background image

 
 
 

Katarzyna T. Nowak 

 

Owca w krzaku dzikiej róży 

background image

To  był  jeden  z  wielu  pięknych,  słonecznych  dni.  Nic  nie 

zapowiadało katastrofy... 

background image


Osada  nad  morzem  liczyła  zaledwie  kilkanaście  domów. 

Same  ogrodzone  wille.  Mieszkali  w  nich  ludzie,  którzy 
jedzenie,  ubrania  i  meble  zamawiali  przez  Internet.  Wystrój 
zmieniali  średnio  raz  na  trzy  miesiące.  Ciężarówki  z  logo 
drogich  firm  wnętrzarskich  podjeżdżały  pod  sam  dom,  a 
wynajęci  projektanci  urządzali  wszystko,  od  łyżeczki  do 
herbaty  po  bibliotekę.  Książki  oczywiście  też  przywozili. 
Mniej  więcej  co  trzy,  cztery  dni  przyjeżdżały  samochody  z 
zakupami  ze  sklepów  z  organiczną  żywnością,  a  raz  w 
miesiącu  -  z  garderobą  na  wymianę.  W  mieszkaniach  tych 
ludzi  znajdowały  się  -  zawsze  na  wierzchu  -  eleganckie 
magazyny  o  zdrowym  odżywianiu,  ekologicznej  modzie  i 
wystroju  wnętrz.  Idealnie  wpasowywali  się  w  modny  trend  - 
cocooning  -  uciekając  przed  chaosem  zewnętrznego  świata. 
Nie  musieli  opuszczać  domów,  bo  wszystko  można  było 
zamówić  przez  Internet,  świeże  powietrze  zapewniała 
klimatyzacja, a sport - urządzenia do gimnastyki. Może nawet 
porozumiewali się z innymi głównie przez Skype'a. 

Rzadko  rozmawiali  ze  sobą,  a  w  czasie  przypadkowych 

spotkań  na  alejkach  zdawkowo  wymieniali  uprzejme  zdania. 
Chodzili  ubrani  w  te  organiczne  ciuchy,  zawsze  czyści, 
schludni,  nienaganni,  z  dobrze  ułożonymi  włosami,  z  dobrze 
ułożonymi  manierami.  Kilkanaście  willi,  a  wszyscy  znali  się 
tylko  z  widzenia,  czasem  ze  wspólnych  herbatek.  Wówczas 
zwykle  oferowano  ich  kilkadziesiąt  do  wyboru,  ale 
dominowała  biała  lub  zielona.  Zaparzana  w  specjalnym 
czajniczku  i  podawana  w  czarkach  lub  filiżankach.  I 
koniecznie domowe wypieki - to jedyne, co gotowały tutejsze 
panie  domu.  Miały  zwyczaj  dzielenia  się  nimi  z  innymi 
mieszkańcami,  mimo  że  nikt  się  tu  z  nikim  nie  przyjaźnił. 
Kiedy  się  spotykali,  rozmawiali  o  pogodzie  lub  newsach  z 
telewizji. 

background image

Niektórzy  mieli  pieski.  Yorki  albo  chihuahua.  Pieski 

nosiły  kokardki  i  ubranka  od  projektantów.  Wydawało  się 
nawet,  że  są  zadowolone  albo  przynajmniej  takie  udają, 
mocno  trzymane  przez  właścicieli  na  rękach  lub  eleganckich 
krótkich smyczach. Nigdy nie widziałam, by ktoś z nich miał 
kota lub inne domowe zwierzę. 

Większość  była  w  związkach,  ale  bezdzietnych.  Inni 

preferowali  mniej  lub  bardziej  wygodne  życie  singla.  Wiek? 
Między trzydziestką a pięćdziesiątką. Nigdy nie widziałam, by 
odwiedzali ich krewni. Nigdy nie widziałam nikogo starszego. 
Ani chorego. Ani niepełnosprawnego. 

Wieczorem  Osada  zamierała.  Każdy  po  obowiązkowym 

krótkim spacerze z psem krył się w swojej twierdzy. O dziwo, 
prawie nikt nie chodził nad morze ani na pobliską plażę. 

Na pozór niczym nie różnili się między sobą. Podobnie jak 

ich  domy  ze  starannie  wypielęgnowanymi  ogrodami  i 
trawnikami,  oczywiście  przez  specjalnie  wynajęte  do  tego 
firmy.  Czy  pracowali?  Jeśli  tak,  to  w  zaciszu  domowym. 
Nigdy  nie  widziałam,  by  opuszczali  Osadę,  choć  w  ich 
garażach  stały  piękne  lśniące  samochody.  Niczego  więcej  tu 
nie  było,  poza  komendą  policji,  firmą  ochroniarską  oraz 
małym  sklepikiem  z  warzywami  i  rybami,  niemal  zawsze 
pustym,  nie  licząc  znudzonego  właściciela.  A  może 
nieznudzonego, bo przecież w Osadzie nikt się nie nudził. Nie 
mógł. Jeśli cokolwiek się tu działo, to w zamkniętych domach, 
ale  i  to  jest  wątpliwe.  Policja  nigdy  nie została  przez  nikogo 
wezwana.  Pasowaliśmy  idealnie  do  Osady.  Przynajmniej  do 
feralnego wtorku. 

background image


Anna jest dumna, gdy wraca alejką ze  sklepu  i patrzy na 

ten  jasny  dwupiętrowy  dom  z  kolumienkami,  otoczony 
ogrodem. 

Kupili  go  pięć  lat  temu.  Pięknieje  z  dnia  na  dzień. 

Winorośl  pokryła  niektóre  ściany,  dokładnie  tyle,  ile  trzeba, 
żeby  nie  zasłaniać  bordowych  drewnianych  okiennic.  W 
ogrodzie  rosną  tuje,  kilka  rabatek  z  kwiatami  i  dziki  krzak 
róży. Więcej nie trzeba. 

Tak,  ten  dom,  urządzony  ze  smakiem  i  gustem,  to  ich 

wielkie  osiągnięcie.  Kupił  go  Michał,  a  ona  zajmowała  się 
urządzaniem pokoi, wszystkich poza gabinetem, który Michał 
urządził sobie sam: półki na książki, ogromne dębowe biurko, 
na  którym  stał  komputer  i  zestaw  wiecznych  piór  z  jego 
kolekcji - dokładnie jedenaście sztuk - a także kilka zeszytów 
z  kartkami  w  paski,  w  których  lubił  pisać,  siedząc  w 
zabytkowym  fotelu.  Na  ścianie  portret  jego  ojca  -  tak 
przynajmniej  twierdził  -  w  oknach  rolety.  Nie  znosił  firanek. 
Tolerował  jedynie  białe  jak  śnieg  i  lekkie  jak  puch  długie, 
przezroczyste  kawałki  materiału,  które  wisiały  w  oknach 
sypialni.  Nie  lubił  całkowitej  ciemności,  więc  w  kącie 
dyskretnie  paliła  się  mała  lampka,  co  przeszkadzało  Annie. 
Zamiast się spierać, po prostu kupiła opaskę na oczy. 

Kochali  ten  dom,  dopieszczali  jak  dziecko,  którego  nie 

mieli,  bo  tak  postanowili  w  dniu,  w  którym  rozpoczęła  się 
budowa  -  żadnych  dzieci.  Swoboda,  podróże,  czysty  dom, 
pozbawiony pieluch, porozrzucanych zabawek, płaczu dziecka 
i  nianiek.  I  żadnych  zwierząt,  żadnej  sierści  na  kanapach, 
fotelach  i  wielkim  łóżku  w  sypialni.  Michał  ich  sobie  nie 
życzył, choć Anna marzyła o jakimś zwierzątku. 

Cisza  i  spokój  zakłócany  jedynie  muzyką  -  ulubionymi 

operami  Purcella  -  lub  telewizorem.  Oboje  lubili  oglądać 
wiadomości i filmy, które przegapili w kinie. Dlatego jeden z 

background image

pokoi  był  domowym  kinem  z  wielkim  telewizorem 
plazmowym i czterema głośnikami, dyskretnie ustawionymi w 
rogach  pomieszczenia.  Tu  spędzali  czas  wieczorami,  po 
kolacji;  słuchali  muzyki  lub  oglądali  wybrane  filmy,  które 
kolekcjonowali:  osobny  zbiór  Anny  i  osobny  Michała.  On 
wolał  te  bardziej  nastrojowe,  w  stylu  Wong  Kar  -  Waia, 
których ona nie do końca rozumiała, ale lubiła na nie patrzeć 
wraz  z  mężem.  Nie  gardził  też  dobrą  sensacją.  Chyba  ze 
dwadzieścia  razy  obejrzeli  w  tym  pokoju  wszystkie  części 
„Ojca  chrzestnego",  którego  uwielbiali  oboje.  Ona  wolała 
filmy  w  stylu  „Howards  End"  i  on  wtedy  dotrzymywał  jej 
towarzystwa,  mimo  że  nie  przepadał  za  sentymentalnym 
klimatem tych filmów. 

Anna  nie  pracowała,  więc  czasami  zamykała  się  sama  w 

pokoju  i  włączała  jeden  z  ulubionych  filmów,  by  po  raz 
kolejny  zobaczyć  sceny  utwierdzające  ją  w  przekonaniu,  że 
świat  może  być  zrównoważony,  czysty  i  piękny,  jak  te 
filmowe krajobrazy. Czytała powieści Jane Austen i wybierała 
pastelowe kolory, zarówno ubrań, jak i dodatków oraz ścian w 
mieszkaniu;  miała  wtedy  poczucie,  że  jest  pogodnie,  czysto, 
przyjemnie, że nie może się stać nic strasznego, skoro ubrana 
w  jasną  sukienkę  przesiaduje  w  otoczeniu  pięknych  mebli  i 
kwiatów. 

Dbanie  o  siebie  i  o  dom  sprawiało  jej  przyjemność. 

Michałowi  musi  być  miło  wracać  do  takiego  domu  i  takiej 
kobiety  -  myślała.  Tu  mógł  się  naprawdę  relaksować.  Taka 
domowa 

aromaterapia. 

Pachniało 

obiadem, 

świeżo 

upieczonym  ciastem  i  kwiatami.  Pachniało  czystością, 
porządkiem  i  sytością.  Niczego  tu  nie  brakowało.  I  niczego 
zbędnego tu nie było. 

Prawie  nigdy  nie  podnosili  głosu,  przynajmniej  nie  na 

siebie.  Tylko  raz.  Raz,  kiedy  bez  pukania  wtargnęła  do  jego 

background image

gabinetu,  Michał  powiedział  tym  spokojnym,  ale  zimnym 
głosem, którego nienawidziła: 

 - Nie rób tego więcej, kochanie. 
 - Przepraszam - odpowiedziała. 
W tamtym dniu zapomniała, że kiedy Michał zamyka się 

w  gabinecie,  to  dlatego  że  potrzebuje  nieco  samotności, 
rozmowy z samym sobą, trochę więcej spokoju, by delikatnie 
kaligrafować  w  tych  swoich  zeszytach  w  linię.  Otworzyła 
drzwi z impetem, o który nawet siebie nie podejrzewała, bo po 
kilku latach milczenia zadzwoniła jej przyjaciółka z Londynu. 
Tak się ucieszyła, że musiała mu o tym powiedzieć, więc... Po 
chwili  wyszedł  z  gabinetu,  żeby  ją  przeprosić  i  wrócił  do 
niego,  nie  zamykając  drzwi  za  sobą,  co  oznaczało,  że  od  tej 
chwili może wchodzić kiedy chce, że sztuka kaligrafii na dziś 
zakończona.  Teraz  przechodził  do  spraw  przyziemnych: 
giełda,  lokaty,  inwestycje...  Mieli  sporo  oszczędności  w 
lokatach rentierskich. Do pracy służył mu komputer, błękitny 
macintosh, który uwielbiał i którego ona nigdy nie otwierała. 
Miała własny laptop, który stał w dużej, przestronnej kuchni. 
Sprawdzała  w  nim  saldo  ich  wspólnego  konta,  płaciła 
rachunki,  przeglądała  strony,  czasami  kupowała  coś  w 
sklepach internetowych. 

Otwierając  drzwi  kluczem,  czuje  zapach  domu:  zapach 

czystości,  która  nie  jest  do  końca  jej  zasługą,  tylko  pani  Eli, 
ich  pomocy  domowej,  zatrudnianej  na  kilka  godzin  dziennie: 
od dziewiątej rano do trzynastej, od poniedziałku do piątku. W 
pozostałe  dni  miała  wolne,  bo  Michał  nie  lubił  obserwować 
tych wszystkich czynności, które sprawiały, że nie było kurzu, 
plam, rozlanego mleka, wiszącego prania. Wolał czysty efekt. 

Obowiązki  domowe  mieli  od  dawna  podzielone  i 

niezmienne: ona zapewniała atmosferę, on - pieniądze. 

Pani Eli już nie ma, zakupy jak zawsze leżą w kuchni, nie 

brakuje niczego z kartki, którą jej zostawiła rano. Hipermarket 

background image

dowoził wszystko na  miejsce. Dziś na obiad będzie smażony 
łosoś  z  koperkiem,  pieczone  ziemniaki  i  sałata  lekko  polana 
octem  balsamicznym  i  skropiona  cytryną.  Na  deser  -  flan. 
Oboje  lubili  lekkie  śródziemnomorskie  dania,  dzięki  którym 
nie przybywało im zbędnych kilogramów. Właściwie niewiele 
się zmienili w ciągu tych dziesięciu lat. Michał wyprzystojniał 
nawet  z  wiekiem.  Ona  zaś  skrycie  -  i  to  była  jedna  z  jej 
tajemnic  -  chodziła  regularnie  na  zabiegi  odmładzające  oraz 
ujędrniające ciało i twarz. Do samochodu wsiadali tylko, gdy 
było  to  konieczne.  Po  miasteczku  woleli  chodzić  lub  jeździć 
na rowerach, które trzymali w garażu. 

Dziś  jest  wtorek,  zatem  pani  Ela  miała  długą  listę 

zakupów.  Jak  zwykle  poradziła  sobie  znakomicie.  Do  piątku 
mają  wszystko,  co  trzeba,  z  ulubionymi  winami  i 
wypożyczonymi filmami włącznie. 

Anna wiesza w przedpokoju letni trencz i chowa do szafki 

buty.  Na  bosaka  idzie  do  łazienki,  kilka  razy  przeczesuje 
szczotką  włosy,  przebiera  się  w  domową  beżową  sukienkę  z 
długimi rękawami i wkłada lekkie białe skarpetki. Robi sobie 
dyskretny  makijaż.  Ostatnie  spojrzenie  w  lustro:  tak,  jak 
najbardziej w porządku. 

Długi  spacer  po  miasteczku  i  bryza  od  morza  dodały  jej 

twarzy  świeżości.  Czuje  się  energiczna  i  niemal  szczęśliwa. 
Do  powrotu  Michała  z  pracy  jeszcze  dwie  godziny.  Za 
wcześnie,  by  szykować  obiad;  on  nie  lubi  odgrzewanych 
potraw.  Anna  robi  sobie  herbatę  i  siada  w  fotelu  z  gazetą: 
pijany  kierowca  wjechał  w  stojących  na  przystanku  ludzi, 
znany psychoterapeuta podejrzany o pedofilię, ptasia grypa w 
Turcji,  premiera  amerykańskiego  hitu  w  kinach,  otwarcie 
wystawy  w  warszawskiej  galerii,  demonstracja  gejów  i 
lesbijek  w  stolicy.  Odkłada  gazetę  z  niesmakiem.  Sięga  po 
luksusowy  magazyn  dla  kobiet:  botoks,  diety,  anorektyczne 
modelki, portrety kobiet niezmiennie zaczynające się od słów 

background image

w  stylu:  „Gdy  spotykam  się  z  nią  w  jednej  z  modnych 
kawiarni,  przychodzi  w  dżinsach,  lekko  obcisłej  koszuli, 
włosy  związane  w  kucyk!  Nie  do  wiary,  że  ma  czterdzieści 
pięć lat! Dałbym jej najwyżej trzydzieści". Odkłada magazyn 
z  prychnięciem.  I  to  zdjęcie!  Ona  nie  pozwoliłaby  się  tak 
wypięknić  i  odmłodzić  komputerowo;  jakby  potem  pokazała 
się  na  ulicy?  Dziwne  są  te  kobiety,  naprawdę:  na  zdjęciu 
osiemnastka, w życiu pięćdziesięciolatka z twarzą zniszczoną 
przez solarium. Kto chodzi do solarium?! Przecież to gwiazda, 
a wygląda jak „piekarnik" z wiejskiej dyskoteki. 

Zaczyna  ją  dopadać  senność  i  nuda.  Gdzie  Michał?  Już 

dawno powinien być. 

Kiedy się budzi, w domu i na zewnątrz panuje ciemność. 

Przez  ułamek  sekundy  nie  wie,  gdzie  jest,  ale  zaraz  pojawia 
się myśl: Michał! 

Przecież  chyba  by  ją  obudził? Zapala  wszystkie  domowe 

lampy.  Idzie  do  sypialni,  a  potem  do  gabinetu.  Nic,  cisza, 
nikogo nie ma. W kuchni nietknięty obiad. Zagląda nawet pod 
łóżko.  Wychodzi  przed  dom,  bo  może  zemdlał?  Ale  nie  ma 
jego  samochodu.  W  jej  komórce  nie  ma  żadnej  wiadomości. 
Dzwoni.  „Wybrany  numer  nie  odpowiada".  Czyli  telefon  ma 
włączony.  Może  jest  na  ważnym  spotkaniu,  choć  dotąd 
informował ją o późniejszych powrotach do domu. 

Anna dzwoni co pięć minut; w kółko ten sam komunikat. 

Nie,  na  pewno  nic  się  nie  stało,  myśli,  na  pewno.  Jest  noc, 
może  gdzieś  jest  i  negocjuje  te  swoje  interesy,  nic  więcej. 
Muszę  zaczekać  do  rana.  Muszę.  W  łazience  ma  ukryte 
tabletki  na  sen.  Bierze  trzy  i  w  ubraniu  kładzie  się  na 
wygodnej sofie w salonie. Nie ma ochoty iść do sypialni. 

Kiedy  się  budzi,  jest  dzień.  Patrzy  na  zegarek:  południe. 

Boli ją głowa od tabletek i jest strasznie spragniona. W kuchni 
duszkiem  pije  wodę  z  butelki.  Jedzenie  dalej  nietknięte. 
Biegnie do gabinetu, ale nikogo tam nie ma. Znów wychodzi 

background image

przed  dom:  samochodu  też  nie  ma.  Zaciekawiona  sąsiadka 
spogląda z okna. Anna macha jej ręką na powitanie i szybko 
chowa  się  w  domu.  Przecież  ma  na  sobie  tę  samą  wymiętą 
sukienkę. Znów siada na sofie i czuje, jak jej ciało się trzęsie, 
nawet zęby ma zaciśnięte. Ponownie wybiera numer Michała: 
„Abonent  jest  czasowo  niedostępny  lub  znajduje  się  poza 
zasięgiem  sieci".  Wyłączył  komórkę?  Zgubił?  Anna 
przykrywa głowę kocem, ale dochodzi do niej dziwny zapach. 
To  ten  cholerny  łosoś!  Wyrzuca  całe  jedzenie  do  worka  na 
śmieci.  Dzwoni  do  pani  Eli,  by  już  nie  przychodziła,  nie 
potrzebuje jej więcej. Zapas jedzenia ma. 

Jezu,  o  czym  ja  myślę?  Gdzie  Michał?  Zadzwonić  na 

policję?  Cała  okolica  się  dowie!  Przecież  to  Osada.  Nie,  nie 
będę dzwoniła. Pójdę tam. Poproszę o dyskrecję. 

Anna bierze prysznic, wkłada na siebie sukienkę i trencz, 

wybiera  z  szafy  najlepsze  buty.  Robi  makijaż.  To  jej  tarcza 
przed uchylonymi oknami w domach obok. W ostatniej chwili 
bierze torbę na zakupy. 

Już jest na ulicy, ale nagłe zawraca. Zdjęcie Michała! Ma 

tylko  jedno,  dość  stare.  Zrobiła  mu  je  przy  okazji  jakiejś 
zabawy kilka lat temu. Idzie do kuchni, włącza komputer. Tak, 
jest  jego  zdjęcie  firmowe.  Drukuje  je.  Wychodzi.  W 
okolicznych  domach  poruszają  się  żaluzje.  Trudno.  Do 
posterunku ledwie dziesięć minut. 

Policjant  ją  zna,  przynajmniej  z  widzenia;  w  końcu  tu 

wszyscy w jakiś sposób się znają. 

 -  Pani  Anna!  Witam.  -  Spłoszony  chowa  pod  stół 

kanapkę, którą właśnie jadł, i wyciera usta. - Cóż to panią do 
nas sprowadza? - pyta wesoło. 

 - Mój mąż zaginął. 
Policjant  poważnieje.  Przygryza  wargi.  Grzebie  w 

szufladach,  wyciąga  jakiś  formularz.  Zaczyna  zadawać 
pytania.  Anna  mówi  tylko  to,  co  wie:  tak,  wczoraj;  tak, 

background image

samochodu  nie  ma;  tak,  komórka  milczy.  W  czym  wyszedł? 
Nie  wiem, jak zwykle, w garniturze, nie zakłada  płaszcza do 
samochodu.  Zdjęcia?  Mam  tylko  te  dwa,  proszę.  Anna 
pokazuje  jedno  z  imprezy,  na  którym  Michał  śmieje  się 
szeroko, trzymając w ręku kieliszek, i to drugie, jak z dowodu. 

 -  Będę  musiał  zadać  pani  jeszcze  kilka  pytań,  proszę 

usiąść. Taka jest procedura - mówi niemal przepraszająco. 

 -  Nie  kłóciliśmy  się,  właściwie  nigdy.  Michał  zawsze 

wracał o tej samej porze, chyba że o te kilka godzin później, 
ale wtedy dzwonił i mówił mi o tym, na nic nie chorował, to 
zdrowy człowiek i... - Anna kryje twarz w dłoniach. 

 - Spokojnie, po kolei  - prosi policjant. -  Znam panią, ale 

muszę  pewne  rzeczy  wiedzieć  i  o  pewnych  sprawach  panią 
uprzedzić. 

Nalewa  jej  z  butelki  szklankę  wody  mineralnej. 

Francuskiej Perrier. 

 -  Nie,  żadnych  znaków  szczególnych...  tylko  blizna  na 

udzie, kiedy przeciął się nożem, krojąc chleb na pikniku. Jaki 
garnitur?  Zwykły,  popielaty,  ma  ich  kilkanaście.  Kiedy 
wyszedł?  Rano.  Tak,  wczoraj.  Pojechał  do  firmy.  Nie  miał 
nałogów,  żadnej  depresji...  Co  pan  mówi?  To  zdrowy, 
pogodny  człowiek.  Po  prostu  zniknął!  Listy?  Niby  do  mnie? 
Nie,  niczego  nie  zostawił.  Tłumaczę  panu,  że  jak  zwykle 
pojechał do firmy, nic więcej. A grupy krwi nie znam, nawet 
swojej nie znam! 

 -  Na  pewno  gdzieś  u  państwa  w  domu  jest  książeczka 

zdrowia,  karteczka,  cokolwiek  z  zapisaną  grupą  krwi,  proszę 
spokojnie poszukać. 

 - Wie pan, jak wygląda Michał! 
 - Szczerze mówiąc, nie bardzo. - Policjant jest speszony. - 

Mieszkacie  tu  od  kilku  lat,  ale  widziałem  go  może  ze  dwa 
razy,  jak  wsiadał  do  samochodu,  nigdy  go  nie  poznałem. 
Częściej widywałem panią. 

background image

 - Michał jest skryty, lubi być sam. 
 -  Zróbmy  tak:  proszę  się  uspokoić,  przeszukać  dom, 

znaleźć  jakieś  dokumenty  męża  i  zdjęcia,  bo  te  dwa  są 
niewyraźne.  I...  naprawdę  panią  przepraszam,  ale  proszę  się 
zastanowić, czy była między wami jakaś sprzeczka, a jeśli tak, 
to  o  co.  Dobrze?  Czy  zdarzyło  się,  że  nie  wrócił  na  noc  i 
kiedy? Teraz  jest  pani  wzburzona.  I  proszę  nie  zwlekać,  pani 
Aniu, bo tu liczy się czas. Oto moja wizytówka. 

 - Żadnych sprzeczek nie było, już mówiłam. Wygląda tak, 

jak  na  tym  małym  zdjęciu.  Poza  tym  wysoki,  szczupły, 
przystojny.  Jest  analitykiem  finansowym,  poza  firmą  pracuje 
także w domu, oprócz mnie nie ma innej rodziny. Nic więcej 
nie  wiem!  Znamy  się  od  dziesięciu  lat,  poznaliśmy  się  w 
Kołobrzegu,  ale  postanowiliśmy  zamieszkać  tutaj,  bo  oboje 
lubimy  spokój.  Co  jeszcze?!  Tak,  to  Michał  zarabia,  ja  nie 
pracuję,  nie  muszę.  Aha!  Sprawdzałam  konto,  nic  nie 
zniknęło, nie podjął żadnej gotówki. 

 - Może miał inne?  
 -  Co  takiego?  On?  Niemożliwe.  Nie  mamy  przed  sobą 

tajemnic. Proszę zająć się swoją pracą, a ja poszukam jeszcze 
zdjęć  i  dokumentów,  czegokolwiek!  -  Anna  wstaje  i  powoli 
kieruje się do wyjścia. 

 -  Wie  pani,  że  zgodnie  z  procedurą  będziemy  musieli 

zrobić  wywiad  środowiskowy,  rozkleić  plakaty,  dać 
ogłoszenia do prasy - spokojnie stwierdza policjant. 

Anna zatrzymuje się, lekko drży. 
 - Prawie nikt nas tu nie zna - mówi przez zaciśnięte zęby. 
 - Chce pani odnaleźć męża? 
Patrzy przez chwilę na policjanta, kiwa potakująco głową i 

wychodzi. Już w drzwiach słyszy: 

 - Dzwoniła pani do firmy męża? 

background image


Firma  Michała.  Jak  ona  się,  do  cholery,  nazywa?  Gdzieś 

na jego biurku są wizytówki, nie oglądała ich wcześniej. Jakaś 
dziwna  nazwa,  trudna  do  zapamiętania.  Nigdy  tam  nie 
dzwoniła,  bo  po  co?  Nie  wkraczali  na  swoje  terytoria.  Anna 
dzwoni, ale nikt nie odbiera. 

Wizytówek jest dokładnie trzydzieści. Ułożone w pięknym 

srebrnym  pojemniku.  Anna  dokładnie  ogląda  jedną  z  nich: 
imię  i  nazwisko,  dwa  numery  telefonów;  jeden  to  komórka 
Michała, a drugi do pracy. Nic więcej. Zaraz! Małym drukiem 
zapisana jest nazwa firmy. Tylko dlaczego nie ma adresu? To 
gdzieś  w  Kołobrzegu.  Szybko  wpisuje  w  Google.  Tak,  jest 
taka  firma.  Oddycha  z  ulgą  i  zaraz  myśli:  Ale  czemu  mi  tak 
ulżyło?  Zawsze  tam  pracował!  To  jakiś  koszmarny  nonsens. 
Jutro na pewno ktoś odbierze, a i Michał wróci. 

„Abonent niedostępny". 
„Abonent niedostępny". 
„Abonent niedostępny". 
Anna rzuca swoją komórkę w kąt pokoju i kładzie się na 

sofie. Zasypia nad ranem. 

Czwartek  nie  jest  łaskawy.  Wszyscy  gotują  obiady, 

zapachy  dochodzą  przez  lekko  uchylone  okno.  Przypomina 
sobie,  że  wyrzuciła  gotowy  obiad  do  kosza.  Idiotka!  Teraz, 
czując głód, szybko miesza w miseczce groszek z jogurtem i 
je,  chodząc  po  pokoju.  Pustą  odkłada  do  zlewu.  Bierze 
komórkę, ale abonent... Oczywiście. 

Co  robić  ze  sobą?  Dlaczego  nikt  nie  dzwoni?  Skąd  taka 

cisza?  Policja  jutro  rozwiesi  plakaty  w  miasteczku  i  da 
ogłoszenia do prasy. Nie będzie już tak cicho. 

No,  dobrze,  przeszuka  gabinet  Michała.  Wie,  że  nie  ma 

wyjścia  i  nie  wie,  dlaczego  się  boi.  „Nie  rób  tego  więcej, 
kochanie". 

background image

Staje  w  progu  pokoju,  nieskazitelnie  czystego  pokoju 

perfekcjonisty, i cofa się. Nie, nie  może, nie teraz. W kuchni 
nalewa  sobie  sporą  lampkę  wina.  Jeszcze  raz  dzwoni,  ale 
abonent...  I  kolejna  lampka.  O  ile  lampką  można  nazwać 
szklankę w całości wypełnioną winem. 

Lekko się zataczając, wraca do gabinetu Michała. Nie, nie 

będzie  grzebała  w  tych  wszystkich  równo  poukładanych 
teczkach.  Natychmiast  dostrzega,  że  brakuje  jednego  pióra, 
zawsze miał ich jedenaście. Włącza komputer. „Podaj hasło". 
Cholera! Anna wpisuje swoje imię. Error. Potem męża. Error. 
A może to? „beatka". Jest! 

Dziwne,  że  wciąż  miał  imię  kochanki  jako  hasło  do 

komputera,  ale  przecież  Anna  nigdy  do  niego  nie  zaglądała. 
Nawet kochankę mu wybaczyła. W końcu długo to nie trwało, 
nic  poważnego!  Ale  teraz  widzi  folder  o  nazwie  „Beatka". 
Klika  go,  a  tam  wysypują  się  zdjęcia,  bynajmniej  nie  sprzed 
lat. Nie są erotyczne. Gorzej! Anna widzi, jak Michał i Beatka 
przytulają  się  do  siebie  gdzieś  na  ulicy,  w  kawiarni,  w 
restauracji. Nachylają się nad sobą, rozmawiają, on głaszcze ją 
po włosach. Kto zrobił im te zdjęcia? Kiedy? Na jednym jest 
data. To niemożliwe... 

Zaraz,  zaraz,  gdzie  ten  jej  numer?  Gorączkowo 

przeszukuje  komórkę.  Miała  przecież.  No  i  jest!  Może  za 
chwilę,  zaraz,  moment!  Wstaje  z  fotela  i  otwiera  barek 
Michała.  Dziwne,  ale  jest  pusty.  Tylko  jakieś  opróżnione 
butelki.  To  nie  w  jego  stylu,  myśli.  W  szafce  biurka  stoi 
whisky, jakby ukryta. Anna nalewa sobie do kubka po kawie. 

Whisky? W biurku? Przed kim ją chował? Przecież nigdy 

nie był pijany. A ona nie zabraniała mu pić. Mały drink przed 
snem  lub  po  południu.  I  zawsze  pili  razem.  Ona  wino,  on 
whisky  albo  koniak.  Sama  nie  znosiła  tego  trunku.  Aż  do 
dzisiaj. Całkiem dobre, myśli, i tak przyjemnie rozgrzewa od 

background image

środka.  Jeszcze  jeden  kubek.  Powoli  zdenerwowanie  mija. 
Ogarnia ją senność. 

Kiedy się budzi, wciąż siedzi w tym samym fotelu, tylko 

głowę  ma  położoną  na  blacie  biurka.  Z  trudem  ją  podnosi, 
rozmasowuje obolały kark. Wstaje, by się przeciągnąć. Lekko 
kręci jej się w głowie, idzie więc do kuchni, by wypić wodę z 
cytryną.  I  zażyć  tabletkę.  Tabletki,  nie  tylko  od  bólu  głowy, 
trzyma  schowane  w  garnku,  w  kuchennej  szafce.  Michał 
zabraniał  zażywania  jakichkolwiek  leków.  Sam  nigdy  nie 
wziął żadnego, nawet przy silnym bólu głowy. A przynajmniej 
Anna  nigdy  nie  widziała,  by  to  robił.  Wielu  rzeczy  nie 
widziała. 

Teraz idzie do łazienki. Widok w lustrze przyprawia ją o 

dreszcz  obrzydzenia:  włosy  w  nieładzie,  lekko  podkrążone 
oczy,  spierzchnięte  usta.  Szybko  bierze  chłodny  prysznic, 
naciera  ciało  pachnącym  balsamem,  myje  i  układa  włosy,  a 
twarz  zakrywa  wilgotną  chusteczką.  Jeszcze  tylko  kostkami 
lodu  przeciera  sińce  pod  oczami.  Po  kilkunastu  minutach 
wygląda jak zwykle. Nienagannie. 

Telefon.  Miała  zadzwonić.  Szybko  wybiera  numer  do 

firmy męża. Tym razem odbiera sekretarka. 

 -  Dzień  dobry.  Mówi  Anna  Michalska.  Chciałam  spytać, 

czy mąż był wczoraj w pracy, a może... 

 -  Tak,  oczywiście  -  przerywa  jej  miły  damski  głos.  - 

Jeszcze  nie  zdarzyło  mu  się  nie  przyjść.  -  Sekretarka 
najwyraźniej uśmiecha się. 

 -  A  kiedy  wyszedł?  Przepraszam,  że  zawracam  głowę, 

ale... - Anna nie wie, co powiedzieć. Skompromitowałam się, 
myśli rozwścieczona, zupełnie jak jakaś zdradzana żona! 

 - Jak zawsze, około siedemnastej. 
 - Dziękuję. Do widzenia. 
Ból  głowy  nasila  się.  Bierze  jeszcze  jedną  tabletkę  i 

wypija  kolejną  pełną  szklankę  wody.  Szkoda,  że  środa  nie 

background image

może  trwać  wiecznie,  myśli  nagle,  i  już  sama  ta  myśl  ją 
przeraża. 

A może tylko dziwi. W tym momencie czuje głód. Chyba 

nie  powinnam  być  głodna,  zastanawia  się.  W  lodówce  jest 
wędzony  łosoś,  mozzarella,  koperek,  cytryna,  więc  szybko 
przyrządza niewielki posiłek i zjada powoli. 

Boże,  dochodzi  siódma,  chce  mi  się  spać,  a  muszę  się 

ubrać i iść na policję. Nie, nigdzie nie idę, na pewno ktoś się 
zjawi. Minęło przepisowe czterdzieści osiem godzin, powinni 
zacząć  działać.  Tylko  co  będzie,  jak  go  znajdą?  Jak  wyjaśni 
swoją  nieobecność?  Jak  teraz  będzie  wyglądało  ich  życie? 
„beatka". Nie, nie, przecież gdyby do niej wrócił, dałby znać, 
zadzwoniłby  i  coś  wymyślił  jak  dawniej,  jakieś  durne, 
kiepskie kłamstwo. Dzisiaj na pewno do niej zadzwonię. Nie, 
nie  na  pewno,  chyba.  Znam  ją,  ale  nie  poznałam  nigdy 
osobiście.  Boję  się  tego  spotkania,  ale  Michał  jest  teraz 
najważniejszy. Zaraz... 

background image


Jeszcze raz idzie na policję. 
 -  Błagam,  tylko  nie  plakaty  w  Osadzie,  przecież  on  nie 

zaginął tutaj - mówi. 

 -  Ale  zniknął  z  Osady  -  twierdzi  policjant.  -  Chociaż  to 

dziwne,  bo  stąd  nikt  nie  znika,  a  już  na  pewno  nie 
dobrowolnie. Osada jest idealna. OK, możemy nie rozlepiać w 
Osadzie, ale poza nią, bo gdzieś tam musi być. 

 - Dziękuję - mówi Anna i szybko wychodzi. 
Już  i  tak  wszyscy  wiedzą,  ale  przynajmniej  wstydu  nie 

będzie. 

Wraca do domu alejką, w pastelowej sukience, ale widzi, 

jak rozchylają się zasłony, jak żaluzje się nie domykają. Patrzą 
na  nią,  nie  pierwszy  raz!  Gapią  się.  Jak  zwykle.  Bo  mimo 
pasteli ona się wyróżnia. Tylko czym? 

W domu ściąga sukienkę i zakłada dres, szczelnie zasuwa 

żaluzje. Tu jej nie dorwą. 

Nagle  dzwonek  do  drzwi.  Niemal  podskakuje  ze  strachu. 

Otwiera. To ta sąsiadka z naprzeciwka. 

 - Mam ciasto - mówi. - To dla pani. Proszę się nie smucić. 
Skąd ona wie? 
 - Czuję się dobrze, ale dziękuję - odpowiada Anna. 
 -  Wie  pani,  stąd  nikt  nie  odchodzi,  nikt,  proszę  się  nie 

martwić - tokuje sąsiadka. 

To już wiedzą? 
 - Nie martwię się, zawieruszył się w pracy, zaraz wróci - 

mówi Anna, czując bezsens swoich słów, i odbiera ciasto. 

 - Bardzo dziękuję, to miłe. 
 - Ależ proszę bardzo - mówi sąsiadka i odchodzi. Dziwna 

kobieta, miała na sobie pastelową suknię w kwiaty i pantofle. 
Pantofle  w  różowe  kwiatki.  Włosy  zafarbowane  na  blond, 
namalowane brwi. Czy tak się chodzi po domu? 

background image

Już  się  rozniosło,  myśli  Anna.  Już  wiedzą.  Pewno  od 

policji,  bo  i  skąd?  Chyba  że  nas  obserwują.  Zauważyli,  że 
Michał nie wrócił. Ciastem mnie ratują - śmieje się. Zostawia 
blachę  w  kuchni,  nie  jest  głodna.  Interesuje  ją  raczej  gabinet 
Michała. Siada znów przy komputerze, ogląda zdjęcia z Beatą, 
ale to nie jest ważne. Szuka. Sama nie wie czego. Zapisków? 
No  nie,  przecież  robił  je  w  zeszytach.  Tylko  gdzie  one  są? 
Kaligrafował  przecież.  Jak  on  lubił  ręczne  pismo,  piórem. 
Gdzieś muszą być. 

Otwiera  szafkę  za  szafką.  Same  opróżnione  butelki.  Ale 

on  przecież  nie  pił,  myśli.  Jedna  z  szuflad  się  nie  otwiera, 
zamknięta. Anna idzie do kuchni po nóż. Niestety, nie da się 
wyważyć  zamka.  Będzie  musiała  zejść  do  piwnicy,  tam 
Michał  trzyma  narzędzia.  Piwnica  jest  otwarta.  Nikt  jej  nie 
zamykał, bo i nikt poza Michałem tam nie zaglądał. 

Dobra,  zajrzę  tam,  choć  boję  się  piwnic.  Cholera,  znowu 

dzwonek do drzwi. 

Anna poprawia włosy i idzie otworzyć. Kolejna sąsiadka. 
 - Przyniosłam pani łososia - mówi, bardzo zadowolona  z 

siebie,  trzymając  w  ręce  talerz.  Piękny  talerz.  Biały  w 
niebieskie kwiaty. 

 -  Ja...  dziękuję,  ale...  dlaczego?  -  pyta  Anna,  odbierając 

delikatnie talerz, jakby był z porcelany. 

 - To dla pani. Wiemy, wiemy... - Sąsiadka się uśmiecha i 

już macha ręką na pożegnanie. 

Anna  zostaje  z  talerzem  w  dłoni.  Zanosi  go  do  kuchni, 

kładzie  obok  ciasta,  nie  wie,  co  ma  myśleć,  nie  wie,  co  ma 
czuć. Kto im powiedział? Co teraz? Co jeszcze jej przyniosą? 
Zamyka drzwi, zasuwa szczelniej żaluzje. Chce być wreszcie 
sama. 

Schodzi  do  piwnicy.  Chyba  nigdy  w  niej  nie  była.  Jest 

obszerna,  można  zapalić  światło.  Porządek.  Nagle  widzi 
choinkę,  taką  zwykłą,  żywe  drzewko.  Skąd  się  tu  wzięła? 

background image

Zawsze  mieli  sztuczne.  Na  półkach  równo  ułożone 
przedmioty. 

Nożyczki,  klej...  I  ta  kolekcja  motyli.  On  nie  lubił 

owadów,  myśli.  Skąd  się  tu  wzięły?  Liczy.  Osiemset  w 
gablotach.  Równo  ułożone.  Choinka,  motyle...  Nic  nie 
rozumie. 

I  jeszcze  jedno.  Pióro.  To  brakujące,  z  gabinetu.  Leży 

sobie jak gdyby nigdy nic. Jest też jeden zeszyt. Anna bierze 
je  i  idzie  na  górę.  Nie  chce  myśleć  o  motylach  i  choince. 
Odkłada pióro na miejsce. Teraz jest ich jedenaście. 

Idzie spać. 

background image


Sklepik  z  rybami  był  niewielki,  ale  można  w  nim  było 

dostać wszystko, od dorsza po tuńczyka. Smutny sprzedawca 
siedział  i  jak  zawsze  się  nudził.  Uśmiechnął  się  na  widok 
Anny. 

 -  Przyszła  pani  oglądać  czy  kupować?  -  spytał.  -  Bo  tu 

nieraz zachodzą i sobie oglądają, jakby to była wystawa. 

 - Kupić coś przyszłam, kupić - odpowiedziała. 
 - No to bardzo się cieszę, a co pani potrzebuje? 
 - Kawałek ryby, ale mam też pytanie. 
 - Tak? 
 - Zna pan może mojego męża, Michała? 
 -  Pewnie,  bywał  tutaj,  chyba  jako  jedyny  z  Osady  robił 

zakupy, a czemu pani pyta? 

 -  A  nic,  tak  z  ciekawości.  Poproszę  ten  mały  kawałek 

halibuta. 

 -  Tylko  mały?  -  pyta  sprzedawca.  -  No  to  ile  tego 

halibuta? 

 -  Czterdzieści  deko,  nie  więcej  -  mówi  Anna  i  się 

czerwieni. 

Sprzedawca pakuje rybę w papier i podaje Annie. 
 -  Ten  pani  mąż  był  bardziej  hojny,  robił  spore  zakupy  - 

wspomina. 

 - Dziękuję, do widzenia. 
Anna jest zszokowana. Jakie zakupy? Dla kogo? Przecież 

nigdy nic nie przyniósł do domu! 

Kładzie halibuta na blacie w kuchni, wcale nie jest głodna. 

Chyba nie wytrzyma, musi się przejść. Znowu będą się gapili, 
ale  ona  musi  się  gdzieś  wyrwać.  Tym  razem  wkłada  dres  i 
wychodzi. Alejka prowadzi nad morze. Chyba jeszcze ani razu 
go  nie  widziała,  podobnie  zresztą  jak  pozostali  mieszkańcy. 
Zawsze  jest  tam  pusto.  Idzie  powoli.  Rolety  się  rozsuwają, 
znów ją obserwują. Trudno! Mija pana z pieskiem. Grzeczne 

background image

„dzień  dobry",  jak  zwykle.  Mija  panią  z  pieskiem,  znów  to 
samo. Mija sąsiadkę od ciasta, która ją zatrzymuje. 

 -  Dobre?  Specjalnie  upiekłam.  -  Dopomina  się  o 

pochwałę. 

 -  Tak,  dobre,  bardzo  dziękuję.  -  Anna  nawet  go  nie 

skosztowała. 

 - A dokąd pani idzie? - dopytuje się sąsiadka. 
 - Na spacer. 
Anna  odchodzi  szybko,  nie  mówiąc  standardowego  „do 

widzenia". 

Dociera  na  brzeg  morza.  Oczywiście,  jest  pusto.  Moczy 

nogi w butach w wodzie, jakie to miłe! Spodnie od dresu też 
są mokre. 

Po spacerze wraca do domu tą samą alejką. Znów rolety w 

górę.  W  domu  przebiera  się  w  suche  ciuchy  i  zaczyna 
przyrządzać halibuta. Smaży rybę na oliwie z niewielką ilością 
przypraw. Nie jest dobra w gotowaniu. Zjada go w pośpiechu. 
Jedzenia  od  sąsiadów  jeszcze  nie  ruszyła.  Łosoś.  ..  Żeby  się 
nie  zepsuł.  Oni  w  kółko  jedzą  łososia,  to  jest  nie  do 
wytrzymania! Gotowanego! Organic, bio, eko! Pierdolę to ich 
organiczne życie, myśli. I do tego już wiedzą! Wsadza łososia 
do  wrzątku  i  gotuje,  bo  zaraz  szlag  go  trafi.  Przyda  się  na 
potem. Anna niewiele je. 

Pod  wpływem  impulsu  dzwoni  do  Michała.  Abonent 

niedostępny. Jak zwykle. Dziwne, ale Anna nie rozpacza. Jest 
po prostu przekonana, że Michał niebawem wróci. Albo i nie. 
Była  przyzwyczajona  do  życia  z  nim.  Ale  czy  go  kochała? 
Czy nadal go kocha? Tego Anna nie wie. Wszystko było takie 
uporządkowane, idealne. Teraz wkradł się niepokój, bo Anna 
nie  miała  pomysłu,  jak  samotnie  ułożyć  sobie  życie  w  tej 
równie idealnej Osadzie. 

Po  obiedzie  postanawia  wyjść  na  spacer.  Znowu  wkłada 

dres,  a  nie  pastelową  sukienkę,  na  którą  nie  może  patrzeć. 

background image

Idzie spokojnie alejką, wieje przyjemny wietrzyk. Mija pana z 
psem. 

 - Dzień dobry! - woła entuzjastycznie sąsiad. 
 - Dzień dobry - odpowiada Anna. 
 - Czy pani mąż wrócił? - dopytuje się. 
 - Nie, ale zapewne wróci. 
 -  Zapewne,  jestem  pewien,  że  tak  -  twierdzi  właściciel 

czworonoga.  -  To  przecież  bezpieczna  Osada.  Tu  nikt  nie 
ginie, pani Anno. 

 -  Tak,  wiem  -  odpowiada  machinalnie  i  już  idzie  przed 

siebie. 

Co za dureń, myśli. 
Rolety, rolety! 
Anna  rezygnuje  ze  spaceru  i  wraca  do  domu.  Musi 

zadzwonić,  wie  o  tym.  Boi  się  tego,  ale  nie  ma  wyjścia. 
Kiedyś Michał zostawił komórkę z otwartym na ekranie SMS 
-  em  od  Beaty  i  wtedy  zapisała  sobie  jej  numer.  Choć  nie 
wiedziała  po  co,  bo  przecież  i  tak  nie  zamierzała  reagować. 
Udawała, że o niczym nie wie. Tak było wygodniej. 

 -  Czy  pani  Beata?  -  pyta  po  wykręceniu  tak  dobrze 

znanego numeru. 

 -  Tak,  słucham?  -  Charakterystyczny  lekko  zachrypnięty 

głos. 

 - To ja, Anna, żona Michała. 
 - Dlaczego pani do mnie dzwoni? - odpowiada. 
 - Michał zniknął, chciałam spytać, czy pani może coś wie, 

może go pani widziała? I kiedy? 

 - Owszem, widziałam go wczoraj, był  może  kilka  minut, 

spieszył się. 

 - Jak to? Był u pani? 
 -  Tak,  proszę  pani,  ale  -  jak  już  mówiłam  -  śpieszył  się, 

wpadł dosłownie na chwilę. 

 - To przynajmniej żyje, ale niestety nie wrócił do domu. 

background image

 - Nic pani nie poradzę, przykro mi. 
 -  Rozumiem,  ale...  chciałam  panią  zaprosić  do  siebie. 

Odwiedzi mnie pani w jakiś dzień? 

 - Po co? 
 -  Chciałabym  tylko  porozmawiać,  przecież  ja  nie  mam 

pretensji. A sytuacja jest poważna. Zapraszam panią na wino i 
rozmowę, to wszystko. 

 - No, nie wiem, a kiedy? 
 - To może jutro? 
 - Hmm... No, mam czas, niech będzie. Znam pani adres. 
 - O której? 
 - O dziewiętnastej? 
 - Dobrze, przyjadę, ale ja jestem spoza Osady. 
 - Właśnie dlatego chcę z panią porozmawiać. Proszę mnie 

zrozumieć... 

 - Dobrze, będę. Do widzenia. - Kobieta się rozłącza. Zna 

mój  adres!  Musiała  tu  kiedyś  być  -  Anna  się  wzdryga. 
Ciekawa  jest  tej  kobiety,  choć  trochę  się  jej  boi.  Dzwoni 
komórka. To policjant. 

 - Ma pani jakieś wieści? Jakiekolwiek? 
 -  Nie  -  kłamie  Anna.  Nie  powie  o  kochance,  mowy  nie 

ma. 

 - My, niestety, też nie, poza tym, że w feralny dzień był w 

pracy, o czym zapewne już pani wie. 

 - Tak, wiem. Jego komórka wciąż jest wyłączona. 
 -  Trzeba  uzbroić  się  w  cierpliwość,  to  dopiero  kilka  dni, 

będziemy  szukali  nadal,  ale  może  on  po  prostu  wróci. 
Przejrzała pani dom? Zginęło coś? 

 - Nic nie zginęło - stwierdza Anna. - Najpierw myślałam, 

że  zabrał  ze  sobą  pióro,  wie  pan,  on  je  kolekcjonował,  ale 
znalazłam je w piwnicy. 

 - W piwnicy? To dość dziwne. 
 - Sama nie wiem, co o tym myśleć. 

background image

 -  Niech  pani  sprawdza  regularnie  konto,  może  pobierze 

gdzieś  gotówkę,  wtedy  spróbujemy  namierzyć  bankomat  - 
mówi  policjant.  -  To  cholernie  dziwna  sprawa.  Będziemy  w 
kontakcie. - Kończy rozmowę. 

Dlaczego  nie  rozpaczam?  -  zastanawia  się  Anna.  Tylko 

dziwi mnie to wszystko. 

background image


Nazajutrz  ubiera  się  w  pastelową  sukienkę,  której  wprost 

nienawidzi,  i  robi  sobie  dyskretny  makijaż.  Przed  kochanką 
męża  trzeba  wypaść  lepiej  niż  przed  jakimkolwiek  facetem. 
Beata przychodzi pod wieczór. Ma na sobie kombinezon, poza 
tym  krótkie  blond  włosy  i  zero  makijażu.  Ale  jej  nie  jest 
potrzebny, cerę ma idealną. 

 -  Nie  chciałam  tu  przychodzić,  ale  sytuacja  jest 

wyjątkowa  -  mówi  na  dzień  dobry,  nawet  się  nie 
przedstawiając. W sumie nie trzeba, obie znają swoje imiona. 

 - Niech pani wejdzie - zaprasza Anna. 
 - Nie trzeba tych kurtuazji, wystarczy Beata. 
 -  OK  -  godzi  się  Anna,  nieco  spłoszona.  Kobieta  jest 

wyższa  od  niej  i  szczuplejsza.  Najwyraźniej  bardzo 
przystojna. 

Wchodzą  do  mieszkania,  Anna  otwiera  butelkę  dobrego 

starego  wina  oraz  podaje  miskę  suszonych  owoców  i 
orzechów.  Siadają  na  kanapie.  Anna  nalewa  wino,  Beata 
chętnie pije. 

 - No więc co się dzieje? - pyta lekko obcesowo. 
 - Michał wyszedł we wtorek do pracy i więcej nie wrócił, 

jego telefon nie odpowiada. Zgłosiłam już sprawę na policję, 
nie wiem, co się dzieje, a podobno był u ciebie - mówi Anna, 
swobodnie przechodząc na ty. 

 -  Jasne,  że  był,  właśnie  we  wtorek,  ale  bardzo  krótko. 

Mówił, że jest przemęczony pracą i potrzebuje wolnego, więc 
ja  bym  się  nie  martwiła,  pewnie  gdzieś  sobie  wyjechał  - 
twierdzi Beata, popijając wino. Orzeszki nietknięte. 

 - A może coś zjesz? - ni stąd, ni zowąd pyta Anna. - Choć 

wielkiego wyboru nie mam, ale jakaś ryba się znajdzie... 

 - To ja poproszę niewielki kawałek, nic jeszcze dzisiaj nie 

jadłam - mówi Beata. 

background image

Anna  idzie  do  kuchni,  sprawdza,  co  ma  w  lodówce. 

Jeszcze został halibut, więc bierze kawałek ryby, przyprawia i 
wkłada  do  mikrofalówki.  Kroi  bułkę  na  pięć  kawałków  i  też 
podgrzewa.  Do tego  masło  czosnkowe.  Nie  znosi  gotowania, 
ale mikrofala ją wyręcza. Po półgodzinie podaje Beacie obiad 
na pięknym jasnym dużym talerzu. 

 -  Pięknie  pachnie  i  wygląda  -  mówi  kochanka  męża, 

zaczynając jeść. 

Anna nie je, popija tylko wino. 
 -  Czy  mogłabyś  ze  swojej  komórki  zadzwonić  do 

Michała? - prosi Anna. 

 - Nie ma problemu. Abonent niedostępny. 
 -  Nic  z  tego.  Jego  komórka  chyba  nie  działa  -  twierdzi 

Beata,  kończąc  obiad.  -  To  dziwne,  bo  jak  u  mnie  był,  to 
odebrał  telefon  z  biura.  Właśnie  po  tej  rozmowie  był  bardzo 
niezadowolony i zaraz wyszedł. 

 - Nie mówił, gdzie idzie? 
 -  Nie.  Zresztą  ja  nigdy  go  o  to  nie  pytałam,  nie 

dociekałam,  dokąd  on  chodzi,  wydawało  mi  się,  że  tylko  do 
pracy  i  do  domu.  No  i  do  mnie.  Ale  w  ostatnim  czasie  zbyt 
często  to  nie  przychodził.  Swoją  drogą,  dziwna  z  ciebie 
kobieta, wiedziałaś i nic nie zrobiłaś? 

 - A po co? Tylko awantura by była i zaprzeczanie. Po co 

mi kłamstwa? Wolałam pominąć to milczeniem. I tak by się z 
tobą dalej spotykał - stwierdza Anna, nalewając sobie kolejny 
kieliszek. 

Sukienka jakby nieco zmięta, ale nie zwraca na to uwagi. 
 -  Przepraszam  na  chwilę  -  mówi  i  idzie  do  łazienki. 

Sprawdza  makijaż.  Pod  jednym  okiem  lekko  rozpłynął  się 
tusz, no, ale trudno, nie będzie tego teraz czyściła. Najchętniej 
zmyłaby wszystko, by wyglądać jak Beata, ale nie czas na to. 
Wraca do pokoju. Nagle dzwoni komórka. 

background image

 - Przepraszam jeszcze raz, odbiorę - zwraca się do Beaty, 

która dolewa sobie wino. Obiad już zjadła. 

 - To  znowu  pan? Ja  nie mam żadnych  wieści, myślałam, 

że wy coś dla mnie macie - mówi Anna do policjanta. 

 - Nic nie mamy - twierdzi policjant. - Ale chciałbym, by 

pani jutro przyszła do mnie na krótką rozmowę. 

 - Po co? 
 - To ważne, pani Aniu. Chce pani znaleźć męża czy nie? 
 - Dobrze, o której? 
 - O dwunastej będzie dobrze. 
 - Będę. Do widzenia. - Anna wyłącza telefon. 
 -  Kto  to?  -  pyta  Beata,  która  zdążyła  już  wygodnie  się 

rozsiąść. 

 - Aaa, policja, nic nie wiedzą. 
 - Wzywają cię? 
 - No tak. 
 -  Pewnie  cię  podejrzewają,  zawsze  tak  jest  w  takich 

przypadkach. 

 - Niby o co? 
 - Przecież mogłaś go zabić i ukryć ciało, prawda? 
 -  Jaaa?  Nigdy  w  życiu!  Nawet  nie  mam  tyle  siły.  Anna 

nagle zaczyna się śmiać. Beata jej wtóruje. 

 - Ciężko zakopać ciało... Śmieją się. 
 -  Znalazłam  w  piwnicy  choinkę  -  mówi  nagle  Anna.  - 

Prawdziwą. 

 - I co z tego? 
 -  Zawsze  na  święta  mieliśmy  sztuczną,  nie  rozumiem 

więc, skąd się tam wzięła. 

 -  On  do  mnie  wpadał  tuż  po  świętach,  jeszcze  przed 

sylwestrem,  ja  zawsze  miałam  prawdziwą,  lubił  ten  zapach, 
tak  twierdził.  Może  trzymał  prawdziwą  w  piwnicy  i  chodził 
tam powdychać zapach? - pyta Beata. 

background image

 -  To  nonsens.  Sam  kazał  mi  kupować  sztuczną,  żeby 

igliwie nie brudziło podłogi. On nie znosił bałaganu. 

 -  Ha,  ha,  ha  -  śmieje  się  Beata.  -  Nigdy  nie  miałam 

porządku  w  mieszkaniu.  No  wiesz,  klasyczne  mieszkanie 
singielki. Jakoś mu to nie przeszkadzało. - Dopija wino. 

Anna nalewa jeszcze po kieliszku, butelka jest już pusta. 
 - Otworzę następną - proponuje. 
 - Czemu nie. 
Kiedy Anna wraca z butelką białego wina, Beata pyta: 
 - Ty zawsze w takich sukienkach chodzisz? 
 -  Nie,  ubierałam  się  tak  tylko  dla  Michała,  bo  on  sobie 

tego życzył. Lubił te kolory. Tak twierdził. 

 -  To  dziwne,  ja  tam  zwykle  w  spodniach  łażę  i  się  nie 

skarżył - mówi Beata, pociągając łyk wina. - Nie lubię się aż 
tak stroić, chodzę jak mi wygodnie. Notabene, makijaż ci się 
rozmazał. 

 - Aaa, trudno. - Anna macha ręką.  
 - Po coś go w ogóle robiła? 
 - Chciałam być ładniejsza od ciebie. 
 - To kiepski pomysł. - Beata śmieje się. - Na to wygląda. 
 - Tu w ogóle wszystko jest pastelowe - mówi Beata. - To 

jakaś mania czy co? 

 - Lubiliśmy takie kolory, są przestrzenne, optymistyczne, 

tylko  w  gabinecie  Michała  ściany  są  białe,  tak  sobie 
zażyczył... 

 - A ty go zawsze słuchałaś, tak? 
 - Nooo... tak - mówi Anna, czerwieniąc się. 
 - No dobra, on zniknął, ty zostałaś z tymi pastelami, a co 

z kasą? 

 - Na razie jest na koncie - odpowiada Anna. 
 -  A  skąd  wiesz?  Może  lepiej  sprawdź.  Przecież  ty, 

kobieto, nie pracujesz, nie masz rodziny... Sprawdź to konto! 

background image

 -  No  dobrze,  muszę  iść  do  laptopa,  do  kuchni,  zaczekaj 

tutaj - mówi Anna i szybko wychodzi z salonu. 

Włącza  laptop,  wchodzi  na  ich  wspólne  konto.  Ubyło 

kilka  tysięcy  złotych.  Nagie.  Tak  po  prostu.  Wypłacone 
wczoraj. Na koncie zostały ledwie trzy tysiące. Dla Anny jest 
to  szok.  Jak  długo  za  to  przeżyje?  No  jak?  Gapi  się  na 
rachunek z otwartymi ustami, czuje, jak zakrada się niepokój i 
przerażenie.  Jest  zmrożona  strachem.  Kto  to  wypłacił? 
Michał? To gdzie on jest? Uciekł ode mnie? Od Beaty też? No 
tak,  kto  inny  mógł  wypłacić...  Chyba  że  zgubił  kartę. 
Oszustwa  się  zdarzają  cały  czas.  A  może  nie  żyje  i  ktoś  go 
obrabował? Go za nonsens, nonsens, nonsens! Muszę wracać 
do salonu, myśli Anna, ale Beata już nad nią stoi. 

 -  Coś  długo  cię  nie  było,  więc  przyszłam  sprawdzić, czy 

coś  się  stało.  Nie  denerwuj  się,  nie  mam  złych  intencji  w 
stosunku do ciebie - uspokaja. 

Nagle  znowu  dzwoni  komórka  Anny,  ta  biegnie,  by  ją 

odebrać, nie wyłączając laptopa. 

 -  To  jeszcze  raz  ja  -  mówi  policjant.  -  Mam  inną 

propozycję, porozmawiamy poza komisariatem, bo zapraszam 
panią na obiad do małej restauracji poza Osadą, zgoda? 

 - Tak, oczywiście - odpowiada oszołomiona Anna. 
 -  Przyjadę  po  panią  jutro,  około  piętnastej  -  proponuje 

gliniarz. 

 - Dobrze, dziękuję, do widzenia. 
Szybko  wraca  do  kuchni.  Beata  siedzi  przy  laptopie  i 

wpatruje się w stan konta. 

 -  Trzy  tysiące  zostało?  Mało,  kobieto,  bardzo  mało  - 

mówi. - A te kilka tysięcy wczoraj wypłacone? To ty? 

 - No właśnie nie ja - cicho stwierdza Anna. 
 -  No  to  nic  mu  nie  jest!  Mówię  ci,  on  po  prostu 

postanowił odpocząć - przekonuje Beata, wstając. 

 - Niby od czego? Ode mnie?! 

background image

 - Też możliwe, nie ma co panikować. 
 - A jeśli to nie on wypłacił te pieniądze? 
 -  Chyba  zaczynasz  świrować.  Może  zaraz  wymyślisz 

jeszcze, że on nie żyje?! 

 - Ja już nic nie wiem. 
Anna zamyka laptop i ponownie siadają w salonie. Nalewa 

wino do kieliszków. Zostało jeszcze pół butelki. 

 - I co ja teraz zrobię? - Anna myśli na głos. 
 - Weźmiesz kredyt - proponuje Beata. - Choć nie wiem, z 

czego będziesz go spłacała, ale to chyba jedyne wyjście. 

 - W Osadzie nie ma banku - mówi Anna. 
 -  Otrząśnij  się  wreszcie  z  tego  stuporu,  przecież  jest 

autobus, którym można pojechać do miasta, gdzie są normalne 
sklepy, normalne banki i normalni ludzie. 

 - Kiedyś mieszkałam w mieście - opowiada Anna. 
 -  Ale  to  było  ileś  lat  temu  i  teraz  trochę  się  boję  tam 

zapuszczać.  Tam  są  normalni  ludzie,  owszem,  ale  bandytów 
też  nie  brakuje,  dlatego  nie  wiem,  czy  Michał  żyje,  skoro 
opuścił Osadę. I jak ja...? 

 - Normalnie! Wsiądziesz w autobus i pojedziesz. Włożysz 

sobie  koszulkę  i  dżinsy,  o  ile  masz  jakiekolwiek,  i  pójdziesz 
prosto do banku. Nigdy nie brałaś kredytu, prawda? 

 - Nigdy. 
 - To pewnie dostaniesz od ręki - zachęca Beata. 
 - Jutro masz spotkanie z gliniarzem? No to pojutrze jedź. 
OK, niech to szlag trafi, mogę cię podwieźć, co mi tam - 

proponuje, dolewając sobie wino. 

 -  Ty  też  się  zbytnio  nie  martwisz  jego  zniknięciem...  - 

Anna zmieniła temat. 

 - Bo uważam, że on odpoczywa i dobrze się czuje. Wróci, 

kiedy będzie chciał. Po prostu. Nie jestem panikarą. 

Anna też nalewa sobie kolejny kieliszek. Już lekko szumi 

jej  w  głowie,  a  butelka  jest  prawie  pusta.  Zawsze  mieli  w 

background image

domu  zapas  wina.  Tylko  o  whisky  nic  nie  wiedziała.  Jak 
mogła tego nie zauważyć? 

 - Mam jeszcze otworzyć wino? - pyta Beatę. 
 -  Możesz,  ja  tam  jestem  trzeźwa,  nie  upijam  się  zbyt 

łatwo,  wrócę  autobusem,  a  pojutrze  tu  podjadę  i  pojedziemy 
do  banku  moim  autem.  Na  razie  zostawię  je  na  podjeździe, 
OK? 

 - Nie ma problemu - mówi Anna, idąc po wino do kuchni. 

W  spiżarce  jest  przynajmniej  ze  czterdzieści  butelek.  Bierze 
pierwszą  z  brzegu,  otwiera  i  wraca  do  salonu.  Pastelowego 
salonu. 

 -  Ta  twoja  sukienka  wygląda  o  wiele  lepiej  teraz,  kiedy 

jest zmięta. Znasz się na modzie? - pyta Beata. 

 -  Nie  bardzo,  nie  śledzę  trendów,  zwykle  te  sukienki 

prasowałam  ja  albo  pomoc  domowa.  Chyba  mam  jakieś 
dżinsy.  Ostatnio  chodziłam  w  dresie,  dla  ciebie  się 
wystroiłam. 

 -  Ha,  ha,  ha.  No  tak,  to  normalne,  choć  zupełnie 

niepotrzebne.  Wiesz,  co  się  liczy?  Włosy  i  cera.  To  jest 
najważniejsze, a nie ciuchy. 

Beata  ma  krótkie  blond  włosy  i  promienną  jasną  cerę. 

Anna zaczyna odczuwać ciężkość makijażu. 

 -  Słuchaj,  ja  chyba  pójdę  na  chwilę  do  łazienki,  OK?  - 

pyta. 

 - Jasne, dam sobie radę. 
W  łazience  zmywa  już trochę  rozmyty  makijaż  i  nakłada 

krem. Od razu czuje się lepiej. Przez tyle lat codziennie rano 
musiała robić sobie makijaż! 

 -  No,  kobieto,  teraz  wreszcie  wyglądasz  dobrze!  -  woła 

Beata  na  jej  widok.  -  Kwitnąca  cera,  po  cholerę  ci  ta  tapeta, 
nawet taka dyskretna?! 

background image

 - Dlaczego rozmawiamy o wyglądzie, zamiast martwić się 

o Michała? Czy to nie dziwne? I dlaczego się nie kłócimy? - 
zastanawia się na głos Anna. 

 -  Sama  nie  wiem.  Ja  tam,  jak  już  mówiłam,  uważam,  że 

on  sobie  wziął,  nazwijmy  to,  urlop  -  mówi  stanowczo,  choć 
nieco bełkotliwie Beata. - No, taki urlop od życia, rozumiesz 
chyba,  nie?  Dlatego  ma  wyłączoną  komórkę.  A  że  nic  ci nie 
powiedział...  Widocznie  nie  chciał  awantury  czy  płaczu.  Nie 
znam  waszych  stosunków  zbyt  dobrze,  nigdy  nie  mówił  za 
wiele poza tym, że układa się wam dobrze. A układało się? 

Anna milczy. Nalewa sobie wino. W głowie jej huczy. 
 - Nie wiem - mówi w końcu. - Chyba tak. 
 -  Chyba?  To  co  ty  wiesz,  kobieto?  Co  to  za  związek 

musiał być! Ja się nie dziwię, że poszukał sobie mnie. Czy on 
uważał, że ty nic nie wiesz? 

 - Domyślał się, że wiem. 
 - I nic? Żadnej konkretnej rozmowy na ten temat? 
 -  Żadnej  -  przyznaje  Anna.  -  Jedliśmy  wspólne  obiady  i 

kolacje, oglądaliśmy razem filmy, czasem rozmawialiśmy, ale 
nie  za  wiele,  bo  on  sporo  czasu  spędzał  w  swoim  gabinecie. 
Notabene, zobaczyłam w jego komputerze wasze zdjęcia... 

 - Nasze?! Mogę zobaczyć? - woła podekscytowana Beata. 
 - No dobrze. 
Idą do gabinetu, obie trzymają się poręczy przy schodach. 

Krok  chwiejny.  Anna  włącza  komputer  Michała,  wpisuje 
hasło  -  na  widok  którego  Beata  entuzjastycznie  woła:  „No 
proszę!"  -  i  pokazuje  jej  zdjęcia,  które  nie  tak  dawno  temu 
oglądała. Beata jest zafascynowana. 

 -  Jak  ładnie  wyszłam!  -  wykrzykuje.  -  Pamiętam, 

poszliśmy  na  spacer  i  poprosiłam  kogoś,  by  nam  porobił  te 
zdjęcia,  ale  Michał  mi  ich  nie  wysłał,  widzę  je  po  raz 
pierwszy. Są fantastyczne, no nie? 

background image

 - Złe nie są - mówi Anna. - A myśmy rzadko spacerowali 

-  dodaje.  -  On  naprawdę  był,  to  znaczy  jest,  bardzo  zajętym 
człowiekiem. Giełda, te sprawy, ciągle siedział w gabinecie, a 
ja  mu  nie  przeszkadzałam.  Utrzymuje  dom,  więc  jest  jego 
głową, czyż nie? 

 -  Dziwne  masz  poglądy,  jakbyś  była  całkowicie 

podporządkowana.  Te  sukienki  to  też  paranoja...  Ciężko  ci 
teraz będzie - stwierdza Beata. - Potrafisz być głową domu? 

 -  Póki  go  nie  ma,  póty  nie  ma  żadnego  domu,  to  tylko 

mieszkanie, chociaż czuję się dziwnie dobrze. Pewnie za parę 
dni wróci, jakby nigdy nic, ale ja już nie będę taka sama. Mnie 
też  drażnią  te  sukienki,  wyobraź  sobie!  Zanim  go  poznałam, 
chodziłam w dżinsach, trampkach, na zupełnym luzie, tak jak 
ty.  No,  ale  on  chciał  tych  pasteli,  przynajmniej tak  twierdził. 
Teraz już nic nie wiem. Jeśli uciekł, to od nich też? 

 - Zdecydowanie od nich. - Śmieje się. - Pastelowy raj nie 

istnieje, moja droga. Cała ta wasza Osada też jest iluzją. 

 - Może, ale za to bezpieczną iluzją - mówi Anna. 
 -  A  to  ciekawe  dopiero!  Więc  gdzie  jest  twój  mąż?! 

Zeszły  na  dół,  do  salonu,  by  dokończyć  wino.  Wiele  już  nie 
zostało. Anna dyskretnie ziewała, Beacie plątał się język. 

 -  Da  się  tu  zamówić  jakąś  taksówkę?  -  pyta.  - 

Samochodem nie mogę jechać. 

 - Da się, mam gdzieś numer, zaraz ci znajdę. 
Anna bierze komórkę, znajduje numer, zamawia kurs i po 

pięciu minutach Beaty już nie ma. Anna nie wie, co czuje, jest 
zamroczona winem. Myślała, że kochanka męża jest brzydsza. 
Ale  właściwie  dlaczego?  Przecież  Michał  ma  dobry  gust,  po 
co  miałby  spotykać  się  z  kimś  brzydszym  ode  mnie?  Trochę 
jest  za  ładna,  cholera.  Kładzie  się  spać,  tak  jak  stoi,  w 
pastelowej sukience, już i tak pomiętej. 

background image


Kolejny dzień nie jest przychylny. Budzi się z ogromnym 

bólem  głowy,  strasznie  chce  jej  się  pić.  Pochłania  wodę  z 
kranu.  Na  stole  w  salonie  stoją  trzy  puste  butelki  i  dwa 
kieliszki.  Sprząta  szybko  pozostałości  po  wstydzie.  Tak 
bardzo źle się czuje! Musi wypić piwo, choć jedno. Ale gdzie 
je kupić? Wkłada dres i idzie do sklepu z rybami. 

 - Ma pan piwo? 
 -  Przecież  ja  sprzedaję  ryby  -  odpowiada  sprzedawca.  - 

Lubię napić się piwa i mam koncesję, ale sprzedaję tylko kilka 
sztuk. A właściwie nie sprzedaję, bo tu nikt piwa nie kupuje. 
Czasem ktoś zamówi przez telefon większą ilość ryb. 

 - Sprzeda mi pan dwa? - pyta Anna. 
 - Nawet dam pani. Kiedyś się pani odwdzięczy, zgoda? 
 - Zgoda - mówi Anna, biorąc butelki. 
 - Czy ma pan jakąś siatkę? - pyta. - Nie mogę paradować 

z piwem w rękach. 

 - Mam, ale przezroczystą - odpowiada sprzedawca. 
 - Trudno, niech będzie. 
I  idzie.  Przez  całą  Osadę.  Rolety  znów  w  górę.  Wszyscy 

widzą,  co  ma  w  siatce.  Wszyscy  widzą,  że  jest  w  pomiętej 
sukience. Wszyscy widzą, że coś jest nie tak. 

W  domu  Anna  otwiera  piwo  i  szybko  pije  z  butelki. 

Trochę lepiej. Przecież ma dzisiaj spotkanie! Idzie do łazienki, 
by wziąć kąpiel, ale z piwem, musi je wypić. Musi wypić oba, 
może  wtedy  lepiej  się  poczuje.  Mogłaby  zamówić  z 
hipermarketu zapas piwa, ale ma za mało kasy, póki co wino 
musi jej więc wystarczyć. Powoli dochodzi do siebie. 

Dzwoni policjant. 
 -  Pani  Aniu,  to  co?  Widzimy  się  dzisiaj?  Tak  będzie 

lepiej, nie chcę rozmowy na komisariacie. Wszyscy wiedzą. 

 - W Osadzie? 

background image

 -  Nie,  na  komendzie.  Jak  już  wspominałem,  zapraszam 

panią  do  restauracji  poza  Osadą,  wszystko  wyjaśnię  -  mówi 
gliniarz. - Aha, mam na imię Marek. 

 - Będzie pan koło piętnastej, jak się umawialiśmy? 
 -  Tak,  przyjadę  za  godzinę,  OK?  Czy  pani...  czy  pani 

dobrze się czuje? 

 - Tak, świetnie - kłamie Anna. 
 -  No  to  za  godzinę  jestem,  do  zobaczenia  zatem.  Anna 

popija piwo, ale odkłada je i idzie wziąć szybki 

prysznic. Potem zakłada pastelową sukienkę. Co za ohyda! 

No ale musi, gliniarz tylko taką ją zna. Wypija jeszcze drugie 
piwo  i  myje  zęby.  Gliniarz  już  jest,  dzwoni  do  drzwi.  Anna 
otwiera, bierze torebkę i wychodzą. Jadą poza Osadę. Wokół 
knajpy  stoją  ludzie  czekający  na  stolik,  Annę  to  lekko 
przeraża,  odwykła  od  tłumu.  Chwyta  policjanta  za  rękę,  ten 
odwzajemnia uścisk. 

 - Spokojnie, zarezerwowałem stolik - mówi mężczyzna. 
Jest wysoki, dość przystojny, ma może ze czterdzieści lat, 

myśli Anna, dobrze ubrany jak na policjanta. 

Siadają  przy  stoliku  w  kącie  restauracji,  oddzielonym 

wysokimi oparciami, więc nikt ich nie widzi. Kelner przynosi 
menu. Anna zamawia wino. 

 - Nic pani nie zje? - pyta gliniarz. 
 - Jeszcze nie wiem, może caprese? 
 - Tylko? 
 - Tak. 
Gliniarz  jest  chyba  głodny,  bo  zamawia  leczo,  no  i  to 

caprese dla Anny, i wino. 

 -  O  czym  chciał  pan  porozmawiać  i  czemu  nie  na 

komisariacie? 

 -  Wszyscy  panią  podejrzewają,  dlatego  umówiłem  się  w 

restauracji,  bo  panią  lubię  i  -  przepraszam  za  śmiałość  - 
zawsze mi się pani podobała, ma pani klasę. 

background image

 - Wszyscy w Osadzie? 
 -  Nie,  na  komisariacie.  W  Osadzie  byłoby  to  nie  do 

pomyślenia,  oni  nawet  nie  wierzą  w  zaginięcie,  oni  wierzą 
tylko w Osadę - odpowiada gliniarz. 

 - Co ja mam zrobić? - pyta Anna. 
 - Powiedzieć mi prawdę - odpowiada policjant. - Coś pani 

ukrywa... 

 - Czy jestem podejrzana? 
 -  Tak  jak  każdy  z  jego  bliskich,  ale  on  chyba  nie  miał 

żadnych bliskich poza panią? 

 -  Miał...  -  cicho  mówi  Anna  i  wypija  duszkiem  niemal 

cały kieliszek wina. 

Potem opowiada o kochance, o wizycie Michała u niej, o 

zniknięciu pieniędzy z konta... 

 -  Skoro  się  u  niej  pojawił,  to  jest  szansa,  że  żyje.  Będę 

musiał ją przesłuchać - oznajmia Marek. 

 - Czy to konieczne? 
 - Niestety tak, każdy ślad jest ważny. Sprawdzimy też, kto 

i gdzie wypłacił te pieniądze. 

Kelner przynosi posiłki. 
 - Proszę jeść, pani Aniu, mizernie pani wygląda. 
 - Już jem... A czy mogę zamówić jeszcze jakiś alkohol? 
 - Oczywiście, wino? 
 - Tak, białe półwytrawne, podwójne, jeśli można... 
 - Nie ma sprawy. 
Po  chwili  kelner  przynosi  napełniony  kieliszek,  a  Anna 

czuje się jak zbawiona. Kac mija. Znowu ogarnia ją błogość. 
Jakby nic się nie stało. Niczego sobie ten glina, myśli. I zaraz 
samą siebie opieprza. 

 -  Spróbujemy  jutro  namierzyć,  skąd  była  ta  wypłata  - 

kontynuuje policjant. - Poza tym nic nie mamy, niestety. A ta 
kochanka? Czy on ją odwiedzał regularnie? 

 - Tego nie wiem - odpowiada Anna. - Chyba tak - dodaje. 

background image

 - No, dobrze, może teraz pani coś zje? 
Anna posłusznie je caprese. Gliniarz wcina leczo, 
 - Jeszcze wino bym poprosiła - mówi. 
 - Oczywiście. 
Gliniarz  woła  kelnera  i  prosi  o  kolejne  podwójne  białe 

półwytrawne.  Sam  zamawia  sobie  wodę.  Anna  dziwnie  się 
czuje w jego towarzystwie, jakby była alkoholiczką. 

 - Nie mogę pić, bo przyjechałem samochodem - tłumaczy 

się Marek. - Jakoś muszę panią odwieźć, prawda? 

Anna  się  nie  uśmiecha.  Patrzy  na  gliniarza  i  ma  tępy 

wyraz  twarzy.  Spokojnie  popija  wino.  -  Bardzo  źle?  -  pyta 
policjant. 

 - Nie - odpowiada. - Tylko dlaczego jestem podejrzana? 
 - Zawsze bliscy są podejrzani, to norma. Nie martw się. - 

Już jesteśmy na ty? 

 - Przepraszam, ale tak będzie wygodniej. Chyba nie masz 

nic przeciwko? Pomogę ci, ile będę mógł. 

Anna  je  caprese  pomiędzy  jednym  oddechem  a  drugim. 

Nerwy zabijają głód. 

 - Jutro rano zadzwonię - mówi Marek i kończą kolację. 
Odwozi ją do domu. A w domu? No, jeszcze ma przecież 

wino.  Nalewa  sporo,  nie  żałuje  sobie,  a  co  tam?  Podejrzana? 
Ona? A niby o co? Teraz każdy jest podejrzany. 

background image


Na drugi dzień rano wściekle dzwoni komórka. Anna jest 

zaspana,  zasnęła  wczoraj  w  sukience.  Jednak  odbiera,  bo 
telefon nie przestaje dzwonić. 

 - Podałaś moje dane policji?! - Słyszy głos Beaty. 
 - Musiałam - tłumaczy, zastanawiając się, czy ma jeszcze 

w domu jakieś piwo. 

 -  Nic  nie  musiałaś,  teraz  będą  mnie  przesłuchiwali  jak 

podejrzaną, niepoważna jesteś, i tyle. 

 - Ja też jestem podejrzana. 
 -  Jakoś  mnie  to  nie  wzrusza,  jestem  wkurwiona,  że 

wygadałaś wszystko gliniarzowi - mówi Beata podniesionym 
głosem. 

 -  Spokojnie,  to  rutynowe  przesłuchanie,  nie  będą  cię 

męczyli - mówi Anna. 

 - Też mi pocieszenie! 
 - Michał jest ważny, zrozum to. 
 - Jakoś wątpię, że ci tak bardzo na nim zależy - twierdzi 

Beata. - Ty myślisz tylko o sobie. I do tego ta chora Osada! To 
jakaś  iluzja!  Przyjadę  jutro  po  samochód.  -  Beata  kończy 
rozmowę. 

Annie jest przykro, bo chciałaby mieć kontakt z tą twardo 

stąpającą po ziemi kobietą. 

W  Osadzie  zaczynają  krzywo  patrzeć  na  Annę,  a 

przynajmniej  ona  tak  czuje.  Chyba  wiedzą,  że  pije  i  chodzi 
byle  jak  ubrana.  Dostrzegają,  że  odwiedza  sklep  z  rybami  i 
piwem.  Zastanawiają  się  pewnie,  dlaczego  nie  rozpacza  i 
czemu widuje się z ludźmi spoza Osady. A może tylko jej się 
tak  wydaje?  Przecież  sąsiadka  znów  przyniosła  jej  łososia. 
Była uprzejma. No właśnie, zbyt uprzejma, a nie miła. Może 
to  raczej  wścibstwo  ją  przygnało?  Czyżby  odszedł?  -  myśli 
Osada  i  obwinia  Annę.  To  byłby  przełom  w  życiu  tej  jakże 

background image

spokojnej  społeczności,  to  stworzyłoby  niebezpieczną 
szczelinę. Wróci, musi. I koniec. 

background image


Następnego  dnia  przyjeżdża  Beata.  -  Byłam  na  tym 

cholernym  komisariacie.  Owszem,  rutynowe  przesłuchanie, 
ale też jestem podejrzana, choć mniej niż ty. Ha, ha - oznajmia 
na  wstępie.  -  Może  spróbuj  na  razie  żyć  za  te  trzy  tysiące, 
kredyt  potem  weźmiesz,  a  i  tak  nie  będziesz  miała  z  czego 
oddawać. Najwyżej komornik cię odwiedzi i zajmie telewizor, 
domu ci nie zabiorą, jak weźmiesz gotówkowy i małą kwotę - 
dodaje. 

 - Znakomita perspektywa - prycha Anna. 
 - Dobra, zbieram się. A co do perspektywy, to chyba nie 

masz  innej.  Jeszcze  pogadamy,  trzymaj  się  -  mówi  Beata  na 
odchodnym. I już jej nie ma. 

Anna nie wie, co zrobić z tym dniem. Zakłada jasny dres i 

idzie do sklepiku. Czuje, jak wszyscy ją czujnie obserwują. 

 - Ja to nie wiem - stwierdza właściciel sklepu na jej widok 

- czemu tu nikt nie przychodzi. Przecież ja mam świeże ryby. 
A oni  zamawiają  mrożone. Wiecznie  i  wiecznie mrożonki. Z 
hipermarketów. Jak tak dalej będzie, to zamknę w cholerę. Już 
z czynszem nie wyrabiam. A co dla pani? 

 -  Niech  pan  jeszcze  nie  zamyka.  Dla  mnie  halibuta  i 

karpia kawałek, tak dla jednej osoby - mówi Anna. 

 - Już się robi. - Sprzedawca pakuje kawałki ryb. - A piwo 

nie? - pyta. 

 - A może ze dwa wezmę. 
I  tak  wraca  przez  Osadę,  a  wszyscy  patrzą.  Siatka  jest 

przezroczysta, wszystko widać. 

W  domu  otwiera  piwo.  Smakuje.  Pod  wpływem  impulsu 

dzwoni do Michała. Abonent niedostępny. Popija piwo i idzie 
do  kuchni  smażyć  rybę.  Po  dwudziestu  minutach  je  obiad. 
Potem, już najedzona, przymyka oczy. Nie wie, co ma myśleć 
o  gliniarzu  i  o  tym,  że  przeszli  na  ty.  Może  on  ją  podrywa? 
Przystojny,  to  fakt,  ale  przecież  ona  wciąż  ma  męża,  choć 

background image

zaginionego.  Piwo  jest  dobre,  lekko  uspokaja,  a  Anna  jest 
zdenerwowana. Boi się Osady. A domu nie może sprzedać, bo 
jest własnością Michała. Albo żyje i bawi się mną, albo ktoś 
go  zabił,  znalazł  kartę  i  się  pod  niego  podszywa.  Bo  już  nic 
nie rozumiem, myśli. 

Dzwoni komórka. Gliniarz. 
 - Możemy porozmawiać przy kolacji? - pyta Marek. 
 -  Dobrze,  ale  wolałabym  na  razie  nie  przechodzić  na  ty. 

Nieswojo się z tym czuję - mówi Anna. 

 -  Dobrze,  przepraszam.  Przyjadę  po  panią  prywatnym 

samochodem o osiemnastej, zgoda? 

 - Zgoda. 
Jestem podejrzana, Anna aż się uśmiecha, no tak, przecież 

zapadł się pod ziemię. 

Idzie  do  kuchni,  włącza  laptop,  by  sprawdzić  konto. 

Dziwne,  ale  część  pieniędzy  wpłynęła  z  powrotem.  Kto  je 
wpłacił  i  dlaczego?  Czy  złodziej  oddałby  kasę?  To  mało 
prawdopodobne. A jeśli to Michał, to co on wyprawia? 

A  może  Beata  miała  dostęp  do  tego  konta  i  z  litości  mi 

oddała? - zastanawia się Anna. 

Znowu  musi  włożyć  pastelową  sukienkę  i  zrobić  sobie 

makijaż. Pozory trzeba zachowywać. 

background image

10 
Jadą  na  kolację  do  tej  samej  restauracji  co  wcześniej. 

Marek od razu zamawia wino. 

 -  To,  które  lubisz,  przepraszam,  to,  które  pani  lubi  - 

poprawia się. 

 - Dziękuję. 
 -  Zamówię  jedzenie  i  proszę  zjeść  tym  razem  coś 

solidnego, bardzo proszę - mówi. 

 - No dobrze - odpowiada Anna. 
Zamawia  pieczeń  wołową  i  brokuły.  Bez  ziemniaków. 

Gliniarz bierze polędwiczki z kurkami, ziemniaki i pomidory. 
Jedzą powoli. Potem zamawia kolejne wino. 

 - Będę musiał wezwać panią na komisariat - mówi Marek. 
 - Stało się coś? 
 -  Jak  dotąd  nic,  komórka  wyłączona,  ale  próbujemy  ją 

namierzyć.  Muszę  panią  oficjalnie  przesłuchać.  Chciałem 
uprzedzić. Zadam kilka prostych pytań, bez obaw, na razie jest 
pani  tylko  podejrzana,  podobnie  jak  pani  Beata.  Ona  nawet 
bardziej, bo przecież widziała  go jako ostatnia. Czy zdarzyło 
się coś nowego? - pyta. 

 -  Nie  -  kłamie  Anna.  Nie  wie  dlaczego,  ale  nie  chce 

powiedzieć  całej  prawdy.  Nie  ufa  do  końca  gliniarzowi.  - 
Kiedy mam przyjść na komisariat? 

 - Najlepiej jutro o jedenastej, może być?  
 - Tak, będę. 
 -  Aha,  sprawdzaliśmy  kartę,  wygląda  na  to,  że  pieniądze 

wypłacał  pani  mąż.  Tak  przynajmniej  wynika  z  monitoringu. 
Wszystko to staje się dość dziwne. 

 - Czyli żyje? - pyta Anna. 
 - Tego nie jesteśmy pewni, kartę mógł przecież zgubić, a 

złodziei nie brak. Zamówić jeszcze coś? 

 - Nie, dziękuję, pójdę już. 

background image

 -  Odwiozę  panią  -  mówi  Marek  i  po  chwili  Anna  jest  w 

domu. 

Oczywiście  wszystkie  rolety  w  górę,  a  potem  w  dół. 

Ciągła obserwacja. 

Anna  się  przebiera,  zmywa  makijaż  i  siada  na  kanapie. 

Czy źle im było? 

background image

11 
Po sutym, ale lekkim obiedzie oglądają film na podstawie 

książki Jane Austen. Michał popija wino. 

 - Podoba ci się? - pyta. 
 - Bardzo - mówi Anna. 
 - Może potem pójdziemy na spacer? 
 - Dobrze, chętnie. 
Po  filmie  faktycznie  wychodzą,  spacerują  alejkami, 

spotykają  dwóch  sąsiadów  z  psami,  witają  się.  Jest  taki 
przyjemny ciepły wieczór. Annie niewygodnie w sukience i w 
butach  na  obcasach,  ale  się  stara.  Po  spacerze  Michał 
przeprasza,  ale musi  iść  do  pracy,  do  gabinetu.  Anna  nie  ma 
nic  przeciwko  temu.  Zresztą  jakżeby  mogła  mieć?!  To  on 
utrzymuje dom. Idzie do łazienki zmyć makijaż i przebrać się 
w koszulę nocną, bardzo elegancką koszulę nocną. W sypialni 
kładzie  się  z  książką,  Michał  raczej  szybko  nie  przyjdzie. 
Wstaje jeszcze raz, znów idzie do łazienki i z kosza na brudną 
bieliznę wyciąga swoje tabletki na sen. Bierze trzy. Wreszcie 
zaśnie,  wcale  nie  ma  ochoty  czytać  ani  samotnie  leżeć  w 
łóżku. Słyszy stukanie klawiatury i zasypia... 

Nigdy nie wiedziała, kiedy on przychodził do łóżka, bo już 

spała.  Michał  nic  nie  wiedział  o  tabletkach  na  sen.  A  rano 
zwykle już go nie było. Rzadko jadali razem śniadania. 

 -  Kochanie,  co  na  obiad?  Jestem  bardzo  głodny!  -  woła 

już od progu. 

 -  Pieczony  karp  z  grzybami  i  sałata  lodowa  z  octem 

balsamicznym - odpowiada Anna. 

 - Cudownie, uwielbiam tłuste ryby. 
Jedzą razem, milcząc. 
 - Może lampka wina po obiedzie? - proponuje Michał. 
 - Tak, dobry pomysł. Popijają w ciszy. 
 - Przejdziemy się ? - pyta Anna. 
 - Tak, jak najbardziej. 

background image

Wychodzą i spacerują alejkami wzdłuż idealnie zadbanych 

ogrodów,  idealnie  zadbanych  willi.  W  ciszy,  nie  potrzebują 
wielu  słów.  Michał  nie  przepada  za  gadatliwością.  W  domu 
włączają film na DVD i potem idą spać, tym razem oboje, dziś 
Michał nie ma pracy w gabinecie. 

* * * 
Czy  myśmy  tak  spędzali  wszystkie  dni?  -  zastanawia  się 

Anna. Obiad, spacer, film i lulu? Wcale się nie dziwię, że miał 
Beatę.  Musiałam  być  strasznie  nudna  z  tą  swoją 
powściągliwością. Ale przecież to on mi ją narzucał. 

background image

12 
Na  komisariacie  Marek  wyciąga  notes  i  mówi:  - 

Przepraszam, ale muszę wiedzieć, co pani robiła tamtego dnia, 
we wtorek, kiedy zaginął pani mąż? 

 -  To,  co  zwykle,  czekałam  na  niego  z  obiadem,  ale  nie 

przyjechał. Dzwoniłam co chwila i siedziałam w domu. 

 -  Czy  ktoś  może  to  potwierdzić?  To,  że  pani  nie 

wychodziła? 

 -  Nie  wiem,  może  sąsiedzi,  oni  wszystko  wiedzą. 

Zazwyczaj. 

 - Będę musiał ich zapytać, przykro mi - oznajmia gliniarz. 
 -  No  cóż,  trudno,  już  i  tak  wiedzą  -  odpowiada  Anna.  - 

Coś jeszcze? 

 - Właściwie nic, niewiele wiemy, ale on chyba żyje, tylko 

pojawia  się  pytanie,  co  się  z  nim  dzieje  -  mówi  Marek.  - 
Dobrze, proszę wracać do domu, pani Aniu. Odwieźć panią? 

 - Dziękuję, przejdę się. 
Z  komisariatu  jest  niedaleko.  Anna  idzie  wolno,  pogoda 

jest  piękna,  jakby  nic  się  nie  stało.  Spotyka  najbliższą 
sąsiadkę, panią Hanię. 

 - O, dzień dobry, pani Aniu, czy coś pani wie o Michale? 
 - Na razie nic - odpowiada Anna. 
 -  Oj,  to  szkoda,  ale  na  pewno  niedługo  wróci.  Mam  dla 

pani szarlotkę. 

 - Policja będzie państwa przesłuchiwała - mówi Anna. 
 -  Oj,  nie  ma  problemu,  nie  boimy  się.  -  Sąsiadka  się 

śmieje. - To ja zaraz zajrzę z tą szarlotką, dobrze? 

 -  Nie  trzeba,  po  prostu  odbiorę  od  pani,  to  trzy  minuty 

stąd. 

 - Jeśli pani tak woli, to podejdźmy do mnie - godzi się. - 

A  gdzie  pani  pomoc  domowa?  -  pyta  nagle  pani  Hania.  - 
Dawno jej nie widziałam. 

 - Zwolniłam ją, chwilowo nie jest mi potrzebna. 

background image

 - Oj, no tak. Widziałam, że chodzi pani do tego sklepiku z 

rybami. I co, dobre są? 

 - Bardzo dobre - mówi szczerze Anna. 
 - I sama je pani przyrządza? 
 -  Tak,  teraz  tak.  Ja  niewiele  jem,  nie  mam  wielkich 

wymagań. 

 - No tak. Proszę, oto szarlotka. 
 - Dziękuję, pani Haniu. - Anna bierze spory kawał ciasta i 

wraca do domu. 

I co ja z tym zrobię? Nie jadam słodyczy, ale co mi tam, 

zrobię wyjątek, przecież jestem szczupła i mało jem, rozmyśla 
w drodze. Łapczywie zjada prawie połowę z tego, co dostała. 
Szarlotka  jest  bardzo  dobra.  Ciekawe,  czy  zrobiła  ją  pani 
Hania, czy jej pomoc domowa? Tu każdy ma pomoc domową. 
Zwykle  spoza  Osady.  Dojeżdżają.  Mają  niezłą  fuchę,  dobrze 
płatną.  Moja  też  nieźle  zarabiała,  no,  ale  teraz  nie  jest  mi 
potrzebna. 

Anna nie wie, co ma zrobić z resztą dnia. Obejrzeć film? 

Iść  do  sklepiku?  Nad  morze?  Nic  jej  nie  przypada  do  gustu. 
Nagle dzwoni komórka. To Beata. 

 - I jak? Byłaś na policji? 
 - Byłam, wciąż mnie podejrzewają. 
 -  Mnie  też.  -  Śmieje  się.  -  Może  go  zabiłyśmy  i 

zakopałyśmy ciało? Ha, ha... Tylko gdzie? 

 - Nie żartuj sobie! 
 - A jakieś sygnały od Michała? 
 - Nic, zupełnie nic. Tylko część kasy wróciła na konto. 
 -  O,  to  dobrze!  Ale  ciekawe,  kto  tą  kasą  rozporządza, 

złodziej chyba by nie oddał? 

 -  A  cholera  wie,  sama  nic  nie  rozumiem  z  tego 

wszystkiego... 

 - Powiedziałaś o tym gliniarzowi? 

background image

 -  No  właśnie  nie.  Nie  do  końca  mu  ufam,  chyba  mnie 

podrywa. 

 - Ha, ha. Uważasz, że to on zakopał ciało? 
 - Przestań! Aż tak daleko się nie posuwam. 
 - To czemu nie jesteś z nim szczera? 
 - Sama nie wiem - odpowiada Anna. 
 - Słuchaj, a może pojedziemy do tego banku, co? 
 - Dobry pomysł, spróbujmy. 
 -  OK  -  mówi  Beata.  -  Będę  jutro.  Nie  cierpię  tej  waszej 

Osady, ale jakoś przeżyję to martwe miejsce. 

 - Martwe? - pyta Anna. 
 - No a nie? Tam nic się nie dzieje, wszystko jest nijakie, 

czyste, pastelowe, aż się rzygać chce. 

Beata kończy rozmowę. Są umówione na jedenastą rano. 
Martwe  miejsce?  -  myśli  Anna.  -  No  tak,  może  i  nasze 

życie z Michałem takie było? Kiedy on właściwie zaczął z tą 
Beatą? Jakoś rok temu chyba. Dość szybko się zorientowałam, 
niby to ukrywał, ale słabo mu szło. Coraz częstsze znikanie po 
pracy,  zaczął  używać  też  drogich  perfum,  nigdy  wcześniej 
tego  nie  robił.  No  i  zdjęcia  w  komputerze.  Wcale  ich  nie 
schował. Może chciał mi coś powiedzieć? 

Anna jednak ubiera się nie w pastelową sukienkę, tylko w 

miękki  wygodny  sweter  i  luźne  spodnie,  i  znów  idzie  do 
sklepiku. Dziś jest trochę chłodniejszy dzień. Wiatr rozwiewa 
przyjemnie jej włosy. Sąsiedzi bacznie ją śledzą, ale już się do 
tego przyzwyczaiła. 

 - Niech mi pan coś więcej powie o moim mężu, jak często 

tu bywał? 

 -  Jakoś  raz  w  tygodniu  kupował  ryby  i  czasem  ze  mną 

rozmawiał - odpowiada sprzedawca. - Zazwyczaj narzekał na 
ogrom pracy, ale też pytał, co u mnie. Był bardzo uprzejmy i 
miły. Taki  rozmowny  gość.  Ucinaliśmy  sobie  pogawędki.  Ot 
takie, o życiu. 

background image

Michał rozmowny? A te ryby to chyba dla Beaty, bo nigdy 

niczego do domu nie przyniósł. 

 - To wszystko? - pyta Anna. 
 -  Chyba  tak.  Zwykle  wybierał  tłuste  ryby,  mówił,  że  to 

jest  zdrowy  tłuszcz,  ze  trzy  razy  kupił  kilka  piw.  Mile  go 
wspominam, mam nadzieję, że się odnajdzie. 

 - Dziękuję, miłego dnia. 
W domu Anna dzwoni do gliniarza. 
 - Potrzebuję na jeden dzień to zdjęcie Michała, które panu 

dałam - mówi. 

 - Po co ono pani? - docieka Marek. 
 - Po prostu jest mi potrzebne, mogę je wypożyczyć? 
 -  Może  pani,  oczywiście,  ale  musi  do  nas  wrócić,  choć 

plakaty już wiszą. 

 - To ja zaraz podejdę, dobrze? 
 - Dobrze, czekam na panią. 
Na komisariacie pustki, siedzi tylko Marek. No tak, policja 

nie ma tu nic do roboty. 

 - Proszę, oto to zdjęcie. - Podaje jej. - Nie wiem, co pani 

kombinuje,  ale  chyba  nie  jest  pani  ze  mną  całkiem  szczera. 
Nie podoba mi się to. 

 -  Jestem,  po  prostu  potrzebuję  to  zdjęcie,  bo  nie  mam 

innego,  nic  więcej.  Chcę  sobie  popatrzeć  i  oddam  -  twierdzi 
Anna. 

 - Mało przekonujące, ale dobrze. Aha, sprawdziliśmy, nie 

było  wypłaty  z  kasy,  tylko  z  bankomatu.  Zdjęcie  proszę  mi 
oddać  najpóźniej  jutro,  musimy  sprawdzić,  kto  wypłacił  te 
pieniądze - mówi gliniarz. 

 - Dobrze, oddam - odpowiada Anna i wychodzi. 
 - Pani Aniu! - woła za nią. 
 - Słucham? - Anna się odwraca. 
 -  Da  się  pani  zaprosić  na  kolację?  Porozmawiamy  na 

spokojnie, bardzo proszę - mówi Marek. 

background image

 -  Zastanowię  się,  właściwie  czemu  nie,  jutro  dam  panu 

znać. - I wychodzi. 

background image

13 
Policja  pewnie  więcej  dowie  się  w  tym  banku,  ale  Anna 

musi tam pojechać, tak czy owak. Kiedy więc zjawia się u niej 
Beata,  jadą  tam  obie.  W  banku  pokazuje  kasjerce  zdjęcie 
Michała. 

 -  To  mój  mąż,  Michał  Michalski,  który  zaginął. 

Chciałabym  się  dowiedzieć,  czy  wypłacał  ostatnio  pieniądze. 
Czy może mi pani pomóc? 

 -  Zdjęcie  jest  takie  sobie,  ale  sprawdzę  pani  stan  konta  - 

odpowiada  kasjerka.  -  Rzeczywiście  ktoś  wypłacał  i  wpłacał 
gotówkę,  nie  pamiętam  tego  pana.  To  była  raczej  wypłata  z 
bankomatu. Wpłata też we wpłatomacie. Wiele pani, niestety, 
nie pomogę. 

 -  A  zdjęcie  z  bankomatu?  -  pyta  Beata.  -  Przecież 

wszystko rejestrujecie. 

 -  Tego  właściwie  nie  mogę  już  zrobić,  przepraszam.  To 

mógł być każdy. 

Wychodzą z banku i jadą do domu Anny. Kiedy wysiadają 

z samochodu Beaty, pani Hania otwiera drzwi. 

 - Dzień dobry. Koleżanka przyjechała? To dobrze, nie jest 

pani sama, zresztą my też kibicujemy - woła. 

 -  Dzień  dobry,  tak,  to  moja  znajoma,  dziękuję  za 

zainteresowanie  -  odpowiada  szybko  Anna  i  wraz  z  Beatą 
znikają w domu. 

 - Masz wino? - pyta Beata. 
 - Jeszcze mam. Otworzyć? 
 -  Tak.  Znowu  pewnie  będę  musiała  zostawić  tu 

samochód, ale mam ochotę się napić. Dzwoniłam do Michała, 
komórka nie odpowiada. 

 - Już nalewam, tylko muszę coś zjeść. Jesteś głodna? 
 - Trochę - odpowiada Beata. 
Anna  nalewa  wino  i  smaży  rybę.  Nie  jest  dobra  w 

gotowaniu, a pomocy domowej już nie ma. Dodaje przyprawy. 

background image

Będzie,  jaka  będzie.  Nic  nie  mówią,  czekają  na  obiad. 
Zupełnie  jak  z  Michałem,  myśli  Anna.  Wreszcie  ryba  jest 
gotowa. Podaje na eleganckich białych talerzach. Jedzą. 

 -  Nawet  talerze  masz  wypasione  -  mówi  Beata.  - 

Wiadomo, albo białe, albo pastelowe. Zgadłam? 

 - Owszem - potwierdza Anna. 
 - A ryby skąd? Hipermarket przyjeżdża? 
 - Już nie, kupuję w lokalnym sklepiku. 
 -  No,  to  już  coś,  jakaś  zmiana  na  lepsze,  kobieto! 

Wychodzisz z domu? 

 - Tak, czasami spaceruję nad morze, no i na komisariat. 
 -  To  rzeczywiście  fascynujące.  -  Beata  prycha.  -  Może 

kup sobie psa? 

 - Nigdy nie miałam zwierzęcia i chyba... chyba nie chcę. 
 -  No  dobra,  nie  to  nie.  Zastanówmy  się  nad  bankiem, 

wciąż nie wiadomo, kto wypłacał te pieniądze - mówi Beata. 

 - Może policja to ustali - odpowiada Anna. 
Pół  butelki  wina  już  nie  ma.  Anna  pije  z  wodą,  nie  chce 

się upić. 

 - Czy ty lubisz ryby? - pyta Beatę. 
 - Bardzo, wolę od mięsa. 
 - Michał przynosił, prawda? 
 - Tak, zdarzało się. I ja je przyrządzałam, lubię gotować. 

Ale bardziej dla kogoś niż dla siebie. Sama jem byle co. Poza 
tym  przygotowywałam  mu  kotlety  z  ziemniakami  i  mizerią, 
bardzo lubił. Takie schabowe albo mielone. 

 - To dziwne, on nie chciał tak jadać w domu, mówił, że to 

niezdrowe. 

 -  Może  my  nie  rozmawiamy  o  tym  samym  człowieku?  - 

Beata się śmieje. 

 -  Co  jeszcze  robiliście,  poza  jedzeniem?  -  pyta  Anna.  - 

Seks mnie nie interesuje. 

background image

 - Dużo rozmawialiśmy, głównie mówił on, skarżył się na 

ogrom pracy, o tobie prawie nie wspominał. 

 - Prawie? 
 - No raz czy dwa napomknął, że musi iść, bo ty czekasz z 

kolacją, jak zawsze nienaganną, nie poruszaliśmy tego tematu. 

 - Nie chciałaś, żeby się rozwiódł? 
 - Chciałam. 
 - To już z rok, nie? 
 - Ponad. Myślę, że jeszcze się zjawi, jak odpocznie. 
 - Wciąż uważasz, że on odpoczywa? 
 - Jasne, że tak. Może ode mnie też, kto wie...? 
 - Jak często cię odwiedzał? 
 -  A  ze  dwa,  czasem  trzy  razy  w  tygodniu,  po  pracy  - 

mówi Beata. - Mogę sobie dolać? - pyta. 

 - Jasne. 
Wino już się kończy, butelka świeci pustką. Anna otwiera 

kolejną. 

 -  Jesteś  strasznie  wyluzowana,  gadasz  z  żoną  swojego 

kochanka - mówi Anna. 

 -  To  raczej  ty  jesteś  wyluzowana,  nic  cię  nie  dziwi  - 

odpowiada Beata. - Nawet ja. Nawet jego zniknięcie. 

 -  Nie  no,  jestem  zdziwiona  tym,  że  go  nie  ma.  Nie  miał 

powodu do ucieczki, był w komfortowej sytuacji, to raczej coś 
innego... 

 - Niby co? Morderstwo? - sarkastycznie pyta Beata. 
 - A czemu nie? Poza Osadą wciąż się to dzieje. 
 - A może to ty go zabiłaś, jak się o nas dowiedziałaś, hę? 
 - Jestem słaba fizycznie, nie miałabym siły ukryć ciała. 
 - No, ja tam nie wiem. Jak dla mnie jesteś podejrzana. Ale 

ja ci się dziwię, kobieto, wiedziałaś o nas i nic? 

 - A po co mi były awantury? 
 - Ja bym go wykopała za drzwi i to natychmiast. 
 - Sama się godziłaś na żonatego. 

background image

 -  Bo  wiedziałam,  że  was  łączy  głównie  obiad  -  mówi 

nagle Beata. - No i jeszcze te filmy. 

 - To jednak coś mówił? 
 - Tylko raz opowiedział o waszym życiu. Filmy, spacery, 

obiady. 

 - Źle mu nie było! 
 -  Tego  nie  powiedziałam.  Wreszcie  jesteś  normalnie 

ubrana - stwierdza Beata. - Dość pasteli? 

 - Nie lubię ich, może nawet przemaluję dom na biało. W 

tej chwili dzwoni komórka Anny. To gliniarz. 

 - Mamy zdjęcie z bankomatu, ale niewyraźne, wygląda na 

to, że to był blondyn - mówi Marek. 

 -  Michał  jest  brunetem  -  odpowiada  Anna.  -  Więc  to  nie 

on. 

 -  Ale  powtarzam,  że  zdjęcie  jest  niewyraźne,  więc  tak 

naprawdę nadal nic nie wiemy. 

 - Nigdy go nie znajdziecie - oznajmia Anna. 
 - Proszę tak nie mówić, w końcu go odszukamy - twierdzi 

stanowczo  gliniarz.  -  Aha!  -  dodaje.  -  Dzisiaj  przesłucham 
pani najbliższych sąsiadów, niestety, muszę. 

 - Rozumiem, do widzenia - mówi Anna i się rozłącza. 
 -  No  to  ładnie  -  twierdzi  Beata,  kiedy  Anna  streszcza  jej 

rozmowę.  -  Trochę  się  ta  sprawa  komplikuje,  o  ile  to 
naprawdę był blondyn. A może Michał przefarbował włosy? 

 - To idiotyzm, niby po co? 
 - Ale skoro zdjęcie niewyraźne, to oni nie mają pewności, 

kto to był - mówi Beata. - Ja tam jestem optymistką. 

 - No cóż, ja już chyba nie. 
 -  Pokażesz  mi  tę  piwnicę?  Kiedyś  wspominałaś  coś  o 

motylach... Mogę zobaczyć? 

 - Możesz. 
W  piwnicy  oglądają  w  gablotach  kolekcję  motyli  i  żywą 

choinkę, już nieco zasuszoną. 

background image

 -  Nie  wiedziałam  o  tej  jego  pasji,  nigdy  nic  o  motylach 

nie  mówił.  Ale  zaraz!  Kiedyś  przyniósł  mi  takiego  jednego, 
białego,  mówił, że to  rzadki  okaz, ale  myślałam,  idiotycznie, 
że po prostu gdzieś go niechcący złapał... 

 -  Ja  też  nic  o  tym  nie  wiedziałam,  jak  o  wielu  innych 

rzeczach - mówi gorzko Anna. 

Kobiety  piją  wino,  a  policja  przesłuchuje  sąsiadów.  Pani 

Hania nic nie widziała poza tym, że w domu Anny paliło się 
światło do późna, to samo mówi sąsiad z prawej strony. Nikt 
nic  nie  widział.  „Nie,  nie  wychodziła  z  domu,  nie 
widzieliśmy" - mówią. Tylko jeden sąsiad twierdzi, że widział 
Annę  wieczorem  na  podjeździe  przed  domem.  Czy  to 
wystarczy za alibi? 

 - Miałaś, kobieto, powód, by zabić Michała, ale jakoś nie 

widzę cię w tej roli, jesteś zbyt delikatna - stwierdza Beata. - 
Nie pasujesz mi na morderczynię, choć to nic nie oznacza. 

 - Jaki powód? Niby ty jesteś tym powodem? 
 - Też, ale bardziej wasze nudne małżeństwo. 
 -  No,  bardzo  ci  dziękuję  -  prycha  Anna.  -  On  jakoś  to 

lubił. 

 - Coś wątpię - odpowiada Beata. 
Zbliża  się  wieczór,  kobiety  nadal  piją  wino,  zjadają 

jeszcze kolejną kupioną przez Annę rybę. W lodówce nie ma 
już nic innego. 

 - Wokół Osady jest pełno sklepów, wybierz się kiedyś, a 

nie to zamawianie przez Internet. Powinnaś się więcej ruszać! 

 -  Nie  czuję  się  na  siłach,  ale  może  się  przejdę,  choć  nie 

lubię życia poza Osadą, jest takie inne... 

 - Jest normalne. 
Na zewnątrz zaczyna padać deszcz. Trochę się ochładza. 
 - Mogę zostać na noc? - pyta Beata. 
 -  Możesz,  mamy  pokój  dla  gości,  choć  nigdy  ich  nie 

przyjmowaliśmy - odpowiada Anna. 

background image

 - A rodzina? 
 -  Moja  jest  od  lat  w  Australii,  nie  mamy  zbyt  dobrego 

kontaktu,  właściwie  to  żadnego,  a  Michał  stracił  rodziców, 
kiedy  był  dzieckiem.  Może  to  sieroctwo  nas  do  siebie 
przyciągnęło, kto wie? 

Deszcz  już  leje  na  potęgę.  Beata  idzie  do  pokoju 

gościnnego. 

 -  Zaraz,  nie  mam  piżamy,  możesz  mi  coś  pożyczyć?  - 

woła. 

 - Zaraz ci przyniosę. 
Anna wyciąga z szafy pastelową piżamę i zanosi Beacie. 
 -  No  tak,  wiedziałam.  -  Śmieje  się.  -  Ale  dzięki,  dobre  i 

to. 

Nagle pukanie do drzwi. To pani Hania, w podomce. 
 - Pani Aniu, ja tylko na chwilę. Była u mnie policja, ale ja 

tylko  powiedziałam,  że  widziałam  światła  w  pani  oknach, 
pominęłam fakt, że widziałam panią na podjeździe. Dobrze? 

 - Tak, dobrze, dziękuję. Proszę iść już spać, strasznie leje 

- mówi Anna. 

 - A co pani robiła na tym podjeździe? - pyta sąsiadka. 
 -  Nic,  szukałam  samochodu  męża  i  kiedy  go  nie 

znalazłam, zaraz wróciłam do domu. 

 -  Tak  myślałam.  To  dobranoc  -  żegna  się  pani  Hania  i 

odchodzi. 

Anna nie może zasnąć. W domu panuje bałagan, nieumyte 

talerze  i  garnki,  kurz...  Ma  około  dwustu  metrów 
kwadratowych,  trzeba  to  w  końcu  posprzątać,  a  pomoc 
domowa zwolniona. 

background image

14 
Czemu  jesteś  dziś  taka  smutna?  -  pyta  Michał  przy 

obiedzie. 

 - Nie jestem smutna, tylko jakaś zmęczona. 
 - Ale czym? Przecież nic nie robisz... 
 -  No,  właśnie,  może  dlatego,  może  ja  powinnam 

pracować, Michał? 

 -  Na  pewno  nie,  ja  zarabiam  wystarczająco  dużo.  Zajmij 

się czymś, szydełkowaniem na przykład. 

 - Mało ciekawe zajęcie. 
 - To zacznij biegać. Sport to zdrowie. 
 - Nie mam siły, zresztą samej mi się nie chce. 
 - No, ja biegał nie będę, mam za dużo pracy, mogę tylko 

wyjść na krótki spacer. Nudzisz się? 

 - Nie, nawet nie. Chyba nie... 
 -  Kupiłem  kilka  nowych  filmów.  Spodobają  Ci  się, 

obejrzymy? 

 - Pewnie, chętnie. 
 - Wybiorę jakiś, a potem pójdziemy spać. 

background image

15 
Anna  leży  w  ciemnościach,  wsłuchuje  się  w  deszcz  i 

patrzy  w  sufit.  Przymyka  oczy.  Deszcz  jest  taki  miarowy, 
działa  usypiająco.  Nagle  czuje  obok  siebie  Beatę,  która 
wślizguje się do łóżka. 

 - Nie mogę zasnąć - mówi. - Tak wpadłam na chwilę. 
 -  Nie,  nie!  -  Anna  wyskakuje  z  łóżka.  -  Idź  stąd!  Nie 

możesz leżeć ze mną! 

 - Ale z ciebie dziwaczka. Jakby było w tym coś złego! Już 

spadam, ale mam pomysł, zabiorę cię poza Osadę, do jakiegoś 
klubu,  zobaczysz  prawdziwe  życie.  -  Śmieje  się,  ale 
posłusznie wychodzi z pokoju. 

Anna  jest  zła,  ale  w  końcu  deszcz  ją  uspokaja.  Wreszcie 

zasypia. 

Rano Beata domaga się śniadania. 
 - Jak to nic nie masz? Nie robisz zakupów? - dziwi się. 
 - Robię tylko w sklepie rybnym - wyjaśnia Anna. 
 -  No  nieee...  To  może  pójdziemy  po  tę  rybę,  bo  jestem 

strasznie głodna. Ale ryby już mi bokiem wychodzą. 

I  idą.  Wszyscy  je  obserwują.  Kto  to  jest?  Skąd  się  tu 

wzięła? Niepokoją się. Nie powinno jej tu być. 

 - O, ktoś nowy - woła pan w sklepiku. - No nareszcie! Co 

panie potrzebują? 

 - Jakąś dobrą rybę - mówi Beata. 
 - To może flądra? Mam świeżą. 
 - Może być. - Biorą po dwa spore kawałki i wychodzą. 
W domu szybkie pieczenie w piekarniku i gotowe. 
 - Nie masz chleba? - pyta Beata. 
 - Nie jadam - odpowiada Anna. - Wiesz, dieta. 
 - Boże... Ja jem wszystko, a  jestem szczupła, masz jakąś 

manię. Tego też wymagał Michał? 

 - Tak, właściwie tak, też nie jadał chleba. 

background image

 -  Kompletna  bzdura!  U  mnie  wcinał  kanapki!  Michał  i 

kanapki? Dziwne, myśli Anna. 

 - Nie będę cię przepraszała za nocne zajście, bo dla mnie 

to normalne - mówi Beata. 

 - Jesteś biseksualna? - pyta Anna. 
 -  Czasami,  bo  niby  czemu  nie?  Ale  OK,  nie  bój  się,  nie 

jestem  nachalna.  To  co,  dasz  się  porwać  poza  Osadę?  Tu 
nawet kawiarni nie ma - nalega Beata. 

 - Dokąd? - niespokojnie pyta Anna. 
 - Zobaczysz, znam jedno fajne miejsce i to blisko stąd. 
 -  Nie  lubię  knajp.  Zanim  kupiliśmy  ten  dom,  częściej 

wychodziliśmy, ale do restauracji - mówi Anna. - W knajpach 
jest straszny hałas i tłumy ludzi. To nie dla mnie. Ale możemy 
się wybrać pojutrze, wcześniej mam jeszcze coś do zrobienia. 

 - Co mianowicie? 
 - Ze wszystkiego muszę ci się zwierzać? - pyta Anna. 
 -  Nie  musisz,  ale  myślałam,  że  wspólnie  szukamy 

Michała. 

 - W ogóle go nie szukamy, poza wizytą w banku. 
 - A co możemy zrobić? Niiic... No dobrze, będę pojutrze 

albo nawet jutro, teraz się zbieram - mówi Beata i wychodzi. 

Anna idzie do gabinetu Michała. Została jedna zamknięta 

szuflada.  Trzeba  ją  otworzyć.  Żaden  ze  znalezionych 
kluczyków  nie  pasuje.  Bierze  spory  śrubokręt  z  szafki  z 
narzędziami  i  wyłamuje  zamek.  W  szufladzie  jest  zeszyt  w 
linię. Tylko jeden! A tyle ich pisał! To ma już dwa. 

Anna  jest  smutna  i  niestety  niekiedy  nudna.  Nic  nie  robi, 

tylko  chodzi  w  tych  pastelach,  je  i  ogląda  filmy.  Rzadko 
wybiera  się  na  spacer,  a  jak  już,  to  na  krótki,  tylko  po  tej 
cholernej Osadzie. 

Robi wszystko, co jej każę, nie ma własnego pomysłu na 

życie.  Od  kiedy  mamy  ten  dom,  ona  się  zupełnie  zmieniła, 
żyje od obiadu do obiadu. Od makijażu do makijażu. Kiedyś 

background image

wspólnie  biegaliśmy,  rozmawialiśmy,  teraz,  owszem,  ja  nie 
mam na nic czasu, może to moja wina? Ale ona jest dziwnie 
ospała, nie zrobiła nawet awantury o Beatę, o której przecież 
wie  doskonale.  Czy  ona  mnie  w  ogóle  kocha?  Chyba  ma 
problemy  z  alkoholem,  tylko  to  ukrywa.  Wiem,  że  bierze 
jakieś  tabletki.  Z  kolei  Beata  nie  chce  się  ze  mną  za  często 
widywać. Twierdzi, że nie ma czasu, a ja się domyślam, o co 
jej  chodzi  -  o  rozwód.  Tylko  że  to  nie  wchodzi  w  grę.  Nie 
zostawię  Anny,  mimo  wszystko.  Nie  dałaby  sobie  rady  beze 
mnie,  a  Beata  jest  silna.  Obie  są  mi  potrzebne. Tak  strasznie 
różne  od  siebie.  Beata  też  ma  wady,  jest  zbyt  bezczelna. 
Wymagająca. Ciężko mi idzie praca, jestem przytłoczony całą 
tą  sytuacją.  Nie  znoszę  tajemnic  i  ukrywania  się,  a  muszę  to 
robić. Sam jestem beznadziejny, dostosowuję się. 

Anna  jest  zażenowana.  To  niby  była  ta  sztuka kaligrafii? 

Wieczne  narzekanie?  Zwierzał  się  zeszytom  zamiast  mnie! 
Nigdy  przy  nim  nie  piłam,  dopiero  teraz...  Skoro  tak  mu  się 
nudziło, to dlaczego nic nigdy nie powiedział? Po cholerę się 
dostosowywał?! Do mnie czy do niej? Raczej do nas obu. 

Anna  do  wieczoru  czyta  ten  zeszyt,  nic  ciekawego  poza 

narzekaniem na wszystko. Jezu, jak on udawał, jak musiał się 
męczyć?  Tylko  po  co?  W  końcu  zmęczona  odkłada  zeszyt, 
kładzie  się  w  sypialni,  z  otwartym  winem.  Popija  powoli  z 
butelki. A może on się zabił? - zastanawia się. Nie, to raczej 
niemożliwe, nie on. Wreszcie zasypia. 

Kiedy się  budzi, butelka  leży na niej, a połowa wina  jest 

rozlana. Ma mokre ubranie. 

 - Boże! 
Wstaje  szybko,  biegnie  do  łazienki,  przebrać  się  w 

szlafrok.  Pościel  i  ciuchy  wkłada  do  pralki.  Pustą  butelkę 
wyrzuca do śmietnika, w którym już jest mało miejsca. Sporo 
w nim pustych butelek. 

Bierze gorącą kąpiel, potem siada w szlafroku w kuchni. 

background image

Nigdy nie wiedziałem, co mam mówić. Zwierzanie się nie 

wchodziło  w  grę.  Miałem  być  mężem,  głową  domu,  a  nie 
jęczącym  samcem.  Utrzymywanie  domu  to  nie  problem, 
zarabiam dobrze. Gorzej z  komunikacją między mną  a  Anną. 
Znamy  się  tyle  lat,  a  nic  o  sobie  nie  wiemy.  Może  ona  ma 
jakieś problemy? Ale zawsze jest taka  nienaganna. Aż wstyd 
pierdnąć, za przeproszeniem. Jestem przytłoczony. 

Anna odkłada zeszyt, sama jest przytłoczona. To wszystko 

przez  ten  dom,  myśli...  Przedtem  śmiali  się  więcej.  Dzwoni 
komórka. To Beata. 

 - No i co, idziesz czy dalej będziesz marudziła w domu? - 

pyta. 

 -  Chyba  pójdę  -  odpowiada  Anna.  -  Nie  mam  nic  do 

roboty. O której? 

 - Przyjadę taksówką o dziewiętnastej, OK? 
 - Dobrze. 
 - Co masz taki dziwny głos? 
 - Nic, zmęczona jestem, źle spałam. 
 - Minie ci, zobaczysz - zachęca Beata. 
Anna bierze się za sprzątanie mieszkania, wszędzie pełno 

kurzu,  brudne  talerze...  Nie  idzie  jej  zbyt  dobrze,  zwykle 
robiła  to  pani  Ela.  Powoli,  powoli  robi  się  coraz  czyściej. 
Anna bierze prysznic, nie wie, w co się ubrać na ten wypad z 
Beatą. 

I  wiecznie  te  pastelowe  sukienki,  taka  czysta,  taka 

schludna,  aż  wstyd  mieć  plamę  na  spodniach.  Ubrałaby  się 
choć raz normalnie, w jakieś dżinsy, T - shirt albo w dres. 

Beata przyjeżdża ubrana w obcisłą sukienkę do pół uda i 

getry. 

 - A ty co? W szlafroku się wybierasz? - Śmieje się. 
 -  Jeszcze  nie  wiem,  co  włożę  -  mówi  Anna.  Próbuje 

dostosować  się  do  tej  nienudnej  kobiety.  Beata jej  imponuje. 
Wkłada obcisłe dżinsy i T - shirt. 

background image

 - Może być? - pyta. 
 - Od biedy tak - odpowiada Beata. - No to jedziemy. 
Klub  jest  niewielki,  głośno  gra  muzyka,  sporo  ludzi 

tańczy.  Wszyscy  piją  piwo  albo  wódkę.  Beata  zajmuje  stolik 
pod ścianą i zamawia dwa piwa. 

 - No i co? - przekrzykuje hałas. - Niefajnie? 
 - Chyba fajnie - odkrzykuje Anna. 
Beata  ciągnie  ją  na  parkiet.  Tańczą,  Anna  trochę 

nieporadnie,  Beata  świetnie.  Nagle  Anna  ma  tego  dosyć,  nie 
może  wytrzymać  tłumu  i  hałasu.  Wybiega  na  ulicę  i  wzywa 
taksówkę, jest wzburzona. Wraca szybko do domu i przebiera 
się  w  dres.  Beata  jakoś  sobie  poradzi.  Zawsze  sobie  radzi. 
Nalewa sobie kieliszek wina i wyłącza komórkę, na wypadek 
gdyby Beata zadzwoniła. Musi być wściekła, że Anna uciekła. 

Obiady są bardzo dobre, to trzeba jej przyznać. Dlaczego 

Anna  nie  ma  żadnych  pasji,  dlaczego  jest  taka  bezwolna?  Ja 
mam pasje, ale je ukrywam przed nią, bo zaraz narzekałaby na 
bałagan.  Ona  tak  strasznie  kocha  sterylność.  Tak  jak  cała  ta 
Osada.  Nigdy  niczego  nie  wymagała,  na  wszystko  się 
zgadzała,  a  przecież  ja  ciągle  byłem  zajęty.  Czy  robiła  coś 
poza przeglądaniem gazet? Muszę z nią porozmawiać, jestem 
trochę  przerażony.  Kiedyś  się  wygłupiała,  była  wesoła,  to  ta 
cholerna Osada wszystko popsuła. Niczego jej nie narzucałem, 
nie  zmuszałem.  Sama  wybrała  taki  styl  życia.  Pastelowy. 
Owszem,  zawsze  jej  powtarzam,  że  pięknie  wygląda,  bo  to 
prawda,  ale  ile  można  tkwić  w  tym  samym  ?  Chciałbym 
czasem zaszaleć, popływać w tym ciepłym morzu, a ona woli 
te swoje spacery. Po alejkach! 

Anna  pogrąża  się  w  myślach.  Wcale  taka  nie  jestem, 

gdybyś  ty  wiedział,  Michał,  gdybyś  mnie  widział  teraz! 
Pewnie  byłbyś  oburzony  brudnym  mieszkaniem,  winem, 
brakiem  rozpaczy.  Czego  ty  właściwie  chcesz  ode  mnie? 
Żebym  jaka  była?  Taka  jak  Beata?  Wszystko  akceptowałeś, 

background image

Michał, 

wszystko  ci  się  podobało.  Ja  się  tylko 

dostosowywałam. Nigdy o nic nie miałeś pretensji. Na nic nie 
narzekałeś. 

Dlaczego  są  tylko  dwa  zeszyty?  Gdzie  reszta?  Przecież 

stale coś pisał. 

Ostre  pukanie  do  drzwi.  Anna  się  wzdryga  i  idzie 

otworzyć. To Beata. 

 -  Jak  mogłaś? Trzeba  mi  było  powiedzieć!  Szukałam  cię 

po całym klubie! Uciekłaś? 

 - Niestety tak - przyznaje Anna. 
 -  Jesteś  niereformowalna  -  mówi  Beata  i  wchodzi  do 

środka bez zaproszenia. 

W salonie nalewa sobie wino z otwartej butelki. 
 - Czy ty nie za dużo pijesz? - pyta. - Przy Michale też tyle 

piłaś? 

 - Przy nim prawie wcale, kieliszek przed snem. To tylko z 

nerwów. 

 - Z nerwów czy nie, i tak dużo. 
 - Sama pijesz. 
 - Z tobą tylko, w domu raczej nie - mówi Beata. 
 - Już późno - stwierdza Anna. 
 -  Nie  musisz  mnie  wypraszać  w  taki  sposób,  wystarczy 

powiedzieć wprost. - Zżyma się. - Dopiję i biorę taksówkę. 

Po chwili już jej nie ma. 
Annie  chce  się  spać,  ale  postanawia  jeszcze  poczytać 

dziennik  Michała.  Jakie  on  ma  ładne  pismo,  i  oczywiście 
wszystko piórem. Duże przerwy między jedną linijką a drugą. 

To ja znalazłem ten dom, wydawał mi się idealny. Miejsce 

też. Dom jest piękny, Osada cudowna, do morza dwa kroki, no 
i  sklepik  ze  świeżymi  rybami.  Czegóż  chcieć  więcej?  A 
jednak coś jest nie tak. 

Beatę  poznałem  jakiś  rok  temu,  kiedy  wychodziłem  z 

pracy. Stała na parkingu, bezradna, z zepsutym samochodem. 

background image

Pomogłem  jej,  dała  mi  numer  telefonu.  Tydzień  później 
zdecydowałem  się  zadzwonić.  Wtedy  po  raz  pierwszy  się 
umówiliśmy.  Spędziliśmy  wieczór  u  niej,  zamówiłem  świeże 
ryby, by sprawić jej przyjemność. Głównie rozmawialiśmy. I 
jedliśmy. Bardzo kontaktowa i wyluzowana. Miała niewielkie 
mieszkanie  poza  Osadą,  świetnie  urządzone,  ze  smakiem. 
Można  było  wypocząć  w  jej  towarzystwie.  Urywałem  się  z 
pracy,  by  się  z  nią  spotykać,  Annie  nic  nie  powiedziałem. 
Czułem  się  winny,  ale  to  było  silniejsze  ode  mnie.  Później 
staliśmy się kochankami. Miałem ogromne wyrzuty sumienia. 
Nikomu,  nawet  jej,  o  tym  nie  mówiłem.  Chciałem  zachować 
je  obie,  pastelową  Annę  i  normalną  Beatę.  Rozwód  nie 
wchodził w grę. 

Pewnego  dnia  spytała  mnie  o  to,  czy  zostawiłbym  żonę. 

Stanowczo zaprzeczyłem. Powiedziała tylko: „ W porządku". 
Jeździłem  do  niej  dwa,  trzy  razy  w  tygodniu.  Zawsze  po 
pracy,  czasem  wcześniej.  Anna  nie  wiedziała,  do  której 
pracuję. Chodziliśmy na spacery po mieście, które było takie 
kolorowe i żywe, w przeciwieństwie do Osady. 

Prowadzę  podwójne  życie.  Nie  potrafię  z  tego 

zrezygnować.  Wiem,  że  Anna  się  domyśla,  ale  swoim 
zwyczajem  nie  mówi  nic.  Spodziewałem  się  co  najmniej 
awantury. Dziwna z niej żona. Trudna do zrozumienia. 

Trudna  do  zrozumienia?  Przecież  wszystko  było  jasne, 

proste i ułożone. 

Anna  jest  zmęczona,  oczy  jej  się  zamykają,  idzie  się 

przebrać  w  piżamę  i  kładzie  się  do  łóżka.  Wielkiego 
małżeńskiego łóżka. 

Nazajutrz rano dzwoni gliniarz. 
 - Najpierw ktoś wypłacił pieniądze z bankomatu, a potem 

wpłacił, sprawdzała pani konto? 

 -  Nie  -  kłamie  Anna.  -  To  dobra  wiadomość,  ale  kto  to 

był? 

background image

 -  Zdjęcie  jest  bardzo  nieostre,  wciąż  nie  wiemy.  Za  to 

namierzyliśmy  komórkę  Michała.  Znaleziono  ją  w  pewnym 
lokalu,  w  centrum  miasta,  jakby  zapomniał  ją  zabrać.  Kelner 
nam  ją  oddał.  Z  połączeń  niewiele  wynika,  dzwonił  głównie 
do pracy, do pani i pani Beaty, ale tylko do feralnego wtorku. 
Dwa ostatnie połączenia - z pracodawcą i z panią Beatą. Poza 
tym nic. Komórka była rozładowana, ale mieliśmy przy sobie 
ładowarkę.  Kelner  twierdzi,  że  ludzie  wciąż  gubią  komórki. 
Nie rozpoznał Michała na zdjęciu, które nam pani dała. Ale to 
nie jest aktualne zdjęcie i w tym tkwi problem. Proszę jednak 
poszukać w domu. 

 - Mam zdjęcia, ale z Beatą, są w jego komputerze. 
 -  Możemy  wyciąć  panią  Beatę,  potrzebne  jest  zdjęcie, 

nawet bardzo. 

 - Mam te zdjęcia, ale musi pan przyjść i sobie skopiować, 

chyba że ja przyniosę na pendrivie. 

 - Nie trzeba, podjadę do pani. I za godzinę już jest. 
 - Proszę mi pokazać te zdjęcia - mówi. 
 -  Dobrze,  ale  one  nie  są  bardzo  aktualne,  spotykał  się  z 

nią od roku. - Anna otwiera komputer Michała. 

 -  Lepsze  to  niż  pani  zdjęcie  sprzed  kilku  lat.  Gliniarz 

ogląda w skupieniu. 

 -  Przeniosę  je  na  swój  dysk,  dobrze?  Potem  wytnę  panią 

Beatę i będziemy mieli w miarę aktualne zdjęcie. 

I tak też robi. Kopiuje wszystkie zdjęcia. 
 - Naprawdę potrzebuje pan wszystkie te zdjęcia? To mnie 

kompromituje - mówi Anna. 

 -  Nikt  ich  nie  zobaczy,  roześlę  tylko  po  wszystkich 

komisariatach  jakieś  jedno  wybrane.  Martwię  się  o  panią  - 
dodaje nagle. 

 - A to czemu? 

background image

 -  Mam  wrażenie,  że  pani  trochę  za  dużo  pije.  -  Gliniarz 

patrzy na wpół opróżnioną butelkę. - I do tego zadaje się pani 
z kochanką męża. Obie przecież jesteście podejrzanymi. 

 - A czy ktoś jeszcze jest podejrzany? 
 - Wszyscy. Ale mniej niż panie. 
Czy ja jestem złym człowiekiem? Raczej spolegliwym. To 

pewnie  wada,  że  godzę  się  na  wszystko.  Anna  jest  piękną 
kobietą, ale Beata także. Potrzebuję ich obu. Tak się różnią od 
siebie. Żadnej  z nich bym nie wybrał. Obie  są mi  potrzebne, 
choć źle się czuję z tym podwójnym życiem. 

Do  tego  praca  mnie  rozwala,  zajmuje  mi  tak  strasznie 

dużo czasu, ale przecież muszę utrzymać dom. Anna nigdy nie 
pójdzie  do  pracy.  Bo  niby  gdzie?  Nie  znoszę  tej  pracy,  jest 
męcząca, nawet w domu muszę pracować! 

Anna...  Kiedy  się  poznaliśmy,  była  w  spódnicy  i  bluzce, 

włosy rozwiane przez wiatr od morza. Zaprosiłem ją na obiad, 
a  ona  się  zgodziła.  Jadła  niewiele,  ale  dużo  się  śmiała,  była 
taka  wesoła.  Od  razu  mi  się  spodobała.  Wkrótce 
zamieszkaliśmy  razem.  Mieszkanie  było  niewielkie,  ale 
przytulne. Anna gotowała, nie najlepiej jej to szło, ale dało się 
zjeść.  Nie  marudziłem.  Często  wychodziliśmy  do  restauracji. 
Dobrze  zarabiałem,  więc  postanowiłem  kupić  dla  nas  dom. 
Trafiłem  na  ciekawe  ogłoszenie  i  pojechałem  się  rozejrzeć. 
Idealnie.  Kupiłem  od  razu.  Anna  kazała  malarzom 
przemalować  ściany  i  sama  zaczęła  ubierać  się  w  te  pastele. 
No fakt, ładnie jej w tym, ale ile można? Żadnych dywanów, 
obrazów,  zasłon.  Jestem  przecież  alergikiem.  Sterylność. 
Szkoda, że wkradła się też w nasze relacje. 

* * * 
 - Znajdziecie Michała? - pyta Anna. 
 -  Nie  wiem  -  odpowiada  gliniarz.  -  Pełno  w  tym 

wszystkim niejasności. Jest też możliwość, że on sam odszedł. 

background image

No,  ale  musimy go znaleźć. Na plakaty na  razie zero reakcji. 
Ostatni ślad urywa się w banku. O ile to był on. 

 -  Pracuje  pan  w  policji  i  naprawdę  nie  jest  pan  w  stanie 

nic ustalić? 

 - Jak dotąd nic, jakby zapadł się pod ziemię. 
 - Dziwnie to brzmi - mówi Anna. 
 - Przesłuchamy jeszcze tego kelnera, pokazując mu nowe 

zdjęcia. Bardzo pani przykro z powodu tych fotografii? - pyta 
Marek. 

 - Nie, o dziwo nie. Zdjęcia jak zdjęcia. Trochę drażniące 

jest to, że oni są tacy... tacy... jakby zakochani - mówi Anna. 

 - A co pani wie na ten temat? 
 - Niewiele. Spotykali się, ale dla mnie był zawsze dobry i 

czuły, nie znam szczegółów ich relacji. Chyba ją lubił. A czy 
kochał? Nie wiem. Niewiele już wiem. 

 - Tak samo jak i ja, ale postaram się pani pomóc, o ile to 

możliwe - mówi Marek. 

 - Wciąż jestem podejrzana? 
 -  Niestety  tak.  Na  policji  chcą  wystąpić  o  nakaz 

przekopania  ogrodu  i  przeszukania  domu.  To  samo  dotyczy 
pani  Beaty  i  jej  mieszkania.  Niech  się  pani  nie  martwi, 
przyjdziemy po cywilnemu. 

 - Boże... 
 - Niestety, ale to chyba nieuniknione. Oczyścimy panią z 

zarzutów.  Zresztą  to  tylko  domniemania,  nie  ma  żadnych 
dowodów  na  pani  winę.  Bo  przecież  jest  pani  niewinna, 
prawda? 

 - Oczywiście, że tak! 
 - Z tym nakazem to jeszcze potrwa, ale jest to konieczne - 

mówi gliniarz. 

 - W ogrodzie mam kwiaty - żali się Anna. 
 -  Przykro  mi  -  odpowiada  Marek.  -  Musimy  to  zrobić. 

Wkrótce. 

background image

 - No dobrze, trudno, niech pan już idzie, chcę zostać sama 

- mówi Anna. 

 - Oczywiście. - Wychodzi. 
Przeszukanie  domu?  Czyli  jestem  najbardziej  podejrzaną 

osobą! No i Beata, każda z nas miała motyw. Każda z nas w 
tym dniu siedziała w domu. Nikt nas nie widział. Mnie tylko 
na  podjeździe  przed  domem.  Kiepskie  alibi.  Muszę  schować 
gdzieś zeszyt Michała. Przecież to intymne zapiski! 

Jestem  spokojnym,  zrównoważonym  człowiekiem.  Anna 

parę  razy  mnie  zdenerwowała,  ale  to  wszystko,  nie  kłócimy 
się. Co też jest trochę dziwne, przecież normalni ludzie chyba 
się czasem kłócą. To świadczy o tym, że są emocje i uczucia. 
Może  Anna  przestała  mnie  kochać,  tylko  po  prostu  nie  ma 
dokąd  pójść  i  nie  chce  rozwodu?  W  gruncie  rzeczy  ma  dość 
wygodne  życie  -  pieniądze  są,  może  robić,  co  chce,  poza 
wchodzeniem  do  mojego  gabinetu,  kiedy  pracuję.  Jestem  też 
człowiekiem  przemęczonym  i  nękanym  wyrzutami  sumienia. 
Anna  chyba  się  nudzi,  nie  wychodzimy  poza  Osadę,  do  kina 
czy restauracji. Jakoś nie mam ochoty. Kiedyś miałem... 

Nie  ma  zbyt  wielu  tych  zapisków,  zeszyt  nie  jest 

zapełniony. Ciekawe, gdzie są pozostałe? Na pewno miał ich 
kilka,  bo  pisał  codziennie.  Czyżby  zabrał  je  ze  sobą?  Tylko 
dlaczego zostawił te dwa? Dla mnie? Żebym go znalazła? No, 
ale musiałam włamywać się do szuflady. Nie, nie zrobił tego 
specjalnie,  tak  samo,  jak  nie  zostawił  specjalnie  butelek  po 
whisky.  To  raczej  roztargnienie,  może  się  spieszył.  Dokąd? 
Może chciał wyjść tylko na chwilę? Więc co się mogło stać? 
Ech, nie ma sensu się głowić i tak tego nie rozwiążę, nawet ta 
durna policja nic nie wie. 

* * * 
I  w  końcu  nadchodzi  ten  dzień.  Przyjeżdża  Marek  i 

czterech innych funkcjonariuszy. 

background image

 -  Spokojnie,  nie  zrobimy  wielkiego  bałaganu  -  mówią. 

Sąsiedzi już nie tylko rozsunęli rolety, ale po prostu 

tkwią  w  oknach.  Trzech  mężczyzn  sprawnie  przeszukuje 

dom,  dwóch  innych  kopie  w  ogrodzie.  Wszystko  zajmuje 
około  sześć  godzin.  W  piwnicy  znajdują  zeszyty  w  linię, 
schowane pod gablotami. 

 - Musimy je zabrać, to są, zdaje się, dzienniki pani męża? 
Jak mogła je przeoczyć! 
 - Tak, na co wam one? 
 -  Prowadzimy  śledztwo,  więc  każda  wskazówka  jest 

niezbędna. 

Znajdują  też  ten,  który  Anna  naiwnie  ukryła  pod  brudną 

bielizną. Na szczęście drugiego nie znaleźli. 

 - Czemu go pani schowała? 
 - To są intymne zapiski - tłumaczy się Anna. 
 -  Teraz  nie  ma  już  szans  na  nic  intymnego,  pani  Aniu  - 

mówi Marek. - Musimy wiedzieć wszystko. 

Kiedy wychodzą, ogród wygląda jak pobojowisko. Czego 

szukali?  Zwłok?  Annę  dopada  nerwowy  śmiech.  Będzie 
musiała  wezwać  ogrodnika,  nie  ma  rady.  Powoli  sprząta 
mieszkanie,  by  doprowadzić  je  do  ładu  po  robocie 
policjantów.  Niczego  nie  znaleźli,  poza  zeszytami.  Będą 
musieli mi je zwrócić! - myśli. 

Wieczorem dzwoni Beata. 
 - Też miałaś przeszukanie? U mnie nic nie znaleźli, poza 

jego  krawatem,  nawet  nie  wiedziałam,  że  go  zostawił.  A  u 
ciebie? 

 -  Tylko  jego  dzienniki,  nie  zdążyłam  ich  przeczytać,  z 

wyjątkiem  dwóch,  ale  to  dość  monotonne  zapiski.  Pisał  o 
tobie, o mnie i o tym, że jest przemęczony. Nic ciekawego tak 
naprawdę. - Anna trochę kłamie, ukrywając swoje zaskoczenie 
tym,  co  przeczytała.  -  Krawat?  -  pyta.  -  Nie  przypominam 

background image

sobie,  by  kiedykolwiek  wrócił  do  domu  bez  niego.  To  dość 
dziwne. 

 -  A  jednak  go  zostawił,  bo  ja  się  z  innymi  mężczyznami 

nie widywałam - odpowiada Beata. 

 - No cóż, w takim razie może po prostu nie zauważyłam. 

Choć to mało prawdopodobne. 

 - A mnie się coś wydaje, że ty wielu rzeczy nie widziałaś 

- mówi Beata. - Choćby te motyle... Jak można przeoczyć coś 
takiego? Przecież to było jego hobby! 

 - Wiedziałam, że coś tam robi w piwnicy, ale ja nigdy do 

niej nie schodziłam. 

 - No, a skąd je miał? 
 -  Nie  wiem,  może  kupował,  raczej  ich  nie  łapał.  Niby 

kiedy? 

 -  A  jak  przytaszczył  choinkę,  też  nie  zauważyłaś?  Nie 

uważasz, że to dziwne? 

 -  Trochę  -  przyznaje  Anna.  -  Jaki  to  był  krawat?  -  pyta 

znienacka. 

 - Elegancki, w paski, z dobrego materiału - mówi Beata. 
 -  Zwykle  ja  dbałam  o  jego  garderobę  i  takiego  sobie  nie 

przypominam.  No,  ale  Michał  miał  sporo  krawatów.  Zabrali 
go? 

 - Tak. Nie wiem po jaką cholerę. 
 - Wszystko zbierają, bo nic nie mają i nic nie wiedzą. 
 - Marna coś ta wasza policja - stwierdza Beata. 
 -  Oni  nigdy  nie  mieli  takiej  sprawy,  w  ogóle  żadnych 

spraw raczej nie mieli - mówi Anna. - To spokojne miejsce. 

 - Jeśli uciekł, to wróci, spokojnie. 
 -  Ja  już  nic  nie  wiem  -  powtarza  jak  mantrę  Anna  i 

rozłącza się. 

Jest głodna, idzie po zakupy i szybko smaży rybę. Zjada w 

pośpiechu.  Nie  wie,  co  ze  sobą  zrobić,  nie  ma  ochoty  ani 
czytać, ani oglądać filmów czy telewizji. W końcu postanawia 

background image

wyjść  na  spacer.  Dziś  jest  nieco  chłodniejszy  dzień,  więc 
wkłada  dżinsy  i  lekki  sweter.  Ledwo  wychodzi  z  domu, 
spotyka panią Hanię. 

 - A co to się działo u pani? - pyta zaciekawiona sąsiadka. 
 -  Nic  szczególnego,  policja  szukała  jakichś  śladów, 

Michał jeszcze się nie odnalazł. 

 - W ogrodzie? - docieka pani Hania. 
 - Nooo, wszędzie. Ale nic nie znaleźli. Niech się pani nie 

obawia, ja go nie zabiłam. - Anna zaczyna się śmiać. 

 -  Przecież  ja  bym  pani  nigdy  w  życiu  nie  podejrzewała! 

Nikt pani nie podejrzewa, wszyscy pani współczują. 

Akurat! - myśli Anna. 
 -  No,  dobrze,  dziękuję,  idę  się  przejść.  -  Anna  chce 

skończyć tę rozmowę, ta kobieta ją irytuje. 

 - Nad morze? - wypytuje dalej sąsiadka. 
 - Tak, nad morze. 
 - Jest pani  jedyną  osobą w Osadzie,  która  tam chodzi, tu 

wszyscy wolą te piękne alejki - mówi pani Hania. 

 -  A  ja  wolę  morze  -  ucina  Anna.  -  Idę  więc,  to  do 

zobaczenia. 

 - Podrzucę pani jakieś ciasto. I proszę się nie martwić, na 

pewno wróci! 

Nad morzem jest cudownie; czysty piasek, czysta woda. I 

faktycznie  nikogo  nie  ma.  Anna  ściąga  buty  i  brodzi  w 
wodzie.  Wieje  lekki  wiatr,  rozpuszcza  więc  włosy.  Bardzo 
przyjemnie. 

Do  domu  wraca  dopiero  po  dwóch  godzinach.  Już  się 

ściemnia. Wie, że wszyscy ją obserwują. Na pewno obgadują 
mnie  w  tych  swoich  ogrodzonych  willach,  myśli.  Tylko  jej 
dom nie ma wysokiego parkanu, ale zwykły drewniany płot. 

Kładzie się do łóżka, ale nie może zasnąć. Zastanawia się, 

co robić dalej. Może on nigdy nie wróci? Jej życie jest nudne, 
miał  rację  w  tych  swoich  zapiskach.  Nawet  nie  ma  z  kim 

background image

rozmawiać,  poza  Beatą.  Postanawia  jednak  umówić  się  z 
gliniarzem 

na 

niezobowiązującą 

kolację. 

Leży 

ciemnościach. Jeszcze jest wcześnie, ale nie ma nic do roboty. 

 - To był bardzo spokojny, miły człowiek, ona jest dziwna. 

- Słyszy czyjś głos. 

 - Tak, zmieniła się od czasu jego zniknięcia. - Inny głos. 
 - Przestała do nas pasować. - Znów ten pierwszy głos. - I 

dziwnie  się  ubiera,  jak  facet,  ten  dres!  Ostatnio  w  dżinsach 
poszła nad morze! 

 -  To  wszystko  jest  jakby  wyłomem  w  naszym  idealnym 

życiu. - Drugi głos. 

I cisza. 
Rozmawiali pod jej domem? Chcieli, by słyszała? Chyba 

nie,  przecież  ma  zgaszone  światła.  A  może  jednak  chcieli.  .. 
Nie  pasuję?  Trudno,  nie  zamierzam  się  wynosić.  Wreszcie 
zasypia. 

background image

16 
Nazajutrz dzwoni do Marka. 
 -  Chętnie  poszłabym  na  kolację,  jeśli  ma  pan  ochotę  - 

mówi. 

 -  Z  wielką  przyjemnością,  pani  Aniu.  O  której  po  panią 

przyjechać? Może być o dziewiętnastej? 

 - Może wcześniej? O osiemnastej? 
 - Zgoda, będę, do zobaczenia. 

background image

17 
Jadą do tej samej restauracji co ostatnio. Tym razem Anna 

zamawia obiad, jest głodna, nic jeszcze dzisiaj nie jadła. Ryby 
wychodzą jej już bokiem. Bierze polędwicę wołową, pieczone 
ziemniaki i sałatę. 

 -  Chyba  zamówię  to  samo  -  mówi  Marek.  -  No  i  wino  - 

dodaje. 

 - A jak pan wróci do domu? Taksówką? 
 - Tak, a samochód odbiorę jutro, zostawię na parkingu. 
 -  Ja  pana  nie  podrywam,  po  prostu  nie  mam  z  kim 

rozmawiać, poza Beatą - oznajmia nagle Anna. 

 -  Szkoda.  -  Śmieje  się.  -  Ale  rozumiem,  choć,  swoją 

drogą,  dziwi  mnie  ta  pani  znajomość  z  kochanką  męża, 
powinna ją pani nienawidzić... 

 -  Jest  ogniwem,  które  mnie  łączy  z  Michałem  -  mówi 

Anna. Nie dodaje, że Beata ją pociąga jako osoba, którą sama 
chciałaby  być.  -  Właściwie  nic  o  panu  nie  wiem,  opowie  mi 
pan coś poza tym, że pracuje w policji? 

 -  Mam  żonę,  ale  nie  układa  się  nam  zbyt  dobrze,  i  dwie 

córki.  Dają  popalić,  jak  to  nastolatki.  Żonaty  jestem  od 
parunastu  lat, a  mam  czterdzieści  jeden.  Kiedyś było  dobrze, 
ale  żona  stała  się  obojętna,  ja  też  chyba  zwątpiłem  w  to 
uczucie.  Kiedyś  byliśmy  w  sobie  zakochani,  ona  zaszła  w 
ciążę, więc wzięliśmy ślub, klasyka - mówi gorzko. 

 - Nie myślał pan o rozwodzie? 
 -  Nie,  w  życiu.  Chyba  by  mnie  wszyscy  potępili,  tak  to 

już  tu  jest,  nawet  jak  są  w  związku  niesnaski,  to  nikt  się  nie 
rozstaje. 

Anna streszcza mu rozmowę, którą słyszała w nocy. 
 - No tak, nie pasuje pani, bo nie jest singielką, tylko żoną 

zaginionego męża, do tego podejrzaną, ale ja bym się tym nie 
przejmował, na ostracyzm pani nie skażą. 

background image

 -  Sama  nie  wiem,  wczoraj,  idąc  nad  morze,  minęłam 

sąsiada z pieskiem, nie powiedział mi „dobry wieczór", tylko 
jakoś uciekł oczami w bok - opowiada Anna. 

 -  Zawsze  jeden  taki  się  znajdzie,  ja  bym  się  nie 

przejmował - twierdzi Marek. 

Podają kolację. Jedzą w milczeniu. Potem piją wino. 
 - Czytacie dzienniki Michała? - nagle pyta Anna. 
 -  Tak,  ale  nie  ma  w  nich  niczego  konkretnego,  głównie 

użalanie się. Chyba nie było między wami za dobrze... 

 -  Wydawało  mi  się,  że  było  idealnie,  ale  teraz  już  sama 

nie wiem, czytałam dwa zeszyty. 

 -  Skoro  miał  kochankę,  to  logiczne,  że  szukał  czegoś 

innego - mówi Marek. - Sam się nad tym zastanawiałem, bo z 
żoną nie mam o czym rozmawiać, ale trudno byłoby to ukryć 
w Osadzie, a jak dotąd tylko jedna kobieta mi się spodobała. 

Anna się czerwieni, wie, kogo ma na myśli gliniarz. 
 -  Ale...  oni  wszystko  wiedzą,  rozpętałaby  się  burza  - 

mówi. 

 -  Taka  szkoda,  choć  wiem,  że  to  chyba  jednostronna 

fascynacja. Czemu się pani ze mną umówiła? 

 - Już powiedziałam, nie mam z kim rozmawiać. Sąsiadka 

jest  wścibska  i  głupia,  a  nie  mogę  gadać  tylko  i  wyłącznie  z 
Beatą.  Potrzebuję  czasem  jakiejś  odmiany.  A  pana  nawet 
lubię. 

 - Nawet? Anna się śmieje. 
 - Po prostu lubię, jest pan otwarty i miły. 
 - Dziękuję - mówi Marek. 
 -  W  jakich  sukienkach  chodzi  pana  żona?  -  pyta  nagle 

Anna. 

 - W jakichś jasnych, ona lubi jasne kolory - odpowiada. - 

A czemu pani pyta? 

 - A tak jakoś, to nic takiego. 

background image

 -  Czytałem  dziennik  Michała,  chyba  więc  wiem,  skąd  to 

pytanie. 

 -  No,  to  już  sporo  pan  wie  o  mnie,  choć  ja  wcale  nie 

narzucałam  tych  pasteli,  wydawało  mi  się  raczej,  że  to  on  je 
chciał. Sprawiał wrażenie zadowolonego. Zaskoczyło mnie to, 
co przeczytałam w tym jednym zeszycie. 

 -  Jeden  z  policjantów  pojechał  do  tego  kelnera.  -  Marek 

zmienia  temat.  -  Z  nowym  zdjęciem  może  się  czegoś 
dowiemy. 

 -  Wiem,  przyjmuję  taką  możliwość.  A  te  plakaty?  Zero 

odzewu? 

 -  Też  je  zmienimy,  damy  nowsze  zdjęcie,  jak  dotąd  nikt 

się nie odezwał - mówi gliniarz. 

Powoli kończą wino. Kolacja była bardzo dobra. 
 - Czy jeszcze kiedyś to powtórzymy, pani Aniu? Ze mną 

może pani zawsze porozmawiać, jestem do usług. 

 - Dziękuję, pewnie się odezwę. Jedziemy? 
 - Tak. 
Marek  wzywa  taksówkę  i  podwozi  Annę.  Wścibska 

sąsiadka gapi się przez rozsunięte rolety. 

 - To był miły wieczór, dziękuję - mówi Anna. 
 - To ja dziękuję i proszę o więcej. - Marek się śmieje. 
 -  Nie  będzie  pan  miał  w  pracy  kłopotów  z  powodu  tych 

spotkań? 

 -  Na  razie  nikt  nic  nie  wie  -  odpowiada.  -  Nie  dowiedzą 

się. 

 - No, dobrze, dobranoc. 
Anna znowu nie może zasnąć, więc bierze tabletki na sen. 

Wciąż ma kilka, ale wkrótce trzeba będzie jechać do lekarza. 
Dobrze, 

że 

ma 

jeszcze 

pieniądze, 

przecież 

jest 

nieubezpieczona,  a  prywatni  lekarze  są  drodzy.  Ma  takiego 
jednego  psychiatrę,  sto  pięćdziesiąt  złotych  za  dwie  minuty 
wizyty.  Przepisuje  tylko  receptę  i  to  wszystko,  ale 

background image

przynajmniej nie marudzi i nie zadaje pytań. Właściwie to ma 
dwóch  stałych  lekarzy,  bo  tabletek  zazwyczaj  jej  nie 
wystarcza,  już  się  uodporniła.  Prawdopodobnie  jest  od  nich 
uzależniona. 

Miły  ten  gliniarz,  myśli,  chętnie  spotykałabym  się  z  nim 

częściej,  ale  to  niebezpieczne.  No  i  żonaty.  A  ja  wciąż  mam 
męża. Znów te myśli, już raz ją nawiedziły. Wreszcie zasypia. 

Kiedy wstaje, jest prawie czternasta. Wzięła chyba o jedną 

tabletkę  za  dużo.  Boli  ją  głowa.  W  kuchni  wypija  duszkiem 
szklankę wody. Kiedy do drzwi puka pani Hania, Anna wciąż 
jest w piżamie, z włosami w nieładzie. Otwiera jednak. 

 -  Upiekłam  ciasto,  tym  razem  sernik,  i  przyszłam  się 

podzielić - woła radośnie, ale  mierzy Annę wzrokiem z  góry 
na dół. 

 - Dziękuję, nie trzeba było. - Anna bierze kawałek ciasta. 
 - Ależ trzeba, trzeba. Ktoś musi się tu o panią troszczyć. 

A co będzie z pani ogrodem? Wygląda strasznie - mówi pani 
Hania. 

 -  Mam  zamiar  wezwać  ogrodnika  i  wszystko  wróci  na 

swoje miejsce. 

 -  Dobrze  by  było,  bo  dziwnie  to  wygląda  -  stwierdza 

sąsiadka. 

Anna ma jej dosyć, ale stara się być miła. 
 - Raz jeszcze dziękuję, pani Haniu. A teraz przepraszam, 

ale chciałabym wziąć kąpiel - mówi. 

 -  Oczywiście,  już  nie  przeszkadzam.  Smacznego!  - 

Sąsiadka odchodzi. 

Anna z chęcią zjada ciasto i popija kawą. Nie ma pojęcia, 

co zrobić na obiad, a nie ma ochoty zamawiać zakupów przez 
Internet.  Nie  ma  w  pobliżu  żadnych  sklepów,  poza  tym  z 
rybami. Dzwoni do Beaty. 

background image

 -  Część,  słuchaj,  nie  wybrałabyś  się  ze  mną  na  zakupy? 

Nie mam w domu nic do jedzenia, a ryb już mam dość - żali 
się. 

 -  Czemu  nie.  Znam  jeden  niezły  sklep,  akurat  się  nudzę, 

bo  mam  teraz  urlop,  więc  mogę  podjechać  za  dwadzieścia 
minut, OK? 

 - Zgoda, to ja czekam. 
Anna szybko kończy ciasto i wybiera luźne spodnie i T - 

shirt. Pogoda jest typowo letnia. Zakłada też ciemne okulary i 
bierze torbę na zakupy. Beata jest punktualnie. 

 - No to co? Gotowa? - pyta. 
 - Tak, jedźmy. Daleko to jest? 
 -  Nieee,  kawałek  za  Osadą,  dobry,  przyjazny  klientowi 

sklep, nie hipermarket, ale wybór spory. 

Faktycznie  sklep  jest  porządny.  Anna  robi  duże  zakupy  - 

mięso, warzywa, owoce, kawa, herbata... 

 - A ty nic nie kupujesz? - pyta Beatę. 
 - Raczej nie. Tylko wino, dzisiaj ja stawiam. 
 - Nie trzeba, mam jeszcze w domu. 
 - Nie szkodzi, chcę postawić i tyle. 
W  domu  rozpakowują  zakupy,  Anna  chowa  do  lodówki 

mięso i warzywa, ma wreszcie jakiś zapas. 

 - Mogę zapalić papierosa? - pyta Beata, otwierając wino. 
 - To ty palisz? 
 - Tak, ale bardzo mało, podobnie jak Michał. Anna  staje 

jak wryta. 

 - Michał nigdy nie palił! - mówi. 
 -  U  mnie  palił,  ale  góra  jednego  papierosa,  nie  więcej. 

Brał ode mnie, sam nie kupował. 

 - A ja nawet nigdy nie wyczułam od niego dymu... 
 - Ja już się nie dziwię. Kompletnie go nie znałaś - mówi 

Beata i nalewa wino do kieliszków. 

background image

Siadają  na  kanapie.  Beata  pali  papierosa,  cienkiego  i 

mentolowego. 

 - Jak właściwie się poznaliście? - pyta Anna. 
 -  No  cóż,  Michał  jest  analitykiem  finansowym  i  tak  się 

składa,  że  ja  również,  tylko  pracujemy  w  konkurencyjnych 
firmach.  I  pewnego  dnia  miało  dojść  do  fuzji  i  mieliśmy 
zebranie na szczycie, wtedy go poznałam. 

Dlaczego w dziennikach skłamał? - myśli Anna. 
 - Od razu cię poderwał? 
 -  Po  prostu  zaprosił  mnie  na  kawę,  byłam  najbardziej 

wygadaną osobą na tym spotkaniu, chciał się zagłębić w temat 
-  opowiada  Beata.  -  Poszliśmy  do  kawiarni,  on  wziął  moją 
wizytówkę, potem zadzwonił i jakoś tak się stało, no, wiesz... 

 - To znaczy, że na drugim spotkaniu poszliście do łóżka? 

- pyta Anna. 

 - Naprawdę chcesz znać szczegóły?! 
 - Tak, naprawdę. 
 - Na trzecim spotkaniu - odpowiada Beata. - Ale pocieszę 

cię,  on  nigdy  mi  nie  powiedział,  że  mnie  kocha.  Nigdy,  ani 
razu.  Nawet  nie  mówił  o  zakochaniu.  To  był  czysty  układ, 
głównie chciał się wygadać, no i seks, skoro tak bardzo chcesz 
wiedzieć. 

 -  Nie  dziwię  się,  ostatnio  rzadko  sypialiśmy  ze  sobą. 

Kiedy ja się kładłam, on jeszcze stukał w klawiaturę. Szybko 
zasypiałam,  a  kiedy  się  budziłam,  już  go  nie  było  -  mówi 
Anna. 

 - I nie miałaś żalu? 
 - Jakoś nie, przyzwyczaiłam się. 
 -  Ty  chyba  jesteś  w  stanie  do  wszystkiego  się 

przyzwyczaić. 

 -  Po  prostu  staram  się  nie  mieć  pretensji  do  innych  i  do 

świata - tłumaczy Anna. 

background image

 -  Raczej  wygląda  na  to,  że  nie  masz  żadnych  wymagań, 

żadnych  potrzeb  -  twierdzi  Beata.  -  Trochę  jak  te  lalki  na 
sznurkach, taka z ciebie kukiełka. 

 -  Hm...  ale  teraz  żyję  sama,  mogę  robić,  czego  dusza 

zapragnie,  i  sama  nie  wiem,  co  chcę  robić  -  żali  się  Anna.  - 
Mogę  pić  do  woli,  mogę  nie  sprzątać,  ale  jaki  ma  to  sens? 
Wegetuję.  Te  dzienniki  Michała  trochę  mnie  przeraziły  - 
dodaje. - Jakie to dziwne, że on zamiast mi powiedzieć, jakie 
ma  pretensje,  wolał  je  kaligrafować.  To  smutne.  Mógł  mi 
powiedzieć, co go drażni. 

 -  Widocznie  stwarzałaś  jakąś  barierę  -  twierdzi  Beata.  - 

Ze  mną  był  szczery.  Tak  mi  się  wydaje.  A  ja  umiem 
rozpoznać  szczerych  ludzi.  Mówił,  co  go  boli,  co  mu 
przeszkadza. O tobie rzadko, jak już ci wspominałam, raz czy 
dwa, że się zmieniłaś na gorsze. 

 -  Czytałam  o  tym  w  jego  dzienniku  -  gorzko  potwierdza 

Anna. 

 - Masz do niego żal - stwierdza Beata. 
 -  Tak,  mam.  O  to,  że  nic  mi  nie  powiedział.  Mogło  być 

inaczej,  ale  on  wolał  się  zamykać  w  gabinecie  i  spotykać  z 
tobą. Gdyby ze mną choć raz szczerze porozmawiał... 

 - To twoja wina, moja droga, stwarzałaś sytuację, w której 

on nie czuł się sobą. 

 - Nigdy tego nie zauważyłam, a i on nigdy nie dał mi nic 

do zrozumienia. Chodziliście gdzieś razem? 

 -  Czasami  do  restauracji  albo  klubu.  Tego,  z  którego 

uciekłaś.  -  Beata  się  śmieje.  -  Wydelikacona  jesteś.  Brak  ci 
ludzi, spotkań, trochę szaleństwa w życiu. 

 - Możliwe. Dużo rozmawialiście? 
 -  O,  tak.  Michał  sporo  opowiadał,  ale  głównie  o  pracy, 

mamy w końcu podobną. Miałam nawet przejść do jego firmy, 
ale, szczerze mówiąc, moja jest lepsza na rynku. Może jeszcze 
dojdzie do tej fuzji, kto wie, coś tam kombinują. 

background image

 - Czyli pracowalibyście razem? 
 -  Wtedy  tak,  ale  to  ogromna  firma  -  tłumaczy  Beata.  - 

Poza  tym  on  się  nie  pojawił  w  pracy  od  środy,  a  ma 
decydujący głos i teraz nic nie wiadomo. Wszyscy w firmie są 
zaniepokojeni, widzieli plakaty. 

 -  Nie  wiesz,  czy  wymienili  je  już  na  te  z  nowszym 

zdjęciem? 

 - Owszem, wiem, do cholery! Wycięli mnie Photoshopem 

i  dali  tylko  jego.  Dodatkowo  wciąż  mnie  dziwi,  po  cholerę 
zabrali krawat. Będą badali odciski palców, czy co? Wiadomo, 
że są i moje, i jego. I niby o czym to świadczy? 

 -  Nie  wiem,  ale  każdy  jest  podejrzany,  a  najbardziej  my 

dwie, bo widziałyśmy go jako ostatnie. 

 -  Tego  nie  wiadomo,  mógł  się  z  kimś  spotkać  przecież, 

jak wyszedł ode mnie - mówi Beata. 

 - Ty byś mu nic nie zrobiła, prawda? 
 -  Zwariowałaś?!  Ja  miałam  z  nim  wręcz  idealnie.  I  nie 

chciałam  wcale  waszego  rozwodu.  Lubię  swoje  życie.  Facet 
na  stałe  wprowadziłby  chaos  i,  nie  daj  Boże,  dyscyplinę!  - 
mówi  Beata.  -  Wolę  luźne  związki,  kiedy  stają  się  stałe, 
wszystko się zmienia, zazwyczaj na gorsze. Coś jak u was. 

 - To nie ja nalegałam na ślub, oboje tak postanowiliśmy - 

twierdzi Anna. - Jakoś z rok po poznaniu się. 

 -  Z  tego,  co  wiem,  poznaliście  się  bardziej  romantycznie 

niż my. 

 -  Tak,  na  plaży.  Ja  akurat  byłam  na  wakacjach,  on  w 

delegacji  służbowej.  Siedzieliśmy  blisko  siebie,  on  sam  i  ja 
sama,  i  nagle  zaprosił  mnie  na  obiad.  Był  taki  przystojny.  .. 
Zgodziłam się. 

 - Nie chcieliście mieć dzieci? 
 - O nie, ani ja, ani on, a przynajmniej tak twierdził - mówi 

Anna. 

 - A zwierzęta domowe? 

background image

 - Ja bardzo chciałam mieć kota, ale Michał się sprzeciwił, 

mówił,  że  za  dużo  sierści  na  meblach  i  smród,  więc 
zrezygnowałam. Może teraz sobie sprawię? 

 - A jak on wróci? 
 - No to co z tego? Mam prawo, skoro uciekł! 
 - Wreszcie zachowujesz się jakoś rozsądnie, jak kobieta, a 

nie  manekin  -  stwierdza  Beata  i  zaczyna  się  śmiać.  Anna  jej 
wtóruje, jest już na lekkim rauszu. 

Kobiety  decydują,  że  czas  iść  spać,  sporo  wypiły,  a  już 

późno. Anna pokazuje Beacie pokój gościnny, choć ta dobrze 
go już zna. Sama przebiera się w piżamę i kładzie bez mycia 
się.  Rano  się  umyję,  stwierdza.  Słyszy,  jak  Beata  w  łazience 
puszcza wodę, myje się, to ją uspokaja i usypia. 

 -  No,  to  wreszcie  możemy  zjeść  śniadanie!  -  woła  rano 

Beata na widok Anny. 

 - Poczekaj, tylko się umyję. 
 - Ja zrobię - stwierdza Beata. 
Stos kanapek i gorąca kawa czekają na stole w kuchni. 
 -  Narobiłaś  jak  dla  wojska!  Ale  głodna  jestem  -  mówi 

Anna z uśmiechem. 

Obie jedzą. 
 - A jajecznicy nie chcesz? - pyta Beata. 
 - Nie, chyba nic już nie wepchnę w siebie. 
 - A ja tak, z kiełbasą i pomidorami. - I już zabiera się do 

gotowania. 

Jaki  przyjemny  zapach,  myśli  Anna,  i  oczywiście  zjada 

jajecznicę. Jest taka pyszna. 

 - Gotowałaś mu? - pyta. 
 -  Czasami,  rzadko,  zwykle  jadaliśmy  wspólnie  późny 

obiad. Co on ci mówił? Że się zasiedział w pracy? 

 - Tak. 
 - Typowe. 
 - Kto gotował? 

background image

 -  Ja,  ale  Michał  czasami  pomagał  na  przykład  pokroić 

warzywa czy mięso... 

 - U mnie w domu nic nie robił, czekał na efekt i schodził 

na obiad, nigdy sam niczego nie ugotował. 

 -  A  u  mnie  raz  zrobił  spaghetti,  sam  z  siebie  -  mówi 

Beata.  -  Nawet  dobre  było.  Nawalił  pomidorów,  bazylii  i 
bakłażana. - Śmieje się. 

 - No tak, on lubił lekką kuchnię. 
 -  Pamiętam,  jak  kiedyś  wpadł,  a  ja  jadłam  parówki, 

strasznie mnie zbeształ. - Beata znowu się śmieje. 

 -  No,  coś  takiego  było  w  naszym  domu  absolutnie 

zakazane. - Nagle Anna zmienia temat: - Może powinnam iść 
do pracy? Ale ja  się  nie nadaję... Najpierw rodzice  przysyłali 
mi  pieniądze  z  Australii,  a  potem  poznałam  Michała  i  to  on 
nas  utrzymywał.  Miałam  na  dom,  ciuchy,  kosmetyki.  A  jeśli 
on nie wróci? 

 - To zaczniesz żyć jak osiemdziesiąt procent ludzi w tym 

kraju, o ile nie więcej, oszczędzając na wszystkim, co się da - 
mówi Beata. - A do pracy raczej się nie nadajesz. Musiałabyś 
sprzedać ten dom i kupić sobie małe mieszkanie poza Osadą. 

 -  Tego  nawet  sobie  nie  wyobrażam.  -  Krzywi  się.  - 

Zresztą są jeszcze pieniądze na lokatach. 

 - Nie mam innego pomysłu na życie dla ciebie, ale wciąż 

uważam,  że  on  wróci  i  będzie  po  staremu  -  twierdzi  Beata  i 
powoli się zbiera. Dzwoni po taksówkę i po chwili jej nie ma. 

background image

18 
Pani  Hania  siedzi  w  swojej  ciepłej  i  pachnącej  ciastami 

kuchni,  i  rozmyśla.  Przecież  widziałam,  jak  wieczorem 
chodziła  po  podjeździe  i  ogrodzie.  Kręciła  się,  szukała,  coś 
robiła. Światło długo się paliło w jej domu. Może powinnam 
jednak  powiedzieć  o  tym  policji?  Zatajanie  takich  rzeczy  też 
jest  przestępstwem.  Powiem,  że  sobie  nagle  przypomniałam. 
Noszę jej te ciasta, ale mam masę wątpliwości. Chyba go nie 
zamordowała, jest taka wątła i krucha, choć w filmach i takie 
kobiety  potrafią  zabić.  Wydawali  się  idealną  parą,  choć  ona 
jest nieco wyniosła. Tak, lepiej powiem policji. 

background image

19 
Rano  Anna  wzywa  ogrodnika,  trzeba  uporządkować 

ogród. 

 - O Jezu, ale tu roboty. - Ten niemal załamuje ręce. - No 

dobrze, doprowadzimy to do ładu. 

Zabiera  się  do  pracy.  Część  kwiatów  trzeba  niestety 

wyrzucić,  inne  posadzić  na  nowo,  no  i  wyrównać  teren.  Na 
szczęście  Anna  nigdy  nie  miała  wielkiego  ogrodu,  nie  lubiła 
prac przy kwiatkach ani grzebania w ziemi. Ot, kilka rabatek. 
Wieczorem  praca  jest  skończona,  ogród  przywrócony  do 
dawnego  stanu.  Anna  płaci  ogrodnikowi  i  wychodzi  na 
zewnątrz.  Przechadza  się  po  tym  niewielkim  ogrodzie, 
sprawdza  kwiaty,  podlewa.  Jeszcze  ten  krzak  dzikiej  róży, 
który  niedawno  przyniosła,  tak  pięknie  się  rozrasta.  Dziwne, 
ale  policjanci  go  nie  rozkopali.  To  partacze,  myśli  Anna, 
nigdy nie mieli takiej sprawy, nigdy nie zajmowali się niczym 
poza piciem kawy w pracy. 

Robi  sobie  śniadanie,  wreszcie  ma  normalne  jedzenie  w 

domu.  Zjada  biały  ser  z  rzodkiewką  i  kromkę  ciemnego 
pieczywa.  I  tak  ciągnie  ją  do  sklepiku  z  rybami,  bo 
sprzedawca wydaje się jej taki, taki... normalny, jakby nie był 
z Osady. Wybiera się więc na spacer. Jest upał, dlatego, chcąc 
nie chcąc, wkłada pastelową sukienkę. Ale nie robi makijażu. 
Nie spina też włosów, lekko opadają na ramiona. 

Pan w sklepiku siedzi sam, jak zawsze, i czyta książkę. 
 - Co pan czyta? 
 -  A,  taką  powieść  Iana  McEwana,  tytuł  „Sobota". 

Ciekawie  pisze  -  odpowiada  sprzedawca.  -  Mam  nadzieję,  że 
coś pani kupi. Czy tylko tak pani zajrzała? 

 -  Tak  tylko,  ale  kupię.  Może  kawałek  karpia,  jakiś  fajny 

filet, OK? 

 -  Nie  ma  sprawy,  już  się  robi.  Lubi  pani  tłuste  ryby,  tak 

jak pani mąż. A propos, wiadomo coś? 

background image

 - Niestety, nic - stwierdza Anna. 
 - No to kiepsko. Dziwne, że tak nagle zniknął, oj, dziwne 

- mówi sprzedawca, pakując rybę. 

 -  Wszystko  jest  teraz  dziwne  -  odpowiada  Anna.  -  Dalej 

nikt pana nie odwiedza? 

 -  Ano  nikt,  raz  tylko  była  tutaj  pani  sąsiadka,  ale  nic  nie 

kupiła,  stwierdziła,  że...  śmierdzi  rybami.  -  Sprzedawca  się 
śmieje. - Dla mnie ryby pachną. 

 - Dla mnie też - mówi Anna. - Uwielbiam je, byle nie w 

nadmiarze. 

 -  To  jak  ze  wszystkim,  pani  Aniu.  Dziękuję  za  wizytę  i 

zakupy. 

 - Do widzenia. 
Nie wie, po co kupiła tego karpia, lodówkę ma wypchaną 

po  brzegi,  ale  uwielbia  tłuste  ryby,  więc  chyba  się  skusi. 
Chciała też zrobić przyjemność sprzedawcy. 

Kiedy  chowa  rybę  do  lodówki,  dzwoni  komórka,  to 

Marek. 

 -  Przyjdzie  pani  na  komisariat  czy  ja  mam  przyjść  do 

pani? - pyta. 

 - Stało się coś? 
 - Właściwie nie, ale mam pewne pytanie. 
 - Wolałabym, żeby pan przyszedł do mnie - mówi Anna. - 

Nie mam ochoty iść na komisariat. 

 - Dobrze, będę za godzinę, zgoda? 
 - Tak. 
Anna  przebiera  się  w  sukienkę  i  robi  dyskretny  makijaż. 

Nie wie dlaczego, ale chce się podobać temu facetowi. 

Wykłada  na  talerz  resztę  ciasta  od  sąsiadki.  Wreszcie 

Marek przyjeżdża. 

 - Proszę wejść. Zrobić kawę? 
 - Chętnie - odpowiada. 

background image

Anna  szybko  nastawia  ekspres  i  robi  dwie  małe  kawy, 

ciemne  i  mocne.  Podaje  też  ciasto,  ale  gliniarz nie  je.  Popija 
tylko z filiżanki. 

 -  Była  u  nas  pani  sąsiadka,  twierdzi,  że  widziała,  jak 

wieczorem,  w  dniu  zniknięcia  Michała,  chodziła  pani  po 
podjeździe i po ogrodzie. Co pani tam robiła? 

 - Szukałam męża i jego samochodu - odpowiada Anna. 
 - W ogrodzie? 
 -  Też.  Nawet  pod  łóżko  zajrzałam,  byłam  w  szoku  - 

przyznaje się Anna. 

 - Cóż, nie wygląda pani na zszokowaną, ale może wtedy 

rzeczywiście pani była. 

 - Byłam, przecież nie wrócił na noc. 
 -  Same  niejasności  i  cisza,  on  chyba  już  nie  wróci  - 

stwierdza nagle wyraźnie zmęczony policjant. Zjada kawałek 
ciasta. - Dobre, to pani piekła? 

 - Nie, to ta sąsiadka, która do was przyszła - mówi Anna z 

przekąsem. - Tu ciasta, a tam donosy. 

 - To nie donos, nie chciała zatajać prawdy. 
 - Ja to inaczej odbieram - wyznaje Anna. - Mogła od razu 

wszystko powiedzieć, a teraz co? Naszły ją wyrzuty sumienia? 

 - Nie wiem, chyba się przestraszyła. Niepokoi mnie fakt, 

że kręciła się pani po ogrodzie. 

 - Przecież gdyby doszło do czegoś, to widziałaby pewnie 

coś więcej, czyż nie? 

 -  Niekoniecznie,  poszła  spać  o  północy,  twierdzi,  że 

wtedy wciąż miała pani zapalone światło w domu. 

 -  Bo  się  upiłam,  wypiłam  whisky  -  mówi  Anna  -  i 

zasnęłam z głową na biurku Michała. 

 -  No,  dobrze,  ale  martwi  mnie  to  wszystko  -  stwierdza 

Marek.  -  Staram  się  panią  chronić,  proszę  mi  wierzyć.  Lubię 
panią. 

 - Dziękuję - mówi Anna, spokojnie popijając kawę. 

background image

 -  To  chyba  wszystko,  zapiszę to  w  raporcie.  Dziękuję  za 

kawę - mówi Marek i wychodzi. 

Anna  jednak  smaży  karpia.  Zapach  ryby  jest  kojący, 

przywodzi  na  myśl  pana  ze  sklepiku.  Nie  ma  zbyt  wielu 
znajomych  poza  Beatą,  gliniarzem  i  owym  sprzedawcą.  Z 
nikim  w  Osadzie  się  nie  przyjaźniła.  Michał  jej  wystarczał. 
Zastanawia się, czy by stąd nie uciec, ale przecież nie poradzi 
sobie  poza  Osadą.  A  wyjechać  i  tak  nie  może,  bo  jest 
podejrzaną. 

Pani  Hania,  ta  cholerna  donosicielka,  znowu  zmienia 

wystrój  domu.  Właśnie  podjechało  wielkie  auto  z  meblami. 
Stare  pewnie  zabiorą.  Nie  wpadnie  jej  do  głowy,  by  oddać 
cokolwiek  biednym,  woli  wyrzucić.  Ona  tylko  maniakalnie 
piecze ciasta. 

A ten z prawej, pan Franek, zdaje się, nic tylko kosi trawę, 

jakby  od  tego  zależało  jego  życie.  I  jeszcze  spaceruje  z  tym 
swoim koszmarnym yorkiem z kokardką. Zwykle witamy się 
uprzejmie, mijając się na alejce, myśli. Nigdy słowa z nim nie 
zamieniłam. Ciekawe, co on zeznał na policji? 

Chyba widział mnie na podjeździe, o ile dobrze pamiętam. 

To ta wścibska baba wypaplała o ogrodzie. No cóż, szukałam 
go wszędzie, czemu by nie w ogrodzie? 

Anna przypomina sobie zapis z dziennika Michała: 
Była mi wierna jak pies, tak przynajmniej uważam, a ja ją 

zdradziłem.  No,  ale  nie  mogłem  inaczej.  Potrzebowałem 
odmienności,  jakiejś  odskoczni.  Dlaczego  taka  monotonia 
wdarła  się  w  nasze  życie?  Może  to  moja  wina?  Cały  czas 
zajmowałem  się  pracą,  fuzją  dwóch  firm,  no  i  poznałem 
Beatę. 

Męczy  ją  to.  Idzie  do  gabinetu  Michała,  liczy  pióra,  jest 

jedenaście. To jedno zgubione, znalezione w piwnicy, włożyła 
z  powrotem  do  pudełka.  Nic  się  nie  zmieniło  w  komputerze, 
głównie zapiski o pracy, jakieś analizy finansowe i te zdjęcia z 

background image

Beatą.  Nic  więcej.  Przegląda  jeszcze  jego  teczki.  O!  Jest 
jeszcze jedno konto, i to wspólne. Zaraz sprawdzi, ile jest tam 
pieniędzy. Czemu nic nie mówił? Pewnie oszczędzał na nasze 
przyszłe  życie,  myśli.  Wpisuje  dane  do  komputera.  Sporo 
pieniędzy,  to  dobrze,  nie  musi  szukać  pracy  przynajmniej 
przez rok. 

Dzwoni Beata. 
 - I co tam robisz? 
 - Właściwie nic - odpowiada Anna. 
 -  Czyli  jak  zwykle.  -  Beata  się  śmieje.  -  Może  jednak 

gdzieś wyskoczymy? Wytrzymasz tym razem? 

 - Chyba tak, mam dość dobry humor. 
 - A czemuż to? 
 -  A  tak  jakoś,  bez  powodu.  -  Anna  nie  zamierza  mówić 

Beacie o pieniądzach. 

 - Znam inny klub, mniej ludzi, ale muzyka dobra, to jak? 
 - OK, pójdziemy - mówi Anna. 
 -  To  ja  około  osiemnastej  przyjadę  po  ciebie  taksówką, 

zgoda? 

 - Zgoda. 
Anna  bierze  kąpiel  i  szuka  odpowiednich  ciuchów. 

Zakłada obcisłe dżinsy i krótką koszulę. Włosy spina w kucyk. 
Wygląda młodzieńczo i ładnie. 

Dzwoni Marek. 
 -  Ktoś  go  chyba  widział,  ale  nie  jest  pewien.  Był  w 

garniturze i w tym samym krawacie, który znaleźliśmy u pani 
Beaty. 

 -  To  raczej  niemożliwe,  on  miał  mnóstwo  krawatów,  ale 

nie identycznych. Skąd wiadomo, że to on? 

 - Pewności nie mam. Świadek twierdzi, że widział kogoś 

podobnego w chińskiej restauracji. Jeszcze tam pojedziemy. 

 - No dobrze, dziękuję za informację. 

background image

Anna  chce  zrobić  sobie  makijaż,  nieco  ostrzejszy  niż 

zazwyczaj, taki do klubu. Ale wcześniej postanawia sama iść 
do sąsiadów i dowiedzieć się, co właściwie widzieli. 

Najpierw odwiedza panią Hanię. 
 - Pani Ania, jak miło! 
 - Przyszłam w konkretnej sprawie - mówi Anna. 
 - Ależ oczywiście, zapraszam, zapraszam. 
W  kuchni  pani  Hania  robi  kawę  i  -  oczywiście  -  podaje 

ciasto. 

 -  Co  pani  właściwie  widziała  w  tamten  wtorek,  pani 

Haniu? 

 - Jest pani zła, że byłam na policji? 
 - Nie, skądże, po prostu chcę wiedzieć. 
 -  Widziałam,  jak  pani  mąż  jak  zwykle  odjechał 

samochodem  do  pracy,  a  potem  wieczorem  chodziła  pani  po 
podjeździe  i  ogrodzie,  dość  długo.  Chyba  późno  poszła  pani 
spać, bo jak ja się kładłam, około północy, u pani jeszcze się 
paliło światło - mówi pani Hania. - I to tyle. 

 - A co robiłam według pani? 
 - Nie wiem, kochana, nie wiem. Pewnie go szukałaś. 
 - W ogrodzie? 
 - No cóż, moja droga, byłaś w szoku. Może myślałaś, że 

się ukrył przy krzaku róży, przy którym dość długo stałaś. 

 -  Dobra  obserwacja,  gratuluję.  A  Michała  pani  nie 

widziała więcej? 

 - Później już nie. 
 -  Dobrze,  dziękuję,  już  nie  przeszkadzam,  do  widzenia. 

Teraz idzie do pana Franka. Ten wpuszcza ją niechętnie. 

 - O co chodzi, pani Anno? 
 - Co pan widział we wtorek, kiedy zaginął mój mąż? 
 -  Nic,  tylko  jak  pani  chodziła  po  podjeździe  późnym 

wieczorem i nic więcej, nic. 

 - A widział pan jeszcze później Michała, po wtorku? 

background image

 -  Nie,  już  nie,  tylko  w  tamten  wtorek,  jak  wsiadał  do 

samochodu. 

 - Dziękuję, do widzenia. 
Anna  wraca  do  domu.  Jest  gotowa  do  wyjścia  z  Beatą. 

Kiedy ta przyjeżdża, już od progu woła: 

 -  Nooo,  wyglądasz  świetnie!  Moja  droga,  tylko  zmień  tę 

koszulę na jakąś koszulkę przy ciele czy T - shirt, co? 

 -  Dobra,  już  zmieniam  -  godzi  się  Anna  i  idzie  do 

garderoby.  Znajduje  fajną  białą  koszulkę,  taką  w  sam  raz,  i 
przebiera się. 

 - A buty? - pyta Beata. - Masz jakieś buty na obcasie? 
 - Mam botki. 
 - No to załóż! 
Anna 

posłusznie 

wkłada 

czarne 

botki 

na 

dziesięciocentymetrowym  obcasie,  czuje  się  chwiejnie,  ale 
nawet potrafi się w nich poruszać. Od dawna takich nie nosiła. 

 -  Teraz  jest  super,  możemy  jechać  -  mówi  zadowolona 

Beata,  sama  ubrana  w  obcisłe  spodnie,  buty  na  obcasie  i 
czarny T - shirt z nadrukiem. 

 - Wezwę taksówkę - mówi Anna. 
 - Nie trzeba, ta moja wciąż czeka przed domem, ja płacę - 

twierdzi Beata. 

background image

20 
Klub jest o wiele mniejszy od poprzedniego, gra muzyka, 

ludzie  tańczą,  inni  siedzą  i  piją.  Atmosfera  jest  przyjemna. 
Kobiety zamawiają po drinku i siadają przy stoliku. 

 - I jak? - woła Beata. 
 - Może być! 
 - Potańczymy potem, co? 
 - Czemu nie. 
Przy barze siedzi pan Franek. Anna nagle go zauważa. Jest 

zdumiona. 

Woli,  by  jej  nie  zauważył,  ale  Beata  już  ciągnie  ją  na 

parkiet,  więc  tańczy,  starając  się  zapomnieć,  nie  tylko  o 
sąsiedzie.  A  przecież  nie  opuszczają  Osady,  myśli.  Ale  po 
chwili już przestaje się zastanawiać, tańczy. Kiedy wracają do 
stolika,  zamawiają  po  kolejnym  drinku.  Anna  dostrzega 
jeszcze kogoś. To mężczyzna w garniturze i w takim samym 
krawacie, jaki opisała Beata. Ta sama fryzura i lekki zarost. I 
te oczy! Podbiega do niego. 

 - Michał? 
 -  Nie,  niestety  nie.  -  Mężczyzna  się  śmieje.  -  A  o  co 

chodzi? 

 - Nic, o nic, przepraszam. - Wraca do stolika. 
 - Taki sam krawat - stwierdza Beata. - Ale to nic takiego, 

pełno ich w sklepach. 

 - A już myślałam... Nagle podchodzi pan Franek. 
 - Co pani tu robi? - pyta Annę. 
 - To, co pan. 
 - To nie jest miejsce dla kobiet z Osady. Powinna pani o 

tym wiedzieć. - I odchodzi, tak samo nagle, jak się pojawił. 

 - A cóż to miało być? - pyta zdziwiona Beata. 
 - Nic takiego, sąsiad. 
 -  Ale  co  on  bredził?!  To  nie  do  wiary!  Ta  Osada  jest 

chora, zawsze to powtarzałam i będę powtarzała. 

background image

 -  Nie  jest  chora,  jest  idealna,  kobiety  siedzą  w  domach, 

mężczyźni widocznie czasami wychodzą - oponuje Anna. 

 -  Nie  ma  miejsc  idealnych,  nie  ma!  To  ułuda,  już  ci 

mówiłam setki razy! 

Kończą  wieczór,  Beata  odwozi  ją  do  domu.  Anna  się 

przebiera i kładzie do łóżka. Jest już późno. 

background image

21 
Aniu,  może  potrzebujesz  jakichś  nowych  ubrań?  Dam  ci 

pieniądze, kupisz sobie parę tych ładnych sukienek, co? 

 - A zawieziesz mnie do sklepu? Nie lubię zamawiać przez 

Internet, wolę przymierzyć. 

 -  Oczywiście,  mogę  choćby  teraz,  akurat  mam  czas  - 

odpowiada Michał. 

Jadą  poza  Osadę,  do  dużego  sklepu  odzieżowego, 

mnóstwo ubrań, głównie dość drogich i markowych. 

 - Nie wiem, na co się zdecydować. 
 - To jest ładne. - Michał pokazuje jej sukienkę w kolorze 

jasnego różu. Pastelowego różu. - O! I ta! - Wyciąga jeszcze 
bladożółtą do kolan. - Podobają ci się? 

 - Tak - mówi Anna. 
Kupują  jeszcze  kilka  jasnych  bluzek  i  wracają  do  domu. 

Michał  nie  zdecydował  się  na  nic  poza  krawatem.  Bardzo 
eleganckim, w paski. 

 -  A  teraz  pokaż  mi  się  w  jednej  z  tych  sukienek  -  prosi. 

Anna zakłada tę jasnoróżową. 

 -  Wyglądasz  ślicznie,  dobrze  dobrałem  kolor  -  cieszy  się 

Michał. - Wybierzemy się na rowery? 

 - Chętnie - odpowiada Anna.  
Jadą  po  alejkach.  Annie  trochę  niewygodnie  w  sukience, 

ale  stara  się,  by  Michał  tego  nie  zauważył.  Tak  się  cieszył  z 
tych zakupów! Mijają sąsiadów z psami, z każdym uprzejmie 
się witają. Potem wracają do domu na kolację i po niej Michał 
znika  w  gabinecie.  Nie  wolno  mu  przeszkadzać.  Anna  z 
nudów  zaczyna  przeglądać  kolorowe  czasopisma.  Przebiera 
się  w  wygodną  jasną  piżamę.  Kiedy  Michał  w  końcu 
wychodzi, jest już późno. 

 - Może kieliszek wina przed snem? 
 - Pewnie, chętnie - mówi Anna. 

background image

Michał rozlewa do kieliszków, sam też jest już przebrany 

w piżamę. Jasną piżamę. 

 - Na pewno jesteś zadowolona z zakupów? - pyta. 
 - Oczywiście! 
 -  Następnym  razem  kupię  ci  jakiś  fajny  jasny  dres,  bo 

mogłabyś czasem biegać, co ty na to? 

 -  Czemu  nie,  w  końcu  poza  tym  rowerem  nie  mam 

żadnego ruchu - stwierdza Anna. - A ty też będziesz biegał? 

 - Jak znajdę czas - odpowiada. - Wiesz, jak mało go mam. 

W pracy ciągle kocioł. I jeszcze praca w domu. 

 - Tak, wiem. No, ale przynajmniej dobrze zarabiasz. 
 - Tak, ale trochę kosztem życia prywatnego. Nie nudzisz 

się za bardzo? Nie jest ci smutno albo przykro? 

 - Nie - oznajmia Anna. - Rozumiem to. Idą spać. 

background image

22 
I znów słyszy głosy: 
 - Była w klubie. 
 - Ale się rozbestwiła! 
 - Porządne kobiety tam nie chodzą... 
 - Ona już do nas nie pasuje... 
Zamyka oczy, na szczęście dość szybko zasypia. 

background image

23 
Następnego  dnia  na  spacerze  mija  pana  Franka,  który 

przechodzi  bez  słowa,  bez  odzewu  na  jej  uprzejme  „dzień 
dobry".  Anna  czuje  się  nieswojo.  Osada  jest  jej  potrzebna, 
mimo wszystko. Wracając, zachodzi do pani Hani. 

 - Dzień dobry, co u pani słychać? - pyta. 
 -  A,  nic  szczególnego,  piekę  -  odpowiada  pani  Hania, 

uprzejmie,  lecz  zdawkowo.  -  Jestem  teraz  trochę  zajęta, 
przepraszam, muszę wyjąć ciasto z piekarnika - dodaje. 

Anna  odchodzi.  W  domu  otwiera  butelkę  wina  i  szybko 

pije. A więc to tak? Osada żąda, by była taka jak przedtem, by 
Michał wrócił i przecież nic się nie stało, jak często mówią jej 
sąsiedzi. Tego pragną. 

Telefon od gliniarza przerywa jej gorzkie rozmyślania. 
 -  Kelner  nie  rozpoznał  Michała  na  nowym  zdjęciu,  więc 

prawdopodobnie zgubił telefon lub ktoś go okradł - mówi. 

 - Cóż, mało to pocieszające. 
 -  Wiem,  ale  niestety  nie  mam  żadnych  dobrych  wieści, 

przykro mi. 

W życiu go nie znajdą! 
Po południu znowu dzwoni komórka, Anna ma już dosyć 

telefonów. 

 - To ja - słyszy w słuchawce i zrywa się na równe nogi. 
 - Co się dzieje? To niemożliwe! 
 - Możliwe, nic mi nie jest - odpowiada męski głos, ale to 

nie jest głos Michała. 

 - Kim pan jest? Czemu udaje pan mojego męża? Ten ktoś 

się rozłącza. Dziwne, ale głos miał podobny do gliniarza. Nie, 
to  niemożliwe, żeby  Marek  robił  takie  rzeczy, ktoś  mi  zrobił 
głupi  dowcip,  myśli.  Mało  kto  zna  mój  numer.  Popija  dalej 
wino,  jest  zdenerwowana.  Chamski,  durny  dowcip  albo  ktoś 
chciał  ją  przestraszyć.  Dzwoni  do  Marka  i  opowiada  mu  o 
telefonie. 

background image

 -  To  rzeczywiście  dziwne,  ale  proszę  się  tak  nie 

denerwować,  ktoś  ma  kiepskie  poczucie  humoru  -  mówi 
gliniarz. 

 - Ale kto?! 
 -  Oto  jest  pytanie,  pani  Aniu.  Zadzwonię  później,  mam 

trochę pracy, dobrze? 

 - Dobrze. - Anna się rozłącza. 
Jakoś dziwnie się zachował, jak nie on. Wszystko staje się 

coraz  bardziej  dziwne.  Może  to  ktoś,  kto  znalazł  komórkę 
Michała  i  widział  plakaty  w  mieście?  Ludzie  lubią  straszyć 
innych. 

Anna  popija  wino,  butelka  już  prawie  pusta,  ale  ma 

jeszcze zapas. 

background image

24 
Ustalimy  zasady,  dobrze?  Ty  się  zajmujesz  domem,  ja 

zarabianiem. Nic nie musisz robić poza tym, żeby były gotowe 
posiłki  i  posprzątane.  Nic  więcej.  Kiedy  jestem  w  gabinecie, 
proszę,  byś  mi  nie  przeszkadzała,  dobrze?  To  znaczy,  że 
pracuję.  Teraz  mam  nieco  dalej  do  pracy,  niż  jak 
mieszkaliśmy  w  mieście,  więc  będę  pewnie  później  wracał, 
ale  będę  cię zawiadamiał  telefonicznie o spóźnieniach, żebyś 
nie czekała z kolacją. I proszę, postaraj się choć trochę zdrowo 
żyć,  uprawiać  jakiś  sport.  Co  do  jedzenia,  jest  idealne, 
organiczne  i  zdrowe,  ale  powinnaś  na  przykład  biegać  rano, 
czy  kiedy  tam  chcesz.  Ja,  niestety,  nie  mam  na  to  czasu,  ale 
niekiedy może będę ci towarzyszył. 

background image

25 
Początkowo  Anna  nawet  biegała  rano,  tuż  po  śniadaniu, 

ale  szybko  jej  się  to  znudziło.  I  przestała.  Michał  tego  nie 
skomentował. Raczej jej nie oceniał. Ustalił reguły gry i tyle. 
Ona się ich trzymała, on - jak się teraz okazało - nie. Idzie do 
gabinetu Michała, choć nic tam już nowego znaleźć się nie da. 
W  biurku  dalej  pusta  butelka  po  whisky,  którą  Anna 
dokończyła  w  feralny  wtorek.  W  szafce  stoi  kolejna.  Anna 
nagle  nabiera  ochoty  i  nalewa  sobie.  Whisky  mocno 
rozgrzewa  ją  od  środka.  Włącza  komputer  Michała,  wpisuje 
hasło  i  jeszcze  raz  przegląda  pliki.  Nic  ciekawego,  poza 
zdjęciami  z  Beatą,  które  już  dobrze  zna.  Zeszyt  w  linię  jest 
znacznie  ciekawszy.  W  komputerze  tylko  jakieś  firmowe 
zapiski.  Sprawdza  jeszcze  raz  oba  konta,  pieniądze  są 
nietknięte.  Oddycha  z  ulgą.  Dziwne,  że  złodziej  poczuł 
wyrzuty sumienia i oddał kasę. O ile to był złodziej... No ale 
kto? 

Dolewa sobie whisky. Stara się nie upić jak wtedy, jednak 

już  jej  szumi  w  głowie.  Niestety,  alkohol  jej  smakuje.  I  na 
dodatek  dobrze  się  czuje  w  tym  gabinecie,  do  którego  miała 
wzbroniony wstęp przez tyle lat. Grzebie w szufladach - pełno 
pustych  notesów,  karteczek  samoprzylepnych  i  kalendarzy. 
Nie robił w nich żadnych notatek. Kolejne dziwne hobby? Jak 
te wstrętne przyszpilone motyle? Martwe są ohydne. Drażni ją 
ich obecność w domu, więc postanawia je wyrzucić. Od razu 
biegnie do piwnicy i wynosi gabloty do kontenera na śmieci. 
Teraz lepiej. Bała się, że nagle ożyją i zaczną fruwać po całym 
mieszkaniu.  Nigdy  nie  lubiła  owadów,  ale  ta  myśl  ją 
rozśmiesza. 

Wraca do gabinetu, by napić się jeszcze whisky. Już ostro 

szumi jej w głowie. Postanawia odkurzyć, schodzi do salonu, 
wyciąga  ze  schowka  odkurzacz,  włącza,  ale  zaplątuje  się  w 
kabel, potyka i upada na podłogę. Parska śmiechem. No, to nie 

background image

będzie odkurzania. Przydałaby się pani Ela, chociaż na jeden 
dzień. 

Nagle  wpada  na  pomysł.  Chwiejnym  krokiem  wraca  do 

gabinetu.  Ma  przecież  konto  na  Facebooku!  Loguje  się  i 
przesyła  zdjęcie  Michała,  uprzednio  wycinając  Beatę  przy 
pomocy  Photoshopa.  Pisze,  że  zaginął,  i  wrzuca  to  na  swoją 
tablicę.  Dawno  temu  założyła  to  konto,  ale  rzadko  z  niego 
korzystała, nudziło ją to. Nudziło ją wiele rzeczy. Nie czytała 
zbyt wiele, głównie oglądała filmy, ale z Michałem, sama nie 
miała  ochoty.  Postanawia  po  pijaku,  że  jutro  trochę  pobiega, 
to jej pomoże odświeżyć mózg. Jest strasznie skołowana tym 
wszystkim.  Bierze  jeden  z  nienagannie  czystych  notesów, 
pióro  Michała  i  chwiejnym  pismem  zapisuje  kartki:  Michała 
nie ma, Michała nie ma, Michała nie ma... Potem idzie spać. 
W ubraniu. 

Kiedy  się  budzi,  o  dziwo,  nie  ma  wielkiego  kaca.  Bierze 

szybki prysznic, przebiera się w jasny dres, który kiedyś kupił 
jej Michał, i idzie pobiegać. Mija sąsiadów, niektórzy mówią 
jej  „dzień  dobry".  Niektórzy.  Wraca  po  około  godzinie,  ma 
słabą  kondycję.  Pod  drzwiami  domu  leży  kartka  w  linię. 
Bierze  ją  i  zmęczona  wchodzi  do  środka,  czyta:  Nic  mi  nie 
jest.  Michał.  Natychmiast  rozpoznaje  jednak,  że  to  nie  jest 
pismo Michała. To ten sam człowiek, który do mnie dzwonił, 
myśli. Po co to robi? 

Opowiada  wszystko  gliniarzowi,  a  ten  zaraz  przyjeżdża, 

by zabrać kartkę. 

 - Jest pani pewna, że to nie jego pismo? 
 - Jestem pewna. Ktoś sobie robi ze mnie żarty. 
 -  Postaramy  się  to  sprawdzić,  ale  nie  wiem,  czy 

dojdziemy, kto to jest, to może być każdy - mówi Marek. 

 - Jak zwykle niczego nie jesteście pewni! 
 -  To  bardzo  niejasna  sytuacja  -  tłumaczy  się  gliniarz.  - 

Jeszcze nie mieliśmy takiego przypadku. 

background image

 -  Zamieściłam  jego  zdjęcie  na  Facebooku,  może  ktoś  go 

rozpozna. 

 -  Dobrze  pani  zrobiła,  ale  proszę  więcej  nie  działać  na 

własną  rękę,  tylko  po  konsultacji  ze  mną.  A  ilu  ma  pani 
znajomych na tym Facebooku? 

 - Kilkunastu. 
 - To marne szanse, niestety.  
 - Ale profil mam publiczny, może akurat? 
 - Cóż, może... 
Anna  jest  przestraszona  i  zażenowana  jednocześnie.  Co 

jeszcze się wydarzy? Kto mi to robi? A może kartkę podrzucił 
ktoś  inny,  na  przykład  pan  Franek,  którego  przyłapała  w 
klubie. Faktycznie, to mógł być każdy. 

Anna dzwoni do Beaty, opowiada jej o wszystkim. 
 - A może to jednak Michał? 
 - Niemożliwe, doskonale znam jego głos i jego pismo. To 

naprawdę niemożliwe, uwierz mi. 

 - Może specjalnie zmienił? 
 - Daj spokój, po co? Ktoś chce mnie zdenerwować, tylko 

nie wiem dlaczego. 

 - Nie myśl już o tym, i tak nie dojdziesz kto to. Ta wasza 

policja na serio bardzo nieporadna. 

 - Grafolog sprawdzi i natychmiast wyjdzie, że to nie jego 

pismo. Gorzej, że ktoś ma mój numer komórki - mówi Anna. 

 - Ale więcej nie dzwonił? 
 - No nie, na szczęście. Co robisz? 
 - Skończył mi się urlop, wróciłam do pracy. Wszyscy się 

martwią  nieobecnością  Michała,  on  był  odpowiedzialny  za 
fuzję, ale jakoś damy radę - wyjaśnia Beata. - Mam czas tylko 
wieczorami. 

 - To wpadnij któregoś dnia, nie mam z kim porozmawiać. 
 - Dobrze, zadzwonię do ciebie, może jutro dam radę. 
 - OK, do zobaczenia. 

background image

Anna  ściąga  dres,  bierze  kolejny  prysznic,  jest  bardzo 

spocona, i przebiera się w pastelową podomkę. Też prezent od 
Michała. Ale choć pastelowa, jest wygodna. Bierze konewkę, 
nalewa  wodę  i  idzie  podlać  róże.  Trochę  je  zaniedbała. 
Podlewa też rabatki. 

Pani Hania bacznie ją śledzi z okna. 
U pana Franka poruszyły się rolety. 
Anna  podlewa  cały  ogród.  Ogrodnik  wykonał  solidną 

robotę.  Zadowolona  wraca  do  domu.  Teraz  bierze  się  za 
mieszkanie,  a  jest  co  sprzątać.  Idzie  jej  to  powoli,  z  trudem. 
Nie jest przyzwyczajona do gruntownego sprzątania. W końcu 
jest  jako  tako.  Za  szafkami  kurz,  ale  przecież  go  nie  widać. 
Postanawia  przygotować  jakąś  kolację  na  jutro,  na  przyjazd 
Beaty.  W  lodówce  już  niewiele  zostało.  Zamawia  zakupy 
przez  Internet  i  po  trzech  godzinach  marynuje  polędwicę 
wołową  faszerowaną  kurkami  i  przygotowuje  sałatę  lodową. 
Te czynności ją uspokajają. 

Nagle ma ochotę pojechać do miasta. Zamawia taksówkę. 

Jedzie do sklepu z ciuchami, tego samego, w którym zakupy 
robił jej Michał. Kupuje obcisłe dżinsy i kilka koszulek, jedną 
z nadrukiem. Jest gotowa na przyjazd kochanki męża. 

Beata  zjawia  się  w  eleganckiej  garsonce  i  butach  na 

obcasie. 

 -  Boże,  nie  poznałabym  cię  -  woła  Anna,  która  jest  w 

dżinsach i koszulce. 

 -  Jadę  prosto  z  pracy  -  mówi  Beata.  -  Jestem  strasznie 

głodna, a tu coś ładnie pachnie. 

 - Przygotowałam obiad, chodź do kuchni. 
 -  O,  jakie  pyszne.  -  Kochanka  Michała  delektuje  się 

posiłkiem. - Sama gotowałaś? 

 - Tak. 
 - No to masz talent, w razie problemów możesz zatrudnić 

się w jakiejś restauracji - twierdzi Beata, jedząc. 

background image

 -  Dziękuję  ci  bardzo  za  ten  pomysł,  ale  raczej  nie 

skorzystam,  na  razie  mam  z  czego  żyć,  na  szczęście  - 
odpowiada Anna. 

 -  To  dobrze.  Słuchaj,  a  ten  telefon  i  ta  kartka...  masz 

jakieś podejrzenia? 

 -  Żadnych,  chyba  że  kartkę  podrzucił  ten  sąsiad,  którego 

spotkałyśmy  w  klubie,  ale  nie  sądzę,  myślę,  że  to  jedna  i  ta 
sama osoba. 

 -  Jakiś  świr  -  stwierdza  Beata.  -  Tylko  dlaczego  ktoś  to 

robi? Czemu ma to służyć? Nic nie rozumiem. 

 - Ja też nie. 
 - Byłam na kolacji z gliniarzem. - Anna zmienia temat. 
 - No, proszę! Podrywasz go? 
 - Nieee, raczej on mnie, po prostu mi się nudziło. 
 -  Nie  powinnaś  się  z  nim  spotykać,  bo  to  on  prowadzi 

sprawę, a ty jesteś podejrzana, zapomniałaś? 

 - Nie zapomniałam, ale co w tym złego? 
 -  Złego?  Nic,  ale  nie  powinnaś, niech  on  się  lepiej  pracą 

zajmie. 

I właśnie w tym momencie dzwoni komórka Anny. 
 -  Oczywiście  to  nie  jest  pismo  Michała,  grafolog 

sprawdził - mówi Marek. - Ale nie wiemy, kto to napisał. 

 - A wiecie coś w ogóle? - zaczepnie pyta Anna. 
 - Na razie cisza, nikt nie zadzwonił, nikt się nie zgłosił - 

słabym głosem odpowiada gliniarz. - Jeśli nawet ktoś z Osady 
go widział, to nie piśnie słowa, to są tacy ludzie. 

 - Niech pan ich przesłucha! 
 -  Nie  mam  wystarczających  powodów,  przecież  już 

przesłuchałem sąsiadów - twierdzi Marek. - Musimy czekać - 
dodaje. 

 - Jasne, do widzenia. 
 - Pójdziesz z nim jeszcze na kolację? - pyta Beata. 

background image

 -  Nie  wiem,  na  razie  mnie  irytuje  tą  swoją  niewiedzą  i 

bezradnością, choć to nie jego wina. 

 -  Do  mnie  nikt  nie  dzwonił,  kompletna  cisza  -  mówi 

Beata. - A ten gliniarz jest samotny? 

 - Nie, ma żonę i dzieci, wiesz, nieudany związek. 
 -  To  lepiej  przestań  się  z  nim  spotykać,  bo  to  oznacza 

tylko kłopoty - twierdzi Beata. 

 - Ty się spotykałaś z Michałem! 
 -  Ale  wy  nie  macie  dzieci,  no  i  nie  było  mowy  o 

rozwodzie. .. i o tobie, moja droga, też. 

 -  Zaczynam  trochę  świrować  chyba.  Zjadłaś  już,  może 

przejdziesz się ze mną? 

 - Dokąd? 
 -  Do  tego  małego  sklepiku,  kupię  rybę,  już  mam  dość 

mięsa.  Jest  jeszcze  otwarty.  Sprzedawca  jest  ciekawym 
człowiekiem. A przy okazji zrobimy sobie spacer, jest piękna 
pogoda. 

 - No dobrze, choć jestem na szpilkach - mówi Beata. 
 - A jaki masz numer buta? 
 - Czterdziestkę - odpowiada. 
 - No to moje adidasy będą dobre na ciebie, pożyczę ci. I 

dam ci dres. 

Idą przez Osadę, rolety w górę. Lesba ? - słyszy Anna. Już 

nie nosi pastelowych sukienek, nie pasuje tutaj. 

Musi  się  dostosować.  Głosy  jak  motyle  w  głowie.  W 

końcu wchodzą do sklepiku. 

 - Dzień dobry! - woła Anna od progu. 
 - Witam panie - odpowiada sprzedawca. - Co podać? 
 - Dla mnie halibuta i ze trzy piwa - mówi Anna. 
 -  A  dla  mnie  tylko  halibuta  -  mówi  Beata.  -  No,  może 

wezmę jeszcze jedno piwo. 

 - Już się robi. Coś wiadomo w sprawie pani męża? - pyta 

sprzedawca. 

background image

 - Niestety, nic - odpowiada Anna. 
 -  Przykro  mi.  Oto  zakupy.  -  Podaje  im  siatkę.  W  domu 

Beata otwiera jedno piwo. 

 -  A,  wypiję,  może  mnie  policja  nie  zgarnie,  mam 

antyradar, a halibut mi się przyda, dawno nie jadłam smacznej 
ryby. Dobry ten sklepik, chyba będę zaglądała. 

 -  W  Osadzie  pewnie  nie  jesteś  lubiana  -  mówi  nagle 

Anna. 

 -  Szczerze,  zwisa  mi  to.  Gorzej,  że  ciebie  przestali 

akceptować. 

Jeszcze zaczną, spokojnie - myśli Anna. 
 - Dobra, to ja jadę do domu, zrobię sobie kolację. Dzięki 

za obiad, na razie. 

I już jej nie ma. 

background image

26 
Chodź,  kochanie,  na  spacer,  powinnaś  się  przewietrzyć, 

ciągle siedzisz w domu, ja zresztą też. Chodź, dobrze nam to 
zrobi - mówi Michał. 

 - No dobrze, tylko się przebiorę, nie chcę iść w sukience, 

wolałabym dres. 

 -  Nie,  skarbie,  dres  jest  do  biegania,  wyjdziesz  w 

sukience. 

 - W porządku, skoro tak chcesz. 
Powoli idą alejkami, mijają sąsiadów z pieskami, pogoda 

jest w sam raz, lekka bryza od morza. 

 - Może przejdziemy się nad morze? - pyta Anna. 
 - Nie, raczej nie, tam jest tak  pusto i  już trochę chłodno, 

wiatr wieje - mówi Michał. 

 - Jeszcze go ani razu nie widzieliśmy... 
 - Jeszcze się przejdziemy, obiecuję. Jakoś nie przepadam 

za widokiem morza, nie wiem czemu. 

 - A ja uwielbiam, Michał. 
 - Trudno, skarbie. 

background image

27 
Anna dzwoni do Beaty. - Jak on był u ciebie, we wtorek, 

to jak długo? 

 -  Oj,  chwilę  tylko.  Mówił,  że  musi  wracać  do  domu  - 

odpowiada Beata. - Szybko się zwinął i pojechał. 

 - Samochodem? 
 - Tak. A ty masz prawo jazdy, Anka? 
 - Mam, ale nie jeżdżę, a czemu pytasz? 
 -  Z  ciekawości.  Ja  sobie  nie  wyobrażam  życia  bez 

samochodu,  stąd  dziwią  mnie  osoby,  które  nie  jeżdżą,  po 
prostu - tłumaczy Beata. 

 -  U  mnie  to  Michał  prowadził,  jeśli  się  gdzieś 

wybieraliśmy, ale to się rzadko zdarzało. 

 - Wchłonęła was ta przeklęta Osada - stwierdza Beata. 
 -  No  dobra,  chciałam  tylko  o  to  spytać,  zrób  sobie  rybę, 

na razie. - Anna się rozłącza. 

background image

28 
 -  Nie  będziemy  chodzili  nad  morze,  tam  można  się 

zaziębić. Wystarczą te piękne alejki, skarbie. 

Mamy rowery, możemy jeździć, możemy spacerować. 
Co wolisz. 
 - Michał? 
 - Tak? 
 - Kochasz mnie? 
 - Oczywiście, że tak, głupie pytanie. 
 - To gdzie co jakiś czas znikasz po pracy? 
 - Mamy zebrania, kochanie. 
 - A Beata to kto? Michał milczy przez chwilę. 
 - Znajoma z pracy. 
 - Którą odwiedzasz po pracy, prawda? 
 - Prawda. 
 - Co was łączy? 
 -  Nic.  Rozmawiamy,  czasem  coś  wspólnie  jemy, 

omawiamy sprawy firmy. 

 - I nic więcej? 
 -  Nic,  skarbie.  Przeglądałaś  moją  komórkę  -  mówi 

Michał. - Nie rób tego więcej. 

 - Nawet jej nie ukryłeś, ten SMS był na samym wierzchu, 

nie grzebałam w niej. 

 - Mogę mieć chyba różnych znajomych, nie? Nie dotykaj 

mojej komórki nigdy więcej - mówi lodowatym głosem. 

background image

29 
Późno  już.  Anna  idzie  do  gabinetu  Michała  napić  się 

whisky  na  sen,  wypija  kilka  małych  szklaneczek.  Czuje  się 
bardzo  zmęczona.  Nawet  mięśnie  ją  bolą.  Próbuje  zasnąć  w 
łóżku,  ale  sen  nie  nadchodzi.  Ten  ból  mięśni!  To  pewnie  od 
alkoholu. Idzie do łazienki i zażywa tabletki nasenne. 

Rano  natrętny  dzwonek  do  drzwi.  To  listonosz.  Poza 

rachunkami ma też list bez nadawcy. Anna go otwiera. Jestem 
cały i zdrowy, Michał. To nie jest jego pismo, jakieś koślawe, 
nijakie. Znów to samo! Ktoś się nieźle bawi! Anna już nawet 
nie dzwoni do gliniarza, drze list na strzępy. A może to błąd, 
może dowiedzieliby się od listonosza, skąd został nadany ten 
list? 

Szybko wykręca numer Marka. 
 -  Przyszedł  list,  niby  od  Michała,  ale  to  znów  nie  jego 

pismo. Niestety, podarłam go. 

 - Przyjadę za chwilę - mówi gliniarz. 
W  domu  Anny  ogląda  strzępy  listu,  na  szczęście  nie 

porwała go na małe kawałeczki. 

 -  Zabiorę  to,  posklejam,  może  uda  się  dowiedzieć,  skąd 

ten  list  nadano,  ale  tak  nie  można,  pani  Anno,  pani  niszczy 
dowody - karci ją Marek. 

 - Przepraszam, zdenerwowałam się. 
 - Proszę więcej tego nie robić - mówi policjant. 
Na  komisariacie  Marek  składa  list  w  jeden  kawałek. 

Widać  stempel,  więc  łatwo  będzie  ustalić  placówkę  nadania. 
Powiadamia o tym Annę. 

 - W Kołobrzegu?! O matko... 
 - Co się dzieje? 
 -  Tam  się  poznaliśmy.  Ale  to  na  pewno  nie  jest  jego 

pismo... 

background image

 - 

Nie  jest,  poddaliśmy  analizie  grafologicznej, 

porównując  z  pismem  z  jego  dziennika.  Znowu  ktoś  się  pod 
niego podszył. Tylko nadal nie wiemy, kto i po co. 

 - Jak zwykle - stwierdza kąśliwie Anna. 
 - Pani Aniu, to trudna sprawa, już mówiłem, proszę mnie 

nie denerwować, sam się denerwuję wystarczająco. A jak się 
pani  czuje?  Czy  spotykają  panią  jakieś  nieprzyjemności  w 
Osadzie? 

 -  Nie,  właściwie  nie,  tylko  niektórzy  się  do  mnie  nie 

odzywają,  na  przykład  najbliższy  sąsiad,  pan  Franek.  Już 
zaczęłam  podejrzewać,  że  to  on  podrzucił  poprzedni  list,  ale 
teraz już wiem, że to nie on. 

 -  O  co  chodzi  z  panem  Frankiem?  Anna  streszcza  mu 

spotkanie w klubie. 

 -  No  tak,  rzeczywiście  kobiety  z  Osady  raczej  się  nie 

zapuszczają  do  takich  klubów  -  mówi  Marek.  -  Ale  pani  w 
ogóle  jest  jakaś  inna.  Przynajmniej  od  czasu  zaginięcia 
Michała,  co  można  zrozumieć,  pewnie  ciągle  jest  pani  w 
szoku... 

 - Sama nie wiem - waha się Anna. 
 -  Trzeba  być  dobrej  myśli,  nie  ma  wyjścia.  Zadzwonię 

wkrótce,  gdzieś  panią  porwę,  trochę  się  pani  zrelaksuje. 
Pozdrawiam i proszę się trzymać! - Rozłącza się. 

Anna  czuje  niepokój  i  wściekłość  jednocześnie.  Musi 

koniecznie  czymś  się  zająć.  Postanawia  zmienić  cholerne 
pastelowe tapety na białe. Dzwoni do firmy remontowej. Jutro 
kogoś  przyślą,  by  wymierzył  ściany.  Na  wszelki  wypadek 
jeszcze  raz  sprawdza  stan  konta,  kasa  na  szczęście  jest, 
nienaruszona. 

Może więc trochę poszaleć. Idzie jeszcze na krótki spacer 

nad morze. Osadą się nie przejmuje, już się przyzwyczaiła do 
spojrzeń i plotek. 

background image

Trzy  dni  później  ma  już  odnowiony  dom.  Wszystkie 

ściany są pięknie białe. Zmieniła też tapicerkę na kanapach, z 
ohydnej  różowej  na  ciemnofioletową.  Odnowiła  też  swoją 
garderobę.  Kupiła  sobie  legginsy,  dwie  nowe  koszulki  z 
nadrukami  i  sportowe  buty  ze  skóry.  Skróciła  też  włosy  u 
fryzjera. Teraz czuje się lepiej. Żaden anonimowy świr już jej 
nie  przestraszy.  Żadna  plotka  nie  zaskoczy,  choć  już  słyszy, 
jak  gadają:  Ścięła  włosy;  Już  nie  nosi  sukienek;  Biega  w 
legginsach... 

Zaczęła biegać regularnie. Nad morze i z powrotem, przy 

okazji odwiedzając  sklepik. Bierze warzywa na pomidorową, 
jakąś rybę i ucina sobie krótką rozmowę ze sprzedawcą. No i 
piwo.  Bardziej  jej  smakuje  niż  wino.  Na  szczęście  nic  nie 
przytyła, trzyma formę. 

Wpada  na  pomysł,  by  zaprosić  gliniarza  na  obiad,  z 

nudów.  Zamawia  gotowe  jedzenie  z  chińskiej  restauracji  i 
dzwoni do Marka. 

 -  Wpadnie  pan  wieczorem  do  mnie?  Zapraszam  na 

skromną kolację. 

 - O, bardzo chętnie, dziękuję. O której mam być? 
 - Może o dziewiętnastej, zgoda? 
 - Zgoda. 
Postanawia  się  przebrać,  bynajmniej  nie  w  pastele. 

Zakłada  obcisłe  dżinsy  i  koszulkę.  Spina  włosy.  Nie  robi 
makijażu. 

Marek  przychodzi  punktualnie.  Jest  zdziwiony  nowym 

wizerunkiem Anny. 

 - Świetnie pani wygląda - mówi szczerze. 
 - Dziękuję, potrzebowałam zmiany. 
 - I jak, lepiej? - pyta gliniarz. 
 - Zdecydowanie. Proszę, kolacja gotowa. 

background image

Anna  nakłada  chińskie  jedzenie,  odgrzane  wcześniej  w 

mikrofalówce,  na  nic  więcej  jej  dziś  nie  stać.  Ale  policjant  i 
tak jest zachwycony. 

Zapomniała zasunąć rolety, widzi przez okno panią Hanię, 

która  niby  podlewa  swój  ogród,  ale  cały  czas  spogląda  w  jej 
okna. 

 - Wspaniała kolacja, sama pani gotowała? 
 -  Przecież  czuć  i  widać,  że  zamówiłam  z  restauracji.  - 

Anna się śmieje. 

 - Ale skoro specjalnie dla mnie, to jestem pod wrażeniem. 
 -  Myślę,  że  nie  potraficie  znaleźć  Michała  -  oznajmia 

nagle. 

 - Nie mamy żadnych tropów, a te, które były, okazały się 

fałszywe.  Trzeba  czekać,  aż  ktoś  go  rozpozna.  Cóż  więcej 
możemy? 

 - Jak dotąd cisza i sądzę, że już tak będzie - mówi Anna. 
 - Więcej optymizmu, nieraz ludzie znajdują się po latach, 

a tu nie minęło wiele czasu. Plakaty są w całym mieście. Na 
Facebooku też bez odzewu? 

 - Też. Cisza. Nie znajdziecie go. 
 - Nie wiadomo, pani Aniu... W kółko o tym rozmawiamy, 

to do niczego nie prowadzi. Zmieńmy temat, bo i tak teraz nic 
nowego nie wymyślimy. Pójdzie pani ze mną do kina? Grają 
nowy amerykański film, „Stoker", przejdziemy się? Nie mam 
z kim iść, żona nie lubi filmów. 

 - Chętnie, nudzę się trochę, a kiedy? 
 - Pojutrze. 
 - Zgoda. Napije się pan wina? 
 -  Chętnie,  ale  przyjechałem  samochodem.  Pójdę  już, 

dziękuję za kolację. 

Kiedy wychodzi, Anna dzwoni do Beaty. 

background image

 -  Cześć!  Kupiłam  nowe  ciuchy,  obcięłam  włosy, 

przemalowałam  dom  i  zjadłam  kolację  z  gliniarzem  -  mówi 
radośnie Anna. 

 - Szalejesz, koleżanko. A co będzie, jak się kasa skończy? 
 -  Nie  tak  szybko,  na  razie  mogę  sobie  pozwolić  na 

szaleństwa.  Od  razu  lepiej  mi  się  zrobiło.  Jeszcze  sypialnię 
muszę zmienić, bo te pastelowe kolory doprowadzają mnie do 
obłędu. 

 - No, coś podobnego! 
 - Tak, zrobię ją w kolorze popielatym. 
 - A rób, jak chcesz, bylebyś się dobrze czuła, moja droga. 

Coś wiadomo? 

 - Nic, kompletnie nic. 
 - Co za ludzie pracują w tej policji?! 
 - Zniknął i tyle. Trzeba może jeszcze poczekać. 
 - Dostałaś jeszcze jakieś anonimy? 
 - Jeden list, podarłam go. 
 -  Dziwne.  A  plakaty  powinny  być  też  rozwieszone  w 

Osadzie - mówi Beata. 

 - Przecież wszyscy go tu znają z widzenia, zresztą oni nic 

nie widzieli. 

 - Jasne! Cała ta Osada jest podejrzana, mówię ci. 
 - Nieee, to spokojni ludzie. Idę chyba spać. 
 - To na razie. 
 - Pa. 

background image

30 
Nazajutrz Anna dzwoni do firmy remontowej, umawia się 

na  spotkanie.  Ktoś  przyjeżdża  i  proponuje,  jak  przemalować 
sypialnię. Wspólnie godzą się na kolor popielaty przecierany. 
Trzy  dni  potem  ludzie  z  firmy  kończą  zmieniać  sypialnię. 
Anna jest zadowolona z efektu. Kupuje bukiet róż i ustawia na 
stoliku,  idealnie  pasuje  do  szarości.  Na  stoliku  przy  łóżku 
stawia lusterko i kilka książek, mimo że rzadko czyta. Ma też 
sekretarkę, układa na niej papier listowy i trochę kosmetyków. 
Jest pięknie. Tylko gabinet Michała pozostał bez zmian. I tak 
już tam nie wchodzi. 

Znowu jedzie do sklepu poza Osadę, kupuje nowy dres w 

kolorze jasnoszarym, parę butów i chustkę na głowę. Idzie do 
fryzjera  jeszcze bardziej  podciąć włosy. Teraz  są  krótkie, ale 
dłuższe  niż  ma  Beata.  Kupuje  jeszcze  trochę  kosmetyków  i 
wraca do domu. 

Kiedy  rozpakowuje  torby,  dzwonek  do  drzwi.  To  pani 

Hania. 

 -  Zajrzałam,  bo  zmieniła  pani  wystrój,  jak  i  my  zresztą, 

ale szkoda tych pasteli - mówi. 

 - Teraz jest bardziej oryginalnie - stwierdza Anna. 
 -  Możliwe,  chciałam  właśnie  obejrzeć.  -  Pani  Hania 

zagląda do środka. - No, ładnie jest, bardzo ładnie. 

 - Owszem - odpowiada Anna. 
 - No to na nowy dom! - Pani Hania wręcza Annie ciasto, 

które cały czas trzymała w dłoniach. 

 - Dziękuję - mówi Anna. 
 - Życzę pani wszystkiego dobrego, mimo wszystko. 
 - A dziękuję, do widzenia. 

background image

31 
Na drugi dzień w południe dzwoni gliniarz. - Przesuniemy 

to  kino,  pani Aniu? Zgłosił  się mężczyzna, który twierdzi, że 
widział Michała. Jest trochę dziwny, ale przesłuchujemy go. 

 - Jak to dziwny? 
 -  Tak  jakby  niespełna  rozumu...  upiera  się,  że  widział 

Michała  we  wtorek,  w  dzień  zaginięcia,  w  tej  restauracji,  w 
której znaleźliśmy jego komórkę. Ale nie potrafi powiedzieć, 
jak Michał wygląda, niby widział, ale opisuje zupełnie innego 
człowieka. Upiera się, że widział osobę ze zdjęcia, ale z blond 
włosami. To by jakoś tłumaczyło zdjęcie z bankomatu.. . Czy 
Michał mógł przefarbować włosy? 

 - Wykluczone - zaprzecza Anna. 
 - No nic, przyciśniemy go trochę. Dam pani znać. Ale on 

sprawia wrażenie chorego psychicznie. 

Anna  jest  zdenerwowana,  otwiera  sobie  butelkę  wina. 

Jakiś czubek niby rozpoznał Michała, też mi sensacja! Każdy 
może się zgłosić i naopowiadać bzdur! 

Przebiera  się  w dres,  zakłada  swoją  nową chustkę  i  idzie 

pobiegać. Biegnie dość szybko, powoli  czuje, jak złość mija. 
Dopiero  po  dwóch  godzinach  wraca  do  domu.  Zmęczona, 
spocona,  bierze  szybki  prysznic.  Nie  jest  już  tak  mocno 
zdenerwowana. Powoli popija wino i dzwoni do Beaty. 

 -  Nie  idę  do  kina,  bo  na  policję  zgłosił  się  jakiś  świr  i 

twierdzi,  że  widział  Michała,  ale  gliniarz  mówi,  że  facet  jest 
niespełna rozumu. To rzeczywiście jakiś obłęd! - żali się. 

 -  Szkoda  słów  na  tę  twoją  policję  -  stwierdza  krótko 

Beata. - A jak się w ogóle czujesz? 

 -  Nie  najgorzej,  tylko  te  ich  nieporadne  działania 

wytrącają mnie z równowagi. 

 - Nie dziwię się. Sami wariaci dookoła. 
 -  Chyba  przygarnę  jakieś  zwierzę,  może  psa.  Będzie  mi 

raźniej - mówi nagle Anna. 

background image

 - Yorka? - pyta kąśliwie Beata. 
 -  Nie,  skądże,  jakiegoś  ze  schroniska.  Lubię  zwierzęta, 

Michał nie lubił. 

 - To się zdziwią w Osadzie. 
 - A co mi tam?! Przestałam się nimi przejmować. 
 - No i dobrze - stwierdza Beata. 
 - Może się zobaczymy jakoś? 
 - Mam masę pracy, ale postaram się wpaść, trzymaj się. - 

Beata kończy rozmowę. 

Anna przebiera się w dres do biegania. Do Osady przylega 

niewielka wieś, postanawia dobiec do niej. Męczy się, nie ma 
jeszcze  dobrej  formy,  ale  udaje  jej  się.  Nagle  we  wsi,  przy 
drodze widzi owcę. Leży i przeraźliwie beczy. Anna przystaje 
przy  niej,  owca  najwyraźniej  ma  przetrąconą  łapę.  Decyduje 
się od razu, idzie do pierwszego z brzegu domu. 

 -  Dzień  dobry,  mam  prośbę,  czy  ma  pan  samochód  albo 

traktor? 

 - Mam traktor. A o co chodzi? - pyta tubylec. 
 -  Znalazłam  ranną  owcę,  czy  może  mi  pan  pomóc 

przewieźć ją do Osady? 

 -  No,  mogę,  co  mi  tam  zależy.  Nie  moja,  ja  nie  mam 

owiec. A ile pani płaci? 

 - Zapłacę dwieście złotych. 
 - Zgoda. 
Mężczyzna  wsadza  owcę  na  traktor,  Anna  siada  obok  i 

jadą. Przez całą drogę owca rozpaczliwie beczy. 

 - To na pewno nie jest pana owca? 
 - A gdzie tam?! U mnie takie zwierzę to tylko na odstrzał. 
W  domu  daje  wieśniakowi  dwieście  złotych,  a  on  wnosi 

owcę  do  ogrodu.  Później  Anna  dzwoni  po  weterynarza.  Ten 
przyjeżdża i zakłada opatrunek na nogę owcy, na szczęście nie 
jest  złamana  ani  zwichnięta,  tylko  potłuczona.  Chciała  psa, a 
trafiła  się  owca.  Czym  karmi  się  owcę?!  Sprawdza  w 

background image

Internecie, owca je wszelakie badyle, krzewy, chwasty, trawę i 
inne  rośliny.  Trzeba  ją  trzymać  w  ogrodzie.  Owce  służą  jako 
naturalne kosiarki do trawy. Genialnie proste! Owca jest nieco 
zaniedbana, trzeba zamówić fryzjera od yorków. 

background image

32 
Michał,  czy  mogę  wziąć  małego  kotka?  Będę  o  niego 

dbała.  To  nie  pies,  nie  szczeka  i  chodzi  do  kuwety,  zresztą 
może wychodzić do ogrodu. 

 -  Nie  zgadzam  się,  cała  tapicerka  będzie  do  wymiany, 

wszędzie  będzie  sierść,  nawet  w  jedzeniu,  nie  podoba  mi  się 
ten pomysł. 

 - Bardzo cię proszę, koty są czyste, a ja będę go czesała, 

żeby się nie lenił. 

 - To naprawdę zły pomysł i nie zgadzam się - powiedział 

stanowczo. 

background image

33 
No  to  teraz  ma  owcę.  Owca  po  tygodniu  -  tygodniu 

uporczywego  beczenia,  czym  doprowadziła  do  histerii  panią 
Hanię - wreszcie wstała i zaczęła skubać trawę. Niektórym w 
Osadzie  nawet  się  podobała,  czysta,  wystrzyżona,  zadbana, 
potulna. Ale większość uważała, że to skandal. Kto wie, może 
owca  zaatakuje  któregoś  pieska?!  Tymczasem  owca  była 
bardzo  grzeczna  i  nieduża.  Anna  kupiła  jej  czerwony 
dzwoneczek na szyję i owca chodziła za nią na spacerach jak 
za  przewodnikiem  stada.  Anna  nosiła  specjalny  woreczek  i 
łopatkę  do  zbierania  bobków  oraz  butelkę  wody  i  miskę. 
Zastanawiała  się,  czy  owca  powinna  spać  w  ogrodzie,  czy w 
domu, ale ostatecznie zdecydowała się na ogród. Przecież jest 
ciepło. Już nie beczała tak przeraźliwie, tylko dzwoniła swoim 
czerwonym  dzwonkiem,  więc  pani  Hania  zaczęła  zażywać 
tabletki na uspokojenie. Wreszcie przestały przychodzić listy. 
Gliniarz powiedział, że zatrzymany mężczyzna przyznał się, iż 
to on je wysyłał, adres miał z komórki Michała, którą znalazł. 
Anna  była  zapisana  jako  żona,  wraz  z  adresem,  a  przed 
imieniem Beaty widniały dwie literki „a". 

 - Zapisał mnie jako „żona"? To dziwne... 
 - Nie wiedziała pani? 
 - Nigdy nie grzebałam w jego komórce. 
 -  Czy  chce  pani  wnieść  oskarżenie?  -  Gliniarz  zmienił 

temat. 

 - Nie, nie ma takiej potrzeby, proszę go tylko nastraszyć i 

wystarczy - odpowiedziała. 

Teraz  dużo  czasu  spędzała  w  ogrodzie,  obserwując,  jak 

owca  się  posila.  Była  taka  ładna  i  miła  w  dotyku.  Jak  dotąd 
nikt  z  Osady  nie  zwrócił  jej  uwagi,  niektórzy  patrzyli  tylko 
nieprzyjemnym wzrokiem. 

Któregoś dnia odwiedził ją sąsiad, pan Franek. 

background image

 -  Pani  Aniu,  ta  owca  jest  naprawdę  śliczna,  ale  dlaczego 

nie kury? Miałaby pani na rosół - oznajmił. 

 -  No  nieee,  kury  są  paskudne,  poza  tym  ja  bym  w  życiu 

żadnej nie zabiła! 

 -  No  cóż,  mnie  ta  owca  w  sumie  nie  przeszkadza,  tylko 

trochę dziwi mnie pani wybór zwierzęcia domowego. 

 -  Po  prostu  ją  znalazłam,  nie  chciałam,  by  padła,  więc 

zabrałam do domu. 

 -  Rozumiem,  rozumiem,  niech  już  zostanie,  może  sobie 

pani sweter zrobi, do widzenia. 

Anna, zafascynowana życiem owcy - choć ta tylko jadła i 

srała, ale pozwalała się głaskać - nie myślała zbyt intensywnie 
o  Michale.  Jej  nowe  życie  było  odkryciem  dla  niej  samej. 
Chodziła, w czym chciała, i robiła, co chciała. 

Pewnego  dnia  szła  z  owcą  aż  nad  morze,  ta  spokojnie 

obok  niej,  dopóki  nie  spotkała  na  swojej  drodze  trzech 
yorków,  które  zaczęły  przeraźliwie  szczekać.  Wtedy  nagle 
rzuciła  się  pędem  w  kierunku  morza,  Anna  nie  mogła  za  nią 
nadążyć. Wszystko widział pan ze sklepiku z rybami, szybko 
wybiegł i ruszył w pogoń. Miał ze sobą coś w rodzaju lassa i 
po około czterdziestu minutach złapał szarpiącą się owcę. 

 -  O  Jezu,  strasznie  panu  dziękuję  -  wysapała  zdyszana 

Anna. 

 -  Proszę  ją  na  tym  powrozie  zaprowadzić  do  domu,  jest 

przestraszona. 

 - Dobry pomysł. 
W domu owca natychmiast  rzuciła się  do jedzenia. Anna 

głaskała ją miarowo, żeby się uspokoiła. 

Owca  nigdy  nie  uciekała  z  ogrodu.  Właścicielka 

traktowała  ją  jak  kota,  którego  nigdy  nie  mogła  mieć.  Była 
niemal  szczęśliwa.  Osada  powoli  się  uspokajała,  ale  tu  i 
ówdzie  słychać  było  głosy,  że  Anna  oszalała  z  powodu 
zaginięcia  męża.  Mieszkańcy  podzielili  się  na  dwa  obozy: 

background image

tych,  którzy  byli  mimo  wszystko  za  nią,  i  tych,  którzy  ją 
odrzucali. 

Wieczorem  tego  dnia,  kiedy  trwała  pogoń  za  owcą, 

zadzwoniła Beata. 

 - I co słychać? Masz jakieś wieści? 
 -  Żadnych,  ten  facet  okazał  się  świrem,  ale  za  to  mam 

owcę - pochwaliła się. 

 - Co takiego?! 
 -  No,  owcę,  wiesz,  zamiast  kota  czy  psa.  Chciałam 

jakiegoś  przygarnąć,  ale  znalazłam  owcę,  jest  bardzo  miła  i 
grzeczna. 

 - To jakieś szaleństwo - oznajmia Beata. 
 - Dlaczego? Ludzie trzymają w domach nawet świnie. 
 -  Ale  nie  w  Osadzie!  Musisz  stanowić  niezły  widok  dla 

innych! 

 - No, niektórzy się oburzają, ale jeszcze żadna przykrość 

mnie  nie  spotkała,  a  owca  poprawia  mi  humor,  lubię  na  nią 
patrzeć, to uspokaja - mówi Anna. 

 -  Nie  znam  się  na  owcach,  no  ale  skoro  tak,  to  chyba 

dobrze - stwierdziła Beata. - No, to opiekuj się tą swoją owcą. 
A ma jakieś imię? 

 - No, właśnie jeszcze nie ma, myślałam o Verze... 
 - Ciekawe jak dla owcy, ale chyba może być, one pewnie 

i tak nie reagują na imię. 

 - Chyba nie, ale tak ją właśnie nazwę, Vera. 
 -  Postaram  się  niedługo  wpaść,  to  mi  ją  pokażesz,  owce 

widziałam tylko w telewizji, wielkie są. 

 -  Moja  jest  nieduża  i  bialutka,  mówię  ci,  bardzo  ładna, 

chyba młoda. 

 -  No  dobra,  może  przyjadę  jutro,  napijemy  się  wina.  To 

na razie, pa. - Beata się rozłącza. 

background image

34 
Anna  już  sama  strzyże  owcę,  a  futerko  wyrzuca,  nie 

potrafi robić nawet skarpetek. Lubi za to z nią rozmawiać. 

 -  Oj,  Vero,  mówię  ci,  jak  wiele  się  zmieniło  w  moim 

życiu, nawet ubiór, chodzę sobie w wygodnych strojach - ku 
niezadowoleniu Osady, oni lubią by być przystosowanym, ale 
tak  jest  mi  dobrze.  Michał  może  wróci,  a  może  nie  wróci, 
powoli  zaczynam  przyzwyczajać  się  do  samotnego  życia, 
mam  tylko  jedną  znajomą,  i  to  kochankę  męża,  dziwne, 
prawda?  Ale  lubię  ją,  jest  taka  przebojowa,  trochę  jej 
zazdroszczę. Nawet nie mam do niej żalu, prędzej miałam do 
Michała,  ale  nie  okazywałam  mu  tego,  po  co?  Nie  lubił 
problemów  ani  zawracania  mu  głowy.  Znam  tu  jeszcze 
pewnego policjanta, ale trudno się z nim zaprzyjaźnić, chyba 
mnie  trochę  podrywa,  a  ja  nie  mam  ochoty  na  romans.  Ale 
lubię  go.  Masz  tu,  Vero,  miskę  z  wodą,  napij  się,  a  ja  sobie 
naleję wino, ono nie jest dobre dla owieczek. 

W  domu  Anna  otwiera  butelkę  wina  i  z  przyjemnością 

pije. Dzwoni telefon. 

 - Przepraszam panią  za  tego mężczyznę,  już myśleliśmy, 

że mamy jakiś trop, no ale... niestety - mówi Marek. 

 - Cóż, trudno, może w końcu ktoś się odezwie. 
 - Może. A jak się pani czuje? 
 - Nawet dobrze, sprawiłam sobie owieczkę. 
 - Owieczkę?! 
 -  Tak,  a  czemu  by  nie? Zamiast  psa  czy  kota,  tyle  tylko, 

że nie mieszka w domu. Na razie, póki jest ciepło. 

 - Trochę to dziwne, nie sądzi pani? 
 -  Nie,  wcale  nie.  Przecież  nie  trzymam  wielbłąda!  Jest 

mała i śliczna. 

 -  No,  skoro  tak  pani  uważa,  to  proszę  sobie  ją  trzymać. 

Zadzwonię wkrótce, może jednak zjemy jakąś kolację? 

background image

 - Postaram się coś ugotować albo zamówię w restauracji, 

nie chce mi się siedzieć w knajpie, no i muszę dbać o owcę. 

 -  No  tak,  rozumiem.  To  do  zobaczenia.  Mieszkańcy 

Osady szepczą, że Michała pewnie ktoś 

porwał, bo wyprawiał się często poza Osadę. Niektórzy w 

ogóle nie dopuszczają do siebie myśli, że ktoś mógł zaginąć. 
Uwiera ich to. Anna niewiele się tym przejmuje, nigdy zresztą 
za bardzo nie interesowało ją życie Osady. Nie wnika w to, co 
robią  mieszkańcy,  nikogo  nie  obgaduje,  z  nikim  się  nie 
przyjaźni, nigdy nie chodzi na żadne proszone herbatki. Żyje 
tak, jak chciał Michał. 

Wypija  całą  butelkę  wina,  wychodzi  nalać  Verze  świeżą 

wodę do miski, głaska ją i idzie spać. 

Na  drugi  dzień  rano,  mimo  niewielkiego  kaca,  Anna 

zabiera owcę - tym razem zakłada jej powróz na szyję - i idzie 
na spacer. Owca jak zwykle kroczy za nią. 

 -  Vero,  piękny  dziś  dzień,  pójdziemy  nad  morze,  dobrze 

nam to zrobi. Może dziś przyjedzie Beata, kto wie. Trochę mi 
się  nudzi,  ale  przecież  nie  pójdę  do  pracy.  Michał.  ..  on  był 
dobrym  człowiekiem,  tylko  surowym.  Dla  Beaty  był  inny. 
Może miał dwa oblicza? Mówię o nim w czasie przeszłym? 

Osada obserwuje i komentuje: Gada do owcy czy do samej 

siebie?  Ona  nadaje  się  na  leczenie!  Inni:  Ładnie  Annie  z  tą 
białą owieczką. 

Anna  wchodzi  do  ciepłego  morza,  ciągnie  owcę  za  sobą, 

ale  ta  beczy  i  nie  chce  zamoczyć  kopytek.  Wracają  więc  do 
domu i Vera z radością skubie trawę w ogrodzie. 

W końcu  pod wieczór przyjeżdża  Beata. Na widok owcy 

wpada w zachwyt. 

 - Nie, no piękna jest! Spodziewałam się jakiejś brązowej, 

brudnej, z rogami, ale nie znam się na owcach, a ta jest cudna 
po  prostu  i  taka  mięciutka  w  dotyku.  Dobrze  zrobiłaś.  To 

background image

nawet  lepsze  niż  kot  czy  pies.  Chodź,  napijemy  się  wina, 
przywiozłam bardzo dobre - zachęca Beata. 

Rozsiadają się wygodnie w salonie i piją. 
 -  Byłabym  zapomniała!  Przywiozłam  ci  w  prezencie 

porządne zgrzebło do czesania owcy, proszę. 

 - Super! Moje już się lekko popsuło, dziękuję. 
 - Wiesz, zaczynam myśleć, że ten urlop Michała od życia 

dość długo trwa i może jednak coś się stało. Policja nadal nic 
nie wie? - mówi nagle Beata. 

 - Nic. 
 -  To  wszystko  jest  cholernie  dziwne,  trochę  się  już 

martwię. No i ta zgubiona komórka... 

 - On by nigdy nie zgubił komórki, to była służbowa, ale ja 

już sama nie wiem, może popił w tej restauracji? 

 - To  możliwe, był  ostatnio przygnębiony i  zestresowany. 

Mówił, że wszystko go drażni. 

 - Wspominał, że dom też? 
 -  Nie,  już  ci  mówiłam,  że  o  tobie  raczej  nie  mówił,  był 

dyskretny, to facet z klasą. 

 - Facet z klasą nie zdradza żony. - Anna prychnęła. 
 -  Nie  wiem,  co  mam  ci  powiedzieć,  nie  znam  waszych 

układów, myśmy się bardziej przyjaźnili, niż, wiesz, no... 

 -  Nie  chcę  znać  szczegółów,  już  o  tym  rozmawiałyśmy, 

nie mam do ciebie pretensji, to on jest winny. 

 -  Nie  nudzi  ci  się  całymi  dniami?  Może  poszłabyś  do 

pracy? 

 -  Od  wielu  lat  nie  pracuję  i  nie  wyobrażam  sobie  tego, 

choć czasami trochę się nudzę, ale tylko czasami. Wiesz, mam 
teraz  niczym  nieograniczoną  wolność,  owszem,  niekiedy  nie 
wiadomo, co z nią zrobić, ale daję radę - tłumaczy Anna. 

 - A masz w ogóle jakichś znajomych? 

background image

 - Nie, miałam jedną koleżankę w Londynie, ale już długo 

się nie odzywa. Tylko raz zadzwoniła, tuż przed zniknięciem 
Michała. 

 - Romansujesz z tym gliniarzem? 
 - Raczej nie, choć zaprosiłam go na obiad, sama nie wiem 

dlaczego, jest dość przyjemny, ale nie chcę żadnego romansu i 
żadnego faceta w moim łóżku! 

 - A gdzie się podziały twoje pastelowe sukienki? 
 - Czekają w szafie na lepsze czasy. 
W  końcu  lekko  pijane  kobiety  kładą  się  spać,  Beata  w 

pokoju  gościnnym,  w  piżamie  Anny.  Kiedy  się  budzą, 
dochodzi  do  nich  głośne  beczenie  owcy.  Wybiegają  do 
ogrodu,  owieczka  leży  na  boku,  a  pani  Hania  stoi  w  swoim 
ogrodzie i krzyczy: 

 - Zróbcie coś z tym potworem! Ja zwariuję! 
Anna  nie  zwraca  na  nią  uwagi,  dzwoni  po  weterynarza. 

Ten  przyjeżdża  za  pół  godziny  i  dokładnie  bada  owcę.  Po 
pobraniu  krwi i analizie  okazuje się, że  ktoś podał jej trutkę, 
na  szczęście  bardzo  małą  ilość  i  niezbyt  szkodliwą. 
Weterynarz zaleca sterydy i antybiotyki. 

Na  całe  szczęście  po  trzech  dniach  wymiotowania  i 

sprzątania  po  owcy,  ta  wreszcie  chwiejnie  wstaje  i  zaczyna 
chodzić. Leki pomogły! 

Anna dzwoni do Marka. 
 - Ktoś próbował otruć moją owcę, to na pewno sąsiedzi, a 

skoro  próbowali  z  owcą,  to  może  i  z  Michałem.  To  bardzo 
podejrzane... - mówi. 

 - Pani Aniu, nie ma na to żadnych dowodów, nie ma ciała 

Michała,  więc  nic  nie  możemy  zrobić.  A  czy  owca  czuje  się 
już dobrze? 

 - Tak, na szczęście tak, ale to się może powtórzyć. 
 -  Niech  pani  zainstaluje  monitoring  w  domu  i  ogrodzie, 

będzie pani wiedziała, kto to jest - proponuje Marek. 

background image

 - Dobry pomysł, tak zrobię. 
Wkrótce  kamery  są  już  zainstalowane  i  Anna  przez 

komputer może śledzić, co dzieje się wokół domu. Trochę ją 
to  uspokaja.  Jeśli  ten  truciciel  znów  się  pojawi,  to  zostanie 
zarejestrowany i ukarany. 

 - Jeśli wróci, to dosięgnie go kara? - pyta Anna gliniarza 

przez telefon.  

 - Tak, za znęcanie się nad zwierzętami. 
 -  Zaczynam  myśleć,  że  ktoś  z  Osady  mógł  coś  złego 

zrobić Michałowi - upiera się Anna. 

 -  Naprawdę,  pani  Aniu,  na  razie  nie  ma  żadnych 

dowodów,  nie  możemy  nic  zrobić.  Co  najwyżej  przesłuchać 
truciciela, jeśli znów się zjawi. 

 - Mam nadzieję, że nie, choć to by była jakaś poszlaka. - 

Anna kończy rozmowę. 

Ubiera się w dres i idzie z owcą na spacer, nie reagując na 

te  wszystkie  cholerne  gniewne  spojrzenia.  Zdrowa  owca 
radośnie kroczy za nią. 

Resztę  dnia  spędza  na  sprzątaniu  domu  i  ogrodu;  te 

wszystkie bobki! Wieczorem idzie  do pokoju  filmowego  i  po 
wielu  tygodniach  wreszcie  ogląda  „Smażone  zielone 
pomidory".  Lubi  ten  film,  nawet  bardzo.  Scena  przerobienia 
zwłok na mięso jest wprost genialna. 

W nocy włącza się alarm. Anna szybko biegnie do ogrodu. 

Znajduje  zdechłego  szczura  i  malutką  paczuszkę.  Otwiera  ją 
szybko, coś szarego, niewątpliwie  trucizna.  Nie śpi do rana  i 
skoro świt dzwoni na policję. 

 -  Panie  Marku,  proszę  do  mnie  przyjechać,  znów  się 

pojawił! 

 - Dobrze, zaraz będę. Marek przyjeżdża i ogląda nagranie 

z kamery. Jakiś zamaskowany człowiek. 

 -  Kiepsko,  nie  widać  nawet  twarzy,  w  Osadzie  nie  ma 

sklepu  z trutkami, tu  nie  ma  myszy ani robaków,  ktoś musiał 

background image

wybrać się do miasta, nie można z tak słabych poszlak ustalić, 
kto to był, pani Aniu. Przykro mi. 

 -  Pewnie  otruli  Michała,  może  w  tej  restauracji  ktoś  mu 

coś wsypał do jedzenia?! 

 -  Tego  nie  wiemy  i  proszę  tak nie  myśleć,  robimy,  co  w 

naszej  mocy.  Ale  nie  możemy  przesłuchać  wszystkich 
mieszkańców Osady z powodu owcy! 

 - Próbowali otruć ją, to może i Michała, to jest poszlaka - 

upiera się Anna. 

 - Pani Aniu, nie ma ciała, nie ma dowodów. 
 - A przeszukaliście inne miejsca, poza moim ogrodem? - 

sarkastycznie pyta Anna. 

 - Okoliczny las, a w mieście, jak pani wie, wiszą plakaty, 

mamy jego komórkę, ale nikt nie dzwoni, raz tylko zadzwonili 
z  jego pracy, więc powiedziałem, co  się  stało, i  to  wszystko. 
On  po  prostu  przepadł.  A  może  żyje  i  ma  się  świetnie,  kto 
wie? 

 - Kto wie, będziemy w kontakcie, do widzenia. Anna jest 

tak  zmęczona  nocnym  czuwaniem,  że  kładzie  się  spać.  Sen 
przerywa jej głośny dzwonek komórki. Anna niechętnie po nią 
sięga. 

 -  Boże,  w  nocy  mi  się  śniło,  że  Michał  nie  żyje,  to  był 

bardzo realistyczny sen! - Beata prawie krzyczy. 

 - A co ci się właściwie śniło? 
 -  Widziałam  w tym  śnie  jego zwłoki,  gdzieś  pod  ziemią, 

masakra, potem nie spałam do rana, coś okropnego. 

 - A niby gdzie te zwłoki widziałaś? 
 - Nie wiem, ciemno było, brrr. 
 - To tylko sen, Beata, nie jesteś chyba wizjonerką? 
 - Na szczęście nie, tylko, wiesz, przestraszyłam się, to był 

jakiś horror. 

 -  Uspokój  się  i  idź  spać,  ja  właśnie  to  robię.  -  Anna  się 

rozłącza. Jej się nic nie śni, kompletnie nic. 

background image

Budzi  się  dopiero  wieczorem.  Tej  nocy  będzie  musiała 

wziąć tabletki na sen, przespała prawie cały dzień. Wychodzi 
z miską wody do swojej owcy. Ta chętnie pije. 

 -  Oj,  Vera,  mówię  ci,  same  kłopoty,  szczura  podrzucili, 

otruć  cię  chcieli,  ale  ja  nie  pozwolę  ci  krzywdy  zrobić.  Na 
szczęście  alarm  ich  wypłoszył,  tego  się  nie  spodziewali,  ha! 
Nie damy się im, co to, to nie. Beata też mnie nie przestraszy 
tym  swoim  snem,  muszę  być  twarda  i  silna.  Jak  każda 
samotna  kobieta.  No,  może  nie  do  końca,  może  samotna 
kobieta  z  owcą.  -  Anna  się  śmieje.  -  Jesteś  moją  prawdziwą 
przyjaciółką, wiem, że  mnie słyszysz i  rozumiesz. Michał by 
cię pewnie wywiózł, może nawet do rzeźni, ale go nie ma. Ja 
nie  wiem,  czy  go  naprawdę  kochałam,  czy  to  w  ogóle  była 
miłość,  lubiłam  go,  ale  nawet  to  nie  zawsze.  Może  raczej 
przyzwyczajenie  i  brak  innej  opcji,  zjawił  się  jak  książę  z 
bajki,  tylko  konia  brakowało,  i  mnie  uratował  przed 
monotonią. Teraz też żyję monotonnie, ale inaczej, i lubię to. 
Jutro  pojadę  na  wieś,  kupię  ci  owies.  A  teraz  masz  swój 
przysmak, twoją ukochaną marchewkę. I śpij dobrze, kochana. 

 -  No  wariatka,  kompletna  wariatka  -  mruczy  do  siebie 

pani Hania, obserwując wszystko ze swojego ogrodu. - Odbiło 
jej 

tej 

samotności!

background image

35 
Na  drugi  dzień  budzi  ją  rano  ostry  dźwięk  komórki. 

Niechętnie odbiera, jeszcze by pospała. 

 -  Zgłosił  się  do  nas  pewien  mężczyzna,  twierdził,  że 

widział, jak pani mąż stał pod ową restauracją z jakąś szczupłą 
blondynką  z  długimi  włosami.  Rysopis  pasuje  do  pani,  ale 
potrzebujemy  zdjęcia  z  monitoringu,  wtedy  się  upewnimy... 
Bardzo jednak proszę, by podeszła pani na komisariat - mówi 
gliniarz. 

 -  W  życiu  nie  byłam  w  tej  restauracji!  Kiedy  mam  się  u 

was stawić? 

 -  Najlepiej  zaraz,  musimy  się  upewnić,  kogo  widział,  to 

naprawdę ważne. 

 - Znowu jestem podejrzana? - Westchnęła.  -  To już staje 

się nudne. 

 - Każdy może zostać podejrzanym, a zwłaszcza najbliżsi. 

Czekam na panią. 

Anna wcale się nie spieszy, powoli  ubiera  się  w dżinsy i 

jasną  koszulę,  włosy  spina  na  karku.  Wychodzi  do  owcy  z 
miską świeżej wody. 

 -  Co  za  idioci,  ci  z  policji,  Vera.  Nigdy  nie  byłam  w  tej 

restauracji,  zamiast  szukać  Michała,  usiłują  znaleźć  coś  na 
mnie!  Ale  spokojnie,  nic  nie  znajdą.  Kolejny  świr  się 
przyplątał, i tyle. 

Znowu dzwoni komórka. 
 - Gdzie pani jest? Ten mężczyzna czeka i ja także! 
 -  Musiałam  dać  wodę  owcy,  ona  też  czekała,  zaraz 

przecież będę. 

 - No dobrze, czekamy. 
Na  komisariacie  siedzi  jakiś  starszy  człowiek  w 

pogniecionej  marynarce  i  sztruksach.  Marek  zaprasza  ich  do 
zamkniętego pokoju. 

 - Pani Aniu, proszę rozpuścić włosy. 

background image

 -  O  Jezuuu,  no  dobrze.  -  Anna  posłusznie  wykonuje 

polecenie. 

 - Czy to ta kobieta? - pyta mężczyznę. 
 -  Bardzo  podobna,  z  postury,  włosów,  ale  było  ciemno, 

nie  potrafię  dokładnie  powiedzieć,  bo  ona  stała  bokiem  do 
mnie, widziałem ją z profilu - mówi. 

 -  Pani  Aniu,  proszę  się  obrócić  -  nakazuje  Marek. 

Mężczyzna nadal nie jest pewny. 

 -  Bardzo  podobna,  ale  niestety  to  wszystko,  co  mogę 

powiedzieć. 

 -  W  porządku,  jest  pan  wolny.  Gdyby  jeszcze  pan  sobie 

coś przypomniał, tu jest moja wizytówka, do widzenia. 

 - Co oni robili pod tą restauracją? - pyta Anna. 
 -  Stali  i  rozmawiali.  Jest  pani  pewna,  że  nie  była  tam? 

Może pojechała pani za mężem? 

 -  Nawet  nie  wiem,  gdzie  to  jest!  I  po  co  miałabym  to 

robić?! 

 - No nic, poczekamy na zdjęcie z kamery, teraz może pani 

wracać  do...  swojej  owcy.  Przykro  mi,  ale  wszystko  musimy 
sprawdzić. 

W domu Anna natychmiast dzwoni do Beaty. 
 - Słuchaj, policja mnie wezwała, podobno Michał stał pod 

tą  restauracją,  w  której,  pamiętasz,  zgubił  komórkę,  z  jakąś 
szczupłą blondynką z długimi włosami. Kojarzysz taką? 

 -  Nie,  zupełnie  nie.  Słuchaj,  a  może  on  spotykał  się 

jeszcze z kimś poza mną? 

 -  To  samo  przyszło  mi  do  głowy.  Sporo  się  o  nim 

dowiedziałam,  odkąd  zniknął...  Wcale  go  nie  znałam,  jak  się 
okazało,  i  teraz  myślę,  że  mógł  mieć  jeszcze  kogoś,  cholera 
wie. 

 -  Wcale  a  wcale  mi  się  to  nie  podoba.  Nasz  związek  od 

kilku  miesięcy  był  już  bardziej  platoniczny,  przyjacielski,  po 
prostu  rozmawialiśmy,  ale  rzadziej  się  widywaliśmy  niż 

background image

kiedyś,  mówiłam  ci  to  już,  więc  możliwe,  że  znalazł  sobie 
kolejną - sugeruje Beata. 

 -  Wszystko  jest  możliwe,  również  to,  że  mogła  to  być 

znajoma  z  pracy.  Ale  dlaczego  miałby  stać  z  nią  przed 
restauracją, skoro wewnątrz był sam, jak zeznał kelner? 

 -  Nie  mam  pojęcia,  kolejna  tajemnica.  Może  zdjęcie  z 

kamer rzuci światło na tę sprawę. Poczekajmy. A jak owca? 

 -  A  dziękuję,  na  szczęście  dobrze,  już  nie  było  prób 

otrucia.  Odkąd zainstalowałam  alarm  i  monitoring,  chyba  się 
przestraszyli. - Śmieje się. 

 - No to dobrze. A bardzo cię tam nie lubią? 
 -  Większość,  ale  nie  wszyscy.  Zadzwonię  do  ciebie,  jak 

policja zdemaskuje tę kobietę. O ile im się to uda, bo jak dotąd 
wyniki mają gorzej niż marne. Jeszcze gliniarz mi wciskał, że 
to może ja tam byłam! 

 -  Wiem,  że  to  nie  ty,  wierzę,  że  byłaś  w  domu,  nie 

przejmuj się, zdzwonimy się. 

background image

36 
Zdjęcia  z  kamer  pokazują  twarz  kobiety,  ale  nie  jest  to 

twarz  Anny,  choć  faktycznie  bardzo  podobna.  Kobieta  ma 
mocny makijaż. 

 -  Wrzucimy  to  do  Internetu.  Czy  pani  mąż  korzystał  z 

Facebooka? - pyta gliniarz. 

 - Nie, nie znosił takich portali. 
 -  Szkoda,  to  by  ułatwiło  sprawę,  bo  moglibyśmy za  jego 

pośrednictwem  pokazać  fotografię  jego  znajomym.  No  nic, 
poczekamy, może ktoś ją rozpozna. Pokażemy też to zdjęcie w 
biurze, w którym pracował, może to znajoma z pracy. 

 - Dobrze, dziękuję, mówiłam, że to nie ja! 
 - Pani Aniu, ja... 
Anna się rozłącza. Zdenerwowało ją kolejne przesłuchanie 

i kolejny rzekomy świadek. Ilu jeszcze takich się zgłosi?! Pod 
wieczór Anna znowu sięga po dziennik Michała. 

Jak ja nie znoszę tej pracy. Duże pieniądze, ale jaka nuda. 

Może  rzucę  to  w  cholerę  i  zacznę  robić  coś,  co  lubię?  Z 
kolekcjonowania motyli nie da się raczej wyżyć, nawet Anna 
nie wie  o tej  pasji, pewnie by mnie wyśmiała, zresztą  to  jest 
tylko moje i nie chcę nikomu tego pokazywać, to jak dzielenie 
się  skarbem.  Może  mógłbym  napisać  książkę?  Albo  na 
przykład  wyruszyć  w  podróż?  Anna  chyba  nie  miałaby  nic 
przeciwko  temu,  gdybym  zniknął  na  jakiś  czas.  Ona  nie  ma 
własnego  życia.  Mam  wrażenie,  że  tylko  spełnia  moje 
polecenia.  Przydałoby  się  jej  trochę  samotności,  może 
odnalazłaby  siebie,  kto  wie.  Z  Beatą  już  tylko  rozmawiamy, 
dobre i to, świetna z niej przyjaciółka. Muszę w końcu podjąć 
jakąś  decyzję  co  do  mojego  dalszego  życia,  bo  czuję,  że  się 
duszę. Ta monotonia mnie zabija. 

Samotność  dobrze  by  mi  zrobiła?  -  myśli  Anna. 

Właściwie,  jak  się  okazuje,  miał  rację.  Nie  rozumiem, 

background image

dlaczego  nigdy  ze  mną  o  tym  nie  rozmawiał,  była  jakaś 
blokada między nami. 

Anna dzwoni do Beaty. 
 -  Słuchaj,  czy  on  kiedykolwiek  wspominał,  że  marzy  o 

jakiejś długiej podróży? 

 - Tak, wiele razy, ale nie miał za bardzo odwagi, by w nią 

wyruszyć. Koniecznie chciał coś zmienić w swoim życiu, ale 
nie mógł, bał się, mówił mi o tym. Stabilizacja go nudziła, ale 
też  dawała  poczucie  bezpieczeństwa.  Czuł  się  trochę  jak  w 
złotej klatce, rozumiesz? 

 -  Tak,  doskonale,  tylko  że,  no...  nigdy  nie  dał  tego  po 

sobie poznać... Mam wrażenie, że traktował mnie jak mebel... 

 -  Oj,  nie  przesadzaj.  Fakt,  że  przyzwyczajenie  zrobiło 

swoje,  no  i  wasze  życie  nie  było  zbyt  urozmaicone,  odkąd 
zamieszkaliście w Osadzie. Jeszcze raz ci mówię, że ta Osada 
niszczy,  zwłaszcza  indywidualność.  Wszyscy  mają  być  tacy 
sami. Widzisz, co się dzieje, jak sprawiłaś sobie owcę zamiast 
yorka. Ale ty się nigdy nie wyprowadzisz. Boisz się tak samo 
jak i on. 

 -  To  możliwe.  Nie  sprzedam  domu,  nie  dałabym  sobie 

rady w mieście, tak mi się wydaje. 

 - Bo nawet nie spróbowałaś! 
 - Przecież kiedyś mieszkałam w mieście, ale to były inne 

czasy,  nie  znałam  wtedy  Osady,  teraz  wszystko  jest  inaczej. 
Mam  tu  piękną  okolicę,  morze,  sklep  z  rybami,  owcę,  po  co 
mi  coś  więcej?  Muszę  kończyć,  bo  zdaje  się,  że  dzwoni 
gliniarz.  Jeszcze  o  tym  kiedyś  porozmawiamy,  ale  ja  nie 
jestem  taka  jak  ty,  Beata.  -  Rozłącza  się  i  odbiera  drugie 
połączenie. 

 -  Pani  Aniu,  dostałem  zdjęcie  tej  blondynki  z  kamer. 

Pokazywałem  je  w  firmie  pani  męża  i  nawet  w  firmie  pani 
Beaty, nikt jej nie rozpoznał, nie wiemy, kim ona jest i co tam 
robiła.  Kamera  zarejestrowała  tylko,  jak  stoją  i  rozmawiają 

background image

przez  chwilę,  a  potem  się  rozchodzą.  Przykro  mi  -  mówi 
Marek. 

 - Albo to sprawka sąsiadów, albo on wyjechał. Czytałam 

w jego dzienniku, że marzył o jakiejś podróży, ale przecież nie 
wziął pieniędzy z konta! 

 - Może trzymał gdzieś gotówkę, choćby w tej piwnicy, do 

której nigdy pani nie zaglądała? 

 - Nie wiem, może. To Beata lepiej go znała, niestety. 
. - Z nią już rozmawialiśmy, wiemy, że był przemęczony, 

dlatego mógł wyjechać, ale to tylko kolejna hipoteza. 

 - W tej  sprawie jest tylko  jeden konkret: Michał zaginął. 

Nic więcej. 

 -  Przyjadę  jutro  rano  i  pokażę  pani  to  zdjęcie,  może  to 

ktoś  z  waszego  życia  przed  Osadą,  mogę  też  popytać 
sąsiadów, przecież nie zna pani wszystkich. 

 -  Prawie  wszystkich  znam  z  widzenia,  ale  może  pan 

spróbować. Zatem do jutra. 

background image

37 
Sąsiedzi  nie  rozpoznają  kobiety,  pani  Hania  jest  wręcz 

oburzona. 

 -  Nikt  tak  ubrany  i  tak  wymalowany  na  pewno  tu  nie 

mieszka! To jakaś, za przeproszeniem, zdzira, pan wybaczy. - 
Zatrzaskuje drzwi. 

Zrezygnowany Marek idzie do Anny. 
 - Oj, widzę, że jest pan przygnębiony. Zrobię panu kawę - 

proponuje Anna. 

 -  Trudno  nie  być,  czuję  się  bezradny  i  bezsilny,  a 

jednocześnie  wściekły,  że  nie  mogę  pani  pomóc  -  mówi 
Marek. 

 - Niech pan pokaże to zdjęcie. 
Anna  dokładnie  się  przygląda.  Mężczyzna  to  na  pewno 

Michał, a ta kobieta... zaraz... zaraz... Coś jej świta w głowie. 

 -  Chwileczkę,  chyba  ją  kojarzę,  zawsze  mieliśmy  jakieś 

pomoce  domowe,  w  Kołobrzegu  też,  mam  wrażenie,  że  ona 
lata  temu,  jeszcze  przed  Osadą,  przewinęła  się  przez  nasz 
dom, ale była krótko, bo się nie sprawdziła - stwierdza Anna. 

 - Pamięta pani, jak się nazywa? 
 -  Chyba...  Klara  Dembowska.  Tak,  na  pewno  tak. 

Zapamiętałam  ją,  bo  była  dość  arogancka,  to  by  się  nawet 
zgadzało,  bo  miała  się  przeprowadzić,  chyba  właśnie  do 
miasteczka  obok  Osady,  wspominała  o  tym,  jak 
zdecydowaliśmy się zrezygnować z jej usług. Mówiła, że ma 
tam jakąś bliską rodzinę, to wszystko, co pamiętam. Ma jakieś 
trzydzieści, trzydzieści dwa lata. 

 -  Dobrze,  spróbujemy  ją  znaleźć,  może  czegoś  się 

dowiemy. 

 - Jak zawsze „może"! 
 -  Naprawdę  mi  przykro,  sam  jestem  już  zmęczony  tym 

wszystkim.  Zobaczymy,  co  powie,  jak  ją  odnajdziemy.  Do 
widzenia, i dziękuję za kawę. 

background image

38 
W  miasteczku  mieszka  pięć  rodzin  o  nazwisku 

Dembowscy.  Łatwo  można  ustalić  adres  Klary.  Istnieją 
przecież  jeszcze  telefony  stacjonarne  i  książka  telefoniczna. 
Pani Klara punktualnie stawia się na komisariacie. W obcisłej 
mini,  szpilkach  i  z  mocnym  makijażem  na  twarzy,  włosy 
rozpuszczone. 

 -  O  co  chodzi?  Ja  nic  nie  zrobiłam  i  nic  nie  wiem  - 

zaczyna od progu. 

 -  Na  pewno  widziała  pani  plakaty  w  mieście, 

poszukujemy  Michała  Michalskiego.  Pani  go  widziała, 
dlaczego się pani do nas nie zgłosiła? 

 -  Nie  widziałam  żadnych  plakatów,  nie  mam  czasu  na 

łażenie  po  mieście;  praca,  dom,  praca,  dom,  a  gazet  nie 
czytam. 

Akurat! - myśli gliniarz. 
 -  Za  to  my  mamy  pani  zdjęcie,  rozmawiała  pani  z 

Michałem  we  wtorek,  w  dzień  jego  zaginięcia,  przed 
restauracją. O czym? Czy to on się z panią umówił? 

 -  Wpadłam  na  niego  przypadkiem  -  odpowiada  niczym 

niezrażona  pani  Klara,  nawet  się  nie  zaczerwieniła.  - 
Wychodził  z  restauracji,  a  ja  go  poznałam  i  podeszłam,  by 
spytać,  co  słychać.  To  wszystko.  Rozmawiałam  z  nim  może 
kilka minut. 

 - Co mówił? 
 -  Nic  szczególnego:  że  się  przeprowadził  do  tej  bogatej 

zamkniętej  Osady.  Jezu,  mity  o  niej  krążą  w  miasteczku! 
Mówił, że wszystko w porządku i że właśnie wraca do domu, 
ale zepsuło mu się auto i chyba się przejdzie na piechotę, bo to 
niedaleko, a było dość ciepło. 

 - To wszystko? 
 - Tak. 

background image

 -  Zdaje  sobie  pani  sprawę,  że  zataiła  przed  nami  fakt 

spotkania z nim? 

 -  Ja  nic  nie  zrobiłam!  Nie  widziałam  żadnych, plakatów, 

naprawdę! To on zaginął?! 

 - Owszem, właśnie w tym dniu. 
 - Chyba nie jestem podejrzana? 
 -  Każdy,  kto  miał  z  nim  kontakt,  jest  podejrzany,  proszę 

pani. Co pani robiła po rozstaniu z Michałem Michalskim? 

 -  Nic,  poszłam  do  domu,  moja  matka  może  to 

poświadczyć. 

 -  Jak  wspomina  pani  swoją  pracę  w  domu  państwa 

Michalskich? 

 -  Fatalnie,  nie  układało  się,  pani  Anna  ciągle  na  mnie 

narzekała, mówiła, że źle sprzątam, że się spóźniam i nie robię 
dobrze zakupów, nic jej się nie podobało. Krytykowała także 
mój ubiór, według mnie po prostu była zazdrosna. 

 - A skąd ten wniosek? Czy miała pani romans z Michałem 

Michalskim? 

 -  A  skądże!  Ja  go  prawie  nie  widywałam!  W  godzinach 

mojej roboty on był w swojej firmie. Myślę, że zazdrościła mi 
młodości i figury. 

 - Jest niewiele starsza od pani... 
 - No cóż, to tylko moje spostrzeżenia... Coś jeszcze? 
 - Czy państwo Michalscy żyli w zgodzie? 
 -  Nie  mam  pojęcia,  pracowałam  tylko  trzy  razy  w 

tygodniu po kilka godzin dziennie i, tak jak mówiłam, w domu 
była wtedy tylko pani Anna. Nic więcej nie wiem. 

 -  No  dobrze,  jest  pani  wolna.  Jakby  się  pani  coś 

przypomniało,  proszę  zadzwonić.  Do  widzenia.  -  Kończy 
rozmowę, wręczając jej swoją wizytówkę. 

Wszyscy są podejrzani. Nikt nie jest podejrzany. Na jedno 

wychodzi, myśli gliniarz. 

background image

39 
Po  kolejnych  rewelacjach,  które  przekazał  jej  Marek, 

Anna dzwoni do Beaty. 

 -  Obiecałam,  że  się  odezwę,  no  to  dzwonię.  Kolejne 

pudło,  to  nasza  dawna  pomoc  domowa,  po  prostu 
przypadkiem go spotkała, ale nie sadzę, by miał z nią romans, 
bo Michał ma dobry gust. 

 - Wiem coś o tym. - Beata się śmieje, a po chwili dołącza 

do niej Anna. 

Przez moment obie śmieją się jak wariatki, jakby usłyszały 

świetny dowcip. 

 -  Szykuj  się  na  samotne  życie,  mówię  ci  -  mówi  Beata, 

kiedy się uspokajają. 

 -  Zmieniłaś  zdanie?  Do  tej  pory  przekonywałaś  mnie,  że 

Michał wróci. 

 -  Tak,  chociaż,  wiesz,  mimo  tych  wszystkich  rozmów  ja 

też mam wrażenie, że go do końca nie znałam. Jeśli nawiał, to 
mógł przynajmniej zadzwonić. Albo do mnie, albo do ciebie. 
Lub  zostawić  list.  To  mnie  najbardziej  dziwi  w  tym 
wszystkim, zniknięcie bez słowa jest do niego niepodobne. 

 - A mnie już coraz mniej dziwi, tyle absurdów jest w tym 

wszystkim. Szkoda gadać, odezwę się wkrótce, pa. 

 -  Vero,  wielka  podróż  mu  się  marzyła,  też  coś!  -  Anna 

znów  przemawia  do  owcy.  -  Każdy  marzy,  ale  niewielu  się 
decyduje  na  radykalne  kroki,  zwłaszcza  na  ucieczkę  bez 
słowa,  choć  słyszałam  o  takich  przypadkach.  Wpływowi  i 
bogaci  biznesmeni  nagle  rzucali  wszystko  i  wyjeżdżali  na 
zawsze,  na  przykład  do  Indii,  by  nigdy  już  nie  wrócić.  Ale 
Michał  nie  był  ani  bardzo  wpływowy,  ani  bogaty,  po  prostu 
zamożny.  Tak  czy  owak,  ma  tę  swoją  podróż,  tylko  nie 
wiadomo,  w  którą  stronę.  Można  to  tak  przecież  nazwać  - 
podróż. 

background image

I znowu dzwoni komórka. Anna ma już dosyć rewelacji od 

policji, niechętnie odbiera. 

 - Pani Aniu, czy to możliwe, że pani mąż poszedł sam do 

restauracji w mieście? Lubił takie samotne wyprawy? 

 -  Widocznie  tak,  nierzadko  wracał  późno,  może  chodził 

sobie po restauracjach, nie wiem, nic mi nie mówił. 

 - Może on jednak z kimś tam był... ale kelner upiera się, 

że był sam. Może po prostu był głodny? 

 - Na  pewno, a przecież  samochód mu się  zepsuł, pewnie 

wstąpił  coś  zjeść,  i  to  wszystko.  A  potem  natknął  się  na  tę 
Klarę.  Akurat  w  tym  przypadku  nie  ma  się  co  doszukiwać 
dodatkowych podtekstów, panie Marku - mówi Anna. 

 -  Chyba  ma  pani  rację.  No  cóż,  szukamy  dalej,  trzymam 

za panią kciuki, naprawdę. 

 - Zaraz, a co z jego samochodem? 
 -  Zapomniałem  pani  powiedzieć,  tylko  jeden  samochód 

stał  przed  restauracją  przez  kilka  dni,  odholowaliśmy  go.  W 
środku  nic  nie  było,  poza  rękawiczkami  bez  palców,  takimi 
ułatwiającymi trzymanie kierownicy. Idealnie zadbane i czyste 
czarne volvo. 

 -  To  jego  samochód,  rękawiczki  także,  jestem  pewna. 

Jeszcze  powinna  wisieć  nad  kierownicą  taka  maskotka,  biały 
królik. 

 -  Tak!  Jest  coś  takiego  w  tym  wozie.  Na  razie  stoi  na 

policyjnym parkingu. 

 - No dobrze, dziękuję panu. 

background image

40 
 -  Witaj,  Vero.  Masz  tu  świeżą  wodę  i  twoją  ulubioną 

marchewkę.  A  więc  tak  wyglądały  nadgodziny  Michała  w 
pracy! Chodził sobie po restauracjach, jakby w domu nie było 
najlepszego,  zdrowego  jedzenia,  które  rzekomo  tak  lubił. 
Może tylko w tej jednej był sam, a do innych chodził z kimś? 
No, ale nikt go nie widział albo nie chce mieć do czynienia z 
policją. Mógł mieć przecież nawet i kilka kochanek! Ech, nic 
już  nie  wiem,  jest  mi  coraz  bardziej  obcy.  O  ile  to  w  ogóle 
możliwe:  być  jeszcze  bardziej  obcym,  niż  był  dotychczas. 
Dopiero  teraz  widzę,  że  nasze  rozmowy  ograniczały  się  do 
tego, jaki film obejrzymy i co zjemy na  obiad, niekiedy pytał 
jeszcze,  jak  się  czuję.  Ale  prawdziwych  rozmów  nie  było, 
Vero.  Ty  jesteś  bardziej  rozmowna,  mimo  że  tylko  beczysz. 
Po  co  miał  ze  mną  rozmawiać,  skoro  był  taki  wylewny  przy 
Beacie?  Proste,  prawda?  Może  uważał  mnie  za  głupią  kurę 
domową, nie wiem... 

background image

41 
W  czasie  spaceru  nad  morze  spotyka  na  jednej  z  alejek 

pana  Franka.  Ten  głaska  owieczkę.  Nagle  znowu  jest  miłym 
sąsiadem. Anna podejrzewa, że nie chce, by jego obecność w 
klubie w miasteczku wyszła na jaw przed jego żoną. 

 - Co u pani? Coś nowego? - pyta. 
 - Niestety, nie, nic nie wiadomo. Policja jest bezradna. 
 - Współczuję pani, tajemnicza sprawa, prawda? 
 - Tak, nawet bardzo. 
 -  Jakby  kiedyś  chciała  pani  porozmawiać,  to  zapraszam 

do siebie. Nie jestem mistrzem kuchni, ale zawsze zamawiam 
dobre jedzenie przez Internet. 

 - Dziękuję panu, życzę miłego dnia. 
 - Nawzajem... mimo wszystko. 
Nad  morzem  trochę  wieje,  ale  wciąż  jest  lato  i  pogoda 

dopisuje. Anna bierze gąbkę, którą ze sobą zabrała, specjalny 
szampon  i  myje  beczącą  owcę.  Owce  nie  lubią  wody, 
zwłaszcza morskiej, ale dzięki temu znów jest śliczna i biała. 
Potem ją strzyże, a futro wyrzuca do morza, które natychmiast 
je  zabiera.  Trzyma  owcę  na  postronku  i  siada  na  gorącym 
piasku.  Mordercza  niewinność  morza,  przypomina  sobie 
słowa  Yeatsa.  Ale  ten  widok  zawsze  działał  na  nią 
uspokajająco. Nagle czuje, że wcale nie jest zdenerwowana, że 
to wszystko, co się dzieje, jest jakby poza nią lub za nią, że to 
już koniec, że nic więcej się nie wydarzy, że oto rozpoczyna 
zupełnie nowe, niczym nieskrępowane życie. 

W  domu  pakuje  swoje  pastelowe  sukienki  w  dwa  duże 

pudła  i  zanosi  do  piwnicy.  Nie  chce  ich  jeszcze  wyrzucać. 
Jeszcze nie podjęła decyzji. 

Życie  mieszkańców  Osady  niewiele  się  zmieniło  od 

zaginięcia  Michała.  Po  prostu  nie  przyjęli  tego  do 
wiadomości,  jakby  udawali,  że  zawsze  będzie  trwało  lato,  a 
zima  nie  istnieje;  jakby  ich  związki  zawsze  były  idealne,  a 

background image

decyzje  trafne.  Nikt  nie  mógł  głośno  powiedzieć,  że 
ktokolwiek z Osady zaginął lub uciekł. Mogli tak myśleć, ale 
już  nie  wypowiadać  na  głos,  mogli  nawet  plotkować  między 
sobą,  kto  wie?  Ale  i  to  było  wątpliwe.  Michał  otworzył 
szczelinę,  przez  którą  wdarł  się  tak  niechciany  przez  nich 
chaos  zewnętrznego  świata.  Dlatego  woleli  udawać  i  nie 
akceptować faktów. Nawet ci, którzy niegdyś przynosili Annie 
ciasto  czy  kawałek  łososia,  teraz  zachowywali  się  tak,  jakby 
Michał zwyczajnie wyszedł  na nieco dłużej  niż kilka godzin. 
To  był  ich  jedyny  pomysł  na  całą  tę  dziwną  sytuację. 
Podobnie  jak  po  wcześniejszym  oburzeniu  starali  się  nie 
zauważać  tego,  że  Anna  zmieniła  ubiór  i  zachowanie. 
Wszystko, co mogło zakłócić życie Osady, stanowiło tabu. 

Annie  jest  to  nawet  na  rękę.  Wreszcie  przestała  słyszeć, 

jak szepczą między sobą na jej temat. Nie żeby specjalnie się 
tym przejmowała, ale przynajmniej nie była już obiektem ich 
zainteresowania,  choć  wiedziała,  że  lubią  ją  obserwować  z 
okien, jak idzie na spacer ze swoją owcą. Było to dla nich coś 
egzotycznego,  a  nie  przerażającego,  jak  przyjęcie  do 
wiadomości, że ktoś mógł zaginąć, że komuś z Osady mogła 
stać  się  krzywda.  Tylko  Anna  miała  założony  alarm  i 
monitoring - ze względu na owcę - reszta uważała, że w takim 
miejscu tego typu urządzenia są zbędne. Anna podejrzewa, że 
to  pani  Hania  próbowała  otruć  Verę,  ale  nic  nie  powiedziała 
ani  jej,  ani  Markowi.  Po  co?  Przecież  nie  zamknęliby  jej  w 
więzieniu,  a  próby  zgładzenia  owcy  z  powierzchni  ziemi  już 
się  skończyły.  Pani  Hania  przestała  ją  odwiedzać  ze  swoim 
ciastem domowej roboty. Czasem tylko stoi w swoim ogrodzie 
i ostentacyjnie gapi się na rozmawiającą z owcą Annę. Nikt jej 
nie  nachodzi,  nikt  jej  nie  przeszkadza,  nikogo  już  nie 
interesuje tak jak wcześniej. 

Niespodziewane  pojawienie  się  Klary  Dembowskiej  w 

życiu  Michała  sprawiło  jednak,  że  Anna  po  raz  kolejny 

background image

przekonała  się, że  mąż  jest  dla  niej  zagadką,  że  człowiek,  za 
którego  wyszła,  jest  jej  całkowicie  obcy,  nieznany, 
tajemniczy.  Mimo  wszystko  nie  wierzy,  że to  spotkanie  było 
przypadkowe  i  jednorazowe.  Nie  czuje  się  zazdrosna,  nawet 
nie  jest  zdenerwowana,  po  prostu  dręczy  ją  ciekawość,  czy 
mężczyzna,  któremu  przygotowywała  śniadania  i  z  którym 
spała  w  jednym  łóżku,  miał  więcej  niż  jedną  kochankę. 
Postanawia poprosić o pomoc Beatę. 

 -  Słuchaj,  może  byśmy  pojechały  do  tej  restauracji,  w 

której  Michał  zgubił  komórkę?  Może  kelner  powie  nam  coś 
więcej niż policji, której ludzie zazwyczaj się boją? 

 -  No  dobrze,  ale  po  co  ci  ta  wiedza?  Czy  to  pomoże  w 

jego odnalezieniu? 

 - Szczerze? Z ciekawości, chcę się dowiedzieć, co on tam 

robił,  nie  musiał  jadać  w  restauracjach.  Nawet  jak  miał 
nadgodziny,  zabierał  ze  sobą  w  minilodówce  jedzenie  do 
pracy. Zawsze. Nie wiem, czy to pomoże, ale dręczy mnie to. 

 -  Zgoda,  przyjadę  po  ciebie  za  godzinę,  bądź  gotowa. 

Restauracja  jest  niewielka,  podobnie  jak  pozostałe  trzy  w 
miasteczku,  i  specjalizuje  się  w  kuchni  chińskiej.  Poza 
mężczyzną  wyglądającym  na  właściciela  jest  tu  tylko  jeden, 
dość  młody  kelner.  Kobiety  siadają  przy  stoliku  i  zamawiają 
zupę. 

 -  Chyba  tego  nie  zjem,  piekło  w  gębie  normalnie  - 

wzdryga się Anna. 

 -  To  jest  ostra  kuchnia,  ale  lepiej  zjedz,  jak  chcesz,  by 

porozmawiał  z  nami  kelner,  a  może  nawet  właściciel  - 
odpowiada Beata. 

 - Będę musiała wypić potem hektolitry wody mineralnej. 

Spróbuję to przełknąć... niech to szlag! 

Po zupie zamawiają dzbanek wody mineralnej. 
 -  I  co  teraz?  Zawołać  go  tutaj?  Chyba  nie  wolno  mu 

rozmawiać z gośćmi? - pyta Anna. 

background image

 -  W  dobrej  restauracji  kelnerzy  jak  najbardziej 

rozmawiają,  nawet  powinni,  o  ile  nie  przeszkadza  im  to  w 
obowiązkach, a - jak widzisz - nie ma tu nikogo poza nami. 

 - No dobra, to go zawołaj. 
Beata  podnosi  dłoń  i  gestem  przywołuje  kelnera.  Ten 

szybko podchodzi. 

 - Słucham panie? Może deser? 
 -  Szczerze  mówiąc,  mamy  do  pana  pytanie.  Niedawno 

przesłuchiwał  pana  policjant  w  sprawie  mężczyzny,  który 
zaginął,  na  pewno  widział  pan  plakaty  w  mieście,  i  który 
zgubił tutaj swoją komórkę, prawda? 

 - No... tak - mówi wyraźnie spłoszony kelner. 
 - Proszę się nie bać - odzywa się Anna. - My nie jesteśmy 

z  policji,  jesteśmy  jego  przyjaciółkami  i  chciałyśmy  się 
jedynie dowiedzieć, czy on na pewno był wtedy sam? 

 -  Wtedy  tak.  Wszedł,  usiadł  i  zamówił  wodę  mineralną. 

Chyba  coś  czytał,  tak  jakby  jakiś  raport.  Może  czekał  na 
kogoś, nie wiem. 

 - Wtedy? Czyli bywał tu wcześniej? 
 - O, tak. Znałem go już z widzenia, wpadał tutaj, często o 

tej samej porze, na zupę albo tylko by napić się wody. 

 - Zawsze sam? 
 - No... nie. 
 - To znaczy? 
 - Ze dwa, może trzy razy był z jakąś kobietą, blondynką, i 

oboje coś czytali, jakby właśnie jakieś raporty czy coś w tym 
stylu. 

 -  Aha,  czy...  czy  trzymali  się  za  ręce,  no,  czy  zauważył 

pan, że są blisko ze sobą? 

 -  Nie,  wyglądali  raczej  na  znajomych  z  firmy.  Czytali, 

rozmawiali, śmiali się, jak to na spotkaniu w restauracji. Ona 
zamawiała zwykle obiad. 

 - Jakiś problem? - Właściciel wyłania się z zaplecza. 

background image

 -  Nie,  nie,  po  prostu  wypytywałyśmy  o  dostępne  menu  i 

tajniki  kuchni  chińskiej.  Bardzo  dobra  restauracja!  -  woła 
Beata. 

 -  Dziękuję,  miłego  wieczoru.  Adam,  wracaj  już  do 

kuchni. 

 - Muszę iść, coś jeszcze? 
 - Jakim cudem zgubił komórkę? 
 -  Tego  nie  wiem,  przecież  bym  go  zawołał,  gdybym 

zauważył. Przepraszam, ale naprawdę muszę już iść, nie ma tu 
zbyt wielu pracowników, poza kucharzem i mną. 

Beata  odwozi  Annę  do  domu  i  wpada  na  kieliszek  wina. 

Siadają w ogrodzie, owca spokojnie leży sobie na trawniku. 

 - No i co? Myślisz, że miał romanse? - pyta Annę. 
 -  Nie  wiem,  ten  kelner  nic  takiego  nie  sugerował,  ale 

mógł przecież zataić prawdę. 

 -  To  po  cholerę  tam  pojechałyśmy?  Żeby  teraz  pić  non 

stop wodę mineralną? Suszy mnie jak na kacu, potworna była 
ta zupa! 

 - Przeczuwałam, że on tam z kimś chodził, i chciałam się 

upewnić. 

 - No i co teraz? 
 -  Nic.  To  niczego  nie  zmienia tak  naprawdę.  Nawet  jeśli 

miałby  dziesięć  kochanek!  Teraz  to  już  przecież  bez 
znaczenia. 

 - A kiedykolwiek wcześniej przyszło ci to do głowy? 
 - Nie, wiedziałam tylko o tobie, nawet przez myśl mi nie 

przeszło, że mogły być jeszcze jakieś inne kobiety. Wiesz, my 
byliśmy w sobie zakochani, ale ta miłość chyba skończyła się 
w  Kołobrzegu.  Zostało  przyzwyczajenie  i  -  nie  ukrywam  - 
uzależnienie finansowe. To on utrzymywał dom i mnie. Więc 
nie byłam nawet specjalnie zazdrosna, nawet wściekłość dość 
szybko mi minęła. Inne rzeczy bardziej mnie w nim drażniły. 

 - Na przykład jakie? 

background image

 -  Zaborczość,  despotyzm,  upór;  to,  że  musiałam  się 

podporządkowywać, że zawsze musiało być tak, jak on chciał 
by było... To tak w skrócie, Beata, nie chce mi się opowiadać 
o całym naszym życiu tutaj. 

 -  No  właśnie!  Tutaj!  Sto  razy  mówiłam,  i  dalej  to 

podtrzymuję,  że  ta  Osada  was  zniszczyła,  to  ona  wymagała 
przystosowania  i  podporządkowania  się,  a  on  to  widocznie 
zrobił. 

 - Możliwe, ja odczuwałam wewnętrzny bunt, choć byłam 

dumna  z  tego  pięknego  domu,  porównując  go  z  naszym 
niewielkim mieszkaniem w Kołobrzegu, ale nigdy tego buntu 
nie  okazywałam.  Właściwie  nie  było  tak  tragicznie,  miałam, 
co  chciałam.  Ale  masz  rację,  on  się  bardzo  zmienił  po 
przeprowadzce. 

 - A jak znaleźliście to miejsce? Ludzie wiedzą, że istnieje 

Osada,  ale  przecież  ona  jest  chyba  zamknięta.  Ktoś 
sprzedawał ziemię czy jak? 

 - Tak naprawdę, to nie wiem. Po prostu Michał pewnego 

dnia  kupił  szampana  i  oznajmił,  że  będziemy  mieli  piękny 
dom  w  idealnym  miejscu.  Przywiózł  mnie  samochodem  do 
Osady  i  pokazał  tę  działkę,  a  potem  powstał  dom.  Byłam 
zachwycona  tym  miejscem,  bliskością  morza,  małą  liczbą 
mieszkańców, spokojem, no wszystkim! Musiało minąć trochę 
czasu, bym się przekonała, że nie jest tu wcale idyllicznie, że 
ludzie tutaj są jacyś dziwni, inni. Ale żyłam u boku Michała, 
w  luksusowym  wnętrzu,  czegóż  chcieć  więcej?  Miałam  też 
czas  dla  siebie,  bo  on  często  zamykał  się  w  gabinecie,  co 
później  zaczęło mi  odpowiadać,  choć  na  początku  bardzo  mi 
to przeszkadzało. 

 -  I  co  wtedy  robiłaś?  Zdaje  się,  że  nie  jesteś  wielką 

miłośniczką literatury? 

 -  Nie  no,  coś  tam  czytałam,  bez  przesady,  Beata!  Ale 

lubiłam  po  prostu  być  sama  ze  sobą,  ze  świadomością,  że 

background image

Michał jest na górze albo w pracy, że nic mi nie grozi. I wiesz 
co?  Pisałam  w  głowie  opowiadania,  to  było  moje  zajęcie. 
Tworzyłam historie. Mniej lub bardziej fantastyczne. 

 - I nie zapisywałaś ich? 
 - Nie, to nie było nic ambitnego. Pytałaś, co robiłam, jak 

spędzałam  czas,  to  ci  odpowiedziałam.  Michałowi  nigdy  o 
tym nie mówiłam. 

 - Więc ty też miałaś sekrety. 
 -  Tylko  ten  jeden.  Jak  mieszkaliśmy  w  Kołobrzegu, 

lubiliśmy  opowiadać  sobie  zmyślone  historie,  to  była  taka 
zabawa, jedno z nas zaczynało, a drugie dopowiadało, i tak aż 
do  finału.  W  Osadzie  to  się  skończyło,  jak  zresztą  wiele 
innych fajnych rzeczy. 

 - Szkoda. Może powinniście sprzedać ten dom i wrócić? 
 - Nie, Beata, to już nie było możliwe, Michał zakochał się 

w Osadzie. 

 - To ciekawe, czemu go tu teraz nie ma?! - prycha Beata. 
 - Ciekawe... 

background image

42 
Pan  Franek  nie  może  zasnąć  tej  nocy.  I  bynajmniej  nie 

przeszkadza  mu  światło  ulicznej  latarni.  Tamtego  dnia,  w 
nocy  z  wtorku  na  środę,  także  nie  mógł  zasnąć,  ponieważ  u 
sąsiadki,  pani  Anny,  ktoś  kręcił  się  po  ogrodzie.  Pan  Franek 
nie  widział  kto,  bo  przy  tym  domu  nie  było  latarni,  widział 
jedynie jakąś ciemną postać, zarys, cień. Był pewien, że ktoś 
tam był, tylko kto? Raczej nie pani Anna, bo ta była znacznie 
niższa  i  drobniejsza,  ale  tego  na  sto  procent  nie  wiedział. 
Może  jej  mąż?  Było  już  bardzo  późno,  w  domu  państwa 
Michalskich  paliły  się  światła.  Co  jej  mąż  mógłby  robić  w 
ogrodzie  około  drugiej  nad  ranem?  Kto  inny  mógł  tam 
cokolwiek robić? Pan Franek nie zna odpowiedzi na te pytania 
i  to  nie  pozwala  mu  zasnąć.  Nie  wie  też,  czy  iść  z  tą 
wiadomością  na  policję,  czy  lepiej  milczeć  i  uniknąć 
kłopotów.  Policja  to  nic  dobrego.  Będą  wypytywali, 
przesłuchiwali, mieszkańcy się dowiedzą i będzie skandal. Nie 
chce mieć z tym nic wspólnego. Nie, on, pan Franek, nic nie 
widział. Wreszcie zasypia. 

background image

43  
Przypomina sobie, że obiecała gliniarzowi kolację. Jest na 

niego  zła  o  te  wszystkie  przesłuchania  i  podejrzenia,  ale  to 
złość na gliniarza, nie na Marka, który jest inteligentny, miły i 
przystojny. I tak nie ma nic lepszego do roboty. Dzwoni więc 
do  niego  i  umawiają  się  na  wieczór,  na  dwudziestą,  u  niej  w 
domu. Przez Internet zamawia jedzenie z włoskiej restauracji i 
otwiera  dwie  butelki  wina.  Nakrywa  do  stołu,  wszystko  jest 
przygotowane. Marek przychodzi punktualnie, w garniturze. 

 - A co to za okazja, że tak elegancko się pan ubrał? 
 - No jak to? Kolacja u pani! Już myślałem, że nigdy mnie 

pani nie zaprosi, że ma pani do mnie pretensje. 

 -  Mam,  ale  nie  do  pana  osobiście.  Staram  się  też 

zrozumieć  pracę  policji.  Proszę  siadać  przy  stole,  zaraz 
przyniosę jedzenie. 

 - Dziękuję, pani Aniu, bardzo się cieszę z tego spotkania. 
Po kolacji przenoszą się do ogrodu, gdzie Anna wystawiła 

stół  i  dwa  wiklinowe  fotele.  Owca  łazi  i  spokojnie  skubie 
trawę, a oni siedzą i popijają wino. 

 -  Jak  pan  myśli,  co  mogło  stać  się  z  Michałem?  Tak 

prywatnie, nie jako gliniarz - pyta Anna. 

 -  Naprawdę  nie  wiem.  Mógł  po  prostu  odejść,  co  często 

się  zdarza,  znamy  wiele  takich  przypadków.  Mógł  zostać 
zamordowany,  ale  przecież  wcześniej  czy  później 
znaleźlibyśmy  ciało.  Mógł  wyjechać  gdzieś  tylko  na  chwilę 
lub  ma  jakieś  tajemnice,  o  których  nikt  nie  wie...  Czyli 
wszystko jest możliwe. 

 - Znowu pan to powtarza, to zdanie... 
 - Bo nic innego nie mogę powiedzieć, wiem na ten temat 

tyle  samo  co  pani,  do  tego  okazuje  się,  że  nie  znała  go  pani 
zbyt dobrze, nawet przed panią ukrywał siebie. 

background image

 -  Tak,  to  dziwne.  Owszem,  był  zamknięty  w  sobie,  ale 

wielu  spraw  nie  zauważyłam,  po  prostu  żyliśmy,  nie 
przejmując się jutrem. 

 - Szczęśliwe jest takie życie. - Marek wzdycha. 
 - Nie byłabym taka pewna. 
 - A co teraz zamierza pani robić? 
 -  Nic  konkretnego,  spacerować  z  owcą,  chodzić  na 

plażę...  może  zacznę  malować  albo  pisać,  a  może  częściej 
odwiedzać miasteczko, może dla rozrywki znajdę jakąś pracę, 
a może po prostu będę sobie żyła i cieszyła się każdym dniem. 
Przecież  to,  cokolwiek  stało  się  z  Michałem,  mogło  spotkać 
mnie. 

 -  Widzę,  że  dopadły  panią  czarne  myśli  i  nie  wierzy  już 

pani  w  pozytywne  zakończenie  tej  historii.  Może  wkrótce 
wszystko się jednak wyjaśni... 

Owca się podnosi i zaczyna beczeć. Anna szybko przynosi 

jej miskę z wodą. Zwierzę łapczywie pije i ponownie zaczyna 
łazić po ogrodzie, skubiąc trawę. 

 - Bardzo dobre wino. 
 -  Przywieźliśmy  kiedyś  wiele  win  z  Węgier  i  jest  tego 

cała piwniczka, mam spory zapas - mówi Anna. - Lubię wino, 
ale  muszę  uważać,  bo  mam  tendencję  do  nadużywania.  - 
Śmieje się. 

 -  Zauważyłem,  niech  pani  naprawdę  uważa,  szkoda 

marnować życie i... taką urodę. 

Nagle  dochodzi  do  nich  głośne  beczenie  owcy.  Oboje 

wstają i idą zobaczyć, co się dzieje. Owca miota się, zaplątana 
w wielki krzak dzikiej róży. 

 - Ja to zrobię - proponuje Marek. 
Rozgarnia  gałęzie  z  ostrymi  kolcami  i  po  chwili  uwalnia 

owcę,  która  radośnie  odbiega,  sam  jednak  wciąż  stoi  przy 
krzaku. Pochyla się i coś podnosi z ziemi. To spory kawałek 
materiału,  dość  gruby,  tak  jakby  z  marynarki,  widać  nawet 

background image

kawałek  kieszeni.  Rozgrzebuje  dłońmi  ziemię  i  znajduje 
spinkę od mankietu. 

 - Skąd się to tu wzięło? - pyta Annę. 
 -  Nie  wiem,  może  Michał  zgubił  albo  ja,  naprawdę  nie 

wiem. 

 - Pani Aniu, czy ma pani łopatę? 
 - Oczywiście, ale po co ona panu teraz? 
 - Powiem wprost: albo da mi pani tę łopatę, albo przyjdę 

z nakazem ponownego przekopania ogrodu. Co pani wybiera? 

Anna  posłusznie  idzie  po  łopatę.  Marek  zdejmuje 

marynarkę,  odkłada  krawat  na  wiklinowe  krzesło  i  zaczyna 
kopać pod krzakiem. 

 - Niszczy pan moje róże - mówi Anna. 
Marek  nie  odpowiada.  Energicznie  kopie,  na  jego  czole 

pojawia  się  pot.  Anna  siada  w  fotelu  i  dolewa  sobie  wina, 
obserwując, jak owca spokojnie skubie trawę. W końcu Marek 
przestaje  kopać  i  jakby  zastyga  w  pochylonej  pozycji. 
Dostrzega  coś,  czego  nie  chciałby  zobaczyć.  Stoi  tak  przez 
dłuższą  chwilę  w  milczeniu,  po  czym  gwałtownie  zasypuje 
dziurę w ziemi i udeptuje ją butami. Podchodzi do Anny. 

 -  Wygląda  na  to,  że  pani  mąż  zapadł  się  pod  ziemię  - 

mówi. 

 - Dosłownie. - Anna się uśmiecha.