background image

WOJCIECH ŻUKROWSKI 

RĘKA OJCA 

background image

Siedzieli długą chwilę w milczeniu, zapatrzeni w migotanie płomienia na 

kominku. Pokój tonął w mroku. Okno zasłonięte papierową roletą. Za oknem, 
była noc styczniowa, ściśnięta od przybierającego mrozu, czarna i cicha. 

Sędzia  Nahorayski  nie  potrzebował  unosić  zasłony,  znajomy  krajobraz 

tkwił jak piekący okruch pod powieką. Czwarta zima. Poza murami warowni z 
czapami  śniegu  otwierał  się  siny  rów  doliny,  ściana  skalna  porosła  grzywą 
lasu zamykała widok. Ponad nią a górną krawędzią okna, na wąskiej szparze 
nieba drgały gwiazdy. 

Dobrze  jest  wpatrzeć  się  w  zmienne  skoki  płomienia  i  tkwić  tak  w 

drętwym  półśnie.  Drzewo  dopalało  się  słabymi  westchnieniami,  przepalone 
szczapy  kruszyły  się  bezszelestnie.  W  pokoju  była  cisza  rozwleczonego 
wieczoru. 

Znów minął dzień. 
Pani  Janina  lubiła  te  chwile  pozornych  zamyśleń,  niedokończonych 

obrachunków  i  zabiegów  przedsennych.  Popatrzyła  na  męża  z  czułością. 
Siedział  blisko,  mogła  go  ręką  przygarnąć.  Głowę,  której  tak  dobrze  było  z 
przedwczesną  siwizną,  trzymał  wspartą  na  splecionych  dłoniach.  Od  palców 
padał cień na twarz. W blasku ognia, zdawało jej się, że dostrzegła uśmiech 
na  jego  wargach,  zgadywała  —  musi  pewnie  myśleć  o  nas,  więc  sama 
uśmiechnęła  się  z  czułością.  Podkuliła  kolana,  prawie  klęczała  na  fotelu, 
powolnymi  ruchami  wyjmowała  szpilki  z  włosów,  kładła  je  uważnie  na 
oparciu. W pewnej chwili rozplecione włosy obsunęły się falą, przelały przez 
palce  i  poręcz  fotela,  strącone  szpilki  zadzwoniły  cienko  na  kamieniach 
posadzki. 

Sędzia  odwrócił  głowę.  Długoletnia  tresura  nakazała  mu  pochylić  się  i 

zbierać  je  niechętnymi  ruchami.  Pod  leniwymi  palcami  czuł  chłód  bijący  od 
piwnicy. 

— Te pokoje są nie do opalenia — powiedział, rzucając na ogień polano. 

Ale  zaraz  pomyślał,  już  uśmiechnięty  —  na  przyszły  rok  nie  będę  się  tym 
martwił.  Nie,  nie  dam  się  tu  przywiązać.  —  Wyciągnął  nogi  w  stronę  ognia. 
Oparł się wygodnie i krytycznie przyglądał się żonie. 

Twarz  jej  była  biaława  mimo  odblasku,  który  różowiał  na  ciemnych 

background image

włosach. Brwi miała grube, policzki obrzmiałe lekko, jakby z bezsenności. 

Pewno  ją  Stynka  zamęcza,  nie  daje  jej  spać  nocami  —  pomyślał  bez 

współczucia. Chciała mieć dziecko w taki czas, niech cierpi. — Znów przytyła 
ostatnio  —  stwierdził  z  niechęcią,  spoglądając  na  jej  zgiętą  nogę,  która  w 
tym skrócie rozszerzała się nieprzyjemnie. 

Wilgotna  szczapa  spłynęła  śliną  i  kąsana  płomieniem  piszczała  cienko. 

Ta nuta ledwie uchwytna, jak głos komara drążyła rozległą ciszę pokoju. 

Czy  można  jednego  dnia  obudzić  się  i  wstać  z  miłości  słabym  i 

kapryśnym  jak  po  chorobie.  Wszystko,  co  dotąd  było  mu  miłe  i  zbliżało, 
troskliwość  i  przelotna  pieszczota  drażniły  go  teraz  i  niepokoiły.  Stawał 
zaskoczony  i  patrzył  na  nią  jak  na  osobę  nieznaną,  która  dzięki  jakiejś 
pomyłce nagle zjawiła się u jego boku. Na całe życie. Na całe życie... Miało to 
w  sobie  coś  z  grobowego  napisu.  Gdy  żona  natrafiła  na  jego  wzrok 
bezlitosny, podchodziła ufna, pewna, że budzi w nim dawne uczucia. Opierała 
się  o  niego  nie  czując  jak  drewnieje.  Wtedy  gładził  jej  włosy,  dawniej 
wydawały  mu  się  piękne,  dziś  rozlewały  się  po  poduszkach,  łaskotały 
policzek,  właziły  do  ust.  Właściwie  nie  głaskał  jej,  tylko  uciskał  dłonią,  nie 
całował w czoło, ale odtrącał suchymi wargami i odchodził szybko. Zostawała 
spokojna, że nadal nim włada. 

Przyjrzał się jej — długie, czarne włosy. Był czas, gdy czuł, że jest o nie 

zazdrosny,  tyle  im  chwil  poświęcała,  tak  lubiła  się  nimi  bawić,  układała  je 
przed lustrem w fale, próbując coraz to innych fryzur. Często już zasypiał, a 
ona  mimo  chłodu  siedziała  jeszcze  na  wpół  rozebrana,  słyszał  trzeszczenie 
iskierek,  pasma  włosów  wzbijały  się  za  grzebieniem,  ulatywały...  Czesanie 
zamieniało się w zabieg magiczny. 

— Dobrze mi jest z tobą — powiedziała Janina cicho — cieszę się zawsze 

na tę chwilę, cieszę się, że tylko o nas myślisz. 

Mówiła  bardzo  powoli,  trochę  sennie.  W  obie  dłonie  zgarnęła  włosy. 

Słyszał wyraźnie zza uchylonych drzwi tykanie dużego zegara w gabinecie. 

—  Wiesz,  że  choć  drżę  o  ciebie,  często  błogosławię  tę  wojnę...  Nigdy 

przedtem nie byliśmy tak mocno razem. 

Milczał  z  przymkniętymi  powiekami,  na  wargach  drgał  mu  odblask 

background image

płomienia. 

— Jesteśmy już tylko dla siebie. Tam nas nie potrzebują — pokazała na 

zasłonięte  okno.  —  Dopiero  jak  się  wszystko  skończy,  wyruszymy  znowu. 
Zobaczysz, będziemy sobie przypominać... Lubię pielgrzymki do tych miejsc, 
gdzie byliśmy szczęśliwi. To wzmacnia we mnie wiarę... 

Po  raz  pierwszy  zdradzała  swe  plany,  osaczała  nimi  przyszłość  męża. 

Jednak on już wyboru dokonał. Słyszał jeszcze jej głos, ale z tak daleka jak 
szum  morza  w  muszli.  Opuściła  czoło,  włosy  przysłoniły  jej  twarz  ciemną 
zasłoną. 

—  Dziś  z  Gabrynią  rozbierałam  choinkę.  Wiesz,  chyba  nigdy  nie  byłam 

tak szczęśliwa jak tego roku. To była krótka chwila... Ale dla takich chwil się 
żyje.  Ty  nawet  nie  wiesz  o  czym  mówię.  Pamiętasz,  w  Trzech  Króli 
wieczorem,  goście  już  pojechali,  dzieci  nie  chciały  iść  spać,  bawiły  się  pod 
choinką. Przyszedłeś z parku pachnący mrozem, patrzyłeś na mnie, byłeś zły, 
że  się  śmiałam  z  dziećmi.  Chciałeś  krzyknąć  i  nie  krzyknąłeś.  Cały  wieczór 
wytrzymałeś nowinę. Nie chciałeś mi go zepsuć wiadomością o rabunku. A ja 
o tych świniach już wiedziałam i też milczałam, żeby cię nie martwić. Wtedy 
zrozumiałam,  jak  bardzo  się  kochamy.  Zobaczysz,  gdy  to  wszystko  się 
przewali... 

Głos  jej  sycił  go  niepokojem  i  niejasnym  wzruszeniem,  ale  był  już  na 

tyle daleko, by  nie  ulegać urokowi godziny. Widział w żarze podsuwany mu 
przez nią obraz, jak podpatrzone za oknem cudze szczęście; nie cenił go ani 
nie pragnął dla siebie. 

Tylu  ludzi  przepadało  w  tej  wojnie  —  nie  ginąc  jednak.  Wiedział,  że 

najbliżsi  godzą  się  łatwiej  ze  śmiercią,  niż  mogliby  przystać  na  myśl,  że 
odszedł  od  nich  i  ośmiela  się  żyć  gdzieś  inaczej,  z  dala,  może  nawet 
szczęśliwy.  Już  o  niejednym  ze  znajomych  mówiono:  poległ,  zabito  go, 
przepadł, a potem okrężną drogą docierała niezupełnie pewna wiadomość, że 
widziano ich mieszkających w ukryciu, często za granicą, chodzących ulicami 
obcych  miast,  uśmiechniętych,  odmłodzonych  w  towarzystwie  kobiet,  z 
którymi jeszcze raz zaczynali życie. 

Sędzia  nie  miał  upatrzonej  towarzyszki,  nie  wiązał  się  żadnym 

background image

romansem.  Może  i  to  opóźniało  zniknięcie.  A  jednak  tyle  się  otwierało 
możliwości, młode dziewczęta dawały mu wyraźnie poznać, że po prostackich 
rówieśnikach,  budzi  zainteresowanie  i  zaciekawia  je  swą  uprzejmością  i 
niedzisiejszą galanterią. Na razie chciał być tylko wolnym. Krył się ze swoim 
planem, nie chciał żadnych obciążeń. Życie ma biec bez zmian do chwili, gdy 
linia  frontu  przesunie  się  poza  dolinę  Siniawki,  wtedy  wyjdzie  z  domu  bez 
czapki, wsiądzie do pierwszej ciężarówki i utonie w fali taborów. 

O ile sprawy z żoną uważał za przecięte, to córeczek jeszcze nie umiał 

się  wyrzec,  zachowywał  sobie  możliwości  jakiegoś  powrotu,  mimo,  że  go 
dzieci  niecierpliwiły,  dogadzał  im,  pieścił,  jakby  chciał  się  wkraść  w  ich 
pamięć i serca. Łatwo być dobrym jeśli ma się przed oczami nieustannie ten 
dzień,  który  będzie  kresem  wszystkiego,  więc  i  dobroci  także.  Zmienię  się, 
będę zupełnie inny — myśli sędzia z dreszczem niepokoju — nawet samemu 
trudno będzie mi się poznać. Czuje w sobie złe instynkty i zdaje mu się, że 
poddanie się im dałoby mu piekielną rozkosz, więc z wdziękiem dogrywa rolę 
kochającego  męża,  z  zadowoleniem  artysty  rzeźbi  siebie  w  pamięci 
otoczenia,  stwarza  się  każdego  dnia,  wie,  że  pamięć  jest  nietrwała,  czas 
jednak powinien jego obraz oczyścić jeszcze i rozjaśnić. 

— Czy nie jest ci chłodno Ludwisiu? 
— Nie — potrząsnął głową. 
Drażniła go troskliwością. Posądzał żonę o pewne wyrachowanie. Wątłe 

zdrowie,  skłonność  do  przeziębień,  jakie  mu  wmawiała,  miały  go  odgrodzić 
od niebezpieczeństw, od zetknięcia z ludźmi z zewnątrz, poza urzędowaniem, 
od  zbliżenia,  które  by  wciągało  i  wytwarzało  jakieś  zobowiązanie.  Ludzi 
przychodziło dosyć, jedni od strony podjazdu, jawnie i hałaśliwie, drudzy od 
parku  łączącego  się  z  lasem  przemykali  się  na  kuchenne  schody.  Żona 
wszystko  załatwiała  sama,  były  ta  sprawy,  którymi  poczęści  gardził,  nie 
godne  jego  uwagi.  Chętnie  przystawał  na  tę  osłonę.  —  Pozwól,  że  ja  ich 
spławię  —  mówiła  z  uśmiechem,  by  nie  czuł  się  dotknięty,  że  za  niego 
decyduje. — Wiesz, że łatwiej się z nimi potrafię dogadać... 

Czasami,  gdy  trafiał  na  taką  rozmowę,  pani  Janina  odprawiała  go 

niecierpliwie  skinieniem  ręki,  zatrzymywała  już  na  progu  i  przeprosiwszy 

background image

gościa,  który  czekał  nastroszony,  chowając  zabłocone  buty  pod  fotelem  i 
przyglądał  się  sędziemu  ciekawie,  ale  wyraźnie  bez  sympatii,  spieszyła  z 
wyjaśnieniami:  —  Wybacz  Ludwisiu,  będziesz  nam  przeszkadzał.  Przyszli  w 
sprawie  buhaja.  Ciebie  zawsze  te  targi  śmieszą,  a  mnie  tylko  w  ich  oczach 
dodają powagi. 

Zresztą bywały i sprawy ważniejsze, kogoś aresztowano, to znów konie 

wyznaczono  do  szarwarku  nad  Siniawką,  to  kontyngenty...  Nudziły  go  te 
wizyty, wzruszał ramionami i szedł do bilioteki czytać klasyków w oprawach 
półskórkowych, z miło wytartymi złoceniami. 

Właściwie  żona  troszczyła  się  o  cały  dom,  pozostawiając  mu  jakąś 

nieokreśloną  przyszłość,  w  której  miał  przejąć  jej  obowiązki  i  kłopoty. 
Jedynie  gdy  przyjeżdżali  Niemcy,  sędzia  stawał  się  niezastąpiony.  Na  krzyk 
ich odpowiadał niedbałym szeptem, choć sam też głos podnieść potrafił, więc 
i oni cichli, onieśmieleni jego pańskością. Dawał im zawsze odczuć kto tu jest 
jeszcze gospodarzem. Umiał ich zmusić do trzaskania obcasami, salutowania 
i przymilnych uśmiechów. 

Tymczasem pani Janina przygotowywała paczki, a stara Walercia ciskała 

je  z  odrazą  na  siedzenie  auta.  Szoferzy,  którzy  dotąd  spacerowali  po 
podwórzu, zaglądali do kurników, zjawiali się zwabieni. Wydłubywali dziurkę 
w  papierze,  zwęszywszy  rozkoszną  woń  wędzonych  kiełbas,  nieruchomieli 
przy kierownicy pełni zazdrości. 

Zwykle przy pożegnaniu Niemcy zgnębieni monoklem, zwracali się pełni 

uszanowania — Herr Graf. 

Już piąty rok prowadzi sędzia Nahorayski życie właściwie bardzo jałowe. 

Może z gnuśności marzy o ucieczce, czując jak rozkładają się w nim resztki 
energii. 

We  wrześniu,  w  czasie  oblężenia  Warszawy,  bomby  tak  uszkodziły  ich 

willę  na  skraju  Mokotowa,  że  nadawała  się  tylko  na  rozbiórkę.  Wtedy  pani 
Janina zadecydowała, że wyjadą do Suchowód, by tam rok wojny przeczekać. 
Wyjechali  z  pewnym  ociąganiem,  właściwie  wojna  zapowiadała  się  na  tak 
krótko, że postanowili ją potraktować jako dłuższe wakacje. 

Suchowody  zakupił  ojciec  pani  Janiny.  Chciał  w  ten  sposób  dopełnić 

background image

świetność  partii,  jaką  zrobiła  wychodząc  za  człowieka  nie  tylko  z  dobrym 
nazwiskiem,  przystojnego  i  majętnego,  ale  i  cenionego  już  naukowca,  w 
wąskim kręgu swojej specjalności, mówiono też, że otwierały się  przed nim 
jakieś możliwości kariery dyplomatycznej. 

Zameczek,  historyczna  siedziba  Awdańców,  herby  ich  jeszcze  widniały 

nad  bramą  wjazdową,  wymagał  poważnych  wkładów.  Oczywiście  nie  było 
mowy  o  tym,  by  można  go  było  doprowadzić  do  dawnego  stanu,  Sędzia 
próbował ratować mury gospodarskim sposobem, zmienił częściowo pokrycie 
dachów i oszklił opuszczone, rujnujące się już skrzydło. Prace konserwacyjne 
wciągały  go  powoli,  sięgnął  nawet  po  jakieś  niewielkie  zresztą  kredyty. 
Wreszcie  widząc,  że  sam  nie  podoła,  bo  resztówka  obejmowała  trochę 
młodego  lasu  i  kwaśne  łąki  na  Mokronosie,  więc  trudno  tu  mówić  o 
rentowności  zapuszczonego  folwarczku,  żeby  pozbyć  się  kłopotliwego  wiana 
założył jeszcze na rok przed wojną towarzystwo akcyjne. Udało mu się dzięki 
zręcznie  aranżowanym  polowaniom  znaleźć  udziałowców  spośród  przyjaciół 
teścia, zetknął ich z młodymi architektami, entuzjazmującymi się odbudową. 

Droga do miasta była niedaleka, świeżo ukończono regulację Siniawki, a 

malownicza  dolina  ściągała  w  każdą  niedzielę  tłumy.  Postanowiono  więc, 
mimo, że na ten rodzaj dochodu niezbyt liczono, przystosować wewnętrznie 
zameczek  do  zamieszkania,  przerobić  go  na  miejsce  wypoczynkowe  dla 
naukowców,  no  ostatecznie  dopuszczano  i  inteligencję.  Rozległy  park  łączył 
się z lasem, ze ścieżki nieznacznie wstępowano we wrzosowiska, skąd łatwo 
było wspiąć się na krawędź skalną pełną surowej dzikości. 

Komunikacja z miastem była dobra, dwa razy dziennie buczał w dolinie 

czerwony  autobus,  kurz  wapienny  wstawał  siwą  grzywą,  srebrzył  drzewa 
przydrożne  i  gasił  jaskrawą  zieleń  łąk  nad  Siniawką.  Wystarczyło  dojrzeć 
czerwone pudło wracające z Doboszowa, potem zejść z wieży i spakować się 
spokojnie.  Zanim  wtoczył  się  na  lekkie  wzniesienie  i  przejechał  obie  pętle 
rzeczki, już się czekało z walizeczką przy fosie zamkowej, gdzie łatwo go było 
zatrzymać podniesieniem ręki. 

Sędzia  Nahorayski  pamięta  zapach  natłoczonego  wnętrza,  woń 

rozgrzanego  lakieru,  wydechu  spalin  i  kurnika,  bo  chwiejące  się  barykady  z 

background image

kojców pełnych kurcząt wspierali chudymi plecami Żydzi z Doboszowa. 

Czuje przykry zapach tak wyraźnie, że przerywają się wspomnienia:  to 

kłębek zczesanych włosów skierczy w ogniu kominka. Sędzia odwraca się i z 
urazą spogląda na żonę. 

—  Przepraszam  cię  Ludwisiu!  Przechyla  się  przez  poręcz,  dosięga  go 

teraz,  przygniata,  ciężarem  ramienia  i  pełnej  piersi,  zatapia  falą  włosów 
nagrzanych,  pachnących  mocno.  Wykorzystuje  chwilę  przeprosin,  by  go 
jeszcze raz upokorzyć. 

— Nino — mówi, z trudem łapiąc oddech, pogrążony we włosach jak pod 

powierzchnią wód. 

Żona  zawisa  nad  nim,  włosy  tworzą  namiot,  a  światło  przez  nie  mruga 

czerwono. I nagle Sędzia odkrywa, że żona czeka na próżno, nie ma jej nic 
do  powiedzenia,  ani  jednego  słowa.  Jest  tak  zakłopotany,  jak  kiedyś  w 
kościele, gdy zapomniał portfelu, a zakrystian sterczał przy ławce, brzękając 
palcami w tacę. Sędzia przetrząsał wtedy kieszenie choć wiedział, że nie ma 
drobnych.  Zbył  wreszcie  urażonego  kościelnego  dobyciem  chustki,  którą 
strzepnąwszy podłożył sobie pod kolano. 

— Janino, daj mi odetchnąć — poprosił, odgarnął jej włosy, wynurzył się 

z  fotela  i  odwrócony  plecami  grzebał  długo  w  palenisku.  Ogień  powoli 
dogasał.  Przez  uchylone  drzwi  z  drugiego  pokoju  lampa  naftowa  stojąca  na 
szafce  rzucała  żółtą  plamę  zapylonego  światła.  Podszedł  do  okna,  uniósł 
zasłony.  Wąski  księżyc  widniał  w  górnym  rogu  jakby  zaczepiony  o 
zardzewiałą kratę. 

—  Ciekawym,  kto  naprowadził  złodziei,  uwinęli  się  szybko.  Cały  ten 

napad jest mi mocno podejrzany. Zastrzelić świnie, wypatroszyć i wywlec na 
korytach, któreś jeszcze dla nich, jak na zamówienie wyparzyła? Nikt ich nie 
widział, ani nie słyszał? 

—  Myślisz,  że  ktoś  z  domowników  był  z  nimi  w  zmowie?  Nie 

podejrzewam  nikogo.  Nie  potrafią  na  dłuższą  metę  udawać.  Walercia 
rozpaczała  za  świniami,  jakby  to  były  jej  własne...  Słyszałam,  jak  spłakana 
przeklinała złodziei i Jana, choć przysięgał, że nic nie słyszał. 

—  Ty  zanadto  wszystkim  wierzysz!  Zresztą  jest  ci  z  tym  wygodnie. 

background image

Najłatwiej zwalić winę na wojnę i partyzantów... 

—  Wątpię,  żeby  to  byli  partyzanci  —  zastanowiła  się  pani  Janina, 

przecież wiedzielibyśmy, że znów się po okolicy kręcą! 

Sędzia  odczekał  chwilę.  Była  cisza.  Zegar  w  niej  niechętnie  wiosłował. 

Śpiąca  w  sąsiednim  pokoju  Stynka  poruszyła  się  niespokojnie,  powiedziała 
jakieś słowa zmętniałe od snu. 

Sędzia  przypomniał  sobie  wieczór  Trzech  Króli,  niedopite  wino  w 

kieliszkach,  zaczerwienione  twarze  sąsiadów  i  pomyślne  wróżby  —  a  potem 
pusty  chlew  pełny  wyprutych  jelit,  ślady  na  śniegu  gubiące  się  w  parku  i 
bezradne bieganie służby. 

—  Całą  zbieraninę  trzyma  człowiek  pod  dachem  i  nie  widzę  z  nich 

żadnego  pożytku!  Czy  sądzisz,  że  taki  Tadek  nie  mógłby  nocą  parę  razy 
obejść dom, i popilnować trochę? 

— Wiesz, że był ranny, jeszcze teraz utyka. 
— A ja nie mogę się go nawet doprosić, żeby mi coś przepisał, wystarczy 

żebym  się  obrócił,  już  go  nie  ma  w  bibliotece,  za  to  lubi  z  dziewczętami 
pogadać, zwłaszcza z Celinką. Dwa dni temu, nie wspominałem ci o tym, upił 
się z chłopakami z Doboszowi, z najgorszą hołotą! 

Sędzia  wzburzony  odwrócił  się  gwałtownie  i  wzdrygnął  się  trafiwszy  na 

choinkę ogołoconą z ozdób, obcą teraz, mnisio ciemniejącą w kącie. Złapał ją 
za  czub  i  powlókł  przed  kominek.  Zaczął  łamać  gałązki  i  ciskać  w  ogień. 
Otrząsane zeschnięte igły osypywały się sucho sycząc, kładły się na posadzce 
zielonym kręgiem. 

Zatrzeszczał  ostro  płomień,  zapachniało  w  całym  pokoju  uroczyście: 

trochę  świętami,  a  trochę  kościelnym  kadzidłem.  Sędzia  kłując  sobie  palce 
pospiesznie targał gałęzie. Biały płomień miotał się w gardzieli kominka.- W 
pokoju zrobiło się nagle jasno i pusto. 

Sędzia  zaczął  się  mocować  z  elastyczną  drzewiną,  odbił  krzyżak,  oparł 

drągowinę o podmurowanie kominka i uderzył nogą kilka razy z furią. 

Łamał,  już  nie  choinkę,  ale  własne  uczucia,  obrazy  szczęśliwe,  pamięć 

tego domu — palił gałęzie jak przeszłość! 

Trzask  obudził  Stynkę.  Dziecko  zawołało  cichutko:  —  Co  to?  Mamusiu, 

background image

co tu się tak tłucze? — Potem zapłakała bez łez, wyczekująco. 

Pani  Janina  opuściła  stopy,  nie  szukając  pantofli  wciśniętych  pod  fotel, 

pobiegła do dziecka. 

Sędzia  obejrzał  się  jak  złoczyńca,  żona  przymknęła  drzwi  za  sobą, 

wykorzystując  tę  chwilę  cisnął  i  krzyżak  do  ognia.  Nadłamany  trzon  choinki 
wsunięty głęboko, pryskał żywicą, smażył się opornie, aż zapachniało leśnym 
ogniskiem i smolarnią. 

Nahorayski  wsparł  się  o  ciepły  kamień  obmurowania,  powoli  podsuwał 

drąg nogą w miarę jak się zwęglał. Serce biło mu niespokojnie jak po biegu! 
Głęboko  oddychał.  Słyszał  szept  żony  i  łzawe  westchnienia  zasypiającego 
dziecka. Nagle przez mury zaczęła przenikać melodia, wznosiła się i opadała 
powolnymi  akordami.  Nie  odróżniał  słów,  choć  same  powstawały  mu  na 
wargach. Powtarzał je bezmyślnie: „Wszystkie nasze dzienne sprawy”... 

Chwilami śpiew zanikał, to znów powracał falą nalewając się w pokój z 

wysoka,  jasny,  harmonijny  jak  odgłos  dalekich  organów.  To  dzieci 
ewakuowane  z  Wołynia  śpiewały  modlitwę  przed  snem  na  lewym  skrzydle 
domu. 

Dzieci było dwadzieścia osiem. Najstarsza dziewczynka miała czternaście 

lat  i  chętnie  zastępowała  pannę  Celinkę,  ze  sztuczną  powagą  strofując 
młodszych.  Ulubieńjącą  spokojem.  Jeszcze  zalśnił  przez  mgnienie  cienki, 
dziewczęcy  pierścionek  na  palcu,  potem  spadała  ciemność  pełna  sapania  i 
niespokojnych szelestów. 

Ksiądz  był  wysoki,  stojąc  w  drzwiach,  wypełniał  je  swymi  szerokimi 

barami.  Lewą  rękę  już  trzymał  na  klamce,  chłód  ciągnął  z  korytarza,  jakby 
mu ktoś dmuchał po palcach. Prawą nakreślił duży krzyż nad uśpioną salą. 

—  Niechże  już  pani  kończy,  najwyższy  czas  spocząć  chwilę.  No,  panno 

Łucjo! — naglił widząc, że gdzieś przepadła w mroku. — Żeby choć Marynia 
była, z niej prawdziwa pociecha. Celinę znów poniosło, a pani nic, tylko godzi 
się na wszystko... 

—  Celinka  poszła  do  kuchni  z  miskami.  Mierzy  teraz  pewnie  mleko  z 

wieczornego udoju! 

Drzwi otwarły się gwałtownie, między nich dwoje wpadła pani Wacława. 

background image

Poznali  ją  od  razu  po  zapachu  pudru,  zanim  kręgiem  elektrycznej  latarki 
wyłuskała  ich  z  ciemności,  liznęła  blaskiem  czerwonawą  twarz  księdza  i 
bizantyński uśmiech Łucji, natychmiast jednak opuściła lej kredowego światła 
dobywając  na  jaw  swoje  zgrabne  nogi  w  lśniących  miejskich  botach  i 
kołyszący się skraj sutanny. 

—  Co  ja  widziałam!  —  zawołała  podnieconym  głosem.  —  Żebyście 

wiedzieli... 

— Ciszej! — przerwała Łucja. — Dzieci już śpią! 
—  Wyobraźcie  sobie  państwo...  —  zaczęła  zniżając  głos  i  przyciągając 

ich ku sobie — no, jak myślicie, gdzie jest teraz Celinka?  — Z chłopcem! — 
dokończyła triumfalnie. 

—  Nic  mnie  to  nie  obchodzi!  Dobranoc!  —  ucięła  krótko  Łucja.  — 

Przepraszam!  —  odsunęła  panią  Wacławę  i  twardo  stukając  blaszkami 
podkutych  butów  poszła  korytarzem,  kierując  się  na  światło  widoczne  zza 
zakrętu. 

— O, ale księdza to musi interesować! Niech ksiądz kapelan posłucha! — 

uczepiła mu się u rękawa. — Wracam ze dworu, bo chciałam zobaczyć czy ze 
zmianą kwadry mróz nie zelżał, wracam, a tu Walercia woła: kici, kici... Kot 
się nie daje złapać, tylko jej smyk pod nogami. Więc ona jeszcze czulej: no 
chodźże tu cholerniku! A kot choć na schody co na strych prowadzą. Myślę — 
ciemno tam, kot bury, przyświecę jej... Zapaliłam latarkę, oświetliłam schody 
od góry do dołu. No i co? Niech ksiądz zgadnie kogośmy tam zobaczyli? 

—  Pani  Wacławo  —  zniecierpliwił  się  ksiądz  Bazyli  —  co  też  mi  pani 

głowę zawraca! Pora mi już brewiarz mówić i spać! 

— Zaraz, niech ksiądz tylko słucha! Siedzieli sobie tam jak gołąbeczki i 

zasłaniali  się  przed  światłem.  Ale  ja  ich  dojrzałam:  nasza  Celinka  i  Tadzio 
Bukowski. Ksiądz kapelan gotów z kurami chodzić spać, ale oni o spaniu nie 
myślą! Młodzi, wiosnę przed kotami zaczynają! 

Wspięła się na palce. — Całowali się! — tchnęła mu w ucho. 
Zapach  jej  pudru  długo  trzymał  się  w  mięsistych  nozdrzach  księdza, 

drażnił i niepokoił. 

— Ja od razu wiedziałam co to za ziółko... Ksiądz kapelan pozwoli, że ja 

background image

jeszcze wpadnę na słówko? 

Stał  chwilę  rozkraczony,  odwrócony  do  niej  plecami,  grzebał  w 

kieszeniach  szukając  kluczy.  Myślał,  że  rozmowa  wygaśnie  zanim  przejdą 
próg.  Ale  Wacława  wybuchnęła  oskarżycielsko:  —  I  to  ma  być 
wychowawczyni?  Czego  ona  dzieci  nauczy?  Jaki  przykład  widzą?  Czy  ksiądz 
wie, że tam na strychu jest — siano! 

Weszli do pokoju. Lampa już była zaświecona, z przykręconym knotem 

stała  na  słupku  nocnym,  przy  rozścielonym  łóżku.  Przygotowane  usłużnie 
przez  Walercię  prawidła  do  butów  z  cholewami,  stały  oparte  o  krzesło  jak 
protezy inwalidów. 

Ksiądz przeniósł lampę na stół, rozjaśnił światło. Zaraz wystąpiły foteliki 

obite  wiśniowym  pluszem,  półki  z  paru  książkami,  białe  stopy  Chrystusa  na 
dużym krzyżu i spłowiałe portiery, podwiązane sznurem z chwastami. 

— Powiem księdzu, że jakbym z Celinką ostro pogadała, albo, albo... No 

cóż ksiądz tak milczy, chyba trudno we mnie widzieć pokusę? 

Był  zakłopotany  podwiniętym  rogiem  kołdry  i  porą,  stał  niecierpliwie 

przygładzając  włosy  krótko  przycięte,  stroszące  mu  się  nad  skronią.  Twarz 
miał  czerstwą,  upartą,  męską.  Był  już  po  czterdziestce,  miał  wyraźną 
skłonność do tycia. 

—  Ja  już  uciekam...  Choć  przyznam  się  niechętnie,  bo  u  księdza 

przyjemnie, jedyny ludzki pokój... 

Obiegła stół małymi kroczkami, w tym wieczornym świetle miała w sobie 

coś wabiącego, ruchy miękkie i świadome, czuł, że nie na darmo obnosi ciało. 

Przypadła niespodziewanie do łóżka na wpół przyklękając i wtuliła twarz 

w poduszkę, potoczyła głową. 

— To tak, żeby ksiądz miał przyjemne sny — zaśmiała się przekornie. — 

Dobranoc księże kapelanie! Pa! — Powiała dłonią od ust w jego stronę. — A 
tą małą radziłabym surowo skarcić, bo będzie nowy kłopot! 

Ksiądz  Bazyli  stał  z  ręką  wspartą  na  stole,  z  palcem  wskazującym 

między kartami brewiarza. Słyszał jak przeszła korytarz, odetchnął głęboko, 
gdy doszedł go trzask drzwi zamykanych na górze. 

Zaczął  chodzić  po  pokoju  niecierpliwym  krokiem,  wreszcie  wziął  się  do 

background image

modlitwy. Ale za każdym razem mijając łóżko podnosił na nie oczy. W końcu 
nie  wytrzymał,  nachylił  się  czerwieniejąc  i  ostrożnie  powąchał  poduszkę. 
Pachniała  jednak.  Gniewnie  strzepnął  dłonią,  aż  zaklasnęło  pierze  i  depcząc 
po niej pięścią, przewrócił na drugą stronę. 

Teraz dopiero mógł wrócić do przerwanej modlitwy. 
Cisza była na korytarzach taka, że czuł, jak mu krew niespokojna dudni 

w skroniach. 

Miękkimi  susami,  przebiegały  koty  po  korytarzach,  wabiły  się 

miałknięciami  to  pędziły  jeden  za  drugim  nastroszone  z  fukaniem.  Wpadały 
na schody i wyczuwszy siedzącą na stopniach parę zawracały. 

— Czy myślisz, że nas widziała? — zapytał Tadek Bukowski. 
— Pewnie! Świeciła nam prosto w twarze. Ty zawsze musisz się ze mną 

umawiać w jakichś  dziurach, nocami, tak jakbyśmy nie mogli się przejść za 
dnia po parku. 

— Wstydzisz się, że cię ze mną przyłapali? 
— Głupiś! Czego mam się wstydzić? 
— Chciałem z tobą porozmawiać... 
— A wziąłeś się od razu do całowania! 
— Zła jesteś o to? Celinko, mówisz tak, jakbym ci sprawił przykrość. 
— Wiesz, że nie, tylko pomyśl, mieliśmy poważnie porozmawiać. 
— Kocham cię Celinko! 
—  No  i  co  z  tego?  Gdybyś  nie  przepadał  po  całych  dniach,  tylko  mi 

trochę pomógł, moglibyśmy się teraz całować. Widziałam, jak dziś siedziałeś 
z nią w bibliotece, jeżeli ją wolisz... 

— Kogo? 
— No, tę idiotkę Wacławę! 
— Ona tam czekała na księdza. 
— A mizdrzyła się do ciebie! 
—  Ona  się  mizdrzy  do  każdego,  ale  wyraźnie  poluje  na  kapelana. 

Zresztą, co jej się dziwisz? Mąż w Oflagu, tyle lat... 

— Ale po coś przy niej siedział? 
—  Nie  przy  niej,  tylko  nad  książkami!  Sędzia  mi  kazał  przepisywać 

background image

pozakreślane kawałki. Wiesz, że on kończy już drugi tom rozprawy. Mówi — 
zaśmiał się cicho — że to będzie po wojnie miało epokowe znaczenie. 

— Co? 
—  Ta  książka!  „Prawo  Organizacji  Narodów”,  rozumiesz?  Może  to  i 

ciekawe,  ale  takie  myśli  jak:  „prawo  gwarancją  trwałości  pokoju”  —  muszą 
nas bawić... 

— Weź tę łapę! 
— Chciałem tylko zobaczyć, czy ci nie zimno, kochanie. 
— Już ty się o mnie nie martw. Słuchaj, czym byłeś w powstaniu? 
— Podchorążym. Plutonowym podchorążym. 
— A nie chciałbyś dziś wrócić do roboty? 
— Skąd wiesz, że nie siedzę w robocie? 
— Tutaj? 
— Tak, tutaj! 
— Głupstwa mówisz. Gdybyś był z nami, musiałabym wiedzieć. Ja mam 

oko na wszystko. No, nie wykręcaj się. Chcesz, to cię skontaktuję. 

— Ty! 
— Co się tak dziwisz? U was dziewcząt nie było? 
— Były, ale... 
— Zrozum, jak się ofensywa ruszy... A może się zacząć każdego dnia i 

wtedy trzeba będzie pokazać, cośmy przez te lata zrobili! 

— Warszawa już pokazała. 
— Nie bój się, tu się Warszawa nie powtórzy, myśmy... 
—  Celinko,  chodź  na  górę,  tam  będzie  cieplej.  Takie  masz  zziębnięte 

łapki. 

— Czy przyszedłeś rozmawiać poważnie, czy... 
— Celu, Celinko, tak lubię cię całować, jesteś taka milutka, nawet kiedy 

się  złościsz.  Nie  mam  nikogo  bliższego  od  ciebie,  jestem  teraz  sam...  Cała 
moja rodzina w Warszawie, pod gruzami... 

— Tadzik, uspokój się. 
—  Chodź  na  górę,  tam  jest  siano,  przytulimy  się  i  opowiesz  mi  o 

wszystkim dokładnie. 

background image

— Kiedy tam jest zamknięte, a klucz w kuchni, nie będę teraz schodziła. 
— Dorobiłem klucz. Widzisz, ja nie marnuję czasu i niejedno potrafię! 
— Tym bardziej powinieneś się zobaczyć z Batogiem, na pewno mu się 

spodobasz. 

— Chodź na górę! 
— Kiedy oblezie mnie siano, po ciemku nie otrzepiesz, każdy pozna... 
— Wziąłem koc. 
—  Ty  świnio!  Taki  byłeś  pewny,  że  pójdę?  Idź,  poproś  Wacławę,  ona 

zaraz poleci! 

— Celinko! 
— Celinko, Celinko — tyle potrafisz, a jak chcę, żebyś nam dopomógł, to 

tchórzysz... 

—  Nie  tchórzę  wcale.  Daj  rękę.  Czujesz?  Kość  szczerbnięta,  tu  w 

połowie, nie oszczędzałem się... 

— Biedaczku mój! 
—  Zrozum,  ja  już  się  dosyć  naskakałem  na  rozkaz.  Tyle  razy  mnie 

przechytrzyli i wykiwali. Teraz zmądrzałem — już na mnie kolej rozkazywać! 

— Ale komu, głuptasku, powiedz, komu? 
— Mam już takich, co posłuchają! 
— Mówię ci. Batog wspaniały chłop, będziesz... 
— Widziałem już tych wspaniałych! 
— Więc nie chcesz? 
— Teraz już nie! 
—  Zastanów  się,  dam  ci  czas  do  jutra.  Jutro  zgłoszą  się  do  mnie  po 

odpowiedź. 

—  Daj  uszko,  kochanie,  zaraz  ci  odpowiem...  Lubię  bardzo,  ale  to 

bardzo, całować twoje malutkie, twarde uszka... I ten karczuś... 

— No, to sobie lub! Dobranoc! 
— Cela! Nie uciekaj! 
— Dobranoc Tadziu! Nie będę ci przeszkadzała, namyśl się do jutra! 
Zerwała  się,  zatupała  nogami  po  stopniach  i  skoczyła  w  korytarz.  Nie 

próbował jej ścigać. 

background image

Sięgnął  po  papierosa,  zapalił.  Iskry  ulatywały  w  ciemną  grotę 

podstrysza. Nagle zobaczył ją znów przed sobą. 

— Wróciłaś? — szepnął uradowany. 
—  Wróciłam!  Daj  mi  zapałki!  —  Podał  jej  posłusznie.  —  A  teraz  to!  — 

Wyszarpnęła mu z ręki papierosa. — Nie będziesz tu palił! Tam jest siano, a 
pod tobą dzieci! Jazda spać! — szarpnęła go za ramię. 

— Dobranoc Tadziu! — dodała już łagodnie natrafiwszy palcami na jego 

policzek  i  mięciutkie  włosy  nad  skronią.  Pogłaskała  go  i  odwróciwszy  się, 
nucąc coś zbiegała schodami na dół, prosto do kuchni. 

Otwierane drzwi zaskrzypiały. Pies spod stołu warknął ostrzegawczo, ale 

nie  przerwał  wylizywania  miski.  Obie  kobiety  podniosły  głowy.  Pani 
Ratajczakowa,  zwana  pospolicie  Poznanianką,  wycierała  talerze.  Walercia 
ciężko wsparta brzuchem o stół kończyła zmywać naczynia. 

— Dobry wieczór! — powiedziała Celinka, zmierzając po ścierki wiszące 

nad  kuchnią.  Na  blasze  jeszcze  ciepłej  schły  miseczki  dzieci,  poodwracane 
dnem do góry. 

Gdy  wyciągnęła  rękę,  kot,  który  leżał  dotąd  wygrzewając  się  na 

przypiecku,  przewrócił  się  na  grzbiet  i  pieszczotliwie  złapał  koniec  ścierki 
pazurkami. Uczepił się mocno, pozwolił się unieść w powietrze. 

— A psik! Uciekaj! — strząsnęła go na podłogę. 
— Panna Celinka, to kotów nie lubi! — odezwał się nagle niewidoczny w 

półmroku  Jan,  ogrodnik  i  furman  zarazem.  Głośno  smokał  fajkę,  grzejąc 
sobie plecy przy piecu. 

—  Jak  komuś  koty  zawadzają,  to  jak  ma  je  lubić!  —  rzuciła  pani 

Ratajczakowa,  na  pozór  zajęta  tylko  wycieraniem  łyżek,  które  z  brzękiem 
ciskała  do  szuflady.  Dawała  tym  Celince  do  poznania,  że  już  się  rozniosła 
wiadomość o tym nocnym przesiadywaniu na schodach. 

Kot w dwóch skokach dopadł nóg Walerci, wsunął jej się pod spódnicę. 

Sięgnęła po  niego  mokrą, dymiącą dłonią i  uniosła go do  góry. Brzuch kota 
nabrzmiały od mleka przelewał jej się między palcami. 

—  Siedź  tu!  —  podsadziła  go  na  piec.  —  nie  ruszaj  mi  się!  Zaraz 

pójdziemy spać! 

background image

— Ile dziś było mleka? — uprzedziła Celinka dalsze przytyki. 
— Od spisywania nie przybędzie! Jeszcze Julka przy udoju... 
— A to skąd wzięte? — pokazała na psa, który właśnie wylazł spod stołu 

i przeciągając się zlizywał biały ślad z wąsów. 

— Kapinkę ino przyniosłam, żeby ich nie truć tym odciąganym... Panna 

Celinka taka nieżyczliwa... 

— Zależy jak komu — syknął Jan. 
—  Gdy  chłopcom,  to  jeszcze  dobrze...  Lepiej  teraz,  niż  na  starość! 

Ładnie  to,  jak  starsza  kobieta  za  chłopem  się  ugania?  —  zaczęła 
Ratajczakowa. 

— O niej pani mówi? — zafrasowała się nagle Walercia. Stała pod lampą 

z siwymi puchami, jakby dymiącymi spod zsuniętej chustki. 

— A pewnie, że o niej! Nawet księdzu nie przepuści! 
Celinka z ulgą pojęła, że już przesunęło się zainteresowanie i biorąc się 

do wycierania naczyń, włączała się do chóru obmowy. 

—  A  cóż  to  ksiądz  nie  mężczyzna,  choć  portki  pod  sutanną  chowa?  — 

odezwał się ze swego kąta ogrodnik. 

—  E,  on  nie  taki!  —  żachnęła  się  Walercia.  —  On  nawet  by  na  nią  nie 

spojrzał,  tylko  ona  za  nim:  „Ach  kanonio  słodka!  Ach  kapelańciu  jedyny!”  i 
oczami przewraca aż się mdło robi! 

—  I  co  dzień  po  parku  pod  rączkę  się  prowadzają!  —  dorzuciła 

Ratajczakowa. 

— I w pokoju u niego przesiaduje! 
— Widać dobrze im ze sobą! — pyknął Jan śmierdzącym dymem w kota, 

który tylko potrzepał łbem z odrazą. 

— Diabła tam dobrze! Na siłę się wpycha! Aż wstyd i zgorszenie, już ja 

ją stamtąd przeświecę... Tak było dobrze bez tej Zeidlerki... Ona z Niemców 
chyba,  bo  taka  namolna...  Dawniej  ksiądz:  Walerciu  to,  a  moja  Walerciu 
tamto — grzeczniutko, wszystko miał jak należy obsłużone, a teraz nawet nie 
zauważy  jak  koło  niego  chodzę.  Śmietanka,  co  mu  w  dzbanuszku 
postawiłam,  bo  lubi  do  herbaty,  skisła,  a  nie  zobaczył!  Całkiem  mi  go 
odmieniła! 

background image

— Ciekawym, co oni mają  tyle ze sobą do gadania? Trzeba zajrzeć, co 

tam robią w pokoju? 

— Pani Ratajczakowa, dwoje dzieci pani ma, a jeszcze pani nie wie, co 

się tam robi? — stęknął szyderczo Jan, wyciągając nogi na środek kuchni. 

—  Bądźże  cicho  Janek  —  skarciła  męża  Walercia.  —  Ani  mi  to  było  na 

myśli! Ja się na ludziach znam! On nie taki! On z kościami dobry i nie dumny, 
z każdym jak z równym porozmawia, doradzi, ode złego nawraca... 

— Może i ją tam nawraca! 
—  Jak  cię  strzelę  zmywakiem  w  pałę,  to  zaraz  ścichniesz!  —  krzyknęła 

zła  już,  wykręcając  gwałtownie  szmatę.  —  Nie  chcesz  słuchać  jak  sobie 
gwarzymy, to jazda do koni! Co nam tu w kuchni barłożysz! 

— Nie chcecie mnie, to idę! 
Wypukał  z  fajki  na  róg  stołu  ciepły  popiół.  Chciał  zgarnąć  dłonią  na 

podłogę,  zawahał  się  i  zostawił,  nie  chcą  go  tu,  niech  będzie  naświnione. 
Nadymając policzki pokryte siwawym zarostem, z trudem przedmuchał fajkę 
i  ruszył  ku  drzwiom  ciężkim  krokiem  człowieka,  który  wie,  że  na  czas  do 
śmierci zdąży. Powoli otworzył, warkocz słomiany zaszurał po ziemi i kot na 
szmer zeskoczył z pieca. 

— Uważaj! Znów mi go wypuścisz! Nie będę go po nocy szukała! 
—  O!  —  zawołała  niespodziewanie  Celinka  podnosząc  palec  w  górę. 

Zatrzymali się wszyscy — pod lampą krążył duży komar, pstrykał skrzydłami 
o szkło. 

— Widać obudził się w piwnicy — powiedział ogrodnik. — Dosyć ich tam 

zimuje  poprzysychanych  do  ścian,  musi  będzie  wczesna  wiosna,  albo  idzie 
zmięk! 

Z  uchylonych  drzwi  ciągnęło  jednak  mrozem  i  dolatywał  niewyraźny 

pomruk dział, podobny do głuchego stukania bijaków o polepę. 

—  Ostro  zaczęli!  —  zawołała  Celinka.  —  Za  długo  stali,  czuję,  że  teraz 

się ruszą! 

— A może tylko straszą? Mogą ich zajść całkiem z innej strony, głupi by 

byli, żeby się pchać na rowy i druty! 

— Żeby się to już raz przewaliło — wzdychały kobiety. 

background image

— Kto tam wie, jacy ci Bolszewicy? 
— No, gorzej już być nie może! 
— E, co pani wiesz! Może trzeba będzie uciekać... 
—  Gdzie?  Gdzie  pani  z  dziećmi  pójdziesz?  Od  nieszczęścia  człowiek  nie 

ucieknie. Ja tam wolę zostać w swoich kątach. 

— Pani dziedziczka też mówiła, że od dzieci nie da się ruszyć? 
— To święta kobieta — złożyła ręce Walercia. — Pana sędziego nic dom 

nie obchodzi, tylko nos w książkę i mruczy. 

—  Jednemu  się  tylko  dziwię  —  powiedziała  z  namysłem  Celinka  —  że 

chciało jej się mieć dziecko w czasie wojny... Ja bym nie ryzykowała. 

— Bo to nawet panience nie wypada — przecięła jej Walercia. 
— Co też panna Celinka wie! To tylko młody tak plecie. Ja dopiero teraz 

wiem  co  dziecko  znaczy.  Po  pierwszym,  po  Irce,  drugiego  nie  chciałam  za 
nic.  Czego  ja  nie  próbowałam,  żeby  się  rozeszło,  i  nic.  Mąż  mało  zarabiał, 
przestał  palić,  ja  chodziłam  do  posług  w  jednym  magazynie,  mordowaliśmy 
się, ale jak Marynia na świat przyszła, to miała wszystko. I nie żałuję, bo co 
się pokazało, że pierwsza trzpiot bez serca, głupia... A Marynia, pani wie, nie 
chciała  tu  siedzieć,  bo  nie  zarabia,  pojechała  do  miasta  do  R.G.O.  i  robi 
swetry. Takie dziecko i chce matkę utrzymać! 

—  Nigdy  nie  wiadomo  jaki  los  z  dzieckiem  przychodzi!  Ja  też  małą 

Krystynę kocham jak swoją, państwo mnie wzięli za chrzestną! — pochwaliła 
się Waleria. 

—  Wysiedlono  nas  z  Poznania.  Nocą  z  domu.  Tak  raz,  raz!  Potem  w 

Łodzi  na  cemencie.  Babka  tam  umarła,  przeziębiła  sobie  krzyże.  Potem  w 
Warszawie. Pani wie, jacy teraz ludzie, jeden drugiemu z gardła wydrze. Mój 
mąż mechanik, nie umiał nikogo wyżyłować, robił bateryjki, zapalniczki i żyło 
się jakoś. Całe powstanie przetrzymał, dopiero go przy wychodzeniu Niemiec 
z  szeregu  wywołał  i  pod  mur...  Tak  tę  ścianę  widzę,  że  mogłabym  cegły 
porachować! 

—  Idzie  już  i  na  nich  chwila  —  szepnęła  marząco  Celinka  —  będzie 

jeszcze sposobność, zemścimy się... 

— W Warszawie tyż nam obiecywali, a z jeńcami byli tak ostrożni, jakby 

background image

z  jajkiem!  Żeby  mi  się  tak  udało  do  nich  dobrać,  tobym  ich  tym  nożem!  — 
Ostrze  kuchennego  noża  błysnęło  nieprzyjemnie  w  burawych,  drętwych 
źrenicach. 

—  Każdy  się  tak  odgraża,  a  jak  przyjdzie  czas,  to  nosa  nie  wystawi  z 

piwnicy! — machnęła pogardliwie ścierką Celinka. 

— Bać się ludzka rzecz! — westchnęła Walercia. Odepchnęła nogą psa i 

zlewała pomyje do wiadra. — Żeby były nasze świnki, było by komu wynieść, 
a tak marnuje się... 

Izba,  gdy  odciągnęli  szafliki,  zasunęli  stół  pod  zasłonięte  okno,  zrobiła 

się nagle przestronna i pusta. 

Zatłukły  się  buty,  otrzepywano  śnieg  i  nawóz  za  progiem.  Brzęknęła 

głucho bańka  i w otwarte drzwi wszedł Jan niezgrabnie, rakiem, pomagając 
Julce wciągnąć bańkę. 

— Ale walą! — powiedział. — Ino dudni! 
Julka  miała  twarz  obwiązaną  chustką  kwiaciastą,  przybrudzoną, 

przysłaniała  dół  twarzy.  Końce  związane  zwisały  na  karku.  Zajęczą  wargę 
zakryła dodatkowo dłonią, przysiadłszy odruchowo plecami do światła. 

— Już tak parę razy było — mamrotała. — Powietrze czyste, to się głos 

niesie! 

—  Poczekajcie,  wyjrzę!  —  poskoczyła  Celinka.  Za  nią  wysunęła  się 

Ratajczakowa. 

Noc była mimo księżyca ciemna. Chłód czuło się w oddechu. Szczerbaty 

nowik,  jak  kawał  sera  nadgryzionego  przez  myszy,  widniał  nad  lasem. 
Srebrzył  wierzchołek  skały  zwanej  Kułakiem  wystającej  ponad  zębatą  linię 
lasu.  Pachniało  mrozem.  Sople  na  dachach  kruszyły  się  i  ze  szklanym 
brzękiem spadały w śnieg. 

Od skalnej ściany doliny echo nanosiło pogłosem kanonady. 
—  Biją  jakby  bliżej!  —  szepnęła  Ratajczakowa  z  ręką  przy  uchu, 

przekrzywiając głowę. 

—  Nie  mogli  się  za  tę  chwilę  przysunąć!  —  parsknęła  wzgardliwie 

Celinka. Pociągnęła nosem. — Mróz, aż szczypie! 

Ogień  artyleryjski  przygłuszył  bełkot  Siniawki,  czarnym  zygzakiem 

background image

rysującej  się  na  dnie  doliny.  Ucho  powoli  się  zaostrzało  —  głosy  walki 
nabierały mocy. Niebo zdawało się drgać i gwiazdy iglaste z mrozu migotały 
chwiejnie. 

— Idzie to na nas, idzie... — przeżegnała się nabożnie Walercia. 
Okno  w  lewym  skrzydle  było  krzywo  zasłonięte.  Blask  rozlewał  się  na 

piętrze, ale ginął, nie rzucając plamy na zdeptany śnieg podwórza. Usłyszeli 
wyraźnie  śpiew  kobiecy,  potem  przyłączył  się  drugi  głos.  Cienie  przesuwały 
się za szybą. 

— Tańczą — szepnęła Celinka. Stali z zadartymi głowami, śpiew odbijał 

się w zacisznym zakątku zamkowego podwórza. 

—  Kręć  się,  kręć,  aż  cię  pokręci!  —  pogroziła  pięścią  Ratajczakowa.  — 

Zdaje się, że moja Irka znów tam polazła. Wizytki, śmichy — chichy, a tu aż 
groza bierze pomyśleć... 

Zawrócili do kuchni. 
— Ile było mleka? 
— Dwadzieścia jeden i pół — burknęła Julka spod chustki. 
— Co tak mało? 
— Cztery litry od krowy to aż nadto! 
Celinka zapisała w zeszyciku. Wzięła miarkę i zaczęła wlewać mleko do 

aluminiowego zbiornika, centryfuga monotonnie buczała głusząc odgłosy zza 
gór. 

— Wojna, wojną, a swoje trzeba robić! — mruczała Julka, kręcąc korbą. 

Pachniała ostro ciepłym łajnem, krowią sierścią. Chustka jej się zsunęła i dwa 
długie siekacze błyskały spod rozciętej wargi. 

Jan  przywołał  żonę  skinięciem,  a  gdy  nachyliła  się  nad  nim,  zaczął 

szeptem: 

— Jak biją z armat, to nic. Dopiero jak ustanie, to znaczy, że forykują. 

Jak  znowu  zaczną  walić,  wtedy  słuchaj.  Będzie  głośniej,  znaczy  przełamali 
się!  Wtedy  nie  ma  na  co  czekać,  najlepiej  jeszcze  teraz  spakuj  co  lepsze  i 
miej na podorędziu, żeby do piwnic jakby co... 

— Niemcy nie kradną! — próbowała zbagatelizować pouczenie. 
—  Mało  nie!  A  Ruscy  też  się  rozlezą.  Taki  nie  ukradnie,  ale  starga  ci 

background image

najlepszą  koszulę  na  onuce,  i  ma  prawo,  bo  jest  w  marszu.  Słuchaj  mnie 
stara! Ty mnie tylko słuchaj! — pogroził jej palcem. 

— A ty co? 
— Ja będę przy koniach. Sam nie wiem, co jeszcze zrobię. Wyprowadzić 

w las, czy co? Najlepiej gdzieś wywieźć i przydekować, żeby nie wypatrzyli... 

— Biedne dzieci, sierotki kochane — westchnęła rzewnie Julka. 
— Jak dzieci tyle przetrzymały, to i teraz przeżyją. Pan Bóg chroni. Ale 

koń duszy nie ma, na konie idzie strach... 

Zsunął czapkę i podrapał się w ciemię. 
— Żeby tak ktoś doradził... Jak się ucieczka zacznie będą się za końmi 

rozbijać! 

Panna Łucja powoli zliczała pozycje. Klęczała na krześle tyłem do drzwi. 

Czasami wstawała, przechodziła pokój i nabierała do torebek groch mielony, 
cukier i grysik. Ustawione pod oknem papierowe worki miały brzegi głęboko, 
zawinięte, w niejednym przeświecało już dno. 

Żywność zapowiedziana przez Zarząd spóźniała się i tym razem. Trzeba 

było  oszczędzać  na  dzieciach.  To  gniewało.  Nie  lubiła  zależeć  od  niczyjej 
łaski. Potarła nos gniewnie. Palce miały zapach mosiężnych szalek wagi. 

Poczuła  się  nagle  osamotniona.  Przygryzła  koniec  ołówka.  Na  wargach 

smak  martwego  drzewa.  Czarny  papier  na  oknie  odgradzał  ją  od  nocy 
styczniowej. W szybie odbijała się jej postać w zmętniałych kolorach z jasną 
gwiazdą lampy na stole. 

Spojrzała na kalendarz. Zdarła kartkę — 15 stycznia. 
W ciszy monotonnie wzdychał piec i mysz skrobała pod powałą. Czasami 

szyby brzęknęły lekko, jakby uderzone zrywającym się wiatrem. 

Nie  była  zmęczona,  raczej  nieokreślone  zniechęcenie,  którego 

bezpośrednich  przyczyn  trudno  jej  było  dojść.  Nie  lubiła  tej  godziny,  gdy 
czynności  powoli  wygasały  i  zostawała  sama  w  tym  wybielonym  pokoju 
pachnącym  mokrym  murem  i  drzewem,  które  suszono  za  piecem.  Stawała 
znowu wobec przyszłości jak przed zamkniętymi drzwiami. 

— Nie mam już swojego życia, niczego nie pragnę — szepnęła. Ścisnęło 

ją w gardle jak od skrywanych łez. 

background image

Wszyscy,  nawet  matka  narzeczonego,  mieli  jej  za  złe,  że  nie  zapłakała 

na pogrzebie. Gdy garść piasku zaszeleściła na wieku, twarz miała spokojną, 
pociemniałą  tylko  i  ściągniętą  jak  po  deszczu.  Nie  czuła  bólu,  raczej 
zdziwienie pełne zniecierpliwienia. Wtedy chciała być sama, wierzyła, że cały 
ten ceremoniał żałobny nie może ich dzielić, zbyt mocno żył jeszcze w niej, 
by się mogła pogodzić z utratą. 

Pojęła  ją  dopiero  w  parę  miesięcy  potem  na  przedwiośniu  wśród 

bezlistnych  jeszcze  drzew  cmentarza.  Bielały  brzozy,  przez  wiotkie, 
rozkołysane gałązki wędrował świecący obłok, po niebie tkliwym, ledwie nad 
horyzontem zabarwionym niebieskością. 

Przygięła się ugodzona cierpieniem. Zdawało jej się, że dopiero teraz się 

od  niej  odsunął,  rozwiał  w  cierpkim  powietrzu,  wsiąkł  w  obudzoną  ziemię. 
Gdy  podniosła  oczy  na  świat  nasłoneczniony,  na  drzewo  rozdzwonione  od 
wróbli  i  chłodny  wiatr  opłynął  jej  szyję  —  zrozumiała,  zaciskając  pięści,  że 
nikt nie podziela jej bólu. Była sama. 

Przypomniała  sobie  Boga,  modlitwy,  wykonała  błagalny  gest,  ale  zaraz 

potrząsnęła  głową,  wszystko  wysuwało  się  z  bezwładnych  palców.  Nie.  Nie. 
Teraz  odsłaniała  się  w  niej  nagromadzona  czułość,  którą  już  nie  mogła 
obdarzyć  tamtego.  W  biciu  serca  zgadywała  gotowość  do  ofiary,  nikt  jej 
jednak nie zażądał. Nie myślała ani na chwilę o samobójstwie, uważała się za 
dostatecznie zmartwiałą, towarzyszyła pogrzebanemu. 

Gdy w R.G.O. zrozumiano jej stan, nie oszczędzano jej więcej. Rzucano 

ją  do  prac,  których  nikt  nie  chciał  się  podjąć.  Były  to  zajęcia  nieefektowne, 
kłopotliwe,  przy  których  —  co  skrywać,  kiedy  i  to  u  filantropów  wojennych 
często odgrywało rolę — trudno było coś zarobić. 

Ona  jedna  wytrwała  przy  dzieciach;  z  brudnego,  schorowanego  i 

zawszonego stada — zrobiła prawdziwy sierociniec. 

Szyby  zaśpiewały  cienko,  kilka  płatków  wapna  odpadło  z  sufitu, 

zawirowało  w  powietrzu.  W  głębokiej  ciszy  z  trzaskiem  kruszyły  się  na 
rozłożonych papierach. 

Z  daleka  zastukały  pośpieszne  kroki,  otwarły  się  gwałtownie  drzwi  i 

wpadła Celinka. 

background image

—  Proszę  pani,  zaczęło  się!  —  zawołała  rozpłomieniona.  —  Idzie 

ofensywa! 

Objęła Łucję, przytuliła policzek do jej włosów. 
Szyby zadzwoniły leciutko. 
—  Słuchaj!  —  podniosła  się  nagle  Łucja,  serce  jej  ścisnął  niepokój,  na 

cienką,  śniadawą  skórę  policzków  występował  ciemny  rumieniec  —  Celinko, 
jadę natychmiast! 

— Gdzie? Zaraz, nocą? 
— Tylko teraz możemy przejechać. Pomyśl, mogą nas odciąć. Wiesz jaką 

przygotowali obronę, miasta nie dadzą łatwo! Dzieci zostaną tu bez żywności 
i  bez  pieniędzy!  Muszę  zaraz  jechać!  Słuchaj!  —  zwróciła  się  gwałtownie, 
ujmując  Celinkę  za  ramiona.  —  Jutro  wrócę,  żeby  nie  wiem  co!  Dasz  sobie 
radę? Mogą tu przyjść Niemcy, kwaterować! 

— Ojej, wielka rzecz, dzieci nam nie ugryzą! 
— Weź sobie Irkę do pomocy! I Tadeusza... Będzie ci raźniej. 
— Czy tylko sędzia da konie? 
— Idę do niego. Musi dać! 
Wstała od razu napięta, ciemne oczy stwardniały uporem. 
— Jutro tu będę z powrotem. Nie dajcie się stąd ruszyć. Gdyby coś się 

działo w pobliżu...  — Omijała słowo walka, żeby dziewczyny nie straszyć  — 
gdybyście już musieli się schronić, pamiętaj o piwnicach. 

—  Niech  pani  będzie  spokojna,  do  jutra  na  pewno  jeszcze  nic  się  nie 

zmieni. Ja do pani właśnie szłam, żeby mnie pani na jutro zwolniła, ale jeżeli 
tak, to niech mi pani jedno załatwi... Zaraz napiszę parę słów... 

Wsparta  o  stół,  przekrzywiając  głowę  nakreśliła  dużym,  dziecinnym 

pismem:  „Zbyszek!  Przyjeżdżajcie  natychmiast  po  narzędzia,  bo  mogą  się 
zmarnować. Albo podajcie wskazówki, co dalej z nimi robić. Cel. Suchowody 
15bm” 

— Proszę to zostawić w kwieciarni „Flora” na Podwalu. Wie pani? Prawie 

po drodze... 

— Dobrze, załatwię ci to. 
—  Ale  na  pewno:  Niech  pani  nie  zapomni,  bo  to  ważna  sprawa,  — 

background image

uśmiechnęła  się  porozumiewawczo  —  nie  potrzebuje  pani  czekać  na 
odpowiedź, powinna być wcześniej, naszą pocztą. 

— A ty nie ruszaj się od dzieci na krok! 
— Czy mnie trzeba pilnować? Pierwszy raz będę sama? 
— Jeszcze nie ma dziesiątej... No, nie obrażaj się, tylko skocz, zawołaj 

Jana,  niech  przyjdzie  do  sędziego.  Nie  mów  mu  o  co  chodzi,  bo  gotów  się 
przestraszyć. 

Gdy  wpadła  na  korytarz,  Łucja  stanęła  z  rękami  opuszczonymi  z 

przymkniętymi  oczami  i  skupioną  twarzą,  nie  była  pewna,  czy  może 
instyktowi  zaufać.  A  jeśli  pośpiech  jest  zbyteczny?  Może  ulega  chwilowemu 
nastrojowi? 

Szyby  raz  po  raz  dźwięczały  ostrzegawczo.  Westchnęła,  wahająco, 

położyła dłoń na klamce, ale próg przekroczyła już zdecydowana. 

— Jadę — szepnęła — muszę jechać... 
Tuż  za  drzwiami  stał  ksiądz  Horbaczewski  wyraźnie  zakłopotany, 

spoglądając spode łba. 

— Pani pozwoli, panno Łucjo, że panią na chwilę zatrzymam... 
— Spieszę się księże kapelanie! 
— Wiem, ta wariatka leciała korytarzem i tłukła pięścią w każde drzwi. 
— Nie mam czasu rozmawiać teraz o Celince. 
— Ja też nie o niej tylko w swojej sprawie... 
Ścisnął  obie  dłonie  gestem  chciwca.  —  Czy  mogę  liczyć  na  pani 

dyskrecję... Właściwie niepotrzebnie to mówię... Wiem, że mogę! 

Patrzyła z twarzą spokojną, nieodgadniona. 
—  Czy  to  ma  jakiś  związek  z  moim  wyjazdem,  bo  tylko  to  mnie 

interesuje? 

— Owszem, ma... Może mi pani bardzo pomóc. Dziś dostałem wezwanie 

na środę do Kurii. Napisano na mnie doniesienie, skargę... Chciałbym, żeby 
pani zapytała księdza kanonika Brzózki, on jest w kancelarii, będzie wiedział. 
Na pewno pani powie... 

Biorąc jej milczenie za odmowę, powiedział gwałtownie. 
— Nie ośmieliłbym się pani prosić, gdyby to nie był pani krewny. Wiem, 

background image

jak panią lubi... Gdy mnie tu  przysyłał, polecił  mi, żebym... To przecież tak 
blisko, parę kroków od R.G.O. Może pani wpadnie? 

— Czy ksiądz nie wie, o co im może chodzić? 
—  Nie,  nie  wierni  Na  wezwaniu  u  dołu  jest  dopisek:  jeden  załącznik  — 

skarga parafian, ale to u nich zostało w kancelarii. Doprawdy trudno mi pojąć 
czym się mogłem ludziom narazić... 

Splótł  palce  ciasno.  Dolną  wargę  miał  odętą  gniewnie.  Łucja  postąpiła 

krok naprzód, zaznaczając, że już odchodzi. 

—  Jeżeli  mi  się  tylko  uda,  spróbuję  z  wujem  porozmawiać,  choć  nie 

wiem  czy  to  najszczęśliwsze  posunięcie  wybierać  mnie  na  posła  w  takiej 
sprawie. 

— Na pewno świetnie to pani załatwi, pani rozumie inaczej się idzie, jak 

już  się  wie...  Wtedy  można  się  bronić...  Tylko  się  teraz  o  panią  niepokoję. 
Czy nie lepiej rano? 

— A jeżeli nie zdążę już wrócić? 
—  E,  gadanie,  oni  nie  lecą  na  skrzydłach,  nie  będą  tu  w  parę  godzin. 

Niech  pani  będzie  spokojna,  jestem  przy  dzieciach.  Jutro  odprawię  Mszę 
świętą na pani intencję, za pomyślną drogę! 

— Dobranoc księże! 
—  Dobranoc!  —  powiedział  półgłosem  i  pochwycił  jej  rękę,  uścisnął 

mocno — Pani jest warta innego życia... Powinna pani być szczęśliwa! 

Dłoń  Łucji  drgnęła.  Twarz  miała  nadal  zamkniętą  z  cieniem  urazy  w 

zmarszczonej  lekko  brwi.  Odwróciła  się  i  odeszła  równym,  wysportowanym 
krokiem w ciemny korytarz. 

Ksiądz zamknął drzwi. Stał chwilę w ciemności jakby upokorzony, szukał 

w sobie winy, ale nie mógł się jej dopatrzyć. Wreszcie ruszył powoli do swego 
pokoju,  szurając  po  kaflach  butami.  W  połowie  drogi  zatrzymał  się  jednak, 
zdawało  mu  się,  że  coś  przebiegło,  potrącając  go  lekko.  Wyciągnął  ręce  i 
macał ostrożnie w ciemności. 

— Kto tam? Jest tu kto? — zawołał półgłosem. 
W  korytarzu  była  odrębna,  przyczajona  cisza,  jakby  ktoś  wraz  z  nim 

nadsłuchiwał,  wstrzymawszy  oddech.  Grube  podmurowanie  z  ciosowego 

background image

kamienia  tłumiło  odgłosy  dalekiej  kanonady.  Tylko  koło  okienek  mruczały  z 
lekka  działa,  ale  gdyby  nie  pamiętał  o  zaczętej  ofensywie,  wziąłby  to  za 
odgłos swych stąpań. 

Dzieci  odczekały  chwilę.  Potem  Teklunia  pochwyciła  Włodzia 

Aniserewicza za luźno zwisający koniec rękawa i pobiegli schodami na piętro. 
Poruszali  się  bezszelestnie,  byli  tylko  w  pończochach.  Czasem  skrzypnęła 
deska w podłodze i dźwięknęła obluzowana klamka. 

— Czekaj, nie możemy się tak pchać — szepnęła dziewczynka — muszę 

zobaczyć! 

Zajrzała przez dziurkę. 
— Ciemno! Nie ma jej jeszcze! 
Drzwi zapiszczały żałośnie. Wsunęli się do pokoju kucharki. Pachniało tu 

nagrzaną pierzyną, kotem i jabłkami. 

— Zapal — powiedział Włodzio  — przecież musimy się gdzieś schować! 

No prędzej! 

—  Dobrze  ci  krzyczeć,  jak  ja  nie  mam  pudełka  tylko  same  zapałki.  — 

Podeszła  do  pieca,  przykucnęła  i  przyłożyła  zapałkę  do  rozgrzanych 
drzwiczek.  W  jej  płomyku  jak  w  puszystej  grocie,  ukazał  się  piegowaty 
szczurzy pyszczek Tekluni. Podniosła  drewienko. Zobaczyli  łóżko, spiętrzone 
poduchy, obok krzesło, na nim zapałki. 

— Bierz je! — trącił ją chłopiec. 
Schowała  pudełko  do  kieszonki.  Dalej  była  szafa,  nisza  nad  skarpą 

wieży, okno zasłonięte, pod nim kufer, a w kącie wisiały letni płaszcz i nowa 
baranica furmana. 

—  Zgaś!  Zdaje  się  idzie...  —  pomachał  końcem  rękawa,  zdmuchnął 

płomyk.  Wsunęli  się  za  kufer  i  okryli  nisko  zwisającym  kożuchem. 
Nadsłuchiwali. Kroki zbliżały się, rosły, potem minęły drzwi i zcichły. 

—  To  nie  ona...  Chodź  tu  bliżej  —  upchnęła  go  sobie  pod  ramię.  — 

Dobrze ci? 

Nie śmiał się przyznać, że mu niewygodnie. 
— Dobrze — powiedział i pokręcił głową, twardy warkoczyk Tekli wciskał 

mu  się  do  ucha  jak  sprężysty  ogonek.  —  Zupełnie  mi  dobrze.  Teraz  tylko 

background image

musimy  cichutko  czekać  aż  zaśnie,  jeżeli  chcesz  zobaczyć  jak  z  niej 
wychodzi... 

* * * 

—  Doskonale  pojmuję  pani  intencję,  ale  nie  mogę  w  tym  wypadku  po 

prostu kazać mu jechać — mówił półgłosem Nahorayski chodząc nerwowo po 
pokoju.  Jan  stał  przy  drzwiach.  Kominek  różowo  oświetlał  jego  buty  o 
zmiękłej  cholewie.  Krople  stopionego  śniegu  świeciły  na  nich  jak  iskry.  W 
lewej ręce furman krył fajkę. 

— Ostatecznie to kwestia paru godzin,  — spojrzał na zegarek. — Już o 

piątej  decyzja  będzie  ode  mnie  zależała,  ale  jeśli  się  pani  upiera...  Ja  nie 
robię  przeszkód!  Konie  są  do  pani  dyspozycji.  Jakieś  pozory  prawa 
obowiązują  jeszcze,  ale  i  to  może  się  rozsypać,  tak  z  godziny  na  godzinę... 
On nie ma nocnej przepustki. 

Łucja  siedziała  w  mroku,  tylko  ręce  jej  bielały  na  kolanach.  Była 

zgarbiona  jak  człowiek,  który  przysiadł  z  ciężarem,  by  odpocząć  chwilę  i 
nabrać  sił  do  dalszej  drogi.  Rozumiała  odpowiedzialność.  Jechać,  czy 
zaczekać  do  rana.  Męczyła  się  niepewna,  a  może  tu  przy  dzieciach  będzie 
potrzebniejsza? 

— Mam przepustkę, to i dla Jana wystarczy. 
—  Oni  czasem  lubią  być  formalistami...  I  będą  mieli  prawo  zdjąć  go  z 

kozła... 

— No to sama pojadę! 
Jan poruszył się niespokojnie, postąpił krok i znów się cofnął. 
— Jakże tak można, proszę pana sędziego? Ja koni samych nie puszczę! 

Jak potrzeba, to nie ma o czym gadać, pojadę i szlus! 

— To już jak Jan uważa, ja nie namawiam... 
—  Musimy  przywieźć  zapasy  dla  dzieci  i  trochę  pieniędzy,  wszystko  się 

kończy, nie mogę ich tak na łasce losu zostawić — wybuchnęła Łucja. 

Na  twarzy  Jana  odbił  się  głęboki  namysł,  poskrobał  się  cybuszkiem  po 

background image

brwiach. 

—  Jak  już  mamy  jechać,  to  tylko  nocą...  Bezpieczniej,  Wermacht 

przepuści... 

— Dziękuję panu! Na pewno przejedziemy, im wcześniej tym lepiej... 
— To idę zakładać do sanek... 
— No, widzi pani — zatryumfował sędzia — trzeba tylko pozwolić, żeby 

sam do tego doszedł! 

Drzwi  uderzyły  Jana  w  wyciągniętą  rękę,  do  pokoju  wsunęła  się 

Wacława.  Była  w  wiśniowym  szlafroku  i  pantofelkach  obszytych  króliczym 
futerkiem. 

— O przepraszam — zawołała — najmocniej przepraszam! Dowiedziałam 

się w tej chwili, że  pani jedzie... Błagam panią, panno Łucjo, niech mi  pani 
odbierze  w  mieście  pończochy,  dałam  do  załapania  oczek...  Możemy  być 
odcięci...  Ze  wszystkim  trzeba  się  liczyć.  Moja  kochana,  tu  jest  kwit,  a  tu 
pieniądze, jakby brakło niech pani ze swoich doda! 

Sędzia spojrzał na Łucję znacząco. Wacława udała, że tego nie widzi. 
— Pani pewnie będzie załatana... 
Wystarczy tylko Jana dopilnować, on odbierze, to nie jest żadna sztuka. 
Jan  stał  chwilę  czekając,  czy  się  do  niego  nie  zwrócą,  dopiero  na  znak 

sędziego wyszedł pośpiesznie. 

Pani Wacława na pozór bezmyślnie podeszła do kominka, przysiadła na 

skraju  fotela.  Jednym  ruchem  zsunęła  pantofle,  uniosła  bose  stopy  nad 
wygasającym żarem. Nogi miała kształtne, blask je miękko różowił. 

—  Pewnie  mnie  uważacie  państwo  za  osobę  o  ptasim  móżdżku,  bo  w 

takiej chwili myślę o pończochach. Ale miasto może być ostrzeliwane, sklepy 
mogą  rozbijać...  Teraz,  po  warszawskich  doświadczeniach  nie  stać  mnie. 
Pończochy,  to  byłaby  dla  mnie  poważna  strata,  wolę  być  za  ostrożna. 
Szkoda, że to nie lato, można by było tak... Uniosła bose stopy i natychmiast 
w udanym popłochu ukryła pod fotelem, wsuwając w pantofle. 

—  Przepraszam  bardzo  panie  sędzio,  wiem,  że  nadużywam  pańskiej 

gościnności! Człowiek na  tej wsi zupełnie zdziczał! Zapomniałam, że jestem 
trochę... — zebrała szybko szlafrok pod szyją, uwydatniając drobną pierś. — 

background image

Dobranoc, uciekam! Szczęśliwej drogi, panno Łucjo, niech pani o mnie źle nie 
myśli... 

— Ona jest bardzo kobieca — usprawiedliwiał ją sędzia — naprawdę ma 

dużo wdzięku... — Mówił to, patrząc w popielisko, w resztkę żaru, raczej do 
siebie niż do przypadkowego słuchacza. 

— O, na pewno — zgodziła się chętnie. — Dobranoc panu! 
—  Niech  pani  szczęśliwie  wraca.  Byłbym  spokojniejszy,  żeby  pani 

pojechała rano... To jest jednak wojna... 

— Nic mi nie będzie... 
Zrobiło jej się przyjemnie, że wszyscy się tak o nią troszczą. 
—  Brakować  mi  będzie  pani,  tak,  nawet  i  mnie...  —  mówił  powoli, 

całując  ją  w  rękę  —  wprawdzie  niewiele  się  stykamy,  tylko  „służbowo”  — 
uśmiechnął się — dobrze jest wiedzieć, że ma się obok człowieka... 

— Przecież pan mnie nie zna, ja cały czas z dziećmi... 
— A każdy z nas tylko zajęty sobą, tylko dla siebie i o sobie... Spokojnej 

drogi! 

Długo trzymał drzwi otwarte, słuchał czy się nie potknęła w ciemności. 
Gdy  wszedł  do  drugiego  pokoju,  by  zabrać  lampę,  zobaczył  żonę,  jak 

spała  czołem  wsparta  o  kolana.  Stynki,  poczuł  cień  wzruszenia.  Wycofał  się 
na palcach. 

Zapalając papierosa, pomyślał złośliwie — wygląda, jakby chciała fiknąć 

koziołka i nie mogła podnieść ciężkiego tyłka. 

* * * 

Jan wlazł do wozowni, poruszał się na pamięć w ciemności. Podrzuciwszy 

dyszel,  wypchał  sanie  przed  szopę.  Przyniósł  dwie  wiązki  siana,  derki  i 
kożuch rumuński, który kupił od żołnierza. Wreszcie poszedł po konie. 

Z daleka już łapał  nosem ostry aromat stajenny. Wyjął skobel i wszedł 

do  środka.  Niewielka  lampka,  o  szkle  nadbitym  i  zakopconym  górą,  mżyła 
przyjaznym światłem. Konie stały na świeżo podrzuconej słomie. Odwracały 

background image

głowy  węsząc  głośno  i  strzygły  uszami.  Jan  uśmiechnął  się  szeroko,  światło 
jasnym połyskiem spływało po wyczesanych końskich zadach. 

— No Kuba, pojedziemy... — zamruczał. Odpiął kantar, zrzucił łańcuch z 

brzękiem  do  pustego  żłoba.  Zdjął  ze  słupa  chomąto,  wcisnął  koniowi  przez 
łeb  i  przekręcił  na  karku.  Poklepał  twardą  ręką  ruchliwą,  pełną  szybkich 
dreszczów łopatkę wałacha. 

Klacz przełożyła pysk przez przepierzenie i obwąchiwała Janowi kark. Nie 

płoszył  jej.  Czuł  aksamitne,  chwytne  wargi  i  strugę  ciepłego  oddechu. 
Związał szleje i postronki narzucił koniowi na grzbiet. 

Gniadosz  nawrócił  sam,  podkowy  zaklaskały  twardo  o  ceglany  chodnik. 

Stanął przy uchylonych drzwiach, czekał na Jana. 

Klacz  była  niecierpliwsza.  Nie  chciała  przyjąć  wędzidła,  rzucała  łbem  i 

zaciskała  zęby.  Widząc,  jak  kuli  uszy  i  podkurcza  zadnią  nogę,  szturknął  ją 
lekko pięścią pod brzuch. 

— No, Lala tylko nie ligaj! 
Konie uważnie przekroczyły próg, prowadził klacz za wodze. Kuba szedł 

sam. Znał swoje miejsce. 

Trzymając  Lalę  przy  pysku,  naciskając  piersią  ustawił  i  zaprzągł 

sprawnie. Konie wciągały ostre, nocne powietrze, parskały zdrowo. 

Wrócił  do  stajni  po  nowe  lejce,  świeciły  surowym  rzemieniem.  Stare, 

połatane zawiesił na słupie. Przykręcił lampkę, mażąc sobie palce lepkim od 
nafty  kurzem,  który  jak  pleśń  porastał  liszajami  szklany  zbiorniczek. 
Zamknąwszy drzwi, nakreślił batem krzyż nad końmi. 

Powoli szedł koło sanek, cmokając podprowadzał je pod boczne wejście. 

Konie  ciągnęły  nierówno,  płozy  zacierały  na  kamieniach  wystających  spod 
zdeptanego śniegu. Armaty gadały chórem. 

Ktoś przeszedł przez podwórze, zatrzymał się przy sankach. 
— Ach to wy Janie? Czy coś się stało? 
— Nie, panie Tadziu, jadę teraz z Łucją do miasta. 
— Dlaczego tak po nocy? 
— Jeżeli się na fest ruszyło, lepiej teraz, jak za dnia! 
— Kiedy wracacie? 

background image

— Jak się da, to na południe obrócimy. 
— Nie ma nic nowego od chłopców? 
—  Nie.  Jakby  pan  ich  szukał,  to  u  akuszerki  na  Dziadówkach  jest  ich 

nowa melina. 

— Tam ich jeszcze nie widzieli? Rodzić będą? 
— Zimno, mróz przyciska, więc się zeszli i bimber czyszczą. 
— O cholera, dobrze wiedzieć. 
—  Wczoraj  mi  kum  mówił,  że  chodzili  po  rynku  w  Doboszowie,  jeszcze 

się nawet dobrze nie zciemniło... Ręce w kieszeniach, cygaretka w zębach — 
jakby  nigdy  nic.  Tylko  im  ludzie  z  drogi  ustępowali.  Gębę  Znaczonego 
wszyscy pamiętają, nie powinni tak kozakować! 

— Szkoda, że jedziecie, było by nas więcej. 
Noc  wygwieżdżona,  tylko  nad  lasem,  który  mruczał  echem  dalekiego 

ognia, chmura podłużna dławiła szczerbaty księżyc. 

— I tak się tu nie będziemy bić, a zresztą nim się ludzi skrzyknie... 
— Co zamku będziecie oszczędzać? 
— Zamek niejedno widział, tylko o dzieci idzie... Zresztą, co tam w kilku 

chłopa... 

— Gotowe! Już sanki podstawione!  — usłyszeli głos Celinki wołającej w 

sień zamkową. Umilkli. 

Jan okrył Łucję derką ciężką i wilgotną, pachnącą ostro końskim potem. 

Klacz grzebała nogą, iskry pryskały z kamienia. 

—  Niech  pani  będzie  ostrożna!  —  szepnęła  Celinka.  Łucja  nie  lubiła 

ujawniać  wzruszeń,  ucałowały  się  jednak  pośpiesznie,  rozgrzeszone 
ciemnością. 

— Proszę pani! Chwileczkę jeszcze! — wypadła z sieni Ratajczakowa. — 

Niech mi ją pani przywiezie! Niech pani przywoła Marysię, za kark i do sanek. 
Ja jej każę natychmiast wracać! Musi matki posłuchać! Jeżeli to się zaczęło, 
nie będę miała chwili spokojnej, póki obie nie będą ze mną. W taki czas nie 
wolno się rozdzielać... Boję się o nią! 

—  Wio!  —  cmoknął  niespodziewanie  Jan,  sanie  osunęły  się  lekko  z 

pochyłości, konie z miejsca przeszły w kłus. 

background image

— Na miłość boską, niech mi ją pani przywiezie! 
—  Przywiozę  ją  pani!  Wrócę  z  Marynią!  —  zawołała  Łucja  przejęta 

histerycznym brzmieniem w głosie poznanianki. 

Sanie  spływały  gładko.  —  Zaczyna  się  —  pomyślała  Łucja  z  uczuciem 

ulgi.  Zdawało  jej  się,  że  stoi  przed  próbą,  którą  sama  wybrała.  —  Spełnię 
obowiązek — szepnęła — muszę dać sobie radę! 

—  No,  no  Lalka,  nie  bój  się!  —  ściągnął  wodze  Jan,  gdy  minęli  bramę, 

klacz spłoszyła się na widok jałowców czarnymi słupami widniejących wśród 
zasp. 

—  Przejedziemy  panienko!  —  strzelił  z  bata  ufnie,  raz  i  drugi.  —  Co 

byśmy nie mieli przejechać! 

Skoczyły  konie  krótkim,  kozim  galopem.  Syknęły  płozy  na  wyślizganej 

drodze. Ostra woń machorki podkreślała tylko świeżość mroźnego powietrza. 
Iskry  wyroiły  się  z  fajki,  sypnęły  mu  się  po  policzku  i  zatliły  nietrwałą 
czerwienią na szerokim kołnierzu baranicy. 

* * * 

—  Szkoda,  że  nie  mogłam  z  nią  pojechać  —  westchnęła  Celinka. 

Niejasny cień sanek zapadł się w szarzejącym łuku bramy. — Chodźmy spać 
pani Ratajczakowa! 

—  Coś  jest  niedobrego  w  powietrzu,  jużbym  Marynię  chciała  mieć  przy 

sobie... 

—  Co  pani  kracze  —  odezwał  się  pogardliwie  Tadek  Bukowski  —  mróz 

ściska, powietrze aż gra... 

—  Żebym  ja  była  taka  jak  Łucja,  każdy  ją  musi  podziwiać  —  zaczęła 

Celinka. 

—  Niewiele  trzeba,  żeby  ci  zaimponować,  a  skąd  wiesz,  że  ona  tu 

jeszcze wróci? — odezwał się przekor nie. — Może zawczasu zwiała? 

— Głupiś! 
— To nie argument! Przecież nie siedzisz w niej w środku, skąd wiesz, co 

background image

wykombinowała? 

— Przestań mnie drażnić! Wiesz ile trzeba odwagi, żeby się tak wybrać 

nocą! 

—  A  może  za  parę  godzin  tu  będzie  gorzej?  Widziałem  już  w  czasie 

powstania  takich,  co  się  rzucali  naprzeciw  niebezpieczeństwu,  ale...  ale 
mniejszemu,  zostawiając  oddział  w  oczekiwaniu  tego,  co  ma  nadejść.  I 
żołnierze trwali. 

— Chodźcie prędzej  — krzyknęła Walercia.  Przyświecała im lampą,  gdy 

zamykali drzwi wejściowe i zakładali sztaby.  Słyszała ich  jeszcze jak szli  na 
górę nie przestając się kłócić. 

Ratajczakowa  przeszła  przez  dwa  puste  pokoje.  Okna  w  nich  były 

niezasłonięte,  widziała  przez  nie  skraj  dachu  przywalonego  śniegiem, 
odwiany mur warowni i szczyty świerków w mrowiu gwiazd. Przeszła na skos 
pokój  w  baszcie,  zmierzała  do  drzwi,  gdzie  złotym  chwastem  rozlewało  się 
światło, wyciekające dziurką od klucza. Nacisnęła klamkę, było zamknięte. 

— Kto tam? — usłyszała spłoszony głos córki. 
— To ja! Dlaczegoś się zamknęła? — zapytała zaniepokojona. 
— Myję się cała, zaraz będę gotowa, niech mama zaczeka... 
— Cóż ty myślisz na zimnie mnie trzymać? Otwieraj zaraz! 
— Już, tylko niech mama odrazu nie wchodzi... 
Nie  słyszała  kroków,  dopiero  na  zgrzyt  obracanego  klucza,  pchnęła 

drzwi. Córka z piskiem skoczyła w mrok. 

Mała lampa naftowa, zwana piątką od numeru szkła stała na rogu stołu, 

tak  zwrócona,  że  blaszany  reflektorek  rzucał  okrągły  cień  na  pół  izby.  Irka 
już  klęczała  w  balii,  ciało  jej  bielało  przysnute  parą.  Ratajczakową  raziło 
światło,  podeszła  bliżej.  Czysta  linia  pleców  dziewczyny,  odsłonięty  kark, 
kończył się czerwonawym zawojem, w który ujęła niesforne włosy. 

—  Cóż  to  matkę  się  wstydzisz?  —  zapytała  Ratajczakowa  podejrzliwie. 

Widziała  teraz  córkę  odmienioną,  przysłaniała  sobie  piersi  skrzyżowanymi 
rękami, stulała uda, odwrócona i niechętna. 

—  Nie  wstydzę  się,  tylko  mnie  krępujesz,  nie  jestem  już  dzieckiem! 

Mamo!  —  zawołała  boleśnie,  gdy  światło  odwracanej  lampy  dobyło  ją  z 

background image

półmroku. 

— Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem, zapamiętaj to sobie! Gdzie masz 

mydło? Daj, to ci plecy umyję! 

Przysunęła  sobie  krzesło.  Zawinęła  rękawy  i  siadłszy  wygodnie  ślizgała 

się  palcami  po  nagim  karku  dziewczyny.  Czuła  nieznane  dotąd  wzruszenie, 
silniejsze  niż  trwożliwa  myśl  —  trzeba  jej  strzec,  może  już  się  podobać,  a 
taka  głupia  i  bezbronna...  Myślała  z  żalem:  co  to  z  tego  niecierpliwego 
maleństwa wyrosło... Niedawno usypiała mi przy piersi, z sutką w wargach, a 
gdy  próbowałam  wyjąć,  ciągnęła  mocno,  aż  bolało  —  a  dziś  —  panna  jak 
łania!  Spłukiwała  powolnymi  ruchami  łopatki  córki.  Zapachu  młodego, 
rozgrzanego ciała nie tłumiła nawet woń lichego mydła. 

Zrozumiała  nagle  kruchość  swego  posiadania.  Ogarnęło  ją  przeczucie 

samotności tak ostre, że objęła córkę mocno, przytuliła policzek do jej głowy 
i zapłakała nagle. 

— Mamo! Co się mamie stało? — Odwróciła się gwałtownie Irka. Złapała 

matkę za szyję mokrym ramieniem, przygarnęła pełna lęku. Czuła jak jej łzy 
spływają na piersi. 

— Nic, córuś, nic... Tylko tak mi się pomyślało... Mam was jeszcze dwie 

do  kochania,  mogę  wam  usłużyć  —  mamrotała  lepkimi  wargami.  —  Ale  jak 
długo jeszcze? — zachłysnęła się łkaniem. 

Irka  klęczała  zdrętwiała,  nie  rozumiała  matki.  Siedziały  tak  chwilę, 

bliskie oddechy przenikały się, każda z nich jednak czuła się samotną. 

* * * 

— Na pewno z niej wyjdzie? 
Włodzio poprawił ścierpniętą nogę. Pod kożuchem było parno. 
— Widziałem ją, jak zasypiała. Siedziała w kuchni z otwartymi ustami i 

robiła tak — hrr, hrr... 

—  No  i  co  z  tego?  —  zaniepokoiła  się  Teklunia.  —  Skąd  wiesz,  że  to 

dusza? 

background image

—  A  wiem!  Bo  u  jednych  to  dopiero  po  śmierci,  a  u  innych,  jak  tylko 

zasną.  Wtedy  im  w  gardle  gra,  to  właśnie  dusza  do  góry  idzie!  Widziałem 
raz... 

— Kłamiesz! 
— Nie kłamię! Na własne oczy widziałem. 
— To powiedz, jak wygląda? 
— O, taka biała i bez rąk... Nie widziałaś? Czasem ją polami wiatr niesie 

podobną do siwego dymu... 

Słychać było, jak piec wzdychał. Nagle zaszeleścił papier, coś potoczyło 

się i z grzmotem skoczyło na podłogę. 

Dzieci przytuliły się przelęknione. 
— Co to było, Włodziu? 
— Nie wiem — wyszeptał. — Zapal zapałkę, to zobaczymy! 
Opierając  się  na  nim,  Teklunia  uniosła  się  ostrożnie,  rozchyliła  brzegi 

kożucha. Ciemność mrowiła się przed źrenicami. Dała nurka z powrotem. 

— No, czemu nie świecisz? 
— Boję się! A jak zapalę zapałkę i zobaczę coś, co tam stoi naprzeciw i 

patrzy na nas? 

— To ty też popatrzysz, czego się boisz? 
— Myślisz? 
— Pewnie — powiedział z przekonaniem. 
Trzasła zapałka, płomyk zaświecił żółto. 
— No? — zapytał ostrożnie, ale nie wstawał jeszcze. 
—  Nic  nie  widać  —  wyszeptała  z  ulgą.  —  Włodziu,  tu  chyba  straszy, 

możebyśmy poszli do sypialni, do reszty dzieci. 

—  Poczekaj  —  z  trudem  się  wyplątał,  niezdarnie  opierając  się  na 

kikutach wylazł zza kufra. 

— Prędzej! Parzy mnie! 
—  Zapal  drugą!  Poraczkował  bohatersko  w  ciemność.  —  No,  widzisz, 

jest! — zawołał tryumfalnie. Podgarniał coś, jak pies obraca łapą jeża. 

— Co tam masz? 
—  Jabłko.  Mówiłem  ci,  żebyś  się  nie  bała.  Mysz  musiała  buszować  po 

background image

szafie i strąciła, a ty od razu — boję się... Boję się! 

Teklunia  wytarła  je  o  sukienkę  i  dała  mu  do  ugryzienia.  Uspokojeni 

wleźli do swego gniazda. 

—  Wiesz,  jak  nas  napadli  Ukraińcy,  kazali  mi  położyć  ręce  na  ławie  i 

ciup, ciup siekierą... 

— Bolało cię? 
—  Och,  bardzo  bolało!  A  potem  jeden  złapał  matusię  i  przycisnął 

kolanem piersi, a drugi odchylił jej głowę jak cielakowi i po gardle... 

— A dlaczego nie umarłeś? 
— Bo nas partyzanci uratowali. Ukraińców zaraz za stodołą pozabijali, a 

mnie  zawinęli  rączki...  Tylko  matusi  już  się  nie  dało...  Patrzyła  tam,  do 
środka  głowy  i  chrapała,  bo  przez  tę  małą  dziurkę  w  szyi  dusza  jej  się  nie 
mogła przecisnąć... Ale w nocy wyszła i długo siedziała przy mnie. I było mi 
bardzo dobrze i bardzo smutno... 

Teklunia  słuchała  przejęta.  Była  też  trochę  zazdrosna  i  upokorzona,  że 

nie  ma  takich  historii  do  opowiedzenia.  Tak  przyjemnie  jest  straszyć  się  w 
ciemności  pod  kudłatym  lejem  baranicy.  Przytuleni  czują  ptasi  niepokój  w 
sercach,  kołacze  szybciutko  w  piersi  pod  dłonią  wilgotniejącą  od  bliskiego 
oddechu.  Potem  pokój  zatopiony  zimową  nocą  zaludniają  cienie,  stołki  w 
świetle świecy ogromnieją, wszystko jest odmienione i niepokojąco żywe, aż 
oczy otwierają się szeroko, a w nogach dreszcz, żeby się rzucić do szalonej 
ucieczki. 

— U nas w Oździutyczach — zaczyna wreszcie Teklunia, opiera mu wargi 

o samo ucho, aż szumi ciepłe tchnienie — u nas była jedna kobieta, nazywała 
się Motria Pańczyszyn. 

Miała  grube,  czarne  włosy,  jak  końska  grzywa.  Rozdzielała  je  przez 

środek głowy i wiązała warkocze w koronę. Mąż się jej nie mógł nachwalić bo 
się  w  polu  uwijała  jak  żadna,  tylko  nigdy  nie  chodziła  do  cerkwi  i  nie  lubiła 
śpiewać. Nad  podziw też mało jadła,  parę kruszynek chleba, garstkę kaszy, 
tyle co wróbel, a cały dzień międliła szczęką jak krowa, gdy ją przypędzą z 
pastwiska... 

Teklunia  mówiła  płynnie  dużymi  okresami,  powtarzała  zasłyszaną 

background image

opowieść.  Stare  kobiety  bajały  tak  w  długie  zimowe  wieczory,  gdy  wiatr 
obijał  się  o  ściany,  wydmuchiwał  kłąb  dymu  na  izbę.  Dzieci,  które  powinny 
już dawno spać, mimo, że potniały ze strachu pod pierzyną, wytężały słuch, 
aby  pochwycić  niejasną  historię.  Nie  ogarniały  opowieści,  sen  przerywał  jej 
wątek  i  poszerzał  zwidzeniami.  Na  drugi  dzień  powtarzały  opowiadanie 
umieszczając siebie niezręcznie w kręgu działających bohaterów. 

Teklunia zamyśliła się niespodziewanie. 
— No i co dalej, no mówże — niecierpliwił się Włodek. 
—  Potem  sąsiedzi  zaczęli  się  skarżyć,  że  jedzenie  im  ginie  i  pobili 

nocnych stróżów. Aż jednego dnia Pańczyszyn usnął, ale księżyc mu w twarz 
przyświecił, więc się obudził, uchylił powieki i patrzy na żonę, a ona rozplotła 
warkocze, złapała się obu rękami za włosy, pociągnęła i głowa jej się otwarła 
wzdłuż  rozdziałka,  pełna  białych  zębów  jak  wilcza  paszczęka...  Stanęła  w 
otwartym  okienku,  poniuchała,  poniuchała  i  jak  nie  pociągnie...  Zaczynają 
lecieć  z  chat  kołacze,  pierogi  z  mięsem,  sery,  słonina...  Nałykała  się, 
zamknęła  głowę  zawiązała  warkocze,  położyła  się  koło  męża  i  rusza,  rusza 
gębą, żuje... 

— Cicho — szepnął — teraz to już ona! 
Korytarzem szedł ktoś powłócząc nogami. Otworzyły się drzwi, wtoczyła 

się Walercia z lampą w ręce, przyciskała kota pod pachą. 

—  Spij  kiciucha  —  usadowiła  go  w  zagłębieniu  pierzyny.  —  Twoja  pani 

ma jeszcze roboty, a roboty... 

Zamknęła drzwi i pięścią dobiła zasuwkę. 
Podeszła  do  wnęki,  otwarła  kufer  —  przyciskając  dzieci  odrzuconym 

wiekiem.  Rozścieliła  stary  maglownik  na  podłodze  i  zaczęła  układać  stos 
bielizny, granatowe ubranie męża, nowe cholewy, turecką chustę po babce, 
stare  obligacje  pożyczki  i  mały  woreczek  z  koralami,  broszką  i  srebrnymi 
dziesięciozłotówkami. 

— O cholera, ciężkie — sapnęła, zawiązawszy rogi płótnanki. 
Potem uklękła, leżąc piersią na łóżku modliła się długo. Czasem drapała 

się  ukradkiem,  zapuszczała  palec  pod  warstwy  odzienia.  Zastanawiała  się 
przy tym, kiedy najlepiej rzeczy wynieść i ukryć w piwnicach zamkowych. 

background image

—  Chyba  rano  zejdę  —  szepnęła.  Wlazła  kolanami  na  łóżko,  zdjęła 

obrazek Częstochowskiej i wsunęła do tobołka z cichym wyrachowaniem, że 
będzie strzegł wszystkiego. 

Rozbierała  się,  zaczynając  od  sztucznego  warkocza,  który  powiesiła  na 

poręczy krzesła i przysłoniła kaftanikiem. Dobrze, że tego dzieci nie widziały, 
bo  drżałyby  z  lęku.  Jeszcze  w  halce,  narzuciła  na  siebie  długą,  płócienną 
koszulę, obdzierganą przy szyi fioletową nicią. 

—  Ja  się  jeszcze  z  tobą  porachuję,  ty  szmato  —  warknęła  w  stronę 

drzwi.  Już  miała  wejść  do  łóżka,  kiedy  nagle  postawiła  lampę  na  ziemi, 
wpuściła światło pod koszulę wzdętą jasnym dzwonem. Zajrzała sobie między 
pełne piersi. Zapuściła wreszcie rękę głęboko i złapała pchłę. Długo ją gniotła 
palcami,  jeszcze  dla  pewności  wrzuciła  w  płomień  lampy.  Obficie  pośliniła 
pogryzione miejsce. 

— Won, ty pchlarzu, jazda! — spędziła kota, który przeciągał się sennie. 

Z  ulgą,  ruchem  jakim  stare  kobiety  wchodzą  do  wody,  przykucnęła  pod 
pierzyną, powoli prostowała nogi w zimnej pościeli. 

Lampa była pod ręką, przykręciła ją trochę. 
Walercia leżała tak długą chwilę, nadsłuchiwała i przełykała głośno ślinę. 

Oczy miała utkwione w jasnym krążku na suficie. Pomyślała o synu, który się 
zmarnował w Legionach, o córce wydanej za tego złodzieja z trzeciej wsi i o 
Janie,  co  chce  wszystkich  przechytrzyć...  Powieki  jej  opadały,  podnosiła  je 
coraz nie chętniej, zachrapała krótko, osuwając się w sen. 

Światło  padało  na  jej  rzadkie  włosy,  białawy  puch,  przez  który 

przeświecało  łysiejące  ciemię.  Chóry  armatnie  skandowały  daleko.  Kot 
wskoczył miękko na łóżko i zwinąwszy się zamruczał. 

Dzieci  wyszły  spod  kożucha,  na  palcach  zbliżyły  się  do  łóżka.  Śpiącej 

zagwizdało w krtani. 

— Co teraz będzie? 
— Zobaczysz — szepnął tonem znawcy — zaraz będzie z niej wychodzić, 

widzisz, już oczy wywraca... 

Walercia  miała  oczy  na  wpół  przymknięte,  białko  błyskało  spod  rzęsy. 

Nagle  otworzyła  usta  szeroko  i  wyszczerzyła  żółte  zęby  zacharczała  tak 

background image

głośno, jakby pierwszy sen zwalił jej się na piersi młyńskim kamieniem. 

— O już, idzie... 
— Ja nie chcę! — krzyknęła nagle Teklunia. — Zbudź ją, słyszysz, ja nie 

chcę tego widzieć! 

Walercia  poruszyła  się,  popatrzyła  na  dzieci  zmętniałą  źrenicą,  brała  je 

za  senne  zwidzenia.  Skądże  mogły  się  wziąć  skoro  mocno  w  niej  tkwiła 
pamięć dopchniętej zasuwy. 

Teklunia skuliła się za Włodzia. 
—  Jakeście  tu  wleźli?  Po  co?  Chcecie  coś  ukraść?  Dzieci  milczały, 

przypatrywały jej się z natężeniem. 

Zwiesiła nogi, przelewała ciężkie ciało przez krawędź łóżka. Zawisła nad 

nimi białą zaspą. 

— Jak was strzelę, to zaraz przemówicie! Dawać łapy! 
Włodzio  jak  urzeczony  wyciągnął  przed  siebie  żałośnie  zwisające  końce 

rękawków. 

Walercia  zamarła  z  uniesioną  ręką.  Powoli  opuściła  dłoń  na  ciemną 

głowę chłopca, pogłaskała go szorstko. 

— No, głupie, idźcie spać... No, uciekajcie... 
Otwarła  drzwi  i  wypchnęła  je  pośpiesznie  w  czarny  korytarz.  Teraz, 

przypomniawszy  sobie  o  głowie,  narzuciła  gwałtownie  chustkę  i  ściągnęła 
końce  pod  brodą.  Przez  szparę  nad  progiem  wiało.  Odczekała  chwilę,  nie 
słyszała, żeby odbiegli. 

Jeszcze raz uchyliła drzwi i zobaczyła dzieci stojące w świetle. 
— Dlaczego nie zmykacie do siebie? 
— My się bardzo boimy — zaczęła Teklunia — tam jest ciemno... 
— A tu do mnie wleźć toście się nie bały? 
— Myśmy tylko chcieli zobaczyć. 
— Nie mów — trącił Włodzio. — Nie mów! 
— Czekaliśmy na duszę! 
Waleria przygarnęła je ciepłymi ramionami. 
—  Sierotki  moje  —  szepnęła  —  duszy  u  mnie  szukały,  pewnie,  bo  u 

kogoż jej szukać w tym domu? No, chodźcie, będziecie dziś spały ze mną. 

background image

Rozebrała je i ułożyła przy sobie. Dzieci zalęknione ledwie oddychały za 

barykadą  jej  ciała.  Ale  ciepło  działało  rozmarzające  powoli  przychodziło 
poczucie spokoju i bezpieczeństwa. 

— Nie śpisz jeszcze? — zapytał Włodzio. 
— Nie mogę usnąć, bo jak z niej wyjdzie i zacznie po nas deptać... 
—  Słuchaj,  może  to  nie  była  dusza,  bo  ona  rechotała  jak  żaba...  Może 

łyknęła ją z wodą? Opowiadała mi babka... 

— Nie strasz mnie! 
—  Opowiadała  o  żabie,  co  wychodziła  na  poduszkę...  Co,  ty  i  żaby  się 

boisz? 

— Zwyczajnej to nie! 
— No widzisz... 
—  Co  tam  mruczycie  jak  kocury  —  odezwała  się  sennie  Walercia.  — 

Przeżegnać mi się i spać! 

Więc przeżegnali się posłusznie i przytaili, skuleni u jej boku, nawet nie 

zauważyli, kiedy spadł na nich mocny sen. 

* * * 

Czego  szukam  o  świcie  —  zapytał  się  sędzia  —  co  mnie  nosi...  Odpiął 

haki  i  otworzył  drzwi  wejściowe.  —  Wyjrzę  tylko  przed  dom  — 
usprawiedliwiał swą niecierpliwą ciekawość. 

Podwórze  było  pełne  niebieskiego  cienia.  Wyżej  na  szczycie  Kułaka,  na 

skale  omiecionej  ze  śniegu  trzepotały  się  gawrony,  wrzeszczały  wiosennie. 
Wyżej na białym niebie miotała czerwonym ogniem Wenus. 

Zaraz za bramą spadał wyślizgany zjazd w dolinę, na jej dnie Siniawka 

rysowała się pomiędzy zaspami czarnym zygzakiem. 

Skręcił w  podwórze, odruchowo sprawdził kłódki na  pustym chlewie. W 

stajni po szybkach zaszłych parą ściekały wielkie łzy. 

— Ciekawym, czy szczęśliwie dojechali? — szepnął, ale bez obawy, zbyt 

mocno  ufał  niemieckim  zezwoleniom  Łucji.  Szedł  pod  górę  w  głąb  parku 

background image

zrośniętego z lasem zamkowym. 

Za  stogiem,  spod  którego  prysnęły  dwa  zające,  jeden  za  drugim  i 

zakurzyły  w  sypkim  śniegu,  ścieżka  dotąd  dość  wydeptana  niknęła  między 
świerkami, w gęstwie ciemnej, nieprzyjaznej. 

—  Dojdę  tylko  do  altanki,  rzucę  okiem  i  zaraz  wracam  —  uspokoił  się 

wewnętrznie.  Oddychał  krótkimi  łykami.  Powietrze  było  twarde,  pełne  woni 
zmarzniętego igliwia, zachęcało do szybkiego marszu. 

Śnieg  stał  głębszy,  niezamącony  nawet  tropem  lisim,  ale  nie  lgnął  do 

mankietów  spodni,  pod  cienką  wierzchnią  skorupką,  był  suchy  jak  piasek. 
Postanowił  skrócić  sobie  drogę.  Nie  czuł  chłodu,  miejscami  musiał  stromo 
podchodzić. Tu, w górze, cisza była, aż dzwoniło w uszach. 

Odwrócił  się.  Pod  nim  dolina  pełna  niebieskawego  cienia,  wstające 

słońce  tęczowo  iskrzyło  się  na  mgle  nadrzecznej.  Zamek  podobny  do 
odwróconej  dłoni,  zawisał  nad  drogą  miejscami  rudo  znaczoną  śladem 
końskiego nawozu. Pod mur obronny, ledwie widoczny spod śniegu, pięły się 
zjeżone  świerczki.  Żaden  dym  nie  unosił  się  jeszcze  w  powoli 
nasłoneczniające się przestrzenie. 

—  Dobrze  jest  żyć  —  dyszał  rozgrzany,  osiągnąwszy  krawędź.  Przez 

przesiekę  między  drzewami  mógł  popatrzyć  na  drugą  stronę.  Siadł  na 
poręczy.  Altana  była  pełna  odchodów  zajęczych,  rozsypanych  garściami.  Z 
karmnika porozwłóczano kłaki siana. 

Zaniepokoiły go dalekie dymy, ciężko rozlane na horyzoncie, pomazane 

rudawym  odblaskiem.  Bliżej  były  kępy  olch,  rozrzucone  domki  osady 
Dziadówki i z niejasnej gęstwy dachów wystrzelała wieża starego kościoła w 
Doboszowie. 

Szerokie  pofałdowane  przestrzenie  łąk  na  Mokronosie,  zwierciadliły  się 

miejscami we wstającym dopiero słońcu. 

Z  uczuciem  zawodu  patrzył  na  zimowy  krajobraz.  Nie  było,  prócz 

dalekiej  ławicy  dymu,  żadnych  gwałtownych  zmian,  których  oczekiwał  po 
wczorajszym ogniu armatnim. 

Dopiero  zaniepokoiły  go  głosy  Niemców.  Byli  blisko,  trochę  pod  nim, 

zasłonięci  krzewami.  Posłyszał  naraz  uderzenia  siekier.  Teraz  zobaczył 

background image

innych,  na  łące,  ledwie  dostrzegalnych  w  białych  ochronnych  skafandrach. 
Wlekli karabiny maszynowe na sankach, maskowali stanowiska. 

—  Jednak  zepchnięto  ich  —  pomyślał  z  ulgą.  —  Chyba  nie  będą  się  tu 

długo opierać? 

Głosy  poczęły  się  zbliżać.  Nie  było  na  co  czekać.  Gdyby  go  przyłapali, 

trudno by mu było tłumaczyć, że przyszedł się tylko rozejrzeć. 

Zaczął  więc  szybko  schodzić.  Kierował  się  wyłącznie  rozwagą,  wierzył 

jeszcze w magiczne brzmienie słowa — gutbesitzer. Spadek niósł go lekko. 

W pierwszym świetle, które sięgało szczytu Kułaka, wrony opędzały się 

od  pary  jastrzębi.  Krążyły  one  lekko,  cięły  sierpem  skrzydeł  chłodne 
powietrze.  Czasami  zachodziły  w  cień,  niemal  nikły,  to  znów  zapalały  się 
brązem.  Kilka  wron  zrozpaczonych,  rzuciło  się  za  nimi  w  pościg,  machało 
pośpiesznie skrzydłami, chrypło od krakania. 

—  Dziś  się  z  wami  żegnam  —  szepnął  z  ulgą  —  dziś  ginie  sędzia 

Nahorayski, a rodzi się... Uśmiechnął się ironicznie — skoro dopiero rodzi się, 
więc jakże można wiedzieć kto? Dobrze że przynajmniej wiem po co się tam 
wspinałem  —  obejrzał  się  niemal  z  czułością  na  stromą  ścianę  doliny  — 
chciałem dojrzeć przyszłość, choćby najbliższą... 

* * * 

Walercia zbudziła się wcześnie. Długo nie chciało jej się ruszyć. Wreszce 

wygrzebała  się  spod  pierzyny,  spostrzegła  spluwając  od  uroku,  że  właśnie 
lewą nogą zaczynała dzień. 

Podniosła  zasłonę.  Szarzało.  Koguty  piały  jeden  przez  drugiego,  na 

zmianę. Puszysty różowy blask stał nad lasem. 

Kot był już przy drzwiach, giął niespokojnie koniec zadartego ogona. 
— Spijcie jeszcze aniołeczki — szepnęła, nachylając się nad dziećmi. — 

Czas jeszcze, czas... 

Ubrana, nalała wody do miednicy i prychając, mokrymi rękami przetarła 

sobie twarz. 

background image

Potem  wyciągnęła  z  kieszeni  fartucha  różaniec  i  zaczęła  mruczeć.  Łuna 

na  niebie  była  ledwie  widoczna,  ale  świtało  w  innym  miejscu.  Chwycił  ją 
strach. 

—  Jezus!  Jezus  —  szepnęła  —  wioski  się  palą!  Stała  przy  oknie,  z 

ziarnami różańca przyciśniętymi do warg. 

Kot  miauknął,  ostrzył  sobie  pazury  o  framugę.  Otworzyła  drzwi. 

Stękając, zarzuciła toboł na plecy. 

Na  korytarzu  był  chłód  nocny,  zmętniałe  powietrze  spało  jeszcze. 

Poruszała się prawie bezszelestnie. Od wąskich okien dymiło zbielałe światło 
wstającego dnia. 

Zeszedłszy  na  dół,  zdziwiła  się,  że  ktoś  przed  nią  wstał,  bo  drzwi  na 

dwór były otwarte. Przykucając, odemknęła ciężkie drzwi do piwnic. Buchnęło 
wilgotnawą  wonią  starych  kamieni.  Zawiedziony  kot,  który  cały  czas  łudził 
się,  że  zmierzają  do  kuchni,  zakręcił  się  na  najwyższym  stopniu,  ale  nie 
zeszedł niżej. 

Walercia  sunęła  ramieniem  po  ścianie,  ostrożnie  macała  opuchłymi 

stopami zdeptane stopnie. Schody odkręcały się powoli. Pchnęła drugie drzwi 
bez zamka i poczuwszy pod nogami suchy piasek, z ulgą zrzuciła tobół. 

Oddychała  chwilę,  nadsłuchując  w  ciemności.  Pachniało  mokrym 

wapnem.  Daleko  słychać  było  szmer  źródełka  i  cykanie  kropel  z  namokłej 
skały. Znalazła półkę, zdjęła lichtarz ze świecą nakrytą z góry ubitą flaszką. 

Knot  i  tak  zwilgotniał,  pryskał,  zapalał  się  opornie.  Odczekała  aż  się 

rozświeci. Osłaniała go dłonią, wstępując w głąb podziemia. 

Piwnice  były  rozległe,  częściowo  wykute  w  skale,  w  kilku  miejscach 

piętrowe.  Mimo  stemplowań  sufity  się  gdzie  niegdzie  obsunęły,  a  doły 
wypełniała  woda.  Potworzyły  się  niebezpieczne  pułapki,  tak  że  sędzia  kazał 
wejścia do dalszych korytarzy zamurować. 

Jan  lubił  krążyć  po  zamkowych  czeluściach,  zwłaszcza  w  niedzielne 

popołudnia,  chodził  z  młotkiem  i  opukiwał  ściany  szukając  skarbów. 
Przeciskał  się  przez  rumowisko,  gdzie  niski  strop  obrastał  rudymi 
kryształami, a kruche nacieki zgrzytały pod butem. 

Pewnego  dnia  natrafił  na  obszerną  suchą  salę,  w  której  na  wpół 

background image

zagrzebane  w  piasku,  stały  potężne  beczki.  Ale  wina  w  nich  nie  było  ani 
kropli. Nie wierzono czopom, dna były powyłamywane, a cynowy dzban leżał 
zgnieciony jakby go o ścianę rzucono z wściekłością. 

Mimo lat dębina dudniła zdrowo. 
—  He,  dawniej  to  umieli  pić!  —  westchnęła  Walercia.  —  Tu  nikt  chyba 

nie  zajrzy,  wsadzę  szmaty  do  beczki  i  przyrzucę  czym  czarnym...  To  jest 
fajne schowanko! 

Postawiła  świecę  i  przywlekła  tobół.  Wsparła  się  na  ostatniej  z  beczek, 

prawie  na  niej  siadła.  Nagle  zachwiała  się.  Beczka  odtoczyła  się  powoli 
odsłaniając czarny otwór w ścianie. 

—  Święty  Józefie!  —  pisnęła  Walercia,  łapiąc  równowagę.  Ale  już 

ciekawość i chciwość zwyciężyła. — Skarb! 

Zrzuciła  tobół,  pochwyciła  świecę  i  zajrzała  do  środka.  W  niewielkiej 

piwniczce stały podłużne skrzynie większe i mniejsze, z uchwytami ze sznura. 
Opakowania były nowe, więc pomyślała, że to państwo Nahorayscy ukryli tu 
swoje drogości wywiezione z Warszawy. 

Wsunęła  się  na  czworaka,  uniosła  wieka  najbliższej  skrzynki.  W  blasku 

świecy,  spod  natłuszczonych  szmat,  zaświeciły  zamki  gęsto  pokładzionych 
karabinów. 

Cofnęła  rękę  gwałtownie,  jakby  dotknęła  węża.  Gorąca  stearyna  ciekła 

jej po palcach. 

— Rany boskie, tyle broni! 
Myśli przebiegały jedne za drugimi, aż marszczyła niskie czoło. Gdyby to 

tak Niemcy odkryli — już po nas. A tyle razy łazili po całym zamku i zaglądali 
do  piwnic!  Kto  te  skrzynie  przywlókł  i  schował?  Kto  tu  się  niezauważony 
kręcił? Już nie będzie miała spokojnej chwili... 

Wycofała się ostrożnie. Wtoczyła beczkę na miejsce, podparła klockiem, 

który  się  wysunął.  Teraz  można  ją  było  trącać,  ani  drgnęła,  Walercia 
obejrzała  się  ukradkiem,  czy  jej  kto  z  ciemności  nie  podpatruje...  Już  nie 
miała zaufania do tego miejsca. 

Poniosła tobołek do innej piwnicy i przyrzuciła gruzem. 
Trzęsła  się  cała.  Lęk  mieszał  w  niej  z  gniewem,  że  wcześniej  nie 

background image

przejrzała  otoczenia,  przecież  ktoś  z  domowników  musiał  pomagać  tym,  to 
wnosili broń. Jak oni potrafili załatwić to po kryjomu? 

— Kto by się spodziewał? — szepnęła wyłażąc ciężko po schodach. Dużo 

byłaby dała, żeby wszystko, co przeżyła tego ranka okazało się zwidzeniem. 
Ale palce jej lepiły się od wazeliny, którą powleczono stal. 

Komu  by  o  tym  powiedzieć,  żeby  nie  wypaplał?  Ratajczakowej?  Była 

bezradna. Tajemnica piekła ją, aż gorzką śliną napływało do ust. Żeby choć 
Jan  był!  Zawsze  jak  jest  najpotrzebniejszy,  musi  go  brakować!  —  mruczała 
zadowolona, że może przeciw niemu złość obrócić. 

W otwartych drzwiach stał Nahorayski plecami do niej. 
— Gdzie pan sędzia chodził tak z rana? — zapytała podejrzliwie. 
—  Dzień  dobry  Walerciu!  Byłem  się  przejść.  Zdaje  się,  że  za 

Doboszowem na Budach pożar, dym jeszcze widać — pokazał palcem ponad 
las. — A co Walercia taka wystraszona, jakby ducha w piwnicy zobaczyła? 

Poruszyła parę razy zmiękłą wargą. 
— Gorzej, panie sędzio! — szepnęła dmuchając mu w twarz nieświeżym 

oddechem. — Tam, na dole naznosił ktoś pełno karabinów! Niech pan pójdzie 
ze mną, to pokażę! 

Nie wyglądał na zaskoczonego, stał spokojnie, prawie obojętny. 
— Co, leżą może na wierzchu? 
— Nie! Dobrze są schowane! 
— A Walercia czego tam szukała? 
— Ja nic... Ja, tylko swoje rzeczy chciałam gdzieś upchać po kątach, bo 

jakby Niemcy uciekali, mogą, pokraść... 

— Walercia zostawiła wszystko tak, jak było? 
— Pewnie, zakryte beczką, nikt nie pozna, gdzie wejście. 
— Ja radzę Walerci, jeżeli chce końca wojny dożyć, żeby Walercia o tym 

nikomu nie mówiła! 

— U mnie jak w studni. Ja nikomu słowa o tym nie pisnę... Tylko, żeby 

jakiego  nieszczęścia  nie  było?  A  jakby  Niemcy  zaczęli  szukać  i  znajdą,  co 
wtedy? Co mam mówić, bo lepiej z góry wiedzieć? 

Przypatrzył  jej  się  niechętnie.  Wystarczy  ją  trochę  nastraszyć  i  sypnie 

background image

wszystkich. Lepiej, żeby miała kogo wskazać — pomyślał. 

—  To  wtedy  Walercia  powie,  że  to  ja  schowałem!  —  powiedział, 

rozkoszując się jej zdumieniem, i dodał: — A potem Niemcy mnie zastrzelą, 
a zaraz po mnie Walercię! 

Odchodził  powoli  na  górę  schodami.  Stała  pod  nim  jak  skamieniała  z 

pięściami przyciśniętymi do warg. Nic już nie pojmowała. Świat jej się wydał 
nieprzenikniony i wrogi, jak wtedy, gdy miała osiem lat, po śmierci matki. 

— Zaraz, tylko spokojnie — myślał sędzia — ta ma na jakiś czas dosyć, 

nie  musimy  się  śpieszyć...  Jeżeli  Rosjanie  napierają  i  dojdzie  tu  do  walk, 
Niemcy  będą  musieli  pilnować  swojej  skóry,  braknie  im  czasu  na 
przetrząsanie  piwnic.  Będą  szczęśliwi,  jeśli  żaden  z  tych  karabinów  nie 
wyjdzie  do  lasu,  by  im  strzelać  w  plecy.  Ale  kto  u  nas  broń  magazynuje? 
Tadek  Bukowski?  Nie  bardzo.  Powstanie  powinno  mu  wystarczyć.  Jan? 
Wątpliwe...  Któraś  z kobiet? Walercia  odpada,  Janina, Wacława... Więc któż 
zostaje  —  Ratajczakowa,  Celinka,  Łucja  i  ksiądz!  Trzeba  będzie 
przeprowadzić dyskretne śledztwo, nie mogę przecież chodzić od jednego do 
drugiego i pytać — czy to twoje karabinki leżą w piwnicy? 

Wsadził  ręce  do  kieszeni.  I  jego  zastanowiło,  konspiracja  działała 

sprawnie,  więc  nawet  najbliższych  nie  można  być  pewnym?  Wprawdzie  do 
nich tak się człowiek przyzwyczaił, że niemal nie zauważa. A może tę broń ja 
sam  zwiozłem  po  trochu  pod  siedzeniem  w  bryczce,  którą  co  drugi  dzień 
wracam z sądu? 

Wzruszył ramionami. To wszystko nonsens. Kilka karabinów nie zaważy 

na losach wojny, a jednak nawet ani razu nie wystrzeliwszy, może zabić nas 
wszystkich... Jednak trzeba je usunąć, żeby jakiegoś głupstwa nie zrobiono, 
które może nas drogo kosztować. 

Dzieci  kończyły  śniadanie,  skrobały  łyżkami  o  dna  misek,  wycierały 

wargi  rękawami.  Ustawały  odgłosy  jedzenia,  ulatniał  się  mdły  zapach 
słabiutkiej kawy. Krzywiąc twarze, ze zmrużonymi oczami zwracały się dzieci 
ku oknom, słońce grzało przez szyby. 

Gdy pani Janina weszła  na salę powitana krzykliwym  —  dzień dobry  — 

nie  miała  nic  do  zarzucenia,  porządek  poranny  był  utrzymany,  nadchodziła 

background image

pora  przechadzki,  godzina  zabawy  w  zaśnieżonym  parku.  Z  zadowoleniem 
stwierdziła,  że  Celinka  daje  sobie  radę,  może  jest  trochę  za  szorstka,  ale 
wszystko dotąd przebiega sprawnie. 

—  Nie  chciałabym,  Celinko,  żebyś  je  wyprowadziła  zbyt  daleko.  Pilnuj, 

by ci się dzieci nie rozłaziły, dziś mogą być niespodzianki. 

— Ale skąd? Nawet strzałów nie słychać, zdaje się, że ich odepchnęli. 
—  Mąż  rano  wychodził,  widział  Niemców  za  górą  umacniali  się,  pewnie 

będą próbowali oporu. Nie utrzymają się tutaj, ale może być niebezpiecznie... 

— Więc pani myśli, że Rosjanie są tak blisko? 
— Nic nie można wiedzieć, dzisiejszy dzień pokaże. 
Dlatego lepiej trzymać się blisko domu. 
—  Dobrze  byłoby  znać  linię  obrony,  to  się  może  w  mieście  przydać. 

Teraz widzę, że miałam nosa wysyłając meldunek o ofensywie... 

— Przez kogo posłałaś? 
— Łucja poda. 
— Nie trzeba jej było narażać! 
— Jej nie tkną, ma mocne dokumenty. Napisałem też, żeby zabrali broń. 
— Powiedz, kto cię o to prosił? 
—  A  jak  miasto  odetną?  Wtedy  cały  magazyn  zmarnowany!  Gdybyśmy 

spróbowali  rozsadzić  obronę  od  środka,  każdy  karabin  będzie  miał  swoje 
znaczenie... 

— Że też wy nic nie potraficie załatwić jak należy. Dlaczego mnie się nie 

spytałaś?  Komenda  dobrze  wie,  co  jest  u  nas,  po  co  ich  popędzać,  żeby  w 
ostatniej chwili zrobili jakieś głupstwo? 

—  Ja  pani  służbowo  nie  podlegam,  nie  należę  do  siatki  terenowej. 

Jestem z DYW-u. Koło południa będzie tu Batog, wtedy przekonamy się, kto 
ma słuszność. Według mnie magazyn już powinien być rozładowany, a broń 
w rękach chłopców. 

—  Porucznika  Batoga  dziś  nie  będzie,  pojechał  wczoraj  do  miasta  na 

odprawę. Wezwano go nagle, dlatego nie trzeba spraw przyspieszać! 

— Dlaczego mi nic o tym nie powiedział? 
—  Widać  nie  miał  czasu,  albo  nie  uważał  za  stosowne.  Może  wróci  z 

background image

Łucją,  znają  się  z  roboty...  Wtedy  wiedzielibyśmy  nareszcie,  co 
postanowiono. 

— Mamy przecież świeże gazetki. 
— Wiadomości w nich są o tydzień spóźnione. Wypadki idą prędzej! 
—  Chyba  będzie  u  mas  powstanie?  Jakbyśmy  uderzyli  z  tyłu,  Niemcy 

będą wiać, cały Front się rozlezie! Rozkosz było by postrzelać sobie trochę! 

—  Nic  jeszcze  pewnego  nie  wiem...  W  sztabie  mają  meldunki  z  całego 

okręgu,  najlepiej  będą  wiedzieli,  chyba  mają  jakiś  plan  opracowany.  Choć 
wieści  nadchodzące  spoza  Wisły  nie  są  pomyślne,  dużo  naszych 
aresztowano... 

—  To  już  jest  polityka,  ja  jestem  w  zgrupowaniu  bojowym,  jeżeli 

nadchodzi ten dzień, na który tak czekaliśmy, chcę być pod bronią, chcę się 
bić... Uważam, że postąpiłam słusznie. 

—  A  ja  myślę,  że  trzeba  zachować  zimną  krew  do  ostatka.  Było  by 

idiotyczne  wpaść  teraz.  Dlatego  lepiej  nie  improwizować,  tylko  pilnować 
swoich  obowiązków.  Skoro  już  jesteś  przy  dzieciach,  to  się  nimi  naprawdę 
zajmij. Wróci Łucja, możesz robić, co ci się żywnie podoba! Tylko pamiętaj, 
wolno ci narażać jedynie siebie, za dużo już było ofiar... 

—  Właśnie!  Za  dużo!  Dlatego  nie  można  przepuścić  okazji.  Kiedy  się 

pomścimy, jak już Niemców nie będzie? 

Dzieci  zaczęły  wstawać,  z  trzaskiem  składano  miski.  Dwóch  chłopców 

siedząc okrakiem na ławce biło się po głowach łyżkami. Zamykali oczy i pluli 
na siebie zachwyceni tą walką. 

Dzwonek  z  kaplicy  zamkowej  uderzył  kilkakrotnie,  jasny  ton  prawie 

niedosłyszalny długo drgał w powietrzu. 

— Spokój dzieci! Sprzątamy teraz ładnie po sobie i idziemy się bawić! 
— Ale do parku! Na saneczki! — darły się obstąpiwszy ją ciasno. 
— Pójdziecie do parku — uspokoiła je pani Janina. — Ja teraz muszę na 

mszę, potem znów do was zaglądnę! 

— Nie widziała pani gdzie Tadka? 
— Nie, dziś go jeszcze nie widziałam. Jak mi się nawinie pod rękę, to ci 

go poślę... Tylko bądź rozsądna Celinko... Niepokoisz mnie... 

background image

— No, co ja takiego zrobiłam? Dzieci, proszę wszystkie miseczki na róg 

stołu! Robimy dwie wielkie wieże. Kto jest dziś dyżurnym? 

Pani  Janina  wymknęła  się  na  schody.  Zobaczywszy  nadchodzącego 

męża, zatrzymała się na chwilę. 

— Wszystko w porządku  — powiedziała, wsuwając mu  dłoń pod ramię. 

Słońce zaświeciło im ostro w oczy. Po śniegu posypanym popiołem szli wąską 
ścieżką do kaplicy. 

Tadek  Bukowski  służył  księdzu  do  mszy.  Choć  wszyscy  już  się  zebrali, 

ksiądz czekał chwilę, aż Nahorayscy nadejdą. Pierwsza ławka była pusta. W 
dwóch pozostałych klęczały Walercia i Ratajczakowa z córką. Irka odwróciła 
się ciekawie ku wchodzącym. 

Zimno  było  w  kaplicy,  od  drzwi  otwartych  padał  biały,  mroźny  odblask 

ze  śniegu  Walercia  mruczała  pracowicie,  niechętnie  odwracały  się 
zatłuszczone  kartki  jej  modlitewnika,  brunatne  i  postrzępione  po  brzegach. 
Chwilami  zziębnięta  stukała  końcami  palców  o  ławkę,  aż  się  sędzia  oglądał, 
lub wtulała je pod pachę. 

Irka  przypatrywała  się  matce,  której  na  końcu  nosa  świeciła  się  duża 

kropla  wilgoci.  —  Kapnie,  czy  nie  kapnie  —  myślała  rozdrażniona.  Policzyła 
do  dziesięciu,  kropla  chwiała  się  i  iskrzyła  irytująco.  Nie  mogła  się  skupić. 
Popatrzyła  w  stronę  ołtarza.  Tadkowi  źle  było  przyklękać,  utykał  lekko 
przenosząc  mszał.  —  Przyjemny  chłopak  —  pomyślała  śmiało  —  szkoda,  że 
już  go  trzyma  dla  siebie  Celinka.  Poczuła  żal,  że  ją  wszyscy  wpychają  w 
dziecięctwo,  z  którego  dawno  wyrosła.  Chciała,  by  ją  wreszcie  zaczęli 
traktować poważnie, żeby się ktoś w niej zakochał. Wyobraziła sobie,  jakby 
to było przyjemnie, aż się uśmiechnęła sennie. 

Matka spostrzegłszy, że znowu córka patrzy w okno, gdzie przez szybki 

widać łysy szczyt Kułaka i wrony wyrojone do słońca, trąciła ją łokciem. 

—  Nie  gap  się,  masz  się  modlić!  Jak  nic  od  Boga  nie  potrzebujesz,  to 

zmów pacierz za duszę ojca! 

Irka  posłusznie  uklękła.  Deska  pod  kolanami  była  nieznośnie  twarda  i 

ziąb  ciągnął  z  kamieni.  Zaczęła  powoli  odmawiać  pacierze,  ale  nie  mogła 
wywołać w sobie upragnionego wzruszenia. 

background image

Nahorayski  trzymał  na  kolanach  wysoko  podniesionych  duży  mszał 

benedyktyński.  Gdy  wyruszał  na  kilkudniowe  zjazdy  prawników  do  miasta, 
nieraz  znajomi  go  zapytywali,  dlaczego  się  obwozi  z  taką  księgą,  wtedy 
przyznawał  im  się  z  wstydliwym  zakłopotaniem,  że  ma  to  przyzwyczajenie 
jeszcze ze studiów w Belgii, umie się modlić tylko po francusku. 

Było  dotkliwie  zimno.  Ksiądz  Horbaczewski  wyraźnie  się  śpieszył, 

rozkładał  i  składał  dłonie  ruchem  tak  gwałtownym,  aż  chwiały  się  żółte 
płomyki  świec.  Wyglądało,  że  chce  po  prostu  rozgrzać  się  po  chłopsku, 
zabijaniem rąk. 

Ciekawym,  kto  tu  naprawdę  przyszedł  się  modlić?  —  dumał  cierpko 

sędzia.  —  Walercia  i  Ratajczakowa  przychodzą  nie  dla  Boga,  tylko  dla 
księdza, tu go nareszcie dopadły i mają dla siebie, musi je wysłuchać, musi 
im  służyć.  Matka  przyciągnęła  Irkę...  Janina  z  przyzwyczajenia,  a  ja  dla 
przykładu.  Należy  się  z  tym  poważnie  liczyć.  Wiem,  że  to  jest  ludziom 
potrzebne,  najlepsza  forma  agitacji.  —  Jak  sam  pan  sędzia  Nahorayski  jest 
co  dzień  na  mszy,  jakże  nam  nieuczonym  wątpić...  Podciągnął  uważnie 
nogawki, podłożył sobie chusteczkę, przyklęknął. Noga mu lekko drżała. 

Msza  dobiegała  końca.  Ale  ksiądz  zamiast  odejść,  odwrócił  się  i 

niespodziewanie ukrywszy dłonie w rękawach, zaczął mówić: 

— Umiłowani bracia i siostry w Chrystusie! Dziwicie się pewnie, że chcę 

was jeszcze zatrzymać na chwil parę, ale przyszło mi w czasie Mszy Świętej 
na myśl, że garniecie się do tego ołtarza pełni niepokoju i trwóg! W głosach 
wczorajszych armat słyszeliście groźną zapowiedź, drżycie przed cierpieniem 
i śmiercią... 

Dzieci  wysypywały  się  właśnie  na  podwórze  z  krzykiem  i  śmiechami, 

jednak  przechodząc  koło  kaplicy  cichły,  niektóre  podchodziły  bliżej, 
przyklękały na progu i żegnały się poważnie. 

—  Nie  możemy  powstrzymać  wydarzeń,  losy  człowiecze  nie  od  nas 

zależą...  Jesteśmy  bezbronni  między  ścierającymi  się  maszynami,  w 
powietrzu  pełnym  zbudzonego  żelaza,  na  ziemi  porastającej  ogniem!  Ale 
spojrzyjcie na te dzieci — wyciągnął rękę ku drzwiom otwartym — idą wesołe 
i ufne... Przecież nikt z nas nie może ich przed niebezpieczeństwem zasłonić, 

background image

ani  ustrzec...  One  utraciły  rodziców,  czułe  ramiona  ich  nie  przygarną...  A 
jednak  są  pod  najlepszą  opieką.  Czuwa  nad  nimi  Ojciec,  zawisa  nad  ich 
głowami Ręka pełna dobroci, i miłosierdzia! Wyprowadziła już je raz z nocy, 
ognia i nienawiści, bądźcie pewni i teraz uchowa je bezpiecznie! 

—  Wszystko  cokolwiek  mógłby  zrobić  dla  nich  człowiek,  nawet  gdyby 

ofiarował  siebie,  jest  niczym  wobec  tego,  co  daje  im  Ojciec.  Łaskawy, 
rozumiejący cierpienie. Czyż Jego Ręka może krzywdzić? 

—  Wszystko,  co  nas  spotyka,  dzieje  się  dla  naszego  dobra.  Często 

wydaje  się,  że  los  wydziera  nam  to,  co  mieliśmy  najcenniejszego, 
najbliższego  sercu.  Zaufajmy  tej  Ręce,  odbiera  tylko  to,  co  mogłoby  nam 
przesłaniać  cel  ostateczny,  daje  wszystko,  co  będzie  nam  na  drodze  do 
zbawienia niezbędne. 

Sędzia zauważył, że Tadeusz stojący za księdzem skinął kilka razy głową 

i  znacząco  poruszył  wargami,  potem  skryty  w  cieniu  ścisnął  obie  ręce  i 
potrząsnął nimi powitalnie. 

Sędzia  odwrócił  się  ostrożnie.  We  drzwiach  stała  Celinka  i  ponad 

głowami ostatnich dzieci wskazywała Tadeuszowi, że idzie w górę, do parku. 
Przyzywała go ręką. 

Ksiądz musiał to zauważyć, bo wybuchną patetycznie: 
—  Ale  biada  zuchwałej  młodości,  która  wybiera  ciemność  i  jej  sprawy, 

przesiaduje na podstryszu grzechu... 

Sędzia  zamknął  głośno  mszał  z  wyrazem  niesmaku  na  twarzy.  Nie 

słuchał już więcej. Miał tę zdolność, nabytą w czasie przewlekłych, jałowych 
rozpraw, umiał się zamknąć w sobie, mimo twarzy skupionej i pozorów uwagi 
nic go całe otoczenie nie obchodziło. 

Dalekie  krakanie  wron  wpadało  do  kaplicy,  jakby  ktoś  suche  gałązki 

kruszył. 

Dopiero  gdy  żona  wstała,  spostrzegł,  że  ksiądz  już  jest  we  wnęce 

zastępującej zakrystię i Tadzio pomaga mu zdjąć ornat. 

Wyszli  na  słońce.  Sędzia  zatarł  ręce,  palce  mu  się  lekko  zaróżowiły. 

Chuchnął w paznokcie. Pomacał nimi końce uszu. 

—  Zmarzłem  —  powiedział.  Upewniwszy  się,  że  nikt  ich  nie  słyszy 

background image

szepnął  żonie:  —  Uważam,  że  ten  rodzaj  nauk  jest  nie  tylko 
niepedagogiczny,  ale  jest  po  prostu  nietaktem,  bo  co  mnie  obchodzi,  że 
Celka siedziała wczoraj na schodach z Tadkiem? Jak chce ją skarcić, niech to 
robi w cztery oczy, a nie z ambony. Widziałaś to obrzydliwe poruszenie, jakie 
wywołał u Ratajczakowej i Walerci? Przecież jeszcze dzieci były przy tym... 

—  Dziwne,  czyżbym  tego  nie  dosłyszała?  Zamyśliłam  się  nad  tą  Ręką, 

ufam Jej. Chciałam ci właśnie powiedzieć, że jak na księdza Bazylego, to było 
niezwykłe kazanie.. 

—  A  mnie  jego  fatalizm  nie  odpowiada!  Opatrzność?  Nie  można  Jej 

wszystkiego powierzać do załatwienia! Kościoła zaś nie powinno się mieszać z 
kuchennymi plotkami! 

—  Jesteś  niesprawiedliwy.  Czy  zastanowiłeś  się,  że  wobec  wydarzeń 

przerastających nas udajemy, że mamy na nie jakiś wpływ, że je urabiamy, 
a  właściwie  zajmujemy  tylko  postawę.  I  to  jest  ważne,  oczywiście  dla  nas, 
może  nawet  decydujące,  bo  cóż  więcej  możemy?  Skoro  jednak  uznajemy 
świadomą Moc kierującą światem, gdy dopuścimy myśl, że nawet zło w jakiś 
sposób  jej  służy,  to  ksiądz  ma  słuszność.  Odwołując  się  do  Litościwej  Ręki, 
możemy zmieniać los, uchylać ciosy, organizować, choć to absurdalnie brzmi, 
właśnie organizować przypadki! 

— Wybacz Janinko, ale ja wolę już nie czekać na ten rodzaj ochrony, po 

co  trudzić  Pana  Boga?  Czy  nie  lepiej  samemu  unikać  niebezpieczeństw?  To 
zdaje się nazywają w teologii — cnotą roztropności. 

— Ty przecież nie możesz przewidzieć wszystkiego! Nawet nie wiesz, ilu 

już niebezpieczeństw uniknąłeś? Czy zdajesz sobie sprawę, że jeden kieliszek 
wypity przez kogoś w Doboszowie, spóźniony autobus, aresztowanie, wsypa 
— to idzie lawinowo, może i ciebie pociągnąć. Przelicz znajomych, prawie nie 
ma  rodziny,  która  by  nie  poniosła  strat.  A  ty  żyjesz,  rozumiesz,  żyjesz  i 
żyjemy  wszyscy,  właściwie  już  wojna  za  nami,  czy  wiesz,  komu  to 
zawdzięczasz? 

—  Wiem.  Temu  jednemu  procentowi  wynikającemu  z  rachunku 

prawdopodobieństwa.  Dotychczas  szczęście  nam  towarzyszyło.  Wolałbym, 
żebyś tego nie rozgłaszała, lepiej przedwcześnie nie triumfować. Będziesz się 

background image

śmiała, ale Grecy mieli rację, nie należy zwracać na siebie uwagi bogów, bo 
się stają zazdrośni — uśmiechnął się, biorąc ją pod ramię. 

— Ludwisiu, wiem, że żartujesz... 
Z domu wypadła Gabrynia. Z roześmianą twarzą garnęła się do ojca. W 

krótkim  płaszczyku  wyglądała  na  jeszcze  wyższą  i  chudszą.  W  twarzach  ich 
obojga,  mimo  innych  oczu  było  podobieństwo,  głębsze,  płynące  z  uczucia, 
trudne do określenia, ale uderzające jak zwykle w rysach córek rozkochanych 
w swych ojcach. 

— Tatuśku, czy mogę pójść z dziećmi do parku? 
— A nie zaziębisz mi się? 
— Będę cały czas biegała! 
Sędzia pochylił się, pocałował ją w czoło, odpowiedziała długim, tkliwym 

przytuleniem. 

— To idź, mamusia chyba ci pozwoli? 
— No, muszę się zgodzić — powiedziała Nahorayska. 
Dziewczynka już biegła na przełaj, grzęznąc w głębokim śniegu. 
— Poczekajcie! — wołała do dzieci, które nikły między drzewami parku. 

— Poczekajcie na mnie! Idę się z wami bawić! 

Sędzia przyjrzał się żonie ukradkiem, wydała mu się odmieniona, nawet 

go zaciekawiała. 

—  Czy  sądzisz,  że  tu,  u  nas  w  zamku,  może  się  coś  kryć,  co  by  nam 

groziło niebezpieczeństwem? 

— O na pewno, to zresztą kryje się w każdym z nas! 
—  Przepraszam  cię.  Mimo  tej  pasjonującej  dyskusji,  nie  myślę 

rezygnować  ze  śniadania.  I  tak  dziś  wszystko  spóźnione.  Wystarczy,  że 
brakło Jana, a już ksiądz nie mógł dać sobie rady z kaplicą. Widzisz, jednak 
dopadł nas... Dzień dobry, księże, piękne kazanie — powiedział dwuznacznie 
— tylko nie mogłem pochwycić tego zwrotu o schodach... 

—  Bo  to  już  bezczelność,  panie  sędzio.  Wczoraj  ich  przyłapano  na 

stryszku  w  sianie,  a  dziś  przychodzi  panna  Celina  wywoływać  mi  go  z 
kościoła! 

— A kto  ich wczoraj widział?  — zapytał sędzia udając, że o niczym nie 

background image

wie. 

— Pani Wacława. 
— O, to zupełnie zmienia... 
— Czy pan wątpi w jej prawdomówność? 
—  Drogi  księże  kapelanie,  zawsze  wyposzczonym  pustelnikom  śniły  się 

zastawione  stoły,  ona  męża  całą  wojnę  nie  widziała,  więc  miewa  takie 
złudzenia,  wszędzie  się  dopatruje  miłostek...  Podświadoma  kompensacja  — 
przygwoździł  —  dziwię  się,  że  ksiądz  tak  łatwo  uwierzył...  Tadek  i  Celinka, 
przecież to prawie dzieci... 

— Ludwisiu, nie kpij — szepnęła pani Janina 
—  Myśli  pan,  że  mogło  jej  się  wydawać?  Po  tych  młodych  ja  się 

najgorszego  spodziewam.  Panie  sędzio  —  zawołał  przypomniawszy  sobie  — 
przecież z nią była i Walercia, obie nie mogły się mylić... 

—  To  właśnie  druga,  co  za  dużo  widzi!  Dziś  mi  naopowiadała  takich 

historii, że tylko pakować manatki i uciekać stąd. 

— Co pan mówi? 
— Wydało jej się, że w podziemiach zamkowych trafiła na piwnicę pełną 

broni... 

Poczuł, jak ramię żony drgnęło, zwróciła się żywo ku niemu. 
—  Broń  dla  śpiących  rycerzy,  wie  ksiądz  kapelan,  co  to  potrafią  każdą 

wojnę przespać, snem pełnym, zasługi. 

Skręcili za róg oficyny. 
Teraz nadchodziła Ratajczakowa z Walercią. 
— Ale jej wygarnął, aż mi się żal dziewczyny zrobiło! 
— A na czym ją przyłapał? — zaciekawiła się Irka. 
— Nie twoja sprawa, masz czas na takie rzeczy. 
— Z chłopcem i na sianie. Nie ma pani czego przed nią kryć, niech wie, 

niech się strzeże, może jutro będą ją namawiać do tego samego. 

— Mamo, ja skoczę na chwileczkę do pani Wacławy. 
— Wczoraj noc cię u niej zastała, dziś od rana z nią zaczynasz? Nic się 

tam  dobrego  nie  nauczysz.  Co  to  dla  ciebie  za  towarzystwo  —  słomiana 
wdówka! 

background image

— To może mam się z Celinka zadawać, jak ją ksiądz z ambony palcem 

pokazywał? 

—  Jedna  drugiej  warta.  Matki  się  powinnaś  trzymać!  No  idź,  tylko  nie 

siedź długo. Przyjdź do nas do kuchni, to pomożesz... 

Irka wbiegła na schody. Ruchy jej były niezręczne, jakby nie oswoiła się 

jeszcze  z  długością  nóg.  W  ostatnim  roku  wyrosła  bardzo.  Krótkie  sukienki 
odsłaniały kolana, zaczęła się lekko garbić, kryła zaokrąglające się piersi. 

Budziły  się  w  niej  niespokojne  tęsknoty,  była  spragniona  czułości,  z 

przymkniętymi  oczami  pogrążała  się  w  marzeniach,  nuciła  banalne  tanga. 
Radosna  młodość,  trwoniona  w  latach  wojny,  mieszała  się  ze  smutkiem 
przedwczesnej wiedzy o sprawach ludzkich, które odbywały się na jej pczach. 
Ciekawość  dziewczęcą  łączyła  z  łzawym  przeczuciem  cierpienia  i  pokorną 
gotowością na przyjęcie miłości, choćby miała grozić bólem i trwogą. 

Chłopcy  jeszcze  omijali  dziewczynę  pogardliwie,  wydawała  im  się 

niedojrzała,  raziła  ich  niewinnością,  za  to  mężczyźni,  zwłaszcza  starsi 
przyglądali  się  jej  natarczywie  i  wyczekująco.  Pociągała  ich.  Zauważywszy 
zainteresowanie, spuszczała oczy, robiło jej się gorąco, serce biło radośnie i 
rosła  w  niej  pewność,  że  nie  jest  brzydka,  że  jeszcze  będzie  się  podobać. 
Zaczęła  dbać  o  pończochy,  spinki  do  włosów  i  paznokcie.  Zmieniła  nagle 
przyjaciółki,  przylgnęła  całym  sercem  do  Wacławy,  która  ją  przerażała  i 
urzekała zarazem. 

Na  drzwiach  wisiała  wizytówka:  Wacława  Zeidler-Siemiątkowska.  Irka 

zapukała  i  usłyszawszy  przyzwalające  mruknięcie,  weszła  szybko.  W  pokoju 
już  było  napalone.  Wacława  siedziała  rozebrana,  niezawiązany  szlafrok 
puszczony  luźno  odsłaniał  bieliznę  i  jędrne,  jasne  ciało.  W  ściśniętych 
wargach  trzymała  szpilki,  upinała  włosy,  spiętrzone  w  czub  nad  czołem.  Jej 
brew  marszczyła  się  w  lusterku.  Ogień  huczał,  na  kaflach  pieca  odbijał  się 
błękit pogodnego dnia. 

— Dzień dobry pani, wpadłam tylko na chwilkę! 
Wacława skinęła głową, poprawiła loczek. Irka podeszła bliżej. 
—  Jakie  to  ładne  —  powiedziała  —  oglądając  koszulkę  Wacławy  i  zaraz 

pomyślała, że nie warto jej kłaść, jeśli się nie ma komu pokazać. Zarumieniła 

background image

się. Postanowiła, ściągnąwszy wargi, że od tej chwili będzie zimną, świadomą 
swej drogi kobietą. 

— No, jak tam, mróz? Bolszewicy daleko? 
—  Chłodno,  ale  przyjemnie.  Wszystko  po  dawnemu,  nawet  frontu  nie 

słychać. Myśmy już po mszy, a pani dopiero wstaje! 

— Wolę się wyspać. Czekałam, aż się piec rozgrzeje. Do czego mam się 

śpieszyć? — Zrzuciła szlafrok, przeciągnęła się, ciemny skręt włosów błysnął 
jej spod pachy. — Nudno tu, za spokojnie. Zaczynam już żałować, że uległam 
pierwszemu  nastrojowi  i  przyjechałam  na  wieś.  Po  powstaniu,  każdy  z  nas 
myślał:  uciekać,  zaszyć  się  w  jakąś  dziurę  i  odpocząć.  Tak  szybko  człowiek 
się odwrócił od tego wszystkiego plecami... Nie, zapomnieć się tych miesięcy 
nie da, ale patrzę na nie jakoś pobłażliwie... 

— Pani pewnie dużo przeszła. Straciła pani kogoś z rodziny? 
—  Nie.  Tylko  ludzie  dokoła  ginęli.  Właściwie  to  już  przestawało  być 

straszne. Rozmawiało się z człowiekiem, za chwilę już go nie było, dosłownie 
znikał. 

— Bardzo się pani bała? 
—  Nie  bałam  się,  tylko  dziwiłam,  od  tego  zdziwienia  aż  się  w  głowie 

pusto robiło. — Poślinionym palcem przygładziła brwi. — Ksiądz jest u siebie? 

—  Tak.  Szedł  właśnie  na  śniadanie.  Co  pani  dzisiaj  robi?  Może 

przeszkadzam? 

— Ale siedź... Lubię z tobą rozmawiać, jesteś jeszcze głupiutka. No, to 

nie twoja wina, zmądrzejesz jeszcze. Życie niejednego uczy. Powiedz, bardzo 
tu ludzi gorszę? 

— Czym? — udała Irka niezręcznie zdziwienie. 
— Nie bój się, ja i tak wiem! Przecież słyszysz co się na mnie wygaduje 

w kuchni, matka też ci chyba powtarza? 

— Bo jednak księdzu powinna dać pani spokój... 
— E, co ty się znasz... Ja się tylko bawię, gdybyś wiedziała, jaki on jest 

wstydliwy  i  nieśmiały,  trudniej  go  oswoić  jak  młodego  chłopca.  Zresztą  co? 
Krzywdy  mu  nie  zrobię...  Ostrzę  sobie  tylko  na  nim  zęby  —  rozumiesz?  Nic 
nie  rozumiesz!  Przyjemnie  jest  zajść  do  niego  pogadać,  wypić  kieliszek 

background image

wiśniówki,  zamącić  mu  spokój.  Przyjemnie  przejść  się  po  parku,  na  oczach 
wszystkich  i  słyszeć  jak  tam  w  kuchni  aż  syczy...  To  jest  zabawa!  Przyznaj 
się, że i ty myślisz o mnie wszystko najgorsze? Wiem o tym i znoszę cię tylko 
dlatego, że tu takie pustkowie... 

—  Nie,  pani  nie  jest  zła!  —  powiedziała  poważnie  Irka.  —  Tylko  pani 

czegoś brakuje! Więc pani szuka i niecierpliwi się... 

—  O,  jakaś  ty  domyślna!  Gdybyś  nie  miała  takiego  miłego  pyszczka  i 

tyle pożądliwości nie świeciło ci się w tych niewinnych oczkach, dawno bym ci 
powiedziała — wynoś się... No, chodź tu! 

Irce  słodką  była  ta  tyrania.  Ociągając  się,  dla  zaznaczenia  swej  urazy, 

podeszła jednak. W ciemnej sukience z pikowym kołnierzykiem wyglądała na 
to, czym w istocie była — wyrośnięte dziecko. 

— Popatrz mi w oczy... Tylko nie kłam, ujęła małą pod brodę.  — Mówił 

już ktoś do ciebie: kocham, kocham i ciągnął ze sobą? Miałaś już chłopców? 

— Miałam... — bąknęła oblewając się rumieńcem. Wacława spojrzała na 

nią  triumfująco,  od  razu  poznała  kłamstwo.  Jakąż  rozkosz  sprawiało  jej 
zakłopotanie  dziewczynki,  prawie  dostrzegalna  niewinność  prowokowała  do 
gorszenia. 

Nachyliła się ku Irce. 
—  Na  każdą  to  musi  przyjść...  Ale  lepiej  bez  narkotyków,  zanim  się 

zakochasz,  samemu  chłopca  wybrać  —  to  daje  wolność.  Od  razu  wszystko 
wiesz, nie będziesz miała rozczarowań... Powiedz, tak zrobiłaś? 

— Tak — szepnęła pokornie. 
— Przypatrz się mnie, mogę teraz zrobić z mężczyznami co zechcę, tak 

ich  trzymam!  —  Podniosła  zaciśniętą  dłoń.  Stała  z  lekko  rozchylonymi 
nogami, z piersią podaną, wyzywająca. 

— Pani jest taka ładna... 
— Ty też jesteś niebrzydka. Gdy ja miałam twoje lata... Masz tu kogoś? 

Może Tadka — dręczyła Irkę oczywistym kłamstwem. 

— Uhum — mruknęła indagowana. — Ja już muszę... Mamusia kazała mi 

pomagać w kuchni... 

—  Szkoda  cię  do  takiej  roboty...  Na  idź!  Będę  się  mogła  wreszcie 

background image

ubrać... Wpadnij wieczorem... 

Irka  wymknąwszy  się  na  korytarz  poczuła  zawrót  głowy.  Każda  z  tych 

rozmów  miała  w  sobie  coś  zakazanego  i  grzesznego,  aż  czuła  do  siebie 
obrzydzenie,  ale  zarazem  gdyby  mogła,  siedziałaby  godzinami  u  stóp 
Wacławy,  pełna  buntu  i  zachwytu  dla  jej  mądrości.  Czasami  miała  ochotę 
zapłakać  nad  swoim  poniżeniem.  —  Pójdę  do  spowiedzi  —  myślała  —  znów 
będę spokojna jak dawniej. Ale jak iść do księdza Bazylego i wyznawać mu 
wszystko po kolei, może powtórzy coś Wacławie i będą oboje z niej szydzić. 
A  jeżeli  wszyscy  są  tacy  —  kobiety  i  mężczyźni,  którzy  już...  W  takich 
chwilach  znienawidziła  świata,  a  nie  mogąc  wrócić  do  czystego  dziecięctwa, 
czuła swoją niewinność jak kalectwo. 

— Skończę z tym raz, przynajmniej będę wiedziała... Dawno powinnam 

to zrobić — zagryzła wargi — potem bluznęła przeciw zmowie dorosłych:  — 
Świnie! Świnie! 

Powoli zeszła do kuchni. 
Matka drobiła chleb do dużego kubka. 
— No, przyszłaś — powiedziała z ulgą — bo już chciałam po ciebie lokaja 

posyłać! 

—  Niech  mi  mama  da  kawy!  —  burknęła.  Podparła  się  łokciami 

zapatrzyła  w  okno.  Słońce  świeciło  ostro,  podwórze  jaśniało,  przestrzeń 
ponad  murem  zaczynała  drgać.  Jak  iskry  kapały  duże  krople  z  dachu,  rosła 
drobna frendzla młodych sopli. Jarzyły się tak, aż zatrzepotała rzęsami. 

— Nie będę tego jadła, za gruba pajda! 
— Nie grzesz Iruś, nie grzesz! Dziękuj Bogu, że chleb masz! 
—  Daj  jej  pani  spokój,  pójdzie  niedługo  na  własny,  nauczy  się  go 

szanować  —  odezwała  się  znad  garnków  Walercia.  —  Niech  pani  lepiej 
przypilnuje ognia, a ja skoczę do księdza po śniadaniu sprzątnąć. 

Ksiądz Bazyli obijał się po pokoju. Czuł się gościem w hotelu, zajęć miał 

mało.  Chodził  więc  gwałtownymi  krokami  z  kąta  w  kąt,  furkotał  sutanną 
pętającą  mu  kolana.  Kilka  książek,  krucyfiks,  nie  nadawało  jeszcze  wnętrzu 
cech  zadomowienia.  Ten  stan  trwał  już  rok  blisko.  Właściwie  był  ciągle 
gościem,  od  chwili  gdy  uciekł  spod  noża  i  pod  opieką  Węgrów  dotarł  do 

background image

Przemyśla. Parafianie nie żyli lub rozproszono ich po całych Niemczech. Czuł 
się  mocno  wytrącony  życiem  z  dnia  na  dzień.  Dało  by  się  jeszcze  znieść, 
gdyby nie świadomość, że wszystkie daty jaśniejące nadzieją są złudne, czas 
rósł  borem,  w  którym  się  bezwolny  błąkał.  Ksiądz  już  zaczął  porastać  w 
przedmioty,  częściowo  sam  je  kupował,  zwłaszcza  bieliznę,  inne  były 
podarunkami. Nie lubił ich, mimo że pochodziły od ludzi życzliwych, a często 
były  dowodem  głębokiej  wdzięczności.  Nie  lubił  zwłaszcza  cennych 
drobiazgów,  które  miały  mu  pokój  upiększać,  zbyt  mocno  przypominały  to 
wszystko, co na starym probostwie gromadził latami i w jedną noc utracił. 

— Nie ma o czym myśleć — ucinał machnięciem ręki, a jednak było, było 

co  wspominać...  W  samotności,  jaką  u  nas  zwykle  otacza  się  księży, 
przywiązywał  się  do  przedmiotów,  do  mebli,  starych  zegarów,  dobrych 
sztychów. Brakowało mu przyjaznego pokoju, zapachu korzennego, sadu za 
oknem,  czarnej  rzeczki  w  jarze  zarosłym  leszczyną,  tęsknił  nawet  za 
pokrzykiwaniem gospodarskim, w które włączał i swych parafian. 

Z  seminarium  wyszedł  pełen  żarliwości  i  śmiałych  projektów,  ale 

dostawszy  się  jako  wikary  do  proboszcza  schłopiałego,  starej  daty,  chorego 
na  żołądek  despoty,  który  umiał  przygasić  każdy  zapał,  nauczył  się  cenić 
wygodę i pieniądz. Gdy po starym krewni, wbrew prawu wszystko rozdrapali i 
słyszał jak nieboszczyka obmawiają, pojął raz jeszcze, że świat jest podobny 
do parkanu, zza którego trudno dojrzeć Boga gorejącego jak słońce. Czasami 
uda się jednak wyleźć, ale wysiedzieć na szczycie się nie da, łatwiej więc jest 
wielbić Moc po promieniach łaski, jaśniejących przez szpary. Jest nas dwóch 
godnych uwagi — Bóg i ja sam. A bliźni... Żebrząca chmara, na próżno się z 
nimi  mocował.  Wnet  zrozumiał,  że  dobroć  jest  zwykle  uznawana  za  oznakę 
słabości.  Był  więc  w  miarę  wyniosły,  oschły,  ale  tyle  tylko,  ile  wymagała 
powaga  urzędu  i  godność,  jaką  piastował.  Jedną  miał  jeszcze  dla  świata 
wadę,  był  odważny,  niektóre  jego  wystąpienia  poczytywano  mu  za 
zuchwalstwo  zwłaszcza,  gdy  przemówił  przeciw  staroście,  ujmując  się  za 
chłopami. 

Szanowano więc księdza, ale nie lubiano. Nie grał w karty, nie pił wiele, 

słabości  nie  tylko  rozgrzeszają  wzajemnie,  ale  i  zbliżają  biesiadników. 

background image

Skromne  życie,  zbieracka,  niezrozumiała  namiętność,  zwłaszcza  że  się 
przyznawał  do  pomyłek,  kupował  nieraz  przedmioty  na  pozór 
bezwartościowe,  ceramikę  ludową;  skorupy  —  jak  mówiono  pogardliwie, 
zraziły  mu  wielu  sąsiadów.  Po  trosze  unikano  go,  wzywano  rzadziej  niż 
lekarza. Najchętniej ograniczano spotkania do neutralnego miejsca, jakim był 
kościół. Przy każdej próbie zbliżenia, w tych kilku domach, gdzie można było 
porozmawiać,  szukano  przyczyn  jego  przyjazdu  w  sferze  bynajmniej  nie 
towarzyskiej,  dopatrywano  się  niskiego  wyrachowania.  Może  tu  zawiniła 
pokutująca jeszcze legenda o chytrości dawnego proboszcza. 

Spełniał  swoje  obowiązki  kapłańskie  z  gniewną  pasją.  Dławiła  go 

monotonia upadków, trudno mu było poruszyć serca chłopskie, przecież życie 
dla  nich  było  jednak  życiem  w  grzechu.  Zgodnie  z  porami  roku  wiosną 
zwyciężała  nieczystość,  a  jesienią  po  pierwszym  omłocie  zaczynały  się 
pijaństwa i bójki. 

Próbował  na  wzór  Liskowa  założyć  spółdzielnię,  zorganizować  pomoc 

lekarską, ale wszystko rozlazło się po kilku zebraniach, pełnych pobłażliwego 
potakiwania jego gorącym wywodom. Nikt jednak pieniędzy nie zaryzykował. 

Nie  mogąc  odcisnąć  śladu  swej  ręki  na  wiosce,  nie  mówiąc  już  o 

sumieniach  ludzkich,  zwątpiwszy  w  pamięć  życzliwą,  postanowił,  stając  się 
jednym  z  wielu,  wziąć  sobie  kogoś  na  wychowanie.  I  tym  razem  źle  trafił, 
chłopak  miał  charakter  spaczony,  był  tchórzliwym  kłamcą,  wreszcie  okradł 
swego dobrodzieja i uciekł do Rumunii. 

Tak  skończyło  się  skryte  marzenie  o  zastępczym  ojcostwie.  Myśl  ta 

jednak  powracała  mu  i  dziś  jeszcze tkwi uporczywie jak drzazga. Chciał już 
wybrać jedno z dzieci, może nawet małego Włodzia Aniserewicza, mimo że w 
jego  zdrowym  ciele  widok  kalectwa  chłopca  budził  tłumioną  odrazę.  —  Ten 
przynamniej nie wyciągnie ręki, żeby mnie okraść — przemknęło mu — taki 
się łatwiej przywiąże... 

Przerzucany  z  miejsca  na  miejsce,  nie  zaczynał  ksiądz  Horbaczewski 

żadnych prac, mimo, że przywiązał się do Suchowód, uważał zamek jedynie 
za kwaterę. Drążyło go uczucie czczości... Na ten stan trafiła, Wacława. Lgnął 
do niej. Była jednym człowiekiem w tym domu, który się nim zajmował jak 

background image

równym,  niemal  pomijała  jego  godność  pomazańca.  Czuł  się  przy  niej 
dobrze,  była  w  miarę  swobodna  z  tym  starzejącym  się,  niespokojnym 
mężczyzną. 

Gdy  usłyszał  pukanie,  poruszył  się  żywo:  —  Proszę!  —  zawołał.  Zaraz 

uśmiech powitalny zgasł, bo do pokoju wtoczyła się ze szczotką Walercia. 

— Niech będzie pochwalony... 
—  Na  wieki...  —  odpowiedział.  Natychmiast  powróciło  dręczące  go  od 

wczoraj pytanie — co się tym ludziom ubzdurało, żeby na mnie skargę pisać? 
—  Mimo  woli  umieszczał  Walercię  pomiędzy  oskarżycielami,  lub  ich  złośliwą 
głupotę — w niej osadzał. Odkąd Wacława zaczęła się nim zajmować, nawet 
życzliwa troska Walerci o jego wygody i żołądek drażniła go nieznośnie... 

— Proszę księdza proboszcza, Niemcy uciekają, wojna się kończy... 
— Skąd to Walercia wie? 
— A był jeden i mówił... 
— Bajki! 
—  Kiedy  pan  sędzia  to  samo...  Już  o  świcie  był  na  Kułaku  z  lornetką  i 

wyglądał Ruskich... 

— Jakże tam wlazł? Na skrzydłach wzleciał? 
—  Już  on  swój  sposób  ma,  dlatego  tak  raniutko,  żeby  go  nikt  nie 

podejrzał!  —  zbierała  naczynie  na  tacę.  —  Tak,  proszę  księdza  kapelana, 
powstanie  się  szykuje...  Ludzie  się  zmawiają  tylko  patrzyć  jak  jeden  na 
drugiego mrugnie i pójdą bić Niemca. 

Ksiądz  Horbaczewski  plecami  do  niej  odwrócony  bębnił  palcem  po 

szybie.  Na  sutannie  w  słońcu  wystąpiły  wszystkie  plamy  Poskrobał 
paznokciem,  poszerzały  się  tylko,  a  koło  guzików  materiał  już  się  strzępił. 
Westchnął  ciężko  i  znów  popatrzył  na  podwórze,  na  śnieg  bielejący  i  cień 
zamkowej wieży załamany na dachu wozowni. 

Walercia  zmiatała  okruszyny  ze  stołu,  jak  mogła  najwolniej  na  swoją 

poczerniałą rękę. Rozmowa się nie kleiła, postanowiła spróbować ostatniego 
argumentu: — Jak dziś byłam, proszę księdza, w piwnicach... 

Usłyszeli  lekkie  pukanie,  więc  umilkła,  oboje  zwrócili  głowy  w  stronę 

drzwi. 

background image

—  Czy  można  —  wsunęła  się  pani  Wacława  —  Dzień  dobry,  księżulku! 

Dzień dobry, Walerciu! Zaspałam troszeczkę — uśmiechnęła się pogodnie. — 
Moglimyśmy się teraz przejść, zobaczyć, co się na świecie dzieje, odetchnąć 
świeżym powietrzem... 

—  Ja  jestem  gotów  —  powiedział  ochoczo  —  narzucił  pośpiesznie 

płaszcz,  czapkę  futrzaną  trzymał  w  ręce.  —  Szkoda  słońca  tracić...  Gdzie 
idziemy dzisiaj? 

— Tak się księżunio pyta jakby istniał jakiś wybór, albo do parku, albo 

szosą... 

—  Gdybyśmy  poszli  do  parku,  mógłbym  od  razu  przyjrzeć  się  co  tam 

panna Celina z dziećmi wyrabia... 

—  Żadnych  inspekcji,  albo  ksiądz  idzie  ze  mną  na  spacer,  albo 

urzędowo... Mam dosyć tego gościnnego domu i wszystkich spraw jego. Jak 
najdalej od ludzi, jeśli to ma być spacer dla zdrowia, naprawdę przyjemny. 

— Ma pani rację, ale obiecałem Łucji, że zaglądnę do dzieci... 
— Dzień jest długi, przecież ksiądz wie, że ja zaraz zmarznę i ucieknę do 

domu, wtedy ksiądz może iść do Celinki... No chodźmy! 

Chwilę certowali się w drzwiach, ale Wacława ujęła księdza pod ramię i 

wypchnęła przed sobą. 

— Pa! Pa! — skinęła dłonią Walerci. 
— Niech Walercia trochę przewietrzy — dodał jeszcze ksiądz. 
—  Już  go  ze  sobą  powlokła!  On  też  jest  dobry,  leci  na  pierwsze 

skinienie...  —  Otworzyła  okno  z  mocnym  postanowieniem,  że  mu  wyziębi 
pokój. Pomachała serwetą tak gwałtownie, jakby ją zapach perfum Wacławy 
dławił w gardle. 

—  Czekaj,  ja  cię  jeszcze  urządzę!  —  trzasnęła  drzwiami.  —  I  na  was 

znajdzie się sposób! 

* * * 

Dęby,  ciemne,  pogięte  gałęzie  z  przymarzniętymi  grudkami  śniegu 

background image

występowały wyraźnie na zielonawym niebie. Jakiś rozwłóczony obłok ledwie 
wystawał  nad  lasem.  Śnieg  szklił  się,  a  powietrze  pachniało  zimową 
świeżością. 

Niżej, między jałowcami kilka sikorek chwiało się na czubkach zeschłych 

ostów i rozrzucało na wiatr lekkie puchy. 

Krzyki  dzieci  niosły  się  daleko.  Biegały  z  zaczerwienionymi  twarzami, 

obrzucały się garściami śniegu, który nie chciał się lepić, tylko rozsypywał w 
powietrzu i cukrował im czapki włóczkowe. 

Celince trudno było dzieci upilnować, co chwila rozbiegały się grupkami i 

kryły  się  w  krzakach.  Kilka  dziewczynek  zjeżdżało  na  sankach,  śnieg  był  tu 
głęboki, ziarnisty, płozy z chrzęstem krajały wierzchnią skorupę. Dziewczynki 
z  wywieszonymi  językami,  dysząc  gorącym  obłokiem,  pomagały  sobie 
pchnięciami nóg, z trudem przecierały tor. 

Tekluni  co  chwila  opadała  pończocha,  błyskało  różowe  kolano,  otarte 

ostrym śniegiem. Włodzio Aniserewicz odszedł z gromadką chłopców, słychać 
było ich głosy za krzaczastą grabiną, wrzaski zachwytu i głośne śmiechy. 

—  No,  nareszcie  jesteś  —  zawołała  uradowana  Celinka  zobaczywszy 

Tadka  Bukowskiego.  Był  bez  czapki,  tylko  w  samych  nausznikach,  wiatr 
rozwiewał  miękkie  pasemka  jasnych  włosów.  Ciemne  spodnie  miał 
wpuszczone  do  butów  jak  u  narciarzy,  górą  bluza  treningowa  z 
wyładowanymi kieszeniami. 

— Myślisz, że się pchałem do księdza? Złapał mnie z rana i zapytał, czy 

potrafię służyć do mszy. Nie wyglądało groźnie, więc się przyznałem, wtedy 
on  mnie  za  frak  i  musiałem  iść  do  kaplicy.  „Jana  nie  ma,  więc  świetnie  się 
składa,  nareszcie  i  pana  zobaczę  w  kościele:  tak  mi  klarował,  nie  wypadało 
zwiać. 

—  Słyszałeś,  co  na  mnie  wygadywał?  I  człowiek  jest  bezsilny,  ani  go 

skląć, ani wyjaśnić się nie da... 

— Co mu się dziwisz, sam jest w strachu, więc taki gorliwy... 
—  Ja  mu  nie  wsadzam  nosa  w  jego  sprawy,  czego  się  mnie  czepia? 

Wystarczy mu przypomnieć Wacławę, żeby zrobić piekło... 

— A chciałabyś? 

background image

—  Pewnie,  żebym  chciała!  Przecież  nie  mogę  mu  darować,  i  tak  dosyć 

się nasłuchałam w kuchni... 

— A umiesz trzymać język za zębami? 
— Jak nie chcesz, to nie mów, obejdzie się bez łaski. 
— Pytam się tylko... 
— To się głupio nie pytaj! Znam tajemnice nie takie jak twoje... 
—  Celinko,  już  jesteś  pomszczona!  Nawet  nie  wiesz,  ile  ja  mu  krwi 

napsułem! Wy wszyscy gadacie, gadacie i nic z tego gadania nie wychodzi. A 
ja  siadłem  sobie  na  chwilę  w  bibliotece,  zebrałem  te  biadolenia  i  spisałem 
skargę na maszynie. Poszła do Kurii. 

— Niemożliwe! Ale kto temu uwierzy? Chyba się nie podpisałeś? 
—  A  właśnie,  że  się  podpisałem!  Zresztą  nie  tylko  siebie,  bo  sędziego 

Nahorayskiego,  jego  żonę,  Ratajczakową,  Walercię,  nawet  ciebie  i  sołtysa  z 
Mokronosu, coś trzydzieści podpisów. Jakby mnie brakowało, mógłby sędzia 
wpaść,  kto  to  zmajstrował.  Wczoraj  przyszło  wezwanie  do  księdza,  sam  je 
odbierałem  od  listonosza  będzie  musiał  jechać  do  miasta  i  grubo  się 
tłumaczyć! To go ostudzi w zapałach... 

— Tyś też jest kawał draba... 
—  Kochanie,  popatrz,  nawet  nie  kłamię,  że  to  dla  ciebie  zrobiłem,  a 

przecież mógłbym... 

— Przyznaj się, po coś to pisał? Masz do niego żal? 
—  Żal?  A  o  co?  Pisać  z  zemsty,  byłoby  nieładnie.  Daję  słowo  pisałem 

całkiem bezinteresownie! Zrozum nudziłem się tak cholernie w tej bibliotece, 
że po prostu musiałem! Miałem trochę uciechy, zaraz mi ulżyło! 

— A skąd ci taki pomysł wpadł do głowy? 
—  Pomysł  też  nie  mój,  tylko  Ratajczakowej.  Widzisz,  przyznaję  się, 

jestem  uczciwy...  Latała  po  kuchni  i  krzyczała:  „Skargę  trzeba  pisać  do 
biskupa,  żeby  ich  rozgonił...”  Pomyślałem,  niegłupia  myśl,  będzie  heca.  I 
napisałem. 

—  Proszę  pani!  Proszę  pani!  —  Włodzio  stał  przed  Celiną,  podnosił  w 

górę  ciemne  oczy.  Grzywka  czarnych  włosów  spadała  mu  na  czoło,  czapkę 
miał  zsuniętą  na  czubek  głowy.  Niech  ich  pani  pójdzie  skrzyczeć,  oni  się 

background image

bardzo brzydko bawią! 

— Kto? — zapytał Tadeusz. 
— Chłopaki! Oni mnie cały czas wyśmiewali! 
— Nie powinieneś skarżyć, to nieładnie! — pouczał go Tadzio. 
— Bawią się w siusiane kółka! 
Słychać  było  gwar  głosów  i  wrzask  triumfalny:  A  nieważne!  Nieważne! 

Nie zamknęło się! 

— Oni nie chcieli się ze mną bawić... Nienawidzę ich! 
—  Wszystkich?  —  zapytał  zaciekawiony  Tadeusz  —  Wszystkich  dzieci 

nienawidzisz? 

— Lubię jedną Teklunię! 
— Tadek, on im tylko zazdrości i dlatego chce popsuć zabawę! 
Weszli  między  krzaki.  Na  polance  chłopcy  obracali  się  szybko  i  sikali 

żółto wykropkowując koła na śniegu. 

—  Co  wy  tu  robicie!  —  wpadła  na  nich  Celinka  —  Jazda  mi  stąd  na 

słońce! 

Uciekali  skuleni,  jeden  przez  drugiego.  Pierwsi,  którzy  nurkowali  w 

jałowce  krzyczeli  radośnie,  uszczęśliwieni,  że  udało  im  się  umknąć.  W 
głosach ich było tyle szczęśliwej głupoty, że Tadeusz też się roześmiał. 

—  Teraz  niech  mnie  pani  rozepnie!  —  prosił  Włodzio.  —  Teraz  ja 

naprawdę muszę... 

— Nie udawaj! — roześmiała się Celinka. — Idź mi się zaraz bawić! 
— Proszę pani, prędko! — dreptał w miejscu. 
—  Może  on  jednak  potrzebuje  —  odezwał  się  Tadek.  —  Wysadź  go, 

dziecko częściej na zimnie... 

— Ja wiem lepiej!  — Idź się bawić, bo ci dam w skórę! Nie wtrącaj się 

Tadziu  do  spraw,  o  których  nie  masz  zielonego  pojęcia!  On  chciał  tylko 
spróbować, czy potrafi jak tamci... Trzeba tę bandę trochę znać! 

Śnieg piszczał pod butami. Przeszli parę kroków. 
— Popatrz — powiedział Tadeusz — widzisz ich w dole? 
Na  mostku,  stali  oparci  o  poręcz  —  ksiądz  i  Wacława.  Czarny  płaszcz 

rysował  się  wyraźną  plamą,  widać  było  każdy  gest  księdza,  rozmawiali  z 

background image

ożywieniem. 

— Co teraz na niego spojrzę, chce mi się śmiać! 
— I nic ci go nie żal? 
—  Nie.  Lubię  odgrywać  rolę  losu,  lubię,  jak  koło  mnie  kipi.  Życie 

powinno być ciekawe! 

— Jeśli mało ci jeszcze wrażeń, to tylko pomów z Batogiem, on już się 

postara, żebyś się nie nudził. 

— Właśnie myślałem o tym, nie zawadziło by go poznać. 
—  Mówisz  tak,  jakbyś  miał  własne  plany.  Chcesz,  może  was  dziś 

skontaktuję? 

—  Proszę  pani!  —  usłyszała  wrzask  dzieci  —  Proszę  pani,  Włodzio  się 

zlał! 

— A widzisz, mówiłem ci — triumfował Tadek — teraz go trzeba szybko 

odstawić do domu... 

—  On  mi  to  na  złość  zrobił!  —  tupnęła  nogą  Celinka  —  Nie  będę  dla 

niego  jednego  wszystkim  dzieciom  przerywała  zabawy.  Tekluniu!  Tekla! 
Chodź  kochanie  i  zaprowadź  Włodzia  do  kuchni,  niech  go  Walercia 
przebierze, tylko prędko, żeby się nie przeziębił! 

—  Dobrze,  proszę  pani  —  powiedziała,  grzeczniutko  dygając.  Wzięła 

chłopca za pusty rękaw i powoli poszli w stronę zamku. 

— Dlaczego nie prosiłeś? — zapytała przejęta. 
— Prosiłem, tylko pani mnie skrzyczała, a sam nie mogłem... Nie mam 

rączek... 

— Poczekaj, ja wczoraj sobie umyśliłam, zrobię ci wspaniałe ręce, tylko 

muszę znaleźć trochę drutu... 

— Drut jest w wozowni, cały kłąb! 
— No to biegnijmy! 
— Nie mogę tak szybko, wszystko mi się lepi... 
Słońce  świeciło  jasno.  W  zacisznych  półkolach  drzew,  osłoniętych  od 

powiewów,  czuło  się  ciepło  słoneczne,  pachniały  mocniej  żywiczne  gałęzie. 
Dzieci  zjeżdżały  po  stoku,  oblepione  sanki  musiały  się  przewrócić,  dalsza 
jazda  odbywała  się  na  spodniach.  Chłopcy  tarzali  się  w  śniegu,  dziewczynki 

background image

piszczały judząco. Niektóre, zgrzane, ukradkiem lizały grudki lodu. 

— Tadzio, powiedz mi kiedy się ten front zbliży, już nie mogę wytrzymać 

takiego życia! 

— Nie wiem, ale chyba niedługo, może jeszcze dwa, trzy dni... Żeby się 

tylko armaty odezwały, już byśmy wszystko wiedzieli. 

— Po wczorajszej nocy — dziwny spokój, prawda? 
—  Aż  podejrzany!  Przecież  byłby  jakiś  ruch  na  drogach,  jakieś 

przegrupowania  wojsk.  Wprawdzie  jesteśmy  z  dala  od  głównego  traktu,  ale 
manewr taktyczny najłatwiej przeprowadzić bocznymi drogami... 

—  Dziś  będę  już  coś  wiedziała.  Batog  wróci  ze  sztabu  z  nowymi 

instrukcjami, myślę, że przywiezie rozkaz uderzenia. 

— To twój szef? 
—  Nie,  niezupełnie...  Dowódca  oddziału  partyzanckiego  AK  z  tego 

terenu. 

— Dużo ma ludzi? 
—  Teraz  nie,  zima,  rozpuścił  do  domów,  ale  w  każdej  chwili  może  ich 

wezwać! Latem przed waszym powstaniem miał przeszło trzystu. 

— Ludzi zawsze jest dosyć... Ludzi nie braknie, tylko żeby broń była... 
— Broń też jest! 
— Znam te magazyny, w Warszawie przekonaliśmy się... Oddziały gdzie 

indziej, broń gdzie indziej, właściwie fasowaliśmy ją u Niemców, ale za jaką 
cenę... 

— Nie bój się, broń jest pod ręką, dosyć jej i dla ciebie wystarczy, żebyś 

tylko chciał z nami... 

Popatrzył  dziewczynie  w  zielonawe  źrenice,  pełne  światła,  uśmiechnęła 

się.  Pochwyciła  go  za  rękę  —  Tadek  —  szepnęła  —  poszlibyśmy  razem  do 
akcji... 

—  No  cóż  robić?  —  Pójdę!  Byłbym  niepocieszony,  gdyby  mnie  robota 

ominęła.  Ja  też  mam  z  Niemcami  dawne  rachunki  do  wyrównania!  Życie 
powinno być ciekawe! 

— Więc mogę liczyć na ciebie? 
—  Mur  —  beton!  —  Tylko  z  góry  ci  mówię,  robota  poważna,  z  głową... 

background image

Inaczej, gwiżdżę na was... 

— Bądź spokojny, u nas wszystko z ołówkiem w ręku musi grać! 
— Przyjdziesz dziś na górkę, Celinko? 
— Przyjdę, żeby tylko Batog przyjechał... 
—  Wolałbym  cię  samą  widzieć,  spróbował  ją  niezręcznie  objąć  i 

pocałować, zderzyli się wargami, suchymi z mrozu. 

—  Uważaj,  dzieci  patrzą!  Później  Gabrynia  wszystko  Nahorayskim 

opowiada! 

— One jeszcze nic nie wiedzą! Nie wymagaj, żebym za każdym razem, 

jak cię chcę pocałować, chował się za choinkę! 

— Czy robisz to z nudów, czy naprawdę mnie kochasz? 
—  Kocham  —  powiedział  twardo.  —  To  też  jest  rodzaj  słabości...  Nie 

wiem, czy jutro nie będę się przed tobą bronił. Jeżeli ma się taką drogę, jaką 
ja sobie wytyczyłem, nie wolno się za wcześnie wiązać. 

— A czego ty chcesz? 
—  Iść  z  życiem!  Z  wielką  falą,  co  nadchodzi!  Być  stale  na  wierzchu  — 

mówił patetycznie unosząc twarz w słońce. — Nie dać się zepchnąć na dół! 

Celinka się roześmiała radośnie. 
— Zlecieć można tak łatwo, o, pchnę cię i już polecisz... 
Mimo, że zarył się  obcasami w śniegu, nie mógł się zatrzymać, zbiegał 

dużymi  skokami  za  nim  spadała  Celinka.  Włosy  miała  rozwichrzone,  wargi 
wilgotne i dyszące ciepłem. Stanęli dopiero między rozkrzyczanymi dziećmi. 

— No, widzisz i na dole nie jest strasznie! 
Chłopiec  stał  z  ponurą  twarzą  i  z  zaciśniętymi  pięściami.  Popatrzył  z 

niechęcią na roześmianą dziewczynę. 

— Tadziu, czy ci coś zrobiłam? 
— Nie, Jeszcze nie, ale na pewno zrobisz  — pokiwał smutnie głową.  — 

Trudno, tak widać sądzone... 

— Coś ty sobie wymyślił? — zaniepokoiła się. — Powiedz mi zaraz. 
— Dobrze, powiem ci... Pomyślałem, że przez ciebie zginę... 
—  Tadek,  nie  mów  głupstw  —  pogłaskała  go  po  policzku  ciepłymi 

palcami. — Tadziu, rozchmurz się... 

background image

W  słońcu,  na  błyszczącym  śniegu,  wśród  radośnie  krzyczących  dzieci 

trudno  było  długo  utrzymać  powagę,  mimo,  że  przeczucie  wstrząsnęło  nim 
głęboko, wzruszył ramionami i uśmiechnął się. 

— Tadziu, dlaczego jesteś taki okrutny — objęła go i położyła głowę na 

ramieniu — kocham cię tak mocno... 

Powieki jej opadły, spod rzęs powoli spłynęła duża łza. 
— Celinko — szepnął poruszony — czym się przejmujesz... — Wytarł jej 

policzek szorstką rękawicą. — Chciałbym, żebyś mi wierzyła, nawet jeśli los 
nas po kłóci. Kochaj mnie, tak bardzo potrzebuję, żeby mnie ktoś kochał... 

—  Wierzę  ci  Tadziku,  wierzę  jak  nikomu  —  szepnęła.  Osłonięta  jego 

ramieniem,  wtulona  w  miękkie,  włochate  sukno,  czuła  ciepło  słoneczne 
łaskocące  po  skroni  i  uchu,  krzyki  dzieci  jakby  oddaliły  się,  widziała 
niebieskie  cienie  gałęzi  na  śniegu,  mogłaby  tak  usnąć  spokojna,  pewna 
bezpieczeństwa. 

Nagle usłyszeli głuche puknięcia, jedno po drugim, jakby wysoko ruszył 

traktor.  Podnieśli  głowy.  Nad  wierzchołkami  drzew  w  bladawym  niebie 
otwierały  się  czarne  parasole  dymów.  Ostatni  był  bliżej,  błysnął  czerwonym 
puchem. 

Jeszcze nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Odgłos wybuchu 

przepadał szybko, dopiero cienkie nici gwizdów biegnących przez powietrze, 
jakby wprost na nich, zmusiły ich do przycupnięcia na śniegu. 

—  Dzieci,  uciekamy  do  domu!  —  zgarniała  je  Celinka  wyciągniętymi 

rękami. 

— Co to było, proszę pani? Czy to armaty strzelają? 
—  Tak,  armaty.  Prędziutko  do  domu!  —  Nie  wiesz  co  to  —  uśmiechnął 

się  do  dziewczyny  —  granat  na  rozprysk.  Macają  Niemców!  Nie  ma  na  co 
czekać! 

Dzieci  zbiły  się  w  gromadkę,  prędko  dreptały  po  stoku,  jedna  z 

dziewczynek  zaczęła  płakać.  Celinka  wzięła  ją  na  ręce.  Tadek  spojrzał  za 
siebie:  niebo  czyste,  ostatni  dym  spychany  za  górę  płaską  w  słońcu.  Ani 
jeden strzał nie padł więcej. 

Gdy  weszli  na  ścieżkę,  dojrzeli  Niemców  kręcących  się  na  podwórzu. 

background image

Któryś z nich niósł na plecach pękaty worek. 

— Tadziu, może byś lepiej nie schodził? Nie wiadomo po co przyjechali? 

Jakeśmy ich mogli nie zauważyć? 

— Dzieci wrzeszczały. Co mi Niemcy zrobią? To przecież Wehrmacht, nie 

będą mi kenkarty sprawdzać! Daj mi małą, pomogę ci... 

—  Już  się  czuje  w  powietrzu  jak  będą  wiać  —  szepnęła,  poruszając 

ścierpniętą  ręką.  —  Takaś  malutka  i  tyle  ważysz  —  pogroziła  palcem 
dziewczynce,  która  zwiesiła  głowę  i  tępo  ponad  ramieniem  Tadeusza 
wpatrywała się w krawędź lasu i ślady wydeptane na śniegu. 

— Myślę — skończyła — że Batog przywiezie rozkaz uderzenia! 
— Od rozkazu do uderzenia daleka droga... 
— Parę godzin wystarczy. Co teraz robisz? 
—  Muszę  się  pokazać  sędziemu  w  bibliotece,  niewiele  tam  robię,  ale 

darmo nie będzie mnie żywił, trzeba szanować pozory. 

— Tadek, musisz się dziś urwać! Myślę, że powinniśmy przetrzeć broń, 

bo wazeliny na palec grubo... Jak przyjdą chłopaki, nie będzie czasu czyścić. 

— Wiesz gdzie jest skład? 
— Pewnie. Sama pomagałam wnosić! Zapędzimy dzieci do sali, niech się 

bawią, a my nura... Co? Dobrze? 

— Daj spokój! Teraz? Zwariowałaś? Patrz, nowych diabli przynieśli! 
Konie chwiały łbami w stromym podejściu, gromadka jezdnych otaczała 

prowadzonego w środku. 

— Chodźmy prędzej! Zdaje się mają jeńca! 
Pobiegli  parę  kroków.  Między  końmi  szedł  Rosjanin.  Dzieci  stanęły, 

patrzyli  na  niego  wszyscy  z  napięciem  i  ciekawością.  Pierwszy  —  jakiego 
widzieli. Był w watowanej bluzie i portkach, na nogach miał walonki. Szedł z 
gołą  głową,  ostrzyżoną  jak  u  rekruta.  Twarz  miał  spokojną,  mimo  bladości 
przyciemniała od słońca i dymu. Mijając dzieci, zwrócił ku nim oczy obojętne, 
jakby  senne.  Wyglądał  na  bardzo  zmęczonego.  Koło  nozdrzy  i  na  górnej 
wardze czerniała przyschnięta krew. 

Lewą rękę o dłoni napuchniętej, fioletowej, podtrzymywał prawą, kolebał 

uważnie, jakby usypiał niemowlę. 

background image

Niemcy jechali stępa, konie były zdrożone. Spocona sierść zasychała na 

nich zmierzwionymi kłakami. Kopyta ostro zaklekotały, zagrzmiało echo pod 
sklepioną bramą. Jeźdźcy kołysali się leniwie w siodłach. 

—  Co  oni  z  nim  zrobią?  Czy  to  Rusek?  —  dopytywały  się  hałaśliwie 

dzieci. 

—  Nie  wiem,  nie  mogą  mu  nic  zrobić,  to  jest  jeniec...  Rosjanie  pewnie 

też dosyć Niemców zgarnęli, muszą się z tym liczyć — prowadzą do niewoli — 
tłumaczyła malcom. 

— A ja myślę, że go przesłuchają i rozwalą. Tak przynajmniej z naszymi 

robili — mruknął Tadek, zaciskając pięści. 

Skręcili na podwórze. Z boku parę kroków od stajni leżały dwie zarżnięte 

krowy.  Niemcy  przepasani  zamiast  fartuchów  pokrwawionymi  workami, 
zdzierali  właśnie  skórę.  Kupy  flaków  dymiły,  a  krwi  rozlanej  było  tyle,  że 
rozmokły śnieg ciapkał pod butami zbrojnych rzeźników. 

Drzwi  do  domu  były  otwarte  szeroko.  Niemcy  wchodzili  i  schodzili,  jak 

przy przeprowadzce leżała słoma, nie wiadomo skąd natrzęsiona. 

Kilka  koni  pod  szopą  obrokowano  pszenicą  grubo  sypniętą  do  balii. 

Chrzęściło ziarno w końskich pyskach. 

— Nie będą tu długo — szepnął Tadek do Celinki — popatrz, nawet ich 

nie rozsiodłali. 

Jeden z koni pochylił  łeb  i wyszczerzywszy zęby czochrał się po nodze. 

Reszta dzwoniła wyjętymi wędzidłami i kuliła niespokojnie uszy. 

— Nie podciągnęli telefonów... Odjadą na pewno! 
—  A  wtedy  my,  do  roboty!  —  uśmiechnęła  się  Celinka.  —  Mówię  ci, 

będziemy mieli dziś gorący dzień! 

— No, zabieraj dzieci, nie mają na co patrzeć! 
— Chodźcie na salę! — zawołała. — A ty Gabryniu, jak chcesz, możesz 

iść do mamusi! Czego płaczesz? 

— Bo nasze krowy... — powiedziała pakując sobie pięść do oka i mocno 

ścierając łzy. — Wczoraj już tak myczały... Pewnie wiedziały, co je czeka. 

Niemcy  rozglądali  się,  gdzieby  kadłuby  krowie  zawiesić,  niewygodnie 

było przetaczać je po śniegu, w krwawym błocie. Powlekli jedną z krów pod 

background image

szopę.  Konie  zwęszywszy  juchę  przestały  żuć,  stały  napięte,  gotowe  do 
ucieczki. Gdy Niemcy przerzucili sznur przez belkę i dźwignęli kadłub, śliskie 
mięsiwo obsunęło się i plasnęło o kamienie. 

Jeden  z  żołnierzy,  który  klął  głośno  i  spluwał,  dojrzawszy  złośliwy 

uśmieszek  na  wargach  Bukowskiego,  przywołał  go  ostro  i  kazał  uprzątnąć 
Haki z podwórza. 

Tadeusz  podszedł  niechętnie,  zaraz  bardziej  zaczął  utykać.  Julka,  stała 

dotąd na progu obory, jakby gotowa własną piersią bronić reszty krów, teraz 
wytarła nos w palce, strzepnęła łzawą wilgoć i podjechała z taczkami. 

Gdy strząsnęli flaki obróciwszy, po raz drugi na gnojowisko za stajniami, 

stado  wron  zwęszyło  krew,  zerwało  się  z  Kułaka  i  zaszumiało  taką  gęstwą 
skrzydeł,  aż  cień  padł  na  zmarznięty  śnieg  podwórza.  Sypało  się  ptactwo, 
niknąc za krawędzią dachu. Kawki obsiadły nawóz i dziobały chciwie, dławiły 
się  wlokąc  jelita.  Wielkie  lśniące  gawrony  tłukły  skrzydłami,  sucho  chrapały 
zaparte w ścierwo pazurami. 

* * * 

Niemcy  oglądali  zamek,  wybierali  pokoje.  Sędzia  szedł  z  nimi, 

wyprostowany, jakby bardziej chudy i odpowiadał oschle. Obaj oficerowie byli 
w  czapkach  okrągłych,  dzwonili  ostrogami.  Na  mundurach  znać  było 
nieuchwytne  zaniedbanie.  Niemcy,  mimo  wygolonych  twarzy,  wyglądali  na 
zgonionych i niezbyt pewnych siebie. 

Sędzia czuł w ich stąpaniu niecierpliwość i pośpiech, pozwalał więc sobie 

na ton pełny urazy, gdy wypytywali go o ustępy i wodociąg. 

— Te trzy pokoje — machnął ręką hauptman — zaczynając od gabinetu, 

da się łatwo wydzielić... Wartownik stanie na korytarzu, żeby mi się nikt nie 
kręcił. 

— Szkoda, że zamek w dole. Nic stąd nie widać  — wskazał przez okno 

leutnant. — Wygoda tylko z wyżywieniem, mięsa dosyć. Dwie krowy dziennie 
wystarczą. 

background image

— Tam, gdzieśmy przed chwilą byli, w sypialni dla dzieci jak pan mówił, 

można tymczasem złożyć rannych... 

Sędzia  wcisnął  monokl  w  oko  i  odchyliwszy  głowę  spojrzał  z  góry  na 

Niemców. 

Panowie  zdaje  się  nie  biorą  nas  zupełnie  w  rachubę,  a  gdzie  my  się 

mamy podziać? 

—  Właściwie  powinniśmy  wszystkich  stąd  usunąć  tylko  wzgląd,  że  pan 

nie  może  z  Bolszewikami  sympatyzować,  łagodzi  przebieg  naszych 
przygotowań... 

— Czy Rosjanie nam już bezpośrednio zagrażają? 
—  Ach,  lokalne  włamanie,  poszli  trochę  naprzód  na  naszym  odcinku... 

Ale jutro ich odpędzimy! 

—  Więc  czy  warto  w  moim  domu  robić  tyle  zamieszania?  Nie  wiem 

nawet, czy panowie zdążą... 

Niski leutnant postąpił krok naprzód i uderzył niespodziewanie sędziego 

w  skroń,  nie  mogąc  się  zamachnąć,  pchnął  go  w  szyję.  Monokl  jak  łza 
ześliznął  się  po  policzku  i  rozbryznął  z  cienkim  brzękiem  na  posadzce. 
Nahorayski oparł się o ścianę, zasłonił twarz rękami. 

Niemiec uderzył raz jeszcze z wyrachowaniem w żołądek. Sędzia stęknął 

i osunął się na kolano. 

— Daj mu spokój. Horst. Idziemy dalej... On na pewno tak nie myślał — 

powiedział  znudzonym  głosem  hauptman.  —  No,  niechże  pan  wstaje  — 
zwrócił się do sędziego. 

— Wstań i przeproś! — krzyknął leutnant. Nahorayski poczuł, jak mu na 

czoło występują krople potu. Powoli ciemność z oczu ustępowała, wynurzały 
się  ich  napięte  nogi  w  butach  z  cholewami,  szerokie  bryczesy,  wreszcie 
dojrzał jasną plamę ręki wyciągniętej ku niemu z lufą rewolweru. 

—  Już  wstaję  —  wyszeptał.  Dźwignął  się  powoli  wsparty  o  ścianę.  — 

Zaraz panów dalej oprowadzę... 

— Najpierw masz przeprosić! 
Chwilę stali i patrzyli sobie w oczy, ale tyle było złości w jasnych oczach 

Niemca, że sędzia pochylił głowę i powiedział: 

background image

— Pardon! 
—  No,  więc  zgoda  już.  Porucznik  jest  trochę  zdenerwowany,  mamy 

blisko dobę walki za sobą, nie powinien się pan dziwić... Chodźmy dalej... 

Sędzia ruszył przodem. Czuł, jak mu policzek nabrzmiewa. Ale bardziej 

od  bólu  paliło  go  upokorzenie  i  rosła  nienawiść  z  taką  siłą,  że  z  trudem  się 
opanowywał, by nie runąć na nich z pięściami. 

Ledwie jednak doszli do zakrętu korytarza, wypadł ze schodów podoficer 

i wywrzeszczał meldunek. Sędzia pochwycił tylko słowo — gefangen. 

— Będziesz go teraz przesłuchiwał? — zdziwił się hauptman. 
— Spróbuję — zaśmiał się niespodziewanie leutnant — zawsze powinno 

się próbować! Może coś z niego wycisnę. 

—  Nie  powinien  pan  brać  sobie  do  serca  tego,  co  tu  zaszło  —  zaczął 

hauptman, gdy zostali sami. Wyjął skórzaną papierośnicę, zapalił papierosa, 
potem przypomniał sobie sędziego i podsunął mu także. — Proszę, niech pan 
bierze, mam ich dosyć... — Niezrażony odmową zwierzał się. — Sytuacja jest 
głupia,  pan  rozumie,  musimy  trwać  do  ostatka,  ale  już  człowiek  nie  ma 
ochoty  dostać  kulą  przed  samym  końcem...  Niech  pan  pamięta,  my 
Bawarczycy  różnimy  się  od  tych  Prusaków...  Może  byśmy  gdzie  usiedli?  — 
Powiedział  to  jednak  bez  przekonania  i  przysiadł  na  parapecie,  zakładając 
wysoko  nogę  na  kolano.  Chwilę  zamyślony  dzwonił  palcem  w  kółko  ostrogi. 
Cienki brzęk irytował sędziego. — To wojna, mój panie — powiedział wreszcie 
Niemiec — cóż robić? Jedno mogę panu obiecać: nie spalimy zabudowań jak 
się będziemy stąd wycofywać... 

Leniwie rozchylił wargi, dym wznosił się wzdłuż twarzy, łagodnie opływał 

daszek  czapki.  Sędzia  teraz  poczuł  zadowolenie,  obaj  Niemcy  byli  bez 
hełmów. — To muszą być formacje rezerwowe — pomyślał i to obniżenie ich 
wartości bojowej przyniosło mu ulgę. 

— Czy nie ma jakiegoś sznapsa, napiłbym się — odezwał się Niemiec. 
— Mam — poprowadził go sędzia do gabinetu. 
Hauptman rozwalił się w fotelu. 
— Zamek nie jest żadnym punktem obronnym, niech się  pan nie boi... 

Jeżeli tylko ci przeklęci Bolszewicy nie zbombardują... 

background image

Nahorayskiego dławiła nienawiść. Mimo że znał całą prawdę o Niemcach, 

jednak dopiero pod ciosem pięści odsłoniła się dzieląca go od nich przepaść, 
uwierzył,  że  mimo  pozorów  ogłady  kryje  się  w  nich  nieznana  mu  dotąd 
dzikość.  Przełykał  ślinę.  Miała  smak  żółci.  Skroń  pulsowała  czerwonym 
światłem, bolało. Patrząc na pijącego oficera, marzył okrutnie — widzieć was 
wszystkich  martwych,  ułożonych  równiutko  na  śniegu!  —  Dopiero  teraz, 
cierpiąc  bardziej  psychicznie  niż  od  gwiaździście  rozchodzącego  się  bólu, 
łączył się z mściwymi uczuciami całego narodu. 

Na  korytarzu  rozległ  się  tupot  kroków,  trzaskanie  drzwiami,  jakby  ktoś 

idąc  zaglądał  do  pokojów.  Usłyszeli  głos  leutnanta:  —  Gdzieś  się  schował? 
Można pobłądzić w tym przeklętym zamku. 

— Tu jesteśmy! — zawołał hauptman. — Niech mu pan otworzy! 
—  O,  pijesz,  widzą...  —  zaczął  leutnant.  Nalał  sobie  uważnie,  mocno 

opierając flaszką o  brzeg kieliszka. Ręce mu drżały.  —  Jak przypuszczałem, 
nic nie chciał powiedzieć... 

— Więc coś z nim kazał zrobić? 
—  Powiesić!  Prościej  było  by  zastrzelić,  ale  echo  niesie,  nie  wolno  nam 

się zdradzić. 

— Nie będziemy jednego jeńca ciągnąć za sobą, a puścić też nie można 

—  dobrześ  zrobił.  Trudno,  mój  panie  —  bezradnie  rozłożył  ręce  w  stronę 
Nahorayskiego, opartego plecami o okno — wojna ostatecznie polega właśnie 
na zabijaniu... 

* * * 

Jeńca  poprowadzono  za  wozownię.  Rósł  tam  stary  kasztan.  Rosjanin 

oparł  się  o  pień,  stał  spokojnie,  jakby  jeszcze  nie  pojmował  co  mu  grozi. 
Jeden z Niemców, starszy już człowiek, który od chwili szukał sznura, znalazł 
w  stajni  na  słupie  stare  lejce  i  podbiegł  teraz  ciężko,  potrząsając  nimi  z 
daleka. 

Drugi  rozejrzał  się  za  jakąś  skrzynką  czy  stołkiem,  w  końcu  wzruszył 

background image

ramionami  i  przywlókł  taczki  porzucone  przez  Tadeusza  na  gnoju.  Gdy 
schylał  się,  żeby  je  podnieść,  przestraszone  wrony  zerwały  się  chmurą, 
uskoczyły  w  powietrze,  sucho  zachrzęściły  pióra,  i  całe  stado  zwijając 
skrzydła zaczerniało na dachu wozowni. Łaziły po samym skraju, przysiadły, 
gotowe sfrunąć w każdej chwili na żerowisko. 

Młody Niemiec, w za dużym hełmie wciśniętym głęboko, stał za jeńcem z 

bagnetem  na  karabinie.  Słońce  świeciło  jasno,  niebo  było  puste  i  wyblakłe, 
wymiecione porannym wiatrem. 

Ten  z  karabinem,  bardziej  ludzki,  podał  jeńcowi  papierosa.  Rosjanin 

wziął go zdrową ręką, obrócił parę razy, jakby zapomniał co się z tym robi, 
potem  wypuścił  ze  zziębniętych  palców.  Po  chwili  jednak  schylił  się  i 
oprzytomniawszy  odpalił.  Stał  oparty  policzkiem  o  szarawą  korę  kasztana, 
patrzył  w  stronę  gór,  w  ciemny  kołnierz  lasu  porastający  krawędź  doliny. 
Niemcy  przerzucili  rzemień  przez  konar  i  uwiązali  jeden  koniec  do  pnia. 
Starszy  żołnierz  pokazał  rannemu  taczki  odwrócone  dnem  do  góry  i 
dopomógł mu stanąć na nich. Z pętlą na szyi jeniec nagle się ożywił, podniósł 
zaciśniętą pięść i krzyknął: My pabiedili! 

Głos rozwiał się nikło w pustce zimowego południa. 
Ciało  strącone  w  powietrze,  zawisło  na  moment,  ale  zetlały  rzemień 

trzasnął i jeniec ciężko upadł na zmarzniętą ziemię. 

Niemcy klnąc podbiegli i wiązali lejce pośpiesznie. Postawili rannego na 

nogi. Przecierał dłonią zdławione gardło. Tym razem już nie wołał. Wyraźnie 
chciał, żeby z nim szybciej skończyli. Ale połatany rzemień pękł znowu. 

Gdy żołnierze nachylili się nad leżącym, usłyszeli świst, cienką, znajomą 

nutę. Kula uderzyła o mur, miauknąwszy poszła w gałęzie. Potem wysoko z 
lasu doszło ich puknięcie wystrzału. 

— Kończ z nim — powiedział podoficer trącając dłonią znacząco pochwę 

szturmowego parabellum. 

—  Nie  słyszałeś?  Nie  wolno  strzelać,  bo  pójdziesz  pod  sąd  — 

odpowiedział  ten  z  chłopięcą  twarzą,  który  częstował  jeńca  papierosem.  — 
Trzeba go cicho załatwić! 

Wbił  dwa  razy  leżącemu  bagnet  w  plecy.  Potem  wszyscy,  spoglądając 

background image

podejrzliwie  na  las,  chyłkiem  wymknęli  się  między  zabudowania,  na 
podwórze zamkowe. 

Rosjanin powoli rozprostował zaciśnięte palce. Koło twarzy śnieg zaczął 

gwałtownie ciemnieć, nasiąkając krwią. 

Od  drogi  wpadł  na  podwórze  skulony  jeździec.  Nie  zeskakując  z  konia, 

który  cały  czas  dreptał  w  miejscu  nachylił  się  do  ucha  wachmistrza  i 
powiedział mu coś szeptem. Ten podniósł ręce do czapki i wbiegł na schody. 

Obaj oficerowie wstali gwałtownie. 
— My tu jeszcze wrócimy — powiedział leutnant — za dwie godziny mają 

być sypialnie przygotowane — dziobnął palcem zegarek na przegubie. 

Gdy tylko zamknęli drzwi, kroki ich stały się szybkie, jakby już uciekali. 

Sędzia  nasłuchiwał  chwilę.  Zaklekotały  kopyta,  kłus  gromady  przegrzmiał 
pod  bramą,  przeszedł  w  rytmiczny  galop,  który  powoli  zacichał.  Nahorayski 
siedział obejmując czoło rękami. 

— Jak mogłem do tego dopuścić, żeby odważył się mnie tknąć. — Szukał 

minuty,  w  której  zrobił  fałszywy  krok,  znowu  wydało  mu  się,  że  tylko 
odsłaniając  własną  słabość,  mógł  sprowokować  uderzenie.  Jakże  mocno 
pragnął, żeby o zajściu nikt nie wiedział, gdyby mógł, ukryłby je nawet przed 
sobą,  przyjąłby  chętnie  wyjaśnienie;  potknąłem  się,  uderzyłem  o  ścianę. 
Ciężko mu przychodziło strawić zniewagę. 

Do pokoju wsunęła się pani Janina ze Stynką na rękach. 
—  Odjechali  już  —  powiedziała  z  ulgą.  —  Co  oni  chcieli  od  nas?  — 

Zobaczywszy, że mąż siedzi z zakrytą twarzą, podeszła bliżej, dotknęła lekko 
jego włosów. — Co ci jest Ludwisiu? Co ci zrobili? 

—  Proszę  cię,  dajże  mi  spokój  —  wybuchnął  sędzia  —  czy  nie  mogę 

chwilę pomyśleć. Musisz nade mną sterczeć? Dość mam tych czułości! 

Zerwał się i nie patrząc na nią wyszedł z pokoju. 
—  Ludwiku!  —  zawołała  —  Powiedz  choć  słowo!  Gdzie  idziesz?  Nie 

wychodź z domu, mogą zacząć strzelać! 

Oddalał się sztywno jak automat, czuła, że go traci. 
Usłyszawszy głosy z kuchni, Nahorayski, by uniknąć spotkania, uchodząc 

przed  ludźmi,  wybiegł  na  podwórze.  Słońce  świeciło  jasno.  Na  środku 

background image

odmiecionej  dróżki  leżała  na  wpół  obdarta  ze  skóry  krowa,  w  zmętniałej, 
jakby  dymem  zaszłej  źrenicy  odbijała  się  wieża  zamkowa.  Za  stajnią 
mruczały  gawrony,  słyszał  zgiełk  ptasi,  miauczenie  kawek.  Obejrzał  się. 
Twarze dzieci widniały przylepione do szyb w oknach na lewym skrzydle. 

Skręcił  za  wozownię.  Niespodziewanie  natknął  się  na  zwłoki  Rosjanina. 

Serce  ścisnął  mu  lęk.  Stado  wron  falowało  na  gnojowisku.  Niektóre 
podskakiwały bliżej i skrobały dziobami śnieg czerwony od krwi, przy twarzy 
zabitego.  Ominął  trupa  szerokim  łukiem,  jakby  z  samym  miejscem  wiązał 
możliwość  niebezpieczeństwa.  Słyszał  jeszcze  długo  syk  piór,  trzaskanie 
skrzydeł.  Ruszył  w  głąb  parku,  wbrew  instynktowi,  który  kazał  trzymać  się 
gromady. 

Las  zieleniał  ciemnym  kożuchem  na  szczycie  jasnej  ściany  wapiennej. 

Było cicho i pogodnie. Mimo, że stąpał ostrożnie, śnieg chrzęścił pod butami. 

* * * 

—  Proszę  pani!  Niech  pani  popatrzy,  jakie  mam  łapki  —  wołał  Włodzio 

wbiegając do kuchni. — Pani nie wie, a ja sam sobie drzwi otworzyłem! 

Podniósł w górę ręce, miedziany drut miał owinięty od łokcia, w miejscu 

obciętych dłoni zagięty w podwójny haczyk. 

— Teklunia mi to zrobiła, teraz mogę się z chłopcami w konie bawić... 
— Biedne dziecko, pokiwała głową Walercia. 
—  Widzisz  Włodziu,  już  twoje  porteczki  przeschły  —  powiedziała 

dziewczynka. Podszedł i pomacał drutem. 

— Naprawdę suche! 
—  Patrz  pani  —  powiedziała  Walercia  —  co  ci  Niemcy  szkody  narobili? 

Wpadli  jak  szatany,  zarżnęli  krowy  i  rzucili...  Trzeba  było  by  zejść  i  wyciąć 
trochę mięsa, zanim wrócą. 

— Lepiej dać spokój, jeszcze nadjadą, mogą zastrzelić! 
— Chodźcie tu dzieci — powiedziała Walercia — co będziecie czekać na 

obiad! Nie dam wam głodować, zaraz coś przegryziemy... 

background image

Usadowiła je za stołem i postawiła talerze. 
— Nie wolno nam już wychodzić na dwór, panna Celinka gdzieś poszła, a 

my się tak nudzimy... 

—  I  to  ma  być  opieka,  jakby  się  Łucja  dowiedziała,  to  by  załamała 

ręce... — westchnęła Walercia. — Powinni już dawno wrócić — zaraz byłabym 
spokojniejsza.  Ale  mój  stary  ostrożny,  myślę,  że  im  się  nic  po  drodze  nie 
przydarzyło... 

—  E,  gdzieby  zaś...  Ja  też  wyglądam  mojej  Maryni  —  pocieszyła  ją 

Ratajczakowa.  —  Siedźcie  sieroty  grzecznie,  zaraz  wam  zdziebko  zupy 
naleję... Nie ściska cię ten drut? 

— Nie — skrzywił się Włodzio — tylko trochę guziki gniotą! 
Wyjrzała  oknem.  Wacława  z  księdzem  Horbaczewskim  wracali  ze 

spaceru, spojrzeli z obrzydzeniem na krowy i skręcili do domu. 

— Strach, co się dzieje, a im tylko przechadzki w głowie — parsknęła. 
— Oboje idą? — zapytała Walercia, na palcach podbiegła do okna. — Już 

ich nie widać, weszli w sień! Spieszno im dzisiaj! 

—  Ciekawam,  czy  pójdzie  do  niego?  —  uchyliła  drzwi  poznanianka.  — 

Cicho — teraz posłuchajmy! Raz strzeliło drzwiami, widzicie — poszła! Już są 
w pokoju! 

— Tyle czasu razem i jeszcze im mało! 
— Aż mnie ponosi, żeby tam zajrzeć! 
—  Mało  pani  dziś  okropności  widziała?  Jak  rżnęli  te  biedne  bydlęta,  od 

okna odejść nie mogłam. 

— A jabym jednak do księdza zajrzała! 
— Nie wypada, pani już starsza kobieta! — obruszyła się Walercia. — Co 

innego jakby iść z obiadem, ale wtedy trzeba zapukać... 

—  Wie  pani  co,  poślemy  dzieci...  Tekluniu,  zaniosłabyś  na  tacy  obiad 

księdzu? Dasz radę kochanie? 

— Dobrze, proszę pani. 
— A ja jej otworzę — ofiarował się Włodzio, zsuwając się z krzesła. 
— Wniosę wam tacę na górę, żebyście na schodach nie porozlewali. No, 

niech pani daje... 

background image

—  Nie  ma  co  się  spieszyć...  Jak  ich  pani  chce  przyłapać,  trzeba  jakiś 

czas odczekać... 

Walercia powoli ustawiała talerze, brzękała łyżkami. 
—  Słuchaj,  Tekluniu  —  powiedziała  Ratajczakowa  —  jak  krzyknę,  to 

rzucisz tacę na ziemię i uciekamy! 

— A jak się wszystko rozbije? 
—  Właśnie  chcę,  żeby  się  rozbiło!  Robimy  księdzu  niespodziankę! 

Chcemy go trochę nastraszyć! 

—  Nastraszymy  księdza!  Nastraszymy  go!  —  zatańczył  po  kuchni 

Włodek. 

— Idźcie przodem, my za wami — popchnęła dzieci. Ratajczakowa niosła 

tacę  uważnie,  wpatrzona  w  rozkołysaną  powierzchnię  zupy.  Ostatnia  sunęła 
odęta mściwie Walercia. 

* * * 

—  Teraz  widzi  księżunio  drogi,  co  nas  ominęło.  Trzeba  zawsze  mądrej 

Wacławy  słuchać!  Jak  popatrzyłam  na  zapaskudzone  podwórze,  od  razu 
odeszła mi ochota na jedzenie... 

— Zauważyła pani, jak galopowali? Wyglądało na ucieczkę! 
—  Niechże  księżunio  Niemcami  nie  zagaduje,  wracajmy  do  naszych 

spraw.  Więc  koniec  już  z  morałami,  z  nawracaniem.  Co  ja  ludziom 
zawiniłam? Sam ksiądz kapelan wie najlepiej... 

— Niech pani nic sobie nie robi z tego, co ludzie mówią. Jestem pewny, 

pani Wacławo, że mąż z Oflagu wróci prosto w pani ramiona! To kwestia dni 
doprawdy... Wyraźnie się wojna kończy! 

—  Sprawa  nie  jest  tak  prosta.  Sąsiadki  mu  o  mnie  dosyć  napisały  i 

jeszcze  jak  to  jest  ubrane!  Już  wie:  jak  żyłam,  kto  u  mnie  bywał,  jakie 
huczne przyjęcia... Nie chcę twierdzić, że wszystko, ale połowa jest zełgana! 
Ach,  bodajby  to  przepadło  razem  z  Warszawą,  z  moim  mieszkaniem, 
rzeczami,  ze  znajomymi...  Plotkary  poginęły,  jak  spłonęła  nasza  dzielnica, 

background image

pewno z nich i popiołu wiele nie zostało, ale ten niepokój, co posiały w moim 
mężu  rośnie  dalej  i  truje  mi  go...  Żeby  można  było  przyjść  i  powiedzieć  po 
prostu: co było, to było, stawiamy krzyżyk na tym, ryzykujemy, zaczynamy 
razem od nowa... 

— Myślę, że powinien to zrozumieć. 
—  Każdy  z  tych  mężczyzn,  co  byli  tu  z  nami,  bez  mrugnięcia  bierze 

kobietę,  nawet  się  nie  śmie  zapytać  o  przeszłość...  Ale  tam  w  Oflagu, 
rezerwat,  wszystkie  przedwojenne  honory  pienią  się  jak  chwasty.  Czy  on 
wiedział, jak mi ciężko było? Kazał sprzedawać meble, dywany... Miałam za 
grosze puścić? Paczki regularnie dostawał, czy się spytał, ile jedna kosztuje? 
Trzeba było robić interesy, a żadnego się nie ruszy bez wódki, bez kolacyjki, 
bez udawania głupiej, milutkiej lalki... Oni tego nie zrozumieją. To jest obcy 
dla nich świat. 

— Właśnie dlatego, że obcy, będą szukali ludzi sobie bliskich, mąż musi 

się do pani zwrócić. 

—  Niech  mnie  ksiądz  nie  pociesza,  pogodziłam  się  już...  Trudno,  nie 

będziemy  razem...  Mam  już  dosyć  czekania  i  samotności,  widzi  ksiądz,  nie 
kryję się, mówię jasno — szukam kogoś, kto by mnie chciał, ale nie na jedną 
noc, tylko na zawsze... 

— Na pewno zdobędzie pani męża z powrotem, on musi przyjść bodaj, 

żeby obejrzeć, co traci, wtedy pierwsza kłótnia może was połączyć na nowo. 

— A jeżeli się nie zjawi? 
— Wtedy jeszcze ja pozostaję, jako ostateczność. 
Spojrzała na niego zdziwiona. Stał trochę zaskoczony jej milczeniem. Od 

paru  dni,  gdy  Wacława  oświadczyła,  że  natychmiast  po  przewaleniu  się 
frontu  odjedzie,  dręczyła  go  myśl,  jak  ją  zatrzymać.  Przykro  mu  było  tracić 
jedynego  towarzysza  spacerów,  z  którym  tak  miło  było  pogawędzić. 
Niespodziewanie odkrywał, że jakieś nici sympatii nawiązały się między nimi, 
stawała mu się bliska i potrzebna. 

— W jakim charakterze chce mnie ksiądz mieć przy sobie? 
— Poprowadziłaby mi pani dom. 
— Nie jestem jeszcze w wieku kanonicznym! 

background image

— Ale nie jest też pani młodym dziewczątkiem. 
— No, nie bawi się ksiądz w uprzejmości... 
—  Chyba  nie  przyszła  pani  do  mnie  szukać  komplementów?  Stawiam 

jasno propozycję — zapalał się do tej myśli — jeśli nie odbuduje pani domu, 
nie  wróci  do  dawnego  życia,  niech  pani  pamięta  o  mnie,  jak  o  kimś  bardzo 
życzliwym,  prawie  z  rodziny...  Nie  chcę,  żeby  pani  zbyt  wcześnie 
rezygnowała,  niech  pani  próbuje,  ja  zostaję  jako  rezerwa,  jako  ostatnia 
możliwość, która zaoszczędziłaby pani w razie zawodu wielu kłopotów... 

— I ksiądz to mówi poważnie? 
— No jasne, myślę, że pomagać to mój obowiązek. 
— Księże kapelanie! Ksiądz jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. 
Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  Zmieszała  się.  Czuła,  że  się  rumieni  i  to 

sprawiło jej taką przykrość, jakby zobaczył ją zaniedbaną, w brudnej sukni. 

—  Tylko,  czy  się  ksiądz  nie  pośpieszył...  Może  już  jutro  trzeba  będzie 

żałować odruchu serca... Nie, nie, to „serce” brzmi podejrzanie, nie myślę, że 
ksiądz się we mnie zakochał. Musimy się jednak trochę liczyć ze skandalem, 
jaki  moglibyśmy  wywołać  wyjeżdżając  razem!  Przecież  mnie  tu  wszystkie 
baby nienawidzą! 

—  Jeszcze  się  taki  nie  narodził,  co  by  wszystkim  dogodził.  Nie  widzę 

potrzeby, żebyśmy się kryli... 

—  Ja  też  nie...  Ale  niech  się  ksiądz  przyzna,  że  mnie  jednej  chciałby 

ksiądz dogodzić, a może i sobie troszkę — uśmiechnęła się kokieteryjnie. — 
Niech  ksiądz  będzie  spokojny,  nie  sądzę,  żeby  doszło  do  tej  ostateczności. 
Jak  nie  udobrucham  męża,  znajdę  sobie  kogoś.  Po  co  mam  się  zwalać 
księdzu na kark! 

— Będę się modlił, żeby się pani z mężem powiodło. 
— Tylko szczerze! — pogroziła mu palcem. 
— Pani Wacławo, za kogo mnie pani bierze, nie jestem młodzikiem! 
—  A  ja  będę  uprzejmiejsza,  ksiądz  mi  nie  wygląda  na  poczciwego 

staruszka tylko jeszcze sobie wcale, wcale... Ho, ho z takim lepiej nie igrać! 

— A czy pani tego właśnie ze mną nie próbowała — zbudziło się w nim 

podejrzenie zmieszane z zadowoleniem — no, niechże się pani przyzna? 

background image

— Szczerość, za szczerość, a czy ksiądz mnie sobie nie upatrzył na jakiś 

flircik? 

— Nie! Nie, pod słowem... — cofnął się o krok. 
— A ja — tak! Nie obiecywałam sobie wiele, ale byłam bardzo ciekawa, 

czy  rozruszam  jeszcze  księdza.  Obudzić  się  trochę,  zyskać  nowe 
doświadczenia,  to  nawet  dla  pracy  kapłańskiej  dobrze...  Będzie  ksiądz  dla 
grzeszników pobłażliwszy... 

— I pani chciała, żebym się zakochał? 
— To może za groźnie brzmi... Widzi ksiądz, że odkrywam karty, jak się 

już zna niebezpieczeństwo, łatwo je ominąć. 

— Dobrze, że byłem ostrożny, teraz będę panią z daleka omijał! 
—  Widzi  ksiądz,  że  już  nie  mam  żadnych  pokus  w  zanadrzu!  No, 

kapelańciu,  rozchmurzmy  czoło...  No,  księżusiu,  nie  ma  się  o  co  srożyć  — 
pogłaskała  go  po  ręce  — Zimno  tu  jak  w  psiarni!  Może  sobie  kropniemy  po 
kieliszeczku! 

— Umiała mnie pani omotać... 
—  Koniec  z  żalami!  Cóż  z  księdza  za  gospodarz,  gość  musi  błagać  o 

kroplę wiśniaku? 

Ksiądz Bazyli zakręcił się po pokoju, wyciągnął z szafy gąsiorek, nacedził 

do karafki rubinowej wódki. Przetarł kieliszki serwetką. Wszystko robił lekko 
oszołomiony, ale ręka mu nie zadrżała, gdy ze skupieniem przymrużając oczy 
uniósł kieliszek. W szkle grał ciemny ogień. 

— No, kanonio słodka! Uśmiechnijmy się! Więcej pogody! — pochwyciła 

kieliszek i przysiadła na skraju siołu, kiwała nogami niecierpliwie. — Niechże 
się ksiądz mnie się nie boi, proszę przyjść trącić się ze mną! 

Podszedł, ale rękę wyciągnął z daleka, dźwięknęło tępo szkło. 
— Za powrót męża! — powiedział poważnie. 
— Teraz niech mi ksiądz da papierosa i naleje znowu, musimy wypić pod 

zasobną  parafię!  —  Podniosła  kieliszek,  i  powiedziała  kapryśnie,  trzymając 
papierosa ściśniętymi wargami — ksiądz pali, a mnie ognia pożałował. 

Tarł kciukiem zapalniczkę, krzesała iskry, knotek się długo nie zajmował. 
—  Niech  mi  ksiądz  da  odpalić!  Siebie  ksiądz  pierwszego  obsłużył... 

background image

Gaśnie, księże... 

Pociągnął  mocno.  Zetknęli  papierosy.  Widząc  jej  oczy  rozchylone 

ciekawie, twarz za bliską, cofnął się i oparł ręką o jej kolano. 

— Przepraszam... — bąknął. 
— Nie gniewam się — szepnęła — wiem, że nieumyślnie... 
W  tej  chwili  usłyszeli  za  sobą  histeryczny  pisk  i  łoskot  tłuczonego 

naczynia.  Ksiądz  odwrócił  się  zaskoczony.  Drzwi  na  korytarz  były  szeroko 
otwarte.  Na  podłodze  leżała  taca  i  pomiędzy  skorupami  rozlewała  się  gęsta 
zupa. 

Wyjrzał  na  korytarz,  zdawało  mu  się,  że  błysnęła  jeszcze  niebieska 

sukienka Tekluni. 

Ruszył  ostrym  krokiem,  gniew  go  ponosił.  Szarpnął  drzwi  kuchenne. 

Były zamknięte. Usłyszał szepty. 

—  Walerciu!  —  krzyknął.  —  Co  wy  wyprawiaciel  Otwórzcie  zaraz!  Nikt 

mu nie odpowiedział. 

Zawrócił się gorzkim uczuciem winy i niechęcią do tej kobiety, która tam 

na  niego  czekała.  Skoro  nie  dba  ona  o  swoją  reputację,  nie  powinna  go 
wciągać w historie, których rozmiaru jeszcze nie ogarniał, ale smak nieczysty 
poznawał  wyraźnie.  To  już  przestawało  być  zabawą,  nie  był  w  tym  wieku, 
żeby go pociągały awantury. 

Idąc  słyszał  głuche  uderzenia.  Gdy  wszedł  do  pokoju,  spojrzał  z 

obrzydzeniem na podłogę. 

—  Co  się  dzieje,  proszę  księdza?  —  zapytała  Wacława,  była  wyraźnie 

przestraszona. 

—  Ech,  baby  komedię  robią!  —  machnął  gniewnie  ręką,  ale  głos  miał 

brzmienie zatroskane. 

— Nie o to pytam! Czy ksiądz nie słyszy? 
Teraz  uświadomił  sobie,  że  szyby  drżą  i  jęczą,  dudnienie  wypełniało 

dolinę, przewalało się nad dachami, aż mury zdawały się drgać. 

—  Atak!  —  Już  muszą  być  blisko!  —  szepnął  z  ulgą,  jakby  ta  nowa 

potężna  fala  mogła  zmyć  i  zatrzeć  wszystkie  ślady,  odkryć  jutrzejszy  dzień 
jak czystą kartę. 

background image

— Niech pani idzie do siebie — powiedział cicho — nie powinna pani tu 

zostawać... 

— Wypędza mnie ksiądz? 
— Nie. Ale po tym, co tu zaszło widzę, że nie można struny przeciągać, 

po co głupotę ludzką prowokować? 

—  Do  widzenia,  księże  kapelanie.  Niech  ksiądz  mi  tylko  jedno  powie 

jeszcze, że się ksiądz na mnie nie gniewa, że mnie lubi trochę... 

— Lubię? — szepnął zamyślony. — Pewnie, że lubię... Teraz to dopiero 

widzę i dlatego — żegnam! 

Zamknął  drzwi,  odczekał  aż  odejdzie,  nie  chciał,  żeby  słyszała  jak 

przekręca klucz dwa razy. 

Zaczął  szybko  dużymi  krokami  chodzić  po  pokoju,  ale  ściany  były  za 

blisko,  utykał  nie  znajdował  ulgi,  więc  siadł  i  splótłszy  dłonie  wyszeptał: 
Boże, Boże, gdzie jest granica, chciałem tylko dobra  tej kobiety, naprawdę, 
bez  żadnych  wyrachowań...  Przecież  jeszcze  nic  się  złego  nie  stało!  Jeszcze 
nie... — To słowo napełniło go zgrozą. — Więc jednak dopuszczam możliwość 
upadku — pomyślał. — Jakże więc nie dojrzałem niebezpieczeństwa? Byłem 
zbyt pewny, że ten rodzaj pokusy jest już  dawno poza mną? Czyżby proste 
kobiety  dojrzały  sidła  łatwiej  ode  mnie...  Może  mam  pójść  do  Walerci  i 
podziękować jej, że mnie ostrzegła? 

—  Nie,  nic  się  nie  stało,  bo  się  nie  mogło  stać!  Jestem  czujny  i  dosyć 

znam siebie, wiem, że powinienem jej teraz unikać... 

Albo  właśnie  z  nią  się  pokazywać,  na  znak,  że  baby  się  pomyliły, 

wykazać całą niedorzeczność posądzeń! Nie potrzebuję się z nikim liczyć i tak 
wkrótce stąd wyjadę... 

Wyjechać... Już więcej nie zetknąć się z mieszkańcami zamku,  uniknąć 

niepotrzebnych  wyjaśnień,  nie  słyszeć  szeptów  za  plecami  i  śmiechów. 
Dostać się znów na probostwo i zacząć robotę jak dawniej z ludźmi prostymi. 
Wydało mu się, że gdyby nie wojna i to przerzucanie z miejsca na miejsce, 
nigdy  by  nie  miał  cienia  obawy,  wróciłby  do  dawnego  rytmu,  w  czerstwe 
życie na wpół wieśniacze. I zaraz odzyskałby spokój. 

Ale  odjazd  równie  dobrze  mógł  nastąpić  jutro,  jak  i  za  tydzień...  Przed 

background image

nim  leżały  potłuczone  talerze  i  krupnik  rozlany  na  deskach,  jakby  się  ktoś 
zwymiotował. Rozumiał, że od tej chwili musi wszystko sam zrobić. Nikt mu 
już nie pomoże, przepadły drobne usługi, które przyjmował jako oczywiste. 

— Nie wiem nawet czy mi jutro w piecu napalą — szepnął. Rosła w nim 

jednak  gniewna  chęć  popróbowania  się,  aż  gwałtownie  przyklęknął,  zaczął 
zbierać  skorupy.  Potem  z  obrzydzeniem  wytarł  zupę  ręcznikiem  i  wyżął  do 
miednicy. 

— Nie dam się — pomyślał — nie będę prosił nikogo... 
Oparł miednicę o biodro, otwarł drzwi i odważnie ruszył na schody. Gdy 

wyszedł  na  podwórze,  przekonał  się  że  mimo  grzmotu  przewalającego  się 
doliną nic jeszcze zamkowi nie zagraża. Pociski pękały w lesie, dym wichrzył 
się nad wierzchołkami drzew. Odgłos eksplozji potężnym chluśnięciem spadał 
w dolinę i odbity od przeciwnej ściany falował długo. 

—  Dobrze,  że  to  zima  —  pomyślał  —  inaczej  dawno  by  się  paliło  — 

strzaskane gałęzie świerków ulatywały w chmurze. 

Stał  jednak  blisko  drzwi  gotów  w  każdej  chwili  do  ucieczki,  nie  miał 

ochoty się narażać. Mimo słońca podwórze robiło wrażenie pustki. Zarznięte 
krowy leżały jedna z dala od drugiej, jakby zginęły szukając schronienia pod 
dachem wozowni. Sztywniejące nogi racicami godziły w niebo. 

Uspokojony,  przebiegł  podwórze  i  skręcił  za  stajnię,  wyrzucił  skorupy 

pod mur. Odwracając się zobaczył, że pod kasztanem ktoś leży. Podbiegł, nie 
spuszczając  jednak  oczu  z  krawędzi  lasu,  cały  nasłuchiwał,  czy  spośród 
potwornego bulgotania nie dojdzie go gwizd nadlatujących odłamków. 

Przyklęknął i dźwignął żołnierza twarzą do światła. Wzdrygnął się, zabity 

miał policzki i czoło oblepione śniegiem czerwonym od krwi. Gdy wsunął mu 
dłoń pod zmoczoną, gąbczastą bluzę, namacał pierś zimną już i śliską. 

Teraz  nagle  ksiądz  pojął,  dlaczego  mimo  ognia  ryczącego  na  górze 

dolina  razi  martwotą.  Łysy  szczyt  Kułaka  świecił  w  zimowym  słońcu, 
omieciony z wron, ani jedno skrzydło nie zamrugało na białawym niebie. 

—  Przecież  on  nie  może  tak  leżeć  —  szepnął.  Powlókł  zabitego  pod 

szopę,  ale  natrafiwszy  na  zarżnięte  krowy,  poniósł  go  dalej  do  stodoły. 
Rozścielił  snopek,  odruchowo  przyrzucił  dwie  garści  pod  głowę,  jakby  to 

background image

miało jeszcze znaczenie, ułożył Rosjanina wygodnie. Potem przyniósł z domu 
świeże prześcieradło i przysłonił nim trupa. 

Zmówił stojąc nad zwłokami krótką modlitwę, obiecywał sobie tu jeszcze 

powrócić.  Wchodząc  w  czynności  kapłańskie,  uspokajał  się.  Od  razu  zaczął 
myśleć o tym, gdzieby zabitego pochować, po gospodarsku wybrał miejsce w 
parku pod trzema świerkami, niedaleko ścieżki. 

W krótkich przerwach ostrzeliwania dolatywały go głosy dzieci, chóralne 

i krzykliwe. — Pewnie nikogo przy nich nie ma — pomyślał — może się modlą 
ze strachu... Trzeba tam wreszcie zajrzeć, obiecałem Łucji, że się nimi zajmę. 
—  I  nagle  pomyślał:  jeśli  skargę  na  mnie  napisały  kucharki,  nie  będzie  mi 
trudno wszystko wyjaśnić. Co za głupota... Poweselał, szybko ruszył do drzwi 
sierocińca. 

W  korytarzu  słychać  było  skłócone  głosy  dzieci,  przekrzykiwały  się.  — 

Pewnie  szaleją  ze  strachu  —  pomyślał,  ale  otwarłszy  drzwi,  zrozumiał 
pomyłkę. Dzieci śpiewały w kółko jedną strofkę: 

— Coś tam w lesie stuknęło, 
coś tam w lesie puknęło, 
a to komar z dębu spadł, 
złamał sobie w krzyżu gnat! 

— Proszę księdza, jak tylko zaśpiewamy, zaraz zaczyna na nowo huczeć! 

To jest świetna zabawa! — wołały dzieci. 

Wiele z nich siedziało na podłodze, otaczając klęczącą Irkę. 
— Pani siedzi przy dzieciach? 
— Zastępuję Celinkę, prosiła mnie, żebym na chwilę, ale już kawał czasu 

jej nie ma... 

—  O,  jak  to  dobrze,  że  się  ksiądz  pokazał  —  powiedziała  Nahorayska, 

prowadząc  obie  córki.  —  Wesoło  u  dzieci,  a  tam  w  kuchni  baby  beczą, 
pozamykały się ze strachu... 

— A wy się boicie? — uszczypnął ksiądz Gabrynię w policzek. 
— Nie! Mamusia nie pozwoliła! 
—  Wzięłam  je  ze  sobą  i  tak  muszę  być  z  dziećmi,  będę  o  swoje 

spokojniejsza... 

background image

— Zdaje się, że front nas przeskoczy. 
— Dałby Bóg. Mój mąż gdzieś wyszedł, nie widział go ksiądz? 
—  Nie,  ale  przecież  daleko  nie  odszedł,  w  takiej  chwili  musi  myśleć  o 

całym domu. 

Dobrze,  że  jej  nie  powiedziałem  o  zabitym  —  pomyślał.  Irka  wstała, 

uwolniła się od dzieci uczepionych u jej rąk i podeszła do pani Janiny. 

— Czy mogę teraz wyskoczyć na chwilę, zobaczę, co mamusia robi... 
—  Dobrze,  może  od  razu  poszukasz  Celinki.  No,  dzieci,  śpiewajcie,  bo 

przestało grzmieć. 

* * * 

Sędzia  zacisnął  dłonie  na  poręczy  altany,  wpatrywał  się  w  jasną  lukę 

między  drzewami.  Słońce  świeciło  białawo.  Przesieka  odsłaniała  łąki 
Mokronosu,  zamaskowaną  linię  pozycji  niemieckich  i  niewielkie  wzniesienie 
przed  Doboszowem,  od  którego  zaczynało  się  właśnie  rozwijać  rosyjskie 
natarcie. 

Ze  śniegu  wyskakiwały  grupki  szarawych  postaci  i  wachlarzowato 

rozsypywały  się  po  równinie.  Nie  padali,  szli  powoli,  niedbale,  jakby  nie 
spodziewali  się  natrafić  na  opór.  Przyczajeni  Niemcy  nie  otwierali  jeszcze 
ognia. 

— Żeby ich móc ostrzec — pomyślał sędzia. 
Jak na zawołanie z lasu wyleciała czerwona rakieta i migotała długo nad 

krzakami. 

Rosjanie  przyśpieszyli  kroku,  niektórzy  biegli,  doszedł  go  krzyk  — 

uuuraaaa...  Dreszcz  przebiegł  mu  po  karku.  W  wiklinach  zakurzył  się  śnieg 
nad trzeszczącymi karabinami. 

Natarcie  nabrało  rozpędu...  Wiązki  kul  zacinały  po  śniegu.  Żołnierze 

zaczęli  padać,  jeśli  nie  byli  ciemnymi  twarzami  zwróceni  ku  niebu,  niewiele 
się  różnili  od  nawianych  zasp.  Natarcie  zaczęło  się  zwijać,  wreszcie  się 
zatrzymało i zaryło na dobre. 

background image

Teraz  słyszał  świst  kul,  niektóre  przenosiły  w  las.  Jakaś  grupka 

napastników  wyskoczyła  z  kępy  olch  i  dopadła  pozycji.  Zaczęło  się  krótkie 
mocowanie, Niemcy mieli przewagę, zepchnęli Rosjan, położyli niskie ognie, 
gniotąc ich w śnieg. 

—  Zażarcie  się  bronią  —  pomyślał  sędzia,  nienawiść  nie  umniejszała  w 

nim uznania. — Bez artylerii ich nie spędzą... 

Zaszumiało  górą,  pociski  armatnie  szurały  o  błękit.  Granaty  zaczęły 

pękać  gejzerami  dymu  nad  rzeczką,  gdzie  ołowianą  taflą  ciemniał  odwiany 
lód. 

Brzmiało  to  tak,  jakby  potężna  pięść  wyłamywała  deski  z  drewnianego 

parkanu. Niemcy przestali strzelać. Wcisnęli się w śnieg, zostawały na nim po 
wybuchach ciemne, okopcone koła. 

— Celnie biją — pomyślał sędzia. 
— Ale gdyby dorwali się do lasu, mogliby Niemców obejść i wygnieść do 

jednego... 

Rosjanie  jednak  podejrzewali,  że  w  lesie  mogą  się  kryć  dalsze 

niespodzianki,  bo  granaty  zaczęły  pękać  między  drzewami,  zatrzeszczały 
konary, stękanie eksplozji zakołysało przesieką. 

Sędzia  mocno  wsparł  się  o  słup  altany.  Kręcił  niespokojnie  głową 

słysząc,  jak  pieją  odłamki  i  stukają  więznąc  w  pniach.  Ogień  artyleryjski 
deptał po Niemcach i lesie. 

Otwarcie  ust  nie  dawało  ulgi,  monotonnie  dzwoniło  w  uszach 

Nahorayskiemu, ale uczucie przytłoczenia minęło. 

— Nie będę uciekał — szepnął — nie boję się... Trzymał ręce zaciśnięte 

na poręczy, karał się za niedawny lęk, napięte mięśnie drętwiały... 

— Nie boję się niczego! — szeptał z dumą, tkwiąc w środku nawałnicy. 

Gdy  pociski  przeciągały  blisko,  podnosił  głowę  i  ze  zmarszczonym  czołem 
patrzył na zbutwiałe deski wiązań dachowych. Wyobrażał sobie, jakby się pod 
uderzeniem rozsypały. 

Nagle  się  ogień  przesunął.  Ustało  szamotanie  w  gałęziach.  Oddychał 

głęboko, był dumny z siebie, niemal przekreślał poranne zajście. 

— A jednak skrycie nosisz pragnienie ucieczki — pomyślał — bałbyś się 

background image

zejść i jasno powiedzieć żonie, pożegnać się z nią jak mężczyzna... 

Poruszył się. — Zejdę, właśnie, że zejdę i powiem! 
Spojrzał raz jeszcze na łąki, Niemcy strzelali słabiej, widać mieli straty. 

Rosjanie nie śpieszyli się z atakiem. 

—  Opór  jest  na  małym  odcinku,  nie  utrzymają  się  długo,  widać  mają 

rozkaz tylko opóźniać ofensywę, dziś już będziemy wolni — pomyślał z ulgą. 
Wydało  mu  się,  że  słychać  już  pojedyncze  strzały  w  lesie.  Wysunął  się 
między drzewa i zaczął szybko schodzić po pochyłości. 

—  Widziałem,  co  było  trzeba  —  szepnął  —  wiem,  czego  się  można 

spodziewać... Dłużej nie ma po co ryzykować... 

Gdy  ostrożnie  spojrzał  w  stronę  stajen,  zaskoczony  przystanął,  zwłoki 

zniknęły.  Dom  raził  go  opuszczeniem,  otwierał  kolejno  pokoje,  zawołał  na 
żonę i córki, było pusto. Wraz z niepokojem, rósł w nim gniew, był przy tym 
głodny. Przypomniawszy sobie o obiedzie, ruszył do kuchni. 

— Pouciekali wszyscy? A może przelękli się ognia i zeszli do piwnic? 
—  Mój  Boże,  to  pan  sędzia?  —  usłyszał  z  kąta  głos  Walerci  —  a  ja  już 

myślałam, że jaki Bolszewik. 

— Gdzie jest pani i dzieci? 
— Może się pochowali, nie widziałam, zamknęłam się w kuchni, bo pan 

sędzia nawet nie wie co się tu stało? 

Ostre przeczucie nieszczęścia przeniknęło mu wnętrzności. 
— No więc co się stało? Niechże Walercia mówi. 
— Dzieci poszły zanieść obiad księdzu, ja za nimi... Młode to, głupie, bez 

pukania drzwi otwarły, a tam ksiądz całuje się z panią Wacława... Papierosy 
mieli w zębach i całowali się jak wariaty. 

—  Co  za  brednie  Walercia  opowiada,  jak  mieli  papierosy,  to  by  sobie 

oczy powypalali! 

— A bo pan sędzia łapie za słowa... 
— Coś wam się zwidziało. 
— To czemu jakeśmy drzwi otwarli stali jak dzikie? 
— Zastanówcie się: wojna, ludzie giną, a wy tylko plotki, jęzor taki długi 

— rozłożył ręce. 

background image

— Ja tam nie rozgłaszam! Ja tylko panu pod sekretem... 
— Niech Walercia słucha. Wieczorem zejdziemy do piwnic i trzeba będzie 

tę  broń  usunąć.  Teraz  już  się  na  nic  nie  przyda,  bo  nocą  powinni  tu  być 
Rosjanie. Jakby znaleźli, gotowi pomyśleć, że się to przeciw nim gromadzi... 

— Tylko gdzie broń wyniesiemy? 
—  Nigdzie,  po  prostu  wrzucimy  do  zalanych  piwnic.  We  dwójkę  damy 

sobie chyba radę? 

—  Pewnie,  że  damy...  Aż  mi  kamień  z  serca  spadł,  cały  czas  się 

zamartwiałam, że pan sędzia powstanie szykuje. 

— Niech Walercia teraz o obiedzie dla mnie pomyśli. 
— Obiad dawno gotowy, tylko pani kazała na pana czekać. 
— To proszę podawać, jak zadzwonię. Muszę najpierw panią znaleźć. 
—  Może  poszła  do  sierotek,  bo  Celinka  na  nic  nie  ma  czasu,  a  panny 

Łucji też długo nie widać. 

—  Wrócą,  wrócą,  nie  ma  strachu.  Jan  się  nie  będzie  pod  kule  pchał. 

Najwyżej poczekają do wieczora. 

* * * 

Jakże  szybko  gasło  tego  dnia  słońce.  Złota  chmura  mżyła  jeszcze 

odblaskiem,  a  w  dolinie  już  niebieskawy  dym.  Armaty  ucichły,  strzały 
karabinowe  odzywały  się  z  rzadka.  Na  żółty  szczyt  Kułaka  ściągały  wrony, 
sadowiły się z krakaniem do snu. 

Niedawno dzieci skończyły obiad, a już senne w zapadającym zmierzchu 

zaczynają marudzić. Pod sufitem czerwonawymi krążkami błyszczą zapalone 
lampy, ostatni odblask dnia wpada oknami, a  już noc  ucisza gwar w salach 
lewego skrzydła. 

Ksiądz  Horbaczewski,  który  dotąd  siedział  przy  dzieciach,  wychodzi  na 

podwórze.  Oddycha  głęboko.  Wiatr  nad  kominem  przechyla  dym  bijący  z 
kuchni.  Wiatr  jest  zachodni,  na  zmianę.  Czasami  daleko  za  górą  trzaśnie 
strzał,  jakbyś  gałąź  na  kolanie  złamał.  Noc  jest  tak  szybka,  że  wszedł  pod 

background image

szopę  jeszcze  za  dnia,  ale  już  musiał  sobie  zapalniczką  przyświecać,  żeby 
znaleźć  kilof  i  łopatę.  Gdy  zaszedł  na  upatrzone  miejsce  i  odkuł  rowek 
wyznaczający  grób,  zrobiło  się  zupełnie  ciemno.  Tym  swobodniej  się 
poruszał. 

Postanowił  sam  pogrzebać  zabitego.  Pierwsze  uderzenia  kilofa  sprawiły 

mu  fizyczną  radość.  Czuł,  że  się  będzie  mógł  pomocować  ze  zmarzniętą 
calizną,  pragnienie  jakiegoś  zadośćuczynienia  łączyło  się  z  nadzieją 
zmęczenia, za którym czekał sen długi i posilający. 

Ostatnio  ksiądz  sypiał  źle,  często  po  godzinie  budził  się  i  z  otwartymi 

oczami leżał w ciemności. Noc szumiała przy uchu, jak struga w jarze. 

Zaczynało się pełne napięcia oczekiwanie na świt. 
Ksiądz wstawał, podnosił zasłonę w oknie, spoglądał na niebo zawalone 

bryłami  ciężkich  chmur,  przez  nie  jasną  plamą  majaczył  księżyc.  Do  rana 
było dalej, niż przeżyć całe życie. Nachodziło go ono w takie noce, wiele razy 
musiał  rozważać  swe  czyny,  wybierać  drogi,  decydować  w  sprawach  dawno 
przebrzmiałych,  które  jednak  taką  godziną  dopominały  się  natarczywie 
rewizji. 

Ksiądz nigdy sam nie kopał grobu, ale pamiętał grabarzy, jak sprawnie z 

każdym  sztychem  łopaty,  wstępowali  w  ziemię.  Nie  liczył  się  z  darnią 
zeskorupiałą  od  mrozu.  Ziemia  dźwięczała  pod  razami  kilofa.  Okruchy 
pryskały  mu  na  twarz.  Kuł  na  ślepo,  ale  gdy  spróbował  zebrać  łopatą, 
niewiele  było  do  zagarnięcia.  Stylisko  oddawało,  aż  drętwiały  palce.  Czuł 
teraz, że chyba nie da rady, bo już grzbiet mu zwilgotniał. 

Czasami ponad lasem wyskakiwały rakiety i kapały świecącymi łzami w 

gałęzie  drzew.  Chybotliwe  światła  wznosiły  się  i  gasły.  Wtedy  nadsłuchiwał, 
ale cisza była zupełna. 

* * * 

Tadek Bukowski przykucnął nad rozłożoną bronią. W świetle latarni lśniły 

zamki  karabinów,  było  ich  sporo.  Stały  rzędem  oparte  o  mur  piwnicy.  Na 

background image

szmacie  czarnej  od  oliwy  leżały  rewolwery.  Rozpłomieniona  Celinka 
odgarnęła wierzchem dłoni włosy zwisające z czoła. 

—  Gotowe,  ten  mały  pistolecik  biorę  ze  sobą,  bo  potem  będą  mi 

żałować. 

—  A  umiesz  się  z  nim  obchodzić?  Daj,  pokażę  ci,  widzisz,  tak 

wprowadzasz  kulę  do  lufy,  a  tu  jest  bezpiecznik.  Teraz  już  możesz  walić, 
tylko nie zamykaj oczu! 

— Nie bój się, jak będę chciała trafić, to już trafię! 
— Kaliber 6,35 dobry na muchy, trudno amunicję do niego znaleźć. 
— A jakbym całkiem z bliska? 
— Myślę, że wtedy mogłabyś zranić, ale lepiej w skroń... No, tylko bądź 

ostrożna... 

—  Tadek,  która  godzina?  —  przestraszyła  się  nagle  —  Muszę  gnać  na 

górę zobaczyć, co się z dziećmi dzieje! 

— Już po czwartej. 
— Ależ czas leci... Może Łucja wróciła? 
— Chyba dziś nie wróci. 
— Znowu ze mną zaczynasz? Co ty do niej czujesz? 
— Szacunek. A tyś myślała, że co? Po prostu mogą jej Niemcy z miasta 

nie  wypuścić,  przecież  obstawią  przedmieścia  i  będą  próbowali  obrony,  jeśli 
nawet tutaj, w takiej dziurze się biją! 

— Tadziu, chodźmy już! 
—  Pięknie  wygląda  ten  arsenalik,  jest  coś  wzruszającego  w  broni 

gotowej do wydania. Ciekawym jakeście do niej doszli? 

—  Dużo  kupiliśmy  od  Niemców,  część  to  zdobyczna,  zasługa  Batoga, 

dwa lata partyzantki, wreszcie doczekał się! 

— Mógłbym tu cały dzień siedzieć — westchnął. — Z tym już można się 

porwać na porządną robotę! 

Grube,  załamane  cienie  przesunęły  się  po  suficie.  Zatoczyli  beczkę  i 

umocowali cegłami. 

— Celinko — szepnął czule — a może znajdziesz teraz chwilkę dla mnie? 
— Jak tylko osadzę Irkę przy dzieciach, lecę do ciebie... 

background image

— Przyjdź lepiej na górkę. 
— Wiesz, że czekam na Batoga, gdzie on mnie będzie szukał? 
—  Pójdę  teraz  coś  przegryźć  do  kuchni,  bo  jestem  głodny  jak  pies,  a 

potem będę na sianie... 

— Pa! Jeśli Łucja wróciła, to mi głowę ukręci... 
Gdy  wyskoczyła  na  dwór  i  drzwi  wejściowe  klapnęły  głucho,  zaczął 

wchodzić powoli łapiąc w ciemności rytm stopni. Za oknem wysoko mrugały 
światła rakiet. 

—  Wygląda,  że  koniec  z  Niemcami  —  gwizdnął  z  podziwu  —  Ale  się 

uwinęli! 

W  kuchni  okno  było  zasłonięte,  lampa  świeciła  jasno,  zaczynał  się 

powszedni wieczór. 

— Gdzież to się pan Tadzio tyle czasu obracał?  — zapytała Walercia  — 

Nie widać jeszcze Rusków? 

— Chyba  podchodzą. Jak się w południe położyłem, spałem kamieniem 

dotąd. 

— To pan nie słyszał o tej historii z księdzem i jak strzelali z armat, aż 

się wszystko trzęsło? 

—  Nic  nie  słyszałem.  Moja  Walerciu  złota,  nie  mógłbym  coś  dostać?  Ja 

bardzo przepraszam... 

— Nie ma za co, dziś wszystkim wydaję na osóbki... Dopiero co sędzia 

wrócił i państwu obiad zaniosłam, cały dzień taki zwariowany... 

Jadł pośpiesznie, a obie kobiety stały nad nim i opowiadały rozwlekle o 

wydarzeniu,  delektowały  się  szczegółami,  przeżywały  sensację  raz  jeszcze. 
Słuchał  zaciekawiony,  czasem  mruczał  i  kiwał  głową  z  przesadnym 
podziwem,  ale  nie  przerywał  jedzenia.  —  Sprawa  poszła  za  daleko  — 
pomyślał — szkoda księdza. — Nie wiedział, jak bieg wydarzeń odwrócić. 

—  Boję  się  —  powiedział  wreszcie,  podnosząc  palec  ostrzegawczo  — 

żebyście mu krzywdy nie zrobiły, diabeł nie tylko jego kusi, ale i was. 

— Co pan Tadzio ma na myśli? 
— Ja wam tylko radzę, spytajcie się sumienia. 
Zostawił je zakłopotane. 

background image

— Co mu się stało? Też filozof! — oburzyła się Ratajczykowa. 
— Wiesz pani, niewyraźnie mi koło serca. Może się coś szykuje, tylko my 

nie wiemy? 

— E, co zaś tam — machnęła ręką poznanianka — co inne mi w głowie... 

Dlaczego  oni  jeszcze  nie  nadjechali,  zaczynam  się  już  martwić.  O  tej  porze 
dawno powinni być w domu. 

—  Pewnie,  że  mogliby  już  wrócić.  Może  ich  coś  jednak  zatrzymało,  nie 

daj Boże, jaki wypadek, bo w taki czas o nieszczęście nie trudno. 

— Dlaczego właśnie im by się miało co przydarzyć? 
—  Dlaczego?  Dlatego,  że  są  porządni  ludzie!  Taką  Zeidlerkę  to  złe  z 

daleka omija... 

— Ciekawam, co też teraz ksiądz robi? 
—  Zamknął  się  w  pokoju,  zaglądałam  przez  dziurkę  —  ciemno.  Pewnie 

medytuje. 

— Żeby go tylko szlag nie trafił, bo taki krwisty był na licu, że mało nie 

trysnął... 

— Wypluj pani takie słowa! Szkoda byłoby człowieka. 
— Już go pani żałujesz? 
— A już! Każdy grzeszy, a on tam chyba nic złego nie zrobił, bo co, że 

się wódki napili i pogadali? 

— Teraz pani wszystko odwraca, a kto przedtem na niego — huzia? 
— Bo nie mógł nic złego zrobić! 
— A skąd to taka pani pewna? 
— Bo się nawet nie zamknęli na klucz! 
— Może zapomnieli z gorącości? 
— Taki już się pilnuje. Myślę jedno, że z Zeidlerką zrobi koniec. 
—  Byłby  czas,  żeby  przejrzał.  Pewnie,  że on  nie  jest  zły,  tylko  ona  mu 

blachę na oczy kładzie. 

— Może by mu co do zjedzenia zanieść, przecież jest bez obiadu! 
— Ano prawda, trzeba go nakarmić... 
— No to się ruszę. 
—  Ale!  Żebyś  pani  wszystko  na  mnie  zgoniła?  Nie  ma  głupich,  jak 

background image

idziemy, to obie... 

Walercia wzięła lampę. Ratajczakowa niosła tacę. 
— Jakby skoczył na nas, mówimy, że dzieci winne... 
Walercia zapukała lekko. Nikt nie odpowiedział, uderzyła mocniej. 
— Proszę księdza kapelana, kolacja idzie! 
—  Nie  ma  go,  albo  się  zawziął.  Poświeć  pani  —  przykucnęła 

Ratajczakowa — nie ma klucza w zamku, musiał wyjść. 

— Żeby sobie tylko co złego nie zrobił! 
— Może jest przy dzieciach? 
— Irka była przed chwilą, mówiła, że szedł do parku, ale nie wierzyłam, 

bo co by tam po nocy robił? Nieszczęścia szuka? 

— Nie ma tu co kolędować, chodźmy do kuchni... 
— A wiesz pani, że jest mi niewyraźnie, możeśmy go pokrzywdziły? 
— Ale czym? Niech pamięta, że sukienkę duchowną nosi,  jakby z babą 

nie zaczął, nie byłoby do tego całego rozruchu doszło! 

— A czy to on winien? — zamruczała Walercia, uchwyciwszy się poręczy 

schodów. — To ją trzeba było prześwięcić... 

Powoli jedna za drugą, zeszły zawiedzione do kuchni. 

* * * 

Tadeusz leżał na stryszku na wpół zagrzebany w sianie. Tak było cieplej. 

Ręce  podłożył  pod  głowę,  zamyślony,  leniwie  wypoczywał.  Siano  nie 
szeleściło, pachniało słabo kurzem i martwym źdźbłem. W małym okienku na 
wpół  zasypanym  śniegiem  zamigotały  czasem  dalekie  światła  rakiet,  wtedy 
robiło  się  jeszcze  zimniej.  Skulił  nogi,  bał  się,  że  zaśnie  w  wygrzebanym 
gnieździe. 

—  Trzeba  się  raz  zdecydować  —  szepnął  —  wyjątkowa  okazja,  można 

wypłynąć... 

Gdy pomyślał o przyszłości, Celinka nagle tak zmalała, że mógłby  ją w 

jednej  ręce  unieść.  Czuł,  że  potrafi  dziewczynę  przekonać  o  słuszności 

background image

wyboru i porwać ze sobą. Wierzył w siebie mocno, bliska już jest chwila, gdy 
stanie  przed  innymi,  dowódca,  pierwszy.  Niedawne  doświadczenia, 
powstanie, polegli koledzy — przeszedł twardą szkołę — teraz musi pokazać, 
że ocalał dla wielkiej sprawy. 

A jeśli Celinka będzie się opierała...  Mimo woli gromadził  argumenty, a 

wargi  składał  do  próśb  i  zaklęć...  Prawdziwy  mężczyzna  zawsze  wybierze 
walkę,  potrafi  się  z  miłości  otrząsnąć  —  myślał  —  ale  nie  był  tego  zbyt 
pewny.  —  Kocham,  kocham,  łatwo  powiedzieć  —  rozważał  chłodno  — 
gdybym ją miał, na pewno inaczej patrzyłbym na te sprawy. Za długo się ze 
mną  droży,  po  prostu  jestem  spragniony  pieszczot...  Próżno  jednak 
pomniejszał  uczucia,  kochał  mocno,  był  bezbronny  i  mimo  postanowień, 
buntów, ulegał Celinie. Pragnął jej w tej chwili tak mocno. Zacisnął powieki. 

— Przyjdź, przyjdź — szeptał. — Czy nie czujesz, że tu czekam. 
Siano  pachniało  strychem  i  zdeptaną,  wrześniową  trawą  szkolnego 

boiska.  Zrobiło  mu  się  smutno,  naszło  go  wspomnienie  domu,  matki, 
samotność  gniotła.  Pragnął  już  tylko  dotknięcia  rąk,  chciał  Celince  położyć 
głowę  na  kolanach,  wiedzieć,  że  ma  kogoś  bliskiego.  Zapiekło  go  pod 
powieką,  ale  nie  dopuścił  do  łez.  Otworzył  oczy  szeroko.  Ktoś  szedł  po 
schodach. Przyklęknął, zaczaił się w ciemności. Drzwi uchyliły się lekko. 

—  Droga  —  szepnął,  obejmując  dziewczynę  niespodzianie.  —  Droga, 

najdroższa! 

— Puść mnie! — półgłosem krzyknęła przelękniona. — Panie Tadziu! 
Trzymał  ją  ciasno,  mocno  przygarnął.  Mimo,  że  wiedział  już, 

wykorzystywał świadomie pomyłkę. Drewniała mu w ramionach, stawała się 
twarda  i  oporna.  Niespodziewanie  trafił  na  jej  usta,  nacisnął  wargami,  aż 
przechyliła  głowę.  Próbowała  się  jeszcze  bronić,  ale  czuł,  jak  drży  uległa. 
Złożył  ją  na  sianie  całował  gwałtownie.  Tryumfował  już,  gdy  pod  wargami 
rozmazały mu się jej łzy ciepłe i słone. 

Uniósł się na łokciu. 
— Co ci się stało? Czemu płaczesz? 
—  Przestraszyłam  się,  wypadłeś  tak  z  ciemności  —  szeptała.  Od  razu 

zaczęli mówić do siebie — ty. 

background image

— Ale teraz już wiesz, że to ja, więc chyba się nie boisz? 
— Nie, już się nie boję... 
— I jest ci ze mną dobrze malutka? 
— Tak, ale... — Zawahała się, pełna przerażenia, już nawet nie myślała 

o  obronie,  tylko  chciała  odwlec  tę  chwilę,  której  pragnęła  skrycie  i  tak  się 
lękała. — Ja nie chcę — wyszeptała wreszcie. 

— To po coś tu przyszła? 
— Szukałam Celinki. 
— Tutaj? Jesteś zazdrosna o nią? 
—  O  co?  Czy  ty  myślisz,  że  gdybym  chciała,  nie  mogłabym  mieć  tego 

samego? 

— O, toś ty taka? 
— Pewnie, wystarczy palcem kiwnąć, każdy z was poleci. 
Teraz  przypomniała  sobie  poranną  rozmowę  z  Wacławą  i  poczuła  się 

umocniona. 

—  Iruś  —  wyszeptał,  próbując  ją  przygarnąć.  Trafił  twarzą  na  jej 

wyciągniętą  rękę,  uderzył  się  w  oko,  aż  czerwone  światło  błysnęło  mu  w 
głowie. 

— Zapamiętaj sobie, że to ja wybieram — powiedziała cicho — a ja dziś 

nie chcę, słyszysz? 

Cofnął  się.  Przetarł  oko.  Milczała  w  ciemności  napięta,  gotowa  do 

ucieczki. Modliła się rozpaczliwie: byle nie dziś, byle nie dziś... Nie mogę, nie 
potrafię  —  łamała  się,  czuła  tak  mocny  żal,  że  postanowiła  się  rozpaczliwie 
bronić. — Chcę być czysta! — Ale zarazem fałszywa duma nie pozwolała jej 
okazywać lęku. 

— Widzisz, Tadziu, nie można z każdą tak samo... Przecież nie na mnie 

czekałeś!  Po  co  robić  Celince  przykrość,  na  pewno  cię  kocha.  A  mnie  nie 
zależy na miłości, rozumiesz? Nie lubię tego zawracania głowy, komplikacji... 
Jakbym chciała, powiedziałabym ci wprost, jesteś przyjemny chłopak. 

— Ale miałaś ochotę, nie wmawiaj we mnie, po co byś tu przychodziła? 

Mogłaś z dołu zawołać. 

—  Pewnie,  że  mogłam,  ale  chciałam  tu  zajrzeć...  Może  tu  jeszcze 

background image

przyjdę... 

— Zostań, Irko! 
—  Dziś  nie  mogę,  rozumiesz,  po  prostu  nie  mogę.  No,  Tadziu,  bądź 

rozsądnym chłopcem i uspokój się — lękliwie pogłaskała go po głowie mokrą 
od łez ręką. 

— To ty jesteś taka — powiedział zaskoczony — a wyglądasz jakbyś do 

trzech zliczyć nie umiała... Brałem cię za małą dziewczynkę... 

— Tak, jestem inna, niż sobie wyobrażacie. Wiem czego chcę. Jeśli mnie 

wcześniej  nie  przejrzałeś,  to  właśnie  o  tobie  świadczy,  jakiś  jest  jeszcze 
zielony. 

Oparła się ręką o jego ramię, wstawała. 
— Iruś, zostań jeszcze chwileczkę. 
— Nie, ani myślę... Sądziłam, że jesteś poważniejszy. No, nie rozpaczaj, 

możesz mnie na pożegnanie pocałować... 

Pochwycił ją chciwie. Teraz oddała mu pocałunek i zaraz odepchnęła. 
— Przyjdź, przyjdź wieczorem... 
— Nie mogę. 
— To jutro. 
—  Jestem  zajęta.  Cóż  ty  myślisz,  że  ja,  tak  jak  ty,  tylko  się  czaję  po 

kątach? 

— Irenko, proszę cię, nie dokuczaj mi, bo... 
— Bądź cierpliwy, powiem ci, umówimy się... 
— Ale na pewno? 
—  Na  pewno,  na  pewno  —  zaśmiała  się  i  wyszła  na  schody.  Była 

uradowana,  pełna  sprężonej  energii,  a  zarazem  wiedziała,  jak  bliska  była 
upadku. — Wymknęłam się — pomyślała z wdzięcznością — Boże, Boże, jak 
to dobrze! — nie pójdę już tam. 

Tadeusz  potarł  końcami  palców  bolącą  powiekę.  Zgadł,  że  dziewczyna 

skłamała.  Przegapił  sposobność,  był  wściekły,  chciał  za  nią  pobiec,  gdy 
usłyszał znajome szybkie kroki. Celinka szła na strych. 

Spotkały się w połowie schodów. 
Tadeusz  wspiął  się  na  siano,  pod  same  wiązania  dachowe,  nie  chciał 

background image

teraz z Celinką rozmawiać, krył się, tchórzył. 

— Po coś tam była? — zapytała ostro Celinka. 
— Właśnie po ciebie! 
— Po mnie? — podeszła o stopień wyżej, stały teraz obok siebie — a na 

cóż ci jestem potrzebna? 

—  Nie  mnie,  tylko  dzieciom.  Przykro  mi,  że  musiałam  cię  aż  tutaj 

szukać. 

— Byłam zajęta. 
— Ty zawsze jesteś zajęta, jak tylko trzeba coś zrobić! 
— No, nie mów, ja i tak dosyć robię, przynajmniej więcej od ciebie! 
— Ale płacą ci za to, i to dobrze! 
— Irka, co ci się stało? O coś taka zła? 
— O nic. Tylko pamiętaj, że cię wołałam. 
—  Słuchaj  —  pochwyciła  ją  Celina  za  rękę,  dłoń  miała  szorstką  i 

zziębniętą. — Czy tam jest Tadek? 

Potem dodała szeptem. — Chyba mi go nie zazdrościsz? 
— Nie mam czego. 
Odsunęła  Celinę  i  zbiegła  szybko  na  dół.  Skręciła  w  korytarz, 

przystanęła. Myśl o tym, co mogło ją spotkać, wstrząsała dreszczem, całe jej 
ciało się buntowało. — Gdyby nas jeszcze ona przyłapała... 

Miałam szczęście. Ale nie wolno mi drugi raz kusić zła — zacisnęła pięści 

— będę mocna, utrzymam się taka jak teraz. Zerwała się, biegła korytarzem, 
podśpiewywała  sobie  ptasio.  Chwilami  jak  mała  dziewczynka  skakała  na 
jednej nodze. Cieszyła się samą lekkością ruchów, posłuszeństwem młodego 
ciała. Celina weszła na strych. 

— Tadek! — krzyknęła — Tadek, tylko mnie nie strasz... 
Nasłuchiwała chwilę, czy nie dojdzie ją szelest siana, cień oddechu. 
—  Wiem,  że  tu  jesteś,  dlaczego  się  chowasz?  Mam  dla  ciebie  ważną 

wiadomość, Tadek! — Postąpiła krok. — Chyba go nie ma — szepnęła, powoli 
zawróciła i zaczęła schodzić. 

— Gdzie on polazł — myślała. Nagle zaczęła podejrzewać Irkę. Dlaczego 

była  taka  zła  i  spłoszona?  Tadek  powiedział  wyraźnie:  będę  czekał  na 

background image

strychu...  Przecież  dobrze  pamięta.  Chciała  go  mieć  przy  sobie,  powiedzieć 
mu o decyzji sztabu, którą przywiózł Batog. Nie mogła się z nią pogodzić. — 
Teraz  mamy  wolne  ręce  —  myślała  —  możemy  sami  spróbować.  Tadek 
przecież zna się na tym, ma już powstanie za sobą... 

Tadeusz leżał jeszcze długą chwilę, dopiero dotkliwy chłód zmusił go do 

zejścia. 

— Cholera — szepnął — musiały się spotkać! — Zatarł zziębnięte dłonie. 

Sam  nie  był  zbyt  pewny,  którą  z  dziewcząt  chciałby  zatrzymać.  Oczywiście 
wiedział,  pamiętał,  że  kocha  Celinkę,  ale  skoro  Irka  jest  taka  łatwa,  mógł 
przecież spróbować. Pożądanie zabarwiało mu obrazy. — Gdybym miał Irkę, 
zaraz bym inaczej rozmawiał z Celinką, potrafiłbym ją upokorzyć — marzył z 
naiwną  chytrością.  Niechbym  o  nią  przestał  zabiegać,  zaniepokojona 
musiałaby  posunąć  się  krok  dalej.  Wystarczy,  żeby  odczuła  jak  jej  się 
wymykam,  na  pewno  zdecyduje  się  na  wszystko.  Miałbym  obie  —  oblizał 
wargi. — Starł z nich dłonią smak kurzu. 

— Jakie to wszystko małe, małe i głupie. Siedzę na strychu jak ostatnia 

d... Tadek, zbudźże się! Otrząśnij wreszcie! Masz przecież swoją drogę przed 
sobą. I okazja, szansa, jakiej nie wolno ci puścić — strofował się w duchu. — 
Trzeba  zacząć  myśleć  o  sobie,  poważnie.  Albo  teraz  wyskoczę,  albo  trzeba 
będzie  wrócić  tam,  gdzie  być  powinienem,  pomalutku  dopracowywać  się, 
może całe lata. Gotowi mnie jeszcze do szkółki zapędzić? Jedyna, prawdziwa 
szkoła, to życie. Kosztowna, pewnie, że kosztowna, płacę własną skórą, ale 
przynajmniej wiem za co... 

— No, już czas najwyższy, żebym się stąd ruszył! 
Otrzepał  bluzę,  przygładził  palcami  włosy,  wyplątał  źdźbła  kruszące  się 

pod dotknięciem. Podszedł ostrożnie do drzwi, było ciemno i cicho. Trzymając 
się  blisko  ściany,  żeby  stopnie  nie  zaskrzypiały,  zeszedł  złodziejskim 
krokiem.  Z  dołu  niosła  się  mdła  woń  ziemniaków.  Słyszał  z  kuchni 
niewyraźne  głosy,  drzwi  musiały  być  uchylone.  Szybko  zbiegł  do  głównego 
wyjścia na podwórze zamkowe. 

Popatrzył  ponad  dachy  zabudowań.  Las  stał  ciemnym  grzebieniem  na 

srebrnawej chmurze. Było cicho. 

background image

Minął  stajnie,  ścieżką  pod  górę  szedł  w  mroczniejący  park.  Cisza 

niepokoiła, stąpał napięty, gotowy w każdej chwili uskoczyć w krzaki. Chciał 
przedostać  się  skrajem  lasu,  omijając  łukiem  tyły  stanowisk  niemieckich  aż 
do Dziadówek, na przedmieścia Doboszowa. — Zresztą — myślał — chyba już 
Szwabów  spędzono,  bo  strzały  dawno  ucichły.  Dobrze,  że  mi  Jan  przed 
odjazdem powiedział, gdzie mam chłopców szukać. 

Śnieg skrzypiał nieznośnie. W parku było czarno i jakby jeszcze zimniej. 

Parę  razy  klasnął  głucho,  chcąc  rozgrzać  palce  marznące  mimo  wełnianych 
rękawic. 

— Niepotrzebnie godzinę zmarnowałem, do diabła z babami! Będę miał 

na nie jeszcze dosyć czasu. Wystarczy, żeby się człowiek trochę odkuł, wylazł 
na jakieś stanowisko, same się zaczną pchać — myślał zarozumiale — nie bój 
się, same przyjdą! Tu, do nogi! — uderzył dłonią po udzie. 

Przyśpieszył kroku, śnieg na drodze trzeszczał jak żwir. Nagle usłyszał z 

daleka  odgłos  tępych  uderzeń,  dudniła  ziemia.  Przystanął.  Pod  świerkami 
wycierał ktoś głośno nos i wzdychał. To go uspokoiło. Musiał podejść zupełnie 
blisko, nim rozpoznał zwalistą postać księdza Horbaczewskiego. 

— Co on tu robi — zdziwił się, gdy ksiądz znowu zaczął rąbać skutą od 

mrozu ziemię. — Czyżby chciał coś zakopać? Rano, na śniegu każdy od razu 
pozna... 

— Księże kapelanie! 
—  Ale  mnie  pan  zaszedł  —  odwrócił  się  ksiądz  gwałtownie  —  nic  nie 

słyszałem,  zresztą  cały  jestem  nastawiony  w  stronę  lasu,  nie  myślałem,  że 
ktoś się jeszcze z domu ruszy... 

— Co ksiądz tu kopie? 
— Grób, mogiłkę dla zabitego. 
— A kogo zabito? 
— Niemcy Rosjanina. 
—  Ach,  Rosjanina  —  powiedział  z  ulgą  —  to  nawet  nie  ma  się  z  czym 

spieszyć. Teraz mróz, mógł parę dni poczekać. 

—  Nie,  panie  Tadziu,  zwłoki  nie  powinny  się  poniewierać,  widział  pan, 

gdzie go rzucili? Koło gnoju. Grzebać umarłych — obowiązek chrześcijański. 

background image

— Niech ksiądz mi da, spróbuję... 
Uderzył kilka razy kilofem, ziemia oddawała. 
— Proszę księdza, na nic taka robota, grunt ścięty jak żelazo, dziobie się 

tylko po wierzchu, do jutra nie wykopiemy dołu. 

— Więc trzeba pomalutku, dziś trochę, jutro resztę. Jakby Jan wrócił, to 

nam pomoże. 

— Nie! Zrobimy inaczej, nie na siłę, tylko z głową  — zapalimy ognisko, 

ziemia  odmięknie.  Przyniosę  słomy  ze  stodoły,  a  ksiądz  niech  przywlecze 
gałęzi. Tam za drzewami jest cały stos suszu. 

—  Myślałem  już  o  tym,  ale  ogień  daleko  widać,  lepiej  w  taki  czas  nie 

ściągać na siebie uwagi... 

—  Przecież  się  całkiem  uspokoiło,  myślę  nawet,  że  już  po  wszystkim. 

Zresztą ksiądz nie musi stać w świetle. 

— No tak, uspokoiło się, już i rakiet nie widać... Możemy spróbować. 
—  Zresztą  góra  zasłoni!  Zaraz  przywlokę  słomy,  bo  trzeba  będzie 

napalić, nim ziemia odtaje. 

— A niech się pan nie zlęknie, bo na sklepisku leży tamten... 
Wszedłszy do stodoły, sięgnął Tadeusz za deski sąsieka, zapuścił rękę w 

słomę,  gdzie  Jan  zwykle  chował  powróz,  gdy  zmieniał  pod  końmi  ściółkę. 
Omijając  oczami  białawy  kształt  przysłonięty  prześcieradłem,  nasmykał 
słomy,  zaciągnął  kluczkę,  zgniótł  kolanem  gruby  snop.  Zarzucił  go  sobie  na 
plecy.  Wrota  stodoły  bezszelestnie  zamknęły  się  same,  przepłynęły  wolno 
powietrzem, dopiero drąg zaklekotał krótko o deski. 

— Jestem już. Czy ma ksiądz zapałki? 
—  Zapałki  i  zapalniczkę,  jak  każdy  palacz  pesymista  —  zaśmiał  się  w 

ciemności. 

Ogień  żółtymi  jęzorami  podwinął  noc,  zatrzeszczały  iglaste  gałązki, 

prysnęły iskrami. Śnieg zaświecił czerwono. 

— Znowu tracę czas — pomyślał niecierpliwie Tadeusz — trzeba wiać. 
— Niech się ksiądz lepiej cofnie pod drzewa, ostrożność nie zawadzi... Ja 

też zejdę ze światła. 

Lekko  przesunął  się  między  krzewami,  zapadł  w  park.  Ogień  parskał, 

background image

tłumił odgłos kroków i przyciągał oczy. 

—  No,  teraz  mogę  sobie  papierosa  zakurzyć  —  powiedział  ksiądz  — 

potem, jak się we dwóch weźmiemy... Panie Tadziu! Gdzież się pan schował? 

Obszedł ognisko po krawędzi jasnego blasku. 
— Uciekł mi szelma, boi się roboty... 
Stanął pod drzewem zaciągnął się chciwie dymem papierosa... Ale ogień 

szybko  gryzł  gałęzie,  przygasał.  Ksiądz  musiał  wlec  nową  stertę,  dorzucać  i 
przegrzebywać syczące popielisko. 

Właśnie  był  zajęty  zwalaniem  całego  naręcza,  gdy  usłyszał  jak  ktoś 

nadchodzi, był pewny, że to Tadeusz, więc nie odwracając się zawołał: 

— Myślałem, że już się panu sprzykrzyło! Patrz pan, taje, aż para idzie! 
— Pater! Pater, jak mam iść do szosy? 
Usłyszawszy  słowa  wyszeptane  po  niemiecku  ksiądz  odwrócił  się 

gwałtownie. Za nim stał żołnierz z ręką na temblaku, ciężki hełm rzucał mu 
cień na miękkie, chłopięce wargi. W zwieszonej lewej ręce trzymał rewolwer, 
lufę krył w fałdach płaszcza. 

— Gdzie pan chce iść? 
— Do miasta. Gdzie jest szosa? Czy byli tu już Bolszewicy? 
— Nie, nie ma ich jeszcze. 
— To może są Niemcy? — zapytał z nadzieją. 
—  Ostatni  wycofali  się  w  południe.  —  Ksiądz  z  trudem  dobierał  słowa, 

mówił  słabo  po  niemiecku,  powoli  budowane  zdania  brzmiały  poważnie, 
niemal władczo. — Zostaw to — powiedział wreszcie, wskazując na rewolwer. 

Żołnierz ukrył zbrojną pięść za plecami. 
— Jestem ranny! — zaskomlił — Cały dzień nie jadłem! 
— Dopóki ściskasz broń w garści, ani myślę ci pomagać. Masz nade mną 

przewagę, jesteś wrogiem... No, spróbuj tylko do mnie strzelić, zaraz się tu 
zlecą Rosjanie... 

— Dobrze, oddam broń, a potem pater mnie wyda na śmierć... 
— Jeżeli naprawdę tak myślisz, to po co mnie prosisz o ratunek? Ja nie 

będę cię ukrywał, jak tu przyjdą Rosjanie. Ale teraz, jeżeli będziesz już tylko 
rannym, cierpiącym człowiekiem, mogę cię wyprowadzić na drogę. 

background image

—  Niech  pater  bierze  —  żołnierz  wyciągnął  rewolwer,  trzymając  go  za 

lufę — Wierzę, że mnie pater nie skrzywdzi... 

Ksiądz odebrał mu  broń i cisnął  daleko w ciemność, słyszeli, jak zaryła 

się w śniegu. Teraz ranny zaczął szeptem... 

—  Rosjanie  nas  obeszli,  już  w  południe  mieliśmy  ich  na  tyłach.  Nie 

pozwolono nam się wycofać. Byłem ranny, poszedłem na punkt opatrunkowy, 
ale już nie wróciłem do kompanii. Strzelano ze wszystkich stron. Cały dzień 
przeleżałem w krzakach. Ja dopiero tydzień jestem w Polsce! Ja naprawdę do 
nikogo nie strzelałem... 

— Ale dziś Niemcy, żołnierze jak ty, zabili u nas jeńca. 
— To nie ja, pater, to przecież nie ja! 
— Pewnie, że nie ty! Gdybyś był z nimi, nie pytałbyś mnie o drogę. 
— Gdzie mam iść? Jeszcze mi noc zostaje, może dogonię batalion. 
—  Jeżeli  nie  ma  na  twoich  rękach  krwi,  czego  się  lękasz?  Noc  długa, 

Rosjanie  dopiero  na  rano  zejdą  w  dolinę.  Idź  tam,  na  dole  jest  zamek, 
zobaczysz światło, zapukaj do kuchni, dadzą ci jeść. Potem pójdziesz, droga 
jest prosta, jak miniesz bramę, na lewo do miasta. 

— Niech pater mnie odprowadzi, boję się sam! Jestem bezbronny... 
— Nikt ci krzywdy nie zrobi, my rannych nie zabijamy, idź. 
— Ale pater mnie nie posyła na śmierć, pater nie kłamie? 
— Nie, wiesz, że nie kłamię. Uciekaj już — powiedział rzucając w ogień 

garść chrustu. 

Buchnęły  płomienie.  Niemiec  cofnął  się  w  ciemność,  zaświecił  jeszcze 

trójkątem białej płachty. 

To dobrze... 
— Pomóżcie mi mutterchen, jestem jeszcze młody, chcę żyć! 
— Każdy tak prosi, jak strach na niego przyjdzie. Każdy by chciał żyć. A 

mój Władek nawet nie odezwał się słowem, nie wierzył, że można tak wziąć 
od rodziny, odprowadzić parę kroków i za nic, rozumiesz, za nic... 

— O czym pani mówi? — przestraszył się. 
— O mężu, zabito mi go w Warszawie. 
— Nie byłem nigdy w Warszawie, ja jestem dopiero tydzień w Polsce. 

background image

— To nieważne, wystarczy, że jesteś... No pij. 
Łykał  posłusznie.  Po  długiej  chwili  milczenia,  gdy  skończył,  dolała  mu 

jeszcze. Siadła bliżej, łokciem się wsparła na stole. 

— Matka cię bardzo kocha? 
— O tak, jak jedynaka. 
— Masz fotografię? Pokaż? 
Niezręcznie  wydobył  portfel,  wysypały  się  z  niego  małe  zdjęcia 

amatorskie. Cała rodzina za stołem i w ogrodzie, kwiaty na obrusie, sielanka. 
Przeglądała  uważnie  fotografie,  z  napięciem  wpatrywała  się  w  nieznane  jej, 
uśmiechnięte twarze. 

Niemiec usłyszał kroki, włożył hełm, chciał wstać. 
— Siedź, — uspokoiła go, — to Walercia. 
—  W  imię  Ojca  i  Syna  —  przeżegnała  się  kucharka  —  A  cóż  ten  tu 

jeszcze robi... 

— Nic. Przyszedł głodny, więc go karmię. No, chodźże pani bliżej, on już 

nie straszny... 

Ranny kręcił głową, patrzył na obie kobiety, próbując zrozumieć, o czym 

mówią. 

— Co ona powiedziała? — zapytał szeptem. 
— Że spokój, możesz iść... Wyjdziesz na dół, za bramą szosa, skręcisz 

na prawo, droga do miasta prosta. 

— Na prawo? 
— Tak przed północą będziesz. 
— Gott sei dank! 
— Niech pani Walercia przyniesie masła, zrobimy mu kromkę na drogę! 
— Jeszcze czego, trucizny bym mu dała, nie chleba! 
—  Nie  rozumie  pani,  że  jak  go  tu  przytrzymamy,  muszą  go  Ruscy 

dogonić. 

—  Ależ  to  pani  chytrze  wymyśliła  —  spojrzała  czule  na  Niemca,  jak  na 

kurę przeznaczoną na zarżnięcie. 

Ranny nie chciał już dłużej siedzieć. 
— Dobranoc! — powiedział. 

background image

Milczały obie, przypatrywały mu się chciwie jak wychodził. 
Gdy kroki ucichły, Ratajczakowa uklękła, wsparła się łokciami o krawędź 

stołu. 

— Boże! Boże!  — zawołała —  nie chcę, żebyś był  miłosierny!  Słyszysz, 

nie chcę! Bądź tylko sprawiedliwy! — modliła się z zaciśniętymi pięściami. — 
Przecież nie pozwolisz mu się uratować! 

Nasłuchiwały. Była cisza, musiał już minąć bramę. 
— Pomaszerował prosto w ręce Ruskim! — szepnęła mściwie Walercia. 
Ale poznanianka nie była tego pewna, zwiesiła głowę. Pod czołem czuła 

na deskach miękkie okruszyny świeżego chleba, którym go nakarmiła. 

* * * 

Tadeusz był już pod szczytem. Ognisko błyskało w dole, mimo że iskry 

garściami  wirowały  w  powietrzu  nie  było  zbyt  widoczne.  Szedł  bardzo 
ostrożnie, przesuwał się od drzewa do drzewa. 

Miał  już  za  sobą  krótką  chwilę,  w  której  bardzo  żałował,  że  nie  został 

przy  księdzu,  bał  się  trochę,  mogli  przecież  bez  ostrzeżeń  zacząć  strzelać. 
Zarówno jedni, jak i drudzy. Karabin nie wiele mógł mu zrobić w ciemności, 
ale seria z automatu, lub pepeszy... 

— Stój! Kto idiot? — wrzaśnięto nagle. 
Zanim zdążył odkrzyknąć, usłyszał z boku znajomy głos: 
— Wywal rakietę! Możeś znowu sarnę spłoszył. 
—  Nie  strzelajcie!  —  zawołał  —  Swój  idzie!  Tu  Pirat!  Nie  wychylał  się 

jednak zza drzewa, zanim wystrzelona rakieta nie rozświeciła się, zawisając 
tuż  nad  wierzchołkami  drzew.  Dojrzał  ich,  klęczeli  w  krzakach,  otaczali  go 
półkolem. 

—  No,  chwała  Bogu  —  powiedział,  wychodząc  na  polankę  —  żeście  od 

razu nie zaczęli rąbać! Szedłem właśnie do was chłopaki! 

— To warszawiak z zamku! — usłyszał zdziwiony głos. 
Wyskakiwali, ściskali mu rękę, gadali jeden przez drugiego. 

background image

— Cześć! Jak wam się powodzi? Gdzie komendant? 
— Jest tutaj z nami. 
My się od rana po lesie tłuczemy, bo jak się Niemcy zaczęli usadzać na 

Mokronosie... 

Toście nie mogli u akuszerki dłużej pieca wygrzewać? 
—  Do  naszej  babulki-skrobulki  władowały  się  Szwaby  z  punktem 

opatrunkowym, trzeba było odskoczyć. 

— Ale gościna u niej fajna! 
— Bimbru nie żałuje! 
—  Boi  się,  żebyśmy  jej  łba  nie  ukręcili,  więc  skacze  koło  nas  stara  jak 

może! 

—  Siedzimy  w  lesie  patrzymy  przez  lornetkę,  a  tu  Niemcy  do  zamku 

zajeżdżają. Myślimy: fajnie, podeszliśmy bliżej, żeby na nich skoczyć... 

— To ja strzelałem, jak wieszali Ruskiego... 
—  A  potem  pokazało  się,  że  w  lesie  też  leżą  Niemcy  i  trzeba  było 

przycupnąć, bo po tym strzale wyroili się jak osy. 

— Słuchajcie Pirat, a co to za ogień w dole? 
— Ksiądz hajcuje, żeby ziemia odmiękła, chce powieszonego pochować. 
— Tam nad strugą też paru leży! 
— A Niemców nakładli jak baranów! 
— Nawet ich nie bardzo widać, bo mają bialutkie kombinezony! 
—  Nie  bój  się,  do  rana  pokażą  się  na  śniegu.  Niech  ich  tylko  chłopy 

zwęszą, to zaraz porozbierają! 

— Tfu świństwo! 
— A ty sam w czym paradujesz? 
— Czysty mundur prosto z wagonu, a nie z trupa! 
— Tamte się spierze, nie będzie znać! 
Czuł  dotknięcie  przyjaznych  rąk,  wdychał  znajomą  woń  machorki, 

zleżałych kożuchów i zmarzniętego sukna. 

— Słuchajcie — położył mu dłoń na ramieniu ktoś wysoki. Gdy zaciągnął 

się papierosem, Tadeusz poznał dziobatą twarz Znaczonego. — Jak tam jest 
w zamku? 

background image

— Spokój! Droga wolna, komendancie! Tylko jabym chciał z wami parę 

słów na osobności... 

— Zostańcie, towarzysze. 
Oderwali się od gromady, weszli między drzewa. 
— Czy ufacie mi komendancie? 
— No, o co wam chodzi? 
— Znamy się niedługo — mówił gwałtownym szeptem Tadeusz — wiecie, 

że jestem z AK. 

— Przecie nic wam nie grozi. 
—  Nie  o  to  idzie,  tylko  dalibyście  mi  oddział?  Mówię  jasno,  niejedną 

robotę odwalałem, chwila jest taka, że nie chciałbym zostać na lodzie! 

—  Powiem  wam  tak:  od  jutra  obejmujemy  władzę.  Trzeba  będzie 

patrolować  drogi,  połapać  trochę  Volksdojczów,  utrzymać  porządek...  Ludzi 
nam brak. 

— No, widzicie... 
—  Myślałem  już  o  was  —  mówił  powoli  Znaczony  —  jeden  z  naszego 

oddziału, sekretarz gminy Jankowski, dostał już nominację, będzie starostą. 
Chciałem was do niego przydzielić, trzeba mu pomóc... 

— Wolę być z chłopcami pod bronią! 
—  Od  jutra  robimy  porządki,  uformuje  się  Milicję  Obywatelską,  chcecie 

wziąć na siebie południową stronę powiatu, siedem wsi wraz z Doboszowem? 
Dacie sobie radę? 

— Pewnie, że dam. 
— Na razie kwaterę można mieć w zamku, ale potem zajmijcie koszary 

w Doboszowie, starosta będzie was chciał mieć pod ręką! 

— Rozkaz. Ilu ludzi mogę mieć? 
—  Ilu  wam  będzie  potrzeba!  Z  tych  coście  przeszkolili  zrobić 

podoficerów. 

— A ja? 
— Co wy? 
— Jak będzie z moim stopniem? 
— A kto was będzie o to pytał: Przyszyjcie sobie dwie gwiazdki na moją 

background image

odpowiedzialność.  Teraz  trzeba  mieć  posłuch,  potem  i  tak  się  wyjaśni... 
Zasłużysz sobie, zapracujesz — pójdzież w górę! Nie nadasz się, będą inni. 

— Jeszcze jedno... Nachylił się do ucha Znaczonemu i szeptał chwilę... 
—  Jasne,  że  zgarniamy!  Jutro  będę  u  was!  Teraz  muszę  powiedzieć 

Rosjanom,  cośmy  stąd  widzieli.  Weźcie  ze  sobą  paru  ludzi  i  róbcie  dalej 
swoje! 

— No to do jutra! Tadeusz zabrał dwie drużyny. 
—  Kierunek  tamto  światło  w  dole!  Jazda  chłopaki!  Rozdzielili  się.  — 

Część  oddziału  poszła  grzbietem  góry  za  Znaczonym,  chrzęściła  jeszcze 
chwilę  w  krzakach,  wśród  zeschłych  gałązek,  reszta  stromo  zsuwała  się  w 
dolinę.  Gwiazdy  ponad  wierzchołkami  drzew  wisiały  nisko,  wielkie  i  ostre. 
Mróz szczypał w policzki. 

—  Chodźcie,  a  dużo  nie  gadajcie,  bo  możecie  oberwać,  kto  wie,  co  się 

jeszcze tej nocy zdarzy, uciszał głosy za sobą. 

— Pewnie, wszystkich Niemców nie wyłapano. 
— Myśmy niespodziewanie na Ruskich wleźli, nos w nos... 
— Zgonieni bardzo... 
— Czołgi mają jak smoki. 
—  Słuchajcie!  Czterech  pójdzie  do  księdza  i  wykopie  dół.  Tylko  tak 

piorunem, żebyście się rozgrzali, reszta ze mną do zamku. Zejdziemy się w 
parku przy ognisku, więc się nie rozłaźcie! 

Szybko szli ścieżką. Zanim skręcili na podwórze, zebrał ich dokoła siebie 

i objaśnił co mają robić. Śnieg piszczał pod butami, przestępowali z nogi na 
nogę, przytupywali, żeby nie zmarznąć. 

Nagle  drzwi  otworzyły  się  i  ktoś  wyszedł.  Musiał  być  obcy,  bo  wlazł  na 

zagarnięte kupy śniegu, potykał się, zmierzając ku bramie. 

— Stój! — zawołał Tadeusz. — Stój, tu swoi! 
Echo zadudniło pod sklepieniem bramy, uciekał. 
—  Strzelę  —  powiedział  jeden  z  partyzantów.  —  Przeciągnę  mu  po 

nogach! 

Plama biegnącego niewyraźnie majaczyła na wyślizganym podjeździe. 
— Wal! — zgodził się Tadeusz. 

background image

Partyzant  oparł  lufę  wygodnie  o  mur  obronny  i  wypruł  uważnie  serię. 

Trafiony zawył, zesunął się po zmarzniętych koleinach. 

Dopadli  go  we  dwóch  skokach.  Już  nachylając  się,  po  samym  zapachu 

tranu,  jakim  miał  natarte  buty,  poznawali  Niemca.  Tadeusz  namacał  gładki 
hełm, nie mylili się. 

Osłaniając  dłonią  płomyk  zapałki  przyjrzeli  się  młodej  twarzy  zabitego. 

Krew i mleko ciekły mu z ust. 

— Nie może się tak rozwalać na środku drogi — powiedział Tadeusz. — 

Trzeba go stąd uprzątnąć. 

Pociągnęli  zwłoki  na  sam  skraj  i  zepchnęli  do  fosy.  Ciało  spadało 

majtając bezwładnymi kończynami,  aż na dnie zaryło się w grubym śniegu, 
naniesionym niedawną wichurą. 

— Szkoda, że tylko jeden — mruknął partyzant zabezpieczając automat. 
Zatrzymali  się  przy  schodach.  Uchylili  drzwi.  Światło  było  w  kuchni 

przygaszone. Gdy Tadeusz tam zajrzał, obie kobiety kuliły się przy piecu. 

— Kto to strzelał, panie Tadziu? 
—  Nie  wychodźcie,  lepiej  się  teraz  nie  kręcić,  Rosjanie  łapią  po  całej 

górze ostatnich Niemców! 

Wysunął  się  z  ciepłego  zaduchu,  rozglądał  czujnie.  Korytarzem  sunął 

sędzia Nahorayski. 

— Co się tam dzieje? Wyglądał pan na podwórze? 
— Już są Rosjanie. Przeszły pierwsze patrole. 
—  Pójdę  do  żony,  jest  przy  dzieciach,  lepiej,  żeby  wiedziała  co  się 

święci... 

— Ale niech pan sędzia idzie dokoła korytarzami, po co się narażać. 
— Pan też powinien być ostrożny. 
— Uważam, panie sędzio, nie pcham się zbytnio. 
Gdy  sędzia  zawrócił,  Tadeusz  wbiegł  po  schodach  na  piętro.  Słyszał 

dochodzące z góry płaczliwe okrzyki pani Wacławy. 

Dobijała  się  do  pokoju  księdza.  Bębniła  po  drzwiach  pięściami,  kopała 

obcasem. 

— Nie chce pani otworzyć? 

background image

—  Zamknął  się  przede  mną!  Boi  się  mnie!  A  tu  już  Bolszewicy!  Co  ja 

zrobię? 

— Niech się pani położy do łóżka. 
— Żeby mnie zgwałcili! 
O,  proszę  pani,  znowu  przeszli  —  szepnęła  Celinka  nie  odlepiając  nosa 

od szyby — - Cała gromada pomaszerowała do parku. 

— Nie wyglądaj lepiej, mogą zauważyć, jeszcze cię wezmą za szpiega! 
— Płakać mi się chce, proszę pani, mogliśmy  dziś napaść na Niemców, 

walczyć... Robić coś... To okropne stać tak i czekać, aż się wszystko uspokoi i 
znowu będzie zwyczajny dzień. 

— Celinko, przecież robiliśmy próby, oni nas nie chcą! 
— Czy pani jest tego pewna? 
— Tak, jestem pewna, przypomnij sobie Warszawę. 
— Tadek inaczej o tym mówił, a przecież jest powstańcem. 
— Tadek jest jeszcze za młody, by te sprawy ogarnął. 
—  Spokoju,  trochę  spokoju...  odezwał  się  sędzia  —  dziś  jeszcze 

jesteśmy w ciemności. Historia wszystko pokaże. 

— Historia, w której dla nas kart braknie! — wybuchnęła Celinka. — Po 

co  było  to  wszystko  montować,  jeśli  dziś  siedzimy  bezczynnie,  po  co  była 
walka, ofiary... 

— Po to, żebyśmy po klęsce wrześniowej nie czuli się mali i nędzni. Ta 

nierówna  walka,  nie  światu,  tylko  nam  była  potrzebna,  przywracała  nam 
godność.  Wobec  potęg,  jakie  się  ze  sobą  pasowały,  niewiele  mogliśmy 
zaważyć. 

— Ja wiem, że pan może mieć słuszność, ale tak trudno mi się pogodzić. 

No, bo niech pan powie, co teraz mamy robić? Czekać tylko? 

O  co  pani  chodzi? O  cel  ostateczny?  Przecież  pozostał  ten  sam:  wolna, 

niepodległa,  więc  czego  pani  jeszcze  brakuje?  Haseł?  Na  dni  najbliższe? 
Znajdą się, znajdą... Niech pani będzie spokojna. 

— Więc pan już jest z nimi, panie sędzio? 
—  Jeszcze  nie,  ale  myślę,  że  wystarczy,  byśmy  tu  żyli  i  pracowali, 

żebyśmy  pragnęli  spokojnego  dnia,  chleba  i  książki,  a  już  idziemy  z  nimi. 

background image

Zresztą  tak  samo  oni,  będą  musieli  się  nagiąć  do  nas,  zależność  jest 
obustronna... 

— Ale ja nie mogę, bo wierność... 
— Co wierność? Czemu? Przemawia przez panią rozgoryczenie. Pierwsze 

poglądy,  jakie  wam  podsunięto,  przyjęła  pani...  Wierność,  to  u  nas  raczej 
lenistwo, albo duma, która nie pozwala przyznać się do pomyłki, a czasem i 
starość, zdrewniałe mózgi! 

— Pan chyba nic nie kochał naprawdę, musi pan być strasznym egoistą 

— wybuchnęła. 

—  Nie  słuchaj  mego  męża  Celinko,  mówi  sobie  i  nam  na  przekór! 

Czujesz chyba, ile jest w tym żalu i niepokoju? 

—  Ja  też  nie  chcę  tego  słuchać,  uważam,  że  wojna  jeszcze  nie 

zakończona, jeszcze zobaczymy... Niemożliwe, żeby się cały naród mylił... 

— Ba, naród! Co pani może wiedzieć o narodzie? 
— To nie trzeba wiedzieć, to się czuje! 
— Ciszej, błagam was, dzieci mi pobudzicie! 
— My wcale nie śpimy! — odezwały się głosy z łóżek. — My czekamy co 

teraz będzie! 

— Spijcie mi zaraz raki  — zamruczał sędzia.  — Nic nie będzie, już jest 

znowu spokój. 

— Ale my chcemy zobaczyć Rosjan. Kiedy oni przyjdą? 
— Pewnie jutro. Spijcie, żeby prędzej było jutro! 
— A jak przyjdą dziś? 
— To na pewno się u was zameldują! 
— No widzicie, coście narobili — żaliła się pani Janina — teraz się zaczną 

komedie, nie utrzymam tej bandy pod kocami. 

Sędzia  podszedł  do  łóżeczka,  w  którym  leżały  obie  córki.  Gabrynia 

usiadła zaraz i zarzuciła mu chude rączki na szyję. 

— Tatusiu, nie odchodź! Tatuśku, zostań z nami... 
Wzdrygnął się, wyprostowany powiedział jak przysięgę: 
— Będę z wami. Spijcie teraz, pamiętajcie, musicie dać  dobry przykład 

wszystkim dzieciom. Pomóżcie mamusi. 

background image

— A jutro, ja pójdę na wojnę — powiedział sennie Włodzio Aniserewicz. 
— Na jaką wojnę? Wojna już się skończyła... 
— Nie mogła się skończyć, bośmy jeszcze nie wygrali. 
— A ja wyjdę naprzeciw pannie Łucji — odezwała się Teklunia. 
— Na pewno  jak się rano zbudzicie, już i  panna Łucja  będzie z nami... 

No, dobranoc. 

— Och, Łucja jest słowna, szepnęła Celina, jeżeli Batog dziś się z miasta 

wydostał, to Łucję mogło zatrzymać tylko jakieś nieszczęście... 

— Któż to Batog? Co słychać w mieście? 
—  Właściwie  nic,  nawet  popłochu  nie  widać.  Niemcy  potrafią  wszystko 

ukryć do ostatniej chwili. 

— Dlaczegoście mi nie powiedziały? 
— To znajomy Celinki, wpadł na chwilę, zamieniliśmy parę słów. 
—  Myślę  Janinko,  że  napilibyśmy  się  chętnie  mocnej  kawy,  zajmę  się 

tym na górze, jak będzie gotowa, dam ci znać. 

— Zostanę dziś na noc przy dzieciach. 
— Rozumie cię. Wpadnę tu za kwadrans. Dobranoc panno Celinko, niech 

się  pani  na  mnie  nie  dąsa,  nie  chciałem  pani  dokuczyć.  Jutro  jeszcze 
pogadamy. Wkrótce przekona się pani, że urokiem młodości jest wprawdzie 
wiara w ideały, ale co dnia inne... 

—  Dobranoc  panie  sędzio.  Zdaje  mi  się,  że  pan  nas  nie  zna,  no  bo  i 

skąd? Był pan z nami? Nie! Siedział pan w robocie? Też nie! Mierzy nas pan 
swoją  miarą,  a  my  już  jesteśmy  innym  pokoleniem  prostszym  od  was  i 
uczciwszym. Na pewno się mylimy, ale za każdą pomyłkę płacimy rzetelnie, 
bez długiego targu, krwią. 

Nahorayskiego  dotknął  ton  wyższości  w  głosie  dziewczyny,  chciał 

odpowiedzieć, ale żona ścisnęła mu dłoń znacząco, więc Bez słowa wyszedł. 
Pewnym  krokiem  przemierzał  mroczne  korytarze.  Doszedłszy  do  schodów, 
nasłuchiwał chwilę, w całym domu panowała cisza. 

Więc mają mi za złe, że nie konspiruję, sądzą mnie, może nawet gardzą 

—  pomyślał  ze  złością.  —  Dobrze,  dobrze,  jeszcze  się  pokaże,  kto  jest 
odważny.  Tylko  głupcy  idą  śmiało,  nie  ogarniają  niebezpieczeństwa  i 

background image

wciągają drugich. Niebezpieczeństwo trzeba niszczyć w zarodku. — Zmierzał 
prosto do kuchni. Drzwi były na klucz zamknięte. 

Zapukał. Usłyszał skrzypnięcie stołka. 
— Nie bójcie się. Otwórzcie, to ja jestem! 
Człapiąc  ciężko  Walercia  przeszła  kuchnię,  gdy  otworzyła  drzwi,  sędzia 

był zaskoczony ciemnością. 

— Na co pogasiliście lampy? Walercia tak sama siedzi? 
—  Lepiej  po  ciemku,  bo  jeszcze  do  okna  strzelą.  Była  ze  mną 

poznanianka, ale uciekła na górę do siebie i zamknęła się z córką. 

Sędzia dobrnął do lampy. Z zapalniczką w podniesionej ręce mocował się 

ze szkłem, pocierał płomieniem po knocie. 

Kot  wyskoczył  na  stół,  mruczał  i  giął  zadarty  ogon,  chodząc  tam  i  z 

powrotem. Sędzia pogładził go po szyi, ukradkiem o sierć wytarł sobie palce, 
do których przywarł zapach nafty. 

— Myślę Walerciu, że teraz byłaby pora, musimy spróbować... 
— A nie ma ich tam na dole? Słyszałam, jak chodzili po podwórzu. 
— Uciszyło się jakoś, ja idę pierwszy, Walercia za mną, nie ma znów się 

czego bać, to wszystko także ludzie. 

— Ludzie ludzi też zabijają. Co za czas... Posłał pan sędzia Jana i dotąd 

nie  wraca.  Biedna  panna  Łucja,  pewnie  się  o  dzieci  zamartwia,  a  u  nas 
chwała Bogu już po wszystkim... Przewaliło się bez strat najgorsze. 

Zeszli  do  piwnicy.  Blacha  na  drzwiach  iskrzyła  się  od  szronu.  W 

podziemiu było dużo cieplej. Walercia namacała świecę, pryskały zapałki. 

— Czy pan sędzia wie, że ksiądz dotąd poza domem? Tak się zgniewał 

na panią Wacławę, nas sfukał i poszedł do parku. Jest to sens? Żeby złe kusić 
po nocy? 

— Musiałyście mu dobrze dokuczyć, żeby go aż z domu wypędzić! 
— My? Panie sędzio, jabym mu nieba przychyliła! 
— A pleciecie co wam ślina na język przyniesie, byle mu tylko dopiec do 

żywego! 

— Co się mówiło, to dla jego dobra, żeby mu oczy otworzyć, bo on ufny 

jak dziecko. Jak kto dobry, to i w drugim złości się nie spodziewa, więc go za 

background image

nos wodzą. 

—  Wam  się  zdaje,  żeście  wszystkie  rozumy  posiadły.  On  zna  życie, 

dosyć się w konfesjonale prawdy nasłucha. No, gdzie ta piwnica? 

—  Zarutko...  Za  tym  rumowiskiem...  Ostatnia  beczka,  panie  sędzio. 

Przychodzę tu z rana.. 

Nacisnęła  beczkę,  odtoczyła  ją  powoli.  Czarny  otwór  pokazał  się  w 

ścianie. 

— Niech mi Walercia pozwoli... 
Odebrał  od  niej  świecę,  przyklęknął  i  powoli  wsunął  się  w  ciasne 

przejście. 

— Tu nic nie ma! — zawołał nagle. 
Walercia już go trykała głową, pchając się do piwniczki. 
—  Jak  Boga  kocham,  panie  sędzio,  były  skrzynie!  Sama  z  rana 

widziałam! Było karabinów a karabinów... 

Na ziemi wyraźnie odcisnął się ślad skrzyń, leżały zatłuszczone szmaty i 

papiery. Sędzia nie mógł zaprzeczyć. 

—  O,  chodzili  —  pokazała  odbitą  w  piasku  podkówkę  —  przyszli  i 

powynosili! 

— Ale kto? 
— To już pan sędzia wie najlepiej, pewnie ci, co im pan kazał przedtem 

broń przynieść. 

—  Walercia  nikogo  nie  widziała?  Ja  teraz  już  jestem  naprawdę 

niespokojny. 

— Nic nie widziałam. Nie chcę się do tego mieszać. Potem się wszystko 

na mnie skrupi! 

— Przecież nic nam nie grozi? Nie ma już Niemców! 
— A Rosjanie? 
— Jak przyszli, tak i pójdą. Już jesteśmy wolni, na swoim, czy Walercia 

rozumie? 

—  A  cóż  tu  jest  do  rozumienia?  Pewnie,  że  rozumiem,  tylko  uwierzyć 

trudno, że się wszystko tak gładko skończyło. 

—  Ja  też  nie  mówię,  że  już  koniec.  I  dlatego  mam  do  Walerci  prośbę. 

background image

Walercia tak się z nami zżyła, prawie należy do rodziny... 

— Pewnie, przecie jestem chrzestną panienki Krystynki. 
—  No  właśnie,  dlatego  niech  Walercia  ma  cały  dom  na  oku,  trzeba 

pilnować szaf, tylko tyle nam zostało. Bo pani zajęta całym sierocińcem. 

—  Warowałam  dotąd,  będę  i  teraz.  Nie  dam  niczego  tknąć.  We  dwoje 

ustrzeżymy cały dom, nie ma strachu. 

— Bo gdyby mnie brakło... 
— Tfu, tfu! Co za niedobre słowa... 
— Nie wiadomo, co nas może jeszcze spotkać. 
— Pewnie, że nie wiemy, komu z brzega, ale nie trzeba jej wykrakać. Ja 

już wiem, do czego pan zmierza. Niech pan nie robi tu wojny, niech już raz 
będzie spokój! 

Sędzia pokiwał głową. Naszedł go dziwny smutek. A może naprawdę w 

broni okupionej tyloma ofiarami tkwi jakiś magiczny urok. Może wydobyte z 
podziemia pociski muszą zadawać cierpienia, ranić i zabijać. 

—  Mogę  wam  przysiąc,  że  ja  do  tego  ręki  nie  przyłożę.  Chcę  już  tylko 

spokoju. 

— Chwała Bogu! Chwała Bogu... 
Wyszli,  zatoczyli  beczkę.  Gdy  już  znaleźli  się  na  górze,  usłyszeli 

mruczenie,  które  szło  sklepieniami,  mury  drżały.  Uchylili  drzwi.  Ryczały 
motory, łomotało żelazo gąsienic. 

Dziesiątki  czołgów  przewalały  się  szosą.  Pancerna  rzeka  płynęła  na 

miasto. 

Powróciwszy do gabinetu sędzia zamknął najpierw drzwi na klucz, potem 

wydobył  z  biblioteczki  prymus,  nalał  denaturatu  i  napompował.  Zaszumiał 
fioletowy  płomień.  Gdy  woda  zawrzała,  sypnął  dwie  czubate  łyżki  mielonej 
kawy amerykańskiej. 

Zaczynało  się  wieczorem  misterium,  mała  tajemnica  domowa.  —  To 

jedyna  przyjemność,  jaka  nam  została  —  mawiał  do  żony,  gdy  zasiadali  w 
fotelach, przy dogasającym kominku z filiżankami w ręku. Zwykle dom cały 
był już pogrążony we śnie, mogli wtedy spokojnie porozmawiać o kłopotach, 
planach  i  poplotkować  trochę.  Sami  zmywali  filiżanki,  pani  Janina  wietrzyła 

background image

pokój, zacierała ślady, żeby nie budzić zazdrości w domownikach, zwłaszcza 
wysiedleńcach  z  Warszawy.  Gdy  Nahorayski  usłyszał  pukanie  do  drzwi, 
upewnił się najpierw czy to żona, zanim otworzył. 

— Pachnie już z daleka — powiedziała uchylając pokrywki. — Czy nie za 

dużo nasypałeś, będzie zbyt mocna? 

— Co mamy sobie żałować? Przecież dzisiejszy dzień powinniśmy jakoś 

uczcić, nie słyszysz? 

Przygasił prymus, daleko czołgi mruczały w dolinie. 
— Chciałem, żeby wreszcie była jakaś zmiana, miałem tego życia potąd, 

dławiłem się już... 

—  Zdawało  mi  się,  że  jest  ci  ze  mną  dobrze?  Chcesz  zmian,  myślę,  że 

będzie ich aż nadto... 

— Dobrze mi, pewnie, że dobrze...  — powiedział niecierpliwie. — Czuję 

się  pod  twoją  troskliwą  opieką,  jakbym  był  pobandażowany,  nic  mi  nie 
brakuje, a nie mogę się ruszyć, pooddychać swobodnie. 

Przyglądała mu się uważnie. Milczeli chwilę. 
— Dzieci śpią? — zapytał wreszcie. 
—  Teraz  właśnie  usnęły,  ale  nie  mogę  na  to  liczyć,  byle  co  może  je 

przestraszyć, wolę być przy nich! 

— Bardzo się śpieszysz? 
— Nie, posiedzę chwilę z tobą. 
Ogień  na  kominku  migotał,  w  jego  świetle  widać  było  wonny  opar  nad 

filiżankami. 

— Chciałbym ci wyjaśnić, czuję się winny... 
—  Proszę  cię,  nie  mów!  Dziś  nie  czas  na  zwierzenia,  potem  będziesz 

żałował, żeś mi za dużo powiedział. 

Sędzia  patrzył  w  płomień,  kołysał  filiżanką,  wypłukując  resztkę  cukru  z 

dna. 

— Domyślasz się, o czym chciałem mówić? 
—  Czy  to  ważne?  Przecież  żyjesz,  jesteś  z  nami,  reszta  od  nas  tylko 

zależy... Ludwisiu,  to ja cię chciałam  prosić o  przebaczenie. Narażałam was 
wszystkich,  byłam  egoistką!  Miałeś  słuszność,  zrozumiałam  dziś...  Teraz 

background image

pokazuje  się,  że  jedyna  trwała  wartość,  to  twoja  praca  naukowa,  twoja 
książka... 

Praca naukowa — pogardliwie wzruszył ramionami — przeczuwałem, że 

pomagasz  ludziom,  ale  nie  wiedziałem,  jak  głęboko  siedzisz  w  konspiracji. 
Dlaczegoś mi nie zaufała? 

— Myślałam, że jesteś temu przeciwny, oszczędzałam cię, miałeś dosyć 

własnych spraw. 

—  Wykręcasz  się...  Nie  chcesz  mnie  oskarżać.  Jak  mogłem  wami 

gardzić? Zaczyna się nowe życie, a ja jestem jakby trochę upokorzony, że nie 
poddałem się próbie. Rozumiem, że to nonsens, ale teraz każdy może mnie 
zapytać — co pan robił przez te lata, gdy myśmy drukowali gazetki, słuchali 
radia, robili plany, bili się! Co wtedy odpowiem? 

— Powiesz, że pracowałeś, pisałeś przecie... 
—  To  mało,  to  stanowczo  za  mało.  Wiesz,  chciałbym  stąd  uciec, 

wyjechać  gdzieś,  zacząć  czynne  życie,  pomocować  się!  Tyle  mam  do 
odrobienia,  gnuśniałem  przez  całe  lata,  czuję,  że  mam  jeszcze  dość  sił,  by 
zacząć od początku. 

—  Ludwisiu,  naprawdę  nie  masz  sobie  co  wyrzucać...  Pomyśl  tylko  — 

tyle  ofiar,  ludzie,  broń  i  wszystko  na  marne.  Dziś  Batog  przywiózł  rozkaz 
rozwiązania oddziałów, po latach przygotowań rozlazło się wszystko. 

— Teraz mogę cię wprost zapytać, czy wiesz o magazynie w piwnicach? 
— Wiem, to ja pozwoliłam tam złożyć. 
— Kiedyście broń zabrali? 
— Nie zabieraliśmy jej wcale, jest tam jeszcze. 
— Nie ma już, sprawdzałem przed chwilą. 
— Skąd wiedziałeś o skrytce? 
— Od Walerci, znalazła wejście przypadkiem. 
— Więc kto mógł zabrać? Na pewno nie nasi. 
— Nie wiem, dlatego jestem niespokojny. Kto znał drogę do magazynu? 
— U nas w domu tylko Celinka, bo pomagała wnosić. 
— Trzeba ją przepytać, musiała komuś wygadać... 
Usłyszeli niespodziewanie gwar wielu głosów, trzaskanie drzwiami. 

background image

— Przyszli — powiedział sędzia, wstając. 
Pani  Janina  z  przyzwyczajenia  zaczęła  pośpiesznie  zbierać  filiżanki  i 

chować do biblioteki. 

— Zostaw — powiedział — to już nie ma znaczenia... Idź do dzieci. 
Gdy mijała go, zanim otworzył drzwi, objął ją i ucałował. Przygarnęła się 

do niego z wdzięcznością. 

—  Pamiętaj  —  szepnęła  —  że  jestem  gotowa  na  wszystko  —  ale  tylko 

przy tobie... 

Sędzia  przeszedł  szybko  korytarz  i  zbiegł  po  schodach.  Pod  górę  szli 

Rosjanie.  Pierwszy  kroczył  ksiądz  Bazyli  i  coś  żywo  tłumaczył  młodemu 
oficerowi.  Dalej  było  mnóstwo  twarzy  czerwonych  z  mrozu,  gęstwa 
watowanych kaftanów. 

—  Przyprowadziłem  ich  —  powiedział  ksiądz.  —  od  dwóch  dni  pędzą 

przed  sobą  Niemców!  Poznakomtieś,  gaspadin  Nahorayski,  major 
Pawliszenko! 

Sędzia uścisnął płonącą dłoń Rosjanina. 
— Germańców tu nie ma? 
— Dawno uciekli! 
— Pokażcie mi komnaty, będziemy kwaterować... 
— Będą parę godzin, najwyżej dzisiejszą noc — szepnął ksiądz do ucha 

Nahorayskiego — niech się pan nic nie boi  ja z nimi umiem gadać, byliśmy 
sąsiadami o miedzę, mrugnął okiem znacząco. 

— Co trzeba im dać? — zapytał niespokojnie sędzia. 
— Co pan ma, zresztą i tak wszystkiego braknie, bo ich jest więcej niż 

batalion.  Są  zmordowani  i  zdaje  się  głodni,  skarżyli  się,  że  ich  pędzono  po 
bezdrożach, kuchnie nie mogą za nimi nadążyć. 

— Gdzież ja ich poukładam? 
—  Niech  się  pan  nie  martwi,  każdy  wsadzi  pięść  pod  głowę  i  będą 

chrapać aż miło. Niech pan patrzy! 

Rzeczywiście oficer zaledwie siadł na fotelu, zwiesił głowę i drzemał. 
— Bractwo na mrozie się wylatało, teraz sen momentalnie rozbiera. 
Żołnierze  w  watowanych  tułubach  zaglądali  do  pokoju,  pozdrawiali 

background image

sędziego,  przyglądali  się  wnętrzu  uważnie  i  wychodzili.  Wielu  siadało  na 
korytarzu, kładło się opierając głowy na plecakach. 

—  Zapytam  Walerci,  czy  nie  ma  co  z  kolacji,  trzeba  choć  oficera 

przyjąć... 

Idąc  korytarzem  musiał  przeskakiwać  przez  nogi  leżących.  Z  daleka 

słyszał krzyk Walerci: 

—  Panie  sędzio,  opędzić  się  od  nich  nie  można,  wszystkie  mi  garnki 

porozwłóczą, ogniska jak cyganie pozapalali, jeszcze gdzie pożar zapuszczą... 

—  Nie  krzycz,  baboczka,  my  wszystko  odniesiemy  —  powiedział 

cierpliwie  wysoki  blondyn  i  zabrał  jej  ostatni  garnczek  z  rąk.  —  My  wam 
Germańców pobili, a wy garczka żałujecie... 

Zaniepokojony  sędzia  zeszedł  na  dół.  Na  podwórzu  płonęły  ogniska, 

czerwony,  ruchliwy  blask  odbijał  się  w  zasłoniętych  oknach  zamkowych. 
Żołnierze podśpiewywali, rąbali drzewo pod szopą, zarżnięte przez Niemców 
krowy wisiały na belce. Na razie był spokój i nic domowi nie zagrażało. 

Jeden ze strzelców zatrzymał go i zapytał: 
— Słuszaj pan, skolko kilometrów do Berlina? 
— Pięćset. 
—  My  tam  za  tydzień  będziemy  —  powiedział  dumnie  i  zabrał  się  do 

krajania mięsa. 

Przeszedł podwórze i zajrzał do sierocińca. 
— No, jak ci się podobają — zapytał żony. 
—  Nie  są  źli  —  odpowiedziała  ostrożnie.  —  Jak  dzieci  chcą,  żeby  ich 

chwalić,  wtedy  są  już  zadowoleni.  Zaglądali  do  mnie,  ale  nie  mam  z  nimi 
kłopotu, zachowują się poprawnie. 

Czerwony  odblask  ogni  przeciekał  przez  szparę  w  zasłonie.  Celinka 

wyglądała na podwórze. 

— Dzieci ich się nie boją. 
— Posłuchaj, śpią wszystkie jak zabite. 
Uśmiechnęli się do siebie. 
Sędzia  zawrócił.  Major  w  gabinecie  spał  z  głową  zwieszoną  na  poręcz 

fotela. Ksiądz stał przy oknie. 

background image

— Niech pan popatrzy, jak okiem sięgnąć ogniska, ogniska... Pełno ich w 

dolinie,  niesamowity  widok  —  śpią  przy  nich  na  śniegu,  co  za  końskie 
zdrowie! 

— Trzeba oblać ich przyjście — szepnął sędzia wyciągając karafkę. 
Z kieliszkiem w ręku szarpnął za rękaw śpiącego oficera. 
—  Co,  co  —  zapytał  tamten,  otwierając  zmętniałe  oczy,  pochwycił 

kieliszek i powiedział: — Za pabiedu! 

— Za drużbę! — dorzucił ksiądz. 
Sędzia wypił. Rosjanin poprawił zaraz i wkrótce zaświeciło dno. 
— Trzeba czymś zagryźć, a tu nic nie mam... 
— Zaraz, przyniosę, jest u mnie lisiecka, podsuszona... 
Po chwili ksiądz przydreptał z wiankiem kiełbasy i gąsiorkiem wiśniaku. 
Zapalono papierosy. Kilku żołnierzy wcisnęło się do gabinetu. Strzepnęli 

filiżanki stojące z resztą kawy i podstawili na wiśniak. Siadano pod ścianami, 
od grubych skrętów machorkowych zmętniało powietrze. 

Sędzia  już  wykręcał  się  od  picia,  ale  zmuszano  go  serdecznym 

poklepywaniem. 

W  drzwiach  natłok  świecących  twarzy,  głosy  nabrały  mocy,  zaczęto 

śpiewać. 

—  Słuszaj  —  tłumaczył  oficer  nachylony  ku  sędziemu  —  my  wsiech 

faszistów  ot  tak  zadławimy  —  zgniótł  kieliszek  w  garści,  strzepnął  dłoń,  nie 
spłynęła ani kropla krwi. 

—  Da,  da  —  kiwnął  głową  Nahorayski.  Ktoś  się  wsparł  mu  na  plecach, 

mówił  czule  do  ucha.  Zrobiło  się  duszno,  czuł  jak  mu  się  koszula  lepi  do 
pleców. 

— Za dużo piłem — myślał z przykrością — oni mają głowy, ciągną jak 

smoki i nic po nich nie znać. Nie wypada teraz uciekać. 

Żołnierze mówili głośno, śmiali się, niewiele rozumiał, był już zmęczony. 

Niektórzy podchodzili do stołu i wytrząsali na dłoń wiśnie ze spirytusu. 

— Nie są źli, nie są naprawdę źli — powtarzał z ulgą słowa żony. Czuł się 

z nimi bezpieczny. 

Ktoś usiadł na poręczy, przywalił go ramieniem, drugi oparł mu czoło o 

background image

kolana. Księdza już dawno nie widział, musiał uciec do swego pokoju. Słyszał 
monotonny  gwar  śpiewnych  głosów,  nagle  zmąciły  mu  się  obrazy,  usnął  w 
gromadzie. 

— Zbudź się, Ludwisiu! 
Żona nachylała się nad nim. Podniósł się niespokojnie. Pokój był pusty. 
— Co się stało? 
— Nic. Poszli zdobywać miasto. 
Czuł  jeszcze  ostrą  woń  spoconych  ciał,  zaduch  machorki,  namokłej 

wełny i drzewnego dymu. Podszedł do okna, pod butami zgrzytały, pestki ze 
zjedzonych  wiśni.  Otworzył  okno,  stał  w  strumieniu  mroźnego  powietrza. 
Śnieg lekko polśniewał, przy drodze dożarzały się resztki ognisk. Dolina była 
cicha i ciemna. Gęste obłoki sunęły nieprzerwanie po niebie. 

— Jak się czujesz? — zapytała. 
— Chce mi się tylko spać. 
— Celinka jest przy dzieciach, możemy się położyć. 
— Czy nic nie zginęło? Nie narobili szkody? 
—  Nie  będę  teraz  sprawdzała.  Walercia  chodzi  po  podwórzu  i  zbiera 

garnki.  Och  Ludwisiu,  jak  to  dobrze,  że  już  wiem  jak  jest  po  tej  stronie 
frontu... Mogę spokojna nareszcie odpocząć... 

Odetchnęła  głęboko,  w  pokoju  zrobiło  się  chłodno.  Wstrząsnął  nią 

dreszcz. Przesunęła dłonią po czole. 

—  Dzięki  Bogu  nikogo  z  nas  nie  brakuje,  jesteśmy  razem,  będziemy 

razem... 

Sędzia objął ją ramieniem, poprowadził łagodnie w stronę sypialni. 
—  Przewaliło  się.  Od  jutra  zaczynamy  robinsonadę,  jak  na  nieznanej 

wyspie będziemy mieli co krok przyjemne niespodzianki, jesteśmy wolni. 

Powiało  chłodem.  Czuł  jak  jej  włosy  łaskoczą  mu  policzek.  Na  burawej 

chmurze rozmazany plamą srebrzył się zimowy miesiąc. 

* * * 

background image

Ulice  wygaszone,  ledwie  dojrzeć  można  zębaty  zarys  dachów  na  tle 

zachmurzonego  nieba.  Mimo  wczesnej  godziny  rzadko  odzywają  się  kroki 
przechodnia przemykającego się pod domami. Na małym placu pod Kanonią 
słychać  wyraźnie  dalekie  trąbienie  aut,  turkot  kół,  mruczy  rzeka 
wycofujących się formacji niemieckich. 

Łucja oparta o sanie, mimo woli ścisza głos: 
— Jeżeli się Jan nie pośpieszy z obrokowaniem koni, to gotowi jesteśmy 

dziś już nie wyjechać. 

Konie poruszały zwieszonymi łbami, cicho jęknęły blachy brzękadeł. 
— Konia zmarnować łatwo, koń nie człowiek, nie upomni się o swoje... 
— No, więc dokąd tu będziemy stali? 
—  Przecież  nie  za  swoimi  sprawami,  tylko  za  paninymi  chodziłem.  Od 

rana tak — tu trochę, tam trochę i czas leci... Pod Kurią czekaliśmy... 

— Chwileczkę tylko... 
—  A  po  same  pończochy  pani  Zeidlerki  musiałem  aż  trzy  razy  chodzić. 

Potem do magazynu nie puszczali, bo Ruscy bomby rzucili, więc się urzędniki 
poprzelękali i nikogo się nie mogłem doprosić, żeby mi worki wydał... 

—  Ech,  takie  bombardowanie  —  machnęła  lekceważąco  ręką  —  więcej 

strachu i gadania... 

— Trzech ludzi ściana przywaliła — pociągnął z fajki — niby nic... A spod 

gruzu  tylko  nogi  wystają...  Nie  mówię,  żebym  się  bał,  jestem  gotów  i  nocą 
wracać. 

—  No,  Janie,  kończmy,  kończmy  już  raz  i  w  drogę  —  uderzyła 

niecierpliwie  pięścią  w  poręcz  sanek.  Nie  wierzyła  mu,  czuła  wyraźnie  ostrą 
woń  wódki,  nie  tłumił  jej  nawet  dym  machorkowy.  Przez  cały  dzień 
napotykała  na  drobne  trudności,  urzędnicy  pracowali  opieszale,  więcej 
nasłuchiwali u okien, niż tego co do nich mówiła. 

Wyciągnęła słomkę ze snopa rzuconego na sanie, zgryzła gniewna. Wraz 

z  jałowym  smakiem  owsianej  plewy  przypomniała  sobie,  że  cały  dzień  nie 
jadła. — Załatwiłam jednak wszystko. — pomyślała przeliczając na palcach — 
pieniądze,  żywność  dla  dzieci,  list  Celinki,  byłam  w  Kurii,  wreszcie  i  dla 
Ratajczakowej... 

background image

— Proszę mi dać Janie te pończochy, wolę je mieć w kieszeni, jeszcze się 

gdzie między pakunkami zapodzieją. 

— Właśnie tak sobie pomyślałem i dałem już pannie Maryni. 
— To ona już przyszła? 
—  Pewnie.  Od  pół  godziny  się  kręci.  Na  krok  od  sań  nie  odstępowała, 

zmarzła  na  kość,  aż  mi  się  jej  żal  zrobiło  i  posłałem  ją  do  stróża,  niech  się 
zagrzeje. 

Łucja  miała  nadzieję,  że  ją  Marynia  posłucha  i  jednak  zostanie  w 

mieście. Z rana jeszcze chciała ją zabrać, ale gdy w południe zaczęto mówić 
już  zupełnie  jawnie  o  przerwaniu  frontu  na  Wiśle,  zdecydowała,  że  małą 
zostawi. Matce musi wystarczyć kilka czułych słów, które obiecała przekazać i 
sweter właśnie ukończony przez dziewczynkę. Marynia zostawała pod  dobrą 
opieką;  w  warsztacie  R.G.O  wyrażano  się  o  niej  z  uznaniem,  kierowniczka 
lubiła  ją  bardzo.  Ponieważ  ofensywa  rosyjska  postępowała  gwałtownie, 
bezpieczniej byłoby dziecka nie brać ze sobą po nocy. 

— Janie, szepnęła, może odjedziemy cicho? Jak nas nie zobaczy, pójdzie 

sobie do krewnych, po co ją mamy wlec ze sobą? 

— Racja, ale ona czujna jak myszka. O, widzi ją pani, już posłyszała. 
Brzękły drzwi, błysnęło światło z mieszkania. 
—  Jak  to  dobrze,  że  pani  przyszła,  zawołała  dziewczynka,  nareszcie 

pojedziemy! 

— Wolałabym Maryniu, żebyś została. Z tego co ludzie mówią, widać, że 

się  Rosjanie  rozpędzili,  możemy  po  drodze  trafić  na  jakieś  patrole,  mogą 
strzelać... Będzie z tobą tylko kłopot. Myślę, że to rozumiesz, jesteś dziecko, 
duża i mądra, więc bardzo cię proszę idź zaraz do domu. 

—  A  rano  pani  sama  mnie  namawiała!  Mamusia  będzie  bardzo 

zmartwiona, na pewno mnie wygląda... 

— Zostaw to mnie, już ja cię wytłumaczę! 
—  Ona  nie  da  sobie  wytłumaczyć,  ja  mamusię  znam  lepiej!  Będzie  na 

pewno szalała, pani nawet nie wie jak od śmierci tatusia drży o nas... Wolę 
jej posłuchać, pojadę z panią, pojadę! 

— Maryniu, nie upieraj się, powiedziałam raz — zostajesz! 

background image

—  Proszę  pani  w  taki  czas  lepiej  się  nie  rozdzielać,  mamusia  chce  nas 

mieć przy sobie! Pani też się do dzieci spieszy, choć to nie są pani własne... 
Też się pani niepokoi, a cóż dopiero mamusia? Z Irką są tylko kłopoty, a ja 
się  naprawdę  przydam,  pani  też  pomogę...  Ja  bardzo  lubię  dzieci,  przecież 
pani sama widziała! 

Jan  stał  nieporuszony,  z  jedną  nogą  na  płozie  sanek,  czerwony  żar  z 

fajki oświetlał mu nieogoloną brodę, siwiejącą szczeć. 

—  Na  cóż  Jan  jeszcze  czeka?  —  żachnęła  się  Łucja.  —  Tracimy  tylko 

czas! 

—  Niech  pani  posłucha,  powiedział  powoli  i  podniósł  rękę  do  góry, 

pokazał ponad dachy zaśnieżone, zlewające się z niebem. 

Nadsłuchiwały. Poprzez głośniejsze mruczenie motorów, szum pochodu, 

usłyszały głuche detonacje. 

— Armaty? 
—  Ano,  musieli  podciągnąć  pod  miasto,  znaczy  się  u  nas  w  dolinie  już 

są! 

— Jedźmy Janie! 
— Niech pani siada! 
Z trudem wcisnęły się między pakunki, skulone naciągnęły ciężką derkę. 

Jan podszedł do dyszla, odepchnął końskie pyski i zabrał koszyk; zapiąwszy 
wędzidła,  cmoknął,  uszedł  parę  kroków,  aż  zawrócili  ku  wylotowi  uliczki, 
wtedy wskoczył bokiem na kozioł. 

Tramwaje  jeszcze  chodziły,  bo  słyszeli  dzwonki,  iskry  rzucały  długie 

światła  poza  drzewami  parku.  Gdzie  niegdzie  stali  ludzie  przed  bramami  i 
węszyli już zmianę. 

Teraz  wyraźniej  słychać  było  rzekę  pojazdów,  głosy  niecierpliwe  i 

sygnały,  żelazo  szczękało  po  bruku.  —  W  świetle  przygaszonych  latarń 
żołnierze  mrowili  się  między  autami,  widać  było  machające  ręce,  tornistry, 
czasami  przegrzmiał  motocyklista,  ściszając  motor,  powstrzymany 
czerwonobiałą tarczką żandarma. 

Długie kolumny ze wszystkich ulic cisnęły się na most. 
—  Niech  Jan  podjedzie  bliżej,  może  złapiemy  moment,  żeby  się 

background image

przemknąć na drugą stronę tego mrowiska! 

— Walą jak na procesji, wio Lala! 
Nagle  z  chodnika  doskoczył  do  sanek  jakiś  mężczyzna  w  meloniku  i 

pochwycił woźnicę za rękaw. 

— Nie pchajcie się tam, bo was zwalą, a sanie odbiorą, miałem zwykłą 

dorożkę, a i to zarekwirowali! 

Potrząsnął na dowód batem, który jeszcze trzymał w ręce. 
Jan  zacinając  konie,  zawrócił  w  miejscu.  Pokłusowali,  płozy  zapiszczały 

na szynach. Zobaczyli rząd  pustych  tramwajów, stojących  jeden za drugim. 
Obsługa zebrana w pierwszym, przyglądała się uciekającym taborom. 

Jan  jeszcze  próbował  zator  objechać,  ale  wszędzie  natrafiali  na 

wzburzoną  falę  odwrotu.  Z  daleka  błyskały  ku  nim  latarki  żandarmerii 
drogowej, surowo pilnującej porządku. 

—  Nie  przejedziemy,  proszę  pani!  Ja,  nie  dam  koni  na  zmarnowanie. 

Nawet szkoda próbować... 

— Więc Jan nie chce jechać? 
— No, nie da się, przecie pani widzi jak jest! Niech pani nawet poskarży 

na mnie panu sędziemu, ja się nie boję! 

— Janie musimy przejechać, trzeba dzieciom zapasy dowieźć! 
— Przez jeden dzień się głodem nie zamorzą! 
—  Jan  widział  z  jakim  trudem  zdobyliśmy  żywność,  niemal  w  ostatniej 

chwili... 

— Towar może poczekać. Jutro go się zawiezie. Dziś stracimy konie i to 

co na saniach! 

—  Wszyscy  mówią,  że  Niemcy  będą  miasta  bronić,  Janie,  ja  doprawdy 

nie mogę... 

— Powiedziałem, nie pojadę! 
— Ja was bardzo proszę! 
— Nic z tego, nie dam koni! 
— Dobrze! To ja idę pieszo! 
— Lepiej, żeby pani tę noc w mieście przeczekała. W jedną stronę nam 

się udało, lepiej nie igrać! 

background image

— Ale tam dzieci beze mnie... ja odpowiadam za wszystko! 
—  A  jak  panią,  nie  daj  Boże,  co  złego  spotka,  wtedy  dłużej  zostaną 

same... Trzeba się dobrze namyślić, nim człowiek ruszy w taką drogę. 

—  Przecież  idę  sama.  Nie  ciągną  Jana  ze  sobą.  Już  w  porządku. 

Zanocujcie na Kanonii, a jak się uspokoi przyjeżdżajcie. Zostańcie z Bogiem! 

Marynia która dotąd siedziała bez słowa, uklękła na ławce. 
— Ja idę z panią! Ja pani samej nie puszczę! 
— Ani mi się waż! Masz iść prosto do domu i nie wystawiać mi nosa na 

ulicę, póki się wszystko nie uspokoi! 

Wbrew  szorstkim  słowom,  objęła  dziewczynkę  i  ucałowała  serdecznie. 

Jan zlazł z sanek, stał z czapką w ręce. 

— Niech się pani na mnie nie gniewa. 
—  Wiem,  wiem.  Rozumiem  was.  Odjeżdżajcie!  Będę  spokojniejsza  jak 

już będziecie na Kanonii. Dobranoc Maryniu! 

Syknęły płozy, konie pokłusowały w ciemne gardło ulicy. 
Łucja  odwróciła  się,  przeszła  szybko  parę  kroków,  potem  przystanęła 

szepcząc:  —  Chyba  dosyć  jak  im  pieniądze  przyniosę,  20.000  to  kawał 
grosza, musi na jakiś czas wystarczyć... Kupimy mąki, tłuszczu, nawet gdyby 
Niemcy bronili miasta, damy sobie radę! 

Wyciągnęła paczki banknotów z kieszeni i rozpiąwszy bluzkę przezornie 

umieściła  za  koszulą.  Przesunęła  dłonią  —  przez  grubą  kurtkę  ledwie  je 
mogła  namacać.  Choćby  przeszukali  mi  kieszenie,  nie  znajdą,  myślała 
uspokojona. 

Ruszyła ostrym krokiem. Ulica była pusta, raz tylko przeszli mężczyźni z 

workami  na  plecach,  daleko  niósł  się  aromatyczny  zapach  tytoniu.  Rozbili 
magazyny  Monopolu,  pomyślała  z  ulgą,  więc  naprawdę  już  koniec  z 
Niemcami. 

W powietrzu była mroźna mgła, zostawał po niej w ustach smak metalu. 
Skręciła w stronę Małego Rynku. Ktoś biegł za nią. 
—  Panno  Łucjo!  —  usłyszała  zadyszany  głos  Maryni.  —  Niech  pani  na 

mnie zaczeka! 

— Dlaczegoś się wróciła? 

background image

— Zapomniałam pani oddać pończochy! 
Łucja wepchnęła torebkę do kieszeni. 
— No, a teraz uciekaj! 
—  Odprowadzę  panią,  kawałeczek,  przecież  tu  jest  spokojnie.  Tak  za 

panią pędziłam... 

— Ale tylko kawałek, pamiętaj. 
Szły  chwilę  razem,  rytmicznie.  Nagle  Łucji  przyszło  na  myśl,  że  o  tej 

porze  odchodzi  autobus  do  Doboszowa.  Jeżeli  tramwaje  kursują  jeszcze,  to 
może porządek nie został zbytnio zakłócony. 

Wpadły na plac. Rzeczywiście autobus stał oświetlony, było w nim nawet 

parę osób. 

— Czy jedziecie dzisiaj, zapytała konduktora. 
— Pewnie, spojrzał na nią pogardliwie. 
— A kiedy? 
— O czasie! 
— Jak jest autobus to ja z panią pojadę! — zawołała Marynia. — Przecież 

będzie lepiej jak zostanę pod pani opieką! 

— No, dobrze jedź! — zgodziła się łatwo. 
Gdy  ruszyli  mała  złożyła  ręce  i  ze  skupieniem  na  twarzy  wyszeptała 

krótką  modlitewkę.  Łucja  oddychała  z  ulgą.  Przez  szyby  zamalowane  na 
niebiesko  widziała  niewiele,  zgadywała  jednak,  że  krążą  ciągle  ulicami 
miasta,  by  wydostać  się  ze  zlewiska  taborów.  Jaśniejszymi  plamami 
przesuwały  się  światła  mijanych  kolumn  samochodów.  Słyszała  jak  dwaj 
mężczyźni  rozmawiali  niespokojnie,  dzielili  się  wiadomościami  o  zmianach 
frontu.  Okazało  się,  że  poranny  autobus  nie  wyjechał  z  Doboszowa,  a  ten 
którym  właśnie  jadą,  może  w  najlepszym  razie  dobrnąć  do  wsi 
Magnuszowice, w każdym razie jednak w dolinę już nie zjedzie. 

— Nie kazano nam zejść z linii, to pełnimy służbę, powiedział konduktor, 

wydając jej bilety. — Ale chyba to ostatni kurs. 

Boże,  jak  to  dobrze,  że  jeszcze  posuwamy  się  naprzód,  jak  się 

wyrwiemy  poza  przedmieścia  spadnie  mi  kamień  z  serca,  myślała  Łucja. 
Zdobyłam  pieniądze,  wiozę  pieniądze.  Wierzę,  że  wszystko  zakończy  się 

background image

pomyślnie.  Przypomniała  sobie  nieżyczliwe  pytania  urzędników,  oczekiwanie 
na podpisy i wyścig do okienka. Biegała od banku do banku, wypłacano tylko 
po pięć tysięcy, by utrudnić wycofywanie wkładów. 

Jechali może kwadrans, naraz kierowca gwałtownie zahamował. Światło 

zgasło.  Konduktor  krzyczał  coś  po  niemiecku.  Za  oknem  przesuwały  się 
parami światła. W ich blasku zobaczyła Niemców ze srebrnymi półksiężycami 
na piersiach i granatami za pasem. 

—  Wszyscy  wysiadać,  powiedzieli  krótko  —  rekwirujemy  autobus  dla 

rannych. 

Łucja  wyskoczyła  w  głęboki  śnieg.  Autobus  stanął  przechylony  tuż  nad 

rowem.  Warczały  przejeżdżające  auta,  spod  plandek  wyglądały  głowy  w 
hełmach. Bielały twarze w świetle krótkich błysków reflektora. Noc była jakby 
jeszcze ciemniejsza. 

— Co ja mam teraz zrobić, płakała kobieta z dzieckiem na ręku — gdzie 

pójdę? 

— Niech pani wraca do miasta, powiedział konduktor. 
— Kiedy nawet nie wiem gdzie jesteśmy... 
— Na szosie, kawałek za rogatką. O tam, jest tor i cegielnie. Ruch taki, 

że lepiej niech się pani do któregoś domu schowa, wszędzie panią przyjmą, 
po co się na drodze kręcić... 

Łucja  słysząc  te  objaśnienia  pomyślała,  że  gdyby  przeszła  pod 

wiaduktem  i  pomaszerowała  krótszą,  polną  drogą  mogłaby  za  trzy  godziny 
być w zamku. 

—  Chyba  nie  każe  mi  się  pani  teraz  wracać,  powiedziała  Marynia  — 

pójdziemy pieszo. Pomodliłam się do Anioła Stróża, ja się niczego nie boję. 

—  Słuchaj  dziecko,  zaczęła  Łucja  ujmując  ją  mocno  za  rękę  —  teraz 

koniec zabawy, musisz już iść ze mną. 

Droga  polśniewała  lekko.  Powoli  oczy  oswajały  się  ciemnością.  Już 

rozpoznawały zaklęśnięcia ośnieżonych glinianek. Parkany i kominy składów 
budowlanych. 

Szły  coraz  szybciej.  Nie  było  wiatru,  mróz  znać  tylko  w  smaku 

powietrza.  Koło  samotnych  domków  ogrodzonych  drutem  kolczastym 

background image

widziały  działka  przeciwpancerne  i  Niemców  zaczajonych  na  wiązkach 
rozścielonej słomy. Łucja słyszała jak między sobą mówili o niej, ale szła tak 
pewnie,  że  nikt  jej  nie  zawrócił.  Bez  pakunków,  z  dzieckiem  trzymanym  za 
rękę,  wyglądała  na  kobietę,  która  wyszła  przed  chwilą  z  domu  i  właśnie 
pośpiesznie powraca. 

Troska  o  Marynię  nie  pozwalała  jej  myśleć  o  niebezpieczeństwach 

ukrytych  w  mroku  nocnym.  Gdy  wreszcie  wydostały  się  na  polną  drogę  i 
utykały na grudzie, napięcie nerwów zelżało; Łucja poczuła, że jest ogromnie 
głodna. 

Mała podskakiwała przy niej. 
—  A  co  nie  mówiłam,  że  się  przedostaniemy?!  Tak  się  cieszę,  dziś 

jeszcze zobaczę mamusię! 

—  Maszerujemy  jak  żołnierze,  takim  tempem  powinniśmy  być  na 

dziesiątą. To nawet nie jest późna godzina, nie będą jeszcze spali... 

Myśl  o  pokoju  podobnym  do  mnisiej  celi,  o  rozgrzanym  piecu  i  kolacji 

wydała jej się rozkoszna. Czuła głęboką radość, że oto spełniła wszystko, co 
było  w  jej  mocy.  Nie  ryzykowałam  tak  wiele,  cała  wyprawa  wyglądała  dużo 
trudniej, zanim próg przekroczyłam. 

Gdy  wspomniała  panią  Janinę,  sędziego  uśmiechnęła  się  lekko.  Jakże 

mili wydali się jej mieszkańcy zamku, chciała ich jak najprędzej zobaczyć. 

Ksiądz  Bazyli  pewnie  modli  się  za  nią.  Przypomniała  sobie  rozmowę  w 

Kurii  z  kanonikiem  Brzózką,  jego  odętą  wargę  drżącą  od  śmiechu,  gdy 
pokazał doniesienie i stwierdziła, że jej podpis został podrobiony. Skarga na 
księdza  Horbaczewskiego  była  jakimś  okrutnym  żartem.  Warto  więc  iść  w 
taką noc, żeby zanieść mu dobrą nowinę. 

W ciągu ostatnich miesięcy zżyła się z tą niewielką gromadką spędzoną 

do Suchowód z całej Polski. Spory ich, zawiści wydały jej się niegodne uwagi. 
Zabawni  byli  ze  swymi  kuchennymi  kłótniami.  Widziała  wyraźnie  ich 
marionetkowe  ruchy,  rozpoznawała  poruszające  nimi  namiętności,  mogła  z 
nich drwić, ale zarazem wiedziała, że jeśli już znajdzie się między znajomymi 
twarzami, nareszcie poczuje się bezpieczna. 

Wydało  jej  się  nagle,  że  góruje  nad  mieszkańcami  zamku,  że  jest  od 

background image

nich lepsza, czystsza, przeżywała krótką chwilę pychy, dumnego zadowolenia 
ze siebie. Nawet sędzia, który wojnę ogląda przez monokl, jakby to szkiełko 
pomniejszało  wrogów  i  oddalało  niebezpieczeństwa,  nawet  mądry  sędzia 
wydał jej się godny pogardy. 

Noc  jakby  rozjaśniła  się.  Księżyc  chwilami  pobielał  kłęby  chmur 

zawalających niebiosa. Śnieg skrzypiał raźno pod nogami. 

— Nie jest ci zimno? — zapytała małej. 
— Nie. Niech pani dotknie, jaka jestem gorąca. 
Łucja  zdjęła  rękawiczkę  i  wsunęła  palec  za  szalik,  pod  ciepłą  skórą 

pulsowały cienkie żyłki, Marynia była spocona. 

— Czy nie idziemy za prędko? Zamyśliłam się, a ty nic nie mówisz tylko 

lecisz za mną! 

— Ja mogę iść jeszcze prędzej, do mamusi mogłabym jak na skrzydłach! 
Rozłożyła ręce i zatupała nogami, wyprzedzając Łucję. 
Wioska  przez  którą  właśnie  przechodziły  wyglądała  jak  opustoszała. 

Chałupy  pozamykano  na  głucho,  w  żadnym  oknie  nie  mrugały  światła.  Pola 
wznosiły  się  łagodnie,  na  szczycie  wzniesienia,  w  kępie  brzóz  ciemniejszą 
plamą majaczyły zabudowania zasobnego gospodarstwa. 

Początkowo  Łucję  niepokoił  brak  ludzi,  nikogo  nie  spotkały  na  drodze, 

teraz po godzinie marszu oswoiła się z pustkowiem, nabrała pewności, że nie 
może jej nic już zagrażać, Drogę do Suchowód przemierzyła tyle razy, znała 
każdy  zakręt,  pamiętała  domy  i  drzewa.  Ale  teraz  nocą  wszystko 
poprzestawiała  ciemność,  pozmieniały  się  odległości,  znajome  krajobrazy 
utopione  w  mroku  z  trudem  odbudowywała  wyobraźnią.  Wpatrywała  się, 
nadsłuchiwała  czujnie.  Oczy  z  mrozu  zachodziły  łzami,  więc  ograniczała  się 
tylko do szosy, sprawdzała czy lśnią koleiny, czy droga jest wolna. W myśli 
powtarzała  starą,  legionową  piosenkę  —  „maszerują  strzelcy,  maszerują”, 
dodawała ona sprężystości krokom. 

— Proszę pani tam coś stoi! — zawołała Marynia. 
— Gdzie? — zapytała, chwytając za rękę dziewczynkę. 
Były  właściwie  ukryte  w  cieniu  ostatniej  stodoły.  Przystanęły.  Jasna 

nieforemna  plama  majaczyła  między  krzewami,  nie  dalej  jak  trzydzieści 

background image

metrów od drogi. Słyszały zduszone mruczenie pracującego motoru. Dalej na 
polu widać było ich kilka, bo nawet tuż nad ziemią sypały iskrami. 

Na  horyzoncie  błyskało  się  zielono  i  fioletowo,  jak  na  pogodę  bez 

grzmotów. 

— Co to może być szepnęła? — podchodząc parę kroków. 
W  tej  chwili  zapaliło  się  przed  nimi  światło,  uderzył  w  nie  długi  błysk 

reflektora,  obnażył  na  śniegu  i  zgasł.  Odruchowo  przycupnęły,  pocisk  z 
działka przeszumiał nad nimi i rozprysnął się w głębi wioski. 

Czołg  natychmiast  zmienił  pozycję,  parskając  iskrami  z  rury 

wydechowej,  ciężko  stoczył  się  do  rowu,  wylazł  na  drogę  i  ruszył  ku 
skulonym dziewczętom. Tamte w głębi pól, strzelały raz po raz jazgot działek 
szarpał wnętrzności. 

Łucja  wskoczyła  między  zabudowania,  Marynia  pośliznęła  się,  więc 

wlokła  ją  kolanami  po  śniegu.  Z  chałupy  wypadały  jakieś  postacie,  słyszała 
ich  głosy  niezrozumiałe  w  trzasku  bliskich  eksplozji.  Niemal  tracąc 
przytomność zderzyła się z wysokim chłopem. 

— Nie właźcie do stodoły, chcecie się spalić? 
Wcisnęła  się  za  kobietą  do  małego  chlewa,  zbili  się  ciasno.  Łucja  czuła 

ich  bliskie  oddechy  i  kwaśny  odór  świńskiego  łajna  ciągnący  od  dawno  nie 
zmienianej ściółki. 

— O Jezu! O Jezusie, ale w dom dało, myślałem, że nas rozniesie... 
—  Cichajcie,  mruknął  chłop.  Potem  trącił  Łucję  kolanem.  —  Skądeście 

się tu wzięli? 

— Szłyśmy do Suchowód, do zamku, czołgi nagle wyjechały i zaczęły bić 

z działek... 

—  Widziałem  jak  zajechały  o  zmierzchu,  to  niemieckie,  wyszły  na 

zwiady, pewnie już Ruscy nadciągają... 

— Franek! Jezusie, ja ubiję tego gówniarza! Zawieraj! Gdzie wyzierasz? 

Chcesz na nas ogień ściągnąć? 

— Tu nas mama nie wypatrzą, stodoła zasłania. 
Łucja zobaczyła na zmętniałej bieli śniegu sylwetę chłopca wychylonego 

przez drzwiczki. 

background image

— Jadą jeden za drugim... Uciekają... 
Czołgi waliły szosą, łoskot gąsienic, szczękanie żelaza niosło się w ciszy 

nocnej. Czasami zahuczał wystrzał. 

Siedzieli  w  chlewie  skuleni.  Łucja  przytuliła  Marynię,  czuła  jej  ciepły 

oddech na policzku. Coś przesuwało się między siedzącymi, pomacała ręką i 
natrafiwszy  na  ostrą  szczeć  wzdrygnęła  się.  To  wieprzek  chrapiąc  ze 
zdziwienia dotykał ich wilgotnym ryjem. 

Przecież  nie  mogą  nas  tu  wypatrzeć,  myślała  gorączkowo.  Trzeba 

zachować  zdrowy  rozsądek,  w  takiej  ciemności  muszą  być  ślepi,  strzelają, 
żeby odstraszyć nieprzyjaciela... 

Czerwone światło pękło ponad nimi, grom wstrząsnął chlewem, strzępy 

desek posypały im się na głowy. Buchnął wysoki krzyk kobiety, potem krótka 
chwila bez oddechu i cisza dzwoniła w uszach. 

Łucja  ogłuszona,  łapała  powietrze  otwartymi  ustami,  śnieg,  który  się 

sypnął  dziurą  wywalona  w  dachu,  topniał  jej  na  twarzy.  Uniosła  głowę. 
Zbałwanione obłoki, sunęły szybko, księżyc je krajał jak nożem. 

Mała zaciążyła jej w ramionach. Łucja poruszyła się zdrętwiała. 
— Co ci jest? — zapytała. 
— Nic, proszę pani, żyję... 
Czołgi huczały coraz dalej, trzaskały rzadkie wy strzały. 
Kobieta w kącie zaczęła drżeć i zawodzić. 
Łucja nagle pojęła, że wysoka skrzypcowa nuta to kwik świni, musiało ją 

ranić — pomyślała. 

Chłop ruszył się z kąta. Zaświecił zapałkę. Świnia stała z zadartym ryjem 

i przymrużonymi oczyma, tylną nogę miała do połowy uciętą, aż biało lśniła 
rozłupana kość! 

W drugim kącie skulona kobieta jęczała cicho. 
— Matulu, co wam się stało? — zapytał chłopak. Ocierał policzek i łapał 

się za ucho. Łucja dojrzała, że ma twarz czarną od krwi. 

— Raniło cię? 
—  Zacięło  mnie  po  uchu,  jak  batem,  powiedział  lekceważąco  —  będę 

mógł se kolczyk nosić! 

background image

— Maryniu, wyjdźmy, wstawaj kochanie. 
Dziewczynka poruszyła się i powiedziała zdziwiona. 
— Nie mogę wstać, nogi mi zdrętwiały... 
Mówiła cicho, bardzo powoli, aż Łucja poczuła niepokój. 
— Niech pan tu poświeci? No, prędzej! 
— Nie świeć, nie świeć! — krzyknęła nagle kobieta podnosząc ręce — bo 

znowu zawrócą! Chcesz nas zgubić? 

—  Pojechali  już,  nie  zawrócą...  nie  drzyj  się...  Powiedział  poważnie 

gospodarz — czego się jeszcze strachasz? 

— No, co pani chcesz? — zwrócił się do Łucji. 
— Zdaje się, że ją raniło! — szepnęła. Przesunęła rękę, dłoń zrobiła się 

lepka. 

Złożyła dziewczynkę na mierzwie i uklękła. Nachylili się nad Marynią. W 

chybotliwym płomieniu zapałki dojrzeli rozdarty  płaszczyk na plecach i krew 
płynącą obficie. 

— Świniak kwiczy jak kataryna, nic nie słyszę, pchnął kolanem wieprzka. 

— Wyłaźcie, krzyknął na żonę, ruszyć się tu nie można, tak was gęsto! 

— Boli cię Maryniu? 
— Nie, tylko spać mi się chce bardzo... 
—  Daj  mi  ją  pani!  —  ujął  dziewczynkę  pod  ramiona,  wyniósł  na 

podwórze. 

— Ostrożnie, na miłość Boską! 
Weszli do izby, od rozbitych okien ciągnęło chłodem. Gospodarz położył 

Marynię na stole. 

Łucja zaczęła ją delikatnie rozbierać, ale rychło przestała, krew lała się z 

rany. Cały bok był rozdarty, pełny strzępów skrwawionej bielizny. 

—  Trzeba  zaraz  doktora,  krzyknęła  Łucja  i  natychmiast  pojęła 

bezsensowność tego wołania. 

Ze ściśniętym gardłem patrzyła na Marynię wspartą czołem na deskach. 

Kobieta  zasłoniła  okna  płachtami,  stanęła  z  synem  nad  umierającą, 
przypatrywali jej się z zaciekawieniem. Płomyk świecy w lichtarzu zginał swe 
żółte  ostrze.  Lśniły  jasne  włosy  dziewczynki,  rozdzielone  w  dwie  strugi  na 

background image

karku. 

— Zimno mi, skarżyła się szeptem, bardzo mi zimno... 
Nakryli ją kożuchem. W ciszy słychać było pryskanie świecy. Krople krwi 

przeciekające przez szpary w stole głośno kapały na podłogę. 

Marynia miała oczy otwarte, głowę skręconą ku światłu, wpatrywała się 

ze skupieniem w falowania płomyka. 

Odłamek  uderzył  w  kręgosłup,  powodując  bezwład  nóg,  rozdarł  nerkę  i 

zarył  się  głęboko  we  wnętrznościach.  Ratunek  był  niemożliwy.  Mała 
bezradnymi gestami obciągała płaszcz, wstydliwie próbowała się zasłonić. 

Powoli zaczęła zdawać sobie sprawę ze swego stanu, bo wyszeptała: 
— Niech pani nic mamusi nie mówi, niech jej pani nie martwi... Będę tu 

leżała, aż wyzdrowieję... 

A po chwili dodała z lękiem w głosie: 
— Czy bardzo mnie raniło, chyba od tego nie umrę? 
— Nie, na pewno nie umrzesz, jesteś tylko osłabiona. Musisz odpocząć. 
Uniosła głowę i przyjrzała się z natężeniem Łucji. 
— Wierzę pani... Przecież pani nie płacze... Czuję, że teraz usnę... 
Czoło Maryni zesunęło się z rogu poduszki, stuknęło lekko o deski. Gdy 

Łucja  pospieszyła  jej  z  pomocą  poczuła,  że  puls  nie  bije.  Chwilę  jeszcze 
poprawiała poduszkę, zanim pojęła, prawdę. 

Usiadła, wsparta brodą na splecionych dłoniach. Gardło miała ściśnięte, 

a oczy jakby pełne popiołu. Czuła jak ręce jej lepią się od krwi, jedna kropla 
spływała powoli wzdłuż przegubu. 

Przypomniała  sobie  —  niedawno  dotykała  szyi  dziewczynki,  jakże  żywo 

tętniła niebieska żyłka pod  naciskiem palca. Ogromny żal  ścinał jej trzewia. 
Tępo  wpatrywała  się  jak  przechylony  płomyk  świecy  zagląda  do  otwartych 
oczu zmarłej.  Łucja wsunęła palce we włosy, dłońmi gniotła skronie, z oczu 
jej nie spłynęła ani jedna łza. 

Siedziała, czując w sobie gorzką pustkę. Widziała gospodarzy, jak kręcili 

się po izbie. Głosy ich brzmiały z bardzo daleka, a twarze ku niej zwrócone 
rozmazywały  się  w  promieniach,  które  tryskały  ze  świecy,  kłuły  źrenice. 
Odrętwiała  wpatrywała  się  w  skrzywiony  kark  dziewczynki.  Lśniące  włosy 

background image

poruszał powiew ciągnący od zasłoniętego okna. 

W  pewnej  chwili  wydało  jej  się,  że  powraca  do  siebie  jakby  z  długiej 

wędrówki. Poruszyła końcami palców. Uniosła głowę. 

—  Pani  spała,  powiedziała  gospodyni.  —  Zesłabiło  panią,  po  takim 

strachu... Trzeba się teraz córką zająć, ułożyć nim zesztywnieje... 

—  To  nie  jest  moje  dziecko,  popatrzyła  na  ciało  Maryni  —  co  ja  teraz 

matce powiem... Co ja jej powiem... 

—  Na  co  się  było  z  dzieckiem  w  taki  czas  wybierać?  Trzeba  nie  mieć 

rozsądku, odezwał  się z kąta gospodarz, wojna, to wojna  — musowo ludzie 
giną. 

— Trza się pogodzić, wola Boska, dodała kobieta, żeby pani głową o mur 

tłukła już jej się nie ożywi... 

Ściekająca z lichtarza stearyna zastygała białymi nićmi. 
Łucja  pomyślała  nagle,  że  Ratajczakowa  zechce  sama  córkę  pochować. 

Trzeba będzie załatwić z sołtysem, żeby nie naglił o pogrzeb. 

Zerwała się, wyszła na podwórze. Droga była pusta. Na śniegu wyraźnie 

znaczyły się wygniecione pasy po czołgach. Nachylona zmyła śniegiem krew 
z dłoni, tarła tak długo aż zaczęły ją piec. Potem ruszyła do gminy. 

Sołtys  nie  dał  jej  koni  dla  przewiezienia  zwłok,  ale  obiecał  dopilnować 

wszystkiego.  Zmarłą  przeniesiono  do  pustej  izby  w  szkole  i  nakryto 
prześcieradłem.  W  ostatniej  chwili  ogarnęły  Łucję  wątpliwości,  czy  sama 
dojdzie szczęśliwie, więc zostawiła kennkartę Maryni i podała swoje nazwisko 
i adres. Gdyby do trzech dni nie przyjechano po zwłoki, sołtys miał dać znać 
do zamku. 

Mimo, że ją próbowano zatrzymać, wyszła na szosą. Było już dobrze po 

pierwszej. 

Słyszała  jak  zatrzaskiwano  drzwi  za  nią,  jak  pies  ostatni  naszczekuje; 

głosy  kolejno  cichły,  niemal  z  ulgą  powitała  powracającą  samotność.  Śnieg 
skrzypiał. Chwilami zrywał się powiew i szeleścił w grabinie. Niebo przecierało 
się i wypływał młody miesiąc. 

W  następnej  wsi  straż  chłopska  zatrzymała  Łucję.  Zaczęto  ją 

wypytywać, raczej z ciekawości, nie podejrzewano: nawet paru wartowników 

background image

znało  ją  z  widzenia,  zresztą  szła  w  tę  stronę  skąd  uciekli  Niemcy,  a  miała 
nadejść odmiana. 

Noc  stała  się  ciemniejsza  jak  zwykle  przed  świtem.  Łucja  nie  czuła 

zmęczenia, szła ostrożnie. Muszę dojść jak najprędzej. Bóg wie co się tam z 
dziećmi  stało!  Mam  pieniądze,  niosę  pieniądze,  nie  będą  głodować 
pomyślała...  I  zaraz  natrafiła  na  pytanie,  które  pragnęła  pominąć:  co  ja 
powiem matce? Jak się jej wytłumaczę? 

Zaczynało się przejaśniać. Niebo na wschodzie pękło, zaświeciła żółtawa 

szczelina,  pokazały  się  lasy  na  horyzoncie.  Śnieg  na  polach  poszarzał. 
Gałązki brzóz występowały wyraźniej, porastał je lodowy puch. 

Chałupy  poprzysiadały,  na  dachach  w  czapach  śnieżnych  znać  już  było 

smugi sadzy wywianej z kominów. 

Łucja zbiegała ze wzgórza ścieżką wydeptaną przez pola. W śniegu znać 

było poprzymarzane piórka ozimin, nagle zobaczyła, podchodzących Rosjan. 
Szli tyralierą, ścinali pętle szosy. 

Stanęła. Młody żołnierz powiał ku niej ręką, zawołał coś wesoło, bo inni 

w dole roześmiali się głośno. Podszedł bliżej wyciągnął rękę, Łucja zasłoniła 
się przestraszona. 

— Nie bój sia, powiedział — co wam jest? Wy raniona? 
Musiałam  się  na  twarzy  krwią  pomazać,  pomyślała  i  kiwnęła  mu 

potwierdzająco głową. Stał przed nią w czapce uszatej, grubym kaftanie, na 
nogach  miał  filcowe  sapagi.  Pogrzebał  w  kieszeni  i  wyciągnął  opatrunek 
zalepiony w ceratę. 

—  Na  bieri,  wcisnął  jej  w  rękę.  —  Idź  tam  na  dole  nasze  sanitety  i 

bolnica! 

Posłusznie zeszła na dół. 
Za wzgórzem, pod murem cmentarza stało ciężarowe auto i duża grupa 

pochwyconych  Niemców  z  podniesionymi  rękami.  Była  to  kompania 
Volkssturmu,  która  wypchnięta  na  załatanie  luki  we  froncie  odbiła  się  od 
kolumny wysłanej z Katowic. 

Pilnowało ich dwóch żołnierzy, jeden z nich niższy skinął na Łucję i kazał 

jej się przyłączyć do więźniów. 

background image

— Ja jestem Polką. 
— Wy skąd? 
— Z miasta. 
— A dokąd? 
— Do domu. 
— Germańców nie widziałaś? 
— Widziałam, były czołgi, ale odjechały nocą. Droga swobodna. 
Patrzył  na  nią,  oceniał  bezlitośnie,  wytrzymała  jego  wzrok.  Zanim 

zdążyła go poprosić, żeby ją puścił, machnął niedbale ręką — uchodi! 

Zaczęła  schodzić  szybko,  żeby  się  nie  rozmyślił.  Nagle  usłyszała  szum 

pocisku,  potem  echo  wybuchu  zakołysało  powietrzem.  W  krzakach  pokazał 
się dym. 

Odwróciła  głowę,  zobaczyła  poruszenie  wśród  Niemców.  Rosjanin 

podniósł rękę, uciszał ich, kazał im się położyć pod murem. 

Gdy pierwsi zaczęli klękać, ktoś z tylnego szeregu strzelił wartownikowi 

w  pierś.  Zakotłowało  się,  Niemcy  zaczęli  uciekać,  jedni  skakali  na  mur 
cmentarny i biegli między krzyżami, inni pryskali na boki. 

Rosjanin  leżał  na  śniegu,  czapka  mu  spadła,  ostrzyżone  ciemię  miał 

jaśniejsze od opalonej twarzy. 

Drugi zaczął pruć z pepeszy w najgęstszy tłum uciekających. Zaturkotała 

długa seria. Powstał nieludzki krzyk. Niemcy zsuwali się po stoku, ryli się w 
głębokim śniegu. Na murze pozostał jakiś trup, szeroki but spadł mu z nogi. 
Łucja  widziała  jak  powoli  odwija  się  onuca  aż  zaświeciła  stopa  żółta  jak 
umaczana w jodynie. 

Zaczęła uciekać. 
Biegła dysząc ciężko. 
Przed  nią  była  krawędź  doliny.  Ze  ścieżki  weszła  znów  na  szosę. 

Strzelanina za nią ucichła nagle. 

W  rowach  na  kawałkach  celty  leżeli  zabici  Niemcy.  Twarze  zasłaniali 

ramionami  lub  mieli  wetknięte  w  śnieg,  jakby  raził  ich  blask  wschodzącego 
słońca. 

Krew rozlana na śniegu zachowała swój gwałtowny kolor. Pod nogą Łucji 

background image

zaszeleściła czarna żołnierska książeczka. 

Przeczytała: Gefreiter Joseph Sroka geboren Glogau. Wzdrygnęła się  — 

Józef  Sroka  z  Głogowa.  Na  przełaj  przez  pole  szli  pierwsi  chłopi.  Rozglądali 
się niespokojnie, naradzali co chwila. Każdy miał worek na plecach. 

— To pani ze zamku, ta od dzieci, powiedział stary podchodząc do Łucji. 

Poznała Szymona Zalaska, podbiegła. 

— Powiedzcie co w dolinie? Zamek cały? 
— Spokój, tylko w Doboszowie, na Dziadówkach dwie chałupy zgorzały. 
Odetchnęła. 
— Pani tyż się dobrze wybrała... Ej, ludzie, ludzie guza szukacie... 
— A wy co tu robicie, tam przecież strzelają? 
—  Myśmy  wyszli  z  sąsiadami  na  buty.  Dosyć  się  człowiek  przez  całą 

wojnę w drewniakach namordował. 

Kilka kul zagwizdało górą, przenosiły, wysoki brzeg osłaniał stojących. 
Zaczęła schodzić w dolinę, zsuwała się po stromym stoku. Spoza drzew 

zaświeciły wieże zamku. 

Na  samym  dole  przy  szosie  siedzieli  Rosjanie.  Długim  sznurem  stały 

furmanki. 

— Jestem jakby już w domu, szepnęła z ulgą. 
Szła środkiem drogi, była ogromnie zmęczona, zataczała się. 
— Ej, ty, dziewoczka! — zawołał jeden z siedzących. 
Nie  obejrzała  się  nawet.  Miała  przed  oczami  jeden  cel  dojść  do  bramy. 

Wtedy będę miała prawo zemdleć, myślała, wcześniej nie... 

— Smotry Lowa, ranek, a ona pijana, — usłyszała jeszcze za sobą. 
— O Boże, przecież mam tylko parę kroków... Ciemniało jej w oczach. — 

Przejdę most, będę się mogła trzymać poręczy, dodawała sobie otuchy. 

Woda dymiła przez szczelinę w lodzie, gwałtowała na kamieniach. Łucja 

powoli  podchodziła,  wreszcie  pod  bramą  w  murze  zamkowym,  usłyszała 
znajome echo, jakby jej ktoś wybiegał naprzeciw. 

Wsparła  czoło  o  mur  i  rozpłakała  się  nagle.  Ścierała  łzy,  ale  spływały 

coraz obficiej. 

—  Muszę  się  tutaj  wybeczeć,  jęczała.  —  Nie  pokażę  im  się  w  tym 

background image

stanie... 

* * * 

Jest już blisko południa. Dzieci na śniadanie dostały tylko mleko, bawią 

się wesoło z Celinką w parku. Krzyki ich odbite od ściany skalnej staczają się 
w zamkowe podwórze. 

Łucja  przestraszona  siada  na  łóżku.  Rozgląda  się  po  ścianach.  Jest  w 

swoim  pokoju.  Na  podłodze  koło  butów  i  pończoch  leżą  paczki  banknotów. 
Przesuwa  dłonią  po  grubym,  chłodnym  prześcieradle,  jest  ono  świeże  i 
przyjemne jak nadrzeczny piasek. Oto wyraźny dowód uznania, zmieniono jej 
pościel, zasłano łóżko świeżo jak dla gościa. 

Uspokojona  kładzie  się  jeszcze  na  chwilę.  Nachodzą  ją  wspomnienia 

ostatnich dwóch dni. Wprost nie do wiary, że tyle musiała przeżyć. 

Ledwie  zastukała  do  drzwi  opadli  ją  ze  wszystkich  stron  domownicy, 

musiała opowiadać. Dobrze, że byli razem zebrani, nie będę teraz każdemu z 
osobna  wyjaśniać,  nie  zapłaczę  się  w  kłamstwach,  myśli.  Nie  powiedziałam 
nic o Maryni, nie miałam sił na to... 

Przez parę godzin, może przez cały dzień dzisiejszy Marynia będzie żyła 

w wyobrażeniach matki, będzie szła do warsztatu R.G.O. lub ukryta w domu 
czekała  na  oswobodzenie  miasta.  To  okropne,  znać  prawdę,  gdy  matka 
jeszcze  nic  nie  wie,  widzieć  ją  uśmiechniętą,  słyszeć  jej  podziękowania  i 
błogosławieństwa. Łucja załamuje ręce i szepcze: — Nie mogę, nie potrafię... 

Przypomina  sobie  —  przechodzili  korytarzem,  gdy  otworzyły  się  drzwi  i 

wyjrzała Wacława. 

— Och, to pani wreszcie wróciła, ucieszyła się szczerze. — A co z moimi 

pończochami? 

Łucja  sięgnęła  do  kieszeni  i  wydobyła  torebkę  namokłą  od  krwi, 

przerażona, wepchnęła ją Wacławie w ręce. 

— Trzymałam rannego na kolanach... 
—  Och,  niech  się  pani  nie  przejmuje...  Pani  musiała  dużo  przejść  tej 

background image

nocy... To się spierze w zimnej wodzie, nie będzie śladu... 

Cała  gromada  odprowadza  Łucję  do  pokoju.  Widzi  przed  sobą  ich 

twarze, słyszy jeszcze głosy. Walercia wykrzykuje: 

—  Pani  nawet  nie  wie,  że  nie  mamy  co  dzieciom  dać  na  śniadanie, 

wszystko wyżarte... Przychodzili jak po swoje, każdy to soli, to kartoszków... 
Kiszoną kapustę rozdrapali jak jaki specjał. Wszystkie zapasy z pani pokoju 
diabli wzięli! W domu nie ma kromki chleba! 

Łucja nie wierzy im, mimo, że Ratajczakowa z Celinką stanowią zgodny 

chór. Na pewno służba gdzieś poukrywała woreczki i teraz lamentują, żebym 
się o wszystko sama starała. 

—  Mam  pieniądze,  nie  bójcie  się...  Kupi  się  mąki,  słoniny  na  wsi, 

poślijcie  Julkę,  ona  to  załatwi...  Przez  jeden  dzień  nie  mogło  naraz 
wszystkiego zabraknąć! Niech płaci każdą cenę, dzieci nie mogą głodować! 

Łucja pamięta, że dała Walerci kilka banknotów. Pozwoliła się bezwolnie 

prowadzić. Siadła na krześle, czekała, aż jej prześcielą łóżko. 

Gdy zamknęła drzwi i zaczęła się rozbierać paczki pieniędzy wysypały się 

na podłogę. Nie miała już siły, żeby je podnieść. Klucz w drzwiach, nikt nie 
ruszy, niech leżą, pomyślała. 

Końcami  palców  pociera  Łucja  powieki.  Mięśnie  ją  bolą.  Wstaje  ciężko, 

wyciąga  ramiona.  Za  oknem  blask  od  śniegu,  aż  kłuje  w  oczach.  Na  niebie 
łagodne obłoki. Mroźna pogoda. 

Otwiera  okno,  pije  chłodne  powietrze  jak  wodę,  aż  do  pierwszego 

dreszczu. Radosne krzyki dzieci dodają jej sił. Łucja siada na łóżku i zaczyna 
się szybko ubierać. 

* * * 

Sędzia  powraca  zamyślony  z  parku,  patrzy  na  zamek,  mruży  oczy  pod 

słońce.  Dzieci  bawią  się  na  ścieżce  między  drzewami.  Na  szczycie  Kułaka 
gawrony wrzeszczą wiosennie. 

Nahorayski  przystanął  właśnie  nad  świeżym  grobem.  Pod  ciemnymi 

background image

świerkami, które kładą na śnieg niebieskie cienie, mogiłka uklepana z żółtego 
piasku, przyjemna jak biszkopcik. 

Wydłubał  laską  dziurę  w  śniegu,  popatrzył  w  dół  ku  zabudowaniom 

przysnutym niebieskawą mgłą — wzruszył ramionami. 

Głęboko  w  nim  tkwi  jak  ćmiący  ból  zęba,  pamięć  zajścia  z  Niemcami. 

Uderzenie  pięścią  czuje  dotąd  jak  niepomszczoną  zniewagę,  nawet  trup 
żołnierza  w  fosie  nie  może  go  pocieszyć.  Wydaje  mu  się,  że  dopiero  teraz 
poznaje  prawdziwe  życie,  przed  którym  go  żona  chroniła,  brutalne  i  pełne 
niespodzianek. 

— Wolałbym stąd wyjechać, mruczy zakłopotany, znowu zasiądziemy do 

gry  i  partnerzy  zaczną  wyjmować  atuty,  ukryte  dotąd  w  rękawach,  nagle 
pokaże się, że jestem najuboższy, że nie mam żadnych zasług. 

Na  podwórzu  czarnymi  kołami  znaczy  się  ślad  wygaszonych  ognisk, 

walają się w popiele krowie gnaty. Obchodzi śmietniska uważnie, odrzucając 
laską ze ścieżki niedopalone gałęzie. 

Wszedłszy  do  gabinetu,  staje  zaskoczony  widokiem  młodych  ludzi  z 

karabinami. Wszyscy mają czerwone opaski na rękawach. Wysoki chłopiec, z 
czubem blond włosów spadających na oczy, zamyka gwałtownie biblioteczkę 
aż oszklone drzwiczki brzęczą. 

Czapki i amunicja leżą na biurku. 
— Dzień dobry panom! Pewnie czekacie na mnie? Odruchowo milicjanci 

wstają  i  już  tak  zostaną  do  końca  rozmowy.  Tadeusz  wychodzi  z  drugiego 
pokoju z podoficerem w kusym mundurze niemieckiego pancerniaka. 

—  Siadajcie  chłopcy.  Nie  jest  pan  potrzebny,  panie  sędzio.  Zajmujemy 

trzy  pokoje  na  posterunek  Milicji.  Chyba  nie  będzie  panu  za  ciasno,  bo 
jeszcze pięć zostaje... Musimy pilnować porządku, siedem wsi jest pod naszą 
opieką. 

— Ale stąd macie do wioski daleko, nie lepiej w szkole? 
—  To  nie  ważne,  jak  się  coś  stanie  chłopi  trafią  do  nas.  Myślę,  że  pan 

rozumie dlaczego właśnie tu mamy kwaterę? 

— Nie, nie bardzo... 
— A gdzież ma być władza, jak nie na zamku, odezwał się podoficer. — 

background image

Nam tu jest wygodnie... 

— Ale moglibyście się panowie bodaj ze mną porozumieć, jak dotąd ja tu 

gospodarzę. 

—  Pan  się  myli,  panie  sędzio,  nie  zna  pan  dekretu.  Majątek  idzie  pod 

parcelację, dom dla gromady. 

— Przecież to same skały i kwaśne łąki... 
— Ale morgi decydują! 
Chłopcy przestąpili z nogi na nogę, poczerwienieli. 
— Teraz jest inny porządek! 
— Skończyło się, wszędzie wypędzają panów! 
— Dziś myśmy się do głosu dorwali! 
— Dobrze, powiedział sędzia, nie zamierzam wam przeszkadzać, róbcie 

swoje.  Tylko  myślę,  że  moglibyście  pozdejmować  karabiny  i  postawić  w 
kącie, jeszcze mi szyby powybijacie. 

— A właśnie, że nie zdejmę, oburzył się Tadeusz.  — Niech pan nas nie 

poucza, wiemy co mamy robić! 

— Czy mogę zabrać swoje rzeczy? 
— Co pan nazywa swoimi rzeczami? 
— No, akta, papiery, maszynę do pisania... 
—  Papiery  tak  ale  maszyna  nam  jest  potrzebna,  zaraz  panu  wystawię 

pokwitowanie. 

— Panie Tadeuszu i pan to mówi poważnie? 
— Pewnie. Niechże się pan wreszcie zbudzi, niech pan zobaczy gdzie pan 

żyje! Gdyby tu był ktoś inny mogłoby wszystko gorzej wyglądać, jeszcze mi 
pan będzie wdzięczny... 

Nahorayski przesuwa paczki amunicji, zagląda do szuflad. Wyciąga kilka 

teczek. 

— Może tego pan jeszcze szuka, podsuwa mu Tadeusz duży skrypt. 
Sędzia  otwiera  okładkę,  połowy  maszynopisu  brakuje,  powydzierano 

cienkie bibułki do skręcenia papierosów. Tyle zostało z jego pracy. 

Potrząsnął im gniewnie teczką przed nosem. 
— To nie my, już tak było jak przyszliśmy... 

background image

— Zresztą czy to ma jakieś znaczenie, mruknął Tadeusz. 
—  Tak,  rzeczywiście,  kiwnął  głową  sędzia,  to  już  nie  ma  znaczenia... 

Trzeba się uczyć wszystkiego od początku. Do widzenia panowie. 

Otworzył drzwi i wyszedłszy delikatnie zamknął za sobą. 
Natychmiast zaczął się gwar. 
— Długo on tu jeszcze będzie? 
— Mamy go o wszystko prosić? 
—  Im  prędzej  wyjedzie  tym  lepiej,  mruknął  blondyn  powracając  do 

grzebania w bibliotece. 

—  Wiem  o  tym,  zaczął  Tadeusz,  ale  jak  go  wysłać,  konie  zostały  w 

mieście.  Nie  można  go  wygonić  na  piechotę,  nikomu  krzywdy  nie  zrobił.  Z 
nim się jeszcze można dogadać, gorzej z nią, bo ona tu właściwie rządzi... 

—  O  jej,  wielka  rzecz,  to  się  ją  zamknie,  postraszy  trochę,  będzie 

wyrywała jak oparzona! 

— Kiedy to spokojni ludzie. 
— Mówię przecie — postraszyć tylko! 
— Zamek przy nich i tak nie zostanie, więc na co czekają? 
—  Wszystko  się  zrobi,  tylko  powoli,  obywatele,  powiedział  Tadeusz, 

myśmy tu przyszli nie po to, żeby siedzieć, ale robić porządek. 

— I swoim pomagać! 
— Dzielić pańskie! 
— Nie bójcie się, na wszystko przyjdzie pora. 
Widział  na  twarzach  milicjantów  zniecierpliwienie,  chcieli  już  być  u 

siebie,  nieskrępowani  obecnością  dawnych  gospodarzy.  Może  i  chciwość 
chłopska w nich się odezwała... 

—  Po  południu  przyjdą  nowi,  ściągnięci  przez  komendanta,  trzeba  ich 

będzie  pomusztrować,  posterunki  na  drodze  postawić.  Trzeba  się  będzie  po 
żywność wybrać, bo w zamku pustki. 

— Więc zostajemy tu na fest, obywatelu poruczniku. 
— No, a coście myśleli... 
— Nic, fajno jest, powiedział blondyn siadając z atlasem anatomicznym 

na poręczy fotela. 

background image

— Nie musicie chodzić na palcach, jesteście u siebie! 
—  Trzeba  jakąś  volksdojczkę  złowić  w  Doboszowie,  żeby  nam 

posługiwała, bo te baby raz dwa się zbuntują. 

Przysłuchując się temu gadaniu, Tadeusz zdał sobie sprawę z trudności 

na jakie napotka; żołnierze ciągle byli jeszcze gromadą, żeby z nich stworzyć 
oddział  trzeba  ich  było  związać  dyscypliną,  podbudować  ideowo.  Wahał  się 
jak ma do nich przemówić: zachować dystans dowódcy, czy zyskać ich sobie 
poufałością koleżeńską. 

—  Widzicie,  zaczął  siadając  na  biurku  —  my  się  trochę  znamy  ale  to 

wszystko  mało.  Musimy  być  pewni  jeden  drugiego,  bo  będą  różne 
niespodzianki.  Wojna  dla  jednych  się  kończy,  a  dla  nas  kto  wie  czy  nie 
zaczyna. 

Skupili się koło niego. 
—  Więc,  albo  weźmiemy  wszystkich  za  łeb  i  będziemy  powoli  cugli 

popuszczać  w  miarę  jak  się  podchowają,  albo  się  cała  robota  rozlezie! 
Rozumiecie,  w  tym  zamieszaniu  niejeden  drań  będzie  chciał  wyskoczyć, 
wkręcić  się  w  nasze  szeregi.  Jest  nas  niewielu,  ale  myśmy  jedni  nie  stracili 
głowy. Nasza siła w tym, że wiemy ćo dziś trzeba robić! 

Mówił  twardo,  przekonywująco,  ale  gdyby  go  w  tej  chwili  zapytano  co 

należy robić, nie potrafiłby konkretnie odpowiedzieć, mówił instynktownie, to 
czego żołnierze podświadomie pragnęli. 

— Pamiętajcie, że na was patrzą. Według waszej roboty będą mówić o 

tej Polsce, co ją obiecujemy, więc się musicie pilnować! 

— Jasne, że trzeba trzymać fason! 
— Jeden niech ma na drugiego baczenie! 
— Głupstwo łatwo zrobić, a potem przed ludźmi wstyd. 
Zrobił się nastrój pełen zapału. 
— Więc co najpilniejsze? 
— Przysposobić kwatery i zaciągnąć wartę na bramie. 
— I wywiesić chorągiew na wieży, żeby było wiadomo kto tu siedzi! 
— Racja, dawno powinna być chorągiew! 
— Już ja się tym zajmę, powiedział Tadeusz. Zapał milicjantów udzielał 

background image

się i jemu. Będę miał z nimi robotę, myślał, ale chłopaki szczere, wdrożą się, 
a jak nie, to ich powywalam. Życie ciekawe jak cholera... Zdawało mu się, że 
wszedł  na  szeroki  trakt,  czuł  w  sobie  gorączkę  marszową  —  naprzód, 
naprzód... 

Mimo,  że  rozumiał  naiwność  gestów  patriotycznych,  był  jednak 

poruszony,  oto  w  jego  oczach  —  zabawa  w  kieszonkową  Polskę  —  jak 
nazywał  w  chwili  rozpaczy  konspirację  —  zamieniała  się  w  prawdę.  Mieli 
budować gmach, którego rozmiarów jeszcze nie ogarniał. 

W tym nastroju zeszedł do parku, chciał porozmawiać z kim życzliwym, 

opowiedzieć  o  swoich  planach  i  wątpliwościach.  Mówić  o  nich,  to  jakby 
przekontrolować czy myśli bezbłędnie. 

Celinkę zobaczył z daleka, zeszedł ze ścieżki w chrzęszczący śnieg. 
— Celinko, musisz nam szybko uszyć chorągiew, to wstyd, że jej dotąd 

nie ma na wieży! 

— A cóż jest do zeszywania, przecież czerwona wam wystarcza! 
— Nie bądź głupia, mówię do ciebie jak do towarzysza! 
— Nie będę ci towarzyszyła, nie mogłabym nadążyć, za szybko idziesz w 

górę! 

— Pracowałem na to i będę jeszcze długo musiał pracować. Zazdrościsz, 

że mi zaufali? Możesz drwić, wiem, że mi dali na kredyt dowództwo. 

— I za ten klucz coś dorobił do świniami... 
— Celka, co cię opętało? 
Stała przed nim z zaciśniętymi pięściami, z twarzą ściągniętą gniewem. 
—  Coś  zrobił  z  naszą  bronią?  —  rzuciła  mu  w  twarz,  —  Komu  ją 

wydałeś? 

—  Polakom...  przecież  jest  w  naszych  rękach!  Wy  już  jej  nie 

potrzebujecie, więc o cóż ci chodzi? 

—  Ładni  Polacy,  co  na  rozkaz  będą  do  nas  strzelać!  Teraz  i  Tadeusza 

gniew ogarnął. 

— Jak będziecie przeszkadzać w robocie, będę strzelał! 
— Czekaj, syknęła, wsuwając rękę do kieszeni płaszcza, rachunki z nami 

nie skończone! Nie będziesz się długo... 

background image

Zrobił  krok  naprzód,  wykręcił  jej  dłoń  i  wydarł  rewolwer.  Mały,  czarny 

browning, jeszcze zabezpieczony. 

— Mógłbym cię za to wsadzić, ale po co? Celka, jakaś ty głupia, nawet 

nie umiesz się z bronią obchodzić! 

— No, idź wydaj mnie, niech mnie wywiozą! 
—  Nikt  cię  nie  będzie  wywoził.  Celinko,  myślałem,  że  mi  pomożesz,  że 

pójdziemy razem... 

—  Ja  z  tobą?  Zwariowałeś!  Musiałam  być  ślepa,  żeby  ci  zaufać  ale 

czekaj, jeszcze się spotkamy! 

—  Chciałbym  z  tobą  spokojnie  porozmawiać,  powiedz,  czy  to  jeszcze 

możliwe? 

—  Dosyć  już  rozmawialiśmy,  wszystko  wyciągnąłeś  ode  mnie!  Ale 

pamiętaj,  jeszcze  się  znajdą  tacy,  co  cię  sprzątną,  ja  pierwsza  jestem 
gotowa! Nienawidzę cię! 

—  Szkoda  mi  cię  zamykać,  więc  milcz  lepiej!  Zanim  zaczniesz  mnie 

sądzić, przyjrzyj się temu co robię i komu służę! 

Odwrócił  się,  zaczął  iść  na  przełaj  przez  najgłębszy  śnieg.  Słyszał,  że 

dziewczyna  biegnie  za  nim;  jeszcze  nie  wszystko  stracone,  pomyślał,  gdy 
nagle syknęła mu w ucho: 

— Zdrajca! 
Nie  obejrzał  się.  Przedzierał  się  przez  krzaki,  roztrącał  pięścią  gałęzie. 

Miał gorzki smak w ustach, a zarazem twardniał wewnętrznie, umacniał się w 
uporze. 

Łucja zeszła na podwórze, spojrzała na śnieg zmieszany z popiołem, na 

ślady  ognisk.  W  otwartych  drzwiach  stajni  przesunęła  się  Ratajczakowa, 
siadła ze skopkiem przy krowie, zabierając się do południowego udoju. 

Od bramy szła Julka, zasłaniała dół twarzy chustką. Potrząsała z daleka 

pustym koszem. 

—  To  niemożliwe,  żeby  jej  odmówili,  pomyślała  Łucja,  pewnie 

zadatkowała kilka worków i gospodarze podwiozą je nam saniami. 

Tadeusz  wyszedł  właśnie  zza  wozowni,  spotkali  się  w  trójkę  na  środku 

podwórza. 

background image

—  Proszę  pani,  nie  chcą  mi  chłopy  nic  sprzedać,  podekowali  wszystko 

pod słomą, wymamrotała Julka przez chustkę, zasłaniającą zajęczą wargę. 

— Ja ich potrafię przekonać, powiedział gwałtownie Tadeusz — dosyć się 

już napaskowali! 

— Powiedziałaś, że to dla dzieci?! 
—  Powiedziałam,  ale  wyśmiali  mnie,  bo  te  pieniądze  już  nie  idą,  będą 

nowe lubelskie! 

— Skądże o tym wiedzą? 
— Ruscy im pokazywali. 
— Póki nie ma dekretu, muszą brać! — krzyknął Tadeusz. 
— Ale? Kto ich zmusi, żeby z papierkami zostali? 
Wetknęła  banknoty  do  ręki  skamieniałej  Łucji  i  poszła  kołysząc 

koszykiem prosto do stajni. 

—  Więc  co  dzieci  jeść  będą?  —  jęknęła  bezradnie  Łucja.  —  Co  teraz 

zrobimy? 

—  Niechże  się  pani  nie  martwi,  pocieszał  ją  Tadeusz  —  kartofle  są 

jeszcze, mleko też, kury jaj naznoszą, przecież już koniec stycznia, kiedyś się 
zaczną  nieść!  A  mąkę  i  słoninę  dostarczę  pani,  żebym  miał  całą  wieś 
przekopać! 

Łucja stała z zaciśniętymi wargami. 
— Więc po co było to wszystko, westchnęła, po co ta męka? 
— O co pani chodzi? 
Zbierała powoli myśli, dojrzała go wreszcie przed sobą, uśmiechnęła się 

gorzko. 

— Niech mi pan wybaczy, dziwaczeję... 
Zawróciła i kryjąc twarz w dłoniach wbiegła do sieni. 
— Wzięło ją, szepnął Tadeusz ze współczuciem. 
Jakieś  auto  trąbiło  rozpaczliwie  pod  zamkniętą  bramą,  nim  jednak 

podszedł,  zasuwa  puściła  i  w  trzasku  łamiących  się  desek  ciężarówka 
wjechała na podwórze. 

— Dlaczego do cholery nie otwieracie! — krzyknął szczupły porucznik w 

polskim mundurze, wysiadając z potężnego Studebackera. 

background image

— Wystarczyło wejść furtką i samemu otworzyć łatwo! 
— Cóż to za zamek? Którędy droga do miasta? 
— Jasne, że nie pod górę, tylko prosto szosą! 
— Krowy, świnie macie jeszcze? 
— A o co wam chodzi? 
—  Jesteśmy  z  aprowizacji  —  odpowiedział,  potem  zajrzał  pod  budę  i 

zawołał. Wyłaźcie kapitanie, zajrzymy do środka! Prowadźcie obywatelu! 

Tadeusz  stał  nieporuszony,  przyglądał  się  bacznie  przybyszom.  Tęgi 

kapitan, ciężko zeskoczył na ziemię. 

— Cóż się obywatelu tak na nas patrzysz, huknął porucznik — munduru 

polskiego nie widziałeś? 

— Widziałem, sam go dopiero po powstaniu zdjąłem, tylko wrzasków nie 

lubię! 

— A tyś co za jeden? 
— Komendant Milicji Obywatelskiej i proszę o ciszę, bo tu sierociniec! 
—  O  jaki  ważny,  powiedział  tamten  nachylając  się  do  kapitana. 

Oficerowie zajrzeli do stajni, porucznik szybko przeliczył krowy. 

—  Dwie  załadujemy,  usłyszał  Tadeusz.  A  gówno,  pomyślał,  wsadzając 

ręce do kieszeni. 

Weszli razem do zamku. 
Porucznik  rozmawiał  chwilę  z  Nahorayskim,  traktował  go  lekceważąco, 

nie  podał  mu  nawet  ręki.  Wreszcie  sędzia  rozłożył  bezradnie  ręce  i 
uśmiechając  się  szelmowsko  powiedział:  —  To  nie  ode  mnie  zależy,  niech 
komendant zadecyduje. 

Porucznik podszedł do Tadeusza. 
— Słuchajcie obywatelu, pomożecie mi załadować dwie krowy. 
— Chętnie, nawet trzy... 
— Dam wam litr wódki. 
— Tylko najpierw pokażcie nakaz rekwizycji. 
— Później wam go przywiozę. 
— To ja wam troszkę później załaduję krowy. 
— Więc nie dacie? 

background image

— Na gębę nic nie daję! 
— Jeszcze zobaczymy! Zwołam ludzi, powiedział wychodząc z pokoju. 
Kapitan  siadł  na  krześle,  nie  brał  udziału  w  całym  targu,  znudzony 

wyglądał przez okno. 

— Co to za facet? — zapytał Tadeusz. 
— Czort go wie, obiecał mnie podwieść, więc wsiadłem. Mówi, że tydzień 

temu  włożył  mundur  w  Lublinie,  był  buchalterem  w  Społem,  używa  sobie 
teraz. Nie dawajcie mu nic... 

— Po co on robi tę hecę, przecież gada od rzeczy? 
— Niech sobie gada, zgaduję co wydumał. Chce zaraz dzielić krowy, bo 

myśli, że je od służby, za parę groszy odkupi... 

— To się przeliczył, krowy należą do sierocińca. 
Tadeusz  zajrzał  do  drugiej  sali.  Stała  tam  gromada  zgrupowana  jak  do 

fotografii — kobiety, a z tyłu milicjanci. Na boku jak ubodzy krewni wspierali 
się o drzwi Nahorayscy. 

Ratajczakowa  raz  po  raz  szczypała  Walercię  i  szeptała:  —  No,  widzisz 

pani, widzisz... 

Porucznik skandował przemówienie uderzeniami pięści, aż dudnił stół. 
—  Do  was  stajnia  należy,  wasze  są  krowy...  Wasza  jest  ziemia,  boście 

jej zagony przez wieki potem ojców zraszali! Ziemia jest tego kto ją orze! 

Walercia pochyliła się do przodu. 
— A pościel, a szmaty panie poruczniku? 
— Tego co je pierze, powiedział z niezmąconą powagą. 
W tej chwili pani Wacława roztrąciła słuchających i z radosnym krzykiem 

rzuciła się na szyję mówcy. Ucałowała zaskoczonego w oba policzki. 

—  Polskie  wojsko!  —  Zawołała  zachwycona.  —  Przyszliście  nas 

oswobodzić! 

Przytuliła się do piersi porucznika, przechyliła głowę i zamrugała szybko 

rzęsami w udanym wzruszeniu. 

— Przyrzekłam sobie ucałować pierwszego polskiego żołnierza, jakże się 

cieszę, że to jest pan! 

—  Z  przyjemnością  oddaję  obywatelce  pozdrowienia  od  armii  — 

background image

powiedział porucznik, całując ją długo w usta. 

—  Cóż  pani  tu  porabia?  Pierwsze  serdeczne  powitanie  jakie  mnie  w 

drodze spotyka, skąd się pani tu wzięła? Rozejdźcie się obywatele, machnął 
ręką w stronę zaskoczonych słuchaczy. 

— Z Warszawy, z powstania, więdnę tutaj... 
— Więc na cóż pani czeka, niech pani jedzie z nami. 
— Dokąd? 
— Na razie do miasta, dziś je zdobyto. 
— No i co ja tam będę robiła? 
—  Pani  jest  z  Warszawy,  to  raz  dwa  się  dogadamy,  mrugnął  do  niej 

znacząco.  Robię  interesy,  jestem  z  aprowizacji,  zobaczy  pani  jakie  życie  z 
nami wesołe! 

— Na cóż ja się panom przydam? 
— Potrafi pani pisać na maszynie? 
— Pewnie, znam i rachunkowość. 
—  Świetnie,  więc  angażuję  panią!  Niech  się  pani  pakuje,  chyba...  — 

powiedział przeciągle — że coś tu panią trzyma... 

— Jestem wolna, z rozkoszą się stąd wyrwę, wstrząsnęła głową. 
— Odjedziemy za kwadrans, chciałbym tu jeszcze coś załatwić, może mi 

pani  zechce  pomóc...  Zajrzał  jej  władczo  w  oczy.  —  Zobaczy  pani  jak  nam 
będzie dobrze... 

— No, to idę na górę. 
— Pomogę pani, powiedział usłużnie. Podał jej ramię, wsparła się na nim 

ciężko i roześmiała przymilnie. 

Tadeusz  podszedł  do  kapitana,  który  bębnił  palcami  po  szybie,  widząc 

pytający wzrok chłopca, wzruszył ramionami: 

—  Tacy  nam  będą  najwięcej  szkodzić,  trudno  z  nich  się  otrząsnąć! 

Mocny nurt niesie zawsze ze sobą pianę! 

O  pierwszej  zajechało  na  podwórze  sześć  furgonów  i  trzy  kuchnie, 

jeszcze raz zaroili się na schodach Rosjanie. Sędzia słyszał jak pytali o mleko 
i zaraz wzdrygnął się bo Walercia zaczęła wrzeszczeć: 

—  Już  nam  wszystko  wasi  zabrali,  nie  ma  co  do  ust  włożyć!  Czego 

background image

jeszcze szukacie smotruchy? 

Sędzia  wyjrzał  ostrożnie  zza  zakrętu  klatki  schodowej,  oficer  słuchał 

krzyków z zadziwiającą cierpliwością. 

— Ruscy wam wzięli? — zapytał wreszcie. 
— Dzieci nie mamy czym nakarmić, były zapasy sierocińca, a teraz ani 

okruszyny nie zostało! 

Oficer dojrzał sędziego, wyciągnął rękę w jego stronę. 
— Pan, prawdu ona skaże? 
— Tak, kiwnął głową sędzia, wzięli tam coś... 
— Wzięli, bo byli głodni, powiedział oficer, my ich z kuchniami od dwóch 

dni ścigamy, a oni tylko Germańca pędzą. Ruscy wam wzięli, Ruscy oddadzą, 
nie będziecie się na nas skarżyć... Ile macie tych dzieci? 

— Trzydzieści, odpowiedziała zaskoczona kucharka. 
— Pięćdziesiąt, poprawiła Ratajczakowa. 
— Niechby i sto, wystarczy dla wszystkich, dawajcie rebionków. 
Dzieci zbiegły się na pierwsze wołanie. Ustawiły się w kolejkę. Pomocnik 

kucharza siedział na koźle pod budą i grał na harmonii, twarz zaczerwienioną 
od wódki, zwracał ku słońcu. Przymknąwszy oczy wyciągał długie, zawodzące 
tony. Dzieci uderzały do taktu łyżkami w puste miski, tupały nogami. Każde z 
nich dostało chochlę gęstej zupy i kromkę chleba. 

Najbardziej  je  cieszyło  obozowanie  na  podwórzu,  pomimo  krzyków 

Celinki  siadały  na  schodach,  jadły  powoli  z  dymiących  misek.  Milicjanci  też 
wyfasowali obiad przy okazji, nawet Ratajczakowa przyszła z talerzem. Gdy 
kucharz pogrzebawszy na dnie chlupnął jej obficie, podziękowała i rozejrzała 
się  za  dogodnym  miejscem.  Siadła  na  progu  stajni,  obok  Julki,  która 
odwrócona plecami do podwórza żuła kawałki mięsa. 

—  Och,  jaka  pyszna  zupa!  Jeszcześmy  takiej  nie  jedli,  wołali  chłopcy  z 

przesadnym zachwytem, podchodzili do Rosjan ukradkiem, dotykali końcami 
palców pepesze wsparte o koła. 

—  Nie  jest  znów  taka  dobra,  mruczała  Ratajczakowa,  gmerając  po 

talerzu  łyżką,  strzepywała  kurom  okruchy  kartofli.  Była  dotknięta  w  swej 
dumie zawodowej. 

background image

—  Ale  na  co  dzień  takiej  nie  robicie,  dopiekała  jej  Julka,  popatrzcie, 

gęsta aż łyżka stoi! 

—  Zawracanie  głowy,  żachnęła  się  poznanianka,  przypatrz  się  lepiej 

temu co gra, chłop jak świeca! Z takim to byś chciała powojować? 

Julka  odwróciła  się  ciekawie,  zasłoniła  dłonią  zajęczą  wargę.  Żołnierz 

zsunął  na  tył  głowy  futrzaną  czapę,  musiał  zauważyć  zainteresowanie,  bo 
przerwał grę i kiwnął ku nim ręką. 

— Ej, mołoda chodi, budiem tańcować! 
Julka zachichotała w chustę ściśniętą w obu pięściach. 

* * * 

Tadeusz  szukał  Nahorayskiego,  zastał  go  w  sypialni.  Na  łóżkach  leżało 

mnóstwo rzeczy jakby ściągnięto je do zapakowania. 

— Panie sędzio, chciałem z panem chwilę pomówić. 
— Proszę, niech pan siada. 
—  Powiem  panu  w  dwóch  słowach  o  co  mi  chodzi,  wyjedźcie  stąd  jak 

najprędzej,  może  dziś  jeszcze.  Słyszał  pan  co  mówił  porucznik,  lepiej  nie 
drażnić ludzi. 

— Dobrze panu mówić — wyjedźcie, ale jak to zrobić? 
— Choćby z Rosjanami, wezmą pana do miasta. 
— Więc tak bardzo panu zawadzam? 
— Przecież pan to rozumie, dla nas dwu jest tu teraz za ciasno. Muszę 

się liczyć z milicjantami. Jeszcze ciągle jest pan dla wsi autorytetem o który 
się potykam. 

— Przecież nie krytykuję, słowem się nie odzywam? 
— Wystarczy pańska obecność. Niech pan wyjedzie. 
—  Myślałem  już  o  wyjeździe.  Wolę  nie  patrzyć  na  to  co  się  dzieje,  boli 

człowieka... Wiem, że to pierwsza faza, ale nie mogę się pogodzić... 

— Panie sędzio, chciałbym z panem pomówić szczerze, niech pan już raz 

dowie  się  wszystkiego.  Słyszał  pan  o  Znaczonym?  Dowódca  tutejszego 

background image

okręgu,  Armia  Ludowa.  Po  Bożym  Narodzeniu  przyszedł  w  te  strony  duży 
oddział  spadochroniarzy  sowieckich,  wie  pan,  ci  sami  którzy  wysadzili  most 
kolejowy.  Potrzeba  było  dla  nich  żywności.  Znaczony  miał  ją  dostarczyć. 
Ligenschafty  dawno  oczyszczono,  również  i  dwory  sąsiednie,  przyszła  kolej 
na  zamek.  Mogłem  więc  panu  o  tym  powiedzieć,  ale  bałem  się,  że  pan 
powiadomi naszych, ściągnie osłonę AK do zamku. Nie chciałem dopuścić do 
strzelaniny. 

— Panie Tadeuszu, pan jeszcze ciągle płacze: „nasi”, „wasi”, trzeba się 

raz zdecydować, uśmiechnął się sędzia. — No, niech pan mówi dalej. 

—  Myślałem,  panie  sędzio,  tu  sierociniec,  szkoda  każdej  szyby.  Mają 

Niemcy  wziąć  świnie,  niech  wezmą  partyzanci.  Załatwiliśmy  to  po  cichu  z 
Janem. 

— To i Jan do was przystał? 
—  I  Jan.  I  paru  ze  wsi.  Panie  sędzio,  chciałbym,  żebypan  mnie  dobrze 

zrozumiał,  nie  machnąłem  tak  od  razu  koziołka.  Przyjrzałem  się  naszemu 
dowództwu, licho wie zresztą czy to byli dowódcy... Po kapitulacji powyłaziło 
to z piwnic, ładowani dolarami, poznałem ich dobrze w transporcie, słyszałem 
te  handlowe  rozmowy...  Ja  muszę  w  coś  wierzyć!  Ja  nie  mogę  tak  żyć! 
Musiałem szukać sprawiedliwości! Czekałem na nią! 

—  Ja  jeszcze  czekam,  mruknął  sędzia,  chłopiec  wydał  mu  się 

sympatyczniejszy. 

— Pan nas rozumie... Wiem, że ci milicjanci pana rażą. Ale niech mi pan 

wierzy,  za  rok,  będą  trzaskać  kopytami,  podciągną  się,  wychowamy  ich! 
Zrobi się z nich wojsko, choćby połowę trzeba było wywalić! 

— Wierzę w to, dlatego zostaję w kraju. Dziś mnie wypędzacie, jutro w 

waszym  imieniu  będę  może  wydawał  wyroki.  Każda  rewolucja  musi  się  do 
nas w końcu zwrócić, u nas poszukać legalizacji. 

— Więc nie ma pan do mnie żalu? 
— Cóż chłopcze... Pan jest w tym wszystkim najmniej winny... To co się 

dzieje  jest  silniejsze  od  nas  obu.  Od  dawna  przeczuwaliśmy  zmianę, 
wiedzieliśmy, że przyjść musi... 

— Dlaczego więc pan nie idzie z nami? 

background image

—  Bo  nie  zaczyna  się  budowy  domu  od  zatknięcia  w  ziemię  wiechy, 

przyjdzie czas i na mnie, sami mnie wezwiecie. 

— Pan nam nie wierzy? Na co pan czeka? 
— Żebyście się trochę wychowali. Jestem spokojny, to pójdzie szybko. 
— Więc co pan będzie teraz robił? 
— To samo co wszyscy, którzy nie są przeciw, przyzwyczajał się do  tej 

wolności.  Życzę  panu  powodzenia,  zaprowadzić  tutaj  porządek  będzie 
naprawdę wielką sztuką. 

Uścisnął Tadeuszowi rękę. 
— Chwilami mam takie wrażenie, że pan wie dużo więcej ode mnie, że 

pan po cichu drwi... 

—  Nie,  to  się  tylko  panu  zdaje.  Ostrożność,  wie  pan,  jest  może  cechą 

starości, ale... 

Do pokoju wbiegła pani Janina. 
— Ludwiku, chciałam spakować pościel, bielizna była w koszu jeszcze nie 

prasowana, prosto z prania. Walercia nie chce mi jej oddać! Idź powiedz jej 
coś! 

— Słyszałaś co rano mówił lubliniak? 
— Słyszałam, ale jakże to można traktować poważnie? 
—  Widzisz  że  można,  więc  nie  wymagaj  od  Walerci,  żeby  ci  dawała 

swoją bieliznę. 

— Więc zostaje nam tylko to co mamy tutaj? 
— Masz dwie zmiany? 
— Mam nawet więcej, ale... 
— Więc zapakuj, bo niedługo odjeżdżamy. 
— Jakto? Całkiem już? 
— Chyba tak, co panie Tadeuszu? 
—  Przykro  mi  panie  sędzio,  ale  nie  mogę  panu  nic  pomóc.  Jedno 

obiecuję,  odbiorę  tę  bieliznę,  przyda  się  dla  Milicji.  Nie  będzie  się  Walercia 
mogła długo nią cieszyć. 

—  To  zabawne,  mogę  mówić  o  tym  wszystkim  bez  rozgoryczenia. 

Wczoraj prosiłem ją, żeby pilnowała szaf, żeby strzegła naszych rzeczy, dziś 

background image

ta sama Walercia pilnuje wszystkiego, ale przede mną. 

— Nasza kochana Walercia! — wykrzyknęła Nahorayska. Tyle lat razem, 

to już jest podłe, naprawdę podłe... 

Sędzia przeszedł się po pokoju, wreszcie stanął i wzruszył ramionami. 
— Myślisz, że nie damy sobie rady? Przekonasz się że, w krótkim czasie 

wszystko  znów  będziemy  mieli.  Dla  tych  biedaków  teraz  to  jedyna  szansa. 
Harowali przez całe życie i nie dorobili się niczego — dotknął dłonią czoła. — 
Tu  mam  plan  nowego  domu,  sto  razy  milszego  od  tej  landary.  Nie  myśl  o 
Walerci, nie warto... Niech ci się wydaje, że straciłaś już dawno te rzeczy, że 
je zabrała wojna. 

— Wolałabym, bo jak pomyślę, że to Walercia... Nie mogę... Nie mogę... 

rozpłakała się pani Janina oparta czołem o poręcz fotela 

* * * 

Łucja  szła  powoli  z  księdzem  przez  park.  W  dole  zawodziła  harmonia, 

wyżej na stoku między drzewami krzyczały dzieci. Śnieg jarzył się w słońcu, 
sypał iskrami. Pachniały mocno świerkowe gałązki. 

—  Niech  pani  mnie  to  zostawi,  wiem,  że  pani  trudno  byłoby  z  matką 

rozmawiać. Spróbuję jej to ostrożnie powiedzieć... 

—  Och,  księże,  szepnęła  Łucja  z  wdzięcznością.  —  Dotąd  sobie  robię 

wyrzuty, jak mogłam być tak nieostrożna, po co brałam ze sobą Marynię... 

— Trudno, widać tak jej było sądzone... 
— Ale dlaczego właśnie ona ginie, takie dobre dziecko... To jest okrutne. 
—  Nie  wiem,  nie  mamy  prawa  sądzić  wyroków  boskich.  Trudno  dziś 

stwierdzić czy to jest kara, czy próba... Może Ratajczakawa znajdzie w sobie 
odpowiedź. 

Po  stoku  zbiegała  ku  nim  Celinka.  Twarz  jej  miała  grymas  fanatycznej 

nienawiści. 

— Gdzie idziesz? — zawołała Łucja. 
Dziewczyna wzdrygnęła się, jak przebudzona, przystanęła na moment. 

background image

— Zaraz wracam! 
Skręciła, biegła omijając ich z daleka. 
— Co jej się stało? Niedobrze jej z oczu patrzy, leci jakby ją diabeł gonił, 

popatrzył ksiądz za zbiegającą po stoku. 

— To samo pomyślałam, żeby jakiegoś nieszczęścia nie było... 
— Za mało się nimi zajmowałem, zamruczał ksiądz Bazyli, właściwie nie 

znam jej, ani Tadka... 

Przeszli jeszcze parę kroków, nagle Łucja wybuchnęła: 
— No i jaki to miało sens, po co się tak męczyłam, po co ryzykowałam 

życie swoje i drugich? Czy po to, żeby w końcu pokazało się, że cała ofiara na 
nic? Zmarnowałam dziecko! Zamiast pieniędzy przyniosłam śmieci! 

Ksiądz  popatrzył  na  wzburzoną  twarz  Łucji,  na  wargi  z  gorzką  bruzdą 

cierpienia. 

— Dziś tak pani mówi, dziś jeszcze pani nie pojmuje wartości tej nocy, 

którą pani przeżyła. Bo to nie ważne, czy pani przyniosła pieniądze, czy pani 
osiągnęła to czego pani pragnęła. Ważna jest sama ofiara, a pani poświęciła 
siebie, kładła pani swoje życie za sprawę dzieci! Człowiek jest tylko tyle wart, 
ile  jest  gotów  dać  drugim,  ile  naprawdę  im  daje.  Pani  chciała  dzieciom 
dopomóc,  ochronić  je  przed  głodem...  Ta  noc  była  wielką  próbą,  czy  pani 
pojmuje?  Zwyciężyła  pani  siebie,  zna  się  pani  już  do  dna.  Zdobyła  pani  dla 
siebie  skarb,  który  może  dopiero  po  latach  pani  oceni!  Jak  to  dobrze  móc 
sobie  zaufać.  Może  kiedyś  będzie  dla  pani  ta  noc  wielkim  pokrzepieniem... 
Może pamięć tych dni podniesie panią z jakiejś słabości... 

—  Księże,  jestem  tak  straszliwie  spustoszona,  u  kresu  sił,  samotna  jak 

nigdy... 

— Nieprawda, nie jest pani samotna. Wierzący nigdy nie jest samotny! 

Czyż pani nie Widzi Ręki litościwego Ojca, która i nad panią zawisa? Myślała 
pani  zarozumiale  wszystko  dla  dzieci  zrobię,  ja  sama,  ja  —  Łucja!  I  nie 
przyniosła pani nic, ażeby je nasycić, a jednak mają dziś co jeść. I na dziś i 
na jutro. Upokorzono panią. 

Łucja stała z opuszczoną głową. 
—  Niech  pani  zaufa  tej  Ręce.  Każdy  z  nas  musi  się  dźwigać  ze 

background image

wszystkich  sił,  musi  próbować,  ale  ta  Dłoń  Miłosierna  jest  naszą  nadzieją  i 
pokrzepieniem. Prośmy, żeby nam błogosławiła. 

Szli ścieżką w milczeniu. 
— A jednak zostanę tu sama... wszyscy po trochu rozjeżdżają się, pani 

Wacława  już  uciekła,  Nahorayscy  się  pakują,  za  parę  dni  i  Ratajczakawa  z 
córką wrócą do Poznania... A co ksiądz myśli robić?... 

—  Zostaję  tutaj,  dopóki  mnie  Kuria  nie  odwoła.  Widzi  pani,  nie 

poszedłem nawet, żeby się z nią pożegnać... — mruczał w zamyśleniu. 

Mimo,  że  nie  wymienił  imienia,  Łucja  wiedziała  o  kim  mówi,  przyjrzała 

mu się uważnie. Twarz miał poważną, jakby trochę postarzałą. 

—  Żegnać  się  z  kimś,  to  tak,  jakby  się  miało  jeszcze  nadzieję  kiedyś 

powitać...  Cóż  wszyscy  jesteśmy  ludźmi,  i  my,  księża  mamy  też  swoje 
słabości, możemy błądzić... Ale jednak, gdybyście nas zapytali co jest dobre, 
a co złe, odpowiemy nieomylnie. I to będzie głos Kościoła. I będziemy wam 
to  mówić,  uporczywie,  natrętnie,  choćbyście  nie  chcieli,  tyle  jeszcze 
potrafimy... 

—  Więc  co  ksiądz  myśli  o  tym  wszystkim  co  się  dokoła  nas  dzieje,  jak 

ksiądz to osądza? 

— Idę z moimi wiernymi, bez owiec nie byłbym pasterzem. 
— Trudno będzie księdzu pracować, znaleźć wspólny język... 
—  Trzeba  z  ludem  żyć,  to  więcej  znaczy  jak  nauki,  żyć  —  to  się 

wzajemnie wychowywać. Ani mnie, ani pani nie wolno się od tego uchylać... 

—  Panna  Łucja!  Panna  Łucja  idzie!  —  rozległ  się  nad  nimi  radosny 

wrzask dzieci. Zbiegały z góry ze śmiechami, kurzył się za nimi sypki śnieg. 
Spadły  na  Łucję  gromadą.  Wieszały  się  jej  na  szyi,  czepiały  ramion,  aż 
przyklękła. Czuła bijący od nich zapach ubóstwa. Była mocno wzruszona, gdy 
zaczęły  ją  całować  po  oczach  i  karku.  Oddawała  pocałunki,  tuliła  dzieci  do 
piersi. 

— No dajcież już spokój, zawołał ksiądz Horbaczewski — udusicie pannę 

Łucję! 

Powoli uścisk się rozluźnił. Dzieci złapały się za ręce, zaczęły tańczyć na 

śniegu w kółko i śpiewać piskliwie: 

background image

— Stoi Różyczka w mirtowym wieńcu 
kłaniamy jej się jako książęciu, 
ty Różyczko strzeż się, strzeż, 
kogo kochasz tego bierz! 

Łucja wyciągnęła ramiona, rzucił się w nie Włodzio Aniserewicz. 
— Mnie! Mnie! Ja się nie mogłem do pani docisnąć! 
Łucja  podniosła  go  wstając.  Wzdrygnęła  się,  poczuła  na  szyi  dotknięcie 

drucianego haczyka, którym ją objął. 

—  Ja  pani  powiem  wielką  tajemnicę!  —  szeptał  jej  w  ucho.  Znalazłem 

rewolwer, prawdziwy rewolwer... 

— Gdzie? 
— Koło świerków, w śniegu. 
— I co z nim zrobiłeś? 
— Panna Celinka go ode mnie pożyczyła. 
—  Niechże  pani  nie  dźwiga  tego  klocka,  zawołał  ksiądz.  —  Jak  ci  nie 

wstyd, stary koń i pcha się na ręce! 

— To nie ja, pani sama mnie wzięła! 
— No idźcie się teraz bawić, zaraz do was przyjdę! 
— Niech pani nas samych nie zostawia! 
—  Nie  zostawię  was  już,  nie  bójcie  się!  —  podeszła  do  księdza.  — 

Celinka ma rewolwer, Włodzio go znalazł w śniegu. 

— Ach to pewnie ten Walther, który odebrałem Niemcowi. 
— Ale na co jej broń... Była taka wzburzona... 
— No to chodźmy, trzeba do niej zajrzeć, przemówić do rozsądku. 
Na  podwórzu  szalał  harmonista.  Julka  wirowała  w  objęciach  kucharza. 

Milicjanci  siedzieli  przy  schodach  na  złoconych  krzesełkach  wyniesionych  z 
salonu i przyglądali się zabawie. 

Nagle harmonia zachłysnęła się wściekłym trepakiem. 
Kucharz  puścił  Julkę,  podskoczyła,  aż  jej  się  zatrzęsły  kozie  piersi. 

Zataczała się, cały świat jej wirował przed oczami. 

Rosjanin  rzucił  czapkę  na  ziemię,  zaczął  dreptać  w  miejscu  ale  widząc, 

że  Julka  chwieje  się  i  chichocze  cienko,  złapał  ją  w  pół  i  chciał  pocałować. 

background image

Jednym  ruchem  zerwał  jej  chustkę,  którą  zasłaniała  pół  twarzy.  Błysnęły 
spod zajęczej wargi długie, białe zęby wyszczerzone w uśmiechu. 

Rosjanin odskoczył. 
— Tfu, splunął, gdy dziewczyna uciekała z piskiem, — Idy kczortu, jakby 

się śmierć do mnie zaśmiała! 

Schylił się szybko po czapkę. 
Płachty na wozach już były potroczone. Kuchnie odjeżdżały. 
— Tu jesteśmy, tutaj panno Łucjo! — wołały Gabrynia i Stynka siedząc 

na wozie. 

Sędzia wystawił głowę spod plandeki. 
— Do widzenia pani! Do widzenia księże kapelanie! 
W  głębi  wozu  siedziała  na  kufrze  Nahorayska  z  twarzą  nabrzmiałą  od 

płaczu. 

Zapiszczał  śnieg  pod  kołami,  załomotały  kopyta.  Konie  zapierając  się 

nogami ostrożnie zstępowały na pochyłość podjazdu. 

Z  sieni  wybiegła  Walercia.  W  ręce  miała  spory  tłumoczek,  z  trudem 

wrzuciła go między Nahorayskich. 

— To bielizna  Krystynki, prosto z prania, wołała  — Żebyście potem nie 

mówili, że ją chrzestna okradła! Pa, moje kurczątko, pa! 

Wozy zaturkotały po pochyłości. 
Ledwie  jednak  minęli  mostek  na  Siniawce,  musieli  zjechać  nad  rów  i 

przepuścić  rozwleczoną  kolumnę  piechoty.  Szły  długie  szeregi  utrudzonych 
żołnierzy.  Rowem  przegalopował  patrol  telefonistów.  Zbity  śnieg  leciał  spod 
kopyt. Konie w zaprzęgach zaczęły rżeć najpierw jeden, potem kilka. W głębi 
doliny  jakiś  oddział  śpiewał.  Pieśń  rozbita  na  głosy,  wzmocniona  echami 
staczającymi się po ścianach skalnych huczała jak orkan. 

Sędzia podniósł głowę, popatrzył na zamek. Ze szczytu wieży trzepotała 

się  mała,  białoczerwona  chorągiewka,  ponad  nią  sunęły  srebrzyste 
chmureczki po bezmiarze wystygłego błękitu. 

Nahorayski wparł się mocno rękami, uczepił żelaznego pręta, na którym 

była napięta brezentowa buda. Twarz miał spokojną. 

Tam  wysoko  była  nasłoneczniona  przestrzeń,  chorągiewka  mrugała 

background image

szybciutko jakby tęskniła do lotu. 

Sędzia popatrzył na maszerujących obok żołnierzy, niskich, skośnookich, 

w brudnych kaftanach. Twarze mieli miedziane. Szli pochyleni z woreczkami 
na  plecach,  z  bronią  po  partyzancku,  lufami  na  dół.  Mrowiła  się  przed  nim 
długa  kolumna,  czuł  ich  woń  obcą,  potu,  wełny  i  dymu.  Człapali  powoli  po 
śniegu. 

Nie był to krok zdobywców, ale spracowanych chłopów przemierzających 

zagony. 

Wrocław 48. 
KONIEC