background image

Arthur Conan Doyle 

 
 

Srebrna gwiazda 

 
 
- Obawiam się, Watsonie, że będę musiał wyjechać - 
powiedział Holmes, kiedy  
zasiedliśmy do śniadania. 
- Wyjechać? Dokąd? 
- Do King" s Pyland w Dartmoor. 
Nie zdziwiło mnie to. Zastanawiałem się nawet, dlaczego 
dotąd nie zainteresował  
się tą nadzwyczajną sprawą, o której mówiła cała Anglia. Od 
świtu mój przyjaciel  
chodził po pokoju ze spuszczoną głową i zmarszczonymi 
brawiami, raz po raz  
nabijając fajkę mocnym czarnym tytoniem, nie reagując na 
moje pytania. Gazety  
przejrzał jedynie pobieżnie i cisnął je w kąt. Doskonale 
wiedziałem, co kryje  
się pod jego milczeniem. Tylko jedna sprawa mogła zmusić 
jego umysł do wytężonej  
pracy, a było nią zniknięcie faworyta wyścigów konnych o 
puchar Wessexu i  
morderstwo jego trenera. Kiedy więc oznajmił, że wybiera się 
na miejsce  
zdarzenia, odetchnąłem z ulgą. 
- Chętnie z tobą pojadę. Oczywiście, jeśli nie masz nic 
przeciwko temu. 

background image

- Wyświadczysz mi tym wielką przysługę, mój drogi Watsonie, 
i myślę, że nie  
będzie to stracony czas, bowiem pewne aspekty tej sprawy 
zapowiadają się  
niezwykle ciekawie. Mamy akurat tyle czasu, by złapać pociąg 
na dworcu  
Paddington, a po drodze opowiem ci, co wiem o tej sprawie. 
Byłbym wdzięczny,  
gdybyś zabrał ze sobą polową lornetkę. 
-  
Godzinę później siedzieliśmy w przedziale pierwszej klasy 
pociągu zmierzającego  
w kierunku Exeter. Holmes zagłębił się w lekturze nabytych na 
dworcu gazet. Oder 
- Dobrze jedziemy - oznajmił, patrząc w okno, a potem na 
zegarek. - Prędkość  
pociągu wynosi w tej chwili pięćdziesiąt trzy i pół mili na 
godzinę. 
- Nie zauważyłem słupów milowych - odparłem. 
- Ani ja. Ale słupy telegraficzne są ustawione w odległości 
sześćdziesięciu  
jardów od siebie, więc rachunek jest prosty. Chyba słyszałeś o 
zamordowaniu  
Johna Strakera i zniknięciu Srebrnej Gwiazdy. 
- Czytałem o tym w "Telegraph" i "Chronicie". 
- To jedna z tych spraw, w których sztuka dedukcji powinna 
służyć raczej  
analizowaniu istniejących faktów niż szukaniu nowych. 
Tragedia jest tak  
niezwykła i dotyczy tak wielu osób, że cierpimy na nadmiar 
domysłów i hipotez.  

background image

Trudność polega na tym, by oddzielić niepodważalne fakty od 
spekulacji  
reporterów. Potem, mając już solidne podstawy, będziemy 
musieli się zastanowić,  
jakie należy wyciągnąć wnioski i na czym opiera się cała 
tajemnica. We wtorek  
wieczorem otrzymałem telegram z zaproszeniem do 
współpracy od pułkownika Rossa,  
właściciela konia, i od inspektora Gregory'ego, który zajmuje 
się tą sprawą. 
- We wtorek wieczorem?! - wykrzyknąłem. - A dziś jest 
czwartek. Czemu w takim  
razie nie pojechałeś wczoraj? 
- Ponieważ, mój drogi Watsonie, popełniłem błąd, który 
zdarza się często, wbrew  
temu, co mógłby sądzić ktoś, kto zna mnie tylko z twoich 
pamiętników. Po prostu  
nie mogłem uwierzyć w to, że najpiękniejszy koń w Anglii 
może długo pozostawać w  
ukryciu, zwłaszcza w tak rzadko zamieszkanej okolicy jak 
północne Dartmoor. Z  
godziny na godzinę oczekiwałem wieści, że się odnalazł i że 
sprawca porwania  
jest również mordercą Johna Strakera. Jednak kiedy minął 
kolejny dzień i okazało  
się, że poza aresztowaniem młodego Fitzroya Simpsona 
niczego nie zrobiono,  
doszedłem do wniosku, iż nadszedł czas, bym wkroczył do 
akcji. Sądzę jednak, że  
wczorajszy dzień nie był stracony. 
- Masz już jakąś koncepcję? 

background image

- W każdym razie zebrałem podstawowe fakty. Przedstawię ci 
je, bo nic tak nie  
rozjaśnia w głowie, jak podzielenie się myślami z drugą osobą. 
Nie będziesz też  
mógł ze mną współpracować, jeśli nie poznasz całej sprawy. 
Odchyliłem się na poduszki, zaciągając cygarem, podczas gdy 
Holmes pochylił się  
w przód i rozpoczął swą opowieść. 
- Srebrna Gwiazda pochodzi od Somomy i jest równie 
wspaniała, jak jej sławny  
przodek. Ma teraz pięć lat i zdobyła już wszystkie nagrody na 
wyścigach,  
przynosząc sławę właścicielowi, pułkownikowi Rossowi. Do 
chwili zniknięcia była  
faworytem gonitwy o puchar Wessexu. Stawiano na nią trzy 
do jednego. Zawsze była  
głównym faworytem wyścigów i nigdy nie zawiodła swych 
kibiców, dlatego stawiano  
na nią olbrzymie sumy. To oczywiste, że byli też tacy, którym 
zależało, by  
Srebrna Gwiazda nie stanęła na starcie w przyszły wtorek. 
Wiedziano o tym również w King's Pyland, gdzie mieści się 
stajnia pułkownika, i  
podjęto wszelkie środki ostrożności. Trener John Straker był 
kiedyś dżokejem  
pułkownika Rossa, póki nie utył. Przez pięć lat służył u 
pułkownika jako dżokej  
i siedem jako trener, zyskując opinię pracowitego i uczciwego. 
Do pomocy miał  
trzech stajennych. Stajnia nie jest duża, liczy sobie zaledwie 
cztery konie.  

background image

Jeden z tych chłopców pełnił wartę w stajni, a pozostali spali 
na strychu. Cała  
trójka cieszyła się dobrą opinią. John Straker był żonaty i 
mieszkał w małym  
domku, około dwustu jardów od stajni. Nie miał dzieci, w 
gospodarstwie pomagała  
służąca. Powodziło mu się nieźle. Okolica jest odludna, ale 
jakieś pół mili w  
kierunku północnym znajduje się kolonia domków 
zbudowanych przez pewnego  
przesiębiorcę z Tavistock dla chorych i tych, którzy lubią 
czyste powietrze  
Dartmoor. Tavistock leży dwie mile na zachód, a po drugiej 
stronie wrzosowiska,  
w odległości również dwóch mil, mieści się stajnia wyścigowa 
Mapleton, należąca  
do lorda Back-watera, prowadzona przez Silasa Browna. Poza 
tym okolica jest  
dzika, odwiedzana jedynie przez wędrujących Cyganów. Tak 
oto 
wyglądała sytuacja do zeszłego poniedziałku, kiedy nastąpiła 
katastrofa. 
Tego wieczoru konie jak zwykle trenowano i napojono. 
Stajnię zamknięto o  
dziewiątej. Dwaj pomocnicy poszli do domu trenera na 
kolację, a trzeci, Ned  
Hunter, pozostał na straży. Kilka minut po dziewiątej służąca, 
Edith Baxter,  
zaniosła mu do stajni kolację złożoną z baraniego gulaszu. Nie 
dała mu nic do  

background image

picia, bo do stajni jest doprowadzona woda. Poza tym na 
służbie wolno było pić  
tylko wodę. Dziewczyna wzięła ze sobą latarnię, bo zapadł 
zmrok i ścieżka  
prowadziła przez wrzosowisko. 
Kiedy znajdowała się w odległości trzydziestu jardów od 
stajni, z ciemności  
wyłonił się mężczyzna i kazał jej się zatrzymać. Gdy wszedł w 
krąg światła,  
zobaczyła, że jest ubrany w szary tweedowy garnitur i beret. 
Miał też getry i  
ciężką laskę zakończoną gałką. Zaskoczyła ją bladość twarzy 
nieznajomego i  
nerwowe zachowanie. Jego wiek określiła na ponad 
trzydzieści lat. 
"Możesz mi powiedzieć, gdzie jestem? - zapytał. - Już miałem 
tu przenocować,  
kiedy zobaczyłem światło latarni". 
"Jest pan niedaleko stajni wyścigowej King" s Pyland" - 
odparła. 
"Naprawdę? Cóż za szczęśliwy traf! - wykrzyknął nieznajomy. - 
Pewnie niesiesz  
kolację chłopcu stajennemu, który dyżuruje w stajni. 
Chciałabyś zarobić na nową  
sukienkę? - Wyjął z kieszonki kamizelki złożoną kartkę papieru 
i podał  
dziewczynie. - Daj to stajennemu, a będziesz miała 
najpiękniejszą sukienkę na  
świecie". 
Dziewczyna minęła bez słowa nieznajomego i pobiegła prosto 
do okna, przez które  

background image

zwykle podawała posiłki. Było otwarte, a Hunter siedział w 
środku przy małym  
stole. Zaczęła mu opowiadać, co się stało, kiedy ponownie 
ukazał się nieznajomy. 
"Dobry wieczór - powiedział do stajennego. - Chciałbym 
zamienić z tobą słowo". 
Dziewczyna przysięga, że kiedy mówił, trzymał w dłoni kartkę 
papieru. 
"Na jaki temat?" - zapytał pomocnik. 
"Na temat sprawy, która pozwoli ci się wzbogacić - odparł 
tamten. - Wystawiacie  
do gonitwy w Wessex dwa konie: Srebrną Gwiazdę i Bayarda. 
Odpowiedz mi szczerze,  
a nie pożałujesz. Czy to prawda, że Bayard może prześcignąć 
Srebrną Gwiazdę i  
dlatego wasza stajnia postawiła na niego?" 
"A więc przyszedł pan tu na przeszpiegi! - krzyknął stajenny. - 
Pokażę panu, jak  
się z takimi obchodzimy". 
Pobiegł na drugi koniec stajni po psa, dziewczyna zaś rzuciła 
się pędem do domu.  
Biegnąc, odwróciła się i zobaczyła, że nieznajomy zagląda 
przez okno do stajni.  
Jednak chwilę później, kiedy Hunter wypadł z psem, już go nie 
było i chociaż  
chłopak obiegł budynek dookoła, nie znalazł po nim śladu. 
- Chwileczkę - przerwałem Holmesowi. - Czy ten chłopak 
zostawił w tym czasie  
drzwi do stajni otwarte? 
- Bardzo dobrze, Watsonie - mruknął mój towarzysz. - Ja 
również o tym  

background image

pomyślałem, dlatego wczoraj wysiałem telegram doDartmoor 
z prośbą o wyjaśnienie.  
Chłopak zamknął drzwi, zanim wyszedł ze stajni. Dodam, że 
okno było zbyt małe,  
by przez nie wejść. 
Hunter zaczekał, aż wrócą jego współtowarzysze, po czym 
powiadomił trenera o  
tym, co zaszło. Strakera zdenerwowała ta informacja, choć, 
zdaje się, nie zdawał  
sobie sprawy z jej konsekwencji. Jednak był niespokojny, bo 
pani Straker,  
obudziwszy się o pierwszej w nocy, zobaczyła, że mąż się 
ubiera. Na pytanie żony  
odpowiedział, że niepokoi się o konie i zamierza pójść do 
stajni, by sprawdzić,  
czy wszystko w porządku. Błagała, żeby nie wychodził, bo 
usłyszała krople  
deszczu uderzające o szyby, lecz zignorował jej prośby, włożył 
płaszcz  
nieprzemakalny i wyszedł z domu. 
Obudziła się o siódmej rano i stwierdziła, że mąż jeszcze nie 
wrócił. Ubrała się  
pospiesznie, zawołała służącą i razem poszły do stajni. Drzwi 
były otwarte, a w  
środku na krześle spał Hunter w stanie kompletnego 
zamroczenia. Boks faworyta  
był pusty i ani śladu po trenerze. 
Pani Straker zbudziła stajennych, którzy nocowali w sieczkarni 
nad składem  
uprzęży. Niczego jednak nie słyszeli, bo mocno spali. Hunter 
był najwyraźniej  

background image

pod wpływem jakiegoś narkotyku, więc zostawiono go w 
spokoju. Obie kobiety i  
chłopcy rozbiegli się w poszukiwaniu trenera i konia. 
Przypuszczali, że Straker  
wyprowadził Srebrną Gwiazdę na wczesny trening, lecz po 
wejściu na pobliskie  
wzgórze, z którego roztaczał się widok na wrzosowiska, nie 
zauważyli śladu  
konia, za to spostrzegli coś, co ich przeraziło. 
Jakieś ćwierć mili od stajni na krzaku żarnowca trzepotał 
płaszcz Johna  
Strakera. Tuż za nim, w niewielkim zagłębieniu, leżało ciało 
nieszczęsnego  
trenera. Głowę miał roztrzaskaną uderzeniem jakiegoś 
ciężkiego przedmiotu i  
długą ranę na udzie, wyglądającą jak cięcie czymś ostrym. 
Wszystko wskazywało na  
to, że Straker bronił się rozpaczliwie, bo w prawej ręce ściskał 
nóż, umazany  
krwią aż po rękojeść, a w lewej czerwono-czarny jedwabny 
krawat, który służąca  
widziała wczoraj u nieznajomego. Również Hunter, kiedy 
oprzytomniał, rozpoznał  
ten krawat. Twierdził, że ten sam człowiek musiał mu wsypać 
narkotyku do  
gulaszu. Jeśli chodzi o konia, to w błocie na dnie wgłębienia 
znaleziono liczne  
ślady kopyt. Zwierzę jednak zniknęło. Nie pomogło 
wyznaczenie wysokiej nagrody i  
zaangażowanie w poszukiwania wszystkich Cyganów z 
Dartmoor. Poza tym analiza  

background image

resztek kolacji Huntera wykazała obecność znacznej ilości 
sproszkowanego opium.  
Tymczasem reszta domowników po zjedzeniu gulaszu nie 
odczuła żadnych sensacji. 
Oto główne fakty, bez upiększeń i hipotez. A teraz opowiem 
ci, co w tej sprawie  
zdziałała policja. 
Inspektor Gregory, któremu powierzono sprawę, to ze wszech 
miar kompetentny  
oficer. Gdyby tylko natura obdarzyła go wyobraźnią, mógłby 
zajść wysoko w swoim  
zawodzie. Po przybyciu na miejsce odnalazł i aresztował 
człowieka, na którego  
przede wszystkim padło podejrzenie. Nietrudno go było 
znaleźć, bowiem mieszkał w  
jednym z tych wspomnianych przeze mnie domków. Nazy- 
wa się Fitzroy Simpson. To człowiek z dobrej rodziny, 
wykształcony, który  
roztrwonił majątek na wyścigach i zajmuje się teraz buk-
macherstwem w  
londyńskich klubach sportowych. Po przejrzeniu jego książki 
zakładów okazało  
się, że przyjął stawki na sumę pięciu tysięcy funtów przeciw 
Srebrnej Gwieździe.  
Po aresztowaniu powiedział z własnej woli, że przyjechał do 
Dartmoor w nadziei  
zdobycia informacji o koniach z King's Pyland, a także o 
Desborough, drugim  
faworycie wyścigów, ze stajni Mapleton zarządzanej przez 
Silasa Browna. Nie  

background image

zaprzeczał, że był tego wieczoru w Dartmoor, lecz nie miał 
żadnych złych  
zamiarów. Kiedy pokazano mu krawat, zbladł i nie potrafił 
wyjaśnić, skąd się  
wziął w ręku zamordowanego. Wilgotne ubranie wskazywało 
na to, że był ubiegłej  
nocy na dworze, a ciężka laska obciążona ołowiem mogła być 
tą bronią, którą  
zadano śmiertelne obrażenia trenerowi. Na jego ciele nie 
znaleziono jednak  
żadnych ran, gdy tymczasem ślady na nożu Strakera 
wskazywały, że musiał zranić  
jednego z napastników. 
Tak oto, Watsonie, przedstawia się w skrócie cała sprawa i 
będę ci wielce  
zobowiązany,- jeśli zechcesz wnieść w nią trochę światła. 
Z wielkim zainteresowaniem wysłuchałem niezwykle 
przejrzystego wywodu Holmesa.  
Chociaż większość faktów była mi znana, nie potrafiłem 
ocenić ich znaczenia i  
wzajemnych związków. 
- Czy to możliwe, by Straker sam się zranił w konwulsjach 
spowodowanych  
uszkodzeniem mózgu? - zapytałem. 
- To więcej niż możliwe, to prawdopodobne - odparł Holmes. - 
W ten sposób  
upadłby główny punkt obrony oskarżonego. 
- W dalszym ciągu jednak nie wiem, co o tym sądzi policja. 
- Obawiam się, że każda teoria będzie miała braki - powiedział 
mój przyjaciel. -  

background image

Policja, zdaje się, uważa, że ten Fitzroy Simpson uśpił 
stajennego, jakoś zdobył  
drugi klucz, otworzył drzwi stajni i wyprowadził konia. Brakuje 
uzdy, więc  
Simpson musiał mu Ją włożyć. Potem, zostawiając otwarte 
drzwi, poprowadził konia  
na wrzosowisko, gdzie spotkał trenera. Wywiązała się bójka. 
Simp- 
son uderzył trenera laską w głowę, sam jednak nie odniósł 
żadnej rany. Potem  
albo poprowadził konia do jakiejś kryjówki, albo koń uciekł w 
czasie bójki i  
błąka się teraz po wrzosowisku. Tak widzi to policja i choć jej 
teoria brzmi  
nieprawdopodobnie, inne są jeszcze mniej prawdopodobne. 
Wszystko to spodziewam  
się sprawdzić na miejscu, bo w tej chwili nie jestem w stanie 
posunąć się dalej  
w rozumowaniu. 
Dopiero wieczorem dojechaliśmy do miasteczka Tavistock, 
leżącego w samym środku  
olbrzymiego okręgu Dartmoor. Na stacji czekało na nas 
dwóch dżentelmenów - jeden  
wysoki, z wielką, przypominającą lwią grzywę czupryną i 
przenikliwymi  
niebieskimi oczyma, drugi niski, wyprostowany, niezwykle 
elegancki, w surducie i  
getrach, z przystrzyżonymi bokobrodami i monoklem. Tym 
drugim był pułkownik  
Ross, znany sportsmen, a pierwszym inspektor Gregory, 
człowiek, który szybko  

background image

zdobywał sobie sławę w policji. 
- Cieszę się, że pan przyjechał, panie Holmes - powiedział 
pułkownik. -  
Inspektor zrobił wszystko, co było możliwe, chciałbym jednak 
poruszyć niebo i  
ziemię, by pomścić biednego Strakera i odzyskać konia. 
- Czy pojawiły się jakieś nowe fakty? - zapytał Holmes. 
- Z przykrością muszę stwierdzić, że nie - powiedział 
inspektor. - Mamy tu  
powóz, gdyby więc panowie zechcieli obejrzeć miejsce 
zdarzenia przed  
zapadnięciem zmroku, porozmawiamy po drodze. 
Chwilę później jechaliśmy wygodnym landem uliczkami 
starego miasteczka.  
Inspektorowi usta się nie zamykały. Holmes tylko czasami 
wtrącał jakieś pytanie  
lub uwagę. Pułkownik Ross siedział ze skrzyżowanymi 
ramionami i kapeluszem  
zsuniętym na oczy. Ja natomiast z zainteresowaniem 
przysłuchiwałem się rozmowie  
obu detektywów. Teoria Gregory'ego zgadzała się z tym, co 
przewidział Holmes. 
- Pętla zaciska się wokół Fitzroya Simpsona - mówił inspektor. 
- Jest już jakby nasz. Może jednak być to czysty zbieg 
okoliczności i każdy nowy  
fakt obali naszą teorię. 
- A co z nożem Strakera? 
- Doszliśmy do wniosku, że denat musiał się zranić podczas 
upadku. 
- Mój przyjaciel, doktor Watson, również doszedł do takiego 
wniosku. Jeśli tak,  

background image

świadczyłoby to przeciw Simpsonowi. 
- Niewątpliwie. Nie ma on ani noża, ani żadnej rany. Dowody 
przeciwko niemu są  
bardzo poważne. Był zainteresowany zniknięciem faworyta 
wyścigu. Jest podejrzany  
o zatrucie chłopca stajennego. Był na dworze w czasie 
deszczu, ma ciężką laskę,  
a jego krawat znaleziono w ręku zamordowanego. Mamy 
dość dowodów, by postawić go  
przed sądem. 
Holmes pokręcił głową. 
- Dobry adwokat natychmiast obali oskarżenie. Po co miałby 
wyprowadzać konia ze  
stajni? Jeśli chciał go zranić, mógł to zrobić w środku. Czy 
znaleziono przy nim  
drugi klucz? Kto sprzedał mu sproszkowane opium? Przede 
wszystkim jednak, jak  
nie znający okolicy człowiek mógł ukryć konia, i to takiego? A 
co Simpson mówi o  
tej kartce papieru, którą przez służącą chciał przekazać 
chłopcu stajennemu? 
- Twierdzi, że był to banknot dziesięciofuntowy. Znaleziono 
taki w jego  
portfelu. Lecz pozostałe pytania nie są takie groźne. Simpson 
wcale nie jest tu  
obcy. Dwukrotnie mieszkał latem w Tavistock. Opium 
przywiózł prawdopodobnie z  
Londynu, klucz mógł wyrzucić, a koń może być na dnie jakiejś 
rozpadliny lub  
kopalni na wrzosowiskach. 
- A co mówi o krawacie? 

background image

- Przyznaje, że to jego i że go zgubił. Jednak pojawił się nowy 
fakt, który może  
uczynić go odpowiedzialnym za wyprowadzenie konia ze 
stajni. 
Holmes nastawił uszu. 
- Znaleźliśmy ślady świadczące o tym, że w poniedziałek wie- 
czorem, o milę od miejsca zbrodni, obozowała grupa 
Cyganów. We wtorek odjechali.  
Czy można pokusić się o teorię, że Simpson porozumiał się z 
Cyganami i prowadził  
konia do nich, kiedy zaskoczył go Straker? Może to oni mają 
zwierzę. 
- To możliwe. 
- Kazałem przeszukać wrzosowisko. Sprawdziłem również 
wszystkie stajnie i szopy  
w Tavistock i w promieniu dziesięciu mil. 
- Zdaje się, że niedaleko stąd jest jeszcze druga stajnia 
treningowa. 
- Tak, i tego faktu nie możemy lekceważyć. Desborough, ich 
koń, jest drugim  
faworytem, byli więc zainteresowani zniknięciem pierwszego. 
Jego trener, Silas  
Brown, postawił w zakładach dużo pieniędzy i nie należał do 
przyjaciół biednego  
Strakera. Sprawdziliśmy te stajnie, lecz nie znaleźliśmy nic, co 
mogłoby go  
łączyć z tą sprawą. 
- I nic, co łączyłoby Simpsona ze stajnią w Mapleton? 
- Nic. 
Holmes odchylił się na poduszki powozu i rozmowa się 
urwała. Kilka minut później  

background image

zatrzymaliśmy się przed schludnym domkiem z czerwonej 
cegły, ze spadzistym  
okapem. Nieco dalej, po drugiej stronie padoku, stał długi, 
szary budynek, a za  
nim ciągnęło się wrzosowisko, brunatne od więdnących 
paproci. Jego monotonię  
przerywały jedynie wieże kościelne miasteczka i skupisko 
domków na zachodzie.  
Były to stajnie Mapleton. Wysiedliśmy wszyscy prócz 
Holmesa, który nie ruszył  
się z miejsca. Był tak zatopiony w myślach, że ocknął się 
dopiero, kiedy  
dotknąłem jego ramienia. Wówczas poderwał się i wyskoczył 
z landa. 
- Proszę mi wybaczyć - zwrócił się do pułkownika Rossa, 
widząc jego zdziwione  
spojrzenie. - Zamyśliłem się. 
Błyszczące oczy i tłumione podniecenie świadczyły o tym, że 
wpadł na jakiś ślad. 
- Czy chciałby pan od razu udać się na miejsce zbrodni? - 
zapytał Gregory. 
- Wolałbym zostać tutaj i zbadać parę szczegółów. Ciało 
Strakera przyniesiono  
tutaj, tak? 
- Tak, leży na górze. Sekcja odbędzie się jutro. 
- Zdaje się, że Straker służył u pana od kilku lat, pułkowniku? 
- Tak. Uważałem go za doskonałego pracownika. 
- Przypuszczam, że sprawdził pan jego kieszenie, inspektorze? 
- Jeśli chciałby pan obejrzeć te przedmioty, to są w salonie. 
- Bardzo chętnie. 

background image

Przeszliśmy wszyscy do salonu i zasiedliśmy wokół stołu. 
Inspektor otworzył  
kwadratowe blaszane pudełko i wysypał jego zawartość na 
stół. Było tam pudełko  
zapałek, dwucalowy ogarek łojowej świeczki, fajka z korzenia 
wrzośca, kapciuch z  
foczej skóry z uncją tytoniu Cayendish, srebrny zegarek ze 
złotym łańcuszkiem,  
pięć funtów w złocie, aluminiowy piórnik, kilka kartek i nóż z 
rączką z kości  
słoniowej o bardzo cienkim, lecz twardym ostrzu, ze znakiem 
firmowym "Weiss &  
Co. London". 
- To nie jest zwykły nóż - powiedział Holmes, przyglądając mu 
się z uwagą. -  
Sądząc po śladach krwi, ten właśnie nóż znaleziono przy 
zamordowanym. Watsonie,  
zdaje się, że mógłbyś coś o nim powiedzieć. 
- Jest to nóż używany przy operacjach oczu - wyjaśniłem. 
- Tak myślałem. Cienkie ostrze przeznaczone jest do 
delikatnych zabiegów.  
Dziwne, że ktoś na taką niebezpieczną wyprawę zabrał ze 
sobą nóż bez pochewki. 
- Ostrze było zabezpieczone kawałkiem korka, który 
znaleźliśmy przy ciele -  
odparł inspektor. - Żona trenera twierdzi, że nóż leżał na 
toaletce i że mąż  
zabrał go ze sobą, wychodząc z pokoju. Nie była to najlepsza 
broń, ale może  
tylko taką miał pod ręką. 
- Bardzo możliwe. A co z tymi kartkami? 

background image

- Trzy z nich to kwity za siano. Jeden to list ze wskazówkami 
od pułkownika  
Rossa, a drugi to rachunek od modystki, Madame Lesurier z 
Bond Street, na  
trzydzieści siedem funtów i piętnaście pensów, wystawiony 
na Williama  
Derbyshire'a. Pani Straker twier- 
dzi, że ten Derbyshire był przyjacielem męża i że czasami 
przysyłał listy pod  
ten adres. 
- Pani Derbyshire ma kosztowne gusta - zauważył Holmes. ~ 
Dwadzieścia dwie  
gwinee to dość wygórowana suma za suknię. Chyba już 
wszystko obejrzeliśmy.  
Możemy teraz przyjrzeć się miejscu zbrodni. 
Kiedy wyszliśmy z salonu, do inspektora podeszła jakaś 
kobieta i chwyciła go za  
rękę. Miała wymizerowaną twarz, a w jej błyszczących oczach 
widać było trwogę. 
- Złapaliście go? - zapytała. 
- Nie, pani Straker. Ale z Londynu przyjechał obecny tu pan 
Holmes i zrobimy  
wszystko, co w naszej mocy. 
- Zdaje się, że widziałem panią jakiś czas temu na przyjęciu w 
Płymouth -  
odezwał się Holmes. 
- Pan się myli. 
- Coś podobnego! Mógłbym przysiąc, że tak. Miała pani na 
sobie szarą jedwabną  
suknię, przybraną strusimi piórami. 
- Nigdy nie miałam takiej sukni - odparła kobieta. 

background image

- W takim razie musiałem się pomylić - powiedział Holmes, 
przeprosił i wyszedł  
za inspektorem. 
Po krótkim spacerze przez wrzosowisko dotarliśmy do 
zagłębienia, w którym  
znaleziono ciało Strakera. Nieopodal rósł krzew żarnowca. Na 
nim właśnie  
znaleziono płaszcz zamordowanego. 
- Tamtej nocy chyba nie było wiatru? - powiedział Holmes. 
- Nie, tylko deszcz. 
- W takim razie płaszcz nie znalazł się tam z powodu wiatru, 
lecz ktoś go tam  
położył. 
- Tak, zgadza się. 
- Ciekawe. Widzę, że ziemia jest tu mocno zdeptana. Od 
poniedziałku wiele osób  
musiało tędy przejść. 
- Przykryliśmy to miejsce kawałkiem maty, żeby nie zatrzeć 
śladów. 
- Doskonale. 
- W torbie mam jeden z butów Strakera, jeden Fitzroya Sim-
psona i podkowę  
Srebrnej Gwiazdy. 
- Drogi inspektorze, jest pan nieoceniony! - wykrzyknął 
Holmes, wziął od niego  
torbę, pochylił się nad zagłębieniem i przesunął matę bardziej 
na środek.  
Następnie położył się na niej i z twarzą przy samej ziemi 
dokładnie obejrzał  
zadeptane miejsce. - A cóż to takiego? 

background image

Była to do połowy wypalona stearynowa zapałka, tak mocno 
umazana błotem, że na  
pierwszy rzut oka wyglądała jak kawałek drewna. 
- Nie pojmuję, jak mogłem to przeoczyć - powiedział z 
niezadowoleniem inspektor. 
- Tkwiła w błocie. Znalazłem ją tylko dlatego, że jej szukałem. 
- Szukał jej pan? 
- Przypuszczałem, że tu będzie. 
Wyjął z torby buty i przyłożył je do pozostawionych na ziemi 
śladów. Potem wstał  
i obejrzał rosnące wokół paprocie i krzewy. 
- Niestety, nie znajdzie pan tam żadnych śladów - powiedział 
inspektor. -  
Przejrzałem dokładnie całą ziemię w promieniu stu jardów. 
- Byłaby to z mojej strony impertynencja, gdybym szukał ich 
po tym, co pan  
powiedział. Ale chciałbym się jeszcze przespacerować po 
wrzosowisku, zanim się  
ściemni. Wezmę tę podkowę na szczęście. 
Pułkownik Ross, który wykazywał oznaki zniecierpliwienia 
wobec metod pracy  
mojego przyjaciela, spojrzał teraz na zegarek. 
- Chciałbym, żeby pan wrócił ze mną, inspektorze - 
powiedział. - Jest kilka  
spraw, które chciałbym z panem omówić, a zwłaszcza to, czy 
musimy podać do  
publicznej wiadomości, że wycofujemy naszego konia z 
wyścigów. 
- W żadnym razie! - wykrzyknął Holmes. - Proszę zostawić 
wszystko tak, jak jest.  
Pułkownik skinął głową. 

background image

- Jestem panu wdzięczny za radę. Zaczekamy na panów w 
domu biednego Strakera, a  
potem pojedziemy razem do Tavistock. 
Odszedł z inspektorem, a my poszliśmy wolno przez 
wrzosowisko. Słońce zaczęło  
chylić się ku zachodowi i szeroka równina przybrała złotą i 
kasztanową barwę w  
miejscu, gdzie rosły paprocie i krzewy jeżyn. Jednak mój 
towarzysz był tak  
zatopiony w rozmyślaniach, że nie zauważył tych 
wspaniałości. 
- A więc tak, Watsonie - powiedział. - Zostawmy na razie 
pytanie, kto zabił  
Johna Strakera, i spróbujmy dojść, co się stało z koniem. 
Przypuśćmy, że zerwał  
się w trakcie lub po tragedii. Dokąd mógł pobiec? Koń jest 
zwierzęciem stadnym.  
Mógł więc pójść albo do King's Pyland, albo do Mapleton. Nie 
sądzę, by błąkał  
się po wrzosowisku. W przeciwnym razie ktoś by go już 
zauważył. Nie porwali go  
też Cyganie. Oni zwykle uciekają, kiedy pojawiają się kłopoty, 
bo nie chcą  
zadzierać z policją. Nie sprzedaliby przecież takiego konia. To 
zbyt wielkie  
ryzyko i nic by nie zyskali. 
- W takim razie, gdzie on jest? 
- Powiedziałem już, że musiał pobiec do King's Pyland albo do 
Mapleton. Nie ma  
go w King's Pyland, w takim razie jest w Mapleton. 
Potraktujmy to jako hipotezę  

background image

i przekonajmy się, dokąd nas zaprowadzi. Zgodnie z tym, co 
powiedział inspektor,  
ta część wrzosowiska jest twarda i sucha. Dochodzi jednak do 
Mapleton i widać  
stąd długą zapadlinę, która w poniedziałek wieczorem 
musiała napełnić się wodą.  
Jeśli nasze przypuszczenie jest słuszne, koń musiał pobiec 
tamtędy i tam  
powinniśmy szukać jego śladów. 
Po kilku minutach szybkiego marszu stanęliśmy nad 
zapadliną. Na prośbę Holmesa  
poszedłem na prawo, a on na lewo. Nie zdążyłem jszcze 
zrobić pięćdziesięciu  
kroków, kiedy posłyszałem jego wołanie i zobaczyłem, że 
przyzywa mnie do siebie.  
W miękkiej ziemi widniały wyraźne ślady kopyt, a podkowa, 
którą Holmes wziął ze  
sobą, doskonale do nich pasowała. 
- Widzisz, co potrafi zdziałać wyobraźnia? - powiedział 
Holmes. - Tego właśnie  
brakuje Gregory'emu. Wyobraziliśmy sobie, 
co się mogło zdarzyć, i wszystko się sprawdziło. Idźmy więc 
dalej tym tropem. 
Minęliśmy zapadlinę i przez kolejne ćwierć mili szliśmy po 
suchym, twardym  
gruncie. Teren znów się obniżył i ponownie natrafiliśmy na 
ślady kopyt. Zniknęły  
jednak na pół mili, by pojawić się w pobliżu Mapleton. 
Holmes pierwszy je  
dostrzegł i stał teraz z wyrazem triumfu na twarzy. Tuż przy 
końskich śladach  

background image

widniały ludzkie. 
- Przedtem były tylko ślady kopyt! - wykrzyknąłem. 
- Zgadza się. A to co? 
Podwójny ślad skręcał nagle w stronę King" s Pyland. Holmes 
gwizdnął zdumiony i  
ruszył tym tropem. W pewnym momencie spojrzałem w bok i 
spostrzegłem te same  
ślady, lecz biegnące w przeciwnym kierunku. 
- Punkt dla ciebie, Watsonie - powiedział Holmes, kiedy mu je 
wskazałem. -  
Oszczędziłeś nam długiego marszu, który doprowadziłby nas 
w to właśnie miejsce.  
Idźmy tym śladem. 
Skończył się na asfaltowej drodze prowadzącej do stajni 
Mapleton. Natychmiast  
podbiegł do nas stajenny. 
- Nie chcemy tu żadnych włóczęgów - oznajmił. 
- Chciałbym tylko o coś zapytać - powiedział Holmes, 
wsuwając palce do kieszeni  
kamizelki. - Czy nie będzie za wcześnie, jeśli zjawię się tu jutro 
o piątej  
rano, by porozmawiać z twoim szefem, panem Silasem 
Brownem? 
- Ależ skądże, jeśli ktokolwiek pojawia się o tej porze, to na 
pewno on. Ale sam  
pan może go o to spytać. Nie, nie, gdyby zobaczył, że biorę od 
pana pieniądze,  
wyleciałbym z pracy. Może Później. 
Holmes wsunął z powrotem do kieszonki półkoronówkę, a 
tymczasem w bramie pojawił  

background image

się mężczyzna w średnim wieku, o srogim spojrzeniu, ze 
szpicrutą w ręku. 
- Co to ma znaczyć, Dawson?! - krzyknął. - Żadnych plotek. 
Wracaj do roboty. A  
wy, czego tu chcecie, do diabła? 
- Dziesięciu minut rozmowy z panem - odparł słodkim głosem 
Holmes. 
- Nie mam czasu na rozmowy z byle łazęgami. Nie chcemy tu 
obcych. Wynocha, bo  
psem poszczuję. 
Holmes pochylił się i szepnął mu coś do ucha. Mężczyzna 
drgnął gwałtownie i  
oblał się rumieńcem. 
- To kłamstwo! - krzyknął. - Wierutne łgarstwo! 
- Czy będziemy dyskutować o tym tutaj, czy porozmawiamy u 
pana? 
- No dobrze, skoro pan chce... Holmes uśmiechnął się. 
- Zajmie mi to tylko kilka minut, Watsonie - zwrócił się do 
mnie. - A teraz,  
panie Brown, jestem do pańskiej dyspozycji. 
Minęło jednak dobre dwadzieścia minut i czerwień zachodu 
zdążyła przejść w  
szarość. Nie sądziłem, by w tak krótkim czasie człowiek mógł 
się tak zmienić.  
Twarz Browna poszarzała, nad brwiami błyszczały kropelki 
potu, trzęsły mu się  
ręce, a szpicruta drgała niczym gałąź na wietrze. Aroganckie 
maniery zniknęły  
bez śladu. Płaszczył się teraz przed Holmesem niczym pies 
przed swoim panem. 
- Pańskie polecenia będą wykonane - oznajmił. 

background image

- Co do joty - powiedział Holmes, patrząc na niego znacząco. 
- Zrobię wszystko co trzeba - zapewnił go Brown. - Będzie tam 
na pewno. Czy mam  
go najpierw zmienić? 
Holmes zastanawiał się przez chwilę, po czym wybuchnął 
śmiechem. 
- "Nie - odparł. - Zresztą dam panu znać. Ale żadnych 
kawałów, bo... 
- Może pan na mnie polegać. 
- Myślę, że mogę. A więc do jutra. 
Odwrócił się na pięcie, ignorując wyciągniętą w jego stronę 
drżącą dłoń Browna,  
i ruszyliśmy w powrotną drogę do King's Pyland. 
- Tak doskonałej mieszaniny draństwa, tchórzostwa i 
cwaniactwa jeszcze dotąd nie  
spotkałem - stwierdził w pewnej chwili Holmes. 
- A więc ma tego konia? 
- Usiłował temu zaprzeczać, ale tak dokładnie opisałem jego 
poczynania owego  
pamiętnego ranka, że uznał, iż go śledziłem. Zauważyłeś 
oczywiście te  
charakterystyczne kwadratowe noski butów odciśnięte w 
ziemi. Jego buty doskonale  
do tych śladów pasują. Opowiedziałem mu o tym, jak 
wczesnym rankiem zobaczył  
dziwnego konia błąkającego się po wrzosowisku, w którym ku 
swemu zaskoczeniu  
rozpoznał po białej gwiazdce na czole słynnego faworyta 
wyścigów. Zrozumiał  
wtedy, że oto los daje mu szansę. Jego pierwszą myślą było 
odprowadzić zwierzę  

background image

do King's Pyland, a potem diabeł mu podszepnął, by ukrył je 
do czasu wyścigów w  
stajniach Mapleton. Kiedy mu to wszystko opisałem, poddał 
się i myślał tylko o  
ratowaniu własnej skóry. 
- Ale jego stajnię przecież przeszukano. 
- Taki stary cwaniak jak on ma swoje sposoby. 
- Nie obawiasz się zostawić mu konia? Ma teraz powód, by 
wyrządzić mu krzywdę. 
- Zapewniam cię, przyjacielu, że będzie go strzegł jak oka w 
głowie. Wie, że  
tylko tak może uchronić się przed karą. 
- Pułkownik Ross nie wygląda mi na kogoś, kto chętnie daruje 
winy 
- Pułkownik Ross nie musi o tym wiedzieć. Działam według 
własnych metod i  
wyjawię tyle, ile uznam za stosowne. To zaleta pracy 
nieoficjalnej. Nie wiem,  
czy zauważyłeś, ale zachowanie pułkownika w stosunku do 
mnie było dość wyniosłe.  
Zamierzam zabawić się jego kosztem. Nie mów mu nic o 
koniu. 
- Nie powiem nic bez twojego pozwolenia. 
- Ale to jeszcze nic w porównaniu z pytaniem, kto zabił Johna 
Strakera. 
- Zajmiesz się rozwikłaniem tej zagadki? 
- Wprost przeciwnie, dziś jeszcze wracamy do Londynu. 
Zdziwiło mnie to. Byliśmy  
w Devonshire zaledwie od kilku godzin. Dlaczego rezygnuje z 
tak wspaniale  

background image

rozpoczętego śledztwa? Nie zdołałem jednak nic z niego 
wyciągnąć. Pułkownik i  
inspektor czekali na nas w salonie. 
- Mój przyjaciel i ja wracamy wieczornym pociągiem do 
Londynu - oznajmił Holmes.  
- Przechadzka po świeżym dartmoor-skim powietrzu 
doskonale nam zrobiła. 
Inspektor otworzył szeroko oczy, a pułkownik uśmiechnął się 
szyderczo. 
- Nie ma więc pan nadziei na odnalezienie mordercy biednego 
Strakera? 
Holmes wzruszył ramionami. 
- Są poważne trudności. Spodziewam się natomiast, że pański 
koń wystartuje we  
wtorek, dlatego proszę, by pański dżokej był gotowy. Czy 
mógłbym prosić o  
fotografię Johna Strakera? 
Inspektor wyjął zdjęcie z koperty i podał Holmesowi. 
- Mój drogi Gregory, uprzedza pan moje życzenia. Czy mógłby 
pan tu chwilę  
zaczekać? Chciałbym jeszcze zapytać o coś pokojówkę. 
- Muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowany naszym 
londyńskim konsultantem -  
powiedział pułkownik Ross, kiedy mój przyjaciel wyszedł z 
pokoju. - Jak dotąd,  
nie posunęliśmy się nawet o krok. 
- Przynajmniej ma pan jego zapewnienie, że pański koń 
weźmie udział w wyścigach  
- wtrąciłem. 
- To prawda - przyznał, wzruszając ramionami. - Wolałbym 
jednak mieć konia niż  

background image

zapewnienie. 
Właśnie zamierzałem powiedzieć coś w obronie przyjaciela, 
kiedy zjawił się w  
salonie. 
- Możemy ruszać do Tayistock - oznajmił. 
Kiedy wsiadaliśmy do powozu, jeden z chłopców stajennych 
przytrzymał drzwiczki. Holmesowi musiał w tej chwili przyjść 
jakiś pomysł do  
głowy, bo pochylił się i dotknął ramienia chłopaka. 
- Jak widzę, macie tu kilka owiec. Kto się nimi zajmuje? 
- Ja, proszę pana. 
- Czy ostatnio nie zdarzyło się z nimi nic szczególnego? 
- Chyba nie, poza tym, że trzy okulały. Holmesa najwyraźniej 
ucieszyła ta  
odpowiedź, bo uśmiechnął się i zatarł ręce z zadowoleniem. 
- Daleki strzał, Watsonie, bardzo daleki - powiedział, ściskając 
mnie za rękę. -  
Polecam uwadze pana tę dziwną epidemię wśród owiec, 
Gregory. Ruszaj, woźnico! 
Sądząc po wyrazie twarzy pułkownika, nie miał on zbyt 
wysokiego mniemania o  
umiejętnościach mojego przyjaciela, za to inspektor okazał 
wyraźną czujność. 
- Sądzi pan, że to ważne? - zapytał. 
- Nawet bardzo. 
- Czy uważa pan, że powinienem zwrócić na coś szczególną 
uwagę? 
- Na dziwne zachowanie psa owej nocy. 
- Pies nic takiego nie robił. 
- I to właśnie jest dziwne. 

background image

Cztery dni później Holmes i ja znaleźliśmy się w pociągu 
zmierzającym do  
Winchesteru z zamiarem obejrzenia gonitwy o puchar 
Wessexu. Pułkownik Ross  
czekał na nas  
na                                                                               
                                                                                 
                                                                               
stacji. Wsiedliśmy do Jego powozu i udaliśmy się na tor 
wyścigowy. Zachowanie  
pułkownika było niezwykłe chłodne. 
- Mojego konia wciąż nie ma - oznajmił. 
- Przypuszczam, że pozna go pan, kiedy go zobaczy? - zapytał 
Holmes. 
Pułkownik spojrzał na niego gniewnie. 
- Od dwadziestu lat uczestniczę w wyścigach i nikt nigdy nie 
zadał mi takiego  
pytania. Każde dziecko rozpoznałoby Srebr- 
na Gwiazdę po białej gwiazdce na czole i cętkowanej 
przedniej nodze. 
- Jak stoją zakłady? 
- To właśnie jest dziwne. Wczoraj stawiano jeszcze piętnaście 
do jednego, ale  
potem stawki zaczęły spadać i teraz jest tylko trzy do jednego. 
- Hmm - mruknął Holmes. - Ktoś musi coś wiedzieć, to 
oczywiste. 
Kiedy powóz zajechał przed główną trybunę, 
przestudiowałem program gonitw. 
Puchar Wessexu: 50 funtów za każde sto stóp i dodatkowe 
1000 funtów dla cztero-  

background image

i pięciolatków. Druga nagroda: 300 funtów. Trzecia nagroda: 
200 funtów. Nowy  
dystans: l i 5/8 mili. 
1. Murzyn, właściciel pan Heath Newton. Dżokej: czerwona 
czapka, cynamonowa  
kurtka. 
2. Bokser, właściciel pułkownik Wardlaw. Dżokej: różowa 
czapka, niebiesko-czarna  
kurtka. 
3. Desborough, właściciel lord Backwater. Dżokej: żółta 
czapka i żółte rękawy  
kurtki. 
4. Srebrna Gwiazda, właściciel pułkownik Ross. Dżokej: czarna 
czapka, czerwona  
kurtka. 
5. Iris, właściciel książę Balmoral. Dżokej: czapka i kurtka w 
żółto-czarne  
pasy. 
6. Przeszkoda, właściciel lord Singleford. Dżokej: purpurowa 
czapka, czarne  
rękawy kurtki. 
- Wycofaliśmy naszego drugiego konia, zawierzając 
pańskiemu słowu - powiedział  
pułkownik. - Ale co to? Srebrna Gwiazda 
faworytem? 
- Pięć do czterech przeciwko Srebrnej Gwieździe! - ryczał 
tłum. - Pięć do  
piętnastu przeciwko Desborough! 
- Są wszystkie! - zawołałem. - Wszystkie sześć koni! 
- Sześć? W takim razie mój koń też biegnie! - wykrzyknął 

background image

pułkownik w podnieceniu. - Ale nie widzę go. Nie przeszły 
moje barwy. 
- Przeszło tylko pięć. Teraz będzie pański. W tym momencie 
od strony wagi  
przygalopował wielki gniady koń, niosąc na sobie jeźdźca w 
barwach pułkownika. 
- To nie jest mój koń! - wykrzyknął Ross. - To zwierzę nie ma 
ani jednego  
białego włosa. Co pan zrobił, panie Holmes? 
- Zobaczymy, jak sobie poradzi - odpowiedział spokojnie mój 
przyjaciel. Przez  
chwilę obserował tor przez polową lornetkę. -Wspaniały 
start! - krzyknął nagle.  
- Zaraz wezmą zakręt. 
Z powozu mieliśmy doskonały widok na prostą. Sześć koni 
szło łeb w łeb, lecz w  
połowie drogi wysunął się na prowadzenie dżokej w żółtej 
czapce ze stajni  
Mapleton. Zanim nas minęły, wystrzelił w przód koń 
pułkownika i minął metę,  
wyprzedzając rywala o dobre sześć długości. Jako trzecia 
przyszła Iris księcia  
Balmoral. 
- Wygrałem! - wydyszał pułkownik, przecierając oczy. - Nic nie 
rozumiem. Nie  
sądzi pan, że już dość tych tajemnic, panie Holmes? 
- Oczywiście, pułkowniku, zaraz wszystko panu wyjaśnię. 
Najpierw jednak chodźmy  
popatrzeć na konia. Oto i on - dodał, kiedy znaleźliśmy się w 
miejscu dostępnym  

background image

jedynie dla właścicieli i ich przyjaciół. - Wystarczy, że umyje 
mu pan łeb i  
nogę spirytusem i okaże się, że to ta sama Srebrna Gwiazda. 
- Pan mnie zaskakuje. 
- Znalazłem go u złodzieja i pozwoliłem dopuścić go do 
gonitwy w takim stanie, w  
jakim go znalazłem. 
- Dokonał pan cudu. Koń jest w doskonałym stanie. Nigdy nie 
wyglądał lepiej.  
Winienem panu stokrotne przeprosiny za to, że wątpiłem w 
pańskie umiejętności.  
Wyświadczył mi pan wielką Przysługę, odnajdując konia, a 
zrobiłby jeszcze  
większą, odnajdując mordercę Johna Strakera. 
- Odnalazłem - powiedział cicho Holmes. Pułkownik i ja 
spojrzeliśmy na niego ze  
zdumieniem. 
- Odnalazł pan? To gdzież on jest? 
- Tutaj. 
- To znaczy gdzie? 
- Tu, obok mnie. 
Pułkownik poczerwieniał z gniewu. 
- Wiem, że jestem pana wielkim dłużnikiem, panie Holmes, 
ale to, co pan przed  
chwilą powiedział, muszę uznać albo za kiepski żart, albo za 
zniewagę. 
Sherlock Holmes wybuchnął śmiechem. 
- Zapewniam pana, pułkowniku, że nie chodzi o pana. 
Prawdziwy morderca stoi  
dokładnie za panem. 
Cofnął się i położył dłoń na gładkiej szyi konia. 

background image

- Koń?!- wykrzyknęliśmy jednocześnie. 
- Tak, koń. Zmniejszy to jego winę, kiedy powiem, że zrobił to 
we własnej  
obronie i że John Straker był człowiekiem nie zasługującym na 
pańskie zaufanie.  
Ale oto i gong. Jeśli mam coś wygrać w następnej gonitwie, 
dłuższe wyjaśnienie  
pozwolę sobie odłożyć na później. 
Wieczorem tego dnia, w drodze powrotnej do Londynu, 
mieliśmy dla siebie cały  
przedział pulmanowskiego wagonu. Podróż minęła nam 
szybko, słuchaliśmy bowiem  
opowieści naszego towarzysza o wypadkach w Dartmoor i o 
tym, jak odkrył, co się  
naprawdę zdarzyło owej poniedziałkowej nocy. 
- Muszę przyznać - powiedział - że wszystkie hipotezy, które 
sformułowałem na  
podstawie relacji w prasie, były błędne. Można było z nich 
wyciągnąć pewne  
wnioski, gdyby nie mnóstwo szczegółów, które nie pozwalały 
dostrzec ich  
znaczenia. Wyruszyłem do Devonshire z przeświadczeniem, 
że winny jest Fitzroy  
Simpson, choć nie miałem przeciw niemu wystarczających 
dowodów. Dopiero w  
powozie, kiedy jechaliśmy do domu trenera, zdałem sobie 
sprawę ze znaczenia  
baraniego gulaszu. Przypominacie sobie zapewne, że byłem 
wówczas roztargniony i  
pozostałem w powozie, 

background image

podczas gdy wy wysiedliście. Zachodziłem w głowę, jak 
mogłem przegapić tak ważną  
wskazówkę. 
- Przyznam szczerze, że nawet teraz nie pojmuję, jakie to 
mogło mieć znaczenie -  
powiedział pułkownik. 
- Było to pierwsze ogniwo w moim łańcuchu rozumowania. 
Sproszkowane opium nie  
jest zbyt przyjemne w smaku i da się wyczuć. Natomiast 
baranina doskonale  
maskuje jego smak. Nie ma podstaw, by przypuszczać, że 
Fitzroy Simpson miał  
jakiś wpływ na wybór potrawy. Zbyt wielkim zbiegiem 
okoliczności wydało mi się  
również to, że przyszedł z opium do stajni akurat tego dnia, 
kiedy serwowano  
baraninę. Dlatego wyeliminowałem Simpsona z kręgu 
podejrzanych i skupiłem się na  
Strakerze i jego żonie, bo tylko oni mogli wybrać baraninę na 
kolację. Opium  
musiano dosypać w chwili, gdy oddzielono już porcję dla 
chłopca stajennego,  
bowiem pozostali jedli tę samą potrawę i nie odczuli żadnych 
ubocznych skutków.  
Kto więc mógł to zrobić bez zwracania na siebie uwagi? 
Zanim znalazłem na to odpowiedź, zaciekawiło mnie dziwne 
zachowanie psa. Jeden  
właściwy wniosek pociąga za sobą następne. Sprawa z 
Simpsonem przypomniała mi,  
że psa trzymano w stajni. Jednak pomimo tego, że 
wyprowadzono z niej konia, pies  

background image

nie szczekał i nie obudził śpiących na strychu chłopców. 
Musiał więc dobrze znać  
nocnego gościa. 
Byłem pewny lub prawie pewny, że John Straker wszedł w 
nocy do stajni i zabrał  
Srebrną Gwiazdę. Ale w jakim celu? Oczywiście w 
nieuczciwym, po cóż jednak  
miałby usypiać własnego chłopca stajennego? Nie potrafiłem 
na to odpowiedzieć.  
Zdarzały się już wypadki, że trenerzy stawiali poprzez 
agentów duże sumy  
pieniędzy przeciw własnym koniom, nie dopuszczając do ich 
zwycięstwa. Czasami  
robili to dżokeje. Stosowano również pewniejsze metody i 
bardziej wyrafinowane.  
A co było w tym przypadku? Miałem nadzieję, że odpowie mi 
na to zawartość  
kieszeni trenera. 
I tak się stało. Pamiętacie zapewne ten niezwykły nóż, 
znalezio- 
ny w ręku zabitego; nikt o zdrowych zmysłach nie nosiłby go 
przy sobie. Był to,  
jak wyjaśnił doktor Watson, rodzaj noża chirurgicznego 
używanego przy  
najbardziej delikatnych operacjach. Jako specjalista od torów 
wyścigowych musi  
pan wiedzieć, pułkowniku, że można naciąć ścięgno w nodze 
konia tak, by nie było  
to widoczne. Zwierzę zaczyna wówczas lekko kuleć, co 
przypisuje się  

background image

przetrenowaniu lub reumatyzmowi, lecz w żadnym wypadku 
haniebnej działalności. 
- Łotr! Kanalia! - wykrzyknął pułkownik. 
- Mamy więc wytłumaczenie, dlaczego John Straker chciał 
zabrać konia na  
wrzosowisko. Tak ognisty rumak obudziłby największego 
śpiocha, gdyby poczuł  
ukłucie noża. Trzeba go więc było wyprowadzić gdzieś dalej. 
- Cóż ze mnie za ślepiec! - wykrzyknął pułkownik. - To do tego 
potrzebna mu była  
świeca i zapałki. 
- Tak. Przeglądając jego rzeczy, odkryłem nie tylko metodę 
przestępstwa, ale  
również jego motywy. Jako człowiek bywały w świecie, wie 
pan, pułkowniku, że  
zwykle nie nosi się w kieszeni cudzych rachunków. Mamy 
przecież dość własnych.  
Doszedłem na tej podstawie do wniosku, że Straker prowadził 
podwójne życie. Z  
rachunku wynikało, że w grę wchodzi kobieta, w dodatku o 
kosztownych gustach.  
Choć płaci pan hojnie swoim pracownikom, to i tak nie byłoby 
ich stać na  
kupowanie żonom sukni za dwadzieścia gwinei. Zapytałem 
panią Straker o tę suknię  
i upewniłem się, że nigdy takiej nie dostała. Zapisałem więc 
sobie adres  
modystki, aby pójść do niej z fotografią Strakera i dowiedzieć 
się, kim jest ten  
mityczny Derbyshire. 

background image

Od tej chwili wszystko było jasne. Straker poprowadził konia 
do zagłębienia, w  
którym światło świecy nie byłoby widoczne. Simp-son, 
uciekając, zgubił krawat, a  
Straker podniósł go, zapewne w celu obwiązania nogi konia. 
Na miejscu stanął za  
koniem i zapalił świecę. Zwierzę, wystraszone nagłym 
błyskiem światła, czując  
instynktownie, że szykuje się coś złego, wierzgnęło kopytami, 
ude- 
rzając Strakera w czoło. Leżący na krzaku płaszcz trener 
musiał zdjąć wcześniej,  
by mu nie krępował ruchów, dlatego, padając, wbił sobie nóż 
w udo. Czy wszystko  
wyjaśniłem? 
- Nadzwyczajne! - wykrzyknął pułkownik. - Jakby pan tam był. 
- Muszę przyznać, że dojście do końcowych wniosków zajęło 
mi trochę czasu.  
Przyszło mi do głowy, że taki przebiegły człowiek jak Straker 
musiał na kimś  
wypróbować operację przecięcia ścięgna. Któż to mógł być? 
Zobaczyłem owce,  
zadałem ich opiekunowi pytanie i ku memu zaskoczeniu 
otrzymałem potwierdzenie  
moich przypuszczeń. 
Po powrocie do Londynu złożyłem wizytę modystce, która w 
Strakerze rozpoznała  
bogatego klienta nazwiskiem Derbyshire, który miał piękną 
żonę lubiącą kosztowne  
stroje. Nie miałem wątpliwości, że właśnie ta kobieta 
wpędziła go w długi i w  

background image

rezultacie przywiodła do przestępstwa. 
- Nie wyjaśnił pan jeszcze jednej sprawy - stwierdził 
pułkownik. - Co się stało  
z koniem? 
- Ach, uciekł, i zaopiekował się nim jeden z pańskich sąsiadów. 
Myślę, że mu to  
wybaczymy. Jeśli się nie mylę, dojeżdżamy do Ciapham i za 
niecałe dziesięć minut  
będziemy na dworu Yictoria. Gdyby zechciał pan wypalić 
cygaro w naszym  
towarzystwie, pułkowniku, z przyjemnością wyjaśnię panu 
inne szczegóły tej  
sprawy. 
Żółta twan 
To zupełnie naturalne, że w moich krótkich opowiadaniach, 
opisujących liczne i  
dziwne sprawy, w których dzięki Holmesowi uczestniczyłem 
lub o których jedynie  
słyszałem, skupiam się tylko na tych zakończonych sukcesem, 
a nie porażką. Robię  
to nie ze względu na dobre imię Holmesa, choć muszę 
przyznać, że właśnie wtedy,  
kiedy nie wiedział, co dalej robić, najpełniej ujawniała się jego 
energia i  
wszechstronność. Faktem jednak jest, że tam, gdzie jemu się 
nie powiodło, innym  
również. W ten sposób zagadka pozostawała nie rozwiązana. 
Od czasu do czasu  
zdarzało się, że nawet gdy się pomylił, prawda i tak 
wychodziła na jaw. Spisałem  

background image

z pół tuzina takich spraw. Wśród nich najciekawsze to histońa 
z "drugą plamą" i  
ta, którą mam zamiar teraz opowiedzieć. 
Sherlock Holmes rzadko uprawiał gimnastykę dla samej 
przyjemności ćwiczenia.  
Tylko niewielu dorównywało mu siłą, a jeśli chodzi o boks, był 
jednym z  
najlepszych bokserów w swojej wadze, jakich znałem. 
Bezcelowy wysiłek uważał  
jednak za stratę czasu i rzadko się nań zdobywał, chyba że w 
sprawach  
zawodowych. Wówczas był absolutnie niezmordowany. 
Pewnego dnia wczesną wiosną postanowił wybrać się ze mną 
na spacer do parku.  
Wiązy zaczęły pokrywać się młodą zielenią, a na kasztanach 
pojawiły się lepkie,  
spiczaste, pięciolistne pączki. Przez dwie godziny 
spacerowaliśmy, prawie się do  
siebie nie odzywając, jak przystało na dwóch bliskich sobie 
przyjaciół. Na Baker  
Street wróciliśmy dopiero przed piątą. 
- Ktoś o pana pytał - powiedział nasz służący, otwierając 
drzwi. 
Holmes spojrzał na mnie z wyrzutem. 
- Oto skutki spacerów - powiedział. - Czy ten dżentelmen 
sobie poszedł? 
- Tak, proszę pana. 
- Nie poprosiłeś go do środka? 
- Poprosiłem. 
- Jak długo czekał? 

background image

- Pół godziny. Był bardzo niecierpliwy. Przez cały czas chodził 
tam i z  
powrotem. Stałem przy drzwiach i wszystko słyszałem. W 
końcu wyszedł na korytarz  
i zawołał: "Czy ten człowiek nigdy nie wróci?". To jego własne 
słowa. "Musi pan  
jeszcze trochę poczekać" - odpowiedziałem. "W takim razie 
zaczekam na zewnątrz,  
bo czuję, że się duszę - odparł. - Niedługo wrócę". I wyszedł, 
zanim zdążyłem go  
zatrzymać. 
- Dobrze się spisałeś - rzekł Holmes. - Wielka szkoda, Wat-
sonie - dodał, kiedy  
weszliśmy do pokoju. - Potrzebuję jakiejś sprawy, a ta, sądząc 
z niecierpliwości  
naszego gościa, musi być ważna. A cóż tu mamy? Przecież to 
nie twoja fajka.  
Musiał ją zostawić. To piękna, stara fajka z korzenia wrzośca z 
długim cybuchem.  
Bursztynowym, jak mówią sprzedawcy tytoniu. Ciekawe, ile 
takich bursztynowych  
cybuchów jest w Londynie. Niektórzy twierdzą, że o 
prawdziwości bursztynu  
świadczy zatopiona w nim mucha. Musiał być bardzo 
zdenerwowany, skoro zostawił  
swoją ulubioną fajkę. 
- Skąd wiesz, że ją lubi? - zapytałem. 
- Taka fajka kosztuje siedem szylingów i sześć pensów. Spójrz, 
była dwa razy  
naprawiana: raz przy drewnianej części cybucha l raz przy 
bursztynowej. Podczas  

background image

każdej z tych napraw zakładano srebrne kółka, które musiały 
kosztować więcej niż  
sama fajka. Ten człowiek musi ją więc bardzo lubić, skoro woli 
ją naprawiać, za- 
Oliast kupić nową. 
-- Coś jeszcze? - spytałem, bo Holmes wciąż obracał fajkę w 
dłoniach. 
Uniósł ją w górę i postukał w nią długim, szczupłym palcem, 
niczym profesor w  
jakąś kość podczas wykładu. 
- Fajki bywają nadzwyczaj ciekawe - powiedział. - Żaden 
przedmiot nie powie ci  
tyle o właścicielu, co fajka, może z wyjąt. kiem zegarków i 
sznurowadeł. Jednak  
widoczne tu wskazówki nie mają wielkiego znaczenia. 
Właściciel to dobrze  
zbudowany, leworęczny mężczyzna, o wspaniałych zębach, 
który nie musi troszczyć  
się o pieniądze. 
Rzucał te informacje niedbałym tonem, widziałem jednak, że 
zerka na mnie, by  
sprawdzić, czy go słucham. 
- Sądzisz, że jest dobrze sytuowany, bo pali fajkę za siedem 
szylingów? -  
zapytałem. 
- To grosvenorska mieszanka po osiem pensów za uncję - 
odparł Holmes, wysypując  
trochę popiołu na dłoń. - Skoro można dostać doskonały 
tytoń za pół tej ceny,  
znaczy to, że ten człowiek nie musi liczyć się z pieniędzmi. 
- A inne sprawy? 

background image

- Ma zwyczaj zapalania fajki od lamp i palnika gazowego. 
Spójrz, jedna strona  
jest sczerniała. Zapałka by tego nie zrobiła. Poza tym nie 
przytykałby jej do  
boku fajki. Przypalając od lampy, osmala się główkę. A tu jest 
osmalona z prawej  
strony. Wnioskuję z tego, że właściciel jest leworęczny. Jeśli ty 
przytknąłbyś  
fajkę do lampy, zrobiłbyś to z jej lewej strony. Raz mógłbyś 
zrobić inaczej,  
lecz nie stale. Ta zawsze była przypalana z prawej strony. 
Widać też, że  
bursztyn jest pogryziony. Musi to więc być silny mężczyzna, o 
mocnych zębach.  
Ale jeśli się nie mylę, wchodzi właśnie po schodach. Wkrótce 
dowiemy się czegoś  
więcej. 
Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki, młody 
mężczyzna. Miał na  
sobie eleganckie ubranie - ciemnoszary garnitur - a w ręku 
trzymał brązowy  
filcowy kapelusz z szerokim rondem. Jego wiek określiłbym na 
jakieś trzydzieści  
lat, choć naprawdę był nieco starszy. 
- Proszę wybaczyć - powiedział z lekkim zakłopotaniem. -
Powinienem zapukać, ale  
jestem trochę zdenerwowany, stąd moje zachowanie. 
Przetarł ręką czoło jak człowiek oszołomiony i opadł raczej, 
niż usiadł, na  
krzesło. 

background image

- Domyślam się, że nie spał pan dwie noce - odezwał się 
Holmes jak zwykle  
przyjaźnie. - To wprawia człowieka w zdenerwowanie, 
bardziej nawet niż praca czy  
zabawa. Jak mógłbym panu pomóc? 
- Potrzebuję rady, sir. Nie wiem, co robić, i całe moje życie 
legło w gruzach. 
- Chciałby pan mnie zatrudnić jako detektywa? 
- Nie tylko. Chciałbym zasięgnąć pańskiej opinii. Jest pan 
bowiem człowiekiem  
sprawiedliwym i doświadczonym. Chcę widzieć, co 
powinienem zrobić. Mam nadzieję,  
że pan mi pomoże. 
Mówił krótkimi, urywanymi zdaniami. Odniosłem wrażenie, 
że mówienie sprawia mu  
ból i robi to wbrew własnej woli. 
- To bardzo delikatna sprawa - ciągnął. - Niechętnie opowiada 
się obcym o  
domowych kłopotach. To okropne mówić dwóm nie znanym 
mi mężczyznom o zachowaniu  
własnej żony. Ale jestem u granic wytrzymałości. 
- Drogi panie Munro... - zaczął Holmes. Nasz gość poderwał 
się z krzesła. 
- Zna pan moje nazwisko? 
- Jeśli chciał pan zachować incognito, nie trzeba było 
wypisywać swego nazwiska  
na podszewce kapelusza albo nie odwracać jej w kierunku 
rozmówcy - odpowiedział  
z uśmiechem Holmes. - Ja i mój przyjaciel słyszeliśmy w tym 
pokoju wiele  

background image

dziwnych historii i udało nam się ukoić niejedną skołataną 
duszę. Ufam, że panu  
również pomożemy. Jako że czas może tu mieć znaczenie, 
bardzo proszę przejść do  
rzeczy. 
Nasz gość ponownie przesunął dłonią po czole, jakby to 
zadanie sprawiało mu  
wielką trudność. Jego zachowanie i wyraz twarzy Pozwalały 
przypuszczać, że jest  
to człowiek zamknięty w sobie, Powściągliwy, o dumnej 
naturze, nie obnoszący się  
ze swoimi kło- 
potami. Nagle machnął zaciśniętą pięścią, jakby pozbywał się 
rezerwy, i zaczął  
mówić. 
- Fakty są następujące. Jestem żonaty od trzech lat. Bardzo się 
z żoną kochamy i  
żyliśmy szczęśliwie. Nie było między nami różnic, ani w słowie, 
ani w czynie. I  
nagle od zeszłego poniedziałku wyrósł między nami mur. 
Okazało się, że w życiu  
mojej żony jest coś, o czym wiem tyle, co o życiu mijanej na 
ulicy kobiety.  
Staliśmy się sobie obcy i chciałbym wiedzieć dlaczego. 
Jest jednak coś, na co chciałbym zwrócić pańską uwagę, panie 
Holmes. Effie mnie  
kocha. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Kocha mnie 
całym sercem i duszą  
nawet bardziej niż kiedyś. Wiem to i czuję. Mężczyzna wie, 
kiedy kobieta go  

background image

kocha. Ale dzieli nas tajemnica i nigdy nie będzie między nami 
tak jak dawniej,  
dopóki jej nie wyjaśnimy. 
- Bardzo proszę o fakty, panie Munro - ponaglił go Holmes. 
- Powiem panu, co wiem o Effie. Kiedy ją poznałem, była 
wdową, choć miała  
zaledwie dwadzieścia pięć lat. Jej nazwisko brzmiało Hebron. 
Jako młoda  
dziewczyna wyjechała do Ameryki i zamieszkała w Atlancie. 
Tam poślubiła tego  
Hebrona, wziętego adwokata. Mieli dziecko, ale umarło w 
czasie epidemii żółtej  
febry, która zabrała także męża. Widziałem jego akt zgonu. To 
zniechęciło ją do  
Ameryki, wróciła więc do Anglii i zamieszkała wraz z 
niezamężną ciotką w Pinner  
w Middlesex. Mąż zabezpieczył ją finansowo. Odziedziczyła 
cztery tysiące pięćset  
funtów, które dawały jakieś siedem procent zysku. Poznałem 
ją, kiedy była w  
Pinner dopiero od sześciu miesięcy. Zakochaliśmy się w sobie 
i kilka tygodni  
później pobraliśmy. 
Handluję chmielem, z czego mam od siedmiuset do ośmiuset 
funtów. Mogliśmy więc wygodnie żyć i wynająć dom w 
Norbury za osiemdziesiąt  
funtów rocznie. To wiejska posesja, chociaż leży niedaleko 
miasta. W pobliżu  
jest zajazd i dwa domki, a po drugiej stronie pola, 
naprzeciwko nas, stoi  

background image

wiejski domek. Poza tym w okolicy nie ma więcej zabudowań. 
Interes zmusza mnie  
do wyjazdów do 
miasta w różnych porach roku, ale latem mam niewiele pracy. 
Mieszkaliśmy sobie  
szczęśliwie. Niestety, do czasu. 
Tu muszę jeszcze o czymś wspomnieć. Kiedy się pobraliśmy, 
żona przepisała na  
mnie cały swój majątek i to wbrew mej woli. Wiedziałem 
bowiem, co się stanie,  
jeśli mój interes przestanie przynosić dochód. Tak czy owak, 
zrobiła to. Jakieś  
sześć tygodni temu przyszła do mnie z prośbą. 
"Jack - powiedziała. - Kiedy przekazywałam ci mój majątek, 
powiedziałeś, że w  
każdej chwili jest do mojej dyspozycji". 
"Oczywiście - odparłem. - Jest twój". 
"W takim razie potrzebuję sto funtów". 
Zdziwiło mnie to, ale pomyślałem, że pewnie chce je 
przeznaczyć na nową suknię  
albo coś z tych rzeczy. 
"Na cóż ci one potrzebne?" - zapytałem. 
"Och - rzuciła żartobliwym tonem - powiedziałeś, że jesteś 
tylko moim bankierem,  
a bankierzy nie zadają pytań". 
"Jeśli naprawdę ich potrzebujesz, dam ci je" - odparłem. 
"Tak, potrzebuję". 
"I nie powiesz, na co?" 
"Może kiedyś, ale nie teraz, Jack". 
Musiałem się tym zadowolić, bo po raz pierwszy pojawiła się 
między nami jakaś  

background image

tajemnica. Wypisałem czek i więcej o tym nie myślałem. Może 
to nie ma nic  
wspólnego z tym, co zaszło później, ale uznałem, że 
powinienem o tym wspomnieć. 
Jak już mówiłem, niedaleko od nas stoi mały wiejski domek. 
Dzieli nas jedynie  
pole, ale żeby do niego dotrzeć, trzeba iść drogą i skręcić w 
polną dróżkę.  
Zaraz za nią rośnie lasek sosnowy. Bardzo lubiłem tam 
spacerować, bo drzewa  
zawsze są najmilszymi sąsiadami. Przez osiem miesięcy ów 
domek stał pusty.  
Szkoda, bo to ładny, piętrowy budynek, ze staromodnym 
gankiem obrośniętym  
kapryfolium. 
Kiedy w zeszły poniedziałek wieczorem wybrałem się tam na 
^acer, minęła mnie  
pusta ciężarówka, a na trawniku przed gan- 
kiem leżał stos dywanów i różnych rzeczy. Najwidoczniej 
domek w końcu wynajęto.  
Podszedłem bliżej i przesunąłem po nim spojrzeniem, 
zastanawiając się, jakich to  
będziemy mieć sąsiadów. Nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś 
mi się przygląda z  
okna na górze. Nie widziałem dobrze twarzy, ale przejęła 
mnie dreszczem. Byłem  
zbyt daleko, by dostrzec rysy, ale odniosłem wrażenie, że jest 
w nich coś  
nienaturalnego i nieludzkiego. Podszedłem bliżej, lecz 
wówczas twarz nagle  

background image

zniknęła, jakby rozpłynęła się w mroku pokoju. Stałem tam z 
pięć minut,  
rozmyślając nad tym, co przeżyłem. Nie potrafię powiedzieć, 
czy była to męska,  
czy kobieca twarz. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie 
jej kolor. Była  
kredowobiała, jakby nieruchoma. Tak mnie to zdenerwowało, 
że postanowiłem  
dowiedzieć się czegoś więcej o nowych lokatorach. 
Zapukałem do drzwi. Otworzyła  
mi wysoka, chuda kobieta, o szorstkiej, ponurej twarzy. 
"Czego pan sobie życzy?"  
- zapytała z północnym akcentem. "Jestem sąsiadem - 
odpowiedziałem. - I mieszkam  
tam. -Wskazałem na mój dom. - Widzę, że dopiero się 
państwo sprowadzili,  
pomyślałem więc, że może potrzebna będzie jakaś pomoc..." 
"Jeśli będzie  
potrzeba, poprosimy" - odparła i zamknęła mi 
drzwi przed nosem. 
Rozgniewany jej grubiańskim zachowaniem, odwróciłem się i 
poszedłem do domu.  
Cały wieczór starałem się myśleć o czymś innym, ale nie 
mogłem zapomnieć tej  
dziwnej twarzy i nieuprzejmego zachowania kobiety. 
Postanowiłem nie mówić o tym  
żonie, bo jest nerwowa i nie chciałem, by udzieliło się jej moje 
nieprzyjemne  
wrażenie. Przed snem wspomniałem tylko, że ktoś wynajął 
domek, na co nie  
zareagowała. 

background image

Zazwyczaj mam twardy sen. W rodzinie śmieją się, że nic nie 
jest w stanie mnie  
obudzić. Jednak owej nocy, może z powodu zdenerwowania, 
spałem lżej. W pewnym  
momencie zdałem sobie sprawę, że coś się dzieje w pokoju. 
Nagle uprzytomniłem  
sobie, że żona ubrała się i wkłada płaszcz i kapelusz. Już 
miałem wymruczeć  
jakieś słowa zdziwienia i protestu przeciw tym niewczesnym 
przygo- 
towaniom, kiedy nagle spojrzałem jej w twarz oświetloną 
światłem świecy i  
zdumienie odjęło mi mowę. Miała taki wyraz, jakiego nigdy u 
niej nie widziałem.  
Była śmiertelnie blada, szybko oddychała i co chwila zerkała 
na mnie ukradkiem.  
Sądząc, że śpię, wysunęła się bezszelestnie z pokoju i chwilę 
później usłyszałem  
skrzyp zawiasów przy drzwiach wejściowych. Usiadłem na 
łóżku i uderzyłem pięścią  
w obramowanie, by się przekonać, że nie śnię. Potem 
wyjąłem zegarek spod  
poduszki. Była trzecia w nocy. Cóż, u licha, moja żona mogła 
robić na dworze o  
trzeciej w nocy? 
Siedziałem tak przez dwadzieścia minut, zastanawiając się 
nad tym i próbując  
znaleźć jakieś wytłumaczenie. Im dłużej o tym myślałem, tym 
trudniej było mi to  
zrozumieć. Nagle usłyszałem, że drzwi się otwierają, a potem 
kroki żony na  

background image

schodach. 
"Gdzieś ty, na Boga, była. Elfie?" - zapytałem, gdy weszła. 
Wzdrygnęła się gwałtownie i wydała zduszony okrzyk. 
Właśnie ten okrzyk i jej  
przerażenie zaniepokoiły mnie najbardziej, bo było w nich 
poczucie winy. Moja  
żona zawsze miała szczerą i otwartą naturę, toteż przeszedł 
mnie dreszcz na  
widok jej tajemniczego zachowania. 
"Nie śpisz, Jack? - zapytała z nerwowym śmiechem. - 
Sądziłam, że nic nie może  
cię zbudzić". 
"Gdzie byłaś?" - zapytałem surowo. 
"Nie dziwię się, że o to pytasz - powiedziała i dostrzegłem, że 
drżą jej palce,  
kiedy rozpinała płaszcz. - Nigdy dotąd tego nie robiłam. Nagle 
poczułam, że się  
duszę, i musiałam wyjść, odetchnąć świeżym powietrzem. 
Czułam, że jeśli nie  
wyjdę, to zemdleję. Postałam kilka minut przy drzwiach i teraz 
już mi lepiej". 
Przez cały ten czas ani razu nie spojrzała mi w oczy i jej głos 
brzmiał inaczej  
niż zwykle. Zrozumiałem, że kłamie. Nic nie odpowiedziałem i 
odwróciłem się do  
ściany z ciężkim sercem i umysłem Przepełnionym 
wątpliwościami i podejrzeniami.  
Cóż takiego moja żona przede mną ukrywa? Dokąd poszła? 
Poczułem, że nie zaznam  
spokoju, dopóki się nie dowiem, ale wzbraniałem się ją o to 

background image

zapytać. Przez resztę nocy przewracałem się z boku na bok, 
wy. myślając coraz to  
nowe i bardziej niewiarygodne historie. 
Następnego dnia powinienem pojechać do miasta, lecz byłem 
zbyt zdenerwowany, by  
myśleć o interesach. Moja żona wydawała się równie 
niespokojna i sądząc po  
rzucanych mi ukradkowych spojrzeniach musiała się domyślić, 
że jej nie  
uwierzyłem, i rozpaczliwie starała się znaleźć jakieś wyjście. 
Podczas śniadania  
prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, a ja zaraz potem 
wyszedłem na spacer, by się  
uspokoić. 
Doszedłem aż do Crystal Pałace i o pierwszej wróciłem do 
Nor-bury. Droga wiodła  
obok domku, więc zatrzymałem się przy nim, by popatrzeć w 
okna i sprawdzić, czy  
nie zobaczę tej dziwnej twarzy. Nagle, ku memu zdziwieniu, 
drzwi się otworzyły i  
wyszła z nich moja żona. 
Osłupiałem na jej widok, lecz moje uczucia były niczym w 
porównaniu z tymi,  
które ukazały się na jej twarzy, kiedy mnie zobaczyła. Przez 
chwilę miała ochotę  
cofnąć się do domku, a potem, widząc, że to bezcelowe, 
podeszła do mnie z  
wyrazem przestrachu w oczach i fałszywym uśmiechem na 
ustach. 
"Och, Jack! - wykrzyknęła. - Przyszłam odwiedzić naszych 
nowych sąsiadów i  

background image

zapytać, czy czegoś nie potrzebują. Czemu tak na mnie 
patrzysz? Chyba się na  
mnie nie gniewasz?" 
"A więc tu chodziłaś zeszłej nocy" - powiedziałem. 
"Nie rozumiem". 
"Byłaś tu. Jestem tego pewny. Kim są ci ludzie, że odwiedzasz 
ich o takiej  
porze?" 
"Nie odwiedzałam ich". 
"Jak możesz tak kłamać?! - krzyknąłem. - Twój własny głos cię 
zdradza. Czy  
kiedykolwiek ukrywałem coś przed tobą? Wejdę do tego 
domu i wszystko wyjaśnię". 
"Nie, na miłość boską! - wydyszała, a kiedy podszedłem do 
drzwi, złapała mnie za  
rękaw i odciągnęła z rozpaczliwą wprost siłą. - Błagam cię, byś 
tego nie robił,  
Jack! - zawołała. - Przy- 
sięgam, że kiedyś wszystko ci wyjaśnię, lecz jeśli tam 
wejdziesz, wyniknie z  
tego nieszczęście. - Kiedy próbowałem się uwolnić, 
przytrzymała mnie, błagając  
rozpaczliwie: - Zaufaj mi, Jack. Tylko ten jeden raz. Nigdy tego 
nie pożałujesz.  
Wiesz, że jeśli coś ukrywam, to tylko dla twojego dobra. Od 
tego zależy nasze  
wspólne życie. Jeśli wrócisz ze mną do domu, wszystko będzie 
dobrze. Jeśli tam  
wejdziesz, wszystko między nami skończone". 
W jej głosie było tyle żarliwości i rozpaczy, że zatrzymałem się 
niezdecydowany. 

background image

"Zaufam ci pod jednym jedynym warunkiem - powiedziałem. - 
Musisz skończyć z tą  
tajemnicą. Możesz sobie zatrzymać swój sekret, ale musisz mi 
obiecać, że nie  
będzie już nocnych wizyt i knowań za moimi plecami. Jestem 
skłonny wybaczyć ci  
to, co było, ale musisz mi obiecać, że więcej to się nie 
powtórzy". 
"Byłam pewna, że mi zaufasz! - wykrzyknęła z ulgą. - Stanie 
się tak, jak sobie  
życzysz. A teraz wracajmy do domu". 
Wciąż trzymając mnie za rękaw, odciągnęła mnie od domku. 
Kiedy odchodziliśmy,  
obejrzałem się za siebie i w górnym oknie znowu zobaczyłem 
tę sinożółtą twarz.  
Jaki związek istniał między tym potworem a moją żoną? I co 
łączyło ją z tą  
szorstką, ordynarną kobietą? Wiedziałem, że nie zaznam 
spokoju, póki nie  
rozwiążę tej zagadki. 
Przez dwa dni nie opuszczałem domu, a moja żona 
dotrzymała przyrzeczenia i też  
nigdzie nie wychodziła. Jednak trzeciego dnia nie mogła 
oprzeć się pokusie i  
zapomniała o obietnicy, własnym mężu i obowiązkach 
względem niego. 
Tego dnia pojechałem do miasta, lecz zamiast o 3.36, 
wróciłem pociągiem o 2.40.  
Kiedy wszedłem do domu, wybiegła mi na spotkanie 
zaskoczona pokojówka. 
"Gdzie jest pani?" - zapytałem. 

background image

"Chyba poszła na spacer" - odparła. 
Natychmiast nabrałem podejrzeń. Pobiegłem na górę, by 
upew-"ic się, że żony nie  
ma w domu. Przypadkiem spojrzałem w okno 
i zobaczyłem, że pokojówka, z którą przed chwilą 
rozmawiałem biegnie przez pole  
w stronę domku. Zrozumiałem, co to oznacza. Moja żona 
znowu tam poszła i  
poleciła służącej, by dać jej znać gdybym wrócił. Płonąc 
gniewem, zbiegłem na  
dół i ruszyłem przez pole, zdecydowany raz na zawsze 
wyjaśnić tę sprawę. Żona i  
służąca biegły właśnie drogą, lecz ominąłem je i pognałem 
dalej. W tym domku  
kryła się tajemnica rzucająca cień na moje życie. Przyrzekłem 
sobie, że ją  
rozwiążę. Nawet nie zapukałem, tylko nacisnąłem na klamkę i 
wpadłem do środka. 
Na parterze panowała cisza. W kuchni garnek śpiewał na 
ogniu, a w koszyku spał  
zwinięty wielki, czarny kot. Po kobiecie, którą widziałem 
przed paroma dniami,  
nie było śladu. Wbiegłem do drugiego pokoju, lecz tu też 
nikogo nie zastałem.  
Popędziłem więc na górę, lecz tam również nikogo nie było. 
Cały dom świecił  
pustką. Wyposażenie pokoi było proste, z wyjątkiem pokoju z 
oknem, w którym  
widziałem tę dziwną twarz. Stojące tu meble odznaczały się 
elegancją i wygodą.  

background image

Moje podejrzenia rozgorzały na nowo, kiedy ujrzałem na 
gzymsie kominka dużą  
fotografię żony, zrobioną na moje osobiste życzenie zaledwie 
przed trzema  
miesiącami. 
Zostałem w domu na tyle długo, by się upewnić, że nikogo w 
nim nie ma. Potem  
wyszedłem z ciężkim sercem. Kiedy zjawiłem się w domu, w 
hallu czekała na mnie  
żona. Byłem jednak zbyt rozżalony i rozgniewany, by z nią 
rozmawiać. Minąłem ją  
i skierowałem się do gabinetu. Weszła jednak za mną, nim 
zdążyłem zamknąć drzwi. 
"Przykro mi, że złamałam przyrzeczenie, Jack - powiedziała. -
Gdybyś jednak znał  
wszystkie okoliczności, z pewnością byś mi wybaczył". 
"W takim razie opowiedz mi wszystko" - odrzekłem. 
"Nie mogę, Jack!" - zawołała. 
"Dopóki nie powiesz mi, kto mieszka w tym domku i komu 
dałaś swoją fotografię,  
nie może być mowy o zaufaniu między nami" - oświadczyłem i 
wybiegłem z domu. 
To było wczoraj, panie Holmes. Od tego czasu ani jej nie 
widziałem, ani nie  
dowiedziałem się niczego nowego. To pierwsza sprzeczka 
między nami, i tak mną  
wstrząsnęła, że nie wiem, co począć. Nagle dziś rano przyszło 
mi do głowy, że  
pan mógłby mi coś poradzić, więc przyszedłem tu i oddaję się 
całkowicie w  

background image

pańskie ręce. Jeśli jest coś, czego nie wyjaśniłem, proszę 
pytać. Przede  
wszystkim jednak, proszę mi powiedzieć, co mam zrobić, bo 
jestem u kresu  
wytrzymałości. 
Holmes i ja wysłuchaliśmy tej niezwykłej relacji z wielkim 
zaciekawieniem. Mój  
przyjaciel siedział przez jakiś czas w milczeniu, podpierając 
brodę ręką. 
- Proszę mi powiedzieć - odezwał się w końcu - czy może pan 
przysiąc, że twarz,  
którą pan widział, należała do mężczyzny? 
- Za każdym razem stałem zbyt daleko, więc nie mogę tego 
zrobić. 
- Ale sprawiała nieprzyjemne wrażenie. 
- Miała nienaturalny kolor i była dziwnie nieruchoma. Kiedy 
podszedłem bliżej,  
nagle znikła. 
- Kiedy pańska żona poprosiła pana o sto funtów? 
- Jakieś dwa miesiące temu. 
- Czy widział pan fotografię jej pierwszego męża? 
- Nie. Wkrótce po jego śmierci wybuchł w Atlancie wielki 
pożar i wszystkie  
papiery żony spłonęły. 
- A mimo to miała akt zgonu. Mówił pan, że go widział. 
- Tak, otrzymała duplikat. 
- Czy spotkał pan kogoś, kto znał ją w Ameryce? 
- Nie. 
- Czy wspominała o ponownym jej odwiedzeniu? 
- Nie. 
- A może dostawała stamtąd listy? 

background image

- Nie. 
- Dziękuję. A teraz chciałbym to wszystko przemyśleć. Jeśli 
domek będzie nadal  
opuszczony, możemy mieć trudności. Jeśli 
zaś, jak przypuszczam, jego mieszkańców ostrzeżono o 
pańskim pojawieniu się i  
zdążyli go wczoraj opuścić, mogą już być z powrotem. 
Wówczas bez trudu wszystko  
wyjaśnimy. Radzę panu wrócić teraz do Norbury i jeszcze raz 
sprawdzić wszystkie  
okna w domku. Jeśli pan stwierdzi, że ktoś tam mieszka, 
proszę nie wchodzić do  
środka, tylko przesłać nam depeszę. W ciągu godziny od jej 
otrzymania będziemy  
na miejscu. 
- A jeśli będzie pusty? 
- Wówczas przyjadę jutro i porozmawiamy. Do widzenia i 
proszę się nie martwić. 
- Obawiam się, Watsonie, że ta sprawa źle wróży - powiedział 
Holmes po  
odprowadzeniu naszego gościa do drzwi. - Co o tym sądzisz? 
- Nie wygląda dobrze - stwierdziłem. 
- Tak. Pachnie mi tu szantażem. 
- A kim jest szantażysta? 
- To zapewne ktoś, kto mieszka w tym ładnie umeblowanym 
pokoju z fotografią na  
gzymsie kominka. Jest coś fascynującego w tej żółtej twarzy w 
oknie i muszę  
wyjaśnić tę zagadkę. 
- Masz już jakąś koncepcję? 

background image

- Na razie tylko zarysy. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby 
przybrała  
                                                                                 
                                                                                 
                                                                    konkretny  
kształt. W tym domku musi mieszkać pierwszy mąż pani 
Munro. 
- Czemu tak sądzisz? 
- A jak inaczej można wytłumaczyć jej szalony strach, by drugi 
mąż nie wszedł do  
środka? Fakty według mnie są następujące: kobieta wyszła za 
mąż w Ameryce. Jej  
mąż ujawnił jakieś złe cechy albo może przeszedł jakąś 
wstrętną chorobę, stał  
się trędowatym czy popadł w obłęd. Uciekła w końcu od 
niego, wróciła do Anglii,  
zmieniła nazwisko i zaczęła nowe życie. Od trzech lat była 
mężatką i sądziła, że  
nic już jej nie grozi. Mężowi pokazała akt zgonu mężczyzny, 
którego nazwisko  
przyjęła. I nagle ów pierwszy mąż albo jakaś pozbawiona 
skrupułów kobieta, która  
się z nim związała, od- 
krywa jej miejsce pobytu. Piszą do niej i grożą, że wyjawią jej 
tajemnicę. Prosi  
więc drugiego męża o sto funtów i postanawia ich przekupić. 
Jednak oni i tak  
przyjeżdżają. Kiedy mąż wspomina coś o nowych lokatorach 
domku, ona domyśla się,  
że to jej prześladowcy. Czeka, aż mąż zaśnie, i biegnie tam, 
jeszcze raz  

background image

spróbować namówić ich, by dali jej spokój. Nic z tego nie 
wychodzi, próbuje więc  
następnego dnia rano. Wówczas to musiał zobaczyć ją drugi 
mąż. Kobieta obiecuje,  
że więcej tam nie pójdzie, lecz dwa dni później nadzieja na 
pozbycie się  
strasznych sąsiadów przeważa i ponawia próbę. Zabiera ze 
sobą fotografię, której  
prawdopodobnie od niej zażądano. W czasie rozmowy 
przybiega pokojówka z  
wiadomością, że pan wrócił do domu. Wiedząc, że zaraz się tu 
zjawi, wyprowadza  
mieszkańców domku tylnymi drzwiami, zapewne do 
sosnowego lasku, który rośnie w  
pobliżu. Dlatego nie było nikogo w domu, kiedy Munro się 
tam zjawił. Byłbym  
jednak zdziwiony, gdyby nadal stał pusty, kiedy dziś 
wieczorem będzie go  
oglądał. Co o tym myślisz? 
- To tylko przypuszczenia. 
- Ale przynajmniej pokrywają się z faktami. Kiedy pojawią się 
nowe, nie  
odpowiadające mojej teorii, będziemy mieć dość czasu, by 
przemyśleć wszystko  
jeszcze raz. Musimy jednak poczekać na depeszę z Norbury. 
Nie czekaliśmy długo. Właśnie skończyliśmy pić herbatę, kiedy 
ją nam doręczono. 
Domek jest zamieszkany. Znowu widziałem twarz w oknie. 
Czekam na przyjazd  
pociągiem o siódmej. Do tego czasu nie podejmę żadnych 
kroków. 

background image

Czekał na nas na peronie. W świetle latarni dostrzegliśmy, że 
Jest bardzo blady  
i cały drży. 
- Oni tam są, panie Holmes - powiedział, kładąc rękę na 
ramieniu mojego  
przyjaciela. - Kiedy tu szedłem, widziałem palące s1? światła. 
Musimy tę sprawę  
jeszcze dziś rozwikłać. 
- Jaki ma pan plan? - zapytał Holmes, kiedy szliśmy ciemną, 
wysadzaną drzewami  
aleją. 
- Zamierzam wtargnąć do środka i sprawdzić, kto tam 
mieszka. Chciałbym, żeby  
panowie byli moimi świadkami. 
- Jest pan zdecydowany to zrobić, pomimo ostrzeżeń żony, że 
lepiej nie dochodzić  
tajemnicy? 
- Tak, jestem. 
- Myślę, że słusznie pan robi. Każda prawda jest lepsza od 
niepewności. Idźmy  
tam od razu. Nie jest to legalne działanie, ale myślę, że warto 
zaryzykować. 
Było bardzo ciemno i zaczął mżyć deszcz. Z głównej drogi 
skręciliśmy w wąską,  
porytą koleinami ścieżkę wysadzaną krzewami. Munro parł do 
przodu, a my  
staraliśmy się za nim nadążyć. 
- Stąd widać światła mojego domu - mruknął, wskazując na 
migoczące między  
drzewami światełka. - A tu jest ten domek. 

background image

Wyszliśmy zza zakrętu i naszym oczom ukazał się wiejski 
domek. Żółta linia w  
dole drzwi wskazywała na to, że są uchylone. Również jedno z 
okien na piętrze  
było jasno oświetlone. W tym momencie za zasłoną mignął 
jakiś cień. 
- Jest ten potwór! - krzyknął Munro. - Sami widzieliście. A 
teraz proszę za mną.  
Wkrótce poznamy całą prawdę. 
Podeszliśmy do drzwi. Nagle z cienia wyłoniła się kobieta i 
stanęła w smudze  
światła. Nie widziałem jej twarzy, jedynie ręce wyciągnięte w 
błagalnym geście. 
- Na litość boską, nie rób tego, Jack! - krzyknęła. - Miałam 
przeczucie, że  
zjawisz się tu dziś wieczorem. Zastanów się jeszcze. Zaufaj mi, 
a nigdy tego nie  
pożałujesz. 
- Zbyt długo ci ufałem, Effie - rzucił ostro. - Przepuść mnie. 
Musimy wreszcie  
wyjaśnić tę sprawę. 
Odepchnął ją, a my podążyliśmy za nim. Kiedy otworzył drzwi, 
zagrodziła mu drogę  
stara kobieta, ale odepchnął ją i po chwili byliśmy już na 
górze. Munro wpadł do  
oświetlonego pokoju, a my tuz za nim. 
Było to przytulne, ładnie umeblowane pomieszczenie. Na 
stole stały dwie świece i  
dwie na kominku. W rogu, pochylona nad biurkiem, siedziała 
dziwna postać  

background image

przypominająca dziewczynkę. Miała na sobie czerwoną 
sukienkę i długie białe  
rękawiczki. Kiedy odwróciła się w naszą stronę, krzyknąłem 
zaskoczony i  
przerażony. Ujrzałem bowiem twarz o dziwnym żółtym 
odcieniu, pozbawioną  
jakiegokolwiek wyrazu. Zaraz jednak tajemnica się wyjaśniła. 
Holmes, śmiejąc  
się, wsunął rękę za ucho dziecka i ściągnął maskę, ukazując 
czarną jak węgiel  
murzyńską buzię, z białymi zębami połyskującymi wesołością 
na widok naszych  
zdumionych twarzy. Przyłączyłem się do tej dziecięcej radości, 
natomiast Munro  
wytrzeszczał oczy i przyciskał ręką gardło. 
- Mój Boże! - wykrzyknął. - Co to ma znaczyć? 
- Powiem ci, co to znaczy! - zawołała jego żona, wchodząc do 
pokoju z dumnie  
podniesionym czołem. - Zmusiłeś mnie do wyznania ci prawdy 
i teraz musimy przez  
to przejść. Mój mąż zmarł w Atlancie, ale dziecko przeżyło. 
- Twoje dziecko? 
Wyjęła zza dekoltu duży srebrny medalion, nacisnęła 
sprężynę i wieczko  
odskoczyło. W środku był portret niezwykle przystojnego 
mężczyzny o  
inteligentnej twarzy, ale z niezaprzeczalnie afrykańskimi 
rysami. 
- To jest John Hebron - wyjaśniła pani Munro. - 
Najszlachetniejszy z ludzi.  

background image

Wyparłam się swojej rasy, by go poślubić, lecz nigdy tego nie 
żałowałam. Tak się  
jednak nieszczęśliwie stało, że nasze dziecko jest podobne do 
niego, a nie do  
mnie. To się często zdarza w mieszanych małżeństwach. Lucy 
jest nawet  
ciemniejsza od ojca. Ale czarna czy biała, jest moim 
najdroższym skarbem. - Na  
te słowa dziewczynka podbiegła do matki i przytuliła się do 
niej. - Zostawiłam  
ją w Ameryce tylko dlatego, że była słabego zdrowia i zmiana 
klimatu mogłaby jej  
zaszkodzić - podjęła swą "powieść pani Munro. - Opiekowała 
się nią Szkotka,  
służąca, która kiedyś pracowała w naszym domu. Nawet przez 
chwilę nie po- 
myślałam, że mogłabym się wyrzec mojego dziecka. 
Tymczasem los postawił cię na  
mojej drodze, Jack, i sprawił, że cię pokochałam. Niech mi Bóg 
wybaczy, ale  
lękałam się, że mogę cię stracić, i zabrakło mi odwagi, by 
wyznać ci prawdę.  
Musiałam wybierać między tobą a nią i wówczas odwróciłam 
się od mojej małej  
córeczki. Przez trzy lata ukrywałam przed tobą jej istnienie, 
ale otrzymywałam  
wiadomości od piastunki i wiedziałam, że mała dobrze się 
czuje. W końcu  
zapragnęłam ją zobaczyć. Walczyłam z tym, lecz na próżno. 
Wiedziałam, czym to  

background image

grozi, ale zdecydowałam się sprowadzić dziecko, choćby na 
kilka tygodni.  
Wysłałam piastunce sto funtów i przekazałam jej informacje o 
tym domku. Miała go  
wynająć, dzięki czemu ja mogłam pozostać z boku. 
Ostrzegłam ją, by nie  
wypuszczała dziecka z domu w ciągu dnia i zakrywała mu 
twarzyczkę i ręce. Nawet  
gdyby zobaczył ją ktoś w oknie, nie przyszłoby mu do głowy, 
że jest czarnym  
dzieckiem. Gdybym się tak nie przejmowała środkami 
ostrożności, może rozsądek  
wziąłby górę, ale szalałam ze strachu na myśl o tym, że 
dowiesz się prawdy. 
To ty pierwszy powiedziałeś mi, że ktoś wynajął domek. 
Powinnam zaczekać do  
rana, ale nie mogłam spać z podniecenia. Wymknęłam się 
więc z domu, wiedząc, że  
masz twardy sen. Ale mnie zobaczyłeś i to był początek moich 
kłopotów.  
Następnego dnia mogłeś odkryć mój sekret, ale szlachetnie 
zrezygnowałeś ze  
swojej przewagi nade mną. Jednak trzy dni później piastunce i 
dziecku ledwie  
udało się wymknąć z domu tylnymi drzwiami, kiedy wpadłeś 
do środka frontowymi.  
Teraz już wiesz wszystko, pytam więc, co się teraz stanie ze 
mną i z dzieckiem? 
Splotła ręce i czekała na odpowiedź. 
Bardzo długo Munro się nie odzywał. W końcu zrobił coś, co z 
przyjemnością będę  

background image

wspominał. Wziął dziewczynkę na ręce, ucałował, drugą 
wyciągnął do żony i ruszył  
do drzwi. 
- Porozmawiamy o tym w domu - powiedział. - Nie jestem 
aniołem. Elfie, ale chyba  
można po mnie oczekiwać czegoś więcej. 
Holmes i ja wyszliśmy za nimi na drogę. W pewnym 
momencie mój przyjaciel złapał  
mnie za rękaw. 
- Myślę, że bardziej się przydamy w Londynie niż w Norbury. 
Wspomniał o tej  
sprawie dopiero późnym wieczorem, gdy ze świecą w ręku 
szedł do sypialni. 
- Watsonie - powiedział - jeśli kiedykolwiek stwierdzisz, że 
staję się zbyt  
zarozumiały albo że nie bardzo przykładam się do jakiejś 
sprawy, szepnij mi do  
ucha "Norbury", a będę ci bardzo wdzięczny. 
Trzej studenci 
W 1895 roku w wyniku pewnego splotu zdarzeń, o których 
nie chciałbym mówić,  
spędziliśmy z Sheriockiem Holmesem kilka tygodni w jednym 
z naszych wielkich  
miast uniwersyteckich, gdzie przeżyliśmy małą, lecz wielce 
pouczającą przygodę.  
To oczywiste, że ujawnienie jakichkolwiek szczegółów, 
pozwalających czytelnikowi  
na rozpoznanie uczelni czy przestępcy, byłoby nie na miejscu. 
Tak bolesny  
skandal lepiej pozostawić w mrokach przeszłości. Można go 
jednak opisać przy  

background image

zachowaniu odpowiedniej dyskrecji, doskonale bowiem 
ilustruje nadzwyczajne  
talenty mojego przyjaciela. Będę się więc starał unikać 
określeń, które  
naprowadziłyby na miejsce zdarzenia i ludzi w nim 
uczestniczących. 
Zajmowaliśmy wtedy umeblowane mieszkanie niedaleko 
biblioteki, gdzie Holmes  
prowadził badania nad bardzo starymi dokumentami 
dotyczącymi angielskich  
przywilejów. To, co wówczas odkrył, jest tak frapujące, że 
nadaje się na temat  
kolejnego opowiadania. 
Pewnego wieczoru odwiedził nas jeden ze znajomych, 
wykładowca z Kolegium św.  
Łukasza, pan Hilton Soames. Był to wysoki, szczupły 
mężczyzna o nerwowym i  
gwałtownym usposobieniu. Sprawiał wrażenie, jakby 
wszystko go denerwowało,  
jednak tym razem znajdował się w stanie tak wielkiego 
wzburzenia, że natychmiast  
zrozumiałem, iż musiało zajść coś niezwykłego. 
- Mam nadzieję, panie Holmes, że zechce mi pan poświęcić 
trochę swojego cennego  
czasu. W kolegium zdarzył się przykry wypadek i gdyby nie 
pan, nie wiedziałbym,  
do kogo się udać. 
- Jestem teraz bardzo zajęty i nie chciałbym się rozpraszać - 
odparł mój przyjaciel. - Wolałbym, aby pan zwrócił się z tym 
do policji. 

background image

- Nie, to absolutnie niemożliwe. Kiedy zajmie się tym policja, 
wybuchnie  
skandal. A w grę wchodzi dobre imię uczelni i z tego względu 
nie powinno się tej  
sprawie nadawać rozgłosu. Pańska dyskrecja jest 
powszechnie znana, podobnie jak  
talenty, i tylko pan może mi pomóc. Dlatego błagam, proszę 
mi nie odmawiać. 
Charakter Holmesa nie zmienił się ani na jotę pomimo braku 
otoczenia Baker  
Street. Bez swojego archiwum, chemikaliów i bałaganu czuł 
się nieswojo. Wzruszył  
więc teraz ramionami na znak przyzwolenia, a nasz gość w 
pospiesznych słowach i  
z przesadną gestykulacją zaczął opowiadać swoją historię. 
- Przede wszystkim muszę panu wyjaśnić, panie Holmes, że 
jutro jest pierwszy  
dzień egzaminów na stypendium Fortescue'a. Jestem jednym 
z egzaminatorów.  
Wykładam grekę i pierwszy egzamin wymaga 
przetłumaczenia obszernego tekstu  
greckiego, którego kandydat nie zna. Tekst ten drukuje się na 
specjalnym  
blankiecie egzaminacyjnym i kandydatowi bardzo by ułatwiło 
sprawę, gdyby mógł  
się z nim wcześniej zapoznać. Z tego też powodu trzyma się 
ów tekst w tajemnicy. 
Dziś, około trzeciej, przyszły z drukarni odbitki: pół rozdziału z 
Tukidydesa.  
Musiałem je dokładnie przeczytać, bo tekst nie może 
zawierać błędów. O trzeciej  

background image

trzydzieści wciąż byłem nim zajęty. Wcześniej obiecałem, że 
wypiję z  
przyjacielem popołudniową herbatę, zostawiłem więc odbitki 
na biurku i  
wyszedłem. Nie było mnie ponad godzinę. 
Zapewne wie pan, panie Holmes, że drzwi w naszym kolegium 
są podwójne:  
wewnętrzne obite zielonym rypsem, a zewnętrzne z solidnego 
dębu. Kiedy stanąłem  
przed swoim gabinetem, zauważyłem ze zdumieniem, że w 
zamku tkwi klucz. Przez  
chwilę ttyślalem, że zapomniałem go zabrać, ale nie, miałem 
go w kieszeni.  
Jedyny duplikat był w posiadaniu mojego służącego Ban-
nistera, który od  
dziesięciu lat dba o mój pokój i którego uczci- 
wośćjest poza wszelkim podejrzeniem. Okazało się, że to jego 
klucz i że wszedł  
do pokoju już po moim wyjściu, by zapytać, czy nie życzę 
sobie herbaty, po czym  
wyszedł, zostawiając klucz w drzwiach. W innych 
okolicznościach nie miałoby to  
znaczenia, lecz tego dnia mogło to grozić poważnymi 
konsekwencjami. 
Kiedy spojrzałem na biurko, zauważyłem, że ktoś grzebał w 
moich papierach.  
Dowodem były trzy szpalty. Zostawiłem je złożone razem, 
teraz jedna leżała na  
podłodze, druga na stoliku przy oknie, a trzecia na biurku. 
W tym momencie Holmes po raz pierwszy się poruszył. 

background image

- Pierwsza szpalta na podłodze, druga pod oknem, a trzecia 
tam, gdzie ją pan  
zostawił, tak? - zapytał. 
- Tak, panie Holmes. To zdumiewające. Skąd pan to może 
wiedzieć? 
- Proszę kontynuować, to bardzo interesujące. 
- Początkowo sądziłem, że Bannister pozwolił sobie na coś tak 
niedopuszczalnego,  
jak grzebanie w moich papierach. Jednak zdecydowanie temu 
zaprzeczył i jestem  
przekonany, że mówi prawdę. W takim razie ktoś, 
przechodząc obok moich drzwi,  
zauważył tkwiący w nich klucz, a wiedząc, że mnie nie ma, 
wszedł i przejrzał  
papiery. W grę wchodzi spora suma pieniędzy, bo stypendium 
jest wysokie i ktoś  
nieuczciwy mógłby spróbować zyskać w ten sposób przewagę 
nad innymi kandydatami. 
Bannister bardzo się przejął tym incydentem. Omal nie 
zemdlał, gdy się  
przekonał, że ktoś ruszał moje papiery. Dałem mu brandy i 
zostawiłem bezwładnego  
na krześle, a sam dokładnie przeszukałem gabinet. Wkrótce 
się zorientowałem, że  
intruz zostawił jeszcze inne ślady swojej obecności. Na stoliku 
pod oknem  
znalazłem kilkanaście obrzynków z temperowanego ołówka. 
Był tam również złamany  
kawałek grafitu. Najwidoczniej drań przepisywał tekst w 
pośpiechu, złamał ołówek  
i musiał go zatemperować. 

background image

- Doskonale! - wykrzyknął Holmes, odzyskując humor, w 
miarę jak rosło jego  
zainteresowanie sprawą. - Los panu sprzyjał. 
- To jeszcze nie wszystko. Mam nowe biurko z blatem 
pokrytym czerwoną skórą.  
Gotów jestem przysiąc, Bannister również, że powierzchnia 
blatu była gładka i  
nie poplamiona. Teraz zauważyłem na niej świeże przecięcie o 
długości trzech  
cali. Poza tym na biurku znalazłem małą grudkę czarnego 
ciasta lub gliny z  
kruszynami wyglądającymi na trociny. Jestem przekonany, że 
te ślady zostawił  
ktoś, kto grzebał w papierach. Nie znalazłem śladów stóp ani 
innych dowodów  
mogących go zidentyfikować. Nie wiedziałem, co począć, 
kiedy nagle przypomniałem  
sobie o panu i natychmiast tu przyszedłem. Proszę mi pomóc, 
panie Holmes.  
Rozumie pan, jakie mogą być konsekwencje: albo odnajdę 
sprawcę, albo egzamin  
trzeba będzie odłożyć, dopóki nie wydrukuje się nowego 
tekstu. Będę jednak  
musiał o wszystkim powiedzieć i wybuchnie straszny skandal, 
który rzuci cień nie  
tylko na nasze kolegium, lecz na cały uniwersytet. Pragnąłbym 
więc załatwić całą  
sprawę po cichu i dyskretnie. 
- Z przyjemnością się nią zajmę - powiedział Holmes, wstając i 
biorąc wierzchnie  

background image

okrycie. - Ta sprawa ma wiele ciekawych elementów. Czy ktoś 
pana odwiedzał,  
kiedy miał już pan ten tekst u siebie? 
- Tak, młody Daulat Ras, hinduski student, który mieszka na 
tej samej klatce  
schodowej. Przyszedł zapytać mnie o jakieś szczegóły 
dotyczące egzaminu. 
- Ma w nim uczestniczyć? 
-Tak. 
- I papiery leżały wówczas na biurku? 
- O ile sobie przypominam, były zwinięte w rulon. 
- Mógł się domyślić, że są to odbitki? 
- Chyba tak. 
~ Nikt więcej pana nie odwiedzał? 
-Nie. 
~ Czy ktoś wiedział, że będzie pan miał te odbitki? 
~ Nikt z wyjątkiem drukarza. 
- Czy ten Bannister wiedział? 
- Nie, oczywiście że nie. 
- A gdzie jest teraz pański służący? 
- Rozchorował się biedak ze zdenerwowania. Zostawiłem go 
siedzącego na krześle.  
Chciałem jak najszybciej przyjść do pana. 
- I zostawił pan drzwi otwarte? 
- Ałe papiery zamknąłem na klucz. 
- To by oznaczało, panie Soames, że jeżeli ten hinduski 
student nie rozpoznał  
odbitek, człowiek, który je oglądał, musiał trafić na nie 
przypadkiem, nie  
wiedząc, że tam są. 
- Ja też tak sądzę. 

background image

Holmes uśmiechnął się enigmatycznie. 
- A więc chodźmy się rozejrzeć - powiedział. - To sprawa 
czysto dedukcyjna,  
Watsonie. Nie ma w niej przemocy. Ale jeśli chcesz, możesz 
iść z nami. 
Gabinet profesora Soamesa zdobiło długie, niskie, witrażowe 
okno, wychodzące na  
wiekowy, pokryty mchem dziedziniec kolegium. Gotyckie 
drzwi prowadziły na stare  
kamienne schody. Pokój mieścił się na parterze, a wyżej 
mieszkali trzej  
studenci, każdy na innym piętrze. Kiedy dotarliśmy na 
miejsce, zapadał już  
zmierzch. Holmes przystanął pod oknem gabinetu. Potem 
podszedł do niego, wspiął  
się na palce, wyciągnął szyję i zajrzał do środka. 
- Musiał wejść drzwiami. W tym oknie otwiera się tylko lufcik - 
powiedział nasz  
uczony przewodnik. Holmes uśmiechnął się tajemniczo. 
- A więc wejdźmy do środka. 
Profesor otworzył zewnętrzne drzwi i wprowadził nas do 
gabinetu. Stanęliśmy w  
progu, a Holmes dokładnie obejrzał dywan. 
- Niestety, nie widzę tu żadnych śladów - powiedział. - Zresztą 
trudno się ich  
spodziewać, skoro dzień był suchy. Pański służący musiał już 
chyba wyzdrowieć.  
Zostawił go pan na krześle, tak? Na którym? 
- Na tym przy oknie. 
- Aha, przy tym małym stoliku. Możecie już wejść, panowie, 
skończyłem z dywanem.  

background image

Najpierw zajmijmy się stolikiem. Przebieg zdarzeń jest 
zupełnie jasny. Ktoś  
wszedł i wziął z biurka papiery. Następnie przeniósł je na 
stolik pod oknem, aby  
nie dać się zaskoczyć, gdyby pan się pojawił na dziedzińcu. 
- Prawdę powiedziawszy, i tak nie mógł mnie zobaczyć, bo 
wszedłem boczną bramą -  
odparł Soames. 
- W każdym razie taki był jego zamiar. Proszę mi pokazać te 
trzy szpalty. Nie  
widzę na nich żadnych śladów. A więc wziął pierwszą, zaniósł 
pod okno i  
przepisał. Ile czasu mogło mu to zająć, jeśli założymy, że 
posłużył się  
skrótami? Najmniej kwadrans. Następnie odłożył pierwszą i 
wziął drugą. Był w  
połowie szpalty, kiedy wrócił pan niespodziewanie i zmusił go 
do pospiesznego  
odwrotu. Bardzo pospiesznego, nie miał bowiem czasu, by 
odłożyć papiery na  
miejsce, tak by się pan niczego nie domyślił. Nie słyszał pan, 
żeby ktoś biegł  
po schodach? 
- Nie, nie wydaje mi się. 
- Pisał tak szybko, że złamał ołówek i musiał go naostrzyć. To 
ciekawe,  
Watsonie. Ten ołówek nie był takim sobie zwykłym ołówkiem: 
był dłuższy od  
normalnego, z miękkim grafitem i wierzchem pomalowanym 
na kolor ciemnoniebieski.  

background image

Nazwę firmy wydrukowano srebrnymi literami. Ten kawałek, 
który został, mierzy  
sobie zaledwie półtora cala. Proszę znaleźć taki ołówek, panie 
Soames, a będzie  
pan miał winowajcę. Dla ułatwienia dodam, że ma duży, tępy 
nóż. 
Profesor Soames był nieco oszołomiony tym potokiem 
informacji. 
- Niektóre z pańskich uwag rozumiem, ale jeśli chodzi o 
długość ołówka... 
Holmes wziął do ręki malutki ścinek z widocznymi na nim lite-
ranli "nn" i  
kawałkiem czystego drewna. 
- Widzi pan? 
- Tak, ale nadal nie rozumiem... 
- Co mogą oznaczać litery "nn"? To koniec wyrazu. 
Najpopularniejsze ołówki  
pochodzą z firmy "Johann Faber". Czy to nie oczywiste, że 
długość ołówka wynosi  
tyle, ile pozostało po imieniu Johann? - zapytał Holmes, po 
czym ustawił stolik  
tak, by padło na niego światło lampy elektrycznej. - 
Zobaczmy, czy na blacie nie  
pozostały jakieś ślady od pisania. Nie, nie widzę. Niczego 
więcej się tu nie  
dopatrzymy. Obejrzyjmy więc biurko. Ta mała kulka jest, jak 
przypuszczam, ową  
grudką czarnego ciasta, o której pan mówił. Ma kształt stożka 
i otwór w środku.  
I są w niej trociny. Interesujące. Wreszcie nacięcie. Zaczyna 
się cienką linią,  

background image

a kończy poszarpaną dziurą. Jestem panu niezmiernie 
wdzięczny za zainteresowanie  
mnie tą sprawą, profesorze. Dokąd prowadzą te drzwi? 
- Do mojej sypialni. 
- Czy zaglądał pan tam od czasu owego zdarzenia? 
- Nie, poszedłem prosto do pana. 
- Chciałbym ją obejrzeć. Cóż za uroczy staroświecki pokój! 
Proszę łaskawie  
poczekać, dopóki nie zbadam podłogi. Nie, nic tu nie widzę. A 
co jest za tą  
zasłoną? Ach, miejsce na ubrania. Jeśli ktoś chciałby się tu 
ukryć, to tylko za  
zasłoną, bo łóżko jest za niskie, a szafa zbyt płytka. Chyba nie 
ma tu nikogo? 
Kiedy Holmes odsuwał zasłonę, wyczułem w nim lekkie 
napięcie, jakby był  
przygotowany na niebezpieczeństwo. Tymczasem za zasłoną 
wisiały jedynie trzy lub  
cztery garnitury. Mój przyjaciel odwrócił się i nagle 
znieruchomiał. 
- A cóż to takiego? 
Na podłodze leżała grudka czarnej, lepkiej substancji, takiej 
jak na biurku.  
Holmes uniósł ją do światła. 
- Wygląda na to, że pański gość zostawił ślady nie tylko w 
gabinecie,  
profesorze. 
- Czego on tu szukał? 
- To oczywiste. Wrócił pan niespodziewanie, a on zorientował 
się dopiero wtedy, gdy był pan pod drzwiami. Cóż mógł 
zrobić? Zabrał to, co  

background image

mogło go zdradzić, i ukrył się w sypialni. 
- Wielkie nieba! Chce pan powiedzieć, że przez cały czas, 
kiedy rozmawiałem z  
Bannisterem, ten człowiek był tuż obok? 
- Na to wygląda. 
- Musi być jakieś inne wytłumaczenie, panie Holmes. Czy 
obejrzał pan już okno w  
sypialni? 
- Okratowane, oprawne w ołów, trój skrzydłowe, z jednym 
skrzydłem na zawiasach,  
na tyle dużym, żeby przeszedł przez nie człowiek. 
- Właśnie. I wychodzi na róg dziedzińca, przez co częściowo 
jest niewidoczne.  
Mógł więc tędy wejść do środka, zostawić ślady w sypialni i 
stwierdziwszy, że  
drzwi są otwarte, uciec przez nie. 
Holmes pokręcił głową. 
- Bądźmy realistami. Powiedział pan, że tych schodów 
używają trzej studenci i  
zwykle przechodzą obok pańskich drzwi. 
- Tak. 
- I wszyscy przystępują do egzaminu? 
- Tak. 
- Czy ma pan jakiś powód, by podejrzewać któregoś z nich? 
Soames zawahał się. 
- To kłopotliwe pytanie - odparł. - Trudno kogoś podejrzewać, 
kiedy nie ma się  
dowodów. 
- A więc proszę przedstawić pańskie podejrzenia, a ja 
poszukam dowodów. 

background image

- W takim razie opiszę panu charaktery tych trzech 
studentów. Nade mną mieszka  
Gilchrist, świetny student i sportowiec. Gra w uniwersyteckiej 
drużynie rugby i  
krykieta. Zdobył medal w biegu przez płotki i skoku w dal. To 
dzielny młody  
człowiek. Jest synem sir Jabeza Gilchrista, który stracił 
majątek na wyścigach.  
Po jego śmierci chłopak nie miał z czego żyć, ale jest pilny i 
pracowity. Da  
sobie radę. 
Na drugim piętrze mieszka Daulat Ras, Hindus. Jest cichy 
i skryty jak większość Hindusów. Świetnie daje sobie radę, ale 
greka to jego  
pięta achillesowa. Jest sumienny i systematyczny. 
Na najwyższym piętrze mieszka Miles McLaren. Zdolny 
młodzieniec, ale leniwy. To  
jeden z najbystrzej szych studentów na uniwersytecie. Cóż z 
tego, skoro jest  
krnąbrny, rozpustny i pozbawiony skrupułów. Na pierwszym 
roku omal nie został  
wyrzucony z uczelni za wywołanie karcianego skandalu. Przez 
cały semestr nie  
przykładał się do nauki i może obawiać się o wynik tego 
egzaminu. 
- I właśnie jego pan podejrzewa? 
- Nie ośmieliłbym się posunąć aż tak daleko, ale z całej trójki 
właśnie po nim  
można się wszystkiego spodziewać. 
- Rozumiem. A teraz, profesorze, porozmawiajmy z pańskim 
służącym Bannisterem. 

background image

Był to drobny, blady, gładko ogolony, siwiejący mężczyzna 
koło pięćdziesiątki.  
Wciąż nie mógł dojść do siebie. Pulchna twarz drgała mu 
nerwowo, a palce  
nieustannie się poruszały. 
- Staramy się rozwikłać tę niefortunną sprawę - wyjaśnił 
profesor Soames. 
- Rozumiem, proszę pana. 
- Dowiedziałem się, że zostawiliście klucz w drzwiach - 
powiedział Holmes. 
- Tak, proszę pana. 
- Czy to nie dziwne, że zrobiliście to właśnie tego dnia, kiedy 
w gabinecie  
znajdowały się ważne papiery? 
- To nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale wcześniej też mi się 
to zdarzało. 
- O której weszliście do gabinetu? 
- Około wpół do piątej. Profesor Soames pije o tej porze 
herbatę. 
- Jak długo w nim pozostaliście? 
- Kiedy zobaczyłem, że pana profesora nie ma, natychmiast 
wyszedłem. 
- Zaglądaliście do papierów na biurku? 
- Nie, proszę pana. 
- Jak to się stało, że zostawiliście klucz w zamku? 
- W rękach trzymałem tacę. Pomyślałem, że wrócę po klucz, a 
potem zapomniałem. 
- Czy zewnętrzne drzwi mają zatrzask? 
- Nie, proszę pana. 
- Więc cały czas były otwarte? 
- Tak, proszę pana. 

background image

- I każdy mógł wyjść z tego pokoju? 
- Tak. 
- Kiedy profesor Soames wrócił i opowiedział wam, co się 
stało, byliście bardzo  
zdenerwowani. 
- Tak, sir. Służę tu od wielu lat i dotąd nic podobnego się nie 
zdarzyło. Omal  
nie zemdlałem. 
- Tak, wiem. Gdzie staliście, kiedy zrobiło wam się słabo? 
- Gdzie stałem? Nie rozumiem. Przy drzwiach. 
- To dziwne, bo usiedliście na krześle stojącym w rogu pokoju. 
Czemu nie  
wybraliście bliższego? 
- Nie wiem, proszę pana. Nie zastanawiałem się nad tym. 
- Nie sądzę, by zdawał sobie sprawę z tego, co robi, panie 
Holmes. Wyglądał  
bardzo złe, wprost przerażająco. 
- Zostaliście tu, kiedy profesor wyszedł? 
- Tylko kilka minut. Potem zamknąłem drzwi i poszedłem do 
siebie. 
- Podejrzewacie kogoś? 
- Nie ośmieliłbym się nikogo podejrzewać, sir. Nie wierzę, by 
był na uczelni  
ktoś zdolny do takiego czynu. 
- Dziękuję wam, to wszystko - odparł Holmes. - Ach, jeszcze 
Jedno. Nie  
wspomnieliście żadnemu z tych trzech dżentelmenów, 
którym służycie, co tu  
zaszło? 
- Nie, proszę pana, ani słowem. 
- Widzieliście któregoś z nich? 

background image

- Nie, proszę pana. 
- Dobrze. A teraz, profesorze, jeśli pan pozwoli, przejdziemy 
się po dziedzińcu. 
W zapadającym mroku lśniły trzy żółte prostokąty okien. 
- Pańskie trzy ptaszki są w swoich klatkach - zauważył Holmes, 
spoglądając w  
górę. - Ale ale! Jeden z nich wydaje się dość niespokojny. 
Był to Hindus, którego ciemna sylwetka ukazała się na tle 
zasłony. Chodził po  
pokoju w tę i z powrotem. 
- Miałbym ochotę zerknąć na każdego z nich - powiedział 
Holmes. - Czy to byłoby  
możliwe? 
- Nic prostszego - odparł profesor Soames. - Te pokoje 
mieszczą się w  
najstarszej części kolegium i często oglądają je turyści. Proszę 
za mną.  
Oprowadzę panów. 
- Tylko proszę bez nazwisk - powiedział Holmes, kiedy 
zapukaliśmy do drzwi  
Gilchrista. 
Otworzył nam wysoki, jasnowłosy, szczupły młodzieniec i 
dowiedziawszy się, o co  
chodzi, zaprosił nas do środka. Pokój miał kilka interesujących 
szczegółów  
architektonicznych pochodzących z okresu średniowiecza. 
Holmesowi tak bardzo  
spodobał się jeden z nich, że wyciągnął notatnik i ołówek z 
zamiarem  
naszkicowania go. Tak zamaszyście rysował, że złamał ołówek 
i poprosił studenta  

background image

o pożyczenie drugiego. Po chwili pożyczył także nóż do 
naostrzenia własnego. To  
samo przydarzyło mu się w pokoju Hindusa -drobnego, 
małomównego młodzieńca o  
orlim nosie, który patrzył na nas spode łba i był wyraźnie 
zadowolony, kiedy  
architektoniczne szkice Holmesa dobiegły końca. Nie 
zauważyłem, żeby w obu tych  
pokojach Holmes znalazł to, czego szukał. Natomiast wizyta w 
trzecim pokoju  
zakończyła się fiaskiem. Pomimo pukania nie otworzono nam 
drzwi, a na dodatek  
poczęstowano potokiem obelg. 
- Nie obchodzi mnie, kim jesteście. Idźcie do diabła! - ryknął 
wściekły głos. -  
Jutro mam egzamin i nikt mi nie będzie przeszkadzał. 
- Cóż za ordynarny człowiek - stwierdził nasz przewodnik, 
czerwieniąc się z  
gniewu. - Oczywiście nie wiedział, kto to puka, niemniej 
jednak jego zachowanie  
było nieuprzejme i w tych okolicznościach dość podejrzane. 
- Czy może pan powiedzieć, jakiego on jest wzrostu? - zapytał 
Holmes. 
- Nie bardzo umiem określić. Jest wyższy od Hindusa, lecz 
niższy do Gilchrista.  
Ma chyba jakieś pięć stóp, sześć cali. 
- To bardzo ważne - odparł Holmes. - A teraz, profesorze, 
pozwoli pan, że  
powiem: "Dobranoc". 
Nasz przewodnik wydał z siebie okrzyk zaskoczenia i 
oburzenia. 

background image

- Wielkie nieba! Chyba nie zostawi mnie pan z tą sprawą? 
Jutro jest egzamin.  
Dziś wieczorem muszę podjąć jakąś decyzję. Nie mogę 
pozwolić na przeprowadzenie  
egzaminu, jeśli ktoś miał dostęp do tekstu. 
- Proszę zostawić wszystko, tak jak jest. Wpadnę tu jutro 
wczesnym rankiem i  
porozmawiamy. Możliwe, że będę mógł zasugerować pewne 
kroki. Tymczasem proszę  
niczego nie zmieniać. 
- Dobrze, panie Holmes. 
- Może pan spać spokojnie. Z pewnością znajdziemy jakieś 
wyjście. Wezmę ze sobą  
tę grudkę czarnej gliny i ścinki ołówka. Do widzenia. 
Kiedy ponownie znaleźliśmy się na dziedzińcu i spojrzeliśmy w 
okna trzech  
studentów. Hindus nadal chodził po pokoju, pozostali zaś byli 
niewidoczni. 
- No i cóż o tym myślisz, Watsonie? - zapytał Holmes, gdy 
znaleźliśmy się na  
głównej ulicy. - Czy nie przypomina ci to gry towarzyskiej, na 
przykład sztuczki  
z trzema kartami? Mamy trzech mężczyzn. Jeden z nich jest 
winowajcą. Jak  
myślisz, który? 
- Ten z niewyparzoną gębą. On ma najwięcej na sumieniu. I 
ten Hindus, chytra z  
niego sztuka. Po co tak chodzi nerwowo po Pokoju? 
- To nie ma nic do rzeczy. Wielu ludzi tak robi, kiedy uczy się 
Gzegoś na  
pamięć. 

background image

- Patrzył na nas tak dziwnie. 
- Ty też byś patrzył, gdyby ci do pokoju wparował tłum gości, 
kiedy  
przygotowujesz się do egzaminu i każda chwila jest droga. Nie 
widzę w tym nic  
podejrzanego. Ołówki i noże również były w porządku. Ale ten 
typ mnie  
zastanawia. 
- Który? 
- Ten służący Bannister. Jaki jest jego udział w tej sprawie? 
- Zrobił na mnie wrażenie niezwykle uczciwego człowieka. 
- Na mnie również. I to właśnie jest dziwne. Dlaczego 
niezwykle uczciwy  
człowiek... Ale oto i mamy sklep z przyborami piśmiennymi. 
Od niego zaczniemy  
poszukiwania. 
W mieście były tylko cztery takie sklepy i w każdym z nich 
Holmes pokazał ścinki  
ołówka i gotów był zapłacić wysoką cenę za identyczny. 
Wszyscy sprzedawcy  
odpowiedzieli, że można go zamówić, ale to nietypowy 
ołówek i rzadko mają go w  
ofercie. Jednak mój przyjaciel nie zmartwił się tym 
niepowodzeniem i tylko  
wzruszył ramionami z udaną rezygnacją. 
- No i nic z tego nie wyszło, mój drogi Watsonie. Najlepsza i 
jedyna poszlaka  
zaprowadziła nas w ślepy zaułek. Jestem jednak pewien, że i 
bez niej damy sobie  
radę. Na Jowisza! Jest już prawie dziewiąta, a gospodyni 
wspominała coś o  

background image

zielonym groszku na kolację. Twoje zamiłowanie do tytoniu i 
ciągłe spóźnianie  
się na posiłki doprowadzi do tego, że w końcu wymówią ci 
mieszkanie i będę  
musiał podzielić twój los. Wcześniej jednak rozwiążemy 
zagadkę tego nerwowego  
wykładowcy, roztrzepanego służącego i trzech 
przedsiębiorczych studentów. 
Tego dnia nie wspomniał już więcej o sprawie, chociaż 
podczas naszego  
spóźnionego posiłku był milczący i zamyślony. Następnego 
dnia zapukał do mojego  
pokoju już o ósmej rano. Kończyłem właśnie toaletę. 
- Czas, byśmy poszli do Kolegium św. Łukasza, Watsonie -
oznajmił. - Czy możesz  
obejść się bez śniadania? 
- Oczywiście. 
- Soames będzie w strasznym stanie nerwów, jeśli nie 
przekażemy mu czegoś  
optymistycznego. 
- A masz dla niego jakąś optymistyczną wiadomość? 
- Tak sądzę. 
- Czy doszedłeś do jakichś wniosków? 
- Tak, mój drogi Watsonie, rozwiązałem zagadkę. 
- Czyżbyś zdobył jakiś nowy dowód? 
- Aha. Nie na próżno zerwałem się z łóżka o szóstej rano i 
przez dwie godziny  
ciężko pracowałem, pokonując co najmniej pięć mil. Ale się 
opłaciło. Spójrz na  
to. 

background image

Wyciągnął dłoń, na której leżały trzy grudki czarnej, lepkiej 
gliny. 
- Wczoraj miałeś tylko dwie. 
- A dziś rano zdobyłem trzecią. To oczywiste, że tam, skąd 
pochodzi grudka numer  
trzy, pochodzi również grudka numer jeden i dwa, nie sądzisz, 
Watsonie? Chodźmy  
uwolnić naszego przyjaciela Soamesa od bólu. 
Zrozpaczony wykładowca rzeczywiście znajdował się w stanie 
najwyższego  
wzburzenia. Za kilka godzin miał się zacząć egzamin, a on 
wciąż nie wiedział,  
czy ma ujawnić fakty, czy też pozwolić winowajcy ubiegać się 
o cenne stypendium.  
Nie był w stanie usiedzieć na miejscu i na nasz widok podbiegł 
do Holmesa z  
wyciągniętymi rękami. 
- Bogu dzięki, że pan przyszedł. Co mam robić? Odwołać 
egzamin? 
- W żadnym wypadku. 
- A co z tym draniem? 
- Nie weźmie udziału w egzaminie. 
- A więc wie pan, kim on jest? 
- Tak sądzę. Jeśli ta sprawa ma pozostać w ukryciu, musimy 
nadać sobie pewną  
władzę i odbyć mały sąd. Pan, profesorze, ze-^ce usiąść tutaj, 
ty, Watsonie, tu,  
a ja zajmę miejsce w środku, 
w tym fotelu. Myślę, że jesteśmy teraz gotowi napędzić 
stracha winowajcy. Proszę  
zadzwonić, profesorze. 

background image

Po chwili zjawił się Bannister i cofnął się przerażony na widok 
tak dostojnego  
gremium. 
- Zamknijcie drzwi - powiedział Holmes. - A teraz, jeśli łaska, 
powiedzcie, co  
tu wczoraj zaszło. Twarz służącego pokryła się bladością. 
- Powiedziałem już wszystko, proszę pana. 
- Nie macie nic do dodania? 
- Nie, proszę pana. 
- W takim razie coś wam zasugeruję. Kiedy usiedliście wczoraj 
na krześle, czy  
zrobiliście to po to, by ukryć pewien przedmiot, ujawniający, 
kto był w tym  
pokoju? 
Twarz Bannistera zrobiła się upiornie blada. 
- Nie, proszę pana. 
- To tylko moja sugestia - powiedział łagodnie Holmes. -
Przyznam szczerze, że  
nie potrafię tego dowieść. Lecz wydaje się to 
prawdopodobne, ponieważ kiedy  
profesor Soames był odwrócony tyłem, wy uwolniliście 
człowieka, który ukrywał  
się w sypialni. 
Służący zwilżył językiem wyschnięte wargi. 
- Nie było tam żadnego człowieka. 
- Dotychczas mówiliście prawdę, lecz teraz wiem, że 
kłamiecie. 
- Tam nikogo nie było - powtórzył z uporem. 

                                                                                 
                                                                                 

background image

                                                                                 
                             Dajcie spokój, Bannister. 
- Naprawdę nikogo tam nie widziałem. 
- Skoro tak, to nie mam więcej pytań. Proszę jednak, byście 
pozostali w pokoju.  
Stańcie tam, przy drzwiach do sypialni. A teraz, profesorze, 
czy zechciałby pan  
pójść do młodego Gilchrista i poprosić go do nas? 
Chwilę później Soames wrócił ze studentem. Był to przystojny 
młody człowiek,  
wysoki, gibki i zręczny, o sprężystych ruchach i przyjemnej, 
szczerej  
fizjonomii. Jego zaniepokojone niebieskie 
oczy przesunęły się po każdym z nas i w końcu spoczęły na 
Ban-nisterze. 
- Proszę zamknąć drzwi - powiedział Holmes. - Panie Gil-
christ, jesteśmy tu  
zupełnie sami i nikt nie musi wiedzieć o tym, co tu zaszło. 
Możemy być ze sobą  
zupełnie szczerzy. Chcielibyśmy wiedzieć, jak pan, człowiek 
honoru, zdobył się  
na taki czyn. 
Nieszczęsny młodzieniec zachwiał się i spojrzał z wyrzutem na 
Bannistera. 
- Ja nic nie powiedziałem, panie Gilchrist! - wykrzyknął 
służący. 
- Ale zrobiliście to teraz - stwierdził Holmes. - Rozumie pan 
chyba, że po tym,  
co powiedział Bannister, znalazł się pan w sytuacji bez 
wyjścia. Może pana  
uratować jedynie szczere wyznanie. 

background image

Przez chwilę Gilchrist stał nieruchomo, po czym upadł na 
kolana, ukrył twarz w  
dłoniach i wybuchnął spazmatycznym łkaniem. 
- No, no - powiedział łagodnie Holmes. - Rzeczą ludzką jest 
błądzić. Nikt nie  
będzie tu pana traktował jak przestępcy. Może ja opowiem 
profesorowi, co tu  
zaszło, a pan mnie tylko skoryguje, gdybym się mylił, dobrze? 
Nie, proszę nie  
odpowiadać, tylko słuchać. 
Kiedy pan, profesorze, zapewnił mnie, że nikt, nawet 
Bannister, nie wiedział, że  
te papiery znajdują się w pańskim gabinecie, sprawa 
przybrała w mojej głowie  
konkretny kształt. Drukarza należało wykluczyć. Mógł 
przejrzeć te papiery na  
miejscu. Hindus również nie wchodził w grę. Odbitki były 
zwinięte w rulon, więc  
nie mógł wiedzieć, co zawierają. Wykluczyłem również 
możliwość, by ktoś  
przypadkiem wszedł do gabinetu i znalazł te papiery. Ten, kto 
tu wszedł,  
doskonale wiedział, że leżą na biurku. 
Kiedy szliśmy do kolegium, dokładnie przyjrzałem się oknu 
Pańskiego gabinetu.  
Rozbawił mnie pan sugestią, że zastanawiam ^ę nad tym, czy 
ktoś w świetle dnia,  
na oczach mieszkających po ^ugiej stronie, mógłby przez nie 
wejść. Taki pomysł  
był absurdem. Zastanawiałem się jedynie, ile wzrostu musiał 
mieć mężczyzna, że- 

background image

by zajrzeć przez okno do środka i sprawdzić, co leży na biurku. 
Mam sześć stóp  
wzrostu, ale i tak sprawiłoby mi to trudność. Tym bardziej 
komuś, kto jest  
niższy ode mnie. Rozumie pan więc, dlaczego moje 
podejrzenia padły na  
najwyższego z trójki studentów. 
Po wejściu do pokoju podzieliłem się z panem moimi 
wnioskami na temat stolika  
przy oknie. Biurka nie brałem pod uwagę do momentu, gdy 
wspomniał pan, że  
Gilchrist skacze w dal. Wówczas cała sprawa stała się dla mnie 
jasna.  
Potrzebowałem jedynie potwierdzających dowodów, które 
zresztą uzyskałem. 
Oto co zaszło: ten oto młody człowiek spędził popołudnie na 
boisku, gdzie  
trenował skoki w dal. Wracał, niosąc ze sobą specjalne buty, 
które, jak wiecie,  
mają kolce. Przechodząc pod pańskim oknem, dostrzegł, z 
racji wzrostu, leżące na  
biurku odbitki i domyślił się, co zawierają. Nic by się nie stało, 
gdyby,  
mijając pańskie drzwi, nie zauważył klucza, który przez 
nieuwagę zostawił pański  
służący. Wiedziony impulsem wszedł do środka, by sprawdzić, 
czy rzeczywiście są  
to odbitki egzaminacyjne. Niczym nie ryzykował, mógł zawsze 
powiedzieć, że  
zajrzał, bo chciał się o coś spytać. 

background image

Kiedy się przekonał, że jest to tekst egzaminacyjny, uległ 
pokusie. Odłożył buty  
na biurko... A co pan zostawił na tym krześle pod oknem? 
- Rękawiczki - odparł młodzieniec. Holmes spojrzał z triumfem 
na Bannistera. 
- Położył rękawiczki na krześle i zaczął przepisywać tekst. 
Sądził, że profesor  
będzie wracał przez główną bramę, więc w porę go zobaczy. 
Jak wiemy, profesor  
wszedł boczną bramą. Nagle dały się słyszeć jego kroki przy 
drzwiach. Nie było  
czasu na ucieczkę. Młody człowiek zapomniał o rękawiczkach, 
ale złapał buty i  
umknął do sypialni. Jak zapewne zauważyliście, rozcięcie na 
blacie biurka  
zaczyna się cienką linią i pogłębia w kierunku drzwi do 
sypialni. Dowodzi to, że  
but przeciągnięto właśnie w tę stronę i winowajca tam się 
ukrył. Na blacie  
pozostała ziemia z kolców. Podobna grudka od-kleiła się w 
sypialni. Udałem się  
dziś rano na boisko, sprawdziłem. 
że taką gliniastą, czarną ziemią pokryta jest bieżnia, i wziąłem 
jej próbkę, a  
także próbkę trocin, które zapobiegają poślizgnięciu się w 
czasie skoku. Czy tak  
było, panie Gilchrist? 
- Tak, proszę pana - przytaknął młodzieniec. 
- Wielkie nieba! - wykrzyknął profesor Soames. - Nie ma pan 
nic do dodania? 

background image

- Mam, panie profesorze, ale zaskoczenie odjęło mi mowę. 
Oto list, który  
napisałem do pana dziś rano po nie przespanej nocy. 
Zrobiłem to, zanim się  
dowiedziałem, że odkryto mój czyn. Proszę. Piszę w nim, że 
postanowiłem nie  
przystępować do egzaminu. Zaproponowano mi stanowisko 
w rodezyjskiej policji i  
natychmiast wyjeżdżam do Afryki Południowej. 
- Cieszy mnie, że nie zamierzał pan wykorzystać nieuczciwie 
zdobytej przewagi -  
powiedział profesor Soames. - Ale skąd ta nagła zmiana 
planów? 
Gilchrist wskazał na Bannistera. 
- To on zawrócił mnie ze złej drogi. 
- Chyba teraz rozumiecie, że tylko wy mogliście wypuścić z 
sypialni tego  
młodzieńca, a potem zamknąć drzwi na klucz - zwrócił się do 
służącego Holmes. -  
Ucieczka przez okno była niemożliwa. Czy moglibyście 
rozwikłać ten ostatni  
szczegół i wyjawić nam powody swego postępowania? 
- Są bardzo proste, ale przy całej swojej inteligencji nie mógł 
pan o nich  
wiedzieć. Kiedyś służyłem w domu sir Jabeza Gilchri-sta, ojca 
tego młodego  
dżentelmena. Kiedy stracił majątek, poszedłem na służbę do 
kolegium, ale nigdy  
nie zapomniałem dawnego pana, choć popadł w kłopoty. 
Opiekowałem się, jak  

background image

mogłem, jego synem przez pamięć dawnych dni. Kiedy 
wszedłem wczoraj do gabinetu  
i dowiedziałem się o całej sprawie, pierwszą rzeczą, jaką 
zobaczyłem, to leżące  
na krześle brązowe rękawiczki pana Gilchrista. Znałem te 
rękawiczki i  
zrozumiałem, co one oznaczają. Gdyby pan Profesor je 
zobaczył, byłby to koniec  
wszystkiego. Osunąłem się na to krzesło i nie wstałem, dopóki 
pan profesor nie  
wyszedł z gabine- 
tu. Wówczas w drzwiach sypialni pojawił się mój biedny 
panicz, którego huśtałem  
kiedyś na kolanach, i wszystko mi wyznał. Czy to nie 
oczywiste, że postanowiłem  
go ratować i spróbować przekonać go, że nie powinien 
czerpać korzyści z tak  
niecnego czynu? Czy można mnie za to winić? 
- Nie można - przyznał Holmes, wstając z fotela. - No cóż, 
profesorze,  
rozwiązaliśmy pana drobny problem, a w domu czeka na nas 
śniadanie. Chodź,  
Watsonie. Co zaś się tyczy pana, młody człowieku, ufam, że w 
Rodezji się panu  
powiedzie. Raz w życiu upadł pan nisko. Przyszłość pokaże, jak 
wysoko potrafi  
pan się wspiąć. 
Stowarzyszenie Czerwonych Głów 
Pewnego jesiennego dnia odwiedziłem mojego przyjaciela 
Sheriocka Holmesa i  

background image

zastałem go pogrążonego w rozmowie z tęgim, rumianym, 
starszym jegomościem o  
ogniście rudych włosach. Przeprosiłem za wtargnięcie i 
zamierzałem się wycofać,  
lecz Holmes wciągnął mnie do pokoju i zamknął drzwi. 
- Przyszedłeś w samą porę, drogi Watsonie - powiedział 
serdecznie. 
- Zdaje się, że jesteś zajęty. 
- Oczywiście, i to bardzo. 
- W takim razie zaczekam w pokoju obok. 
- W żadnym razie. Ten dżentelmen, panie Wilson, był moim 
partnerem i pomocnikiem  
w wielu sprawach i jestem pewien, że i tym razem okaże się 
nieocenionym  
towarzyszem. 
Zażywny jegomość wstał z krzesła i ukłonił się, obrzucając 
mnie jednocześnie  
podejrzliwym spojrzeniem. 
- Usiądź na kanapie - polecił Holmes, sadowiąc się w fotelu 
1 łącząc czubki palców, jak zwykle, kiedy nad czymś rozmyślał. 
- Wiem, drogi  
Watsonie, że podzielasz moje zamiłowanie do wszystkiego, co 
dziwne i  
wykraczające poza monotonię i wszelką rutynę. Dowodzi tego 
zapał, z jakim  
zabrałeś się do spisywania, i wybacz, że to powiem, 
upiększania moich przygód. 
- Twoje sprawy zawsze bardzo mnie interesowały - 
powiedziałem. 
-- Czy przypominasz sobie, co mówiłem owego dnia, kiedy 
ujęliśmy się sprawą  

background image

panny Mary Sutherland? Że nic nie jest tak interesujące, jak 
skutki ludzkich  
poczynań i dziwnych zbiegów °kliczności. Żadne wytwory 
naszej wyobraźni nie mogą  
się 
2 nimi równać. 
- Pozwoliłem sobie wówczas w to wątpić. 
- Będziesz chyba musiał zmienić zdanie, bo moją tezę 
potwierdzają liczne fakty.  
Obecny tu pan Jabez Wilson był uprzejmy odwiedzić mnie dziś 
rano i opowiedzieć  
niezwykłą historię. Mówiłem ci już, że dziwne i niezwykłe 
zdarzenia często łączą  
się nie z wielkimi, lecz z drobniejszymi przestępstwami. 
Niekiedy pojawiają się  
nawet wątpliwości, czy w ogóle dokonano jakiegoś 
przestępstwa. Z tego, co  
zdążyłem usłyszeć, trudno mi powiedzieć, czy ta sprawa ma 
związek z jakimś  
przestępstwem, muszę jednak przyznać, że wydarzenia są 
zadziwiające. Panie  
Wilson, proszę łaskawie opowiedzieć nam swoją historię. 
Proszę pana o jej  
powtórzenie nie dlatego, że mój przyjaciel, doktor Watson, 
nie słyszał początku,  
lecz po to, by żaden szczegół nie umknął mojej uwagi. Z 
reguły już pierwsze  
wskazówki kierują mnie na właściwy trop, a to dzięki innym 
podobnym sprawom,  
które mam w pamięci. Jednak w tym wypadku przyznaję, że 
fakty są wyjątkowe. 

background image

Tęgi jegomość wypiął dumnie pierś i z kieszeni palta 
wyciągnął brudną i pomiętą  
gazetę. W czasie gdy szukał czegoś w dziale ogłoszeń, 
spróbowałem wysnuć jakieś  
wnioski z jego ubioru i wyglądu, tak jak czynił to mój 
przyjaciel. 
Niestety, niewiele z nich wydedukowałem. Nasz gość sprawiał 
wrażenie  
najzupełniej przeciętnego angielskiego handlowca - 
korpulentnego, napuszonego i  
powolnego. Miał na sobie workowate, szare spodnie w kratę, 
przybrudzony czarny  
surdut i płową kamizelkę z grubą miedzianą dewizką i jakimś 
kwadratowym  
kawałkiem metalu. Na krześle leżał wytarty cylinder i 
wyblakłe brązowe palto z  
wygniecionym aksamitnym kołnierzem. W wyglądzie tego 
człowieka nie było nic  
szczególnego, z wyjątkiem jaskrawoczerwonych włosów i 
wyrazu najwyższego smutku  
i niezadowolenia na twarzy. 
Bystre oko Sheriocka Holmesa dostrzegło moje wysiłki. 
Uśmiechnął się i pokręcił  
głową. 
- Z wyjątkiem tak oczywistych faktów, jak to, że przez pewien 
czas wykonywał  
ręczną pracę, zażywa tabaki, jest masonem, był 
w Chinach, a ostatnio bardzo dużo pisał, nic więcej nie mogę 
wydedukować. 
Pan Jabez Wilson zamarł z palcem na gazecie i spojrzał 
zaskoczony na mojego  

background image

towarzysza. 
- Jak pan to odkrył, panie Holmes? - zapytał. - Skąd pan na 
przykład wie, że  
parałem się ręczną robotą? To święta prawda, bo zaczynałem 
jako cieśla okrętowy. 
- Pańskie dłonie na to wskazują. Prawą ma pan znacznie 
większą od lewej. Musiał  
jej pan często używać i mięśnie się rozrosły. 
- A co z tabaką i tym, że należę do masonów? 
- Nie chciałbym obrażać pańskiej inteligencji, więc powiem 
tylko, że wbrew  
zasadom tej organizacji nosi pan spinkę z łukiem i cyrklem. 
- A prawda, zapomniałem o niej. Ale jak pan odkrył, że 
ostatnio dużo pisałem? 
- Ma pan wyświecony prawy mankiet i na lewym jasną smugę 
w okolicy łokcia, w  
miejscu, gdzie go pan opierał. 
- A Chiny? 
- Ryba, którą ma pan wytatuowaną nad nadgarstkiem, mogła 
być zrobiona tylko w  
Chinach. Swojego czasu studiowałem techniki tatuażu i nawet 
napisałem na ten  
temat kilka artykułów. Charakterystyczna dla Chin jest 
metoda barwienia rybich  
łusek na jasnoróżowo. Poza tym ma pan przyczepioną do 
dewizki chińską monetę. 
Nasz gość wybuchnął głośnym śmiechem. 
- Coś podobnego! Myślałem, że jest pan bardzo mądry, 
tymczasem nie ma w tym nic  
szczególnego. 

background image

~ Zaczynam się zastanawiać, Watsonie, czy nie popełniam 
błędu, ujawniając to  
wszystko - stwierdził Holmes. - Omne ignotum Pro magnifico, 
mówi łacińska  
maksyma, czyli wszystko, co nieznane, wydaje się wspaniałe. 
Jeśli będę nazbyt  
szczery, ucierpi na tym moja reputacja. Czy znalazł pan już to 
ogłoszenie, panie  
Wilson? 
- Tak - odparł, trzymając gruby czerwony palec w połowie 
kolumny. - Od niego  
wszystko się zaczęło. Proszę je przeczytać, sir. Wziąłem z jego 
rąk gazetę i  
przeczytałem, co następuje: 
Do Stowarzyszenia Czerwonych Głów: 
Zgodnie z ostatnią wolą świętej pamięci Ezechiasza Hopkinsa 
z Lebanon - stan  
Pensylwania w Stanach Zjednoczonych, zwolniło się miejsce w 
stowarzyszeniu,  
które upoważnia jego członka do otrzymywania pensji w 
wysokości czterech funtów  
tygodniowo w zamian za drobne usługi. Mogą się o nie 
ubiegać wszyscy zdrowi na  
ciele i umyśle rudzi mężczyźni w wieku powyżej dwudziestu 
jeden lat. Należy  
zgłaszać się osobiście do pana Duncana Rossa w poniedziałek, 
o jedenastej, w  
biurze stowarzyszenia, Pope's Court 7 przy Fleet Street. 
- Cóż to ma znaczyć, na Boga?! - wykrzyknąłem po 
dwukrotnym przeczytaniu tego  
niezwykłego ogłoszenia. 

background image

Holmes zachichotał i poruszył się w fotelu, jak zwykle, kiedy 
był w doskonałym  
humorze. 
- Zbija z tropu, nieprawdaż? - powiedział. - A teraz, panie 
Wilson, proszę nam  
opowiedzieć o sobie, domu i o tym, jak to wpłynęło na 
pańskie życie. Najpierw  
jednak zapisz tytuł gazety i datę, Watsonie. 
- To "Morning Chronicie" z 27 kwietnia 1890 roku, czyli sprzed 
dwóch miesięcy. 
- Doskonale. A więc, panie Wilson? 
- Jak już mówiłem, prowadzę mały lombard przy Coburg Squa-
re, niedaleko City -  
rozpoczął swą opowieść Jabez Wilson, wycierając spocone 
czoło. - Nie jest to  
duży interes i ostatnio wystarcza mi jedynie na przeżycie. 
Kiedyś miałem dwóch  
pomocników, ale teraz tylko jednego. Stać mnie na to, by 
płacić mu całą pensję,  
lecz on zgodził się pracować za połowę, by uczyć się zawodu. 
- Jak się nazywa ten wspaniałomyślny młodzieniec? - zapytał 
Holmes. 
- Yincent Spaulding, i wcale nie jest taki młody. Zresztą trudno 
określić jego  
wiek. Niezwykle bystry z niego pomocnik, panie Holmes. 
Gdzie indziej mógłby  
zarobić dwa razy więcej. Skoro jednak jest zadowolony, po 
cóż miałbym mu to  
mówić? 
- Jest więc pan szczęśliwcem, mogąc zatrudniać pracownika, 
który godzi się na  

background image

niższą pensję. To się rzadko zdarza. Wygląda na to, że pański 
pomocnik jest  
równie niezwykły, jak to ogłoszenie. 
- Och, ma też swoje wady - zauważył Wilson. - Nigdy nie 
widziałem kogoś tak  
zainteresowanego fotografią. Wciąż pstryka zdjęcia, zamiast 
się uczyć, a potem  
znika w piwnicy, niczym królik w norze, żeby je wywoływać. 
To jego główna wada,  
bo tak poza tym nie można mu nic zarzucić. 
- Przypuszczam, że nadal u pana pracuje? 
- Tak, sir. Prócz niego mam jeszcze czternastoletnią 
dziewczynę, która gotuje i  
sprząta. Jestem wdowcem i nie mam dzieci. Żyjemy bardzo 
spokojnie i rzadko  
wychodzimy z domu. Dopiero to ogłoszenie wszystko 
zmieniło. Dwa miesiące temu  
Spaulding przyszedł do mojego biura z gazetą w ręku i 
powiedział: 
"Szkoda, że nie jestem rudy". 
"Dlaczego?" - spytałem. 
"Bo zwolniło się miejsce w Stowarzyszeniu Czerwonych Głów. 
Można tam zdobyć  
niezłą fortunkę. Podejrzewam, że wolnych posad jest więcej 
niż chętnych, więc  
członkowie zarządu zachodzą w głowę, co zrobić z pieniędzmi. 
Gdybym tylko mógł  
zmienić kolor włosów, to natychmiast skorzystałbym z okazji". 
"A cóż to za okazja?" - spytałem. Widzi pan, panie Holmes, 
jestem wielkim  

background image

domatorem. Interes przychodzi do mnie, a nie ja do niego, 
więc całymi tygodniami  
nie wychodzę poza próg domu. Dlatego nie wiem, co dzieje 
się na zewnątrz, i  
zawsze chętnie słucham różnych nowin. 
"Nie słyszał pan o Stowarzyszeniu Czerwonych Głów?" - 
zapytał ze zdziwieniem. 
"Nie". 
"Dziwi mnie to, bo nadawałby się pan na tę posadę". 
"A cóż ona jest warta?" 
"Och, tylko dwieście funtów na rok, ale praca jest lekka i nie 
kolidowałaby z  
pana zajęciami". 
Bardzo mnie to zaciekawiło, bo interes ostatnio szedł słabo i 
dodatkowe dwie  
setki bardzo by się przydały. 
"Opowiedz mi o tym coś więcej" - poprosiłem. 
"Może pan sam o tym przeczytać w ogłoszeniu - powiedział, 
wręczając mi gazetę. -  
Podali nawet adres, pod który należy się zgłosić. Z tego co 
wiem, stowarzyszenie  
założył amerykański milioner, Ezechiasz Hopkins, człowiek 
niezwykle oryginalny.  
Sam był rudy i darzył sympatią wszystkich rudych. Kiedy 
umarł, okazało się, że  
zostawił olbrzymi majątek z poleceniem, by dać posadę 
wszystkim, którzy mają  
rude włosy. Słyszałem, że dobrze płacą i nie ma wiele do 
roboty". 
"Ale na pewno będzie mnóstwo chętnych" - powiedziałem. 

background image

"Nie tak wielu, jak pan myśli - odparł. - Dotyczy to bowiem 
tylko Londynu i  
dorosłych mężczyzn. Ten Amerykanin zaczynał w Londynie, 
dlatego pragnie teraz  
przysłużyć się miastu. Słyszałem również, że posady nie 
otrzymają ci, którzy  
mająjasnorude lub ciemnorude włosy. W grę wchodzą tylko 
ognistorudzi. Jeśli  
zależy panu na tej posadzie, wystarczy się tam zgłosić. Chyba 
że kilkaset funtów  
nie jest warte pańskiego zachodu". 
Jak panowie widzą, moje włosy mają głęboki odcień 
czerwieni, toteż uznałem, że  
jeśli będzie jakaś konkurencja, mam duże szansę. Kazałem 
więc Spauldingowi  
zamknąć lombard i pójść ze mną. Nie miał nic przeciwko temu 
i wyruszyliśmy pod  
wskazany w ogłoszeniu adres. 
Chyba drugi raz nie zobaczę takiego widoku, panie Holmes. Z 
północy, południa,  
wschodu i zachodu nadchodzili mężczyźni o najróżniejszych 
odcieniach rudych  
włosów. Fleet Street była nimi zapchana, a Pope's Court 
wyglądał jak stragan z  
pomarańczami. Nie przypuszczałem, że w Londynie jest aż 
tylu rudych. 
I ileż odcieni rudego - słomiany, cytrynowy, pomarańczowy, 
ceglasty, w kolorze  
selera irlandzkiego, wątroby, gliny, ale - tak jak powiedział 
Spaulding - tylko  

background image

niewielu miało płomiennorudy kolor. Kiedy zobaczyłem ten 
tłum, miałem ochotę  
zrezygnować. Spaulding jednak nie chciał o tym słyszeć. Nie 
wiem, jak to zrobił,  
ale rozpychając się łokciami, dobrnął do schodów 
prowadzących do biura. Płynął  
po nich nieprzerwany strumień mężczyzn: jedni wchodzili, 
drudzy wychodzili z  
wyrazem zawodu na twarzy. Lecz i tę przeszkodę udało nam 
się pokonać i  
znaleźliśmy się w biurze. 
- To bardzo interesujące, co pan mówi - przyznał Holmes, 
kiedy jego klient  
umilkł na chwilę, odświeżając sobie pamięć szczyptą tabaki. 
- W biurze nie było nic z wyjątkiem dwóch krzeseł i stołu, za 
którym siedział  
niski mężczyzna o włosach jeszcze czerwieńszych od moich - 
podjął opowieść nasz  
gość. - Każdemu z kandydatów mówił kilka słów, a potem 
zawsze wynajdywał jakąś  
usterkę. Okazało się, że uzyskanie posady nie było taką prostą 
sprawą. Jednak  
kiedy przyszła nasza kolej, mały człowieczek okazał nam 
większą przychylność niż  
innym i zamknął drzwi, by móc z nami porozmawiać na 
osobności. 
"To jest pan Jabez Wilson - oświadczył mój pomocnik. - Jest 
gotów objąć posadę w  
stowarzyszeniu". 
"I wspaniale się do tego nadaje - odpowiedział ten człowiek. - 
Nie przypominam  

background image

sobie, żebym kiedykolwiek widział takie włosy". 
Cofnął się, przechylił głowę na bok i przyglądał się im tak 
długo, że poczułem  
się zawstydzony. Potem nagle podszedł do mnie i gorąco 
pogratulował sukcesu. 
"Nie ma co się wahać - oznajmił. - Ale najpierw muszę jeszcze 
coś sprawdzić. -  
Złapał mnie za włosy i mocno pociągnął, aż krzyknąłem z bólu. 
- Widzę łzy w  
pańskich oczach - powiedział. ~ I tak właśnie powinno być. 
Musimy być ostrożni,  
bo dwa razy zostaliśmy oszukam: raz była to peruka, a drugi 
raz farba. Mógł- 
bym o tym długo opowiadać. Są to jednak historie, które nie 
przy-stoją uczciwemu  
człowiekowi". 
Podszedł do okna i krzyknął głośno, że posada jest już zajęta. 
Rozległ się  
pomruk niezadowolenia i ludzie zaczęli się rozchodzić. 
"Nazywam się Duncan Ross - powiedział człowieczek - i 
jestem pracownikiem  
opłacanym z funduszu pozostawionego przez naszego 
szlachetnego beneficjenta. Czy  
jest pan żonaty, panie Wil-son? Ma pan rodzinę?" 
Odpowiedziałem, że nie. 
"O mój Boże! To doprawdy problem - zmartwił się. - Przykro 
mi to słyszeć. Celem  
funduszu jest rozkrzewianie i wspomaganie rudowłosych. 
Wielka szkoda, że jest  
pan kawalerem". 

background image

Twarz mi się wydłużyła, bo pomyślałem, że nici z posady. 
Jednak po chwili  
zastanowienia Ross oznajmił, że to nic nie szkodzi. 
"Mogą się krzywić, lecz uważam, że musimy zrobić ustępstwo 
na rzecz kogoś z  
takimi włosami. Kiedy może pan zacząć pracę?" 
"Ale ja już mam pracę" - powiedziałem. 
"Och, proszę się tym nie martwić, panie Wilson - odparł Vin-
cent Spaulding. -  
Zastąpię pana". 
"W jakich godzinach miałbym pracować?" - spytałem. 
"Od dziesiątej do drugiej". 
Muszę tu dodać, że największy ruch w lombardzie jest 
wieczorem, a zwłaszcza w  
czwartki i piątki, przed dniami wypłat, więc przedpołudnia 
mam wolne. 
"Bardzo mi to odpowiada - powiedziałem. - A ile wynosi 
pensja?" 
"Cztery funty tygodniowo". 
"A moje obowiązki?" 
"Będą czysto symboliczne". 
"Co pan rozumie przez czysto symboliczne?" 
"W czasie pracy nie wolno panu wychodzić ani z biura, ani z 
budynku. Jeśli pan  
wyjdzie, straci pan posadę. Tak stanowi testament. Jeśli 
wyjdzie pan z biura,  
złamie pan jego warunki". 
"To tylko cztery godziny dziennie, nie będę więc musiał 
wychodzić" - odparłem. 
"Nie ma żadnych wyjątków - powiedział Duncan Ross. - Ani 
choroba, ani interes,  

background image

nic. Albo pan zostaje, albo traci posadę". 
"A co będę robił?" 
"Będzie pan przepisywał »Encyklopedię Britannica«. Oto jest 
jej pierwszy tom.  
Musi pan postarać się o atrament, stalówki i papier. My 
zapewniamy stół i  
krzesło. Będzie pan gotowy na jutro?" 
"Oczywiście" - odparłem. 
"W takim razie do zobaczenia, panie Wilson, i jeszcze raz 
gratuluję". 
Z ukłonem wyprowadził mnie z pokoju. Wróciłem do domu, 
nie mogąc uwierzyć we  
własne szczęście. 
Myślałem o tym przez cały dzień, a wieczorem wpadłem w 
panikę. Doszedłem do  
wniosku, że cała sprawa to jedno wielkie oszustwo, lecz nie 
mogłem zrozumieć,  
jaki był jego cel. Wydawało się niewiarygodne, by ktoś mógł 
pozostawić taki  
testament, jak również to, że miałem dostawać pensję za 
przepisywanie  
encyklopedii. Yincent Spaulding robił wszystko, by mnie 
pocieszyć, ale ja, leżąc  
już w łóżku, postanowiłem zrezygnować. Rano jednak 
uznałem, że spróbuję, kupiłem  
butelkę atramentu, pióro, siedem arkuszy papieru 
kancelaryjnego i wyruszyłem do  
Pope's Court. 
Ku mojemu zaskoczeniu i radości wszystko było jak należy. 
Czekał na mnie stół i  

background image

pan Duncan Ross, który pilnował, czy uczciwie pracuję. Kazał 
mi zacząć od litery  
A i wyszedł. Zaglądał jednak od czasu do czasu, by sprawdzić, 
czy wszystko w  
porządku. O drugiej pożegnał mnie, chwaląc, że tak dużo 
przepisałem, i zamknął  
za mną drzwi biura. 
Tak mijał dzień za dniem, a w sobotę mój szef wręczył mi 
cztery funty  
tygodniówki. Podobnie przeszedł następny tydzień, a po nim 
Jeszcze jeden.  
Każdego dnia zjawiałem się o dziesiątej i wychodziłem o 
drugiej. Pan Ross coraz  
rzadziej się pojawiał, przeważnie tylko rano, w końcu przestał 
w ogóle  
przychodzić. Nie odważyłem się 
jednak opuścić pokoju, obawiając się, że w każdej chwili może 
się zjawić. Posada  
tak mi odpowiadała, że wolałem nie ryzykować jej utraty. 
Minęło osiem tygodni. Skończyłem hasła o architekturze, 
arystokracji i  
astrologii i miałem nadzieję, że wkrótce przejdę do litery B. 
Sporo wydałem na  
papier kancelaryjny i zapełniłem nim prawie całą półkę. I 
nagle wszystko się  
skończyło. 
- Skończyło? 
- Tak, sir. Właśnie dziś rano. Przyszedłem do biura jak zwykle 
o dziesiątej i  
zastałem drzwi zamknięte, a na nich kartkę. Oto ona. Podał 
nam biały kartonik,  

background image

na którym widniał napis: 
Stowarzyszenie Czerwonych Głów zostaje rozwiązane. 9 
października 1890 
Popatrzyliśmy z Holmesem na siebie. Cała ta sprawa wydała 
się tak komiczna, że  
wybuchnęliśmy śmiechem. 
- Nie widzę w tym nic śmiesznego! - wykrzyknął nasz gość, 
oblewając się krwistym  
rumieńcem. - Jeśli potraficie jedynie śmiać się ze mnie, pójdę 
gdzie indziej. 
- Nie, nie - zaprotestował Holmes. - Za nic nie chciałbym 
stracić pańskiej  
sprawy. To doprawdy niezwykła historia. Proszę wybaczyć, ale 
jest w niej coś  
zabawnego. Co pan zrobił, kiedy zobaczył tę kartkę na 
drzwiach? 
- Byłem oszołomiony i nie wiedziałem, co robić. Potem 
obszedłem sąsiednie biura,  
lecz nikt nie potrafił udzielić mi informacji. W końcu udałem 
się do właściciela  
posesji, który jest księgowym i mieszka na parterze. 
Zapytałem go, czy nie wie,  
co się stało ze Stowarzyszeniem Czerwonych Głów. Odparł, że 
nigdy nie słyszał o  
czymś takim. Wtedy zapytałem go o pana Duncana. 
Powiedział, że go nie zna. 
"Chodzi mi o tego dżentelmena spod czwórki" - wyjaśniłem. 
"Tego z rudymi włosami?" 
"Tak". 
"Ach, on nazywa się William Morris - odparł. - Jest radcą 
prawnym. Wynajmował  

background image

ten pokój tylko czasowo, dopóki jego biuro nie będzie 
gotowe. Wczoraj się  
wyprowadził". 
"Gdzie mógłbym go znaleźć?" 
"W nowym biurze. Zostawił mi nawet adres: King Edward 
Street 17, koło St.  
Paul's". 
- Poszedłem tam, panie Holmes. Pod tym adresem mieści się 
fabryka sztucznych  
rzepek kolanowych i nikt tam nie słyszał ani o Williamie 
Morrisie, ani o  
Duncanie Rossie. 
- I co pan wówczas zrobił? - zapytał Holmes. 
- Wróciłem do domu i poprosiłem o radę mojego pomocnika. 
Lecz on powiedział  
tylko, żebym zaczekał, bo na pewno przyślą mi jakieś 
wyjaśnienie. Ale to mnie  
nie zadowoliło, panie Holmes. Nie zamierzałem poddać się 
bez walki. Dowiedziałem  
się, że pan udziela pomocy ludziom w potrzebie, przyszedłem 
więc prosto do pana. 
- I mądrze pan zrobił - powiedział Holmes. - Pańska sprawa 
jest niezwykle  
interesująca i z przyjemnością się nią zajmę. Podejrzewam, że 
kryje się za tym  
coś znacznie poważniejszego. 
- Ja myślę! - wykrzyknął Jabez Wilson. - Straciłem cztery funty 
tygodniowo. 
- Co się tyczy pańskiej osoby, to nie ma pan powodu do skargi 
- stwierdził  

background image

Holmes. - Wprost przeciwnie. Zarobił pan przecież jakieś 
trzydzieści funtów, nie  
mówiąc już o wiedzy, którą pan zdobył, przepisując hasła z 
encyklopedii. 
- To prawda. Ale chciałbym się dowiedzieć, kim są ci ludzie i 
jaki mieli cel w  
tym, by tak ze mnie zadrwić. Drogo ich ten żart kosztował. 
- Postaramy się to wyjaśnić. A teraz proszę mi jeszcze 
odpowiedzieć na kilka  
pytań. Jak długo pracuje u pana ten pomocnik, który pokazał 
panu ogłoszenie? 
- Miesiąc. 
- Jak go pan znalazł? 
- Przez ogłoszenie. 
- Czy był jedynym kandydatem? 
- Nie, miałem ich dwunastu. 
- Dlaczego wybrał pan jego? 
- Bo był zręczny i tani. 
- Zgodził się pracować za połowę. 
-Tak. 
- Jak wygląda ten Yincent Spaulding? 
- Niski, silnie zbudowany, energiczny, bez zarostu, choć 
dochodzi do  
trzydziestki. Na czole ma białą plamę. Holmes uniósł się w 
fotelu. 
- Tak też myślałem. Zauważył pan może, czy ma przekłute 
uszy? 
- Tak, proszę pana. Powiedział, że przekłuli mu je Cyganie, 
kiedy był dzieckiem. 
- Hmm - mruknął Holmes, pogrążając się w myślach. - Czy 
nadal u pana pracuje? 

background image

- O tak. 
- I zajmował się interesem podczas pańskiej nieobecności? 
- Nie mogę na niego narzekać, sir. Zresztą rano niewiele jest 
do roboty. 
- Dziękuję, panie Wilson. Za dzień lub dwa przekażę panu 
moje wnioski. Dziś jest  
sobota, myślę więc, że w poniedziałek będę już coś wiedział. 
- No i co o tym myślisz, Watsonie? - zapytał Holmes po 
wyjściu naszego gościa. 
- Nic nie myślę - odparłem szczerze. - To bardzo tajemnicza 
sprawa. 
- Zazwyczaj bywa tak, że im coś jest dziwniejsze, tym bardziej 
okazuje się  
później banalne. To twoje własne słowa. Najtrudniej 
rozwikłać najprostsze  
przestępstwa, tak jak trudno rozpoznać pospolitą twarz. W 
tym wypadku muszę  
jednak szybko działać. 
- Co więc zamierzasz zrobić? - zapytałem. 
- Zapalić - odparł. - To sprawa na trzy fajki. Proszę cię o 
pięćdziesiąt minut  
absolutnej ciszy. 
Zwinął się w fotelu, podciągnął w górę kolana i siedział tak z 
zamkniętymi  
oczami i czarną glinianą fajką, sterczącą niczym dziób jakiegoś 
dziwnego ptaka.  
Myślałem, że usnął, kiedy nagle wstał z fotela i odłożył fajkę 
na gzyms kominka. 
- Sarasate gra dziś po południu w St. James's Hali - oznajmił. - 
Co ty na to,  

background image

Watsonie? Czy twoi pacjenci wytrzymają kilka godzin bez 
ciebie? 
- Nie mam dziś żadnych wizyt. 
- W takim razie wkładaj kapelusz i chodźmy. Chcę się przejść 
po City, a po  
drodze zjeść lunch. W programie koncertu jest sporo muzyki 
niemieckich  
kompozytorów, która bardziej odpowiada moim gustom niż 
włoska czy francuska.  
Jest analityczna, a ja pragnę analizować. 
Pojechaliśmy koleją podziemną do stacji Aldersgate i po 
krótkim spacerze  
dotarliśmy do Saxe-Coburg Square. Był to ubogi, mały plac, 
sprawiający pozory  
zamożności. Z czterech stron otaczały go obskurne 
dwupiętrowe kamienice, których  
okna wychodziły na ogrodzony trawnik, zarośnięty chwastami 
i krzewami laurowymi,  
próbującymi rozproszyć duszną i odpychającą atmosferę. Na 
narożnym domu widniały  
trzy złote kule i brązowa tablica z napisem "Jabez Wilson". Był 
to lombard  
naszego rudowłosego klienta. Holmes zatrzymał się tu i 
uważnie obejrzał dom.  
Następnie przeszedł się wzdłuż placu. Na koniec wrócił do 
lombardu, postukał  
laską w chodnik, po czym podszedł do drzwi i zapukał. 
Otworzył je inteligentnie  
wyglądający, gładko wygolony młodzieniec, który gestem 
zaprosił go do środka. 

background image

- Dziękuję - odpowiedział Holmes. - Chciałem tylko zapytać, 
jak dojść stąd do  
Strandu. 
- Przy trzeciej przecznicy w prawo i czwartą w lewo - odparł 
zapytany i zamknął  
drzwi. 
- Bystry młodzieniec - zauważył Holmes. - To chyba czwar- 
ty najbystrzejszy człowiek w Londynie, a może nawet i trzeci. 
Miałem okazję o  
nim słyszeć. 
- Zdaje się, że pomocnik pana Wilsona jest zamieszany w tę 
sprawę -  
powiedziałem. - Zapytałeś go o drogę, by mu się 
przyjrzeć? 
-Nie. 
- W takim razie po co? 
- By przyjrzeć się jego spodniom. 
- I co zobaczyłeś? 
- To, co spodziewałem się zobaczyć. 
- Dlaczego stukałeś w chodnik? 
- Drogi doktorze, teraz jest czas obserwacji, nie wyciągania 
wniosków. Jesteśmy  
szpiegami na wrogim terytorium. Poznaliśmy już Saxe-Coburg 
Square. Teraz  
zobaczmy, co znajduje 
się z tyłu. 
Ulica, w którą skręciliśmy, różniła się od placu, tak jak wierzch 
obrazu różni się od spodu. Była to jedna z głównych arterii 
miasta prowadzących  
na północ i zachód. Stały wzdłuż niej liczne sklepy, a 
chodnikiem sunął gęsty  

background image

tłum przechodniów. Patrząc na eleganckie magazyny i okazałe 
biura, trudno było  
uwierzyć, że graniczyły 
z ponurym i martwym placem. 
- Chciałbym zapamiętać układ domów - powiedział Holmes, 
stając na rogu i  
lustrując z uwagą ulicę. - Znajomość Londynu to moje hobby. 
Najpierw mamy  
Mortimera, potem sklep tytoniowy, kiosk z gazetami, filię 
Banku Coburg dla City  
i okolic, restaurację wegetariańską i zakład powozów 
McFarlane'a. Tu zaczyna się  
druga przecznica. A teraz, doktorze, czas na odpoczynek, 
kanapkę i fi liżankę  
kawy, a potem znajdziemy się w krainie skrzypiec, gdzie 
króluje słodycz i  
harmonia i nie ma rudych klientów i tajemniczych 
zagadek. 
Mój przyjaciel był zapalonym muzykiem, nie tylko 
uzdolnionym wirtuozem, lecz  
również utalentowanym kompozytorem. Przez cały koncert 
pławił się w  
szczęśliwości, poruszając długimi 
palcami w takt muzyki. Na jego twarzy błąkał się delikatny 
uśmiech, a oczy  
spoglądały marzycielsko. Było to niepodobne do 
niezmordowanego, czujnego,  
twardego tropiciela przestępców. Te dwie cechy jego 
charakteru doskonale ze sobą  
współgrały. Perfekcyjna dokładność i niezwykła inteligencja 
stanowiły  

background image

przeciwwagę dla romantycznych i kontemplacyjnych 
nastrojów, które go czasami  
ogarniały. Ta dwoistość natury sprawiała, że marzyciel w 
jednej chwili zmieniał  
się w tryskającego energią detektywa. Był równie wspaniały 
także wtedy, gdy  
improwizował na skrzypcach. I nagle ogarniała go żądza 
tropienia, bystry umysł  
wznosił się na wyżyny inteligencji i ci, którzy nie znali jego 
metod, patrzyli  
na niego jak na człowieka o nadzwyczajnych, niedostępnych 
zwykłym śmiertelnikom  
zdolnościach. Kiedy obserwowałem go tego popołudnia, 
czułem, że nadchodzi  
niedobry czas dla tych, których zamierzał dopaść. 
- Pewnie chciałbyś wrócić do domu, doktorze - powiedział, 
kiedy wyszliśmy z  
sali. 
- Tak - przyznałem. 
- Mam kilka spraw do załatwienia. Zajmie mi to kilka godzin. 
Ta sprawa z Coburg  
Square jest poważna. 
- Jak bardzo? 
- Zanosi się na poważne przestępstwo. Mam jednak wszelkie 
powody przypuszczać,  
że zdążymy temu zapobiec. Jednak sobota jest tu pewną 
komplikacją. Dziś w nocy  
będzie mi potrzebna twoja pomoc. 
- O której godzinie? 
- Powiedzmy o dziesiątej. 
- Wobec tego będę o dziesiątej na Baker Street. 

background image

- Doskonale. I weź ze sobą rewolwer, bo może być 
niebezpiecznie. 
Pomachał mi ręką, odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie. W 
kontaktach z  
Holmesem zawsze przygniatała mnie świadomość własnej 
ograniczoności. Słyszałem i  
widziałem to samo, co 
on, tymczasem z jego słów wynikało, że nie tylko wie, co 
zaszło, lecz także, co  
się zdarzy, podczas gdy dla mnie cała ta sprawa była nadal 
zagmatwana i  
groteskowa. Jadąc do domu na Kensington, jeszcze raz 
przebiegłem w myślach  
opowieść rudego kopisty encyklopedii, naszą wizytę na Saxe-
Coburg Square i  
złowieszcze słowa Holmesa. Co miała znaczyć ta nocna 
wyprawa i dlaczego kazał mi  
wziąć pistolet? Holmes wspominał, że ten pomocnik pana 
Wilsona jest wyjątkowym  
człowiekiem i może odegrać poważną rolę w jakimś 
przestępstwie. Próbowałem  
rozwiązać tę zagadkę, lecz w końcu dałem za wygraną, 
uznając, że dzisiejsza  
                                                                                 
                                                                                 
                                                                                 
         noc wszystko wyjaśni. 
Wyszedłem z domu kwadrans po dziewiątej. Przed domem na 
Baker Street stały dwie  
dorożki. Na korytarzu usłyszałem dochodzące z pokoju 
Holmesa głosy. Mój  

background image

przyjaciel rozmawiał właśnie z dwoma dżentelmenami. 
Jednym z nich był Peter  
Jones, agent policji. Drugi miał pociągłą, smutną twarz, 
błyszczący cylinder i  
niezwykle elegancki surdut. 
- Ha! Jesteśmy więc w komplecie - oznajmił Holmes, 
wkładając płaszcz i biorąc z  
wieszaka szpicrutę. - Chyba znasz pana Jo-nesa ze Scotland 
Yardu, Watsonie? A to  
jest pan Merryweather, który będzie nam towarzyszył w 
nocnej wyprawie. 
- Znów polujemy w parach, doktorze - wtrącił Jones z ważną 
miną. - Nasz  
przyjaciel to świetny myśliwy. Potrzeba mu tylko psa 
do pomocy. 
- Mam nadzieję, że zdobyczą nie okaże się dzika gęś - mruknął 
pan Merryweather. 
- Może pan zaufać Holmesowi, sir - zapewnił go z dumą agent 
policji. - Ma swoje  
metody, które, proszę wybaczyć, są nieco zbyt teoretyczne i 
fantastyczne, ale  
dobry z niego detektyw. Pozwolę sobie po raz kolejny 
powtórzyć, że w sprawie  
morderstwa Sholto i skarbu Agra spisał się lepiej niż policja. 
- Skoro pan tak twierdzi, to w porządku - powiedział z 
szacunkiem Merryweather.  
- Nie zmienia to jednak faktu, że stracę robra i to pierwszy raz 
od dwudziestu  
siedmiu lat, 
- Przekona się pan, że stawka w tej grze będzie znacznie 
wyższa, a rozgrywka  

background image

znacznie ciekawsza. Zagra pan bowiem o jakieś trzydzieści 
tysięcy funtów, a pan  
Jones o człowieka, na którego od dawna poluje. 
- Nazywa się John Ciay i jest mordercą, złodziejem i 
fałszerzem. To młody  
człowiek, jednak najlepszy w swym fachu. Dlatego lepiej, żeby 
znalazł się za  
kratkami. Ten John Ciay to nie byle kto. Jego dziadek był 
księciem, a on sam  
studiował w Eton i Oxfordzie. Jego mózg zręcznością 
dorównuje palcom. Choć  
często natrafialiśmy na ślady jego działalności, to zawsze 
udało mu się wymknąć.  
Jednego dnia potrafi być w Szkocji, dokonuje kradzieży, a w 
następnym tygodniu  
zbiera pieniądze na budowę sierocińca w Korn-walii. Od lat go 
ścigam, lecz nigdy  
go nie widziałem. 
- Mam nadzieję, że dziś w nocy dokonam prezentacji. Ja 
również miałem okazję  
zetknąć się z Johnem Clayem i zgadzam się z panem, że jest 
profesjonalistą w  
swej dziedzinie. Ale minęła dziesiąta i najwyższy czas ruszać. 
Może panowie  
wsiądą do pierwszej dorożki, a my z Watsonem pojedziemy 
drugą. 
Sheriock Holmes niewiele mówił w czasie drogi. Nucił jedynie 
pod nosem utwory z  
koncertu. Kluczyliśmy pośród labiryntu oświetlonych 
gazowymi lampami ulic, aż na  
koniec dotarliśmy na ulicę Farrington. 

background image

- Jesteśmy już blisko - oznajmił mój przyjaciel. - Ten 
Merryweather jest  
dyrektorem banku i bardzo go ta sprawa interesuje. 
Pomyślałem, że dobrze będzie  
mieć przy sobie Jonesa. Nie jest złym człowiekiem, lecz 
absolutnym kretynem w  
swoim zawodzie. Ma za to jedną zaletę: jest dzielny niczym 
lew i nieustępliwy  
niczym pijawka, kiedy już się do kogoś przyssie. Ale oto 
dotarliśmy na miejsce. 
Znajdowaliśmy się na tej samej zatłoczonej ulicy, na której 
byliśmy dziś rano.  
Dorożki odjechały, a my podążyliśmy za panem Mer-
ryweatherem do bocznych drzwi.  
Otworzył je i znaleźliśmy się w małym korytarzu zakończonym 
potężną żelazną  
kratą. Po jej 
otwarciu zeszliśmy w dół po krętych schodach. Tu znajdowała 
się kolejna krata.  
Pan Merryweather zatrzymał się, by zapalić latarnię, i 
poprowadził nas pachnącym  
stęchlizną korytarzem. Po otwarciu trzecich drzwi weszliśmy 
do obszernej  
piwnicy, wypełnionej skrzynkami i wielkimi pudłami. 
- Jesteście dobrze zabezpieczeni od góry - zauważył Holmes 
unosząc latarnię i  
rozglądając się po pomieszczeniu. 
- Od dołu też - dodał pan Merryweather, stukając laską w 
wyłożoną kamiennymi  
płytami podłogę. - Ależ tu dudni - stwierdził ze zdziwieniem. 

background image

- Bardzo proszę o zachowanie ciszy - powiedział surowo 
Holmes. - Wystawia pan na  
niebezpieczeństwo cały nasz plan. Zechce pan usiąść na 
jednym z tych pudeł i nie  
przeszkadzać? 
Pan Merryweather usiadł z obrażoną miną na skrzyni, a 
Holmes ukląkł na podłodze  
i przyświecając sobie latarnią, zaczął oglądać pod lupą 
szczeliny między  
płytami. Po chwili wstał i schował szkło powiększające do 
kieszeni. 
- Mamy przez sobą co najmniej godzinę - oznajmił. - Nie 
podejmą żadnych kroków,  
dopóki właściciel lombardu nie pójdzie spać. Potem nie będą 
tracili ani minuty,  
bo im szybciej uporają się z robotą, tym więcej czasu będą 
mieli na ucieczkę.  
Jak zapewne się domyślasz, Watsonie, jesteśmy w piwnicy 
jednego z londyńskich  
banków. Pan Merryweather jest prezesem rady nadzorczej i 
wyjaśni ci, dlaczego co  
bardziej śmiali złodzieje interesują się tą piwnicą. 
- To z powodu francuskiego złota - powiedział ściszonym 
głosem bankier. -  
Otrzymaliśmy kilka ostrzeżeń o możliwości kradzieży. 
- Francuskie złoto? 
- Tak. Przed kilkoma miesiącami nadarzyła się okazja, by 
wzmocnić nasze zasoby i  
pożyczyliśmy na ten cel trzydzieści tysięcy napoleonów z 
banku francuskiego.  

background image

Niestety, rozeszło się po mieście, że nie rozpakowaliśmy tych 
pieniędzy i wciąż  
znajdują się w piwnicy. Skrzynia, na której siedzę, zawiera 
dwa tysiące napoleo- 
nów, przełożonych warstwami ołowiu. Nasze rezerwy złota są 
obecnie znacznie  
większe niż zazwyczaj w filii banku i zarząd bardzo się z tego 
powodu niepokoił. 
- Co było ze wszech miar uzasadnione - zauważył Holmes. - A 
teraz czas, byśmy  
przygotowali nasz plan. W ciągu godziny wszystko się wyjaśni. 
Tymczasem, panie  
Merryweather, musimy przysłonić tę latarnię. 
- I siedzieć w ciemnościach? 
- Niestety, tak. Wziąłem ze sobą talię kart. Jest nas czterech, 
może więc pan  
rozegrać swojego robra. Przygotowania wroga posunęły się 
jednak zbyt daleko,  
byśmy mogli zaryzykować zapalenie światła. I przede 
wszystkim musimy zająć  
pozycje. To odważni ludzie i choć ich zaskoczymy, mogą 
okazać się niebezpieczni,  
jeśli nie zachowamy ostrożności. Ja stanę za tą skrzynią, a 
panowie ukryjcie się  
za tamtymi. Kiedy oślepię ich światłem, wy natychmiast ich 
otoczycie. Jeśli  
zaczną strzelać, bez skrupułów użyj pistoletu, Watsonie. 
Odbezpieczyłem broń i położyłem na skrzyni, za którą 
przykucnąłem. Holmes  
przysłonił światło latarni, pozostawiając nas w absolutnych 
ciemnościach. Zapach  

background image

rozgrzanego metalu dowodził, że lampa nie zgasła i w 
odpowiedniej chwili  
rozbłyśnie. Było coś przygnębiającego w tym mroku i zimnym, 
wilgotnym powietrzu  
piwnicy. W dodatku nerwy miałem napięte do ostatnich 
granic. 
- Mają tylko jedną drogę ucieczki - szepnął Holmes. - Przez 
dom na Saxe-Coburg  
Square. Mam nadzieję, że zrobił pan to, o co prosiłem, Jones? 
- Przed frontowymi drzwiami czeka inspektor i dwóch 
komisarzy. 
Cóż to były za chwile! Później okazało się, że czekaliśmy 
zaledwie godzinę z  
kwadransem, mnie zaś wydawało się, że całą noc 1 wschodzi 
już świt. Nogi mi  
zesztywniały, bo bałem się poniżyć. Słuch jednak miałem tak 
wyostrzony, że nie  
tylko słyszałem 
oddechy moich towarzyszy, ale mogłem też odróżnić ciężki 
oddech grubego Jonesa  
od delikatnego niczym westchnienie oddechu prezesa banku. 
W pewnej chwili  
dostrzegłem w podłodze błysk światła. 
Początkowo była to zaledwie iskierka. Potem wydłużyła się do 
żółtej linii, która  
powoli się rozszerzała i w powstałej szczelinie ukazała się 
ludzka dłoń.  
Zniknęła jednak równie szybko, jak się pojawiła i znowu 
zapadła ciemność. 
Po krótkiej chwili rozległ się zgrzyt i jedna z kamiennych płyt 
uniosła się,  

background image

pozostawiając otwór, przez który wpadło światło latarni. 
Wyjrzała z niego  
chłopięca twarz, zlustrowała pomieszczenie, po czym uniosła 
się w górę. Pojawiły  
się ramiona, potem talia i w końcu kolana. W następnej chwili 
postać stała już  
na podłodze i pomagała podciągnąć się towarzyszowi, 
zwinnemu i drobnemu jak ona  
sama, o bladej twarzy i burzy ognistorudych włosów. 
- Droga wolna - szepnął. - Masz dłuto i worki? Wielki Boże! 
Skacz, Archie,  
skacz, bo mnie za to powieszą! 
W tym momencie Sherlock Holmes wyskoczył ze swej 
kryjówki i złapał intruza za  
kołnierz. Ten drugi zniknął tymczasem w otworze. Usłyszałem 
trzask rozdzieranego  
materiału, kiedy Jones próbował go zatrzymać. Dostrzegłem 
błysk rewolweru, lecz  
szpicruta Holmesa wytrąciła złodziejowi broń z ręki. 
- To bezcelowe, panie Ciay - odezwał się Holmes. - Nie ma pan 
żadnej szansy. 
- Widzę - odparł chłodno mężczyzna. - Sądząc po połach 
surduta w waszych rękach,  
mój towarzysz jest bezpieczny. 
- Przed drzwiami czeka na niego trzech ludzi - wyjaśnił 
Holmes. 
- Doprawdy? Wygląda na to, że pomyśleliście o wszystkim. 
Należą się wam  
gratulacje. 
- I panu również - odparł Holmes. - Ten pomysł ze 
stowarzyszeniem był oryginalny  

background image

i skuteczny. 
- Wkrótce zobaczysz swego towarzysza - powiedział Jones. - 
Jest szybszy ode mnie  
w wychodzeniu z dziur. Rączki przed siebie, bym mógł założyć 
ci kajdanki. 
- Proszę nie dotykać mnie swoimi brudnymi łapskami - 
zaprotestował więzień,  
kiedy kajdanki zatrzasnęły mu się na rękach. 
- Może pan nie wie, ale płynie we mnie książęca krew. Zechce 
pan również nie  
zapominać o słowie "pan" i "proszę". 
- Proszę bardzo - zachichotał Jones. - Zechce pan łaskawie 
udać się schodami na  
górę. Tam już czeka na waszą wysokość dorożka, która 
zawiezie jaśnie pana na  
policję. 
- Tak już lepiej - stwierdził spokojnie John Ciay, po czym 
skłonił się nam i  
odszedł w towarzystwie detektywa. 
- Nie wiem, jak bank się panu odwdzięczy, panie Holmes 
- powiedział pan Merryweather, kiedy wyszliśmy z piwnicy. 
- Wykrył pan i uniemożliwił jedną z największych kradzieży. 
- Miałem z panem Johnem Clayem kilka rachunków do 
wyrównania - odparł Holmes. -  
Spodziewam się, że bank zrefunduje mi kilka drobnych 
wydatków, które poniosłem w  
tej sprawie. Poza tym zostałem szczodrze wynagrodzony, 
mogąc uczestniczyć w  
rozwiązaniu tej niezwykłej zagadki i wysłuchać frapującej 
opowieści o  
Stowarzyszeniu Czerwonych Głów. 

background image

- Widzisz więc, Watsonie - powiedział Holmes, kiedy we 
wczesnych godzinach  
rannych siedzieliśmy ze szklaneczkami whisky w salonie na 
Baker Street - od  
początku było wiadomo, iż cała ta sprawa ze stowarzyszeniem 
i przepisywaniem  
encyklopedii miała na celu wyciągnięcie niezbyt rozgarniętego 
właściciela  
lombardu na parę godzin z domu. Trudno o lepszy sposób. 
Pomysł podsunął Clayowi  
kolor włosów pracodawcy. Cztery funty tygodniowo były 
wystarczającą przynętą,  
lecz cóż znaczyły wobec czekających ich tysięcy? Dają 
ogłoszenie, jeden  
wynajmuje biuro, a drugi namawia pana Wilsona, by 
odpowiedział na ogłoszenie, i  
organizują wszystko tak, by przez kilka godzin nie było go w 
domu. Kiedy  
usłysza- 
łem, że ten pomocnik zgodził się pracować za połowę pensji, 
wiedziałem, że ma w  
tym jakiś cel. 
- Lecz jak wpadłeś na to, co nim jest? 
- Gdyby w domu były kobiety, podejrzewałbym pospolitą 
intrygę. Jednak to nie  
wchodziło w grę. Interes pana Wilsona nie przynosił wielkiego 
dochodu, więc nie  
on był celem tak drobiazgowych przygotowań. Dlatego 
przyczyn należało szukać  
poza domem. Wówczas pomyślałem o zamiłowaniu 
pomocnika do fotografii i jego  

background image

ciągłym znikaniu w piwnicy. Piwnica! Tu właśnie leżało 
rozwiązanie zagadki.  
Zasięgnąłem informacji o tym tajemniczym pomocniku i 
okazało się, że mam do  
czynienia z jednym z naj-bezczelniej szych i najbardziej 
wyrachowanych  
przestępców w Londynie. Robił coś w piwnicy, coś, co 
zajmowało wiele godzin i  
miesięcy. Cóż to mogło być? Jedyne, co przychodziło mi do 
głowy, to to, że kopie  
tunel do drugiego budynku. 
Tymczasem poszliśmy obejrzeć miejsce zdarzenia. 
Zaskoczyłem cię, kiedy zacząłem  
stukać laską w chodnik. Musiałem się upewnić, czy ta piwnica 
mieści się od  
frontu czy od tyłu budynku. Okazało się, że od tyłu. 
Zastukałem do drzwi i  
zgodnie z moimi przewidywaniami otworzył mi pomocnik. 
Ledwie zerknąłem na jego  
twarz, bo najbardziej interesowały mnie kolana. Nawet sobie 
nie wyobrażasz,  
jakie były powycierane, pogniecione i poplamione. Mówiły o 
wielu godzinach pracy  
na klęczkach. Pozostało jedynie dowiedzieć się, jaki jest cel 
tego kopania.  
Kiedy zobaczyłem Bank dla City i okolic, który graniczył z 
posesją naszego  
klienta, poczułem, że rozwiązałem zagadkę. Kiedy ty 
pojechałeś do domu, ja  
złożyłem wizytę w Scotland Yardzie, a następnie prezesowi 
banku. Rezultaty  

background image

znasz. 
- A skąd wiedziałeś, że będą próbowali dostać się tam dziś w 
nocy? 
- Kiedy zamknęli biuro stowarzyszenia, był to znak, że nie 
zależy im już na  
nieobecności pana Jabeza Wilsona, czyli, innymi słowy, że 
skończyli kopać tunel.  
Musieli działać szybko, bo ktoś 
mógł odkryć ich plan. Obawiali się również, by złota nie 
przeniesiono w inne  
miejsce. Sobota była najlepsza, bo dzięki niej mieli dwa dni na 
ucieczkę.  
Dlatego spodziewałem się ich dziś w nocy. 
- Twoje rozumowanie jest doskonałe! - wykrzyknąłem z 
niekłamanym podziwem. -  
Przypomina długi łańcuch, w którym nie ma ani jednego 
fałszywego ogniwa. 
- To chroni mnie przed nudą - odpowiedział, ziewając. - Już 
czuję, że mnie  
ogarnia. Moje życie to ciągła ucieczka przed monotonią, a 
zagadki mi w tym  
pomagają. 
- Jesteś dobroczyńcą ludzkości - powiedziałem. Wzruszył 
ramionami. 
- No cóż, może się na coś przydaję - stwierdził. - L'homme 
c'est rien, l'oeuvre  
c'est tout, czyli człowiek jest nikim, jego dzieło - wszystkim, 
jak Gustaw  
Flaubert napisał w liście do George Sand. 
Błękitny karbunkul 

background image

Następnego dnia rano po Bożym Narodzeniu wpadłem do 
mojego przyjaciela Sheriocka  
Holmesa z zamiarem złożenia mu życzeń świątecznych. 
Siedział na sofie w  
purpurowym szlafroku, z fajką i plikiem porannych gazet pod 
ręką. Obok stało  
krzesło, na którego oparciu wisiał zniszczony filcowy kapelusz, 
a na siedzeniu  
leżała lupa i peseta, co dowodziło, że kapelusz został poddany 
dokładnym  
oględzinom. 
- Widzę, że jesteś zajęty- powiedziałem.- Może ci 
przeszkadzam? 
- Bynajmniej. Cieszę się, że mogę z przyjacielem 
przedyskutować wyniki. To  
prosta sprawa - dodał, wskazując na stary kapelusz. - Ale nie 
pozbawiona  
ciekawych, a nawet pouczających aspektów. 
Usiadłem w fotelu i wyciągnąłem dłonie w stronę buzującego 
na kominku ognia, bo  
na dworze był siarczysty mróz, a okna pokrywała gruba 
warstwa szronu. 
- To dość pospolity kapelusz - stwierdziłem - a zapewne wiąże 
się z nim jakaś  
straszna historia. To wskazówka, która doprowadzi cię do 
rozwiązania zagadki i  
schwytania przestępcy. 
- Nie chodzi tu o przestępstwo - odparł ze śmiechem Holmes - 
lecz o jedno z tych  
dziwacznych drobnych zdarzeń, które mają miejsce tam, gdzie 
na przestrzeni kilku  

background image

mil kwadratowych stykają się ze sobą cztery miliony ludzkich 
istnień. W tak  
gęstym skupisku wszystko może się wydarzyć, a każda sprawa 
może okazać się  
zaskakująca i dziwna, lecz nie musi zaraz być przestępstwem. 
Mieliśmy już okazję  
się o tym przekonać. 
- I to nie raz - zauważyłem. - Z sześciu opisanych przeze mnie 
spraw trzy nie  
miały cech przestępstwa. 
- Właśnie. Masz na myśli próbę odzyskania fotografii Ireny 
Adier, dziwną sprawę  
panny Mary Sutherland i przygodę mężczyzny z zajęczą 
wargą. Jestem pewny, że i  
tę sprawę będzie można zaliczyć do tej kategorii. Znasz 
posłańca Petersona? 
- Tak. 
- To trofeum należy do niego. 
- To jego kapelusz? 
- Nie, on go tylko znalazł. Właściciel jest nieznany. Spróbuj 
spojrzeć na niego  
nie jak na zniszczony przedmiot, lecz jak na problem do 
rozwiązania. Najpierw ci  
opowiem, jak się tu znalazł. Przybył tu w bożonarodzeniowy 
poranek razem z  
tłustą gęsią, która teraz zapewne piecze się u Petersona. 
Fakty są następujące:  
około czwartej tego ranka Peterson, który, jak wiesz, jest 
poczciwym  
człowiekiem, wracał z jakiegoś przyjęcia do domu na 
Tottenham Court Road. Nagle  

background image

zobaczył wysokiego mężczyznę, utykającego lekko, który niósł 
na ramieniu gęś.  
Kiedy posłaniec dotarł do Goodge Street, między tym 
mężczyzną a bandą chuliganów  
wynikła bójka. Jeden z nich strącił nieznajomemu kapelusz z 
głowy, na co ten  
podniósł laskę z zamiarem obrony, wykonał nią zamach i 
stłukł znajdującą się za  
nim szybę wystawową. Peterson rzucił się w tę stronę, by 
pomóc napadniętemu,  
lecz ten, przestraszony zbiciem szyby i widokiem 
nadbiegającej osoby w mundurze,  
rzucił gęś i zniknął w labiryncie uliczek znajdujących się na 
tyłach Tottenham  
Court Road. Na widok Petersona chuligani również się 
rozpierzchli. Został więc  
na polu walki ze zniszczonym kapeluszem i gęsią. 
- Którą oczywiście zwrócił właścicielowi. 
- W tym właśnie problem. Co prawda, do nogi gęsi była 
przywiązana karteczka z  
napisem: "Dla Małżonki pana Henry'ego Ba-kera", a na 
podszewce kapelusza  
widniały inicjały "H.B.", lecz w naszym mieście są tysiące 
Bakerów i setki  
Henrych Bakerów, toteż niełatwo zwrócić własność jednemu 
z nich. 
- To co zrobił Peterson? 
- Przyniósł kapelusz i gęś do mnie, wiedząc, że interesują mnie 
różne dziwne  
sprawy. Gęś przetrzymaliśmy do dzisiejszego dnia, lecz 
okazało się, że pomimo  

background image

ostrego mrozu nie wytrzyma dłużej i powinna być 
natychmiast upieczona. Jej  
znalazca zabrał ją więc do domu, a kapelusz pozostał u mnie. 
- Czy ten mężczyzna nie dał ogłoszenia? 
-Nie. 
- Czy możesz coś powiedzieć na temat jego osoby? 
- Tylko tyle, ile można wyciągnąć z obserwacji. 
- Tego kapelusza? 
- Właśnie. 
- Chyba żartujesz. Co możesz wywnioskować z takiego 
starego, zniszczonego  
kapelusza? 
- Masz tu lupę. Znasz moje metody. Spróbuj sam coś wydedu- 
kować. 
Obejrzałem niepewnie kapelusz. Był to zwykły czarny 
melonik, 
twardy i bardzo zniszczony. Podszewkę miał z czerwonego 
jedwabiu, lecz mocno już  
wyblakłą. Nie dostrzegłem znaku firmowego, lecz, jak Holmes 
powiedział, na boku  
nagryzmolono inicjały H. B. W rondzie była też dziurka na 
gumkę, której zresztą  
brakowało. Ogólnie rzecz biorąc, kapelusz był popękany, 
zakurzony i w kilku  
miejscach poplamiony, choć widać było, że ktoś próbował 
ukryć wypłowiałe  
miejsca, zamazując je atramentem. 
- Niczego nie widzę - odpowiedziałem, podając melonik 
Holmesowi. 
- Ależ możesz tu wiele zobaczyć, Watsonie. Nie potrafisz tylko 
wyciągnąć należytych wniosków z tego, co widzisz. 

background image

- W takim razie powiedz mi, co ty widzisz. 
Przyjrzał się kapeluszowi w swój charakterystyczny, badawczy 
sposób. 
- Może i trudno coś z niego wywnioskować - powiedział 
- ale kilka wniosków jest najzupełniej oczywistych, a kilka 
innych można uznać  
za prawdopodobne. Nie ulega wątpliwości, że ten 
nieznajomy jest pracownikiem umysłowym, jak również to, że 
przez ostatnie trzy  
lata żył w dostatku, lecz teraz przyszły na niego chude dni. 
Przestał być  
zapobiegliwy, co dowodzi moralnego upadku, a razem z 
pogorszeniem się sytuacji  
materialnej wskazuje na jakiś zły wpływ, prawdopodobnie 
alkohol. To również może  
prowadzić do wniosku, że jego żona przestała go kochać. 
- Ależ drogi Holmesie! 
- Zachował jednak resztki szacunku dla samego siebie - 
ciągnął, nie zwracając  
uwagi na mój protest. - To człowiek, który prowadzi siedzący 
tryb życia, mało  
wychodzi, zupełnie brak mu kondycji, jest w średnim wieku, 
ma siwe włosy, które  
ostrzygł przed kilkoma dniami i które nasmarował kremem 
cytrynowym. Tyle można  
wywnioskować na podstawie tego kapelusza. Jest też wysoce 
prawdopodobne, że nie  
ma w domu lampy gazowej. 
- Żartujesz sobie, Holmesie. 
- Ani trochę. Czy to możliwe, żebyś nawet teraz, kiedy 
przedstawiłem ci moje  

background image

wnioski, nie domyślał się, jak do nich doszedłem? 
- Widocznie jestem głupi, bo nie nadążam za tobą. Na 
przykład, jak  
wydedukowałeś, że ten człowiek jest pracownikiem 
umysłowym? 
Zamiast odpowiedzi Holmes włożył kapelusz na głowę. 
Sięgnął mu aż po nasadę  
nosa. 
- To kwestia pojemności czaszki - wyjaśnił. - Tylko człowiek z 
wielkim mózgiem  
może go nosić. 
- A pogorszenie się sytuacji materialnej? 
- Ten kapelusz ma trzy lata, bowiem wówczas były modne 
takie płaskie ronda o  
podwiniętych brzegach. Jest w najlepszym gatunku. Zwróć 
uwagę na jedwabną  
wstążkę i doskonałą podszewkę. Jeśli ten mężczyzna mógł 
przed trzema laty  
pozwolić sobie na tak kosztowny kapelusz i ma go aż do dziś, 
znaczy to, że jego  
pozycja w świecie spadła. 
- To jasne, lecz co z tą zapobiegliwością i moralnym 
upadkiem? Sherioek Holmes  
wybuchnął śmiechem. 
- Oto jest zapobiegliwość - powiedział, wskazując na małe 
kółko i pętelkę od  
gumki. - Sprzedaje się je na specjalne zamówienie. To, że ten 
mężczyzna ją  
zamówił, świadczy o pewnej zapobiegliwości, gdyż chciał 
zabezpieczyć się przed  

background image

wiatrem. Skoro jednak ją zerwał i nie wstawił w to miejsce 
nowej, znaczy, że  
jest teraz mniej zapobiegliwy i dowodzi osłabienia charakteru. 
Z drugiej jednak  
strony zadał sobie trud, by ukryć plamy, zamazując je 
atramentem, co oznacza, że  
nie stracił zupełnie szacunku dla siebie. 
- Twoje rozumowanie brzmi przekonująco. 
- Następne wnioski, jak te, że jest w średnim wieku, ma siwe 
włosy i niedawno je  
podciął, że używa kremu cytrynowego, można ustalić po 
dokładnym obejrzeniu  
dolnej części podszewki. Przez szkło powiększające widać 
końcówki włosów,  
obcięte za pomocą fryzjerskich nożyczek. Są sklejone i czuć 
wyraźny zapach kremu  
cytrynowego. Kurz, który widzisz, nie pochodzi z ulicy, lecz z 
domu, co  
wskazuje, że kapelusz długo wisiał na wieszaku. Natomiast 
ślady wilgoci na  
wewnętrznej stronie dowodzą, że jego właściciel bardzo się 
poci, co świadczy o  
jego złej kondycji fizycznej. 
- A co z żoną? Powiedziałeś, że przestała go kochać. 
- Tego kapelusza od tygodni nie czyszczono. Gdybym zobaczył 
ciebie, mój drogi  
Watsonie, w kapeluszu pokrytym tygodniowym kurzem, 
znaczyłoby, że twoja żona  
przestała cię darzyć uczuciem, skoro pozwala wychodzić ci w 
brudnym kapeluszu. 
- Ale on może być kawalerem. 

background image

- Nie. Niósł do domu gęś jako dar pojednania dla żony. 
Przypomnij sobie kartkę  
na nodze ptaka. 
- Potrafisz na wszystko znaleźć odpowiedź. Ale jak, na Boga, 
wydedukowałeś, że  
nie ma w domu gazu? 
- Jedna czy dwie tłuste plamy mogą być kwestią przypadku, 
kiedy jednak widzę co  
najmniej pięć, jest niemal pewne, że ów człowiek musiał mieć 
częsty kontakt ze  
stearyną. Mógł na przykład wchodzić po schodach z 
kapeluszem w jednej ręce i  
kapiącą świe- 
ca w drugiej. Lampa gazowa nie pozostawia tłustych plam. 
Jesteś zadowolony? 
- To nadzwyczajne - powiedziałem, wybuchając śmiechem. - 
Skoro jednak, jak  
powiedziałeś, nie popełniono żadnego przestępstwa i nikomu 
nie stała się  
krzywda, poza zgubieniem gęsi, to cała ta dedukcja wydaje się 
niepotrzebną  
stratą czasu i energii. 
Holmes już otwierał usta, by mi odpowiedzieć, kiedy drzwi się 
otworzyły i do  
pokoju wpadł posłaniec Peterson. Miał czerwone policzki i 
zmieniony wyraz  
twarzy. 
- Gęś, panie Holmes! Gęś! - wydyszał. 
- Co z nią? Czyżby ożyła i uciekła przez okno kuchenne? 
Holmes obrócił się na  
sofie i spojrzał na rozpaloną twarz przybyłego. 

background image

- Proszę zobaczyć, sir. Oto co moja żona znalazła w jej 
żołądku. 
Rozwarł palce, ukazując skrzący się niebieski kamień, mniejszy 
od ziarna fasoli,  
lecz o niezwykłej czystości i blasku, który sprawiał, że migotał 
niczym iskra  
elektryczna. 
Sherlock Holmes aż gwizdnął z podziwu. 
- Na Jowisza, Peterson! - wykrzyknął. - Toż to prawdziwy 
skarb. Wie pan, co pan  
znalazł? 
- To brylant, sir, szlachetny kamień. Tnie szkło niczym 
diament. 
- To coś więcej niż szlachetny kamień, to drogocenny klejnot. 
- Czyżby to był błękitny karbunkuł hrabiny Morcar?! - 
wykrzyknąłem. 
- Ten sam. Znam jego wielkość i kształt, bo czytam o nim 
codziennie w "Timesie".  
To absolutny unikat. Jego wartość można określić jedynie w 
przybliżeniu, lecz  
oferowana za niego nagroda w wysokości tysiąca funtów nie 
stanowi nawet  
dwudziestej części Geny rynkowej. 
- Tysiąc funtów! Wielki Boże! Posłaniec opadł z impetem na 
krzesło. 
- To piękna rzecz. Spójrz, jak skrzy się i migocze. Jak każdy 
klejnot, budzi w  
ludziach złe instynkty. To diabelska przynęta. Większe i 
starsze kamienie  
mogłyby opowiedzieć o jakimś krwawym czynie. Ten kamień 
nie ma jeszcze  

background image

dwudziestu lat. Znaleziono go nad brzegiem rzeki Amoy w 
południowych Chinach. Ma  
wszystkie cechy charakterystyczne dla karbunkułu, choć jest 
błękitny, a nie  
czerwony jak rubin. Pomimo dość młodego wieku ma już za 
sobą ponurą historię. Z  
powodu tego kawałka skrystalizowanego węgla drzewnego 
popełniono dwa morderstwa,  
samobójstwo, kilka kradzieży i oblano kogoś kwasem. Kto by 
pomyślał, że ten  
piękny drobiazg może doprowadzić ludzi na szubienicę czy do 
więzienia. Zamknę go  
w mojej pancernej kasetce i prześlę wiadomość hrabinie. 
- Sądzisz, że ten Homer jest niewinny? 
- Trudno powiedzieć. 
- W takim razie, czy myślisz, że ten drugi. Henry Baker, ma z 
tym coś wspólnego? 
- Bardziej prawdopodobne, że Henry Baker jest niewinny i nie 
miał pojęcia, że  
ptak, którego niesie, jest wart więcej, niż gdyby zrobiono go 
ze szczerego  
złota. O tym przekonamy się, jeśli odpowie na nasze 
ogłosznie. 
- A do tego czasu co będziesz robił? 
- Nic. 
- W takim razie dokończę mój obchód lekarski. Ale wrócę na 
godzinę, którą  
podałeś w ogłoszeniu, bo chciałbym się dowiedzieć, co z tego 
wyniknie. 
- Miło mi będzie cię widzieć. Obiad jem o siódmej. Będzie, 
zdaje się, bekas. Ale  

background image

wobec zaistniałych okoliczności może powinienem poprosić 
panią Hudson, aby  
zbadała jego wnętrze. 
Obchód nieco się przedłużył, więc na Baker Street zjawiłem 
się nieco po wpół do  
szóstej. Podchodząc do domu, ujrzałem wysokiego mężczyznę 
w szkockim berecie i  
zapiętym po szyję płaszczu. Stał w świetle padającym z okna 
nad drzwiami. Obaj  
zostaliśmy wprowadzeni do pokoju Holmesa. 
- Pan Henry Baker, nieprawdaż? - powiedział mój przyjaciel, 
wstając w fotela i  
podając gościowi rękę na powitanie. - Zechce pan usiąść przy 
ogniu. Wieczór mamy  
zimny, a pan, zdaje się, woli raczej lato niż zimę. Przyszedłeś 
w samą porę,  
Watsonie. Czy to pański kapelusz, panie Baker? 
- Tak, to bez wątpienia mój kapelusz. 
Nasz gość był potężnie zbudowanym mężczyzną o 
przygarbionych plecach, dużej  
głowie i szerokiej, inteligentnej twarzy zakończonej spiczastą, 
siwiejącą  
bródką. Czerwony nos i policzki oraz lekkie drżenie rąk 
potwierdzały  
przypuszczenie Holmesa o jego nałogu. Podniszczony czarny 
surdut zapięty był pod  
samą szyją, kołnierz miał postawiony, a spod rękawów 
wystawały kościste  
nadgarstki. Nie widać jednak było mankietów koszuli. Mówił 
wolno, starannie  

background image

dobierając słowa, i sprawiał wrażenie człowieka 
wykształconego, któremu nie  
sprzyjał los. 
- Już od kilku dni te rzeczy leżą u nas - powiedział Holmes - bo 
spodziewaliśmy  
się, że da pan ogłoszenie. Nie rozumiem, dlaczego pan tego 
nie zrobił. 
Nasz gość uśmiechnął się z zawstydzeniem. 
- Nie mam obecnie tylu szylingów co dawniej - wyjaśnił. - 
Byłem pewien, że banda  
chuliganów, która na mnie napadła, zabrała kapelusz i ptaka. 
Nie chciałem  
wydawać pieniędzy na beznadziejną sprawę. 
- No tak, to oczywiste. Jeśli chodzi o ptaka, byliśmy zmuszeni 
go zjeść. 
- Zjeść? - powtórzył nasz gość, zaskoczony. 
- Tak. Zmarnowałby się, gdybyśmy go nie zjedli. Przypuszam 
jednak, że ta gęś,  
która leży na kredensie, całkowicie pana zadowoli. 
- Och, naturalnie - odparł z ulgą Baker. 
- Mamy jeszcze pióra, nogi i wnętrzności pańskiego ptaka, 
gdyby więc... 
Mężczyzna wybuchnął serdecznym śmiechem. 
- Taką wyznaczono nagrodę, lecz mam powody przypuszczać, 
że na jej wysokość  
wpłynęły względy uczuciowe, dla których hrabina 
zdecydowała się oddać część  
majątku, żeby odzyskać klejnot. 
- O ile dobrze pamiętam, zginął w Hotelu Cosmopolitan -
wtrąciłem. 

background image

- Tak, 22 grudnia, dokładnie pięć dni temu. O wyjęcie go ze 
szkatułki hrabiny  
został oskarżony John Homer, ślusarz. Dowody przeciw niemu 
były tak niezbite, że  
sprawę natychmiast oddano do sądu. Zdaje się, że mam tu 
gdzieś informacje na ten  
temat. 
Zaczął przerzucać stos gazet, aż w końcu wyciągnął jedną, 
złożył na pół i  
przeczytał, co następuje: 
- "Kradzież klejnotu w Hotelu Cosmopolitan. John Homer, lat 
dwadzieścia sześć, z  
zawodu ślusarz, został oskarżony o to, że dwudziestego 
drugiego bm. wyjął ze  
szkatułki hrabiny Morcar drogocenny klejnot, znany jako 
»błękitny karbunkuł«.  
James Ryder, szef służby hotelowej, zeznał, że wprowadził 
Homera do garderoby  
hrabiny Morcar w dniu kradzieży, by przylutował obluzowany 
pręt kraty. Przez  
krótki czas towarzyszył Homerowi, lecz później został 
odwołany. Kiedy wrócił,  
nie zastał już Homera, za to zamek sekre-tarzyka był 
wyłamany, a także zamek  
marokańskiej szkatułki, w której, jak się później okazało, 
hrabina trzymała  
klejnot. Szkatułka leżała pusta na toaletce. Ryder natychmiast 
wszczął alarm i  
Homera aresztowano jeszcze tego wieczoru. Kamienia jednak 
nie znaleziono ani  

background image

przy nim, ani w jego mieszkaniu. Catheńne Cu-sack, 
pokojówka hrabiny, zeznała,  
że usłyszała okrzyk przerażenia Rydera i wpadła do garderoby, 
gdzie zastała  
wszystko tak, jak opisał szef służby. Inspektor Bradstreet z 
oddziału B zeznał,  
że kiedy aresztował Homera, ten opierał się i przysięgał, że 
jest niewinny. Jako  
że oskarżony był już karany za kradzież, sędzia odmówił 
przeprowadzenia sprawy w  
trybie doraźnym i przekazał sprawę do wyższej instancji. 
Homer, który w trakcie  
tych czynności wykazywał oznaki wielkiego zdenerwowania, 
po usłyszeniu tej  
decyzji zemdlał i został wyniesiony z sądu". 
- Tyle relacja - powiedział zamyślony Holmes, odkładając na 
bok gazetę. - Teraz  
musimy ustalić kolejność zdarzeń, poczynając od szkatułki, a 
kończąc na gęsi  
znalezionej na Tottenham Court Road. Jak widzisz, Watsonie, 
nasze małe  
wnioskowanie nabrało nagle znaczenia i straciło urok 
niewinności. Oto mamy  
kamień, kamień znalazł się w żołądku gęsi, która należała do 
pana Henry" ego  
Bakera, dżentelmena w zniszczonym kapeluszu i z 
właściwościami, których opisem  
cię zanudziłem. Musimy koniecznie znaleźć tego dżentelmena 
i dowiedzieć się,  
jaką rolę odgrywa w tej zagadce. W tym celu posłużymy się 
najprostszą metodą,  

background image

jaką jest ogłoszenie we wszystkich wieczornych gazetach. Jeśli 
to zawiedzie,  
spróbuję czegoś innego. 
- Co napiszesz w ogłoszeniu? 
- Podaj mi ołówek i kartkę papieru. Napiszemy tak: "Na rogu 
Goodge Street  
znaleziono gęś i czarny filcowy kapelusz. Pan Henry Baker 
może je odzyskać,  
przychodząc o 6.30 dziś wieczorem na Baker Street 221b". To 
chyba jasne i  
zwięzłe. 
- Tak. Ale czy on je przeczyta? 
- Z pewnością zajrzy do gazet. Nie jest majętny i dla niego to 
poważna strata.  
Tak bardzo przestraszył się rozbicia szyby i nadejścia 
Petersona, że myślał  
tylko o ucieczce. Musiał jednak później gorzko żałować, że 
porzucił gęś. Na  
pewno zauważy własne nazwisko lub zrobi to ktoś ze 
znajomych. Peterson, biegnij  
pan do biura ogłoszeń i niech to wydrukują w wieczornych 
gazetach. 
- W których, sir? 
- W "Globe", "Star", "Pali Mali", "St. James's", "Evening News 
Standard", "Echo"  
i wszystkich, które przyjdą panu do głowy. 
- Dobrze, a co z kamieniem? 
- Zatrzymam go. I jeszcze jedno: wracając, kup pan gęś, bo 
musimy ją dać temu  
dżentelmenowi w miejsce tej, którą teraz spożywa pańska 
rodzina. 

background image

Kiedy posłaniec wyszedł, Holmes wziął kamień i podniósł go 
do ^iatła. 
- Mogłyby mi posłużyć jedynie jako pamiątki mojej 
niefortunnej przygody. Poza  
tym nie wiem, jaki miałbym pożytek z tych resztek gęsi. Nie, 
jeśli pan pozwoli,  
wezmę tylko tego wspaniałego ptaka, którego dostrzegam na 
kredensie. 
Sheriock Holmes rzucił mi znaczące spojrzenie i wzruszył 
ramionami. 
- Proszę więc zabrać kapelusz i gęś - powiedział. - A tak na 
marginesie, czy  
mógłby pan zdradzić, gdzie pan ją kupił? Uwielbiam drób, a 
rzadko widuje się  
takie okazy. 
- Oczywiście - odparł Baker, wstając i biorąc pod pachę 
odzyskaną własność. -  
Bywam z przyjaciółmi w gospodzie Alpha przy muzeum, w 
którym pracuję. W tym roku  
nasz gospodarz, Windiga-te, założył gęsi klub. Wpłacając co 
tydzień kilka  
pensów, każdy jego członek miał dostać na Boże Narodzenie 
gęś. Zapłaciłem  
składkę, a resztę już pan zna. Jestem panu niezmiernie 
wdzięczny za kapelusz, bo  
szkocki beret nie odpowiada ani mojemu wiekowi, ani 
powadze. 
Skłonił się z komiczną pompatycznością i wyszedł. 
- No to pana Bakera mamy z głowy - stwierdził Holmes. - To 
oczywiste, że on nic  
nie wie o całej sprawie. Jesteś głodny, Watsonie? 

background image

- Nieszczególnie. 
- W takim razie proponuję, byśmy zamienili obiad na kolację i 
podążyli tym  
tropem, póki jeszcze świeży. 
- Nie mam nic przeciwko temu. 
Był mroźny wieczór, włożyliśmy więc palta i owinęliśmy szyje 
szalikami. Gwiazdy  
świeciły jasno na bezchmurnym niebie, a chmurki oddechów 
przechodniów  
przywodziły na myśl dym po salwie z pistoletu. Mróz chrzęścił 
pod stopami, kiedy  
szliśmy przez dzielnicę lekarzy, Wimpole Street, Harley Street, 
a następnie  
przez Wigmore Street do Oxford Street. Po kwadransie 
byliśmy w Bloomsbury, gdzie  
mieściła się gospoda Alpha, niewielki lokal 
na rogu jednej z ulic prowadzących do Holborn. Holmes 
zamówił u gospodarza o  
rumianej twarzy dwa kufle piwa. 
- Pańskie piwo zapewne będzie równie znakomite, jak gęsi - 
powiedział. 
- Gęsi? - powtórzył ze zdziwieniem mężczyzna. 
- Tak. Zaledwie przed półgodziną rozmawiałem z panem Hen-
rym Bakerem, który jest  
członkiem gęsiego klubu. 
- Ach tak. Ale, widzi pan, to nie są moje gęsi. 
- Doprawdy? Więc czyje? 
- Kupiłem ich dwa tuziny od sprzedawcy w Coyent Garden. 
- Znam tam kilku. Od którego? 
- Od Breckinridge'a. 

background image

- Nie znam go. No cóż, życzę panu dużo zdrowia i 
pomyślności. 
- Idziemy do pana Breckinridge'a - oznajmił Holmes, zapinając  
p                                                                                
                                                                                 
                                                                  alto. -  
Pamiętaj, Watsonie, że choć z jednej strony mamy coś tak 
pospolitego jak gęś, to  
z drugiej strony człowieka, któremu grozi siedem lat ciężkich 
robót, jeśli nie  
dowiedzie swojej niewinności. Możliwe, że nasze śledztwo 
potwierdzi jego winę.  
Tak czy owak mamy trop, który uszedł uwagi policji, a nam 
trafił się zupełnie  
przez przypadek. Pójdźmy więc tym śladem. 
Minęliśmy Holborn, Endell Street i klucząc wśród dzielnicy 
biedoty, dotarliśmy  
na targ Covent Garden. Jeden z większych straganów 
opatrzony był szyldem  
"Breckinridge". Jego właściciel o końskiej twarzy pomagał 
właśnie chłopakowi  
zamykać sklep. 
- Dobry wieczór. Bardzo dziś zimno- zagaił rozmowę Holmes. 
Sprzedawca kiwnął  
głową i spojrzał pytająco na mego towarzysza. 
- Widzę, że sprzedał pan już wszystkie gęsi - dodał Holmes, 
wskazując na puste  
lady. 
- Jutro rano mogę panu dostarczyć pięćset. 
- To mi nie odpowiada. 
- Są jeszcze na straganie obok. 

background image

- Ale mnie polecono pana. 
- Kto mnie polecił? 
- Właściciel gospody Alpha. 
- A tak, sprzedałem mu kilka tuzinów. 
- Świetne sztuki. Gdzie pan je dostał? Ku naszemu zaskoczeniu 
pytanie to  
wywołało wściekłość u sprzedawcy. 
- No dobra - warknął, przechylając głowę i biorąc się pod boki. 
- Do czego pan  
zmierza? 
- Chciałbym wiedzieć, gdzie kupił pan gęsi, które dostarczył do 
gospody Alpha. 
- Nic panu do tego. 
- Nie rozumiem, czemu się pan tak gorączkuje. 
- Pan też by się gorączkował, gdyby nie dawano panu spokoju. 
Płacę dobrą cenę za  
dobry towar i na tym koniec. Tymczasem słyszę: "Kto panu 
sprzedał te gęsi?",  
"Ile pan za nie wziął?". Jakby były to jedyne gęsi na świecie. 
- Nie mam nic wspólnego z tymi, którzy zadawali te wszystkie 
pytania -  
oświadczył spokojnie Holmes. - Jeśli pan nie powie, przegram 
pewien zakład, i  
tyle. Zawsze jednak będę gotów założyć się o pięć szylingów, 
że gęś, którą  
zjadłem w gospodzie, pochodzi ze wsi. A ja znam się na 
drobiu. 
- No to pan straci pięć szylingów, bo jest z miasta - burknął 
sprzedawca. 
- Nic podobnego. 
- A ja mówię, że tak. 

background image

- Nie wierzę. 
- Myśli pan, że wie więcej o drobiu ode mnie? Od szczeniaka 
się nim zajmuję.  
Powtarzam panu, że wszystkie ptaki, które sprzedałem 
właścicielowi gospody, są z  
miasta. 
- Nigdy w to nie uwierzę. 
- Założy się pan? 
- Nie chcę pana naciągać, bo wiem, że mam rację. Ale 
postawię suwerena, by dać  
panu nauczkę. Sprzedawca zachichotał. 
- Przynieś księgi, Billy - polecił chłopcu. Ten przyniósł cienki 
zeszyt i wielką  
zatłuszczoną księgę i położył je pod wiszącą lampą. 
- A teraz, panie Przemądrzalski - powiedział sprzedawca - 
myślałem, że nie mam  
już żadnej gęsi, ale zanim skończę, przekona się pan, że 
została mi jeszcze  
jedna w sklepie. Widzi pan ten zeszyt? 
-Tak. 
- To lista ludzi, u których kupuję. Widzi pan? Na tej stronie są 
dostawcy ze  
wsi, a numery przy ich nazwiskach odpowiadają numerom, 
pod którymi figurują w  
wielkiej księdze. Widzi pan tę drugą stronę zapisaną 
czerwonym atramentem? To  
lista miejskich dostawców. Niech pan spojrzy na trzecie 
nazwisko. 
- Pani Oakshott, Brbcton Road 117 - przeczytał Holmes. 
- Teraz proszę otworzyć wielką księgę. Holmes otworzył ją na 
wskazanej stronie. 

background image

- Pani Oakshott, Brbcton Road 117, dostawczyni jaj i drobiu. 
- A teraz proszę przeczytać ostatni wpis. 
- Dwudziesty drugi grudnia. Dwadzieścia cztery gęsi po 
siedem szylingów, sześć  
pensów. 
- Zgadza się. A pod spodem? 
- Sprzedane panu Windigate'owi z gospody Alpha po 
dwanaście szylingów za sztukę. 
- I co pan teraz powie? 
Holmes wyglądał na głęboko zasmuconego. Wyjął z kieszeni 
su-werena, rzucił go na  
ladę i odwrócił się z miną wyrażającą głębokie oburzenie. 
Kilka jardów dalej  
zatrzymał się i zaśmiał bezgłośnie. 
- Kiedy widzisz człowieka z tak przyciętymi bokobrodami i 
wystającym z kieszeni  
programem wyścigów konnych, możesz założyć się z nim o 
wszystko - powiedział. -  
Ośmielę się twierdzić, że 
gdybym położył przed nim sto funtów, nie udzieliłby tak 
szczegółowych  
informacji. Zrobił to tylko po to, żeby ze mną wygrać. Myślę, 
Watsonie, że  
jesteśmy bliscy rozwiązania zagadki. Musimy jedynie 
zdecydować, czy pójdziemy do  
tej pani Oakshott dziś wieczór, czy przełożymy to na jutro. 
Zgodnie z tym, co  
mówił sprzedawca, nie tylko my interesujemy się tą sprawą... 
Jego wypowiedź przerwała wrzawa, jaka wybuchła nagle przy 
naszym straganie.  

background image

Ujrzeliśmy tam drobnego mężczyznę o szczurzej twarzy, 
któremu Breckinridge  
wygrażał pięściami. 
- Mam już dość pana i pańskich gęsi! - krzyczał. - Jeśli jeszcze 
raz tu pana  
zobaczę, poszczuję psem. Niech pan przyprowadzi tu panią 
Oakshott, to wtedy  
będziemy gadać. A panu nic do tego. Od pana nie kupuję gęsi. 
- Nie, ale jedna z nich była moja - odparł jękliwym głosem 
człowieczek. 
- To zapytaj pan o nią panią Oakshott. 
- Powiedziała, żebym zapytał pana. 
- Pytaj pan choćby króla Prus. Mam to w nosie. Wynocha 
stąd! Ruszył w jego  
stronę, a delikwent zniknął w ciemnościach. 
- To może nam zaoszczędzić wizyty na Brtxton Road - szepnął 
Holmes. - Chodź,  
zobaczymy, co można wyciągnąć z tego człowieka. 
Omijając ludzi przechadzających się między oświetlonymi 
straganami, mój  
towarzysz dogonił małego człowieczka i dotknął jego 
ramienia. Ten odwrócił się  
gwałtownie. W świetle latarni mogłem dostrzec, że cała krew 
odpłynęła mu z  
twarzy. 
- Kim pan jest i czego pan chce? - zapytał drżącym głosem. 
- Proszę mi wybaczyć - powiedział uprzejmie Holmes - ale 
posłyszałem pytania,  
które zadał pan właśnie sprzedawcy. Myślę, że mógłbym panu 
pomóc. 
- Pan? A kim pan jest? Co pan może wiedzieć o tej sprawie? 

background image

- Nazywam się Sherlock Holmes. Moim zajęciem jest wiedzieć 
to, czego inni nie  
wiedzą. 
- Ale pan nic nie może o tym wiedzieć. 
- Proszę wybaczyć, ale wiem wszystko. Usiłuje pan odnaleźć 
pewną gęś, którą pani  
Oakshott z Brixton Road sprzedała handlarzowi nazwiskiem 
Breckinridge, który  
następnie sprzedał ją panu Windigate'owi z gospody Alpha, a 
on z kolei członkowi  
jego klubu, panu Henry'emu Bakerowi. 
- Och, kogoś takiego pragnąłem spotkać! - wykrzyknął 
człowieczek, wyciągając  
drżące ręce. - Nawet pan nie wie, jakie to dla mnie ważne. 
Holmes zatrzymał przejeżdżającą dorożkę. 
- W takim razie wygodniej będzie nam rozmawiać w 
przytulnym pokoju niż na targu,  
gdzie hula wiatr - powiedział. - Zanim jednak posuniemy się 
dalej, proszę mi  
powiedzieć, z kim mam przyjemność. 
Mężczyzna zawahał się. 
- Nazywam się John Robinson - odpowiedział, spuszczając 
wzrok. 
- Nie, nie, proszę podać prawdziwe nazwisko - powiedział 
łagodnie Holmes. -  
Jakoś niezręcznie rozmawiać z kimś, kto używa pseudonimu. 
Nieznajomy oblał się rumieńcem. 
- Tak naprawdę nazywam się James Ryder. 
- No właśnie, szef służby z Hotelu Cosmopolitan. Proszę 
wsiąść do dorożki, a  
wkrótce wszystkiego się pan dowie. 

background image

Mały człowieczek spojrzał na nas jednocześnie z 
przestrachem i z nadzieją, jakby  
nie miał pewności, czy los się do niego uśmiechnął, czy też 
grozi mu  
niebezpieczeństwo. W końcu wsiadł do dorożki i po 
półgodzinie byliśmy już na  
Baker Street. W czasie drogi milczeliśmy, jedynie szybki 
oddech naszego  
towarzysza i ciągłe splatanie i rozplatanie rąk wskazywały na 
stan jego nerwów. 
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił wesoło Holmes, kiedy 
weszliśmy do salonu. -  
Wygląda pan na zmarzniętego, panie Ryder. 
Proszę usiąść na tym plecionym krześle. Włożę tylko pantofle 
i przystępujemy do  
sprawy. Gotowe. Chciałby pan wiedzieć, co stało się z tymi 
gęsiami? 
-Tak. 
- Powinienem raczej powiedzieć: z tą gęsią. Domyślam się, że 
interesuje pana  
jeden ptak, biały, z czarną pręgą w poprzek ogona. 
- Och tak! - wykrzyknął Ryder. - Czy wie pan, gdzie ona trafiła? 
- Tutaj. 
- Tutaj? 
- Tak. I okazała się wyjątkowym ptakiem. Nie dziwi mnie, że 
pana interesuje. Po  
śmierci zniosła jajko, najwspanialsze, najpiękniejsze małe, 
niebieskie jajeczko.  
Mam je w moim muzeum. 
Nasz gość zerwał się na równe nogi i złapał za gzyms kominka. 
Holmes otworzył  

background image

ogniotrwałą kasetkę i wyjął z niej błękitny kar-bunkuł. Kamień 
zapłonął niczym  
gwiazda, zimnym, lśniącym światłem. Ryder wpatrywał się w 
niego z napięciem, nie  
wiedząc, jak ma się zachować. 
- Gra skończona, Ryder - powiedział cicho Holmes. - Trzymaj 
się, człowieku, bo  
wpadniesz do ognia! Watsonie, posadź go na krześle. Nie ma 
dość zimnej krwi, aby  
popełniać przestępstwa. Daj mu kieliszek brandy. No, teraz 
wygląda jak człowiek.  
Cóż z pana za tchórz! 
Ryder trząsł się cały, lecz brandy trochę go uspokoiła. Usiadł 
na krześle,  
wpatrując się z przerażeniem w swego oskarżyciela. 
- Mam w rękach prawie wszystkie nici i wszystkie potrzebne 
mi dowody, więc  
niewiele będzie pan miał do dodania. Jednak i to przyda się 
do wyjaśnienia całej  
sprawy. Skąd pan wiedział o błękitnym kamieniu hrabiny 
Morcar? 
- Od Catherine Cusack - odpowiedział łamiącym się głosem. 
- Czyli od pokojówki hrabiny. Pokusa szybkiego wzbogacenia 
się bywa bardzo  
silna. Trudno się jej oprzeć. Nie przebierał pan jednak w 
środkach. Ma pan  
wszelkie zadatki na łotra. Wiedział pan, 
że ten Homer był zamieszany w podobną sprawę i 
podejrzenie padnie przede  
wszystkim na niego. I co pan zrobił? Pan i pańska wspólniczka 
Cusack  

background image

wymyśliliście jakąś drobną naprawę w pokoju pani hrabiny i 
posłaliście po  
ślusarza. Po jego wyjściu obrabował pan szkatułkę, podniósł 
alarm i kazał  
aresztować niewinnego człowieka. Potem... 
Ryder rzucił się na kolana i objął mojego towarzysza za nogi. 
- Miej pan nade mną litość! - krzyknął. - Proszę pomyśleć o 
moim ojcu i matce.  
To złamałoby im serca. Nigdy przedtem nie popełniłem nic 
złego. Nigdy więcej  
tego nie zrobię, przysięgam. Przysięgam na Biblię. Tylko 
proszę nie oddawać  
sprawy do sądu. Błagam pana. 
- Proszę usiąść - powiedział surowo Holmes. - Teraz pan 
czołga się i płaszczy,  
ale przedtem nie pomyślał pan o tym biednym Homerze, 
który odpowiada za coś,  
czego nie popełnił. 
- Wyjadę z kraju, panie Holmes. Wtedy oskarżenie przeciwko 
niemu zostanie  
cofnięte. 
- Porozmawiamy jeszcze o tym. A teraz chcemy usłyszeć, jak 
było naprawdę. Jak  
ten klejnot znalazł się w gęsi i jak gęś trafiła na targ? Tylko 
prawda może pana  
ocalić. 
Ryder przesunął językiem po zaschniętych wargach. 
- Wszystko opowiem. Kiedy Homera aresztowano, uznałem, 
że najlepiej będzie  
natychmiast wynieść kamień, bo w każdej chwili policja może 
przeszukać mnie i  

background image

mój pokój. W hotelu nie byłby bezpieczny. Wyszedłem, 
jakoby wypełnić jakieś  
zlecenie, i udałem się prosto do mojej siostry. Wyszła za mąż 
za niejakiego  
Oakshotta i zamieszkała na Brixton Road, gdzie hodowała 
drób na sprzedaż. W  
czasie drogi każdy przechodzący mężczyzna wydawał mi się 
policjantem lub  
detektywem. Choć było zimno, pot spływał mi po twarzy. 
Siostra spytała, co się  
stało i czemu jestem taki blady, ale jej powiedziałem, że 
zdenerwowała mnie  
kradzież klejnotu w hotelu. Potem wyszedłem na podwórko 
wypalić fajkę i  
zastanowić się, co dalej robić. 
Miałem kiedyś przyjaciela nazwiskiem Maudsiey, który zszedł 
na złą drogę i  
odbywał karę w Pentonville. Któregoś dnia spotkał mnie i 
zaczął opowiadać, jak  
złodzieje pozbywają się kradzionych rzeczy. Wiedziałem, że 
mnie nie zawiedzie,  
bo znam kilka jego sprawek, postanowiłem więc pójść do 
Kiłburn, gdzie mieszkał,  
i wszystko mu opowiedzieć. Poradzi mi, jak zamienić kamień 
na pieniądze. Lecz  
jak się do niego dostać? Przypomniałem sobie, co 
przeżywałem, kiedy szedłem do  
siostry. W każdej chwili mogli mnie zatrzymać, a wówczas 
znajdą kamień. Oparłem  
się o ścianę i patrzyłem na gęsi, które dreptały koło moich 
stóp, i nagle  

background image

wpadłem na pewien pomysł. 
Przed kilkoma tygodniami siostra powiedziała, że dostanę w 
prezencie gęś na Boże  
Narodzenie. Postanowiłem, że teraz zabiorę tę gęś i przeniosę 
w niej kamień do  
Kiłburn. Na podwórzu stała mała szopa. Zapędziłem tam 
jedną z gęsi, tłustą,  
białą, z pręgą na ogonie. Potem złapałem ją, rozwarłem dziób 
i wepchnąłem kamień  
do gardła tak daleko, jak sięgnął palec. Przeszedł przez przełyk 
do żołądka.  
Zaraz jednak ptak zaczął trzepać skrzydłami i wyrywać się, a 
wówczas wyszła z  
domu moja siostra, by zobaczyć, co się dzieje. Kiedy 
odwróciłem się do niej,  
ptaszysko wyrwało się i uciekło do innych. 
"Co robiłeś z tym ptakiem, Jem?" - zapytała siostra. 
"Mówiłaś, że dasz mi jednego na Boże Narodzenie. 
Sprawdzałem więc, który jest  
najtłuściejszy" - odparłem. 
"Twojego trzymamy odzielnie - powiedziała. - Nazywamy go 
gęsią Jema. To ta duża  
biała. Jest ich wszystkich dwadzieścia sześć. Z tego jedna dla 
ciebie, jedna dla  
nas i dwa tuziny na targ". 
"Dziękuję, Maggie - powiedziałem. - Lecz jeśli nie zrobi ci to 
różnicy, wolałbym  
tę, którą trzymałem". 
"Tamta waży dobre trzy funty więcej - odparła. - I tuczyliśmy 
ją specjalnie dla  
ciebie". 

background image

"Nie szkodzi, wezmę tę i to zaraz" - odparłem. 

"Jak chcesz - powiedziała trochę rozgniewana. - Która to ma 
być?" 
"Ta biała z czarną pręgą na ogonie". 
"Dobrze, zabij ją i zabieraj". 
Zrobiłem, co powiedziała, i zaniosłem ptaka do Kiłburn. 
Powiedziałem kumplowi o  
wszystkim. Śmiał się do rozpuku, a potem wzięliśmy nóż i 
rozcięliśmy gęś.  
Niestety, w środku nie było kamienia. Zrozumiałem, że zaszła 
straszna pomyłka.  
Zostawiłem gęś i pobiegłem do siostry. Na podwórku nie było 
ani jednego ptaka. 
"Gdzie są gęsi, Maggie?!" - zawołałem. 
"Odstawiliśmy je do handlarza". 
"Do którego?" 
"Do Breckinridge'a na Covent Garden". 
"Czy była wśród nich gęś z czarną pręgą na ogonie? - 
zapytałem. - Taka sama, jak  
ta, którą wziąłem?" 
"Tak, Jem. Były dwie takie gęsi i nigdy nie mogłam ich 
rozróżnić". 
Pobiegłem więc do Breckinridge'a, ale on już wszystkie 
sprzedał i nie chciał  
powiedzieć komu. Sam pan go słyszał dziś wieczorem. Za 
każdym razem odpowiadał  
mi tak samo. Moja siostra myśli, że oszalałem. Mnie też się 
czasami tak wydaje.  
A teraz... teraz będę pokutował jako złodziej, choć nawet nie 
tknąłem bogactwa,  

background image

za które zaprzedałem duszę diabłu. Boże, dopomóż mi! 
Ukrył twarz w dłoniach i wybuchnął rozpaczliwym łkaniem. 
Nastąpiła długa cisza,  
przerywana jedynie płaczem i rytmicznym stukaniem palców 
Holmesa o stół. Nagle  
mój przyjaciel wstał i podszedł do drzwi. 
- Precz stąd! - powiedział. 
- Co... Och, niech pana Bóg błogosławi. 
- Dość tego. Wynoś się pan. 
Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Ryder wybiegł z pokoju. 
Posłyszeliśmy tupot  
na schodach i trzaśniecie drzwi, a potem odgłos kroków na 
ulicy. 
- W końcu policja nie zaangażowała mnie, bym naprawiał ich 
błędy - stwierdził  
Holmes, sięgając po glinianą fajkę. - Gdyby Homer znalazł się 
w  
niebezpieczeństwie, to co innego. Lecz ten człowieczek nie 
będzie zeznawał  
przeciwko niemu i sprawa zostanie umorzona. Może i 
popełniam przestępstwo,  
możliwe jednak, że właśnie ocaliłem ludzką duszę. Ryder nie 
zrobi więcej nic  
złego. Dostał dobrą nauczkę. Poślij go teraz do więzienia, a 
uczynisz z niego  
prawdziwego przestępcę. Poza tym Boże Narodzenie to czas 
przebaczania. Los  
podsunął nam niezwykłą zagadkę, a jej rozwiązanie jest dla 
nas nagrodą. Bądź tak  
dobry i zadzwoń, doktorze. Pora na inne śledztwo, w którym 
ptak również będzie  

background image

grał główną rolę. 
Umierający detektyw 
Pani Hudson, gospodyni Sherlocka Holmesa, była niezwykle 
wyrozumiałą kobietą.  
Nie dość, że pierwsze piętro jej domu nawiedzały o różnych 
porach dnia tłumy  
dziwnych i często nieprzyjemnych postaci, to jeszcze jej 
znakomity lokator  
wykazywał zamiłowanie do ekscentryczności i nieregularnego 
trybu życia. Musiało  
to wystawiać na ciężką próbę cierpliwość szacownej damy. 
Niewiarygodne  
bałaganiarstwo Holmesa, zamiłowanie do muzyki, któremu 
oddawał się w  
najdziwniejszych porach, strzelanie z pistoletu, tajemnicze i 
często cuchnące  
eksperymenty naukowe oraz stale towarzysząca mu 
atmosfera przemocy i  
niebezpieczeństwa czyniły z niego najgorszego lokatora w 
Londynie. Z drugiej  
jednak strony płacił czynsz godny książęcej szkatuły. Gdyby 
zliczyć wszystkie  
opłaty, które Holmes wniósł przez te lata, kiedy z nim 
mieszkałem, można byłoby  
za nie kupić cały dom. 
Gospodyni odczuwała strach przed moim genialnym 
przyjacielem i nigdy nie  
ośmieliła mu się sprzeciwić, bez względu na to, jakich 
dopuszczał się wybryków.  
Lubiła go jednak za delikatność i kurtuazję w stosunku do 
kobiet. Nie przepadał  

background image

za nimi, odnosił się do nich nieufnie, lecz był rycerskim 
przeciwnikiem.  
Wiedząc, jak bardzo pani Hudson się o niego troszczy, 
słuchałem jej z uwagą,  
kiedy pewnego dnia, w drugim roku mego małżeństwa, 
przyszła do mnie z  
wiadomościami o złym stanie zdrowia mego towarzysza. 
- On umiera, doktorze - powiedziała. - Przez trzy dni jego stan 
tak się  
pogorszył, że wątpię, czy dotrwa do wieczora. Nie pozwolił mi 
sprowadzić  
lekarza. Kiedy dziś rano zobaczyłam jego wymizerowaną 
twarz i wielkie,  
błyszczące oczy, nie wytrzymałam. "Z pańską zgodą czy bez, 
natychmiast idę po  
doktora" - 
powiedziałam. "W takim razie niech to będzie doktor 
Watson" -oznajmił. Na pana  
miejscu nie zwlekałabym ani minuty, bo w każdej chwili może 
nastąpić koniec. 
Byłem przerażony, bo nic nie wiedziałem o chorobie Holmesa. 
Nie muszę mówić, z  
jakim pośpiechem chwyciłem płaszcz i kapelusz. Kiedy 
jechaliśmy do niego,  
starałem się wyciągnąć od pani Hudson więcej informacji. 
- Niewiele mogę panu powiedzieć. Pracował nad jakąś sprawą 
w Rotherhithe, w  
zaułku nad rzeką, i stamtąd przywlókł tę chorobę. Położył się 
do łóżka w środę  
po południu i już nie wstał. Przez te trzy dni nie wziął nic do 
ust. 

background image

- Dobry Boże! Czemu nie sprowadziła pani lekarza? 
- Bo mi zabronił. Pan wie, jaki on potrafi być apodyktyczny. 
Nie ośmieliłam się  
sprzeciwić. Ale niedługo już pożyje. Za chwilę sam pan się o 
tym przekona. 
Rzeczywiście, widok był żałosny. W nikłym świetle mglistego 
listopadowego dnia  
pokój chorego sprawiał ponure wrażenie, lecz najbardziej 
przeraziła mnie  
wymizerowana twarz Holmesa. Oczy mu błyszczały, na 
policzkach miał krwiste  
rumieńce, a wargi ciemne i popękane. Szczupłe dłonie leżące 
na kołdrze zaciskały  
się nerwowo. Głos był chrapliwy i urywany. Kiedy wszedłem 
do pokoju, leżał bez  
ruchu, lecz na mój widok twarz mu się rozjaśniła. 
- No cóż, Watsonie, źle ze mną - powiedział słabym głosem, 
ale z odcieniem  
dawnej nonszalancji. 
- Mój drogi przyjacielu! - wykrzyknąłem, podchodząc do 
niego. 
- Nie zbliżaj się! Natychmiast się cofnij! - krzyknął nagle. -Jeśli 
się  
zbliżysz, każę ci stąd wyjść. 
- Ale dlaczego? 
- Bo takie jest moje życzenie. Czy to nie wystarczy? Pani 
Hudson miała rację.  
Był bardziej apodyktyczny niż zwykle. Jednak żal było na niego 
patrzeć. 
- Chciałem ci tylko pomóc. 
- Właśnie. Najlepiej pomożesz, robiąc to, o co cię proszę. 

background image

- Dobrze więc. 
Twarz mu się rozpogodziła. 
- Nie gniewasz się? - zapytał, oddychając spazmatycznie. Jakże 
mógłbym się  
gniewać, widząc go w takim stanie. 
- To dla twego dobra, Watsonie - wychrypiał. 
- Dla mego? 
- Wiem, co mi jest. To choroba kulisów z Sumatry. Holendrzy 
wiedzą o niej więcej  
od nas, lecz i tak nie mają na nią leku. Jedno jest pewne: to 
śmiertelna i  
straszliwie zaraźliwa choroba. 
Mówił z gorączkową energią, dając mi znak rękami, bym się 
odsunął. 
- Zaraźliwa przez dotyk, Watsonie. Trzymaj się z daleka, a 
wszystko będzie  
dobrze. 
- Wielkie nieba! Czy sądzisz, że w tej sytuacji ma to jakieś 
znaczenie? Nie  
przejąłbym się tym, gdyby chodziło o obcego. Myślisz, 
że to mnie powstrzyma przed wypełnieniem obowiązku 
względem starego przyjaciela? 
Ponownie próbowałem podejść, lecz powstrzymał mnie jego 
gniewny wzrok. 
- Jeśli zostaniesz tam, gdzie jesteś, będziemy rozmawiać, jeśli 
nie, musisz  
opuścić pokój. 
Zawsze czułem głęboki respekt dla niezwykłych talentów 
Holmesa, toteż zazwyczaj  
ulegałem jego życzeniom, nawet gdy ich nie rozumiałem. 
Teraz jednak wszystkie  

background image

moje zawodowe instynkty buntowały się przeciw temu. Niech 
on sobie rozkazuje  
gdzie indziej, tu jednak chodziło o jego zdrowie. 
- Nie jesteś sobą, Holmesie - powiedziałem. - Chory jest jak 
dziecko i tak będę cię traktował. Czy chcesz tego, czy nie, 
zbadam cię i zacznę  
leczyć. 
Spojrzał na mnie jadowitym wzrokiem. 
- Jeśli mam być leczony wbrew własnej woli, to niech to 
będzie ktoś, do kogo mam  
zaufanie. 
duszki i westchnął z ulgą, widząc, jak odstawiam pudełko na 
miejsce. -  
Nienawidzę, gdy dotyka się moich rzeczy. Przestań mnie 
denerwować. Ładny z  
ciebie lekarz, skoro doprowadzasz pacjenta do obłędu. Usiądź 
i pozwól mi  
odpocząć. 
Ten incydent wywarł na mnie nieprzyjemne wrażenie. 
Gwałtowne i bezpodstawne  
podniecenie, brutalność mowy daleka od typowej dla niego 
łagodności dowodziły, w  
jak strasznym stanie znajduje się umysł Holmesa. To żałosne, 
gdy tak wspaniały  
umysł ulega ruinie. Siedziałem milczący i przygnębiony, aż do 
nadejścia  
umówionej godziny. Miałem wrażenie, że Holmes również 
spoglądał na zegar, bo tuż  
przed szóstą zaczął mówić z rozgorączkowanym ożywieniem. 
- Czy masz jakieś drobne w kieszeni? - zapytał. 
-Tak. 

background image

- A srebrne monety? 
- Sporo. 
- Ile półkoronówek? 
- Pięć. 
- Za mało. Wielka szkoda, Watsonie. Tak czy owak, włóż je 
wszystkie do koperty  
zegarka. A resztę drobnych do lewej kieszeni spodni. Dziękuję 
ci. Pozwoli ci to  
lepiej utrzymać równowagę. 
Bredził w malignie. Zadrżał i wydał z siebie dźwięk 
przypominający kaszel i  
płacz. 
- Zapalisz teraz lampę gazową, ale tylko do połowy. Błagam 
cię, bądź ostrożny.  
Dziękuję. Nie, nie musisz zaciągać zasłony. A teraz zechciej 
położyć na stole  
kilka listów i papierów tak, abym mógł ich dosięgnąć. 
Dziękuję. Teraz trochę  
tych śmieci z kominka. Doskonale. Są tam szczypczyki do 
cukru. Podnieś nimi to  
pudełko z kości słoniowej i połóż na papierach. Dobrze. 
Możesz teraz iść i  
sprowadzić pana Culvertona Smitha z Lower Burkę 13. 
Prawdę powiedziawszy, nie bardzo miałem ochotę wychodzić, 
bo Holmes był w tak  
krytycznym stanie, że bałem się zostawiać go samego. Jednak 
domagał się lekarza. 
- Nigdy o kimś takim nie słyszałem - odrzekłem. 
- Bardzo możliwe. Zdziwi cię to, ale człowiek, który najlepiej 
zna się na tej  

background image

chorobie, nie jest lekarzem, lecz plantatorem. Pan Culverton 
Smith mieszka na  
Sumatrze i obecnie gości w Londynie. Wybuch epidemii tej 
choroby na jego  
plantacji, oddalonej od wszelkich ośrodków medycznych, 
zmusił go do badań nad  
nią, co pociągnęło za sobą daleko idące konsekwencje. To 
bardzo skrupulatny  
człowiek i nie chciałem, żebyś szedł tam przed szóstą, bo 
wiedziałem, że go nie  
zastaniesz. Gdybyś zdołał go namówić, żeby tu przyszedł i 
podzielił się z nami  
swą ogromną wiedzą na temat tej choroby, nie wątpię, iż 
mógłby mi pomóc. 
Przedstawiłem wypowiedź Holmesa w całości, nie 
uwzględniając licznych pauz,  
kiedy to usiłował złapać oddech, i nerwowego zaciskania 
palców, świadczącego o  
odczuwanym przez niego bólu. W czasie tych paru godzin 
jego stan znacznie się  
pogorszył. Gorączkowe wypieki stały się bardziej wyraziste, 
okolone czarnymi  
obwódkami oczy jaśniały niezdrowym blaskiem, a nad 
brwiami lśniły krople potu.  
Nadal jednak wyczuwało się w jego głosie siłę i zdecydowanie. 
Będzie walczył do  
ostatka. 
- Opowiesz mu dokładnie, w jakim stanie mnie znalazłeś - 
ciągnął. - Nie  
pominiesz niczego. Jestem umierającym człowiekiem, który 
powoli traci  

background image

świadomość. Wciąż się zastanawiam, dlaczego dna oceanu 
nie pokryły jeszcze  
ostrygi, tyle ich się tu namnożyło. Ach, znowu majaczę. To 
ciekawe, że jeszcze  
potrafię kontrolować mózg. O czym to ja mówiłem? 
- O tym, co mam powiedzieć panu Culvertonowi Smithowi. 
- A tak. Moje życie od tego zależy. Ubłagaj go, Watsonie. On 
nie bardzo mnie  
lubi. Jego siostrzeniec... podejrzewałem coś niedobrego i 
dałem mu to do  
zrozumienia. Chłopiec zmarł straszną śmiercią. Smith żywi 
teraz do mnie urazę.  
Spróbuj go ugłaskać. Błagaj go, proś, ale go tu sprowadź. 
Tylko on może mnie  
uratować. 
- Choćby siłą go tu przywlokę. 
- Nie wolno ci tego robić. Namów go, żeby tu przyszedł, a po- 
tem postaraj się być tu przed nim. Wymyśl coś, byle tylko 
zjawić się tu  
wcześniej. Pamiętaj, Watsonie. Nie zawiedź mnie. Zresztą 
nigdy mnie nie  
zawiodłeś. Na pewno muszą one mieć jakichś naturalnych 
wrogów, którzy  
powstrzymają rozmnażanie tych stworzeń. Ty i ja zrobiliśmy, 
co do nas należy.  
Czy wobec tego świat opanują ostrygi? Nie, nie, to straszne. 
To przerażające, co się stało z tym wielkim umysłem. Nie 
mogłem przestać o tym  
myśleć. Holmes wręczył mi klucz, a ja zabrałem go ze sobą w 
obawie, by nie  

background image

zamknął się w pokoju. Na korytarzu czekała pani Hudson, 
drżąca i zapłakana.  
Wychodząc, słyszałem jeszcze wysoki głos Holmesa bredzący 
coś w malignie. Kiedy  
czekałem na ulicy na dorożkę, nagle z mgły wyłonił się jakiś 
człowiek. 
- Jak się czuje pan Holmes? - zapytał. Był to nasz stary 
znajomy, inspektor  
Morton ze Scotland Yardu, ubrany po cywilnemu. 
- Jest bardzo chory - odparłem. 
Spojrzał na mnie dziwnie. Mógłbym przysiąc, iż dostrzegłem 
w jego oczach błysk  
triumfu. 
- Słyszałem o tym - powiedział. 
W tym momencie podjechała dorożka, więc zostawiłem go na 
chodniku. 
Lower Burkę to elegancka ulica z rzędem pięknych domów, 
leżąca na pograniczu  
dzielnic Notting Hill i Kensington. Willa, przed którą 
zatrzymała się dorożka,  
robiła wrażenie wytwornej, ale jednocześnie nieco 
ostentacyjnej. Świadczyły o  
niej żelazne balustrady, masywne drzwi i błyszczące mosiężne 
klamki. W progu  
powitał mnie sztywny lokaj. 
- Tak, pan Culverton Smith jest w domu. Doktor Watson? 
Dobrze, proszę pana,  
zaraz zaniosę pański bilet wizytowy. 
Moje skromne nazwisko i tytuł nie wywarły wrażenia na 
gospodarzu. Przez uchylone  
drzwi posłyszałem jego wysoki, rozdrażniony głos: 

background image

- Kim jest ten człowiek? Czego chce? Ile razy ci powtarzam, że 
nie życzę sobie,  
aby mi przeszkadzano, kiedy pracuję. Lokaj próbował coś 
łagodnie wyjaśniać. 
- Nie, nie przyjmę go. Nie mogę teraz przerwać pracy. 
Powiedz, że nie ma mnie w  
domu. Powiedz, żeby przyszedł rano, jeśli koniecznie chce się 
ze mną widzieć. 
Znowu cichy głos lokaja. 
- No dobrze, już dobrze, przekaż mu, co powiedziałem. Niech 
przyjdzie rano albo  
wcale. 
Pomyślałem o Holmesie leżącym bez sił w łóżku i liczącym 
minuty w oczekiwaniu na  
nadejście pomocy. Nie było czasu na ceregiele. Musiałem 
szybko działać. Nie  
czekając, aż lokaj przekaże mi odpowiedź, minąłem go i 
wszedłem do pokoju. 
Na mój widok gospodarz podniósł się z fotela stojącego przy 
kominku. Ujrzałem  
szeroką, prostacką, tłustą twarz o żółtej cerze, podwójnym 
podbródku i posępnych  
oczach, spoglądających groźnie spod krzaczastych, jasnych 
brwi. Na jajowatej  
łysej głowie tkwiła aksamitna czapeczka, zsunięta 
kokieteryjnie na bok. Choć  
czaszkę miał wyjątkowo dużą, sam był niski i wątły, o 
zapadniętych ramionach i  
plecach wskazujących na przebytą w dzieciństwie krzywicę. 
- Co to znaczy! - krzyknął piskliwym głosem. - Co ma oznaczać 
to najście? Czy  

background image

nie powiedziałem, że ma pan przyjść jutro rano? 
- Bardzo przepraszam - odparłem - ale ta sprawa nie może 
czekać. Pan Sherlock  
Holmes... 
Nazwisko mojego przyjaciela wywołało zaskakujące wrażenie 
na małym człowieczku.  
Gniew natychmiast zniknął z jego twarzy i pojawiło się 
napięcie i czujność. 
- Przychodzi pan od Holmesa? - zapytał. 
- Tak. 
- Jak się miewa? 
- Jest ciężko chory. Dlatego do pana przyszedłem. 
Mężczyzna wskazał mi krzesło, a sam usiadł w fotelu. W 
wiszącym nad kominkiem  
lustrze mignęła mi jego twarz. Mógłbym przysiąc, że 
dostrzegłem na niej  
złośliwy, ohydny uśmiech. Musiał to być jakiś nerwowy 
grymas, bo gdy spojrzał na  
mnie, w jego oczach malowała się głęboka troska. 
- Przykro mi to słyszeć - powiedział. - Słabo znam pana 
Holmesa, ale szanuję  
jego zdolności i charakter. Jego interesują zbrodnie, a mnie 
choroby. On zajmuje  
się przestępcami, ja mikrobami. To są moi więźniowie - 
wskazał na rząd probówek  
i słoików. - Na tym podłożu z żelatyny odsiadują wyrok bardzo 
groźni przestępcy. 
- Właśnie ze względu na pańską szczególną wiedzę Holmes 
pragnie pana widzieć.  
Bardzo pana ceni i uważa, że jedynie pan może mu pomóc. 

background image

Mały człowieczek wzdrygnął się i aksamitna czapeczka spadła 
na podłogę. 
- Dlaczego? - zapytał. - Dlaczego pan Holmes sądzi, że 
mógłbym mu pomóc? 
- Bo zna się pan na wschodnich chorobach. 
- Skąd on wie, że to wschodnia choroba? 
- Ponieważ pracował wśród chińskich marynarzy w dokach. 
Culverton Smith  
uśmiechnął się uprzejmie i podniósł czapeczkę. 
- Ach rozumiem - powiedział. - Ufam, że jego stan nie jest tak 
poważny, jak pan  
przypuszcza. Od jak dawna choruje? 
- Od trzech dni. 
- Majaczy? 
- Od czasu do czasu. 
- Ho, ho! To brzmi poważnie. Byłoby nieludzkie z mojej strony, 
gdybym nie  
odpowiedział na jego wezwanie. Bardzo nie lubię, kiedy 
przeszkadza mi się w  
pracy, doktorze, lecz w tym wypadku zrobię wyjątek. Idę z 
panem. 
Przypomniałem sobie instrukcje Holmesa. 
- Muszę jeszcze z kimś się spotkać - odparłem. 
- Dobrze więc. Pójdę sam. Mam gdzieś adres pana Holmesa 
Może pan być pewny, że  
zjawię się tam w ciągu pół godziny. 
Z ciężkim sercem wszedłem do sypialni Holmesa. Obawiałen 
się, że podczas mojej  
nieobecności mogło się wydarzyć to najgor sze. Z ulgą 
stwierdziłem, że jego stan  

background image

znacznie się polepszył. Wy głądał strasznie i miał słaby głos, 
ale wyrażał się z  
charakterysty czną dla siebie zwięzłością i wyrazistością. 
- No i cóż, widziałeś się z nim, Watsonie? 
- Tak, wkrótce tu będzie. 
- Doskonale. Jesteś najlepszym z posłańców. 
- Chciał przyjechać ze mną. 
- Nie można było do tego dopuścić. Pytał, co mi dolega? 
- Powiedziałem mu, że zaraziłeś się od chińskich marynarza w 
londyńskich dokach. 
- Doskonale. Zrobiłeś wszystko, co było możliwe. Teraz mo 
żesz zniknąć ze sceny. 
- Chcę usłyszeć jego opinię. 
- Oczywiście. Mam jednak powody sądzić, że ta opinia będzk 
znacznie cenniejsza i  
bardziej szczera, jeśli będzie myślał, iż jesteś my sami. Za 
wezgłowiem łóżka  
jest trochę miejsca. 
- Ależ mój drogi Holmesie! 
- Obawiam się, że nie masz wyjścia, Watsonie. Gdzie indzie 
nie możesz się ukryć.  
Ale to nawet lepiej, bo mógłbyś wzbudzić po dejrzenia. A tam 
cię nie zauważy. -  
Nagle usiadł na łóżku z wyra żem napięcia na wymizerowanej 
twarzy. - Słyszę jego  
kroki, Watsonie. Szybko, ukryj się! I nie wychodź, bez względu 
na to, co si^  
będzie działo. Nie odzywaj się, nie ruszaj, tylko uważnie 
słuchaj. W tym  
momencie siły go opuściły i znowu zaczął majaczyć. Z 
kryjówki, w której tak  

background image

niespodziewanie się znalazłem, usłyszałem kroki na schodach, 
a potem skrzyp  
otwieranych i zamykanych drzwi. Potem nastąpiła cisza, 
przerywana jedynie  
ciężkim oddechem chorego. Domyśliłem się, że nasz gość stoi 
przy łóżku i  
przygląda się choremu. W końcu przerwał tę pełną napięcia 
ciszę. 
- Holmes! - zawołał natarczywie. - Słyszy mnie pan? 
Posłyszałem szelest  
pościeli, jakby Smith szarpał chorego za ramię. 
- Czy to pan, panie Smith? - wyszeptał Holmes. - Nie śmiałem 
wierzyć, że pan  
przyjdzie. 
- Nie dziwię się. A jednak przyszedłem. Kto mieczem wojuje, 
od miecza ginie. 
- To bardzo szlachetnie z pańskiej strony, bardzo. Doceniam 
pańską rozległą  
wiedzę. Smith zachichotał. 
- Na szczęście jest pan jedynym człowiekiem w Londynie, 
który ją docenia. Czy  
wie pan, co panu dolega? 
- To samo - odparł Holmes. 
- Ach, więc rozpoznaje pan symptomy? 
- Aż nazbyt dobrze. 
- Nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście tak było. Niedobrze 
to panu wróży.  
Biedny Yictor nie żył już na czwarty dzień, a był takim silnym, 
krzepkim  
młodzieńcem. Dziwne, że zaraził się tą azjatycką chorobą w 
samym sercu Londynu.  

background image

Osobliwy zbieg okoliczności. Bardzo sprytnie pan na to wpadł, 
ale nieładnie, że  
połączył pan przyczynę ze skutkiem. 
- Wiem, że pan to zrobił. 
- Czyżby? Ale nie może pan tego dowieść. A w ogóle jak pan 
śmie rozsiewać o mnie  
takie informacje, a potem żebrać o pomoc? Cóż to znowu za 
gra? 
Usłyszałem chrapliwy, urywany oddech chorego. 
- Proszę podać mi wody - wydyszał. 
- Twój koniec się zbliża, przyjacielu. Nie chcę jednak, żeby 
nastąpił, zanim nie  
zamienię z tobą paru słów. Dlatego dam ci tej wody. Hej, tylko 
nie rozlewaj.  
Rozumiesz, co do ciebie mówię? 
- Proszę mi pomóc - jęknął Holmes. - Co było, to było. 
Przysięgam, że o  
wszystkim zapomnę. Tylko proszę mnie ratować. 
- Zapomnisz? O czym? 
- O śmierci Yictora Savage'a. Przecież sam pan się przed 
chwilą przyznał. 
- Możesz sobie pamiętać albo zapomnieć, jak chcesz. Nie 
widzę cię w sądzie na  
miejscu dla świadków. Raczej zupełnie gdzie indziej. Nie ma 
dla mnie znaczenia,  
że wiesz, jak zmarł mój bratanek. To nie o nim teraz mówimy, 
lecz o tobie. 
- Tak, tak. 
- Ten człowiek, który do mnie przyszedł... zapomniałem, jak 
się nazywa... mówił,  
że zaraziłeś się od marynarzy. 

background image

- Tylko tak to sobie mogę wytłumaczyć. 
- Uważasz się za takiego sprytnego, co, Holmes? Tymczasem 
trafiłeś na  
sprytniejszego od siebie. A teraz dobrze się zastanów. Nie 
mogłeś w inny sposób  
się tego nabawić? 
- Nie wiem. Nie jestem w stanie się skupić. Na litość boską, 
niech pan mi  
pomoże! 
- Dobrze, pomogę ci. Pomogę ci zrozumieć, gdzie jesteś i jak 
się tego nabawiłeś.  
Chciałbym, żebyś to wiedział, zanim umrzesz. 
- Proszę mi coś dać na uśmierzenie bólu. 
- Boli, co? Kulisi też tak piszczeli przed śmiercią. Masz 
wrażenie, jakby coś  
tamowało ci dopływ krwi? 
- Tak, tak. 
- Ale słuchać możesz, prawda? Czy przypominasz sobie jakieś 
zdarzenie, które  
miało miejsce tuż przed  
wy                                                                               
                                                                                 
                                                                                 
                                               stąpieniem pierwszych objawów? 
- Nie. 
- Pomyśl. 
- Jestem zbyt chory, by myśleć. 
- W takim razie pomogę ci. Czy nie otrzymałeś czegoś pocztą? 
- Pocztą? 
- Na przykład pudełka. 
- Słabo mi... umieram! 

background image

- Słuchaj, co mówię, Holmes! - Usłyszałem, jak szarpie 
chorego. Z trudem  
opanowałem się, by nie wyjść z ukrycia. - Musisz 
mnie wysłuchać i wysłuchasz. Przypominasz sobie pudełko, 
pudełko z kości  
słoniowej? Przyszło w środę. Otworzyłeś je, pamiętasz? 
- Tak, tak, otworzyłem. W środku była ostra sprężyna. To jakiś 
żart... 
- To nie był żart. Wkrótce się o tym przekonasz. Ty głupcze, 
doigrałeś się. Nie  
trzeba było stawać mi na drodze. Gdybyś zostawił mnie w 
spokoju, nic by się nie  
stało. 
- Pamiętam - wydyszał Holmes. - Sprężyna! Skaleczyłem się o 
nią. To pudełko...  
na stole. 
- Tak, to samo. Lepiej, żeby stąd zniknęło. Schowam je do 
kieszeni. W ten sposób  
pozbawię cię ostatniego dowodu. Znasz teraz prawdę i 
umrzesz, wiedząc, że to ja  
cię zabiłem. Zbyt dużo wiedziałeś o losie Victora Savage'a, 
pójdziesz więc w  
jego ślady. Jesteś bliski końca, Holmes. Usiądę tu i będę 
patrzył, jak umierasz. 
Holmes wyszeptał coś niedosłyszalnie. 
- Co takiego? - zdziwił się Smith. - Mam zapalić lampę? Ach, 
ciemnieje ci w  
oczach, tak? Dobrze, zapalę, żebym mógł cię lepiej widzieć. - 
Przeszedł przez  
pokój i nagle zabłysło światło. - Czy jeszcze coś mógłbym dla 
ciebie zrobić,  

background image

przyjacielu? 
- Proszę o zapałki i papierosa. 
Omal nie krzyknąłem ze zdumienia i radości. Znowu mówił 
swoim normalnym głosem,  
jeszcze nieco słabym, ale takim, jaki znałem. Nastąpiła cisza i 
zrozumiałem, że  
Culverton Smith spogląda zaskoczony na mego towarzysza. 
- Co to ma znaczyć? - zapytał piskliwym tonem. 
- Po prostu wczułem się w rolę - wyjaśnił Holmes. - Daję 
słowo, że przez trzy  
dni nie miałem niczego w ustach do chwili, aż podał mi pan 
szklankę wody.  
Najbardziej jednak brakowało mi papierosów. Ach, wreszcie 
mogę sobie zapalić. -  
Usłyszałem trzask zapałki. - Już mi lepiej. Lecz cóż to? 
Czyżbym słyszał kroki  
na korytarzu? 
Po chwili drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł inspektor 
Morton. 
- Wszystko w porządku, a oto pański ptaszek - powiedział 
Holmes. 
- Aresztuję pana pod zarzutem zamordowania Victora Sava-
ge'a - wyrecytował  
inspektor. 
- Może pan również dodać próbę zamordowania niejakiego 
Sherlocka Holmesa -  
zauważył ze śmiechem mój przyjaciel. - Żeby zaoszczędzić mi 
kłopotu,  
inspektorze, pan Culverton Smith był tak dobry i dał 
umówiony sygnał, zapalając  

background image

lampę. Nawiasem mówiąc, ma w prawej kieszeni płaszcza 
pudełko. Dziękuję. Na pana  
miejscu byłbym ostrożny. Proszę je tutaj położyć. Może być 
dowodem w sprawie. 
Nastąpiło gwałtowne zamieszanie, a potem brzęk metalu i 
okrzyk bólu. 
- Tylko pan sobie zaszkodzi - powiedział inspektor. - Proszę 
stać spokojnie. 
Rozległ się trzask zamykanych kajdanków. 
- Sprytna pułapka! - warknął Smith. - Lecz to ty, Holmes, 
zasiądziesz na ławie  
oskarżonych, nie ja. Prosił, żebym go wyleczył. Żal mi się 
zrobiło, więc  
przyszedłem. A teraz będzie wmawiał, że powiedziałem coś, 
co potwierdzi jego  
szalone podejrzenia. Możesz sobie kłamać, Holmes. Moje 
słowo jest tyle samo  
warte, co twoje. 
- Wielkie nieba! - wykrzyknął Holmes. - Zupełnie o nim 
zapomniałem. Mój drogi  
Watsonie, winienem ci przeprosiny. Jak mogłem o tobie 
zapomnieć? Chyba nie muszę  
ci przedstawiać pana Culvertona Smitha. Czy na dole czeka 
dorożka, inspektorze?  
Przyjadę do was, jak tylko trochę się ogarnę. 
- Nigdy tego bardziej nie potrzebowałem - powiedział Holmes, 
racząc się  
kieliszkiem wina i biskwitami. Jednocześnie doprowadzał się 
do porządku. - Jak  
wiesz, prowadzę nieregularny tryb życia i taki wyczyn nie 
wymagał ode mnie  

background image

wielkiego poświęcenia. Było rzeczą niezbędną, aby pani 
Hudson przejęła się moim  
stanem zdrowia i sprowadziła ciebie na pomoc. Ty zaś miałeś 
sprowadzić 
jego. Mam nadzieję, że się nie obraziłeś, Watsonie. Chyba 
domyślasz się, że  
wśród twoich licznych talenów nie ma sztuki udawania. 
Gdybyś poznał moją  
tajemnicę, nigdy nie zdołałbyś przekonać Smitha o 
konieczności przyjścia do  
mnie, co było zasadniczym punktem planu. Znając jego 
mściwą naturę, byłem  
pewien, że przyjdzie obejrzeć swoje dzieło. 
- A twój wygląd, Holmesie, twoja upiorna bladość? 
- Trzy dni absolutnej głodówki nie dodają nikomu urody. 
Resztę może zrobić  
gąbka. Wazelina na czole, belladona w oczach, róż na 
policzkach, strupy z wosku  
na wargach, wszystko to dało wspaniały efekt. Symulowanie 
choroby to tak  
fascynujący temat, że muszę kiedyś o tym napisać. Rzucane 
od czasu do czasu  
zdania o pół-koronówkach, ostrygach czy innych podobnych 
bzdurach wywołują  
wrażenie majaczenia. 
- Ale czemu nie pozwoliłeś mi podejść do siebie, skoro nie 
było groźby  
zarażenia? 
- I ty o to pytasz, mój drogi Watsonie? Naprawdę sądzisz, że 
nie żywię respektu  

background image

dla twojej wiedzy medycznej? Czyż mógłbym przypuszczać, że 
uznasz mnie za  
umierającego? Natomiast z odległości czterech jardów 
mogłem cię oszukać. Gdyby  
mi się nie udało, nie sprowadziłbyś Smitha. Na twoim miejscu 
nie dotykałbym tego  
pudełka, Watsonie. Z boku zobaczysz ostrą sprężynę, która po 
otwarciu pudełka  
ukłuje cię niczym ząb żmii. Przypuszczam, że w ten właśnie 
sposób umarł ten  
biedny Savage, który stał temu potworowi na drodze do 
majątku. Moja  
korespondencja, jak wiesz, jest różnorodna, toteż zwracam 
szczególną uwagę na  
przesyłki, które otrzymuję. Byłem pewny, że udając, iż jego 
zamysł się powiódł,  
zmuszę go do przyznania się do winy. Takiego przedstawienia 
nie powstydziłby się  
żaden aktor. Pomóż mi włożyć płaszcz, Watsonie. Dziękuję. 
Kiedy już załatwimy  
wszystko w komisariacie, pójdziemy zjeść jakiś pożywny 
posiłek. 
* * *