background image

 

 

 

J

ACK 

L

ONDON

 

 

 

 

 

 

 

Z

 

„P

ODROŻY 

S

NARKA

” 

 

 

 

background image

 

POCZESNE MIEJSCE U STOŁU OBFITOŚCI 

  

Gdy pojawiali się nieznani przybysze, każdy z męż- 

czyzn usiłował pozyskać przyjaźń jednego z nich i za- 

prowadzić do własnego domu, gdzie okoliczni miesz- 

kańcy traktowali go z największą serdecznością, 

sadzając na pierwszym miejscu i częstując obficie 

najlepszym jadłem. 

  

Studium obyczajów w Polinezji 

  

"Snark" stał na kotwicy u brzegu wyspy Raiatea, naprzeciw wioski Uturoa. Zawinęliśmy 

tam poprzedniego wieczora o zmroku i przygotowywaliśmy się do pierwszej wizyty na lądzie. 

Wczesnym  rankiem  dostrzegłem  malutką  pirogę  z  przeciwważnicą  i  zgoła 

nieprawdopodobnym  żaglem  rozprzowym,  mknącą  po  powierzchni  laguny.  Piroga 

przypominała kształtem trumnę; było to po prostu koryto wyżłobione w pniu drzewa, długie 

na czternaście stóp, o szerokości co najwyżej dwunastu i głębokości mniej więcej dwudziestu 

czterech cali. Nie było ociosane, tyle tylko że zaostrzone na obu końcach. Piroga miała boki 

prostopadłe.  Pozbawiona  przeciwważnicy  przewróciłaby  się  w  mgnieniu  oka. 

Przeciwważnicą utrzymywała ją w pozycji pionowej. 

Wspomniałem,  że  żagiel  pirogi  był  zgoła  nieprawdopodobny.  To  nie  przesada).  Nie 

należał  do  zjawisk,  które"  trzeba  zobaczyć,  aby  w  nie  uwierzyć;  nie  można  było  w  to 

zjawisko uwierzyć, nawet oglądając je na własne oczy. Wysokość żagla i długość bomu były 

dostatecznie  przerażające;  jakby  nie  dość  na  tym,  konstruktor  nadał  żaglowi  niezwykłą 

szerokość u góry. Górna część żagla była tak wielka, że nawet pod naporem normalnej bryzy 

złamałaby  każde  rozprze  .  Do  pirogi  przymocowano  więc  drzewce  wystające  nad  wodą  za 

rufą.  Do  tego  drzewca  przywiązany  był  rodzaj  baksztagu.  W  ten  sposób  dolny  brzeg  żagla 

naciągało się za pomocą szotu , a górny koniec rozprza za pomocą baksztagu. 

Nie  było  to  zwykłe  czółno  ani  zwykła  piroga,  lecz  żaglówka.  Aby  żeglować  na  niej, 

trzeba balastować ciężarem ciała i mieć duże doświadczenie. Obserwowałem, jak piroga szła 

ostro pod wiatr w stronę wsi. Samotny żeglarz siedział na skraju przeciwważnicy, wybierając 

żagiel lub wypuszczając z niego wiatr przy silniejszych podmuchach. 

— Jedno jest pewne — orzekłem. — Nie ruszę się stąd, zanim nie wypróbuję tej pirogi. 

background image

 

Wkrótce potem Warren zawołał z trapu: — Jest tu właśnie piroga, o której mówiłeś. 

Wyskoczyłem  na  pokład  i  powitałem  właściciela  łodzi,  wysokiego,  smukłego 

Polinezyjczyka, o szczerej twarzy i jasnych, błyszczących, inteligentnych oczach. Ubrany był 

w szkarłatną przepaskę biodrową i słomiany kapelusz. W rękach miał podarki. — rybę, sporą 

wiązkę  zielonych  jarzyn  i  kilka  olbrzymich  bulw  yamu.  Podziękowałem  za  to  wszystko 

uśmiechem  (w  odległych  zakątkach  Polinezji  uśmiech  jest  nadal  cenną  monetą  obiegową), 

wielokrotnie powtórzyłem słowo „mauruuru" (co w narzeczu Tahiti znaczy „dziękuję") i za 

pomocą gestów dałem mu do zrozumienia, że chciałbym przejechać się jego pirogą. 

Twarz  zajaśniała  mu  radością  i  wymówił  jedno  tylko  słowo  „Tahaa",  odwracając  się 

równocześnie i wskazując wysokie, spowite w chmury szczyty na wyspie odległej o trzy mile, 

zwanej Tahaa. Dęło w stronę wyspy, więc w powrotnej podróży czekała nas żegluga wprost 

pod  wiatr.  Nie  zamierzałem  płynąć  na  wyspę  Tahaa.  Miałem  doręczyć  listy  na  Raiatea  i 

odwiedzić paru urzędników, a ponadto Charmian przygotowywała się właśnie w kajucie do 

wyjścia na ląd. Stanowczymi gestami wytłumaczyłem właścicielowi pirogi, że nie pragnę nic 

więcej,  jak  tylko  krótkiej  przejażdżki  po  lagunie.  Na  twarzy  jego  odmalowało  się 

rozczarowanie, lecz zgodził się z uśmiechem. 

—  Chodź,  popływamy  trochę  —  zawołałem  do  Charmian  —  ale  włóż  kostium 

kąpielowy, zmokniemy na pewno. 

To  było  nierzeczywiste.  Płynęliśmy  jak  we  śnie.  Piroga  pruła  wodę.  niczym  srebrna 

strzała.  Wylazłem  na  przeciwważnicę  i  w  ten  sposób  pomagałem  balastować.  Tehei  zaś 

pokazywał  swe  żeglarskie  umiejętności.  Przy  silniejszych  podmuchach  wiatru  on  również 

wysuwał  się  na  przeciwważnicę,  równocześnie  sterując  trzymanym  w  obu  rękach  szerokim 

wiosłem i przytrzymując szot stopą. 

— Do zwrotu I — zawołał. 

Przesunąłem  ostrożnie  ciężar  ciała  bliżej  pirogi,  by  utrzymać  równowagę,  gdy  przy 

zwrocie ustanie napór wiatru na żagiel. 

— Ostro na wiatr! — zawołał skręcając. 

Po  żerdziach  przymocowanych  w  poprzek  pirogi  ześliznąłem  się  na  drugą  jej  stronę  i 

ruszyliśmy z wiatrem w zawody na nowym halsie. 

— Dobrze — rzekł Tehei. 

Te trzy zdania składały się na jego angielszczyznę i kazały mi przypuszczać, że należał 

kiedyś  do  kanackiej  załogi,  dowodzonej  przez  amerykańskiego  kapitana.  W  przerwach 

między porywami wiatru dawałem mu znaki ręką i powtarzałem z pytającą intonacją w głosie 

słowo „żeglarz". Następnie spróbowałem dogadać się z nim w okropnej francuszczyźnie, lecz 

background image

 

ani słowo marin, ani matelot nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Albo moja francuszczyzna 

była. zbyt ograniczona, albo on jej nie mógł zrozumieć. Z czasem doszedłem do wniosku, że 

oba  przypuszczenia  były  słuszne.  Wreszcie  zacząłem  wymieniać  nazwy  pobliskich  wysp. 

Kiwał  głową  na  znak,  że  są  mu  znane,  a  gdy  usłyszał  z  kolei  nazwę  Tahiti  pojął,  o  co  mi 

chodzi.  Jego  procesy  myślowe  były  prawie  widoczne  i  z  prawdziwą  przyjemnością 

obserwowałem, jak malują mu się na twarzy. Kiwał energicznie głową; tak, bywał na Tahiti i 

sam  dodał  nazwy  innych  wysp,  takich  jak  Tikihau,  Rangiroa  i  Fakarava,  co  dowodziło,  iż 

dotarł aż do Archipelagu Paumotów, niewątpliwie jako członek załogi handlowego szkunera. 

Gdy  po  krótkiej  przejażdżce  powróciliśmy  na  pokład  jachtu,  zapytał  na  migi,  dokąd 

„Snark" płynie. Wymieniłem wyspy Samoa, Fidżi, Nową Gwineę, a potem Francję, Anglię i 

Kalifornię, w kolejności  ich geograficznego położenia, na co powiedział „Samoa" i  wyraził 

gestami chęć towarzyszenia nam w tej podróży. Z wielkim trudem zacząłem mu tłumaczyć, 

że  nie  imamy  miejsca  na  „Snarku".  Słowa  petit  bateau  osiągnęły  wreszcie  pożądany  efekt. 

Pogodził  się  z  odmową,  maskując  znowu  rozczarowanie  uśmiechem  i  zaraz  ponowił 

zaproszenie na wyspę Tahaa. 

Charmian  i  ja  spojrzeliśmy  po  sobie.  Oboje  byliśmy  jeszcze  pod  urokiem  przejażdżki, 

zapomnieliśmy  więc  chętnie  o  listach  na  Raiatea  i  wizytach  u  miejscowych  dygnitarzy. 

Wepchnęliśmy niezwłocznie do blaszanego pudła po sucharach parę spodni, koszulę, obuwie, 

papierosy,  zapałki  oraz  książkę  do  czytania,  owinęliśmy  to  wszystko  gumową  płachtą  i 

wskoczyliśmy do pirogi. 

— Kiedy można się was spodziewać z powrotem? — zawołał Warren, podczas gdy wiatr 

napełniał żagiel, a Tehei i ja czym prędzej sadowiliśmy się na przeciwważnicy. 

— Nie wiem — odpowiedziałem. — Wydaje mi się, że wtedy, kiedy wrócimy. 

Wyruszyliśmy  i  po  chwili  mknęliśmy  pełnym  wiatrem  z  poluzowanymi  żaglami. 

Krawędź pirogi górowała nie więcej niż dwa i pół cala nad powierzchnią morza i drobne fale 

przelewały się ustawicznie do środka. Trzeba było wylewać wodę, co" należy do głównych 

czynności „vahine". W języku tubylców Tahiti „vahine" oznacza kobietę, a że Charmian była 

jedyną „vahine" w naszej  pirodze, obowiązek ten, zgodnie z ustalonym porządkiem rzeczy, 

spadł  na  nią.  Tehei  i  ja  nie  mogliśmy  tego  robić,  gdyż  obaj  tkwiliśmy  na  drągu  łączącym 

przeciwważnicę  z  pirogą  i  byliśmy  zajęci  utrzymywaniem  pirogi  w  pozycji  pionowej. 

Charmian wychlustywała wodę drewnianym czerpakiem prymitywnego wyrobu tak sprawnie, 

że od czasu do czasu mogła sobie pozwolić na dłuższy odpoczynek. 

Raiatea i Tahaa są wyspami jedynymi w swoim rodzaju, leżą bowiem wewnątrz tej samej 

rafy koralowej. Obie są wulkanicznego pochodzenia i rysują się na horyzoncie zygzakowatą 

background image

 

linią  wysokich  urwisk  i  turni.  Obwód  wyspy  Raiatea  wynosi  trzydzieści  mil,  a  Tahaa 

piętnaście, co daje pojęcie o rozmiarach otaczającej je rafy. Pomiędzy wyspami a rafą ciągnie 

się  szeroki  na  jedną  do  dwóch  mil  pas  wody  tworzący  wspaniałą  lagunę.  Ogromne  fale 

Pacyfiku,  których  nieprzerwana  długość  dochodzi  nieraz  do  półtorej  mili,  uderzają  o  r,afę, 

podnosząc  się  i  zwalając  na  nią  ze  straszliwym  łoskotem,  a  jednak  ta  delikatna  budowa  z 

koralu  wytrzymuje  napór  oceanu  i  ochrania  ląd.  Na  zewnątrz  rafy  zagłada  czyha  na 

najpotężniejsze  nawet  statki,  wewnątrz  zaś  panuje  cisza  gładkich  wód  i  piroga.  taka.  jak 

nasza,  wystająca  zaledwie  parę  cali  ponad  powierzchnię  oceanu,  może  tam  pływać 

swobodnie. 

Mknęliśmy  po  tej  wodzie.  I  co  to  była  za  woda!  Przejrzysta  jak  najczystsze  źródło, 

lśniąca  krystalicznie  i  mieniąca  się  fantastyczną  grą  barw  i  smug  tęczowych,  przy  których 

blednie  każda  tęcza.  Zieleń  jaspisu  przeplatała  się  z  turkusem,  pawi  błękit  z  kolorem 

szmaragdu.  Piroga  śmigała  to  po  rudych  lub  purpurowych,  to  po  roziskrzonych, 

jaskrawobiałych jeziorkach, gdzie na dnie leżał piasek ze startego na proszek koralu, a na nim 

wylegiwały  się  monstrualne  ślimaki  morskie.  W  jednej  chwili  znajdowaliśmy  się  nad 

cudownymi ogrodami koralowych krzaków, pomiędzy którymi igrały ryby o najróżniejszych 

barwach,  trzepocząc  się  jak  morskie  motyle,  w  następnej  pruliśmy  ciemną  powierzchnię 

głębokich kanałów i płoszyliśmy srebrzyste chmary latających ryb, po czym płynęliśmy nad 

innymi  znowu  ogrodami  żyjących  korali,  z  których  jeden  piękniejszy  był  od  drugiego.  A 

ponad  tym  wszystkim  rozpościerało  się  tropikalne  niebo  pasatów.  U  jego  zenitu ścigały  się 

wełniste obłoczki, których zwały piętrzyły się na horyzoncie. 

Ani  się  obejrzeliśmy,  a  już  przybijaliśmy  do  wyspy  Tahaa  i  Tehei  wyraził  uśmiechem 

uznanie dla sprawności, z jaką „vahine" czerpała wódę. Piroga utknęła na piasku w odległości 

około  dwudziestu  stóp  od  brzegu  i  wyszliśmy  na  ląd  brodząc  po  miękkim  dnie,  gdzie  pod 

naszymi nogami wiły się wielkie ślimaki. Gdy się następowało na coś wyjątkowo miękkiego, 

oznaczało  to  obecność  małej  ośmiornicy.  Opodal  plaży,  wśród  palm  kokosowych  i 

bananowych drzew stał  dom  naszego gospodarza, wzniesiony na palach, pokryty strzechą z 

trawy  i  zbudowany  z  drzewa  bambusowego.  Z  domu  wyszła  „vahine"  Tehei,  drobna 

kobiecina  o  łagodnych  oczach  i  rysach  mongolskich,  a  może  indiańskich,  typu  północno-

amerykańskiego. Zwała się Bihaura, lecz Tehei wymawiał jej imię nie po angielsku, ale coś 

jakby „Bi-ah-uu-rah", podkreślając każdą sylabę. 

Wzięła Chairmian za rękę i zaprowadzała do domu, Tehei zaś i ja ruszyliśmy za nimi. Tu 

gospodarze  dali  nam  do  zrozumienia  gestami  nie  budzącymi  żadnych  wątpliwości,  że 

wszystko, co posiadają, jest nasze. Żaden rycerz nie zdołałby wymowniej wyrazić serdecznej 

background image

 

gościnności,  a  jestem  pewny,  że  niewielu  posunęło  ją  kiedykolwiek  tak  daleko  w  praktyce. 

Odkryliśmy  niebawem,  że  nie  wolno  nam  podziwiać  ich  dobytku,  ledwie  bowiem 

okazywaliśmy zainteresowanie jakimś przedmiotem, natychmiast go nam ofiarowywali. Obie 

„va-hine",  ulegając  instynktom  niewieściego  rodu,  zaczęły  oglądać  kobiece  błyskotki  i 

ozdoby, podczas gdy Tehei i ja, jak na mężczyzn przystało, zajęliśmy się sprzętem służącym 

do  łowienia  ryb  i  polowania.  na  dzikie  świnie,  nie  mówiąc  już  o  przyrządzie,  za  pomocą 

którego chwyta się ryby bonito długimi na czterdzieści stóp drągami, siedząc w podwójnych 

pirogach. Charmian podziwiała koszyk z przyborami do szycia, najpiękniejszy z widzianych 

przez  nas  na  Polinezji  okazów  sztuki  koszykarskiej;  otrzymała  go  na  własność.  Ja  z  kolei 

zachwyciłem  się  hakiem  do  łowienia  bonito,  wyrzeźbionym  z  jednego  kawałka  perłowej 

muszli;  natychmiast  zostałem  jego  właścicielem.  Charmian  zwróciła  uwagę  na  słomianą 

plecionkę, ze trzydzieści stóp w jednym zwoju, z której można było zrobić każdy kapelusz; 

otrzymała cały zwój. Mój wzrok zatrzymał się na tłuczku do „poi" , pochodzącym jeszcze z 

epoki narzędzi kamiennych; już był mój. Charmian patrzyła o chwilę za długo na drewnianą 

czarę  w  kształcie  czółna,  na  czterech  nóżkach,  wyrzeźbioną  w  jednym  kawałku  drzewa; 

dostała czarę. Rzuciłem ponownie okiem na olbrzymią butlę ze skorupy orzecha kokosowego; 

już  była  moja.  Wreszcie  rozmówiliśmy  się  z  Charmian  i  postanowiliśmy  nic  więcej  nie 

podziwiać,  nie  dlatego,  że  to  się  nie  opłacało,  ale  dlatego,  że  opłacało  się  zbyt  dobrze. 

Łamaliśmy  sobie  również  głowy  nad  tym,  co  z  rzeczy  na  jachcie  nadawałoby  się  na 

odpowiedni  rewanż.  Święta  Bożego  Narodzenia  są  łatwym  problemem  w  porównaniu  z 

wymianą podarków na Polinezji. 

Podczas  przygotowywania  obiadu  siedzieliśmy  na  chłodnej  przyzbie,  na  najlepszych 

matach Bihaury i nawiązywaliśmy stosunki z mieszkańcami wioski. Nadchodzili w grupach 

po  parę  osób,  ściskali  nam  ręce  i  mówili  „iorana",  co  po  tahitiańsku  oznacza  powitanie. 

Mężczyźni  byli  wysocy  i  barczyści,  w  przepaskach  biodrowych,  niejeden  bez  koszuli. 

Kobiety ubrane z reguły w „ahu", coś w rodzaju fartucha, opadające we wdzięcznych fałdach 

z ramion aż do stóp. Niektórzy cierpieli na elephantiasis, co było nader przykrym widokiem. 

Oto zbliżała się przystojna, wspaniale zbudowana kobieta, o postawie królowej, lecz z jedną 

ręką cztero- albo i dwunastokrotnie grubszą od drugiej. Obok niej wyprostowany mężczyzna, 

sześć  stóp  wzrostu,  o  potężnych  muskułach,  ciele  barwy  brązu,  godnym  antycznego  boga, 

lecz  ze  stopami  i  łydkami  tak  spuchniętymi,  że  zlewały  się  w  jedną  bezkształtną,  potworną 

masę, przypominającą istotnie nogi słonia. 

Przyczyny  tej  powszechnej  na  Morzach  Południowych  choroby  są  właściwie  nieznane. 

Według  jednej  teorii  wywołuje  ją  picie  zakażonej  wody,  według  drugiej  jest  to  rezultat 

background image

 

ukąszenia przez moskita. Trzecia teoria przypisuje elephantiasis predyspozycji spotęgowanej 

przez  aklimatyzację.  Ktokolwiek  natomiast  obawia  się  zbytnio  tej  i  podobnych  chorób,  nie 

może sobie pozwolić na podróżowanie po Morzach Południowych. Trudno jest bowiem nigdy 

nie  pić  wody  lub  zabezpieczyć  się  całkowicie  przed  ukłuciem  moskita.  Wszelkie  środki 

ostrożności ze strony przestrzegającego przepisów higieny nie zdadzą się na nic. Jeśli chcąc 

się  wykąpać  przebiegnie  bosą  stopą  po  plaży,  nastąpi  na  miejsce,  którego  przed  chwilą 

dotknęła  stopa  chorego  na  elephantiasis.  Może  się  zamknąć  we  własnym  domu,  lecz  każdy 

kęs świeżej strawy na jego stole, mięsa, ryby, drobiu czy jarzyny, mógł ulec zakażeniu. Na 

rynku w Papeete dwóch znanych trędowatych ma stragany, a Bóg jeden wie, jakimi drogami 

dostają się codziennie na rynek owoce, mięso, jarzyny i ryby. Można przyjemnie podróżować 

po  Morzach  Południowych  tylko  dzięki  lekkomyślnej  beztrosce  i  wierze  —  na  wzór 

wyznawców  Christian  Science  —  w  swoją  szczęśliwą  gwiazdę.  Gdy  widzisz,  jak  kobieta 

chora na elephantiasis wyciska gołymi rękami sok z orzecha kokosowego, pij śmiało i ciesz 

się znakomitym napojem, a nie myśl o rękach, którym go zawdzięczasz. Pamiętaj również, że 

choroby takie jak trąd i elephantiasis nie są jakoby zaraźliwe przez dotyk. 

Patrzyliśmy,  jak  kobieta  z  wyspy  Raratonga,  o  spuchniętych,  zniekształconych  rękach, 

przygotowuje dla nas mleko kokosowe, po czym poszliśmy do szałasu, gdzie Tehei i Bihaura 

zajęci  byli  przyrządzaniem  obiadu.  Do  posiłku  zasiedliśmy  w  domu,  przy  skrzynce  od 

konserw.  Kiedy  zjedliśmy,  gospodarze  rozłożyli  swój  stół  na  podłodze.  Ale  nasz  obiad! 

Znajdowaliśmy  się  niewątpliwie  w  krainie  wszelkiej  obfitości.  Na  pierwsze  danie  wyborna 

surowa ryba złowiona w morzu parę godzin przedtem i zanurzona na te parę godzin w soku 

karłowatych  cytryn,  rozcieńczonym  wodą.  Następnie  pieczone  kurczę.  Dwa  orzechy 

kokosowe dostarczyły ostrego, słodkawego napoju. Potem rozpływające się, w ustach banany 

o  smaku  truskawek  i  przecier  bananowy,  po  którym  można  jedynie  ubolewać,  że  nasi 

amerykańscy  przodkowie  wymyślili  wszelkie  puddingi.  Dalej  gotowane  bulwy  yamu, 

gotowane  taro  i  pieczone  „fei",  duże,  soczyste,  czerwone  banany  podawane  na  gorąco. 

Podziwialiśmy  wystawność  tej  uczty,  lecz  nie  zdążyliśmy  ochłonąć  z  wrażenia,  a  już 

przyniesiono  całe  prosię  owinięte  w  zielone  liście  i  upieczone  na  gorących  kamieniach, 

najbardziej  wyszukaną  i  najznamienitszą  potrawę  polinezyjskiej  kuchni.  Na  zakończenie 

podano kawę, czarną, doskonałą kawę ze wzgórz wyspy Tahaa. 

Fascynował  mnie  sprzęt  rybacki  gospodarza,  więc  po  przyjęciu  propozycji  wspólnego 

połowu  zdecydowaliśmy  z  Charmian  pozostać  na  noc.  Tehei  znowu  wspomniał  o  Samoa  i 

znowu słowa petit bateau przywołały na jego twarz zatuszowane uśmiechem rozczarowanie. 

Bora  Bora  była  następnym  celem  naszej  podróży.  Nie  było  to  daleko,  a  że  pomiędzy  Bora 

background image

 

Bora a Raiatea stale kursowały kutry, zaprosiłem Tehei, aby zabrał się na naszym jachcie na 

Bora  Bora.  Dowiedziałem  się  wtedy,  że  jego  żona  pochodzi  stamtąd  i  posiada  tam  jeszcze 

dom. 

Zaprosiłem ją więc również, na co zareagowała natychmiast zaproszeniem nas do swego 

domu na Bora Bora. Był poniedziałek. Postanowiliśmy wybrać się na połów ryb we wtorek i 

tegoż  dnia  powrócić  na  Raiatea.  We  środę  mieliśmy  płynąć  opodal  wyspy  Tahaa  i  w 

umówionym  miejscu,  położonym  o  milę  od  ich  domu,  zabrać  Tehei  i  Bihaurę  na  pokład  i 

wyruszyć  na  Bora  Bora.  Omówiliśmy  to  wszystko  szczegółowo,  gawędząc  przy  tym  na 

mnóstwo innych tematów, choć Tehei znał trzy zdania po angielsku, Charmian i ja umieliśmy 

co najwyżej kilkanaście słów w języku Tahiti, a wszyscy czworo, rozumieliśmy może tuzin 

tych  samych  słów  francuskich.  Oczywiście  taka  wielojęzyczna  rozmowa  nie  toczyła  się 

wartko,  ale  za  pomocą  notesu,  ołówka,  wyrysowanego  przez  Charmian  cyferblatu  zegara  i 

tysiąca i jeden gestów daliśmy sobie doskonale radę. 

Zaledwie ujawniliśmy chęć odpoczynku, odwiedzający nas tubylcy zaczęli cicho mówić 

„iorana"  i  znikli.  Znikli  również  Tehei  i  Bihaura.  Dom  składał  się  z  jednej  wielkiej  izby  i 

został  oddany  do  naszej  wyłącznej  dyspozycji.  Gospodarze  poszli  spać  gdzie  indziej.  Ich 

siedziba była naprawdę nasza. Bywałem podejmowany przez przedstawicieli najrozmaitszych 

ras,  w  najróżniejszych  miejscach  i  zakątkach  świata,  ale  pragnę  stwierdzić,  że  żadna 

gościnność nie dorównywała tej, jaką nam okazała brązowoskóra para na wyspie Tahaa. Nie 

mam na myśli podarunków, hojności  czy  wystawności  ich przyjęcia, lecz szlachetny rodzaj 

kurtuazji, taktu i serdeczności oraz sympatię prawdziwą, bo wypływającą ze zrozumienia. Nie 

czynili  nic,  co  według  ich  pojęć  zrobić  należało,  lecz  to,  czego  ich  zdaniem  moglibyśmy 

zapragnąć,  a  życzenia  nasze  odgadywali  ze  zdumiewającą  trafnością.  Niesposób  wyliczyć 

tych setek drobnych aktów uprzejmości z ich strony w ciągu paru dni naszego pobytu u nich. 

Ograniczę  się  więc  do  stwierdzenia,  że  nigdy  okazana  mi  gościnność  nie  przewyższyła,  a 

nawet  nie  dorównywała  tej,  jakiej  u  nich  zaznaliśmy.  Najmilsze  może  było  to,  że  nie 

wypływała  z  wychowania  czy  jakiegoś  skomplikowanego  społecznego  ideału,  lecz  była 

naturalnym i spontanicznym odruchem ich serc. 

Następnego ranka Tehei, Charmian i  ja wybraliśmy się na ryby  w podobnej  do trumny 

pirodze.  Ogromny  jej  żagiel  pozostawiliśmy  jednak  tym  razem  na  lądzie.  W  maleńkim 

czółnie było za ciasno na to, by żeglować i jednocześnie łowić ryby. O kilka mil od wyspy, 

wewnątrz  rafy  koralowej,  na  głębokości  około  dwudziestu  sążni  Tehei  zarzucił  haki 

zaopatrzone  w  przynętę  i  kamienne  ciężarki.  Jako  przynęty  używał  kawałków  ciała 

odrywanych  z-  żywej  ośmiornicy  wijącej  się  na  dnie  pirogi.  Zarzucił  dziewięć  linek. 

background image

 

Przywiązał każdą do końca krótkiego bambusowego kołka pływającego na powierzchni. Gdy 

tylko ryba połknęła haczyk, ten koniec kołka znikał pod wodą, drugi zaś wznosił się do góry i 

gwałtownymi  ruchami  wzywał  nas  do  pośpiechu.  Kierowaliśmy  się  czym  prędzej  w  jego 

stronę,  wrzeszcząc  i  machając  wiosłami,  i  tak  krążyliśmy  od  jednego  sygnalizującego 

zdobycz  bambusa  do  drugiego  i  wyciągaliśmy  z  głębiny  wspaniałe,  lśniące  ryby  długie  na 

dwie albo i trzy stopy. 

Ze  wschodu  zbliżał  się  powoli,  ale  uparcie  groźny  szkwał  i  przesłaniał  ciemną  smugą 

jasnobłękitny,  charakterystyczny  dla  pory  pasatów  horyzont.  Znajdowaliśmy  się  na 

zawietrznej  o trzy mile  od lądu. Ruszyliśmy z powrotem, kiedy pierwsze podmuchy  wiatru 

zaczęły  gnać  białe  grzywy  po  wodzie.  Po  chwili  lunął  deszcz,  jaki  lunąć  może  tylko  w 

klimacie tropikalnym, gdzie każdy kran i upust otwiera się szeroko, a jakby nie dość na tym, 

zbiornik  niebieski  przelewa  się  oślepiającym  potokiem.  Charmian  miała  na  sobie  jedynie 

kostium  kąpielowy,  ja  pidżamę,  a  Tehei  przepaskę  biodrową.  Bihaura  czekała  na  plaży  i 

zaprowadziła  Charmian  do  domu,  jak  matka  niesforną  dziewczynkę,  która  bawiła  się  w 

kałuży. 

Nałożyliśmy  suchą  odzież  i  rozkoszowaliśmy  się  dymem  tytoniowym,  podczas  gdy 

przygotowywano  kai-kai.  W  języku  Polinezji  słowo  to  oznacza  „żywność"  albo  „jeść",  a 

właściwie  pochodzi  od  jakiegoś  rdzenia  wspólnego  na  całym  obszarze  Pacyfiku.  Na 

Markizach,  Raratonga,  Manałuki,  Niue,  Fakaafo,  Tonga,  w  Nowej  Zelandii  i  Vate  mówią 

„kai". Na Tahiti „jeść" zmienia się w „amu", a na Wyspach Hawajskich i Samoa w „ai"; na 

wyspie Bau w „kana", na wyspie Niua w „kaina", na wyspie Nongone w „kaka", a w Nowej 

Kaledonii w „ki". Bez względu jednak na jego brzmienie słowo to mile dźwięczało w naszych 

uszach  po  długim  wiosłowaniu  na  ulewnym  deszczu.  Zasiedliśmy  ponownie  do  obficie 

zastawionego stołu, aż przyszło nam żałować, że nie zostaliśmy stworzeni na obraz żyraf lub 

wielbłądów. 

Zamierzaliśmy  właśnie  powrócić  na  „Snarka",  gdy  niebo  na  nawietrznej  sczerniało 

ponownie i  nadleciał następny szkwał.  Tym  razem  nie deszcz, lecz wiatr wziął górę. Szalał 

przez  parę  godzin,  świszcząc  i  wyjąc  wśród  palm,  wstrząsając  i  szarpiąc  lekką  bambusową 

chatą,  podczas  gdy  po  zewnętrznej  stronie  rafy,  opierającej  się  natarciu  rozhuśtanych  fal, 

rozlegał  się  potężny  grzmot  oceanu.  Wewnątrz  rafy  powierzchnia  laguny,  choć  osłonięta, 

bieliła  się  od  piany  i  nawet  kunszt  żeglarski  Tehei  nie  utrzymałby  ani  przez  chwilę  jego 

smukłej pirogi w takim kłębowisku. 

O  zachodzie  słońca  nastąpiło  przesilenie,  lecz  morze  było  nadal  zbyt  wzburzone,  by 

można  było  wypłynąć  pirogą.  Na  moją  więc  prośbę  Tehei  wyszukał  tubylca,  który  za 

background image

 

niesłychaną  cenę  dwóch  chilijskich  dolarów,  co  wynosi  dziewięćdziesiąt  centów  w  naszej 

monecie, zgodził się przewieźć nas kutrem na Raiatea. Połowa mieszkańców wioski zbiegła 

się,  by  odnieść  dary  ofiarowane  nam  przez  Tehei  i  jego  żonę:  żywe  kurczęta,  ryby 

oczyszczone i owinięte w świeże liście, ogromne wiązki złotych bananów, plecione z listowia 

koszyki  pełne  pomarańcz,  karłowatych  cytryn  i  polinezyjskich  gruszek,  wielkie  kosze  bulw 

yamu, wiązki taro i orzechów kokosowych oraz gałęzie i pnie drzew na opał. 

Po drodze spotkaliśmy jedynego białego człowieka na wyspie Tahaa, George'a Lufkina, 

Amerykanina z Nowej Anglii. Miał osiemdziesiąt sześć lat, z czego około sześćdziesięciu, jak 

powiadał, spędził na Wyspach Towarzyskich, z wyjątkiem okresu, w którym uległ gorączce 

złota  i  wyruszył  do  Eldorado  w  roku  1849,  oraz  krótkiego  pobytu  na  własnej  ranczy  w 

Kalifornii, koło Tulare. Gdy doktorzy orzekli, że pozostaje mu najwyżej trzy miesiące życia, 

powrócił na Morza Południowe, dożył osiemdziesięciu sześciu lat i śmiał się z lekarzy, którzy 

wszyscy  byli  już  w  grobie.  Przed  ćwierć  wiekiem  zaraził  się  „fi-fi",  co  w  języku  tubylców 

oznacza elephantiasis. Wiedział, że tej choroby nie pozbędzie się aż do śmierci. Zapytaliśmy 

go o rodzinę. Obok niego siedziała rześka sześćdziesięcioletnia dama, jego córka. 

— Poza nią nie mam nikogo — odpowiedział żałośnie — a żadne z jej dzieci nie żyje. 

Kuter  był  mały,  ożaglowany  jako  slup  ,  ale  obok  pirogi  Tehei  wydawał  się  pokaźnym 

statkiem. Gdy jednak wypłynęliśmy na lagunę i uderzył w nas znowu silny szkwał, zmalał w 

naszych  oczach  do  lilipucich  rozmiarów,  „Snark"  natomiast  zdawał  się  zapewniać  stałość  i 

niewzruszalność  kontynentu.  Tubylczą  załogę  stanowili  wytrawni  żeglarze,  a  towarzysząca 

nam  wraz  z  mężem  Bihaura  znała  się  również  na  żeglarstwie.  Kuter  był  dobrze  obciążony 

balastem  i  przyjęliśmy  szkwał  pod  pełnymi  żaglami.  Zapadał  mrok,  w  lagunie  roiło  się  od 

koralowych  skał,  płynęliśmy  jednak  dalej.  W  okresie  największego  natężenia  szkwału 

musieliśmy zrobić zwrot  i  popłynąć nowym  halsem  pod wiatr, aby ominąć skały leżące nie 

głębiej  niż  na  stopę  pod  powierzchnią  wody.  Nie  chwyciliśmy  jeszcze  wiatru  w  żagle  po 

zwrocie i kuter nie nabrał szybkości, gdy wiatr przechylił go na płask. Załoga puściła luzem 

szoty  przedniego  oraz  głównego  żagla  i  kuter  wyprostował  i  wyostrzył.  Trzykrotnie 

przechylał nas wiatr i trzykrotnie powtórzyliśmy ten manewr, zanim pożeglowaliśmy nowym 

halsem. 

Następną  zmianę  halsu  zrobiliśmy  już  w  ciemnościach.  Znajdowaliśmy  się  na 

nawietrznej  stronie  „Snarka",  a  szkwał  wył  w  najlepsze.  Zwinęliśmy  przedni  żagiel  i 

zarefowaliśmy  główny  pozostawiając  go  tyle  mniej  więcej,  ile  wynosi  powierzchnia 

poszewki. Tylko dzięki przypadkowi nie zawadziliśmy o jacht, który chociaż sztormował na 

dwóch kotwicach, został zniesiony na mieliznę u koralowego brzegu. Za pomocą spuszczonej 

background image

10 

 

na wodę motorówki przerzuciliśmy najdłuższą z posiadanych lin na „Snarka" i  po  godzinie 

ciężkiej pracy zawróciliśmy kuter i umocowaliśmy go bezpiecznie za rufą jachtu. 

W  dniu  kiedy  wyruszaliśmy  na  Bora  Bora,  wiatr  był  słaby,  aby  więc  przepłynąć  przez 

lagunę  do  miejsca,  gdzie  mieli  nas  spotkać  Tehei  i  Bihauira,  posłużyliśmy  się  silnikiem. 

Płynąc  między  wałami  koralowymi  do  lądu,  na  próżno  wypatrywaliśmy  na  brzegu  naszych 

przyjaciół. Nie było ich ani śladu. 

—  Nie  możemy  czekać  —  powiedziałem  —  z  tą  bryzą  nie  dopłyniemy  na  Bora  Bora 

przed wieczorem, a nie chcę spalać więcej gazoliny, niż to konieczne. 

Paliwo do silnika jest nie lada problemem na Morzach Południowych, nigdy bowiem nie 

wiadomo, kiedy będzie można znowu napełnić zbiorniki. 

Jednakże właśnie w tej chwili spośród drzew wybiegł Tehei. Zdjął koszulę i machał nią 

gwałtownie.  Najwidoczniej  Bihaura  nie  była  jeszcze  gotowa  do  podróży.  Znalazłszy  się  na 

pokładzie  Tehei  wytłumaczył  nam  na  migi,  że  mamy  płynąć  wzdłuż  brzegu  do  miejsca 

położonego  naprzeciwko  jego  domu.  Stanął  sam  za  kołem  sterowym  i  przeprowadził 

„Snarka" aż za ostatni cypel raf koralowych. Na plaży zabrzmiały powitalne okrzyki i Bihaura 

w towarzystwie sąsiadów z wioski wyruszyła ku nam na czele dwóch czółen załadowanych 

żywnością.  Były tam  bulwy  yamu,  taro, banany, owoce chlebowego i  granatowego drzewa, 

orzechy kokosowe, pomarańcze, karłowate cytryny, ananasy, kawony, polinezyjskie gruszki, 

ryby,  kilkanaście  piejących  kogutów  oraz  kur  gdaczących  i  składających  jajka  na  naszym 

pokładzie,  tudzież  żywy  prosiak,  którego  donośny  i  nieustanny  kwik  zdradzał  przeczucie 

bliskiego zetknięcia się z nożem. 

W  świetle  wschodzącego  księżyca  przebrnęliśmy  szczęśliwie  przez  niebezpieczną  rafę 

otaczającą  wyspę  Bora  Bora  i  zarzuciliśmy  kotwicę  przy  wiosce  Vaitape.  Bihaurze,  jako 

zamiłowanej  gospodyni,  pilno  było  do  domu,  gdzie  miała  przygotować  dla  nas  następny 

festyn. Podczas gdy motorówka z nią i jej mężem zbliżała się do małego pomostu, odgłosy 

muzyki i śpiewu dobiegły nas przez gładką taflę laguny. 

Wszędzie na archipelagu Wysp Towarzyskich powtarzano zgodnie, że mieszkańcy Bora 

Bora  prowadzą  niezwykle  wesoły  tryb  życia.  Chcąc  się  o  tym  przekonać  Charmian  i  ja 

udaliśmy się na ląd i na murawie, w środku wioski, opodal zapomnianych grobów na plaży, 

zastaliśmy-  gromadę  chłopców  i  dziewcząt  tańczących  ochoczo,  przystrojonych  w  kwiaty  i 

uwite  z  kwiatów  girlandy.  We  włosach  mieli  zatknięte  dziwne,  fosforyzujące  kwiaty, 

mieniące się i połyskujące w blasku księżyca. Nieco dalej, idąc wzdłuż plaży, natrafiliśmy na 

uplecioną z trawy ogromną chatę, owalnego kształtu, długą na siedemdziesiąt stóp, w której 

starszyzna wioski siedziała i śpiewała rodzime pieśni „himine". Wszystkim humor dopisywał, 

background image

11 

 

przystrojeni byli w girlandy i przyjęli nas serdecznie, jak powracające do owczarni zabłąkane 

w ciemnej nocy jagnięta. 

Nazajutrz  wczesnym  rankiem  Tehei  przybył  na  pokład,  wręczył  nam  sznur  świeżo 

złowionych ryb i zaprosił na wieczór na obiad. W drodze na obiad zaszliśmy do chaty, gdzie 

śpiewano „himine". Śpiewali ci sami starsi tubylcy, a wśród nich zauważyliśmy tu i ówdzie 

chłopca  czy  dziewczynę,  których  nie  widzieliśmy  poprzedniej  nocy.  Wszystko  wskazywało 

na to, że czeka nas wielkie przyjęcie. Na podłodze wznosił się olbrzymi stos owoców i jarzyn, 

obłożony  dokoła  kurczętami  spętanymi  kokosowym  włóknem.  Po  odśpiewaniu  kilku 

„himine"  jeden  z  mężczyzn  powstał  i  wygłosił  do  nas  mowę,  z  której  nie  zrozumieliśmy 

wprawdzie  ani  słowa,  wywnioskowaliśmy  jednak,  że  mówca  w  jakiś  sposób  kojarzy  nas  z 

górą jadła. 

— Nie zamierzają chyba nam tego wszystkiego podarować? — szepnęła Charmian. 

—  Oczywiście  że  nie  —  mruknąłem  w  odpowiedzi.  —  Dlaczego  mieliby  nas  tak 

obdarzyć?  Zresztą  nie  mamy  tyle  miejsca  na  jachcie.  Nie  moglibyśmy  zjeść  ani  dziesiątej 

części.  Reszta  musiałaby  się  zmarnować.  Może  zapraszają  nas  na  ucztę.  W  każdym  razie 

niemożliwe, aby nam to wszystko oddali. 

Jednakże raz jeszcze znaleźliśmy się w siedzibie obfitości. Mówca, czyniąc najzupełniej 

oczywiste gesty, ofiarował nam kolejno wszystko, co stos zawierał, a następnie ofiarował go 

nam w całości. Nastąpiła kłopotliwa chwila. Co byście powiedzieli, gdybyście zamieszkując 

ciasną  izdebkę  otrzymali  w  przyjacielskim  prezencie  białego  słonia?  Na  jachcie  nigdy  nie 

było przestronnie, a na Tahaa załadowaliśmy go do ostatecznych granic żywnością. Dalszych 

zapasów  nie  zdołalibyśmy  pomieścić.  Rumieniliśmy  się,  jąkaliśmy,  powtarzaliśmy  w  kółko 

„mauruuru",  starając  się  wyrazić  ogrom  naszej  wdzięczności.  Równocześnie  jednak 

odmówiliśmy,  wyłącznie  gestami,  przyjęcia  podarków,  popełniając  w  ten  sposób  okropny 

grzech  przeciwko  etykiecie.  Rozczarowanie  zebranych  było  aż  nazbyt  widoczne  i  tego 

wieczora, przy pomocy Tehei, zawarliśmy kompromis: przyjęliśmy jedną kurę, jedną wiązkę 

bananów i po jednym okazie ze wszystkiego, co złożono na stosie. 

Nie mogliśmy się jednak wykręcić od dalszych objawów szczodrej gościnności. Kupiłem 

tuzin  kurcząt  od  tubylca  zamieszkałego  nieco  dalej  w  głębi  wyspy,  a  następnego  dnia 

dostarczył mi trzynaście oraz pełną pirogę owoców. Francuski sklepikarz ofiarował nam kosz 

granatów  i  pożyczył  swego  najlepszego  konia.  Miejscowy  żandarm  poszedł  w  jego  ślady  i 

pożyczył  nam  konia,  o  którego  dbał  jak  o  źrenicę  oka.  Wszyscy  zaś  przysyłali  kwiaty. 

„Snark" przypominał stragan owocowo-warzywny, zamieniony na prowizoryczną cieplarnię. 

Chodziliśmy  stale  uwieńczeni  girlandami  z  kwiatów.  Gdy  grono  wioskowych  śpiewaków 

background image

12 

 

przybyło  na  pokład,  by  uraczyć  nas  „himine",  dziewczęta  całowały  nas  na  powitanie  i  cała 

załoga jachtu, od kapitana do chłopca okrętowego, uległa czarowi lokalnych piękności. Tehei 

zorganizował  na  naszą  cześć  wielką  wyprawę  na  ryby,  na  którą  udaliśmy  się  w  podwójnej 

pirodze  poruszanej  wiosłami  przez  kilkanaście  rosłych  amazonek.  Szczęśliwym  trafem  nie 

złowiliśmy ani jednej ryby, inaczej bowiem „Snark" zatonąłby na swych cumach. 

Czas płynął, a okazywana nam hojność nie ustawała. W dniu odjazdu pirogi przybijały do 

naszej  burty  jedna  za  drugą.  Tehei  przywiózł  ogórki  i  młode  drzewko  papaia  obładowane 

owocami.  Mnie  ofiarował,  malutką  podwójną  pirogę  wyposażoną  w  kompletny  sprzęt 

rybacki.  Ponadto  złożył  na  pokładzie  nie  mniejszą  niż  podczas  naszego  pobytu  na  wyspie 

Tahaa  ilość  owoców  i  jarzyn.  Bihaurą  wręczyła  Charmiah  różne  kobiece  upominki,  jak 

jedwabne  poduszki,  wachlarze  i  różnobarwne  dzierzgane  maty.  Cała  miejscowa  ludność 

dostarczyła owoców, kwiatów i kurcząt. Bihaura dodała żywego prosiaka. Tubylcy, których, 

zdaje  mi  się,  nigdy  przedtem  nie  widziałem,  przełazili  przez  reling  i  ofiarowywali  mi 

wędziska, linki i haczyki wykonane z muszli perłowej. 

Wypłynęliśmy  poza  rafę  koralową.  „Snark"  holował  kuter,  na  którym  Bihaura  miała 

powrócić do siebie. Tehei natomiast został z nami, gdyż ulegając jego prośbom zaliczyłem go 

do załogi. Kiedy kuter, zwolniony z holu, skierował się na wschód, „Snark" zaś na zachód, 

Tehei ukląkł na pokładzie. Modlił się cicho, a łzy ciekły mu obficie po policzkach. W tydzień 

później  Martin  wywołał  i  odbił  niektóre  klisze  i  pokazał  mu  fotografie.  Na  widok  sylwetki 

ukochanej małżonki brązowoskóry syn Polinezji rozpłakał się rzewnymi łzami. 

Ach,  ta  obfitość.  Pełno  jej  było  wszędzie.  Owoce  uniemożliwiały  nam  normalne 

czynności  żeglarskie.  Cały  jacht  był  nimi  obwieszony.  Stosy  owoców  wyglądały  z  łodzi 

ratunkowej  i  motorówki,  liny  napinające  płócienny  dach  nad  pokładem  jęczały  pod  ich 

ciężarem.  Z  chwilą  jednak  gdy  znaleźliśmy  się  na  pełnym  morzu,  w  zasięgu  pasatów, 

rozpoczęło się odciążanie jachtu. Przy każdym przechyle „Snark" pozbywał się paru wiązek 

bananów, orzechów kokosowych lub koszyka karłowatych cytryn. Złota ich powódź zalewała 

odpływniki pokładu. Popękały wielkie kosze pełne yamu, ananasy i granaty toczyły się tam i 

z  powrotem.  Kurczęta  wyzwoliły  się  z  pęt  i  zaglądały  wszędzie,  wysiadywały  na  linach, 

trzepotały  skrzydłami,  gdakały  na  bomach  i  dokonały  niebezpiecznego  czynu  siadając  na 

spinakera.  Były  to  ptaki  dzikie,  przyzwyczajone  do  fruwania,  toteż  gdy  próbowaliśmy  je 

chwytać, wzbijały się w powietrze, krążyły czas jakiś nad oceanem i wracały. Niekiedy nie 

wracały w ogóle. A w całym tym rozgardiaszu prosiak pozostawiony sam sobie wydostał się 

na wolność i ześliznął się z pokładu do morza. 

 

background image

13 

 

OBŁAWA NA RYBY NA BORA BORA 

  

O  piątej  rano  zabrzmiały  trąby  sporządzone  z  olbrzymich  muszel.  Wzdłuż  całej  plaży 

rozlegały się te posępne dźwięki, jakby głosy dawnych bogów wojny, wzywając rybaków do 

wyruszenia na połów. Zerwaliśmy się z posłań na „Snarku", gdyż nie było mowy o dalszym 

spaniu w tym zgiełku. Wybieraliśmy się zresztą również na ten połów zwany „tautai-taora", 

ale  nie  wymagało,to  dłuższych  przygotowań  z  naszej  strony.  „Tautai"  znaczy  „przyrząd  do 

łowienia  ryb",  a  „taora"  —  „rzucać".  Kombinacja  obu  słów „tautai-taora"  oznacza  łowienie 

ryb  za  pomocą  kamieni,  gdyż  rzucanym  w  wodę  sprzętem  rybackim  są  kamienie.  Jest  to 

właściwie coś w rodzaju obławy na ryby, podobnej do kotła na króliki lub większą zwierzynę, 

z tą różnicą, że naganiacze i zwierzęta poruszają się w tym samym żywiole, podczas gdy przy 

połowie  ryb  ludzie  muszą  mieć  dostęp  do  powietrza,  by  oddychać,  ryby  zaś  gnane  są  w 

wodzie. Głębokość wody może dochodzić do stu stóp, rybakom nie robi to żadnej różnicy. 

A oto jak się taki połów odbywa. Pirogi tworzą szereg, od stu do dwustu stóp jedna od 

drugiej.  Siedzący  na  dziobie  każdej  pirogi  mężczyzna  trzyma  w  ręku  kiłkunastofuntowy 

kamień uwiązany na krótkim sznurze. Uderza po prostu wodę kamieniem,, po czym wyciąga 

go  i  tak  dalej.  Na  rufie  każdej  .  pirogi  wiosłuje  drugi  mężczyzna.  Jego  zadaniem  jest 

utrzymanie  się  w  ciągłej  linii  z  sąsiadami.  Szereg  czółen  posuwa  się  naprzód  na  spotkanie 

drugiego  podobnego  szeregu,  odległego  o  milę  lub  dwie.  Gdy  oba  szeregi  znajdą  się 

dostatecznie  blisko,  krańce  ich  wysuwają  się  naprzód,  tworząc  obszerne  półkole  oparte  o 

brzeg. Półkole maleje, w miarę jak pirogi zbliżają się do brzegu. Tam stoją w wodzie długim 

szeregiem kobiety. Nogi ich tworzą płot, który niweczy rozpaczliwe wysiłki ryb usiłujących 

wydostać  się  z  matni.  W  odpowiedniej  chwili,  gdy  półkole  jest  już  dostatecznie  małe,  od 

brzegu  odbija  piroga  i  zarzuca  w  wodzie  dokoła  półkola  długą  zasłonę  z  liści  palm 

kokosowych, wzmacniając w ten sposób palisadę z nóg. Tego rodzaju  połowy odbywają się 

oczywiście tylko na lagunie, wewnątrz rafy koralowej. 

— Très joli — powiedział żandarm, tłumacząc nam gestami i mimiką, że woda zakotłuje 

się  od  tysięcy  ryb  najróżniejszych  rozmiarów,  od  minóg  do  rekinów,  a  niektóre  zostaną  aż 

wyrzucone na piasek. 

Jest to niezwykle skuteczna metoda łowienia ryb, a ponadto przypomina raczej festyn na 

świeżym  powietrzu  niż  prozaiczną  czynność  zdobywania  strawy.  Takie  zbiorowe  połowy 

organizuje się na wyspie Bora Bora raz na miesiąc, a zwyczaj ten datuje się od zamierzchłych 

czasów.  Nikt  nie  pamięta,  kto  był  jego  inicjatorem  Trudno  jednak  nie  żywić  podziwu  dla 

background image

14 

 

zapomnianego dzikusa, w którego głowie powstał pomysł  łowienia ogromnej ilości ryb bez 

sieci, wędek czy dzirytów. Możemy się natomiast domyślić, że był radykałem, i możemy być 

pewni,  że  jego  konserwatywni  współplemieńcy  uważali  go  za  półgłówka  i  anarchistę. 

Trudności,  jakie  miał  do  zwalczenia,  były  o  wiele  większe  niż  trudności  nowoczesnego 

wynalazcy, który musi najpierw przekonać tylko jednego lub kilku kapitalistów. Ów dawny 

wynalazca  musiał  przekonać  całe  plemię,  bez  współpracy  bowiem  całego  plemienia  nie 

można było pomysłu wypróbować. Łatwo sobie wyobrazić nocne narady i pogwarki w tym 

prymitywnym światku wyspiarzy, kiedy to on wymyślał towarzyszom od zakutych łbów, oni 

zaś  częstowali  go  mianem  głupca,  marzyciela  i  maniaka.  Bóg  jeden  wiedzieć  raczy,  ile 

włosów  mu  posiwiało  i  ilu  użył  zaklęć,  zanim  udało  mu  się  namówić  wystarczającą  liczbę 

sąsiadów,  by  wypróbowali  jego  pomysł.  W  każdym  razie  eksperyment  zakończył  się 

całkowitym  powodzeniem,  zdał  egzamin  w  praktyce.  Możemy  spokojnie  założyć,  że  nie 

znalazł  się  potem  ani  jeden  człowiek,  dla  którego  to  było  niespodzianką.  Tehei  i  Bihaura, 

którzy zorganizowali połów na naszą cześć, obiecali przybyć po nas na jacht. Siedzieliśmy w 

kajucie,  gdy  zawołano  z  pokładu,  że  się  zbliżają.  Wyskoczyliśmy  na  górę  i  stanęliśmy 

zdumieni  i  oczarowani  widokiem  przygotowanego  dla  nas  czółna.  Była  to  długa,  podwójna 

piroga,  a  raczej  dwie  pirogi  przymocowane  do  siebie  w  pewnej  odległości  za  pomocą 

drewnianych  belek,  udekorowane  kwiatami  i  złocistą  trawą.  Wiosłowało  kilkanaście 

uwieńczonych  kwiatami  dziewcząt,  a  na  rufie  każdej  pirogi  siedział  rosły  sternik.  Wszyscy 

byli udrapowani w girlandy ze złotych, purpurowych lub pomarańczowych kwiatów, a dokoła 

bioder  mieli  szkarłatne  przepaski.  Ponadto  wszędzie  pełno  kwiatów,  kwiatów  i  znowu 

kwiatów.  Całość  stanowiła  prawdziwą  orgię  barw.  Na  platformie  przywiązanej  do  dziobów 

podwójnej  pirogi  tańczyli  Tehei  i  Bihaura.  Wszystkie  głosy  wyśpiewywały  dziką  pieśń 

powitalną. 

Okrążyli  trzykrotnie  „Snarka",  zanim  przybili  do  burty  i  zabrali  nas  ze  sobą,  po  czym 

wyruszyliśmy  na  łowisko,  mając  pięć  mil  wiosłowania  wprost  pod  wiatr.  „Na  Bora  Bora 

wszyscy  są  weseli"  —  jest  ogólnie  znanym  na  Wyspach  Towarzyskich  powiedzeniem  i 

przekonaliśmy się, że to nie przesada. Piosenki o pirogach, rybach i rekinach rozbrzmiewały 

chóralnie jedna za drugą, do wtóru wiosłom. Od czasu do czasu rozlegał się okrzyk „mao!" i 

wszyscy przykładali się do wioseł, co sił starczyło. „Mao" oznacza rekina, a gdy pojawia się 

ten  tygrys  morskich  głębin,  tubylcy  wiosłują  na  łeb  na  szyję  do  brzegu,  wiedzą  bowiem 

dobrze,  że  rekin  może  łatwo  przewrócić  lekką  pirogę  i  połknąć  jej  zawartość.  Tu  nie  było 

oczywiście rekinów i okrzyki „maol" miały jedynie zachęcić wioślarzy do wysiłku, na jaki by 

background image

15 

 

się zdobyli, gdyby rekin istotnie im zagrażał. „Hoe, hoel" było innym okrzykiem, po którym 

śmigaliśmy, aż piana podnosiła się pod dziobem pirogi. 

Tehei i Bihaura tańczyli na platformie z towarzyszeniem chóru i rytmicznego klaskania w 

dłonie. Od czasu do czasu tubylcy wybijali takt wiosłami o krawędź pirogi. W pewnej chwili 

jakaś  młoda  dziewczyna  porzuciła  wiosło,  skoczyła  na  platformę  i  odtańczyła  „hula".  Nie 

przerywając tańca, kołysząc się i pochylając, złożyła na naszych policzkach powitalny całus. 

Niektóre  „himine",  i  to  najpiękniejsze,  miały  charakter  religijny.  Głębokie  basy  mężczyzn 

zespolone  z  altami  i  sopranami  kobiet  tworzyły  harmonię  dźwięków  przypominającą 

nieodparcie  organy.  „Himine"  określa  się  zresztą  drwiąco  jako  „organy  Kanaków".  Inne 

natomiast  pieśni  lub  ballady,  pochodzące  z  czasów  przed  przyjęciem  chrześcijaństwa,  były 

nacechowane wyraźnym barbarzyństwem. 

I tak wiosłując, tańcząc i śpiewając weseli Polinezyjczycy wieźli nas na połów. Żandarm, 

będący  z  ramienia  Francji  władcą  Bora  Bora,  towarzyszył  nam  z  rodziną  we  własnej 

podwójnej pirodze, przy której wiosłach siedzieli więźniowie. Spełniał on bowiem obowiązki 

nie tylko żandarma i władcy, ale i dozorcy więzienia, a w tej wesołej krainie, jeśli jedna osoba 

płynie  na  połów,  płyną  wszyscy.  Towarzyszyło  nam  około  dwudziestu  pojedynczych  piróg 

zaopatrzonych  w  przeciwważnice.  Spoza  cypla  wyspy  ukazała  się  w  pewnej  chwili  wielka 

żaglowa  piroga  i  mknąc  prześlicznie  pełnym  wiatrem,  płynęła  na  nasze  spotkanie.  Trzech 

młodzieńców  utrzymujących  się  w  chwiejnej  równowadze  na  przeciwważnicy  uczciło  nas 

gromkim biciem w bębny. 

O  pół  mili  dalej,  za  następnym  cyplem,  leżało  miejsce  spotkania  biorących  udział  w 

połowie. Nasza motorówka, na której przybyli Warren i Martin, wzbudziła wielką sensację. 

Obywatele  Bora  Bora  nie  mogli  zrozumieć,  co  wprawia  ją  w  ruch.  Pirogi  wyciągnięto  na 

piasek  i  wszyscy  wysiedliśmy  na  ląd,  aby  pić  mleko  kokosowe,  śpiewać  i  tańczyć.  Nasze 

grono powiększyło się wkrótce o wielu tubylców nadchodzących z pobliskich osiedli i miło 

było  patrzyć,  jak  uwieńczone  kwiatami  dziewczęta  szły  parami  po  piasku,  trzymając  się  za 

ręce. 

—  Takie  połowy  są  zazwyczaj  bardzo  obfite  —  powiedział  nam  Allicot,  kupiec-

mieszaniec.  —  W  końcowej  fazie  woda  aż  kotłuje  się  od  ryb.  To  wspaniałe  widowisko. 

Wiecie oczywiście, że wszystkie te ryby będą wasze? 

—  Wszystkie?  —  jęknąłem,  „Snark"  bowiem  był  już  naładowany  złożonymi  nam  w 

darze owocami, jarzynami, kurczętami i prosiakami. 

—  Tak  —  odpowiedział  Allicot  —  wszystkie,  co  do  jednej.  Gdy  ryby  będą  otoczone, 

pan, jako najdostojniejszy z gości, musi wziąć harpun i przebić pierwszą. Taki obowiązuje tu 

background image

16 

 

zwyczaj.  Wtedy  każdy  zacznie  chwytać  ryby  rękami  i  wyrzucać  na  piasek.  Urośnie  z  nich 

cała góra. Później jeden z wodzów wygłosi mowę i ofiaruje panu ten cały rybi majątek. Ale 

nie musi pan tego wszystkiego przyjąć. Wstanie pan, wygłosi mowę i wskaże, które ryby chce 

pań zatrzymać, a resztę ofiaruje pan z powrotem. Orzekną wtedy zgodnie, że jest pan bardzo 

wspaniałomyślny. 

— A co by się stało, gdybym zatrzymał dla siebie cały podarek? 

— To się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Obyczaj każe przyjmować i zwracać. 

Tubylczy  duchowny  odmówił  modlitwę  na  intencję  połowu;  zebrani  wysłuchali  jej  z 

odkrytymi  głowami.  Następnie  przywódca  rybaków  zarządził  odprawę  i  wyznaczył  miejsce 

każdej  pirodze.  Cała  flotylla  wypłynęła  na  morze.  Żadna  kobieta,  z  wyjątkiem  Charmian  i 

Bihaury, nie wyruszyła z nami, a dawniej i one musiałyby się poddać tabu. Kobiety pozostały 

na brzegu, by wejść do wody i utworzyć palisadę z nóg. 

Pozostawiliśmy  wielką  podwójną  pirogę  na  plaży  i  wsiedliśmy  do  motorówki.  Połowa 

załóg powiosłowała na stronę zawietrzną, my zaś z drugą połową popłynęliśmy około półtorej 

mili nawietrzną, aż koniec szeregu czółen dosięgnął rafy. Dowódca obławy, wysoki, dostojny 

starzec,  znajdował  się  ze  swoją  pirogą  w  środku  naszego  szeregu.  Stał  wyprostowany  i 

trzymał  w  ręku  flagę.  Kierował  zajmowaniem  stanowisk  i  formowaniem  dwóch  szeregów, 

dmąc  w  konchę.  Gdy  wszystko  było  gotowe,  machnął  flagą  na  prawo.  W  pirogach  po  tej 

stronie naganiacze równocześnie uderzyli w wodę kamieniami. Gdy wyciągali je z powrotem 

—  trwało  to  parę  sekund,  kamienie  bowiem  zaledwie  zanurzyły  się  pod  powierzchnię  — 

dowódca machnął  flagą  w lewo i  każdy kamień po tej stronie uderzył  wodę z zadziwiającą 

precyzją. I tak wciąż dalej, raz na prawo, raz na lewo. Za każdym ruchem flagi linia uderzeń 

wstrząsała  wodą  laguny.  Tymczasem  wiosła  pchały  pirogi  naprzód.  Dokładnie  to  samo 

robiono w szeregu czółen znajdującym się naprzeciwko nas w odległości około mili. 

Tehei  siedział  na  dziobie  motorówki  z  oczami  utkwionymi  w  przywódcę  i  ciskał  swój 

kamień zgodnie z innymi. Nagle kamień wyśliznął się z pętli i w tej samej sekundzie Tehei 

skoczył za nim do wody. Nie wiem, czy kamień dosięgnął dna, wiem za to, że w następnej 

chwili  Tehei  wynurzył  się  trzymając  go  w  ręku.  Zauważyłem,  że  to  samo  zdarzyło  się 

parokrotnie  na  sąsiednich  pirogach  i  za  każdym  razem  naganiacz  skakał  za  kamieniem  w 

wodę i potrafił go odzyskać. 

Pod  czujnym  okiem  przywódcy  dotykające  rafy  końce  obu  szeregów  czółen 

przyśpieszyły, końce zaś położone  bliżej lądu zwolniły, aż wreszcie połączyły się, tworząc 

półkole. Zaczęło się zacieśnianie półkola, a nieszczęsnym rybom nie pozostało nic innego, jak 

tylko  umykać  ku  brzegowi  przed  przerażającym  zamętem  wywoływanym  uderzeniami 

background image

17 

 

kamieni o wodę. W podobny sposób mrowie mężczyzn, ukrytych w wysokich trawach lub za 

drzewami,  gna  słomie  przez  dżunglę,  podnosząc  dziwną  wrzawę.  Tymczasem  zbudowano 

palisadę  z  nóg.  Widzieliśmy  już  długi  szereg  kobiecych  głów  wystających  z  gładkich  wód 

laguny.  Najwyższe  wysunęły  się  najdalej  naprzód,  tak  że  z  wyjątkiem  tych  przy  samym 

.brzegu wszystkie prawie stały zanurzone po szyję w wodzie. 

Półkole  kurczyło  się  ciągle,  aż  pirogi  zetknęły  się  prawie  ze  sobą.  Po  chwili  przerwy 

długa  piroga  odbiła  od  brzegu  i  popłynęła  wzdłuż  półkola  z  największą  szybkością,  jaką 

mogły nadać jej wiosła. Siedzący na rufie mężczyzna rzucał w wodę długą, gęstą zasłonę z 

liści  palm kokosowych.  Pirogi  nie były już potrzebne, ich załogi  wskoczyły  więc do  wody, 

aby wzmocnić palisadę z nóg. Zasłona bowiem była tylko zasłoną, a nie siecią i ryby mogłyby 

się  przez  nią  przedostać,  gdyby  tylko  spróbowały.  Trzeba  było  poruszać  zasłonę  nogami, 

plaskać rękami o wodę i wrzeszczeć na całe gardło. Toteż przy zamykaniu pułapki rozszalało 

się piekło. 

Żadna jednak ryba nie ukazała się na powierzchni i nie zderzyła z ukrytymi za zasłoną 

nogami. Wreszcie wódz rybaków wszedł do środka koła i brodził tam długo i uważnie. Lecz 

nigdzie  ani  śladu  ryby,  choćby  strzebli  lub  sardynki,  miotającej  się  na  piasku.  Tym  razem 

modlitwa  nie  odniosła  skutku  albo  raczej,  jak  to  określił  pewien  siwowłosy  tubylec,  wiatr 

zmienił kierunek i ryby znajdowały się w innej części laguny. Jednym słowem, gnaliśmy ku 

brzegowi ryby, których nie było. 

—  To  się  zdarza  chyba  nie  częściej  niż  raz  na  pięć  takich  połowów  —  pocieszał  nas 

Allicot. 

Ha cóż, przybyliśmy na Bora Bar a po to właśnie, aby wziąć udział w obławie, i na pięć 

losów  wyciągnęliśmy  jedyny  nieszczęśliwy.  Gdyby  to  była  loteria  i  jeden  tylko  los  na  pięć 

wygrywał, nie sądzę, aby stał się naszym udziałem. To nie pesymizm. Ani krytyka struktury 

wszechświata. To po prostu uczucie, jakiego nierzadko doznają rybacy, gdy po pracowitym 

dniu wracają z pustymi rękami do domu. 

Dlaczego  nie  mielibyście  już  teraz  zabrać  się  ze  mną?  —  zapytał  kapitan  Jansen  w 

miejscowości  Pennduffryn,  na  wyspie  Guadalcanar.  Charmian  i  ja  spojrzeliśmy  na  siebie  i 

pogrążyliśmy się na chwilę w milczącej zadumie, po czym jednocześnie skinęliśmy głowami. 

Jest to przyjęty między nami sposób podejmowania decyzji. Ta metoda posiada dobre strony, 

zwłaszcza  gdy  się  nie  ma  skłonności  do  ronienia  gorzkich  łez  nad  tylko  co  wywróconą 

ostatnią  puszką  skondensowanego  mleka.  (Żywiliśmy  się  wtedy  z  puszek,  a  że  myśli  są 

podobno  emanacją  materii,  czerpiemy  nasze  porównania,  z  magazynów  przemysłu 

konserwowego.) 

background image

18 

 

—  Weźcie  lepiej  rewolwery  i  parę  karabinów  —  rzekł  kapitan  Jansen.  —  Mam  pięć 

karabinów  na  statku,  ale  do  jednego,  mauzera  brak  mi  amunicji.  Czy  możecie  mi  odstąpić 

kilka naboi? 

Wzięliśmy więc ze sobą nasze karabiny, parę garści ładunków do mauzera oraz kucharza 

imieniem  Wada  i  posługacza  Nakatę  z  załogi  „Snarka".  Ich  stosunek  do  tej  wycieczki 

cechował,  określając  to  najłagodniej,  brak  entuzjazmu,  choć  Nakata  nigdy  nie  okazał  się 

tchórzem  w  obliczu  niebezpieczeństwa.  Wyspy  Salomona  nie  potraktowały  ich  gościnnie. 

Obaj  cierpieli  na  infekcję  skóry,  dolegliwość  powszechną  na  tym  archipelagu.  Nikt  z  nas 

zresztą  nie  zdołał  jej  uniknąć  (co  do  mnie,  leczyłem  właśnie  dwie  świeże  wrzodzianki  za 

pomocą żrącego sublimatu), ale obu Japończykom doprawdy za wiele przypadło w udziale. A 

tego  rodzaju  ropnie  są  bardzo  dokuczliwe.  Można  je  określić  jako  niesłychanie  aktywne 

wrzody.  Ukłucie  przez  moskita,  zacięcie  lub  draśnięcie  skóry  wywołuje  ognisko  zarazków, 

którymi  powietrze  zdaje  się  być  wypełnione.  Wrzód  rozszerza  się  niezwłocznie,  niszcząc 

tkankę ze zdumiewającą szybkością. Pierwszego dnia nie większy od łebka szpilki, nazajutrz 

dochodzi do rozmiarów monety dziesięciocentowej, a pod koniec tygodnia nie przykryje go 

nawet srebrna dolarówka. 

Co gorzej, obaj Japończycy chorowali na gorączkę zakaźną, również specjalność Wysp 

Salomona,  i  parokrotnie  ulegali  jej  nawrotom.  W  okresach  przejściowej  rekonwalescencji 

mieli  zwyczaj  wysiadywać  skuleni  w  części  jachtu,  która  znajdowała  się  najbliżej  Japonii 

odległej o tysiące mil, i wpatrywać się z tęsknotą w tę stronę. 

Na  domiar  złego  kazaliśmy  im  przejść  na  pokład  „Minoty",  mającego  werbować 

robotników  na  dzikim  wybrzeżu  Malaity.  Wada  miał  największego  pietra  i  był  pewny,  że 

nigdy już nie zobaczy Japonii. Toteż smętnymi, przygasłymi oczyma spoglądał, jak wnosimy 

karabiny  i  amunicję  na  „Minotę".  Wiedział  niemało  o  tym  statku  i  jego  wyprawach  na 

wybrzeże Malaity. Wiedział, że przed sześciu miesiącami tam właśnie statek ów dostał się w 

ręce  tubylców,  a  jego  kapitana  porąbano  na  sztuki  tomahawkami,  oraz  że  zgodnie  z 

panującym  na  tej  uroczej  wyspie  poczuciem  sprawiedliwości  „Minota"  był  jeszcze  winien 

dwie głowy. Ponadto pewien robotnik plantacji Pennduffryn, młody chłopak z Malaity, zmarł 

właśnie  na  dyzenterię  i  Wada  wiedział,  że  zadłużenie  Pennduffryn  w  stosunku  do  Malaity 

wzrosło  o  jeszcze  jedną  głowę.  Co  więcej;  składając  nasze  bagaże  w  maleńkiej  kajucie 

szypra,  Wada  dostrzegł  ślady  cięć  toporami  na  drzwiach,  które  ustąpiły  pod  naporem 

triumfujących  dzikusów.  Wreszcie  piec  kuchenny  w  kambuzie  był  pozbawiony  rury 

kominowej, która powiększyła łupy zwycięzców. 

background image

19 

 

„Minota" był australijskim jachtem typu kecz, zbudowanym z drzewa tekowego, długim i 

smukłym,  z  głębokim  mieczem.  Przeznaczono  go  raczej  do  morskich,  regat  niż  do 

werbowania  czarnej  siły  roboczej.  Kiedy  wraz  z  Charmian  weszliśmy  na  pokład  „Minoty", 

okazało  się,  że  jest  zatłoczony  ludźmi.  Załoga  łącznie  z  zastępcami  liczyła  piętnastu 

mężczyzn, a ponadto znajdowało się tam co najmniej dwudziestu młodych tubylców, którzy 

odsłużyli  swój  czas  na  plantacji  i  powracali  do  ojczystych  wiosek  w  dżungli.  Sądząc  z  ich 

wyglądu, byli to prawdziwi ludożercy i łowcy głów. W przebitych nozdrzach nosili kościane i 

drewniane  patyki  wielkości  ołówka.  Wielu  miało  przebite  mięsiste  końce  nosów,  z  których 

wystawały kolce wyrabiane z muszli lub kawałki sztywnego drutu z nanizanymi paciorkami. 

Organy  powonienia  innych  były  ozdobione  rzędem  dziurek  przebitych  wzdłuż  zarysu 

nozdrzy. Małżowiny uszne każdego liczyły po dwie do dwunaistu dziur różnych rozmiarów, 

od więikszych, w których mieściły się drewniane kołki o średnicy trzech cali, do malutkich, w 

których mieściły się fajki gliniane i tym podobne drobiazgi. Tyle było tych dziur, że dzikim 

nie na wszystkie starczyło ozdób i gdy nazajutrz, zbliżając się do Malaity, wypróbowaliśmy 

nasze karabiny, na pokładzie rozegrała się ogólna bójka o łuski, które niezwłocznie zapełniły 

puste dziury w uszach naszych pasażerów. 

Zbliżając się do celu  podróży nie tylko  wypróbowaliśmy karabiny, ale i  wzmocniliśmy 

reling drutem kolczastym. „Minota" nie miał żadnych nadbudówek na pokładzie i jego reling, 

wysoki  na  zaledwie  sześć  cali,  nie  stanowił  dostatecznej  przeszkody  dla  abordażu  .  Aby 

zapobiec napaści, przyśrubowano do relingu miedziane podpórki, na których rozpięliśmy po 

obu burtach podwójną zaporę z drutu kolczastego od rufy do dziobu. Urządzenie to sprzyjało 

znakomicie obronie przed tubylcami, ale gdy jacht zaczął się kołysać i huśtać na fali, okazało 

się  diabelnie  uciążliwe.  Jeśli  ktoś  woli  nie  ześliznąć  się  na  reling  z  drutu  kolczastego  po 

zawietrznej stronie, a chcąc tego uniknąć nie śmie chwycić za drut kolczasty na nawietrznej, 

podczas  zaś  rozważania  tych  dwóch  ewentualności  znajduje  się  na  gładkim  pokładzie, 

przechylającym  się  co  chwila  o  czterdzieści  pięć  stopni  —  pozna  cały  urok  wycieczki  na 

Wyspy Salomona. Należy przy tym pamiętać, że konsekwencją upadku na drut kolczasty nie 

są zwykłe zadraśnięcia, każde z nich bowiem zamieni się z pewnością w złośliwy wrzód. A że 

ostrożność  nie  wystarczy,  przekonaliśmy  się  pewnego  pięknego  poranku,  płynąc  wzdłuż 

brzegów  Malaity  prawie  pełnym  wiatrem.  Morze  uspokajało  się  stopniowo  i  marynarz  z 

tubylczej załogi stał przy kole sterowym. Kapitan Jansen, pierwszy oficer Jacobsen, Charmian 

i  ja  zasiedliśmy  właśnie  na  pokładzie  do  śniadania.  Trzy  niezwykle  duże  fale  pochwyciły 

statek.  Chłopak  przy  sterze  stracił  głowę.  Fale  trzykrotnie  przewaliły  się  przez  pokład. 

Śniadanie powędrowało do wody. Noże i widelce znikły w otworach odpływników. Chłopak 

background image

20 

 

na  rufie  wleciał  do  morza  i  został  wyłowiony.  A  nasz  waleczny  kapitan  utknął  na  drutach 

kolczastych  wpół  drogi  za  burtę.  Po  tym  incydencie,  aż  do  końca  wycieczki,  wspólne 

używanie  przyborów  do  jedzenia  było  doskonałym  przykładem  prymitywnego  komunizmu. 

Na  „Eugenie"  co  prawda  sytuacja  przedstawiała  się  o  wiele  gorzej,  we  czwórkę  bowiem 

mieliśmy tylko jedną łyżeczkę do herbaty — ale o tym później. 

Naszym  pierwszym  miejscem  postoju  było  Su'u,  na  zachodnim  wybrzeżu  Malaity. 

Archipelag Salomona leży na krańcach świata. Żegluga w ciemną noc przez najeżone rafami 

kanały i na przekór kapryśnym prądom, bez wskazujących drogę świateł (od północo-zachodu 

na południowy wschód Wyspy Salomona ciągną się na przestrzeni tysiąca mil oceanu, a na 

wielu tysiącach mil wybrzeży nie ma ani jednej latarni morskiej), jest nie lada sztuką. Żeglugę 

utrudnia  ponadto  fakt,  że  lądy  nie  są  dokładnie  naniesione  na  mapy.  Su'u  należy  pod  tym 

względem do typowych przykładów. 

Na mapie admiralicji wybrzeże Malaity ciągnie się w tym miejscu prostą, nieprzerwaną 

linią.  A  jednak  „Minota"  przepłynął  przez  tę  prostą,  nieprzerwaną  linię  mając  dwadzieścia 

sążni wody pod kilem. W miejscu, gdzie rzekomo był ląd, znajdowała się głęboka zatoczka 

porośnięta dokoła gąszczem drzew mangowych. Wpłynęliśmy w nią i rzuciliśmy kotwicę na 

wodzie gładkiej jak tafla lustrzana. Kapitanowi Jansenowi nie odpowiadała ta przystań. Był 

tam po raz pierwszy, a Su'u cieszyło się złą sławą. W razie napaści brak wiatru uniemożliwiał 

wydostanie  się  z  zatoczki,  a  przy  holowaniu  jachtu  welbotem  tubylcy  mogliby  z  krzaków 

wymordować co do jednego wiosłującą załogę. W razie ataku znajdowalibyśmy się w niezłej 

pułapce. 

—  Przypuśćmy,  że  „Minota"  utknie  przy  brzegu.  Co  pan  wtedy  zrobi?  —  zapytałem 

kapitana Jansena. 

— Nie utknie — odpowiedział. 

—  Ale  przypuśćmy,  że  to  się  stanie  —  nalegałem.  Zastanawiał  się  chwilę  przenosząc 

wzrok  z  pierwszego  oficera,  który  zawieszał  rewolwer  na  pasie,  na  uzbrojoną  w  karabiny 

załogę wsiadającą do welbotu. 

— Wskoczylibyśmy do welbotu i umykalibyśmy stąd, jak tylko, z pomocą boską, można 

najprędzej — odpowiedział wreszcie. 

Wytłumaczył  nam  obszernie,  że  w  trudnych  okolicznościach  żaden  biały  nie  może  być 

pewny miejscowej załogi, że tubylcy uważali wszystkie wraki za swoją osobistą własność, że 

mieli  pod  dostatkiem  sniderów  i  że  na  pokładzie  było  kilkunastu  mężczyzn  rodem  z  Su'u 

powracających z pracy na plantacjach, a ci niewątpliwie przyłączyliby się do swych krewnych 

i przyjaciół na wybrzeżu, gdyby doszło do rabowania „Minoty". 

background image

21 

 

Pierwszym zadaniem welbotu było odwiezienie na ląd tych pasażerów i skrzynek z ich 

dobytkiem. W ten sposób pozbyliśmy się jednego niebezpieczeństwa. W trakcie tej operacji 

do  jachtu  przybiła  piroga  z  trzema  nagimi  dzikusami.  Określenie  „nadzy"  należy  rozumieć 

dosłownie. Nie mieli na sobie ani skrawka odzieży, chyba że uznalibyśmy za odzież kółka w 

nosie, krążki w uszach i bransolety z muszel. Pirogą dowodził stary, jednooki wódz, podobno 

przyjazny nam i tak brudny, że każde zgrzebło stępiłoby się na jego skórze. Przybył ostrzec 

kapitana  Jansena,  by  nie  pozwolił  załodze  wyjść  na  ląd.  Ostrzeżenie  swoje  powtórzył  tego 

wieczora. 

Welbot na próżno krążył wzdłuż wybrzeży w poszukiwaniu robotników. W dżungli pełno 

było uzbrojonych tubylców, którzy chętnie nawiązywali rozmowę z werbownikiem, lecz ani 

jeden  nie  zgodził  się  wyjechać  na  trzy  lata  do  pracy  na  plantacji  za  sześć  funtów  rocznie. 

Starali  się  natomiast  usilnie  nakłonić  naszych  ludzi  do  wylądowania.  Nazajutrz  na  plaży  u 

wylotu  zatoczki  rozniecili  ogień  dający  dużo  dymu.  Był  to  zwyczajowy  sygnał  ze  strony 

ochotników do pracy, wysłaliśmy więc łódź, ale nic 'z tego nie wyszło. Nikt się nie zgłosił, a 

nasi  ludzie  nie  dalii  się  skusić  na  ląd.  Nieco  później  na  plaży  pokazała  się  gromada 

uzbrojonych tubylców. 

Poza  takimi  rzadkimi  okazjami  niesposób  było  dociec,  ilu  ich  myszkuje  w  gąszczach. 

Wzrok  nie  mógł  odkryć,  co  się  dzieje  w  pierwotnej  dżungli.  Po  południu  kapitan  Jansen, 

Charmian i  ja wybraliśmy się  głuszyć  ryby. Cała załoga łodzi  była zaopatrzona w karabiny 

lee-eofield,  a  siedzący  przy  sterze  tubylczy  werbownik,  zwany  Johnny,  miał  przy  sobie 

winchestera. Ubliżyliśmy się na wiosłach do wybrzeża w miejscu wyglądającym na bezludne, 

po  czym  łódź  zotstała  obrócona  rufą  do  lądu  i  tak  do  niego  podpływała.  W  razie  napaści 

mogła szybko wymknąć się w morze. Przez cały czas pobytu na Malacie nie widziałem nigdy, 

by  łódź  przybijała  dziobem  do  brzegu.  Statki  rekrutujące  robotników  mają  zazwyczaj  dwie 

łodzie; jedna, oczywiście uzbrojona, podpływa do plaży, druga zaś pozostaje o paręset stóp w 

tyle  i  ubezpiecza  pierwszą.  „Minota"  był  jednak  zbyt  małym  jachtem,  aby  mógł  pomieścić 

dwie ładzie. 

Znajdowaliśmy  się  już  opodal  brzegu  i  zbliżaliśmy  się  nadal,  rufą  naprzód,  gdy 

dostrzegliśmy ławkę ryb. Zapaliliśmy lont i cisnęliśmy ładunek dynamitu do wody. Wybuch 

wyrzucił  ryby  na  powierzchnię.  W  tej  samej  chwili  ożyły  nadbrzeżne  chaszcze  i  gromada 

nagich  dzikusów  uzbrojonych  w  łuki,  strzały,  dziryty  oraz  broń  palną  wypadła  na  plażę. 

Nasza załoga podniosła natychmiast karabiny i obie wrogie grupy stanęły naprzeciwko siebie, 

podczas gdy nasi rezerwowi chłopcy nurkowali w pogoni za ogłuszonymi rybami. 

background image

22 

 

W  Su'u  spędziiliśmy  trzy  bezowocne  dni.  „Minota"  nie  dostał  robotników  z  dżungli, 

tubylcy zaś nie zdobyli ani jednej naszej głowy. Tylko Wada się czegoś dorobił, a mianowicie 

nielichej porcji gorączki. Welbot wyholował jacht z zatoki i popłynęliśmy wzdłuż wybrzeża 

do Langa-Langa, sporej wioski zamieszkałej przez żyjących z morza tubylców, zbudowanej, a 

właściwie  wzniesionej  z  nieprawdopodobnym  nakładem  pracy  na  piaszczystej  łasze  w 

lagunie. Była to sztuczna wysepka, służąca za schronienie przed krwiożerczymi sąsiadami z 

dżungli. W pobliżu, po wewnętrznej stronie laguny, znajdowała się miejscowość Binu, gdzie 

przed  pół  rokiem  dzicy  zdobyli  „Minotę"  i  zabili  jego  kapitana.  Gdy  płynęliśmy  wąskim 

przejściem pomiędzy rafami, przybiła do naszej burty piroga z wiadomością, że rano opuścił 

te wody okręt wojenny; jego załoga spaliła trzy wioski, zabiła trzydzieści świń i utopiła jedno 

niemowlę. Okręt był brytyjską kanonierką „Cambrian" dowodzoną przez komandora Lewesa. 

Spotkałem  go  po  raz  pierwszy  w  Korei,  podczas  wojny  rosyjsko-japońskiej  i  odtąd  nasze 

szlaki krzyżowały się nieustannie, lecz nigdy nie spotkaliśmy się po raz wtóry. W dniu kiedy 

„Snark" zawinął do Suva na wyspie Fidżi, dostrzegliśmy oddalającą się „Cambrian". W Vila 

na  Nowych  Hebrydach  rozminęliśmy  się  o  jeden  dzień.  Niedaleko  wyspy  Santo 

przepłynęliśmy  obok  siebie  w  nocy.  W  dniu,  kiedy  „Cambrian"  przybyła  do  Tulagi,  my 

odpłynęliśmy  z  Pennduffryn,  miejscowości  odległej  o  dwanaście  mil.  I  wreszcie  w  Langa-

Langa rozminęliśmy się o parę godzin. 

„Cambrian"  przypłynęła,  by  ukarać  morderców  kapitana  „Minoty",  ale  o  tym,  co  w  tej 

sprawie  zdziałano,  dowiedzieliśmy  się  dopiero  później,  tego  dnia,  kiedy  pan  Abbot, 

misjonarz, przybił w swojej łodzi do naszej burty. Wioski zostały spalone i świnie wyrżnięte, 

lecz tubylcy nie ucierpieli. Morderców nie schwytano, odzyskano natomiast flagę „Minoty" i 

część zrabowanego osprzętu. Dziecko utonęło wskutek nieporozumienia. Wódz wioski Binu, 

imieniem  Johnny,  odmówił  prowadzenia  oddziału,  który  zeszedł  na  ląd,  w  głąb  dżungli  i 

żadnego z jego podwładnych nie udało się do tego namówić. Oburzony komandor powiedział 

wodzowi, że jego wioska zasługuje na spalenie. Słowo „zasługuje" jest zbyt wyszukane jak na 

ograniczoną  angielszczyznę  wodza,  zrozumiał  więc,  że  wioska  na  pewno  zostanie  spalona. 

Rezultatem  była  paniczna  ucieczka  mieszkańców,  podczas  której  jakaś  matka  upuściła 

niemowlę do wody. Tymczasem wódz Johnny pobiegł do misjonarza i złożywszy mu do ręki 

czternaście  suwerenów  prosił  o  udanie  się  na  kanonierkę  i  złożenie  okupu  komandorowi. 

Wieś wodza Johnny nie została spalona, lecz komandor nie otrzymał czternastu suwerenów, 

widziałem  je  bowiem  w  posiadaniu  wodza,  gdy  ten  zjawił  się  na  pokładzie  „Minoty". 

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie chciał służyć za przewodnika, pokazał ani z dumą wielki 

czyrak. Właściwym jednak i najzupełniej uzasadnionym, choć nie ujawnionym powodem był 

background image

23 

 

strach  przed  zemstą  mieszkańców  dżungli.  Gdyby  Johnny  lub  który  z  jego  podwładnych 

podjął się prowadzenia żołnierzy piechoty morskiej z „Cambrian", krwawy odwet nastąpiłby 

natychmiast po podniesieniu kotwicy przez kanonierkę. 

Ilustracją stosunków panujących na Wyspach Salomona było przybycie na nasz pokład 

wodza Johnny, który chciał przehandlować za tytoń przedni, główny żagiel welbotu. Później, 

tego samego dnia, pojawił  się wódz Billy i  w zamian za tytoń  ofiarował  nam  maszt  i  bom. 

Ten  osprzęt  należał  do  welbotu  odzyskanego  przez  kapitana  Jansena  podczas  ostatniego 

pobytu  „Minoty"  na  wyspie.  Welbot  był  własnością  plantacji  Meringe  na  wyspie  Ysabel. 

Jedenastu zakontraktowanych robotników, rodem z Malaity i do tego z dżungli, postanowiło 

uciec.  Ale  nie  mieli  naturalnie  pojęcia  o  żegludze  na  morzu,  namówili  więc  do  ucieczki! 

dwóch tubylców z San Cristobal, ludzi żyjących z morza.' Tubylcy z San Cristobal powinni 

byli  wiedzieć,  czym  się  to  skończy.  Spotkał  ich  zasłużony  los.  Kiedy  szczęśliwie 

doprowadzili ukradzioną łódź na Malaitę, obaj w nagrodę utracili głowy. Tę właśnie łódź i jej 

osprzęt odzyskał kapitan Jansen. 

Nie  na  próżno  jednak  zawędrowałem  aż  na  Wyspy  Salomona.  Nareszcie  bowiem 

zobaczyłem, jak upokorzono pychę Charmian i włóczono w prochu jej królewską kobiecość. 

A  zdarzyło  się  to  na  wybrzeżu  Langa-Langa,  na  wysepce  zbudowanej  ludzkimi  rękami, 

niewidocznej  spod  wznoszących  się  na  niej  chat.  Otoczeni  tłumem  bezwstydnie  nagich 

mężczyzn,  kobiet  i  dzieci,  oglądaliśmy  wszystko,  co  było  warte  widzenia.  Rewolwery 

mieliśmy przy pasach, a załoga siedziała w pełnym uzbrojeniu przy wiosłach łodzi zwróconej 

rufą do lądu. Nie obawialiśmy się jednak napaści, gdyż wspomnienie pobytu kanonierki było 

jeszcze  zbyt  świeże.  Chodziliśmy  więc  wszędzie  swobodnie,  aż  doszliśmy  do  grubego  pnia 

przerzuconego przez płytkie ujście potoku do morza. Tubylcy stanęli murem przed nami i nie 

pozwolili  nam  przejść  przez  tę  kładkę.  Zapytaliśmy,  o  co  chodzi.  Odparli,  że  możemy  iść, 

więc  ruszyliśmy  naprzód.  Było  to  jednak  nieporozumienie  i  okazało  się  w  końcu,  że  tylko 

mężczyznom,  a  więc  kapitanowi  i  mnie,  wolno  iść  dalej,  żadna  natomiast  Mary  —  co  w 

lokalnej angielszczyźnie oznacza kobietę — nie może przejść w bród w. tym miejscu, a tym 

bardziej przejść przez kładkę. Charmian była Mary, a zatem kładka była dla niej tabu. Pierś 

moja nabrzmiała dumą. Nareszcie uzyskałem dowód wyższości rodzaju męskiego. Charmian 

mogła iść za nami, ale my, mężczyźni, byliśmy uprawnieni do przekroczenia kładki, ona zaś 

musiała przepłynąć dokoła w łodzi. 

Opisując  następne  wydarzenie,  nie  chciałbym  być  źle  zrozumiany.  Jak  powszechnie 

wiadomo,  ataki  gorączki  na  Wyspach  Salomona  są  nieraz  wywoływane  przez  jakiś  wstrząs 

nerwowy.  Nie  minęło  pół  godziny  od  chwili,  gdy  odmówiono  Charmian  prawa  przejścia 

background image

24 

 

przez  kładkę,  a  odwieźliśmy  ją  czym  prędzej  na  jacht,  owinęliśmy  w  koce  i  nakarmiliśmy 

chininą. Nie wiem, jakiego wstrząsu doznali Wada i Nakata, ale oni również dostali gorączki. 

Wyspy Salomona mogłyby być zdrowsze. 

Podczas ataku gorączki na skórze Charmian pojawił się wrzód. I to ją dobiło. Wszyscy 

oprócz niej cierpieliśmy na infekcje skórne. Mnie samemu zdawało się już, że utracę nogę na 

skutek  wyjątkowo  złośliwego  wrzodu  powyżej  kostki.  -Henry  i  Tehei,  marynarze  z  Tahiti, 

mieli ich po kilkanaście. Wada liczył swoje na tuziny. U Nakaty pojawiały się pojedynczo, ale 

za to o trzycalowej średnicy. Martin był przekonany, że grozi mu martwica goleni wywołana 

przez  zadziwiające  zbiorowisko  ropni  na  łydkach.  Tylko  Charmian  nie  wiedziała,  co  to 

znaczy. Długa odporność zrodziła z czasem pogardę dla otoczenia. Jej pewność siebie doszła 

do  tego  stopnia,  że  któregoś  dnia  oświadczyła  mi  nieśmiało,  iż  wszystko  jest  kwestią 

czystości  krwi.  Skoro  my  cierpieliśmy  stale  na  wrzody,  a  ona  nie...  doczekała  się  jednak 

wrzodu  rozmiaru  srebrnej  dolarówki  i  czystość  jej  krwi  zwalczyła  go  dopiero  po  paru 

tygodniach intensywnego leczenia. Charmian wierzy tylko w skuteczność żrącego sublimatu. 

Martin należy do zaprzysiężonych zwolenników jodoformu. Henry używa nie rozcieńczonego 

soku karłowatych cytryn, Moim zdaniem, o ile okłady ze żrącego sublimatu nie dają szybkiej 

poprawy,  należy  je  stosować  na  przemian  z  okładami  z  wody  utlenionej.  Są  na  Wyspach 

Salomona  biali,  którzy  leczą  się  wyłącznie  kwasem  bornym,  inni  znowu  mają  słabość  do 

lizolu. Ja też znam lekarstwo uniwersalne. To Kalifornia. Nie wierzę, by w Kalifornia można 

było dostać takiego wrzodu jak na Wyspach Salomona. 

Z Langa-Langa płynęliśmy dalej laguną; pomiędzy mokradłami porośniętymi drzewami 

mango, przez kanały niewiele szersze od jachtu, mijając położone na rafie koralowej osiedla 

Kaloika i Auki. Podobnie jak założyciele Wenecji, ich mieszkańcy, żyjący teraz z morza, byli 

pierwotnie uchodźcami z głębi lądu. Zbyt słabi, aby utrzymać swe wsie w dżungli, ci, którzy 

zdołali ujść cało z pogromów, schronili się na ławice piaskowe laguny. Zamienili te ławice na 

wyspy.  Zmuszeni  szukać  pożywienia  na  morzu,  stali  się  z  czasem  żeglarzami.  Poznali 

obyczaje ryb i skorupiaków oraz wymyślili haczyki i linki wędkarskie, sieci i pułapki na ryby. 

Ich ciała przystosowały się stopniowo do trybu życia. Nie mogą poruszać się swobodnie na 

lądzie,  spędzają  więc  całe  życie  w  pirogach,  na  skutek  czego  mają  grube  ręce,  szerokie 

ramiona, smukłe talie, długie i cienkie nogi, przypominające kształtem wrzeciona. Wzbogacili 

się panując nad dostępem do wybrzeża, dzięki któremu handel z tubylcami zamieszkałymi w 

głębi wyspy przechodzi  przeważnie przez ich ręce. Pomiędzy nimi  a mieszkańcami dżungli 

istnieje jednak wieczysta wrogość. Jedynymi okresami rozejmu są dni targowe przypadające 

w określonych odstępach czasu, zazwyczaj dwa razy w tygodniu. Kobiety z dżungli i kobiety 

background image

25 

 

żeglarzy  wymieniają  swoje  towary.  W  odległości  zaś  mniej  więcej  stu  jardów  w  zaroślach 

czyhają  ich  mieszkańcy  w  pełnym  uzbrojeniu,  podczas  gdy  obok  na  morzu  żeglarze  siedzą 

czujnie w swych pirogach. Naruszenie rozejmu dni targowych zdarza się rzadko. Lud dżungli 

zbyt  lubi  ryby,  żeglarze  zaś  odczuwają  organiczną  potrzebę  jarzyn,  których  nie  mogą 

uprawiać na swych zatłoczonych wysepkach. 

Po  trzydziestu  milach  żeglugi  znaleźliśmy  się  u  wylotu  cieśniny  dzielącej  wyspę 

Bassakanna  od  Malaity.  Wieczorem  wiatr  ustał  i  przez  całą  noc  usiłowaliśmy  się  tamtędy 

przedostać.  Welbot  holował  „Minotę",  a  reszta  załogi  na  jachcie  pracowała  przy  wiosłach. 

Prąd  jednak  spychał  nas  nieustannie  w  przeciwnym  kierunku.  O  północy  spotkaliśmy  na 

środku cieśniny wielki szkuner werbowniczy „Eugenie" holowany przez dwa welboty. Szyper 

szkunera,  rosły  dwudziestodwuletni  Niemiec  nazwiskiem  Keller,  przybył  na  nasz  pokład  i 

obgadaliśmy  ostatnie  wiadomości  i  plotki  lokalne.  Keller  miał  szczęście  i  zwerbował 

dwudziestu  robotników  w  wiosce  Fiu.  Kiedy  stali  w  Fiu,  dokonano  tam,  zgodnie  z 

miejscowym zwyczajem, „odważnego zabójstwa" na młodym chłopcu z tubylców żyjących z 

morza, lecz nie zamieszkałych na wysepkach. Trzech dzikich przyszło  do niego z dżungli i 

zastało  go  przy  pracy  w  ogrodzie.  Zachowywali  się  przyjaźnie  -  i  po  pewnym  czasie 

wspomnieli  o  kai-kai,  to  znaczy  o  jedzeniu.  Rozpalił  ogień  i  zaczął  gotować  taro.  Gdy 

pochylił  się  nad  garnkiem,  jeden  z  mieszkańców  dżungli  strzelił  mu  w  głowę.  Upadł  w 

płomienie, a wówczas przebili mu brzuch dzirytem, zakręcili i ułamali drzewce. 

— Słowo honoru, nie chciałbym dostać w głowę kulą snidera — mówił kapitan Keller. 

— Co za dziura. Można by wozem zaprzężonym w konie przez nią przejechać. 

Ofiarą  innego  „odważnego  zabójstwa",  o  jakim  słyszałem  na  Malaicie,  padł  stary 

mężczyzna.  Pewien  wódz  plemienia  z  dżungli  zmarł  śmiercią  naturalną.  Otóż  dzicy  nie 

wierzą  w  śmierć  naturalną.  Nikt  przecież  nigdy  nie  słyszał,  aby  ktokolwiek  tak  umarł. 

Jedynym uznawanym przez nich sposobem rozstania się z życiem jest kula, topór lub dziryt. 

Jeśli  człowiek  umiera  inaczej,  nikt  nie  wątpi,  że  należy  to  przypisać  czarom.  Po  śmierci 

owego  wodza  jego  plemię  obciążyło  winą  pewną  rodzinę.  A  że  było  obojętne,  kto  z  tej 

rodziny  odpokutuje  utratą  głowy,  wybrali  samotnego  starca.  Zemsta  była  więc  ułatwiona, 

zwłaszcza że ofiara nie  posiadała broni palnej i  była ślepa.  Dziadek zwąchał  jednak, co się 

święci, i zaopatrzył się w spory zapas strzał. Trzech nieustraszonych wojowników, każdy ze 

sniderem, przyszło do niego w nocy i przez całą noc zmagało się z nim walecznie. Gdy. tylko 

poruszyli  się  w  krzakach  lub  zdradzili  szmerem  swą  obecność,  staruszek  posyłał  strzałę  w 

tym  kierunku. Rankiem, kiedy zużył  ostatnią stężałe, trzej  bohaterzy podpełzli i  wpakowali 

mu kulę w głowę. 

background image

26 

 

Nastałświt, a my wciąż jeszcze brnęliśmy bez skutku przez cieśninę. Wreszcie daliśmy za 

wygraną,  zawróciliśmy  ku  morzu  i  opłynąwszy  dokoła  wyspę  Bassakanna,  dotarliśmy  do 

Malu,  celu  naszej  podróży.  Przystań  była  doskonała,  leżała  jednak  pomiędzy  wybrzeżem  a 

groźnie  wyglądającą  rafą  i  znacznie  łatwiej  tam  było  wpłynąć  niż  się  stamtąd  wydostać. 

Kierunek południowo-wschodniego pasatu wymagał halsu z wiatrem, cypel rafy był [szeroki, 

płytko położony i prąd spychał nas ciągle w tę stronę. 

Pan Caulfeild, misjonarz w Malu, powrócił właśnie z podróży własnym welbotem wzdłuż 

wybrzeża. Był to szczupły, delikatnie zbudowany mężczyzna, entuzjasta swego posłannictwa, 

rozsądny i praktyczny, prawdziwy  rycerz Chrystusowy  dwudziestego wieku. Opowiadał,  że 

przybywając  na  Malaitę  podjął  się  pełnić  obowiązki  przez  sześć  miesięcy.  Zobowiązał  się 

jednak, że jeśli  po upływie tego czasu będzie żył, pozostanie dłużej.  Minęło  sześć lat, a on 

nadal  tam  pozostawał.  Jego  wątpliwości,  czy  przeżyje  ponad  pół  roku,  były  uzasadnione, 

gdyż z trzech jego poprzedników dwóch zmarło na gorączkę zakaźną przed upływem sześciu 

miesięcy, a trzeci powrócił do ojczyzny ze zdrowiem kompletnie zniszczonym. 

—  O  jakim  morderstwie  mówicie?  —  zapytał  nagle  w  środku  bezładnej  rozmowy  z 

kapitanem Jansenem. 

Kapitan wyjaśnił, co miał na myśli. 

—  Ach,  to  nie  to,  o  którym  mi  mówiono  —  rzekł  misjonarz  —  tamto  jest  już  dawne, 

zdarzyło się dwa tygodnie temu. 

W  Malu  odpokutowałem  za  drwinki  i  naigrawanie  się  z  Charmian  na  temat  wrzodu 

nabytego  przez  nią  w  Langa  Langa.  A  przyczynił  się  do  tego  pośrednio  misjonarz.  Ze 

sztucerem w ręku ścigałem w krzakach ofiarowaną nam przez niego kurę. Zamierzałem uciąć 

jej głowę, co mi się. ostatecznie udało, lecz w trakcie gonitwy potknąłem się o leżącą na ziemi 

kłodę  i  upadłem,  przy  czym  obtarłem  sobie  skórę  na  łydce.  Rezultat:  trzy  wrzody. 

Powiększyło  to  ilość  wrzodów  zdobiących  moją  osobę  do  pięciu.  Ponadto  kapitan  Jansen  i 

Nakata  nabawili  się  gari-gari,  co  przetłumaczone  dosłownie  znaczy  „drap  się,  drap  się". 

Tłumaczenie  nie  było  zresztą  potrzebne,  gdyż  ruchy  kapitana  i  Nakaty  nie  pozostawiały 

żadnych wątpliwości. 

Nie, Wyspy Salomona stanowczo nie są tak zdrowe, jakby być mogły. Piszę ten artykuł 

na  wyspie  Ysabel,  gdzie  poddajemy  nasz  jacht  operacji  skrobania  kadłuba  i  miedzianych 

blach  poszycia.  Ostatni  mój  atak  gorączki  minął  dziś  rano,  a  miałem  tylko  jeden  dzień 

przerwy  pomiędzy  atakami.  Charmian  ulega  im  co  dwa  tygodnie.  Wada  jest  zupełnie 

wyniszczony  gorączką.  Wczoraj  wieczorem  zdradzał  wszelkie  objawy  zapalenia  płuc.  . 

Henry, ogromne i silne chłopisko z Tahiti, wstał właśnie po ostatnim ataku gorączki i ledwo 

background image

27 

 

łazi  po  pokładzie.  Zarówno  on,  jak  i  Tehei  zebrali  imponującą  kolekcję  ropni,  a  ponadto 

złapali nową formę „gari-gari", czyli świerzbu. Ale nie oni jedni wiedzą, co to znaczy. Parę 

dni  temu  Charmian,  Martin  i  ja  polowaliśmy  na  gołębie  na  małej  wyspie  i  od  tego  czasu 

mamy  przedsmak  wieczystych  katuszy.  Na  tejże  wyspie  Martin  poszarpał  sobie  na  strzępy 

podeszwy  nóg  o  rafy  koralowe,  kiedy  uganiał  się  za  rekinem;  taka  jest  przynajmniej  jego 

wersja,  chociaż  sądząc  po  jego  minie,  sytuacja  przedstawiała  się  raczej  odwrotnie.  W 

miejscach  skaleczeń  powstały  oczywiście  wrzody.  Przed  ostatnim  atakiem  gorączki 

ciągnąłem linę- i zdarłem sobie skórę na kłykciach palców: obecnie mam trzy nowe wrzody. 

A biedny Nakata przez trzy tygodnie nie mógł siedzieć. Wczoraj odważył się usiąść i udało 

mu  się  utrzymać  w  tej  pozycji  przez  piętnaście  minut.  Mówi  pogodnie,  że  za  miesiąc 

spodziewa się pozbyć świerzbu. Na skutek intensywnego drapania w zadraśniętych miejscach 

utworzyły się nowe niezliczone wrzody. Ponadto uległ siódmemu z rzędu atakowi gorączki. 

Gdybym był królem, najgorszą karą, jaką wymyśliłbym dla moich wrogów, byłoby zesłanie 

na Wyspy Salomona. Po namyśle dochodzę jednak do wniosku, że nawet gdybym był królem, 

nie potrafiłbym się na to zdobyć. 

Werbowanie  i  przewożenie  tubylczej  siły  roboczej  na  małym,  wąskim  jachcie 

przeznaczonym do żeglugi przybrzeżnej nie należy do przyjemności. Na pokładzie roi się od 

zakontraktowanych  robotników  oraz  ich  rodzin.  Pełno  ich  w  głównej  kabinie.  Śpią  tam  w 

nocy,  a  że  chcąc  się  przedostać  do  naszej  malutkiej  kajuty  musimy  przejść  tamtędy, 

przeciskamy  się  przez  ten  tłum  lub  przechodzimy  ponad  leżącymi  ciałami.  To  również  nie 

należy do przyjemności. Wszyscy bez wyjątku cierpią na wszelkie możliwe choroby skórne. 

U  jednych  jest  to  łuszczyca,  u  innych  „bukua".  Tę  drugą  wywołuje  pasożyt  roślinny,  który 

przeżera tkankę skórną.  Swędzenie jest nie do zniesienia. Chory drapie  się, aż w powietrzu 

unosi  się  dokoła  pełno  drobniutkich  płateczków.  Powszechne  są  również  ropnie  i  inne 

infekcje  skóry.  Na  pokład  przybywają  mężczyźni  z  tak  wielkimi  ropniami  na  stopach,  że 

mogą  chodzić  tylko  na  palcach,  lub  z  dziuraini  w  łydkach  tak  straszliwymi,  że  można  by 

wsadzić  w  nie  pięść  i  dotknąć  kości.  Zakażenia  krwi  zdarzają  się  bardzo  często  i  kapitan 

Jansen  operuje  je  nożem  kieszonkowym  i  igłą  do  zszywania  żagli.  Bez  względu  na  stan 

pacjenta po otwarciu i oczyszczeniu rany przykłada gorący okład z suchara wymoczonego w 

wodzie. Gdy tylko  widzimy jakiś  szczególnie okropny przypadek, chronimy się do naszego 

kąta i zlewamy własne wrzody żrącym sublimatem. Tak żyjemy, odżywiamy się i śpimy na 

„Minocie", licząc na nasze szczęście i udając, że się to nam bardzo podoba. 

Prestiż  Charmian  doznał  drugiego  z  kolei  bolesnego  uszczerbku.  Na  sztucznej  wyspie 

Suava najznamienitszy z miejscowych wodzów  przybył na jacht z wizytą. Przedtem jednak 

background image

28 

 

wysłał do kapitana Jansena gońca z prośbą o sztukę perkalu, którym by mógł przykryć swoją 

królewską nagość. Kacyk siedział przez ten czas w pirodze u  burty jachtu. Przysiągłbym, że 

brud na jego dostojnej piersi był gruby na pół cala i można by się spokojnie założyć, że jego 

dolne warstwy datowały się sprzed dziesięciu, a może i dwudziestu lat. 

Jego emisariusz zjawił się ponownie na pokładzie i oświadczył, że potężny władca wyspy 

Suava raczy łaskawie uścisnąć dłoń kapitana Jansena i moją, a przy tej okazji wyłudzić trochę 

tytoniu, nie czuje się jednak na siłach narazić swą wzniosłą duszę na poniżenie sięgające aż 

do  wymiany  uścisku  dłoni  z  istotą  tak  marną,  jak  zwykła  kobieta.  Biedna  Charmian!  -Od 

czasu  doświadczeń  na  Malaicie  stała  się  inną  kobietą.  Jej  uległość  i  pokora  są  czarujące  w 

najwyższym  stopniu  i  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  po  powrocie  na  łono  cywilizacji,  idąc  ze 

mną  po  wielkomiejskim  trotuarze,  przyjęła  należytą  postawę  i  szła  ze  spuszczoną  głową  o 

krok z tyłu. 

Poza  tym  niewiele  zdarzyło  się  podczas  naszego  pobytu  na  wyspie  Suava.  Bichu, 

tubylczy  kucharz,  zdezerterował.  „Minota"  dryfował  na  kotwicy.  Gwałtowne  szkwały  i 

ulewne deszcze dały się nam we znaki. Pierwszy oficer Jacobsen i Wada leżeli obezwładnieni 

gorączką. Ropnie i wrzody mnożyły się i rozwijały. Karaluchy urządziły na jachcie pochód 

godny  narodowego  święta.  Wybraną  w  tym  celu  porą  była  północ,  miejscem  zaś  nasza 

maleńka kajuta. Setki karaluchów, długich na dwa albo i trzy cale, przemaszerowało po nas. 

Gdy  usiłowaliśmy  je  gonić,  wzbijały  się  w  powietrze  i  krążyły  jak  kolibry.  Były  o  wiele 

większe  niż  nasze  na  „Snarku".  Ale  nasze  są  jeszcze  młode  i  nie  zdążyły  dorosnąć.  Na 

„Snarku"  mamy  również  stonogi,  z  gatunku  tych  dużych,  sześciocalowych.  Zabijamy  je  od 

czasu  do  czasu,  zwykle  na  koi  Charmian.  Ukąsiły  już  mnie  dwa  razy  we  śnie,  za  każdym 

razem  jadowicie.  Lecz  biednemu  Martinowi  zdarzyło  się  coś  jeszcze  gorszego.  Po  trzech 

tygodniach choroby siadając po raz pierwszy przy stole usiadł na olbrzymiej stonodze. 

Następnie  powróciliśmy  do  Malu,  zabraliśmy  na  pokład  siedmiu  robotników, 

podnieślimy kotwicę i zaczęliśmy się posuwać w kierunku zdradzieckiej cieśniny. Wiatr gnał 

krótkie  fale,  prąd  spychał  nas  na  niebezpieczny  cypel.  Minęliśmy  go  już  prawie  i 

wychodziliśmy na otwarte morze, gdy wiatr zmienił nagle kierunek o cztery rumby. „Minota" 

usiłował  zrobić  zwrot,  lecz  nie  wyluzowano  na  czas  przednich  żagli.  Jacht  stracił  dwie 

kotwice koło Tulagi.  Zarzuciliśmy trzecią, jedyną, jaka nam pozostała, wyluzowaliśmy cały 

łańcuch, aby kotwica łatwiej mogła chwycić koralową skałę. Kil uderzył o dno, a stenga grot-

masztu  wygięła  się  i  zadrżała,  jakby  zamierzała  spaść  nam  na  głowy.  Jacht  szarpnął 

łańcuchem  kotwicznym  i  w  tej  samej  chwili  fala  pchnęła  nas  w  stronę  brzegu.  Łańcuch 

background image

29 

 

trzasnął,  a  była  to  ostatnia  kotwica.  „Minota"  obrócił  się  w  miejscu  i  ruszył  wprost  na  fale 

przyboju. 

Zakotłowało się na jachcie. Wszyscy znajdujący się w kajucie robotnicy  — mieszkańcy 

dżungli, a więc w strachu przed morzem — wyskoczyli na pokład i ogarnięci paniką, plątali 

się nam pod nogami. W tej samej chwili załoga welbotu pochwyciła karabiny. Wiedzieli, co 

oznacza  utknięcie  na  wybrzeżu  Malaity;  jedną  ręką  trzeba  ratować  statek,  a  drugą  odpierać 

ataki  tubylców.  Nie  wiem  doprawdy,  jak  utrzymywali  się  na  pokładzie,  a  trzeba  było  się 

trzymać,  gdyż  jacht  rzucał  się,  przechylał  i  uderzał  gwałtownie  o  skały.  Dzicy  uczepili  się 

olinowania, zbyt przerażeni, by zwracać uwagę na zagrażającą im stengę. Spuściliśmy welbot 

z  liną  holowniczą,  by  choć  w  niewielkiej  mierze  zapobiegał  dalszemu  spychaniu  jachtu  ku 

brzegowi,  po  czym  kapitan  Jansen  i  pierwszy  oficer,  słaniający  się  na  nogach  po  ostatnim 

ataku gorączki, zaczęli improwizować kotwicę z lin i żelaznego bloku wydobytego z balastu. 

Pan Caulfeild wraz z grupą nawróconych tubylców przybył nam na pomoc w swej łodzi. 

Gdy „Minota" uderzył w rafę, nie widzieliśmy ani jednej pirogi, lecz potem pojawiły się 

ze wszystkich stron jak sępy z jasnego nieba. Załoga welbotu, z karabinami w pogotowiu, nie 

dopuściła  ich  bliżej  niż  na  sto  stóp,  grożąc  otwarciem  ognia.  Czarne  i  złowrogie,  pełne 

mężczyzn  utrzymujących  je  wiosłami  na  niebezpiecznym  skraju  przyboju,  pirogi  czyhały 

opodal jachtu. Tymczasem ze wzgórz w głębi wyspy ściągali tłumnie dzicy zbrojni w dziryty, 

strzelby, łuki, strzały i maczugi, aż zaroiło się od nich na plaży. Na domiar złego co najmniej 

dziesięciu  naszych  robotników  pochodziło  z  tego  właśnie  plemienia,  które  wyczekiwało 

niecierpliwie łupu w postaci tytoniu i innych towarów, jakie mieliśmy na jachcie. 

„Minota"  był  solidnie  zbudowany,  co  jest  największą  zaletą  każdego  statku  rzucanego 

przez  fale  na  skały.  Pewne  pojęcie  o  jego  wytrzymałości  może  dać  fakt,  że  w  ciągu 

pierwszych dwudziestu czterech godzin zerwał osiem cum i dwa łańcuchy kotwiczne. Załoga 

welbotu  coraz  to  musiała  nurkować  i  przywiązywać  nowe  liny  do  kotwic.  Jacht  zerwał 

parokrotnie  łańcuchy  wzmocnione  cumami.  A  jednak  jakoś  się  trzymał.  Aby  ochronić  kil  i 

podwodną część kadłuba, przyciągnęliśmy z brzegu pnie drzew i wpychaliśmy je pod jacht; z 

pni  pozostawały  niebawem  tylko  drzazgi,  z  opasujących  je  lin  strzępy,  ale  jacht  wciąż 

wytrzymywał  uderzenia  o  skały.  Los  okazał  się  łaskawszy  dla  nas  niż  dla  „Ivanhoe", 

wielkiego  szkunera  werbowniczego,  który  przed  kilku  miesiącami  osiadł  na  skałach  przy 

wybrzeżu  Malaity  i  został  niezwłocznie  zdobyty  przez  tubylców.  Obrabowali  go  ze 

wszystkiego,  co  tylko  zdołali  unieść.  Kapitanowi  i  załodze  udało  się  jednak  uratować  w 

welbotach. 

background image

30 

 

Jeden szkwał po drugim, porywisty wiatr i oślepiający deszcz znęcały się nad statkiem, a 

fale  podnosiły  się  coraz  większe.  Szkuner  „Eugenie"  stał  na  kotwicy  o  pięć  mil  na 

nawietrznej, lecz zasłonięty przez cypel lądu nie mógł wiedzieć o naszym położeniu. Kapitan 

Jansen podsunął mi myśl, by napisać kartkę do kapitana Kellera z prośbą o pomoc oraz zapas 

lin  i  kotwic.  Ale  nie  udało  się  nam  namówić  żadnego  tubylca  do  przewiezienia  tego  listu. 

Ofiarowałem w zamian pół skrzynki tytoniu, lecz czarni uśmiechali się tylko i trzymali pirogi 

dziobami  ku  nadbiegającym  falom.  Cena  pół  skrzynki  tytoniu  wynosiła  trzy  funty.  W  dwie 

godziny,  nawet  wiosłując  pod  wiatr  i  przeciwko  fali,  mężczyzna  mógłby  doręczyć  list  i 

otrzymać zapłatę taką, jak za sześć miesięcy pracy na plantacji. Licząc, że misjonarz potrafi 

na nich wpłynąć, zdołałem się dostać na pirogę i podpłynąć do zakotwiczonego welbotu pana 

Caulfeilda. Zwołał do siebie pirogi, a gdy otoczyło go ze dwadzieścia, ponowił ofertę. Nikt 

się jednak nie zgłosił. 

— Wiem, co myślicie — zawołał misjonarz — myślicie, że na statku mnóstwo tytoniu i 

że go dostaniecie. A  ja wam powiadam, że tam mnóstwo karabinów. Nie tytoń dostaniecie, 

ale kulą w łeb. 

Wreszcie  jakiś  mężczyzna  w  małej  pirodze  wziął  list  i  wyruszył.  Czekając  na  pomoc, 

harowaliśmy ciężko. Opróżniliśmy zbiorniki z wodą i  zaczęliśmy przenosić na brzeg żagle, 

belki  omasztowania  i  balast.  Raz  po  raz  jacht  przechylał  się  gwałtownie  to  na  jedną,  to  na 

drugą burtę, co wywoływało popłoch na pokładzie. Gromada mężczyzn uprawiała przeróżne 

skoki, ratując życie i nogi przed lawiną skrzyń, bomów, osiemdziesięciofuntowych „świnek" 

balastu  rzucanych  od  jednego  relingu  do  drugiego  i  z  powrotem.  Nieszczęsny,  wytworny 

niegdyś jacht! Pokład i olinowanie przedstawiały obraz zamętu i zniszczenia. Pod pokładem 

nic nie pozostało na swoim miejscu. Aby się dostać do balastu, trzeba było wyrwać podłogę w 

głównej kajucie. Rdzawa woda z zenzy pryskała i chlupotała. Cały buszel karłowatych cytryn 

miotał się na wszystkie strony w kleistej papce z wody i mąki, jak kluski w nie dogotowanej 

zupie. W kajucie rufowej Nakata trzymał straż przy naszych karabinach i amunicji. 

W trzy godziny po wyruszeniu posłańca welbot płynący pod pełnym żaglem przedarł się 

przez szkwał, który wył po nawietrznej. Był to kapitan Keller, mokry od deszczu i bryzgów, z 

rewolwerem u pasa, i jego załoga w pełnym uzbrojeniu. Na środku welbotu wznosił się stos 

kotwic  i  cum.  Płynął,  jak  tylko  mógł  najszybciej  przy  tym  wietrze  —  biały  człowiek, 

nieunikniony biały człowiek, przybywający na ratunek białemu człowiekowi. 

Pirogi,  tak długo wyczekujące, łupu, rozpierzchły  się i  zniknęły  równie  szybko, jak się 

pojawiły.  Rozporządzaliśmy  teraz  trzema  łodziami;  dwie  krążyły  pomiędzy  jachtem  a 

brzegiem, załoga zaś trzeciej zabrała się do naciągania zerwanych cum, zarzucania nowych i 

background image

31 

 

wydobywania  utraconych  kotwic.  Późnym  popołudniem  odbyliśmy  naradę.  Biorąc  pod 

uwagę, że  część załogi  naszego  welbotu oraz dziesięciu  robotników pochodziło z tej części 

wyspy,  rozbroiliśmy  ich.  Dodatkową  dobrą  stroną  tej  decyzji  było  to,  że  mogli  obu  rękami 

zabrać  się  do  roboty.  Karabiny  oddaliśmy  pod  opiekę  pięciu  tubylców  należących  do  misji 

Caulfeilda.  Pod  pokładem  w  zdewastowanej  kajucie  misjonarz  i  jego  nawrócone  owieczki 

modlili  się  o  uratowanie  „Minoty".  Był  to  wzruszający  widok;  nie  uzbrojony  mąż  Boży 

modlił  się  z  żarliwą  wiarą,  a  obok  jego  dzicy  wierni,  wsparci  o  karabiny,  pomrukiwali  od 

czasu  do  czasu  amen.  Ściany  kajuty  kołysały  się  dokoła  nich.  Za  każdym  przypływem  fali 

jacht podnosił się i opadał z trzaskiem na skały. Z pokładu dochodziły okrzyki uwijających 

się mężczyzn. Ci modlili się inaczej, świadomą wolą i wysiłkiem ramion. 

Tejże nocy pan Caulfeild ostrzegł nas, że na głowę jednego ze zwerbowanych przez nas 

robotników  jego  współplemieńcy  wyznaczyli  cenę  pięćdziesięciu  sznurów  paciorków  z 

muszli  oraz  czterdziestu  świń.  Zawiodły  ich  nadzieje  zdobycia  jachtu,  postanowili  więc 

zdobyć  głowę  tego  człowieka.  Gdy  zaczyna  się  zabijanie,  nigdy  nie  wiadomo,  na  czym  się 

skończy. Kapitan Jansen kazał więc uzbroić welbot i podpłynął do skraju plaży. Ugi, tubylec 

z  załogi  welbotu,  powstał  i  wygłosił  orację.  Uniesiony  zapałem  przekroczył  instrukcję 

kapitana. Zamiast powiedzieć, że będziemy strzelać do każdej pirogi, jaka się tej nocy ukaże 

w  pobliżu  jachtu,  buńczucznie  wypowiedział  wojnę  i  zakończył  mowę  takim  mniej  więcej 

zwrotem: „Zabijecie kapitana, to ja wypiję jego krew i umrę razem z nim". 

Dzicy zadowolili się spaleniem niezamieszkałego domu  misyjnego i  zbiegli w dżunglę. 

Nazajutrz przybyła „Eugenie" i rzuciła kotwicę w naszym sąsiedztwie. Przez trzy dni i dwie 

noce  „Minota"  uderzał  o  koralowe  skały.  Jacht  wytrzymał  jednak  i  wreszcie  udało  się  nam 

ściągnąć z rafy jego zdemolowany kadłub i zakotwiczyć na spokojnej wodzie. Pożegnaliśmy 

wtedy „Minotę" oraz jego załogę i odpłynęliśmy na „Eugenie" na wyspę Floridę. 

Chcąc zapobiec wrażeniu, że załoga jachtu „Snark" składała się z samych cherlaków, jak 

to  można  by  sądzić  z  opisu  naszych  najróżniejszych  dolegliwości,  cytuję  dosłownie  parę 

typowych  dla  żeglugi  na  wodach  Wysp  Salomona  wyjątków  z  dziennika  okrętowego 

„Eugenie". 

  

Ulava.  Czwartek,  12  marca  1908.  Łódź  wysłana  do  brzegu  dziś  rano.  Uzyskano  dwa 

ładunki kości słoniowej, 4000 kopry. Szyper chory, febra. 

Ulava.  Piątek,  13  marca  1908.  Kupiono  orzechy  od  dzikich,  półtorej  tony.  Szyper  i 

pierwszy oficer chorzy, febra. 

background image

32 

 

Ulava.  Sobota,  14  marca  1908.  W  południe  podniesiono  żagle  i  przy  bardzo  słabym 

wietrze  -wschodnio-północnowschodnim  wzięto  kurs  na  Ngora-Ngora.  Zakotwiczono  na 

ośmiu sążniach, dno z muszli i korali. Pierwszy oficer chory, febra. 

Ngora-N  góra.  Niedziela,  15  marca  1908.  O  świcie  stwierdzono,  że  chłopak  z  załoga, 

Bagua, zmarł w mocy na dyzenterię. Chorował około 14 dni. O zachodzie słońca silny szkwał 

północno-zachodni  (przygotowano  drugą  kotwicę).  Czas  trwania  szkwału:  godzina  i 

trzydzieści minut. 

Na morzu. Poniedziałek, 16 marca 1908. Kurs na Sikiana od godz. 16. Wiatr osłabł. W 

nocy silne szkwały. Szyper i jeden członek załogi chorzy na dyzenterię. 

Na morzu. Wtorek, 17 marca 1908. Szyper i dwóch ludzi z załogi chorzy na dyzenterię. 

Pierwszy oficer chory na febrę. 

Na morzu. Środa, 18 marca 1908. Wysoka fala. Zawietrzny reling stale pod wodą. Statek 

idzie pod zarefowanym grot-żaglem, fokiem i kliwrem. Szyper i trzech ludzi z załogi chorzy na 

dyzenterię. Pierwszy oficer ma febrę. 

Na morzu. Czwartek, 19 marca 1908. Widoczność zero. Wiatr 9 według skali Beauforta. 

Defekt pompy. Wylewamy wodę kubłami. Szyper i pięciu ludzi z załogi chorzy na dyzenterię. 

Na morzu. Piątek, 20 marca 1908. W nocy szkwał o sile huraganu. Szyper i sześciu ludzi 

z załogi chorzy na dyzenteraę. 

Na morzu. Sobota, 21 marca 1908. Powrót z Sikiana. Szkwały przez cały dzień, ulewny 

deszcz  i  wysoka  fala.  Szyper  oraz  przeważna  część  załogi  chora  na  dyzenterję,.  Pierwszy 

oficer ma febrę. 

 

I  tak  dzień  po  dniu  dziennik  okrętowy  szkunera  „Eugenie"  stwierdza  niezdolność  do 

pracy większości obecnych na pokładzie. Jedyne urozmaicenie w tym stanie rzeczy nastąpiło 

31 marca; pierwszy oficer zachorował na dyzenterię, a szyper uległ febrze.