background image

L

UCY

 M

AUD

 M

ONTGOMERY

D

OROSŁE

 

ŻYCIE

 E

MILKI

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 

ANGIELSKIEGO

: E

MILY

S

 Q

UEST

P

RZEŁOŻYŁA

 E

WA

 H

ORODYSKA

background image

Stelli Campbell Keller,

która zna Józefa

background image

R

OZDZIAŁ

 1

I

„Nareszcie koniec z bawarką” — zapisała w pamiętniku Emilia Byrd Starr po przyjeździe ze 

Shrewsbury   do   Księżycowego   Nowiu.   Za   sobą   miała   szkolne   lata,   a   przed   sobą   — 
nieśmiertelność.

Był to gest symboliczny. Pozwalając Emilce pić prawdziwą herbatę — regularnie, a nie 

tylko przy specjalnych okazjach — ciotka Elżbieta Murray milcząco uznała jej dorosłość. Inni 
już od pewnego czasu uważali Emilkę za osobę dorosłą — zwłaszcza kuzyn Andrzej Murray i 
przyjaciel   Perry   Miller,   którzy   oświadczyli   się   o   jej   rękę   i   zostali,   ku   swemu   żalowi, 
bezapelacyjnie   odrzuceni.   Dowiedziawszy   się   o   tym   ciotka   Elżbieta   uznała,   że   nie   ma  co 
zmuszać Emilki do picia bawarki. Emilka nie miała jednak nadziei, że kiedykolwiek wolno jej 
będzie   nosić   jedwabne   pończochy.   Jedwabne   halki,   które   były   niewidoczne,   jeszcze 
tolerowano,   pomimo   ich   uwodzicielskiego   szelestu,   lecz   jedwabne   pończochy   uważano   za 
niemoralne.

A zatem Emilka, o której ci, co ją znali, szeptali tajemniczo tym, co jej nie znali: ,,ona 

pisze”, została jedną z pań na Księżycowym Nowiu, gdzie nic się nie zmieniło od chwili jej 
przybycia   przed  siedmiu  laty   i  gdzie   rzeźbiony  ornament  kredensu  nadal  rzucał   na  ścianę 
przedziwny cień o etiopskich zarysach w tym samym miejscu, w którym Emilka dostrzegła go z 
zachwytem pierwszego wieczora. Stary dom przeżył już bardzo wiele i dlatego był tak cichy, 
mądry   i   odrobinę  tajemniczy.   Był   także   nieco   surowy,   lecz   przy  tym   ogromnie   życzliwy. 
Niektórzy mieszkańcy Perlistej Wody i Shrewsbury uważali, że jest to miejsce nudne i że młoda 
dziewczyna nie będzie tu miała żadnych widoków na przyszłość, powiadali też, że Emilka 
postąpiła   bardzo   niemądrze   odmawiając   pannie   Royal,   która   proponowała   jej   posadę   w 
czasopiśmie w Nowym Jorku. Odrzucić taką dobrą sposobność stania się kimś ważnym! Lecz 
Emilka, która miała ustalone poglądy co do własnej osoby, nie uważała wcale, żeby życie w 
Księżycowym   Nowiu   miało   być   nudne   ani   że   pozostając   tutaj   utraciła   szansę   alpejskiej 
wspinaczki.

Należała z boskiego wyroku do Starożytnego i Szlachetnego Zakonu Gawędziarzy. Gdyby 

urodziła się wiele tysięcy lat temu, siadywałaby w plemiennym kręgu przy ognisku i czarowała 
słuchaczy opowiadaniami. Skoro jednak przyszła na świat w czasach obecnych, musiała dotrzeć 
do swego audytorium za pomocą rozmaitych środków przekazu.

Nici, z których powstaje tkanina opowieści, są jednak wszędzie od wieków takie same. 

Narodziny, śmierć, małżeństwo, skandal — to jedyne naprawdę interesujące sprawy na tym 
świecie. Emilka wyruszyła więc radośnie i zdecydowanie w pościg za sławą i fortuną — i 
jeszcze za czymś. Emilia Byrd Starr pisała bowiem nie tylko dlatego, że marzyła o bogactwie 
czy zdobyciu laurowego wieńca. Pisanie było czymś, co musiała robić. Każda rzecz, pomysł — 
piękny czy brzydki — dręczyły ją, dopóki nie „przelała” ich na papier. Poczucie humoru i 
dramatyzmu sprawiało, że komizm i tragizm życia zniewalały ją i domagały się, by jej pióro 
nadało   im   właściwy   wyraz.   Świat   straconych,   lecz   nieśmiertelnych   marzeń,   leżący   tuż   za 
zasłoną rzeczywistości, kusił ją, by nadała mu kształt i znaczenie — wzywał głosem, którego 
nie mogła, nie odważyła się nie słuchać. Przepełniała ją młodzieńcza radość istnienia. Życie 
wabiło i nawoływało, by podążała przed siebie. Wiedziała, że czekają ją ciężkie zmagania; 
wiedziała, że będzie musiała nieustannie obrażać sąsiadów z Perlistej Wody, odrzucając ich 
prośby   o   pisanie   nekrologów,   wiedziała,   że   ilekroć   użyje   nie   znanego   im   słowa   będą 
pogardliwie twierdzić, że „wyraża się przesadnie”; wiedziała, że wydawcy odeślą wiele z jej 
maszynopisów. Wiedziała, że czekają ją dni pełne rozpaczy, gdy dojdzie do wniosku, iż nie 

background image

potrafi pisać i nie ma sensu próbować dalej — dni, kiedy redaktorskie zdania w rodzaju: „nie 
nadaje się do druku nie tylko ze względów merytorycznych” zaczną jej tak działać na nerwy, że 
zapragnie, wzorem Marii Baszkircew, wyrzucić przez okno dokuczliwy, tykający, bezlitosny 
zegar z bawialni; dni, w które wszystko, co napisała i czego próbowała, wyda się jej mierne i 
godne pogardy; dni, w które ogarnie ją gorzkie zwątpienie w podstawowe przekonanie, że 
poezja życia jest równie prawdziwa jak jego proza; dni, kiedy echo „zbłąkanego słowa” z 
rozmowy bogów, w które z takim napięciem się wsłuchiwała, wyda się jedynie urągliwym 
sygnałem nieosiągalnej doskonałości i piękna, niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika.

Wiedziała,   że   ciotka   Elżbieta   toleruje   tę   pisarską   manię,   lecz   nigdy   jej   w   pełni   nie 

zaakceptuje. W ciągu ostatnich dwóch lat nauki w szkole średniej w Shrewsbury, ku zdumieniu 
i   niedowierzaniu   ciotki   Elżbiety,   Emilka   zarabiała  prawdziwe   pieniądze  dzięki   wierszom   i 
opowiadaniom. Stąd tolerancja ciotki. Dotychczas jednak żaden z Murrayów nie robił niczego 
podobnego. Na dodatek panna Elżbieta Murray miała niemiłe uczucie, że istnieje obszar, do 
którego nie ma dostępu. Ciotka Elżbieta była głęboko urażona, że Emilka ma swój własny świat 
prócz świata Księżycowego Nowiu i Perlistej Wody, gwiaździste i nieograniczone królestwo, 
do którego może wkroczyć, gdy zechce, i żadna, nawet najbardziej stanowcza i podejrzliwa z 
ciotek, nie jest w stanie podążyć za nią. Szczerze mówiąc, myślę, że gdyby oczy Emilki nie 
spoglądały tak często na coś wyśnionego, cudownego i tajemniczego, ciotka Elżbieta miałaby 
więcej zrozumienia dla jej ambicji. Nikt z nas, nawet niezależni Murrayowie z Księżycowego 
Nowiu, nie lubi być ignorowany.

background image

II

Ci z was, którzy śledzili losy Emilki w Księżycowym Nowiu i Shrewsbury

*

. sporo już o niej 

wiedzą. Dla tych zaś, którzy jej nie znają, pozwolę sobie nakreślić portret naszej bohaterki w 
cudownym   wieku   lat   siedemnastu,   przechadzającej   się   wśród   złocistych   chryzantem, 
rozświetlających   stary,   jesienny,   nadmorski   ogród.   Ogród   Księżycowego   Nowiu   tchnął 
spokojem. Był czarodziejskim, pięknym miejscem, pełnym soczystych, zmysłowych barw i 
wspaniałych, ulotnych cieni. Przepełniała go woń sosen i róż, brzęczenie pszczół, zawodzenie 
wiatru,   pomruk   błękitnej   atlantyckiej   zatoki,   a   od   północy   dobiegały   zawsze   łagodne 
westchnienia jodeł z zagajnika Dumnego Jana Sullivana. Emilka kochała w nim każdy kwiat, 
cień i dźwięk, zwłaszcza swoje zaprzyjaźnione, najmilsze drzewa — kępę dzikich wiśni w 
południowo—zachodnim   zakątku.   Trzy   Księżniczki   Lombardzkie,   pewną   dziką   śliwę   przy 
ścieżce nad strumykiem, potężny świerk pośrodku ogrodu, srebrzysty klon i pobliską sosnę, 
osikę wiecznie flirtującą z wesołym wietrzykiem i rząd dostojnych, białych brzóz w zagajniku 
Dumnego Jana.

Emilka zawsze się cieszyła, że mieszka wśród tylu drzew — starych, rodowych drzew, 

zasadzonych   i   pielęgnowanych   przez   ludzi,   którzy   dawno   odeszli,   dźwigających   radości   i 
smutki życia, które mijało w ich cieniu.

Smukłe, dziewczęce, młode stworzenie. Włosy jak czarny jedwab. Fiołkowoszare oczy, pod 

którymi widoczne były fioletowe cienie, zawsze głębsze i bardziej tajemnicze, ilekroć Emilka 
przesiadywała do późnych godzin, kończąc opowiadanie lub szkicując kolejną fabułę; pąsowe 
usta z murrayowskimi zmarszczkami w kącikach; uszy lekko spiczaste jak u elfa. Być może 
zmarszczki koło ust i kształt uszu nasuwały niektórym ludziom kocie skojarzenia. Subtelna linia 
szyi i podbródka, wieloznaczny uśmiech; rozkwitająca, promienna istota, oczekująca spełnienia. 
I kostki, które ta gorsząca wszystkich stara ciotka Nancy Priest z Księżycowego Stawu tak 
chwaliła. Delikatny, różowy odcień zaokrąglonych policzków niekiedy raptownie przechodził 
w   purpurę.   Niewiele   rzeczy   mogło   wywołać   ów   nagły   rumieniec:   wiatr   od   morza, 
nieoczekiwane spojrzenie na błękitne wzgórza, płomienista czerwień maku, białe żagle łodzi 
wypływającej   z   zatoki   o   magicznej,   porannej   porze,   srebrzyste   fale   w   świetle   księżyca, 
porcelanowobłękitny orlik w starym sadzie. A także pewne gwizdanie w zagajniku Dumnego 
Jana.

Czy była ładna? Nie potrafię powiedzieć. W rozmowach o pięknościach z Perlistej Wody 

nigdy nie wymieniano Emilki. Ale ten, kto widział jej twarz, nigdy jej nie zapomniał. Nikt, 
spotykając Emilkę po raz drugi, nie musiał bąkać: ,,Ehm… pani twarz wydaje mi się znajoma, 
lecz…”. Miała za sobą pokolenia wspaniałych kobiet. Każda z nich przekazała jej cząstkę swej 
osobowości. Posiadała wdzięk płynącej wody, a także coś z jej połyskliwości i przejrzystości. 
Myśl kołysała nią niczym podmuch wiatru. Uczucia wstrząsały nią jak ulewny deszcz kwiatem 
róży. Należała do tych żywotnych istot, o których mówimy, iż wydaje się niemożliwe, by 
kiedykolwiek miały umrzeć. Na tle całej praktycznej, rozsądnej rodziny lśniła jak diament. 
Wielu ludzi ją lubiło, wielu żywiło do niej niechęć. Nikt nie pozostawał wobec niej obojętny.

Pewnego   razu,   gdy   Emilka   była   jeszcze   bardzo   mała   i   mieszkała   w   starym   domku   w 

Majowym Gaju, gdzie zmarł jej ojciec, wyruszyła na poszukiwanie końca tęczy. Biegła przez 
rosiste pola i wzgórza, wyczekująca i pełna nadziei. Tymczasem cudowny łuk bladł, przygasał, 
aż w końcu zniknął. Emilka znalazła się sama w nieznanej okolicy, niepewna, gdzie jest dom. 
Przez chwilę jej usta drżały, a oczy wypełniły się łzami. Potem uniosła twarz i uśmiechnęła się 
dzielnie do pustego nieba.

— Będą jeszcze inne tęcze — powiedziała.

* Zobacz: .Emilka z Księżycowego Nowiu” i .Emilka szuka swojej gwiazdy”.

background image

Życie Emilki było pogonią za tęczą.

background image

III

W   Księżycowym   Nowiu   życie   biegło   teraz   innym   torem.   Emilka   musiała   do   tego 

przywyknąć. Musiała pogodzić się z pewnym osamotnieniem. Ilza Burnley, postrzelona, wierna 
towarzyszka   siedmiu   lat   życia   Emilki,   wyjechała   do   Szkoły   Literatury   i   Deklamacji   w 
Montrealu.  Dziewczęta  rozstały się  we  łzach, powtarzając  dawne  obietnice.  Ich  późniejsze 
spotkania nigdy już nie miały być takie same jak niegdyś. Niezależnie od tego, jak głęboko 
chcielibyśmy to ukryć, wiemy, że nawet najbliżsi przyjaciele — być może właśnie przez tę 
bliskość — spotykając się po dłuższej rozłące odczuwają zawsze pewien chłód zmiany. Nikt nie 
pozostaje dokładnie taki jak dawniej. Jest to proces naturalny i nieunikniony. Człowiek zawsze 
rozwija się lub cofa, nigdy nie tkwi w miejscu. Niemniej jednak, mimo całej filozofii, któż z nas 
potrafi stłumić ulotne zdumienie i rozczarowanie, którego doznajemy widząc, że nasz przyjaciel 
nie jest i nie będzie taki jak niegdyś, nawet jeżeli zmienił się na korzyść?

Emilka,   dzięki   osobliwej   intuicji   zastępującej   jej   doświadczenie,   wyczuła   to   —   w 

przeciwieństwie do Ilzy — i wiedziała, że teraz żegna na zawsze Ilzę z czasów Księżycowego 
Nowiu i Shrewsbury.

Wyjechał   również   Perry   Miller,   dawny   „parobek”   z   Księżycowego   Nowiu,   zdobywca 

szkolnego   odznaczenia,   odrzucony,   lecz   wciąż   nie   pozbawiony   nadziei   wielbiciel   Emilki, 
przedmiot ataków Ilzy. Perry studiował prawo i pracował w kancelarii w Charlottetown, widząc 
przed sobą jasny i wyraźnie wytyczony cel. Dla Perry’ego nie istniały żadne tęcze ani mityczne 
skrzynie złota. Wiedział, że zmierza ku temu, co nie może umknąć. I ludzie zaczynali wierzyć, 
że mu się powiedzie. Mimo wszystko przepaść między prawnikiem w kancelarii pana Abla a 
Sądem Najwyższym Kanady nie była głębsza niż przepaść między tym samym prawnikiem a 
bosonogim mieszkańcem Piecykowej Rury.

Pogoń  za  tęczą  bliższa   była naturze  Teda  Kenta z  Wrotyczowego   Łanu,  który  również 

wyjeżdżał do Montrealu, gdzie miał się uczyć w Szkole Rysunku. Przed laty on także poznał 
zachwyt i urok, rozpacz i niepokój towarzyszące pościgowi za tęczą.

— Nawet jeśli nigdy jej nie odnajdziemy — powiedział Emilce w ostatni wieczór przed 

wyjazdem, podczas przechadzki po ogrodzie Księżycowego Nowiu, pod fiołkowym niebem, w 
porze   długiego,   cudownego,   północnego   zmierzchu   —   samo   poszukiwanie   wydaje   się 
piękniejsze niż osiągnięcie celu.

— Ale my go osiągniemy — oświadczyła Emilka, spoglądając ku rozmigotanej gwieździe 

na czubku jednej z Trzech Księżniczek. Sposób, w jaki Ted wypowiedział słowo „my”, sprawił, 
że przeszedł ją dreszcz. Emilka nigdy nie okłamywała samej siebie i nie próbowała zamykać 
oczu na fakt, że Ted Kent znaczy dla niej więcej niż ktokolwiek inny. Ona zaś — ile ona 
znaczyła dla niego? Niewiele? Dużo? A może nic?

Wyszła na spacer z gołą głową, wpiąwszy we włosy małą, żółtą, gwiaździstą chryzantemę. 

Po dłuższym namyśle włożyła bladożółtą jedwabną sukienkę. Wydawało się jej, że wygląda 
bardzo ładnie, ale czy to miało znaczenie, skoro Ted nawet tego nie zauważył? Z lekkim 
buntem   pomyślała,   że   jej   wygląd   zawsze   był   dla   niego   czymś   oczywistym.   Dean   Priest 
natomiast z pewnością zwróciłby uwagę na jej strój i wypowiedział jakiś subtelny komplement.

— Nie wiem — rzekł Ted, wpatrując się posępnie w szarego kota Emilki, Pryma, o oczach 

jak topazy, który wyobrażał sobie, że jest tygrysem przyczajonym w gąszczu spirei. — Nie 
wiem. Teraz, gdy naprawdę mam odbić od brzegu, czuję się przygnębiony. Być może nigdy nie 
uda mi się stworzyć niczego wartościowego. Cóż znaczy smykałka do rysowania? Zwłaszcza 
kiedy leży się bezsennie o trzeciej nad ranem?

— O,   znam  to  uczucie   —  przytaknęła  Emilka.   —  Wczoraj   w nocy  przez  kilka   godzin 

biedziłam się nad opowiadaniem i doszłam do wniosku, że nie potrafię pisać… że nie mam 
nawet po co próbować… że nie jestem w stanie napisać niczego wartościowego. Położyłam się 

background image

spać z tą myślą i zmoczyłam łzami poduszkę. Obudziłam się o trzeciej i nie mogłam nawet 
płakać. Łzy wydały mi się równie głupie jak śmiech… czy nawet ambicja. Moja nadzieja i 
wiara   legły   w   gruzach.   A   potem   wstałam   o   chłodnym,   szarym   świcie   i   zaczęłam   nowe 
opowiadanie. Nie pozwól, by godzina trzecia nad ranem zasnuła ci duszę mgłą.

— Niestety,  ta  godzina  zdarza   się   każdej   nocy  —  powiedział   Ted.   —  O  tej   bezbożnej 

godzinie dręczy mnie przekonanie, że jeśli człowiek pragnie czegoś zbyt mocno, nigdy tego nie 
zdobędzie. A ja bardzo mocno pragnę dwóch rzeczy. Chciałbym, naturalnie, zostać wybitnym 
malarzem. Nigdy nie podejrzewałem, Emilko, że mogę być tchórzem, ale teraz czuję strach. A 
jeśli się nie sprawdzę? Wszyscy będą się ze mnie wyśmiewali. Matka powie: „Wiedziałam, że 
tak będzie”. Wiesz, że tak naprawdę to ona nie chce mnie puścić. Ale żeby wyjechać i ponieść 
klęskę! Lepiej byłoby wcale nie wyjeżdżać.

— Nieprawda! — zawołała z pasją Emilka, zastanawiając się jednocześnie w głębi duszy, 

czego   jeszcze   Ted   pragnie   równie   mocno.   —   Nie   wolno   ci   się   niczego   bać.   Mój   ojciec 
powiedział mi, tej nocy, kiedy umarł, że mam nie lękać się niczego. I czy to nie Emerson 
napisał: „Czyń zawsze to, co boisz się uczynić”?

— Założę się, że Emerson napisał to, gdy już przestał bać się czegokolwiek. Łatwo być 

odważnym, kiedy człowiek zrzuci z siebie jarzmo.

— Wiesz, że wierzę w ciebie, Ted — powiedziała miękko Emilka.
— Tak. Ty i pan Carpenter. Jesteście jedynymi ludźmi, którzy naprawdę we mnie wierzą. 

Nawet Ilza myśli, że Perry ma większe szansę, by wrócić do domu z wypchanym portfelem.

— Ale ty nie szukasz wypchanego portfela. Ty ścigasz złotą tęczę.
— A jeśli jej nie odnajdę i sprawię ci zawód… to będzie najgorsze ze wszystkiego.
— Odnajdziesz ją. Spójrz na tę gwiazdę, Ted… tę nad najmłodszą z Księżniczek. To Wega z 

gwiazdozbioru Liry. Zawsze ją kochałam. Jest dla mnie najdroższą z gwiazd. Czy pamiętasz, 
jak przed laty siadywaliśmy z Ilzą w sadzie, kiedy kuzyn Jim gotował  kartofle dla świń? 
Opowiadałeś nam cudowne historie o twoim życiu na tej gwieździe, zanim przyszedłeś na 
świat. Tam nie istniała godzina trzecia nad ranem.

— Byliśmy   wtedy   szczęśliwymi,   beztroskimi   szczeniakami!   —   westchnął   Ted   tonem 

zatroskanego mężczyzny w średnim wieku, który tęsknie wspomina bujną młodość.

— Obiecaj   mi   —   odezwała   się   Emilka   —   że   kiedykolwiek   spojrzysz   na   tę   gwiazdę, 

przypomnisz sobie, że wierzę w ciebie… mocno.

— A czy ty mi obiecujesz, że ilekroć spojrzysz na tę gwiazdę, pomyślisz o mnie? — spytał 

Ted. — A raczej, obiecajmy sobie nawzajem, że patrząc na nią będziemy zawsze myśleli o 
sobie… zawsze. Gdziekolwiek się znajdziemy i dopóki będziemy żyli.

— Obiecuję — powiedziała Emilka z drżeniem. Bardzo lubiła, kiedy Ted tak na nią patrzył.
Romantyczna umowa. Co oznaczała? Emilka nie miała pojęcia. Wiedziała tylko, że Ted 

wyjeżdża — że życie wydało się jej nagle puste i zimne — że wiatr znad zatoki wzdycha 
bardzo smutno w zagajniku Dumnego Jana —że lato minęło i nadeszła jesień. I że złoto ukryte 
na krańcu tęczy leży wśród bardzo odległych wzgórz.

Dlaczego w ogóle wspomniała o tej gwieździe? Czemu zmierzch, żywiczna woń jodeł i 

smugi jesiennego zachodu słońca sprawiają, że ludzie mówią głupstwa?

background image

R

OZDZIAŁ

 2

I

Księżycowy Nów

18 listopada 19..

Dzisiaj dostałam grudniowy numer „Leśnej Granicy”, w którym zamieszczono mój wiersz 

„Pierzchające   stado”.   Uważam,   że   warto   wspomnieć   o   tym   w   pamiętniku,   ponieważ 
poświęcono mu całą stronę i ozdobiono ilustracjami — po raz pierwszy mój utwór został tak 
uhonorowany.

Sam wiersz jest, przypuszczam, nie najlepszy — pan Carpenter prychnął tylko, kiedy mu go 

odczytałam,   i   odmówił   wszelkich   komentarzy.   Pan   Carpenter   nigdy   nie   „wyraża   oziębłej 
pochwały”,   lecz   potrafi   zmiażdżyć   człowieka   milczeniem.   Ale   mój   wiersz  wyglądał  tak 
dystyngowanie, że nieuważny czytelnik mógł uznać, iż coś w nim jest. Błogosławię dobrego 
redaktora, który wpadł na pomysł, by dać ilustracje. Bardzo mnie to podniosło na duchu.

Nie jestem jednak zachwycona samymi ilustracjami. Artysta zupełnie nie uchwycił mojego 

zamysłu. Ted zrobiłby to lepiej.

Ted znakomicie daje sobie radę w Szkole Rysunku. A Wega świeci jasno każdej nocy. 

Ciekawe, czy Ted naprawdę myśli o mnie, gdy na nią patrzy. I czy w ogóle patrzy. Być może 
elektryczne światła Montrealu zaćmiły jej blask. Wydaje się, że Ted często widuje Ilzę.

To musi być bardzo miłe tak spotkać się w wielkim mieście pełnym obcych ludzi.

background image

II

26 listopada 19..

Dzisiejsze popołudnie było wprost czarowne — łagodne jak w lecie, lecz pełne jesiennej 

słodyczy.   Przez   dłuższą   chwilę   siedziałam   i   czytałam   na   cmentarzu   nad   stawem.   Ciotka 
Elżbieta uważa, że jest to bardzo ponure miejsce, i zwierzyła się ciotce Laurze ze swoich obaw, 
iż miewam jakieś niezdrowe upodobania. Nie widzę w tym nic niezdrowego. Jest to piękne 
miejsce, przesycone słodkimi, dzikimi zapachami, które wędrowny wiatr przynosi znad Perlistej 
Wody.   I   takie   ciche   i   spokojne   ze   swymi   starymi   grobami   —   zielonymi   pagórkami, 
porośniętymi kępami paproci. Leżą tutaj dawni mieszkańcy mojego domu. Mężczyźni i kobiety, 
ci, którzy zwyciężyli, i ci, którzy ponieśli klęskę; a teraz ich zwycięstwa i klęski są jednym i 
tym samym. Nigdy nie odczuwam tutaj żadnych uniesień ani przygnębienia. Wszelki jad i smak 
życia znikają. Lubię stare, czerwone płyty z piaskowca, zwłaszcza tę na grobie Marii Murray, z 
napisem „Tutaj zostaję”, w którym jej mąż zawarł skrywaną przez całe życie urazę. Jego grób 
znajduje się tuż obok i jestem pewna, że obydwoje dawno już sobie wybaczyli. Być może 
powracają czasami w bezksiężycowe noce, spoglądają na ten napis i zaśmiewają się. Napis 
zatarł się już nieco i porósł mchem. Kuzyn Jim przestał go oczyszczać. Pewnego dnia zniknie 
całkowicie   i   pozostanie   po   nim   tylko   zielono–srebrzysto–czerwonawa   smuga   na   starej, 
czerwonej płycie.

20 grudnia 19..

Dzisiaj   wydarzyło   się   coś   miłego.   Czuję   radosne   ożywienie.   „Madison’s”   przyjął   moje 

opowiadanie „Pomyłka oskarżenia”!!! O tak, to zasługuje na kilka wykrzykników. Gdyby nie 
wzgląd   na   pana   Carpentera,   zapisałabym   to   kursywą.   Ba,   użyłabym   samych   dużych   liter. 
Bardzo trudno dostać się na łamy tego pisma. Wiem o tym aż za dobrze! Czyż nie próbowałam 
wielokrotnie,   otrzymując  za   swe  trudy  jedynie  listy  w   rodzaju:   „Żałujemy,   lecz…”.   Teraz 
wreszcie   otworzyli   przede   mną   podwoje.   Druk   w   „Madison’s”   jest   wyraźną   i   nieomylną 
oznaką, że uczyniłam kolejny krok na Alpejskiej Ścieżce.  Kochany redaktor był uprzejmy 
napisać, że moje opowiadanie jest czarujące. Przemiły człowiek!

Przysłał   mi   czek   na   pięćdziesiąt   dolarów.   Wkrótce   będę   mogła   zacząć   spłacać   dług 

zaciągnięty u ciotki Ruth i wuja Wallace’a na moją naukę w Shrewsbury. Ciotka Elżbieta jak 
zwykle spojrzała podejrzliwie na czek, ale po raz pierwszy powstrzymała się od wyrażenia 
wątpliwości, czy bank wypłaci mi pieniądze. Piękne, błękitne oczy ciotki Laury promieniały 
dumą. Ciotka Laura naprawdę ma promienne oczy. Należy do epoki wiktoriańskiej. Oczy ludzi 
z   epoki   edwardiańskiej   błyszczą,   miotają   ognie   i   spoglądają   kusząco,   lecz   nigdy   nie 
promienieją. A ja lubię promienne oczy — zwłaszcza gdy promienieją dzięki moim sukcesom.

Kuzyn Jim powiada, że jego zdaniem „Madison’s” wart jest wszystkich innych jankeskich 

czasopism razem wziętych.

Zastanawiam się, czy „Pomyłka oskarżenia” spodoba się Deanowi Priestowi. I czy mi o tym 

powie. Ostatnio nie chwali niczego, co piszę. A ja tak bardzo pragnę zmusić go do tego. Czuję, 
że tylko jego pochwały — i pana Carpentera — są coś warte.

Dziwne rzeczy dzieją się z Deanem. Wydaje się, że w jakiś tajemniczy sposób staje się 

młodszy. Przed kilku laty uważałam, że jest człowiekiem starym. Teraz myślę o nim jako o 
mężczyźnie   w   średnim   wieku.   Jeśli   tak   dalej   pójdzie,   wkrótce   stanie   się   młodzieńcem. 
Przypuszczam, że to dlatego, iż zaczynam dojrzewać duchowo i doganiać go. Ciotka Elżbieta 
nadal   nie   pochwala   mojej   przyjaźni   z   Deanem.   Ciotka   czuje   zdecydowaną   antypatię   do 
wszystkich Priestów. A ja nie wiem, co bym zrobiła bez przyjaźni Deana. Jest dla mnie solą 

background image

życia.

15 stycznia 19..

Dzisiejszy dzień był burzliwy. Spędziłam bezsenną noc po otrzymaniu czterech odmów, 

choć   opowiadania   wydawały   mi   się   bardzo   dobre.   Zgodnie   z   przepowiednią   panny  Royal 
czułam, że postąpiłam strasznie głupio nie jadąc z nią do Nowego Jorku. O, nie dziwię się 
dzieciom, że płaczą budząc się w nocy. Sama często mam ochotę

płakać. Jest mi wtedy tak ciężko na duszy i widzę wszystko w czarnych kolorach. Przez całe 

przedpołudnie byłam przygnębiona i zniechęcona i oczekiwałam nadejścia poczty jako jedynej 
ucieczki   od   chandry.   Z   pocztą   wiąże   się   zawsze   fascynujące   uczucie   wyczekiwania   i 
niepewności. Co mi przyniesie? List  od Teda, który pisze tak zachwycająco? Miłą, cienką 
kopertę z czekiem w środku? Żałośnie wymowną, grubą kopertę z następnym odrzuconym 
rękopisem? Wzruszające bazgroły Uzy? Tym razem nie było niczego. Otrzymałam jedynie 
gniewną epistołę od kuzynki w trzeciej linii, Beulah Grant z Balladowego Stawu, która jest na 
mnie   wściekła,   ponieważ   uważa,   że   „opisałam”   ją   w   opowiadaniu   „Głupcy   z   nawyku”, 
zamieszczonym  niedawno  w  popularnym  kanadyjskim  czasopiśmie  rolniczym.  Napisała   do 
mnie list pełen gorzkich wyrzutów. Uważa, że mogłam „oszczędzić starą przyjaciółkę, która 
zawsze życzyła mi jak najlepiej”. Ponadto „nie przywykła, by ją ośmieszano w gazetach” i 
prosi, abym w przyszłości zechciała powstrzymać się od drukowania dowcipów na jej temat w 
krajowej prasie. Kuzynka Beulah dość lekko włada piórem i pewne jej sformułowania zraniły 
mnie, inne zaś rozzłościły. Nawet o niej nie  pomyślałam,  pisząc to opowiadanie.  Gdybym 
pomyślała,  z pewnością nie umieściłabym jej w swoim utworze. Jest zbyt głupia i pospolita. 
Ani trochę nie przypomina postaci ciotki Kate, która — pochlebiam sobie — jest barwną, pełną 
życia, zabawną starszą damą.

Kuzynka   Beulah   napisała   również   do   ciotki   Elżbiety,   w   związku   z   czym   rozpętała   się 

rodzinna awantura. Ciotka Elżbieta nie chce uwierzyć w moją niewinność — twierdzi, że ciotka 
Kate to wykapana kuzynka Beulah; i zwraca się do mnie z uprzejmą prośbą — uprzejme prośby 
ciotki   Elżbiety   zawsze   budzą   we   mnie  grozę   —  abym  w   moich   przyszłych   utworach  nie 
umieszczała karykatur krewnych.

— Żaden  z   Murrayów   —  rzekła   z   właściwą   sobie   wyniosłością   ciotka   Elżbieta   —  nie 

powinien zarabiać pieniędzy na dziwactwach przyjaciół.

W ten sposób spełniła się kolejna przepowiednia panny Royal. Czyżby i pozostałe miały się 

sprawdzić? Jeżeli tak…

Najgorszy cios jednak padł ze strony kuzyna Jima, który chichotał czytając „Głupców z 

nawyku”.

— Nie   przejmuj   się   starą   Beulah,   kociątko   —   szepnął.   —   To   jest   świetne.   Nieźle   ją 

obsmarowałaś jako ciotkę Kate. Od razu zgadłem, że to ona. Poznałem po nosie.

Otóż to! Na swoje nieszczęście obdarzyłam ciotkę Kate „długim, haczykowatym nosem”. A 

nie da się zaprzeczyć, że nos kuzynki Beulah jest długi i haczykowaty. Wieszano już ludzi na 
podstawie słabszych poszlak. Na nic się zdały rozpaczliwe zapewnienia, że wcale nie miałam 
na myśli kuzynki Beulah. Kuzyn Jim kiwnął tylko głową i zachichotał. — Oczywiście. Lepiej o 
tym nie mówić. Lepiej wcale nie mówić o takich rzeczach.

Najgorsze jest dla mnie to, że jeżeli istotnie ciotka Kate przypomina kuzynkę Beulah Grant, 

moja próba stworzenia tej postaci okazała się całkowicie chybiona.

Czuję się jednak znacznie lepiej teraz, gdy to opisałam. Wyrzuciłam z siebie urazę, bunt i 

zniechęcenie.

Myślę, że po to właśnie pisze się pamiętniki.

background image

III

3 lutego 19.

Dzisiaj był mój „wielki dzień”. Przyjęto trzy moje teksty. Pewien redaktor poprosił nawet o 

przysłanie mu jeszcze kilku opowiadań. Prawdę mówiąc, nie znoszę pisania opowiadań na 
zamówienie.   Jest   to   o   wiele   gorsze   niż   wysyłanie   ich   z   własnej   inicjatywy.   Zwrot   tekstu 
zamówionego przez redaktora jest bardziej upokarzający niż odrzucenie rękopisu wysłanego do 
jakiejś bezosobowej istoty siedzącej za biurkiem o tysiąc mil stąd.

Stwierdziłam ponadto, że nie potrafię pisać „na zamówienie”. To istne piekło. Przekonałam 

się   o   tym   niedawno.   Redaktor   „Młodzieży”   poprosił   mnie   o   napisanie   tekstu   opartego   na 
pewnym schemacie. Napisałam. Odesłał mi rękopis, w którym wytknął kilka błędów, i poprosił 
o przeredagowanie. Spróbowałam. Pisałam, skreślałam, zmieniałam i przestawiałam, aż mój 
rękopis  zamienił   się w zwariowaną, pstrokatą gmatwaninę czarno—niebiesko—czerwonych 
linii. W końcu wrzuciłam go do kuchennego pieca, wraz z wszystkimi dopiskami.

Będę   odtąd   pisała   tylko   to,   co   sama   zechcę   napisać.   A   redaktorzy   niech   będą… 

kanonizowani!

Dzisiejsza noc przyniosła północne zorze i zamglony nów księżyca.

background image

IV

16 lutego 19..

Moje opowiadanie „To tylko żart” ukazało się dzisiaj w „Miesięczniku Domowym”. Na 

okładce   nie   wydrukowano   jednak   mojego   nazwiska.   Za   to   w   „Dziewczęcych   Chwilach” 
wymieniono je wśród „znanych i cenionych współpracowników”. Kuzyn Jim przeczytał artykuł 
wstępny kilkakrotnie i słyszałam, jak rąbiąc drwa na opał szepcze: „znana i ceniona”. Później 
poszedł do sklepiku i kupił mi nowy zeszyt. Za każdym razem, gdy przekroczę kolejny kamień 
milowy na Alpejskiej Ścieżce, kuzyn Jim czci to wydarzenie wręczając mi nowy zeszyt. Nigdy 
ich sama sobie nie kupuję. To zraniłoby jego uczucia. Zawsze spogląda na stos zeszytów na 
moim stole z lękliwym szacunkiem i święcie wierzy, że w spisanych tam notatkach i szkicach 
kryje się wspaniała literatura.

Daję   Deanowi   do   przeczytania  każde   opowiadanie.   Nie   potrafię   się   powstrzymać,   choć 

zawsze oddaje mi teksty bez komentarza lub — co gorsza — z oziębłą pochwałą. Obsesyjnie 
pragnę  zmusić  Deana, by  przyznał,  że  potrafię  dobrze  pisać.  To  byłby prawdziwy  tryumf. 
Dopóki tego nie powie, wszystko pozostanie dla mnie prochem i popiołem. Bo on… wie.

background image

V

2 kwietnia 19..

Wiosna   podziałała   na   pewnego   młodzieńca   ze   Shrewsbury,   który   od   czasu   do   czasu 

odwiedza Księżycowy Nów. Nie jest to konkurent, którego mogliby aprobować Murrayowie. A 
co najważniejsze nie aprobuje go E.B. Starr. Ciotka Elżbieta miała bardzo ponurą minę, gdy 
poszłam z nim na koncert. Nie spała, kiedy wróciłam do domu.

— Nie uciekłam, ciociu, jak widzisz — powiedziałam. — Obiecuję ci, że nigdy tego nie 

zrobię. Gdybym kiedyś zapragnęła wyjść za mąż, powiadomię cię o tym i wezmę ślub nawet 
bez twojej zgody.

Nie wiem, czy uspokoiłam w ten sposób ciotkę Elżbietę. Moja matka uciekła z domu — 

dzięki Bogu! — a ciotka wierzy święcie, że takie rzeczy są dziedziczne.

background image

VI

15 kwietnia 19.

Dzisiaj   odbyłam   przechadzkę   po   wzgórzu   i   błądziłam   w   blasku   księżyca   wokół 

Rozczarowanego Domu. Dom ten został zbudowany przed trzydziestu siedmiu laty dla panny 
młodej, która nigdy nie przekroczyła jego progów. Od tego czasu stoi zabity deskami, nie 
wykończony, ze złamanym sercem, nawiedzany przez bojaźliwe, zapomniane duchy zdarzeń, 
które nigdy nie nastąpiły. Zawsze tak bardzo mi go żal. Żal mi jego nieszczęsnych, ślepych 
okien, które niczego nie widziały i nie mają nawet wspomnień. Nigdy nie zapłonęło w nich 
światło — prócz dawno minionej łuny pożaru. Mógłby to być przemiły domek, przytulony do 
lesistego wzgórza, okolony młodymi świerkami. Ciepły, przyjazny domek. Nie taki jak ten, 
który   Tom   Semple   zbudował   niedawno   na   krańcu   wsi.   Jego  dom   jest  złośliwy.   Ma   małe 
okienka i ostre kąty i przypomina starą jędzę. To dziwne, jaką osobowość może mieć dom, 
zanim   jeszcze   ktokolwiek   w   nim   zamieszka.   Kiedyś,   dawno   temu,   gdy   Ted   i   ja   byliśmy 
dziećmi,   obluzowaliśmy   deskę   w   oknie   Rozczarowanego   Domu,   weszliśmy   do   środka   i 
rozpaliliśmy   ogień   na  kominku.  Siedzieliśmy   przy  nim,   snując  życiowe   plany.  Chcieliśmy 
spędzić życie razem w tym domu. Przypuszczam, że Ted zapomniał o całej tej dziecinadzie. 
Pisze do mnie często, a jego listy są obszerne, wesołe i po prostu takie jak on sam. Opisuje 
swoje życie z najdrobniejszymi szczegółami. Ostatnio jednak wydaje mi się, że jego listy stały 
się jakieś bezosobowe. Równie dobrze mogłyby być pisane do Ilzy.

Nieszczęsny Rozczarowany Domku, chyba na zawsze pozostaniesz rozczarowany!

background image

VII i maja 19..

Nadeszła wiosna! Młode topole okryły się delikatnymi, złocistymi listkami. A za srebrzysto–

liliowymi wydmami faluje rozległa zatoka.

Zima   minęła   niewiarygodnie   szybko   pomimo   strasznych,   czarnych   godzin   nad   ranem   i 

samotnych, przygnębiających zmierzchów. Dean niebawem wróci z Florydy. Ale Ted i Uza nie 
przyjadą na lato do domu. Kosztowało mnie to kilka bezsennych nocy. Ilza jedzie nad morze do 
ciotki, siostry matki, która dotychczas wcale się nią nie interesowała. Ted zaś otrzymał od 
pewnego   nowojorskiego   wydawnictwa   zamówienie   na   ilustracje   od   cyklu   opowiadań   o 
Północnej   Policji   Konnej   i   musi   spędzić   wakacje   na   Dalekiej   Północy,   robiąc   szkice.   To, 
oczywiście, wspaniała szansa i nie byłoby mi ani trochę przykro… gdyby  on  choć odrobinę 
żałował, że nie przyjedzie do Perlistej Wody. Ale wcale nie żałował.

Cóż, zapewne Perlista Woda i życie tutaj są już dla niego opowieścią z innego świata.
Dotychczas nie uświadamiałam sobie, jak bardzo liczę na przyjazd Ilzy i Teda i w jak 

wielkim   stopniu   nadzieja   to   pomogła   mi   przetrwać   przykre   chwile   w   zimie.   Kiedy   sobie 
pomyślę, że tego lata nie usłyszę gwizdania Teda w zagajniku Dumnego Jana… ani razu nie 
spotkam się z nim na potajemnej, cudownej wędrówce wzdłuż strumienia… nie wymienimy 
porozumiewawczych   spojrzeń   w   towarzystwie,   kiedy   wydarzy   się   coś,   co   ma   dla   nas 
szczególne znaczenie — życie traci dla mnie barwę i staje się szarym, wyblakłym chodnikiem 
zszytym z łat i skrawków.

Wczoraj na poczcie spotkałam panią Kent. Przystanęła i odezwała się do mnie, co jej się 

bardzo rzadko zdarza. Nadal mnie nienawidzi.

— Wiesz chyba, że Ted nie przyjdzie na lato do domu?
— Wiem — odparłam krótko.
W jej oczach pojawił się dziwny błysk bolesnego tryumfu, gdy odwracała się ku drzwiom — 

tryumfu, który potrafię zrozumieć. Jest bardzo nieszczęśliwa, że Ted nie przyjedzie do niej, ale 
cieszy się, że nie przyjedzie do mnie. To ją przekonało, że Ted wcale o mnie nie dba.

I   prawdopodobnie   tak   jest.   Lecz,   mimo   wszystko,   wiosna   nie   pozwala   człowiekowi 

całkowicie pogrążyć się w smutku.

Andrzej jest zaręczony! Z panną, którą ciotka Ada aprobuje bez zastrzeżeń. „Gdybym sama 

ją wybierała, nie mogłabym lepiej wybrać”, powiedziała dzisiaj po południu do ciotki Elżbiety. 
Do ciotki Elżbiety, a przeciw mnie. Ciotka okazała chłodne zadowolenie. Ciotka Laura uroniła 
kilka łez. Zawsze płacze,  kiedy ktoś  znajomy rodzi się,  umiera,  żeni,  zaręcza,  przyjeżdża, 
wyjeżdża lub oddaje pierwszy głos w wyborach. Była trochę rozczarowana. Andrzej byłby dla 
mnie takim bezpiecznym mężem! Z całą pewnością nie ma w nim ani krzty dynamitu.

background image

R

OZDZIAŁ

 3

I

Początkowo nikt nie traktował poważnie choroby pana Carpentera. Ostatnimi czasy często 

miewał ataki reumatyzmu i całe dni spędzał w łóżku. Potem jednak wracał do pracy, ponury i 
sarkastyczny jak zawsze, z wyostrzonym na nowo językiem. Zdaniem pana Carpentera szkoła 
w   Perlistej   Wodzie   nie   była   już   taka   jak   niegdyś.   Powiedział,   że   składa   się   wyłącznie   z 
rozbrykanych,   bezdusznych,   młodych   zer.   Nie   było   nikogo,   kto   potrafiłby   zapamiętać 
cokolwiek.

— Mam już dość gotowania zupy w sicie — burczał.
Nie było Teda, Ilzy, Perry’ego ani Emilki — uczniów, którzy napełniali szkołę twórczym 

natchnieniem. Być może pana Carpentera znużyło już to wszystko. Nie był staruszkiem, lecz 
bujna młodość nadwątliła jego siły. Drobna, nieśmiała, bezbarwna kobiecina, która była jego 
żoną, umarła cicho zeszłej jesieni. Pan Carpenter, jak się wydawało, nie był do niej zbytnio 
przywiązany, niemniej jednak „posunął się” gwałtownie po jej śmierci. Uczniowie drżeli przed 
jego kąśliwymi uwagami i częstymi wybuchami gniewu. Członkowie zarządu szkoły potrząsali 
głowami i przebąkiwali o zatrudnieniu nowego nauczyciela.

Choroba pana Carpentera zaczęła się jak zwykle od nawrotu reumatyzmu. Później pojawiły 

się kłopoty z sercem. Doktor Burnley, który zbadał chorego wbrew jego upartym odmowom 
wezwania lekarza, spoważniał i zaczął mówić zagadkowo o braku „woli życia”. Ciotka Luiza 
Drummond z Balladowego Stawu przyjechała, by zająć się panem Carpenterem. Poddał się 
temu z rezygnacją, co było złym znakiem — jak gdyby nic go już nie obchodziło.

— Niech i tak będzie. Może się tu kręcić, jeśli to uspokaja wasze sumienia. Wszystko mi 

jedno, co robi, byle zostawiła mnie w spokoju. Nie pozwolę się karmić, niańczyć ani zmieniać 
sobie pościeli. Nie znoszę jej okropnych włosów. Zbyt proste i błyszczące. Powiedzcie jej, żeby 
coś z nimi zrobiła. I dlaczego jej nos wygląda tak, jakby był wiecznie zmarznięty?

Emilka   odwiedzała   go   co   wieczór.   Była   jedyną   osobą,   którą   stary   nauczyciel   chętnie 

widywał. Nie mówił wiele, ale co kilka minut otwierał oczy i uśmiechał się do niej szelmowsko 
i porozumiewawczo, jak gdyby obydwoje śmiali się z jakiegoś wyśmienitego dowcipu, którego 
nikt prócz nich nie rozumie. Ciotka Luiza nie wiedziała, co myśleć o tej wymianie uśmiechów, i 
nie bardzo jej się to podobało. Była poczciwą kobietą, a jej zawiedzione panieńskie serce 
przepełniały macierzyńskie uczucia; nie mogła jednak pojąć, co oznaczają te wesołe, figlarne 
uśmiechy   jej   pacjenta   na   łożu   śmierci.   Uważała,   że   powinien   raczej   pomyśleć   o   swej 
nieśmiertelnej duszy. Nigdy nie chodził do kościoła. Nie życzył sobie nawet odwiedzin pastora. 
Ale zawsze chętnie przyjmował Emilkę Starr. Ciotka Luiza skrycie żywiła co do niej pewne 
podejrzenia. Przecież ona pisze! I czyż nie opisała w jednym z opowiadań kuzynki własnej 
matki, całkiem jak żywej? Pewnie szukała „tematu” przy łożu śmierci tego starego poganina. 
To bez wątpienia tłumaczyło jej wizyty. Ciotka Luiza z ciekawością  zerkała na tę młodą, 
nienasyconą istotę. Miała nadzieję, że Emilka nie umieści jej w żadnym opowiadaniu.

Emilka długo nie dopuszczała do siebie myśli, że pan Carpenter nie wstanie już z łóżka. Nie 

mógł być aż tak ciężko chory! Nie cierpiał, nie skarżył się na nic. Na pewno mu się polepszy, 
gdy nadejdą cieplejsze dni. Powtarzała to sobie tak często, że w końcu zaczęła w to wierzyć. 
Nie wyobrażała sobie życia w Perlistej Wodzie bez pana Carpentera.

Pewnego majowego  wieczoru  pan Carpenter  poczuł  się  znacznie  lepiej.  W jego oczach 

zabłysły iskierki dawnego humoru, głos brzmiał dźwięcznie; żartował z nieszczęsnej ciotki 
Luizy,   która   nie   rozumiała   jego   dowcipów,   lecz   znosiła   je   cierpliwie,   jak   przystało   na 
chrześcijankę. Chorym należy ustępować. Opowiedział Emilce jakąś zabawną historię i śmiali 

background image

się razem tak głośno, że aż dygotały ściany niskiego pokoiku. Ciotka Luiza pokiwała głową. 
Nieszczęsna ta dama o wielu rzeczach nie miała pojęcia, ale znała się na pielęgnacji chorych i 
wypełniała   z   poświęceniem,   choć   po   amatorsku,   swe   ciche   obowiązki;   dlatego   ów   nagły 
przypływ sił nie był dla niej dobrym znakiem. Jakby to określono w Szkocji, pan Carpenter 
znajdował się „na progu śmierci”. Emilka, jako osoba niedoświadczona, nie wiedziała o tym. 
Wyszła od pana Carpentera rozradowana, że jego stan tak się poprawił. Wkrótce wyzdrowieje, 
wróci do szkoły, będzie grzmiał na uczniów, w roztargnieniu spacerował drogą, czytając jakiś 
podniszczony tom, i krytykował jej rękopisy z dawnym, uszczypliwym humorem. Emilka była 
zadowolona. Nie mogła stracić takiego przyjaciela jak pan Carpenter.

background image

II

Ciotka Elżbieta obudziła Emilkę o drugiej. Pan Carpenter przysłał po nią. Chciał, żeby 

przyszła.

— Czy…   czuje   się   gorzej?   —   zapytała   Emilka,   wyślizgując   się   ze   swego   wysokiego, 

czarnego łóżka o rzeźbionych słupkach.

— Jest umierający — odparła krótko ciotka Elżbieta. — Doktor Burnley mówi, że nie dożyje 

rana.

Coś w wyrazie twarzy Emilki poruszyło ciotkę Elżbietę.
— Czy to nie lepsze dla niego, Emilko? — odezwała się z niezwykłą łagodnością. — Jest 

stary i zmęczony. Jego żona nie żyje. Nie zatrudnią go w szkole w przyszłym roku. Starość 
upłynęłaby mu w wielkiej samotności. Śmierć jest jego najlepszą przyjaciółką.

— Myślę o sobie — powiedziała zdławionym głosem Emilka. Była piękna, wiosenna noc, 

gdy Emilka szła do domu pana Carpentera. Ciotka Luiza płakała, lecz Emilka nie uroniła ani 
jednej łzy. Pan Carpenter otworzył oczy i uśmiechnął się do niej — tym samym szelmowskim 
uśmiechem, co dawniej.

— Żadnych łez — mruknął. — Zabraniam płakać przy moim łożu śmierci. Niech Luiza 

Drummond płacze sobie w kuchni. W ten sposób też można zarabiać na życie. Nic więcej nie 
może dla mnie zrobić.

— A czy ja mogę coś zrobić dla pana? — spytała Emilka.
— Posiedź przy mnie, tak żebym mógł cię widzieć, póki nie odejdę. Źle jest odchodzić… w 

samotności. Nigdy nie lubiłem myśli o samotnym umieraniu. Ile tych starych łasic czeka tam w 
kuchni na moją śmierć?

— Są tam tylko ciotka Luiza i ciotka Elżbieta — odparła Emilka, nie mogąc powstrzymać 

uśmiechu.

— Nie miej mi za złe, że… będę niewiele mówił. Gadałem… przez całe życie. Mam już 

dość. Brak mi… tchu. Ale jeśli coś przyjdzie mi na myśl… chciałbym, żebyś tu była.

Pan Carpenter zamknął oczy i pogrążył się w milczeniu. Emilka siedziała cicho, a ciemny 

zarys jej głowy majaczył łagodnie na tle okna, za którym zaczynało już szarzeć. Widmowe 
palce kapryśnego wiatru igrały z jej włosami. Przez otwarte okno sączyła się woń czerwonych 
lilii  — natarczywy zapach, słodszy niż muzyka, przypominający utracone wonie dawnych, 
niewysłowienie drogich lat. W oddali dwie piękne, smukłe, ciemne jodły, obydwie tej samej 
wysokości, rysowały się na tle rozsrebrzonego światłem nieba, jak bliźniacze wieże gotyckiej 
katedry, wznoszącej się ponad pasmem srebrnej mgły. Pomiędzy nimi zawisł przyćmiony stary 
półksiężyc, równie piękny jak wieczorem. Widok ów był pociechą i chyba bodźcem dla Emilki 
podczas tego osobliwego czuwania. Cokolwiek odeszło, cokolwiek przeminęło, takie piękno 
było nieśmiertelne.

Od   czasu   do   czasu   ciotka   Luiza   wchodziła   do   pokoju   i   przyglądała   się   staremu 

nauczycielowi. Wydawało się, że pan Carpenter nie jest świadom jej obecności, ale gdy tylko 
wychodziła, otwierał oczy i mrugał do Emilki. Ku swej lekkiej zgrozie Emilka przyłapała się na 
tym,   że   odwzajemnia   te   mrugnięcia   —   miała   dostatecznie   dużo   murrayowskiej   krwi,   by 
mruganie na łożu śmierci budziło w niej pewne zgorszenie. Co by na to powiedziała ciotka 
Elżbieta?

Dzielne z ciebie dziecko — mruknął pan Carpenter po drugiej wymianie mrugnięć. — To 

dobrze… że tu jesteś.

O trzeciej nad ranem zaczął okazywać pewien niepokój. Ciotka Luiza znowu weszła do 

pokoju.

— Nie umrze, dopóki nie rozpocznie się odpływ, rozumiesz — wyjaśniła Emilce uroczystym 

szeptem.

background image

— Skończ z tym zabobonnym bełkotem — powiedział głośno i wyraźnie pan Carpenter. — 

Umrę, niech to diabli, kiedy będę gotów, a odpływ nie ma tu nic do rzeczy.

Przerażona ciotka Luiza zaczęła usprawiedliwiać go przed Emilką, tłumacząc, że jego umysł 

błądzi; po czym wymknęła się z pokoju.

— Wybacz mi to grubiaństwo — rzekł pan Carpenter. — Musiałem się jej jakoś pozbyć. Nie 

zniósłbym   tej   podstarzałej   baby   koło   siebie…   gdy   będę   umierał.   Będzie   miała…   co 
opowiadać… do końca życia. Okropne… ostrzeżenie. A jednak… to poczciwa dusza. Tak 
poczciwa… że aż nudna. Ani krzty zła. Każda osobowość… jakoś… potrzebuje… szczypty zła. 
To jest jak… sól… która dodaje… smaku.

Umilkł na chwilę, a potem dodał z powagą:
— Kłopot w tym,  że… Kucharz daje… przeważnie… zbyt dużo soli.  Niedoświadczony 

Kucharz… mądry po szkodzie… gdy miną wieki.

Emilka pomyślała, że tym razem jego umysł istotnie „błądzi”, lecz pan Carpenter uśmiechnął 

się do niej.

— Dobrze, że tu jesteś… mała przyjaciółko. Nie sprawia… ci to… przykrości?
— Nie — odparła Emilka.
— Kiedy Murrayówna mówi nie… można jej… wierzyć.
Po chwili pan Carpenter odezwał się znowu, tym razem bardziej do siebie niż do niej.
— Odchodzę… poza granicę świtu. Daleko… za gwiazdę poranną. Kiedyś myślałem, że 

będę się bał. Nie boję się. Śmieszne. Pomyśleć, ile się dowiem… już za kilka chwil, Emilko. 
Będę   mądrzejszy   niż   wszyscy   żyjący.   Zawsze   chciałem  wiedzieć…  wiedzieć.   Nie   lubiłem 
zgadywać. Nie jestem już ciekaw… życia. Tylko śmierci. Poznam prawdę, Emilko… Już za 
parę minut poznam… prawdę. Koniec zgadywania. A jeśli jest tak… jak mi się wydaje… będę 
znowu… młody. Nie możesz wiedzieć… co to znaczy. Ty jesteś młoda… i nie możesz mieć 
pojęcia… co to znaczy być znowu młodym.

Jego głos przeszedł na chwilę w niespokojny szept, po czym zabrzmiał wyraźniej:
— Emilko, przyrzeknij mi, że… nigdy nie będziesz pisała… by zadowolić kogokolwiek… 

prócz siebie.

Emilka zawahała się. Co miała znaczyć taka obietnica?
— Przyrzeknij — szepnął z naciskiem pan Carpenter.
Emilka przyrzekła.
— Dobrze — westchnął z ulgą pan Carpenter. — Trzymaj się tego… a wszystko… będzie 

dobrze.   Nie   ma   co   próbować   zadowolić   wszystkich.   Nie   ma   co   próbować   zadowolić… 
krytyków. Żyj własnym życiem. Nie daj się… zwieść… tym wrzaskom o realizmie. Pamiętaj 
— sosnowe lasy są równie prawdziwe jak… chlewy… a o ile przyjemniejsze. Osiągniesz to… 
pewnego dnia… masz w sobie zadatki. I nie mów… światu… wszystkiego. To właśnie… stało 
się… z naszą literaturą. Straciła urok tajemniczości… i dystansu. Chciałem powiedzieć coś 
jeszcze… ostrzec cię… ale nie pamiętam…

— Nie szkodzi — odezwała się łagodnie Emilka. — Niech pan się nie męczy.
— Nie   jestem   zmęczony.   Czuję,   że…   mam   to   już…   za   sobą.   Umieram…   jestem 

nieudacznikiem…   biednym   jak   mysz   kościelna.   Ale   mimo   wszystko,   Emilko…   miałem 
piekielnie ciekawe życie.

Pan   Carpenter   zamknął   oczy   i   wyglądał   jak   nieżywy,   aż   Emilka   mimo   woli   drgnęła 

niespokojnie. Lecz on uniósł wychudłą białą rękę.

— Nie…   nie   wołaj   jej.   Nie   wołaj   tej   zapłakanej   damy.   Tylko   ty,   mała   Emilko   z 

Księżycowego Nowiu. Mądra, mała Emilka. Co to ja chciałem… powiedzieć?

Po chwili otworzył oczy i powiedział głośno i wyraźnie:
— Otwórz drzwi… otwórz drzwi. Nie każmy śmierci czekać. Emilka pobiegła do drzwi i 

otworzyła je na oścież. Do pokoju wdarł się silny podmuch morskiego wiatru. Ciotka Luiza 
pospieszyła z kuchni.

background image

— Zaczął się odpływ… i on odchodzi wraz z nim… już odszedł.
Ale  jeszcze  nie zupełnie.  Gdy Emilka  pochyliła  się  nad  chorym,   przenikliwe  oczy pod 

krzaczastymi brwiami otworzyły się po raz ostatni. Pan Carpenter usiłował mrugnąć, lecz nie 
udało mu się.

— Przypomniałem sobie — szepnął. — Strzeż się… kursywy.
Czy   po   tych   słowach   rozległ   się   cichy,   złośliwy   chichot?   Ciotka   Luiza   była   o   tym 

przekonana. Bezbożny stary Carpenter umarł ze śmiechem, mówiąc o jakichś kursach. Bredził, 
naturalnie. Ale ciotka Luiza odniosła wrażenie, że nie było to budujące pożegnanie z życiem. 
Dzięki Bogu, nieczęsto bywała świadkiem takich scen.

background image

III

Emilka jak półprzytomna wróciła do domu i w swoim pokoju długo opłakiwała zmarłego 

przyjaciela. Jakiż on był dzielny… odszedł w cień — a może w blask? — śmiejąc się i żartując. 
Stary pan Carpenter miał swoje wady, lecz na pewno nie był tchórzem. Wiedziała, że po jego 
odejściu świat stanie się dla niej mniej przytulnym miejscem. Wydawało się, że upłynęło wiele 
lat, odkąd wyszła w ciemnościach z Księżycowego Nowiu. Coś mówiło jej, że stanęła teraz na 
rozdrożu.   Na   pozór   śmierć   pana   Carpentera   nic   nie   zmieniała.   Stanowiła   jednak   kamień 
milowy, na który Emilka miała oglądać się w przyszłości, mówiąc:

— Od tej chwili wszystko wyglądało inaczej.
Przez całe życie, jak się wydawało, Emilka dojrzewała dzięki gwałtownym doświadczeniom. 

Całe miesiące i lata upływały spokojnie, bez zmian — i nagle zdawała sobie sprawę, że jej 
dusza   opuściła   „ciasną   komorę   przeszłości”   i   przestąpiła   próg   „nowej   świątyni”,   bardziej 
przestronnej niż wszystkie widziane dotychczas. Lecz pierwszemu krokowi towarzyszył zawsze 
chłód zmiany i poczucie straty.

background image

R

OZDZIAŁ

 4

I

Rok po śmierci pana Carpentera upłynął Emilce spokojnie — spokojnie, przyjemnie i być 

może, choć usiłowała zagłuszyć tę myśl, nieco monotonnie. Nie było llzy, nie było Teda, nie 
było pana Carpentera. Perry przyjeżdżał bardzo rzadko. Latem, oczywiście, zjawił się Dean. 
Żadna dziewczyna nie mogłaby czuć się zupełnie samotna, mając Deana Priesta za przyjaciela. 
Emilka i Dean byli bardzo zaprzyjaźnieni od owego dnia przed laty, kiedy to Dean uratował ją 
nad zatoką Malvern

*

. Nie miało znaczenia,  że lekko utykał  i  miał krzywą łopatkę;  ani że 

zielone,  błyszczące,  marzycielskie  oczy  czasem nadawały jego  twarzy  niesamowity wyraz. 
Nikogo na świecie Emilka nie lubiła tak bardzo jak Deana. Myśląc o tym zawsze podkreślała 
słowo „lubić”. Istniały sprawy, o których pan Carpenter nie wiedział.

Ciotka Elżbieta nigdy w pełni nie aprobowała Deana. Ale ona w ogóle nie przepadała za 

Priestami. Między Murrayami a Priestami istniała, jak się wydaje, różnica usposobienia, której 
nie były w stanie zatrzeć nawet zdarzające się od czasu do czasu małżeństwa między klanami.

— Priestowie, doprawdy! — zwykła mawiać z pogardą ciotka Elżbieta, usuwając w niebyt 

cały klan jednym ruchem chudej, nieładnej, murrayowskiej ręki. — Priestowie, doprawdy!

— Murray to Murray, a Priest  to Priest, i nigdy się nie pogodzą — sparafrazowała raz 

Emilka Kiplinga, bezwstydnie i złośliwie, gdy Dean z udawaną rozpaczą zapytał, dlaczego jej 
ciotki go nie lubią.

— Stara  ciotka Nancy  z  Księżycowego  Stawu  nie cierpi   mnie — powiedział  z lekkim, 

kapryśnym uśmiechem, który czasami nadawał mu wygląd rozbawionego gnoma. — A panie 
Laura i Elżbieta odnoszą się do mnie z lodowatą uprzejmością, zarezerwowaną przez Murrayów 
dla najbardziej cenionych wrogów. I chyba wiem, dlaczego.

Emilka oblała się rumieńcem. Ona także zaczynała żywić przykre podejrzenia, dlaczego 

ciotki   traktowały   Deana   z   jeszcze   większym   chłodem   niż   dawniej.   Nie   chciała   się   z   tym 
pogodzić; odrzucała gorączkowo owe podejrzenia i zatrzaskiwała przed nimi drzwi, ilekroć 
przyszły jej takie myśli do głowy. One jednak nie pozwalały się odegnać i uparcie trwały na 
progu. Dean, jak wszystko i wszyscy dookoła, wydawał się ulegać nagłej zmianie. Co oznaczała 
ta   zmiana?   Do   czego   zmierzała?   Emilka   nie   chciała   odpowiadać   na   to   pytanie.   Jedyna 
nasuwająca się odpowiedź była zbyt niedorzeczna. I zbyt niepożądana.

Czy   Dean   Priest   z   przyjaciela   zmieniał   się   w   zalotnika?   Brednie.   Wierutne   brednie. 

Nieznośne brednie. Nie chciała, by Dean się w niej zakochał. Nade wszystko pragnęła jego 
przyjaźni. Nie mogła jej utracić. Przyjaźń ta była zbyt droga, niezapomniana, pobudzająca, 
wspaniała. Dlaczego musiały się zdarzać rzeczy tak szatańskie? Dochodząc do tego punktu w 
swych chaotycznych rozmyślaniach, Emilka zawsze zatrzymywała się i gorączkowo odwracała 
bieg myśli, zdając sobie z przerażeniem sprawę, że niemal przyznała, iż „szatańska rzecz” już 
się wydarzyła lub wydarzy się lada chwila.

Dlatego   odczuła   niemal   ulgę,   gdy   pewnego   listopadowego   wieczoru   Dean   odezwał   się 

niedbałym tonem:

— Chyba muszę zacząć myśleć o odlocie do ciepłych krajów.
— Dokąd się wybierasz w tym roku? — spytała Emilka.
— Do Japonii. Jeszcze tam nie byłem. Nie mam szczególnej ochoty wyjeżdżać akurat teraz, 

ale po co miałbym zostawać? Czy chciałabyś przez całą zimę rozmawiać ze mną w salonie w 
obecności ciotek?

— Nie   — Emilka   zaśmiała  się   i  wzdrygnęła  równocześnie.   Przypomniała  sobie   pewien 

* Patrz „Emilka z Księżycowego Nowiu”

background image

okropny jesienny wieczór, kiedy ulewa i wichura nie pozwoliły im przechadzać się po ogrodzie 
i musieli siedzieć w pokoju z ciotką Elżbietą, która robiła na drutach, i ciotką Laurą, która 
szydełkowała  przy  stole.   To   było  straszne.   Ale   właściwie   —  dlaczego?   Czemu  nie   mogli 
rozmawiać równie swobodnie i serdecznie, fantazjując jak w ogrodzie? Przynajmniej w tym 
wypadku odpowiedź nie miała nic wspólnego z różnicą pici. Czy dlatego, że rozmawiali o tak 
wielu rzeczach, których ciotka Elżbieta nie potrafiłaby zrozumieć, a zatem musiałaby potępić? 
Być może. Jakakolwiek była przyczyna, Dean mógł równie dobrze znajdować się na drugiej 
półkuli, bo prowadzenie rozmowy w obecności ciotek i tak było niemożliwe.

— A więc jadę — powiedział Dean, oczekując, że ta subtelna, wysoka, jasna dziewczyna 

stojąca przy nim w starym ogrodzie powie, że będzie za nim strasznie tęskniła. Mówiła tak 
przez wiele lat, każdej jesieni. Tym razem jednak nic nie powiedziała. Nie odważyła się.

Dlaczego?
Dean wpatrywał się w nią oczyma, które potrafiły być czułe, smutne lub namiętne, kiedy 

tylko zechciał, a w tej chwili ich wyraz zdawał się połączeniem tych trzech uczuć.  Musiał 
usłyszeć, że będzie za nim tęskniła. Prawdziwą przyczyną jego wyjazdu była tym razem chęć 
uświadomienia jej, jak bardzo będzie za nim tęskniła — udowodnienia, że nie potrafi żyć bez 
niego.

— Czy będziesz za mną tęskniła, Emilko?
— Ależ naturalnie — odparła Emilka lekko… zbyt lekko. Dotychczas mówiła to szczerze i z 

powagą. Dean nie żałował, że zaszła w niej taka zmiana. Nie potrafił jednak odgadnąć, jakie 
kryją się za nią myśli. Emilka zmieniła się, bo coś wyczuła, coś podejrzewała. Coś, co od lat 
usiłował ukryć i stłumić jako czyste szaleństwo. I cóż? Czy lekkość tonu świadczyła, że nie 
chce, aby jej wyznanie brzmiało zbyt poważnie? A może była to tylko instynktowna obrona 
kobiety przed czymś, co pociąga za sobą zbyt wiele?

— Straszna będzie ta zima bez ciebie, Teda i Ilzy. Nie chcę nawet o tym myśleć — ciągnęła 

Emilka. — Poprzednia zima była bardzo przykra. Coś mi mówi, że ta będzie jeszcze gorsza. 
Ale mam moją pracę.

— No tak, twoja praca — zgodził się Dean z nutą lekkiej pobłażliwości i rozbawienia, która 

ostatnio   zawsze   pojawiała   się   w   jego   głosie,   kiedy   mówił   o   ,,pracy”   Emilki,   jak   gdyby 
ogromnie   śmieszyło   go   nazywanie   w   ten   sposób   jej   uroczych   tekścików.   Cóż,   należało 
ustępować   temu   czarującemu   dziecku.   Żadne   słowa   nie   wyraziłyby   tego   jaśniej. 
Niedopowiedzenia Deana smagnęły wrażliwą duszę Emilki niczym biczem. Własna praca i 
ambicja   wydały   się   jej   nagle   —  przynajmniej   chwilowo   —  takie,   za   jakie   on   je   uważał: 
dziecinne i nieważne. Nie potrafiła bronić przed nim swojego zdania. On wiedział najlepiej. Był 
taki mądry… taki wykształcony. On wiedział najlepiej. To było największą udręką. Nie mogła 
lekceważyć jego opinii. W głębi serca Emilka czuła, że nigdy w pełni nie uwierzy w siebie, 
dopóki Dean Priest nie przyzna, że ona jest w stanie dokonać czegoś naprawdę istotnego. A 
jeżeli nie przyzna tego nigdy…

— Zabiorę z sobą twój obraz, Gwiazdko — mówił Dean. Nazywał ją tak od dawna, nie ze 

względu na nazwisko, lecz dlatego, że przypominała mu gwiazdę. — Będę cię widział siedzącą 
w pokoju przy starym widokowym oknie, snującą urocze opowiastki… przechadzającą się po 
starym   ogrodzie,   wędrującą   Wczorajszą   Drogą…   spoglądającą   na   morze.   Zobaczę   cię   w 
każdym przyjemnym wspomnieniu z Perlistej Wody. W końcu wszystko, co piękne na świecie, 
jest tylko tłem dla pięknej kobiety.

„Urocze opowiastki”… Ach, więc to tak! Emilka usłyszała tylko te słowa. Nie zauważyła 

nawet, że Dean nazwał ją piękną kobietą.

— Czy   myślisz,   Deanie,   że   potrafię   pisać   jedynie   urocze   opowiastki?   —   zapytała 

zdławionym głosem.

Dean bardzo zręcznie okazał zaskoczenie.
— A   cóż   by   innego,   Gwiazdko?   Czy   i   ty   sama   nie   jesteś   tego   zdania?   Cieszę   się,   że 

background image

znalazłaś sobie takie miłe zajęcie. To wspaniałe, mieć swoje drobne przyjemności. A jeśli w 
dodatku  coś  niecoś  zarobisz… Cóż,  tym  lepiej   dla ciebie,  taki już  jest  ten  świat.  Ale  nie 
chciałbym, żebyś zaczęła marzyć, że jesteś jakąś Bronte czy Austen, a potem obudziła się ze 
świadomością, że strawiłaś całą młodość na marzeniach.

— Nie wyobrażam sobie, że jestem kimś takim jak Bronte lub Austen — odparła Emilka — 

ale dawno tak ze mną nie rozmawiałeś, Deanie. Kiedyś uważałeś, że potrafię czegoś dokonać.

— Dzieciom nie należy odbierać miłych złudzeń — powiedział Dean. — Ale zabieranie ich 

z sobą w dojrzałość byłoby niemądre. Lepiej spojrzeć prawdzie w oczy. Pisujesz czarujące 
opowiastki,   Emilko,   i   niech   ci   to   wystarczy.   Nie   trać   najlepszych   lat   na   wzdychanie   za 
nieosiągalnym i na próby wspięcia się na szczyty zbyt wysokie dla ciebie.

background image

II

Dean nie patrzył na Emilkę. Stał oparty o stary zegar słoneczny i wpatrywał się weń z 

posępną miną człowieka, który zmusza się do mówienia rzeczy nieprzyjemnych, gdyż uważa to 
za swój obowiązek.

— Nie chcę być tylko autorką uroczych opowiastek! — zawołała buntowniczo Emilka. Dean 

spojrzał jej w oczy. Była takiego samego wzrostu co on — nawet nieco wyższa, choć niechętnie 
to przyznawał.

— Nie   musisz   być   inna,   niż  jesteś   —  powiedział   niskim,   wibrującym   tonem.   —  Stary 

Księżycowy   Nów   nie   oglądał   jeszcze   takiej   kobiety.   Takimi   oczami…   takim   uśmiechem 
możesz dokonać więcej niż piórem.

— Mówisz zupełnie jak stara ciotka Nancy Priest — rzuciła Emilka okrutnie i wzgardliwie.
Ale czy i on nie zachował się wobec niej okrutnie i wzgardliwie? O godzinie trzeciej tej nocy 

Emilka leżała bezsennie, pełna udręki. Przez kilka godzin stawiała czoło dwóm nienawistnym 
przeczuciom: że nigdy nie napisze niczego wartościowego i że utraci przyjaźń Deana. Mogła 
mu bowiem ofiarować jedynie przyjaźń, a to dla niego było za mało. Będzie musiała sprawić 
mu ból. Lecz… och, jakże mogła zranić Deana, z którym życie obeszło się tak okrutnie? 
Powiedziała „nie” Andrzejowi Murrayowi i ze śmiechem odrzuciła oświadczyny Perry’ego 
Millera, nie czując wyrzutów sumienia. Ale to była zupełnie inna sprawa.

Emilka usiadła w ciemności na łóżku i jęknęła ze szczerą, bolesną rozpaczą, której wcale nie 

umniejszał bezsporny fakt, iż trzydzieści lat później mogła zastanawiać się, zdumiona, dlaczego 
wówczas jęczała.

— Jakże bym chciała, żeby na świecie nie było kochanków ani też kłopotów miłosnych — 

powiedziała gwałtownie i z przejęciem, szczerze wierząc we własne słowa.

background image

III

W   blasku   dnia   Emilka,   jak   każdy,   uznała,   że   sprawy   wyglądają   mniej   tragicznie   i   są 

łatwiejsze do zniesienia, niż to się  wydawało w nocy. Miły czek na dość wysoką sumę i 
dołączony doń list,  życzliwy  i pełen uznania, sprawiły, że w znacznym stopniu odzyskała 
dawną   ambicję   i   szacunek   dla   siebie.   Najprawdopodobniej   dopatrywała   się   niesłusznie   w 
słowach   i   spojrzeniach   Deana   ukrytego   znaczenia.   Nie   zamierzała   być   głupią   gąską, 
przeświadczoną, że każdy mężczyzna, czy to młody czy stary, który chętnie z nią rozmawia i 
nawet prawi jej komplementy w cienistym ogrodzie przy blasku księżyca, musi być w niej 
zakochany. Dean mógłby być jej ojcem.

Pozbawione   sentymentu   pożegnanie   Deana   przed   wyjazdem   utwierdziło   ją   w   owym 

pocieszającym przekonaniu i mogła tęsknić za nim bez oporów. Tęskniła zaś przeraźliwie. Tej 
jesieni deszcz zalewający pola budził wielki smutek, podobnie jak szara mgła, nadciągająca 
powoli   znad   zatoki.   Emilka   ucieszyła   się,   kiedy   spadł   pierwszy   śnieg.   Była   teraz   bardzo 
zapracowana i często pisała długo w nocy, do tak późnych godzin, że ciotka Laura zaczęła 
martwić się o jej zdrowie, a ciotka Elżbieta raz czy dwa napomknęła niechętnie, że cena nafty 
poszła w górę.  Aluzja ciotki  nie  poskutkowała,  gdyż  Emilka  sama płaciła  za swoją  naftę. 
Zależało jej bardzo na tym, aby zwrócić ciotce Ruth i wujowi Wallace’owi pieniądze wyłożone 
na naukę w szkole średniej. Ciotka Elżbieta pochwalała ten zamiar. Murrayowie byli ludźmi 
niezależnymi. Według rodzinnej anegdoty w czasie potopu mieli własną łódź. Wspólna Arka — 
nie, to nie dla nich.

Oczywiście, Emilka wciąż otrzymywała wiele zwrotów — kuzyn Jim przynosił je z poczty 

trzęsąc   się   z   oburzenia.   Ale   liczba   przyjętych   tekstów   stale   rosła.   Każde   nowo   zdobyte 
czasopismo oznaczało krok dalej na Alpejskiej Ścieżce. Emilka wiedziała, że nabiera coraz 
większej wprawy. Nawet „miłosne dialogi”, które dawniej sprawiały jej tyle kłopotu, pisała 
teraz z łatwością. Czy to oczy Teda Kenta tak wiele ją nauczyły? Gdyby miała czas o tym 
myśleć, poczułaby się bardzo osamotniona. Zdarzały się i przykre godziny. Zwłaszcza gdy 
przychodził list od Ilzy, opisujący wesołe życie w Montrealu, tryumfy w Szkole Deklamacji i 
piękne nowe stroje. Podczas długich zmierzchów, gdy Emilka z drżeniem spoglądała przez 
okno starej  farmy i  myślała  o tym,  jak zimne,  białe i  puste  są  ośnieżone pola na zboczu 
wzgórza, jak mroczne, odległe i tragiczne wydają się Trzy Księżniczki — traciła wiarę w swoją 
gwiazdę.   Tęskniła   za   latem,   polami   pełnymi   stokrotek,   morzem   zamglonym   o   wschodzie 
księżyca i fioletowym o zachodzie słońca; za towarzystwem i za Tedem. W takich chwilach 
uświadamiała sobie zawsze, że brak jej Teda.

Ted wydawał się bardzo daleki. Nadal sumiennie pisywali do siebie, lecz ich listy nie były 

takie, jakie powinny być. Od jesieni Ted zaczął nagle pisać nieco chłodniej i bardziej oficjalnie. 
W odpowiedzi Emilka również obniżyła temperaturę swoich listów.

background image

IV

Miewała jednak chwile uniesienia i promiennych wizji. Godziny, podczas których czuła 

twórczą moc, płonącą niczym wieczny ogień. Rzadkie, wzniosłe chwile, gdy czuła się jak istota 
boska, doskonale szczęśliwa i nie pragnąca niczego więcej. Miała także własny świat marzeń, w 
którym   znajdowała   schronienie   przed   monotonią   i   samotnością   i   mogła   zakosztować 
przedziwnej słodyczy zmąconego szczęścia. Czasami w myślach stawała się na nowo małą 
dziewczynką   i   przeżywała   rozkoszne   przygody,   o   których   wstydziłaby   się   opowiadać   w 
dorosłym świecie.

Lubiła włóczyć się samotnie po okolicy, zwłaszcza o zmierzchu i przy świetle księżyca, 

mając za towarzyszy jedynie gwiazdy i drzewa, które ceniła najbardziej.

— Nie   mogę   usiedzieć   w   domu   w   księżycową   noc.   Muszę   wyruszyć   na  wędrówkę   — 

mówiła   ciotce   Elżbiecie,   która   nie   pochwalała   tych   spacerów.   Ciotka   Elżbieta   nigdy   nie 
przestała z niepokojem myśleć o ucieczce matki Emilki. A poza tym, takie włóczęgi były 
dziwactwem. Żadna panna z Perlistej Wody tego nie robiła.

Emilka   odbywała   przechadzki   po   wzgórzach,   patrząc   na   wschodzące   gwiazdy,   które 

pojawiały   się   jedna   po   drugiej,   mityczne,   legendarne   konstelacje.   Obserwowała   mroźne 
wzejścia   księżyca,   tak   piękne,   że   aż   sprawiały   ból;   ostre   wieże   jodeł   na   tle   płomiennych 
zachodów słońca; świerkowe zagajniki, otoczone mgiełką tajemniczości. Chodziła tam i na 
powrót   Jutrzejszą   Drogą   —   nie   tą   czerwcową,   pełną   pąków   i   młodej   zieleni,   ani   tą 
październikową, skąpaną w purpurze i złocie, lecz Jutrzejszą Drogą pogodnego, śnieżnego, 
zimowego zmierzchu, która była białym, tajemniczym, cichym miejscem pełnym magii. Emilka 
kochała ją bardziej niż inne ulubione zakątki. Nigdy nie miała dosyć tej rozkosznej, duchowej 
samotni, nawiedzonej marzeniami; jej nieuchwytny urok nigdy nie mógł zblednąć.

Gdyby tylko miała z kim porozmawiać! Pewnej nocy obudziła się z płaczem, gdy późny 

księżyc świecił niebiesko i zimno przez oszronioną szybę. Śniło się jej, że słyszy gwizdanie 
Teda   w   zagajniku   Dumnego   Jana   —   dawny,   drogi   sercu   sygnał   z   czasów   dzieciństwa. 
Natychmiast pobiegła przez ogród do zagajnika, lecz nie odnalazła Teda.

— Emilio Byrd Starr, żebym cię więcej nie przyłapała na płaczu z powodu jakiegoś snu — 

powiedziała porywczo.

background image

R

OZDZIAŁ

 5

I

Tego roku tylko trzy wydarzenia zakłóciły jednostajny tryb życia Emilki. Jesienią przeżyła 

romans — jak to określiła po wiktoriańsku ciotka Laura. Wielebny James Wallace, nowy, pełen 
dobrych chęci, nieco wymuskany młody pastor z Balladowego Stawu, zaczął dość często i pod 
rozmaitymi   pozorami   odwiedzać   plebanię   w   Perlistej   Wodzie,   a   przy   okazji   zaglądał   do 
Księżycowego Nowiu. Wkrótce wszyscy w Perlistej Wodzie i Balladowym Stawie wiedzieli, że 
Emilka Starr ma wielbiciela—pastora. Plotkowano zawzięcie. Powszechnie uznano sprawę za 
przesądzoną: Emilka przyjmie go z otwartymi ramionami. Pastor! Ludzie kręcili głowami. Ona 
absolutnie nie nadaje się na żonę pastora. W żadnym wypadku. Ale zawsze tak bywa. Pastor 
wybiera sobie najmniej odpowiednią dziewczynę.

W Księżycowym Nowiu zdania były podzielone. Ciotka Laura,  która nie przepadała za 

wielebnym   Wallace’em,   choć   nie   wiedziała   dlaczego,   miała   nadzieję,   że   Emilka   go   nie 
„zechce”. Ciotka Elżbieta w skrytości ducha również nie darzyła go sympatią, lecz olśniona 
była myślą o duchownym. Taki bezpieczny adorator! Pastorowi myśl o ucieczce z pewnością 
nie przyjdzie  do głowy. Uważała,  że Emilka powinna być szczęśliwa,  jeśli  uda jej się go 
„złapać”.

Kiedy   wyszła   na   jaw   smutna   prawda,   że   pastor   Wallace   przestał   składać   wizyty   w 

Księżycowym Nowiu, ciotka Elżbieta posępnie zapytała Emilkę o przyczynę i ku swej zgrozie 
dowiedziała się, że ta niewdzięczna kokietka odrzuciła jego oświadczyny.

— Dlaczego? — brzmiało następne, pełne zimnej dezaprobaty pytanie ciotki.
— Jego uszy, ciociu Elżbieto, jego uszy — odparła bezceremonialnie Emilka. — Naprawdę 

nie mogę podjąć ryzyka, że moje dzieci odziedziczą takie uszy.

Niestosowność   tej   odpowiedzi   zupełnie   zbiła   z   tropu   ciotkę   Elżbietę   —   co   było 

prawdopodobnie zamiarem Emilki. Wiedziała, że ciotka nie odważy się wracać do tego tematu.

Wielebny James Wallace uznał za swój „obowiązek” wyjechać na zachód z nadejściem 

wiosny. I na tym się skończyło.

background image

II

Później   nastąpił   epizod   związany   z   amatorskimi   przedstawieniami   teatralnymi   w 

Shrewsbury,   które   zostały   jadowicie   skrytykowane   w   jednej   z   gazet   wychodzących   w 
Charlottetown. Mieszkańcy Shrewsbury przypisywali winę Emilii Byrd Starr. Któż inny, pytali, 
mógłby pisać z tak szatańskim sarkazmem i tak inteligentnie? Wszyscy wiedzieli, iż Emilia 
Byrd Starr nigdy nie wybaczyła mieszkańcom Shrewsbury, że uwierzyli niegdyś w plotki o 
nocy w starym Domu Jana. I zemściła się. Czyż nie tak postępują Mur—rayowie? Latami 
chowają urazę, póki nie nadarzy się sposobność do zemsty. Na próżno Emilka dowodziła swej 
niewinności. Nigdy nie wykryto autora recenzji i Emilka do końca życia nie oczyściła się z 
podejrzeń.

W pewien sposób jednak skorzystała na tym. Zaczęto ją zapraszać na wszystkie spotkania 

towarzyskie w Shrewsbury. Ludzie obawiali się, że ich „opisze”, jeśli ją pominą. Nie zawsze 
korzystała z zaproszeń — Shrewsbury leżało siedem mil od Perlistej Wody. Pojechała jednak 
na   wieczorek   taneczny   do   pani   Nickle,   dzięki   czemu   przez   sześć   tygodni   trwała   w 
przeświadczeniu, że całe jej życie uległo zmianie.

Emilka–w–Zwierciadle wyglądała owego wieczoru bardzo ładnie. Włożyła suknię, którą od 

lat pragnęła mieć — ku zgrozie ciotek wydała na nią całe honorarium za jedno opowiadanie. 
Był to mieniący się jedwab, błękitny lub srebrzysty w zależności od oświetlenia, ozdobiony 
koronką lekką jak mgiełka. Emilka pamiętała, że Ted powiedział kiedyś, iż namaluje ją w takiej 
sukni jako Dziewicę Lodów.

Jej   sąsiad   z   prawej   strony   przez   cały   czas   usiłował   „zabawiać   towarzystwo”   i   Emilka 

zastanawiała się, w jakim celu Bóg stworzył taką istotę. Ale sąsiad z lewej! Mówił niewiele, 
lecz za to — jak patrzył! Emilka doszła do wniosku, że podobają jej się mężczyźni, których 
oczy mówią więcej niż usta. Powiedział jej tylko, że w tej sukni wygląda jak „promień księżyca 
w błękitną letnią noc”. Chyba to właśnie wyrażenie podbiło Emilkę, przeszyło jej serce niczym 
strzała — jak to się stało z ową nieszczęsną kaczuszką z dziecięcego wierszyka. Wobec uroku 
zgrabnie użytej frazy Emilka była bezradna. Tego samego wieczoru po raz pierwszy w życiu 
zakochała   się   gwałtowną,   romantyczną   miłością   —   „miłością,   o   której   marzą   poeci”,   jak 
napisała w pamiętniku. Młodzieniec — który nosił piękne i romantyczne nazwisko Aylmer 
Vincent — był w niej równie szaleńczo zakochany. Dosłownie prześladował Księżycowy Nów. 
Potrafił   z   wdziękiem   zabiegać   o   kobiece   względy.   Sposób,   w   jaki   mówił:   „droga   pani”, 
oczarował Emilkę. Gdy powiedział, że „piękne ręce są jednym z głównych uroków pięknej 
kobiety”, spoglądając przy tym z uwielbieniem na dłonie Emilki, ucałowała je wieczorem w 
swoim pokoju, ponieważ on pieścił je oczyma. Kiedy w uniesieniu nazwał ją „istotą z mgły i 
płomienia”, snuła się po Księżycowym Nowiu jak mgła i gorzała jak płomień, póki ciotka 
Elżbieta brutalnie nie ostudziła jej uczuć prosząc o usmażenie pączków dla kuzyna Jima. Gdy 
powiedział jej, że jest jak opal — na zewnątrz mlecz—nobiała, lecz o sercu z ognia i purpury, 
Emilka zaczęła się zastanawiać, czy życie już zawsze będzie takie.

— I pomyśleć, że kiedyś wydawało mi się, iż czuję coś do Teda Kenta! — powiedziała do 

siebie ze zdumieniem.

Zaniedbała pisanie i poprosiła ciotkę Elżbietę o starą, błękitną skrzynię ze strychu, w której 

chciała   gromadzić   wyprawę.   Ciotka   łaskawie   udzieliła   zezwolenia.   W   świetle   zebranych 
informacji nowy konkurent okazał się bez zarzutu. Dobra rodzina, wysoka pozycja towarzyska, 
niezłe dochody. Wszelkie znaki wydawały się pomyślne.

background image

III

I nagle stała się rzecz straszna.
Emilka odkochała się równie nieoczekiwanie jak przedtem zakochała. Stało się to z dnia na 

dzień. Nic dodać, nic ująć.

Była zdumiona. Nie mogła w to uwierzyć. Próbowała udawać, że dawne oczarowanie nie 

minęło. Próbowała drżeć, rumienić się i marzyć. Próżny trud. Ciemnooki wielbiciel — dlaczego 
dotychczas   nie  zauważyła,   że  jego   oczy  do  złudzenia  przypominają  krowie?   —  nudził   ją. 
Właśnie, nudził. Pewnego wieczoru ziewnęła w trakcie jego wspaniałego przemówienia. To 
wyjaśniało wszystko.

Emilka niemal rozchorowała się ze wstydu. Mieszkańcy Perlistej Wody myśleli, że została 

porzucona, i litowali się nad nią. Ciotki, które wiedziały lepiej, były rozczarowane i zgorszone.

— Płocha, płocha jak wszyscy Starrowie — stwierdziła z goryczą ciotka Elżbieta.
Emilka nie miała siły się bronić. Uznała, że zasłużyła sobie na to. Może naprawdę była 

płochą istotą. Na pewno była, skoro tak płomienne zauroczenie tak prędko zamieniło się w 
popiół.   Nie   pozostała   ani  jedna  iskierka.   Ani  jedno  romantyczne  wspomnienie.   Emilka   ze 
złością wykreśliła z pamiętnika zdanie o „miłości, o której marzą poeci”.

Przez dłuższy czas była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa. Czyż nie miała w sobie żadnej 

głębi? Czy była istotą tak powierzchowną, że nawet jej miłość przypominała ziarno rzucone w 
jałową glebę? Wiedziała, że inne dziewczęta przeżywały głupie, burzliwe, przelotne miłostki, 
ale nigdy nie przypuszczała, że i jej się to przytrafi — że jest do tego zdolna. Dać się do tego 
stopnia oczarować przystojnej twarzy, miodopłynnemu głosowi, wielkim, ciemnym oczom i 
krasomówczym   zdolnościom!   Krótko   mówiąc,   Emilka   czuła,   że   postąpiła   bardzo   głupio   i 
murrayowska duma nie mogła tego przeboleć.

Co gorsza, pół roku później młodzieniec ów poślubił pewną pannę ze Shrewsbury. Emilka 

nie dbała o to, z kim i jak prędko się ożenił, ale jej upokorzenie w związku z tą głupią sprawą 
pogłębiło się jeszcze na myśl, że jego romantyczny zapał był równie przelotny. Andrzej także 
łatwo się  pocieszył.  Perry Miller  bynajmniej  nie  tonął  w  rozpaczy. Ted  zapomniał  o niej. 
Czyżby naprawdę nie potrafiła wzbudzić w żadnym mężczyźnie głębokiego, trwałego uczucia? 
Oczywiście,   był   Dean.   Ale   nawet   on   wyjeżdżał   co   roku   i   pozostawiał   ją   przypadkowym 
konkurentom, nie dbając o to, że któryś może zwyciężyć. — Czy mam aż tak powierzchowny 
charakter? — z ogromnym przejęciem pytała nieszczęsna Emilka samą siebie.

Ze   skrywanym   zadowoleniem   chwyciła   ponownie   za   pióro.   Przez   dłuższy   czas   jednak 

sprawy miłosne w jej opowiadaniach miały posmak cynizmu i mizantropii.

background image

R

OZDZIAŁ

 6

I

Latem   Ted   Kent   i   Ilza   Burnley   przyjechali   do   domu   na   krótkie   wakacje.   Ted   uzyskał 

stypendium, które wiązało się z dwuletnim pobytem w Paryżu, i za dwa tygodnie miał odpłynąć 
do   Europy.   Natychmiast   napisał   o   tym   Emilce,   a   ona   odpowiedziała   winszując   mu   jak 
przyjaciółka i siostra. W ich listach nie było żadnej wzmianki o tęczach, złocie i Wedze z 
gwiazdozbioru Liry. Nie można jednak zaprzeczyć, że Emilka oczekiwała przyjazdu Teda z 
tęskną, nieśmiałą nadzieją. Być może — czy odważyła się o tym marzyć? — kiedy spotkają się 
znowu jak dawniej w starym, czarodziejskim lesie, niewytłumaczalny chłód, który pojawił się 
między nimi, rozwieje się jak mgła nad zatoką o wschodzie słońca. Niewątpliwie Ted także 
przeżywał swe drobne miłostki. Ale gdy przyjdzie… gdy znowu spojrzą sobie w oczy… gdy 
ona usłyszy jego gwizdanie w zagajniku Dumnego Jana…

Nie usłyszała go jednak. Wieczorem, w dzień spodziewanego przyjazdu Teda, wyszła do 

ogrodu   w   nowej   sukni   z   bladoniebies—kiego   szyfonu   i   nasłuchiwała,   spacerując   pośród 
fruwających,   jedwabistych   ciem.   Każdy   krzyk   drozda   sprawiał,   że   krew   napływała   jej   do 
policzków, a serce zaczynało tłuc się gwałtownie. Wtem, wśród rosy i zapadającego zmierzchu, 
pojawiła się ciotka Laura.

— Ted i Ilza sa tutaj — powiedziała.
Emilka weszła do sztywnego, godnego, majestatycznego salonu w Księżycowym Nowiu — 

blada, królewska, wyniosła. Ilza rzuciła się ku niej z dawną, burzliwą serdecznością, lecz Ted 
podał jej rękę chłodno i powściągliwie, niemal tak jak ona jemu. Ted? O nie, Fryderyk Kent, 
przyszły członek Akademii Sztuk Pięknych. Co pozostało z dawnego Teda w tym smukłym, 
eleganckim   młodym   mężczyźnie   o   wytwornych   manierach   i   chłodnym,   bezosobowym 
spojrzeniu, który sprawiał wrażenie, jakby odrzucił na zawsze dzieciństwo, wraz z dawnymi, 
niemądrymi   marzeniami   i   nic   nie   znaczącymi,   wiejskimi   dziewczętami,   towarzyszkami 
dziecięcych zabaw?

Emilka była okropnie niesprawiedliwa wobec Teda. Ale w takim nastroju nie mogła być 

sprawiedliwa wobec niego. Każdy, kto popełni głupstwo, zachowuje się podobnie. A Emilka 
czuła,   że   znowu   popełniła   głupstwo.   Snuła   się   romantycznie   o   zmierzchu   po   ogrodzie   w 
specjalnie wybranej niebieskiej sukni, oczekując znaku od wielbiciela, który zupełnie o niej 
zapomniał — lub raczej pamiętał ją jako dawną szkolną koleżankę i przyszedł z oficjalną, 
uprzejmą wizytą. Cóż, dzięki Bogu Ted nie wiedział o jej niedorzecznym zachowaniu. Już ona 
się postara, żeby niczego się nie domyślił. Któż mógłby być bardziej przyjazny i wyniosły 
zarazem niż potomkini Murrayów z Księżycowego Nowiu? Emilka pochlebiała sobie, że jej 
maniery   były   godne   podziwu.   Zachowywała   się   łaskawie,   lecz   powściągliwie,   jak   wobec 
zupełnie obcego człowieka. Powtórne powinszowania z okazji jego niezwykłego osiągnięcia, 
którym   towarzyszył   kompletny   brak   prawdziwego   zainteresowania.   Jej   starannie   ułożone, 
uprzejme pytania o jego pracę; jego starannie ułożone, uprzejme pytania o jej pracę. Widziała w 
czasopismach niektóre z jego rysunków. On czytał niektóre z jej opowiadań. I tak to trwało, a 
przepaść między nimi pogłębiała się z każdą chwilą. Nigdy jeszcze Emilka nie czuła się tak 
oddalona od Teda. Niemal ze zgrozą zauważyła, jak bardzo się zmienił podczas dwuletniej 
nieobecności. Spotkanie to byłoby wręcz upiorne, gdyby nie Ilza, która rozprawiała z dawną 
werwą i humorem, snując plany wesołego spędzenia najbliższych dwóch tygodni i zadając setki 
pytań. Była wciąż tą samą przemiłą, roześmianą, postrzeloną dziewczyną, a jej strój jak dawniej 
rzucał wyzwanie ogólnie przyjętym kanonom. Miała na sobie niezwykłą, żółto—zielonkawą 
suknię, a przy pasku i na ramieniu po wielkiej, różowej peonii. Jej kapelusz był jasnozielony, 

background image

ozdobiony wiankiem różowych kwiatków. W uszach kołysały się duże, perłowe koła. Był to 
przedziwny strój i nikt prócz Ilzy nie mógłby go nosić z powodzeniem. Wyglądał jak wcielenie 
tysiąca tropikalnych wiosen — egzotycznie, wyzywająco i pięknie. Jak pięknie! Emilka na 
nowo zdała sobie sprawę z urody przyjaciółki i poczuła ukłucie — nie zazdrości, lecz gorzkiego 
upokorzenia.   Przy   złocistych   włosach,   błyszczących,   bursztynowych   oczach   i   różowych 
policzkach Ilzy ona sama musiała wyglądać blado i niepozornie. To oczywiste, że Ted był 
zakochany w  Ilzie.  Odwiedził   ją  pierwszą…  był   z  nią,  kiedy   Emilka   czekała  na  niego   w 
ogrodzie. Cóż, to nie miało znaczenia. Wszystko jedno. Postanowiła być równie przyjacielska 
jak dawniej. I była. Była aż nazbyt przyjacielska. Gdy jednak Ted i Ilza odeszli… razem… 
śmiejąc się i żartując, starą Jutrzejszą Drogą, Emilka poszła do swego pokoju i zamknęła drzwi. 
Nikt jej nie zobaczył aż do rana.

background image

II

Nastąpiły wesołe dwa tygodnie zaplanowane przez Ilzę. Pikniki, tańce i liczne spotkania. 

Towarzyskie   kręgi   w  Shrewsbury   orzekły,   że   obiecująca   młoda   artystka   jest   osobą   godną 
uwagi, toteż darzono ją względami. Był to istny szał zabaw i Emilka bawiła się wraz z innymi. 
Nikt nie był lżejszy w tańcu, nikt nie był bardziej skory do żartów niż ona — a przez cały czas 
czuła  się   jak  ów  nieszczęśliwy   duch   z  powieści   grozy,   który  zamiast   serca   miał   w  piersi 
rozżarzony  węgiel.   Ale  głęboko,  pod  warstwą   dumy  i   skrywanego  bólu,   wzbierało   w  niej 
poczucie spełnienia i zadowolenie, które pojawiało się zawsze w obecności Teda. Dbała jednak 
o to, by nigdy nie znaleźć się z nim sam na sam; a i on z pewnością nie dążył do spotkania na 
osobności.   Często   łączono   go   z   Ilzą   i   oboje   przyjmowali   docinki   z   takim   spokojem,   że 
zapanowało powszechne przekonanie, „iż już się dogadali”. Emilka pomyślała, że gdyby tak 
było,   Ilza   powiedziałaby   jej   o   tym.   Lecz   Ilza,   choć   opowiadała   o   licznych   porzuconych 
wielbicielach, których męki nie obciążały zanadto jej sumienia, nigdy nie wspomniała o Tedzie, 
co zdaniem Emilki miało swoistą, bolesną wymowę. Ilza zapytała o Perry’ego Millera, chcąc 
się dowiedzieć, czy nadal jest takim osłem, i śmiała się, gdy Emilka z oburzeniem stanęła w 
jego obronie.

— Kiedyś na pewno zostanie premierem — przyznała Ilza ze wzgardą. — Pracuje jak szatan 

i nie zmarnuje żadnej szansy, ale zawsze będzie od niego zalatywało śledziami z Piecykowej 
Rury.

Perry przyszedł w odwiedziny do Ilzy, ale zanadto przechwalał się swoimi osiągnięciami i 

został tak wykpiony i zbesztany, że nie pojawił się więcej. Całe te dwa tygodnie wydawały się 
Emilce koszmarem i z ulgą — jak sądziła — powitała wyjazd Teda. Miał odpłynąć żaglowcem 
do   Halifaksu,   wykonując  po  drodze   kilka   morskich  szkiców   dla   pewnego   czasopisma.   Na 
godzinę   przed   odpłynięciem,   gdy   „Mira   Lee”   kołysała   się   zakotwiczona   u   nabrzeża   w 
Piecykowej Rurze, przyszedł się pożegnać. Nie wziął z sobą Ilzy — Emilka uznała, iż zapewne 
dlatego, że bawiła w Charlottetown. Nie musiała się jednak obawiać samotności a deux, gdyż 
był z nią Dean Priest. Dean powoli wracał na dawne miejsce po dwóch tygodniach zabaw, w 
których nie brał udziału. Teraz stał obok Emilki w ogrodzie,  robiąc wrażenie zwycięzcy i 
posiadacza, co nie uszło uwagi Teda. Dean, który nigdy mylnie nie utożsamiał wesołości ze 
szczęściem, lepiej niż inni widział dramat rozgrywający się w ciągu minionych dwóch tygodni 
w Perlistej Wodzie i po spuszczeniu kurtyny odczuł zadowolenie. Dawna, mglista, dziecinna 
więź między Tedem Kentem z Wrotyczowego Łanu a Emilka z Księżycowego Nowiu została 
ostatecznie zerwana. Cokolwiek znaczyła — lub nie znaczyła — Dean przestał uważać Teda za 
swego rywala.

Emilka i Ted serdecznie uścisnęli sobie dłonie i rozstali się życząc sobie pomyślności, jak 

dwoje   starych   znajomych,   którzy   naprawdę   dobrze   sobie   życzą,   lecz   nie   są   zbyt   żywo 
zainteresowani swoim losem.

„Powodzenia i mam cię w nosie” — jak zwykł mawiać jeden ze starych Murrayów.
Ted odszedł z właściwym sobie wdziękiem. Potrafił żegnać się po mistrzowsku; lecz ani 

razu się nie obejrzał. Emilka natychmiast odwróciła się do Deana i podjęła przerwaną rozmowę. 
Opuszczone rzęsy bezpiecznie skrywały oczy. Dean, który w tak niesamowity sposób umiał 
czytać   w   jej   myślach,   nie   powinien   —   nie   może   —   odgadnąć…   czego?   Cóż   było   do 
odgadywania? Nic, zupełnie nic. A jednak Emilka nie unosiła powiek.

Pół   godziny   później,   po   odejściu   Deana,   który   był   z   kimś   umówiony,   Emilka   zaczęła 

przechadzać   się   wolno   wśród   złocistych   pierwiosnków   —   uosobienie,   jak   się   wydawało, 
„dziewiczego spokoju”.

„Na pewno znowu układa jakąś  fabułę — pomyślał  z dumą kuzyn Jim,  zerkając przez 

kuchenne okno. — Nie pojmuję, jak ona to robi”.

background image

III

Być może Emilka układała fabułę. Ale gdy w ogrodzie zaległy głębsze cienie, wymknęła się 

przez   stary,   rozmarzony   sad   pełen   ostróżek   i   ruszyła   Wczorajszą   Drogą   ku   zielonemu 
pastwisku. Minęła Perlistą Wodę i wzgórze i weszła w gęsty jodłowy lasek za Rozczarowanym 
Domem. Zza kępy srebrzystych brzóz rozpościerał się szeroki widok na zatokę, całą w liliowo
—różowym blasku. Emilka dotarła tam zadyszana — pod koniec prawie biegła. Czy przyjdzie 
za późno? Och, żeby się tylko nie spóźniła!

„Mira Lee” wypływała właśnie z zatoki — baśniowy żaglowiec, omijający w promieniach 

zachodzącego słońca fioletowe przylądki i odległe, czarodziejskie, zamglone wybrzeża. Emilka 
stała i patrzyła, póki statek nie wypłynął na otwarte morze. Patrzyła, dopóki żaglowiec nie 
zniknął jej z oczu w mrocznym błękicie  zapadającej  nocy, świadoma jedynie straszliwego 
pragnienia, by zobaczyć Teda raz jeszcze — tylko raz! I pożegnać się z nim tak, jak powinna.

Ted odpłynął — do innego świata. Nie było żadnej tęczy. A Wega z gwiazdozbioru Liry 

była tylko wirującym, jasnym, niezmiernie dalekim słońcem.

Emilka   osunęła   się   na   trawę   i   leżała   szlochając   w   zimnym   blasku   księżyca,   który 

nieoczekiwanie zajął miejsce przyjaznego zmierzchu.

Z przejmującym bólem łączyło się niedowierzanie. To przecież nie mogło się wydarzyć! Ted 

nie mógł wyjechać po tak bezdusznym, chłodnym, uprzejmym pożegnaniu. Po tych wszystkich 
latach koleżeństwa… O, jak miała przeżyć trzecią nad ranem tej nocy?

— Jestem beznadziejnie głupia! — szepnęła dziko. — Zapomniał. Nic dla niego nie znaczę. 

I zasłużyłam na to, czy i ja nie zapomniałam o nim podczas tych szalonych tygodni, kiedy 
zdawało   mi   się,   że   jestem   zakochana   w   Aylmerze   Vincencie?   Na   pewno   ktoś   mu  o   tym 
powiedział. Ta niedorzeczna historia zniszczyła moje szczęście. Co z moją dumą? Żeby tak 
rozpaczać z powodu mężczyzny, który o mnie zapomniał! Ale… tak dobrze jest się wypłakać 
po tych okropnych tygodniach wymuszonego uśmiechu.

background image

IV

Po odjeździe Teda Emilka gorączkowo rzuciła się w wir pracy. Pisała przez całe lato, dniami 

i nocami. Fioletowe cienie pod oczyma stawały się coraz głębsze, a jej policzki coraz bledsze. 
Ciotka   Elżbieta   pomyślała,   że   Emilka   zamęcza   się   na   śmierć,   i   po   raz   pierwszy   była 
zadowolona   z   jej   zażyłości   z   Krzywym   Priestem,   który   przynajmniej   wieczorami   odrywał 
Emilkę   od biurka  i  spacerował  z  nią  i  gawędził   na świeżym powietrzu.  Tego  lata,   dzięki 
tekstom pisanym na zamówienie, Emilka spłaciła cały dług wujowi Wal—lace’owi i ciotce 
Ruth.

Pisała jednak nie tylko dla zarobku. Gdy po raz pierwszy leżała bezsennie o trzeciej nad 

ranem, udręczona i osamotniona, przypomniała sobie pewną szaloną noc zimową, kiedy to wraz 
z   Ilzą,   Perrym   i   Tedem   schronili   się   przed   burzą   w   starym   Domu   Jana   przy   drodze   do 
Balladowego Stawu

*

; przypomniała sobie, jaki wybuchł skandal i to, co przecierpiała z jego 

powodu, a także zachwyt i uniesienie towarzyszące „wymyślaniu” historii, która przyszła jej do 
głowy po wesołej, choć nie pozbawionej znaczenia wypowiedzi Teda. Przynajmniej wtedy 
wydawała się jej znacząca. Cóż,  to  było skończone. Ale czy owa historia nie została gdzieś 
zapisana?   Emilka   zanotowała   nazajutrz   w   zeszycie   od   Jima   tę   urzekającą,   pełną   fantazji 
opowieść. Wyskoczyła teraz z łóżka, zapaliła jedną ze słynnych świec Księżycowego Nowiu i 
zaczęła przerzucać stertę starych zeszytów. Tak, były tutaj notatki. „Sprzedawca snów”.

Emilka   przysiadła   na   piętach   i   przeczytała   zapiski   raz   jeszcze.   Były   dobre.   Na   nowo 

zawładnęły   jej   wyobraźnią   i   obudziły   twórczy   impuls.   Napisze   to   —   zacznie   od   zaraz. 
Narzuciła szlafrok, gdyż wiał chłodny wiatr znad zatoki, usiadła przy otwartym oknie i zabrała 
się do pisania. Zapomniała o wszystkim — przynajmniej chwilowo — przepojona subtelną, 
wszechogarniającą   radością   tworzenia.   Ted   stał   się   zaledwie   mglistym   wspomnieniem   — 
miłość zgasła jak wypalona świeca. Nic prócz opowieści nie miało znaczenia. Postaci ożyły i 
zaroiło się od nich w jej myślach. Były żywe, kuszące, zniewalające. Spod jej pióra spływała 
mądrość, łzy i śmiech. Żyła i oddychała w innym świecie i dopiero o brzasku powróciła do 
Księżycowego Nowiu. Świeca dopaliła się do końca, a biurko zasłane było kartkami rękopisu 
—   czterema   pierwszymi   rozdziałami   książki.   Jej   książki!   Ile   magii,   zachwytu,   grozy   i 
niedowierzania kryło się w tej myśli.

Przez długie tygodnie Emilka wydawała się żyć naprawdę jedynie w chwilach pisania. Dean 

zauważył, że jest dziwnie rozmarzona i daleka, roztargniona i obojętna. Rozmowy z nią stały 
się o tyle nudne, o ile było to w jej wypadku możliwe, i kiedy ciałem przebywała obok niego, 
jej   dusza   gdzieś   błądziła…   ale   gdzie?   W   miejscu,   do   którego   nie   mógł   za   nią   podążyć. 
Wymykała mu się.

Emilka napisała książkę w sześć tygodni — skończyła ją pewnego dnia o świcie. Odłożyła 

pióro, podeszła do okna i uniosła bladą, zmęczoną, tryumfującą twarz ku porannemu niebu.

Przez liściastą ciszę zagajnika Dumnego Jana sączyła się muzyka. Skąpane w różowym 

blasku łąki i ogród Księżycowego Nowiu tonęły w jakimś czarodziejskim spokoju. Taniec 
wiatru nad wzgórzami brzmiał jak miła odpowiedź na melodię grającą w jej duszy. Wzgórza, 
morze,   cienie   —   wszystko   nawoływało   ją   tysiącem   elfich   głosów   pełnych   zrozumienia   i 
pochwały. Stara zatoka śpiewała. Emilka miała łzy w oczach. Napisała książkę — och, jakaż 
była szczęśliwa! Ta chwila wynagrodziła jej wszystko.

Cała… skończona! Leżała przed nią jej pierwsza książka, „Sprzedawca snów”. Może nic 

wielkiego, lecz jej, jej własna. Coś, czemu nadała kształt, co nie zaistniałoby nigdy, gdyby nie 
ona. I było dobre. Wiedziała  o tym… czuła to. Płomienna, subtelna opowieść,  przepojona 
romantyzmem,   patosem,   humorem,   rozświetlona   twórczym   uniesieniem.   Emilka   zaczęła 

* Patrz „Emilka szuka swojej gwiazdy”

background image

przewracać strony, odczytując niektóre fragmenty i dziwiąc się, że to ona naprawdę napisała 
coś takiego. Znalazła się na skraju tęczy. Czyż nie mogła dotknąć magicznego, świetlistego 
zjawiska? Jej palce już sięgały po zakopane złoto.

Do pokoju weszła ciotka Elżbieta, jak zwykle nie tracąc czasu na zbyteczne formalności, 

takie jak pukanie do drzwi.

— Emilko — przemówiła surowo — czy znowu nie spałaś przez całą noc?
Emilka wróciła na ziemię, doznawszy bardzo przykrego duchowego wstrząsu, który można 

określić jedynie jako tępe uderzenie — w dodatku wywołujące mdłości. Dotkliwe uderzenie. 
Stała jak skarcona uczennica, a „Sprzedawca snów” w jednej chwili zamienił się w zwykły stos 
zapisanych kartek.

— Ja… nie zdawałam sobie sprawy z upływu czasu, ciociu — wyjąkała.
— W twoim wieku powinnaś mieć więcej rozumu — powiedziała ciotka Elżbieta. — Nie 

mam nic przeciwko twojemu pisaniu… obecnie. Wydaje się, że dzięki niemu możesz zarabiać 
na   życie,   jak   przystało   damie.   Ale   jeśli   nadal   będziesz   tak   postępowała,   zrujnujesz   sobie 
zdrowie. Czy już zapomniałaś, że twój ojciec umarł na suchoty? W każdym razie nie zapomnij, 
że dzisiaj musisz zerwać fasolę. Już najwyższy czas.

Emilka   pozbierała   rękopis,   a   jej   beztroskie   uniesienie   znikło   bez   śladu.   Akt   tworzenia 

dobiegł końca, teraz należało podjąć niewdzięczne próby oddania książki do druku. Emilka 
przepisała tekst na małej, używanej maszynie, którą Perry kupił jej na wyprzedaży. Maszyna ta 
wybijała tylko połowy dużych liter, a litery „m” nie wybijała wcale. Emilka wstawiła ręcznie 
duże   litery   i   „m”   i   wysłała   maszynopis   do   wydawnictwa.   Wydawca   odesłał   go   z   notką 
stwierdzającą,   iż   „recenzenci   nie   odmawiają   książce   pewnych   zalet,   lecz   nie   są   one 
wystarczające, by została przyjęta”.

Ta   „oziębła   pochwała”   przygnębiła   Emilkę   bardziej   niż   wszelkie   gotowe,   drukowane 

odpowiedzi.   A   cóż   dopiero   mówić   o   godzinie   trzeciej   nad   ranem!   Nie,   lepiej   o   niej   nie 
wspominać — ani o tej, ani o następnych.

„Ambicja! — pisała z goryczą Emilka w swoim pamiętniku. — Śmiechu warte! Gdzie jest 

teraz moja ambicja? Co to znaczy być ambitnym? Czuć, że życie otwiera się przed tobą jak 
czysta, biała karta, na której możesz zapisać swoje imię złotymi zgłoskami? Czuć, że twoja moc 
i życzenie wystarczy, by zdobyć wieniec? Czuć, że przyszłe lata wybiegają ci na spotkanie i 
ścielą się do twych stóp? Kiedyś znałam to uczucie”.

Wszystko to dowodzi, jak młoda była jeszcze Emilka. Ale udręka wcale nie staje się mniej 

dotkliwa tylko dlatego, że po latach, gdy już rozumiemy, że wszystko przemija, dziwimy się jej 
przyczynom. Emilka przeżyła trzy przykre tygodnie. Później otrząsnęła się na tyle, by wysłać 
maszynopis do innego wydawnictwa. Tym razem wydawca odpisał, że mógłby wydać książkę 
pod warunkiem, iż autorka wprowadzi pewne zmiany. Książka była „zbyt spokojna”. Należało 
ją „ożywić”. I całkowicie przerobić zakończenie. Było do niczego.

Emilka z furią podarła list. Okaleczyć i zhańbić książkę? Nigdy! Taka propozycja była wręcz 

obraźliwa.

Kiedy   trzeci   wydawca   odesłał   maszynopis   z   wydrukowaną   odmową,   Emilka   straciła 

nadzieję. Włożyła swą książkę do szuflady i posępnie sięgnęła po pióro.

— Cóż, mogę przynajmniej pisać opowiadania. Muszę to robić dalej.
Ale książka wciąż ją kusiła. Po kilku tygodniach wyjęła maszynopis i przeczytała raz jeszcze 

—  chłodno,   krytycznie,   nie  poddając  się   zwodniczemu  czarowi   pierwotnego  zachwytu  ani 
równie   zwodniczemu   przygnębieniu,   wywołanemu   przez   odmowne   listy.   I   nadal   książka 
wydawała   się   jej   dobra.   Być   może  nie  była   to  czarodziejska,   wymarzona   powieść,   lecz   z 
pewnością kawałek dobrej roboty. I co z tego? Słyszała, że żaden pisarz nie jest w stanie 
właściwie   ocenić   własnego   utworu.   Och,   gdyby   żył   pan   Carpenter!   On   powiedziałby   jej 
prawdę. Emilka podjęła nagłą, straszną decyzję. Pokaże maszynopis Deanowi. Poprosi go o 
spokojną, wyważoną opinię. To będzie trudne. Zawsze trudno jej było pokazywać komukowiek 

background image

swoje teksty — zwłaszcza Deanowi, który tyle wiedział i czytał niemal wszystko, co napisano 
na świecie. Ale musiała się dowiedzieć. Była pewna, że Dean powie jej prawdę, dobrą czy złą. 
Nie cenił jej opowiadań. Ale to było inne. Czy dostrzeże tu jakąś wartość? Jeśli nie…

background image

VI

— Deanie, chciałabym usłyszeć od ciebie szczerą opinię na temat tego teksu. Czy mógłbyś 

przeczytać go uważnie i powiedzieć mi, co o nim sądzisz? Nie chcę pochlebstw ani fałszywej 
zachęty… chcę prawdy… nagiej prawdy.

— Jesteś tego pewna? — spytał oschle Dean. — Niewielu ludzi potrafi stawić czoło nagiej 

prawdzie. Trzeba ją zawsze osłonić paroma szmatkami, aby była do przyjęcia.

— Chcę prawdy — powtórzyła z uporem Emilka. — Tę książkę… — jej głos załamał się 

nieco przy tym wyznaniu — odesłało już trzech wydawców. Jeśli uznasz, że nie jest zła’, będę 
jeszcze próbowała. Jeśli powiesz, że jest niedobra, spalę maszynopis.

Dean obrzucił nieodgadnionym spojrzeniem plik kartek, który podsunęła mu Emilka. Więc 

to właśnie zabrało mu ją na całe lato… pochłonęło ją… opętało. Priestowska zazdrość — 
jedyna kropla trucizny w jego żyłach — dała nagle znać o sobie.

Spojrzał na chłodną, słodką twarz Emilki, w jej gwiaździste oczy, fiołkowoszare jak jezioro 

o świcie, i poczuł nagłą nienawiść do wręczonego mu pakietu. Zabrał go jednak do domu i 
przyniósł po trzech dniach. Emilka czekała w ogrodzie, blada i przejęta.

— I co? — zapytała.
Dean spojrzał na nią z poczuciem winy. W chłodnym zmierzchu wydawała się delikatna i 

biała jak kość słoniowa.

— „Przyjaciel   zadaje   rany   w   dobrej   wierze”.   Nie   byłbym   twoim   przyjacielem,   Emilko, 

gdybym ci teraz skłamał.

— A zatem… to zła książka.
— Emilko, to urocza opowiastka. Urocza, błaha i nietrwała jak różowa chmurka na niebie. 

Jak pajęczyna. Sam pomysł jest zbyt naciągany. Baśnie wyszły już z mody. A twoja bajka 
wymaga   od  czytelnika   wyjątkowej   łatwowierności.   Twoje  postaci   to  tylko  marionetki.   Jak 
mogłabyś napisać prawdziwą opowieść? Nigdy naprawdę nie żyłaś.

Emilka zacisnęła pięści i przygryzła wargi. Nie odezwała się w obawie, że głos ją zawiedzie. 

Czuła się tak jak w ową noc, kiedy Ellen Greene powiedziała jej, że ojciec jest umierający. 
Serce, które przed kilkoma minutami biło tak gwałtownie, stało się teraz ciężkie i zimne jak 
bryła ołowiu. Odwróciła się i odeszła kilka kroków. Dean cicho pokuśtykał za nią i dotknął jej 
ramienia.

— Wybacz mi, Gwiazdko. Czy nie lepiej znać prawdę? Przestań marzyć o księżycu. I tak go 

nie dosięgniesz. Po co pisać? Wszystko zostało już napisane.

— Pewnego  dnia  —  zaczęła   Emilka,   zmuszając  się,   by  mówić   spokojnie  —  być  może 

podziękuję ci za to. Dzisiaj cię nienawidzę.

— Czy to sprawiedliwe? — zapytał cicho Dean.
— Nie, oczywiście, że nie — odparła gwałtownie Emilka. — Czy oczekujesz ode mnie 

sprawiedliwości, teraz, kiedy mnie zabiłeś? Och, wiem, że sama o to prosiłam… że to dla 
mojego dobra. Przypuszczam, że wszystko, co straszne, dzieje się dla naszego dobra. Gdy cię 
zabiją kilka razy, przestajesz już dbać o to. Ale za pierwszym razem człowiek wije się z bólu. 
Odejdź, Deanie. Nie przychodź tu co najmniej przez tydzień. Wtedy będzie już po pogrzebie.

— Czy myślisz, Gwiazdko, że nie wiem, co to dla ciebie znaczy? — spytał ze współczuciem 

Dean.

— Nie rozumiesz… wszystkiego. O, wiem, że mi współczujesz. Ale ja nie chcę współczucia. 

Potrzebuję tylko trochę czasu, żeby przyzwoicie siebie pochować.

Dean   odszedł,   zdając   sobie   sprawę,   że   tak   będzie   lepiej.   Emilka   odprowadziła   go 

spojrzeniem. Później podniosła z kamiennej ławki spostponowany, podniszczony maszynopis i 
poszła do swego pokoju. Zaczęła przerzucać kartki przy oknie, w gasnącym świetle dnia. Jej 
oczy zatrzymywały się na pojedynczych zdaniach — pięknych, celnych, błyskotliwych. Nie, to 

background image

tylko zaślepienie, niemądre złudzenie. Niczego podobnego nie było w tej książce. Dean tak 
powiedział. Jej bohaterowie… jakże ich kochała. Jacy wydawali się jej prawdziwi. Straszliwa 
była sama myśl o ich zniszczeniu. Ale przecież nie byli prawdziwi. To tylko „marionetki”. 
Marionetki można spalić, i tak im wszystko jedno. Spojrzała w rozgwieżdżone, jesienne niebo. 
Wega   z  gwiazdozboru   Liry   świeciła   błękitnym   blaskiem.   O,   życie   było   okropne,   okrutne, 
zmarnowane.

Emilka podeszła do kominka i położyła „Sprzedawcę snów” na żelaznej kracie. Zapaliła 

zapałkę, uklękła i przybliżyła ją do rogu maszynopisu. Jej ręka nie zadrżała. Płomień ogarnął 
luźne kartki z morderczą zachłannością. Emilka przycisnęła dłonie do piersi i rozszerzonymi 
oczyma wpatrywała się w ogień, wspominając chwilę, gdy rzuciła w płomienie swój stary 
zeszyt z zapiskami, żeby ciotka Elżbieta go nie przeczytała. Po chwili maszynopis był już tylko 
kłębkiem pełgających płomyków… a sekundę później kupką popiołu, w której bielały tu i 
ówdzie, jak gdyby z wyrzutem, poczerniałe skrawki papieru z widmowymi słowami.

Ogarnął ją nagły żal. O, dlaczego to zrobiła? Dlaczego spaliła swoją książkę? Może nie była 

dobra,   ale   należała   do   niej.   Zniszczyła   coś   bezcennego.   Co   czuły   matki   w   zamierzchłych 
czasach, kiedy wrzucano ich dzieci w ognistą paszczę Molocha… kiedy mijał pierwszy poryw i 
ofiarne uniesienie? Emilka pomyślała, że wie, co czuły.

Nic nie zostało z jej książki, ukochanej książki, która wydawała się tak cudowna… tylko 

popiół, żałosna kupka czarnego popiołu. Czy to możliwe? Gdzie podziała się cała mądrość, 
śmiech i czar, które przewijały się przez kartki książki… wszystkie kochane postaci, które w 
niej żyły… ukryty zachwyt, który wplotła w te kartki, jak księżyc wplata poświatę w gałęzie 
sosen? Został tylko popiół. Emilka zerwała się na nogi z żalem i męką, których nie mogła 
dłużej znieść. Musiała wyjść, obojętnie gdzie. Jej pokoik, tak drogi, ukochany i przytulny, 
wydał jej się teraz więzieniem. Musiała uciec… w zimną, spokojną, jesienną noc, w szarą mgłę, 
daleko od murów i ciasnych pomieszczeń… od kupki zwęglonych strzępków w kominku… od 
pełnych wyrzutu duchów zamordowanych postaci z jej książki. Otworzyła drzwi i na oślep 
rzuciła się ku schodom.

background image

VII

Ciotka Laura do końca życia nie wybaczyła sobie, że zostawiła koszyk z przyborami do 

szycia na szczycie schodów. Nigdy przedtem nie zdarzyło się jej nic podobnego. Niosła go 
właśnie do swego pokoju, gdy Elżbieta z kuchni zapytała o coś nie znoszącym sprzeciwu 
tonem. Laura porzuciła koszyk na najwyższym stopniu i pobiegła po żądany przedmiot. Nie 
było jej tylko przez chwilę. Ale chwila ta wystarczyła przeznaczeniu i Emilce. Oślepiona łzami 
dziewczyna potknęła się o koszyk i runęła jak długa ze stromych schodów Księżycowego 
Nowiu.   Chwila   lęku…   chwila   zdumienia…   uczucie,   jak   gdyby   nurkowała   w   lodowatych 
odmętach… później w rozpalonym piecu… Poczuła, że wzbija się wysoko… spada w głęboką 
otchłań… przeszywający ból w nodze… a potem już nic.

Kiedy nadbiegły Laura i Elżbieta, u stóp schodów leżała skulona postać, jak kupka zmiętego 

jedwabiu wśród rozsypanych pończoch i szpulek nici, a rozwarte nożyce ciotki Laury sterczały 
krzywo ze stopy, w którą wbiły się tak bezlitośnie.

background image

R

OZDZIAŁ

 7

I

Od   października   do   kwietnia   Emilka   Starr   leżała   w   łóżku   lub   na   kanapie   w   salonie, 

wpatrzona w gnane wiatrem chmury nad pasmem białych wzgórz i w beznamiętne piękno 
zimowych drzew wokół cichych, śnieżnych pól. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie 
mogła chodzić, czy może zostanie żałosną kaleką. Jej kręgosłup doznał jakiegoś bliżej nie 
określonego urazu, co do którego lekarze nie byli zgodni. Jeden z nich stwierdził, że to nic 
poważnego i minie z czasem. Dwaj pozostali kręcili głowami i wyrażali swoje obawy. Wszyscy 
jednak byli tego samego zdania w kwestii jej nogi. Nożyce zadały dwie głębokie rany — jedną 
w kostkę, drugą w podeszwę stopy. Wywiązało się zakażenie krwi. Przez kilka dni Emilka 
trwała w zawieszeniu między życiem a śmiercią, później zaś stanęła przed niewiele lepszym 
wyborem między śmiercią a amputacją. Ciotka Elżbieta zapobiegła tej ostatniej. Gdy wszyscy 
lekarze   uznali   zgodnie,   że   jest   to   jedyna   możliwość   uratowania   Emilce   życia,   ciotka 
oświadczyła ponuro, iż odcinanie ludziom kończyn nie jest w rozumieniu Murrayów zgodne z 
wolą Boga. Jej stanowisko pozostało niezachwiane. Nie poruszyły jej łzy Laury, prośby kuzyna 
Jima, przekleństwa doktora Burnleya ani namowy Deana Priesta. Nie utną Emilce stopy. 1 nie 
ucięli.   Gdy   Emilka   zaczęła   powracać   do   zdrowia,   ciotka   Elżbieta   tryumfowała,   a   doktor 
Burnley był wyraźnie zbity z tropu.

Niebezpieczeństwo   amputacji   minęło,   pozostała   jednak   groźba   trwałego   i   poważnego 

kalectwa. Wisiała ona nad Emilka przez całą zimę.

— Gdybym tylko wiedziała na pewno — powiedziała Deanowi.
— Gdybym wiedziała… Być może potrafiłabym to znieść. Ale leżeć tutaj i zastanawiać 

się… zastanawiać, czy w ogóle kiedyś wyzdrowieję…

— Wyzdrowiejesz — rzucił gwałtownie Dean.
Emilka   nie  miała   pojęcia,   co  by  zrobiła  tej   zimy  bez  Deana.  Zrezygnował   z  corocznej 

podróży i został w Perlistej Wodzie, aby być blisko niej. Spędzał z nią całe dni, czytając, 
rozmawiając, pocieszając, siedząc w milczeniu pełnym doskonałego zrozumienia. Przy nim 
Emilka czuła, że mogłaby nawet pogodzić się z myślą o kalectwie. Nie mogła jednak pogodzić 
się   z   tą   myślą   podczas   długich   nocy,   kiedy   ból   przesłaniał   jej   wszystko.   Nawet   gdy   nie 
odczuwała bólu,  noce  były często bezsenne i  straszne,  kiedy wicher  wył  przeraźliwie   pod 
okapami starego Księżycowego Nowiu albo ścigał na wzgórzach umykające śnieżne widma. 
Jeśli już zdołała usnąć, śniła wciąż o tym, że wspina się po schodach i nie może dotrzeć na 
szczyt, z którego wabi ją dziwne gwizdanie — dwie wyższe nuty i jedna niska — oddalające się 
w miarę jej wspinaczki. Lepiej było leżeć bezsennie, niż śnić ów okropny, powracający sen. 
Och te gorzkie noce! Kiedyś Emilka myślała, że werset z Biblii, mówiący, iż w niebie nie 
będzie nocy, nie wydaje się zbyt pociągającą obietnicą. Miałoby nie być nocy? Łagodnego 
zmroku   rozjaśnionego   gwiazdami?   Białego   sakramentu   księżycowej   poświaty?   Tajemnicy 
aksamitnych   cieni   i   ciemności?   Wiecznie   zadziwiającego   cudu   brzasku?   Noc   była   równie 
piękna jak dzień i niebo bez niej nie mogło być doskonałe.

Teraz  jednak,   w  ciągu   tych  strasznych tygodni,   pełnych  bólu  i  lęku,  Emilka  podzielała 

nadzieję proroka z Patmos

*

. Noc była czymś przerażającym.

Ludzie powiadali, że Enrlka Starr jest bardzo dzielna, cierpliwa i wcale się nie skarży. Ale 

ona tak o sobie nie myślała.  Oni nie wiedzieli  o chwilach  buntu, rozpaczy i tchórzostwa, 
kryjących się za maską murrayowskiej dumy i powściągliwości. Nie wiedział nawet Dean — 
chociaż, być może, domyślał się tego.

* Św. Jan Ewangelista

background image

Emilka uśmiechała się dzielnie, kiedy należało się uśmiechać, lecz nigdy nie śmiała się 

głośno. Nawet Dean nie potrafił jej rozśmieszyć, choć wezwał na pomoc cały swój dowcip i 
humor.

— Moje dni śmiechu dobiegły końca — rzekła do siebie. Podobnie było z pisaniem. Nie 

mogła już tworzyć. Promyk przestał się pojawiać. Ani jedna tęcza nie rozproszyła mroków 
strasznej zimy. Emilkę ciągle ktoś odwiedzał. Wolałaby, żeby nie przychodzili — zwłaszcza 
wuj   Wallace   i   ciotka   Ruth,  którzy  byli   przekonani,   że  nigdy   nie   będzie   mogła   chodzić,   i 
powtarzali to podczas każdych odwiedzin. Gorsi byli jednak goście, którzy pocieszali ją, że 
wkrótce   wyzdrowieje,   nie   wierząc   przy   tym   we   własne   słowa.   Emilka   nie   miała   bliskich 
przyjaciół prócz Deana, Ilzy i Teda. Ilza pisała co tydzień, usiłując dodać Emilce otuchy w 
sposób nieco zbyt oczywisty. Ted, dowiedziawszy się o wypadku, napisał jeden list. Był to list 
bardzo miły, taktowny i pełen szczerego współczucia. Emilka pomyślała, że tak mógł napisać 
każdy życzliwy znajomy, i nie odpisała Tedowi, choć prosił, by dała znać, jak się czuje. Nie 
było innych listów. Nie było nikogo prócz Deana. On jej nie zawiódł — i nigdy nie zawiedzie. 
Z biegiem nie kończących się, burzliwych i mrocznych dni coraz częściej zwracała się ku 
niemu. Podczas zimy wypełnionej bólem zaczęła się sobie wydawać tak stara i doświadczona, 
że wreszcie stanęli na tym samym gruncie. Bez niego życie było wyblakłą, szarą pustynią, 
pozbawioną barw i dźwięków. Kiedy przychodził, rozkwitało — przynajmniej na chwilę — jak 
radosna   róża,   otoczona   girlandami   drobnych   kwiatuszków   ułożonych   z   marzeń,   nadziei   i 
złudzeń.

background image

II

Wiosną Emilka zaczęła wracać do zdrowia. Stało się to tak nieoczekiwanie i tak prędko, że 

nawet największy optymista z grona leczących ją lekarzy był zdumiony. Wprawdzie przez kilka 
tygodni musiała chodzić o kuli, lecz nadszedł dzień, gdy odłożyła ją i zaczęła spacerować 
samotnie   po   ogrodzie,   patrząc   na   piękny   świat   oczyma,   które   nie   mogły   nasycić   się   tym 
widokiem. O, jak dobrze było znowu żyć! Jak dobrze było czuć pod stopami zieloną murawę! 
Pozostawiła ból i strach za sobą, jak zrzucony z ramion płaszcz, i odczuwała radość… nie, 
właściwie nie radość, lecz zdolność jej ponownego odczuwania kiedyś w przyszłości.

Warto   było   chorować,   aby   delektować   się   smakiem   powracającego   zdrowia   i   dobrego 

samopoczucia w taki poranek, gdy wśród rozległych, zielonych pól dmie morski wiatr. Nic na 
świecie nie dawało się porównać z wiatrem od morza. Życie mogło lec w gruzach, wszystko 
mogło się zmienić lub przeminąć, ale bratki i chmury o zachodzie słońca wciąż były piękne. 
Emilka na nowo poczuła dawną radość istnienia.

— „Zaprawdę,   słodkie   jest   światło   i   miłą   jest   rzeczą   dla   oka,   gdy   ogląda   słońce”   — 

zacytowała w rozmarzeniu.

Powrócił   też   dawny   śmiech.   Kiedy   w   Księżycowym   Nowiu   po   raz   pierwszy   znowu 

usłyszano  śmiech   Emilki,   Laura   Murray,   której   włosy   tej   zimy  ze   szpakowatych   stały   się 
śnieżnobiałe, poszła do swego pokoju i uklękła przy łóżku, aby podziękować Bogu. Kiedy się 
modliła, Emilka rozmawiała właśnie z Deanem o Bogu. Byli w ogrodzie i zapadał jeden z 
najpiękniejszych wiosennych zmierzchów, a na niebie pojawił się mały, lecz stale rosnący 
księżyc.

— Tej zimy chwilami wydawało mi się, iż Bóg mnie nienawidzi. Ale teraz znowu jestem 

pewna, że mnie kocha — powiedziała miękko Emilka.

— Jesteś pewna? — spytał oschle Dean. — A ja myślę, że Bóg interesuje się nami, lecz nas 

nie kocha. Lubi przyglądać się nam i czekać, co zrobimy. Może Go bawi, kiedy wijemy się z 
bólu.

— Co za okrutna wizja Boga!  — wzdrygnęła się Emilka. — Chyba nie wierzysz w to 

naprawdę, Deanie!

— Czemu nie?
— Bo taki Bóg byłby gorszy niż diabeł… Bóg, który myśli tylko o własnej rozrywce i 

którego nie usprawiedliwia nawet nienawiść do nas.

— Kto dręczył cię przez całą zimę bólem fizycznym i psychicznym? — zapytał Dean.
— Nie Bóg. Poza tym On… zesłał mi ciebie — odparła spokojnie Emilka. Nie patrzyła na 

niego; uniosła twarz ku Trzem Księżniczkom pełnym majowego uroku. Jej twarz była teraz 
białoróżowa, blada po zimowej udręce. Tuż obok rozkwitały śnieżne pąki wielkiej spirei, która 
była dumą i radością kuzyna Jima i pięknym tłem dla Emilki. — Deanie, jak mam ci dziękować 
za to, co dla mnie zrobiłeś… kim dla mnie byłeś… od października? Nigdy nie zdołam ująć 
tego w słowa. Ale chcę, żebyś wiedział, co czuję.

— Nic nie zrobiłem, chwytałem tylko chwile szczęścia. Czy wiesz, jaki byłem szczęśliwy, 

Gwiazdko, mogąc uczynić coś dla ciebie… pomóc ci… widząc, jak w bólu zwracasz się do 
mnie   i   szukasz   tego   czegoś,   co   tylko   ja   mogę   ci   dać…   czego   nauczyłem   się   przez   lata 
samotności? I pozwoliłem sobie marzyć o czymś, co nie może się spełnić… Wiem, że nie 
powinno się spełnić…

Emilka zadrżała lekko. Czemu jednak miała się wahać. Po co odkładać coś, co nieodwołalnie 

postanowiła uczynić?

— Czy jesteś pewien, Deanie — zaczęła cicho — że twoje marzenie nie może się spełnić?

background image

R

OZDZIAŁ

 8

I

W klanie Murrayów wybuchła wielka sensacja, gdy Emiłka oznajmiła, że zamierza poślubić 

Deana Priesta. W Księżycowym Nowiu sytuacja była przez pewien czas bardzo napięta. Ciotka 
Laura płakała, kuzyn Jim chodził po domu kręcąc głową, a ciotka Elżbieta miała niezwykle 
ponurą minę. W końcu jednak postanowili pogodzić się z tym faktem. Co mogli poradzić? 
Nawet ciotka Elżbieta wiedziała, że jeśli Emilka ma zamiar coś zrobić, niewątpliwie to zrobi.

— Narobilibyście znacznie większego krzyku, gdybym wam powiedziała, że wychodzę za 

mąż za Perry’ego z Piecykowej Rury — oświadczyła Emilka, wysłuchawszy przemowy ciotki 
Elżbiety.

— Oczywiście,   to   prawda   —   przyznała   ciotka   Elżbieta   po   wyjściu   Emilki.   —   Mimo 

wszystko Dean jest zamożny… a Priestowie to dobra rodzina.

— Ale są tacy… tacy priestowscy — westchnęła Laura. — I Dean jest o wiele za stary dla 

Emilki. W dodatku jego prapradziadek popadł w obłęd.

— Dean nie popadnie w obłęd.
— Ale jego dzieci mogą…
— Lauro — przerwała karcąco Elżbieta i zmieniła temat.
— Czy jesteś całkowicie pewna, że go kochasz, Emilko? — zapytała ciotka Laura tego 

samego wieczoru.

— Tak… na swój sposób — odparła Emilka.
Ciotka Laura rozłożyła ręce i przemówiła z nagłą porywczością, obcą jej naturze:
— Ale kochać można tylko w jeden sposób!
— O nie, najdroższa z wiktoriańskich cioć — zaprzeczyła wesoło Emilka. — Istnieje wiele 

rozmaitych sposobów. Wiesz przecież, że wypróbowałam już jeden czy dwa z nich. I zawiodły 
mnie. Nie martw się o Deana i o mnie. Rozumiemy się doskonale.

— Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa, kochanie.
— Będę szczęśliwa… jestem szczęśliwa. Przestałam być małą, rozmarzoną romantyczką. Ta 

zima   pozbawiła   mnie   romantyzmu.   Zamierzam   wyjść   za   mąż   za   człowieka,   którego 
towarzystwo   zadowala   mnie   całkowicie,   jego   zaś   zadowala   to,   co   mogę   mu   dać:   szczere 
przywiązanie i przyjaźń. Jestem pewna, że to najtrwalsza podstawa szczęśliwego małżeństwa. 
Prócz tego Dean mnie potrzebuje. Mogę mu dać szczęście. Nigdy nie był szczęśliwy. O, jakież 
to wspaniałe uczucie trzymać w dłoniach szczęście, które można ofiarować jak bezcenną perłę 
komuś, kto go pragnie.

— Jesteś za młoda — powtórzyła ciotka Laura.
— Tylko moje ciało jest młode. Dusza ma sto lat. Ostatnia zima sprawiła, że czuję się stara i 

mądra. Chyba to wiesz.

— Tak, wiem. — Ale Laura wiedziała również, że uczucie, iż jest się starym i mądrym, 

świadczy o młodzieńczości Emilki. Ludzie naprawdę starzy i mądrzy nie odczuwają tego. I cała 
ta   przemowa   o   wiekowych   duszach   nie   zmieniła   faktu,   że   smukła,   promienna   Emilka   o 
tajemniczych   oczach   nie   miała   jeszcze   dwudziestu   lat,   podczas   gdy   Dean   Priest   miał 
czterdzieści dwa. Za następnych piętnaście… ale Laura wolała o tym nie myśleć.

W końcu, mimo wszystko, Dean nie wywiezie jej gdzieś daleko. Przecież istniały szczęśliwe 

małżeństwa, w których różnica wieku była równie duża.

background image

II

Należy stwierdzić, że nikt nie patrzył przychylnie na to małżeństwo. Emilka przeżyła kilka 

dość przykrych tygodni. Doktor Burnley wściekał się i obrażał Deana. Ciotka Ruth przyjechała 
i zrobiła scenę.

— On jest niewierzący, Emilko!
— Nieprawda — odparła Emilka z oburzeniem.
— W każdym razie, nie wierzy w to samo co my — oświadczyła ciotka Ruth takim tonem, 

jakby dla każdego prawdziwego Murraya miało to rozstrzygające znaczenie.

Ciotka Ada, która nigdy nie wybaczyła Emilce odrzucenia oświadczyn jej syna — mimo że 

Andrzej   ożenił   się   szczęśliwie   i   odpowiednio,   nader   odpowiednio   —   była   wprost   nie   do 
zniesienia.   Starała   się   dać   Emilce   do   zrozumienia,   jak   bardzo   się   nad   nią   lituje.   Utraciła 
Andrzeja   i   musi   zadowolić   się   ułomnym   Krzywym   Priestem.   Oczywiście   ciotka   Ada   nie 
wyraziła   się   aż   tak   bezpośrednio,   ale   znaczenie   jej   słów   było   jasne.   Emilka   doskonale   je 
zrozumiała.

— Naturalnie jest bogatszy niż młody człowiek — przyznała w końcu ciotka.
— I zajmujący — dorzuciła Emilka. — Młodzi mężczyźni to przeważnie nudziarze. Żyli 

zbyt krótko, by się przekonać, że nie dla wszystkich są takim cudem jak dla swoich matek.

Ten pojedynek zakończył się więc remisem.
Priestowie również nie byli zadowoleni. Być może z przykrością myśleli o tym, że majątek 

zamożnego   wuja   wyśliźnie   im   się   z   rąk.   Twierdzili,   że   Emilia   Starr   wychodzi   za   Deana 
wyłącznie dla pieniędzy. A Murrayowie zadbali o to, by owe pogłoski dotarły do uszu Emilki. 
Czuła, że Priestowie nieustannie i złośliwie obmawiają ją za plecami.

— Nigdy nie będę należała do twojego klanu — powiedziała buntowniczo Deanowi.
— Nie musisz. Ty i ja, Gwiazdko, będziemy żyli dla siebie. Nie ma mowy, żebyśmy mieli 

chodzić, mówić, myśleć i oddychać zgodnie z nakazami jakiegokolwiek klanu, czy to Priestów, 
czy Murrayów. Priestowie uważają cię za nieodpowiednią żonę dla mnie, lecz Murrayowie 
jeszcze   głośniej   twierdzą,  że   nie  jestem  odpowiednim  mężem  dla   ciebie.   Nic   nie  szkodzi. 
Oczywiście, Priestowie nie mogą uwierzyć, że wychodzisz za mnie dlatego, że coś do mnie 
czujesz. Jak to możliwe? Ja sam z trudem w to wierzę.

— Ale wierzysz, Deanie, prawda? Naprawdę obchodzisz mnie bardziej niż ktokolwiek inny 

na świecie. Oczywiście, jak ci mówiłam, nie kocham cię niemądrą, romantyczną miłością.

— A czy kochasz kogoś innego? — spytał cicho Dean. Po raz pierwszy odważył się zadać to 

pytanie.

— Nie.   Oczywiście…  jak  wiesz,   przeżyłam   jedną   czy   dwie   miłostki,   głupie   zadurzenia 

dziewczęce. Ale to było wiele lat temu. Ostatnia zima wydaje mi się długa jak całe życie, jak 
gdyby stulecia oddzieliły mnie od tamtych szaleństw. Jestem tylko twoja, Deanie.

Dean uniósł jej dłoń i ucałował. Nigdy jeszcze nie dotknął jej ust.
— Mogę cię uszczęśliwić, Gwiazdko. Wiem o tym. Jestem stary… ułomny… ale potrafię 

uczynić cię szczęśliwą. Czekałem na ciebie całe życie, moja gwiazdo. Tym zawsze byłaś dla 
mnie, Emilko.  Piękną, nieosiągalną gwiazdą. Teraz mam ciebie… trzymam cię… noszę w 
sercu. I kiedyś mnie pokochasz. Pewnego dnia dasz mi coś więcej niż tylko przywiązanie.

Namiętna nuta w jego głosie lekko przestraszyła Emilkę. W jakiś sposób wydawał się żądać 

więcej, niż mogła mu ofiarować. Ilza, która ukończyła Szkołę Deklamacji i przyjechała na 
tydzień do domu przed wyruszeniem na letnie tournee koncertowe, trąciła inną ostrzegawczą 
strunę, która przez jakiś czas drgała niepokojąco.

— W pewnym sensie, skarbie, Dean jest stworzony dla ciebie. Jest inteligentny, fascynujący, 

a   przy   tym   pozbawiony   tego   okropnego   przeświadczenia   o   własnej   ważności,   które   ma 
większość Priestów. Ale będziesz do niego należała ciałem i duszą. Dean nie zniesie myśli, że 

background image

można   się   interesować   czymś   poza   nim.   Musi   mieć   prawo   wyłączności.   Jeśli   ci   to   nie 
przeszkadza…

— Nie sądzę.
— Twoje pisanie…
— Och,   z   tym   już   skończyłam.   Od   czasu   choroby   przestało   mnie   to   interesować. 

Zrozumiałam, jak niewiele znaczy, ile jest ważniejszych spraw…

— Póki tak uważasz, będziesz z Deanem szczęśliwa. Hej ho! — Ilza westchnęła i zaczęła 

obrywać płatki z krwistoczerwonej róży, którą miała przypiętą do paska. — Gdy rozmawiamy o 
twoim   małżeństwie,   czuję   się   okropnie   staro,   Emilko.   To   wydaje   się   jakieś   niedorzeczne. 
Wczoraj chodziłyśmy do szkoły. Dzisiaj jesteś zaręczona. A jutro będziesz babcią.

— Czy ty… czy w twoim życiu nie ma nikogo, Ilzo?
— Słuchajcie lisicy, co straciła ogon. Nie, dziękuję. Cóż, ostatecznie będę szczera. Czuję, że 

ogarnia mnie przemożne pragnienie uczciwej spowiedzi. Nigdy nie istniał dla mnie nikt poza 
Perrym Millerem. A jego już ty usidliłaś.

Perry Miller. Emilka nie wierzyła własnym uszom.
— Uzo Burnley! Przecież zawsze wyśmiewałaś go… wściekałaś się na niego…
— No pewnie, że się wściekałam. Lubiłam go tak bardzo, że wpadałam w furię, gdy robił z 

siebie głupca. Chciałam być z niego dumna, a zawsze musiałam się wstydzić. O, chwilami 
byłam taka wściekła, że mogłabym odgryźć nogę od krzesła. Czy myślisz, że zwracałabym 
uwagę na jego błazeństwa, gdyby nic mnie nie obchodził? Nie mogę się z tego otrząsnąć… to 
chyba   „słabość   Burn—leyów”.   Nigdy   się   nie   zmieniamy.   O,   mogłabym   polecieć   na   jego 
skinienie… nawet dzisiaj bym mogła, nawet do Piecykowej Rury z jej beczkami na śledzie, 
niech tam. No i widzisz. Ale mniejsza o to. Życie i bez niego jest nie najgorsze.

— Może kiedyś…
— Nie ma co marzyć. Nie życzę sobie, żebyś mnie swatała, Emilko. Perry nigdy o mnie nie 

myślał i nie pomyśli. Ja też nie będę o nim myślała. Jak brzmiał ten stary wierszyk, z którego 
śmiałyśmy się w szkole i uważałyśmy za czyste brednie?

Odkąd świat ruszył z miejsca i odkąd się toczy
Aż do chwili, gdy nich ten ustanie,
Możesz zdobyć mężczyznę, gdy go tylko zoczysz
Albo poprzez cierpliwe czekanie.
Lecz panować bez końca, od początku władać,
By nie groziło ci pożyczanie,
To coś, czego wciąż pragną daremnie dziewczęta,
A bogowie zesłać nie są w stanie.

— Cóż, za rok będę już absolwentką. Czekają mnie lata kariery. Pewnie kiedyś wyjdę za 

mąż.

— Za Teda? — spytała Emilka, zanim zdążyła się powstrzymać. Chętnie odgryzłaby sobie 

język.

Ilza rzuciła jej przeciągłe, czujne spojrzenie, które Emilka zwycięsko odparowała z całą 

murrayowską dumą — może aż nazbyt zwycięsko.

— Nie, nie za Teda. Ted wcale o mnie nie myśli. Wątpię, czy myśli o kimkolwiek prócz 

siebie. Ted jest miły, ale samolubny, Emilko, naprawdę.

— Nie, nie! — Emilka była oburzona. Nie mogła tego słuchać.
— Och, nie kłóćmy się. Jakie to ma znaczenie? I tak zniknął z naszego życia. Niech go 

bierze,   kto   chce.   On   wysoko   zajdzie.   W   Montrealu   szaleją   za   nim.   Będzie   wspaniałym 
portrecistą, jeśli zdoła się wyleczyć ze starego nawyku nakładania ciebie na każdą twarz, którą 
maluje.

background image

— Bzdura. Nie robi tego.
— Robi.   Złościłam   się   o   to   tysiące   razy.   Zaprzecza,   oczywiście.   Myślę,   że   nawet   nie 

uświadamia sobie tego. To chyba pozostałość po jakimś dawnym, podświadomym przeżyciu, 
mówiąc żargonem nowoczesnych psychologów. Mniejsza o to. Jak powiedziałam, zamierzam 
kiedyś wyjść za mąż. Gdy już zmęczy mnie kariera. Na razie pysznie się bawię, ale pewnego 
dnia wezmę ślub z rozsądku, tak jak ty, z człowiekiem o złotym sercu i pękatym portfelu. Czy 
to nie zabawne, mówić o małżeństwie z kimś, kogo nie znasz? Co on robi w tej chwili? Goli 
się? Klnie? A może rozpacza z powodu innej dziewczyny? Wszystko jedno, i tak ożeni się ze 
mną.   O,   będziemy   szczęśliwe,   na   pewno.   Będziemy   się   odwiedzały,   porównywały   nasze 
dzieci… nazwij pierwszą córkę Ilzą, przyjaciółko moja, dobrze? Cóż to za piekielna rzecz być 
kobietą, prawda, Emilko?

Stary Kelly, handlarz blachą, wieloletni przyjaciel Emilki, także musiał wtrącić swoje trzy 

grosze. Nikt nie byłby w stanie go powstrzymać.

— Dzieweczko droga, prawda to, że wychodzisz za Krzywego Priesta?
— Prawda — Emilka  wiedziała,  że Stary Kelly  nie potrafi  nazywać Deana inaczej,  ale 

zawsze wzdrygała się z niechęcią.

Stary Kelly miał skwaszoną minę.
— Za młoda jesteś, za krótko żyłaś, żeby wychodzić za mąż. Szczególnie za Priesta.
— Przecież pan od lat mi wytykał, że jeszcze nie mam wielbiciela
— powiedziała podstępnie Emilka.
— Żartowałem, dzieweczko droga. Ale to już nie żarty. Nie bądź uparta, perełko. Zastanów 

się. Są węzły, które łatwo zawiązać, ale j rozplatać trudno. Zawsze cię ostrzegałem, żebyś nie 
wychodziła   za   Priesta.   Głupio   mówiłem,   mogłem   się   tego   domyślić.   Powinienem   był   cię 
namawiać, żebyś sobie wzięła Priesta za męża.

— Dean nie jest taki jak inni Priestowie, panie Kelly. Będę z nim bardzo szczęśliwa.
Stary Kelly z niedowierzaniem pokręcił rozczochraną, rudą, siwiejącą głową.
— W takim razie będziesz pierwszą, nie wyłączając starej damy z Folwarku. Ale ona lubiła 

codzienne kłótnie. A ty zadręczysz się na śmierć.

— Nie będę się kłóciła z Deanem. A przynajmniej nie co dzień.
— Emilka nieźle się bawiła. Nie martwiły jej mroczne przepowiednie Starego Kelly’ego. 

Zachęcała go nawet z pewną przekorną radością.

— Pewnie,   jeśli   będziesz   mu   ustępowała.   Inaczej   będzie   się   dąsał.   Wszyscy   Priestowie 

muszą   dostać,   czego  chcą.   Będzie  zazdrosny,   nigdy  nie  ośmielisz   się   rozmawiać   z   innym 
mężczyzną. O, Priestowie potrafią zmusić żony do posłuchu. Stary Aaron Priest kazał żonie 
klękać, kiedy go o coś prosiła. Mój ojciec widział to na własne oczy.

— Panie Kelly, czy pan naprawdę myśli, że ktoś mógłby mnie do tego zmusić?
Stary Kelly zamrugał.
— Murrayowie mają dość sztywne kolana — przyznał. — Ale były i inne rzeczy. Nie wiesz, 

że jego wujek Jim wolał chrząkać niż mówić i zawsze powiadał do żony „głupia jesteś”, kiedy 
mu się sprzeciwiała?

— Może i była głupia, panie Kelly.
— Może. Ale czy to grzecznie? Sama osądź. A jego ojciec rzucał w żonę talerzami, kiedy się 

zezłościł. To fakt, mówię ci. Choć ten stary diabeł potrafił też być zabawny, jak był w dobrym 
humorze.

— Takie rzeczy zawsze wychodzą dopiero w co drugim pokoleniu — powiedziała Emilka. 

— A jeśli nie, to zawsze jeszcze mogę się uchylić.

— Dzieweczko droga, bywają gorsze rzeczy niż rzucanie talerzami— Przed talerzem możesz 

się   uchylić,   ale   przed   czym   innym   już   nie.   Powiedz   mi,   czyś   słyszała   —   Stary   Kelly 
złowieszczo   zniżył  głos  — że  podobno  Priestowie   często nudzą się  małżeństwem z  jedną 
kobietą?

background image

Emilka rzuciła panu Kelly’emu jeden z uśmiechów, tak potępianych przez ciotkę Elżbietę.
— Czy pan naprawdę myśli, że Dean znudzi się mną? Nie jestem pięknością, drogi panie 

Kelly, ale jestem bardzo interesująca.

Stary Kelly ujął lejce z miną człowieka zmuszonego do bezwarunkowej kapitulacji.
— Owszem, dzieweczko droga, masz usta stworzone do całowania. Widzę, że się uparłaś. 

Ale tak sobie myślę,  że co innego Pan Bóg ci przeznaczył. W każdym razie,  zawsze jest 
nadzieja, że wszystko dobrze się skończy. Tyle że on za dużo wie, ten Krzywy Priest, o wiele za 
dużo.

I Stary Kelly odjechał, a kiedy Emilka nie mogła go już usłyszeć, mruknął do siebie:
— To się nie mieści w głowie! Przecież to dziwak i wygląda jak zezowaty kot!
Emilka stała przez chwilę, odprowadzając spojrzeniem znikający wózek Starego Kelly’ego. 

Znalazł szczelinę w jej pancerzu i zadał celne pchnięcie. Poczuła lekki dreszcz, jak gdyby jej 
duszę owionął cmentarny chłód. Nieoczekiwanie przypomniała sobie, co ciotka Nancy szeptała 
dawno temu Karolinie Priest: że Dean podobno uczestniczył raz w czarnej mszy.

Emilka otrząsnęła się ze wspomnień. To wszystko brednie — głupie, złośliwe, zawistne 

gadanie zasiedziałych plotkarzy. Ale Dean naprawdę wiedział zbyt wiele. Jego oczy zbyt wiele 
widziały. Po części to właśnie było powodem wyraźnej fascynacji Emilki. Teraz jednak poczuła 
lęk. Czyż nie wyczuwała zawsze — także w tej chwili — że on kpi sobie ze świata, ma swój 
własny, tajemniczy, określony punkt widzenia, wynikający z wiedzy, której ona z nim nie 
dzieliła — nie mogła, a może nazywając rzecz po imieniu, nie chciała dzielić? Dean utracił 
pewien   nieuchwytny,   szczery   zapał,   jaki   daje   wiara   i   idealizm.   Ta   myśl   tkwiła   w   jej 
świadomości głęboko, mimo że odpychała ją od siebie. Przez chwilę czuła to samo co Ilza: że 
być kobietą to naprawdę piekielna rzecz.

„Dobrze mi tak, skoro zachciało mi się omawiania podobnych tematów ze Starym Jockiem 

Kellym” — pomyślała gniewnie.

Zgoda na jej zaręczyny nigdy nie została ujęta w słowa. Wyrażono jednak w końcu milczące 

przyzwolenie. Dean był zamożny. Pries—towie mogli się poszczycić wszelkimi niezbędnym 
tradycjami, łącznie z tym, że jedna z babek tańczyła z księciem Walii na słynnym balu w 
Charlottetown. No a poza tym wszyscy odczują pewną ulgę, kiedy Emilka wyjdzie bezpiecznie 
za mąż.

— Przynajmniej nie zabierze jej daleko od nas — powiedziała ciotka Laura. Jakże mogliby 

utracić jedyną wesołą istotę, rozjaśniającą stary dom?

„Powiedzcie Emilce, że w rodzinie Priestów często rodzą się bliźnięta” — napisała stara 

ciotka Nancy. Ale ciotka Elżbieta nie powtórzyła jej tego.

Doktor   Burnley,   który   protestował   najgłośniej,   dał   za   wygraną,   dowiedziawszy   się,   że 

Elżbieta   dokładnie   przegląda   kufry   z   pościelą   na   strychu   Księżycowego   Nowiu,   a   Laura 
mereżkuje obrusy.

— Co   złączy   Elżbieta   Murray,   tego   człowiek   niech   się   nie   waży   rozdzielić   —  rzekł   z 

rezygnacją.

Ciotka Laura łagodnie ujęła w dłonie twarz Emilki i spojrzała jej w oczy.
— Niech cię Bóg błogosławi, Emilko, drogie dziecko.
— To było bardzo wiktoriańskie — powiedziała Emilka Deanowi. — Ale podobało mi się.

background image

R

OZDZIAŁ

 9

I

W jednym punkcie ciotka Elżbieta pozostała nieugięta. Emilka nie wyjdzie za mąż, póki nie 

ukończy   dwudziestu   lat.   Dean,   któremu   marzył   się   ślub   na   jesieni   i   zima   w   czarownym 
japońskim ogrodzie po drugiej stronie Oceanu Spokojnego, musiał z niechęcią ulec. Emilka 
także wolałaby wcześniejszy ślub. W głębi duszy, gdzie nie chciała nawet zaglądać, tliło się 
przeświadczenie, że im prędzej nastąpi to, co nieuniknione, tym lepiej.

A przecież była szczęśliwa  — powtarzała to sobie bardzo często i szczerze. Być może 

zdarzały się mroczne chwile, kiedy stawała twarzą w twarz z niepokojącą myślą, że jest to 
szczęście kalekie, ze złamanym skrzydłem, a nie dzikie, swobodne szczęście, o którym niegdyś 
marzyła. Ale to, powtarzała sobie, utraciła na zawsze.

Pewnego dnia Dean stanął przed nią zarumieniony i podniecony jak chłopiec.
— Emilko, zrobiłem coś. Ale czy to pochwalisz? O Boże, co będzie, jeżeli nie pochwalisz?
— Co takiego zrobiłeś?
— Kupiłem dom.
— Dom?
— Dom! Ja, Dean Priest, stałem się właścicielem ziemskim, posiadaczem domu z ogrodem i 

pięciu akrów świerkowego lasu. Ja, który jeszcze dzisiaj rano nie miałem własnego kawałka 
ziemi. Ja, który przez całe życie pragnąłem go mieć.

— Który dom kupiłeś, Deanie?
— Dom   Freda   Clifforda.  Przynajmniej   w   rozumieniu   prawa   był   to   jego   dom.   A   tak 

naprawdę jest nasz, zawsze był nasz, przeznaczony nam od stworzenia świata.

— Rozczarowany Dom?
— Ach, tak go zawsze nazywałaś. Ale już nie będzie Rozczarowany. O ile… Emilko, czy 

pochwalasz mój zakup?

— Czy pochwalam? Ależ Deanie, jesteś naprawdę przemiły! Zawsze kochałam ten dom. 

Należy do tych, które można pokochać od pierwszego wejrzenia. Są takie domy, wiesz? Pełne 
czaru. A inne nie mają go wcale. Zawsze pragnęłam, żeby marzenia tego domu się ziściły. Och, 
ktoś mi powiedział, że zamierzasz nabyć ten okropny, wielki dom w Shrewsbury. Bałam się 
zapytać, czy to prawda.

— Cofnij   te   słowa,   Emilko.   Musiałaś   wiedzieć,   że   to   nieprawda.   Znasz   mnie   przecież. 

Oczywiście, wszyscy Priestowie chcieli, żebym go kupił. Moja siostra prawie płakała. Cena 
była okazyjna, a to taki elegancki dom.

— Owszem,   elegancki,   w   każdym   znaczeniu   tego   słowa   —   przyznała   Emilka.   —   Ale 

mieszkać w nim nie można. Nie z powodu jego wielkości czy elegancji, tylko dlatego, że to po 
prostu niemożliwe.

— No właśnie. Każda prawdziwa kobieta czułaby to samo. Tak się cieszę, Emilko, że jesteś 

zadowolona. Musiałem zdecydować się na kupno tego domu wczoraj w Charlottetown i nie 
miałem   czasu   zapytać   cię   o   zdanie.   Ktoś   inny   już   postanowił   go   kupić,   więc   od   razu 
porozumiałem się z Fredem. Mógłbym odsprzedać dom, gdybyś nie była zadowolona. Ale 
czułem, że będziesz. Urządzimy go tak pięknie, kochanie. Pragnę mieć własny kąt. Mieszkałem 
w wielu miejscach, ale własnego domu nigdy nie miałem. Każę go wykonać i urządzić jak 
najpiękniej   dla   ciebie,   Gwiazdko.   Moja   Gwiazdko,   ty   powinnaś   błyszczeć   w   królewskim 
pałacu.

— Chodźmy popatrzeć na dom — zaproponowała Emilka. — Chcę mu powiedzieć, co go 

czeka. Chcę, żeby się dowiedział, że nareszcie ożyje.

background image

— Wejdziemy nawet do środka. Mam klucz. Dostałem go od siostry Freda. Emilko, czuję 

się tak, jakbym sięgnął ku niebu i pochwycił księżyc.

— A ja mam dłonie pełne gwiazd! — zawołała wesoło Emilka.

background image

II

Ruszyli   zatem   w   stronę   Rozczarowanego   Domu   —   przez   stary   sad   pełen   kwitnących 

orlików,   potem   Jutrzejszą   Drogą   do   pastwiska,   zboczem   wzgórza   porośniętym   złotymi 
paprociami,   wzdłuż   krętego   płotu   o   sztachetach   srebrzystoszarych   ze   starości,   okolonego 
kępkami dzikich nieśmiertelników i błękitnych astrów; i dalej wijącą się kapryśnie ścieżką 
jodeł,   tak   wąską,   że   musieli   iść   gęsiego,   a   powietrze   było   wypełnione   miłymi   dla   ucha 
szeptami.

Ścieżka dochodziła do spadzistej łąki, porośniętej młodymi jodłami, szerokiej, trawiastej i 

zachwycającej. A na wzniesieniu, otoczonym przepychem i magią wzgórz, nad którymi zawisły 
kłębiaste obłoki podświetlone blaskiem zachodzącego słońca, stał dom — ich dom.

Dom,   wokół   którego   wznosiły  się  tajemnicze  ściany  lasu  —jedynie   od  południa   długie 

zbocze wzgórza schodziło ku Perlistej Wodzie, podobnej teraz do matowozłotej misy. W dali 
rozpościerały   się   łąki,   miejsce   odpoczynku   gwiazd,   i   wzgórza   nad   Balladowym   Stawem, 
błękitne i romantyczne niczym słynne alzackie Wogezy. Za domem, nie przesłaniając widoku, 
rósł rząd przepięknych lombardzkich topoli.

Wspięli się na wzgórze i stanęli przed bramą niewielkiego ogrodu, znacznie starszego niż 

dom, który został zbudowany na miejscu dawnej, drewnianej chaty z pionierskich czasów.

— Mając taki widok można żyć — powiedział w uniesieniu Dean. — Cóż to za drogie, 

kochane   miejsce!   Mnóstwo   tu   wiewiórek,   Emilko.   Są   i   króliki.   Chyba   lubisz   wiewiórki   i 
króliki?  Wiosną wszędzie kwitną fiołki. Za tymi młodymi jodłami leży porośnięta mchem 
kotlinka,  która  w  maju pełna jest   fiołków „słodszych  od  powiek  Emilki,  słodszych  od  jej 
oddechu”. Uważam, że Emilia to milsze imię niż Cytera czy Junona. Chciałbym, żebyś zwróciła 
szczególną  uwagę   na  tę  furtkę  po  drugiej   stronie.  Jest   właściwie   zbyteczna.  Wychodzi   na 
mokradła pełne żab. Ale czy to nie piękne? Kocham takie „niepotrzebne” furtki. Ta wygląda tak 
obiecująco. Być może leży za nią coś cudownego. Furtka jest zawsze tajemnicza, kusząca, jest 
symbolem. Słyszysz? Gdzieś po drugiej stronie zatoki bije dzwon. O zmierzchu bicie dzwonu 
ma zawsze magiczne brzmienie, jak gdyby dobiegało z jakiejś „dalekiej krainy czarów”. W 
kącie ogrodu kwitną róże, staroświeckie róże podobne do słodkich, starych pieśni. Róże tak 
białe, że mogłyby spocząć na twej piersi, słodka moja. I tak czerwone, że mogłyby rozświetlić 
miękkie ciemne sploty twych włosów. Wiesz, Emilko, jestem dzisiaj trochę pijany… winem 
życia. Nie dziw się, że mówię rzeczy szalone.

Emilka była bardzo szczęśliwa. Wydawało się, że uroczy, stary ogród przemawia do niej 

przyjaźnie w sennym, gasnącym świetle. Uległa bez reszty czarowi tego miejsca. Spojrzała z 
uwielbieniem na Rozczarowany Dom. Jakiż to drogi, zadumany domek. Nie był stary i za to go 
lubiła — stare domy za dużo wiedziały,  zbyt wiele  stóp przestąpiło ich  progi,  zbyt  wiele 
udręczonych lub obojętnych oczu wyglądało przez ich okna. Ten dom był niedoświadczony i 
niewinny jak ona sama. Tęsknił za szczęściem. Powinien go zaznać. Dean i ona wypędzą stąd 
duchy zdarzeń, które nigdy nie nastąpiły. Jak wspaniale będzie mieć własny dom.

— Ten dom potrzebuje nas tak samo, jak my jego — powiedziała.
— Kocham   cię,   Gwiazdko,   gdy   twój   głos   nabiera   takich   miękkich,   niskich   tonów   — 

odezwał się Dean. — Nigdy tak nie mów do innego mężczyzny, Emilko.

Emilka rzuciła mu zalotne spojrzenie, które sprawiło, że omal jej nie pocałował. Nigdy 

jeszcze tego nie uczynił. Jakieś nieuchwytne przeczucie podpowiadało mu zawsze, że Emilka 
nie   jest   jeszcze   gotowa.   Mógł   odważyć  się   w   owej   czarodziejskiej   godzinie,   która   nadała 
wszystkiemu romantyczny urok — mógł nawet wówczas zdobyć Emilkę całkowicie. Zawahał 
się jednak i magiczna chwila minęła. Z dołu, od strony niewidocznej drogi za świerkami, 
dobiegł śmiech. Szczery, niewinny, dziecięcy śmiech, który jednak zmącił ów kruchy czar.

— Wejdźmy do naszego domu — powiedział Dean. Poprowadził ją wśród bujnych, dzikich 

background image

traw ku drzwiom wiodącym wprost  do salonu. Klucz  obrócił  się opornie w zardzewiałym 
zamku. Dean ujął dłoń Emilki i pociągnął ją za sobą.

— Przekrocz swój własny próg, skarbie.
Uniósł latarkę i rozkołysany krąg światła omiótł pusty pokój o nagich, surowych ścianach, 

zabitych deskami oknach, framugach bez drzwi i pustym kominku — nie, niezupełnie pustym. 
Leżała tam kupka białego popiołu, pozostałość po ogniu, który Emilka i Ted rozpalili jako 
dzieci owego letniego, pełnego przygód wieczoru — ogniu, przy którym siedzieli razem snując 
plany na przyszłość. Zadrżała lekko i odwróciła się ku drzwiom.

— Deanie,   to   wygląda   zbyt   upiornie   i   smutno.   Duchy   zdarzeń,   które   nie   nastąpiły,   są 

straszniejsze niż duchy tych, które nastąpiły.

background image

III

Za radą Deana spędzili lato na wykańczaniu i urządzaniu domu. Wszystko, co się tylko dało, 

robili sami, dokładnie tak, jak chcieli.

— Możemy wziąć ślub na wiosnę, latem słuchać świątynnych dzwonków wśród piasków 

Wschodu, oglądać wyspę File w blasku księżyca i słuchać pomruków Nilu w Memfis, a jesienią 
wrócić tu, przekręcić klucz i znaleźć się we własnym domu.

Emilka była zachwycona tymi planami. Ciotki miały pewne wątpliwości. Wszystko to nie 

brzmiało zbyt stosownie ani poważnie i ludzie będą okropnie plotkowali. Ciotka Laura martwiła 
się   także   z   powodu   pewnego   starego   przesądu,   zgodnie   z   którym   urządzanie   domu   przed 
ślubem miało przynosić nieszczęście. Emilka i Dean nie zważali na konwenanse ani przesądy. 
Robili nadal to, co zaplanowali.

Rzecz jasna, wszyscy Priestowie i Murrayowie zasypywali ich radami, których oni nie mieli 

zamiaru słuchać. Przede wszystkim nie odmalowali Rozczarowanego Domu, lecz kazali go 
pokryć gontem i zostawić, by nabrał beżowo–szarego odcienia — ku wielkiej zgrozie ciotki 
Elżbiety.

— Tylko w Piecykowej Rurze domy są nie pomalowane — mówiła.
Stare, nie używane, prowizoryczne schody z desek, pozostawione przed trzydziestu laty 

przez   cieśli,   wymienili   na   szerokie   płyty   czerwonego   piaskowca   znad   morza.   Dean   kazał 
wprawić w okna szybki w kształcie rombów. Ciotka Elżbieta przestrzegała Emilkę, że bardzo 
trudno będzie utrzymać je w czystości. Dean dodał urocze okienko nad frontowymi drzwiami, 
osłonięte daszkiem niczym krzaczastą brwią, a w salonie znalazły się duże oszklone drzwi, 
przez które można było wyjść prosto do jodłowego lasku.

Dean porozmieszczał wszędzie gustowne szafy i szafki.
— Nie jestem aż takim głupcem, żeby sobie wyobrażać, że mężczyzna, który nie zaopatrzy 

dziewczyny w odpowiednie szafki, może utrzymać jej miłość — stwierdził.

Szafki   zyskały   uznanie   ciotki   Elżbiety,   lecz   tapety   wydawały   jej   się   zupełnie   nie   do 

przyjęcia. Zwłaszcza w salonie. Powinno się tam znaleźć coś weselszego — kwiaty, złote paski 
lub   nawet,   jako   wielkie   ustępstwo   na   rzecz   nowoczesności,   tapety   „krajobrazowe”,   które 
zaczęły   właśnie   wchodzić   w   modę.   Emilka   obstawała   jednak   przy   popielatej,   cieniowanej 
tapecie z ośnieżonymi sosnowymi gałązkami. Ciotka Elżbieta oświadczyła, że równie dobrze 
można byłoby zamieszkać w lesie. Emilka jednak we wszystkim, co dotyczyło jej ukochanego 
domu, była „uparta niczym muł”, jak stwierdziła zirytowana ciotka Elżbieta, nieświadoma, że 
oto potomkini Mur—rayów powtarza jedno z określeń Starego Kelly’ego.

Ale ciotka Elżbieta była naprawdę bardzo dobra. Wydobyła z dawno nie otwieranych skrzyń 

i kufrów srebra i porcelanę należącą do jej macochy — przedmioty, które otrzymałaby Julia 
Murray, gdyby jak należy wyszła za mąż za człowieka uznanego przez rodzinę — i dała je 
Emilce.   Były   wśród   nich   istne   cacka   —   zwłaszcza   bezcenny,   lśniący,   różowy   dzban   i 
zachwycający stary serwis obiadowy z prawdziwej chińskiej porcelany w błękitny wzór — 
jeszcze ze ślubnej wyprawy babki Emilki. Nie brakowało w nim ani jednej sztuki. Były tam 
cienkie, płytkie filiżanki, głębokie spodeczki, talerze o karbowanych brzegach i okrągłe, pękate 
wazy   do   zupy.   Emilka   wstawiła   serwis   do   wbudowanej   w   ścianę   szafki   w   salonie   i 
rozkoszowała się jego widokiem. Pokochała także niewielkie owalne lustro w pozłacanej ramie, 
ozdobione u góry figurką czarnego kota. Lustro to tak często odbijało twarze pięknych kobiet, 
że   teraz   dodawało   uroku   każdemu   odbiciu.   I   stary   zegar   o   spiczastym   wierzchołku,   z 
maleńkimi, pozłacanymi wieżyczkami po bokach — dobrze wychowany zegar, który dawał 
ostrzeżenie na dziesięć minut przed wybiciem godziny, żeby nikogo nie zaskakiwać. Dean 
zawiesił go, lecz nie chciał nastawić.

— Kiedy wejdziemy do domu, kiedy wprowadzę cię tutaj jako pannę młodą i królową, sama 

background image

go uruchomisz — powiedział.

Okazało się również, że chippendalowski kredens i mahoniowy stół na ciężkich nogach, 

stojące w Księżycowym Nowiu, należą do Emilki. Dean zaś posiadał mnóstwo niezwykłych, 
zachwycających przedmiotów z całego świata: sofę pokrytą pasiastym jedwabiem, która przed 
rewolucją stała w salonie francuskiej markizy, latarnię z misternie kutego żelaza, pochodzącą ze 
starego weneckiego pałacu i przeznaczoną do salonu, dywan z Szirazu, dywanik modlitewny z 
Damaszku, mosiężne włoskie wilki do kominka, chińskie jadeity i kość słoniową, japońskie 
lakowe miseczki, przepiękną zieloną sowę z japońskiej porcelany, malowany chiński flakonik 
na perfumy z agatu, znaleziony w jakimś dziwnym miejscu w Mongolii i nadal wydzielający 
woń Wschodu, która jest zawsze inna niż zachodnia; i chiński imbryk do herbaty, ozdobiony 
groźnymi,   złotymi   smokami   o   pięciu   szponach,   które   dla   wtajemniczonych   oznaczały,   że 
imbryk pochodzi z szaf cesarza. Dean powiedział Emilce, że przedmiot ów został zagrabiony z 
Letniego Pałacu podczas Powstania Bokserów, nie chciał jej jednak wyjawić, jak wszedł w jego 
posiadanie. — Nie teraz. Kiedyś ci opowiem. Prawie każda rzecz w tym domu ma swoją 
historię.

background image

IV

Bawili  się wyśmienicie  ustawiając meble w salonie. Wypróbowali dziesiątki rozmaitych 

sposobów i nie spoczęli, dopóki nie znaleźli najwłaściwszego. Czasami nie mogli się zgodzić i 
wtedy   siadali   na   podłodze,   by   przedyskutować   sprawę.   A   gdy   nie   potrafili   dojść   do 
porozumienia, wołali Pryma i kazali mu ciągnąć słomki pyszczkiem. Prym zawsze kręcił się w 
pobliżu. Psotka zdechła ze starości, a Prym był już powolny, schorowany i chrapał okropnie 
przez sen, lecz Emilka przepadała za nim i nie chciała chodzić bez niego do Rozczarowanego 
Domu. Sunął ścieżką obok niej jak szary, nakrapiany cień.

— Kochasz tego starego kota bardziej niż mnie, Emilko — powiedział raz Dean żartobliwie, 

lecz z nutą pewnej powagi.

— Muszę go kochać — broniła się Emilka. — On się starzeje. Ty masz przed sobą wiele lat. 

A poza tym muszę zawsze mieć obok siebie kota. Dom nie jest prawdziwym domem bez 
zadowolonego   kota,   siedzącego   z   łapkami   owiniętymi   ogonem.   Kot   dodaje   tajemniczości, 
uroku, natchnienia. A ty musisz mieć psa.

— Po śmierci Brytana nie chciałem mieć innego psa. Może teraz kupię sobie, ale zupełnie 

innej rasy. Będzie nam potrzebny, żeby nauczyć moresu twoje koty. O, jak to przyjemnie czuć, 
że jakieś miejsce należy do ciebie!

— Jeszcze milsze jest uczucie, że ty należysz do jakiegoś miejsca — powiedziała Emilka, 

rozglądając się ze wzruszeniem.

— Będziemy dobrymi przyjaciółmi, nasz dom i my — zgodził się Dean.

background image

V

Pewnego dnia porozwieszali  także wszystkie obrazy. Emilka przyniosła swoje ulubione, 

między innymi Lady Giovannę i Monę Lisę. Zawiesili je między oknami.

— Tu stanie twoje biurko — powiedział Dean. — Mona Lisa zdradzi ci szeptem odwieczną 

tajemnicę swego uśmiechu, a ty napiszesz o tym opowieść.

— Myślałam, że nie życzysz sobie, żebym pisała — zauważyła Emilka. — Zawsze patrzyłeś 

na to z niechęcią.

— To było wówczas, gdy się obawiałem, że twoje pisanie odbierze mi ciebie. Teraz jest 

inaczej. Chciałbym, żebyś robiła to, co lubisz.

Emilka przyjęła te słowa obojętnie. Od czasu choroby nie miała ochoty wziąć pióra do ręki. 

Z   biegiem   dni   na   samą   myśl   o   tym   czuła   narastający   niesmak.   Z   pisaniem   wiązało   się 
wspomnienie  spalonej   książki,   a  to  sprawiało   ból   nie   do  zniesienia.   Przestała  nasłuchiwać 
„zbłąkanego słowa” — była wygnanką z dawnego gwiezdnego królestwa.

— Zawieszę starą Elżbietę Bas obok kominka — powiedział Dean. — „Sztych z portretu 

pędzla Rembrandta”. Czyż to nie wspaniała staruszka, Gwiazdko, w tym białym czepku i z 
olbrzymią   białą   krezą?   I   czy   widziałaś   kiedyś   taką   bystrą   starą   twarz   pełną   humoru, 
zadowolenia z siebie i lekkiej wzgardy?

— Chyba   nie   chciałabym   pokłócić   się   z   Elżbietą   —   rzekła   w   zamyśleniu   Emilka.   — 

Człowiek ma wrażenie, że ona trzyma ręce złożone, bo tak jej każą, ale każdego, kto się jej 
sprzeciwi, gotowa jest wytargać za uszy.

— Obróciła się w proch przed ponad stu laty — dodał Dean z rozmarzeniem — ale nadal 

żyje na tej taniej reprodukcji płótna Rembrandta. Wydawałoby się, że lada chwila przemówi. I 
podobnie jak ty czuję, że nie tolerowałaby żadnych głupstw.

— Ale niewykluczone, że ma w którejś kieszeni cukierka dla ciebie. Wspaniała, rumiana, 

czerstwa staruszka. Nie mam wątpliwości, że to ona była głową rodziny. Jej mąż robił, co mu 
kazała, nawet o tym nie wiedząc.

— Czy miała męża? — zastanowił się Dean. — Nie ma obrączki na palcu.
— A zatem musiała być zachwycającą starą panną — stwierdziła Emilka.
— Jakże inny jest jej uśmiech od uśmiechu Mony Lisy — powiedział Dean, przenosząc 

spojrzenie  z jednej  na drugą.—  Elżbieta  jest  pobłażliwa,  jej  twarz  ma tylko  ulotny wyraz 
przebiegłości i zamyślenia. Twarz Mony Lisy kryje zaś w sobie odwieczny powab i pokusę, 
które doprowadzają mężczyzn do szaleństwa i zapisują szkarłatem mgliste karty historii. La 
Gioconda   byłaby   bardziej   inspirującym   obiektem   westchnień.   Ale   Elżbieta   byłaby   milszą 
ciotką.

Dean zawiesił także nad kominkiem starą miniaturę swojej matki. Emilka widziała ją po raz 

pierwszy. Matka Deana Priesta była piękną kobietą.

— Ale dlaczego ma taką smutną twarz?
— Ponieważ była żoną Priesta — odparł Dean.
— Czy i ja będę smutna? — zapytała przekornie Emilka.
— Nie, jeśli to będzie zależało ode mnie — odrzekł Dean.
A czy dotychczas zależało? Pytanie to od czasu do czasu narzucało się Emilce, która nie 

chciała na nie dawać odpowiedzi. Przez dwie trzecie lata była bardzo szczęśliwa, a to —jak 
uznała — dość dużo. Do pozostałej jednej trzeciej należały godziny, o których nie mówiła 
nikomu — godziny, kiedy jej dusza wydawała się schwytana w pułapkę, a wielki, zielony 
szmaragd połyskujący na palcu ciążył niczym kajdany. Raz nawet zdjęła go, żeby przez chwilę 
poczuć się wolną; nazajutrz było jej przykro i wstyd z powodu tej chwilowej ucieczki, gdy 
powrócił   zdrowy   rozsądek,   zadowolenie   ze   swego   losu   i   jeszcze   żywsze   zainteresowanie 
małym, szarym domkiem, który tak wiele dla niej znaczył — „więcej niż Dean”, co powiedziała 

background image

sobie o godzinie trzeciej pewnej nocy, w chwili rozpaczliwej szczerości, i w co nie chciała 
uwierzyć następnego ranka.

background image

VI

Stara cioteczna babka Nancy Priest z Księżycowego Stawu umarła nagle tego lata. „Jestem 

już zmęczona. Myślę, że przestanę żyć” — powiedziała pewnego dnia… i przestała. Żadnemu z 
Murrayów   jej  testament   nie   przyniósł   korzyści;   wszystko,   co  posiadała,   zapisała   Karolinie 
Priest.   Emilka   jednak   otrzymała   zwierciadlaną   kulę,   mosiężną   kołatkę   w   kształcie   figury 
szachowej, złote klipsy i swój akwarelowy portret, który Ted namalował przed laty. Umieściła 
kołatkę na frontowych drzwiach ganku w Rozczarowanym Domu, zawiesiła wielką, srebrną 
kulę   pod   wenecką   latarnią,   a   oryginalne,   stare   klipsy   nosiła   podczas   rozmaitych   spotkań 
towarzyskich. Lecz portrecik schowała do pudła na strychu Księżycowego Nowiu, razem z 
pewnymi uroczymi, dawnymi, niemądrymi listami, pełnymi marzeń i planów.

background image

VII

W   chwilach   odpoczynku   bawili   się   wyśmienicie.   Na   gałęzi   jodły   po   północnej   stronie 

ogrodu wypatrzyli gniazdko drozda, którego strzegli przed Prymem.

— Pomyśl o muzyce zamkniętej w tych kruchych, jasnobłękitnych ścianach — powiedział 

pewnego dnia Dean, dotykając jajeczka. — Nie jest to, być może, muzyka księżycowa, lecz 
bardziej ziemska, swojska, pełna zdrowej słodyczy i radości życia. To jajeczko będzie kiedyś 
drozdem, Gwiazdko, witającym nas o zmierzchu wesołym pogwizdywaniem.

Zaprzyjaźnili się ze starym królikiem, który często przychodził z lasu do ogrodu. Wymyślili 

grę, kto naliczy więcej wiewiórek w dzień i więcej nietoperzy wieczorem. Nie zawsze bowiem 
szli   do   domu   po   zmroku.   Czasami   siadywali   na   kamiennych   schodkach,   słuchając 
melancholijnego nawoływania morskiego wiatru i patrząc, jak zmierzch wkrada się w starą 
dolinę, cienie pląsają pod jodłami, a Perlista Woda zmienia się w rozległą szarą sadzawkę, 
drżąc   od   wczesnych   gwiazd.   Prym   siadał   między   Emilką   a   Deanem,   przyglądając   się 
wszystkiemu wielkimi, księżycowymi oczami. Emilka od czasu do czasu pociągała go za ucho.

— O   tej   porze   człowiek   trochę   lepiej   rozumie   kota.   Zawsze   są   nieprzeniknione,   ale   o 

zmierzchu można uchwycić cząstkę tajemnicy ich osobowości.

— O tej porze można uchwycić cząstkę każdej tajemnicy — rzekł Dean. — W taki wieczór 

zawsze myślę o „wzgórzach, gdzie wonne rosną zioła”. Ten wers ze starego hymnu, który 
śpiewała moja matka, zawsze mnie intrygował, choć nie potrafię „pomykać jak jelonek młody”. 
Emilko, widzę, że już otwierasz usta, żeby zapytać, na jaki kolor pomalujemy drewutnię. Nie 
rób tego. Nikt nie powinien mówić o farbach, kiedy ogląda wschód księżyca. Dzisiejszy będzie 
cudowny. Zamówiłem go specjalnie. Jeśli jednak musimy rozmawiać, to porozmawiajmy o 
rzeczach, których nam jeszcze brakuje, a nie o tych, które już mamy. Na przykład o łódce, którą 
popłyniemy   wzdłuż   Mlecznej   Drogi,   o   krosnach   do   tkania   marzeń   albo   o   słoju   ze 
sporządzonym   przez   wróżki   naparem,   który   wzbogaci   nasze   uczty.   Czy   nie   moglibyśmy 
umieścić w kącie ogrodu źródełka z Ponce de Leon? A może wolałabyś kastylijski wodotrysk? 
Co do twojej ślubnej wyprawy, możesz mieć, cokolwiek zechcesz, ale musi się w niej znaleźć 
szata utkana z szarego zmierzchu i wieczorna gwiazda do wpięcia we włosy. A także koronka z 
księżycowej poświaty i szarfa z obłoków rozświetlonych słońcem.

O, jak bardzo lubiła Deana. Jakże go lubiła. Gdyby tylko mogła go pokochać!
Pewnego wieczoru wymknęła się sama, by zobaczyć swój domek w blasku księżyca. Jak 

drogie było jej to miejsce! Ujrzała w nim siebie w przyszłości, biegającą po pokojach, śmiejącą 
się pod jodłami, siedzącą z Tedem przy kominku… Emilka ocknęła się nagle. Z Deanem, 
oczywiście, z Deanem. Pamięć płata jej figle.

background image

VIII

Nadszedł wreszcie wrześniowy wieczór, kiedy wszystko było gotowe — nawet podkowa 

odstraszająca czarownice zawisła nad drzwiami. Emilka postawiła w salonie świece — jedną 
małą, żółtą i wesołą, jedną pękatą, czerwoną i zawadiacką, jedną rozmarzoną i jasnobłękitną, 
jedną niezgrabną, ozdobioną kierami i karami, i jedną smukłą i wytworną.

Wynik był zadowalający. Całość sprawiała harmonijne wrażenie. Sprzęty umieszczone w 

domu nie musiały się dopiero poznawać, gdyż od początku były zaprzyjaźnione. Nie krzyczały 
na siebie. Nie było ani jednego głośnego pokoju.

— Już nic więcej nie możemy zrobić — westchnęła Emilka. — Nie możemy nawet udawać, 

że jest jeszcze coś do zrobienia.

— Chyba nie — przyznał z żalem Dean. Wtem spojrzał w stronę kominka, gdzie leżały 

patyki i sosnowe polana. — Ależ oczywiście — zawołał. — Jak mogliśmy zapomnieć? Musimy 
sprawdzić, czy komin dobrze ciągnie. Rozpalę ogień.

Emilka usiadła na kanapce w kącie, a Dean podpalił drwa i usiadł przy niej. Prym rozciągnął 

się u ich stóp, a jego pasiaste boki wznosiły się i opadały miarowo.

Płomienie buzowały wesoło. Zapalały migotliwe błyski w starym fortepianie, bez szacunku 

bawiły się w chowanego z portretem wspaniałej, starej Elżbiety Bas, tańczyły w szybkach 
szafki, gdzie stał serwis z chińskiej porcelany, wpadały do kuchni, z której mrugnął ku nim rząd 
ustawionych tam przez Emilkę brązowych i niebieskich misek.

— To   prawdziwy   dom   —   odezwał   się   miękko   Dean.   —   Jest   piękniejszy,   niż   sobie 

wymarzyłem.   Przez   całe   życie   będziemy   tak   siadywali   razem   w   jesienne   wieczory,   nie 
wpuszczając zimnych, mglistych, nadmorskich nocy. Tylko ty i ja, sam na sam z blaskiem 
ognia i szczęściem. Od czasu do czasu zaprosimy kogoś z przyjaciół, by dzielił z nami radość i 
śmiech. Posiedźmy tutaj, rozmyślając o tym, póki ogień nie wygaśnie.

Płomienie   trzaskały   i   strzelały.   Prym   mruczał.   Księżyc   świecił   prosto   na   nich   spoza 

roztańczonych jodłowych gałęzi. A Emilka myślała — nie mogła powstrzymać się od myślenia 
— o chwili spędzonej tu z Tedem. O dziwo, nie myślała o nim z miłością ani z tęsknotą. Po 
prostu myślała. Zadała sobie pytanie, w którym rozdrażnienie łączyło się z lękiem: czy stojąc z 
Deanem przed ołtarzem także będzie myślała o Tedzie?

Gdy ogień wygasł, pozostawiając biały popiół, Dean wstał z kanapy.
— Warto było przeżyć długie, ponure lata, by doczekać tej chwili.
Przeżyłbym   je   raz   jeszcze,   by   ją   móc   wspominać   —   powiedział   wyciągając   rękę. 

Przyciągnął   Emilkę   do  siebie.   Jakiż  to  duch   przemknął   między   wargami,   które   mogły   się 
wówczas spotkać? Emilka odwróciła się z westchnieniem.

— Nasze szczęśliwe lato dobiegło końca, Deanie.
— Nasze pierwsze szczęśliwe lato — poprawił Dean. Ale w jego głosie zabrzmiała nagle 

nuta lekkiego zmęczenia.

background image

R

OZDZIAŁ

 10

I

Pewnego listopadowego wieczoru zamknęli drzwi Rozczarowanego Domu i Dean wręczył 

klucz Emilce.

— Zatrzymaj go do wiosny — powiedział, rozglądając się po cichych, zimnych, szarych 

polach, nad którymi dął chłodny wiatr. — Dopiero wtedy tu wrócimy.

Podczas zimowych zawiei ścieżkę do małego domu pokryły tak wielkie zaspy, że Emilka nie 

mogła nią chodzić. Myślała jednak często z radością o domku wśród śniegów, oczekującym 
wiosny, powrotu do życia i spełnienia. Zima była szczęśliwym okresem. Dean nie wyjechał 
nigdzie   i   był   dla   starszych   dam   z   Księżycowego   Nowiu   tak   czarujący,   że   prawie   mu 
przebaczyły, iż jest Krzywym Priestem. Co prawda ciotka Elżbieta rozumiała zaledwie połowę 
jego uwag, a ciotka Laura obwiniała go za zmiany, jakie zaszły w Emilce. Emilka bowiem była 
teraz inna. Prawie nikt tego nie zauważył, lecz kuzyn Jim i ciotka Laura wiedzieli swoje. W jej 
oczach często pojawiał się dziwny niepokój. I czegoś zabrakło w jej śmiechu. Nie był tak 
swobodny, tak spontaniczny jak dawniej. Przedwcześnie stała się kobietą, myślała wzdychając 
ciotka Laura. Czy ów straszny upadek ze schodów był jedyną przyczyną? Czy Emilka była 
szczęśliwa? Laura nie ośmieliła się pytać. Czy naprawdę kochała Deana Priesta, którego miała 
poślubić   w   czerwcu?   Laura   nie   wiedziała.   Wiedziała   tylko,   że   miłość   nie   rodzi   się   z 
praktycznych przemyśleń. A także, że szczęśliwa narzeczona nie chodzi godzinami tam i na 
powrót po pokoju, kiedy powinna spać. Nie można było tego tłumaczyć układaniem literackich 
fabuł, gdyż Emilka zaniechała pisania. Na próżno panna Royal słała z Nowego Jorku listy pełne 
próśb i wyrzutów. Na próżno kuzyn Jim podstępnie podrzucał Emilce na biurko coraz to nowe 
zeszyty.   Na   próżno   ciotka   Laura   napomykała   nieśmiało,   że   szkoda   rezygnować   po   tak 
obiecujących początkach. Nawet pogardliwe stwierdzenie ciotki Elżbiety, że zawsze wiedziała, 
iż Emilka w końcu się tym znudzi — „ta zmienność Starrów, rozumiecie” — nie skłoniło 
Emilki, by wzięła pióro do ręki. Nie mogła już pisać i nie zamierzała więcej próbować.

— Spłaciłam długi, a to, co mam w banku, wystarczy na „ślubne drobiazgi”, jak to nazywa 

Dean. Od ciotki dostanę dwie koronkowe kapy. Więc jakie to ma znaczenie? — powiedziała 
ciotce Laurze z pewnym znużeniem i goryczą.

— Czy… czy to upadek ze schodów pozbawił cię ambicji? — wyjąkała nieszczęsna ciotka 

Laura, wyrażając w tym pytaniu lęk, który dręczył ją przez całą zimę.

Emilka ucałowała ją z uśmiechem.
— Nie, kochanie. Upadek nie ma z tym nic wspólnego. Po co martwić się czymś, co jest 

proste i naturalne? Zamierzam wyjść za mąż i muszę myśleć o domu i przyszłym małżonku. 
Czy to nie wystarczający powód, żeby przestać troszczyć się o… inne rzeczy?

Może tak było, lecz tego samego wieczoru o zachodzie słońca Emilka wyszła z domu. Jej 

dusza   łaknęła   swobody,   a   przechadzka   pozwalała   uwolnić   się   na   chwilę   z   pęt.   Był   to 
kwietniowy dzień, słońce przygrzewało, lecz w cieniu panował chłód. Nawet w promieniach 
słońca czuło się ziąb. Wieczór był chłodny. Niebo zasnuwały kłębiaste szare chmury, tylko na 
zachodzie  połyskiwała  bładozłota  smuga,   piękna  i  smutna,  a  księżyc  w nowiu  krył   się  za 
ciemnym wzgórzem. Emilka miała wrażenie, że jest jedyną żywą istotą na ziemi, a zimne cienie 
kładące   się   na   opustoszałych   polach   nadawały   wczesnowiosennemu   krajobrazowi   wygląd 
niewypowiedzianie posępny i żałosny. Obudziło to w Emilce poczucie beznadziejności, jak 
gdyby przeżyła już wszystko, co w życiu najlepsze. Warunki zewnętrzne zawsze wywierały na 
nią duży wpływ — może zbyt duży. Cieszyła się jednak, że wieczór jest pochmurny. Inna 
pogoda kłóciłaby się z jej nastrojem. Słyszała westchnienia morza za wydmami. Przypomniała 

background image

sobie starą strofę z wiersza Robertsa:

Szare skały, szare morze.
Fala brzeg obmywa;
W sercu noszę pewne imię,
Lecz go nie przyzywam.

Brednie! Kiepskie, niemądre, sentymentalne brednie. Koniec z tym!

background image

II

Wcześniej   tego   samego   dnia  przyszedł   list   od  Ilzy.   Ted   wracał   do   domu.   Miał   płynąć 

„Flawianem”. Chciał spędzić w domu prawie całe lato.

— Gdyby mogło być już po wszystkim… zanim przyjedzie — szepnęła Emilka.
Czy   zawsze   miała   lękać   się   jutra?   Zadowolona,   nawet   szczęśliwa   dzisiaj,   lecz   zawsze 

obawiająca się dnia jutrzejszego?

Czy takie ma być jej życie? Skąd ten lęk przed jutrem?
Wzięła z sobą klucz od Rozczarowanego Domu. Nie zaglądała tam od listopada i chciała 

zobaczyć dom — piękny, wyczekujący, upragniony.  Jej  dom. Urok tego miejsca rozproszy 
niejasne lęki  i  wątpliwości.  Powróci  duch  minionego,  szczęśliwego   lata.  Przystanęła przed 
bramą ogrodu i spojrzała z miłością na kochany domek, przytulony do starych drzew, które 
wzdychały łagodnie, tak samo jak wtedy, gdy snuła dziecinne marzenia. Perlista Woda była 
szara i nadąsana. Emilka kochała każde jej oblicze — letnią perlis—tość, srebrzysty odcień o 
zmierzchu, cud księżycowej poświaty i pomarszczone, deszczowe kręgi. Kochała ją i teraz, 
ciemną   i   zadumaną.   W   tym   posępnym,   wyczekującym   krajobrazie   był   jakiś   przejmujący 
smutek, jak gdyby — dziwna myśl przemknęła przez głowę Emilki — lękał się wiosny. Myśl o 
lęku powracała uporczywie. Emilka spojrzała w stronę wzgórza za wieżycami lombardzkich 
topól. Spomiędzy chmur błysnęła nagle gwiazda — Wega z gwiazdozbioru Liry.

Emilka zadrżała, pospiesznie otworzyła drzwi i weszła do domu. Wydawał się pusty i pełen 

oczekiwania. Po omacku dotarła do kominka, na którym leżały zapałki, i zaświeciła wysoką, 
jasnozieloną,   stożkowatą   świecę   stojącą   obok   zegara.   Migotliwe   światło   rozjaśniło   piękny 
pokój — taki, jakim pozostawili go w listopadzie. Ukazało Elżbietę Bas, która zapewne nie 
wiedziała, czym jest lęk; Monę Lisę, która drwiła sobie z niego. Lecz co z Lady Giovanną, 
która nigdy nie odwracała świątobliwego profilu, by spojrzeć człowiekowi w oczy? Czy zaznała 
owego nieuchwytnego, ukrytego lęku, nie dającego się wyrazić słowami? Tak niedorzecznego, 
gdy się go próbuje wypowiedzieć? I piękna, smutna matka Deana Priesta. Tak, ona poznała, co 
to lęk — wyzierał teraz z jej oczu w przyćmionym, niespokojnym świetle.

Emilka zamknęła drzwi i usiadła w fotelu pod portretem Elżbiety Bas. Słyszała za oknem 

niesamowity   szelest   zeschłych,   martwych   liści   minionego   lata.   Wiatr   wciąż   się   wzmagał. 
Słuchała go z przyjemnością. „Wiatr jest wolny — nie jest więźniem, jak ja”. Surowo stłumiła 
nieproszoną myśl. Nie będzie myślała o takich rzeczach. Sama ukuła sobie kajdany. Założyła je 
z własnej woli, nawet ich pragnęła. Pozostało jej tylko nosić je z wdziękiem.

Jak to morze jęczało w dole za polami! Ale tutaj, w małym domku, panowała cisza. W ciszy 

było  coś  dziwnego   i  niesamowitego.  Wydawało  się,   że  kryje  w  sobie  głębokie   znaczenie. 
Emilka   nie   odważyłaby   się   wymówić   słowa,   ponieważ  coś  mogło   jej   odpowiedzieć. 
Nieoczekiwanie opuścił ją lęk. Była rozmarzona, szczęśliwa, daleka od życia i rzeczywistości. 
Miała wrażenie, że ściany tonącego w mroku pokoju usuwają się z pola jej widzenia. Obrazy 
wycofały się dokądś. Pozostała jedynie zwierciadlana kula ciotki Nancy, wisząca pod starą 
żelazną latarnią — duży, srebrzysty, połyskliwy glob. Emilka ujrzała w nim odbicie pokoju 
niczym lśniący domek dla lalek, a także siebie w starym, niskim fotelu i świecę nad kominkiem, 
podobną do maleńkiej, figlarnej gwiazdki. Emilka odchyliła się w tył i wpatrywała w nią, aż 
wreszcie przestała widzieć cokolwiek prócz tego jedynego, świetlistego punkcika w rozległym, 
zamglonym wszechświecie.

background image

III

Czy usnęła? Śniła? Nie wiadomo. Sama Emilka nigdy się nie dowiedziała. Dotychczas dwa 

razy w życiu — raz w gorączce

*

, a raz we śnie

*

  — wyjrzała przez zasłonę czasu i rozumu. 

Nigdy nie lubiła wspominać tamtych doświadczeń. Z rozmysłem wyrzuciła je z pamięci, nie 
myślała o nich od lat. Sen, gorączkowe majaki. Ale to?

W zwierciadlanej kuli pojawiła się chmurka. Po chwili zrzedła i rozwiała się, a wraz z nią 

odbicie domku dla lalek.

Emilka ujrzała zupełnie inne pomieszczenie — podłużną, wysoką salę, pełną spieszących się 

ludzi, a wśród nich znaną jej twarz.

Kulka znikła — znikł także pokój w Rozczarowanym Domu. Emilka nie siedziała już w 

fotelu. Znalazła się w owym dziwnym, przestrzennym pomieszczeniu, w tłumie ludzi — stała 
obok mężczyzny czekającego niecierpliwie przed kasą biletową. Kiedy odwrócił się i spojrzał 
na nią, poznała Teda — dostrzegła zdumienie w jego oczach. Wiedziała z całą pewnością, że 
Tedowi grozi straszliwe niebezpieczeństwo i że ona musi go ocalić.

— Ted. Chodź.
Wydawało się jej, że chwyta go za rękaw i odciąga od okienka. A później zaczęła odpływać 

coraz dalej od niego — cofała się, on zaś ruszył za nią i biegł nie zważając na potrącanych 
ludzi; ścigał ją, a tymczasem ona znalazła się znowu w fotelu, poza zwierciadlaną kulą, w której 
nadal widziała zmniejszony obraz hali dworcowej i biegnącą postać. Po chwili kulę wypełniła 
biała chmura, która zafalowała, zrzedła i wreszcie rozwiała się całkowicie. Emilka siedziała w 
fotelu,   z   oczyma   utkwionymi   w   zwierciadlanej   kuli   ciotki   Nancy,   w   której   odbijało   się 
spokojne, srebrzyste wnętrze salonu, kredowobiała plama jej własnej twarzy i pojedynczy ognik 
świecy, mrugający jak figlarna gwiazda.

* Zobacz „Emilka z Księżycowego Nowiu”
* Zobacz „Emilka szuka swojej gwiazdy”

background image

IV

Emilka miała uczucie, jakby umarła, a potem powróciła do życia. Opuściła Rozczarowany 

Dom, zamykając drzwi na klucz. Chmury rozproszyły się i świat w blasku gwiazd wydawał się 
zamglony i nierzeczywisty. Prawie nieświadomie zwróciła twarz ku morzu za świerkowym 
laskiem, potem ku długiemu, otwartemu pastwisku i nadmorskim wydmom. Powiodła oczyma 
wzdłuż   wybrzeża   jak   znękana,   zaszczuta   istota,   która   znalazła   się   w   przedziwnym, 
niesamowitym, mrocznym królestwie. W oddali morze przypominało szary atłas, przesłonięty 
nadciągającą mgłą, lecz u brzegu drobne, kpiące fale z szumem lizały piasek. Emilka szła 
między mglistym morzem a wysokimi, ciemnymi wydmami. Gdyby tylko mogła tak iść bez 
końca i nie musiała zawrócić i stawić czoła pytaniu, na które nie było odpowiedzi, a które 
zadała jej ta noc.

Nie miała wątpliwości — była pewna, że widziała Teda i ocaliła go lub próbowała ocalić 

przed jakimś nieznanym niebezpieczeństwem. I była równie pewna, że go kocha, zawsze go 
kochała, miłością leżącą u samych podstaw jej istnienia.

A za dwa miesiące miała zostać żoną Deana Priesta. I co teraz? Małżeństwo było nie do 

pomyślenia.   Nie   mogłaby   żyć   w   kłamstwie.   Lecz   złamać   Deanowi   serce,   odebrać   jedyne 
szczęście, jakiego zaznał w swym nieudanym życiu — to również było nie do pomyślenia.

Tak, llza miała słuszność: to piekielna rzecz być kobietą.
— A zwłaszcza kobietą, która najwyraźniej zmienia zdanie co miesiąc — stwierdziła Emilka 

z goryczą i pogardą dla samej siebie. — Jeszcze w lecie byłam tak pewna, że Ted nic już dla 
mnie nie znaczy i że lubię Deana na tyle, by wyjść za niego za mąż. A dzisiaj powróciła ta 
straszna moc, ten dar czy klątwa, choć myślałam, że z tego wyrosłam… że to nigdy się nie 
powtórzy.

Emilka przez pół nocy spacerowała po wybrzeżu i nad ranem z poczuciem winy wśliznęła 

się ukradkiem do Księżycowego Nowiu. Wyczerpana rzuciła się na łóżko i usnęła w końcu 
kamiennym snem.

background image

V

Nadeszły straszne dni dla Emilki. Na szczęście Dean wyjechał w interesach do Montrealu. 

Podczas   jego  nieobecności  światem  wstrząsnęła  wieść  o  tragicznym  w  skutkach   zderzeniu 
„Flawiana” z górą lodową. Nagłówki gazet były dla Emilki jak uderzenie w twarz. Ted miał 
płynąć „Flawianem”. Czy… czy on…? Kto mógł jej odpowiedzieć? Może jego matka — jego 
dziwaczna, samotna matka, która darzyła Emilkę niemal namacalną nienawiścią. Dotychczas 
Emilka wzdrygała się na samą myśl o spotkaniu z panią Kent. Teraz jednak nic się nie liczyło 
— musiała wiedzieć, czy Ted był na pokładzie „Flawiana”. Pobiegła do Wrotyczowego Łanu. 
Pani Kent otworzyła drzwi. Była taka sama jak przed laty, kiedy Emilka ją poznała — krucha, 
nerwowa, o zgorzkniałym wyrazie ust, ze szpecącą, czerwoną blizną na bladym policzku. Jak 
zawsze na widok Emilki jej twarz stężała. W ciemnych, smutnych oczach czaiły się wrogość i 
lęk.

— Czy Ted płynął „Flawianem”? — zapytała Emilka prosto z mostu.
Pani Kent uśmiechnęła się przelotnie i nieprzyjaźnie.
— Czy to ma dla ciebie znaczenie? — spytała.
— Tak   —   Emilka   mówiła   otwarcie.   Na   jej   twarzy   pojawił   się   „murrayowski   wyraz”, 

któremu tylko nieliczni potrafili się oprzeć. — Jeżeli pani wie, proszę mi powiedzieć.

Pani Kent odpowiedziała niechętnie i z nienawiścią, drżąc jak uschły listek w podmuchach 

bezlitosnego wichru:

— Nie popłynął. Dostałam dzisiaj od niego depeszę. Coś zatrzymało go w ostatniej chwili.
— Dziękuję — Emilka odwróciła się, lecz pani Kent zdążyła dostrzec w jej pociemniałych 

oczach błysk radości i tryumfu. Skoczyła ku niej i chwyciła za ramię.

— To   nie   twoja   sprawa!   —   zawołała   gwałtownie.   —   Nie   twoja   sprawa,   czy   on   jest 

bezpieczny!   Zamierzasz   poślubić   innego   mężczyznę.   Jak   śmiesz   przychodzić   tutaj   i   żądać 
wiadomości o moim synu, jakbyś miała do tego prawo?

Emilka popatrzyła na nią z litością i zrozumieniem. Zazdrość, przyczajona jak wąż w duszy 

tej nieszczęsnej istoty, zamieniła jej życie w pasmo udręki.

— Być może nie mam prawa… poza tym, które daje miłość — odparła.
Pani Kent gwałtownie złożyła ręce.
— Ty? Ty śmiesz tak mówić? Ty, która wychodzisz za mąż za innego?
— Nie wyjdę za innego — usłyszała Emilka własny głos. Była to prawda. Przez wiele dni 

nie wiedziała, co robić, lecz teraz nie miała już wątpliwości. To będzie straszne, lecz musi 
nastąpić. Wszystko stało się nagle oczywiste, gorzkie i nieuniknione. — Nie mogę poślubić 
innego mężczyzny, pani Kent, ponieważ kocham Teda. Ale on mnie nie kocha. Wiem o tym 
dobrze. Dlatego nie musi pani dłużej mnie nienawidzić.

Odwróciła się i odeszła z Wrotyczowego Łanu. Zadawała sobie pytanie, gdzie się podziała 

jej   duma   —  „duma   Murrayów”   —  kiedy   z   takim   spokojem   wyznała   nie   odwzajemnioną, 
odrzuconą miłość. Ale w owej chwili duma nie miała do niej dostępu.

background image

R

OZDZIAŁ

 11

I

Kiedy przyszedł list od Teda — pierwszy list od bardzo dawna — ręce Emilki drżały tak 

mocno, że z trudem go otworzyła.

„Muszę Ci opowiedzieć o pewnym dziwnym zdarzeniu — pisał Ted. — Może już o tym 

wiesz. A może nie wiesz o niczym i pomyślisz, że oszalałem. Sam nie wiem, co o tym sądzić. 
Wiem tylko, co widziałem — lub wydawało mi się, że widzę.

Kupowałem bilet na pociąg do Liverpoolu, gdyż miałem stamtąd odpłynąć »Flawianem«. 

Wtem   poczułem,   że   ktoś   dotyka   mojego   ramienia.   Odwróciłem   się   i   zobaczyłem   Ciebie. 
Przysięgam,   że   to   prawda.   Powiedziałaś:   »Ted,   chodź«.   Zaniemówiłem   ze   zdumienia,   nie 
mogłem nawet myśleć. Mogłem tylko iść za Tobą. Biegłaś… nie, to nie to. Nie wiem, jak się 
poruszałaś,   wiedziałem   jedynie,   że   mi   umykasz.   To   wszystko   brzmi   idiotycznie.   Czy   ja 
oszalałem? Zupełnie nieoczekiwanie zniknęłaś mi z oczu, choć byliśmy już z dala od tłumu, w 
miejscu, gdzie nic nie mogłoby Cię zasłonić. Szukałem wszędzie, a kiedy oprzytomniałem, mój 
pociąg już odszedł i nie zdążyłem na »Flawiana«. Byłem wściekły i zawstydzony, póki nie 
nadeszła wiadomość. Wtedy poczułem, że włos mi się jeży.

Emilko, przecież nie ma cię w Anglii? To niemożliwe, żebyś była w Anglii. Wobec tego, co 

widziałem wtedy na dworcu?

Tak   czy   inaczej,   chyba   ocaliło   mi   to   życie.   Gdybym   popłynął   »Flawianem«…   ale   nie 

popłynąłem. Dzięki czemu?

Wkrótce będę w domu. Popłynę »Morawianinem«, o ile znowu mnie nie powstrzymasz. 

Emilko, dawno temu słyszałem dziwną historię o Tobie — miała coś wspólnego z matką Ilzy. 
Prawie zapomniałem, uważaj na siebie. Oczywiście, dzisiaj już nie pali się czarownic, ale…” 
Nie, już nie palono czarownic. Ale Emilka czuła, że wolałaby stos niż to, co ją czekało.

background image

II

Emilka   poszła   ścieżką   przez   wzgórze,   aby   zobaczyć   się   z   Deanem   w   Rozczarowanym 

Domu. Tego dnia dostała od niego wiadomość, napisaną w drodze powrotnej z Montrealu. 
Prosił,   by   spotkała   się   z   nim   o   zmierzchu.   Czekał   na   nią   przed   drzewami,   ożywiony   i 
szczęśliwy.   Drozdy   pogwizdywały   cicho   w   jodłowym   zagajniku,   a   wieczorne   powietrze 
pachniało  żywicą.   Lecz   wypełniał   je także  najdziwniejszy,   najsmutniejszy i   nie  dający  się 
zapomnieć dźwięk — łagodny, nieustanny szum fal obmywających morski brzeg w spokojny 
wieczór po niedawno minionym sztormie; dźwięk rzadko słyszany i pozostający na zawsze w 
pamięci. Jest on jeszcze żałośniej—szy niż zawodzenie wiatru w deszczową noc — słychać w 
nim smutek i rozpacz wszelkiego stworzenia.

Dean ruszył pospiesznie ku Emilce, lecz przystanął raptownie. Jej twarz, jej oczy… co się z 

nią stało podczas jego nieobecności? Przecież to nie była Emilka — ta obca, daleka, blada 
dziewczyna, stojąca przed nim w nikłym świetle zmierzchu.

— Emiłko, co się stało? — spytał Dean, choć znał już odpowiedź. Emilka spojrzała na 

niego. Po co łagodzić śmiertelny cios, skoro i tak musiała go zadać?

— Nie mogę zostać twoją żoną, Deanie — powiedziała. — Nie kocham cię.
Tylko tyle mogła powiedzieć. Żadnych przeprosin, żadnego usprawiedliwienia. Nie szukała 

ich nawet. Ale wstrząsnął ją widok ludzkiej twarzy, z której nagle starto całą radość.

Nastąpiła   chwila   milczenia,   która   wydawała   się   wiecznością,   przesyconą   nieznośnym, 

pulsującym smutkiem morza. Potem Dean odezwał się cicho:

— Wiedziałem, że mnie nie kochasz. Ale przecież… chciałaś wyjść za mnie. Co sprawiło, że 

stało się to niemożliwe?

Miał   prawo   wiedzieć.   Emilka   z   wysiłkiem   opowiedziała   swą   niemądrą,   niewiarygodną 

historię.

— Widzisz — zakończyła znękana — jeżeli potrafię przywołać go z tak daleka, należę do 

niego. On mnie nie kocha i nigdy nie pokocha, ale ja należę do niego. Och, Deanie, nie patrz 
tak! Musiałam ci o tym opowiedzieć… ale jeśli sobie tego życzysz, zostanę twoją żoną. Czułam 
tylko, że musisz znać całą prawdę, skoro i ja ją poznałam.

— Och tak, wnuczka Murrayów z Księżycowego Nowiu zawsze dotrzymuje słowa. — Na 

twarzy Deana pojawił się drwiący grymas. — Wyjdziesz za mnie, jeśli zechcę. Ale ja już nie 
chcę. Widzę równie wyraźnie jak ty, że to niemożliwe. Nie poślubię kobiety, której serce należy 
do innego.

— Czy kiedyś mi wybaczysz, Deanie?
— Cóż tu jest do wybaczania? Nie mogę przestać cię kochać, a ty nie możesz przestać 

kochać jego. Nic na to nie poradzimy. Nawet bogowie nie potrafią skleić rozbitych jajek. 
Powinienem był wiedzieć, że młodość ciągnie do młodości… A ja nigdy nie byłem młody. 
Gdybym był, to, choć teraz jestem stary, potrafiłbym cię zatrzymać.

Ukrył w dłoniach nieszczęśliwą, poszarzałą twarz. Emilka przyłapała się na myśli, jak miłą, 

przyjazną rzeczą byłaby śmierć.

Lecz gdy Dean uniósł głowę, jego twarz miała inny wyraz: drwiący i cyniczny jak dawniej.
— Nie miej takiej tragicznej miny, Emilko. Zerwania zaręczyn nikt w dzisiejszych czasach 

nie traktuje poważnie.  Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Twoje ciotki będą 
dziękowały wszelkim możliwym bogom, a moja rodzina pomyśli, że umknąłem niczym ptak z 
sideł kłusownika. A jednak wolałbym, żeby twoja szkocka babka, która przekazywała ci ten 
niebezpieczny chromosom, zabrała do grobu swój szósty zmysł.

Emilka oparła ręce o poręcz ganku i złożyła na nich głowę. Dean patrzył na nią, a wyraz jego 

twarzy uległ zmianie. Kiedy wreszcie przemówił, jego głos brzmiał łagodnie, choć zimno i 
beznamiętnie. Zniknęło zeń wszelkie ożywienie, barwa i ciepło.

background image

— Emilko, zwracam ci twoje życie. Pamiętasz, że należało do mnie, odkąd je ocaliłem na 

skalach w Malvern. Teraz znowu należy do ciebie. I musimy się w końcu pożegnać, mimo 
naszej   dawnej   umowy.   Zróbmy   to   szybko,   bo   „nagłe   winny   być   wszelkie   pożegnania   na 
zawsze”.

Emilka odwróciła się i pochwyciła go za ramię.
— Och nie, Deanie, nie żegnajmy się! Czy nie możemy zostać przyjaciółmi? Nie potrafię 

żyć bez twojej przyjaźni.

Dean ujął w dłonie jej twarz — chłodną twarz, o której marzył, że będzie się rumienić pod 

jego pocałunkami — i spojrzał na nią z powagą i czułością.

— Nie możemy już być przyjaciółmi, kochanie.
— Kiedyś przecież zapomnisz… Nie będziesz mnie kochał wiecznie…
— Mężczyzna musiałby umrzeć, żeby zapomnieć o tobie. Nie, Gwiazdko, nie możemy być 

przyjaciółmi. Nie chcesz mojej miłości, a ona wyparła wszelkie inne uczucia. Wyjeżdżam. Gdy 
będę stary, naprawdę stary, wrócę i być może staniemy się znowu przyjaciółmi.

— Nigdy sobie tego nie wybaczę.
— Dlaczego?   Nie   obwiniam   cię,   przeciwnie,   dziękuję   ci   za   ten   rok.   Był   dla   mnie 

królewskim darem. Nic mi go nie odbierze. Mimo wszystko nie oddałbym tego cudownego lata 
za całe wieki szczęścia danego innym. Moja Gwiazdko… moja Gwiazdko!

Emilka patrzyła na niego, a w oczach miała pocałunek, którym nigdy go nie obdarzyła. Jakże 

pusty będzie świat bez Deana; świat, który wydał jej się nagle bardzo stary. Czy kiedykolwiek 
zdoła zapomnieć ten straszny wyraz udręki w oczach Deana?

Gdyby wtedy odszedł, Emilka już nigdy nie czułaby się naprawdę wolna. Do końca życia 

prześladowałyby ją te żałosne oczy i myśl o krzywdzie, którą mu wyrządziła. Być może Dean 
zdawał  sobie  z  tego sprawę,  gdyż w  jego pożegnalnym uśmiechu zadrgał   cień  złośliwego 
tryumfu. Ruszył ścieżką, lecz zatrzymał się przy bramie i po chwili zawrócił.

background image

III

— Emilko, ja również muszę ci coś wyznać. Będę miał czystsze sumienie. Skłamałem, źle 

postąpiłem. Zdobyłem cię kłamstwem. Być może dlatego musiałem cię stracić.

— Kłamstwem?
— Pamiętasz   swoją   książkę?   Prosiłaś,   żebym   powiedział   szczerze,   co   o   niej   myślę. 

Skłamałem.   To   dobry   tekst…  bardzo   dobry.   Ma,   naturalnie,   pewne   wady,   jest   nieco   zbyt 
emocjonalny, trochę przejaskrawiony. Przydałoby ci się więcej umiaru, powściągliwości. Ale 
książka jest dobra. I pomysł, i wykonanie wyrastają ponad przeciętność. Całość ma swój urok, a 
twoje postaci naprawdę żyją. Są naturalne, ludzkie, ujmujące. Teraz wiesz, co o tym myślę.

Emilka wpatrywała się w niego, a jej blada, udręczona twarz zabarwiła się nagłym, gorącym 

rumieńcem.

— Dobra? A ja ją spaliłam — wyszeptała.
Dean drgnął gwałtownie.
— Spaliłaś?
— Tak. Nigdy jej nie odtworzę. Dlaczego skłamałeś? Dlaczego? Ty?
— Bo nienawidziłem tej książki. Znaczyła dla ciebie więcej niż ja. W końcu znalazłabyś 

wydawcę i odniosła sukces. Straciłbym cię na zawsze. Jak brzydkie wydają się pewne pobudki, 
kiedy ujmiemy je w słowa. Spaliłaś książkę? Chyba nie ma sensu mówić, że bardzo tego żałuję. 
Nie ma sensu prosić cię o przebaczenie.

Emilka   odzyskała   panowanie   nad   sobą.   Coś   się   wydarzyło   —   była   naprawdę   wolna, 

uwolniła się od wyrzutów sumienia, wstydu i żalu. Znowu należała do siebie. Rachunki zostały 
wyrównane.

„Nie mogę przez całe życie pielęgnować urazy, jak stary Hugo Murray” — pomyślała z 

zakłopotaniem, a głośno powiedziała:

— Ale ja… ja ci wybaczam, Deanie.
— Dziękuję   ci.   —   Popatrzył   na   szary   domek.   —   A   więc   ten   dom   pozostanie 

Rozczarowanym Domem. Zaiste, było mu to pisane. Domy, podobnie jak ludzie, nie mogą 
chyba uniknąć swego przeznaczenia.

Emilka odwróciła oczy od domku, który nadal kochała. Już nigdy nie będzie należał do niej. 

Pozostanie nawiedzony przez duchy zdarzeń, które nie nastąpiły.

— Deanie… oto klucz.
Dean potrząsnął głową.
— Zatrzymaj go, dopóki o niego nie poproszę. Po cóż mi klucz? Można sprzedać ten dom, 

choć wydaje mi się to świętokradztwem.

Pozostała jeszcze jedna rzecz. Emilka, odwracając twarz, wyciągnęła lewą dłoń. Dean musi 

sam zdjąć pierścionek ze szmaragdem, który niegdyś jej ofiarował. Poczuła, jak pierścionek 
zsuwa jej się z palca, pozostawiając zimny krąg w miejscu, które dotąd ogrzewał. Często ciążył 
jej niczym kajdany, lecz teraz, gdy zniknął na zawsze, była niemal chora z żalu. Razem z nim 
zniknęło bowiem coś, czym cieszyła się przez długie lata — wspaniała przyjaźń i towarzystwo 
Deana. Utraciła je na zawsze. Dotychczas nie wiedziała, jak gorzki może być smak wolności.

Kiedy Dean odszedł utykając, Emilka ruszyła w stronę domu. Nic już jej nie zatrzymywało. 

Pomyślała z szyderczym tryumfem, że w końcu Dean musiał przyznać, iż potrafi pisać.

background image

IV

Zaręczyny Emilki z Deanem wywołały zamieszanie w obydwu rodzinach, lecz zerwanie 

owych zaręczyn stało się istną burzą w szklance wody. Priestowie byli uradowani i oburzeni 
jednocześnie,   a   niekonsekwentni   Murrayowie   wpadli   w   furię.   Ciotka   Elżbieta   potępiała 
zaręczyny, ale jeszcze mocniej potępiała ich zerwanie. Co ludzie sobie pomyślą? Padło wiele 
słów na temat „zmienności Starrów”.

— Czy spodziewałaś się po tej dziewczynie, że rano będzie myślała to samo, co wieczorem? 

— zapytał sarkastycznie wuj Wałlace.

Każdy z Murrayów dołożył swoje trzy grosze, lecz nie wiadomo dlaczego najmocniej zraniła 

obolałą duszę Emilki uwaga Andrzeja. Zasłyszał gdzieś to słowo i powiedział, że Emilka jest 
„egzaltowana”. Połowa Murrayów nie rozumiała, co znaczy to wyrażenie, ale podchwycili je 
ochoczo. Emilka była po prostu „egzaltowana” — i tyle. Słowo to tłumaczyło wszystko, dlatego 
przyczepiło się do niej jak rzep. Jeżeli pisała wiersze, jeżeli jako jedyna w rodzinie nie lubiła 
puddingu z marchwi, jeżeli upinała włosy nisko, choć wszystkie dziewczęta upinały je wysoko, 
jeżeli lubiła samotne wędrówki po wzgórzach w świetle księżyca, jeżeli w niektóre poranki 
wyglądała tak, jakby wcale nie spała, jeżeli zachciewało jej się oglądać gwiazdy Przez lornetkę, 
jeżeli szeptano, że ponoć tańczyła samotnie przy księżycu wśród stogów siana na łące, jeśli 
miała łzy w oczach na sam widok piękna, jeśli wolała iść o zmierzchu do starego sadu niż na 
tańce w Shrewsbury — działo się tak dlatego, że była egzaltowana. Emilka czuła się samotna w 
nieprzyjaznym świecie. Nikt jej nie rozumiał, nawet ciotka Laura. Ilza także napisała dość 
dziwny list, w którym jedno zdanie przeczyło drugiemu i który wzbudził w Emilce przykre, 
niejasne podejrzenie, że choć Ilza kocha ją jak dawniej, ona również uważają za „egzaltowaną”. 
Czy to możliwe, by Ilza domyśliła się, że Perry Miller dowiedziawszy się, iż między Deanem 
Priestem   a   Emilką   Starr   „wszystko   skończone”,   przyszedł   do   Księżycowego   Nowiu   i 
oświadczył   się   po   raz   kolejny?   Emilka   odprawiła   go   krótko,   a   dotknięty   jej   tonem   Perry 
przyrzekł sobie, że już nigdy nawet nie spojrzy na tego dumnego małpiszona. Ale podobne 
przyrzeczenia składał już wiele razy.

background image

R

OZDZIAŁ

 12

I

4 maja 19..

Pierwsza w nocy to dość nietypowa pora na pisanie pamiętnika. Skłania mnie jednak do tego 

bezsenna   noc.   Nie   mogę   usnąć,   a   męczy   mnie   leżenie   w   ciemności   i   wyobrażanie   sobie 
przykrych rzeczy — dlatego zapaliłam świecę i odszukałam swój stary pamiętnik, żeby „przelać 
myśli na papier”.

Nie pisałam nic od tamtego wieczoru, gdy spaliłam książkę, spadłam ze schodów i umarłam. 

Powróciwszy   do   życia,   zastałam   wszystko   zmienione   i   zupełnie   nowe.   Nieznajome   i 
przerażające.   Wydaje   się,   że   upłynęły   długie   lata.   Kiedy   przewracam   te   kartki   i   oglądam 
wesołe, beztroskie zapiski, zastanawiam się, czy naprawdę pisałam to ja, Emilia Byrd Starr.

Dla człowieka szczęśliwego noc jest piękna, dla zasmuconego
— kojąca, lecz dla samotnego i nieszczęśliwego — straszna. A ja czuję się dzisiaj okropnie 

samotna. Przytłacza mnie smutek. Wydaje mi się, że w uczuciach nie potrafię zatrzymać się w 
pół drogi, a kiedy dopada mnie samotność, obejmuje w posiadanie ciało i duszę, i wiję się w 
udręce, a cała siła i odwaga uchodzą ze mnie. Dzisiaj czuję sie samotna, bardzo samotna. 
Miłość mnie unika, przyjaźń utraciłam, a nade wszystko — nie potrafię już pisać. Próbowałam 
parokrotnie i poniosłam klęskę. Dawny twórczy płomień zgasł i pozostawił tylko popioły, a ja 
nie jestem w stanie rozniecić go na nowo. Przez cały wieczór usiłowałam napisać opowiadanie i 
wyszedł   mi   drewniany  świat,   w   którym   poruszały   się   drewniane   marionetki   pociągane   za 
sznurki. Podarłam to w końcu na kawałki i czułam, że wyświadczam Bogu przysługę.

Ostatnie tygodnie były gorzkie, Dean wyjechał — nie wiem dokąd. Nie napisał do mnie i 

chyba nigdy już nie napisze. Brak listów od Deana wydaje się czymś dziwnym i nienaturalnym.

A jednak to błogie uczucie być znowu wolną.
Ilza pisze, że przyjedzie do domu na lipiec i sierpień.
I że Ted także będzie. Być może ta wiadomość jest jedną z przyczyn mojej bezsenności. 

Chciałabym gdzieś uciec, zanim on przyjedzie.

Nie odpisałam na list, który dostałam od niego po zatonięciu „Flawiana”. Nie mogłam. Nie 

byłam w stanie o tym pisać.

A jeśli on sam zacznie o tym mówić, kiedy się spotkamy, nie zniosę tego. Czy domyśli się, 

że potrafiłam przekroczyć granice czasu i przestrzeni, by go ocalić, ponieważ go kocham? Na 
samą myśl o tym umieram ze wstydu. A także na wspomnienie rozmowy z panią Kent. Nie 
pragnę jednak cofnąć tych słów. Ich bezwzględna szczerość przyniosła mi dziwną ulgę. Nie 
obawiam   się,   że   pani   Kent   powtórzy   je   Tedowi.   Ona   nigdy   nie   dopuści   do   tego,   by   się 
dowiedział o moim uczuciu.

Chciałabym jednak wiedzieć, jak mam przetrwać to lato.
Chwilami nienawidzę życia. Kiedy indziej zaś kocham je żarliwie, z bolesną świadomością, 

że jest tak piękne — a raczej mogłoby być, gdyby…

Przed odjazdem Dean kazał zabić deskami wszystkie okna Rozczarowanego Domu. Nie 

zbliżam się tam, nie chcę tego widzieć. Ale i tak widzę. Czeka na wzgórzu… ślepy i niemy. Nie 
zabrałam swoich rzeczy, co dla ciotki Elżbiety jest wyraźnym przejawem obłędu. Myślę, że i 
Dean niczego nie ruszył. Wszystko zostało po staremu. Mona Lisa nadal uśmiecha się drwiąco 
w półmroku, Elżbieta Bas myśli z pobłażliwą wzgardą o egzaltowanych idiotkach, a Lady 
Giovanna cozumie wszystko. Mój kochany domek! Nikt w nim nie zamieszka. Szuję się tak 
samo, jak owego wieczoru przed laty, kiedy ścigałam tęczę i utraciłam ją. „Będą jeszcze inne 
tęcze” — powiedziałam wówczas. Ale czy będą?

background image

II

15 maja 19..

Dzisiejszy   dzień   był   lirycznie   wiosenny   —   i   zdarzył   się   cud.   Nastąpił   o   świcie,   gdy 

wychylałam   się   przez   okno  słuchając  szeptów  lekkiego,   psotnego,   porannego   wietrzyka   w 
zagajniku   Dumnego   Jana.   Nieoczekiewanie   pojawił   się   promyk   —   wrócił   po   długich 
miesiącach  nieobecności, mój  dawny, ulotny przebłysk wieczności.  Zrozumiałam, że mogę 
znowu pisać. Rzuciłam się do biurka i pochwyciłam pióro. Pisałam przez cały ranek, a gdy 
usłyszałam na schodach kroki kuzyna Jima, wypuściłam pióro z ręki i pochyliłam głowę na 
stołem, przepojona wdzięcznością, że znowu mogę pracować.

Pracuj, gdy masz sposobność,
Bo na tym świecie nic lepszego nie ma,
A w klątwach Boga są cenniejsze dary
Niźli w błogosławieństwach ludzi.

Tak napisała Elżbieta Barret Browning — i miała słuszność. Trudno pojąć, dlaczego praca 

może Syć uważana za przekleństwo — dopóki człowiek nie przypomni sobie, jak gorzki jest 
przymusowy lub niewdzięczny trud. Ale praca, do której jesteśmy stworzeni, do której czujemy 
się powołani na tym świecie, jest błogosławieństwem i wielką radością. Czułam to dzisiaj, gdy 
moje palce zapłonęły dawną gorączką, a pióro znowu stało się przyjacielem.

„Sposobność” do pracy — można by powiedzieć, że dana jest każdemu. Czasami jednak 

odbiera nam ją cierpienie i rozpacz. A później uświadamiamy sobie, co straciliśmy, i wiemy 
już, że lepiej  być przez Boga  przeklętym niż zapomnianym. Gdyby ukarał  Adama i Ewę, 
skazując ich na bezczynność, istotnie poczuliby się obłożonymi klątwami wygnańcami. Żadne 
marzenia o Edenie, „skąd wypływają cztery wielkie rzeki”, nie mogłyby być tak cudowne jak 
te, które snuję teraz, kiedy wróciła mi zdolność do pracy.

O Boże, póki żyję, daj mi „sposobność” do pracy. O to się modlę. Sposobność i odwagę.

background image

III

25 maja 19..

Drogie słońce, jak skutecznym lekarstwem są twoje promienie! Przez cały dzień napawałam 

się urodą cudownego światła, białego jak ślubny welon. O zmierzchu spłukałam pył z duszy, 
kąpiąc   się   w   wiosennym   powietrzu.   Wybrałam   odosobnioną,   starą   drogę,   prowadzącą   ku 
Rozkosznej Górze, i powędrowałam nią radośnie, przystając co chwila, aby zastanowić się nad 
nowymi pomysłami, które przylatywały do mnie jak skrzydlate duchy. Później jeszcze długo 
snułam się po polach, obserwując gwiazdy przez lornetkę. Kiedy wróciłam do domu, czułam się 
tak, jakbym była miliony mil stąd, w błękitnym kosmosie, zapominając na chwilę o wszystkim, 
co mnie otaczało na ziemi.

Tylko na jedną gwiazdę nie spojrzałam. Na Wegę z gwiazdozbioru Liry.

background image

IV

30 maja 19..

Dzisiaj wieczorem, kiedy pisałam opowiadanie, przyszła ciotka Elżbieta i kazała mi wypielić 

grządkę cebuli. Musiałam odłożyć pióro i zejść do ogrodu warzywnego. Chwała Bogu, można 
pielić cebulę i równocześnie myśleć o pięknych rzeczach. Jednym z naszych błogosławieństw 
jest to, że nie musimy wkładać duszy we wszystko, co czynią nasze ręce — i dzięki za to 
bogom, gdyż w przeciwnym razie komu by pozostała choć cząstka duszy? Pełłam więc cebulę, 
a w wyobraźni przemierzałam Mleczną Drogę.

10 czerwca 19..

Czuliśmy   się   wczoraj   z   kuzynem   Jimem   jak   mordercy.   I   byliśmy   nimi.   Zostaliśmy 

dzieciobójcami!

Tej wiosny bardzo obrodziły klony. Wydaje się, że zakiełkowały wszystkie nasionka. Na 

trawniku,   w   ogrodzie   i   w   sadzie   wyrosły   setki   maleńkich   klonów.   Należało   je   wyrwać, 
oczywiście. Pozostawienie ich nie wchodziło w rachubę. Wyrywaliśmy je zatem przez cały 
dzień i czuliśmy się jak podli winowajcy. Kochane maleństwa! Miały prawo urosnąć i stać się 
potężnymi, majestatycznymi, wspaniałymi drzewami. Kimże jesteśmy, żeby odmawiać im tego 
prawa? Ta brutalna konieczność doprowadziła kuzyna Jima do łez.

— Czasami myślę — szepnął — że nie powinno się nikomu ani niczemu przeszkadzać 

dorosnąć. Ja nigdy nie dorosłem… przynajmniej nie w głowie.

W nocy przyśnił mi się straszny sen. Ścigały mnie tysiące oburzonych duchów młodych 

klonów. Tłoczyły się dookoła, deptały mnie, smagały gałązkami i dusiły liśćmi. Obudziłam się 
bez tchu, śmiertelnie przerażona, lecz przyszedł mi do głowy świetny pomysł na opowiadanie 
„Zemsta drzewa”.

background image

VI

15 czerwca 19..

Dzisiaj po południu zrywałam poziomki na brzegach Perlistej Wody, wśród rozkołysanych, 

wonnych traw. Bardzo lubię zbierać  poziomki. W tym zajęciu jest coś wiecznie młodego. 
Nawet bogowie z wysokiego Olimpu mogliby zrywać poziomki nie naruszając w niczym swej 
godności. Królowa i poeta mogą się do tego zniżyć; dla żebraka jest to wywyższenie.

A teraz, wieczorem, siedzę w moim starym, ukochanym pokoju, z moimi drogimi książkami, 

obrazkami i okienkiem o ukośnych szybkach, i marzę, wdychając wonne powietrze łagodnego, 
letniego zmierzchu. Drozdy nawołują się w zagajniku Dumnego Jana, a topole szepczą o dawno 
zapomnianych sprawach.

Mimo wszystko ten stary świat nie jest zły, a i ludzie nie są najgorsi. Nawet Emilka Byrd 

Starr jest całkiem przyzwoitą osobą. Nie aż tak fałszywą, niestałą, przewrotną niewdzięcznicą, 
za jaką się uważa nad ranem; ani pozbawioną przyjaciół, zapomnianą dziewczyną, jaką wydaje 
się sobie w bezsenne noce; ani tak nieudaną pisarką, za jaką mogłaby uznać się w chwilach 
goryczy, gdy trzej kolejni wydawcy zwracają jej maszynopis.  Ani  takim tchórzem, jakim i 
czuje, kiedy myśli o lipcu i przyjeździe Fryderyka Kenta do Perlistej Wody.

background image

R

OZDZIAŁ

 13

I

Emilka czytała przy oknie dziwny wiersz Alicji Meynełl „List od młodej dziewczyny do 

siebie jako staruszki”, a zawarte w nim przepowiednie budziły w niej dreszcze. Nad starym 
ogrodem Księżycowego Nowiu zapadał zmierzch — i w tym zmierzchu rozległo się wyraźne 
gwizdanie, dwie wysokie nuty i jedna niska, dawny sygnał Teda z zagajnika Dumnego Jana, ten 
sam, który niegdyś tak często przyzywał Emilkę o zmierzchu.

Książka upadła na podłogę. Emilka wstała blednąc i rozszerzonymi oczyma wpatrzyła się w 

mrok.   Czy   to   Ted?   Miał   przyjechać   dopiero   w   przyszłym   tygodniu,   a   dzisiaj   wieczorem 
spodziewano się; Ilzy. Czy się nie myliła? Może tylko to sobie wyobraziła? Pewniej odezwał 
się jakiś drozd…

Gwizd rozległ się po raz drugi. Wiedziała już, wiedziała od początku, że to Ted. Nie było na 

świecie podobnego dźwięku. Tak dawno go nie słyszała. Ted przyjechał… czekał na nią… 
wzywał ją. Czy pójdzie? Zaśmiała się cicho. Nie miała wyboru. Musiała iść. Duma nie była w 
stanie jej powstrzymać; gorzkie wspomnienie owego wieczoru, kiedy czekała na wezwanie, 
którego nie usłyszała, nie mogło być przeszkodą. Lęk, wstyd — wszystko poszło w niepamięć, 
pozostało tylko szalone uniesienie. Nie miała czasu, by pomyśleć, że jest wnuczką Murrayów, 
zerknęła tylko przelotnie w lustro, upewniając się, że jej suknia z krepy koloru kości słoniowej 
jest bardzo twarzowa — co za szczęście, że akurat ją włożyła! — po czym zbiegła ze schodów i 
przemknęła przez ogród. Ted stał w cieniu starych jodeł, na ścieżce w zagajniku Dumnego Jana, 
z gołą głową, uśmiechnięty.

— Ted…
— Emilko…
Ich dłonie się spotkały, patrzyli na siebie płonącymi oczyma. Powróciła młodość i dawna 

magia. Byli znowu razem, po długich, męczących latach obcości i rozłąki. Zniknęła wszelka 
nieśmiałość, sztywność, poczucie zmiany i lęk przed nią. Zupełnie jakby na nowo stali się 
dziećmi. Ale wiek dziecięcy nie zna tej gwałtownej, narastającej błogości, tego nierozważnego 
poddania.  Och,  należała  do  niego!   Jego   słowa,   spojrzenie,   ton  głosu  wciąż   miały  nad  nią 
władzę.   Nieważne,   że   w   spokojniejszym   nastroju   mogła   z   niechęcią   myśleć   o   własnym 
poddaniu się i uległości. Nieważne, że jutro może żałować, iż tak szybko, tak ochoczo i bez 
wahania pobiegła do niego. Dzisiaj liczyło się tylko to, że Ted wrócił.

Na pozór spotkali się jednak nie jak zakochani, lecz jak starzy, bliscy przyjaciele. Tak wiele 

mieli do powiedzenia i do przemilczenia, kiedy spacerowali ogrodowymi alejkami, a gwiazdy 
śmiały się do nich w ciemności, nasuwając rozmaite myśli.

Tylko na jeden temat nie padło ani słowo — na temat, którego Emilka tak się obawiała. Ted 

nawet nie wspomniał o tajemniczym widzeniu na dworcu w Londynie, jak gdyby nigdy się nie 
zdarzyło. Emilka czuła jednak, że połączyło ich po długim okresie niezrozumienia. Dobrze, że 
nie rozmawiali o tym mistycznym zjawisku, tej tajemnicy bogów, o której mówić nie wolno. 
Najlepiej o niej zapomnieć, skoro już spełniła swe zadanie. Lecz mimo to — jacy nierozsądni 
jesteśmy my, śmiertelnicy! — Emilka odczuwała absurdalne rozczarowanie, że Ted o tym nie 
mówi. Nie chciała, żeby poruszał ten temat, ale przecież chybaby coś powiedział, gdyby miało 
to dla niego jakieś znaczenie.

— Dobrze jest wrócić do domu — mówił Ted. — Mam wrażenie, że nic się tu nie zmieniło. 

Czas stoi w miejscu w tym rajskim ogrodzie. Spójrz, Emilko, jak jasno świeci Wega. Nasza 
gwiazda. Pamiętasz?

Czy pamiętała? Jeszcze niedawno żałowała, że nie potrafi zapomnieć.

background image

— Pisano mi, że zamierzasz wyjść za mąż za Deana — powiedział nagle Ted.
— Zamierzałam… ale nie mogłam — odparła Emilka.
— Dlaczego? — spytał Ted, jak gdyby miał pełne prawo zadać takie pytanie.
— Ponieważ go nie kocham — odpowiedziała Emilka, przyznając mu to prawo.
Rozległ   się   śmiech   —   dźwięczny,   radosny   śmiech,   któremu   pragnie  {  się   natychmiast 

zawtórować. To było takie bezpieczne — można się śmiać bez obawy zdradzenia własnych 
uczuć. Ścieżką nadbiegła Ilza. Ilza w jedwabnej sukni, żółtej jak jej włosy, i kapeluszu, złoto—
brązowym jak jej oczy, podobna do wspaniałej złocistej róży, która nagle zaczęła poruszać się 
po ogrodzie.

Emilka powitała ją niemal z ulgą. Ta chwila nabrała zbyt wielkiej wagi. Pewne rzeczy stają 

się groźne, gdy je ująć w słowa. Odsunęła się od Teda ruchem prawie wyniosłym. Była znowu 
wnuczką Murrayów z Księżycowego Nowiu.

— Moi kochani! — zawołała Ilza, obejmując każde z nich ramieniem. — Czy to nie boskie, 

że jesteśmy tu razem? O, jak ja was kocham! Zapomnijmy, że jesteśmy dorośli, mądrzy i 
nieszczęśliwi,   i  bądźmy szalonymi,  rozbrykanymi,   szczęśliwymi   dzieciakami,   choćby  tylko 
przez to jedno rozkoszne lato.

background image

II

Nastąpił cudowny miesiąc, pełen nieopisanie pięknych róż, delikatnych mgieł, srebrzystej 

doskonałości   księżyca,   niezapomnianych   ametystowych   zmierzchów,   przelotnych   deszczy, 
pieśni wiatru, purpurowych pąków i gwiezdnego pyłu, tajemnicy, muzyki i magii! Miesiąc 
śmiechu,   tańca   i   radości,   i   bezgranicznego   oczarowania.   A   jednocześnie   był   to   miesiąc 
powściągliwego,   skrytego   zrozumienia.   Nie   padło   ani   jedno   słowo.   Emilka   i   Ted   rzadko 
przebywali z sobą sam na sam. Ale ona czuła… wiedziała. Aż promieniała radością. Z jej oczu 
znikł dawny niepokój, który tak martwił ciotkę Laurę. Życie było piękne. Przyjaźń, miłość, 
radość zmysłów i ducha, smutek, zachwyt, osiągnięcia, klęski, tęsknota — wszystko to, jako 
część życia, było ciekawe i upragnione.

Każdego   ranka,   po   przebudzeniu,   nowy   dzień   przypominał   Emilce   dobrą   wróżkę, 

przynoszącą cudowny dar radości. Zapomniała, przynajmniej chwilowo, o ambicji.  Sukces, 
potęga, sława… Niech ci, którzy ich pragną, biorą je sobie i płacą za nie. Ale miłości nie można 
kupić ani sprzedać. Jest darem.

Nawet wspomnienie spalonej książki przestało sprawiać jej ból. Cóż znaczyła jedna książka 

wobec tętniącego  życiem i  uczuciami  wszechświata? Jakie  blade było życie  nakreślone na 
papierze   w   porównaniu   z  życiem   prawdziwym,   pulsującym,   roziskrzonym!   Kto   by   dbał   o 
laury? Milszy jest wianek z kwiatów pomarańczy. I czy któraś gwiazda przewodnia świeciła 
jaśniej i ponętniej niż Wega z gwiazdozbioru Liry? Wszystko to oznaczało, że ani na tym 
świecie, ani na żadnym innym nie liczyło się nic i nikt z wyjątkiem Teda Kenta.

background image

III

— Gdybym miała ogon, wywijałabym nim — jęknęła Ilza, rzucając się na łóżko. Złapała 

jedną z ulubionych książek  Emilki,  niewielkie,   stare wydanie  „Rubajjat”,  prezent od Teda 
jeszcze z czasów szkolnych, i cisnęła nią o ścianę. Grzbiet odleciał, a kartki rozsypały się na 
wszystkie strony. Emilka była zirytowana.

— Czy zdarzają ci się takie nastroje, że nie jesteś w stanie ani płakać, ani się modlić, ani 

kląć? — spytała Ilza.

— Czasami — przyznała oschle Emilka. — Ale nie wyładowuję się na Bogu ducha winnych 

książkach. Po prostu idę i suszę komuś głowę.

— Ja nie suszyłam nikomu głowy, ale zrobiłam coś równie efektownego — powiedziała 

Ilza, rzucając nieprzychylne spojrzenie w stronę fotografii Perry’ego Millera, która stała na 
biurku Emilki.

Emilka także zerknęła na nią i jej twarz „zmurrayowiała”, według określenia Ilzy. Fotografia 

stała na swoim miejscu, ale zamiast żywych, śmiałych oczu Perry’ego widniały w niej dwie 
nierówne, szkaradne dziury.

Emilka rozgniewała się nie na żarty. Perry był tak dumny z tych zdjęć, pierwszych w życiu. 

„Nigdy nie było mnie na to stać” — Powiedział szczerze. Wyglądał na nich bardzo przystojnie, 
choć Przybrał nieco zbyt wojowniczą i buńczuczną pozę. Jego falujące włosy były gładko 
zaczesane   do   tyłu,   a   stanowcze   usta   i   podbródek   prezentowały   się   wyjątkowo   korzystnie. 
Ciotka Elżbieta,  przyglądając  się fotografii,  dziwiła się skrycie,  jak to możliwe,  że kiedyś 
kazała temu eleganckiemu młodzieńcowi jadać w kuchni. A ciotka Laura ze wzruszeniem otarła 
oczy i pomyślała, że być może, mimo wszystko, Emilka i Perry… po pastorze i lekarzu dobrze 
mieć prawnika w rodzinie. Z drugiej strony jednak, ta Piecykowa Rura…

Perry zepsuł Emilce ową radosną chwilę oświadczając się po raz kolejny. Perry Miller nie 

przyjmował do wiadomości, że nie może zdobyć czegoś, co chciałby mieć. A zawsze chciał 
zdobyć Emilkę.

— Teraz świat należy do mnie — rzekł z dumą. — Z każdym rokiem wspinam się wyżej. 

Czemu się wreszcie nie zdecydujesz i nie przyjmiesz mnie, Emilko?

— Czy to tylko kwestia decyzji? — spytała żartobliwie Emilka.
— Oczywiście. Czegóż by innego?
— Posłuchaj, Perry — zaczęła Emilka stanowczo — jesteś dobrym, starym przyjacielem. 

Lubię cię i zawsze będę lubiła. Ale mam już dość tych idiotyzmów i zamierzam położyć im 
kres. Jeżeli jeszcze raz mi się oświadczysz, już nigdy w życiu się do ciebie nie odezwę. A 
ponieważ tak trafnie podejmujesz decyzje, zdecyduj się, co wolisz: moją przyjaźń czy moje 
nieistnienie.

— Cóż,   trudno.   —   Perry   filozoficznie   wzruszył   ramionami.   Właściwie   doszedł   już   do 

wniosku, że mógłby sobie darować to uganianie się za Emilka Starr i znoszenie afrontów jako 
jedynej   nagrody   za   swe   wysiłki.   Dziesięć   lat   wystarczy   wiernemu   acz   odrzuconemu 
wielbicielowi. W końcu były na świecie jeszcze inne dziewczęta. Może popełnił błąd. Był zbyt 
wierny i wytrwały. Gdyby bywał na przemian gorący i zimny, jak Ted Kent, to może by mu się 
poszczęściło. Takie już są dziewczęta. Ale Perry nie wyraził tego głośno. Chłopak z Piecykowej 
tury zdążył się paru rzeczy nauczyć. Powiedział jedynie:

— Gdybyś tylko nie patrzyła na mnie w ten specyficzny sposób, mógłbym przestać do ciebie 

wzdychać. W każdym razie, nie zaszedłbym tak wysoko, gdybym się w tobie nie zakochał. 
Byłbym rybakiem albo czyimś parobkiem. Dlatego nie żałuję. Nie zapomniałem, jak we mnie 
wierzyłaś, jak mi pomagałaś i wstawiałaś się za mną u twojej ciotki. To było… — tu przystojna 
twarz Perry’ego oblała się rumieńcem, a jego głos lekko zadrżał — to było miłe… marzyć o 
tobie przez te wszystkie lata. Teraz chyba będę musiał dać sobie z tym spokój. Widzę, że to nie 

background image

ma sensu. Ale nie odbieraj mi twojej przyjaźni, Emilko.

— Nigdy! — zapewniła go impulsywnie Emilka. — Jesteś bardzo dzielny, drogi Perry. 

Dokonałeś cudów i jestem z ciebie dumna.

A teraz jego fotografia była zupełnie zniszczona. Roziskrzone oczy Emilki pociemniały jak 

wzburzone morze.

— Ilzo Burnley, jak śmiałaś zrobić coś takiego!
— Nie masz co tak marszczyć brwi, ukochany demonie — powiedziała Ilza. — To na mnie 

nie robi wrażenia. Nie mogłam patrzeć na tę fotografię. Jeszcze z Piecykowa Rurą w tle.

— To, co zrobiłaś, jest na poziomie Piecykowej Rury.
— Sam się o to prosił. I ten jego głupkowaty uśmiech! „Patrzcie na MNIE. Jestem Osobą 

Znaną i Cenioną”. Nigdy w życiu nie czułam takiej satysfakcji jak wtedy, gdy wbiłam nożyczki 
w te zarozumiałe ślepia. Jeszcze dwie sekundy, a zaczęłabym wyć do księżyca. Och, jak ja 
nienawidzę Perry’ego Millera! Nadął się jak psie ścierwo w słońcu!

— Myślałam, że jesteś w nim zakochana — stwierdziła dość szorstko Emilka.
— To to samo — odparła posępnie Ilza. — Emilko, dlaczego nie mogę wyrzucić z myśli tej 

kreatury?   Nie   z   serca,   to   zbyt   wiktoriańskie.   Ja   nie   mam   serca.   Nie   kocham   go,   ja   go 
nienawidzę. Ale wciąż o nim myślę. To po prostu taki stan umysłu. Mam ochotę wyć do 
księżyca.   A   tak   naprawdę,   to   wyłupiłam   mu   oczy   dlatego,   że   został   liberałem,   choć   od 
urodzenia był konserwatystą.

— Ty sama jesteś konserwatystką.
— Tak, ale to nieważne. Nienawidzę oportunistów. Nigdy nie wybaczyłam Henrykowi IV, 

że przeszedł na katolicyzm. Nie dlatego, że był protestantem, ale dlatego, że był oportunistą. 
Byłabym tego samego zdania, gdyby z katolika stał się protestantem. Perry zmienił poglądy 
polityczne, żeby zostać wspólnikiem Leonarda Abla. Proszę, masz Piecykowa Rurę. O, on 
zostanie sędzią Millerem, nadzianym jak tort weselny… Ale żałuję, że nie ma setki oczu, które 
mogłabym wyłupić! W takich chwilach czuję, że dobrze by było należeć do bliskich przyjaciół 
Lukrecji Borgii.

— Która była poczciwą i niezbyt mądrą kobietą, kochaną za swe dobre uczynki.
— Och, wiem, że ci dzisiejsi historycy ze swoją skłonnością do wybielania postanowili 

obedrzeć historię ze wszystkiego, co barwne. Nieważne, ja nadal będę wierzyć w Lukrecję i 
Wilhelma Telia. Zabierz stąd to zdjęcie, Emilko. Bardzo cię proszę.

Emilka schowała zniszczoną fotografię do szuflady biurka. Jej złość już minęła. Rozumiała 

Ilzę.   A   przynajmniej   rozumiała,   dlaczego   Ilza   wydłubała   Peny   emu   oczy.   Trudniej   było 
zrozumieć jej silne i nieuleczalne uczucie do Perry’ego Millera. W sercu Emilki pojawił się 
także cień litości dla Ilzy, tak bardzo zakochanej w mężczyźnie, który wcale o nią nie dbał.

— Myślę, że to mnie wyleczy — odezwała się ze wzburzeniem Ilza. — Nie mogę… nie chcę 

kochać oportunisty. Ślepy nietoperz, skończony idiota! Uff, mam go dość! Ciekawe, dlaczego 
nie czuję do ciebie nienawiści, Emilko? Odrzuciłaś z pogardą to, czego ja tak bardzo pragnę. Ty 
lodowata istoto, czy kiedykolwiek zależało ci na czymś prócz twojego pióra?

— Perry nigdy nie był we mnie naprawdę zakochany — wykręciła się Emilka. — Tak mu 

się tylko wydaje.

— Cóż, dobrze by było, gdyby mu się wydawało, że jest zakochany we mnie. Jaka ja jestem 

bezwstydna! Tylko tobie jednej mogę o tym opowiadać. Pewnie dlatego nie jestem zdolna cię 
znienawidzić.   Chyba   nie   czuję   się   aż   tak   nieszczęśliwa,   jak   sobie   wyobrażam.   Nigdy   nie 
wiadomo, co nam życie przyniesie. Zamierzam wydrzeć Perry’ego Millera z mojego życia i 
myśli, tak jak jego oczy z fotografii. Wiesz, Emilko — ton i postawa Ilzy uległy zmianie — 
tego lata Ted Kent podoba mi się bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

— O! — zabrzmiało to bardzo wymownie, lecz Ilza niczego nie zauważyła.
— Tak. Jest naprawdę czarujący. Te lata spędzone w Europie wiele mu dały. Może nauczył 

się lepiej ukrywać swoje samolubstwo.

background image

— Ted nie jest samolubny. Dlaczego tak o nim mówisz? Wiesz,; jaki jest przywiązany do 

matki.

— Ona go uwielbia, a Ted lubi być uwielbiany. To dlatego w nikim się nie zakochał, wiesz? 

I może jeszcze dlatego, że w Montrealu i dziewczęta wręcz uganiały się za nim. To było po 
prostu niesmaczne. Robiły z siebie idiotki, wyczekiwały z wywieszonymi językami, aż miałam 
ochotę przebrać się za mężczyznę i wyrzec się własnej płci. W Europie na pewno było to samo. 
Sześć   lat   czegoś   takiego   zepsuje   i   napełni   pogardą   każdego   mężczyznę.   Przy   nas   Ted 
zachowuje się przyzwoicie. Wie, że od dawna znamy go na wylot i nie będziemy tolerowały 
żadnych bzdur. Ale widziałam, jak przyjmuje hołdy, łaskawie rozdziela uśmiechy, spojrzenia, 
uściski dłoni. Każdej mówił to, co pragnęła usłyszeć. Zawsze wtedy myślałam sobie, że z 
chęcią powiedziałabym mu coś, co by wspominał przez długie lata, leżąc bezsennie o trzeciej 
nad ranem.

Słońce zatonęło w purpurowych chmurach za Rozkoszną Górą, a do Księżycowego Nowiu 

podkradł się przez wzgórza i łąki chłodny zmrok. Pokój Emilki pogrążył się w cieniu i tylko 
przez zagajnik Dumnego Jana przeświecała szara Perlista Woda.

Emilka wieczór miała zepsuty. Ale czuła, wiedziała, że Ilza myli się co do wielu rzeczy. 

Jedno ją pocieszało: nie zdradziła swojej tajemnicy. Nawet Ilza niczego się nie domyśliła. W 
ten sposób Emilka sprostała wymaganiom zarówno Murrayów, jak i Starrów.

background image

IV

Siedziała jednak długo przy oknie, wpatrzona w ciemną noc, którą rozjaśniał srebrzystą 

bladością wschodzący księżyc. A zatem dziewczęta „uganiały się” za Tedem.

Żałowała, że tak ochoczo pobiegła do zagajnika Dumnego Jana. „O, zagwiżdż, a przyjdę do 

ciebie, mój chłopcze” — to dobre w piosence. Ale życie nie było szkocką balladą. I ta zmiana w 
tonie Uzy, ta niemal poufna nuta. Co Ilza miała na myśli? Jak pięknie dzisiaj wyglądała w tej 
eleganckiej, zielonej sukni bez rękawów, upstrzonej maleńkimi, złocistymi motylami, w długim 
naszyjniku, Podobnym do zielonego węża, w zielonych butach ze złocistymi klamerkami. Ilza 
zawsze nosiła takie zachwycające buty. Co miała na myśli? Czyżby chciała…

Po śniadaniu ciotka Laura powiedziała kuzynowi Jimowi, że drogiemu dziecku na pewno 

coś leży na sercu.

background image

R

OZDZIAŁ

 14

I

— Kto rano wstaje, temu… spełnia się marzenie — odezwał się Ted, przysiadając obok 

Emilki na jedwabistej, jasnozielonej trawie nad Perlistą Wodą.

Nadszedł tak cicho, że Emilka nie słyszała jego kroków i mimo woli wzdrygnęła się i 

zarumieniła na jego widok, mając nadzieję, że on tego nie zauważył. Obudziła się wcześnie, 
czując — jakby to nazwała jej rodzina — egzaltowane pragnienie, by zobaczyć wschód słońca i 
odnowić   znajomość   z   Edenem.   Wymknęła   się   więc   z   Księżycowego   Nowiu,   przebiegła 
ukradkiem przez budzący się ogród i zagajnik Dumnego Jana i podążyła na spotkanie tajemnicy 
świtu. Nie przyszło jej do głowy, że i Ted wybierze się na przechadzkę.

— Lubię tu przychodzić o wschodzie słońca — powiedział. — Tylko tutaj choć przez krótką 

chwilę   mogę   być   sam.   Popołudnia   i   wieczory   spędzamy   na   hucznych   zabawach,   a 
przedpołudnia należą do mamy. Przez sześć lat była tak straszliwie samotna.

— Przykro   mi,   że   zakłóciłam   twój   cenny   spokój   —   rzuciła   sztywno   Emilka,   przejęta 

okropnym lękiem, że Ted może sobie pomyśleć, iż ona zna jego zwyczaje i przyszła tu celowo.

— Nie rób takiej miny, Emilio Byrd Starr, nie jesteśmy przecież w Księżycowym Nowiu — 

zaśmiał się Ted. — Wiesz doskonale, że spotkanie z tobą jest dla mnie najpiękniejszą chwilą 
poranka. Zawsze miałem nierozsądną nadzieję, że to nastąpi. I nastąpiło. Usiądźmy sobie razem 
i oddajmy się marzeniom. Bóg stworzył ten poranek tylko dla nas dwojga. Nawet rozmowa 
mogłaby go zepsuć.

Emilka   zgodziła   się   w milczeniu.   Jak   dobrze  było  siedzieć  z   Te—dem  nad  wodą,   pod 

koralowym   niebem   poranka,   i   marzyć,   tak   po   prostu   snuć   szalone,   słodkie,   skryte, 
niezapomniane, niemądre marzenia. Tylko z Tedem, gdy cały świat był pogrążony we śnie. O, 
gdyby ta piękna, kradziona chwila mogła trwać wiecznie! W myślach Emilki zagrała niczym 
takt melodii linijka z wiersza Marjorie Pickthall:

O, niech na świecie brzask nigdy nie mija…

Wyszeptała to bezgłośnie, jak modlitwę.
Wszystko  było takie  piękne  w owej  czarodziejskiej   chwili  tuż przed  wschodem słońca. 

Błękitne, dzikie irysy nad wodą, fiołkowe cienie między wydmami, biała, przejrzysta mgiełka 
nad porośniętą kaczeńcami dolinką po drugiej stronie stawu, pole stokrotek przypominające 
srebrzystozłotą tkaninę, chłodny, rozkoszny wietrzyk znad zatoki, błękit dalekich wybrzeży, 
pióropusze fioletowego i różowego dymu, unoszące się w nieruchomym, złocistym powietrzu 
nad kominami Piecykowej Rury, gdzie rybacy wstawali wcześnie. I Ted, który leżał u jej stóp, 
podłożywszy pod głowę smukłe, opalone ręce. Emilka znowu poczuła magnetyczną siłę jego 
osobowości. Poczuła ją tak mocno, że nie miała śmiałości spojrzeć mu w oczy. Przyznała się 
jednak sobie ze szczerością, która zgorszyłaby zapewne ciotkę Elżbietę, że pragnie wsunąć 
palce   w   jego   lśniące,   czarne   włosy,   znaleźć   się   w   jego   ramionach,   przytulić   twarz   do 
miękkiego, opalonego policzka, poczuć jego usta na swoich…

Ted wyjął rękę spod głowy i położył na dłoni Emilki.
Przez chwilę pozwoliła jej tam spoczywać. A potem przypomniała sobie słowa Ilzy, które 

przeszyły ją jak ognisty sztylet. „Widziałam, jak przyjmuje hołdy… łaskawie rozdziela uściski 
dłoni… mówi każdej to, co pragnie usłyszeć”. Czy Ted odgadł jej myśli? Wydawały się jej tak 
wyraziste, że chyba każdy mógł je  zobaczyć.  To nie do zniesienia. Zerwała się gwałtownie, 
strząsając jego rękę.

background image

— Muszę wracać do domu.
Powiedziała to dość szorstko. Jakoś nie potrafiła zdobyć się na milszy ton. On nie może, nie 

powinien myśleć… Ted wstał również. Jego ton i wyraz twarzy uległy zmianie. Cudowna 
chwila minęła.

— Ja także. Mama będzie niespokojna. Zawsze wstaje wcześnie. Biedna mama. Nic się nie 

zmieniła. Wcale nie jest dumna z moich sukcesów. Nienawidzi ich. Uważa, że mnie traci. Z 
biegiem lat nie jest jej ani trochę lżej. Chciałbym, żeby ze mną wyjechała, ale ona się nie 
zgadza. Myślę, że nie chce opuścić starego Wrotyczowego Łanu, a w dodatku nie zniosłaby 
tego, że zamykam się w pracowni i maluję, a ona nie ma do mnie dostępu. Zastanawiam się, 
dlaczego taka jest. Nie pamiętam, żeby była inna, ale kiedyś musiała być inna. To dziwne, że 
syn tak niewiele wie o życiu matki. Nie wiem nawet, skąd się wzięła blizna na jej twarzy. I 
prawie nic nie wiem o moim ojcu, a zupełnie nic o jego rodzinie. Mama nigdy nie mówi o 
latach sprzed naszej przeprowadzki do Perlistej Wody.

— Coś ją kiedyś zraniło, i to tak boleśnie, że nigdy się z tego nie wyleczyła — powiedziała 

Emilka.

— Może śmierć ojca?
— Nie, a przynajmniej nie sama śmierć. Musiało być coś jeszcze… coś tragiczniejszego. No 

cóż, do zobaczenia.

— Wybierasz się jutro na tańce do pani Chidlaw?
— Tak. Przyśle po mnie auto.
— Ho, ho! Więc nie ma co zapraszać cię do jednokonnej bryczki, w dodatku pożyczonej. 

Muszę w takim razie zabrać Ilzę. Czy Perry tam będzie?

— Nie. Pisał, że nie może przyjechać. Musi przygotować się do swojej pierwszej rozprawy, 

która wypada następnego dnia.

— Perry robi postępy, prawda? Jest zawzięty jak buldog, nigdy nie wypuszcza zdobyczy, 

którą   udało   mu   się   chwycić.   Będzie   bogaty,   kiedy   my   pozostaniemy   biedni   jak   myszy 
kościelne. Ale my szukamy tęczowego złota, prawda?

Nie zatrzymała się — Ted mógłby pomyśleć, że ona „czeka z wywieszonym językiem” — 

odwróciła się od niego prawie nieuprzejmie. Był gotów bez najmniejszego żalu „zabrać Ilzę”, 
jak gdyby to nie miało wielkiego znaczenia. Wciąż jednak czuła dotknięcie jego ręki, które 
paliło jej dłoń. Ta ulotna chwila, ta krótka pieszczota podbiły ją całkowicie. Należała do Teda 
tak, jak nie mogłaby należeć do Deana nawet po latach małżeństwa. Przez cały dzień nie 
myślała o niczym innym. Przeżywała wciąż na nowo chwilę poddania. Wydawało się jej rzeczą 
niestosowną, że w Księżycowym Nowiu wszystko jest po staremu, a kuzyn Jim martwi się o 
swoje astry, na których zalęgły się czerwone pajączki.

background image

II

Z powodu objazdu na drodze do Shrewsbury Emilka spóźniła się kwadrans na kolację do 

pani   Chidlaw.   Spojrzała   tylko   pospiesznie   w   lustro,   zanim   zeszła   na   dół.   Efekt   był 
zadowalający. Spinka z kryształami górskimi — klejnoty dobrze wyglądały we włosach Emilki 
—   dodawała   blasku   nowej,   bardzo   twarzowej   sukni   ze   srebrzystozielonkawej   koronki   na 
jasnoniebieskiej podszewce. Panna Royal przysłała ją z Nowego Jorku, ale ciotki bynajmniej 
nie były zachwycone. Zieleń i błękit to takie dziwaczne połączenie. I w dodatku suknia była 
skąpa.   Ale   Emilka   wyglądała   w   niej   wprost   niezwykle.   Kuzyn   Jim   spojrzał   na   subtelną, 
promienną dziewczynę o oczach jak gwiazdy, stojącą w blasku świec w starej kuchni i zwierzył 
się później żałośnie ciotce Laurze:

— W tej sukni ona już nie należy do nas.
— Wygląda w niej jak aktorka — stwierdziła lodowato ciotka Elżbieta.
Emilka   nie   czuła   się   jak   aktorka,   zbiegając   po   schodach   i   kierując   się   przez   salon   ku 

obszernej werandzie, gdzie pani Chidlaw podejmowała gości. Czuła się ożywiona, szczęśliwa, 
pełna oczekiwania. Zobaczy Teda… będzie go obserwowała ukradkiem, jak rozmawia z kimś 
innym i myśli o niej… a potem zatańczą razem. I może powie jej to, co pragnęła usłyszeć…

Przystanęła w drzwiach, spoglądając oczyma łagodnymi i rozmarzonymi na zgromadzonych 

gości. Scena ta miała niezapomniany urok.

Nakryto do stołu w dużej, zaokrąglonej niszy na końcu spowitej dzikim winem werandy. 

Wysokie, ciemne jodły i topole rysowały się w oddali na tle nieba o barwie matowego różu i 
zgaszonej żółci. Między drzewami połyskiwała ciemnoszafirowa zatoka. Kłębiaste cienie nad 
wysepką   światła…   migotliwe   perły   na   białej   szyi   Ilzy.   I   inni   goście:   profesor   Robins   z 
Uniwersytetu McGilla, o pociągłej, melancholijnej twarzy, wydłużonej jeszcze przez dziwaczną 
brodę   w   kształcie   łopaty;   Lizetta   Chidlaw   o   zaokrąglonej,   wdzięcznej,   kremowej   buzi, 
ciemnych, wysoko upiętych włosach i okrągłych, ciemnych oczach; przystojny, marzycielski 
Jack Glenlake; Anetta Shaw, senna i złocistobiała, naśladująca uśmiech Mony Lisy; niski, krępy 
Tom Hallam o dobrodusznej, irlandzkiej twarzy; Aylmer Vincent. Przytył i zaczął łysieć, lecz 
nadal prawił damom komplementy. I pomyśleć, że kiedyś wydawał jej się księciem z bajki! 
Uroczysty Gus Rankin, a obok niego puste krzesło, najwyraźniej przeznaczone dla niej. Eliza 
Borland, młoda i pulchna, nieco zbyt chętnie pokazująca swe śliczne ręce w blasku świec. Ale 
tak naprawdę Emilka widziała tylko Ilzę i Teda. Pozostali goście mogli dla niej nie istnieć.

Ilza i Ted siedzieli obok siebie naprzeciw Emilki. Lśniąca, jak zwykle starannie uczesana 

głowa   Teda   muskała   niemal   złociste   włosy   Ilzy,   wspaniałej,   promiennej   istoty   w   sukni   z 
turkusowej   tafty.   Wyglądała   jak   królowa,   spowita   w   pianę   koronek,   z   różowo–srebrnymi 
bukiecikami przypiętymi do ramion. W chwili gdy Emilka spojrzała na nich, Ilza uniosła głowę 
i zadała Tedowi jakieś pytanie, ważne i poufne, jak osądziła Emilka, widząc wyraz jej twarzy. 
Nigdy dotąd nie zauważyła czegoś podobnego w twarzy Ilzy. Było w niej jakieś ostateczne 
wyzwanie. Ted spojrzał jej w oczy i odpowiedział. Emilka wiedziała, a może wyczuła, że w tej 
odpowiedzi padło słowo „miłość”. Patrzyli sobie w oczy przez długą chwilę — a przynajmniej 
tak   się   wydawało   Emilce,   która   śledziła   tę   wymianę   zachwyconych   spojrzeń.   Potem   Ilza 
zarumieniła sie i odwróciła oczy. Czy kiedykolwiek przedtem Ilza się rumieniła? Ted uniósł 
głowę i powiódł po zebranych oczyma pełnymi — jak się wydawało — zachwytu i tryumfu.

Emilka wkroczyła w promienny krąg przeżywszy chwilę straszliwego rozczarowania. Jej 

serce, jeszcze niedawno tak lekkie i wesołe, zastygło teraz i zmartwiało. Pomimo jasności i 
śmiechu   miała   wrażenie,   że   nadciąga   ciemna,   zimna   noc.   Wszystko   wydało   jej   się   nagle 
brzydkie. Kolacja smakowała gorzko i Emilka nie słyszała, co mówi do niej Gus Rankin. Nie 
patrzyła na Teda, który był najwyraźniej w znakomitym humorze i bez przerwy przekomarzał 
się z llzą. Przez cały czas Emilka zachowywała chłodną rezerwę. Gus Rankin opowiadał swoje 

background image

najlepsze anegdoty, lecz Emilka, zupełnie jak świętej pamięci królowa Wiktoria, nie okazywała 
rozbawienia.   Pani   Chidlaw   była   zirytowana   i   żałowała,   że   posłała   samochód   po   tak 
egzaltowanego gościa. Prawdopodobnie Emilka miała jej za złe, że została posadzona obok 
Gusa Rankina, zaproszonego w ostatniej chwili zamiast Perry’ego Millera. I jeszcze do tego 
wyglądała jak obrażona księżniczka. Ale należy okazywać jej uprzejmość, gdyż inaczej można 
znaleźć się w jej książce. Jak wtedy, kiedy napisała recenzję z przedstawienia! Tymczasem 
biedna Emilka dziękowała losowi, że siedzi obok Gusa Rankina, który od nikogo nie wymagał i 
nie spodziewał się towarzyskiej rozmowy.

Tańce były dla Emilki prawdziwą udręką. Czuła się jak duch wzlatujący nad rozbawiony 

tłum.   Raz   zatańczyła   z   Tedem,   który   zauważył,   że   trzyma   w   objęciach   jedynie   smukły, 
srebrzystozielony kształt, z którego dusza umknęła do wyniosłej, niezdobytej twierdzy, więc nie 
poprosił   jej   więcej.   Kilka   razy   tańczył   z   llzą,   a   parę   innych   tańców   przesiedział   z  nią   w 
ogrodzie. Zauważono i skomentowano jego zachowanie. Millicent Chidlaw spytała Emilkę, czy 
to prawda, że Ilza Burnley i Fryderyk Kent są zaręczeni.

— On zawsze za nią szalał, nie uważasz? — zakończyła Millicent.
Emilka przytaknęła chłodnym i zuchwałym tonem. Czyżby Millicent spodziewała się jakiejś 

gwałtownej reakcji?

Oczywiście, że był zakochany w Ilzie. Co w tym dziwnego? Ilza była taka piękna. Czy 

mroczny, srebrzysty, księżycowy wdzięk Emilki mógł się równać z jej kremowo–złocistym 
przepychem? Ted lubił Emilkę, ponieważ była jego bliską przyjaciółką z lat dziecięcych. Nic 
więcej. Znowu zachowała się głupio. Te jej wieczne złudzenia. Poranek nad wodą, kiedy prawie 
pozwoliła mu się domyślić. A może on się domyślił? Ta świadomość była nie do zniesienia. 
Czy ona nigdy nie zmądrzeje? O, dzisiaj stała się mądrzejsza. Koniec z szaleństwami. Od dziś 
będzie mądra, majestatyczna i niedostępna.

Istniało takie brzydkie, wulgarne, stare powiedzenie, że okradziony nie musi się już obawiać 

złodzieja.

Ale jak przeżyć resztę tej nocy?

background image

R

OZDZIAŁ

 15

I

Po powrocie  z tygodniowych, lecz  ciągnących  się w nieskończoność odwiedzin  u wuja 

Oliwera, połączonych ze ślubem jednego z kuzynów, Emilka dowiedziała się na poczcie, że 
Ted Kent wyjechał.

— Miał tylko godzinę — powiedziała pani Crosby. — Dostał depeszę z propozycją objęcia 

stanowiska wicedyrektora Szkoły Sztuk Pięknych w Montrealu i musiał zgłosić się natychmiast. 
Czy to nie wspaniałe? Co za kariera! Wprost wymarzona. My tu wszyscy w Perlistej Wodzie 
powinniśmy być z niego dumni. Szkoda, że jego matka jest taka dziwna, prawda?

Na   szczęście   pani   Crosby   nie   oczekiwała   odpowiedzi.   Emilka   poczuła,   że   blednie,   i 

znienawidziła się za to. Zgarnęła listy i pospiesznie opuściła pocztę. W drodze do domu minęła 
kilka osób, których nawet nie zauważyła. Ugruntowało to opinię o jej dumie. Kiedy znalazła się 
w Księżycowym Nowiu, ciotka Laura wręczyła jej list.

— To od Teda. Przyszedł wczoraj, żeby się pożegnać.
Dumna panna Starr omal nie wybuchnęła histerycznym płaczem.
Murrayowie i histeria! Te dwie rzeczy wykluczały się wzajemnie. Nie ma mowy o czymś 

podobnym. Emilka zacisnęła zęby, wzięła list i poszła do swego pokoju. Jej zlodowaciałe serce 
topniało   gwałtownie.   Och,   dlaczego   była   taka   chłodna   i   wyniosła   wobec   Teda   przez   cały 
tydzień po wieczorku tanecznym u pani Chidlaw? Ale nie myślała, że on wyjedzie tak szybko. 
A teraz…

Otworzyła kopertę. Był w niej tylko wycinek z gazety, jakiś niedorzeczny wiersz Perry’ego, 

wydrukowany w Charlottetown. Tej gazety nie czytano w Księżycowym Nowiu. Emilka i Ted 
zaśmiewali się nad tym wierszem — Ilza była zbyt wściekła, żeby się śmiać — i Ted obiecał, że 
postara się zdobyć egzemplarz dla Emilki. No cóż, spełnił obietnicę.

background image

II

Siedziała   wpatrzona   niewidzącymi   oczyma   w   miękką,   czarną,   aksamitną   noc   z 

rozkołysanymi wiatrem drzewami, kiedy weszła Ilza, która wróciła właśnie z Charlottetown.

— A więc Ted wyjechał. Widzę, że ty także dostałaś od niego list. Także!
— Owszem — odparła Emilka, zastanawiając się, czy mówi prawdę. Po chwili stwierdziła 

desperacko, że jest jej wszystko jedno.

— Było   mu   strasznie   przykro,   że   wyjeżdża   tak   niespodziewanie,   ale   musiał   podjąć 

natychmiastową  decyzję,   by  dowiedzieć   się  czegoś   więcej   na  temat   nowej   pracy.   Ted  nie 
przywiązuje się zbyt łatwo do nikogo, choćby to było bardzo kuszące. W jego wieku posada 
wicedyrektora wyższej szkoły to nie lada gratka. No cóż, ja także niedługo wyjadę. To były 
wspaniałe wakacje, ale… Czy wybierasz się jutro na tańce do Balladowego Stawu, Emilko?

Emilka potrząsnęła głową. Jaki to miało sens teraz, kiedy Ted wyjechał?
— Wiesz co — podjęła w zamyśleniu Ilza — myślę, że to nasze lato nie było udane, choć 

bawiliśmy   się   dobrze.   Wydawało   się   nam,   że   możemy   na   nowo   stać   się   dziećmi,   ale   to 
niemożliwe. Udawaliśmy tylko.

Udawali? O, gdyby ten ból w sercu był udawany! I ten palący wstyd, i głęboka, niema 

rozpacz. Ted nie napisał nawet kilku słów pożegnania. Emilka wiedziała od owego wieczorku 
tanecznego u pani Chidlaw, że Ted jej nie kocha, ale przyjaźń także do czegoś zobowiązywała. 
Tyle że jej przyjaźń była dla niego niczym. Teraz powrócił do swego prawdziwego życia i do 
spraw, które były dla niego istotne. I napisał do Ilzy. Udawanie? O tak, będzie udawała, nie ma 
obawy! Czasami murrayowska duma była wielką zaletą.

— Cieszę się, że lato dobiegło końca — oznajmiła lekko. — Naprawdę muszę już wrócić do 

pracy. Przez ostatnie dwa miesiące skandalicznie zaniedbywałam pisanie.

— Ty chyba nie dbasz tak naprawdę o nic innego — stwierdziła z zaciekawieniem Ilza. — 

Kocham moją pracę, ale nie jestem nią tak opętana, jak ty twoją. Porzuciłabym ją bez wahania 
dla… no cóż, jesteśmy, jakie jesteśmy. Czy to nie wygodne, Emilko, dbać tylko o jedną jedyną 
rzecz w życiu?

— Znacznie wygodniejsze, niż troszczyć się o zbyt wiele.
— Też tak uważam. Powinnaś zwyciężyć, skoro składasz wszystko na ołtarzu swej bogini. 

Tym   się   właśnie   różnimy.   Ja   jestem   z   miększej   gliny.   Są   sprawy,   z   których   nie   mogę 
zrezygnować, i takie, z których nie chcę rezygnować. Jak powiada Stary Kelly, skoro się nie 
ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Czy nie nakazuje tego zdrowy rozsądek? —

Emilka, żałując, że nie potrafi tak dobrze oszukać samej siebie jak innych, podeszła do okna 

i pocałowała Ilzę w czoło.

— Nie   jesteśmy   już   dziećmi   i   nasze   dzieciństwo   nie   wróci,   Ilzo.   Jesteśmy   kobietami   i 

musimy to wykorzystać jak najlepiej. Będziesz jeszcze szczęśliwa. Chcę, żebyś była.

Ilza uścisnęła jej rękę.
— Do licha ze zdrowym rozsądkiem! — oznajmiła ponuro. Gdyby nie znajdowała się w 

Księżycowym Nowiu, użyłaby zapewne mocniejszych słów.

background image

R

OZDZIAŁ

 16

I

17 listopada 19..

Istnieją dwa określenia na listopadowy dzień: „szary” i „pochmurny”. Zostały związane 

węzłem małżeńskim w zaraniu ludzkiej mowy i nie do mnie należy udzielanie im rozwodu. 
Dzisiejszy dzień był właśnie szary i pochmurny, wewnątrz i na zewnątrz, dla ciała i dla duszy.

Wczoraj nie było tak źle. Świeciło ciepłe jesienne słońce, a sterta dyń kuzyna Jima tworzyła 

piękną, barwną plamę na tle szarych ścian szopy. Dolinka nad potokiem pełna była dojrzałego, 
bezlist—nego,   jałowcowego   złota.   Po   południu   spacerowałam   po   lesie,   tchnącym   jeszcze 
dawnym   przepychem   i   przesyconym   niesamowitym,   listopadowym   czarem;   a   wieczorem 
podziwiałam ostatnie smugi zachodzącego jesiennego słońca. Wieczór był łagodny, a wszędzie 
wokół   rozpościerały   się   szare,   ciche,   zadumane   pola   i   zastygłe   wzgórza,   choć   w   tę   ciszę 
wplatały   się   nikłe,   czarodziejskie,   piękne   dźwięki,   które   udawało   mi   się   uchwycić,   gdy 
słuchałam całą duszą, a nie tylko uszami. Później na niebie pojawił się korowód gwiazd i 
odebrałam od nich przesłanie.

Ale dzisiejszy dzień był ponury. O zmroku uleciało ze mnie zwycięstwo. Pisałam przez cały 

dzień, lecz wieczorem nie byłam już w stanie ruszyć ręką. Zamknęłam się w pokoju i krążyłam 
po nim jak zwierzę w klatce. „Zegar zamkowy wybił północ”, a ja nie mam Co marzyć o śnie. 
Nie mogę spać. Deszcz posępnie bębni w szyby, a podmuchy wiatru brzmią jak marsz armii zza 
grobu. Wracają do mnie widma drobnych, minionych radości i przyszłych lęków.

To   niemądre,   ale   wciąż   myślę   o   Rozczarowanym   Domu,   stojącym   na   wzgórzu   wśród 

wyjącej zawieruchy. Dzisiaj ta myśl boli mnie najbardziej. W inne noce dręczy mnie to, że 
nawet nie wiem, gdzie jest teraz Dean, albo że Ted nigdy do mnie nie pisze. Bywają takie 
godziny, kiedy samotność odbiera mi wszelkie siły żywotne. Wtedy szukam pociechy w tym 
pamiętniku i zwierzam się mu, jak wiernemu przyjacielowi.

II

30 listopada 19..

Mam   dwie   chryzantemy   i   różę.   Róża   jest   ucieleśnieniem   pieśni,   marzenia   i   czaru. 

Chryzantemy są bardzo ładne, ale nie należy trzymać ich zbyt blisko róży. Same w sobie są to 
urocze,   wesołe   kwiaty,   różowe   i   żółte,   bardzo   zadowolone   ze   swego   wyglądu.   Ale   w 
zestawieniu   z   różą   zmieniają   się   tak,   że   jest   to   wręcz   zabawne.   Wyglądają   jak   pospolite, 
zaniedbane   pomywaczki   u   boku   dostojnej,   białej   królowej.   To   nie   wina   nieszczęsnych 
chryzantem, że nie urodziły się różami, więc żeby być wobec nich w porządku, trzymam je 
oddzielnie.

Dzisiaj napisałam  dobre  opowiadanie. Nawet pan Carpenter byłby ze mnie zadowolony. 

Pisząc je czułam się szczęśliwa. Ale kiedy je skończyłam i powróciłam do rzeczywistości…

Cóż, nie mam zamiaru zrzędzić. Życie znowu stało się znośne. Jesienią takie nie było. Ciotka 

Laura myślała, że zaczynam chorować na suchoty. Ale nie ja. To byłoby zbyt wiktoriańskie. 
Podjęłam walkę, zwyciężyłam i znowu jestem rozsądną, wolną kobietą. Czasa mi tylko czuję 
smak minionego szaleństwa.

I naprawdę dobrze sobie radzę. Zaczęłam zarabiać na swoje utrzymanie, a ciotka Elżbieta 

wieczorami odczytuje moje opowiadania ciotce Laurze i kuzynowi Jimowi. Zawsze potrafię j 
bardzo gładko przebrnąć przez dzień dzisiejszy. Boję się tylko jutra.

background image

III

15 stycznia 19..

Przy blasku księżyca wybrałam się na wycieczkę w rakietach śnieżnych. Powietrze było 

rześkie i mroźne, a noc przepiękna, liryczna i rozgwieżdżona. Niektóre noce są jak miód, inne 
jak wino, a jeszcze inne jak piołun. Ta noc jest jak wino, białe, klarowne, musujące wino 
wróżek, które uderza do głowy. Aż drżę w nadziei i oczekiwaniu. Odniosłam zwycięstwo nad 
pewnymi przeciwnikami i nad potęgami, które zawładnęły mną wczoraj o trzeciej nad ranem.

Przed chwilą odsunęłam zasłonę i wyjrzałam przez okno. Ogród w świetle księżyca jest biały 

i nieruchomy, pełen hebanowych cieni i srebrzystych, śnieżnych blasków. Wznoszą się nad nim 
subtelne łuki bezlistnych drzew, pozornie martwych i smutnych. Ale tylko pozornie. W ich 
żyłach wciąż krążą soki i niebawem nagie gałęzie okryją się ślubną szatą zielonych listków i 
różowych pąków. A spod największej, najgłębszej zaspy rozlegną się dźwięki złotych trąb.

Za   ogrodem   rozpościerają   się   białe,   samotne   pola.   Samotne?   Nie   to   chciałam   napisać. 

Wymknęło mi się. Nie jestem samotna — mam pracę, książki i nadzieję, że przyjdzie wiosna. I 
wiem, że to proste, spokojne życie, jakie teraz wiodę, jest znacznie lepsze i szczęśliwsze niż 
gorączka minionego lata.

Wierzyłam w te słowa, zanim je napisałam. Ale teraz nie wierzę. To nieprawda. Takie życie 

to stagnacja!

Och,   jestem…  jestem  samotna,   samotnością   myśli,   których   z   nikim   nie   dzielę.   Po   co 

zaprzeczać? Wchodziłam do domu jak zwycięzca, a teraz mój sztandar znowu legł w pyle.

background image

IV

20 lutego 19..

Coś chyba się stało ze zgorzkniałym lutym. Co za zrzędliwy miesiąc! Przez ostatnie kilka 

tygodni pogoda niewątpliwie dostosowała się do murrayowskich tradycji.

Za oknem szaleje śnieżyca, a wiatr ściga po wzgórzach udręczone duchy. Wiem, że gdzieś 

za drzewami leży smutna, czarna Perlista  Woda, otoczona białą pustynią. Ogrom ciemnej, 
zimowej nocy sprawia jednak, że mój przytulny pokój z ogniem trzaskającym na kominku 
wydaje   się   jeszcze   przytulniejszy   i   to   mnie   zadowala   o   wiele   bardziej   niż   piękna   noc 
styczniowa. Dzisiejsza nie jest taka… obraźliwa.

W najnowszym numerze „Glassford’s Magazine” ukazało się opowiadanie z ilustracjami 

Teda. Zobaczyłam siebie w twarzy bohaterki. To zawsze wywiera na mnie upiorne wrażenie, a 
dzisiaj wzbudziło także gniew. On nie ma prawa wykorzystywać mojej twarzy, skoro ja sama 
nic dla niego nie znaczę.

Mimo wszystko jednak wycięłam jego zdjęcie z kolumny „Kto jest kim”, oprawiłam w 

ramki i postawiłam na biurku. Nie mam żadnej fotografii Teda. Dzisiaj wyjęłam zdjęcie z 
ramek, wrzuciłam do kominka i patrzyłam, jak się zwija. Zanim spłonęło, wydało mi się, że 
drga lekko, jak gdyby Ted mrugał do mnie łobuzersko i drwiąco, mówiąc przy tym:

— Myślisz,  że zapomniałaś, ale wtedy nie spaliłabyś mnie. Jesteś moja, zawsze będziesz 

moja… a ja ciebie nie chcę.

Gdyby teraz zjawiła się jakaś dobra wróżka i zaproponowała, że spełni jedno moje życzenie, 

poprosiłabym, żeby Ted Kent przyszedł do zagajnika Dumnego Jana i zagwizdał. A ja bym się 
nie ruszyła nawet na krok.

Nie mogę tego znieść. Muszę go wyrzucić ze swego życia.

background image

R

OZDZIAŁ

 17

I

Lato,   które   nadeszło   po   dwudziestych   drugich   urodzinach   Emilki,   było   dla   rodziny 

Murrayów strasznym okresem. Ted i Ilza nie przyjechali do domu. Ilza wybrała się na turnée na 
Zachód, a Ted przebywał na Dalekiej Północy z grupą negocjującą traktat z Indianami i robił 
ilustracje do powieści w odcinkach. Emilka jednak miała tak licznych adoratorów, że plotkarki 
z Perlistej Wody czuły się jak owa stonoga, która nie mogła się doliczyć własnych nóg. Tylu 
adoratorów, a żaden nie znajdował uznania w oczach krewnych.

Był   wśród   nich   przystojny,   zuchwały   Jack   Bannister,   donżuan   z   Balladowego   Stawu, 

„malowniczy łajdak”, jak go określił doktor Burnley. Niewątpliwie nie krępowały go żadne 
zasady moralne. Ale kto wie, jaki wpływ mogą wywrzeć na egzaltowaną Emilkę jego kwieciste 
mowy i osobisty urok? Murrayowie martwili się przez trzy tygodnie, a potem okazało się, że 
Emilka ma jednak trochę rozsądku. Jack Bannister znikł ze sceny.

— Emilka nie powinna była nawet z nim rozmawiać — stwierdził z oburzeniem wuj Oliwer. 

— Podobno on prowadzi pamiętnik, w którym zapisuje swoje romanse i to, co mu mówią 
dziewczęta.

— Nie ma obawy. Na pewno nie zapisze tego, co usłyszał ode mnie — powiedziała Emilka 

ciotce Laurze, która z niepokojem powtórzyła jej tę pogłoskę.

Następny powód do zmartwienia dał Harold Conway. Pochodził ze Shrewsbury, miał lat 

trzydzieści i wyglądał jak zaniedbany poeta o kręconej kasztanowatej czuprynie i błyszczących 
piwnych oczach. „Robił to i owo”, żeby mieć z czego żyć.

Emilka poszła z nim na koncert i do teatru, co przysporzyło ciotkom z Księżycowego Nowiu 

paru bezsennych nocy. Ale kiedy, mówiąc językiem mieszkańców Perlistej Wody, „wykosił” 
go Rod Dunbar, sytuacja stała się jeszcze gorsza. Dunbarowie byli „zerem”, gdy chodzi o 
religię.   Matka   Roda   należała   wprawdzie   do   kościoła   prezbiteriańskiego,   ale   ojciec   był 
metodystą, brat baptystą, a jedna z sióstr scjentystką chrześcijańską. Druga siostra skłaniała się 
ku teozofii, co było najgorsze ze wszystkiego, ponieważ nikt nie miał pojęcia, co to oznacza. 
Czymże   w   tej   całej   mieszaninie   mógł   być   Rod?   Z   pewnością   nie   nadawał   się   na   męża 
siostrzenicy ortodoksyjnych dam z Księżycowego Nowiu.

— Jego  stryjeczny  dziadek był  maniakiem religijnym  — rzekł  ponuro wuj Wallace.   — 

Trzymali go przykutego do łóżka przez szesnaście lat. Co wstąpiło w tę dziewczynę? Czy jest 
idiotką, czy narzędziem szatana?

Ale   Dunbarowie   byli   przynajmniej   szacowną   rodziną,   czego   nie   dało   się   powiedzieć   o 

krewnych   Larry’ego   Dixa   —  jednego   z   „osławionych   Dixów   z   Księżycowego   Stawu”   — 
którego ojciec wypasał krowy na cmentarzu, a wuja podejrzewano nie bez podstaw o złośliwe 
wrzucenie zdechłego kota do studni sąsiada. Trzeba przyznać, że Larry był wziętym dentystą, a 
przy tym tak śmiertelnie poważnym i uroczystym młodym człowiekiem, że jedynym zarzutem 
mogło być jego nazwisko. Ciotka Elżbieta jednak odetchnęła z ulgą, gdy Emilka dała mu kosza.

— Co za buta — stwierdziła ciotka Laura, mając na myśli to, że jakiemuś Dixowi zachciewa 

się Murrayówny.

— Nie dlatego go odprawiłam — powiedziała Emilka — tylko nie podobał mi się sposób, w 

jaki się zalecał. Zohydzał coś, co powinno być piękne.

— Domyślam się, że odrzuciłaś go, ponieważ nie dość romantycznie się oświadczył  — 

wtrąciła pogardliwym tonem ciotka Elżbieta.

— Nie. Po prostu czułam w głębi serca, że on należy do tych mężczyzn, którzy na Gwiazdkę 

dają żonom w prezencie odkurzacz — wyznała Emilka.

— Ona niczego nie traktuje poważnie! — stwierdziła z rozpaczą ciotka Elżbieta.
— Moim zdaniem coś ją opętało — orzekł wuj Wallace. — Tego lata nie trafił się jej ani 

background image

jeden przyzwoity konkurent. Jest tak egzaltowana, że wszyscy porządni chłopcy się jej boją.

— Ma   reputację   okropnej   kokietki   —   lamentowała   ciotka   Ruth.   —   Nic   dziwnego,   że 

wartościowi młodzieńcy nie chcą mieć z nią do czynienia.

— Zawsze przeżywa jakieś fantastyczne przygody miłosne — burknął wuj Wallace. Rodzina 

uznała, że użył w tym wypadku niezwykle trafnego określenia. „Miłosne przygody” Emilki w 
niczym nie przypominały konwencjonalnych, przyzwoitych, typowych dla Murrayów spraw 
sercowych. Były istotnie fantastyczne.

background image

II

Emilka   zawsze   dziękowała   swym   gwiazdom,   że   nikt   z   wyjątkiem   ciotki   Elżbiety   nie 

dowiedział się o jej najbardziej fantastycznej przygodzie. Gdyby wieść dotarła do krewnych, 
uznaliby ją za osobę więcej niż egzaltowaną.

Wszystko   zaczęło   się   w   głupi   i   prosty   sposób.   Redaktor   „Argusa”,   wychodzącego   w 

Charlottetown dziennika o pewnych pretensjach literackich, wyszukał w starej amerykańskiej 
gazecie pewną powieść złożoną z kilku rozdziałów i zatytułowaną „Królewskie zaręczyny”. Jej 
autorem   był   jakiś   bliżej   nieznany   Marek   Greaves.   Powieść   miała   zostać   wydrukowana   w 
specjalnym numerze „Argusa”, poświęconym „reklamie” Wyspy Księcia Edwarda jako letniego 
uzdrowiska. Zespół redakcyjny był nieduży, zecerzy składali numer w wolnych chwilach przez 
cały   miesiąc   i   wszystko   było   już   gotowe   z   wyjątkiem   ostatniego   rozdziału   „Królewskich 
zaręczyn”. Zaginął i nie można go było nigdzie znaleźć. Redaktor naczelny się wściekał, ale to 
w niczym nie pomagało. Było za późno, żeby wyszukać inny tekst do wypełnienia pustego 
miejsca, a gdyby nawet, to nie nadążono by ze składaniem. Numer specjalny musiał zostać 
odesłany do druku za godzinę. Co robić?

I wtedy weszła Emilka. Przyjaźniła się z panem Wilsonem i zawsze go odwiedzała, będąc w 

mieście.

— Z nieba mi pani spadła! — wykrzyknął pan Wiłson. — Czy wyświadczy mi pani pewną 

przysługę!? — Podsunął jej postrzępione i poplamione odcinki „Królewskich zaręczyn”. — Na 
miłość boską, niech pani siada i dopisze do tej bujdy ostatni rozdział. Ma pani na to pół 
godziny. Składanie zajmie następne pół. Wtedy zdążymy wydać to diabelstwo na czas.

Emilka w pośpiechu przejrzała powieść. Marek Greaves nie dał jednak żadnych wskazówek 

odnośnie rozwiązania akcji.

— Czy chociaż ma pan jakieś pojęcie, jak to się skończyło? — spytała.
— Nie, nigdy tego nie czytałem —jęknął pan Wilson. — Wybrałem tę powieść ze względu 

na objętość.

— Cóż, zrobię, co w mojej mocy — zgodziła się Emilka — choć nigdy nie pisałam tak 

bezceremonialnie i lekceważąco o królach i królowych. Ten Marek Greaves, kimkolwiek jest, 
wydaje się być za pan brat z monarchami.

— Założę się, że nawet żadnego nie widział — prychnął pan Wilson. W ciągu pół godziny 

Emilka napisała całkiem niezłe zakończenie, pomysłowo rozwiązując zagadkę. Pan Wilson 
pochwycił   je   z   westchnieniem   ulgi,   przekazał   zecerowi   i   odprowadził   Emilkę   do   drzwi, 
dziękując jej serdecznie.

— Ciekawe, czy któryś z czytelników zauważy różnicę — zastanawiała się z rozbawieniem 

Emilka. — I ciekawe, czy Marek Greaves kiedykolwiek to przeczyta, a jeśli tak, to co sobie 
wówczas pomyśli.

Rozstrzygnięcie tej kwestii nie wydawało się prawdopodobne i Emilka wkrótce o wszystkim 

zapomniała. Dlatego dwa tygodnie później, gdy kuzyn Jim wprowadził jakiegoś nieznanego 
mężczyznę do salonu, gdzie Emilka układała róże w kryształowym wazonie ciotki Elżbiety — 
pamiątce rodzinnej, bardzo cenionej w Księżycowym Nowiu — nie pomyślała nawet, że gość 
ma coś wspólnego z „Królewskimi zaręczynami”, choć jego irytacja była aż nadto widoczna.

Kuzyn Jim wycofał się dyskretnie, a ciotka Laura, która weszła do salonu, żeby postawić na 

stole półmisek z konfiturą truskawkowi; do ostudzenia, uczyniła to samo, zastanawiając się, 
kim jest ó dziwacznie wyglądający gość. Emilka sama nie miała pojęcia. Stał przy stole, smukła 
i pełna wdzięku, w jasnozielonej sukni, jaśniejąca jak gwiazda w staroświeckim, mrocznym 
pokoju.

— Zechce pan usiąść? — odezwała się z wyniosłą uprzejmością damy z Księżycowego 

Nowiu. Ale gość ani drgnął. Stał i wpatrywał się w nią uporczywie. Emilka zauważyła, że choć 

background image

był wściekły, kiedy wchodził, teraz cały jego gniew minął.

Musiał się kiedyś urodzić, skoro stał przed nią, ale nie można go było sobie wyobrazić jako 

dziecka. Miał na sobie ekstrawagancki ubiór, a w oku monokl. Jego oczy w niedorzeczny 
sposób przypominały dwie czarne porzeczki, a brwi tworzyły nad nimi równe trójkąty. Grzywa 
czarnych włosów opadała mu na ramiona, jego twarz była biała jak marmur, a podbródek 
niezwykle   wydłużony.   Emilka   pomyślała,   że   jako   postać   z   obrazu   mógłby   wydawać   się 
przystojny   i   romantyczny.   Ale   tu,   w   dolinie   Księżycowego   Nowiu,   wyglądał   po   prostu 
dziwacznie.

— Liryczna istoto — przemówił, nie odrywając od niej oczu. Emilka zastanowiła się, czy 

człowiek ten nie uciekł przypadkiem z zakładu dla obłąkanych.

— Obca ci jest zbrodnia brzydoty — ciągnął z zapałem. — To cudowna chwila… jakże 

cudowna! Szkoda, że musimy zepsuć ją rozmową. Fiołkowoszare oczy z kropelkami złota. 
Oczy, których szukałem przez całe życie. Słodkie oczy, w których zatonąłem wieki temu.

— Kim   pan   jest?   —   spytała   szorstko   Emilka,   przekonana   już,   że   ma   do   czynienia   z 

szaleńcem. Położył dłoń na sercu i zgiął się w ukłonie.

— Marek Greaves… Marek Delage Greaves.
Marek Greaves! Emilka zmieszana pomyślała, że już gdzieś słyszała to nazwisko. Brzmiało 

dziwnie znajomo.

— Czy   to   możliwe,   że   nie   zna   pani   mego   nazwiska?   Zaprawdę,   oto   czym   jest   sława. 

Wydawałoby się, że nawet w tym odległym zakątku świata…

— Och!   —   zawołała   Emilka   z   nagłym   błyskiem   przypomnienia.   —   Tak,   już   sobie 

przypominam. To pan napisał „Królewskie zaręczyny”.

— Powieść, którą pani tak bezlitośnie zamordowała…
— Bardzo mi przykro — przerwała Emilka. — Zapewne uważa pan, Ze to niewybaczalne. 

Widzi pan, to było tak…

Powstrzymał ją ruchem szczupłej, białej dłoni.
— Nieważne.  Nieważne.  To  mnie  już teraz nie obchodzi.  Przyznaję,  że przyszedłem  tu 

rozgniewany. Zatrzymałem się w hotelu Na Wydmach w Balladowym Stawie… ach, cóż za 
nazwa, poetyczna, tajemnicza, pełna romantyzmu… i dziś rano zobaczyłem specjalny numer 
„Argusa”. Byłem zły… Czyż nie miałem do tego prawa? Lecz jeszcze większy był mój smutek. 
Moja powieść została barbarzyńsko okaleczona. Szczęśliwe zakończenie. To potworne. Moje 
było   smutne   i   pełne   artyzmu.   Szczęśliwe   zakończenie   nigdy   nie   może   być   artystyczne. 
Pospieszyłem   do   jaskini   „Argusa”.   Ukryłem   gniew,   dowiedziałem   się,   kto   jest   za   to 
odpowiedzialny. Przybyłem tu, by gromić, by karać. Pozostaję, by wielbić.

Emilka   nie   miała   pojęcia,   co   powiedzieć.   W   tradycji   Księżycowego   Nowiu   nie   było 

podobnego precedensu.

— Pani mnie nie rozumie. Pani jest zaskoczona… i piękna w swym zdumieniu. Cudowna 

chwila,   powtórzę   raz   jeszcze.   Przybyłem   w   gniewie   i   ujrzałem   bóstwo.   Natychmiast 
zrozumiałem, że jest pani stworzona dla mnie i tylko dla mnie.

Emilka pragnęła, żeby ktoś się zjawił. To był jakiś koszmarny sen.
— Mówi pan od rzeczy — powiedziała. — Jesteśmy sobie obcy…
— O nie! — przerwał jej. — Kochaliśmy się w innym życiu, to pewne. Miłością płomienną, 

niezwykłą i wieczną. Rozpoznałem panią od pierwszego wejrzenia. Gdy przeminie pierwsze 
słodkie zdziwienie, pani także to zrozumie. Kiedy możemy wziąć ślub?

Oświadczyny   mężczyzny,   którego   ujrzało   się   po   raz   pierwszy   w   życiu   przed   pięcioma 

minutami, są być może poruszające, lecz mało przyjemne. Emilka była zirytowana.

— Proszę, niech pan nie plecie głupstw — powiedziała oschle. — Nie zamierzam wychodzić 

za pana za mąż.

— Jak to? Ależ musi pani! Jeszcze nigdy nie oświadczyłem się żadnej kobiecie. Jestem 

sławnym   Markiem   Greavesem.   Jestem   bogaty.   Odziedziczyłem   urok   i   romantyzm   mej 

background image

francuskiej   matki   oraz   zdrowy   rozsądek   mego   szkockiego   ojca.   Moja   francuska   cząstka 
wyczuwa i docenia pani piękno i tajemniczość. Szkocka cząstka składa hołd pani dostojeństwu i 
powściągliwości. Jest pani ideałem godnym uwielbienia. Wiele kobiet mnie kochało, lecz ja nie 
kochałem żadnej.  Przekroczyłem  te  progi  jako człowiek  wolny.  Odchodzę  jako niewolnik. 
Czarowna niewola! Zachwycająca władczyni! Klękam przed tobą w duchu.

Emilka przestraszyła się nie na żarty, że on uklęknie przed nią także dosłownie. Wyglądał na 

człowieka, który zdolny jest to zrobić. A gdyby tak weszła ciotka Elżbieta?

— Proszę, niech pan odejdzie — powiedziała z rozpaczą. — Jestem… jestem bardzo zajęta i 

nie mogę dłużej z panem rozmawiać. Przykro mi z powodu pańskiej powieści. Gdyby pozwolił 
mi pan wyjaśnić…

— Już powiedziałem, że to nie ma znaczenia. Choć musi się pani nauczyć, że nie należy 

pisać szczęśliwych zakończeń… nigdy. Nauczę panią. Nauczę piękna i artyzmu kryjących się w 
smutku i niedopowiedzeniu. Ach, co za uczennica! Z jakąż rozkoszą zostanę nauczycielem! 
Całuję twoją dłoń, pani!

Postąpił krok naprzód, jakby istotnie zamierzał to uczynić. Emilka cofnęła się spłoszona.
— Pan chyba musi być szalony! — wykrzyknęła.
— Czy wyglądam na szaleńca? — zapytał pan Greaves.
— Tak — odparła Emiłka stanowczo i okrutnie.
— Być może, że tak. Szalony, odurzony różanym winem. Wszyscy zakochani są szaleni. 

Boskie szaleństwo! O, piękne usta nie tknięte pocałunkiem!

Emilka wzięła się w garść. Należało zakończyć tę bezsensowną rozmowę. Była już bardzo 

zła.

— Panie Greaves — zaczęła, a murrayowskie spojrzenie miało taką siłę, że pan Greaves 

zrozumiał wreszcie, iż Emilka mówi poważnie — nie mam zamiaru dłużej wysłuchiwać tych 
bredni. Skoro nie daje mi pan wyjaśnić kwestii pańskiej powieści, muszę pana pożegnać.

Przez chwilę pan Greaves wpatrywał się w nią z powagą. Potem przemówił uroczyście:
— A zatem? Całus czy kopniak?
Czy to była przenośnia? Właściwie wszystko jedno.
— Kopniak — odparła wzgardliwie Emilka.
Pan Greaves nieoczekiwanie porwał kryształowy wazon i gwałtownym ruchem cisnął o piec.
Emilka wydała słaby okrzyk zgrozy i konsternacji. Cenny wazon ciotki Elżbiety!
— To był tylko odruch obronny — rzekł pan Greaves, rzucając jej roziskrzone spojrzenie. — 

Musiałem to zrobić, inaczej zabiłbym panią. Lodowa dziewico! Oziębła westalko! Zimna jak 
wasze północne śniegi! Żegnaj na zawsze!

Wychodząc   nie   trzasnął   drzwiami.   Zamknął   je   delikatnie   i   nieodwołalnie,   żeby   Emilka 

zrozumiała, co utraciła. Gdy zobaczyła go wychodzącego z ogrodu i maszerującego gniewnie 
alejką, jak gdyby miażdżył ją stopami, pozwoliła sobie odetchnąć głęboko, po raz pierwszy od 
dłuższej chwili.

— Chyba powinnam być wdzięczna — odezwała się z nutą histerii w głosie — że nie cisnął 

we mnie konfiturami.

W tej chwili weszła ciotka Elżbieta.
— Emilko! Kryształowy wazon! Stłukłaś wazon babki Murray!
— Kochana ciociu, to naprawdę nie ja. Zrobił to pan Greaves… pan Marek Delage Greaves. 

Rzucił nim o piec.

— O piec? — powtórzyła oszołomiona ciotka Elżbieta. — Dlaczego rzucił nim o piec?
— Ponieważ nie chciałam zostać jego żoną — odparła Emilka.
— Żoną! Czy spotkałaś go kiedyś w życiu?
— Nie, nigdy.
Ciotka Elżbieta pozbierała resztki kryształowego wazonu i wyszła, oniemiała. Coś było… 

musiało być nie w porządku z dziewczyną, której mężczyzna oświadcza się przy pierwszym 

background image

spotkaniu. I w dodatku ciska rodowymi kryształami o Bogu ducha winne piece.

background image

III

Ale dopiero sprawa japońskiego księcia zepsuła lato Murrayom.
Kuzynka Luiza Murray, od dwudziestu lat mieszkająca w Japonii, przyjechała w odwiedziny 

do   Balladowego   Stawu   wraz   z   młodym   japońskim   księciem,   synem   przyjaciela   jej   męża, 
nawróconym ; dzięki jej wysiłkom na chrześcijaństwo i pragnącym zobaczyć—Kanadę. Sam 
jego przyjazd wzbudził ogromną sensację w rodzinie i poza nią. Było to jednak niczym w 
porównaniu z odkryciem, że książę najwyraźniej zakochał się bez pamięci w Emilce Byrd Starr 
z Księżycowego Nowiu.

Książę zaciekawił Emilkę, polubiła go i było jej go żal, ponieważ wydawał się zagubiony w 

prezbiteriańskim   środowisku   Balladowego   Stawu   i   Perlistej   Wody.   Japoński   książę,   nawet 
nawrócony, z pewnością nie mógł czuć się tutaj tak jak w domu. Toteż Emilka dużo z nim 
rozmawiała — władał biegle angielskim — spacerowali razem po ogrodzie w blasku księżyca i 
prawie co wieczór można było zobaczyć w salonie Księżycowego Nowiu nieodgadnioną twarz 
o skośnych oczach i zaczesane do tyłu, gładkie jak atłas, czarne włosy.

Dopiero   kiedy   podarował   Emilce   żabkę,   pięknie   wyrzeźbioną   w   agacie,   Murrayowie 

poważnie się zaniepokoili. Jako pierwsza wyraziła swe obawy kuzynka Luiza. Prawie ze łzami 
w oczach, ponieważ ona wiedziała, co to oznacza. Te żabki z agatu należały do rodowych 
klejnotów. Dawano je wyłącznie w prezencie ślubnym lub zaręczynowym. Czyżby Emilka była 
z nim zaręczona? Ciotka Ruth, z miną jak zwykle świadczącą o tym, że według niej wszyscy 
powariowali, przyjechała do Księżycowego Nowiu i urządziła scenę. Emilka tak się zirytowała, 
że   odmówiła   odpowiedzi   na   wszelkie   pytania.   Drażniły   ją   już   nieuzasadnione   rodzinne 
pretensje o wielbicieli,  których sobie nie wybierała i których nie miała zamiaru traktować 
poważnie.

— Lepiej, żeby ciocia nie wiedziała o pewnych rzeczach — powiedziała zuchwale ciotce 

Ruth.

Oszołomieni Murrayowie doszli do rozpaczliwego wniosku, że Emilka postanowiła zostać 

japońską księżną. Jeżeli tak… Cóż, wiedzieli, jak to jest, kiedy Emilka coś postanowi. Było to 
nieodwołalne jak wyrok Boży, ale wydawało się im przerażające. Książęce pochodzenie nie 
olśniewało Murrayów. Dotychczas żadna panna w rodzinie nie pomyślała nawet o poślubieniu 
cudzoziemca, a co dopiero Japończyka. Ale przecież Emilka była egzaltowana.

— Zawsze kręci się koło niej jakaś podejrzana kreatura — stwierdziła ciotka Ruth. — Ale to 

przerasta wszelkie moje najgorsze obawy. Jakiś poganin, jakiś…

— Och nie, Ruth, on nie jest taki — jęknęła ciotka Laura. — Nawrócił się… Kuzynka Luiza 

mówi, że to szczery chrześcijanin, ale…

— Powiadam ci, że to poganin! — powtórzyła ciotka Ruth. — Kuzynka Luiza nie potrafi 

nikogo nawrócić. Sama nie ma zbyt wiele oleju w głowie. A jej mąż jest modernistą, jeżeli w 
ogóle czymś jest. Już ja wiem swoje! Żółty poganin! I te jego agatowe żaby!

— Ona zawsze przyciąga jakichś przedziwnych mężczyzn — powiedziała ciotka Elżbieta, 

myśląc o kryształowym wazonie.

Wuj   Wallace   stwierdził,   że   to   skandal.   Andrzej   wyraził   opinię,   że   mogła   przynajmniej 

wybrać białego mężczyznę. Kuzynka Luiza,  która czuła, że klan obwiniają o to wszystko, 
zarzekała się żałośnie, że książę jest ujmujący, gdy się go bliżej pozna.

— A mogła wyjść za wielebnego Jamesa Wallace’a — westchnęła ciotka Elżbieta.
Na takich rozmowach upłynęło im pięć tygodni, a potem książę wrócił do Japonii. Kuzynka 

Luiza powiedziała, że został wezwany przez rodzinę. Miał się ożenić z pewną księżniczką ze 
starego, samurajskiego rodu. Usłuchał, oczywiście. Ale pozostawił Emilce agatową żabkę i nikt 
się nigdy nie dowiedział, co od niego usłyszała pewnego księżycowego wieczoru w ogrodzie. 
Emilka weszła do domu nieco pobladła, jakaś nieswoja i roztargniona, lecz uśmiechnęła się 

background image

figlarnie do ciotek i kuzynki Luizy.

— A zatem nie zostanę japońską księżną — powiedziała, udając, że ociera łzę.
— Obawiam   się,   Emilko,   że   tylko   flirtowałaś   z   tym   biednym   chłopcem   —   rzekła   z 

wyrzutem kuzynka Luiza. — Jest przez ciebie bardzo nieszczęśliwy.

— Nie   flirtowałam   z   nim.   Rozmawialiśmy   przeważnie   o   historii   i   literaturze.   Wkrótce 

zupełnie o mnie zapomni.

— Widziałam jego twarz, gdy czytał ten list — powiedziała kuzynka Luiza. — I wiem, jakie 

znaczenie mają agatowe żabki.

Księżycowy Nów odetchnął z ulgą i powrócił do normalnego życia. Z czułych oczu ciotki 

Laury   zniknął   wyraz   strapienia,   lecz’   ciotka   Elżbieta   znowu   pomyślała   ze   smutkiem   o 
odrzuconym pastorze. Było to wyczerpujące lato. W Perlistej Wodzie szeptano, że Emilka Starr 
została „porzucona”, lecz wyrażano pogląd, że kiedyś będzie za to wdzięczna losowi. Tym 
cudzoziemcom nie można ufać. Może on wcale nie był księciem.

background image

R

OZDZIAŁ

 18

I

Pewnego dnia, pod koniec października, kuzyn Jim zaczął orać pole na wzgórzu, Emilka 

znalazła legendarny zaginiony diament Murrayów

*

, a ciotka Elżbieta spadła ze schodów w 

piwnicy i złamała nogę.

W   ciepłe,   bursztynowe   popołudnie   Emilka   stała   na   kamiennych,   frontowych   stopniach 

Księżycowego Nowiu i napawała się cudowną dojrzałością odchodzącego roku. Z większości 
drzew   opadły   już   liście,   lecz   młodą   brzozę,   wyzierającą   spomiędzy   świerczków,   wciąż 
okrywała złocista szata. Wyglądała w ich cieniu jak Danae. Lombardzkie topole wzdłuż alejki 
przypominały rząd wysokich, złotych świec. W dali rozpościerało się szare pole, poprzecinane 
trzema czerwonymi wstęgami w miejscach, które zaorał kuzyn Jim. Emilka pisała przez cały 
dzień i była zmęczona. Podeszła do niewielkiej, oplecionej dzikim winem altany i zaczęła 
sennie grzebać patykiem w ziemi, zastanawiając się, gdzie posadzić nowe cebulki tulipanów. 
Najlepiej   będzie   tutaj,   w   tej   wilgotnej,   żyznej   glebie.   Kuzyn   Jim   usunął   stąd   niedawno 
zbutwiałe boczne schodki. Na wiosnę urośnie tu bankietowy stół, uginający się pod ciężarem 
barwnych kielichów. Obcas Emilki zapadł się w mokrą ziemię i teraz cały był nią oblepiony. 
Emilka wolno podeszła do kamiennej ławki i zaczęła ostrożnie zdrapywać ziemię gałązką. Coś 
upadło w trawę, lśniąc jak kropla rosy. Emilka podniosła to coś wydając lekki okrzyk. W jej 
dłoni leżał Zaginiony Diament, ten, który przed sześćdziesięciu laty zgubiła w altanie cioteczna 
babka, Miriam Murray, i martwiła z powodu swej przymusowej bezczynności. Sama nie mogła 
zbyt wiele czytać, a nie lubiła, żeby jej czytano. Była pewna, że wszystko schodzi na psy: że na 
resztę życia pozostanie bezużyteczną kaleką: że doktor Burnley jest starym głupcem; że Laura 
nie potrafi należycie zakonserwować jabłek; że wynajęty do pomocy chłopak oszuka kuzyna 
Jima.

— Ciociu, czy chciałabyś posłuchać opowiadania, które dzisiaj skończyłam? — zapytała 

pewnego wieczoru Emilka. — Może cię to zabawi.

— A czy są w nim jakieś głupie sceny miłosne? — spytała niechętnie ciotka Elżbieta.
— Nie ma ani jednej. To po prostu zwykła komedia.
— No dobrze, posłucham. Czas szybciej minie.
Emilka przeczytała opowiadanie. Ciotka Elżbieta nie wygłosiła żadnej uwagi. Ale na drugi 

dzień odezwała się z pewnym wahaniem:

— Czy masz dalszy ciąg tej historii, którą wczoraj czytałaś?
— Nie.
— Cóż, gdybyś miała, mogłabym posłuchać. Wtedy nie myślę tyle o sobie. Ci ludzie wydają 

mi   się   jacyś…   prawdziwi.   Chyba   dlatego   chciałabym   wiedzieć,   co   się   z   nimi   dzieje   — 
zakończyła ciotka Elżbieta, jak gdyby usprawiedliwiając własną słabość.

— Napiszę o nich nowe opowiadanie — obiecała Emilka.
Po wysłuchaniu drugiej opowieści ciotka Elżbieta zauważyła, że nie miałaby nic przeciwko 

trzeciej.

— Ci Applegathowie są zabawni — powiedziała. — Znam takich ludzi. I ten mały Jerry 

Stowe. Co się stanie z tym biednym dzieciakiem, kiedy dorośnie?

* Patrz „Emilka z Księżycowego Nowiu”

background image

III

Tego samego wieczoru Emilce przyszedł do głowy pewien pomysł. Siedziała bezczynnie 

przy  oknie,   wpatrując   się   posępnie   w  szare,   zimne  łąki   i   szare   wzgórza,   nad  którymi   dął 
chłodny, samotny wiatr. Słyszała szelest suchych liści w ogrodzie. Z nieba zaczęły spadać 
wielkie, białe płatki.

Dostała   dzisiaj   list   od   Ilzy.   Obraz   Teda   „Uśmiechnięta   dziewczyna”,   wystawiony   w 

Montrealu, wzbudził ogromną sensację i został przyjęty przez paryski Salon.

,,Wróciłam z wybrzeża w samą porę, żeby go jeszcze zobaczyć na wystawie — pisała Ilza. 

— To jesteś Ty, Emilko, nikt inny. Ted dokończył i poprawił stary szkic sprzed lat, ten sam, 
którego   nie   oddała   Ci   ciotka   Nancy,   a   Ty   byłaś   o   to   taka   wściekła,   pamiętasz?   Teraz 
uśmiechałaś się do mnie z płótna Teda. Krytycy mieli dużo do powiedzenia o kolorystyce, 
technice,   wyczuciu   i   tak   dalej   w   tym   ich   żargonie.   Ale   jeden   stwierdził:   »Uśmiech   tej 
dziewczyny stanie się równie sławny jak uśmiech Mony Lisy«. Setki razy widziałam go na 
Twojej twarzy, Emilko, zwłaszcza gdy patrzyłaś na to niewidzialne zjawisko, które nazywałaś 
promykiem. Ted uchwycił  istotę Twego uśmiechu. Nie jest to drwiący, zuchwały uśmiech 
Mony Lisy, lecz inny, nasuwający myśl o niezwykłej, cudownej tajemnicy, którą mogłabyś 
wyznać, gdybyś zechciała, o jakimś odwiecznym szeptaniu; o sekrecie, który uszczęśliwiłby 
każdego, kto by zdołał skłonić Cię do mówienia. Przypuszczam, że to tylko złudzenie i TY, 
podobnie jak my wszyscy, nie znasz żadnej tajemnicy. Ale Twój uśmiech sugeruje, że ją znasz, 
i to jest wspaniałe. O tak. Twój Ted jest geniuszem, ten uśmiech o tym świadczy. Jakie to 
uczucie, Emilko, stać się natchnieniem geniusza? Za taki komplement oddałabym kilka lat 
życia”.

Emilka nie była pewna, jakie to uczucie. Kiełkował w niej bezsilny gniew na Teda. Jakie 

miał prawo, on, który wzgardził jej miłością i nie dbał o jej przyjaźń, malować jej twarz, duszę, 
ukrytą   wizję…   i   wieszać   na   ścianie,   żeby   cały   świat   to   oglądał?   Wprawdzie   jeszcze   w 
dzieciństwie   powiedział   jej,   że   kiedyś   to   zrobi,   ale   od   tego   czasu   wszystko   się   zmieniło. 
Wszystko.

Wracając do opowiadań, które obudziły w ciotce Elżbiecie tak mocne pragnienie poznania 

dalszego ciągu: powiedzmy, że napisze następne. I nagle Emilce przyszedł do głowy pomysł. A 
gdyby tak rozwinąć je i napisać książkę? Naturalnie nie taką, jak „Sprzedawca snów”. Tamto 
cudowne uniesienie minęło bezpowrotnie. Ale Emilka natychmiast ujrzała przed sobą nową 
książkę — dowcipną, połyskliwą niczym strumyk ludzką komedię. Pobiegła do ciotki Elżbiety.

— Ciociu,   czy   chcesz,   żebym   napisała   dla   Ciebie   książkę   o   tych   ludziach   z   moich 

opowiadań? Tylko dla ciebie, codziennie nowy rozdział.

Ciotka Elżbieta starannie ukryła zainteresowanie.
— Och, jeśli chcesz, możesz napisać. Nie mam nic przeciwko temu, żeby znowu o nich 

posłuchać. Tylko uważaj, nie mieszaj w to żadnych sąsiadów.

Emilka nie opisywała sąsiadów — nie było jej to potrzebne. W jej myślach zaroiło się od 

bohaterów, żądających dla siebie miejsca i imienia. Śmiali się, dąsali, płakali i tańczyli, a nawet 
zakochiwali od czasu do czasu. Ciotka Elżbieta tolerowała to, uznając, że powieść nie może się 
obyć bez odrobiny miłości. Emilka każdego wieczoru odczytywała jeden rozdział, a ciotce 
Laurze i kuzynowi Jimowi pozwolono słuchać razem z ciotką Elżbietą. Kuzyn Jim nie posiadał 
się z zachwytu. Był przekonany, że nigdy nie napisano czegoś tak cudownego.

— Kiedy cię słucham, czuję się znowu młody — powiedział.
— Czasami chce mi się śmiać, a czasami płakać — wyznała ciotka Laura. — Nie mogę spać, 

bo rozmyślam, co też się przydarzy Applegathom w następnym rozdziale.

— Mogłoby być gorzej — przyznała łaskawie ciotka Elżbieta. — Ale wolałabym, żebyś 

wykreśliła to zdanie o zatłuszczonych ścierkach Glorii Appiegath. Pani Frost z Balladowego 

background image

Stawu pomyśli, że to o niej. Jej ścierki są zawsze brudne.

— Uderz w stół, a jakieś nożyce zawsze się odezwą — stwierdził kuzyn Jim. — W książce 

Gloria jest zabawna, ale okropnie byłoby mieszkać z nią pod jednym dachem. Za dużo myśli o 
zbawieniu świata. Ktoś powinien jej powiedzieć, żeby poczytała Biblię.

— A ja jakoś nie lubię Cissy Appiegath — odezwała się nieśmiało ciotka Laura. — Ma taki 

lekceważący sposób mówienia.

— Pustogłowe stworzenie — oświadczyła ciotka Elżbieta.
— Ja nie znoszę Jesse Applegatha — powiedział porywczo kuzyn Jim. — Człowiek, który 

kopie   kota   po   to,   żeby   się   wyładować!   Przeszedłbym   choćby   i   dwadzieścia   mil,   żeby 
spoliczkować tego starego drania. Ale — dodał z nadzieją — może on niedługo umrze.

— Albo się poprawi — podsunęła litościwie ciotka Laura.
— Nie,   niech   się   nie  poprawia  —  rzucił  niespokojnie  kuzyn   Jim.   —  Zabij   go,  jeśli   to 

konieczne, ale go nie poprawiaj. Wolałbym jednak, żebyś zmieniła kolor oczu Peg Appiegath. 
Nigdy nie lubiłem zielonych oczu.

— Aleja nie mogę ich zmienić. One są zielone — broniła się Emilka.
— No to chociaż bokobrody Abrahama Applegatha — poprosił Jim. — Lubię Abrahama. 

Wesoły z niego facet. Czy nie mógłby obejść się bez bokobrodów, Emilko?

— Nie — odparła Emilka stanowczo. — Nie mógłby.
Dlaczego   nie   potrafili   zrozumieć?   Abraham   miał   bokobrody,   były   mu   potrzebne, 

bezwzględnie musiał je mieć. Nie mogła tego zmienić.

— Pora sobie przypomnieć, że ci ludzie nie istnieją naprawdę — rzekła karcąco ciotka 

Elżbieta.

Raz jednak — Emilka uważała to za swój największy tryumf — ciotka Elżbieta zaśmiała się 

głośno. Tak ją to zawstydziło, że przez cały dalszy ciąg rozdziału nie uśmiechnęła się ani razu.

— Elżbieta myśli, że Bóg nie lubi słuchać naszego śmiechu — szepnął kuzyn Jim do ciotki 

Laury, zasłaniając usta dłonią.

Gdyby nie to, że Elżbieta leżała ze złamaną nogą. Laura byłaby się uśmiechnęła. Ale w tych 

okolicznościach uśmiech wydawał się nieuczciwym wykorzystaniem jej słabości.

Schodząc na dół, kuzyn Jim potrząsał głową i mruczał do siebie:
— Jak ona to robi? Jak to robi? Potrafię układać wiersze, ale to? Ci ludzie są jak żywi!
Jeden z nich był aż nazbyt żywy, zdaniem ciotki Elżbiety.
— Ten   Mikołaj   Appiegath   za   bardzo   przypomina   starego   Douglasa   Courcy’ego   ze 

Shrewsbury — powiedziała. — Mówiłam ci, żebyś nie opisywała ludzi, których znamy.

— Ależ ja nigdy nie widziałam Douglasa Courcy’ego!
— To on, wypisz, wymaluj. Nawet Jim to zauważył. Musisz go wykreślić. Emilko.
Ale Emilka stanowczo odmówiła. Stary Mikołaj był jedną z najlepszych postaci w książce. 

Pisanie teraz pochłaniało Emilkę. Nie było wprawdzie tak ekstatycznym rytuałem jak tworzenie 
.Sprzedawcy   snów”,   lecz   mimo   wszystko   bardzo   ją   fascynowało.   Pisząc   napominała   o 
wszelkich niepokojach i dręczących sprawach. Ostatni rozdział skończyła w dniu, kiedy zdjęto 
łubki z nogi ciotki Elżbiety i przeniesiono starszą damę na szezlong w kuchni.

— No cóż, twoja książka mi pomogła — przyznała ciotka. — Ale cieszę się, że mogę znowu 

mieć wszystko na oku. Co masz zamiar zrobić z książką? Jaki dasz jej tytuł?

— „Morał róży”.
— Nie wydaje mi się zbyt trafny. Nie rozumiem go. Nikt go nie zrozumie.
— To nieważne. Ta książka tak się nazywa. Ciotka Elżbieta westchnęła.
— Nie wiem, skąd u ciebie ten upór, Emilko. Zupełnie nie mam pojęcia. Nigdy nie słuchasz 

rad. Rodzina Courcych na pewno przestanie z nami rozmawiać, kiedy książka się ukaże.

— Nie ma szans, żeby się ukazała — oświadczyła posępnie Emilka. — Odeślą ją, niech 

diabli wezmą ich oziębłe pochwały!

Ciotka Elżbieta nie słyszała przedtem tego wyrażenia i uznała, że jest to wymyślone przez 

background image

Emilkę bluźnierstwo.

— Emilko — zaczęła surowo — nie chcę więcej słyszeć podobnych słów z twoich ust. 

Podejrzewam, że Ilza używa takich określeń, ale jej nie osądzamy według naszych kryteriów. 
Murrayowie z Księżycowego Nowiu nie przeklinają.

— To   był   tylko   cytat,   ciociu   —  odparła   znużonym  głosem  Emilka.   Była  zmęczona   — 

odrobinę wszystkim zmęczona. Zbliżało się Boże Narodzenie i miała przed sobą długą, ponurą 
zimę, pustą i pozbawioną celu. Nic nie wydawało jej się warte zachodu, nawet znalezienie 
wydawcy dla „Morału róży”.

background image

IV

Przepisała jednak tekst sumiennie na maszynie i wysłała. Niebawem wrócił. Wysłała go 

jeszcze trzy razy. Zawsze wracał. Ponieważ maszynopis miał już ośle uszy, przepisała go na 
nowo i  wysłała  do kolejnego wydawcy.  Przez  całą zimę i  lato ponawiała próby,  wertując 
uparcie adresy wydawców. Nie pamiętam, ile razy przepisywała książkę na maszynie. Stało się 
to rodzajem żartu, gorzkiego żartu.

Najgorsze,   że   mieszkańcy   Księżycowego   Nowiu   wiedzieli   o   każdym   zwrocie,   a   ich 

współczucie i oburzenie były trudne do zniesienia. Kuzyn Jim po każdym odrzuceniu arcydzieła 
wpadał w taki gniew, że nie mógł jeść przez cały dzień i w końcu Emilka przestała mu mówić o 
kolejnych wyprawach na pocztę. Raz pomyślała, żeby posłać książkę pannie Royal z prośbą, by 
wykorzystała swoje wpływy. Ale dla murrayowskiej dumy był to pomysł nie do przyjęcia. 
Wreszcie jesienią, gdy maszynopis wrócił od ostatniego wydawcy z listy Emilki, nie otworzyła 
nawet paczki. Wrzuciła ją wzgardliwie do biurka.

Zbyt przybita, by wojnę
Z klęskami toczyć dalej.

— Koniec z tym, koniec z marzeniami. Użyję tego papieru do brudnopisów. Będę wieść 

bezbarwne życie, wypełnione pisaniem dla zarobku.

Redaktorzy czasopism przynajmniej ją doceniali, w przeciwieństwie do wydawców książek. 

Kuzyn Jim stwierdził  z oburzeniem, że chyba mają więcej  rozsądku. Podczas gdy książka 
daremnie poszukiwała szansy druku, wśród klienteli czasopism z każdym dniem przybywało 
Emilce czytelników. Spędzała przy biurku długie godziny i na swój sposób cieszyła ją ta praca. 
Ale na dnie kryła się świadomość porażki. Nie dotrze wyżej na Alpejskiej Ścieżce. Wspaniałe 
miasto spełnienia wznoszące się na szczycie było nie dla niej. Teksty dla czasopism, nic więcej. 
Zarabianie na życie w sposób, który ciotka Elżbieta uważała za bezwstydnie łatwy.

Panna Royal napisała Emilce szczerze, że pozostaje w tyle.
„Zaczynasz wpadać w rutynę — ostrzegała. — W pełną samozadowolenia rutynę. Podziw 

ciotki Laury i kuzyna Jima nie wychodzi ci na dobre. Powinnaś być tutaj, pomoglibyśmy ci 
utrzymać się na pewnym poziomie”.

Przypuśćmy,   że   przed   sześciu   laty   pojechałaby   z   panną  Royal   do   Nowego   Jorku.   Czy 

wówczas udałoby jej się wydać książkę? Czy przyczyną niepowodzenia nie był fatalny stempel 
Wyspy Księcia Edwarda, niewielkiej prowincji na końcu świata, gdzie nie mogło powstać nic 
ciekawego?

Być może! Być może panna Royal miała słuszność. Ale co to ma za znaczenie?
Tego lata nikt nie przyjechał do Perlistej Wody. To znaczy, nie przyjechał Ted Kent. Ilza 

była w Europie. Dean Priest chyba na stałe osiedlił się nad Pacyfikiem. Życie w Księżycowym 
Nowiu   biegło   po   staremu.   Tyle,   że   ciotka   Elżbieta   utykała,   a   kuzyn   Jim   niespodziewanie 
osiwiał, z dnia na dzień, jak się wydawało. Niekiedy nawiedzała Emilkę przelotna, straszna 
myśl,   że   kuzyn   Jim   się   starzeje.   Wszyscy   się   starzeli.   Ciotka   Elżbieta   miała   prawie 
siedemdziesiąt lat. A po jej śmierci Księżycowy Nów miał przejść na własność Andrzeja. Już 
teraz, podczas odwiedzin, Andrzej zachowywał się jak przyszły właściciel. Sam, oczywiście, 
nie zamierzał tu mieszkać. Należało jednak utrzymać posiadłość w przyzwoitym stanie, żeby 
móc ją kiedyś sprzedać.

— Czas już wyciąć te stare lombardzkie topole — powiedział pewnego dnia Andrzej do 

wuja Oliwera. — Mają okropnie postrzępione wierzchołki. I są już niemodne. Powinno się też 
osuszyć i zaorać to pole z młodymi świerkami.

— Warto by przetrzebić stary sad — dodał wuj Oliwer. — Przypomina dżunglę. Drzewa 

background image

owocowe są już za stare, nie nadają się do niczego. Trzeba je pościnać. Jim i Elżbieta są zbyt 
staroświeccy. Nie wyciągają z tej farmy ani polowy tego, co powinni.

Emilka, która przypadkiem słyszała tę rozmowę, zacisnęła pięści. Zobaczyć Księżycowy 

Nów sprofanowany, stare, zaprzyjaźnione, ukochane drzewa ścięte, pole ze świerkami, pod 
którymi rosły poziomki, równo zaorane, marzycielski urok starego sadu zniszczony, kotlinki i 
parowy,   zamieszkane   przez   duchy   dawnych   radości,   zupełnie   zmienione.   To   było   nie   do 
zniesienia.

— Gdybyś   poślubiła   Andrzeja,   Księżycowy   Nów   należałby   do   ciebie   —  powiedziała   z 

goryczą ciotka Elżbieta do zapłakanej Emilki.

— Ale zmiany i tak by nastąpiły — odparła Emilka. — Andrzej nie chciałby mnie słuchać. 

Jego zdaniem mąż myśli za żonę.

— W przyszłym roku skończysz dwadzieścia cztery lata — stwierdziła ciotka Elżbieta. A 

propos czego?

background image

R

OZDZIAŁ

 19

I i października 19..

Dziś   po   południu   siedziałam   przy   oknie   i   na   przemian   to   pisałam   nową   opowieść   w 

odcinkach,   to   spoglądałam   na   dwa   kochane,   zabawne,   młode   klony   na   końcu   ogródka. 
Nieustannie   opowiadały   szeptem   jeden   drugiemu   jakieś   sekrety.   Pochylały   się   ku   sobie, 
rozmawiały   z   przejęciem   przez   parę   chwil,   a   następnie   odginały   się   i   patrzyły   na   siebie, 
komicznie unosząc gałęzie w geście pełnym zgrozy i zdumienia po wysłuchanych rewelacjach. 
Ciekawe, jaki to nowy skandal wybuchł w Krainie Drzew.

background image

II

10 października 19..

Dzisiejszy   wieczór   był   piękny.   Poszłam   na   wzgórze   i   spacerowałam   po   nim,   dopóki 

zmierzch nie przerodził się w jesienną noc, opromienioną gwiezdnym spokojem. Byłam sama, 
lecz   nie   samotna.   Byłam   królową   w   pałacu   marzeń.   Rozmawiałam   z   wymyślonymi 
przyjaciółmi i ułożyłam tyle dwuwierszy, że sama się sobie dziwię.

background image

III

28 października 19..

Dzisiejszego   wieczoru   wybrałam   się   na   długą   wędrówkę.   Otaczał   mnie   przedziwny, 

fioletowy, pełen cieni świat; potężne, zimne chmury zasnuwały żółte niebo, wzgórza trwały w 
zadumie wśród opustoszałych lasów, a morze uderzało o skaliste brzegi. Krajobraz wyglądał 
jak ktoś, kto —

Czeka przed sądem w chwili próby
Na wyrok ostatecznej zguby.

Poczułam się strasznie samotna.
Jakie   ze   mnie   zmienne   stworzenie!   Czy   jestem   „płocha”,   jak   mawia   ciotka   Elżbieta? 

„Egzaltowana”, jak twierdzi Andrzej?

background image

IV

5 listopada 19..

Co za okropny humor ma ostatnio stara Ziemia! Przedwczoraj była całkiem niebrzydką, 

pełną godności starszą damą, przyodzianą w twarzowe brązy i gronostajowe futro. Wczoraj 
próbowała się odmłodzić, naśladując wdzięk wiosny i otulając się szalem błękitnej mgiełki. Ale 
pozostała niechlujną, brzydką, starą wiedźmą, pomarszczoną i całą w łachmanach. Własna 
brzydota tak ją rozdrażniła, że złościła się przez całą noc i dzień. Obudziwszy się nad ranem, 
usłyszałam wicher zawodzący wśród drzew i łzy gniewu i urazy ściekające po szybie.

background image

V

23 listopada 19..

To już drugi dzień, jak pada nieustannie ulewny, jesienny deszcz. Prawie cały listopad był 

deszczowy. Dzisiaj  nie nadeszła żadna poczta. Świat  za oknem wygląda przygnębiająco, z 
drzewami ociekającymi wodą i podmokłymi polami. Wilgoć i mrok wkradły się w moją duszę i 
wypłukały z niej siły żywotne.

Nie mogłam czytać, jeść, spać, pisać ani w ogóle czegokolwiek robić, chyba że się do tego 

zmuszałam, a wtedy miałam wrażenie, że próbuję się posługiwać cudzymi rękami i mózgiem, i 
niezbyt dobrze mi to wychodzi. Czuję się szara, zaniedbana i mało pociągająca. Nudzę nawet 
samą siebie.

Niedługo porosnę mchem, jeśli dalej będę tak żyła!
No   i   proszę,   po   tym   wybuchu   niezadowolenia   poczułam   się   lepiej.   Wyrzuciłam   coś   z 

organizmu. Wiem, że każdy miewa w życiu dni przygnębienia i zniechęcenia, kiedy wydaje się, 
że wszystko straciło smak. Chmury pojawiają się nawet w najbardziej słoneczny dzień: nie 
wolno zapominać, że słońce świeci przez cały czas.

Jak to łatwo być filozofem na papierze:
(Uwaga:  Jeżeli   znajdziesz   się  poza  domem w  zimnym,  ulewnym  deszczu,   to  czy sama 

świadomość, że gdzieś tam jest sionce, ochroni cię przed zmoknięciem?)

Cóż, dzięki Bogu nie ma dwóch zupełnie identycznych dni!

background image

VI

3 grudnia 19..

Dzisiaj słońce zachodziło burzliwie i niespokojnie za blade, posiwiałe wzgórza. Wyglądało 

gniewnie zza topól i ciemnych jodeł w zagajniku Dumnego Jana, które chwiały sie gwałtownie i 
rozpaczliwie w podmuchach kapryśnego wiatru. Patrzyłam na to przez okno. W ogrodzie było 
zupełnie ciemno i widziałam tylko zeschłe liście, wirujące w niesamowitym tańcu nad pustymi 
grządkami. Biedne, martwe liście—a jednak, jak się wydaje, nie całkiem martwe. Pozostała w 
nich nerwowa iskierka życia, budząca niepokój i smutek. Nasłuchiwały wołania wiatru, który 
jednak już wcale nie dbał o nie, tylko bawił się nimi kapryśnie i zakłócał ich spoczynek. Żal mi 
było tych liści, gdy tak patrzyłam na nie w przedziwnym, matowym zmierzchu; i złościł mnie 
— miałam ochotę zrzędzić, co niemal mnie rozśmieszyło — wiatr, który nie chciał zostawić ich 
w spokoju. Po co je drażnić — i mnie także — ulotną, gwałtowną żądzą życia, które już 
minęło?

Nawet Ilza dawno nie pisała. I ona zapomniała o mnie.

background image

VII

10 stycznia 19..

Dzisiaj   wieczorem,   wracając   z  poczty  z  trzema  zawiadomieniami   o  przyjęciu   utworów, 

rozkoszowałam się pięknem zimy. Było tak cicho i spokojnie, zachodzące słońce zapalało w 
śniegu czyste, bladoróżowe i fiołkowe błyski, a wielki, srebrzysty, blady księżyc, wyglądający 
zza Rozkosznej Góry, wydawał mi się bliskim przyjacielem. Jakże inaczej patrzy się na świat 
po otrzymaniu trzech pomyślnych wiadomości!

background image

VIII

20 stycznia 19..

Noce   są   teraz   ponure,   rozdzielone   krótkimi,   szarymi,   pochmurnymi   dniami.   Pracuję   i 

rozmyślam przez cały dzień, a z nadejściem wczesnej nocy moją duszę spowija mrok. Nie 
potrafię opisać tego uczucia. Jest straszne, gorsze niż fizyczny ból. Mogę tylko stwierdzić, że 
ogarnia mnie przemożne, okropne  znużenie.  Nie  ciała,  nie umysłu,  lecz  czucia,  a do tego 
dochodzi dręczący lęk przed przyszłością  każdą przyszłością, nawet szczęśliwą. A zwłaszcza 
szczęśliwą, gdyż w tym dziwnym nastroju wydaje mi się, że szczęście wymaga większego 
wysiłku,   większej   elastyczności,   niż   ja   potrafiłabym   w   sobie   znaleźć.   Mój   lęk   przybiera 
niezwykłą postać: boję się, że szczęście wymaga zbyt wiele zachodu, zbyt dużej energii.

Będę   uczciwa,   przynajmniej   w   tym   pamiętniku.   Dobrze   wiem,   co   mi   jest.   Dzisiaj   po 

południu szperałam w starym kufrze na strychu ; znalazłam paczkę listów, które Ted pisał do 
mnie przez pierwszy rok pobytu w Montrealu. Byłam na tyle głupia, by usiąść i przeczytać je 
wszystkie.

To był szaleńczy pomysł. Teraz za to płacę. Takie listy mają straszną moc wskrzeszania 

przeszłości. Otaczają mnie gorzkie wizje i nieproszone duchy — widma dawnych radości.

background image

IX

5 lutego 19.,

Życie   nie   jest   już   dla   mnie   tym   samym   co   dawniej.   Czegoś   w   nim   brak.   Nie   jestem 

nieszczęśliwa.  Ale życie wydaje mi się chybionym przedsięwzięciem.  Cieszę się nim jako 
takim i przeżywam wiele cudownych chwil. Odnoszę sukcesy — przynajmniej w pewnych 
dziedzinach — bystro oceniam świat, a czasami próbuję zachwycać się czymś lub interesować. 
Pod tym wszystkim tkwi jednak dręczące poczucie pustki. A to dlatego, że ,,zimowe śniegi 
sięgają   kolan”   i   nie   mogę   wychodzić   na   wędrówki.   Gdy   przyjdzie   odwilż   i   będę   mogła 
odetchnąć żywiczną wonią jodeł, odnaleźć spokój białych pól i „siłę wzgórz” — jakież to 
piękne, biblijne wyrażenie!— wtedy odzyskam równowagę.

Wczoraj w nocy nie mogłam dłużej patrzeć na wazon z suchymi trawami nad kominkiem. 

Co z tego, że stoi tu od czterdziestu lat? Chwyciłam trawy, otworzyłam okno i rozrzuciłam je 
po śniegu. Uspokojona, zasnęłam jak dziecko. Rano jednak kuzyn Jim je pozbierał i oddał mi 
ukradkiem, ostrzegając łagodnie, że powinnam uważać, aby ich znowu nie „wywiało”. Elżbieta 
byłaby zgorszona.

Włożyłam trawy z powrotem do wazonu. Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem.

background image

XI

22 lutego 19.

Dzisiaj był mglisty, kremowy zachód słońca, a potem świecił księżyc. Co za księżyc! W taką 

noc można śnić szczęśliwe sny o ogrodach, pieśniach, przyjaźni, czując promienny przepych 
białego, księżycowego świata i słysząc łagodną, daleką muzykę, z której rodzą się myśli i 
słowa.

Wymknęłam się na samotną przechadzkę po tym zaczarowanym świecie. Przeszłam przez 

sad,   gdzie   czarne   cienie   drzew   kładły   się   na   śniegu,   i   dotarłam   do   jaśniejącego,   białego 
wzgórza, nad którym świeciły gwiazdy. Przemykałam przez owiane tajemniczością jodłowe 
zagajniki i ciche, leśne nawy, w których noc skryła się przed blaskiem księżyca. Krążyłam po 
polu   z   krainy   snów,   stworzonym   z   hebanu   i   kości   słoniowej.   Spotkałam   się   ze   starą 
przyjaciółką.   Królową   Wiatru.   Każdy   oddech   był   poematem,   każda   myśl   uniesieniem;   i 
wróciłam z duszą obmytą do czysta w kryształowej kąpieli. Ciotka Elżbieta stwierdziła, że 
ludzie uznaliby mnie za wariatkę, gdyby zobaczyli, że włóczę się sama o tej porze. A ciotka 
Laura kazała mi wypić gorący wywar z czarnej porzeczki, na wypadek przeziębienia. Tylko 
kuzyn Jim okazał pewne zrozumienie.

— Chciałaś na chwilę uciec, wiem — szepnął.
— Odszepnęłam mu:
Dusza ma pasła się z gwiazdami Pośród rozległych łąk wszechświata.

background image

XII

26 lutego 19..

Ostatnio odwiedził nas Jasper Frost ze Shrewsbury. Nie sądzę, żeby jeszcze zechciał się tu 

zjawić po naszej wczorajszej rozmowie. Powiedział, że mnie kocha miłością, .która będzie 
trwała wiecznie”.  Wydaje mi się jednak, że wieczność z Jasperem byłaby nieco za długa. 
Biedna, kochana ciotka Elżbieta będzie trochę rozczarowana. Lubi Jaspera, a Frostowie są 
„dobrą rodziną”‘. Ja go też lubię, ale jest zbyt wymuskany i elegancki.

— Czy chciałabyś mieć niechlujnego konkurenta? — zapytała ciotka Elżbieta.
To mnie zbiło z tropu. Nie chciałabym.
— Na pewno istnieje jakiś złoty środek — broniłam się.
— Dziewczyna nie powinna być taka wybredna, kiedy ma … — tu jestem przekonana, że 

ciotka Elżbieta chciała powiedzieć: „prawie dwadzieścia cztery lata”, ale powstrzymała się i 
dokończyła: — … nie tylko zalety.

Szkoda, że pan Carpenter nie mógł usłyszeć podkreślenia ciotki Elżbiety. Było po prostu 

zabójcze.

background image

XIII i marca 19..

Przez moje okno płynie cudowna muzyka nocy z zagajnika Dumnego Jana. Nie  —już  nie 

Dumnego Jana. Z zagajnika Emilii Byrd Starr! Kupiłam go dzisiaj za wypłatę z mojej ostatniej 
opowieści w odcinkach. Jest mój, mój, mój! Wszystkie jego cuda należą do mnie: księżycowe 
alejki,   wysoki,   wdzięczny   wiąz   w   blasku   gwiazd,   cieniste   kotlinki,   dzwonki   i   paprocie, 
krystaliczne źródełko, muzyka wiatru, słodsza niż dźwięki starego stradivariusa. Nikt nie może 
go wyciąć ani też sprofanować.

Jestem bardzo szczęśliwa. Wiatr jest moim towarzyszem, a wieczorna gwiazda przyjaciółką.

background image

XIV

23 marca 19.

Czy istnieje na świecie żałośniejszy i bardziej niesamowity dźwięk niż zawodzenie wichru 

za oknami i pod okapem w burzliwą noc? Dzisiaj brzmi ono tak, jakby odbijały się w nim 
echem rozpaczliwe okrzyki wszystkich pięknych, nieszczęśliwych kobiet o złamanym sercu, 
zmarłych   przed   wiekami   i   dawno   zapomnianych.   Słyszę   także   mój   własny   jęk   bólu   z 
przeszłości,   a   w   nim   dżwięczy   prośba,   by   dusza,   która   go   wygnała,   wpuściła   go   teraz   z 
powrotem. W krzyku nocnego wiatru za oknem słychać przedziwne nuty. Jest w nim płacz 
dawnych smutków, lament dawnych rozpaczy i upiorne pieśni straconych nadziei. Nocny wiatr 
jest   wędrującą   duszą   przeszłości.   Do   przyszłości   nie   ma   dostępu   —   i   dlatego   brzmi   tak 
żałobnie.

background image

XV

10 kwietnia 19..

Już dawno nie czułam się tak bardzo sobą, jak dzisiaj rano. Poszłam na przechadzkę za 

Rozkoszną   Górę.   Poranek   był   łagodny,   bezwietrzny   i   mglisty,   niebo   miało   cudowną 
perłowoszarą barwę, a powietrze pachniało wiosną. Każdy zakręt na drodze był moim bliskim 
przyjacielem. A wszystko wydawało się takie młode! Kwiecień nie może być stary. Młode 
świerki były zielone i towarzyskie, z kroplami rosy nanizanymi jak perły na ich igiełki.

— Jesteś moja! — nawoływało morze zza Perlistej Wody.
— Ona należy także do nas — mówiły wzgórza.
— Jest moją siostrą — powiedziała jodła.
Kiedy na nie patrzyłam, pojawił się promyk — moje dawne, nieziemskie zjawisko, tak 

rzadko widywane w ciągu tych ostatnich, ponurych miesięcy. Czy utracę je całkowicie, kiedy 
się zestarzeję? Czy wtedy pozostanie mi tylko .światło powszedniego dnia”?

Ale dziś rano powrócił do mnie i poczułam się nieśmiertelna. Mimo wszystko, wolność 

nosimy w duszy.

Natura nigdy nie zdradziła
Serca, które ją miłuje.

Ona   zawsze   potrafi   nas   uleczyć,   gdy   pokornie   zwrócimy   się   do   niej.   Dokuczliwe 

wspomnienia i troski znikły bez śladu. Poczułam nagle, że na wzgórzu czeka na mnie dawna 
radość.

Słychać dzisiaj kumkanie żab. Dlaczego „żaba” jest takim śmiesznym, kochanym, uroczym, 

niedorzecznym słowem?

background image

XVI

15 maja 19..

Wiem, że po śmierci będę spała spokojnie pod murawą przez całe lato, jesień i zimę, lecz z 

nadejściem wiosny moje serce drgnie, poruszy się we śnie i tęsknie odpowie na zew głosów 
nawołujących z szerokiego świata nade mną. Wiosna i poranek śmiały się dzisiaj do siebie, a ja 
wyszłam i przyłączyłam się do nich.

Ilza napisała do mnie zwięzły list, w którym wyraziła chęć przejazdu do domu.
..Ogarnia mnie nostalgia — pisze. — Czy dzikie ptaki wciąż śpiewają w lasach Perlistej 

Wody,   a   fale   nawołują   zza   wydm?   Chcę   je   usłyszeć.   I   zobaczyć   wschodzący   nad   zatoką 
księżyc,   który   tyle   razy   oglądałyśmy   w   dzieciństwie.   Chcę   zobaczyć   Ciebie.   Listy   są 
niewystarczające. Tak wiele mam Ci do powiedzenia. Czy wiesz, że dzisiaj poczułam się trochę 
staro’? To przedziwne uczucie”.

Ilza ani razu nie wspomniała o Tedzie. Pyta tylko: ,,Czy to prawda, że Perry Miller jest 

zaręczony z córką sędziego Elmsleya?”

Nie sądzę, żeby to była prawda. Ale ta pogłoska świadczy, jak wysoko Perry zaszedł.

background image

R

OZDZIAŁ

 20

I

W swoje dwudzieste czwarte urodziny Emilka otworzyła i przeczytała list, napisany „od niej, 

czternastoletniej,   do   niej,   dwudziestoczteroletniej”.   Nie   bawiło   jej   to   tak,   jak   się   kiedyś 
spodziewała. Długo siedziała przy oknie z listem w ręku, patrząc na żółte światła zachodzących 
gwiazd   nad   zagajnikiem   Dumnego   Jana,   jak   go   wciąż   z   przyzwyczajenia   nazywano.   Co 
znajdzie w tym liście? Ducha pierwszej młodości? Ambicji? Zagubionej miłości? Utraconej 
przyjaźni?   Emilka   czuła,   że   wolałaby   spalić   ten   list,   niż   go   przeczytać.   Ale   to   byłoby 
tchórzostwo. Nawet duchom trzeba stawić czoło. Nagłym, szybkim ruchem rozcięła kopertę i 
wyjęła list.

Ze   środka   uleciała   stara,   delikatna   woń.   W  liście   były   zasuszone   płatki   róży,   kruche   i 

zbrązowiałe,   które   rozsypały   się   w   proch   pod   jej   dotykiem.   Tak,   pamiętała   tę   różę.   Ted 
przyniósł ją pewnego wieczoru, jeszcze w czasach dzieciństwa, i był taki dumny z tego kwiatu. 
Była   to   pierwsza   czerwona   róża,   która   zakwitła   na   doniczkowym   krzewie,   jaki   dostał   od 
doktora Burnleya — i jedyna, jak się okazało. Matka czuła się dotknięta, że Ted tak lubi ten 
krzaczek. Pewnej nocy doniczka została przypadkowo zrzucona z parapetu i stłukła się. Jeżeli 
nawet Ted podejrzewał lub wiedział, że coś łączy oba te fakty, nigdy nie wspomniał o tym. 
Emilka bardzo długo trzymała różę w wazonie na stole, ale po napisaniu listu wyjęła zwiędły 
kwiat, ucałowała go i wsunęła między kartki. Zapomniała o tym później i teraz płatki leżały na 
jej dłoni, jak dawne różane nadzieje, wyblakłe, już nie piękne, lecz nadal wydzielające nikły, 
gorzko–słodki zapach. Cały list wydawał się nim przesycony — nie wiadomo, czy w sensie 
dosłownym, czy tylko duchowym.

List ten był, jak powiedziała sobie surowo Emilka, niemądry i romantyczny. Śmiechu wart. 

Emilka z rozmysłem śmiała się, odczytując niektóre fragmenty. Jakie to niedojrzałe, głupie, 
sentymentalne, zabawne! Czy naprawdę była kiedyś tak młoda i nie—opierzona, że wypisywała 
podobne bzdury, kwieciste i górnolotne? I można by pomyśleć, że czternastolatka traktowała 
dwudziestoczterolatkę jak osobę niemal sędziwą.

„Czy napisałaś swoje wielkie dzieło? — kończyła Czternastolatka beztroskim pytaniem. — 

Czy wspięłaś się Alpejską Ścieżką na sam szczyt? Och, Dwudziestoczterolatko, zazdroszczę Ci. 
To z pewnością wspaniałe być Tobą. Czy spoglądasz na mnie z wyższością i współczuciem? 
Teraz już nie jeździłabyś na furtce, prawda? Czy jesteś stateczną, starą mężatką z kilkorgiem 
dzieci i mieszkasz w Rozczarowanym Domu z Wiadomo Kim? Tylko nie bądź nudna, błagam 
cię. I bądź dramatyczna. Kocham dramatyzm w rzeczach i ludziach. Czy jesteś Panią…? Czyje 
nazwisko tu wpiszesz? Och, droga Dwudziestoczterolatko, wkładam Ci do tego listu pocałunek, 
garść księżycowej poświaty, duszę róży, nieco zielonej słodyczy starego pola na wzgórzu i 
tchnienie   leśnych   fiołków.   Mam   nadzieję,   że   jesteś   szczęśliwa,   sławna   i   piękna   i   że   nie 
zapomniałaś całkowicie

Twojej niemądrej

DAWNEJ SIEBIE”.

Emilka wrzuciła list do szuflady.
— Wystarczy tych bredni — powiedziała drwiąco.
Usiadła na krześle i oparła głowę o biurko. Mała, głupia, marzycielska, szczęśliwa, naiwna 

Czternastolatka!   Wciąż   myślała,   że   przyszłe   lata   przyniosą   jej   coś   wielkiego,   cudownego, 
pięknego.   Taka   pewna,   że   można   dosięgnąć   „górskiej   purpury”.   Że   marzenia   zawsze   się 
spełniają. Niemądra Czternastolatka, która jednak umiała być szczęśliwa.

— Zazdroszczę ci — powiedziała Emilka. — Żałuję, że otworzyłam twój list, mała, głupia 

background image

Czternastolatko. Wracaj w cień przeszłości i więcej nie przychodź, by ze mnie szydzić. Przez 
ciebie nie będę mogła spać. Przez całą noc będę leżała bezsennie i litowała się nad sobą.

Ale tymczasem na schodach rozległy się kroki Przeznaczenia — choć Emilka myślała, że to 

tylko kuzyn Jim.

background image

II

Przyniósł jej list — cienki list — i gdyby Emilka nie była tak pochłonięta sobą, zauważyłaby 

może, że kuzynowi Jimowi oczy świecą się jak kotu i przepełniony jest nie dającym się ukryć 
podnieceniem. Co więcej, gdy podziękowała mu z roztargnieniem i wróciła do biurka, pozostał 
za drzwiami w ciemnym hallu, obserwując ją ukradkiem przez uchylone drzwi. Początkowo 
myślał, że Emilka nie otworzy listu, gdyż odłożyła go obojętnie i usiadła, wpatrzona w biurko. 
Kuzyn Jim nie mógł spokojnie ustać z niecierpliwości.

Po kilku minutach zadumy Emilka ocknęła się z westchnieniem i wyciągnęła rękę po list.
Jeśli   się   nie   mylę,   kochana   Emilko,   przestaniesz   wzdychać,   kiedy   go   przeczytasz”   — 

pomyślał w uniesieniu „kuzyn Jim.

Emilka   spojrzała   na   adres   nadawcy   w   górnym   rogu,   dziwiąc   się,   czego   od   niej   chce 

Towarzystwo   Wydawnicze   Warehama.   Wielki   Wareham!   Najstarsze   i   najważniejsze   z 
amerykańskich   wydawnictw.   To   zapewne   jakaś   ulotka   reklamowa.   Po   chwili   jej 
niedowierzające spojrzenie padło na kartkę napisaną na maszynie, a kuzyn Jim za drzwiami 
wykonał bezgłośny taniec na plecionym chodniczku ciotki Elżbiety.

— Nic… nie…rozumiem — zachłysnęła się Emilka.

Droga Panno Stan,

Z przyjemnością zawiadamiamy, że nasi recenzenci wypowiedzieli się pochlebnie o Pani 

książce   ,,Morał   róży”.   Jeżeli   dojdziemy   do   porozumienia   w   kwestii   warunków,   chętnie 
dołączymy   ją   do   naszej   listy   na   najbliższy   sezon.   Bylibyśmy   również   zainteresowani   Pani  
literackimi planami na przyszłość.

Z wyrazami szacunku, itd.

— Nic… nie rozumiem — powtórzyła Emilka.
Kuzyn Jim nie mógł dłużej wytrzymać. Wydał okrzyk, brzmiący jak coś pomiędzy „hip” i 

„hurra”. Emilka wybiegła i wciągnęła go do pokoju.

— Co to wszystko znaczy, kuzynie? Ty musisz coś wiedzieć. Skąd Wareham zna moją 

książkę?

— Czy naprawdę ją przyjęli? — upewnił się kuzyn Jim.
— Tak. Ale ja jej nie wysłałam. Uważałam, że to nie ma sensu. Wareham! Czy ja śnię?
— Nie.   Powiem   ci,   tylko   się   nie   gniewaj,   Emilko.   Miesiąc   temu   Elżbieta   kazała   mi 

posprzątać   strych.  Kiedy   przesuwałem   wielkie   tekturowe   pudło,   w   którym   trzymasz   różne 
rzeczy, odpadło dno. To, co tam było, rozsypało się po podłodze. Zacząłem zbierać te rzeczy i 
natknąłem się na maszynopis twojej książki. Zerknąłem przypadkiem na jedną ze stron, a potem 
usiadłem. Po godzinie przyszła Elżbieta i zastała mnie zaczytanego. Zapomniałem o wszystkim. 
Jaka ona była zła! Strych nie posprzątany, a obiad czeka. Ale nie zwracałem uwagi na to, co 
mówiła.   Myślałem   sobie   tak:   „Jeśli   ta   książka   tak   mnie   wciągnęła,   że   zapomniałem   o 
wszystkim, to musi w niej coś być. Poślę ją komuś”. Nic mi nie przyszło do głowy prócz 
Warehama. Wiele o nim słyszałem. Nie wiedziałem, jak mam to zrobić. W końcu zapakowałem 
ją po prostu do starego pudełka po sucharach i od razu wysłałem.

— Nawet nie załączyłeś znaczków zwrotnych? — spytała ze zgrozą Emilka.
— Nie, to mi nie przyszło do głowy. Może dlatego ją przyjęli? Może inni wydawcy odsyłali 

ci książkę, bo dostawali znaczki?

— Raczej nie — Emilka zaśmiała się, ale po chwili spostrzegła, że lecą jej łzy.
— Emilko, ty się na mnie nie gniewasz, prawda?
— Nie, kochany… wcale nie… Jestem tylko taka oszołomiona, sam widzisz, że nie wiem, 

co mam mówić, co robić. To nie do wiary… Wareham!

background image

— Cały czas pilnowałem poczty — zachichotał kuzyn Jim. — Elżbieta myślała, że w końcu 

całkiem zwariowałem. Gdyby maszynopis wrócił, przemyciłbym go z powrotem na strych. Nie 
chciałem, żebyś się dowiedziała. Ale gdy zobaczyłem tę cienką kopertę, przypomniałem sobie, 
jak kiedyś powiedziałaś, że cienkie koperty zawsze przynoszą dobre wieści. Kochana Emilko, 
nie płacz! „ — Muszę… Och, przepraszam cię za to, co mówiłam, mała Czternastolatko! Nie 
byłaś głupia… byłaś mądra… wiedziałaś.

— Trochę jej to uderzyło do głowy — szepnął do siebie kuzyn Jim. — Nic dziwnego, po 

tylu porażkach. Ale niedługo wróci jej rozsądek.

background image

R

OZDZIAŁ

 21

I

Ted i Ilza mieli przyjechać w lipcu na dziesięć dni. Jak to się dzieje, myślała Emilka, że 

zawsze przyjeżdżają razem? To nie może być tylko zbieg okoliczności. Bała się tych odwiedzin 
i pragnęła, żeby już było po wszystkim. Cieszyła się, że zobaczy Ilzę. Ilza jakoś nigdy nie była 
jej obca. Nawet po długiej nieobecności Emilka odnajdywała w niej dawną przyjaciółkę. Ale 
nie chciała spotkać się z Tedem. Z Tedem, który o niej zapomniał i od ostatniego wyjazdu nie 
napisał ani jednego listu. I który zdobył już sławę jako portrecista pięknych kobiet. Był taki 
sławny i cieszył się tak wielkim powodzeniem, że — jak pisała Ilza — zamierzał zrezygnować 
ze współpracy z czasopismami. Na wieść o tym Emilka odczuła pewną ulgę. Nie będzie się już 
musiała obawiać, że przeglądając jakieś pismo ujrzy rysunek podpisany nazwiskiem: Fryderyk 
Kent, a na nim własną twarz i duszę, jak gdyby Ted obwieszczał wszystkim mężczyznom: ,,Ta 
dziewczyna należy do mnie”. Emilka wolała te obrazy, na których namalowana była cała twarz, 
a nie na przykład tylko oczy. Żeby tak malować jej oczy, Ted musiał wiedzieć wszystko o jej 
duszy. Ta myśl zawsze budziła w niej złość, wstyd i okropne poczucie bezradności. Nie chciała, 
nie mogła powiedzieć Tedowi, żeby przestał traktować ją jak modelkę. Nigdy nie zniżyła się do 
tego, by przyznać, że zauważyła w jego ilustracjach jakieś podobieństwo do siebie. I nigdy się 
nie zniży.

A teraz Ted przyjeżdżał i zjawi się tu lada chwila. Gdyby tylko mogła wyjechać na kilka 

tygodni pod byle jakim pretekstem. Panna Royal zapraszała ją do Nowego Jorku. Ale przecież 
nie wyjedzie, skoro ma tu przyjechać Ilza.

Emilka otrząsnęła się z tych myśli. Jakaż z niej idiotka! Ted chciał zobaczyć się z matką, 

spełnić synowski obowiązek. Na pewno chętnie spotka się z dawnymi przyjaciółmi, gdy na ich 
widok przypomni sobie, że istnieją. Co w tym kłopotliwego? Będzie musiała wyzbyć się tego 
bezsensownego skrępowania. I zrobi to.

Siedziała przy otwartym oknie. Noc rozkwitała jak ciemny, bujny, wonny pąk. Noc pełna 

oczekiwania, noc, kiedy wszystko może się zdarzyć. Bardzo spokojna. Słychać było tylko 
najcudowniejsze stłumione dźwięki: ciche szepty drzew, ulotne westchnienia wiatru, na pół 
słyszalne, a na pół wyczuwalne jęki morza.

— Och, piękna! — szepnęła Emilka porywczo, wyciągając ramiona ku gwiazdom. — Co ja 

bym zrobiła bez ciebie przez te wszystkie lata? Urok nocy, jej zapach i tajemniczość wypełniły 
duszę Emilki. W owej chwili nie było w niej miejsca na nic innego. Wychyliła się przez okno, 
w uniesieniu i zachwycie unosząc twarz ku rozgwieżdżonemu niebu.

I   wtedy   usłyszała.   Delikatne,   srebrzyste   gwizdanie   w   zagajniku   Dumnego   Jana,   dwie 

wysokie nuty i jedną długą i niską, dawny zew, który w przeszłości kazał jej biec co tchu w cień 
jodeł.

Emilka skamieniała, jej pobladła twarz iastygła w ramie winorośli oplatającej okno. On tam 

był… Ted tam był… w zagajniku Dumnego Jana. Czekał na nią. Wzywał ją, tak jak przed laty.

Oczekiwał jej!
Omal nie zerwała się z miejsca… omal nie pobiegła do niego. Ale…
Może on tylko sprawdzał, czy wciąż ma nad nią władzę?
Dwa lata temu wyjechał bez pożegnania i nawet nie napisał ani słowa. Czy duma Murrayów 

mogła mu to wybaczyć? Czy była skłonna pobiec na spotkanie mężczyzny, który miał o niej tak 
niskie mniemanie? Nie. Duma Murrayów nie miała takiego zamiaru. Na dziewczęcej twarzy 
Emilki pojawił się w półmroku wyraz uporu i zdecydowania. Nie pójdzie. A on może sobie 
gwizdać. ,.O, zagwiżdż, a przyjdę do ciebie, mój chłopcze”, rzeczywiście! Emilka Byrd Starr 

background image

już   z   tym   skończyła.   Niech   Ted   Kent   sobie   nie   wyobraża,   że   może   latami   przyjeżdżać   i 
odjeżdżać, a ona będzie potulnie odpowiadała na jego łaskawe wezwania. Sygnał rozległ się 
ponownie, dwa razy. Ted był tam, tak blisko.

Gdyby chciała, mogłaby za chwilę znaleźć się przy nim, ująć jego dłonie, spojrzeć mu w 

oczy i może…

Przecież odjechał bez pożegnania!
Emilka z rozmysłem wstała i zapaliła lampę. Usiadła przy biurku, sięgnęła po pióro i zaczęła 

pisać   —   a   raczej   udawać,   że   pisze.   Spokojnie   wodziła   piórem   po   papierze   —   nazajutrz 
zauważyła,   że   kartki   pokryte   są   urywkami   dawnych   wierszy,   zapamiętanych   w   czasach 
szkolnych — i nasłuchiwała. Czy sygnał się powtórzy? Choć raz? Nie powtórzył się. Kiedy się 
upewniła, że już go nie usłyszy, zgasiła lampę i położyła się na łóżku, kryjąc twarz w poduszce. 
Jej duma została zaspokojona. Pokazała mu, że nie przybiegnie na byle gwizdnięcie. O, jakże 
się cieszyła, że okazała taką siłę woli. Zapewne właśnie dlatego jej poduszka była mokra od łez.

background image

II

Przyjechał na drugi dzień nowym samochodem razem z Ilzą. Były uściski dłoni, wesołość i 

śmiech — o, dużo śmiechu. Ilza w dużym, żółtym kapeluszu, przybranym pąsowymi różami 
wyglądała promiennie. Tylko Ilzie mogło być do twarzy w takim kapeluszu. W niczym nie 
przypominała dawnej zaniedbanej, niemal obdartej Jlzy. Ale była zniewalająca jak zawsze. Nie 
można było jej nie kochać. Ted także był czarujący. Okazywał żywe zainteresowanie, co jest 
naturalne u dawnego mieszkańca, który odwiedza rodzinny dom. Interesowało go wszystko i 
wszyscy.   O,   niewątpliwie,   bardzo   go   interesowało!   Ilza   mówiła,   że   wydajesz   książkę.   To 
świetnie,   o  czym  ona jest?  Muszę  dostać  egzemplarz.  Perlista  Woda  nic  się  nie  zmieniła. 
Cudownie jest wrócić do miejsca, w którym czas się zatrzymał.

Emilka pomyślała, że chyba przyśniło jej się to gwizdanie w zagajniku Dumnego Jana.
Pojechała   jednak   z   nimi   do   Księżego   Stawu.   Wywołało   to   dużą   sensację,   ponieważ 

samochody były rzadkim zjawiskiem w tej okolicy. Spędzili czas wesoło i radośnie, zarówno 
wówczas, jak i w pozostałe dni pobytu Ilzy i Teda w Perlistej Wodzie. Ilza chciała zostać trzy 
tygodnie, ale okazało się, że musi wracać już po pięciu dniach. A Ted, choć był panem swego 
czasu, także postanowił wyjechać. Przyszli razem pożegnać się z Emilka i wszyscy troje udali 
się na księżycową przechadzkę. Dużo się śmiali, a Ilza uściskała ich i stwierdziła, że to zupełnie 
jak za dawnych czasów. Ted przytaknął.

— Gdyby jeszcze był tu Perry — dodał. — Szkoda, że nie mogłem się z nim zobaczyć. 

Podobno stary Perry idzie przez życie jak burza.

Perry   wyjechał   w   podróż   służbową   na   zachodnie   wybrzeże,   Emilka   nieco   przesadnie 

wychwalała jego sukcesy. Niech Ted Kent nie myśli, że tylko on coś osiągnął.

— Czy jego maniery poprawiły się choć trochę? — spytała Ilza.
— Są wystarczająco poprawne dla nas, prostaczków z Wyspy Księcia Edwarda — odparła 

uszczypliwie Emilka.

— No cóż, to prawda, że nigdy nie widziałam, by dłubał w zębach w towarzystwie — 

przyznała Ilza. — Czy wiesz… — tu rzuciła z ukosa figlarne spojrzenie w stronę Teda, co nie 
umknęło uwadze Emilki — kiedyś wydawało mi się, że jestem zakochana w Perrym Millerze.

— Szczęśliwy Perry! — powiedział Ted z uśmiechem i, jak się wydawało, zrozumieniem.
Ilza nie ucałowała Emilki na pożegnanie, lecz uścisnęła jej dłoń bardzo serdecznie, podobnie 

jak Ted. Emilka dziękowała swym gwiazdom, tym razem zupełnie szczerze, że nie pobiegła na 
—wezwanie Teda —jeżeli w ogóle ją wzywał. Odjechali wesoło alejką. A !e po dłuższej chwili, 
kiedy Emilka zawróciła w stronę domu, usłyszała za sobą szybkie kroki i poczuła jedwabisty 
uścisk.

— Emilko, kochanie, do widzenia! Kochani cię tak samo jak dawniej, ale wszystko się tak 

strasznie   zmieniło.   Już   nie   odnajdziemy   Zaczarowanej   Wyspy.   Żałuję,   że   przyjechałam. 
Powiedz,   że   mnie   kochasz   i   zawsze   będziesz   kochała.   Nie   zniosłabym,   gdyby   miało   być 
inaczej.

— Oczywiście, że zawsze będę cię kochała. Ilzo.
Ucałowały się serdecznie, niemal ze smutkiem, wdychając nieuchwytny, chłodny, słodki 

aromat nocy. Ilza odeszła alejką ku miejscu, gdzie warczał i prychał samochód Teda, a Emilka 
weszła do domu, w którym czekały ciotki i kuzyn Jim.

— Ciekawe, czy Iiza i Ted kiedyś się pobiorą — powiedziała ciotka Laura.
— Już czas, żeby Ilza założyła rodzinę — dodała ciotka Elżbieta.
— Biedna Ilza — rzekł zagadkowo kuzyn Jim.

background image

III

Pewnego   pięknego,   późnojesiennego,   listopadowego   dnia   Emilka   wróciła   z   poczty   w 

Perlistej Wodzie z listem od Ilzy i niewielką paczką. Drżała z podniecenia, które można byłoby 
nazwać szczęściem. Cały dzień był dziwnie nierozsądny i uroczy: słońce zachodziło barwnie za 
szare wzgórza, odległe lasy zdawały się wypuszczać pąki podobne do winogron, a błękitne 
niebo spowijały niczym welon pasma szarych chmur. Emilka obudziła się rano ze snu o Tedzie, 
kochanym, przyjaznym Tedzie z dawnych lat, i przez cały dzień czuła jego dziwną bliskość. 
Wydawało się jej, że słyszy tuż obok jego kroki, że może natknąć się na niego nieoczekiwanie 
za zakrętem czerwonej drogi wśród świerków albo w rozsłonecznionej kotlinie, porośniętej 
gęstymi, złocistymi paprociami — a on uśmiechnie się do niej jak dawniej, zapominając o 
latach rozłąki i obcości. Od dłuższego czasu niewiele o nim myślała. Latem i jesienią była 
bardzo zajęta — pracowała nad nową opowieścią — a Ilza pisała rzadko i krótko. Skąd to 
nagle, irracjonalne wrażenie jego bliskości? Odbierając gruby list Ilzy była przekonana, że 
zawiera on jakieś wiadomości o Tedzie.

Ale jej podniecenie wiązało się z ową niewielką paczką. Miała stempel Warehama I Emilka 

wiedziała, co w niej jest. Jej książka, „Morał róży”.

Pospieszyła do domu na skróty, wąską, starą dróżką, którą wędrowali włóczędzy, zakochani, 

roześmiane dzieci i zmęczeni farmerzy. Dochodziła ona do pastwiska nad Perlistą Wodą i 
Wczorajszej Drogi. Tym właśnie, w oddalonym zakątku, pod szarymi gałęziami, Emilka usiadła 
wśród   brunatnych   paproci   i   otworzyła   paczkę.   Była   w   niej   książka.  Jej  książka,   świeżo 
wydrukowana.   Emilka   przeżywała   teraz   cudowną,   podniosłą   chwilę,   pełną   dumy—Czyżby 
wreszcie alpejski szczyt? Uniosła błyszczące oczy ku granatowemu, listopadowemu niebu i 
ujrzała łańcuch lazurowych, słonecznych gór, wznoszących się aż po horyzont. Jeszcze tak 
wiele wyżyn do zdobycia! Człowiek nigdy nie dotrze na sam szczyt. Ale co to za uczucie, kiedy 
się stanie na płaskowyżu i ma przed sobą taki widok! Wynagradza on długie lata trudów i 
zmagań, rozczarowań i zniechęcenia. Lecz… och, jej nie narodzony „Sprzedawca snów”!

background image

IV

Poruszenie,   jakie   zapanowało   tego   popołudnia   w   Księżycowym   Nowiu,   niemal 

dorównywało podnieceniu Emilki. Kuzyn Jim bez skrupułów zaniedbał pole na wzgórzu, które 
miał orać, i został w domu, by cieszyć się książką. Ciotka Laura naturalnie płakała, a ciotka 
Elżbieta   przybrała   obojętny   wyraz   twarzy,   zauważając   jedynie   zdziwionym   tonem,   że   to 
wygląda   jak   prawdziwa   książka.   Najwyraźniej   spodziewała   się   broszurowej   oprawy.   Ale 
pomyliła się parę razy przy pikowaniu kołdry i nie zapytała kuzyna Jima, dlaczego nie idzie 
orać. Nieco później, kiedy przyjechali goście  z krótką wizytą, „Morał róży” w tajemniczy 
sposób znalazł się na stole w salonie, choć leżał jeszcze na biurku Emilki, gdy ciotka Elżbieta 
zauważyła samochód wjeżdżający na podwórze. Ciotka nie wspomniała o książce ani słowem, a 
goście jej nie zauważyli. Kiedy odjechali, stwierdziła miażdżąco, że Jan Angus ma jeszcze 
mniej rozumu niż dawniej i że na miejscu kuzynki Małgorzaty nie ubierałaby się jak osoba o 
dwadzieścia lat młodsza.

— Stara owca przebrana za jagnię — zakończyła z pogardą ciotka Elżbieta.
Gdyby zachowali się jak należy wobec „Morału róży”, stwierdziłaby zapewne, że Jan Angus 

zawsze   był   poczciwym,   dobrodusznym   człowiekiem,   i   że   kuzynka   Małgorzata   wygląda 
świetnie jak na swój wiek.

Emilka właściwie nie zapomniała o liście Ilzy, lecz chciała przeczytać go, dopiero gdy 

opadnie całe to podniecenie. O zmierzchu poszła do swego pokoju i usiadła w dogasającym 
świetle dnia. Przed zachodem słońca wiatr zmienił kierunek i wieczór był przejmująco zimny. 
„Żagielki” śniegu, jak je nazywał kuzyn Jim, nagle okryły bielą poszarzały, nieładny ogród. Ale 
burzowa chmura odpłynęła, a niebo nad białymi wzgórzami i ciemnymi jodłami było czyste i 
żółte.   List   Ilzy   pachniał   jej   ulubionymi,   dziwnymi   perfumami.   Emilka   nigdy   za   nimi   nie 
przepadała, lecz w kwestii perfum, podobnie jak w wielu innych, miały odmienne gusta. Ilza 
lubiła egzotyczne, wschodnie, drażniące zapachy. Woń tych perfum do końca życia będzie 
przyprawiała Emilkę o dreszcze i mdłości.

„Już   tysiąc   razy   chciałam   do   Ciebie   napisać   —   zaczynała   Ilza   —   ale   w   kołowrocie 

rozmaitych spraw człowiek nie znajduje wolnej chwili na to, co naprawdę chciałby zrobić. 
Przez ostatnie miesiące czułam się zagoniona jak kot, któremu pies depcze po piętach. Gdybym 
przystanęła dla nabrania tchu, ten pies by mnie dopadł.

Ale   dzisiaj   odczuwam   duchową   potrzebę,   żeby   trochę   pomiauczeć.   Mam   Ci   coś   do 

powiedzenia. A poza tym dostałam Twój kochany list, więc piszę teraz do Ciebie i niech mnie 
pies pożera, jeśli chce.

Cieszę się, że dopisuje Ci zdrowie i dobry humor. Czasami gorąco Ci zazdroszczę, Emilko, 

tego spokoju, wolnego czasu i ciszy Księżycowego Nowiu, pracy, która Cię pochłania i daje 
zadowolenie, wyraźnego celu, który widzisz przed sobą. » Światłem ciała jest oko. Jeśli więc 
twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie pełne światła«

*

. To albo Biblia, albo Szekspir, ale 

w każdym razie to prawda. Powiedziałaś kiedyś, że zazdrościsz mi możliwości podróżowania. 
Emilko   moja   kochana,   pospieszne   przenoszenie   się   z   miejsca   na   miejsce   nie   jest 
podróżowaniem. Gdybyś musiała, jak Twoja głupia Ilza, ścigać wciąż nowe mrzonki i ambicje, 
nie   byłabyś   taka   szczęśliwa.   Zawsze,   jeszcze   w   czasach   naszej   dziecinnej   przyjaźni, 
przywodziłaś mi na myśl linijkę czyjegoś wiersza: »Dusza jej była odległa jak gwiazda«.

Cóż, jeśli nie możesz mieć tego, czego naprawdę pragniesz, szukasz przynajmniej jakiejś 

przyzwoitej namiastki. Wiem, że zawsze uważałaś mnie za oślicę, kiedy mówiłam o swoim 
uczuciu do Perry’ego Millera. Nigdy mnie do końca nie rozumiałaś. Nie potrafiłaś. Ty zawsze 
kpiłaś sobie ze stworzeń płci męskiej, prawda, Emilko? Według Ciebie byłam idiotką. I chyba 

* Ewangelia św. Mateusza, 6. 22

background image

byłam nią rzeczywiście. Ale odtąd postanowiłam kierować się rozsądkiem. Zamierzam wyjść za 
mąż za Teda. No, wreszcie to napisałam!”

background image

VI

Emilka odłożyła — a raczej upuściła — list Ilzy. Nie czuła bólu ani zaskoczenia. Podobno 

człowiek trafiony kulą w samo serce nie odczuwa ani jednego, ani drugiego. Miała wrażenie, 
jakby   się   już   dawno   tego   spodziewała.   A   przynajmniej   od   wieczorka   tanecznego   u   pani 
Chidlaw. Teraz jednak, gdy to nastąpiło, wydawało się jej, że doświadcza wszystkich udręk 
konania prócz ostatecznej ulgi, jaką jest śmierć. Majaczące w póhnroku lustro odbijało jej 
twarz. Czy Emilka–w–Zwierciadle kiedykolwiek tak wyglądała? Pokój był taki jak zawsze. Po 
kilku minutach — a może raczej latach — Emilka podniosła Ust i zaczęła czytać dalej.

„Oczywiście nie jestem zakochana w Tedzie. Ale przyzwyczaiłam się do niego. Nie mogę 

się bez niego obejść, a musiałabym, gdybym się nie zgodziła zostać jego żoną. A on już dłużej 
nie zniesie mojego wahania. Poza tym stanie się kiedyś bardzo sławny. To miłe, być żoną 
sławnego człowieka. No i będzie miał forsy jak lodu. Nie jestem wyrachowana, Emilko. W 
zeszłym tygodniu powiedziałam »nie« milionerowi. Był sympatyczny, ale jego twarz wyglądała 
jak pyszczek poczciwej łasicy, o ile coś takiego istnieje. I rozpłakał się, kiedy odrzuciłam jego 
oświadczyny. To było koszmarne.

Przyznaję, że powoduje mną głównie ambicja. I jeszcze jakieś dziwne zniecierpliwienie i 

zmęczenie życiem, które wiodłam przez ostatnie kilka lat. Czuję się wyciśnięta jak gąbka. Ale 
naprawdę lubię Teda. Zawsze go lubiłam. Jest miły i towarzyski i mamy podobne poczucie 
humoru.   Poza   tym   nigdy   mnie   nie   nudzi.   Nie   toleruję   nudziarzy.   Oczywiście,   jest   zbyt 
przystojny jak na mężczyznę. Kobiety będą się zawsze za nim uganiały. Ponieważ jednak nie 
zależy mi na nim aż tak bardzo, uniknę mąk zazdrości. We wczesnej wiośnie życia, gdy serce 
me było młode, usmażyłabym na wolnym ogniu każdą dziewczynę — prócz Ciebie — do której 
Perry Miller robił słodkie oczy.

Myślałam o tym od lat, a wiedziałam od kilku tygodni, że to nastąpi któregoś dnia. Ale 

wymykałam się Tedowi, nie pozwalałam mu wymówić słów, które by zacieśniły więź między 
nami. Nie wiem, czy zdobyłabym się na to, gdyby nie wtrąciło się przeznaczenie. Dwa tygodnie 
temu wybraliśmy się na wieczorną wędrówkę i złapała nas nietypowa dla tej pory roku złośliwa 
burza. To było straszne — nie mieliśmy się gdzie schronić na tej odludnej, pustej drodze, 
deszcz lał jak z cebra, grzmiało i błyskało. Trudno było to znieść i wcale nie próbowaliśmy, 
tylko   klnąc   przedzieraliśmy   się   do   domu.   Potem   burza   nagle   ucichła,   a   moje   nerwy   nie 
wytrzymały  —  wyobraź  sobie,   mam  nerwy!  — i   rozpłakałam  się   jak  głupie,   wystraszone 
dziecko.   Ted   objął   mnie   wtedy   i   zaczął   mówić,   że   muszę   zostać   jego   żoną,   że   się   mną 
zaopiekuje. Chyba się zgodziłam, bo on najwyraźniej uważa, że jesteśmy zaręczeni. Podarował 
mi błękitnego szczeniaka chow–chow i pierścień z szafirem. Przywiózł go z Europy. Podobno 
jest to historyczny klejnot, z powodu którego popełniono kiedyś zbrodnię.

Myślę, że to będzie miłe, gdy ktoś się mną zaopiekuje. Tak jak należy. Nikt się nigdy mną 

nie opiekował, wiesz? Tata mnie nie zauważał, dopóki nie odkryłaś prawdy o mamie… ależ 
była z Ciebie czarownica! A potem uwielbiał mnie i rozpieszczał. Ale tak naprawdę opiekował 
się mną nie lepiej niż przedtem.

Weźmiemy ślub w czerwcu. Tata będzie chyba zadowolony. Zawsze wyróżniał Teda. Poza 

tym, podejrzewam, zaczynał się trochę obawiać, że nigdy nie złapię męża. Tata pozuje na 
radykała, ale w głębi serca jest bardziej wiktoriański niż wszyscy wiktorianie razem wzięci.

A Ty musisz zostać moją druhną. Och, Emilko kochana, tak bardzo bym chciała zobaczyć 

się z Tobą już dzisiaj, porozmawiać, wygadać się jak za dawnych czasów, przejść się pod 
Rozkoszną Górę skrajem mroźnego lasu, wśród paproci, włóczyć się po starym, nadmorskim 
ogrodzie, pełnym czerwonych maków, i po innych znajomych miejscach. Żałuję, naprawdę 
żałuję, że nie mogę stać się znowu bosą, obdartą, dziką Ilzą Burnley. Życie jest przyjemne — 
nie   twierdzę,   że   nie   jest.   Czasami   nawet   bardzo   przyjemne,   jak   owo   nieśmiertelne   jajko 

background image

wikariusza. Lecz ten „pierwszy, czysty, beztroski zachwyt”… drozd może go odzyskać, my nie. 
Emilko, moja przyjaciółko, czy cofnęłabyś czas, gdybyś mogła?”

background image

VII

Emilka   przeczytała   list   trzy   razy.   A   potem   długo   siedziała   przy   oknie,   wpatrując   się 

niewidzącymi oczyma w poszarzały, zamglony świat, z którego okrutnie drwiło rozgwieżdżone 
niebo.   Wiatr   pełen   był   widmowych   głosów.   Fragmenty   listu   Ilzy   pojawiały   się   w   jej 
świadomości, wirowały i znikały jak małe, jadowite, śmiercionośne węże.

„Cel, który widzisz przed sobą”… „zawsze kpiłaś sobie”… „musisz zostać moją druhną”… 

„naprawdę lubię Teda”… „moje wahanie”.

Czy   jakakolwiek   dziewczyna   mogła   się   wahać,   gdy   chodziło   o   Teda   Kenta?   Emilka 

usłyszała cichy, gorzki śmiech. Czy to śmiało się coś w niej, czy znikające widmo Teda, które 
prześladowało ją przez cały dzień? A może dawna, stłumiona, uparta nadzieja zaśmiała się 
jeszcze przed śmiercią?

W tej chwili Ilza i Ted byli zapewne razem.
— Gdybym do niego poszła tamtej nocy w lecie, czy to by coś zmieniło? — to pytanie 

narzucało się jej nieustannie.

„Żałuję, że nie mogę znienawidzić Ilzy. Byłoby mi łatwiej — pomyślała posępnie. — Chyba 

mogłabym ją znienawidzić, gdyby kochała Teda. Ponieważ go nie kocha, wszystko wydaje się 
trochę mniej straszne. A powinno być jeszcze straszniejsze. To bardzo dziwne, że łatwiej mi 
znieść myśl o jego miłości do niej niż o jej miłości do niego”.

Ogarnęło   ją   nagle   wielkie   znużenie.   Po   raz   pierwszy   w   życiu   śmierć   wydała   jej   się 

przyjaciółką. Położyła się spać bardzo późno. Nad ranem przysnęła na chwilę. Ale obudziła się 
o świcie, otępiała. O czym to się wczoraj dowiedziała?

Przypomniała sobie.
Wstała i ubrała się, tak jak to będzie musiała robić każdego ranka przez nieskończenie długie 

lata.

— No cóż — odezwała się głośno do Emilki–w–Zwierciadle — tak się złożyło, że rozlałam 

moje wino życia. Drugiego pucharu już nie dostanę, więc muszę chodzić po świecie spragniona. 
Czy to by coś zmieniło, gdybym wtedy poszła do niego? Gdybym to tylko mogła wiedzieć!

Wydało się jej, że widzi ironiczne, współczujące oczy Deana. Nagle wybuchnęła śmiechem.
— Mówiąc językiem Ilzy, jakiegoż piekielnego bałaganu narobiłam!

background image

R

OZDZIAŁ

 22

I

Życie, choć okropne, toczyło się dalej. Czyjeś nieszczęście nie może powstrzymać biegu 

wydarzeń. Bywały chwile nawet nie takie złe. Emilka ponownie zebrała siły i przezwyciężyła 
ból.   Uzbroiwszy   się   w   dumę   Murrayów   i   powściągliwość   Starrów   napisała   do   Ilzy   list   z 
życzeniami szczęścia, któremu nic nie można było zarzucić. Gdyby tylko nie musiała robić nic 
więcej! Gdyby ludzie nie rozmawiali z nią bez przerwy o Ilzie i Tedzie.

Zaręczyny ogłoszono w gazetach montrealskich, a potem na wyspie.
— Tak, zaręczyli się i niech Bóg ma nas w swej opiece — oznajmił doktor Burnley. Ale nie 

potrafił ukryć zadowolenia.

— Kiedyś myślałem, że to ty wyjdziesz za Teda — odezwał się jowialnie do Emilki, która 

uśmiechnęła się dzielnie i powiedziała coś o niespodziankach zawsze zdarzających się w życiu.

— W   każdym   razie   będziemy   mieli   porządne   wesele   —   oświadczył   doktor.   —   Od 

niepamiętnych czasów nie było wesela w rodzinie. Pewnie zapomnieli, jak to wygląda. Pokażę 
im. Ilza pisze, że masz zostać jej druhną. Chciałbym, żebyś miała pieczę nad wszystkim. Nie 
mogę powierzyć gospodyni takiego zadania.

— Oczywiście, zrobię, co w mojej mocy — odparła machinalnie Emilka. Nikt nie powinien 

się domyślić, co czuje, choćby miała paść trupem. Może nawet być druhną.

Gdyby nie ta perspektywa, zima nie byłaby dla niej taka zła. »Morał róży” od początku 

cieszył   się   powodzeniem.   Pierwszy   nakład   został   wyczerpany   już   po   dziesięciu   dniach, 
następne trzy po dwóch tygodniach, a dalszych pięć po dwóch miesiącach. Po okolicy krążyły 
pogłoski o rzekomo ogromnych dochodach Emilki. Wuj Wallace po raz pierwszy patrzył na nią 
z   szacunkiem,   a   ciotka   Ada   żałowała   skrycie,   że   Andrzej   pocieszył   się   tak   szybko.   Stara 
kuzynka   Charlotta   z   Balladowego   Stawu,   dowiedziawszy   się   o   tak   licznych   wydaniach, 
wyraziła opinię, że Emilka musi być bardzo zapracowana, składając i zszywając tyle książek. 
Mieszkańcy Shrewsbury byli wściekli, ponieważ wydawało im się, że zostali opisani w książce. 
Każda rodzina uważała, że to ona jest rodziną Applegathów.

„Słusznie postąpiłaś nie wyjeżdżając do Nowego Jorku — napisała panna Royal. — Tutaj 

nie napisałabyś »Morału róży«. Dzikie róże nie rosną na ulicach wielkich miast. A Twoja 
powieść   jest   jak   dzika   róża,   kochanie,   słodka   i   pełna   niespodzianek,   z   małymi,   ukrytymi 
kolcami dowcipu i satyry. Ma w sobie siłę, delikatność, zrozumienie. To nie tylko opowieść. 
Jest   w   niej   coś   magicznego.   Emilko   Byrd  Starr,   skąd   u  ciebie   ta   niesamowita   znajomość 
ludzkiej natury, dzieciaku?”

Dean   również   napisał:   „Dobra   robota,   Emilko.   Twoje   postaci   są   naturalne,   ludzkie   i 

zachwycające.  I  podoba  mi  się ten płomienny, młodzieńczy zapał,  którym jest  przesycona 
Twoja książka”.

background image

II

— Miałam nadzieję, że recenzje czegoś mnie nauczą, ale są zbyt sprzeczne — powiedziała 

Emilka. — To, co jeden krytyk uważa za największą zaletę, inny wytyka jako najgorszą wadę. 
Posłuchajcie tego: „Pannie Starr nie udało się stworzyć ani jednej przekonującej postaci”. A 
tutaj: „Czytelnik ma wrażenie,  że  niektórzy  z bohaterów są wzięci   prosto  z  życia.  Są  tak 
prawdziwi, że nie mogą być jedynie wytworem wyobraźni”.

— Mówiłam   ci,   że   ludzie   rozpoznają   starego   Douglasa   Courcy’ego   —   wtrąciła   ciotka 

Elżbieta.

— „Bardzo nużąca lektura”, „zachwycająca książka”, „bardzo przeciętna proza”, „na każdej 

stronie widać rękę wybitnej artystki”, „tani i mdły romantyzm”, „klasyczna czystość książki”, 
„wyjątkowa   opowieść,   świadcząca   o   wysokiej   klasy   uzdolnieniach   literackich”,   „głupia, 
bezwartościowa i chaotyczna opowiastka”, „wydarzenie jednego dnia”, „książka, która nigdy 
się nie zestarzeje”.

I komu wierzyć?
— Ja bym po prostu uwierzyła tylko pochlebnym recenzjom — powiedziała ciotka Laura. 

Emilka westchnęła.

— A ja odwrotnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te niepochlebne mówią prawdę, a 

pochlebne pisali jacyś kretyni. Nie przeszkadza mi to, co piszą o samej książce. Ale boli mnie i 
złości,   kiedy   krytykują   moją   bohaterkę.   Siniałam   z   wściekłości   czytając,   co   wypisują   o 
kochanej Peggy. „Nieprzeciętnie głupia dziewczyna”, „bohaterka jest zbyt skrępowana swą 
rolą”.

— Też mi się wydawało, że jest kokietką — przyznał kuzyn Jim.
— „Wiotka,   cukierkowa   bohaterka”,   „bohaterka   raczej   nudna”,   „dziwaczna,   nieco   zbyt 

dziwaczna”.

— Mówiłem,   że   nie  powinna  mieć   zielonych   oczu   —  jęknął   kuzyn   Jim.   —  Bohaterka 

zawsze powinna mieć oczy niebieskie.

— Ale posłuchajcie tego! — zawołała wesoło Emilka. — „Peg Applegath ma nieodparty 

urok”,   „Peg   jest   wybitną   indywidualnością”,   „fascynująca   bohaterka”,   „Peg   jest   zbyt 
zachwycająca, by można wyzwolić się spod jej czaru”, „jedna z nieśmiertelnych dziewczęcych 
postaci w literaturze”. I co teraz powiesz o zielonych oczach, kuzynie? Jim potrząsnął głową. 
Nie dał się przekonać.

— Mam tu coś dla ciebie — Emilka mrugnęła do niego. — „Problematyka psychologiczna, 

której korzenie tkwią głęboko w podświadomości, nadałaby książce pewną wartość i znaczenie, 
gdyby potraktowano ją z większą szczerością”.

— Znam   wszystkie   te   słowa   z   wyjątkiem   dwóch,   ale   razem   wzięte   nie   mają   sensu   — 

stwierdził ze smutkiem kuzyn Jim.

— „W   otoczce   nieuchwytnego,   nastrojowego   wdzięku   odnajdujemy   wspaniałe   postaci, 

nakreślone pewną ręką”.

— Niezupełnie to pojmuję — wyznał kuzyn Jim — ale brzmi dość pochlebnie.
— „Konwencjonalna i pospolita książka”.
— Co to znaczy „konwencjonalna”? — zapytała ciotka Elżbieta, której nie zaskoczyłyby 

wyrażenia w rodzaju: „transsubstancja” czy „gnostycyzm”.

— „Pięknie napisana, pełna świeżego humoru. Panna Starr jest prawdziwą artystką”.
— O, to jakiś rozsądny krytyk — mruknął kuzyn Jim.
— „Ogólne wrażenie, jakie pozostawia ta książka, da się streścić krótko, że mogłaby być 

znacznie gorsza”.

— Ten   recenzent   zapewne   usiłował   być   błyskotliwy   —   powiedziała   ciotka   Elżbieta, 

najwyraźniej zapominając, że wcześniej mówiła to samo.

background image

— „Książce   brakuje   spontaniczności.   Jest   przesłodzona   i   melodramatyczna,   ckliwa   i 

naiwna”.

— Wiem, że wpadłem do studni — pożalił się kuzyn Jim. — Czy to dlatego nie widzę sensu 

w tej recenzji?

— Ta może będzie dla ciebie zrozumiała: „Panna Starr musiała wymyślić sad Applegathów, 

podobnie jak swą zielonooką bohaterkę. Na Wyspie Księcia Edwarda nie ma żadnych sadów. 
Niszczy je ostry, słony wiatr, dmący na tym wąskim, piaszczystym skrawku ziemi”.

— Proszę cię, Emilko, przeczytaj to jeszcze raz.
Emilka spełniła prośbę. Kuzyn Jim podrapał się po głowie, a potem potrząsnął nią.
— I takim ludziom pozwalają przebywać na wolności?
— „Czarująca   historia,   uroczo   opowiedziana.   Postaci   są   umiejętnie   nakreślone,   dialogi 

zręcznie prowadzone, opisy zadziwiająco wymowne. Subtelny, rozkoszny humor”.

— Mam nadzieję, Emilko, że nie staniesz się próżna — ostrzegła ciotka Elżbieta.
— Tu jest antidotum. „Ta słaba, pretensjonalna i sentymentalna opowieść, o ile można to tak 

nazwać, pełna jest banałów i frazesów. Natłok niespójnych epizodów i urywanych dialogów, 
przeplatany drugimi refleksjami i wynurzeniami odautorskimi”.

— Ciekawe, czy kreatura, która to pisała, zna sens tych słów? — powiedziała ciotka Laura.
— „Akcja   rozpoczyna   się   na   Wyspie   Księcia   Edwarda,   odludnym   skrawku   ziemi   u 

wybrzeży Nowej Fundlandii”.

— Czy Jankesi nie uczą się geografii? — parsknął z irytacją kuzyn Jim.
— „Powieść, która nie zepsuje czytelników”.
— O,   to   jest   prawdziwy   komplement   —   stwierdziła   ciotka   Elżbieta.   Kuzyn   Jim   miał 

niepewną minę. To brzmiało pochlebnie, ale… oczywiście, że książka kochanej, małej Emilki 
nikogo nie mogłaby zepsuć, lecz…

— „Pisanie recenzji z takiej książki to jakby próba dokonania sekcji na skrzydle motyla lub 

obdzieranie róży z płatków, by odkryć tajemnicę jej zapachu”.

— Zbyt górnolotne — prychnęła ciotka Elżbieta.
— „Cukierkowy   sentymentalizm,   który   autorka   najwyraźniej   uważa   za   poetycką 

wyobraźnię”.

— Chętnie dałbym mu po pysku — zaperzył się kuzyn Jim.
— „Nieszkodliwa i łatwa lektura”.
— Nie wiem dlaczego, ale ta opinia nie bardzo mi się podoba — zauważyła ciotka Laura.
— „Ta powieść wywoła życzliwy uśmiech na ustach i w sercu czytelnika”.
— No, nareszcie coś rozsądnego. To rozumiem — rozpromienił się kuzyn Jim.
— „Nie mogliśmy dobrnąć do końca tej niedojrzałej i nużącej książki”.
— Cóż, ja mogę tylko stwierdzić — odezwał się z oburzeniem kuzyn Jim — że im częściej 

czytam „Morał róży”, tym bardziej mi się podoba. Wczoraj czytałem go czwarty raz i tak mnie 
to wciągnęło, że zupełnie zapomniałem o obiedzie.

Emilka   uśmiechnęła   się   do   niego.   Lepiej   było   cieszyć   się   uznaniem   mieszkańców 

Księżycowego Nowiu niż całej reszty świata. Co znaczyły recenzje wobec wypowiedzi ciotki 
Elżbiety, która zawyrokowała ostatecznie:

— Cóż, nigdy bym nie uwierzyła, że stek kłamstw może brzmieć tak prawdziwie jak w tej 

książce.

background image

R

OZDZIAŁ

 23

I

Pewnego styczniowego wieczoru, wracając z wieczornej wizyty, Emilka postanowiła pójść 

na skróty, drogą biegnącą tuż obok Wrotyczowego  Łanu. Zima była prawie  bezśnieżna, a 
ziemia pod stopami naga i stwardniała. Wydawało się jej, że jest jedyną żywą istotą na ziemi i 
szła powoli, napawając się subtelnym, posępnym, wyjątkowym urokiem pustych łąk, cichych 
lasów i księżyca wyzierającego zza czarnych chmur nad spiczastymi jodłami. Próbowała przy 
tym, chwilami z powodzeniem, zapomnieć o liście Ilzy, który dzisiaj  dostała — wesołym, 
chaotycznym liście, zawierającym jedną konkretną wiadomość. Data ślubu została ustalona na 
piętnastego czerwca.

„Chcę, żebyś miała suknię z jasnoniebieskiej gazy na podszewce z kremowej tafty, kochanie. 

Twoje czarne, jedwabiste włosy będą do niej pięknie pasowały.

Moja suknia ślubna będzie z kremowego aksamitu. Stara cioteczna babka Edyta przyśle mi 

ze Szkocji swój welon w róże, a ciotka Teresa z tego samego historycznego kraju przysyła 
srebrzysty  tren   ze  wschodnim  haftem,   który  jej   mąż  przywiózł   kiedyś  z   Konstantynopola. 
Pokryję go tiulem. Czyż nie będę wyglądała olśniewająco? Poczciwe staruszki zapewne nie 
miały pojęcia o moim istnieniu, dopóki tata nie napisał im o mym bliskim zamążpójściu. Tata 
jest tym wszystkim bardziej przejęty niż ja.

Zamierzamy   z   Tedem   spędzić   miesiąc   miodowy   w   starych   zajazdach,   w   odludnych 

zakątkach   Europy.   W   miejscach,   do   których   nikt   nie   ma   ochoty   zaglądać,   takich   jak 
Vallambroso i wiele innych. Ta linijka z wiersza Miltona zawsze mnie intrygowała: »grube jak 
kobierzec jesienne liście na dnie potoków w Vallambroso«. Jeśli wyrwiesz to zdanie z jego 
straszliwego kontekstu, jest to rozkoszny opis. Przyjadę do domu w maju, żeby przygotować się 
do ślubu, a Ted zjawi się pierwszego czerwca i spędzi trochę czasu z matką. Jak ona to przyjęła, 
Emilko? Czy wiesz coś o tym? Z Teda nie mogę nic wydobyć, przypuszczam więc, że nie jest 
zadowolona.   Wiem,   że   zawsze   mnie   nienawidziła.   Ale   ona   nienawidziła   wszystkich,   a 
zwłaszcza Ciebie. Nigdy nie pozbędę się dziwnego wrażenia, że ona skrycie rzuca klątwy na 
moją   głowę.   Ale   Ted   jest   taki   miły,   że   wynagradza   mi   wszystko,   naprawdę.   Nie   miałam 
pojęcia, że on potrafi być taki miły, i z każdym dniem coraz bardziej go lubię. Daję słowo. 
Kiedy na niego patrzę i widzę, jaki jest przystojny i czarujący, nie mogę zrozumieć, dlaczego 
nie zakochałam się w nim do szaleństwa. Ale tak jest o wiele wygodniej. Inaczej serce by mi 
krwawiło po każdej sprzeczce. Kłócimy się nieustannie — znasz mnie od tej strony. Zawsze 
będziemy się kłócili. Każdą cudowną chwilę zepsujemy kłótnią. Ale przynajmniej życie nie 
będzie nudne”.

Emilka zadrżała. Własne życie wydawało jej się bezbarwne i wyschnięte. O, żeby już było 

po weselu, po tym weselu, na którym to ona powinna być panną młodą… tak, powinna… a 
tymczasem będzie druhną. I żeby przestano o tym mówić. „Jasnoniebieska gaza na kremowej 
tafcie!” Raczej worek pokutny i garść popiołu.

background image

II

— Emilko! Emilko Starr!
Emilka niemal podskoczyła. Nie zauważyła w półmroku pani Kent. Spostrzegła ją, dopiero 

gdy stanęły twarzą w twarz na wąskiej ścieżce, biegnącej do Wrotyczowego Łanu. Stała z 
wyciągniętą ręką, bez nakrycia głowy, mimo że noc była chłodna.

— Emilko, chcę z tobą pomówić. Widziałam, że tędy przechodzisz, i czekałam na ciebie. 

Wejdź ze mną do domu.

Emilka chętnie by jej odmówiła. Ale zawróciła i w milczeniu podążyła stromą, wyboistą 

dróżką za panią Kent, która pomykała przed nią jak uschły liść miotany wiatrem. Przeszły przez 
stary, zaniedbany ogród, porośnięty jedynie wrotyczem, i wkroczyły do małego domku, tak 
samo odrapanego jak za dawnych czasów. Ludzie powiadali, że Ted Kent mógłby odnowić 
matce dom, jeżeli naprawdę tyle zarabia. Emilka wiedziała jednak, że pani Kent się nie zgadza, 
że nie chce niczego zmieniać.

Rozejrzała się z zaciekawieniem. Nie była tu od wielu lat, od czasu wspólnych, dziecięcych 

zabaw z Ilzą i Tedem. Nic się nie zmieniło. Jak dawniej, dom lękał się śmiechu. Wydawało się, 
że ktoś nieustannie się tutaj modli. Panowała tu modlitewna atmosfera. Stara wierzba, rosnąca 
po   zachodniej   stronie,   wciąż   stukała   w   okno   widmowymi   palcami.   Nad   kominkiem   stała 
najnowsza fotografia Teda, dobra fotografia. Wydawało się, że Ted za chwilę przemówi z 
radością i tryumfem:

— Emilko, odnalazłem tęczowe złoto. Sławę… i miłość. Odwróciła się od kominka i usiadła 

naprzeciwko pani Kent

— drobnej, spłowiałej, skurczonej postaci. Długa, biała blizna przecinała zgorzkniałe usta i 

pomarszczoną twarz, która musiała kiedyś być bardzo ładna. Pani Kent patrzyła na Emilkę 
badawczo i z napięciem, lecz — co Emilka natychmiast zauważyła — dawny błysk nienawiści 
zniknął z jej zmęczonych oczu, które niegdyś były młode, ożywione i roześmiane. Pochyliła się 
i dotknęła ramienia Emilki szczupłymi, szponiastymi palcami.

— Wiesz, że Ted żeni się z Ilzą Burnley? — spytała.
— Wiem.
— I co czujesz?
Emilka poruszyła się niecierpliwie.
— Jakie  znaczenie  mają  tu  moje uczucia,  pani Kent? Ted  kocha  Ilzę.   Ona jest   piękną, 

inteligentną, uczuciową dziewczyną. Na pewno będą bardzo szczęśliwi.

— A czy ty go jeszcze kochasz?
Emilka zastanawiała się, dlaczego nie odczuwa gniewu. Ale pani Kent nie należało osądzać 

według przeciętnych kryteriów. Teraz nadarzyła się znakomita sposobność, by ocalić twarz 
dzięki drobnemu kłamstwu. Wystarczy kilka obojętnych słów: „Już nie, pani Kent. O, wiem, że 
kiedyś tak mi się zdawało. Zbyt bujna wyobraźnia to, niestety, jedna z moich wad. Ale teraz 
zrozumiałam, że Ted nic mnie nie obchodzi”.

Czemu nie mogła tego powiedzieć? Cóż, po prostu nie mogła i tyle. Nie potrafiła zaprzeć się 

miłości do Teda. To uczucie było cząstką jej istoty i miało prawo do szczerego wyznania. I czyż 
nie odczuwała skrytej ulgi na myśl, że może być sobą, że choć przed jedną ludzką istotą nie 
musi niczego udawać ani ukrywać?

— Nie uważam, aby miała pani prawo zadawać mi takie pytania.
Ale odpowiem pani. Tak, kocham go. Pani Kent zaśmiała się cicho.
— Kiedyś cię nienawidziłam. Ale to już minęło. Teraz jesteśmy jednym, ty i ja. Obydwie go 

kochamy. A on o nas zapomniał, nie obchodzimy go wcale. Odszedł do niej.

— On panią kocha, pani Kent. Zawsze panią kochał. Na pewno pani rozumie, że istnieją 

różne rodzaje miłości. Mam nadzieję, że nie znienawidzi pani Ilzy tylko dlatego, że Ted ją 

background image

kocha.

— Nie,   nie   czuję   do   niej   nienawiści.   Jest   piękniejsza   od   ciebie,   ale   nie   ma   w   sobie 

tajemniczości. Nigdy nie będzie należał do niej bez reszty, tak jak należałby do ciebie. To co 
innego. Ale chcę wiedzieć, czy czujesz się przez to nieszczęśliwa?

— Nie. Tylko chwilami. Praca zanadto mnie pochłania, żebym miała tonąć w rozmyślaniach 

o czymś, co nie może stać się moim udziałem.

Pani Kent słuchała chciwie.
— Tak… tak, właśnie. Tak też myślałam. Murrayowie są rozsądni. Kiedyś w przyszłości 

będziesz zadowolona z takiego obrotu spraw… z tego, że Ted cię nie kocha. Jak myślisz?

— Być może.
— O, jestem tego pewna. Tak jest lepiej  dla ciebie. Och, ty nie wiesz, ile cierpień, ile 

nieszczęść zostanie ci oszczędzonych. To szaleństwo kochać zbyt mocno. Bóg jest zazdrosny. 
Gdybyś poślubiła Teda, złamałby ci serce… Oni zawsze to robią. Tak jest najlepiej… Kiedyś to 
zrozumiesz.

Puk, puk, puk, stukała stara wierzba.
— Czy musimy o tym mówić, pani Kent?
— Pamiętasz tę noc, kiedy zastałam was razem na cmentarzu?
— podjęła pani Kent, jakby nie słysząc pytania Emilki.
— Tak — Emilka doskonale pamiętała tę przedziwną, cudowną noc, gdy Ted uratował ją 

przed szalonym panem Morrisonem i usłyszała od niego takie słodkie, niezapomniane słowa.

— O, jak ja cię wtedy nienawidziłam! — wykrzyknęła pani Kent.
— Ale nie powinnam była tak do ciebie mówić. Przez całe życie mówiłam to, czego nie 

powinnam. Raz powiedziałam coś strasznego… straszną rzecz. Do dziś dnia brzmi to w moich 
uszach. Czy pamiętasz, co ty wtedy powiedziałaś do mnie? To dlatego pozwoliłam Tedowi 
odjechać. Przez ciebie. Gdyby nie wyjechał, może byś go nie utraciła. Nie żałujesz tego, co 
powiedziałaś?

— Nie. Jeżeli w ten sposób usunęłam przeszkodę z jego drogi, to cieszę się… naprawdę się 

cieszę.

— Zrobiłabyś to jeszcze raz?
— Tak.
— A   czy   nie   czujesz   nienawiści   do   Ilzy?   Odebrała   ci   to,   czego   pragniesz.   Musisz   jej 

nienawidzić.

— Nie. Kocham Ilzę tak samo jak dawniej. Nie odebrała mi niczego, co by należało do mnie.
— Nie rozumiem tego… nie rozumiem — szepnęła pani Kent.
— Moja miłość jest inna. Może dlatego byłam zawsze taka nieszczęśliwa. Nie, już nie czuję 

do ciebie nienawiści. Ale jakże ja ciebie nienawidziłam. Wiedziałam, że znaczysz dla Teda 
więcej niż ja. Czy nigdy nie rozmawialiście o mnie? Nie krytykowaliście mnie?

— Nigdy.
— Myślałam, że tak. Ludzie zawsze to robili, zawsze. Nagle pani Kent gwałtownie załamała 

szczupłe ręce.

— Dlaczego nie powiedziałaś, że już go nie kochasz? Nawet jeżeli to nieprawda? To właśnie 

chciałam usłyszeć. Uwierzyłabym ci. Murrayowie nigdy nie kłamią.

— Och, czy to ważne? — zawołała udręczona Emilka. — Moja miłość nic dla niego nie 

znaczy. On należy do Ilzy. Nie musi pani być o mnie zazdrosna, pani Kent.

— Nie… nie jestem… to nie to. — Pani Kent popatrzyła na Emilkę bardzo dziwnie. — Och, 

gdybym się tylko odważyła, ale nie, jest już za późno. Teraz to nie ma sensu. Chyba sama nie 
wiem,   co mówię.  Emilko,  czy  będziesz  mnie  odwiedzała?   Czuję się  tu samotna… bardzo 
samotna… zwłaszcza teraz, kiedy on już należy do Ilzy. Jego fotografia przyszła w środę… nie, 
w czwartek. Dni są do siebie takie podobne. Postawiłam ją tam, ale jest mi jeszcze ciężej. 
Widać, że on myśli o niej. Czy jego oczy nie mówią, że myśli o ukochanej kobiecie? Ja nic już 

background image

dla niego nie znaczę. Nic nie znaczę dla nikogo.

— Kiedy panią odwiedzę, niech pani nie mówi o nim… o nich obydwojgu — powiedziała ze 

współczuciem Emilka.

— Nie będę. O, nie będę. Ale to nas nie powstrzyma od myślenia o nich, prawda? Ty 

usiądziesz tam, ja tutaj, będziemy rozmawiały o pogodzie i myślały o nim. Jakie to śmieszne! 
Ale gdy naprawdę o nim zapomnisz i przestanie cię już obchodzić… powiesz mi, dobrze?

Emilka skinęła głową i wstała. Nie mogła tego dłużej znieść.
— Gdybym mogła coś dla pani zrobić…
— Pragnę odpoczynku… odpoczynku — pani Kent zaśmiała się dziko. — Czy możesz mi 

go   podarować?   Wiesz,   że   jestem   duchem,   Emilko?   Umarłam   przed   laty.   Błąkam   się   w 
ciemnościach.

Kiedy drzwi się zamknęły, Emilka usłyszała rozdzierający płacz pani Kent. Z westchnieniem 

ulgi   zwróciła   się   ku   otwartej   przestrzeni,   ku   nocy   i   orzeźwiającemu   wiatrowi,   cieniom   i 
mroźnemu księżycowi. Ach, tutaj wreszcie można było odetchnąć.

background image

R

OZDZIAŁ

 24

I

W  maju   przyjechała   Ilza,   wesoła   i   roześmiana.   Trochę   zbyt   wesoła   i   zbyt   roześmiana, 

pomyślała Emilka. Ilza zawsze była radosnym, beztroskim stworzeniem, lecz teraz śmiała się 
bez przerwy. Ani przez chwilę nie zachowywała powagi. Żartowała z wszystkiego, nawet z 
własnego   ślubu.   Ciotka   Elżbieta   z   ciotką   Laurą   były   wręcz   zgorszone   jej   zachowaniem. 
Dziewczyna, która ma wkrótce podjąć małżeńskie obowiązki, powinna być bardziej rozważna i 
stateczna. Ilza powiedziała Emilce, że jej ciotki są komicznie wiktoriańskie. Spotykając się z 
Emilką   paplała   bez   przerwy,   ale   nigdy   nie   podejmowała   prawdziwej   rozmowy,   pomimo 
wyrażanej w listach tęsknoty za dawnymi pogawędkami. Być może wina leżała nie tylko po jej 
stronie. Emilka, wbrew postanowieniu, że będzie dla niej taka sama jak zawsze, nie mogła 
wyzbyć   się   pewnej   powściągliwości   i   rezerwy,   wynikającej   z   desperackich   prób   ukrycia 
dręczącego ją bólu. Ilza wyczuła jej rezerwę, lecz absolutnie nie domyślała się przyczyny. 
Emilka po prostu musiała przesiąknąć zwyczajami Księżycowego Nowiu, to wszystko. Nie 
mogło być inaczej, skoro mieszkała tam sama z tymi poczciwymi przedpotopowymi istotami.

— Kiedy wrócimy z Tedem do Montrealu i urządzimy nasz dom, będziesz musiała spędzać 

u nas każdą zimę, kochanie. Księżycowy Nów jest uroczy latem, ale zimą jesteś tu pogrzebana 
za życia.

Emilka niczego nie obiecywała. Nie wyobrażała sobie siebie jako gościa w domu Teda. 

Każdej nocy myślała, że nie będzie mogła znieść jutra. Okazywało się jednak, że mogła. Mogła 
nawet spokojnie omawiać z Ilzą stroje i dodatki. Jasnoniebieska suknia przybrała rzeczywisty 
kształt i Emilka przymierzyła ją na dwa dni przed spodziewanym przyjazdem Teda. Ślub miał 
się odbyć już za dwa tygodnie.

— Wyglądasz w niej jak marzenie — powiedziała Ilza, spoczywająca na łóżku Emilki z 

wdziękiem i nonszalancją kota. Szafir od Teda tworzył ciemną plamę na jej palcu. — Przy tobie 
przepych mojego aksamitu i koronek będzie się wydawał ostentacyjny i pospolity. Czy ci już 
mówiłam, że drużbą Teda będzie Lorne Halsey? To wprost porywające. Wielki Halsey! Nie 
wiedział, czy będzie mógł przyjechać, bo jego matka była bardzo chora. Ale zacna staruszka 
wyzdrowiała, więc nic nie stoi na przeszkodzie. Jego najnowsza książka wzbudziła sensację. 
Zachwyca   się   nią   cały   Montreal.   A   on   jest   niesłychanie   interesującym,   niesamowitym 
mężczyzną. Czy nie byłoby cudownie, Emilko, gdybyście tak zakochali się w sobie?

— Nie swataj mnie, Ilzo — powiedziała Emilka ze słabym uśmiechem, zdejmując niebieską 

suknię. — Coś mi mówi, że zostanę starą panną, i to z wyboru, a nie z konieczności, co jest 
znacznie lepsze.

— No tak, muszę przyznać, że on wygląda jak gargulec — stwierdziła z namysłem Ilza. — 

Gdyby nie to; chyba sama bym za niego wyszła. Prawie na pewno. Jego zaloty polegały na tym, 
że pytał mnie o zdanie w różnych sprawach. To było miłe. Miałam jednak przeczucie, że po 
ślubie przestałby mnie pytać. A to już nie byłoby miłe. Poza tym nikt nie potrafi odgadnąć, co 
on   naprawdę   myśli.   Może   mieć   minę   pełną   uwielbienia,   a   jednocześnie   myśleć   o   twoich 
zmarszczkach. Nawiasem mówiąc, czy Ted nie jest piękny?

— Zawsze był ładnym chłopcem.
— Ładnym   chłopcem!   —   przedrzeźniała   ją   Ilza.   —   Emilko   Starr,   jeżeli   kiedykolwiek 

wyjdziesz  za  mąż,   mam nadzieję,   że  twój  mąż będzie   trzymał  cię  w  budzie   na łańcuchu. 
Niedługo zacznę cię nazywać „ciocią Emilką”. Przecież drugiego takiego nie ma w całym 
Montrealu! Tak naprawdę, to jestem zakochana w jego urodzie, a nie w nim samym. Czasami 
nawet naprawdę mnie nudzi, choć przedtem byłam pewna, że nie. Przed zaręczynami nigdy 

background image

mnie nie nudził. Mam przeczucie, że pewnego dnia rzucę w niego imbrykiem. Szkoda, że nie 
można mieć dwóch mężów, jednego do patrzenia, a drugiego do rozmowy. Ale i tak stworzymy 
z Tedem pierwszorzędne stadło, nie sądzisz, skarbie? On taki ciemny, a ja taka jasna. Idealne. 
Zawsze pragnęłam być ,,czarną damą”, jak ty, ale gdy powiedziałam o tym Tedowi, zaśmiał się 
tylko i zacytował fragment starego wiersza:

Jeśli prawdę wieści bard w swej opowieści,
Krucze są syren sploty.
Lecz przyznać się godzi, od sztuki narodzin
Anielski włos jest złoty.

W ten sposób po raz pierwszy prawie nazwał mnie aniołem. Ale w gruncie rzeczy, Emilko… 

jesteś pewna, że drzwi są zamknięte i ciotka Laura nie padnie trupem?… o wiele bardziej 
wolałabym być syreną niż aniołem. A ty?

— Sprawdźmy zaproszenia, czy na pewno nikt nie został pominięty — brzmiała odpowiedź 

Emilki na ten potok słów.

— Czy to nie straszne, należeć do takiego klanu jak nasz? — spytała z rozdrażnieniem Ilza. 

— Człowiek musi zaprosić straszny tłum starych jędz i nudziarzy. Mam nadzieję, że kiedyś 
znajdę   się   w   miejscu,   gdzie   nie   ma   żadnych   krewnych.   Chciałabym,   żeby   już   było   po 
wszystkim. Jesteś pewna, że wysłałaś zaproszenie Perry’emu?

— Tak.
— Ciekawe, czy przyjedzie. Mam nadzieję, że tak. Jaką byłam głupią gęsią, wyobrażając 

sobie, że jestem w nim zakochana! Miałam nadzieję na… różne rzeczy, choć wiedziałam, że on 
szaleje za tobą. Ale utraciłam ją po wieczorku u pani Chidlaw. Pamiętasz go, Emilko?

O tak, Emilka pamiętała.
— Do tego czasu zawsze jeszcze tliła się we mnie nadzieja, że pewnego dnia, kiedy on 

zrozumie, że cię nie zdobędzie, pozyskam jego serce w chwili słabości… Czy nie tak brzmi to 
wiktoriańskie powiedzenie? Wiedziałam, że Chidlawowie go zaprosili, i myślałam, że się zjawi. 
Zapytałam Teda, czy Perry przyjdzie. Ted spojrzał mi znacząco w oczy i odpowiedział: „Perry 
nie przyjdzie. Pracuje nad swoją jutrzejszą rozprawą. Jego celem jest ambicja. Nie ma czasu na 
miłość”. Wiedziałam, że Ted próbuje mnie ostrzec i że nie ma sensu podsycać w sobie nadziei. 
Więc  zrezygnowałam  ostatecznie.  No i  w  końcu wszystko  dobrze  się  ułożyło.  Czy to nie 
cudowne,   że   nasze   sprawy   tak   pięknie   się   układają?   Aż   człowiek   zaczyna   wierzyć   w 
Opatrzność. To miłe, że można zrzucić odpowiedzialność na Pana Boga, prawda?

Emilka prawie nie słyszała Ilzy, kiedy machinalnie wieszała suknię w szafie i przebierała się 

w zielony, sportowy kostium. Więc właśnie to powiedział Ted Ilzie owej nocy przed laty, kiedy 
wymówił słowo „miłość”. A ona potraktowała go potem tak chłodno. Cóż, to już nie miało 
znaczenia.  Niewątpliwie  ostrzegał  Ilzę,  ponieważ chciał  odwrócić jej myśli od Perry’ego i 
skupić je na sobie. Odczuła ulgę, kiedy Ilza wreszcie poszła do domu. Jej beztroska, nieustanna 
paplanina działała Emilce na nerwy, choć wstydziła się do tego przyznać. Ale ta przeciągająca 
się   tortura   wyczerpała   Emilkę   psychicznie.   Jeszcze   dwa   tygodnie,   a   potem,   dzięki   Bogu, 
nareszcie spokój.

background image

II

O   zmierzchu   poszła   do   Wrotyczowego   Łanu,   żeby   oddać   pani   Kent   pożyczoną   dzień 

wcześniej książkę. Musiała odbyć tę wizytę przed przyjazdem Teda. Od owego pierwszego 
wieczoru odwiedziła kilka razy Wrotyczowy Łan i między nią a panią Kent nawiązała się nić 
osobliwej przyjaźni. Pożyczały sobie książki i rozmawiały o wszystkim prócz tej jednej sprawy, 
która   najwięcej   dla   nich   znaczyła.   Teraz   Emilka   odnosiła   pani   Kent   stare   wydanie 
„Południowoafrykańskiej farmy”. Kiedyś powiedziała, że chciałaby to przeczytać, a pani Kent 
poszła na górę i po chwili wróciła z książką. Twarz miała jeszcze bledszą niż zazwyczaj, a 
blizna płonęła czerwienią, jak zawsze w chwilach głębokiego wzruszenia.

— Oto książka, którą chciałaś przeczytać — powiedziała. — Trzymam ją w pudełku na 

górze.

Emilka skończyła ją czytać, nim położyła się spać. Ostatnio źle sypiała i noce były długie. 

Książka pachniała stęchlizną — najwidoczniej pudło, w którym leżała, od dawna nie było 
otwierane.   Emilka   znalazła   w   niej   cienką   kopertę   bez   znaczka,   zaadresowaną   do   pani 
Dawidowej Kent.

Co dziwne, list  nie był otwarty. Ale przecież listy włożone do książek często same się 

sklejały,   jeśli   nie   uszkodzono   koperty   przy   otwieraniu.   Być   może   to   nic   ważnego.   Ale, 
naturalnie, wspomni o nim oddając książkę.

— Czy pani wiedziała, że w tej książce jest list?
— List? Powiedziałaś list?
— Tak. Adresowany do pani.
Emilka podała kopertę pani Kent, której twarz zmieniła się upiornie na widok pisma.
— Znalazłaś go… w tej książce? — szepnęła. — W książce, która nie była otwierana od 

dwudziestu pięciu lat? Czy wiesz, kto napisał ten list? Mój mąż… to on go napisał, a ja go nie 
przeczytałam… Nawet o nim nie wiedziałam.

Emilka poczuła, że stoi w obliczu jakiejś tragedii, być może źródła skrytej udręki pani Kent.
— Pójdę już, żeby pani mogła przeczytać ten list w samotności — powiedziała łagodnie i 

wyszła, zostawiając panią Kent w mrocznym pokoju, z listem, który trzymała tak, jak się 
trzyma węża.

background image

III

— Napisałam do ciebie, ponieważ muszę ci coś powiedzieć — zaczęła pani Kent.
Siedziała w fotelu przy oknie, skąpana w nikłym świetle zimnego, zachodzącego słońca — 

drobna, wyprostowana i stanowcza. Wieczór, choć czerwcowy, był zimny. Niebo wyglądało 
surowo i jesiennie. Idąc ścieżką na skróty, Emilka zadrżała i pożałowała, że nie została w domu. 
Ale list od pani Kent brzmiał nagląco, prawie rozkazująco. Po cóż ona ją wzywała? Przecież to 
nie mogło dotyczyć Teda. Lecz co innego mogło skłonić panią Kent do posłania po nią?

Emilka natychmiast zauważyła w niej przedziwną, trudną do określenia zmianę. Pani Kent 

była tak samo krucha i żałosna jak zawsze. W jej oczach paliły się nawet ogniki buntu. Po raz 
pierwszy jednak Emilka nie czuła, że stoi przed kobietą nieszczęśliwą, panował tu spokój, 
dziwny, smutny, dawno nie zaznany spokój. Udręczona dusza została wreszcie zdjęta z koła 
tortur.

— Byłam martwa… byłam w piekle… ale teraz ożyłam na nowo — przemówiła pani Kent. 

— I to dzięki tobie. Ty znalazłaś ten list. Dlatego muszę ci o czymś powiedzieć. Znienawidzisz 
mnie za to. I teraz będzie mi przykro z tego powodu. Ale to musi zostać powiedziane.

Emilka poczuła nagły niesmak na myśl o tym, co pani Kent mogła mieć jej do powiedzenia. 

To miało… musiało mieć coś wspólnego z Tedem. A ona nie chciała teraz słuchać niczego, 
absolutnie niczego o Tedzie, który za dwa tygodnie będzie mężem Ilzy.

— Czy nie sądzi pani, że lepiej nic nie mówić?
— To musi zostać powiedziane. Popełniłam wiele zła i muszę to wyznać. Nie mogę go 

naprawić, na to jest chyba za późno, ale nie mogę go zataić. Najpierw jednak opowiem ci o 
innych sprawach. Nigdy o nich nie mówiłam. Dręczyły mnie tak, że nocami głośno krzyczałam 
z bólu. Och, ty mi nigdy nie przebaczysz, ale może będziesz mi trochę współczuła.

— Zawsze pani współczułam, pani Kent.
— Zapewne tak… zapewne. Ale nie wszystko mogłaś zrozumieć, Emilko. W młodych latach 

nie byłam taka. Byłam wtedy jak inni ludzie. I ładna, naprawdę. Byłam ładną dziewczyną, 
kiedy poznałam i pokochałam Dawida Kenta. On także mnie pokochał… i kochał mnie zawsze. 
Pisze o tym w liście.

Pani Kent wyjęła zza stanika list i ucałowała go żarliwie.
— Nie mogę ci go pokazać, Emilko. Tylko moje oczy powinny go oglądać. Ale powiem ci, 

co w nim jest. O, ty nie wiesz, nie potrafisz pojąć, jak bardzo go kochałam, Emilko. Wydaje ci 
się, że kochasz Teda. Ale nie tak, na pewno nie tak, jak ja kochałam jego ojca.

Emilka miała na ten temat odmienne zdanie, ale milczała.
— Zostałam jego żoną i wyjechaliśmy do Malton, do jego rodziny. Na początku byliśmy 

bardzo szczęśliwi… zbyt szczęśliwi. Mówiłam ci, że Bóg jest zazdrosny. Jego krewni nigdy 
mnie nie polubili. Uważali, że Dawid popełnił mezalians, że nie byłam dla niego dość dobra. 
Ciągle próbowali nas poróżnić. O, wiedziałam, czego chcą. Jego matka mnie nienawidziła. 
Nigdy   nie   mówiła   do   mnie   „Aileen”,   tylko   „ty”   albo   „żona   Dawida”.   Ja   także   jej 
nienawidziłam, ponieważ zawsze mnie obserwowała, bez jednego słowa, jednego gestu. Tylko 
patrzyła. Nie należałam do nich. Nie potrafiłam zrozumieć ich żartów. Zawsze się z czegoś 
śmiali. Przeważnie ze mnie, jak mi się wydawało. Pisali do Dawida listy, w których nawet nie 
wspominali o mnie. Jedni okazywali mi lodowatą uprzejmość, a inni wciąż mi dokuczali. Raz 
siostra Dawida przysłała mi poradnik dobrego wychowania. Bez przerwy coś mnie raniło, a ja 
nie mogłam się bronić, nie mogłam oddać ciosu. Dawid stawał po ich stronie, miał z nimi 
wspólne tajemnice, do których mnie do dopuszczał. Mimo wszystko byłam szczęśliwa,  do 
chwili gdy upuściłam lampę i zapaliła się na mnie suknia. Stąd mam tę bliznę. Odtąd przestałam 
wierzyć, że Dawid mnie jeszcze kocha. Byłam taka brzydka! Nerwy zaczęły odmawiać mi 
posłuszeństwa   i   kłóciłam   się   z   nim   o   każdy   drobiazg.   Ale   on   był   cierpliwy.   Zawsze   mi 

background image

wybaczał. A ja tak bardzo się bałam, że przestał mnie kochać przez tę bliznę. Wiedziałam, że 
będę miała dziecko, ale mu o tym nie powiedziałam. Bałam się, że będzie je kochał bardziej niż 
mnie. A potem… zrobiłam coś strasznego. Wstydzę się o tym mówić. Dawid miał psa. Kochał 
go tak bardzo, że znienawidziłam to zwierzę. I… i otrułam je. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. 
Dawniej   nie   byłam   taka,   dopiero   po   tym   oparzeniu.   Może   dlatego,   że   spodziewałam   się 
dziecka…

Pani   Kent   urwała   i   z   otwartej,   uczuciowej   kobiety   zmieniła   się   nagle   w   sztywną, 

wiktoriańską damę.

— Nie   powinnam   rozmawiać   o   takich   sprawach   z   młodą   dziewczyną   —   powiedziała 

niespokojnie.

— Ale ja wiem już od kilku lat, że dzieci nie zjawiają się w czarnej walizeczce doktora 

Burnleya — zapewniła z powagą Emilka.

— Cóż — pani Kent znowu stała się pełną uczucia Aileen — Dawid dowiedział się, co 

zrobiłam. Och, ten wyraz jego twarzy! Pokłóciliśmy  się  strasznie. To było tuż przed jego 
służbowym wyjazdem do Winnipeg. Byłam na niego taka wściekła, że wrzasnęłam… och, 
Emilko, wrzasnęłam, że nie chcę go już nigdy więcej widzieć. I nie zobaczyłam. Bóg wziął 
mnie za słowo. Dawid umarł w Winnipeg na zapalenie płuc. Nie wiedziałam, że był chory, póki 
nie dostałam zawiadomienia o jego śmierci. Pielęgnowała go pewna dziewczyna, którą kiedyś 
lubił i która była w nim zakochana. Ona opiekowała się moim mężem, kiedy ja siedziałam w 
domu z nienawiścią  w sercu! Tego nigdy nie mogłam Bogu wybaczyć. Spakowała rzeczy 
Dawida i odesłała je do domu. Ta książka znajdowała się wśród nich. Musiał ją kupić w 
Winnipeg. Nigdy do niej nie zajrzałam, nie mogłam jej dotknąć. Pewnie napisał ten list tuż 
przed śmiercią,  włożył   do książki   i  nie  zdążył   już  nikomu  o nim powiedzieć.   A  może  ta 
dziewczyna wiedziała, ale zataiła to przede mną. I przeleżał tam wszystkie te lata, Emilko… 
podczas gdy ja myślałam, że Dawid umarł nie wybaczywszy mi. Śniłam o nim co noc i zawsze 
odwracał twarz ode mnie. Och, dwadzieścia siedem lat, Emilko… dwadzieścia siedem takich 
lat. Pomyśl tylko! Odpokutowałam za wszystko. A wczoraj otworzyłam i przeczytałam jego 
list. Zaledwie kilka linijek, skreślonych ołówkiem, który jego biedna ręka z trudnością mogła 
utrzymać. Nazwał mnie „Kochaną Małą Żoneczką” i prosił, abym mu wybaczyła… ja jemu… 
że był taki zły i szorstki tamtego ostatniego wieczoru. Napisał, że mi przebacza to, co zrobiłam, 
i żebym się tym nie martwiła, ani też tym, co powiedziałam, że nie chcę go więcej widzieć. 
Wiedział, że wcale tak nie myślałam. W końcu wszystko zrozumiał, zawsze mnie kochał i 
będzie kochał… i jeszcze coś, czego nie mogę zdradzić nikomu, jest zbyt drogie, zbyt cudowne. 
Och, Emilko, czy potrafisz pojąć, co to dla mnie znaczy? Teraz wiem, że nie umarł w gniewie, 
że mnie kochał i myślał o mnie z czułością. Ale wtedy o tym nie wiedziałam. I myślę, że… że 
od tamtej chwili coś się ze mną niedobrego działo. Wiem, że cała jego rodzina uważała mnie za 
wariatkę. Kiedy urodził się Ted, uciekłam od nich i przyjechałam tutaj. Nie chciałam, żeby mi 
go   odebrali.   Nie   zamierzałam   przyjąć   od   nich   ani   centa.   Miałam   polisę   ubezpieczeniową 
Dawida,   mogliśmy  z  tego   żyć.  Ted   był   dla  mnie   wszystkim…  A  potem  zjawiłaś   się   ty  i 
wiedziałam, że mi go zabierzesz. Wiedziałam, że on cię kocha… Zawsze cię kochał. O tak, 
zawsze.   Kiedy   wyjechał,   pisałam   mu   o   wszystkich   twoich   flirtach.   A   dwa   lata   temu… 
pamiętasz, że musiał niespodziewanie wracać do Montrealu, a ciebie nie było i nie mógł czekać, 
żeby się z tobą pożegnać. Ale napisał list.

Emilka wydała zduszony okrzyk protestu.
— Tak, napisał. Kiedy wyszedł, zauważyłam, że leży na jego stole. Otworzyłam go nad parą 

i przeczytałam. Spaliłam ten list, Emilko, ale mogę ci powtórzyć, co w nim było. O, pamiętam 
dobrze!   Ted   pisał,   że   przed   odjazdem   musi   ci   powiedzieć,   jak   bardzo  cię   kocha.  I   żebyś 
napisała, jeżeli czujesz coś do niego, a jeżeli nie, to żebyś nie pisała wcale. Jak ja cię wtedy 
nienawidziłam! Spaliłam list i zakleiłam kopertę, włożywszy do środka jakieś wiersze, które też 
tam były. Ted wysłał list niczego się nie domyślając. Nigdy tego nie żałowałam, nigdy, nawet 

background image

kiedy mi napisał, że żeni się z Ilzą. Ale wczoraj, gdy przyniosłaś mi ten list… i przebaczenie, i 
spokój, poczułam, że uczyniłam rzecz straszną. Zniszczyłam ci życie… i Tedowi zapewne 
także. Czy kiedykolwiek mi to wybaczysz, Emilko?

background image

IV

W wirze uczuć, wywołanym opowieścią pani Kent, Emilka była w pełni świadoma tylko 

jednego. Gorycz, upokorzenie i wstyd zniknęły bez śladu. Ted ją kochał. Słodycz tego odkrycia 
zaćmiła, przynajmniej chwilowo, wszystkie inne doznania. Nie było już miejsca na gniew czy 
urazę w jej sercu. Czuła się odrodzona. W jej głosie zabrzmiała nuta prawdziwej szczerości, 
kiedy odparła powoli:

— Tak… tak. Rozumiem panią.
Pani Kent załamała nagle ręce.
— Emilko, czy naprawdę jest za późno? Oni jeszcze nie są małżeństwem, a wiem, że on jej 

nie kocha, tak jak kochał ciebie. Gdybyś mu powiedziała, gdybym ja mu powiedziała…

— Nie, nie, to niemożliwe! — zawołała porywczo Emilka. — Już jest za późno. On się nie 

może dowiedzieć. Nie wolno pani o tym mówić. Teraz kocha Ilzę. Jestem tego pewna. Gdyby 
mu pani powiedziała, nie wynikłoby z tego nic dobrego. Niech mi pani obieca, droga pani Kent, 
jeśli czuje pani, że jest mi coś winna, niech pani obieca, że nigdy mu o tym nie powie.

— Ale ty… będziesz nieszczęśliwa.
— Nie będę. Już nie. Pani nie wie, ile się dla mnie zmieniło. Zniknął cały jad. Będę wiodła 

szczęśliwe, pracowite, pożyteczne życie, pozbawione tęsknoty za dawnymi marzeniami. Teraz 
rana się zagoi.

— Zrobiłam straszną rzecz — wyszeptała pani Kent. — Wreszcie to zrozumiałam.
— Zapewne tak. Ale ja już o tym nie myślę. Odzyskałam szacunek dla siebie.
— Duma Murrayów — szepnęła pani Kent, wpatrując się w Emilkę. — Mimo wszystko, 

Emilko Starr, myślę, że duma jest w tobie silniejsza niż miłość.

— Być może — uśmiechnęła się Emilka.

background image

V

Kiedy   wróciła   do   domu,   była   tak   wzburzona,   że   zrobiła   coś,   czego   zawsze   potem   się 

wstydziła. W ogrodzie Księżycowego Nowiu czekał na nią Perry Miller. Dawno go nie widziała 
i   w   innych   okolicznościach   ucieszyłaby   się   ogromnie.   Odkąd   Perry   ostatecznie   porzucił 
nadzieję na coś więcej, jego przyjaźń bardzo wiele znaczyła w jej życiu. Przez kilka ostatnich 
lat   poczynił   duże   postępy,   zmężniał,   był   pełen   humoru   i   znacznie   mniej   się   przechwalał. 
Przyswoił sobie nawet podstawowe zasady dobrego wychowania i nie miał już tylu rąk i nóg. 
Był zbyt zajęty, żeby często przyjeżdżać do Księżycowego Nowiu, ale Emilka zawsze cieszyła 
się z jego odwiedzin — zawsze, tylko nie dzisiaj. Pragnęła być sama, przemyśleć wszystko, 
określić jakoś swoje uczucia, napawać się odzyskanym szacunkiem dla siebie. Przechadzka i 
pogawędka   z   Perrym   wśród   jedwabistych   maków   w   ogrodzie   wydawały   się   czymś 
niemożliwym. Emilka, szalejąc z niecierpliwości, czekała, żeby sobie wreszcie poszedł. Ale 
Perry niczego nie wyczuł. Nie widział jej od dawna i chciał porozmawiać o wielu sprawach, 
przede   wszystkim   o   ślubie   Ilzy.   Wypytywał   Emilkę   tak   długo,   że   w  końcu   sama   już   nie 
wiedziała, co mówi. Perry dąsał się trochę, że to nie on miał zostać drużbą. Uważał, że ma do 
tego prawo jako stary przyjaciel państwa młodych.

— Nigdy nie myślałem, że Ted zostawi mnie na lodzie — burknął. — Pewnie uważa, że jest 

teraz zbyt ważną osobistością, żeby mieć drużbę z Piecykowej Rury.

I wtedy Emilka powiedziała coś okropnego. Słowa te wyrwały jej się mimo woli, zanim 

zdała  sobie   z   tego   sprawę.   Była   zniecierpliwiona   i   zła   na  Perry’ego   za   rzucanie   na  Teda 
podobnych oszczerstw.

— Ty ośle! Ted nic tu nie zawinił. Czy myślisz, że Ilza chce cię widzieć w roli drużby, skoro 

od lat pragnęła, żebyś był panem młodym?

W tej samej chwili zamarła przerażona, czując wstyd i wyrzuty sumienia. Co ona zrobiła 

najlepszego? Zdradziła przyjaciółkę, zawiodła jej zaufanie. To było haniebne i niewybaczalne. 
Czy naprawdę mogła tak postąpić, ona, Emilia Byrd Starr z Księżycowego Nowiu?

Perry stał przy zegarze słonecznym, wpatrując się w nią z osłupieniem.
— Emilko, chyba nie mówisz poważnie? Przecież Ilza nigdy nie myślała o mnie w ten 

sposób!

Emilka zrozumiała, przygnębiona, że raz wypowiedzianych słów nie da się cofnąć i że nie 

naprawi swojego błędu kłamstwami.

— Myślała… kiedyś. Oczywiście dawno już jej to przeszło.
— O mnie! Ależ, Emilko, zawsze mi się wydawało, że ona mną gardzi. Ciągle mnie za coś 

łajała, nigdy nie potrafiłem jej zadowolić. Pamiętasz przecież.

— Och, pamiętam — odparła ze znużeniem Emilka. — Uważała, że stać cię na wiele i nie 

mogła znieść, kiedy nie dorastałeś do jej wymagań. Gdyby cię nie lubiła, to czy myślisz, że 
obchodziłyby ją twoje błędy gramatyczne i gafy towarzyskie? Nie powinnam ci była tego 
mówić, Perry. Będę się wstydziła do końca życia. Ilza nie może się domyślić, że ty wiesz.

— Oczywiście. W każdym razie dawno już o wszystkim zapomniała.
— Och, tak. Ale teraz rozumiesz, dlaczego nie byłoby jej miło, gdybyś został drużbą na jej 

ślubie. Nie mogłam znieść, że uważasz Teda za takiego snoba. A teraz, Perry, nie gniewaj się na 
mnie, ale muszę cię prosić, żebyś poszedł. Jestem bardzo zmęczona, a będę miała mnóstwo 
pracy przez następne dwa tygodnie.

— Fakt, że powinnaś już być w łóżku — zgodził się Perry. — Co za egoista ze mnie, że cię 

tak długo zatrzymuję. Ale gdy tu przychodzę, przypominają mi się dawne czasy i wcale nie 
mam ochoty odchodzić. Jakie z nas były urwisy! A teraz Ilza i Ted zamierzają się pobrać. 
Starzejemy się.

— Niedługo i ty będziesz statecznym małżonkiem, Perry — rzuciła Emilka, próbując się 

background image

uśmiechnąć. — Słyszałam to i owo.

— Nigdy w życiu! Zrezygnowałem z tego pomysłu. Nie żebym nadal wzdychał do ciebie, 

ale po tobie wszystkie inne wydają mi się jakieś bezbarwne. Próbowałem. Zapewne umrę jako 
kawaler. Podobno to lekka śmierć. Ale udało mi się co nieco osiągnąć i nie narzekam na swoje 
życie.   No,   do   widzenia,   moja   droga.   Spotkamy   się   na   ślubie.   Odbędzie   się   po   południu, 
prawda?

— Tak — Emilka sama się dziwiła, że może o tym mówić tak spokojnie. — O trzeciej. 

Potem   będzie   przyjęcie,   a   następnie   pojadą   samochodem   do   Shrewsbury,   żeby   złapać 
wieczorny prom. Perry, żałuję, że ci powiedziałam o Ilzie. To było podłe, po prostu podłe, jak 
mawialiśmy w szkole. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę coś takiego zrobić.

— Ależ nie martw się tak. To mi ogromnie pochlebia, że Ilza mogła w ogóle tak o mnie 

myśleć. Uważasz, że nie mam dość rozumu, by docenić taki komplement? I że nie zdaję sobie 
sprawy, jakie zawsze byłyście dla mnie wspaniałe i ile zawdzięczam waszej przyjaźni? Nigdy 
nie miałem złudzeń co do Piecykowej Rury i prawdziwej różnicy między wami a mną. Nie 
byłem aż tak głupi, żeby tego nie rozumieć. Doszedłem do czegoś, zamierzam zajść jeszcze 
wyżej, ale ty i Ilza już się takie urodziłyście. A nigdy nie dawałyście mi tego odczuć, jak 
niektóre dziewczęta. Nie zapomnę tych wstrętnych docinków Rhody Stuart. Więc nie myśl, że 
jestem aż takim łajdakiem, żeby się puszyć jak paw tylko dlatego, że Ilza kiedyś podkochiwała 
się we mnie. Albo żeby jej dać do zrozumienia, że o tym wiem. Na tyle już wyrosłem z 
Piecykowej Rury, choć jeszcze muszę się zastanawiać przy stole, który widelec mam podnieść 
najpierw. Emilko, czy pamiętasz tę noc, kiedy ciotka Ruth przyłapała mnie, jak cię całowałem

*

?

— Owszem.
— To był jedyny raz — stwierdził trzeźwo Perry. — W dodatku niezbyt udany, prawda? 

Ech, kiedy pomyślę o tej starej damie, stojącej tam w szlafroku, ze świecą w ręku!…

Perry odszedł ze śmiechem, a Emilka udała się do swego pokoju.
— Emilko–w–Zwierciadle — powiedziała niemal wesoło — znowu mogę spojrzeć ci w 

oczy. Już się nie wstydzę. Kochał mnie.

Stała przez chwilę, uśmiechając się do siebie. A potem jej uśmiech zgasł.
— O, gdybym wtedy dostała ten list! — szepnęła z żalem.

* Patrz „Emilka szuka swojej gwiazdy”

background image

R

OZDZIAŁ

 25

I

Tylko dwa tygodnie pozostały do dnia ślubu. Emilka przekonała się, jak długie mogą być 

dwa tygodnie, mimo że każdą chwilę wypełniały obowiązki domowe i towarzyskie. Wszędzie 
mówiono o weselu. Emilka zacisnęła zęby i podążała naprzód. Ilza przez cały czas kręciła się w 
pobliżu. Nic nie robiła, za to usta się jej nie zamykały.

— Skacze jak pchła — burczał doktor Burnley.
— Z Ilzy zrobił się taki niespokojny duch — narzekała ciotka Elżbieta. — Zupełnie jakby się 

obawiała, że jeśli na chwilę usiądzie, ludzie nie zauważą, że żyje.

— Mam czterdzieści dziewięć leków przeciwko morskiej chorobie — oznajmiła Ilza. — 

Jeżeli przyjedzie ciotka Katarzyna Mitchell, dostanę pięćdziesiąty. Czy to nie cudowne mieć 
takich troskliwych krewnych, Emilko?

Były same w pokoju Ilzy. Tego wieczoru miał przyjechać Ted.  Ilza przymierzyła kilka 

różnych sukien, ale każdą odrzuciła ze wzgardą.

— Emilko, w co mam się ubrać? Zdecyduj za mnie.
— O, nie. A poza tym, jakie to ma znaczenie, co na siebie włożysz?
— To   prawda,   żadne.   Ted   nigdy   nie   zwraca   uwagi   na   mój   ubiór.   A   ja   lubię,   kiedy 

mężczyzna zauważa, co mam na sobie, i mówi mi o tym. Lubię mężczyzn, którzy wolą mnie w 
jedwabiach niż w barchanach.

Emilka spojrzała przez okno na zaniedbany ogród, który księżyc zamienił  w srebrzyste 

morze, kołyszące na piersi flotyllę maków.

— Miałam na myśli to, że Ted nie będzie patrzył na twoją suknię, tylko na ciebie.
— Emilko, dlaczego ciągle przemawiasz do mnie tak, jakbyś uważała, że jesteśmy z Tedem 

zakochani w sobie do szaleństwa? Czy to jakiś twój wiktoriański kompleks?

— Na   miłość   boską,   przestań   wreszcie   czepiać   się   wszystkiego,   co   wiktoriańskie!   — 

wybuchnęła Emilka z niezwykłą, niemurrayowską gwałtownością. — Mam tego dość. Każde 
miłe, proste, naturalne uczucie nazywasz wiktoriańskim. Ostatnio cały świat tonie w pogardzie 
dla epoki wiktoriańskiej. Czy ludzie w ogóle wiedzą, o czym mówią? Owszem, lubię rzeczy 
rozsądne i przyzwoite, jeśli to ma być wiktoriańskie.

— Emilko,   Emilko!   Czy   przypuszczasz,   że   ciotka   Elżbieta   uznałaby,   że   rozsądna   i 

przyzwoita dziewczyna może się do szaleństwa zakochać?

Obie parsknęły śmiechem i napięcie zelżało.
— Chyba nie wychodzisz, Emilko?
— Naturalnie, że wychodzę. Czy myślisz, że będę grała rolę przyzwoitki?
— No i znowu to samo. A czy ty myślisz, że mam ochotę spędzić cały wieczór sam na sam z 

Tedem? Będziemy się kłócili co pięć minut. Oczywiście, sprzeczki są rozkoszne. Ubarwiają 
życie.   Raz   na   tydzień   muszę   się   pokłócić.   Wiesz,   że   zawsze   lubiłam   porządne   awantury. 
Pamiętasz, jak wykłócałam się z tobą? Ale ostatnio nie mam z ciebie w tej dziedzinie żadnego 
pożytku. Ted także robi to bez przekonania. A taki Perry… on potrafi walczyć. Pomyśl tylko, 
jakie   moglibyśmy   urządzać   pyszne   awantury!   Nasze   kłótnie   byłyby  wspaniałe.   Żadne  tam 
małostkowe sprzeczki. A jakże byśmy się w przerwach kochali! Słowo daję!

— Czy ty jeszcze coś czujesz do Perry’ego Millera? — zapytała z naciskiem Emilka.
— Nie, drogie dziecko. I nie szaleję także za Tedem. W końcu kochamy się taką miłością z 

drugiej ręki, wiesz? Odgrzewana zupa. Nie martw się, nie skrzywdzę go. Będzie mi łatwiej 
wywierać na niego korzystny wpływ, niż gdybym uważała go za anioła w ludzkiej postaci. Nic 
dobrego nie wynika z przypisywania mężczyźnie cech ideału, gdyż on właśnie tak o sobie 

background image

myśli, i kiedy spotka kogoś, kto mu tylko przytakuje, skłonny jest spocząć na laurach. Drażni 
mnie tylko, że zdaniem wszystkich miałam zdumiewające szczęście „łapiąc” Teda. Przychodzi 
ciotka Ida Mitchell i mówi: „Będziesz miała takiego cudownego męża, Ilzo”. A potem Bridget 
Mooney   z   Piecykowej   Rury   stwierdza,   szorując   podłogę:   „Ho   ho,   ale   się   panience   trafił 
pierwszorzędny   kawaler!”   Pokrewne   dusze,   zauważ.   Ted   nie   jest   zły,   zwłaszcza   odkąd 
uświadomił sobie, że nie jest jedynym mężczyzną na świecie. Jakaś dziewczyna nauczyła go 
rozsądku. Chciałabym wiedzieć, kim ona jest. Bo był ktoś taki. Ted mi o tym opowiedział, 
niewiele, ale wystarczająco. Docinała mu na każdym kroku, a potem, kiedy myślał, że jej na 
nim zależy, odtrąciła go. Nawet nie odpisała na list, w którym wyznawał jej miłość. Nienawidzę 
tej dziewczyny, Emilko. Czy to nie dziwne?

— Przestań jej nienawidzić — poprosiła ze znużeniem Emilka. — Może ona nie wiedziała, 

co robi.

— Nienawidzę jej za to, że tak potraktowała Teda. Ale to mu bardzo dobrze zrobiło, więc 

skąd u mnie to uczucie, Emilko? Wykorzystaj swoje słynne zdolności psychologiczne i wyjaśnij 
mi tę zagadkę.

— Nienawidzisz jej, ponieważ, używając znanego, trywialnego wyrażenia, „zbierasz po niej 

resztki”.

— Ty   czarownico!   Chyba   masz   rację.   Jak   brzydko   wyglądają   pewne   rzeczy,   kiedy 

wyciągnie się je na światło dzienne! Pochlebiałam sobie, że czuję szlachetną nienawiść do 
osoby, przez którą Ted cierpiał. Mimo wszystko wiktorianie słusznie ukrywali wiele spraw. To, 
co brzydkie, winno być ukryte. No, idź teraz do domu, skoro musisz, a ja spróbuję wyglądać jak 
ktoś, kto spodziewa się błogosławieństwa.

background image

II

Razem z Tedem przyjechał Lorne Halsey, „wielki Halsey”, którego Emilka bardzo polubiła 

mimo jego brzydoty. Była to komiczna postać o żywych, kpiących oczach. Sprawiał wrażenie, 
jakby traktował wszystko, a zwłaszcza ślub Fryderyka Kenta, jako wyśmienity dowcip. Jego 
postawa   w   jakiś   sposób   pomagała   Emilce.   Podczas   wspólnie   spędzanych   wieczorów   była 
bardzo   wesoła   i   błyskotliwa.   Strasznie   bała   się   milczenia   w   obecności   Teda.   „Nigdy   nie 
zachowuj milczenia przy kimś, kogo kochasz i komu nie ufasz — powiedział raz pan Carpenter. 
— Milczenie zdradza”.

Ted był bardzo przyjacielski, ale jego oczy unikały Emilki. Pewnego razu, kiedy spacerowali 

w czwórkę po starym, zarośniętym, okolonym wierzbami trawniku koło domu doktora, Ilza 
wpadła na szczęśliwy pomysł wskazywania ulubionych gwiazd.

— Moją jest Syriusz. A twoją, Lorne?
— Antares z gwiazdozbioru Skorpiona, czerwona gwiazda Południa — odparł Halsey.
— Bellatrix z Oriona — rzuciła szybko Emilka. Nigdy dotąd nie myślała o Bellatrix, lecz nie 

mogła sobie pozwolić na wahanie w obecności Teda.

— Ja   nie   mam   ulubionej   gwiazdy,   ale   jest   jedna,   której   nienawidzę.   To   Wega   z 

gwiazdozbioru Liry — powiedział cicho Ted. W jego głosie zabrzmiała znacząca nuta, która 
sprawiła,   że   wszyscy   nagle   poczuli   się   nieswojo,   choć   Lorne   Halsey   i   Ilza   nie   wiedzieli 
dlaczego. Nie mówiono już więcej o gwiazdach. Ale Emilka patrzyła samotnie, jak gasną o 
świcie jedna po drugiej.

background image

III

Na   trzy   dni   przed   ślubem   Perlista   Woda   i   Balladowy   Staw   zatrzęsły   się   od   skandalu. 

Widziano Ilzę Burnley o jakiejś bezbożnej porze w nowym, sportowym samochodzie Perry’ego 
Millera. Ilza przyznała się do tego chłodno, kiedy Emilka czyniła jej wyrzuty.

— Pewnie, że to zrobiłam. Spędziłam taki nudny wieczór z Tedem. Zaczęło się nawet nieźle, 

od kłótni o mojego błękitnego chow–chow. Ted powiedział, że lubię tego psa bardziej niż jego. 
Odparłam, że to oczywiste. Wpadł w furię, choć mi nie uwierzył. Ted, jak to mężczyzna, 
naprawdę jest przekonany, że za nim szaleję. „Pies, który nigdy w życiu nie pogonił kota”, 
zadrwił. Potem dąsaliśmy się na siebie przez cały wieczór. O jedenastej poszedł do domu i 
nawet   nie   pocałował   mnie   na   pożegnanie.   Postanowiłam   po   raz   ostatni   zrobić   coś 
nierozsądnego i pięknego. Wymknęłam się na cudowny, samotny spacer po wydmach. Perry 
akurat   nadjechał   autem,   więc   zmieniłam   zdanie   i   odbyłam   z   nim   małą   przejażdżkę   przy 
księżycu. Jeszcze nie jestem po ślubie. Nie patrz na mnie takim wzrokiem. To trwało zaledwie 
do pierwszej i zachowywaliśmy się bardzo przyzwoicie. Pomyślałam sobie, co by było, gdybym 
nagle   powiedziała:   „Kochany   Perry,   jesteś   jedynym   mężczyzną,   który   mnie   choć   trochę 
obchodzi. Może byśmy się tak pobrali?” Ciekawe, czy jak skończę osiemdziesiąt lat, będę 
żałowała, że tego nie powiedziałam?

— Mówiłaś, że Perry nic już dla ciebie nie znaczy.
— A ty mi uwierzyłaś? Emilko, dziękuj Bogu, że nie pochodzisz z Burnley ów.
Emilka pomyślała z goryczą,  że to niewiele  lepsze,  pochodzić z Murrayów. Gdyby nie 

murrayowska duma, poszłaby tamtego wieczoru do Teda  i to ona byłaby jutrzejszą panną 
młodą, nie Ilza.

Jutro. Już jutro będzie musiała stanąć obok Teda i słuchać, jak on przysięga  dozgonną 

wierność innej kobiecie. Wszystko było przygotowane. Przyjęcie weselne zadowoliło nawet 
doktora Burnleya, który oznajmił:

— To ma być porządne wesele w dobrym, starym stylu, a nie żadne nowomodne przekąski. 

Może   państwo   młodzi   nie   będą   mieli   zbyt   wielkiego   apetytu,   ale   goście   jednak  posiadają 
żołądki. Przecież to pierwsze wesele od lat. Przynajmniej pod jednym względem jest tu jak w 
niebie: nie zawieramy małżeństw. Chcę prawdziwej uczty. Powiedzcie Laurze, żeby nie beczała 
na ślubie.

Ciotka Elżbieta z ciotką Laurą dopilnowały, żeby wysprzątano cały dom Burnleyów — po 

raz pierwszy od dwudziestu lat. Doktor kilka razy z naciskiem dziękował Bogu, że nie będzie 
musiał więcej przez to przechodzić, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Elżbieta i Laura 
zamówiły nowe satynowe suknie. Od tak dawna nie miały ku temu pretekstu.

Ciotka   Elżbieta   upiekła   torty   i   zatroszczyła  się   o  szynki   i   kurczęta.   Laura  przyrządziła 

kremy, galaretki i sałatki, które Emilka zaniosła do domu doktora. Zastanawiała się chwilami, 
czy to nie sen, z którego się obudzi, zanim… zanim…

— Chciałbym, żeby to zamieszanie wreszcie się skończyło — burczał kuzyn Jim. — Emilka 

zapracowuje się na śmierć. Popatrzcie tylko na jej oczy!

background image

IV

— Emilko, zostań ze mną na noc — prosiła Ilza. — Przysięgam, że nie zagadam cię na 

śmierć i nie będę płakać. Ale wyznam ci, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby ktoś 
zdmuchnął mnie jak świecę. Janka Askew była druhną Milly Hyslop i przepłakały razem całą 
noc przed ślubem. Wyobraź sobie taką orgię łez! Milly płakała, że wychodzi za mąż, a Janka 
pewnie dlatego, że nie wychodzi. Dzięki Bogu, Emilko, nigdy nie byłyśmy beksami. Wolimy 
walczyć niż płakać, prawda? Ciekawe, czy pani Kent przyjdzie na ślub. Przypuszczam, że nie. 
Ted mówi, że ona nawet o tym nie wspomina. Ale podobno zaszła w niej jakaś dziwna zmiana. 
Jest łagodniejsza, spokojniejsza, bardziej podobna do innych kobiet. Emilko, czy zdajesz sobie 
sprawę, że jutro o tej porze będę Ilzą Kent?

Tak, Emilka zdawała sobie z tego sprawę.
Nic już nie mówiły. Ale dwie godziny później, gdy leżąca bezsennie Emilka myślała, że jej 

przyjaciółka smacznie śpi, Ilza usiadła nagle na łóżku i w ciemności złapała ją za rękę.

— Emilko… gdyby tak można było położyć się spać jako panna i obudzić jako mężatka… 

jak by to było dobrze!

background image

V

Wstał świt — nadszedł dzień ślubu Ilzy. Ilza spała, kiedy Emilka wyśliznęła się z łóżka i 

zbliżyła do okna. Świt. Kępa ciemnych sosen nad wodą wydawała się pogrążona w ciszy. 
Powietrze drżało od muzyki elfów, wiatr muskał wydmy, w zatoce tańczyły bursztynowe fale, 
niebo na wschodzie rozkwitało, latarnia morska lśniła perłową bielą na tle jakby nieziemskiego 
nieba.   Za   niebieską   połacią   morza,   za   kwiatami   piany,   za   złocistą   mgiełką   spowijającą 
Wrotyczowy Łan. Ted, rozbudzony i wyczekujący, witał dzień, w którym miało się spełnić 
pragnienie jego serca. W duszy Emilki nie było żadnych pragnień, nadziei ani marzeń prócz 
jednego: żeby ten dzień dobiegł końca.

,,To pocieszające — pomyślała — kiedy coś staje się nieodwołalne”.
— Emilko… Emilko!
Emilka odwróciła się od okna.
— Cóż za piękny dzień, Ilzo! Słońce będzie ci przyświecało. Ilzo, co ci jest? Ty płaczesz!
— Nic na to… nie poradzę — zaszlochała Ilza. — Tego chyba nie można uniknąć. Muszę 

przeprosić   Milly.   Ale…   tak   się   potwornie   boję.   Piekielne   uczucie.   Myślisz,   że   to   by   mi 
pomogło, gdybym rzuciła się na podłogę i zaczęła wrzeszczeć?

— Czego się boisz? — zapytała Emilka z lekkim zniecierpliwieniem.
— Och,   tego,   że   pokażę   język  pastorowi!   —  Ilza   wyzywająco  wyskoczyła  z  łóżka.   — 

Czegóż by innego?

background image

VI

Co za poranek! Na zawsze pozostał dla Emilki koszmarnym wspomnieniem. Goście zjawili 

się wcześnie i witała ich z uśmiechem, który w końcu przykleił się jej do twarzy. Należało 
rozpakować i ustawić prezenty. Ilza rzuciła na nie obojętnym okiem, zanim poszła się przebrać.

— Kto przysłał ten serwis do herbaty? — spytała.
— Perry — odparła Emilka. Pomagała mu w wyborze prezentu. Był to serwis z cienkiej 

porcelany w delikatne różyczki,  z dołączonym bilecikiem,  pokrytym zamaszystym pismem 
Penyego: ,,Dla Ilzy z najlepszymi życzeniami od starego przyjaciela”.

Ilza z rozmysłem zaczęła podnosić sztukę po sztuce i ciskać na podłogę przed osłupiałą 

Emilka, która nie zdążyła jej powstrzymać.

— Ilzo! Oszalałaś?
— A masz! Co za rozkoszny brzdęk! Pozamiataj te skorupy, Emilko. To było równie dobre 

jak tarzanie się z wrzaskiem po ziemi. Nawet lepsze. Teraz mogę już brnąć przez to dalej.

Emilka   zdążyła   uprzątnąć   skorupy,   zanim   wpłynęła   do   pokoju   pani   Clarinda   Mitchell, 

spowita   w   jasnoniebieski   muślin   i   czerwony   szal.   Hoża,   uśmiechnięta,   dobroduszna   żona 
jednego z kuzynów. Wszystko ją interesowało. Od kogo to? Od kogo tamto?

— Będzie taką uroczą panną młodą! — westchnęła. — A Ted Kent to przepiękny chłopak! 

Idealne małżeństwo, nieprawdaż? Jak z powieści! Uwielbiam takie śluby. Dziękuję gwiazdom, 
że choć moja młodość już minęła, nie tracę kontaktu z młodzieżą. Jestem bardzo sentymentalna 
i nie ukrywam tego. Czy pończochy Ilzy naprawdę kosztowały czternaście dolarów?

Ciotka   Izabela   Hyslop,   z   domu   Mitchell,   miała   ponurą   minę.   Była   obrażona,   że   jej 

kosztowny   prezent   w   postaci   szklanek   z   rżniętego   szkła   ustawiono   obok   śmiesznych, 
staroświeckich szydełkowych serwetek kuzynki Annabelli. Dlatego patrzyła na wszystko od 
najgorszej strony.

— Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Ale coś mi mówi, że będą jakieś kłopoty. 

Można powiedzieć, że to przeczucie. Czy wierzycie w znaki? Dzisiaj przebiegł nam drogę 
duży,   czarny   kot.   A   na   drzewie   przy   wjeździe   w   aleję   wisiał   kawałek   starego   plakatu 
wyborczego. Wielkie, czarne litery głosiły. „Błękitna ruina”.

— Może pani to przyniesie pecha, ale na pewno nie Ilzie. Ciotka Izabela potrząsnęła głową. 

Nie życzyła sobie, by ją pocieszano.

— Podobno takiej sukni ślubnej jeszcze nie było na Wyspie Księcia Edwarda. Czy pani 

zdaniem taka ekstrawagancja jest na miejscu, panno Starr?

— To, co w tej sukni kosztowne, Ilza dostała w prezencie od ciotecznych babek ze Szkocji, 

pani Mitchell. A ponadto większość kobiet wychodzi za mąż tylko raz.

W tej samej chwili Emilka przypomniała sobie, że ciotka Izabela ma już trzeciego męża, i 

zaczęła się zastanawiać, czy czarne koty istotnie nie przynoszą pecha.

Ciotka Izabela oddaliła się ozięble i powiedziała później, że „ta Starrówna zrobiła się wprost 

nieznośna, odkąd wydała książkę. Uważa, że ma prawo wszystkich obrażać”.

Emilka nie zdążyła nawet podziękować losowi za odzyskaną swobodę, gdyż natychmiast 

wpadła   w   szpony   innych   Mitchellów.   Jedna   ciotka   krytykowała   prezent   innej   ciotki,   dwa 
wazony z ozdobnego, czeskiego szkła.

— Bessie Jane nigdy nie miała wiele rozumu. Co za niemądry wybór! Dzieci na pewno 

poobrywają i pogubią te ozdoby.

— Jakie dzieci?
— Te, które będą mieli, naturalnie.
— Panna Starr  opisze  to  w książce,  Matyldo  — ostrzegł   ją  mąż,   chichocząc.   A  potem 

szepnął do Emilki: — Dlaczego pani nie jest dzisiaj panną młodą? Jak to się stało, że Ilza odbiła 
pani kawalera, hę?

background image

VII

Emilka z ulgą pospieszyła na górę, żeby pomóc Ilzie się ubrać. Ale nawet tutaj zaglądały bez 

przerwy ciotki i kuzynki ze swą denerwującą paplaniną.

— Emilko, czy pamiętasz to pierwsze lato, kiedy kłóciłyśmy się, która z nas ma grać rolę 

panny młodej w naszych przedstawieniach? Teraz czuję się tak, jakbym grała pannę młodą. To 
wszystko jest takie nierealne.

Emilka czuła to samo. Ale już wkrótce będzie po wszystkim i nareszcie zostanie sama. Ilza 

w swej sukni była tak piękną panną młodą, że usprawiedliwiało to całe weselne zamieszanie. 
Jakże Ted musi ją kochać!

— Czy ona nie wygląda jak królowa? — szepnęła z zachwytem ciotka Laura.
Emilka, ubrana w swoją błękitną sukienkę, ucałowała zarumienioną twarz przyjaciółki pod 

koronkowym czepkiem i perłowym diademem.

— Ilzo, kochanie, nie myśl, że jestem beznadziejnie wiktoriańska, jeśli złożę ci życzenia, byś 

żyła „długo i szczęśliwie”.

Ilza uścisnęła jej rękę, lecz zaśmiała się przy tym nieco za głośno.
— Mam nadzieję, że nie przypominam ciotce Laurze królowej Wiktorii — szepnęła. — 

Zaczynam żywić straszliwe podejrzenie, że ciotka Janina Milburn modli się za mnie. Zdradził ją 
wyraz twarzy, kiedy podeszła mnie ucałować. Zawsze byłam wściekła na samą myśl o tym, że 
ktoś się za mnie modli. Emilko, wyświadcz mi ostatnią przysługę. Wyrzuć wszystkich z tego 
pokoju. Chcę na kilka minut zostać sama, zupełnie sama.

Emilce udało się spełnić jej prośbę. Ciotki i kuzynki sfrunęły na dół. Doktor Burnley czekał 

cierpliwie w hallu.

— Kiedy   wreszcie   będziecie   gotowe?   Ted   z   Halseyem   czekają   na   znak,   żeby   zejść   do 

salonu.

— Ilza chciała na chwilę zostać sama. O, ciociu Ido, jakże się cieszę! — zwróciła się Emilka 

do zażywnej damy, która ciężko dysząc wspinała się po schodach. — Obawialiśmy się już, że 
stało się coś złego.

— I stało się! — sapnęła ciotka Ida, która w rzeczywistości była daleką kuzynką. Nie mogła 

złapać tchu, ale była uszczęśliwiona. Zawsze lubiła przynosić świeże wiadomości, zwłaszcza 
nieprzyjemne.   —  Doktor  nie   mógł   przyjechać…  Musiałam  wziąć   taksówkę.   Biedny  Perry 
Miller…   Znacie   go,   prawda?   Taki   zdolny   chłopak!   Zabity   godzinę   temu   w   kraksie 
samochodowej!

Emilka stłumiła okrzyk, rzucając przerażone spojrzenie ku drzwiom pokoju Ilzy. Były lekko 

uchylone.

— Perry Miller zabity! — powtórzył doktor Burnley. — Dobry Boże, to potworne!
— No, prawie zabity. Pewnie już nie żyje… Był nieprzytomny, kiedy go zabierali. Zawieźli 

go do szpitala w Charlottetown i zadzwonili po Billa, który oczywiście zaraz pojechał. Całe 
szczęście, że Ilza nie wychodzi za lekarza. Czy zdążę się przebrać przed uroczystością?

Emilka,   tłumiąc   bolesny   niepokój   o   Perry’ego,   zaprowadziła   ciotkę   Idę   do   gościnnego 

pokoju i wróciła do doktora Burnleya.

— Żeby   tylko  Ilza  się   nie  dowiedziała!   —  ostrzegł  niepotrzebnie  doktor.   —  To   by  jej 

zepsuło ślub. Perry był jej bliskim przyjacielem. I może byście się trochę pospieszyły? Już jest 
po czasie.

Emilka, coraz bardziej pod wrażeniem, że to jakiś koszmarny sen, podeszła do drzwi Ilzy i 

zapukała. Nikt nie odpowiadał. Otworzyła drzwi. Na podłodze zobaczyła porzucony welon i 
bezcenny bukiet orchidei, który musiał kosztować Teda więcej niż cała wyprawa niejednej 
panny   młodej   z   rodziny   Murrayów   czy   Burnleyów.   Ilza   zniknęła.   Okno   nad   kuchennym 
daszkiem było otwarte.

background image

— Co   się   dzieje?   —   zawołał   zniecierpliwiony   doktor   Burnley,   wychodząc   Emilce 

naprzeciw. — Gdzie Ilza?

— Nie ma jej — odparła tępo Emilka.
— Jak to nie ma? Dokąd poszła?
— Do Perry’ego Millera — Emilka domyśliła się natychmiast. — Ilza słyszała, co mówiła 

ciotka Ida, i…

— Do wszystkich diabłów! — wykrzyknął doktor Burnley.

background image

VIII

Po   chwili   w   całym   domu   zapanowała   konsternacja,   a   osłupiali   goście   wykrzykiwali   i 

zadawali pytania. Doktor Burnley stracił głowę i dał upust uczuciom, miotając przekleństwa i 
nie zważając na obecność dam.

Nawet ciotka Elżbieta była bezradna. Nic podobnego jeszcze się jej nie zdarzyło. Wprawdzie 

Julia Murray uciekła z domu, ale przynajmniej wyszła za mąż. Żadna panna młoda w rodzinie 
nie uczyniła czegoś takiego. Tylko Emilka zachowała pewną zdolność trzeźwego myślenia i 
działania. To ona dowiedziała się od młodego Roba Mitchella, w jaki sposób Ilza uciekła. 
Parkował właśnie swój samochód na podwórzu.

— Zobaczyłem, jak wyskakuje przez okno z trenem zarzuconym na ramiona. Zsunęła się po 

dachu i zeskoczyła na ziemię jak kot, a potem pobiegła przed siebie alejką, wpakowała się do 
auta Kena Mitchella i ruszyła, jakby sam diabeł ją ścigał. Pomyślałem, że chyba oszalała.

— Bo   tak   było…  w   pewnym   sensie.   Rob,   musisz   po   nią   pojechać.   Poczekaj.   Powiem 

doktorowi, żeby zabrał się z tobą. Ja muszę tu zostać i wszystkiego dopilnować. Pospiesz się, 
proszę.   Do   Charlottetown   jest   zaledwie   czternaście   mil.   Obrócisz   w   godzinę.   Musisz   ją 
przywieźć z powrotem. Powiem gościom, żeby zaczekali.

— Nie poradzisz sobie z tym bałaganem, Emilko — przepowiedział jej Rob.

background image

IX

Upłynęła godzina. Doktor Burnley z Robem wrócili sami. Ilza odmówiła przyjazdu — i 

koniec. Perry Miller nie został zabity, nie był nawet poważnie ranny, ale Ilza nie chciała wrócić. 
Powiedziała ojcu, że zamierza poślubić Perry’ego Millera i nikogo innego.

Doktor stał w hallu na piętrze, otoczony przerażonymi i bliskimi płaczu kobietami. Były tam 

ciotka Elżbieta, ciotka Laura, ciotka Ruth i Emilka.

— Gdyby jej matka żyła, to by się pewnie nie zdarzyło — powiedział oszołomiony doktor. 

— Nigdy mi nie przyszło do głowy, że ona coś czuje do tego Millera. Szkoda, że nikt w porę 
nie   skręcił   karku   Idzie   Mitchell.   O   tak,   płacz   sobie,   płacz!   —   zwrócił   się   gniewnie   do 
nieszczęsnej ciotki Laury. — Na co się zda twoje szlochanie? Co za piekielny bałagan! Ktoś 
powinien powiadomić Kenta… Przypuszczam, że ja to muszę zrobić. I trzeba nakarmić tych 
głupków na dole. Przynajmniej połowa z nich tylko po to tu przyjechała. Emilko, wydaje mi się, 
że jesteś jedyną istotą na świecie, której pozostała odrobina rozsądku. Bądź tak dobra i zajmij 
się tym.

Emilka nie miała skłonności do histerii, ale po raz drugi w życiu poczuła, że jedyne, co może 

zrobić, to krzyczeć tak głośno i długo, jak tylko się da. W tej sytuacji jedynie krzyk mógłby 
oczyścić atmosferę. Ale zamiast tego rozsadziła gości przy stołach. Podniecenie opadło trochę, 
gdy   się   przekonali,   że   nie   zostaną   pozbawieni   wszystkiego.   Ucztę   weselną   trudno   byłoby 
jednak nazwać wesołą.

Nawet   ci,   którzy   byli   głodni,   doznawali   przykrego   wrażenia,   że   najadanie   się   w   tych 

okolicznościach byłoby czymś niewłaściwym. Nikt nie rozkoszował się przysmakami, prócz 
starego wuja Toma Mitchella, który przychodził na śluby wyłącznie ze względu na jedzenie i 
nie dbał o to, czy ceremonia się odbyła czy nie. Panny młode pojawiały się i znikały, ale 
porządny   posiłek   zostawał   w   żołądku.   Jadł   więc   spokojnie   i   do   syta,   od   czasu   do   czasu 
potrząsając poważnie głową i pytając: „Czemu te kobiety mają takie miny?”

Ciotka Izabela rozprawiała o przeczuciach, ale nikt jej nie słuchał. Większość gości milczała, 

w obawie, że powiedzą coś niewłaściwego. Wuj Oliwer pomyślał, że pamięta niejedną stypę 
weselszą   niż   to   przyjęcie.   Kelnerki   biegały   w   pośpiechu   i   zamęcie,   popełniając   przy   tym 
niedorzeczne omyłki. Pani Derwent, młoda i ładna żona nowego pastora, była bliska łez. A 
właściwie miała już łzy w oczach. Być może liczyła na ślubne datki, a ich utrata oznaczała, że 
nie kupi sobie nowego kapelusza. Emilka, spoglądając na nią przy podawaniu galaretki, omal 
nie parsknęła śmiechem. Było to pragnienie równie histeryczne jak przedtem, gdy miała ochotę 
krzyczeć.   Ale   jej   zimna,   blada   twarz   zachowała   kamienny   wyraz.   Goście   ze   Shrewsbury 
stwierdzili, że jest równie wzgardliwa i obojętna jak zawsze. Czy ta dziewczyna była w stanie 
czuć cokolwiek?

Emilka przez cały czas zadawała sobie tylko jedno pytanie: gdzie jest Ted? Co czuje, co 

myśli, co robi? Nienawidziła Ilzy za to, że sprawiła mu ból, że go upokorzyła. Nie wyobrażała 
sobie, jak po tym życie może toczyć się dalej. Było to jedno z takich wydarzeń, które muszą 
zatrzymać czas.

background image

X

— Co za dzień! — szlochała ciotka Laura, kiedy o zmierzchu wracały do domu. — Co za 

wstyd! Co za skandal!

— Allan Burnley jest sam sobie winien — stwierdziła ciotka Elżbieta. — Zawsze pozwalał 

Ilzie robić, co jej się żywnie podobało. Nikt jej nie nauczył panowania nad sobą. Zawsze robiła 
wszystko, na co jej przyszła ochota. Żadnego poczucia odpowiedzialności.

— Ale skoro kocha Perry’ego — ujęła się za Ilzą ciotka Laura.
— Dlaczego więc zgodziła się wyjść za Teda Kenta? I żeby potraktować go w ten sposób! 

Nie, nie wymyślaj dla niej usprawiedliwienia. Pomyśleć tylko, panna Burnley szuka męża w 
Piecykowej Rurze!

— Ktoś musi się zająć odesłaniem prezentów — jęknęła ciotka Laura. — Zamknęłam na 

klucz pokój, w którym zostały złożone. Nigdy nie wiadomo… w takich okolicznościach…

Emilka   wreszcie   znalazła   się   sama   w   pokoju.   Była   zbyt   oszołomiona,   wstrząśnięta   i 

wyczerpana, żeby czuć cokolwiek. Duży, okrągły, pasiasty kłębek na jej łóżku rozwinął się i 
szeroko rozdziawił różowy pyszczek.

— Prym — przemówiła Emilka — jesteś jedyną stałą i prawdziwą istotą na tym świecie.
Spędziła  przykrą,  bezsenną noc, zapadając  o świcie   w krótką  drzemkę. Obudziła  się w 

nowym   świecie,   który   należało   uporządkować.   A   ona   była   zbyt   zmęczona,   żeby   się   o   to 
troszczyć.

background image

R

OZDZIAŁ

 26

I

Ilza nie wyglądała na osobę szukającą usprawiedliwienia, gdy dwa dni później wkroczyła 

niespodziewanie do pokoju Emilki. Była zarumieniona, pewna siebie i tryumfująca.

Emilka utkwiła w niej oczy.
— I cóż, trzęsienie ziemi chyba już minęło. Czy coś ocalało?
— Ilzo! Jak mogłaś?
Ilza wyjęła z torebki notes i udała, że do niego zagląda.
— Zapisałam   sobie   w   punktach,   co   powiesz.   To   był   punkt   pierwszy.   Powiedziałaś   to. 

Następny brzmi: „Czy się nie wstydzisz?” Powiem ci, że nie — dodała Ilza zuchwale.

— Wiem o tym. Dlatego cię nie pytam.
— Nie wstydzę się i nie jest mi przykro. Może tylko trochę mi przykro, że nie jest mi 

przykro. I jestem bezwstydnie szczęśliwa. Domyślam się, że zepsułam przyjęcie. Wszystkie 
stare kocice na pewno nie posiadają się z radości. Taki kąsek trafia się raz w życiu.

— Jak myślisz, co czuje Ted? — spytała surowo Emilka.
— A   co   czuł   Dean?   Jest   takie   stare   przysłowie   o   kotle   i   garnku.   Emilka   oblała   się 

rumieńcem.

— Wiem, że skrzywdziłam Deana, ale…
— Ale nie porzuciłaś go przed ołtarzem! To prawda. Tylko że ja w ogóle nie myślałam o 

Tedzie, kiedy usłyszałam, co ciotka Ida mówi o Perrym. Oszalałam. Miałam tylko jedno w 
głowie. Zobaczyć Perry’ego ostatni raz, zanim umrze. Musiałam. Kiedy tam dotarłam, okazało 
się, że, jak to powiadał Mark Twain, wiadomość o jego śmierci była grubą przesadą. Nie był 
nawet ciężko ranny. Siedział na łóżku, twarz miał posiniaczoną i zabandażowaną, i wyglądał 
jak sam diabeł. Czy chcesz usłyszeć, co było dalej, Emilko?

Ilza opadła na podłogę u stóp Emilki i przymilnie spojrzała jej w oczy.
— Skarbie, jaki to ma sens potępiać coś, co było nam i tak sądzone? To niczego nie zmieni. 

Kiedy przemykałam się cichutko na górę, zauważyłam w salonie ciotkę Laurę. Wyglądała, 
jakby całą noc przeleżała na dworze. Ale ty masz w sobie nie tylko murrayow—ską krew. Ty 
powinnaś  mnie  zrozumieć.   Nie musisz  współczuć Tedowi.   On mnie nie kocha,  zawsze to 
wiedziałam. Tylko jego duma została zraniona. Masz… oddaj mu ten szafir w moim imieniu, 
dobrze?   —   Wyraz   twarzy   Emilki   nie   spodobał   się   Ilzie.   —   Można   by   go   dołączyć   do 
szmaragdu Deana.

— Ted wyjechał do Montrealu nazajutrz po… po…
— Po ślubie, który się nie odbył — dokończyła Ilza. — Widziałaś się z nim, Emilko?
— Nie.
— Cóż, przeboleje to prędko, jeżeli pojedzie do Afryki zapolować na grubego zwierza. 

Zamierzam wyjść za Perry’ego w przyszłym roku. To już ustalone. Jak tylko go zobaczyłam, 
rzuciłam mu się na szyję i pocałowałam. Mój tren rozpostarł się imponująco na podłodze. 
Pielęgniarka   zapewne   myślała,   że   uciekłam   z   prywatnego   zakładu   doktora   Percy’ego.   Ale 
wyprosiłam ją z pokoju. Powiedziałam Perry’emu, że go kocham i że nigdy, przenigdy nie 
wyjdę za Teda Kenta. A potem on mi się oświadczył, a może to ja mu się oświadczyłam… albo 
raczej żadne z nas nic nie powiedziało, po prostu zrozumieliśmy. Naprawdę nie pamiętam, 
które z nas się oświadczyło, i nic mnie to nie obchodzi. Emilko, gdybym umarła, to ożyłabym 
na nowo pod spojrzeniem Perry’ego. Wiem, oczywiście, że zawsze uganiał się za tobą, ale teraz 
pokocha mnie tak, jak nigdy nie kochał ciebie. Jesteśmy dla siebie stworzeni.

— Perry nigdy nie był we mnie naprawdę zakochany — powiedziała Emilka. — Po prostu 

background image

bardzo   mnie   lubił,   nic   więcej.   I   jeszcze   nie   wiedział,   że   to   nie   to   samo.   —  Spojrzała   w 
rozpromienioną twarz Ilzy i pod wpływem dawnej miłości do uroczej, przekornej przyjaciółki 
jej oczy i usta złagodniały. — Najdroższa, mam nadzieję, że zawsze będziesz szczęśliwa.

— Jakie to miłe i wiktoriańskie! — stwierdziła z zadowoleniem Ilza. — O, teraz już jestem 

spokojna, Emilko. Od tygodni żyłam w strachu, że jeśli umilknę choć na chwilę, to czmychnę 
gdzie pieprz rośnie. I nie przeszkadza mi wcale, że ciotka Janina modli się za mnie. Przeciwnie, 
mam nadzieję, że to robi.

— A co mówi twój ojciec?
— Och, tata — Ilza wzruszyła ramionami. — Wciąż tkwi w szponach rodowej złości. Nie 

odzywa się do mnie. Ale to mu przejdzie. Jest winien temu, co się stało, w takiej samej mierze 
jak ja. Wiesz, że nigdy w życiu nie prosiłam nikogo o pozwolenie. Po prostu robiłam, co 
chciałam. Ojciec nie zabraniał mi niczego. Najpierw dlatego, że mnie nienawidził, a potem 
dlatego, że chciał mi to wynagrodzić.

— Będziesz chyba musiała od czasu do czasu prosić Perry’ego o pozwolenie.
— Nie mam nic przeciwko temu. Zdziwisz się, jaką będę posłuszną żoną. Teraz wyjeżdżam, 

oczywiście, i mam zamiar wrócić do pracy. Za rok ludzie zapomną o wszystkim, a my z Perrym 
weźmiemy gdzieś cichy ślub, bez koronkowych welonów, wschodnich trenów i rodzinnych 
biesiad. Boże, co za ulga!  Jeszcze dziesięć  minut, a byłabym żoną Teda. Pomyśl, jaki by 
wybuchł skandal, gdyby ciotka Ida zjawiła się później. Bo ja zrobiłabym dokładnie to samo, 
wiesz?

background image

II

Lato było trudnym okresem dla Emilki. Przedtem cierpienie wypełniało jej życie i kiedy 

zniknęło,   pozostawiło   po   sobie   pustkę.   Wychodzenie   dokądkolwiek   było   dla   niej   męką. 
Wszyscy mówili o ślubie, wypytywali, zastanawiali się, snuli domysły. W końcu jednak plotki 
na temat wybryku Ilzy wygasły, wrzawa przycichła i ludzie zaczęli mówić o czym innym. 
Emilkę pozostawiono samą sobie.

Samą? Tak, niewątpliwie. Była teraz sama. Miłość i przyjaźń odeszły na zawsze. Została 

jedynie   ambicja.   Emilka   postanowiła   wrócić   do   pracy.   Życie   biegło   dawnym,   ustalonym 
trybem. Pory roku mijały jedna po drugiej. Wiosenne fiołki w dolinach, przepych kwitnącego 
lata, jesienne pieśni jodeł, blade ognie Mlecznej Drogi w zimowe noce; łagodne, kwietniowe 
nowie księżyca, mroczne piękno topól na tle srebrzystej poświaty, rozmowy morza i wiatru, 
samotne, żółte liście opadające w październikowym zmierzchu, blask księżyca w sadzie. Och, 
życie   wciąż   miało   swój   urok   i   nigdy   go   nie   utraci.   Nieśmiertelne,   niezniszczalne   piękno, 
którego  nie  mogły zaćmić   ani  splamić  ziemskie  namiętności.   Emilka   przeżywała cudowne 
chwile   natchnienia   i   tryumfu,   lecz   samo   piękno,   które   niegdyś   całkowicie   ją   zadowalało, 
przestało jej teraz wystarczać. Księżycowy Nów nie uległ zmianom, jakie zachodziły dokoła. 
Pani Kent wyjechała do Teda. Wrotyczowy Łan został sprzedany jako letni dom komuś z 
Halifaksu. Perry pojechał pewnej jesieni do Montrealu i wrócił razem z Ilzą. Wiedli szczęśliwe 
życie w Charlottetown, a Emilka często ich odwiedzała, zręcznie unikając matrymonialnych 
pułapek, nieustannie zastawianych przez Ilzę. W rodzinie pogodzono się już z myślą, że Emilka 
nie wyjdzie za mąż.

— Kolejna stara panna w Księżycowym Nowiu — stwierdził z właściwym sobie wdziękiem 

wuj Wallace.

— A przecież miała tylu konkurentów — powiedziała z goryczą ciotka Elżbieta. — Pan 

Wallace, Aylmer Vincent, Andrzej…

— Ale skoro ich… nie kochała — zająknęła się ciotka Laura.
— Lauro, nie musisz być… nietaktowna.
Stary   Kelly,   który   nadal   objeżdżał   okolicę   —   „i   będzie   to   czynił   aż   do   dnia   Sądu 

Ostatecznego”, jak stwierdziła Ilza — przestał dokuczać Emilce małżeństwem, choć od czasu 
do czasu napomykał ponuro i z ubolewaniem o „ropuszej maści”. Ale już nie mrugał i nie kiwał 
znacząco głową. Zamiast tego wypytywał Emilkę z powagą, nad jaką książką obecnie pracuje, 
po czym odjeżdżał, potrząsając siwą, rozczochraną głową.

— Co ci mężczyźni sobie myślą? Wio, starucho, wio!
Byli jednak tacy, którzy myśleli o Emilce. Andrzej, obecnie dziarski, młody wdowiec, byłby 

przybiegł na jej pierwsze skinienie, lecz Emilka nie ruszyła nawet palcem. Graham Mitchell ze 
Shrewsbury niewątpliwie żywił wobec niej pewne zamiary. Emilka nie chciała go, ponieważ 
miał   lekkiego   zeza.   Tak   przynajmniej   uważali   Murrayowie.   Nie   potrafili   wymyślić   innej 
przyczyny, dla której Emilka odrzuciła tak dobrą partię. Mieszkańcy Shrewsbury orzekli, że 
opisała  go  w  swej   nowej  powieści   i  „zwodziła  go”  tylko,   żeby „zdobyć  materiał”.  Znany 
„milioner”, który wrócił z Klondike, przez całą zimę zabiegał o jej względy, lecz wiosną znikł z 
horyzontu. — Odkąd wydała te swoje książki, nikt nie jest dla niej dość dobry — mawiano w 
Perlistej Wodzie.

Ciotka   Elżbieta   nie   żałowała   milionera   z   Klondike.   W   końcu   to   tylko   Butterworth   z 

Balladowego Stawu, a kimże byli Butterworthowie? Ciotka Elżbieta zawsze zachowywała się 
tak,   jakby   w   ogóle   nie   istnieli.   Być   może   wydawało   się   im,   że   istnieją,   ale   Murrayowie 
wiedzieli lepiej. Nie mogła jednak pojąć, dlaczego Emilka nie chce pana Mooresby’ego z firmy 
Mooresby i Parker, w Charlottetown. Wyjaśnienie, że pan Mooresby nigdy nie będzie w stanie 
zatrzeć faktu, iż kiedyś jego zdjęcie reklamowało w gazetach odżywkę Perkinsa dla niemowląt, 

background image

wydało się ciotce absolutnie niewystarczające. W końcu przyznała, że nie potrafi zrozumieć 
młodszego pokolenia.

background image

III

O Tedzie nie miała Emilka żadnych wiadomości. Czasami tylko czytała w gazetach, że 

wspina się coraz wyżej po szczeblach kariery. Zyskał międzynarodową sławę jako portrecista. 
Nie robił już ilustracji do czasopism i Emilka nie musiała oglądać własnej twarzy, oczu lub 
uśmiechu, spoglądających ku niej niespodziewanie z jakiejś przypadkowej stronicy.

Pewnej zimy umarła pani Kent. Przedtem jeszcze napisała do Emilki krótki list, po raz 

pierwszy i jedyny.

„Jestem umierająca, Emilko. Po mojej śmierci powiedz Tedowi o liście. Próbowałam sama 

to zrobić, ale nie mogłam. Nie potrafiłam powiedzieć o tym mojemu synowi. Powiedz mu to w 
moim imieniu”.

Emilka odłożyła list ze smutnym uśmiechem. Na to było już za późno. Ted dawno przestał 

się nią interesować. A ona… zawsze będzie go kochała. I choć on się o tym nie dowie, miłość ta 
przez   całe   życie   będzie   mu   towarzyszyła   jak   niewidzialne,   niepojęte,   lecz   wyczuwalne 
błogosławieństwo, chroniące go przed chorobą, krzywdą i złem.

background image

IV

Tej samej zimy rozeszła się pogłoska, jakoby Jim Butterworth z Balladowego Stawu zakupił 

albo   zamierzał   kupić   Rozczarowany   Dom.   Podobno   chciał   go   przenieść,   rozbudować   i 
poszerzyć, a następnie umieścić w nim jako gospodynię pewną hożą, zapobiegliwą pannę z 
Balladowego Stawu, znaną jako „Mabel od Jerzego Bridge’a”. Emilka słuchała tych plotek z 
bolesnym niepokojem. Wieczorem, w chłodnym, wiosennym zmierzchu wymknęła się z domu i 
jak niespokojny duch pospieszyła mroczną, zarośniętą ścieżką między świerkami ku frontowej 
bramie domku. Przecież to niemożliwe, żeby Dean go sprzedał! Dom należał do wzgórza. Nie 
można było wyobrazić sobie wzgórza bez niego.

Jakiś czas temu Emilka poprosiła ciotkę Laurę, by pomogła zabrać stamtąd jej rzeczy — 

wszystkie z wyjątkiem zwierciadlanej kuli. Nie chciała jej więcej oglądać. Kula zapewne nadal 
tam wisiała, a jej srebrzysta powierzchnia odbijała w niewyraźnym świetle, wpadającym przez 
szpary w okiennicach, ten sam salon, w którym Emilka rozstała się z Deanem. Mówiono, że 
Dean nie zabrał stamtąd ani jednej rzeczy. Wszytko, co przywiózł, pozostało na miejscu.

Mały domek musiał być bardzo zziębnięty. Tak dawno nie płonął w nim ogień! Wydawał się 

taki opuszczony, samotny, zrozpaczony. Ciemne okna, ścieżki zarosłe trawą, chwasty pieniące 
się bujnie wokół dawno nie otwieranych drzwi.

Emilka   wyciągnęła   ramiona,   jakby   pragnęła   objąć   nimi   dom.   Prym   mruczał   błagalnie, 

ocierając   się   o   jej   nogi.   Nie   przepadał   za   spacerami   w   chłodzie   i   wilgoci.   Kominek   w 
Księżycowym Nowiu był lepszym miejscem dla niemłodego już kota. Emilka wzięła staruszka 
na ręce i posadziła na przekrzywionym słupku.

— Prym — powiedziała  — w tym domu jest  kominek, na którym leżą popioły dawno 

wygasłego ognia. Kominek, przy którym koty powinny się wygrzewać, a dzieci marzyć. Ale to 
niemożliwe,   ponieważ   Mabel   nie   lubi   kominków,   które   są   pełne   brudu   i   kurzu.   Olejowe 
grzejniki są znacznie cieplejsze i bardziej opłacalne. Czy nie żałujesz, powiedz szczerze, że 
obydwoje   nie   jesteśmy   rozsądnymi   stworzeniami,   zdolnymi   docenić   zalety   olejowych 
grzejników?

background image

R

OZDZIAŁ

 27

I

Przyszedł nieoczekiwanie pewnego czerwcowego wieczoru. Dawny zew, dwie wyższe nuty i 

jedna niska, długa i miękka. Emilka Starr, która siedziała w rozmarzeniu przy oknie, usłyszała 
go i zerwała się blednąc gwałtownie. To z pewnością złudzenie! Ted Kent przebywał tysiące 
mil stąd, na Wschodzie — przeczytała o tym w montrealskiej gazecie. Tak, to się jej tylko 
wydawało, wyobraziła to sobie.

Sygnał   odezwał   się   ponownie.   Emilka   wiedziała   już,   że   Ted   tam   jest,   czeka   na  nią  w 

zagajniku   Dumnego   Jana,   wzywa   ją   poprzez   lata.   Zeszła   powoli   na   dół   i   minęła   ogród. 
Oczywiście, że Ted tam był. Stał pod jodłami. To, że przyszedł do starego ogrodu, którego 
wciąż strzegły trzy lombardzkie topole, wydawało się rzeczą najnaturalniejszą w świecie. Most 
między latami nie był potrzebny. Przepaść nie istniała. Ted przyciągnął ją do siebie nie bawiąc 
się   w   konwencjonalne   powitania.   Przemówił   tak,   jakby   nie   dzieliły   ich   wspomnienia 
przeszłości.

— Nie mów mi, że nie możesz mnie pokochać. Możesz… musisz… Emilko! — Tu jego 

oczy napotkały jej promienne, księżycowe spojrzenie. — Przecież ty mnie kochasz!

background image

II

— To straszne, że takie drobiazgi są źródłem nieporozumień — wyznała Emilka po kilku 

minutach… a raczej godzinach.

— Przez całe życie próbowałem ci powiedzieć, że cię kocham — powiedział Ted. — Czy 

pamiętasz ten wieczór na Jutrzejszej Drodze, dawno temu, kiedy skończyliśmy szkołę średnią? 
Próbowałem zebrać całą odwagę, żeby cię zapytać, czy na mnie zaczekasz, a ty powiedziałaś, 
że nocne powietrze ci szkodzi, i poszłaś do domu. Pomyślałem, że to tylko pretekst, aby się 
mnie pozbyć, bo wiedziałem, że nocne powietrze wcale ci nie szkodzi. To mnie zniechęciło na 
całe lata. Wiadomość o tobie i Aylmerze Vincencie była dla mnie wielkim wstrząsem. Matka 
napisała, że jesteście zaręczeni. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że wcale nie należysz do 
mnie. A tej zimy, kiedy chorowałaś… wprost szalałem. Byłem we Francji, nawet nie mogłem 
cię zobaczyć. Pisano mi, że Dean Priest jest bez przerwy przy tobie i prawdopodobnie ożeni się 
z tobą, kiedy wyzdrowiejesz. Potem dowiedziałem się, że wychodzisz za niego. Nie chcę nawet 
o tym mówić. Ale kiedy właśnie ty, ty ocaliłaś mnie przed śmiercią na pokładzie „Flawiana”, 
wiedziałem już, że należysz do mnie nieodwołalnie, choćbyś nawet nie zdawała sobie z tego 
sprawy. Próbowałem potem raz jeszcze, tamtego ranka nad wodą… i znowu odtrąciłaś mnie 
bezlitośnie. Strząsnęłaś moją rękę, jakby to był wąż, i nie odpisałaś na mój list. Dlaczego, 
Emilko? Przecież mówisz, że zawsze mnie kochałaś…

— Nie dostałam tego listu.
— Jak to? Wysłałem go pocztą…
— Wiem. Muszę ci powiedzieć… Ona chciała, żebyś się dowiedział…
Emilka opowiedziała krótko, co się wydarzyło.
— Moja matka? Zrobiła coś takiego?
— Nie możesz jej osądzać zbyt surowo, Ted. Wiesz, że nie była taka, jak inne kobiety. Jej 

kłótnia z twoim ojcem… może wiesz…

— Wiem. Opowiedziała mi o tym w Montrealu. Ale to, Emilko…
— Po prostu zapomnijmy i przebaczmy. Była taka zagubiona i nieszczęśliwa, że sama nie 

wiedziała, co robi. A ja… ja byłam zbyt dumna, żeby przyjść do ciebie, kiedy wzywałeś mnie 
po raz ostatni. Chciałam iść, ale myślałam, że tylko się mną bawisz.

— Wtedy ostatecznie straciłem nadzieję.  Zbyt często mnie zawodziła.  Widziałem  cię w 

oknie i wydawało mi się, że jaśniejesz tam jak lodowata, zimowa gwiazda. Wiedziałem, że 
mnie słyszysz. Pierwszy raz nie przyszłaś na nasz stary sygnał. Nic mi nie pozostawało, tylko 
zapomnieć o tobie, jeśli zdołam. Wydawało mi się, że zapomniałem… z wyjątkiem chwil, kiedy 
spoglądałem na Wegę z gwiazdozbioru Liry. Czułem się samotny. Ilza była bliską przyjaciółką. 
A   poza   tym   myślałem,   że   będę   mógł   rozmawiać   z   nią   o   tobie,   że   pozostanę   dla   ciebie 
przynajmniej mężem kogoś, kto jest ci drogi. Wiedziałem, że Ilza mnie nie kocha, że jestem dla 
niej   tylko   nagrodą   pocieszenia.   Wydawało   mi  się   jednak,   że   jakoś   ułożymy  sobie   życie   i 
ochronimy się wzajemnie przed straszliwą samotnością. A potem — Ted parsknął śmiechem — 
kiedy „porzuciła mnie przed ołtarzem”, jak to określiła Berta Clay, byłem wściekły. Tak mnie 
ośmieszyć!   Mnie,   osobę   znaną   i   cenioną   w   świecie!   Słowo   daję,   znienawidziłem   wtedy 
wszystkie   kobiety,   i   było   mi   przykro.   Bardzo   polubiłem   Ilzę.   Nawet   ją   pokochałem…  w 
pewnym sensie.

„W pewnym sensie”… Dla Emilki nie był to powód do zazdrości.

background image

III

— Mnie by nie odpowiadało zbieranie resztek po Ilzie — zauważyła ciotka Elżbieta.
Emilka rzuciła jej jedno ze swych dawnych, gwiaździstych spojrzeń.
— Resztki po Ilzie? Ted zawsze należał do mnie, a ja do niego. Sercem, duszą i ciałem — 

odparła.

Ciotka Elżbieta zadrżała. Można sobie odczuwać takie rzeczy, ale mówienie o nich jest 

nieprzyzwoite.

— Zawsze była przebiegła — stwierdziła ciotka Ruth.
— Niech ona weźmie ten ślub jak najszybciej, zanim znowu się rozmyśli — powiedziała 

ciotka Ada.

— Może nie będzie ocierać twarzy po jego pocałunkach — wtrącił wuj Wallace.
Ale   ogólnie   biorąc   klan   był   zadowolony.   Bardzo   zadowolony,   że   po   tych   wszystkich 

niepokojących   romansach   Emilka   wreszcie   się   „ustatkowała”   i   znalazła   sobie   „chłopca”, 
którego dobrze znali i który — o ile było im wiadomo — nie miał żadnych złych nawyków ani 
nieodpowiednich przodków. A ponadto nieźle zarabiał pędzlem.

— To rozumiem, to mi się podoba — wyraził swą aprobatę Stary Kelly.

background image

IV

Na krótko przed cichym ślubem w Księżycowym Nowiu przyszedł list od Deana. Gruby list 

z załącznikiem — aktem własności Rozczarowanego Domu wraz z wszystkim, co się w nim 
znajduje.

„To mój ślubny prezent dla Ciebie,  Gwiazdko. Ten dom nie może na zawsze pozostać 

rozczarowany. Chciałbym, żeby wreszcie ożył. Niech będzie letnim domem dla Ciebie i Teda. 
Pewnego dnia przyjadę do Was w odwiedziny. Chyba nie odmówicie mi przyjaznego kąta”.

— Jak to miło, że Dean… tak na to patrzy. I cieszę się, że jego ból minął.
Emilka stała u wylotu Jutrzejszej Drogi, patrząc w dolinę Perlistej Wody. Usłyszała za sobą 

szybkie   kroki   zbliżającego   się   Teda.   A   na   ciemnym   zboczu   wzgórza,   w   promieniach 
zachodzącego   słońca,   widziała   ukochany   szary   domek,   który   na   zawsze   przestał   był 
rozczarowany.


Document Outline