background image

Hubertus Mynarek 

ZAKAZ MYŚLENIA 

Fundamentalizm w chrześcijaństwie i islamie 

  

 

  

 
 
 
 

Prawdziwe słowa nie są przyjemne.

 

Przyjemne słowa nie są prawdziwe.

 

Laotse

 

  
  

Zwięźle,  interesująco  i  rzeczowo  opisuje  Mynarek  najróżniejszego  rodzaju  fundamentalizmy,  które 

niczym  epidemie  wyłaniają  się  z  „postmodernizmu”:  ich  źródła  religijne,  agresywny  fanatyzm,  tendencję  do 
zniewalania,  a  także  głupotę,  szarlatanerię  ich  głosicieli,  zwłaszcza  chrześcijańskich,  wśród  których  ci 
„najbardziej postępowi” zawsze są najniebezpieczniejsi – zwykli, nowi inscenizatorzy starego repertuaru.
 

Karlheinz Deschner 

  

background image

Nasilanie  się  fundamentalizmu  na  całym  świecie  zagraża  naszej  sytuacji  społeczno-

politycznej.  Podczas  gdy  większość  teologów  traktuje  to  zjawisko  jako  przejaw  upadku 
pierwotnie czystej idei Dobrej Nowiny i nauki wiary, religioznawca prof. Hubertus Mynarek 
przyjmuje bardziej radykalny punkt widzenia: w swej zaangażowanej polemice wykazuje, że 
fundamentalizm  religijny  leży  u  podstaw  zasadniczych  prawd  wiary  wszystkich  religii 
monoteistycznych.  Wszystkie  one  wcześniej  czy  później  ustanawiają  zakazy  myślenia, 
zamykające  drogę  rozumowi,  których  –  jako  że  obstają  przy  wartościach  absolutnych  –  nie 
sposób pogodzić z religijną tolerancją. 
  
  

Hubertus Mynarek urodził się w roku 1929 na Opolszczyźnie, w rodzinie pochodzenia 

niemieckiego. Studiował teologię katolicką, filozofię i psychologię. W latach pięćdziesiątych 
był  księdzem  na  Śląsku.  Od  roku  1958  mieszka  na  stałe  w  Niemczech.  Tam  zrobił  karierę 
naukową.  Wykładał  –  jako  profesor  –  w  Republice  Federalnej  Niemiec  i  w  Austrii.  W  roku 
1972 porzucił stan duchowny i w związku z tą decyzją wystosował krytyczny wobec Kościoła 
list  otwarty  do  papieża  Pawła  VI.  Reakcją  na  to  było  pozbawienie  go  przez  Kościół  prawa 
nauczania.  Odtąd  żyje  jako  osoba  prywatna,  ojciec  rodziny.  Wiele  pisze  i  publikuje. 
Szczególnie  ważne  w  jego  dorobku  są  następujące  książki:  Mystik  und  Vernunft  (Mistyka  a 
rozsądek),  Eros  und  Klerus  (tytuł  chyba  zrozumiały  bez  tłumaczenia),  Zakaz  myślenia. 
Fundamentalizm  w  chrześcijaństwie  i  islamie,  Jezus  i  kobiety.  Miłosne  życie  Nazarejczyka 
(wydanie polskie Wydawnictwo URAEUS 1995). 

  
 
 
 
 
 
 
 
 

Spis treści: 
 

I. Niebezpieczeństwo fundamentalizmu..................................................................................... 4 
II. Jak rodzi się fundamentalizm?............................................................................................... 9 
III. Religijne źródła wszelkich fundamentalizmów ................................................................. 16 
IV. „Czyste” i „doskonałe” źródła fundamentalizmu .............................................................. 20 
V. Każdy monoteizm jest fundamentalistyczny ....................................................................... 41 

Nota o autorze .................................................................................................................. 46 
Bibliografia ....................................................................................................................... 48 
Przypisy ............................................................................................................................ 49 

background image

Wywód Mynarka jest wysoce kompetentny i nadzwyczaj pouczający. 

Wirklichkeit und Wahrheit 

  

Mynarek przekonuje szczerością i niezmienną kompetencją wykładu. Sugestywność relacji sprawia, że czytelnik 

czuje się poinformowany dokładniej, niżby to zapewniły traktaty polityczne czy naukowe. 

TAZ 

  

Mynarek usiłuje uczynić „wolną religię” zrozumiałą także i nade wszystko dla ludzi współczesnych oraz 

uratować ją na przyszłość, a jest w tych usiłowaniach zawsze przekonujący. Ponieważ w oficjalnym Kościele i 

jego nauce teologicznej nadal brak odważnych publikacji tego rodzaju, Mynarek wyświadcza niebagatelną 

przysługę swoim byłym kolegom. Trzeba jednak wykluczyć ich wdzięczność za tę pionierską działalność. 

Prof. dr Horst Herrmann, Frankfurter Rundschau 

  

Przy lekkości pióra, Mynarek łączy dogłębną znajomość faktów i związków między nimi z klarownością 

przedstawiania poszczególnych zjawisk i umiejętnym puentowaniem. 

Hessisch-Niedersachische Allgemaine 

  

Ktoś znajomy, o niezwykłej odwadze, czym przypomina Lutra i Muntzera, bez tej nawet skłonności do 

kompromisu, jaką wykazał Galileusz. Obce mu są oportunizm i konformizm – we wszelkiej postaci. 

Prof. dr Werner Peiser, były ambasador, w piśmie okólnym genueńskiej gminy ewangelicko-augsburskiej 

  

Mynarek pokazuje, jaka powinna być religia: niedogmatyczna, nigdy zamknięta, zawsze wymagająca korekty, 

niesprzeczna z żadnym nakazem człowieczeństwa i ludzką wolnością, wciąż w swojej istocie gotowa do ofiary z 

samej siebie. Powinna być zorganizowana na podobieństwo otwartego ustroju demokratycznego. 

Mynarek opiera się w tym, co pisze, na niewątpliwie osobistym doświadczeniu i świetnej znajomości przedmiotu. 

Udzielił on ważkich odpowiedzi na ciągle stawiane pytania o sens i duchowe oblicze człowieczeństwa. 

Der Humanist 

  

Mynarek potrafi pisać w sposób fascynujący. Nic boi się łamać tabu i czasem nawet posunąć się dalej, niżby to 

wynikało z celów, jakie sobie stawia. Zawsze można się od niego czegoś nauczyć. 

Freies Christentum 

  

Mynarek pisze „nic po profesorsku i, co cieszy, konkretnie (...), sprawność literacka idzie w parze z 

przekonującym wykładem psychologicznym.” 

Dr Karlheinz Deschner 

  

To połączenie obiektywizmu krytyka z nawiązaniem do własnych doświadczeń życiowych  

trzeba uznać za w pełni udane. 

Homo Humanus – Buchweiser

 

  

Mynarek „dokumentuje, w pewnych fragmentach wręcz dramatycznie, historię świata i historię umysłowości – 

wszystko odnosi się do konkretnych ludzi i epok. Czytelnik staje się chętnym świadkiem burzliwych wydarzeń i 

przemian duchowych.” 

Unitarische Blatter 

  

Sam autor okazuje się rzecznikiem radykalnej postawy etycznej. 

Publik-Forum 

  

Ten człowiek czerpie siłę swojego zaangażowania religijnego z własnych 

 doświadczeń życiowych i nic jest skory do kompromisów. 

Vorgange. Zeitschrift für Gesellschaftspolitik 

  
  
  
  

background image

I. Niebezpieczeństwo fundamentalizmu 

  

„Nie  żyjemy  dzisiaj  pod  znakiem  Oświecenia,  lecz  w  znacznie  większej  mierze  pod 

wszechstronnym  wpływem  prądów  fundamentalistycznych.”  Oto  słowa  Richarda  von 
Weizsackera,  wygłoszone  podczas  mszy  ekumenicznej  z  okazji  rocznicy  zbombardowania 
Drezna  13  lutego  1945  roku.  Rzeczywiście,  różnego  rodzaju  fundamentalizmy  –  wielkie  i 
małe,  ideologiczne  i  militarne,  filozoficzne,  teologiczne,  ekologiczne  i  ekonomiczne, 
kulturalne  i  społeczne,  religijne  i  kościelne,  polityczne  i  pozornie  apolityczne,  regionalne  i 
ponadregionalne  –  wyrosły  jak  grzyby  po  deszczu  w  naszej  złożonej  sytuacji  u  schyłku 
drugiego tysiąclecia, a zagrażając pokojowi na świecie, zmniejszają w sposób bardzo istotny 
szansę  przeżycia  ludzkości.  W  tej  sytuacji    kontynuował  Weizsacker  –  „trzy  religie 
Abrahamowe  mogą  i  muszą  przyczynić  się”  do  wyeliminowania  niebezpieczeństw 
zrodzonych  przez  fundamentalizm.  Czy  jednak  nie  oznacza  to  wpuszczenia  wilka  do 
owczarni? 

Czy 

judaizm, 

chrześcijaństwo, 

islam 

nie 

mają 

same 

charakteru 

fundamentalistycznego  i  czy  w  pewnym  stopniu  same  nie  zainicjowały  prześladowań  oraz 
wojen religijnych?  

Nawet  prezydent  Republiki  Federalnej  Niemiec  przyznaje  we  wspomnianym 

przemówieniu,  że  „w  imię  każdej  z  tych  trzech  religii  wyrządzono  wiele  krzywd  i  zadano 
wiele  cierpień.  Żadna  z  nich  nie  może  w  historii  dwu  pozostałych  znaleźć  uzasadnionych 
powodów  do  prowadzenia  w  ich  pojęciu  sprawiedliwych  wojen.”  Przede  wszystkim 
chrześcijanie  powinni  zrezygnować  z  „bezpodstawnych  roszczeń”,  aby  uważano  ich  za 
„jedyną ostoję rozumu, oświecenia i prawa.” 

W  istocie  rzeczy  fundamentalizmy  pochodzenia  chrześcijańskiego  również  dzisiaj  w 

dużym  stopniu  powiększają  i  pomnażają  negatywny  bilans  naszej  planety  pod  względem 
politycznym, gospodarczym, społecznym i ekologicznym. Zacznijmy od szczególnie ważnego 
fundamentalistycznego  aspektu  chrześcijaństwa  rzymskokatolickiego,  które  w  porównaniu  z 
chrześcijaństwem  prawosławnym  i  protestanckim  natychmiast  rzuca  się  w  oczy  z  powodu 
liczby  wiernych,  których  ilość  sięgnie  niebawem  miliarda,  co  stanowi  jedną  piątą  ludności 
ś

wiata,  a  tym  samym  uczyni  z  Kościoła  rzymskiego  największą  organizację  wyznaniową  na 

naszym  globie.  Mam  na  myśli  prowadzoną  przez  przywódcę  tej  organizacji,  „namiestnika 
Chrystusa”, i jego podwładnych fanatyczną, fundamentalistyczną wojnę z antykoncepcją. Nie 
jest  to  wojna  we  własnych  szeregach,  w  granicach  własnego  wyznania,  chociaż  byłoby  to 
wystarczającym  złem.  Jest  to  wojna,  która  w  istotny  sposób  wpływa  na  ogólną  sytuację 
socjopolityczną  i  ekonomiczną  na  świecie.  „Na  całej  kuli  ziemskiej  kościelny  zakaz 
stosowania antykoncepcji przyczynia się z całą mocą do pogłębienia nieświadomości, ucisku i 
cierpień  ludzi.  Konserwatywna  hierarchia  Kościoła,  wspierana  przez  równie  konserwatywną 
kastę lekarzy katolickich i prawicową organizację Opus Dei, czyni wszystko, aby zahamować 
upowszechnianie zasad planowania rodziny i wychowania seksualnego. Ci ludzie dążą usilnie 
do  udaremnienia  wysiłków,  służących  ochronie  przed  katastrofą  demograficzną.  Ich  niechęć 
do  prezerwatyw  sprzyja  szerzeniu  się  AIDS.  Ta  doktryna  katolicka  powoduje  więcej  zła  niż 
polityka apartheidu” (Brenda Maddox). 

„Książęta Kościoła” wykorzystują wszelkie kanały polityczne, dyplomatyczne, a – w 

zakresie  finansów,  jak  się  okazało  –  nawet  ciemne  kanały  mafijne,  wywierają  presję  na 
wszelkie  dostępne  ich  wpływom  rządy,  administracje,  media  i  szkoły  wyższe,  aby  tylko 
przeforsować swoje fundamentalistyczne zakazy myślenia i działania. 

Nie  wolno  ani  przez  chwilę  zapominać,  że  mocarzom  kościelnym  zawsze  chodzi  o 

władzę, o władzę nad światem. Dlatego należy sobie uzmysłowić, jak wielka władza znajdzie 
się  w  rękach  namiestnika  Boga  w  trzecim  tysiącleciu,  jeśli  zdoła  on  zaprzęgnąć  do  swych 
celów  w  dużym  stopniu  niewykształcone,  fundamentalistycznie  nastawione  masy  ponad 
miliarda  katolików.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  strategia  Kościoła  zmierza  również  w  tym 

background image

kierunku:  im  bardziej  bezwzględny  zakaz  kontroli  urodzin  –  tym  większa  produkcja 
katolików  w  krajach  Trzeciego  Świata!  Albowiem  w  krajach  wysoko  rozwiniętych  katolicy 
nie  przejmują  się  już  prawie  papieskim  „lamentem  na  temat  seksu”  („Ojcze  Święty,  Pawle 
Szósty,  już  nie  jęcz  na  temat  rozpusty”,  napisał  pewien  oburzony  czytelnik  do  „Spiegla”  w 
związku z ogłoszoną właśnie encykliką papieża Pawła VI Humanae vitae). Tylko 12 procent 
wiernych  poniżej  50  roku  życia  i  25  procent  powyżej  tego  wieku  jest  (co  wynika  z  różnych 
ankiet)  gotowych  dawać  posłuch  słowom  papieży,  dotyczącym  moralności  seksualnej. 
Zainteresowanie to zdaje się jeszcze spadać w świecie zachodnim. 

Po  upadku  fundamentalistycznego  socjalizmu  w  Europie  Wschodniej  hierarchia 

Kościoła katolickiego przymierza się już do przeprowadzenia nowej akcji misyjnej w Rosji i 
jej niedawnych satelitach. Z Watykanu i konferencji biskupów państw zachodnioeuropejskich 
dochodzą  głosy,  że  w  imię  nowego  ładu  chrześcijańskiego  należy  zmienić  oblicze  Starego 
Kontynentu.  Głównym  tematem  czterodniowych  tajnych  obrad  biskupów  katolickich,  które 
odbywały  się  podczas  sierpniowej  konferencji  w  Fuldzie  w  1991  roku,  było  właśnie 
ustanawianie  nowego  porządku  w  Europie!  Ich  motto  brzmiało:  „Pragniemy  zbudować 
Europę nadziei chrześcijańskiej!”, Europę, która przypomni sobie „głębokie tchnienie nadziei 
chrześcijańskiej”.  Triumfalnie  głosi  się  zwycięstwo  Kościoła  nad  ideologią  Wschodu.  W 
porównaniu  z  tego  typu  propagandowymi  wypowiedziami  instytucji  kościelnych  hasło 
Norberta  Bluma  „Marks  umarł;  Jezus  żyje”  brzmi  nieomal  łagodnie.  W  rzeczywistości 
wszystko przemawia za tym, że stoimy w obliczu nowej, wielkiej ofensywy chrześcijaństwa 
rzymskokatolickiego.  Papież  daje  sygnał  do  ataku  na  kruchą  twierdzę  Europy.  Należy 
zapoczątkować  nową  ewangelizację  pogańskiej  Europy,  ponieważ  zachodnioeuropejski 
liberalizm  i  konsumpcjonizm,  które  grożą  teraz  zalaniem  krajów  na  wschód  od  Łaby, 
produkują  „niewolników  przyjemności”.  W  toku  owej  ewangelizacji  prawa  boskie  (czytaj: 
kościelne)  należałoby  wpoić  na  nowo  z  całą  surowością,  a  ponadto  –  taki  jest  program 
Watykanu  –  miałyby  one  obowiązywać  jako  „wieczne  prawa  natury  ludzkiej”.  Nie  trzeba 
dodawać,  że  do  tych  „wiecznych  praw”  należy  naturalnie  zakaz  rozwodu,  „sztucznej” 
regulacji urodzin, aborcji i przedmałżeńskiego współżycia seksualnego. Wiara chrześcijańska 
w  swej  doktrynalnej,  dogmatycznej  i  fundamentalistycznej  postaci,  wolna  od  wszelkiej 
„liberalnej  gadaniny”  postępowych  teologów,  ma  stanowić  jedyny  możliwy  fundament 
społecznego  i  państwowego  współistnienia  w  Europie.  Stworzenie  nowego  ładu 
europejskiego  jest  możliwe  wyłącznie  na  „wspólnym  gruncie  chrześcijaństwa”.  Państwa 
europejskie  powinny  również  w  swym  prawodawstwie  podporządkować  się  w  nowy, 
zdecydowany  sposób  katalogowi  wartości  chrześcijańskich.  Albowiem,  jak  mówi 
przewodniczący kongregacji do spraw wiary, kardynał Ratzinger: „Władza państwowa, która 
nie chce nic wiedzieć o Bogu, staje się bandą rozbójników.” 

Karierę  robi  hasło  „bioetyka”.  Kościelni  propagandyści  mają  tu  na  myśli  zwłaszcza 

rodzinę  jako  centrum  zdrowego  życia  w  społeczeństwie,  życia  polegającego  na 
skanalizowaniu i ograniczeniu pociągu seksualnego do spółkowania par połączonych ślubem 
kościelnym,  z  absolutnym  zakazem  stosowania  wszelkich  „sztucznych”  środków 
zapobiegających  prokreacji.  „W  planie  boskim  miłość  seksualna  zaczyna  się  dopiero  w 
małżeństwie!” 

Władcy kościelni podejmują bardzo wiele wysiłków w celu realizacji swego programu 

fundamentalistyczno-chrześcijańskiego, Nowego Ładu w Europie. Obok Watykanu mamy tu 
centralę „Ewangelizacja 2000”, ponieważ do końca tego tysiąclecia Europa ponownie ma stać 
się  chrześcijańska  –  co  naturalnie  znaczy  katolicka.  Filie  tej  organizacji  ewangelizacyjnej 
powstają  we  wszystkich  krajach  europejskich.  Nowa  fundamentalistyczna  „fabryka  myśli” 
przedstawia: Chrystusa jako największego myśliciela w dziejach ludzkości; słowo Boże jako 
niezłomną,  niewątpliwą  prawdę,  jako  jedyne  światło,  jedyną  mądrość;  Kościół  jako  jedyną 
instytucję,  która  ma  do  zaoferowania  wskazówki  i  motywacje  do  sensownego  życia,  dla 

background image

„nowej  cywilizacji  miłości”;  papieża  jako  osobę,  pod  której  wyłącznym  przewodnictwem  i 
protektoratem  marsz  ku  nowej  szczęśliwej  Europie  może  osiągnąć  swój  cel.  Autonomia, 
wolność,  różnorodność  są  przeklęte,  a  przynajmniej  podejrzane  jako  maski  rozpasanego 
libertynizmu. 

Uporczywe  kwestionowanie  którejś  z  prawd  wiary,  twierdzi  kardynał  Ratzinger  w 

swym Raporcie o stanie  wiary (Rapporto sulla fede), stanowi „wykroczenie przeciw religii i 
jedności Kościoła” (które zgodnie z kanonem 751 nowego watykańskiego prawa kościelnego 
z roku 1983 jest karane ekskomuniką). Wiarę chrześcijańską proklamuje się jako rozwiązanie 
wszelkich  problemów.  Całość  opatrzona  jest  mottem:  „To  nie  chrześcijaństwo  należy 
zmodernizować,  to  świat  trzeba  zewangelizować.”  Państwa  zaś  mają  poddać  się  posłusznie 
prymatowi,  dominacji  Kościoła.  To  nowe  chrześcijaństwo  z  łaski  papiesko-watykańskiej 
występuje  z  totalitarnym  roszczeniem,  twierdząc,  że  jedynie  ono,  jako  dawca  norm,  posiada 
właściwe środki i słuszne rozwiązania wszystkich problemów państwowych, ekonomicznych, 
społecznych i duchowych. 

Godnymi  misji  nawrócenia  Europy  są  jedynie  kapłani  absolutnie  wierni  papieżowi. 

Zaprosił  on  niedawno  do  Rzymu  pięć  tysięcy  takich  oddanych  legionistów  na  zaszczytne 
spotkanie najwierniejszych i najbardziej zdecydowanych. Mają oni stanowić trzon mobilnych 
oddziałów bojowych namiestnika Boga we wszystkich krajach Europy. W obliczu defetyzmu 
i  krytyki  papieża  w  kręgach  klerykalnych  należało  dodać  im  otuchy.  Im  też  należało  wpoić 
szczególną świadomość, iż są wybrańcami. 

Jednakże  papieski  marsz  ku  czasom  średniowiecza,  kiedy  to  Europa  była  tworem 

monolitycznym  i  chrześcijańsko-katolickim,  jest  wspierany  oczywiście  nie  tylko  przez 
kapłanów-legionistów. Świeccy katolicy i organizacje świeckie są często pod tym względem 
jeszcze  bardziej  dziarskie  i  dynamiczne,  bardziej  waleczne  i  gorliwe.  Po  pierwsze  należy  tu 
wymienić  Opus  Dei,  najukochańsze  dziecko  papieża  spośród  wszystkich  organizacji 
kościelnych  i  zbliżonych  do  Kościoła.  Jest  to  zarazem  jedyna  z  ogólnopolitycznych  i 
kościelno-politycznych  grup  nacisku  podległa  bezpośrednio  papieżowi.  Wszystkie  pozostałe 
kościelne lub zbliżone do Kościoła związki, grupy i organizacje podlegają kontroli biskupów. 
Opus  Dei  jednak  nie  musi  się  nimi  przejmować,  będąc  w  rozumieniu  prawa  kościelnego 
personalną  prałaturą,  by  tak  rzec,  biskupstwem  na  płaszczyźnie  personalnej,  a  nie 
terytorialnej. Dla znawców środowiska kościelnego jest to z punktu widzenia prawa Kościoła 
niesłychane podniesienie wartości tej organizacji, która zresztą liczy na świecie około 80000 
członków,  z  czego  tylko  2%  jest  kapłanami.  To  „dzieło  Boże”  dysponuje  olbrzymimi 
pieniędzmi,  olbrzymią  władzą  i  olbrzymimi  wpływami,  nie  tylko  w  Hiszpanii,  jego  kraju 
macierzystym. Z biegiem czasu bowiem rozprzestrzeniło się ono „niczym plama ropy na cały 
Kościół  katolicki”  (Knut  Walf).  Władcze,  wielokrotnie  już  uwieńczone  sukcesami  działania 
Opus  Dei  zmierzają  ku  posiadaniu  własnych  przedstawicieli  we  wszystkich  ważnych 
instancjach  państwowych,  społecznych,  w  koncernach  gospodarczych,  przedsiębiorstwach 
przemysłowych i bankach, by mogli oni wywierać wpływ na politykę światową, gospodarczą, 
finansową  i  społeczną  w  rozumieniu  fundamentalistycznych  zasad  i  celów  Kościoła 
papieskiego.  „Wszelkimi  środkami  popierana  jest  (...)  ingerująca  w  działalność  banków, 
uniwersytetów i rządów polityczno-teologiczna, reakcyjna, hiszpańska tajna organizacja Opus 
Dei,  która  (...)  ma  cechy  średniowieczno-kontrreformacyjne  i  przez  tego  papieża,  który  czuł 
się  z  nią  związany  jeszcze  w  Krakowie,  została  pozbawiona  nadzoru  biskupów.”  (W  tej  lub 
podobnej  formie  nawet  wewnątrzkościelni  krytycy  ostrzegają  przed  Opus  Dei.  Jest  ona 
obecna  w  dość  znacznej  części  sfery  mediów  (prasa,  radio,  telewizja,  film,  agencje 
informacyjne) prawie wszystkich państw. W raju podatkowym, jakim jest Liechtenstein, Opus 
Dei  utrzymuje  Internationale  Akademie  fur  Philosophie  (IAP)  (Międzynarodową  Akademię 
Filozofii),  która  ma  pomóc  dotrzeć  do  nauczycieli  szkół  wyższych  w  Europie  i  Ameryce 
Północnej; na Filipinach założyła wpływową polityczną „fabrykę myśli”, Center for Research 

background image

and  Communication  (CRC);  posiada  silne  i  wpływowe  kontakty  w  Zurychu,  światowym 
centrum  bankowym,  gdzie  członkowie  Opus  Del  zasiadają  podobno  w  radach  nadzorczych 
wszystkich wielkich banków i gdzie rezyduje Fundacja Limmat, założona przez ludzi z Opus 
Dei.  W  Monachium  istnieje  od  1977  roku  powiązana  z  fundacją  zuryską  Rhein-Donau-
Stiftung (jej członkiem jest były minister stanu Fritz Pirkl, CSU). Opus Dei ma również swe 
przedstawicielstwa  we  wszystkich  większych  miastach  i  ośrodkach  uniwersyteckich  w 
Republice Federalnej Niemiec. 

Silnie  zhierarchizowana  struktura  Opus  Dei  pod  kierownictwem  przewodniczącego 

generalnego  (obecny,  Alvaro  del  Portillo,  miał  decydujący  wpływ  na  powstanie  nowego 
kodeksu katolickiego z roku 1983), „w połączeniu z ideologią kształtuje u swoich członków 
ś

wiadomość  elitarną,  której  nieobce  są  cechy  wojownicze.  Społeczeństwo,  a  także  Kościół, 

mają zostać poddane pracy misyjnej, a nawet zdobyte, aby wszędzie przeforsować ideologię 
Opus  Dei.  Członkowie  tej  organizacji  muszą  okazywać  zwierzchnikom  absolutne 
posłuszeństwo. Lektura książki założyciela Opus Dei demonstruje, że mamy tu do czynienia z 
ruchem  fundamentalistycznym  par  excellence  (...)!  należałoby  (...)  przeczytać  oryginalną 
wersję  hiszpańską,  ponieważ  przekład  niemiecki  jest  wygładzony.  (Co  zresztą  dotyczy 
również  innych  kościelnych  dokumentów  podstawowych.  Dlatego  zawsze  należy  sięgać  po 
wersje oryginalne)” (K. Walf). 

Oszczędzę sobie omawiania dalszych fundamentalistycznych organizacji i ugrupowań 

Kościoła  katolickiego,  jak  Comunione  e  Liberazione  (bądź  co  bądź,  mająca  300000 
zwolenników  i  wpływ  na  młodzież  szkolną  i  studentów  w  około  20  krajach),  podejrzane 
Engelwerk (Dzieło anielskie) (Opus angelorum) z siedzibą główną w klasztorze St. Petersberg 
koło  Silz  w  Tyrolu,  Chańsmatische  Erneuerung  (Odnowa  charyzmatyczna),  Focolarini, 
Schonstatter,  Neokatechumenale  itd.  Bez  względu  bowiem  na  to,  jak  bardzo 
fundamentalistyczne  mogą  one  być  pod  pewnymi  względami,  to  są  dość  nieistotne  w 
porównaniu  z  główną  fundamentalistyczną  strukturą,  jaką  stanowi  sam  w  sobie  Kościół 
katolicki. 

Wspomnijmy jeszcze tylko o nowej fundamentalistycznej kampanii w sferze mediów. 

Myślę  tu  o  organizacji  Lumen  2000  holenderskiego  multimilionera  Pieta  Derksena.  Lumen 
2000, założony w 1986 roku w Dallas (USA) między innymi przez Derksena i głównie przez 
niego finansowany, ma dzisiaj swoją siedzibę główną w Eindhoven. Celem tej organizacji jest 
„ewangelizacja całego globu” poprzez stworzenie przeciwwagi dla złego, pogańskiego świata. 
Służyć temu mają „audycje religijne w radiu, telewizji i na kasetach, audycje, których celem 
w  Ameryce  Łacińskiej,  Azji  i  Afryce  jest  szerzenie  nauki  chrześcijańskiej,  przeważnie  na 
bazie  fundamentalizmu  amerykańskiego”  („Publik-Forum”,  Nr  14/1991).  Również  Europa 
Wschodnia  została  w  ostatnim  czasie  włączona  w  elektroniczną  kampanię  ewangelizacyjną. 
Derksen,  „cudownie  ozdrawiały”  po  chorobie,  chciałby  zgodnie  z  własnymi  słowami 
„podarować  Jezusowi  Chrystusowi  prezent  w  dwutysięczną  rocznicę  jego  urodzin: 
chrześcijański  świat.”  Jest  to  realne  dzięki  zastosowaniu  wszelkich  technicznych  środków 
komunikacji.  Podobnemu  celowi  służy  także  założone  w  Dallas  międzynarodowe  centrum 
szkoleniowe, w którym kształci się dla potrzeb radia i telewizji studentów z całego świata; jak 
również zainicjowany i finansowany przez Derksena Instytut Roberta Schumana w Brukseli, 
założony w roku 1988 i przygotowujący „młodych mężczyzn i kobiety do pracy w mediach z 
myślą  o  roku  2000”  (jak  czytamy  w  prospekcie  reklamowym).  Absolutnie  lojalne,  wierne 
papieżowi, niezawodne, wypróbowane przez Kościół, gruntownie sprawdzone osoby mają po 
uzyskaniu  wykształcenia  zostać  wprowadzone  do  wszystkich  wpływowych  publicznych 
mediów, jak również do najważniejszych prywatnych organów komunikacji. 

Jak  poważnie  papież,  ten  „wielki  komunikator”,  traktuje  organizację  Lumen  2000, 

ś

wiadczy  fakt,  że  w  swym  liście  polecającym,  wysłanym  do  ogółem  117  nuncjatur 

apostolskich na całym świecie, zwrócił na nią uwagę. Jeśli ponadto uwzględnimy masowo już 

background image

obecnie  nadawane  do  całej  Europy  Wschodniej  programy  telewizyjne  ewangelizujących 
kaznodziejów  ze  Stanów  Zjednoczonych,  to  wtedy  prawdziwa  okaże  się  diagnoza 
amsterdamskiego  eksperta  do  spraw  mediów,  Joana  Hemelsa:  „Ewangelizujące  i 
fundamentalistyczne  programy  telewizyjne  mają  już  tak  czy  inaczej  zapewnioną  karierę  na 
ś

wiecie.” 

Nie  należy  także  ignorować  fundamentalistyczno-chrześcijańskich  tonów  w 

proklamowanym przez Busha i Bakera „nowym ładzie świata” ze Stanami Zjednoczonymi w 
roli  światowego  policjanta.  Ta  globalna  wizja  nowej  pax  panamericana  znalazła  ponownie 
swojego  diabła,  wizerunek  nowego  wroga:  gdy  Związek  Radziecki  jako  „królestwo  Zła” 
(Reagan)  odpadł  z  wyścigu,  królestwo  to  jest  teraz  uosabiane  przez  Saddama  Husseina  – 
przywódcę części świata muzułmańsko-arabskiego. 

Nie  należy  zapominać,  że  istnieje  również  wojowniczy  fundamentalizm  islamski: 

irański  Chomeiniego  i  jego  następców  z  dziesiątkami  tysięcy  dręczonych  i  torturowanych 
ofiar oraz iracki Saddama Husseina, który w wyrafinowany sposób posłużył się religią islamu 
dla  osiągnięcia  własnych  celów  militarnych  i  gospodarczo-terytorialnych.  „Zaborca  Saddam 
Hussein wystylizował się na muzułmańskiego bojownika bożego – i powszechnie dano temu 
wiarę” w świecie arabsko-muzułmańskim, pisał „Spiegel”. Dla wielu muzułmanów ucieleśnia 
on możliwość historycznego rewanżu „za całą niedolę, jaka spotkała Wschód, w rozumieniu 
wielu  jego  mieszkańców  (...),  ze  strony  Zachodu”.  Melodię  prowadzonej  przezeń  w 
zastępstwie  za  cały  świat  islamski  „świętej  wojny”  Saddam  zagrał  doskonale,  przede 
wszystkim  w  przemówieniach  radiowych  podczas  wojny  w  Zatoce  Perskiej:  „W  imię  Boga, 
Miłosiernego,  Litościwego.  O,  wielki  narodzie,  o  wy,  dzielni  wojownicy  dżihadu  (świętej 
wojny)  i  wiary...”  Walka  toczyła  się  „przeciw  agresji  i  armiom  niewiernych,  którzy 
sprzymierzyli  się  w  niegodziwej  koalicji  30  państw”.  „W  imię  Allacha,  Miłosiernego, 
Litościwego!  O,  bohaterscy  mężowie  naszych  odważnych  sił  zbrojnych,  prawi  muzułmanie, 
którzy jesteście wszędzie, ludzie na całym świecie. Zachowanie w dzień wielkiego wezwania 
(tzn.  wkroczenia  Irakijczyków  do  Kuwejtu  2  VIII  1990  r.)  było  samoobroną  Iraku  i  obroną 
wszystkich  szlachetnych  wartości.  Jeżeli  w  niektórych  kręgach  zaistniało  na  ten  temat 
niezrozumienie,  to  wynika  ono  z  uprzedzeń  Zachodu  wobec  Arabów.”  Irackie  siły  zbrojne 
„zwyciężą wytrwałością w boju, błogosławionym przez Boga... Allahu akbar! Zmiłuj się nad 
naszymi męczennikami. Śmierć nikczemnikom!” „Kto sądzi, że Irak wyrzeknie się ofiar, ten 
się myli, albowiem [Irak] nie może zboczyć ze ścieżki świętej wojny, na którą wkroczył, gdyż 
każda inna droga oznacza ciemność, utratę wiary i honoru.” 

Jeżeli dzisiaj, rok po wojnie w Zatoce Perskiej, uzmysłowimy sobie te słowa Saddama 

Husseina,  to  pojawi  się  pytanie:  czy  Saddam  nadal  obstaje  przy  świętej  wojnie,  czy  dlatego 
trzyma  obserwatorów  ONZ  z  dala  od  kryjówek  swoich  atomowych,  chemicznych  i 
bakteriologicznych 

potencjałów 

zbrojeniowych, 

ż

planuje 

jeszcze 

Wielką, 

Wszechogarniającą,  Świętą  Wojnę?  Należy  jednak  zwrócić  uwagę  na  inny  aspekt  i  tło  tego 
zagadnienia:  „To  nie  iracki  dyktator  Saddam  Hussein,  lecz  „zniewolenie”  przez  kulturę 
gospodarczą opartą na ropie naftowej jest rzeczywistym wrogiem, który sprawia, że musi się 
koniecznie zmienić sposób myślenia” (katolicki teolog moralności B. Haring). 

Reakcja  na  Szatańskie  wersety  Salmana  Rushdiego  również  pokazuje,  jak  silny  jest 

fundamentalizm  panarabsko-islamski.  Wyrok  śmierci  imama  Chomeiniego  (kara  śmierci  dla 
autora „bluźnierczego i obscenicznego” dzieła o kobietach w rodzinie proroka) jest popierany 
przez  wszystkie  islamskie  szkoły  prawa  i  został  również  zatwierdzony  przez  46  członków 
Organizacji Konferencji Islamskich (OIC)! 

Na  koniec  wspomnijmy  jeszcze  o  fundamentalistycznym,  fanatycznym  Bractwie 

Muzułmanów,  największej  i  najznaczniejszej  ze  wszystkich  radykalnych  organizacji 
muzułmańskich  Bliskiego  Wschodu.  Jej  militarystyczny  odłam  w  Palestynie  nazywa  się 
Hamaz  i  swymi  okrutnymi  zamachami  terrorystycznymi  szerzy  strach  i  grozę  pośród 

background image

Izraelczyków. Od czasu wojny w Zatoce Perskiej milionowe subsydia, np. od Saudyjczyków, 
nie  płyną  już  do  OWP  (Organizacja  Wyzwolenia  Palestyny),  której  część  gotowa  jest  do 
rokowań  z  USA  i  Izraelem,  lecz  do  tych  fundamentalistów,  którzy  wzorem  Mahometa  i 
pierwszych kalifów pragną opanować świat i uczynić zeń idealną wspólnotę bez socjalizmu i 
bez  kapitalizmu.  Przy  pomocy  zdyscyplinowanej  hierarchii,  niewzruszonej  bez-
kompromisowości  oraz  radykalnej  i  pryncypialnej  wiary  pragną  one  opanować  przede 
wszystkim Palestynę, która jest dla nich niepodzielna i należy wyłącznie do Palestyńczyków: 
od Morza Śródziemnego po Jordan, od granicy z Libanem po pustynię Negew. Dlatego Żydzi 
są w ich oczach przeciwnikami wszystkich wiernych. „Są oni celami, które zgodnie z prawem 
należy zabić”, nakazuje pewien pamflet i żąda „uwolnienia Palestyny aż do ostatniego ziarnka 
piasku”.  W  przeciwieństwie  do  wszystkich  umiarkowanych  czy  świeckich  partii 
Palestyńczyków,  Bracia  Muzułmańscy  i  ich  palestyński  odłam  Harnaś  zyskują  coraz  więcej 
zwolenników.  „Tymczasem  organizacje  muzułmańskie  nadają  ton  nie  tylko  w  Gazie”,  pisze 
„Spiegel”,  „również  na  zachodnim  brzegu  Jordanu  całe  ulice,  dzielnice  i  wsie  stały  się 
enklawami fundamentalizmu”. 

To,  co  powiedzieliśmy  dotychczas  o  fundamentalizmie  chrześcijańskim  i  islamskim, 

powinno  wystarczyć  dla  zasygnalizowania,  jak  niebezpieczny  może  on  być  w  aspekcie 
politycznym,  społecznym,  gospodarczym,  ekologicznym  i  militarnym,  i  jak  silny  wpływ 
wywiera na rządy, systemy społeczne i życie ludzi na całym świecie. Kościoły uznawane za 
oficjalne,  zorganizowane  związki,  bractwa  itd.  mogą  wywierać  potężne  naciski  polityczne  i 
gospodarcze.  Fundamentalizm  religijny  przejawia  silne  tendencje  do  mieszania  religii  z 
polityką, Kościoła z państwem (tendencja ta osiągnęła w islamie swój punkt kulminacyjny w 
radykalnym zakazie rozdzielania państwa od Kościoła). 
Pozytywna cecha islamu uwidacznia się jednakże w tym, że nie jest on nacjonalistyczny, lecz 
ponadnarodowy.  „Islam  nie  wydał  na  świat  żadnego  nacjonalizmu,  żadnych  specyficznie 
narodowych  symboli;  ludzi  klasyfikuje  się  według  ich  wyznania,  a  nie  według  narodowości 
czy  terytorium,  na  którym  mieszkają”  (Peter  Glotz).  Glotz  twierdzi  również,  że  Saddam 
Hussein  stworzył  „straszną  miksturę”,  łącząc  europejską  ideę  państwa  narodowego  z 
radykalizmem  Koranu.  Skutkiem  zaś  wojny  w  Zatoce  Perskiej,  według  słusznej  prognozy 
tego  samego  autora,  będzie  „głębokie  upokorzenie  mentalności  arabskiej,  islamizacja  wielu 
części  świata  i  wojowniczy,  wysoce  wątpliwy  nacjonalizm  panarabski  (...)  Na  znacznych 
obszarach Trzeciego Świata zmniejszy się rola ONZ (...) – jako instrumentu amerykańskiego 
super mocarstwa. 
  
  
  
  

II. Jak rodzi się fundamentalizm? 

  

U  wielu  ludzi  można  zaobserwować  fazę  niepewności  i  poszukiwań,  gdy  próbują 

różnych  sposobów  i  stylów  życia,  tworząc  własne  idee  i  sprawdzając  przydatność  dla  siebie 
różnych  systemów  światopoglądowych,  politycznych  lub  religijnych.  Już  z  tego  widać,  jak 
ważne jest posiadanie fundamentu, czegoś stałego, czego można się trzymać, na czym można 
budować.  Poszukiwanie  to  jest  niezmiernie  pozytywną  cechą,  gdyż  póki  szukamy,  jesteśmy 
otwarci na to, co nowe. Jeśli nie zadowolimy się od razu pierwszym lepszym fundamentem i 
nie  staniemy  w  miejscu,  rozpoczniemy  proces  poszukiwania,  myślenia  i  poznania,  który  z 
pewnością doprowadzi do pogłębienia i poszerzenia naszej świadomości. 

Poszukiwanie fundamentu nie jest jeszcze fundamentalizmem. Pojawia się on dopiero 

wówczas,  gdy  przedwcześnie  zaniechamy  poszukiwań,  gdy  jakąś  tezę,  pogląd,  formułę, 
przekonanie, dogmat, wartość, zjawisko czy jakiś aspekt rzeczywistości uznamy za absolutnie 

background image

obowiązujący, jedynie prawdziwy, gdy uczynimy go punktem archimedesowym całej swojej 
egzystencji i nie będziemy w ogóle podawać go w wątpliwość, i z takiego to punktu widzenia 
będziemy  wyłącznie,  bez  reszty,  rozpatrywać  i  pojmować  całą  rzeczywistość.  Własne 
myślenie  i  działanie,  a  także  myślenie  i  działanie  innych  ludzi  będzie  zorientowane  na  ten 
ostateczny fundament jako na niepodważalną ideę przewodnią. 

Na  płaszczyźnie  indywidualnej  może  to  być  jeszcze  dość  nieszkodliwe,  jeśli  tak 

fundamentalistycznie  nastawiony  człowiek  uda  się  z  misją  do  kilku  sąsiadów.  Sprawa 
wygląda  jednak  inaczej,  gdy  zjawisko  to  staje  się  masowe.  Stąd  też  typową  cechą 
fundamentalizmu  jest  ilość.  Większa  liczba  jednostek  ludzkich,  zaprzysiężonych  i 
zobowiązanych  do  wiary  w  wartości  względne,  przedstawiane  przez  przywódców  lub 
instytucje jako coś absolutnego, bezwarunkowego, ostatecznego, niewzruszonego, wiecznego, 
zaczyna  stanowić  niebezpieczeństwo  dla  wszystkich  pozostałych,  którzy  nie  są  skłonni 
zaakceptować  tego  fundamentu,  tak  „oczywistego”  i  „wyrazistego”  dla  jego  zwolenników. 
Ów  quasi  absolut  obowiązuje  bowiem  jako  nieomylnie  prawdziwy  i  jedynie  zbawczy,  nie 
stanowi więc wyłącznie prawdy poznawanej, lecz jest również prawdą i siłą uszczęśliwiającą 
i  zbawienną.  Maksyma  Extra  ecclesiam  nulla  salus  (Poza  Kościołem  nie  ma  zbawienia) 
obowiązuje  bezwzględnie  w  każdym  prawdziwym  fundamentalizmie.  Poza  jego  granicami 
mogą istnieć jedynie ślepota lub upór, zamykające się na światło. Tym „Poza” są „niewierni”, 
których  należy  zwalczać.  Jest  to  walka,  z  konieczności  i  w  najwyższej  perspektywie 
podniesiona do rangi ostatecznej walki apokaliptycznej, walka między światłem i ciemnością, 
dobrem  i  złem,  niebem  i  piekłem,  wybrańcami  i  potępionymi,  Nowym  Światem  i  starą  erą, 
Nowym  Ładem  (por.  to,  co  napisałem  w  rozdziale  I  o  pax  panamericana)  i  starym 
porządkiem. 

W  tej  walce,  i  tylko  w  niej  jako  „świętej  wojnie”,  takie  ludzkie  przywary  jak 

nietolerancja,  fanatyzm,  zaślepienie  wobec  „wrogów”,  zemsta,  nienawiść,  bezwzględność  i 
brutalność, wola nawracania, zdobywania, a w razie konieczności nawet niszczenia, stają się 
cnotami.  Wszak  chodzi tu  rzekomo  o  najwyższe  i  najświętsze  wartości  i zasady,  o  wzniosły 
ostateczny cel historii, dla którego osiągnięcia żadna ofiara nie jest zbyt wielka. 
Typowe  dla  każdego  fundamentalizmu  jest  również  ekstatyczne  obstawanie  przy 
fundamentalnych  aksjomatach  (dogmatach)  oraz  arbitralne  ustanawianie  granic  („Wolno  ci 
myśleć  stąd  dotąd,  w  przeciwnym  razie  grzeszysz  przeciw  „Bogu”  albo  „Wielkiemu 
Wodzowi”,  albo  „Prorokowi”,  albo  przeciw  „Pismu  Świętemu”  albo  „Świętej  Wspólnocie”, 
albo  „Świętej  Tradycji”,  albo  przeciw  „Partii””  itd.)  Nie  istnieje  więc  fundamentalizm  bez 
podstawowych  zakazów  myślenia,  bez  radykalnej  nieufności  i  sceptycyzmu  wobec  innych 
obrazów  świata  i  koncepcji  życia  oraz  ich  zwolenników.  Autorytaryzmowi  i  stagnacji  w 
myśleniu odpowiada nadmiar kaznodziejstwa, pochwała wiary w przeciwieństwie do „Dziwki 
rozumu”  (Luter);  trzeźwą  analizę  zastępują  patos  i  entuzjastyczna,  polemiczna,  bądź 
prowokacyjna retoryka. 

Na czele prądów czy ruchów fundamentalistycznych stoi przeważnie charyzmatyczny 

przywódca.  Kto  np.  przeżył  fanatyczny  aplauz  mas,  prowadzące  do  omdlenia  owacje 
zakonnic,  egzaltowane  dowody  sympatii  –  również  ze  strony  wielu  niekatolickich  gazet  – 
podczas pierwszych wystąpień polskiego papieża po objęciu przezeń urzędu w 1978 roku, ten 
musiał zauważyć, że mieliśmy tu do czynienia z „fundamentalistyczną hipnozą”, tj. z masową 
tęsknotą  nie  znajdujących  w  sobie  samych  oparcia  jednostek  za  leadership,  za  duchowym 
przywództwem  i  absolutnie  słuszną  orientacją  w  kwestiach  życia  i  wartości,  uosobioną  w 
rzekomo  wybitnej  osobowości.  Można  by  tu  również  podejrzewać  dziecięce  fiksacje  osób 
dorosłych  na  temat  ustanawiającej  sens  życia  przewodniej  funkcji  ojca  jako  uosobionego 
wcielenia  społecznego  super-ego  w  rozumieniu  psychoanalizy.  Te  drzemiące  fiksacje 
zaktualizowały,  zaktywizowały  i  umożliwiły,  przy  nawet  całkiem  błahych  okazjach, 
pojawienie się obrazu „nowego ojca” (wystarczył przyjazny gest, uśmiech papieża!). 

background image

Kult  Stalina,  Hitlera,  Mao,  kult  Jezusa  w  ruchu  Jesus  People,  kult  Bhagwana,  Rona 

Hubbarda 

(Scientology 

Church), 

kult 

Yogi 

maharadży 

Mahesha 

(medytacja 

transcendentalna),  kult  Wojtyły  –  podobnie  jak  Chomeiniego  –  wszystkie  one  były  i  są 
podporządkowane prawidłowościom fundamentalistycznym. 

Należy  do  nich  również  przyjmowanie  hipotezy  objawienia.  Masy  myślące 

fundamentalistycznie wierzą nieświadomie, że ich charyzmatyczni przywódcy, prorocy i guru 
mają  szczególny  kontakt  z  „metafizycznymi  głębiami”  bytu,  z  –  rozmaicie  pojmowaną 
nadnaturalnością,  nadzmysłowością,  nadziemskością.  Niekiedy  wierzą  w  to  również  sami 
przywódcy.  Hitler  nierzadko  ufał  znacznie  bardziej  swojej  „wyższej”  intuicji  niż 
strategicznym  wątpliwościom  najwyższych  rangą  oficerów  ze  sztabu  generalnego.  Cała 
gestykulacja,  język  ciała,  rytuał  dobrze  wyważonych  gestów  mają  jednak  –  w  intencji 
przywódców  charyzmatycznych  –  przekonać  masy  o  tym,  że  oni  istotnie  mają  większy 
kontakt z praprzyczyną rzeczywistości niż normalny śmiertelnik, że wyłącznie oni posiadają 
zdolność  komunikowania  się  ze  światem  nadprzyrodzonym.  Sytuacja,  gdy  „Wielki 
Komunikator” Wojtyła całuje betonowe pasy startowe lotnisk, na których właśnie ląduje jego 
luksu  sowy  samolot,  kiedy  pomimo  tłumu  gapiów  potrafi  nagle  pogrążyć  się  w  najgłębszej 
medytacji, świadczy o jego wielkich umiejętnościach, których rzeczywiście nikt tak łatwo nie 
zdoła naśladować. Czy odgrywa tu jakąś rolę kurs sztuki aktorskiej, jaki podobno przeszedł w 
młodości? 

Wszelkie  psychologiczne  rozważania  i  fenomenologiczne  analizy  „objawień” 

potwierdzanych  w  historii  religii  prowadzą  nieodmiennie  do  antyfundamentalistycznego 
wniosku,  że  nie  istnieje  objawienie,  tylko  inspiracja,  przeżycie  oświecenia,  doświadczenie 
katharsis  o  szczególnej  intensywności  i  energii.  Jeżeli  jakiś  człowiek  czuje  się  opanowany 
przez  najwyższe  wyżyny,  najgłębsze  głębie  rzeczywistości  (albo  tak  się  zachowuje),  to 
pociąga za sobą lud, zazwyczaj przesądny w głębi duszy, i w magiczny sposób przykuwa do 
siebie  masy,  które  często  (z  braku  prawdziwej  informacji)  wierzą  w  cuda.  Prawdopodobnie 
działa tu również syndrom praojca w rozumieniu Freuda albo archetypiczny model Wielkiego 
Ojca,  Wielkiej  Matki  w  rozumieniu  Junga.  Gandhi  powiada  słusznie:  „Ludu  nie  porusza  się 
rozumem,  lecz  sercem.”  Co  jednak  zrobić,  jeśli  ktoś  z  ręką  na  sercu  udaje?  Istnieje  z 
pewnością  –  nie  należy  temu  przeczyć  –  prawdziwa  inspiracja  (przynajmniej  z  punktu 
widzenia  podmiotu).  Z  psychologicznego  punktu  widzenia  ktoś  może  żywić  absolutne 
przekonanie, że inspiruje go sama praprzyczyna rzeczywistości. W przypadku Chomeiniego, 
Hitlera,  Stalina,  Ho  Chi  Minha,  Mao  Tsetunga,  Wojtyły  itd.  mamy  jednak  z  całą  pewnością 
do  czynienia  z  jednostkami,  które  wykorzystały  (wykorzystują)  swą  rzeczywistą,  bądź 
rzekomą inspirację, aby pozyskać sobie masy i wywierać na nie wpływ (pomiędzy inspiracją 
rzeczywistą  a  prawdziwą  nie  zawsze  można  stawiać  znak  równości,  co  znaczy,  że  człowiek 
natchniony wcale nie musiał posiąść nowych prawd). 
Religia  objawienia  w  socjologicznym  związku  z  władzą,  którą  zdobywa  się  nad  naiwnymi 
umysłami twierdząc, iż objawienie stało się udziałem wybrańca lub elity, prowadzi do coraz 
większego  poszerzania  rzekomo  objawionych  prawd.  Istnienie  diabłów  i  czarownic, 
dysydentów, odszczepieńców i heretyków, którzy odstępują od rzekomo objawionych prawd 
instytucji wiary istnienie inkwizytorskiej konieczności utrzymywania kontroli nad prawdą  
– wszystko to z czasem samo zostaje ogłoszone dogmatem, objawioną prawdą.       

Personifikacja  diabła  jest  całkiem  osobliwym  dziedzictwem  fundamentalizmu 

judaistyczno-chrześcijańsko-islamskiego.  Chrześcijańską  ideologią  diabła  zajmiemy  się 
bardziej  szczegółowo  w  następnym  rozdziale.  Tutaj  tylko  przykład  z  islamu.  W  Republice 
Federalnej  Niemiec  istnieje  między  innymi  związana  z  fundamentalizmem  islamskim  grupa 
Milli  Gorus,  licząca  około  20.000  członków.  Grupa  ta  korzysta  z  nakazu  tolerancji  i  praw 
zapisanych w gwarantującej wolność wyznania ustawie zasadniczej, podążając jednak wiernie 
i  w  tym  punkcie  za  „Wielkim  Wodzem”  Chomeinim,  uważa  demokrację  za  „ideologię 

background image

Szatana”.  Są  to  słowa  znajdującego  się  na  pierwszej  linii  frontu,  wydalonego  z  Turcji  i 
pozbawionego  jej  obywatelstwa  fundamentalistycznego  imama  Cemalettina  Kaplana,  który 
„w  tym  siedlisku  szatana,  w  Kolonii,  utrzymywał  przez  wiele  lat  szkołę  z  internatem  dla 
dzieci tureckiej imigracji zarobkowej. Tutaj, jak pewnie w wielu popołudniowych szkołach w 
innych miejscowościach tego kraju, rokrocznie przyuczano tysiące dzieci, wiele z nich już od 
najmłodszych lat, do walki przeciw prawom człowieka, demokracji i tolerancji, za pieniądze 
Chomeiniego, w duchu Chomeiniego i w imię islamu.” (Thomas Meyer z Akademii Gustava 
Heinemanna utworzonej przez Fundację Friedricha Eberta). 

Wróćmy  jednak  do  charyzmatycznych  przywódców,  którzy  uzurpują  sobie  prawo  do 

profetycznych objawień. Rozumie się samo przez się, że taki przywódca, posiadający wiedzę 
z  „objawionych  głębi  rzeczywistości”,  może  wymagać  od  swych  zwolenników  absolutnego 
posłuszeństwa,  a  nawet  oddania,  ba,  całkowitej  zależności,  ponieważ  tylko  ci,  którzy 
podporządkują  się  bezwarunkowo,  mogą  uzyskać  świadomość  wybrańców.  Przywódca  lub 
guru, będąc w profetyczno-mistycznej bliskości z praprzyczyną świata, dysponuje „ocalającą 
zasadą”. Bezwarunkowe posłuszeństwo grupy jest środkiem prowadzącym do wzięcia udziału 
w  ocaleniu,  zbawieniu.  Konsekwencją  tego  jest  –  a  jak  widać,  nawet  niektórym 
intelektualistom i osobom na wysokich stanowiskach kierowniczych wcale nie przychodzi to 
z  trudem  –  zaniechanie  myślenia,  to  bowiem  bardzo  przeszkadza  w  dążeniu  do  osiągnięcia 
tego  rodzaju  zbawienia.  „Wchodząc  odłożyć  na  bok  buty  i  rozum”,  można  było  przeczytać 
napis u wejścia do aśramu w Punie

1

  
I rzeczywiście,  gdy  człowiek widzi, z jakim entuzjazmem niektórzy członkowie grup 

New Agę występują przeciw „szkodliwej intelektualizacji”, chociaż często sami nie mieli do 
czynienia z racjonalizmem i nauką, budzi to najwyższy lęk i napawa ogromną troską. 

A  przecież  humanistyczna  psychologia  Abrahama  Maslowa  i  transpersonalna 

psychologia Kena Wilbera, Stanisława Grofa i innych prezentują niekiedy trzeźwą naukową i 
zróżnicowaną myśl. Tyle że większość grup i zwolenników „Nowego Wieku” nie zajmuje się 
niestety  naukowymi  podstawami  New  Agę.  Przeciwnie,  na  wielu  kongresach  i  seminariach 
przypuszcza  się  ślepy  i  entuzjastyczny  szturm  na  „zgubne  przeintelektualizowanie” 
spowodowane  przez  naukę  i  racjonalizm,  zaś  boskie  uwielbienie  okazuje  się  nowym 
dogmatom  serca,  łona  matki,  niekontrolowanego  przepływu  czułości,  wielkiego  zbratania 
(czytaj:  relacji  „kumpelskich”).  Wystarczy  zobaczyć  te  oczy  szeroko  otwarte  w  ekstazie,  te 
pełne  żarliwości  twarze.  Wydaje  się,  że  akceptacja  i  chęć  wydawania  pieniędzy  są  tym 
większe,  im  bardziej  bezsensowna  jest  fundamentalna  teza  jakiegoś  guru,  im  bardziej 
sprzeczna z naszą, często smutną, empiryczną rzeczywistością. 

Jednakże  nowi  inkwizytorzy,  kościelni  mandatariusze  sekt  nie  mają  powodu 

piętnować moralnie tego przypływu datków na  rzecz ruchów, błędnie nazywanych religiami 
młodzieżowymi.  Gdyby  któraś  z  nowych  grup  spirytualnych,  religijnych  czy  pseudo-
religijnych,  podobnie  jak  każdy  z  dwu  wielkich  Kościołów  w  Niemczech,  miała  roczne 
dochody w wysokości ponad 8 miliardów marek z samego podatku kościelnego, wtedy ceny 
kursów,  seminariów,  terapii,  ćwiczeń  i  porad  byłyby  z  pewnością  znacznie  niższe.  A 
podkreślany  chętnie  przez  Kościoły  i  ich  mandatariuszy  własny  racjonalizm  w 
przeciwieństwie  do  okultystycznego  irracjonalizmu  wszystkich  niekościelnych  ruchów 
spirytualnych,  jest  jedynie  fundamentalistycznym  uprzedzeniem,  jak  to  dokładnie  wykażę  w 
następnym rozdziale. Chrześcijaństwo pod wieloma względami wymaga więcej irracjonalnej 
wiary,  niż  próbuje  tego  żądać  większość  grup  New  Agę  od  swoich  członków  (przy  czym  ci 
ostatni właściwie nigdy nie mówią o wierze, lecz o wiedzy wyższej). 

Jestem  też  świadom,  że  termin  New  Agę  nie  oddaje  precyzyjnie  celów  licznych 

nowych ruchów spirytualnych czy religijnych. Fritjof Capra, jeden z ojców ruchu New Agę, 
powiedział  wiele  lat  temu,  że  nie  może  już  słuchać  tego  określenia.  Kościoły  uznawane  za 

background image

oficjalne  wydają  się  przede  wszystkim  zaszokowane  faktem,  że  nie  potrafią  wykorzystać  po 
swojej  myśli  nowych  religijnych  i  pseudoreligijnych  energii  i  że  nowy  „renesans  wiary” 
odbywa  się  poza  ich  biurokratycznie  i  bezdusznie  zarządzanymi,  zakrzepłymi  i 
zaskorupiałymi  strukturami.  Pewnie  dlatego  szukają  kontaktu  i  nowego  „Wielkiego 
Przymierza”  z  fundamentalistycznym  islamem,  który  emanuje  niezwykle  „imponującą  siłą 
wiary”,  a  także  jest  w  znacznie  większym  stopniu  zgodny  ż  nimi  pod  względem  treści.  Tak 
więc w oświadczeniu Niemieckiej Konferencji Biskupów w sprawie wojny w Zatoce Perskiej 
czytamy:  „Prosimy  żydów,  chrześcijan  i  muzułmanów,  by  we  wspólnym  świadczeniu  o 
jednym Bogu (...) popierali i ułatwiali zawarcie pokoju w tym regionie.” 

W  tej  strategicznej  intencji  sprzymierzenia  się  z  islamem  można  zobaczyć 

(niewidoczny  poza  tym)  konsensus  Kościoła  uznanego  za  oficjalny  z  liberalnymi, 
krytycznymi  czy  postępowymi  teologami.  Sam  Hans  Kung,  sztandarowy  przedstawiciel 
katolicyzmu  liberalno-krytycznego,  zbadał  możliwość  zbliżenia  chrześcijańsko-islamskiego, 
odwiedzając wielkiego wodza Chomeiniego, który jest klasycznym przykładem radykalnego i 
totalnego fundamentalisty! 

Wierni  w  Europie  Zachodniej  odchodzą  od  Kościołów.  Stąd  to  nieco  zazdrosne, 

przede  wszystkim  jednak  tęskne  spojrzenie  na  islam,  w  którym  masy  ciągle  jeszcze 
niewzruszenie  wierzą  w  Allacha  i  jego  proroka.  Masy  to  dla  katolicyzmu,  dla  Watykanu, 
zawsze władza. Katolicyzm nie chce i nie może zachowywać się inaczej: musi być Kościołem 
dla  ludu,  dla  mas!  Stąd  też  jego,  wspomniana  w  pierwszym  rozdziale,  specyficzna,  wroga 
ś

rodowisku  naturalnemu  polityka  zaludnienia  z  absolutnym  zakazem  wszelkiej  „sztucznej 

regulacji urodzin”. 

Powiedziałem  na  wstępie  tego  rozdziału,  że  fundamentalizm  rodzi  się,  gdy  człowiek 

zbyt  szybko  zatrzyma  się  przy  jednym  poglądzie,  jednym  przekonaniu,  jednej  tezie,  jednym 
obrazie  świata  i  uzna  je  za  szczyt  doskonałości  (non  plus  ultra),  za  wieczną,  niewzruszoną, 
niezmienną,  stałą  podstawę  nie  tylko  własnej  egzystencji,  lecz  także  życia  innych  ludzi. 
Należy  sobie  wobec  tego  zadać  kolejne  pytanie:  dlaczego  wielu  ludzi  staje  w  miejscu, 
tworząc  sobie  własny,  sztywny,  fundamentalistyczny  system  albo  przyłącza  się  do 
fundamentalistycznych  grup  i  ideologii? Przypuszczalnie  wiąże  się  to z  tym,  że  każdy  z  nas 
poszukuje  bazy  czy  fundamentu,  na  którym  mógłby  się  oprzeć,  który  dawałby  mu  wrażenie 
sensowności  świata  i  życia  oraz  poczucie  bezpieczeństwa.  Pragnęlibyśmy  także  posiąść 
prawdę, wyrastającą ponad wszelkie wątpliwości, wartość, która by nas całych przepełniała i 
uszczęśliwiała,  pragnęlibyśmy  być  we  wspólnocie,  która  w  pełni  uznaje  naszą  własną 
wartość, wspiera ją, i z którą my – wspólnie – możemy kroczyć ku zbawieniu. 

Wszystko to są uzasadnione życzenia, tęsknoty, tendencje. Łatwo zatem ściągamy na 

siebie  podejrzenie  o  skłonności  negatywno-destrukcyjne,  twierdząc,  iż  wszystkie  te  cele  – 
absolutna  prawda,  absolutna  wartość,  absolutne  szczęście,  doskonała  wspólnota,  absolutny 
sens  życia,  najwyższa  miłość  i  bezpieczeństwo  –  choć  warte  dążenia,  są  z  pewnością 
nieosiągalne.  Aby  zaś  osiągnąć  na  tym  świecie  dojrzałość,  człowiek  musi  dojść  do 
przekonania,  że  rzeczywistość,  życie,  własne  istnienie,  myślenie,  poznanie,  doświadczanie  i 
postępowanie  etyczne  to  nie  kończący  się  proces,  w  którym  możemy  osiągnąć  co  najwyżej 
prawdy  cząstkowe,  wartości  cząstkowe,  niepełne  szczęście,  chwilowe  bezpieczeństwo, 
prowizoryczny sens, a więc zawsze tylko coś względnego i połowicznego. 

Trudno  czasem  pogodzić  się  z  myślą,  że  nasze  poznanie  nigdy  nie  będzie  pełne. 

Rzeczywistość  bowiem,  a  w  gruncie  rzeczy  każdy  jej  element,  jest  zbyt  wielopostaciowa. 
Wszystko,  co  istnieje,  można  w  nieskończoność  podważać.  Wydaje  się,  że  nasza  niewiedza 
będzie zawsze nieskończenie większa niż dotychczas zdobyta wiedza. Potwierdza to historia 
nowoczesnej  fizyki.  Fizycy  klasyczni  byli  przekonani,  że  stoją  u  progu  ostatecznego 
rozwiązania  wszystkich  zagadek  świata.  Współczesna  fizyka  atomowa  natomiast  odsłania 

background image

przed  nami  świat  otwarty  i  nieograniczony,  nie  do  końca  określony  i  niedefiniowalny  w 
sposób absolutny. 
Erwin Schrodinger, jeden z wielkich fizyków XX wieku, ostrzegał kategorycznie, abyśmy nie 
oczekiwali od stworzonego przez siebie modelu rzeczywistości, by jej sprostał: „Możemy 
sobie ją [rzeczywistość] wyobrażać, bez względu jednak na to, jakie będzie nasze 
wyobrażenie, okaże się ono fałszywe. Może nie do końca tak bezsensowne jak „trójkątne 
koło”, lecz z pewnością znacznie bardziej bezsensowne niż „uskrzydlony lew”.”     

Zarówno  w  kurczowym  trzymaniu  się  modelu  rzeczywistości,  jaki  sobie 

stworzyliśmy,  jak  i  w  lenistwie,  które  nie  pozwala  się  z  nim  rozstać  i  wyruszyć  ku  nowym 
brzegom poznania, pojawiają się również elementy myślenia fundamentalistycznego. Już sam 
ludzki  umysł  jest  tak  złożony,  że  nie  ma  prawie  nadziei  na  całkowite  zrozumienie  jego 
funkcji. 

Powyższe  słowa  nie  powinny  skłaniać  do  rezygnacji,  która  często  bywa  odwrotną 

stroną  i  tłem  fundamentalizmu.  Jakoś  jednak  podświadomie  czujemy,  że  świat  jest  bardziej 
złożony  i  chaotyczny,  poznanie  bardziej  problematyczne,  a  historia  i  tradycja  własnej  religii 
czy  światopoglądu  winny  być  postrzegane  bardziej  krytycznie,  niż  to  sobie  wyobrażaliśmy. 
Toteż  uparcie  lub  fanatycznie  przeciwstawiamy  się  temu  i  budujemy  własny  fundamentalny 
dogmatyzm, aby raz na zawsze wyeliminować wszystkie dalsze pytania, wszelką krytykę. 

W  ten  właśnie  sposób  powstał  pierwszy  wariant  nowożytnego  fundamentalizmu, 

protestantyzm  północnoamerykański,  będący  przekorną  reakcją  na  zwycięski  pochód  nauk 
przyrodniczych  i  historycznych  w  XIX  wieku,  na  postępującą  krytykę  Biblii  oraz 
demitologizację  Starego  i  Nowego  Testamentu.  Wszystko  zdawało  się  chwiać,  istniało 
niebezpieczeństwo,  że  całe  chrześcijaństwo  straci  grunt  pod  nogami.  Wówczas  to,  w  roku 
1910, pewien bogaty wierny zaczął finansować pismo, które ukazywało się pod tytułem „The 
Fundamentals”  (Podstawowe  zasady)  i  było  rozpowszechniane  w  wielomilionowych 
nakładach.  Identyfikowało  się  z  nim  jedno  z  większych  ugrupowań  protestantów 
północnoamerykańskich. 

Groźbie  powszechnego  rozkładu  chrześcijańskich  prawd  wiary  przeciwstawiało  ono 

następujące fundamentalis: 
1.  Biblia  jest  absolutnym,  niepodważalnym  fundamentem  wiary  chrześcijańskiej,  jest  wolna 
od  wszelkich  historycznych  uwarunkowań,  bezbłędna,  w  dosłownym  sensie  nieomylna.  Jest 
przekazanym  słowem  Boga,  którego  nie  należy  traktować  symbolicznie,  lecz  dosłownie;  2. 
wszystkie  nowoczesne  nauki,  filozofia  i  teologia,  jeśli  zaprzeczają  wierze  w  Biblię,  są 
nieważne;  3.  należy  wierzyć  w  grzeszność  świata  wobec  bliskiego  nadejścia  Chrystusa  i  w 
nieodzowność  osobistego  nawrócenia  się,  a  także  w:  4.  cielesne  zmartwychwstanie 
człowieka;  5.  ofiarę  za  grzechy  ludzi  i  fizyczny  powrót  Jezusa  Chrystusa  oraz  wyrażać  6. 
przekonanie,  że  prawdziwe  chrześcijaństwo  polega  na  bezwzględnym  uznawaniu  tych 
podstawowych pryncypiów. 

Wbrew 

twierdzeniom 

wszystkich 

fundamentalizmów, 

nie 

tylko 

tego 

scharakteryzowanego powyżej, trzeba powiedzieć, że w końcu każdy człowiek musi dojść do 
wniosku, iż nie istnieje żaden inny sens, poza tym, który sami sobie tworzymy. Być może jest 
jakiś nadrzędny sens, ostateczna harmonia i symfonia wszystkich poszczególnych elementów 
i  melodii  gdzieś  na  końcu  wszelkich  procesów  odbywających  się  w  świecie  rzeczywistym. 
Jest on jednak niepoznawalny, a kto twierdzi, że nieomylnie go poznał, kłamie w najbardziej 
fundamentalny sposób. Ponieważ zaś sens nadrzędny, nie ustanowiony przez nas samych, nie 
jest poznawalny, musimy rzeczywiście postępować tak, jakby go nie było. 

Zrozumiał  to  i  zaakceptował  stracony  przez  nazistów  teolog  ewangelicki  Dietrich 

Bonhoeffer: musimy, powiedział, tak żyć i działać na tym świecie, jakby nie było Boga („etsi 
Deus  non  daretur”).  Także  ateista  Jean-Paul  Sartre  zgadza  się  z  nim,  oświadczając:  nie  o  to 
chodzi,  czy  Bóg  jest,  czy  go  nie  ma.  Nawet  gdyby  istniał,  nic  by  to  nie  zmieniło  w  naszej 

background image

condition humaine. Tak czy owak, musimy kształtować świat zupełnie sami, reżyserując go z 
właściwą sobie swobodą. 

Poznawczą  tragedią  czy  też  rozterką,  rozdarciem  człowieka  możemy  nazwać  jego 

tendencję  do  zgłębiania  spraw  metafizycznych,  których  jednak  nigdy  nie  uda  mu  się 
rozszyfrować  i  odsłonić  w  sposób  obowiązujący  i  ostateczny,  bezbłędnie  i  nieomylnie.  Ale 
musimy z tym żyć, musimy to zaakceptować, w przeciwnym bowiem razie niemożliwy staje 
się wszelki postęp w sferze świadomości i poznania. 

W  gruncie  rzeczy  określamy  się  ciągle  na  nowo,  aby  w  ogóle  móc  działać. 

Równocześnie  jednak  powinniśmy  być  gotowi  do  przekraczania  ustanowionych  dla  siebie 
zasad  na  rzecz  nowych  fundamentów,  jeżeli  wymagają  tego  nowe  sytuacje  i  poszerzanie 
horyzontów własnej świadomości. 

Weźmy  choćby  pod  uwagę  naszą  sytuację  polityczną.  Jest  ona  przesycona 

fundamentalnymi  kłamstwami,  które  należy  przeniknąć  i  przezwyciężyć.  „Fundamentalne 
kłamstwo partii politycznych noszących imię Chrystusa zwie się chrześcijaństwem; kłamstwo 
socjaldemokratów  –  socjalizmem;  komunistów  –  dyktaturą  proletariatu;  liberałów  – 
wolnością dla wszystkich; kłamstwo zaś tych, dla których nie istnieje sprzeczność pomiędzy 
państwem  prawa  a  kapitalizmem,  nazywa  się  równością  wobec  prawa  itd.  Ponieważ  z  kolei 
wszyscy  uważają  się  za  demokratów,  a  demokracja  oznaczała  kiedyś  władzę  ludu, 
demokracja  jest  również  nazwą  dominującego,  fundamentalnego  kłamstwa  całego  systemu, 
które  cynicznie  pozwala  przemilczeć  fakt,  że  władza  jest  zasadniczo  sprawowana  przez 
całkiem inne siły niż lud” (Arnold Kunzli). 

Do  tego  dochodzi  jeszcze  „fundamentalne  kłamstwo  chrześcijaństwa”:  wielu  ludzi  w 

naszych szerokościach geograficznych uważa się za chrześcijan, Europa i Ameryka nazywają 
siebie  chrześcijańskimi  częściami  świata.  Ale  nigdzie  nie  widać  tego,  co  „charakterystyczne 
dla chrześcijaństwa”, co „w chrześcijaństwie lepsze” w porównaniu z innymi kontynentami i 
ś

wiatopoglądami.  Dokładniejsza  analiza,  mówi  Erich  Fromm,  wykazuje,  „że  nawrócenie 

Europy  na  chrześcijaństwo  pozostało  w  znacznej  mierze  powierzchowne  (...),  że  pod 
płaszczykiem religii chrześcijańskiej ukrywała się i ciągle ukrywa ludzka chciwość (...), że za 
fasadą chrześcijaństwa powstała nowa tajna religia – „religia industrialna””

2

.  

(Fromm  przyznaje  jednak,  że  są  od  tego  wyjątki:  „istnieje  wiele  ruchów  prawdziwie 
chrześcijańskich”.) 

Między licznymi totalnymi kłamstwami społeczno-politycznymi, z którymi ciągle się 

spotykamy, dochodzi do zaciętej walki konkurencyjnej. Ale milcząca większość, oddająca się 
konsumpcji  i  uciechom,  zachowuje  się  tak,  jakby  wszystko  to  jej  wcale  nie  obchodziło. 
„Jeżeli  ceną  za  przyjemności,  których  system  dostarcza  nam  bez  liku,  jest  poddanie  się 
cynicznej  władzy  totalnego  kłamstwa,  nazbyt  chętnie  udajemy  niewolników  systemu  i 
pozwalamy,  by  materialnymi  przywilejami  (ulgami)  uciszano  nasze  frustracje  (...) 
prowokowane  przez  deficyty  systemu.  Otrzymujemy  wówczas  zamiast  rewolucji  kulturalnej 
dalszy rozrost politycznego i moralnego zatracenia orientacji w dobrobycie” (A. Kunzli). 

Wydaje  się  więc,  że  zawsze  będą  istniały  dwie  przeciwstawne  klasy:  wierząca  (w 

najszerszym  sensie  tego  słowa)  większość  i  myśląca  mniejszość.  Nie  znaczy  to,  że  ludzie 
myślący nie wierzą. Wierzą, ale ich wiara jest hipotetyczna, prowizoryczna, tymczasowa. Są 
zatem  gotowi  porzucić  nawet  ukochane  hipotezy  i  teorie,  w  które  niekiedy  bardzo  długo 
wierzyli (np. w nauce), jeżeli zostaną one obalone przez nowe fakty, zjawiska, eksperymenty. 
Ż

ycie  ludzi  nie  przywiązujących  się  do  żadnego  stałego  fundamentu  jest  w  jakimś  sensie 

ż

yciem „w śniegu i lodzie” (F. Nietzsche). Wielu wzdraga się przed nim, rzucając się chętniej 

w  objęcia  jakiegokolwiek  fundamentalizmu,  i  przysysa  się  do  niego  niczym  do  matczynej 
piersi.  Być  może  dlatego  wyglądają  oni  często  na  takich  szczęśliwych,  natchnionych, 
promiennych,  ponieważ  czerpią  pozorną  moc  z  wiary  jako  wiecznej,  nieomylnej, 
uszczęśliwiającej  i  dającej  ostateczną  pewność  prawdy  o  zbawieniu.  Co  innego  z 

background image

niedowiarkami,  trzeźwymi  realistami,  pesymistami  i  sceptykami.  Fundamentaliście 
prezentującemu  ślepy  optymizm  z  łatwością  przychodzi  więc  wywyższać  się  ponad  nich, 
wyobrażać  sobie,  że  jest  od  nich  lepszy,  zniesławiać  ich  jako  propagatorów  destrukcji  i 
rozkładu, jako dysydentów, heretyków, renegatów czy odszczepieńców. 

Nie  chcę  twierdzić,  że  każda  wspólnota  ofiarująca  ciepło  musi  być  z  zasady 

fundamentalistyczna i jako taką należy ją odrzucić. „Być może jakaś wspólnota ludzi, którzy 
nie  są  gotowi  złożyć  swego  subiektywnego,  autonomicznego  rozumu  na  ołtarzu  jakiegoś 
fundamentalizmu,  lecz  wybierają  trudną  drogę  dialogu  prowadzącą  ku  dojrzałości,  potrafi 
ułatwić  pewną  orientację  i  bezpieczeństwo.  Bezpieczeństwo  nie  oznacza  wszak  pewności, 
lecz doświadczenie solidarności i ludzkiego  ciepła, które pozwala nam znieść bez  cierpienia 
wiedzę o naszej ostatecznej niepewności.” Autor tych słów, Arnold Kunzli, przyznaje jednak, 
ż

e  „tego  rodzaju  filozoficzne  natury  należą  do  rzadkości  nawet  wśród  zawodowych 

filozofów”. 

Muszę  tu  dodać  z  własnego  doświadczenia,  że  spotkałem  w  swoim  życiu  wielu 

mądrych  profesorów  filozofii,  uchodzących  za  wysoce  obiektywnych,  a  bojaźliwie 
wystrzegających  się  głoszenia  tez,  które  mogłyby  im  przysporzyć  kłopotów  ze  strony 
Kościoła.  Niezależnie  jednak  od  tego,  czy  jakaś  wspólnota  potrafi  nam  zapewnić 
bezpieczeństwo, czy nie, w alternatywie „fundamentalizm lub dojrzałość i wolność myślenia” 
chodzi  o  godność  ludzkiego  życia.  Słusznie  mówi  Schopenhauer:  „Uwolnić  człowieka  od 
błędu,  znaczy  dawać,  a  nie  odbierać.  Wiedza  o  tym,  że  coś  jest  błędne,  jest  prawdą.  Błąd 
zawsze szkodzi: Wcześniej czy później przyniesie on straty temu, kto go popełnia.” Podobnie 
Albert Schweitzer, geniusz ludzkości: „Jeżeli myślenie ma bez przeszkód wyruszyć w podróż, 
musi być przygotowane na wszystko, nawet na to, że dotrze do intelektualnego agnostycyzmu 
(...)  Takie  bolesne  rozczarowanie  będzie  dla  niego  mimo  wszystko  lepsze  niż  uporczywe 
wzdraganie się przed przemyśleniem własnego stanowiska.” 

Nawet  jeśli  rozum  domaga  się  radykalnie  antyfundamentalistycznej  postawy 

intelektualnej, nie oznacza to tym samym, iż mamy odrzucić „zasadę nadziei”. Już antyczny 
filozof  Seneka  wiedział,  jakie  motto  można  by  dać  wszystkim  antyfundamentalistycznym 
usiłowaniom  poznawczym:  „Nigdy  nie  powątpiewaj  bez  nadziei;  nie  miej  nigdy  nadziei  bez 
zwątpienia.”  Wątpienie  koryguje  nadmierną  nadzieję,  nadzieja  uskrzydla  wątpiącą  myśl.  W 
każdym razie przygoda poznawcza – jak i ryzyko poznania – jest wypłynięciem na szerokie, 
otwarte  morze  rzeczywistości  w  nas  i  wokół  nas,  możliwym  i  atrakcyjnym  jedynie  pod 
warunkiem  przyjęcia  antyfundamentalistycznej  postawy  intelektualnej  i  wolitywnej. 
Fundamentalistycznej 

zasadzie 

ś

lepej, 

statycznie 

zamkniętej 

sobie 

wiary 

antyfundamentalizm  przeciwstawia  zasadę  „otwartości  i  krytycznej  ufności”;  stagnacji 
przeciwstawia  proces.  Albowiem  doskonały  spokój  przynosi  jedynie  tępota  lub  tępa 
wegetacja, albo też fanatyczne, nietknięte zwątpieniem, bezmyślne zaangażowanie! 
  
  

III. Religijne źródła wszelkich fundamentalizmów 

  

Twierdzę,  że  każdy  fundamentalizm  ma  charakter  religijny;  że  nawet  ten,  którego 

ź

ródła  są  pozareligijne,  świeckie,  nieuchronnie  nabiera  zabarwienia,  a  wreszcie  charakteru 

religijnego.  Dlaczego?  Ponieważ  władcom,  osobom  rządzącym,  bądź  dążącym  do  zdobycia 
władzy  pierwiastek  religijny  w  ich  ideologicznym  fundamentalizmie  wydaje  się  tym,  co 
najbardziej zobowiązujące, najsilniej pozwala przywiązać do niego, przykuć masy w głębi ich 
dusz  i  sumień.  Stalinizm,  hitleryzm,  maoizm,  saddam-husseinizm  itd.  z  biegiem  czasu 
nieodwołalnie przybierają religijno-bombastyczne, absolutystyczno-boskie cechy, gdyż nawet 
najbardziej  doskonały  Orwellowski  system  kontroli  nad  masami,  które  .należy  opanować, 
posiada  jeszcze  wiele  luk,  stanowi  zbyt  powierzchowny,  zbyt  słabo  zniewalający  gorset  w 

background image

porównaniu  z  poruszającym  sumienia  i  dusze  religijno-boskim  pierwiastkiem  (co  „patrzy  w 
serca”!).  Marks  dobrze  rozumował,  uznając  krytykę  religii  za  „warunek  wszelkiej  krytyki”, 
albowiem  nawet  w  takich  świeckich,  autonomicznych  sferach  życia,  jak  polityka  i 
społeczeństwo,  gospodarka  i  świat  finansów,  przemysł  i  technika,  istnieje  tendencja  do 
przyozdabiania się „aureolą”, otaczania religijnym nimbem, by zatuszować negatywne strony 
i zdobyć większą siłę przebicia, móc stawiać wyższe wymagania (w odniesieniu do techniki 
zademonstrowałem  to  dokładniej  w  mojej  książce  Mystik  und  Yernunft  [Mistyka  i  rozum], 
rozdział IV-VII.) 

Fundamentalizm religijny jest najpotężniejszą, a zarazem najatrakcyjniejszą ideologią, 

najbardziej  porywającą  masy,  toteż  każdy  dyktator  zawsze  będzie  dążył  do  zaprzęgnięcia 
jakiejś  religii,  bądź  wyznania  do  własnych  celów.  Nie  przypadkiem  rzymski  cesarz 
Konstantyn uczynił zyskujące coraz bardziej na znaczeniu chrześcijaństwo religią państwową, 
chociaż sam nie był wtedy jeszcze chrześcijaninem. 

Im  potężniejszy  staje  się  fundamentalizm  nie  posiadający  na  początku  wyraźnych 

elementów  religijnych,  im  bardziej  bezwzględnie  usiłuje  osiągnąć  swoje  cele,  tym 
wyrazistsze stają się jego cechy religijne. Prezentuje się on coraz chętniej jako system jedynie 
prawdziwy,  dobry,  nieomylny  i  zbawienny.  Żywotność  zaś,  jaką  przejawia,  w  żadnym 
wypadku  nie  stanowi  kryterium  jego  prawdy.  Przeciwnie:  im  bardziej  jest  żywotny,  tym 
gorszy! 

Fakt, że wszystkie fundamentalizmy są religijne albo nieuchronnie takimi się stają, ma 

związek z dążeniem ludzkiej natury do absolutu i nieskończoności. Człowiek zmierza ku nim 
zarówno w poznawaniu i zgłębianiu świata, jak też w pragnieniach i uczuciach, w myśleniu, 
wyobrażeniach  i  miłości.  Pragnie  absolutnej  prawdy,  doskonałego  szczęścia.  Ale  tyleż 
prawdziwe,  co  pewne  jest,  że  nie  potrafi  ich  poznać.  Tę  nieprzezwyciężalną  przepaść 
pomiędzy  nieskończonym  pragnieniem  i  chęcią  z  jednej  strony,  a  skończonymi 
możliwościami z drugiej, pomiędzy rajskim, utopijnym ideałem a jego urzeczywistnieniami, 
które  raz  po  raz  sprowadzają  nas  na  ziemię,  ciągle  bowiem  pozostają  za  nim  daleko  w  tyle, 
wykorzystuje  każdy  fundamentalizm.  Obiecuje  on  pokonanie  tej  przepaści:  „Jeżeli 
zdecydujesz się na mój system, trafisz do raju, dostąpisz pełnego zbawienia, dotkniesz, więcej 
–  osiągniesz  absolut!”  Język  typowy  dla  religii  jest  tu  jedynie  jaśniejszy:  „Jeżeli  będziesz 
posłuszny moim nakazom, będziesz wypełniał wolę Jahwe, Allacha albo „mojego Ojca”, tzn. 
Boga  chrześcijańskiego,  będziesz  żył  wiecznie  w  rajskim  szczęściu.  Osiągniesz  wtedy 
wszystko to, co w przeciwnym razie pozostanie dla ciebie wiecznie nieosiągalne – niczym nie 
ograniczoną  boską  pełnię.”  Język  politycznych  i  innych,  przede  wszystkim  świeckich 
fundamenta-lizmów,  nie  jest  tak  wyraźnie  religijny,  posługuje  się  jednak  podobnymi 
mechanizmami  antropologicznymi  i  psychologicznymi,  jak  np.  obietnicą  zbawienia, 
przekroczenia  wspomnianej  przepaści.  Pod  tym  względem  każdy  fundamentalizm  stanowi 
poważne oszustwo i niesie z sobą przyrodzoną mu hipokryzję. Jego niebezpieczeństwo tkwi 
też  w  dużej  mierze  w  religijnej  nieograniczoności,  totalności,  uniwersalności  i  związanym  z 
tym entuzjazmie. 

Fundamentalizm  jest  największym  oszustwem,  stwarza  bowiem  złudzenie,  że  może 

nam  tu  i  teraz  zapewnić  nieomylne  poznanie,  ogarnięcie  absolutu,  nieskończoności, 
metafizyki, do których dążymy, ale których sami nigdy nie osiągniemy. Fundamentalistyczni 
przywódcy,  papieże,  prorocy,  guru  nie  są  na  ogół  tak  naiwni,  by  nie  wiedzieć,  że  nie  mogą 
rozporządzać  absolutem;  przypuszczalnie  sami  mają  czasem  wątpliwości,  czy  on  w  ogóle 
istnieje; albo też są wystarczająco cyniczni, aby uważać go za iluzję, za „opium dla ludu”. Ale 
wskutek  opętania,  odurzenia  władzą  i  przekonania,  że  „pociechę  przynosi  jedynie  absolut”, 
absolutyzują  rzeczy  względne,  czynią  naród,  partię  albo  rasę,  Kościół  albo  wyznanie,  zysk 
albo  klasę  –  bezwarunkową,  najwyższą  wartością,  której  należy  się  nieograniczone 
uwielbienie i ubóstwienie, podają pół- lub ćwierćprawdy za niezbitą prawdę o zbawieniu, za 

background image

dogmat, 

ogłaszają 

jakiś 

dokument 

Pismem 

Ś

więtym. 

Zauważmy: 

systemy 

fundamentalistyczne  nie  mogą  obejść  się  bez  dogmatów  i  pism,  stanowią  one  bowiem  dla 
władców szczególny probierz wierności. Ludzi bardziej można przywiązać do słowa pisanego 
niż mówionego, wykazać ich aberracje, udowodnić im herezję. Ortodoksja opiera się głównie 
na  słowie  pisanym,  Piśmie  Świętym  i  przez  nie  traci  sens.  (Również  pisma  klasyków 
marksizmu  uchodziły  w  gruncie  rzeczy  za  święte,  bezbłędne,  nietykalne,  chociaż  de  facto 
korygowano je w czasach stalinowskich, bądź zatajano ich fragmenty przed klasą robotniczą. 
Ale czyniono to również z Biblią.) 

Jednostka lub kilkuosobowa klika opętana żądzą władzy, która wykorzystuje tęsknotę 

mas za absolutnym szczęściem, ich bezgraniczne pragnienie zbawienia, może doprowadzić do 
powstania masowego ruchu fundamentalistycznego, do zbiorowego szaleństwa. 

Na zakończenie tego rozdziału jeszcze kilka zaczerpniętych z historii i współczesności 

dowodów  na  słuszność  tezy,  że  nawet  areligijne  ze  swej  istoty  ideologie  i  fundamentalizmy 
mają  charakter  religijny,  bądź  takiego  nabierają.  Czytelnicy  przypominają  sobie  może 
sentencję  Gorbaczowa,  wygłoszoną  przezeń  po  nieudanej  próbie  puczu,  w  dzień  po 
ponownym  objęciu  urzędu.  Wówczas  to  po  raz  pierwszy  przeciwstawił  się  rosyjskiemu 
parlamentowi. Deputowani molestują go, krytykują stanowisko partii komunistycznej wobec 
zamachu stanu, niektórzy chcą przeforsować jej delegalizację. Wtedy Gorbaczow woła pełen 
emocji,  a  nawet  emfazy:  „Socjalizm  w  moim  rozumieniu  jest  przekonaniem  religijnym”,  po 
czym  zaraz  dodaje:  „wygnanie  go  ze  Związku  Radzieckiego  równałoby  się  „wojnie 
religijnej””. 

Jednakże  nawet  twórca  socjalizmu,  Karol  Marks,  który  przecież  w  krytyce  religii 

widział warunek wszelkiej krytyki i zgodnie z tym bezwzględnie ją demaskował i krytykował, 
musiał  przyznać,  że  fundamentalizm  nie  może  się  bez  niej  obyć.  W  rzeczywistości  Marks 
ofiarował proletariatowi „obiekt uwielbienia”. „Religia robotników – mówił – jest religią bez 
Boga,  ponieważ  stara  się  odbudować  boskość  człowieka.”  –  „O  ile  bogowie  mieszkali 
dawniej  ponad  ziemią,  to  teraz  stali  się  jej  centrum.”  „Z  krytyki  religii  wynika  nauka,  że 
człowiek jest dla człowieka najwyższą istotą.” 

W  gruncie  rzeczy  mamy  tu  do  czynienia  z  pozytywnym  zniesieniem  religii 

(chrześcijaństwa,  wiary  w  Boga  osobowego)  w  rozumieniu  Heglowskim  i  zastąpieniem  jej 
nową religijnością (wielbieniem boskości człowieka uwolnionego z więzów ekonomicznych i 
społecznych).  W  różnych  pismach  Marksowskich  spotykamy  się  bowiem  z  mistycznym 
entuzjazmem,  zachwytem,  z  przekraczającym  wszelkie  granice,  budującym  solidarność 
nowym  poczuciem  życia,  z  pasją,  namiętnością  dla  nowej  boskości  i  religii  proletariatu, 
emancypującego  się  poprzez  pracę  i  walkę;  a  wszystko  to  są  cechy  wyróżniające  każdą 
zaangażowaną religijność. Marks czuł, że do zwycięstwa rewolucji proletariatu niezbędny jest 
–  poza  wstępną,  na  zimno  wykalkulowaną  pracą  umysłową  i  twardą,  zdecydowaną  wolą  – 
jeszcze  jeden  składnik:  ładunek  wszystkich  pozytywnych  uczuć  człowieka,  cała  jego 
emocjonalność.  Dlatego  mówi:  „Żadna  klasa  w  społeczeństwie  burżuazyjnym  nie  odegra  tej 
roli  (oswobodzenia  całego  społeczeństwa  –  przyp.  H.  M.),  jeżeli  nie  wywoła  w  sobie  i  w 
masach  entuzjazmu,  nie  doprowadzi  do  sytuacji,  w  której  zbrata  się  całkowicie  i  zespoli  ze 
społeczeństwem,  stopi  się  z  nim  i  zostanie  uznana  za  jego  powszechnego  reprezentanta,  nie 
osiągnie momentu... w którym rzeczywiście stanie się jego sercem i głową.” Ten entuzjazm, 
to  pełne  zachwytu,  wszechogarniające,  totalne  zaangażowanie  w  wielką  sprawę,  uważaną 
przez  dany  podmiot,  jednostkę,  grupę  lub  klasę  za  absolutną,  jest  –  z  punktu  widzenia 
psychologii i psychologii głębi – mistyczną religijnością! Marks był zwiastunem, prorokiem 
nowej mistyki proletariatu. Nazywając  religię „opium dla ludu”, określenie „opium” odnosił 
nie tyle do niej samej, lecz do „boskiej nadbudowy”. W każdym razie również neomarksiści, 
czy zbliżeni do marksizmu myśliciele współcześni dopatrują się u niego implikacji religijno-

background image

teologicznych.  „Nawet  w  dziele  Marksa  decydujące  są,  jak  zawsze  podświadome,  jednakże 
logicznie nieodłączne od swej treści, postulaty teologiczne” (M. Horkheimer). 

Zwłaszcza w marksowskiej wizji przyszłości w jego „królestwie wolności”, w którym 

są przezwyciężone ekonomiczno--polityczne uwarunkowania i indywidualne tragedie, trudno 
nie  dostrzec  pierwiastka  mistyczno-utopijnego.  Jego  „komunizm  bowiem  jako  doskonały 
naturalizm  jest  humanizmem,  zaś  jako  doskonały  humanizm  –  naturalizmem,  stanowi 
prawdziwe  rozwiązanie  sprzeczności  pomiędzy  człowiekiem  a  naturą  i  człowiekiem  a 
człowiekiem,  prawdziwe  rozwiązanie  konfliktu  pomiędzy  istnieniem  a  istotą,  pomiędzy 
uprzedmiotowieniem  a  uruchomieniem  własnej  aktywności,  pomiędzy  wolnością  a 
koniecznością, pomiędzy jednostką a gatunkiem. Jest on rozwiązaniem zagadki dziejów i jako 
takie siebie pojmuje.” Dlatego również psychoanalityk Erich Fromm, który znał dzieło Karola 
Marksa jak nikt inny, twierdził, że reprezentował on „bezbożną religijność”, wcale sobie tego 
nie uświadamiając. Marks z pewnością głosił „ateistyczną religię społecznie zaangażowanego 
aktywizmu”;  należał  do  „twórców  nowej  religijności...  odpowiadającej  potrzebom  nowego 
człowieka”. 

Nawet zdecydowanie antyfundamentalistyczne nowożytne Oświecenie wpadło w sidła 

religijnej  terminologii  i  mitologii.  Przypomnijmy  sobie  choćby  oświeceniowy  mit  postępu, 
mit  światła  (Oświecenie  przyniesie  absolutną  jasność  rozumu,  bezgraniczną  klarowność 
ludzkiej  myśli,  bez  zagadek  i  mroków),  uniwersalny  mit  szczęścia  (wraz  z 
niepowstrzymanym  rozwojem  społecznego  rozumu  nastąpi  powszechna  sprawiedliwość  i 
równość społeczna, zaistnieje możliwie najwyższe szczęście dla możliwie najwyższej liczby 
jednostek  ludzkich).  Stefan  Zweig  pokazuje  bardzo  sugestywnie,  jak  niesłychaną  wiarę 
religijną  zainwestowali  intelektualiści  schyłku  XIX  wieku  w  „przedsięwzięcie  zwane 
Oświeceniem”: „Teraz wszakże to tylko sprawa dziesięcioleci, zanim resztki zła i gwałtu nie 
zostaną  ostatecznie  przezwyciężone.  Ta  wiara  w  nieprzerwany,  niepowstrzymany  „postęp” 
miała  doprawdy  w  tych  czasach  siłę  równą  religii.  Wierzono  w  ów  „postęp”  bardziej  niż  w 
Biblię,  a  jego  Ewangelię  zdawały  się  potwierdzać  co  dzień  nowe  cuda  wiedzy  i  techniki... 
Socjolodzy i profesorowie prześcigali się w pomysłach, jak stworzyć zdrowsze i szczęśliwsze 
warunki  życia  dla  proletariatu.  Nic  więc  dziwnego,  że  to  stulecie  wygrzewało  się  w  słońcu 
własnych  osiągnięć  i  każde  zakończone  dziesięciolecie  uważało  za  szczebel  poprzedzający 
następne, jeszcze lepsze. W nawroty barbarzyństwa, jak na przykład wojny między narodami 
Europy,  tak  samo  nie  wierzono,  jak  w  czarownice  i  upiory.  Ojcowie  nasi  byli  przepojeni 
wiarą w niezłomną i wiążącą siłę zgody i tolerancji.”

3

 

   

Ale  nawet  antyfundamentalistyczne  „przedsięwzięcie  zwane  Oświeceniem”  wypisało 

na swych sztandarach główną obietnicę fundamentalizmu: obietnicę zbawienia, jednakże „bez 
iluzji  i  przesądów,  jedynie  przy  udziale  rozumu...  Ten  triumfalny  mit,  oryginalny  produkt 
nowoczesności, pozwalał godzić się z bolesnymi niejednoznacznościami, póki wydawało się, 
ż

e są one jedynie przejściowe” (Thomas Meyer). 

Dzisiaj,  w  obliczu  powstawania  religijno-fundamentalistycznych  odłamów  w  ramach 

nowożytnego  i  współczesnego  Oświecenia,  należy  również  dobitnie  podkreślić,  że  rozum 
oświeceniowy, stanowiący nadal najsilniejszą przeciwwagę każdego fundamentalizmu, może 
pozostać  sobie  wierny  jedynie  wtedy,  gdy  będzie  pojmował  siebie  jako  zasadniczo  omylny 
(tzn.  zawsze  narażony  na  popełnienie  błędu);  gdy  odrzuci  wszystko,  co  absolutne,  każde 
absolutystyczne  stanowisko;  gdy  zawsze  pozostanie  świadom  swej  skończoności  i 
ograniczoności; gdy ciągle będzie się korygował i kontrolował poprzez stały dialog z inaczej 
myślącymi;  gdy  sam  nie  będzie  rościł  sobie  pretensji  do  dominacji.  „Dlatego  też  radykalny 
rozum  nie  dba  ani  o  szczęście,  ani  o  zbawienie  człowieka,  lecz  jedynie  o  jego  emancypację 
oraz dojrzałość – choćby ograniczoną – w życiu doczesnym. Autonomiczny rozum podmiotu 
nie jest ani boginią, ani dziwką, nie jest ani absolutnie obiektywny, ani tylko instrumentalnie 

background image

subiektywny. Absolutyzacja rozumu, czynienie zeń bogini bądź dziwki, jest czystym brakiem 
rozumu” (A. Kunzli). 

Jeżeli rozum pojmowany w duchu Oświecenia pozostanie w tym sensie wierny sobie, 

to  niebawem  zamilknie  „postmodernistyczna”  paplanina,  którą  jeszcze  dzisiaj  radośnie 
uprawiają  coraz  bardziej  „liberalni”  i  „krytyczni”  teologowie.  Cytowany  wyżej  autor 
nadzwyczaj trafnie scharakteryzował „postmodernistów”: „Ta barwna hałastra filozoficznych 
lekkoduchów,  robiących  wiele  szumu  ekwilibrystów  językowych,  bełkotliwie  mędrkujących 
mącicieli  sensów,  nietzschemaniaków,  freudiastów  i  heideggerystów,  z  całą  tą  swoją 
niefrasobliwą  filozoficzną  donkiszoterią  zbudowała  sobie  Oświecenie  i  rozum  na 
podobieństwo  wiatraków,  w  których  upatruje  przyczyn  wszystkich  klęsk  tej  epoki,  toteż  z 
niestrudzoną  brawurą  przypuszcza  na  nie  atak  na  swych  pojęciowych  szkapach.  Przestaje  to 
jednak bawić, gdy przyjrzymy się, jakimi argumentami się tu szermuje i jakie głosi absurdy. 
Ów  modny  prąd,  który  obszar  języka  niemieckiego  zdaje  się  zawdzięczać  w  dużej  mierze 
charyzmie  jego  paryskiego  źródła,  można  by  spokojnie  pozostawić  swemu  biegowi,  gdyby 
nie  usiłował  zniszczyć  akurat  tego,  czego  dzisiaj  tak  pilnie  potrzebujemy  w  dyskursie  z 
fundamentalizmem: oświecenia i rozumu.” 

Istnieje wystarczająco dużo znakomitych przykładów na to, „że „postmodernistyczne” 

szaleństwo,  skierowane  przeciw  oświeceniu  i  rozumowi  może  doprowadzić  do 
nihilistycznego,  żądnego  śmierci  i  prenazistowskiego  –  na  płaszczyźnie  politycznej  – 
fundamentalizmu. .. Horkheimer i Adorno wyrządzili wiele zła, przypisując winę Oświeceniu 
i niejako utorowali drogę „postmodernistom”.” 

Nawet  tak  modna  obecnie  „kultura  mikroprocesorów”  (chip  culture),  która 

niesłychanie  fascynuje  miliony  młodych  ludzi,  nie  jest  wcale  wolna  od  religijnego 
fundamentalizmu.  Z  jednej  strony  mamy  tu  naszą  odartą  z  czaru  cywilizację,  z  drugiej  zaś 
komputer, który nawet jeśli dziś nie wie jeszcze i nie może zrobić wszystkiego, to przecież w 
przyszłości  będzie  wiedział  i  mógł.  Wielu  ludzi  młodszej  generacji  pozostaje  pod  jego 
charyzmatycznym  urokiem.  Ich  nadzieje  na  zbawienie,  odnalezienie  sensu,  orientacji, 
nadzieje  na  emancypację  są  dzisiaj  niejednokrotnie  związane  właśnie  z  komputerem,  wierzą 
oni  bowiem  mocno  i  niezachwianie,  że  to  właśnie  on  spełni  ich  oczekiwania.  Jeśli  nie zrobi 
tego czwarta, piąta czy szósta generacja maszyn cybernetycznych, skonstruowanych w coraz 
to bardziej wyrafinowany sposób, dokona tego z pewnością siódma, ósma bądź dziesiąta. 

Religia może zatem pojawiać się w tysiącach szat, może ulegać setkom  metamorfoz; 

religijna  postawa  oczekiwania  wydaje  się  absolutnie  niezniszczalna  i  święci  radosne 
zmartwychwstanie we wszystkich dziedzinach współczesnego życia, nawet w sferze polityki. 

Zuryski  prawnik  i  religioznawca,  Robert  Kehl,  słusznie  zauważył,  że  jeszcze  jakieś 

dziesięć  lat  temu  prawie  wcale  nie  dostrzegano  w  religii  konfliktogennej  siły  politycznej. 
Dogmat  polityków,  jak  i  większości  zachodnich  speców  od  urabiania  opinii  publicznej, 
brzmiał: „Za wojną lub rewolucją mogą kryć się jedynie naukowe lub inne „ważne” interesy.” 
Ale wydarzenia w Wietnamie, Irlandii Północnej, w Libanie, Iranie i Iraku, w Polsce, ostatnio 
zaś  w  Jugosławii,  gdzie  prawosławni  Serbowie  i  katoliccy  Chorwaci  nieprzejednanie 
występowali  przeciw  sobie  i  zabijali  się  wzajemnie,  doprowadziły  do  zwrotu  w  myśleniu. 
„Powoli zaczęto znowu poważnie traktować religie również na forum polityki światowej. Co 
więcej,  uświadomiono  sobie,  że  obok  nienawiści  etnicznej  przekonania  religijne  i 
ideologiczna zawziętość jako czynniki wyzwalające wojny są nawet ważniejsze niż wszystkie 
inne, bez względu na to, jak owe pozostałe byłyby ważne.” 
  
  
  

IV. „Czyste” i „doskonałe” źródła fundamentalizmu 

  

background image

Każdy  fundamentalizm  ma  źródła  religijne  albo  nieuchronnie  nabiera  charakteru 

religijnego. 

Jeżeli  zaakceptujemy  tezę,  którą  przedstawiłem  w  poprzednim  rozdziale,  nasunie  się 

pytanie,  czy  religia  jako  taka,  już  u  swych  źródeł,  a  więc  ze  swej  istoty  jest 
fundamentalistyczna,  czy  –  nawet  w  prapoczątkach,  sławionych  jako  doskonałe  i 
nieskazitelne  –  z  góry  nie  wytycza  konsekwentnie  i  nieodwołalnie  torów  swego 
fundamentalistycznego rozwoju. 

Odpowiedź  na  to  pytanie  wynika  już  z  pewnego  centralnego  i  niewątpliwego  punktu 

widzenia,  cechującego  wszystkie  religie  monoteistyczne.  Żadna  z  nich:  ani  judaizm,  ani 
chrześcijaństwo, ani islam, nie może pozwolić sobie na zaoferowanie swoim wyznawcom w 
kwestiach 

podstawowych 

czegoś 

hipotetycznego, 

podważalnego, 

nieostatecznego, 

przypuszczalnego,  możliwego  czy  prawdopodobnego.  Żadna  z  nich  nie  może  proponować 
tylko  i  wyłącznie  hipotez,  nie  zobowiązując  ludzi  całkowicie  do  wiary  w  jej  niewzruszone 
obietnice  zbawienia,  albo  nie  powstrzymując  ich  groźbami  nieszczęścia  od  zboczenia  z 
właściwej  ścieżki.  Dlatego  religie  monoteistyczne  nie  dopuszczają  żadnego  „może”  albo 
„mogłoby  (tak)  być”  w  odniesieniu  do  swych  fundamentalnych  prawd  wiary.  „Bóg  jest”,  a 
„jego niezależna  wola decyduje suwerennie o szczęściu i nieszczęściu ludzi”. „Bóg zbawia” 
oraz  „Bóg  sądzi  i  potępia”  –  oto  zdecydowanie  apodyktyczne,  nie  uznające  ograniczeń  ani 
ż

adnego „ale”, zasadnicze dogmaty religii monoteistycznych. Wszystkie one są z tego punktu 

widzenia fundamentalistyczne, żadna bowiem nie uznaje hipotetycznego charakteru prawdy i 
ludzkiego  poznania,  lecz  daje  ostateczny  przepis  na  osiągnięcie  zbawienia,  szczęścia,  który 
wyznawcy  muszą  zaakceptować  wyłącznie  poprzez  niewzruszoną  wiarę,  bez  jakichkolwiek 
pytań  i  wątpliwości.  Dlatego  też  wszystkie  religie  monoteistyczne  głoszą,  że  ich  sedno 
stanowi  absolutna  prawda  i  nieomylność,  nawet  jeśli  jedynie  religia  rzymskokatolicka 
zawarowała  sobie  prawo  do  obdarzania  każdego  ze  swych  żyjących,  najwyższych  guru 
explicite atrybutem nieomylności. 

Zwłaszcza  najważniejsze  przykazania  religii  monoteistycznych  przybierają  formę 

absolutnej  powinności  i  przymusu,  co  sprawia,  że  wszelkie  powątpiewanie  jawi  się  jako 
grzech,  występek  i  bluźnierstwo.  Również  tutaj  Kościół  papieski  posuwa  się  dalej  niż  inne. 
Takie  zakazy  jak  zakaz  „sztucznej”  regulacji  urodzin  albo  usuwania  ciąży,  które  nawet  w 
rozumieniu katolików nie należą do nakazów, przykazań, czy bodaj zaleceń przekazanych w 
Objawieniu  Jezusa  Chrystusa,  papież  autorytarnie  ogłasza  nieomylnymi  prawdami, 
decydującymi  o  zbawieniu  lub  zgubie  człowieka.  Z  Rzymu  dochodzą  wieści,  że  nosi  się  on 
ponoć z zamiarem zdogmatyzowania całej tej sprawy. Jak bowiem inaczej mógłby wejść do 
historii  jako  „Wielki  Papież”,  gdyby  nie  doprowadził  do  proklamowania  przynajmniej 
jednego dogmatu? A więc „prorok z Polski” z pewnością nawarzy jeszcze i tego piwa! 

W  przeciwieństwie  do  monoteizmu,  politeistyczne,  panteistyczne,  mistyczne  czy 

ateistyczne  religie  mogą  pozwolić  sobie  na  to,  by  być  zdecydowanie  mniej  kategoryczne  i 
głosić  swoje  zasady  w  hipotetycznej,  nie  fundamentalistycznej,  nie  normatywno-
dogmatycznej  i  autorytarnej  formie.  W  wielobóstwie  już  sama  wielość  bogów  powoduje 
relatywizację  rozkazów,  nakazów  i  zakazów  tego  czy  innego  boga.  W  religiach 
panteistycznych  właśnie  totalność  i  uniwersalność  rzeczywistości  poza  przypadkowymi 
zjawiskami  jest  całkowicie  boska,  tak  że  każdy  i  wszystko  wewnątrz  tej  rzeczywistości 
partycypuje  w  boskości.  Tym  samym,  w  odróżnieniu  od  monoteizmu,  nie  istnieje  tu  żadna 
najwyższa  instancja,  która  wszelką  boskość  nosi  wyłącznie  w  sobie  i  może  wypowiadać  się 
oraz  decydować  o  wszystkim.  We  wszechogarniającej  „demokracji  wszelkiego  bytu”  (Max 
Scheler)  wszystkie  elementy  rzeczywistości  są  z  sobą  powiązane,  tak  że  imperatywy 
kategoryczne  pochodzące  z  którejkolwiek  jej  części  składowej  są  nieuprawnione.  Wszelka 
mistyka,  również  monoteistyczna,  skłania  się  –  czego  dowodzi  wielu  mistyków 
chrześcijańskich  i  islamskich  –  ku  panteizmowi,  ku  zespoleniu  się  z  boskim  vis-a-vis,  bez 

background image

względu na to, czy jest ono pojmowane bardziej personalistycznie, czy raczej kosmicznie. „Ja 
i Ojciec jesteśmy jedno”, czytamy nawet w „mistycznej”  ewangelii św. Jana. Nie ma w niej 
miejsca  na  rozkazy  i  jednostronne,  absolutne  oświadczenia  Boga  Ojca,  chociaż  czwarta 
ewangelia  nie  jest  pod  tym  względem  konsekwentna  (całościowe  ujęcie  mistycznej 
religijności  i  spirytualności  przedstawiam  w  mojej  książce  Mystik  und  Yernunft  [Mistyka  i 
rozum]).  Logiczne  więc  jest  to,  że  religie  monoteistyczne  prześladowały  wielu  swoich 
mistyków  jako  odszczepieńców.  Ich  herezja,  niebezpieczna  dla  tych  z  gruntu 
fundamentalistycznych systemów wyznaniowych, widoczna jest np. u Mistrza Eckharta. Jego 
zdaniem  najwyższa  doskonałość  wszystkich  sił  człowieka  skupia  się  „...w  najwyższej  sile, 
która zwie się rozumem. Nie może on nigdy zaznać spoczynku. Nie dąży do Boga, o ile ów 
jest  Duchem  Świętym,  ani  też,  o  ile  ów  jest  Synem;  ucieka  od  Syna.  Nie  pragnie  również 
Boga,  o  ile  ów  jest  Bogiem.  Dlaczego?  Ponieważ  jako  taki  ma  jeszcze  imię.  Pragnie  on 
czegoś szlachetniejszego, czegoś lepszego niż Bóg... Pragnie go jako źródła, z którego tryska 
dobro; pragnie go jako krynicy, żyły, z której wypływa dobro...” 

Jak jednak ma się rzecz z religiami ateistycznymi? Czy takie w ogóle istnieją? Wielka, 

znacząca religia, buddyzm, była w pierwotnej postaci na wskroś ateistyczna. Budda bowiem 
po  swym  fundamentalnym  doświadczeniu  oświecenia  oznajmia,  że  Bóg,  bóstwa,  duchy, 
demony  etc.  należą  do  świata  zjawisk  i  złudzeń,  błędów  i  iluzji  (do  „Maya”)  i  że  człowiek 
zostawia je za sobą w drodze ku nirwanie. Zgodnie z tym Budda zwraca się również przeciw 
wszystkiemu, co w religii fundamentalistyczne, doktrynalne, normatywne, i sławi rozum oraz 
zwątpienie.  W  Anguttara  Nikaya  mówi:  „Twoje  wątpliwości  są  uzasadnione,  synu  Kęsy. 
Posłuchaj  mojej  wskazówki:  nie  wierz  niczemu,  co  znasz  tylko  ze  słyszenia;  nie  wierz 
przekazom, ponieważ są one stare i przeszły przez wiele pokoleń, zanim dotarły  do nas; nie 
wierz  niczemu,  co  niesie  plotka,  ani  dlatego,  że  ludzie  dużo  o  tym  mówią;  nie  wierz  z  tej 
tylko  przyczyny,  że  pokazują  ci  zapisane  świadectwo  jakiegoś  starego  mędrca;  nigdy  nie 
wierz  w  coś  jedynie  dlatego,  że  przemawiają  za  tym  domysły  albo  że  długoletnie 
przyzwyczajenie  skłania  cię  do  przyjmowania  czegoś  za  prawdę,  nie  wierz  wyłącznie 
autorytetowi  twoich  nauczycieli  i  duchownych.  Co  zgodnie  z  twym  doświadczeniem  i 
dociekaniem  odpowiada  twojemu  rozumowi  i  służy  twemu  własnemu  dobru  i  szczęściu,  jak 
też wszystkich innych istot, to bierz za prawdę i żyj według niej.” 

Wszystkie  religie  monoteistyczne,  w  odróżnieniu  od  wyżej  wspomnianych  czterech 

innych  typów  religii,  są  jednak  radykalne,  tzn.  z  gruntu  fundamentalistyczne,  choć  w  chwili 
narodzin  i  w  fazie  początkowej  nie  muszą  się  wcale  takie  wydawać.  Uwidacznia  się  to 
dopiero po dłuższym okresie ich trwania, po nieuniknionym procesie instytucjonalizacji. Ale 
radykalizm ten tkwi w nich już od samego początku! Przynajmniej na tyle, że konsekwentnie 
umożliwia  i  logicznie  usprawiedliwia  pełny  rozkwit  fundamentalizmu  w  późniejszych 
stadiach ich rozwoju. 

Fundamentalizm  najbardziej  nawet  bezwzględnych  władców  watykańskich,  znanych 

nam z dziejów Kościoła, nie bierze się znikąd, znajduje bowiem swoje przesłanki w historii. 
Uprawniał  ich  do  tego  zawsze  swoisty  fundamentalizm  Jezusa  i  Pisma  Świętego  Starego  i 
Nowego  Testamentu,  do  którego  mogli  swobodnie  nawiązywać.  W  dalszym  ciągu  mojego 
wywodu wykażę, jak wiele jest wersetów w Nowym Testamencie i w Koranie, które należy 
rozumieć  fundamentalistycznie.  Nie  można  uznawać  fundamentalizmu  chrześcijańskiego  i 
islamskiego  za  „degenerację”  czystego  rzekomo  i  doskonałego  źródła  chrześcijaństwa  i 
islamu.  Istniał  on  w  nich  od  zarania.  Zaawansowany  fundamentalizm  późniejszych  stadiów 
rozwoju  tych  religii  jest  jedynie  jednostronnym  uwypukleniem  i  pełnym  rozwinięciem  tego, 
co tkwiło u ich podstaw. 

Moja  teza,  że  każda  monoteistyczna  religia  jest  z  gruntu  fundamentalistyczna,  a 

przynajmniej  wykazuje  wiele  takich  cech,  oburzy  i  rozgniewa  nie  tyle  konserwatystów,  co 
przede  wszystkim  „krytycznych”,  „liberalnych”,  „postępowych”  i  „lewicowych”  teologów 

background image

oraz  uczonych  w  Piśmie.  Wszakże  ich  pierwotnym  zamiarem,  ich  najpierwszym  dążeniem 
jest właśnie – w imię doskonałego, czystego i niefundamentalistycznego prapoczątku religii – 
zwalczanie fundamentalistycznych według nich zjawisk degeneracyjnych późniejszych faz jej 
rozwoju. Twierdzę, że ci „krytycy, liberałowie i postępowcy” również pod tym względem są 
funda-mentalistami. Kto bowiem w dziejach ludzkości postuluje istnienie idealnego, czystego 
ź

ródła  swojej  religii  czy  jakiejkolwiek  instytucji,  aby  w  ten  sposób  uprawomocnić  i 

usprawiedliwić  swoją  walkę  z  obecnym  kryzysem  tejże  religii  bądź  instytucji,  ten  w  swym 
fundamentalistycznym zaślepieniu odrzuca wszelkie doświadczenie oraz wiedzę historyczną. 
Wszystkie  głębsze,  gruntowniejsze  badania  i  studia  przeszłości  pokazują  jak  zwykle 
niedostatecznie,  ale  wystarczająco  wyraźnie,  że  początki  rozwoju  różnych  zjawisk 
historycznych nigdy nie były tak cudowne, tak nieskazitelne i doskonałe, jak to później starali 
się  interpretować  potomni,  a  przynajmniej  wielu  z  nich.  Ponad  wszelką  wątpliwość  żaden 
początek  w  dziejach  ludzkości  nie  był  wzniosły.  Ale  owi  krytyczni,  liberalni  i  postępowi 
przedstawiciele religii monoteistycznych pragną właśnie tę wątpliwość absolutnie wykluczyć. 
Jednakże bez zwątpienia nie ma oświecenia, nie ma a- i antyfundamentalizmu. Twierdzenie to 
należy  poprzeć  kilkoma  przykładami.  W  chwili,  gdy  piszę  te  zdania,  opinia  publiczna  jest 
oburzona  wydaniem  przez  Kościół  rzymskokatolicki  zakazu  nauczania  Eugenowi 
Drewermannowi.  Nie  ma  gazety,  która  by  nie  wylewała  krokodylich  łez  nad  „biednym 
prześladowanym”.  Jemu  samemu  ten  zakaz  z  pewnością  nie  zaszkodzi,  a  jego  publikacjom 
przysporzy  jeszcze  większej  popularności.  Drewermann  utracił  wydane  mu  przez  Kościół 
prawo nauczania na wydziale teologicznym Wyższej Szkoły w Paderborn jako Privatdozent. 
Ale niemal natychmiast otrzymał pozwolenie na prowadzenie wykładów z dziedziny filozofii 
kultury na innym wydziale tegoż uniwersytetu.  Całe zamieszanie, jakie  wywołał wokół jego 
osoby  choćby  Franz  Alt  swoim  programem  „Report”,  było  zupełnie  nieuzasadnione.  Jest  to 
nowa próba przydania dramatyzmu staremu jak świat teatrowi katolickiemu. Nikt już bowiem 
nie  traktuje  poważnie  tego,  co  konserwatyści  mówią  i  robią  w  Kościele.  Zainteresowanie 
opinii  publicznej  Kościołem  można  obudzić  jedynie  poprzez  prezentację  ludzi,  którzy  go 
pragną  „odnowić”,  których  „serce  krwawi”,  gdy  widzą,  jak  bardzo  odszedł  on  od  swych 
„doskonałych początków”. 

Wtóruje temu również teolog Drewermann. Pozbawienie go prawa nauczania nazywa 

„groteskowym”  i  dodaje:  „To,  czego  opinia  publiczna  jest  tutaj  wraz  ze  mną  świadkiem,  to 
degeneracja  teologii,  która  staje  się  ideologią  nadużywanej  władzy,  ustanawiającej  samą 
siebie  jako  prawdę.”  Tak  więc  wygląda  teoria  degeneracji  w  rozumieniu  postępowego 
teologa!  Teologia  była  dobra,  ale  uległa  degeneracji  i  przekształciła  się  w  ideologię 
nadużywanej  władzy!  W  wywiadzie  dla  „FAZ-Magazin”  Drewermann  rozróżnia 
„humanitarną”  i  „autorytarną”  formę  religii,  imitując  w  tym  względzie  różnicę,  którą 
wprowadził  do  religioznawstwa  Erich  Fromm.  Według  niego  forma  humanitarna 
urzeczywistniła  się  par  excellence  w  początkowym  stadium  chrześcijaństwa.  Postrzega  on 
wprawdzie  te  początki  inaczej  niż  Kościół,  bo  odrzuca  np.  ustanowienie  sakramentu 
eucharystii  i  wprowadzenie  kapłaństwa  przez  Jezusa,  a  w  niepokalanym  poczęciu 
Najświętszej  Marii  Panny  widzi  jedynie  symbol.  Ale  właśnie  taki  Jezus  Chrystus, 
oczyszczony ze wszystkich fałszywych dogmatów kościelnych, stanowi dla niego absolutny, 
niepodważalny punkt odniesienia. Również rozdział jednej z licznych książek Drewermanna 
zatytułowany:  Das  Cristentum  ist  nur  kraft  der  Erlosung  wahr  –  Sigmund  Freud  als  Vorbild 
(Chrześcijaństwo  jest  prawdziwe  jedynie  dzięki  zbawieniu  –  Zygmunt  Freud  jako  wzór) 
pokazuje,  jak  bardzo  Jezus  i  jego  akt  zbawienia  ludzkości  są  dlań  niepodważalne, 
normatywne  i  miarodajne.  Freud  zostaje  tu  wykorzystany  do  romantyzującej  i  idealizującej 
psychoanalizy  i  terapii  życia  duchowego,  które  nie  mają  nic  wspólnego  z  jego  wyraźnym  i 
zdecydowanym  racjonalizmem  i  ateizmem,  ani  też  z  realistycznym,  poniekąd  nawet 
pesymistycznym widzeniem psychiki ludzkiej. 

background image

Niemniej  jednak  Drewermann  jest  uczciwszy  niż  gros  teologów  chrześcijańskich. 

Wiele z tego, ba, prawie wszystko, w co chrześcijanie przez całe wieki wierzyli jako w fakty 
historyczne  przekazane  przez  ewangelie  i  Dzieje  Apostolskie,  dzięki  metodzie  krytyczno-
historycznej  okazuje  się  czymś  nie  istniejącym,  niebyłym,  bajką,  mitem,  legendą,  religijną 
intuicją i inspiracją, zapożyczeniem z innych religii albo wręcz fałszerstwem. Inni teologowie 
także  to  wiedzą,  lecz  powstrzymują  się  od  objawiania  tych  prawd  –  wprawdzie  rzadziej 
wobec  studentów,  ale  prawie  zawsze  wobec  wiernych  w  cosobotnim  „Słowie  na  niedzielę”. 
W  tej  sytuacji  Kościół  powinien  być  właściwie  wdzięczny  takiemu  teologowi  jak 
Drewermann,  który  usiłuje  ocalić  bardzo  już  wątpliwą  z  punktu  widzenia  historii  „dziejową 
prawdę  chrześcijaństwa”,  sytuując  ją  na  poziomie  głębszych  rozważań.  Mam  tu  na  myśli 
płaszczyznę  psychologiczną,  a  ściślej  psychologię  głębi  C.  G.  Junga  z  jej  archetypami,  z  jej 
kolektywnymi  prawzorami.  Właśnie  pierwotne  chrześcijaństwo,  jak  również  inne  religie, 
obfitują według Drewermanna w religijno-transcendentalne archetypy zdarzeń, działań, form 
kultu, doświadczeń, sposobów zachowania i symboli, które z czasem stają się dla wierzących 
chrześcijan wszystkich stuleci normatywne, konstruktywne, i podtrzymują na duchu. 

Drewermann wie, że historyczna prawda chrześcijaństwa nie przedstawia się najlepiej 

w świetle badań racjonalnych. Dlatego on, oczytany i wiedzący, zwraca się na podobieństwo 
najbardziej  zaślepionych,  najbardziej  nieświadomych  fundamentalistów  przeciw  wartości 
ratio,  przeciw  nauce:  „Religijnym,  a  więc  naprawdę  uprawnionym  jest  objaśnianie  Pisma 
jedynie  wtedy,  gdy  ma  charakter  wewnętrzny,  to  znaczy,  gdy  ma  wartość  dla  naszej  duszy; 
wszystko  zaś,  co  historyczne,  jest  zewnętrzne.”  Albo:  „W  gruncie  rzeczy  musi  się  stawiać 
zadanie  wyprowadzenia  zachodnioeuropejskiej  teologii  chrześcijańskiej  z  getta  jej 
jednostronności  racjonalnej.”  Albo:  „Egzegeza  o  podłożu  krytyczno-historycznym  wygląda 
na  proces  nieomal  rozmyślnego  zarażania  prastarych  obrazów  i  symboli  religijnych 
ś

miertelnym  tchnieniem  nowoczesności.”  Albo  całkiem  fundamentalistycznie:  „Uwolniłem 

się  już  od  przesądu,  że  nauka  jest  formą  obiektywnego  poszukiwania  prawdy.”  Krytycy 
słusznie  zwracali  uwagę  na  to,  że  Drewermannowska  propozycja  terapii  dla  chrześcijaństwa 
zmierza  do  „relatywizacji  krytycznego  rozumu  i  zmiany  dotychczasowych  wzorców 
przyswajania  wiary  na  wzorce  pochodzące  z  psychologii  głębi”.  „Egzegeza  krytyczno-
historyczna  jest  dla  niego  koniem  trojańskim  światopoglądu  racjonalistycznego,  zasadniczo 
sprzecznego z wiarą.” 

Tak  oto  zamyka  się  koło.  Zarówno  Drewermann,  uchodzący  obecnie  za  najbardziej 

krytycznego  teologa,  jak  i  najbardziej  zagorzali,  bezkrytyczni  fundamentaliści  zgadzają  się 
całkowicie  co  do  odrzucenia  krytyczno-historycznego  rozumienia  Biblii.  Zjedna  zasadniczą 
różnicą:  „Podczas  gdy  ci  ostatni,  absolutnie  nieskażeni  oświeceniem  i  autonomicznym 
rozumem,  po  prostu  negują  znaczenie  krytycznego  pojmowania  Biblii  w  imię  nieomylnego 
systemu  prawd  wiary,  Drewermann  akceptuje  prawdę  krytyki  historycznej,  aby  za  chwilę 
przedstawić całą jej irrelewancję i niekompetencję w sprawach wiary. Nie mając złudzeń, że 
nie  da  się  już  dłużej  zachować  wyłącznego  prawa  do  prawd  wiary,  jeśli  zostaną  one 
postawione  przed  trybunałem  autonomicznego  rozumu...  propaguje  jej  egzystencjalno-
psychologiczne  rozumienie;  jednym  słowem,  zamiast  dociekań  naukowych  proponuje 
niesienie wiernym pomocy w życiu” (Matthias Jung). 

Drewermann  nie  uwalnia  się  jednak  w  ten  sposób  od  zasadniczego  dylematu.  Wie 

bowiem  równie  dobrze  jak  my,  że  żadna  religia,  a  przynajmniej  monoteistyczna,  nie  może 
bazować  na  hipotezach.  Dlatego  też  mówi:  „Nikt,  kto  pragnie  dowiedzieć  się,  jak  powinien 
urządzić  sobie  życie,  nie  może  opierać  swojego  istnienia  wyłącznie  na  hipotezach  (chociaż 
twierdzenie  to  jest  zupełnie  fałszywe  w  odniesieniu  do  dojrzałej  jednostki  tylko  religie  jako 
instytucje  zbiorowe  potrzebują  absolutnie  pewnych  aksjomatów,  aby  przyciągnąć  do  siebie 
ludzi  chwiejnych  i  zapewnić  im  pozorne  bezpieczeństwo).  Ponieważ  więc  Drewermann  nie 
chce, aby jego religia bazowała na hipotezach, tzn. na niepewnej wiedzy historycznej, usiłuje 

background image

przedstawić  pierwotne  chrześcijaństwo  jako  ideał  spełnienia  religijnej  potrzeby  pocieszenia, 
ustanawiania sensu, duchowej pełni i bezpieczeństwa. Ale tu właśnie pojawia się dylemat: kto 
pociesza, nie argumentuje. A kto argumentuje, nie pociesza. W każdym razie trzeba się liczyć 
z tym, że prawda może okazać się okrutna i nie przyniesie pociechy. Z pewnością wykazała 
nowożytno-oświeceniowa  krytyka  religii  Feuerbacha,  Marksa,  Freuda  i  innych,  „że 
skuteczność religii, zdolność ustanawiania przez nią sensu, niesienia pociechy i wskazywania 
orientacji  etycznej  jest  niezależna  od  jej  teoretycznej  prawdy”.  Nie  można  wnioskować  o 
prawdzie wiary na podstawie jej siły pocieszycielskiej. „Pociecha religijna nie stanowi iluzji 
jedynie  wtedy,  gdy  Bóg  posiada  niezależną  egzystencję  pozapsychiczną,  jest  centrum,  alfą  i 
omegą, a nie zaledwie odwiecznym obrazem tęsknoty ludzkiej psychiki” (M. Jung). 

Każdy  jednak,  kto,  jak  Drewermann,  pragnie  ocalać  chrześcijaństwo,  nie  mogąc 

jednocześnie  zanegować  słuszności  metody  krytyczno-historycznej,  musi  jak  wszyscy 
fundamentaliści  znaleźć  inny  punkt  zaczepienia;  musi  podkreślić,  że  taka  egzegeza  Biblii 
„prowadzi na religijne manowce” i w sposób całkowicie dogmatyczny postawić na absolutną 
pociechę  i  wsparcie  duchowe,  jakie  daje  Pismo  Święte.  Wówczas  to,  podobnie  jak 
Drewermann  w  wywiadzie  udzielonym  Franzowi  Altowi  do  programu  „Report”,  może  z 
emfazą  i  retorycznym  patosem  wysunąć  przeciw  współczesnemu,  skostniałemu  Kościołowi 
argument  o  „profetycznej  misji”  Jezusa.  Tyle  że  nie  potrafi  przytoczyć  ani  jednego 
historycznego  dowodu  na  absolutną  wyjątkowość  i  etyczną  doskonałość  „największego 
proroka”,  Jezusa  z  Nazaretu.  Niemniej  jednak  wielu  ludzi  pragnie  jedynie  pocieszenia. 
Prawdą  jest  to,  co  uszczęśliwia!  A  niektórzy  zadowalają  się  nawet  chwilowym  uczuciem 
szczęścia.  Drewermann  wypracował  najnowszą,  najobszerniejszą  i  najbardziej  systemową 
koncepcję ocalenia religii i teologii chrześcijańskiej. Jeżeli więc teolog tak ostro krytykujący 
Kościół staje się w swym dążeniu do ocalenia chrześcijaństwa „fundamentalistą doskonałego 
początku”,  to  z  góry  można  założyć,  iż  takie  samo  stanowisko  będą  prezentować  mniej 
wybitne umysłowości współczesnej teologii chrześcijańskiej. 

Weźmy  na  przykład  katolickiego  teologa  Eugena  Bisera,  emerytowanego  profesora 

zajmującego się światopoglądem chrześcijańskim na wydziale filozoficznym uniwersytetu w 
Monachium. Zrozumiał on znaki czasu; wie, że nawet pragnący wiary chrześcijanie nie wiążą 
już  swoich  pozytywnych  uczuć  czy  doświadczeń  religijnych  z  dogmatycznie  zaskorupiałą, 
moralnie  skostniałą  instytucją  Kościoła.  Wie  również,  że  ludzie  skłonni  do  religijności  i 
spirytualizmu  tłumnie  ciągną  do  kręgów  ezoterycznych  i  grup  New  Agę.  A  zatem  dla 
przeciwwagi  potrzebny  jest  nowy  Jezus.  Musi  on  wprawdzie  być  równie  doskonały,  bez 
zmazy i skazy, jak ten dogmatycznie wywyższony przez Kościół do absolutnej boskości, ale 
nie może już ukazać surowego, zimnego oblicza, ponieważ nie zdoła ono wyzwolić żadnych 
doznań  religijnych.  Dlatego  Biser  w  książce  Prognoza  wiary  przeciwstawia  „przerostowi 
struktur  wewnątrzkościelnych”  swoje  „nowe  odkrycie  Jezusa”  jako  „duchowego, 
mieszkającego  w  duszy  przyjaciela  i  nauczyciela”.  Ów  „duchowy  nauczyciel”  Chrystus  ma 
zastąpić  tradycjonalny  obraz  Jezusa  jako  przedstawiciela  doktryny  dogmatycznej, 
przekazywanej przy pomocy normalnej katechezy. 

Biser  wcale  nie  jest  osamotniony  w  swym  zamierzeniu.  Oświeceni  teologowie 

chrześcijańscy  już  od  kilku  lat  przejawiają  wyraźną  tendencję  do  pewnego  osłabienia 
zdefiniowanego  przez  Kościół,  zdogmatyzowanego  naturalnego  i  substancjalnego  synostwa 
bożego Jezusa, jedności jego istoty z Bogiem Ojcem, przedstawiając go jako wszechstronnie 
doskonały  „wzór  człowieka”.  To  też  jest  fundamentalizm,  nie  istnieje  bowiem  i  nie  może 
istnieć „wzorcowy” człowiek w odniesieniu do wszystkich stref, czasów i typów ludzkich. Na 
człowieczeństwo 

składają 

się 

kontyngentyzm, 

przypadkowość, 

nasza 

przeszłość 

filogenetyczna,  nasze  słabostki  i  wady,  toteż  nawet  taki  filozof  jak  Karl  Jaspers,  skłonny  do 
idealizowania  i  romantyzowania,  mówi  o  przynajmniej  czterech  autorytatywnych 
osobowościach, które znamy z historii filozofii i religii: 

background image

O Konfucjuszu, Buddzie, Sokratesie i Jezusie. Jednakże ten nowy  fundamentalizm ze swym 
jedynym  wzorcowym  człowiekiem,  Jezusem,  nie  jest  tak  wyraźny  jak  ów  dogmatyczno-
kościelny, mimo iż implikuje on ten pierwszy. 
Wśród  inteligentnych  chrześcijan  należy  ostatnio  do  dobrego  tonu,  by  nie  zostawiać  suchej 
nitki na „instytucji Kościoła współczesnego” oraz mierzyć go miarą Kościoła, jakiego pragnął 
Jezus i jakiego przykład dawał swoim życiem. Łaskawie raczą przy tym zapominać, że Jezus 
nie stworzył ani nie założył Kościoła, nie ustanowił urzędu kapłaństwa czy papiestwa. Głośne 
we  wszystkich  kręgach  chrześcijańskich  zawołanie  „wrócić  do  praktyk  Jezusa”  i  nie  mniej 
głośne  żądanie  „powrotu  do  pierwotnego  chrześcijaństwa”  zawierają  fundamentalistyczne, 
czcze  formuły,  które  już  na  samym  wstępie  łudzą  iluzją,  jakoby  praktyki  Jezusa  oraz 
pierwotne  chrześcijaństwo  były  odległym  i  nienaruszalnym  ideałem.  Zresztą  Kościół  jest  z 
pewnością  w  skrytości  ducha  wdzięczny  tym  „fundamentalistom  doskonałego  początku” 
mimo całej uprawianej przez nich krytyki. Dla wielu bowiem inteligentniejszych chrześcijan 
wiara  w  pierwotnie  doskonałe  chrześcijaństwo  jest  jedynym  sposobem,  jedyną  możliwością 
pozostania  w  Kościele  i  czekania  wbrew  wszelkim  nadziejom  na  jego  reformę.  Tak  więc 
Kościół  nadal  ma  w  nich  podatników,  bo  przecież  wciąż  jeszcze  bardziej  zależy  mu  na  tym 
niż na emocjonalnej identyfikacji jego członków z nim samym posiada on w swych szeregach 
nawet zdeklarowanych ateistów, którzy jednak zachowują wobec niego lojalność. Również i 
dzisiaj przynosi to społeczne korzyści. 

Rozpatrzmy jeszcze poglądy dwu katolickich autorów bestsellerów, którzy swoją tezą 

o  doskonałych  prapoczątkach  chrześcijaństwa  w  osobie  Jezusa  wywarli  wpływ,  a 
przynajmniej  wrażenie  na  współczesnych:  dziennikarza  Franza  Alta  („święty  Franz”)  i 
teologa Hansa Klinga. 

Oto słowa Franza Alta: „Nazywam Jezusa pierwszym nowym człowiekiem, ponieważ 

po  raz  pierwszy  i  w  sposób  wyjątkowy  zespalał  w  sobie  i  przejawiał  w  życiu  zarówno 
męskość, jak i kobiecość. .. Rzeczywisty Jezus jest wzorcowym człowiekiem, który pokazuje 
nam drogę do samych siebie, drogę wyjścia z naszych osobistych” ślepych uliczek. Jezus jest 
postacią  przewodnią,  z  jego  pomocą  możemy  opuścić  erę  atomową  i  wkroczyć  w  wiek 
ekologii.”  Franz  Alt  nie  wnika  w  to,  czy  taka  funkcja  przewodnia  nie  przerasta  możliwości 
Jezusa,  pochodzącego  wszak  z  nizin  społecznych  Galilei.  Jednakże  chrześcijański  apologeta 
fundamentalizmu Franz Alt przejawia wyraźną, niekłamaną tendencję do stylizowania Jezusa 
na  absolutny  ideał  doskonałości  wszystkich  ludzi,  lekceważąc  przy  tym  autorytarnie  jego 
historyczne i wynikające z ducha czasu moralne i ludzkie uwarunkowania. Nie jest to Jezus z 
ewangelii,  z  Nowego  Testamentu,  jest  to  Jezus,  którego  Alt  skonstruował  stosownie  do 
psychologii  głębi  Junga  (por.  naukę  Junga  o  integracji  animus  i  anima,  jak  również  jego 
wykład o drodze indywiduacji od Ja do swej głębszej istoty (Selbst). Poza tym w książce Alta 
Jesus  –  der  erste  neue  Mann  (Jezus  –  pierwszy  nowy  człowiek)  wyraźne  jest  dążenie  do 
wykreowania Jezusa dla potrzeb wszystkich feministek. Otóż należy – interpretując św. Pawła 
– być wszystkim dla wszystkich, aby wszystkich pozyskać dla Chrystusa! 

Jakkolwiek książka Alta ma w gruncie rzeczy charakter propagandowy i tendencyjny, 

a  na  dodatek  w  kilku  miejscach  antysemicki,  jak  to  wykazał  żydowski  naukowiec  M. 
Brumlik,  to  jednak  jej  autor  wydaje  się  inicjować  coś  na  kształt  nowej  teologii  Jezusa  w 
sensie  modnego  ruchu  teologicznego.  Czytamy  już  oto  w  „Publik-Forum”,  poważanym 
czasopiśmie  dla  krytycznych  chrześcijan:  „Czy  to  dziwne,  że  Jezus  z  Nowego  Testamentu 
posiada tak androgyniczne cechy, tak oddziaływa na nas całym sobą, ponieważ wydaje się w 
pełni łączyć swoje męskie i żeńskie skłonności? Kiedy Jezus jest pełen miłości i zrozumienia, 
zbyt  miłosierny,  kiedy  wygłasza  przepowiednie,  w  których  litościwy  Bóg  pojawia  się 
zasadniczo  jako  matka,  wówczas  radykalnie  wyrzeka  się  on  męskiego  ducha,  który  chce 
osądzać  i  skazywać,  który  szuka  władzy  i  kultu  siły.”  Wszystkie  surowe,  kategoryczne, 
szorstkie  wypowiedzi  i  zachowania  Jezusa  wydają  się  tutaj  wyeliminowane  jednym  ruchem 

background image

ręki.  Fundamentalista  postrzega  bowiem  to,  co  właściwe  i  szczególne  dla  danej  osoby; 
sceptyk natomiast widzi zbyt dużo i dlatego – przynajmniej w przekonaniu fundamentalisty – 
nie to, co istotne. 

Oczywiste staje się tu jednak również, że żyjemy w epoce gospodarki wolnorynkowej 

z  jej  wolną  (nad)podażą.  W  sferze  światopoglądowej  nie  jest  wcale  inaczej.  Oferuje  się  tyle 
obrazów Jezusa, tylu Jezusów. Każdy może się tu swobodnie obsłużyć; każdy może sobie tu 
wybrać  Jezusa,  jaki  mu  odpowiada  i  autorytarnie  odrzucić  te  cechy  charakteru  Jezusa 
historycznego  albo  przypuszczalnie  historycznego,  które  nie  przystają  do  wybranego 
wizerunku. Jak komu pasuje, grunt, żeby zostać jednak w Kościele lub przynajmniej w jakiejś 
chrześcijańskiej  sekcie.  Socjologowie  od  dawna  zwracali  uwagę,  że  istnieją  już  tylko 
„chrześcijaństwa  do  wyboru”.  Nie  ma  jednego  chrześcijaństwa,  po  prostu  chrześcijaństwa, 
każdy  wybiera  sobie  natomiast  przydatną  mu  część  ewangelii,  Nowego  Testamentu  i 
dokonując fundamentalistycznej ekstrapolacji uważa ją za całość i za zdecydowane i typowe 
chrześcijaństwo.  Całość  ta  bynajmniej  nie  jest  już  wiążąca  dla  większości  ludzi.  Wiążące  i 
normatywne wydaje się im tylko to, żeby utrzymać poziom konsumpcji, być może go nawet 
podwyższyć i pozwolić sobie na luksus posiadania światopoglądu, który podkreśli ich własną 
ważność. 

Hans Kung, porządny, mieszczański, liberalny teolog, który na przykład nigdy nie stał 

się zwolennikiem teologii wyzwolenia, stanowi kolejną wizytówkę i etykietkę nowoczesnego, 
krytycznego  katolicyzmu.  Ale  i  on  jest  „fundamentalistą  doskonałego  początku”  swojej 
religii.  Oto  słowa  Kunga:  „W  chrześcijaństwie  dokonały  się  olbrzymie  zmiany,  obecnie  zaś 
dokonują  się  przemiany  wręcz  epokowe...  Równocześnie  jednak  są  rzeczy  trwałe,  stałe. 
Jesteśmy  nimi  bardziej  zainteresowani  w  teologii,  Kościele  i  religii  niż  na  przykład  w 
dziedzinie fizyki. Dla nas ważne jest, aby została zachowana podstawowa substancja 
wiary: owa fundamentalna Nowina, która zaświadcza o decydującym fakcie Objawienia, ów 
czynnik  odróżniający  chrześcijaństwo,  który  sprawia,  że  niepodobna  pomylić  tej  religii  z 
innymi.  Dla  chrześcijaństwa  wyraża  się  ona  w  zdaniu:  Jezus  jest  Chrystusem,  Jezus  jest 
Zbawicielem.”  Nowina  ta  zdaniem  Kunga  nie  zmieniła  się  przez  całe  wieki  istnienia 
Kościoła.  „Chrześcijaństwo,  które  zaniechałoby  głoszenia  owej  fundamentalnej  Nowiny  o 
Jezusie jako Chrystusie, przestałoby być chrześcijaństwem.” 

„Fundamentalistę  początku”  rozpoznajemy  już  po  terminologii,  która  nie  dopuszcza 

ż

adnych wątpliwości, ani też podważania fundamentów wiary. Pojawiają się tu takie pojęcia 

jak:  „trwałość”,  „stałość”,  „substancja  podstawowa”,  „fundamentalna  Nowina”,  „decydujący 
fakt Objawienia”, „to, co swoiście chrześcijańskie”, o Jezusie mówi się jako o „Zbawicielu”. 
„Jezus  jest  normatywną  i  ostateczną  instancją”,  podkreśla  Kung  w  innym  miejscu  i  dodaje: 
„Dla chrześcijanina prawdziwą religią jest chrześcijaństwo, co do prawdziwości innych ma on 
zastrzeżenia.” 
Odurzony  tą  swoją  fundamentalistyczną  aksjomatyką  Kung  nie  dostrzega,  że  niektórymi  z 
tych  definicji  i  niezaprzeczalnych  aksjomatów  podważa  konieczność  istnienia  samej  religii. 
Choćby  wtedy,  gdy  konstruuje  następujący  pewnik:  „Prawdziwe  człowieczeństwo  jest 
warunkiem  prawdziwej  religii,  zaś  prawdziwa  religia  jest  spełnieniem  prawdziwego 
człowieczeństwa.”  Jeżeli  prawdziwe  człowieczeństwo  jest  warunkiem  prawdziwej  religii,  to 
ta  ostatnia  jest  zbędna,  ponieważ  do  prawdziwego  człowieczeństwa  musiało  dojść  bez  niej 
prawdziwe  człowieczeństwo  jest  już  ponadto  tak  pojemną,  wzniosłą  i  idealną  wartością,  że 
byłoby głupotą i absurdem dodawać do tego coś jeszcze i żądać jego spełnienia dzięki religii. 

Powstaje  również  pytanie,  dlaczego  Kung  pozostaje  jeszcze  w  Kościele  katolickim. 

Albowiem według jego własnej definicji Kościół nie może stanowić prawdziwej religii, gdyż 
nigdy nie kierował się względami prawdziwego człowieczeństwa. Kung zwraca uwagę na to, 
ż

e  Kościół  katolicki  aż  do  II  soboru  watykańskiego  potępiał  prawa  człowieka  jako 

niechrześcijańskie i do dzisiaj nie podpisał Karty Praw Człowieka sformułowanej przez Radę 

background image

Europejską.  Przyznaje  także:  „Stara  inkwizycja  umarła:  niech  żyje  nowa...  Tylko  w 
przypadku osób znanych, które padły jej ofiarą, opinia publiczna dowiaduje się czegoś na ten 
temat,  biada  jednak  maluczkim!  Nikogo  się  już  nie  pali  na  stosie,  niszczy  się  jednak 
psychicznie i zawodowo w razie potrzeby.” Wreszcie mówi też, że Watykan odtajnił podobno 
swoje  materiały  archiwalne  do  lat  dwudziestych  naszego  stulecia.  „Ale  najtajniejsze 
archiwum,  archiwum  władz  inkwizycyjnych,  pozostaje  nadal  zamknięte  na  cztery  spusty. 
Wiadomo dlaczego. 

Wszystko  to  nie  może  jednak  zachwiać  niezłomnej  wiary  Klinga  w  Kościół. 

„Oczywiście nigdy nie przestałem jako teolog i chrześcijanin traktować Kościoła katolickiego 
jako mojej duchowej ojczyzny”, podkreśla w artykule Kardinal Ratzinger, Papst Wojtyla und 
die Angst vor der Freiheit (Kardynał Ratzinger, papież Wojtyła i strach przed wolnością) by 
zaś mimo pozostania w tym nieludzkim Kościele zachować twarz wobec siebie, ucieka się on 
do  takiego  samego  sposobu,  jakim  posługują  się  inni  „krytyczni”,  „liberalni”,  „oświeceni”  i 
„postępowi”  teologowie  –  odwołuje  się  do  fundamentalistycznej  baśni  o  doskonałym 
początku  chrześcijaństwa,  którego  uosobieniem  jest  jego  niewątpliwie  niezrównany 
założyciel. „Jezus jest normatywną i ostateczną instancją!” 

Vaticanum Secundum, „napawający tak wielką nadzieją soborowy początek w latach 

sześćdziesiątych”,  jest  wreszcie  dla  Kunga  uspokajającym  znakiem  reformatorskich 
możliwości Kościoła. Przyjmuje on tu fundamentalistyczną postawę, uważając, że sobór był 
nowym,  idealnym  początkiem,  który  niestety  został  unicestwiony  przez  takich  papieży  jak 
Paweł  VI  i  Jan  Paweł  II.  Podkreśla,  że  on  „jako  teolog...  pomagał  współkształtować  ten 
sobór”,  który  działał  „w  duchu  ewangelii”,  a  teraz  niestety  znowu  „zamiast  słów 
programowych  soboru  dominują  hasła  głoszone  na  powrót  ex  cathedra,  zamiast 
aggiornamento  w  duchu  ewangelii  –  tradycyjna  „nauka  katolicka””.  „Pismo  Święte  jako 
krytyczna norma dla Kościoła i postbiblijnej tradycji” zostało „faktycznie odrzucone”. 

Schemat, który kreśli teolog z Tybingi – „idealny sobór, idealny dzięki harmonijnemu 

nawiązaniu  do  idealnej  ewangelii,  do  doskonałego  początku  chrześcijaństwa”  –  znowu  jest 
fundamentalistyczny, ponieważ tuszuje wcale nie tak nieskazitelne realia zarówno soboru, jak 
i  początków  chrześcijaństwa.  II  sobór  watykański  był  w  najlepszym  razie  przyodzianiem 
rzekomo  doskonałej,  podstawowej  substancji  wiary  w  nowocześniejszą  szatę  językowo-
historyczną.  Nie  zniósł  on  ani  jednego  zakazu  myślenia,  ani  jednego  dogmatu,  ani  jednego 
nakazu  moralnego  Kościoła  rzymskokatolickiego.  Jego  inicjator,  dobroduszny  papież  Jan 
XXIII,  podkreślił  powtórnie,  że  ani  myśli  znosić  czegokolwiek.  II  sobór  watykański, 
wnoszący  na  chwilę  ułudę  wolności  do  katolickiego  świata,  nie  odszedł  też  wcale  od 
absolutystycznego  pojęcia  Objawienia,  które  zapewnia  i  gwarantuje  Kościołowi  panowanie 
dzięki  wyłącznemu  posiadaniu  prawdy.  W  Oświadczeniu  na  temat  stosunku  Kościoła  do 
religii  niechrześcijańskich  zdania  kluczowe  brzmią:  „Kościół  katolicki  nie  odrzuca  niczego, 
co  w  tych  religiach  jest  prawdziwe  i  święte.  Ze  szczerą  powagą  odnosi  się  do  takich 
zachowań  i  sposobów  życia,  do  takich  przepisów  i  nauk,  które  wprawdzie  w  niejednym 
odbiegają  od  tego,  co  sam  uważa  za  prawdziwe  i  czego  naucza,  ale  nierzadko  pozwalają 
dostrzec  promień  owej  prawdy,  która  oświeca  wszystkich  ludzi.  Nieustannie  jednak  głosi  i 
musi głosić Chrystusa, który jest drogą, prawdą i życiem (J 14, 6), w którym ludzie odnajdują 
pełnię życia religijnego, w którym Bóg wszystkich z sobą pojednał.” 

Brzmi  to  pięknie  i  wzniosie,  a  przecież  stanowi  podstawę  wszelkiej  nietolerancji. 

Pełnię  życia  religijnego  bowiem,  właściwą  drogę  do  prawdy  i  życia,  nie  implikującą  dróg 
okrężnych  czy  bezdroży,  głosi,  proponuje  i  zapewnia  jedynie  Kościół  katolicki.  Wszystkie 
inne  religie  (w  wyżej  cytowanym  tekście  w  §  2  jest  wyraźnie  mowa  o  hinduizmie  i 
buddyzmie) zawierają jedynie cząstkę tego, co święte i prawdziwe, promienie owej prawdy, 
która chociaż oświeca wszystkich ludzi, to jednak w pełni zrośnięta jest jedynie z Kościołem 
katolickim. 

background image

O  wiele  bardziej  kategorycznie  wypowiada  się  sobór  na  temat  bezwarunkowego 

autorytetu  Kościoła  w  kwestii  prawdy  tam,  gdzie  dyskusja  z  niechrześcijańskimi  religiami 
bądź  innymi  światopoglądami  nie  wysuwa  się  na  plan  pierwszy,  a  tym  samym  nie  istnieje 
konieczność zachowania umiaru, aby możliwy był jakikolwiek dialog z nimi, a mianowicie w 
Dogmatycznej  konstytucji  O  Boskim  Objawieniu  (Dei  Verbuni):  „Bóg  w  swej  dobroci  i 
mądrości  postanowił  sam  się  objawić  i  ogłosić  tajemnicę  swojej  woli...”  (rozdz.  l  §  2). 
Wszystko jednak, co dotyczy tego Objawienia Boga i „sposobu objaśniania Pisma Świętego, 
podlega  ostatecznie  ocenie  Kościoła,  którego  danym  od  Boga  zadaniem...  jest  zachować 
słowo Boże i objaśniać je” (rozdz. 3, § 12). 

Te kluczowe zdania Vaticanum Secundum nie odbiegają wcale daleko od dzisiejszego 

spojrzenia Watykanu na Pismo Święte. Jeżeli kardynał Ratzinger, watykański strażnik wiary, 
w swym Raporcie o stanie wiary zapewnia o „jedności Biblii i Kościoła” i bezceremonialnie 
woła  do  protestantów:  „Ale  Biblia  jest  katolicka!  ...a  zatem  przyjąć  ją  taką,  jaka  jest...  to 
oznacza  przystąpić  do  katolicyzmu”,  wówczas  wypowiada  się  on  wyłącznie  w  myśl 
cytowanych wyżej stwierdzeń II soboru watykańskiego, w duchu tego soboru. 

Jeżeli  więc  Kung  w  związku  z  ogłoszoną  przez  Watykan  beatyfikacją  założyciela 

Opus Dei, Hiszpana Jose Marii Escriva de Balaguera, mówi o „umocnieniu się współczesnej 
restauracyjnej  polityki  Kościoła”,  to  należy  on  wyraźnie  do  teologów  mącących  ludziom  w 
głowach.  Albowiem  polityka  Kościoła  zawsze  była  i  jest  restauracyjna.  Również  II  sobór 
watykański  nie  stanowił  tu  wyjątku:  modnymi  metodami  chciał  „powrócić  do  dawnego 
stanu”,  „starych,  dobrych  czasów”  początku.  Dokładnie  taki  jest  najgłębszy  sens  owej 
restauracji. 

Tendencja  wszystkich  katolickich  teologów,  od  lewicowych  do  prawicowych,  od 

krytycznych  do  oportunistycznych,  od  liberalnych  do  autorytarnych,  od  postępowych  do 
konserwatywnych, jest w gruncie rzeczy taka sama. Objawieniu Boga zawartemu w Pismach 
Nowego,  a  nawet  Starego  Testamentu  nie  wolno  niczego  zarzucić,  jest  ono  doskonałe  i 
bezbłędne,  stanowi  norma  normans  –  normującą  wszystko  miarę.  Różnice  pomiędzy 
postępowymi  a  konserwatywnymi  teologami  pojawiają  się  w  istocie  dopiero  później.  O  ile 
konserwatyści  w  różnych  epokach  historycznych  uznają  Kościół  za  wierny  ideałowi,  za 
identyczny z doskonałym prapoczątkiem chrześcijaństwa, pominąwszy kilka przypadkowych 
przemian  historycznych,  to  postępowcy  widzą  w  fundamentalistycznym  schemacie 
nieskazitelnego  początku  świetny  sposób,  pozwalający  wyrzucić  wszystkie  występki  i 
przestępstwa  chrześcijaństwa  na  śmietnik  jego  dawniejszej  historii,  obarczyć  nimi  Kościół, 
który, z okazjonalnymi przerwami, coraz bardziej oddala się od ewangelii Jezusa Chrystusa. 
Również dwie nowe katolickie książki na temat fundamentalizmu – wybór artykułów różnych 
teologów 

wydany 

przez 

dogmatyka 

Wolfganga 

Beinerta 

pt. 

„Katholischer” 

Fundamentalismus.  Haretische  Gruppen  in  der  Kirche?  (Fundamentalizm  „katolicki”.  Grupy 
heretyckie  w  Kościele?)  i  Fundamentalismus  (Fundamentalizm)  autorstwa  katolickiego 
teologa  moralności  Stephana  Pfurtnera  –  pozostają  wierne  podstawowemu  schematowi 
fundamentalistycznemu:  prawdziwa  wiara  chrześcijańska,  ukonstytuowana  przez  Nowy 
Testament,  jest  nie  do  pogodzenia  ze  stanowiskiem  fundamentalistycznym.  Wszystkie 
fundamentalizmy chrześcijańskie, które Beinert dyskwalifikuje jako „strukturalne herezje”, są 
odstępstwami  i  odchyleniami  od  doskonałego,  niefundamentalistycznego  początku 
chrześcijaństwa. A przecież już sam ten idealny  początek, różnie wprawdzie widziany przez 
różnych teologów, zawsze jednak wynoszony jako bezsprzecznie wyjątkowy ponad wszystkie 
inne  inspiracje  i  objawienia  w  historii  religii,  jest  konstruktem  fundamentalistycznym. 
Fundamentalistycznym,  bo  jeśli  zdaniem  nawet  najbardziej  krytycznych,  najbardziej 
postępowych  i  liberalnych  teologów  niedopuszczalne  jest  podawanie  w  wątpliwość, 
podważanie  i  relatywizowanie  wyjątkowości  Objawienia  Boga  w  Jezusie  Chrystusie,  to  tym 
samym dana jest podstawa do nietolerancji. A to prowadzi zawsze – jak dowodzi historia – do 

background image

radykalnego  prześladowania  osób  przekraczających  ten  zakaz  myślenia,  zwłaszcza  wtedy, 
gdy dysponuje się odpowiednią władzą. Wskutek oświecenia, sekularyzacji i demokratyzacji 
chrześcijańskiej  niegdyś  Europy,  które  to  procesy  dokonały  się  niezależnie  od  Kościoła,  nie 
posiada  on  już  tej  władzy,  a  na  pewno  nie  posiadają  jej  jego  krytyczni  czy  postępowi 
teologowie,  którzy  razem  wzięci  stanowią  znikomą  mniejszość  w  stosunku  do  znacznie 
silniejszych  oportunistów.  Ale  kto  wie,  czy  układ  sił  nie  zmieni  się  jeszcze  na  korzyść 
Kościoła,  skoro  Europa  Wschodnia,  w  przeważającej  mierze  fundamentalistyczno-
chrześcijańska, coraz bardziej staje się poletkiem nowej polityki wschodniej Watykanu. 

W  każdym  razie  cały  ten  postępowo-konserwatywny  syndrom  „teologia-Kościół”, 

„teologowie-Kościół”  bazuje  na  potajemnej  fundamentalistycznej  umowie,  która  wcale  nie 
musiała  zostać  zawarta,  ale  wygląda  niemal  na  sprzysiężenie:  „Nic  negatywnego  o 
początkach  (chrześcijaństwa)!”  W  ten  sposób  nawet  najbardziej  krytyczny,  najbardziej 
postępowy teolog wspiera fundamentalistyczny system – Kościół, ponieważ on także obstaje 
przy fundamentalistycznej przesłance o doskonałym początku; ponieważ on także, zwłaszcza 
on,  głosi  tezę,  że  Jezus  i  Nowy  Testament  nie  podlegają  żadnej  moralnej,  etycznej,  ani  też 
dotyczącej  treści  wiary  racjonalnej  krytyce.  Nie  przypadkiem  –  na  co  zwrócił  już  uwagę 
Franz  Alt  podczas  wywiadu  z  Drewermannem  we  wspomnianym  już  programie  „Report”  – 
arcybiskup Degenhardt z Paderborn podkreślał, iż bardzo chętnie czyta artykuły tego teologa, 
chociaż  musiał  pozbawić  go  kościelnego  prawa  nauczania.  Również  heretycy  i  rebelianci 
teologiczni  nakręcają  koniunkturę  Kościoła,  pozostając  w  nim!  Dlatego  arcypasterz  z 
Paderborn  zaraz  po  wydaniu  Drewermannowi  kościelnego  zakazu  nauczania  zalecił  mu 
najgoręcej,  „by  nadal  pisał  książki  i  wygłaszał  prelekcje,  ponieważ  wielu  ludziom  „będzie 
niósł  pomoc  w  życiu””  (według  wypowiedzi  Drewermanna  opublikowanej  w  tygodniku 
„Stern”, nr 45/1991). 

Ale  nie  tylko  środowisko  teologów  nakręca  koniunkturę  Kościoła.  W  sukurs 

przychodzi  mu  też  chętnie  gros  przedstawicieli  mediów.  W  telewizji,  radiu,  w  większości 
tygodników  i  gazet  codziennych  wszyscy  trzymają  się  schematu:  „błędy  i  przewinienia 
Kościoła  –  od  czasu  do  czasu,  raz  więcej,  raz  mniej;  ciemne  plamy  na  początkach 
chrześcijaństwa – nigdy.” Aby zaś ten „dogmat” nie zaczął się chwiać, chętnie prezentuje się 
w  mediach  postępowych  i  konserwatywnych  teologów,  przywiązanych  do  funda-
mentalistycznego  schematu;  tych  natomiast,  którzy  wystąpili  z  Kościoła,  owej 
niehumanitarnej, zakłamanej i ukrywającej prawdę organizacji, nie dopuszcza się do mediów. 
Hipokryzja  dotycząca  początków  chrześcijaństwa  i  Kościoła  jest  w  naszej  republice  niemal 
bezgraniczna, na dodatek jest ona zinstytucjonalizowana, poniekąd chroniona i opatentowana 
przez Kościół państwowy! 

U  protestantów  nie  jest  inaczej  niż  u  katolików.  Karl  Barth  swoją  teologią 

dialektyczną  wywarł  decydujący  wpływ  na  wiele  pokoleń  teologów  ewangelickich.  Wiara 
chrześcijańska  ma  według  Bartha  swoją  na  wskroś  własną  „noetyczną  racjonalność”,  a  w 
książce Fides quaerens intellectwn. Anselms Beweis der Existenz Gottes (Dowód Anzelma na 
istnienie  Boga)  (1931)  podejmuje  on  nawet  próbę  całkowitego  odrzucenia  resztki 
filozoficznych i antropologicznych uzasadnień wiary. Teologia powinna być jedynie „teologią 
łaski w Jezusie Chrystusie” i objaśniać jego imię jako właściwe Objawienie Boga. Z punktu 
widzenia  świata,  jego  myślenia,  jego  różnych  religii  –  także  z  pozycji  lęku,  jak  u 
Kierkegaarda  czy  Heideggera  –  niepodobna  osiągnąć,  uzasadnić  czy  usprawiedliwić 
zbawienia,  które  jest  zdarzeniem  przychodzącym  wyłącznie  z  góry,  od  Boga.  W  gruncie 
rzeczy  wszystkie  religie  są  „dziełem  Szatana,  albo  przynajmniej  żałosnym  dziełem 
człowieka”,  i  wszystkie  wywodzą  się  „z  dołu”.  Dlatego  też  prawdziwe  chrześcijaństwo  nie 
może  być  religią,  wiara  chrześcijańska  jest  bowiem  wyłącznie  tworem  Boga,  czymś  innym 
niż wszystkie religie, które Barth porównuje z „jarmarkiem”. 

background image

Teologicznym  następcom  Bartha  nie  udało  się  tak  radykalnie  utrzymać 

fundamentalistycznego  rozdziału  pomiędzy  religią  a  wiarą  chrześcijańską.  Ale  żaden  z  nich 
nie odżegnał się od fundamentalistycznego non plus ultra Objawienia w Jezusie Chrystusie. A 
oto kilka dowodów z ostatnich czasów: na posiedzeniu poważanej Akademii Ewangelickiej w 
Bad  Boli,  odbywającym  się  od  5  do  7  kwietnia  1991  roku,  Hans  H.  Jenssen,  profesor 
zwyczajny  teologii  praktycznej  Uniwersytetu  Humboldta  w  Berlinie,  opowiedział  się 
wprawdzie  za  uznaniem,  że  boskość  jest  nadal  objawiana  ludzkości,  ale  pod  warunkiem,  że 
Objawienie  Chrystusa  pozostanie  najczystszym,  nieprześcignionym  wzorem.  Objawienia 
boskie  podobne  są  do  gór  ze  szczytami  i  dolinami.  Niedoścignionym  najwyższym  punktem 
tego  krajobrazu  Objawienia  jest  jednak  Jezus  Chrystus.  Nawet  prachrześcijańskie 
„odwlekanie  paruzji”,  niespełnienie  zapowiadanego  przez  Jezusa  rychłego  końca  świata, 
należy  traktować  nie  jako  jego  pomyłkę,  lecz  jako  „manifestację  Boga”.  Najwyraźniej  jest 
wolą Boga, by ludzie nie czekali na jego nadnaturalną ingerencję, lecz już teraz czynili to, co 
należy. 

Na  tej  samej  konferencji  dr  Reinhart  Hummel,  kierownik  Ewangelickiej  Centrali  do 

spraw  Światopoglądu  w  Stuttgarcie,  wyróżnił  trzy  wymiary  Objawienia:  ewangelię  Jezusa 
Chrystusa,  zajmującą  najwyższą  pozycję;  opisane  przez  św.  Pawła  w  Drugim  Liście  do 
Koryntian (rozdział 12), nieprzekazywalne w gruncie rzeczy „oblicze i Objawienia Pana”, jak 
również  ciągłość  historii  religii.  Za  kryterium  prawdziwości  Objawienia  nie  może  uchodzić 
„każde najnowsze Objawienie”. Raczej należy go szukać w Biblii. Hummel przyznał jednak, 
ż

e  to  chrześcijańskie  „roszczenie  do  doskonałości”  ma  swoje  odpowiedniki  w  innych 

religiach. 

Owo  roszczenie  do  doskonałości  jest  oczywiście  dla  wszystkich  teologów 

ewangelickich  spełnione  i  ucieleśnione  w  Jezusie  Chrystusie.  Różni  teologowie  i  pisarze 
postrzegają wprawdzie jego absolutną ludzką doskonałość (fundamentalistyczna sprzeczność 
sama  w  sobie!)  w  bardzo  rozmaitych  atrybutach  albo  ją  z  nich  wywodzą,  ale  nikt 
(przynajmniej publicznie) w nią nie wątpi. W gruncie rzeczy obojętne jest, czy ktoś widzi w 
Jezusie  wzorzec  cierpiącego  człowieka,  dźwigającego  wszystkie  grzechy  ludzkości,  czy  też 
przeciwnie – postrzega w nim doskonałego „szczęśliwego człowieka”, jak to czyni Dorothee 
Sólle;  czy  odkrywa  w  nim  „człowieka  z  gotowością  do  uczuć  i  zaangażowaniem 
uczuciowym”,  jak  Hanna  Wolff,  dla  której  jest  on  również  „świadomym,  który  czyni  nas 
ś

wiadomymi”,  czy  określa  go  jako  kamień  węgielny,  na  którym  „trzeba  wznieść  nową 

budowlę  historii”  (Johannes  Muller).  Najważniejsze,  że  nikt  nie  odmawia  mu  absolutnej 
doskonałości.  Nikt  nie  potyka  się  o  sprzeczności  widoczne  w  przypisywanych  Jezusowi 
atrybutach.  Sprzeczności  te  zaś  sięgają  tak  daleko,  że  Franz  Alt  może  nazwać  Jezusa 
„mistrzem  erotyzmu  i  miłości”,  gdy  tymczasem  tak  modna  pisarka  jak  Luise  Rinser  z 
oburzeniem  odrzuca  myśl  o  ożenku  Jezusa,  ponieważ  Syn  Boży  nie  mógłby  się  wszak 
splamić zmysłowością i żądzą cielesną. Najuczciwiej byłoby, gdyby każdy wyartykułował, co 
uważa za swój ideał i przyznał, że taki właśnie wizerunek opatruje etykietką: Jezus. 

Oszczędźmy  sobie  dalszych  dowodów.  Pewne  jest,  że  każdy  system  ideologiczny, 

który  pragnie  przyciągnąć  i  pozyskać  sobie  masy,  zakłada  istnienie  idealnego  stadium 
początkowego,  w  imię  którego  można  przezwyciężyć  „złą  historię”  i,  doszedłszy  do 
ostatniego  stadium,  na  powrót  odzyskać  pierwotną  doskonałość.  „Fundamentalizm  staje  się 
silniejszy,  zamykając  się  w  sobie.  Nie  chodzi  o  wieczny  powrót,  lecz  o  powrót  tego,  co 
wieczne,  w  którym  utracony  i  odnaleziony  raj  łączą  się  z  sobą...  Pierwszy  i  ostatni  akt 
zespalają  się  w  wizji  społeczeństwa  bez  podziałów  i  rozbić.”  „Święte  Przymierze”  między 
ucieczką w przyszłość a cofaniem się myślą wstecz do idealnych, rajskich początków „karmi 
się  wspólnym  odrzucaniem  okropieństw,  wszelkiej  współczesności,  która  czyni  człowieka 
obcym  samemu  sobie  i  sprawia,  że...  marnieje  on  w  alienacji  (Marks)  lub  w  poniżeniu... 
Niezależnie od tego, czy oskarżamy wyzysk kapitalistyczny czy grzech pierworodny Ewy, te 

background image

symptomy  cierpienia  rodzaju  ludzkiego  można  wyjaśnić  przy  pomocy  jednego  jedynego 
kodu.  Zło,  które  oskarżamy,  to  podział,  inność,  wykorzenienie,  istnienie  w  rozproszeniu. 
Ś

więtą obietnicą jest powrót do jedności, do wspólnoty, do połączenia części w całość, dobrą 

całość...  w  jedną  ludzkość,  która  na  początku  była  jednością,  a  u  szczytnego  końca  zostanie 
pojednana” (Andre Glucksmann). 

Jak  wyjść  z  tego  historycznie  uwarunkowanego  rozdrobnienia,  jak  znowu  stać  się 

jednością?  Oto  problem,  który  tak  bardzo  pragną  rozwiązać  dzieci  nie  tylko  Marksa,  ale 
również Mojżesza, Jezusa i Mahometa. 

Albowiem  i  w  islamie  rzecz  wygląda  podobnie  jak  w  chrześcijaństwie.  Także  tam 

mamy  do  czynienia  z  idealnym,  absolutnym,  zesłanym  prosto  z  nieba  początkiem  w  postaci 
Koranu,  który  zgodnie  z  prawdą  i  co  do  litery  głosi  ludziom  największy  i  ostatni  prorok 
Mahomet. Zasadnicza myśl religii islamskiej, jej główny dogmat, którego muszą przestrzegać 
wszyscy  muzułmanie  i  z  którego  wywodzi  się  cała  reszta,  brzmi:  Koran  jest  słowem  Boga 
skierowanym do ludzi – a istnieje tylko jeden jedyny Bóg. 

Koran  ma  więc  w  islamie  jeszcze  większe,  bardziej  fundamentalne  znaczenie  niż 

Pisma Nowego Testamentu w chrześcijaństwie. Jest dla muzułmanów tym, czym Chrystus dla 
chrześcijan.  Islamski  Bóg  nie  ma  jednorodzonego  syna,  tak  jak  Bóg  chrześcijański.  Za  to 
niejako  od  wieków  płodził  Koran.  Dlatego  w  niebie  istnieje  jego  pierwopis,  pierwopis 
boskiego  Pełnego  Objawienia.  Podobnie  jak  niedozwolone  jest  żadne  zwątpienie,  żadna 
krytyka  tego,  co  stanowi  boskość  w  najczystszej  postaci,  Jezusa  Chrystusa,  Syna  Bożego  i 
Mesjasza, tak samo niedozwolona jest żadna krytyka boskiego tworu w najczystszej postaci, 
Koranu.  Koran  to  Logos  (prasłowo  Boga,  jego  zesłany  światu  rozum),  tyle  że  nie  jest  on 
osobą, jak Syn Boży, Jezus Chrystus, w religii chrześcijańskiej. Ale zajmuje u muzułmanów 
to samo miejsce, co Jezus u chrześcijan. 

Mahomet  odgrywa  w  stosunku  do  Koranu  podobną  rolę  jak  dwunastu  apostołów  w 

stosunku  do  Chrystusa.  Nowy  Testament  chrześcijański  ma  swój  odpowiednik  w  islamie  w 
hadith, zapisach o tym, jak odbywało się objawienie dla Mahometa, jak „Posłaniec” się przy 
tym  zachowywał,  a  także  jak  w  ogóle  przez  całe  swoje  życie  działał  pod  przewodnictwem 
Allacha. Hadith są obok Koranu najważniejszymi tekstami islamskimi. Zawierają one przekaz 
wszystkich sentencji i czynów proroka. 

Mahomet  ma  jednak  o  tyle  większe  znaczenie  w  islamie  niż  apostołowie  w 

chrześcijaństwie, że jest on twórcą i prawodawcą swojej religii i stanowi absolutny wzór dla 
muzułmanina. Niezbitym dogmatem dla wszystkich wyznawców jego wiary jest to, że każde 
działanie Mahometa od początku Objawienia było chronione przez Allacha od jakiejkolwiek 
pomyłki. 

W  innym  przypadku,  jak  argumentują  egzegeci  tekstu,  samo  Objawienie  musiałoby 

zostać  podane  w  wątpliwość,  do  czego  Bóg  nigdy  by  nie  dopuścił.  Muzułmanie  wierzą,  że 
Bóg  kierował  Mahometem  podczas  wykonywania  przezeń  nawet  najbłahszej  czynności,  a 
każda posiada znaczenie moralne. Nawet to, w jaki sposób mył zęby lub nosił brodę, ma dla 
wiernych znaczenie i często jest naśladowane. 
  

W  jednym  hadith  trzej  mężczyźni  kwestionują  moralno-religijne  zasady  proroka. 

Dyskutują o tym, że można by się przecież jeszcze więcej modlić i jeszcze więcej pościć, niż 
to  nakazał.  Jeden  z  nich  sądzi  nawet,  że  byłoby  bardziej  etycznie  „trzymać  się  z  dala  od 
wszystkich  kobiet  i  nigdy  się  nie  żenić”.  Wtedy  pojawia  się  prorok  i  oświadcza  w  sposób 
rozstrzygający:  „Bardziej  boję  się  Boga  niż  wy  i  bardziej  go  wielbię.  Poszczę,  ale  mimo  to 
przestaję pościć: modlę się, ale też śpię; i żenię się z kilkoma kobietami. Ktokolwiek odwraca 
się od moich praktyk (sunna), nie należy do Moich.” 

Przytoczone  tu  pojęcie  sunna  stanowi  kolejny  terminus  technicus  islamu.  Hadith 

opisywały sunna, tzn. tradycję, wszystkie mowy, wszystkie czyny proroka. 

background image

Ale  wróćmy  ponownie  do  Koranu.  Fundamentalizm  islamu,  istniejący  w  nim  od 

samego  początku,  polega  między  innymi  na  tym,  że  żaden  muzułmanin  nie  może  wątpić  w 
boskie pochodzenie Koranu, w jego wyjątkowość i niepowtarzalność; że po wielu zesłanych 
ludzkości  prorokach,  włączając  w  to  Adama,  Abrahama,  Mojżesza  i  Jezusa,  Bóg  zsyła  w 
Mahomecie  najwyższego  z  dotychczasowych  Posłańców  i  końcowe  Objawienie  w 
ostatecznej, nieprzemijającej postaci. 

Dlatego  Koran  jest  dla  muzułmanów  wszechogarniającym  i  nieomylnym  „słowem 

Boga.  Nawet  jeśli  mogły  rozgorzeć  dyskusje,  w  jakim  sensie  jest  on  prawdziwy  –  czy  jest 
stworzonym,  czy  też  nie  stworzonym  słowem,  to  znaczy,  czy  również  słowo  należy  do 
Objawienia, czy każdy poszczególny arabski znak pisma jest prawdziwy, czy jedynie Posłanie 
jako całość – to nikt z nich nie wątpił, że jednak jest on prawdziwy” (John A. Williams). 

Po  bardziej  pozytywnym  początkowo  nastawieniu  do  świętych  pism  Żydów  i 

chrześcijan  Mahomet  stwierdza  później  apodyktycznie  w  Koranie,  że  są  one  gorsze,  mniej 
wartościowe.  Żydom  została  według  niego  dana  jedynie  „część  Pisma”  (sura  3,  22);  cały 
szereg nakazów ich świętego Pisma miał tylko ściśle ograniczone w czasie znaczenie (sura 2, 
61; 4, 50; 153); Żydzi „zamienili też słowa miejscami i zapomnieli część tego, co zostało im 
powiedziane” (sura 5, 16); nawet celowo sfałszowali Pismo (sura 4, 48, gdzie zarzuca się im, 
ż

e  „wykręcają  sobie  języki  i  zadają  cios  wierze”;  por.  również  surę  5,  45).  Żydzi  i 

chrześcijanie  ukryli  też  podobno  część  Pisma.  Potępienie  przez  Mahometa  tej  żydowsko--
chrześcijańskiej manipulacji świętymi tekstami jest niewybredne i agresywne, nieprzyzwoite i 
fundamentalistyczne: „Zaprawdę ci, którzy ukrywają Pismo, które zesłał im Allach... nie będą 
oni karmić swych brzuchów niczym jak tylko ogniem, i Allach nie przemówi do nich w Dzień 
Zmartwychwstania... i dla nich kara będzie bolesna” (sura 2,169). „...Dlatego, jakże oni będą 
cierpieć w ogniu!” (sura 2, 170). „Tak jest”, wszak „Allach zesłał księgę prawdy; i zaiste, ci, 
którzy nie zgadzają się z Księgą, zaiste ci są wielkimi odszczepieńcami” (sura 2, 171). 

Teologia  islamska  jest  więc  całkowicie  wierna  wytyczonej  przez  Mahometa  linii 

fundamentalistycznej,  skoro  do  dzisiaj  twierdzi,  że  Żydzi  i  chrześcijanie  fałszowali  swoje 
Pisma,  nadając  czasem  słowom  niewłaściwy  sens,  czasem  zaś  zmieniając  je.  Tym  samym 
zgodna  jest  ona  częściowo  z  wynikami  krytyczno-historycznych  badań  Biblii  w  krajach 
Zachodu.  Ale  teologii  islamskiej  nie  interesuje  ta  krytyczno-historyczna  metoda,  jej  cel  jest 
inny.  Jej  chodzi  tylko  o  to,  aby  potwierdzić  i  umocnić  oceny  Mahometa  dotyczące  pism 
judaistycznych i chrześcijańskich. 

Trzeba  więc  powiedzieć,  że  islam  w  odniesieniu  do  głoszonego  przez  Mahometa  w 

Koranie  prapoczątku  ma  charakter  radykalnie  fundamentalistyczny.  Ów  prapoczątek  jest 
absolutnie  idealny  i  doskonały,  prezentuje  sobą  najwyższy  autorytet  moralny  i  boski, 
najwyższą  wartość.  „Mahomet  uzasadniał  boski  autorytet  Koranu  tym,  że  został  mu  on 
fragment  po  fragmencie  przekazany  przez  Gabriela  z  niebiańskiej  praksięgi,  „Matki  Pisma” 
(sura 43, 3), „dobrze strzeżonej tablicy” (sura 85, 22). To niedialektyczne, jednostronne ujęcie 
proroka  późniejsza  teologia...  potwierdziła,  podnosząc  po  ciężkich  bojach  naukę  o 
niestworzeniu  i  wieczności  Koranu  do  rangi  ortodoksyjnego  dogmatu.  Konsekwencją  była 
doktryna  inspiracji  dosłownej,  taka,  że  trudno  sobie  wyobrazić  masywniejszą.  „To,  co  się 
kryje  pomiędzy  dwiema  okładzinami  Księgi,  jest Słowem  Boga.”  Problem  Słowa  Bożego  w 
Piśmie  został  rozwiązany  przy  pomocy  prostej  formuły:  „Pismo  jest  Słowem  Bożym.” 
Również  od  strony  krytyczno-literackiej  islam  nie  ma  z  Koranem  problemu;  po  pierwsze 
dlatego,  że  w  sprawach  teologicznych  myśli  absolutnie  ahistorycznie,  po  drugie,  że  Koran 
pochodzi  od  jednego  jedynego  autora,  został  spisany  w  przeciągu  jednego  życia  ludzkiego  i 
kanonizowany najpóźniej dwadzieścia lat po śmierci proroka” (Emanuel Kellerhals). 
Na  koniec  tego  rozdziału  należy  wybrać  jeszcze  kilka  fundamentalistycznych  w  swej  treści 
elementów  zarówno  Nowego  Testamentu,  jak  i  Koranu,  to  znaczy  fundamentalistyczne 
przykazania  w  kwestii  wiary,  normy,  nakazy,  zakazy,  sceny,  przypowieści.  Można  tu 

background image

przytoczyć  zaledwie  kilka  przykładów  istniejącego  w  tych  religiach  od  samego  początku 
fundamentalizmu,  który  wywiera  wpływ  na  ich  dalszą  przyszłość.  Kompletne  zestawienie 
wszystkich  jego  przejawów  w  Nowym  Testamencie  i  Koranie,  wraz  z  niezbędnymi 
interpretacjami, przekroczyłoby znacznie ramy niniejszej książki. 

Chrześcijaństwo  i  islam  są  proroczymi,  a  nie  mistycznymi  religiami  (przynajmniej 

pojawiające się w nich mistyczne zjawiska nie mają zasadniczej wagi, nie konstytuują religii). 
W religiach profetycznych dominuje słuchanie, w mistycznych zaś widzenie, wizja, intuicja, 
iluminacja.  Mistyk  widzi  coś  tajemniczego,  co  w  rzeczy  samej  może  zobaczyć  każdy. 
Natomiast  prorok  słyszy  coś,  czego  inni  nie  mogą  usłyszeć.  Słyszy  Słowo  Boże,  głos  Boga 
albo  anioła;  pozostali  mają  słuchać,  dawać  posłuch,  a  więc  przyjmować  z  wiarą  i 
posłuszeństwem  to,  co  usłyszał  wysłannik  Boga.  Wszystkie  te  ogólne  uwagi  o  religiach 
profetycznych  dotyczą  zarówno  Jezusa,  jak  i  Mahometa.  Podczas  chrztu  w  Jordanie,  który 
zdaniem  większości  biblistów  przedstawia  przeżycie  Jezusa  związane  z  powołaniem  go  na 
Posłańca Boga, Jezus też wprawdzie coś widzi, ale nie bezpośrednio, w sposób tak czysty jak 
mistyk,  lecz  parabolicznie,  symbolicznie:  widzi  „ducha,  który  niczym  gołąb  szybuje  ku 
niemu”. Decydujący jednak jest głos Boga, który Jezus słyszy: „Głos pochodził z nieba: Tyś 
jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk l, 11; Mt 3, 17; Łk 3, 22). 

Wprawdzie u Mahometa wizje też odgrywają pewną rolę. W pieczarze na górze Hira 

w  pobliżu  Mekki  ujrzał  we  śnie  postać,  która  rozpostarła  przed  nim  kawałek  zapisanego 
materiału  i  rzekła:  „Czytaj!”  Ale  nie  chodziło  tu  o  takie  czytanie,  które  wymaga  patrzenia, 
widzenia  tekstu,  ponieważ  Mahomet  nie  umiał  czytać.  Dlatego  też  postać,  tzn.  archanioł 
Gabriel,  powiedziała:  „Głoś  w  imię  twego  Pana,  który  stworzył,  stworzył  człowieka  z 
zakrzepłej  krwi.  Głoś,  oto  twój  Pan,  który  cię  wybrał,  który  nauczył  piórem;  nauczył 
człowieka tego, czego nie wiedział on przedtem” (sura 96, 1-4). 

Z  „profetycznej  struktury”  religii  chrześcijańskiej  i  islamskiej  wynika  od  samego 

początku  pewien  zasadniczy  fundamentalizm.  Tylko  pojedynczy  człowiek,  tylko  jeden  ma 
bezpośredni  kontakt  (słuchowy)  z  Bogiem  lub  jego  aniołami.  Wszyscy  inni  muszą  wierzyć, 
dawać posłuch, aby móc uczestniczyć w tym, co ów pojedynczy człowiek ogłasza. Nie wolno 
im podawać w wątpliwość tego, co usłyszeli od wybrańca. Hierarchia: „słyszący – wierzący” 
istnieje od samego początku. 

Ani Jezus, ani Mahomet nie komunikują żadnych wielkich słów, wizji, doznań, treści. 

To, co obaj twórcy religii mówią o wewnętrznej naturze Boga albo naturze duchów, o niebie i 
raju, o wnętrzu ludzkiej duszy i tym podobnych sprawach, jest niezwykle skąpe. Teologowie 
twierdzą tylko i ogłaszają „wielkie i wspaniałe Objawienie” zesłane zarówno na Jezusa, jak i 
Mahometa, którego treść jednak jest nieuchwytna. Bóg to dla Jezusa Abba, Ojczulek, Ojciec. 
Posiada  on  jeszcze  kilka  cech.  Jest  litościwy  i  dobrotliwy.  Jednakże  ów  Bóg  z  Nowego 
Testamentu nie jest sprawiedliwy w sensie humanistycznym (por. niesprawiedliwe w naszym 
współczesnym rozumieniu potraktowanie „robotników pierwszej godziny” w przypowieści o 
winnicy albo starszego, harującego w domu syna w przypowieści o synu marnotrawnym). Dla 
Mahometa  Allach  jest  litościwy,  miłosierny,  jest  Panem  światów,  królem  Dnia  Sądu, 
Jedynym i Wiekuistym (por. sura l i 112). 

Ale  to  musi  wystarczyć.  Albowiem  ludzie  nie  mają  wiedzieć  ani  dowiadywać  się 

czegoś nowego, nie mają zaspokajać swej żądzy wiedzy. Mają tylko słuchać, co prorok głosi 
jako wolę  Boga. Jego  nakazy i zakazy moralne są – w odróżnieniu od mistycznych  religii – 
wysoko  cenione  w  religiach  profetycznych,  które  wiedzą  nieskończenie  wiele  o  tym,  czego 
pragnie  Bóg.  Zgodnie z tym także dla Jezusa instancją rozstrzygającą jest wola Boga, to,  co 
decyduje  o  wartości  człowieka.  „Nie  każdy,  który  mi  mówi:  „Panie,  Panie!”,  wejdzie  do 
królestwa  niebieskiego,  lecz  ten,  kto  spełnia  wolę  mojego  Ojca,  który  jest  w  niebie”  (Mt  7, 
21).  Podobnie  u  Mahometa:  „Allach  ma  władzę  nad  wszystkimi  rzeczami.  O  ludzie,  służcie 
waszemu Panu... lękajcie się go” (sura 2, 19). 

background image

Tu znowu kryje się zasadniczy fundamentalizm. Weźmy dla przykładu samego Jezusa. 

Głosi  on  wolę  Boga.  Wie  dokładnie,  co  jest  jego  wolą.  Tak  samo  jak  papież,  który  wie 
dokładnie, że Bóg nie chce „sztucznej” kontroli urodzin. Nawet postępowy teolog nie powie 
niczego krytycznego w odniesieniu do rzekomo nieomylnie poznanej przez Jezusa woli Boga. 
W  tym  względzie  konserwatywni  dogmatycy  są  bardziej  konsekwentni:  „Jezus jest  Bogiem, 
jest  Synem  Bożym.  Ergo  zna  wolę  swojego  Ojca.”  Ale  ta  przesłanka  jest  niehistoryczna, 
fałszywa.  Jezus  był  człowiekiem,  a  nie  Bogiem.  „Czemu  nazywasz  Mnie  dobrym?”  –  pyta 
dość  szorstko  młodego  chłopca,  który  chce  dowiedzieć  się  czegoś  o  życiu  wiecznym.  „Nikt 
nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Mk 10, 18). 

Skoro jednak Jezus był człowiekiem, to w jaki sposób zdobył on (albo też Mahomet) 

wiedzę  o  woli  Bożej?  Jakiekolwiek  objawienie  Boga,  gdyby  do  niego  doszło,  nie  mogłoby 
stać się udziałem  człowieka, także Jezusa i Mahometa, bez pośrednictwa narzędzi poznania, 
jak choćby naszego mózgu, języka, pisma itd. A zatem zarówno Jezus, jak i Mahomet musieli 
szukać, rozmyślać, przeczuwać, czuć, pytać, jaka mogłaby być ta  wola  Boga. Objawienie to 
musiało  również  pracować  i  fermentować  w  ich  podświadomości.  Ale  wszystko,  co 
wydawało  im  się  być  wolą  Boga,  głosili  jednak  potem  w  sposób  bardzo  imperatywny, 
kategoryczny, autorytarny i fundamentalistyczny. 

Kilka  przykładów:  „Kto  by  rzekł  swemu  bratu:  „Bezbożniku!”  podlega  karze  piekła 

ognistego”  (Mt  5,  22).  „Jeśli  więc  prawe  twoje  oko  jest  ci  powodem  do grzechu,  wyłup  je  i 
odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby 
całe twoje  ciało miało być  wrzucone do piekła.  I jeśli prawa twoja  ręka jest ci powodem do 
grzechu,  odetnij  ją  i  odrzuć  od  siebie”  (Mt  5,  29  i  nast.).  Należy  uzmysłowić  sobie 
rygorystyczny fundamentalizm, tkwiący w tych zakazach, za których przekroczenie raz po raz 
grozi kara piekła. Jak nasi dzielni teologowie mają uporać się z faktem, że Jezus z wszystkich 
czterech ewangelii stale przywołuje piekło? Gdyby ktoś chciał twierdzić, że Jezus nie zagroził 
w  ewangeliach  ponad  siedemdziesiąt  razy  piekłem,  musiałby  jednocześnie  wymazać  z  nich 
wszystkie  te  miejsca,  które  nie  przystają  do  koncepcji  doskonałego,  łagodnego,  liberalnego 
Jezusa. Tylko że wtedy  niewiele by z tych ewangelii pozostało. Jednak fundamentalistyczne 
zapowiedzi  i  groźby  kary  piekielnej  są  niewątpliwie  w  Nowym  Testamencie  i  stanowią 
normatywną  podstawę  dla  wiary  chrześcijańskiej.  A  reprezentanci  Kościoła,  ciągle 
dogmatycznie  powołujący  się  na  piekło,  mają  nawet  wyższą  konkordancję  ze  świętym 
Prapismem niż teologowie postępowi, którzy nie chcą już o nim słyszeć, twierdząc: „W piekle 
nie pali się ogień.” 

Należy  zastanowić  się  również  nad  nienaturalnym  zakazem  myślenia:  „Jeśli  więc 

prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu...” Oczy nasze urzeka albo piękno natury, która 
jest wszak podobno tworem boskim, albo piękno kobiety. Fakt, że z ujrzeniem takiego piękna 
związane  jest  nie  tylko  doznanie  estetyczne,  ale  także  potencjalne  pożądanie,  jest  całkiem 
naturalny, a zatem powinien być według wiary chrześcijańskiej miły Bogu. Nie można też z 
góry wiedzieć, czy dana piękność jest zamężna. Ale Jezus wydaje rygorystyczny dekret: „A ja 
wam powiadam: Każdy,  kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z 
nią  cudzołóstwa”  (Mt  5,  28).  Współczesny  Kościół  ze  swoim  fundamentalizmem  wcale  nie 
tak daleko od tego odbiega, zabraniając współżycia przedmałżeńskiego. Jeśli bowiem zgodnie 
ze słowami Jezusa według ewangelii św. Mateusza już zwykłe pożądanie jest cudzołóstwem, 
wszelkie  współżycie  przedmałżeńskie  musi  być  uważane  za  ciężkie  wykroczenie  przeciw 
przyszłemu  małżeństwu.  Koran,  który  pod  wieloma  innymi  względami  jest  bardzo 
rygorystyczny  i  fundamentalistyczny,  przynajmniej  w  tym  punkcie  jest  znacznie  bardziej 
ludzki.  „Allach  pragnie  wam  to  ułatwić,  a  człowiek  został  stworzony  słaby”  (sura  4,  32). 
„...bierzcie sobie więc za żony, które wydają się wam dobre, (tylko) dwie lub trzy lub cztery” 
albo „poślubcie tylko jedną albo te, które posiada wasza prawica (spośród niewolnic)” (sura 4, 
3).  Niesprawiedliwość  polega  tu  jednakże  na  tym,  że  nigdzie  w  Koranie  nie  ma  mowy  o 

background image

wolności  kobiety,  która  podobnie  mogłaby  sobie  wziąć  dwu  lub trzech  lub  czterech  mężów. 
Przeciwnie:  „A  gdy  które  z  waszych  żon  uprawiają  wszeteczeństwo,  weźcie  sobie  czterech 
spośród  was  na  świadków  przeciw  nim.  I  jeśli  oni  to  potwierdzą,  zamknijcie  je  w  domach, 
póki śmierć się do nich nie zbliży albo Allach nie wskaże im drogi” (sura 4, 19). Źle wiedzie 
się  też  homoseksualistom  i  pederastom:  „Tych  zaś,  którzy  dopuszczają  się  tego  z  wami, 
ukarzcie obydwu” (sura 4, 20). 

W  kwestii  zasad  etycznych  Koran  nie  posuwa  się  tak  daleko  jak  Mateusz  (5,  28). 

Mówi  tylko:  „I  wzbronione  są  wam  zamężne  kobiety  oprócz  tych,  które  posiada  wasza 
prawica  (spośród  niewolnic)...  I  dawajcie  tym,  od  których  zaznaliście  rozkoszy,  ich  wiano” 
(sura  4,  28).  Wszystko  to  „jest  przepis  Allacha  dla  was”  (tamże),  chociaż  przecież  Bóg 
etyczny  nie  może  pochwalać  instytucji  niewolnictwa.  Ale  wczesne  chrześcijaństwo  również 
go  nie  zabraniało.  Niezobowiązujące  zalecenia  co  do  likwidacji  niewolnictwa  znajdują  się 
jednak zarówno w chrześcijaństwie, jak i w islamie (por. np. sura 90). 

Należy  również  zastanowić  się  nad  nakazem  odcięcia  prawej  ręki,  jeśli  jest  ona 

człowiekowi powodem do grzechu (Mt 5, 30). Tutaj chodzi głównie o pokusę kradzieży. Czy 
istnieje  w  tym  względzie  jeszcze  jakaś  nieprzekraczalna  przepaść  wobec  Sudanu  czy  Iranu 
Chomeiniego  i  jego  następców,  gdzie  złodziejom  i  rabusiom,  którym  udowodniono 
przestępstwo, amputuje się ręce i nogi (czasami na krzyż: prawą rękę, lewą nogę)? 

Z istoty religii profetycznej wynika, że nie rozum, lecz wiara odgrywa decydującą rolę 

zarówno  w  Nowym  Testamencie,  jak  i  w  Koranie.  „Kto  uwierzy  i  przyjmie  chrzest,  będzie 
zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony”, mówi Jezus w ewangelii św. Marka z pozycji 
nieprześcignionego  fundamentalizmu,  radykalnie  oddzielającego  wiernych  od  niewiernych 
(Mk 16, 16). Czyż konsekwencją tego zdania nie jest to – zwłaszcza jeśli uwzględnić słabość, 
okrucieństwo  i  nietolerancję  wielu  ludzi  –  że  wyrok  potępienia  wydany  przez  Jezusa  na 
niewiernych chciano antycypować i wykonać już na tym świecie? Że zatem rycerze krzyżowi 
czuli  się  uprawnieni  do  wyrżnięcia  w  pień  w  imię  Jezusa  muzułmanów  wraz  z  kobietami  i 
dziećmi;  że  konkwistadorzy  mordowali  Indian,  często  nawet  wtedy,  gdy  ci  pragnęli 
nawrócenia  przez  misjonarzy;  że  spalono  na  stosie  miliony  heretyków,  którzy  nie  chcieli 
przyjąć wszystkich dogmatów Kościoła, a tysiące kobiet, które rzekomo bardziej zawierzyły 
diabłu  niż  wskazówkom  Kościoła,  torturowano,  gwałcono  i  skazywano  na  śmierć?  Czyż 
konsekwencją  tego  zdania  nie  jest  również  to,  że  Kościół  ustanowił  najwyższą  instancję 
kontrolną, urząd inkwizycji, „Święte Oficjum”, które miało czuwać nad czystością wiary, nad 
zachowaniem jej zasad, dogmatów, i decydować o tym, kto będzie należał do ocalonej rzeszy 
wiernych, a kto do potępionej i potępienia godnej rzeszy niewiernych? 

Urząd ten nazywa się dzisiaj bardzo niewinnie „Kongregacją dla doktryny wiary”, ale 

jego  funkcja  jest  taka  sama  jak  niegdyś,  pozostała  też  nietolerancja,  tyle  że  ze  względu  na 
proces sekularyzacji w czasach nowożytnych, na który Kościół nie ma żadnego wpływu, nie 
można  już  palić  ludzi  na  stosie.  Jednakże  inne  mechanizmy  prześladowań  (zniesławienie, 
podejrzenia,  ruina  finansowa,  kampanie  przeciw  nie  lubianym  autorom,  bojkot  książek, 
procesy  o  obrazę  z  żądaniami  wysokich  odszkodowań  za  rzekomo  doznane  krzywdy, 
„nieobecność  w  mediach”,  zakazy  wypowiedzi  i  publikacji  itd.)  wspaniale  jeszcze 
funkcjonują.  Także  błędne  decyzje  papieży  w  ostatnich  stuleciach,  które  zapadły  w 
większości  przypadków  nie  bez  udziału  owej  kongregacji,  opatrzone  są  mottem:  „Kto  nie 
wierzy,  będzie  potępiony!”  W  każdym  razie  urząd  ten  wywodzi  swoje  prawo  istnienia 
również z tego zdania w Piśmie Świętym. A wspomniane błędne decyzje widać jak na dłoni: 
skazano  Galileusza,  wpisano  na  indeks  wybitnych  myślicieli  (Kartezjusza,  Spinozę,  Kanta, 
Sartre'a),  potępiono  prawa  człowieka  i  wolność  sumienia,  wygnano  modernistycznych 
teologów  w  nieznane  regiony,  gdzie  nie  mogli  już  wyrządzić  Kościołowi  szkody;  jeszcze  w 
naszym stuleciu przydarzyło się to Teilhardowi de Chardin. 

background image

Czy  zarządzenie,  znajdujące  się  w  Ćwiczeniach  duchowych  Ignacego  Loyoli, 

założyciela  zakonu  jezuitów,  najpotężniejszego  zakonu  kościelnego,  jedynego,  który  oprócz 
trzech  zwyczajowych  ślubów  zakonnych  wprowadził  jeszcze  czwarty  o  szczególnym, 
bezwarunkowym  posłuszeństwie  wobec  papieża,  czy  więc  to  zarządzenie  nie  przypomina 
słów  Jezusa  według  ewangelii  św.  Marka  (16,16)?  Ignacy  mówi  bowiem:  „Aby  dotrzeć  do 
prawdy  we  wszelkich  sprawach,  powinniśmy  zawsze  posiadać  gotowość  wiary  w  to,  że  co 
wydaje  nam  się  białe,  jest  czarne,  jeżeli  tak  to  definiuje  hierarchiczny  Kościół.”  Są  ludzie, 
którzy  za  takie  i  równie  bzdurne  nakazy  wiary  musieli  zapłacić  życiem.  Myślę  tu  o  Janie 
Husie  (1369-1415),  rektorze  Uniwersytetu  Praskiego,  skazanym  przez  sobór  w  Konstancji  i 
spalonym  mimo  cesarskiego  listu  żelaznego.  Niejako  własną  krwią  napisał  słowa,  które  są 
aktualne  jeszcze  i  dzisiaj,  mimo  iż  hierarchia  kościelna  i  oddani  jej  teologowie  nauczyli  się 
tymczasem mniej wyraźnej artykulacji: „Pewien teolog powiedział mi, że wszystko się ułoży i 
na  wszystko  mi  pozwolą,  jeśli  tylko  podporządkuję  się  Soborowi,  i  dodał:  Skoro  Sobór 
ogłosił,  że  masz  tylko  jedno  oko,  to  nawet  jeśli  masz  dwoje  oczu,  twoim  obowiązkiem  jest 
przyznać Soborowi, że ma rację. Odpowiedziałem mu: Nawet gdyby cały świat tak twierdził, 
nie  mógłbym,  posiadając  rozum  taki,  jaki  posiadam,  potwierdzić  tego  bez  sprzeciwu 
sumienia.”  Jeszcze  w  drugiej  połowie  XX  wieku  generał  zakonu  jezuitów,  a  więc  jego 
najwyższy przedstawiciel, podkreśla: „Dla nas papież jest prawdą!” 

Choćby książęta Kościoła udawali nie wiem jak  nowoczesnych, otwartych na świat i 

oświeconych,  to  i  tak  będą  trzymać  się  tego,  co  sformułował  niegdyś  papież  Innocenty  III 
(1198-1216):  „Papieżowi  należy  się  posłuch,  nawet  jeśli  nakazuje  on  czynić  zło.” 
Podkreślają  oni  ciągle,  że  Kościół  ani  na  jotę  nie  odejdzie  od  swych  wcześniejszych  nauk  i 
nigdy od nich nie odszedł. Nigdy nie cofnęli żadnego z dekretów wcześniejszych papieży, ani 
razu  też  do  dnia  dzisiejszego  nie  przeprosili  za  palenie  na  stosie  heretyków  i  czarownic,  za 
ludobójstwo popełnione na Indianach albo za ekspansywne wojny prowadzone przez papieży 
w  dawnych  wiekach.  Nawet  komisja  kościelna,  która  w  czasach  obecnych  ponownie 
rozpatrywała  przypadek  Galileusza,  doszła  do  wniosku,  że  Rzym  w  ówczesnej  sytuacji 
historycznej i ze względu na swój autorytet i swoją doktrynę słusznie skazał Galileusza. Nie 
zapominajmy przy tym,  że Galileusz popełnił między innymi „śmiertelny grzech”, stawiając 
„księgę  natury”  jako  inne  źródło  Objawienia  boskiego  obok  Pisma  Świętego,  a  nawet  ze 
względu  na  jej  precyzję  poniekąd  ponad  nim.  Tym  samym  należał  do  osób  nie  wierzących, 
jakoby  Objawienie  Boże  zawierało  się  wyłącznie  w  Piśmie  uważanym  przez  Kościół  za 
jedynie obowiązujące, a zatem zasługiwał na potępienie. 

Wypowiedź:  „Kto  nie  wierzy,  będzie  potępiony”,  wcale  nie  jest  w  Nowym 

Testamencie  jedyna.  Już  pobieżne  spojrzenie  na  skorowidz  doktrynalny  na  końcu  każdej 
Biblii  pokazuje  centralną  rolę  wiary  w  pismach  nowotestamentowych.  Same  odnośniki, 
dotyczące  różnych  jej  aspektów  w  Nowym  Testamencie  zajmują  dwie  strony  lub  nawet 
więcej. Nie sposób oprzeć się wrażeniu niesłychanego fundamentalizmu wiary, na który tam 
natrafiamy. A Nowy Testament jest wszakże podstawową normą dla całego chrześcijaństwa. 

Do omawianego wyżej fragmentu ewangelii św. Marka (16, 16) dodajmy tutaj jeszcze 

tylko  kilka  nakazów  wiary  Nowego  Testamentu:  „Bez  wiary  zaś  nie  można  podobać  się 
Bogu.  Przystępujący  bowiem  do  Boga  musi  uwierzyć,  że  [Bóg]  jest  i  że  wynagradza  tych, 
którzy go szukają” (Hbr 11, 6). „Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego 
poznania  prawdy,  to  już  nie  ma  dla  nas  ofiary  przebłagalnej  za  grzechy,  ale  jedynie 
przerażające  oczekiwanie  sądu  i  żar  ognia,  który  ma  trawić  przeciwników...  Straszną  jest 
rzeczą  wpaść  w  ręce  Boga  żyjącego”  (Hbr  10,  26  i  nast.;  31).  Fundamentalną  konieczność 
wiary dla zbawienia podkreśla również Jezus z ewangelii św. Jana: „Kto wierzy w Niego (tzn. 
Jezusa, Syna Bożego), nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już jest potępiony (...)” (J 3, 
18).  Często  pojawia  się  również  wzmianka  o  diable  dla  tych,  którzy  nie  chcą  wierzyć  albo 
tracą  wiarę.  U  Łukasza  Jezus  mówi:  „Ziarnem  jest  słowo  Boże.  Na  drodze  leży  dla  tych, 

background image

którzy słuchają słowa; potem jednak przychodzi  diabeł i zabiera słowo z  ich serca, żeby  nie 
uwierzyli i nie byli zbawieni” (Łk 8, 11 i nast.). 

Z pewnością o tym właśnie myślał Paweł VI, mówiąc: „Mam uczucie, że przez jakąś 

szczelinę  dym  szatana  wniknął  do  świątyni  Bożej.”  Kardynał  Ratzinger,  druga  po  papieżu 
osoba  w  Watykanie  i  główny  strażnik  wiary,  włącza  tę  papieską  sentencję  do  swego 
półoficjalnego  Raportu  o  stanie  mary  i  od  razu  czyni  z  tego  scholastykę:  diabeł  jest 
„tajemniczą  i,  rozpatrując  rzecz  w  całości,  obiektywną  osobową  rzeczywistością”. 
Teologowie,  którzy  w  diabłach  nie  chcą  widzieć  „upadłych  aniołów”,  a  tylko  symbole 
„władzy  czy  mocy  Zła”,  są  zaprzedanymi  racjonalizmowi  „filozofami  bądź  socjologami”, 
którzy jedynie dostosowali się do nowoczesnego obrazu świata. Diabeł kontynuuje swe dzieło 
również  w  nowoczesnym  świecie.  Tylko  nie  w  Watykanie,  nawet  gdy  ma  on  finansowe 
konszachty z mafią! 

Kto jednak przeczyta w ewangeliach i Nowym Testamencie liczne wypowiedzi Jezusa 

na  temat  „diabła”  lub  „szatana”,  będzie  musiał  przyznać,  że  nawet  Jezus  uznawał  diabła  za 
byt  osobowy.  Tym  samym  fundamentaliści  watykańscy  znowu  bardziej  jednoznacznie 
opowiadają się za doktryną nowotestamentową niż postępowi teologowie, którzy wybierają z 
Pisma  Świętego  tylko  pozytywne  fragmenty.  Naturalnie  można  ponownie  demitologizować, 
twierdząc,  że  Jezus  miał  na  myśli  jedynie  nieosobową  moc  zła  i  tylko  przyoblekł  ją  w 
„diabelską”  szatę.  Ale  nie  znał  on  jeszcze  Davida  Friedricha  Straussa  czy  Bultmanna,  był 
dzieckiem swej epoki, a ta widziała w aniołach i diabłach duchy osobowe. 

Nie  inaczej  jest  w  Koranie.  Również  tam  anioły  i  diabły  są  mocami  osobowymi.  W 

surze 7, 10 i nast., Allach rozkazuje aniołom, aby padły przed Adamem na kolana. „I padli na 
kolana  oprócz  Iblisa.”  Za  to  Allach  wyrzuca  diabła  (Iblisa)  z  raju:  „Precz  z  tobą  z  raju!  Nie 
wolno  ci  być  tu  wyniosłym.  Dlatego  precz  z  tobą...”  Diabeł  prosi  Allacha:  „Daj  mi  czas  do 
dnia  wskrzeszenia.”  Allach  daje  mu  czas.  Na  to  diabeł:  „Za  to,  że  sprowadziłeś  mnie  na 
bezdroża, będę na nich (tzn. ludzi) czatował... A potem będę ich nachodził to z przodu, to z 
tyłu,  to  z  ich  prawej,  to  z  lewej  strony,  a  większość  z  nich  nie  okaże  ci  wdzięczności.”  Ale 
ostatnie  słowo  należy  do  Allacha:  „Rzekł  on:  „Precz  stąd  (tzn.  z  raju),  wzgardzony  i 
odrzucony.  Zaprawdę,  kto  z  nich  podąży  za  tobą,  wami  wszystkimi  napełnię  piekło.””  Nie 
istnieje fundamentalizm, który mógłby się obyć bez piekła i diabła, ani taki, który na wskroś 
realistycznie nie personifikowałby diabła! 

W  każdym  razie  fundamentaliści  wszelkiej  maści  i  proweniencji  mają  zarówno  w 

Nowym  Testamencie,  jak  i  w  Koranie  do  czynienia  z  taką  nadpodażą  tekstów,  których  nie 
można  rozumieć  inaczej  niż  fundamentalistycznie,  że  mogą  czerpać  z  nich  do  woli, 
swobodnie adaptując je do współczesności. 

Godne uwagi w omawianej wyżej surze jest z pewnością i to, że diabeł (Iblis) jest tam 

jedynym  spośród  aniołów,  który  ma  charakter  i  nie  jest  gotów  rzucać  się  na  kolana  przed 
ż

adnym innym stworzeniem. Nie świadczy to o jego bucie i wywyższaniu się, lecz o poczuciu 

własnej  godności  i  wolności.  Zostaje  za  to  ukarany  przez  Boga  na  wieki.  Nie  można  już 
bardziej  fundamentalistycznie  i  autorytarnie!  Ale  również  chrześcijańska  Dobra  Nowina, 
ewangelia miłości, radości, nowej wolności, nie ustępuje Koranowi – w kwestii piekła – pod 
względem  głoszonych  tu  gróźb.  Piekło  jest  według  Jezusa  z  ewangelii  św.  Mateusza 
„wyrzuceniem  w  ciemność”,  połączonym  z  „płaczem  i  zgrzytaniem  zębów”  (Mt  8,  12); 
złoczyńcy zostaną wrzuceni „w piec rozpalony” (13, 42); tam pali się „ogień wieczny” (18, 8 
i  nast.).  Tylko  nieliczni  mają  szansę  na  ocalenie:  „Bo  wielu  jest  powołanych,  lecz  mało 
wybranych”  (22,  14).  (Zauważmy  również,  jaki  obraz  boskiego  despoty  kryje  się  za  tą 
sentencją.  Według  ewangelii  nikomu  bez  woli  Boga,  który  jest  wszechmocną  siłą  i  sprawcą 
wszechrzeczy,  nie  spadnie  włos  z  głowy.  A  zatem  musi  on  również  chcieć,  aby  większość 
ludzi  wylądowała  w  piekle.  Jest  to,  jak  orzekł  pogardliwie  „wielki”  nauczyciel  Kościoła 
Augustyn, massa damnatd). Złoczyńców czeka w piekle „męka wieczna” (25, 46). 

background image

Fundamentalistyczny nakaz wiary i kara piekielna za jego nieprzestrzeganie dominują 

również  w  Koranie.  „Kto  jednak  zbuntuje  się  przeciw  Allachowi  i  jego  Posłańcowi  i 
wykroczy  przeciw  jego  przykazaniom,  tego  wprowadzi  w  ogień,  aby  wiecznie  w  nim 
przebywał, i spotka go haniebna kara” (4, 18). „Nie ma przebaczenia dla tych... którzy umrą 
jako  niewierni.  Dla  nich  przygotowaliśmy  bolesną  karę”  (4,  22)  „Owego  dnia  niewierni, 
którzy  zbuntowali  się  przeciw  Posłańcowi,  zapragną,  aby  zrównać  ich  z  ziemią”  (4,  45). 
„Zaprawdę, kto wyprze się naszych znaków, temu każemy palić się w ogniu. Skoro tylko ich 
skóra się zesmaży, damy im inną skórę, aby zakosztowali kary. Zaprawdę, Allach jest potężny 
i mądry” (4, 59). Ładna mi mądrość, tylko tak można to skwitować. 

Istnieje jednak pewna różnica między groźbami Nowego Testamentu i Koranu. Nowy 

Testament  grozi  grzesznikom  karami  piekielnymi  po  śmierci.  Koran  też  to  robi,  ale  jeszcze 
mu  tego  za  mało.  Niewierni  mają  być  srodze  ukarani  już  w  życiu  doczesnym. 
Fundamentalizm  Koranu  przewyższa  pod  tym  względem  fundamentalizm  chrześcijańskiego 
Nowego  Testamentu,  wzywając  bezpośrednio  do  stosowania  przemocy.  Wszelka 
niesprawiedliwa  przemoc,  jaka  jeszcze  obecnie  jest  stosowana  w  niektórych  państwach 
islamskich,  podobnie  jak  najkrwawsze  akcje  terrorystyczne,  mogą  dziać  się  w  sposób 
absolutnie  legalny,  są  bowiem  uprawnione  na  gruncie  Koranu,  np.:  „A  gdy  tylko  oni  (tzn. 
niewierni)  odwrócą  się  plecami,  pochwyćcie  ich  i  zabijcie,  gdzie  tylko  ich  znajdziecie;  i  nie 
bierzcie  sobie  żadnego  z  nich  za  przyjaciela  czy  pomocnika”  (sura  4,  91).  W  stosunku  do 
niewiernych,  którzy  „nie  zaproponują  wam  pokoju  i  rąk  swych  nie  pohamują”,  zaleca  się: 
„Pojmajcie  ich  i  zabijcie,  gdziekolwiek  się  na  nich  natkniecie.  Nad  nimi  daliśmy  wam  (tj. 
Allach) jawną władzę” (4, 93). „Zaprawdę niewierni są dla was jawnymi wrogami” (4, 102). 
Dlatego „nie ustawajcie w prześladowaniu narodu (niewiernych)” (4, 105). „(…) nagrodą dla 
tych,  którzy  zwalczają  Allacha  i  jego  Posłańca...  będzie  tylko  to,  że  zostaną  zabici  albo 
ukrzyżowani albo że zostaną im naprzemiennie obcięte ręce i nogi albo zostaną wypędzeni z 
kraju.  Taka  będzie  ich  nagroda  w  życiu  doczesnym,  a  w  życiu  pozagrobowym  czeka  ich 
bolesna kara” (sura 5, 37). „A złodziejowi i złodziejce utnijcie ręce w nagrodę za ich czyny. 
To  jest  przykład  Allacha,  a  Allach  jest  potężny  i  mądry”  (5,  42).  Widać  z  tego,  że  również 
bardzo  okrutne  kary,  jakie  i  dziś  jeszcze  praktykowane  są  w  niektórych  krajach  islamskich, 
wywodzą się z Koranu. 

Zarówno  w  Koranie,  jak  i  w  Nowym  Testamencie  nie  brak  myśli  o  nagrodzie, 

pomniejszających moralną wartość danego działania. Wszyscy wierni zostaną wynagrodzeni, 
ale  bojownicy  o  wiarę  otrzymają  „oczywiście”  wyższą  nagrodę.  „Allach  wywyższył  tych, 
którzy  dobrem  i  krwią  walczą,  ponad  tych,  którzy  siedzą  (w  domu).  Wszystkim  Allach 
obiecał dobro; ale gorliwym obiecał wyższą nagrodę niż siedzącym (w domu)” (sura 4, 97). A 
zatem: wszczynajcie wojnę przeciw niewiernym!  Allach widzi to i nagradza! Walczących w 
ten  sposób  czeka  „potężna  nagroda”  (sura  4,  160),  oczywiście  tylko  wtedy,  gdy  wierzą 
właściwie i okazują właściwą bogobojność: „i jest moją wolą, aby islam stał się waszą wiarą” 
(sura 5, 5). „Zaprawdę, Allach przyjmuje tylko od bogobojnych” (5, 30). „Niechaj walczy na 
drodze Allacha, kto sprzedał życie ziemskie za życie pozagrobowe. A kto walczy  na drodze 
Allacha,  czy  polegnie,  czy  zwycięży,  temu  zaprawdę  damy  potężną  nagrodę”  (4,  76). 
„Używanie  świata  doczesnego  jest  znikome,  a  świat  pozagrobowy  lepszy  jest  dla 
bogobojnego” (4, 79). 

Wystarczająco  dużo  wersetów  w  Koranie  usprawiedliwia  i  uprawnia  muzułmanów 

nawet  do  obdarzania  Żydów  uczuciem  nienawiści.  W  surze  4,  50  Allach mówi  tak: „O,  wy, 
którym  zostało  dane  Pismo  [mianowicie  Żydzi],  uwierzcie  w  to,  cośmy  wam  zesłali, 
potwierdzając to, co macie, zanim nie wymażemy waszych twarzy, aż upodobnią się do tyłu 
głowy, albo was przeklniemy...” Żydzi wielbiący bożków należą zgodnie z surą 4, 55 do tych, 
„których  Allach  przeklął;  a  kogo  Allach  przeklął,  zaprawdę  nigdy  nie  znajdzie  pomocnika.” 
Ci  Żydzi,  którzy  nie  wierzą  w  Mahometa,  giną  w  płomieniach  piekła  (4,  58).  Są  oni 

background image

„przyjaciółmi szatana” (4, 78). „Przeklęci są niewierni pośród dzieci Izraela ustami Dawida i 
Jezusa,  Syna  Maryi;  a  to  dlatego,  że  byli  buntownikami  i  popełniali  wykroczenia;  nie 
zabraniali sobie wzajem zdrożności, które popełniali. Zaprawdę, złe są ich uczynki!” (5, 82). 
„Zaprawdę,  sam  zobaczysz,  że  pośród  wszystkich  ludzi  Żydzi  i  ci,  którzy  obok  Allacha 
ustanawiają sobie innych bogów, są najbardziej wrodzy wiernym...” (5, 85). 

Niekiedy Mahomet staje w Koranie również po stronie chrześcijan, względnie Jezusa 

(i  Marii)  przeciw  Żydom.  „Przeciw  Marii  wyrzekli  wielkie  oszczerstwo”  (4,  155),  a 
mianowicie,  że  poczęła  syna  z  rzymskiego  żołnierza.  Kłamali  również,  „ponieważ  mówili: 
„Patrzaj, zamordowaliśmy  Mesjasza Jezusa, syna Marii, Posłańca Allacha”” (4, 156). Koran 
wyjaśnia tu: „Ale nie zamordowali go i nie ukrzyżowali, tylko jemu podobnego... i nie zabili 
go  w  rzeczywistości,  lecz  Allach  zabrał  go  do  siebie  na  wysokości”  (tamże;  Mahomet 
przejmuje  tutaj  naukę  gnostyków  twierdzących,  że  Jezus  nie  umarł  na  krzyżu).  Jezus  będzie 
„w  Dzień  Zmartwychwstania  świadkiem  przeciw  nim”  (4,  157).  W  Koranie  znajduje  się  już 
także stary zarzut dotyczący „uprawiania lichwy” przez Żydów (4, 159). 

Jednakże muzułmanie muszą odżegnywać się również od chrześcijan, skoro ci ostatni 

wierzą w Świętą Trójcę. Dla Mahometa i islamu chrześcijanie wyznający Świętą Trójcę są w 
rzeczywistości  trójteistami,  tzn.  wielbiącymi  trzech  bogów.  Jest  to  „duma  i  pycha”,  którą 
Allach obłoży „bolesną karą”, albowiem on jest „jedynym Bogiem” i „nigdy Mesjasz (Jezus) 
nie będzie zbyt dumny, by być sługą Allacha”, a nie jest on jego synem! „Mesjasz Jezus, syn 
Marii,  jest  (tylko)  Posłańcem  Allacha  i  jego  słowem,  które  włożył  w  Marię,  i  ma  ducha  od 
niego” (sura 4, 169; 170; 172). Mahomet jest jeszcze bardziej drastyczny: „Kto miałby władzę 
nad  Allachem,  gdyby  chciał  Mesjasza,  syna  Marii,  i  jego  matkę  i  wszystkich  na  ziemi, 
zniszczyć?” (sura 5, 19). Nie, Mahomet czuje się, np. według sury 5, 22, posłany nie tylko do 
Ż

ydów,  ale  także  do  chrześcijan  jako  ostatni  i  najwyższy  Posłaniec  Allacha.  Albowiem 

obydwie  religie,  zarówno  żydowska,  jak  i  chrześcijańska,  posiadają  według  niego  jedynie 
niepełne  Pismo,  póki  nie  przyjmą  posłania  Koranu,  głoszonego  przez  Mahometa.  „I  mówią 
Ż

ydzi  i  Nazarejczycy:  „Jesteśmy  dziećmi  Allacha  i  jego  umiłowanymi.”  Mów:  „A  dlaczego 

karze was za wasze grzechy?”” Nie, oni nie są uprzywilejowani, lecz są „ludźmi, jak wszyscy 
inni, których on stworzył. On wybacza, komu chce...” (sura 5, 21), tzn. że jego przebaczenie 
nie ogranicza się w żadnym razie do Żydów i chrześcijan ani też nie faworyzuje wyznawców 
obu tych religii. 

Przytoczone tu fundamentalistyczne wersety z Nowego Testamentu i Koranu pokazują 

również,  jak  bezpodstawne  jest  odróżnianie  chrześcijaństwa  jako  typowej  religii  łaski  od 
islamu jako typowej religii prawa, tak chętnie dokonywane przez chrześcijańskich teologów i 
religioznawców.  Oprócz  cytowanych  już  fragmentów  Nowego  Testamentu,  które  miały 
bardzo  niewiele  wspólnego  z  łaską  i  miłosierdziem,  za  to  dużo  mówiły  o  przekraczaniu 
prawa,  karze,  piekle  i  diable,  można  by  tu  przytoczyć  o  wiele  więcej  podobnych  ustępów. 
Nawet  tak  niezależny,  wspaniały  myśliciel  jak  Albert  Schweitzer,  który  z  biegiem  lat  coraz 
bardziej  oddalał  się  od  chrześcijaństwa,  uległ  w  jakimś  stopniu  pokutującej  od  wieków  i 
lansowanej  przez  wpływowe  kręgi  chrześcijańskie  błędnej  opinii  o  niższości  islamu. 
Schweitzer sądził, że islam jest pod każdym względem „nieoryginalny”: „Chrześcijaństwo nie 
musi  wieść  duchowego  sporu  z  islamem...  Nie  posiada  on  duchowej  oryginalności  i  nie  jest 
religią, w której widać głęboką myśl o Bogu i świecie.” W religii Mahometa „zachowały się 
wszystkie elementy prymitywnej religijności” i z tego też powodu jest ona tak fascynująca dla 
niecywilizowanych i na poły cywilizowanych krajów (zwłaszcza afrykańskich). 

Znany chrześcijański religioznawca, Nathan Soderblom, jeszcze kilkadziesiąt lat temu 

wyrażał  przekonanie,  że  islam  wręcz  tłamsi  możliwość  wyższego  rozwoju  człowieka  i  jego 
religijności.  Tego  typu  wypowiedzi  są  echem  prowadzonej  od  wieków  przez  Kościoły 
chrześcijańskie nagonki na islam. Przede wszystkim w średniowieczu i w czasach reformacji 
doszło do całkowitej dyskredytacji tej religii. Przypomnijmy sobie luterańską charakterystykę 

background image

Koranu  jako  „zezwierzęconego  i  świńskiego”,  ponieważ  toleruje  i  sankcjonuje  posiadanie 
wielu kobiet, albo nazwanie Mahometa przez Melanchtona złodziejem i rozbójnikiem (fur et 
latro]  lub  też  poniżenie  i  zniesławienie  islamu  jako  heretyckiej  sekty  ariańskiej.  Również  w 
tym 

punkcie 

antyfundamentalistyczne, 

antykościelne, 

nowożytne 

Oświecenie 

zachodnioeuropejskie  utorowało  drogę  innemu  widzeniu  islamu  (por.  przypowieść  o 
pierścieniu u Lessinga). 

Przekonuje  nas  jednak  to,  co  wielki  religioznawca  Gustav  Mensching  w  swej 

systemowej  typologii  uważa  za  charakterystyczne  dla  islamu,  a  mianowicie,  że  wobec 
bezwarunkowej mocy, a nawet przemocy Allacha jest on „religią absolutnego poddania”. 

W  obliczu  nieuchronnej  wszechmocy  Allacha,  która  ogarnia  i  przenika  wszystko, 

człowiekowi pozostało jedynie bezwarunkowe oddanie i posłuszeństwo. Ale akurat te właśnie 
„cnoty” nie są przecież obce ani Kościołowi, ani chrześcijaństwu. 

Niewątpliwie chrześcijaństwo i islam czeka jeszcze bardzo wiele pracy, aby wyplenić 

ze  swych  świętych  Pism  ogromną  ilość  myśli  fundamentalistycznych,  co  pozwoliłoby  im 
przybliżyć  się  do  poziomu  świeckiej,  humanistycznej  etyki  współczesności.  Nowożytne 
Oświecenie z jego nie ustającą po dziś dzień krytyczną refleksją osiągnęło ów poziom właśnie 
dzięki gotowości do odrzucenia wszelkich fundamentalizmów, rozpoznanych jako takie. 

Religie  monoteistyczne,  zwłaszcza  zaś  chrześcijaństwo  i  islam,  powinny  moim 

zdaniem  znaleźć  w  sobie  odwagę,  by  fundamenty  swojej  wiary  oczyścić  z  tego,  co 
kategoryczne,  apodyktyczne,  imperatywne,  autorytarne,  dogmatyczne,  co  podaje  się  za 
absolutnie pewne, i zastąpić tym, co hipotetyczne, możliwe, warte zastanowienia. Jedynie w 
ten sposób mogą one przyciągnąć do siebie dojrzałe już umysły i wkroczyć wraz z ludzkością 
w  trzecie  tysiąclecie.  Jednakże  muszą  zająć  zupełnie  inne  niż  dotychczas  stanowisko  wobec 
szerokiego, ustawicznego i kwestionującego wszystko dialogu prądów światopoglądowych, i 
to  bez  żadnego  „ale”,  bez  mrzonek  o  nieomylności,  bez  pretensji  do  wyjątkowości  i 
monopolu. 

  
  

V. Każdy monoteizm jest fundamentalistyczny 

  

W  ramach  tej  „książki”  nie  mogę  omówić  i  udokumentować  tematu  poniższego 

rozdziału tak obszernie, jak bym tego pragnął. Wiele spraw ważnych przedstawię tu jedynie w 
skróconej  formie,  wiele  będę  musiał  pominąć.  Do  problemu  tego  wrócę  jednak  później,  w 
innej książce, i zajmę się nim bardziej szczegółowo, uwzględniając wszystkie jego aspekty. 

Znamy  już  główną  tezę  tego  rozdziału.  Twierdzę,  że  każdy  monoteizm  jest  ze  swej 

istoty tworem fundamentalistycznym. Nie może być wątpliwości co do tego, że np. judaizm, 
chrześcijaństwo  i  islam  są  wyraźnymi  monoteizmami,  a  więc  religiami,  w  których  wiara  w 
osobowego  Boga  znajduje  się  na  najważniejszym,  centralnym  miejscu.  Nie  może  też  być 
wątpliwości,  że  aksjomat:  „Istnieje  Bóg  osobowy  (Jahwe,  Abba,  Allach)”  jest  źródłem  i 
kresem  tych  religii,  tzn.  według  tego,  co  oficjalnie  głoszą,  stanowi  ich  niepodważalny  i 
niezaprzeczalny początek i koniec. 

Na  tym  właśnie  polega  najbardziej  fundamentalny  fundamentalizm  tych  religii. 

Albowiem  nakazują  one,  dekretują,  ustanawiają  jako  absolutną  miarę  coś  (tzn.  wiarę  w 
osobowego  Boga),  co  w  żadnym  razie  nie  jest  absolutnie  przekonywające,  dowiedzione  czy 
niekwestionowane. Osobowy Bóg jako praźródło, praprzyczyna wszelkiej rzeczywistości ma 
być  ostateczną  instancją,  która  rozwiązuje  wszystkie  problemy  ludzi  i  świata,  naprawia 
wszelkie zło. W gruncie rzeczy jednak wiara w osobowego Boga nie rozwiązuje ani jednego 
problemu,  przeciwnie:  przez  samo  założenie  istnienia  Boga  problemy  stają  się  jeszcze 
większe. Również osobowy Bóg jako taki sam w sobie jest kolejną zagadką. 

background image

Teza o istnieniu osobowego Boga nie może stawić czoła „krytycznemu rozumowi”. W 

kwestii  domniemanych  dowodów  na  istnienie  Stwórcy  wykazał  to  właściwie  we  wszystkich 
szczegółach  największy  niemiecki  filozof,  Immanuel  Kant.  Nazywano  go  dlatego  (tzn.  ze 
względu 

na 

zburzenie 

wszelkiej 

racjonalnej 

pewności 

istnienia 

Boga) 

„wszechmiażdżycielem”.  Dziwne  tylko,  że  nieomal  wszyscy  dwudziestowieczni  teologowie 
zachowują się tak, jakby ta niszcząca krytyka, która w gruncie rzeczy jest nie do odparcia, w 
ogóle nie istniała. Kant wykazał również, jak bardzo taki osobowy Bóg musiałby być sam dla 
siebie nieprzeniknioną tajemnicą: „Nie można się obronić przed myślą, lecz nie można jej też 
znieść,  by  istota,  którą  sobie  wyobrażamy  jako  najwyższą  z  wszystkich  możliwych,  miała 
niejako do samej siebie powiedzieć: jestem od wieczności po wieczność, poza mną nie ma nic 
prócz tego, co jedynie poprzez moją wolę jest czymś, lecz skąd jestem ja sam? Tu zapada się 
wszystko  pod  nami,  i  najwyższa  doskonałość,  jak  i  najniższa,  unosi  się  bez  oparcia  tylko 
przed rozumem spekulatywnym, którego to nic nie kosztuje, by całkiem bez przeszkód kazać 
zniknąć jednej lub drugiej”.

4

 Współcześni ateiści raz po raz przywołują tę myśl w dyskusjach: 

„Ponieważ  jednak  wszechświat  został  „stworzony”,  nasuwają  się  dwa  pytania:  przez  kogo  i 
kiedy? Przez Boga? Kto zatem stworzył Boga? Czy jest on wieczny? W takim razie również 
wszechświat może istnieć od zawsze” (A. Overland). „Jeśli wszystko musi mieć przyczynę, to 
Bóg  musi  ją  mieć  również.  Jeśli  może  być  coś  bez  przyczyny,  może  to  być  równie  dobrze 
ś

wiat,  jak  i  Bóg,  tak  że  argument  ten  jest  zupełnie  bezwartościowy.”

5

  (por.  również  H. 

Mynarek Religiös ohne Gott? [Religijnie bez Boga?]). 

   
Każdy monoteizm hamuje więc arbitralnie proces myślenia przyczynowego – jedną z 

najbardziej  nieodzownych  podstaw  logiki,  nauki,  jasnego,  rozumnego  myślenia  i  wiedzy  – 
poprzez  przyjęcie  niepodważalnego  założenia  o  istnieniu  osobowego  Boga.  Od  tej  chwili 
zwolennik  religii  monoteistycznej  nie  ma  prawa  myśleć  dalej,  mimo  iż  nasuwa  się 
konieczność dalszego myślenia. Załóżmy jednak, że istnieje coś takiego jak przyczyna świata, 
która  „spaja  go  od  wewnątrz”  i  którą  teologowie  nazywają  Bogiem.  Wtedy  nie  można 
przypisać  mu  wszechmocy  i  absolutnej  doskonałości,  chociaż  teologowie  zawsze  wiedzieli, 
jakimi cechami powinna być obdarzona.  

Ponieważ żadna istota nie może o własnych siłach przenieść się z absolutnej nicości w 

byt,  w  istnienie,  to  również  owa  praistota,  zwana  Bogiem,  nie  ma  w  rękach  własnego 
prapoczątku i powinna stać przed własnym, choćby i nie posiadającym początku, „prabytem” 
jak  przed  nieprzeniknioną  zagadką  i  tajemnicą.  Musiałaby  w  swej  najgłębszej  istocie, 
podobnie  jak  my,  ludzie,  rozwijać  się  zdobywając  stopniowo  coraz  większą  wiedzę, 
dotyczącą również tajemnicy własnego pochodzenia i istnienia. Już Kant zwrócił uwagę na to, 
ż

e  założenie,  jakoby  pierwszy  byt,  przyczyna  wszelkiej  rzeczywistości,  musiał  stanowić 

zarazem absolutną doskonałość, wcale nie jest logicznie przekonywające. Ale teologowie do 
dzisiejszego dnia nie podjęli prawdziwej dyskusji na ten temat. 

Teologia  obydwu  wielkich  Kościołów  chrześcijańskich,  zwłaszcza  w  ciągu  dwu 

ostatnich  wieków,  kiedy  zgodnie  z  duchem  czasu  należało  odnowić  dotychczasowy 
wizerunek  Boga,  pogrążona  była  w  głębokim  śnie.  Jest  ona  na  te  bezwzględnie  konieczne 
zmiany  całkowicie  odporna  i  niewrażliwa.  Nawet  najbardziej  postępowi  teologowie,  którzy 
prawie  każdy  dogmat  chrystologii  i  mariologii  poddają  ostrej  krytyce,  zachowują  się  tak, 
jakby  pewnik  o  nieskończenie  doskonałym,  wszechmocnym  i  osobowym  Bogu  wznosił  się 
ponad wszelką wątpliwość, ponad wszelką krytykę. Ostatecznie Kościół, jakkolwiek bardziej 
po  cichu  niż  oficjalnie,  przełamał  się  i  „zezwolił  na  uznawanie  ewolucji”,  tzn.  przestał 
prześladować  teologów,  którzy  w  nią  wierzą,  jak  w  przypadku  Teilharda  de  Chardin. 
Jednakże  nawet  ci  „najodważniejsi”,  głoszący  teraz  pyszałkowato,  że  istnienie  ewolucji 
dowodzi, iż Bóg Stwórca dał światu jego  własną przyczynowość i własne prawidłowości, w 
najśmielszych marzeniach nie pomyślą o wyciągnięciu z tego konsekwencji dla swojej nauki 

background image

o Bogu. Parające się teologią feministki przynajmniej zaatakowały dominujący patriarchalno-
maskulinistyczny obraz Boga w Kościele chrześcijańskim, żądając poszerzenia go o element 
kobiecości,  macierzyństwa  etc.  Ale  najodważniejsi  teologowie  chrześcijańscy,  dążący  do 
zapewnienia 

wolności 

wodzonym 

na 

pasku 

Kościoła 

państwa 

katolikom 

południowoamerykańskim,  nigdy  nie  zakwestionowali  całkowicie  statycznego  obrazu 
niezmiennego,  absolutnie  doskonałego  Boga  chrześcijańskiego.  Wszyscy  oni,  od  lewicy  po 
prawicę,  udają,  że  dokładnie  wiedzą,  co  oznacza  transcendencja.  Nie  szyfr  w  rozumieniu 
Karla  Jaspersa,  lecz  jedynie  i  wyłącznie  nietykalny,  wzniesiony  ponad  wszelką  wątpliwość, 
nieskończenie doskonały, osobowy Bóg z kościelnego dogmatu. Nawet najbardziej postępowi 
teologowie  ewangeliccy  i  katoliccy  zgadzają  się  tutaj  w  pełni  ze  swymi  centralami 
kościelnymi. 

W  teologii  tych  Kościołów  zupełnie  brak  miejsca  na  refleksję  nad  faktem,  że  świat, 

który  stworzył  ich  Bóg,  powinien  –  jeśli  przyjmiemy  założenie  o  jego  nieskończonej 
doskonałości  –  posiadać  więcej  przymiotów,  niż  ich  w  rzeczywistości  otrzymał.  Jest  to 
problem  teodycei,  która  niezliczonym  ludziom  każe  powątpiewać  w  dobroć  Boga  w  obliczu 
bezmiaru i brutalnej eskalacji cierpienia na świecie. Czyż świat stworzony przez bożą dobroć 
i mądrość nie powinien być odbiciem jego wspaniałości, promiennym odbiciem doskonałości, 
odblaskiem  słońca  Boga,  wprawdzie  skończonym,  ale  przekonywająco  świadczącym  o 
prawzorze?  Tymczasem  świat  realny  sprawia  zupełnie  inne  wrażenie.  Już  w  samej  naturze 
okrucieństwo  polegające  na  bezlitosnej  selekcji  biologicznej  oraz  życiu  wyższych  gatunków 
kosztem niższych nie jest wprawdzie jedyną, ale za to bardzo istotną zasadą, zasadą wyższego 
rozwoju i dążenia do doskonałości. W świecie ludzkim zaś wszystkie nieszczęśliwe zdarzenia 
w  biosferze  stają  się  głęboką  tragedią,  ponieważ  tutaj  wiedząca  o  sobie  świadomość 
antycypuje w bólu i cierpieniu myśl o śmierci, postrzega wszędzie zasłonę przemijania, która 
unosi  się  nad  wszystkimi  rzeczami  i  na  każdą  radość  rzuca  cień  melancholii,  i  ciągle 
doświadcza w  głębi duszy  uczucia, że nicość toczy  podstawy jej bytu. Miliony ludzi, którzy 
przeszli  przez  piekła  XX  wieku,  zgadzają  się  z  wyznaniem  pewnego  mężczyzny 
wychowanego w surowym katolicyzmie: „Dobrze, że nie ma osobowego Boga Ojca i że nie 
potrzebuję  w  niego  wierzyć,  w  przeciwnym  bowiem  razie  musiałbym  widzieć  w  nim 
straszliwego demiurga, który oprócz innych okrucieństw spuszcza na dzieci deszcz fosforu i 
bomb  napalmowych,  a  niewinnym  ofiarom  każe  ginąć  marnie  w  komorach  gazowych.” 
Człowiek współczesny, któremu w obliczu tego strasznego cierpienia cisną się na usta różne 
pytania,  nie  może  zadowolić  się  argumentacją  opartą  na  dualistycznym  schemacie:  świat 
doczesny  –  świat  wieczny.  „Chrystianizm  historyczny  odpowiedział  na  to  wołanie 
ogłoszeniem  królestwa  i  życia  wiecznego,  w  które  trzeba  uwierzyć.  Cierpienie  zużywa 
nadzieję  i  wiarę...  Chrystianizm  historyczny  uleczy  od  zła  i  zbrodni  poza  historią;  ale  zła  i 
zbrodni doświadcza się w historii.”

6

 

  

O  kwestię  teodycei  rozbijają  się  w  gruncie  rzeczy  wszystkie  teorie,  jakie  człowiek 

tworzy  sobie  na  temat  Boga.  W  jej  świetle  wyobrażenia  Boga  jako  najwyższej  istoty  i 
doskonałego  bytu,  ukoronowania  projektu  świata,  jako  celu  i  ukojenia  ludzkiej  tęsknoty 
okazują się dla człowieka nazbyt ludzkimi konstrukcjami, które nie wytrzymują konfrontacji 
z rzeczywistością. Cierpienie bodaj jednego niewinnego dziecka jest już niezbitym dowodem 
przeciw  istnieniu  osobowego  dobrotliwego  Boga.  I  choć  Jezus  nazywa  go  czule  Ojcem, 
Ojczulkiem, to nie można jednak przypisać mu żadnej cechy dobrego, kochającego, ludzkiego 
ojca. Ma on być wszechmocny, ale nie pomaga małej, niewinnej istocie, co uczyniłby każdy 
ziemski  ojciec,  chociaż  nie  ma  tyle  mocy.  Tymczasem  istnieje  nie  tylko  ta  jedna  cierpiąca 
istota,  aczkolwiek  i  to  by  już  wystarczyło.  Wiele  tysięcy  dzieci  głoduje  codziennie,  ginie  z 
pragnienia,  umiera  w  nieludzkich  warunkach,  jest  poddawanych  torturom  i,  np.  w 
metropoliach  Brazylii,  zabija  się  je,  ponieważ  szpecą  obraz  ulic.  „Bardziej  niż  każde  inne 

background image

wzruszenie,  głębiej  niż  mój  własny  strach  przejmuje  mnie,  trawi,  zatruwa  obojętność  istot 
pozaziemskich  wobec  nas,  mieszkańców  Ziemi.  Na  niczym  spełzła  śmiała  próba 
przeciwstawiania  ich  lodowatemu  chłodowi  naszego  fragmentarycznego  ciepła”,  mówi  w 
obliczu śmierci wieszczka z książki Christy WcM Kassandra. 

Najwyższy  czas,  aby  również  teologowie  stawili  czoła  niesłychanemu  cierpieniu  na 

ś

wiecie.  Mogą  go  nie  zauważać  jedynie  najbardziej  bezwzględni.  W  jaki  jednak  sposób 

reagują na nie, o ile w ogóle reagują? W gruncie rzeczy nadal triumfalnie, nie chcąc uwłaczać 
swemu  Bogu,  trzymając  z  dala  od  niego  wszystko,  co  negatywne,  nadal  obarczając  winą  za 
wszelkie  zło  i  krzywdy  człowieka  oraz  inne  czynniki.  Sławny  brat  Roger,  opat 
ekumenicznego  klasztoru  z  Taize,  wyjaśnia  w  książce  Liebe  aller  Liebe.  Die  Quellen  von 
Taize  (Miłość  wszelkiej  miłości.  Źródła  z  Taize)  z  emfazą,  która  nie  dopuszcza 
jakiegokolwiek ograniczenia miłości Boga, jakiegokolwiek w nią zwątpienia: „Bóg nigdy nie 
jest  sprawcą  zła,  nieszczęść,  wojen,  trzęsień  ziemi.  Nie  pragnie  On  ani  cierpień,  ani  nędzy 
człowieka...  Bóg  nigdy  nie  przygląda  się  niewzruszony  męce  ludzkiej.  Cierpi  wraz  z 
niewinnym,  który  jest  ofiarą  niepojętych,  bolesnych  doświadczeń,  cierpi  z  każdym.  Istnieje 
ból Boga, cierpienie Chrystusa.” 

Wszyscy  znają  brata  Rogera  jako  dobrotliwego,  usposobionego  pojednawczo 

człowieka.  A  przecież  ślepa  pobożność  odjęła  mu  resztkę  rozumu.  A  przecież  podpisuje  się 
on  pod  nietolerancyjnym  fundamentalizmem,  który  cierpiącego  „pociesza”  tym,  że  zabrania 
mu  widzieć  praprzyczynę  wszelkiego  cierpienia  w  Bogu,  czy  też  w  idei  Boga  osobowego, 
nakazując mu oskarżać o cierpienie raczej siebie samego lub inne ziemskie siły. Frere Roger 
byłby  ostatnim  człowiekiem,  który  odmówiłby  Bogu  wszechmocy.  Jeżeli  jednak  Bóg  jest 
wszechmogący, musi być praprzyczyną wszystkiego. Gdyby nie chciał zła, nędzy, cierpienia, 
nie byłoby ich. Katolicki teolog Hermann Schell (1850-1906) zauważył prosto, ale logicznie: 
skoro uznajemy wszechmocnego Boga i rozpoznajemy zło na tym świecie, to widocznie Bóg 
tak chciał, gdyż inaczej nie zaistniałoby. Z tego też powodu, a także dlatego że Schell podał w 
wątpliwość wieczność kary piekielnej, jego książka znalazła się na indeksie kościelnym, a on 
sam  był  prześladowany  jako  „teolog  modernistyczny”.  Dla  teologii  obu  wielkich  Kościołów 
nauka Schella jest chyba jeszcze zbyt nowoczesna, skoro nawet i dziś przechodzi bez echa. 

Frere Roger nie jest wcale osamotniony w swojej teologii cierpienia Boga. W obliczu 

bezmiernych,  strasznych  cierpień  na  świecie  teologia  chrześcijańska,  o  ile  w  ogóle  zajmuje 
się  tym  problemem,  potrafi  jedynie  głosić:  „Cierpienie,  które  z  kimś  dzielimy,  jest  połową 
cierpienia.  Nie  traktuj  tego  tak  tragicznie,  Bóg  cierpi  przecież  wraz  z  tobą.”  Słyszymy  to 
również  w  „Słowie  na  niedzielę”.  Kaznodzieja  telewizyjny,  pani  Barbel  Deifel-Vogelmann, 
powiedziała  5  października  1991  roku:  „Wierzę,  że  Bóg  zszedł  do  nas  na  ziemię  w  Jezusie 
Chrystusie, aby cierpieć, aby wycierpieć wszystko wraz z nami.” 

Wielu teologów naprawdę sądzi, że swym twierdzeniem, iż Bóg okazuje przychylność 

cierpiącym,  ba,  współczuje  im,  odkryło  Amerykę,  rozwiązało  wszystkie  ważne  problemy 
teodycei. Mogą się przy tym powołać na Biblię: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna 
swego  Jednorodzonego  dał,  aby  każdy,  kto  w  Niego  wierzy,  nie  zginął,  ale  miał  życie 
wieczne” (J 3, 16). 

A więc to ma być „rozwiązanie” problemu teodycei, całkowicie nierozwiązywalnego 

na  płaszczyźnie  monoteizmu:  „(...)  osądzające  go  słowa  nie  mówią  nigdy  o  niczym  innym 
prócz  nieszczęścia,  jakiego  przysparzają  sobie  ludzie  chcący  żyć  bez  Niego,  a  któremu  On 
pozostawia ich z bólem. I oto po wszystkich prorokach zsyła swego Syna, to zaś oznacza, że 
ów  całkiem  do  Niego  należy,  że  jest  z  Nim  jednością.  To  Bóg  sam  przejawia  się  w 
Chrystusie, aby w ostatecznym wyniku swej miłości stać się jednym z nas. Nie zasiada On na 
swych  niebiańskich  wyżynach  i  nie  żąda  z  sadystycznym  okrucieństwem  ofiary  swego 
Umiłowanego, lecz sam jest tym, którego faryzeuszowska pobożność ludzi morduje na krzyżu 
–  a  który  nie  może  pozostać  w  śmierci.  Tak  więc  w  postaci  ukrzyżowanego  i 

background image

zmartwychwstałego  Chrystusa  zostaje  zdruzgotany  nie  tylko  „nierychliwy  zegarmistrz 
niebieski”,  ale  także  wszechwładnie  panujący  Bóg,  będący  zawsze  Bogiem  panujących  i 
dlatego wymagający panującego, hierarchicznego Kościoła. Oczywiście, pokusy naszej epoki 
są  inne.  Tylko  wiara  może  nas  od  nich  odciągnąć  i  zaprowadzić  do  Boga,  który  w  swej 
bezsilnej  miłości  wobec  naszej  strasznej  wolności  sam  cierpi  z  powodu  świata,  sam 
codziennie od nowa jest przez nas przybijany do krzyża...” (Friedrich Spiegel-Schmidt). 

Wbrew wszystkim żałosnym próbom uznawania tego osobowego Boga za niewinnego 

cierpień  świata,  należy  jednoznacznie  stwierdzić:  skoro  chrześcijańska,  ale  także 
judaistyczna, islamska, w ogóle każda monoteistyczna doktryna bezwzględnie uznaje Boga za 
absolutnego,  wszechmocnego  i  przyczynę  wszechrzeczy,  co  niewątpliwie  czyni,  to  ów  Bóg 
jest również praprzyczyną wszystkiego, a zatem ponosi pełną odpowiedzialność za całe zło i 
cierpienia, istniejące na świecie. Tak więc nie istnieje nic, co nie byłoby w pełni przez niego 
spowodowane i takim by nie pozostało. Stąd też wszystkie „grzechy”, zbrodnie i przestępstwa 
ziemskich  stworzeń  mają  w  nim  swoją  praprzyczynę,  a  przeto  Bóg  jest  za  nie  całkowicie 
odpowiedzialny. Według największego katolickiego teologa Tomasza z Akwinu Bóg sprawia, 
ż

e stworzenia nierozumne działają pod wpływem konieczności, zaś wolne stworzenia (anioły 

i  ludzie)  działają  swobodnie  za  przyczyną  jego  boskiej  mocy.  „Beze  mnie  nie  możecie  nic 
zrobić”, mówi Jezus w ewangelii św. Jana. Wynika z tego, że jeśli chrześcijańska, ale także 
islamska nauka o wiecznych karach piekielnych jest słuszna, to Bóg jako  pierwsza i główna 
przyczyna  jest  winien  temu,  że  stworzone  przezeń  istoty,  zależne  od  niego  w  całej  swej 
istotowej  strukturze  i  dynamice  woli,  idą  do  piekła.  Albowiem  ich  grzechy  są  w  znacznie 
większej  mierze  grzechami  samego  Boga  jako  wszech-  i  praprzyczyny  całej  rzeczywistości; 
musiał  on  zatem  chcieć,  aby  ludzie  grzeszyli.  Kalwin,  największy  chrześcijański  reformator 
obok  Lutra,  nie  był  więc  wcale  tak  niekonsekwentny  (chociaż  teologia  katolicka  mu  to 
zarzuca), kiedy twierdził, że Bóg – z góry i bez względu na przyszłe zasługi i uczynki ludzi – 
jednej  części  ludzkości  przeznaczył  niebo,  drugiej  zaś  piekło.  Ale  nawet  Tomasz  z  Akwinu, 
uznany za największego nauczyciela chrześcijaństwa katolickiego, którego nauka zawsze była 
zalecana przez papieży, stanowiących najwyższy urząd i najwyższą instancję, nie będący więc 
w  rozumieniu  Kościoła  katolickiego  kacerzem,  heretykiem  czy  schizmatykiem  jak  Kalwin, 
nigdy  nie  mógł  pogodzić  wszech-przyczynowości  Boga  z  samostanowieniem,  z  wolnością 
woli  człowieka.  Nawet  on  twierdzi,  i  niewiele  różni  się  w  tym  od  Kalwina,  że  Bóg  na 
podstawie  swoich  dekretów  (dzisiaj  powiedzielibyśmy  rozkazów,  niepodważalnych 
zarządzeń,  które  nie  znoszą  sprzeciwu)  z  góry  wie,  kto  pójdzie  do  nieba,  a  kto  do  piekła. 
(Musi  wszystko  wiedzieć,  bo  jest  podobno  wszechwiedzący.  Jednakże  przyszłe,  tzn.  jeszcze 
nie istniejące zachowania ludzkie może znać tylko wtedy, jeśli z góry je ustanowił i zrządził). 

Wobec  wszechprzyczynowości  i  pełnej  odpowiedzialności  osobowego  Boga  za 

cierpienie  na  świecie,  co  jest  logicznie  nie  do  odparcia,  teza  wielu  dzisiejszych  teologów  o 
jego  współcierpieniu  z  wszystkimi  istotami  staje  się  największą  makabreską,  jaką  można 
sobie 

wyobrazić. 

Chrześcijański 

Bóg 

jako 

Uniwersalny 

Sadomasochista, 

jako 

sadomasochistyczne monstrum! Albowiem ten Bóg projektuje w swym uniwersalnym mózgu 
ś

wiat,  w  którego  wszystkich  zakątkach  cierpienie  i  ból  odgrywają  dominującą  rolę.  Właśnie 

taki świat mu się podoba, a zatem przystępuje do czynu i tworzy go. Dopiero bowiem wtedy, 
gdy wszystkie stworzone przez niego istoty będą odpowiednio cierpiały, będzie mógł współ-
cierpieć  z  nimi,  będzie  mógł  okazać  i  objawić  swoje  współczucie  dla  istot  okrutnie 
naznaczonych  przez  ból.  Sadystycznie  tworzy  świat,  masochistycznie  znosi  jego  cierpienia! 
Wszystko  to  nie  byłoby  jeszcze  tak  makabryczne  i  straszne,  gdyby  boski  superman 
doświadczał w ten sposób tylko siebie. Ale przecież cierpiącymi w całej tej historii (w której 
istnieją  również  śmiercionośne  wirusy,  bakterie,  śmiertelne  choroby,  nijak  wszakże 
niezawinione  przez  człowieka)  jesteśmy  my!  Nas  jednak  nie  pytano,  czy  się  na  to  godzimy. 
Jeżeli  już  niebieski  sprawca  nieszczęść  chce  cierpieć,  to  bardzo  proszę  –  ale  bez  nas,  bez 

background image

naszego  pośrednictwa  w  jego  weltschmerzu.

7

  Albowiem  tylko  jakiś  masochistyczny 

psychopata pozwoliłby Bogu zsyłać na siebie różnorakie nieszczęścia po to, by Stwórca mógł 
sobie z nim do woli pocierpieć. 

Bardziej  fundamentalistycznego  stanowiska  nie  można  sobie  wyobrazić!  Ale 

elementarny  fundamentalizm  religii  monoteistycznych  polega  już  na  tym,  że  są  one 
monoteizmami, że bazują na wierze w osobowego Boga. Tu tkwi źródło wszystkich dalszych 
fundamentalizmów  tych  religii  –  w  bezsensie  metafizycznie  wysublimowanej  projekcji 
osobowej nadistoty przez ludzką, (czyt.: teologiczną) psychikę. 

I oto pojawia się Hans Kung, uchodzący wszak za liberalnego i krytycznego teologa, i 

w  swoim  Projekt  Weltethos  (Etos  świata  –  Propozycja)  czyni  to,  co  najbardziej  niepewne, 
niewiarygodne,  sprzeczne  –  absolutnie  niewzruszonym  fundamentem,  bez  którego  ludzka 
moralność  musi  zginąć:  „Tylko  absolut  może  zobowiązać  absolutnie!”  Tylko  odnowiona 
wiara  w  „jedynego  prawdziwego  Boga”  zawsze  zobowiązuje  człowieka  do  moralnie 
słusznych  zachowań!  Humanum  musi  być  ugruntowane  w  divinum  (boskości)!  „Teonomia” 
(prawodawstwo  Boga)  musi  ograniczać  ludzką  autonomię  i  przerastać  ją!  Rozum  stanie  się 
bezrozumny,  jeżeli  osobowy  Bóg  nie  będzie  dlań  punktem  odniesienia  i  orientacji.  Ludzie 
zaczęliby  zadawać  sobie  pytanie,  dlaczego  w  ogóle  muszą  postępować  moralnie,  skoro  nie 
zobowiązuje ich do tego absolutnie i bezwarunkowo żaden Bóg. 

Słusznie  napisał  na  ten  temat  pewien  recenzent:  „Najwyraźniej  nie  może  on  [Kung] 

zrezygnować ze starej katolickiej wizji doskonałości, absolutności, a więc nieomylności.” Ja 
zaś  dodałbym,  że  jest  to  nie  tylko  wizja  katolicka,  ale  w  ogóle  monoteistyczna.  To  ona  w 
swym fundamentalistycznym skostnieniu nie może zrezygnować z absolutności, wszechmocy 
i doskonałości osobowego Boga. Tymczasem jednak nadal obowiązuje w przeciwieństwie do 
niej  aksjomat,  który  już  w  ubiegłym  stuleciu  stworzył  angielski  filozof,  James  Stuart  Mili: 
„Albo Bóg jest wszechmocny, a wtedy nie jest dobrotliwy, albo jest dobrotliwy, a wtedy nie 
jest wszechmocny.” Ale po co jeszcze my mamy sobie nad tym łamać głowę? Nawet teolog, 
który naprawdę wiedział coś o cierpieniu, ponieważ w przeciwieństwie do większości z nich 
dzień w dzień spotykał się twarzą w twarz z jego najgorszymi skutkami, lekarz z Lambarenę, 
Albert Schweitzer, wyrzekł się jasno i wyraźnie wiary w osobowego  Boga: „Religia miłości 
może istnieć bez osobowości władającej światem.” 
  
  
  
  

Nota o autorze 
 

 

Hubertus Mynarek urodził się w roku 1929 na Opolszczyźnie, w niemieckiej rodzinie. 

Po  egzaminie  maturalnym,  zdanym  w  1948  roku  w  Katowicach,  wstąpił  do  seminarium 
duchownego.  Studiował  teologię  i  filozofię  w  Warszawie,  na  Uniwersytecie  Jagiellońskim 
oraz na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Uzyskał dwa magisteria oraz doktorat. W roku 
1953 został przez prymasa Polski, kardynała Stefan Wyszyńskiego, wyświęcony na księdza. 
Przez  sześć  lat  pracował  jako  duszpasterz  na  Śląsku.  W  1958  roku  wyjechał  na  stałe  do 
Republiki  Federalnej  Niemiec.  Tam,  w  Munsterze  i  Wurzburgu,  kontynuował  studia  w 
dziedzinie  teologii,  filozofii  i  psychologii.  W  latach  1961-1963  był  asystentem  wydziału 
teologii  katolickiej  uniwersytetu  w  Munsterze,  zaś  od  1963  do  1965  roku  –  pracownikiem 
naukowym uniwersytetu w Wurzburgu. Dalsze etapy drogi naukowej Hubertusa Mynarka - to 
habilitacja  (1966)  i  profesura.  Wykładał  filozofię  religii,  teologię  i  religioznawstwo  w 
Bambergu i Wiedniu, gdzie był dziekanem słynnego wydziału filozoficzno-teologicznego. W 
roku  1972  wystąpił  z  Kościoła  i  wystosował  krytyczny  wobec  tej  instytucji  list  otwarty  do 
papieża  Pawła  VI,  po  czym  został  przez  Kościół  pozbawiony  prawa  nauczania.  Odtąd 

background image

wykłada  sporadycznie  jako  profesor-gość.  Porzuciwszy  stan  duchowny,  ożenił  się  i  został 
ojcem trojga dzieci. 

Wśród licznych publikacji książkowych profesora Mynarka na wyróżnienie zasługują 

zwłaszcza: Mystik und Vernunft (Mistyka i rozum)] Eros und Klerus (tytuł nie wymaga chyba 
tłumaczenia);  Zwischen  Gott  und  Genossen  (Między  Bogiem  a  towarzyszami)  –  książka 
autobiograficzna, dotycząca pracy duszpasterskiej autora w Polsce Ludowej; Zakaz myślenia. 
Fundamentalizm  w  chrześcijaństwie  i  islamie  (wydanie  polskie:  Uraeus);  Jezus  i  kobiety. 
Miłosne  życie  Nazarejczyka  –  wydanie  polskie  zaledwie  w  kilka  miesięcy  po  publikacji  w 
Niemczech, gdzie książka ta stała się jednym z bestsellerów roku 1995. 

 

background image

Bibliografia 
 

 

Alt Franz: Jesus – der erste neue Mann, Piper, Munchen 1991

 

Anguttara  Nikaya,  [cyt.  za]:  Winternitz,  Moritz,  Der  Mahayana-Buddhismus.  Nach  Sanskrit-  und  Prakrittexten 
(Rel.-gesch. Lesebuch, H. 15), Tubingen 1930

 

Barth Karl: Fides quaerens intellectum. Anselms Beweis der Existsenz Gottes,

 

TVZ, Zurich 1931 Beinert Wolfgang (wyd.): „Katholischer” Fundamentalismus, Haretische Gruppen

 

in der Kirche?, Pustet, Regensburg 1991

 

Camus Albert: Człowiek zbuntowany, w tegoż: Eseje, wybór i tłum. J. Guze, Warszawa 1971

 

Deschner Karlheinz: Der gefalschte Glaube, Knesebeck & Schuler, Munchen

 

1988 Drewermann Eugen: Kleriker, Walter Yerlag, Olten 31989

 

ˇ Ań ichren Fruchten sollt ihr się erkannen, Walter Yerlag, Olten 1988

 

ˇ „Ich lasse mich nicht lebendig begraben”, wywiad w: Publik-Forwn, nr 22/1989

 

Frere Roger: Liebe aller Liebe. Die Quellen von Taize, Herder, Freiburg 1990  
Fromm Erich: Mieć czy być: duchowe podstawy nowego społeczeństwa, tłum. J. Miziński, Warszawa 1971

 

Glotz  Peter:  „Der  ungerechte  Krieg”,  [w]:  Der  Spiegel,  nr  9/1991  Glucksmann  Andre:  Am  Ende  des  Tunnels, 
Siedler, Berlin 1991

 

Horkheimer Max: Żur Kritik der instrumentellen Yernunft, Suhrkamp, Frankfurt 1967

 

Jaggi Christian, Krieger David: Fundamentalismus. Ein Phanomen der Gegen-

 

wart, Orell Fussli, Zurich 1991 Jung Matthias: „Zwischen Kanzel und Katheder”, [w]: Publik-Forum, nr 7/1991

 

Kant Immanuel: Krytyka czystego rozumu, tłum. R. Ingarden, 2 tomy, wyd. II,

 

Warszawa 1986 Kehl Robert:  „Die religiósen Absolutheitsanspriiche”,  [w]: Freie Religion, nr

 

7/1991 Kellerhals Emanuel: Der Islam, Gutersloher Yerlagshaus G. Mohn, Gutersloh

 

21978 Kung Hans: wywiad w: Publik-Forum, nr 5/1991 na temat: Soli die Welt zum Teufel gehen?

 

ˇ „Kardinal Ratzinger, Papst Wojtyla und die Angst vor der Freiheit”, [w]:

 

B. Kuckertz (wyd.), Kreuz-Feuer, Heyne, Munchen 1991

 

ˇ Projekt Weltethos, Piper, Munchen 1991

 

Kunzli Arnold: „Kritik der reinen Unvernunft”, [w]: Th. Meyer (wyd.), op. cit.

 

Maddox  Brenda:  Die  teuflische  Doktrin,  Knesebeck  &  Schuler,  Munchen  1991  Marx  Karl:  Die  Friihschriften, 
hrsg. von S. Landshut, Stuttgart 1955

 

–           „Żur Kritik der Hegelschen Rechtsphilosophie”, Einleitung, [w]: A. Ruge,

 

K. Marx (wyd.), Deutsch-Franzósische Jahrbucher, Paris 1844 (zit. nach der

 

Reclam jun.-Ausgabe, Leipzig 1973)

 

Meister Eckhart: [cyt. za]: Sudbrack, Josef, Mystik, Matthias Grunewald Verlag,

 

Mainz 21988 Meyer Thomas:  „Fundamentalismus. Die andere Dialektik der Aufklarung”,

 

[w]: Th. Meyer (wyd.), Fundamentalismus in der modernen Welt, Suhrkamp,

 

Frankfurt 1989 Mili John Stuart: System der deduktiven und induktiven Logik, 2 tomy, Braun-

 

schweig 1877 Mynarek Hubertus: Kirche ohne Tabu, Yerlag Das Wort, Rotrweil a. N. 1986

 

ˇ Mystik und Yernunft, Walter, Olten 1991

 

ˇ Ókologische Religion. Ein neues Yerstandnis der Natur, Goldmann, Munchen 21990

 

ˇ Religiós ohne Gott? Goldmann, Munchen 1990

 

ˇ Die Yernunft des Universums, Goldmann, Munchen 1988

 

ˇ Die Kunst zu sein, Yerlag Mehr Wissen, Dusseldorf 1989

 

Óverland Arnulf: „Drei Artikel des Unglaubens”, [w]: Club Ybltaire t. l, Szczęsny Yerlag, Munchen 21964

 

Pfurtner Stephan: Fundamentalismus. Die Flucht ins Radikale, Herder, Freiburg 1991

 

Russel Bertrand: Dlaczego  nie jestem chrześcijaninem? [w]: T. Kotarbiński,  L. Infeld,  B. Russell, Religia i ja, 
tłum. Amelia Kurlandzka, wyd. IV, Warszawa 1981,

 

Schell Hermann: Gott und Geist, 2 tomy, Schoningh, Paderborn 1895/96 Schopenhauer Arthur: [cyt. za]: Peter 
de Rosa, Der Jesus-Mythos, Droemer-Knaur, Munchen 1991 Schrodinger Erwin: „Das arithmetische Paradoxon 
–  Die  Einheit  des  BewuBtseins”,  [w]:  H.-P.  Durr  (wyd.),  Physik  und  Transzendenz,  Scherz,  Bern  1986 
Schweitzer Albert: Brief von A. S. an Prof. Jacobi, [cyt. za]: E. Fromm, op. cit.

 

ˇ Das Christentum und die Weltreligionen, Beck, Munchen 1925

 

ˇ Kultur und Ethik (Kulturphilosophie, cz. II), Beck, Munchen 31923

 

ˇ [cyt. za]: H. Róhr: „Islam – Doppelgesicht einer Weltreligion”, [w]: Freies Christentum, 43. Jg., 3/1991

 

Walf Knut: „Fundamentalistische Strómungen in der katholischen Kirche”, [w]:

 

Th. Meyer (wyd.), op. cit.

 

Williams  John  A.:  Der  Islam,  Edito-Service  S.A.,  Genf  1973  Wolf  Christa:  Kassandra,  Luchterhand,  Neuwied 
1985 

background image

Zweig Stefan: Świat  wczorajszy, tłum. M. Wisłowska, Warszawa 1958 „Das Zweite Vatikanische Konzil, Teil 
II”, [w]: Lexikonfur Theologie und Kirche, Herder, Freiburg 1967

 

  
  

 Przypisy 

                                                 

1

 Miasto w Indiach Zachodnich z ośrodkiem prowadzonym przez Bhagwana Rajneesha. 

2

 Erich  Fromm, Mieć czy być: duchowe podstawy nowego społeczeństwa, tłum. J. Miziński, Warszawa 1989, 

str. 94. 

3

 Stefan Zweig, Świat wczorajszy, tłum.  M.  Wisłowska,  Warszawa  1958, str. 14-15. 

4

 Immanuel Kant, Krytyka czystego rozumu, tłum. R. Ingarden, t. II, wyd. II, 

Warszawa 1986, str. 354. 

5

 Bertrand Russell, Dlaczego nie jestem chrześcijaninem? w: T. Kotarbiński, L. Infeld, B. Russell, Religia i ja, 

tłum. Amelia Kurlandzka, wyd. IV, Warszawa 1981, str. 55. 

6

 Albert Camus, Człowiek zbuntowany, tłum. Joanna Guze, Kraków 1988, str. 281. 

7

 (z języka niem. ból świata) - depresja, smutek, apatia, wynikające z myśli o niedoskonałości świata; 

sentymentalny pesymizm; chandra, spleen (termin pochodzący z Cierpień młodego Wertera, napisanych przez 
prekursora niemieckiego romantyzmu - Johana Wolfganga Goethego).