background image

 
 
 
 

BLISKIE SPOTKANIE 

 

II 

 

OPOWIADANIA FANTASTYCZNE 

 

WYBÓR: MACIEJ PAROWSKI 

 

 

 

 

 
 

PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO „ISKRY” WARSZAWA 1987 

background image

 
 

Jeszcze raz TO SAMO! 

 
 

Zgodnie z obietnicą poczynioną w zeszycie Bliskie spotkanie przedstawiam drugi zbio-

rek  polskiej  prozy  kontaktowej.  Przed  państwem  czternaście  opowiadań  dwunastu  autorów. 
Tylko dwoje z nich — Beszczyńska i Drzewiński — wystąpiło poprzednio. Pozostali, z wyją-
tkiem Eliasza S. Bonodorskiego (pseudonim szczecińskiego dziennikarza) i Marcina Wolskie-
go, to ludzie młodzi — przed trzydziestką lub tuż po niej. 

Najstarsze  opowiadanie  —  „Instrukcja  rejsowa,  punkt  13”  —  powstało  w  roku  1978, 

dwa  lata  przed  wejściem  na  nasze  ekrany  filmu  Ridleya  Scotta  Obcy  —  ósmy  pasażer 
„Nostromo”. Po lekturze tekstu Marka Dryjańskiego będziecie państwo wiedzieć, czemu zro-
biłem to zastrzeżenie. 

Uważam  ,,Instrukcję  rejsową”  za  ozdobę  zeszytu.  Ale  prawdę  mówiąc  sporo  w  nim  i 

innych  rodzynków.  Może  nawet  —  same  tu  bakalie.  Tak  jak  zapowiadałem  poprzednio, 
zainteresowania  części  autorów  zrywają  się  z  uwięzi  „przeklętych  ziemskich  problemów”  i 
śmielej krążą w przestrzeni międzyplanetarnej, w magicznej rzeczywistości ducha, a także w 
egzotycznym świecie wyobraźni. Proporcje między tzw. fantastyką czystą a fantastyką socjo-
logiczną i kosmiczną rozkładają się tym razem mniej więcej po połowie. Znajdziemy więc w 
zbiorku  teksty  utrzymane  w  klasycznym  kontaktowym  tonie:  „Kto  kogo  —  oni  nas  czy  my 
ich?”  i  prozę  aluzyjną,  ale  sporo  w  nim  fantastyki  poetyckiej,  odległej  od  tradycyjnych  wy-
obrażeń  o  wzorcowym  opowiadaniu  SF.  Może  nadto  odległej?  Takie  opowiadania,  jak 
„Srebrne zwierzęta”, „Sfinks”, „Kształty w ciemności” czy „Taniec Postów”, mogą zirytować 
miłośników fantastyki o klasycznym smaku. Postanowiłem jednak zaryzykować i rozszerzyć 
tym zbiorem pojęcie fantastyki kontaktowej i fantastyki w ogóle. 

Zresztą  mniejszy  niż  w  tomiku  poprzednim  procent  opowiadań  tradycyjnych  nie  jest, 

wbrew pozorom, wynikiem wyłącznie moich prywatnych zamiłowań. Jako autor pozbawiony 
wyobraźni  poetyckiej  i  projektującej  jestem  skazany  właśnie  na  fantastykę  socjologiczną; 
jako krytyk i selekcjoner wyboru muszę wyciągać wnioski z rzeczywistości. A rzeczywistość 
jest  taka,  że  po  zachłyśnięciu  się  falą  bardzo  dobrych  socjologicznych  powieści  Zajdla,  po 
serii  podobnych  książek  i  opowiadań  kilkunastu  jeszcze  autorów  emocje  trochę  opadły  i 
powoli  wracamy  do  równowagi.  Fantastyka  klasyczna,  fantastyka  rozrywkowa,  sensacyjna, 
fantastyka eksperymentalna, a także fantastyka polityczna mają obecnie wśród autorów równą 
mniej więcej liczbę zwolenników. 

Sytuacja  taka  bardziej  chyba  sprzyja  powstawaniu  ciekawych  kontaktowych  wizji. 

Różnorodność  nurtów,  wielość  inspiracji,  częściowe  wywiązanie  się  polskiej  fantastyki  z 
przeróżnych  powinności  publicystycznych  zostawia  naszym  fantastom  większy  margines  na 
grę wyobraźni. Mam nadzieję, że wniosek taki narzuci się i państwu po lekturze zbioru. 

Tak więc, zamawiając jeszcze raz TO SAMO, nie dostaniecie państwo po roku TEGO 

SAMEGO. Proponuję fantastyczny koktajl o poprzedniej nazwie, ale z nieco innymi składni-
kami i w nieco inny sposób wymieszany. 
 

Maciej Parowski  

 
 
 
 
 
 

background image

 
 

INTRYGA 

 
 
 
 

Andrzej Drzewiński 

 

Intryga 

 
 

Wdrapałem się na pokład spacerowy; szczęśliwie jeden z leżaków był pusty. Obok spo-

czywał łysy osobnik z gęstą czarną brodą. Żuł nie zapalone cygaro. Gdy siadałem, łypnął na 
mnie zza rozłożonej gazety.  Z ulgą  rozprostowałem kości, gdyż podróż koleją, a potem sza-
leńcza jazda taksówką w upale bardzo mnie zmęczyły. 

Na  statku  panował  ruch  i  krzątanina,  jak  zwykle  w  chwili  wyjścia  z  portu.  Bagażowi 

roznosili  walizy  i  bukiety  kwiatów,  wszędzie  biegały  podekscytowane  dzieciaki,  a  głośniki 
sączyły  ckliwe  melodie.  Na  szczęście  wraz  z  gwizdem  syren  przyleciał  znad  morza  lekki, 
słony wiatr. Po raz ostatni dały się słyszeć okrzyki pożegnań i po chwili pokład spacerowy za-
pełnił się ludźmi. Akurat gdy minęliśmy główki falochronu, powietrze zahuczało od ich gło-
sów.  Gadali,  paplali,  mruczeli  i  szczebiotali  —  słychać  było  tylko  miarową  wibrację  dźwię-
ków. Zdesperowany przykryłem twarz tygodnikiem. Gong na obiad był ostatnią rzeczą, którą 
zarejestrowałem. 

Ktoś  potrząsał  moim  ramieniem,  delikatnie,  lecz  stanowczo.  Otworzyłem  oko  i  senne 

jeszcze zmysły zawiodły mnie w pierwszej chwili. W końcu poznały leżak i szum wody. 

—  Jest  już  wpół  do  siódmej,  proszę  pana  —  oznajmił  cichy  szept.  —  Za  pół  godziny 

kolacja. 

Uśmiechnięty  mężczyzna  zniknął  w  cieniu  nadbudówki.  Jeszcze  przez  moment  śledzi-

łem  biel  jego  uniformu.  Na  pokładzie  wszystkie  leżaki  były  poskładane  i  przypięte  pasami. 
Musiałem  spać  kilka  godzin,  gdyż  niebo  się  zachmurzyło,  a  słońce  leżało  bardzo  nisko.  Z 
zamętem  w  głowie  wstałem  i,  przypominając  sobie  numer  kajuty,  zszedłem  po  schodkach, 
poganiany chłodnym wiatrem. Dość długo błądziłem po krętych korytarzach, szukając swojej 
klitki. Niestety, nie stać mnie było na pierwszą klasę. 

Zgęstniałe i mdłe powietrze uderzyło mnie w twarz — zapomniałem włączyć wentyla-

tor. Naprawiłem swój błąd i poszedłem pod prysznic. Po kąpieli na zegarku brakowało dzie-
sięciu minut do siódmej. Wentylator łomotał jak obłąkany motyl. Wolę to niż zaduch. 

W lustrze w korytarzu prezentowałem się wspaniale: czarne bawełniane spodnie, czarna 

koszula  z  białymi  lamówkami,  beżowe  buciki  i mięciutka  skórzana  kurtka.  Mijałem  właśnie 
zakręt  ciągle  pustego  korytarza,  gdy  ktoś  za  mną  otworzył  drzwi.  Przystanąłem  i  delikatnie 
odchyliłem głowę do tyłu. Kobieta. Wyglądała jak aktorka, której karierę złamało obżarstwo. 
Był to okaz wręcz laboratoryjny. Blondynka, długie sztuczne rzęsy, przesadny makijaż i chy-
botliwy krok. Duża lalka w tandetnym  guście. Już miałem ruszyć dalej,  gdy usłyszałem, jak 
zwraca się do kogoś w kajucie. 

— Martin, pospiesz się — głos miała szorstki, przepity. — Idź pierwszy. Wiesz, jak nie 

lubię psów. Może i tu pęta się jakieś gówno i jeszcze będę musiała je kopnąć. 

Uśmiechnąłem się złośliwie. Nigdy nie wolno przepuścić takiej okazji. Zresztą facet, do 

którego przemawiała, nie mógł być groźny, jeżeli taki maszkaron mógł mu rozkazywać. Przy-
cupnąłem,  zawarczałem  i  zaszczekałem  głośno.  Sądzę,  że  nawet  bernardyn  by  się  mnie  nie 

background image

powstydził. Tłumiąc śmiech kłusowałem na wyższy poziom, słysząc z tyłu histeryczne wrza-
ski. 

Na sali byłem równo z gongiem. Nie czułem głodu, ale pragnąłem widoku ludzi, gdyż 

podróże  zawsze  nastrajają  mnie  nostalgicznie.  Prawie  wszyscy  siedzieli  już  przy  małych 
stolikach i cicho rozmawiali. Obrzuciłem ich szybkim spojrzeniem. Twarze mężczyzn nie wy-
wołały żadnych skojarzeń. Kobiety były takie, że mogłoby ich nie być. Kelner przyniósł pół-
misek.  Obok  ktoś  przesunął  krzesła.  Drgnąłem.  Mój  współtowarzysz  wyglądał  na  zwykłego 
turystę i zaraz zabrał się do wędlin. Na wszelki wypadek ściągnąłem z dużego półmiska swoją 
część. Z tyłu na podium dla orkiestry ktoś grał na fortepianie. Figlarne frazy skakały z miejsca 
na miejsce, stanowiąc swoisty akompaniament dla ludzkich głosów. Sufit pokrywało tandetne 
niebieskie malowidło przedstawiające ugwieżdżone niebo. Po wyeksponowanej smudze Mle-
cznej Drogi płynęły znaki zodiaku: gruba Panna, zezowaty Strzelec i niesamowicie powykrę-
cane Bliźnięta. 

Po wejściu usłyszałem szmer przechodzący w głośny hałas. Jego źródło zbliżało się do 

środka sali. Była nim owa okropna blondynka. 

— Chodźcie szybko. Tam w telewizorze jest jakieś draństwo — krzyczała. — Szybko! 

To świństwo nam grozi i mówi, że wszyscy mamy go wysłuchać. 

Ludzie  otoczyli  ją,  śmiali  się,  ale  byli  też  przestraszeni.  Szybko  przełykałem  ostatnie 

kęsy. Zbiorowisko rosło w oczach. Po chwili wszyscy ruszyli do sali telewizyjnej. Podrepta-
łem za nimi. 

Do małej salki wepchało się już ponad dwieście osób. Panowała kamienna cisza. Wszy-

scy  bez  względu  na  to,  czy  stali,  czy  siedzieli  —  w  nabożnym  skupieniu  wpatrywali  się  w 
telewizor — jedyne źródło światła na sali. Nie widziałem żadnego obrazu. Twarze ludzi na-
brały gipsowej tonacji. Nagle idealnie biały dotąd prostokąt zmienił barwę na zgniłozieloną. Z 
osłupieniem stwierdziłem, że kamera pokazuje olbrzymią, przelewającą się masę. Metaliczny 
głos przemówił z ekranu: 

— Uważamy, że już większość z was słucha bądź ogląda nas teraz. To wystarczy, gdyż 

reszta  dowie  się  od  was.  Wy,  zgniłki!  Jesteśmy  przedstawicielami  tak  wysoce  rozwiniętej 
cywilizacji, że nigdy nie pojmiecie nawet części tego, co umiemy. Macie szczęście, gnidy, że 
wasz poziom rozwoju przekroczył pierwszy próg intelektualny. W przeciwnym razie nie ca-
ckalibyśmy się z wami. Aha, to, co mówimy, nie jest żartem jakiejś waszej kretyńskiej stacji 
radiowej bądź telewizyjnej. Sprawdźcie na innych pasmach. Tam jest to samo. 

Ktoś  bliżej  siedzący  przeleciał  palcem  po  klawiaturze  kanałów.  Wszędzie  przelewała 

się obrzydliwa bryja chrypiąc w różnych językach. 

—  Przekonaliście  się.  A  teraz,  do  rzeczy!  Poddamy  was  testowi,  który  zadecyduje  o 

waszym losie. Jeśli go zdacie, to odlecimy z tej planety, która jest zbyt piękna, byście na niej 
żyli. Ale nie obawiajcie się, jaskiniowcy, zdanie testu uczyni was bezpiecznymi. Lecz gdy go 
oblejecie,  biada  wam!  Usuniemy  was.  Po  prostu  zdezynfekujemy  glob  od  tak  cudacznych 
istot. Wy, ssaki! — tu głos na moment urwał, jakby dla podkreślenia ostatniej uwagi. — Test 
polega  na  tym,  że  musicie  znaleźć  jednego  z  nas.  Dziesięciu  moich  współbraci  opanowało 
psychikę dziesięciu z was i posługuje się ich ciałami. Zamiany dokonaliśmy już kilka godzin 
temu  i  jak  na  razie  nic  nie  wzbudziło  waszego  podejrzenia,  wy  trzęsadła.  Ta  dziesiątka  jest 
rozrzucona  po  całej  planecie.  Macie  czterdzieści  osiem  godzin  na  zdemaskowanie  przynaj-
mniej  jednego  z  naszych.  Gdy  go  unieszkodliwicie,  zaliczamy  wam  test,  wy,  gnypy!  To  nie 
jest żart. Ci, którzy są po ciemnej obecnie stronie globu, będą mogli ujrzeć za pięć minut cie-
kawe zjawisko. Zabarwimy ćwiartkę księżyca na zielono. Idźcie to zobaczyć, niedowiarki. A 
później szukajcie naszej dziesiątki. Pamiętajcie, to może być każdy z was! — głos zamilkł, a 
na ekranie pojawił się obraz Ziemi z dużej odległości. 

Zawisła wśród nas upiorna, niczym nie ożywiona pustka. Ktoś zaśmiał się idiotycznie, 

ale dostał zaraz po gębie i krztusząc się zamilkł. Ktoś walił pięścią w telewizor. Człowiek w 

background image

mundurze wbiegł z okrzykiem: „... w radiu było to samo”. Każdy chciał coś powiedzieć bądź 
zrobić i dopiero po chwili wszyscy wpadli na pomysł, że należy jednak obejrzeć księżyc. Jak 
wariat  biegłem  w  górę.  Nagle  pociemniało  mi  w  oczach.  Ktoś  musiał  wyłączyć  albo  uszko-
dzić oświetlenie pokładu; po omacku dotarłem do burty. Zadarłem głowę, mocno zaklinowa-
ny w ciżbie ludzkiej. 

Nigdy nie widziałem takiego nieba. Wręcz namacalnie odczuwałem zawieszenie wśród 

niewyobrażalnej  mnogości  gwiazd.  Z  dalekiej  pustki  biły  strugi  srebrnego  światła,  a  po 
popielatym  niebie  sunął  biały  krąg  księżyca.  Szczyty  kominów  i  nadbudówek  migotały  w 
fosforycznym tle, tracąc swoje kontury; zdawały  się zwisać i płynąć nad  nami. Nad stłoczo-
nymi ludźmi wiły się opary oddechów. Raptem wszyscy westchnęli. Dolna część tarczy księ-
życa nabrała dziwnego, nasycającego się koloru. Była to barwa świeżego ogórka. 

Tak to wyglądało. Baliśmy się kiedyś Przybyszów, modliliśmy się do nich, mówiliśmy, 

że  nie  istnieją.  A  tu  takie  coś!  Zostaniemy  poddani  testowi,  który  rozstrzygnie,  czy  mamy 
dalej istnieć. Wtórując moim myślom, jakiś męski głos zajęczał: 

—  Chcą  dezynfekować,  rozumiecie!  Jesteśmy  robactwem,  brudnym  robactwem.  Ach, 

wy! — ryknął nie wiadomo czy do nas, czy do nich. — I nadszedł dzień, kiedy Pan miał nas 
dość — Głos wzniósł się do pisku. — Pacem in terris! Wołajcie, łajdaki!! Może usłyszą nas i 
odejdą. 

— Morda w kubeł! — zawył ktoś w drugim końcu sali. W stronę kaznodziei poszybo-

wała butelka. 

Zaraz rozległy się przekleństwa. 
—  Połączcie  mnie  z  ambasadą  —  histeryzowała  niedoszła  aktorka  i  w  geście  ekshibi-

cjonizmu zerwała z głowy perukę, którą poczęła okładać stojące wokół niej osoby. 

Na moich plecach wisiała chuda nastolatka. Kopała mnie po kostkach i wrzeszczała, że 

mamy  mnóstwo  bomb,  którymi  rozwalimy  zielone  paskudztwo.  Gość  o  wyglądzie  hippisa 
wspiął się na daszek nad pomostem i zaczął tańczyć coś pośredniego między tańcem św. Wita 
a hulagulą. Niedługo to trwało. Daszek się załamał, akrobata  wśród wyzwisk i trzasku szkła 
wylądował na czyichś głowach. Znowu nad tłumem przeleciała butelka. Nagle pojawił się na 
pokładzie człowiek z megafonem. Nosił kapitańskie szlify. 

—  Proszę  się  uspokoić,  mówi  do  państwa  kapitan  statku.  Opanujmy  nerwy,  wszystko 

będzie w porządku. — Pewny głos zdradzał, że kapitanowi już się zdarzało uspokajać histe-
ryków.  Odgłosy  szamotaniny  ucichły.  —  Moim  obowiązkiem  jest  przedstawienie  faktów. 
Transmisja, która państwa tak wzburzyła, była nadawana na wszystkich pasmach radiowych i 
telewizyjnych. 

— To wiemy! 
— Obserwowaliśmy księżyc. Wystąpiło rzeczywiście zabarwienie powierzchni naszego 

satelity. Przed minutą powróciła łączność radiowa; z pierwszych komunikatów wynika, że na 
całej Ziemi zdarzyło się to samo. Teraz w eterze panuje taki chaos, że każdy musi liczyć tylko 
na siebie. Proszę państwa, kontakt z inną cywilizacją został nawiązany. Musimy więc stanąć 
na wysokości zadania. Pokażemy, że ludzkość to brzmi dumnie — zakończył kapitan pompa-
tycznie. 

— Pokażemy tej zielonej zgniliźnie! — krzyknął garbaty facet z diamentową szpilką w 

krawacie i zaczął skandować: — W mordę ich, w mordę ich... 

Znów podnosił się rejwach. 
— Spokojnie, tylko spokojnie — wtrącił kapitan. — Naukowcy z pewnością coś wymy-

ślą. Nie dajmy się zwariować. 

Zauważyłem dopiero teraz, że coraz silniej rzuca na falach.. Mokry wiatr uderzał mnie 

po plecach. Mimo to niebo było czyste. 

— Rewizję zrobić! Dorwiemy zielońca! 
Okrzyk podchwycili inni. Wymachiwali rękoma i podskakiwali po trzeszczącym pokła-

background image

dzie. Kapitan się cofnął. 

— Nie, proszę państwa. Nie jesteśmy do tego uprawnieni. 
Zagłuszyli go. 
—  Najpierw  kapitana.  Sprawdzimy  kolor  jego  tyłka!  —  wyła  nastolatka  z  moich  ple-

ców. 

Kapitan zadziwił mnie. 
— Nie. Nie zgadzam się! — krzyknął rozpaczliwie i próbował czmychnąć. Tłum zastą-

pił mu drogę. 

Chwila zawieszenia, kiedy spojrzenia dwóch setek osób krzyżowały się ze spojrzeniem 

faceta  w  mundurze  i,  jak  na  komendę,  rzucili  się  na  niego.  Ryknął  przykryty  tłumem  i  po 
chwili zobaczyłem  go już bez uniformu. Tumult był taki, że przyciśnięty  do barierki o mało 
przez  nią  nie  przekoziołkowałem.  Jeszcze  słychać  było  trzask  tratowanych  leżaków,  gdy 
rozniósł się okrzyk triumfu. 

— To on! Patrzcie! — wołał jeden z facetów trzymających kapitana. 
Ten  przestał  się  wyrywać.  Z  głupkowatym  uśmiechem  tkwił  w  uchwycie  czterech 

elegancko  ubranych  dżentelmenów.  Był  rozebrany  do  skarpet  i...  damskich  koronkowych 
majtek. 

—  To  jest  dowód,  że  jesteś  zielońcem  —  powiedział  kategorycznie  najstarszy  z  dżen-

telmenów. — Nawet nie wiesz, jak się Ziemianie ubierają, zaprzańcu! 

— Ludzie, ja po prostu lubię chodzić w damskiej bieliźnie — zajęczał kapitan. 
— Gadanie! 
— Nie słuchajcie go! 
— Za burtę parcha! — wyła tłuszcza. — Niech się pomoczy. 
Chwila i wlekli go po pokładzie. Czepiał się ich nóg, prosił, zaklinał; na próżno. Ostro-

żnie  przesuwałem  się  do  tyłu,  gdyż  wiedziałem  już,  co  tu  nastąpi.  Żałośnie  rozciągnięta  w 
powietrzu sylwetka kapitana zatrzepotała jeszcze i z jękiem poleciała w noc. 

Głośny  plusk  potwierdził  oczekiwania  wszystkich,  ale  nic  poza  tym.  Żadnego  błysku, 

głosu  z  góry:  „OK,  rozgryźliście  nas”  Nic!  Wszystko  było  jak  przedtem.  Ludzie  stali  zbara-
niali. Spoglądali za burtę. Ktoś zaklął. 

— Cholera, stąd do brzegu kilkanaście mil. Nie dopłynie. 
— Pięćdziesiąt mil — poprawił marynarz. 
Zapadło  milczenie.  Zdawało  mi  się,  że  słyszę  walenie  setki  serc.  Pierwsza  ocknęła  się 

czwórka oprawców. 

—  On  był  w  porządku,  tyle  że  zboczeniec.  Ale  co  do  reszty,  to  niczego  nie  jesteśmy 

pewni. 

Gdyby w środku wybuchł granat, lepszego efektu by nie wywołał. Ludzie rozbiegli się 

po  statku,  paru  starych  mężczyzn  podbiegło  do  czwórki  i  dobrowolnie  się  rozebrało.  Strąci-
łem z pleców nastolatkę. Padłem na pokład i zacząłem się czołgać w kierunku drzwi, gdzie w 
świetle  korytarza  dziarska  czwórka  dokonywała  przeglądu.  Na  pokładzie  natomiast  zebrało 
się  kilka  osób,  które  po  krótkiej  dyskusji  zaczęły  wyłamywać  oparcia  od  leżaków,  robiąc  z 
tego podręczne pałki. O mały figiel nie zdekonspirowałem się, gdyż tryknąłem głową w jakieś 
żelastwo. Masując czoło przyłożyłem ucho do desek pokładu. Słychać było tupot biegnących 
ludzi. Czwórka dżentelmenów zaczęła się podpisywać na rękach tych,, których już sprawdzili. 
Idiotyzm,  przecież  Obcy  nie  są  na  tyle  głupi,  aby  dać  się  rozpoznać  przy  powierzchownym 
oglądaniu.  Nagły  ryk  obwieścił  mi,  że  ci  od  leżaków  zaatakowali  czwórkę  dżentelmenów. 
Trzaski. Łomoty. Ktoś krzyknął: 

— Moje oko! Moje oko! 
Pękł klosz i dalej walka odbywała się w ciemnościach. Nie mogłem tego obserwować, 

gdyż  czyjaś  ciepła  dłoń  znienacka  wślizgnęła  mi  się  za  koszulę.  Nastolatka  przyczołgała  się 
za mną i teraz szeptała mi do ucha. 

background image

— Kochajmy się. To nasza ostatnia noc. 
Sapała.  Obraz  walki  musiał  ją  niezdrowo  podniecić.  Zrzuciłem  ją  z  siebie,  gdyż  nie 

lubię podfruwajek. 

— Spływaj, idiotko — warknąłem. 
—  Ty  stary  kapłonie  —  zrewanżowała  się.  —  Zieloniec,  mam  zielońca,  ratunku!  — 

zapiszczała. 

Teraz chciałem ją powstrzymać, ale uciekła i wrzeszczała dalej. Słysząc tupot nadbiega-

jących mężczyzn dałem nurka w ciemność. Nie zważając na zwoje lin i żelastwa, rwałem się 
do przodu, przesadziłem jakąś barierkę i już byłem w części dziobowej. 

Było tu pusto, nad moją głową wisiały gwiazdy. Odgłosy pogoni ucichły. Położyłem się 

na płask i wyjrzałem w  dół, wodny pył zraszał  mi twarz. Pług statku ciął fale i skiby piany. 
Jak zafascynowany  patrzyłem  na  ginące  w  ciemnościach  strużki  wody  spływające  z  metalo-
wej powierzchni. Już zapomniałem, gdzie jestem, gdy padło na mnie światło latarki. 

— Wstawaj — warknął z góry jej właściciel. — Łapy na kark! 
Podniosłem  się,  ściskając  w  dłoni  zardzewiałą  śrubę,  która  mi  się  akurat  napatoczyła. 

Udałem haniebne przerażenie. 

— O co chodzi? Jestem zupełnie normalny. 
— Dobra, dobra. Chodź tu, muszę to sprawdzić. 
Statek drgnął silnie, osobnikiem zachwiało i mogłem dostrzec, że nosi strój marynarski. 

Ale znów pochwyciło mnie światło latarki. 

— No... — ponaglił. 
Stanąłem pod drabinką. 
— Boję się — powiedziałem. 
— Cholera — zaklął marynarz. — Jak mogłeś zleźć, to i wleziesz. 
— Jasne! — Z całej siły rzuciłem weń śrubą. 
Celowałem w brzuch. Stęknął i usiadł na deskach. 
Ruszyłem w półmroku. Bez trudu odnalazłem drogę na pokład spacerowy. Wiatr świstał 

na  daszku  i  gdyby  nie  połamane  leżaki,  porzucone  marynarki  i  kawałki  szkła,  nie  uwierzył-
bym własnej pamięci. Z głębi statku dochodziły podniesione głosy. Znowu? Rozejrzałem się 
w panice, ciągle pamiętając o marynarzu i przykucnąłem za jedynym nie uszkodzonym leża-
kiem. 

—  Zostawcie  mnie!  Jestem  niewinny  —  krzyczał  kolejny  nieszczęśnik  wyrzucany  za 

burtę. 

Był to łysy brodacz, którego widziałem po południu. Runął za barierę jak kamień. 
— Cholera, znów nie ten — syknął jeden z oprawców, gdy tylko plusnęła woda. 
Na  korytarzu  rozległ  się  huk  broni  palnej.  Mężczyźni  bez  słowa  pobiegli  z  powrotem. 

Najwyższy zrzucił po drodze paskudnie rozdartą marynarkę, która spadła koło mej kryjówki. 
Gdy zniknęli, podążyłem za nimi najciszej, jak tylko mogłem. Kilka metrów dalej oświetlenie 
działało  i  mogłem  podziwiać  porzucone  na  chodniku  drobiazgi.  Ominąłem  korytarz,  skąd 
dochodziły dzikie wrzaski, i nie zaczepiony przez nikogo dotarłem do baru. 

Na  kontuarze  siedziało  dwóch  zalanych.  Dojrzeli  mnie,  grubszy  wyciągnął  flaszkę 

„Scotta” w moją stronę. 

— Chodź się napić. Będziesz miał alibi... gdyż zieloo...ńce nie piją — czknął i o mały 

włos nie poleciał na twarz. 

Popukałem się w czoło i wyszedłem. Zaraz za rogiem zwalił mnie z nóg potężny stru-

mień wody. Oślepiony upadłem na podłogę i na czworakach starałem się odczołgać w bezpie-
czne miejsce. Niechlujny typ z koszulą rozpiętą do pępka dzierżył w ręce końcówkę węża od 
hydrantu.  

— Mam cię, mam cię — porykiwał. 
Byłem w rozpaczy. Na śliskim chodniku nie miałem żadnego oparcia. Kolejne uderze-

background image

nia  wody  rzucały  mnie  na  kolana.  Zabawa  długo  by  pewnie  trwała,  gdyby  ktoś  nie  chwycił 
mnie za stopę i nie wyciągnął z pola rażenia. Szorując brzuchem wyjechałem za załom kory-
tarza. Porykiwania mego wodnego tresera nie ustawały: 

— Chodźcie, chodźcie tu, każdego tak załatwię! 
Stanąłem na nogi, wytrząsnąłem wodę z uszu i przyjrzałem się wybawcy. Nienagannie 

ubrany starszy pan. Dziwny był tylko jego krawat, równo obcięty w połowie. Musiał zauwa-
żyć moje zdziwienie, gdyż wyjaśnił: 

— Nieodpowiedzialny młody człowiek rzucił się na mnie z nożem i takie są skutki. 
Pokiwałem głową: 
— Tu się kręci mnóstwo nieodpowiedzialnych ludzi. 
— Ma pan rację — zgodził się i gestem dłoni pokazał mi schody. Ruszyłem pierwszy. 

Mokre ubranie zaczynało mi ciążyć. Nagle uczułem, jak na wysokości siódmego kręgu wci-
ska się w moje plecy coś tępego. 

— Podnieś ręce — syknął facet. — Trzymam brauninga, jeśli masz wątpliwości. 
Nie  śmiałem  ich  mieć  i  uniosłem  ręce,  a  namoczone  rękawy  zjechały  mi  do  łokci.  Z 

dołu dochodziła lekka woń spalenizny, ale zbadanie jej źródła odłożyłem na później. 

— Jestem człowiekiem... — zacząłem, ale on zniecierpliwiony uciął. 
— Cicho! Prawą ręką wyjmij portfel i upuść go na podłogę. Tylko powoli. 
Zrobiłem, co kazał. 
—  Niech  cię  cholera  weźmie!  Wszystko  mokre  —  kwękał  zaglądając  do  portfela.  Na-

cisk lufy osłabł. Korzystając z tego, odbiłem się od stopnia i przerzuciłem ciało nad poręczą. 
Wylądowałem na podeście i pobiegłem przed siebie. 

— Stój, bo cię rąbnę! 
Na szczęście nie strzelał. Przebiegłem jeszcze kilkanaście metrów i wpadłem w środek 

walki.  W  korytarzyku  prowadzącym  do  sterówki  część  pasażerów  pod  wodzą  znanej  mi 
czwórki  dżentelmenów  szturmowała  wejście,  którego  broniła  załoga.  Nacierający  używali 
szczątków krzeseł i butelek. Załoga miała pod ręką sprzęt przeciwpożarowy i za jego pomocą 
odpierała  ataki.  Kolejne  strumienie  piany  z  gaśnicy  uspokoiły  właśnie  nacierających,  którzy 
okropnie bluźniąc odstąpili na bezpieczną odległość. Dwaj najsilniej rażeni po omacku czła-
pali  w  stronę  łazienki.  Ale  już  gaśnica  zachłysnęła  się,  zabulgotała  i  umilkła.  Napastnicy 
natychmiast rzucili się do natarcia. W ciasnym korytarzyku mogły stać koło siebie tylko dwie 
osoby. Nie przyglądałem się bezsensownej walce, tylko ostrożnie się wycofałem. 

Ominąłem wyłamane drzwi do kajuty, przed którą tliły się szmaty i papiery. Co za idio-

ta sfajczył futro z karakułów? Przez uchylone drzwi było widać czyjąś nogawkę. Stopa była 
ułożona  pod  tak  nieprawdopodobnym  kątem  do  reszty  nogi,  że  jej  właściciel  był  akrobatą 
bądź trupem. Wzdrygnąłem się i podreptałem dalej. Moja kabina, o dziwo, była nie naruszo-
na. Z ulgą zmieniłem przemoczone ubranie. Potem porwałem z łóżka koc z kołdrą i wyrzuci-
łem  na  korytarz.  Sąsiednie  dwie  kabiny  były  otwarte,  tak  więc  mój  łup  zwiększył  się  o  na-
stępne koce i kołdry. Zwinąłem wszystko w pakunek i czujnie zerkając na boki, dotarłem na 
pokład. Było chłodno, ale deszcz, którego najbardziej się obawiałem, nie padał. Fala również 
jakby zmalała. Podszedłem do ciemnych sylwetek łodzi ratunkowych i odciągając pokrowiec, 
wrzuciłem  mój  dobytek.  Wiatr  poświstywał  cicho  na  linkach,  wtórując  słabemu  stukotowi, 
gdy burta łodzi obijała się o wysięgniki. Umieściłem się wygodnie. Byłem zmęczony. Z wnę-
trza statku wciąż dobiegały hałasy, a ja, wpatrzony w migotanie gwiazd, sam nie wiem, kiedy 
zasnąłem. 
 

Dziki  ryk  syreny  obudził  mnie.  Wchodziliśmy  do  portu.  Brzeg  był  nie  dalej,  jak  pół 

kilometra. Lecz nie tylko mgła psuła widoczność. Z przerażeniem obserwowałem kłęby dymu 
bijące słupami w wielu miejscach nad dachami domów. Duży budynek portu morskiego palił 
się  żywym  ogniem,  a  po  lewej  stronie,  zanurzony  do  połowy,  tkwił  przy  rozbitym  nabrzeżu 

background image

uszkodzony frachtowiec. Syrena wyła aż do bólu uszu. Z tyłu po pokładzie bębniły kroki. 

— Statek nasz! Sterówka zdobyta, zielonce... — zaczął mały jegomość i urwał na mój 

widok. 

Chwilę  stał  nieruchomo,  a  wiatr  powiewał  jego  porwaną  garderobą.  Pod  okiem  miał 

duży fioletowy siniec. 

— Kapuś, mam kapusia! — krzyknął i pobiegł z powrotem. 
Czasu było mało. Ze skrytki w łodzi wyjąłem kamizelkę ratunkową. Ściągnąłem mocno 

zapięcia, wiedząc, że mało jest rzeczy tak przykrych przy skoku z dużej wysokości, jak luźna 
kamizelka. Przy uderzeniu o powierzchnię wody podrywa ją w górę i można stracić zęby bądź 
całą szczękę. Chciałem jednak uniknąć innego niebezpieczeństwa, dlatego słysząc tupot kro-
ków, skoczyłem jak najdalej od burty. Świst powietrza, stalowy płaszcz wody, uderzenie, zie-
leń oceanu, bąble powietrza i — wypływam na powierzchnię. Wysoka skała statku z kilkoma 
figurkami, które wymachują pięściami, oddala się. Odwracam się do niej plecami i zaczynam 
metodycznie rozgarniać wodę. Do brzegu mam dwieście metrów. 

Nie płynąłem długo. Akurat z chlupotem wdrapywałem się po stopniach nabrzeża, gdy 

dobiegł mnie daleki trzask. Odwróciłem się. Mój statek wbijał się w beton falochronu. Małe 
sylwetki  skakały  do  wody;  nawet  tutaj  dochodziły  ich  krzyki.  Zgiąłem  rękę  w  wymownym 
geście.  Sforsowałem  jakiś  płot.  Zrzuciłem  kamizelkę,  wykręciłem  nogawki  spodni.  Prze-
mknąłem alejką wysadzaną akacjami i dotarłem do ulicy. Niestety, od razu dostrzegłem kilka 
rozbitych wozów i tęgą bijatykę pod domem towarowym. Uniosłem głowę do góry — ta sama 
zabawa — dwa typy goniły trzeciego po dachu domu. Za nimi biegła naga kobieta z nożami 
w dłoniach. To mi wystarczyło. Miałem dość. 

Na rogu był bar. Kuta tablica przedstawiała konia, był tam też napis: „Czarny rumak”. 

Drzwi  zostawiono  uchylone.  Było  pusto  i  schludnie.  Mimo  kilkakrotnego  chrząknięcia  nikt 
się  nie  zjawiał.  Wszedłem  za  kontuar,  drzwi  prowadzące  na  zaplecze  były  zamknięte.  Rad 
nierad, musiałem obsłużyć się sam. Wyciągnąłem butelkę koniaku, sok pomarańczowy i tackę 
z kanapkami. Na ladzie rozłożyłem golf, aby trochę wysechł. Parę łyków alkoholu rozgrzało 
mi żołądek i pobudziło spostrzegawczość, gdyż dopiero po nich zauważyłem aparat telewizyj-
ny stojący na półce. Dotknąłem włącznika. 

— Ludzie, wybaczcie i opanujcie się. Prosimy was — dobiegł znajomy głos. 
Zastygłem z nie przełkniętym kęsem. 
— To był tylko żart. Chcieliśmy was trochę przestraszyć. Nie myśleliśmy, że weźmie-

cie to tak dosłownie. Opanujcie się. Wśród was nie ma żadnego z moich współbraci. My tylko 
żartowaliśmy.  Wysłuchajcie  nas.  Za  godzinę  nasze  statki  wylądują  w  kilkunastu  punktach 
waszego globu i pomożemy wam dojść do ładu. Czekajcie spokojnie. Oczywiście, że to wszy-
stko nasza wina, ale nie spodziewaliśmy się... 

Głos perorował dalej, ale już nie słuchałem. Spłukałem sobie gardło, przeciągnąłem się 

i rzucając okiem na bełkoczącą zieloną bryję wybiegłem na ulicę. Tak! Miałem godzinę, aby 
się odkuć. Tak. O ile mnie pamięć nie myli, to zaraz naprzeciwko był jubiler, a kawałek dalej 
salon samochodowy. Musiałem się pospieszyć. Chwyciłem krzepko cegłę leżącą przy krawę-
żniku i stanowczym krokiem ruszyłem na drugą stronę jezdni. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

Grzegorz Babula 

 

Klatka 

 
 

Zaczęło się w samym środku słonecznego dnia. Byliśmy akurat z żoną na spacerze i gdy 

nagle zapadły ciemności, zamarliśmy z przerażenia. Ciemności to może za mocno powiedzia-
ne.  Po  krótkiej  chwili,  koniecznej  oczom  do  adaptacji,  zaczęliśmy  dostrzegać  zarysy  nowej 
rzeczywistości, w której mieliśmy żyć przez parę następnych dni. 

Wstrząs był niemały. Trawniki porastała czerwona trawa, a drzewa okryły się purpuro-

wymi liśćmi. Fioletowe słońce, wiszące na żółtym niebie, zalewało świat potokami czarnego 
światła. Już nie świeciło — zaciemniało. Kierowcy ze zdumieniem oglądali śnieżny asfalt pod 
równie  białymi  oponami  samochodów.  Całe  szczęście,  że  nie  doszło  wtedy  do  wypadków, 
chociaż  na  skrzyżowaniach  czerwone  światła  zamieniły  się  w  zielone.  Z  zielonymi  było 
dokładnie  na  odwrót,  tak  więc  równowaga  została  zachowana.  Za  to  żółte  jarzyły  się  teraz 
błękitem.  Rozszerzonymi  oczyma  rejestrowałem  dalsze  szczegóły  —  smolisty  chodnik,  kre-
mową glebę i swoje pomarańczowe dżinsy. W głębi czarne łabędzie z dziobami koloru khaki 
pływały  po  cytrynowym  stawie.  Nie  lepiej  było  tuż  przy  mnie.  Za  każdym  razem,  gdy  mój 
wzrok  zawadzał  o  murzyńską  twarz  stojącej  obok  żony,  doznawałem  szoku.  Niesamowite 
były zwłaszcza jej hebanowe zęby, błyskające spomiędzy zgniłozielonych warg. 

Tak to się zaczęło. 
Przyszły  kolejne  dni.  Zycie  przeniosło  się  na  noc.  Dopiero  bowiem  o  zmroku  niebo 

rozjaśniało  się  bielą,  lekko  znaczoną  czarnymi  punkcikami  gwiazd  i  umaczanym  w  smole 
sierpem  księżyca.  Najciemniej  było  oczywiście  pod  latarniami.  Pracowaliśmy  w  nocy,  a  w 
dzień  kładliśmy  się  spać,  włączywszy  uprzednio  światło,  by  zapewnić  sobie  większą  cie-
mność. Oświetlenie stało się zbyteczne. Wystarczyło zasłonić okna, odciąć dopływ promieni 
słonecznych zalewających świat czernią, by w mieszkaniu zrobiło się jasno. 

Trwało to piekło całe osiem dni. Dziewiątego zaś niespodziewanie owionął nas dziwny 

fluid, wciskając się we wszystkie możliwe zakamarki. Po kilku sekundach niesamowite uczu-
cie obmywania całego ciała ustąpiło i oczom naszym ukazał się nowy świat. To znaczy stary. 
Wszystko wróciło do normy. Dawne, znajome barwy nabrały nawet świeżości i intensywno-
ści. Odetchnęliśmy z ulgą. Gdzieś w głębi tlił się jednak niepokój. Cóż to było? Czy może się 
powtórzyć? Te pytania dręczyły wszystkich, również i mnie. Odpowiedź usiłował mi dać mój 
stary przyjaciel, przypadkowo spotkany na ulicy. 

— Przecież to bardzo proste — machnął ręką lekceważąco. 
Mój  syn,  którego  trzymałem  za  rękę,  przyglądał  mu  się  ciekawie.  Przyjaciel  słynął  z 

dziwactw, na wszelkie pytania odpowiadał żartami i mało kto traktował go poważnie. Dlatego 
też słuchając go uśmiechnąłem się pobłażliwie. 

—  Rzecz  w  tym,  że  od  paru  dni  nie  jesteśmy  już  prawdziwymi  ludźmi  —  zakomuni-

kował patrząc mi w oczy. 

Otworzyłem usta zaskoczony:  
— A kim? 
— Kopią. Dokładnie rzecz biorąc zdjęciem. Ktoś stamtąd — wskazał ręką na niebo — 

zrobił  Ziemi  zdjęcie  doskonałe.  Absolutne.  Kontynuujące  życie  oryginału.  To  jest  jakby  do-
skonalsza forma filmu. Jesteśmy dokładnie przekalkowaną, drugą wersją naszych pierwowzo-
rów,  tylko  żyjemy  na  klatce  filmowej.  Ci  prawdziwi zostali  na  Ziemi.  A  my  po  prostu  byli-
śmy  przez  parę  dni  negatywem.  Kolorowym  negatywem.  Potem  nas  wywołano.  Ot  i  wszy-
stko. — Założył ręce za plecami i zadowolony z siebie bujał się na obcasach. 

— Sam to wymyśliłeś? — zapytałem z przekąsem. 

background image

— Sam — odparł z dumą, nie zauważywszy ironii w mym głosie. 
Rozmowę przerwał nam oślepiający snop światła, spływający nie wiadomo skąd, który 

zdawał się przenikać nasze ciała. Odniosłem wrażenie, jakby wszystko wokół mnie, łącznie z 
moją osobą, rozrastało się, zwiększało swoje rozmiary. 

— Co ta jest? Co się dzieje? — zacząłem krzyczeć w przerażeniu. 
—  Ojej,  tatusiu,  jak  ty  nigdy  nic  nie  rozumiesz  —  zawołał  mój  syn.  —  Po  prostu  nas 

wyświetlają! 

Jak zwykle miał rację. 

 
 
 
 

Grzegorz Babula 

 

R.I.P. 

 
 

—  Ależ  oczywiście,  proszę  pana!  To  dla  nas  wielki  zaszczyt,  że  raczył  pan  wybrać 

nasz,  że  tak  powiem,  ośrodek.  —  Zarządca  był  pucołowaty,  okrąglutki  i  cały  promieniał 
życzliwością. Bez przerwy poprawiał zsuwające mu się na czubek nosa okulary. Raziła mnie 
jego zawodowa uprzejmość. Przymilne uśmiechy były tu chyba nie na miejscu. 

— A więc, o ile dobrze zrozumiałem — jego ruchliwe ręce wędrowały od okularów do 

garnituru, na którym wygładzał niedostrzegalne fałdki. Nie spuszczałem z nich oczu. — Sza-
nowny pan chciałby skonfrontować pogłoski o naszym zakładzie z jego faktycznym stanem i 
w zależności od wyników tej, że tak powiem, konfrontacji, skorzystać z naszych usług. 

— Chcę go po prostu obejrzeć — przerwałem zniecierpliwiony. — Nie myślę decydo-

wać się na byle co! 

—  Ależ  tak,  niewątpliwie!  W  pełni  rozumiem  szanownego  pana.  —  Zupełnie  nie  był 

zmieszany. Drobnym damskim kroczkiem podbiegł do mnie i ująwszy mnie pod łokieć skie-
rował ku drzwiom. 

—  Postaram  się  zadośćuczynić  pańskiemu  życzeniu.  To  mój,  że  tak  powiem,  obowią-

zek. 

Przeszliśmy  krótki  korytarz  o  ścianach  wyłożonych  drewnem  sandałowym.  Wylot 

zamykały potężne odrzwia, oczywiście  czarne, zaopatrzone w masywną, bogato cyzelowaną 
klamkę.  Pod  naciskiem  dłoni  mojego  przewodnika  klamka  ustąpiła  i  drzwi  uchyliły  się  bez-
szelestnie. On perorował dalej: 

— Jak pan zapewne słyszał, nasz zakład jest przeznaczony dla bardzo szerokiej publi-

czności, że tak powiem, dla P.T. Publiczności. Cieszymy się znakomitą renomą, w związku z 
czym klienci zjeżdżają do nas z kilku galaktyk, towarzystwo mamy tu doborowe i czuję się w 
obowiązku  uprzedzić  pana,  że  może  się  pan  spodziewać  pewnych,  że  tak  powiem,  niespo-
dzianek. 

— Nie życzę sobie żadnych niespodzianek — warknąłem. 
—  Źle  się  wyraziłem,  raczy  pan  wybaczyć.  A  zresztą  sam  pan  zobaczy.  Otóż  i  nasz 

cmentarz! — ostatnim słowom towarzyszył szeroki gest ręki, mający mi ukazać wspaniałość 
otoczenia.  Rzeczywiście  było  tu  ładnie.  Ponieważ  budynek  zarządu,  przez  który  wchodziło 
się  na  cmentarz,  znajdował  się  na  wzniesieniu,  mogłem  objąć  oczami  całą  panoramę.  Przed 
nami rozciągał się rozległy park, okryty świeżą zielenią, gęsto poprzecinany szerokimi aleja-
mi. Spomiędzy drzew przezierały kontury grobowców zbudowanych z oliwkowego marmuru 
i niewyraźne zarysy dziwnych konstrukcji, których przeznaczenia trudno się było domyślić. 

— Pan pozwoli, że będę pańskim przewodnikiem — dobiegł mnie usłużny głos zarząd-

background image

cy. 

Ruszyliśmy  w  alejki.  Rozglądałem  się  ciekawie  dookoła,  nieuważnie  słuchając  wyja-

śnień major-grabarza. 

— Tak więc, jak już wspomniałem, spoczywają tutaj przedstawiciele prawie wszystkich 

ras rozumnych. Nasza firma stara się zaspokoić wszelkie życzenia klientów dotyczące formy 
pochówku.  A  życzenia  bywają  rozmaite.  Jak  to  się  mówi:  jeden  lubi  ogórki,  drugi...  —  wy-
buchnął nerwowym chichotem, lecz zaraz umilkł, skarcony moim surowym spojrzeniem. Ale 
znów się nie zmieszał. Był wytrawnym, zaprawionym w bojach urzędnikiem i byle drobiazg 
nie mógł go wzruszyć. 

Zatrzymałem się przy niedużej tabliczce, .zawieszonej na dwóch metalowych słupkach. 

Odczytałem głośno dziwny napis: 
 

Kuru Mapuru 

wysechł 7-5-4596 

Pokój Jego Oparom! 

 

— Cóż to jest? 
— To taka rasa z Aldebarana. Myślące płyny. Ciecz turlająca się w kulistych kroplach. 

Przyjechał do nas, złapał grypę, dostał wysokiej gorączki i wysechł — mój cicerone rozłożył 
ręce w geście wyrażającym całkowitą bezradność. 

— I on tu leży? 
— Nie, no skąd. Przecież wyparował! To jest tylko tabliczka. Tak sobie zażyczyli kre-

wni. Żeby szanowny pan wiedział, jaka to była męka w porozumiewaniu się z nimi. Ten ich 
koszmarny bulgot! 

Złapał się za głowę i kręcił nią, jakby zamierzał ją sobie urwać. Spojrzałem na niego z 

niesmakiem. Był zbyt teatralny, żebym mógł go traktować poważnie. Zrobiłem, kilka kroków 
do przodu, by przystanąć przy gigantycznej płycie z piaskowca. Wyryte na niej litery głosiły: 
 

MHUZTR LOPTZU URJCB NER 

żył lat 22 000 

Przechodniu! Przeklnij okrutny świat, 

który pozwala umierać w tak młodym wieku! 

 

Zarządca, nie czekając na moje pytanie, pośpieszył z wyjaśnieniem: 
— Proszę się nie dziwić. To ich specyficzna miara czasu. Planeta, na której żyją, wiruje 

wokół  słońca  z  oszałamiającą  prędkością.  W  związku  z  tym  rok  jest  krótszy.  Tak  naprawdę 
miał tylko trzy tysiące i pół roku. 

Pozostawiłem jego słowa bez komentarza. Myślałby kto! Chodząca encyklopedia! 
Cicho  zgrzytał  żwir  pod  stopami.  W  gałęziach  drzew  uwijały  się  ptaki,  napełniając 

powietrze  dźwięcznym  świergotem.  Słońce,  chylące  się  już  ku  zachodowi,  opromieniało 
cmentarz  ciepłym  blaskiem.  Szliśmy  powoli  świeżo  wygracowaną  alejką,  mijając  dziesiątki 
grobów zatopionych w roślinności. Zaczęło mnie wypełniać uczucie głębokiego spokoju. Ten 
elegijny nastrój został niespodziewanie zakłócony dziwnym odgłosem nie pasującym do tego 
miejsca. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jego przyczyn, póki nie dotarliśmy do końca alejki. 
Po jej prawej stronie poczesne miejsce zajmowała zagadkowa budowla. Była to jakby altanka, 
której  dach  opierał  się  na  czterech  betonowych  kolumnach.  Do  stropu,  za  pomocą  długich, 
chyba trzymetrowych łańcuchów, przymocowano metalowe pudło. Ze świstem przecinało po-
wietrze, kołysząc się w stuosiemdziesięciostopniowych (uff, co za wyraz) wychyleniach. Ten 
właśnie świst naruszał spokój cmentarza.  Zarządca, widząc mój pytający wzrok, skwapliwie 
wyrzucił z siebie informacje: 

background image

— Rodzina zażyczyła sobie warunków, jakie panują na ojczystej planecie. A oni mają 

tam zmienną, pulsującą grawitację. W rytm przelewania się płynnego jądra. A jak ja mam mu 
to tutaj zapewnić? Więc niech się biedak chociaż pohuśta!. 

Spojrzałem bystro na zarządcę, szukając na jego obliczu śladów żartu. Ale nie. Nie dał 

się złapać. Był zupełnie poważny. 

Gdy  skręciliśmy  w  poprzeczną  aleję,  uwagę  moją  przyciągnęła  szklana  klatka,  stojąca 

na kamiennym podwyższeniu. Jej kanty były wzmocnione złoconymi listwami. Przypominała 
akwarium, z którego wypuszczono wodę. W środku, z kąta w kąt, wałęsał się humanoidalny 
stwór  bez  odzieży,  za  to  gęsto  porośnięty  siwymi  kudłami. Skołtuniony  zarost  pokrywał  mu 
nawet twarz, nie pozwalając dostrzec rysów. Nie zainteresował się nami, chociaż z pewnością 
zauważył naszą obecność. 

—  A  to  kto?  Krewny  któregoś  ze  zmarłych?  —  spytałem,  zniżając  głos.  Szyba  akwa-

rium wydała mi się cienka. Mógł nas usłyszeć. 

— Ależ skąd! — zaprotestował z oburzeniem drepczący za mną zarządca. Konfidencjo-

nalnym szeptem dyszał mi do ucha nowe rewelacje: — To jest, proszę szanownego pana, sam 
szacowny nieboszczyk. U nich, to jest na samym skraju Drogi Mlecznej, naturalnym stanem 
jest śmierć. Leżą pokotem na całej planecie i, że tak powiem, nie żyją. Jakaś ekspedycja bada-
wcza trafiła tam przypadkiem i wzięła jednego do zbadania. Bo to, proszę pana, niby nie żyją 
—  a  żaden  nie  zepsuty.  Nawet  nie  nadpleśnieli!  Przywieźli  więc  go  tutaj,  i  masz!  Zmart-
wychwstał! To znaczy, według siebie, umarł. I kazał się pochować. 

— Odżywiacie go jakoś? 
— Nie. Ani trochę. Nie potrzebuje tego. Funkcjonuje, że tak powiem, bez paliwa. Zaga-

dka!!! — dramatycznie zgłośnił szept. — Są rzeczy na niebie i ziemi, o których... 

— Tak, tak — przerwałem mu niegrzecznie. — Znam to! 
Postąpiwszy parę kroków naprzód, pogrążyłem się w zadumie, spoglądając na żywego 

trupa.  Zarządca  miał  rację.  Są  rzeczy...  i  tak  dalej.  Pomyślałem,  jak  mało  wiem  o  świecie. 
Ciągle pogrążony w pracy, nie zdawałem sobie sprawy, że istnieją podobne dziwadła: inteli-
gentne  ciecze,  młodzieniaszkowie,  liczący  kilka  tysięcy  wiosen,  i  zwyczaje  grzebania  zmar-
łych do tego stopnia niekonwencjonalne, iż groby  przypominają wszystko, tylko nie miejsce 
ostatniego spoczynku. 

— Przepraszam najmocniej — dobiegł mnie głos zarządcy, który zbliżył się niepostrze-

żenie. — A pan szanowny kogo zamierza u nas pochować? Chciałbym z góry zapewnić, że 
oferujemy  absolutnie  pełną  gamę  czynności  funeralnych,  jak  pan  chyba  raczył  zauważyć.  O 
kogóż więc chodzi? 

—  O  przyjaciela.  Utlenił  się  przedwczoraj.  Od  dawna  zresztą  cierpiał  na  postępującą 

korozję  —  ukradkiem  wytarłem  kroplę  smaru,  która  zakręciła  mi  się  w  obiektywie.  —  W 
dodatku to ciągłe pociąganie z prądnicy, od kiedy opuściła go ukochana maszyna cyfrowa. To 
wszystko musiało go wykończyć. 

Mój przewodnik ze współczuciem pokiwał głową. 
— A pogrzeb ma być zupełnie tradycyjny. Kremacja w reaktorze termojądrowym, urna 

kadmowa z ołowianą inkrustacją, prochy złożone w betonowym bunkrze zbrojonym płytami z 
wolframu.  Rozmiar  standardowy  —  trzydzieści  metrów  na  piętnaście.  Czy  mogę  zapłacić 
energią? 

Zarządca przytaknął: 
— Przyjmujemy każdą walutę. To wyniesie dziesięć megawatogodzin. 
—  To  nawet  niedrogo.  —  Byłem  mile  zaskoczony.  —  Należność  przeleję  z  mojego 

prywatnego  akumulatora  w  Banku  Handlowym.  Jutro  telefonicznie  podam  panu  adres,  pod 
którym są zwłoki. A teraz żegnam pana. 

Skłoniłem mu się lekko, co szybko odwzajemnił. Obróciłem się na pięcie i skierowałem 

ku  wyjściu.  Po  drodze  zauważyłem,  że  skrzypią  mi  przekładnie.  Muszę  szybko  pójść  do 

background image

remontu, żeby nie trafić tu na stałe — pomyślałem i przyspieszyłem kroku. 

Zapadł już zmierzch. 

 
 
 
 

Ryszard Holzer 

 

józefiak story 

 
 

marcia  gomez  silva  wyrwała  się  z  rąk  poprawiającej  jej  makijaż  charakteryzatorki  i 

dziękując  skinieniem  głowy  uśmiechniętemu  dyrektorowi  la  scali  znów  wybiegła  na  scenę 
oklaski  wzmogły  się  są  tak  potężne  pomyślała  że  mogłyby  unieść  obwieszony  żyrandolami 
sufit  sali  i  cisnąć  go  w  mroczne  usiane  gwiazdami  niebo  wreszcie  im  pokazałam  a  nie  wie-
rzyli tylko matka zawsze mówiła ach czemu nie doczekała tej chwili marcia postąpiła krok do 
przodu i uniosła ramiona prosząc o ciszę publiczność uspo 

        za oknem było już jasno koła pociągu  

stukały  na  zwrotnicach  za  piętnaście  minut  na  dworcu  w  osace  będą  na  niego  czekali 

przedstawiciele koncernu i jeśli wszystko dobrze pójdzie to może jeszcze dziś umowa zosta-
nie podpisana matsuo otworzył teczkę niczego nie brakuje sam sprawdzał dokumenty nie był 
specjalnie  zadowolony  z  tego  kontraktu  ale  to  im  od  razu  zapewni  wejście  na  rynek  amery-
kański dla takiej małej firmy to jest najlepsza droga związać się z wielkim przedsiębiorstwem 
właściwie  bardzo  dużo  udało  im  się  osiągnąć  przez  te  półtora  roku  żeby  odpędzić  senność 
sięgnął po papierosa i 

    ach ten ted wieczny marzyciel roześmiał się sam do siebie odkładając  

list poznali się chyba w  osiemdziesiątym w oenzecie w którymś z tych barów  gęsto zapcha-
nych różnobarwnym dziennikarskim ptactwem z całego świata a tamten nie był chyba nawet 
akredytowany to tylko on peter był wtedy korespondentem to jednak były nudne czasy pomy-
ślał  podkładając  pod  głowę  wilgotne  od  potu  ramiona  podniecający  ale  zarazem  nudny  i 
jałowy rytm wielkiego miasta ciągnące się godzinami przemówienia i uporczywie tłukący w 
skronie młoteczek kaca co rano a tutaj za płótnem namiotu cykają wielkie jak dłoń świerszcze 
i czuć zapach pomarańczy lubił takie życie to tu to tam ale najbardziej ciągnął go ten błogo-
sławiony  i  przeklęty  przez  boga  zakątek  świata  kotłowanina  emocji  zdrad  intryg  ci  wszyscy 
dożywotni prezydenci i szejkowie którzy 

       pomogę ci tylko pospiesz się muszę niedługo wracać 

józefiak poprawił się na pryczy i przeciągnął ręką po oczach ki diabeł chyba mu jeszcze nie 
wyparowało od wczoraj żeby tak się urządzić raz tylko przyłożył styliskiem co nie wiedzieć 
jak samo w rękę wlazło a tamtemu coś chrupnęło i już a przecież spory był chłop nawet dużo 
nie  wypili  o  co  właściwie  poszło  jakby  tej  paskudzie  styliskiem  przyłożyć  toby  się  pewnie 
rozchlapła  brrr  obrzydliwa  poczwara  spał  już  a  tu  nagle  coś  gada  ale  o  co  właściwie  chodzi 
jak  to  tak  kto  on  józefiak  co  go  popodleśnym  wołają  a  tu  jakaś  śpiewaczka  cudzoziemska 
potem ten żółty i jeszcze tamten w namiocie to niby kto też on jak tak to kto on gdzie on jak 
tak to niby jak 

         muszę niedługo wracać więc pospiesz się pomogę ci się stąd wydostać nie wolno  

więzić  istoty  rozumnej  ale  zdecyduj  się  wreszcie  kim  chcesz  być  czy  może  wolisz żebyśmy 
cię  zabrali  naszym  statkiem  na  jakąś  inną  planetę  zapytała  trzymetrowa  zielona  gąsienica  i 
sypiąc iskrami zwinęła się w kłębek na suficie celi  
 
 

background image

 

KSZTAŁTY W CIEMNOŚCI 

 
 
 
 

Piotr Bondel 

 

Kształty w ciemno

ści 

 
 

Ciemność, wieczna ciemność — pomyślałem stojąc bez ruchu. Choćbym nie wiem jak 

wytężał  wzrok  i  tak  nic  nie  zobaczę.  Właściwie  mógłbym  nie  mieć  oczu,  gdyby  nie  rozbły-
skujące punkty. Musiałem do nich dotrzeć za wszelką cenę. Czas nie odgrywał tu roli. Czasu 
miałem dużo, całą wieczność. 

Zrobiłem krok. Dobrze. Nic mnie nie zatrzymało. Nie byłem już tak niecierpliwy jak na 

początku.  Wolałem  najpierw  pomyśleć,  skoncentrować  się  i  dopiero  ruszyć.  O  nie,  nie  dam 
się już ponieść nerwom. Ręce trzymałem blisko piersi. Nauczony przykrym doświadczeniem 
nie  wyciągałem  ich  gwałtownie  przed  siebie.  Wprawdzie  mam  jeszcze  dziewięć  palców,  ale 
wierzę,  że  będę  ich  kiedyś  potrzebował.  Nie  mogę  ich  stracić.  Obróciłem  głowę  w  lewo,  w 
prawo,  pociągnąłem  parę  razy  nosem.  Nic.  Żadnego  wyraźnego  zapachu.  Ciemność  nie 
pachnie.  Postanowiłem  zaryzykować.  Zrobiłem  trzy  szybkie  kroki  do  przodu.  Nic.  Stoję. 
Jeszcze  raz  miałem  szczęście.  Nie  trafiłem  w  żadną  barierę.  Teraz  trochę  odpocznę.  Wysu-
nąłem lewą nogę do przodu, przesuwałem ją, kreśląc małe kręgi. Następnie to samo zrobiłem 
rękoma.  Powoli,  bez  żadnych  gwałtownych  ruchów.  Wiedziałem,  że  bariera  nie  jest  groźna, 
jeśli zetknięcie z nią będzie delikatne. Odczuję najwyżej lekkie oparzenie. A to jest głupstwo. 
Ta  ciemność  ma  jakieś  specyficzne  właściwości.  Wszelkie  rany  goją  się  tu  niemal  natych-
miast. Wtedy, gdy tak bezsensownie straciłem palec, nawet krew nie zdążyła dobrze trysnąć. 

Najbliższa  przestrzeń  była  pusta.  Schyliłem  się  i  usiadłem  krzyżując  nogi.  Położyłem 

dłonie na kolanach i zastygłem w bezruchu. Nawet nie wiem, jak długo tu jestem. Do tej pory 
spałem tylko trzy razy, ale ile czasu dzieliło jedną drzemkę od drugiej? Czas to zmiana, a tu 
żadnych, dających się zarejestrować zmian nie było. Tylko ciemność. Gęsta, niemal namaca-
lna ciemność. Nie, nie bałem się jej. Byłem do niej przyzwyczajony od początku mego życia. 
Tak, moje życie miało początek, choć nie wiem,  w jaki sposób to wszystko się zaczęło. Nie 
wiem też, jak nazywa się mój świat ani gdzie on jest. Pamiętam za to doskonale całą naukę, 
jaką przyswoiłem sobie w tamtym świecie. Pamiętam głosy  Nauczycieli,  ale nie mogę sobie 
przypomnieć, jak wyglądali. Jak dawno to było? Nie wiem. Siedziałem bez ruchu, wpatrując 
się w ciemność. Żadna gwiazda tu nie świeci, nie ma dnia i nocy. Jest tylko bezgraniczna cie-
mność. Czy zobaczę jeszcze gwiazdy i słońce? Gdzie one będą? Zamknąłem oczy. Sen przy-
szedł szybko. 

Przebudziłem  się  tknięty  wewnętrznym  niepokojem.  Nie  siedziałem  już,  a  leżałem 

skulony. Jak to dobrze, że przed snem sprawdziłem najbliższe otoczenie. Strach pomyśleć, co 
by się stało, gdybym przewrócił się na barierę. Pociągnąłem parę razy nosem. Z prawej strony 
dochodził niewyraźny obcy zapach. W mojej głowie usłyszałem głos Nauczyciela: „Prawdo-
podobieństwo spotkania kogoś w Ciemności jest bardzo małe. Nie znaczy to wcale, że wszy-
scy  od  razu  znajdują  Punkty.  Ale  objętość  Ciemności  rośnie  w  postępie  geometrycznym  w 
stosunku  do  ilości  znajdujących  się  w  niej  istot.  Jeśli  jest  całkowicie  pusta,  przyjmuje  wie-
lkość  podstawową.  Jest  ona  jednak  na  tyle  wielka,  że  nawet  gdyby  nie  powiększała  swej 
objętości wraz ze wzrostem liczby istot, to i tak prawdopodobieństwo spotkania kogoś, nawet 

background image

przy bardzo dużych liczbach, byłoby znikome”. Stałem teraz napięty, z maksymalnie rozsze-
rzonymi nozdrzami. Zapach nie zwiększał swej intensywności, z czego wywnioskowałem, że 
obcy się nie porusza. Znowu usłyszałem głos Nauczyciela: „Jeżeli już zdarzy wam się kogoś 
spotkać,  poznacie  to  tylko  po  zapachu.  Nie  zobaczycie  nic,  nie  usłyszycie  nic,  tylko  zapach 
będzie dla was sygnałem, że ktoś jest w pobliżu. Dlatego ćwiczcie swój węch. Każdy z was 
ma  różną  wrażliwość  na  zapachy.  Ale  im  bardziej  pogłębiacie  swoją  wrodzoną  wrażliwość, 
tym wcześniej poczujecie innych i tym większe będą wasze szanse podjęcia właściwych dzia-
łań. Teraz jeszcze nie macie swoich zapachów, otrzymacie je dopiero przed wkroczeniem w 
Ciemność. Pamiętajcie, że wasza znajomość i wasze przyjaźnie nie będą miały tam żadnego 
znaczenia. Pamiętajcie Pierwsze Prawo Nauki: jeden Punkt — jedna Istota”. 

Stałem  czujny  i  zastanawiałem  się.  Nikt  nigdy  nie  mówił  nam,  co  mamy  robić,  gdy 

kogoś spotkamy. Czy czekać na rozwój wypadków, czy podjąć jakieś działanie? No właśnie, 
ale jakie? Uciekać czy dążyć do spotkania? Nie potrafiłem określić odległości, w jakiej znaj-
dował się nosiciel obcego zapachu. Może dzieli mnie od niego wiele barier. Czy on też mnie 
czuje?  To  pytanie  na  chwilę  sparaliżowało  moje  myśli.  Zupełnie  o  takiej  możliwości  zapo-
mniałem. Jeżeli mnie czuje, to pewnie zastanawia się nad tym samym co ja i dlatego się nie 
rusza. Zapach jest przecież ledwo wyczuwalny. Co robić? 

Znowu  wróciłem  wspomnieniami  do  czasów  przed  Ciemnością.  Gromada  chłopców  i 

dziewcząt, mniej więcej w równym wieku, uganiająca się w promieniach słońca wśród drzew. 
Wspinaczki na okoliczne skałki, gonitwy i chwytanie się za bary, by ze śmiechem powalić ja-
kiegoś chłopaka, a następnie pomóc mu wstać i samemu być powalonym. I głos Nauczyciela: 
„Ćwiczcie  sprawność  fizyczną,  będzie  ona  podstawą  waszej  wędrówki  w  Ciemności.  Siła  i 
sprawność  ciała  w  połączeniu  z  rozwagą  i  cierpliwością  pozwoli  wam  znaleźć  Punkt”. 
Ćwiczyliśmy  więc  siłę,  rozwagę  i  wytrwałość.  Nikt  z  nas  nigdy  nie  zastanawiał  się  ani  nie 
rozmawiał  o  tym,  dlaczego  to  robimy.  Przyjmowaliśmy  wszystko  jako  rzecz  naturalną.  Nie 
było też rozmów ani pytań o początki naszego życia. Jeżeli coś było przed tym, zanim spotka-
liśmy  się  na  polanie  przy  skałach,  to  nie  wiedzieliśmy  o  tym  nic  i  nie  interesowaliśmy  się 
tym. Widać nie było nam to potrzebne, bo Nauczyciele też o tym nigdy nie wspominali. Moja 
pamięć sięgała tylko tej polanki, tak jakby to był początek mojego świadomego życia. Wscho-
dy  i  zachody  słońca  rozdzielały  nam  naukę  i  wypoczynek.  Dorośleliśmy  i  doskonaliliśmy 
nasze ciała i umysły. 

A teraz — pomyślałem — nie wiem, co robić. 
Gdzieś z lewej strony rozbłysło światło. Za chwilę jeszcze jedno, tyle że słabsze. Przez 

ułamek  sekundy  wydawało  mi  się,  że  widzę  czubek  własnego  nosa.  Już  zapomniałem,  jak 
wygląda  —  pomyślałem  z  uśmiechem.  W  tym  krótkim  rozbłysku  nie  udało  mi  się  dostrzec 
żadnej  postaci.  Zapach  wydał  się  teraz  mocniejszy,  ale  światło  nie  było  na  tyle  silne,  by 
ukazać jego źródło. Zmienił się też kierunek, z którego dochodził zapach. Obcy posuwał się w 
moją  stronę,  lecz  nie  w  linii  prostej,  a  na  ukos.  Może  mnie  minie  —  przeleciało  mi  przez 
głowę.  Jeśli  porusza  się  w  moją  stronę,  to  albo  mnie  jeszcze  nie  poczuł,  albo  dąży  do 
spotkania. W jakim celu? Tego nie mogłem wiedzieć. W dalszym ciągu stałem bez ruchu. W 
pewnej chwili pomyślałem, że może krzyknę coś, ale natychmiast przypomniałem sobie sło-
wa Nauczyciela, że Ciemność nie przewodzi dźwięku. Może właśnie dlatego takie spotkania 
są  bez  sensu.  Przecież  i  tak  nie  można  się  porozumieć.  Pamiętam  olbrzymie  zamknięte 
pomieszczenie o nieprzezroczystych ścianach. Po obu stronach sali staliśmy w dwóch rzędach 
twarzami do siebie. Przed każdym wisiał w powietrzu ekran, którego jedna połowa jarzyła się 
kombinacją różnych znaków. Naszym zadaniem było telepatyczne przekazanie tej kombinacji 
partnerowi  z  przeciwka  oraz  wyświetlenie  na  pustej  części  ekranu  znaków  nam  wysłanych. 
Ćwiczyliśmy to tak długo, dopóki cały układ nie został wiernie wyświetlony. Pamiętam, że na 
początku  opornie  mi  szło  odbieranie  informacji,  byłem  natomiast  bardzo  dobrym  nadawcą. 
Lecz  i  ta  zdolność  była  tutaj  nieprzydatna.  „Ciemność  blokuje  całkowicie  linie  telepatyczne 

background image

—  mówili  Nauczyciele  —  lecz  przyjdzie  chwila,  że  przyda  się  wam  ta  umiejętność,  jak  i 
wiele innych, których się tu uczycie”. 

Pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobiłem  po  znalezieniu  się  w  Ciemności,  była  próba  telepaty-

cznego  odszukania  jakiegoś  umysłu.  Nie  powiodła  się.  Byłem  otoczony  barierą.  Następnie 
chciałem  sprawdzić  kolejną  umiejętność.  Zdolność  teleportacji.  Ale  bez  punktu  odniesienia 
nie  potrafiłem  tego  dokonać.  Nauczyciele  mówili,  że  nie  można  teleportować  się  poza  Cie-
mność.  Teraz,  czując  w  pobliżu  obcego,  mogłem  jeszcze  raz  spróbować  telepatii.  Skupiłem 
myśl na jednym pytaniu — Kim jesteś? Ale niestety telelinia odbiła się od bariery i wywołała 
we mnie tylko chwilową wibrację. A więc naprawdę było to niemożliwe. Obcy musiał znów 
się  przybliżyć,  gdyż  poczułem  bardziej  intensywny  zapach.  Co  robić,  co  robić  —  myślałem 
gorączkowo.  Uciekać  czy  czekać?  Musiałem  podjąć  jakąś  decyzję,  bo  zapach  był  coraz 
silniejszy  i  ponownie  zmienił  kierunek.  Obcy  szedł  teraz  wprost  na  mnie. Jeśli  cały  czas  się 
porusza — pomyślałem — to znaczy, że nie spotkał na tej drodze żadnej bariery. To, co stało 
się w chwilę później, trwało tak krótko, że ledwie zdałem sobie z tego sprawę. Zapach wzrósł, 
wiedziałem już, iż obcy jest bardzo blisko, i wtedy rozbłysło przede mną światło. Odruchowo 
wykonałem skok, by znaleźć się w jego centrum, zdążyłem jeszcze dostrzec niewyraźną po-
stać, która też skacze w stronę światła! Nim osiągnąłem centrum chwilowej jasności, zapadła 
ciemność,  poczułem  uderzenie,  ból  głowy,  czyjś  paniczny  strach  przemieszany  z  nadzieją. 
Straciłem przytomność. Gdy wróciła mi świadomość, byłem całkiem oszołomiony. To wprost 
nieprawdopodobne. Leżałem na kimś. To znaczy leżała moja głowa i lewa ręka. Czułem wy-
raźnie bicie serca i lekki oddech. Po chwili uświadomiłem sobie, że jest to dziewczyna. Moja 
głowa  leżała  na  jej  piersiach.  Na  pewno  nie  mogą  to  być  piersi  mężczyzny  —  pomyślałem, 
ostrożnie  podnosząc  głowę.  Delikatnie  przekręciłem  się  na  bok.  Dziewczyna  leżała  obok 
mnie, ale nie widziałem nawet zarysów jej ciała. Nie byłem przygotowany na takie spotkanie. 
Nie pamiętam, by Nauczyciele mówili coś o takich zdarzeniach. 

Widać prawdopodobieństwo spotkania było tak małe, że nie brali go pod uwagę. Deli-

katnie dotknąłem jej. Teraz dotarło do mnie, że jest naga. No tak, ja też jestem nagi. Ubrania 
nie  są  tu  potrzebne  —  pomyślałem  uśmiechając  się.  Dziewczyna  nawet  nie  drgnęła.  Widać 
nie odzyskała jeszcze przytomności. 

Przemyślałem spokojnie całe zdarzenie, wszystko to, co przeżyłem w ułamku sekundy. 

W momencie zderzenia odczułem strach i nadzieję. Ale to na pewno nie były moje uczucia. 
Musiały  należeć  do  niej.  A  więc  w  tej  krótkiej  chwili  połączyła  nas  telepatyczna  linia.  Czy 
sprawiło  to  rozbłyskujące  światło,  czy  też  nasza  bezpośrednia  bliskość?  Mogę  to  sprawdzić 
—  pomyślałem,  nachylając  głowę  w  miejscu,  gdzie  powinna  być  głowa  dziewczyny. 
Delikatnie dotknąłem jej czoła. Potężna fala rozpaczy i niepokoju wdarła się w mój umysł. A 
więc  nie  światło,  a  dotyk  umożliwiał  telepatię.  Poczułem  dziwne  zadowolenie.  Nie  pytałem 
— co będzie dalej? Najważniejsze, że można się porozumieć. Dziewczyna gwałtownie drgnę-
ła usiłując podnieść głowę. Jej przerażenie wzrosło tak bardzo, że przez chwilę byłem sparali-
żowany. Próbowała mnie odepchnąć i wstać. Nie bacząc na to, że mnie bije i drapie, mocno 
chwyciłem  jej  głowę  i  stykałem  ze  swoją,  próbując  ją  uspokoić.  Trwało  dobrą  chwilę,  nim 
dziewczyna  przestała  mnie  okładać  i  w  jej  myślach  pojawiło  się  trwożne  pytanie:  Co  się 
stało?
  Najpierw  przekazałem  jej  moje  odkrycie  dotyczące  możliwości  telepatii.  Dziewczyna 
uspokoiła się. Trzymając się za ręce usiedliśmy, stykając swoje głowy. Teraz dopiero nastąpi-
ła normalna telepatyczna rozmowa. 

Dowiedziałem  się,  że  nazywa  się  Delia  i  nie  wie,  jak  długo  przebywa  w  Ciemności. 

Spała  do  tej  pory  dziesięć  razy,  a  potem  przestała  liczyć.  Nie  spotkała  nikogo  przede  mną. 
Czy mnie czuła? Tak, ale dopiero na chwilę przed rozbłyskiem i było jej wszystko jedno, co 
się stanie. Bardzo pragnęła osiągnąć światło. Ale znów jej się nie udało. Czy przedtem próbo-
wała? Tak, parę razy, lecz bez powodzenia. Chociaż raz dosięgła je ręką. Niestety tylko ręką. 
Następnie  wypytywała  się  o  mnie.  Krótko  opowiedziałem  o  moich  dotychczasowych  osiąg-

background image

nięciach. Nie było tego wiele. No i straciłem palec. Ona nic nie straciła, miała widać więcej 
szczęścia. Chyba tak, ale teraz powinniśmy się przespać. Później zastanowimy się, co dalej — 
powiedziałem  przesyłając  jej  uśmiech.  Zaproponowałem,  abyśmy  spali  jak  najbliżej  siebie, 
ale zdecydowanie odmówiła, przesyłając mi jednocześnie obraz dziewczyny i chłopaka ubra-
nych  od  stóp  do  głów.  Przesłałem  jej  salwę  śmiechu  i  powiedziałem,  że  w  takim  razie  bę-
dziemy się stykać tylko czołami. Zgodziła się i po chwili leżeliśmy na bokach, dotykając się 
głowami.  Zasnęła  niemal  natychmiast.  Spróbowałem  dostać  się  do  jej  umysłu.  O  dziwo,  nie 
był zamknięty. Przez kilka chwil błądziłem we  wspomnieniach Delii. Nie odkryłem niczego 
nowego.  Wszystko  było  tak  jak  u  mnie.  Gromada  dziewczyn  i  chłopców  uczących  się  tego, 
czego i ja się uczyłem.  Ich twarzy nie widziałem, nie mogłem stwierdzić, czy byliśmy w tej 
samej grupie, czy nie. Jedyny niepokojący fakt, jaki znalazłem w jej wspomnieniach, to słaby 
węch.  Mimo  usilnych  ćwiczeń  nie  potrafiła  go  wzmocnić.  Pewnie  dlatego  tak  późno  mnie 
poczuła — pomyślałem, wycofując się delikatnie z jej umysłu. Zablokowałem swój umysł, by 
Delia, jeśli się obudzi, nie wiedziała, o czym myślę. Teraz mogłem spokojnie przeanalizować 
fakty. Z tego, co mi powiedziała, wynikało, że przebywa w Ciemności znacznie dłużej niż ja. 
Spała dziesięć razy, a potem przestała liczyć. Jak długo to trwało? Nie wiem. Czas tu przecież 
nie  istniał.  Nauczyciel  mówił:  „Będziecie  szukać,  dopóki  nie  znajdziecie.  Macie  na  to  całą 
wieczność”.  Równie  dobrze  mogła  tu  być  krócej  ode  mnie,  tylko  częściej  spała.  Jakkolwiek 
było,  nie  ma  to  teraz  żadnego  znaczenia.  Najważniejsze,  co  robić  dalej?  Do  tej  pory  byłem 
niezależny,  decydowałem  tylko  za  siebie.  Z  Delią  pojawił  się  problem  —  czy  wędrować 
razem z nią? Z poszukiwań we dwoje nie płynęły żadne korzyści ani ułatwienia w znalezieniu 
Punktu. Wręcz przeciwnie. Wiązało się z tym wiele niewygód. 

Delia,  aby  nie  zostać  gdzieś  po  drodze,  musiałaby  cały  czas  się  mnie  trzymać,  a  to 

ograniczałoby moją sprawność. I na dodatek telepatia była możliwa tylko podczas bezpośre-
dniego zetknięcia głów. Nie, wcale mi się to nie podobało. A Pierwsze Prawo Nauki brzmia-
ło: jeden Punkt — jedna Istota. Już to jedno rozstrzygało problem. Zasypiając byłem zdecydo-
wany pozostawić Delię przy pierwszej nadarzającej się sposobności. 

Obudziło mnie delikatne pukanie. Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje. Odrucho-

wo  otworzyłem  swój  umysł  i  dopiero  wtedy  dotarła  do  mnie  nieśmiała  myśl  —  Cześć,  dla-
czego byłe
ś zamknięty? 

Zawsze zamykam się przed snem — skłamałem. Leżeliśmy w tej samej pozycji stykając 

się czołami. 

Nie,  to  nieprawda,  Flaar.  Nie  przerywaj  mi.  Wiem,  co  myślałeś.  Chcesz  się  mnie 

pozbyć, bo jestem dla ciebie kłopotem. Nie ufasz mi. Ja też znam Pierwsze Prawo Nauki. Ale 
pozwól mi zosta
ć z tobą. Nie ukradnę ci Punktu, jeśli do niego trafisz. Uwierz mi. Jestem taka 
zrezygnowana.  Tyle  ju
ż  razy  próbowałam  osiągnąć  błysk  i  nie  udawało  się.  Czuję,  że  to 
nieprawda, co mówili Nauczyciele. Tu nie mo
żna być wiecznie. Pozwolisz mi zostać, Flaar? 

Ostatnia  myśl  była  przepełniona  taką  głęboką  nadzieją,  że  w  moim  postanowieniu 

pojawiła  się  rysa.  Czułem,  że  Delia  w  napięciu  oczekuje  odpowiedzi.  Zrobiło  mi  się  jej  żal. 
Musiałem dać jej nadzieję. Delia, wcale nie myślałem, że cię zostawię — jeszcze raz skłama-
łem — zastanawiałem się tylko, jakie mogą być konsekwencje naszego spotkania. Sama wiesz 
z Nauki, 
że spotkania są nieprawdopodobne i Nauczyciele nigdy nie mówili, co należy robić w 
takich wypadkach

Napięcie Delii spadło, poczułem ulgę. Dziękuję, Flaar
Nie ma o czym mówić. Trzeba się ruszyć. Nie będziemy przecież leżeć w jednym miejscu 

—  pomyślałem  szukając  jej  ręki.  Ostrożnie  wstałem  pociągając  ją  za  sobą.  Delia  chwyciła 
mnie za biodra. Zrobiliśmy pierwszy wspólny krok. Uważnie badałem dłońmi przestrzeń, by 
nie  wpaść  na  barierę.  Wolno  posuwaliśmy  się  przed  siebie.  Ciemność  wcale  nie  była  pusta. 
Była  poprzecinana  energetycznymi  płaszczyznami.  Nauczyciele  mówili  nam,  że  ich  układ 
podlega ciągłym zmianom. Nie można więc nakreślić żadnych pewnych dróg. „Musicie ciągle 

background image

badać drogę. Bariery to energia. Czysta energia przyjmująca różne potencjały. Dlatego też w 
zetknięciu  z  jednymi  barierami  nie  odczujecie  nic  poza  lekkim  oparzeniem,  a  zetknięcie  z 
innymi może być kresem waszej drogi. Pamiętajcie, że tylko delikatne i powolne dotknięcie 
bariery umożliwi wam jej ominięcie i zachowanie szans na trafienie do Punktu”. Tak mówili 
Nauczyciele.  Teraz  musiałem  posuwać  się  jeszcze  wolniej  ze  względu  na  Delię  uczepioną 
moich  bioder.  Nagle  gdzieś  przed  nami  pojawiła  się  cała  seria  rozbłysków.  Poczułem  mo-
cniejszy uścisk Delii. Być może w ciągu tych kilku sekund zaczęło się czyjeś życie — pomy-
ślałem. 

Szliśmy, odpoczywaliśmy i ciągle nie mogliśmy trafić w Punkt. Nie wiem, jak długo to 

trwało. Delia stała się niespokojna. Zauważyłem, że coraz bardziej utwierdza się w przekona-
niu, iż nigdy nie osiągnie rozbłysku. Zaczęła ponawiać prośby, żebym jej nie zostawiał. Prze-
szkadzała mi tak bardzo, że musiałem użyć głębokiej hipnozy. Teraz wystarczyło tylko jedno 
słowo,  by  się  jej  pozbyć.  Ale  nie  zrobiłem  tego.  Im  dłużej  z  nią  przebywałem,  tym  bardziej 
byłem  przekonany,  że  musi  istnieć  wyjście.  Dużo  myślałem  o  Ciemności.  Przypominałem 
sobie wszystko, czego się o niej dowiedziałem, i coraz śmielej dopuszczałem do siebie myśl, 
że Nauczyciele nie znali tak dobrze tego miejsca, jakby to wynikało z ich nauk. Tam, w moim 
świecie, nie było powodów, by w nich wątpić i by zastanawiać się, co nas czeka. Tutaj, być 
może na skutek spotkania, pojawiło się wiele nowych pytań. Stan Delii wskazywał, że nie jest 
prawdą to, iż przebywając w Ciemności nie podlegamy żadnym zmianom. Delia była w wyra-
źnie pogłębiającej się depresji. Być może miała rację mówiąc, że tu nie można być wiecznie. 
Życie to zmiana — pomyślałem i stanąłem jak wryty. Jeżeli prawdą byłoby to, że nie podle-
gamy tu żadnym zmianom, to w takim razie, w jaki sposób możemy tu żyć? Odwróciłem się 
twarzą do Delii, zetknąłem nasze głowy i usunąłem z niej blokadę hipnotyczną. 

Delia, słyszysz mnie? — spytałem. 
Tak, Flaar, co się stało? 
Czy czujesz moje r
ęce? Powiedz! Ściskałem jej dłonie z całej siły. 
Oczywiście, że czuję. Przestań, to boli. Powiedz, o co ci chodzi? 
Rozluźniłem  uchwyt.  To  było  bez  sensu.  Przepraszam,  ale  przez  chwilę  myślałem,  ż

nas tu nie ma. 

Jak to nie ma? — Delia była przestraszona. 
Nieważne.  Nie  denerwuj  się.  Takie  głupie  myśli  przyszły  mi  do  głowy.  Już  możemy  iść 

dalej. W chwili gdy odrywałem swoją głowę od jej czoła, niedaleko od nas rozbłysło światło. 
W jednej sekundzie ujrzałem zmęczoną i przestraszoną twarz młodej dziewczyny. Poczułem, 
że mocniej trzyma mnie za rękę. Widać też mnie zobaczyła. Wewnętrzny impuls, wyzwolony 
tym  rozbłyskiem,  kazał  nam  zrobić  krok  do  przodu.  Delikatnie  obejmowałem  drżącą  Delię. 
Nasze  myśli  zmieszały  się  ze  sobą  i  przez  jedną  krótką  chwilę  zapomnieliśmy  o  otaczającej 
nas Ciemności. Jeszcze jedno światło, ale znacznie słabsze, rozbłysło na ułamki sekund. 

I nagle uświadomiłem sobie, gdzie leży nasza szansa. Delia spłoszona tym drugim bły-

skiem  gwałtownie  mnie  odepchnęła.  Na  szczęście  zdążyłem  chwycić  ją  za  ręce.  Szybko 
odszukałem  jej  głowę.  Delia,  słuchaj  mnie  uważnie.  Pierwsze  Prawo  Nauki  jest  nieścisłe! 
Punkty rozbłyskuj
ą z różną jasnością. Im większa jasność, tym większa energia. Jedna Istota 
—  jeden  Punkt  to  tylko  okre
ślenie  średniej  energii  wystarczającej  do  przeniesienia  jakiejś 
istoty. Je
śli uda nam się trafić w Punkt o dużej energii, to na pewno dokonamy przeniesienia 
oboje! Słyszysz mnie?
 Czułem olbrzymi zamęt panujący w jej umyśle. Strach i niewiara prze-
mieszane z nadzieją. 

To niemożliwe, Flaar. To się nie uda
Musi  się  udać.  Musimy  zaryzykować.  Chyba  chcesz  tego?  —  spytałem  przesyłając  jej 

obraz dwojga obejmujących się postaci. 

Nie wiem. Chciałabym cały czas być z tobą. Boję się. 
Słuchaj  mnie  uważnie.  Staniesz  z  tyłu  za  mną  i  obejmiesz  mnie  za  szyję.  Pamiętaj,  by 

background image

cały czas nasze głowy dotykały się. Musimy być w ciągłym kontakcie. I nie bój się. Wszystko 
b
ędzie dobrze. Czułem, jak Delia obejmuje mnie drżącymi rękami. Poczułem dotyk jej napię-
tego  ciała.  Była  ogromnie  zdenerwowana.  Nie  mogłem  dać  jej  ani  chwili  na  zastanawianie 
się.  Ruszyłem  pewnie  w  stronę,  gdzie  przed  chwilą  pojawiły  się  dwa  błyski.  Nie  wiem,  czy 
kierowałem się ślepą wiarą w przypadek, czy jakimś wewnętrznym przeczuciem, że właśnie 
tam pojawi się jeszcze jeden silny błysk. Musimy trafić w Punkt — powtarzałem bez przerwy 
Delii. — Trzymaj mnie mocno. Nie bój się. Śmiało kroczyłem przed siebie z obejmującą mnie 
kurczowo  dziewczyną,  jakbym  był  pewien,  że  oto  już  za  chwilę  znajdziemy  się  w...  Nagły 
oślepiający błysk! Rozpaczliwy krzyk Delii — Nie, nie, boję się. Puść mnie! Gwałtowny skok 
do przodu, gdzie Delia? Deliaaa...! 

I  już  wiem,  że  trafiłem  w  centrum  blasku.  Znalazłem  swój  Punkt  Przeznaczenia.  W 

jednej  chwili  cała  pamięć  uleciała  ze  mnie.  Wiedziałem  tylko,  że  energia  Punktu  przenosi 
mnie w świat, który będzie odtąd moim światem. Narodzę się na nowo, czysty jak wygaszony 
ekran. Z tysięcy światów, które pojawiają się w Ciemności w postaci krótkich błysków, zna-
lazłem wreszcie ten jeden, który będzie moim. I gdzieś głęboko we mnie zostanie tylko znak, 
na który będę czekać w swoim świecie. 
 
 
 
 

Zofia Beszczyńska 

 

Miriel 

 
 

Pewnego  dnia  zobaczyłem  Kaję  w  towarzystwie  nie  znanej  mi  dziewczyny.  Była  dość 

wysoka  i  bardzo  szczupła,  tak  szczupła,  że  niemal  wątła;  miała  ciemnomiodową  skórę, 
chłopięcą sylwetkę i krótko przycięte włosy. Wyglądała na czternaście lat, ale jej piersi były 
zupełnie płaskie. 

Obserwowałem  obie  dziewczyny,  szły  przez  łąkę  jakby  tańcząc  i  sprawiały  wrażenie 

bardzo  sobą  zajętych.  Nie  dostrzegały  nikogo  —  albo  może  tylko  udawały,  że  nie  widzą.  Z 
daleka wyglądały niczym kruche, wiosenne motyle. 

Tego wieczoru, przy kolacji, starając się nadać memu głosowi brzmienie jak najbardziej 

obojętne, zagadnąłem siostrę: 

— Masz nową koleżankę, Kaju? 
Spojrzała  na  mnie  uważnie  znad  talerza  z  rozgrzebaną  jajecznicą;  jej  oczy  na  chwilę 

rozbłysły. 

— Koleżankę? — spytała po dłuższej chwili, nienaturalnie zawieszając głos. 
—  No  tak  —  ciągnąłem  nie  zrażony.  —  Widziałem  was  dzisiaj.  —  A  ponieważ  Kaja 

nadal  milczała,  wciąż  wlepiając  we  mnie  rozszerzone  źrenice,  dodałem  od  niechcenia:  — 
Wydała mi się jakaś... inna. 

Kaja  wreszcie  opuściła  powieki.  Uśmiechnęła  się  tak  nieznacznie,  że  można  to  było 

uznać jedynie za skrzywienie warg. 

— Bo... ona... — zająknęła się — nie jest stąd — oznajmiła chłodno. — To znaczy: nie 

z naszego świata. 

Podchwyciłem  jej  badawcze  spojrzenie.  Milczałem  jednak,  ona  zaś  wstała  i  ruszyła  w 

stronę drzwi. Na progu odwróciła się: 

— Ma na imię Miriel. 

 

Co to znaczy: nie z naszego świata? 

background image

Podobno  przybyła  z  nieba  czy,  jeżeli  kto  woli,  z  gwiazd.  Nie  wiadomo,  jak  długo  tu 

zostanie. To nie zależy od niej. 

A od kogo? 
Wzruszenie ramion. Uśmiech. 
Obnażone białe zęby jak u dzikiego zwierzątka. 
Jest  inna.  Ale  czy  mało  to  „innych”  dziewcząt  na  świecie?  Mówi  się,  że  potrafi  to, 

czego nie umie nikt z nas. Ale kto to widział? 

Na łące, w lesie, w miasteczku. 
Raz z jadowitym wężem oplecionym wokół nagiego ramienia, a może nawet szyi. Raz 

na grzbiecie wilka albo lisa. To znika, to znów pojawia się niespodziewanie. 

Co więcej, dziewczyny utrzymują, że Miriel jest chłopcem. Takie tam... historyjki dora-

stających panienek. 
 

Właśnie zaczęły się wakacje, ale oboje musieliśmy zostać w domu, moja młodsza, pra-

wie bliźniacza siostra i ja. Ona znikała z domu wczesnym rankiem (nie jestem nawet pewien, 
czy  przedtem  jadła  jakieś  śniadanie),  ja  wychodziłem  na  łąkę  albo  dalej  nad  wodę  i  całymi 
godzinami leżałem z książką, wcale jej nie czytając. Słońce prześwietlało liście nad moją gło-
wą, nagrzana letnia trawa grała tysiącem głosów niby żywa, tajemnicza istota, niby nie znany 
organizm. 

Codziennie  widziałem  Miriel,  jej  długie,  niemal  przejrzyste  ciało,  poruszające  się  tak 

ulotnie, jakby za chwilę mogło pofrunąć, jakby nie miało żadnego ciężaru. Nosiła długie lu-
źne szorty i bluzę, pod którymi zdawała się nie mieć nic; patrzyłem na jej smukłe nogi i włosy 
koloru ciemnej miedzi, tylko oczu nie mogłem dostrzec. 

Codziennie widziałem też Kaję. 
Była  przy  Miriel  zupełnie  odmieniona,  jej  twarz  promieniowała  wewnętrznym 

światłem, które zauważyłem u niej po raz pierwszy. W domu coraz częściej było słychać jej 
śpiew, wieczorami — wiem o tym — długo siedziała w otwartym oknie, aż ciężkie od zapa-
chów powietrze napełniało cały dom. Przechodząc koło mnie uśmiechała się lekko, enigmaty-
cznie i nieznacznie odwracała głowę. Ze zdumieniem stwierdzałem, że stała się kimś innym, 
kimś, kogo nie znałem. Obcym. 
 

Wszystko  się  zmieniło.  Miriel,  tę  dziwną  Miriel,  otaczał  rój  dziewcząt  i  chłopców. 

Miriel  umiała  wszystko,  Miriel  umiała  to,  czego  nikt  z  nas  nigdy  by  nie  potrafił.  Najlepiej 
grała  na  gitarze  i  najlepiej  pływała,  jeździła  konno  i  zwinnie  wspinała  się  na  najwyższe 
drzewa, najcieńsze gałęzie, rzeźbiła w drewnie i odgadywała cudze myśli, była wyrocznią we 
wszystkim. Jej śmiech dźwięczał w całym miasteczku, jej gibką roślinno-zwierzęcą sylwetkę 
okrążały dotknięcia, muśnięcia rąk, warg, uśmiechów, gestów i słów: kim była? Dziewczyną 
czy  chłopcem,  czy  może  kimś  zupełnie  innym?  I  gdzie  znikała  wówczas,  gdy  my  wszyscy 
spaliśmy, pogrążeni w dusznych marzeniach o niej, o tym jej innym świecie? 
 

Wieczorem  Miriel  często  odprowadzała  Kaję,  którejś  nocy  dobiegł  mnie  gorący  szept 

pocałunków, ręce zanurzone we włosach, płonący blask na policzkach, oczy świecące w cie-
mności, i ona, znikająca tak nagle, jakby jej wcale nie było, tylko cień przestraszonych liści, 
noc senna i ociężała niby ogromne leniwe zwierzę, duszna. 

— Miriel, mój jedyny... mój śliczny. Miriel, Miriel... 
— Kogo wołałaś, Kaju? — pytałem zaniepokojony. — Kim jest Miriel? 
Milczała,  lecz  z  jej  skóry  ulatniał  się  drażniący  zapach  —  jakby  mi  znajomy,  ale 

przecież inny, inny... Zapach mężczyzny.  

 

 

background image

Pokój  Kai,  do  którego  kiedyś  rano  wszedłem  niespodziewanie,  pusty,  lecz  ze  zmiętą 

pościelą rozrzuconą na łóżku... 

I mój pokój, moje łóżko... 
W końcu nie mogłem już dłużej. 
—  Zaprosiłabyś...  swoich  przyjaciół  —  powiedziałem,  może  zbyt  wolno  —  do  domu, 

przecież  mi  nie  przeszkodzicie.  A  skoro  Miriel  jest  kimś  interesującym,  jak  słyszę,  to  i  ja 
chętnie... 

Zadźwięczała cisza. Kaja uśmiechała się niepewnie, ale wiedziałem, że drżą jej ręce. 
Jednak następnego wieczoru mogłem już z bliska patrzeć na spokojną, chłodną twarz o 

rysach zbyt ostrych jak na dziewczynę i zbyt delikatnych jak na chłopca. Jej ciemnobrązowe 
oczy, jego ledwo widoczny puch na smagłych policzkach. 

—  Podobno  nie  jesteś  stąd...  —  zaryzykowałem  nie  najmądrzej,  ale  odpowiedzią  był 

swobodny śmiech. Oczy, które nagle okazały się złote, uniosły się ku niebu i usłyszałem: 

— Już niedługo... 
Kaja  siedziała  ze  spuszczonymi  powiekami,  nieruchoma,  lecz  domyślałem  się,  że  pod 

stołem  uda  jej  i  naszego  gościa  stykają  się,  niemal  było  słychać  przebiegające  między  nimi 
iskry. Poczułem mrowienie na skórze. 

— A gdzie... mieszkasz? 
Uśmiech. Białe obnażone zęby. 
— Kaju, przecież wiesz — ożywiłem się — że mamy jeden pokój zupełnie wolny... że 

tak powiem... gościnny... Więc... 

Kaja zarumieniła się, ale ja nie pamiętałem już o Kai. Widziałem tylko te długie ramio-

na i ciemnomiedziane włosy, w których był wiatr... Kim była? Czy może... kim był? 

—  Och,  nie  wiem,  czy  warto,  to  jeszcze  jedna,  najwyżej  dwie  noce,  ja  zaraz...  —  I 

uśmiech. — Muszę wracać — dobiegł znów cichy szept albo tylko westchnienie. 

— Nie szkodzi, nie szkodzi. — Poderwałem się. Kaja spojrzała na mnie uważnie, lecz 

może tak tylko mi się zdawało. — Już późno... 

— Ależ ja wcale nie muszę spać... 
Wychodząc  dostrzegłem  utkwione  we  mnie  złotobrązowe  oczy.  Czyjeś  chłodne  udo 

dotknęło mojego uda i znowu ogarnął mnie ten zapach... Otrząsnąłem się. 

Śniło  mi  się,  że  trzymam  w  ramionach  kobietę,  nie,  nie  kobietę  —  młodziutką  dzie-

wczynę, może taką, która dopiero pierwszy raz... Jak moja siostra? 

Szeptałem: 
— Kim jesteś? 
Piersi miała płaskie, ale gorące, ramiona po dziewczęcemu pełne... i wiedziałem już, że 

nie była, nie mogła być chłopcem. 

Rano znalazłem pokój pusty i tylko ta pościel rozrzucona na łóżku, i tylko ten zapach w 

powietrzu... A Miriel, Miriel zniknęła. 

— Nie ma go — słyszałem ze wszystkich kątów szept Kai. 
Nie ma jej — powtarzałem w myślach. 
Wyszedłem  z  domu,  szukałem  jej  wszędzie,  lecz  nigdzie  nie  znalazłem;  mijały  mnie 

senne twarze dzieci nagle przemienionych w dziewczyny i chłopców, w mężczyzn i kobiety, 
we wszystkich rysach był ślad Miriel, Miriela. 

Motyli cień na wklęsłym niebie, białe szerokie skrzydła, niby latawca, którego razem z 

Kają puszczaliśmy w dzieciństwie. 

— Odleciał, widocznie musiał odlecieć — powiedziała Kaja. 
Lecz ja usłyszałem więcej: Mój pierwszy chłopak, nikogo takiego... 
— Kim ona jest? — zapytałem. — I skąd? 
Lecz myślałem: Moja pierwsza dziewczyna, już nigdy nikt... 
Trawa była mocno nagrzana słońcem, wiatr przynosił chłodny rybi zapach wody. 

background image

Położyliśmy się na wznak, każde z nas pogrążone we własnym milczeniu. 
Gdzieś daleko, daleko przemykały cienie ludzi, którzy może nie byli już ludźmi. 

 
 
 
 

Agnieszka Taborska 

 

Sfinks 

 
 

Sfinks utkwił w Jerzym melancholijne spojrzenie. W pokoju panowała cisza przerywa-

na trzaskiem obijających się o siebie myśli Sfinksa. Hałas powstały przy zderzeniu odpowie-
dzi na dwa retoryczne pytania obudził Jerzego. Rozległ się suchy zgrzyt, po czym elektryczny 
wstrząs wysłany przez znieruchomiałego Sfinksa szarpnął Jerzym, trzeźwiąc go ostatecznie. 

Nie ulegało wątpliwości, że podczas długiego snu na odsłoniętej, włochatej piersi Jerze-

go wyrósł Sfinks. W nocy zdążył przyjąć wymiary podłoża, o świcie stwardniał, a rano zapu-
ścił  głęboko  rozgałęzione  korzenie.  Około  południa  nic  już  nie  można  było  zrobić.  Sfinks 
tworzył z człekokształtną glebą nierozdzielną całość. Zbyt wypukły, aby ukryć go pod koszu-
lą, zbyt ciężki, aby dźwignąć go, jak dźwiga się trywialny garb. 

Jerzy tkwił na kanapie znieruchomiały i dyszący z wysiłku. Sfinks mierzył go nie koń-

czącym się spojrzeniem. 
 
 
 
 

Zofia Beszczyńska 

 

Srebrne zwierz

ęta 

 
 

  Ryba jest stworzeniem umykającym  
  i połyskliwym, którego nikt nigdy  
  nie złapał, natomiast wielu jakoby  
  widziało w głębi luster. 

 

        J. L. Borges Zoologia fantastyczna  
        (przeł. Z. Ch
ądzyńska)

 

 

Kiedy byłam mała, najbardziej ze wszystkiego lubiłam bawić się piłką. 
Teraz jednak wiem, że to nie była piłka, tylko księżyc: ten stary złośliwy czarownik. 
Gdy trochę podrosłam, często wkradał się do mego pokoju i, wydłużywszy się w klingę 

albo sierp, wyciągał się obok mnie na łóżku. Miałam wówczas najpiękniejsze, najsrebrniejsze 
sny. 

Którejś nocy musiałam być nieostrożna i chyba się skaleczyłam; ale nic nie pamiętam. 

Tylko rano znalazłem na prześcieradle brązową plamkę w kształcie nici lub małego węża. 

Od tamtej chwili wszystko się zmieniło, świat pojaśniał i noc zaczęła fosforyzować. 
Otoczyło mnie lustro. 
To był inny świat. 
Deszcz dzwonił cienkimi paznokciami z tamtej strony tafli, w migoczącej wodzie albo 

background image

powietrzu  przebywały  świetlne  ryby  podobne  do  igieł  smutku,  czyjeś  lśniące  rogi  kaleczyły 
niebo. 

Rzeki tam były gejzerami snów, kryształowe spojrzenia dźwięczały pod dotykiem mych 

palców. 

Zdziwione  oczy  saren,  migotliwy  śmiech  jednorożców,  trawa  zaklęta  w  obłego  węża. 

Motyloskrzydły smok uczepiony mego ramienia. 

Lecz wokół palców wciąż czułam jego śliską dłoń, gdy szybowaliśmy przez lepką mgłę 

ku memu zmiętemu prześcieradłu, obsypanemu fosforyzującym pyłem. 

To nic, że srebrni rycerze czekali na mnie, właśnie na mnie. 
To  nic,  że  słyszałam  wzywający  mnie  melodyjny  szczęk  ich  broni,  że  w  lśniących 

tarczach widziałam moje włosy i piersi. 

Czy już czas? 
Nie, czas jeszcze nie nadszedł. 
Mogłam tylko dostrzec szeroko otwarty pysk Srebrnej Ryby, jej ostre świecące zęby. 
I światło zamykało się przede mną. 
Lustro znów zatrzaskiwało się w twardą taflę. 
Teraz  siedzę  przed  nim  i  widzę  gwiazdy,  srebrne  ryby  przepływają  mi  przez  włosy, 

srebrny las rośnie mi na policzkach. Czas przenika przez moje palce. 

Mam srebrne oczy, i ja mam teraz srebrne oczy. 
Nie, nie bijcie mnie, nie bijcie mnie więcej, odłóżcie, zostawcie wasze srebrne igły. 
Narzędzie żalu, melancholii czy rozkoszy? 
Nie kaleczcie mi mózgu. 
Nie, nie bijcie mnie, proszę, czy nie widzicie, że ja... 
Nie dotykajcie mnie: możecie stłuc lustro. 

 
 
 
 

Adam Synowiec 

 

Most 

 
 

Harageńską równinę przecinała ze wschodu na zachód czarna blizna asfaltu. Siedemna-

ście lat temu wyryły ją watahy ziemskich buldożerów. Po nich przyszły wielkie maszyny rzy-
gające  gorącą  smołą.  Potem  automatyczne  pędzle  na  kołach  wymalowały  wielokilometrowe 
białe  linie,  a  traktory  z  przyczepami  zasadziły  betonowe  słupki  oraz  stalową  balustradę, 
dzielącą wstęgi ruchu. Wreszcie na poboczach zjawiły się dziesiątki kolorowych reklam. 

Autostrada żyła tylko przez rok. Potem różnobarwne ścigacze przestrzeni przestały się 

nią  interesować.  Wielu  ich  właścicieli  pochłonęła  dziwna  wojna,  która  wybuchła  nagle  w 
okolicach małej gwiazdy niewidocznej na niebie Haragenu. Lata mijały. Coraz rzadziej wie-
lkie  koła  transportowych  ciężarówek  tratowały  wstęgi  niszczejącego  asfaltu.  Autostrada  po-
woli  zapominała,  że  została  stworzona,  by  służyć  ziemskim  Bogom  Ruchu.  Czekała  cierpli-
wie na kogoś, kto nazwie ją nowym imieniem. 

Poboczem drogi szedł siedmioletni chłopiec. Kosmyki włosów na czole zlepiał mu pot, 

a  żółty  pył  pokrył  zniszczone  buciki  i  podrapane  nogi.  Miasto  dawno  zostało  za  plecami 
chłopca,  a  żar  lejący  się  z  nieba  zamienił  je  w  falujący  miraż,  któremu  lepiej  nie  wierzyć. 
Kilkanaście budynków z kościołem, stacją benzynową i knajpą trudno zresztą nazywać mia-
stem. Wszystko powstało w tym samym  czasie co Autostrada.  Zabudowania miały stanowić 
zalążek wielkiej metropolii żywiącej się tym, co  przyniesie  asfaltowy potok. Sen o harageń-

background image

skim  Eldorado  nie  dośnił  się  jednak  do  końca  twórcom  osiedla.  Szufle,  sita  i  patelnie  epoki 
postelektronicznej nigdy naprawdę nie zaczęły wypłukiwać złotego piasku. 

Ludzie, którzy zawierzyli Autostradzie, nie mieli sił, by ruszyć na poszukiwanie nowej 

żyły.  Szosa  pochłonęła  ich  oszczędności,  zapał,  prawie  całe  życie.  Jego  resztki  poświęcili 
miastu-ułudzie. 

Chłopiec  nigdy  nie  był  mieszkańcem  ziemskiego  osiedla  na  równinie.  Urodził  się  w 

kamiennej chacie położonej trzy mile za miastem. Budowla ta była tak stara, że wydawało się, 
iż  istniała  zawsze.  W  każdym  razie  nie  postawiły  jej  ziemskie  dłonie.  Dwoje  starych  ludzi, 
którzy wychowywali malca, przyzwyczaili go, by nazywał ich dziadkiem i babcią. 

Matkę  pamiętał  mgliście.  Jej  oczy  ciągle  były  wilgotne  od  łez.  Płakała  od  chwili,  gdy 

ojciec zdecydował się wziąć udział w harageńskiej misji ratunkowej, mającej oszacować zni-
szczenia wojenne na dalekiej Ziemi i zanieść pomoc tym, którzy przeżyli. Ekspedycja powin-
na była powrócić po dwu latach. Nie znalazła drogi do Haragenu już nigdy. 

Którejś  nocy  matka  mocno  przytuliła  synka  do  swojej  mokrej  twarzy,  wsiadła  do 

fioletowego ścigacza ojca i z rykiem silnika pomknęła Autostradą w tę stronę, gdzie wschodzi 
harageńskie słońce. Chłopiec do teraz pamiętał doskonale słony smak jej policzków. I tylko to 
mu po niej zostało. 

Życie malca od chwili, kiedy poczuł radość istnienia, było zawsze związane z Autostra-

dą.  We  wspomnieniach  widział  ją  niezmiennie  taką  jak  obecnie.  Pustą  czarną  wstęgę,  która 
jak żałobna opaska przekreślała równinę w pogoni za światłem życiodajnej gwiazdy. Była dla 
niego placem zabaw, azylem dziecięcych marzeń i sposobem poznawania świata. Była torem 
wyścigowym, kosmodromem, boiskiem, na którym doskonale kopało się puszkę od konserw. 
Była tajemniczą krainą pełną zamków stawianych z zardzewiałych blach i resztek desek. Była 
terenem polowań na harageńskie myszy i polem wyimaginowanych bitew. Była wielką czarną 
tablicą  zapraszającą  do  tworzenia  galerii  obrazów,  malowanych  odłamkami  cegły,  i  główną 
ulicą ziemskiej metropolii pełną sklepów z zabawkami. 

Była też oknem cywilizacji pozwalającym wniknąć w wewnętrzny świat chłopca sym-

bolom  innego  życia.  Czasami  całymi  godzinami  leżał  w  trawie  na  poboczu  i  z  wyczekiwa-
niem wpatrywał się w horyzont. Niekiedy cierpliwość była nagradzana. Przed jego oczyma z 
wyciem motoru przemykał wojskowy ścigacz kuriera lub ogromny transportowy  krążownik, 
lśniący  niklem  i  furkoczący  barwną  plandeką  z  niezrozumiałymi  napisami.  Potem  przez 
długie tygodnie szosa znowu odpoczywała, deptana tylko drobnymi stopami malca. 

Z miastem chłopiec zawarł znajomość dopiero niedawno. Niespełna miesiąc temu dzia-

dek zaprowadził go do tutejszej szkoły. Pierwszego dnia wśród murów i obcych dzieci poczuł 
się jak zwierzę w klatce. 

Widok  kilkunastu  małych  twarzy  był  dla  niego  szokiem  Bardzo  powoli  oswajał  się  ze 

świadomością, iż nie jest jedynym dzieckiem na równinie. Wcześniej nie miał okazji o tym 
pomyśleć. Autostrada wyhodowała w nim roślinę samotności. 

Miejskie dzieci potraktowały chłopca jak dzikusa z wiecznej dżungli planety Soth. Był 

małomówny,  agresywny  i  z  zasady  nie  włączał  się  do  ich  cywilizowanych  zabaw  w  Niewi-
dzialnego Harageńczyka, pilota Patryka i jego dzielną załogę. Nie śmieszyło go złośliwe drę-
czenie szkolnego trahela — harageńskiego psa wyglądającego jak skrzyżowanie hipopotama 
z krokodylem. 

Nikt nie nauczył chłopca, jak reagować na docinki i szyderstwa. Zachowywał się podo-

bnie  jak  wyśmiewany  trahel.  Z  początku  tupał,  wymachiwał  w  powietrzu  małymi  rękami  i 
krzyczał  wniebogłosy.  Z  wściekłości  krew  uderzała  mu  do  głowy,  a  powieki  piekły  od  za-
trzymywanych siłą łez. Chciał rzucić się na wszystkich i bić, kopać, gryźć. Nigdy jednak tego 
nie zrobił. Autostrada była przecież cierpliwa, niewzruszona i nigdy nie widział, żeby płakała. 
Czuł, że jest jej częścią. 

Po lekcjach wracał zwykle do domu z prędkością harageńskiego żółwia pustynnego. W 

background image

szkole  nauczył  się,  że  były  one  jeszcze  wolniejsze  od  tych  nie  znanych,  ziemskich.  Wierna 
szosa towarzyszyła mu w milczeniu, nie chcąc zakłócać myśli chłopca. Była zawsze tuż obok. 
Przyspieszała, gdy on przyspieszał, zwalniała, gdy on zwalniał. Nigdy przed chłopcem i nigdy 
za nim. 

Droga  z  domu  do  miasta  i  z  miasta  do  domu  była  dla  malca  czymś  bardzo  ważnym. 

Czymś, bez czego nie wyobrażał sobie swojego życia. Jakby mostem pomiędzy dwoma brze-
gami, dla których nazw jeszcze nie znalazł. Albo może znalazł, ale było ich tak wiele, że nie 
mógł się zdecydować na wybór najwłaściwszej. Często czuł, jak słowa o nie znanym znacze-
niu wirują mu w głowie, coraz szybciej, bez porządku, po coraz mniejszym kręgu. Z dnia na 
dzień  widział  jaśniej  zdania,  których  jeszcze  nie  rozumiał.  Prawdy,  których  nie  odkrył. 
Historie, których nikt mu nie opowiedział. 

Potrząsnął  z  irytacją  czupryną  i  wierzchem  dłoni  otarł  pot  zalewający  mu  oczy.  I  tym 

razem  chłopiec  nie  spieszył  się  do  domu.  Do  tej  pory  potrafił  ukryć  przed  starymi  ludźmi 
swoje koleżeńskie niepowodzenia w szkole. Na padające pytania odpowiadał zdawkowo, nie 
wdając się w szczegóły. Nie ciągnięto go za język. Był za to wdzięczny. Ale dzisiaj wszystko 
miało wyjść na jaw. Malec ze złością popatrzył na trzymany w ręku tornister. 

Stara skórzana teczka dziadka, służąca chłopcu jako schowek na zeszyty i drugie śnia-

danie, była wyraźnym świadectwem jego nieprzystosowania. Jakaś nieznajoma, złośliwa ręka 
ostrym  przedmiotem  wyryła  na  niej  niezgrabny  napis  —  „Nienawidzimy  cię!”  Chłopiec 
dobrze pamiętał oczy wpatrzone w niego z wyrazem udawanej niewinności, słyszał tłumione 
chichoty i urywane szepty. Mógł tylko zacisnąć małe piąstki aż do bólu. 

Próbował  zamazać  napis,  ale  szkoda  była  zbyt  duża,  świadectwo  klęski  ciążyło  mu  w 

dłoni. Asfaltowa szosa milczała. Chłopiec w bezsilnym geście odrzucił głowę i napinając ra-
miona wyrzucił rozpostarte dłonie naprzeciw różowemu niebu Haragenu. I ono go nie wspa-
rło. Daleka wieża kościoła wyginała się konwulsyjnie w rozpalonym powietrzu. Nienawidził 
tego miasta równie mocno jak ono jego. 

Słońce  już  zachodziło,  a  temperatura  otoczenia  wcale  nie  zamierzała  opadać.  W  cze-

rwonych promieniach asfaltowa wstęga Autostrady wyglądała jak czarna mulista rzeka toczą-
ca wolno swe wody gdzieś do odległego morza. Haragen był piękną planetą. Pierwsza ziem-
ska ekspedycja, która wylądowała na powierzchni, długo szukała jej władców. Wśród lasów, 
łąk  i  mórz  nie  znaleziono  jednak  ani  jednego  przedstawiciela  rozumnej  rasy,  która  kiedyś 
panowała na Haragenie. Wtedy przyjęto hipotezę, że planeta jest grobem dawno wymarłej cy-
wilizacji. Badania powierzchni planety, które prowadzono w pierwszych latach, nie przynio-
sły prawie żadnych efektów. Nie odnaleziono nic, co mogłoby przybliżyć Ziemianom obraz, 
myśl  i  dokonania  Harageńczyków.  Jedynymi  śladami  kultury  materialnej  dawnych  panów 
planety były niskie budowle z bloków masy wulkanicznej, puste w środku, ponure i samotne. 
Długo trwały dyskusje, czy gęsta sieć wyschniętych niby-kanałów, która pokrywała lądy, była 
również  świadomym  wytworem  Harageńczyków  czy  też  dziełem  natury.  Ludzie  zaczęli 
wykorzystywać  te  kanały  do  swoich  celów.  Jednym  z  najdłuższych,  wytoczonych  zresztą 
zgodnie z zasadami geodezji, poprowadzono właśnie Autostradę. Chłopcu opowiedział o tym 
wszystkim  człowiek,  którego  zgodził  się  nazywać  swoim  dziadkiem.  Dziadek  jako  młody 
człowiek przyleciał na Haragen z drugą wyprawą i już tu został. 

Malec stał teraz i w zamyśleniu przyglądał się dyszącej z gorąca rzece asfaltu. Autostra-

da  skrzyła  się  gdzieniegdzie  plamami  dawno  rozlanego  paliwa,  matowiała  w  pobliżu 
przydrożnych słupków, falowała delikatnie tuż przy poboczach. Chłopcu wydało się, że szosa 
żyje. Wyobraził sobie, że w głębinach jej wód czają się ławice drapieżnych ryb, czekających 
tylko na śmiałka, który nieopatrznie wstąpi w jej nurt. Przykucnął i spojrzał z jeszcze większą 
ciekawością  na  smolistą  gładź.  Ta  jakby  zadrgała  porozumiewawczo,  sygnalizując  swoją 
gotowość  do  zabawy.  Stanął  na  krawędzi  białej  linii  i  delikatnie  dotknął  czarnej  tafli 
czubkiem  bucika.  Podeszwa  zagłębiła  się  miękko  jak  w  plastelinie.  Dalej  od  brzegu  jest 

background image

pewnie jeszcze głębiej — pomyślał chłopiec. Cofnął nogę i wolną dłonią podrapał się z troską 
po  czubku  głowy.  Dom,  w  którym  mieszkał,  znajdował  się  po  drugiej  stronie  podwójnego 
pasa szosy. 

Dziwne słowa zaczynały kręcić się w jego głowie. Ilsur... Kokhare... Bonira... Kła-dka... 

To jasne. Żeby przejść trzeba zbudować kładkę — zamruczał do siebie malec i zabrał się do 
roboty.  Z przydrożnego  rowu zaczął znosić stare skrzynki po owocach, zardzewiałe kawałki 
blach,  odłamki  piaskowca.  Ostrożnie  stąpając,  układał  powoli  wąski,  chybotliwy  mostek. 
Coraz  dalej  wędrował  poboczem  w  poszukiwaniu  dogodnych  materiałów.  Czas  przestał  się 
liczyć. Z uporem taszczył wszystko, co dawało się podnieść lub przyciągnąć. Pot wciskał się 
chłopcu piekącymi strużkami do oczu, a ostre drzazgi raniły małe dłonie. Nie ustawał jednak 
w  wysiłkach.  Przez  cały  czas  komentował  głośno  swoje  poczynania,  tak  jakby  oczekiwał 
potwierdzenia  prawidłowości  tego,  co  robił.  Gdy  zadzior  blachy  rozerwał  mu  szelkę  spode-
nek, bez namysłu podwiązał ją zręcznie do drugiej i wrócił do zabawy. 

Prowizoryczna  kładka  sięgała  już  trzeciej  przerywanej  linii.  Jeszcze  dwa,  może  trzy 

metry i chłopiec będzie mógł suchą stopą stanąć na porosłej trawą, wąskiej wysepce oddzie-
lającej wstęgi ruchu. 

W oddali, na tle zachodzącego fioletowo słońca,  zamigotał niewyraźny kształt. Zbliżał 

się  szybko,  choć  malec  jeszcze  go  nie  widział.  Gorące  powietrze  unoszące  się  nad  szosą 
rozmywało ciemną sylwetkę pojazdu. Wydawało się, że nie toczy się, a unosi nad czarną po-
wierzchnią Autostrady. Że nie silnik, a błękitna plandeka, jak wielki żagiel wydęty wiatrem, 
pcha go coraz to prędzej do przodu. 

Melodyjny  zaśpiew  samochodowego  klaksonu  dotarł  do  chłopca,  gdy  ten  przenosił  na 

koniec swojego mostka dużą puszkę po oleju. Z wrażenia zachwiał się niebezpiecznie, stojąc 
na  kupce  nieporządnie  ułożonych  kamieni,  ale  zaraz  odzyskał  równowagę.  Umieścił  puszkę 
na  miejscu  i  spod  daszka  dłoni  spojrzał  na  intruza.  Wielki  ciężarowy  ścigacz  z  przyczepą 
mknął wyraźnie w jego kierunku nie zamierzając zwalniać. Jeszcze sześćset metrów i pewnie 
rozbije nie dokończoną kładkę. 

Malec  zrozumiał  niebezpieczeństwo  i  zamarł  w  bezruchu  jak  posąg  CHŁOPCA-

KTÓRY-CZEKA.  Wydawało  mu  się,  że  tym  samym  spowoduje  także  zatrzymanie  się 
pojazdu.  Zdziwił  się,  gdy  zobaczył,  że  koła  maszyny  toczą  się  nadal.  Szybciej  i  szybciej. 
Chłopiec nie umiał jeszcze władać czasem Autostrady. 

Wyprostował się na całą swoją mizerną wysokość i rozpaczliwie zamachał rękami. Gdy 

i to nie pomogło, przyłożył złożone w trąbkę dłonie do ust i ile sił w płucach wrzasnął ostrze-
gawczo. Wszystko na nic. Wielki pożeracz przestrzeni pędził wciąż w jego kierunku, miaro-
wo taranując powietrze przenikliwymi dźwiękami klaksonu. 

Chłopiec  nie  znał  innych  sposobów  na  zatrzymywanie  poruszających  się  pojazdów. 

Wzruszył ramionami i wrócił do budowania swojej kładki. Rzeka musi sama poradzić sobie z 
tym kolosem — pomyślał. Kto to słyszał, żeby ciężarówki jeździły po powierzchni wody jak 
po ubitej drodze? W chwilę później powtórzył to samo na głos. 

Na  planecie  równin  nigdy  nie  było  rzek  i  dlatego  dopiero  w  tym  momencie  pierwsza 

rzeka  Haragenu  dowiedziała  się,  jakie  prawa  jej  przysługują.  Nie  potrzebowała  już  pomocy 
chłopca. 

Dwieście  metrów  od  przeszkody  kierowca  ogromnej  towarowej  maszyny  uświadomił 

sobie, że brzdąc przed nim wcale nie zamierza zejść z drogi. Wykrzykiwanych słów kierowca 
nie słyszał ani nie zrozumiał, za to spokój, jaki dostrzegł w oczach chłopca, przeraził go śmie-
rtelnie. Malec był absolutnie pewien swojego bezpieczeństwa! Kierowca nacisnął hamulec. W 
tej samej chwili poczuł, że z ciężarówką dzieje się coś dziwnego. Maszyna uderzyła nagle w 
jakąś miękką przeszkodę, zwolniła i zaczęła niebezpiecznie kołysać się na boki. Kabina zda-
wała się osuwać  coraz niżej. Jakaś siła wyraźnie ciągnęła pojazd w dół.  Kierowca próbował 
wrzucić  wsteczny  bieg,  ale  koła  buksowały,  nie  natrafiając  na  opór.  Fale  smolistej  cieczy 

background image

zaczęły  zalewać  przednią  szybę.  Ciężarówka  tonęła  w  Autostradzie!  Nieopisane  zdziwienie 
sparaliżowało  wolę  kierowcy.  Jęknął  szarpiąc  drzwi.  Nie  zdążył  ich  otworzyć.  Harageńska 
rzeka była szybsza. 

Chłopiec obserwował, jak potężna maszyna zapada się nieoczekiwanie przednimi koła-

mi  w  czarnej  toni,  przewraca  na  grzbiet  i  bez  dźwięku  zanurza  pod  powierzchnią.  Wir 
powstały w miejscu wypadku rozpłynął się w ciągu kilku sekund. Na czarnej tafli unosiło się 
tylko kilka owoców drzewa kidango i brudne opakowanie z plastyku. Prąd spychał to wszy-
stko w stronę nie dokończonej kładki. 

Nagle  malec  zorientował  się,  że  jakiś  natrętny  dźwięk  od  kilkudziesięciu  sekund  targa 

powietrze  na  strzępy.  Krzyczał  ze  strachu  i  radości  zarazem,  nawet  nie  zdając  sobie  z  tego 
sprawy.  Jakieś  dwa  nowe,  tajemnicze  słowa  rozkuwały  mu  czaszkę  od  wewnątrz,  w  rytm 
uderzeń pulsującej krwi. Rahor — Eusine, Rahor — Eusine, Rahor — Eusine... Nie wiedział, 
które z uczuć było silniejsze. Autostrada również nie wiedziała. 

Słońce  zniknęło  już  za  horyzontem.  Powietrze  oziębiało  się  szybko.  Chłopiec,  wypy-

chając  kieszenie  jaskrawymi  owocami,  zatrząsł  się  z  chłodu,  a  potem  znieruchomiał  tknięty 
nową myślą. Rzeki zawsze zamarzają, gdy jest zimno! — zamamrotał z wyrzutem, zwracając 
się  w  stronę  Autostrady.  Zrozumiała  natychmiast,  stając  się  twarda  i  śliska.  Malec  ostrożnie 
postawił  na  jej  powierzchni  jedną  stopę,  a  potem  drugą.  Pierwszy  lód,  który  pojawił  się  na 
Haragenie,  był  gładki  jak  szkło  i  lśnił  jak  czarny  bursztyn.  Chłopiec  ślizgając  się  beztrosko 
ruszył ku brzegowi.  

Jutro,  gdy  znowu  będzie  ciepło,  przyjdzie  tu,  by  zbudować  łódkę.  Z  wielkim  koloro-

wym żaglem. Zaklaskał z uciechy. 

Autostrada żegnała malca w ciszy. Tej małej istocie zawdzięczała swoje nowe, ciekawe 

imię.  Dzisiaj  była  Rzeką.  Miała  nowy  cel,  by  trwać.  Naprawdę  zwała  się  Ilsur.  Oznaczała 
Wieczność. 
 
 
 
 

Eliasz S. Bonodorski 

 

Taniec Postów 

 
 

Gdyby ktokolwiek istniał tam... wtedy. 
Ale nie było żywej istoty. Była kamera i ja miałem szczęście ją znaleźć. 
Telewizyjno-filmowa kamera z nakręconym prawie do końca ładunkiem taśmy. Używa-

no  takich  w  początkach  XXI  wieku.  Moje  odkrycie,  można  powiedzieć,  wykopaliskowe, 
zawierało jedyny na naszym maleńkim Globie Ułamkowym film dokumentujący kilka epizo-
dów  tragedii  Globu  Całego,  czyli  Ziemi  i  jej  mieszkańców  —  ludzi,  wówczas  niewyobra-
żalnie licznych. 

Wy,  archiwiści  epoki  wojen,  powinniście  po  projekcji  i  moim  wykładzie  uzupełnić 

wiele  niejasności  i  waszą  wiedzą  dopełnić  obrazu  przeszłości  nie  tak  zresztą  dalekiej,  który 
nader żmudnie usiłujemy składać. 

Sami,  jak  wiadomo,  przeżywamy  obecnie  okres  pośredni  między  barbarzyństwem 

agresywnych wojen a ciągle jeszcze oczekiwaną harmonią. Wszystko, cała nasza przyszłość, 
zależy od tego, czy zrozumiemy przyczyny tamtego dramatu. 

Ale nie będzie to łatwe. Zagładzie uległ nie tylko dorobek materialny stworzony przez 

tamtych  ludzi,  przerwana  została  również  nić  niemal  całego  duchowego  dziedzictwa.  Nieli-
czni, którzy pozostali, stracili pamięć; była to amnezja w skali nigdy dotychczas nie spotyka-

background image

nej.  W  istocie  słusznie  czynimy  nie  rozdzierając  szat  z  powodu  tej  straty.  Przepadło  kilka 
tysięcy  lat  liczące  doświadczenie  ludzkie,  ale  przecież  wiemy,  jak  absurdalne  i  w  konse-
kwencji  fatalne  wnioski  wyciągali  mieszkańcy  Globu  Całego  z  biegu  wydarzeń  i  własnej  w 
nich roli sprawczej. Zaiste, fatalniejszych wniosków nie można sobie wyobrazić zważywszy 
na... rezultaty. 

Zatem  niewiele  przejęliśmy  od  nich,  a  oni  dawno  już  umarli.  Nasz  lekceważąco-

pogardliwy stosunek do niefortunnych, ale też katastrofalnie lekkomyślnych protoplastów nie 
ułatwia nam wszakże budowania nowego, naszego świata. Musimy więc — musimy szczegó-
łowo!  —  poznać  przyczyny  katastrofy,  które  tkwiły  nie  w  zewnętrznych  wydarzeniach,  lecz 
głębiej, w naturze i psychice człowieka epoki Usankcjonowanych Masowych Morderstw. My, 
inne istoty, musimy z wielkim mozołem, krok po kroku, rekonstruować to wszystko. 

Może  doświadczenia  niewarte  są  pamięci,  a  wzorce  niewarte  naśladowania,  lecz  same 

względy  bezpieczeństwa  każą  nam  unikać  powtarzania  cyklu  aż  do  kolejnej  zagłady... 
Przypominam o tym, ażeby mocniej uświadomić sobie i wam przybyłym na tę projekcję wagę 
odnalezionego przeze mnie filmu o zagładzie Postów. 

Próbując wyjaśnić okoliczności powstania filmu napotykamy wszędzie luki, nasza wie-

dza  jest  ułomna.  Postaram  się,  nie  zważając  na  przeszkody,  przedstawić  wam  jasno  to,  co 
udało mi się ustalić w ciągu niesłychanie energochłonnych dociekań. 

Oto  tuż  przed  Ostatecznym  Atakiem  (dobitny  to  termin  wymyślony  przez  naszych 

archiwistów) zwieziono na pewną wyspę kilkadziesiąt tysięcy przedstawicieli elity duchowej 
ludzkiego świata. Byli to najbardziej utalentowani, najbardziej twórczy ludzie. 

A  ludzie  —  przypomnijmy  sobie  —  to...  ówczesny  rozumny  człowiek,  homo  sapiens 

recens... Klasyfikowano ich także w szerszych jednostkach jako... hominidae, człowiekowate, 
siniae  catarrhini,  czyli  małpy  wąskonose,  primates,  a  więc  w  rzędzie  naczelnych.  Wybrano 
zatem  najwybitniejszych,  przy  czym  kryteria  zakwalifikowania  do  rzeszy  Wybranych  pozo-
stają  dla  nas  ciągle  niejasne.  Zdaje  się,  chodziło  o  wybijanie  się  w  twórczej  działalności  na 
rozmaitych polach w skali całego ich globu. Mamy podstawy domyślać się, jak dokonywano 
poszukiwań, selekcji, eliminacji. Prawdopodobnie w największej tajemnicy. 

Nasza  chroma  pamięć  zdołała  przechować  nieco  wiedzy  o  słabościach  i  przywarach 

ówczesnych ludzi, mamy zatem prawo sądzić, że nie ustrzeżono się przed poplecznictwem i 
zwykłym przekupstwem. Stawką było wszak życie... cokolwiek byśmy powiedzieli, wybrana 
rzesza jako całość stanowiła niewątpliwie awangardę. 

Niejasne pozostają motywy wybrania wyspy, zwłaszcza że dziś nie jesteśmy pewni, czy 

chodzi  o  jedną  z  wysp  Sala  y  Gomez  czy  może  którąś  z  wysp  Crozeta.  W  interpretacjach 
istnieją spore rozbieżności, tak więc skazani jesteśmy na domniemania. Ja przychylam się do 
opinii, iż miejsce najbezpieczniejsze w razie Ataku Ostatecznego wybrano metodą kompute-
rową. 

Na  wyspie  wykuto  w  nabrzeżnych  skałach  odpowiednio  głębokie  schrony  i  znów, 

zauważmy,  także  przy  budowie  schronów  spożytkowano  całą  ówczesną  wiedzę  teoretyczną, 
technikę oraz technologię. 

I jeszcze jedno: twórcy, budowniczowie schronów, spodziewali się, że będą one nieza-

wodne. 

Sytuacja  wyjściowa  przedstawiała  się  następująco.  Wybranym  zapewniono,  wręcz  za-

gwarantowano, bezpieczeństwo.  Lokalizacja wydawała się idealna: masywy skalne wchodzą 
w głąb wyspy, a niezwykle wysoką i jakby uciętą ścianę skał dzieli około 200 metrów plaży 
od morza, które otacza wyspę. Organizatorzy tego azylu dla wybranych byli tak pewni swoich 
przewidywań, że zupełnie logiczny wydał im się zamiar, zresztą urzeczywistniony, utrwalenia 
na taśmie filmowej przebiegu i następstw Ostatecznego Ataku. Przypuszczamy, że zainstalo-
wano  i  zabezpieczono  przed  zniszczeniem  kilkanaście  kamer-robotów,  o  wybitnym  jak  na 
tamte czasy stopniu technicznego zaawansowania. 

background image

Dzisiaj  wiemy  i  przyjmujemy  to  jako  coś  oczywistego,  że  schrony-groty  nie  mogły 

wytrzymać próby, okazały się po prostu tylko częściowo skuteczne. Z wielotysięcznej rzeszy 
ocalała jedna trzecia. Ci, którzy przetrwali, stracili niemal całkowicie pamięć i mowę; można 
zaryzykować pogląd, iż według kryteriów oraz kategorii wzorcotwórczych i aksjologicznych 
Epoki Zalegalizowanych Masowych Rzezi, przestali być ludźmi. I to właśnie oni, ci Ułomni 
Ocaleni, są naszymi bezpośrednimi poprzednikami, antenatami. 

O  całkowitej  atrofii  przyrodzonych  ówczesnym  ludziom  cech  i  możliwości  świadczyć 

może to, że zapamiętali tylko jedno zdanie: „Jesteśmy po ostatecznym ataku”. 

Powstały najrozmaitsze wyjaśnienia tej prostej konstatacji, takie między innymi: 
• Że była to wyuczona obowiązkowo tuż przed atakiem formułka czysto informacyjna, 

zapamiętana fragmentarycznie i utrwalona mocą odruchu w stereotypie okaleczonego, wybra-
kowanego mechanizmu mowy. 

• Że nielicznych ocalałych wyuczył tego zdania — już po zagładzie — ktoś stosunkowo 

mniej dotkliwie porażony, pragnąc nawiązać jakiś szerszy kontakt, w tym przypadku byłby to 
sygnał wzywający pomocy i zarazem pytanie o stan zdruzgotanego świata. 

W naszej Kronice Głównej przywykło się nazywać tę jedną z szesnastu ocalałych grup 

ludzkich — Postami. 

Nazwa  pochodzi  od  słowa  „post”  występującego  w  owym  dramatycznym  zdaniu. Pró-

bowano tworzyć tę nazwę od tłumaczenia słowa „po” na różne, stare języki, dziś już martwe, 
uzyskując takie odpowiedniki jak nach, after, poslje, apres, dopo, lecz bez powodzenia, aż w 
końcu zgodzono się na odpowiednik łaciński „post” pochodzący z tak zamierzchłego języka, 
że  dziś  nie  potrafimy  złożyć  zeń  choćby  krótkiego  tekstu.  Językiem  tym  jednak  w  tamtych 
czasach najchętniej posługiwano się jako surowcem i narzędziem słowotwórczym. Tyle uwag 
związanych z oglądanym przez nas filmem. 

A teraz o samym filmie. 
Z pewnością wyda się wam wielce zagadkowy, po prostu niejasny. Podzielę się moimi 

osobistymi odczuciami, jeżeli macie odmienne, zabierzcie głos. 

Według mnie to film o tańcu. 
Tańcu kadłubów dążących do życia. 
Tańcu upartym aż do śmierci. 
W  tym  ujęciu  można  by  te  sceny  kojarzyć  z  błyskiem  wizji  świętego  Jana  z  archiwa-

lnego  dokumentu  określanego  mianem  ewangelii,  testamentu  czyli  świadectwa,  Biblii  albo 
Ostatniej Woli. Dokument ten zawiera widzenie oraz iluminację proroka  znajdującego się w 
stanie profetycznego zachwycenia i mówi o tak zwanej apokalipsie, czyli walce bestii z anio-
łem, Boga z szatanem. Są to rzeczy w swojej symbolice nadzwyczaj zawiłe i nie czas tu, by 
się w nie wgłębiać. 

W każdym razie: Coś, co niesie uczucia przerażenia, grozy i jednocześnie otuchy i na-

dziei.  Mówiąc  w  dużym  skrócie,  po  wielkiej  nikczemności  i  rozpuście,  po  wszelakich  spro-
śnościach i mordach, następuje dla sprawiedliwych zbawienie, nagroda, ukojenie. 

Miałbym  ochotę  nazwać  ten  film  baletem  apokaliptycznym,  lecz  brak  w  nim,  jak 

zauważycie, choćby śladu ukojenia. Jest tylko piekielna wędrówka do życia, posiew śmierci, 
posępna repetycja zaklętego koła. 

Jesteście archiwistami, spełniacie funkcję doniosłą, kto wie, czy nie rozstrzygającą. 
To od was zależy, być może, szansa odzyskania pamięci o upadku ludzi, od pamięci zaś 

zależy z kolei nasz los i istnienie. 

Dlatego tak istotne wydaje mi się to, jak wy odczytacie ten film. 
Niewykluczone,  że  uznacie  ten  wstrząsający  zapis  za  coś  banalnego,  nieistotnego,  nie 

wnoszącego niczego nowego do waszej wiedzy. 

Lecz  mimo  takiej  możliwości  przystępuję  z  zapałem  do  podzielenia  się  z  wami  moją 

interpretacją. 

background image

Myślę, że w filmie wyróżnić można jak gdyby trzy epizody. 

 

Epizod pierwszy: WYJŚCIE 
Kamera  zarejestrowała  krajobraz  przygnębiająco  jednostajny.  Wszystko  uderza  bez-

barwnością, przynajmniej na początku: wysokie skały, plaża, morze i niebo. 

Opada i rozchodzi się jeszcze pomruk wielkiej eksplozji. Łańcuchowo rozprzestrzenia-

jący się impet wchłonął barwy, zasiał popiół. 

Z wolna jednak odkrywają się nabierające intensywności kolory poeksplozyjne — różo-

wobrunatna  chmura  na  nieboskłonie,  gąbczasta  czerń  plaży  zmieszana,  o  dziwo,  z  plamami 
seledynu, wreszcie, metaliczne morze. Morze jest prawie białe, lecz nie przezroczyste.  

Dominantą całego obrazu stanowi poświatowe, chemiczne zaróżowienie. 
Nagle widzimy — a dzieje się to w tempie wprost organicznie płynnym, oglądający nie 

rejestruje zrazu jakiegokolwiek ruchu — widzimy jak z pieczar-schronów wypełzają setki, a 
może tysiące Postów i podążają w kierunku przeraźliwie białej, nieruchomej płyty morza. 

Wszyscy Postowie są identyczni, ich ciała rozlane, a twarze jakieś rozmyte w upiornym 

zamazaniu rysów. 

Niektórzy  usiłują  utrzymać  się  na  dwóch  wypustkach  kabłąkowatych  kończyn,  które 

były nogami. Większość kuśtyka na trzech, a nawet czterech wypustkach. 

Zalega absolutna cisza, przyroda umilkła. Jeśli ktoś zdoła przypomnieć sobie, że istniała 

kiedyś  muzyka  i  potrafi  ją  sobie  wyobrazić,  może  usłyszy  w  niskich  rejestrach  jednostajne 
buczenie drżących dźwięków. 

I tak przez cały czas: nic, tylko to. 

 

Epizod drugi: ODWRÓT 
Nieoczekiwanie rozpętuje się muzyka na krańcowo przeciwstawnym wysokim rejestrze. 

Nie wiem jak wy, ale ja doznałem szoku. Ogarnęło mnie uczucie grozy. 

Wraz  z  tym  piskliwym  motywem  nadciągają  eskadry  latających  robotów-nadzorców 

pulsujących miarowo pomarańczowo-fioletowymi powłokami ochronnymi. 

Ale  prawdziwym  wstrząsem  dla  oglądającego  film  jest  raptowny  odwrót  Postów  ku 

pieczarom-schronom, kiedy to nadzorcy brutalnie odpędzają ich ognistymi batami od morza, 
do którego Postowie z tak potwornym mozołem dążyli. 

Istnieje  kilka  poglądów  co  do  tego,  czy  Postowie  okazali  się  w tym  momencie  małpio 

karni i pokorni, czy też krnąbrni, a nawet zbuntowani. 

Gdy przyjąć to drugie, mielibyśmy świadectwo tego, iż w przemienionej i sprowadzonej 

jedynie do najprostszych odruchów naturze Postów błąkały się jeszcze ślady ludzkiej godno-
ści... Tak czy inaczej, do grot docierają resztki, pozostałymi usłana jest plaża. 

 

Epizod trzeci: PAS DE DEUX 
Z  bezkształtnej,  podrygującej  masy  Postów  unosi  się,  pokonując  opór  własnego  ciąże-

nia, jeden chybotliwy kształt. 

Potem dwa inne też się unoszą, a po chwili jeszcze kilka. 
Zawracają w tragikomicznym tańcu i podtrzymując się wzajemnie prą ku morzu. 
Przetaczają się dość daleko. 
Lecz oto znów spadają jakby z nieba nadzorcy. 
Śmigają batogi — płomienie. 
Rażą dwa kształty. 
Trzy pozostałe kontynuują koślawy marsz czy taniec. 
Upadają i one. 
Nadzorcy znikają. 
Bezruch... 
Dwa  kształty  podnoszą  się  i  pełzną,  one  mają  najbliżej  do  białej  magmy,  do  tego,  co 

background image

kiedyś było morzem. 

Z pieczar rozlega się jednostajny jęk Postów. Ten jeden dźwięk potrafią z siebie wydo-

być.  Wyrażają  nim  rozpacz,  trwogę,  sprzeciw.  Wzywają  pomocy.  Cieszą  się,  że  nie  ulegli 
ostatecznej zagładzie, że jeszcze istnieją. 

Niczego nie pamiętają... tylko ten dźwięk. Nie wiedzą, czemu wydobywają go z pustych 

ciał, z porażonych gardeł.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

NOSICIELE 

 
 
 
 

Maciej Gałaszek 

 

Nosiciele 

 
 

Ruchem  pełnym  artystycznego  uniesienia  głowa  Bernarda  Hirsha  zatoczyła  łuk  lustru-

jąc wnętrze poczekalni. Oczy o zwiędłej barwie na próżno usiłowały przybrać wyraz iskrzącej 
przenikliwości. Hirsh spojrzał na stół. Chwilę bacznie mu się przyglądał. Uśmiech wielkiego 
odkrywcy przemknął mu po twarzy. Już wiedział, od czego zacznie reportaż. 

— Wazonik — mruknął — taki drobny, filigranowy, a jednak ba... 
— O, przepraszam — Rollin przepychał się w kierunku stołu. — Cholera, popielniczek 

nie  mają  —  powiedział  tonem  usprawiedliwienia  do  potrąconego  Hirsha,  po  czym  bez 
ogródek  wrzucił  tlący  się  filtr  papierosa  do  wazonika.  Spod  wyschniętego  fiołka  wysnuł  się 
dymek. 

Rollin  podszedł  do  jedynego  nie  zajętego  krzesła  i  ulokował  na  nim  swoje  olbrzymie 

ciało.. 

— No, jak tam, Steve? — nachylił się do sąsiada. 
—  Kazali  mi  iść,  bo  nieprędko  będzie  mój  koniec.  Albowiem  suw  jest  zbawieniem 

ludzkości.  Niechaj  stanie  się  wola  Jego  i  powstanie  on,  któren  się  położył  zmuszon  prada-
wnym obowiązkiem prototypu — wymamrotał pogrążony w półśnie Steve. 

— Słuchaj, Steve, skup się, wytrzymaj jeszcze trochę. Musisz mi pomóc — Rollin po-

trząsnął nim. — Słyszysz? Weź się w garść. Myślisz, że mi jest łatwo? Wieczorem to mi tak 
odbija,  że  nie  wiem,  jak  się  nazywam.  Rano  na  szczęście  przechodzi,  ale  jest  coraz  gorzej. 
Steve, z tobą nie jest tak źle. Musisz w siebie uwierzyć. Jeszcze godzinę wytrzymaj — Rollin 
poklepał go po twarzy. 

Policzki Steve'a nabrały żywszych kolorów. Ocknął się. 
— Dwa plus dwa jest cztery, prawda, Roger? 
— Bardzo dobrze. A dziesięć minus dwanaście? 
— Hm... no chyba... — Steve ze świstem nabrał w płuca powietrza. — No... minus dwa 

— powiedział na bezdechu, wpatrując się w Rogera uważnie. 

— Znakomicie. Powtarzaj to sobie cały czas, żebyś nie stracił wątku. Idę się rozejrzeć. 

Jest  tylko  osiem  miejsc  —  powiedział  na  odchodnym.  Oddalając  się  dosłyszał  nagle  głos 
Steve'a. 

— ... i zgrabiałymi palcami grzeb ziemię. 
—  Steve!  —  ryknął  Rollin,  w  ułamku  sekundy  dopadł  do  niego  i  strzelił  go  w  twarz. 

Głowa Steve'a uderzyła po ciosie o ścianę i opadła bezwładnie na pierś. 

—  Zemdlał  —  mruknął  Rollin  —  może  to  i  lepiej.  —  Roztrzęsionymi  palcami  wyjął 

papierosa i zapalił, po czym otarł rękawem spocone czoło. Nagle poczuł dotknięcie w ramię. 
Odwrócił się. Stal za nim jakiś mężczyzna w okularach bez szkieł. Rogowe oprawki poklejo-
ne były plastrem. 

- Wie  pan,  ja  jestem  zupełnie  normalny  —  z  pełnym  przekonaniem  powiedział 

mężczyzna mrużąc oczy — tylko czasami zapominam... — Nagłym ruchem wyciągnął rękę w 
stronę Rollina. — Euzebiusz — przedstawił się, błyskawicznie cofnął dłoń i dotknął skroni. 

background image

Ręka Rogera zawisła bezradnie w powietrzu. 
— Właśnie nie pamiętam, gryzie mnie to od dłuższego czasu... — kontynuował Euze-

biusz. — Nie pamiętam — kucnął na ziemi i objął dłońmi głowę. — No, nie pamiętam... 

Ten to na pewno nie załapie się na prom — pomyślał Rollin. — Czyli mamy już jede-

nastu. Trzeba wyłączyć jeszcze trzech. Spojrzał na zegarek. Do przylotu promu zostało tylko 
pół godziny. Słyszał plotki, że przylatują teraz coraz rzadziej. Kto wie, czy ten prom nie bę-
dzie ostatni w tej okolicy. A do miasta nie będzie miał już siły dojść. Rozejrzał się po pocze-
kalni. Było ich dwunastu. Paru obdartusów przybyłych z odległych Wyżyn, kilku zatwardzia-
łych  mieszczan,  jakiś  naukowiec  i  pechowcy  jak  on,  Steve  i  inni.  Wszyscy  już  pochwyceni 
przez zamraczające macki nośnika obłędu, którym był podobno tajemniczy wirus przywleczo-
ny nie wiadomo skąd. Przymknął oczy. Począł rozróżniać pojedyncze zdania, które składały 
się na szmer panujący w poczekalni. 

— A ja wam mówię, że lupuce penso lakini vive lui content... 
— Nie pamiętam... 
— To wszystko można gwoździem... 
— Jakby ten fiołek przesunąć bardziej w prawo, łatwiej byłoby mi zacząć reportaż... 
— Czołgając się po miarach ziemi... 
— Ludzie, opanujcie się! 
— Zaraz, zaraz, zgubiłem gdzieś sens... 
— Daj mi tę kiełbasę, to ci powiem, ile jest dwa plus dwa... 
— Ciągnę ten wózek po garbie urosłym bez potrzeby... 
— Pani Mario, niech się pani zastanowi, jakby pani miała jeszcze dwie piersi, to ile by 

pani miała, no? 

— Ha, ha, oni są wszyscy nienormalni! Ha, ha... 
— Zamknij się... 
— Jak byłem chłopcem... — głos urwał. 
— Stworzyłem świat... 
— Cicho! 
—  Ale  naprawdę...  —  Roger  usłyszał  klaśnięcie  i  stukot  padającego  ciała.  Otworzył 

oczy. 

Wszyscy trwali w bezruchu. 
Nadlatywał prom. 
Rollin  błyskawicznie  porwał  Steve'a  i  wepchnął  się  na  miejsce  pierwszego  w  natych-

miast powstałej kolejce. 

— Byłem pierwszy — zaoponował stary fryzjer. 
Rollin nie słuchał go, tylko powtarzał proste rachunki, które zapewniały dostanie się na 

prom. 

Nagle wszyscy zadrżeli pod wpływem wydobywającego się z głośnika suchego, mato-

wego głosu komputera. 

— Z powodu zaistniałych epidemii wśród wysiedleńców na Księżycu z dniem dzisiej-

szym podwyższa się próg sprawności umysłowej umożliwiającej dostanie się na prom. Ma to 
zapobiegać dalszemu szerzeniu się choroby. Pozostańcie z Bogiem. 

Pierwszy odpowiadał Steve. 
Komputer zadał pytanie. 
— Sto dwadzieścia minut dwieście czternaście? 
— Dwa plus dwa jest cztery — powiedział Steve. 
Komputer powtórzył pytanie. 
Z uporem maniaka Steve bezbarwnym głosem perswadował komputerowi, że dwa plus 

dwa jest cztery. Roger zatkał uszy. Nie mógł mu pomóc. 

Po chwili przekomarzania się komputer wycelował w Steva broń. 

background image

Jakieś nowe zarządzenia — pomyślał śmiertelnie przestraszony mózg Rollina. 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  

 

Epitafium 

W ciągu pół godziny w tej poczekalni zginęło paręset tysięcy istnień. Żyły one każde na 

swój sposób. Tak jak potrafiły. Nie chcę ich usprawiedliwiać. Mogę tylko żałować. Poczeka-
lnia  ta  i  inne  pozostaną  w  naszej  pamięci  jako  miejsce  wzajemnej,  zbiorowej  zbrodni.  Na 
koniec chcę wnieść pewną poprawkę. Nie jesteśmy wirusami. 
 
 
 
 

Rafał A. Ziemkiewicz 

 

Ci

śnienie 

 
 

Baza Rigel First była parszywym miejscem. Tak parszywym, że kiedy Ratten budził się 

rano,  miał  tylko  jedno  marzenie:  spać  dalej.  Kilka  kilometrów  kwadratowych  pokrytych 
szarymi  kopułami,  lądowisko,  betonowe  fundamenty  wbite  kilkadziesiąt  kilometrów  w  głąb 
grząskiego  gruntu.  Wszystko  to  otoczone  elektrycznymi  barierami.  Brak  związków  toksy-
cznych w atmosferze. Brak zwierząt, które mogłyby być groźne dla człowieka. Brak niebez-
piecznych  bakterii.  Brak  tajfunów,  ruchów  sejsmicznych  i  wulkanów.  Ze  wszystkich  możli-
wych niebezpieczeństw na mieszkańców bazy czekało tylko jedno. Najgroźniejsze. Nuda. 

Do  takiego  wniosku  doszedł  Ratten  po  kilku  miesiącach  pobytu  w  bazie,  siedząc  na 

łóżku. Sygnał budzenia dźwięczał mu jeszcze w uszach, powieki kleiły się. Wrzaski na sąsie-
dnim poziomie, gdzie do późnej nocy balowali mechanicy, nie pozwoliły mu się wyspać. 

W jadalni było jeszcze pusto. Wziął z podajnika jedzenie i usiadł przy stole. 
— Cześć, Mnichu. Jak zwykle pierwszy — usłyszał po dłuższym czasie głos Marty'ego. 
— Regulaminowo — odpowiedział Ratten przegryzając kawałek kotleta. 
— Ty naprawdę tak kochasz ten regulamin? 
— Nie. Po prostu nie lubię burdelu. A zwłaszcza skacowanych mechaników. 
Marty uśmiechnął się kwaśno. Był to starszy facet, zgorzkniały i zrezygnowany. 
— Grey mówił mniej więcej to samo. 
— Grey? 
— Ten facet, za którego cię tu przysłali. Szef mechaników miał urodziny, a następnego 

dnia  Grey  wgrzał  się  w  glebę,  tam,  za  sto  siedemnastką.  Wbił  się  na  kilkadziesiąt  metrów. 
Nawet nie próbowaliśmy go wyciągnąć. 

Ratten przełknął ostatnie kęsy, otarł wargi i wstał. 
— Idę sprawdzić stratosa. Muszę dziś trochę polatać. 
Korytarz, winda, korytarz. Kroki dudniły mu w  głowie. Dopiero rankiem w bazie  robi 

się tak cicho, że można  usłyszeć bicie własnego  serca, codziennie szybsze i bardziej nerwo-
we. Ominął wejścia hangarów i skierował się do centrali. Wszedł cicho, nie budząc dyżurne-
go.  Wystukał  kilkanaście  słów  na  klawiaturze  komputera  i  starannie  zapisał  wyświetlony  na 
ekranie wynik: 17,99872765. 
 
ZAPIS 12.08 

Grunt jest tutaj grząski. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale zostawiony w miejscu 

transporter po kilku dniach zapada się aż po burty. Wszystkie budowle trzeba opierać na po-

background image

tężnych  filarach,  wbitych  głęboko  w  warstwę  twardych  skał  pod  powierzchnią,  albo wznosić 
na rozległych platformach. Wła
ściwie nie ma tu nic oprócz naszej bazy. Tubylcy są na etapie 
wspólnoty  plemiennej,  mieszkaj
ą  w  chatach  z  drewna  i  gałęzi  albo  po  prostu  w  lesie,  pod 
drzewami.  Klimat  tu  łagodny,  wi
ęc  mogą.  No  więc  nasza  baza,  kilka  zapasowych  lądowisk, 
pi
ętnaście stacji i nieczynna kopalnia. Nic do roboty. Zastanawiałem się, po co w ogóle tę ba-
z
ę tu budowano. Dopiero wczoraj wyjaśnił mi to jeden z pilotów, który siedzi tu już od dwóch 
lat.  Rigel  została  kiedy
ś  podbita  przez  Służbę  Kosmiczną,  z  wielkim  hukiem  i  pompą.  Pobu-
dowali  to  wszystko,  a  potem  zmieniły  si
ę  kursy  i  eksploatacja  złóż  okazała  się  nieopłacalna. 
No, ale wycofa
ć się nie można. Honor nie pozwala. Oddali bazę cywilom i polecieli w chole-
r
ę, zdobywać nowe przestrzenie życiowe. 

Wiesz,  kochanie,  zyskałem  nowe  przezwisko.  Nazwali  mnie  Mnichem,  bo  nie  biorę 

udziału w ich zabawach. Mówiąże jestem ponurak i nie umiem się bawić. Mówią teżże jak 
mi to wszystko odpowiednio dogryzie, to sam do nich przyjd
ę. Może mają rację
 

—  Kurza  twarz,  dajcie  mi  wreszcie  spokój  —  mówi  Ratten  odstawiając  szklankę.  Na 

chwilę robi się cicho. 

— Mnich się zmęczył — mruczy Vist ni to do siebie, ni do innych i głęboko zaciąga się 

trawką. Potem, z nadętymi policzkami i półprzytomnymi oczyma podaje skręta, trzymając go 
delikatnie między kciukiem i środkowym palcem, siedzącemu obok Nortiusowi. 

— Ile razy się tu zjawię, spowiadacie mnie z całego życiorysu. Jak „zaufany” w szkole. 
— Sami siebie wyspowiadaliśmy już na amen — mruczy Mressen wyciągając do Ratte-

na rękę ze skrętem. Przeczący ruch głową, powtarzany dziesiątki razy dziennie. Mressen nie 
nalega (nie chce, będzie więcej dla nas), skręt wędruje do Ortisa. 

—  Po  prostu,  widzisz,  Mnichu,  zastanawia  mnie,  dlaczego  się  tu  znalazłeś  —  mruczy 

Mressen  przeciągając  palcami  po  swoich  gęstych  blond  włosach.  —  Wytłumacz  mi:  facet 
świeżo  po  szkole,  z  celującymi  na  dyplomie,  z  dobrą  opinią,  ląduje  w  zasyfiałej  bazie  na 
zadupiu, gdzie ani nie awansuje, ani się z niej nie wyrwie wcześniej niż za rok. Dlaczego? 

— Właśnie — podchwytuje od niechcenia Nortius. 
—  Po  pierwsze,  ze  złą  opinią.  Po  drugie,  i  tak  nie  awansuję.  Po  trzecie,  chciałem  być 

dalej od Ziemi. Jak najdalej. A zresztą... cholera, dajcie spokój. 

Ratten wie, że nie będą go więcej pytać. Ale przecież chce im to powiedzieć. Pije, przy-

gląda się spod przymrużonych powiek skrętowi, krążącemu wokół stołu. Jak na zwolnionym 
filmie. 

— Na Ziemi wiele się ostatnio działo — mówi z namysłem. — Były rozróby, zamieszki 

wokół ustawy komputerowej i systemu ochronnego... 

— Wiemy. 
—  No,  a  teraz,  jak  w  referendum  sprawa  przeszła  jedną  trzecią  głosów,  zabrali  się  za 

nas. Za studentów zwłaszcza. Dali mi do wyboru to, Betelguzę, gdzie jest dwadzieścia śmier-
telnych wypadków rocznie, i jeszcze jakiś syf. 

— A ty brałeś udział w tych wszystkich rozróbach? — pyta Vist. 
— Tak. 
— W marszu na pałac prezydencki? 
— Tak. Byłem tam — mówi Ratten. 
Vist krzywi usta w szyderczym uśmiechu. 
—  Oglądałem  to  na  holo  i,  wiesz  co?  Tak  sobie  myślałem:  głupie  dzieci.  Małe  głupie 

dzieci, co nie chcą jeść kaszy i nawet niezbyt dobrze wiedzą, w co się pchają. 

— Do dzieci się nie strzela, Vist — odpowiada Ratten po dłuższym czasie. 
Mressen robi nowego skręta, zapala, sztacha się. Podaje dalej i wyciąga się wygodnie. 
— Czuję wibracje — mówi z wyrazem rozkoszy na twarzy. 

 

background image

ZAPIS 14.08 

Jak mówią o wibracjach, to znak, że można sobie iść. I tak się już z nimi nie dogadam. 

Zazwyczaj namawiają mnie parę minut na te swoje panienki i trawę, ale też robią to bez prze-
konania. 

Nie wiem, jak oni to załatwiają. Chyba robią z dzikusami jakiś handel wymienny, ale nie 

chcą  powiedzieć,  co  dają  w  zamian.  Zresztą  nie  nalegałem,  co  mnie  to  obchodzi.  Myślę  o 
czym
ś  innym.  Jakiś  czas  temu  sprawdziłem  z  nudów  stan  fundamentów  bazy  i  odkryłem 
znaczne napr
ężenia, w dodatku z dnia na dzień minimalnie większe. Dziś było 17,99872765, 
ostatnie  cyfry  wzrosły  z  54  przez  dwa  tygodnie.  Obliczyłem,  
że  jeśli  naprężenia  będą  nadal 
wzrasta
ć  w  tym  samym  tempie,  co  przez  ostatni  miesiąc,  za  dwa  lata  baza  się  zawali. 
Fundamenty trzasn
ą i wszystkie budowle zaczną się zapadać. Powiedziałem to chłopcom, ale 
im  to  wisi,  ich  interesuje  tylko  to,  
żeby  mieli  swoją  trawkę  i  dzikuski.  Wydaje  mi  się,  ż
uzale
żnili  się  do  tego  paskudztwa.  Warto  by  było  wziąć  to  od  nich  i  dokładnie  zanalizować
Kiedy pal
ą, stają się najpierw senni, przymuleni, poruszają się i mówią w zwolnionym tempie. 
Potem  łapie  ich  chcica,  id
ą  do  tych  swoich  panienek,  wrzeszczą  i  robią  to  tak,  że  słychać 
wsz
ędzie.  Nie  mogę  spać.  Leżę  i  myślę  o  chwilach,  gdy  byliśmy  razem.  I  co  ty  teraz  robisz? 
Głupie  pytanie,  jak  bym  ci
ę  nie  znał.  Staram  się  zasnąć,  ale  przed  oczami  mam  albo  ciebie, 
albo te dzikuski. S
ą ładne, smagłe, tyle że mówią dziwnym językiem, co to komu przeszkadza? 
Podobno s
ą lepsze od dziewczyn z Ziemi. Może. Nocami staram sobie przypomnieć wszystkie 
nasze  spotkania,  po  kolei,  ka
żde  słowo,  gest,  jak...  A  potem  leżę  długo  lepki  i  pełen  obrzy-
dzenia do samego siebie i my
ślęże jutro zapalę i pójdę razem z innymi. W końcu zasypiam, 
rano  zmuszam  si
ę,  żeby  wstać,  sprawdzam,  w  centrali  naprężenie,  licząc  miesiące,  kiedy 
wszystko si
ę zawali. Nie, nawet się nie zawali. Po prostu powoli utonie w błocku. 
 

Ratten wcisnął czerwony taster przy drzwiach szefa bazy. Miniaturowa kamera odwró-

ciła się w jego kierunku i po chwili drzwi otworzyły się. Wszedł do eleganckiego, wyłożone-
go  białym  plastikiem  pokoju.  Kits  wyciągnięty  był  w  relaksowej  pozie  na  leżance;  kolana 
oparte o podłogę, grzbiet wygięty w górę, twarz oparta na wygodnej podpórce z otworem na 
oczy. Zamknął czytaną książkę i podniósł się sennym ruchem. Leżanka schowała się w podło-
dze. 

— Spodziewałem się twojego przyjścia — powiedział. 
— Naprawdę? 
— Podobno odkryłeś coś bardzo ważnego i wszystkim dokoła o tym opowiadasz. 
— Kits, chciałbym, żebyś tę sprawę potraktował poważnie. 
—  Ja  traktuję,  poważnie  wszystko,  co  się  dzieje  w  tej  bazie.  W  granicach  rozsądku, 

oczywiście. No, więc — usiadł pokazując Rattenowi miejsce po przeciwnej stronie stołu. 

—  Od  dwóch  tygodni  —  Ratten  wyjął  z  kieszeni  notes  i  podsunął  go  Kitsowi  — 

sprawdzam stan fundamentów bazy. Ciśnienie w głębokich warstwach planety stale wzrasta, 
rośnie naprężenie konstrukcji i... 

— Nie jest na tyle wysokie, aby zagrażać całości budowli. 
— Na razie nie, ale jeśli będzie nadal wzrastać... 
— A kto ci powiedział, że będzie? To dziwna planeta, Ratten, dzieją się tu dziwne rze-

czy. Moim zdaniem te zmiany w  głębokich warstwach mają charakter sezonowy. Raz wzra-
sta, raz maleje. Nie ma się tym co przejmować. 

— Więc wiesz o tym? 
— Tak, zauważyliśmy to swego czasu i uznaliśmy, że nie ma powodu do obaw. 
Ratten przełożył kilka kartek w notesie. 
—  To  są  wyniki  szczegółowych  półrocznych  kontroli  konstrukcji  bazy.  Spójrz.  Te 

naprężenia wzrastają stale od kilku lat. 

Kits zrobił minę, jakby chciał zamalować wszystkie ekrany komputera na czarno i zabić 

background image

je deskami. 

— Kto ci pozwolił grzebać w pamięci głównego komputera? 
— Nikt mi nie zabraniał. 
— Na to trzeba mieć zezwolenie szefa bazy, Ratten. 
Ratten wzruszył ramionami. 
— Dobrze, popełniłem kolejne przestępstwo w życiorysie. Nie zmieniajmy tematu. 
Kits podniósł się i zaczął przechadzać po pokoju. 
— Czego ty właściwie chcesz? 
— Za trzy miesiące mamy kolejny transport. Trzeba się z nimi połączyć, żeby przysłali 

sprzęt  do  badań  sejsmicznych  i  sprzęt  budowlany.  A  póki  co,  zbadać  sprawę  dokładniej  tą 
aparaturą, którą mamy w magazynach. 

Kits wbił bezmyślne spojrzenie w zbieg linii sufitu i narożnika pokoju. 
— Ratten, czy to twoja baza? 
— Nie rozumiem. 
— Pytam, czy to twoja baza? 
— No... podobno nasza? 
— Jaka nasza? Czyja? 
— Ziemi. 
— Całej? 
— Podobno. 
Szef Rigel First skrzywił się niemiłosiernie. 
— Bądź poważny, bo czuję, jakbym rozmawiał z Vistem. 
—  To  jest  baza  rządu  imperium  ziemskiego,  pionu  cywilnego  wydziału  eksploracji 

kosmosu. 

— Więc czego zawracasz tym sobie i innym głowę? Nie oszukujmy się, Ratten, zostałeś 

tu zesłany za karę. Skąd ta troska o mienie rządu Ziemi? 

— Zajmuję się tym z nudów. Dla zabicia czasu. Czy mogę prosić szefa bazy o oficjalną 

odpowiedź? 

— Szef odpowiada: naradzę się z innymi, zastanowię i jeśli zajdzie potrzeba, przedsię-

weźmiemy odpowiednie kroki. Jesteś zadowolony? 

Ratten  sztywno  skinął  głową  i  wstał.  Już  za  drzwiami  usłyszał  albo  tylko  wydało  mu 

się, że słyszy jak Kits cicho mówi do siebie: „Następny Grey się znalazł, cholera jasna”. 
 
ZAPIS 18.08 

Dziś  było  17,99872774.  Od  dwóch  dni  ostatnia  cyfra  po  przecinku  wzrasta  o  dwa. 

Usiłuję  to  powiązać  do  kupy  z  pewnym  wydarzeniem  właśnie  sprzed  dwóch  dni.  Zboczyłem 
nieco z trasy lotu, przygl
ądając się łąkom i lasom pode mną. W pewnym momencie powierz-
chnia  planety  nagle  wzd
ęła  się.  Wyglądało  to  jak  wielki  bąbel  o  średnicy  kilkudziesięciu 
metrów. B
ąbel pękł i z jego wnętrza strzeliła w górę fontanna ziemi. Po pół minuty w miejscu 
zdarzenia został tylko wysoki pagórek. 

Wczoraj  znalazłem  w  innym  miejscu  podobny  pagórek,  już  znacznie  zapadnięty, 

rozpływający sięŚlad po czymś podobnym sprzed kilku miesięcy? 
 

Ratten  spod  przymrużonych  powiek  przygląda  się  Ortisowi,  jak  zaciąga  się  skrętem  i 

wstrzymuje oddech. Wyciąga rękę do Rattena. Przeczący ruch głową. Skręt idzie do Grenxa. 

— Dobra, więc te dziewczynki i trawa. A co im dajecie? 
— Takie różne duperele — skrzywił się Mressen. 
— No, ale jakie? Chyba możecie mi powiedzieć? 
— Tranzystory, bloki mikroprocesorowe, czytniki... 
— Dzikusom? — dziwi się Ratten. — Na cholerę im to? 

background image

— Noszą na szyjach, wieszają sobie na chatach. Nie zauważyłeś? — mówi Nortius. 
Fakt.  Kilkakrotnie  zauważył,  że  te  ich  dziewczyny  noszą  na  skórzanych  paskach  na 

szyjach płytki obwodów scalonych albo diody, ale myślał, że to prezenty od obsługi bazy. 

—  A  pamiętacie,  jak  Lissen  i  Kraplen  zhandlowali  im  kiedyś  prasę?  Obudowali  ją 

deskami i chodzą się tam modlić. 

— Albo te piecyki... Też je podobno ustawili na jakichś słupach i cała wieś rano wybija 

tam pokłony. 

— Jak tak dalej, zhandlujecie pół bazy. 
—  Leżałoby  w  magazynach,  marnowało  się...  A  tak  się  machnie  protokół  zniszczenia, 

przyślą nowe... 

— I znowu się zhandluje. 
Śmiech. 
— No, nie gorsz się — Mressen klepie Rattena po ramieniu, rozbawiony jego miną. 
—  I  to  oni  zaczęli  ten  handel?  Tak  was  lubią,  czy  co?  —  pyta  Ratten,  aby  cokolwiek 

powiedzieć. 

—  Cholera  ich  wie.  Podobno  kiedyś  się  stawiali,  ale  z  tymi  dzidami  to  wiesz..  SK  im 

dowaliło,  aż  miło.  Może  oni  nas  uważają  za  bogów  albo  coś  takiego?  —  zastanawia  się 
Mressen. 

— Aha, takiego, z bogami by się tak nie targowali. A wiesz — Vist zwraca się do Ratte-

na  —  jak  ten  skubany  dzikus  przebiera  we  wszystkim,  to  mu  się  nie  podoba,  tamtego  nie 
weźmie... 

— Wybierz się kiedyś z nami, jak jedziemy zahandlować. 
Ratten zastanawia się przez chwilę. 
— A wiesz, że chętnie się wybiorę. 
— O! Słyszeliście? 
Nortius gasi skręta i natychmiast zaczyna robić nowego. Wyciąga z kieszeni plastikowe 

pudełko  i  bibułki,  wysypuje  na  jedną  trochę  drobnych,  żółtozielonych  listków  i  z  wprawą 
zwija wszystko.  

— A jakby się na was obrazili i nie chcieli handlować? — pyta nagle Ratten. 
Na chwilę zapada cisza. 
— A dlaczego, u cholery, mieliby się na nas obrażać? 
— O kurde, problem — Vist wzrusza ramionami. — Dałoby się im po łbie i spokój. 
— Dałbyś im po łbie? — pyta Mressen. — To po cholerę im sprzedawałeś pistolety? 
Ratten lekko unosi głowę, patrzy ze zdziwieniem na Vista. 
— A ty to nie? A kto wynosił zapalniki? 
— Dobra, toby się ich zbombardowało — przerywa im Grenx. — Nie bój nic, Mnichu, 

mieliby tyle szans... ja wiem... jak chrząszcz, co chce rozwalić stratosa. 

— Sądzisz, że to takie niemożliwe? — pyta Mressen. 
—  No,  stratosy  wytrzymują  nawet  lekką  artylerię  przeciwlotniczą  —  Ratten  uśmiecha 

się mimo woli, właściwie bez powodu. Po każdym locie na przednim pancerzu stratosa zosta-
je warstwa zmiażdżonych chrząszczy, trudna do zmycia. — Chrząszcze jak dotąd nic nam nie 
zrobiły. 

— Bo są głupie — mówi Mressen. — Głupi chrząszcz rozpędza się na stratosa i zostaje 

z niego mokra plama. 

— A mądry? 
—  Widzisz  —  Ratten  unosi  w  górę  wskazujący  palec.  —  Jakby  był  mądry,  toby  na 

lotnisku  wlazł  w  szczelinę  pod  przednim  statecznikiem  i  kanalikiem  przewodów  chłodzenia 
doszedł  aż  pod  deskę  rozdzielczą.  Potem,  po  starcie,  przecisnąłby  się  między  przewodami, 
szczeliną w obudowie do któregoś z bloków sterujących. Wlazłby do procesora, stanął prze-
dnimi łapami na jednym drucie, tylnymi na drugim i zwarcie gotowe. 

background image

— Spaliłoby go. 
—  Owszem,  ale  zwarcie  jest.  Na  cztery  dziesiąte  sekundy  system  sterujący  głupieje, 

potem  automatycznie  włącza  się  blok  zapasowy.  Przez  ten  czas  stratos  łapie  kilka  stopni 
odchylenia  i  blok  zapasowy  natychmiast  daje  kontrę  z  burty.  W  międzyczasie  chrząszcz  już 
się  spalił  i  wysypał,  testy  wskazują,  że  blok  jest  w  porządku,  więc  komputer  wraca  z  bloku 
zapasowego na główny, a przez kolejne przejście stratos łapie duży przechył w drugą stronę. 
Blok  główny  natychmiast  daje  kopa  z  przeciwnej  strony  niż  zapasowy.  Przy  szybkości 
powyżej 70% ciągu, a nikt rozsądny nie lata poniżej 80% , to wystarcza. Tracisz stateczność i 
wpieprzysz się w glebę. I co? 

—  Wszystko  prawda  —  stwierdza  Nortius.  —  Tylko  że  chrząszcze  nie  znają  się  na 

budowie naszych statków. W każdym razie nie tak dobrze jak ty. 

— Całe nasze szczęście — mówi Mressen śmiertelnie poważnie, sięgając po kieliszek. 

 
ZAPIS 19.09 

To, co widziałem, to mógł być potężny wybuch głęboko pod powierzchnią planety. Mniej 

więcej  na  poziomie  twardych  skał.  Takie  podziemne  erupcje  mogłyby  powodować  ruch 
ębinowych skał i — w konsekwencji — naprężenie fundamentów. 

Nie wiem, kochanie, dokładnie, ale coś mi się w tym wszystkim nie podoba. Po pierwsze 

— Kits zablokował dostęp do komputerów bazy. Niby ma prawo, ale zrobił to zaraz po naszej 
rozmowie.  Od  dzi
ś  stan  fundamentów  stał  się  tajemnicą.  W  ogóle  oni  dziwnie  traktują  tę 
spraw
ę.  Wzruszają  ramionami  albo  wyrzucają  z  siebie  teksty  typu  „przesadzasz”  czy 
„normalka, raz wzrasta, raz maleje”. Pewnie, mog
ą się tym nie przejmować, ale na mój gust 
w  tak  zamkni
ętym  towarzystwie,  gdzie  wszyscy  znają  się  jak  łyse  konie,  każda  taka  sprawa 
powinna  by
ć  tematem  do  rozmów  na  co  najmniej  trzy,  cztery  wieczory.  Gdy  zagadam  przy 
stole o ci
śnieniu pod bazą, przez chwilę wyczuwam jakieś spłoszenie. 

Niepokoi mnie też ta odzywka Kitsa o Greyu. Oczywiście, gdybym go spytał, uraczyłby 

mnie  paroma  spłodzonymi  na  poczekaniu  pierdułkami,  więc  dałem  spokój.  Próbowałem 
dowiedzie
ć się czegoś o Greyu od innych pilotów. Niesamowite, jedyne, co w sumie potrafią o 
nim powiedzie
ć, to to, że miał strasznie mocną głowę. I opisywać plastycznie, jak to po awarii 
wpieprzył  si
ę  w  ziemię.  Coś  tu  jest  naprawdę  nie  tak,  nie  tylko  z  tą  sprawą,  bo  czasem  sam 
mam wra
żenie, że się ośmieszam, ale w ogóle. Oni są pierdzielnięci albo to zielsko na amen 
wyjadło im mózg. 

Powinienem  odpocząć,  przestać  myśleć  o  tym  wszystkim.  Rozumiem  teraz  doskonale, 

dlaczego  sięga  się  tu  po  skręta,  i  boję  się,  żebym  sam  tego  nie  zrobił.  O  Boże,  cisnąć  to  w 
choler
ę  i  wracać.  Nawet  mimo  tego,  że  nie  bardzo  jest  dokąd,  bo  przecież  do  ciebie  już  nie 
wróc
ę.  Być  gdzieś,  gdzie  się  żyje,  gdzie  nie  ma  takiego  gnicia  jak  tu.  Na  Ziemi.  Zbyt  szybko 
zrezygnowali
śmy,  daliśmy  się  ponieść  rozczarowaniu,  ogłupić,  rozrzucić  po  wszechświecie. 
Teraz to widz
ę. No, nieważne. Tak czy owak zostanę tu co najmniej rok. 

Aha, jeszcze taki drobiazg: sprawdziłem to w archiwach, ponad wszelką wątpliwość na 

Rigel  nie  ma  aktywności  sejsmicznej.  Czyżby  wybuchy  były  powodowane  sztucznie? 
Wymagałoby to techniki nie mniej rozwini
ętej niż nasza, a taka chyba nie ukryłaby się przed 
naszym  wzrokiem.  Zreszt
ą,  cholera  wie,  latamy  przecież  tylko  od  stacji  do  stacji,  od  lat  po 
tych  samych  prostych  trasach.  Mo
że  przegapiliśmy  całe  mnóstwo  innych  wybuchów  i  diabli 
wiedz
ą co jeszcze? 
 

Transporter kołysał się lekko,  gnając w kierunku lasu. Na ciemnofioletowym tle nieba 

splątane drzewa wyglądają jak wielka czarna plama. 

— To jest... No, kurde, nie wyjaśnię ci, musisz sam spróbować, to jest nie do opowie-

dzenia — mówił Grenx, usiłując odpowiedzieć Rattenowi na pytanie o odczucia wywoływane 
przez trawkę. — To jest wspaniałe, wolność, rozumiesz, radość życia. Kiedy palisz, wracają 

background image

ci właściwe proporcje świata. Widzisz, że wszystko dokoła, ta cała pieprzona baza i robota, że 
to wszystko jest nieważne, także nieważne, stary. Że ważny jesteś ty i twoje szczęście. I czu-
jesz się sobą, czujesz całą pełnię swojego istnienia. Jak złapiesz wibracje, to wiesz wszystko o 
sobie i o świecie i... No, nie powiem ci tego, musisz chociaż raz zapalić, na próbę. Nie bój się, 
to nie powoduje nałogu. Inna sprawa, że jak zapalisz, to już się nie powstrzymasz. Zobaczysz, 
jak może być, i będziesz chciał to powtórzyć. 

— Może właśnie dlatego nie chcę próbować? 
—  Jakieś  dziesięć,  piętnaście  lat  temu  ludzie  w  bazie  dokładnie  to  badali.  Wyniki 

powinny leżeć gdzieś w archiwach. No i stwierdzili, że to nie jest szkodliwe, w każdym razie 
nie bardziej niż zwykłe papierosy. 

Transporter dojechał do skraju lasu, zakołysał się i zatrzymał. Mressen przesadził reling 

i  zniknął  na  chwilę  wśród  drzew.  Po  pół  minuty  usłyszeli  jego  głos:  „Dobra,  chodźcie”. 
Ratten podniósł leżący obok siebie worek i razem z Grenxem i Nortiusem zsunął się po burcie 
na  trawę.  Szedł  ostatni,  za  nimi. Pod  drzewami, obok  Mressena  stało  trzech  mężczyzn.  Byli 
niscy,  przysadziści,  porośnięci  rzadkimi,  jasnymi  włosami.  Smukłe  twarze  kontrastowały  z 
krępą budową ich ciał. 

— Akijane werena, wudi — mruknął jeden z tubylców, wyciągając rękę zza plecionego 

pasa. — Harimate, okami re tija. Wskazał ręką na długą szeroką deskę przed nim. W świetle 
latarki Mressena dyndający na szyi tubylca wielki blok tranzystorów lśnił metalicznie. 

Ratten obserwował w milczeniu zachowanie tubylców. Zza drzewa podniosło się kilka 

ich dziewczyn, każda położyła na desce worek uszyty z czegoś podobnego do skóry, po czym 
cofnęły  się  w  cień.  Mressen  skinął  głową.  Podeszli i z  drugiej  strony  deski  wysypali  zawar-
tość swoich worków. 

Tubylec  z  tranzystorami  na  szyi  przyklęknął  i  przez  kilka  minut  gmerał  wśród  części, 

wrzucając  niektóre  z  powrotem  do  worków.  W  końcu  wstał,  skinął  na  dziewczyny,  które 
zabrały  jeden  z  woreczków  z  zielem  i  stanąwszy  przed  Mressenem  skinął  mu  lekko  głową. 
Transakcja była dokonana, Mressen odkłonił się. 

—  Targuj  się  —  mruknął  Nortius  od  niechcenia  i  poszedł  do  transportera.  Wrócił  po 

chwili,  prowadząc  ze  sobą  przywiezione  z  bazy  dzikuski.  Zamieniły  się  miejscami  z  tymi, 
które siedziały za drzewami. Wszystko załatwione. Zamierzali już wracać, gdy tubylec z tran-
zystorami poprosił Mressena gestem, aby poszedł za nim. Zniknęli między drzewami. 

— Co jest? — zaniepokoił się Ratten po kilkunastu minutach. 
Grenx tylko apatycznie wzruszył ramionami. 
Mressen wrócił po pół godziny, wyraźnie poruszony. Nic jednak nie mówił, a Ratten nie 

chciał pytać. Mruknął tylko: „idziemy” i ruszył do transportera. Za nimi podreptały dzikuski z 
zielem. 
 
ZAPIS 23.08 

Zaczynam  łapać  się  na  jakichś  podświadomych  lękach.  Nerwy  dają  o  sobie  znać

Niedobrze. 

Latam  teraz  swoimi  trasami,  robiąc  różne  pętle  i  starając  się  zobaczyć  jak  najwięcej 

terenu.  Widziałem  kolejną  eksplozję  i  kilka  sporych,  drewnianych  budowli  tubylców.  Zaczą-
łem  dostrzega
ć  w  tym  wszystkim,  co  dzieje  się  na  Rigel,  czyjeś  logiczne,  celowe  działanie. 
Nawet  to  głupie,  nudne  i  bezbarwne  
życie  w  bazie  sprawia  wrażenie,  jakby  ktoś  je  chciał 
uczyni
ć  jeszcze  głupszym  i  bardziej  bezbarwnym.  Nic  jeszcze  nie  wiem,  myślę,  próbuję  to 
skojarzy
ć
 

Czyj to głos? Chyba Nortiusa? Nie, on tak nie zaciąga. 
— Może ty, ale ja nie! 
Znał ten głos dobrze. Ano tak, oczywiście — Ratten uśmiecha się do siebie. — To Kits. 

background image

— On wytrzyma. Ale nikt poza nim. Pieprzony Mnich! 
Ratten, który właśnie zamierzał odejść, staje jak przymurowany. Gdzie oni są? Stoi przy 

szybie wentylacyjnym, jest bardzo późno i bazę zalega cisza. Rozmowa równie dobrze może 
się toczyć dwa albo pięć poziomów niżej lub wyżej. 

—  Nie  można  ich  jakoś  uspokoić,  wytłumaczyć,  że  wszystko  będzie  w  porządku?  — 

Też znajomy głos, ale Ratten nie może poznać czyj. 

— Wątpię. Powiedziałem Mressenowi, żeby próbował, ale oni są uparci. 
— Cholera, to w sumie fajny człowiek. Stuknięty, ale wydawało się, że mu przechodzi. 

Szkoda go... Może bez dziewczynek jakoś byśmy przetrzymali? 

— Oni mówili tylko o ziołach. A bez ziół po jednym dniu wszyscy oprócz Mnicha będą 

chodzić na rzęsach. 

— To co? 
— Nie widzę wyjścia. Musimy się zgodzić.  
Cisza.  Odeszli.  Ratten  chwilę  jeszcze  tkwi  z  uchem  przy  wentylatorze.  Potem  powoli 

wraca do swojej kabiny. 
 
ZAPIS 28.08 

Nie miałem czasu gadać sam do siebie. Nie chce mi się nagrywać tych taśm, przecież i 

tak ci ich nie wyślę. Wolę to jednak powiedzieć, tak na wszelki wypadek. Jestem przekonany, 
że działa tu jakaś wroga nam siła, wspierana wysoko rozwiniętą techniką. Z ludźmi w bazie 
nie  ma  sensu  o  tym  rozmawia
ć.  Przestałem  im  mówić  o  ciśnieniu,  teraz  gadamy  tylko  o 
dziewczynach  i  ró
żnych  naszych  przygodach  z  młodości.  Pożyczyłem  od  nich  jedną  z  tych 
panienek.  Do  cholery,  jestem  przecie
ż  w  końcu  dorosłym,  zdrowym  mężczyzną.  A  zresztą  po 
diabła si
ę usprawiedliwiam. Palić nie zacznę

Tak więc chłopcy uznali, że zmądrzałem, i coraz częściej mówią do mnie „Rat” zamiast 

„Mnichu”.  Czekam  na  kolejny  transport,  który  powinien  przybyć  za  dwa  i  pół  miesiąca. 
Nagrałem  kaset
ę  dla  kierownictwa  pionu  ze  szczególnym  raportem  o  sytuacji  na  Rigel  i  ze 
swoimi przypuszczeniami. Poka
żę im to. A na razie, czuję, muszę się przyczaić i udawaćże to 
wszystko przestało mnie obchodzi
ć. Może przez te dwa miesiące jeszcze coś się wyjaśni. 
 

Wysokość 25. Szybkość 570. Schodzenie. 
Wysokość 22. Szybkość 529. Schodzenie. 
Kontakt. Naprowadzanie automatyczne. 
Stratos powoli zwalnia, w końcu nieruchomieje na pasie. Kabina otwiera się z sykiem, 

wyrzucając trap. 

Ratten stanął na lądowisku i przeciągnąwszy się, ruszył w kierunku budynków. Przebrał 

się i zjechał windą na swój poziom. Wcisnął przycisk przy drzwiach. 

W jego pokoju, twarzą do drzwi, stał Vist. 
— Pewnie, że się wyjaśni. Jeszcze dziś — powiedział. 
Dopiero po chwili Ratten spostrzegł siedzącego na tapczanie Mressena. 
— Co? — spytał machinalnie. 
Vist wymownym gestem pokazał stojący na stole magnetofon i stos kaset. 
— Słuchaliście moich taśm?! — krzyknął Ratten z wściekłością. 
— Powiedz mu, o co chodzi, Mres. 
— Słuchaliśmy twojego raportu dla naczalstwa — powiedział Mressen. — Nie ma co, 

Rat, uważałem cię za lekko stukniętego, ale nie  za kabla. To, co nam opowiadałeś o swoich 
przeżyciach na Ziemi, to pewnie był kit? 

Ratten na chwilę zapomniał języka w gębie. 
— Nie. 
— Tym bardziej mnie zaskoczyłeś... 

background image

— Uwziąłeś się, żeby nam narobić brudu, co? — wszedł mu w słowo Vist. — Bo ci się, 

kurwa,  coś  nie  podobało?  Zawsze  się  musi  znaleźć  taki  pieprzony  gówniarz  od  poprawiania 
świata! 

— Nie chcę wam robić brudu. Chodzi mi o bazę, ktoś ją chce zniszczyć. Zresztą jeżeli 

słuchaliście wszystkiego, to powinniście rozumieć, dlaczego nagrałem ten raport. 

Vist zaklął. 
— Zamknij się — uciszył go Mressen. — Słuchaliśmy wszystkiego. Nie wiem, dlacze-

go martwisz się tym pieprzonym miejscem, które nie jest nikomu potrzebne i z którego zwie-
jesz, jak tylko będziesz mógł. A niech je szlag trafi, co ci do tego! Zabili ci przyjaciół, wysłali 
cię na zadupie, żebyś zgnił, a ty rąbiesz do nich donosy? 

— Nie, nie tak — Ratten skrzywił się, kręcąc przecząco głową. — Nie o to chodzi. 
— Nieważne, o co chodzi — powiedział Mressen ze smutkiem. — Musimy cię usunąć. 
— Jak to „musicie usunąć”? 
— Po prostu, musimy. 
Ratten oparł się o ścianę. Łamigłówka w jego mózgu ułożyła się w całość. 
— Jasne. Już wiem. Albo mnie załatwicie, albo skończyły się zioła. Tak? 
— Coś w tym stylu. 
— Więc tak... słów brakuje, wiecie? 
—  Jesteś  jeden.  A  nas  trzydziestu  —  wtrącił  się  znowu  Vist.  —  Chyba  od  nas  zależy 

decyzja, nie? 

Ratten podszedł do biurka i zaczął przekładać kasety do szuflad. 
— No, to na co czekacie? Wyjmij tę spluwę i po krzyku. Ostatecznie, jeśli sprawia wam 

to różnicę, mogę się obrócić przodem. 

—  Nie  mamy  cię  zabijać,  tylko  zawieźć  cię  do  nich.  Całego  i  żywego.  Co  oni  z  tobą 

zrobią, nie wiem, zresztą to nie nasza sprawa. 

— Jasne — mruknął Ratten — miałem awarię i wgrzałem się w glebę na kilkadziesiąt 

metrów. Nawet mnie nie wyciągaliście. 

— Właśnie tak — rzekł spokojnie Vist. — Idziemy. 
— Mam prośbę — Ratten obrócił się do Mressena pokazując stos kaset. — Skasuj to. 

 

— Trzymaj się, Mnichu — rzekł za nim Mressen. — Przykro nam, naprawdę nie mieli-

śmy innego wyjścia. 

Ratten nie odwrócił się. Prowadzony przez dwóch tubylców szedł w las. Szli w absolu-

tnej ciemności i milczeniu jakieś dziesięć minut, może pół godziny, zanim w dali nie ukazały 
się iskierki ognisk. Gdy się zbliżyli, Ratten dostrzegł zarysy solidnie zbudowanych szałasów. 
Zatrzymali się przed jednym z nich i tubylec bez słowa wepchnął go do środka. 

— To ty jesteś Ratten? Witaj, cieszę się, że cię widzę. Siadaj. Napijesz się? 
W szałasie siedział przy drewnianym stole szpakowaty mężczyzna. Bez wątpienia czło-

wiek. 

— No, co tak stoisz? Siadaj. Jestem Antin Serde, geolog, dezerter z bazy i jeden z wo-

dzów  Araidów.  To  są  Araidowie,  jakbyś  nie  wiedział  —  pokazał  ręką  na  okno.  —  Zręczny 
lud, pracowity, a trudne warunki życia rokują mu wielkie szanse na przyszłość. Niestety, par-
szywy los sprawił, że zanim osiągnęli odpowiedni stopień rozwoju, przyplątały się te mendy 
ze  Służby  Kosmicznej.  Rozpieprzyli  wszystko  i  zbudowali  bazę.  Zresztą  to  nic  —  Antin 
pochylił się. — Wiesz, do czego służą stacje, które regularnie kontrolowałeś? 

Ratten przecząco pokręcił głową. 
— Każda z nich zawiera emiter fal, nie pamiętam ich nazwy, powodujących systematy-

czny spadek inteligencji u wszelkich istot znajdujących się w ich zasięgu i nie wyposażonych 
w odpowiednią osłonę. Tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś przyszło tę planetę kolonizo-
wać. Na szczęście prawie wszystkie te maszynki już powyłączaliśmy. Hagi zrobił to tak spry-

background image

tnie, że wasz komputer nawet się nie poznał. 

Ratten  siedział  nieruchomo,  przyglądając  się  spod  przymrużonych  powiek  Antinowi. 

Myślał intensywnie. 

— To jest tu więcej ludzi? 
— Ośmiu. Co i raz ktoś przybywa, chociaż do tej bazy przysyłają zazwyczaj młotów. 
— I ta sprawa... Te naprężenia w fundamentach, to wy? 
—  Tak.  To  proste.  Regularne  bombardowanie  musi  spowodować  ruchy  sejsmiczne,  a 

wykonanie  techniczne  było  banalne.  Z  części  wyhandlowanych  za  liście  i  produkowanych 
przez nas materiałów robimy co i raz dużą, ciężką bombę z odpowiednim zapalnikiem, każe-
my ją ustawić w odpowiednim miejscu i niech się zapada. W końcu uda  nam się tę skorupę 
rozruszać. 

— Sprytne — mruczał do siebie Ratten. — Tylko po co tyle zachodu, skoro mogliby-

ście po prostu wysadzić bazę? 

—  I  po  miesiącu  mieć  karną  ekspedycję  SK,  bombardowanie  atomowe  i  nową  bazę, 

opancerzoną i otoczoną laserami? Jak myślisz, co będzie, jeżeli Rigel First będzie zniszczona 
przez ruchy sejsmiczne? 

— Chyba ktoś uzna, że nie opłaca się jej odbudowywać... No i ludzie opuszczą tę plane-

tę. 

— I o to właśnie chodzi. No, to jak — Antin podniósł się. — Zrozumiałeś? 
— Tak. Teraz już tak. 
— Świetnie. Szkoda, że jesteś pilotem, a nie cybernetykiem. 
— Nie rozumiem. 
— Potrzebujemy cybernetyka. 
— Moment. Powiedziałem, że rozumiem, a nie, że będę pracował dla was. 
Antin chwilę stał zdziwiony. 
— A niby jak? 
— Może macie rację, ale ja chcę wrócić na Ziemię. Mam tam parę rzeczy do zrobienia. 
— Przykro mi, Ratten, ale to niemożliwe. Ja bym ci uwierzył, inni może też, ale Araido-

wie nie mogą sobie pozwolić na takie ryzyko. Oni już dobrze wiedzą, o co idzie gra, chociaż 
niezbyt pojmują jej prawidła. Jeśli się nie zgodzisz, zabiją cię jak tego... Greya. To był wybi-
tny  tuman,  emerytowany  fanatyk.  Wrzeszczał,  wymyślał  nam  od  zdrajców.  No,  nieważne. 
Przynajmniej zdechł z honorem. 

Ratten stanął przy oknie, zaciskając pięści na jego krawędziach. 
— Muszę się zastanowić — powiedział wreszcie. 
— Czy to, co chcesz robić na Ziemi, różni się choć trochę sensem od tego, o co chodzi 

nam tutaj? 

— Chyba nie. Tylko, że widzisz... 
— Co? 
— Cholera, nic. Jasne, że wam pomogę — powiedział głośno Ratten uderzając pięścią 

w  otwartą  dłoń.  Odwrócił  się  i  przez  chwilę  patrzył  zdumiony  na  Antina,  który  trzymał  w 
ręku fajkę i nabijał ją drobnymi, żółtozielonymi listkami. 

— No, stary — powiedział wódz Araidów, wypuszczając kłąb niebieskawego, ogłupia-

jącego dymu. — Zapalmy. Za powodzenie naszej sprawy.  
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

Marcin Wolski 

 

Wariant autorski 

 
 

Dziewczyna  w  dżinsach  wyszła  prawie  do  połowy  drogi,  nie  przestając  wymachiwać 

ręką. 

Ładna — pomyślał Martin wymijając ją szerokim łukiem. — Bardzo ładna! 
Miała  szczupłe  nogi,  metaliczne  włosy  i  śmieszną,  na  wpół  dziecinną  buzię.  W  innej 

sytuacji zabrałby ją do wozu. Teraz nie mógł. Działał według instrukcji. 

Las  się  skończył,  a  właściwie  pojawiła  się  obszerna  polana  z  widocznym  w  oddali 

pawilonem motelu. Poza paroma budynkami horyzont ze wszystkich stron zamykał bór, pełen 
wilgoci,  ptactwa  i  żółknących  liści.  Vis-à-vis  motelu  widać  było  niski  budynek  warsztatu 
samochodowego udrapowany wywieszkami Datsuna, Forda i Volkswagena. Podróżny skręcił 
na podjazd. Wszedł mechanik, rudy byczek o czerwonej twarzy zadowolonego z siebie idioty. 

— Kolizyjka? — uśmiechnął się stukając butem o karoserię samochodu. 
Martin  skinął  głową.  Lewa  strona  wozu  wyglądała  opłakanie.  Zmiażdżony  błotnik, 

uszkodzone drzwi, potłuczone światła, oderwany zderzak. Jakże zdziwiłby się mechanik, gdy-
by mógł zobaczyć, jak godzinę temu sam Volontier metodycznie dewastował swój wóz ocie-
rając go mozolnie o betonowy słup. 

— Długo to potrwa? — spytał Martin. 
Ryży rozłożył ręce, ale parę banknotów sprawiło, że wesoło klepnął maskę. 
— Jutro w południe będzie jak nowy. 
Klient zmarszczył brwi. 
— Bardzo się cieszę. A poza tym, co przez ten czas miałbym zrobić ze sobą? Zdaje się, 

że do najbliższego miasta mamy pięćdziesiąt mil. 

—  Sześćdziesiąt.  Ale  obok  jest  motel,  całkiem  przyzwoity  i  o  tej  porze  roku  prawie 

pusty. 

Volontier westchnął, dał kluczyki i ruszył w stronę białych schodków. Szedł wolno, jak 

człowiek  wytrącony  z  normalnego  rytmu.  Minęła  go  dziewczyna  w  dżinsach.  Biedactwo, 
musiała zrobić pół mili na piechotę. Uśmiechnął się. Obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem i 
skręciła  do  baru.  Faktycznie  mógł  ją  podrzucić.  Wziął  klucz  od  pokoju,  ale  poprzestał  na 
wniesieniu tam teczki. 

— Przespaceruję się — powiedział do recepcjonisty, mimo że ten o nic nie pytał, zado-

walając się wpisem w księdze — „Michael Vernon z Montrealu”. 

Jezioro  znajdowało  się  o  czterysta  metrów  od  motelu.  Idąc  brzegiem  według  wskazó-

wek  doszedł  do  świeżo  ściętej  olchy.  Tam,  zdjąwszy  uprzednio  buty  i  spodnie,  wszedł  w 
trzciny.  Woda  była  cieplejsza  niż  myślał.  Bez  trudu  odnalazł  łódkę.  Stała  dokładnie  tam, 
gdzie powinna. Cicho wiosłując przepłynął na drugą stronę cieśniny okolonej dzikim borem i 
przycumował przy zapuszczonym, prawie nie wystającym z trzcin pomoście. Stąd zarośnięta 
ścieżka doprowadziła go do starej leśniczówki. Oglądał się parokrotnie. Nikt go nie śledził. 

— Brawo, pełna precyzja — powiedział spoglądając na zegarek szczupły mężczyzna o 

krótkich,  połyskliwych  włosach  i  wąsie  przypominającym  przylepiony  pod  nosem  kłębek 
wełny.  Nie  wyglądał  na  leśniczego,  mimo  że  całe  wnętrze  wypełniały  skrzyżowane  dubel-
tówki,  rogi  i  łowieckie  oleodruki.  Jeszcze  raz  przyjrzał  się  postawnej  sylwetce  przybysza  i 
spytał ciszej: 

— Martin Volontier, oczywiście? 
— Nazywam się Michael Vernon, wybrałem się na spacer i myślałem... 
—  W  porządku  —  uśmiechnął  się  ciemnowłosy.  —  Jestem  major  Omikron  z  Grupy 

background image

Specjalnej...  Poza  tym,  po  co  ja  pytam?  Któż  nie  zna  twarzy  mistrza  Volontiera.  Jeszcze  w 
szkole zaczytywałem się pańskimi opowiadaniami. Zawsze nurtowało mnie, skąd pan bierze 
pomysły?  A  Trzecią  Planetę  znam  prawie  na  pamięć.  „Siwy  Glor  jednym  skokiem  dopadł 
pneumolotu...” — zacytował. 

Pisarz wzruszył ramionami. Nie przybył tu na wieczór autorski. Właściwie nie wiedział 

nawet,  po  co  go  ściągnięto.  Facet  przedstawiający  się  jako  profesor  Morris  odwiedził  go 
wczoraj przed północą. Proponował królewskie honorarium za udział w poważnym ekspery-
mencie. Prosił tylko o pełną konspirację. 

— Rozumiem, chciałby pan od razu przystąpić do rzeczy — domyślił się Omikron. — 

Zatem chodźmy. 

Otworzył  dwuskrzydłowe  drzwi  dębowej  szafy.  Pisarz  zdumiał  się,  wewnątrz  czekała 

nowoczesna kabina windy. 

— Pomysłowe, prawda? — Oficer puścił gościa przodem i nacisnął jeden z dwudziestu 

guzików. Ruszyli. — Zupełnie jak w Grocie syren, skopiowaliśmy nasze centrum z pańskiego 
opowiadania  —  przyznał  się.  —  Ale  przynajmniej  tu  możemy  być  pewni,  że  nikt  nam  nie 
przeszkodzi. 

Winda zatrzymała się na poziomie piątym. Weszli do niewielkiego pomieszczenia, przy 

ścianie stał strażnik z rozpylaczem, w głębi nad biurkiem pochylała się chuda postać profeso-
ra Morrisa (o ile to było jego prawdzie nazwisko). Drzwi zasunęły się automatycznie. 

— Od razu zabierzemy się do rzeczy — powiedział profesor, nie tracąc czasu na jakie-

kolwiek wstępy. Światło przygasło, a w głębi zapłonął ekran wideo. 
 

Jak okiem sięgnąć ciągnęło się przygnębiające odludzie — kraina bagnisk, karłowatych 

drzew  i  zimnych  wiatrów.  Ekipa  geologów  zwabiona  wzmożonym  wskaźnikiem  radioakty-
wności  gruntu  pracowała  ze  zdwojonym  wysiłkiem.  Czarno-biały  film  pokazywał  kępę  na-
miotów,  hangar  ze  sprzętem,  wreszcie  wykop.  Nie  było  potrzeby  mrozić  gruntu,  mimo  wio-
sny temperatura utrzymywała się ciągle poniżej zera. Poszukiwany obiekt nie leżał głęboko, a 
wszystko wskazywało, że raczej został zatopiony w bagnisku, niż runął weń sam... Zbliżenie, 
ascetyczna  twarz  profesora  Morrisa  promieniująca  autentycznym  podnieceniem.  W  końcu 
niecodziennie znajduje się latający talerz! 

Kosmiczny spodek wyglądał dokładnie tak, jak w standardowych nowelkach i popular-

nonaukowych opisach. Wykonano go z nie znanego na Ziemi stopu, niezniszczalnego znany-
mi metodami. Może dlatego pasażerowie nie zniszczyli wehikułu, poprzestając na zatopieniu. 
Bo musieli być pasażerowie. Pojazd znaleziono otwarty. 

Z meteorytem tunguskim łączyła go tylko przyrodnicza sceneria — jego pojawieniu się 

nie  towarzyszyły  żadne  detonacje  i  kataklizmy,  nie  licząc  pewnej  liczby  martwych  ryb  w 
miejscowych, rozlewiskach. Ustalono datę. Zatopienie miało miejsce dziewiętnaście i pół ro-
ku temu. Ówczesne obserwacje astronomów wspominały o małym świetlistym punkcie dość 
szybko zbliżającym się  w stronę  Ziemi, który uznano za meteor. Nieoczekiwanie, już blisko 
Ziemi, stracono go z oczu. Przypuszczano, że spalił się w górnych warstwach atmosfery. Co 
ciekawe, talerza nie odnotował żaden radar. Dopiero dziś, patrząc z perspektywy, lądowanie 
można wiązać z tajemniczym zniknięciem trzech samolotów bojowych, które odbywając ruty-
nowy  lot  nad  Arktyką,  weszły  2  października  w  strefę  chmur,  po  czym  urwał  się  kontakt. 
Ostatnie słowa jednego z pilotów brzmiały: „zejdę niżej, to interesujące”. Nikt nie widział od 
tej pory ani samolotów, ani dziewięciu żołnierzy stanowiących ekipę. 

A jednak profesor Morris znalazł wewnątrz kosmicznego wehikułu nieduży płaski klucz 

od sejfu bankowego należący do Johna Cabindy, strzelca pokładowego jednego z samolotów. 
Profesor nie uznał jednak za celowe dzielić się swym odkryciem z kimkolwiek. 

Inny,  zlekceważony  przed  laty  fakt,  odnotowany  przez  ówczesną  prasę:  stary  kłuso-

wnik, Jednooki Sam, opowiadał przy wódce, że w nocy z 2 na 3 października widział grupkę 

background image

dziewięciu mężczyzn w białych kombinezonach dążących w deszczu w stronę jedynej szosy 
w okolicy...  

Opowieść Sama przekazano do akt i zapomniano o niej. Kiedy jednak profesor Morris 

odgrzebał tę historię i próbując odnaleźć gawędziarza dotarł do rodzinnej osady kłusownika, 
dowiedział się o ciekawym zbiegu okoliczności. Jednooki Sam zmarł poprzedniego dnia, spa-
dając po pijanemu z pobliskiego mostu. Nie żył również kierowca transkontynentalnej cięża-
rówki,  który  3  października  przejeżdżał  przez  ową  niegościnną  rubież.  Wóz  najwyraźniej 
zmienił  trasę,  kierując  się  do  jednego  z  gęściej  zaludnionych  okręgów,  południa,  gdzie  po 
prostu na ostrym zakręcie wypadał z drogi i spłonął. 

Tu  Omikron  przerwał  na  moment  relację  i  przypomniał,  że  detektywistyczne  poszuki-

wania  geologa  były  prowadzone  znacznie  później,  niż  sceny  pokazywane  na  filmie.  Wcze-
śniej doszło do wydobycia talerza. Ceremonia odbywała się w klimacie zrozumiałego utajnie-
nia, dopuszczono także ziemskie pochodzenie obiektu. Dokładne przeszukanie pojazdu wska-
zywało,  że  pasażerów  musiało  być  dziewięciu,  były  to  istoty  nie  większe  niż  pięść  mężczy-
zny... Wszystkie ulotniły się bez śladu. Analiza magazynu i kuchni w pojeździe skłoniła nau-
kowca  do  postawienia  ciekawej,  hipotezy:  ówczesna  katastrofa  eskadry  nie  była  przypadko-
wa. Kosmici znaleźli sposób, aby sprowadzić samoloty na ziemię (o sześć mil od talerza było 
lotnisko, nie używane od wojny, światowej), a następnie... Cóż, można fantazjować, czy mo-
żliwe jest stworzenie symbiotycznej całości z Ziemianina i przybysza z gwiazd, ulokowanego 
wewnątrz niego jak robak w jabłku? Morris przypuszczał, że tak. Znalazło się nawet miejsce 
na ulokowanie pasożyta — komora po usunięciu prawego płuca. Stąd kłączowaty system ner-
wowy  lokatora  rozprzestrzeniał  się  na  cały  organizm  żywiciela,  skutecznie  kontrolując  jego 
mózg  i  rdzeń  kręgowy.  Czy  jednak  zabiegu  dokonano  już  2  października,  czy  też  sterowani 
hipnotycznie  żołnierze  dotarli  najpierw  ze  swymi  pasażerami  (choćby  noszonymi  w  chleba-
kach) do cywilizacyjnych centrów, trudno ustalić. 

Co  się  tyczy  samolotów,  musiały  zostać  po  prostu  spalone,  czy  też  rozpuszczone  nie 

znanym  sposobem  na  nie  używanym  lotnisku,  tak  że  nie  pozostał  po  nich  nawet  ślad  spale-
nizny. 

— Czyli — konkludował major Omikron spoglądając z niejaką satysfakcją na osłupia-

łego  Volontiera  —  od  blisko  dwudziestu  lat  kosmici  są  wśród  nas.  I  co  pan  na  to,  drogi 
autorze Słonecznej strony planety? 
 

Profesor  Morris  był  człowiekiem  ambitnym.  Swoje  przemyślenia  zostawiał  dla  siebie, 

poprzestając  na  użytek  ekipy  jedynie  na  oczywistych  konstatacjach.  Oczywiście  sporządził 
dokładny raport i zamierzał w odpowiednim momencie przekazać go komu trzeba. Ale nagle 
zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Wyższe czynniki odwołały ekipę. Znaleziskiem miała zająć 
się Grupa Wydzielona. Posunięcia tłumaczono mętnie względami obronności. Morris był je-
dnak człowiekiem upartym, dotarł do ministra i przedłożył swój raport. Okazało się, że mini-
ster nic nie wiedział o zablokowaniu akcji, całością spraw zawiadywał jego zastępca (nazwij-
my  go  pułkownikiem),  czterdziestosześcioletni  ambitny  oficer  latynoskiego  pochodzenia. 
Morris  podzielił  się  swymi  rozterkami.  Minister  uspokoił  go  jowialnie,  obiecywał  wszystko 
wyjaśnić,  w  tym  celu  mieli  się  spotkać  nazajutrz.  Opuszczając  gmach  rządowy,  profesor 
odczuwał nieokreślony niepokój. I słusznie. 

Jeszcze tej nocy minister zmarł w swojej rezydencji na zawał serca. W naszych nerwo-

wych  czasach  zdarza  się  to  nawet  osobnikom  uchodzącym  za  okazy  zdrowia.  Obowiązki 
szefa przejął pułkownik. 

Czasami swe życie można zawdzięczać pechowi. Któż mógł przypuszczać, że wóz pro-

fesora Morrisa zepsuje się na ruchliwej ulicy i że naukowiec postanowi iść pieszo, że w czasie 
mimowolnego spaceru zwichnie nogę, a spotkany przez jednego ze swych uczniów, zostanie 
odwieziony  do  zaprzyjaźnionego  ortopedy?  A  czy  trzeba  większego  zbiegu  okoliczności  niż 

background image

taki, że brat profesora zapragnie w tym samym czasie go odwiedzić? Nie mogąc się dodzwo-
nić do drzwi, wyjmie klucz spod słomianki i beztrosko paląc papierosa wejdzie do środka...? 
Ktoś musiał nie zakręcić gazu. Fred Morris czuje jeszcze zapach, ale jest już za późno. Huk, 
podmuch, deszcz padającego szkła... 

Po  wizycie  u  ortopedy  profesor  zasiedział  się  u  swego  ucznia.  Rano  dowiedział  się 

równocześnie o śmierci ministra i brata. Gazety zresztą podawały, że zginął on sam. 

Uczniem,  który  wyciągnął  do  niego  rękę,  był  eks-policjant,  eks-naukowiec,  a  obecnie 

szyszka w dowództwie wojsk chemicznych, przez przyjaciół nazywany majorem Omikronem. 
On  właśnie  skłonił  naukowca,  aby  podjął  wyzwanie  losu,  zgodził  się  przejąć  rolę  własnego 
brata. 
 

— Bardzo ładny scenariusz, prawda? — pyta Omikron. 
Twarz Volontiera jest bardzo poważna. 
— Dlaczego opowiadacie mi o tym wszystkim? — mówi wreszcie. 
— Dlatego, iż w świetle posiadanych danych mamy prawo domniemywać, że dziewią-

tka przybyszów z innego układu nie bez powodu owego pierwszego października znalazła się 
na Ziemi. Nie dla żartu zarobaczywiła się w ciałach pilotów, przy czym w czyich znajduje się 
obecnie, trudno dociec. 

— Tylko? 
— Tylko, mówmy otwarcie, była to grupa zwiadowcza, a może coś więcej, grupa mają-

ca rozpoznać teren i przygotować wszystko do inwazji. 

— Inwazji?! — Volontier zrywa się na równe nogi. 
— Tak, dokładnie po dwudziestu latach. 
— Ale to tylko hipoteza? 
—  Niestety,  nie.  Z  obserwatoriów  astronomicznych  donoszą  nam  o  roju  świetlistych 

plamek  zbliżających  się  z  ogromną  prędkością  w  naszą  stronę.  Wiele  wskazuje,  że  koło 
pierwszego  pojazdy  obcych  znajdą  się  w  pobliżu  Ziemi.  Wiemy,  że  mają  nad  nami  znaczną 
przewagę, biologicznie są niezniszczalni i pozbawieni skrupułów, że mają ogromne możliwo-
ści oddziaływania na ludzką psychikę. 

Martin  otwiera  usta,  by  coś  powiedzieć,  ale  nic  rozsądnego  nie  przychodzi  mu  do 

głowy. 

— Naszą sytuację utrudnia fakt obecności wśród Ziemian owych dziewięciu... Kto zre-

sztą wie, czy nie było i drugiego zwiadu, no więc pewnej liczby agentów, którzy zagnieździli 
się  wśród  nas.  Przy  ich  możliwościach  nosicielem  może  być  każdy.  Każdy,  kto  zamiast 
prawego płuca kryje w sobie potworka dysponenta.  I, do licha, nie są to z pewnością szarzy 
zjadacze chleba. 

— Przypuszczam — mruczy Volontier. — Dwadzieścia lat to sporo. Mam nadzieję, że 

udało się wam kogoś rozszyfrować? 

—  Mieliśmy  mało  czasu  —  wzdycha  .Omikron  —  a  poza  tym  musimy  działać  sami, 

moja grupka ludzi, profesor, paru przyjaciół. Przecież nawet pułkownik-minister... 

— Domyśliłem się. I jeszcze kto? 
—  Skazani  jesteśmy  na  domniemania.  Możemy  jedynie  zastanawiać  się,  jakie  pozycje 

opanowalibyśmy  sami,  gdyby  przyszło  nam  uczestniczyć  w  zwiadzie  na  obcej  planecie.  Po-
dejrzanych są dziesiątki, może setki... Sztab Obrony Powietrznej, wojska rakietowe, Agencja 
Aeronautyczna,  wywiad,  mass  media...  Problem  w  tym,  że  nie  możemy,  ot  tak,  zrobić  tym 
wszystkim ludziom rentgena. Nie możemy wykonać kroku, który by wskazał obcym, że jeste-
śmy na ich tropie... Stąd nasze centrale zlokalizowaliśmy w tych bunkrach, stąd ograniczone 
środki, konieczność fałszywych informacji o naszych „badaniach” wobec zwierzchników... — 
atak kaszlu przerywa oficerowi. Łyk piwa jednak przywraca mu mowę. 

—  Czy  podejrzenia  wobec  pułkownika  są  pewne...  śmierć  ministra  to  mógł  być  tylko 

background image

zbieg okoliczności? — pyta Martin. 

—  Parę  lat  temu  zdarzyła  się  ciekawa  sprawa.  Pułkownik,  wówczas  jeszcze  major, 

uczestniczył w obławie przeciwko gangsterom. Brałem udział w tej akcji, widziałem też, jak 
ugodził go pocisk w czoło. 

— I nie zabił? 
— Nawet nie drasnął, odbił się rykoszetem i zranił jednego z funkcjonariuszy schowa-

nego za ścianą. 

— Już wcześniej doszedłem do wniosku — wtrąca Morris — że obcy, sami nieśmierte-

lni,  zadbali  o  swe  ludzkie  skafandry.  Pokryli  je  warstewką  niewidocznego  tworzywa.  My 
nazywamy je żartobliwie „żywym teflonem”... Nosicieli nie można zabić ani zranić. Prawdo-
podobnie wyjątek stanowią ręce. Za często trzeba je podawać. 

— Czyli badanie lekarskie mogłoby... — ożywia się Volontier. 
—  Zapewne  tak.  Ale  jak  je  wykonać,  zwłaszcza  że  pozostał  nam  zaledwie  tydzień,  a 

podejrzenia dotyczą głównie osób wysoko postawionych? 

Zapada cisza. Gdzieś z głębi bunkra dociera nieprzerwana wibracja maszynerii. 
—  Dlaczego  mnie  tu  zaprosiliście?  —  ponawia  swoje  pytanie  Martin.  Omikron  robi 

kolejnego drinka. 

— W sytuacji obecnej chwytamy się wszelkich środków. Tradycyjna nauka niewiele się 

przydaje. Może pomoże fantazja. Jest pan znany jako gejzer pomysłów. 

— Ale tylko powieściowych. 
— A czymże nasza sprawa różni się od powieści? Chcemy, żeby pan myślał. Fantazjo-

wał.  Zaproponował  tysiąc  jeden  projektów  jak  najbardziej  nieprawdopodobnych...  Oczywi-
ście nie za darmo. 

— A jeśli nic nie wymyślę? 
— Spróbujemy czegoś prymitywnego. Moi ludzie palą się do dzieła, aby jako terroryści 

zbadać wytrzymałość rozmaitych osobistości. 

W głosie oficera brzmi pełna determinacja. Volontier wierzy, że Omikron jest gotów na 

wszystko. 

— Ile mam czasu? — pada suche pytanie. 
— Powiedzmy 48 godzin. Do motelu podrzucimy panu komputer z bankiem wszystkich 

pomysłów, jakie dotąd powstały. Ma je zarejestrowane. Na razie jednak nowe koncepcje musi 
wymyślać człowiek... 

— Tylko dwie doby? Skoro pozostał jeszcze tydzień... 
—  Pojutrze  mamy  tu  naradę  naszego  prywatnego  sztabu.  Musimy  podjąć  decyzję  i 

przystąpić do działania. 

— Czy mógłbym w takim razie otrzymać informacje o wszystkich podejrzanych? 
—  Pojutrze  —  uśmiecha  się  Omikron.  —-  Teraz  chodzi  nam  o  pomysły  teoretyczne. 

Jeśli pan sobie życzy, proszę, oto dossier pułkownika. Nic ciekawego poza informacją, że w 
wieku 25 lat uległ wypadkowi samochodowemu. 

— A więc nie był wtedy pokryty „żywym teflonem”! 
— Widać jeszcze nie był. Z kraksy pozostała mu duża blizna na lewej części pleców... 

Zaraz  za  prawym  płucem...  Na  jakichś  manewrach  przed  laty  ściągnął  koszulę...  Ktoś  sfoto-
grafował. 

Kiedy w pół godziny później literat opuszcza leśniczówkę, major ściska go kordialnie. 
— Wierzymy w pana! To będzie najciekawsze zadanie literackie, o jakim kiedykolwiek 

słyszałem. 
 

Przy  recepcji  westchnął  na  temat  kłopotów  z  naprawą  samochodu,  który  prawdopodo-

bnie  przedłuży  jego  pobyt  o  całą  dobę,  wcześniej  pod  błahym  pozorem  zlecił  mechanikowi 
rozebrać  silnik.  Przy  barku,  mijając  dziewczynę  w  dżinsach,  popijającą  przez  słomkę  jakąś 

background image

dziwaczną amarantową ciecz, lekko się ukłonił. Odpowiedzią było wyszczerzenie olśniewają-
co białego uzębienia. Ładna szelma! 

Pokój  znajdował  się  na  pierwszym  piętrze  i  nosił  numer  trzynasty.  Czerwone  kotary 

harmonizowały z jasną tonacją widać niedawno położonych tapet. Martin Volontier wziął się 
do pracy. Kartka po kartce notował, czasem rysował, konsultował się z komputerkiem, który 
bezładnie odpowiadał, jaki pomysł wykoncypował Stanisław Lem w 61, a Kurt Vonnegut w 
74  roku.  Zatopiony  w  myślach,  nie  zauważył  nawet,  jak  otworzyły  się  drzwi.  Zwłaszcza  że 
zamknął je od wewnątrz. Puszysty dywan stłumił kroki. Zorientował się dopiero, gdy poczuł, 
jak jego karku dotknęła czyjaś ciepła dłoń. 

— To tylko ja — powiedziała dziewczyna w dżinsach. Tym razem nosiła jakieś bardzo 

luźne kimono. — Myślałam, że poczuje się pan samotny w taką noc. 

—  Pracuję  —  powiedział  cierpko,  mimowolnie  wpatrując  się  w  krzywizny,  które 

półprzezroczysty  peniuar  raczej  uwydatniał  niż  zakrywał.  Teraz  dziewczyna  wydała  mu  się 
znacznie starsza niż tam, przy barze. — Kto panią tu przysłał? 

— Mam na imię Julia — powiedziała szeptem. 
— Michael — odburknął. 
—  To  chyba  na  drugie,  mistrzu  Volontier  —  roześmiała  się.  —  Ale  jeśli  nasza  znajo-

mość ma mieć charakter aż tak oficjalny i ja się ujawnię... porucznik Delta. Wiem, wiem, wy-
glądam raczej na markietankę, ale naprawdę jestem ze sztabu majora Omikrona. Mam czuwać 
nad tobą i udzielać wszelkiej stosownej pomocy. Wszelkiej! — podkreśliła. 

Przez moment zastanawiał się, czy nie jest to pułapka. 
— Czy mam ci opisać wewnętrzny układ bunkra pod leśniczówką, aby pozyskać twoje 

zaufanie, czy wystarczy, jeśli pójdę wziąć kąpiel...— A widząc jego lekkie osłupienie dodała: 
— Nie robię z seksu misterium ani tematu długotrwałych negocjacji, idę do łóżka, z kim chcę 
i kiedy chcę. 

Zaczerwienił się. 
—  Zostało  mi  38  godzin  i  każda  minuta  jest  droga,  Julio.  Jak  skończę  z  kosmitami, 

chętnie przystąpię do spraw ziemskich. 

—  To  się  nazywa  charakter  twórczy,  nie  bez  powodu  nazywają  cię  tytanem  pracy  i 

gigantem wstrzemięźliwości. Nie jesteś przecież żonaty? 

— Nie. 
— A pozwolisz sobie zrobić kawy? 
— Oczywiście. 
Miała  jeszcze  dużo  czasu,  by  podziwiać  jego  hart  i  wytrzymałość.  Nie  zmrużył  oka, 

wypił 55 kaw, wypalił zagajnik marlboro zapisując dwie ryzy papieru. Nie rezygnując z obo-
wiązków  gosposi  Julia  zdrzemnęła  się  ze  cztery  razy,  dla  relaksu  obiegła  kilkadziesiąt  razy 
motel,  wypiła  kilka  drinków.  Drugiej  nocy  nad  ranem,  kiedy  sen  miała  lekki,  Martin  nagle 
wstał  od  stolika,  obszedł  parę  razy  pokój  przypatrując  się  śpiącej,  potem  usiadł  obok  niej, 
poczuła  dłoń  autora  przesuwającą  się  po  jej  gołych  ramionach,  piersiach.  Chwyciła  go  obu-
rącz i przyciągnęła. Musnął ustami jej wargi i wstał. 

— Nie teraz! Muszę zapisać pewien pomysł. 
Świtało. Krawędź boru wyrzynała się z jednolitej czerwieni. 

 

W południe minęła czterdziesta siódma godzina pracy. Martin zebrał papiery. Wnioski 

pozakreślał czerwonym flamastrem. Julia zaglądała mu przez ramię, ale niewiele mogła wy-
wnioskować z gmatwaniny skrótów, strzałek i nazw. 

— Masz coś? — spytała. 
— Starczyłoby na biblioteczkę. Pójdziesz ze mną do bazy? 
— Oczywiście. 
Ruszyli  w  stronę  jeziora.  Właśnie  zza  szańców  chmur  wyjrzało  słońce.  Było  jednak 

background image

dość  chłodno.  Volontier  musiał  być  zadowolony  z  wyników,  pogwizdywał  bowiem  i  parę 
razy przygarnął dziewczynę do siebie. 

— Zgaduję, że masz jakiś szczególnie ulubiony wariant. 
— Chyba tak. 
— A możesz mi go opowiedzieć? 
— Teraz mogę. 
— No więc? 
—  Pomysł  numer  24  b.  Nazwałem  go  pułapką.  Wiedząc,  że  pułkownik  jest  kosmitą, 

należałoby  go  poddać  dyskretnej  inwigilacji,  a  następnie  poinformować  o  akcji  Omikrona. 
Prawdopodobnie spróbowałby skonsultować się z resztą. Ich siły telepatyczne działają z pełną 
mocą dopiero, gdy zostaną uporządkowane w jedno. 

Przerwał, wpatrywał się w niebo. I dostrzegł. Maleńką kreseczkę nad horyzontem. 
— Padnij! 
Usłuchała.  Biaława  smuga  przecięła  niebo,  docierając  do  drugiej  strony  jeziora.  Ogłu-

szający huk dobiegł do  nich chwilę później, równocześnie z wykwitem burzy dymu i ognia. 
Ziemia zadrżała. Od podmuchu wyleciały wszystkie szyby w motelu. 

— Co to? — krzyknęła. 
— Chyba odkryli nas... Zaczekaj! 
Ścieżką wokół jeziora Julia pognała w stronę, gdzie powinna znajdować się leśniczów-

ka.  Po  co?  Nie  powinno  zostać  z  niej  śladu.  Przy  precyzyjnym  uderzeniu  nie  ostały  się  i 
najniższe  poziomy  bunkra.  Volontier  zawołał,  a  potem  pobiegł  za  dziewczyną.  Dróżka  była 
kręta. I naraz! 

Rozstępowanie  się  ziemi  pod  nogami  jest  bezwzględnie  uczuciem  głupim.  Martin  wy-

winął koziołka i wylądował na dnie głębokiego dołu o stromych ścianach. Zaklął. 

Nad krawędzią ukazały się twarze Omikrona, Morrisa, Julii. 
—  Wariant  24  pułapka  —  powiedziała  porucznik  Delta.  —  Zachowuj  się  spokojnie, 

Michael, Martin, czy jak naprawdę nazywają cię w twojej galaktyce. 

Milczał, a jego mózg pracował gorączkowo. 
— Jesteście jak ludzie. Naiwność i przesadna pewność siebie. Wasza rakieta uderzyła w 

atrapę bunkra... — powiedział profesor — a my mamy wszystkie twoje kontakty. 

— Kontakty? Jesteście w błędzie, bierzecie mnie za kogo innego. Julia była ze mną cały 

czas i wie, że się z nikim nie kontaktowałem. 

—  Kolejny  błąd.  Nie  zorientowałeś  się,  że  pokój  numer  13  był  jedną  wielką  komorą 

czujnikową, nastawioną na wyłapywanie wszelkich emisji twego organizmu. Udając, że my-
ślisz, nadawałeś sygnały. Ustaliliśmy falę łączności biologicznej i mamy wszystkich osiemna-
stu twoich kumpli, bo były jednak dwa lądowania! 

— Nic wam to nie da, jesteśmy nieśmiertelni — krzyknął ochryple. 
— To rzecz do dyskusji technologicznej — odpowiedział Omikron. 
Rozległ się dziwny dźwięk, ni to huragan, ni plusk, i nad krawędziami dołu pojawiły się 

wirujące  paszcze  betoniarek.  Niagary  szarawego  błota  chlusnęły  w  dół.  Pisarza  ogarnęło 
przerażenie. 

— Chcecie mnie tym zalać? 
—  Tak,  uwięzić  niczym  muchę  w  bursztynie.  Tyle,  że  żywego.  Na  wieczność,  chyba 

jednak nie potrafisz się obywać bez pożywienia. 

— Zostaniecie zniszczeni!!! 
— Spróbuj połączyć się z kumplami. Są w podobnej sytuacji. I pułkownik, i sztabowcy, 

nawet prokurator generalny. 

Targnęła nim fala nagłego podniecenia, przechodzącego w zniewalającą bierność.  
— Sięgasz po broń telepatyczną? — roześmiał się Morris. — To nic nie da! Betoniarki 

są tak zaprogramowane, że nikt z nas nie może ich wyłączyć... 

background image

Zresztą strach już owładnął mózgiem Volontiera. Ubezwłasnowolniające promieniowa-

nie osłabło. 

— Popełniacie błąd, cholerny błąd — bełkotał. — Owszem, przyznaję, mieliśmy przy-

gotować inwazję, ale wyłącznie dla waszego dobra... 

Z urywanych zdań przebijała szczerość. Grał czy mówił prawdę? 
—  Od  dawna  obserwowaliśmy  Ziemię.  Jedyną  planetę  istot  prawie  rozumnych  w  tej 

części galaktyki, pełną wewnętrznych sprzeczności i konfliktów sterujących nieuchronnie ku 
zagładzie. Jakiś czas temu nasza rejonowa baza na jednym z księżyców (ugryzł się w język, 
później  dowiedziono,  że  chodziło  o  satelitę  Jowisza)  zdecydowała  interweniować.  Przejąć 
komisaryczny zarząd nad Ziemią, uporządkować jej sprawy. Jesteście zapóźnionym i mocno 
zdefektowanym  gatunkiem,  ale  chcieliśmy  wam  pomóc...  Zlikwidować  wojny,  choroby, 
śmierć, dać wam... 

—  Sądzisz,  że  Ziemianie  wytrzymaliby  taką  okupację,  nawet  dla  swego  dobra?  Zbyt 

często próbowano uszczęśliwiać nas na siłę! 

Volontier po pas w płynnym cemencie usiłował wspiąć się na ścianę, daremnie, piasek 

usuwał mu się pod palcami. 

—  Wstrzymajcie  betonowanie!  Nie  macie  prawa  zamykać  mnie  na  wieczność  w  tym 

dole! Nie umrę, pogrążony w letargu będę... Ludzie!!! 

Płynna masa sięgnęła mu po pierś. Krzycząc nieartykułowane słowa (może zresztą była 

to jego prawdziwa mowa), rozerwał kurtkę i koszulę. Patrzący z tyłu mogli widzieć wyraźnie 
dużą  bliznę.  W  pewnej  chwili  niektórym  wydało  się,  że  blizna  pęka,  a  z  rany  wynurza  się 
zielonkawy ryjek. W tym momencie jednak część ziemi osunęła się w głąb dołu. Szarawa fala 
przykryła autora. Chwilę trwało szamotanie pod powierzchnią... 

Betoniarki warczały miarowo. 

 

Dziennikarzom  pozostawiamy  relację,  co  działo  się  dalej  po  samowolnej  akcji  majora 

Omikrona,  który  na  własną  rękę  wyeliminował  kilkunastu  czołowych  prominentów,  zresztą 
unieszkodliwiając  ich  różnymi  dowcipnymi  metodami.  Wspomnijmy  tylko,  że  wkrótce, 
zamiast  wyroku  sądu  wojskowego,  sypnęły  się  na  niego  i  resztę  spiskowców  odznaczenia, 
nagrody i zaszczyty. W tak zwanym międzyczasie obserwatoria doniosły o nagłym zatrzyma-
niu  się  świetlistych  plamek,  a  następnie  stopniowym  wycofaniu.  Zresztą  konflikty  między-
narodowe, epidemia cholery w Iranie i fala samobójstw w Skandynawii odwróciły uwagę od 
całej afery. 

Tylko  krasnolicy  mechanik  samochodowy,  mimowolny  uczestnik  dramatu,  który  od 

pewnego czasu przerzucił się na pisanie nowel fantastycznych, opowiada, że przynajmniej raz 
do roku do motelu przyjeżdża wytwornie ubrana dama, a następnie z wiązanką kwiatów udaje 
się do lasu, gdzie podwójne zasieki pod prądem otaczają betonową plombę w leśnym poszy-
ciu. 
 
 
 
 

Marek Dryjański 

 

Instrukcja rejsowa, punkt 13 

 
 

Minął strefę burz magnetycznych nad granicą Enklawy. To ostatnie okrążenie. Za kilka-

naście minut fotografie w mnemotronie we wszystkich zakresach, dla których atmosfera jest 
przenikliwa,  obejmą  cały  obszar  planety.  Ekrany  wizjerów  ukazywały  oddalający  się  żółty 

background image

ogrom, ostrą linię granicy Enklawy i poza nią urozmaicony, prawie ziemski krajobraz. Przej-
rzał jeszcze raz wyniki obserwacji — większą część powierzchni planety otaczała gęsta atmo-
sfera o temperaturze dwustu stopni, złożona głównie z siarkowodoru i dwutlenku węgla. Istne 
piekło. Enklawa zajmowała kilka procent powierzchni, atmosfera nad nią składała się z azotu, 
tlenu  i  argonu,  a  ciśnienie  i  temperatura  były  nieznacznie  wyższe  niż  na  Ziemi  w  okolicach 
równikowych. Warunki dobre nawet dla wymagających ziemskich roślin wyższych. Od razu 
zdecydował się na lądowanie właśnie na terenie Enklawy. 

Upłynęły  trzy  dni  od  obudzenia  go  z  hibernacji.  Za  mało,  żeby  samotność  zaczęła  do-

kuczać, zwłaszcza że cały  czas wypełniała mu  praca.  Godzinami porównywał zebrane przez 
siebie  dane  z  informacjami  przekazanymi  przez  sondy  Ahmeda.  Parę  razy  złożył  nawet 
odwiedziny w jego statku krążącym wokół Czwartej. Statek Ahmeda był pusty. 

To  miała  być  ostatnia  jednoosobowa  wyprawa.  Co  prawda,  program  eksploracji 

pierwszej  strefy  —  najbliższych  okolic  Słońca  —  przewidywał,  że  Ahmed  będzie  ostatnim 
samotnikiem. On wyleciał tylko dlatego, że Ahmed po zgłoszeniu lądowania na Czwartej nie 
wysłał  —  jak  przewidywała  instrukcja  rejsowa  —  kolejnej  sondy  informacyjnej.  Podczas 
lądowania zawiódł albo człowiek, albo urządzenia. 

Najprawdopodobniej oznaczało to tragiczny koniec — awaria albo siła wyższa. Ahme-

da pamiętał jeszcze z czasu przygotowań ogólnych. Być może będzie mógł mu pomóc. 

Minął granicę Enklawy.  Zamigotały wskaźniki napięć pancerza i rozjarzył się sygnali-

zator modułu ogólnego nawimatu. Wcisnął kasetkę z programem i na głównym ekranie uka-
zała się kompletna już mapa Enklawy. Wprowadził dodatkowy program wyszukujący miejsca 
charakterystyczne. Było prawie pewne, że tak samo postępował Ahmed i że wybierze to samo 
miejsce lądowania co on. 

Z  listy,  która  pojawiła  się  na  ekranie  po  kilku  sekundach,  wybrał  płaskowyż  na  skraju 

Enklawy.  Ciśnienie  przy  powierzchni  było  tu  wyraźnie  wyższe  —  1,5  atmosfery,  analiza 
spektralna  wykazywała  obecność  roślin,  a  przynajmniej  czegoś,  co  selektywnie  pochłaniało 
światło o długości fali odpowiadającej chlorofilowi i kilku innym związkom chemicznym. 

Wciśnięcie klawisza potwierdziło, że nawimat również wybrał to miejsce, więc pominą-

wszy procedurę wyjaśniającą, rozpoczął przygotowania do lądowania. Gdy nawimat zasygna-
lizował  gotowość,  przeszedł  do  kapsuły  lądownika.  Kokon  otulił  go  szczelnie,  zostawiając 
miejsce  tylko  na  twarz  i  dłonie.  Rozbłysnął  górny  ekran,  obraz  statku  międzygwiezdnego 
malał,  w  końcu  zamienił  się  w  świetlny  punkt.  Przyspieszenie  dwa  i  pół,  zgodne  z  wyświe-
tlaną na dolnym ekranie proporcją między siłą ciągu silników a aktualną masą. Odległość od 
powierzchni — dziesięć kilometrów i wciąż ani śladu atmosfery. 

Odległość  osiem  —  wstrząs,  migotanie  sygnału  alarmu,  obezwładniające  przeciążenie, 

ekrany  czarne,  nagłe  uczucie  lekkości  —  chyba  niewiele  ponad  jeden,  oświetlenie  gaśnie, 
potoki naturalnego światła wlewają się przez wizjery optyczne. 

To  mogło  oznaczać  tylko  jedno:  nie  ma  powrotu.  W  kapsule  załogowej  opadnie  na 

powierzchnię według praw aerodynamiki i tam będzie musiał pozostać, być może przez wiele 
lat, w oczekiwaniu na pomoc. Automatyczne zabezpieczenia odrzuciły od kapsuły załogowej 
resztę lądownika wraz z silnikami i zbiornikami paliwa. Gdzieś w dole bezwładna masa pło-
nęła  jak  meteor,  by  nawet  nie  dosięgnąć  powierzchni.  Ahmed  mógł  pomyśleć,  że  to  awaria, 
przypadek losowy, ale teraz można było mieć pewność — bariera otaczała Enklawę także od 
góry. 

Pierwsza  wielka  wyprawa  przybędzie  za  kilka  lat  i  chyba  będą  mogli  z  nią  wrócić. 

Wyobraził  sobie,  że  tam  na  dole  czeka  na  niego  Ahmed  i  że  razem  zaczekają  na  wyprawę 
wieloosobową, która będzie miała szanse rozwiązać tajemnicę bariery. 

Układy  mechaniczne  prawdopodobnie  działały,  ale  pamięć  wszystkich  urządzeń  była 

już białą plamą. Tak silne pole magnetyczne jak to, które tworzyło barierę, musiało zniszczyć 
wszystkie  urządzenia  elektroniczne.  Fizycznie  wyglądały  tak  samo  jak  dotąd,  ale  były  już 

background image

bezwartościowe. 

Wstrząs przy lądowaniu był słaby. Awaryjny spadochron złożył się. 
Trzeba się zastanowić, co dalej. Jak odszukać Ahmeda i przeżyć te kilka lat. 
Miał  do  dyspozycji  łazik  z  izotopowym  silnikiem,  filtry  umożliwiające  oddychanie 

tlenem z atmosfery, zapasy wody i żywność na miesiąc. 

Pamięć nawimatu była niedostępna — świadczyła o tym wygasła tablica łączności. 
Analizator  potwierdził  skład  atmosfery  podany  przez  nawimat  podczas  pierwszego 

okrążenia  planety.  Prawdopodobnie  można  tu  będzie  oddychać  nawet  bez  filtrów.  Zresztą  i 
tak na zabezpieczenie biochemiczne śluzy nie można liczyć — za dużo było tam elektroniki. 
Może spróbować od razu. 

Po namyśle włożył jednak skafander eksploracyjny.  Z wysiłkiem odkręcił klapę śluzy. 

Gdy po przejściu do komory otworzył luk zewnętrzny, nawet nie odczuł uderzenia powietrza 
— ciśnienia były prawie jednakowe. Przed gorącem chronił go skafander. Zeskoczył na zie-
mię i obejrzał kapsułę z zewnątrz. Klapę od komory łazika otworzył bez trudu. Po odbloko-
waniu zaczepów wsiadł do kabiny łazika i wyjechał nim na zewnątrz. 

Przed podjęciem decyzji, co robić dalej, powtórzył w myśli instrukcję rejsową. 
Podczas przygotowań ogólnych wielokrotnie przedstawiano im różne hipotetyczne sytu-

acje.  Na  każdy  z  trzynastu  punktów  instrukcji  rejsowej  były  setki  testów  interpretacyjnych. 
Testy  dotyczyły  każdego  z  punktów  instrukcji  —  oprócz  trzynastego.  Ten  stanowił  chyba 
odpowiednio brzmiące zakończenie i nie było potrzeby zakładać możliwości jego zastosowa-
nia. Jednak, powtarzany tyle razy, tkwił w każdej szarej komórce tak samo jak dwanaście po-
zostałych.  Postępowanie  pilota  było  określone  przez  instrukcję  i  nawyki  wyrobione  podczas 
szkolenia w sposób nie pozostawiający praktycznie żadnej swobody. Aby przeżyć więcej niż 
miesiąc,  należało  znaleźć  wszystkie  niezbędne  minerały  i  sposobem  Robinsona,  korzystając 
tylko  z  prostych  narzędzi  i  silnika  łazika,  skonstruować  syntetyzator  pożywienia  lub  zbudo-
wać szklarnię do hodowli i urządzenie do przerobu glonów. 

Liofilizowana kolonia chlorelli tkwiła w stalowej kuli zamocowanej w lądowniku. 
Ekrany  —  radarowy  i  noktowizyjny  —  były  martwe.  Każdy  element  pamięci  każdego 

układu  elektronicznego  został  wyzerowany  podczas  przejścia  przez  barierę.  Bez  systemu 
operacyjnego, też zapisanego w elementach pamięci, wszystkie te urządzenia były do wyrzu-
cenia.  Następna  wyprawa  —  wieloosobowa  —  będzie  miała  już  submolekularne  elementy 
pamięci. Przynajmniej w niektórych urządzeniach. Będą mogli nawet tu, na miejscu, zbudo-
wać  chemiczną  rakietę  nośną  i  wydostać  się  na  orbitę.  Czy  będą  mogli  zlikwidować  barierę 
— wątpił w to. Bariera ograniczająca Enklawę była albo cudem przyrody, albo dziełem tech-
niki co najmniej o kilkaset lat bardziej zaawansowanej niż ziemska. 

Na razie musiał sobie radzić sam. Przełknął pastylki odżywcze i kilka łyków nektaru. 
Łazik  pędził  do  widocznego  na  horyzoncie  pomarańczowego  wzniesienia,  miażdżąc 

skłębione  sznury  szarozielonych  i  pomarańczowych  roślin  leżących  na  ziemi.  Niektóre 
pękały,  wyrzucając  chmury  drobnego  proszku  —  prawdopodobnie  zarodniki.  Na  zbadanie 
tutejszego życia biologicznego będzie miał dość czasu, na razie musiał zadbać o własne. 

Wzniesienie było już znacznie bliżej, lecz jakby zbladło. Mogło to oznaczać, że znalazł 

się  wewnątrz  pomarańczowej  strefy,  lecz  wciąż  w  pewnej  odległości  od  centrum.  Żadnych 
zbiorników  wody,  jezior,  rzeczek  nie  dostrzegł.  Jeżeli  ze  wzniesienia  też  nic  nie  zauważy, 
trzeba będzie zdecydować się na budowę agregatu do skraplania wody z powietrza. Strata co 
najmniej  dwóch  dni,  jeżeli  znajdzie  bez  trudu  wszystkie  potrzebne  minerały.  Jeżeli  nie  — 
utraci szansę przeżycia. 

Z  boku  zamigotała  błękitna  tafla.  Skręcił  w  jej  stronę.  Tafla  znikła.  Przejechał  jeszcze 

kilkaset metrów — na oko tyle dzieliło go od zbiornika wody — albo mirażu. Teraz nie było 
widać nic. Wysiadł z łazika i rozejrzał się uważnie. 

Prawie pod nogami, na splocie roślin, leżał błękitny przedmiot nieregularnego kształtu. 

background image

Odniósł wrażenie, że to właśnie przedmiot, wytwór, a nie roślina czy bryła minerału. Schylił 
się,  wziął  w  ręce  —  chyba  jednak  roślina.  Szkoda  czasu.  Chciał  rzucić  ją  z  powrotem  na 
ziemię, ale przykleiła się do rękawicy skafandra. Z wysiłkiem oderwał ją drugą ręką. Z jednej 
strony  ociekała  śluzem.  Przedtem  była  gładka  i  sucha.  Wsiadł  znowu  do  łazika.  Po  kilku 
godzinach pomarańczowych odblasków nie było już widać, za to stromizna wyraźnie zmalała. 
Widocznie wierzchołek już niedaleko. 

Nagle rzuciło go do przodu. Hamowanie awaryjne — czujniki mechaniczne coś wykry-

ły. Później chwila nieważkości — nie dłuższa niż dwie sekundy. Jeszcze później — upadek. 
Dzięki amortyzatorom łazika nie skręcił karku. Dotknął ręką miejsce uderzenia — skafander 
był rozerwany. Odczucie gorąca przestało być bolesne, potem rozpłynęło się. Po zastanowie-
niu zrzucił skafander, pozostając tylko w szortach. 

Był w dole o stromych ścianach i średnicy kilkuset metrów. W środku błyszczało małe 

jeziorko — zwykła, ciepła woda, znośna w smaku. Teraz środki ostrożności nakazane przez 
instrukcję ogólną na planetach aktywnych biologicznie nie miały już sensu. 

Obchodząc  jeziorko  dookoła,  zauważył  czarną  stertę  przy  przeciwległym  krańcu  dołu. 

Zanim mógł rozpoznać kształty, wiedział już, co to jest. 

Zwłok  w  środku  nie  było.  A  więc  dotychczas  postępował  dokładnie  jak  Ahmed.  To 

można  było  przewidzieć  —  identyczne  wyposażenie,  identyczny  program  szkolenia.  Tak 
samo  jak  Ahmed  musi  teraz  oddychać  nie  filtrowanym  powietrzem,  jeść  tutejsze  rośliny.  Z 
jedną różnicą — zamiast wracać do własnego lądownika, będzie szukać lądownika Ahmeda. 

Mozolnie wgramolił się na zbocze. Gdy był już na górze, stanął, by trochę odpocząć, i 

wtedy poczuł ha plecach dokuczliwe swędzenie. Dotknął swędzącego miejsca — nie przynio-
sło to ulgi, przeciwnie, swędzenie stało się tak silne, że nie panował nad sobą — położył się, 
tarzał, słońce widział jako ogniste koło. Nieforemna, błękitna bryła, .jaką już poznał, przykle-
iła  mu  się  do  uda.  Chciał  ją  oderwać,  zejść  do  szczątków  łazika,  odszukać  apteczkę,  zrobić 
cokolwiek, by nie odczuwać bólu, który piekł już nie tylko skórę, lecz ogarniał wnętrzności. 
Spróbował wstać, lecz w tym momencie przed oczami zamigotały czerwone koła, ból ustąpił, 
ogarnęła go senność... 

Słońce  wisiało  tuż  nad  horyzontem.  Jeżeli  zasnął,  przespał  ponad  dwadzieścia  godzin. 

Jeżeli  tylko  stracił  przytomność  —  dwie  lub  trzy.  Ani  śladu  bólu  lub  innych  dolegliwości. 
Wstał,  przeciągnął  się.  Na  plecach,  na  wysokości  nerek,  odczuwał  coś,  ale  nie  było  to  bole-
sne, dotknął tego miejsca ręką — nic. Po namyśle zszedł do wraku łazika, wyciągnął torbę z 
żywnością, zapakował tam dodatkowo całą apteczkę. Skierował się do wraku łazika Ahmeda. 
Nie było w nim ani żywności, ani apteczki. Zauważył ponadto, że jedna z płyt osłony silnika 
była  wymontowana  i  stała  z  boku,  oparta  o  pojazd.  Czyżby  Ahmed  próbował  wymontować 
silnik? 

W  kabinie  znalazł  jeszcze  coś.  Klisze  o  niskiej  czułości  przeznaczone  do  rejestracji 

promieni gamma. Przyniesione zapewne z rejestratora lotu. Na pierwszych dwóch były tylko 
bezkształtne białe plamy. Na trzeciej i czwartej — zarys środkowej części ciała człowieka z 
białymi plamami nie uszkodzonych kości. A więc Ahmed prześwietlał się. 

Szedł  szybko  przypuszczalną  trasą  Ahmeda  —  spodziewając  się  znaleźć  na  jej  końcu 

jego lądownik. Godzina, dwie, słońce wschodziło coraz wyżej. Zaczął biec. Biegł godzinami, 
nie odczuwając zmęczenia. Przypadkowo zobaczył, że jego lewa ręka ocieka krwią. Nie czuł 
bólu. Uszczypnął się — nie czuł nic. Z przerażeniem uderzył się mocno w brzuch, w pierś — 
nie czuł nic. Usiadł, prawie momentalnie ogarnął go sen. 

Głód. Ocknął się, gdy było jeszcze ciemno. Wyjął z torby wszystkie pastylki odżywcze, 

przełknął je po kolei, wypił cały pojemnik nektaru. Ta porcja powinna wystarczyć na tydzień. 
Po chwili zasnął znowu. 

Słońce nisko nad horyzontem. Znowu obudził go głód. Nie miał pojęcia, jak długo spał, 

rozejrzał  się  wokół,  podniósł  z  ziemi  i  obejrzał  kłącze  rośliny,  ale  nie  mógł  zmusić  się  do 

background image

jedzenia. Kłącze było poprzerastane zwojami innych, obcych roślin, grubymi nitkami. Z bli-
ska zobaczył, że niektóre z tych nitek poruszały się. Zycie biologiczne było tu co najmniej tak 
samo agresywne, jak w ziemskich tropikach — pasożyty, saprofity, walka o wodę i substancje 
odżywcze. Aż dziwne, że dotąd nie uległ infekcji. 

Nagle ogarnęły go wątpliwości. To swędzenie, ból, zadziwiająca zdolność do szaleńcze-

go  biegu  i  zastanawiająca  żarłoczność.  Widocznie  nie  był  już  sobą  —  dzielił  władzę  nad 
swoim  ciałem  z  jakimś  tutejszym  gatunkiem,  dostatecznie  silnym  biologicznie,  by  uchronić 
go przed innymi pretendentami do pasożytowania na jego organizmie. 

Pomyślał,  że  stracił  bezsensownie  dużo  czasu  —  przecież  w  lądowniku  Ahmeda  nie 

znajdzie  już  nic  jadalnego,  Ahmed  wrócił  tam  i wszystko  zabrał.  Poszukał  wzrokiem  poma-
rańczowej poświaty i rzucił się biegiem w jej stronę. 

Gdy dobiegł do lądownika Ahmeda z żywnością zabraną z własnego pojazdu, było już 

ciemno. Zjadł tygodniową porcję, otworzył komorę rejestratora lotu, wyciągnął wszystkie nie 
naświetlone klisze i wybrał spośród nich te na promieniowanie gamma. 

Wiedział już, że w kilka minut po jedzeniu zaśnie. Zaczął gorączkowo szukać apteczki 

ze środkami pobudzającymi, ale nie zdążył. Sen nadszedł tym razem trochę szybciej. 

Obudził się za dnia. Szybko zjadł kolejną tygodniową porcję, już przedostatnią. Jak to 

się skończy? Czy będzie miotać się z głodu, tarzać, krzyczeć? 

Znalazł apteczkę i wstrzyknął sobie potrójną dawkę środka pobudzającego — poczwór-

nej by nie przeżył. W normalnych, ziemskich warunkach gwarantowało to, że nie zaśnie przez 
sześćdziesiąt godzin. Jak będzie tutaj, nie był pewien. Czekał. 

Minęło pięć, dziesięć minut, sen nie nadchodził. Za to poczuł ból, słaby, promieniujący 

z okolicy nerek po prawie całym ciele. Nitki bólu. jakby nerwy, układały się w sposób będący 
w sprzeczności z jego wiedzą o anatomii. Nie zaśnie. 

Wziął  ostatnią  porcję  żywności  i  pobiegł  w  stronę  wzniesienia.  Tam  znajdowały  się 

źródła promieniowania przenikliwego — silniki łazików. Nie musiał zdejmować płyt osłony. 
Ahmed już to zrobił. Gdy stanął przed odsłoniętym reaktorem, jedną z klisz umieścił za sobą i 
za postawioną pionowo płytą osłony. Później przewrócił płytę. Aby obraz był wyraźny, musi 
stać nieruchomo przez 10 minut. Ahmed musiał eksperymentować z odległością od reaktora i 
czasem naświetlania — dlatego obrazy na pierwszych kliszach były niewyraźne. Oprócz tego, 
dwa  miesiące  naświetlania  naturalnym  promieniowaniem  zatarły  szczegóły.  Jemu  udało  się 
już pierwsze zdjęcie. Jego gość miał już średnicę prawie dziesięciu centymetrów i był umiej-
scowiony w jamie brzusznej, przed nerkami. Ssawki sięgały prawie do kończyn i szyi. 

Pomyślał o następnej wyprawie załogowej — przeraził się na myśl, że mógłby pozostać 

przy życiu do czasu jej przybycia. 

Punkt 13 instrukcji rejsowej brzmiał następująco: „W przypadku, gdy nie można wyklu-

czyć, niebezpieczeństwa dla życia biologicznego Ziemi, pozostałe punkty instrukcji rejsowej 
ani żadne inne ograniczenia swobody decyzji załogi nie obowiązują”. 

W  tej  sytuacji  był  to  kategoryczny  nakaz.  Wymontował  jedną  płytę  osłony  silnika  i 

starannie  włożył  wszystkie  klisze  ze  zdjęciami  z  prześwietleń  pomiędzy  nie.  Odciągnął  to 
wszystko dalej od silnika. Powinny być wyraźne nawet za kilka lat. 

Nastawił  skalę  blastera  na  odległość  rażenia  pół  metra,  średnica  kuli  ognia  —  trzy 

metry.  Wymagało  to  zdjęcia  pokrywy,  ale  było  możliwe.  Skierował  wylot  blastera  na  swój 
brzuch i trzymając broń w wyciągniętych rękach nacisnął spust. 

Po  wybuchu  pozostała  silna  pomarańczowa  poświata,  widoczna  z  daleka.  W  świetle 

ziemskiego słońca byłaby chyba krwistoczerwona.  
 
 
 
 

background image

 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 

Maciej Parowski — Jeszcze raz TO SAMO! 

 

 

 

02 

 

INTRYGA 
Andrzej Drzewiński — Intryga 

 

 

 

 

 

03 

Grzegorz Babula — Klatka   

 

 

 

 

 

10 

Grzegorz Babula — R.I.P 

 

 

 

 

 

 

11 

Ryszard Holzer — józefiak story 

 

 

 

 

 

14 

 

KSZTAŁTY W CIEMNOŚCI 
Piotr Bondel — Kształty w ciemności  

 

 

 

 

15 

Zofia Beszczyńska — Miriel  

 

 

 

 

 

20 

Agnieszka Taborska — Sfinks 

 

 

 

 

 

23 

Zofia Beszczyńska — Srebrne zwierzęta 

 

 

 

 

23 

Adam Synowiec — Most 

 

 

 

 

 

 

24 

Eliasz S. Bonodorski — Taniec Postów 

 

 

 

 

28 

 

NOSICIELE 
Maciej Gałaszek — Nosiciele 

 

 

 

 

 

33 

Rafał A. Ziemkiewicz — Ciśnienie   

 

 

 

 

35 

Marcin Wolski — Wariant autorski   

 

 

 

 

45 

Marek Dryjański — Instrukcja rejsowa, punkt 13   

 

 

52