background image
background image
background image

 

Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie.

Pascal, Myśli, 206

(przeł. T. Boy-Żeleński)

background image

 

Dwudziestego  szóstego  mój  ojciec  już  o  drugiej  nad  ranem  pojechał  do  pewnego

nauczyciela z Salli, którego zastał w agonii, a opuścił natychmiast po jego śmierci, by udać
się  dalej  w  kierunku  Hüllbergu,  gdzie  chciał  zbadać  dziecko,  które  wiosną  wpadło  do
wypełnionego wrzątkiem koryta dla świń i teraz już od wielu tygodni, wypisane ze szpitala,
jest  znów  w  domu  z  rodzicami.  Lubił  chodzić  do  tego  dziecka,  nie  omijał  żadnej  okazji,
żeby je odwiedzić. Rodzice byli prostymi ludźmi, ojciec pracował jako górnik w Köflach,
matka  w  gospodarstwie  rzeźnika  w  Voitsberg,  dziecko  jednak  nie  pozostawało  całymi
dniami  samo,  lecz  pod  opieką  siostry  matki.  Tego  dnia  mój  ojciec  opisał  dziecko  tak
dokładnie, jak nigdy dotąd, mówiąc, że obawia się, iż ma ono przed sobą niewiele życia.
Bez cienia wątpliwości twierdził, że dziecko nie przeżyje zimy, będzie je więc od tej pory
odwiedzał  jak  najczęściej.  Zwróciłem  uwagę,  że  ojciec  mówi  o  tym  dziecku  jak  o
ukochanym  człowieku,  bardzo  spokojnie,  i  nie  musi  zastanawiać  się  nad  słowami;  na
okazanie  oczywistej  sympatii  do  dziecka  pozwolił  sobie,  gdy  napomknął,  w  jakim  ono
wzrasta  środowisku,  i  że  rodzice  w  mniejszym  stopniu  je  wychowują,  w  większym  zaś
chronią,  oraz  gdy  swoje  przypuszczenia  odnośnie  do  rodziców  i  ich  stosunku  do  dziecka
uzupełnił i wyjaśnił, wykazując się wiedzą o środowisku opisywanych osób. Chodził przy
tym  po  pokoju  tam  i  z  powrotem  i  już  wkrótce  przestał  odczuwać  jakąkolwiek  potrzebę,
żeby się położyć.

Obecnie,  kiedy  drugi  lekarz  przyjął  ofertę  zatrudnienia  na  uniwersytecie  w  Grazu  i

przeprowadził się do stolicy landu, ojciec został jedynym doktorem na stosunkowo dużym,
a  poza  tym  „trudnym”  obszarze.  Widoki  na  nowego  lekarza  są  znikome.  Otwieranie  tutaj
praktyki graniczy z szaleństwem. Ojciec jednak przywykł już do tego, że stał się ofiarą na
wskroś chorej ludności, skłonnej zarówno do okrucieństw, jak i do obłędu. Kiedy spędzam
weekend  w  domu,  ojciec  odczuwa  to  jako  coś,  co  przynosi  mu  coraz  bardziej  potrzebne
uspokojenie. Sprawia wrażenie zmęczonego. Gdy jednak po otwarciu przeze mnie okiennic
oślepiła  nas  rzeka  Ache,  uznał,  że  powinniśmy  wybrać  się  na  spacer.  „Chodź  ze  mną”,
powiedział,  „chodź”.  Podczas  gdy  się  ubierałem,  rozprawiał  o  pewnym  „fenomenie
natury”, o kasztanowcu, który zakwitł właśnie teraz, pod koniec września, a który on odkrył
za  osadą,  nad  Ache.  Przy  tej  okazji  chciał  wreszcie  ze  mną  porozmawiać,
prawdopodobnie,  pomyślałem,  o  czymś,  co  ma  związek  z  moimi  studiami  w  Leoben,  o
górnictwie i hutnictwie. Ma na to czas właśnie teraz, bo później będzie musiał przez cały
dzień wizytować pacjentów. „Wiesz”, powiedział, „często mnie to wszystko przerasta”.

Nie  chcieliśmy  budzić  siostry,  zeszliśmy  więc  jak  najciszej  do  przedsionka,  gdzie

wisiały nasze płaszcze. Kiedy jednak, już ubrani, zamierzaliśmy wyjść z domu, zadzwonił
dzwonek i w drzwiach stanął nieznany mi człowiek, jak się okazało, właściciel gospody z

background image

Gradenbergu, który poprosił ojca, żeby natychmiast się tam z nim udał.

Zamiast  więc  pójść  nad  Ache  i  rozmówić  się  ze  sobą,  pojechaliśmy  jego  autem  do

Gradenbergu,  i  nie  było  już  więcej  mowy  o  kwitnącym  kasztanowcu,  usłyszeliśmy  za  to
bardzo niepokojące rzeczy o żonie oberżysty.

Opowiadał,  że  do  drugiej  w  nocy  obsługiwała  górników,  którzy,  już  od  kilku  godzin

pijani,  siedzieli  naprzeciw  siebie,  tworząc  dwa  wrogie  obozy,  i  że  nagle,  zupełnie  bez
powodu, została uderzona przez jednego z nich w głowę i w tym samym momencie na ich
oczach  padła  bez  przytomności  na  podłogę.  Przerażeni  górnicy  wnieśli  ją  natychmiast  do
sypialni znajdującej się na pierwszym piętrze gospody, przy czym po drodze głowa kobiety
obijała  się  o  poręcz  schodów.  Górnicy  położyli  żonę  oberżysty  do  łóżka,  a  jej  mężowi,
który  gdy  popchnęli  drzwi  sypialni,  obudził  się,  po  czym  wstał  oszołomiony  i  wysłuchał
ich  relacji  o  całym  zajściu,  zasugerowali,  żeby  natychmiast,  jeszcze  w  nocy,  złożył  na
żandarmerii doniesienie na brutalnego sprawcę tego czynu, Größla, znanego im wszystkim,
choć  tylko  z  widzenia.  Żandarmi,  również  ten  na  służbie,  powiedział  oberżysta,  spali  jak
zabici, wreszcie jednak, po tym jak zaczął rzucać kamieniami w okna posterunku, udało mu
się wyjednać posłuchanie i wpuszczenie do środka. Początkowo żandarmi radzili mu, żeby
przyszedł przed południem i dopiero wtedy złożył zeznania do protokołu, on jednak uparł
się  przy  sporządzeniu  go  natychmiast  i  zażądał,  aby  przynajmniej  jeden  z  żandarmów
poszedł  z  nim  do  gospody,  gdzie  leży  jego  nieprzytomna  żona  i  gdzie  czekają  górnicy,
którzy,  jego  zdaniem,  tak  samo  niezwłocznie  powinni  złożyć  zeznania.  Zanim  jednak  z
dwoma żandarmami wrócił do gospody, minęło już zbyt dużo czasu, okazało się bowiem,
gdy  weszli  razem  z  nim  do  sypialni,  że  górnicy,  z  wyjątkiem  jednego,  już  sobie  poszli.
Oberżysta od razu pomyślał, że ani na chwilę nie powinien był zostawiać żony samej, gdy
teraz  nagle,  targany  najokrutniejszymi  przypuszczeniami  i  podejrzeniami,  musiał  stanąć
przed nią wraz z towarzyszącym jej przez cały czas górnikiem Koligiem, którego jednak nie
znał bliżej, tylko z nieregularnych wizyt w gospodzie, i który nie uchodził za tutejszego, w
sensie człowieka godnego zaufania, a poza tym mówił styryjskim dialektem, nieprzyjemnie
różniącym się od dialektu używanego w tej okolicy.

Mimo iż Kolig, który wytrwał przy żonie oberżysty, był tak pijany, że wprawdzie umiał

stanąć  prosto,  ale  nie  potrafił  sklecić  najprostszego  zdania,  młodszy  z  żandarmów  i  tak
niezwłocznie go przesłuchał, każąc mu natychmiast usiąść na jednym ze stojących w rogu
krzeseł, starszy z nich dwóch natomiast zrobił leżącej w łóżku kobiecie zdjęcia, jakby już
nie  żyła.  Wszystko,  co  przesłuchiwany  Kolig  podał  do  protokołu,  było  zupełnie
nieprzydatne, a kiedy pojawiła się groźba, że nie wytrzymując w pozycji siedzącej, zaraz
się  gibnie  i  spadnie  z  krzesła,  niezadowolony  z  niego  żandarm  złapał  go,  pociągnął  i
wypchnął na korytarz.

Zbiegły Größl jest człowiekiem, który gdy tylko wejdzie do gospody, siedzi w niej tak

długo,  póki  z  całą  pewnością  nie  popadnie  w  konflikt  z  prawem.  Nie  będzie  trudno  go
odnaleźć, powiedzieli żandarmi, a biorąc pod uwagę jego wcześniejsze podobne postępki,
mówili  o  karze  kilkuletniego  więzienia,  gdyż  Größl,  uderzając  żonę  oberżysty  pięścią  w

background image

głowę,  doprowadził  ją  do  utraty  przytomności,  a  w  rezultacie  do  ciężkiego  uszkodzenia
ciała.  Ledwie  starszy  żandarm  napomknął  o  ciężkim  uszkodzeniu  ciała,  wszyscy
uświadomili  sobie,  że  należałoby  powiadomić  lekarza.  „Tymczasem  upłynęło  kilka
godzin”, powiedział oberżysta.

Było  już  wpół  do  piątej,  kiedy  przybywszy  do  Gradenbergu,  zostaliśmy  natychmiast

zaprowadzeni  przez  oberżystę  do  sypialni,  gdzie  czuwali  obaj  żandarmi.  Ojciec  kazał
wszystkim  mężczyznom  wyjść  na  korytarz.  Podczas  gdy  badał  kobietę,  która,  choć
widziałem  ją  tylko  przez  chwilę,  zrobiła  na  mnie  wrażenie  martwej,  na  korytarzu  obaj
żandarmi  dzielili  się  ze  mną  niepochlebnymi  uwagami  o  leżącym  na  podłodze  Koligu,
nazywając  go  tępakiem,  mającym  coraz  mniej  skrupułów  wobec  swojej  sześcioosobowej
rodziny. Nie wiedzieli, co z nim zrobić; kiedy ojciec wyszedł z sypialni, akurat trzymając
Koliga za ramiona marynarki, ściągali go ze schodów, których połowę zajęły jego nogi, a
później przestali się nim zajmować.

Kobieta rzeczywiście odniosła ciężkie obrażenia, natychmiast więc musi znaleźć się w

szpitalu  w  Köflach;  niech  żandarmi  zniosą  ją  ostrożnie  i  ułożą  na  platformie  pikapa,
powiedział ojciec.

Pokój,  z  którego  żandarmi  wynieśli  żonę  oberżysty,  był  wilgotny,  w  zielonobrązowe

wzorki, zapełniony meblami z lekkiego drewna i ponury nawet przy najjaśniejszym świetle
dziennym. Ojciec spojrzał na mnie, potem gdzieś w bok, a następnie powiódł wzrokiem za
żandarmami, którzy schodząc po schodach, ostrożnie znosili kobietę, ja zaś pomyślałem, że
nie oznacza to dla niej niczego dobrego.

Podczas gdy ja zająłem w samochodzie miejsce obok kierującego nim oberżysty, ojciec

usiadł za nami, przy chorej ułożonej na tylnym siedzeniu.

Przez  całą  drogę  na  skróty  przez  Krennhof  oberżysta  i  ja  nie  zamieniliśmy  ze  sobą  ani

słowa. Ze względu na wczesną porę jechało się łatwo i szybko. Już dawno nie byłem w tej
okolicy, pomyślałem, musiałem cofnąć się myślą aż do najwcześniejszych lat dziecinnych,
żeby  zobaczyć  siebie  tu  czy  tam  nad  potokiem  Gradner.  Uświadomiłem  sobie,  że  ojciec
rzadko zabiera mnie ze sobą na swoje wyprawy i że od śmierci matki jestem zawsze zdany
wyłącznie  na  siebie.  Moja  siostra,  traktowana  tak  samo,  odczuwa  to  zapewne  o  wiele
boleśniej.

Stosownie  do  nastroju  i  w  odróżnieniu  od  wcześniejszej  sytuacji,  kiedy  w  drodze  do

Gradenbergu oberżysta tyle mówił, teraz, jadąc do Köflach, nie odezwał się słowem. Mnie
zagadnięcie  go  wydawało  się  również  bez  sensu.  Jeśli  dobrze  zrozumiałem  ojca,  było
pewne,  że  kobieta  nie  przetrzyma  drogi  do  Köflach,  ale  gdy  pielęgniarze  wysunęli  ją  z
samochodu, nadal żyła, umarła jednak w trakcie naszego pobytu w szpitalu. Zanim jeszcze
wniesiono  ją  do  jedynego  w  tym  szpitalu  pokoju  operacyjnego,  bo  nawet  niepodobna  tu
mówić o sali operacyjnej, umarła, co jej mąż poczuł, bo podczas gdy pielęgniarze wieźli ją
przez korytarz, trzymał żonę za rękę i płakał. Nie pozwolono mu zostać przy zmarłej, tylko
wyprowadzono  go  na  dziedziniec,  gdzie,  zostawiony  samemu  sobie,  musiał  pół  godziny
czekać  na  mojego  ojca.  Nie  zakłócałem  jego  samotności  i  przyglądałem  mu  się,  ale  tak,

background image

żeby  tego  nie  widział.  Potem  wrócił  ojciec  i  zaczął  przechadzać  się  z  oberżystą  po
dziedzińcu,  starając  się  go  uspokoić.  Mówił  mu  o  koniecznych  teraz  do  załatwienia
sprawach,  o  formalnościach  pogrzebowych,  komisji  sądowej,  o  złożeniu  na  Größla
doniesienia  z  powodu  popełnionego  morderstwa.  Dla  oberżysty  będzie  teraz  lepiej,
powiedział  ojciec,  jeśli  zostanie  wśród  ludzi,  nie  zasklepi  się  w  swojej  udręce,  nie
ucieknie  w  nią,  on,  mój  ojciec,  oszczędzi  mu  różnych  urzędowych  dróg,  jak  tej  do  sądu,
inne zaś, choćby tę najpierwszą — do leżącej w prosektorium żony, przejdzie wspólnie z
nim  dla  uśmierzenia  jego  bólu.  Powiedział,  że  stwierdził  u  zmarłej  śmiertelny  w  każdym
wypadku wylew krwi do mózgu, ale jeszcze wczesnym przedpołudniem otrzyma dokładne
orzeczenie od okręgowego lekarza sądowego. To, że oberżysta dopiero po trzech godzinach
od śmiertelnego uderzenia kobiety pięścią poinformował go, mojego ojca, o całym zajściu,
jest bez znaczenia. I tak nie udałoby się jej uratować. Zmarła wkroczyła w trzydziesty drugi
rok  życia,  ojciec  znał  ją  od  wielu  lat.  Nigdy  nie  może  oprzeć  się  wrażeniu,  iż  to
niesłychana  brutalność  ze  strony  oberżystów,  że  sami,  umordowani  przez  cały  dzień
rzeźnictwem,  handlem  bydłem,  gospodarowaniem  na  roli,  kładą  się  spać  na  ogół  bardzo
wcześnie, a żony, jako że u takich ludzi myśli krążą wyłącznie wokół interesów, zostawiają
samym  sobie  w  otwartych  do  świtu  gospodach,  wydając  je  na  pastwę  świata  mężczyzn,
którzy wskutek rosnącego nad ranem spożycia alkoholu stają się coraz bardziej grubiańscy
i brutalni, powiedział ojciec, gdy na chwilę odłączyliśmy się od idącego z nami oberżysty,
który,  jak  się  zdawało,  odchodził  od  zmysłów.  „Te  wszystkie  przeciągające  się  do  późna
noce  w  gospodach  źle  się  kończą”,  powiedział  ojciec,  „a  w  tej  okolicy  w  znacznym
procencie  śmiertelnie”.  Ordynarni  oberżyści,  nierzadko  wyłącznie  po  to,  żeby  wszelkimi
możliwymi  sposobami  wyciągnąć  pijusom  pieniądze  z  kieszeni,  a  do  ich  spragnionych
gardeł wtłoczyć jak najtańszą gorzałkę, w obrzydliwy sposób odkomenderowują do salek
pełnych  gości  swoje  bezradne  żony,  które  musząc  pracować  do  północy  albo  i  całą  noc,
padają  ofiarą  zapijaczonych  gości.  Kiedy  dogoniliśmy  oberżystę,  ojciec  powiedział,  że  z
odnalezieniem  Größla  nie  będzie  kłopotów.  Żandarmeria  została  powiadomiona  o
morderstwie i żadna kryjówka Größlowi nie pomoże. Im dłużej jednak ojciec przekonywał
tego  człowieka,  który  jako  handlarz  bydłem  przez  obcowanie  z  nim,  a  także  przez
obcowanie  ze  światem  oberżystów,  będącym  jego  światem,  w  sposób  tak  znamienny  dla
okolicy Bundscheck uosabiał brutalność samą w sobie, że aż wzruszało, kiedy płakał i był
całkiem  zagubiony,  tym  bardziej,  rzecz  jasna,  wydawało  mu  się  to  bezsensowne,  wobec
czego  udzielił  oberżyście,  bardzo  prosto  i  zrozumiale,  pomyślałem,  najkonieczniejszych
wskazówek, po czym znów zostawiliśmy go samemu sobie.

Ojciec  poszedł  do  prosektorium,  żeby  rozmówić  się  z  lekarzem  sądowym,  a  ja

tymczasem,  obserwując  oberżystę,  jak  siada  na  ławce,  jedynej  na  całym  dziedzińcu
szpitalnym,  domyśliłem  się,  że  młody  pielęgniarz  przewozi  obok  mnie  na  dwukołowym
wózku  prosektoryjnym  zwłoki  jego  żony.  Widok  wózka  prosektoryjnego  nie  był  dla  mnie
niczym  nowym,  często  bowiem  w  drodze  do  szkoły,  która  to  droga  prowadziła  obok
szpitala,  aż  do  miejsca,  gdzie  między  dwoma  krzewami  bzu  można  popatrzeć  na

background image

prosektorium,  przystawałem,  aby  przyglądać  się  wózkowi,  który  jeśli  nie  jest  używany,
dniem  i  nocą  stoi  obok  wejścia  do  prosektorium,  w  szopie  otwartej  z  tej  właśnie  strony,
którą  mogłem  obserwować.  Ten  prosektoryjny  wózek  z  blachy  zawsze  niezmiernie  mnie
fascynował  i  często  pojawiał  się  w  scenach  z  moich  dziecięcych  snów  jako  główny
rekwizyt,  budzący  dreszcz  grozy.  Młody  pielęgniarz,  świeży  absolwent  szkoły,  podjechał
wózkiem  pod  wejście  do  prosektorium,  skąd  dobiegły  mnie  kroki  ojca.  Ojciec,
pomyślałem,  kiedyśmy  wyszli  ze  szpitala  i  pośpiesznie  oddalili  się  wzdłuż  murów,  aby
nieszczęsny,  siedzący  nadal  na  ławce  oberżysta  nie  mógł  nas  zobaczyć,  więc  ojciec  tam,
gdzie  czuje  się  jak  w  domu,  czyli  wśród  chorych  i  w  szpitalach,  nie  zachowuje  się,  co
zawsze  twierdzi  się  o  stanie  lekarskim,  jak  w  olbrzymim,  nieprzejrzyście  urządzonym
sklepie,  lecz  raczej  —  tak  wydało  mi  się  właśnie  tego  dnia  —  jak  w  coraz  bardziej
przejrzystej  dziedzinie  nauki.  Zapewne,  co  zauważałem  raz  po  raz,  jest  wielu  lekarzy,
którzy,  pomyślałem,  chociaż  z  nich  niezmiernie  uczone  głowy,  są  po  prostu  handlarzami,
ludźmi mówiącymi i działającymi również jak handlarze; ale mój ojciec do nich nie należy.

Towarzyszenie ojcu w pracy powoduje u mnie ciągłe uczucie smutku, z tego też względu

wzbrania się on na ogół zabierać mnie ze sobą na wizyty do chorych, zawsze bowiem, w
każdym  wypadku,  okazuje  się,  że  wszyscy,  których  musi  odwiedzić,  dotknąć  i  zbadać,  są
chorzy i smutni; niezależnie od tego, o co chodzi, ojciec porusza się nieustannie w chorym
świecie  wśród  chorych  ludzi,  chorych  jednostek;  nawet  jeśli  ten  świat  udaje,  stwarzając
pozory zdrowia, to jednak ciągle jest chory, a ludzie, jednostki, również tak zwani zdrowi,
też  zawsze  są  chorzy.  On  do  tego  przywykł,  mnie  jednak  może  to  niechybnie  wprawić  w
stan  wzburzenia,  doprowadzić  do  szkodliwej  zadumy;  akurat  ja,  jego  zdaniem,  miałem
zawsze  skłonności  do  tego,  żeby  wszystko  i  wszyscy  doprowadzali  mnie  do  stanu
zaburzenia  umysłu  i  żebym,  szkodząc  sobie  w  ten  sposób,  popadał  w  zadumę  nad
wszystkim i wszystkimi. A moja siostra w jeszcze o wiele groźniejszym wymiarze. Błędem
byłoby jednak, twierdził, zamykać się na fakt, że wszystko jest chore i smutne, powiedział:
rzeczywiście  chore  i  smutne,  z  tego  też  powodu  raz  po  raz,  w  dłuższych  lub  krótszych
odstępach  czasu,  „kusi”  go,  by  zabrać  mnie  lub  moją  siostrę  ze  sobą  na  wizyty  do
pacjentów. „To zawsze jest ryzyko”, powiedział. Najczęściej obawia się, że któreś z nas,
moja  siostra  lub  ja,  na  widok  chorego  lub  objawów  jego  choroby,  dozna  na  całe  życie
uszczerbku,  choć  przecież  on,  ojciec,  akurat  w  odniesieniu  do  nas  ma  na  względzie  coś
wręcz odwrotnego.

Weszliśmy  do  Köflach.  Ojciec  chciał  pójść  do  banku  i  na  pocztę,  ale  były  jeszcze

zamknięte,  zabrał  mnie  więc  do  zaprzyjaźnionego  z  nim,  odnoszącego  sukcesy  adwokata,
specjalisty  od  nieruchomości,  z  którym  studiował  w  Grazu  i  którego  znam  z  jego  wizyt  u
nas w lecie.

Ojciec miał nadzieję, że przyjaciel poczęstuje nas śniadaniem.
Zadzwoniliśmy, otwarto nam drzwi, po czym weszliśmy do mieszkania urządzonego jak

na  małe  miasteczko  z  rozmachem,  chociaż  w  szczegółach  nie  do  końca  gustownie,  ale  na
pierwszy  rzut  oka  przytulnego,  w  którym  przede  wszystkim  zwracało  uwagę  mnóstwo

background image

miejsc  do  siedzenia.  Przyjęła  nas  młoda  żona  adwokata  i  natychmiast  zaprowadziła  do
jadalni.  Jakiś  czas  później  do  pokoju  wszedł  sam  mecenas.  Ojciec  powiedział,  że  ma
niewiele  czasu,  bo  zaraz  musi  wracać  ze  mną  do  domu.  Podczas  śniadania,  na  które
zjawiliśmy się w samą porę i które było tak obfite, że tak obfitego jeszcze nigdy nie jadłem
—  mogłem  też  patrzeć  w  dół  na  ulicę  i  obserwować  wszystko,  co  się  na  niej  dzieje  —
rozmawialiśmy  o  zbrodni,  której  Größl  dopuścił  się  na  żonie  oberżysty.  To  straszne,
powiedział  ojciec,  jak  ludzie,  jeśli  nie  mają  zahamowań,  atakują  się  wzajemnie  przede
wszystkim  w  gospodach,  i  to  nie  wiedzieć  z  jakiego  powodu,  gdyż,  powiedział  ojciec,
również zbiegły Größl nie wie, dlaczego zabił żonę oberżysty. „Może”, powiedział ojciec,
„on  jeszcze  w  ogóle  nie  wie,  że  ją  zabił”.  Ludzie  ze  wsi,  którzy  najpierw  ulegają
zwyrodnieniu i stają się brutalami, a potem jeszcze są zupełnie bezbronni wobec tej swojej
brutalności,  ludzie,  którzy  ulegają  wszelkim  zwyrodnieniom,  którzy  muszą  ulec  wszelkim
zwyrodnieniom, ci ludzie są dzisiaj w przerażającej większości.

Istotnie, na wsi jest więcej brutali i zbrodniarzy niż w mieście. Brutalność, podobnie jak

bestialstwo,  to  na  wsi  fundament.  W  mieście  brutalność  jest  niczym  w  porównaniu  z
brutalnością na wsi, a bestialstwo w mieście niczym w porównaniu z bestialstwem na wsi.
Zbrodnie  w  mieście,  miejskie  zbrodnie,  są  niczym  w  porównaniu  ze  zbrodniami  na  wsi,
wiejskimi  zbrodniami.  Miejskie  zbrodnie  są  śmieszne  wobec  zbrodni  wiejskich.  Ten
oberżysta,  powiedział  ojciec,  to  urodzony  brutal  i  zbrodniarz.  Wszystko  na  i  w  tym
człowieku jest brutalne i zbrodnicze. Handlarzem bydła, którym jest, jest w każdej chwili i
we  wszystkich  sytuacjach  swojego  życia.  „Chociaż  teraz  płacze”,  powiedział  ojciec,  „to
przecież  płacze  z  powodu  bydlęcia.  Dla  oberżysty  żona  była  wyłącznie  bydlęciem”.
Pewnego  dnia  wyławia  ją  perwersyjnym  chwytem  ręki  z  nieprzebranego  stada
niezamężnych  kobiet  i  podporządkowuje  sobie.  Taka  gospoda,  jak  każda  rzeźnia,  handel
bydłem  czy  gospodarstwo  rolne  pod  Bundscheck,  to  brutalna  hodowla  kobiet.  Jeśli  się
dokładniej wsłuchać, można, kiedykolwiek i dokądkolwiek idzie się przez wieś, usłyszeć
w  różnych  domach,  jak  mężowie  biją  żony.  On,  powiedział  ojciec,  chodzi  dzień  w  dzień
nieomal  wyłącznie  do  obrzydliwych  ludzi;  wkraczając  do  tych  domów,  wkracza  w  sam
środek  brutalności,  w  bestialstwo,  ze  swoją  torbą  lekarską  porusza  się  w  gruncie  rzeczy
wyłącznie w świecie zbrodniarzy. Ludzie spod Gleinalpe, spod Koralpe, z dolin Kainach i
Gröbnitz  to  egzemplifikacje  Styrii  stworzonej  po  temu  od  milionów  i  tysięcy  lat  oraz
nastawionej na najbrutalniejsze ekscesy cielesne. Potem jednak przypomniał sobie poranną
wizytę u dziecka górnika z Hüllbergu i opisał, jak serdecznie go tam przyjęto, uspokajano
przez  kwadrans,  a  później  równie  serdecznie  pożegnano.  Ale  błędem  byłoby  myśleć,
stwierdził, że to, co powiedział o ludziach pokroju oberżysty, odnosi się jedynie do osób
zamożnych;  rodzice  tego  dziecka  i  ich  dziecko  to  wyjątek,  „biedacy  są  dwakroć  tak
brutalni,  podli  i  zbrodniczy,  właśnie  oni,  stosownie  do  swoich  możliwości,  w  jeszcze
straszliwszej mierze”, powiedział.

O nauczycielu, którego musiał odwiedzić jako pierwszego, nie mówił, jak mi się zdaje

dlatego, że skonał mu tak szybko, iż ojciec właściwie tego nie zauważył. Myślałem, że już

background image

zapomniał  o  nauczycielu,  kiedy  bowiem  jeszcze  raz  zaczął  mówić  o  dziecku  i  jego
oparzeniach, a także naśladować jego sposób mówienia, wrócił do oberżysty. Czeka na nas
w  szpitalu,  powiedział  ojciec,  musi  nas  odwieźć  tym  swoim  pikapem  do  Gradenbergu,  a
później do domu. Teraz jest już prawdopodobnie w prosektorium, dokąd ojciec chciał mu
towarzyszyć, o czym potem jednak całkiem zapomniał, a ja pomyślałem, że w prosektorium
oddają  teraz  oberżyście  ubrania  zmarłej  żony,  i  rzeczywiście,  z  węzełkiem  pod  pachą
czekał na nas już u wejścia do szpitala, po tym jak my, wyszedłszy od adwokata, poszliśmy
jeszcze na pocztę i do banku.

W drodze powrotnej do Gradenbergu ojciec wyliczył chorych, których musi odwiedzić

tego dnia, wymienił nazwiska Saurau, Ebenhöh, Fochler, Krainer.

Podczas  gdy  mnie  wyczerpały  już  same  przeżycia  spowodowane  śmiercią  żony

oberżysty,  po  ojcu  nie  było  widać  ani  śladu  zmęczenia.  Siedząc  we  dwóch  obok
prowadzącego auto oberżysty, który jechał tak spokojnie, jakby nie stało się nic strasznego,
wyobrażaliśmy  sobie  obaj,  każdy  dla  siebie,  chorych,  których  należało  odwiedzić,  a  gdy
oberżysta, przepraszając, zatrzymał się u pewnego rzeźnika za Krennhof, aby sfinalizować
jakiś interes, i zniknął na kilka minut, ojciec powiedział, że ten człowiek, którego zna od
jego  najmłodszych  lat,  dziesięć  lat  temu  jeszcze  młodzieniec,  a  dzisiaj  już  tylko
otłuszczający  się  coraz  bardziej  mężczyzna,  odpychający,  cierpiący  na  coraz  większą
ociężałość seksualną i poruszający się na dwóch nogach w kształcie litery „o”, wzbudza w
nim nienawiść. Nie mniej odpychająca wydawała mu się również podczas każdej wizyty w
Gradenbergu  jego  dopiero  co  zmarła  żona.  Bezdzietność  wśród  takich  ludzi  jak  oboje
oberżystów  z  Gradenbergu  sprawia,  że  ich  małżeństwa  coraz  bardziej  tracą  sens,  aż  w
końcu  przeradzają  się  w  najpodlejsze  perwersyjne  związki,  tak  że  jeśli  jakiś  oszalały
Größl nie rozłączy takich małżonków, pozostaje im w najnikczemniejszy sposób zmarnieć.

Na  ostatnim  odcinku  drogi  musieliśmy  nad  potokiem  Gradner  wyminąć  stado  bydła,  a

wtedy oberżysta powtórzył kilka razy, że ciągle nie może pojąć tego, co się stało. W ogóle
nie potrafi wyobrazić sobie rzeczywistości.

Po przyjeździe do Gradenbergu ujrzeliśmy wielu ludzi przed gospodą, do której całkiem

niedawno wkroczyła komisja sądowa. Gdy wysiadłem z pikapa, dostrzegłem wyzierającą
zewsząd gawiedź, w bliższej i w dalszej odległości.

Ojciec kazał mi poczekać przed gospodą, a sam szybko wszedł do środka rozmówić się

z  komisją,  która  zgromadziła  się  w  sali  jadalnej.  Gospodę  od  góry  do  dołu  wypełniali
mamroczący  coś  bez  przerwy  urzędnicy,  na  pierwszym  zaś  piętrze,  w  otwartym  oknie,  w
oknie  sypialni,  dostrzegłem,  spojrzawszy  w  górę,  głowy  dwóch  żandarmów.
Przechadzałem  się  tam  i  z  powrotem  przed  gospodą,  aż  wreszcie  ojciec  wyszedł  z
oberżystą,  który  odwiózł  nas  do  domu.  W  sali  jadalnej  znajdowali  się  oprócz  Koliga
wszyscy  górnicy  będący  świadkami  zabójstwa.  Była  sobota,  kopalnia  zamknięta.
Większość w ogóle nie mogła sobie przypomnieć tego zajścia, wszyscy składali sprzeczne
zeznania,  ale  dwóch  z  nich  widziało,  jak  Größl  uderzeniem  powalił  żonę  oberżysty  na
ziemię,  to  im  wystarczyło.  Tymczasem,  w  co  mój  ojciec  nie  mógł  uwierzyć,  Größl  nadal

background image

nie  został  schwytany,  prawdopodobnie  ukrywa  się  w  najbliższej  okolicy;  nikt  nie
podejrzewał  go  o  ucieczkę  w  siną  dal,  chociaż  ma  tyle  pieniędzy,  że  bez  problemów
mógłby  uciec  nawet  za  granicę.  W  domu  natychmiast  przesiedliśmy  się  do  swojego  auta.
„Pojedziemy do Stiwoll”, powiedział ojciec.

Droga  do  Graden  pod  Kainach  była,  również  ze  względu  na  Größla,  zamknięta,  ale

ponieważ nas znano, pozwolono nam przejechać. Taki przypadek, jak przypadek Größla, to
oczywiście  sensacja,  która  nagle  obiegła  całą  okolicę,  na  wszystkich  morderstwo
popełnione  na  żonie  oberżysty  wywarło  silne  wrażenie,  wiadomość  szybko  dotarła  do
posterunków żandarmerii, co zauważyliśmy szczególnie w Afling, gdzie zatrzymaliśmy się
u  mojego  wuja.  Ojciec  zabrał  ze  sobą  lekarstwa  dla  wujenki.  Weszliśmy  do  domu  i
zaczęliśmy nawoływać, zajrzeliśmy do pokojów na dole, potem do kuchni, stwierdziliśmy
jednak, że w otwartym domu nie ma żywego ducha. Ojciec położył lekarstwa na kredensie
w kuchni, napisał kartkę, po czym wyszliśmy.

Ojciec, jak powiedział, był z moją matką w Afling rok przed jej śmiercią na pogrzebie

jednego  z  kolegów  ze  studiów,  i  ona  wtedy  ciągle  mówiła  o  swojej  śmierci,  która  miała
niebawem  nastąpić.  Podczas  kiedy  on  nie  odkrył  jeszcze  u  niej  ani  jednej  oznaki
śmiertelnej  choroby,  ona  już  wówczas,  co  zrozumiał  dopiero  o  wiele  później,  była
przeniknięta tą swoją śmiertelną chorobą. Po powrocie z pogrzebu w Afling można było u
niej  stwierdzić  zmianę  całkiem  zagadkową  dla  niego  jako  lekarza  —  pogłębiającą  się
melancholię,  która  coraz  bardziej  rozpościerała  się  nad  nami  wszystkimi.  Ojciec  pamięta
każde  poszczególne  słowo  matki,  widzi  drogę,  którą  chadzali  przed  pogrzebem  i  po  nim,
była  to  ta  sama  pora  roku,  koniec  września,  wszystko,  co  miało  jakikolwiek  związek  z
pogrzebem  w  Afling,  widział  tak  dokładnie,  jak  jeszcze  nigdy.  Zwłaszcza  w  jasne  dni,
kiedy świat, gdziekolwiek spojrzeć, wydaje się przejrzysty niczym powietrze i tylko spokój
zdradza,  że  właściwie  mamy  do  czynienia  z  piękną  naturą,  smutek  osób  pozostałych  po
dawno już zmarłym człowieku jest dwakroć silniejszy.

Są  to  bowiem  ciągle  takie  same  kolory,  jak  oglądane  teraz  wzdłuż  potoku  Söding,

uwydatniające  się  przez  ostry  kąt  padania  słońca,  w  których  to  kolorach  już  dostrzegamy
dojrzałą jesień, i zawsze fascynuje nas powstały za sprawą intensywnej obserwacji pogląd
na odbicie natury w sobie samej.

To, co istotne w człowieku, uwidacznia się dopiero w chwili, kiedy musimy uznać go za

straconego dla siebie, w chwili, gdy ów człowiek już się z nami żegna. Naraz można go we
wszystkim,  co  w  nim  jest  wyłącznie  przygotowaniem  na  ostateczną  śmierć,  rozpoznać
poprzez jego prawdę.

W trakcie jazdy przez dolinę Söding ojciec mówił o mojej matce, która coraz bardziej i

bardziej zajmuje go w snach na jawie, nie w nocy, i regularnie przynosi mu na dłuższy czas
ukojenie,  potem  bowiem  on  odrywa  się  od  swojej  działalności  lekarskiej,  kierując
aktywność na zewnątrz, dzięki czemu jest zdolny do jasnego widzenia zdarzeń naturalnych.

Dopiero teraz ją rozumie, bo dawniej żyła obok niego wprawdzie przezeń kochana, ale

nigdy  nie  rozumiana.  Człowiek  jest  z  ukochaną  osobą  wreszcie  razem  wtedy,  gdy  ten,

background image

zmarłszy, jest w nim rzeczywiście.

Od  dnia  pogrzebu  w  Afling  matka  często  domagała  się,  żeby  zabierał  ją  ze  sobą  na

wizyty  do  chorych,  i  to  jej  życzenie  nie  wydaje  mu  się  już  dzisiaj  niepojęte.  Nie  miała
naturalnie  możliwości  studiowania  cierpień  i  mąk  na  świecie,  ale  przyglądać  się  im  nie
przestała  od  pogrzebu  w  Afling.  W  tym  czasie  rozmawiał  z  nią  często  o  nas,  dzieciach,
przede  wszystkim  o  trudności  polegającej  na  tym,  żeby  dobre  dla  nas  uczucia  rodziców
przerodziły się w dobre dla nas wychowanie przez rodziców. Często powtarzała ojcu, że
jesteśmy  dla  niej  w  większej  mierze  dziećmi  otaczającego  nas  krajobrazu  niż  dziećmi
swoich rodziców. Trwając przez całe życie w tym przekonaniu, odbierała nas, moją siostrę
jeszcze silniej niż mnie, jako stworzenia zrodzone z natury, wskutek czego zawsze byliśmy
jej  obcy.  On  sam,  powiedział  ojciec,  ponieważ  wszyscy  troje  po  jej  śmierci  staliśmy  się
całkiem bezradni, a moja siostra i ja, ona w wieku dwunastu, ja w wieku siedemnastu lat,
czyli  w  najniebezpieczniejszej  fazie  rozwoju,  on  zatem  natychmiast  po  śmierci  naszej
matki,  „a  prawdę  mówiąc,  już  podczas  pogrzebu”,  jak  wyznał  teraz,  gdy  zobaczyliśmy
przed sobą Stiwoll, pomyślał o ponownym ożenku; ale nasza matka w nim coraz bardziej i
bardziej spychała tę myśl w podświadomość.

Przyszedł mi na myśl list, który kilka dni temu napisałem do ojca i w którym starałem się

opisać  kiepskie  relacje  między  nami  trojgiem,  między  nim  a  mną,  między  nim  a  moją
siostrą  i  między  mną  a  moją  siostrą.  Napisałem  do  niego,  łudząc  się,  że  otrzymam
odpowiedź, ale jakże wyraźnie zobaczyłem teraz, że nigdy takiej odpowiedzi nie otrzymam.

Mój ojciec nigdy nie zdoła odpowiedzieć na zadane przeze mnie w liście pytania.
Nasze relacje są niezwykle trudne, ba, pogmatwane, a relacje między nim a moją siostrą

i między mną a moją siostrą są najtrudniejsze, najbardziej pogmatwane.

Poczynione  w  ostatnich  latach  obserwacje  dotyczące  naszych  relacji  starałem  się

scharakteryzować  w  liście  w  najbardziej  niepozornych,  ale,  jak  mi  się  zdaje,  absolutnie
najważniejszych  szczegółach.  Przy  tym,  zachowując  największą  oględność,  pilnowałem
się,  żeby  nie  zranić  ojca.  Nie  zranić  nikogo.  Na  podstawie  długoletnich  obserwacji  nie
było  trudno  naszkicować  obraz  naszej  rodziny,  który  można  nazwać  obrazem  jednakowo
prawdziwym ze wszech stron. Mój list był bardzo spokojny w tonie, nie pozwoliłem sobie
w  nim  na  żadne,  nawet  najmniejsze  wzburzenie,  chociaż  nie  brakowało  tam  momentów
kluczowych,  do  których  zmierzałem,  takich  momentów  kluczowych,  w  formie
bezpośrednich lub pośrednich pytań, jak na przykład, kto ponosi winę za całkiem niedawną
próbę samobójczą mojej siostry albo za przedwczesną śmierć matki. Od dawna nosiłem się
z  zamiarem  napisania  tego  listu  i  zasiadałem  do  niego  wciąż  od  nowa,  ale  zawsze  już  na
samym początku ogarniały mnie wątpliwości co do sensu tej czynności. Napisanie takiego
listu było dla mnie ciągle niemożliwe. Za każdym razem natychmiast uświadamiałem sobie
bolesność  wypowiedzenia  w  liście  tego,  o  czym  się  przez  całe  lata  wyłącznie  myślało,
przyobleczenia  przypuszczeń  w  słowa.  Mój  zamiar  udaremniała  również  obawa,  że  może
będę musiał przywołać w tym liście dawno zapomniane przykłady, niezbędne, by dowieść
własnego  poglądu  na  naszą  rodzinę.  Musiałbym  bowiem  zachować  się  szczerze,  czyli

background image

bezwzględnie,  a  jednak  zważając  na  wszystkich,  których  by  taki  list  dotyczył,  i  to  przez
długi czas uniemożliwiało jego powstanie.

Jednakże  w  ubiegły  poniedziałek  napisanie  tego  listu  przyszło  mi  naraz  z  łatwością,  za

jednym  zamachem;  nie  przekraczając  ośmiu  stron,  wszcząłem  śledztwo,  które  osiągnęło
apogeum  w  pytaniach  o  ewentualność  wyjaśnienia  nam  naszej  sytuacji  i  poprawy
wzajemnych stosunków. Na koniec wiele razy przestudiowałem dokładnie ten list, ale nie
znalazłem  w  nim  niczego,  co  mogłoby  odwieść  mnie  od  jego  wysłania.  Ojciec  powinien
był otrzymać go już we wtorek rano. Do tej pory jednak nie zająknął się o nim ani słowem,
chociaż byłaby już po temu najwyższa pora i chociaż wszystko w nim świadczyło o tym, że
nie tylko otrzymał list o czasie, ale także przeczytał go z największą uwagą, przestudiował i
wcale o nim nie zapomniał.

Ojca  znano  świetnie  również  w  Stiwoll,  co  dostrzegłem  od  razu,  gdyśmy  tam  tylko

wjechali.

Dobra  pamięć  umożliwiała  mu  zwracanie  się  do  wszystkich  po  nazwisku.  Znał  też

świetnie sytuację życiową każdego mieszkańca z osobna.

Kiedy  czuł,  że  nie  mam  jasności  co  do  kogoś,  z  kim  się  wita  lub  zamienia  kilka  słów,

charakteryzował mi go pokrótce.

Szybko  przeszliśmy  przez  miejscowość,  udając  się  do  niejakiego  Blocha,  właściciela

biura  nieruchomości.  Ten  człowiek  mu  się  podoba.  Ożeniony  z  kobietą  podobnie  jak  on
sam  pięćdziesięcioletnią,  Bloch  żyje  dobrowolnie  wśród  tępej  społeczności  górskiej,  z
natury wrogo nastawionej do zadowolenia, jakie on czerpie z prowadzonych interesów.

W Stiwoll, powiedział ojciec, też jest lekarz, ale Bloch uwolnił go od wiecznej hańby,

jaką przez wiele lat był okryty, lecząc Żyda Blocha, i pewnego dnia poprosił o konsultację
mojego ojca. Również ojciec Blocha mieszkał dawniej w Stiwoll.

Między  Blochem  a  moim  ojcem  rozwinęła  się,  ponad  Knobelbergiem  i  Kaintalerhöhe,

dobrze ponad dwadzieścia pięć kilometrów, przyjaźń, która, jak wyraził się ojciec, „ma w
sobie swoją filozofię”. Bloch mieszka w tym samym domu, w którym mieszkał jego ojciec,
dawno temu zamordowany przez Niemców.

Natychmiast  spostrzegłem,  że  Bloch  zamieszkuje  jeden  z  najpiękniejszych  domów  w

Stiwoll, na przedłużeniu głównego placu, po prawej stronie, toteż, zwłaszcza że spodobała
mi się sama fasada, właśnie dlatego że taka zaniedbana, zgodnie z rzeczywistym wiekiem
szara  i  zniszczona  jeszcze  od  czasu  ostatniej  wojny,  natychmiast  w  chwili  wejścia  do
środka,  pod  świeżo  pobielone  wapnem  sklepienie,  nabrałem  przekonania,  że  Bloch  ma
dobry gust. Ojciec powiedział, że przychodzi tutaj co najmniej raz w tygodniu na dłuższą
rozmowę, na prelekcję wygłaszaną na zmianę to przez Blocha, to znów przez niego, tutaj,
co wobec stosunków niewątpliwie panujących w Stiwoll wydaje się niemożliwe, dokonują
obaj  „autopsji  na  ciele  natury”,  jak  również  „na  ciele  świata  i  jego  dziejów”,  tutaj
uprawiają „porównawcze nauki polityczne, stosowaną historię natury, historię literatury”,
tutaj  też  są  „bezwzględni  wobec  społeczeństwa  i  równie  bezwzględni  wobec  państwa”.
Ogólnie rzecz biorąc, w domu Blocha panuje jednak polityka, a co się tyczy ludzi, to jest o

background image

nich  mowa  raczej  w  odniesieniu  do  ich  substancji  politycznej  aniżeli  prywatnej.  W
położonej nad sienią bibliotece człowiek dokonuje ufundowanego na najwyższym wysiłku
umysłowym  oglądu  świata  i  nie  ulega  żadnym  złudzeniom.  Sztuki  są  przeważnie
zaniedbywane, ale czasem, z sympatii do żony Blocha, obaj otwierają się również na nie.

Siedząc  w  biurze,  oddzielonym  od  przedpokoju  po  prawej  ręce  tylko  szklaną  ścianą,

Bloch, najwyraźniej podekscytowany, dyktował sekretarce, jak później wspomniał, pismo
skierowane  do  znanego  mi  geometry  Rosenstingla  z  Voitsbergu.  Ojciec  zastukał  w  okno
biura i Bloch wyszedł na zewnątrz. Po uprzejmym powitaniu natychmiast zaprowadził nas
na pierwsze piętro, do biblioteki. W rzeczy samej, jeszcze nigdy nie widziałem na wsi tylu
książek  na  jednej  stercie,  co  w  bibliotece  Blocha,  i  to,  jak  stwierdziłem,  samych
znajdujących się w ciągłym użyciu, bez najmniejszej tak zwanej wartości bibliofilskiej, w
czym  mieszkańcy  krajów  niemieckojęzycznych  doprawdy  dziwnie  się  lubują,  ba,  są  na
zabój  zadurzeni  —  jeśli  pominę  tu  łacińskie  wydanie  dziejów  świata  autorstwa
norymberskiego  lekarza  Schedla,  której  to  księgi  jest  na  całym  świecie  zaledwie  kilka
egzemplarzy.

Bloch  zapytał,  co  sprowadza  mojego  ojca  o  tak  niezwykłej  porze  do  Stiwoll,  na  co

ojciec odpowiedział, że ponieważ już się z tym uporał, chce mu oddać Prolegomena Kanta
i dysertację Marksa; wyjął obie książki z torby lekarskiej i położył je przed nami na stole.
Chciałby teraz pożyczyć wszystkie wykłady Nietzschego O przyszłości naszych instytucji
edukujących  i  francuskie  wydanie  Myśli  Pascala,  jak  również  Mistyfikację  Diderota.  W
następnej kolejności musi udać się do niejakiej Ebenhöh na Piberweg, powiedział. Bloch
jej  nie  znał.  Nie  mając  nic  innego  w  domu,  nalał  nam  dwa  kieliszki  białego  wina  marki
Klöscher. Nad ranem Bloch znów cierpi na te swoje „okropne” bóle głowy, znikają jednak,
kiedy  coraz  intensywniej  zaczyna  zajmować  się  korespondencją  handlową.  Bierze  już
coraz  więcej  środków  przeciwbólowych,  które  mój  ojciec  przepisuje  mu  co  tydzień.  Od
czterech  lub  pięciu  dni  w  ogóle  nie  śpi.  Ojciec  przestrzegł  go  przed  zażywaniem  zbyt
dużych ilości tego medykamentu, szkodliwego przede wszystkim dla nerek.

Niedawno,  powiedział  Bloch,  udało  mu  się  kupić  większy  kawałek  ziemi  w  pobliżu

Semriach. „Trwało to dwa lata”, powiedział. Osiem dni temu była to jeszcze działka rolna,
teraz zaś dzięki jego zręczności jest już budowlana, tak że zamierza podzielić ją na ponad
sto  parcel;  w  ten  sposób  będzie  można  się  tego  wszystkiego  szybko  pozbyć  z  zyskiem.
„Trzeba  tylko  umieć  wyczekać  chwili,  gdy  wróg  straci  głowę”,  powiedział.  Jest  to  jego
największy interes w tym roku, uznał Bloch. Teraz potrzebuje lepszego środka nasennego.
Ojciec mu go przepisał. Bloch powiedział: Naturalnie nie jestem lubiany, po czym ojciec
wstał i umówili się na przyszłą środę. Od dwóch lat spotyka się z Blochem co środę. Do
chorej Ebenhöh poszliśmy pieszo.

Bloch  opanował  sztukę  ustawiania  życia  jako  łatwego  do  przejrzenia  w  swych

najważniejszych  funkcjach  mechanizmu  na  tryb  szybszy  lub  wolniejszy,  jednak  ciągle
użyteczny, czyli znośny, w zależności od osobistych potrzeb, i ciągle stara się w tę sztukę,
sprawiającą  mu  przyjemność,  wtajemniczyć  swoją  rodzinę.  W  gruncie  rzeczy  Bloch  jest

background image

jedynym człowiekiem, z którym ojciec może rozmawiać tak, że nigdy nie jest to przykre, a
także  jedynym,  któremu  bezgranicznie  ufa.  Bloch  stał  się  jego  przyjacielem  nad
przyjaciółmi,  innymi,  utraconymi  przyjaciółmi,  rozsianymi  po  całym  tym  udającym
inteligentny  kraju,  skazanymi  na  głębokie,  słabo  nasłonecznione  doliny,  małe  miasteczka,
otępiałe  rynki  i  wsie,  przyjaciółmi  już  od  dawna  przystosowującymi  się  do  swoich
monotonnych doktorskich losów w sposób dla niego całymi latami, jeszcze po ukończeniu
studiów  bolesny,  a  teraz  już  tylko  odpychający.  Szczytem  osiągnięć  wszystkich  tych  ludzi
stał  się  moment  ukończenia  nie  najlepszych  studiów  w  szkołach  wyższych,  powiedział;
wypuszczeni  w  katastrofalnie  prostoduszny  wobec  nich  świat,  zostali  wchłonięci  przez
najokrutniejsze  w  swym  otępieniu  życie  rodzinne  i  zawodowe,  niezależnie  od  tego,  czy
zaczęli  pracować  jako  lekarze  kliniczni,  czy  też  pootwierali  własne  praktyki.
Beznadziejność, z jaką koledzy mojego ojca ze studiów marnieją wszędzie, niezależnie od
tego,  dokąd  incydentalnie  wysyła  całkiem  pozbawione  treści  listy,  jest  dla  niego
wstrząsająca. Dożywotni dyletanci, pożenili się o wiele za wcześnie lub o wiele za późno,
a  teraz  unicestwia  ich  postępująca  bezideowość,  coraz  większy  brak  wyobraźni,
bezsilność, a wreszcie małżonki.

Ojciec  spotkał  Blocha  akurat  w  chwili,  gdy  nie  miał  już  przyjaciół,  tylko

korespondentów związanych z nim wspólną młodością i prostodusznością wobec świata.

Czasem widuje któregoś z tych, którzy roztopili się w hierarchii ordynarno-seksualnej i

sentymentalnie  mówią  o  wspólnocie,  ale  widuje  ich  tylko  przez  przypadek,  na  stacjach
kolejowych, na kongresach, i robi mu się niedobrze, musi brać się w garść, aby nie stracić
panowania nad sobą. Na uniwersytecie, mówi ojciec, podczas obowiązkowych semestrów
spędzanych  w  klinice  rozmawiali  ze  sobą  o  badaniach,  działaniach  podejmowanych  na
rzecz bardzo chorej ludzkości, o odkryciach, największych wysiłkach własnych umysłów, o
skierowanym  przeciw  samym  sobie,  ze  względu  na  nauki  medyczne  i  godną  politowania
ludzkość,  bezwzględnym  radykalizmie  umysłowym,  ale  to,  co  pozostało,  to  dobrze  ubrani
podróżni  uprawiający  leczniczy  szwindel,  którzy  gdy  się  widzą,  szybko  mówią  sobie
„dzień dobry”, opowiadają o udręce z żonami i dziećmi, o budowaniu domów, o opętaniu
automobilizmem. W Blochu natomiast ojciec widzi ciągle kogoś, kto nie traci panowania
nad sobą  z  powodu  zasadniczej  pychy  historii,  z  roku  na  rok  nabierającej  przyśpieszenia
co najmniej po stokroć lub po tysiąckroć.

Ze Stiwoll, centrum groteskowego już jednak antysemityzmu, z otoczenia mających go w

pogardzie,  podłych  górali,  robiących  z  nim  drobne  interesy,  z  którymi  to  góralami  i  on  je
robi,  Bloch  ze  stworzonego  niejako  samemu  sobie  dziesięć  lat  temu  „straszliwego
prywatnego piekła pod Gleinalpe” ma lepszy ogląd świata niż ze sławniejszych ośrodków.
Ma wielu kręcących nad nim głowami przyjaciół, mniej krewnych, w nieomal wszystkich
landach, i twierdzi od czasu do czasu, że tutaj w Stiwoll uprawia niekończące się studia na
rzecz swojego narodu.

Ojciec  powiedział,  że  cieszy  się  na  myśl  o  lekturze  Mistyfikacji  Diderota,  tego

niewielkiego, późno odkrytego dziełka, które polecił mu Bloch. Coraz bardziej zwraca się

background image

obecnie  ku  francuskim  pisarzom,  a  coraz  bardziej  odwraca  od  niemieckich.  W  gruncie
rzeczy  jednak  nigdy  nie  czuł  prawdziwej  potrzeby  poznawania  literatury  nienaukowej,
poetyckiej, i ta cecha najwyraźniej się w nim nasila. Na tak zwaną Literaturę Piękną jest w
stopniu,  w  jakim  potrafi  jasno  i  logicznie  myśleć,  coraz  mniej  otwarty  i  widzi  w  niej
zawsze  okropne,  ba,  na  szeroką  skalę  komiczne  fałszowanie  natury.  Pisarze  kalają  naturę
swoimi  książkami,  mniej  lub  bardziej  dyletanckimi,  „przyjmowanymi  mniej  lub  bardziej
entuzjastycznie”, literaturą pozostającą mniej lub bardziej całkowicie w centrum lub w tle
aktualnych wydarzeń.

W  tak  krótkim  czasie,  który  spędziliśmy  w  domu  Blocha,  powiedział  ojciec,  na  pewno

nie  zauważyłem,  że  poza  całkiem  nadzwyczajną  nie  ma  w  bibliotece  Blocha  literatury
rozrywkowej.  On  odczuwa  potrzebę  odwiedzania  Blocha  w  Stiwoll  częściej  niż  raz  w
tygodniu, wie jednak dobrze, że nie powinien bez skrupułów nadużywać tego związku.

Zauważyłem,  z  jakim  niedającym  się  w  innych  sytuacjach  stwierdzić  zadowoleniem

ojciec czuje się przywiązany do właściciela biura nieruchomości Blocha i że w tym swoim
przywiązaniu, być może wcale nie do końca dostrzeganym przez Blocha, posuwa się zbyt
daleko. Ale zobaczyłem też naraz, jaki jest samotny i w jak niewielkim stopniu otwiera się
przed nami, swoimi dziećmi.

Prawie nigdy nie ma go w domu, pomyślałem, moja siostra jest ciągle sama i on też jest

zawsze sam.

Prawdę  mówiąc,  ojciec  spotyka  się  z  coraz  większą  liczbą  ludzi  po  to,  aby  mógł  być

coraz bardziej sam.

Ale  zauważył  już,  że  zacząłem  się  zastanawiać  nad  tą  jego  prawie  całkowitą  izolacją;

nienawidził  obserwacji,  z  których  miałoby  wynikać  współczucie,  powiedział  więc:
„Przesadzam.  To  wszystko  wygląda  całkiem  inaczej.  Zawsze  wszystko  wygląda  całkiem
inaczej. Nie istnieje możliwość wzajemnego porozumienia”.

Weszliśmy  do  Ebenhöh  przez  otwarty  sad,  w  którym,  jak  natychmiast  spostrzegłem,

leżały  spadłe  z  drzew  jabłka  i  gruszki.  Nieregularności  w  ogrodzie  były  podejrzane,
świadczyły  o  ludziach  zachwianych  w  swym  rytmie,  spokój  w  ogrodzie  wydawał  się
gorączkowy,  chory.  Wszystkie  okna  w  tym  parterowym  domu  były  otwarte,  panowała
duchota, za jednym z tych okien leży Ebenhöh, pomyślałem.

Wyobraziłem  sobie,  jak  czujnie  leży,  nasłuchuje  kroków  w  ogrodzie,  i  jak  po  tych

krokach  poznaje,  kto  nadchodzi.  Dokładnie  tak  samo,  jak  było  w  rzeczywistości,  tylko
jeszcze  bardziej  ponuro,  wyobrażałem  sobie  pokój  chorej  Ebenhöh.  Wszędzie  leżała  jej
bielizna,  wydzielająca  woń  śmiertelnej  choroby,  której  kobieta  już  się  poddała,  nie
stawiając oporu.

Z  dużego,  obitego  szarozielonym  aksamitem  fotela,  jak  zauważyłem,  całkiem  niedawno

wstał  ktoś,  kto  czytał  chorej  książkę,  a  teraz  prawdopodobnie  poszedł  po  coś  do  wsi.
Sąsiadka? Krewna?

Do  tych  domów,  zamieszkanych  przez  stare,  samotne  kobiety,  które  opuszczone  przez

potomstwo wycofują się, przejawiając minimum aktywności życiowej, wchodziłem zawsze

background image

z uczuciem, że za chwilę się uduszę. W wazonie o długiej szyjce stały kwiaty na oknie, w
klatce siedział kanarek, zachłanny, bezwzględny.

Tu się już nie chowa bielizny, nie ukrywa się cierpienia, powonienie się stępiło, nie ma

powodu zatajać ułomności, z którymi człowiek zostaje sam na sam.

Ojciec  wszedł  przez  otwarte  drzwi  do  pokoju,  obudził  śpiącą,  powodując  uderzeniem

stetoskopu o ptasią klatkę odgłos, który przerażonego ptaka rzucił w jej róg.

Uśmiechy  budzących  się  ze  snu  kobiet,  które  wiedzą,  że  są  spisane  na  straty,  a  muszą

stwierdzić,  że  nadal  przebywają  na  tym  pełnym  udręk  świecie,  są  wyrazem  przerażenia,
niczym więcej.

Następuje  wymiana  kłamstw.  Ojciec  mówi  o  spóźnionym  lecie,  które  rozpościera  się

wreszcie  nad  całą  krainą,  o  wszechobecnych  kolorach.  Dzisiaj,  po  długim  czasie,  zabrał
wreszcie ze sobą mnie, swojego syna.

Podchodzę  do  kobiety,  wkraczam  w  mrok,  a  później  wracam  do  fotela.  Odkładam

książkę i siadam. Księżniczka Cleve, myślę, Księżniczka Cleve w Stiwoll, kartkuję książkę
i myślę: jaką kobietą jest leżąca w łóżku przede mną? Kim był jej mąż?

Na  wszystkich  ścianach  dostrzegam  teraz  duże  zdjęcia  brodatego  mężczyzny,  profesora

szkoły średniej, wszędzie ta sama, wyrastająca z olbrzymiej brody twarz profesora szkoły
średniej.

Ojciec mówi: „Pani profesorowo”, i opowiada jej o zmianie pogody i o wyczerpanych

ludziach, którzy z tej zmiany, jako że przyszła za późno, nie zdążą już skorzystać.

Opowiada o wspólnych znajomych w Gratwein, w Übelbach, Linzu i Ligist. Jest mowa o

dyrektorze  poczty  w  Feistritz,  o  żonie  właściciela  wiatraka  z  Wolfsbergu.  O  okropnym
zderzeniu samochodów na Packstraße.

Ebenhöh  mówi,  że  przestała  już  odczuwać  bóle,  mówi  też  o  pochodzącej  z  Unzmarkt

żonie nauczyciela, która grywa dla niej na organach w kościele.

Codziennie przychodzą w odwiedziny jej uczniowie.
Wskazała na prezenty leżące pośrodku stołu.
Odwiedza ją duchowny; sąsiadka („jest we wsi!”) czyta jej teraz książki, których lektury

zabraniała sobie za życia męża. Często myśli o Oberwölz, gdzie jej siostrę, chorą jak ona,
umieszczono  w  domu  starców.  „Obłożnie  chorą”.  Ona,  Ebenhöh,  zawsze  wzdragała  się
przed  pójściem  do  domu  starców,  a  gdy  jej  syn  zaczyna  mówić,  że  w  domu  starców  w
Stiwoll  miałaby  lepszą  opiekę  niż  w  domu,  nachodzą  ją  wątpliwości  co  do  dobroci
własnych  dzieci.  Wnukowie  odwiedzają  ją  zawsze  w  tych  samych  brudnych  odświętnych
ubrankach i bawią się w jej pokoju starymi gazetami.

Jej  męża,  powiedziała,  zaproponowano  w  1948  roku  na  stanowisko  w  socjalistycznej

radzie  narodowej,  ale  zginął  w  wypadku,  o  czym  mój  ojciec  wie,  jeszcze  przed
ostatecznym ustaleniem list wyborczych.

Pamięta, że trumnę ze zmarłym nieśli czterej koledzy szkolni jej męża. „Wszyscy czterej

już nie żyją”, powiedziała, i: „umarli dość szybko jeden po drugim”.

O ile jeszcze dwa miesiące temu, gdy wróciła ze szpitala do Stiwoll, walka o sen była

background image

dla niej wszystkim, to teraz walczy o możliwość czuwania. W ogrodzie nic się nie dzieje.
Nie mogła nie poskarżyć się na sąsiadkę: „Często nie pokazuje się całymi godzinami”.

Ojciec przyłożył Ebenhöh słuchawkę do zasłoniętej koszulą piersi i wytężył słuch. Potem

wypisał  receptę.  Zauważyłem,  że  zadaje  sobie  trud  przedłużania  tej  wizyty,  chociaż  już
dawno pragnął stamtąd wyjść.

Bez muzyki, której od tak dawna nie może uprawiać, a tylko ją sobie wyobraża („nadal

ją słyszę!”), jej życie jest już nic niewarte. Ciało wydaje się od dawna obumarłe, a kiedy
sama przegląda się w lustrze, popada w „straszliwy stan”.

Siostrę,  która  wraz  z  sześcioma  rówieśnicami  leży  w  domu  starców  w  Oberwölz,

chciała zawsze odwiedzić, kiedy jeszcze nie myślała o własnej chorobie, a teraz już nigdy
się nie zobaczą.

Ubiegłej nocy stała pod wodospadem w Krimm, co było jednym z jej najwcześniejszych

przeżyć z dzieciństwa, i raz po raz wzywała matkę.

Nagle się roześmiała.
Męża poślubiła, powiedziała, w ogóle go nie znając.
Trzy tygodnie po tym, jak spotkała go po raz pierwszy podczas procesji w Boże Ciało w

Köflach, w roku 1919 — ona pochodzi z Knittelfeld i jako córka brygadzisty robotników
tartacznych wychowywała się poza Knittelfeld na wzniesieniu nad Landschach — jej mąż
—  widzieli  się  wtedy  po  raz  drugi  —  przyszedł  po  nią,  wracając  ze  Stiwoll,  na  dzień
przed weselem w Stiwoll.

Na komodzie stało gipsowe popiersie Franciszka Schuberta, którego głowa rozpękła się

kiedyś u podstawy i została potem sklejona. Nuty leżały na stosie pod popiersiem.

W  młodości,  powiedziała  Ebenhöh,  tańczyła,  a  w  wieku  siedemnastu  lat  przepłynęła

wzdłuż  Mondsee  w  Górnej  Austrii.  Długo  dzieliła  z  mężem  zamiłowanie  do  studiowania
atlasów.  Raz  była  w  Rzymie  i  raz  w  Paryżu.  Oboje,  mąż  i  ona,  oszczędni  w  wydawaniu
pieniędzy, bardzo szybko dorobili się własnego domu w Stiwoll, a odziedziczony spadek
pozwolił im tuż po pierwszej wojnie światowej spłacić wszystkie długi. Przez piętnaście
lat,  powiedziała,  miała  brata  w  zakładzie  karnym  w  Stein,  „zbrodniarza  za  brata,  brata
zbrodniarza”, któremu, za plecami męża, raz w miesiącu posyłała listy, pieniądze i paczki.
Zatajała  zbrodnię  brata,  ale  mój  ojciec  wie,  że  brat  Ebenhöh  zabił  swoją  narzeczoną.
Ledwie wypuszczono go z więzienia, przyjechał do Stiwoll i zamieszkał w domu siostry.
Urządziła  mu  mansardę,  w  której  zamknął  się  od  pierwszej  godziny  i  ani  razu  z  niej  nie
wyszedł.  Trzy  dni  po  zwolnieniu  ze  Stein  znalazła  go  powieszonego  na  ramie  okiennej.
Jego  pogrzeb  był  czymś  niezwykle  smutnym,  w  ogóle  nie  miała  siły  na  niego  pójść.  Mąż
przez  całe  życie  wyrzucał  jej,  że  przyjęła  brata  do  domu.  Przez  jego  samobójstwo  ich
własny  dom  stał  się  naraz  dla  profesora  niesamowity.  Ebenhöh  miała  zdjęcie  brata,
zrobione  tego  dnia,  gdy  zamordował  narzeczoną,  którą  pod  Fronleiten  wrzucił  do  rzeki
Mur.  Poprosiła,  żebym  podał  jej  leżącą  na  stole  kopertę,  wstałem  i  podałem  chorej
kopertę, w której miała tę fotografię. „Piękny mężczyzna”, powiedziała. Ebenhöh podczas
całej  naszej  wizyty  trzymała  to  zdjęcie  w  ręce  i  wpatrując  się  w  kołdrę,  opisywała

background image

spędzone z bratem dziecięce lata w Knittelfeld.

Dla niej nigdy, ani przez chwilę, nie był złym człowiekiem.
Ojciec  miał  chyba  wrażenie,  że  widzi  Ebenhöh  po  raz  ostatni,  w  przeciwnym  bowiem

razie byłby zapewne wstał i wyszedł.

Ona teraz, kiedy zamknie oczy, widzi wszystko o wiele wyraźniej niż kiedykolwiek.
Zastanawia się, komu zapisać stroje, które, wszystkie w dobrym stanie, wiszą w szafie.
Dom już od dawna należy do jej syna, o czym on jednak nie ma pojęcia.
Ebenhöh nie może powiedzieć, że syn się o nią nie troszczy, ale jego gotowość niesienia

jej pomocy nie wykracza poza to, do czego jest zobowiązany. Synowa czuła do niej coraz
głębszą nienawiść, która z odruchowej niechęci w czasie pierwszego spotkania przerodziła
się  z  latami  w  straszliwą.  Syn  przez  tę  swoją  nienawidzącą  jej  żonę  nie  śmie  już  nawet
kochać własnej matki. Jest „załamana” coraz podlejszymi wymysłami synowej. Bez męża
została  po  jego  śmierci  w  gruncie  rzeczy  skazana  na  podłą  samowolę  syna  i  synowej.
Synowa  bezwzględnie  wepchnęła  ją  w  mrok  beznadziejnej  samotności,  a  syn  się  temu
przyglądał. Zbyt wcześnie, niedojrzały, potraktował małżeństwo z tą pochodzącą z Köflach
dziewczyną  jako  ucieczkę  przed  rodzicami  i  momentalnie  zmarniał  w  tym  małżeństwie.
Będąc  pomocnikiem  garbarza  w  Krottendorf,  jej  syn  pracuje  nawet  w  niedziele.  Kiedy
przychodzi w odwiedziny, jego odzież wydziela straszliwy odór ścierwa, luk samo ubrania
jego  żony,  a  także  ubrania  wnucząt.  Cały  dom,  gdy  tu  są,  jest  przepełniony  smrodem
ścierwa,  więc  ona,  powiedziała,  gdy  wszyscy  już  sobie  pójdą,  całymi  godzinami  musi
zostawiać  otwarte  okna,  aby  to  wytrzymać.  Jednak  sami  cuchnący  nie  zauważają  już  tego
ohydnego zapachu.

Jej syn jest „olbrzymi”, ma niezwykle długie ręce i „prostackie” dłonie, ale dawniej był

zawsze  dobroduszny.  Ojca  już  dawno  unieszczęśliwił,  gdy  tylko,  kiedy  zaczął  mówić,
okazało się, że na zawsze pozostanie umysłowo upośledzony. Prawdą jest, że jego ojciec w
swojej  własnej,  prowadzonej  przez  siebie  szkole  podstawowej  dwukrotnie  nie  mógł  go
przepuścić do następnej klasy. Nie było w ogóle co myśleć o posłaniu syna do gimnazjum.
Mąż  Ebenhöh  popadał  w  coraz  straszliwsze  „zdeprymowanie”;  dręczony  wątpliwościami
wychowawczymi,  nie  mógł  znaleźć  ukojenia,  a  co  dopiero  zadowolenia.  Wizyta  u
psychiatry w Grazu nic nie pomogła, kosztowała tylko dużo pieniędzy. Zawsze jednak mieli
nadzieję, że ta smutna sytuacja, paraliżująca życie ich obojga, kiedyś się odmieni. Ale na
próżno  czekali  na  poprawę  stanu  zdrowia  syna.  Gdyby  jej  mąż  nie  spadł  z  Koralpe,
prawdopodobnie  zmarniałby  „żmudnie  i  nędznie”  przez  umysłowo  ograniczonego  syna,
powiedziała  Ebenhöh.  Jej  syn  nagle,  jak  zwierzę,  które  po  długim  czasie  bezruchu  zrywa
się w jednej chwili, „pognał na dół” do córki jarmarcznego kramarza z Köflach. I musiał
się z nią ożenić, bo od razu zrobił jej dziecko.

Na  początku  rodzina  żony  zabierała  go  na  jarmarki  w  Styrii,  Dolnej  Austrii  i

Burgenlandzie,  potem  jednak,  ponieważ  ten  „układ”  przestał  im  odpowiadać,  żona
załatwiła mu zatrudnienie w garbarni skór w Krottendorf.

Ebenhöh  często  wyobrażała  sobie  syna,  jak  z  nagim  torsem,  w  parującej  hali  garbarni,

background image

otępiale  miesza  drewnianą  pałką  w  kadziach,  miesza  godzina  za  godziną,  gdy  tymczasem
jego  żona,  „nieumyta  i  nieubrana”,  w  „zatłuszczonym  szlafroku”,  czyta  w  kuchni  kolejne
odcinki powieści zamieszczane w „Erzähler”. Ona, Ebenhöh, wyobraża sobie dom wnucząt
jako coraz brudniejszy i coraz bardziej cuchnący. Pozostaje dla niej teraz, prawdę mówiąc,
unicestwiającą ją zagadką, jak ze związku z pochodzącym z tak dobrej rodziny mężczyzną
mogła  urodzić  syna,  który  coraz  bardziej  i  bardziej  wydaje  się  jej  zwierzęciem.  Sięga
możliwie  najdalej  pamięcią  i  w  obydwu  rodzinach,  we  własnej  i  męża,  widzi  samych
„niezwykle  wrażliwych,  porządnych  ludzi”,  wśród  których  jej  syn  wydaje  się  „jakimś
potworem”. Brat, morderca, był również z rodzaju tych wrażliwych, porządny, inteligentny,
chłonny,  jeśli  chodzi  o  potrzeby  duchowe,  i  prawdę  mówiąc,  w  przeciwieństwie  do  jej
własnego syna, nigdy nie wydawał się jej niesamowity. Prawda, że syn jeszcze nigdy nie
popadł  w  konflikt  z  prawem.  Przed  popełnieniem  jakiegokolwiek  występku  chroni  go  do
tej  pory  jego  poczciwość.  Ale  Ebenhöh  coraz  częściej  widzi,  jak  w  synu  zanika
dobroduszność, aby ustąpić miejsca zimnej krwi, czego ona się tak obawia. Przychodzą ci
najbliżsi krewni, już w ogrodzie mówiąc zawsze ordynarnie jedno przez drugie, co do niej,
osoby o wyszkolonym słuchu, dociera przez otwarte okno, gdy leży w łóżku, i wydaje się
jej, że z podłą niegodziwością zmawiają się przeciw niej, od czasu do czasu przerzucają
się  bowiem  słowem  „babka”,  wchodzą  więc  do  przedsionka,  a  potem  do  jej  pokoju.
Zostawiają dzieci, pozwalając im łazić po podłodze, a sami siadają obok niej na łóżku, jej
zaś wydaje się, że za chwilę się udusi. Oskarżają się wzajemnie w jej obecności, synowa
nazywa  jej  syna  tępym  „wyrobnikiem”,  on  ją  „ciućmą”.  Kiedy  już  zmęczą  się
wykrzykiwaniem  zarzutów,  czekają  na  chwilę,  żeby  sobie  pójść,  przodem  znowu  dzieci,
mówiąc ordynarnie jedno przez drugie, zostawiając za sobą smród ścierwa.

Ebenhöh  myśli,  tak  powiedziała,  że  syn  po  jej  śmierci  sprzeda  dom  i  w  niezwykle

krótkim  czasie  przetraci  uzyskane  w  ten  sposób  pieniądze.  Z  pewnością  nie  będzie  mógł
zostać w Stiwoll, powiedziała. Wizja, że jej meble znajdą się we władzy i dyspozycji syna
i synowej, przyprawia ją o mdłości, takie cenne rzeczy, jak na przykład jej pianino, leżące
na  szafie  skrzypce  męża,  teczki  z  nutami,  książki  wydane  na  pastwę  spadkobierców.  Nie
musi  tam  jechać,  żeby  wiedzieć,  w  jakiej  nędzy,  w  stanie  jakiego  zapuszczenia  żyje  w
Krottendorf syn z rodziną. Kiedyś, gdy jeszcze była zdrowa, została zaproszona przez nich
do  Krottendorf,  ale  udało  się  jej  wyłgać  z  tego  okropieństwa  przeziębieniem  i  silnymi
bólami  głowy;  naraz  nie  miała  odwagi  stanąć  oko  w  oko  z  tym,  co  całymi  latami  sobie
wyobrażała. Z Krottendorf rozprzestrzenia się na całą okolicę smród ścierwa, w niektóre
dni, przy wietrze ze wschodu, aż do Grazu. Kto mieszka w Krottendorf, mieszka w samym
środku nieustannie cuchnącego piekła zarabiania pieniędzy.

Jej syn, co zawsze jest dla niej wstrząsające, w swojej całkowitej tępocie opisuje pracę

w garbarni jako obojętną mu, monotonną, szkodliwą dla płuc i nerek. Ale lekarze, którzy co
dwa miesiące badają trzystu robotników krottendorfskiej garbarni, nie stwierdzili niczego
podejrzanego ani w płucach, ani w nerkach syna. Po dziesięciu latach pracy w Krottendorf,
powiedziała  Ebenhöh,  sięgając  przy  tym  nieruchomym  wzrokiem  ponad  kołdrą  aż  do

background image

Krottendorf, „po dziesięciu latach mieszania w krottendorfskich kadziach”, na płucach i w
nerkach  robotników  występują  zmiany,  „śmiertelne”,  powiedziała.  Jej  syn  ma  jednak
najbardziej  odporną  konstytucję,  jaką  można  sobie  wyobrazić.  Jego  „olbrzymie”  ciało
zawsze  było  ciałem  obcym,  dla  niej  dokładnie  tak  samo,  jak  dla  jej  męża.  Po  ukończeniu
czterech klas syn dzień w dzień przesiadywał na krześle na mansardzie, gdzie powiesił się
jej  brat,  siedział  niemo,  patrząc  otępiałym  wzrokiem  przed  siebie,  aż  do  śmierci  ojca.
Prawdopodobnie  dlatego,  że  nigdy  nie  myślał  o  niczym  innym,  natychmiast  po  pogrzebie
ojca,  o  czym  już  wcześniej  wspomniała,  poleciał  na  dół  do  Knittelfeld,  do  pierwszej
lepszej,  do  swojej  obecnej  żony,  „biedny  głupek”.  Ona,  jego  matka,  myśli  częstokroć,  że
gdyby  został  z  nią,  zdołałaby  go  uratować.  Przez  długi  czas  ubolewała  nad  tym  jego
beznadziejnym  otępieniem,  również,  a  może  właśnie  dlatego,  że  tak  bezmyślnie  i  bez
własnej  winy  zrujnował  życie  rodzicom,  ale  teraz  już  nad  tym  nie  ubolewa.  Jest  nim
zmęczona.

Teraz  wszystko  wraz  z  nią  dobiega  kresu  w  niechęci  do  własnego  syna,  jego  żony  i

dzieci.

Mój  pokój  stał  się  moim  pokojem  śmierci,  myślała  pewnie,  mówiąc  przez  cały  czas  o

synu; w nocy pokój bardzo się kurczy, powiedziała, aż strach ją ogarnia, że się udusi.

Mój  ojciec  odwrócił  jej  (i  naszą)  uwagę,  wskazując  w  górę  na  Stubalpe,  zaczął

opisywać  żółte  sosny  na  wyżynach,  zimowe  jesienne  powietrze,  dziką  zwierzynę
pomykającą wysoko po skałach i rwący potok Lobming w głębinie.

Częściej zabiera teraz syna, powiedział, mnie, ze sobą, żebym poznał ludzi, to dla mnie

niezbędne. Mieszka ze swoimi dziećmi i nie potrafi, podobnie jak one w niego, wniknąć w
nich oboje. Trudności, które napotykają rodzice, stając naprzeciw dzieci, są coraz większe,
a wreszcie we wszystkich wypadkach nieprzezwyciężalne.

Po dziś dzień nie pojmuje śmierci żony, mojej matki. Ale wszystko jest zawsze niepojęte.
Kto by jeszcze trzy lata temu pomyślał, że naraz zostanie sam ze mną i z moją siostrą?
„Zacna osoba, do której wszyscy lgną, i nagle jej nie ma”, powiedział.
Widzi,  że  Wyższa  Szkoła  Górniczo-Hutnicza  w  Leoben  to  dla  mnie  właściwe  miejsce,

powiedział.

O  mnie  się  nie  boi,  tylko  o  moją  siostrę.  Podatna  na  wszelkie  choroby,  schowana  we

własną  skorupę,  przebywa  głównie  z  naszą  gospodynią  i  przez  większość  czasu  żyje
zostawiona sama sobie. W niektóre dni wrażliwy umysł nie pozwala jej w ogóle wyjść z
pokoju.

Ojciec mówił o nas bardzo czule, zdawało się, że Ebenhöh uważnie mu się przysłuchuje.
Potrzebuje człowieka, od czasu do czasu, który go wysłucha, pomyślałem, i przyszedł mi

na myśl Bloch.

My, moja siostra i ja, jesteśmy jednak, jak mu się wydaje, pod jego nieobecność zawsze

gotowi nieść sobie pomoc.

Cieszy go moje zainteresowanie naukami ścisłymi. Jest zaniepokojony, nie zatrwożony,

moją  milkliwością,  bo  nie  jest  ona  chorobliwa,  tylko  wynika  z  umysłowości,  sądzi,  że

background image

moje ciało jest zdrowe.

Przyjaciele,  których  mam,  są,  o  ile  wie,  podobnie  dobrej  konstytucji,  lubi  na  nich

patrzeć,  gdy  przyjeżdża  do  Leoben.  Wychodzi  wtedy  ze  mną,  na  kolację,  do  restauracji
Gärner.  Tyle  że  zawsze  mu  się  śpieszy,  to  jest  mankament.  Cieszy  go,  że  sam  znalazłem
sobie taki kierunek studiów i że ukończę je w możliwie najwcześniejszym terminie, robię
duże postępy, jestem lepszy od wszystkich pozostałych.

Leoben to dobra miejscowość na takie studia jak górnictwo i hutnictwo, nie za duża, nie

za  mała,  miasto,  które  oferuje  wszystko,  co  konieczne,  nic  zbędnego.  Klimat  nie  jest  tam
równie  dobry  jak  u  nas  w  domu,  ale  całkiem  zdrowy.  Ja  jestem  człowiekiem  absolutnie
otwartym,  jak  powiedział,  na  przyjemności,  które  się  nastręczają,  ale  nie  żebym  lubił
przesadę.  I  to  przede  wszystkim  go  uspokaja.  Wydaje  mu  się  „niesamowite”,  że  mam  już
dwadzieścia jeden lat.

Pragnąłby, żebym uprawiał więcej sportów, ale ja z. pewnością sam wiem najlepiej, co

ze sobą robić. Ogólnie rzecz biorąc, może, jako że stara się, aby na niczym mi nie zbywało,
oczekiwać,  że  będę  postępował  w  zgodzie  z  własnymi  przekonaniami  i  spełnię  jego
nadzieje. Robienie postępów jest w każdym wypadku i zawsze wysiłkiem.

Co  do  mojej  siostry,  to  obserwuje  zjawiska  podobne  do  tych,  jakie  występowały  u  jej

matki,  z  dnia  na  dzień  silniejsze,  duchowe,  cielesne,  wynikające  z  charakteru  coraz
bardziej podobnego do charakteru naszej matki.

Dusza  córki,  co  go  przygnębia,  nigdy  nie  jest  wolna  od  lęku,  córka  ma  najwrażliwszy

organizm, jaki tylko można sobie wyobrazić.

Jej nastroje szybko się zmieniają; całkowicie poddana swojemu systemowi nerwowemu,

jest w ciągłym niebezpieczeństwie.

Coraz bardziej i bardziej zamyka się przed nami, skrywa w sobie, wskutek czego zrodził

się problem, którego on, jej ojciec, nie umie rozwiązać.

Mnie  się  wydaje,  że  ona  już  się  od  nas  zbyt  mocno  oddaliła,  żebyśmy  jeszcze  kiedyś

zdołali ją dogonić. Oboje straciliśmy matkę w momencie, który jest najbardziej zgubny, ale
dla mojej siostry był on prawdopodobnie zabójczy.

Ojciec  powiedział,  że  na  początku  umieścił  ją  w  internacie  nad  Jeziorem  Bodeńskim.

Ale  to  przyniosło  całkiem  odwrotne  efekty.  Tak  naprawdę  dopiero  pod  wpływem
surowych,  bezwzględnych  zakonnic  zaczęła  nieustannie  oddawać  się  straszliwej
melancholii i od tamtej pory trwa w tym beznadziejnym stanie.

Od roku jest w domu, pogrążona w apatii, która zawładnęła nami wszystkimi.
Ja raz po raz próbuję w listach z Leoben zbliżyć się do niej, ale na próżno.
Niewykluczone,  że  jej  organizm  w  coraz  większym  stopniu  ogarnia  choroba  duchowa.

Moja siostra przysparza ojcu „nieustannych obaw”.

Kiedyś, powiedział, zatrzymał się z nią na dwa dni w pewnym zajeździe w Zeitschach.

Ale przez te całe dwa dni pobytu nie zamieniła z nim ani słowa. Chociaż otaczała ich tam
miła, piękna natura. Córka późno wstawała i wcześnie kładła się spać, ta miejscowość i
otoczenie  jakby  zaburzały  jej  umysł,  nie  odebrała  tego  pobytu  jako  odświeżenia,  co  było

background image

jego ideą, tylko jako mordęgę.

Innym razem pojechał z nią do Laibach, do Triestu i Fiume, ogółem na sześć dni, na które

załatwił  sobie  zastępcę,  ale  nie  udało  mu  się  spowodować  zmiany  strasznego  nastroju
córki.  Staje  się  coraz  bardziej  posępna.  W  ogóle  on  obserwuje,  że  jej  umysł  mrocznieje
akurat w chwilach, gdy córka wkracza w światło.

Wśród  radosnych  ludzi,  którzy  traktują  życie  lekko,  jest  nieszczęśliwa.  Przyjemne

otoczenie ją irytuje, a jasny dzień wtrąca w jeszcze głębszą melancholię.

Gdy  do  domu  przychodzą  goście,  córka  się  chowa,  nie  pojawia  się,  zostaje  w  swoim

pokoju, aż wszyscy sobie pójdą. Jest całkiem bezradna wobec typowych na wsi zabaw. Nie
ma też żadnej przyjaciółki, niekiedy wychodzi w środku nocy i błąka się po okolicy.

Jej bezsenność przypomina bezsenność mojej matki.
Kiedy nawet planuje dłuższy wyjazd, to i tak już nazajutrz wraca z Tyrolu, z Salzburga,

ze Słowenii.

Nadal jednak z ciągle niezrozumiałym przez nią samą sentymentem lgnie do nas, do ojca,

do brata.

Ze  mną  wszystko  jest  prostsze,  powiedział  ojciec,  z  nią  wszystko  trudne.  Tak  długo

mieszkamy pod jednym dachem, ale się nie znamy.

Każde z nas żyje absolutnie samo dla siebie, chociaż jesteśmy ze sobą niezwykle mocno

związani.

Całe życie to jedna wielka próba zbliżenia się do siebie nawzajem.
Pomyślałem, że jeszcze nigdy nie miałem okazji słyszeć, by ojciec mówił o nas z takim

uczuciem.

Widzi, że skończę studia i pójdę drogą kariery, która go nie rozczaruje.
Spostrzegł  teraz,  że  Ebenhöh  zasnęła,  wstał  więc,  aby  się  przekonać,  czy  jeszcze  tam

jestem. Poczuł się zażenowany, że byłem świadkiem jego słów.

Skierowaliśmy  wzrok  na  ogród,  w  stronę  kobiety,  sąsiadki,  pomyślałem,  która  w

gumiakach szła po trawie. Ściągnęła je pod drzwiami do domu i weszła do środka. Kupiła
najrozmaitsze  artykuły  spożywcze  dla  Ebenhöh,  nawet  butelkę  czerwonego  wina,  które
najpierw  postawiła  na  stole.  Znała  mojego  ojca.  A  on  ją.  Ebenhöh  się  obudziła.  Czy
słyszeliśmy o morderstwie w Gradenbergu? spytała sąsiadka. Größla nadal nie złapali. W
tym roku to już czwarta zbrodnia pod Bundscheck, przypomniała Ebenhöh o powieszonym
zdunie, o uduszonej nauczycielce, oboje z Ligist, o zastrzelonym kuśnierzu Horchu z Afling.
Rozpakowała chleb i masło, po czym dodała: „Ale duchota”.

Ojciec  przyznał,  że  już  nad  ranem  był  u  zamordowanej  żony  oberżysty  z  Gradenbergu.

Zmarła w Köflach, powiedział.

Sąsiadka  poprawiła  Ebenhöh  poduszkę,  wygładziła  prześcieradło.  A  ta,  gdyśmy  się

pożegnali, znów zapadła w sen.

Idąc  przez  rynek  w  Stiwoll  do  samochodu,  rozmawialiśmy  o  czekających  mnie

niebawem  egzaminach,  o  wzajemnych  stosunkach  ludzi  studiujących  w  Leoben,  o  ich
znudzeniu,  o  przesycie  życiem.  O  licznych  samobójstwach  akurat  pośród  najlepszych.  To

background image

znamienne,  że  właśnie  bogacze  mają  skłonność  do  popełniania  samobójstw,  najpierw
ogarnia ich nuda, owa straszliwa choroba, na którą można zachorować na świecie.

Wyższa  Szkoła  Górniczo-Hutnicza  w  Leoben  jest  dobra,  sławna,  niesłusznie

lekceważona  przez  jej  studentów.  Jestem  zdania,  że  to  jedna  z  trzech  najlepszych  takich
szkół  na  świecie,  powiedziałem.  W  Leoben  wszystko  jest  tak  urządzone,  że  aby  nie
zwariować, trzeba się całkowicie i absolutnie skupić na studiach.

Nie  jestem  odizolowany,  powiedziałem,  codziennie  tylko  z  nową  energią  zapewniam

sobie  konieczne  odosobnienie,  którego  potrzebuję,  żeby  posuwać  się  naprzód.  Niekiedy
jestem  bezwzględny,  ranię  bliskich  mi  ludzi.  Jeśli  w  moich  możliwościach  percepcji
nastaje  absolutny  bezruch,  na  ogół  wychodzę  z  akademika,  przeważnie  sam,  przechadzam
się brzegiem rzeki Mur i myśląc wyłącznie o studiach, próbuję się ze sobą uporać. Ale nad
Mur,  nad  tę  brunatną,  leniwie  i  nieskoro  płynącą  w  dal  rzekę,  chodzę  często  również  po
prostu  dla  rozrywki,  na  północne  pagórki,  oddaję  się  fantazjom,  dumaniom  o  naturze
powierzchni. Właściwości powierzchni ziemi stają się dla mnie z każdym spojrzeniem na
nią nowe i, widziane z dowolnej perspektywy, powodują we mnie odświeżające zmiany.

Częstokroć  największą  przyjemność  stanowi  dla  mnie  studiowanie  powietrza  i

wielokilometrowy  marsz  w  kierunku  północno-wschodnim,  w  stronę  Semmeringu.  Mając
poczucie, że ostatecznie jestem absolutnie wolny, odczuwam, być może, szczęście.

Snując  domniemania  o  miejscowej  strukturze  geologicznej  opodal  rzeki  Mur,  osiągam

często  spokój,  który  przywraca  mi  jasność  utraconą  wskutek  nadmiernego  wysiłku
wkładanego w studia, na powrót chłonny umysł.

Już od dawna traktowałem siebie jak organizm, który coraz częściej udaje mi się dzięki

sile woli dyscyplinować na rozkaz. Prawda, że czasem przeżywałem zmiany na gorsze, ale
nie  prowadziły  one  do  zwątpienia.  Wychodzenie  ze  stanów  podatności  na  zwątpienia,
powiedziałem, jest w moim mniemaniu warte największego wysiłku. Lepszy już straszliwy
wysiłek aniżeli głębokie zwątpienie.

Są takie chwile, kiedy bez najmniejszego wysiłku jestem zdolny przejrzeć na wskroś akt

stworzenia, będący jedynie aktem potwornego wyczerpania. „Chwile”, powtórzyłem.

Każdego dnia kompletnie siebie odbudowuję i kompletnie siebie niszczę.
Przyjemnie  jest  panować  nad  sobą,  sprawiać  przy  użyciu  mózgu,  że  człowiek  staje  się

mechanizmem, któremu można rozkazywać i który daje posłuch.

Już  samo  takie  panowanie  może  człowieka  uszczęśliwić  i  pozwolić  mu  poznać  własną

naturę.  Ale  poznają  ją  wyłącznie  nieliczni.  Jeśli  człowiek  pozwoli,  żeby  przyćmiły  go
uczucia,  i  nie  przeciwdziała  normalnemu  nieustannemu  zamroczeniu  własnego  umysłu,
popada w zwątpienie. Tam, gdzie włada rozum, zwątpienie jest niemożliwe, powiedziałem.
„Kiedy  osiągam  ów  stan  całkowitego  braku  zrozumienia,  wszystko  we  mnie  staje  się
zwątpieniem”. Ale już rzadko popadam w ten stan. Życie zawsze wymaga wysiłku, dopóki
się  z  niego  nie  odejdzie,  toteż  przyjemnością  jest  rozumnie  w  nim  wytrzymać.  Większość
ludzi  to  istoty  emocjonalne,  a  nie  intelektualne,  większość  rozwiewa  się  więc  w  stanie
zwątpienia,  a  nie  rozumności.  „Ale  rozum,  który  mam  na  myśli”,  powiedziałem,  „jest

background image

absolutnie nienaukowy”.

Ta moja nagła rozmowność wydała się ojcu zdumiewająca. Powiedział, że jemu również

udaje się czasem mówić o czymś albo tylko coś widzieć, bez możliwości mówienia o tym,
co  dla  człowieka  właściwie  w  ogóle  nie  wchodzi  w  grę,  co  jest  z  ludzkiego  punktu
widzenia niemożliwe.

Obok  domu  Blocha  skręciliśmy  w  kierunku  Hauenstein,  do  mniej  lub  bardziej

zwariowanego  przemysłowca,  którego  nazwiska  zapomniałem.  W  Abraham  skróciliśmy
sobie drogę przez Geistthal.

Wśród  studiujących  panuje  zawsze  niepokój,  powiedziałem,  jako  że,  póki  studiują,

znajdują się w próżni między opuszczonymi przez siebie rodzicami a światem, do którego
jeszcze  nie  dotarli,  i  nadal  są  bardziej  skłonni  wrócić  do  rodziców,  aniżeli  wkroczyć  w
świat.  Często  w  owej  próżni  dochodzi  nagle  do  katastrofy,  a  to  wtedy,  gdy  studentom
wydaje się, że zrozumieli, iż nie mogą wrócić do rodziców ani też wkroczyć w świat. W
ciągu ostatniego półrocza trzech odebrało sobie życie, powiedziałem. U żadnego z nich aż
do  chwili  śmierci  nie  dało  się  stwierdzić  choćby  najmniejszych  śladów  podejrzanych
zachowań emocjonalnych lub intelektualnych.

Ja  sam  jeszcze  nigdy  nie  myślałem  o  odebraniu  sobie  życia,  powiedziałem,  ale  ojciec

przyznał, że jemu myśl o samobójstwie była zawsze bardzo bliska. Już jako dziecko szukał
w niej często ucieczki przed innymi myślami. Od czasu do czasu przychodziła mu do głowy
jako  absolutnie  konieczna  do  życia,  wytwarzana  przez  niego  samego  jako  pozwalająca
znaleźć  wytchnienie,  nigdy  zaś  jako  immanentna.  W  tym  momencie  pomyśleliśmy  obaj,
jakie to groźne widzieć moją siostrę ciągle do głębi zatraconą w myślach o samobójstwie,
na  zmianę  to  w  myślach  samobójczych,  to  znów  w  próbach  samobójczych.  Już  od
najwcześniejszego  dzieciństwa  przejawiała  skłonności  do  samobójstwa,  powiedział
ojciec, a także, iż z uczucia, które początkowo sprawia wrażenie teatralnego, może później
zrodzić się naturalne, kończące się katastrofą.

Za  miejscowością  Abraham  ujrzeliśmy  na  stokach  wzgórz  rozległe  sady.  Chłopi

wykładają tu na słońce otwarte beczki z moszczem. Domy są stare. Nie ma chyba bardziej
odludnej okolicy niż tereny między Geistthal a Hauenstein.

O  wiele  za  długo  zabawiliśmy  w  Stiwoll,  powiedział  ojciec.  Już  od  przedpołudnia

czekają  na  niego  w  Hauenstein.  Przemysłowiec,  który  schronił  się  w  tamtejszej
leśniczówce,  jest  skupiony  na  dręczącej  go  i  równocześnie  odwodzącej  od  udręki  nad
samym  sobą  pracy  pisarskiej.  Ojciec  od  dwóch  lat  zna  tego  niespełna
pięćdziesięcioletniego  mężczyznę,  który  utrzymuje  kontakt  ze  światem  jedynie  za
pośrednictwem  poczty.  Samotność  dzieli  z  nim  jego  przyrodnia  siostra,  osoba  doskonała
jako  towarzyszka  dla  przemysłowca,  jak  zaraz  sam  zobaczę,  według  jego  własnych  słów
idealna.  Leśniczówkę  odkupił  już  piętnaście  lat  temu  od  księcia  Sauraua,  którego  zaraz
potem  odwiedzimy  na  jego  zamku,  odkupił  ją  już  wówczas  z  zamiarem  poświęcenia  się
pracy  pisarskiej  na  absolutnie  filozoficzny  temat,  o  którym  jednak  nigdy  nie  rozmawia.
Gdyby o nim rozmawiał, powtarza ciągle przemysłowiec mojemu ojcu, gdyby tylko zaczął

background image

o  nim  rozmawiać,  natychmiast  zniszczyłby  już  tak  daleko  posuniętą  pracę,  a  przecież  nie
może  zaczynać  jej  wciąż  od  nowa.  Pracuje  dniem  i  nocą,  pisze  i  znów  niszczy  to,  co
napisał, pisze znowu i znowu, i znowu niszczy, w ten sposób zbliżając się do celu. Pozwala
sobie wyłącznie, za każdym razem wyłącznie na niezwykle krótkie spotkania z przyrodnią
siostrą w bibliotece lub w kuchni, i to jedynie w celu omówienia kwestii żywieniowych.
Siostra dwa razy w tygodniu chodzi do Geistthal po zakupy oraz nadać i odebrać pocztę.
Zgromadzili  w  leśniczówce  olbrzymie  zapasy  na  tak  zwany  wszelki  wypadek  i  nie
naruszają  ich.  Przyrodnia  siostra  jest  córką  jego  matki,  z  chilijskiego  ojca,  i  mój  ojciec
oświecił mnie co do stosunku obojga względem siebie. Żyją ze sobą jak mąż i żona; ona,
gdy  tylko  wpuści  mojego  ojca  do  leśniczówki  i  zamelduje  bratu  o  jego  przybyciu,
natychmiast chowa się w swoim pokoju, a pojawia się dopiero po to, żeby ojca pożegnać.

Przemysłowiec jest chory na cukrzycę, powiedział ojciec, i co kilka godzin musi robić

sobie  zastrzyk.  I  dwa  lub  trzy  razy  w  miesiącu  ojciec  przekonuje  się,  że  ta  choroba
przebiega bez zmiany na lepsze. Jemu, mojemu ojcu, nic nie wiadomo, żeby tych dwoje z
Hauenstein  przyjmowało  jeszcze  kogoś  oprócz  niego.  Często  pytał  okolicznych
mieszkańców, czy do Hauenstein przyjeżdżają goście, zwłaszcza jacyś z miasta, ale oni nie
mają  pojęcia.  Dom  również  sprawia  wrażenie  zamieszkanego  wyłącznie  przez
przemysłowca i jego przyrodnią siostrę, jakby od kilkudziesięciu lat nikt inny nie przestąpił
jego progu. Nie ma w nim, jak w innych leśniczówkach, przeróżnych myśliwskich trofeów,
jest nieomal zupełnie pusty, znajdują się tam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Również w
pokoju  siostry  przemysłowca  nie  ma  nic  oprócz  łóżka,  stołu,  szafy  i  krzesła.  Ani  jednego
obrazu na ścianie, w całym domu ani jednego obrazu. Przemysłowiec nienawidzi obrazów,
nienawidzi kopii. Wszystko musi być jak najbardziej puste, jak najbardziej ogołocone. A te
nieliczne  posiadane  rzeczy  możliwie  najprostsze.  Świat  natury  wokół  leśniczówki,  gęsty
las,  odbiera  jako  mur.  Przez  ten  mur  wolno  przechodzić  listonoszowi  z  telegramami,  nie
może  on  jednak  przekraczać  progu  domostwa,  musi  dać  o  sobie  znać  wołaniem  i  przed
leśniczówką przekazać pocztę przyrodniej siostrze przemysłowca. Za domem jest źródełko,
powiedział ojciec, dobra woda.

Znaleźliśmy się w dolinie alpejskiej i jechaliśmy teraz przez las, las i jeszcze raz las.
W  domu  przemysłowca  nie  ma  ani  jednej  książki,  powiedział  ojciec,  celowo  nie  ma

żadnej  książki,  aby  go  nie  irytowały.  Nic  nie  irytuje  bardziej  niż  książki;  jeśli  człowiek
chce być sam ze sobą, musi być sam ze sobą.

Siostrze pozwala czytać gazety, wśród nich „Le Soir”, „Aftonbladed”, „Le Monde” i „La

Prensa”,  ani  jednej  niemieckiej.  Ale  nawet  te  zagraniczne  gazety,  na  których  lekturę  jej
pozwala,  muszą  pochodzić  przynajmniej  sprzed  miesiąca,  już  pozbawione  swojej
niszczycielskiej mocy, już poetyckie.

Odzienie przemysłowca jest proste; ojciec nigdy nie widział go ubranego inaczej niż w

koszulę  i  spodnie.  Podobno  mówi  nie  tylko  wszystkimi  środkowoeuropejskimi,  ale  także
prawie wszystkimi wschodnioazjatyckimi językami.

Oprócz krzesła i stołu toleruje w swoim gabinecie wyłącznie puste kartki papieru, żeby,

background image

absolutnie  zdanego  na  siebie,  nic  nie  odwodziło  go  od  pracy.  Jako  materiał  do  tego,  co
pisze,  wystarczają  mu  doświadczenia  wyniesione  z  ponad  czterdziestu  lat  spędzonych  w
różnych metropoliach świata, w ośrodkach przemysłowych i handlowych wszystkich pięciu
kontynentów.

Jego  posiadłości  są  rozproszone  po  całym  świecie,  przede  wszystkim  w  krajach

anglojęzycznych.  Przemysłowiec  prowadzi  swoje  interesy  z  Hauenstein,  co  zabiera  mu
ledwie  godzinę  dziennie.  Utrzymuje  w  ciągłym  ruchu  niesłychanie  skomplikowaną
maszynerię, w której zamkniętych jest ponad czterdzieści tysięcy niezaznających spoczynku
pracowników i która działa coraz lepiej.

Potem,  gdy  już  kończy  pracę,  „w  wyniku  tego  pozostaje  może  jedna  jedyna  myśl”,

powiedział kiedyś do mojego ojca, otóż zastanawia się, czyby nie wyjechać z Hauenstein, z
tej alpejskiej doliny, nie zostawić tego za sobą.

Do jedzenia wystarczają mu najprostsze rzeczy. Dalekie spacery, coraz głębiej w las, w

nieogarnioną  „wiecznie  zieloną  matematykę  metafizyczną”,  jak  nazywa  lasy  wokół
Hauenstein, wystarczają, by nie zastały mu się mięśnie. Jest wrogiem spacerów, chodzi na
nie tylko po to, aby „nie zmarnieć fizycznie”.

Jego  pokój  ogrzewa  żelazny  piecyk,  drugi  żelazny  piec  ogrzewa  pokój  jego  siostry.  To

szczęście, że jest chory na cukrzycę, powiedział kiedyś do mojego ojca, bo w ten sposób
spotyka  się  w  Hauenstein,  oprócz  przyrodniej  siostry,  przynajmniej  jeszcze  z  jakimś
człowiekiem,  czyli  z  moim  ojcem.  Ojciec  uniemożliwia  „absolutną  konsekwencję
Hauenstein”, powiedział kiedyś do niego.

Po przemysłowcu od razu można poznać, że jest małomówny i że wszystko, co mówi, to

wyłącznie obrona przed potworną irytacją.

Puste  pokoje  ciągle  wywierają  na  moim  ojcu  straszne,  przygnębiające  wrażenie,  kiedy

pomyśli, że człowiek, który w nich mieszka, musi, by nie oszaleć, zapełniać je wyłącznie
sam sobą, wyłącznie swoimi fantazjami, wyłącznie fantastycznymi przedmiotami.

Jedynym  zajęciem  przemysłowca  poza  pracą,  chodzeniem  do  lasu  i  omawianiem  z

przyrodnią  siostrą  kwestii  żywieniowych,  jest  ogarniająca  go  od  czasu  do  czasu  i
pochłaniająca coraz bardziej ochota oddawania strzałów do olbrzymiej drewnianej tarczy
umocowanej na dwóch pniach drzew za leśniczówką. „Ćwiczę się tam, sam nie wiem, w
jakim  celu”,  powiedział  kiedyś  do  mojego  ojca.  Często  przez  wiele  godzin,  aż  do  po
północy, słychać te jego strzały w całej okolicy.

W  najpotworniejszy  sposób  ogarnia  go  często  całymi  dniami,  tak  że  nie  może  wyjść  z

tego stanu, na przemian absolutna bezsenność i absolutny brak ochoty do czegokolwiek.

W  normalne  dni  przemysłowiec  wstaje  o  pół  do  piątej  rano  i  pracuje  do  pół  do

dwunastej w południe; zjada coś, po czym pracuje do siódmej wieczorem.

Siostrze  zostawia  „jak  największą”  swobodę.  Ale  już  sześć  czy  siedem  tygodni  po  jej

wprowadzeniu się do Hauenstein dostrzegł w niej oznaki szaleństwa mającego swe źródło
w „głębokim klerykalizmie”. Jednak gdy tylko wyjadą z Hauenstein, mówi przemysłowiec,
owo  szaleństwo  może  natychmiast  opuścić  jego  siostrę.  Zdana  wyłącznie  na  siebie,  pod

background image

władzą przyrodniego brata jest wciąż bliska targnięcia się  na  życie.  On  jednak  widzi,  że
przez  wzgląd  na  niego,  dla  którego  wprawdzie  wszystko  robi,  ale  którego  w  ogóle  nie
rozumie,  nie  pozwala  sobie  nawet  na  głośny,  wyzwalający  krzyk  i  nie  bije  na  oślep
pięściami wokół siebie. Tę właśnie milkliwość, stwierdzaną u chorych psychicznie kobiet
zamkniętych  w  zakładach  dla  obłąkanych,  obserwuje  mój  ojciec  u  tej  uderzająco  czystej
osoby.

„Prawdopodobnie  brat  zabronił  jej  ze  mną  rozmawiać”,  powiedział  ojciec;  odnosi

zawsze wrażenie, że chciałaby z nim porozmawiać, ale jej nie wolno.

Ojciec przybywa do Hauenstein przeważnie już z samego rana, po drodze do Sauraua z

Hochgobernitz, gdy powietrze jest najczystsze, a widok na Roßbuchalpe najpiękniejszy.

Drogę,  którą  jedziemy,  powiedział,  przemysłowiec  kazał  wykonać  na  własny  koszt,  na

całej  długości  należy  ona  do  niego.  Porozstawiał  wszędzie  na  czatach,  jakkolwiek
ukrytych,  bezrobotnych  młynarzy,  wysłużonych  robotników  leśnych,  bezrobotnych
górników, każąc im trzymać z dala od niego wszystkich ludzi.

Jego  zdaniem,  powiedział  ojciec,  przemysłowiec  spędzi  w  Hauenstein  jeszcze  trochę

czasu tak, jak uważa, że musi go spędzić, jeszcze kilka lat. U niego, w odróżnieniu od jego
siostry, nie można stwierdzić choćby najmniejszych oznak szaleństwa. Ale wegetacji w tak
całkowitym  odosobnieniu  nikt  nie  przetrwa  bez  ciężkich,  wręcz  najcięższych  zaburzeń
umysłu  i  konstytucji  duchowej.  Wiadomo,  że  ludzie  nagle,  w  decydującym,  zwrotnym
punkcie  życia,  który  wydaje  się  im  filozoficzny,  wynajdują  sobie  więzienie,  do  którego
następnie się udają, aby przez resztę życia poświęcić się pracy naukowej lub fascynacjom
poetycko-naukowym.  I  że  tacy  ludzie  zawsze  zabierają  ze  sobą  do  tego  więzienia  jakąś
bardzo  oddaną  im  istotę.  A  potem  przeważnie,  prędzej  czy  później,  najpierw  zawsze
powoli, wykańczają tę zabraną ze sobą do więzienia istotę, na koniec zaś siebie. Jednakże
ojciec nie chciałby uznawać przemysłowca za takiego nieszczęśnika, wręcz odwrotnie, bo
przecież  prowadzi  on  całkowicie  odpowiadające  mu  życie,  w  przeciwieństwie  do
przyrodniej siostry, która przez niego musi wieść żywot bardzo nieszczęśliwy.

Na samym początku tacy ludzie jak przyrodnia siostra przemysłowca, powiedział ojciec,

wzbraniają się przed wydaniem się na łaskę i niełaskę swoich gnębicieli, wkrótce jednak
zaczynają rozumieć, że na nic się to nie zda. Są im więc, jako że nie mają innego wyboru,
oddani  w  straszliwej,  systematycznie  unicestwiającej  ich  rozpaczy,  którą  mój  ojciec
określa jako „potworną rozpacz posłuszeństwa”.

Dzięki  temu  jednak,  że  ludzie  pokroju  przemysłowca  postępują  do  cna  bezwzględnie,

osiągają cel, choćby zarówno cel, jak i metoda, za pomocą której go osiągnęli, wydawały
się światu absolutnie odpychające i pozostawały zagadką.

Leśniczówka  rzeczywiście  stała  na  polanie  i  to,  co  było  od  razu  widać,  na  polanie

całkowicie jej odpowiadającej.

Na leśniczówce nie było ani jednego trofeum, w ogóle nie wyglądała jak leśniczówka.

Natychmiast  pomyślałem:  więzienie!  Okolicznościowe  więzienie!  Wszystkie  okiennice
były zamknięte, można by sądzić, że leśniczówka jest niezamieszkana.

background image

Pomieszczenie,  w  którym  przemysłowiec  pracuje,  mieści  się  po  drugiej  stronie,

powiedział  ojciec.  Przemysłowiec  pozwala  sobie  zawsze  tylko  na  jedną  otwartą
okiennicę.

Nic w leśniczówce nie może dekoncentrować go podczas pracy.
Wysiedliśmy,  a  ponieważ  ojciec  był  oczekiwany  i  najwyraźniej  usłyszano,  że

przyjechaliśmy,  natychmiast  nam  otworzono.  Przyrodnia  siostra  przemysłowca
wprowadziła  nas  szybko  do  sieni,  a  ja  od  razu  pomyślałem,  że  ta  leśniczówka  nie  mogła
pierwotnie  być  leśniczówką,  albowiem  leśniczówki  nie  mają  u  nas  sieni.  Ten  budynek
wchodził kiedyś prawdopodobnie w skład umocnień zamkowych Sauraua. W sieni nie było
ani jednego ruchomego przedmiotu, pomijając gruby sznur, zwisający z sufitu. Cel, w jakim
ten sznur tam zawisł, stanowi dla mnie zagadkę.

Ojciec powiedział, że jestem jego synem. Ale siostra przemysłowca nie podała mi ręki,

lecz natychmiast zniknęła, zostawiając nas w sieni samych. Zwróciło moją uwagę, że gdy
tylko się tam znaleźliśmy, natychmiast zaryglowała drzwi wejściowe do domu, zasuwając
dużą,  czworograniastą  belkę.  Przyzwyczajona  do  wizyt  mojego  ojca,  zniknęła  bez
wytłumaczenia.

Podążyłem  za  ojcem  przez  kilka,  tylko  dzięki  szczelinom  w  okiennicach  nie  całkiem

zaciemnionych  pomieszczeń  pobielonych  wapnem.  Szliśmy  po  podłogach  z  modrzewia.
Musieliśmy  wejść  na  pierwsze  piętro.  Na  górze  był  długi  korytarz,  tak  samo  ponury,
konsekwentnie zaciemniony. Przyszło mi na myśl wnętrze klasztoru.

Szliśmy ostrożnie, ale jednak o wiele za głośno, ponieważ pomieszczenia były puste.
Najchętniej  bym  krzyknął  i  tym  krzykiem  gwałtownie  pootwierał  okiennice,  kiedy

kroczyliśmy  górnym  korytarzem,  ale  rozsądek  zabronił  mi  uczynić  coś,  czego  nie
powinienem był czynić.

Przed  pokojem  przemysłowca  ojciec  przystanął,  zapukał  i,  zaproszony  przez  niego,

wszedł sam. Zgodnie z umową czekałem za drzwiami.

Długo  nie  dochodziły  mnie  żadne  odgłosy,  potem  zacząłem  wyławiać  słowa,  które  w

większości pozostawały dla mnie bez związku, wreszcie usłyszałem takie, które wyraźnie
odnosiły  się  do  pracy  pisarskiej  przemysłowca.  Jak  powiedział,  w  ubiegłym  tygodniu
poczynił największe postępy i nadal zamierza czynić takie postępy. „Chociaż unicestwiłem
wszystko,  co  do  tej  pory  napisałem”,  powiedział,  „to  jednak  poczyniłem  największe
postępy”.

Teraz  przygotowuje  się  do  wieloletniej,  być  może  nawet  unicestwiającej  go  pracy.

„Nie”, powiedział, „nie pozwolę się unicestwić”.

Potem  zaczął  mówić  o  rozwijających  się  interesach,  skupionych  w  coraz  większym

stopniu  na  krajach  afrykańskich.  Ma  niezwykle  radosne  wieści,  powiedział,  z  Londynu  i
Kapsztadu.  Afryka  jest  w  ogóle  regionem  przekształcającym  się  z  niesłychaną  szybkością
w  najbogatszy  kontynent,  trzeba  więc  wykorzystać  fakt,  że  biali  się  stamtąd  wycofują.
„Biała rasa”, powiedział, „kończy się w Afryce, ale ja tam dopiero zaczynam!”

Wracając  do  swojego  pisarstwa,  powiedział,  że  teraz,  „w  tych  tygodniach”,  dokonuje

background image

odkryć decydujących dla swojej pracy. Dzięki temu odosobnieniu, „dzięki tej pustce”, ma
możliwość  „urzeczywistnić  całkiem  niesłychany  kosmos  idei”.  W  tej  chwili  wszystko
urzeczywistnia się w nim. On zaś spożytkowuje całą siłę na dokończenie swojej pracy.

Ale żeby i to go od niej nie odrywało, kazał zniszczyć „ostatnią prawdziwą odskocznię”,

jaką  jeszcze  miał  w  Hauenstein:  całą  dziką  zwierzynę  żyjącą  w  lasach  Hauenstein  kazał
odstrzelić,  zebrać  i  podarować  „możliwie  najbiedniejszym  ludziom”  z  okolicy
Bundscheck.

„Teraz,  kiedy  otwieram  okna,  niczego  już  nie  słyszę”,  powiedział  przemysłowiec,

„niczego. Fantastyczny stan”.

Po  dłuższym  milczeniu,  które  zaległo  w  pokoju  przemysłowca,  usłyszałem,  jak  ojciec

napomyka mu o mojej obecności w korytarzu. Przyjechałem do domu na weekend z Leoben,
gdzie, o czym on wszakże wie, studiuję w Wyższej Szkole Górniczo-Hutniczej, zabrał mnie
więc  ze  sobą.  Jestem  na  zewnątrz,  w  korytarzu.  Ale  przemysłowiec  nie  chciał  mnie
widzieć.  „Nie”,  powiedział,  „nie  chcę  zobaczyć  pańskiego  syna.  Nowy  człowiek,  nowa
twarz,  wszystko  mi  zrujnuje.  Niech  mnie  pan  zrozumie,  taka  nowa  twarz  zrujnuje  mi
wszystko”.

Przemysłowiec  zapytał  mojego  ojca,  gdzie  już  był  tego  dnia;  zabrzmiało  to  tak,  jakby

zawsze o to pytał. „W Gradenbergu”, odpowiedział ojciec, „górnik o nazwisku Größl zabił
tam żonę oberżysty. A potem byliśmy na Hüllbergu. I w Salli. I w Köflach. Potem także w
Afling  i  w  Stiwoll”,  powiedział.  „Jedzie  pan  teraz  na  górę  do  Sauraua?”,  zapytał
przemysłowiec.  „Tak”,  odparł  ojciec,  „ale  przedtem  muszę  jeszcze  zjechać  do  młyna
Fochlerów”.

„Nie”, powtórzył przemysłowiec, „nie przyjmę pańskiego syna, nie chcę go poznać. Jeśli

nagle pojawi się nowy człowiek, może się zdarzyć, że wszystko mi zburzy. Wszystko. Taki
człowiek wejdzie i wszystko zrujnuje”. Po chwili przemysłowiec powiedział: „Ponieważ
każdy  pokój  w  tym  domu  jest  kompletnie  pusty,  w  ciemności,  która  tu  panuje,  nie  muszę
obijać się o żadne przedmioty”. Ojciec wyszedł. Zeszliśmy do sieni. Siostra przemysłowca
wypuściła  nas  na  zewnątrz.  Również  polana  miała  w  sobie  coś  przytłaczającego.
„Pojedziemy do Geistthal coś zjeść”, powiedział ojciec. W milczeniu przebyliśmy ten sam
kawałek  drogi,  którą  tu  przyjechaliśmy,  z  powrotem  do  Geistthal.  Nie  spotkaliśmy  żywej
duszy. Wizja, że w lesie nie ma już zwierzyny i że z ukrycia obserwują nas strażnicy, była
dla  mnie  straszliwa.  Pierwszych  ludzi  ujrzeliśmy  dopiero  pod  Geistthal.  Było  południe.
Najpierw  mieliśmy  zamiar  jechać  przez  Römaskogel  do  młyna  Fochlerów,  pojechaliśmy
jednak przez Abraham do Afling, gdzie weszliśmy do gospody, którą ojciec znał od dobrej
strony.

Nie  było  wolnego  stolika,  zaproszono  nas  więc  do  kuchni,  gdzie  zostaliśmy  wybornie

obsłużeni.  Słyszeliśmy  rozmowy  o  zabójstwie  w  Gradenbergu,  o  zmarłej.  Nadal  nie
schwytali Größla. Trzeba odczekać, aż głód wygna go z kryjówki, która na pewno znajduje
się gdzieś w pobliżu.

Podczas  obiadu  ojciec  znów  czule  mówił  o  dziecku  z  Hüllbergu,  a  potem  o  Blochu.

background image

„Wszyscy  są  trudni”,  powiedział.  Otworzył  torbę  lekarską  i  spostrzegł,  że  zapomniał
zabrać od Blocha książki, które chciał od niego pożyczyć, Diderota, Nietzschego, Pascala.
Ale  i  tak  w  najbliższych  dniach  nie  uda  mu  się  nawet  zasiąść  do  czytania.  Jego  myśli
zaprzątała  Ebenhöh,  i  to,  że  powoli  musi  odwyknąć  od  odwiedzania  jej,  gdyż  ona  pożyje
jeszcze  kilka  dni,  a  potem  po  prostu  zaśnie.  Nagle  zaczął  mówić  o  nauczycielu,  którego
odwiedził  najpierw  i  który  od  razu  umarł  na  jego  rękach.  Los  nauczycieli  wiejskich  jest
gorzki, z miast, choćby najmniejszych, w których jednak dobrze się czują, przenosi się ich
często  karnie  do  zimnych,  ciasnych  dolin  górskich,  zamieszkanych  przez  wrogo
nastawionych  do  nich  ludzi,  gdzie  potem  wiodą  marny  żywot,  coraz  bardziej  tłamszony
ohydnymi  przepisami  ministerialnymi,  i  przeważnie  w  bardzo  krótkim  czasie  popadają  w
zabójcze otępienie, które w jednej chwili przeradza się w obłęd. Mając bardzo wcześnie
skłonność do traktowania życia wyłącznie jako strasznej kary (bożej?), żyją nieprzerwanie
w tym samym otoczeniu, które nie bierze ich poważnie, zewsząd patrzy na nich z góry, w
klimacie,  który  i  bez  tego  targa  słabe  nerwy  tych  ludzi,  popychając  ich  do  zdrożności
seksualnych.

Smutny  los  nauczyciela  z  Salli  już  od  dawna  stanowił  dla  ojca  powód  codziennych

„bezsensownych”  myśli.  Ale  nie  chce  o  tym  mówić,  powiedział,  zaraz  potem  jednak
zaczęło  mu  na  tym,  jak  się  zdaje,  mniej  zależeć,  zaczął  bowiem  opowiadać,  że  dwa  lata
temu nauczyciel był po raz ostatni w czteroklasowej szkole w Obdach, gdzie musiał uczyć.
O  ile  ojciec  wie,  to  kilkakrotny  kontakt  nauczyciela  z  pewnym  nerwowym  chłopcem  był
winien  temu,  że  zniknął  gdzieś  w  Tyrolu,  wreszcie  we  Włoszech,  a  potem  wręcz  w
Słowenii. Nauczyciel jak opętany wytrzymał dwa lata wśród samych cudzoziemców, żyjąc
przez  większość  czasu  z  drobnych  kradzieży,  a  później  naraz,  w  stanie  całkowitego
zaburzenia, wrócił zza granicy i dobrowolnie oddał się w ręce wymiaru sprawiedliwości.
Proces,  który  szybko  się  odbył,  skończył  się  tym,  że  sąd  ławniczy  w  Bruck  skazał
nauczyciela  na  dwa  lata  więzienia  i  dwa  lata  zakładu  pracy  przymusowej.  Karę  musiał
odsiedzieć  w  Garsten.  Wypuszczony  na  wolność,  wrócił  (przywodzi  mi  to  na  myśl  brata
chorej Ebenhöh) do rodziców, którzy mają w Salli niewielkie gospodarstwo i czule zajęli
się  synem.  Można  wprawdzie  powiedzieć,  powiedział  ojciec,  że  nauczyciel  zmarł  na
chorobę sercową, na tak zwane pęknięcie serca, i w ten sposób ułatwić sobie całą sprawę.
„Ale to nie było to”, powiedział.

Na  twarzy  konającego  nauczyciela  ojciec  wyraźnie  widział  oskarżenie  skierowane

przeciw światu, który nie chciał tego człowieka zrozumieć.

Nauczyciel skończył dwadzieścia sześć lat, całymi tygodniami rodzice trzymali w sieni

jego  śmiertelną  koszulę.  „Całymi  tygodniami”,  powiedział  ojciec,  „wchodząc  do
rodzinnego  domu  nauczyciela,  najpierw  widziałem  wiszącą  w  sieni  jego  śmiertelną
koszulę”.

Rodzice nauczyciela z uczuciem ulgi odebrali wiadomość, że ich syn zmarł w obecności

lekarza, mojego ojca. Również oni, powiedział ojciec, muszą odbierać syna, podobnie jak
Ebenhöhowie swojego, jako straszliwą karę (bożą?).

background image

O  zmarłym  nauczycielu  ojciec  opowiedział  podczas  obiadu  jeszcze  i  to,  że  w

dzieciństwie  babka  zabrała  go  kiedyś  na  jeżyny  do  głębokiego  lasu,  w  którym  oboje
kompletnie  zabłądzili.  Bez  przerwy  szukali  wyjścia,  ale  nie  mogli  go  znaleźć.  Naraz
zrobiło  się  ciemno,  a  oni  nie  znajdowali  wyjścia.  Szli  ciągle  w  niewłaściwym  kierunku.
Wreszcie  babka  i  wnuk  przycupnęli  w  jakiejś  niecce  i  w  ten  sposób,  przytuliwszy  się
mocno  do  siebie,  przetrwali  noc.  Nazajutrz  znów  nie  udało  się  im  wyjść  z  lasu.  Kolejną
noc  przeczekali  w  innej  niecce.  Dopiero  następnego  dnia  po  południu  znaleźli  nagle
wyjście  z  lasu,  chociaż  wyszli  na  zupełnie  inną  miejscowość  niż  Salla,  znajdująca  się  w
ich  rodzinnych  stronach.  Kompletnie  wyczerpanym,  udało  im  się  dotrzeć  do  najbliżej
położonego gospodarstwa chłopskiego.

To  przeżycie,  które  przyczyniło  się  do  rychłej  śmierci  babki,  zniszczyło  przyszłość

również jej niespełna sześcioletniemu wówczas wnuczkowi.

Z katastrof, które spotykają człowieka w późniejszym wieku, zawsze można wnioskować

o  dawniejszych  szkodach  na  ciele  i  duszy,  poniesionych  na  ogół  we  wczesnym
dzieciństwie. Ale współczesna medycyna nadal robi z tej wiedzy zbyt mały użytek.

„Większość lekarzy do dzisiaj nie bada przyczyn zachorowań”, powiedział ojciec, „lecz

wyczerpuje się w najprymitywniejszych schematach leczenia”. Ci „przepisujący lekarstwa
hipokryci”  w  ogóle  unikają  studiowania  duchowości  człowieka,  który  wskutek
nieszczęsnej tradycji całkowicie zawierza się im w swojej bezradności. Lekarze są „leniwi
i  tchórzliwi”,  powiedział  ojciec,  zdać  się  na  ich  łaskę  i  niełaskę  oznacza  zdać  się  na
przypadek  i  całkowitą  bezduszność,  na  pseudonaukowość.  Większość  lekarzy  to  dzisiaj
„niewykwalifikowani  robotnicy  medyczni”,  „najbardziej  niesamowici  zatajacze”.  On,
ojciec,  nigdzie  nie  czuje  się  bardziej  niesamowicie  niż  wśród  koleżeństwa.  „Nie  ma
niczego bardziej niesamowitego od medycyny”, powiedział.

Nauczyciel w ostatnich miesiącach życia, powiedział ojciec, „zrobił niesłychane postępy

w sztuce rysowania piórkiem”. Rodzice byli wstrząśnięci demonicznością, coraz bardziej
widoczną  w  jego  rysunkach.  Delikatną  kreską  rysował  świat,  „sam  siebie  unicestwiający
świat”, który ich zatrważał, im więcej z tego świata im „wyrysowywał”: ptaki w strzępach,
powyrywane  języki,  ośmiopalczaste  dłonie,  porozbijane  głowy,  członki  oderwane  od
niewidocznych  korpusów,  stopy,  ręce,  organy  płciowe,  ludzi,  którzy  udusili  się  w  marszu
itd.  Pod  skórą  nauczyciela  uwidaczniał  się  coraz  bardziej  kościec  jego  czaszki,  którą
często  rysował,  setki,  tysiące  razy.  Kiedy  nauczyciel  mówił,  można  było  najwyraźniej
zobaczyć  całą  nieszczęsność  jego  konstrukcji  psychicznej.  Ojciec  powiedział,  że  kiedyś
myślał  nawet  o  tym,  aby  zabrać  jeden  z  rysunków  nauczyciela  i  pokazać  go  w  Grazu
znanemu właścicielowi galerii. „Można by z tego zrobić dobrą wystawę”, powiedział. Nie
zna  nikogo,  kto  rysowałby  tak,  jak  zmarły  nauczyciel.  Surrealizm  nauczyciela  jest
absolutnie  nowy;  w  sztuce  nauczyciela  w  ogóle  nie  chodzi  u  rzeczy  surrealne;  na  jego
rysunkach widać czystą rzeczywistość. „Świat jest na wskroś surrealistyczny”, powiedział.
„Natura  surrealistyczna,  wszystko  surrealistyczne”,  powiedział  ojciec.  Wydaje  mu  się
jednak,  że  sztuka,  którą  się  wystawia,  ulega  unicestwieniu  właśnie  przez  to,  że  się  ją

background image

wystawia,  porzucił  więc  myśl,  żeby  cokolwiek  robić  z  rysunkami  nauczyciela.  Ponieważ
jednak obawia się, że rodzice zmarłego mogliby te rysunki, „tysiące!”, nie wiedząc, że są
to  dobre  rysunki,  a  także  dlatego,  że  przez  cały  czas  są  nimi  przerażeni,  zatrwożeni  i
wprawieni  w  stan  zaburzenia,  że  mogliby  je  wyrzucić,  spalić  itd.,  zamierza  je  zabrać  do
siebie („Po prostu wezmę je ze sobą”, powiedział). Nie wątpi w to, że mu je dadzą.

Rodzice  nauczyciela  musieli  zapewne  w  ostatnich  czasach,  kiedy  patrzyli  na  chorego

syna,  myśleć  o  tych  jego  nieszczęsnych  predyspozycjach.  To  straszne,  że  na  człowieka,  o
którym się wie, iż odszedł przez swoją absurdalność, anormalność albo przez zbrodnię, nie
można,  póki  żyje,  patrzeć  inaczej  niż  w  kontekście  owej  absurdalności,  anormalności  i
zbrodni.

Z  łóżka  nauczyciel  mógł  patrzeć  na  Bundscheck  z  jednej  i  na  Wölkerkogel  z  drugiej

strony. „W jego rysunkach czuje się tę całą okrutną naturę”, powiedział mój ojciec.

Rodzice nauczyciela opowiadali, że w ostatnich czasach przestał się już odzywać i tylko

wyglądał przez okno. Widział jednak całkiem inną przyrodę niż oni, powiedział mój ojciec,
„inną  od  tej,  którą  my  widzimy,  kiedy  się  w  nią  wpatrujemy.  Malował  też  całkiem  inną
przyrodę, „wszystko absolutnie inaczej”.

Niedługo  siedzieliśmy  przy  stole  sami,  gdyż  wkrótce  dosiadł  się  do  nas  jakiś  starszy

mężczyzna,  najwyraźniej  ojciec  oberżysty.  Co  chwila  wypytywał,  czy  wiemy  o
morderstwie w Gradenbergu coś więcej niż on. Nie pozwolił nam zjeść w spokoju.

W  kierunku  młyna  Fochlerów  dolina  coraz  bardziej  zwęża  się  w  sposób  niesamowity

nawet dla niej samej, powiedział ojciec. Przypomniałem sobie, że młyn Fochlerów leży w
głębi ponurego wąwozu; zaraz za nim droga prowadzi w górę na zamek Sauraua.

Zapłaciwszy, wyszliśmy. W dużej sali gospody obsługiwano właśnie gromadkę uczniów,

którym podano gorącą zupę i których upomniano, żeby zachowywali się cicho. Jacy straszni
ludzie wyrosną z tych bezmyślnych stworzeń, pomyślałem, kiedyśmy opuścili gospodę.

Młyn  Fochlerów  znajduje  się  w  gminie  Rachau,  ale  nawet  z  Rachau  można  do  niego

dotrzeć  wyłącznie  sześćdziesięciokilometrowym  objazdem,  co  znaczy,  że  młyn  stoi  na
całkowitym  odludziu,  dokładnie  poniżej  zamku  Sauraua,  którego  to  zamku  jednak  stamtąd
nie widać.

Z Afling pojechaliśmy prosto do wąwozu.
Gdy  zapadł  zmrok,  moja  myśl  pobiegła  ku  siostrze,  ciągle  jeszcze  noszącej  plaster  na

nadgarstku.

Czas,  na  który,  zaledwie  na  weekend,  przyjeżdżam  z  Leoben  do  domu,  jest  zbyt  krótki,

powiedział  ojciec.  Nigdy  nie  zdążymy  się  rozmówić.  On  już  nie,  ale  ja,  powiedział,
mógłbym jeszcze ewentualnie mieć dobry wpływ na siostrę. Całkiem niezależnie od siebie
zaczęliśmy obaj myśleć o mojej siostrze.

Podpatruje ją, powiedział ojciec, gdy nie czuje się podglądana, gdy w ogrodzie popada

w  zamyślenie  i  tkwi  ciągle  w  tym  samym  miejscu,  wlepiając  nieruchomy  wzrok  w  mur
szopy. Jego wołanie ją przeraża, wraca więc bez słowa do pokoju. W ogóle nie pomaga mu
w  gabinecie  lekarskim.  Jej  niechęć  do  wszystkiego,  co  ma  związek  z  medycyną,  jest

background image

ogromna. Na przykładzie mojej siostry ojciec widzi swoją bezsilność najwyraźniej.

Myśli  często,  że  jego  sztuka,  co  właśnie  najwyraźniej  widzi  na  przykładzie  własnego

dziecka,  jawi  się  jako  coś,  co  opiera  się  na  niezdrowych  domysłach.  Od  czasu  do  czasu
ojciec zabiera moją siostrę do krewnych, ale ona nie czuje się dobrze wśród ludzi.

Chcąc odwrócić uwagę ojca od siostry, pokazałem mu stado owiec, które przez chwilę

widać było na górze nad wąwozem przy dziale wód.

Kiedyśmy  zjeżdżali  coraz  niżej  w  głąb  wąwozu,  setki,  tysiące  obrazów  równocześnie,

jak mi się zdawało, wciskały mi się w pamięć, i już nic więcej nie widziałem.

Raz  w  tygodniu  ojciec  musi  właścicielowi  młyna  zdejmować  z  owrzodzonej  nogi

opatrunek, wypuszczać ropę, która się tam tymczasem nazbiera, i na nowo opatrywać nogę.
Może  kiedy  on  będzie  w  pokoju  młynarza,  powiedział,  mnie  sprawi  przyjemność
obejrzenie egzotycznych ptaków w dużej klatce znajdującej się za młynem. Dopiero teraz,
na wspomnienie klatki dla ptaków, zrozumiałem, co to za młyn, ten młyn Fochlerów. Obok
młyna  przechodził  kiedyś,  jak  pamiętam,  kondukt  żałobny,  który  wyłonił  się  z  wąwozu,
myślę,  że  chyba  z  zamku  Sauraua,  a  wrzaski  ptaków,  w  nieustannym  przerażeniu
rzucających  się  do  kraty  klatki,  rozdrażnionych  ludźmi  mamroczącymi  modlitwy,  bez
przerwy go atakowały.

Była  zresztą  sobota.  Pomyślałem,  że  większość  pogrzebów  odbywa  się  w  sobotę,

prawie wszystkie chrzty, wesela i pogrzeby odbywają się w soboty. Jakże inny jednak był
nastrój,  gdyśmy  przybyli  do  młyna.  Dwaj  młodzi  robotnicy  (mój  ojciec  powiedział:
„synowie!”) byli zajęci ładowaniem worków mąki na wóz drabiniasty. Turbiny robiły taki
hałas, że nie rozumieliśmy swoich własnych słów, a ja nie zrozumiałem również tego, co
powiedział ojciec, zanim wszedł do młyna.

Okiennice były z żelaza, czarne. Żadnych kwiatów.
Nad  drzwiami  wejściowymi  można  było  jeszcze  dostrzec  herb  Saurauów.  Niegdyś

należała do nich cała ta ziemia, jak myślę. Do takich zamczysk jak Hochgobernitz należało
zawsze wiele młynów, browarów i tartaków.

U krańca wąwozu, w najwyższym punkcie, leży Hochgobernitz, powiedział ojciec, ale ja

nie mogłem go dojrzeć.

Dźwigający worki z mąką i ładujący je na drabiniaste wozy nie widzieli ani nie słyszeli,

jak nadchodzimy.

To woda w rzece robi tyle hałasu, że w całym wąwozie nie słychać nic poza nią.
Na wozie stał trzeci młodzieniec, młodszy od dwóch pozostałych; wyglądał jak jeden z

tych młodych Turków, których teraz wielu się u nas zatrudnia, i rzeczywiście był Turkiem.
Zaczął  zdejmować  worki  z  pleców  synów  właściciela  młyna  i  porządnie,  jeden  obok
drugiego,  ustawiać  je  na  wozie.  Był  w  moim  wieku,  ale  nie  dość  silny,  by  wykonywać
ciężką  pracę  młynarza,  która  dzisiaj  wygląda  w  wąwozie  dokładnie  tak  samo,  jak  od
stuleci.  Elektryczność  wytwarzają  jednak  sami.  Elektrownia  wodna  jest  dobudowana  do
młyna i w połowie wystaje ponad rzekę.

Pomyślałem,  że  Turek  jest  w  wąwozie  pewnie  dopiero  od  kilku  dni.  Synowie

background image

właściciela  młyna  przez  większość  czasu  będą  się  z  niego  naśmiewać,  pomyślałem,  było
mi go żal. W jednej chwili Turcy stali się u nas najtańszą siłą roboczą, tylko takiego więc
udało się im zatrudnić. Turcy wykonują najcięższe prace i są ze wszystkiego zadowoleni.
Zawsze  będzie  mu  trudno  między  nimi,  pomyślałem,  jeśli  się  od  razu  nie  zbierze  i  nie
odejdzie,  całymi  latami  będzie  ofiarą  ich  humorów.  Nie  sprawiali  wrażenia,  żeby  choć
trochę chcieli ułatwić mu życie. Ale ty sobie tylko przedstawiasz, że to ty jesteś Turkiem, i
to, co przy tym dzieje się w tobie, pomyślałem. Natychmiast też wyobraziłem sobie Turka
w relacjach z wieloma osobami, w których polu oddziaływania musi on żyć, podobnie jak i
ja mam zawsze nieszczęście widzieć nie jednego człowieka, nigdy tylko tego,  na  którego
patrzę,  lecz  wszystkich,  z  którymi  wchodzi  on  w  ewentualne  związki.  To  zawsze  utrudnia
mi  obserwację  ludzi.  Podobnie  zresztą  jak  i  każdą  rzecz,  którą  widzę,  muszę  widzieć  w
relacji z wszystkimi innymi. Jak marne musiało być życie owego Turka w rodzinnym domu,
że  w  tak  młodym  wieku  przybył  do  tego  wąwozu  w  Europie  Środkowej,  pomyślałem.  W
jego wypadku wąwóz jest okrutnym oszustwem.

Prawdopodobnie  jednak  wszystko,  o  czym  myślę,  wygląda  całkiem  inaczej,  niż  myślę,

pomyślałem,  i,  niezauważony  przez  trzech  robotników,  poszedłem  za  młyn,  gdzie
spodziewałem się ujrzeć olbrzymią klatkę dla ptaków.

W rzeczywistości klatka była o wiele większa, aniżeli zachowałem ją we wspomnieniu.

Bardzo  jednak  opustoszała,  gdyż  nie  było  w  niej  nawet  w  przybliżeniu  połowy  ptactwa,
które  widziałem  tu  za  pierwszym  razem.  Czy  istotnie  większość  okazów  wyzdychała
ptasznikowi?  pomyślałem.  Te  nieliczne,  które  jeszcze  mieszkały  w  klatce,  może  z
pięćdziesiąt sztuk, na mój widok odfrunęły przerażone pod tylną ścianę. Nie miały pokarmu
i chciało im się pić. Stojące pod murem koryto na wodę było puste. Wszystko w tej klatce
wskazywało,  że  nie  ma  już  człowieka,  który  dotychczas  opiekował  się  ptakami.  Dwie
papugi  wrzeszczały  do  siebie  ciągle  to  samo.  Nie  udało  mi  się  domyślić,  co  krzyczą.
Zauważyłem, że do znajdującej się przed klatką studni jest doprowadzony wąż, napełniłem
więc  koryto  wodą.  Ptaki  od  razu  się  do  niej  rzuciły.  Ale  wszystko  w  nich  było  wrogie.
Skąd  ta  wrogość?  pomyślałem.  Miały  również  wrogie  upierzenie,  kolory,  nieustannie
zmieniające  się  wskutek  rozdrażnienia.  Jakiś  szaleniec  musiał  stworzyć  tę  hodowlę,
pomyślałem, i wskutek niej zmarnieć. Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś za mną stoi,
ale kiedy się odwróciłem, nie było nikogo. Szybko odszedłem od ptaków i wróciłem pod
młyn, gdzie trzej młodzi mężczyźni, choć Turek nie jest jeszcze mężczyzną, uporali się już z
ładowaniem  worków.  Turek  właśnie  zeskoczył  z  wozu,  i,  zaskoczony  moim  widokiem,
przystanął  na  chwilę  pod  murem  domu,  przyjrzał  mi  się  badawczo,  po  czym  momentalnie
wbiegł do młyna.

Zapragnąłem  stamtąd  odejść,  poszedłem  więc  kawałek  wzdłuż  rzeki,  w  ogłuszającym

huku  wody,  która  bezwzględnie  wypływała  z  wąwozu  i  wpadała  na  młyńskie  koło.  Ale
powiedziałem sobie, że jeśli zapuszczę się dalej w wąwóz, ten ponury nastrój będzie się
we mnie tylko pogłębiał, zawróciłem więc.

Czyż nie jestem zawsze, wszystko jedno w jakim młynie, w miłym, ba, w szczęśliwym

background image

nastroju? pomyślałem. Patrząc na ten młyn, widziałem kondukt żałobny, który przechodził
obok siedem czy osiem lat temu, jeden z najbardziej okazałych.

Pomyślałem,  że  w  niezwykle  krótkim  czasie  musiałbym  udusić  się  w  tym  wąwozie,  a

oprócz tego zastanawiało mnie, jak w takim wąwozie ktoś w ogóle może wpaść na pomysł
hodowania egzotycznych ptaków.

Miałem teraz potrzebę bycia razem z ojcem.
Wracając do młyna, pomyślałem, że po dziś dzień wiąże się go z fałszerzami pieniędzy i

morderstwami,  które  wydarzyły  się  tutaj  ponad  sto  lat  temu.  Tu  można  bez  przeszkód
obmyślać i popełniać najokrutniejsze zbrodnie, pomyślałem, a obaj synowie młynarza, jak
też  ni  stąd,  ni  zowąd  ten  młody  Turek,  wydali  mi  się  nagle  niesamowici.  Jaką  zbrodnię
zamierzają  popełnić  ci  Fochlerowie,  że  sprowadzili  sobie  do  wąwozu  tego  młodego
Turka?

Obejrzawszy  dokładnie  herb  Saurauów  nad  wejściem,  wkroczyłem  szybko  do

przedsionka.  Aby  od  razu  zyskać  orientację  po  głosach  dochodzących  z  wnętrza  domu,
przystanąłem  z  prawej  strony  przed  wejściem  na  schody  i  wtedy  właśnie  zawołał  mnie
nagle z tyłu jeden z dwóch synów właściciela młyna.

Poprosił, żebym udał się za nim, i wyszedł z przedsionka na dwór.
Wąwóz był teraz jeszcze mroczniejszy niż wcześniej, zawsze panuje tam taka atmosfera

jak na chwilę przed straszną burzą. Ludzie żyją tu bez przerwy w takim burzowym nastroju,
pomyślałem  i  poszedłem  za  młodszym  synem  młynarza  do  przybudówki.  Po  zmurszałej
desce, na której przez cały czas bałem się, że stracę równowagę, szedłem, zbyt szybko, za
młynarczykiem przez rzekę. W pierwszej chwili niczego w przybudówce nie dostrzegłem.
Później  jednak,  gdy  przyzwyczaiłem  się  do  ciemności,  do  osobliwego  smrodu,  smrodu
mięsa, stwierdziłem, że na długiej desce ułożonej na dwóch drewnianych kozłach leży stos
martwych ptaków, jak natychmiast się zorientowałem, tych z klatki, to były najpiękniejsze z
egzotycznych  okazów.  Piękne  kolory  zrobiły  na  mnie  wrażenie.  Bo  rzeczywiście,  zabito
najpiękniejsze egzemplarze z klatki, odwróciłem się więc, kierując pytające spojrzenie na
młynarczyka.

Wszyscy trzej, on, jego brat i ten nowy, młody Turek, zatrudniony w młynie dopiero od

kilku  dni,  wyłapali  o  brzasku,  jeszcze  przed  wschodem  słońca  (choć  przecież  wschód
słońca  w  wąwozie  jest  niemożliwy,  pomyślałem!),  połowę  ptaków  z  klatki,  najpierw  te
najpiękniejsze,  i  zabili  je,  starając  się  nie  uszkodzić  cennego  upierzenia.  Jak?  Z  ogromną
szybkością owijali sobie wokół palców wskazujących szyje ptaków i ściskali je. Ogółem
naliczyłem czterdzieści dwa ptaki. Po fajrancie zabiją również te, które jeszcze zostały w
klatce,  powiedział  syn  młynarza.  Dodał  też,  że  brat  jego  ojca  mniej  więcej  przed
dwudziestu  laty  zaczął  „wychowywać”  te  ptaki  i  żył  wyłącznie  dla  nich.  Zmarł  trzy
tygodnie temu i od tamtej chwili nie ustaje straszliwy wrzask tego ptactwa, przyprawiając
ich niemal o szaleństwo. Początkowo myśleli, że krzyk ptaków, spowodowany śmiercią ich
opiekuna, z czasem przycichnie albo całkiem ustanie, ale się pomylili. Stawał się bowiem
coraz bardziej nie do zniesienia. Trzeba sobie wyobrazić, że taki wrzask zwielokrotnia się

background image

w wąwozie po stokroć. Nikt nie zdoła się przyzwyczaić do takiego „straszliwego krzyku”,
nie  można  też  wymagać,  aby  ktokolwiek  to  wytrzymał.  Dostali  więc  wczoraj  od  ojca,
właściciela  młyna,  pozwolenie  zabicia  ptaków,  mieli  je  uciszyć.  Długo  się  zastanawiali,
jak  je  zabić,  aż  wreszcie  wpadli  na  pomysł,  że  nie  odetną  im  łebków,  jak  kurom,  tylko
zabiją je, nie uszkadzając z zewnątrz. W ten sposób nie będą musieli się z nimi rozstawać,
powiedział młynarczyk. Przywykli do tych wszystkich cudownych ptaków, chociaż nie byli,
jak  ich  stryj,  tak  bez  reszty  w  nich  zadurzeni.  Teraz  sami  zamierzają  je  spreparować,
wypchać  i  wypełnić  nimi  cały  pokój,  pokój  zmarłego  brata  młynarza.  To  on,  powiedział
młynarczyk, wpadł na pomysł urządzenia muzeum ptactwa w młynie Fochlerów. Nie było
łatwo zdobyć te ptaki. Kiedy zaczęli wyłapywać pierwsze i zabijać je, wrzask oczywiście
jeszcze  się  wzmógł,  ale  z  każdą  chwilą  ptaki  coraz  bardziej  milkły.  Gdy  zabili  ostatnie,
reszta pozostałych przy życiu całkiem oniemiała. Teraz wyjaśniło się więc, dlaczego ptaki
były  tak  przerażone,  gdy  podszedłem  do  klatki,  już  w  pierwszej  chwili  bowiem
pomyślałem,  że  reagują  całkiem  nienaturalnie.  Od  tego  wyłapywania  ptaków  z  klatki
wszyscy  mają  podrapane  twarze,  powiedział  syn  młynarza.  Teraz,  kiedy  już  nabrali
wprawy,  powiedział,  wieczorem  uda  się  im  o  wiele  łatwiej  i  szybciej  zabić  wszystkie
pozostałe,  tak  że  już  następnej  nocy  zapanuje  absolutny  spokój...  Ich  ojciec  rozważał
najpierw  pomysł,  czyby  nie  sprzedać  żywych  ptaków  jakiemuś  kolekcjonerowi,  ale
znalezienie  takiego  kolekcjonera  zajęłoby  im  zbyt  dużo  czasu  i  do  tej  pory  już  by
prawdopodobnie  zwariowali.  Trudno  jest  znaleźć  preparatora,  postanowili  więc,  że  w
czasie  wolnym  sami  spreparują  wszystkie  okazy.  Stryj,  powiedział  syn  młynarza,  miał  w
głowie  wyłącznie  te  ptaki.  Zostało  całe  mnóstwo  notatek,  które  zrobił  na  temat  swojej
hodowli  („Wszyscy  lubimy  robić  notatki!”,  powiedział  młynarczyk),  mających  zapewne
dużą wartość dla fachowców. Brał do ręki jednego czy drugiego pięknego ptaka i podnosił
go  tak  wysoko,  żebyśmy  mogli  mu  się  dobrze  przyjrzeć,  a  następnie  opisywał  jego
szczególne  przymioty.  Pomyślałem,  że  ten  młody  człowiek  całkiem  nieźle  zna  się  na
egzotycznych ptakach. Najwyraźniej wszyscy tu w młynie Fochlerów koncentrowali się na
nich.  Umiał  wszystkie  poprawnie  nazwać,  jedne,  mówił,  pochodzą  z  krajów  azjatyckich,
inne  z  amerykańskich,  a  jeszcze  inne  z  afrykańskich.  Większość  to  wschodnioazjatyckie
ptaki wyspowe, ani jeden nie pochodził pierwotnie z Europy. Brat młynarza często całymi
godzinami  przebywał  w  ich  klatce,  ale  żaden  ptak  nigdy  go  nie  zaatakował.  Wszystkie
miały  imiona,  jak  Kalahari,  Malemba,  Mitwaba,  Czing-tou,  Koji-jang,  Amoy,  Druro,
Drirari, Cocabamba, Carrizal itd. Z książek o ptakach, z setek książek leżących na stosach
w pokoju stryja, on wie najdziwniejsze rzeczy o każdym z osobna. Ja jednak nie mogłem
już  dłużej  wytrzymać  w  tej  przybudówce,  gdzie  zabite  ptaki  leżały  na  desce  jak  na
katafalku,  dłuższe  przebywanie  tam  uniemożliwiał  mi  przede  wszystkim  odór  ptasiej
padliny,  wyszedłem  więc.  Zacząwszy  rozmowę  o  wąwozie,  odwróciłem  uwagę  syna
młynarza,  a  dzięki  temu  również  swoją,  od  martwych  ptaków.  Czy  on  zna  Sauraua?
zapytałem.  Tak,  oczywiście.  Czasem  Saurau  nieoczekiwanie  schodzi  do  wąwozu  i  do
młyna,  siada  i  opowiada  „niestworzone  rzeczy”.  Chodzi  zawsze  pieszo.  Kiedy  na  zamku

background image

odbywają  się  jakieś  uroczystości,  słychać  je  aż  w  wąwozie,  śmiech  i  muzykę,  krzyki
pijanych.  Ale  w  ostatnich  czasach  na  Hochgobernitz  nie  odbywają  się  już  żadne
uroczystości,  powiedział  młynarczyk.  Książę  zamyka  się  coraz  bardziej.  Młyn  podarował
im w ubiegłym wieku jeden ze zmarłych już Saurauów, który pewnego wieczoru założył się
na zamku, że jeśli nazajutrz rano nie ustrzeli w wąwozie określonego dwunastaka, w jednej
chwili odda komuś młyn w darze. Nie ustrzelił go, toteż w jednej chwili  podarował  młyn
Fochlerom,  którzy  pracowali  w  nim  już  od  dwustu  lat.  Młynarczyk  powiedział:
„Saurauowie  dotrzymują  danego  słowa”.  Książę  jest  „równie  szalony,  co  bogaty”,
powiedział  mój  ojciec,  który  wyszedł  z  domu,  gdy  znów  stanąłem  przed  nim  z  synem
młynarza.  Młynarczyk  się  roześmiał.  Patrząc,  jaki  jest  roześmiany,  spostrzegłem  też,  że
wykonuje rękoma pseudogeometryczne ruchy, ruchy przypominające te w chwili zabijania
ptaków.

Wjechaliśmy  w  głąb  wąwozu.  Zostawimy  samochód  na  samym  jego  skraju,  „gdzie  jest

najciemniej”,  i  wejdziemy  na  zamek  pieszo,  powiedział  ojciec.  Wzdłuż  lewej  ściany
skalnej  wiedzie  niebezpieczna  droga,  ale  on  już  do  niej  przywykł,  a  ja  jestem  młody  i
wystarczająco zręczny, żeby przebyć ją bez lęku. Książę czeka na mojego ojca w co drugą
sobotę.  Z  zamku  roztacza  się  widok  na  całą  piękną  okolicę  i  tam  w  górze,  jak  z  żadnego
innego miejsca, można rozeznać się w położeniu Styrii. Z Hochgobernitz widać wszystkie
graniczące  ze  Styrią  kraje  związkowe,  a  na  południowym  wschodzie  wzrok  sięga  aż  do
Węgier.  Po  drugiej  stronie,  naprzeciw  wąwozu,  prowadzi  na  zamek  porządna  droga,  ale
podróż tamtędy oznaczałaby ponadosiemdziesięciokilometrowy objazd przez Planhütte.

Zbliżając  się  do  skraju  wąwozu,  rozmawialiśmy  o  młynie  Fochlerów.  Ojciec

scharakteryzował młynarza jako ociężałego sześćdziesięcioletniego mężczyznę, który gnije
pod skórą, ciągle leży na starej sofie, nie może już chodzić, a jego żona, której odór z ust
świadczy o szybko postępującym procesie rozkładu płatów płucnych, ma wodę w nogach.
Stary  tłusty  wilczur  chodzi  tam  i  sam  między  obydwojgiem,  od  jego  do  jej  sofy  i  z
powrotem.  Gdyby  w  obu  pokojach  nie  przechowywano  świeżych  jabłek,  nie  dałoby  się
wytrzymać fetoru tych dwojga starych ludzi i wilczura. Prawa noga właściciela młyna gnije
szybciej niż lewa, młynarz chyba już nie może wstawać. „Kiedy przez wąwóz przechodzi
kondukt  żałobny”,  powiedział  ojciec,  „jest  to  niesamowite”.  A  zatem  i  on  widział  już
kiedyś  kondukt  żałobny  w  wąwozie.  Młynarce  udaje  się  ustać  na  nogach  zaledwie  przez
chwilę, tak więc oboje prawie zawsze wylegują się naprzeciw siebie we wspólnym pokoju
i  zajmują  się  psem.  Ten  zaś,  ponieważ  nigdy  pokoju  nie  opuszcza,  jest  niebezpieczny
wskutek  zaburzeń  umysłowych.  Gdy  ojciec  wchodzi  do  Fochlerów,  jedno  z  dwojga,
kobieta albo mężczyzna, musi zawsze przytrzymywać zwierzę. Z powodu wrzasku ptaków
psisko przez ostatnie tygodnie biegało ciągle „jak oszalałe” między parą młynarzy.

Młynarzostwo  mieli  nadzieję,  że  po  zabiciu  całego  ptactwa  przede  wszystkim  pies  się

uspokoi,  dzięki  czemu  i  oni  zaznają  wytchnienia.  Młynarz  powiedział  mojemu  ojcu,  że
polecenie zabicia ptaków wydał głównie ze względu na stan psa. Oboje, właściciel młyna
i  jego  żona,  na  zmianę  trzymają  go  na  smyczy,  dniem  i  nocą.  Z  powodu  chorób  są  już  od

background image

wielu  miesięcy  skazani  na  przebywanie  w  pokoju  i  coraz  bardziej  tracą  kontrolę  nad
synami. Jednego z nich, starszego, właściciel młyna charakteryzuje jako zawsze skłonnego
do  przemocy:  często  bił  matkę,  a  im  obojgu  groził  śmiercią,  raz  wyskoczył  do  ojca  z
motyką  i  ciężko  go  zranił.  Ten,  który  pokazał  mi  martwe  ptactwo  w  przybudówce,  jest
słabeuszem, całkowicie wydanym na pastwę starszego brata. Wszyscy w młynie Fochlerów
są słabi na umyśle, ale nie umysłowo chorzy, powiedział mój ojciec.

Obecnie  gospodarstwo  prowadzi  siostra  żony  młynarza,  tyle  że  akurat  teraz  jest  w

Knittelfeld.

W stajni stoją cztery krowy, nie mam pojęcia, czym się one żywią, skoro tam jest tylko

las.

Powiedziałem,  że  właśnie  ów  „syn  słabeusz”  pokazał  mi  martwe  ptactwo  leżące  w

przybudówce. To bardzo osobliwe, że przyjechaliśmy do młyna Fochlerów akurat w dniu,
kiedy zostały zabite ptaki i jeszcze będą zabijane.

Przez cały czas widzę kondukt żałobny, który widziałem podczas mojej pierwszej wizyty

w  młynie  Fochlerów,  powiedziałem,  ciągle.  Nawet  Fochlerowie  mówili  o  zabójstwie  w
Gradenbergu, ciągle powtarzali słowo „morderstwo”. Ale mój ojciec całkiem celowo nie
przyznał się, że ten wypadek jest mu znany.

Pewien  notariusz  z  Köflach  chce  odkupić  od  nich  młyn,  powiedział  do  mnie  ojciec,

młynarzostwo  o  tym  mówili,  i  zamierza  przyjeżdżać  tu  na  letnisko  (!),  ale  oni  ani  myślą
pozbywać się młyna.

W młynie Fochlerów jest dobra woda źródlana, powiedział do mnie ojciec, a następnie:

„W  pokoju  starej  Fochlerki  wisi  obraz  olejny”.  Mój  ojciec  szacuje  go  na  trzysta
pięćdziesiąt, czterysta lat. Nie jest to święty obraz, wręcz przeciwnie, przedstawia dwóch
stojących  do  siebie  plecami  nagich  mężczyzn  z  „całkowicie  wykręconymi  głowami”,
„twarzą  w  twarz”.  Ojciec  już  od  dawna  podziwia  ten  obraz  i  zawsze  wiązał  z  nim
najrozmaitsze,  „raczej  straszne”  myśli.  „Kiedy  zdejmie  się  go  ze  ściany,  na  której  z
pewnością  wisi  już  kilkaset  lat”,  powiedział,  „i  wyniesie  z  tego  okropnego  pokoju,  po
czym umieści na pustej białej ścianie, będzie musiało ukazać się całe jego piękno”. Ojciec
wyjaśnił mi, że ten obraz jest absolutnie brzydki i absolutnie piękny zarazem. „Piękny, bo
prawdziwy”, powiedział.

W  wielu  styryjskich  domach  właśnie  tam,  gdzie  panuje  największa  ciemność,  jak  w

wąwozie, można było jeszcze do niedawna znaleźć najcenniejsze dzieła sztuki i wydobyć
je  na  światło  dzienne,  teraz  już  nie.  Ogarnięte  w  połowie  stulecia  straszliwym
upodobaniem  do  antyków,  mieszczuchy  w  ostatnich  latach  systematycznie  ograbiały  całe
wsie z ich skarbów sztuki, a zostawiały tam swoją własną proletariacką pustkę.

Wąwóz zwęża się jeszcze bardziej. Nad brzegiem rzeki rosną sosny zamiast jodeł. Tam,

powiedział ojciec, powinny być pstrągi. Gdybyśmy się tak nie śpieszyli — przed wizytą u
Sauraua chciał jeszcze zajrzeć do dzieci Krainerów, mieszkających w parterowym domku
dla  służby  tuż  u  podnóża  zamku  —  byłby  się  zatrzymał  i  wysiadł,  żeby  rozejrzeć  się  za
pstrągami w rzece.

background image

Okropnie  poruszała  mnie  myśl,  że  w  miejscu,  gdzie  stoi  młyn  Fochlerów,  mieszkają

ludzie.  I  to  jacy!  Wszystkie  martwe  ptaki  wydzielają  dziwny  odór  gnicia,  powiedziałem.
Jedni, jak rodzina młynarza, powiedziałem, są zmuszeni spędzać życie w najokropniejszej
samotni,  panującej  w  wąwozie,  nie  pozostaje  im  nic  innego,  są  przywiązani  do  swojego
domu, do marnego źródła dochodów, do takiej rzeki jak ta, wzdłuż której jedziemy teraz w
górę  aż  do  jej  źródła,  inni  natomiast,  jak  ten  przemysłowiec,  udają  się  dobrowolnie,
całkiem  rozmyślnie,  na  odludzie,  jak  to  w  Hauenstein.  Kiedy  jednak  powiedziałem
„dobrowolnie”,  pomyślałem,  że  nikt  nie  robi  prawie  niczego  dobrowolnie,  wolna  wola
człowieka  to  bzdura,  i  powiedziałem  do  ojca:  „Oczywiście  również  przemysłowiec  nie
przyjechał  do  Hauenstein  dobrowolnie”,  i  świat  wydał  mi  się  nagle  doprawdy
niesamowity; jeszcze nigdy nie odczułem go jako tak niesamowitego, jak wówczas, gdyśmy
coraz  głębiej  wjeżdżali  w  wąwóz.  Niebawem  już  nic  nie  było  widać,  ale  ojciec  zna  tę
drogę  od  lat.  Przyroda  tam,  gdzie  jest  najczystsza  i  najbardziej  dziewicza,  jak  tu  w
wąwozie, jest również najbardziej niesamowita.

Czy  zauważył,  zapytałem  ojca,  że  Turek  sprawiał  wrażenie  absolutnie  przerażonego?

Umieścili go w dużym pokoju po zmarłym opiekunie ptaków, ale w środku nocy wyszedł
stamtąd i w pokoju synów właściciela młyna kładł się na zmianę to do łóżka jednego, to do
łóżka drugiego, błagając, żeby go od siebie nie wyrzucali. Pozwolą Turkowi spać kilka dni
u  siebie  w  łóżkach,  powiedział  ten,  który  pokazał  mi  martwe  ptaki  w  przybudówce,  tak
długo, aż przestanie się bać, aż przyzwyczai się do wąwozu. Nie mogą zapamiętać imienia
Turka,  powiedziałem,  mnie  również  nie  zostało  ono  w  pamięci,  nazywają  go  więc  po
prostu  „Turek”.  Synowie  właściciela  młyna  wiedzą  tylko,  że  chłopak  ma  w  domu
siedmioro  rodzeństwa  i  rodziców,  do  których  pisuje  od  czasu  do  czasu,  po  co  bowiem
kupowałby  tyle  papieru  listowego  w  Knittelfeld,  zanim  przybył  tu  ze  starszym  z  synów
młynarza,  który  podkupił  go  pewnej  firmie  budowlanej?  Nie  mogli  mu  wytłumaczyć,  z
jakiego  powodu  o  brzasku  zabijają  ptaki.  Oni  nie  rozumieli  jego,  ponieważ  nie  znają  ani
jednego tureckiego słowa, on nie rozumiał ich, bo prawie w ogóle nie mówi po niemiecku.
Przerażony nimi dwoma, powiedział syn właściciela młyna, Turek, ujrzawszy, że zabijają
złapane  w  klatce  ptaki,  stał  całkiem  nieruchomo,  oparty  o  mur  domu.  Mógł  był  przecież
pomyśleć,  że  zwariowali!  Pierwsze  ptaki  zabijali,  nie  uzmysławiając  sobie  brutalności
tego czynu, pod samą klatką, na oczach jeszcze niezabitych ptaków, mianowicie tak, że po
prostu ściskali ich szyje, ale krew mimo wszystko tryskała. Później jeden z nich wpadł na
pomysł, żeby owijać ptasie szyje wokół palców wskazujących i ukręcać im łebki. Szli już
wtedy  za  klatkę.  Ptak  traci  przytomność,  gdy  jego  szyja  zostaje  po  raz  pierwszy  mocno
owinięta wokół palca. Słychać, jak łamie się kręgosłup poniżej łebka. Raz po raz zachęcali
Turka,  żeby  również  pomógł  im  zabijać  ptaki,  dokładnie  w  taki  sam  sposób,  jak  oni  to
robią, ale on się przed tym wzdragał. Nagle jednak wydało się, że Turek chyba pojął, bo
całkiem sam z siebie zabił tą ich metodą dziesięć czy dwanaście sztuk, o wiele zgrabniej
niż oni. Potem przyniósł puste worki po mące i nakrył nimi ptaki, leżące na desce jeden za
drugim z ukręconymi łebkami.

background image

Jedynym sposobem, pozwalającym wydobyć się z depresji absolutnie harmonizującej z

panującą  w  wąwozie  ciemnością,  okazał  się  pomysł  opowiedzenia  o  Leoben;  gdy  nagle
zacząłem  mówić  o  Leoben,  wydało  mi  się,  jakbym  mówił  o  świecie  zewnętrznym.
Zmusiłem  się  do  tego,  żeby  widzieć  siebie  na  zmianę  to  w  Wyższej  Szkole  Górniczo-
Hutniczej,  to  znów  w  akademiku.  Skupiłem  się  na  dokładnym  oglądzie  mojego  pokoju  w
akademiku. Teraz go widzę i nie jest on pusty, pomyślałem. Teraz widzę stołówkę i jestem
w  stołówce.  Widzę  plac  miejski  w  Leoben  i  jestem  na  tym  placu.  Widzę  uczonych
inżynierów  i  jestem  wśród  nich,  chociaż  nie  jestem  wśród  nich,  tylko  w  wąwozie.  W
rzeczywistości  jestem  w  wąwozie.  Ale  również  w  Leoben  jestem  w  rzeczywistości.
Wszystko jest rzeczywistością, pomyślałem.

Teraz już od dawna jestem nie tylko wydany na pastwę swoich studiów, powiedziałem,

lecz  z  rosnącą  pewnością  im  oddany.  Już  od  dawna  nie  są  dla  mnie  niczym
niewyobrażalnym. Nawet zdyscyplinowanie się nie przychodzi mi już z taką trudnością jak
na  początku.  O  ile  przez  cały  pierwszy  rok  w  mniejszym  lub  większym  stopniu  byłem
politowania  godną  ofiarą  panującej  wśród  wszystkich  studentów  równomiernie  wszystko
wokół  zatruwającej  melancholii,  a  przez  to  zdolny  wyłącznie  do  najżałośniejszych,
najbardziej  znikomych  postępów  w  swojej  dziedzinie  wiedzy,  to  teraz  wszystko  jest  dla
mnie  łatwe  i  jasne.  „Potrafię  trzymać  ciało  i  umysł  z  dala  od  złych  wpływów”,
powiedziałem.  „Wiem,  co  jest  dla  mnie  pożyteczne”,  powiedziałem.  Ale  wychodzenie,
przy  największej  bezwzględności  wobec  siebie,  z  monotonii  własnego  zaślepienia
umysłowego było straszliwym procesem. Własna młodość jest stanem przyprawiającym o
dreszcze,  pomyślałem.  Komunikowanie  takich  rzeczy  ojcu  wydało  mi  się  jednak
bezsensowne. Już od dawna przekazywałem mu zafałszowany obraz. Nie widziałem sensu,
żeby opowiadać, iż wszystko mnie tam przygnębia i że również ja nie jestem człowiekiem
bez  problemów.  Że  również  moje  problemy  z  czasem  się  pogłębiają.  A  on
prawdopodobnie  myśli,  pomyślałem,  że  ja  w  ogóle  nie  mam  problemów.  Z  całkowitą
premedytacją  przekazuję  ojcu  zafałszowany  obraz.  W  tej  chwili  nie  miałem  pojęcia,
dlaczego. „Zawsze sprawiało mi ogromną przyjemność”, powiedziałem, „że sam potrafię
uporać się z własnymi problemami”. Czy powiedziałem za dużo? Ojciec w ogóle mnie nie
słuchał. Wydawało się, że myśli już tylko o obojgu dzieciach Krainerów i o księciu Saurau.
Jestem teraz na tyle silny, że sam ze wszystkim sobie radzę, pomyślałem. Często wstydzę
się  tego  uczucia,  że  jestem  silniejszy  od  innych,  a  towarzyszy  mi  ono  raz  po  raz.  Nie
powiedziałem tego jednak.

Najbardziej  znamienna  wydaje  się  we  mnie  moja  niekomunikatywność,  która  jest

absolutnie  inną  niekomunikatywnością  niż  niekomunikatywność  mojej  siostry.  Moje
milczenie jest przeciwne do milczenia siostry. A milczenie i niekomunikatywność ojca są
jeszcze inne. To, co wiem o nim, pomyślałem, to ciągle zbyt mało, aby móc go sobie złożyć
takim, jaki jest.

Przez chwilę pomyślałem: ten dzień chciałeś spędzić z siostrą.
Powiedziałem: Piękne jest to, co nieprzewidywalne.

background image

Zostaje  mi  jeszcze  jutrzejszy  dzień,  pomyślałem.  Ta  myśl  przyniosła  mi  ulgę.  Jutro,  w

niedzielę, wstanę wcześnie i wybiorę się z siostrą na długi spacer. I porozmawiam z nią. W
Leoben,  pomyślałem,  jestem  przez  cały  tydzień  w  swoim  pokoju,  a  w  tym  swoim  pokoju
zamknięty  w  sobie,  pod  koniec  roku  coraz  bardziej  hermetycznie  odcięty  od  świata
zewnętrznego,  pomyślałem.  Już  w  ogóle  nie  pozwalam  sobie  na  zaczerpnięcie  świeżego
powietrza!  Zamykając  się  aż  tak,  ranię  wielu  ludzi.  Jeśli,  osłabłszy,  wdaję  się  jednak  w
rozmowę,  bo  inni  na  mnie  nalegają,  żałuję  tego.  Czy  mam  inną  możliwość?  Muszę  przed
jedenastą  kłaść  się  do  łóżka,  myślę,  bo  wstaję  o  piątej  rano.  Dopuszczając  choćby
najmniejsze  odstępstwo  od  rozkładu  dnia,  tracę  równowagę.  Kiedy  się  jest  naukowcem,
można iść przez życie jedynie nieskończonym i mrocznym, w większości prawie zupełnie
pozbawionym powietrza korytarzem swojej dziedziny wiedzy.

Odstawiliśmy  samochód  obok  wodospadu  i  zadaliśmy  sobie  trud,  żeby  najeżoną

niebezpieczeństwami ścieżką wspiąć się szybko na szczyt. Nieustannie musieliśmy uważać,
oglądanie się za siebie nie było wskazane. Bez słów dotarliśmy wreszcie do zewnętrznych
murów  zamku.  Wspinaczka,  co  mnie  zdumiało,  w  ogóle  nie  zmęczyła  mojego  ojca.
Ujrzeliśmy przed sobą parterowy, należący już do zamku dom, w którym mieszkają dzieci
Krainerów. Młody Krainer, syn dzielnych rodziców, służących przez całe życie Saurauowi,
jest  kaleką.  Jego  siostra  zaprowadziła  nas  od  razu  do  pokoju  brata.  Od  pewnego  czasu
słyszy,  że  nadchodzimy,  powiedziała,  jest  więc  niespokojny.  Rodzice  poszli  tego  dnia
wcześnie do zamku. Młody Krainer ma dokładnie tyle samo lat co ja, dwadzieścia jeden,
ale  zrobił  na  mnie  wrażenie  dwa  razy  starszego.  Miał  na  głowie  czarną  szlafmycę,  jak
szaleniec wyciągnął rękę do mojego ojca, do mnie nie.  Usiadłem  na  krześle  stojącym  tuż
obok  drzwi  i  stamtąd,  póki  tam  przebywaliśmy,  obserwowałem,  co  dzieje  się  w  pokoju.
Siostra  Krainera  powiedziała,  że  ciągnie  od  okna,  i  je  zamknęła.  Dzisiejsze  badanie,
powiedział ojciec, będzie „badaniem generalnym”.

Od  chwili  gdy,  znalazłszy  się  na  górze,  natychmiast  ruszyliśmy  w  stronę  domostwa

Krainerów, odnosiłem wrażenie, że panował tam jeszcze doskonalszy spokój. Nie było już
tak  mroczno  jak  w  wąwozie,  ale  wszystko  znajdowało  się  nadal  pod  wpływem
zamroczenia.  Dom  Krainerów,  jak  zobaczyłem,  cały  czas  przesłaniały  cienie  zamku.
Powietrze nad wąwozem jest ostre; kiedy spogląda się stamtąd w dół, człowiek wyraźnie
patrzy na duszny region.

Mój ojciec i siostra kaleki rozebrali go. Wydawało mi się, że ojciec, poza pracującymi

cały  dzień  w  zamku  i  przychodzącymi  właściwie  tylko  na  noc  rodzicami,  jest  jedynym
człowiekiem, którego widują młodzi Krainerowie.

Kiedyśmy  wyszli  z  wąwozu  i  znaleźli  się  na  górze,  ojciec  zaproponował,  żebym,

podczas  gdy  on  będzie  u  Krainerów,  pospacerował  po  dolnym  murze  zamku,  ale  ja
chciałem zobaczyć kalekę i jego siostrę. Odniosłem wrażenie, że ojciec chce mnie trzymać
z daleka od Krainerów. Poszedłem więc tam z nim właśnie dlatego, że wzbraniał się mnie
ze  sobą  zabrać.  (Później,  kiedy  znów  zeszliśmy  do  wąwozu,  powiedział,  że  oboje  dzieci
Krainerów  zanadto  przypominają  mu  jego  własne,  bo  są  w  tym  samym  wieku  co  my,  ja  i

background image

moja siostra, choć jednocześnie są przecież „całkiem inne”).

Wydawało się, że głowa młodego Krainera jest dla niego za ciasna. Oczy chciały mu z

niej wyskoczyć. Kiedy siostra ściągnęła z niego kołdrę, spostrzegłem, że chłopak ma jedną
nogę długą, a drugą krótką. Przez jakiś czas nie mogłem się zorientować, czy dłuższa jest
jego  prawa  noga,  czy  też  lewa,  aż  wreszcie  zobaczyłem,  że  to  lewą  ma  krótszą.
Pomyślałem,  że  kiedy  ten  człowiek  wstaje  i  zaczyna  iść,  musi  wykonywać  ruchy  niczym
olbrzymi owad.

Z  trudem  udało  się  obojgu  uspokoić  młodego  Kramera.  Zawsze,  gdy  się  go  dotyka,

powiedział  ojciec,  staje  się  niebezpieczny,  ponieważ  całe  jego  ciało  ogarnia  niepokój,
może  wtedy  uderzyć,  pogryźć  albo  opluć.  Co  chwila  wykonywał  ruchy  utrudniające  im
próby  przygotowania  go  do  badania.  Niekiedy  usiłował  uderzyć  siostrę  w  twarz.  Ojcu
udało  się  jednak  wreszcie  opuścić  i  przytrzymać  jego  ramiona  na  deskach  łóżka  i
równocześnie go osłuchać. W pokoju czuło się fetor, jaki wydzielają ludzie leżący latami
w  łóżkach.  Ciało  Krainera  było  nagie.  Powoli,  wskutek  coraz  bardziej  postępujących
zmian, tak zwanych katastrofalnych, tracił zupełnie mowę. Już teraz można było zrozumieć
zaledwie ułamek tego, co mówił. Wyrzucał z siebie słowa, jakby nimi pluł. W większości
brzmiały  jak  wypowiadane  w  jakimś  orientalnym  języku.  Rytm  artykułowania  słów
pozostawał  w  najściślejszym  związku  z  deformacją  ciała.  Wszystko,  co  mówił,  było
równie kalekie jak on sam. Od czasu do czasu wyrzucał nagle długie ramiona w powietrze,
opuszczał  je  i  wybuchał  śmiechem.  Brzuch  był  dla  niego  dychawiczną  kulą,  którą  często
przez dłuższy czas trwożliwie opasywał rękami. Młody Krainer miał dość małą głowę, co
było widać najwyraźniej, kiedy przykładał ją do brzucha, aby lepiej słyszeć powstające w
środku odgłosy. Prawie bez przerwy wykrzywiał teraz gwałtownie twarz. Siedział jak ktoś,
kto podskakuje na siedząco. Może wydawało mu się, że cwałuje, pomyślałem. Pościel była
czysta, pewnie dlatego, że spodziewano się mojego ojca, pomyślałem. Czasem przy użyciu
znajdującej się nad łóżkiem kraty trzeba je zmieniać w prawdziwą klatkę. Obecnie jednak,
powiedziała  jego  siostra,  chory  przechodzi  spokojniejszy  okres  i  nie  potrzebuje  kraty.
Ojciec  radził  Krainerom,  żeby  nigdy  nie  usuwali  kraty  znad  łóżka,  ale  oni  się  go  nie
słuchali.  Mówił,  że  chory  może  naraz  wstać  i  nawet  zabić  ich  wszystkich.  Ale  siostra  z
czasem  nie  mogła  już  patrzeć  na  tę  kratę.  Jest  teraz  na  strychu.  Brat  w  klatce,  nie
wytrzymywała  tego.  Oby  tylko  nie  musiała  nigdy  więcej  znosić  kraty  ze  strychu,
powiedziała.  Jej  brat  nie  może  już  wstać  o  własnych  siłach,  powiedziała,  kiedy  więc  co
jakiś  czas  wypada  z  łóżka,  nie  jest  to  aż  tak  okropne,  jak  by  było,  gdyby  bez  przerwy
musiała  oglądać  go  w  klatce.  Ojciec  schwycił  go  za  głowę,  a  młoda  Krainerówna
przytrzymała bratu ręce. Ten jednak wyrwał nagle głowę i ręce i postanowił wyskoczyć z
łóżka. Ale mu się nie udało. Naraz się roześmiał. Najwyraźniej bawiło go, że ojciec bada
jego głowę i osłuchuje ciało. Opukał mu czoło, ściągnął w dół powieki, a potem rozwarł je
szeroko.  Skontrolował  również  kolana  młodego  Krainera.  Chce,  powiedział,  pobrać
próbkę  moczu.  Kiedy  zdjął  młodzieńcowi  szlafmycę  z  głowy,  przeraziłem  się,  bo  ten  na
głowie  nie  miał  ani  jednego  włosa.  Na  skroniach  spostrzegłem  żółte  plamy,  takie  same

background image

żółte  plamy,  tyle  że  mniejsze  niż  na  klatce  piersiowej,  były  rozsiane  po  całym  ciele.
Między  palcami  u  nóg  ma  uporczywą  grzybicę,  która  wniknęła  głęboko  pod  skórę,
powiedziała  jego  siostra,  i  z  tego  powodu  przez  całe  noce  wykonuje  nogami  takie  ruchy,
jakby wiosłował. Już nie sypia. Ze zmęczenia zamyka tylko często oczy, ale nie jest to sen.
Od  roku  ma  objawy  drżączki  i  ślinotoku.  Załatwia  się  w  łóżko.  Często,  powiedziała
siostra, słyszy „armię” maszerującą wąwozem.

W  całym  pokoju,  wszędzie,  gdzie  tylko  było  miejsce,  leżały  instrumenty  muzyczne,  na

których  grywał  młody,  jeszcze  zdrowy  Krainer.  Na  komodzie  zobaczyłem  wiolonczelę  i
obój.  Przez  wiele  lat  przychodził  na  górę  do  Krainera  nauczyciel  muzyki  z  Knittelfeld  i
dawał mu lekcje. Jej brat wykonywał z pamięci najtrudniejsze kompozycje na skrzypcach.
Jego  ulubionym  instrumentem  jest  wiolonczela,  a  Béla  Bartók  ulubionym  kompozytorem.
Setki  partytur  leżą  jedna  na  drugiej  w  szufladach  komody,  wszystkich  tych  utworów
wyuczył się kiedyś na pamięć. Własne kompozycje; Magnificat. Jako ośmioletnie dziecko
umiał  bez  partytury  zagrać  na  fortepianie  symfonie  Mozarta.  Jeszcze  pół  roku  temu,  raz
przed południem i raz po południu, siostra przynosiła mu na godzinę do łóżka wiolonczelę,
na której grał aż do wyczerpania.

Na  plecach,  zobaczyłem,  miał  otwarte  rany,  na  klatce  piersiowej  widać  było  oprócz

żółtych jeszcze czerwone plamy.

Nauczyciel  muzyki  z  Knittelfeld  przez  wiele  lat  przychodził  „na  próżno”  z  doliny,

powiedziała  młoda  Krainerówna.  „Często  muzykowali  wspólnie  aż  do  północy”,  dodała.
Pewnego  razu  jednak  brat  bez  jakiegokolwiek  wyraźnego  powodu  uderzył  nauczyciela
smyczkiem  w  głowę  i  od  tej  pory  już  nigdy  nie  widzieli  tego  człowieka.  Stan  brata
natychmiast zaczął się szybko pogarszać.

Nie potrafi już zharmonizować w umyśle żadnego utworu, niezależnie od tego, jaka by to

była kompozycja. Jego muzyka jest okropna.

Przez cztery lata, opowiadał mi ojciec w drodze do domu, młody Krainer przebywał w

Steinhof. Przez te całe cztery lata jego siostra wynajmowała w Wiedniu pokój w dzielnicy
Ottakring,  aby  być  blisko  brata.  Początkowo  wyglądało  na  to,  że  chłopak  już  nigdy  nie
opuści zakładu dla psychicznie chorych, na opisanie choroby brata lekarze używali wciąż
słowa „beznadziejna”, nagle jednak, po czterech latach pobytu w Steinhof, czterech latach
spędzonych  w  największym  i  najstraszliwszym  ze  wszystkich  europejskich  zakładów
psychiatrycznych, lekarze oznajmili młodej Krainerównie, że może brata zabrać.

„Na własną odpowiedzialność”, powiedzieli, i równocześnie, że nie jest niebezpieczny.

Na  początek  wzięła  go  do  swojego  pokoju  w  Ottakring  i  pokazała  mu  stolicę.
Przechadzając  się  po  mieście,  budzili  duże  zainteresowanie,  gdyż  jego  kalectwo  w
połączeniu z szaleństwem wydawało się wszystkim komiczne. Ale młodą Krainerównę już
dawno  przestało  boleć,  że  ludzie  na  sam  widok  jej  brata  ulegają  fascynacji  pobudzającej
ich  do  śmiechu.  Pokazała  mu  Prater,  zabrała  go  do  Opery  i  do  Burgtheater,  obejrzeli  też
występy  cyrku  Rebernigga.  Chodzili  tak  przez  cały  tydzień,  wstąpili  nawet  do  katedry
Świętego Szczepana, powędrowali na targ zwany Naschmarkt, wybrali się także na koncert

background image

sławnego  wiolonczelisty  Casalsa,  który  w  Towarzystwie  Muzycznym  zagrał  wszystkie
sonaty  Beethovena.  Ale  tym  ciągłym  krążeniem  po  mieście,  które  już  po  tygodniu  mu  się
znudziło, brat poczuł się wkrótce zmęczony, a jej było przykro, że pieniądze, które dał im
książę  Saurau  (książę  zapłacił  również  za  pobyt  młodego  Krainera  w  szpitalu),  mają
wydawać na obrzydłe im już miasto, zrezygnowali więc z pokoju w Ottakring i wrócili do
Hochgobernitz.  Początkowo  brat  miał  ochotę  na  jak  najdłuższe  spacery.  Okolica  mu  się
podobała. Zachwycała go przyroda. Lubili chodzić do opadającej stromo skały i patrzeć w
głąb wąwozu. Tam na górze siostra opowiadała mu o miejscowościach leżących w dolinie.
W tamtym czasie młody Krainer był tak chłonny jak jeszcze nigdy. Już niebawem zaczął z
powrotem grać na wiolonczeli, na skrzypcach, na fortepianie. Siostra wybierała się z nim
na  coraz  dłuższe  spacery.  Kiedy  jednak  pewnego  razu  poszli  aż  do  dębów,  skąd  można
popatrzeć w dół wprost na młyn Fochlerów, nagle uderzył ją z tyłu gałęzią w głowę. Gdy
obudziła się z omdlenia, siedział obok niej i płakał. Poszli do domu. W nocy, upewniwszy
się,  że  zasnął,  przyniosła  ze  strychu  kratę  i  nasunęła  ją  na  jego  łóżko.  Od  tej  pory  ma
wrażenie, że brat jej nienawidzi. Ale ona go kocha.

Rzadko  udaje  się  jej  wyjść  samotnie  z  domu,  kawałek  w  stronę  zamku,  na  dziedziniec,

albo  pospacerować  po  murach  zamkowych.  Zawsze  po  powrocie  musi  mu  wszystko
opowiedzieć.  Ale  już  od  dawna  sama  nic  nie  przeżywa,  powiedziała.  „Jeśli  mu  nic  nie
opowiadam”,  powiedziała,  „grozi  mi”.  Od  czasu  do  czasu  żąda,  żeby  upudrowała  mu
twarz, aby nie było widać, iż nieustannie gorączkuje.

Badanie przebiegało z trudem, ale trwało tylko pół godziny.
Na koniec ojciec kazał jeszcze zupełnie zwariowanemu i kalekiemu Kramerowi pokazać

język.  Podczas  gdy  wypisywał  receptę,  ja  dokonałem  osobliwego  odkrycia:  na  czterech
ścianach  pokoju,  w  którym,  o  zgrozo,  z  braku  miejsca,  muszą  mieszkać  oboje  dzieci
Krainerów,  wisi  szereg  większych  miedziorytów,  prawdopodobnie  ze  zbiorów  Sauraua,
przedstawiających  Wielkich  Twórców  Muzyki.  Z  początku  wcale  nie  zauważyłem,  że  te
miedzioryty,  francuskie,  czarno-białe,  ukazują  samych  kompozytorów.  Nagle  jednak
dostrzegłem,  że  młody  Krainer  wszystkie  co  do  jednego  opisał  czerwonym  atramentem.
Nad głową Mozarta napisał: „Bardzo wielki”, nad głową Beethovena: „Tragiczniejszy ode
mnie!”,  nad  głową  Haydna:  „Świniak”,  a  nad  Gluckiem:  „Nie  lubię  cię!”.  Hektorowi
Berliozowi napisał na twarzy: „Okropne”, a Franciszkowi Schubertowi: „Baba!”. Dwóch
miedziorytów  wiszących  nad  jego  łóżkiem  nie  mogłem  obejrzeć  zbyt  dokładnie,  nie
zdołałem  więc  odszyfrować  znajdujących  się  na  nich  napisów.  Młody  Krainer  przez  cały
czas  obserwował  moje  wysiłki  odczytania  poszczególnych  napisów,  a  kiedy  zorientował
się,  że  w  wypadku  tych  dwóch  wiszących  nad  jego  łóżkiem  to  mi  się  nie  udało,  wyśmiał
mnie. Na twarzy Antona Brucknera było napisane: „Tingel-tangel”, na Purcellu: „Przestań,
głupi  Szkocie!”.  Duża  fotografia  Béli  Bartóka  została  podpisana  słowem:  „Słucham!”.  W
kącie pokoju, gdzie siedziałem przez cały czas, odkryłem przed wyjściem troje skrzypiec z
urwanymi szyjkami, związanych przy tych urwanych szyjkach sznurem. Teraz, gdy badanie
się  skończyło,  niepokój  Krainera  ustąpił  miejsca  wyczerpaniu.  Chory  pozwolił  bez

background image

problemu,  żeby  siostra  ułożyła  mu  głowę  na  poduszce.  Zażądał  wody  do  picia,  a  ona
przyniosła trochę w blaszanej misce, ja zaś pomyślałem, że pewnie bardzo często, gdy już
wypije, rzuca naczyniem o ścianę.

Do takiego kalectwa, powiedział ojciec, gdyśmy już byli na zewnątrz, dochodzi zawsze

odpowiednie  szaleństwo.  Wskutek  choroby  fizycznej  następuje,  wynika  z  niej,  choroba
psychiczna.

Czy już kiedyś czytał napisy na miedziorytach, spytałem ojca. Przytaknął. Pewnego razu

młody  Krainer  bardzo  dokładnie  mu  wyjaśnił,  co  oznacza  każdy  z  tych  podpisów  i
nadpisków. Zapisuje zresztą albo zabazgruje każdy kawałek papieru, jaki tylko wpadnie mu
w ręce, powiedział ojciec, zapisał również setki partytur leżących w komodzie i opatrzył
je  tysiącami  kuriozalnych  uwag.  „Człowiek  pokroju  młodego  Krainera  może  dożyć
strasznie  późnej  starości”,  powiedział  ojciec.  Zabiera  mnie  ze  sobą  „w  celach
badawczych”, powiedział ojciec, i potem jeszcze powtarzał: „w celach badawczych”.

background image

 

KSIĄŻĘ

Widok roztaczał się istotnie na setki kilometrów w każdą stronę.
O ile dotąd zawsze tylko słyszałem o Hochgobernitz, o zamku, to teraz mogłem zobaczyć

go na własne oczy.

Natychmiast, jako że byliśmy oczekiwani, otwarto nam i powiedziano, że książę jest na

murze zewnętrznym albo na wewnętrznym. Wypatrzyliśmy go na zewnętrznym.

Po  drodze  ojciec  objaśnił  mnie  ze  szczegółami,  że  poza  księciem  mieszkają  w  zamku

jeszcze tylko jego dwie siostry i dwie z jego córek. Jedyny syn księcia studiuje w Anglii.
Spotkaliśmy Sauraua na murze wewnętrznym, pogrążonego w rozmowie z samym sobą.

Powitał  mojego  ojca  i  mnie,  jakby  nigdy  nic.  Już  od  bardzo  dawna  jest  zatopiony  w

najosobliwszych  myślach  dotyczących  przedpołudnia,  powiedział.  Witając  nas,  wcale  się
nie  zatrzymał;  dołączyliśmy  więc  do  niego.  Nasza  obecność  go  nie  zirytowała.
Pomyślałem, że stąd ma się prawdopodobnie najlepszy widok na cały region.

Saurau powiedział, że po śmierci starego zarządcy najwyraźniej błędnie ocenił sytuację,

twierdząc,  że  trudno  będzie  znaleźć  nowego.  Już  dzisiaj,  kiedy  w  gazecie  ukazało  się
ogłoszenie, zgłosiło się trzech mężczyzn, jeden trzydziestoczteroletni, niejaki Henzig, który
jest dla niego (na razie) za młody, pięćdziesięcioletni, niejaki Huber, który wydał mu się za
stary,  i  czterdziestodwuletni,  Zehetmayer,  który  w  ogóle  nie  zna  się  na  leśnictwie,
poczciwy  wariat.  Podczas  gdy  czterdziestodwuletni  Zehetmayer  (pochodzący  z  doliny
Puschach  syn  rolnika,  były  nauczyciel)  pojawił  się  na  Hochgobernitz  sam  i  tuż  po  ósmej
rano,  żeby  starać  się  o  tę  posadę,  człowiek  wyposażony  w  liczne,  ale  koniec  końców
katastrofalne dla niego i dla wszystkich talenty,  mówiący  krótkimi  zdaniami,  znajdujący
się  w  pożałowania  godnej,  zawstydzającej  jak  na  swój  wiek  kondycji  fizycznej  (serce,
płuca itd.), któremu książę natychmiast uświadomił, że ta posada jest zdecydowanie ponad
jego  siły  i  że  ani  księciu,  ani  jemu  na  nic  by  się  nie  zdało,  gdyby  książę  go  zatrudnił,
„nawet  na  próbę”,  powiedział  książę,  „nie,  nie  zatrudnię  pana  nawet  na  próbę!”,  dwaj
pozostali  przyszli  nieco  później,  Henzig  o  dziesiątej,  Huber  o  jedenastej.  „Prowadziłem
negocjacje  w  biurze”,  powiedział  książę.  „W  ogóle  nie  musiałem  przekonywać
Zehetmayera,  który  mówił  straszliwie  niechlujnym  dialektem  z  doliny  Puschach,  że
przyjęcie  służby  u  mnie  byłoby  w  jego  wypadku  czymś  całkiem  bezsensownym,  gdyż
wymagania,  jakie  stawiam  osobie  na  tej  posadzie,  są  niezwykle  wysokie,  a  warunki,  w
jakich  można  im  sprostać,  niesłychanie  trudne.  Ale  w  ogóle,  powiedziałem  jednak”,
powiedział książę, „powiedziałem, śmiesznie jest to mówić, w ogóle odniosłem wrażenie,

background image

że  ten  człowiek  przecenia  swoje  siły.  Pan  zdecydowanie  przecenia  swoje  siły!
powiedziałem,  a  Zehetmayer  oczywiście,  ponieważ  nie  jest  głupi,  nie  sprzeciwił  się  ani
słowem,  usłyszawszy,  co  powiedziałem,  a  wygłosiłem  pod  jego  adresem  mnóstwo
zastrzeżeń.  Prawdę  mówiąc,  wszystko,  co  miałem  mu  do  zarzucenia”,  powiedział  książę,
„posiadało  ogromną  siłę  przekonywania.  Natychmiast  bowiem  poczułem,  że  temu
człowiekowi  mogę  zupełnie  uczciwie  powiedzieć  prawdę  w  oczy,  że  chociaż  jest  słaby,
chociaż  cała  jego  konstytucja  jest  słaba,  niezwykle  słaba,  w  ogóle  nie  muszę  się  z  nim
liczyć  i  z  góry  mogę  powiedzieć  mu  wszystko,  co  myślę,  a  (z  początku)  nie  myślałem
niczego dobrego o tym człowieku, gdyż momentalnie go przejrzałem, tak, już w chwili, gdy
wszedł do przedsionka, przejrzałem go niczym tragedię, która nagle wkroczyła do mojego
przedsionka  jako  najpierw  naturalnej,  a  potem  nawet  nadnaturalnej  wielkości  stereotyp
ludzkiej  pratragedii,  która  nazywa  się  Zehetmayer,  Augustin  Zehetmayer”.  Książę
powiedział:  „Ten  całkiem  przyzwoicie,  ale  tanio  ubrany  mężczyzna  jest  wyłącznie
stereotypowym wyobrażeniem wszelkiego ludzkiego ubóstwa i niewystarczalności. To, co
ja mówiłem, i to, co mówił on, wszystko, co ja robiłem i co działo się we mnie, i co on
robił, udawał, że robi, co ja udawałem, że robię, i co w nim się działo, wszystko to był ten
stereotyp,  to  stereotypowe  wyobrażenie  niewystarczalności,  ubóstwa,  kruchości,  niskiej
wartości,  śmiertelnego  znużenia  ludzką  egzystencją,  i  momentalnie  odniosłem  wrażenie”,
(cytuję księcia nieomal dosłownie!), „że wszedł do mojego domu chory człowiek, że mam
do  czynienia  z  chorym  człowiekiem,  z  kimś  potrzebującym  pomocy.  Wszystko,  co
mówiłem,  mówiłem  do  chorego,  drogi  doktorze,  a  co  usłyszałem  w  odpowiedzi,  drogi
doktorze,  pochodziło  z  ust  chorego,  z  chorobliwego,  w  najwyższym  stopniu  poddańczego
umysłu,  przepełnionego  najbardziej  fantastycznymi,  ale  też  najbardziej  chorobliwymi
blamażami  wyobraźni,  jakie  tylko  można  wymyślić...Ten  człowiek  w  ogóle  nie  wiedział,
czego chce, a ja uzmysłowiłem mu to najskuteczniej, powiedziałem, że to, co on robi, jest
chorobliwe, całe jego życie jest życiem chorobliwym, w konsekwencji więc wszystko, co
on  robi,  jest  bezmyślne,  jeśli  nie  wręcz  bezsensowne.  To  bezmyślność,  że  ubiega  się  o
posadę  zarządcy.  Z  jego  strony  dochodzi  tu  wyraźnie  do  głosu  swego  rodzaju  osobliwa
mania  wielkości,  bo  przecież  brak  mu  wszelkich  warunków,  żeby  pełnić  taką  funkcję,
powiedziałem. Wyobrażam sobie jednak, co go skłoniło, aby podążyć, tak się wyraziłem,
za  zamieszczonym  przeze  mnie  ogłoszeniem.  Bezmyślność,  powiedziałem”,  powiedział
książę.  „Człowiek  czyta  w  gazecie  ogłoszenie,  gdzie  oferuje  się  stanowisko,  do  którego
objęcia, a ów człowiek o tym wie, brak mu jakichkolwiek predyspozycji, ale to ogłoszenie
go  jednak  podnieca,  już  mu  się  nie  może  oprzeć,  po  prostu  już  się  temu  ogłoszeniu  nie
opiera i ubiega się o to stanowisko, choć wie, że ubieganie się o nie jest rzeczą absurdalną,
widzi,  że  wszystko,  wszystko,  co  robi  w  związku  z  tym  ogłoszeniem,  jest  absurdalne,  a
jednak  podąża  za  nim.  Potrafię  to  sobie  wyobrazić,  powiedziałem  do  Zehetmayera”,
powiedział  książę,  „że  człowiek  czyta  ogłoszenie  i  myśli,  że  zostało  ono  skierowane
wyłącznie do niego (na pewno!), i że nagle znajduje się pod urokiem tego ogłoszenia, toteż,
chociaż  jest  to  oczywiście  kompletną  bezmyślnością,  ubiega  się  o  zaanonsowaną  w  nim

background image

posadę.  Ponieważ  on,  Zehetmayer,  jest  w  pełni  świadom,  że  brak  mu  jakichkolwiek
predyspozycji,  aby  objąć  stanowisko  zarządcy,  w  sprawie  której  to  posady  zamieściłem
ogłoszenie, ponieważ jest świadom, zawsze był świadom, że jest nauczycielem, a więc że
nie  zna  się  na  leśnictwie,  nie  mówiąc  już  o  odnośnej  nauce,  i  że  nie  rozumie  natury,
ponieważ wierzy w jej prostotę, a jako bezwolna ofiara natury ciągle tylko jest w naturze,
wydaje  się,  że  ubieganie  się  o  posadę  zarządcy  wynika  z  absolutnie  chorobliwych
pobudek.  To,  powiedziałem  do  Zehetmayera”,  powiedział  książę,  „jest  zwykłe
oszukaństwo, bardziej wobec siebie (samego Zehetmayera) niż wobec mnie, bo w sytuacji,
gdy on ubiega się o rozpisany przeze mnie konkurs na posadę zarządcy, mamy przecież do
czynienia  z  jawnym  oszukaństwem  wobec  mnie...  Nie  powiedziałem”,  powiedział  książę,
„że wszystko, w czym i dzięki czemu Zehetmayer żyje i żył do tej pory, jest oszukaństwem,
chociaż  to  prawda,  że  jest  to  oszukaństwo,  powiedziałem  jednak,  że  pewien  oszukańczy
czynnik  już  zniszczył  jego  i  jego  rozwój.  W  odniesieniu  do  niego  wyobrażam  sobie
wszystkie  najbardziej  katastrofalne  konstelacje  rodzinne”,  powiedział  książę.  „Mówię  do
Zehetmayera:  przypuszczalnie  miał  pan  burzliwe,  niedorzeczne  dzieciństwo,  niezgodne  z
naturą. Ale ten człowiek mnie nie rozumie. Myślę sobie, on pochodzi z doliny Puschach i
nie  rozumie  mnie,  a  ja,  powiedziawszy  to  zdanie,  przypuszczalnie  miał  pan  itd.,  wiem
natychmiast”,  powiedział  książę,  „że  ten  człowiek  mnie  nie  rozumie,  i  to  wcale  nie  tylko
dlatego,  że  pochodzi  z  doliny  Puschach.  Mam  jasność,  że  do  takiego  człowieka  (jak
naturalnie  również  do  takiego  ludu!)  musisz  mówić  prosto,  w  ogóle  nie  wolno  ci
wygłaszać  niczego  skomplikowanego,  trudnego  i  wymagającego  wysiłku.  Na  osobie
takiego człowieka, na Zehetmayerze, nie wolno ci popełniać zbrodni twojej własnej natury,
tzn.  zbrodni,  kiedy  to  wtłaczasz  go  w  twoje  własne  myśli,  w  twój  monumentalny  labirynt
liczb,  cyfr  i  szyfrów  i  w  nieskończony  labirynt  natury.  Największymi  zbrodniami  są
zbrodnie”, powiedział książę, „popełniane słownie przez mających  przewagę  na  osobach
im  podległych,  zbrodnie  w  myślach  oraz  w  słowach  itd.,  myślę.  Zehetmayer  już  w
pierwszych sekundach kontaktu ze mną jest świadom, że chęć bycia w moim domu (książę
nie  powiedział:  w  moim  zamku!),  jest  oznaką  bezmyślności.  Otępiałe  i  machinalnie
próbuje przez cały czas, siedząc naprzeciw mnie, poruszyć się w tym swoim bezruchu. Ja,
kiedy  on  otwierał  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  czego  potem  jednak  nie  mówił,  nie  miał
śmiałości  powiedzieć,  mogłem  studiować  jego  groteskowość.  Na  przykładzie  jego  osoby
studiowałem groteskowość istnienia w ogóle, nie tylko to, jak powiedziałem, co się tyczy
jego i jego jako człowieka, ale także to, co się tyczy mnie, co się tyczy wszystkiego między
nim a mną, mną a nim, co się tyczy wszystkiego. Powiedział, że przeczytał moje ogłoszenie
przy śniadaniu i że wtedy naraz przeniknęły do jego mózgu niezliczone obrazy, a wszystkie
miały związek z moim ogłoszeniem, źródłem ich wszystkich było moje ogłoszenie. Wyraził
to  innymi  słowami”,  powiedział  książę,  „w  każdym  razie  jednak  było  to  przeniknięcie,
Zehetmayer  nie  powiedział:  Powstały  nagle  i  lecący  w  moim  mózgu  wskutek  tego
ogłoszenia  film  spowodował  we  mnie  poruszenie,  tylko  powiedział  to,  co  mu
odpowiadało: wtedy myślałem już tylko o tym ogłoszeniu. I dodał: Mojej żony w ogóle nie

background image

obchodzi, że ubiegam się o tę posadę, chociaż chce, żebym się o jakąś posadę ubiegał, ta
jednak  w  ogóle  jej  nie  obchodzi.  Uważa,  że  on  się  nie  nadaje  na  tę  posadę,  bo  jest
nauczycielem.  Powiedziała  do  niego:  jesteś  nauczycielem!,  i  powiedziała,  jak  to  zawsze
mówi:  złym  nauczycielem!”  Książę  powiedział:  „Zehetmayer  powiedział:  ubrałem  się  i
przyjechałem tutaj. Słowo «przyjechałem»”, powiedział książę, „kiedy już Zehetmayer je
wymówił,  tak  że  zawisło  w  powietrzu,  musiałem,  powtarzając  je,  ściągnąć  w  dół  z  tego
powietrza,  wyjąć  je  z  powietrza,  uwolnić  od  niego  atmosferę  i  zrobić  miejsce  temu,  co
nastąpi.  Zehetmayer  powiedział”,  powiedział  książę,  „że  dla  niego  samego  jest  również
zagadką, dlaczego ubiega się o tę posadę. Ale tyle się robi i pozostaje zagadką, dlaczego,
stwierdził. Widzi pan, drogi doktorze, powiedział: Nie wiem, dlaczego!  Czyta  codziennie
gazetę i zawsze czyta wszystkie ogłoszenia, Zehetmayer czyta je pod presją żony. Jego żona
pracuje  i  zarabia,  jemu  się  nudzi,  ale  jeszcze  nigdy  nie  zareagował  na  ogłoszenie  w  taki
sposób,  w  jaki  zareagował  na  moje  ogłoszenie.  Zacząłem  się  zastanawiać”,  powiedział
książę,  „czy  moje  ogłoszenie  jest  rzeczywiście  sformułowane  w  jakiś  osobliwy  sposób.
Ale  niczego  takiego  nie  zauważyłem.  (Poszukuję  zarządcy  dużego  leśnictwa...  Saurau...
itd...) Moje ogłoszenie jest napisane w zupełnie nieciekawym tonie. Nie ma w nim niczego
irytującego (przyciągającego). Napisałem je szybko i dałem do drukarni, po czym sam się
nawet  zdziwiłem,  jak  bezosobowo,  jak  mało  zachęcająco  jest  sformułowane,  chociaż
pierwotnie,  co  rozumie  się  samo  przez  się,  chciałem  je  sformułować  jako  osobiste  i
zachęcające, a przynajmniej ciekawe, a nie nieciekawe... złożyłem je i pomyślałem sobie”,
powiedział  książę,  „twoje  ogłoszenie  jest  bez  sensu,  nikt  się  nie  zgłosi,  jak  je  przeczyta
itd... Ale potem już wczesnym przedpołudniem pojawił się u mnie Zehetmayer, a zaraz po
nim  zjawili  się  dwaj  kolejni  kandydaci,  Henzig  i  Huber,  sądzę  jednak,  że  przyjdzie  tu  do
mnie  na  górę  jeszcze  więcej  kandydatów,  jest  bowiem  całkiem  nieprawdopodobne,  żeby
nagle nikt się już nie zjawił. Wnioskując ze skuteczności, myślę sobie, że moje ogłoszenie
musiało  być  ogłoszeniem  fascynującym.  Mam  całkiem  określone  wyobrażenie  o
fascynującym  ogłoszeniu,  myślę,  ale  skoro  to  fascynuje  akurat  dlatego,  że  nie  jest
fascynujące...  Żeby  w  ogóle  doszło  do  tego,  że  Saurau  musi  dawać  ogłoszenie,  drogi
doktorze”, powiedział książę, a potem: „Powiedziałem: Panie Zehetmayer, ale może pan na
serio uważa, że zna się pan trochę na leśnictwie? Na co Zehetmayer odpowiedział: Nie, w
ogóle  się  na  tym  nie  znam,  naprawdę,  nie  znam  się  na  tym  ani  odrobinę,  bo  to,  że
wychowałem  się  na  wsi,  powiedział,  wcale  jeszcze  nie  oznacza,  że  chociaż  trochę  znam
się na gospodarce leśnej. Naturalnie,  że  nie!  Nalałem  mu  kieliszek  wódki  (ja  sam,  drogi
doktorze,  jak  mi  pan  przykazał,  od  wielu  tygodni  w  ogóle  nie  piję!)  i  zapytałem  tego
człowieka, a pytanie wydało mi się najoczywistsze, dlaczego nie jest już nauczycielem, bo
to niezwykłe, żeby w wieku czterdziestu dwóch lat nie być już nauczycielem, skoro się jest
nauczycielem.  Myśli,  język  niemiecki,  drogi  doktorze,  znów  stały  się  naraz  kuriozalne!
Powiedział, że już przed dziesięciu laty zwolniono go ze służby nauczycielskiej, bez prawa
do  emerytury!  powiedział.  Zarzucono  mu  popełnienie  przestępstwa  (gwałt?),  którego  nie
popełnił i za które musiał odsiedzieć dwa lata w więzieniu, a trzy lata w zakładzie karnym

background image

Garsten. Nie umie  powiedzieć, jakiego rodzaju  to było przestępstwo.  (Gwałt?) Lubił być
nauczycielem,  cenił  sobie  przede  wszystkim  swobodę,  którą  niesie  ze  sobą  zawód
nauczyciela, tę codzienną  czystość,  w  jakiej  może  poruszać  się  nauczyciel,  cenił  wysoko
swój  świat  pięknych  perspektyw  na  wsi  (Tak,  być  nauczycielem!  wykrzyknął).  Teraz,
prawdę mówiąc”, powiedział książę, „żyje dzięki pracy żony, dzięki jej wysiłkom, i jest w
istocie pozbawiony nadziei. Ale oto przeczytał dziś rano ogłoszenie, więc podążył za nim.
Zehetmayer  powiedział  to  naprawdę,  drogi  doktorze,  co  mnie  zdumiało,  ironicznie.
Mógłbym  to  zbadać,  powiedział,  nazwisko  Zehetmayer  jest  nazwiskiem  starego  rodu
handlarzy bydłem i tkaczy, pochodzących ze Styrii i Górnej Austrii, rodu niemającego  nic
do  powiedzenia,  podupadłego”.  Książę  się  roześmiał.  „Nic  już  z  tego  nazwiska  nie
zostało,  powiedział  Zehetmayer”,  powiedział  książę.  „Nagle”,  powiedział,  „Zehetmayer
wszystko  wyjaśnił.  Zapuszczona  inteligencja  alpejska,  pomyślałem,  bez  wątpienia,
pomyślałem,  zwariowana,  człowiek,  który  tylko  dlatego,  że  po  prostu  zbyt  duży  jest  dla
niego  wysiłek  ocalenia  siebie,  pozwolił  sobie  bardzo  szybko  popaść  w  wygodny  stan
pierwotnej  tępoty  swoich  rodzicieli.  To  bez  sensu,  powiedział  Zehetmayer,  ale  jak
przeczytałem  to  ogłoszenie...  Uradowało  go  to  rozpoczęte,  po  chwili  jednak  znów
zaniechane,  porzucone  w  połowie  zdanie”,  powiedział  książę.  „Tak,  żadnej  ochoty,  nie,
żadnej  ochoty,  powiedział  Zehetmayer.  Wstał,  jakby  w  tym  zaklętym  związku  z  naturą
odbierał siebie przez chwilę jako jeszcze żałośniejszego, niż to było do tej pory możliwe.
Sposobem,  w  jaki  wstał”,  powiedział  książę,  „i  w  jaki  wyszedł  z  mojego  biura,  jeszcze
tylko  podkreślił  tę  żałosność.  Delektowanie  się  biedą?  pomyślałem.  Bez  sensu,  dodał
Zehetmayer  i  wyszedł,  jakby  koniecznie  domagał  się  biczowania.  Pomyślałem  sobie,  oto
pojawia się człowiek, który mówi, że przychodzi do mnie do zamku w odpowiedzi na moje
ogłoszenie,  i  mówi,  że  jego  nazwisko  brzmi  Zehetmayer,  a  ja  nie  wiem,  co  począć  z  tym
mężczyzną.  Wbrew  zamierzeniu!”,  powiedział  książę.  „Natychmiast  dostrzegłem  w  tym
człowieku  kilka  najwyraźniej  bardzo  już  zaawansowanych  chorób,  oczywiście  również
choroby  płciowe,  typowe  dla  tej  okolicy.  Ludzie  z  północno-wschodniej  Styrii  mają  w
sobie  rozpoznawalną  zawsze  cechę  charakterystyczną,  bezdenną  skłonność  do  mistyki
kazirodczej, szczególnie tępo-stęchły rytm mowy i poruszania się. Mówię dolina Puschach,
a  ten  człowiek  jest  gotów  opowiedzieć  dłuższą  historię,  którą  przeżył  na  jeziorze
Puschach”,  powiedział  książę.  „W  ogóle  zauważam,  jak  ochoczo  ludzie  reagują  na
określone  słowa,  na  wrażliwe  słowa,  do  których  natychmiast  przyczepiają  jakąś
nieszczęśliwą  historię,  którą  kiedyś  przeżyli  i  która  kiedyś  wywarła  na  nich  najgłębsze
wrażenie.  A  więc  Zehetmayer”,  powiedział  książę,  „wypadł  kiedyś  jako  dziecko  z  łódki.
Doktorze, zna pan jezioro Puschach?” Mój ojciec odparł: „Tak”. Książę powiedział: „Jego
starszy  brat,  siedzący  w  łódce,  próbuje  go  wyciągnąć  z  wody,  ale  mu  się  nie  udaje.
Zehetmayer spędza pięć godzin w wodzie, aż wreszcie drugą łódką podpływa ojciec, który
go  wyciąga.  W  miejscu,  gdzie  zdarzyło  się  to  nieszczęście,  jest  dwieście  metrów
głębokości, ale gdyby nawet było tylko sześć czy osiem itd... On, Zehetmayer, nawet przez
pięć minut nie utrzymałby się o własnych siłach na wodzie. Jest typem niezwykle podatnym

background image

przede  wszystkim  na  słowa,  które  zawierają  więcej  niż  jedno  «a»,  ale  zwłaszcza  na
określone abstrakcyjne pojęcia mające związek z jego w mniejszym lub większym stopniu
okropnymi  przeżyciami.  Na  przykład  dwa  słowa  Piękny  Widok,  które  wypowiedziałem,
przypominając  sobie  pewien  piękny  widok,  momentalnie  skłoniły  go  do  opowiedzenia
pewnej,  już  wprawdzie  nieco  krótszej,  ale  jednak  równie  nieszczęsnej  historii,  jak  ta  o
jeziorze  Puschach.  Opowiadał,  a  raczej  szkicował  opowieść”,  powiedział  książę,  „że  w
pobliżu  gospody  Piękny  Widok  w  Salli  został  napadnięty  przez  więźnia,  który  zbiegł  z
zakładu  karnego  w  Suben,  i  to  dwa  tygodnie  po  tym,  jak  on  sam  został  wypuszczony  z
zakładu  karnego  w  Garsten...  Ten  mężczyzna  zaatakował  Zehetmayera  od  tyłu  i  ukradł  mu
portfel.  Wprawdzie  w  portfelu  było  tylko  dwadzieścia  szylingów,  ale  niestety  również
jedyne  zdjęcie  matki,  jakie  posiadał.  Rabusia  postawiono  później  przed  sądem  w  Linzu  i
skazano na dwanaście lat więzienia. Przypuszczalnie, powiedział Zehetmayer”, powiedział
książę,  „wypuścili  go  już  teraz,  po  czterech  latach,  na  wolność.  Znam  organa
sprawiedliwości w tym kraju, powiedział Zehetmayer”, powiedział książę. „Rzeczywiście
powinienem  był”,  powiedział  książę,  „i  to  zresztą  nie  tylko  w  wypadku  Zehetmayera,
zadbać  o  to,  żeby  nie  używać  słów  poruszających  jego  (albo  innych).  Zehetmayer  jest
również  jednym  z  mnóstwa  ludzi,  którzy  na  określone  słowa,  pozostające  z  nimi
prawdopodobnie  w  ciągłym  strasznym  związku,  reagują  w  sposób  nieomal  zabijający
wszelki nastrój. Ja na przykład”, powiedział książę, „nigdy nie mogłem w obecności ojca
używać słowa ukosem ani słów kiełbasa, Auschwitz, SS, szampan krymski, polityk realny.
Każdy  człowiek  ma  takie  słowa,  których  nie  można  wymawiać  w  jego  obecności.  Moje
siostry,  moje  córki,  mój  syn,  wszyscy  oni  cierpią  na  to,  że  na  określone  słowa  reagują
zawsze z udręką, na którą nie ma ratunku. Pomyślałem sobie, że w obecności Zehetmayera
z pewnością nie mogę wymawiać słowa kret. Nagle jednak, chyba żeby go wypróbować,
powiedziałem słowo kret, powiedziałem: okolica Puschach to strasznie krecia okolica, i
nagle  dostrzegłem,  że  całe  jestestwo  Zehetmayera  popadło  natychmiast  w  stan  udręki.
Istotnie,  od  samego  początku  czułem,  że  nie  wolno  mi  konfrontować  Zehetmayera  ze
słowem kret. (Z jego ziemią rodzinną!) Skonfrontowałem go z nim, i potwierdziło się moje
przypuszczenie,  że  gdy  wymówię  słowo  kret  (przypomnę  mu  o  jego  ziemi  rodzinnej),
będzie  to  dla  niego  bolesne.  Nie  powinienem  był,  co  później  zrozumiałem,  wymawiać  w
jego obecności również takich słów, jak rzyganie, Bundscheck, Krennhof, ekran, górnicy,
kopalnia,  ani  też  słów  zakład  karny.  Muszę  jednak  przyznać”,  powiedział  książę,  „że  w
obecności Zehetmayera ciągle podniecało mnie używanie właśnie tych słów, których on tak
się  lękał.  Przypomnij  sobie”,  powiedział  książę  do  siebie,  „wciąż  powtarzałeś  słowo
buraki. Nie oszczędzałem go”, powiedział książę, „nie oszczędzałem go ani przez chwilę.
Zehetmayer  jest  sam  w  sobie  typem  człowieka,  którego  należy  oszczędzać,  podobnie  jak
należy oszczędzać większość ludzi, drogi doktorze, ale ja go nie oszczędzałem, od samego
początku znałem wszystkie jego słabości, choroby, i właśnie dlatego nie miałem dla niego
żadnych  względów.  Wobec  tego  człowieka  nie  muszę  mieć  względów,  pomyślałem  przez
jeden, decydujący moment, nic mu to nie pomoże, nic mu nie pomoże itd... Dlaczego? Drogi

background image

doktorze,  raz  po  raz  nachodzą  mnie  takie  absolutnie  bezsensowne  pytania”,  powiedział
książę, „które domagają się wyjaśnienia, rozjaśnienia. Ale tu nie ma czego wyjaśniać, nie
ma  czego  rozjaśniać.  Przy  słowie  Stainz  przyszło  Zehetmayerowi  (nie  mnie!)  na  myśl
słowo  Rassach,  a  słowo  Rassach  przywołało  kolejną  historię.  Tej  historii”,  powiedział
książę, „nie mogę panu oszczędzić”, powiedział. „Wydaje się, że Zehetmayer istnieje tylko
dzięki  historiom  przylegającym  do  określonych  słów,  które  go  irytują,  i  które  to  historie
musi opowiedzieć, gdy padnie takie słowo. W Rassach”, powiedział książę, „Zehetmayer
jako  dziecko  bawił  się  u  krewnych  w  stodole  na  sianie.  Popołudnie,  drogi  doktorze,
straszny upał, kiedy to dzieci boją się, że się uduszą, a rodzice nie zdołają im pomóc, wie
pan,  straszliwy  upał  w  stodole.  Nagle  Zehetmayer,  który  ma  cztery  latka,  słyszy,  że  wuj
woła go na kolację; wzdryga się i odwraca, jeszcze raz się wzdryga i wtedy spostrzega na
belce  zwłoki  mężczyzny.  Powieszonego,  mówi  Zehetmayer.  Woła  wisielca,  każe  mu
zeskoczyć z belki, ponieważ on, czterolatek, wyobraża sobie, że wisielec bez problemów
może  to  zrobić.  Kolacja!  woła  dziecko,  raz  po  raz  kolacja!  Ten  trup  był  pierwszym
zupełnie  nagim  człowiekiem,  jakiego  widział  Zehetmayer.  Nagle  on,  czterolatek,
uzmysłowił sobie, że wiszący na belce mężczyzna nie żyje, wydał więc z siebie krzyk, na
który krewni natychmiast zbiegli się do stodoły. Ktoś całkiem im wszystkim obcy powiesił
się  ubiegłej  nocy,  tak  mówił  Zehetmayer,  na  belce.  W  stanie  podniecenia.  (Zehetmayer
dzisiaj). Zehetmayer opisał później, jak jego wuj, aby nie musieć rozcinać stryczka, wybił z
niego  zwłoki,  wyszarpnął,  wyciągnął,  i  jak  krewni  zgadywali,  kim  może  być  samobójca.
Przeszukali  kieszenie  leżącego  na  sianie  ubrania  (tylko  spodnie  i  marynarka),  ale  nic  nie
znaleźli.  Co  chwila  patrzyli”,  powiedział  książę,  „to  na  zwłoki,  to  znów  na  tego,  kto  je
znalazł, na małego Zehetmayera. I nagle wuj, patrząc na małego Zehetmayera, powiedział:
Biedny chłopaczek!, a wtedy on, Zehetmayer, do głębi przerażony, zerwał się i uciekł, ze
stodoły  do  lasu,  w  którym  się  zgubił,  płacząc...  itd...  Podczas  gdy  Zehetmayer  opowiadał
historię, kojarzącą mu się ze słowem Rassach (Stainz itd.), stwierdziłem, że ten człowiek
wcale nie jest trzeźwy. Przez cały czas nie wpadłem na to, że Zehetmayer może być pijany.
Myślałem:  może  wyszedł  pijany  już  z  domu,  i  pomyślałem  nadto:  Zehetmayer  jest  bez
przerwy pijany. Można by opowiadać jeszcze mnóstwo dziwnych rzeczy związanych z tym
Zehetmayerem”, powiedział książę. „Dam temu spokój. Odprowadzałem go wzrokiem tak
długo, jak przed nim nie odprowadzałem wzrokiem jeszcze nikogo, kto wyszedł z mojego
domu;  dopóki  nie  znalazł  się  poza  murami.  Dopóki  po  prostu  nie  przestał  być  widoczny.
Godzina  dziewiąta”,  powiedział  książę.  „Czytam  jeszcze  jaz  to  swoje  ogłoszenie  i  myślę
sobie, że jest ono całkiem zwyczajne i bezbarwne. Dziwi mnie, że znalazł się choć jeden
człowiek,  który  przyszedł  po  przeczytaniu  tego  ogłoszenia,  a  tu  już  zjawiają  się  dwaj
kolejni kandydaci, Henzig i Huber. Najpierw Henzig”, powiedział książę. „A więc krótka
charakterystyka Henziga”. (Ton głosu księcia jest chorobliwy!) „Mający trzydzieści cztery
lata Henzig”, powiedział książę, „(w przeciwieństwie do Hubera, którego odbieram raczej
jako sympatycznego, ale naturalnie w mniejszym stopniu nadającego się na to stanowisko)
wydaje mi się najlepszy do objęcia tej posady, ale nie jest sympatyczny. Henzig pochodzi z

background image

okolicy Aussee, z rodziny leśników: ojciec radca leśny, szkoła leśna w Ort, uprawa ziemi
itd...  pewność  we  wszystkim,  co  mówi,  wszystko,  co  mówi,  zgadza  się”,  powiedział
książę.  „Rębnia  stopniowa  brzegowo-smugowa  /  cięcie  jasne  /  cięcie  ciemne  /  itd.
Naturalnie  zdumiewa  mnie  oczywistość,  z  jaką  ten  człowiek  po  prostu  wszystko  wie
(budowa  pionowa:  rębnia  stopniowa  gwiazdowa  itd...).  Nie  podoba  mi  się
uporządkowanie  tego  człowieka”,  powiedział  książę,  „czystość,  ubranie  etc.,  a  chociaż
wszystko  to  zalety,  nagle  mnie  odpychają.  Dlaczego?  Nie  musiałem  oglądać  jego
świadectw,  aby  wiedzieć,  że  mam  do  czynienia  z  człowiekiem  pełnym  zalet.  Na  samym
początku  rozmowy  muszę  ze  śmiechem  wyrzucić  z  siebie  słowo  Zehetmayer,  mówię:
Biedny  poczciwina,  i  proszę,  żeby  Henzig  wymienił  mi  i  równocześnie  opisał  swoje
dotychczasowe  miejsca  pracy,  podczas  gdy  ja  wciąż  jeszcze  delektuję  się
niewypowiedzianymi  słowami  jezioro  Puschach.  Zajmowałem  się  Zehetmayerem,  drogi
doktorze,  nie  Henzigiem.  Byłem  zajęty  ogólnym  zwątpieniem  Zehetmayera,  podczas  gdy
Henzig  precyzyjnie  podawał  informacje  o  swojej  karierze  (rozwoju?).  Nagle
powiedziałem  głośno:  Są  naturalnie  ludzie  tak  okropnie  skonstruowani,  że  nieustannie
zaprzątają  człowieka,  i  to  w  nieprzyjemny  sposób.  Henzig  był  poirytowany”,  powiedział
książę, „ale tylko przez ułamek sekundy, a potem dalej wyliczał swoje zatrudnienia. Było
dla  mnie  rozkoszą  przysłuchiwać  się  Henzigowi,  a  myśleć  o  Zehetmayerze”,  powiedział
książę. „Nie miałem problemu z doprowadzeniem tej przyjemności do ostatecznych granic.
Henzig  powiedział,  że  od  sześciu  lat  jest  zatrudniony  w  Kobernaußerwald,  w  absolutnie
najlepszej wyższej szkole leśniczej w Austrii”, powiedział, „już od sześciu lat! w dawnych
habsburskich, a teraz państwowych, republikańskich lasach. Henzig mówił coś o daglezji,
o  nizinnym  położeniu  w  aridowym  i  humidowym  klimacie,  o  rozroście  na  szerokość  i  o
pinus radiata, o warunkach zapłaty, zakupach, sprzedażach, słyszę słowo liberia  i  słowo
namorzyny, a kilkakrotnie, co brzmi bardzo groteskowo: Habsburgowie. Najlepiej byłoby
z miejsca zatrudnić tego człowieka”, powiedział książę, „bo natychmiast zrozumiałem, że
jest  najlepszy.  Ale  nie  zatrudniłem  go  od  razu”,  powiedział  książę.  „Ten  mężczyzna
przypomniał  mi  moją  młodość,  wielogodzinne  spacery  po  lesie  z  radcą  leśnym
Siegmundem,  my  obaj  w  pierwszorzędnych  strojach.  Rozmowy  o  kolorach  dziczyzny,  o
opłatach  za  odstrzały,  o  chorobach  drzew,  o  eksporcie  drewna  do  Francji  i  Włoch,
przypomniał  mi  moją  dojrzałą  już  młodość.  Naraz  stanęło  mi  przed  oczami  mnóstwo
tematów  naukowych”,  powiedział  książę,  „wspaniale  zapomniana  polityka,  długie,  w
każdym  razie  tajemne  i  obumarłe  rozmowy.  Czułem  w  nozdrzach  zapach  wszystkich  tych
rozmów  i  tematów,  i  lasów,  i  strojów,  i  zapach  powietrza  nad  brzegami  Ache,  zapach
Tyrolu,  Salzburga,  Górnej  Bawarii  i  Górnej  Austrii,  zapach  lasów  moich  krewnych.
Stanęło  mi  naraz  przed  oczami  biuro  na  skraju  jednego  z  tyrolskich  lasów,  w  którym  to
biurze  deski  podłogowe  zdradzały,  kto  po  nich  chodzi.  Mówią:  Nadchodzi  radca  leśny!,
mówią:  dr  Konstanz  albo  Maria.  Otwierają  się  drzwi  do  biblioteki,  gdzie  w  szeregach,
jeden  obok  drugiego,  stoi  dwa  tysiące  tomów  postawionej  na  głowie  historii.  Od
Kartezjusza,  Pascala,  Schopenhauera  aż  po  roczniki  „Schlernschriften”.  Kiedy  tak

background image

patrzyłem na wskroś przez Henziga, widziałem olbrzymie lasy między Innviertel a płaską
Bawarią  albo  spoglądałem  w  słoweński  bezkres  lasu”,  powiedział  książę.  „Myślę,  że
spokój  panujący  w  naturze  jest  i  pozostanie  bezkresnym  spokojem”,  powiedział  książę.
„Do  Henziga  powiedziałem  naraz:  Ogólnie  rzecz  biorąc”,  powiedział  książę,  „a
powiedziałem to z najwyższym zakłopotaniem, ogólnie rzecz biorąc, wydaje mi się pan za
młody  na  tę  posadę.  Rozumie  pan  przecież,  mówię  do  Henziga,  że  tutaj  ponosiłby  pan
zupełnie  i  absolutnie  sam  ogromną  odpowiedzialność.  W  Kobernaußerwald,  mówię,  jest
wielu  urzędników  zatrudnionych  przez  państwo,  ale  choćby  byli  najlepsi,  nie  ponoszą
odpowiedzialności.  W  Austrii  słowo  «odpowiedzialność»  jest  słowem  obcym!  mówię.
Wiem o tym, mówię”, powiedział książę, „w lasach państwowych nikt  za  nic  nie  ponosi
odpowiedzialności,  to  najbardziej  rzuca  się  w  oczy  w  tak  zwanych  nowych,  w
rzeczywistości  jednak  prastarych  systemach,  że  nie  ma  w  nich  odpowiedzialności.  I
mówię”, powiedział książę, „widzi pan wszakże skutki tego braku odpowiedzialności, mój
drogi.  Przecież  sam  pan  je  widzi,  powiedziałem,  mam  na  myśli,  powiedziałem,  że  wiem,
co  rozumiem  przez  odpowiedzialność.  Ta  odpowiedzialność,  natura...,  mówię.  Na  tej
posadzie  ciążyłaby  na  panu  największa  odpowiedzialność.  Na  tej  posadzie  nie  ma  tego
żałosnego  państwa.  To  żałosne  państwo  nie  istnieje  na  ziemiach  Sauraua.  Jeszcze  nie,
mówię, i: to tutaj jest swoistym państwem. Tutaj, mówię, panują swoiste prawa naturalne
Sauraua,  rozumie  pan,  mówię,  prawa  naturalne  Sauraua,  nie  prawa  Austrii  ani  prawa
pseudodemokracji.  I  mówię:  To  wielki  areał,  z  pewnością  wie  pan,  jak  wielki  jest  areał
ziem Sauraua, ciągle jeszcze jest! Henzig potakuje. No więc, mówię, i wydaje się panu, że
może  pan  objąć  taką  posadę?  Zwracam  panu  uwagę,  mówię  do  tego  człowieka,  że  to  nie
jest przedsiębiorstwo państwowe. To niesłychana odpowiedzialność! I myślę, że akurat ten
człowiek,  ten  Henzig,  nadaje  się  na  tę  posadę,  ale  mówię:  wyobrażam  sobie,  że  jakiś
starszy  mężczyzna  mógłby  objąć  tę  posadę,  ale  żeby  taki  młody...  Myślę:  Henzig  to
człowiek  na  tę  posadę,  a  mówię:  Z  pewnością  zbyt  wiele  pan  sobie  wyobraża...  W
odpowiedzi  na  to  Henzig  milczy.  Poza  tym,  mówi  potem,  zna  francuski  (to  rozumie  się
samo  przez  się),  angielski,  rosyjski,  włoski.  Tak,  mówię,  nie  mogę  się  w  tej  chwili
zdecydować,  nie  mogę  tego  rozstrzygnąć,  mówię”,  powiedział  książę,  „nie,  w  tej  chwili
nie  może  pan  oczekiwać  ode  mnie  rozstrzygnięcia.  Mówię:  Napiszę  do  pana,  proszę  mi
podać  dokładny  adres.  Za  dwa  dni  otrzyma  pan  telegram.  Wstaję”,  powiedział  książę,  „i
podaję  Henzigowi  rękę,  otwieram  mu  drzwi,  bo  zazwyczaj  nie  ma  nikogo,  kto  mógłby  je
otworzyć,  nikogo,  a  on  już  znika.  Henzig,  nikt  inny,  mówię  sobie,  i  myślę,  siadając  w
biurze,  dlaczego  naraz  zaczęło  odpychać  cię  to,  co  porządne  w  tym  człowieku,  w  ogóle
porządek?  Wykształcenie?  Musiałem  złapać  się  za  głowę.  Twoja  nagła  niechęć  do
ogromnej wiedzy, powiedziałem sobie”, powiedział książę. „Raz po raz powtarzam sobie:
zacny człowiek, zacny człowiek, jaki zacny człowiek z tego Henziga... Obliczam wiosenne
dochody  z  zakładów  szutrowych.  Myślę  sobie:  czy  te  zakłady  szutrowe  jeszcze  się
opłacają?  Kiedy  zaczynam  się  zastanawiać  nad  zbędnymi  robotnikami  w  zakładach
szutrowych  (i  w  kopalniach),  czy  w  ogóle  nie  powinienem  zamknąć  kopalń,  zamknąć,

background image

myślę,  i  zamkniesz  również  kopalnie  szutru,  zamkniesz  wreszcie  kopalnie  oraz  kopalnie
szutru,  rozlega  się  pukanie  i  staje  przede  mną  kolejny  (trzeci)  kandydat:  Huber”.  Książę
powiedział: „Huber jest z Bundau. Używa takiego języka i ma taki sposób wyrażania się,
że  nagle  przychodzi  mi  na  myśl  wyrażenie  nie  do  ucywilizowania.  Myślę,  że  Huber  jest
człowiekiem,  który  lubi  i  nie  lubi  ruszać  się  z  Bundau.  Albo:  który  lubiłby  ruszać  się  z
Bundau,  gdyby  tylko  lubił  móc,  itd...  Ruszył  się  z  Bundau,  ale  chyba  nie  tylko  z  powodu
ogłoszenia?  Pytam  go  natychmiast:  Czy  ruszyłeś  się  z  Bundau  z  powodu  mojego
ogłoszenia?  Ten  człowiek  nie  wchodzi  w  grę,  myślę.  Mówi:  Z  powodu  ogłoszenia,  tak!
Mówię:  ale  ja  szukam  kogoś  doskonałego!  Myślę  o  Henzigu.  Na  to  Huber  mówi,  że  ma
trzydzieści lat praktyki, nie mówiąc, co to za praktyka. Przyglądam się temu człowiekowi i
wiem”,  powiedział  książę,  „co  praktykował  przez  trzydzieści  lat:  był  brygadzistą  w
leśnictwie.  Mówię,  żeby  usiadł,  tam  jest  krzesło,  mówię,  i  Huber  siada.  Groteska!
Nalewam  mu  kieliszek  wódki  i  znowu  mówię:  sam  nie  piję,  lekarz  zabronił  mi  pić,  ale
łatwiej mówić, gdy się pije! Huber wypija wódkę jednym haustem. Groteska. Ma schludne
ubranie, myślę, i myślę, że to ubranie zawsze wisi na drzwiach, a nie w szafie. Dolewam
mu.  Przyglądam  się  jego  kapeluszowi,  marynarce,  spodniom,  guzikom  przy  marynarce,
myślę:  w  Bundau  jest  zimno,  tam  panuje  nieustanna  zima,  w  Bundau  żyją  zdecydowanie
zimowi ludzie. Wegetacja, myślę, drogi doktorze, wegetacja. Ta okolica toleruje wyłącznie
minimum  wegetacji.  Panuje  tam  czarna  zieleń,  zielona  czerń  i  tak  ogromny  mrok,  że
wyklucza  samobójstwa.  Myślenie  w  tych  ludziach  jest  ciągle  na  granicy  zaniku,  radość
życia na granicy obumarcia, wszystko na przemian marznie i zamarza. Tak, jakże teraz jest
w  Bundau?  pytam  Hubera.  Ciągle  tak  samo,  mówi  Huber.  Kilka  razy,  drogi  doktorze,
powtarza:  Ciągle  tak  samo.  Tam  w  Bundau,  mówię,  jest  przecież  Drack,  pilarz.  Tak,
Drack, mówi Huber, pilarz. Mówię: Drack robił przecież podłogi w Belwederze, czyż nie?
Mówię:  Drack  ma  trzy  siostry.  Rozmowa  z  Drackiem  to  przyjemność,  mówię.  Tak”,
powiedział  książę,  „Drack  jest  jedyną  osobą  w  Bundau,  która  ma  pieniądze.  Tak,  mówi
Huber.  Myślę”,  powiedział  książę,  „że  nie  rozumiem  tego,  że  w  odpowiedzi  na  moje
ogłoszenie  już  pierwszego  dnia  do  południa  pojawiło  się  trzech  kandydatów.  Co  pan
powie,  drogi  doktorze,  trzech  kandydatów  pierwszego  dnia  do  południa  w  reakcji  na
żałosne ogłoszenie w żałosnej gazecie, napisane w żałosnym stylu? Co pan powie? Mówię
do Hubera”, powiedział książę, „Drack przestawił się wyłącznie na parkiety, prawda? Nie
robi już podłóg z desek. Z pewnymi wyjątkami, mówię. Robi wyjątki, mówi Huber. Myślę,
że  moje  ogłoszenie  jest  złym  ogłoszeniem.  Dlaczego  jednak  w  odpowiedzi  na  złe
ogłoszenie  już  pierwszego  dnia  do  południa  zgłasza  się  od  razu  trzech  kandydatów?
Zagadkowe.  Zagadkowe!”,  powiedział  książę.  „Pomyślałem,  że  Huber  nie  ponosi  winy.
Winy?  Huber?  Dlaczego?  Daj  temu  spokój,  pomyślałem.  Kiedy  przeczytał  to  ogłoszenie,
pytam Hubera”, powiedział książę. „Chcę to wiedzieć, przychodzi mi na myśl”, powiedział
książę,  „że  zapytałem  o  to  również  Henziga  i  Zehetmayera.  Pytam:  Kiedy  przeczytałeś  to
ogłoszenie? I spostrzegam, że mówię do Hubera per ty, podczas gdy zarówno do Henziga,
jak i do Zehetmayera zwracałem się per pan. Chowasz to ogłoszenie w marynarce? pytam”,

background image

powiedział książę. „Huber wyciąga z marynarki ogłoszenie i kładzie je na biurku. Czytam
je  ponownie.  Przeczytałeś  je  przy  śniadaniu?  pytam.  Odpowiada  przecząco  i  daje  do
zrozumienia”,  powiedział  książę,  „że  jeszcze  w  ogóle  nie  jadł  śniadania.  Idę  do  kuchni”,
powiedział  książę,  „widzę,  że  w  kuchni  nie  ma  nikogo,  w  kuchni  nie  ma  żywej  duszy,
przygotowuję więc Huberowi chleb słoninowy, smaruję kromki masłem, wracam z nimi do
biura  i  mówię,  żeby  je  zjadł.  Moszczu?  pytam.  Nie,  nie  chce  moszczu.  Oczywiście,  ma
dzieci,  nie  pamiętam  tylko,  czy  troje,  czy  czworo,  mówię  jedz!  i  pytam:  ile  masz  dzieci?
Troje,  odpowiada.  W  jakim  wieku,  dopytuję  się.  Trzydzieści  jeden,  dwadzieścia  cztery,
siedemnaście,  mówi.  Czworo  umarło.  Myślę:  co  liczy  się  w  życiu?  Mówię:  masz  dobrą
żonę, co? Gospodarzy (dwa i pół hektara)”, powiedział książę, „dobrze, mówi on, Huber.
Gdyby  nie  Drack,  Drack  w  Bundau.  Kiwa  potakująco  głową.  Drack,  mówię,  pośrednio
żywi Bundau. Drack filozofuje, a jego trzy siostry go karmią, co uważa za obrzydliwe. To
męczarnia  z  trzema  siostrami,  mówię.  Drack  i  Bundau...”,  powiedział  książę.  „I  wtedy
przychodzi  mi  na  myśl:  ty  sam  masz  dwie  siostry  w  domu.  Przychodzi  mi  też  na  myśl,  że
jestem w tym samym wieku co Drack. A w istocie przychodzi mi na myśl, że relacje są u
Dracka  dokładnie  takie  same  jak  u  mnie,  gospodarcze,  rodzinne,  osobiste,  tyle  że  Drack
jest na dole, a ja jestem na górze, równie dobrze jednak ja mógłbym być na dole, a Drack
na górze... Mówię do Hubera”, powiedział książę, „ale siostry Dracka są garbate, a myślę,
że  Drack  jest  ofiarą  swoich  trzech  sióstr;  mężczyzna  może  być  silny,  tak  silny,  jak  tylko
zechce,  Drack  jest  silny,  ale  jego  trzy  siostry  są  silniejsze...  Skutkiem  tego  kawalerstwo
Dracka,  skutkiem  tego  wdowieństwo  Sauraua,  myślę.  Mówię:  Drack  mógł  zrobić
kilkanaście  dobrych  partii,  bardziej  do  siebie  niż  do  Hubera,  ale  Huber  usłyszał”,
powiedział  książę,  „przestał  jeść  i  powiedział:  Thurn  i  Taxis.  Potem  Huber  mówi,  że
pryszczyca, zaraza pyska i racic, pochłonęła w Bundau prawie cały stan bydła i że Bundau
nie może się z tego podźwignąć. Słyszy pan, doktorze, podźwignąć! Zarazy, mówię, jak już
się pojawią, to jest za późno. Dla państwa, mówię, zawsze jest za późno. Państwo trwoni
leki na trupy! A więc, mówię, Huber, kiedy przeczytałeś to ogłoszenie? Jego żona z samego
rana  przyniosła  gazetę  z  Knittelfeld.  Konsultacja  u  lekarza”,  powiedział  książę,  „choroba
nerek.  Huber  zabrał  jej  gazetę,  wkładając  koszulę,  a  ona,  jak  co  dzień,  zaczęła  mu  robić
wyrzuty,  że  nie  ma  pieniędzy.  On  nie  pracuje,  ona  haruje,  ona  zarabia,  on  leniuchuje,  on
nic  nie  zarabia,  ona  wszystko  zbiera  do  kupy,  on  wszystko  wyrzuca  itd...  Wreszcie
powiedziała,  że  on  się  boi  pracy,  boi  światła,  a  wtedy  on  się  podobno  wściekł”,
powiedział książę, „i zagroził jej, że uderzy ją w twarz, ale nie uderzył, po czym poszedł
do sypialni, gdzie rzucił się na łóżko. I wtedy, leżąc na łóżku, przeczytałem to ogłoszenie,
powiedział Huber. Natychmiast się zerwał, ubrał, wyszedł z domu i z Bundau przyszedł tu
do  mnie  na  górę.  Po  drodze  wydało  mu  się,  że  ubieganie  się  o  tę  posadę  jest  bez  sensu
(Zehetmayer!).  Ale  nie,  powtarzał  sobie  co  chwila,  idę  na  górę,  idę  na  górę,  idę  do
Sauraua. I z tym nieustannym idęnagórę-idęnagórę znalazł się naraz na górze. Widok zamku
odebrał mu jednak odwagę, zanim więc zapukał, obszedł go cztery czy pięć razy dookoła.
Przez  cały  czas  zastanawiał  się,  czy  nie  powinien  wziąć  nóg  za  pas  i  uciec  stąd,  z

background image

powrotem  na  dół  do  jakiejś  gospody...  Potem  jednak  zobaczył  wychodzącego  Henziga,
dość  postawnego  mężczyznę,  powiedział  Huber,  i  nie  pozostało  mu  już  nic  innego,  jak
tylko zapukać. W moim wieku byłoby idiotyzmem zaczynać jeszcze jakąś pracę, powiedział
do mnie Huber. Ale żona ciągle robi mu wyrzuty”, powiedział książę, „doprowadza go do
szału, codziennie dowodzi swojej nieodzowności, a jego zbędności. Oczywiście on się w
ogóle nie nadaje na tę ogłoszoną przez księcia posadę, powiedział Huber, miał jednak na
myśli,  że  niezupełnie  się  nie  nadaje  —  chyba  nie.  Myślę,  że  największymi
umiejętnościami dysponują brygadziści leśni”, powiedział książę, „umiejętności Hubera są
prawdopodobnie  najbardziej  satysfakcjonujące,  wypowiadam  więc  takie  słowa,  mówię:
Twoje  umiejętności  są  z  pewnością  największe.  Ale  umiem  sobie  wyobrazić,
powiedziałem,  że  on  nie  nadaje  się  na  stanowisko  zarządcy.  Nie,  nie,  nie,  mówię”,
powiedział  książę,  „taka  posada  wymaga  zupełnie  innej  praktyki.  On  to  wie,  a  ja  mówię
otwarcie nie to, że Huber chyba się nie nadaje na to stanowisko, lecz że całkiem po prostu
w ogóle się nie nadaje. Mówię”, powiedział książę, „ale wyjście z Bundau to już korzyść.
Tak,  przyznał  Huber.  Ja  już  od  dwóch  lat  nie  byłem  w  Bundau”,  powiedział  książę,  „jak
zawsze tylko pogrzeb zmusza mnie do opuszczenia zamku, udania się w doliny, a ponieważ
ciągle umiera jakiś krewny, którego się zna (albo nie zna), człowiek bez przerwy jeździ w
najrozmaitsze rejony kraju (i, naturalnie, zagranicy). Człowiek naszego stanu obok swojego
życia  zawodowego  pędzi  również  żywot  podróżnika  pogrzebowego.  A  umierają  zawsze
dokładnie  ci,  drogi  doktorze,  o  których  się  wiedziało,  że  umrą.  Niespodzianki  należą  do
rzadkości.  Mówię”,  powiedział  książę,  „powiększają  cmentarz  w  Bundau,  prawda?  A
Huber mówi: kłótnie. Burmistrz, socjaliści... itd... Dla gminy, mówi Huber, nikt nie chciał
zrezygnować  choćby  z  kawałka  gruntu.  Więc  gmina  po  prostu  dokonała  wywłaszczeń.
Wywłaszczeń,  myślę.  To  jest  dla  mnie  hasło,  przy  którym  uświadamiam  sobie  całą  ohydę
państwa,  całą  głupotę  państwa,  całą  tę  zidiociałą  państwową  hołotę  urzędniczą!
Wywłaszczenia! Tu i tam dokonuje się wywłaszczeń, mówię, wszędzie pode mną dokonuje
się  wywłaszczeń,  z  najbłahszych  powodów.  Politycy  wywłaszczają  tu  i  tam.  Tu  i  tam
dokonują  wywłaszczeń.  Wywłaszczają  i  rujnują.  Rujnowana  jest  natura.  Wywłaszczana!
Krzyczę, mówię: mam nadzieję, że wkrótce to państwo samo się wywłaszczy. Niechby się
jak  najszybciej  wywłaszczyło,  zabiło!  Już  pora,  żeby  to  państwo  rychło  samo  się
wywłaszczyło!”,  powiedział  książę.  „To  żałosne  państwo,  powiedziałem.  Wywłaszczone!
Obcinają  człowiekowi  palce  u  nóg,  drogi  doktorze,  niech  pan  patrzy,  palce,  pięty,  już  w
ogóle nie można chodzić! Nagle”, powiedział książę, kiedy przystanęliśmy, żeby spojrzeć
w  głąb  wąwozu,  „znalazłem  się  z  Huberem,  któremu  nalałem  jeszcze  jeden  kieliszek
wódki, w samym środku polityki. Państwo jest zgniłe, mówię z całą powagą, państwo jest
zgnile.  Moje  najbardziej  ulubione  zestawienie  słów  w  ostatnim  czasie,  drogi  doktorze:
Państwo jest zgniłe. Wszystko jest niczym, mówię do Hubera: czerwoni są niczym i czarni
są niczym, monarchia jest naturalnie niczym i republika jest naturalnie niczym. Wszystko
znajduje się w równomiernie otępiałej agonii, prawda? Wszystko, tylko nie nauka. Mówię
do  Hubera:  ale  republikańska  agonia  jest  chyba  najohydniejsza,  najbardziej  przykra.

background image

Prawda, drogi doktorze? Mówię: lud jest głupi i śmierdzi, zawsze tak było. Huber mówi na
to,  że  w  Bundau,  i  to  wśród  robotników  Dracka,  są  komuniści.  Komuniści!  Mówię,
komuniści!  Tak,  komuniści!  U  mnie  też  jest  ich  całe  mnóstwo,  mówię!  Wszystko,  co
znajduje się poniżej  zamku, jest komunistyczne!  Wszystko! Ale komunizm  i komuniści nie
wiedzą,  czym  jest  komunizm.  Niestety!  Wracając  zaś  do  mojego  ogłoszenia,  mówię  do
Hubera,  że  on,  Huber,  jest  niewątpliwie  zacnym  człowiekiem,  ale,  jako  się  rzekło,  nie
nadaje  się  na  posadę  zarządcy.  Mówię  nawet:  wprawdzie  cenisz  się  zbyt  nisko,  ale  na
zarządcę się nie nadajesz”. On, książę, pomyślał sobie, że ten człowiek ma pięćdziesiąt lat,
ale  wygląda  na  sześćdziesiąt.  „Przed  pięćdziesięciu  laty  bez  problemu  można  było  sobie
wyobrazić na tym stanowisku brygadzistę”, powiedział książę, „ale dzisiaj już nie. Dzisiaj
to zajęcie wymaga kogoś o zacięciu naukowym, takiego Henziga. Nie, mówię do Hubera,
chyba  w  ogóle  nie  myślałeś  na  serio,  że  Saurau  mógłby  cię  zatrudnić!  Pół  do  dwunastej,
Huber,  mówię”,  powiedział  książę.  „Nalewam  mu  trzeci  kieliszek.  Mówię:  ten,  którego
widziałeś przedtem wychodzącego, ten przystojny mężczyzna, to jest on. Henzig, mówię, to
on.  Szkoła  leśna  w  Ort,  mówię,  uprawa  ziemi,  Wiedeń,  Paryż,  Londyn,  Madryt.  Do  tego
krzepkie ciało, jak powiedziałem, mówię, angielski, francuski, włoski... Kobernaußerwald,
mówię,  pewna,  również  wobec  samego  siebie  bezlitosna  współczesna  arogancja  i
naukowość. W ogóle żadnych głupich ludzi, mówię. W istocie, myślę”, powiedział książę,
„obecnie  również  leśnictwo  jest  już  tylko  nauką  ekonomiczną,  a  wręcz  nauką  ścisłą.
Wszystko  jest  dzisiaj  nauką,  mówię”,  powiedział  książę.  „Huber  chce  wstać,  ale  nie
wstaje.  Wszystko  jest  jednym  wielkim  aparatem  naukowym,  mówię.  Absurdem,  mówię.
Huber  wstaje.  W  każdym  razie  w  Austrii,  mówię  do  Hubera,  wszystko  jest  perwersyjnie
konserwatywne.  Dwieście  lat  do  tyłu  w  prawie  wszystkich  dziedzinach,  mówię.  To
śmieszne, mówię, nie ma w tym ani trochę przesady, drogi doktorze, i mówię: Substancje,
potężna chemia. Im bardziej oddala się to od konwencjonalnego pojęcia natury, tym jest
piękniejsze,  przemożniejsze,  chcę  powiedzieć,  bardziej  poetyckie.  Huber,  mówię,  drogi
doktorze,  jak  to  jest  w  Bundau  z  dostarczaniem  poczty?  Nadal  tak  samo  katastrofalnie?
Huber  mówi:  katastrofa.  A  dzieci  w  wieku  szkolnym?  pytam.  Nie  musząc  tego
wypowiadać,  po  raz  kolejny  w  słowach  dzieci  w  wieku  szkolnym  zawieram  całe  swoje
współczucie  z  powodu  panującej  na  terenach  górskich  niedoli  dzieci  w  wieku  szkolnym.
Huber  podchodzi  do  drzwi”,  powiedział  książę,  „myślę:  jego  spodnie,  absurdalne.  Jego
marynarka,  absurdalna.  Jego  chód,  absurdalny.  Groteskowy,  myślę.  Pojęcie  «dzieci  w
wieku  szkolnym»,  drogi  doktorze,  jest  na  całym  świecie  pojęciem  mizerii,  ale  w  okolicy
Bundau jest ono największe, najbardziej zgorzkniałe. Mówi się o tym od dwudziestu lat, że
na końcu doliny w Bundau zostanie zbudowana nowa szkoła, ale do tej pory nie zbudowano
tam żadnej nowej szkoły. Myślę raz po raz: cały system wychowawczy w naszym kraju jest
konserwatywny, po prostu, przestarzały, żałosny, prawda, drogi doktorze? I myślę, że jeśli
człowiek  pozwoli,  aby  wszystkie  nagłe  pomysły  skłębiły  się,  tworząc  myśl...  Mówię:
Huber, nie wolno rozmyślać... Rozmyślam o głupocie wszelkich powiedzeń, o tej głupocie,
o  tej  głupocie,  doktorze,  w  jakiej  człowiek  żyje  i  myśli,  myśli  i  żyje,  o  tej  głupocie...

background image

Pozwalam sobie na swoje życie, absurdalne! Żyję, absurdalne! Wszyscy żyją, absurdalne!
Głupota, zawierzyć siebie językowi niemieckiemu, mój drogi doktorze, absurdalne, myślę,
nie dość że niemieckiemu, to zwłaszcza niemieckiemu! Głupota wynikająca z niemczyzny,
myślę...  Głupota  świata  składającego  się  z  wad  i  zalet  i  z  niczego  poza  tym...  Filozofuj!
Nie!  W  Bundau  widziałem  kiedyś  tłustego  bażanta,  który  siedział  na  dziku,  z  pewnością,
mówię do Hubera. Huber słucha. Niech pan posłucha, doktorze, Huber słucha... Stoi przy
drzwiach. Tak, tak, mówię, setki razy jeździłem z ojcem do Bundau, zarówno ze względu na
bażanty,  jak  i  ze  względu  na  dziki.  Bundau  raz  po  raz  wciągało  ojca  w  siebie,  siła
przyciągania  Bundau,  mówię.  Możliwe,  że  miałem  osiem  lub  dziewięć  lat,  mówię,  kiedy
pojechaliśmy do Bundau, z samego rana, i nagle widzimy na końcu doliny, że bażant siedzi
na dziku. Wtedy ojciec opisał mi stosunek między bażantem a dzikiem, groteska!, mówię, i
w ogóle opowiedział mnóstwo różności o dzikach i bażantach. Siedzimy na pniu drzewa,
ojciec  i  ja,  i  kiedy  bażant  w  najbardziej  bezwstydny  sposób  kołysze  się  na  ogonie  dzika,
ojciec  go  zestrzeliwuje.  Z  ogona  dzika  na  dół,  mówię.  Dzik  jednym  susem  czmycha  w
zarośla.  Ja  idę  po  bażanta,  a  ojciec,  podczas  gdy  ja  pochylam  się  nad  bażantem,  oddaje
drugi  strzał.  W  powietrze.  Pytam  go,  wracając  z  bażantem,  dlaczego  wystrzelił  po  raz
drugi, w powietrze, mówię, dlaczego w powietrze? Ojciec nie umie odpowiedzieć. Nigdy
nie  strzelałem  całkiem  bezsensownie  w  powietrze,  mówi.  W  Bundau  są  piękne  bażanty  i
piękne  dziki,  mówię.  Huber  chce  iść.  Wychodzi  do  przedsionka.  Naturalnie,  mówię,
przydałbyś  mi  się,  chociaż  nie  na  stanowisku  zarządcy.  I  przedstawiam  Huberowi
propozycję  posady,  ale  bez  zabezpieczenia  emerytalnego,  mógłby  pracować  u  mnie  jako
brygadzista, Krainer potrzebuje podpory. Huber jednak nie przyjmuje mojej oferty. Dziwny
człowiek. Jest jasne, że Huber nie chce pracować, już nie, nigdy więcej. Nie, nie, mówi.
Nadal  woli  wysłuchiwać  codziennych  awantur  żony.  Myślę,  że  oczywiście  miałbym  z
Hubera pożytek. Wszystko przecież jest takie zapuszczone, niech pan patrzy, doktorze! Ale
to się na nic nie zda, Huber odchodzi. Myślę, że moje ogłoszenie pozwoliło mu wyrwać się
z  Bundau.  Z  chłodu  Bundau.  Huber  jako  zarządca,  myślę.  Huber  i  Zehetmayer,  groteska!
Natychmiast, myślę, zawrę umowę z Henzigiem”, powiedział książę. „Henzig jest jedynym
właściwym  człowiekiem.  W  istocie  Henzig  jest  kimś,  kogo  zawsze  szukałem,  a  nigdy  nie
znalazłem.  To  oczywiste,  że  on  jest  tą  osobą,  która  już  wkrótce  stanie  się  dla  mnie
nieoceniona,  nieodzowna.  Ten  człowiek  ma  zalety.  Naturalnie  potrwa  cały  dzień”,
powiedział książę, „zanim  telegram dotrze do  Kobernaußerwald. Jeśli nadam  go teraz, w
południe,  pomyślałem”,  powiedział  książę,  „dojdzie  do  Kobernaußerwald  dopiero  rano.
Poczta,  całkowicie  zapuszczona  poczta  austriacka!  Wychodzę  do  przedsionka  i  dyktuję
starszej siostrze treść telegramu, a ona woła starego Krainera, który następnie jedzie w dół
na  pocztę.  Zatrudniając  Henziga,  nie  ponoszę  żadnego  ryzyka”,  powiedział  książę.
„Uregulowałem  z  nim  również  sprawy  finansowe.  Zamieszka  w  leśniczówce,  nie,  w
pawilonie,  nie,  w  leśniczówce,  w  leśniczówce.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  może  pan  objąć
posadę  od  zaraz,  zatelegrafowałem.  Ale  uzmysławiam  sobie,  że  Henziga  obowiązuje
jeszcze  umowa  państwowa  i  że  pracę  u  mnie  będzie  mógł  zacząć  najwcześniej  od

background image

przyszłego  tygodnia.  Te  lasy  państwowe,  które  wszystko  rujnują”,  powiedział  Saurau,
„państwo,  które  wszystko  rujnuje,  nieustanne,  niekończące  się  samobójstwo  państwa.
Drogi  doktorze,  dzisiaj  wszystkie  państwa,  nie  tylko  w  Europie,  bez  przerwy  popełniają
samobójstwo. To mój prastary temat, drogi doktorze”, powiedział książę: „Państwo, które
wszystko  rujnuje,  ludzie,  którzy  nie  potrafią  uporać  się  ze  swoim  państwem  i  je  rujnują.
Przychodzą mi na myśl słowa katastrofa intelektualna, drogi doktorze. Gdy Huber znika,
każę umieścić na dużej bramie w murze kartkę z napisem Posada zarządcy obsadzona i idę
do  biura.  Rzeczywiście,  przychodzi  jeszcze  szereg  kandydatów  na  posadę  zarządcy,
obserwuję ich, zanim wreszcie — niektórzy natychmiast po przeczytaniu kartki, większość
dopiero  po  dłuższym  wahaniu  —  odejdą.  O  wiele  za  starzy.  Powtarzam  sobie  wciąż  od
nowa, że to kuriozalne, iż w odpowiedzi na takie ogłoszenie zgłasza się tylu kandydatów.
Jeden  puka,  ale  nie  zostaje  mu  otwarte.  Uważam,  że  to  zdumiewające,  doktorze,  iż  ten
właściwy  znalazł  się  już  wśród  pierwszych  trzech  kandydatów,  prawda?  Rozmowy  z
ludźmi,  których  się  dopiero  poznało,  wprawiają  w  zadumę  i  są  wyczerpujące.  Jeśli
człowiek się z nich wyśmiewa, nie jest w porządku, jeśli traktuje ich poważnie, też nie jest
w  porządku.  Zawsze  rodzi  się  pytanie,  do  jakiego  stopnia  powinno  się  nawiązywać
kontakty  i  czy  w  ogóle  powinno  się  je  z  nimi  nawiązywać,  doktorze,  nie  sądzi  pan...?
Kontakty”,  powiedział  książę,  „jestem  o  tyle,  jak  pan  zawsze  mówi,  doktorze,  o  ile  mam
kontakt  itd.,  to  jednak  dopiero  stanowi  wyzwanie  dla  elementu  ironii  w  moim  myśleniu...
Ironia, która osłabia nieznośność... Stan na pograniczu neurastenii. Myślę: czy byłem nazbyt
miły w stosunku do Hubera, czy też byłem w stosunku do niego za mało miły? A jaki byłem
w stosunku do Zehetmayera? Że też myśl, czy byłem miły, czy niemiły, pojawia się we mnie
zawsze  po  wyjściu  danego  człowieka.  Ale  w  stosunku  do  Hubera  byłem  przecież  bardzo
miły,  myślę.  Również  w  stosunku  do  Zehetmayera  byłem  bardzo  miły.  Najmniej  miło
obszedłem  się  z  Huberem,  z  nim  odbyłem  bardzo  krótką  rozmowę,  spotkanie  z  nim  było
pełnym awersji obrażaniem się. Henzig, myślę, będzie idealnym zarządcą”.

Słyszy,  powiedział  teraz  Saurau,  przebywając  nawet  w  towarzystwie  sióstr  i  córek,

kiedy nie może „już wytrzymać” u siebie, „kiedy schodzi do dolnych pokojów”, „obiecując
sobie przynoszącą ulgę konwersację”, gdy tymczasem one rozmawiają albo milczą, albo z
nawyku  „przyglądając  się  same  sobie,  przygotowują  się  na  noc  w  ciemnościach,  które
zawsze  panują  w  Hochgobernitz”,  słyszy  coraz  więcej  szumów,  o  których  już  często
rozmawiał z moim ojcem, te szumy nie opuszczają go „od wielu miesięcy”.

Poddając  się  coraz  bardziej  „mechanice  umysłu  skoncentrowanej  na  coraz  większej

egzaltacji  i  coraz  większej  spekulacji  (ojciec)”,  w  stanach  słabości,  nawet  w
przysparzającym  mu  w  ciągu  ostatnich  miesięcy  stanie  najnieznośniejszej  udręki,
spowodowanym  zupełnie  samotnie  prowadzonymi  ze  sobą  w  zaryglowanym  pokoju
„masochistycznymi dyskusjami” (ojciec), których nie przerwał nawet podczas pobytu syna
w  Anglii  i  które,  prawdopodobnie  z  tego  powodu,  że  do  końca  życia  będzie  musiał
wegetować  w  Hochgobernitz,  z  największą  bezwzględnością  przede  wszystkim  wobec
samego  siebie  doprowadza  do  takiego  poziomu,  że  przy  skoncentrowaniu  się  na

background image

niszczycielskiej  irytacji  wymaga  to  najwyższego  napięcia  umysłu,  coraz  bardziej
bezwzględnego  napięcia  władz  umysłowych,  „konsekwentnie  w  głąb  wszystkich  zjawisk
przyrodniczych”  (Saurau),  słyszał  te  dla  niego  „zabójcze  szumy”  (ojciec);  również
minionej  nocy,  gdy  studiował  pamiętniki  kardynała  Retza,  „musiał  je  słyszeć”,  niezdolny
przypomnieć sobie momentu, od którego zmuszony jest wysłuchiwać tych szumów. Słyszy
je  bez  przerwy,  nie  może  zasnąć  i  coraz  bardziej  się  ich  boi.  Te  szumy  („antytypy”?
[ojciec])  przenikają  go  w  ciągu  ostatnich  tygodni  dniem  i  nocą,  wprawiają  w  stan
zaburzenia, bez przerwy w najpotworniejszy sposób „rzutują” go w jego własną śmierć.

Że też dokładnie w takim samym stopniu, w jakim myśli, iż musi wycofać się ze świata,

zdaje  się  na  jego  łaskę  i  niełaskę,  powiedział  Saurau;  „Fantazjujemy  i  jesteśmy  znużeni”,
powiedział. W „perfekcji możliwości wyczerpania” on, Saurau, zamroczył Hochgobernitz,
a  Hochgobernitz  w  końcu  jego,  Sauraua.  „Analogie  są  zabójcze”,  to  jedno  z  jego  ciągle
powracających, decydujących zdań.

Podczas gdy rodzina, „ta niekończąca się nikczemna amputacja umysłu” (Saurau), która

panuje  tu  w  Hochgobernitz  pod  jego  nazwiskiem,  i  z  największych  odległości,  „z
beznadziejną bezradnością, do której jest stworzona, wdycha po pierwsze w swoje ciała, a
po  drugie  w  swoje  głowy  własne  codzienne  życie”  jako  „jedną  z  setek  i  tysięcy
osłupiających  kleptomanii  umysłowych”,  on,  Saurau,  jest  pośród  jej  członków,  w  ich
„katastrofalnym  towarzystwie”  dotknięty  tymi  szumami  („Wewnątrzziemskie  erupcje?”
[ojciec]).  Włada  nim  huk.  Odczuwając  swój  mózg  („Wtargnięcie  wody  w  coś,  co  jest
wyschnięte  od  pradziejów?”  [Saurau]),  udręczony  jak  nadużywana  dla  całej  ludzkości
membrana, w której te szumy („Przemiana tego, co jest, w co innego, co będzie?” [Saurau])
zawsze  były,  Saurau  nie  tylko  te  szumy  słyszy,  on  je  również  widzi  i  czuje  w  swojej
głowie.  Jego  mózg  musi  „wytrzymać”  te  szumy  („powiększające  się  szczeliny,  idealny
proces  rozkładu  w  naturze!”  [Saurau]).  Nieomal  wszystkie  zdania,  w  które  naraz  bez
zahamowań wstrzykuje całą swoją udrękę, kończy wyrażeniem „dla całej ludzkości”.

Czuje  częstokroć,  jak  niesłychane  „dzieje  uczuć  i  kamieni  wpadają  jedne  w  drugie,

tworząc  nowe  substancje”,  wskutek  czego  odbywa  się  jego  zdaniem  proces,  w  którym
„wszystko ulega unicestwieniu, aby później stać się ostatecznym”.

„Tutaj,  z  tego  miejsca,  omawiałem  zawsze  z  moim  zarządcą  wszystko,  co  dotyczy

Hochgobernitz”,  powiedział  Saurau,  zwracając  nam  uwagę  na  rozległe  połacie  ziemi  w
dolinie,  spustoszone  przez  powódź,  która  niedawno  nawiedziła  ogromne  obszary  leżące
poniżej  Hochgobernitz.  „To  tutaj,  a  nie  minęły  nawet  trzy  tygodnie”,  powiedział  Saurau,
„chodziłem  tam  i  z  powrotem,  niezdolny  do  skomentowania  tych  potwornych  zniszczeń
spowodowanych powodzią”, powiedział, „obserwując powolne opadanie wody, milczący,
przerażony,  w  utrzymującym  się  dwie  godziny  zaburzeniu  umysłu,  doktorze”,  i  właśnie
wtedy  uświadomił  sobie  wątpliwą  egzystencję  studiującego  w  Anglii  syna.  „W  tym
miejscu”,  powiedział  Saurau,  „przychodzi  mi  zawsze  na  myśl  mój  syn.  Prawdę  mówiąc,
życie mojego syna jest zupełnie odrębne od mojego”. Wówczas, przed trzema tygodniami,
tuż po śmierci zarządcy, on, Saurau, „wbrew naturze” obserwował z tego miejsca cofającą

background image

się powódź, przez kilka godzin, „aby potem, bez słowa przeciw naturze” wrócić do zamku.
Saurau powiedział teraz: „Mój syn jest w Anglii, ja marnieję tutaj”.

Podczas  jego  ostatniej  wizyty,  wspomina  mój  ojciec,  Saurau,  komentując  powódź,

wykrzykiwał  ciągle  słowo  „osuwisko”  i  mówił  o  „napadającym  go  zwątpieniu
umysłowym”.  Wykrzykując  raz  po  raz  słowo  „osuwisko”  i  licząc  „szkody  materialne
wskutek  powodzi,  straty  finansowe  wskutek  powodzi,  niepoliczalne  straty  finansowe
wskutek  powodzi”  i,  ponieważ  nad  całą  okolicą  zalegał  łagodny,  ale  jednak  „zdradliwy”
fetor gnijącej padliny — mnóstwo utopionego bydła tkwiło zakleszczone po obu brzegach
rzeki  Ache,  rozpłatane,  wzdęte,  niektóre  „rozebrane  przez  siłę  wody  na  części”  (mój
ojciec), liczne sztuki dużego bydła ze znajdujących się w dolinie obór Sauraua nie zostały
jeszcze  uprzątnięte  —  wykrzykując  słowo  rozkład,  słowa  proces  rozpadu,  słowo
dyluwizm,  zaczął  naraz  mówić  o  jeszcze  większym,  spowodowanym  szumami  w  mózgu
spustoszeniu w jego głowie,  większym  niż  tam  w  dole,  na  brzegach  rzeki  Ache.  „Tutaj  w
mojej  głowie”,  powiedział  Saurau,  „dokonuje  się  naprawdę  niewyobrażalne
spustoszenie”.

Mojemu ojcu wydaje się, że ten pierwszy dzień po powodzi miał największe znaczenie

dla  rozwijającej  się  od  tej  pory  z  „niewiarygodną  gwałtownością”  (ojciec)  choroby
Sauraua. „Tego dnia, przerażeni rozmiarami katastrofy, zeszliśmy obaj nad Ache” (ojciec).
Istotnie, rozmiary powodzi, co obaj stwierdzili, kiedy woda wróciła do normalnego stanu,
były katastrofalne. Saurauowi wydawało się niepojęte, że ta gwałtowna powódź nastąpiła
akurat  po  śmierci  zarządcy.  „Właśnie  teraz,  kiedy  zostałem  bez  jakiejkolwiek  pomocy!”,
wykrzykiwał  raz  po  raz.  Początkowo  obaj  ze  wzburzenia  nie  mogli  w  ogóle  zamienić  ze
sobą  ani  słowa,  chociaż  pozdrawiali  robotników  nad  brzegiem  Ache,  zajętych
wyciąganiem  z  rzeki  drewna  i  padliny,  i  usiłowali  zajść  jak  najdalej.  Saurau  uprosił
mojego  ojca,  żeby  nie  opuszczał  go  tak  szybko,  bo  teraz  nie  może  być  sam.  Co  chwila
mówił  o  „milionowych  stratach”.  I  tak  jak  wcześniej  całymi  godzinami  milczał,  potem,
kiedy już wrócili do zamku, usta mu się nie zamykały.

Saurau powiedział teraz do mnie: „Im intensywniej ja mówiłem o powodzi, tym bardziej

pańskiego ojca coś od niej odwodziło. A mianowicie, powiedział Saurau, przedstawienie,
któreśmy  na  dzień  przed  tą  katastrofalną  powodzią  wystawili  w  pawilonie  ogrodowym.
Przedstawienie,  co  roku  inne”,  powiedział  Saurau,  to  tradycja  na  Hochgobernitz.
„Osobliwe”, powiedział Saurau, „a mówię teraz o pewnej błahostce, która jednak stanowi
pewien  fenomen:  w  chwili,  kiedy  ja  zaczynałem  mówić  o  powodzi,  pański  szanowny
ojciec  zaczynał  mówić  o  przedstawieniu.  Pańskiego  szanownego  ojca,  im  bardziej  mnie
zaprzątała powódź, z każdą chwilą coraz bardziej zaprzątało przedstawienie. Ja mówiłem
o  powodzi,  a  on  mówił  o  przedstawieniu”.  Mój  ojciec  powiedział:  „Przez  cały  czas
myślałem:  «musisz  mówić  o  powodzi»,  ale  mówiłem  o  przedstawieniu”.  Saurau
powiedział:  „A  ja  mówiłem  o  powodzi,  nie  zaś  o  przedstawieniu,  o  czym  bowiem  ja
miałem  mówić  tego  dnia,  jeśli  nie  o  powodzi!  Naturalnie  mogłem  myśleć  wyłącznie  o
powodzi!  A  pański  szanowny  ojciec  myślał  wyłącznie  o  przedstawieniu!  Podobnie  jak

background image

mnie  coraz  bardziej  i  bardziej  zaprzątała  myśl  o  powodzi,  pański  szanowny  ojciec  był
coraz  bardziej  i  bardziej  zaprzątnięty  przedstawieniem,  a  w  stopniu,  w  którym  mnie,
mówiącego o powodzi, irytował pański ojciec, mówiący o przedstawieniu, pańskiego ojca,
mówiącego  o  przedstawieniu,  irytowałem  ja,  który  mówiłem  wyłącznie  o  powodzi.
Potworna irytacja!”, powiedział książę. „Słyszałem, jak pański szanowny ojciec co chwila
włącza  się  w  moje  niekończące  się  gadanie  o  powodzi,  komentując  przedstawienie.  To
było  niewiarygodnie  osobliwe”,  powiedział  książę,  „że  w  miarę  upływu  czasu  ja  coraz
więcej mówiłem wyłącznie o powodzi i wyłącznie o powodzi, a pański szanowny ojciec
wyłącznie  o  przedstawieniu.  Pański  szanowny  ojciec  mówił  coraz  głośniej  o
przedstawieniu,  a  ja  coraz  głośniej  o  powodzi.  Głośno,  z  jednakową  głośnością,
jednocześnie  z  jednakową  głośnością  mówiliśmy  obaj,  pański  szanowny  ojciec  o
niesamowitym przedstawieniu, ja o niesamowitej powodzi. Potem zaś”, powiedział książę,
„nastąpił  taki  moment,  kiedy  obaj  mówiliśmy  wyłącznie  o  powodzi,  a  potem  taki,  gdy
mowa  była  wyłącznie  o  przedstawieniu.  Podczas  jednak  kiedy  tak  obaj  mówiliśmy  o
przedstawieniu, ja myślałem wyłącznie o powodzi, a kiedyśmy mówili o powodzi, pański
szanowny  ojciec  myślał  wyłącznie  o  przedstawieniu.  Na  zmianę  mówiliśmy  więc  o
powodzi,  podczas  gdy  pański  szanowny  ojciec  myślał  wyłącznie  o  przedstawieniu,  i  o
przedstawieniu, gdy tymczasem ja byłem myślami przy powodzi. Przeze mnie  o  powodzi,
przez  pańskiego  szanownego  ojca  o  przedstawieniu.  Kiedy  mówiliśmy  o  powodzi,  ja
myślałem, że pański szanowny ojciec chce mówić o przedstawieniu, a kiedyśmy mówili o
przedstawieniu,  ja  chciałem  mówić  wyłącznie  o  powodzi.  „Ja”,  powiedział  mój  ojciec,
„chciałem mówić o tym przedstawieniu w porównaniu z przedstawieniem, które widziałem
kiedyś  w  Oksfordzie,  o  porównaniu  między  angielskimi  aktorami  a  naszymi,  o  różnicy
między  językiem  angielskim  a  naszym”.  Książę  powiedział:  „Ja  naturalnie  byłem
całkowicie owładnięty powodzią, ale pański szanowny ojciec w równie naturalny sposób
nie  był  owładnięty  przedstawieniem!”,  powiedział  Saurau.  „Kiedyśmy  mówili  o
przedstawieniu”,  powiedział  mój  ojciec,  „to  pan,  książę,  bez  przerwy  wykrzykiwał
Wysokie koszty! albo Niesamowite  koszty!,  podczas  gdy  ja,  kiedy  mówiliśmy  o  powodzi,
nieustannie  wypowiadałem  takie  słowa,  jak  sznurownia,  mimika,  egzaltacja,
marionetkowość”. „W istocie jednak”, powiedział książę, „tego dnia, niezależnie od tego,
o czym mówiliśmy, i tak mówiliśmy wyłącznie o powodzi”.

„Natychmiast po przedstawieniu”, powiedział książę, „wyszedłem z pawilonu i udałem

się  na  mury  wewnętrzne,  ponieważ  przedstawienie  nie  zdołało  oderwać  mojej  uwagi  od
szumów. Chociaż akurat po tym przedstawieniu spodziewałem się, że ją od nich oderwie.
Ale, prawdę mówiąc, nawet na murach wewnętrznych nie udało mi się oderwać uwagi od
tych  szumów,  poszedłem  więc  na  zewnętrzne.  Przez  krótki  czas  udało  mi  się  być  bez
szumów  na  murach  zewnętrznych,  z  murów  zewnętrznych  przyglądałem  się  więc
znajdującym się w dole ludziom, którzy przybyli na przedstawienie, a teraz rozjeżdżali się
do domów. Kilkoro poszło do wąwozu”, powiedział książę, „nie wiem po co. Do dzisiaj
nie wiem, dlaczego niektórzy zeszli do wąwozu. Stojąc za wysoką sosną, obserwowałem

background image

ludzi, jak żegnają się z moimi siostrami i córkami. Te przedstawienia”, powiedział do mnie
książę,  „to  naturalnie  sprawka  kobiet,  ja  w  istocie  nie  mam  nic  wspólnego  z  tymi
przedstawieniami, ale kobiety co roku wystawiają takie przedstawienie i zapraszają na nie
setki  ludzi,  w  moim  mniemaniu  ludzi  całkiem  nieciekawych,  przeważnie  okropnych.  Dla
kobiet  przedstawienie  jest  naturalnie  zawsze  okazją  do  zaproszenia  setek  ludzi,  którzy
rzeczywiście  przybywają,  ale  przedstawienie  odgrywa  przy  tym  z  kolei  podrzędną  rolę”,
powiedział  książę,  „kobiety  wykorzystują  je  wyłącznie  po  to,  żeby  ściągnąć  ludzi  na
zamek, a ludzie, którzy przychodzą tu na górę na przedstawienie, nie przychodzą na zamek z
powodu  przedstawienia,  tylko  z  czystej  ciekawości.  Gdyby  to  ode  mnie  zależało”,
powiedział  książę,  „w  ogóle  nikt  nie  wszedłby  tu  na  górę,  ani  jeden  człowiek,  ani  jeden.
Oczywiście”, powiedział, „takie samotnictwo byłoby wtedy również chorobliwym stanem,
naturalnie.  Albowiem  społeczeństwo,  a  mam  tu  na  myśli  całe  społeczeństwo,  zwłaszcza
jednak tę warstwę społeczną, która przybywa na przedstawienia, szczególnie ją, to godna
pogardy hołota. Ale ja wyświadczam kobietom tę grzeczność i mogą zapraszać, kogo chcą.
Ponieważ  jednak  nie  chcę  nikogo  widzieć  na  Hochgobernitz,  to  przedstawienie  jest  mi
wstrętne.  Istotnie”,  powiedział  książę,  „stojąc  przez  kilka  chwil  za  tą  wysoką  sosną,
zupełnie nie miałem szumów. Aby się jednak ogrzać, bo czułem, że zamarzam, przeszedłem
się potem kawałek po dziedzińcu, wreszcie przebiegłem się trochę, a potem, idąc powoli,
zadeklamowałem  parę  zdań  z  przedstawienia,  niesłyszalnie.  Moja  pamięć  nie  jest
zniszczona, pomyślałem, nie, moja pamięć jest jeszcze bez uszczerbku, skoro udało mi się
powtórzyć  na  głos  całe,  i  to  niezwykle  skomplikowane  zdania  z  przedstawienia.
Pomyślałem, że kobiety, a także młody Polak, krewny, poszli już spać, kiedy ja, deklamując
zdania  z  przedstawienia,  chodziłem  po  dziedzińcu.  Rzeczywiście  sprawiało  mi
przyjemność  absolutnie  bezbłędne  deklamowanie  całych,  najdłuższych  partii  z
przedstawienia.  Całych  fragmentów”,  powiedział  książę,  „odświeżając  się  rytmem  zdań.
Ponad  godzinę  spacerowałem  tam  i  z  powrotem  po  dziedzińcu,  raz  wchodziłem  na  mury
wewnętrzne,  to  znów  na  zewnętrzne,  nie  zauważając  tego,  gdy  tak  spacerowałem,  i
starałem  się  przypomnieć  sobie  jak  najwięcej  tekstu  z  przedstawienia.  Rzeczywiście
dobra,  jak  mi  się  zdaje,  sztuka”,  powiedział  książę,  „napisana  przez  jednego  z  moich
kuzynów,  napisana  dla  potrzeb  tylko  tego  jednego  przedstawienia.  Wypróbowywałem”,
powiedział  książę,  „w  najbardziej  bezwzględny  sposób  swoją  pamięć,  nie  oszczędzałem
się,  i  stwierdziłem,  że  moja  pamięć  jest  bez  luk.  Rzeczywiście,  doktorze,  tego  wieczoru
moja  pamięć  była  bez  luk.  Naraz  znowu  zupełnie  bez  luk.  Zrekonstruowałem  sobie  to
przedstawienie”,  powiedział  książę,  „miałem  uczucie,  że  mogę  zasnąć,  zupełnie  mi  już
obce  uczucie,  zszedłem  więc  z  muru  wewnętrznego,  gdzie  właśnie  byłem,  wróciłem  na
dziedziniec  i  chciałem  udać  się  do  swojego  pokoju.  Początkowo  nie  zamierzałem
przechodzić przez bibliotekę, później jednak przeszedłem przez bibliotekę, zainteresowała
mnie  pewna  książka,  chciałem  ją  poczytać”,  powiedział  książę.  „Ale  wchodząc  do
biblioteki”, powiedział, „natrafiłem na kobiety. Zdumiało mnie, że jeszcze nie śpią. Kuzyn
z Polski też tam był. Całe towarzystwo siedziało na podłodze. Była czwarta nad ranem, jak

background image

zobaczyłem.  Całe  towarzystwo  siedziało  dziwnie  bez  ruchu  na  podłodze,  na  poduszkach.
Śmiertelnie znużeni siedzieli na poduszkach, skurczeni od niewyspania, z whisky. Nagle”,
powiedział książę, „poczułem ogromną ochotę, żeby rozpocząć z tymi ludźmi dyskusję. No,
powiedziałem do tych ludzi, ale przede wszystkim do moich sióstr: czy tu nie jest zimno?
Czy tutaj nie jest o wiele za zimno? I od razu zacząłem rozprawiać o antyciele w naturze.
Natychmiast  przyszedł  mi  na  myśl  ten  temat.  W  świeżości  poranka”,  powiedział  książę,
„bardzo dobrze i bardzo szybko rozwijałem swoje myśli i miałem dobrych słuchaczy, naraz
poczułem:  już  dawno  nie  miałeś  takich  dobrych  słuchaczy,  na  takich  dobrych  słuchaczy
czekałeś  wiele  lat.  Że  też  ci  ludzie  umieją  tak  dobrze  słuchać!  pomyślałem.  Młody  Polak
dyskutował  wyśmienicie,  wyśmienicie”,  powiedział  książę.  „Ale  naraz,  i  teraz  niech  pan
uważa, drogi doktorze”, powiedział książę, „znów pojawiły się szumy. Czyli że przez cały
czas  udawało  mi  się  je  wyłącznie  stłumić,  pomyślałem,  stłumić  na  czas  trwania
przedstawienia.  Tak,  przedstawienia!  Te  szumy  w  jednej  chwili  zniszczyły  moje  myśli,
wszystko  w  mojej  głowie  zmieniły  w  chaos.  Zagłuszający.  Moi  słuchacze  nic  o  tym
naturalnie  nie  wiedzieli,  naturalnie”,  powiedział  książę,  „nie  mogli  naturalnie  zajrzeć  w
głąb  mojego  mózgu.  Ale  ci  moi  słuchacze  poczuli  na  pewno”,  powiedział,  „że  cudowny
porządek  w  moim  mózgu  przerodził  się  nagle  w  odrażający  chaos,  w  odrażający,
zagłuszający  chaos.  Ból  w  momencie”,  powiedział  książę,  „kiedy  szumy  znów  się
pojawiły,  niszcząc  wszystko  w  moim  mózgu,  był  tak  straszliwy,  że  pomyślałem,  iż
natychmiast muszę zakończyć swoje wystąpienie, a także całą dyskusję. Ponieważ jednak,
jak  powiedziałem,  już  od  lat  nie  miałem  tak  uważnych  słuchaczy,  takich  uczciwych,
wymagających,  jak  mi  się  wydawało,  pozostających  w  napięciu,  zdolnych  do  dyskusji
słuchaczy,  nie  pozwoliłem  sobie  na  poddanie  się  i  udało  mi  się  odtworzyć  porządek  w
mózgu.  Było  pół  do  piątej  rano,  a  ja  mówiłem,  częściowo,  gdyż  było  to  konieczne,  w
języku polskim, przede wszystkim bowiem musiałem skupić uwagę na Polaku, o antyciele
w naturze, o naturze i o antyciele i o antyciele z natury. Badałem, wypracowując je sobie,
stopnie  trudności  mojego  myślenia  w  stosunku  do  stopni  trudności  myślenia  moich
słuchaczy.  Prawdopodobnie  przez  to  przedstawienie”,  powiedział  książę,  „mogło  jednak
naraz  zaistnieć  między  nami  napięcie  umysłowe,  którego  nie  uważałem  już  za  możliwe,
wspólnota  myśli,  posiedzenie  bez  wątpienia  przyrodniczo-filozoficzne,  o  niezwykłym
stopniu koncentracji, również dzięki obecności Polaka. W szczytowym momencie dyskusji,
jeszcze  zanim  ją  zacząłem,  powiedziałem  swoim  słuchaczom,  czym  jest  dyskusja,  że
dyskusja jest czymś zupełnie innym od tego, co dzisiaj uważa się za dyskusję. Odniosłem
wrażenie, że tu  w bibliotece są  istotnie zupełnie odmienieni  ludzie, nie  potworni  krewni,
lecz  chłonni,  zdolni  do  myślenia,  do  rozwijania  myśli,  toku  myśli,  zdolni  do  dyskusji,
spotkałem  tu  z  gruntu  i  całkowicie  zmienione  charaktery”,  powiedział  książę.  „Wszyscy
byli naraz inni! Odnosiłem wrażenie, że mówię do naukowych umysłów. Przechadzając się
tam  i  z  powrotem,  przemawiałem  do  umysłów  naukowych!  Naraz  ja  sam  nie  miałem
chaotycznego  i  wyłącznie  zbolałego  umysłu,  lecz  jasny  i  naukowy.  Moje  myśli,  ponieważ
były  absolutnie  jasne,  gdy  przedstawiałem  je  poglądowo  i  komentowałem,  czego  już  w

background image

ogóle  nie  uważałem  za  możliwe,  słuchacze  przyswajali  sobie  w  sposób  ciągły.  Tego
ranka”, powiedział Saurau, „lubiliśmy wytężać siły, a równocześnie — rozpierzchająca się
wokół nas noc, nadchodzące od wschodu światło dzienne, niesłychana, wycofująca się na
ziemię,  do  wąwozu  i  w  doliny,  mechanika  żab  i  świerszczy.  Podczas  gdy  dniało,  nie
czuliśmy się naraz jako ludzie niszczący nerwy. Byliśmy ulepszeni. We wszystkich naszych
fizjonomiach stwierdzałem, pobudzany wprawdzie płciowo, spokój uczuć oraz kondycji i
rozwoju  umysłów.  Tego  ranka  skonstatowałem,  że  nie  jesteśmy  jeszcze  całkowicie
unicestwieni.  Siostry  mojego  syna”,  powiedział  Saurau,  „dostosowały  się  dokładnie  tak
samo jak moje własne siostry, podporządkowały się mojemu myśleniu, które im wszystkim,
w spokoju, wydawało się znośną, a nie nieznośną fantazją, przez to przedstawienie; dzięki
nagłej  jasności  naszych  mózgów  ogarnęła  nas  nagle  natura.  Dzięki  temu  spokojowi”,
powiedział  książę.  „Jakże  rzadko  jesteśmy  zdolni  do  zachowania  spokoju.  A  tu  nagle
wszyscy  razem  byliśmy  zdolni  do  zachowania  panującego  zawsze  w  Hochgobernitz
spokoju  i  nie  przejawialiśmy  najmniejszych  awersyjnych  stanów  słabości.  Bez
najmniejszych  oznak  osłabienia  choćby  jednej  spośród  ich  zdolności  intelektualnych
wszyscy  śledzili  objaśnienie,  co  oni  (i  ja  również)  mogliśmy  zaobserwować  z  rosnącym
zdumieniem,  biorącej  nas  w  coraz  większym  stopniu  w  posiadanie  niesamowitości
wewnątrz fizycznej i chemicznej machiny uniwersalnej. Bez przerwy jednak”, powiedział
książę,  „dręczyły  mnie  szumy  w  mózgu.  Podczas  gdy  z  największą  pewnością  siebie
przeprowadzałem  nas  przez  nasze  myśli  jak  przez  naszą  własną  ciemność,  ponieważ  ją
znam,  te  okropne  szumy  w  mózgu  ciągle  odwodziły  mnie  od  życia”,  powiedział  Saurau.
„Wśród własnych ludzi czułem, że już dawno stałem się dla nich wszystkich niewidzialny,
czułem to coraz bardziej. Naraz w ogóle przestałem dla nich istnieć, w ogóle mnie tam nie
było. Starałem się stworzyć swoje odbicie, co przysporzyło mi największego wysiłku, i w
to  odbicie  kazałem  zajrzeć  im  wszystkim.  Uroiłem  sobie”,  powiedział  Saurau,  „że  dzięki
przebywaniu na murach i na dziedzińcu (po przedstawieniu), jeszcze raz będę mógł tam w
bibliotece podjąć próbę powrotu do życia, skorzystałem więc z nadarzającej się okazji, w
rzeczywistości jednak mi się to nie udało. Wszystko uniemożliwiły mi szumy w głowie. Już
od  dawna  słyszę,  jak  się  z  każdym  dniem  podwajają”,  powiedział  Saurau.  „Ale  moja
udręka jest dla pana niedostępna”, powiedział do mojego ojca. Ojciec chodzi do Sauraua
tylko  po  to,  żeby  leczyć  jego  bezsenność,  pomyślałem,  i,  co  uwidaczniało  się  coraz
bardziej  w  trakcie  przechadzki  po  murze  zewnętrznym,  nic  nie  robi  z  jego  obłąkaniem.
Naraz  bowiem  dostrzegłem  bardzo  wyraźnie,  że  książę  jest  obłąkany,  czego  najpierw,
kiedy mówił o przedpołudniu, nie stwierdziłem; wtedy wyglądało na to, że książę nie  jest
obłąkany, a gdy rozprawiał o kandydatach na wolne miejsce zarządcy, myślałem, że może
być  jakikolwiek,  ale  na  pewno  nie  obłąkany,  wbrew  temu,  co  mówił  mój  ojciec,  który
zawsze charakteryzował księcia jako człowieka obłąkanego. Teraz jednak, kiedyśmy coraz
szybciej  chodzili  po  zewnętrznych  murach  zamku,  spostrzegłem,  że  książę  jest  istotnie
obłąkany.  Książę  powiedział:  „Trudność  tego  ranka,  drogi  doktorze,  ranka  po
przedstawieniu,  polegała  w  moim  odczuciu  na  tym,  że  od  chwili,  gdy  wszedłem  do

background image

biblioteki  i  ujrzałem  krewnych  siedzących  na  podłodze,  byłem  świadom,  że  muszę
poprowadzić  dyskusję  i  wygłosić  tę  prelekcję,  wiedziałem,  że  teraz  nie  mogę  się  już
cofnąć, nie mogę wrócić do swojego myślenia, oddzielonego od świata tysiącami zasad, po
prostu  do  swojego  mózgu!  Muszę  myśleć  głośno,  naraz  znów  publicznie  zaprowadzić
jasność 

co 

do, 

wprawdzie 

niezwykle 

skomplikowanej, 

być 

może 

nawet

nieprzezwyciężalnej,  ale  jednak  zupełnie  prostej  sprawy,  jaką  jest  problem  antyciała  w
naturze, i równocześnie, drogi doktorze, jako sztuczna ofiara ludzka sama w sobie, poprzez
minione, jak i przyszłe stulecia, przez kompletne pojęcia natury oddzielone od tej sprawy,
na  linie  rozpiętej  nad  całym  światem  duchowym  przekroczyć  wszystkie  nauki  i  sztuki,
przyczyny  i  skutki,  z  mózgiem  prawdopodobnie  już  gdzieś  daleko  w  uniwersalnym
powietrzu, i udać się do celu, znajdującego się w najpełniejszej ciemności, skąd płynęło ku
mnie  lodowate  zimno”.  Przystanęliśmy:  „Taka  noc  jak  ta  po  przedstawieniu,  a
przedstawienie  było  dobre,  doktorze,  to  było  bardzo  dobre  przedstawienie”,  powiedział
książę,  „która  była  spokojną  nocą,  ten  spokój  przed  powodzią,  doktorze  (przez  to
przedstawienie), jedna z bardzo już rzadko zdarzających się w Hochgobernitz spokojnych
nocy  —  niech  pan  sobie  wyobrazi,  jak  rzadkie  są  te  spokojne  noce  w  Hochgobernitz,  od
kiedy wyjechał mój syn: ponieważ w Hochgobernitz spokój jest doskonały, i rzeczywiście
tam jest, nie ma już spokoju... po prostu nie ma już spokoju w Hochgobernitz — ta noc i ten
zimny poranek wśród nas i wśród książek, w tej lodowatej atmosferze świtu, kiedy uczucia
całkiem swobodnie można zmienić w myśli, a myśli całkiem swobodnie w uczucia, i to jest
idealna  magia:  być  nagle  w  znośności  razem...  Tej  nocy,  gdy  rozkładające  i  rozsadzające
rodzinę elementy w najbardziej wyrafinowany sposób, nieważne, czy wskutek znużenia po
przedstawieniu  czy  też  z  obłąkania  przed  brzaskiem,  a  może  z  obłąkania  i  znużenia  po
przedstawieniu oraz przed brzaskiem zarazem, zostały do tego stopnia opanowane, że naraz
wszystko mogło istnieć i miało prawo istnieć jedynie w prawdzie — pomyśleć, że wszyscy
przebywający  w  domu  zaczęli  naraz  odczuwać  panujący  w  domu  spokój  wyłącznie  jako
panujący  w  domu  spokój,  wszyscy  zostali  odarci  z  okropieństwa,  niesamowitości.
Towarzystwo pozbawione nagle swojego instrumentarium, towarzystwo utworzone w imię
bezpośredniego  zła  panującego  w  naturze  tego  domu,  gdzie  podniecający  dzięki
przedstawieniu,  filozoficznie  nieznośny  przebieg  dnia  stał  się  niefilozoficznie  znośny
(niechybnie genialna kompozycja!). Tego ranka, kiedy jesień po raz pierwszy stała się we
mnie  wyczuwalna,  we  mnie  i  w  innych  jako  inna...  w  nas,  spojrzeliśmy  nagle  w  dół  w
tegoroczną jesień (każde w swoją), przez nasze stany podniecenia przed przedstawieniem i
podczas  przedstawienia,  w  spokój  jesieni  po  przedstawieniu,  w  geometrię  umierania
natury zewnętrznej wskutek obumierania wewnętrznej”. Rano po przedstawieniu Saurau w
bibliotece,  gdzie  zebrali  się  wszyscy  —  „oprócz  mojego  syna  zgromadzili  się  tam
praktycznie  wszyscy  członkowie  rodziny”,  powiedział  książę,  „wszyscy”,  powtórzył,  i
powiedział,  że  już  od  wielu  lat  nie  mógł  wygłosić  zdania,  iż  w  Hochgobernitz  są
zgromadzeni  wszyscy  —  poddał  ich  „belferskiej  sekcji”.  „Wszyscy  siedzą  i  słuchają,  co
mówię  o  naturze,  słuchają  o  pojęciu  natury  i  o  pojęciu  antyciał  w  naturze,  o  naturalnym

background image

pojęciu  antyciała,  a  ja  nagle  mam  wgląd  w  swoją  rodzinę,  w  niesamowicie  wielkie,  w
niesamowicie  stare  Hochgobernitz,  w  coraz  bardziej  i  bardziej  mroczniejącą  względem
swego  źródła  i  budzącą  grozę  historię,  w  głąb  przerażającego  odoru  rodów,  w  coraz
bardziej  i  bardziej  cuchnącą  sztukę  rodów,  sztuczność  rodów,  w  labirynt  obumarłych
straszliwych przesłań pod imieniem Sauraua, z którego to labiryntu wciąż jeszcze od czasu
do  czasu  słyszę  rzeczywiście  okrzyki  grozy,  drogi  doktorze,  rzeczywiście  słyszę  okrzyki
grozy  dochodzące  z  labiryntu  mojej  rodziny,  zbyt  późno  pojawiające  się  okrzyki  grozy
zmarłych przede mną przodków... Tak”, powiedział książę, „mój syn do mnie nie pisze, mój
syn  milczy,  mój  studiujący  w  Anglii,  milczący,  milcząc  studiujący  w  Anglii  syn”,
powiedział teraz książę. „Nie pisze listów prawdy”. A przeszedłszy kilka kroków, dodał:
„Powódź  kosztuje  mnie  półtora  miliona!  Milionowa  powódź!”,  powiedział.  „Ale”,
powiedział,  wracając  do  poranka  po  przedstawieniu,  „podczas  gdy  ja  sobie  tam,  wśród
moich ludzi, wśród pozostałych mi w Hochgobernitz ludzi, i podczas gdy przede wszystkim
rozjaśniam wszystko temu Polakowi o nader inteligentnym obliczu, rozjaśniam naturę, i to
rozjaśnione  wyjaśniam,  ponieważ  wszystko,  co  rozjaśnione,  musi  zostać  również
wyjaśnione”,  powiedział  książę,  „to  jest  prastary  konieczny  proces,  podczas  gdy  więc
usiłuję  wyjaśnić  i  rozjaśnić  pojęcie  natury  i  ponownie  wyjaśnić,  brzask  sprzyja  mi
najbardziej, ta ostrość powietrza, patrzę w twarze moich sióstr i moich córek — w takim
jesiennym  chłodzie  widzi  się  naraz  bardzo  ostro,  drogi  doktorze!  —  a  ja  widzę  ich
wszystkich  razem,  widzę  również  mojego  syna,  również  mojego  nieobecnego  syna,  drogi
doktorze!,  widzę  ich  wszystkich  w  sumie  niejako  przez  siebie,  i  uświadamiam  sobie
niesamowitą konstelację, pewne, a może nawet całkiem określone okropieństwo, że jestem
ojcem!

Książę 

powiedział: 

„Widzę 

wszystkich 

jako 

niezwykle 

zróżnicowaną

przedrzeczywistość,  tę  przedrzeczywistość,  która  jest  ze  mnie  i  z  której  ja  jestem  —  a  w
moim mózgu trwa zgiełk szumów!”.

W  oddali,  w  głębi  doliny,  ujrzeliśmy,  na  drewnianym  moście,  niczym  w

zmechanizowanym  od  góry  do  dołu  teatrze  lalkowym,  jak  robotnicy  dają  posłuch
niewidocznemu  brygadziście,  i  usłyszeliśmy  nasilający  się  szybko  w  nagłej  świeżości
powietrza zgiełk odgłosów dochodzących na górę przez las.

Książę  powiedział:  „Odnoszę  wrażenie,  jakby  rozpękanie  się  świata  w  każdej  chwili

było czymś naturalnym. A może natura musi siebie unicestwić?”, powiedział. „Ten proces
jest  zawsze  procesem  idącym  od  wewnątrz,  a  dokonującym  się  na  zewnątrz.  Od  kiedy
doszedłem i zostałem zmuszony do poczynienia tej wszystko we mnie raniącej obserwacji,
do  nabrania  takiego  przeświadczenia,  gdyż  pozornie  jestem  organizmem  wyszkolonym
tylko  na  tę  obserwację  i  na  to  przeświadczenie,  mam  nie  tylko  poczucie,  że  ten  moment
(najpierw  jest  to  przecież  rozkruszanie,  pękanie,  rozpadanie  się,  rozrywanie  i
rozkruszanie!), że ten moment właśnie nastał... Ten moment może trwać wieki, naturalnie,
leżące względem mnie w tyle, nadchodzące, naturalnie. Tysiąclecia. Co mnie zdumiewa”,
powiedział  książę,  „to  jednak  nie  fakt,  że  wszystko  było  zawsze  tymi  szumami  w  moim

background image

mózgu, że te szumy ciągle są, ciągle były, ciągle będą, lecz ten przerażający fakt, że nikt, z
kim się kiedykolwiek zetknąłem, a stykałem się, drogi doktorze, z tyloma ludźmi, z tyloma
charakterami,  że  gdyby  zobaczył  ich  pan  przed  sobą  na  jednej  stercie,  na  jednej  stercie
przed sobą, momentalnie musiałby się panu zawalić cały świat!, miałem do dyspozycji tak
niesłychanie  wielu  ludzi  do  wyboru  i  codziennie  w  pewnych  okresach  utrzymywałem
kontakty ze wszystkimi możliwymi charakterami i umysłami, zdumiewające jest to, że nikt,
ani jeden umysł, nigdy nie odnotowywał tych szumów i nigdy ich nie odnotowuje! Nie jest
niczym wstrząsającym, że jest tak, jak jest, jedynie to, że ja sam jestem tym, że jedynie mój
umysł jest tym, który musi rejestrować wszystko, co przez to jest straszne i zabójcze! Moje
otoczenie  —  a  zawsze  biorąc  pod  uwagę  siebie,  swój  umysł,  jakby  duchowe
Hochgobernitz,  by  tak  rzec,  moje  bezpośrednie  i  najbardziej  bezpośrednie  otoczenie,
wyciągam  wnioski  o  całości,  o  całym  świecie  itd...  w  którym  zawsze  na  wszelki
wypadek”,  powiedział  Saurau,  „ma  miejsce  kompletna  ludzkość  —  prezentuje  wręcz
zabójczo  paraliżującą  niezdolność  postrzegania,  niezdolność  rejestracji,  niezdolność
percepcji... Ten fakt jest dla mnie zabójczy, to jest dla mnie zabójczy fakt, mianowicie to,
że  jestem  w  tym  fakcie  sam,  że  sam  jestem  w  tym  fakcie.  To  olbrzymie  osuwisko!”,
wykrzyknął książę, po czym zawołał jeszcze kilka razy: „To olbrzymie osuwisko!”. Kazał
nam spojrzeć w głąb doliny, na robotników zwisających z drewnianego mostu. „Wszystkim
tkwiącym tam ludziom muszę płacić, muszę płacić wszystkim tkwiącym tam ludziom! Płacę
tym ludziom za naturalne uszkadzanie natury, za uszkadzanie natury płacę tym wszystkim nic
niewartym  ludziom!”  Wydaje  mi  się,  że  kiedy  on  mówi  „ludzie”,  oznacza  to  niesłychany
dystans  wobec  ludzi.  „Fakt,  że  dawniej”,  ciągnął  książę,  „dawniej  zupełnie  tak  samo  jak
panu, doktorze, sprawiało mi trudność wnikanie wszędzie w obrębie jednego problemu, w
obrębie  jednego  tematu,  tematyki,  strumienia  myśli  w  ciągle  jeszcze,  jak  widać,
najniebezpieczniej od siebie oddzielone wyżyny i niziny, sprawiało mi trudność zbadanie i
opanowanie, przejrzenie na wskroś przynajmniej w jakiś niezwykły sposób takiego tematu,
takiej  myśli,  takiego  strumienia  myśli,  wydaje  mi  się  fatalny  wobec  stanu  absolutnej
fatalności,  w  którym  to  stanie  teraz,  aby  nie  być  bezsensownym,  jestem  ciągle  zmuszony
operować w tylu, jako wyłącznie wyobrażalnych, równoczesnych przestrzeniach, tworach,
dla których w najokrutniejszy sposób nie istnieją już żadne granice, jak widać, gdyż jeśli o
mnie chodzi, doszedłem, prawdę mówiąc, tam, gdzie bezgraniczność stała się pewnością,
ciągłymi  zaburzeniami  spowodowanymi  podeszłym  wiekiem,  coraz  bardziej  i  bardziej
filozoficznym,  filozofistycznym  osamotnieniem  ducha,  gdy  człowiek  jest  nieustannie
wszystkiego  świadom,  wskutek  czego  umysł  jako  taki  w  ogóle  przestał  istnieć...  Prawdą
jest,  że  coraz  bardziej  wierzę  w  to,  iż  jestem  wszystkim,  ponieważ  w  rzeczywistości  nie
jestem  już  niczym  i  przez  to  wszystko,  co  ludzkie,  jak  wszystko,  co  w  ludzkiej  mocy,
wszystko,  co  w  ludzkiej  mocy”,  powiedział  książę,  „odbieram  wyłącznie  jako
zawstydzające. Po przedstawieniu uświadomiłem sobie ten stan w całej pełni”, powiedział
książę,  „ten  stan  przede  wszystkim  w  stosunku  do  moich  krewnych,  których  zawsze
charakteryzowałem jako niepostrzegających. Tak jasno jak nigdy wcześniej — niesłychane

background image

oddalenie  i  wyobcowanie,  będące  równocześnie  największą  z  możliwych  bliskości  i
wspólnotą  cierpienia,  ale  nie  wspólnotą  udręki.  Nigdy  nie  byłem  razem  z  ludźmi  we
wspólnocie  udręki,  zawsze  tylko  we  wspólnocie  cierpienia.  Czuję  się  tak,  jakbym  przez
całe życie miał bez przerwy tylko tę jedną myśl: jakie możliwości podjęcia wysiłku tkwią
w  ludzkiej  głowie!  I  myślę  już  od  dawna”,  powiedział  książę,  „że  trwam  wyłącznie  w
udręce, w udręce, która jest moją własną, tylko do mnie należącą udręką, w naturze, która
jest  moją  własną  naturą,  dawno  już  oddalony  od  zdolności  człowieka  do  cierpienia,
wydalony  z  niej  wskutek  starości,  z  tego,  co  ludzkie,  wydalony  wskutek  starości  ze
wszystkiego,  co  w  ludzkiej  mocy.  Konstatacja,  że  wszystko  wokół  mnie,  może  tam  na
Gobernitz, gdzie w ostatnich czasach tak wyraźnie przeradza się to w nieustanny ból, albo
tutaj,  na  wyżynach,  gdzie  całkiem  naturalnie  w  rzadkim  powietrzu  wszystko  staje  się
bardziej unicestwiające, jedno pokolenie wstecz albo tylko jeden umysł w bok, musi mi się
w  gruncie  rzeczy  wydawać  zupełnie  pozbawione  zdolności  postrzegania,  ta  konstatacja
więc  już  od  dawna  każe  mi  odczuwać  wszystko  z  najgłębszą  udręką,  a  równocześnie  z
największą przyjemnością”.

Z  muru  zewnętrznego  przeszliśmy  na  wewnętrzny.  Książę  zwrócił  uwagę  na  to,  że

przejęty od ojca majątek udało mu się w ciągu zaledwie trzydziestu lat więcej niż podwoić,
„wbrew  wszelkim  plotkom”,  powiedział,  „wbrew  całej  politycznej  ewolucji  w  Europie,
wbrew ewolucji całego świata”. Przez całe życie myślał o powiększeniu Hochgobernitz i
pewnego  dnia  stwierdził,  że  Hochgobernitz  jest  podwojone.  „Ale  mój  syn”,  powiedział,
„gdy tylko dostanie je w ręce, natychmiast je unicestwi”.

Minionej  nocy,  powiedział  książę,  miał  sen.  „W  tym  śnie”,  powiedział,  „patrzyłem  na

poruszającą  się  powoli  od  samego  dołu  do  samej  góry  kartkę  papieru,  na  której  mój
własny  syn  napisał,  co  następuje.  Widzę  każde  słowo,  które  syn  pisze  na  tej  kartce”,
powiedział książę, „pisze je ręka mojego syna. Mój syn pisze: Wydaje się, że ojciec został
już  do  końca  mojego  życia  przezwyciężony  przeze  mnie  jako  kogoś,  kto  schronił  się  w
naukowych alegoriach, tak jak przezwycięża się chorobę infekcyjną. Dzisiaj jednak widzę,
że ta choroba jest w najbardziej elementarnym sensie wstrząsającą chorobą śmiertelną, na
którą  umierają  wszyscy  bez  wyjątku.  Osiem  miesięcy  po  samobójstwie  mojego  ojca  —
proszę  zauważyć,  doktorze,  po  samobójstwie!  Po  moim  samobójstwie,  pisze  mój  syn,  po
moim  samobójstwie!  —  osiem  miesięcy  po  samobójstwie  ojca  wszystko  jest  już
zrujnowane,  i  mogę  powiedzieć,  że  ja  to  zrujnowałem,  mogę  powiedzieć,  że  ja
zrujnowałem  Hochgobernitz!  pisze  mój  syn,  i  pisze:  Ja  zrujnowałem  tę  świetną
gospodarkę!  Ten  niesłychany  anachronizm  rolny  i  leśny!  Widzę  naraz,  pisze  syn”,
powiedział  książę,  „jak  niezależnie  od  tego,  a  może  właśnie  dlatego,  że  jest  najlepsza,
likwiduję  gospodarkę,  widzę  więc,  że  po  raz  pierwszy  stosuję  w  praktyce  swoją  wiedzę
teoretyczną,  pisze  syn!”,  powiedział  książę,  „po  raz  pierwszy  doszedłem  do
urzeczywistnienia,  pisze  syn.  Z  biura  widzę  nadchodzącego  Mosera,  pisze  (Moser  jest
sekretarzem gminy), ten znienawidzony przeze mnie człowiek zbliża się, pisze syn, mówię
sobie: wiem, czego on chce, ale może chce czegoś całkiem innego, nie, próbuje tego po raz

background image

trzeci! Już po raz trzeci obserwowałem Mosera, pisze syn”, powiedział książę, „przez okno
w biurze widzę teraz, gdy mgła już opadła, zupełnie taka sama, istotnie zupełnie taka sama
jak  w  Londynie  angielska  mgła,  aż  do  lasu  w  dół,  cały  ograniczony  lasem  kawałek  za
oknem,  kiedy  wyglądam  na  zewnątrz,  to  wyglądanie  odbywa  się  wbrew  mojemu
osobistemu elementarnemu lękowi, pisze syn, przechodzi w rzeczywistość, pisze, być może
z jeszcze bardziej skoncentrowanej od mojego powrotu z Anglii antypatii do mnie samego
jak i do wszystkiego innego, a wskutek mojej faktycznie w mniejszym lub większym stopniu
wprawdzie  fantastycznej,  ale  jednak  katastrofalnej  samotności,  z  mojej  obawy  poniżenia,
że nagle wysforowujący  się  w  górę  intruz  Moser  mnie  zaskoczy,  być  może  też  jeszcze  w
fatalnej  sytuacji,  której  się  lękam,  a  która  dotyczy  mojej  zupełnie  zmieniającej  się
nieustannie  w  najkrótszym  czasie  natury  cielesnej  i  duchowej,  pisze  syn,  nie  ma  minuty,
żebym nie wyglądał przez okno; wyglądam przez okno przynajmniej co dwie, trzy minuty,
ogarniam wzrokiem grunty i usiłuję się zorientować, czy w lesie nic się nie porusza, zdarza
się bowiem często, pisze syn, że ktoś się w lesie ukrywa, aby potem, kiedy myśli, że nie
jest  obserwowany,  ze  stanu  bezruchu,  bo  z  przebiegłości  zmusił  się  do  stania  między
drzewami,  tak  by  się  do  nich  upodobnić,  szybko  przechodzi  w  stan  ruchu,  i  to  z
niewiarygodną  szybkością,  po  czym  w  ruchu  napada  na  swoją  ofiarę.  Istotnie,  pisze  syn,
sekretarz gminy Moser musiał przez dłuższy czas stać nieruchomo wśród drzew, wszystko
w nim, kiedy biegł po gruntach w górę na zamek, wskazywało na to, że moment, gdy musiał
zastanawiać się nad czymś związanym z jego zamiarem, to znaczy związanym ze mną, ten
moment,  gdy  chodził  mu  po  głowie  dotyczący  mnie,  szkodliwy  naturalnie  dla  mnie  plan,
minął...  ten  człowiek  wydawał  mi  się  od  pierwszej  chwili,  pisze  syn,  podejrzany,
podejrzany,  w  mniejszym  nawet  stopniu  wskutek  swojej  odpychającej  cielesności  aniżeli
wskutek  nikczemnej  kondycji  umysłowej,  w  której  całe  zło  jego  kategorii  myślowych,
sprowadzonych  do  ohydnie  niskiego  poziomu,  zdawało  się  łączyć  w  jedno  nieprzerwane
zło  groźne  dla  wspólnoty,  ten  człowiek  był  wywołującym  nieustanną  odrazę  skandalem,
niech  pan  posłucha,  doktorze,  co  pisze  mój  syn.  Pisze:  dla  mojego  ojca  ten  człowiek  —
istotnie  jest  on  kimś  absolutnie  wybijającym  się,  ponieważ  wyróżnia  go  melancholijna,
budząca strach podłość, ten człowiek, którego fizjonomia w każdej chwili we wszystkich
wypadkach i punktach zadawała kłam całemu ludzkiemu światu — w ogóle nie istniał, ale
mnie nigdy nie udało się bez reszty uciec przed tym przez całe życie swobodnie chodzącym
przestępcą z przyzwyczajenia, który nigdy nie wszedł w konflikt z prawem, ani też nigdy,
ponieważ świat jest zbyt głupi, nie wejdzie w konflikt z prawem. Obserwowałem Mosera i
wiem nawet dobrze, pisze mój syn, że było to w chwili, kiedy w trakcie dzisiejszej lektury
studiowałem  zdanie,  które  najniebezpieczniej  mnie  wzburzyło,  a  które  mówi,  że  rozlew
krwi  i  terror,  a  także  morderstwa  polityczne  były  podczas  mieszczańskich  rewolucji
nieodzowną  bronią  w  ręku  klas  wstępujących,  niech  pan  słucha,  doktorze,  niech  pan
słucha, obserwowałem go już rzeczywiście na długo przedtem, zanim wyszedł z lasu, był to
jeden  z  najkrócej  trwających  ruchów,  jakie  można  zarejestrować  okiem,  wśród  pni
świerków,  później,  po  dwóch,  trzech  minutach,  kiedy  to  z  nawyku  znów  wyglądam  przez

background image

okno,  widzę  go  naraz,  jak  już  kroczy  przez  łąkę,  wzdłuż  zewnętrznego  muru  zamku,
natychmiast  rozpoznałem  w  nim  sekretarza  gminy  Mosera,  i  mówię  sobie  podła  metoda
przemieszczania  się,  wstaję  więc,  idę  do  przedsionka,  pisze  mój  syn,  i  zamykam  drzwi
wejściowe,  które,  ponieważ  nagle  zrobiło  się  ciepło,  zostawiłem  otwarte,
prawdopodobnie jednak zostawiłem je otwarte na zbyt długo, gdyż nagle znów zrobiło się
zimno, w tym domu trzeba mieć bardzo subtelne wyczucie, kiedy odmykać drzwi i okna, a
kiedy  je  znów  zamykać,  żeby  nie  było  ani  za  ciepło,  ani  za  zimno,  a  każde  okno  i  każde
drzwi  wymagają  innego  rytmu  otwierania  i  zamykania”,  powiedział  książę,  „tutejsza
pogoda  natomiast,  widzę  to,  w  odróżnieniu  od  pogody  w  Anglii,  jest  o  każdej  porze
zupełnie  inna,  gdyby  więc  zdać  się  na  tę  niemożliwą  do  opanowania  wiedzę,  można  by
oszaleć.  Jeszcze  w  chwili  gdy  zamykałem  drzwi  wejściowe”,  powiedział  książę,  „pisze
mój  syn,  pomyślałem,  wyrwany  nagle  z  lektury  jakimś  zakłóceniem  —  naraz  już  nie
wiedziałem,  do  czego  miałoby  się  przydać  to  zdanie,  które  na  swój  sposób  po  stokroć
pomnażałem  i  znowu  dzieliłem,  i  to  drugie,  wymawiane  przeze  mnie  raz  po  raz  głośno  i
wyraźnie,  że  mianowicie  rewolucja  proletariacka  dla  osiągnięcia  swoich  celów  nie
potrzebuje  terroru,  brzydzi  się  ludobójstwem  —  pomyślałem  więc,  że  nie  wpuszczę  do
środka  sekretarza  gminy  Mosera.  Zasunę  zasłony,  pisze  mój  syn”,  powiedział  książę,
„przecież mogłem wyjechać, pisze, i pisze, rzeczywiście zasuwam zasłony, ale natychmiast
znów  je  odsuwam,  bo  wydaje  mi  się  śmieszne,  że  zasuwam  je  ze  względu  na  sekretarza
gminy  Mosera,  tak,  myślę,  czyżby  sekretarz  gminy  Moser  miał  już  tyle  władzy  nad
Saurauem, że muszę coś przed nim udawać? udawać coś przed nim, jak i przed sobą,  że
muszę zasuwać przed nim zasłony, zamykać przed nim drzwi wejściowe... toteż znów jak
najszerzej  odsuwam  zasłony  i  znów  wchodzę  do  przedsionka  i,  najszerzej  jak  się  da,
otwieram  drzwi  wejściowe.  Nagle  znów  jest  ciepło,  Moser  znajduje  się  w  odległości
zaledwie stu kroków ode mnie, jest już na murach wewnętrznych, idzie teraz wolniej, już
przedtem  dziwiło  mnie,  z  jaką  szybkością  Moser,  o  którym  opowiadają,  że  jest  chory  na
serce,  i  który  co  roku,  jak  wiem,  raz  czy  dwa  razy  otrzymuje  od  Powszechnej  Terenowej
Kasy  Chorych  możliwość  kilkutygodniowego  pobytu  w  Holzöster,  szedł  przez  łąkę,  a  po
murach  wewnętrznych  idzie  jeszcze  szybciej  niż  przedtem  po  łące,  której  już  od  ośmiu
miesięcy  nie  kazałem  kosić,  póki  żyję,  myślę,  myślę  teraz  znowu  o  swoim
urzeczywistnieniu, pisze mój syn”, powiedział książę, „o swoim triumfie nad moją wiedzą
teoretyczną,  póki  istnieję,  ta  łąka  nie  będzie  koszona,  póki  istnieję,  na  tych,  i  myślę:  na
moich!  na  moich!,  ziemiach  nie  będzie  robione  nic,  co  miałoby  przynieść  jakikolwiek
pożytek, nic więcej, nic więcej, słyszy pan, doktorze, nic więcej, nic więcej”, powiedział
książę, „od tej chwili ziemie Sauraua będą ziemiami po prostu zupełnie bezużytecznymi...
Moser jest typowy, jeśli chodzi o podłe i nikczemne cechy poszczególnej osoby ludzkiej,
pisze mój syn, pisze, Moser jest typowy, jeśli chodzi o podłe i nikczemne cechy państwa,
na  przykładzie  Mosera  da  się  udowodnić  wszystko  poza  bodaj  odrobiną  idealizmu,  on
ucieleśnia  fakt,  który  nie  może  być  nieznany  ludzkim  umysłom,  mianowicie,  że  człowiek
jest  podły  i  nikczemny  i  także  jego  wytwórca,  ponieważ  jego  wytwórca  jest  jeszcze

background image

podlejszy i jeszcze nikczemniejszy niż on sam. Moser dyskwalifikuje świat i jego stwórcę.
Nagle  myślę,  pisze  mój  syn,  czy  to  nie  jest  żałosne,  żeby  przed  takim  człowiekiem  jak
Moser  odgrywać  teatr?  Powinienem  był  przyjąć  go  tutaj  w  drzwiach  wejściowych,  gdzie
jeszcze  widzę  siebie,  jak  w  najśmieszniejszych  myślach  zajmuję  się  Moserem,  ale  nie,
pisze mój syn, nie przyjmuję go w drzwiach wejściowych, co jednak wystawia mi żałosne
świadectwo, gdyż także bez najmniejszego, najdziwniejszego, muszę powiedzieć tajemnego
lęku przed Moserem powinienem był od samego początku siedzieć za biurkiem w biurze i
powinienem był przyjąć Mosera tam, gdzie byłem, zanim go dostrzegłem. Ja, pomyśleć, ja
do  tego  Mosera,  którego  gdy  tylko  o  nim  pomyślę,  już  określam  jako  kretyna,  chociaż  to
słowo  jeszcze  nigdy  nie  przybrało  w  moim  wypadku  postaci  akustycznej,  nie  dorastam,
Saurau  nie  dorasta  do  jakiegoś  tam  Mosera!  Nie  istniała  już  jednak  żadna  metoda
rehabilitacji,  tak  więc  było  wszystko  jedno,  gdzie  przyjmę  sekretarza  gminy,  w  drzwiach
wejściowych  czy  w  biurze,  i  myślę,  że  ten  człowiek  należy  do  tych,  co  to  bez  skrupułów
wchodzą  przez  niezamknięte  drzwi  do  czyjegoś  domu  albo  nawet  do  zamku,  gdzie
otwierają  jedne  drzwi  po  drugich,  pytając  obłudnie,  czy  ktoś  tam  jest.  Ale  Moser  wie,
pisze mój syn, że ja przez cały czas, kiedy nie śpię, przebywam w biurze, skąd o tym wie,
nie  wiem,  ale  wiem,  że  wie.  Moser  to  taki  człowiek,  który  zasadniczo  wie  wszystko,  co
może  mu  przynieść  korzyść.  I  wie,  pisze  mój  syn,  wie  to  dokładnie,  że  ja  w  celach
czytelniczych  —  również  ostatnim  razem  wyrwał  mnie  z  lektury:  Schumpeter,  Róża
Luksemburg, Morus, Zetkin! — kiedy nie śpię, przebywam w biurze, ze względu na widok,
a nie w bibliotece, i że, a ta wiedza jest dla niego ważna, nie oddaję się w biurze, jak mój
nieżyjący  ojciec,  wytężonej  pracy  nad  gospodarką,  o  ile  plan  jej  unicestwienia,
unicestwienia  całej  gospodarki,  słyszy  pan,  doktorze,  unicestwienia  całej  gospodarki,  nie
jest  także  wytężaniem  umysłu  dla  gospodarki  Sauraua!  Refleksja  z  mojej  strony  nad  tym
niesamowitym  zdumieniem  jako  zemstą  na  moim  ojcu...  być  może  nie  tylko  za
wielowiekowe,  lecz  również  tysiącletnie  bezprawie,  na  dookreślenie  tego  pozostaje  mi
jeszcze  czas;  to  całe  olbrzymie  ojcowskie  gospodarstwo  rolne  wydawało  mi  się  coraz
bardziej  wrastającą  w  nieskończoność  pomyłką,  myślę,  pisze  mój  syn.  Czytam  w  biurze,
pisze, i chociaż się tym brzydzę, czytam. Czytanie jest dla mnie jeszcze najznośniejszą ze
wszystkich obrzydliwości. Dla Mosera jest to zysk, pisze mój syn, jeśli między innymi wie,
że  przebywam  w  biurze,  aby  czytać.  Istotnie,  śmieszność  czytania  wśród  setek  rolnych  i
leśnych segregatorów firmy Leitz i maszynek do liczenia, gdzie nic nie jest posegregowane
i na których się już niczego nie liczy, jest śmiesznością mojego ojca. Ja teraz tutaj, po jego
śmierci,  pracuję  nad  swoim  kompleksem  zemsty.  Tam,  gdzie  wdycham  woń  liczącej
przynajmniej  pół  tysiąclecia  rolnej  i  leśnej  dyscypliny  pracy  aż  po  utratę  świadomości,
czytam Kautsky’ego, Babeufa, Turatiego i takich tam ludzi. On, ojciec, wie, że ja, chociaż
do  tej  pory  wyłącznie  w  swojej  głowie,  już  dopuściłem  się  nadużycia  wobec  całego
Hochgobernitz!  I  na  pewno  ojciec  wietrzy  totalne  nadużycie  tam,  gdzie  jest.  W  niebie?
Czytam więc w biurze, pisze mój syn, niech pan posłucha, co on pisze”, powiedział książę,
„a  Moser  opowiada  wszem  wobec:  młody  Saurau  czyta  teraz  w  biurze,  tam  gdzie  jego

background image

ojciec  pracował!  Moser  pyta  często  i  zawsze  w  korzystnym  dla  siebie  momencie,  pisze
mój  syn”,  powiedział  książę,  „kim  to  ja  nie  jestem,  ale  mówi  zawsze,  że  zwariowałem,
słyszę, nawet gdy tego nie słyszę, jak bez przerwy mówi, że zwariowałem. Ani zbyt często,
ani  zbyt  rzadko  nie  pojawia  się  nigdzie,  gdziekolwiek  on  o  mnie  mówi,  słowo
„szkodliwy”,  chociaż,  kiedy  mówi  o  nieudanym  synu,  musi  to  być  żałosne,  ponieważ
wszystko w Moserze jest żałosne. Ale Moser pilnuje, żeby nie jawić się jako ktoś żałosny.
Myślę: prawdę mówiąc, Moser w moich oczach dziwnym trafem, chociaż tego chcę, pisze
mój syn”, powiedział książę, „nigdy nie wydaje się śmieszny, mimo iż wydaje się żałosny,
ponieważ  jego  nikczemność  jest  pozbawiona  ostrości  i  jakiegokolwiek  komicznego  czy
tragikomicznego elementu. Mnie on złości, a przez osoby słabo wyszkolone w znajomości
ludzi jest znienawidzony, ale nawet we mnie, pisze mój syn, kiedy myślę o Moserze, złość
przeradza się w nienawiść. Złości mnie ten brak, Mosera nienawidzę. Kiedy taki człowiek
jak Moser pojawia się naraz w środku pracy, wymagającej całkowitego wytężenia mózgu,
a jest to  umiejętność, żeby dzięki  coraz boleśniejszej dyscyplinie  wyłuskać głęboko spod
horyzontu  w  nicości  możliwie  wszystko,  co  tkwi  w  jednej  jedynej  myśli,  to  swoim
zbliżeniem  się  coraz  bardziej  i  bardziej  niszczy  to,  co  z  takim  trudem  uporządkowane,
używane  i  zużywane.  W  takiej  samej  mierze,  w  jakiej  Moser  się  zbliża,  niszczy  to,  do
czego doszedłem, czytając przez całe przedpołudnie i pół popołudnia, i ostatecznie nie ma
nic,  kiedy  jest  tu  Moser,  pisze  mój  syn.  Moser,  pisze  syn,  dowiódł  tego  stwierdzenia
swoim  nadejściem,  bo  naraz  poczułem  deprymujące  rozluźnienie  umysłu,  potęgujące  się
wrażenie, pisze mój syn, że jestem stracony, najwyraźniej, intensywność przenosi się przez
Mosera na to, co we mnie marginalne. Upraszczając, mógłbym powiedzieć, pisze mój syn”,
powiedział książę, „że Moser nadchodzi, a mój rozum odchodzi.  Ważność,  z  jaką  chodzą
nikczemnicy,  pisze  mój  syn,  zauważyłem  po  Moserze,  który  zbliżył  się  już  do  mnie  na
zaledwie kilka kroków. Każdy krok Mosera jest wykonany tak, jakby był ważny. To tępota
wykonuje  te  kroki,  myślę.  Podczas  gdy  ludzie  o  akceptowalnej  inteligencji  chodzą
mimochodem, częstokroć zupełnie mimochodem, to podły, nikczemny człowiek chodzi jak
ważniak.  Ale  do  takich,  co  chodzą  jak  ważniacy,  zaliczam  również  trzy  czwarte  całej
inteligencji,  pisze  mój  syn.  Jak  ważniacy  chodzą  dziennikarze,  pisarze,  artyści,  cała
warstwa  urzędnicza  chodzi  jak  ważniacy,  a  jak  najwięksi  ważniacy  chodzą  początkujący
politycy! Całkiem mimochodem”, powiedział książę, „pisze mój syn, całkiem mimochodem
stawiają kroki, czyli chodzą najgenialniejszym chodem, jedynie ludzie niezależni  duchem.
Ale  kiedy  to  spotykamy  kogoś  niezależnego  duchem?  Prawdę  mówiąc,  mój  ojciec,  pisze
mój  syn,  chodził  może  niezupełnie  mimochodem,  mimo  wszystko  jednak  bardziej
mimochodem,  a  mój  dziadek  w  ogóle  nie  przywiązywał  wagi  do  swojego  chodu...
Dziwnym  trafem  chód  Mosera  przypomina  mi  zawsze  równoczesny  chód  najrozmaitszych
więźniów... Moser ma w sobie również coś z osadzonego w więzieniu kryminalisty, ale we
wszystkim coś z człowieka triumfującego na skutek znajomości jakiejś tajemnicy, którą zna
wyłącznie  on;  dość  często  zastanawiałem  się  nad  tym,  czym  jest  ta  podłość  w  koncepcji
Mosera, ta jego nikczemność. W chwili, kiedy stoi przede mną, myślę: on śmie się do tego

background image

posunąć!  Nie  mogę  jednak  od  razu  ogarnąć  umysłem  wszystkiego,  co  on  ma  czelność
zrobić! Mówię do siebie: co ten człowiek w ogóle ma czelność zrobić! A on chce mi podać
rękę,  której  ja  jednak  nie  przyjmuję.  Moser  wcale  nie  oczekuje,  pisze  mój  syn,  że  go
wpuszczę  do  środka,  jeszcze  nigdy  nie  wpuściłem  go  do  Gobernitz.  On  w  ogóle  nie  zna
Gobernitz od wewnątrz, ale nie byłby Moserem, pisze mój syn”, powiedział książę, „gdyby
wnętrze zamku nie było mu znane! Znowu więc pojawia się ta nieuchronnie zbliżająca się
w  moją  stronę  wraz  z  Moserem  niesamowitość!  Ja  bym  już  samo  wejście  Mosera  do
przedsionka odebrał jako pokalanie do końca życia, przebiegłość, z jaką Moserowie dybią
na  jakiegoś  biedaka,  po  czym  go  denuncjują,  podłe  poszlakowe  podejście  Moserów  w
każdej  możliwej  sytuacji,  myślę,  Moserowie  wszystko  zanoszą  do  sądu,  a  przynajmniej
zniesławiają. Moser, ponieważ nie podałem mu ręki, pisze mój syn, i pisze, w ogóle go nie
pozdrowiłem, cofnął się o krok. Moserowie zawsze poszukują czegoś, co mogłoby innych
wciągnąć  w  przestępstwo.  Jakież  mają  wyczucie  tego,  co  jest  złe  jako  słabość,  jakiż
instynkt wykorzystywania! Trzeba wyobrazić sobie masę Moserów, myślę, pisze mój syn,
którzy nagle pojawiają się nie wiedzieć skąd i wszędzie zaczynają panować, aż wreszcie i
ostatecznie  naprawdę  wszystko  opanowują!  Odbieram  Moserowi  prawo  do  zagajenia,
pisze  mój  syn,  musi  natychmiast  powiedzieć,  czego  chce:  żniwa!  Nie  mam  czasu,
powiedziałem,  pisze  mój  syn,  Moser  przeszkadza,  pracuję,  chyba  nie  jest  mu  to
niewiadome,  czytając,  pracuję,  pracuję  nad  Marksowską  dysertacją,  nad  Sądami  co  do
stosunku fizyki Demokryta i Epikura, nad Trudnościami dotyczącymi tożsamości filozofii
przyrody  Demokryta  i  Epikura,  i  rzeczywiście,  pisze  mój  syn,  po  raz  pierwszy
powiedziałem do Mosera słowo, mianowicie słowo czytając, i że nie mam czasu na jego
błagania. Jestem zdumiony, powiedziałem, pisze mój syn, że Moser tu jest. W końcu moje
postanowienie  o  tym,  żeby  pozwolić  zgnić  plonom,  jest  mu  znane,  moje  postanowienie  o
upadku  Hochgobernitz,  o  likwidacji  Hochgobernitz,  to  konsekwentne  postanowienie  o
unicestwieniu Hochgobernitz!, pisze mój syn, doktorze, ja nie rozumiem, że on nie rozumie,
co  ja  robię,  ale  ja  wiem,  co  robię,  pisze  mój  syn”,  powiedział  książę.  „Mimo  to  Moser
teraz,  pomyśleć,  już  po  raz  trzeci!,  przedstawia  mi  propozycję,  pisze  mój  syn,  żebym  na
hochgobernitzkie  ziemie,  na  moje  ziemie,  wpuścił  robotników  z  gminy,  w  większości
pozyskanych z domu starców, żeby mogli zebrać plony! Oni chcieliby zebrać plony, zanim
wszystko  zgnije!  Moser  ośmielił  się  powiedzieć,  że  już  dość  dużo  zgniło,  a  potem,  czy
jestem tego świadom, i, ale tego nie powiedział, że jestem szalony i że ojciec by się przeze
mnie  w  grobie  przewrócił,  tylko  szaleniec  nie  zbiera  plonów,  tylko  szaleniec  pozwala
zniszczeć takiej kwitnącej gospodarce rolnej. Tak naprawdę wskutek tego, pisze mój syn,
doktorze,  że  pozwalam  zniszczeć  ojcowskiemu  dziedzictwu  i  że  je  unicestwiam,  stała  się
potworność!  Prawdę  mówiąc,  jestem  więc  jedynym  człowiekiem  w  Europie  Środkowej,
który pozwala zniszczeć trzem tysiącom ośmiuset czterdziestu hektarom ziemi! A więc dla
moserowskiego  świata  —  cały  świat  gminnego  pospólstwa,  cały  pospolity  świat  gminu
jest moserowski, całe państwo jest państwem moserowskim! — było okropieństwem, że z
zupełnie  niezrozumiałego  dla  nich  powodu  sprzedałem  całe  bydło!,  wyprzedałem  cały

background image

ruchomy inwentarz z ziem w Hochgobernitz, wypędziłem wszystkich ludzi z domu, w ciągu
ośmiu dni po samobójstwie starego już się stąd wynieśli!, wydaje mi się to dzisiaj moim
największym  wyczynem!,  pisze  mój  syn”,  powiedział  książę.  „Mój  syn  pisze:  to,  że
wysiudałem  z  Hochgobernitz  również  siostry  mojego  ojca,  wszystkie,  i  to  jak,  to  jest
bezprzykładne!  Że  udało  mi  się  dokonać  tego,  iż  naraz  zostałem  zupełnie  sam.  Ale,  pisze
mój syn, wtedy jeszcze wszyscy mogli myśleć, że może prowadzę dalej pozbawione bydła
i wyludnione, w pełni zautomatyzowane gospodarstwo... wkrótce jednak zobaczyli, że już
w  ogóle  nie  prowadzę  gospodarstwa,  że  wszystko  we  mnie  jest  nastawione  na
unicestwienie  całego  gospodarstwa,  całego  Hochgobernitz!  W  ciągu  jednego
przedpołudnia  sprzedałem  poniżej  wartości  wszystkie  maszyny  i  traktory!  Moje
okrucieństwo przerosło ich siły, poinformowali więc sądy i rządy okręgowe oraz krajowe,
bezskutecznie...  Wszystko  to  teraz,  pisze  mój  syn,  w  chwili,  kiedy  Moser  znowu  operuje
pojęciem  zebrać  plony,  odżywa  mi  w  pamięci.  A  więc,  mówi  Moser,  chcieliby  zebrać
plony,  zanim  wszystko  zgnije,  chyba  nie  jest  moim  poważnym  zamiarem,  by  pozwolić
wszystkiemu zgnić! Jednak również Moser wie, że nie istnieje żadne prawo, które mogłoby
mi  coś  nakazać  w  odniesieniu  do  stanowiących  jedność  ziem  w  Hochgobernitz!  Zebrać
plony!!  Ponownie  słyszę  to,  co  już  wcześniej  często  słyszałem,  o  biedzie  gminy,  biedzie
gminu,  biedzie  ludzi,  nędzy,  wspólnocie,  wspólnocie  narodowej,  zwalczaniu  szkodników
itd.,  pisze  mój  syn.  Ale  jak  ten  człowiek  śmie,  pisze  mój  syn,  pojawiać  się  raz  po  raz  w
sprawie, która jest załatwiona, Hochgobernitz jest załatwione. W całej pełni zachowałem
konsekwencję, mówię: Panie Moser, pan mi przeszkadza! pisze mój syn, nic poza tym. Nie
mam siły odwrócić się i zignorować Mosera. On tam jest! Moser tam jest!  Przez  chwilę
widzę wszystkie drogi dojazdowe do moich ziem, które to drogi zamknąłem, wszędzie są
ustawione tablice z napisem Wstęp wzbroniony. Również sekretarz gminy musi trzymać się
tego zakazu, tutaj  bowiem, na moje  ziemie, wstęp jest  wzbroniony wszystkim,  wszystkim,
wszystkim!  Wyjąwszy  gazeciarzy!  Znów  widzę  siebie,  jak  kopię  rowy  w  drogach
dojazdowych,  rzucam  na  nie  pnie  drzew,  rozwijam  wieleset  metrów  drutu  kolczastego,
pisze  mój  syn.  Drogi  doktorze”,  powiedział  książę,  „czy  to  nie  wydaje  się  panu
niesamowite?  Naturalnie,  pisze  mój  syn,  mój  sposób  zachowania  musi  wydawać  się
zwariowany,  ale  to  mnie  nic  nie  obchodzi.  Ton  Mosera  zawsze  mnie  męczył,  człowiek
pokroju Mosera nie rezygnuje, próbuje wciąż od nowa, i ciągle pod innym pretekstem, ale
dzisiaj jest nieznośnie natrętny. Mówi o zdrowiu narodu! Urzeczywistnienie mnie samego,
to jestem ja, pisze mój syn! Nie odkrywam jednak, pisze, ani cienia niepewności w sobie,
w tym momencie istnieje tylko niepewność Mosera, i myślę: nie pamiętam, żebym chociaż
raz  pozdrowił  Mosera,  a  teraz,  niech  pan  posłucha,  doktorze,  pisze:  również  mój  ojciec
nigdy  nie  pozdrawiał  Mosera,  co  jednak  wcale  nie  przeszkadzało  sekretarzowi  gminy,  za
każdym  razem,  kiedy  ja  go  spotykałem,  albo  kiedy  spotykał  go  mój  ojciec,  w  najbardziej
zakłamany  sposób,  poprzez  pozdrowienie,  na  krótką  chwilę  przewiercić  wzrokiem  mnie
lub  mojego  ojca  tylko  po  to,  żeby  nas  pokalać!  Moserowie  wnikają  w  człowieka,  i
wszystko  w  człowieku  jest  trędowate,  pisze  mój  syn.  Taki  człowiek,  pisze,  nigdy  nie  jest

background image

tolerowany, nie, taki człowiek nie może być tolerowany. Słyszę, że, pisze mój syn, zdążył
już zwerbować ludzi, których potrzebuje do zebrania plonów na ziemiach Hochgobernitz, i
mówi: naturalnie na zlecenie burmistrza i na zlecenie zdrowia ludności! Jutro o szóstej
rano  wszyscy  mają  się  stawić  pod  urzędem  gminy,  oczekują  tylko  mojego  pozwolenia!
Pozwolenia z góry, z Hochgobernitz w dół, myślę, że ludzie oczekują zawsze pozwolenia z
góry,  zawsze  z  Hochgobernitz  w  dół!  Ale  ja  na  nic  nie  zezwolę!  Gmina  oddaje  do
dyspozycji  wszystkie  narzędzia  rzemieślnicze  i  maszyny.  Szacunkowo  kwota  wystarczy,
powtarza  Moser  co  chwila,  patrząc  na  mnie,  a  jednak  nie  patrząc,  pisze  mój  syn,  na
wyżywienie kilku tysięcy ludzi przez nie całkiem dokładnie wyliczony, ale jednak możliwy
do  oszacowania  okres  ponad  pół  roku!  Nie,  mówię,  a  Moser  mówi,  tegoroczne  żniwa  to
najlepsze żniwa! Sekretarz gminy umie aż za szybko skracać długie zdania, wie bowiem, że
już  same  jego  aluzje  działają  mi  na  nerwy.  Zanim  wszystko  zgnije,  mówi  Moser
patetycznie.  Wielokrotnie  słyszę  pojęcie  „zacny  cel”,  ale  jestem  na  to  pojęcie  głuchy,  nie
ma żadnego zacnego celu, mówię. Za zebranie plonów z moich ziem wyznaczono wysoką
zapłatę  za  godzinę,  mówi  Moser,  ale  nie  mówi,  jak  wysoką  zapłatę  za  godzinę.  Ten
człowiek bez względu na porę roku, myślę, ma na sobie tę samą zimową pelerynę, tę tanią,
ciężką pelerynę, powoli, myślę, jego ciało, które już kiedyś widziałem całkiem nagie, pisze
mój  syn”,  powiedział  książę,  „wypełnia  tę  wojenną  pelerynę.  Widać,  jak  ciało  Mosera
coraz bardziej wrasta w tę wojenną pelerynę. Mosera razem z żoną (tak samo nagą), pisze
mój  syn,  widziałem  kiedyś  nad  rzeką  Ache,  widziałem  ciało  Mosera,  mam  jeszcze  w
pamięci  dziecinność  jego  członka,  niedzielną  żałosność  małżeństwa,  które  myśli,  że  jest
samo za krzakami, unika więc klarownej wody i z perfidną poufałością pada o zachodzie
słońca  ofiarą  otępienia.  Natychmiast  trzeba  zacząć  zbiory  plonów,  powiedział  Moser,
inaczej  wszystko  zgnije.  Nieco  później  słyszę  dochodzące  raz  po  raz  z  dziedzińca  zamku
słowo  potworność!  Raz  po  raz  słyszę  słowo  potworność!  Teraz,  podczas  jego  trzeciej
próby ratowania Hochgobernitz, a ja myślę, póki ja żyję, tutaj, na moich ziemiach, nigdy
więcej  nie  będzie  nic  zbierane,  dopilnuję  tego  co  roku  w  przyszłości,  unicestwię
Hochgobernitz!,  Moser  pozwala  sobie  już  na  wykrzyknięcie  słowa  potworność.  Masy
ogarnęła  mania  wielkości!  Słowo  „potworność”,  które  masy  kazały  ustami  Mosera
wykrzyczeć  tutaj  na  dziedzińcu  Hochgobernitz,  zaprząta  mnie  przez  dłuższy  czas,  który,
ponosząc  porażkę,  jeśli  chodzi  o  powrót  do  moich  lektur,  do  mojej  nauki,  wypełniam
czytaniem  całkiem  niezrozumiałych  zdań.  Moser  poniósł  porażkę!  mówię  sobie,  ale
również  ja  poniosłem  porażkę,  Moser  ucieka,  ale  również  ja  uciekam.  Tylko  dokąd?
Klęska  Mosera,  klęska  mas,  jest  wszakże  również  moją  własną  klęską!  Ale  moja  klęska
jest  bardziej  przytłaczająca  niż  klęska  Mosera,  myślę.  Rozzłoszczenie  ustępuje  miejsca
znużeniu, które nie prowadzi do niczego, co ma dla mnie jakąkolwiek wartość. Wyglądam
przez  okno,  pisze  mój  syn,  i  widzę  Mosera  między  murami.  Nieco  później  myślę:  tam
poszedł  Moser,  odszedł,  widać,  dokąd  odszedł.  Potworność!  Nie  wytrzymałem  dłużej  w
zamku,  włożyłem  więc  buty  i  wyszedłem  na  zewnątrz,  najpierw  na  mury  wewnętrzne,  a
potem  na  zewnętrzne,  i  przez  lornetkę  popatrzyłem  w  dół,  aby  stwierdzić,  jak  dalece  już

background image

wszystko  rzeczywiście  zgniło,  pisze  mój  syn”,  powiedział  książę.  „Czy  to  nie  jest
osobliwe”, zapytał książę, „taki długi papier, a ja widzę na nim każde słowo. Nie jest więc
dla  mnie  zagadką,  co  stanie  się  po  mojej  śmierci”,  powiedział  książę.  „Mam  co  do
wszystkiego pełną jasność!”

Wyszliśmy teraz na mur zewnętrzny zamku. „Tam w dole, widzi pan”, powiedział książę,

„leży Hauenstein. A tam Stiwoll. Tam Köflach. Wczoraj wieczorem”, powiedział, „byłem
na dole w wąwozie. Chciałem zajść do młyna, ale nie mogłem wytrzymać krzyku ptaków,
dochodzącego  ze  znajdującej  się  za  nim  ogromnej  klatki,  tego  potwornego  wrzasku.
Natychmiast  wróciłem  z  wąwozu  na  górę”,  powiedział.  „Chociaż  nie  jestem  tutaj  sam,  to
jednak jestem zdany na siebie. Podczas gdy z upływem lat niemal zupełnie odseparowałem
się  od  wszelkiego  towarzystwa  i  nie  przyjmuję  wizyt”,  powiedział  książę,  „kobiety
rozbestwiają się wręcz w absurdzie towarzyskości. Jak pan wie, przestałem nawet grać w
szachy  z  Kramerem.  Zaniechałem  w  ogóle  obcowania  z  ludźmi.  Obcuję  jedynie  z  tymi,  z
którymi  muszę  obcować.  Utrzymuję  niezwykle  skromne  kontakty  zawodowe.  Czyżby
przestało  cię  już  interesować  zboże  albo  przestała  cię  interesować  cała  gospodarka?
zadaję  sobie  często  pytanie.  Leśnicy,  tak,  jeszcze  oni  mnie  interesują,  ludzie  z  ziem
Sauraua.  Nikt  poza  tym.  Co  innego  kobiety.  Ich  środowe  wieczorki  są  dla  mnie  nie  do
zniesienia.  A  sobotnie  wieczorki  są  jeszcze  bardziej  nieznośne.  Odmawiam  pokazywania
się na tych wszystkich wieczorkach. Ale nawet w swoim pokoju na górze słyszę, jak one, i
to  w  sposób  taki  sam  od  kilkudziesięciu  lat,  wykrzykują  do  siebie  nawzajem  przez  cały
budynek  imiona  tych,  którzy  w  środę  wieczór  lub  w  sobotę  wieczór  przybędą  na
Hochgobernitz,  żałośni  osobnicy.  Większość  ludzi  już  w  chwili  urodzenia  została  spisana
na  straty.  Odpychające  mieszczuchy,  ale  jeszcze  o  wiele  bardziej  odpychający  ludzie  z
najbliższego  otoczenia,  nudni,  otępiali  sąsiedzi.  Już  we  wtorek  kobiety  przestawiają  w
całym  domu  krzesła,  ławki  i  stoły  dla  mających  przybyć  w  środę,  już  w  piątek  dla
mających  przybyć  w  sobotę.  Słyszę  brzęk  naczyń,  nie  mogę  pracować,  nie  mogę  myśleć!
Brzęk  sztućców,  brzęk  kieliszków  bierze  Hochgobernitz  w  posiadanie,  rozumie  pan.
Wołają  mnie,  ale  ja  nie  odpowiadam.  Pragną  mojej  obecności,  ale  ja  nie  zamierzam  do
nich zejść. Te środowe wieczorki kosztują mnie mnóstwo pieniędzy, jeszcze więcej jednak
kosztują wieczorki sobotnie. Na wiele godzin zostają otwarte nasze groby, wypuszcza się z
nich odór, otwiera olbrzymie cmentarze rodzinne i rozgwarem gadaniny niszczy ich spokój.
Całą  okolicę  niszczą  rozgwarem  gadania,  aż  wreszcie  nużą  się  i  w  nikczemnym
obrzydzeniu  wycofują  na  niziny.  W  środę  i  w  sobotę  panoszy  się  tu  na  Gobernitz  ludzkie
robactwo”,  powiedział  książę,  „wybrakowani  ludzie.  Onania  rozpaczy”,  powiedział.  Na
przykładzie  ojca  syn  może  studiować  swoje  przyszłe  życie,  stwierdził.  Cele,  dla  których
żył  ojciec,  są,  niewątpliwie,  również  celami  syna,  przyjemności  ojca  również
przyjemnościami syna, odraza ojca do świata również odrazą syna do świata. W końcu syn
umrze  po  ojcu,  w  samotności,  w  której  jedynie  we  własnym  mózgu  będzie  można
wychodzić  i  wchodzić.  Patrząc  na  ojca,  syn  widzi  jego  żałosność,  podobnie  jak  ojciec
nieustannie  widzi  żałosność  syna.  Ojciec  i  syn  patrzą  na  siebie,  widząc  bez  przerwy

background image

żałosność tego drugiego. „Ale syn musi wreszcie stać się o wiele okrutniejszy niż ojciec”.
On,  książę,  często  obserwuje  rodzinę  z  okna  biblioteki,  jak  na  dziedzińcu  tonie  w
rozmowach. Zamknięci w prymitywnym świecie słów, jego krewni są do gruntu leniwymi
stworzeniami,  bez  niego  nie  do  pomyślenia.  Ta  myśl  pozwala  mu  często  zapomnieć  o
nudzie  i  poczuć  niezmierną  odrazę  do  ich  ciał.  „Te  ciała,  które  są  ze  mnie”,  powiedział,
„spłodzone  przeze  mnie  bez  najmniejszego  umiłowania  życia”.  Na  Hochgobernitz  często
całymi  tygodniami  panuje  atmosfera  umysłowego  zaburzenia.  „Przyczyna?”,  spytał.  „Tymi
zaburzeniami  jestem  dotknięty  nie  tylko  ja”,  powiedział,  „wszyscy  są  nimi  dotknięci.
Mieszkamy  wszyscy  razem  w  jednym,  myślałby  kto  że  dużym,  ale  właściwie  ciasnym
budynku,  a  jesteśmy  oddaleni  od  siebie  o  setki  tysięcy  kilometrów.  Nawołując  się,  nie
słyszymy  jedno  drugiego.  Taki  klimat  całymi  tygodniami  włada  naszym  prasystemem
nerwowym,  znajdującym  się  w  katastrofalnym  stanie.  Aż  do  chwili,  gdy  osiągamy
absolutny  stopień  przybicia  i  nagle  zaczynamy  znowu  rozmawiać,  pomagać  sobie
wzajemnie;  zaczynamy  siebie  pojmować,  aby  chwilę  później  stać  się  dla  siebie  osobami
najbardziej  niepojętymi.  Krok  ku  poufałości,  uprzejmości  wobec  krewnych”,  powiedział,
„kto  zrobi  go  pierwszy?  Znów  razem  jemy,  pijemy,  rozmawiamy,  śmiejemy  się,  aż  z
powrotem się rozdzielamy. Jednak to poczucie wspólnoty trwa zawsze bardzo krótko”. W
tym roku jego syn miał przyjechać z Anglii nie tylko jak w ubiegłych latach na wypoczynek
i po to, żeby się pokazać, nie tylko „na rozmowy, konwersacje w pełni lata”, nie tylko na
przedstawienie  teatralne,  „co  roku  na  Hochgobernitz  jest  grane  przedstawienie  w  trzech
aktach”, powiedział książę, „i każde ma prolog i epilog”, syn był oczekiwany nie tylko dla
przyjemności, lecz przede wszystkim ze względu „na rozmowy” z ojcem, rozmowy „natury
prawnej,  dotyczące  majątku”.  W  listach  do  syna,  które  książę  pisuje  do  Anglii  prawie
codziennie,  raz  po  raz  robi  aluzje  dotyczące  Hochgobernitz,  które  syn  miałby  zmienić,
coraz  bardziej  podkreśla  swoje  postanowienie  o  powiększeniu  dóbr,  równocześnie  zaś  o
uproszczeniu sposobów ich utrzymywania i zarządzania nimi. „Pisemnie jednak nie da się
wyjaśnić  takich  zasadniczych  zmian”,  powiedział  książę,  „a  chodzi  przecież  nie  tylko  o
Hochgobernitz, lecz również o Ötz i Terlan, o kopalnie szutru pod Gmunden, o kamienice w
Wiedniu”.  Ale  cały  czas,  który  syn  księcia  spędził  w  Hochgobernitz,  minął  szybko  jak
zwykle  i  bez  jakiejkolwiek  rozmowy  pod  tym  kątem.  „Myśli,  że  jeszcze  przez  cztery  czy
pięć lat zostanie w Londynie”, powiedział książę. „Nie wiem, jakie ma zamiary, ja tylko je
przeczuwam. Praca, którą pisze, jest absolutnie polityczna. Przez większość czasu, również
podczas wakacji, widziałem, jak siedzi nad tą naukową, rzeczywiście absolutnie polityczną
pracą. Powiedział mi jednak, że tegoroczne wakacje były idealne. Niekiedy także on cierpi
na  brak  koncentracji”,  powiedział  książę.  „Ponownie  uświadomił  mi  fakt,  że  przerwanie
dłuższej  pracy  naukowej,  pracy  w  dużych  partiach  podejmowanej  z  coraz  większym  i
większym  trudem  podporządkowania  jej  nieosiągalnemu  wprawdzie,  ale  jednak
widocznemu celowi, jest korzystne. Na statku płynącym przez Kanał uświadomił sobie, że
Hochgobernitz  stało  mu  się  absolutnie  obce.  Nie  wierzę  w  to.  Syn  powiedział,  że
Hochgobernitz  budzi  w  nim  lęk.  Z  jednej  strony,  powiedział,  jeśli  chodzi  o  wakacje,

background image

dobrze jest przyjechać do domu; jakże łatwo wysiłek intelektualny zostaje naraz na zawsze
zmarnowany,  powiedział,  tylko  dlatego,  że  nie  miało  się  odwagi  przerwać  pracy  w
decydującym  momencie  w  decydującym  miejscu,  i  tylko  dlatego,  że  nie  było  się
posłusznym  naturze”.  Ten  decydujący  moment  nastąpił  u  niego,  jego  syna,  tuż  przed
wakacjami. Właściwe było przerwanie pracy w tamtym momencie, kiedy książę napisał do
niego: przyjedź tutaj! „Ale ja chciałem go mieć w określonym celu, chciałem go mieć przy
sobie.  Tego  określonego  celu  nie  osiągnąłem.  Pożytek  z  przerwania  pracy  zadowolił  go
jednak”, powiedział książę. „Jasno widziałem, podczas gdy mój syn z Anglii zbliżał się do
mnie  tu  w  Hochgobernitz,  dysonanse  i  chwile  pogorszenia  w  naszych  obopólnych
relacjach;  mnożyły  się  one  i  nasilały  z  godziny  na  godzinę.  Potem  syn  przyjechał,  a  ja
wyraźnie  dostrzegłem  te  błędy.  Powiedział,  że  pracuje  nad  teraz  już  uratowanym
artykułem.  Mieszka  w  ciągle  pozbawionym  słońca  pokoju,  pustym,  tanim,  i  to  w  pobliżu
Hyde Parku. Mój syn musi doznać wyczerpania”, powiedział książę. „Kiedy wyczerpie się
do cna, wróci”. Książę powiedział: „Ostatnim razem udało mi się przekonać syna, byśmy
wybrali się na spacer do wąwozu, już podczas kolacji zgodził się pójść ze mną z samego
rana. I rzeczywiście: wstaliśmy wcześnie i zeszliśmy do wąwozu. Ten spacer”, powiedział
książę,  „był  znów  jednym  z  ulubionych  przeze  mnie  spacerów  bez  słów.  Podczas  takich
spacerów nie wolno, co jest samo przez się zrozumiałe, drogi doktorze, wyrzec ani słowa.
Kto  nie  dochowa  zasady,  zabraniającej  na  takim  spacerze  wyrzec  bodaj  słowo,  tego  w
przyszłości na zawsze wykluczam z takich spacerów bez słów. Ale tego ranka — krajobraz,
chociaż się rozjaśnił, nagle pociemniał, bo przecież zeszliśmy do wąwozu — sam zacząłem
nagle mówić. Powiedziałem do syna, że w mojej głowie już od dłuższego czasu tkwi ból,
że  mam  w  głowie  te  szumy,  że  ból  i  szumy  stają  się  dla  mnie  coraz  bardziej  nie  do
zniesienia,  powiedziałem.  Szumy,  powiedziałem,  uniemożliwiają  mi  przemyślenie
czegokolwiek,  wszystko  jedno  czego.  Przy  tym,  powiedziałem  do  syna,  akurat  teraz
najważniejsze  byłoby  przemyślenie  zajmującej  mnie  w  tym  momencie  sprawy,
powiedziałem, Hochgobernitz. Te szumy, powiedziałem, wszystko mi niszczą. Ból i szumy,
powiedziałem, są tym samym. Możliwe, powiedziałem do syna, kiedy znaleźliśmy się już
na dole w wąwozie, że te szumy, ten ból świadczą o mojej śmiertelnej chorobie. Możliwe.
Powiedziałem, jestem śmiertelnie chory, mój drogi. I dodałem: czy to nie jest smutne, mój
drogi?  Ale  on  nic  nie  odpowiedział.  Kiedy  patrzę  na  ludzi,  patrzę  na  nieszczęśników”,
powiedział  książę.  „Są  ludzie,  którzy  wynoszą  swoją  udrękę  na  ulicę,  robiąc  przez  to  ze
świata  komedię,  naturalnie  do  śmiechu.  W  tej  komedii  wszyscy  oni  cierpią  na  wrzody,
duchowej bądź cielesnej natury, i czerpią przyjemność z tych swoich śmiertelnych chorób.
Słysząc ich nazwy, niezależnie od tego, czy scena znajduje się w Londynie, w Brukseli czy
w  Styrii,  wpadają  w  przerażenie,  usiłują  go  jednak  po  sobie  nie  pokazywać.  Faktyczne
widowisko  wszyscy  ci  ludzie  ukrywają  w  komedii,  którą  jest  świat.  Kiedy  czują,  że  nikt
ich nie obserwuje, uciekają ciągle od siebie i biegną z powrotem do siebie. To groteskowe.
Jednakże  najśmieszniejszej  strony  w  ogóle  nie  widzimy,  bo  najśmieszniejsza  strona  jest
zawsze  stroną  odwrotną.  Czasem  przemawia  przez  nich  Bóg,  ale  używa  takich  samych

background image

ordynarnych słów jak oni, takich samych nieporadnych zdań. Wszystko jedno, czy ktoś ma
w  głowie  olbrzymią  fabrykę,  olbrzymie  gospodarstwo  rolne  czy  też  równie  olbrzymie
zdanie  z  Pascala”,  powiedział  książę.  „Bieda  zrównuje  wszystkich  tych  ludzi,  wszystko,
nawet największe bogactwo jest w tych ludziach biedne. Bieda w ciele, jak i w duchu ludzi
jest  zawsze  równocześnie  biedą  w  ciele  i  biedą  w  duchu,  co  musi  przyprawiać  ich  o
chorobę i wariactwo. Niech pan posłucha, doktorze, przez całe życie widywałem jedynie
chorych i wariatów. Gdziekolwiek spojrzę, sami umierający i odchodzący, którzy oglądają
się  wstecz.  Ludzie  są  wyłącznie  idącą  w  miliardy  niesamowitą,  rozmieszczoną  na  pięciu
kontynentach  wspólnotą  umierania.  Komedia!”,  powiedział  książę.  „Każdy  człowiek,
którego widzę, i każdy, o którym wszystko jedno, co słyszę, dowodzi mi absolutnego braku
świadomości  całego  rodzaju  ludzkiego,  a  także  tego,  że  ten  rodzaj  i  że  cała  natura  jest
oszustwem. Komedią. Świat, co już tak często powtarzano, jest naprawdę sceną, na której
nieustannie  odbywają  się  próby.  To,  gdziekolwiek  spojrzeć,  nieustanna  nauka  mówienia,
nauka chodzenia, nauka myślenia i nauka pamięciowa, nauka oszukiwania, nauka umierania
i  nauka  bycia  martwym,  to  zabiera  nam  czas.  Ludzie  są  wyłącznie  aktorami,  którzy  udają
przed  nami  coś,  co  znamy.  Uczą  się  ról”,  powiedział  książę.  „Każdy  z  nas  uczy  się
nieustannie  jednej  (swojej)  albo  kilku,  albo  wszystkich  wyobrażalnych  ról,  nie  wiedząc,
dlaczego (lub dla kogo) się ich uczy. Ta scena prób to jedna wielka udręka; tego, co się na
niej  dzieje,  nikt  nie  odczuwa  jako  przyjemności.  Ale  wszystko  na  tej  scenie  dzieje  się  w
sposób  naturalny.  Ciągle  jednak  jest  poszukiwany  inscenizator.  Kiedy  kurtyna  idzie  w
górę,  wszystko  się  kończy”.  Życie  jest  szkołą,  w  której  naucza  się  śmierci.  Zaludnia  tę
szkołę wiele milionów uczniów i nauczycieli. Świat jest szkołą śmierci. „Najpierw świat
jest  szkołą  podstawową  śmierci,  później  szkołą  średnią  śmierci,  a  potem,  dla
nielicznych”,  powiedział  książę,  „szkołą  wyższą  śmierci”.  Ludzie  są  w  tych  szkołach  na
przemian  nauczycielami  albo  uczniami.  „Jedynym  osiągalnym  celem  nauki”,  powiedział,
„jest  śmierć”.  Jego  syn  powiedział  mu,  że  czasem  budzi  się  w  Londynie,  wkłada  coś  na
siebie i wybiega z domu, idzie w dół Oxford Street, wydaje mu się bowiem, że na końcu
Oxford  Street  jest  rzeka  Ache,  znad  której  można  zobaczyć  Hochgobernitz.  „W  większym
czy mniejszym stopniu wszyscy ludzie są zwariowani, nawet mój syn”, powiedział książę.
Prawdę mówiąc, wariactwo jego syna jest wręcz nadzwyczajne, „jeśli to prawda, że idzie
w dół Oxford Street w przekonaniu, iż na jej końcu znajduje się Ache. Wszędzie i zawsze
można spojrzeć w głąb Ache”, powiedział książę, „jeśli się tylko chce. Każdy człowiek ma
swoją Ache, każdy inną. Ja sam”, powiedział, „budzę się często, wkładam coś na siebie i
wychodzę z dziedzińca w dół, przez bramę zamkową na mur wewnętrzny lub zewnętrzny i,
prawdę  mówiąc,  chodzę  po  Brukseli”.  W  każdej  ludzkiej  głowie  jest  odpowiadająca  jej
ludzka katastrofa, powiedział książę. I że nie trzeba otwierać ludzkich głów, aby wiedzieć,
iż  są  w  nich  wyłącznie  ludzkie  katastrofy.  „Bez  swojej  ludzkiej  katastrofy  człowiek  w
ogóle nie istnieje”, powiedział książę. Powiedział, że człowiek kocha własną marność, a
jeśli  przez  moment  jest  pozbawiony  marności,  robi  wszystko,  aby  ponownie  być  w  tej
własnej  marności.  „Kiedy  przyglądamy  się  ludziom,  to  albo  tkwią  we  własnej  marności,

background image

albo są w jej poszukiwaniu. Nie istnieje nikt pozbawiony ludzkiej marności”, powiedział. I
że człowiek znajduje się nieustannie w stanie najwyższego zagrożenia, ale nie uświadamia
sobie  faktu,  że,  zawsze  przeciw  sobie,  nieustannie  znajduje  się  w  stanie  owego
najwyższego zagrożenia. Dzięki temu istnieje, ale dzięki temu też jest chory. „Umierający”,
powiedział  książę.  „Rodzice  płodzą  dzieci  prawdopodobnie  wyłącznie  ze  złośliwej
radości  i  z  największą  bezwzględnością,  jaką  tylko  można  sobie  wyobrazić,  po  czym
wciągają je w świat. Kiedy szukamy człowieka”, powiedział książę, „jest to tak, jakbyśmy
chcąc  go  znaleźć,  chodzili  przez  cały  czas  po  olbrzymiej  kostnicy”.  Wszyscy  prowadzą
rozmowy  wyłącznie  sami  ze  sobą,  powiedział  książę,  „jesteśmy  w  epoce  prowadzenia
rozmów z samym sobą. Sztuka rozmawiania ze sobą jest zresztą sztuką o wiele wyższą niż
sztuka  rozmowy”,  powiedział.  „Ale  rozmowy  z  samym  sobą  są  równie  bezsensowne  jak
rozmowy”, powiedział książę, „chociaż o wiele mniej bezsensowne”. Trzeba nastawić się
na  to,  że  zawsze,  kiedy  rozmawiamy  z  jakimś  człowiekiem,  „kiedy  wdajemy  się  w
rozmowę  z  jakimś  człowiekiem  (z  samym  sobą!),  jako  że  nagle  odczuwamy  strach,  iż  się
udusimy”,  ten  człowiek  robi  wszystko,  aby  nas  spotwarzyć.  „Może  się  to  odbywać  w
najbardziej wyrafinowany sposób, w najprecyzyjniejszy, ale również w najnikczemniejszy.
Zawsze,  gdy  ludzie  rozmawiają  ze  sobą,  spotwarzają  siebie  nawzajem.  Sztuka  rozmowy
jest  sztuką  oczerniania  się,  sztuka  rozmowy  z  samym  sobą  najokrutniejszą  sztuką
oczerniania  się.  Myślę  zawsze”,  powiedział  książę,  „że  mój  rozmówca  usiłuje  wepchnąć
mnie we własną otchłań, chociaż ja dopiero co przezwyciężyłem swoją. Rozmówcy usiłują
wepchnąć człowieka w jak najwięcej otchłani równocześnie. Wszyscy rozmówcy zawsze
wpychają  siebie  wzajemnie  we  wszystkie  otchłanie”.  On  często  kładzie  się  spać  z
określoną klasyczną lub jeszcze nieregularną melodią w głowie i ponownie budzi się z tą
samą  melodią.  „Czy  muszę  przyjąć”,  spytał  książę,  „że  ta  melodia  była  w  mojej  głowie
przez  całą  noc?  Naturalnie.  Jak  wiesz,  mówię  zawsze  do  siebie,  zawsze  jest  wszystko  i
wszystko  zawsze  w  twojej  głowie.  Wszystko  jest  zawsze  we  wszystkich  głowach.
Wyłącznie we wszystkich głowach. Poza głowami nie ma nic. Niezależnie od tego, o czym
i z kim rozmawiam”, powiedział książę, „zawsze przez to, że z kimś rozmawiam, jestem u
kresu”.  Dorosły  człowiek  jest  pryncypialny,  powiedział,  a  jeszcze  niedorosły
nieskończony jak natura. Większość ludzkości wyczerpuje się w swoich dwóch głównych
cechach, w zakupach i konsumpcji. Jeśli się dokładniej przyjrzeć, ludzie przez tysiąclecia,
„jak to teraz widzimy”, powiedział Saurau, „rozwinęli wyłącznie te dwa instynkty, instynkt
zakupów  i  instynkt  konsumpcji.  Możemy  stwierdzić  to  głęboko  wstrząśnięci”,  powiedział
Saurau, „być przerażeni tym wstrząsem!” Każdy mówi ciągle językiem, którego on sam nie
rozumie,  który  jednak  od  czasu  do  czasu  jest  rozumiany.  Dzięki  temu  można  istnieć  i
przynajmniej  być  niezrozumianym.  Gdyby  istniał  zrozumiały  język,  powiedział  Saurau,
wszystko  by  się  wyczerpało.  „Zawsze  znajdowaliśmy  schronienie  w  jakimś  problemie”,
powiedział.  „Ludzie  chodzą  ze  sobą,  rozmawiają  ze  sobą,  sypiają  ze  sobą,  ale  się  nie
znają.  Gdyby  się  znali,  nie  chodziliby  ze  sobą,  nie  rozmawialiby  i  nie  sypialiby  ze  sobą.
Czy ty siebie znasz? zadaję sobie często pytanie”, powiedział Saurau. Nizina jest zawsze

background image

wyżyną,  im  niżej  nizina  wyżyny,  tym  wyżej  wyżyna  niziny,  i  odwrotnie.  „Wyobrażasz
sobie”,  powiedział  książę,  „że  zaglądasz  w  głąb  nieskończonej  studni  (jak  w  głąb
nieskończonego człowieka), w jego nieskończoną wyżynę, wielkość itd... Wydaje mi się”,
powiedział, „że mój syn jest w Londynie, ponieważ wiem, że on jest w Londynie, wydaje
mi się, że piszę do niego list, ponieważ wiem, że piszę do niego list, ale nie wiem,  że  on
jest  w  Londynie,  ponieważ  wydaje  mi  się,  że  on  jest  w  Londynie  itd...  Niemożność  jest
najstraszliwszym  fundamentem”,  powiedział,  „wszystko  opiera  się  na  niemożności.
Zawołałem  starszą  siostrę,  powiedziałem,  żeby  poszła  ze  mną  nad  Ache,  i  ona  poszła  ze
mną  nad  Ache.  Ja  jednak,  kiedy  wracaliśmy,  pomyślałem:  czy  ona  rzeczywiście  była  ze
mną na dole nad Ache? Jestem w stanie nieustannej udręki, drogi doktorze. Czy to nie są...
czy  wszystko  we  mnie  nie  jest  oznaką  brutalnego  urzeczywistniania  się  śmierci?  Już
nigdy”,  powiedział  Saurau,  „nie  myślę  o  żonie”,  chociaż  spośród  wszystkich  ludzi
najbardziej  ją  kochał.  Zastanawia  się,  dlaczego  przestał  o  niej  śnić,  powiedział:  „Od  lat
nie  śnię  o  żonie.  Ani  o  niej  nie  myślę,  ani  nie  śnię.  Odeszła.  Odeszła,  dokąd  odeszła?
Naturalnie  istnieje  jeszcze,  bo  teraz  o  niej  mówię.  Tragedią  jest,  drogi  doktorze,  że  nic
nigdy nie jest naprawdę martwe. Co do mojego syna: chcę wyjść po niego na stację, piszę
mu  to,  a  on  odpowiada,  że  nie  chce,  aby  po  niego  wychodzić:  podejdzie  pod  drzwi
znienacka.  Jego  działania  były  zawsze  nieprzewidywalne.  Zawsze  dzieliliśmy
zamiłowanie  do  czytania  gazet.  Takie  życie  jak  życie  mojego  syna  jest  już  od  samego
początku  doskonałe.  Nie  interesują  mnie  wyrażenia  w  rodzaju  «spostrzeżenie  zmysłowe»
itd.,  których  tak  często  używa  mój  syn.  Jestem  również,  w  przeciwieństwie  do  niego,
absolutnym  wrogiem  cytatów.  Cytowanie  działa  mi  na  nerwy.  Ale  jesteśmy  zamknięci  w
nieustannie  cytującym  wszystko  świecie,  w  nieustannym  cytacie,  którym  jest  świat,
doktorze. A co pan myśli o takim zdaniu: «Należy założyć istnienie przypadku, a nie Boga,
jak  sądzi  tłum».  Takimi  zdaniami  operuje  mój  syn.  Wszystkie  działania  są  działaniami
karalnymi i dlatego tak łatwo jest natychmiast zrobić z każdego działania działanie karalne.
Pozwala  to  ogłaszać  i  wykonywać  wyroki  śmierci  na  wszystkich.  Państwo  dostrzegło  ten
fakt.  Na  tym  fakcie  jest  ugruntowane  państwo.  Ja  nadal  używam  takich  nieznośnych  dla
mojego  syna  słów,  jak  na  przykład  melancholia,  słów  wierny,  niesamowity,  słowa
bolesny,  słowa  zabójczy.  Mój  panteizm,  jego  apostazja”,  powiedział  książę.  „Syn”,
powiedział,  „zaprzedał  się,  prawdę  mówiąc,  pozornej  metafizyce.  Jesteśmy  jednak
indyferentnymi  aparaturami,  napędzanymi  niesłychanym  galwanizmem.  Bezcelowość,  w
której coraz bardziej i bardziej tracimy orientację, to nieustająca w ostatnich czasach myśl,
katastrofalnie  konkretna.  Mój  syn”,  powiedział  książę,  „dawniej  ubierał  się  bardzo
elegancko, teraz natomiast jest mu wszystko jedno, co ma na sobie. Ubrał się w proletariat,
ale odpychające w tym jest to, że przecież w każdej chwili może go z siebie zdjąć. To jest
przerażające.  Dawniej  szybko  ferował  dobre  wyroki,  teraz  bardzo  powoli  dochodzi  do
odwrotnych.  Odległość  między  nami  się  powiększa,  i  napięcie  między  nami.  Cały  świat
stał  się  już  kompletną  prowincją.  Przez  długi  czas  natura  pozwoliła  mu,  mojemu  synowi,
rozwijać się całkiem niepostrzeżenie wśród własnych sióstr, moich córek. Naraz jednak ta

background image

sama  natura  w  najbardziej  zdumiewający  sposób  rozwinęła  okrutnie  jego  skłonności
umysłowe, jakby wszystkie one były skierowane (wymyślone) wyłącznie przeciw siostrom
pogrążonym  w  delirycznych  zabawach  dziecinnych  i  młodzieńczych  i  żyjącym  z  dnia  na
dzień.  Stawał  się  coraz  trudniejszy  w  sensie  nieustannej  dysjunkcji  wobec  nas.  My,  jego
rodzice, usiłowaliśmy prowadzić go zawsze do granic prawdy. Bo chociaż jednak i my nie
umieliśmy jej percypować, to jednak jego matka oraz ja wiedzieliśmy, gdzie są jej granice.
On  dawał  nam  zawsze  sygnały  z  wielkich  miast  o  swoim  szczęściu/nieszczęściu,  o
nieszczęściu  przez  pobyty  na  wsi.  Później,  podczas  studiów  wyższych,  opuszczał  nas
zawsze nieprzewidywalnie, wstawał i bez usprawiedliwienia odchodził również z naszych
myśli. Między dwudziestym pierwszym a dwudziestym trzecim rokiem życia zamykał się w
swoim pokoju, nie wychodził z niego nawet na posiłki, ze względu na swoje myśli. Każdy
z  nas  ma  dłuższe  okresy,  kiedy  wcale  nie  żyje,  a  tylko  udaje,  że  żyje.  Rzeczywista
egzystencja  niekiedy  zabójczo  dla  człowieka  miesza  się  w  nim  z  udawaną.  Wszystko  w
Hochgobernitz  koncentruje  się  na  moim  synu,  ale  syn  jest  tylko  zdominowany  przez
Hochgobernitz, a nie skoncentrowany na nim. Czasem zupełnie nagle objawia wiedzę, która
wprawia  mnie  w  osłupienie,  ale  jest  to  wiedza  absolutnie  nie  do  użytku.  Kiedy  syn
przyjeżdża do domu i wkracza na swoje dziedzictwo, wszystko gnije. Już w wieku czterech
i  pół  roku  poszedł  do  szkoły,  traktując  ją  jako  metodę  odprężenia  umysłowego.  Zawsze
łączymy go z nieszczęściami. Kiedy ktoś runie do wąwozu, myślimy, że to nasz syn runął do
wąwozu.  Kompletnie  ontologiczny  typ”,  powiedział  książę.  „Jego  ostatnia  wizyta  była
jednym  wielkim  ciągnącym  się  przez  miesiąc,  rozprzestrzeniającym  się  w  nas  wszystkich
zamroczeniem. Zamroczyło się całe Hochgobernitz. Hochgobernitz zamraczało mojego syna
już w Anglii, całymi tygodniami, zanim przybył do Hochgobernitz, a kiedy potem przybył
do  Hochgobernitz,  to  on  zamroczył  Hochgobernitz,  nas  wszystkich.  Niekiedy  również
nerwowe  stany,  w  jakie  popadają  kobiety,  przenikają  całą  okolicę.  W  dolnych  pokojach,
pokojach  kobiecych,  panuje  porządek,  w  górnych,  moich,  nieporządek.  Ale  porządek  jest
tam, gdzie jest nieporządek. Ściśle biorąc”, powiedział książę, „metody, za pomocą których
mój  syn  się  ode  mnie  oddala,  są  moimi  własnymi  metodami.  Istnieją  wszakże  ludzie,
całkowicie  zadowalający  się  surowcem  życia  i  nieprzetwarzający  go,  wystarcza  im
surowiec.  W  listach  mojego  syna  jest  wszystko,  poza  nim  samym,  kulisy,  myśli  są
wyłącznie  prospektami  spuszczonymi  ze  sznurowni  świata  (uniwersum!),  a  jego  mózg  to
jedynie  wysoce  skomplikowana  współczesna  aparatura  oświetleniowa,  która  ciągle
oddziałuje  na  te  prospekty.  Przez  tę  polityczną  egzystencję  teatralną,  którą  syn  prowadzi,
patrzę ciągle na jego straszliwe położenie finansowe. Szaleństwo jest znośniejsze, a świat
systemem z gruntu karnawałowym. Kobietom czas coraz bardziej się dłuży, dla mnie jest on
najkrótszym  najdłuższym.  Mój  stan  to  absolutna  ataraksja.  Samobójstwo”,  powiedział
książę,  „klimakterium.  Tu  zdarza  się  procentowo  najwięcej  samobójstw  w  Europie
Środkowej.  Dlaczego?  Nie  zdołaliśmy  teraz,  w  połowie  stulecia,  wynieść  na  wyżyny
innego  tematu  niż  samobójstwo.  Wszystko  jest  samobójstwem.  To,  czym  żyjemy,  co
czytamy,  co  myślimy,  to  wskazówki  do  popełnienia  samobójstwa.  Zmarli”,  powiedział

background image

książę,  „są  atrakcyjniejsi  niż  jeszcze-nie-zmarli.  Niezależnie  od  tego,  o  czym  się  nam
przypomina, na co się nam zwraca uwagę, przypomina się nam o śmierci, zwraca się nam
uwagę  na  śmierć.  Stoimy  w  nocy  przy  oknie,  obserwujemy  wielu  linoskoczków,  którzy
chodzą  po  linach  rozpiętych  w  nieskończoności  i  których  przyzywanie  podlega  karze
śmierci.  Zawsze  jednak,  kiedy  mówimy  o  samobójstwie,  uruchamiamy  komizm.  Wpakuję
sobie kulkę w łeb (albo go sobie przestrzelę), zastrzelę się, powieszę się, to komiczne. Jak
mogę od Ciebie żądać, napisałem wczoraj do mojego syna, żebyś mi ufał, skoro ja w ani
jednym momencie nie ufam Tobie? Nie ufam synowi w ani jednym momencie. To prawda,
wydałeś  swoje  pieniądze,  ale  jeszcze  mi  nie  udowodniłeś,  że  dobrze  je  ulokowałeś  w
swoim  mózgu,  tak  jak  lokuje  się  je  w  banku  czy  na  rynku  akcyjnym.  Mózg  jako  rynek
akcyjny, bank, zawsze w to powątpiewałem. Można naturalnie patrzeć na swój mózg jak na
elektrownię,  która  dostarcza  prąd  całemu  światu...  Wie  pan”,  powiedział  książę,  „syn
patrzy tylko mojego majątku. Nie wierzę w jego studia. To ubolewania godny entuzjazm, z
jakim  w  Londynie  zaprzedaje  się  oszukańczej  w  dziejach  świata  aferze,  tracąc  przy  tym
głowę.  Irytuje  mnie,  że  rzadziej  widuję  syna  w  dobrych  restauracjach  na  Haymarket,  a
zawsze  nad  artykułem  w  tym  jego  pokoju  uczonego.  Zresztą”,  powiedział  książę,  „sztuka
słuchania  już  nieomal  wymarła.  Ale  w  pana  wypadku,  doktorze,  jeszcze  ją  obserwuję”.
Zwrócony  w  moją  stronę,  książę  powiedział,  że  ojciec  powinien  kiedyś  zabrać  mnie  na
jedno  z  polowań  u  Saurauów,  które  on  organizuje  raz,  dwa  lub  trzy  razy  do  roku.
„Polowania  u  Saurauów  są  sławne.  Ja  osobiście  się  nimi  nie  interesuję,  ale  dla  mojej
rodziny  stanowią  one  najwyższą  konieczność.  Na  innych”,  powiedział  książę,
„wypróbowujemy  nieustannie  to,  czego  nie  wypróbowujemy  na  sobie  samych.  Ciągle
zabijamy  ludzi  i  obserwujemy  ten  proces  oraz  jego  rezultaty.  Najstraszliwsze  rzeczy
człowiek  ćwiczy  bez  przerwy  na  innych,  najmniej  na  (albo  w)  sobie.  Wypróbowujemy
zawsze  na  innych  wszystkie  możliwe  choroby,  nieustannie  zabijamy  innych  w  celach
badawczych. Dzisiaj rano”, powiedział książę, „poczułem nagle potrzebę, żeby położyć się
płasko  na  ziemi,  całkiem  nago  na  ziemi.  Rozebrałem  się  i  całkiem  nago  położyłem  na
ziemi.  Opowiedziałem  o  tym  przy  śniadaniu,  ale  nikt  się  nie  roześmiał”.  Myślenie  i
działanie było dla niego zawsze, przez całe życie, myśleniem i działaniem wypływającym z
jego ziem, wypływającym z Hochgobernitz. „To, co najbardziej odległe, wypływa z moich
ziem”, powiedział, „z Hochgobernitz. Mógłby mnie pan teraz poprosić, doktorze: niech pan
wymieni nazwiska, mógłby pan zażądać: nazwiska, nazwiska, pojęcia! Choćbyś wniknął w
nauki, jeśli to lubisz, w różne rodzaje sztuk, i tak sprowadzisz wszystko do swoich ziem,
do  Hochgobernitz”,  powiedział.  „Horyzont  to  najpożyteczniejsza  ze  wszystkich  bzdur.
Dzisiaj  rano”,  powiedział,  „poczyniłem  niezwykłe  spostrzeżenie  i  zakomunikowałem  je
starszej  siostrze:  Poetyckość  jest  moim  zdaniem  podejrzana,  budzi  bowiem  na  świecie
pozór,  jakoby  poetyckość  była  poezją,  odwrotnie,  poezja  poetyckością.  Jedyną  poezją,
powiedziałem,  jest  natura,  jedyną  naturą  poezja.  Jedynym  pojęciem,  które  się  przebiło,
doktorze”.  Nagle,  poprzedniego  dnia,  poczuł  potrzebę  przeczytania  kobietom  fragmentu  z
Powinowactw  z  wyboru,  zgromadził  je  więc  w  tym  celu  w  bibliotece.  Kiedy  już  jednak

background image

wszystkie zostały zgromadzone w bibliotece, poczuł naraz, że czytanie im Powinowactw  z
wyboru  jest  bezsensowne,  i  przeczytał  im  coś  „ze  starego  «Timesa»”.  „Chciałem
przeczytać kobietom rozdział «Rusztowanie stało gotowe...», powiedział, „a przeczytałem
im, jak w Anglii przechowuje się zimą ziemniaki. Natychmiast po tym, jak już przeczytałem
im,  w  jaki  sposób  przechowuje  się  w  Anglii  ziemniaki,  wyprosiłem  je  z  biblioteki,
wołając: Do roboty! Do roboty, idiotki! W chwilę później zszedłem na dziedziniec i sam
sobie  przeczytałem  rozdział  «Rusztowanie  stało  gotowe...».  Nienagabywany.  Nieskalany.
Odkobiecony!”  „Bardzo  często  widzę  syna  na  pewnej  londyńskiej  ulicy”,  powiedział,
„znanej  mi  z  moich  własnych  studenckich  czasów.  Drzewa.  Ludzie.  Ludzie  jako  drzewa.
Drzewa jako ludzie. Mój syn ma na sobie ten sam garnitur, który, będąc wtedy w Londynie,
ja nosiłem. Niekiedy syn idzie z moimi myślami przez Trafalgar Square, przez Hyde Park.
Z moimi problemami. Myślę więc, on idzie z twoimi problemami przez Trafalgar Square i
przez  Hyde  Park.  Mój  syn  siedzi  z  moimi  problemami  dokładnie  na  tym  samym  leżaku  w
Hyde Parku, na którym i ja siedziałem. I myśli, siedząc tak w Hyde Parku na moim leżaku
hydeparkowym,  jak  wtedy  gdy  ja  myślałem  o  Hochgobernitz,  siedząc  na  leżaku
hydeparkowym,  o  Hochgobernitz.  Kiedy  w  Londynie  myśli  się  o  Hochgobernitz”,
powiedział  książę,  „myśli  się,  że  Hochgobernitz  jest  zupełnie  niezmienionym
Hochgobernitz,  podobnie  również  w  Hochgobernitz  myśli  się,  myśląc  o  Londynie,  że
Londyn się nie zmienił, że się nie zmienia, chociaż Hochgobernitz w każdej chwili staje się
absolutnie zmienionym Hochgobernitz. I myślę, że on siedzi na leżaku hydeparkowym albo
idzie przez Tate Gallery i myśli o mnie, ponieważ ja, kiedy byłem w Londynie, idąc przez
Tate Gallery, z powodu Williama Blake’a, myślałem o ojcu. Myślę, syn myśli w Londynie
o  ojcu  w  Hochgobernitz,  podobnie  jak  ojciec  myśli  o  synu  w  Londynie.  Widzenie  ciągle
Hochgobernitz  w  Londynie  przyprawia,  jak  sądzę,  tak  samo  o  chorobę  i  szaleństwo,  jak
widzenie  ciągle  Londynu  w  Hochgobernitz.  A  ja  widzę  i  słyszę  Londyn”,  powiedział
książę, „tak jak syn w Londynie widzi oraz słyszy Hochgobernitz. Ale to jest zawsze inny
Londyn  i  zawsze  inne  Hochgobernitz”.  Tylko  w  Londynie,  myśli  syn,  jego  umysł  może
rozwijać  się  wszechstronnie,  ale  on,  ojciec,  myśli,  że  umysł  syna  może  rozwijać  się
wszechstronnie  jedynie  w  Hochgobernitz.  „Niemniej  jednak”,  powiedział  książę,  „umysł,
widziany  z  Londynu,  nie  zna  granic.  Ale  nie  zna  ich  również  umysł  widziany  z
Hochgobernitz”.  Kiedy  mój  ojciec  odwiedził  księcia  ostatnim  razem,  Saurau  powtarzał
ciągle słowa „plątanina linii”, wszystko było dla księcia nieustanną „plątaniną linii”. „W
mojej  głowie  jest  plątanina  linii”,  powiedział  do  mojego  ojca.  Podczas  gdy  obaj,  po
śmierci  zarządcy,  odwiedzali  dzierżawców,  czynił  ciągle  uwagę,  że  dzierżawcy  są
„fizycznymi”, z którymi musi się „rozliczyć”. Trzeba się rozliczyć z fizycznymi, powtarzał
często,  a  także:  „trzeba  się  rozliczyć  z  fizycznością.  Wszystko  jest  rozliczaniem  się  z
fizycznością”.  On  wyczerpuje  się  szybko  w  straszliwych  prywacjach,  powiedział  teraz.
Już  w  chwili  urodzenia  został  wtłoczony  w  Hochgobernitz  jak  w  próżnię,  przez  matkę
niemającą  o  niczym  pojęcia.  Mówi  ciągle  słowami,  które  właściwie  już  w  ogóle  nie
istnieją.  „Słowa,  którymi  mówimy,  właściwie  przestały  w  ogóle  istnieć”,  powiedział

background image

Saurau. „Przestało istnieć całe używane przez nas instrumentarium słowne. Ale kompletne
zamilknięcie  nie  jest  możliwe.  Nie”,  powiedział.  „Potraktowanie  życia  jako  nauki,
kameralistycznie”,  powiedział.  „Do  szczególnie  wykształconych  umiejętności,  które
stwierdziłem u siebie dość wcześnie”, powiedział, „należy bezwzględność, nakazująca mi
każdego,  kto  wydaje  się  po  temu  odpowiedni,  poprowadzić  przez  jego  mózg,  aż  poczuje
mdłości,  przez  ten  mechanizm  mózgowy,  doktorze,  który  we  wszystkich  wypadkach  jest
zabójczy, we wszystkich wypadkach. Syn zarzuca mi moją starość”, powiedział, „a ja jemu
jego młodość. Moja starość jest sama w sobie naiwna, ale młodość mojego syna nie jest
sama  w  sobie  naiwna”.  On,  książę,  zawsze  musi  tłumaczyć  durnemu  towarzystwu,  że  jest
durne,  i  zawsze  robi  wszystko,  żeby  takiemu  durnemu  towarzystwu  udowodnić,  że  jest
durne. Niekiedy to durne towarzystwo mówi, że to on jest durny. Jedyne wyjście dla tego
towarzystwa”,  powiedział.  „Oczywiście”,  powiedział  książę,  „przez  większą  część  życia
miałem zawsze przyjaciela, a mój syn nie. Dlaczego? Nauka, którą on uprawia, wyklucza
posiadanie  przyjaciela.  Ta  nauka  niszczy  wszystko,  wszystko,  doktorze,  wszystko,  co
istnieje.  Pewnego  dnia  ta  nauka  wszystko  zniszczy.  Ale  dlatego,  że  musi  wszystko
zniszczyć,  ta  nauka  jest  również  naiwna.  Mamy  do  czynienia  wyłącznie  z  naiwnymi
naukami. Przez pewien czas umiałem dzielić swój umysł bez problemów z kimś innym, ale
mój  syn  nigdy  nie  umiał  dzielić  swojego  umysłu  z  kimś  innym”.  Nowoczesność  w  danym
umyśle  mnie  odświeża,  wewnętrzna  nowoczesność”,  powiedział,  „zewnętrzna  mnie
odpycha.  Nowoczesność,  której  nie  widać”,  powiedział,  „odświeża  mnie,  niewidzialna,
posuwająca  wszystko  naprzód,  a  nie  ta  widzialna,  która  niczego  nie  posuwa  naprzód”.
Ubiegłej  nocy  wstał,  wszedł  do  biblioteki  i  powiedział:  moje  artykuły  spożywcze!  „Ale
teraz  wszystkie  artykuły  spożywcze  są  zatrute”,  powiedział,  „zabójcze”.  W  chwili,  kiedy
zdecydował się przejść z nami ponownie z wewnętrznego muru na zewnętrzny, stwierdził
„bardzo bolesne trwanie szumów” w mózgu. „Czasem podoba mi się, że jestem zdany sam
na siebie i pełen bólu”. Niejednokrotnie długo podnieca się myślą o niedostrzeżonej przez
długi czas śmierci  jego osoby. „Wszystko,  co panu mówię,”  powiedział, „jest zasadniczo
ezoteryczne.  Nigdy  nie  widziałem,  żeby  mój  syn  się  śmiał.  Jego  matka  również  nie,
doktorze, czy kiedykolwiek widział pan, żeby pańska matka się śmiała? Nie, nigdy pan nie
widział,  żeby  się  śmiała.  A  pański  syn  swoją  matkę?  Nie,  nigdy  nie  widział  jej
roześmianej.  Dawniej  jednak  sam  często  miałem  powód  do  śmiechu.  Teraz  śmieję  się
często śmiechem bez powodu, rozumie pan. Już dawno zauważyłem, że syn ma coś przeciw
baśniom.  Z  drugiej  strony  zaś  widzę  przerażające  zamiłowanie  jego  sióstr  do  baśni.  On
przywołuje mi zbyt wiele cytatów. Wszyscy przywołują mi zbyt wiele cytatów. Chaos jest
już tak duży, że wszyscy przywołują zbyt wiele cytatów! Jednak podczas gdy jego siostry
zawsze za szybko wypowiadają się na dany temat, on nigdy nie wypowiada się za szybko.
O sobie, drogi doktorze, mówię jednak, jak pan wie, tylko w cudzysłowach, wszystko, co
mówię, jest powiedziane wyłącznie w cudzysłowach! Półgłosem!  Codziennie  budzę  się  i
myślę: komu ja to wszystko zostawię w spadku? Ponieważ w grę nie wchodzi nikt inny, raz
po  raz  dochodzę  do  wniosku,  że  wszystko  muszę  zostawić  w  spadku  jedynemu  synowi.  I

background image

chociaż  syn  milczy,  ja  nieustannie  czuję,  że  muszę  się  obronić...  W  towarzystwie  syna
ujawniają  się  wszystkie  moje  cechy,  których  on  (podobnie  jak  ja)  nie  lubi.  Te  nieznośne
cechy  ujawniają  się  jedynie  w  towarzystwie  mojego  syna,  inne  znów  jedynie  w
towarzystwie innego człowieka itd... Zadaję sobie pytanie: czy syn ma te nieznośne cechy
tylko  w  mojej  obecności?  Dzisiaj  możemy  rozdzielić  wszystko,  doktorze,  oprócz  natury
jako  takiej.  Wszystko  jest  zawsze  kwestią  nous.  Ludzie”,  powiedział  książę,  „bardzo
wcześnie  wślizgują  się  w  interesy  jak  w  ciepłe  ubranka,  które  potem  noszą  przez  całe
życie,  aż  staną  się  one  całkiem  wystrzępionymi  szmatami,  łatają  te  wystrzępione  szmaty
przez całe dziesięciolecia, ocieplają podpinkami, poszerzają, zwężają, dobrowolnie lub z
konieczności,  ale  zawsze  pozostają  one  tymi  samymi  wystrzępionymi  szmatami.  Każdy
wślizguje  się  w  interes  jak  w  ubranie,  a  wśliznąć  się  w  studia  znaczy  tyle  samo,  co
wśliznąć się w interes jak w ubranie. Większość tych, co wśliznęli się w umysł, na koniec
nosi  jedynie  śmieszne  strzępki.  Wczoraj  —  idąc  na  śniadanie  —  miałem  wizję,”
powiedział  książę,  „że  kazałem  ściąć  wszystkie  drzewa.  Patrzę  z  zamku  w  dół  i  widzę
miliony ściętych drzew. A potem zaczynam się zastanawiać, co by było, gdybym te miliony
ściętych  drzew  kazał  najpierw  pociąć  na  kawałki  długości  jednego  metra,  później  na
kawałki  długości  jednego  centymetra,  na  koniec  zaś  kazał  je  robotnikom  sproszkować!
Nagle ujrzałem cały kraj pokryty proszkiem z moich drzew i siebie brodzącego w proszku z
tych  drzew  aż  do  rzeki  Mur,  a  potem  w  dół,  aż  do  jeziora  Platten.  Nie  było  widać  ludzi,
nikogo  więcej.  Prawdopodobnie,  pomyślałem,  wszyscy  podusili  się  od  tego  proszku  z
drzew,  który  spadł  na  nich  tak  nagle.  Wczoraj”,  powiedział  książę,  „zirytowały  mnie
pamiętniki kardynała Retza, które studiuję już od tak dawna i które zawsze wydają mi się
warte  studiowania.  Cóż,  w  jaki  sposób  zirytowały?  zapyta  pan.  Z  powodu  pamiętników
kardynała  Retza  nie  mogłem  zasnąć.  Godzinami  przeglądam  pamiętniki  kardynała  Retza  i
nie mogę zasnąć. Ale jestem niezdolny, żeby wstać i wyrzucić książkę przez okno. W końcu
wstaję, wyrzucam pamiętniki kardynała Retza przez okno i stwierdzam, że przeglądałem je
przez  pięć  godzin,  że  irytowały  mnie  przez  pięć  godzin,  a  ja  nie  wyrzucałem  ich  przez
okno.  Są  ludzie”,  powiedział,  „którzy  umierają  z  największym  zdecydowaniem  i
zdecydowanie  raz  na  zawsze  są  martwi,  ja  również  chciałbym  tak  umrzeć,  ale  większość
umiera  w  sposób  niejasny,  niejasny  dla  oka,  niejasny  dla  mózgu,  nigdy  nie  są  martwi.
Bawią  nas  różne  rzeczy,  ale  nasze  myśli  zawsze  zaprząta  tylko  śmierć”,  powiedział.
„Najwyraźniej  jest  rzeczą  ludzką”,  powiedział,  „że  wszystko  dzieje  się  w  śmierci”.  A
potem dodał: „Moje siostry, ale również córki, usiłują zawsze oszukaństwami, mniejszymi
i większymi, utrzymywać mnie w ruchu, jednym podłym oszustwem: swoją  grzecznością.
Każda  z  nich  wie”,  powiedział,  „że  świat  się  zawali,  kiedy  nagle  mnie  zabraknie.  Kiedy
stracę  ochotę  i  każę  się  złożyć  na  katafalku  w  pawilonie.  Każę  się  złożyć  na  katafalku  w
pawilonie jak mój ojciec. Zmarły ojciec”, powiedział, „istotnie przejmuje lękiem. Często
przez  wiele  godzin  nie  myślę  o  niczym  innym,  tylko  o  listonoszu.  Musi  przyjść  poczta,
myślę.  Poczta!  Poczta!  Poczta!  Wiadomość!  Pewnego  dnia  musi  przyjść  poczta,  która  cię
nie  rozczaruje.  Od  kogo?  Czy  nie  byłoby  radością,  drogi  doktorze,  otworzyć  list  i

background image

powiedzieć  sobie:  aha,  umrę  dwudziestego  czwartego!?  Nagle”,  powiedział,  „wizja,  że
powierzchnia  ziemi  staje  się  z  wolna  przestrzenią  kompletnie  pozbawioną  powietrza.
Obserwuję ludzi, którzy po pierwsze nie wiedzą, co się dzieje, i zatrzymują się na środku
ulicy, zgodnie z naturą, jak inni, zgodnie z naturą, idą dalej, idą szybciej, idą wolniej, idą,
idą, wchodzą jeszcze do sklepów albo wychodzą ze sklepów, nagle wszyscy odkrywają to
zjawisko, o którym nie wiedzą, co znaczy, czym jest, i po kolei, słabi najpierw, silniejsi za
nimi, padają na ziemię. Wkrótce cała ulica, wszystkie ulice pokryte są uduszonymi ludźmi,
zwłokami,  wszystko  zamiera  w  bezruchu,  mnóstwa  katastrof  spowodowanych  przez
bezpańską  maszynerię  zagłady,  ponieważ  wydarzyły  się  dopiero  po  zupełnym
wyeliminowaniu  ludzkości,  co  znaczy,  że  nie  są  już  katastrofami,  w  ogóle  nikt  nie  zdołał
zauważyć...  Koniec  jest  niesamowitym  hałasem,  po  którym  następuje  zgodny  z  naturą
proces  gnicia”,  powiedział.  „Rozmawiając”,  powiedział  książę,  „ludzie  czują  się  ciągle
tak, jakby balansowali na linie, i nieustannie się boją, że spadną na swój odpowiadający
im  niski  poziom.  Również  ja  się  tego  boję”,  powiedział  Saurau.  „Tak  więc  wszystkie
rozmowy  są  rozmowami  prowadzonymi  zawsze  przez  ludzi,  którzy  balansują  na  linie  i
nieustannie się boją, że spadną na swój niski poziom, że zostaną zepchnięci na swój niski
poziom.  Naturalnie  brzmi  to  zupełnie  inaczej”,  powiedział  Saurau,  „kiedy  mój  syn  w
Anglii, w Londynie, na przykład na stacji Victoria, mówi, że nienawidzi ludzi, niż kiedy ja
mówię  w  Hochgobernitz,  że  nienawidzę  ludzi,  ale  przecież  jest  to  ta  sama  śmieszna
nienawiść do śmiesznych ludzi. Jeśli na stacji Victoria wołamy matkę albo ojca, brzmi to
tak samo, jakbyśmy wołali matkę lub wołali ojca stąd, z Hochgobernitz. Rozumie pan? W
rzeczywistości  idziemy,  jeśli  idziemy  konsekwentnie,  a  najuważniej  w  książkach,  ciągle
przez znane nam od dawna krajobrazy. Nie dochodzimy do niczego nowego. Podobnie jak
w  badaniach  naukowych  nie  dochodzimy  do  niczego  nowego.  Wszystko  jest  z  góry
zapisane. Chłód”, powiedział książę, „jest we mnie, niezależnie więc od tego, dokąd idę,
chłód idzie we mnie ze mną. Marznę od wewnątrz. Ale w bibliotece ten chłód jest jeszcze
najznośniejszy. Same na śmierć zadrukowane mózgi”, powiedział książę. „Z każdą książką
odkrywamy ku swojemu przerażeniu człowieka zadrukowanego na śmierć przez drukarza,
wydanego  na  śmierć  przez  wydawcę,  zaczytanego  na  śmierć  przez  czytelników.  Choćby”,
powiedział  Saurau,  „list  z  Bombaju  od  handlarza  wełną  do  mojej  młodszej  siostry,  od
przyjaciela  z  czasów  młodości.  Ten  list  leży  w  biurku  siostry,  wiem  o  tym.  A  mimo  to,
chociaż już od wielu tygodni wiem, że ten list leży w biurku siostry, pytam ją: gdzie jest ten
list z Bombaju? Ona zaś, chociaż wie, że ja wiem, że ten list leży w jej biurku, mówi: w
biurku. Ta śmieszność, z jaką ludzie wstają i znów się kładą”, powiedział, „jest naturalnie
raz  po  raz  warta  przerażenia.  Dlaczego  by  nie?  Przecież  raz  po  raz  w  inny  sposób
śmiesznie wstają i śmiesznie się kładą. Albo śmieszność, z jaką na przykład teraz idziemy
po murze”, powiedział książę, „czy pan jest świadom tej śmieszności? I czy pański syn jest
jej  świadom?  Stoimy  przed  pytaniami  jak  przed  otwartym  grobem,  który  zaraz  zostanie
zasypany. Śmieszne jest przecież także to, że konstatuję tę śmieszność”, powiedział. „Mój
charakter  można  słusznie  nazwać  niemiłosiernym.  Ale  równie  słusznie  ja  nazywam  świat

background image

absolutnie  niemiłosiernym.  Miłość  jest  absurdem  i  w  ogóle  nie  istnieje  w  naturze”.
Powiedział: „W związku ze zmianami, jakie mam zamiar przeprowadzić w Hochgobernitz,
wszystko zostanie tu ograniczone. Wszystko zostanie powiększone i wszystko ograniczone.
Powiększenie  ziem  oznacza  ograniczenie  naszej  egzystencji.  Wciąż  myślę,  że  jestem
zostawiony  sam  sobie.  Osamotnienie  jest  drogą  człowieka  w  nieapetyczność.  Starość  to
ogromna  nieapetyczność.  Młodość  to  obrzydzenie,  ale  starość  jest  nieapetyczna.  Moi
krewni  snują  się  tu  i  tam  jak  trupy,  czasem  mam  ochotę  zawołać  ich  i  wykrzyczeć  im  w
twarz, żeby nie byli bez przerwy tacy martwi. Codziennie to samo”, powiedział książę, „w
moim  pokoju  jest  chłodno,  ponieważ  chłód  jest  we  mnie,  wychodzę  ze  swojego  pokoju,
wychodzę  z  Hochgobernitz,  w  myślach,  rozumie  pan,  z  Hochgobernitz,  wszędzie
stwierdzam taki sam chłód. Często myślę, że mam obowiązek napisać synowi do Londynu,
co  oczekuje  go  pewnego  dnia,  gdy  umrę,  tutaj,  w  Hochgobernitz:  Chłód.  Izolacja.
Obłąkanie.  Zabójcze  rozmowy  z  samym  sobą.  Szaleństwo  z  własnego  powodu  jako
szaleństwo  świata,  natury.  Mój  ojciec”,  powiedział  książę,  „często  mówił  o  tym,  że
sprzeda  Hochgobernitz  i  wszystko,  co  do  niego  należy.  Najpierw  chciał  rozstać  się  z
kopalniami  szutru,  potem  z  tartakami,  następnie  z  młynami,  a  później  z  samym
Hochgobernitz,  zobowiązał  nawet  swojego  zarządcę,  niejakiego  Gombrowicza,  żeby
sporządził  plan,  według  którego  cały  majątek  zostanie  zlikwidowany.  Całymi  dniami
mówił o uwolnieniu się od Hochgobernitz, ale kiedy myślał o robotnikach, o pracownikach
kopalń  szutru,  o  młynarzach,  o  pracownikach  tartaku,  którzy  zależeli  od  Hochgobernitz,
czyli  od  niego  samego,  znów  porzucał  ten  plan...  W  ostatnich  czasach  powtarzał  często:
jestem  zmęczony,  jestem  zmęczony  Hochgobernitz,  ale  jestem  zbyt  zmęczony,  żeby
zrezygnować z Hochgobernitz, lepiej już zrezygnuję sam z siebie. Przychodzi mi na myśl”,
powiedział książę, „że wyobrażał sobie związek małżeński zarządcy z moją starszą siostrą;
ten związek traktował jako przyszły fakt. Zarządca nie podobał mu się ani pod względem
fizycznym, ani umysłowym, ale widział mu się ten związek i chciał do niego doprowadzić.
Wszystko  zawdzięczamy  zarządcy,  powtarzał  ciągle”,  powiedział  książę.  „Wtedy  jednak
traf chciał, że zarządca runął w głąb wąwozu i został pochowany, a po nim przyszedł inny.
W ostatnim okresie życia”, powiedział książę, „mój ojciec coraz bardziej bał się myśli, że
będzie musiał zlikwidować Hochgobernitz. Ale pod koniec mu to zobojętniało. Spotkał go
marny koniec. Z kobietami utrzymywał kontakt wyłącznie wtedy, gdy był głodny, a ze mną
po to, żeby mnie zwymyślać, skląć. Ze swojego pokoju wysuwał pod drzwiami kartkę, na
której  czerwoną  kredką  wypisywał  życzenia  odnośnie  do  jedzenia  lub  picia”.  Przez  dwa
ostatnie tygodnie pisał na kartce wyłącznie chleb i woda. Nie otwierał drzwi. Przestał się
myć, a rano kobiety niekiedy słyszały, jak chodzi po pokoju tam i z powrotem i głośno ze
sobą  rozmawia,  ale  nie  rozumiały  ani  słowa.  Nagle,  na  dwa  dni  przed  samobójstwem,
zaniechał chodzenia tam i z powrotem po pokoju, a także tych niezrozumiałych  rozmów  z
samym  sobą,  wszystko  w  jego  pokoju  umilkło.  Ich  to  jednak  nie  zaniepokoiło,  bo  przez
ojca i brata stały się już absolutnie apatyczne. Stary Saurau przez dwa tygodnie otwierał
okno swojego pokoju tylko po to, żeby wytrząsnąć na dziedziniec zamku zawartość kubła,

background image

do którego się załatwiał. Zanim ostatecznie zniknął w pokoju, rodzina widywała go jeszcze
od  czasu  do  czasu,  jak  siedzi  w  biurze,  nieporuszony.  W  środku  nocy  schodził  często  na
parter  z  pokoju  do  biura,  aby  usiąść  przy  biurku.  Syn,  który  zaglądał  do  niego  do  biura,
pytał, czy mógłby mu w czymś pomóc, ale ojciec pozostawał niemy. Synowi wydawało się,
jakby  ojciec  chciał  raz  po  raz  coś  ważnego  powiedzieć,  ale  już  nie  mógł.  Całymi
godzinami stary Saurau siedział w coraz większym bezruchu, aż nagle wstawał i szedł na
górę  do  swojego  pokoju.  „Od  razu,  gdy  tylko  wchodził  do  pokoju”,  powiedział  książę,
„zamykał  go”.  Przypuszcza,  że  zamknięty  w  pokoju,  płakał.  W  ostatnich  dniach  kobiety
były  wobec  starego  Sauraua  zupełnie  bezradne.  „Nieomal  wszyscy  Saurauowie  odebrali
sobie  życie”,  powiedział  książę,  „Hochgobernitz  dla  prawie  wszystkich  Saurauów
oznaczało samobójstwo”. Kobiety we wszystkim zdały się na niego, syna obłąkańca. To on
musiał udźwignąć cały ciężar. Ostatni dzień ojca książę opisał, jak następuje: Do trzeciej
po południu z pokoju ojca nie dochodził żaden dźwięk. Nagle spokój, panujący na piętrze
ojca, wydał się księciu podejrzany. Prowadził w biurze negocjacje z pracownikami kopalń
szutru, z pracownikami tartaku, a potem z pomocnikami leśników, i podczas tych negocjacji
wciąż  myślał,  że  o  tej  porze  jeszcze  nigdy  nie  było  tak  spokojnie.  Zawsze  przecież
przynajmniej od czasu do czasu słyszał, jak ojciec chodzi tam i z powrotem, jak „czołga się
tam  i  z  powrotem”,  powiedział  książę,  „ale  tego  dnia,  ostatniego  dnia  października  1948
roku,  nic”.  Kiedy  pracownicy  kopalń  szutru,  pracownicy  tartaku  i  pomocnicy  leśników
sobie  poszli,  on  przestudiował  jeszcze  i  uporządkował  papiery,  które  nadeszły  od  władz
okręgowych, „dotyczące również powodzi”, powiedział książę, po czym wszedł do kuchni,
do  kobiet,  i  oznajmił,  że  zajrzy  do  ojca.  Znalazłszy  się  na  górze,  zapukał  do  drzwi,  ale
nawet  mimo  kilkakrotnego  pukania  nie  usłyszał  zza  nich  żadnego  odgłosu.  Nic!  „Ojcze!”
Nic.  Kiedy  indziej  ojciec  zawsze  odpowiadał,  „chociaż  chaotycznie”.  Nic.  Wtedy  syn
naparł  na  drzwi  barkiem  i  siłą  wtargnął  do  pokoju.  Znalazł  nieszczęśnika  z  przestrzeloną
głową  na  podłodze.  Na  nadgarstkach  zmarłego  dostrzegł  obrzmienia,  które  natychmiast
powiązał z jego obłędem. Kiedy pojawił się lekarz gminny (poprzednik mojego ojca), syn
natychmiast  zwrócił  mu  uwagę  na  te  obrzmienia,  ale  lekarz  zakwestionował  jakikolwiek
związek  między  obłędem  ojca  księcia  a  obrzmieniami.  „Ja  jednak,  doktorze,  i  to  coraz
intensywniej,  myślę”,  powiedział  książę,  „że  między  obłędem  mojego  ojca  a  jego
obrzmiałymi  nadgarstkami  istniał  związek.  Nadto  muszę  powiedzieć”,  powiedział  książę,
„że nigdy nie wierzyłem w lekarzy i że również dzisiaj nie wierzę w sztukę lekarską, pan
w  moim  odczuciu  nie  bywa  u  mnie  w  charakterze  lekarza,  nie  w  charakterze  lekarza”,
powiedział  książę,  „i  również  dzisiaj  sądzę,  że  dla  lekarzy  natura  ludzka  jest  czymś
najbardziej  obcym,  że  są  oni  ludźmi  w  najmniejszym  stopniu  zaznajomionymi  z  naturą
ludzką”.  On  potrafi  sobie  wyobrazić,  że  ojciec  w  ostatnich  dniach  już  w  ogóle  nie  mógł
wstać,  a  tylko  czołgał  się  dookoła  po  pokoju.  Prawdę  mówiąc,  nie  był  już  przecież  w
stanie,  pomijając  jego  szaleństwo,  choćby  wskutek  trwającej  całymi  tygodniami  surowej
odmowy  przyjmowania  pożywienia,  trzymać  się  prosto.  „W  ostatnim  okresie  był
człowiekiem  kompletnie  pozbawionym  sił,  doktorze”,  powiedział  książę.  Nie  jest  trudno,

background image

powiedział wówczas książę, kiedy patrzy się na ojca złożonego w pawilonie na katafalku,
wyobrazić  sobie,  co  robił,  „aby  wreszcie  móc  być  martwym!  Na  jego  całym  ciele
odkryliśmy  ślady  potwornych  okaleczeń,  samookaleczeń”,  powiedział  książę.  Całe  jego
ciało było równomiernie naznaczone okaleczeniami. „Ten wysoce inteligentny człowiek!”,
powiedział książę. „Z jego dawniej ulubionych książek, na przykład ze Świata jako woli i
wyobrażenia”,  powiedział  książę,  którą  zabrał  z  biblioteki  do  swojego  pokoju,  wyrwane
były decydujące strony. Zjadł je”, powiedział książę. „Schopenhauer był dla mnie zawsze
najlepszym  pokarmem”,  napisał  jego  ojciec  kilka  godzin  przed  samobójstwem  na  kartce,
którą  znalazł  jeden  z  urzędników  komisji  sądowej,  datowanej:  „22  października  1948
roku”.  Surdut  rozerwał  i  pociął  na  wąskie  paski,  a  potem  zrobił  z  nich  stryczek.
„Początkowo chciał się powiesić”, powiedział książę, „ale w ostatniej chwili wydało mu
się, że jednak lepiej będzie się zastrzelić. Tak więc ostatnia rzecz, jaką zakomunikował, to
były trzy słowa zapisane na karcie tytułowej wyrwanej że Świata jako woli i wyobrażenia:
lepiej  się  zastrzelić”.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  jego  ojciec  zastrzelił  się  już  kilka
godzin wcześniej, zanim odkrył go syn. „Podczas gdy wszyscy byliśmy w dole nad Ache i
przyglądaliśmy  się  ustępującej  powodzi”,  powiedział  książę.  Książę  instynktownie
otworzył  okno  w  pokoju  ojca  i  przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie  ma  tu  raczej  do
czynienia  z  nieszczęśliwym  wypadkiem.  Ale  to  z  pewnością  było  samobójstwo”,
powiedział  książę,  „ojciec  zastrzelił  się  całkiem  rozmyślnie.  Jego  szaleństwo  nie
wykluczało  przecież  całkiem  rozmyślnego  odebrania  sobie  życia”.  Zanim  książę
poinformował  siostry,  skontaktował  się  z  lekarzem  gminnym.  „To,  że  lekarz  nie  chciał
dopatrzyć się związku między obrzmieniami na nadgarstkach a chorobą ojca”, powiedział
książę,  „jest  świetnym  przykładem  niewiedzy  lekarzy,  ich  ograniczenia”.  Kobiety,  jakby
równocześnie  z  ojcem  i  przez  niego  zamordowane,  stały  w  jego  pokoju,  niezdolne  do
wykonania żadnej rozsądnej czynności. Komisja sądowa pojawiła się już o pół do piątej,
„młodzi  ludzie”,  powiedział  książę,  „którzy  bez  przerwy  rozmawiali  o  całkiem  innych
przypadkach,  bardzo  odległych  od  naszego.  Kobiety”,  powiedział  książę,  „zatargały
zmarłego  do  łazienki,  żeby  go  umyć.  Podczas  gdy,  pod  kierunkiem  lekarza  gminnego,
usiłowały  ścisnąć  roztrzaskaną  czaszkę  klamerkami  do  bielizny,  a  otwór  postrzałowy
zatykały watą zanurzoną w wosku, kilku robotników opróżniało pawilon, w którym później
złożyliśmy  ojca  na  marach.  Po  ówczesnym  przedstawieniu,  zagranym  kilka  tygodni
wcześniej  z  powodu  złej  pogody  w  pawilonie,  a  nie  na  dziedzińcu,  pawilon  był  jeszcze
wypełniony dziesiątkami prospektów, rekwizytów, kostiumów, sprzętów do siedzenia”. Był
zdumiony  szybkością,  z  jaką  robotnicy  przekształcili  pawilon  w  halę  z  katafalkiem,
powiedział  książę.  W  czasie  transportu  z  łazienki  przez  dziedziniec  do  pawilonu  zmarły
wypadł im, kobietom, z rąk, więc syn sam zaniósł ojca do pawilonu. Owinęli go tylko w
płótna  i  również  płótnami  przykryli.  Przez  kilka  godzin  ciągle  jeszcze  wypływała  mu  z
głowy krew, z ust i uszu, należało więc często zmieniać płótna. Gdy syn pojechał w dół do
miasta rozpocząć przygotowania do ceremonii pogrzebowej, ojciec był już zimny. Kobiety
powiadomiły  krewnych.  „One  wszystkie  mają  niewiarygodną  rutynę  w  urządzaniu

background image

pogrzebów”,  powiedział  książę.  „Jako  przyczynę  śmierci  podały  nagły  obłęd.  Nagły
obłęd?”, zapytał książę. „Pomocnicy leśników, pracownicy tartaków i pracownicy kopalń
szutrowych pierwsi, poza najwęższym kręgiem rodzinnym”, powiedział, „odwiedzili ojca
w  pawilonie.  Nikt  z  nich  go  nie  rozumiał”.  Po  pogrzebie  tygodnie  prędko  mijały.
Gospodarka  przeszła  na  księcia  tak  szybko,  że  odczuł  to  jako  bolesne  i  łatwe  zarazem.
„Jestem sam”, powiedział książę, po czym dodał: „Nie mogę pana wprowadzić do domu,
bo  wszystko  jest  w  nieładzie,  wszystko  jest  w  nieładzie”,  powiedział:  „Jestem  sam”,
podczas gdy na wewnętrznym murze zamkowym zaskoczył nas nagły mrok, „ale to nikogo
nie  obchodzi.  Ja  jednak  w  swojej  samotności  mam  najmniej  pretensji  z  nich  wszystkich.
Wkładam  stare  ubrania,  od  dziesięciu  lat  nie  kupiłem  sobie  ani  jednej  pary  butów!
Rezygnuję ze wszystkiego. Wczoraj wieczorem”, powiedział, „kiedy starsza córka wróciła
z  wycieczki  do  Hohenwart,  gdzie  spotkała  się  z  przyjacielem,  uświadomiłem  sobie  swój
kompletny brak wymagań. Właściwie już cię tu nie ma, pomyślałem, teraz są tu oni! Kiedy
później  opowiadała  mi  o  spotkaniu,  pomyślałem,  jak  bardzo,  wcale  nie  wiem  dokąd,
oddaliłem się od swoich krewnych, tak że odchodzę od nich w ogromnym tempie i już nie
mogę do nich wrócić. Również Hochgobernitz”, powiedział, „coraz bardziej się zamracza.
Być może moment, kiedy zamroczy się kompletnie, jest już niedaleki. To dla mnie jasne”,
powiedział książę, „że jestem człowiekiem, który chociaż jeszcze jest, to w rzeczywistości
już  nie  istnieje,  jest  martwy.  Rozmawiając  ze  mną,  myślę,  moje  siostry  rozmawiają  ze
zmarłym. Dla sióstr żyję już tylko wtedy, gdy mają jakieś wątpliwości”, powiedział. „Ale
przecież również ja odnoszę wrażenie, że kiedy rozmawiam z kimkolwiek w domu szeptem
panującym tu już od lat, rozmawiam wyłącznie ze zmarłymi. Zmarli się budzą, myją, jedzą
śniadanie,  rozmawiają,  znów  się  rozchodzą  i  na  powrót  wślizgują  do  swoich  łóżek”,
powiedział  Saurau.  „Martwa  rodzina”,  powiedział.  „Kiedy  ktoś  nam  bliski  popełnia
samobójstwo”,  powiedział  książę,  „pytamy,  dlaczego  samobójstwo?  Szukamy  powodów,
przyczyn itd... Cofamy się możliwie najgłębiej w życie zabite naraz przez tę osobę, całymi
dniami  zaprząta  nas  pytanie:  dlaczego  samobójstwo?  Odtwarzamy  szczegóły.  I  musimy
powiedzieć,  że  wszystko  w  życiu  samobójcy  —  teraz  wiemy,  że  zawsze  był  w  życiu
samobójcą,  prowadził  życie  samobójcy  —  jest  przyczyną,  powodem  jego  samobójstwa.
Samobójstwo  jawi  się  nam  zawsze  jako  nagłe.  Dlaczego?  Dlaczego,  zadajemy  sobie
pytanie,  jego  samobójstwo  choćby  przez  moment  było  dla  nas  zaskoczeniem?  Złożony  na
marach w pawilonie”, powiedział książę, „ojciec sprawiał wrażenie człowieka śmiertelnie
przerażonego. Jego roztrzaskana głowa pojawia mi się często w nocy w najdziwniejszych
konstelacjach. Dłonie złożone mu na płótnach przez kobiety”, powiedział książę, „były dla
mnie czymś strasznym. Często teraz o nim myślę. Przeważnie jednak widzę go nie żywego,
a  zmarłego.  Najtrudniej  mi  wyobrazić  sobie  ojca  żywego.  Moja  relacja  z  nim  była
skomplikowana,  ale  nie  wykorzystywaliśmy  jej  obaj  przeciw  sobie”,  powiedział  książę.
Na  murach  zamku  wytrzymuje  swoją  samotność,  „bo  na  murach  zamku  jestem  absolutnie
sam.  Czy  zawsze  byłem  sam?  O  tym,  doktorze,  pan  mógłby  coś  powiedzieć”,  powiedział
książę.  „Ależ  nie  jest  pan  sam,  nie  jest  pan  sam,  coś  w  tym  rodzaju.  Albo:  ojciec  jest

background image

zawsze dalej niż syn, odwrotnie, syn jest dalej niż ojciec itd... Tak”, powiedział, „czasem
przychodzi  mi  na  myśl  obrazek,  który  widziałem  kiedyś  w  Brukseli:  pewien  mężczyzna
idzie i wpatruje się w wystawy, idzie i idzie, i ciągle wpatruje się w wystawy, aż wreszcie
wchodzi  do  jakiegoś  sklepu,  po  chwili  z  niego  wychodzi,  taki  radosny,  elegancki
mężczyzna,  myślę,  taki  rześki  mężczyzna  o  brukselskim  poranku,  ciągle  więc  podążasz  za
nim i obserwujesz go; nagle ten mężczyzna pada na ziemię, nie żyje, widzisz, że nie żyje,
obserwujesz więc teraz innych ludzi, którzy zajmują się zmarłym albo w ogóle się nim nie
interesują  itd...,  po  czym  idziesz  dalej.  Gazety”,  powiedział  książę,  „stanowią  całymi
tygodniami moje jedyne urozmaicenie, całymi tygodniami prowadzę tylko gazetowe życie.
Wchodzę  w  gazety,  wchodzę  w  świat.  Gdyby  z  dnia  na  dzień  zabrano  mi  gazety,
przestałbym  żyć”,  powiedział.  „Nie  ma  lepszego  powietrza  od  gazetowego,  powtarzam
sobie  często.  W  górskim  powietrzu,  w  wysokogórskim  powietrzu,  doktorze,  najbardziej
lubię  oddychać  atmosferą  gazetową.  Popadłszy  w  gazetowe  szaleństwo,  na  całe  tygodnie
tracę  panowanie  nad  Hochgobernitz.  Czytać  gazety  jak  dobrze  znane  baśnie”,  powiedział
książę, „to dla mnie często jedyna możliwość życia tutaj”. I dodał: „Kiedy na przykład idę
sam  przez  wysoki  las,  zawsze  mam  partnera,  idącego  wraz  ze  mną,  zawsze  partnera
odpowiedniego  do  tematyki,  która  mnie  zajmuje,  odpowiedniego  do  sytuacji.  Nie  widać
go,  ale  jest  mi  posłuszny.  Nigdy  nie  miałem  lepszego  partnera  do  rozmów  niż  ja  sam.
Coraz bardziej i bardziej”, powiedział książę, „to, czym jest Hochgobernitz, zostaje w tle.
Niezależnie  od  tego,  z  kim  rozmawiam,  zadaję  sobie  zawsze  pytanie:  czego  chce  ten
człowiek?  Nie  interesuje  mnie  już  nic,  co  wywodzi  się  od  ludzi.  Jesienią  myślę,  że
nadchodząca  zima  doprowadzi  wszystko  do  porządku,  zimą,  że  nadchodząca  wiosna,
wiosną, że nadchodzące lato itd. To wszystko. W rzeczywistości nie dzieje się nic więcej.
Rozmawiam  sam  ze  sobą.  Jestem  stary.  Czy  przyniósł  mi  pan  moje  pigułki?  Czy
wchodzenie tu do mnie na górę nie jest dla pana zbyt wyczerpujące? Wchodzenie do mnie
na górę wąwozem? Co porabia pański syn? Już od wielu miesięcy nie byłem w Leoben. Nie
mam  zresztą  ochoty”,  powiedział  książę,  „traktować  ludzi  i  wszystkiego,  czego  dotykają,
czego  muszą  dotykać,  jako  sztucznych  tworów.  Obserwacje  już  mnie  wyczerpały.
Obserwacja  szybko  człowieka  wyczerpuje.  Nagle  czuję”,  powiedział  książę,  „że  gniję,
gniję  z  minuty  na  minutę,  słyszę,  że  gniję,  słyszę  to  i  chcę  odejść  z  tego  miejsca,  którego
nagle staję się świadom jako miejsca gnicia; ale jest za późno. Już nawet nie udaje mi się
wykrzyknąć własnego nazwiska. Chcę wykrzyknąć własne nazwisko, ale się duszę. Patrzę
na siebie z bardzo wysoka i stwierdzam: jesteś już niczym. Istotnie”, powiedział książę, „w
wielu snach idę przez niekończącą się salę na audiencję, najważniejszą audiencję w moim
życiu.  Ponieważ  sala,  przez  którą  idę,  jest  wysoką  salą,  naprawdę  przyprawiającą  o
zawroty głowy, salą bez końca, audiencja nie jest możliwa, nie mam też możliwości, jako
że sala jest salą bez końca, dowiedzieć się, u kogo mam stawić się na audiencji. Chcę się
dowiedzieć, kto (albo co) mnie przyjmie, zechce przyjąć, ale idę, idę i idę, i niczego się
nie  dowiaduję.  Bywają  godziny,  kiedy  mówię  sobie,  nie  zostało  ci  nic  prócz
beznadziejności  i  musisz  się  nią  zadowolić,  codziennie  malujesz  jej  inną  twarz,  mówię

background image

sobie, i pokazujesz język, żebyś mógł zobaczyć, jak się śmieje. Natura jest wszakże, o czym
pan  pewnie  wie,  niesłychanym  powszechnym  surrealizmem.  Ale  prawdę  mówiąc”,
powiedział  książę,  „każdy  słuchacz  zbliża  się  jedynie  do  najbardziej  zewnętrznej  granicy
sprawy, o której się mówi. Całe nasze życie jest wyłącznie zbliżaniem się do najbardziej
zewnętrznych granic życia. Nagle”, powiedział, „towarzystwo, które jest najzwyklejszym,
jakie  można  sobie  wyobrazić,  ogarnia  filozoficzny  nastrój,  przez  co  to  najzwyklejsze
towarzystwo staje się jeszcze o wiele zwyklejsze. Geniusze”, powiedział książę, „marzą o
swoim geniuszu, tylko gdy zachęcą ich do tego inni geniusze, którzy marzą o geniuszach. A
może”, powiedział, „może już wszystko stało się dla mnie muzyką? Coraz bardziej czuję,
że jestem wydany na pastwę sądu najwyższego, że wokół mnie stoją ciągle sprzymierzeńcy,
o  których  nie  wiem,  kim  są.  Z  tego  powodu  kłaniam  się  od  czasu  do  czasu.  Nie
spodziewam  się  łagodnego  wyroku.  Kara  śmierci  wydaje  mi  się  jednak  zbyt  śmieszna  w
zamian  za  życie!  Niepokoi  mnie  uprzytomnienie  sobie”,  powiedział  książę,  „że  będąc  w
bibliotece, wyciągam z półek coraz więcej książek, które czytywał również ojciec.  Naraz
ożywa  we  mnie  wiele  cech  ojca”.  Usiedliśmy  na  jedynej  ławce,  zamontowanej  na  murze
zewnętrznym  zamku.  „Rodzice”,  powiedział  książę,  „osiągają  doskonałość  w  swoich
dzieciach”,  i  dodał,  jakby  patrząc  na  wskroś  przez  ciemność:  „Są  miasta,  w  których
chciałbym  żyć  przez  dłuższy  czas,  latami,  przez  całe  dziesięciolecia,  i  inne,  których  nie
znoszę  nawet  przez  chwilę.  Londyn”,  powiedział,  „jest  jedynym  miastem,  w  którym
chciałbym żyć przez całe życie. W Londynie rozwijałem się kiedyś w najbardziej użyteczny
sposób”,  powiedział.  „Rozwijałem  się  w  Londynie  inaczej  niż  mój  syn.  W  Londynie
spędziłem najszczęśliwszy okres mojego życia. Paryża się boję, Paryż mnie irytuje, Londyn
mnie uspokaja. Paryż jest nerwowy, Londyn spokojny. W Hamburgu wytrzymałem kilka lat,
w  Wiedniu  wytrzymywałem  zawsze  tylko  kilka  godzin.  Nie  znam  jednak  Sztokholmu  ani
Marsylii, ani Lizbony, miast, które na pewno by mi się spodobały. Lubię być w Rzymie. W
Warszawie.  Ale  przez  długi,  jak  najdłuższy  czas  chciałbym  żyć  tylko  w  Londynie.  Jestem
człowiekiem  stworzonym  w  sam  raz  do  życia  w  Londynie,  człowiekiem,  którego  jednak
zamknięto  w  Hochgobernitz.  Zawsze  uważałem  Hochgobernitz  za  absolutnie  zabójcze  dla
mnie  więzienie.  Nie  znaczy  to,  że  nie  kocham  Hochgobernitz.  A  Londynu  przecież  nie
kocham.  W  Londynie  chciałbym  być,  z  chęcią  spędziłbym  tam  życie,  ale  Londynu  nie
kocham,  Hochgobernitz  natomiast  kocham,  ale  odczuwam  je  jako  dożywotnie  więzienie.
Ludzie są maszynkami do liczenia, niczym więcej. Liczymy, myślimy zawsze liczbami. Od
urodzenia wtłacza się nas w system liczb, a pewnego dnia wyrzuca z niego jak z katapulty,
we  wszechświat,  w  nicość.  Rozmawiając  z  kimś  przez  pewien  czas”,  powiedział  książę,
„wpadamy  w  przerażenie,  stwierdzamy  bowiem,  że  rozmawiamy  z  maszynką  do  liczenia.
Świat w coraz większym stopniu staje się komputerem. Na nic zda się nasza bierność, i tak
zawsze  zamyka  się  nas  we  wszystkim,  z  czego  nie  możemy  się  wydostać”.  Powiedział:
„Ponieważ  moje  córki  są  takie  same  jak  moje  siostry,  moje  córki  będą  kiedyś  moimi
siostrami.  Wszyscy  ludzie  zawsze  mnie  oszukiwali.  Le  silence  éternel  de  ces  espaces
infinis  m’effraye...”,  powiedział.  „Zabierają  mi  wszystko,  czego  nie  trzymam  w  garści.

background image

Kiedy mój syn sprzeda Hochgobernitz”, powiedział książę, „będzie stracony”. Mój ojciec
powiedział: „Ależ ja nie wierzę, żeby pański syn sprzedał Hochgobernitz”. Książę odparł:
„On  go  nie  sprzeda,  on  je  zlikwiduje.  To  straszne”,  powiedział.  „Rano”,  powiedział,
„wszyscy boją się, że ich zagadnę, również ja boję się rano, że ktoś mógłby mnie zagadnąć,
że pierwszy mógłbym zostać zagadnięty. Słyszymy siebie wzajemnie, jak wstajemy, myjemy
się  i  ubieramy,  ale  boimy  się,  że  będziemy  musieli  na  siebie  spojrzeć.  Nagle  zagadujemy
do siebie i jesteśmy rozbici. Rozbici na cały dzień. Jemy potem w tym rozbiciu śniadanie,
omawiamy  sprawy  dotyczące  Hochgobernitz,  gospodarki,  ludzi,  możliwości  rozrywki,
propozycji kulinarnych. Jak moglibyśmy lepiej ogrzać się zimą, a latem lepiej ochłodzić. O
szpilkach do krawatów, paprochach po czyszczeniu butów, planach podróży. Przebieg dnia
w Hochgobernitz był zawsze przytłaczający. Mój syn boi się wracać do tej depresji. Czy
on jest rewolucjonistą? zadaję sobie często pytanie. Czy jest fantastą, mającym politykę w
genach? Wydaje się, że syn doskonale wie, iż tutaj wszystko się wyczerpało. Wyczerpało.
Stąd”,  powiedział  książę,  „widzę  wszystko,  jeśli  się  wysilę,  ale  już  nie  mam  ochoty  się
wysilać. Straciłem ochotę do jakiegokolwiek wysiłku. W pewne dni jednak, mimo iż o to
nie  zabiegam,  atmosfera  jako  odzwierciedlenie  wszelkich  możliwych  charakterów  jest
absolutnie przejrzysta, i tym się delektuję. Tak, tym się delektuję. Niezakłóconą dalą. Ale
naturalnie  i  ten  stan  przeradza  się  wkrótce  w  nieznośność.  Wszystko  przeradza  się  w
nieznośność. Jeśli niepodobna tego znieść, jest się martwym. To całkiem proste: nie można
tego  wytrzymać,  i  w  ten  sposób  to  się  kończy.  Wszystko.  Jedyną  istniejącą  siłą,  jak  pan
wie, jest wyobraźnia. Wszystko jest wyobrażeniem. A wyobrażanie sobie wymaga wysiłku
i jest zabójcze. W środę po południu”, powiedział książę, „wyobrażam sobie, że jest środa
po  południu,  mój  syn  jest  w  Hochgobernitz,  w  swoim  pokoju.  Zrobiliśmy  długi  spacer,
który  nas  znużył,  więc  kładziemy  się  obaj,  każdy  w  swoim  pokoju.  Podczas  tego  spaceru
każdy  z  nas  rozwijał  najbardziej  osobisty  temat,  wszystko  jedno,  o  czym  rozmawialiśmy,
wszystko jedno, o czym myśleliśmy: nie rozumiemy się. Podczas kolacji, którą ugotowały i
do której nakryły kobiety, wracamy do tego, o czym rozmawialiśmy na spacerze, i widzimy,
że  dzieli  nas  tylko  wiek.  Na  dworze  jest  ciepły  letni  wieczór,  a  ja  proponuję  synowi,
żebyśmy  jeszcze  raz  wyszli  na  dwór,  na  mury,  wykorzystajmy  ten  wieczór,  mówię,
wyjdźmy. Wyjdźmy wszyscy, również kobiety. Na dziedzińcu, a potem na murach, wszyscy
radujemy się konstelacją zachodzącego słońca, murów i natury. Potem zapada ciemność, a
my  postanawiamy  w  nią  wkroczyć,  idziemy  bowiem  aż  do  wąwozu,  przechodzimy  obok
Krainerów. Wydajemy się na pastwę ciemności. Wydaliśmy się na pastwę ciemności jako
nauki, mówię. Mój syn mówi: nauki ścisłej. Ja mówię: nauki politycznej.  Ciemność  jest
nauką  polityczną.  Wszyscy  pragniemy,  żeby  ten  letni  wieczór  się  nie  kończył.  Jesteśmy
szczęśliwi. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Nie pojmuję tego”. Często odnosi wrażenie, że w
jednej chwili może umrzeć, „w chwili, gdy zostawię ciało samo. Podziw, jaki wytwarzamy
w  sobie  dla  jakiegoś  człowieka,  który  to  podziw  ów  podziwiany  przez  nas  niszczy  w
najstraszliwszy  sposób,  zmieniając  się  naraz  na  naszych  oczach,  równocześnie  w  nas,
konsekwentnie  w  kogoś,  kim  naprawdę  jest,  staje  się  koniec  końców  czymś  wszystko

background image

unicestwiającym. Prawdą jest, że nie słyszy się na świecie nic poza: to jest dobre, to nie
jest dobre, człowiek taki albo taki itd... Jakże często słyszymy: ten jest uprzejmy, ten  nie.
Ten mówi płynnie po francusku, ten nie, ten  jest  materialistą,  ten  nie,  ten  jest  komunistą,
ten  nie,  ten  jest  poetycki,  ten  nie,  ten  jest  bogaty,  ten  nie...  Do  obrzydzenia!  Tak!”,
powiedział  książę,  „w  niższych  warstwach  społecznych  zawsze  widać  całkiem  niewielki
zasób  słownictwa,  kiedy  się  w  tych  niższych  warstwach  mówi;  w  wyższych  za  to  widać
cały. Widać cały potworny, unicestwiający zasób słownictwa, również wtedy, kiedy się go
nie używa,  tylko  tłumi.  I  jeszcze  coś  nieznośnego”,  powiedział:  „Symfonicy  mają  zawsze
symfonie w głowach, pisarze zawsze pisarzy, budowlańcy zawsze budowlańców, tancerze
cyrkowi zawsze tancerzy cyrkowych, to nieznośne! Ale ja już przez całe życie zawsze się
obawiałem, obawiałem się już przez całe życie, że udusi mnie fetor świata”, powiedział.
„Straszne jest również to, że bieda jest zawsze biedą, a bogactwo bogactwem. A ja przez
całe życie mówię zawsze: chcę być tu i chcę być tam, i jestem nieszczęśliwy. Dlaczego?
Zadawanie takiego pytania jest również bezsensowne, jest niedozwolone! Mówimy zawsze
tak,  jakbyśmy  już  dawno  wszystko  omówili.  I  rzeczywiście,  doktorze,  wszystko  zostało
powiedziane.  Jednak  człowiek  ciągle  mówi  dalej,  mówi  ciągle  dalej  i  dalej  o  swoim
obrzydzeniu, mówiąc o swoim losie. Również filozofowie, drogi doktorze, prowadzą nas
zawsze  przez  muzeum,  które  znamy  już  na  pamięć,  to  muzeum  jest  nam  znane  w
najdrobniejszych  szczegółach.  A  jest  to  cuchnące  muzeum,  do  którego  prowadzą  nas
filozofowie,  gdy  tylko  zaczynamy  zajmować  się  ich  filozofiami.  O  wszystkich  filozofiach
mówi się zawsze, że otwierają okna i pozwalają wpłynąć do muzeum powietrzu, świeżemu
powietrzu, świeżemu powietrzu, drogi doktorze. Jednak prawdę mówiąc, od czasów Kanta
ani jednemu nie udało się przewietrzyć muzeum, ani jednemu, zapewniam pana! Od czasów
Kanta  świat  jest  światem  nieprzewietrzonym!  A  nauka  naśladuje  filozofię  i  porządkuje
całkowicie znane szaleństwo. Żyjemy drobnymi niespodziankami, które sobie sprawiamy,
bo  jesteśmy  uprzejmi,  czy  to  nie  jest  żałosne?  Że  wszystkiemu  mogę  powiedzieć  tak,  ale
wszystkiemu  również  nie.  Ludzie  stoją  zawsze  na  pozycji,  na  której  bycie  jest
bezsensowne.  I  w  ogóle  nie  ma”,  powiedział,  „praktyki,  istnieje  tylko  teoria.  W  muzyce
słyszymy  to,  co  czujemy.  Prawda  jest  tradycją,  a  nie  prawdą.  Ja”,  powiedział  książę,
„nigdy  nie  umiałem  się  zabawić,  nigdy  rozerwać.  Dosłowność  zawsze  mi  wszystko
unicestwiała. Dosłowność zawsze wszystko unicestwia. Ale nie ma już innej możliwości,
jak  tylko  od  urodzenia  zostać  wtłoczonym  w  dosłowność.  Kiedy  otwieramy  usta,
dopuszczamy  się  zabójstwa  czyjejś  opinii,  zabójstwa  opinii  i  samobójstwa.  Jeśli  jednak
nie  otwieramy  ust,  już  wkrótce  popadamy  w  obłęd,  w  szaleństwo,  nic  innego.  W
rozmowie, w rozmowie z samymi sobą, podnosimy, wyciągamy wszystko z coraz większym
wysiłkiem z ciemności i przywołujemy jako dowód, istniejemy wyłącznie w dowodach, i
tracimy  to  znowu  na  rzecz  ciemności.  Ale  tylko  czasem  dostrzegamy  w  rozmowie
rzeczywistą  brutalność  życia.  W  rozmowie  ożywiamy  zmarłych,  a  żyjących  zabijamy.  Tak
długo  posiłkujemy  się  tymi  teatralnymi  sztuczkami,  aż  wreszcie  jesteśmy  już  tylko  w
teatrze.  Kiedy  przebywam  w  bibliotece”,  powiedział  książę,  „wszyscy  sądzą,  że,  jako  iż

background image

przebywam  w  bibliotece,  zajmuję  się  książkami,  a  przynajmniej  atlasami,  przynajmniej
zadrukowanym papierem. Ja jednak, prawdę mówiąc, już od lat nie przeczytałem ani jednej
książki ani nie przestudiowałem żadnego atlasu, bo w bibliotece przebywam wyłącznie po
to, aby być w sobie samym. Świat bardziej jest przez nas zużywany, bardziej świat przez
nas, niż my przez świat. Drogi doktorze, opowiadam panu teraz historię natury! Procesy są
zawsze  inne.  Moje  życie  jest  zawsze  innym  życiem  niż  pańskie,  niż  pańskiego  syna,  niż
mojego syna itd..., ale kiedy ktoś mnie zapyta, chociaż nikt mnie nie pyta, jakim życiem jest
moje  życie,  powiem:  moim  życiem.  Istnieniami  konsekwentnymi!  mówię.  Wywołam  tym
śmiech.  Pogardę.  Powszechną  dezaprobatę.  Ciągle  się  boję,  że  zostanę  zapytany,  jakim
życiem  jest  moje  życie,  chociaż  wiem,  że  nikt  nigdy  mnie  nie  zapyta,  jakim  życiem  jest
moje życie. Tego pytania nie można mi zadać. To pytanie zadaje się zawsze tylko po to, aby
nie musieć go zadać, rozumie pan. Tak”, powiedział książę, „coraz bardziej uświadamiam
sobie przyczyny, coraz bardziej się starzeję. W istocie odczuwam zawsze, gdy myślę, czyli
myślę o ludziach, ich słabość jako słabość, która wywiera na mnie silną presję. Zdarzają
się  na  przykład  okresy,  kiedy  w  ogóle  nie  pisuję  listów.  Nie  piszę  nawet  do  syna.  Do
nikogo.  Nie  prowadzę  korespondencji,  jestem  niezdolny  do  nawiązywania  kontaktów.
Potem  znów  dniami  i  nocami  piszę  listy,  kartki,  bez  przerwy,  a  w  tych  listach  i  na  tych
kartkach  jest  napisane  wyłącznie  to,  że  nie  pisuję  ani  listów,  ani  kartek,  i  że  nie  chcę
żadnych  kontaktów.  Kiedy  jestem  na  łonie  natury”,  powiedział,  „myślę,  że  lepiej  jest  nie
być na łonie natury, kiedy nie jestem na łonie natury, myślę, że muszę być na łonie natury.
Wskutek tego, wskutek tych spekulacji, starzeję się, marnieję”. Pragnąłem wejść do środka,
zobaczyć  wnętrze  zamku,  ale  książę  ani  myślał  przerywać  swojego  „spaceru”,  w  żadnym
celu. On i mój ojciec przechadzają się na ogół przez kilka godzin po murach zewnętrznych
albo  wewnętrznych  i  ojciec  jest  zawsze  słuchaczem  księcia.  Tego  dnia  mój  ojciec  chciał
wrócić  do  domu  wczesnym  wieczorem,  miał  umówionych  pacjentów,  którzy  niechybnie,
pomyślałem,  teraz  już  od  dłuższego  czasu  siedzą  w  jego  poczekalni.  Książę  nas  jednak
zatrzymywał.  Ojciec  nie  mógł  odejść.  Również  mnie  opowieści  księcia  niezwykle
interesowały.  Wieczorem  nie  było  wcale  zimno,  przeciwnie,  mogliśmy  spokojnie  zdjąć
marynarki.  Nie  chciałem  jednak  zdejmować  marynarki  w  obecności  księcia.  „Wolność
opina mój umysł niczym pancerz”, powiedział książę, „absolutna wolność, którą wszakże
mam,  ale  się  nią  dławię.  Jestem  skonstruowany  całkowicie  wbrew  rzeczywistości”,
powiedział. „Przez większość czasu, doktorze, będzie się pan śmiał, znajduję pocieszenie
wyłącznie w braku pociechy. Kiedy jestem sam, mam ochotę być wśród ludzi, kiedy jestem
wśród ludzi, mam ochotę być sam. Zadaję sobie ogromny trud”, powiedział, „by zrozumieć
inne  umysły  niż  tylko  swój  własny,  ale  nie  rozumiem  innych  umysłów.  W  istocie  jestem
bezradny. To absolutnie możliwe, że umrę na wariactwa innych, na choroby innych, a nie na
swoje  własne  wariactwa,  nie  na  swoje  własne  choroby,  albo  przynajmniej  nie  tylko  na
swoje  własne,  nie  tylko  na  cudze.  Natura  wypełnia  mnie  całego,  widzi  pan,  doktorze,  ja
jednak duszę się tą wypełniającą mnie w całości naturą. Rzeczywistość przedstawia mi się
zawsze  jako  okrutne  przedstawienie  wszystkich  pojęć.  Teatralne  efekty,  myślę  zawsze,

background image

ucieczka  przed  myśleniem,  myślę  zawsze.  Bo  przecież  wszyscy  jesteśmy  skazani  na
myślenie,  że  nic  a  nic  nie  jest  rzeczywiste.  Spróbujmy,  mówią  wczesne  wieki,
filozoficznie,  spróbujmy  praktycznie,  mówią  późniejsze,  spróbujmy  praktyczno-
filozoficznie,  mówi  natura.  Ostatnio  natomiast”,  powiedział  książę,  „sądzi  się,  że  postęp
jest adhezyjno-matematyczny. Ta tendencja w całości odnosi się do śmierci, jak czujemy,
możemy patrzeć, na co przyjdzie nam ochota. Nasi nauczyciele nie żyją i wskutek zawsze
przedwczesnej śmierci uchylają się od odpowiedzialności. Nasi nauczyciele zostawili nas
samych.  Przyszłość  nie  wyłoniła  jeszcze  nauczycieli,  a  ci  z  przeszłości  już  nie  żyją.  Po
niektórych  ludziach”,  powiedział  książę,  „widać,  że  wszystko  na  (i  w)  nich  jest  tylko
teoretyczne,  u  innych  natomiast  to,  co  nimi  ciągle  powoduje,  nie  jest  ani  teoretyczne,  ani
praktyczne. Co potem? Jednak żaden człowiek nie ma nigdy możliwości być praktycznym.
Żyjemy  dzięki  założeniu,  że  problemy  są  w  nocy  nieprzezwyciężalne,  a  w  dzień
przezwyciężalne.  To  umożliwia  filozofowanie.  Kiedy  zaczynamy  myśleć  o  tym,  w  jaki
sposób idziemy”, powiedział, „marsz już po chwili staje się niemożliwy, kiedy natomiast
zaczynamy  myśleć  o  tym,  w  jaki  sposób  filozofujemy,  już  po  chwili  niemożliwe  staje  się
filozofowanie.  Kiedy  zaczynamy  myśleć  o  tym,  w  jaki  sposób  jesteśmy,  rychło  się
rozwiewamy. Możemy też, jeśli się nam spodoba”, powiedział książę, „pociągnąć granicę
na wskroś jakiegoś człowieka i raz z jednej, raz z drugiej strony tej granicy wchodzić weń,
nie przekraczać granicy i znowu z niego wychodzić. Kultury”, powiedział książę, „stawiają
nam żądania niemożliwe do spełnienia. Najstarsze kultury — największe. Ale marniejemy
wskutek  własnej.  Podobnie  jak  marniejemy  wskutek  własnych  religii,  a  twierdzimy:
wskutek  natury.  Konieczne  jest”,  powiedział  książę,  „żeby  obraz  świata,  wszystko  jedno
jaki  i  kiedy,  został  przez  nas  zniszczony,  żebyśmy  zawsze  niszczyli  wszystkie  obrazy.
Rozum”, powiedział, „jest dyktatorski, nie istnieje rozum republikański. Człowiek myślący
w  coraz  większej  mierze  znajduje  się  w  olbrzymim  sierocińcu,  gdzie  nieustannie
udowadnia  mu  się,  że  nie  ma  rodziców.  Nikt  z  nas  nie  ma  rodziców,  nigdy  nie  jesteśmy
samotni,  ale  zawsze  sami.  Już  teraz  od  dawna  tworzymy  światową  legię  cudzoziemską
umysłu, wszyscy razem.  I”, powiedział, „wiedząc  przecież, że nie  będąc osądzonymi, nie
istniejemy,  pragniemy  nieustannego  surowego  sądu,  który  bez  przerwy  rozumiemy  i
wskutek  tego  cierpimy.  Dopóki  się  nie  znużymy,  podchodzimy  do  siebie  zawsze  tak,
jakbyśmy byli cechami charakteru. Naturalnie kobiety opanowują tę sztukę trochę słabiej.
Ale  nikt  nie  potrafi  opanować  jej  w  pełni.  Czy  byłoby  możliwe”,  zapytał  książę,  „żeby
powietrze  tutaj  było  powietrzem  metafizycznym?”  Mój  ojciec  nie  odpowiedział.  „Idźmy
dalej”, powiedział książę. „To, co wdychamy, to też wyłącznie cyfry i liczby, co do których
jedynie snujemy przypuszczenia, że są naturą. Każdy przedmiot ma w naszych oczach formę
świata,  sprowadzonego  do  jego  dziejów,  wszystko  jedno,  o  jaki  przedmiot  chodzi.
Również  pojęcia,  które  umożliwiają  nam  zrozumienie,  przyjmują  dla  nas  formę  świata,
zarówno  wewnętrzną,  jak  i  zewnętrzną  formę  świata.  Jeszcze  nie  przezwyciężyliśmy
świata  w  swoim  myśleniu.  Posuniemy  się  dalej  dopiero  wtedy,  gdy  w  swoim  myśleniu
całkowicie zostawimy świat w tyle. W każdej chwili musimy umieć zlikwidować wszelkie

background image

pojęcia.  Dzieciństwo”,  powiedział,  „nie  stanowi  fundamentu,  a  zatem  jest  zabójcze.
Podobnie jak dawniej często opuszczałem Gobernitz”, powiedział książę, „i wszystko, co
się z nim wiąże, powierzałem zarządcy, tak i teraz często opuszczam swój mózg i oddaję go
we władzę jakiemuś zarządcy. Każda sytuacja”, powiedział, „jest zawsze w jednej chwili
całkowicie  politycznym  fatalizmem.  Moja  świadomość  jest  zawsze  w  jednej  chwili
absolutnie  kategoryczna,  hipotetyczna,  dysjunkcyjna.  Bardzo  możliwe,  że  rekiny  istotnie
fruwają w powietrzu, po lasach, bo przecież nic nie jest fantastyczne... Z każdego listu, w
którym nie ma o tym ani słowa”, powiedział książę, „wyczytuję ciągle, że człowiek piszący
dany  list  jest  rozgoryczony  swoim  losem.  Widzę,  jak  znajdując  się  głęboko  pod
powierzchnią  rozpaczy,  stara  się  porozumieć  na  powierzchni,  widzę,  jak  usiłuje
sprowadzić na manowce to, co go na nie sprowadziło, itd... Komiczny lub wesoły element
w ludziach objawia się najbardziej poglądowo w ich udręce, podobnie jak element udręki
w  ich  komicznych,  wesołych  itd...  Gwiazdy,  ciała  niebieskie  w  ogóle”  (których  nie
widzieliśmy),  powiedział  książę,  „stają  się  z  wolna  symbolami,  za  jakie  zawsze  je
uważaliśmy.  Wskutek  tego  łudzimy  się,  że  istnieje  Stwórca.  Rozum,  drogi  doktorze,  jest
alogiczny.  Ratunek  istnieje  tam,  dokąd  nie  idziemy,  ponieważ  nie  możemy  zawrócić.  Im
większe  trudności,  tym  bardziej  lubię  żyć,  to  zdanie  często  całymi  nocami  ciągałem  po
swoim  umyśle  i  wygładzałem.  Ponieważ  określamy  przedmiot  poprzez  wyobrażenie,
wydaje nam się, że go doświadczamy. Ale zjawiska, które rozpoznajemy jako nasze własne
przesłanki,  są  w  rzeczywistości  niemożliwe.  Mamy  świadomość  wyobrażeń  i  ona  musi
nam  wystarczyć.  Poezję,  ponieważ  w  rozumny  sposób  jesteśmy  zdystansowani  wobec
rzeczywistości. Jeśli problematyka naszego życia dochodzi do naszej świadomości, wydaje
nam  się,  że  jesteśmy  filozoficzni.  Ciągle  obciąża  nas  to,  czego  dotykamy,  zawsze  więc
jesteśmy  wszystkim  obciążeni.  Nasze  życie,  które  nie  jest  naturą,  jest  dla  nas  jednym
wielkim  obciążeniem.  Przy  złej  pogodzie  (złej  widoczności!)  otrzymujemy  ostrzeżenie,
byśmy  nie  wspinali  się  na  wyższe  albo  wręcz  najwyższe  szczyty.  Jesteśmy  dalej”,
powiedział książę, „znużeni, jeśli znużyła nas spekulacja. Oczywiście każdy raz po raz się
chroni,  mówiąc:  ja  nie  mam  z  tym  nic  wspólnego!  i  jest  to  jego  prawo.  Ja  też  przecież
mówię bez przerwy, że nie mam z tym nic wspólnego, ja z niczym nie mam nic wspólnego.
Ale  razem  jesteśmy  wszakże  akcydentalni.  Nie  kłamiąc,  szybko  się  nużymy.  W  ziemi  są
fundamenty,  czujemy,  nie  myśląc,  w  niższych  warstwach,  i  ogarnia  nas  lęk.  Czy  zawsze
wymagamy  zbyt  wiele  od  innych?”,  zapytał  książę.  „Nie”,  odpowiedział  sam  sobie,  „nie
myślę.  Wychodzę  jakiemuś  człowiekowi  naprzeciw  i  myślę:  co  ty  myślisz?  Czy  mogę,
zadaję sobie pytanie, przebyć wspólnie z tobą kawałek drogi w twoim mózgu? Odpowiedź
brzmi: nie! Ani kawałka drogi nie możemy przebyć wspólnie w jednym mózgu. Zmuszamy
się, żeby nie dostrzegać własnych otchłani. Ale do końca życia spoglądamy w dół, w swoje
fizyczne, jak i psychiczne otchłanie (nie dostrzegając ich). Choroby systematycznie niszczą
nasze życie, podobnie jak sama siebie niszczy coraz bardziej wadliwa ortografia”. Książę
powiedział: „Każdy dyskutuje bez przerwy sam ze sobą i mówi: nie ma mnie. Z kolei każde
pojęcie  jest  w  sobie  nieskończenie  wieloma  pojęciami.  Zawsze,  od  najwcześniejszego

background image

dzieciństwa,  odczuwałem  potrzebę,  żeby  zapuścić  się  w  swoje  fantazje,  i  zawsze  zresztą
zapuszczałem się w nie daleko, zawsze dalej niż ci, których do tych fantazji zabierałem, jak
na  przykład  siostry,  jak  córki  i  syna.  Podobnie  jak  oni  nie  mają  odwagi  wejść  naprawdę
nieskończenie  w  rzeczywistość,  nie  mają  również  odwagi  wejść  naprawdę  nieskończenie
w fantazje, w fantastyczność. Dużo mówimy o chorobie”, powiedział książę, „o śmierci i
skupieniu  człowieka  na  chorobie  i  śmierci,  ponieważ  nie  umiemy  ich,  choroby  i  śmierci
oraz  skupienia  na  chorobie  i  śmierci,  sobie  wyjaśnić.  Dlaczego  mamy  poświęcać  się
zewnętrznemu  przedstawieniu,  zewnętrznej  akcji  na  powierzchni  życia?  I  zniżać  się  do
niej tak bezsensownie, mimo iż jesteśmy stworzeni do wewnętrznego przedstawienia itd.?
Mistyczność  w  nas  prowadzi  prosto  w  alegorię  rozumu:  jesteśmy  zrozpaczeni.  Wczoraj”,
powiedział  książę,  „zapytano  mnie,  gdzie  właściwie  leży  Hochgobernitz.  Czy  na
wschodzie,  czy  na  zachodzie?  O  to  mnie  zapytano.  Natychmiast  odpowiedziałem:  na
wschodzie! I powiedziałem: naturalnie na wschodzie! Ale w drodze do domu — byłem w
wąwozie! — pomyślałem, że przecież mogłem odpowiedzieć: na zachodzie! Naturalnie na
zachodzie! Słuchaczowi”, powiedział Saurau, „zawsze mówi się to, co on wie, ale czego
nie rozumie. My zaś rozumiemy bardzo wiele rzeczy, których nie wiemy”, powiedział. „Z
posiadanymi  słabościami,  doktorze,  trzeba  naturalnie  coś  robić.  Ja  tylko,  mając  na
względzie syna, zadaję sobie pytanie, jakie są zadania mężczyzny, którego natura obdarzyła
bez  wątpienia  niezwykłym,  chociaż  politycznym  talentem,  zwłaszcza  gdy,  jak  udaje,  czci
ojca swego, a matkę swoją (jej nie, bo ona nie żyje!) idealizuje. Rodzice wierzą, że mają
prawo oczekiwać od syna porządnego, chociaż nie nadzwyczajnego życia, mam więc, jak
sądzę, do tego prawo. Takie zatem jest twoje wychowanie: studiujący w Londynie młody
człowiek  jako  czujący  się  dobrze  tylko  za  granicą  egzaltowany  marzyciel...  niszczący  się
człowiek, w kategoriach politycznych oddalający się, jak mi się zdaje, coraz bardziej ode
mnie,  a  więc  i  od  siebie,  osoba  o  wątpliwym  charakterze,  długo  nieudzielająca  na  moje
listy  żadnych  odpowiedzi,  a  później  jedynie  bardzo  krótkich.  Takiego  syna  akceptuję!
Wszystkie te listy od syna”, powiedział książę, „w rzeczywistości nie są w ogóle listami,
to  tylko  krótkie  tablice  z  zakazami,  które  mój  syn  ustawia  dookoła  siebie,  jak:  Wstęp
wzbroniony! itd..., te listy, w których wcale nie ma odpowiedzi na moje pytania, pochodzą
z cuchnącej atmosfery jego pokoju w Londynie. Mój syn, oszalały uczony, badający coś, co
dawno zostało zbadane, na przykład masy, które dzisiaj nikogo nie interesują. Masy nikogo
więcej nie interesują, ponieważ masy już są u władzy. A ten syn, myślę, siedzi w Anglii i
nawet przez chwilę nie pomyśli, że jednak musi ponieść wielką winę... Życie mojego syna,
w  którym  to  życiu  jest  za  mało  przyzwoitości,  wydaje  mi  się  tępym  błądzeniem  po
wszystkich  dziedzinach  wiedzy.  Nigdy,  jeśli  chodzi  o  syna  i  o  mnie,  jeśli  chodzi  o  nasze
wzajemne  relacje,  nie  odczuwałem  przyjemności  regularnej  korespondencji,  nigdy.  On
pisze  właściwie  tylko  z  prośbą  o  pieniądze,  to  wszystko.  Nie  interesuje  go,  że  my  tutaj
marniejemy. Że w swoim życiu jesteśmy przykuci do Hochgobernitz. Wszystko, o czym syn
do  mnie  pisze,  to  wyciągi  z  ludzkiego  działania,  dowodzące  mi,  że  bezużytecznie  trwoni
zarówno  swoje  talenty,  jak  i  moje  pieniądze.  On,  widzę  to  coraz  wyraźniej,  wpadł  w

background image

koleiny  maspolitycznego  masowego  szaleństwa,  które  nie  jest  takie  śmieszne,  żeby  w
przyszłości  nie  mogło  jeszcze  wszystkiego  zniszczyć.  My  wszyscy”,  powiedział  książę,
„zawsze  w  straszliwy  sposób  cierpieliśmy  przez  mojego  syna.  Ale  on  naturalnie”,
powiedział,  „może  robić,  co  chce”.  W  nauki  da  się  zajrzeć  jak  w  krajobraz,  powiedział
książę,  „w  którym  wszystkie  pory  roku  są  zawsze  równoczesne.  Nasze  państwo”,
powiedział, 

„to 

system 

prawny, 

opierający 

się 

na 

wszystkich 

możliwych

niegodziwościach”. Każdy rząd upada wskutek swojej niemożności. „Śpimy”, powiedział,
„i  śnimy  świat,  stworzony  przez  wiele,  przeważnie  cudzych  umysłów  równocześnie  z
naszym, co nas zadziwia, bo nie możemy wiedzieć, że my to nie zawsze tylko my. Od czasu
do  czasu  odkrywamy  człowieka,  częściej  w  mieście  niż  na  wsi,  w  którego  twarzy  nie
potrafimy absolutnie nic odkryć, a to przysparza nam bólu. Ale nie możemy powiedzieć, że
ten człowiek jest głupi. Często przechadzam się tam i z powrotem po bibliotece, myśląc, że
inni myślą, że przechadzam się w zamyśleniu tam i z powrotem po bibliotece, podczas gdy
ja  przechadzam  się  po  bibliotece  zupełnie  bezmyślnie.  Tak  jak  dzieci  często  udają  przed
rodzicami  śpiące  albo  wręcz  martwe,  żeby  ich  przerazić,  ja  udaję  zamyślonego.  Często
podczas  jakiejś  rozmowy”,  powiedział  książę,  „uspokaja  nas  przypuszczenie,  że  świat
naszego rozmówcy jest wyższy i głębszy niż nasz własny akurat o to, co zabójcze. Przecież
absolutnie  możemy”,  powiedział,  „przejrzeć  daną  sprawę  na  wskroś  zarazem  w  jej
bezmiernie  szerokiej,  jak  i  bezmiernie  dalekiej  perspektywie.  W  listach  relacjonujemy
sobie wzajemnie zawsze to, co wydaje się nam ważne, często tylko szczegóły, żeby opisać
drobiazgi  z  drogi,  którą  nasza  osoba  przebywa,  podążając  ku  swojemu  kresowi  i
pokładając  ufność  w  innej  osobie,  przemierzającej  tę  samą  drogę.  Określonym,  niemiłym
nam  postaciom  nie  pozwalamy  wystąpić  w  teatrze,  który  robimy;  a  gdy  wpychają  się  do
naszego  teatru,  przepędzamy  je.  Jeżeli  w  pełni  uświadamiamy  sobie  mechaniczność
własnych  ciał,  zapiera  nam  to  dech.  W  ostatnich  czasach”,  powiedział,  „udawało  mi  się
przejrzeć ludzi lepiej niż mechanizm i to zawsze dokładnie w takich miejscach, w których
ten  mechanizm  rozpadnie  się  najpierw  (będzie  musiał  się  rozpaść).  I  widzę  bardzo
wyraźnie, że to ja utrzymuję wszystkie te mechanizmy w ruchu. Najpierw przybywamy do
miast,  aby  odwiedzić  wielu  ludzi”,  powiedział,  „jednych  się  zna,  innych  nie,  mamy
wrażenie, że trzeba ich odwiedzić, i właśnie dlatego przybywamy w ogóle do tych miast,
żeby  poprzez  kontakty  międzyludzkie  czy  wręcz  kontakty  z  ludźmi  rozprzestrzenić  się  w
całych tych miastach, a wreszcie na całym świecie. Potem”, powiedział, „przybywamy do
miast, nie chcąc już nikogo spotykać, tylko po to, żeby się lepiej ukryć, żeby lepiej skupić
się  na  sobie  samych,  kiedy  wchodzimy  do  miast,  w  masy,  kiedy  się  zanurzamy.  W  te
miasta,  w  które  mogę  się  zanurzyć,  zniknąć  w  nich,  bardzo  często  zagłębiam  się  wręcz
nadmiernie przez sen”, powiedział książę, „a przez to obumierająco. Myślenie jest zawsze
przedstawiane jako krócej lub dłużej zamieszkiwany gmach, każdy mówi o gmachu  myśli,
do  którego  wszyscy,  filozofowie  i  ich  zwolennicy,  w  mniejszym  lub  większym  stopniu
wchodzą  i  z  którego  wychodzą  podenerwowani.  Myślenia  niepodobna  przedstawić.  Dla
mnie moje myślenie  to: prędkości, których  nie widzę”. Książę  powiedział: „Moje siostry

background image

zostały jak ja spłodzone od niechcenia. Ojciec próbował mnie często przekonywać, że było
wręcz  odwrotnie,  także  matka.  Potem  nagle  zacząłem  się  obojga  bać”.  Powiedział:
„Wstrząsająca  nie  jest  szpetota,  lecz  bezkrytycyzm  ludzi.  Często  całymi  godzinami
spaceruję ze starszą siostrą po lesie, nie zamieniając z nią ani słowa. Ona nie zauważa, że
przez cały czas rozmawiamy tylko o niej, gdy tak bez słowa idziemy przez las. Jej nuda jest
nudą całkiem odwrotną do mojej: próba wniknięcia w jakąś sprawę stanowi równocześnie
próbę  wyjścia  z  tej  sprawy  (małżeństwo,  spekulacja  filozoficzna  itd.).  Dawniej”,
powiedział  książę,  „byłem  zawsze  dobrze  usposobiony  wobec  ludzi,  teraz  jestem
usposobiony zazwyczaj źle. Mniej wysiłku kosztuje dojście od początkowo złego stosunku
do  dobrego  niż  odwrotnie,  od  początkowo  dobrego  do  złego.  Kiedy  wsłuchasz  się
dokładnie”,  powiedział  książę,  „usłyszysz,  że  opowiada  ci  się  zrytmizowaną  pod  twoim
kątem,  ciągle  twoją  własną  historię,  przedstawiając  ją  jako  przykład.  Taką  obserwację
możesz poczynić wszędzie, wszystko jedno gdzie, przede wszystkim w podróży, na dużych
stacjach kolejowych, w poczekalniach. Czytasz gazetę i czujesz, jak osłabia cię, opanowuje
i  zabija  twoja  choroba,  która  jest  w  gazecie,  w  każdej  linijce.  Gdybyśmy  zawsze  szli  w
jednym  kierunku”,  powiedział  książę,  „bylibyśmy  w  najnaturalniejszy  sposób  w  naturze.
Często mnie pytano, dlaczego nie mam psa. Dlaczego na Hochgobernitz nie ma psa. Zawsze
wtedy  odpowiadam:  ponieważ  tu  nie  ma  psa.  Ciemność  całkowicie  zależy  od  geometrii.
Zawsze powinniśmy rozpatrywać wszystko pod kątem geometrii, od której wszystko zależy.
Śmieszna  w  ludziach,  drogi  doktorze”,  powiedział  książę,  „jest  w  istocie  ich  całkowita
niemożność  bycia  śmiesznymi.  Jeszcze  nigdy  nie  widziałem  śmiesznego  człowieka,
chociaż  w  większości  ludzi,  których  widuję,  wszystko  jest  śmieszne.  W  tym  domu”,
powiedział,  „wszystko  sprawia  wrażenie  rozumnego,  i  nigdy  nie  słyszałem,  żeby  ktoś
mówił o tym domu inaczej niż jako o rozumnym domu, ale prawdę mówiąc, w tym domu
nie ma ani odrobiny rozumu. Podobnie jak w wypadku większości ludzi, których spotykamy
i których nazywamy rozumnymi, nie ma ani odrobiny rozumu, nie może być. Hochgobernitz
jest  absolutnie  rozumne,  ale  bez  odrobiny  rozumu  itd.  Przez  kilkadziesiąt  lat,  wszędzie,
gdzie  chciałem  mieć  drzewa,  usiłowałem  je  sadzić,  widzi  pan,  zasadziłem  setki,  tysiące,
setki  tysięcy  drzew.  Teraz  ich  już  nie  sadzę,  teraz  widzę  tylko  te  zasadzone  przez  siebie
setki tysięcy drzew,  patrzę na nie.  Zwykłe patrzenie nie  przynosi zadowolenia. Wszystkie
drogi  są  drogami  zaprojektowanymi  przez  ludzi.  W  najlepszych  chwilach  mówisz
językiem”,  powiedział  książę,  „który  każdy  rozumie,  ale  ciebie  nie  rozumie  nikt”.
Powiedział: „Podobieństwo do mnie (do wszystkiego) jest często posunięte tak daleko, że
już sam nie wiem, czy jestem tam (gdzie nie mogę być), czy też tam, gdzie już mnie nie ma.
Twarze się starzeją, podobnie jak to, co w nich nikczemne, subtelne”, powiedział. „Słyszę
w  nocy  najdziwniejsze  ptaki,  chociaż  wiem,  co  to  za  ptaki,  mimo  iż  w  nocy  są  całkiem
inne. Na dworze za oknem, krążąc nad Hochgobernitz, są inne. Kiedy biorę je do ręki, są to
ptaki,  które  wszyscy  znają.  Mój  stosunek  do  zwierząt  polega  na  tym,  że  każę  im  mówić
ludzkim  językiem,  czystą  mową  uczuć,  i  praktykują  one  ludzkie  myślenie.  Zwierzęciu
przypisuję  filozoficzną  treść  i  jestem  zawsze  bardzo  bliski  opanowania  doskonałej

background image

gramatyki  natury,  z  którego  to  przecież  powodu  również  boję  się  zwierząt.  Wykształcony
człowiek  sądzi  zawsze,  że  musi  brać  naturę  w  obronę,  chociaż  jest  przez  nią  absolutnie
opanowany”, powiedział. „Dzisiaj w nocy, we śnie, podróżni opowiadali mi, że w trakcie
podróży  na  mgnienie  oka  zostało  zniesione  wszelkie  ograniczenie  prędkości,  w  wyniku
czego  wszystko  było  możliwe.  To  mgnienie  oka  było.  Życie  trwa  równie  długo  jak
przygotowywanie się na śmierć, ile trzeba. Rozmawiamy z jakimś człowiekiem, oddaleni
od  niego  o  setki,  tysiące  kilometrów,  a  ten,  do  kogo  się  zwracamy,  nawet  o  tym  nie  wie.
Pytamy zamiast niego. Odpowiadamy za niego. A kiedy go spotykamy, wydaje się nam, że
istotnie prowadził z nami rozmowę, która go jeszcze bardziej od nas oddaliła. Częstokroć
mówię w taki sposób, że zostawiam mojemu rozmówcy bardzo dużo czasu do namysłu, z
samym  sobą”,  powiedział.  „W  wyższym  społeczeństwie  to  niższe  wydaje  się  sobie
użyteczne,  w  niższym  natomiast  to  wyższe  —  niepotrzebne”,  powiedział  książę,  a  potem:
„o ludziach, każdym z osobna, można świetnie myśleć niczym o publikowanej codziennie w
gazecie  powieści  w  odcinkach,  która  następnie  jest  przedrukowywana  w  naturze.  W
redakcjach  panuje  jednak  straszna  samowola,  do  której  świat  codziennie  przykłada
największą  wagę,  jak  widać.  A  poeci”,  powiedział  książę,  „posługują  się  prawdą
nieprzydatną filozofom”. On może wyjaśnić nam całe otoczenie, powiedział książę, kiedy
już długo szliśmy powoli po murze zewnętrznym, „również po ciemku”, powiedział. „Urok
tego widać jednak, gdy to ja podejmuję tę próbę, tylko dla siebie, a więc nie wyjaśnię panu
otoczenia. Sama ciemność umożliwia przecież, żebyśmy szli tu i teraz tędy, którędy akurat
idziemy”,  powiedział,  a  potem:  „Często  słyszę,  że  przyjedzie  mój  syn,  pytam  więc  jego
siostry,  moje  siostry,  czy  one  również  to  słyszą,  bo  ja  słyszałem  to  wyraźnie.  One  nie
słyszą. Co chwila podchodzę do okna i wyglądam, czy syn nadjeżdża. Wiem, że przyjedzie
dopiero  za  cztery,  pięć  godzin,  ale  już  od  dawna  wyglądam  przez  okno.  Całymi  dniami
słyszę, jak przybywa. Całymi dniami, jak zmierza ku mnie, podczas gdy ja jestem nim coraz
bardziej rozczarowany. Od wielu lat mam już też przed oczami swoją śmierć i to, jak owo
wymyślone  obumieranie  staje  się  powoli  rzeczywiste,  wymyślone  zbliżanie  się  syna  —
rzeczywiste.  Całymi  godzinami  przyglądam  się  panującemu  tu  spokojowi.  Wiem,  że  ten
spokój zawsze tutaj panował, jest to zupełnie niezmienny spokój, który mnie zmienił, który
mnie zmienia, który zmienia nas wszystkich. Czas, doktorze, to sam spokój wobec natury.
Kiedyś”, powiedział książę, „cofałem codziennie w Hochgobernitz wszystkie zegary, jeden
po drugim, o godzinę, tak że naraz byliśmy w Hochgobernitz o trzy dni do tyłu. Mógłbym
przestawiać zegary jeden po drugim, w Hochgobernitz o wiele dni, tygodni, lat. Sprawiało
mi  to  przyjemność.  Kto  codziennie,  choćby  tylko  o  kilka  chwil,  żyje  dłużej,  otrzymuje  na
koniec całe życie”, powiedział książę. „Przyzwyczajenie, żeby raz w tygodniu zdejmować
ze  ścian  w  Hochgobernitz  wszystkie  obrazy  i  zamieniać  je  ze  sobą  miejscami,  i  to  tylko
według jedynie mnie znanego systemu, cztery do przodu, dwa wstecz, potem znów sześć do
przodu, osiem wstecz, zachowałem przez te wszystkie lata aż po dzień dzisiejszy. Zarówno
siostrom,  jak  i  córkom  objawiam  się;  objawiam  się  im  jak  wariat,  kiedy  mnie  widzą.
Perfidne  wyszydzanie  perfidii”,  powiedział  książę,  „w  ciągle  tym  samym  materiale

background image

poglądowym, który wszyscy tu w Hochgobernitz mamy do dyspozycji. Jak pomyślę o tym
mnóstwie  bali  kostiumowych,  maskowych,  uroczystości  ogrodowych,  uroczystości
pawilonowych,  przedstawień,  któreśmy  tu  już  zorganizowali,  widzieli!  O  tych  tysiącach
ludzi,  którzy  wchodzili  na  górę,  znowu  schodzili!  Słyszę  czasem,  jak  przyjeżdżają,
odjeżdżają, wyłaniają się, schodzą, widzę ich w moim rytmie starzenia się. Słyszę, jak się
śmieją.  Obumierając,  słyszę  ich  w  śmiechu.  Śmiech  jest  tam  w  górze  najwyraźniej
praludzki”,  powiedział  książę.  „Hochgobernitz  jako  centrum  czystej  przyjemności”,
powiedział,  „czarodziejskich  sztuczek.  Tutaj”,  powiedział,  „najsławniejsi  magicy
pokazywali  dawniej  swoje  triki,  śpiewali  tu  najsławniejsi  pieśniarze,  grali  najsławniejsi
aktorzy, czytali najsławniejsi pisarze, filozofowali najsławniejsi filozofowie, tutaj zbierali
się kiedyś najsławniejsi ze wszystkich wirtuozów. Wirtuozeria świata gromadziła się tutaj,
aby  się  pożegnać.  Tutaj”,  powiedział  książę,  „wszystko  było  kiedyś  zawsze
najkosztowniejsze,  najbardziej  wyszukane,  wprawiało  w  największe  osłupienie.  W
pewnych  okresach  mówiono  tu  wszystkimi  językami  świata.  Hochgobernitz”,  powiedział
książę,  „jako  szczytowy  punkt  jego  historii  w  historii.  Udręka  jest  w  moim  ciele”,
powiedział  książę,  „niczym  drugie  ciało,  w  moim  całym  ciele  niczym  drugie  całe  ciało.
Śnię  o  swoich  zdumiewających  studiach,  z  których  zrezygnowałem,  ze  wszystkich,  bo
przecież  już  nie  studiuję.  Ciągle  przechadzam  się  tutaj,  śniąc  o  studiach,  z  których
zrezygnowałem,  o  życiu,  z  którego  zrezygnowałem,  tam  i  z  powrotem.  Niezależny  w  tym
wysoko położonym więzieniu, tam i z powrotem. Czym jest tradycja, jeśli nie perfekcyjnie
zagraną,  ale  przecież  nieznośną  komedią,  która  ponieważ  stała  się  taka  niezrozumiała,
zamraża  nasz  śmiech,  w  powietrzu,  zamraża  nas?  Gra  się  tutaj  przedstawienie,  wszystko
jest  tu  zamrożone  itd.  W  tym  przedstawieniu  panują  zamrożone  kondycje  umysłowe,
fantazje, sentencje filozoficzne, idiotyzmy — zakrzepłe w szczytowym punkcie szaleństwo
masek.  Przechodząc  obok  tych  murów,  przechadzając  się  po  tych  murach”,  powiedział
książę, „słyszę, jak powiększają się szczeliny, jak zapowiada się absolutny upadek fantazji
świata.  Odpycha  mnie  coś,  co  jest  mi  bardzo  bliskie,  a  nie  to,  co  absolutnie  poufałe.  W
mojej głowie rozprzestrzenia się spokój, który w pewnym momencie ją roztrzaska. Słyszę,
jak absolutnie wtajemniczeni rozmawiają o mnie doniośle, udając przede mną strach. Moja
słabość  była  jednak  zawsze  moją  siłą,  jestem  ze  słabości.  Kiedy  śnię,  kieruję  najpierw
uwagę na cały świat, potem dopiero na sen, który śnię, podczas gdy opracowuję go ściśle
pod względem naukowym. Uczucie, pozwalające człowiekowi na dłuższy czy krótszy czas
umknąć  przed  śmiercią  —  doświadczamy  go  często  —  jest  dla  mnie  niezdarnie  spięte  z
długimi  zrozumiałymi  bądź  niezrozumiałymi  zdaniami.  Z  książek  dowiadywałem  się
zawsze,  jaki  jestem  nieszczęśliwy,  jaki  bezwzględny,  jaki  nieobliczalny,  wrażliwy,
zbyteczny.  Cały  naród”,  powiedział  książę,  „w  trwającej  całe  stulecia  nieświadomości,
uprawiający w tej nieświadomości historię; nigdy wcześniej nie uświadamiałem sobie tego
stanu  wyraźniej  niż  teraz.  Głębszy  sens  wielu  przedmiotów  razem  wziętych  nie  wyjaśnia
się nam, gdy wyjaśnia się nam jeden po drugim głębszy sens każdego przedmiotu, historia.
Wypracowałem  sobie  wyobrażenie,  podczas  gdy  przez  całe  życie  na  to  wyobrażenie

background image

(metafizycznie)  pracowałem,  żyłem,  istniałem,  byłem  maltretowany,  denuncjowany.  W
nerwach, doktorze, porusza się takie konstelacje, wskutek czego jest doskonały chaos. Kto
inny  może  teraz,  o  tej  porze  roku  i  w  tym  stuleciu  chodzić  po  murze,  na  zmianę  po
wewnętrznym i po zewnętrznym, jak my (może doktor?), w zgodzie z tym, co przynosi mu
duchową  korzyść,  i  mówić  sobie  dokładnie,  jak  ja:  nie  mam  nic.  Nic.  Nie  boli  mnie  to,
dręczy  mnie  tylko.  Wszystko  jest,  myślę,  wyłącznie  geometrią  rozłamów,  zwątpień,
cierpień,  w  końcu  udręki”,  powiedział  książę.  „Stoję  przy  oknie  i  widzę  siebie  na
dziedzińcu,  na  murze  wewnętrznym.  Obserwuję  się.  Rozumiem  siebie,  gdy  się  tak
obserwuję, nie rozumiem siebie. Mam cztery lata, mam czterdzieści lat. Bawię się ze sobą,
gram,  badam,  myślę.  Wołają  mnie,  jest  letni  wieczór,  woła  mnie  babka,  dziadek,  matka,
ojciec.  Oni  wołają  mnie.  Widzę  jedno  za  drugim,  stojąc  przy  oknie  —  dziadka,  babkę,
ojca, matkę, żonę. Pory roku się zmieniają, podczas gdy ja stoję przy oknie, bez przerwy.
Wszyscy mnie wołają. Ojciec ma na sobie zimowe ubranie, dziadek zimowe palto, babka
kożuch, matka kostium do jazdy konnej. Żony nie widzę, słyszę ją, ale jej nie widzę.  Całą
godzinę  stoję  przy  oknie  i  obserwuję  tę  scenerię,  która  jest  tak  niesłychanie  odległa,
stanowi dalekie tło, a którą przemieniam w zależności od gustu i własnej woli. Kiedy naraz
wołam w głąb niej, cała się rozwiewa”, powiedział książę. „Zamykam okno, odwracam się
od niej, a ona idzie dalej. Zapominam o niej, ale ona idzie dalej. Chociaż nie przemieniam
jej bez przerwy, nie irytuję jej. Teraz ta sceneria jest zupełnie wyzbyta irytacji. Zdarza się
często”, powiedział książę, „że widzę żonę, całkiem wyraźnie wygłaszającą zdania, które
wygłaszała już za życia, ale nie mogę jej zobaczyć. Przez krótkie chwile, jak sądzę, ona tu
jest,  odwracam  się,  ale  nic  nie  widzę.  Mój  teść,  jej  ojciec,  po  śmierci  ukazywał  się  jej
często w Hochgobernitz, wychodził jej naprzeciw, widziała go, mogła z nim porozmawiać.
Ale  ja  tylko  słyszę  żonę,  nigdy  jej  nie  widzę.  Kiedy  mówi,  odnoszę  wrażenie,  że  język,
którym  mówi,  zmienił  się  od  czasu  jej  śmierci,  chociaż  mówi  to  samo  co  za  życia.  Jej
język, myślę, ciągle jeszcze się starzeje, chociaż ona sama już umarła. Umarła? Moja żona
absolutnie nie należy do ludzi, którzy są całkiem martwi, kiedy są martwi, ona obumarła,
ale  nie  jest  martwa.  Nie  napiszę  już  jednak  takiego  studium,  chociaż  przez  długi  czas
miałem  ochotę,  studium,  które  opisuje  ten  proces,  miałem  je  w  głowie.  Nie  mam  już  w
głowie żadnego studium. Słyszę żonę za plecami, odwracam się, nie ma jej, wołam za nią,
wychodzę  na  korytarz,  na  dół  do  sieni,  wołam  w  głąb  wszystkich  pokojów  na  górze  i  na
dole:  siostry  uważają  mnie  za  wariata,  za  takiego  samego  wariata  uważają  mnie  córki.
Mówią, żebym wrócił do swojego pokoju. Kto daje im prawo wysyłać mnie z powrotem
do  mojego  pokoju?  Nie  pozwalam  sobie  jednak  wezwać  ich  na  rozmowę  i  natychmiast
wracam do swojego pokoju. Mojej żonie ojciec po śmierci ukazywał się często i wszędzie
w  Hochgobernitz,  nie  tylko  go  widziała,  ale  go  także  doświadczała”,  powiedział  książę.
„Nawet  kiedy  zapraszałem  gości”,  powiedział,  „już  od  lat  miałem  uczucie,  że  zapraszam
wrogów. Przede wszystkim wrogów mojego umysłu. Myśleli, że mogą sobie pozwolić na
paktowanie z moimi siostrami i córkami. Powiedzmy sobie, że za bezwstydność wszystkich
moich gości, stających natychmiast po stronie kobiet, najpierw skrycie, a potem otwarcie,

background image

płacę  ja,  myślałem  sobie  zawsze,  płacę  za  wszystko,  co  mnie  irytuje.  Przestałem  więc
potem zapraszać kogokolwiek do Hochgobernitz. Wszyscy ludzie bali się moich prelekcji”,
powiedział  książę,  „miałem  zwyczaj  wygłaszać  mowę  poranną,  stawiać  jakiś  problem
filozoficzny.  Interesowała  mnie  przede  wszystkim  polityka,  to  ona  przez  całe
dziesięciolecia,  kiedy  się  budziłem,  albo  właściwie  już  zanim  się  przebudziłem,
utrzymywała  mnie  w  ruchu.  Gdy  tylko,  wszystko  jedno  gdzie,  spotykałem  pierwszego
człowieka,  człowieka  mi  odpowiadającego,  zaczynałem  politykować.  I  natychmiast
zaczynałem bronić swoich poglądów, jeszcze zanim wysłuchałem, jakie tamten ma poglądy,
ponieważ  znałem  je,  zanim  zostały  przez  niego  wygłoszone.  Nikt  nie  musi  otwierać  ust,
żebym wiedział, jakie myślenie polityczne jest jego myśleniem. Czuję to z góry, czuję to od
razu. Ten człowiek ma w głowie taką a taką myśl polityczną, myślałem zawsze, spotykając
jakiegoś człowieka, myślałem to przez całe życie o wszystkich ludziach. W ogóle wszyscy
ciągle  się  bali,  że  ich  zagadnę.  Pogardzam  wszak,  jak  pan  wie,  brakiem  wysiłku,  to  jest
moja  najwyższa  zasada,  jedyne,  co  mam.  Zawsze  żądam  ostateczności.  Ale  ostateczności
wszyscy  się  boją.  Zawsze  miałem  w  domu  prawie  samych  wrogów.  Marznę,  mówię  do
sióstr”, powiedział książę, „a siostry przynoszą mi pelerynę. Mówię znowu, że marznę, one
więc przynoszą mi palto, na co ja znów mówię, że marznę, no to przynoszą mi futrzane buty
i  futrzaną  czapkę,  a  wtedy  ja  zaczynam  się  rozbierać  i  dobrze  się  czuć,  jestem  ocalony,
myślę, już nie marznę, jestem zupełnie nagi, już nie marznę, co je niepokoi. Chłód panujący
tutaj  w  Hochgobernitz  wywierał  zawsze  największy  wpływ  na  moje  życie,  zawsze
wywierał wpływ na wszystkich. Chłód wespół z wilgocią starych murów. Nawet w swoich
najbardziej skomplikowanych myślach zawsze czułem, stwierdzałem ten chłód i tę wilgoć.
Tak”, powiedział, „zapewne wszystko, co mnie dotyczy, można by sprowadzić do chłodu i
wilgoci. Na świecie występują zupełnie różne charaktery, całkowicie niezależne od siebie,
a  jednak  nieustannie  rozwijające  się  na  gruncie  klimatu.  O  wielu  można  powiedzieć,  że
wykształciły  się  w  suchych  domach,  o  wielu,  że  w  wilgotnych,  w  ciepłych,  w  zimnych.
Pański dom rodzinny był chłodny, można by powiedzieć do wielu ludzi, a do wielu z kolei:
Pan pochodzi z suchego domu rodzinnego itd. Charaktery przyzwyczajają się do klimatu,
klimat  zmienia  je  odpowiednio  do  klimatu.  Istnieją  filozofie,  które  mogły  powstać  w
suchych,  a  nie  w  wilgotnych  domach,  formacje  myśli,  mające  swoje  źródło  w  zimnych
murach.  Przyswajamy  sobie  ducha  murów,  które  nas  otaczają.  Często  widzę  grupy  ludzi  i
myślę: ta grupa ludzi pochodzi z wilgotnej okolicy, ta znów z suchej. A niektóre z całkiem
wysuszonych  terenów.  Do  Hochgobernitz  przez  stulecia  absolutnie  wniknęła  zewnętrzna
natura.  Śpię  też,  myślę  często,  w  tej  naturze,  śpię  w  wilgoci  i  chłodzie  odpowiadających
Hochgobernitz. Tak myślę, w tej wilgoci i w tym chłodzie. Hochgobernitz jest dowodem na
to, że budowla może unicestwić ludzi, całkowicie wydanych na jej pastwę. Ale na nic się
zda,  że  człowiek  opuści  taką  budowlę,  która  grozi  jego  unicestwieniem,  że  na  przykład
wyjedzie  z  Hochgobernitz,  ona  i  tak  go  opasze,  dokądkolwiek  się  on  uda,  czy  uda  się  do
Londynu, czy do Paryża, ta budowla go zadławi. Dalekie wyjazdy nie mają sensu. Nawet w
Nowym  Jorku  czułem  zawsze,  że  dławi  mnie  Hochgobernitz,  a  nie  Nowy  Jork.

background image

Zdecydowanie  lepiej  jest  jednak  zostać  zadławionym  przez  Hochgobernitz  w
Hochgobernitz,  niż  w  Nowym  Jorku.  Zawsze  chcemy”,  powiedział  książę,  „usłyszeć  coś
jeszcze gorszego, niż to w nas jest. Z żadnego innego powodu nie słuchamy, pchamy się do
rozmów. Bezgłośność”, powiedział, „która czasem w Hochgobernitz wszystko uwyraźnia,
wszystko,  co  jest  w  Hochgobernitz,  wszystko  minione  i  przyszłe  jako  teraźniejsze.  Kiedy
panuje  ta  bezgłośność,  umiem  niekiedy  bez  trudu,  jeśli  zechcę,  odróżnić  wszystkie  głosy,
które  kiedykolwiek  słyszałem  albo  których  nie  słyszałem  w  Hochgobernitz.  Brutalność
zewnętrznej  natury,  bez  przerwy  powstająca  z  głowy  natury  wewnętrznej”,  powiedział
książę,  „to  spokój.  Istotnie”,  powiedział  książę,  „budzę  się  kiedyś  nagle  w  środku  nocy  i
widzę,  że  na  firmamencie  jest  przypięta  olbrzymia  kartka,  na  której,  napisane  łacińskimi
literami, widnieje słowo otwarte. Mój śmiech budzi wszystkich domowników, rzucają się
do  okien,  ale  nic  nie  widzą.  Mówię:  tam  w  górze  jest  napisane  otwarte!  otwarte!,
naprawdę w górze jest napisane: otwarte!, ale oni nic nie widzą, uważają mnie za wariata,
więc zapędzam ich z powrotem do łóżek. Coraz bardziej boję się naturalnie sam siebie”,
powiedział  książę.  „Naprawdę  się  boję.  Usiłuję  odwrócić  swoją  uwagę  od  siebie,  ale
udaje mi się to tylko sporadycznie. Zadowolenie, które czułem jeszcze kilka lat wcześniej,
kiedy schodziłem w doliny, do wąwozu, a w piękne dni do wysokiego lasu, w deszczowe
zaś  do  lasu  łęgowego.  Nieraz  byłem  szczęśliwy,  obserwując  powierzchnię  wód  rzeki
Ache,  przyglądając  się  rytmowi  jej  biegu,  oddany  poetyckiej  refleksji  nad  powierzchnią
ziemi. Las łęgowy, rzeka Ache, to mi wystarczało, żeby nie musieć rozpaczać. A jeśli nie
Ache, jeśli nie wysoki las, nie las łęgowy, to jednak biblioteka. Książki, które nastrajają
kontemplacyjnie.  Taka  przecież  moja  głowa,  taki  przecież  mój  umysł,  taki  przecież  ja.
Dzisiaj?  Całymi  latami  wystarczało,  że  myślałem  o  synu,  o  swojej  własnej  młodości,  że
wychodziłem  ze  swojego  pokoju  i  szedłem  na  dół  do  kobiet.  Wspólny  z  nimi  posiłek.
Rozmowa z nimi. Dawniej byłem przekonany o bliskości tego, co nieskończone. A dzisiaj?
Dzisiaj wszystko jest bardzo odległe. Coraz bardziej odległe. Czy kiedykolwiek zbliżyłem
się do tego, w czym jest wyjaśnienie? Leżąc w łóżku, wstydzę się często, że tu jestem, że
jeszcze tu jestem. Całymi godzinami wstydzę się, potem wstaję, bo jestem głodny, idę na
dół do kobiet, jem coś, i wydaje mi się, że wchodzę w podwójny, w stokrotny wstyd. Życiu
coraz bardziej cuchnie z ust. A ja się boję, że ktoś kiedyś zdemaskuje moje odczucia. Moje
życie  składa  się  z  prób  unikania  demaskacji.  Czy  mnie  zdemaskowali?  Przejrzeli?
zastanawiam  się  często.  Kto  z  nich  mnie  zdemaskował,  przejrzał?  Ja  jestem  światem  i
muszę  go  w  siebie  dopiero  wcielić  niczym  książki,  olbrzymie  biblioteki”,  powiedział
książę.  „Absurdalne.  Podczas  lektury,  niezależnie  od  tego,  co  czytałem  dawniej,  zawsze
czułem,  że  wszystko  jest  podzielone  na  dwie  części,  na  przyzwoitą  i  nieprzyzwoitą.
Nieprzyjemny  podczas  czytania  jest  zawsze  ten  podział  na  dwie  części,  nie  chcę
powiedzieć: na dobro i zło, mówię: na przyzwoite i nieprzyzwoite. Ale myślenie nie jest
nieprzyjemne.  Starać  się  ignorować  siebie  w  czytaniu”,  powiedział  książę.  „Na
pocieszenie  ciągła  tożsamość.  Początkowo  wywiera  na  nas  wpływ  melancholijna,  potem
zaś  coraz  bardziej  dręcząca  imaginacja.  Powtarzam  sobie  zawsze,  że  wiem,  iż  wszystko

background image

jest  zabójcze,  ale  działam  na  opak.  Głowa  jest  często  o  długość  wielu  stuleci  albo
tysiącleci oddalona od ciała, będąc absolutnie empirycznym magistrem galwanizacji. Mam
ciągle gorączkę, doktorze, ale jest to taka gorączka, której termometr nie pokazuje. Jestem
niedziałającym  już  barometrem.  Kiedyś  spotkałem  na  dziedzińcu  człowieka”,  powiedział
książę,  „którego  nigdy  wcześniej  nie  widziałem,  który  jednak  przypominał  mi  wszystkich
kiedykolwiek  widywanych  ludzi.  Ma  wielkie  plany  co  do  swojej  głowy,  powiedział,  ale
niech nie myślę, że on sam sobie  ją  odkroi.  Wręcza  mi  nóż  i  mówi:  mój  drogi,  niech  mi
pan odkroi głowę. Długo czekałem, żeby się pan pojawił, aby odkroić mi głowę. Bo mam
wielkie  plany  co  do  swojej  głowy!  Niech  się  pan  nie  boi,  mówi  ów  dziwak,  wszystko  z
góry przewidziałem, nic nie może pójść nie tak. No, niech pan kroi! Daje mi trzy minuty.
Chcę, żeby mi pan odkroił głowę tu, w tym miejscu, mówi. Będę stał, bo uważam, że jeśli
człowiek  każe  sobie  odkroić  głowę  na  leżąco  czy  wręcz  na  siedząco,  strasznie  go  to
odziera  z  godności.  Nie  ośmieszę  pana!  mówi  nieznajomy.  Poza  tym  nóż  jest  z  firmy
Christofle,  mówi.  Istotnie  widzę  wygrawerowaną  na  nożu  nazwę  «Christofle».  Chwytam
głowę  i  odkrawam  ją.  Jestem  doprawdy  zdumiony,  jakie  to  było  łatwe.  Głowa  mówi
jeszcze:  widzi  pan,  odkrojenie  mi  głowy  poszło  bardzo  łatwo.  Potem  jednak  widzę,  że
wcale  tej  głowy  nie  odkroiłem,  i  nieznajomy  mówi:  Chyba  nie  myślał  pan  na  serio,  że
może  mi  odkroić  głowę?  A  może  jednak?  Idźmy  dalej,  mówi  nieznajomy.  To  mój  kuzyn.
Prawdę  mówiąc”,  powiedział  książę,  „cała  ta  historia  mi  się  nie  przyśniła.  To  było  dla
mnie straszne”. Książę powiedział: „Nie mamy rodziców. Jesteśmy pełnymi sierotami. To
jest nasz stan i już z tego stanu nie wyjdziemy, Europa już z niego nie wyjdzie. Zawsze było
problemem, jak jeszcze bardziej rozszerzyć, umocnić Hochgobernitz. Hochgobernitz nigdy
nie  było  tak  odizolowane  od  świata,  a  równocześnie  tak  zdane  na  świat.  Ciągle  boję  się
trzęsień  ziemi.  Nie  mogę  się  przechadzać,  nie  myśląc  o  trzęsieniach  ziemi,  nie  czując
trzęsień ziemi, nadchodzących trzęsień, szumów, podziemnych, a równocześnie szumów w
głowie.  Wyobrażam  sobie”,  powiedział  książę,  „że  piszemy  listy,  wysyłamy  listy  i
otrzymujemy  listy,  a  podpisy  we  wszystkich  tych  listach  są  nieczytelne.  Kto  pisze  te
wszystkie  wysłane  i  przychodzące  listy?  Jak  powstaje  katastrofa,  widzę,  patrząc  przez
okno,  powstaje  bezgłośnie,  dzieje  się  bezgłośnie.  Nie  wolno  mi  o  tym  mówić.
Niesamowity, doktorze, jest już sam fakt, że w tym olbrzymim Hochgobernitz zamieszkuję
najmniejszy  pokój.  Ten  pokój  jest  poza  tym  najwilgotniejszy,  najchłodniejszy.  Gdybym
napisał  artykuł  o  samym  moim  pokoju,  myślę,  gdybym  stworzył  studium  o  prostym  tytule
Mój  pokój?,  do  którego  wtłaczam  cały  świat,  ponieważ  wtłaczam  cały  świat  do  mojego
pokoju,  wtłaczam  cały  świat  do  mojego  pokoju  i  do  mojego  studium.  Nie,  żadnego
studium”,  powiedział  książę.  „Myślący  musi  zawsze  usuwać  wszelkie  obrazy  z  pamięci.
Cel  osiąga  w  chwili,  gdy  w  jego  pamięci  nie  pozostanie  ani  jeden  obraz.  Kiedy  w  jego
mózgu  wyczerpią  się  możliwości  przedstawiania.  Nie  ponoszę”,  powiedział,  „winy,
powtarzam sobie często, wiem, że nie ponoszę winy. Wina? Przez kilkadziesiąt lat starałem
się, żeby mnie rozumiano, póki żyję, staram się tylko, żeby mnie rozumiano, i to mnie zżera.
Najpierw starałem się, żeby rozumieli mnie rodzice, rodzeństwo, dzieci, starałem się, żeby

background image

rozumieli  mnie  wszyscy  ludzie.  Teraz  staram  się,  żeby  pan  mnie  zrozumiał,  i  pański  syn.
Faktycznie”,  powiedział  książę,  „te  wrześniowe  noce  potrafią  być  już  bardzo  chłodne.
Chłód idzie od dołu, z wąwozu. Tutaj panuje lodowaty ziąb. Hochgobernitz jest z lodu. Te
na kość zlodowaciałe postaci w Hochgobernitz. Najwyraźniej nie wystarcza nam życia, by
stać się zrozumiałym. Najpierw”, powiedział książę, „jawiłem się matce jako popełniona
na  niej  zbrodnia,  potem  jako  taka,  którą  ona  popełniła,  później  stałem  się  jej  ciężarem,
następnie zaczęła mną pogardzać,  potem  kochać,  nienawidzić  mnie,  gdyż  zawsze  musiała
się  ze  mną  utożsamiać.  Rodzice  wydają  na  świat  dzieci  zawsze  jako  nieuleczalny  wrzód,
który oszpeca ich na całe życie. Ukrywam się w swoim pokoju coraz bardziej i bardziej jak
w  sali  szpitalnej.  Zawsze  zresztą  traktowałem  swój  pokój  jako  salę  szpitalną.  W  tym
pokoju zażywałem wszystkiego, jedzenia, czytania, myślenia, przyjmowanego zawsze jako
lekarstwo — płyny uczuciowe, płyny duchowe, tabletki filozoficzne. Nieuleczalność, stan,
który  trwa  dziesięć  lat,  tak  długo  mam  już  świadomość  tego  stanu,  areligijna  choroba
dziedziczna”,  powiedział  książę.  „Niech  pan  popatrzy,  doktorze:  wkładam  marynarkę,
zdejmuję  marynarkę.  Tę  marynarkę  kupiłem  w  Brukseli,  tę  w  Londynie,  tę  w  Kairze.
Wkładam  marynarkę  z  Kairu,  zdejmuję  marynarkę  z  Londynu,  wkładam  marynarkę  z
Brukseli,  zdejmuję  marynarkę  z  Kairu.  Ciekawość,  która  kosztuje  tyle  pieniędzy”,
powiedział książę. „Naturalnie nie mogę już odejść z Hochgobernitz. Zawsze kupowałem
gazety  i,  nie  czytając  ich,  zawsze  je  tylko  kartkowałem,  wyrzucałem,  nie  dalej  niż  sto
kroków  od  kiosku,  w  którym  były  kupione.  Gdybym  wszystkie  kupione  przez  całe  życie
gazety kazał wdmuchnąć na Kärtnerstraße jako zadymkę gazetową, jako zadymkę gazetową
niczym zadymkę śnieżną, już po chwili Kärtnerstraße byłaby absolutnie zapchana, wszystko
na  Kärtnerstraße  musiałoby  się  udusić,  pół  Wiednia  musiałoby  się  udusić  pod  gazetami,
które  w  życiu  kupiłem,  można  by  się  udusić,  zostać  zakopanym  i  udusić  się,  na  Wiedeń
spadłaby  zabójcza  zima  gazetowa.  Widzę”,  powiedział  książę,  „w  dziecięcych
twarzyczkach  gorączkę  dzieciństwa.  Dzieciństwo  szybko  matowieje,  starość  jest
wspomnieniem dzieciństwa. Najlepiej leżeć w łóżku i móc zasnąć, to teraz już od dawna
wyczerpuje  wszystkie  moje  potrzeby.  Czy  we  właściwy  sposób  wykorzystałeś  swoje
ciało?  myślę.  Swój  rozum?  Czy  wykorzystałeś  życie?  Gdy  tylko  zaczniesz  się  nad  tym
zastanawiać, będzie po tobie. Bezsensowne wynurzenia”, powiedział książę. „Na peronach
często  wizja,  żeby  w  ostatniej  chwili  rzucić  się  pod  pociąg,  ale  w  wielkomiejskich
ubikacjach  jednak  jest  ciekawie.  Radość  z  wymyślania  skomplikowanych,  nienagannych
zdań; pojąłem słowo «moralometr». Zrozumienie bezbronności wszystkich ludzi, ale brak
współczucia;  konieczność  zamrożenia  wszystkiego,  co  wiesz.  Zażądałem  wyjaśnień  od
zarządcy”,  powiedział  książę,  „który  zwolnił  pięciu  pracowników  kopalń  szutru,  pytam:
dlaczego?, nie udziela mi odpowiedzi. Mówię, nie należy zwalniać pracowników kopalń
szutru, zwolnienie choćby jednego  pracownika  kopalni  szutru  jest  groźne,  nie  wolno  nam
zwolnić ani jednego, mówię, ale zarządca zwalnia pięciu. W jednej chwili kopalnie szutru
stają  się  w  moich  oczach  niesamowite...  Albo”,  powiedział  książę:  „Wychodzę  na  mur
zewnętrzny, z tego miejsca, gdzie teraz idziemy, i podnoszę z ziemi liść kasztanowca, liść

background image

kasztanowca  przypomina  mi  matkę,  jak  to  widzę,  widzę  ją,  jego  zapach  przypomina  mi
Miarkę  za  miarkę,  widzę  Miarkę  za  miarkę,  Miarka  za  miarkę  przypomina  mi  parę
starych butów, które nosiłem w dzieciństwie itd... Widzimy człowieka”, powiedział książę,
„i  natychmiast  ferujemy  wyrok.  Ten  człowiek  jest  mędrcem,  mówimy,  głupcem,  brutalem,
szczęściarzem,  uczonym,  tetrykiem,  samotnikiem,  człowiekiem  towarzyskim,  zawsze
roześmianym,  zawsze  niepocieszonym,  zawsze  sumiennym  w  pracy,  zawsze  podłym,
zawsze  żałosnym...  i  niczego  nie  pojmujemy.  Kiedy  nie  znając  tego  człowieka,  mówimy,
ten człowiek jest człowiekiem tragicznym, kiedy mówimy, on  jest  martwy  itd...  Widzimy
jego ułomność, pozwalającą nam od razu dostrzec ułomności wspólnoty, w której żyjemy,
ułomności wszystkich wspólnot, państwa, czujemy je, umiemy je przejrzeć, tragizujemy je.
Im większa zdolność osądzania, tym większa nieufność. Z wolna nasza nieufność przenika
wszystko. Mój ojciec już jako dziecko nosił się z myślą, żeby odebrać sobie życie, musiał
się  bardzo  przezwyciężać,  aby,  kiedy  przechodził  mostem  nad  Ache,  nie  rzucić  się  w  jej
nurt.  Nie  powiesić  się.  Nie  zastrzelić.  Myśl  o  odebraniu  sobie  życia  władała  nim,
rozważanie  możliwości  samobójstwa  jako  nauka”,  powiedział  książę,  „podlegająca
naukom  ścisłym.  Mistycyzm  jest  nieomal  wykluczony  z  mojego  myślenia.  Izolacja.
Wszystko  jest  bez  sensu”,  powiedział.  „Miliony  prób”,  powiedział,  „kiedy  idziemy  z
otwartymi oczami, w stronę źródła. Te próby w masie i tak zwanej swobodnej naturze. Nie
ma  nic  łatwiejszego  od  ucieczki  w  powszedniość.  Mówię  coś”,  powiedział  książę,  „i
natychmiast  widzę  przeciwieństwo  tego  w  sobie.  Możemy  sobie  wmawiać,  że  będąc  z
książką,  nie  jesteśmy  sami,  podobnie  jak  możemy  sobie  wmawiać,  że  będąc  z  drugim
człowiekiem,  nie  jesteśmy  sami.  Kiedy  angażujemy  aktora,  chcemy,  aby  nas  bawił,
przeklinamy  go,  jeśli  o  tym  zapomina.  Świat  to  Sarrasani.  Ciągle  żyjemy  ułudą,
przynajmniej  natury,  myślimy  bowiem,  że  będziemy  mogli  istnieć  dzięki  temu,  iż  uda  się
nam  całkowicie  pozbawić  ją  jednego  z  jej  żywiołów,  na  przykład  wywołamy  rewolucję,
strącimy  króla  z  tronu  itd...  Rozum  często  zostawia  oko  samemu  sobie,  a  oko  rozum.
Dzisiaj”, powiedział książę, „czujemy się dobrze w biblijnych opisach, odkryliśmy poezję
Sodomy  i  Gomory  i  odczuwamy  ją.  Nie  boimy  się  już  na  śmierć,  idziemy  na  śmierć.
Choroby  prowadzą  człowieka  najkrótszą  drogą  do  samego  siebie.  Musimy  przecież”,
powiedział,  „żądać  precyzji  przynajmniej  w  swoich  możliwościach  wyobrażania  sobie.
Człowiek  bez  mózgu  byłby  bezmyślny.  Nasi  nauczyciele  byli  wrogami  naszych  umysłów.
Podnieca nas to, co nas nie dotyka. Mnie już od dłuższego czasu zaprząta myśl nie o tym,
kto  jutro  znajdzie  się  na  Księżycu,  tylko  kto  pierwszy  przekroczy  Ziemię.  Zupełna
niezdolność mojej żony do rozmów, żony, która w każdej sprawie potrafiła być wrażliwa
na  cały  świat.  Przebijające  się  w  końcu  wszędzie  choroby  śmiertelne.  Ciągle  myślę
porównaniem  między  górnymi,  moimi,  a  dolnymi,  ich,  pokojami.  Przyzwyczajenia,
skłonności, które powoli zżerają nas wszystkich. Niedostatek naszych działań. W dolnych
pokojach  filozofia  jest  w  równie  małej  mierze  możliwa  jak  w  górnych  mistyka.  Niekiedy
słyszę tak donośne dźwięki wszystkich zegarów w domu, że muszę wstać i je zatrzymać. To
zabiera  mi  kilka  godzin.  Dopiero  wtedy  udaje  mi  się  zasnąć.  Dawniej,  jako  dzieci,

background image

pukaliśmy  w  ściany,  żeby  się  porozumieć,  teraz  już  od  półwiecza  nikt  nie  puka  w  ściany.
Już wkrótce”, powiedział książę, „Hochgobernitz opanują chrząszcze i pająki. Chrabąszcze
i pająki, myślę często, jako wariactwo natury. Wszystko to mistyfikacja”, powiedział.

Przez Landschach pojechaliśmy szybko do domu. „Niewdzięczne przypadki”, powiedział

ojciec.  Moja  siostra  już  spała.  Jutro,  pomyślałem,  wybiorę  się  z  nią  na  daleki  spacer  i
porozmawiam.  Podczas  gdy  ojciec,  była  godzina  jedenasta,  musiał  jeszcze  odwiedzić
rzeźnika  w  Krennhof,  który  postrzelił  się  w  brzuch  bronią  do  zabijania  zwierząt,  i  chciał
wrócić  przed  północą,  ja  myślałem  o  milczeniu,  w  jakim  zeszliśmy  z  Hochgobernitz  do
wąwozu, a potem z niego wyjechaliśmy. Jutro wczesnym przedpołudniem ojciec zawiezie
cię  z  powrotem  do  Leoben,  pomyślałem.  W  ogóle  nie  musisz  rozpakowywać  torby.
Oczekiwał  nas  miejscowy  żandarm,  żeby  zasięgnąć  u  ojca  informacji  o  zmarłej  żonie
oberżysty.  Größl  jest  w  areszcie.  Nie  chciałem  już  budzić  siostry.  Próbowałem  jeszcze
napisać  zaległy  od  dawna  list  do  przyjaciela  mojego  wuja,  który  ma  pod  Guttaring  w
Karyntii majątek i już dawno mnie do siebie zapraszał. Chciałem napisać, że nie przyjadę,
nie  mogę  przyjechać.  Studia  nie  pozwalają  mi  teraz  na  żadną  przerwę,  napisałem,  ale
potem podarłem zaczęty list. W łóżku myślałem: co powiedział książę?  „Moją  nieustanną
potrzebą, nikczemną ochotą, prowadzącą do najokropniejszych rozłamów, było zmienianie
wszystkiego.  Katastrofa  zaczyna  się  od  tego,  że  człowiek  wstaje  z  łóżka.  Że  wszystko
stawia  na  filozoficznym  fundamencie  i  produkuje  siebie.  Ciemność  jest  chłodna,  kiedy
umysł  jest  wyłączony”.  Notatnik:  „Całymi  dniami”,  powiedział  książę,  „przeszukuję
kieszenie  w  nadziei,  że  znajdę  swój  zgubiony  notatnik.  Zapisywałem  w  tym  notatniku
wszelkie  rzeczy  godne  uwagi.  Podkreślałem  je!  Moją  chorobą  jest  podkreślanie  rzeczy
ważnych,  w  tym  notatniku  są  prawie  wyłącznie  podkreślone  rzeczy,  a  wszystkie
podkreślone  zdania  zaczynają  się  od  ich  burzenia...  Całymi  dniami  szukam  swojego
notatnika po kieszeniach, aż naraz znajduję go w kuchni na dole. Jakim sposobem notatnik
trafił do kuchni? zadaję sobie pytanie. Całymi dniami nie byłem w kuchni, a naraz znajduję
tam notatnik. Budzi się we mnie straszliwe podejrzenie. Natychmiast nabieram podejrzenia,
że  notatnik  wyjęła  mi  z  kieszeni  marynarki  starsza  siostra,  potajemnie  przeczytała  go  w
kuchni — ja przecież jestem absolutnie wrogim kuchni człowiekiem! — i tam go zostawiła.
Natychmiast idę do starszej siostry i mówię: straszny jest fakt, że zostawiłaś mój notatnik
w kuchni, a nie fakt, że przyswoiłaś sobie jego treść! Widzę jednak, że to niemożliwe, aby
starsza  siostra  zostawiła  notatnik  w  kuchni,  więc  natychmiast  idę  do  młodszej  siostry,
której mówię prosto z mostu, że to żałosne, że czyta moje notatniki, że wyjmuje je z moich
kieszeni  i  czyta.  Boję  się,  mówię,  że  przeczytałaś  wszystkie  moje  notatniki,  ale  ten  jest
pierwszy, który zostawiłaś w kuchni. Do tej pory żyłem w wyobrażeniu, że żadna z was nie
zna  treści  moich  notatników,  że  w  ogóle  nic  nie  wiecie  o  ich  treści.  Wpycham  młodszą
siostrę  do  biura,  ponieważ  straszny  wydaje  mi  się  fakt,  że  właśnie  ona  przeczytała  ten
notatnik.  Natychmiast  przychodzi  mi  na  myśl,  że  w  notatniku  bez  przerwy  niepochlebnie

background image

oceniam obie siostry, nade wszystko jednak tę młodszą. Łudziłem się, mówię, że wszystko,
co  zapisywałem  w  swoich  notatnikach,  a  robiłem  zapiski  przez  kilkadziesiąt  lat,  jest
kompletnie  nieznane.  Teraz  natomiast  przychodzi  mi  odkryć,  że  prowadzę  swoje  notatniki
na  oczach  opinii  publicznej,  prowadzę  je  publicznie!  Wtedy  jednak  orientuję  się,  że
młodsza  siostra  nie  ma  bladego  pojęcia  o  istnieniu  moich  notatników,  toteż  mówię  sobie
natychmiast, naturalnie tak powierzchowny człowiek jak moja siostra nie ma najmniejszego
pojęcia o istnieniu tych notatników, naturalnie, i mówię: w ogóle nie obchodzi was nic, co
mnie  dotyczy!  Mówię:  pewnego  dnia  poczynicie  w  tych  notatnikach  najstraszliwsze
odkrycia,  przedsięweźmiecie  ekspedycje  w  głąb  własnego  okropieństwa.  Niczego  nie
przemilczałem w swoich notatnikach właśnie dlatego, że wszystko przemilczam zawsze w
codziennym  obcowaniu  z  wami!  W  moich  notatnikach  spada  na  was  cała  moja
bezwzględność! Na ciebie, na twoją siostrę, na moje córki, na syna, na wszystkich! Potem,
po  mojej  śmierci,  zamroczę  wam  tymi  notatnikami  szmat  drogi,  mówię,  i  z  przerażeniem
będziecie  cofać  się  myślą  do  mojej  obecności,  do  brata  i  ojca!  W  moich  notatnikach,
mówię,  rzeczywiście  przybrałyście  kształt,  straszny  kształt!  Tak,  mówię,  jeżeli  nie  ty
zostawiłaś  notatnik  w  kuchni,  to  kto  go  wobec  tego  tam  zostawił?  Wychodzę  z  biura  i
szukam starszej córki. Przychodzi mi na myśl, że jedynie po niej można się spodziewać, iż
wyjęła  mi  notatnik  z  kieszeni  i  położyła  go  w  kuchni.  Chodzę  po  całym  domu  i  szukam
starszej  córki,  najpierw  chodzę  po  dolnych,  później  po  górnych  pokojach,  ale  jej  nie
znajduję.  Prawdopodobnie  się  ukrywa,  myślę,  ponieważ  usłyszała  już  o  nerwowej
atmosferze,  jaka  zapanowała  z  powodu  notatnika.  Nawołuję,  idę  w  milczeniu  przez  cały
dom,  potem  znów  nawołuję,  na  przemian  nawołuję  i  milczę.  Wreszcie  przychodzi  mi  na
myśl, że starsza córka może być w pawilonie. Wchodzę do pawilonu i znajduję ją tam na
sofie;  czyta  jakąś  powieść.  Natychmiast  pytam:  gdzie  jest  mój  notatnik?  Tak,  mówię,
znalazłem  swój  notatnik  w  kuchni.  Ta  ludzka  podłość,  teraz  przywłaszczyła  sobie  nawet
moje  notatniki,  mówię.  Prawdopodobnie  już  od  lat  przywłaszczasz  sobie  moje  notatniki!
mówię.  Być  może,  mówię  teraz,  przywłaszczyłaś  sobie  moje  wszystkie  notatniki!  I
prawdopodobnie,  mówię,  to,  co  wyczytałaś  ze  wszystkich  moich  notatników,  w
najfatalniejszym  okrucieństwie  zmieniło  cię,  nastawiając  przeciw  mnie.  Mam  nadzieję,
mówię, że w konsekwencji znikniesz z Hochgobernitz, wyprowadzisz się, pójdziesz na dół
do  sobie  podobnych!  Ale  nagle”,  powiedział  książę,  „zrozumiałem,  że  również  starszej
córki nie mogę w ogóle łączyć z notatnikiem. Wobec tego moja młodsza, myślę. Jednak nikt
nie  wie,  gdzie  ona  jest.  Chcę  wiedzieć,  gdzie  ona  jest!,  krzyczę.  Jest  w  mieście.  W
mieście!,  mówię.  Idę  przez  dolne  pokoje  i  myślę,  że  nadchodzącej  nocy  pozdejmuję  ze
ścian  wszystkie  obrazy,  które  tam  wiszą,  wszystkie.  Również  wszystkie  obrazy  z  górnych
pokojów,  mówię.  I  zawieszę  inne.  Straszniejsze.  Powoli  się  uspokajam”,  powiedział
książę,  „a  wtedy  słyszę  bezładną  szeptaninę  sióstr.  Muszę  zniszczyć,  myślę,  ten  bezładny
szept, idę więc tam i przeganiam je. Niezależnie od tego, która z was wyjęła mi z kieszeni
notatnik i zostawiła go w kuchni, mówię, musicie to wszystkie razem, wszystkie wspólnie
odpokutować!  Zbrodnicza  wspólnota!,  myślę,  kobiety,  zbrodnicza  wspólnota!  Mam  w

background image

Hochgobernitz, myślę, bardzo kosztownych burzycieli, niszczycieli mojej osoby! I podczas
gdy  zlecam  im”,  powiedział  książę,  „pracę,  którą  należy  wykonać,  straszną  pracę
domową,  przychodzi  mi  na  myśl,  że  sam  zostawiłem  notatnik  w  kuchni,  że  nie  mogąc  jak
zwykle  spać,  poszedłem  tam  w  środku  nocy,  aby  napić  się  czegoś  orzeźwiającego”.  Nie
mogłem  zasnąć,  zacząłem  więc  pisać:  Książę  powiedział,  napisałem,  „syn  studiuje
swojego  ojca  i  studiuje  już  tylko  to,  jak  zniszczy  ojca.  A  kobiety  zawsze  wiedzą,  jak...  Z
przyzwyczajenia”,  powiedział  książę,  „nadal  chodzę  do  biura  z  tą  samą  punktualnością,
która  w  toku  mojego  życia  tak  mnie  oszpeciła,  że  już  siebie  nie  rozpoznaję.  Wstaję,
przechadzam  się  po  biurze  tam  i  z  powrotem,  tam  i  z  powrotem,  aby  w  nim  wytrzymać.
Rolnictwo, leśnictwo, myślę, niewydolne. Nie mam siły wyjść z biura, opuścić biura raz na
zawsze,  bo  przecież  to  bez  sensu,  że  jestem  w  biurze.  Jeśli  nie  w  celach  rolniczych  i
leśniczych,  myślę,  to  w  jakich  celach  przebywam  w  biurze?  Ta  myśl  podrażnia
najwrażliwsze  partie  mojego  mózgu,  wyciągam  więc  z  półek  najrozmaitsze  segregatory
firmy Leitz, aby się uspokoić. Ten proces, że chodzę do biura i nie wiem, co w nim począć,
powtarza  się  teraz  codziennie.  Nie  mam  już  żadnego  związku  z  całą  zawartością  biura”,
powiedział  książę.  „Mój  syn”,  powiedział,  „wróci  z  Anglii  i  unicestwi  Hochgobernitz.
Przychodzi  mi  na  myśl  ta  długa  kartka,  ta  jego  koncepcja.  Zapędził  się,  jak  sądzę,  w
Londynie w myśleniu filozoficznym, z którego może wyjść jedynie z zupełnie zaburzonym
umysłem. Czuję, że Hochgobernitz będzie dla niego możliwe jedynie jako wariactwo. Poza
tym mój syn nie zna się w ogóle na rolnictwie ani na leśnictwie. To, co odbiera jako naturę,
nie  jest  naturą.  Może  spróbuje  sprzedać  całe  Hochgobernitz.  To  mu  się  nie  uda,  więc  je
rozparceluje.  Widzę,  że  po  mojej  śmierci  Hochgobernitz  będzie  najpierw  zupełnie
przerażone. Wtedy przyjedzie syn i odrętwienie zmieni w wariactwo. On jest moim synem,
wszystko  będzie  wydane  na  jego  łaskę  i  niełaskę.  Nadejdą  wtedy,  przede  wszystkim  dla
moich  sióstr,  straszne  czasy,  ale  również  dla  moich  córek  —  absolutna  bezbronność.
Prawdopodobnie jednak wszystkie te stworzenia zasługują bardziej na bezwzględność niż
na  względy.  Mój  syn  wychodzi  naturze  naprzeciw  jak  literaturze,  potwierdzają  to  jego
wszystkie  listy.  Mój  syn  gardzi  mną,  wie  pan,  doktorze.  W  jego  listach  nie  ma  prawdy.
Przez rok całkowicie zmienił się charakter jego pisma. Opłacam mojego syna, opłacam te
niemiłe  mi  studia,  a  on  mnie  unicestwia.  My,  syn  i  ja,  zawsze  byliśmy  niezdolni  do
prowadzenia ze sobą rozmów. On w Anglii przywykł do wygłaszania takich krótkich zdań,
do  takiego  sposobu  mówienia,  który  boli,  zabija.  Wychowałem  go,  myślę,  na  swojego
niszczyciela. I ten człowiek śmie napisać mi w ostatnim liście, że byłem dyletantem i nie
udało  mi  się  ze  swojego  życia  uczynić  sztuki.  Zawsze  wtedy,  kiedy  powinienem  był
przyciągać  go  do  siebie,  ja  go  od  siebie  oddalałem,  wydalałem  z  siebie.  Ale  wszelkie
wychowanie  jest  zawsze  absolutnie  niewłaściwe.  W  moim  odczuciu  działania  syna
kierowały  się  zawsze  przeciw  mnie”,  powiedział  książę.  „Dzielimy  jedynie  i  wyłącznie
zamiłowanie do gazet. Tak”, powiedział książę, „niech mi pan kupi wydanie «Timesa» z 7
września  i  niech  mi  je  pan  przyniesie,  kiedy  następnym  razem  znów  pan  przyjdzie  tu  na
górę, z...”

background image

 

NOTA WYDAWNICZA

Pomysł Zaburzenia, wedle słów samego Thomasa Bernharda, „przetoczył się jak burza”

przez  jego  umysł  w  początkach  1963  roku.  Ostatecznie  jednak  powieść,  rozpoczęta  dwa
lata później, została ukończona w okresie między 23 września a 1 listopada 1966 roku w
Brukseli, o czym świadczy odpowiednia adnotacja na manuskrypcie, przekazanym bardzo
już  zniecierpliwionemu  oczekiwaniem  wydawcy.  Jak  się  zdaje,  od  pracy  nad  nowym
utworem odciągały Bernharda różne inne zajęcia pisarskie (powstało wówczas m.in. wiele
opowiadań  i  wczesna  wersja  sztuki  Święto  Borysa),  ale  na  przeszkodzie  stawały  przede
wszystkim problemy koncepcyjne.

Z zachowanych wariantów tekstu i rozmaitych świadectw, w tym listownych, wynika, że

końcowy  kształt  powieści  (wedle  autorskich  zapowiedzi  „może  grubszej  niż  Mróz”)  jest
rezultatem swoistego „procesu redukcyjnego”, w toku którego zgromadzony materiał został
znacznie  ograniczony,  a  z  mnóstwa  motywów  i  wątków  ocalały  nieliczne.  Pierwotny
zamysł  uległ  zatem  poważnym  przekształceniom,  zmieniła  się  perspektywa  narracyjna
(dopiero z czasem druga część przeradza się w monolog księcia Sauraua) i miejsce akcji
(Ungenach w Górnej Austrii zostaje wyparte przez fikcyjne Hochgobernitz), a w opowieści
znalazły  się  krótkie  sekwencje  narracyjne,  niewiele  lub  zgoła  nic  niemające  wspólnego  z
jądrem akcji, zdające się jednak zapowiadać przyszłe dzieła pisarza.

W  ostatniej  fazie  pracy  ustaliła  się  też  struktura  powieści,  kiedy  to  nad  relacją  syna,

który  towarzyszy  ojcu,  lekarzowi  wiejskiemu,  w  jego  wizytach  u  chorych,  zaczyna
dominować  —  wyodrębniona  śródtytułem  „Książę”  —  coraz  bardziej  obłąkańcza  mowa
Sauraua. „To jest niesamowita książka — pisał Bernhard do najważniejszej w swoim życiu
powierniczki,  Hedwig  Stavianicek,  na  kilkanaście  dni  przed  ukończeniem  pracy  —  która
zaczyna się jak klasyczne opowiadanie i wpędza czytelnika w nastrój grozy tak, że ów tego
nie spostrzega”.

Do końca też ważyły się losy tytułu. Jeszcze w marcu 1966 roku Bernhard utrzymywał,

że  powieść  będzie  nosić  tytuł  Das  Hirn  (Mózg).  We  wrześniu  zapewniał  w  liście  do
wspomnianej  już  Stavianicek:  „Koncepcja  jest  wyśmienita,  tytuł  Die  Ruhe  (Spokój)
również”. Ale w grudniu, po otrzymaniu do korekty tzw. szczotek, poinformował wydawcę,
że  najlepszym  tytułem  byłoby  jednak  wieloznaczne  słowo  „Verstörung”,  oznaczające  tyle
co „zaburzenie”, „wzburzenie”, „pomieszanie”, „obłąkanie”, „dzikość”. Warto przy okazji
wspomnieć,  że  Bernhard  zamierzał  też  opatrzyć  książkę  podtytułem  Ausschreitung
(Wykroczenie)  oraz  określeniem  gatunkowym  „powieść”,  z  czego  jednak  zrezygnował,

background image

zmieniając tytuł z Die Ruhe na Verstörung.

* * *

„Czytałem,  czytałem  i  czytałem...”  —  tak  Peter  Handke  kończy  swój  opublikowany  w

czasopiśmie  „Manuskripte”  entuzjastyczny  tekst,  zatytułowany  Als  ich  „Verstörung”  von
Thomas Bernhard las (Gdy czytałem „Zaburzenie” Thomasa Bernharda). Handke czyni w
ten  sposób  aluzję  do  zakończenia  opowiadania  Bernharda  Czapka  („pisałem,  pisałem  i
pisałem...”)  poprzez  opis  własnego  doświadczenia  czytelniczego  kieruje  uwagę  na
osobliwość Bernhardowskiego pisarstwa jako takiego.

Zaburzenie  Bernharda  stało  się  w  Austrii  wydarzeniem  literackim  1967  roku,  o  czym

świadczy  fakt,  że  recenzje  zamieściły  wszystkie  liczące  się  gazety  codzienne  i
opiniotwórcze  czasopisma.  W  większości  były  to  głosy  pochwalne.  Na  przykład  Günter
Blocker  w  opublikowanej  we  „Frankfurter  Allgemeine  Zeitung”  recenzji,  zatytułowanej
Geometrie  der  Leiden  (Geometria  cierpień),  nazywa  tę  drugą  powieść  w  dorobku
Bernharda  „nową,  potrafiącą  sprostać  epoce  formą  prozy  narracyjnej”,  w  której  autor  z
„głęboką powagą” uprawia „badanie przyczyn”, wykraczające daleko poza kwestie ściśle
medyczne.  Heinrich  Vormweg  w  „Merkur”  podnosi  walor  „gęstości  i  napięcia”  tekstu,
który  posiada  taką  „zmysłową  bezpośredniość  i  wagę  rezonowania”,  że  wyklucza
„jakiekolwiek  wątpliwości  co  do  rangi  autora”.  Urs  Jenny  również  podkreśla  w  „Die
Weltwoche”  (Negative  Utopie,  Negatywna  utopia)  „siłę”  języka  powieści,  umiejętność
„stworzenia atmosfery” i udane odzwierciedlenia świata w ideach księcia. Die Schule des
Todes  (Szkoła  śmierci)  —  tak  tytułuje  Wolfgang  Kraus  swoją  recenzję  w  „Die  Presse”  i
mówi  o  „dużej  językowej  i  myślowej  intensywności”,  konfrontowanej  z  tym  właśnie
głównym tematem Bernhardowskim.

Nie brakło jednak również głosów krytycznych. Marcel Reich-Ranicki w dzienniku „Die

Zeit”  swojemu  omówieniu  powieści  Bernharda  nadaje  tytuł  Konfessionen  eines
Besessenen  (Wyznania  opętańca)  i  w  odróżnieniu  od  Petera  Handkego  uważa  monolog
księcia za „ocean banałów”. Tu też znaleźć można podstawowe impulsy dla kształtowania
się  późniejszego  wizerunku  Bernharda,  który  zdaniem  Ranickiego,  chcąc  nie  chcąc,  staje
się  austriackim  „pisarzem  ojczyźnianym”  („Heimatdichter”)  i  pisze,  karmiąc  się
wściekłością,  jeśli  nie  wręcz  nienawiścią.  Ta  jednostronność,  wedle  krytyka,  wprawdzie
tworzy „osobliwość tej epiki”, nierzadko jednak powoduje również monotonię.

Edwin  Hartl  już  w  tytule  swojej  recenzji  zamieszczonej  w  „Salzburger  Nachrichten”

nazywa Zaburzenie „monotonną pieśnią pijacką o ziemi jako padole łez”. Pisze też, że ta
powieść  „oddziałuje  równie  słabo,  jak  nieskończony  łańcuch  przymiotników  w  stopniu
najwyższym”.  Günter  Engels  mówi  w  „Bonner  Rundschau”  o  „radykalnie  jednostronnych
poglądach  czarnowidza”,  które  nadto  spisane  są  „po  prostu  szkaradną  niemczyzną”.
Tekstem,  który  prawdopodobnie  najbardziej  rozzłościł  Bernharda,  była  opublikowana  w
„Spieglu”  negatywna  recenzja  Herberta  Eisenreicha  Irrsinn  im  Alpenland  (Obłęd  w

background image

krainie alpejskiej). Pierwsze dziewięćdziesiąt stron powieści krytyk ocenia jako udane, ale
po śródtytule „Książę” dochodzi, jego zdaniem, do spłaszczenia tematu i monologizowania
„w  koło  Macieju”.  Eisenreich  wyczytuje  w  książce  Bernharda  „antyracjonalny”,
„antycywilizacyjny” i „antyurbanistyczny afekt”, „który w dziedzinie polityki jest źródłem
wszelkiego zielonego, brunatnego, czerwonego albo jakiegokolwiek innego totalitaryzmu”.
Nie jest przy tym jasne, czy ta diagnoza odnosi się do bohatera książki, Sauraua, jej autora
Bernharda, czy też do nich obu. Brak rozróżnienia między powieściową postacią a autorem
jeszcze nieraz miał dostarczyć różnego rodzaju nieporozumień i stanowi poważny problem
w recepcji twórczości Bernharda.

Postawiony  przez  Eisenreicha  zarzut  ideologiczny  znajduje  swoje  odbicie  w  naukowej

literaturze  przedmiotu.  W  poświęconym  Bernhardowi  zeszycie  „Text+Kritik”  Hugo
Dittberner  nazywa  Zaburzenie  „potajemną  apologią  mocy”,  a  jako  „sekretne  przesłanie
książki”  wskazuje  „zniszczenie”  i  radość  z  ekshibicjonistycznego  sposobu  jego
przedstawiania. Z czasem, w kontekście całego dorobku Bernharda, pojawiają się bardziej
zróżnicowane  i  subtelniejsze  interpretacje  tej  powieści.  Jako  przykład  niechaj  posłuży
kilka  uwag  z  poświęconej  Bernhardowi  monografii  Manfreda  Mittermayera,  który
powołując  się  między  innymi  na  Zaburzenie,  uwypukla  „motyw  wyjaśnienia,  poprzez
odwołanie  się  do  przeszłości,  zagadkowego  (rodzinnego)  procesu  zachodzących  zmian”.
Badacz charakteryzuje monolog księcia, wyodrębniając kilka punktów węzłowych, wokół
których  monolog  ten  jest  zbudowany  (wybór  zarządcy,  powódź,  śmierć  ojca,  sen  o
zniszczeniu  Hochgobernitz  przez  syna),  a  także  poprzez  zasygnalizowanie  tematów,  od
„zakrojonego  na  szeroką  skalę  scenariusza  dotyczącego  rozpadu  Ja  i  próby  odzyskania
tożsamości”  aż  po  wizję  „absolutnego  unaukowienia  świata”,  jeszcze  tylko  potęgującego
ogólną dezorientację.

„Wydaliśmy  się  na  pastwę  ciemności  jako  nauki”,  czytamy  w  znaczącym  zdaniu  w

mowie Sauraua, która, jak i cała ta powieść, nadal stanowi wyzwanie dla interpretatorów i
zaprasza do ciągłego ponawiania lektury.

(Na podstawie komentarza w wydaniu niemieckim

opracowała Sława Lisiecka)

background image

Spis treści

Motto
--
KSIĄŻĘ
NOTA WYDAWNICZA


Document Outline