background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

1

Q

UIZTLALOPE

Szczepan Twardoch

Ostrze szpadla raz po raz zagłębiało się w tłustej glebie, brutalnie przecinając 

gęstwę podziemnych korzeni.. Dół był już głęboki na dwa łokcie, Robactwo, wyrwane 

nagle ze swoich podziemnych nor, rozpełzało się,  umykając przed światłem, które 

korony drzew wiązały w wąskie pasma. . Grube dżdżownice, długie na dziesięć cali, 

wije, , podziemne żuki, tłuste termity, obrzydliwie blade, jak martwe ciało. Łopata 

przecięła podłużnego, bezokiego robaka – wił się śmiertelnych podrygach. Silne ręce 

wyrwały ostatnią skibę ziemi. Grób był gotowy.

Nieopodal, w wysokiej trawie, leżał trup. Mężczyzna, który wykopał grób z 

wysiłkiem podniósł ciało,  jeszcze niestężałe ciało i złożył je w grobie. Nieboszczyk, 

odziany w jasny mundur i wysokie buty miał wybite prawe oko, tkwił w nim jeszcze 

ułomek strzały. Lewe oko, otwarte, gapiło się w oplecione lianami korony drzew. 

- Psiakrew... – zaklął grabarz.

Spróbował zamknąć otwarte oko – otwierało się z uporem. Wzruszył ramionami, 

podniósł z ziemi pałasz w błyszczącej pochwie i położył zabitemu na piersiach. Splótł 

martwe dłonie na mosiężnej rękojeści i zaczął zasypywać mogiłę. Gdy skończył, 

uklepał ziemię i z wysiłkiem przytoczył spory kamień znad brzegu rzeki, odległego nie 

bardziej niż dwadzieścia kroków. Położył głaz na grobie, z cholewy wyjął nóż i 

wydrapał na kamieniu „Hauptmann Hasso von Beickendorf, *A.D. 1746 + A.D. 1791, 

R.I.P”.

- Ojcze Sebastianie! To już ostatni, skończyłem!

Dwanaście kamieni leżało w równym rządku. Mężczyzna, znużony pracą, usiadł pod 

drzewem, wyjął zza pazuchy długą fajkę z kaczana kukurydzy, nabił wilgotnym 

tytoniem i zapalił. Cały spływał potem. Strużki żłobiły jasne ścieżki na brudnej twarzy, 

docierały do jasnych wąsów i skapywały z nich na pierś. Kremowa kurtka munduru –

teraz cała uwalana ziemią i krwią – lepiła się do pleców.

-- Sierżancie Farkas!

Odwrócił się. Ojciec Sebastian wyszedł z pomiędzy drzew, gdzie złożyli   zabitych 

Indian.

- Sierżancie Farkas, mówiłem przecie! W dżungli nie siada się na ziemi! 

Chcielibyście, żeby pająk ukąsił was w przyrodzenie? Albo żmija?

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

2

Farkas wstał niechętnie. Franciszkanin znał dżunglę. Po wielekroć udowadniał, że 

jego wiedza może być przydatna. Ale kapitan Beickendorf nie zwykł słuchać 

mniszków w kusych, postrzępionych habitach – i nic sobie nie robił z uwag mnicha, 

że miejsce, w którym się teraz znajdowali, nie nadaje się na postój

Żołnierze rozbili prowizoryczny obóz na brzegiem rzeki. Indiańscy tragarze 

okazywali niezadowolenie i obawę – po północy wszyscy uciekli. Kapitan, 

przeczuwając niebezpieczeństwo, postawił wszystkich swoich ludzi na nogi. O 

czwartej rano zaatakowały dzikie plemiona, których tak obawiał się ojciec Sebastian.

Gdy zaczęła się walka, sierżant Georg Farkas najpierw wykonywał rozkazy 

kapitana – ręce poruszały się same, mechanicznie, nie zważając na ciemność. 

Bezbłędnie wyciągał z patrontasza kolejne ładunki, odgryzał, nabijał karabin, strzelał. 

Zastrzelił trzech dzikusów, czwartego przebił bagnetem. Potem rozpoczęła się 

bezładna kotłowanina. Farkas był doświadczonym weteranem, dlatego tamtego 

ranka kolba i bagnet jego karabinu siały spustoszenie wśród Indian. Inni żołnierze też 

znali swój fach. W końcu wygrali potyczkę Po czym w ciągu godziny wszyscy umarli 

od trucizny, którą  Indianie nałożyli na groty swoich strzał. Tylko on, Farkas, i 

franciszkanin pozostali niedraśnięci. Klecha chciał pochować wszystkich tak samo, 

dzikich razem z  żołnierzami, ale Georg, albo György, jak mówiła doń matka, wydął 

tylko pogardliwie wargi. Jeszcze czego! Dzikusów niech sobie ksiądz sam zakopuje, 

jak chce! Jak dla Farkasa mogą ich małpy zeżreć! Ojciec Sebastian próbował jeszcze 

przekonywać, że teraz, wobec Boga, wszyscy są równi, ale sierżant nie wierzył w 

takie bzdury. Chwycił szpadel i wykopał tuzin grobów, i ani jednego więcej. 

Franciszkanin zaciągnął trupy napastników pod drzewa, obmył każdego i przykrył 

kamieniami. Teraz podszedł do grobów żołnierzy. Farkas spoglądał nań z niemym 

wyrzutem. Nie gapcie się na mnie tak, sierżancie, jakbym wam matkę zabił. 

Czerwony to człowiek jako i każdy z nas, godzi się pochówek mu dać.

- Więcej ojciec o wrogów i pogan dba, niźli o swoich i chrześcijan.

- Dobrze, Farkas, dobrze, zostawcie teologię mnie. Myślcie lepiej, jak wrócić do 

faktorii.

Georg Farkas patrzył na brunatne wody rzeki. Ich barwa przypominała mu kolor ziemi 

pod Kunersdorfem. Miał dwanaście lat i właśnie awansował. Z dziecka pułku –

maskotki, przynoszącej szczęście, hołubionej przez żołnierzy i markietanki, stał się 

doboszem. Dostał mundur, żołd, tasak i werbel. Stary kapelmajster nauczył go temp. 

Jak pięknie zwyciężali wtedy! Dwoma salwami zatrzymali szarżę pułku pruskich 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

3

kirasjerów! Kawalerzyści zawrócili, oficer próbował ich powstrzymać, ale nie zdołał. 

Uciekli. W austriackim pułku czapki poleciały w górę z radości. Żołnierze zaczęli 

sobie gratulować, tylko on, młody dobosz, patrzył na pole.  Pruski oficer nie uciekł 

razem z resztą swojego oddziału. Poprawił tricorn na głowie, podkręcił szmelcowane 

wąsy, dobył pałasza i ruszył w stronę Austriaków powolnym kłusem. Georg próbował 

wołać  – nikt nie słuchał. Bitwa była przecież wygrana, któż tam będzie przejmował 

się krzykami młokosa! A Prusak wszedł w galop, wyciągnął pałasz między końskimi 

uszami i jak grom leciał w ich stronę. Spod kopyt tryskały strugi ziemi, tak podobne 

barwą do brązowych nurtów brazylijskiej rzeki. 

Wreszcie go zobaczyli. Zaczęli gorączkowo ładować muszkiety i składać się do 

strzału. Żadna kula nie trafiła. Kirasjer z rykiem wpadł w ich poszarpany szereg. 

Kopyta ogromnego rumaka zgruchotały czyjąś pierś, pałasz świsnął koło ucha 

młodego dobosza i odciął ramię innego żołnierza. Oficer wjechał w tłum, tratując, 

rąbiąc i kłując pałaszem,, aż wreszcie ktoś osadził konia za uzdę, ktoś chwycił 

Prusaka za ramię, ktoś palnął z pistoletu. Ściągnęli go z siodła i zakłuli bagnetami, 

zanim dowódca zdążył wziąć bohaterskiego kirasjera do niewoli. Farkas przez kilka 

dziesięcioleci rozmyślał o tym, co popchnęło wtedy tego kawalerzystę do 

samobójczej szarży.- Sierżancie Farkas? – Wyrwał go z zadumy głos ojca 

Sebastiana – co robimy? Jak będziem wracać?

- Wracajcie sami, księże. Ja wybieram się do Quiztlalope.

***

Prowincjonalne koszary pułku piechoty były zbyt ciasne dla kapitana von Beickendorf 

– a dowództwo pułku chętnie przystało na zorganizowanie wyprawy do brazylijskiego 

interioru. W pierwszym rzędzie dlatego, że całą ekspedycję opłacił szalony oficer. W 

razie powodzenia zaszczyty, które spadną na Beickendorfa staną się również 

udziałem pułku, zaś w razie porażki cała wina spadnie na kapitana, którego 

szaleństwo jest powszechnie znane (tego „dwa” tutaj to nie rozumie – dla mnie to 

wciąż jeden – ewentualne konsekwencje tego „jeden”). Był jednak i powód drugi, kto 

wie nawet czy nie ważniejszy. Pozbędą się Beickendorfa z pułku, być może nawet 

raz na zawsze. Szalony oficer skutecznie uprzykrzał życie swoim zwierzchnikom, 

zasypując ich absurdalnymi propozycjami ulepszenia skostniałej cesarskiej machiny 

wojennej. A skoro sam płaci... Dostał z pułku dwa tuziny żołnierzy i sierżanta Georga 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

4

Farkasa i wymaszerował z koszar pod Leutschau na Słowacji. Gdy po długim marszu 

przybyli do Triestu. Dziesięciu żołnierzy zdezerterowało– chyba dopiero tam 

uwierzyli, że naprawdę jadą za morze. Beickendorf w Trieście spotkał kupca, 

Portugalczyka handlującego towarami kolonialnymi. Opowieść o dzikich Quiztlalope, 

którzy nie widzieli jeszcze chrześcijanina i składają ofiary z ludzi podziałała na 

wyobraźnię kapitana – i wybrali Brazylię.. W czasie długich miesięcy rejsu na 

pokładzie „Bounty” zmarło na tyfus jeszcze dwóch żołnierzy. Na amerykańskiej ziemi, 

w Belém, stanęło ich dwunastu. No a teraz, po pierwszej konfrontacji z Indianami 

pozostał sam sierżant Georg Farkas.z ojcem Sebastianem, który dołączył do ich 

wyprawy w Veiros nad rzeką Xingu. 

***

Farkas ujął topór bardzo niepewnie. Spojrzał w stronę zakonnika, jednak ten 

zajęty był zbieraniem gałęzi na opał. Georg zamachnął się siekierą, rąbnął w pień 

wielkiego drzewa, jednak ostrze zwinęło się na twardej korze i odskoczyło, boleśnie 

uderzając obuchem w goleń niedoszłego drwala Na drzewie pozostało jedynie 

niewielkie zadrapanie. Sierżant rozcierał obolałą nogę, klnąc na czym świat stoi. 

Zakonnik bez słowa podszedł, chwycił topór i dwoma potężnymi uderzeniami wyrąbał 

w pniu sporą szczerbę. 

- Widać, żeś nigdy tego nie robił. Idź, nazbieraj chrustu. Ale wybieraj tylko suche 

gałęzie. -Ojciec Sebastian fachowo podciął najpierw gruby pień od strony rzeki, aby 

drzewo zwaliło się w kierunku wody, po czym rąbał przez godzinę.  ,sciął. Żołnierz w 

tym czasie nazbierał pokaźną stertę względnie suchego drewna. Z  juków mnich 

wyciągnął piłę. Zaznaczył na dwa cięcia – jedno w poprzek, drugie wzdłuż włókien 

drewna. Po sześciu godzinach ciężkiej, wspólnej pracy na nadrzecznym piasku 

spoczęła długa na pięć kroków połówka pnia.

Farkas wcześniej milczał, teraz jednak już nie wytrzymał:

- No dobrze, proszę ojca, ale jak teraz wydłubiemy z tego te indiańskie czółno? 

Wkrótce się dowiedział. Franciszkanin podparł pień kamieniami, zaś na odsłoniętym 

drewnie ułożył chrust, na całej długości. 

Wypalali czółno przez dwa dni, na zmianę pilnując ognia. Farkas trochę 

polował  – ubił dużą kapibarę.. Trzeciego dnia zwinęli swój obóz, pozostawiając 

większość ekwipunku  na brzegu. Żołnierz zabrał ze sobą trzy karabiny i pistolet, 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

5

oraz cały zapas prochu i kul. Resztę broni zatopił w rzece, żeby nie wpadła w ręce 

Indian. Do czółna zapakowali zapasy jedzenia, sprzęt obozowy, narzędzia, oraz 

towary do wymiany – świecidełka, noże, siekiery, haczyki na ryby, drut. Ojciec 

Sebastian wystrugał dwa pagaje i wypłynęli. Georg siedział na dziobie, mnich z tyłu 

czółna. Wiosłowali obaj – płynęli w górę rzeki, ale prąd był prawie niewyczuwalny. 

Płynęli do Quitzlalope. 

***

-Jakże to tak, odrzucić broń, ojcze Sebastianie? – nie przestawał pytać Farkas

- Ano zwyczajnie. Widzisz, abym nosił gdzieś szablę albo pistolet? Nawet kozika nie 

mam – odparł franciszkanin. 

Leżeli w hamakach, przy gasnącym ognisku. Farkas wytężał swój podoficerski 

rozsądek. 

- Wyście mnich, was sukienka duchowna chroni. Ale jakże to, mężczyzna broń ma 

wyrzucić? Przecie u nas nawet chłop, jak trzeba obejścia czy chałupy bronić, za kord 

chwyci. 

- A jak ty sobie myślisz, sierżancie, czy te dzikusy, co Chrystusa nie poznały, 

sukienkę duchowną uszanują?

- Ano nie uszanują. – odpowiedział po chwili namysłu Georg.

A widzisz. Ewangelię tutaj od trzystu lat przynosi się na ostrzu miecza i lufie 

muszkietu. I to jest największe nieszczęście jakie dotknęło tę przeklętą ziemię. Aby 

zanieść komu Dobrą Nowinę do domu, nie podpala się mu strzechy, prawda? Iluż ja 

ich tutaj widziałem, psów pańskich, co chrzczą tak, jak cesarz Karol Sasów chrzcił. 

Sierżant słuchał w milczeniu. Franciszkanin zaś, czując zdobycz, zapalał się co raz 

bardziej.

- Cóż w Ewangelii rzecze Pan Nasz, Jezus Chrystus? Czy mówi, aby jego nowinę 

zanieść przemocą? Pan Jezus mówi: policzek drugi nadstaw, połowę płaszcza oddaj. 

Zaufaj Panu swemu, jak dobry sługa, co bez wahania wskoczy w rzeczne odmęty, 

jeżeli taki rozkaz słyszy, bo wie, że Dobry Pasterz nie postrada na darmo owiec 

swoich. 

- Wszystko to pięknie,  ale gdybyśmy tutaj przyszli bez muszkietów i mieczy, poganie 

wyrżnęli by wszystkich.. Okrucieństwa jest za dużo, to rzecz pewna, ale nie można 

się wyrzec obrony wiary mieczem. – odpowiedział pewny siebie Farkas, W końcu, 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

6

jeżeli chodzi o wojnę, to on tutaj wiedział jak się rzeczy mają, nie zaś ten, chociażby i 

święty, mniszek.

- Szczęście twoje, żeś prosty sierżant, nie książę! Książęta myślą jak ty, ale ich 

sprawą jest rządzić, twoją zaś słuchać, dlatego ciebie Pan nie rozliczy z tych błędów, 

ich zaś i owszem, tak jak szewca rozliczy, jeżeli złe buty robił, tylko sroższy będzie, 

bo szewc co źle swoja robotę wykonuje, jedynie na siebie potępienie ściąga, innym 

najwyżej dając niewygodne buty. Książę zaś, gdy błądzi, innych do złego swym

przykładem pociąga. – perorował zakonnik

- O czymże ojciec mówi? – zdziwił się Farkas

- A gdy Chrystus kazał Piotrowi i Pawłowi nieść chrześcijaństwo do Rzymu, czy ci jęli 

armię gromadzić, by cesarza pobić, upokorzyć i do chrztu zmusić? Nie! Szli tam 

bezbronni, ginęli w mękach, lecz zwyciężyli, zanosząc Chrystusa do samej 

ówczesnej stolicy. Na nic cesarskie legiony, na nic mury zamków. Bo naprzeciwko 

nie stanęli żołnierze – lepszego wojska niż rzymskie legiony wtedy nie było –

naprzeciwko stanęli bezbronni chrześcijanie, lecz za nimi stał Chrystus. Przypomnij 

sobie, czy Chrystus nakazał zemstę, gdyby ci ktoś wymierzył policzek? Nie, nakazał 

nadstawić drugi! Nie w stali i ogniu siła chrześcijan, lecz w gorącym sercu i wierze!

Farkas był katolikiem, i to nawet, co u żołnierzy nieczęste, dość pobożnym Chociaż, 

oczywiście, gdy była ku temu sposobność, wina i gorzałki nie odmawiał, ani kobiet 

lekkich obyczajów towarzystwem nie gardził. Wiarę zaszczepiła mu pobożna matka, 

później pułkowy kapelan dbał o jego zbawienie. Jednak ojciec Georga był 

protestantem. Niewiele wagi przywiązywał do swej religii, dlatego nie protestował, 

gdy żona zażądała ,by dzieci wychowywać po katolicku. Jedno jednak wyniósł z 

domu rodzinnego – zamiłowanie do lektury Pisma Świętego. Nie rozumiał zbytnio, o 

co chodziło w zasadzie „sola scriptura”, jednak czytywał Stary i Nowy Testament, nie 

zważając na protesty żony która sluchała swego proboszcza, gdy ten zalecał Biblii 

samodzielnie nie czytać, twierdząc, że więcej z tego szkód, niż pożytku, . Dzięki tym 

wieczornym głośnym lekturom ojca Farkas całkiem nieźle znał Pismo. I nie po raz 

pierwszy znajomość ta zaowocowała.

- Ale mówi też Chrystus swym uczniom, by kupili miecze. A kto nie ma miecza, ten 

niech sprzeda płaszcz i kupi. Łukasz, dwadzieścia dwa, trzydzieści sześć –

zacytował Georg.

Franciszkanin przez sekundę popatrzył na sierżanta z podziwem, by zaraz przybrać 

srogi wyraz twarzy. 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

7

- Oto, co się dzieje, gdy lud zaczyna samemu Pismo czytać, pozbawiając się jakże 

pomocnego komentarza Matki Kościoła. Zaiste, nie myli się ona, zabraniając tej 

zgubnej praktyki. Przeczyta sobie jeden szewczyk albo chłop, że Chrystus mówi o 

sobie, że mówią nań „żarłok i pijak” i myśli sobie, że skoro takie miana Zbawicielowi 

nadawano, to i dlań będą zaszczytne.

- Wytłumaczcie zatem, ojcze, jakie jest znaczenie tego wersetu z mieczem?

- Miecz to symbol, głupcze. Jakżeś taki pilny czytelnik Biblii, to zapewne pamiętasz, 

że kilka zdań dalej przynoszą uczniowie Chrystusowi dwa miecze, a ten mówi: 

„wystarczy”. Miecz ma symbolizować siłę chrześcijanina w walce z grzechem, a dwa 

tylko, bo ma chrześcijanin swoją tarczę najważniejszą, Chrystusa. 

- Wszystko to pięknie,  ale przecież nie może być, żeby Ojciec Święty błądził, a on 

broni chrześcijanom nie zakazuje.

- Nie zakazuje, bo wie, żeśmy słabej wiary i nie każdy by takiej próbie, by przemoc 

odrzucić, podołał!

- To i ja nie odrzucę, bom słabej wiary – oznajmił Farkas

- Inaczej ci to wytłumaczę. Po żołniersku. Czy wolno na wojnie uciec się do 

podstępu?

- Czasem wolno, jeżeli cel tegoż wymaga, a podstęp nie będzie niegodną zdradą. 

- Skoro na wojnie wolno, to pewnie, by coś dobrego uczynić też czasem można 

podstępu użyć? Na przykład – matkę masz chorą, a ona do doktora nie chce. Mówisz 

matce więc, że jedziecie do miasta, a zamiast tego zabierasz ją do doktora. Godzi się 

tak zrobić?

Farkas zastanowił się chwilę.

- Ano godzi się.

- Dobrze. A teraz powiedz: jako dobry żołnierz, twoja rzecz wykonywać rozkazy tak 

sumiennie, jak tylko potrafisz, prawda?

- Prawda.

- A kapitan von Beickendorf, świeć Panie nad jego duszą, dał rozkaz: do wioski 

dotrzeć i chrześcijaństwo im zanieść, tak? 

- Tak.  - Sierżant zainteresował się konwersacją bardziej. – nabrała przecież 

konkretnej formy, miast czczych rozważań.  . Opuścił nogi z hamaka, siedział teraz i 

słuchał z uwagą.

- A wolałby kapitan byś zginął próbując wykonać rozkaz w głupi sposób, czy raczej 

zwyciężył, wypełniając rozkazy rozumnie?

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

8

- Wolałby, bym zwyciężył, ojcze.

- Widzę u ciebie dwa muszkiety, pistolet i szablę. Nie wątpię, żeś dobry żołnierz, 

powiedz więc, ilu Indian możesz pokonać?

- Jak będę miał szczęście i celne oko, to sześciu dam radę – pod warunkiem, że kilku 

ustrzelę. Indianie są wątli – walcząc wręcz pokonam , jeżeli nie trafię na jakiegoś 

mocarza.

- Zuch z ciebie! Jednak, w Quiztlalope Indian mieszka dwa tysiące. Dasz radę z tymi 

muszkietami dwóm tysiącom?

- Oczywista przecież, że nie!

- A widzisz. A gdy przybędziesz tam uzbrojony, Indianie bez zwłoki cię zgładzą. 

Wykonasz swój obowiązek, to pewne. Ale czy najlepiej jak potrafiłeś? Nie trzeba by 

się bardziej postarać, a nie głupio umierać?

- No ale jak się postarać?

- Ejże, przecież czytał żeś Pismo! Dzieje apostolskie też? 

- Ano, jeno dawno to było, ojcze Sebastianie.

- Ale to na pewno pamiętasz, że apostołowie różnym ludom nieśli Ewangelię broni w 

rękach nie trzymając. Twój rozkaz – zanieść Chrystusa do Quitzlalope. Gdy 

pójdziesz tam z bronią, zginiesz próbując, to pewne. Gdy odrzucisz broń i pójdziesz 

za przykładem apostołów, może uda ci się zadanie wykonać?

Sierżant Georg Farkas milczał.

W nocy nie spał ani on, ani franciszkanin. Rozmawiali. Nad ranem jakieś 

hałasy wystraszyły stado ptaszysk, które z łopotem skrzydeł ciężko zerwały się z 

gałęzi drzewa, na którym spędziły noc. Hałasował sierżant Farkas. Trzymał za lufę 

karabin i walił nim o pień drzewa. Po chwili kolba trzasnęła. Farkas wyłamał jeszcze 

szczęki zamka i kurek, drewniane części osady cisnął do przygasającego ogniska, 

zaś lufę i inne metalowe części do wody. Następnie tak samo zniszczył drugi karabin 

i pistolet. Na sam koniec wyjął z pochwy swoją szablę. Pół-szablę, jak nazywano tę 

krótką klingę w odróżnieniu od długich szabel kawalerii. Ostatni raz zważył broń w 

dłoni, ujął mosiężną rękojeść. Wreszcie zdecydował – nie będzie jej już potrzebował. 

Żadnej broni nie będzie potrzebował. Zaklinował głownię między dwoma gałęziami, 

szarpnął, stal przysnęła. Pozbierał ułomki i cisnął do rzeki, razem z pochwą, którą 

odczepił od pasa. 

Ojciec Sebastian przekonał go dwukrotnie. Najpierw, mówiąc o zacnym 

podstępie. Gdyby poprzestał na tym, Farkas zniszczyłby swoją broń, ale pozostałby 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

9

żołnierzem. Jednak później, przez całą noc mnich opowiadał sierżantowi o świętym 

Franciszku. I  Georg Farkas był już byłym żołnierzem. Pierwszy raz w życiu poczuł 

się zwolniony z przysięgi. Nieważny był rozkaz kapitana von Beickendorf. Teraz dla 

Georga liczył się jedynie Chrystus. Razem z karabinami zatopił swoje stare życie.

***

Miało się już ku zachodowi – panujący w dżungli półmrok spowijał kolory 

szarością. Trzy Indianki siedziały nad strumieniem. Były nagie – jedynie łona 

przykrywały im fartuszki z plecionej trawy. Gęste ciemne włosy przycięły równo nad 

czołem. Uszy ozdobiły ozdobnymi kawałkami drewna, które naciągnęły małżowiny do 

sporych rozmiarów. Kobiety były młode – ich piersi były jeszcze jędrne i wysokie.

Jedna  rodziła. Na wypukłym, nabrzmiałym brzuchu dwie towarzyszki 

namalowały czerwoną gliną koncentryczne kręgi. Wypowiedziały parę słów w 

gardłowym, charczącym języku. .

Ojciec Sebastian i Farkas obserwowali scenę, ukryci w krzakach. Farkas z 

niejakim zażenowaniem – mnich z ciekawością badacza. Po kwadransie było po 

wszystkim. Jedna z Indianek podniosła wysoko zakrwawione dziecko, wykrzyknęła 

coś, na co matka odpowiedziała jękiem. Nożem przecięły pępowinę i 

przygotowanymi wcześniej cierniami „zszyły” rozcięte krocze kobiety. Nagie 

niemowlę położyły pod krzakiem. Pomogły wstać matce i odeszły. Noworodek został 

pod krzakiem. . 

Żołnierz i mnich tkwili bez ruchu. Farkas nie wierzył własnym oczom. Gdy 

Indianki zniknęły za zakrętem ścieżki, w końcu wykrztusił:

- Ona zostawiła to dziecię na pewną śmierć! Toż to bydlęta!

- Zamilcz, głupcze! – odburknął mnich ze złością – Mało to dziewcząt u ciebie we wsi 

chodziło do znachorki, aby płód spędzić? Zioła piły albo specjalnie dźwigały ciężkie 

brzemię, by poronić? 

- Ale przecież to już dziecię narodzone!

- Narodzone czy nie, cóż za różnica! Jedno i takie same zło.  Te poganki nie słyszały 

nigdy Chrystusa – nikt im nie rzekł, że niegodnie jest tak czynić. A dziewuchom z 

twojej wsi proboszcz na pewno mówił, że tak się nie godzi.. Chodźże, nie czas tutaj 

dysputować. Musimy zabrać to dziecko.

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

10

Wstali i podeszli do noworodka. Farkas wyjął z bagażu drugą, zapasowa koszulę. 

Oddarł rękawy, zamoczył w strumieniu, i najdelikatniej jak mógł otarł dziecko z krwi i 

śluzu. Zawinął w koszulę, by następnie otulić w kurtkę. 

- I co teraz? – zapytał

- Idziemy do wioski. Może je przyjmą.

Ruszyli w kierunku, w którym poszły kobiety. Farkas tulił w ramionach dziecię, zaś 

ojciec Sebastian kijem rozgarniał zwisające z drzew liany. Nie mieli nawet maczety –

były sierżant wrzucił ją do rzeki razem z muszkietami, szablą i resztą broni. 

Szli szybkim krokiem, przez kilka godzin. W dżungli wszystko kończy się 

raptownie i za którymś ruchem kija ojca Sebastiana, który odgarnął kolejną kurtynę z 

lian, oczom dwóch bezbronnych misjonarzy ukazał się przerażający widok. 

Na wzgórzu, widać było wielką indiańską wioskę. Kilkaset chat otoczono palisadą, 

zaś na szczycie wzgórza, na tle nieba rysowały się kontury sporej, kamiennej 

budowli. 

Lecz nie to przeraziło podróżników. Mimo, że zapadał już zmierzch, było jeszcze 

dostatecznie jasno, by zobaczyli. Dokładnie przed nimi stało prowizorycznie 

zbudowane rusztowanie. Zbudowane ze związanej lianami kratownicy z średniej 

grubości gałęzi, wspartej dwoma solidnymi belkami. Do kratownicy przywiązano 

dwójkę dzieci. Kilkunastoletnia, prawie dorosła dziewczyna i sporo od niej młodszy 

chłopiec.. Nosiły ślady bestialskich tortur - chłopcu odcięto genitalia, dziewczynce 

zdarto zaś skórę z piersi i żeber. Jej klatka piersiowa pokryta była wielkim krwawym 

skrzepem. Pod stopami dzieci stały miski wyżłobione z pni drzew, w których zbierała 

się ich krew i łzy.  

Farkas stanął jak wryty. Mnich upadł na kolana, zasłonił twarz i zaszlochał. 

Wreszcie były sierżant Georg Farkas oprzytomniał. Chwycił franciszkanina za ramię i 

wciągnął w gąszcz lian.

- Uciekajmy stąd! – szepnął

Przez chwilę biegli przed siebie, smagani gałęziami. Nagle ojciec Sebastian 

zatrzymał się, zdyszany. Po chwili wyprostował się, spojrzał na swojego towarzysza i 

rzekł.

- Prawieś mnie do głupoty namówił, Farkas. Wracamy.

Georg patrzył franciszkaninowi w oczy w milczeniu. Nie powiedział nic, skinął tylko 

głową z rezygnacją.

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

11

- Musimy tam pójść, zanieść im Chrystusa. Chociażby dla tych dzieci. Taki przecież 

dostałeś rozkaz, Georg – powiedział jeszcze mnich

- Nie jestem już żołnierzem.! Nie obowiązują mnie rozkazy! Od kiedy wyrzuciłem mój 

karabin i szablę, jestem po prostu chrześcijaninem. Pójdę tam, bo tego chce ode 

mnie Pan. – odpowiedział bez gniewu były sierżant

Och, dobrze. Jesteś żołnierzem Chrystusa, jesteś taki prawdziwy miles christi, co 

zamiast miecza niesie poganom w ramionach bezbronne dziecię. Sam bądź jak to 

dziecko, a Bóg nas nie opuści. 

Farkas sięgnął po srebrny krzyżyk, który nosił na rzemieniu na szyi. Ucałował 

Ukrzyżowanego i zawrócili. 

Gdy ponownie doszli do umęczonych dzieci. Chłopiec już nie żył, dziewczynka 

była nieprzytomna.. Georg oddał noworodka mnichowi i sięgnął po nóż. Odciął więzy, 

ciało ześlizgnęło mu się w ramiona. Zauważono ich. Przestraszony Indianin 

wykrzyknął coś gardłowo. Mnich chwycił Farkasa za ramię.

-

Mówią dialektem ajmara podobnym do dialektu plemienia Ahetzl, który znam. 

Damy radę, Farkas! Przyniesiemy im dobrą nowinę. Tymczasem – spokojnie. 

Indianin wciąż krzyczał to samo słowo. Z pomiędzy domów wybiegło siedmiu rosłych 

mężczyzn. Nosili pyszne, barwne stroje – głowy przystroili pióropuszami z 

niebieskich piór ary. Obrazu dopełniała różnorodna, groźna broń – dzierżyli włócznie 

z krzemiennymi grotami, potężne maczugi i miecze z obsydianowymi ostrzami. 

- Farkas, spokojnie. Pamiętaj, niesiemy tu Ewangelię. 

Na widok białych wojownicy zwolnili . Szli niespiesznym, kołyszącym się krokiem. 

Mnich wykrzyknął coś w ich stronę. Zaśmiali się, odsłaniając zielone od żucia betelu

1

zęby. Otoczyli Georga i ojca Sebastiana luźnym kręgiem. Jeden z nich podszedł do  

franciszkanina na trzy kroki. Powiedział coś w ich gardłowym języku. Mnich milczał 

chwilę, by odpowiedzieć krótko.

- Co powiedział, ojcze Sebastianie? – zapytał Farkas

- Mówiąc pokrótce, pyta, co tutaj robimy, my, synowie larw. 

Indianin nie czekał, aż mnich skończy tłumaczyć. Jęknął przeciągle, zamachnął się 

lekko maczugą i trzasnął ojca Sebastiana w czoło, pozbawiając przytomności. 

Niemowlę wypadło z bezwładnych ramion. Farkas instynktownie sięgnął do lewego 

 

 

1

Indianie nie żują betelu, betel pochodzi z Malezji. Po opublikowaniu tekstu w NF zwrócono mi na ten błąd 

uwagę. Postanowiłem jednak pozostawić go już w spokoju, skoro i tak poszedł w świat. (grudzień 2006) 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

12

boku, do rękojeści tasaka. Broni nie było. Sam wrzucił ją do rzeki. Ze 

zrezygnowaniem opuścił głowę. Uderzenie trzonkiem dzidy zwaliło go z nóg.

***

Nie był związany. Tyle właśnie uświadomił sobie, gdy wróciła mu świadomość. 

Leżał na splecionej z palmowych liści macie, prawie nagi – pozostawili na nim 

jedynie kalesony i rzemień z krucyfiksem. Przez rzadki dach z tropikalnej trawy 

wpadały promienie słońca, znaczące zakurzone powietrze długimi smugami. Obok 

leżał ojciec Sebastian. Nie spał już, leżąc na boku opierał policzek na dłoni i 

przypatrywał się Farkasowi. 

- Co z dzieckiem. - zapytał były sierżant

- Nie żyje. Zabili je tam, przy tamtych dwojgu.

Georg odwrócił się do ściany i zaszlochał krótko, po czym ukrył twarz w dłoniach. 

Leżał tak bez ruchu. Ponownie odezwał się dopiero po godzinie.

- Jesteśmy uwięzieni?

- Nie. Właśnie wróciłem ze spaceru. – odpowiedział mnich. – Ale jestem pewien, że 

nie spodoba ci się to, co zobaczysz na zewnątrz. 

Farkas zdecydował się zobaczyć na własne oczy. Dwa dni w milczeniu przechadzał 

się po wiosce Quiztlalope.

A zatem prawdziwe były wszystkie opowieści. 

Farkas od dziecka obcował ze śmiercią. Pochodził z prostej wiejskiej rodziny – jeżeli 

chciał jeść mięso, musiał zabić zwierzę. Ojciec Georga był pasterzem, prowadzącym 

przez pusztę wielkie stada szerokorogiego bydła. Gyorgy często towarzyszył 

swojemu ojcu Którejś mroźnej nocy, gdy szron pokrył step, chłopiec bardzo zmarzł. 

Ojciec wraz z innymi pasterzami zabili właśnie wielkiego wołu. Gdy młody Gyorgy 

poskarżył się na zimno, tata nożem rozciął brzuch wykrwawianego zwierzęcia. 

Chwycił syna pod pachy i włożył jego zmarznięte stopy w dymiące, gorące jeszcze 

wnętrzności . . Przyzwyczaił się do krwii. I chociaż  co innego przecież zabić zwierzę, 

a co innego człowieka, to jucha z ran cieknie taka sama.. Zadziwiająco podobne są 

oczu barana, któremu podrzyna się gardło, do oczu człowieka, któremu wbiło się 

bagnet w tchawicę. Wspomnienie nóg, ogrzewanych w brzuchu wołu, to chyba 

ostatnie, które łączyło się z ojcem Georga. Potem  stary Farkas przyłączył się do 

powstańców i zginął gdzieś w Bośni, w bitwie pod Maygaroszag, z rąk młodego 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

13

huzara, syna hrabiego von Egern, którego bydło Farkas pasał. Miejscowy landrat 

dowiedział się, że stary Farkas bił się z wojskami cesarza, zarządził więc konfiskatę 

dóbr i wygnanie. Matka Gyorgyego zmarła niedługo później, gdy przyszła sroga zima. 

Chłopiec był o krok od śmierci z głodu, gdy przygarnęli go grenadierzy z piątego 

pułku.

Z ludzką śmiercią sierżant Georg Farkas oswoił się na wojnie jeszcze zanim 

zdobył szlify dobosza. Już jako pułkowa maskotka  brał udział w kilku bitwach. 

Strzelać jest łatwo. Mechaniczne ruchy, wykonywane na komendę, żadnych myśli, 

proch, wycior, kula, kolba do ramienia, pociągnąć za spust. Nie mierzy się –

większość żołnierzy zamyka oczy przy strzale. Byle lufy za wysoko nie podnieć – a 

kula sama w coś trafi, skoro na przeciwko stoi ciasny szereg żołnierzy wroga. Nikt nie 

wie, czyja kula poleciała Panu Bogu w okna, czyja zaś kogoś zabiła. A i tak niektóre 

żółtodzioby nie potrafią dać ognia – ci, co ciągle myślą, że zgładzić człowieka to 

grzech. Farkas widział po bitwach muszkiety, które nabito siedmioma kulami. Młody 

żołnierz na komendę wsypywał proch, wypluwał kulę, przybijał wyciorem, jednak gdy 

słyszał „feuer!”  nie umiał nacisnąć spustu. A cóż dopiero zabić człowieka w walce 

wręcz! Świeży rekrut nie nadawał się zupełnie do szarż na bagnety. Przeciwnik mógł 

mówić w tym samym języku – może kilka lat wcześniej władcy byli sojusznikami i z 

dzisiejszym wrogiem dzieliło się strawę i ogień. Gdy więc przez szereg przebiegało 

metaliczne szczęknięcie zatrzasków po komendzie „bayonet auf”, młodzi żołnierze 

drżeli z przerażenia. 

Jednak piętnastoletni Georg Farkas zrobił krok do przodu i wbił bagnet w 

pruskiego jegra. Jak na ćwiczeniach – pchnął, wyszarpnął ostrze, uderzył kolbą, by 

obalić przerażonego żołnierza, wpatrującego się w ranę w brzuchu. Prusak padł, 

krzyknął coś po polsku i umarł. Na ćwiczeniach uczono, że Georg powinien teraz 

przekroczyć trupa i spokojnym krokiem iść do przodu, nie łamiąc szeregu. Jednak 

wtedy młody Farkas oniemiał i został. Siedział przy swojej ofierze przez parę godzin, 

aż nie odnaleźli go opiekunowie z pułku. Nie płakał – patrzył tylko w szeroko otwarte, 

niebieskie oczy trupa.. 

Potem przywyknął. Zrozumiał, że jest żołnierzem, i gdy każą, musi zabijać. 

Przestał zamykać oczy przy strzale. Zabił wielu ludzi i widział wiele trupów.  

Jednak tutaj, w Quitzlalope, śmierć panowała na błotnistych „uliczkach” 

między indiańskimi chatami. .

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

14

Wioska, była ogromna, mieszkało w niej dwa tysiące Indian. Chaty 

wybudowano w koncentrycznych kręgach na zboczach łagodnego, regularnego 

wzgórza. Na jego szczycie, w samym centrum osady wznosiła się kamienna, 

piramida. Miała pięć poziomów, sprawiających wrażenie stopni ogromnych, dla 

giganta postawionych schodów.

Zbudowano ją bez wątpienia bardzo dawno temu, ściany porosły już roślinnością.  

Tylko od wschodu budowla sprawiała wrażenie używanej, wielkich, bazaltowych 

bloków nie pokrywał mech. Na szczycie znajdowało się zasłonięte pyszną, czerwoną 

kotarą wejście do wieńczącego budynek niewielkiego pomieszczenia – zapewne 

świątyni. Tylko z tej strony, w kamieniu wykuto zwykłe schodki,  po których bez 

wysiłku na szczyt mógł się wspiąć człowiek.

Większość kobiet wyszła z wioski na okoliczne pola. Drewnianymi motykami 

okopywały równe rządki batatów. Mężczyźni przechadzali się po uliczkach, 

odpoczywali w cieniu kilku wielkich drzew, rosnących na placu pod piramidą, lub grali 

w dziwną grę, układając białe i zielone kamyki na wyrysowanych na ziemi liniach. 

Prawie wszyscy żuli betel, strzykając co jakiś czas zieloną śliną, przez szczerbę po 

celowo wybitych, górnych zębach.. Nie rozwierali zaciśniętych na liściach betelu 

szczęk  – w dziwacznym grymasie podnosili jedynie górną wargę, odchylając głowę 

spluwali daleko. Zielony śluz ciekł im z nosa - Farkas nie zauważył, by ktoś trudził się 

ocieraniem twarzy. 

Nosili samodziałowe koszule w naturalnym kolorze płótna, z czerwonym 

pasem przez środek. Spośród odzianych w  zwykłe stroje plebejów, wyróżniali się 

wojownicy, noszący kolorowe, pyszne szaty. Purpurowe koszule, z których tylko 

rękawy wystawały spod pięknych zbroi ze skorup żółwia i skóry jaguara. Mało tego –

we włosy wpinali pióra, których nie powstydziła by się nosić przy kapeluszu nawet 

wiedeńska modnisia.   Wyraźnie świadomi swojej wyższości, nie zadawali się z 

pospólstwem. Robili w zasadzie to samo, leniuchując w cieniu piramidy i żując betel, 

lecz wyłącznie w swoim, znakomitym zapewne, towarzystwie. 

Po całej wiosce biegało mnóstwo dzieci – nagich, ubłoconych i szczęśliwych. W 

przeciwieństwie do indiańskiej dzieciarni, jaką widywali po drodze do Quiztlalope, 

dzieci tutaj wyglądały na dobrze odżywione i zadbane.

Przechadzali się z ojcem Sebastianem powoli po uliczkach.  Mnich tłumaczył 

swemu towarzyszowi, co powinni teraz zrobić i jak się zachować.

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

15

- Po pierwsze, mój drogi, najpierw musimy zdobyć ich elementarne zaufanie. Są dwa 

rodzaje Indian – jedni się nas boją, inni nami gardzą. Pierwszych trzeba przekonać, 

że jesteśmy przyjaciółmi, jednak Quitzlalope do nich nie należą. Ich musimy 

przekonać, że się ich nie boimy. Jeżeli nie umiesz sobie dobrze wystawić naszej 

sytuacji, wyobraź sobie, że do małego miasteczka w Siedmiogrodzie ktoś przywozi 

dwóch murzynów z Afryki i puszcza ich samopas na ulice, zapewniając wikt i 

opierunek.  Na początku oczywiście stanowią sensację, ludzie gapią się na nich, 

naśmiewają, rzucą czasem czymś zgniłym, jeżeli mają pod ręką.

- Ale tutaj nikt się nami nie zajmuje... – zauważył Georg

- Mylisz się. Tutejsi Indianie są po prostu flegmatyczni, jak, powiedzmy, Anglicy. 

Jeżeli podnieśli na nasz widok głowy, wypluli betel, wskazali na nas palcami i 

zamienili kilka słów, to już sensacja.

Farkas służył raz pod komendą angielskiego porucznika, więc zrozumiał. 

- Najpierw muszą więc się do nas przyzwyczaić. Potem należy ich przekonać, że się 

ich nie obawiamy. Ta część będzie bardzo trudna, i wymagać będzie od nas 

wielkiego samozaparcia. Chodźmy na plac świątynny, zobaczysz dlaczego.

Wchodząc na plac, zatrzymali się pod drzewem, uprzejmie zachowując pewien 

dystans od żujących betel mężczyzn. Czekali cierpliwie. Nagle zza zasłony na 

szczycie piramidy wyszedł odziany w złociste szaty Indianin – kapłan. Za nim 

pojawiło się dwóch rosłych mężczyzn, odzianych nieco skromniej. Kapłan w dłoniach 

trzymał zakrzywiony obsydianowy nóż w złotej oprawie. Pomocnicy dzierżyli potężne, 

nabijane krzemieniami maczugi. Powolnym krokiem zeszli schodami piramidy . 

Siedzący na placu mężczyźni zerwali się ze swych legowisk, i klęknęli, z czołami przy 

ziemi. Farkas, ponaglony przez mnicha, uczynił to samo. Wojownicy skłonili się z 

szacunkiem i ruszyli za kapłanami. Cały strojny orszak wolnym krokiem zmierzał w 

kierunku jednej z wielu chat, zbudowanej solidniej niż inne. Wojownicy wspięli się po 

drabinie i wyciągnęli z chaty wysokiego, smagłego Indianina.

- To jeniec. – wyszeptał ojciec Sebastian.

Więzień nie wyglądał na nieszczęśliwego, był czysty i dobrze odżywiony. Odurzony 

betelem, bez protestów pozwolił nałożyć sobie na ramiona złoty płaszcz, nie bronił 

się też, gdy doprowadzono do stóp piramidy. Wojownicy pozostali na dole, na stopnie 

jeńca wprowadzili pomocnicy kapłana. Gdy zaintonowali monotonną melodię, więzień 

nagle zrozumiał, co się dzieje, wykrzyknął parę niezrozumiałych słów i zaczął sie 

szarpać. Został natychmiast obezwładniony, akolici wnieśli go na sam szczyt i rzucili 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

16

na kamienna podłogę i przytrzymali. Kapłan przykucnął przy piersi wrzeszczącego 

jeńca, dotknął jego czoła, piersi i krocza, po czym wbił obsydianowy nóż w okolice 

splotu słonecznego i szarpnął potężnie, otwierając klatkę piersiową. Nieszczęśnik 

wierzgnął, lecz nie wyrwał się oprawcom. Kapłan zanurzył dłoń w ogromną ranę, 

pomógł sobie nożem i wyrwał bijące jeszcze serce, unosząc je zaraz wysoko. 

Zgromadzeni u stóp piramidy Indianie odpowiedzieli wrzaskiem, który wzmógł sie 

jeszcze, gdy prowadzący ponura ceremonię wbił zęby w krwawiący ochłap. 

Pomocnicy wyciągnęli z pochew noże i obdarli drgające jeszcze zwłoki ze skóry, 

ćwiartując jednocześnie ciało, tak zręcznie, jak rzeźnik oprawia świnię. Kapłan  

zniknął na moment za purpurową zasłoną, by zaraz pojawić się znowu – na złotym 

łańcuchu prowadził opasłego jaguara, któremu pomocnicy rzucili ciało złożonego w 

ofierze. Gdy wielki kot pożerał mięso, kapłan wyszeptał parę słów akolicie, ten zaś 

wziął okrwawioną skórę, zszedł na dół i kłaniając się wręczył makabryczny dar 

jednemu z wojowników. Obdarowany Indianin natychmiast narzucił ją sobie na 

ramiona i pyszniąc się, odszedł z przyświątynnego placu, odprowadzany 

zazdrosnymi spojrzeniami innych wojowników.

Kapłan i pomocnicy wrócili do pomieszczenia na szczycie piramidy, by po chwili 

opuścić je w zwykłych szatach. . Rozpoczęli mozolną drogę w dół – żaden z nich nie 

śmiał teraz wejść na schody, schodzili opuszczając się z wysokich stopni piramidy.

Farkas widział wiele śmierci w życiu. Widział trupy okropniej rozerwane, gdy 

kogoś kula armatnia ugodziła w pierś. Nigdy jednak nie widział człowieka zabitego w 

sposób tak bezwzględny i – co gorsza – zwyczajny. I nigdy nie widział czegoś 

podobnego do widoku, który ujrzał, gdy, po skończonej ceremonii, przeszli ku 

zarośniętej ścianie piramidy. Oto na stopniach, na ziemi, wszędzie, piętrzyły się stosy 

ludzkich czaszek i kości. Niektóre zupełnie świeże, z resztkami mięsa, inne przegniłe, 

inne wyschnięte i wybielone przez wiatr, albo sczerniałe ze starości. Wiele nosiło 

ślady zębów jaguara.  Póki mnich nie szarpnął Farkasa za ramię, ten stał jak 

skamieniały. Dopiero po chwili franciszkaninowi udało się zaprowadzić żołnierza do 

ich chaty. Ktoś pozostawił im jedzenie – dwie misy pełne gorących batatów, i parę 

kawałków mięsa. Zjedli w milczeniu. Wyczuwając napięcie, ojciec Sebastian odezwał 

się pierwszy.

- To, co dzisiaj widziałeś, to jeszcze nie wszystko, mój drogi.. Niewątpliwym jest, że 

to sam Lucyfer włada tymi ludźmi. Oni mogą być i pewnie są w duszy poczciwi, jak 

większość Indian, jednak służą Złemu, nawet o tym nie wiedząc. Gdyby wiedzieli, jak 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

17

szkaradnego mają pana, pewnie porzuciliby jego służby. I my im to szkaradzieństwo 

pokażemy i sprawimy, że swoich zbrodniczych praktyk zaniechają.

Georg, ciągle milcząc położył się na macie, twarzą do ściany. Ojciec Sebastian, 

niezrażony, kontynuował.

- Jesteśmy tu już tydzień. Dzisiaj zresztą jest niedziela, w nocy po cichu odprawię dla 

ciebie mszę. Przez pierwsze dni, kiedy ty leżałeś w gorączce, ja zagadnąłem kilku 

ludzi. Znam ajmara, którego, tak przy okazji, zaczniemy cię od dzisiejszego wieczoru 

uczyć, da się z nimi porozumieć. Żaden z mężczyzn nie chciał ze mną rozmawiać. 

Traktują nas ja powietrze, albo jak psy, dzieci i kobiety. Tym lepiej dla nas, 

przynajmniej na początku. Udało mi się rozmawiać z paroma kobietami – te, 

traktowane przez mężczyzn jak bydło robocze, chętnie nawiązują kontakt z obcymi. 

Te wylegujące się lenie nie miały nic przeciwko, chociaż celowo z kobietami 

rozmawiałem na ich oczach, aby nie ściągnąć na siebie niepotrzebnych podejrzeń. Z 

tego co udało mi się zaobserwować, to kobiety Quitzlalope utrzymują zarówno siebie, 

jak i mężczyzn. Na każdego mężczyznę mają obowiązek pracować jego żony 

(których może mieć kilka – ale to nie najgorsza zbrodnia, jaka musimy stąd 

wyplenić), siostry i córki. Dlatego prawie każda kobieta obrabia pola należące do 

kilku mężczyzn, którym przez całe życie winna jest lojalność. Żony w zasadzie są 

tutaj służącymi i nałożnicami mężczyzn, nie są na pewno przedmiotem miłości ani 

zazdrości. Zdrady małżeńskie są codziennością, a koledze, który uczynił go 

rogaczem mężczyzna da najwyżej przyjacielskiego kuksańca. Chociaż pewnie trudno 

ci to zrozumieć – pretensja nie dotyczy nawet sfery Amora, a jedynie tego, że tutaj 

kolega zawraca żonie w głowie, podczas gdy ona powinna pracować na polu. Jednak 

i tutaj, jak wszędzie, panują pewne zasady, chociaż stanowią one jawną obrazę 

boską. Otóż zwyczajny coitus, wykonany jak Pan Bóg przykazał w zasadzie 

wydzielony jest ze sfery miłosnych przyjemności, którym Quitzlalope się oddają. Jak 

Pan Bóg przykazał współżyje jedynie mąż z którąś ze swoich żon, i to wyłącznie by 

mieć potomstwo  – do linii krwi przywiązuje się tutaj wielkie znaczenie. Najczęściej 

jednak Quitzlalope uprawiają miłość wyjątkowo grzeszną, z której dzieci na pewno 

nie będzie. Cóż ci będę gadał bezeceństwa, sam zobaczysz o co idzie. Natomiast 

prawdziwy stosunek... Słuchasz mnie, Farkas? – przerwał ojciec Sebastian.

- Słucham, słucham. Takie rzeczy ojciec opowiada, że się uszy czerwienią, że to 

ksiądz i zakonnik o takich rzeczach, ale słucham...

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

18

- O jakich rzeczach? A ty myślisz, że na spowiedzi to mi ludzie o czym mówią? A jak 

chce się ludzi nakłonić, żeby w tych sprawach po bożemu się zachowywali, to trzeba 

najpierw wiedzieć, jakie są ich zwyczaje, jakby bezecne nie były!  – uniósł się 

zakonnik.

- Oj dobrze, ojcze, niech ojciec dalej gada. – uspokoił franciszkanina Farkas, siadając 

na macie.

Mnich spojrzał nań podejrzliwie i wreszcie zaczął znów mówić.

- Zostawmy już to. W każdym razie, mężowie się lenią, gdy baby harują na polach. 

Jedynym zadaniem mężczyzn tutaj jest wojna.

- No a co robią ci, co nie są wojownikami? – zapytał Farkas, który zauważył już, że 

nie każdy z Quiztlalope nosi broń.

Widzisz, tutaj każdy mąż jest wojownikiem. Ci w pióropuszach to jakby szlachta, albo 

oficerowie. . W czas pokoju tylko ci niby-rycerze mogą nosić broń. Jednak gdy kapłan 

ogłosi wojnę, każdy mężczyzna ubiera pióropusz i chwyta za broń.

- A z kim te dzikusy walczą? – zapytał były sierżant

- Z wszystkimi. Są bardzo potężni, nie muszą walczyć w obronie swojej wioski. W ich 

wojnie chodzi tylko o to, by zdobyć jeńców. Nawet ci, którzy złożyli Quitzlalope hołd, 

muszą czasem stawiać się do bitwy z nimi. Zauważyłeś, jaką noszą tutaj broń? 

Przede wszystkim taką, która ogłusza czy obezwładnia, ale nie zabija. Zabity na polu 

bitwy do niczego się nie przyda, rzecz w tym, by wroga pojmać, nie zgładzić.

- . Potrzebują ich, aby złożyć ofiarę swemu bogu, Jaguarowi-Ludojadowi, w ich 

języku nazywanemu Quitzlalopa. Aby Jaguar nie rozgniewał się na swój lud, jego 

dziecko, Święty Jaguar-Syn, którego oddał swym wyznawcom w niewolę, na 

zakładnika, musi dostać co dzień nowy pokarm. Tym pokarmem są, jak się 

domyślasz jeńcy, składani w trakcie ceremonii, którą dzisiaj widziałeś. Quitzlalope 

potrzebują więc trzystu sześćdziesięciu-mężczyzn rocznie. W jasyr biorą również 

kobiety, jednak ich nie zabijają. Codzienna ofiara nie ma charakteru błagalnego –

jeśli mnie dobrze rozumiesz – nie jest prośbą o nic ani podziękowaniem za nic. Jest 

podstawowym minimum, którego potrzebuje Quitzlalopa, by nie zniszczyć i nie 

pożreć swoich dzieci. Gdy tutejsi Indianie chcą o coś prosić swego fałszywego boga, 

składają mu dar z dzieci. Oszukują jednak swego bożka – nie dają mu na ofiarę 

swojego potomstwa, , lecz dzieci jeńców, których kobiety trzymają i zmuszają do 

spółkowania, by ciągle były w ciąży. Z tych, które rodzą się z pojmanych żadne nie 

dożywa pełnoletności. Ta dwójka nieszczęsnych stworzeń, które spotkaliśmy przed 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

19

wejściem do wioski, była właśnie taką ofiarą. Dziatki są w wymyślny sposób 

torturowane, a następnie umieszczane na takich kratownicach, jak widzieliśmy – ich 

łzy i szloch są miłe Jaguarowi. Jeżeli w nocy prawdziwy jaguar podkradnie się i 

porwie taką szlochająca dziecinę, odczytywane jest to jako dobry znak. 

Farkas a nie wszystko umiał zrozumieć.

- Jaki... Kto... Kimże może być bóg, który czegoś takiego chce od swoich 

wyznawców? Kimże może być bóg, któremu miłe są dziecięce łzy?

Ojciec Sebastian zamilkł, patrzył długo w twarz swego towarzysza, by wreszcie 

zapytać:

- Nie wiesz kim jest?

- Nie! – odpowiedział były sierżant

- To on, Władca Much, Niosący Światło, Saitan, Appolyon!

- Mówcież po ludzku, ojcze Sebastianie!

- Szatan, głupcze. Oni czczą szatana. Nikt im jeszcze nie przyniósł Chrystusa, więc 

czczą szatana, tak jak szatana czcili twoi przodkowie zanim nie ochrzcił ich święty 

król Stefan, uprzednio wyłupiwszy oczy swemu stryjowi Gezie. Rozumiesz już?

***

Ojciec Sebastian urodził się w Wiedniu, w starej hiszpańskiej rodzinie, która 

przeniosła się do habsburskiej stolicy jeszcze w czasach Imperium, nad którym nie 

zachodziło słońce. Georg Farkas był Madziarem, mocno zniemczałym przez służbę 

w cesarskich grenadierach. Dlatego rozmawiali ze sobą po niemiecku. Farkas znal 

tylko niemiecki i węgierski, oprócz tego parę słów po czesku, polsku czy słowacku –

nie rozróżniał tych języków, ale czasem trafiał mu się słowiański rekrut, któremu 

trzeba było podstawy wyłożyć w jego ojczystej mowie, zanim zaczął coś po 

niemiecku chwytać. Sebastian Heinrich Davilla znał niemiecki, hiszpański, 

portugalski, francuski, angielski, narzecza keczua i ajmara, łacinę, grekę, hebrajski i 

podstawy aramejskiego. Mógłby sobie spokojnie dalej piastować katedrę teologii 

dogmatycznej na Uniwersytecie. Lecz nie na darmo w żyłach ojca Sebastiana płynęła 

hiszpańska krew. Toczył kiedyś, dawno temu, spór ze swoim kolegą, dominikaninem, 

o metody nawracania pogan. Dominikanin bronił nawracania pod przymusem (ganiąc 

oczywiście nadużycia i niepotrzebne okrucieństwo), argumentując, że również dzieci 

chrzcimy niejako przymusowo. Gdy ojciec Sebastian przedstawił swoje argumenty, 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

20

dominikanin zbił je prostym argumentem ad personam - oto franciszkański profesor 

siedzi sobie w ciepłej katedrze teologii dogmatycznej, więc łatwo głosić mu swoje 

uczone teoryjki, które nie mają przełożenia na rzeczywistość. Gdyby z takim 

nastawieniem franciszkanin pojechał na misję, albo zmieniłby szybko zdanie, albo 

zjedliby go dzicy. On, pies pański, który pół życia spędził  w dzikich krajach, lepiej 

chyba może wiedzieć jakie metody pracy misyjnej są odpowiednie. Gdy ojciec 

Sebastian odpowiedział, że w takim razie wyruszy na misje, aby pokazać, że to jego 

stanowisko jest właściwe, dominikanin skwitował to wzruszeniem ramion. Nikt nie 

wziął słów tych, rzuconych w gniewie, na poważnie, tymczasem franciszkanin 

następnego dnia rankiem gnał co koń wyskoczy do swojego ojca prowincjała, z 

prośba o skierowanie na misje. Wiedział, że ten mu nie odmówi – w końcu to stryj 

Sebastiana wysyłał co roku najhojniejszy datek na klasztor.

Teraz, po latach, poniekąd przyznawał rację owemu starem dominikaninowi. 

Nie zmienił zdania w kwestii tego, że Ewangelię należy nieść na swoich barkach, 

popierając ją przykładem własnego życia, nie zaś na ostrzu miecza. Jednak wiele 

spraw, które w Wiedniu miał za pewnik, tutaj okazało się być względnymi. Dowiedział 

się wreszcie dlaczego mylił się Rousseau, poczytywany pokątnie po świeckich 

bibliotekach. Ojciec Sebastian widział bardzo wielu dzikich, lecz ani jednego 

szlachetnego.

Quitzleg, najwyższy kapłan Jaguara-Ludojada występował w roli szlachetnego 

dzikusa przez siedem lat. Sam miał o sobie inne zdanie. Teraz kucał pod chatą, 

przydzieloną tym dwóm dziwnym białym i przysłuchiwał się rozmowie. Rękami oplótł 

kolana, które przysunął aż do brody. Kiwał się delikatnie na stopach. Nigdy nie 

polubił siedzenia na sposób europejski. Człowiek, siedzący na pośladkach jest 

przecież bezbronny – można go zatłuc, zanim zdoła się podnieść. Siedząc w kucki, 

mięsnie ud są napięte, gotowe by w każdej chwili wyrzucić ciało do przodu – do 

ataku bądź ucieczki. Quitzleg gardził białymi. Jednak inaczej niż jego bracia. On 

białych znał. Pochodził z rodu Quitzleice, Pierwszego Kapłana – każdy najstarszy 

syn, dziedziczył ten urząd. Zagrożenie przerwaniem linii krwi było wielkie – dlatego 

każdy potomek Quitzleice otrzymywał kilka żon natychmiast gdy osiągnął płciową 

dojrzałość. Quitzleg został ojcem gdy miał czternaście lat. Gdy zapewnił już ciągłość 

krwi, musiał dokonać czynu, który dowodziłby, że nadaje się roli, jaką zgotował mu 

los.. Wyruszył więc w wielką podróż, jaka odbywał każdy z jego poprzedników.  –

pielgrzymkę przez pół kontynentu, do zniszczonego już przez Białych miasta Boga –

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

21

Pierzastego Węża, Quetzalcoatla.

Wśród lepianek biedoty i pałaców kolonizatorów 

każdy z kolejnych pielgrzymów musiał odnaleźć miejsce, w którym stała mała 

świątynia – jeszcze w czasach, gdy Jaguar-Ludojad był tylko jednym z pomniejszych 

bóstw. Potem Ojcowie wygnali Quitzleice, do którego Jaguar wysłał swego Syna, pod 

postacią wielkiego kota. Quitzleice odszedł daleko na południe, wybudował świątynię, 

a gdy jego syn dorósł, wysłał go w podróż do Miasta Ojców. Od tego czasu stało się 

to tradycją - chociaż po drodze stracili język przodków i ich obyczaje, przejmując 

większość od okolicznych plemion, jednak ta regularna podróż do Miasta zapewniała 

łączność z wielką tradycją. A potem bogowie ukarali Ojców, zsyłając na nich Białych. 

Mimo to, kapłani z Quitzlalope  dalej odbywali swe pielgrzymki, wiedząc, że 

nadejdzie taki czas, kiedy Bogowie wygnają Białych. Wtedy Quitzlalope wrócą do 

Miasta.

Jednak wielka podróż Quitzlega okazała się o wiele większa, niż ktokolwiek 

przypuszczał. Nie uszedł więcej niż tydzień od rodzinnej wioski, gdy natknął się na 

grupę Białych. Śmieszny mężczyzna w okularach zbierał do wielkiej drewnianej 

skrzynki motyle. Wtedy Quitzleg stwierdził, że biały jest pewnie czarownikiem –

potem dowiedział się, że był biologiem.  

Ekspedycja Louisa de Chateauauchan badała faunę dżungli brazylijskiej. Młody 

Indianin wydał im się ciekawym okazem. Oczywiście, wszyscy badacze byli 

wolterianami, więc jako prawdziwi humaniści nie mogli zostawić zagubionego w 

dżungli indiańskiego dziecka na pastwę losu. Zabrali chłopczyka ze sobą. Kawaler do 

Chateauauchan postanowił młodego Indianina ucywilizować. 

Jeszcze przed wstąpieniem na pokład „Astrolabe” Quitzleg posługiwał się łamanym 

francuskim. Podczas długiego rejsu opanował podstawy łaciny i greki. Po roku w 

Paryżu władał mową Woltera bez akcentu. Kawaler de Chateuauchan był deistą i 

antyklerykałem, uznał więc że ochrzczenie chłopca byłoby zbyteczne. Wyprawa do 

Brazylii zrujnowała jego finanse – w młodym Quitzlegu dostrzegł więc źródło 

pewnego dochodu. Wystarał się więc o specjalny, tubylczy strój, który Indianinowi 

wydawał się bardziej jeszcze dziwaczny niż ubrania białych. Gdy zdążył już polubić 

pończochy, culottes, surduty i halsztuki, jego mentor (jak lubił się określać kawaler de 

Chateauauchan) nakazał nosić spódniczkę z trawy, ogromny pióropusz z pawich piór 

(na nic zdały się tłumaczenia, że w Brazylii pawie nie występują!). Gdy Paryż znudził 

się już młodym dzikusem i towarzystwo zaczęło rozmawiać raczej o wizycie 

Caligostra, Indianin i jego mentor wyruszyli na prowincję. To co w Paryżu stało się już 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

22

de mode w Lyonie było sensacją. Quitzleg występował w domach prywatnych, na 

placach, a w szczególnie ciężkich czasach nawet na jarmarkach. Tańczył, śpiewał, 

robił głupawe miny, potrząsał włócznią i gryzł surowe mięso. Tutaj kawaler de 

Chateauauchan wykazywał się świetnym wyczuciem publiczności – na jarmarkach 

Quitzleg był po prostu „Dzikusem prosto z dżungli!”, zaś w domach szlacheckich po 

pokazie dzikości znikał za parawanem, przebierał się w elegancki strój, wracał i 

deklamował formułkę „Taki byłem kiedyś – dziki i szczęśliwy. Ucywilizowano mnie, 

stałem się uczony i bardzo smutny.”. Mężczyźni byli wzruszeni, damy płakały.. 

Prowincjonalne szlachcianki, tęskniące do tętniącego towarzyskim i miłosnym życiem 

Paryża chętnie uwodziły Indianina, który tymczasem wyrósł na pięknego młodzieńca. 

Z czasem Quitzleg stał się biegły w sztuce Amora, nauczył się również grać w karty i 

w końcu z niewolnika stał się partnerem, a później opiekunem de Chateauauchana. 

Kiedy jego dawny preceptor osłabł już zupełnie, Quitzleg wreszcie odważył się na to, 

o czym marzył od lat. Sporym kamieniem rozbił czaszkę kawalera, ciało wrzucił do 

rzeki, obrabowawszy wpierw z kosztowności. Kontynuował swoje występy, poznając 

co raz lepiej świat białych. Im więcej widział, tym bardziej rosły w nim dwa uczucia, 

przedziwnie zmieszane – podziw i pogarda. 

W dżungli piramida jego plemienia uchodziła za dzieło bogów. Inni Indianie po 

kryjomu wchodzili na szczyt najbliższej góry, by zobaczyć budowlę przynajmniej z 

daleka. Czymże jednak była ich budowla  przy Wersalu? Ba, najplugawsza uliczka 

Paryża była po wielokroć wspanialsza! A miasta! Quitzlalope to największa osada w 

całej chyba dżungli, tymczasem więcej ludzi mieszka na jednej ulicy Paryża... I konie! 

I powozy! Żaglowce! Pola, ciągnące się po horyzont, jak ocean... I te przepiękne 

stroje! Byle przekupka ma tutaj szaty, jakich nie powstydziłby się Najwyższy Kapłan.

A z drugiej strony – Europejczycy są tak tchórzliwi... Tak kurczowo trzymają się 

życia. Tacy śmieszni – gromadzą bez końca złote ozdoby i monety, by w końcu 

umrzeć jako bogacze, nie skorzystawszy z wszystkich tych dóbr. Mężczyźni pracują 

jak kobiety! Quitzleg szybko nauczył się, że bogate kobiety musi traktować tak, jak w 

Quitzlalope wojownicy traktują kapłanów – w pewien sposób lekceważyć, okazując 

najgłębszy szacunek i wszelkie względy. Postępował tak, jak od niego wymagano, 

ale nie umiał pozbyć się poczucia upokorzenia. Tak, jakby ktoś kazał mu kłaniać się 

psu! Jakże śmieszyli go ci wojownicy ze szpadami u pasa, kłaniający się pas przed 

byle panienką... Jakże żałosne były te wszystkie gry miłosne. Zamiast po prostu 

posiąść kobietę, na którą ma się ochotę, Biali usiłowali je do tego skłonić. Jak 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

23

uczenie określił to w swoim czasie kawaler de Chateauauchan, to wymykało się 

Quitzlegowi poza horyzont hermeneutyczny. Równie dobrze mogliby namawiać kozę, 

by zechciała dać mleko, zamiast ją po prostu wydoić! A przy tym jeszcze  niezręcznie 

udawali, że nie chodzi tutaj o kopulację, tylko o jakieś bliżej nieokreślone uczucie, 

zwane  l’amour.  Indianin potrafił zachować pozory, ale gdy zostawał sam na sam z 

damą, nie miał ochoty na europejskie gierki i zwyczajnie robił to, co uważał za 

stosowne. Okazało się, że damy właśnie tego spodziewały się po dzikusie i jako 

kochanek Quitzleg zrobił niebywałą karierę. Pewien paryski dziennikarzyna, Marat, 

napisał nawet o nim sążnisty esej, dowodzący, że dzikim po prostu należy zapewnić 

edukację i dostęp do francuskiej literatury, a staną się cywilizowanymi ludźmi. Miano 

nawet przedstawić go królowi, ale Ludwik w końcu postanowił, że polowanie w Lasku 

Bulońskim będzie ciekawsze niż spotkanie z cywilizowanym dzikim i do audiencji nie 

doszło. 

Indianin kontynuował swoją edukację. U Juliusza Cezara przeczytał zdanie, że Cezar 

„wolał być pierwszym w galijskiej wiosce niż drugim w Rzymie”. Był wolnym 

człowiekiem, wsiadł więc na statek i popłynął do Meksyku. Tam odwiedził Miasto 

Ojców po czym znowu morzem udał się do Brazylii. Wziął tragarzy, zapakował na 

nich swoje bagaże (przywykł do europejskiego luksusu) i ruszył do Quitzlalope. W 

połowie drogi zrozumiał, że się myli – odprawił tragarzy. Wszystkie kufry, stroje, 

książki i inne europejskie artefakty ułożył na stos i podpalił. Do swoich wrócił nagi i 

jeszcze tego samego dnia złożył pierwszą ofiarę dla Jaguara-Ludojada. 

Teraz siedział w kucki pod domem białych, którzy przyleźli do jego osady. Ksiądz i 

jakiś nawiedzeniec. Przyszli bez broni! Gadali po niemiecku. Nie znał tego języka, 

Ale wiedział, czego chcą. I czuł, że mają ze sobą coś potężniejszego niż strzelby. I to 

bardzo się nie podoba Jaguarowi. Bóg powiedział mu to osobiście. Ale jeszcze nie 

nadszedł czas.

***

- Dlaczego jeszcze nas nie zabili? – zapytał Farkas po trzech tygodniach pobytu w 

Quitzlalope.

- Bo Panu podobało się pozostawić nas przy życiu. – odpowiedział ojciec Sebastian.

Siedzieli na placu świątynnym, gdzie składano właśnie kolejną ofiarę.)Żona Abakka, 

wodza Quitzlalope poroniła. Abakka miał już czterdzieści dwa lata i ani jednego syna! 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

24

Cóż mu po sześciu córkach? Trzeba więc ofiary przebłagalnej! Po zabiciu jeńca 

kapłan nie zdjął szat, zszedł po schodach na dół i powiedział parę słów do jednego z 

wojowników. Przyprowadzono dwójkę ofiarnych dzieci i uformowano orszak. 

- Nie mogę – wyszeptał Farkas do mnicha

- Nie musimy na to patrzeć – odpowiedział franciszkanin. – Chodźmy do chaty. 

Spróbowali dyskretnie wycofać się z placu. Jednak kapłan dostrzegł ich i skinieniem 

dłoni wysłał dwóch wojowników. Obaj podbiegli szybko do ojca Sebastiana i Farkasa, 

potrząsając groźnie maczugami.

- Pytają, czy chcemy obrazić Jaguara – powiedział ojciec Sebastian.

- Sram na Jaguara, plwam na niego, niech go piekło pochłonie, czarta – przeklął 

zapalczywie Farkas.

- I dobrze, ale teraz nie mamy wyboru. Idziemy z nimi. Módl się za dusze tych dzieci. 

Ruszyli z orszakiem. Chłopczyka i dziewczynkę wyłowiono z gromady bawiących się 

dzieci. Od synów i córek Quitzlalopów odróżniały ich długie, niestrzyżone włosy. 

Wojownik  brutalnie zawiązał im na szyjach powrozy i pociągnął oboje za sobą. 

Dziewczynka szła nie rozumiejąc chyba o co chodzi, chłopak krzyczał przeraźliwie, 

opierał się, chwytając się pala z domu, pod którym bawił się z resztą dzieci. 

Quitzlalopa kopnął go w brzuch i chłopiec również dalej poszedł już potulnie. 

Krata była już gotowa, stała oparta na dwóch drągach. Rozkrzyżowano na niej 

dzieci. Pomocnicy podali kapłanowi kilka obsydianowych ostrzy. Najpierw podszedł 

do dziewczynki. Kapłan dotknął jej czoła, serca i łona, następnie wybrał jeden z noży, 

przyłożył do krocza i poprowadził płytkie cięcie od odbytu, przez srom, podbrzusze, 

brzuch, aż po mostek. Wycie dziecka wyraźnie ucieszyło zgromadzonych. Farkas 

padł na kolana i czołem dotknął ziemi. Franciszkanin zaciskał bezsilnie ręce i modlił 

się żarliwie „Panie, zabierz te dziecko do siebie jak najszybciej. Panie, zalicz tę 

dziewczynkę do grona swych męczenników, bo ona umiera w męce za wiarę, którą 

mogłaby poznać. Panie, daj i mi siłę w tej godzinie próby. Panie, pozwól mi kochać 

tych barbarzyńców, bo są to moi bliźni. Panie, daj siłę temu Madziarowi, aby nie 

zszedł ze ścieżki, na którą tak odważnie wstąpił.”. Kapłan zostawił dziewczynkę. 

Podszedł do chłopca i wyłupił mu oczy, tak umiejętnie jednak, by łzy płynęły obficie. 

Zebrani Indianie wznieśli radosny okrzyk. 

Quitzleg doskonale rozumiał co czują teraz obaj Europejczycy. Wybijając 

chłopcu drugie oko wyobraził sobie baronową de Liancourt, swoja ostatnią kochankę, 

która tak się w Indianinie zadurzyła, że na zmianę chciała za niego wyjść, lub go 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

25

adoptować. Gdyby go teraz widziała! Z resztą, kto ją tam wie... Kiedyś, w przypływie 

szczerości opowiedział o wszystkich obyczajach swojego ludu pewnemu markizowi, 

który, oprócz bycia zwykłym szaleńcem, był również namiętnym grafomanem. Temu 

to taka ofiara mogłaby się nawet spodobać, wyjątkowo był podniecony opowieściami 

Quitzlega. Ale ci dwaj na pewno nie są zbyt szczęśliwi, co do tego Quitzleg nie miał 

wątpliwości. Bóg nie chciał na razie ich śmierci. Nie wiedzieć czemu. A kapłan jest 

przede wszystkim sługą, więc musi słuchać swego pana. Rozumiał, że jego Pannie 

chce ich oszczędzić, lecz sprowokować. Z tą myślą sięgnął po drugie ostrze i obciął 

chłopcu język. Krzyk wtedy staje się bulgoczącym odgłosem, podobno jaguary 

częściej  przychodzą. Abakk nie posiadałby się ze szczęścia, gdyby do jego 

przebłagalnej ofiary przyszedł jaguar. 

Krzyk dzieci brzmiał Farkasowi w głowie jeszcze długo. Leżał już na macie, 

wpatrzony w ścianę z gałęzi, i ciągle widział to, czego tak bardzo pragnął nie widzieć. 

Nie zobaczyć, jednak posłuszny jakiemuś wewnętrznemu nakazowi podniósł wzrok i 

patrzył. Wtedy i teraz. Mnich klęczał obok, modląc się. 

- Ojcze Sebastianie... – zaczął były sierżant.

- Słucham.

- Musimy coś zrobić. Cokolwiek. Kiedy tylko stoimy i patrzymy to jest tak, jakbyśmy 

się na to godzili. 

- Nie godzimy się. Robimy co możemy. Była znowu dzisiaj rano u nas Weixte, ta 

młoda, inteligentna dziewczyna. Za parę tygodni będzie gotowa przyjąć chrzest. 

- Czy ojciec we o czym ojciec mówi? Za kilka tygodni ochrzci ojciec pierwszą 

chrześcijankę tutaj? To ile czasu minie, zanim wszyscy staną się chrześcijanami? 

Ojciec Sebastian przypomniał sobie datę edyktu mediolańskiego i mruknął:

- W Rzymie zabrało to trzy stulecia...

- Pięknie! Czyli do końca życia będziemy ich tutaj ewangelizować, i do końca życia 

będziemy chodzić na te zbrodnicze ceremonie? Myśli ojciec, że przywykniemy? 

Pewnie przywykniemy... Stary wiarus z mojego pułku opowiadał mi, jak w czasie 

pierwszej wojny śląskiej oblegali zdobytą przez Prusaków twierdzę. Załoga nie 

chciała się poddać, i na kilka minut przed szturmem jakiś pruski oficer wysadził 

bastiony w powietrze. Nasi myśleli, że wszyscy nie żyją i ruszyli dalej. Wtedy mój 

pułk, w którym służył ten mój znajomy wiarus skierowano do odgruzowania twierdzy. 

I okazało się, że w podziemiach był żywy człowiek. Wszystkie wejścia zawalił gruz, 

ale podziemia były nietknięte. I ten człowiek przeżył tam dwa miesiące. Co jadł? 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

26

Trupy jadł.. Można by pomyśleć, że oszalał – ale nie oszalał, chciał po prostu 

przeżyć. Gdy żołnierze dowiedzieli się, co się stało, nie dali temu człowiekowi nawet 

księdza. Zakłuli go bagnetami na miejscu. Zastanawiałem się potem czy słusznie go 

ukarali. I zdaje mi się, że słusznie. Ukarany został za to, że wydawało mu się, że 

najważniejszą rzeczą jest przeżyć. A przeżyć nie zawsze jest najważniejsze. 

Mnich milczał chwilę, rozważając historię Farkasa. 

„Ten żołnierz nie przestaje mnie zadziwiać. Umysł ma prosty, ale bardzo sprawny.” –

pomyślał. 

- Masz rację. – powiedział po chwili. – Nie możemy się na to godzić. Zabrakło mi 

ufności w Pana. Jeżeli Pan zechce, wybawi nas z każdej opresji. Pomóż mi, muszę 

zrobić sobie ambonę.

Wyszli na ulice wioski. Do wieczora zbierali kawałki drewna po całej wiosce. 

Franciszkanin od jakiejś kobiety wyprosił długi kawałek powrozu i z tych 

zaimprowizowanych materiałów sporządzili podwyższenie, wielkości skrzynki na 

owoce.

***

Codzienna ceremonia składania ofiary zaczęła się jak zwykle. Jednak gdy kapłan 

wracał z jeńcem w stronę piramidy stało się coś nieoczekiwanego. Franciszkanin i 

jego towarzysz podbiegli do stopni prowadzących na szczyt piramidy. Farkas położył 

na ziemię skrzynkę, na której stanął ojciec Sebastian. Madziar uklęknął obok. Ojciec 

Sebastian wykrzyczał pierwsze zdanie swojej pierwszej nauki do Indian Quitzlalope. 

Idący z naprzeciwka Quitzleg ucieszył się. Tego właśnie było mu trzeba. Powodu. 

Teraz Jaguar nie będzie miał nic przeciwko ofierze z dwóch Europejczyków. A oni 

pójdą na rzeź jak barany, nie próbując się bronić. I życie w wiosce pozostanie takie, 

jak było. 

Mnich napominał Indian, by zaprzestali mordów. Mówił im, że jest inny potężniejszy 

Bóg, który nie chce ofiar z ludzi. Razem z Farkasem zagradzali wejście na schody. 

Quitzleg zatrzymał się rozbawiony. Wojownicy wyczekująco spoglądali na niego, on 

jednak wstrzymywał ich ruchem ręki. Słuchał przez chwilę kazania tego klechy. Iluż 

takich słyszał w Europie! Ich własny lud drwi sobie z nich i kpi, a ci próbują głosić 

tego „Chrystusa” tutaj. Odezwał się po francusku:

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

27

- Ten wasz bóg swojego syna złożył w ofierze, a nie przyjmie ofiary z niewolnika? 

Coś mi to pachnie zabobonem, klecho!

Ojciec Sebastian zamarł z otwartymi ze zdziwienia ustami. Paryska francuszczyzna 

w ustach tego dzikusa!!! Nie zdążył jednak zacząć obmyślać racjonalnych 

wytłumaczeń tego dziwacznego zjawiska, gdyż Quitzleg skinął na jednego 

wojownika. Indianin lekko podrzucił w dłoni włócznię, zmieniając chwyt, i cisnął ją w 

ojca Sebastiana. Przymocowany do drzewca pęk piór zafurkotał. 

Farkas, klęcząc, modlił się. Gdy usłyszał język francuski, podniósł wzrok. Na 

tyle wcześnie, by zauważyć lecący oszczep.. Krzemienne ostrze, gruchocząc żebra, 

przebiło pierś franciszkanina gdy Farkas barkiem pchnął służącą za ambonę 

skrzynkę.

Mnich upadł na ziemię, uderzając głową o stopień piramidy. Żył jeszcze, gdy 

Indianie, podchodzili niespiesznie. Dłońmi objął trzon sterczącej mu z piersi włóczni, 

spojrzał w niebo i powiedział kilka łacińskich słów. Spojrzał potem na Georga 

Farkasa i mimo, że przez dziurę w piersi przy każdym oddechu z sykiem uciekało 

zeń powietrze, zdołał wypowiedzieć jeszcze dwa zdania:

- Dziękuję, Farkas. Nie zejdź z obranej drogi.

Po czym skonał.

Quitzleg zbliżał się z uśmiechem. Oto kłopot rozwiązał się łatwiej, niż mógł się 

spodziewać. Klecha pójdzie na żarcie dla jaguara, zaś jego towarzysz popatrzy sobie 

na to przywiązany do pala, przy którym zdechnie z pragnienia. Pięknie!

Georg Farkas patrzył na kapłana.  Czy ofiara z własnego życia, jaką złożył 

ojciec Sebastian pójdzie na marne? Oto teraz zabiją jego, Farkasa. Jego krew, jako 

krew męczennika powinna stać się nasieniem wiary. Jednak nie wykiełkuje to 

nasienie! Nie ma tutaj przecież gleby, na którą mogłoby paść! Nikt z nich tak 

naprawdę nie słyszał o Chrystusie, wszystko, co widzą, to śmierć dwóch białych. 

I były sierżant Gyorgy Farkas zrozumiał. Jest czas wyciągniętej na zgodę dłoni 

i jest czas dłoni dzierżącej miecz. Czasem należy zginąć jak męczennik, czasem jak 

miles Christi, o którym opowiadał mu ten, co właśnie oddał swoje ostatnie tchnienie. I 

wiedział już, że mnich mylił się w swoich ostatnich słowach. Właśnie nadszedł ten 

moment, w którym potędze szatana należy przeciwstawić siłę. I Georg Farkas na 

powrót stał się sierżantem Farkasem. 

Ciągle klęczał. Stanęło nad nim dwóch Indian. Obaj uzbrojeni w maczugi. 

Sierżant ocenił swoje szanse. Wiedział, że w beznadziejnych sytuacjach nie można 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

28

zaprzątać sobie głowy fatalną sytuacją strategiczną, lecz poświęcić się w całości 

zwycięstwu na małym odcinku. Nie myślał więc teraz o tym, co dalej – skoncentrował 

się wyłącznie na dwóch wojownikach, którzy stanęli nad nim. Jak wszyscy Indianie, 

byli niscy i wątli. Farkas górował nad nimi masą, wzrostem i siłą mięśni. Dawno 

zauważył już, że Indianie nie umieli się bić. Ich walki były ściśle konwencjonalne, 

wojownicy mimowolnie przestrzegali umownych zasad. Przeciwko  skoncentrowanej i 

zdecydowanej agresji często byli bezradni, starając się obezwładnić człowieka, który 

próbował ich zabić. Wiedział, że obaj będą chcieli go ogłuszyć, nie czyniąc mu przy 

tym zbyt dużej krzywdy. A on będzie chciał ich zabić i to będzie jego przewaga. Gdy 

roślejszy z wojowników wzniósł maczugę do ciosu, Farkas rzucił się i barkiem uderzył 

w brzuch Idianina, obalając go na ziemię. Kątem oka zauważył, że drugi stara się 

zdzielić go w plecy – w ostatniej więc chwili odsunął się z leżącego wojownika i 

maczuga uderzyła obalonego w mostek. Pozostali przypatrywali się ciekawie, nie 

reagując  – dla Quitzlalope wojna była serią pojedynków. Dobrze! Farkas szarpnął 

broń wojownika, który stracił równowagę po ciosie. Upadł na swego kolegę. Sierżant 

odskoczył. Obaj Indianie gramolili się, wstając. Nadal nikt nie reagował. Georg 

przyskoczył więc do najbliższego widza, uderzył go pięścią w nos i oszołomionemu 

wyrwał z pochwy obsydianowy nóż. Kopnął w twarz podnoszącego się wojownika, 

drugiego zaś pchnął nożem w serce. Zanim ten pierwszy , z okrwawioną głową, 

podniósł się z ziemi, Georg przyklęknął mu ma plecach i poderżnął gardło. Widzowie 

spodziewali się dalszej części widowiska. Quitzleg z uznaniem przyglądał się walce –

nie taki znowu niedorajda z tego mniszego sługi! Skinął na następną dwójkę 

wojowników. Jednak Farkas nie chciał bić się z wojownikami. Chciał Quitzlega. 

Zanim więc Indianie podeszli do Georga, ten), rzucił się jak pantera i w dwóch 

skokach był przy zdziwionym kapłanie, który nie sięgał Farkasowi nawet do ramion –

zanim zdążył zareagować, rosły sierżant piątego pułku grenadierów uderzył go 

czołem w twarz, łamiąc kości jarzmowe. Bez wysiłku obrócił oszołomionego kapłana, 

zrzucając mu z głowy koronę. Lewą ręką założył mu chwyt na kark – przydały się 

zapasy teraz! Przystawił nóż do gardła Quitzlega i ciął – lekko, ale tak by krew 

popłynęła. Indianie jęknęli ze strachu! To najgorsze bluźnierstwo, podnieść rękę na 

kapłana! Żaden, największy nawet wróg nie dopuściłby się tak strasznego czynu! 

Tymczasem ten biały najwyraźniej nie baczył na żadne świętości.

Jednak Farkas nie chciał męczeńskiej śmierci, chciał zwycięstwa. Obejrzał się 

za siebie – droga wolna. Czuł jak tętnica Indianina pulsuje pod kamiennym ostrzem. 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

29

Quitzlalope nie byli zdolni do działania, stali jak sparaliżowani, patrząc jak ich relikwia 

zostaje zbrukana. Zaczął więc powoli stawiać krok za krokiem – tyłem, spoglądając 

co chwilę za ramię, nie odrywając noża od szyi kapłana. 

Droga do bramy trwała wieczność. Ale doszedł. Bez żadnego oporu ze strony 

Indian. Minął martwe już, wiszące na kracie dzieci i zniknął w dżungli.

***

Quitzleg siedział na krześle z dziwacznym oparciem. Ręce związane miał z 

tyłu. Na wysokości szyi, przed dwa otwory w oparciu przechodził gruby sznur. Z tyłu  

skręcony był na krótkim trzonie, który w rękach ściskał kat. Gdy sędzia ogłosi wyrok, 

kat przekręci trzon trzy razy, dusząc zbrodniarza. Najczęściej na oparciu, na 

wysokości pierwszego kręgu szyjnego zamontowane było małe ostrze. Gdy garota 

przyciągała szyję skazanego, ostrze przebijało skórę i wbijało się między kręgi, 

przecinając rdzeń kręgowy, skracając męki. Jednak ten Indianin na taki luksus nie 

zasłużył. Sędzia w purpurowej todze odczytał wyrok, spojrzał na kata i skinął głową. 

Antoni, kat

nie lubił okrucieństwa. Znany był z tego, że tracił skazanych w 

mgnieniu oka, zanim zdążyli jęknąć. Zawijał trzonem garoty, trrrach, i ciało zwisało 

bezwładnie. Ten Indianin zasłużył jednak na specjalne traktowanie.

Gdy sierżant Georg Farkas, jedyny, który przeżył z wyprawy von Beickendorfa 

przybył do miasta, najpierw wzięto go za szaleńca. Potem jednak Quitzleg, główny 

kapłan Indian Quitzlalopa, na mękach potwierdził wersję sierżanta. Farkasa 

ogłoszono bohaterem. Komendant miejscowego garnizonu, chociaż nie posiadał 

takich uprawnień, w trybie wyjątkowym wręczył mu patent oficerski. Farkas nie chciał 

zaszczytów, nie przyjmował zaproszeń ani prezentów – chciał jednego, sprawiedliwej 

kary dla zbrodniarza, którego ze sobą przyprowadził i zorganizowania ekspedycji 

przeciwko Quitzlalopa. Na początku nikt nie chciał) o tym słyszeć. Jednak Farkas był 

uparty. Siedział w mieście i pisał listy. Do biskupów, gubernatora, nawet do króla 

Portugalii. I w końcu, po roku wywalczył swoje. Nauczył się też portugalskiego, w 

stopniu umożliwiającym swobodną komunikację z żołnierzami. Uzyskał odroczenie 

wyroku dla Quitzlega. Chciał, żeby kapłan zobaczył wyruszające wojsko. Przed 

podwyższeniem z garotą, w równych szeregach stał pułk piechoty. Więcej nie trzeba 

na wioskę Quitzlalopa. Oczywiście Farkasowi zaproponowano dowodzenie 

ekspedycją, on jednak odmówił – argumentował, że nie ma oficerskiego 

doświadczenia, może dowodzić kompanią, , ale nie pułkiem. Gubernator zgodził się z 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

30

nim i dano Georgowi najlepszą, wyborową kompanię. Siedział teraz w siodle, w 

szeregu, w nowym mundurze, w wypolerowanych lederwerkach, z ręką na koszu 

szabli.

Kat powoli obracał trzon garoty. Quitzleg umierał dwa kwadranse. Miał 

świadomość klęski. Z każdym obrotem wypełniała go coraz głębsza rozpacz i strach. 

Przed sobą widział pustkę. 

***

W wiosce trwała rzeź. Wcześniej, za palisadą rozegrała się krótka bitwa. 

Indianie rozpoczęli swój wojenny rytuał – najpierw taniec, który miał pozbawić wroga 

woli walki. Po dwóch pierwszych uderzeniach w bębny dowódca ekspedycji, 

pułkownik Salazar opuścił szpadę, oficerowie i podoficerowie wykrzyknęli komendę –

Ognia!. Pierwsza salwa wystarczyła, bagnet na broń!, poszli do ataku. Bitwa była 

wygrana. 

Żołnierzy nauczono jak odróżnić jeńców od Quitzlalopa. Więźniowie, dzieci i kobiety 

spędzano za palisadę, gdzie pilnowali ich uzbrojeni, indiańscy tragarze. Każdy 

mężczyzna Quitzlalopa miał zostać zabity. I żołnierze uganiali się po otoczonej 

kordonem wiosce, szukając kryjących się po chatach Indian. Dźgali bagnetami, 

strzelali, siekli szablami. Farkas robił to, co inni. Gdy zabili już wszystkich, ruszył pod 

piramidę i zaczął szperać w stosie czaszek. Ojciec Sebastian w górnej szczęce miał 

dwa srebrne zęby... Gdy przeszukiwał zwały kości, podszedł doń młody żołnierz z 

jego kompanii, Manolito, którego szczególnie lubił. Szczupły, niewinny blondynek o 

twarzy amorka. Mundur miał zachlapany krwią, krew miał również na rękach i twarzy. 

I przerażenie w oczach.

- Panie poruczniku... Panie poruczniku... Zamordowaliśmy ich... Jak świnie, jak 

barany, zarżnąłem kilku, zastrzeliłem, zakłułem bagnetem. Jak rzeźnik. Jestem 

mordercą. To nie było wojsko, to nie była bitwa. Zabijałem niewinnych...

Farkas nagle poderwał się z ziemi i z szerokiego zamachu wymierzył chłopcu 

potężny policzek, aż klasnęło.

- Nazywasz ich niewinnymi? To plemię nie zasłużyło na to, by trwać. Ci ludzi nie 

powinni chodzić po ziemi. Chodź za mną. 

Wyszli za palisadę. Farkas podszedł do pilnowanych kobiet i jeńców i wskazał 

dwójke długowłosych dzieci, chłopca i dziewczynkę. 

Weź je za ręce, Manolito, i chodź.

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

31

Poszli pod kratę, na której wisiała szóstka martwych, umęczonych dzieci. Na prośbę 

Georga, pułkownik Salazar nie pozwolił na razie ruszać dziecięcych trupów. 

- Patrz na nie, Manolito. Patrz na tego wypatroszonego chłopca. Patrz na tę 

dziewczyny którym ucięli piersi, wyłupili oczy i rozerwali srom. Patrz uważnie, 

Manolo. 

Zostawił chłopca z czwórką dzieci. Dwójką martwych i dwójką żywych. I wrócił do 

wioski. Stanął przed stopniami piramidy. Pouczeni żołnierze przeszukiwali stos kości, 

w poszukiwaniu czaszki ojca Sebastiana, która miała zostać wysłana do Watykanu 

jako dowód w procesie beatyfikacyjnym. Inni żołnierze znosili beczki z prochem. 

Farkas zaś opatrzył pistolet, pieczołowicie podsypał panewkę i ruszył po schodach w 

górę. Wszedł do pomieszczenia na szczycie. Ściany pokryte były złotą blachą, w 

której wyrzeźbiono skomplikowane ornamenty. Jednak Georga nie interesowały 

ozdoby. W rogu siedział przypięty złotym łańcuchem tłusty jaguar. Niecierpliwił się –

przyzwyczajono go przecież do regularnych posiłków. Farkas przystawił zwierzęciu 

lufę do ucha i strzelił. 

W godzinę później potężny wybuch uniósł ogromny stos kamieni na wiele 

stóp w górę – piramida wyleciała w powietrze, opadając bezładną kupą kamieni. Po 

chwili zapłonęły chaty. Przez całą noc patrzyli jak dopalają się resztki Quitzlalope. 

Nad ranem, gdy ognie dogasły, czterystu Indian z motykami weszło na pogorzelisko i 

przeryło dokładnie ziemię. Dzieła zniszczenia miała teraz dokończyć dżungla.

Jeńców uwolnili. Z kobiet i dzieci Quitzlalopa uczyniono niewolników na 

rozległych plantacjach kawy. Większość umarła na grypę i gruźlicę. Ci, co przeżyli 

jeszcze przez kilka pokoleń w tajemnicy przekazywali potomkom opowieść o 

Quitzlalope. Kobiety ożeniono ze sprowadzonymi z Afryki murzyńskimi niewolnikami. 

Po stu latach rozpuścili się w metysko-mulackiej masie. 

***

Manuel Quintana nie myślał o zamęczonych dzieciach. Myślał jedynie o 

oczach pomocnika kapłana, któremu wbił bagnet w szyję. I nie potrafił znieść tej 

myśli. Uciekając przed sobą, wyjechał do Europy. Osiadł w Paryżu, rozpoczął studia i 

został dziennikarzem. Po trzydziestu latach nie mógł żyć dłużej ze swoim ciężarem. 

Poprosił o pomoc swojego kolegę z „L’Observateur” i razem spisali wyznanie 

Manuela Quintany, pod tytułem, „Ja, kat Quitzlalope”. Manolito wyznawał w książce 

background image

QUITZLALOPE 
Szczepan Twardoch

www.dziennik.twardoch.pl

32

swoje grzechy – przedstawiał się jako młody głupiec, który uległ urokowi munduru i 

wpływowi oficerów. Za głównego winowajcę zbrodni uznał porucznika Farkasa, który 

zmarł na malarię dwa lata po pacyfikacji Quitzlalope. Książką odniosła niebywały 

sukces. A Paryżu przedstawiano ją jako koronny dowód na barbarzyństwo i 

nietolerancję Europy, niszczącej inne kultury. Słowo „farkas” na jakiś czas stało się 

popularnym synonimem brutalnego, bezwzględnego oprawcy. Manolito stał się nagle 

majętnym człowiekiem i pędził spokojne, acz wesołe życie, aktywnie uczestnicząc w 

towarzyskim życiu Paryża. Gdy miał siedemdziesiąt siedem lat i był szczęśliwym 

dziadkiem szóstki wnucząt, ktoś zadzwonił do drzwi jego pięknego mieszkania. 

Pokojówka zaanonsowała „przyszedł pan Pedro Farkas, proszę pana”. Nazwisko 

poderwało Manolita na równego nogi. Kazał prosić. Do pokoju wszedł 

pięćdziesięcioletni Indianin, odziany i ostrzyżony po europejsku. Manolito niczego nie 

rozumiał. Indianin odezwał się po portugalsku.

- Dzień dobry, nazywam się Pedro Farkas. Spotkaliśmy się czterdzieści lat temu. 

Patrzyliśmy razem na ciało mojego przyjaciela, Axatlale, była z nami jeszcze moja 

siostra i nasz dobrodziej, pan porucznik Farkas.

Manolito oniemiał, Indianin zaś kontynuował.

- Czytałem Pana książkę. Napisał pan straszne, podłe kłamstwa. Kupując bilet na 

statek kupiłem też pistolet, chciałem pana zastrzelić, żeby jakoś oczyścić pamięć 

naszego dobroczyńcy, którego tak nędznie pan oczernił. Jednak w czasie długiej 

podróży miałem dość czasu do namysłu i ochłonąłem. Jestem chrześcijaninem, nie 

zabijam ludzi. Oto pistolet, który kupiłem.

Pedro położył na kredensie niewielki rewolwer. 

- W zasadzie nie mam panu nic więcej do powiedzenia. – zakończył i wyszedł. 

Gdy zamykał za sobą drzwi, do pokoju wpadł Jean, najstarszy syn Manolita. 

- Ojcze, czego chciał ten Metys? – zapytał

Manolito patrzył na swojego syna. Nie widział bankiera, dojrzałego mężczyzny, ojca 

czwórki dzieci. Widział małego Juana, biegnącego ze śmiechem po zielonej trawie. 

Obok stała jego matka, a on, Manolito, rozkładał ramiona, by otoczyć nimi swojego 

pierworodnego, owinąć ojcowską miłością. A teraz dowiedział się, że tamten 

wypatroszony, indiański chłopiec miał na imię Axatlale. Manuel Quintana zapłakał.

 

Szczepan Twardoch

Nowa Fantastyka, marzec 2005