politycznej  w  kraju  działy  się  tymczasem  nowe

wydarzenia.  Do  samolotu  stojącego  na  pasie  startowym  wojskowego  lotniska

w  Warszawie  podjechał  czarny  mercedes  z  polską  banderką  na  błotniku.  Dwaj

mężczyźni,  cywil  i  wyższy  oficer,  wysiedli  z  samochodu.  Oczekujący  ich  na

płycie  lotniska  oficer  zasalutował  i  wręczył  generałowi  granatową  skórzaną

aktówkę.  Po  krótkiej  rozmowie  panowie  z  samochodu  zajęli  miejsca

w  samolocie  i  maszyna  natychmiast  wzbiła  się  w  powietrze.  Generał  pobieżnie

przejrzał  dokumenty,  które  przed  chwilą  otrzymał,  spojrzał  na  cywila

i powiedział:

–  Tak  gdzieś  od  Częstochowy  do  byłej  sowieckiej  granicy  na  całej

południowej  stronie  Polski  będzie  pan  musiał  zabezpieczyć  zaopatrzenie  dla

armii,  która  tam  się  skoncentruje.  Na  początek  będzie  to  kilkaset  tysięcy

żołnierzy...

– Ba! – odparł cywil. – Tam w niektórych miastach przy głównych szlakach

komunikacyjnych  rządzą  ciągle  Niemcy,  czy  nie  da  się,  panie  święty,  ich  jakoś

background image

wykurzyć?  Oczywiście  drogą  pertraktacji,  bo  wojny  z  Niemcami  chyba

ryzykować jeszcze nie warto... Wojny z Niemcami jeszcze w tej chwili nam nie

potrzeba.

– Oczywiście, przyjdzie czas i na wojnę, ale jeszcze nie teraz. Rzecz w tym,

żeby  Vollf  przekonał  Hitlera,  iż  zajęcie  południowej  Polski  przez  aliantów

zachodnich,  a  nie  Sowietów  jest  korzystne  także  dla  Niemców.  Taki

nieprzewidziany  przez  sprzymierzonych  manewr  może  przecież  opóźnić  marsz

bolszewików na Berlin...

–  Ba!  –  powtórzył  Kunicki.  –  Hitler  w  ogóle  nie  dopuszcza  myśli  o  marszu

wojsk Stalina przez Niemcy, podobny przebieg wojny to dla niego abstrakcja, on

autentycznie wierzy w cud, panie święty...

–  To  prawda  –  przytaknął  generał.  –  Wycofanie  niemieckich  dywizji,  które

strzegą  na  południu  oddanych  im  przez  nas  dróg  strategicznych,  to  warunek

powodzenia  całej  operacji.  Pracujemy  nad  tym  wspólnie  z  prezydentem,

klarujemy  Volffowi,  co  trzeba,  i  są  perspektywy,  że  ten  Szkop  to  kupi...  Ale  ja

widzę, panie Kunicki, że całe wojsko nazywa pana generałem, przyzwala pan na

to? – zmienił temat generał.

–  Pan  prezydent  raczył  mnie  tak  nazwać  publicznie,  no  i  zaopatrzeniowcy

w armii tak mi schlebiają. Prostowałem parę razy, ale nie pomogło, a niech tam...

– odparł niedbale cywil.

–  Ma  pan  poważanie,  panie  Kunicki,  bo  trzeba  przyznać,  że  armia

zaopatrywana  jest  świetnie,  prezydentowi  udała  się  ta  nominacja,  tylko

pogratulować  –  powiedział  beznamiętnie  oficer  w  generalskim  mundurze,

przyglądając się przez iluminator znikającemu w dole miastu.

–  Panu  prezydentowi  wszystko  się  udaje,  to  rzadki  geniusz  –  odparł  Leon

Kunicki, lekko skłaniając głowę przy słowach „panu prezydentowi”.

–  Ano  geniusz...  –  przytaknął  oficer  z  ironicznym  grymasem  na  twarzy,  co

nie uszło uwagi rozmówcy i podniósł on nieco głos.

–  Panie  generale,  często  dziwne  zachowanie  pana  prezydenta  i  jego

niezwykły  sposób  nazywania  rzeczy  nie  przeszkadzają  mu  w  podejmowaniu

genialnych  decyzji:  od  tej  ze  skupem  zboża  przed  laty  począwszy,  a  na

zaskakujących  propozycjach  składanym  obecnie  Niemcom  skończywszy.  Co  ja

mówię,  panie  święty,  gdzie  tam  skończywszy!  Pan  prezydent  ciągle  ma  nowe

background image

strategiczne pomysły...

Generał przyglądał się Kunickiemu długą chwilę, nim odpowiedział.

–  A  wie  pan,  słyszałem,  że  ten  bank  zbożowy  to  był  pana  koncept,  prawda

to?

–  Królu  złoty,  a  to  ci  heca...  Tak  opowiadają?  –  Kunicki  poruszył  się

w miejscu. Był skupiony, po chwili jednak jego napięta twarz się rozluźniła.

– Tak opowiadają... – odparł z powagą generał.

–  Jak  pan  prezydent,  jeszcze  zanim  został  premierem,  przybył  po  raz

pierwszy  do  Koborowa,  była  o  tym  rozmowa.  Ja  powiedziałem,  że  państwo

powinno  skupować  od  rolników  zboże,  ale  sprawa  w  rządzie  była  już

zaawansowana,  inaczej  nie  przeszłaby  tak  szybko...  –  Małe  bystre  oczy

Kunickiego  patrzyły  w  podniebną  przestrzeń.  –  Mówią  też,  że  to  pan,  panie

generale,  tak  pokombinował,  że  Nikodem  Dyzma  został  prezydentem,  a  został

nim  dlatego,  żeby  to  pan  mógł  rządzić  krajem...  Prawda  to,  panie  generale?  –

zapytał  cywil  takim  tonem,  jakby  chodziło  o  coś  zupełnie  nieistotnego.  Generał

Romanowski  długo  nie  odpowiadał,  aż  wreszcie  spojrzał  na  Kunickiego  ze

zmarszczonym  czołem,  wyraźnie  niezadowolony  z  takiego  obrotu  rozmowy.

Jednak  zaraz  twarz  jego  wypogodziła  się,  jakby  wpadł  na  zabawny  pomysł.

Samolot  położył  się  na  prawe  skrzydło,  przyjmując  kurs  bardziej  na  zachód,

a w dole leżały białe kłębiaste chmury.

– Panie Kunicki – powiedział z sarkastycznym uśmiechem generał – to taka

sama  bzdura  jak  z  tym  pańskim  zbożem  i  bankiem...  Taka  sama  bzdura,  panie

Kunicki.

Dalej  lot  przebiegał  w  ciszy,  słychać  było  tylko  równy  pomruk  silników.

Pasażerowie,  milcząc,  patrzyli  w  dół  na  ukazujące  się  między  obłokami  pola,

łąki,  lasy,  tu  i  tam  migające  wioski  i  małe  miasteczka.  Do  przerwanej  rozmowy

powrócił Kunicki.

–  Ja  myślę,  panie  generale,  że  prezydent  Dyzma  przejdzie  do  historii  jako

człowiek  niezwykły.  I  nie  ostatni  to  będzie  taki  Polak  i  taki  prezydent,  który

będzie niezwykły dlatego, że będzie zwyczajny...

–  Widzę,  że  zebrało  się  panu  na  wizjonerstwo  –  zauważył  dość  kwaśno

generał.

– A zebrało... A pan podobno poprzedniemu prezydentowi powiedział, kiedy

background image

Wojskowa  Patriotyczna  Rada  Realna  żądała  od  niego  dymisji,  że  Polsce  nie  są

potrzebni  bohaterowie,  tylko  potrzebny  jest  taki  Dyzma...  Taki  Dyzma....  I  to

było wizjonerstwo, tylko co to znaczy „taki Dyzma”, panie generale?

Romanowski nadal patrzył na niezliczone obłoki.

–  Taki  Dyzma  to  ktoś,  kto  jak  trzeba,  włoży  czapkę  stańczyka,  uda

kolaboranta, przeskoczy przez mur zamiast przechodzić bramą... Taki Dyzma to

epitet,  dla  głupców  porównanie  ośmieszające,  ale  w  istocie  oddające  szacunek

sukcesowi,  panie  Kunicki...  I  trzeba  mieć  nadzieję,  że  nasz  Nikodem  to  nie

ostatni  Dyzma,  który  uratuje  Polskę  i  któremu  pseudohistorycy  przyszyją

z  pogardą  łatkę  Lolka  czy  Tolka  za  to,  że  nie  walił  jedynie  łbem  w  mur  i  nie

machał  szabelką,  a  tu  i  tam  pokombinował,  robiąc  po  cichu  swoje.  Nieważne,

czy  to  pan  wymyślił  bank  zbożowy  i  czy  ja  wymyśliłem  „polski  manewr”.

Ważne, że znalazł się taki Dyzma, który porozglądał się, czy nie można inaczej,

zanim kazał strzelać. Bo w powstaniach i na wojnie przed lufami karabinów stoją

ludzie...

–  Tak  jest,  panie  generale....  Ministrowie  w  salonach  i  generałowie

w  apartamentach  lubią  wojować.  Kiedy  wygrywają,  zostają  marszałkami,  kiedy

przegrywają,  przestawiają  ołowiane  żołnierzyki,  które,  panie  święty,  jak  się

patrzy z bliska, to od kul krwawią...

W  tym  momencie  rozmowa  się  urwała,  bo  samolot  wpadł  w  turbulencje

i wyglądał, jakby podskakiwał na obłokach.

background image

S

ROZDZIAŁ XX

łużby  specjalne  już  kilkakrotnie  donosiły  prezydentowi,  że  jego  były

sekretarz  z  Banku  Zbożowego  często  wyjeżdża  do  Berlina  i  interesuje

się  skupiskami  ludności  polskiej  pochodzenia  żydowskiego.  Zygmunt

Krzepicki,  obecnie  bez  znaczącego  stanowiska  w  rządzie  polskim  i  kancelarii

prezydenta,  pracował  teraz  bezpośrednio  dla  Niemców.  Jednak  gdy  pojawił  się

u prezydenta w faszystowskim mundurze, zaskoczenie było olbrzymie.

– A pan co, panie Krzepicki, wystroił się jak aktor na defiladę, przebrany za

jakiegoś dostojnika niemieckiego – zrugał go od razu prezydent Dyzma.

–  Nie  aktor,  panie  prezydencie,  tylko  narodowy  działacz  europejskiego

postępu...

– Narodowy? A jakiego to narodu działacz, panie Krzepicki?

– Wielkiego narodu niemieckiego, panie prezydencie.

– Niemieckiego? A jakim prawem pan reprezentuje wielki naród niemiecki?

– Ja mam takie prawo...

– Wpisał się pan na listę? 

[2]

– Zostałem zaszczycony takim zaproszeniem... – odparł chełpliwie Krzepicki.

W  dalszej  rozmowie  okazało  się,  że  były  sekretarz  obecnie  jest

pełnomocnikiem  Rzeszy  do  przesiedleń  ludności  żydowskiej.  Zyziowi  bardzo

bliskie  stały  się  idee  Führera  dotyczące  oczyszczenia  Europy  z  mniejszości

narodowych  i  nobilitacji  rasy  nordyckiej.  „Pełnomocnik  niemiecki”  radził

prezydentowi, żeby Polska zrezygnowała z udzielania azylu na swoim terytorium

dla  tylu  Żydów,  bo  jak  powiedział,  wódz  nigdy  się  na  to  nie  zgodzi  i  im

wcześniej polski rząd zmądrzeje, tym dla Polski będzie lepiej.

Kilka  miesięcy  po  tej  rozmowie,  gdy  generał  Romanowski  skończył

referować  prezydentowi  zawiłe  sprawy  ekonomiczne  uwikłanego  w  różne

zobowiązania polskiego przemysłu zbrojeniowego, w gabinecie zjawił się kurier

z  pilną  wiadomością.  Wywiad  donosił  o  poufnym  spotkaniu  polskiego  polityka

Zygmunta  Krzepickiego  z  Adolfem  Hitlerem.  Tematem  tego  spotkania  była

sprawa Żydów na ziemiach polskich.

background image

Zarówno prezydent, jak i generał wiedzieli, co to znaczy.

Rok  wcześniej  w  sprawie  Żydów  celnymi  pomysłami  i  talentem

organizacyjnym  zabłysnął  nie  kto  inny  jak  niezastąpiony  Leon  Kunicki.

W  wieczornej  pogawędce  prezydent  zwierzył  się  staremu  wydze,  że  sprawa

żydowska  spędza  mu  sen  z  powiek  i  nie  daje  spokoju.  Okazało  się  bowiem,  że

na terenach Polski z dala od dróg strategicznych, gdzie Niemców w zasadzie nie

było, czyli w okolicach Częstochowy, Kielc, Lublina, Kowla i innych, schroniły

się  setki  tysięcy  uciekinierów  żydowskich.  Niektóre  z  tych  miast  zaczęły  nawet

tracić charakter polski i były przede wszystkim żydowskie. W roku 1939 Polska

spełniła  żądania  Hitlera  i  oddała  Niemcom  Gdańsk,  tzw.  korytarz,  a  także

udostępniła  drogi  strategiczne  z  zachodu  na  wschód,  ale  zachowała  swoją

suwerenność.  Nie  przystąpiła  do  wojny  po  stronie  Niemiec  i  nie  poparła  idei

faszystowskich.  Polscy  obywatele  pochodzenia  żydowskiego  pozostali  nadal

polskimi pełnoprawnymi obywatelami. Generał Romanowski i prezydent Dyzma

wiedzieli, że taki stan rzeczy jest bombą z opóźnionym zapłonem w pokojowych

stosunkach  z  Niemcami.  A  Kunicki  jak  to  Kunicki,  zatarł  małe  rączki  i  zaczął

monolog.

–  Królu  złoty,  panie  Nikodemie  kochany,  ja  przewiduję,  że  Hitlerowi  będą

potrzebne  ciepłe  ubrania  dla  wojska.  Z  połowy  tych  Żydów  na  południu  Polski

zrobimy  krawców,  reszta  im  będzie  pomagać...  Trzeba  tylko  wymyślić  jakieś

ekstrapraktyczne  fasony  ubrań,  mundurów  polarnych,  jedyne,  niezastąpione

modele...  Jest  siła  robocza?  Jest!  Są  fabryki?  Są!  Jest  zapotrzebowanie?  Jest!

Może być wielki interes? Może!

I tak Kunicki z kilkoma specjalistami poleciał do Norwegii, potem do Japonii

i  gdzieś  do  Eskimosów.  Jego  kurteczki  strzeleckie  i  spodnie  śniegowe  okazały

się  rewelacyjne,  a  tym  samym  zakusy  Hitlera  na  polskich  Żydów,  którzy

masowo produkowali te cudeńka, przyhamowały i wszystko zostało po staremu,

dopóki sprawą nie zajął się „niemiecki pełnomocnik” i doradca, Zyzio Krzepicki.

Zaniepokojony prezydent poprosił więc do siebie swojego byłego sekretarza.

– Panie Krzepicki, co pan wyprawia z tymi Żydami? Po co to panu?

–  To  nie  o  mnie  chodzi,  to  jest  wielka  sprawa  narodowego  socjalizmu

i nordyckiej rasy, Europa jest dla Europejczyków, panie prezydencie...

– W Polsce będzie tak, jak zarządzi polski rząd i polski prezydent, niech pan

background image

nie zapomina, że tu jest wolna, suwerenna Polska, panie Krzepicki.

–  Ale  tu  jest  także  nowa  Europa,  panie  Nikodemie.  –  Krzepicki  zrobił  się

bezczelny,  jego  spotkanie  z  Hitlerem  zaowocowało  najgorszym.  –  Polska  nie

będzie  zaśmiecać  rasami  półludzi  nowej  Europy,  to  sprawa  międzynarodowa!  –

pyskował pewny siebie jak nigdy Krzepicki.

Po  tej  rozmowie  prezydent  upewnił  się,  że  życie  polskich  Żydów  jest

zagrożone  nie  tylko  przez  Niemców.  Nieskończenie  wiele  było  przypadków

ofiarnego  solidaryzowania  się  polskich  naukowców  i  lekarzy  z  kolegami

żydowskiego pochodzenia, a także zwyczajnych obywateli we wsiach i miastach

polskich, co krzepiło i uspokajało, jednak ta sprawa miała wymiar szczególny...

Któregoś  letniego  dnia  generał  Romanowski  zaprosił  prezydenta  na  spacer.

Był  upał,  więc  panowie  zdjęli  marynarki  i  pozostawili  je  na  ławeczce

w przypałacowym parku.

–  Nigdy  nie  jestem  pewny,  czy  w  twoim  gabinecie  nie  ma  niemieckiej

pluskwy... To znaczy, czy nie ma jeszcze innych pluskiew poza tymi, o których

wiem  –  powiedział,  krzywiąc  się  generał.  –  Nigdy  też  nie  wiadomo,  co  mamy

w marynarkach – dodał.

–  Gabinet  i  marynarki  zostały  za  nami,  widzę,  że  masz  jakieś  ekstra

wiadomości – stwierdził prezydent, przeczuwając coś złego.

–  Mam...  Chodzi  o  twojego  starego  przyjaciela,  Krzepickiego.  On

w likwidacji naszych Żydów widzi swoją osobistą karierę...

– U Hitlera? – zapytał Nikodem Dyzma.

–  Bezpośrednio  u  Hitlera...  Wysoko  mierzy  ten  twój  Krzepicki...  To

niebezpieczny karierowicz...

– Aż tak daleko zabrnął Zyzio, mój sekretarz z banku? Kto by pomyślał... To

zawsze  był  wielki  spryciarz,  ale  człowiek  raczej  porządny.  Szkoda,  wielka

szkoda...  –  Nikodem  skrzywił  się  i  dalej  obydwaj  panowie  dłuższy  czas

spacerowali w milczeniu, rozmyślając.

–  To  jest  sprawa  przetrwania  bądź  zagłady  Żydów  polskich,  panie

prezydencie...  –  przerwał  ciszę  generał,  zwracając  się  do  rozmówcy  już

oficjalnie.

Nazajutrz  w  Belwederze  szef  wojskowej  rady  bawił  się  jak  zwykle

miniaturką  mostu,  należącą  niegdyś  do  cara  Piotra  Wielkiego.  Jego  mechanizm

background image

był  nakręcony,  trębacze  stali  na  stanowiskach,  fanfary  były  opuszczone,

zwodzone  przęsło  uniesione  po  skosie  zamykało  przejście  po  szczerozłotej

platformie.

– Albo jeden człowiek, albo co najmniej kilkaset tysięcy niczemu niewinnych

ludzi... – mruknął jakby do siebie generał, lecz patrzył na prezydenta.

– Chuchniesz na zabawkę? – zapytał Nikodema Dyzmę.

Ten  długo  nie  odpowiadał.  Przygryzł  usta,  wytarł  pot  z  czoła,  a  rysy  jego

twarzy stężały.

– Nie... Nie chuchnę... – odparł w końcu głucho i uniesione przęsło pozostało

zamknięte.

Do  późnej  nocy  Nikodem  nie  mógł  myśleć  o  niczym  innym.  Wspominał  Zyzia

jako  niezastąpionego  doradcę  i  przyjaciela,  gdy  on,  Nikodem,  z  poczwarki

egzystującej  na  poddaszu  u  praczki  Walentynowej  przemieniał  się  w  bywalca

wielkich salonów. To znów widział go w mundurze hitlerowskiej partii i słyszał

jego słowa twarde jak metal.

Miesiąc  później  berlińskie  radio  w  wiadomościach  porannych  podało

informację,  że  znany  polski  polityk  Zygmunt  Krzepicki,  członek  niemieckiej

partii  nazistowskiej,  poniósł  śmierć  w  tragicznym  wypadku  podczas  polowania

na  wilki  gdzieś  w  Alpach.  Władze  hitlerowskie  wyrażały  żal  i  przesyłały

kondolencje  polskiemu  rządowi  oraz  prezydentowi,  który  jeszcze  przed  wojeną

był bliskim przyjacielem zmarłego.

W czasach niepewnego jutra często pojawiają się między ludźmi i złowrogie

lub niosące nadzieję przepowiednie tajemnych wyroczni. Także tym razem wieść

od gór płynąca rozgorączkowała ludzi. Bo oto podczas niewielkiej burzy piorun

strzelił  w  maleńki  kościółek  na  górskiej  przełęczy.  Kaplica,  chociaż  drewniana,

nie zapaliła się, tylko rozbita na kilka części rozsypała się w drobny mak. Pękła

też  i  odsłoniła  swoje  wnętrze  miedziana  kula,  na  której  spoczywał  krzyż  na

wieżyczce kościoła. Fakt, że świątynia nie tylko nie spłonęła, ale w ogóle się nie

zajęła ogniem, choć wieżyczka była osmolona, niepomiernie zdziwił przybyłych

na  miejsce  strażaków  oraz  księdza.  Ale  to  był  dopiero  początek  sensacji.  We

wnętrzu rozłupanej kuli znaleziono ledwo okopcone, stare i pożółkłe papiery ze

śladami  wypalonymi  przez  iskry.  Wyglądało  to  tak,  jakby  jakaś  siła  tajemna

zagasiła  ogień  pioruna,  wykorzystując  jedynie  jego  moc  do  rozłupania  skrytki.

background image

Papiery  znalezione  we  wnętrzu  kuli  zapisano  kaligraficznym  pismem  po  łacinie

i  częściowo  w  języku  staropolskim.  Były  to  modlitwy  i  przesłania  traktujące

o wydarzeniach w czasach, które kiedyś nastaną i kiedy ludzie wilkami sobie będą, a co na

pożytek powszechny zesłane im będzie, deptać a opluwać będą, pomniejszając i upadlając

się  wzajemnie.  Przepowiednia  dotyczyła  lat  dekady  pierwszej,  po  tym  jak  rok  dwa

tysiące nastanie. U prezydenta zjawił się generał Romanowski z wiadomością, że

Żydzi  z  bezpiecznych  przyfabrycznych  osiedli  uciekają  do  lasu,  twierdząc,  że

koniec wojny już rychły i prorok im radzi schronienia w głuszy szukać, bo jeszcze

raz bestia, która żywi się zbrodnią, zanim podłego żywota dokona, lud uciemiężony krwawo

doświadczy...  Władze  polskie  w  rozmowach  z  Niemcami  podwoiły  czujność  na

okoliczność  nowych  zbrodni  niemieckich,  ale  na  nic  takiego  się  nie  zanosiło.

Wiele  natomiast  wersów  przepowiedni  pasowało  jak  ulał  do  wydarzeń

w Europie i w Polsce. Ogień będzie trawił miasta, ludzie jak łowna zwierzyna kryć  się

będą  w  norach  przed  zbójcami  spod  znaku  krzyża  na  obraz  pająka  kreślonego,  a  i  zaraza

lęgnąca się w umysłach gawiedzi, przywdziawszy szatę czerwoną, niszczyć będzie porządek

wszelaki... Na ziemi zaś tutejszej po wielkiej pożodze świata całego, która kraj ten skrajem

obejdzie, po latach dostatku wszelkiego katastrofa okrutna tam będzie. Jako w pacierzach

odpuść  nam  Panie,  bo  i  my  winy  odpuszczamy,  ludy  się  korzyły,  tak  nawet  dziatwę  tylko

nienawiści  uczyć  się  będzie.  Bóg  tedy  karę  na  zaprzańców  ześle,  a  i  na  mężów  oraz

niewiasty  niewinne  także,  którzy  okrętem  przez  morze  płynąć  będą,  a  wody  głębokie

rozstąpiwszy się, cały okręt wraz królem i królowa w odmęty pochłoną... Niegodziwi z kary

bożej  zadrwiwszy,  że  to  zbrodnia,  nie  kara,  okrzykną...  Strasznie  brzmiała  ta

przepowiednia,  ale  ponieważ  odległych  czasów  dotyczyła,  ludzie  zapomnieli

o niej, aż spadł czarny deszcz ulewny z nienawiści karłów zrodzony. Sprawiedliwi zaorali

ziemię  skażoną  i  znowu  było  zielono  wszędy.  Nienawiść  powszechna  przez  maluczkich

zasiewana  nikogo  już  nie  zabiła,  a  oni  sami,  zwycięzcy  w  wojnach,  których  nie  było,

przegrani i zapomniani nawet przez śmiech historii pozostali.

Lecz  przepowiednia  przepowiednią,  a  na  ziemi  od  Tatr  do  Bałtyku  wojny

ciągle nie było. Czy tak mogło pozostać na zawsze?

– Królu złoty, panie Nikodemie kochany! – Tym razem Kunicki wydawał się

mocno  przejęty.  –  Na  foncie  jest  huczek,  moi  handlowcy  to  najlepsi  szpiedzy

pod  słońcem.  Szwaby  się  buntują  na  froncie,  że  w  walce  z  bolszewikami  nasza

armia  nie  wspiera  Wermachtu,  że  Polska  przed  bolszewią  dekuje  się  za  ich

background image

plecami, panie święty... I oni nam coś wykombinują...

– Co mogą nam narzucić? O czym pan mówi, panie Kunicki?

– Niemieckie gazety jakby się zmówiły i smarują nas za tchórzostwo wobec

wysiłku  militarnego  i  bohaterstwa  Niemców  na  froncie  wschodnim,  bo

wiadomo,  że  bolszewicy  mieli  napaść  na  Polskę,  gdyby  Niemcy  nie  napadli  na

bolszewików...

– Wiem o tym, mam już drugi list od Hitlera w tej sprawie, ale nie po to było

tyle  kombinacji  z  naszą  neutralnością,  żeby  teraz  pchać  się  w  wojnę,  panie

Kunicki.  Wikłać  się  w  wojnę  po  stronie  Niemiec  i  potem  bić  się  z  Anglikami,

Sowietami, Amerykanami...

–  Co  by  tu  wykombinować,  co  by  tu  wykombinować...  –  Chwilę  trwała

cisza,  lecz  wnet  znowu  odezwał  się  Kunicki.  –  Ochotnicy...  tylko  polscy

ochotnicy,  panie  prezydencie,  trzy,  cztery  no  może  pięć  dywizji  ochotników

dobrze  wyszkolonych,  dobrze  uzbrojonych.  Takich  ochotników,  którzy  jak

zawalczą, to będzie o nich głośno... Bo jak damy Hitlerowi ochotników, to niech

kto  powie,  że  nie  wspieramy  Niemców  na  froncie,  a  do  wojny  nie  przystąpimy

i jak Hitler przegra, Polska z nikim walczyć nie będzie musiała, bo przecież była

neutralna, panie święty...

–  To  prawda,  myśleliśmy  już  o  tym,  tylko  czy  Hitler  zadowoli  się

ochotnikami.  On  tu  wyraźnie  pisze  o  pięćdziesięciu  dywizjach  regularnego

wojska. Nie wystarczy mu już nasza neutralność. Źle się robi, panie Kunicki...

Istotnie,  od  czasu  gdy  hitlerowskie  dywizje  na  dobre  ugrzęzły  w  rosyjskich

śniegach  i  impet  ich  ofensywy  się  załamał,  Führer  zaczął  szukać  rezerw

wojskowych  poza  Rzeszą.  Polska  tymczasem  nadspodziewanie  długo

wytrzymywała  naciski  dyplomacji  niemieckiej  i  samego  Hitlera,  pozostając  na

uboczu  działań  wojennych.  Prezydent  patrzył  na  Kunickiego  i  zastanawiał  się,

czy jest taka sprawa, taki problem, wobec którego ten człowiek byłby bezradny.

Ochotnicy...  W  rzeczy  samej  stary  to  sposób  wojowania,  jeżeli  sytuacja

międzynarodowa  wymaga  tego,  aby  państwo  wojujące  pozostało  „neutralne”.

Przy  czym  udział  takich  krajów  w  takiej  wojnie  musi  być  w  wyraźny  sposób

mniejszy,  niżby  walczyły  one  oficjalnie,  co  przecież  jak  na  zamówienie

odpowiadało obecnym interesom Polski.

–  Tak  jest,  panie  Kunicki  –  zaczął  łgać  jak  zwykle  Nikodem.  –  Mówiłem

background image

panu  już,  że  myśleliśmy  o  ochotnikach,  bo  to  najlepsze  rozwiązanie  problemu.

Tylko  ilu  zbierzemy  takich  ochotników?  Bo  kto  będzie  chciał  się  pchać  pod

karabiny maszynowe i bomby w taki mróz, gdzieś tam w Rosji?

–  Ma  się  rozumieć,  królu  złoty,  panie  Nikodemie  kochany,  że  tych

ochotników,  że  tak  powiem,  że  tak  powiem,  trzeba  będzie  trochę  podochocić...

Powiedzmy,  że  rozniesie  się  wieść  o  poborze  obowiązkowym  na  wojnę

w Afryce, bo mamy zamiar wojować o polskie kolonie, że będzie pobór na trzy

lata  do  Afryki,  a  nasi  ochotnicy  pójdą  do  wojska  tylko  na  pół  roku,  tu,  blisko

domu,  za  samą  granicą,  do  Rosji.  No  i  tym  ochotnikom  trzeba  będzie  dać

przywileje,  panie  święty,  przywileje  osadnictwa  na  ziemiach  zdobytych  na

wschodzie...

Jeszcze  tego  wieczora  prezydent  poprosił  do  Belwederu  generała

Romanowskiego,  który  przybył,  o  nic  nie  pytając,  jakby  zgadł,  na  jaki  temat

będzie rozmowa.

–  Słyszałeś,  co  wyprawiają  niemieckie  gazety?  –  zagadnął  prezydenta.  –

Oskarżają nas o zdradę, nie tylko zresztą gazety, w Berlinie, Breslau i Hamburgu

maszerują  wrogie  Polsce  pochody...  „Polacy  przed  bolszewizmem  kryją  się  za

niemieckimi  plecami”,  „Dyzma  paktuje  ze  Stalinem”,  „Polscy  dekownicy  na

front!” – Takie różne hasełka wypisują, panie prezydencie.

–  Długo  neutralności  nie  utrzymamy,  coś  musi  pęknąć  –  zaniepokoił  się

prezydent.

–  Pęknie  cholernie  kruche  porozumienie  z  faszystami,  pokój  naszych

obywateli  w  dobrze  ogrzanych  i  dobrze  zaopatrzonych  mieszkaniach  wezmą

diabli. W czasie prawie trzech lat udało nam się uratować kilka milionów ludzi...

Miasta się udało zachować, rozbudować przemysł. Teraz albo Hitler urządzi nam

krwawą  okupację,  albo  będziemy  musieli  szybko  przystąpić  do  wojny  po  jego

stronie. Koniec defilady, Nikodem, trzeba ogłosić mobilizację...

– Zaraz mobilizację? Inaczej nie można?

– Jak inaczej? Harcerzy chcesz posłać na Moskwę?

–  Harcerzy?  Harcerzy  nie,  ale  ochotników,  rozumiesz?  Formalnie

pozostaniemy  neutralni,  a  mimo  to  damy  Führerowi  kilka  znakomicie

uzbrojonych  dywizji.  Dla  Szwabów  to  lepsze  niż  pełna  okupacja  Polski,  bo  oni

wiedzą, co potrafi nasza partyzantka. Ruchu oporu mają dość we Francji...

background image

Generał Romanowski zerwał się z miejsca.

– Ochotnicy! Oczywiście! Wiesz, że to jest myśl, Nikodem?!

–  Pewnie,  że  wiem,  wezwałem  Kunickiego  i  kazałem  mu  policzyć,  ile

dywizji  ochotników  w  trymiga  możemy  wystawić...  Powiedziałem  mu  też,  że

„chętnych”  trzeba  dodatkowo  zachęcić,  żeby  ich  było  więcej.  Osadnictwo  na

rosyjskich  podbitych  terenach,  ziemia  na  własność,  domki  z  ogródkami,  ulgi

w  służbie,  alternatywa  z  wieloletnią  wyimaginowaną  kampanią,  powiedzmy

w  Afryce  w  przyszłych  polskich  wojnach  kolonialnych,  i  takie  różne,  panie

święty, jak to mówi Kunicki.

–  Jesteś  genialny,  Nikodem!  Niech  żyje  prezydent  Dyzma!  –  generał

Romanowski zasalutował i powtórzył: – Ochotnicy, oczywiście tylko ochotnicy!

Za  kilka  dni  w  radiu,  w  gazetach,  na  murach  w  postaci  afiszy  i  plakatów

pojawiły  się  hasła:  „POLSCY  OCHOTNICY  WOJENNI  NA  MOSKWĘ!”,

„OCHOTNICY 

WOJENNI 

NIECH 

ŻYJĄ!”, 

„POLSKA 

LEGIA

ZWYCIĘŻY!”.

Kapitan Tosiek, awansowany do stopnia majora i oddelegowany jako  oficer

do spraw specjalnych w formacjach wojennych ochotników polskich, okazał się

niezwykle  zdolnym  propagandzistą.  Związał  się  z  filmowcami  i  w  niecałe  pół

roku  od  powołania  go  na  nowe  stanowisko  na  ekrany  kin  wszedł  wyciskający

łzy  film  o  bohaterskiej  młodzieży  polskiej,  która  gremialnie  wstępując  do

antybolszewickiej legii, u boku wielkiego sojusznika Polski – Niemiec – gromiła

odzianych  w  łachmany,  brudnych  kacapów  broniących  po  pijanemu  nędznych

kołchozów.

W  księgarniach  ukazały  się  pospiesznie  napisane  przez  znanych  polskich

pisarzy  książki  na  podobny  temat.  I  w  ten  sposób  fortel  z  ochotnikami

wojennymi mający na celu ratowanie polsko-niemieckiego układu o neutralności

Polski  w  drugiej  wojnie  światowej  stał  się  wielkim  wydarzeniem.  Z  dnia  na

dzień  koszary  i  naprędce  tworzone  kampusy  wypełniały  się  ochotniczo

werbowanym  wojskiem.  Mnożyły  się  polskie  oddziały,  plutony,  pułki,  dywizje.

I  nie  było  to  jedynie  malowane  wojsko.  Walczące  o  Moskwę  oraz  na  południu

Związku  Radzieckiego  długo  nieluzowane  i  zmęczone  dywizje  niemieckie

straciły  impet.  Co  więcej,  masowe  zbrodnie  dokonywane  przez  Niemców  na

ludności  cywilnej  zmieniły  stosunek  ludzi  do  okupanta,  w  którym  początkowo

background image

widziano  wyzwoliciela,  i  teraz  bolszewicy  bronili  każdej  wsi  i  każdego

miasteczka wręcz zajadle.

background image

W

ROZDZIAŁ XXI

prowadzane  do  boju  dywizje  polskich  ochotników  ponownie

obudziły  nadzieje  Ukraińców,  Białorusinów  i  Rosjan  na

wyzwolenie  i  lepsze  życie.  Na  terenach  zajmowanych  przez

polskich  ochotników  wojennych  działo  się  zupełnie  inaczej  niż  na  obszarach

zdobywanych  przez  Wermacht,  tu  bowiem  narody  podbite  traktowane  były  jak

wyzwalani przyjaciele.

U  prezydenta  Dyzmy  zjawił  się  przed  wieczorem  jego,  jak  go  powszechnie

nazywano, stary przyjaciel i tajny doradca Leon Kunicki.

–  Panie  Nikodemie  kochany,  królu  złoty,  bo  ja  sobie  tak  pomyślałem,  że  te

rezerwy  tandety,  którymi  zawalone  są  magazyny  pod  Berlinem  i  w  składach

portowych  w  Hamburgu,  można  by  z  wielkim  powodzeniem  wykorzystać

w Sowietach, gdzie panie święty, biedę podpiera nędza.

– O czym pan mówi, panie Kunicki?

–  Królu  złoty,  moi  ludzie  odkryli,  że  Niemcy  mają  olbrzymie  składy

rowerów,  nart,  tandetnych  zegarków,  ozdób  na  choinkę,  papieru  toaletowego...

To  są  towary  z  brakami,  niedopuszczone  do  handlu  w  Rzeszy,  albo  wyroby

zarekwirowane kupcom żydowskim... Te towary dla Niemców są nieprzydatne,

ale  dla  bolszewików  to  by  były  cuda  techniki.  Dla  Ruskich  z  kołchozów,  panie

święty, zegarek nie musi pokazywać godziny, wystarczy, że tyka, panie święty.

Niechby nasze wojsko odkupiło od Niemców tandetę. Rosję można, królu złoty,

zdobywać albo strzelając, albo rozdając taką tandetę, panie święty...

Krótka  ta  rozmowa  stała  się  tematem  kolejnego  spotkania  prezydenta

z przewodniczącym Wojskowej Patriotycznej Rady Realnej. Niedługo też potem

następujące  po  sobie  niczym  wystrzały  z  karabinu  maszynowego  zwycięstwa

ochotników  polskich  na  wschodnim  froncie  drugiej  wojny  światowej  zdawały

się wręcz krzyczeć, że koniec tej wojny jest już bardzo bliski.

Major  Tosiek  jeszcze  w  akademii  wojskowej  słynął  ze  zwariowanych

pomysłów.  Teraz,  gdy  bawił  na  froncie  wschodnim,  po  zdobyciu

kołchoźniczego  miasteczka  Katriń,  które  przywitało  wyzwolicieli  polskich

background image

kwiatami  i  beczką  dobrego  samogonu,  uległ  ogólnemu  pijaństwu,  po  którym

ogłosił,  że  jego  żona  Wiera,  z  pochodzenia  Rosjanka,  powiła  mu  właśnie

szczęśliwie  dwóch  synów.  Z  tej  okazji  rozkazuje  dać  w  prezencie  od

słowiańskiej armii polskiej każdej słowiańskiej kobiecie w tym miasteczku, która

na imię ma Wiera, damski rower. Co setny zaś obywatel tego miasteczka, który

ustawi się w kolejce, dostanie niemiecki zegarek. Kilka dni wcześniej do pułku,

w którym działał major Tosiek, kwatermistrz dostarczył trzy wagony niemieckiej

tandety.  Efekt  triku  zapożyczonego  z  okresu  podbijania  zacofanych  krajów  na

czarnym  lądzie  przeszedł  oczekiwania  dowcipnego  oficera,  a  także  strategów

niekonwencjonalnej  wojny  w  Warszawie.  Rosjanie  w  Katrinie  początkowo  byli

nieufni,  ale  gdy  pierwsze  panie  wyjechały  na  rowerach  na  ulice  i  pierwsi

panowie w olbrzymiej kolejce – przywodzącej na myśl węża – istotnie otrzymali

zegarki,  mieszkańcy  miasteczka  zaczęli  kłaniać  się  polskim  „okupantom”  na

ulicy.

W  siedzibie  komitetu  okręgowego  rozpędzonej  na  cztery  wiatry  sowieckiej

partii komunistycznej powołano komisję do spraw parcelacji ziemi kołchoźniczej

odebranej niedawno rolnikom.

„ZIEMIA  DLA  CHŁOPÓW!”,  „JUŻ  OD  JUTRA  ODDAJEMY  WAM

WASZE 

HEKTARY!”, 

„PRECZ 

KOŁCHOZAMI!”, 

„PRECZ

Z  KOMUNĄ!  PRECZ  SOWIECKĄ  BIEDĄ!”,  „NIECH  ŻYJE  CHŁOPSKA

WŁASNOŚCIOWA  REFORMA  ROLNA!”.  Całe  miasto  Katriń  pokrywały

takie  plakaty  oraz  bardziej  radykalne  hasła  wymazane  na  murach  smołą  przez

Rosjan:  „STALINOWI  SZUBIENICA!”,  „NIECH  ŻYJE  PRZYJAŹŃ

POLSKO-ROSYJSKA!”, „NIECH ŻYJE BIAŁA WOLNA ROSJA!”.

Wieść zaś, która przekroczyła linię frontu i zawędrowała daleko na wschód,

głosiła,  że  Polacy  wprowadzając  w  Rosji  kulturę  zachodnią,  dają  za  darmo

lojalnym  obywatelom  rowery  i  zegarki,  a  potem  będą  dawać  motocykle

i  samochody  oraz  dla  każdej  rodziny  budować  oddzielne  domy.  I  teraz  w  Rosji

będzie  druga  Ameryka,  a  w  Ameryce  wiadomo  –  wszyscy  mają  wszystko...

Wypadki te jak efekt domina wyzwoliły lawinę nieprzewidzianych przez  strony

wojujące  zdarzeń.  Stalin  zwołał  na  Kremlu  tajną  naradę...  Po  stronie  sowieckiej

na  styku  z  dywizjami  polskich  ochotników  pospiesznie  odwoływano  walczące

pułki  Armii  Czerwonej,  zastępując  je  doborowymi  jednostkami  NKWD.

background image

Wkrótce okazało się jednak, że także polityczna policja nie może oprzeć się chęci

posiadania  tak  pożądanych  dóbr  materialnych,  jakimi  w  najbardziej  zacofanych

rejonach sowieckiej Rosji były „czasy” i motory.

U prezydenta Rzeczypospolitej zjawił się szef Wojskowej Patriotycznej Rady

Realnej w asyście szybko awansującego Tośka, już obecnie pułkownika.

–  Panie  prezydencie  –  zaczął  oficjalnie  generał  Romanowski.  –  Melduję

klęskę  zwycięstw  na  wschodzie.  Oddziały  polskich  ochotników  wbiły  się

szerokim  klinem  w  sowieckie  linie  obrony  i  grozi  im  odcięcie.  Wstrzymałem

walki,  ale  przez  front  przedzierają  się  nadal  sowieccy  dezerterzy  i  masy

cywilów... Wojna przybrała zaskakujący obrót...

Prezydent,  zaskoczony  tymi  sensacjami,  nie  wiedział,  co  nakazać,

i  postanowił  zwołać  naradę  swoich  poufnych  doradców,  ale  nowe  wypadki

wyprzedziły jego plany.

W  Belwederze  dobrze  wiedziano,  że  niekiedy  wieczorami  prezydent  jest

bardzo  zajęty  i  broń  Boże,  żeby  mu  wówczas  przeszkadzać.  Dlatego  też  kiedy

właśnie  takiego  wieczora,  około  godziny  dwudziestej  trzeciej,  u  głowy  państwa

zjawił  się  prezydencki  doradca  Leon  Kunicki,  usiłowano  go  odprawić

z  kwitkiem.  Zawsze  spokojny  Kunicki  tym  razem  krzyknął  na  oficera

służbowego,  twierdząc,  że  przybywa,  panie  święty,  ze  sprawą  decydującą

o  losach  wojny.  „Ja  muszę  rozmawiać,  bo...”  –  i  tu  doradca  prezydencki  zaczął

młodemu oficerowi wręcz grozić.

Zadzwoniono  do  gabinetu,  prezydent  podniósł  słuchawkę  dopiero  po

dłuższej chwili.

–  Do  jasnej  cholery,  który  tam  chce  na  pysk  wylecieć  z  roboty?!  Kto  chce

dymichy i mi przeszkadza, jak potrzebuję spokoju? Mówiłem, że...

W tej chwili do słuchawki z drugiej strony linii dorwał się Kunicki.

–  Panie  prezydencie,  królu  złoty,  jest  goniec  z  frontu,  kurierzy  czekają...

Trzeba decydować, trzeba decydować... Trzeba budzić generała, trzeba działać...

– Eee tam, decydować. Do jutra nic się nie zawali, a panu, panie Kunicki, to

ja przykrócę te wizyty i będzie spokój – warknął prezydent i rzucił słuchawkę na

widełki.

Kunicki  stał  w  chwilę  w  miejscu,  przygryzł  wargę  i  myślał  intensywnie.

Podszedł drobnymi kroczkami do oficera dyżurnego.

background image

–  Proszę  pana,  umówimy  się  tak:  pan  mnie  natychmiast  doprowadzi  do

prezydenta,  a  ja  panu  załatwię  awans  na  porucznika,  parol,  słowo  honoru...

Zgoda?

Podporucznik  Szczawik  wyprężył  się  na  baczność.  Kunicki  jako  osoba

prezydentowi  najbliższa  powszechnie  w  armii  był  tytułowany  generałem

i traktowany jak generał.

– Melduję, panie generale, że nie mogę.

–  Poruczniku,  czy  pan  otrzymał  rozkaz  od  prezydenta,  żeby  mnie  nie

wpuszczać?

– Melduję, że takiego rozkazu nie otrzymałem.

– Więc ja panu oświadczam, że prezydent kazał mi natychmiast stanąć przed

swoim  obliczem,  natychmiast!  –  powtórzył  Kunicki.  –  I  pan  ma  mnie  do  niego

doprowadzić.  No  i  powtarzam:  albo  pan  awansuje,  albo  ja  podam  się  do

dymisji... Rozumie pan?

– Tak jest, panie generale!

Kunicki  z  młodym  oficerem  udali  się  do  prezydenta.  W  salonie  przed

gabinetem  dały  się  słyszeć  brzdąknięcia  w  mandolinę  i  słowa  ckliwej  miłosnej

piosenki.

– Masz ci go, Cezar – mruknął do siebie „generał” i zapukał do drzwi. Gitara

ucichła  i  pieśń  zamilkła,  chwilę  trwała  cisza,  po  czym  dał  się  słyszeć  ryk

prezydenta.

– Warta! Warta, do cholery!

Kunicki  otworzył  drzwi  i  stanął  przed  prezydentem.  Nikodem  Dyzma  był

w szlafroku i kapciach, koło fotela na dywanie walała się porzucona gitara.

– Co to znaczy?! Ja zabroniłem... – krzyczał zdezorientowany prezydent.

–  Królu  złoty,  na  froncie  wschodnim  rewolucja,  załamanie  sowieckie,

kurierzy czekają, informacja z pominięciem wywiadu i wojska, tylko dla pana –

wyrecytował  Kunicki.  –  Pilna,  ściśle  tajna  wiadomość!  Niech  pan  odprawi

oficera.

–  Won!  –  warknął  do  wyprężonego  na  baczność  podporucznika  Szczawika

prezydent. Po czym zwrócił się zdenerwowany do Leona Kunickiego:

– Co pan wykrzykuje jakieś bzdury, pcha się, cholera jasna, jak do siebie!

– Alarm! Za pół roku możemy być w Londynie, panie prezydencie, możemy

background image

szybko wygrać całą światową wojnę! – niemal wykrzyczał Kunicki.

– Gadaj pan! – warknął ciągle wściekły prezydent.

–  Kochany  panie  Nikodemie,  królu  złoty,  ten  koń  trojański  z  rozdawaniem

Ruskim  na  froncie  tandety  niemieckiej  zamiast  mordowania  jeńców

spowodował,  że  tak  powiem,  lawinę.  Nie  ma  na  świecie  lepszego  szpiegostwa

jak  przy  handlu,  bo  tam  się  nie  szpieguje,  tylko  gada  i  słucha  wszystkiego.  Od

dawna mamy taki strumyk przez front, nasi Ruskim zegarki, ciuchy, pończoszki,

motocykle,  a  Ruscy  naszym  złote  pierścionki,  futra...  Tu  wojna,  tam  kramik,

handelek,  złote  rubelki...  No  i  przy  tym  handelku  różne  rozmowy,  różne,  panie

święty...  Królu  złoty!  Jest  propozycja...  Przeciek  od  pułkowników  sowieckich...

Ugadane  może  pół  dywizji,  może  trochę  więcej,  to  doborowe  pułki  na  drugiej

linii frontu.

–  No  i  co  te  doborowe  pułki,  wlazł  pan  i  się  rozpycha,  gadaj  pan  wreszcie,

o co chodzi! – krzyczał nadal prezydent, chociaż jakby już zaczynał rozumieć, że

to może być istotnie wiadomość niezwykła.

– Panie prezydencie, już od dawna był ścisk sowieckich dezerterów na naszej

linii, ale to były małe grupy. Przy handlu przez okopy zjawili się wokół naszych

ochotników  moi  zaufani  ludzie  z  Rumunii  i  Węgier,  spece  od  wojskowego

sprzętu, ciężarówek, samolotów, złota i informacji. Informacje to najprzedniejszy

towar...  Najlepsi  szpiedzy  mogliby  się  wiele  o  tym  nauczyć  od,  panie  święty,

przemytników.  No  i  za  frontem  zrobiła  się  na  razie  mała  zmowa  czterech

pułkowników.  Ze  swoimi  pułkami  i  całym  uzbrojeniem  chcą  przejść  na  naszą

stronę.  To  Kozacy,  elita  sowieckiej  armii.  Proponują,  że  można  by  ich

przemundurować,  dozbroić  i  rzucić  całymi  gotowymi  formacjami  na  front

zachodni...  Przysięgają,  że  za  nimi  pójdą  inni...  Dużo  innych:  Kozaków,

Ukraińców, Ormian, Rosjan... To może być taka kopalnia, panie święty, nowych

dywizji dla Wermachtu...

Prezydent  o  nic  więcej  nie  pytał.  Było  dobrze  po  dwudziestej  czwartej,  gdy

w  Belwederze  zjawił  się  pilnie  wezwany  generał  Romanowski.  Wojskowym

myśliwcem z frontu leciał też do Warszawy pułkownik Tosiek.

Generał  w  skupieniu  wysłuchał  relacji  Kunickiego,  po  czym  zwrócił  się  do

prezydenta.

– Ty rozumiesz, Nikodem, co to znaczy? Rozumiesz, co takiego się dzieje?!

background image

–  Czy  ja  rozumiem?  Pytasz,  czy  ja  rozumiem?  Zorganizowane  gotowe

pułki...  Gotowe  formacje  do  wzięcia...  Jakby  to  się  rozprzestrzeniło  i  powieliło,

Hitler  mógłby  zagarniać  całe  dywizje  i  wschód  stanąłby  przed  nim  otworem.

Huty,  pola  naftowe,  wielki  zbrojeniowy  przemysł...  A  przegrupowane  z  frontu

na  wschodzie  sowieckie  dywizje  poszłyby  na  Londyn...  doposażone  dywizje

przez kanał La Manche na Londyn! Ile tylko potrzeba, jedna, dwie, dziesięć, sto

dywizji...

–  To  byłby  koniec  wojny!  –  przerwał  prezydentowi  generał.  –  Puszczenie

w  ruch  takiej  maszyny  powinno  ruszyć  lawinę...  Rosjanie!  Ruscy  bez  Stalina.

Rosja  antybolszewicka!  Armia  nie  czerwona  z  nową  motywacją...  Lotnicy,

saperzy,  piechota,  łącznościowcy,  czołgiści,  co  tylko  chcesz,  Nikodem!  To

przecież  jest  coś  takiego  jak  pakt  niemiecko-rosyjsko-polski,  niewyobrażalna

potęga  militarna...  Za  pół  roku  możemy  pić  whisky  w  Londynie...  Jak  Boga

kocham, w tej sytuacji jest to możliwe, Nikodem! To jest wygrana wojna! – As

wywiadu, wojenny pokerzysta na chwilę stracił nad sobą panowanie.

Po tych pełnych euforii zdarzeniach przyszły jednak refleksje, bo jeżeli Hitler

przyjąłby  propozycje  polskich  strategów  i  zmienił  radykalnie  sposób

prowadzenia  wojny,  mógłby  wygrać  w  ciągu  kilku  miesięcy.  Powstało  pytanie,

czy  Polska  jest  zainteresowana  ostatecznym  zwycięstwem  faszystowskich

Niemiec  w  drugiej  wojnie  światowej...  Czy  Polska  chce  ostatecznego  tryumfu

faszyzmu w Europie i na świecie?

Druga część narady była więc już mniej podniecająca. Otwierając ją, generał

Romanowski  zakomunikował,  że  otrzymał  bezpośrednio  z  kancelarii  Führera

rozkazy, by zaprzestać braterstwa oraz zniszczyć kilka miasteczek rosyjskich  na

linii polskich działań wojennych.

Zbliżało się południe, gdy ściągnięty pospiesznie z frontu pułkownik  Tosiek

potwierdził,  że  wieści  prezesa  Kunickiego  są  jak  najbardziej  prawdopodobne,

takie bowiem masowe nastroje wyczuwa się wśród Sowietów. W tym momencie

prezydent został pilnie wywołany do telefonu. Dzwonił Adolf Hitler z Berlina.

Chwilę  później  w  hallu  wokół  wielkiej  stylowej  popielnicy  w  kształcie

otwartej kuli ziemskiej paliło papierosy trzech mężczyzn.

– Co robimy, Nikodem? – zapytał generał Romanowski.

– Panie święty, co tu czynić, co tu czynić? – zastanawiał się Kunicki.

background image

– Nic – odparł zdecydowanie prezydent.

– Nie będziesz przekonywać Hitlera do wygrana wojny?

– Nie.

– Nie? Dlaczego nie?!

– Bo jesteśmy już tylko o jeden krok od tego, aby go przekonać...

–  Rozumiem,  panie  prezydencie...  –  Generał  stuknął  obcasami  i  o  nic  już

więcej nie pytał.

Historycy  nie  dowiedzieli  się  nigdy,  że  wtedy,  w  hallu,  w  przerwie  na

papierosa, odbyła się ta być może najważniejsza narada wszech czasów...

Kiedy spotkanie dobiegało końca, do prezydenta podszedł prezes Kunicki.

– Ja mam prośbę, panie prezydencie, królu złoty...

– Czego pan chce, panie Kunicki?

– Żeby tego oficera Szczawika awansować oczko wyżej.

– Tego oficera Szczawika trzeba rozstrzelać i fertig. – Prezydent zmarszczył

brwi. – A co on ma za stopień ten pański oficer?

– On jest podporucznikiem, panie prezydencie...

–  No  to  niech  będzie.  –  Nikodem  Dyzma  machnął  ręką.  –  Niech  ten  pański

Szczawik zostanie kapitanem.

Ostatecznie  pułkownik  Tosiek  odjechał  na  front  z  rozkazem  ograniczenia

pokojowego zbliżania się z Sowietami. Historycy i politolodzy na całym świecie

do dzisiaj zastanawiają się, jak zakwalifikować postawę Hitlera i jego ideologów

w  kwestii  przedkładania  do  samego  końca  wojny  zbrodni  ponad  racje

strategiczne. Miliony Rosjan, Białorusinów i Ukraińców, początkowo gotowych

poddać  się  bezwarunkowo  niemieckiej  armii  wyzwoleńczej,  z  czasem  coraz

zacieklej  broniły  nie  znienawidzonego  Związku  Radzieckiego,  a  po  prostu

swojego  życia,  życia  swoich  rodzin.  I  to  była  chyba  główna  przyczyna  klęski

szatańskiego wodza--szaleńca Adolfa Hitlera.

background image

D

ROZDZIAŁ XXII

yrektor gabinetu już trzeci raz meldował prezydentowi, że o spotkanie

z  głową  państwa  pilnie  prosi  siostra  przełożona  zakonnic  pod

wezwaniem  świętego  Rocha.  Czego  od  niego  chcą  zakonnice,

Nikodem  nie  wiedział,  jednak  termin  spotkania  wyznaczył  i  zakonnicę  przyjął.

Wielce  też  był  zaskoczony,  że  siostra  przełożona  przyszła  w  sprawie  Mańki

Barcik  i  że  sama  Mańka  wielokrotnie  starała  się  o  przyjęcie  przez  głowę

państwa,  lecz  kilkakroć  była  odprawiana  z  kwitkiem.  Co  więcej,  zakonnicy  nie

chodziło,  jak  początkowo  myślał  Nikodem,  o  jakieś  niestosowne  zachowanie

dziewczyny,  a  wręcz  przeciwnie.  Otóż  na  dziedzińcu  zakonnym  zdarzył  się

groźny wypadek. Przy tamtejszym warzywniku był głęboki staw i gdy chwyciły

pierwsze  mrozy,  pokrył  się  on  cienkim  lodem.  Weszła  na  niego  mała  Dorotka,

córka  stolarza  Czerwika  zatrudnionego  przy  klasztorze.  Lód  się  załamał

i  dziewczynka  wpadła  do  wody.  Wypadek  widziała  z  okna  Mańka.  Wybiegła

z  krzykiem  przed  budynek,  ale  ponieważ  nikogo  w  pobliżu  nie  było,  chwyciła

sprzed  obory  drewnianą  drabinę  i  rzuciła  ją  do  stawu  dziewczynce  na  ratunek,

ale  Dorotka  poszła  już  pod  wodę.  Mańka  zobaczyła  ją  na  tle  betonowego  dna

stawu i niewiele myśląc, weszła do płytkiej, jak jej się wydawało, wody, uniosła

dziewczynkę  do  góry,  aż  na  powierzchnię.  Jednak  staw  okazał  się  głęboki,

a  Mańka  nie  umiała  pływać  i  sama  zaczęła  tonąć.  Wypadek  widziały  kucharki,

bo przez otwarte okno usłyszały krzyk i zobaczyły, co się dzieje. Kobiety ruszyły

Mańce  na  ratunek.  Woda  w  zbiorniku  była  czysta  i  było  widać,  jak  Mańka

poszła  na  dno,  odbiła  się,  chwyciła  pływającą  po  powierzchni  stawku  drabinę

i  znowu  schyliła  się  po  Dorotkę.  Wszystko  to  działo  się  w  lodowatej  głębi.

Mańka  dociągnęła  dziewczynkę  do  drabiny  i  przemarznięta  zasłabła.  W  tym

czasie nadbiegły już kobiety z kuchni z pomocą. Przybiegł też stajenny z długim

drągiem, którym przyciągnął do brzegu drabinę z Mańką i dziewczynką. Historia

miała  jednak  ciąg  dalszy,  bo  zarówno  Mańka,  jak  i  mała  Dorotka  zapadły  na

zapalenie płuc. Kobieta leżała teraz w ciężkiej gorączce i majacząc bez przerwy,

wzywała  jakiegoś  Nikodema,  który  był  królem,  tylko  że  nie  chodził  w  koronie.

background image

Siostry  poszperały  w  papierach  i  doszły  do  prawdy,  że  dziewczyna  była

prostytutką i w ich zakonie jako podopieczna znalazła się z protekcji prezydenta

Nikodema Dyzmy. Z uwagi na czyn dziewczyny i stan jej zdrowia po wypadku

zdecydowały się zawiadomić o wszystkim możnego protektora, który być może

by  tego  sobie  życzył.  Prezydent  istotnie  wysłuchał  relacji  zakonnic

z  zainteresowaniem  i  postanowił,  że  Mańkę  w  szpitalu  osobiście  odwiedzi.

Później  jednak  zmitygował  się  i  swojej  decyzji  szczerze  pożałował.  „Ki  diabeł

mnie  podkusił,  po  co  ja  tam  pojadę,  gazety  znowu  narobią  krzyku.  Co  mnie  ta

dziwka  obchodzi!  Urządziłem  ją,  uczy  się  fachu,  dałem  kasę...”  –  myślał  sobie.

Ale  odwołać  wizyty  już  się  nie  dało,  bo  sprawa  nabrała  rozgłosu.  W  szpitalu

wybuchła panika, zarządzono dodatkowe sprzątanie, Mańka została przeniesiona

do  separatki  dla  bogaczy  i  pacjentów  specjalnych  oraz  otoczona  nowymi

kroplówkami. Ponownie zbadało ją też trzech profesorów.

Gdy  do  szpitala  przybył  prezydent,  dziewczyna  na  chwilę  odzyskała

przytomność.  Patrzyła  na  Dyzmę  długą  chwilę  i  spękanymi  od  gorączki  ustami

wymamrotała:

– Bo ja ciebie kocham, Nikodem.

Coś takiego było w jej słowach i spojrzeniu, że profesor – dyrektor szpitala –

i osoby asystujące prezydentowi zamilkły. Mańka wyciągnęła ręce spod kołdry.

– Dotknij mnie, Nikodem – poprosiła żarliwie.

W  szpitalnej  salce  zapanowała  konsternacja,  wszyscy  wiedzieli,  że  ta

dziewczyna  to  prostytutka  z  nizin  społecznych.  Nikodem  zastanawiał  się

gorączkowo,  co  ma  zrobić.  „Masz  tobie,  cholera  jasna,  po  co  ją  będę  dotykał.

Najlepiej będzie stąd uciec, powiedzieć, że to wszystko nieporozumienie i uciec”

–  myślał.  Ale  sam  nie  wiedząc  dlaczego,  odwrócił  się  do  profesora  i  zniżając

głos, zapytał:

– Ona wyżyje?

–  Jej  los  jest  w  rękach  Boga,  tak  określamy,  panie  prezydencie,  przypadki,

w których nie wiadomo, co będzie dalej ... – odparł równie cicho profesor.

Mańka patrzyła półprzytomnie na postacie w białych kitlach, które przed nią

dziwnie pląsały. Nikodem był olbrzymi i miał koronę na głowie, jak przystało na

prawdziwego  króla,  a  ona  tańczyła  przed  nim  uliczne  tango  w  bramie  na  ulicy

Łuckiej. Była w sukience, tej za całe sto złotych, które otrzymała od Nikodema,

background image

kiedy jeden raz w życiu byli razem w hoteliku za pięć złotych.

–  Nikodem...  Ja  na  ciebie  kapowałam...  Nikodem.  Kapowałam  na

ciebie...ale...  kiedy  tonąłeś,  skoczyłam.  Ja  za  tobą  skoczyłam,  za  tobą...

Nikodem... – mówiła w malignie Mańka.

–  Pan  zna  osobiście  tę  kobietę,  panie  prezydencie?  –  zapytał  zdumiony

profesor.

–  E  tam,  znam,  przyczepiła  się  chole...  ona  znaczy  jest  w  grupie  biednych,

których od dawna wspomagam – zmitygował się prezydent.

– Dotknij mnie, Nikodem – prosiła nadal półprzytomnie Mańka.

Nikodem  czubkami  palców  dotknął  jej  twarzy,  a  ona  uchwyciła  jego  dłoń

i  przycisnęła  ją  do  ust.  Trzymała  ją  zadziwiająco  mocno  i  Dyzma  nie  mógł

wyswobodzić  ręki.  Chwilę  trwała  ta  szarpanina,  aż  kobieta  omdlała  i  opadła  na

posłanie.

Mimo  że  przy  scenie  tej  był  tylko  personel  szpitala,  na  drugi  dzień

w  gazetach  pojawiły  się  krzykliwe  tytuły:  „Bohaterska  dziewczyna  z  nizin

społecznych  bliską  osobą  prezydenta  Dyzmy”,  „Prezydent  z  wizytą  w  szpitalu

u  byłej  prostytutki”,  ‚Prezydent  Dyzma  ciągle  zaskakuje”,  „Prezydent  Nikodem

z ludu rodem”.

Wieczorem Dyzma miotał się po gabinecie i mówił wzburzony sam do siebie.

–  Wściekła  się,  cholera  jedna.  Niech  no  tylko  wyzdrowieje,  ja  ją  oduczę

podobne  głupoty  wygadywać...  „Bo  ja  ciebie  kocham,  Nikodem...”  Ścierwo

jedno z poddasza... Lustra kawałek żałowała...

Ale  gdy  się  uspokoił,  zadzwonił  do  szpitala,  zapytał  o  zdrowie  pacjentki

i  wielce  podenerwowany  czekał  na  odpowiedź,  czy  Mańka  żyje,  jakby  mu  na

tym bardzo zależało.

W  szpitalu  ktoś  się  zorientował,  że  prezydentowi  zależy  na  tych

wiadomościach  i  od  tej  pory  kancelaria  głowy  państwa  była  dwa  razy  dziennie

informowana o stanie zdrowia Mańki Barcik. A ona w tym czasie podróżowała

przez  Styks  i  nadzieja,  że  przeżyje,  była  niewielka.  Ale  Charon  wciąż  nie  brał

należnego  mu  obola  i  wieści  ze  szpitala  zaczęły  napływać  coraz  lepsze,  aż

przyszła ta, że pacjentka została z kliniki wypisana i wróciła do sióstr zakonnych.

Żona  solarza  Czerwika,  matka  uratowanej  Dorotki,  urządziła  jeden  pokój

w  podwarszawskiej  chałupie,  niedaleko  klasztoru,  i  zapowiedziała,  że  Mańka

background image

może  u  stolarzy  mieszkać,  dokąd  zechce,  bo  swojego  życia  mało  nie  straciła,

żeby  Dorotkę  od  śmierci  uratować.  Siostry  zakonne  pożyczyły  bohaterce

maszynę  do  szycia  i  Mańka  stałą  się  szanowaną  w  okolicy  szwaczką.

Naprawiała portki, spódnice i kapoty biednym ludziom. Składała grosz do grosza

i  po  pewnym  czasie  kupiła  sobie  nowe  eleganckie  buty,  a  nawet  i  futerko

z jakichś zagranicznych kosmatych zwierzaków.

Gdy  prezydentowi  przyszło  na  myśl,  żeby  się  z  nią  spotkać,  kapitan  Tosiek

przywiózł mu dziewczynę całkiem odmienioną i szykowną. Gdy Nikodem został

z  nią  sam  na  sam,  Mańka  uklękła,  chwyciła  go  za  ręce  i  wyrecytowała  swoje

sakramentalne:  „Bo  ja  ciebie  kocham,  Nikodem”.  W  ten  też  sposób  operacja

„Relaks”  w  centrum  Warszawy  została  zawieszona,  bo  prezydent  na

Marszałkowską i Nowy Świat wieczorami już więcej nie wyjeżdżał.

–  A  ty,  Mańka  ten  sklep  chciałabyś  jeszcze,  czy  już  będziesz  krawcową?  –

zapytał raz Nikodem, przypatrując się dziewczynie, która teraz prezentowała się

jak młoda dama.

– Sklep, Nikodem? Pewnie, że bym chciała, tylko machorki już by w moim

sklepie nie było...

–  A  co  by  było,  Mania,  w  twoim  sklepie?  Co  byś  ty  teraz  chciała

sprzedawać?

–  Ja  bym  chciała  sklep  z  perfumami  i  zamiast  szarego  mydła,  Nikodem,

byłoby  u  mnie  mydło  pachnące,  w  kolorowych  papierkach  jak  czekolada

z  orzechami  i  marcepany  albo  jeszcze  ładniejszych,  a  perfumy  byłyby

w buteleczkach, które można by każdą powiesić na choince, gdzie wyglądałyby

jak  gwiazdki.  Ty  wiesz,  Nikodem,  jakby  te  perfumy  pachniały?  –  Mańka

chwyciła się za głowę i podziwiała zapachy perfum ze swojej wyobraźni.

Kilka  dni  po  tym  prezydent  Dyzma  wezwał  z  warszawskiego  magistratu

naczelnika,  który  zajmował  się  sklepami,  i  poprosił  go  o  wyszukanie

odpowiedniego  lokalu  w  mieście.  Wyasygnował  też  ze  swoich  sporych

oszczędności okrągłe trzy tysiączki złotych na rozruch interesu. Neonowy  szyld

nad sklepem przedstawiał kryształowy flakonik z perfumami, który jak świecąca

gwiazdka  migotał  na  tle  zielonej  świerkowej  gałązki.  Reklamowy  napis  nad

sklepem głosił: Madame Maria Augusta Barcik – perfumy i mydła z Paryża.

Wnętrze sklepu było bardzo eleganckie i trudno było szukać w takim lokalu

background image

szarego  mydła  i  machorki,  o  czym  kiedyś  marzyła  dziewczyna  uprawiająca

najstarszy zawód świata.

Teraz  ta  sama  Mańka,  a  właściwie  Maria  Augusta,  pilnie  uczęszczała  na

kursy  salonowe  dla  ziemianek  i  panien  z  inteligencji  w  oficynie  na  Nowym

Świecie,  prowadzone  osobiście  przez  panią  Margeritę  Skrzypecką,  zubożałą

hrabinę, która kończyła uniwersytety w Sorbonie i jeszcze kilka lat temu manier

uczyła wyłącznie panny z ziemiańskich dworów i młode aktorki. Maria Augusta

w  bluzeczkach  z  Paryża  była  dekoracją  sklepu,  który  z  dnia  na  dzień  stawał  się

bardziej bogaty, piękniejszy i popularniejszy.

Na  dziewczynę  spłynęły  więc  w  jej  mniemaniu  niemal  wszystkie  szczęścia

świata.  Niemal,  bo  twarz  Nikodema,  jej  króla,  którego  chciała  być  kochanką

i sługą, była coraz częściej zasępiona i smutna...

–  Ty  wiesz,  że  po  tym,  jak  dałeś  mi  tamtą  sukienkę,  to  ja  już  nie  mogłam

chodzić z gachami do hoteli... Bili mnie, że źle to robię... Bo ja ciągle myślałam

o  tobie,  chociaż  mnie  w  brudny  śnieg  rzuciłeś...  Kapowałam  na  ciebie,  to  mnie

policjanci  zbili.  Wuj,  kolejarz  i  konduktor,  który  znał  świat  dobrze,  powiedział,

że jak ty z tymi bankami, to masz sztamę z policją i żebym się ciebie wystrzegała.

Ja  czytałam  gazety  i  zrozumiałam,  żeś  ty  pan  jakiś  wielki...  Praca  mi  nie  szła,

przystałam do złodziejskiej ferajny...

background image

W

ROZDZIAŁ XXIII

ieczorem,  poza  porą  urzędowania,  zjawił  się  w  Belwederze  major

Myśliwiec,  postać  owiana  tajemnicami.  Po  krótkim  formalnym

przywitaniu major przystąpił do rzeczy.

–  Pan  prezydent  osobiście  był  łaskaw  zarekomendować  kandydaturę

cywilnego  wykonawcy  misji  specjalnej.  Mam  obowiązek  zakomunikować  panu

prezydentowi,  że  nadszedł  czas  na  realizację  tej  misji.  Protegowany  pana

prezydenta został odpowiednio sprawdzony. Akcja na prośbę wykonawcy. Misja

jest  jednoosobowa,  otrzymała  kryptonim  „Mesalina”,  a  jej  wykonawca

kryptonim „Pokutnik”. To wszystko, co mogę panu prezydentowi powiedzieć.

Na  drugi  dzień  zjawił  się  w  Belwederze  profesor  Kordian  Seweryn  Rawa

Michalewski.  Wszedł  do  gabinetu,  nie  czekając  na  zaproszenie,  wyciągnął  rękę

i przywitał się tubalnie.

–  Cześć,  stary!  Pozwolili  mi  powiedzieć  ci,  że  jadę  na  moją  wycieczkę...

Dotrzymałeś słowa, wielkie dzięki, Nikodem!

–  No  właśnie,  słyszałem,  ale  możesz  się  jeszcze  wycofać...  –  Prezydent  nie

był pewny, co w tej sytuacji wypada powiedzieć i jak się zachować.

– Chyba nie, nie mogę się wycofać, zbyt kosztowne były przygotowania do

tego  balu.  –  Profesor  niemal  roześmiał  się.  Był  wyraźnie  w  dobrym  nastroju,

zachowywał się tak, jakby chodziło o wyjazd na piknik z ładną dziewczyną.

Prezydentowi nie udzielił się jego nastrój. Siedzący przed nim mężczyzna był

jeszcze  młody.  Gdyby  zechciał,  mógł  być  wolny,  bo  wniosek  o  jego

ułaskawienie  dawno  był  gotowy.  Mógł  żyć  długo  i  szczęśliwie.  Ale  profesor

zachowywał się swobodnie, był rozluźniony i rozmowny.

–  Napijemy  się  wódki,  pogadamy  o  starych  dobrych  czasach  i  pojadę

zobaczyć,  jakie  to  atrakcje  przygotowali  mi  twoi  specjaliści  od  dużej  zabawy  –

nie przestawał dowcipkować.

–  I  ty  naprawdę  spieszysz  się  na  tę,  jak  to  nazywasz,  wycieczkę  ?...  Coś  ty

jest  za  człowiek?  –  Prezydentowi  nie  chciało  się  udawać  i  po  prostu  mówił,  co

myślał.

background image

– Mówiłem, że już dawno mnie nie ma między wami, mówiłem ci, prawda?

– zapytał, nagle poważniejąc profesor.

– Już dawno odpokutowałeś za tamten wygłup...

–  Nie,  Nikodem,  ty  nie  rozumiesz,  co  się  stało...  Mnie  bolało,  kiedy  ona

podstawiała się naga innym, ale to był mój ból i moja sprawa. Jeżeli mi się to nie

podobało  tak  bardzo,  że  nie  mogłem  z  tym  żyć,  to  mogłem  sobie  strzelić  w  łeb.

Zrobiłem  coś  irracjonalnego,  czego  nie  mogę  cofnąć.  Bo  widzisz,  stary,

z  kobietami  jest  dziwna  zabawa.  Dlatego  trzeba  się  trzymać  wolności.  Ale

zachodzą przypadki szczególne, kiedy nie chcemy już wolności ani żadnej innej

kobiety,  tylko  tę  jedną,  rozumiesz?  Bo  takie  są  niektóre  ssaki,  ptaki  zresztą  też.

Jeżeli wiążemy się naprawdę z tą jedyną, to jest ona naszą twarzą. Patrząc na nią,

widzimy siebie jak w lustrze... Ona staje się nami, tak jak ręka albo głowa, i nie

można  jej  na  jedną  noc  przyszyć  do  kogoś  innego...  Nie  można.  Jeżeli  coś

znaczysz, kobieta, z którą się wiążesz, jest warta tyle co ty sam. Jeżeli nie jest nic

warta, ty też nie jesteś. I to wie świat. Żona cezara musi stać poza podejrzeniami,

inaczej  cezar  nie  jest  nic  wart,  cesarstwo  nie  jest  nic  warte,  a  cesarzątka  to  być

może  bękarty.  Rozumiesz,  Nikodem?  Wali  się  dom,  do  którego  królowa

przemyciła w brzuchu coś obcego, wali się porządek... Zdrada kobiety nie równa

się  zdradzie  mężczyzny.  Zresztą  nie  ma  o  czym  mówić.  Każdy  człowiek

z  fantazją  ma  jakąś  fanaberię,  ja  mam  taką...  –  I  to  była  ostatnia  rozmowa

i ostateczne podsumowanie sprawy życia i śmierci profesora Kordiana Seweryna

Rawy Michalewskiego.

Dopiero  kilka  miesięcy  później  prezydent  dowiedział  się  ze  szczegółami,

jakie to „atrakcje” jego specjaliści przygotowali profesorowi...

Wojna wkraczała właśnie w ostatnią fazę. Na wszystkich frontach toczyły się

zażarte  boje,  w  laboratoriach  i  instytutach  pospiesznie  pracowano  nad  nowymi

rodzajami  broni,  szpiedzy  i  dywersanci  prześcigali  się  w  wymyślnych  akcjach

i odwetach. Sowieci parli na zachód, rozbijając w pył niemieckie niezwyciężone

do  niedawna  dywizje.  Amerykanie  i  Anglicy  uporali  się  z  plagą  niemieckich

łodzi  podwodnych  na  Morzu  Północnym  i  Oceanie  Atlantyckim,  amerykańscy

marines zdobywali coraz to nowe strategiczne wyspy wokół Japonii...

W  tej  fazie  wojny  dowództwo  sił  zbrojnych  Stanów  Zjednoczonych  wiele

uwagi poświęcało pracom naukowym. Jednak tylko nieliczni wiedzieli o bardzo

background image

zaawansowanych doświadczeniach z bronią najnowszej generacji. Co to była za

broń?  Podobno  taka,  która  pozwoliłaby  na  natychmiastowe  zakończenie  wojny

i  niedopuszczenie  do  żadnej  następnej.  Nie  trzeba  więc  pisać,  jak  wielką

tajemnicą  otoczono  prace  nad  tego  rodzaju  doświadczeniami.  Niestety,

połączone  wywiady  wojskowe  aliantów  wykryły  przeciek.  Dokumenty

dotyczące  broni  zostały  przekazane  Rosjanom  przez  grupę  amerykańskich

naukowców.  Z  kolei  działania  wywiadu  amerykańskiego  w  Moskwie  i  na

południu  Rosji  ustaliły,  że  w  Republice  Uzbeckiej,  w  Taszkencie,

zorganizowano  ośrodek  studyjny,  który  przejął  amerykańskie  tajne  materiały

i rozpoczął pospieszne prace nad ich rozszyfrowaniem oraz dalszą realizacją. Co

więcej,  wywiad  aliantów  zachodnich  ustalił  datę  i  miejsce  spotkania  szpiegów

i specjalistów sowieckich pracujących nad przechwyconym materiałem.

W  tej  sytuacji  alianci  zachodni  wymyślili  śmiały  projekt  zniszczenia

szpiegowsko-naukowego  instytutu  w  trakcie  najważniejszego  spotkania  jego

agentów.  Aby  tego  dokonać,  należało  zburzyć  grubą  na  dwa  metry  ścianę

klasztoru  zaadaptowanego  na  tajny  ośrodek  szpiegowsko-doświadczalny.  Nie

była  to  sprawa  prosta,  bo  wymagała  zdetonowania  w  odpowiednim  miejscu

około tony trotylu.

Plan  akcji  był  następujący:  o  ścianę  klasztoru  należało  rozbić  ciężarówkę

z  materiałami  wybuchowymi.  Przygotowano  więc  olbrzymi  samochód

ciężarowy,  którego  skrzynię  ładunkową  wypełniono  po  brzegi  materiałami

wybuchowymi  i  fosforem,  a  dla  konspiracji  przysypano  węglem.  Trudność

jednak tkwiła w tym, że dawny klasztor otaczał mur, który należało zburzyć, nie

detonując  ładunku.  Aby  klasztor  został  zrównany  z  ziemią,  a  jego  ruiny

dokładnie  wypalone,  bo  tylko  to  gwarantowało  zniszczenie  fatalnej

dokumentacji, ładunek musiał eksplodować bezpośrednio na ścianie. Ciężarówkę

wyposażono więc w taran w postaci mocnej konstrukcji stalowej, która znacznie

wystawała przed maskę samochodu. Kilka dni przed akcją robotnicy dywersanci

remontujący  klasztor  podkopali  i  osłabili  mur,  ale  tylko  na  wąskim  odcinku.

Zaporę  należało  więc  przebić  w  ściśle  określonym  miejscu...  Wyglądająca  dość

podejrzanie  ciężarówka  startowała  z  cegielnianej  szopy  za  miastem  i  mogła  stać

się obiektem zainteresowania sowieckich patroli, od których tego dnia aż roiło się

w mieście.

background image

Dochodziło  południe,  gdy  profesor  Michalewski,  uzbrojony  w  niemieckiego

stena i sowiecki pistolet bębenkowy, usiadł za olbrzymią kierownicą ciężarówki.

Jechał  niezwykłym  pojazdem  szybko,  nie  udało  mu  się  jednak  przejechać  przez

miasto bez przygód. Gdy zauważył zatrzymujący go patrol policyjno-wojskowy,

w  pierwszej  chwili  postanowił  nie  reagować  na  sygnalizowane  mu  polecenie

zatrzymania się. Bał się jednak, że patrol seriami z automatów zdetonuje ładunek

przed  celem,  zatem  zatrzymał  się.  Żołnierze  na  szczęście  stali  blisko  siebie.

Profesor  nacisnął  spust  stena,  żandarmi  zakręcili  się  w  krótkim  tańcu  śmierci

i  padli  na  ziemię.  Kierowca  nacisnął  pedał  gazu  i  wielka  ciężarówka  ruszyła

ostro  z  miejsca.  Jeden  z  żyjących  jeszcze  Sowietów  otworzył  ogień  i  profesor

poczuł, jak drętwieje mu ręka, jak wibruje coś w jego żebrach i biodrze. Mur był

tuż, tuż, lecz zaznaczony smołą jego krótki odcinek nieco dalej. Ranny kierowca

liczył: raz, dwa, trzy... Teraz! Wielka kierownica obracała się opornie, mur przed

nim  pękł  z  suchym  grzechotem.  Tracący  przytomność  człowiek  widział

pływającą  przed  nim,  wysoką  aż  do  nieba  ścianę  klasztoru.  W  jej  zakamarku,

przy  gzymsie,  zauważył  uwite  z  ziemi,  piór  i  gałązek  ptasie  gniazdo.  Było  ono

bardzo  blisko,  a  potem  nastąpił  błysk  i  gniazdo  wpadło  do  szoferki...

O  wybuchu,  który  zmiótł  i  utopił  w  pożodze  płonącego  fosforu  stary  monastyr

w  Taszkencie,  nie  było  nawet  najmniejszej  wzmianki  w  sowieckiej  prasie  ani

w  jakichkolwiek  wiadomościach  na  zachodzie.  Może  więc  takiego  wybuchu

w ogóle nigdy nie było?...

Oficer referujący prezydentowi to zdarzenie sięgnął do skórzanego mapnika.

–  To  klamra  od  paska  profesora.  Zachował  się  na  niej  emblemat  fińskiego

klubu żeglarskiego. Znalazł ją nasz człowiek pod gruzami klasztoru.

background image

P

ROZDZIAŁ XXIV

rezydent  Dyzma  w  swoim  gabinecie  słuchał  z  wielką  uwagą

komunikatów  z  frontów  drugiej  wojny  światowej.  Tym  razem  przęsło

mostu  cara  Piotra  Wielkiego  na  wymyślnym  stoliku  było  otwarte.  Ale

prezydent nie zajmował się mostem. Komentator Radia Wolnej Francji rozwodził

się nad fenomenem wojny prowadzonej przez Hitlera. Chodziło o posłuszeństwo

marszałków,  generałów  i  w  ogóle  oficerów,  doskonałych  strategów

i  inteligentnych  dyplomatów  oszalałemu  wodzowi,  który  wiódł  ich  i  cały  naród

niemiecki  prosto  do  unicestwienia.  To  był  ostatni  moment  na  desperackie

działania  dyplomatyczne,  na  poddanie  się  Niemiec  tylko  za  przynajmniej  jakie

takie gwarancje oszczędzenia niemieckiej ludności cywilnej przez zwycięzców.

Prezydent  wspominał  rok  1939  i  działania  wówczas  jeszcze  pułkownika

Romanowskiego, których motorem było jedynie, jak to nazwał jeden z oficerów,

ratowanie  substancji  ludzkiej  narodu  polskiego...  Patriotyczna  Wojskowa  Rada

Realna  zorganizowała  wówczas  przekręt  i  w  puczu  obaliła  rząd.  Romanowski

i  on,  marionetkowy  prezydent,  ledwo  uszli  z  życiem  z  zamachów.  Omal  nie

oddali życia – nie dla kariery, nie dla zaszczytów i honorów, bo honoru musieli

się  przecież  wyrzec...  Zrobili  to  po  to,  aby  ratować  Kowalskich,  Wiśniewskich,

no  i  trochę  także  Bieberkleidów,  po  prostu  żeby  ratować  ludzi  od  strasznej

wojny.  A  Niemcy?  To  nie  jeden  oficer  niemiecki,  nie  stu,  nie  tysiąc,  a  kilkaset

tysięcy  oficerów,  podoficerów  i  żołnierzy,  którzy  walczyli  w  Rosji  i  przeżyli,

pamiętali  owo  „komuniści  i  Żydzi  wystąp”,  potem  serie  z  pistoletów

maszynowych,  a  jeszcze  później  okrutne  zadawanie  śmierci  głodowej  milionom

jeńców rosyjskich, palenie wsi, domów z ludźmi, burzenie miast. Niemcy dobrze

pamiętali, co robili w Rosji, a teraz Rosjanie zbliżali się do bram ich kraju...

W tej chwili potencjał wojenny koalicji antyhitlerowskiej z Rosją i Ameryką

na  czele  był  dziesięciokrotnie  silniejszy  od  ciągle  kurczącego  się  potencjału

wojennego  Niemiec  i  żaden  z  tych  oficerów  i  podoficerów  nie  wierzył  już

w  zwycięstwo.  „Oni  sobie  muszą  zdawać  sprawę  z  tego,  że  do  Niemiec  na

długości  całej  granicy  wleje  się  Armia  Czerwona...  armia  mścicieli...”  –  myślał

background image

w  swoim  gabinecie  prezydent  Dyzma.  „Żydzi  i  komuniści  wystąp!  Żydzi

i  komuniści  wystąpią...  Przeciw  sobie  będą  mieli  kobiety  i  dzieci,  żony  i  córki

oficerów,  podoficerów  i  żołnierzy,  którzy  ciągle  nic  nie  robią,  żeby  ratować

potencjał  ludzki  Niemiec...  Nie  buntują  się!  Nie  powstają!  Dlaczego?!  Hitler,

wiadomo,  oszalał,  zidiociał,  strzeli  sobie  pewnie  w  łeb  albo  wysadzi  się

w  powietrze  i  chce,  żeby  wraz  z  nim  zginęli  wszyscy  Niemcy,  cały  naród

niemiecki.  Ale  dlaczego  ci  Niemcy  ciągle  walczą,  zajadle  walczą?  O  co?

Dlaczego  u  nich  nie  powstaje  Wojskowa  Patriotyczna  Rada  Realna  i  nie  prosi

uniżenie  Amerykanów  i  Anglików,  żeby  w  trymiga  łaskawi  byli  zająć  ich  kraj

bez  żadnych  warunków,  zanim  zajmą  go  bolszewicy?  Powiedzmy,  że  nie  ma

czerwonych  mścicieli,  że  idzie  ze  wschodu  pożoga,  wylewa  się  wulkan,  który

żywcem  spali  niemieckie  kobiety  i  dzieci.  Karabiny  maszynowe  i  zdezelowane

czołgi  już  nic  nie  pomogą,  nie  imają  się  tej  lawy  ich  pociski,  trzeba  to  coś,  co

idzie i miażdży, ugłaskać, żeby żywcem nie paliło... Trzeba!”

Na  biurku  przed  prezydentem  leżała  klamra  od  męskiego  pasa.  Element

żeglarski  –  koło  sterowe  –  był  na  niej  przypalony  głęboko  w  wielkiej

temperaturze... Więc jednak był ten wybuch... Co by na tę niemiecką sytuację na

zwariowanym  świecie  w  zwariowanej  wojnie  powiedział  profesor  Rawa

Michalewski,  który  miał  wielką  fantazję?  Chyba  to,  że  alianci  zachodni  nie

przystaliby  na  separatystyczną  wobec  nich  kapitulację  Niemiec,  bo  przecież...  –

Nie  przystaliby  albo  przystaliby  –  wyjaśnił  sobie  po  swojemu  bardzo  celnie

Nikodem  Dyzma.  Jednak  politolodzy  i  historycy  takiego  zachowania  tysięcy

świadomych  zagłady  niemieckich  generałów,  pułkowników,  kapitanów  i  po

prostu żołnierzy w ostatniej fazie wojny nie wyjaśnili nigdy...

Generał  Przewrot  Romanowski  popijał  markowy  koniak  z  generałem

Volffem,  ambasadorem  III  Rzeszy  w  Polsce.  Obaj  dygnitarze  nie  mieli

wątpliwości,  że  Sowieci  niebawem  staną  nad  Wisłą.  Polski  generał  dawał

wyraźnie  niemieckiemu  przyjacielowi  do  zrozumienia,  że  wielu  Niemców

pełniących w na wpół okupowanej Polsce swe urzędy to uczciwi ludzie, a mimo

to los po zakończeniu wojny może obejść się z nimi okrutnie, bo sprawiedliwość

chętnie  umyka  z  obozu  zwycięzców.  Generał  Volff  był  dokładnie  tego  samego

zdania.  Wiedział  też,  że  Polska  jako  państwo  i  Polacy  jako  naród  mogą  być

skrzywdzeni  przez  zwycięskich  sojuszników,  gdyż  w  wielkiej  polityce  liczą  się

background image

interesy jedynie wielkich mocarstw...

– Gdzie zatem widzi pan ratunek? – zapytał ambasador.

Generał  Romanowski  wyłuszczył  mu  w  kilku  zdaniach  prosty  plan,  nad

którym  pracował  kilka  miesięcy.  Długą  chwilę  trwała  cisza,  która  zaniepokoiła

polskiego  generała,  a  rysy  twarzy  Niemca  nabrały  ostrości.  Była  to  chwila,

w której ważyły się losy dalszej wojny w Europie.

–  To  zdrada  Führera...  –  powiedział  stanowczo  niemiecki  ambasador,  ale

Romanowski uśmiechnął się ciepło.

–  Panie  ambasadorze,  niewątpliwie  w  wojsku  istnieje  takie  pojęcie  jak

zdrada,  jest  ono  jednak  klarowne  w  podobnych  sytuacjach  tylko  w  odniesieniu

do  żołnierza  i  czasem  do  polityka.  Zarówno  ja,  jak  i  prezydent  Dyzma

w pewnych kręgach naszego społeczeństwa okrzyczani jesteśmy zdrajcami... Jak

pan  myśli,  ile  ofiar  pochłonęłaby  wojna  polsko-niemiecka  na  zachodzie

i  jednocześnie  wojna  polsko-sowiecka  na  wschodzie?  Ile  istnień  ludzkich

pochłonęłyby walki na dwóch frontach, bombardowania miast, niemieckie obozy

koncentracyjne  i  sowieckie  łagry?  Jaki  sens  miałby  postawiony  Hitlerowi  opór

zbrojny  na  zachodzie  wobec  pewnej  napaści  Sowietów  na  Polskę  ze  wschodu?

Czy prezydent i ja za uniknięcie tej apokalipsy naprawdę jesteśmy zdrajcami? –

Generał  jeszcze  chwilę  mówił  o  korzyściach,  jakie  z  tego  manewru  polskiego

odniosły obydwie strony. – Jak pan myśli, ambasadorze, ile żyć ludzkich uratuje

manewr,  który  panu  proponuję,  i  czy  można  w  takiej  sytuacji  mówić

o jakiejkolwiek zdradzie?

Ambasador  Volff  słuchał  wywodu  generała  w  skupieniu  z  kamiennym

wyrazem twarzy.

–  Nie,  pan  na  pewno  nie  jest  zdrajcą,  szczerze  podziwiam  pański  geniusz

polityczny  i  tylko  dlatego  jestem  skłonny  rozmawiać  z  panem  o  propozycji,  za

którą kogo innego oskarżyłbym o bunt i zamach stanu...

Po  tych  słowach  niemieckiego  dostojnika  w  gabinecie  po  raz  kolejny

zapanowała cisza. Generał Romanowski niepostrzeżenie wciągnął do płuc wielki

haust  powietrza.  Uczucie  ulgi,  jakiej  doznał,  było  olbrzymie,  nie  chciał  jednak,

aby  Niemiec  zauważył  jego  radość  z  kolejnego  sukcesu  dyplomatycznego.

Pozornie  nic  się  przecież  jeszcze  nie  działo,  Hitler  na  wielkim  portrecie  też  był

nieporuszony,  jakby  nadal  nie  rozumiał,  że  przebieg  wojny  coraz  bardziej

background image

wymyka się spod jego kontroli.

Kolejne spotkanie generała i ambasadora miało przebieg wręcz dramatyczny.

Volff  był  zasępiony,  patrzył  w  przestrzeń,  a  potem  spojrzał  na  generała

Romanowskiego  jak  zbity  pies  –  takie  przynajmniej  wrażenie  odniósł  generał.

Niemiecki pan zgubił butę, przygryzł usta, zdjął i przetarł starannie okulary.

– Ferflühter Krieg – wyrzucił z siebie głucho.

– Przeklęta wojna – powtórzył jak echo generał Romanowski.

– Co będzie z ludnością, kiedy na ziemie niemieckie wkroczą bolszewicy? –

zapytał cicho Volff.

– To samo, co z Polakami na ziemi polskiej, tylko znacznie gorzej...

–  Polacy  próbują  się  ratować,  pan  poznał  plan  tego  ratunku  i  nam  już

pomaga, a Niemcy?

–  Właśnie,  Niemcy...  Niemcy  podpisały  na  siebie  wyrok  śmierci,  śmierci

przez  poniżenie  i  tortury,  najgorszą  śmierć  narodu  w  czasach  nowożytnych.

Niemcy  zorganizowały  sobie  taki  los  i  ofiarnie  walczą  o  to,  aby  ta  egzekucja

miała  wymiar  ostatecznego  zhańbienia  w  dosłownym  tego  słowa  znaczeniu...

Masowego gwałcenia kobiet i zarażenia bolszewizmem dzieci...

– I nic pan ani inni generałowie niemieccy nie robią, żeby ratować te kobiety

i dzieci?

Niemiecki dostojnik był nadal ponury jak noc listopadowa.

–  Panie  generale,  to,  co  powiem,  jest  ścisłą  tajemnicą  wojskową.  Za  to,  co

w  tej  chwili  czynię,  przed  sądem  wojskowym  otrzymałbym  wyrok  śmierci...

Chociaż właściwie ta informacja to śmieć, bo sprawa stała się nieaktualna. Grupa

oficerów  Wermachtu  opracowała  plan  ratowania  tak  zwanej  substancji  ludzkiej,

niemieckiej  substancji  ludzkiej...  Chodziło  o  separatystyczne  poddanie  państwa,

o  przerwanie  wszelkiej  obrony  na  zachodzie  zaraz  po  lądowaniu  aliantów

w  Normandii,  wycofanie  niemieckich  wojsk  z  dotychczasowych  linii

i  przeniesienie  ich  na  front  wschodni,  przy  jednoczesnym  zarządzeniu  exodusu

ludności  cywilnej  ze  wschodu  na  zachód.  Tak,  żeby  na  wschodzie  Niemiec,

niemal  do  połowy  kraju,  pozostały  całkowicie  opustoszałe  wsie  i  miasta,

kompletnie puste przestrzenie... Jeszcze potężne resztki wielkiej armii niemieckiej

walczyłyby  z  bolszewikami  na  wschodzie,  aż  ten  exodus  dobiegłby  końca.

Amerykanie  i  Anglicy  zemszczą  się  srogo  na  przegranych  Niemcach,  ale

background image

masowo  gwałcić  kobiet  i  mordować  oraz  wywozić  na  biegun  ludzi  nie  będą...

Bolszewicy  nie  zwyciężyliby  wówczas,  bo  zdobycie  jedynie  spalonej  ziemi  to

zwycięstwo  ograniczone,  bez  wielkiej  satysfakcji  odwetu,  poniżenia,

upokorzenia i zabicia. Taki był plan.

–  To  jest,  panie  ambasadorze,  w  sytuacji  bez  wyjścia,  zupełnie  realna

możliwość. Brawo! To jest...

– Nie! – przerwał generałowi ambasador.

– Dlaczego nie?! Przecież czas jest jeszcze...

–  Nie!  Dlatego  że  Führer,  że  honor,  że  nam...  że  nam  zabrakło  takiego

Nikodema Dyzmy... Panie generale, że nam zabrakło Nikodema Dyzmy...

Miesiąc  później  Sowieci  zbliżyli  się  już  bardzo  blisko  do  granicy  polskiej,

a  na  froncie  zachodnim  teatr  wojny  przeniósł  się  na  terytorium  niemieckie.

Generał 

Romanowski 

zaufanym 

kanałem 

otrzymał 

plany 

powstania

warszawskiego.  Dokument  wskazywał  na  organizacyjny  geniusz  jego  autorów.

Zawierał  realny  bilans  uzbrojenia,  zaopatrzenia  w  żywność  i  środki  sanitarne,

doskonałe  były  też  założenia  walk  ulicznych  przy  wykorzystaniu  systemu

barykad  połączonych  z  siecią  kanałów  i  przejść  podziemnych.  Nad  całym

przedsięwzięciem  ciążył  jednak  olbrzymi  nonsens  polityczny.  Niezależnie  od

tego,  czy  Polska  była  przez  Niemców  formalnie  okupowana,  czy  też  nie,

powstanie  takie  było  samobójstwem  dla  miasta  i  jego  mieszkańców.  Istota  tego

wielkiego  zrywu  skierowana  była  głównie  przeciwko  zbrodniczym  zamiarom

Rosjan,  a  więc  przeciwko  Stalinowi  i  porozumieniom  z  Jałty.  Plan  zakładał,

mimo  rozbieżności  politycznych,  militarną  solidarność  Rosjan  z  powstańcami

w  walce  ze  wspólnym  wrogiem  –  hitlerowcami.  Kto  jak  kto,  ale  generał

Romanowski  dobrze  wiedział,  co  znaczy  taka  wiara  w  etykę  polityczną

Sowietów.  Sprawa  wymagała  pilnej  interwencji,  niestety  liczne  próby  kontaktu

z  przywódcami  powstania  nie  dawały  rezultatu.  Konspiracja  przyszłych

powstańców  była  tak  doskonała  jak  rozwiązania  innych  elementów  wielkiego

narodowego zrywu. Któregoś jednak wieczoru warta generała doprowadziła doń

oficera  niemieckiego,  specjalnego  wysłannika  ambasadora  Volffa,  który  prosił

pilne 

spotkanie. 

Ujęci 

przez 

Niemców 

ludzie 

byli 

podejrzani

o przygotowywanie zbrojnego oporu przeciw wkraczającym do Polski wojskom

sowieckim.  Ambasador  Volff,  pamiętając  niedawne  rozmowy  z  generałem

background image

Romanowskim, postanowił przekazać konspiratorów władzom Rzeczypospolitej.

Polski  oficer,  ten  wytrawny  lis  wywiadu,  przesłuchując  podejrzanych,

zorientował  się  szybko,  że  odnalazł  to,  czego  ostatnio  aktywnie  poszukiwał  –

bezcenny kontakt z dowództwem przygotowywanego na wielką skalę powstania

warszawskiego.

Kilka dni później generała na przystanku tramwajowym oczekiwał człowiek

w  wydzierganej  szydełkiem  pilotce,  ciemnym  płaszczu  i  spodniach  pumpach,

prezentujący się jak życiowa niedojda. Ale i oficera Romanowskiego nikt by nie

poznał:  w  starym  cywilnym  garniturze,  w  gabardynowym  płaszczu  i  pomiętym

kapeluszu  wyglądał  bardzo  przeciętnie.  Wsiadł  do  małego  samochodu,  który

adiutant generała wypożyczył na to spotkanie od znajomego sklepikarza. Pasażer

spojrzał  na  generała  Romanowskiego  i  poznał  go  od  razu,  ale  mimo  gestu  ze

strony oficera nie podał mu ręki. Samochód ruszył.

– W Warszawie wielki ruch – wypowiedział hasło generał.

– Ruch jest tylko w centrum – odparł cywil w pilotce.

– Pozwoli pan, że od razu przystąpię do rzeczy – zaczął energicznie generał.

–  Mamy  sprawdzone  informacje,  że  istnieje  niepisane  porozumienie  NKWD

i  Gestapo  w  sprawie  wywołania  i  krwawego  stłumienia  powstania

warszawskiego.  Wybuchem  powstania  zainteresowany  jest  osobiście  Stalin.

Sowietom  chodzi  o  zniszczenie  nie  tyko  elity,  ale  także  szeregowych  żołnierzy

AK, z którymi nie chcą brać Polski w pacht 

[3]

.  Wolą  okupować  nasz  kraj  bez

Armii  Krajowej.  Z  chwilą  wybuchu  polskiego  narodowego  zrywu  w  stolicy,

Niemcy  natychmiast  ściągną  z  frontu  wschodniego  zarówno  doborowe  dywizje

regularne,  jak  i  ukraińskie  bandy  kryminalistów.  Stalin  w  rewanżu  za

wymordowanie  powstańców  wstrzyma  na  kilka  miesięcy  ofensywę.  Stanie  po

wschodniej  stronie  Wisły  i  będzie  czekać,  aż  dokona  się  zbrodnia.  Sowieci  nie

pozwolą  też  na  jakąkolwiek  pomoc  powstańcom  z  zachodu.  Samoloty  aliantów

zachodnich  nie  będą  mogły  lądować  na  terenach,  które  zajmą  bolszewicy,  to

wszystko  jest  już  postanowione.  Powstanie  to  sprowokowana  na  wielką  skalę

zasadzka, musicie je natychmiast je odwołać!...

Obładowana  trzema  dorosłymi  osobami  rachityczna  dekawka,  strzelając

z gaźnika pół benzyną, pół naftą, z trudem pokonywała wzniesienie peryferyjnej

warszawskiej ulicy. Łącznik w wełnianej pilotce długo się nie odzywał.

background image

–  Bądźmy  poważni,  panie  generale.  To,  co  pan  powiedział,  zabrzmiało  jak

rozkaz,  a  my  nawet  mało  ważne  informacje  możemy  potraktować  jako

wiarygodne  jedynie  od  nieskompromitowanych  kolaboracją  z  okupantem

sojuszników. – Sposób mówienia łącznika był wyważony i chłodny.

–  To  oczywiste.  –  Generał  uśmiechnął  się.  –  Potrzebne  są  dowody  naszych

dobrych  intencji,  przewidziałem  to.  Czy  wasz  sztab  wykorzystywał  informacje

pochodzące od „Sokoła”?

Strzał  był  celny,  bo  wysłannik  powstańców  drgnął,  przez  jego  twarz

przebiegł  skurcz.  Spojrzał  uważnie  na  generała,  który  uśmiechnął  się  po  raz

drugi.

–  „Sokół”  to  Zygmunt  Kawka,  zamachowiec,  człowiek,  który  strzelał  do

mnie  w  1939  roku.  Ani  on,  ani  jego  towarzysze  nie  zostali  straceni,  egzekucja

była  sfingowana.  Ci  chłopcy  to  prawdziwi  patrioci,  pracują  teraz  dla  nas  i  dla

was w Gestapo i Wermachcie jako nasi wspólni agenci pod naszym politycznym

nadzorem.  Kontrolujemy  informacje,  jakie  wam  dostarczają.  Materiały  te  są

zawsze  pierwszorzędnej  wagi  i  absolutnie  pewne,  takie  jak  ostatnie  ostrzeżenie

o  zdradzie  Romaszkiewicza  i  Teresy  Bodo...  Mam  mówić  dalej?  –  zapytał

generał.

Człowiek  w  wełnianej  pilotce  sięgnął  po  papierosy,  wyjął  machorkowego

z papierowej paczuszki, włożył go do ust, ale nie zapalił.

–  Chyba  nie  można  palić  w  tym  samochodzie,  podusimy  się  tu  od  dymu,

prawda? – zwrócił się ni do kierowcy, ni do generała.

Szachujący  go  as  wywiadu  znał  tę  sztuczkę.  Był  to  trick  stosowany  dla

ukrycia zaskoczenia doznanego w rozmowie.

–  Ci  chłopcy  obecnie  pracują  dla  nas  i  dla  was  po  tamtej  stronie.  Zostali

przekonani,  że  poświęcenie  jedynie  życia  to  teraz  zbyt  mało,  aby  zostać

naprawdę  przydatnym  Polsce  bohaterem...  W  sprawie  zakupu  ciężkiej  broni

z  niemieckiego  zaopatrzenia  frontu  wschodniego  też  skorzystaliście  z  informacji

„Sokoła”. Minął rok i wszystko jest w porządku, prawda? Mam mówić dalej? –

powtórzył pytanie mężczyzna w wytartym gabardynowym płaszczu.

– Nie, wystarczy. Przekonał mnie pan, generale, chociaż przyznaję, że jestem

tym,  co  usłyszałem,  wytrącony  z  równowagi.  W  sztabie  będzie  konsternacja.

A co według pana należy jeszcze poświęcić dla naszej sprawy? – zmienił temat

background image

łącznik.

– Wszystko... także pozornie honor...

– Podobnie jak pan i prezydent Dyzma?

– Dokładnie tak, ale nie o honorze nam teraz mówić. Powstanie warszawskie

to  część  sowieckiego  planu  zmierzającego  do  opanowania  Polski.  Przyjmijcie

moich ludzi, przedstawią wam zupełnie inną koncepcję ratunku przed Rosjanami

na  naszym  nowym  dziejowym  zakręcie...  Wasza  Armia  Krajowa  to  jedyna  siła,

która jest w stanie uratować naród polski przed straszną niewolą. Unikając wojny

na dwa fronty, uratowaliśmy od śmierci miliony ludzi. Teraz zbliża się następny

kataklizm...  wieloletnie  sowieckie  poddaństwo.  Można  jednak  uniknąć

nieszczęścia także obecnie, ale do tego trzeba podziemnego wojska i nieskalanej

na  zachodzie  Europy  opinii,  trzeba  też  waszej  siły  i  determinacji.  W  tej  sytuacji

jesteśmy gotowi przekazać wam prymat w ratowaniu Polski...

***

Po  miesiącu  od  owej  rozmowy  Warszawę  i  okolice  zaczęli  masowo  opuszczać

młodzi  ludzie.  Wszyscy  kierowali  się  na  południe  kraju.  Jednocześnie  tereny

polskie  od  Polesia  do  podnóża  Karpat  powoli  opuszczały  jednostki  niemieckie.

Ruch  taki  trwał  do  czasu,  gdy  Armia  Czerwona  przekroczyła  dawną  granicę

Polski.  Wówczas  w  Stanisławowie,  Stryju,  we  Lwowie,  w  Rzeszowie,

Krakowie,  Cieszynie  i  innych  miastach  wybuchły  niemal  jednocześnie  lokalne

powstania zbrojne przeciwko dotychczas sprzymierzonym wojskom niemieckim.

Powstania  te  szybko  przerodziły  się  w  wielki  ogólnopolski  zryw  narodowy.

Walki  wyzwoleńcze  trwały  krótko,  gdyż  Niemcy  w  sposób  zorganizowany

wycofali się na przygotowane wcześniej pozycje.

W  Warszawie  nie  było  młodzieży,  która  gremialnie  wyemigrowała  na

południe Polski, więc Warszawa drzemała, aż spokojnie opuścili ją Niemcy.

Nad  lotniskami  w  Krakowie  i  we  Lwowie  pojawiły  się  transportowe

samoloty  z  bronią,  żywnością  i  środkami  medycznymi.  Na  specjalnie

przystosowanych  polach  i  łąkach  od  Gliwic  do  Stanisławowa  poczęły  lądować

wielkie maszyny z wojskiem, które opuściło kraj w roku 1939. Od wschodu do

zachodu  na  południu  Polski  formowała  się  znakomicie  uzbrojona  niezależna

narodowa  armia  wyzwoleńcza.  W  Krakowie  powołany  został  Wojenny  Rząd

background image

Rzeczypospolitej Polskiej. Niemcy tworzyli tymczasem potężny system obronny

na  linii  Odry  i  Nysy  Łużyckiej.  Wojna  wypowiedziana  Hitlerowi  przez  rząd

krakowski przebiegała bez ofensywy. Tymczasem w północnej Polsce, gdy tylko

Armia  Czerwona  przekroczyła  granice  dawnej  Rzeczypospolitej,  zaczęły  się

aresztowania,  morderstwa  i  wywózki  ludności  cywilnej.  Na  wyzwolonym  zaś

przez  powstanie  obszarze  południowym  od  Leszna  przez  Kalisz,  Łódź,  Dęblin,

Kowal,  Sarny  stanęła  regularna  nowo  formowana  armia  polska  z  pospolitego

ruszenia,  z  wycofanych  z  zachodu  polskich  dywizji  internowanych  i  alianckich

wojsk  ekspedycyjnych.  Sytuacji  takiej  nie  przewidywały  porozumienia  z  Jałty

oparte  na  założeniach,  że  wyzwolenia  całej  Polski  dokonają  wojska  radzieckie.

Marszałkowie  radzieccy  początkowo  nie  uznali  powołanego  w  Krakowie  rządu

Rzeczypospolitej  i  pod  Wilnem  doszło  do  regularnej  bitwy  polsko-sowieckiej.

Wśród  aliantów  zapanowała  konsternacja.  Jednak  wobec  faktu,  że  armia  polska

wyprowadzona z kraju w roku 1939 teraz z naczelnym dowództwem powróciła

do  wyzwalanej  przez  narodowe  powstanie  ojczyzny,  państwa  sprzymierzone

musiały  polski  rząd  w  Krakowie  uznać  za  legalny,  a  formalność  ta  została

dopełniona,  gdy  do  kraju  powrócił  emigracyjny  rząd  Terkowskiego.  Z  obydwu

tych  rządów  uformowany  został  oficjalny  rząd  Polski  południowej  z  Janem

Terkowskim jako premierem.

O  wiele  bardziej  dramatyczne  wydarzenia  działy  się  w  tym  czasie

w Warszawie.

background image

P

ROZDZIAŁ XXV

rezydent  Dyzma  został  zatrzymany  przez  wysłanników  rządu

Terkowskiego  w  Belwederze,  gdzie  z  insygniami  władzy,  które

zamierzał  przekazać,  oczekiwał  na  wysłanników  nowego  rządu.  Po

odrzuceniu  zaproszenia  generała  Volffa,  który  proponował  mu  ewakuację  wraz

z  armią  do  Niemiec,  oraz  po  nieprzyjęciu  propozycji  generała  Romanowskiego

dotyczącej  wspólnego  wyjazdu  do  Ameryki  Nikodem  Dyzma  pozostał  na

posterunku.  Został  zatrzymany  pod  zarzutem  zdrady  i  kolaboracji.  Stanął  przed

sądem  wolnej  Polski.  Świadkiem  oskarżenia  w  jego  procesie  był  premier  rządu

emigracyjnego  Jan  Terkowski.  I  w  ten  sposób  zaciekli  adwersarze,  po  kilku

latach  zimnej  wojny,  spotkali  się  twarzą  w  twarz  w  sytuacji  szczególnej.

Prezydent  Dyzma,  gdy  zobaczył  Jana  Terkowskiego  w  smokingu,  w  którym

wyglądał  zupełnie  tak  jak  kiedyś,  na  pamiętnym  raucie  w  dolnych  salonach

Hotelu Europejskiego w Warszawie, doznał dziwnego wrażenia i był pewny, że

tamten,  pamiętając  mu  owo  publiczne  zbesztanie  za  wytrącony  rąk  talerzyk,

będzie  dla  niego  forsował  werdykt  –  „winny”.  Na  procesie,  po  krótkim

krwiożerczym przemówieniu prokuratora, głos zabrał oskarżyciel posiłkowy Jan

Terkowski.

–  Oto  stoi  przed  sądem  człowiek,  który  przed  wojną  wtargnął  z  ulicy  na

rządowy  raut,  udając  dygnitarza,  a  w  istocie  będąc  bezrobotnym  włóczęgą.

Wywołał  skandal,  a  potem  dzięki  swojej  bezczelności  i  niebywałemu  splotowi

zdarzeń zrobił oszałamiającą karierę. Karierę opartą na oszustwie! Człowiek ten,

wykorzystując  zręcznie  –  ciągnął  dalej  oskarżyciel  posiłkowy  –  pomysły  ludzi

wysoko  postawionych  i  przywłaszczając  sobie  ich  autorstwo,  sięgnął  po  tekę

premiera  Rzeczypospolitej.  Okazało  się  jednak,  że  jest  nie  tylko  oszustem,  ale

także  przestępcą  kryminalnym,  za  co  pozbawiono  go  urzędów  i  wtrącono  do

więzienia...  –  Mówca  zrobił  pauzę  i  dla  lepszego  efektu  potoczył  wzrokiem  po

zebranych.  –  Oszust  trafił  do  więzienia.  Ale  politycy  i  generałowie,  którzy

w  sytuacji  zagrożenia  ojczyzny  wybrali  drogę  kolaboracji,  potrzebowali

dygnitarza,  który  odważy  się  powiedzieć  narodowi,  że  polska  powinna  zbratać

background image

się  z  Hitlerem!  Wśród  ludzi  honoru  takiego  polityka  nie  było.  Nie  było  takiego,

który  by  się  na  to  ważył...  Wyciągnięto  więc  z  kryminału  Nikodema  Dyzmę,

przywrócono  mu  honory  i  uczyniono  zeń  prezydenta  Rzeczypospolitej  –

prezydenta  sprzedajnego,  który  potrafił  przekonać  naród  do  złamania  słowa

danego  przez  rząd  polski  sojusznikom...  Polska  zbratała  się  z  Hitlerem...  –

Mówca  znów  przerwał  i  popatrzył  na  sąd  jakby  z  wysoka.  –  Spójrzmy  jednak,

jaki  kraj  oddaje  nam  po  swoich  rządach  ów  oszust  i  kolaborant...  Jakie  straty

w  tej  strasznej  wojnie  poniosła  polska  inteligencja?  Jaki  wymiar  miał  na  ziemi

polskiej  krwiożerczy  hitlerowski  Holokaust?  Jakich  zniszczeń  doznały  polskie

miasta?... Pomawia się Polaków, że gubią nas nienawistne spory, że ważniejsza

jest  u  nas  nienawiść  do  konkurentów  politycznych  niż  miłość  ojczyzny

i narodowe racje. Niestety w tych opiniach jest wiele prawdy...

Nie  jestem  osobiście  przyjacielem  Nikodema  Dyzmy,  ale  jako  polityczny

adwersarz  prezydenta  Dyzmy,  chcąc  być  człowiekiem  sprawiedliwym

i  człowiekiem  honoru,  powtarzam:  jako  jego  przeciwnik  i  jednocześnie  sędzia,

muszę  widzieć  fakty  takie,  jakimi  one  są  w  rzeczywistości...  Widzieć  prawdę...

Polska  jest  cała,  Polska  jest  niespalona,  Polacy  żyją.  Zamiast  w  hitlerowskich

i stalinowskich grobach Polacy są z nami, Polska jest wolna! – Mówca podniósł

głos.  –  Obywatele  polscy  pochodzenia  żydowskiego  przeżyli  Holokaust  i  są

z  nami...  Groźni  wrogowie  narodu  polskiego,  jak  potwierdza  wywiad  brytyjski,

tacy jak volksdeutsch Krzepicki, zostali eliminowani z inicjatywy oraz na rozkaz

prezydenta  Dyzmy,  armia  polska  została  zdemobilizowana  i  nie  doznała  klęski,

Warszawa  jest  ocalona.  Powtarzam:  Polska  jest  cała  i  Polska  jest  wolna!

Prezydent Dyzma zdradził sojuszników, zanim sojusznicy zdradzili Polskę.

W tej chwili dały się słyszeć pomrukiwania i niewielki hałas. Z miejsca wstał

któryś z oficerów stanowiących sąd.

–  W  kwestii  formalnej  –  powiedział  –  wobec  tego,  co  się  tu  mówi

o sojusznikach, wnoszę, aby to posiedzenie uczynić posiedzeniem tajnym.

Tak też uczyniono i głos znów zabrał premier Terkowski.

–  Dzisiaj  nasi  sojusznicy,  którym  sprzeniewierzył  się  prezydent  Dyzma,  są

wielkimi  zwycięzcami...  Polityk,  który  ich  zdradził,  musi  zniknąć,  ale  Polacy

muszą  pamiętać,  że  nie  była  to  zdrada  Polski,  a  pokrętnych,  nieuczciwych

i wyrachowanych sprzymierzeńców. Wielka przepowiednia głosi, że nadejdą złe

background image

czasy, w których Polacy staną się gorsi od wilków i będą zagryzać się wzajemnie

we  własnym  stadzie.  Będą  zagryzać  się  nie  o  ideały,  a  jedynie  o  władzę.  Będą

skakać  sobie  do  gardła  jak  hieny  i  oskarżać  się  o  zbrodnie,  których  nie  było...

Ale  czasy  te  jeszcze  nie  nadeszły....  Więc  niech  mi  wolno  będzie  w  osobie

oskarżonego  postrzegać  to,  czego  on  dokonał...  A  dopiero  potem  to,  że  był

bezdomnym  włóczęgą,  gdy  podawał  się  za  dygnitarza,  i  że  podjął  to,  czego

honorowy polityk się podjąć nie mógł. Że uratował tym kraj od zagłady... Za co

mu  chwała!  Chwała!  –  powtórzył  oskarżyciel  donośnie.  Przez  salę  przeszedł

szmer  i  ucichł,  zamieniając  się  w  głęboką  ciszę.  –  Ten  zdrajca  i  narodowy

bohater  –  przemawiał  dalej  premier  Terkowski  –  musi  odejść,  bo  tego  wymaga

chwila,  bo  na  to  czekają  zwycięzcy.  Dzisiaj  Nikodem  Dyzma  musi  odejść,  ale

odnajdzie  go...  historia.  Historia  odnajdzie  Nikodema  Dyzmę  i  kto  wie,  może

okaże się w jej oczach większym od zwycięzców stojących w przelotnym blasku

wiktorii...

Po  tym  przemówieniu  wywiązała  się  zażarta  walka  prokuratorów  z  obroną,

w  której  nie  brakowało  „patriotów”  żądnych  krwi,  ale  w  której  wiele  głosów

świadczyło także o tym, że Polacy zaczynają cenić nie tylko honor. Że być może

woleliby zwycięstwo nawet bez fanfar, ale i bez czarnej krepy na sztandarach ku

chwale tak wielu poległych.

Ostatecznie  sąd  skazał  prezydenta  kolaboranta  na  dożywotną  banicję...

W pamięci z tego procesu pozostała zaś wszystkim postawa nielubianego bufona

Jana  Terkowskiego,  który  okazał  się  najpierw  sprawiedliwym  sędzią,  a  dopiero

potem osobistym wrogiem politycznego adwersarza.

Wiele  lat  później  w  pozostającej  w  wielkim  zacofaniu  za  cywilizowanym

światem  Rosji  sowieckiej  zaczęły  się  strajki  i  uliczne  manifestacje.  Rozmiary

rozruchów  wykluczały  stłumienie  ich  przy  pomocy  czołgów  i  zalewania  wodą

kopalni  wraz  ze  strajkującymi  górnikami,  tak  jak  to  było  przez  prawie  wiek.

Podobne  zbrodnie  w  „kraju  zwycięskiego  socjalizmu”  nie  dały  się  już  ukryć

przed  światem.  W  ciągle  okupowanej  przez  Armię  Czerwoną  Czechosłowacji,

Bułgarii,  na  Węgrzech,  w  Niemczech  Wschodnich  i  w  północnej  Polsce

narastało  wrzenie.  Dalsze  istnienie  porządku  ustanowionego  po  drugiej  wojnie

światowej traciło rację bytu.

Po powojennym rozbiorze Europy istniały dwa kraje podzielone na radziecką

background image

i  zachodnioaliancką  strefę  wpływów.  Były  to  Niemcy  i  Polska.  Sowieci

w  rozbiorze  Europy  po  II  wojnie  światowej  otrzymali  Litwę,  Łotwę  i  Estonię,

które  to  po  wymordowaniu  elit  narodowych  tych  krajów  uczynili  republikami

swojego imperium. Przebiegły Stalin w zamian za zagarniętą część ziem polskich

optował  za  przyznaniem  Polsce  części  terytorium  niemieckiego.  W  myśl  zasady

[4]

,  generalissimusowi  chodziło  o  stworzenie  stałego  zagrożenia  Polski  przez

„pokrzywdzonych” takim zakończeniem wojny Niemców. Ostatecznie powstały

więc dwa państwa niemieckie i dwa państwa polskie.

Polskę  podzielono  na  część  wolną,  południową,  i  podporządkowaną

Sowietom  socjalistyczną  Polskę  północną.  Miasta  polskie  podobnie  jak  na

Słowacji  i  Węgrzech  nie  były  zniszczone.  Przemysł  produkujący  do  końca

działań wojennych dla niemieckiej armii został rozbudowany i unowocześniony.

Start  do  nowego  obydwu  państw  polskich  w  stosunku  do  krajów  oficjalnie

walczących  z  Niemcami  był  bardzo  korzystny.  W  dobrej  kondycji  przetrwała

wojnę  także  polska  inteligencja,  straty  ludności  były  bowiem  niewielkie.  Polska

południowa,  organizując  państwo  na  zasadach  demokracji  parlamentarnej

i  wolnego  rynku,  już  kilka  lat  po  wojnie  pod  względem  produkcji  dóbr

materialnych i poziomu życia ludności dołączyła do europejskiej elity. Otoczona

krajami  komunistycznymi,  graniczyła  tylko  na  niewielkim  odcinku  z  Niemcami

Zachodnimi.  Podczas  gdy  od  Bałtyku  do  Warszawy  kraj  pogrążony  był

w  terrorze  i  niedostatku,  południowa  część  Polski  przeżywała  dotychczas

niespotykany  rozkwit.  Rozbudowano  autostrady,  lotniska  i  montownie

samochodów.  Bogaciły  się  miasta  i  rozwijały  parki  narodowe.  Popularność

Alicante,  Biaritz  czy  Davos  przyćmiona  została  sławą  bajecznych  kurortów

w  Tatrach  i  Bieszczadach.  Spędzenie  wypoczynku  letniego  lub  zimowego

Zakopanem, 

Lesku, 

czy 

Krynicy 

albo 

wielu 

innych 

kurortach

w  pobudowanych  po  wojnie  staraniem  własnego  i  obcego  kapitału  należało  do

dobrego  tonu  nie  tylko  w  Europie,  ale  także  w  środowiskach  zaprzyjaźnionych

z Polonią w USA, Kanadzie, Brazylii... Wielką atrakcją turystyczną południowej

Polski Południowej było jej położenie geopolityczne. Ziemie leżące na północ od

Bieszczad,  Karpat  i  Sudetów  aż  do  linii  Warszawa  –  Poznań  były  niezwykłą

oazą  na  ponurej  pustyni  wschodniej  Europy.  Wąski  przesmyk  przy

czechosłowackiej  granicy,  należący  do  terytorium  Niemiec  Zachodnich,

background image

a  graniczący  z  Polską  południową,  pokryły  autostrady,  magistrale  kolejowe

i  lotniska.  Setki  tysięcy  turystów  poczytywało  sobie  za  punkt  honoru  spędzenie

chociaż  jednego  urlopu  w  kraju  politycznego  i  gospodarczego  cudu...

Przysłowiowa  w  świecie  stała  się  sprawność  i  punktualność  polskich  kolei,

komfort  polskich  hoteli,  urozmaicenie  polskiej  gastronomii...  Już  w  dwadzieścia

lat  po  wojnie  nadwiślańscy  obywatele  przewyższyli  dostatkiem  i  bogactwem

Szwedów  oraz  Duńczyków.  Ogólną  radość  Polaków  zmącona  była  jednak

sowieckim  jasyrem  na  ziemiach  północnych.  Z  czasem  jednak  utrzymywany  na

bagnetach  NKWD  i  KGB  rosyjski  kolos  zaczął  się  powoli  kruszyć  i  rozpadać.

Państwa  oddane  Rosjanom  w  pacht  zaczynały  stawiać  skuteczny  opór

czerwonym okupantom. Włączone do ZSRR siłą Litwa, Łotwa i Estonia podjęły

bojkot  niedoszłego,  a  jednak  zrealizowanego  w  praktyce  paktu  Ribbentrop-

Mołotow...  W  Gdańsku,  na  ziemiach  Polski  północnej,  stanęły  porty.  Protest

lokalny  zamienił  się  wkrótce  w  strajk  generalny.  Nie  był  to  pierwszy  zryw

zniewolonych  Polaków.  Kilkakroć  w  tym  ponurym  półwieczu  spływały  krwią

Poznań, Gdańsk, Szczecin, Warszawa. Zbrodnie pozostawały jednak za żelazną

kurtyną.  Teraz  Polacy,  Niemcy,  Czesi,  Łotysze,  Litwini,  Estończycy...  zaczęli

wspólnie  burzyć  kolczaste  zasieki,  zasypywać  wilcze  doły,  niszczyć  graniczne

mury.  Wiatr  wolności  powiał  w  Europie.  I  jak  już  było  powiedziane,  Polska

południowa przez wiele lat była perłą tej Europy. Nic jednak nie trwa wiecznie,

z  czasem  osobiste  ambicje  części  polityków  stały  się  ważniejsze  od  dobra

rozkwitającego kraju. Dziwne, ale niszcząca wszystko, co dobre, wojna polsko-

polska rozgorzała nie między prawicową koalicją rządzącą a lewicową opozycją,

ale  między  wydawać  by  się  mogło  bratnimi  partiami  prawicowymi.  Oponenci

rządzących,  mając  te  same  strategiczne  cele  co  rząd,  czyli  rozwój  gospodarki

krajowej  w  oparciu  o  prywatne  środki  produkcji,  demokrację  i  równość

„stanów” oraz ras, wypowiedzieli otwartą wojnę już nie rządzącym, ale w ogóle

Polsce pod rządami innych partii, a nie własnej...

Dlaczego  upadają  imperia?  Dlaczego  niemal  cyklicznie  przestają  się  kręcić

naoliwione  i  napędzane  sprawną  maszyną  tryby  gospodarki  dostatnich  państw?

Dlaczego  wybuchają  rewolucje  społeczne  i  polityczne?  Bo  tak  się  układają

gwiazdy?  Bo  tak  chce  Bóg?  Możliwe,  chociaż  nie  ma  na  to  dowodów.

Natomiast  na  pewno  wiadomo,  że  dzieło  ludzkie  jest  ułomne.  Imperia  upadają,

background image

bo  zmienia  się  świadomość,  a  wszelkie  inne  zło  społeczne  dzieje  się  wtenczas,

gdy jeden człowiek lub grupa ludzi zdoła narzucić większości to, co jest przeciw

większości.

Zahamowanie  rozwoju  Polski  w  XXI  wieku  było  jednak  spowodowane

niekorzystnym układem gwiazd na niebie, chociaż niektórzy twierdzą, że wielką

Polskę zgubili mali Polacy.

background image

N

EPILOG

ikodem Dyzma siedział w zdezelowanym, wiklinowym fotelu i patrzył

na  zachód  słońca.  Olbrzymia  rozżarzona  kula  dotknęła  krawędzią

słonej wody i poczęła się powoli w niej pogrążać. Tysiące jakby nagle

obudzonych  blasków  podchwyciły  lekko  spienione  fale  i  igrały  nimi  nad

płaszczyzną wielkiego morza.

Prezydent rozbitek patrzył w przestrzeń i budząc się ze snu-nie snu ostatnich

zdarzeń,  stawał  się  świadomy  tego,  że  żyje,  życiem  z  innego  świata.  Banicja...

We  Francji  osądzono  marszałka  Pétaina  i  skazano  na  śmierć.  Od  plutonu

egzekucyjnego uratował go generał de Gaulle, a premiera Lavalle’a rozstrzelano.

Podobny  los  w  Polsce  groził  kolaboracyjnemu  prezydentowi,  który

sprzeniewierzył  się  i  zerwał  wielkie  sojusze.  Sprawiedliwość  często  umyka

z  obozu  zwycięzców.  Francuzi  ze  swoimi  kolaborantami  obeszli  się  srogo,

wymagali  więc  tego  także  od  Polski.  Generał  Żagwa  Romanowski  ze  swoją

wiedzą  o  wszystkim,  co  tajne  w  Sowietach,  stanowił  bezcenny  skarb  dla

wywiadu  amerykańskiego  i  to  on,  mimo  takiej  samej  kolaboracji  jak  prezydent

Dyzma, dyktował Amerykanom warunki, a nie Amerykanie jemu.

Kunicki w ostatnich dniach wojny ze swoim krociowym majątkiem  schronił

się za morzami, za górami...

– Panie Nikodemie kochany, królu złoty, niech pan jedzie ze mną. W Buenos

Aires  czekają  na  pana  pałac  albo  pawilon  nad  morzem,  co  pan  łaskawie

wybierze. Historia z Koborowa jakby powtórzyła się... Niech pan ze mną jedzie,

królu złoty, panie Nikodemie kochany.

Ale Nikodem do Buenos nie pojechał.

Niewyniszczona  wojną  i  okupacją  Polska  na  tle  zbombardowanej  i  spalonej

Europy  dosłownie  rozkwitała.  Ale  Polska  będąc  krajem  uratowanym,  musiała

być  także  krajem  bohaterskim!  Ktoś  musiał  zapłacić  rachunek  za  to,  że  takim

krajem nie była...

Nikodem Dyzma patrzył na tysiące blasków, migoczących nad wodą niczym

iskierki  z  piasku  i  słońca.  Myślał  o  braciach  Polakach,  których  przyszło  mu

background image

poznać, z tej i tamtej strony. Był wygnańcem, banitą, a jednak odczuwał pewną

dumę i radość gdzieś w głębi duszy. Z czego radość? Dziwne, ale z uczuciem tej

radości kojarzyła mu się zwalista sylwetka Terkowskiego w czarnym smokingu,

przecierającego  monokl  śnieżnobiałą  chusteczką.  Polak  polityk  nie  musi  być

karłem,  zaślepionym  jedynie  swoją  wąską  nienawiścią.  Chociaż  dumny,  może

odrzucić małość, prywatę i partyjne kumoterstwo, jak zasłonę z wodoru i siarki,

może  wyciągnąć  pomocną  rękę  do  adwersarza,  którego  meandry  życia  na

ostatnim zakręcie walki rzuciły mu pod nogi...

– Pamiętaj, prezydencie – mówił do Nikodema profesor Rawa Michalewski.

– Jeżeli kiedy miałbyś wybierać między politykiem, który kradnie, a politykiem,

który nienawidzi, wybierz złodzieja, bo ten, kto kradnie, po prostu tylko kradnie,

a  ten,  kto  nienawidzi  –  niszczy.  Polityk  zawsze  może  więcej  zniszczyć  niż

ukraść.  W  historii  świata  był  szczerze  nienawidzący  wódz,  nazywał  się  Józef

Stalin,  i  co  z  tego  wynikło?  –  Nikodem  to  zapamiętał,  potem  nawet  wydając

wyrok na Krzepickiego, gryzł się, czy tego nie można było załatwić inaczej.

Któregoś  wczesnego  popołudnia,  gdy  majstrował  na  niedawno  kupionej

łodzi, przeleciał nad miniaturową przystanią mały samolot. Pilot zrobił pętlę nad

portem  i  przymierzał  się  do  posadzenia  maszyny  na  lądowisku  przy  plaży.

Manewrował  jeszcze  chwilę,  aż  wreszcie  osiadł  nie  dalej  niż  pięćset  metrów  od

prymitywnej  kei.  Nikodem  zaciekawił  się,  kto  to  przybywa  na  wyspę  w  tak

niekonwencjonalny  sposób,  i  pilnie  obserwował  samolot.  Jego  pokład  opuściła

szczupła kobieta, ciągnąc za sobą olbrzymią torbę podróżną.

Kobieta  została  na  lądowisku,  a  samolot,  podrywając  tumany  plażowego

kurzu,  odleciał.  Nikodem  wciąż  obserwował  scenkę,  gdy  przybyła  przywołała

gestami  dwóch  wyrostków  suszących  sieci  i  rozmawiała  z  nimi  za  pomocą

gestów,  po  czym  chłopcy  wzięli  jej  juki  i  cała  trójka  skierowała  się  w  stronę

przystani.  Nikodem  patrzył  i  oczom  nie  wierzył.  Czy  to  możliwe?  Mańka?!

Z  Warszawy  Mańka?!  Wiedział,  że  radziła  sobie  świetnie  i  zatrudniła

handlowców, którzy zakładali w kraju sieć jej salonów z kosmetykami z Paryża.

Niczym  kilkunastoletni  junak  przeskoczył  reling  łodzi,  ruszając  kłusem

w  kierunku  dziewczyny.  Stanął  przed  nią,  nie  wiedząc,  co  powiedzieć...  Stał

i  jak  zwykle  w  podobnych  sytuacjach  miarkował.  „Patrzcie,  cholera  jedna,

Mańka! Samolocikiem sobie przyleciała, Mańka... no nie... nie Mańka... Madame

background image

Maria Augusta, Maria Augusta! Tak będzie lepiej” – myślał Nikodem i nagle nie

wiadomo kiedy poczuł, że ona wisi mu na szyi, a on ma mokro pod oczami, niby

w  kinie,  na  filmie  o  wiejskim  znachorze,  który  skradzionymi  narzędziami

operował  córkę  po  ciężkim  wypadku  na  motocyklu,  nie  wiedząc,  że  to  jego

córka. I wszystko kończyło się dobrze...

Dziewczyna wreszcie stanęła na ziemi, Nikodem popatrzył i zdziwił się, że ją

w  ogóle  poznał:  tę  szykowną  młodą  damę  w  sportowym,  eleganckim  kostiumie

z  jasnego  tropiku,  w  zawadiackim  kapeluszu  na  głowie.  Prezentowała  się  jak

amantka  z  amerykańskiego  filmu.  „Zawsze  była  zgrabna,  cholera  jedna...”  –

pomyślał,  przełknął  ślinę  i  schylił  się  po  bagaże  Marii  Augusty.  Ona  ciągle

milczała,  wreszcie  spuściła  głowę  i  powiedziała  tonem  nie  tyle  wyznania,  co

ważnego komunikatu:

– Bo ja ciebie kocham, Nikodem...

I  tak  nasz  polski  Bonaparte  nie  był  już  na  swojej  Elbie  samotnym

wygnańcem...

Maria  Elwira  Augusta  za  pośrednictwem  pułkownika  Tośka  trafiła  na  ślad

Nikodema  i  wówczas  bez  namysłu  sprzedała  sieć  swoich  kosmetycznych

salonów,  przypłynęła  statkiem  do  Barcelony,  gdzie  wynajęła  samolot,

i  przyleciała  prosto  w  objęcia  swojego  ukochanego  Nikodema.  Upewniła  się

przed  tym  jedynie,  że  nie  jest  on  już  prezydentem  ani  królem,  wszystko  jedno:

w koronie czy bez korony, bo to jej przeszkadzało najbardziej...

Wiele  lat  później  przed  skromnym  domem  na  skraju  rybackiej  osady

zatrzymał się terenowy samochód. Dwaj mężczyźni z kamerami w rękach ruszyli

w górę żwirowej ścieżki. Furtkę otworzył im stary człowiek. Goście nie zabawili

długo, zrobili kilka filmowych ujęć, zamienili kilka zdań i odjechali. Od czasu do

czasu  w  jakiejś  redakcji  w  Europie  przypominano  sobie,  że  jeszcze  żyje  stary

człowiek, który kiedyś być może zmienił bieg historii...

Pewnego  też  dnia  do  drzwi  dobrze  utrzymanego  domku  nad  morzem

zapukała  młoda  kobieta.  Gospodarz  był  nieobecny,  a  gospodyni  powiedziała

przybyłej, że mąż jest na morzu. Dziewczyna czekała, gdy maleńki szkuner dobił

do prymitywnej kei, i poprosiła o pozwolenie wejścia na pokład.

– Nie jestem reporterką, piszę książkę, historię Polski – powiedziała. – Pański

obowiązek  nie  został  spełniony  do  końca.  Chodzi  o  przestrogę  na  przyszłość...

background image

Historia  teraz  toczy  się  inaczej....  Polsce  nie  zagrażają  czarna  ani  czerwona

bestia, mała wojna toczy się o małe sprawy. – Rozmowa rozwijała się opornie.

–  Gdy  umilkły  działa,  miałem  być  podobnie  jak  marszałek  Pétain  i  premier

Lavalle  we  Francji  skazany  za  kolaborację  i  stracony.  W  skład  sądu  wchodzili

oficerowie,  którzy  stacjonowali  w  1939  roku  na  Kresach  Wschodnich  –  ci,  dla

których przygotowane były doły w Katyniu i Ostaszkowie. Wobec odmiennego

biegu  dziejów  zapełniono  je  inteligencją  litewską,  łotewską  i  estońską.  Oni

przeżyli.

W składzie sądu nade mną znalazł się także mój polityczny adwersarz i wróg

osobisty, człowiek kiedyś przeze mnie obrażony. Powiedział on, że honor Polaka

patrioty  to  przede  wszystkim  uznanie  prawdy,  że  jest  to  umiłowanie  Polski,

a  Polska  to  ziemia,  obywatele,  rząd  i  prezydent,  chociażby  przeciwnik

polityczny.  Jeżeli  polityk  nie  ma  tych  walorów,  nie  ma  też  prawa  do  obrony

honoru  Polski.  Mój  przeciwnik  i  wróg  jako  oskarżyciel  odsunął  na  bok  urazy

i  pochylił  czoło,  a  ja  dopiero  wtedy  zrozumiałem,  co  to  jest  honor,  o  którym

mówi  się  tak  wiele...  Wylądowałem  na  tej  wyspie.  W  torbie  miałem

przygotowane  przez  moich  przeciwników  –  zwycięzców  –  potrzebne  mi

dokumenty.  Znalazłem  też  list  od  premiera  nowego  rządu,  mojego  wroga

i adwersarza.

Historia  nie  zapomni  tego,  czego  Pan  dokonał,  ale  teraz  jest  Pan  plamą  na

zwycięskich sztandarach. Pańska ofiara honoru była autentyczna i nie można jej

cofnąć, tak jak nie można cofnąć ofiary życia...

Z wyrazami głębokiego szacunku

Jan Terkowski

Kiedyś  miałem  niezwykłego  przyjaciela,  patriotę,  żeglarza.  Na  wyspie

kupiłem  wrak  małego  szkunera,  wyremontowałem  go,  nauczyłem  się  sztuki

żeglowania  i  wypływam  w  morze  z  turystami...  Z  kraju,  który  się  mnie  wyparł,

przyjechała za mną kobieta, której ja się wyparłem, a ona pozostała mi wierna...

Zapadał  wieczór,  na  pokładzie  i  nad  wielkim  morzem  panowała  cisza.

Daleko dudnił silnik niewielkiej łodzi, w górze krzyczały białe ptaki.

–  Ile...  ile  zmiana  polskiej  polityki  w  1939  roku,  chłód  i  rozwaga  przyjęte

background image

w  miejsce  gorącego  patriotyzmu  i  bohaterskiej  postawy  zaoszczędziła  naszemu

narodowi  istnień  ludzkich,  upokorzeń  i  nieszczęść?  –  zapytała  sędziwego

człowieka autorka krzepnącej dopiero książki o najnowszej historii Polski.

Sędziwy  człowiek  długo  milczał,  jakby  coś  ważył  i  coś  wspominał.  Patrzył

w daleką przestrzeń i był świadom, jakie to dalekie już, ale ciągle tak bliskie.

–  Tego  nie  będziemy  wiedzieć  nigdy,  bo  do  katastrofy  w  wojnie  na  dwóch

frontach,  na  wschodzie  i  zachodzie,  z  Hitlerem  i  Stalinem,  z  dwoma

największymi  zbrodniarzami  wszech  czasów,  nie  mógł  dopuścić  żaden

odpowiedzialny  rząd.  Ale  może  ktoś  napisze  książkę,  taki  horror  czy  tragiczną

fantastykę,  o  klęsce  Polski  na  dwóch  frontach  w  wojnie  o  honor...  o  coś,  za  co

walczy  się  i  ginie  nawet  po  ostatniej  przegranej  bitwie,  i  obliczy  ofiary

podobnego  kataklizmu...  –  powiedział  upadły  i  wygnany  Nikodem  Dyzma,

zwyczajny  bohater,  zwykły  Polak  bez  patosu,  jaki  niejeden  raz  był  nam

potrzebny i jakiego niewątpliwie ze wstydem byśmy się wyparli.

Wokół  maleńkiej  wyspy  falowało  olbrzymie  morze,  panowała  ciężka  cisza,

zanosiło się więc na burzę.

Koniec

background image

G

MAGIA GNIEWINA

niewino,  ta  kraina  niezwykłych  przemian  i  niebywałego  postępu,  jeszcze

niedawno  była  wsią  z  dziurawą  i  grząską  drogą.  Wzdłuż  niej  stały  domy:

murowane  straszydła  i  drewniane  chałupy.  Nie  było  dostępu  do  morza,  więc

nie było letników, nie było starego zamku, nie było więc turystów.

Dzisiejsze Gniewino to kompleks turystyczno-rekreacyjny w kształcie oka, z oryginalną

wieżą,  przypominającą  kształtem  klepsydrę.  Rozciąga  się  z  niej  widok  na  górny  zbiornik

wodny  elektrowni  szczytowo-pompowej,  Jezioro  Żarnowieckie,  a  w  dole  na  naturalnych

rozmiarów  dinozaury  oraz  olbrzymie  postacie  Stolemów  –  kaszubskich  siłaczy.  W  oddali

z wieży widać Morze Bałtyckie.

Gniewino  to  także  centrum  sportowe,  miejsce  pobytu  i  treningów  drużyny  narodowej

Hiszpanii  podczas  Mistrzostw  Europy  w  Piłce  Nożnej  EURO  2012.  W  skład  centrum

wchodzą:  stadion  „Arena  Mistrzów”,  kryta  pływalnia,  hala  widowiskowo-sportowa,

bowling,  sala  widowiskowo-kinowa  oraz  wybudowany  specjalnie  na  potrzeby  Centrum

Pobytowego UEFA odpowiedni hotel – Mistral Sport**** z zapleczem SPA.

Ważnym  elementem  infrastruktury  Gniewina  jest  największa  w  Polsce  elektrownia

szczytowo-pompowa. W tym regionie ma też powstać pierwsza w naszym kraju elektrownia

jądrowa.  Gniewino  słynie  z  produkcji  zdrowej  żywności,  doskonałych  serów  i  innych

przetworów mlecznych.

Dynamicznie  się  rozwijająca  miejscowość  przyciąga  wielu  ludzi,  między  innymi

Lesława  Furmagę  –  pisarza  i  pedagoga,  autora  „Upadku  Nikodema  Dyzmy”,  innych

powieści,  esejów,  scenariuszy  oraz  opracowań  popularnonaukowych.  Autor  ten,

opuszczając Trójmiasto, tu właśnie znalazł swoje stałe miejsce zamieszkania i pracy.

Drogi czytelniku, przyjedź, poznaj Gniewino! GNIEWINO TO MAGIA

WSZECHSTRONNEGO ROZWOJU I NIEZWYKŁEGO SAMORZĄDU.

background image

[1]

 Dintojra – sąd lub krwawa rozprawa w światku przestępczym [przyp. red.].

[2]

  Volkslista  (niem.)  –  lista  narodowościowa  obejmująca  obywateli  pochodzenia  niemieckiego,

wprowadzona od 1940 roku w okupowanym przez Niemcy kraju [przyp. red.].

[3]

 Pacht – tu: dzierżawa [przyp. red.].

[4]

 Dziel i rządź (łac.) [przyp. red.].


Document Outline