background image

Eugeniusz Buczyński 

 
 
 
 
 

Smutny wrzesień 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

OD AUTORA 

 
39 Pułk uformowany został w listopadzie 1918 roku we Lwowie w czasie walk prowadzonych z 

Ukraińcami  jako  2  Pułk  Piechoty  Strzelców  Lwowskich.  8  kwietnia  1919  roku  w  ramach 
reorganizacji pułk został przemianowany na 39 Pułk Piechoty Strzelców Lwowskich. W roku 1921 
pułk  został  skierowany  do  Jarosławia,  gdzie  bataliony  II/39  i  III/39  zajęły  koszary  przy  ul. 
Kościuszki, batalion I/39 kwaterował w Lubaczowie. 

Dzień 29 kwietnia był świętem pułkowym. W 1924 roku Polonia w Detroit ufundowała dla pułku 

chorągiew, którą w dniu święta pułkowego, 29 kwietnia, wręczył pułkowi przedstawiciel prezydenta 
Rzeczypospolitej  generał  broni  Lucjan  Żeligowski.  Marszem  bojowym  pułku  była  warszawianka. 
Orkiestra pułkowa posiadała w swoim składzie czterech fanfarzystów w historycznych mundurach z 
lat 1815-1831, płomienie (proporczyki) do fanfar ufundowali w 1932 roku kolejarze węzła PKP w 
Jarosławiu.  Fanfarzystów  w  marszu  poprzedzało  czterech  doboszów,  również  w  mundurach 
historycznych,  z  tarabanami.  W  kasynie  oficerskim  pułku  znajdowało  się  małe  muzeum,  były  tam 
obrazy batalistów polskich oraz militaria z I wojny światowej. Żołnierze, którzy przesłużyli w pułku 
dwa lata, otrzymywali odznakę pułkową, a ci, którzy przesłużyli dziesięć lat w pułku, otrzymywali 
sygnet z wyrytą odznaką pułkową. 

Pułk  wyruszył  na  wojnę  z  chorągwią  i  orkiestrą.  Brał  udział  w  walkach  nad  Dunajcem,  pod 

Birczą, Husakowem, Mołoszkowicami, Rzęsną Ruską, Hołoskiem Małym. 20 września, po nieudanej 
próbie  przebicia  się  do  Lwowa,  został  rozwiązany.  Dziwnym  zrządzeniem  losu  zakończył  walkę  z 
Niemcami na terenach swych pierwszych starć w czasie I wojny światowej. 

W 1939 roku byłem dowódcą kompanii w stopniu kapitana, a 31 sierpnia mianowany zostałem 

dowódcą łączności pułku. Z towarzyszami broni przeszedłem szlak bojowy od Dunajca do Lwowa. 

Wydarzenia  wojenne  notowałem  odręcznie  w  polowym  bloku  meldunkowym,  a  materiały  do 

wspomnień gromadziłem długo. Na całość złożyły się fakty, które widziałem i przeżyłem, niekiedy 
uzupełnione komentarzem, oraz wstawki dodane w późniejszym okresie. Starałem się obiektywnie i 
dokładnie, bez osobistych emocji, przekazać wszystko, odtworzyć nawet drobne szczegóły tamtych 
dni,  do  czego  przydały  się  zachowane  notatki  oraz  relacje  uczestników  i  świadków  opisywanych 
wydarzeń.  Pragnąłem  dać  przegląd  wysiłku  i  bohaterstwa  naszego  żołnierza  w  wojnie  obronnej 
1939 r., opisać jego trud i ofiarność. 

Choć od hitlerowskiego potopu minęło już ponad 40 lat, to wiadomości o wrześniu 1939 r. i jego 

znaczeniu dla koalicji antyhitlerowskiej są często mało znane. A przecież polski wrzesień odegrał 
ważną  rolę  w  ówczesnych  stosunkach  międzynarodowych:  zakończył  pokojowe  podboje  Hitlera. 
Polskie „nie” zmusiło naszych sprzymierzeńców na Zachodzie do wypowiedzenia wojny Niemcom i 
zapoczątkowało  formowanie  się  koalicji  antyhitlerowskiej  –  a  na  końcu  sprawiedliwość  dziejowa 
sprawiła, że Berlin został zdobyty przez armie słowiańskie. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ŻYCIE W GARNIZONIE 

 
 

Wiosna 1939 

W koszarach pułku 

Z  budynku  kasyna  garnizonowego  dochodzą  dźwięki  walca  Nad  pięknym,  modrym  Dunajem, 

słychać gwar głosów, okrzyki wodzirejów, to dobiega kresu zabawa karnawałowa dużego garnizonu 
w  małym  mieście  Jarosławiu.  Wdzierające  się  przez  zasłonięte  okna  światło  dzienne  przypomina 
rozbawionym  tancerzom  w  mundurach,  że  nadchodzi  dzień  pracy,  codziennych  ćwiczeń  i  zajęć 
koszarowych.  Kończono  więc  zabawę,  jak  zawsze  bywało,  białym  mazurem,  tańczonym 
rzeczywiście w białym świetle dnia. 

Przechodzące w tym czasie ulicą pobożnisie, spieszące na prymarię do pobliskiego kościoła OO. 

Reformatów,  by  tradycyjnie  w  Popielec  posypać  głowy  popiołem,  na  odgłosy  muzyki  i  gwar 
rozbawionych tancerzy żegnają się nabożnie i mówią: 

— Moja pani, tacy bezbożnicy to i świętego postu nie uszanują. 
— Moja pani, zobaczy pani, że za taką rozpustę przyjdzie kara boża. 
Już z pobliskich koszar 39 Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich grają trębacze skoczną pobudkę, 

wtórują im sygnałówki  sąsiedniego 3 Pułku  Piechoty  Legionów, a z daleka dochodzą niskie tony 
pobudki granej na skrzydłowce w tempie walca, wiadomo, pobudkę gra 24 Pułk Artylerii Lekkiej. Po 
pewnym czasie słychać niesiony wiatrem chóralny śpiew, to oddziały śpiewają poranną modlitwę 
Kiedy ranne wstają zorze.
 Teraz życie w garnizonie zaczyna wchodzić na tor twardej i codziennej 
pracy żołnierskiej. 
 

Wiosną  1939  r.  sytuacja  w  Europie  staje  się  coraz  bardziej  napięta.  Niemcy  hitlerowskie 

wysuwają  ciągle  nowe  żądania  –  ich  presji  ulega  Czechosłowacja,  wkrótce  Hitler  opanowuje 
Kłajpedę. Obiektem następnych ataków staje się Polska – sprawa Gdańska i korytarza nie schodzi z 
pierwszych szpalt wszystkich dzienników. W kwietniu III Rzesza wypowiada układ o nieagresji z 
Polską. 

Społeczeństwo  polskie  docenia  groźną  wymowę  tych  faktów,  wierzy  jednak  w  zapewnienia 

marszałka Rydza-Śmigłego, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi i nie oddamy nawet guzika od płaszcza. 

W tym czasie spóźnieni przechodnie, przechodzący ulicą Kościuszki obok koszar 39 Pułku, mogą 

zauważyć w oknach piętrowego budynku światła palące się do późnych godzin nocnych. To pracuje 
oficer  mobilizacyjny  pułku,  kapitan  Jakub  Szutt,  który  opracowuje  nowe  .wytyczne  elaboratu 
mobilizacyjnego.  Kapitan  jest  starym  żołnierzem  z  I  wojny  światowej,  odznaczonym  Krzyżem 
Walecznych, specjalistą w tym dziale, i cieszy się zaufaniem przełożonych. 

Waga  i  pilność  tych  zadań  musi  być  duża,  prace  są  wykonywane  bez  przerwy,  a  w  krótkich 

odstępach  efekty  są  sprawdzane  przez  dowódcę  piechoty  dywizyjnej  pułkownika  Bolesława 
Schwarzenberg-Czernego oraz dowódcę Okręgu Korpusu nr X generała Wacława Wieczorkiewicza. 
Takich kontroli nie pamiętają najstarsi oficerowie pułku. 

Elaborat mobilizacyjny oparto na tak zwanym planie „W”

*

, który zakłada, że część sił zbrojnych 

można  zmobilizować  niejawnie,  bez  ogłaszania  mobilizacji,  na  podstawie  powołania 
indywidualnego, oznaczonego odpowiednim kolorem karty. 

W niedługim czasie tajemnica prowadzonych prac zostaje ujawniona oficerom, którzy prowadzą 

dzienniki  „Mob”.  Oficerowie  ci  całymi  dniami  przesiadują  w  biurze,  wprowadzając  zmiany  w 
swoich  dziennikach.  Pilność  tych  prac  może  obrazować  choćby  fakt,  że  dowódcy  pododdziałów, 
którzy  muszą  być  obowiązkowo  każdego  dnia  w  terenie  ze  swoimi  kompaniami  na  ćwiczeniach, 
przesiadują teraz w referacie „Mob”. Wszyscy oficerowie, opracowujący te czynności, zobowiązani 
są do nieujawniania postronnym tego, co wiedzą i co robią. Coraz wyraźniej widać, że zbliża się 
wojna  –  potwierdzają  to  wydane  zarządzenia  przeglądu  uzbrojenia  i  sprzętu  zdeponowanego  w 
magazynach mobilizacyjnych pułku. 

                                            

*

 Nazwany od pierwszej litery nazwiska szefa oddziału I Sztaby Głównego pułkownika Józefa Wiatra. 

background image

Wobec grożącego niebezpieczeństwa całe społeczeństwo jest zespolone jak nigdy, nawet liczne 

partie polityczne zaprzestały swoich sporów, by popierać wysiłek obrony kraju. 

Powstaje Fundusz Obrony Narodowej (FON), na który składają wszyscy bez różnicy nie tylko 

pieniądze,  ale  nawet  pamiątki  rodzinne  w  postaci  starej  biżuterii  i  innych  rzeczy  wartościowych. 
Rozlepiono  plakaty  propagandowe  FON  przedstawiające  trzy  zespolone  lufy  armat  p-lotniczych 
skierowane  do  góry.  Inne  wyobrażają  płonącą  wieś,  nad  którą  krążą  trzy  samoloty  z  czarnymi 
krzyżami.  Przed  okienkiem  Funduszu  Obrony  Narodowej  widzi  się  przedstawicieli  wszystkich 
stanów. Taki jest powszechny zapał, że nawet dzieci szkolne otrzymane na zakup słodyczy grosze 
oddają na FON. Wieść niesie, że również więźniowie polityczni odsiadujący kary w Rawiczu zebrali 
między sobą pewną kwotę pieniężną na FON. 

W  pułku  odbywa  się  zebranie,  chodzi  o  składki  na  Fundusz  Obrony  Narodowej.  Przy  okazji 

odczytano  apel  Związku  Legionistów  wzywający  do  zbierania  datków  na  budowę  ogrodzenia  w 
posiadłości  marszałka  Piłsudskiego  w  Pikieliszkach  pod  Wilnem.  Wtedy  zabiera  głos  jeden  z 
oficerów  młodej  generacji,  człowiek  o  przekonaniach  sprzecznych  z  poglądami  i  mentalnością 
środowiska, w którym przebywa. Stwierdza, że jest przeciwny zbiórce na budowę płotu teraz, kiedy 
cały naród oddaje swoje grosze na Fundusz Obrony Narodowej. To wystąpienie popiera kapitan Jan 
Nanuaszwili, Gruzin: 

— Polska dała mi opiekę i przytułek, a teraz, kiedy jest w niebezpieczeństwie, nie mogę patrzeć na 

to spokojnie i budować płoty. 

Niepisany  zwyczaj,  że  jeden  uzasadniony  sprzeciw  obala  postawiony  wniosek,  sprawia,  że 

wniosek o zbiórce pieniężnej na budowę płotu upada ku niezadowoleniu starszych wiekiem oficerów, 
a  zwłaszcza  tych  pochodzenia  legionowego.  Starsza  generacja  nie  dostrzega,  że  w  okresie  naszej 
niepodległości wyrosło nowe pokolenie, któremu obce są mity legionowe. Wśród strzelców pułku 
szybko utworzono komitety żołnierskie, które przy wypłacie żołdu zbierają datki. 

Troskę  o  obronność  kraju  demonstrują  również  chłopi.  Podczas  tegorocznego  obchodu  święta 

Stronnictwa Ludowego rolnicy z powiatu jarosławskiego, przechodzący w pochodzie przez miasto, 
ciągną  drewniane  działo  z  wypisanym  hasłem:  „Żądamy  dozbrojenia  kraju  w  obronie 
przeciwlotniczej”. Różne urzędy, przedsiębiorstwa, szkoły, stronnictwa polityczne fundują  wojsku 
samochody,  CKM-y  oraz  inne  uzbrojenie.  Przekazywanie  sprzętu  odbywa  się  uroczyście,  z 
towarzyszeniem  orkiestry  wojskowej,  defilady  żołnierzy  oraz  patriotycznych  przemówień. 
Entuzjazm społeczeństwa jest ogromny, dochodzi do tego, że niektórzy ludzie, zwłaszcza ułomni, 
zgłaszają się na „żywe torpedy”, a nazwiska ich są ogłaszane w prasie. 

Jarosław  jest  siedzibą  dużego  garnizonu  wojskowego,  w  którym  stacjonują:  3  Pułk  Piechoty 

Legionów, 39 Pułk Piechoty Strzelców Lwowskich, 24 Pułk Artylerii Lekkiej, 10 Dywizjon Artylerii 
Konnej, Dywizyjna Szkoła Podchorążych Rezerwy, składnica intendencka, okręgowy sąd wojskowy, 
pluton  żandarmerii,  dziekanat  duszpasterstwa,  garnizonowa  izba  chorych  oraz  dowództwo  24 
Dywizji Piechoty. Dowództwo 24 Dywizji zajmuje olbrzymie budynki poklasztorne znajdujące się 
przy  kościele  farnym.  Dowódcą  dywizji  jest  pułkownik  dyplomowany  Bolesław  Krzyżanowski, 
niedawno przydzielony na to stanowisko, ogółowi żołnierzy mało znany. Wieść niesie, że jest chory i 
raczej  nadaje  się  do  leczenia  w  sanatorium  niż  dowodzenia.  Dowódcą  piechoty  dywizyjnej  jest 
pułkownik Schwarzenberg-Czerny, dusza człowiek, cieszący się poważaniem żołnierzy wszystkich 
stopni. 

39 Pułk Piechoty zajmuje koszary przy ulicy Kościuszki, w których kwateruje: dowództwo pułku, 

II  i  III  batalion,  kompania  armatek  przeciwpancernych  oraz  kompania  łączności.  Przy  kompanii 
łączności  funkcjonuje  stacja  psów  meldunkowych

*

,  panuje  bowiem  w  tym  czasie  moda  na  psy 

meldunkowe  jako  jeden  ze  środków  łączności.  Stary  ten  wynalazek  w  dobie  radia  przypomniał 
pewien  teoretyk  wojskowy,  opisując  szeroko  użycie  psów  jako  środka  łączności  w  I  wojnie 
światowej, dużo też rozpisuje się na ten temat prasa wojskowa. 

                                            

*

 Pułkowa stacja psów meldunkowych miała odejść z Ośrodkiem Zapasowym, ale właściwa obsługa poszła na wojnę z 

kompanią łączności, a psy zostały w garnizonie. 

background image

Uciechę ma dzieciarnia miasta, kiedy rano w psim oporządzeniu maszeruje na swoje ćwiczenia ten 

psi  oddział.  Widzi  się  matki,  które  specjalnie  przychodzą  z  dziećmi  i  czekają  na  rogu  ulicy 
Słowackiego, by swoim pociechom sprawić radość widokiem defilujących psów. Uczniowie szkoły 
powszechnej stojącej obok tych ulic, nie zważając na powagę nauczyciela i odbywającą się naukę, 
wybiegają do okien, by zobaczyć to widowisko. 

Batalion I/39 kwateruje w koszarach w Lubaczowie, posiada stale wielu żołnierzy służby czynnej, 

szkoli  bowiem  uzupełnienie  dla  Korpusu  Ochrony  Pogranicza.  Pułk  ponadto  zajmuje  koszary  na 
przedmieściu Głębockie, mieszczą się tam: dywizyjna szkoła podchorążych piechoty rezerwy, pluton 
artylerii piechoty i kompania zwiadowców. 

Magazyny  mobilizacyjne  pułku  znajdują  się  w  trzech  rozrzuconych  miejscach,  jeden,  nowo 

zbudowany  w  koszarach  przy  ul.  Kościuszki,  magazynuje  umundurowanie,  uzbrojenie  i 
oporządzenie. Za ścianami tego magazynu, jako najbardziej oddalonego od koszar, w dni pogodne 
odbywa się szkolenie trębaczy i werblistów pułkowych, ku rozpaczy pobliskich mieszkańców. Drugi 
magazyn, w koszarach na przedmieściu Głębockie, ma na wyposażeniu armatki przeciwpancerne i 
składy amunicyjne. Trzeci znajduje się w zniszczonych pomieszczeniach kościoła Świętej Anny, są 
tu kuchnie polowe, biedki do ciężkich karabinów maszynowych, biedki amunicyjne, biedki łączności 
oraz taczanki. 

Magazyn ten spędza sen z oczu oficerom inspekcyjnym garnizonu, gdyż żołnierze, którzy pełnią 

służbę  wartowniczą,  twierdzą,  że  tam  straszy.  Podczas  deszczowych  nocy  słyszy  się  głosy,  jęki, 
odgłosy  kroków,  dzwonienie  żelaza,  a  nawet  czasem  ukazuje  się  ciemna,  wysoka  zjawa.  Grozę 
powiększa i to, że w podziemiach zrujnowanego kościoła leżą ludzkie kości i zdewastowane trumny. 
Nocą  niesamowitości  dodają  ruiny,  odgłosy  niesione  echem  oraz  potworne  przeciągi.  W  dodatku 
pewnej burzliwej nocy z piorunami zostaje tam zastrzelony przez wartownika podoficer inspekcyjny 
garnizonu sierżant Małolepszy. Jak zeznał wartownik, z ruin kościoła wyszła niespodziewanie jakaś 
postać, do której strzelił bez ostrzeżenia. 

Pouczanie  i  uświadamianie,  dobieranie  na  wartowników  ludzi  śmiałych  niczego  nie  zmienia, 

wszyscy wartownicy twierdzą, że straszy... 

Mówią wprawdzie, że diabłów nie ma. 
—  A  na  cmentarzu  o  północy,  to  co  straszy?  —  zapytuje  na  pogadance  uświadamiającej  taki 

strzelec pochodzący z Polesia lub z Kieleckiego od Gór Świętokrzyskich. 

— A kto zatrzaskuje drzwi, jak wychodzimy w nocy z wartowni? 
— A kto gasi latarnię, kiedy idziemy na zmianę wartownika? 
I wytłumacz tu takiemu wojakowi, że dla diabłów nastały teraz złe czasy. Aż w końcu stało się: 

strasząca  zjawa  trafia  na  twardego  wartownika,  wezwana  do  podejścia  bliżej,  zaczyna  się  szybko 
oddalać.  Wartownik  oddaje  strzał  ostrzegawczy,  a  kiedy  to  nie  pomaga,  strzał  drugi,  tajemnicza 
postać zatrzymuje się i zostaje zmuszona zrobić w tył zwrot i padnij. Leży tak w błocie i na deszczu, 
do czasu aż zaalarmowany strzałami dowódca warty przychodzi z pomocą. Okazuje się, że zjawą jest 
kapelan  garnizonu,  który  mieszka  w  budynku  obok  ruin.  Tłumaczy,  że  wartownicy  penetrują 
podziemia kościoła, gdzie stoją trumny, mało, załatwiają się tam, chciał więc w ten sposób zmusić 
żołnierzy, by zaprzestali takich praktyk. 

Dowódcą  39  Pułku  Piechoty  Strzelców  Lwowskich  od  dwóch  lat  jest  podpułkownik 

dyplomowany  Roman  Szymański,  dawny  legionista  z  pierwszej  kadrowej,  odznaczony  orderem 
Virtuti  Militari  i  dwukrotnie  Krzyżem  Walecznych,  w  pułku  przez  młodych  oficerów  nazywany 
„proboszczem”.  Dowódcą  I/39  w  Lubaczowie  jest  podpułkownik  Piotr  Kaczała,  doświadczony 
żołnierz,  w  I  wojnie  światowej  dowodził  batalionem,  odznaczony  Virtuti  Militari  i  dwukrotnie 
Krzyżem  Walecznych.  II/39  dowodzi  major  Józef  Bieniek,  należy  do  szaraków  legionowych,  do 
pułku  przydzielono  go  dwa  lata  przed  wojną.  Odznaczony  Krzyżem  Walecznych,  znany  jest 
wszystkim z tego, że nie nosi żadnych odznaczeń na znak protestu, że nie otrzymał orderu Virtuti 
Militari. Opowiadano, że za to właśnie został karnie przeniesiony z pułku legionowego, w którym 
poprzednio  służył.  III/39  nie  ma  ostatnio  stałego  dowódcy,  batalion  ten  jest  „poligonem 
doświadczalnym”,  dowodzą  nim  różni  oficerowie  przydzielani  ze  sztabów,  by  uzyskać  staż 

background image

dowodzenia.  Teraz  batalionem  dowodzi  kapitan  Zygmunt  Gawłowski,  doświadczenia  liniowego 
posiada mało, obecnie jest w Rembertowie na kursie dowódców batalionów. 

Kompaniami  dowodzą  młodzi  oficerowie,  wychowankowie  pokojowych  szkół  oficerskich  w 

Warszawie a po przewrocie majowym w 1926 r. w Komorowie k/Ostrowi Mazowieckiej. Jest jeszcze 
Szkoła  Oficerska  dla  Podoficerów  w  Bydgoszczy,  oficerowie  z  tej  szkoły  to  dobrzy  dowódcy 
plutonów, często pełnią funkcje administracyjne. Kadra podoficerska ma duże doświadczenie i dobre 
przygotowanie, wszyscy ukończyli szkoły podoficerskie, a widu starszych podoficerów brało udział 
w I wojnie światowej. Adiutantem pułku jest kapitan Stefan Żółtowski, należy do młodych oficerów, 
jest  mało  znany,  do  pułku  przydzielony  niedawno

*

.  To  raczej  aktor  na  stanowisku  adiutanta,  w 

rodzinie wojskowej reżyseruje sanacyjną sztukę Z. Nowakowskiego Gałązka rozmarynu. Dowódcą 
kompanii  zwiadu  jest  najlepiej  wybrany  na  to  stanowisko  młody  porucznik  Kazimierz  Bukowy, 
dusza  chłopak,  zadzierzysty  zagończyk,  znany  w  całej  dywizji  z  mistrzowskiego  tańca  oberka 
kujawskiego. 

Przed kadrą i strzelcami pułku stoją poważne zadania szkoleniowe. Przed wymarszem pułku na 

koncentrację dywizyjną ukończyć trzeba szkolenie bojowe na szczeblu drużyny i plutonu. Kompanie 
muszą być przygotowane do zawodów strzeleckich o mistrzostwo w strzelaniu pomiędzy pułkami w 
dywizji. Do zawodów stają wszystkie kompanie  strzeleckie pułku,  bierze w nich udział cały stan 
danej  kompanii  prócz  kucharzy,  sanitariuszy  i  chorych.  Urlopy  i  przepustki  w  tym  czasie  są 
wstrzymane.  Warunki  strzelania  nie  są  łatwe.  Każdy  strzelec  oddaje  3  strzały  na  odległość  300 
metrów  z  pozycji  leżącej  z  podparciem  do  tarczy  z  10  pierścieniami  i  czarnym  kołem  w  środku. 
Każda kompania strzela do swoich tarczy i ma oddzielne stanowiska. Końcowy wynik uzyskuje się 
przez zsumowanie wszystkich trafień w pierścieniach tarczy. Najwyższa liczba trafień wszystkich 
kompanii  pułku  eliminuje  mistrzowski  pułk  dywizji,  a  najwyższa  liczba  trafień  danej  kompanii 
wyłania  mistrzowską  kompanię  pułku.  Przez  takie  zawody  chciano  powiększyć  siłę  ognia 
oddziałów

**

Strzelanie odbywa się na dwu strzelnicach garnizonowych, które pozostały w spadku po wojskach 

austriackich.  Strzelnica  „Szczytna”,  nazywana  tak  od  niedalekiej  gromady,  posiada  potrzebne 
urządzenia do oddawania strzałów na odległość 600 m. Druga strzelnica,  „Widna”, nie ma takich 
urządzeń, posiada tylko wały ochronne, odbywa się tam strzelanie do 200 m. Garnizon w Jarosławiu 
jest  duży,  więc  strzelnicę  stale  oblegają  żołnierze,  a  dni  strzelania  dla  poszczególnych  oddziałów 
wyznacza  szczegółowy  harmonogram.  Pozostają  wolne  niedziele  i  święta,  co  wykorzystują 
nieoficjalnie dowódcy pododdziałów szkolących kompanie do zawodów. Już od świtu w niedzielę 
poszczególni dowódcy zajmują strzelnicę, by przeprowadzić strzelania próbne. W krótkim jednak 
czasie, na interwencję kapelana  garnizonu praktyki  te zostają zakazane jako nie ujęte programem 
szkolenia – a chodzi tu przede wszystkim, aby dzień święty się święcił. 

W  tym  czasie  nad  poprawnymi  stosunkami  pomiędzy  wojskiem  i  kościołem  czuwają  obydwie 

strony. Przed trzema laty bowiem, jak popularnie wtedy to nazywano, odbyła się „wojna kościelna”. 
Był  to  spór  pomiędzy  księdzem  prałatem  Męskim,  ówczesnym  proboszczem,  a  komendantem 
garnizonu i równocześnie dowódcą 24 Dywizji generałem Wieczorkiewiczem. Od 1921 r. wojsko 
całego  garnizonu  chodziło  na  nabożeństwa  w  niedziele  i  święta  do  kościoła  farnego,  który  był 
kościołem garnizonowym.  Mszę dla żołnierzy odprawiał  kapelan  garnizonu ksiądz major Pączek. 
Spór powstał w czasie obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja. Było już po godzinie dziewiątej, cały 
garnizon czekał  na  rynku przed ratuszem,  dwie kompanie chorągwiane z chorągwiami i  orkiestrą 
stały  przed  kościołem,  a  komendanta  garnizonu  Wieczorkiewicza  nie  ma  –  znany  był  ze  swoich 
spóźnień.  Proboszcz,  nie  czekając  już  dłużej,  z  piętnastominutowym  opóźnieniem  rozpoczął 

                                            

*

 W ostatnich dwóch latach przed wybuchem wojny przeprowadzono w wojsku przeniesienia niektórych oficerów służby 

stałej  do  innych  oddziałów.  Przeniesieniami  tymi  objęto  również  prawie  wszystkich  oficerów  rezerwy  pułku.  Pułk 
otrzymał  oficerów  rezerwy,  którzy  nie  odbywali  ćwiczeń  w  pułku,  nie  byli  z  pułkiem  związani  tradycją,  nie  było 
możliwości,  by  ich  powołać  do  odbycia  ćwiczeń.  Dużo  tych  nowo  przydzielonych  oficerów  rezerwy  zgłosiło  się 
dopiero w czasie mobilizacji. 

**

 Wojna obronna września 1939 r. wykazała zawodność tej koncepcji, Niemcy z odległości 500 m, i większych, ogniem 

swojej licznej broni maszynowej przygniatali do ziemi nasza piechotę. 

background image

celebrowanie  uroczystej  mszy.  W  tym  czasie  orkiestra  przed  kościołem  zaczęła  grać  marsza 
generalskiego, słychać głosy komend – to opóźniony generał odbierał raport od dowódców kompanii 
chorągwianych. Na czytanie Ewangelii do kościoła wszedł generał z towarzyszącymi mu oficerami i 
usiadł  na  przygotowanym  fotelu  przed  głównym  ołtarzem.  W  kazaniu  proboszcz  nawiązał  do 
modlitwy  Chrystusa  na  Górze  Oliwnej,  kiedy  to  apostołowie  pozasypiali.  W  kościele  powiało 
chłodem, oczy wszystkich skierowały się na generała, aluzja była wyraźna. 

Pierwszym  widomym  znakiem  powstającego  sporu  między  obu  stronami  było  niezaproszenie 

proboszcza na trybunę honorową, z której generał w otoczeniu przedstawicieli wojska i administracji 
cywilnej odbierał defiladę żołnierzy oraz przemarsz młodzieży, sportowców i instytucji. Na skutek 
zaistniałego sporu pomiędzy władzami kościoła i wojska oddziały przestały chodzić do fary, a msze 
wojskowe  odprawiano  w  kościele  OO.  Dominikanów.  Pod  naciskiem  kół  katolickich  „wojnę 
kościelną” zakończono, a wojsko powróciło do dawnego kościoła garnizonowego. Po jakimś czasie 
proboszcza  księdza  Zygmunta  Męskiego  usunięto  z  oczu  generała,  przenosząc  go  do  kurii 
przemyskiej,  a  na  jego  miejsce  przysłano  księdza  dziekana  Władysława  Opalińskiego  który  jak 
najbardziej  nadawał  się  do  tak  dużej  parafii  wojskowej.  Z  tego  zatargu  obronną  ręką  wyszedł 
pułkownik  Gustaw  Paszkiewicz,  dowódca  piechoty  dywizyjnej  24  DP,  który  przyczynił  się  do 
zlikwidowania nieporozumienia. Za poniesione zasługi w „wojnie kościelnej” otrzymał od papieża 
wysokie  odznaczenie  oraz  tytuł  szambelana  papieskiego,  i  z  tej  racji  posiadał  przywilej  noszenia 
purpurowej  pelerynki  i  szamerowanego  kołpaka. W ubiorze tym  paradował  na  procesjach  Bożego 
Ciała  u  boku  celebranta  pod  baldachimem.  Gawiedź  miała  widowisko,  a  wszyscy,  którzy  znali 
sprawę, uciechę. Otrzymanie tak zaszczytnego wyróżnienia wiązało się też z udziałem Paszkiewicza, 
wówczas  komendanta  Szkoły  Podchorążych  w  Warszawie,  w  wypadkach  majowych  w  1926  r. 
przeciwko wojskom zbuntowanego marszałka Piłsudskiego. 

Jako  nagrodę  za  strzelanie  mistrzowski  pułk  otrzymuje  przechodni  sztandar  strzelecki,  który 

pozostaje  w  pułku  do  następnych  zawodów.  Żołnierze  mistrzowskiej  kompanii  noszą  na  prawym 
ramieniu granatowe sznury z dwoma żółtymi pomponami. Sztandar strzelecki ma barwy piechoty, tło 
granatowe i żółte obrzeża, drzewce zakończone grotem. Pośrodku znajduje się godło państwowe, po 
bokach skrzyżowane dwa karabiny okolone wieńcem z liści dębowych, na przeciwległych rogach 
umieszczony jest numer dywizji oraz skrót DP. Nad godłem widnieje napis „mistrzowski”, u dołu 
„pułk piechoty”. 

Okazale prezentuje się kompania maszerująca w pierwszej czwórce ze sztandarem strzeleckim, w 

mundurach ozdobionych sznurami strzeleckimi o barwach piechoty  – królowej broni. Mistrzowski 
pułk ponadto otrzymuje zwykle przywilej pozwalający odegrać orkiestrze marsza strzeleckiego w 
czasie przeglądu pułku przez inspektora armii. 

Lato już blisko. Rośnie napięcie, trwa wojna nerwów, społeczeństwo polskie z niepokojem patrzy 

na  poczynania  Hitlera.  Żydzi,  uciekinierzy  z  Niemiec,  opowiadają  o  ucisku,  konfiskacie  mienia 
osobistego, równaniu cmentarzy żydowskich z ziemią, masowym zamykaniu niewygodnych ludzi w 
obozach  koncentracyjnych.  Opowiadaniom  tym  nie  daje  się  wiary.  Żydami  zapewne  powoduje 
nienawiść  do  Niemców  za  odebrane  mienie,  bo  kto  mógłby  wierzyć  w  tak  potworne  zdziczenie 
moralne  narodu,  którego  dumą  jest  min.  uniwersytet  w  Heidelbergu.  Wychodzący  we  Lwowie 
dziennik „Wiek Nowy” zamieszcza artykuł, w którym wylicza, jakie jednostki wojskowe posiadają 
Niemcy w Słowacji. Z niepokojem pisze o okrążaniu Polski od południa. Pozostaje to bez echa, kto 
zwracałby uwagę na pismo publikujące sensacje dla kucharek? 
Nasza propaganda głosi, że czołgi niemieckie to sprzęt małowartościowy

*

, to zwykłe ciągniki rolne 

pokryte  blachą;  żołnierz  niemiecki  jest  nie  wyszkolony,  lotnictwo  nie  się  równać  z  naszym,  a  w 
przemyśle niemieckim mnożą się sabotaże. Całe społeczeństwo jest zwarte, zespoliła je chęć obrony 
przed grożącym najazdem, naród wierzy w swoją armię, jest pełen zapału i mimo niepopularności 
rządu, bez względu na przekonania polityczne, żąda oporu – naród nie godzi się na żaden kompromis 

                                            

*

 W czasie Anschlussu Austrii i marszu na Wiedeń Niemcy mieli duże straty marszowe w czołgach. Odbiło się to echem 

w całej Europie, a szczególnie  w Polsce. Rozpuszczano pogłoski o nieprzydatności  czołgów  niemieckich, o niskim 
wyszkoleniu, złej jakości sprzętu wojskowego oraz braku benzyny. 

background image

z Niemcami. Możliwość ustępstw terytorialnych na rzecz Niemiec nie ma poparcia w narodzie, który 
wierzy, że armia wystąpi otwarcie przeciwko takiemu rozwiązaniu, wierzy też w pomoc zachodnich 
sprzymierzeńców. 

W tych niepewnych czasach pułk żyje swoim życiem, odbywają się codzienne zajęcia, kończą się 

strzelania  na  strzelnicy.  Wydarzeniem  dnia  dla  całej  społeczności  pułkowej  jest  przydzielenie  do 
pułku kapitana z Warszawy, który podpadł za krytyczne ustosunkowanie się do „poczynań rządu na 
Zaolziu”. W pułku nie zagrzał miejsca, jako niepewny powędrował dalej. 

29 kwietnia przypada święto pułkowe, obchodzone w roku możliwie skromnie. Jest msza polowa, 

przysięga  młodego  rocznika  odbierana,  zależnie  od  wyznania,  przez  duchownych  trzech  wyznań 
odzianych  w  szaty  liturgiczne.  Jest  defilada,  jest  rozdanie  nagród  strzeleckich,  jest  wspólny  obiad 
żołnierski  na  dziedzińcu  koszar,  na  który  zaproszono  przedstawicieli  władz,  społeczeństwa  oraz 
rodziny  żołnierzy.  Pułk  czeka  jeszcze  druga  uroczystość  –  defilada  wojska  w  dniu  3  maja.  Pułk 
występuje  dla  celów  propagandowych  w  pełnym  uzbrojeniu  polowym.  Entuzjazm  wzbudza 
przemarsz ciężkich karabinów maszynowych na taczankach

*

. Te propagandowe efekty ukryć mają 

słabość bojową naszej armii. Defilada budzi powszechny zachwyt społeczności Jarosławia. Nikt nie 
zdaje sobie sprawy, że to ostatnia defilada, jakby pożegnanie z mieszkańcami miasta, z którym łączy 
tak wiele. 

Od  wiosny  poprawia  się  zaopatrzenie  pułku.  Sprzęt  wojskowy  przysyłany  jest  przez  różne 

składnice uzbrojenia. Zwracają uwagę długie skrzynie z napisami: „Ur. sprzęt optyczny”, tajemnica 
skrzyń  wyjaśnia  się  niedługo.  Pod  koniec  maja  zostają  wezwani  do  świetlicy  pułkowej  wybrani 
strzelcy  wyborowi  oraz  niektórzy  oficerowie.  Na  ręce  dowódcy  pułku  składają  przyrzeczenie  o 
zachowaniu  tajemnicy  służbowej.  Okazuje  się,  że  tajemnicze  skrzynie  zawierają  karabiny 
p-pancerne

**

W świetlicy żołnierze poznają nową broń, a następnie odbywają próbne strzelanie na strzelnicy 

przykoszarowej. Teren w czasie próby jest zamknięty, do strzelania wydano sześć naboi. Strzelano z 
odległości  75  m  do  muru  z  betonu,  muru  z  cegieł,  płyty  stalowej  grubości  30  mm  oraz  do  pnia 
surowego  o  średnicy  60  cm.  Wyniki  budzą  podziw,  ale  co  z  tego,  broni  tej  już  nikt  więcej  nie 
zobaczy, wraca do magazynu mobilizacyjnego

***

Zbliża  się  maj,  a  z  nim  czas  wymarszu  na  obóz  ćwiczebny  Dywizyjnej  Szkoły  Podchorążych 

Rezerwy, która znajduje się przy 24 Dywizji Piechoty. 39 Pułk Piechoty administrujący szkołą musi 
przygotować  całe  wyposażenie  i  zaopatrzenie  z  kuchnią  połową  włącznie,  namioty  oraz  teren  do 
strzelań  bojowych  na  okres  sześciu  tygodni.  Na  obozie  elewi  przechodzą  naukę  dowodzenia 
plutonem  i  drużyną,  przeprowadzają  też  strzelania  bojowe  z  karabinu,  z  ręcznego  i  ciężkiego 
karabinu maszynowego oraz granatnika, ćwiczą rzuty granatem zaczepnym i obronnym, zapoznają 
się ze strzelaniem z moździerza. Uczą się także sztuki konserwacji i czyszczenia broni. 

Obóz usytuowany jest w małej miejscowości letniskowej Radawa, przez którą przepływa rzeczka 

Radawka.  Dookoła  ciągną  się  duże,  wysokopienne  łasy,  należące  do  księcia  Czartoryskiego.  W 
lasach pełno rogaczy i dzików. 

Dowódca piechoty dywizyjnej jest zapalonym myśliwym, ma piękny sztucer mannlicher z lunetą, 

ale cóż, nie ma już dobrego wzroku, czego nikt nie śmie mu powiedzieć. Kilkakrotne zasiadki na 
rogacza nie dają rezultatów, owszem,  strzały są celne, lecz pociski nie trafiają. Pułkownik chodzi 

                                            

*

 Ciężki karabin maszynowy umieszczony na czterokołowym, oddzielnym pojeździe, na którym jechała cała obsługa. Był 

przygotowany  do  strzelania  przeciwlotniczego  oraz  w  marszu.  Zaprzęg  stanowiła  trójka  koni.  Taczanki  zabrano  z 
magazynu „Mob”. 

**

  Kaliber  7,92  mm,  długość  1,76  m,  waga  pocisku  13  g,  szybkość  początkowa  1,275  m/sek.,  ciężar  karabinu  9,1  kg; 

pocisk był normalny karabinowy typu Sc, a nie p-pancerny z rdzeniem; przy uderzeniu wybijał w pancerzu otwór o 
średnicy 3 razy większej od swego kalibru; wystrzelony pod kątem 90° z odległości 100 m wybijał w płycie stalowej 
otwór o średnicy 33 mm; kompania strzelecka była wyposażona w trzy karabiny p-pancerne, po jednym karabinie na 
pluton. 

***

 Karabiny p-pancerne wydano kompaniom w czasie mobilizacji, nie trafiły jednak do rąk strzelców wyborowych, ci, 

którzy je otrzymali, nie mieli do tej nowej broni zaufania. W czasie walk odwrotowych strzelcy kładli ciężkie karabiny 
na wozy, broń ta nie została więc należycie wykorzystana. 

background image

smętny,  odgraża  się,  że  sztucer  wyrzuci,  bo  jest  do  niczego,  nie  zajmują  go  nawet  opowiadania 
myśliwskie,  zmyślane  przez  jednego  z  oficerów,  również  myśliwego.  Wtedy  do  akcji  wkracza 
dowódca kompanii manewrowej, który w porozumieniu z nadleśniczym, zresztą oficerem rezerwy 
pułku, urządza jeszcze jedną zasiadkę. 

W oznaczonym dniu już przed świtem pułkownik jest na stanowisku. Zaczyna świtać, z zagajnika 

wychodzi ładny okaz młodego rogacza. Podniecony myśliwy złożył się, huknął strzał, a oswojony 
przez  nadleśniczego  rogacz,  zdziwiony,  zaczyna  dostojnie  odchodzić  w  głąb  lasu.  Leżący  obok 
pułkownika dowódca kompanii manewrowej szepcze: — Dubla, panie pułkowniku. — Pułkownik 
strzela po raz drugi, ale równocześnie strzela też i gajowy, ukryty w pobliżu. Trafiony rogacz pada. 
Pułkownik-myśliwy jest uszczęśliwiony, wraca mu wiara we własne zdolności myśliwskie, a gajowy 
otrzymuje od spiskowców dwukrotną wartość rogacza. 

Do ćwiczeń w dowodzeniu drużyną i plutonem zorganizowano kompanię manewrową składającą 

się z kompanii strzeleckiej, plutonu ciężkich karabinów maszynowych i moździerzy oraz działonu 
armatek przeciwpancernych. Dowódca piechoty dywizyjnej przyjeżdża często do obozu, nieraz na 
kilka dni, bierze udział w ćwiczeniach bojowych, omawia błędy, chwali postępy. 

Rocznik podchorążych będący na obozie nie sprawia specjalnych kłopotów swoim instruktorom, 

pilnie  przykłada  się  do  ćwiczeń,  czyni  we  wszystkim  postępy,  ale  dziwny  to  rocznik,  wielu  po 
odbyciu  służby  wojskowej  wybiera się do seminarium duchownego. Podchorążowie postanawiają 
zbudować drewnianą dzwonnicę przy miejscowym kościele, dzwon dotychczas jest zawieszony na 
poprzecznej  belce  Po  otrzymaniu  zgody  dowódcy  znalazł  się  plastyk,  który  robi  projekt,  a  w 
kompanii  są  cieśle  i  majstrzy,  którzy  deklarują  robociznę.  Z  zarządu  lasów  otrzymano  zgodę  na 
wycięcie  potrzebnej  ilości  drzewa.  Dzwonnica,  zbudowana  w  stylu  zakopiańskim,  gotowa  jest  na 
święto Bożego Ciała – w tym dniu odbywa się wielka manifestacja polskości w tych stronach. Po 
uroczystościach kościelnych proboszcz prosi na obiad na wolnym powietrzu. Przy wspólnym stole 
siedzą żołnierze, robotnicy leśni i miejscowi gospodarze. W czasie rozmów przebija u wszystkich 
troska o jedno, czy będzie wojna, czy damy radę Niemcom. 

Koniec  czerwca,  czas  więc  na  wyjście  pułku  na  dwumiesięczny  obóz,  na  którym  odbędą  się 

zawody strzeleckie między pułkami dywizji oraz ćwiczenia bojowe na szczeblu batalionu i pułku. 
Wszyscy  niecierpliwie  czekają  na  rozkaz  wymarszu.  Rozpoczęcie  obozu  ciągle  się  odwleka.  Na 
granicach  mnożą  się  niemieckie  prowokacje,  w  pułku  panuje  coś  w  rodzaju  nie  ogłoszonego 
pogotowia, urlopy zostały wstrzymane, wyjazd dwóch oficerów do Estonii dla doskonalenia się w 
języku rosyjskim zostaje odwołany. 

Tymczasem kończy się szkolenie bojowe drużyn i plutonów oraz odbywa się strzelanie bojowe z 

ręcznych i ciężkich karabinów maszynowych, granatników i moździerzy. Strzelania te prowadzone 
są  w  rejonie  Makowiska,  na  odległym  od  garnizonu  około  16  km  poaustriackim  poligonie, 
położonym  na  gruntach  podmokłych  i  nieużytkach.  Kompania  przeprowadzająca  strzelanie 
wychodzi we wczesnych godzinach rannych, zabiera ze sobą kuchnię polową i dopiero wieczorem 
powraca do koszar. Dla kadry pułku przygotowano dwa pokazowe strzelania ogniem pośrednim z 
ciężkich  karabinów  maszynowych  do  celów  odległych  o  4  km,  ostrzeliwano  odwody,  punkty 
zaopatrywania,  wysunięte  stanowiska  baterii,  skrzyżowania  dróg.  Bateria  strzelająca  składa  się  z 
sześciu  ciężkich  karabinów  maszynowych.  Ale  to  tylko  pokaz.  Wszyscy  niecierpliwie  oczekują 
rozkazu wymarszu na obóz ćwiczebny. 
 
 
 

Lato 1939 roku 

Zbliża się wojna 

Kończy  się  dywizyjny  kurs  Szkoły  Podchorążych  Rezerwy,  kadra  instruktorska  powraca  do 

swoich jednostek, część podchorążych pozostaje w pułku na stanowiskach zastępców i dowódców 
plutonów  oraz  dowódców  drużyn,  reszta  wyjeżdża  do  swoich  macierzystych  oddziałów  38  i  17 
Pułku. Pułk otrzymuje zgodę na wymarsz do obozu pod warunkiem, że obóz ten rozbity zostanie w 
odległości jednego dnia marszu do garnizonu. Wybór pada na Grodzisko Dolne, leżące na północ od 

background image

Przeworska. Tu w rozlewiskach Wisłoki i Sanu znajdują się odpowiednie tereny do odbycia strzelań 
oraz  przeprowadzenia  zawodów  międzypułkowych  w  strzelaniu  na  300  m.  Kompania 
przeciwpancerna otrzymuje zwiększony przydział amunicji do odbycia strzelań przeciwpancernych, 
a  zwiad  pułku  uzupełnienie  koni  i  rowerów.  Zezwala  się  też  na  zabranie  kuchni  polowych  z 
magazynu „Mob”

*

Przemarsz pułku do obozu odbywa się marszem podróżnym, tabor i kuchnie polowe odchodzą 

oddzielną  kolumną.  Pierwszy  raz  odstąpiono  od  tradycyjnego  zwyczaju,  chorągiew  pułkowa 
pozostaje  w  koszarach,  z  pułkiem  maszeruje  tylko  orkiestra.  Batalion  I/39  z  Lubaczowa  marszem 
samodzielnym  dołącza  do  obozu  w  dniu  następnym.  Pułk  kwateruje  batalionami  II/39  i  III/39  w 
domach  i  stodołach,  batalion  I  pod  namiotami.  Zaczęło  się  obozowe  życie.  Czas  wypełniają 
ćwiczenia i strzelanie bojowe oraz strzelanie próbne, to pasjonuje wszystkich najbardziej. 

Ludność  miejscowa  życzliwie  odnosi  się  do  codziennych  zajęć  wojska,  które  na  pewien  czas 

weszło w jej życie. Z troską mówi się na temat ogólnej sytuacji politycznej, a wszyscy zdają sobie 
sprawę, że wojna z Niemcami jest nieunikniona. Opowiadają, że dużo rezerwistów ze wsi powołano 
specjalnymi  kartami  do  wojska.  Niektórzy  pytają  z  niepokojem,  czy  nasze  wojsko  jest  w  stanie 
oprzeć się Niemcom. Jednak te wątpliwości gasi szybko entuzjazm i optymizm innych. Kwaterujący 
po stodołach strzelcy w czasie wolnym od ćwiczeń pomagają dobrowolnie swoim gospodarzom w 
robotach  rolnych,  a  kilku  strzelców-majstrów  pracuje  przy  przebudowie  Domu  Ludowego  –  nasi 
chłopcy dają się lubić. Tu właśnie, w Domu Ludowym, na sobotnich i niedzielnych potańcówkach 
zawiązują się między młodymi znajomości i przyjaźnie. Kuchnie polowe chętnie wydają  „repety” 
wiejskim dzieciom. Po nich, ośmielona nieco, przychodzi cała wiejska biedota, nikt nie odchodzi z 
próżnym garnuszkiem. 

Dowódca pułku ma kwaterę na drugim końcu wsi u zamożnego gospodarza, który wydaje córkę za 

mąż.  Pewnego  dnia  gospodarz,  ubrany  odświętnie,  w  towarzystwie dwóch chłopów  przychodzi  do 
pułku i prosi dowódcę, by zaszczycił swoją obecnością wesele córki, prosi też, by przybyli i „inni 
panowie  wojskowi”.  Dowódca  pułku,  człowiek  nietrunkowy  i  prowadzący  surowy  tryb  życia, 
deleguje na ślub czterech oficerów. 

Jest  już  poniedziałek,  oddziały  zbierają  się  na  ćwiczenia  na  placu  alarmowym,  dowódca  pułku 

odbiera raport poranny, a naszych delegatów weselnych jeszcze nie ma. Nagle od końca wsi słychać 
gwar  i  kapelę  grającą  Warszawiankę  (jest  to  marsz  pułku),  zajeżdżają  wozy  z  kapelą  i  naszymi 
delegatami  weselnymi  oraz  całym  weselem.  Gospodarz  dziękuje  dowódcy  pułku  za  honor,  jaki 
spotkał  jego  rodzinę.  Dowódca  jest  zaskoczony,  nie  wie,  jak  postąpić.  Niezręczną  sytuację 
rozwiązuje  dowódca  piechoty  dywizyjnej  pułkownik  Schwarzenberg-Czerny,  który  właśnie 
przyjechał na przegląd ćwiczeń. Wita się z gospodarzami, a dowódcy pułku życzy, by takich miłych 
spotkań  ze  społeczeństwem  było  więcej.  Ośmielony  gospodarz  zaprasza  do  Domu  Ludowego 
wszystkich na poprawiny w najbliższą niedzielę. Wymarsz na ćwiczenia opóźnia się z tego powodu o 
dwie godziny. Maszerujące oddziały weselnicy  żegnają okrzykami:  „Niech żyje nasze wojsko”, a 
kapela rżnie od ucha miejscowego mazurka. 

Wśród ludzi krążą niewiarygodne pogłoski – to wojna psychologiczna, nowa broń niemiecka, nie 

znana nam zupełnie. Wojna ta jest prowadzona przez Niemców wszelkimi metodami. Nie przebierają 
w  środkach,  posługują  się  nawet  kłamstwami  na  wielką  skalę.  Niestety,  Sztab  Naczelnego 
Dowództwa  nie  potrafi  zorganizować  odpowiedniej  kontrpropagandy,  a  w  dodatku  wobec  małej 
sprawności aparatu administracyjnego walka z V kolumną prowadzona jest niedołężnie. 

We  wsi,  w  której  pułk  kwateruje,  coraz  to  pojawia  się  jakiś  pielgrzym  idący  na  niewiadome 

odpusty  czy  domokrążca,  z  tymi  miejscowa  policja  załatwia  się  szybko.  Gorzej  przedstawia  się 
sprawa z cudzoziemcami. W rejonie zakwaterowania wojska mieszka obywatelka holenderska, która 
mówi  po  polsku.  Opisuje  zwyczaje  ludowe  oraz,  jak  mówi,  podpatruje  regionalny  folklor.  Na 
żądanie,  by  ją  usunąć  z  rejonu  zakwaterowania,  komendant  miejscowego  posterunku  policji 
bezradnie  rozkłada  ręce,  stwierdza,  że  holenderska  dama  ma  zezwolenie  na  pobyt  wydane  przez 

                                            

*

 Kuchnie polowe zostały w oddziałach do czasu ogłoszenia mobilizacji. 

background image

komendę  wojewódzką.  Natomiast  przebywający  tu  na  plenerze  artysta  malarz,  obywatel  czeski, 
zostaje szybko usunięty. 

Miłośniczkę folkloru poproszono, by zdeponowała swoje aparaty fotograficzne na posterunku, co 

stało się powodem, że pani ta w krótkim czasie zrezygnowała z badań etnograficznych i wyjechała

*

Coraz  lepiej  widać,  że  działająca  w  Polsce  V  kolumna  jest  częścią  planów  niemieckich 

przygotowań wojennych i skupia swoje wysiłki na regionach i obiektach istotnych dla obronności 
naszego  kraju.  Ochrona  tajemnicy  wojskowej  wśród  strzelców  nie  jest  odpowiednio  postawiona. 
Poza kilkoma typowymi pogadankami oraz plakatem propagandowym, na którym widnieje głowa o 
jednym dużym uchu i napis: „Szpieg węszy i podsłuchuje”, nic się więcej nie robi w tym kierunku. 
Żołnierz nasz z natury rozmowny, a przy tym szczery i tradycyjnie tolerancyjny, przy kuflu piwa i 
przyjacielskim papierosie powie wszystko. Wprawdzie pisanie listów z obozu jest zakazane, ale list 
można przecież wrzucić do każdej skrzynki pocztowej. 

Referentem od ochrony tajemnicy wojskowej jest starszy już wiekiem kapitan B., pełni tę funkcję, 

ponieważ  nie  wiedziano,  do  czego  go  użyć  w  pułku.  Natura  obdarzyła  go  tęgą  tuszą  i  jeszcze 
potężniejszym nosem, z którym w parze szedł tubalny głos, dlatego przezwano go „Ryczący Wół”. 
Przyznać należy, że jest obowiązkowy i pracowity. Chodzi po całym garnizonie, prowadzi rozmowy, 
robi znajomości, szuka kontaktów, a przy tym znajduje czas, by przebywać w koszarach o różnych 
porach  dnia.  Wierzy  w  metody  starej  austriackiej  szkoły,  najlepsze  wiadomości,  jego  zdaniem, 
można  usłyszeć  w  latrynie.  Wierny  tej  zasadzie,  często  wieczorami  przesiaduje  w  ubikacji, 
przysłuchując się rozmowom prowadzonym przez załatwiających się tam strzelców. 

Przed  wymarszem  na  obóz  ukazało  się  zarządzenie  o  ochronie  tajemnicy  wojskowej.  Strzelcy 

muszą zdjąć z naramienników metalowe znaczki z numerem pułku, kadra, która miała haftowane 
numery na naramiennikach, musi na numery pułku nałożyć nakrycie sukienne, numery na wozach i 
biedkach należy zamalować farbą. Na bramie wjazdowej do pułku znajduje się w tym czasie duża 
tablica z napisem: „39 Pułk Piechoty Strzelców Lwowskich”, na to nikt nie zwraca uwagi, a listy do 
żołnierzy też przychodzą na ten adres. Taka to dziwna ochrona tajemnicy wojskowej. 

Zbliża się trzecia dekada pobytu pułku na obozie, sytuacja polityczną kraju staje się coraz cięższa, 

wiadomo już, że wojna być musi – Polska nie zgadza się na żadne ustępstwa terytorialne na rzecz 
Niemiec. Pułk żyje swoim życiem obozowym, a wysiłek wszystkich skupia się na przygotowaniach 
do zawodów strzeleckich, wszak chodzi tu o honor pułku, chodzi o zdobycie i utrzymanie sztandaru 
strzeleckiego. 

Jednego dnia wybucha bomba. „Ryczący Wół” stwierdza, że została naruszona kardynalna zasada 

ochrony tajemnicy wojskowej. Na biedkach wymalowane są białą farbą napisy „1 KCKM”

**

! Biedny 

jest w tym dniu dowódca batalionu I/39 podpułkownik Piotr Kaczała, a jeszcze biedniejszy dowódca 
tej kompanii kapitan Miron Czmyr. 

Mimo  niepewnej  politycznej  i  wydarzeń  na  arenie  międzynarodowej  pułk  wykonuje  swoje 

obowiązki, nie patrzy jutra. Wypadki biegną coraz szybciej. 30 lipca nadchodzi pilny telefonogram 
nakazujący  natychmiastowy  powrót  do  garnizonu.  Pułk  wraca  marszem  przyspieszonym,  bez 
taborów,  likwidację  obozu  załatwia  kwatermistrz.  W  koszarach  panuje  bałagan,  trwają  właśnie 
drobne  remonty  i  malowanie  pomieszczeń,  nikt  nie  spodziewał  się  wcześniejszego  powrotu 
żołnierzy. Panuje nastrój nerwowego oczekiwania, niepewności, a nawet przygnębienia, wielu zdaje 
sobie sprawę, że sytuacja kraju staje się niepomyślna. Poufne komunikaty, które pułk otrzymuje, nie 
głoszą  zbytniego  optymizmu  i  nie  podnoszą  na  duchu.  Wynika  z  nich,  że  dla  Śląska  wojna  się 
zaczęła. 

W pułku od 26 sierpnia w koszarach Kościuszki i Głębockie obowiązuje obrona p-lotnicza czynna 

i bierna, takie samo zarządzenie otrzymał  I/39 w Lubaczowie. Od tego dnia dyżuruje od świtu do 
zmroku drużyna p-lotnicza CKM-ów, której stanowiska ogniowe umieszczono na dachach koszar. 
Garnizon w Jarosławiu nie posiada artylerii p-lotniczej. W koszarach kilka pomieszczeń zamienia się 

                                            

*

 Okazało się później, że była poszukiwana przez wywiad za przynależność do V kolumny. 

**

 1 Kompania Ciężkich Karabinów Maszynowych 

background image

na schrony, obowiązuje zaciemnianie okien podczas dyżurów nocnych, a od zmroku do świtu nie 
wolno zapałać zewnętrznych świateł. 

Niedziela 27 sierpnia jest pogodna i słoneczna, zachęca do wycieczki czy przechadzki. Dlatego też 

wielu oficerów i podoficerów pułku wybiera się na zabawę ogrodową, na którą zaprasza 10 Dywizjon 
Taborów  kwaterujący  w  Radymnie,  w  dodatku  jeden  z  kolegów  obchodzi  imieniny  Na  zabawę 
wybiera się około 20 osób, przeważnie kawalerowie, do Radymna jadą pociągiem. 

Około  godziny  15  tego  dnia  oficer  służbowy  odbiera  pilny  telefon  wzywający  natychmiast 

dowódcę  pułku  –  dzwoni  oficer  ze  sztabu  dywizji.  Dowódca  pułku  po  krótkiej,  telefonicznej 
rozmowie  siada  i  milknie,  po  chwili  każe  oficerowi  służbowemu  wydobyć  z  żelaznej  skrzynki 
stojącej  na  wartowni  zalakowaną  kopertę.  Wyjmuje  z  niej  spis  oficerów  prowadzących  dzienniki 
„Mob” i każe ich wezwać natychmiast. Po dalej mieszkających wysłano dwie bryczki i terenowy 
łazik. 

Odprawa zebranych oficerów w biurze „Mob” trwa już prawie godzinę, dowódca pułku podaje do 

wiadomości, że zostaje zarządzona mobilizacja, czynności mobilizacyjne rozpoczną się o godzinie 
zero.  Odprawa  przeciąga  się,  dowódca  lubi  mówić,  a  przy  tym  jest  mocno  podenerwowany.  Na 
odprawę  stają  wszyscy  wezwani,  oprócz  uczestników  wyprawy  do  Radymna,  którzy  nie  zdążyli 
jeszcze powrócić. 

W  godzinę  po  zarządzeniu  mobilizacji  przyjeżdża  samochodem  dowódca  Okręgu  Korpusu  nr 

X-Przemyśl  generał  Wieczorkiewicz,  który  odwołuje  zarządzenie  mobilizacji.  Oficerów  pułku 
zastaje  jeszcze  na  odprawie  mobilizacyjnej.  Generał  mówi,  że  rząd  polski  pod  naciskiem 
ambasadorów  Francji  i  Anglii  jest  zmuszony  odwołać  mobilizację,  by  nie  drażnić  Hitlera  i  nie 
prowokować Niemców do wojny. Podaje dalej, że Niemcy 25 sierpnia wieczorem zarządzili tajną 
mobilizację, tego też dnia w nocy dywersanci niemieccy zajęli stację kolejową Mosty na Przełęczy 
Jabłonkowskiej.  Teraz  wiadomo,  że  wojna  już  się  zaczyna,  poczekać  wypada  tylko  jak  i  kiedy 
przeciwnicy  rzucą  karty  na  stół.  Jeszcze  tego  samego  dnia  wieczorem  sąsiedni  3  Pułk  Piechoty 
Legionów w alarmowym trybie mobilizuje się i transportami kolejowymi odjeżdża na zachód. W 
nocy  policja  przeprowadza  aresztowania  znanych  w  mieście  filogermanów,  niestety  najbardziej 
aktywni, ostrzeżeni zawczasu, zdołali się ukryć. V kolumna  czuwa, krążą wyssane z palca plotki, 
które budzą nieufność do pieniądza. Zaczyna się masowe wycofywanie wkładów z banków, znikają z 
obiegu  monety  dwu-  pięcio-  i  dziesięciozłotowe.  Bank  jest  zmuszony  wypuścić  w  ich  miejsce 
banknoty papierowe, ludność do nowych pieniędzy nie ma zaufania, fama głosi, że są to banknoty 
fałszywe, wprowadzone do obiegu przez Niemców. 

Ludzie  jak  każdego  dnia  idą  do  swojej  pracy,  dewotki  rano  do  kościołów,  kobiety  z  torbami 

spieszą po zakupy, wojsko ze śpiewem maszeruje na ćwiczenia, w południe ze śpiewem wraca do 
koszar. Wieczorami w lokalach gra orkiestra, młodzi tańczą, inni wypijają swój kufelek piwa. Do 
pułku  wracają  oficerowie  z  różnych  kursów  specjalistycznych,  które  z  uwagi  na  sytuację  zostały 
skrócone. Aż nadchodzi ten ostatni dzień, dzień przed niespodziewanym napadem Hitlera na Polskę. 

 
 
 

31 sierpnia, czwartek 

Ogłoszenie mobilizacji 

31 sierpnia o godzinie 11.30 pułk otrzymuje rozkaz o mobilizacji. Na murach miasta ukazują się 

ogłoszenia zawiadamiające o mobilizacji powszechnej. Pierwszego napływu rezerwistów, zwłaszcza 
z  bliższych  okolic,  spodziewamy  się  następnego  dnia  rano.  Dowódcy  oddziałów  mobilizujących 
otrzymują swoje dzienniki czynności, zaczynają działać komisje poboru koni, wozów, samochodów

*

 

i rowerów. Odchodzi pluton ciężkich karabinów maszynowych do obrony przeciwlotniczej dworca 
kolejowego. Pułkowy pluton łączności, zgodnie z planem mobilizacyjnym, ciągnie linie telefoniczne 
do miejscowości Wierzbna i Tywonia. Mobilizują się tam obydwa bataliony pułku skoszarowane w 

                                            

*

 Dwa samochody, które pułk miał otrzymać z poboru, właściciele reklamowali, przedstawiając zaświadczenia, że są 

generalnym remoncie. 

background image

Jarosławiu.  Batalion  I/39  mobilizuje  się  w  Młodowie,  wiosce  odległej  o  kilometr  od  Lubaczowa. 
Koszary  pustoszeją,  odchodzą  kadry  szkieletowe  batalionów  na  swoje  miejsca  postoju:  II/39  do 
Tywoni, III/39 do Wierzbna. Dowódcą III/39 zostaje kapitan Zygmunt Gawłowski, który powrócił z 
Rembertowa z kursu dowódców batalionów. Ja wyznaczony zostaję na dowódcę łączności pułku, na 
moje  poprzednie  stanowisko  –  dowódcy  8  kompanii  –  ma  przybyć  kapitan  rezerwy  z  Komendy 
Uzupełnień w Będzinie. Dowódca 7 kompanii kapitan Jan Nanuaszwili odchodzi do sztabu pułku na 
nieetatowe  stanowisko  oficera  operacyjnego  pułku.  Kapitan  jest  Gruzinem,  zawierucha  wojenna 
zagnała go do Polski. Jako obcokrajowiec nie podlega mobilizacji, na wojnę zgłosił ochotniczo i jak 
sam mówi: „dla spełnienia obowiązku wobec mojej drugiej ojczyzny Polski”. Drugim adiutantem 
pułku  jest  dowódca  plutonu  strzeleckiego  podporucznik  Józef  Chirowski,  równocześnie  oficer 
łącznikowy z dowództwem dywizji. 

W  mieście  panuje  spokój,  życie  codzienne  mieszkańców  biegnie  utartym  szlakiem,  widzi  się 

jednak  podniecenie  i  troskę  na  twarzach  przechodniów.  Cywilna  obrona  bierna  przeciwlotnicza  z 
opaskami  na  rękawach  pełni  swoje  czynności.  Napisy  na  murach  i  strzałki  kierunkowe  wskazują 
wejścia do schronów. Organizacja „Strzelec” oraz starsi harcerze z biało-czerwonymi opaskami na 
ramieniu,  uzbrojeni  we  francuskie karabiny, obejmują służbę wartowniczą na  dworcu kolejowym, 
przy mostach, wiaduktach i magazynach. 

Czuje się zbliżającą wojnę, wisi w powietrzu jak burza która nadchodzi, wysyłając swój zwiad w 

postaci ciężkich chmur, by spaść niespodziewanie ulewą i piorunami. Hitler nie ukrywa już swoich 
zamiarów. Przygotowania wstępne do mobilizacji przebiegają zgodnie z czynnościami dzienników 
mobilizacyjnych.  Powiadomiono  pułk,  że  dowództwo  dywizji  żąda  przeprowadzenia  mobilizacji 
skróconym terminie. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

SMUTNY WRZESIEŃ 

 
 

1 września, piątek 

Wojna się zaczęła 

W  piątek  1  września  o  świcie  wojska  niemieckie  przekraczają  granicy  Polski.  Hitler  składa 

oświadczenie: 

„Tej  nocy  Polacy  po  raz  pierwszy  na  naszym  własnym  terytorium  rozpoczęli  strzelaninę,  tym 

razem siłami regularnych wojsk. Od godziny 4.45 odpowiada się ogniem, od tej chwili odpowiada się 
bombą na bombę”. 

Nadchodzą  już  pierwsi  rezerwiści,  idą  do  kąpieli,  otrzymują  umundurowanie,  oporządzenie, 

uzbrojenie  i  chodzą  do  miejsca  zakwaterowania.  Magazyn  umundurowania,  oporządzenia  i 
uzbrojenia  mieści  się  w  koszarach  przy  ul.  Kościuszki.  Jest  to  budynek  piętrowy,  o  dwóch 
kondygnacjach,  w  dolnej  znajduje  się  broń,  w  górnej  umundurowanie  i  oporządzenie.  Z  górnego 
okna magazynu drewnianymi korytami zsuwa się umundurowanie i  oporządzenie na podstawione 
wozy, na dole wydawano broń. W wyznaczonym miejscu  odbywa się rozdział wozów, biedek do 
CKM-ów, biedek amunicyjnych i łączności. 

Konie z poboru trudno ustawić parami, są sobie obce, kopią, wierzgają i gryzą się między sobą, 

niezgrane, nie chcą ciągnąć. Konie przychodzą nie kute lub kute źle, kuźnie polowe kują bez przerwy. 
Wozy z poboru są w złym stanie, bez kół zapasowych, niektóre nie rokują nadziei, że wytrzymają 
dalszą drogę, uprząż na koniach jest przeważnie porwana i bardzo zniszczona. Wydano z magazynu 
nieznane dotychczas pistolety vis

*

, są dobre, ale cóż, brak odpowiedniej ich liczby na pokrycie stanu 

etatowego. 

II/39  i  III/39,  które  mobilizują  się  w  pobliskich  wsiach,  podają,  że  miały  trzy  alarmy  lotnicze, 

pojedyncze samoloty obserwacyjne z dużej wysokości zrzuciły dwie  bomby, obeszło się bez strat. 
Dali też znać o sobie sabotażyści, 1 września w nocy pomiędzy Jarosławiem a Wierzbną wycięto 2 
km kabla telefonicznego. 

Zgłasza się kapitan rezerwy Leopold Arendt, przewidziany na dowódcę 8 kompanii. Jest oficerem 

nie  należącym  do  rezerwowego  stanu  pułku,  ma  ładnie  dopasowany  mundur  polowy,  własne 
oporządzenie z pistoletem włącznie, wysoki, wysportowany, silny, brunet. Opowiada, że kilka już 
dni przebywa w Jarosławiu, ale nikt na to nie zwraca uwagi. 

Szef 8 kompanii starszy sierżant Roman Kłęk, żołnierz z I wojny światowej, odznaczony Krzyżem 

Walecznych, melduje, że kiedy kucharze przyłapali w nocy złodzieja, który z magazynu podręcznego 
wynosił  słoninę,  dowódca  kompanii  bez  przesłuchania  kazał  go  zwolnić.  Melduje  dalej,  że  nowy 
dowódca  nie  interesuje  się  mobilizacją,  do  kompanii  nie  zagląda,  przesiaduje  na  kwaterze  albo  w 
plutonie  łączności,  gdzie  zapoznaje  się  z  obsługą  radiostacji  baonowej

**

.  Obecny  tym  meldunku 

dowódca łączności pułku powiada: 

— Szefie, dajcie swemu dowódcy kompanii niemiecki hełm na głowę, a będziecie mieli pruskiego 

junkra na dowódcę. 

Wiadomo, dla dowódcy łączności, znanego z wesołego usposobienia, nie ma nic świętego. 
 
 
 
 

2 września, sobota 

Mobilizacja trwa 

W drugim dniu mobilizacji odjeżdża transportem kolejowym na miejsce  dowodzenia bojowego 

dowództwo 24 Dywizji. Eszelonem tym odjeżdża dywizyjna kompania CKM-ów na taczankach pod 

                                            

*

 Pistolet produkcji krajowej, ośmiostrzałowy, automatyczny, kaliber 9 mm. 

**

 Radiostacja N-2 miała jeden nadajnik na prądnicę ręczną i dwa odbiorniki, zasięg na fonię do 8 km, na klucz do 24 km, 

przewożona na biedce jednokonnej, a w razie potrzeby przenoszona na plecach. 

background image

dowództwem podporucznika Witolda Skawińskiego oraz kompania cyklistów. Odchodzą z pułku do 
dowództwa  dywizji  kapitan  Jan  Toth  na  komendanta  Kwatery  Głównej  oraz  podporucznik  Józef 
Chirowski,  drugi  adiutant  pułku,  jako  oficer  łącznikowy.  W  tym  dniu  odjeżdża  transportem 
kolejowym do mobilizującego się 154 Pułku Rezerwowego dwustu strzelców w pełnym uzbrojeniu i 
oporządzeniu  z  oficerami  Golą,  Osińskim,  Mickiewiczem  oraz  pluton  armatek  p-pancernych  pod 
dowództwem porucznika Adama Borowca. 

Magazyny  mobilizacyjne  nie  dysponują  zegarkami  dla  obsług  łącznic  telefonicznych, 

przewidziano ich zakup na wolnym  rynku, niestety miejscowy handel  nie posiada takich zapasów 
zegarków, aby wystarczyło dla mobilizowanych oddziałów garnizonu. 

Przyjeżdża  oficer  z  dowództwa  Okręgu  Korpusu  nr  X  w  Przemyślu  z  ponagleniem  –  należy 

szybko  ukończyć  czynności  mobilizacyjne,  ale  dzienniki  mobilizacyjne  są  tak  opracowane,  że 
dopiero na szósty dzień mobilizacji oddziały mogą być gotowe. Pułk nie ma ciągle radiostacji S-3 do 
łączności  w  pododdziałach,  amunicji  przeciwpancernej  do  broni  maszynowej,  siatek 
maskowniczych,  granatów  ręcznych  zapalających,  min  przeciwpancernych  oraz  kolców 
przeciwoponowych – to wszystko zgodnie z planem mobilizacji ma być dostarczone w późniejszym 
terminie.  A  czas  nagli,  24  Dywizja  musi  podjąć  zadania  bojowe  jeszcze  w  toku  mobilizacji,  nie 
czekając już nie tylko na gotowość służb, ale nawet oddziałów liniowych. Oddziały nie posiadają 
pełnej sprawności bojowej. Nie starcza czasu na przeprowadzenie próbnych jazd dla zgrania koni w 
zaprzęgach i próby jazdy w kolumnach, zwłaszcza że dużo woźniców cywilnych jedzie ze swoimi 
końmi.  Powtarzające  się  alarmy  p-lotnicze  oraz  naloty  samolotów  niemieckich  wprowadzają 
nerwową  atmosferę.  Niespodziewanie  pojawiają  się  na  niebie,  lecą  na  dużej  wysokości,  krążą 
bezkarnie, a nasze CKM-y p-lotnicze są bezradne, samoloty wznoszą się poza zasięgiem pocisków. 

Radio nadaje propagandowe wiadomości: 
„Nasze samoloty zbombardowały Berlin. W walkach granicznych Armia »Kraków« zniszczyła 70 

czołgów.  Brygada  naszej  kawalerii  prowadzi  walki  w  Prusach  Wschodnich.  Nasze  lotnictwo 
zestrzeliło nad Warszawą 20 bombowców, Anglicy bombardują strategiczne punkty Niemiec”. 

Dowództwo ponagla pułk, do pełnych stanów brakuje uzupełnień, nie stawili się rezerwiści; od 

strony Kielc i Tarnobrzega nie kursują pociągi. Są duże braki osobowe w  plutonach łączności, za 
mało  jeszcze  koni  i  wozów,  trudno  –  mobilizacja  jest  utrudniona  przez  niespodziewaną  napaść 
Niemców.  Mobilizowane  oddziały  powoli  jednak  zapełniają  się,  wydano  amunicję  oraz  po  dwa 
granaty  obronne.  Kłopoty  szefom  kompanii  sprawiają  żelazne  porcje

*

,  które  mimo  normalnego 

wyżywienia z kotła dziwnie maleją u niektórych strzelców. 

Po oddziałach krąży automat do wybijania znaków tożsamości

**

, ale żołnierze nie wieszają ich, 

zgodnie  z  regulaminem,  na  szyi,  zwykle  chowają  do  kieszeni  munduru.  Każdy  pewnie  myśli  tak 
samo: „Niby dlaczego ja mam zginąć?” 

Znowu nowy kłopot,  szef 8 kompanii  melduje, że  dowódca kompanii  w nocy  został ostrzelany 

przez  wartownika,  na  wezwanie  którego  nie  zatrzymał  się.  Dwa  są  przypuszczenia:  albo  szef 
kompanii, stary żołnierz, nie lubi swego nowego przełożonego, albo wszystko to, co robi dotychczas 
dowódca kompanii, jest podejrzane. Nikt zresztą nie zwraca na to uwagi, zwłaszcza że nie ma czasu, 
by sprawę zbadać dokładniej. Czynności mobilizacyjne następują po sobie szybko, a dzień jest za 
krótki, by zająć się wszystkim, zwłaszcza że rozkazy z góry żądają, by pułk postawić już w pełnej 
gotowości. 

Według  założeń  czynności  dziennika  mobilizacyjnego  przysięga  oddziałów  ma  odbyć  się  z 

chorągwią pułkową i kapelanem. Kapelana dotychczas nie ma, a na uroczystości z chorągwią brak 
czasu. Dowódcy batalionów zostają upoważnieni do odebrania przysięgi, a od oddziałów specjalnych 
pułku  przysięgę odbiera  dowódca łączności pułku. Dowódca łączności to  na wojnie  „chłopiec do 
wszystkiego”. 

                                            

*

 Na taką porcję składały się dwie konserwy mięsne, suchary (250 g), dwie kostki kawy zbożowej z cukrem. 

**

 Znaczek miał kształt owalny 5 x 4  cm, wykonany był z blachy cynkowej, łatwej do dzielenia na dwie części. Z jednej 

strony było imię, i nazwisko, wyznanie, na odwrocie nr pułku, rok urodzenia. Znak tożsamości zawieszano na szyi na 
azbestowym  sznurku,  który  w  górnej  części  był  przewleczony  przez  dwa  otwory,  a  w  dolnej  przez  jeden.  Po 
przełamaniu znaku górna połowa pozostawała przy poległym, dolną zabierał oddział dla ewidencji. 

background image

Dla łączności z dywizją i batalionami dowództwo pułku posiada radiostację typu N-1

*

 
 
 
 

3 września, niedziela 

39 Pułk jedzie na wojnę 

Dowódcy  pododdziałów  pobierają  od  rana  zaliczki  pieniężne  na  wydatki  bezosobowe.  Pułk 

otrzymuje rozkaz zakończenia mobilizacji w południe, w tym czasie podstawiony zostanie zestaw 
wagonów do załadunku na stacji Munina i Jarosław. 

I/39 w Lubaczowie zgłasza telefonicznie gotowość transportową batalionu. Batalion ten od chwili 

ogłoszenia  mobilizacji  posiada  w  pododdziałach  pełne  stany  osobowe,  składające  się  z  młodego 
rocznika służby czynnej szkolonego dla uzupełnienia Korpusu Ochrony Pogranicza, co pozwoliło na 
szybkie osiągnięcie gotowości mobilizacyjnej i zgranie się z  wcielonymi rezerwistami. Nadwyżki 
osobowe tego batalionu zostają przekazane do Ośrodka Zapasowego 24 Dywizji w Przemyślu. 

Dowództwo  pułku  i  oddziały  specjalne  są  gotowe  do  transportu,  jeszcze  tylko  zwiad  konny 

uzupełnia  swój  stan  posiadania.  W  taborach  pułku  brakuje  uprzęży.  Dowódca  plutonu  artylerii 
piechoty porucznik Jan Cehak zgłasza, że pluton jest już na rampie kolejowej i czeka na załadunek. 

Tabor  pułkowy  dzieli  się  na  tabor  bojowy  i  tabor  bagażowy.  Pierwszy  to  wozy  z  amunicją, 

kancelaria  pułku,  wóz  bagażowy,  wóz  kapelana,  kuchnia  polowa  z  wozem  przykuchennym  z 
jednodniowym zapasem żywności. Tabor bagażowy, wzorowany na taborze austriackim z I wojny 
światowej,  to  istny  skład,  wiezie  mnóstwo  różnych  rzeczy:  amunicję  zapasową,  kuźnię  polową  z 
zapasem koksu i podków, warsztat szewski z zapasem skór, czterodniowy zapas  żywności (kasze, 
fasola,  groch,  słonina,  konserwy),  świece,  wozy  z  sianem  i  owsem  oraz  wozy  z  jednodniowym 
zapasem świeżej jarzyny. Pułk piechoty po zmobilizowaniu się liczy 400 wozów i 700 koni

**

W pierwszych dniach wojny samoloty niemieckie nadlatujące od strony Słowacji przeprowadzają 

nad miastem i okolicą nieśmiałe obserwacje. W trzecim dniu wojny rozpoczynają bombardowanie 
węzłów  komunikacyjnych  na  głębokich  tyłach,  jak  Tarnów,  Rzeszów,  Jarosław,  Przemyśl,  Od 
wczesnych godzin rannych w parku miejskim odbywa się nadal rozdział koni. I nagle otrzymujemy 
widoczny sygnał, że jest wojna. Krążące wysoko dwa samoloty zwiadowcze rzucają na park dwie 
bomby, które poza piekielnym wyciem i szumem oraz złamaniem kilku gałęzi drzew nie wyrządzają 
innych szkód, gdyż nie wybuchają. 

Jest piękny, upalny dzień, złota polska jesień. Tłumy ludzi stoją na ulicach, wiedzą już w mieście, 

że  pułk  będzie  się  ładował  na  wagony,  czekają,  by  pożegnać  przyjaciół,  znajomych  i  żołnierzy 
swojego miasta. Pomimo dwukrotnych alarmów przeciwlotniczych czekają, mają czas, jest niedziela. 
Około  godziny  dziesiątej  pułk  jest  gotowy  do  wyruszenia  na  rampę  załadunkową.  W  tym  czasie 
przychodzi do dowódcy łączności goniec z wartowni. Co robić? Przed bramą pułku stoi nauczycielka 
z uczennicami, proszą, by je wpuścić do koszar. Przed bramą rzeczywiście czeka pani Rokiczan z 
gromadką  mniej  więcej  dziesięcioletnich  dziewczynek,  trzy  są  w  strojach  krakowskich,  chcą 
żołnierzom odchodzącym na wojnę rozdać medaliki. Przyjął się taki zwyczaj, zachęcano do tego w 
radio i w prasie. 

Entuzjazm w społeczeństwie ogromny, radio podaje codziennie nazwiska ludzi zgłaszających się 

na  żywe  torpedy.  Tego  dnia  zgłasza  się  w  pułku  starszy  pan,  jak  się  okazało  żołnierz  z  I  wojny 
światowej,  z  garbatym  wnukiem,  prosi,  by  ich  zapisać  i  wyznaczyć  tam,  gdzie  będzie  stracone 
stanowisko, zobowiązuje się strzelać z karabinu  maszynowego tak długo, dopóki będzie się mógł 
poruszać. 

                                            

*

  Radiostacja  N-1  miała  zasięg  na  fonię  14  km,  na  klucz  75  km,  jeden  nadajnik  na  prądnicę  ręczną  i  nożną,  dwa 

odbiorniki. Przewożona na dwudzielnym, czterokołowym pojeździe zaprzężonym w parę koni, mogła nadawać i 

odbierać w marszu. 

**

 Te niekończące się kolumny wozów taborowych stały się jedną z przyczyn naszej klęski we wrześniu. 

background image

Cóż więc robić z ofiarodawczyniami medalików – wypada się poddać ogólnemu entuzjazmowi. 

Dowódca łączności każe się stawić całej warcie i plutonowi pogotowia, a małe panieneczki z powagą 
zawieszają medaliki na szyjach żołnierzy, zaznaczając z dumą, że są już poświęcone. Nastrój z obu 
stron jest podniosły, a chwila tak wzruszająca, że jeden z obdarowanych strzelców powiada: 

—  Panieneczki  kochane,  i  matka  moja  nie  sprawiłaby  mi  większej  radości  —  i  cmoka 

dziesięcioletnią „matkę” w rękę. Pozostały pęk medalików zabrano z obietnicą, że zostaną rozdane 
strzelcom przy najbliższej sposobności. 

Tymczasem rozchodzi się po pułku pogłoska, że na rozkaz dowódcy Okręgu Korpusu chorągiew 

pułku  ma odejść  z Ośrodkiem Zapasowym  do Przemyśla, potwierdza to  dowódca łączności. Nikt 
temu nie daje wiary, a niejeden mówi: 

— Czy chorągiew jest tylko po to, by urządzać uroczystości garnizonowe? 
—  Chcemy  iść  na  wojnę  z  chorągwią  pułkową,  jak  szli  nasi  ojcowie  i  dziadowie!  A  jeżeli 

przyjdzie nam zginąć, to umierajmy pod naszą chorągwią, bo taki jest nasz honor żołnierski. 

Szczególnie oburzają się młodzi oficerowie: 
—  Jak  to,  na  wojnę  idzie  z  nami  orkiestra,  a  chorągiew  pułkową  odsyła  się  do  Ośrodka 

Zapasowego? 

I zawiązuje się spisek ratowania chorągwi pułkowej przed pohańbieniem. Kto pierwszy wpadł na 

ten  pomysł,  nie  wiadomo.  Wiadomo,  że  przy  chowaniu  chorągwi  na  wozie  kapelana  obecni  są: 
dowódca  zwiadu,  dowódca  łączności  oraz  podoficerowie  Jan  Szpytma,  Józef  Babiarz,  Emil 
Opielowski,  wszyscy  z  dowództwa  pułku,  oraz  sierżant  Stefan  Wańczycki,  dowódca  zwiadu 
pieszego. Chorągiew pułkową przewożono zwykle w obitej blachą drewnianej skrzyni, zamykanej na 
kłódkę. Zagadkowo zachowuje się kapitan Nanuaszwili. Stoi w pobliżu wozu i prowadzi przyciszoną 
rozmowę z oficerem mobilizacyjnym kapitanem Szuttem. Po chwili mówi do zebranych przy wozie: 

— Pszakrew, nie damy naszej chorągwi pułkowej, pójdzie z nami na wojnę. 
Oficer mobilizacyjny, który wydał chorągiew pułkową, dusza człowiek, zwraca się do obecnych 

ze słowami: 

— Gówniarze, czy będziecie umieli bronić naszej chorągwi pułkowej? — łzy ma w oczach stary 

kapitan na którego piersiach wisi Krzyż Walecznych. — Chłopcy, ten Krzyż Walecznych to jest mój 
żołnierski czyn, za który płaciło się krwią — po czym podchodzi do każdego i podaje rękę. 

Czas nagli, jest godzina 11, przychodzą rozkazy, by ruszać na rampę kolejową do załadunku. Pułk 

maszeruje  z  orkiestrą  grającą  hymn  pułkowy,  Warszawiankę.  Po  obu  stronach  drogi  aż  do  samej 
rampy  kolejowej  stoją  tłumy,  obecne  jest  chyba  całe  miasto.  Wznoszą  okrzyki,  śpiewają  pieśni 
narodowe, rzucają kwiaty – powszechny entuzjazm. 

Entuzjazm wzmaga się, kiedy radio podaje, że Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom. 
Załadunek  przebiega  sprawnie,  kłopoty  sprawiają  konie  z  poboru,  które  nie  chcą  wchodzić  na 

pomosty załadunkowe. Ludzie cywilni w swoich odświętnych ubraniach pomagają żołnierzom, całą 
rampę i stację zapełnia śpiewający i wiwatujący tłum. To pożegnanie z miastem, z którym łączyło nas 
tak  wiele  przez  tyle  lat.  Orkiestra  pułkowa  przez  cały  czas  gra  wiązanki  pieśni  narodowych  i 
żołnierskich, podniosły nastrój udziela się wszystkim. 

Na platformach już rozmieszczono przeciwlotnicze ciężkie karabiny maszynowe, a obok rampy 

dozorują przeciwlotnicze ciężkie karabiny maszynowe wystawione przez  II/39, który ładuje się w 
następnej  kolejności.  Na  rampie  jest  już  oficer  transportowy  II/39  z  plutonem  załadowczym,  ma 
odebrać  podstawiony  eszelon  do  załadunku.  III/39  ładuje  się  w  godzinach  nocnych,  jego  odjazd 
przewidziano na godzinę 3 w nocy. Batalion ten nie ma szczęścia, jeszcze nie zaczęła się dla niego 
wojna,  a  już  ponosi  straty;  nie  zdążył  zwinąć  przewodu  telefonicznego  na  odcinku 
Wierzbna-Jarosław. 

Jest  godzina  15,  pada  rozkaz  odjazdu,  transport  rusza  –  żegnaj  miasto  Jarosław!  W  czasie 

przejazdu  pociągu  koło  Tywonii  obok  toru  zebrała  się  miejscowa  ludność  z  chorągwiami 
kościelnymi.  Transport  żegna  krzyżem  ksiądz  stojący  na  przedzie,  żołnierze  zdejmują  hełmy  z 
głowy, inni klękają i żegnają się, na twarzach widać powagę. Zadumał się ten i ów, a niejednemu 
kręci się łza w oku... Może przypomniał sobie smutne oczy matki żegnającej syna przed wyruszeniem 
w drogę, z której nie zawsze się wraca? A może pomyślał o domu rodzinnym, o żonie i dzieciach? 

background image

Albo pomyślał: „A może to moja ostatnia podróż?” Milkną śpiewy i głośne rozmowy, w transporcie 
powiało smętną zadumą. 

Gdzie jedziemy, tego nikt nie wie, tajemnicę miejsca przeznaczenia dotrzymano do końca, nikt, do 

dowódcy pułku włącznie, nie wie, dokąd jedzie. Jedziemy na zachód. Żołnierze są pełni zapału, na 
stacjach ludność wita wojsko entuzjastycznie, rozdaje kwiaty, słodycze, pieczywo, papierosy, owoce, 
podaje kartki z adresami, by pisać z frontu a bardziej energiczne kobiety całują się z wojakami aż 
echo niesie po okolicy. 

W miarę jednak obracania się kół na zachód nastroje zaczynają powoli ulegać zmianie. Wojskowy 

pociąg mija pierwszy transport, a potem następne z uciekającą ludnością wiozącą ze sobą dobytek, a 
nawet krowy i siano. 

Wyciągają do nas ręce i wołają: 
— Pomścijcie nas... 
I tu przychodzi zastanowienie, dlaczego tych ludzi  ewakuuje się na wschód? Przecież Francja i 

Anglia  wypowiedziały  wojnę,  a  natarcie  na  zachodzie  ruszy  lada  dzień.  Radio  podaje  same 
optymistyczne  wiadomości:  „Berlin  zbombardowany.  W  walkach  na  Śląsku  zniszczono  100  . 
czołgów. Niemiecka ofensywa zatrzymana. Francja wysyła do Polski samoloty i czołgi”. Co tu się 
dzieje?  Dlaczego  ci  ludzie  uciekają  ze  swoim  dobytkiem,  dlaczego  jadą  z  taką  rozpaczą?  Ale  nie 
trzeba się tym tak przejmować, wszak jedziemy bić Niemców i nie jesteśmy bombardowani przez 
lotnictwo. 

Zapada zmrok, cały transport jedzie bez w świateł, kucharze otrzymują rozkaz gotowania kolacji. 

W  wagonach  wydaje  się  uzupełniającą  amunicję  i  granaty  ręczne,  sprawdza  i  dopasowuje  maski 
przeciwgazowe, dopasowuje oporządzenie i uzupełnia znaki tożsamości. Transport staje dwukrotnie, 
przed  i  za  Dębicą,  postoje  są  dłuższe,  zbombardowane  i  zniszczone  tory  trzeba  naprawić.  Służba 
drogowa  PKP  dwoi  się  i  troi,  przy  słabych  światłach  latarek  zasypuje  leje  i  wyrwy,  wymienia 
podkłady i zniszczone szyny. Pracuje z nimi duża grupa chłopów, przyszli ochotniczo z pobliskiej 
wsi. I oni, chociaż starzy, chcą mieć swój udział, jak mówią, w biciu Niemców. 
 
 
 

4 września, poniedziałek 

Przygotowanie obrony na Dunajcu 

Około godziny 6 transport zostaje zatrzymany przed Tarnowem, dowódca pułku otrzymuje rozkaz 

doręczony przez oficera ze sztabu dywizji: pułk wyładuje się w Tarnowie, 24 Dywizja wchodzi w 
skład Armii „Karpaty”. Dowódcą armii jest generał Kazimierz Fabrycy. 24 Dywizja zajmuje odcinek 
obrony nad Dunajcem na południe od Tarnowa i osłania południowe skrzydło Armii „Kraków”. 

Eszelon pułku nie może na razie się wyładować, rampa wyładunkowa jest zajęta przez I/39. Przed 

naszym przyjazdem był  bombardowany, została rozbita kuchnia z wozem przykuchennym, zginął 
podoficer  żywnościowy  2  kompanii.  Dowódca  pułku  odjeżdża  samochodem  oficera  sztabu  na 
odprawę do dowództwa dywizji. W tym czasie I/39 skończył wyładunek i odchodzi na wyznaczony 
odcinek obrony na Dunajcu 

Rozpoczyna  się  wyładunek  eszelonu  dowództwa  pułku,  sprzęt  lekki  (np.  biedki  ciężkich 

karabinów maszynowych) został już wyładowany w czasie wyczekiwania, na rampie wyładowuje się 
sprzęt ciężki i konie. Obronę przeciwlotniczą przy wyładunku stanowi pluton ciężkich karabinów 
maszynowych oraz stojące na platformach dwie drużyny karabinów maszynowych. 

Na stacji Tarnów widać dzieło V kolumny, w bagażu złożonym w przechowalni znajdowała się 

bomba zegarowa, która wybuchła 28 sierpnia i zburzyła zachodnie skrzydło dworca. 

W  czasie  wyładunku  eszelonu  pułkowego  nadlatują  trzy  junkersy,  strzela  osiem  ciężkich 

karabinów maszynowych przeciwlotniczych, nie licząc ręcznych karabinów maszynowych, samoloty 
są na wysokości 1500 m. Niemcom nie podoba się zapewne silna obrona przeciwlotnicza, zrzucają 
bomby niecelnie i szybko zawracają. Nie ma większych strat, zraniony został tylko koń, trzeba go 
zastrzelić. 

background image

Zbliża  się  południe,  kiedy  na  rampę  podjeżdża  II/39,  batalion  jest  bombardowany  dwukrotnie, 

bomby padają niecelnie, Niemcy wyraźnie boją się ostrzału rozstawionych CKM-ów, zwłaszcza że 
samoloty znajdują się w zasięgu pocisków. Na miejscu są dwa bataliony pułku, oficer transportowy 
stacji Tarnów melduje, że III/39 już w drodze. 

Dowódca  pułku  wraca  z  odprawy  i  zaraz  jedzie  na  rozpoznanie  przydzielonego  do  obrony 

odcinka, przywozi dwie mapy okolic Tarnowa, z przydziałem map jest źle. Na rozpoznanie terenu 
jadą  dowódcy  batalionów,  oficer  operacyjny  i  dowódcy  kompanii  CKM-ów.  Mają  do  dyspozycji 
samochód terenowy z kierowcą Ludwikiem Pajdą oraz motocykl Sokół z przyczepą. 

Dowódca łączności pod nieobecność dowódcy pułku zarządza przemarsz II/39 przed chorągwią 

pułkową, orkiestra gra Warszawiankę. Maszerujący żołnierze imponują swoim spokojem, przecież w 
każdej chwili może być nalot bombowy. 

Pułk organizuje obronę na południe od Tarnowa na odcinku od ujścia rzeki Białej do miejscowości 

Wojnicz w rejonie Zbytlikowska Góra-Zgłobice. Linię przesłaniania przesunięto nad rzekę Dunajec, 
na  miejsce  postoju  dowództwa  pułku  wyznaczono  dwór  Koszyce.  Odcinek  obrony  pułku  wynosi 
około  8 km.  I/39  jest na prawym  skrzydle, a  w lewo od niego organizuje obronę  II/39. Teren do 
obrony jest dobry, ze wzgórz świetna widoczność na przedpole, nie ma dogodnych podejść dla broni 
pancernej. Rzeka Dunajec nie stanowi przeszkody, z powodu długotrwałej suszy stan wody jest niski. 
Brzegi rzeki są wprawdzie spadziste, ale pojazd gąsienicowy przejedzie swobodnie. 

Na przedpole obrony do miejscowości Wojnicz wysunięto placówkę oficerską pod dowództwem 

porucznika  Kazimierza  Czabanowskiego  w  sile  plutonu  strzeleckiego  wspartego  drużyną  ciężkich 
karabinów maszynowych i działonem przeciwpancernym, ponadto drogę dozoruje, pluton artylerii 
piechoty.  I/39  zamknął  boczną  drogę  na  Wojnicz  wysuniętą  placówką  oficerską  w  sile  plutonu 
strzeleckiego  wspartego  drużyną  CKM-ów.  Placówka  oficerska  w  Wojniczu  posiada  połączenie 
telefoniczne z I/39. Na lewym skrzydle pułku w rejonie Zakliczyn-Wróblowice organizuje obronę 38 
Pułk  Piechoty,  na  prawym  skrzydle  pułku  znajduje  się  batalion  marszowy  z  Tarnowa.  17  Pułk 
organizuje  obronę  w  Gromnikach,  a  155  Pułk  Rezerwowy  jako  odwód  dywizji  znajduje  się  w 
miejscowości Zawada. 11 Dywizja wchodząca w skład Armii „Karpaty” wyładowuje się w Dębicy i 
koncentruje się nad Wisłoką w rejonie Frysztak-Kołaczyce. 

Wysłany dla nawiązania łączności z załogą Mościce (Tarnów Zachodni) patrol przynosi ciekawe 

wiadomości: 

— Obrona p-lotnicza zakładów Mościce strąciła w dniu wczorajszym własny samolot, samolot 

rozbił się, a cała załoga zginęła, Niemcy przełamali front, Armia „Kraków” wycofuje się ze Śląska 
nad Wisłę, uderzenie niemieckie ze Słowacji obchodzi południowe skrzydło Armii „ Karpaty”. 

Nad  nami  przelatują  niemieckie  bombowce  operujące  z  baz  w  Słowacji,  obrony  naszej  nie 

bombardują, lecą na Tarnów, Dębicę i dalej na wschód. Nisko lecące samoloty są ostrzeliwane przez 
CKM-y  p-lotnicze,  jak  dotychczas  bez  skutku.  Niektóre  klucze  samolotów  próbują  bombardować 
Mościce,  ale  są  przepędzane  celnymi  strzałami  baterii  armat  p-lotniczych.  Bombowce  lecą  bez 
osłony myśliwców, Niemcy wiedzą, że w czasie swoich nalotów nie napotkają polskich myśliwców. 

Na przydzielonych odcinkach bataliony rozmieszczają się w obronie, przygotowują obronę stałą i 

kopią rowy strzeleckie do profilu na stojącego. Wierzyć się nie chce, że pułk jest na wojnie, odnosi 
się wrażenie, że przybyliśmy na manewry. Dookoła panuje spokój, słońce przygrzewa jak w lecie, a 
nasi  strzelcy  kopią  i  ryją  w  ziemi  bez  przeszkód.  Okoliczni  mieszkańcy  wyszli  na  pola,  kopią 
ziemniaki,  robią  podorywki,  na  łąkach  dzwonią  kosy  przy  koszeniu  trzeciego  pokosu.  Wojnę 
przypominają jedynie przelatujące niemieckie bombowce, wybuchy dochodzące od strony Tarnowa i 
Dębicy oraz wyrzucone na przedpole placówki i krążące patrole. 

Drugą  oznaką  wojny  są  przewalające  się  masy  uciekinierów  na  drodze  od  Bochni.  W  tłumie 

maszeruje  dużo  policji,  są  też  maruderzy,  którzy  porzucili  walczące  oddziały  i  opowiadaniami 
prawdziwymi czy zmyślonymi sieją popłoch i zwątpienie. W swych opowiadaniach wyolbrzymiają 
siły niemieckie, mówią o masach broni pancernej, która jest nie do zwalczenia. Tworzy to podatny 
grunt dla wszelkiego rodzaju  plotek, które pod wpływem V kolumny rozrastają się do  olbrzymich 
rozmiarów i rozchodzą się po kraju osłabiając chęć walki mniej odpornej ludności oraz żołnierzy. 

background image

Widok tych mas na drodze źle wpływa na morale żołnierzy, oddziały, które przygotowują obronę na 
Dunajcu i dziś lub jutro wejdą do walki, widzą słabość i bezradność, a wojna się dopiero zaczęła. 

Zaszło już słońce, prace przy robotach ziemnych są prowadzone bez przerwy, jedni kopią, drudzy 

śpią, inni  czuwają, tak mija noc. Noc jednak nie przechodzi  spokojnie, placówki na przedpolu  są 
alarmowane, jedna z wysuniętych czujek ostrzelała nie rozpoznanych osobników. W .kilku miejscach 
w  dolinie  Dunajca  oraz  z  zabudowań  po  przeciwnej  stronie  rzeki  zauważono  błyski  świetlne, 
wysyłane tam patrole niczego nie stwierdzają. Na drugi dzień rano patrole odkrywają wąskie taśmy w 
kolorze czarnym i niebieskim przeciągnięte przez rzekę w dwóch miejscach. 

Na prośbę dowódców pododdziałów dowódca pułku wyraża zgodę, by na co dzień, ze względu na 

warunki  polowe,  żołnierze  nie  oddawali  honorów  swoim  przełożonym,  salutowanie  obowiązuje 
jedynie przy składaniu meldunków. 39 Pułk Piechoty w czasie pokoju stanowił szkołę wychowania 
żołnierzy w duchu obywatelskim, a dyscyplina była wyrozumowana zgodnie z duchem regulaminu. 
Ścigano „ćwiczenia kapralskie” oraz pokutujący jeszcze gdzieniegdzie koszarowy dryl w pruskim 
stylu. 
 
 
 

5 września, wtorek 

Spotkanie z V kolumną 

Pierwsze walki z Niemcami 

Sytuacja nasza na froncie nie jest dobra, już w drugim dniu wojny Niemcy zagonami pancernymi 

przedarli się na kierunku Częstochowa-Mysłowice, a Armia „Kraków” jest zmuszona do wycofania 
się nad Wisłę. Stąd te masy uciekinierów posuwające się drogą Kraków-Tarnów w dzień i w nocy. 
Jadą sznury taborów, idą grupy straży granicznej, jakieś oddziały wojska, żołnierze z bronią i bez 
broni. 

Jadą  wojskowe  samochody  ciężarowe,  samochody  osobowe  oraz  gromady  uciekinierów  na 

wozach,  wędrują  piesi  ze  swoim  dobytkiem  na  plecach  i  ręcznych  wózkach.  Podczas  nalotów 
powstaje panika, tłum rozbiega się na pola, pozostawiając swoje tłumoki na szosie, woźnice starają 
się zjechać z drogi.  Uspokaja się wszystko  po skończonym  nalocie, drogą znowu płyną tłumy na 
niewiadome.  Ta  posuwająca  się  powoli  ludzka  masa  jest  dla  naszej  obrony  bardzo  uciążliwa, 
ogranicza ruch na drodze, gońcy nie mogą poruszać się swobodnie. 

W godzinach rannych wyładowuje się III/39, w czasie transportu był dwukrotnie bombardowany, 

na szczęście nie poniósł żadnych strat. Batalion pozostaje w odwodzie i organizuje ośrodek oporu 
typu  polowego  na  odcinku  Zbylitowska  Góra–klasztor.  Z  tyłu,  za  obroną  pułku,  w  miejscowości 
Zawada Tarnowska okopuje się 155 Rezerwowy Piechoty, który jest odwodem 24 Dywizji. Pułk ten 
zmobilizowany został przez 16 Pułk w Tarnowie. Pod Dębicą  wyładowują się wolno nadchodzące 
transporty  11  Dywizji,  która  koncentruje  się  nad  Wisłoką  z  zadaniem  zorganizowania  obrony  w 
rejonie Jodłowa–Kołaczyce. 

Od czasu wyładowania się pułku przez cały dzień i całą noc strzelcy z niespotykanym zapałem 

ryją  ziemię  i  kopią  rowy  strzeleckie  do  pełnego  profilu.  Rowy  są  węższe,  niż  nakazują 
dotychczasowe normy, zapewnia to lepszą ochronę przed pociskami moździerzy i czołgami

*

. Ciężkie 

karabiny maszynowe umieszczono na specjalnych stanowiskach, prócz nich zbudowano zapasowe, 
które  umożliwiają  sprawne  manewrowanie  tym  podstawowym  sprzętem  walki.  Z  zapasu  drutu 
kolczastego  będącego  w  wyposażeniu  pułkowego  plutonu  pionierów  oraz  z  drutu  kolczastego 
zabranego z płotów w wiosce ustawia się na niektórych odcinkach przed stanowiskami przeszkody, 
tzw.  podwójne  płoty  polskie  z  potykaczem  na  przodzie

**

.  Poszczególne  stanowiska  obronne  są 

powiązane  w  całość  dostosowaną  do  sieci  ognia  ciężkiej  broni  maszynowej  i  armatek 
przeciwpancernych, a wszystkie roboty ziemne starannie zamaskowane.  Armatki  przeciwpancerne 
stoją  wzdłuż  prawdopodobnych  kierunków,  którymi  Niemcy  poprowadzą  broń  pancerną,  ciężkie 

                                            

*

 Wykorzystano tu doświadczenia wojny domowej w Hiszpanii. 

**

 Ludność wioski, a szczególnie młodzież, ochotniczo znosiła drut kolczasty. 

background image

karabiny maszynowe przygotowano do strzelania w dzień i w nocy, moździerze ustawiono na dozór, 
a  ciężkie  karabiny  maszynowe  przeciwlotnicze  oczekują  w  stałym  pogotowiu.  Bataliony  są 
połączone siecią telefoniczną, a nawet w dzień skrzydłowe kompanie używają świetlnych aparatów 
Morse'a.  Radiostacja  pułkowa  N-1  jest  na  stałym  podsłuchu.  Pułk  stoi  w  stanie  pełnej  gotowości 
obronnej. 

Wysłane we wczesnych godzinach rannych rozpoznanie dalekie, przeprowadzone przez kompanię 

zwiadu  pułkowego,  nie  stwierdziło  obecności  podjazdów  niemieckich.  Nawiązało  natomiast 
styczność z wysuniętymi oddziałami 11 Dywizji, które w składzie: szwadron kawalerii dywizyjnej, 
trzy bataliony piechoty i dywizjon artylerii, organizują obronę w rejonie Bochnia–Wiśnicz. 

Lotnictwo  niemieckie  nie  bombarduje  oddziałów  w  terenie,  przelatuje  tylko  nad  stanowiskami 

obrony i kieruje się na Dębicę, Jarosław, Przemyśl, gdzie obrabia głębokie tyły. Po wykonaniu swego 
zadania przelatuje z powrotem, a poszczególne samoloty obniżają swój lot i okładają pociskami z 
broni  pokładowej  organizowaną  obronę,  śmiałkowie  ci  szybko  jednak  zawracają,  przepędzani 
celnym ostrzałem CKM-ów p-lotniczych. Inne powracające samoloty kierują się na drogę, na której 
ostrzeliwują z broni pokładowej  bezbronnych uciekinierów. Niebo jest pogodne, bez chmur i  bez 
polskich  samolotów.  Lotnicy  hitlerowscy  w  nalotach  terrorystycznych  mają  duże  doświadczenie 
nabyte w wojnie domowej w Hiszpanii. 

Z  naszych  stanowisk  obronnych  na  Wzgórzach  Zbylitowskich  widać  całą  drogę,  niestety,  nie 

możemy  nic  pomóc,  nie  posiadamy  artylerii  p-lotniczej.  24  Pułk  Artylerii  Lekkiej  nie  dołączył 
dotychczas. Dochodzą słuchy, że został zbombardowany w Jarosławiu w czasie załadunku. 

Nad Dunajcem pułk spotyka się z działalnością V kolumny. W rejonie obrony pułku znajduje się 

droga i tor kolejowy Tarnów–Kraków. Bocznica tego toru, która prowadzi do zakładów Mościce, jest 
obsadzona  wysuniętą  placówką.  Dowódca  jej  melduje,  że  w  godzinach  popołudniowych 
poprzedniego  dnia  przychodził  kilkakrotnie  do  semaforu  kolejarz,  opuszczał  i  podnosił  latarnię 
znajdującą  się  na  semaforze  i  przywiązywał  do  latarni  kilka  czerwonych  chorągiewek.  Dowódca 
otrzymuje polecenie, by dalej obserwować semafor, a w wypadku podejrzanych czynności kolejarza, 
aresztować  go  i  doprowadzić  do  dowództwa  pułku.  Skoro  świt  dowódca  placówki  doprowadza 
podejrzanego, jest trochę poturbowany. Odebrano mu torbę służbową, a że oberwał, to jego wina. 

— Stawiał opór, więc trzeba go było nieco uspokoić — melduje dowódca placówki. — Kolejarz 

dwa razy w nocy zapalał latarnię, podnosił ją do góry i opuszczał. 

Przy rewizji osobistej odebrano legitymację służbową wystawioną w Tarnowskich Górach oraz 

obciążające zapiski, w dodatku doprowadzony źle mówi po polsku. W torbie służbowej znajdują się 
dwa granaty zapalające wzoru wojskowego, czeskiego pochodzenia, oraz czerwona chustka z kropką 
w  środku  –  jest  to  znak  rozpoznawczy  dywersantów.  Pomimo  tych  dowodów  doprowadzony 
twierdzi, że jest niewinny, a granaty to petardy sygnałowe używane na PKP, chustka zaś jest zwykłą 
chustką do nosa. 

Wtedy do przesłuchującego oficera podchodzi kapral Bronisław Matuszek, obserwator z drużyny 

dowódcy  pułku,  znany  kawalarz  pułkowy.  Prosi  oficera  przesłuchującego,  aby  zezwolił  na 
przeprowadzenie  niby-sądu  nad  doprowadzonym  kolejarzem.  Oficer,  człowiek  z  fantazją,  wyraża 
zgodę. Sąd odbywa się w stodole, a jako doraźny, sądzi krótko, rolę audytora pełni kapral Matuszek. 
Każe podejrzanemu uklęknąć i odmówić Zdrowaś Maryjo, podejrzany odpowiada, że nie umie, bo 
jest ewangelikiem. Następuje przewód dowodowy, który obciąża go, zapada wyrok – śmierć przez 
rozstrzelanie.  Wyrok  zostaje  odczytany,  skazany  utrzymuje  nadal,  że  jest  niewinny.  Teraz  kapral 
Matuszek  sprowadza  kilku  strzelców  z  drużyny  dowódcy  pułku  jako  wykonawców  egzekucji, 
strzelcy na oczach skazanego ładują broń. Już w czasie odczytywania wyroku ze skazanym dzieje się 
coś  niezwykłego,  traci  swój  tupet,  blady  jak  ściana,  oczy  błędne,  bełkocze  do  siebie  jakieś 
niezrozumiałe słowa. Przy wyprowadzaniu ze stodoły załamuje się zupełnie, upada, nie może iść. 
Dwóch strzelców bierze go pod ramiona i wyprowadza do sadu za stodołą. 

background image

Dla nadania powagi  wykonywanej  egzekucji kapral  sprowadził z orkiestry pułkowej

*

  dobosza, 

który  wybija  ponury  werbel.  W  sadzie  przywiązują  skazanego  do  rozłożystej  jabłoni,  a  kapral 
przystępuje z kawałkiem bandaża, by mu zawiązać oczy. Mówi: 

—  Zanim  zawiążę  ci  oczy,  przyjrzyj  się  dobrze  światu  i  słońcu,  bo  niedługo,  a  już  go  nie 

zobaczysz. — Dobosz z głuchym łoskotem wybija werbel. 

Dywersant już dłużej tego nie wytrzymuje, mdleje. Odwiązano go, oblano wodą. Otworzył oczy i 

pyta: 

— Czy żyję jeszcze? Darujcie życie, teraz powiem prawdę. 
Przykro jest patrzeć na ten przepełniony strachem bezwolny łachman ludzki leżący u zakurzonych 

butów  żołnierzy.  Teraz  kolejarz  mówi  całą  prawdę  przesłuchującemu  oficerowi.  Jest  obywatelem 
polskim  z  Tarnowskich  Gór,  na  dwa  miesiące  przed  rozpoczęciem  wojny  ukończył  kurs 
dywersyjno-sabotażowy w Gliwicach, za oddane usługi ma otrzymać ziemię w Polsce. Z protokołem 
dywersant zostaje odesłany do plutonu żandarmerii w dywizji. 

W  niedługim  czasie  V  kolumna  daje  znowu  znać  o  sobie.  Patrol,  wysłany  na  przedpole  dla 

zbadania kilku oddzielnie stojących chałup, spotyka gromadę chłopów uzbrojonych w koły, siekiery, 
widły. Jest między nimi nawet strażnik polowy ze strzelbą. Chłopi twierdzą, że w chałupie, której 
pilnują, ukrył się spadochroniarz niemiecki. Rano spostrzegli go w zaroślach, a kiedy podeszli bliżej, 
strzałem z pistoletu zranił jednego chłopa i uciekł do chałupy, gdzie się zabarykadował. Dowódca 
patrolu  przy  pomocy  chłopów  zajmuje  chałupę  i  rozbraja  dywersanta.  Zatrzymany  ma  na  sobie 
kombinezon  lotniczy  z  metalowym  emblematem

**

  na  lewym  rękawie.  Jest  to  człowiek  krępy,  o 

kwadratowej twarzy i rozbieganych niebieskich oczach rzucających wkoło niespokojne spojrzenia. 
Zwisające ręce, duże jak łopaty, poruszają się nieustannie, jak gdyby nie wiedział, co z nimi począć. 
Dywersantowi odebrano pistolet parabellum, dwa zapasowe magazynki z nabojami oraz dwa granaty 
czeskiego wzoru. Kiedy wiążą mu ręce, nagłym szarpnięciem wyrywa nóż z rękawa i przebija nim 
ramię jednego z żołnierzy. Uspokaja go cios kolbą w głowę. Na zadawane pytania nie odpowiada, nie 
mówi po polsku, z obłędnym strachem w oczach powtarza w koło gardłowym głosem: 

— Jo Polok. 
Teraz jest dopiero kłopot, co robić dalej z tym dywersantem? Do dywizji daleko, żandarmów przy 

pułku nie ma, a przy rozpoczynającej się walce żal jest pozbywać się choćby jednego żołnierza. 

Są  już  godziny  popołudniowe,  na  drodze  panuje  istne  szaleństwo,  rosną  tłumy  uciekinierów. 

Bezładna  ucieczka  opanowała  wszystkich.  Ci,  którzy  nie  posiadają  własnych  środków 
transportowych, ciągną ręczne wózki z dobytkiem; inni pchają wyładowane wózki dziecinne, obok 
drepczą dzieci uczepione matczynych spódnic. Niektórzy z tłumu coraz oglądają się trwożliwie do 
tyłu,  wypatrując  niemieckich  piratów  powietrznych.  Idą  gromady  zmęczonych  i  zakurzonych 
żołnierzy,  to  żołnierze  z  rozbitej  6  Dywizji.  Przez  drogę  przepychają  się  siłą  tabory  wojskowe, 
kolumny  samochodów  ciężarowych,  pojedyncze  działa  i  jaszcze  amunicyjne.  Jedzie  kolumna 
sanitarna, maszerują spod Bochni dwie kompanie z 11 Dywizji, które poszukują swoich pułków. 

Na niedużej wysokości przelatuje w kierunku wschodnim nasz samolot RWD, leci pod słońce, 

własna obrona p-lotnicza strzela do niego, ile może, nadzieja, że biedaka nie trafią. 

Już od godziny krążą nad naszą obroną dwa niemieckie samoloty rozpoznawcze, będą tak krążyć 

na zmianę do samego zmierzchu – nasza obrona p-lotnicza jest wobec nich bezsilna, lecą wysoko. 
Jedną mamy w tym nieszczęściu pociechę, kiedy samoloty nadlatują nad Mościce, znajdująca się w 
Zakładach Azotowych bateria p-lotnicza przepędza je celnymi strzałami. 

Rozpoznanie  dalekie,  przeprowadzone  przez  kompanie  zwiadu  na  Bochnię  i  Wiśnicz, 

nieprzyjaciela nie stwierdza, od żołnierzy rozbitych oddziałów niczego pewnego dowiedzieć się nie 
można, są wystraszeni i głodni. 

Nasze oddziały otrzymują normalne wyżywienie, zużywa się wiezione zapasy, a mięso kupuje od 

chłopów, brakuje tylko chleba. Niektórym podoficerom żywnościowym udaje się zdobyć chleb, gdyż 
weszli w porozumienie z miejscowymi gospodyniami. 

                                            

*

 39 Pułk Piechoty jest na wojnie z orkiestrą pułkową. 

**

 Emblemat przedstawiał granat ręczny żółtego koloru. 

background image

Zaczynają się pierwsze walki, a służby na tyłach nie działają, nie istnieje zaopatrzenie wojska. Na 

odcinku II/39 wybucha nagła strzelanina, dudnią długie serie CKM-ów, słychać szczekliwe strzały 
armatek  p-pancernych  i  głuche  wybuchy  pocisków  moździerzy,  to  batalion  odpiera  wypad 
zmotoryzowanego  podjazdu  nieprzyjaciela.  Niemiecki  zmotoryzowany  oddział  rozpoznawczy 
usiłuje przełamać obronę z marszu, po wstępnym boju rozprasza się i zalega w terenie. Od 38 Pułku 
Piechoty dochodzą odgłosy wybuchów, tam walka trwa już od dłuższego czasu. Niemcom nie udaje 
się przełamanie obrony, zawiedzeni niepowodzeniem, w odwecie lub w swojej zbójeckiej taktyce, 
podpalają  pobliskie  wioski,  które  płoną  wyrzucając  wysoko  płomienie.  Odparcie  przez  II/39 
zmotoryzowanego podjazdu niemieckiego urasta do zwycięstwa, zajmują się tym telefoniści, podają 
wiadomość z własnymi komentarzami, to podnosi na duchu żołnierzy. 

Pułk nie ma szyfru do radiostacji, pułkowa radiostacja N-1 jest na podsłuchu, posiada tylko kod 

ćwiczebny używany w garnizonie, to samo dzieje się z radiostacjami batalionów. 

Do pułku zgłasza się kapelan, starszy człowiek o siwych włosach, chorowity, aż podziw bierze, że 

takiego starowinę posłano na wojnę. Otrzymuje hełm i płaszcz żołnierski. W czasie nalotów wkłada 
hełm na głowę i modli się. Przy wieczornym posiłku we dworze wstaje i odmawia głośno modlitwę, 
wszyscy  są  tym  zaskoczeni.  Kapelan  nie  przeszkadza  długo  swoją  osobą,  odchodzi  wcześnie,  są 
chętni do spowiedzi. Masowa spowiedź zacznie się dnia następnego. Kapelan na odchodnym zwraca 
się do zebranych: 

—  Niech  będzie  pochwalony  Jezus  Chrystus.  —  A  kiedy  niektórzy  coś  tam  bąkają,  mówi:  — 

Panowie, pamiętajcie, że ja służę ludzkiej nadziei. 

Rozmowy milkną, wszystkim robi się jakoś niewyraźnie. 
Do  pułku  dołącza  dywizyjna  bateria  artylerii  lekkiej  75  mm  pod  dowództwem  porucznika 

Pniewskiego. Bateria wprawdzie jest, ale nie posiada zwiadu. 

Późnym  wieczorem  dowództwo  pułku  otrzymuje  telefonicznie  niepokojący  meldunek,  dzwoni 

adiutant  I/39  podporucznik  Piotrowski.  Pod  placówkę  oficerską  na  Dunajcu,  którą  dowodzi 
podporucznik  Tabaczek,  podeszli  niespodziewanie  dywersanci,  obrzucili  placówkę  granatami, 
zabijając  dwóch  strzelców  i  raniąc  jednego,  przecięli  przewody  telefoniczne  i  odskoczyli, 
uprowadzając  ze  sobą  strzelca  będącego  na  czujce.  W  czasie  walki  został  zabity  jeden  z 
dywersantów,  przy  zabitym  nie  znaleziono  żadnych  dokumentów,  natomiast  w  kieszeni 
kombinezonu miał czerwoną chustkę z żółtą kropką. 

Już noc, obowiązuje pełne pogotowie bojowe, oddziały znajdują się w strefie działań wojennych, 

przed nimi w terenie stoją zmotoryzowane podjazdy niemieckie. 

Na odcinku II/39 czujka jednej z placówek melduje, że od dłuższego czasu obserwują poruszające 

się  sylwetki  oraz  błyski  świateł  w  pobliżu  stogów  siana  stojących  na  przedpolu.  Wysłany  patrol 
spotyka  trzech  osobników,  którzy  wezwani  do  zatrzymania  się,  uciekają.  Padają  strzały,  dwóch 
ucieka, trzeci zostaje zastrzelony. Sprowadzony sołtys twierdzi, że jest to syn miejscowego kolonisty 
niemieckiego, który po ogłoszeniu mobilizacji znikł. 

Dzień  ten  kończy  jeszcze  jedna  sensacyjna  wiadomość.  Meldunek  składa  sierżant  Stanisław 

Argasiński, zastępca dowódcy plutonu łączności z II/39: 

—  Po  walce  batalionu  ze  zmotoryzowanymi  podjazdami  niemieckimi,  tuż  po  zapadnięciu 

ciemności,  uciekł  za  Dunajec  dowódca  plutonu  łączności  podporucznik  rezerwy  Arnold  Kübler. 
Zabrał  ze  sobą  karabin  i  dwa  granaty  ręczne  należące  do  strzelca  pełniącego  dyżur  na  centrali 
telefonicznej. 

Po północy dowódcy placówek meldują, że niemieckie czołgi w szyku rozwiniętym znajdują się 

nad Dunajcem. Jaki diabeł, jakże to możliwe, by czołgi podeszły bezszelestnie pod linię czuwania? 
Rzeczywiście, unosząca się nad dolinę mgła odsłania od czasu do czasu ciemne sylwetki jak gdyby 
czołgów.  Wszyscy  drętwieją  ze  strachu,  cisza  aż  dzwoni  w  uszach.  Nerwy  są  napięte  do  kresu 
wytrzymałości, chce się krzyczeć, by przerwać tę niepokojącą  chwilę. Coś się musi stać, bo tego 
napięcia już dłużej wytrzymać nie można. Nagle seria z karabinu maszynowego, to jakiś celowniczy 
nie wytrzymuje nerwowo, wyładowuje w ten sposób swój strach. Seria ta daje jakby hasło,  teraz 
słychać strzelaninę na całej linii, strzelają wszystkie bronie. 

background image

Okazuje się wkrótce, że w dolinie stoją kopy siana, o których wszyscy zapomnieli, a podnosząca 

się i opadająca mgła stworzyła wrażenie jak gdyby ruchu. I to było powodem alarmu o podejściu 
czołgów niemieckich. 
 
 
 

6 września, środa 

Bój pod Wojniczem 

Wycofanie się z obrony na Dunajcu 

Skoro  świt  dywizyjny  oficer  saperów  przywozi  samochodem  materiały  wybuchowe,  pluton 

pionierów ma zaminować drewniany most kołowy na drodze Tarnów–Kraków. Saperzy dywizyjni 
minują most kolejowy Bogumiłowice, most kołowy będzie wysadzony na rozkaz dowódcy 39 Pułku, 
kolejowy na rozkaz dowódcy dywizji. Na osłonę mostu kołowego przychodzi z plutonem strzeleckim 
podporucznik  Sokołowski,  przy  moście  dyżuruje  patrol  pionierów  ze  starszym  sierżantem 
Stanisławem Szajnarem. 

Od  rana  meldunki  z  naszej  linii  przesłaniania  donoszą,  że  teren  na  ich  dalekim  przedpolu 

obsadzają  Niemcy.  Wysunięci  obserwatorzy  dostrzegają  ruchy  pojazdów  niemieckich.  Około 
godziny  10  w  okolicy  Wojnicza  ukazują  się  zmotoryzowane  oddziały  niemieckie  poprzedzone 
plutonem  motocyklistów.  Na  przedpolu  obrony  dochodzi  do  walki.  Motocykliści  niemieccy  z 
impetem wpadają między pierwsze domy Wojnicza, błyskawicznie zeskakują z maszyn i spędzają 
obsadzającą drogę drużynę, która zdołała oddać zaledwie kilka strzałów. Widząc to sierżant Emil 
Opielowski,  który  właśnie  robi  obchód  linii  z  patrolem  telefonicznym,  porywa  za  sobą  pluton 
strzelecki ochrony mostu i uderza bagnetami na zaskoczonych Niemców. Niemcy nie wytrzymują 
ataku, odskakują do swoich motocykli i zawracają na pełnym gazie. 

Równocześnie odzywają się CKM-y oraz otwierają ogień pozostałe drużyny, rozmieszczone na 

wzgórzach po lewej stronie drogi, zasypując ogniem bocznym niemiecki  odwód jadący spokojnie 
drogą  na  opancerzonych  transporterach.  Posuwające  się  z  tyłu  cztery  samochody  pancerne  są 
ostrzeliwane  przez  działon  p-pancerny.  Zaskoczeni  tak  silnym  ogniem  Niemcy  rozsypują  się  w 
terenie,  zostawiają  wozy  i  zaczynają  się  ostrzeliwać.  Naciera  piechota.  Odzywa  się  ich  broń 
maszynowa,  padają  gęsto  pociski  z  moździerzy,  a  nawet  zaczyna  wstrzeliwać  się  artyleria,  którą 
kierują dwa samoloty obserwacyjne. 

W  tym  czasie  wraca  z  rozpoznania  zwiad  konny  pułku  z  porucznikiem  Bukowym.  Dowódca, 

zorientowawszy  się  w  sytuacji,  każe  żołnierzom  zeskoczyć  z  koni,  a  CKM-y  na  taczankach 
zajeżdżają  w  galopie  na  stanowiska  i  otwierają  ogień  na  następną  grupę  Niemców,  którzy 
wyładowują  się  na  drodze.  Śmiała  decyzja  dowódcy  zwiadu  sprawia,  że  Niemcy  opóźniają  swój 
marsz. Oddziałom brakuje wsparcia własnej artylerii, która dotychczas nie dołączyła do dywizji. 

W  walce  tej  nie  lada  sprytem,  prawie  jak  sławny  Zagłoba,  wyróżnia  się  kapral  Bronisław 

Matuszek.  Na  widok  zbliżających  się  Niemców  wkłada  na  dwie  biedki  łączności,  które  stoją  w 
pobliżu, leżące przy drodze słupy i od czasu do czasu rzuca przed biedki granaty ręczne. Z daleka 
wygląda  to  na  strzelające  działa.  Niemcy  rzeczywiście  część  swoich  karabinów  maszynowych 
kierują na te „działa”, a nawet zaczynają je ostrzeliwać pociskami z moździerzy, co pozwala naszym 
celowniczym  strzelać  spokojnie  i  dokładnie.  Obie  biedki  posiekane  są  pociskami,  jedna  ma 
strzaskane koła. Rozbity jest także pociskiem z moździerza motocykl z przyczepą, którym przyjechał 
na placówkę dowódca łączności. Niemcy długo nie wytrzymują, zwłaszcza że są ostrzeliwani przez 
CKM-y z linii oporu, wsiadają na pojazdy i odskakują daleko na przedpole naszej obrony. Zostawiają 
trzy  motocykle  z  przyczepami  i  dwa  pojedyncze,  swoich  zabitych  i  rannych  zabierają.  Jeden  z 
motocykli z przyczepą jest załadowany małokalibrową amunicją p-pancerną, na przyczepie drugiego 
tkwi umocowany na podstawie obrotowej RKM, a w porzuconym na siedzeniu chlebaku znajduje się 
menażka,  łyżka,  widelec  i  dwie  paczki  papierosów.  Po  skończonej  walce  strzelcy  próbują 
zdobycznych papierosów (nie ma już co palić), stwierdzają, że są bez wartości, to siano, nie tytoń. 
Niemcom nie udaje się w tym dniu przełamać z marszu obrony na Dunajcu i zająć Tarnowa. 

background image

Odparcie  Niemców  pod  Wojniczem  to  mały  epizod  taktyczny,  ma  on  jednak  duży  wpływ  na 

nastroje żołnierzy, jest to ich pierwsze zwycięstwo nad Niemcami w tej wojnie. 

Na  lewym  skrzydle  pułku  II/39  po  krótkiej  strzelaninie  odrzuca  w  tym  czasie  zmasowanym 

ogniem CKM-ów, moździerzy i  armatek p-pancernych wypad Niemców  w sile  zmotoryzowanego 
batalionu. 

W walce pod Wojniczem jest rannych trzech strzelców, jeden z nich ciężko, należy ich odesłać do 

szpitala  w  Tarnowie,  nie  ma  czym.  Jest  wprawdzie  jeden  wóz  we  wsi,  ale  załadowany  sprzętem 
turystycznym.  Jedzie  nim  do  stacji  kolejowej  pani,  która  przebywała  tu  na  letnisku,  jak  mówi 
właściciel  wozu,  żona  jakiegoś  ministra  z  Warszawy.  Tłumaczenie,  że  wóz  jest  potrzebny  dla 
rannych  żołnierzy,  nie  odnosi  skutku.  Opróżniono  go  w  końcu  siłą,  a  rozkrzyczana  kobieta  żąda 
nazwiska dowódcy, by poskarżyć się mężowi. Wóz rekwiruje sierżant Stefan Bajorski z kompanii 
zwiadu,  żołnierz  I  wojny  światowej,  człowiek  o  spracowanych  rękach  robociarza  i  skórze 
wygarbowanej  przez  życie.  Słysząc  wrzaski  bezdusznej  kobiety,  nie  wytrzymuje  i  odzywa  się  ze 
zniecierpliwieniem: 

— Spotkamy się jeszcze po wojnie, ty stara kurwo! Niczym innym nie byłaś przez swoje życie, jak 

tylko  kurwą  w  jedwabiach,  prowadziłaś  życie  jedwabne,  jadałaś  na  śniadanie  szynkę,  a  nawet 
czekoladę  —  splunąwszy  pod  nogi  oniemiałej  kobiety,  odwraca  się  i  odchodzi  do  wozu.  Ulżyło 
staremu zwiadowcy, a obrażona dama natychmiast umilkła. 

Przez cały czas obrony na Dunajcu lotnictwo niemieckie nie bombarduje pułku przygotowującego 

obronę,  ma  ważniejsze  zadania.  Przeprowadza  naloty  terrorystyczne  na  głębokich  tyłach  i 
bombarduje bezbronne miasta. Lotnictwo niemieckie omija też zakłady w Mościcach, przepędza je 
stamtąd  celnie  strzelająca  bateria  przeciwlotnicza.  Każdy  przelot  bombowców  jest  ostrzeliwany 
przez  ciężkie  karabiny  maszynowe  przeciwlotnicze,  szczególnie  wtedy,  kiedy  nadlatują  na 
wysokości osiągalnej, niewiele jednak można im zrobić, brak bowiem amunicji p-pancernej. 

Sytuację  ratuje  amunicja  zabrana  ze  zdobytego  motocykla  w  Wojniczu.  Na  trasie  przelotu 

Niemców ustawiono cztery CKM-y załadowane zdobytą amunicją p-pancerną, karabiny obsługują 
specjalnie  dobrani  żołnierze,  a  przy  jednym  dozoruje  nawet  dowódca  kompanii.  W  godzinach 
popołudniowych nadlatują dwa klucze Dornierów, strzelają jak zawsze wszystkie CKM-y p-lotnicze. 
Po chwili samoloty rozchodzą się, środkowy zadymił kilka razy, jakby lotnik palił fajkę, dymi coraz 
mocniej i obniżając swój lot, spada gdzieś w rejonie Dębicy, skąd dochodzi potężna detonacja i widać 
słup czarnego dymu. Panuje ogromna radość. 

Próba przebicia się Niemców bardziej na południe przez sąsiedni 38 Pułk Piechoty nie udaje się. 

Niemcy zostają odrzuceni. Po południu znów uderzają, rozbijając broniący się batalion. W obronie 
powstaje  luka,  dalsze  jednak  posuwanie  się  Niemców  zatrzymuje  przeciwuderzenie  batalionu 
odwodowego.  Niemcy  na  tym  odcinku  frontu  tworzą  na  wschodnim  brzegu  Dunajca  wąskie 
przedmoście. Walki trwają tu do wieczora. 

Według  relacji  dowódcy  plutonu,  uczestnika  tej  bitwy,  dowódca  II/38,  który  organizował  tam 

obronę, nie wykonał rozkazu rozbudowy umocnień stałych typu polowego o pełnym profilu. Broń 
ciężka była wkopana prowizorycznie, a żołnierze wykonali zaledwie pojedyncze wnęki na leżącego. 
Przez tak niedbale przygotowane umocnienia polowe Niemcy przeszli bez trudności, zwłaszcza że 
towarzyszyły  im  działa  samobieżne  zwalczające  broń  ciężką  bezpośrednio  z  marszu.  Bardziej  na 
południowym  skrzydle,  gdzie  obronę  organizował  17  Pułk  Piechoty,  nacierająca  zmotoryzowana 
kolumna niemiecka pod silnym ostrzałem broni maszynowej oraz moździerzy uległa rozproszeniu i 
zaległa w terenie. 

Sytuacja na lewym skrzydle obrony nad Dunajcem sprawia, że dowódca pułku około godziny 15 

otrzymuje rozkaz z dywizji, by oddać  III/39 do dyspozycji dowódcy 38 Pułku. Batalion otrzymuje 
dodatkowo  dwa  działony  armatek  p-pancernych  zabranych  z  II/39  i  marszem  ubezpieczonym 
odchodzi do wsi Lubinka koło Zakliczyna. Jeszcze w tym dniu dowódca pułku uzgadnia z dowódcą 
dywizji, że II/39 o godzinie 23 przeprowadzi wypad nocny na zmotoryzowany  oddział niemiecki, 
który  po  nieudanym  wypadzie  zalega  w  terenie  na  przedpolu.  Do  tego  czasu  Niemcy  nie  mają 
spokoju, 2 kompania CKM-ów przeprowadza trzema drużynami dwukrotne ześrodkowania strzelań 

background image

pośrednich na kolumnę niemiecką. Coś tam u Niemców się dzieje, wysunięci obserwatorzy podają, 
że poszczególne zgrupowania pojazdów rozjeżdżają się, a nawet widać ruch pojazdów do tyłu. 

W pułku melduje się kompania marszowa zmobilizowana przez 16 Pułk z Tarnowa, przydzielona 

w miejsce III/39, oraz pluton jazdy Obrony Narodowej pod dowództwem podporucznika rezerwy 
Swistowicza, dla wzmocnienia pułkowego zwiadu konnego. 

Drugi pułkowy motocykl z przyczepą jest mało używany. Kierowca, rezerwista ze Śląska, jeździł 

dotychczas pojedynczym, motocykl z przyczepą prowadzi słabo, nie ma pojęcia o jeździe w terenie, 
na drodze prowadzi niebezpiecznie. 

Rozchodzi  się  wiadomość,  że  przybył  dywizjon  24  Pułku  Artylerii  Lekkiej,  podobno  tyle 

pozostało po bombardowaniu na dworcu w Jarosławiu. 

Na odcinku obsadzonym przez pułk  po krótkich  walkach z Niemcami panuje spokój, tylko na 

południu słychać od czasu do czasu odgłosy wybuchów. Obie strony przygotowują się do starcia. Pod 
wieczór,  po  stoczonych  bojach,  na  całym  odcinku  obrony  dywizji  sytuacja  układa  się  pomyślnie: 
Niemcy nie zdołali przełamać polskiej obrony. 

Około godziny 22 nadchodzi z dywizji rozkaz wycofania się z obrony. Następna obrona ma być 

przygotowana nad Wisłoką, w lasach na wschód od Pilzna. Nikt temu nie daje wiary, a żołnierze 
mówią: 

— Niemców zatrzymaliśmy i pobili, dlaczego mamy opuszczać obronę tak mocno rozbudowaną? 
Strzelcy  przebywając  przez  trzy  dni  na  rozbudowanej  obronie  czują  się  zadomowieni  i  nie 

rozumieją,  że  pobicie  Niemców  to  sukces  lokalny,  że  nasza  obrona  jest  wysunięta  do  przodu,  a 
Niemcy obchodzą głęboko na południe, w kierunku Sanoka. Niespodziewany rozkaz odwrotu jest 
zaskoczeniem  i  spotyka  się  z  małym  zrozumieniem.  Sam  odwrót  odbywa  się  w  nastroju  dużego 
przygnębienia. 

Ale  rozkaz  to  rozkaz,  oddziały  ściągają  na  drogę  do  Tarnowa.  Jednak  kolumna  marszowa  nie 

może  się  szybko  uformować,  trzeba  ściągnąć  pododdziały  rozrzucone  w  terenie,  wstrzymać 
przygotowania  II/39  do  mającego  nastąpić  wypadu,  odwołać  wysunięte  ubezpieczenia  i  wysłane 
patrole, zwinąć połączenia telefoniczne – organizacja odskoku zajmuje dużo czasu. W czasie tych 
przygotowań  przybywa  do  pułku  oficer  sztabu  dywizji,  przywozi  pisemny  rozkaz  wycofania  się, 
dalszą marszrutę oraz szkic rozmieszczenia oddziałów dywizji w następnej obronie. Nad Wisłoką 
organizuje obronę 11 Dywizja, odwrót nasz ma więc ubezpieczenie od południa. 

Placówka oficerska w Wojniczu jest stale ostrzeliwana przez dywersantów, przewód telefoniczny 

do placówki jest pocięty, że trzeba go pozostawić. Ciężka jest służba telefonisty, w dzień i w nocy 
musi  sprawdzać  i  usuwać  uszkodzenia.  Kiedy  strzelcy  odpoczywają,  oni,  druciarze,  ciągną  lub 
zwijają  linie.  Łączność  między  oddziałami  po  godzinie  22  odbywa  się  przy  pomocy  kolarzy,  a  w 
pilnych wypadkach przez radio na fonię, pułk bowiem nadal nie zna szyfru. 

Na nowe miejsce obrony nad Wisłoką w straży przedniej pułku idzie II/39. Niemcy nie prowadzą 

rozpoznania,  nie  rusza  pościg,  odskok  odbywa  się  spokojnie.  Odejście  pułku  rozświetlają  łuny 
pożarów, palą się wsie na wschodnim brzegu Dunajca, płonie Wojnicz, to podczas popołudniowych 
walk Niemcy podpalili okoliczne osiedla. Łunami pożarów Niemcy znaczą swoją inwazję i sieją w 
ten sposób postrach wśród ludności. 

II/39 ściągnął się na drogę i wszedł na swój kierunek marszu. I/39 pozostaje przez jakiś czas jako 

ubezpieczenie, a potem idzie jako straż tylna pułku. Na przedpolu zostaje jeszcze placówka Wojnicz, 
gdy  wreszcie  wycofuje  się,  postępują  za  nią  dywersanci  usiłując  przeszkodzić  w  odejściu.  Most 
kołowy  na  Dunajcu  jest  podminowany,  ma  go  wysadzić  pułkowy  pluton  pionierów  na  rozkaz 
dowódcy  łączności który na miejscu kieruje operacją. Po przeciwnej  stronie rzeki  ochronę mostu 
zapewnia  pluton  strzelecki  porucznika  Sokołowskiego.  Wysadzenie  mostu  kolejowego  pod 
Bogumiłowicami  przeprowadzi  pułkowy  patrol  pionierów  pod  dowództwem  plutonowego  Jana 
Pludro, most ma być wysadzony na rozkaz dowódcy dywizji

*

Do ruszającej kolumny przyłącza się bateria z 60 dywizjonu artylerii ciężkiej, zabłąkana w rejonie 

zgrupowania 24 Dywizji Piechoty. 

                                            

*

 Saperzy dywizyjni odeszli do budowy przepraw na Wiśle. 

background image

7 września, czwartek 

Przygotowanie obrony nad Wisłoką 

Jest już po północy, placówka Wojnicz przeszła most, za nią maszeruje  pluton ubezpieczający 

ostrzeliwany przez dywersantów, którzy chcą przeszkodzić w wysadzeniu mostu. 

II/39  ubezpieczeniem  swoim  dochodzi  do  wiaduktu  kolejowego  nad  drogą,  kolumna  pułku 

zatrzymuje  się,  nie  przebije  się  przez  zatłoczone  miasto.  Droga  zapchana,  na  ulicach  koczują 
uciekinierzy, maruderzy oraz grupy żołnierzy z rozbitych oddziałów. Palą się ogniska, gotuje strawa. 
Przez drogę przepycha się równocześnie kilka kolumn, próbują się wymijać, chaos ten powiększają 
wozy,  które  wyjeżdżają  z  bocznych  ulic  na  drogę.  W  rejonie  wiaduktu  kolejowego  zamieszanie 
dochodzi do szczytu, a nad całym tym bałaganem panuje ciemna noc. 

W mieście nie widać żadnej władzy, ruchu nikt nie reguluje, nie ma tu policji, nie ma żandarmerii. 

Na  skutek  szybkiego  załamania  się  frontu  w  obszarze  przyfrontowym  nastąpiło  rozprężenie 
administracji państwowej. Panuje ogólny nieład spowodowany nagłą ewakuacją władz centralnych, 
władze terenowe są zdane wyłącznie na siebie. Wśród tego zamieszania daje znowu znać o sobie V 
kolumna, ktoś rzuca świece dymne, a dym pogłębia jeszcze ciemności nocy. Z bocznych ulic słychać 
strzały,  ktoś  wzywa  pomocy,  wzmagają  się  krzyki  przestraszonych  ludzi,  powstaje  zamieszanie 
wśród stłoczonego tłumu. 

Jakiś głos górujący nad wrzawą woła: 
— Ludzie, uciekajcie, gazy! 
Tłum ogarnia panika, nie ma gdzie uciekać, rozlegają się histeryczne krzyki kobiet, płacz dzieci. 

Jakaś kobieta krzyczy wśród płaczu: — Ratujcie moje dzieci! — Tam rozlega się krzyk: — Duszę 
się, wody... 

Panika  udziela  się  czekającym  żołnierzom,  wyszarpują  z  toreb  maski  gazowe  i  wkładają  je 

nerwowo, dopiero energiczna interwencja dowódców wprowadza pewne uspokojenie. 

Wkracza  pułkowy  pluton  regulacji  ruchu,  zorganizowany  i  prowadzony  przez  oficera 

operacyjnego  i  dowódcę  łączności,  oni  umieją  robić  porządek,  trzeba  utorować  przejecie  przez 
miasto. 

Tymczasem  strzelcy  przyprowadzają  dwóch,  jak  meldują,  spadochroniarzy,  którzy  przy 

aresztowaniu zachowali agresywnie, tak że musiano ich związać i trochę uspokoić, na pierwszy rzut 
oka  widać,  że  zostali  pobici,  mają  poszarpane  mundury  i  zakrwawione  twarze,  są  w  mundurach 
koloru stalowego o kroju podobnym do niemieckich. Okazało się, że to załoga z baterii p-lotniczej 
Zakładów  Azotowych  w  Mościcach.  Widząc  wycofujące  się  oddziały  wojskowe,  chcieli  się 
dowiedzieć, jaka jest sytuacja, i co mają robić dalej. V kolumna działa wszędzie, wystarczy jeden 
okrzyk  „to  szpieg”,  wystarczą  pozory,  by  w  każdym  widzieć  dywersanta,  a  nawet  urządzać 
samosądy. 

Podczas tego przymusowego postoju dowódcy przeprowadzają przeglądy pododdziałów. Okazuje 

się, że druga kompania CKM-ów pozostawiła na wysuniętym punkcie obrony nad Dunajcem drużynę 
karabinów  maszynowych.  Nagle  widać  z  daleka  oślepiający  błysk,  a  po  chwili  słychać  potężną 
detonację, to wysadzono most kolejowy pod Bogumiłowicami. 

Wreszcie panuje względny porządek, droga jest wolna i pułk maszeruje dalej na Skrzyszów–Łęki 

Dolne–Pilzno,  towarzyszą  mu  tabory  i  uciekinierzy.  Ciężki  jest  taki  marsz  nocny  przerywany 
niespodziewanymi postojami,  na których zmęczony żołnierz zasypiał  na  stojąco, by po chwili iść 
dalej. Zmęczone nogi nie niosą, a obolałe plecy chylą się coraz niżej pod ciężarem tornistrów. 

W czasie marszu dowódcę pułku dopędza na rowerze adiutant III/39 podporucznik Sobel, który 

melduje, że batalion znajduje się na końcu kolumny. Zdumienie dowódcy pułku jest wielkie, batalion 
ten  wczoraj  przydzielono  do  38  Pułku.  Co  zrobić  z  batalionem,  który  w  ciągu  dwunastu  godzin 
marszem  nocnym  przeszedł  około  40  km,  a  czeka  go  jeszcze  w  dzień  35  km  drogi?  III/39  z 
konieczności więc maszeruje teraz jako straż tylna pułku. Adiutant melduje, że batalion poważnie 
ucierpiał,  są  to  skutki  nieprzemyślanego,  ciężkiego  marszu  nocnego.  Adiutant  przywozi  również 
dziwną  wiadomość,  wśród  żołnierzy  krąży  pogłoska,  że  dowódca  dywizji  pułkownik  Bolesław 
Krzyżanowski podał się do dymisji. 

background image

Z  podporucznikiem  Soblem  przyjechał  rowerem  kapitan  Zdzisław  Rokossowski,  chce  się 

dowiedzieć, jaka sytuacja panuje na froncie. Jest dowódcą pociągu pancernego nr 51, który, dojechał 
do stacji Biadoliny. Ponieważ most kolejowy pod Bogumiłowicami już nie istnieje, pociąg musiał się 
zatrzymać.  Szuka  innej  drogi.  Kapitan  jest  bardzo  dumny  swego  pociągu,  jest  to,  jak  twierdzi, 
najbardziej nowoczesny pociąg pancerny w naszej armii. 

Robi  się  dzień,  pogoda  sucha,  bez  wiatru,  nad  dolinami  ciągną  się  niskie  mgły,  przez  które 

przebija słońce. Po całonocnym marszu i zmęczeniu wschodzące słońce poprawia ponure nastroje. 
Podnoszą  się  głowy,  zaczynają  się  nawet  przerywane,  coraz  głośniejsze  rozmowy,  słychać 
pojedyncze  śmiechy.  Jakiś  przymilny  głos  mówi:  —  Kolego,  daj  zakurzyć.  —  To  zaczyna  się 
codzienne  życie  żołnierskie  w  marszu.  Przychodzi  radosna  wiadomość,  przed  Pilznem  będzie 
wydana ciepła strawa. 

Dowódca  pułku  zarządza  przemarsz  II/39,  który  idzie  w  straży  przedniej,  orkiestra  gra 

Warszawiankę,  żołnierze  prezentują  się  dobrze,  po  całonocnym  marszu  nie  widać  większego 
zmęczenia,  muzyka  też  robi  swoje.  Idą  zwarcie  ze  swoimi  dowódcami,  to  przecież  zwycięzcy, 
wczoraj pobili Niemców. Czwarta kompania strzelecka, która ubiegała się w tym roku o zdobycie 
sztandaru  strzeleckiego,  robi  przemarsz  krokiem  paradnym,  wiadomo,  maszeruje  niedoszła 
strzelecka  gwardia.  Z  maszerujących  oddziałów  bucha  nagle  w  niebo  piosenka,  która  zawsze  w 
żołnierskim  trudzie  i  znoju  krzepiła  na  duchu.  Uchodźcy  słysząc  orkiestrę  i  śpiew,  dziwnie  się 
zmieniają, na twarzach nie widać już smutku i przygnębienia, dzieci uśmiechają się, klaszczą w ręce, 
a większe nawet śpiewają. Maruderzy zrywają się i dołączają do swoich oddziałów, nogi do marszu 
prostują się same. 

Siedząca w rowie matka karmiąca niemowlę jest zdumiona, że zapanowała taka radość. Zapytuje 

przechodzącego oficera: 

— Czy już skończyła się wojna? Pan chyba musi wiedzieć, przecież jest pan oficerem? 
Dziwna  jest  dusza  naszego  żołnierza,  to  przecież  wojna,  w  każdej  chwili  mogą  nadlecieć 

samoloty,  a  tu  panuje  taka  radość.  Na  twarzach  niektórych  dowódców  widać  jednak  troskę. 
Spoglądają w niebo, co będzie, kiedy na tym otwartym terenie złapią nas samoloty nieprzyjaciela? 

Wracamy do rzeczywistości, z tyłu za nami słychać wybuchy i strzelaninę, to walczy straż tylna 

oraz zwiad pułku, który współdziała na tyłach razem ze szwadronem kawalerii dywizyjnej. Od strony 
południowej od dłuższego czasu dochodzą odgłosy walki, to odgryza się Niemcom 38 Pułk Piechoty, 
nasz sąsiad na lewym skrzydle. 

Straż przednia pułku dochodzi do miejscowości Łęki Górne, tu zatrzymuje się na odpoczynek. Do 

Łęków  przyjeżdża  samochodem  kapitan  Józef  Kuropieska,  oficer  sztabu  Grupy  Operacyjnej 
„Boruta”,  chce  spotkać  się  z  dowódcą  24  Dywizji.  Jego  grupa  po  stoczonych  ciężkich  bojach 
zatrzymała się na północ od Tarnowa, na zachodnim brzegu Dunajca, święcie przekonana, że rzeka 
broniona jest nadal przez jednostki Armii  „Karpaty”. Opowiada o swojej beznadziejnej wędrówce 
przez całą noc po drogach zapchanych wojskiem i uciekinierami. Nie mógł się niczego dowiedzieć, 
wszędzie obowiązuje tajemnica wojskowa. Przed Tarnowem spotkał się nawet z ostrą interwencją, 
brano  go  za  dywersanta  w  mundurze.  Cieszy  się,  że  niespodziewanie  spotyka  oddziały 
zorganizowane  i  dowodzone.  W  pułku  znajduje  starego  towarzysza  broni,  dowódcę  łączności. 
Znalazło się coś do zjedzenia, zwłaszcza że kapitan nie jadł od wczoraj, a nawet z powodu takiego 
spotkania wypito po kielichu. 

W  czasie  rozmowy  kapitan  nie  pochwala  wydanego  przez  dowódcę  Armii  „Karpaty”  rozkazu 

wycofania się z obrony Dunajca. Twierdzi, że jest to koniec naszej obrony na Wiśle i Sanie. Znany z 
lewicowych  zapatrywań,  wchodzi  na  swój  ulubiony  temat.  Swego  kamrata,  dowódcę  łączności, 
prosi, by na pułkowej radiostacji N-1 nadać przez dywizję informację dla dowódcy armii, podaje ją 
na piśmie. 

Pułk rusza dalej, trwa nierówny wyścig, stają do niego z jednej strony głodne i zamaszerowane 

oddziały  piesze,  z  drugiej  zmotoryzowany  żołnierz  niemiecki,  wypoczęty  i  syty.  Ale  zmęczony  i 
głodny żołnierz polski wie, że stawka wyścigu jest duża, chodzi o uchwycenie przepraw na Sanie. 

Pułk marszem ubezpieczonym podąża do rejonu obrony nad Wisłoką. Lotnictwo niemieckie nie 

atakuje,  straż  tylna  odpiera  stale  wypady  zmotoryzowanych  podjazdów  nieprzyjaciela,  są  to 

background image

przeważnie  motocykliści  wspierani  samochodami  pancernymi  i  opancerzonymi  transporterami 
przewożącymi piechotę. W miarę przebywanych kilometrów oddziały zaczyna ogarniać zmęczenie, 
milkną  rozmowy,  coraz  z  szeregów  odpadają  maruderzy.  Żołnierze  mają  za  sobą  marsz  nocny,  a 
słońce  mocno  przypieka.  Strzelcy  zdejmują  hełmy  i  idą  w  furażerkach,  upał  wypija  resztki  sił  i 
energii, głowy ze zmęczenia chylą się coraz niżej. Tornister na plecach ciąży jak ołów, przeszkadza 
karabin, wpija się w ramiona chlebak i maska gazowa, ładownice pełne nabojów ugniatają żołądek. 
Brakuje już tchu w piersiach, jeszcze jeden kilometr więcej, może się skończy ta męka marszowa, 
może gdzieś czeka kuchnia polowa i odpoczynek... Nogi dalej odmierzają kilometry. 

W  szeregach  panuje  ponure  milczenie,  ludzie  są  głodni  i  niewyspani,  dokucza  pragnienie, 

maszerująca  kolumna  rozciąga  się,  a  żołnierze  obojętnieją  na  wszystko.  Przygnębienie  budzi 
wiadomość,  że  ciepła  strawa  nie  czeka  w  Łękach  Dolnych,  ale  dopiero  za  Pilznem,  gdzie  pułk 
organizuje obronę nad Wisłoką. Malkontenci mówią: 

— Wiadomo, znowu okłamują nas, człowiek walczy, a ci na tyłach nie umieją przygotować nawet 

obiadu, nie? 

Z maszerującej kompanii woła jakiś głos: 
— Te, jak jesteś głodny, to zjedz żelazną porcję, bo ja właśnie zajadam. 
Kwatermistrz  pułku  kapitan  Władysław  Tomaka  objeżdża  oddziały  i  tłumaczy  powody 

przesunięcia  miejsca  wydania  obiadu.  Przechodząc  przez  Łęki  Dolne  oddziały  wojskowe  i 
uciekinierzy wybrali wodę w studniach i nie ma na czym gotować. 

Uciekinierów na drodze jest teraz mniej, część poszła w kierunku Dębicy. W stronę Dębicy urwało 

się z kolumny pułkowej kilka wozów taborowych oraz grupy strzelców, którzy maszerowali w tyle, 
przez pomyłkę dołączyli do innych oddziałów. 

Jakaś „szalona” kolumna wozów artyleryjskich kłusem wymija maszerujące oddziały, może sobie 

na to pozwolić, konie jak smoki, w dodatku wypoczęte. Prowadzący kolumnę ogniomistrz tłumaczy 
się pilnością dołączenia do swego dywizjonu, który idzie na przodzie. W tym samym czasie jeden z 
pojazdów kolumny zaczepia osią o biedkę 2 kompanii CKM-ów i urywa oś razem z kołem. Tego 
„cekaemiarzom” było już za dużo. Dochodzi do ostrej awantury, kilku bardziej krewkich strzelców 
grozi użyciem broni. 

Podczas marszu dowódca pułku sprawdza działanie III/39 idącego w straży tylnej. Dużo strzelców 

odpadło po drodze, pozostali silniejsi, ale i oni nie wytrzymują, zwłaszcza że idą w ciężkiej służbie 
straży tylnej. Przed batalionem rozpoznaje zwiad konny z plutonem kolarzy oraz szwadron kawalerii 
dywizyjnej. Na przedpolu znajduje się również 155 Pułk Rezerwowy, który maszeruje na tej trasie. 

Przed  Łękami  Dolnymi  jesteśmy  świadkami  nie  spotykanego  na  wojnie  widowiska.  Nasi 

cekaemiści  zaopatrzeni  w  długie  kije  uganiają  się  za  krowami,  które  odłączyły  się  od  pędzonego 
przez  nich  stada.  Stado,  liczące  około  osiemdziesięciu  krów,  jest  trzymane  w  prowizorycznym 
zagrodzeniu,  a  zaradne  kobiety  ze  wsi  zdołały  już  dogadać  się  z  eskortą  i  doją  mleko  do 
podstawionych  wiader.  Od  stada  rozchodzi  się  po  okolicy  niesamowity  odór,  bydło  głodne,  nie 
pojone, ryczy i wyrywa się, by skubać trawę za ogrodzeniem

*

Jest około południa, kiedy pułk dochodzi do Łęków  Dolnych na upragniony postój.  Zgodnie z 

zapowiedzią kwatermistrza obiadu nie będzie, w studniach brak wody. Strzelcy  jedzą,  co mają, a 
zeszkapiałe konie nie pojone i nie furażowane stoją rozkraczone z opuszczonymi łbami i chrypią ze 
zmęczenia. W przepływającej tędy rzeczce Dulczy woda ma dziwny kolor i trochę śmierdzi, konie 
stoją z opuszczonymi łbami, rżą żałośnie i nie piją. Miejscowa ludność twierdzi, że wodę wczoraj 
skazili dywersanci. Teraz chłopi pełnią warty z obawy przed zatruciem wody w studniach. 

Dowódca pułku, nauczony doświadczeniem, wysyła naprzód pluton regulacji ruchu, aby utorował 

wojsku  drogę  przez  Pilzno  oraz  zabezpieczył  na  czas  przemarszu  most  na  Wisłoce.  Chłopaki  z 
plutonu regulacji ruchu dorobili się już własnych środków lokomocji, mają dwa wozy z poboru oraz 

                                            

*

 6 września szef sztabu dywizji ppłk Axentowicz wydał rozkaz ppor. Skawińskiemu, by ewakuował bydło z folwarku, 

gdzie było miejsce postoju dowódcy dywizji, a właścicielka oddała bydło na użytek wojska. Wydzielona z kompanii 
CKM-ów obsługa przypędziła stado do Łęków Dolnych i przekazała wójtowi gminy. 

background image

kilka rowerów. Plutonem dowodzi sierżant Stefan Wańczycki, dowódca zwiadu pieszego, żołnierz z I 
wojny światowej. 

Jeszcze w czasie postoju zajeżdża zakurzony łazik, w którym siedzi czterech oficerów, to dowódca 

38 Pułku  Piechoty pułkownik Franciszek Grabowski ze swoim sztabem.  Jest załamany nerwowo, 
widać, że szok spowodowany walką i rozbiciem pułku jeszcze nie minął, że przeżywa dalej swoją 
tragedię i niezdolny jest do jakichkolwiek poczynań. 

Opowiada  bezładnie  o  stracie  swego  pułku,  wczoraj  jeszcze  byli  zwycięzcami,  odparli  dwa 

natarcia Niemców, a w wspólnie z 17 Pułkiem planowali wypad, by wyrzucić Niemców na zachodni 
brzeg  Dunajca.  Odwołano  wszystko,  przyszedł  rozkaz  wycofania  się  na  następną  obronę  nad 
Wisłoką. W czasie marszu odwrotowego w dniu dzisiejszym około godziny 9 pod Tuchowem oddział 
wydzielony  niemieckiej  4  Dywizji  Lekkiej  uderzył  na  17  Pułk.  W  boju  tym  III/17  został  rozbity. 
Dowódca, podpułkownik Beniamin Kotarba, opanował jednak sytuację i z dwoma batalionami zdołał 
się przebić na Wisłokę. 38 Pułk idący w straży tylnej zbliżył się w tym czasie do Tuchowa, został 
zaskoczony w marszu przez niemiecki oddział zmotoryzowany, pułk rozbito, a z pogromu wydostał 
się  zaledwie  III/38,  i  to  bez  sprzętu  ciężkiego.  Pułkownik  bardzo  rozpacza,  jedzie,  jak  mówi, 
zameldować się u dowódcy dywizji. 

Słuchający  tej  relacji  kapitan  Nanuaszwili  mówi  do  dowódcy  pułku  podpułkownika 

Szymańskiego: 

— Cóż, panie pułkowniku, odnoszę wrażenie, że dowódca 38 Pułku nie dorósł do psychicznych 

obciążeń i napięć, jakie są związane z dowodzeniem pułkiem w obecnej wojnie. Dlaczego nie ratuje i 
nie  zbiera  na  drogach  swoich  rozproszonych  i  zagubionych  żołnierzy,  tylko  jedzie  gdzieś  w 
niewiadome? Pszakrew z takim dowódcą! 

Dużo  kłopotu  w  czasie  marszu  sprawia  drugi  motocykl  z  przyczepą.  Przydzielony  kierowca 

rezerwista nie radzi  sobie z jazdą na zatłoczonej  drodze. Motocykl  razem  z kierowcą zwiadowcy 
przyciągnęli  koniem  do Łęków  Dolnych,  zepsuty,  stał  w  rowie  przy  drodze.  Za  wiedzą  dowódcy 
pułku  postanowiono  motocykl  pozostawić  w  stodole  pod  snopami  pszenicy.  Chytry  kierowca 
pułkowego łazika kapral Pajda dla pewności wykręca z motocykla gaźnik. Właścicielem stodoły jest 
stary rezerwista z 24 Pułku Ułanów, obie strony umówiły się uroczyście, że motocykl będzie zabrany 
po wojnie. 

Koniec  postoju,  pułk  rusza  na  Pilzno,  by  dalej  w  ciężkim  trudzie  marszowym  zdobywać 

kilometry. Wchodzi w obszar niedogodny dla działań jednostek zmotoryzowanych, teren nie nadaje 
się do zaskoczeń na skrzydłach. Strzelcy maszerują raźniej, zdają sobie sprawę, że wędrówka dnia 
dzisiejszego  kończy  się  nad  Wisłoką,  tam  będzie  wydany  ciepły  posiłek.  Około  południa  pułk 
przechodzi  przez  Pilzno,  sytuacja  się  powtarza.  Tak  samo  jak  w  Tarnowie,  w  miasteczku  nie  ma 
żadnych władz, ruchu nikt nie reguluje, ulice zapchane wozami, uchodźcami i rozbitymi oddziałami. 
Tylko  przez  skrzyżowanie  dróg  w  mieście  można  przejść  bez  problemów,  to  zasługa  oddziału 
regulacji ruchu, który zamknął boczne dojścia do miasta. 

W Pilznie dowódca pułku spotyka się z majorem Antonim Tomaszewskim z 24 Pułku Artylerii 

Lekkiej.  Major  opowiada,  że  wczoraj  wieczorem  dołączył  do  dywizji  I/24,  której  dowódca 
podporządkował sobie zabłąkaną baterię z 60  dywizjonu artylerii ciężkiej. Mamy nareszcie swoją 
artylerię, szkoda tylko, że tych luf nie było w boju pod Wojniczem. 

Pułk  dochodzi  do mostu na Wisłoce, droga jest  wolna, przeprawą przez most kieruje pułkowy 

oddział  regulacji  ruchu.  Przed  mostem,  po  obu  stronach  drogi,  zgromadziły  się  masy  taborów, 
wozów,  uciekinierów  oraz  żołnierzy  z  rozbitych  oddziałów,  a  szczególnie  z  38  Pułku  Piechoty. 
Przykro patrzeć na takie beztroskie pozostawienie żołnierzy przez swoich dowódców. Ten żołnierz 
jeszcze wczoraj należał do zwartych oddziałów, bił Niemców, a dzisiaj pozostawiono go własnemu 
losowi. W dolinie rzeki leżą przewrócone wozy, obok nich porzucona luksusowa limuzyna. Przed 
mostem, zepchnięta z drogi, stoi „szalona” kolumna artyleryjska. Dowodzący kolumną ogniomistrz 
pomstuje głośno i odgraża się. Nic to nie pomoże. To nie garnizon, tu rządzi twarde prawo wojny. 
Krewki ogniomistrz nie ustępuje, usiłuje wymusić przejazd. Popierają go inni znajdujący się w tym 
samym położeniu. Uspokaja się w końcu, może przemawia mu do rozsądku widok wozów leżących 
w dolinie rzeki. 

background image

Ruchem  na  moście  kieruje  oficer  operacyjny  kapitan  Nanuaszwili,  siedzi  na  poręczy  mostu  i 

przepuszcza kolejno poszczególne oddziały. Czasem słychać podniesiony głos kapitana: 

— Pszakrew, dlaczego wyprzedzasz? Pośpiech jest dobry tylko przy łapaniu pcheł. — Zakłócony 

ruch porządkuje się znowu. 

Do mostu podjeżdżają dwa samochody osobowe, w środku siedzą oficerowie. Z jednego wysiada 

podpułkownik Walerian Młyniec i prosi o przepuszczenie przez most w pierwszej kolejności. Jest 
dowódcą 156 Pułku Rezerwowego, który rozbili Niemcy. Podobno rozbite oddziały przeszły przez 
Wisłokę, w kierunku na San. Kapitan Nanuaszwili oświadcza pułkownikowi, że pierwszeństwo mają 
zwarte oddziały idące do walki, poczeka więc, aż przyjdzie kolej na rozbite oddziały. Decyzji tej 
podpułkownik podporządkowuje się bez słowa protestu i odchodzi do swoich samochodów. 

Przy  moście  zatrzymuje  się  łazik  wiozący  dowódcę  pułku,  który  powraca  od  straży  tylnej. 

Pułkownik włącza się do akcji regulacji ruchu. 

Lotnictwo niemieckie jak dotąd nie bombarduje, przelatujące klucze samolotów bombowych nie 

zwracają  wcale  uwagi  na  maszerujące  kolumny,  lecą  gdzieś  na  północ.  Pułk  maszeruje  bez 
większych przeszkód ze strony nieprzyjaciela, z podjazdami daje sobie radę straż tylna oraz zwiad 
pułku.  Dowódca  zwiadu  melduje,  że  na  naszym  przedpolu  rozpoznaje  szwadron  kawalerii 
dywizyjnej. Jest około godziny 15, kiedy pułk wkracza w rejon obrony – las Połomeja na wschodnim 
brzegu  Wisłoki.  Kompanie  zajmują  wyznaczone  odcinki  do  obrony,  zajeżdżają  na  stanowiska 
działony armatek p-pancernych oraz biedki z ciężkimi karabinami maszynowymi. 

Zmęczenie i wyczerpanie marszem jest ogromne. Wyznaczeni na ubezpieczenie wloką się dalej do 

przodu, mają zapewnić spokojny odpoczynek towarzyszom broni. Pozostali zdejmują tornistry i walą 
się z miejsca na ziemię, by spać, by rozprostować obolałe nogi, zdjąć przepoconą koszulę, zrzucić 
trzewiki, przewinąć onuce, zamknąć oczy i nie myśleć o niczym.  Bardziej wytrzymali dopadli już 
brzegu rzeki i leżąc brzuchu piją wodę, której im ciągle za mało. Żołądek jednak upomina się o swoje, 
zwłaszcza  że  kwatermistrz  dotrzymał  słowa,  kuchnie  podjeżdżają  pod  kompanie.  Następuje 
uroczysta  chwila:  wydanie  ciepłej  strawy.  Chleba  niestety  nie  ma.  To  daje  znać  o  sobie  nie 
dokończona mobilizacja, brakuje zaopatrzenia oraz służb na tyłach. 

Po  posiłku  samopoczucie  poprawia  się,  strzelcy  trochę  odpoczęli  i  kompanie  zaczynają 

organizować obronę przejściową. Jest rozkaz okopywać się do profilu na leżącego. Nie ma już tego 
zapału w przygotowywaniu obrony, jaki był na linii Dunajca, ale po tym długim marszu wszyscy są 
zmęczeni. Prace przy okopywaniu się postępują wolno. Kuchnie otrzymały  rozkaz przygotowania 
posiłku wieczornego, zapowiada się. dobre jedzenie, do kotła idą dwa wieprze zakupione u chłopów. 

Kwatermistrz melduje dowódcy pułku, że zapas żywności się skończył, dwa wozy żywnościowe 

zaginęły  w czasie  marszu, zaginęła też kuchnia drugiego batalionu. Została już  tylko  żywność na 
wozach przykuchennych. 

Od Pilzna za Wisłoką zmienia się ukształtowanie  terenu, zaczynają się porośnięte zagajnikami 

wzniesienia, a dalej na południe ciągną się leśne obszary pogórza. Wyznaczony do obrony teren nie 
jest  najlepszy,  Wisłoka  prawie  bez  wody,  nadaje  się  do  przejścia  i  przejazdu  prawie  w  każdym 
miejscu, małe kwatery leśne na przedpolu oraz las, na którym opiera się obrona, mają dużą wartość 
obronną tylko przeciw broni pancernej. Na przedpolu są krótkie pola widzenia, uzupełniają je gęsto 
wysunięte do przodu małe placówki, to „oczy” i „uszy” oddziałów. 

Około godziny 17 powstaje niesamowite zamieszanie. Pluton konny Obrony Narodowej, który 

rozpoznawał na przedpolu, wpada przez Wisłokę w pełnym galopie do lasu, gdzie pułk organizuje 
obronę. Oszalałe konie, pokryte pianą, galopują na oślep w bezładnej kupie wprost na stanowisko 
organizowanej obrony. Jeźdźcy wpadają z okrzykiem: 

— Uciekajcie, czołgi za nami. 
W galopie przeskakują przez stanowiska obrony i znikają w lesie. Spłoszone tym zamieszaniem 

konie od biedek urywają się z koniowiązów i rżąc galopują za uciekającą kawalerią. Z drugiej strony 
lasu pada kilka pojedynczych strzałów, ktoś woła donośnym głosem: 

— Koledzy, ratujcie się, czołgi są za nami — w lesie pada znowu kilka strzałów. 
Wszystkich ogarnia panika, zwłaszcza że zza Wisłoki dochodzi głuchy warkot motorów, trzaski 

serii  karabinów  maszynowych  i  wybuchy  granatów  ręcznych.  Strzelcy  obsadzający  skraj  lasu  nie 

background image

wytrzymują nerwowo, porzucają swoje stanowiska i uciekają. Wśród tego zamieszania nagłe z głębi 
lasu,  gdzie  było  miejsce  postoju  dowództwa  pułku,  rozlegają  się  skoczne  dźwięki  Mazurka 
Dąbrowskiego
 granego przez naprędce zebranych orkiestrantów. To oficer operacyjny pułku kapitan 
Nanuaszwili  w  ten  sposób  podnosi  na  duchu  przerażonych  żołnierzy.  Zna  dobrze  duszę  swoich 
strzelców.  Słysząc  bliskie  każdemu  sercu  dźwięki,  uciekający  zwalniają  i  zatrzymują  się.  Konie, 
zwłaszcza  te  wojskowe,  uspokajają  się,  dowódcy  kompanii  i  plutonów  opanowują  sytuację.  Od 
strony  Wisłoki  dalej  trzaskają  krótkie  serie  z  karabinów  maszynowych,  dochodzą  packania 
pojedynczych  strzałów,  wybuchy  granatów  oraz  szczekliwy  głos  armatek  p-pancernych.  Wtem 
wyjeżdża  kilka  niemieckich  samochodów  pancernych  i  kilka  motocykli,  samochody  pancerne 
strzelają z armatek i karabinów maszynowych, wozy kręcą się przez jakiś czas bezradnie, a ostrzelane 
przez polskie ciężkie karabiny maszynowe i armatki przeciwpancerne, zawracają i znikają za kępami 
drzew. Okazało się, że był to mały zmotoryzowany podjazd niemiecki, który ominął nasze placówki i 
przeniknął do linii organizowanej obrony. 

Jeszcze nie całkiem minęło przerażenie, a już Niemcy zaskakują nas po raz drugi. Słońce chyli się 

ku zachodowi, kiedy niespodziewanie nad lasem ukazują się z lotu koszącego cztery samoloty. Lecą 
z rykiem motorów tuż nad wierzchołkami drzew, przelatują dwukrotnie nad lasem siejąc pociskami z 
broni  pokładowej.  Zaskoczenie  jest  powszechne.  Drżą  najmocniejsze  nerwy,  choć  przeszkolony  i 
doświadczony  żołnierz  wie,  że  las  kryje  cały  ruch  na  ziemi,  a  lotnicy  strzelają  do  celów 
niewidocznych, zwłaszcza że przy zachodzie słońca po ziemi kładą się już długie cienie. Wynikiem 
nalotu  są  dwa  zabite  konie  oraz  postrzelana  radiostacja  pułkowa  N-1,  która  już  nie  nadaje  się  do 
użytku. 

Zapada  zmrok,  żołnierze  przygotowują  ciężkie  karabiny  maszynowe  i  armatki  p-pancerne  do 

strzelania nocnego, kopią wnęki, a placówki wysuwają podwójne czujki i podsłuchy. Brakuje min, 
którymi by można zamknąć przypuszczalne podejścia dla broni pancernej. Telefoniści ciągną linie do 
poszczególnych batalionów. Między strzelcami uwijają się kompanijni sanitariusze, którzy opatrują 
obtarcia  i  odparzone  nogi.  Jest  już  ciemno,  powoli  wszystko  uspokaja  się  i  cichnie,  zaczynają  się 
pogwarki, ale nie przy ognisku biwakowym ani nawet przy papierosie, zabroniono palenia. Żołnierze 
wyśmiewają  tych,  którzy  zaczęli  uciekać  z  obrony,  inni  temu  zaprzeczają.  Wśród  gwaru  słychać 
donośny głos jednego z żołnierzy: 

—  Pieronie,  zaprzeczasz,  że  uciekałeś?  Darłeś  pierwszy  na  przodzie,  i  to  boso,  bo  łapiduch 

opatrywał ci wtedy odparzone stopy. Czy już zapomniałeś ze strachu, że jak wróciłeś z tej ucieczki, to 
oddałem ci twoje stare trzewiki które pozostawiłeś? Pamiętasz? Jeszcze mi łgałeś w żywe oczy, że 
twoje nowe trzewiki są na moich nogach. 

Z drugiego końca plutonu kopiącego wnęki odzywa się dowódca drużyny kapral Fatyga: 
—  Chłopaki,  który  da  zakurzyć?  Opowiem  wam  za  to,  jak  to  było  z  lotnikiem,  kiedy  wyście 

uciekali. 

— Panie kapralu — powiada jeden ze strzelców — przecież pan uciekał razem z nami, i to na 

samym przodzie. 

—  Ażeby  cię,  pieronie  —  klnie  kapral  —  kto  uciekał? Ja zrobiłem  skok,  by  zająć  stanowisko 

taktyczne, uczyli nas w szkole podoficerskiej, że po panice na froncie nadlatuje zawsze lotnik. 

Znalazł się jednak naiwniak, który wysupłał z zakamarków kieszeni połowę papierosa, od dwóch 

dni było już źle z paleniem. Kapral zapalił i mówi: 

— Kiedy zająłem stanowisko taktyczne, a wyście dalej uciekali, to wtedy nadleciały samoloty. 

Patrzę, a gębę niemieckiego lotnika widać tak jak wasze teraz. Wycelowałem dokładnie i strzeliłem 
mu przepisowo w „popiersie”, jak do figury na strzelnicy. Mój lotnik otworzył szeroko gębę, a krew z 
niej płynie jak woda z kranu. 

— Panie kapralu — protestuje ofiarodawca papierosa — takie gadki to... 
— Głupi jesteś — mówi kapral — jak nie wierzysz, pokażę ci to miejsce, a ciuka, którego dałeś, to 

nie żałuj. 

Temat rozmowy zmienia sierżant Michał Hass, podoficer żywnościowy  I/39, który przyjechał z 

kuchniami. 

background image

— Jeżeli prawdą jest, że dowódcą dywizji został pułkownik Schwarzenberg-Czerny, to on będzie 

dobrze wojował z Niemcami, to swój chłop i dobry żołnierz. 

Siedzący obok starszy strzelec Helon, który lubił wyrażać się wytwornie, mówi: 
— Chcę wam powiedzieć, koledzy, co czuję i co myślę o tej wojnie. Ta wojna już mnie duje i 

chciałbym, aby się już skończyła. Nie wierzę tym wszystkim, którzy się chwalą, że nie boją się, od 
pierwszego dnia się boję. Oj, nie było to jak na placu ćwiczeń, kiedy przeprowadzało się prawdziwe 
ćwiczenia bojowe, przynajmniej każdy wiedział, do jakiego nieprzyjaciela strzela ślepakami. Wojna 
trwa już siódmy dzień, Niemców nie widzisz, strzelasz do przodu, a tu strzelają do ciebie z tyłu, a 
najgorsze to ich lotnictwo. Nieraz tak sobie myślę, że po skończonej wojnie wszystko się zacznie na 
nowo, a nigdy już chyba człowiek nie wystrzeli do ego człowieka. No nie? — To powiedziawszy, 
strzyknął śliną przez zęby, znali go wszyscy z tego, umiał pluć na całą szerokość drogi. 

Nikt  się  nie  odzywa,  pamiętają  jeszcze  wszyscy  strach,  widzą  jeszcze  panikę  wywołaną  przez 

cztery samoloty niemieckie, milczą z opuszczonymi głowami. 

— Przeklęta wojna — mówi dalej Helon. — Jak to było dobrze w cywilu, kiedyśmy z tatą wstali 

przed świtem po rosie do sianokosów. A w południe patrzysz, idzie mamusia z jadłem, chusteczka na 
głowie  zawiązana  pod  brodą,  bo  przypieka  słońce.  Leżymy  sobie  z  tatą  na  miedzy  w  cieniu  pod 
gruszą,  pojadamy  z  dwójniaków  ziemniaki  z  serem  okraszone  skwarkami  i  popijamy  kwaśnym 
mlekiem ze śmietaną. 

Słuchający  przytakują,  bo  widzą  to  wszystko,  z  ciemności  dochodzą  tylko  wzdychania  i 

pociąganie nosami. Zrobiło się tak cicho, tak jakoś żałośnie. 

Ruch powoli zamiera, czuwają tylko wysunięte placówki i część załóg pogotowia, pozostali, po 

całodziennym marszu i przebytych trudach, leżą na ziemi jak kłody drzewa, leżą zmęczeni, słychać 
tylko chrapanie i postękiwanie śpiących. Odpoczynek ten i sen nie będą długie, zapowiedziano, że o 
północy otrzymamy całodzienny wzmocniony posiłek. Kuchnie są już bez zapasów żywności i razem 
z taborem odjeżdżają gdzieś na tyły. 

Skąd  przedostają  się  wiadomości  i  kto  sieje  defetyzm,  trudno  ustalić.  Krążą  dziwne  pogłoski: 

Dowódca armii generał Fabrycy nie dowodzi, pojechał na Węgry, by odwieźć tam swoją rodzinę. 
Dowódca  24  Dywizji  pułkownik  Krzyżanowski  podał  się  do  dymisji,  dywizją  dowodzi  teraz 
pułkownik  Schwarzenberg-Czerny.  10  Brygada  Kawalerii  Zmotoryzowanej  pułkownika  Maczka 
została rozbita pod Mielcem. Nasze armie na zachodzie są rozbite i okrążone. 

Ogół  oficerów  nie  potwierdzoną  zmianę  na  stanowisku  dowódcy  dywizji  uważa  za  korzystną. 

Pułkownik  Krzyżanowski  jest  chory  i  nie  podoła  trudom  wojennym.  Pułkownik 
Schwarzenberg-Czerny, znany wszystkim z ćwiczeń i obozów, to człowiek szczery i bezpośredni w 
obejściu. Jak mówią starsi oficerowie, którzy znają go dłużej, z takim dowódcą można iść na wojnę. 

Bataliony już usadowiły się na obronie przejściowej: na prawym  skrzydle  I/39  na południe od 

Pilzna,  w lewo  od  niego  II/39,  a  III/39  na  biwaku  w  lesie  koło  gajówki  Połomeja  stanowi  odwód 
pułku.  Liczebność  III/39,  jak  melduje  jego  dowódca,  zmniejszyła  się  prawie  o  połowę,  są  to 
przeważnie straty spowodowane morderczym marszem. Batalion ten nie przemyślanym rozkazem 
został  rzucony  na  odcinek  sąsiedniego  38  Pułku  do  łatania  dziury  na  jego  obronie  i  natychmiast 
odwołany z powrotem. W ciągu 24 godzin  zrobił około  80 km. Szedł w dodatku  w straży tylnej, 
odpierając  podczas  marszu  podjazdy  zmotoryzowane  nieprzyjaciela.  Po  odpoczynku  w  odwodzie 
pójdzie znowu w straży tylnej. 

To nie koniec sensacyjnych wydarzeń w dniu dzisiejszym. Dowódca batalionu III/39 melduje, że 

w czasie popołudniowego wypadu Niemców i paniki uciekł dowódca 8 kompanii

*

. Według raportu 

szefa 8 kompanii, starszego sierżanta Kłęka, przebieg tego zdarzenia był następujący: 

W  czasie  zamieszania  spowodowanego  nalotem  samolotów  kapitan  Arendt  poszedł  w  las. 

Znajdowało się tam niewysokie wzgórze ze starą kaplicą. W ręku niósł małą  walizkę, z którą nie 
rozstawał  się  nigdy.  W  walizce  znajdowała  się  radiostacja,  ukryty  za  ścianą  kaplicy  zaczął 

                                            

*

  Kapitan  rezerwy  Arendt  był  widziany  w  Jarosławiu  w  listopadzie  1939  r.  w  mundurze  niemieckiego  oficera  broni 

pancernej. 

background image

wywoływać w języku niemieckim. Nakrył go starszy sierżant Kłęk. Zaskoczenie i zdumienie było 
obopólne. Kapitan miał jednak szybszy refleks, porwał swoją walizkę i znikł w lesie. 

Szef kompanii Kłęk od dawna miał kapitana na oku. Swe podejrzenia oparł na błahym fakcie. 

Twierdził mianowicie żaden polski dowódca nie puściłby bez kary złodzieja, który w Wierzbnej, w 
czasie mobilizacji, ukradł słoninę przeznaczoną do kuchni kompanijnej. 

Napływają meldunki od dowódcy II/39 o nawiązaniu łączności z 17 Pułkiem Piechoty, który pod 

wieczór doszedł do Wisłoki i tam organizuje obronę na jego lewym skrzydle. Na prawym skrzydle 
znajduje się dywizyjna kompania CKM-ów na taczankach, która ma osłaniać cofające się oddziały. 
Dowódca I/39 melduje że przez jego odcinek przechodzą rozbite oddziały 38 Pułku i kierują się na 
Dębicę. Te rozbite oddziały poszukujące swoich jednostek, biwakujące i kwaterujące na własną rękę 
–  to  druga  V  kolumna  ej  wojny  obronnej.  Przeszkadzają  w  marszu  i  blokują  drogi  oddziałom 
zwartym i dowodzonym. 

Na polanie pod wielkim dębem  na rozłożonych  płaszczach przysiedli oficerowie sztabu pułku, 

posilają się jedzeniem z kuchni polowej i prowadzą ciche rozmowy. Przeżywają jeszcze strach po 
niedawnym nalocie. Wszyscy czują w kościach wysiłek 30-kilometrowego odwrotu znad Dunajca. 
Zwolennicy  obrony  nad  Dunajcem  utrzymują,  że  należało  tam  pozostać  jeszcze  przez  jakiś  czas. 
Przeciwnicy wysuwają swoje argumenty: od granicy Słowacji jesteśmy oskrzydlani w kierunku na 
Sanok  przez  niemiecką  2  Dywizję  Górską.  Niemieckie  oddziały  doskonale  wyposażone, 
zmotoryzowane  i  wsparte  lotnictwem  opierają  się  na  sile  i  szybkości,  nasze  piesze  oddziały  są 
wyposażone słabiej i posiadają małą ruchliwość. 24 Dywizja Piechoty obciążona taborami w czasie 
późniejszym nie miałaby możliwości oderwania się od nieprzyjaciela i dojścia do przepraw na Sanie. 
Po zajęciu Nowego Sącza i rozbiciu 2 Brygady Górskiej  „Nowy Sącz” Niemcy mogą uderzyć na 
odsłonięte skrzydło 24 Dywizji Piechoty. Rozmowy te prowadzone są bez przekonania, a nastrojów 
nawet  nie  poprawiają  dwie  konserwy  gorącej  wieprzowiny  z  kapustą  dostarczone  przez  dowódcę 
łączności. 

Zjawia  się  dowódca  kompanii  zwiadu  porucznik  Bukowy,  o  którym  wiedziano,  że  gdzieś  tam 

rozpoznaje przed strażą tylną. Dowódca zwiadu przyjeżdża motocyklem z przyczepą podporucznika 
Chirowskiego, oficera łącznikowego. Oficer łącznikowy przywozi dla dowódcy pułku dwie mapy 
tego  rejonu  w  skali  1:100 000.  Map  ciągle  brakuje.  Bukowy  wnosi  ze  sobą  rozmach  i  beztroskie 
junactwo  zwiadowcy.  Mówi,  że  przyszedł  pożywić  się  czymś  ciepłym  z  kotła  i  uciąć  sobie 
pogawędkę z towarzyszami broni, których nie widział od trzech dni. Opowiada o tragedii rozbitych 
oddziałów maszerujących na Dębicę, spotkaniu z dowódcą 17 Pułku Piechoty, którego dwa bataliony 
maszerują  na  Wisłokę  w  rejon  Kamienicy  Dolnej,  o  walkach,  jakie  stoczył  ze  zmotoryzowanymi 
podjazdami niemieckimi w lesie pod Zwiernikiem 

A oto historia tej potyczki: 
Droga  do  Zwiernika  przecina  las  rosnący  na  niedużym  wzniesieniu,  a  potem  załamuje  się  pod 

kątem prostym. Na widok zbliżających się Niemców porucznik Bukowy rozkazał obsadzić zalesione 
wzgórze  spieszonym  plutonem  konnym,  trzema  CKM-ami  na  taczankach  oraz  karabinem 
p-pancernym,  który  zwiadowcy  znaleźli  w  rowie  na  drodze  z  Tuchowa.  Drugi  spieszony  pluton 
konny  Obrony  Narodowej  wysunął  się  przed  las,  z  zadaniem  sprowokowania  Niemców.  Pluton 
kolarzy zajął stanowiska pod Zwiernikiem i miał ostrzelać nieprzyjaciela, gdy tylko ukaże się w polu 
widzenia. Około godziny 16 drogą od strony Tuchowa nadjechał pluton niemieckich motocyklistów. 
Pluton poprzedzali szperacze na  pojedynczych motorach,  wszyscy  ubrani  w  gumowe płaszcze. W 
swoich baniastych hełmach i gumowych płaszczach wyglądali jak stwory nie z tego świata, samym 
swoim wyglądem budzące strach. Szperacze na motorach nie zauważyli nic podejrzanego. W tym 
czasie spieszony pluton konny Obrony  Narodowej, zgodnie z otrzymanym rozkazem, zaczął silnie 
ostrzeliwać motocyklistów. Równocześnie z boku wyjechał pluton niemieckich rowerzystów, którzy 
po zejściu z rowerów zaczęli nacierać, oskrzydlając spieszony pluton konny Obrony Narodowej. Za 
plutonem  rowerzystów pojawiły się trzy  samochody pancerne, za nimi  mały samochód dowódcy, 
potem  jechało  sześć  transporterów  terenowych  z  piechotą.  Takiego  widoku  i  takiej  wojny  nie 
wytrzymały nerwy kawalerzystów. Rzucili się do koni i w popłochu uciekli. Ten uciekający pluton 
konny narobił tyle zamieszania na obronie pułku nad Wisłoką. 

background image

Niemcy, uradowani tak łatwo odniesionym zwycięstwem, ruszyli dalej drogą na Zwiernik, a za 

nimi samochody pancerne i transportery opancerzone. Żołnierze zaczęli strzelać w górę i drzeć się 
gardłowymi  głosami:  „Sieg,  heil”,  ukazując  w  ten  sposób  swoją  radość  z  łatwego  pokonania 
Polaków.  Za  kolumną  zebrał  się  w  pośpiechu  pluton  kolarzy,  który  tak  walnie  przyczynił  się  do 
odniesienia  niemieckiego  zwycięstwa.  Wesołą  śmiercią  ginęli  Niemcy,  dojechawszy  do  miejsca 
zasadzki. Gdy dostali się w śmiertelne wiązki pocisków z broni maszynowej i karabinu p-pancernego 
zaskoczenie było tak nagłe, że ci, którzy siedzieli w samochodach, nie mieli czasu wyskoczyć i ginęli 
dziurawieni pociskami, a transportery opancerzone wywracały się do rowu. 

Motocykliści, kiedy minęli zasadzkę, dostali się pod obstrzał broni ręcznej i maszynowej plutonu 

kolarzy.  Zaskoczeni,  zeszli  z  motorów,  zalegli  w  terenie  i  ostrzeliwali  się  bezładnie.  Pluton 
niemieckich  kolarzy  odjechał  z  pola  walki  do  tyłu,  został  jednak  ostrzelany  przez  CKM-y  na 
taczankach. Niemcy ponieśli duże straty, zniszczono dwa samochody pancerne, samochód dowódcy 
oraz sześć transporterów opancerzonych. Tak zapłacili Niemcy za palone wioski nad Dunajcem i za 
mordowanych przez swoich lotników bezbronnych uchodźców na drodze do Tarnowa. 

— Zwycięstwa naszego nie było nam dane wykorzystać do końca — mówi porucznik Bukowy. — 

Od  tyłu  nadjechały  samochody  pancerne,  a  las  przez  nas  zajęty  zaczęła  ostrzeliwać  niemiecka 
artyleria, trzeba było wycofać się nad Wisłokę, zwłaszcza że zapadał zmrok. 

Zwiad w tym boju nie poniósł większych strat. Tylko jeden z wierzchowców, spłoszony odgłosem 

strzelaniny, wyrwał się koniowodnemu i pogalopował na przedpole, gdzie toczyła się walka. Koń był 
z poboru, narowisty. 

— Szkoda tylko tego siodła, które miał na sobie — mówi wesoło dowódca zwiadu. 
Bukowy, by pognębić słuchaczy, przymruża szelmowsko oko i wyciąga z torby dwie puszki sera 

konserwowego. 

— Jest to — mówi — zdobyczny ser niemiecki. 
Wszyscy oglądają i próbują, smak korzenny, ser jest świeży, nie wyschnięty. Nasi żołnierze nie 

widzą  od  kilku  dni  chleba,  kuchnie  polowe  gotują  jedzenie  z  żywności  przygodnie  zakupionej,  a 
Niemcy zajadają sobie w tym czasie sery. 

Powoli  cichną  rozmowy,  wojacy  zawinięci  w  płaszcze  leżą  na  ziemi,  gdzie  komu  wygodniej, 

zapadają w niespokojną drzemkę. Cisza panuje na polanie, tylko od strony rozstawionych wozów 
słychać postękiwanie zmęczonych koni chrupiących sennie obrok. Nie wszyscy usnęli, słychać ciche 
brzęczenie drumli, to czuwa obsługa przy koniach, a na drumli wygrywa swoje smętne dumki starszy 
strzelec Bazyli Osaczuk, Hucuł spod Worochty. 

Niemcy po wstępnym boju rozpoznawczym nad Wisłoką wycofali się przed nocą głęboko w teren. 

Obie  zalegające  teraz  strony  dzieli  pas  ziemi  niczyjej.  Z  niemiecką  taktyką  opuszczania  na  noc 
przedpola zapoznano się już podczas walk nad Dunajcem. 

Noc jest ciepła i ciemna, na niebie mrugają gwiazdy. I pomyśleć, że Hitlerowi w jego zaborczych 

zamiarach jest sprzymierzeńcem nawet niebo, zsyłając piękną pogodę. 

 
 
 

8 września, piątek 

Odwrót nad rzekę Wisłok 

Noc nad Wisłoką przechodzi spokojnie. Wprawdzie po północy Niemcy dwukrotnie rozpoznawali 

patrolami  nasze  stanowiska,  ale  zostali  przepędzeni  przez  placówki.  Dowódca  melduje  o  dezercji 
kilku żołnierzy pochodzących z tych okolic. Byli to woźnice, którzy uprowadzili jednego konia od 
biedki  amunicyjnej  oraz  parę  koni  od  wozu  przykuchennego.  Z  drużyny  dowódcy  pułku  zbiegł 
goniec Żyd, zabierając ze sobą służbowy rower

*

. Dowódca III/39 melduje, że posiada duży procent 

strzelców  z  obtartymi  nogami  niezdolnych  do  dalszego  marszu.  Pułk  nie  stoczył  jeszcze  żadnej 
poważnej bitwy, a jego stan liczebny zmniejszył się poważnie. 

                                            

*

 W październiku 1939 r. spotkałem dezertera w Przemyślu. Na ramieniu miał opaskę z gwiazdą Dawida. 

background image

Zgodnie z zapowiedzią, po północy zajeżdżają kuchnie, by wydać ciepłą strawę. Jest to gęsta zupa 

z kaszy jęczmiennej z kawałkami mięsa wieprzowego. Ten wzmocniony posiłek ma wystarczyć na 
cały dzień. Po wczorajszym marszu ciężko opuścić wygrzane w ziemi  legowisko,  bolą wszystkie 
mięśnie, a senna głowa opada, by zdrzemnąć się choćby jeszcze przez chwilę. Zapach ugotowanego 
jadła działa magicznie, żołnierze zwlekają się i idą do kuchni na ciężkich nogach, a ciepły posiłek 
dodaje nowej energii, powracają biegiem do swoich legowisk. Najbardziej dokucza brak papierosów 
oraz łaknienie kawałka chleba, którego nie ma już od trzech dni. Podoficer żywnościowy batalionu 
sierżant Hass pogania, by śpieszyć się z wydawaniem posiłku, otrzymał rozkaz pilnego odjazdu z 
kuchniami i taborem batalionowym. 

Jest jeszcze noc, mgła mokrą watą okrywa wszystko i ściele się gęsto w dolinie Wisłoki. Ta mgła 

jest  naszym  sprzymierzeńcem,  opóźnia niemieckie naloty. Rześki  chłód  poranka usuwa na  chwilę 
znużenie  i  senność,  zaczyna  się  ruch  i  krzątanie  tak  typowe  przed  każdym  odmarszem,  trzeba 
rolować płaszcze i dopinać oporządzenie. 

Przed świtem przyjeżdża do dowódcy pułku szef sztabu dywizji podpułkownik Axentowicz. Jest 

uradowany z odnalezienia pułku. Na poszukiwanie jechał z ciężkim sercem, nie spodziewał się, że 
kogoś odnajdzie, gdyż krążyły wiadomości o rozbiciu i rozproszeniu dywizji. Pułkownik przywiózł 
rozkazy  wycofania  się  znad  Wisłoki  po  osi  Wielopole  Skrzyńskie–Kozłówek.  W  rejonie 
Frysztak–Jedlicze  organizuje  obronę  11  Dywizja,  pod  osłoną  której  24  Dywizja  przeprowadzi 
reorganizację swoich pułków w miejscowości Wysoka Strzyżowska. Miejscem postoju dowództwa 
24 Dywizji jest Markuszowa. Pułkownik uprzedza, że marsz będzie ciężki, w trudnym terenie i po 
drogach  gruntowych.  Brak  map  tego  terenu,  do  miejsca  przeznaczenia  jest  około  44  km. 
Dowiadujemy  się  też,  że  dowódca  dywizji  pułkownik  Krzyżanowski  złożył  dowodzenie  na  znak 
protestu  za  przedwczesne  wycofanie  się  z  obrony  na  Dunajcu.  Dywizją  dowodzi  teraz  pułkownik 
Schwarzenberg-Czerny.  Dalsze  rozkazy  podane  zostaną  w  czasie  marszu.  Po  wizycie  pułkownika 
Axentowicza łączność z dowództwem dywizji urywa się na cały dzień. 

Wymarsz  oddziałów  opóźnia  się,  kolumna  marszowa  formuje  się  powoli,  dużo  czasu  zajmuje 

pojenie  koni  oraz  zwijanie  połączeń  telefonicznych  do  batalionów.  Przewód  telefoniczny  do  II/39 
częściowo wycięli dywersanci. Bardziej zmęczeni strzelcy, by sobie ulżyć, próbują pozostawić koce, 
a nawet  amunicję i  granaty ręczne, na co nie pozwalają szefowie  kompanii i podoficerowie broni. 
Przyznać trzeba, że tornister i oporządzenie to za duży ciężar na siły jednego człowieka, zwłaszcza po 
przebyciu tylu marszów i nie przespanych nocach. 

Na  wschodzie  jaśnieje  już  niebo,  kiedy  pułk  rusza  do  marszu  po  osi  gajówka 

Połomeja–Kamieniec–Wielopole Skrzyńskie. Wymarszowi kolumny towarzyszy mgła. Poranek jest 
chłodny, mgła opada drobną mżawką na ziemię, robi się  mokro. Kuchnie i  tabor bojowy ruszyły 
wcześniej do Wielopola Skrzyńskiego, tam przewidziano dłuższy postój. W przedniej  straży idzie 
II/39, za nim tabor pułkowy, następnie I/39, w straży tylnej III/39 oraz kompania zwiadu. 

Wyszły  rozkazy  zachowania  bezwzględnej  ciszy  oraz  niepalenia.  Niemcy  zgodnie  ze  swoją 

taktyką nie rozpoznają, więc odejście znad Wisłoki odbywa się bez przeszkód. Uciekinierzy pomimo 
złych dróg trzymają się wojska, w nocy oblegają tabory. To najlepsze schronienie dla dywersantów, 
którzy posuwają się stale za maszerującą kolumną. 

Marsz trwa już długo, droga pokryta jest pyłem, tu nie było deszczu od tygodni. Droga, deptana 

nogami tysięcy piechurów, uciekinierów i koni, krajana kołami wozów, nasyca powietrze tumanami 
kurzu,  który  unosi  się  w  górę  i  długo  wisi  nad  głowami  maszerujących.  Tuman  pyłu  jest 
niezawodnym  przewodnikiem  dla  niemieckich  lotników,  ale  nad  maszerującą  kolumną  ściele  się 
jeszcze zbawienna mgła. Zmęczona kolumna rozciąga się, ludzie zaczynają słabnąć coraz bardziej. 
Wraz z ubytkiem sił słabnie wola i chęć, by dojść do celu. Coraz wypada ktoś z szeregów i zostaje w 
tyle, mijają go idący jeszcze naprzód. Kolumna rozciąga się coraz bardziej, ci, którzy pozostają w 
tyle, muszą dobiegać i dołączać do czoła. To bardziej męczy niż przebyte kilometry. 

Od  spoconych  i  nie  mytych  ciał,  nie  pranej  bielizny,  przepoconych  i  zakurzonych  mundurów 

rozchodzi się niemiły fetor. Ze zmordowanych, czarnych od pyłu i spiekoty twarzy patrzą oczy harde, 
nieustępliwe.  Marsz  odbywa  się  terenem  pagórkowatym,  pokrytym  zagajnikami,  zmęczone  nogi 
pchają  się  pod  górę,  by  osiągnąwszy  wierzchołek,  schodzić  w  dół  i  znowu  pokonywać  następne 

background image

wzniesienie. Mgła ściele się jeszcze po dolinach, a unoszące się coraz wyżej słońce wypija resztę sił z 
maszerujących żołnierzy. Lotnictwo niemieckie nie bombarduje, przelatujące klucze kierują się na 
wschód i na północ. Dwukrotnie samoloty zwiadowcze obserwują kierunek posuwania się kolumny. 
Czasami  wydaje  się,  że  marsz  odbywa  się  na  manewrach,  taki  panuje  spokój,  tylko  od  północy 
dochodzi  głuche  dudnienie  wybuchów,  tylko  straż  tylna  odpiera  od  czasu  do  czasu  patrole 
motocyklowe.  Teren,  przez  który  maszeruje  pułk,  nie  nadaje  się  do  starć  dla  pojazdów 
zmechanizowanych. 

Oddziały jednak nie mają spokoju, są ostrzeliwane przez dywersantów. Z pagórków porośniętych 

zagajnikami padają pojedyncze strzały, nawet terkocze od czasu do czasu seria ręcznego karabinu 
maszynowego. Wysłane na to miejsce patrole stwierdzają tylko ślady bytności ludzi oraz znajdują 
rozsypane  łuski.  Ostrzeliwania  te  nie  przynoszą  wielkiej  szkody,  ale  wprowadzają  w  szeregi 
niepokój,  a  wysyłane  patrole  robią  dodatkowe  kilometry.  Nauczeni  doświadczeniem  dowódcy 
kompanii  na swój sposób  zwalczają tych dywersantów, ostrzeliwują miejsca, skąd padają strzały. 
Taktyka okazuje się skuteczna, nie zdarzyło się, aby z takiego miejsca padły ponownie strzały. 

Około południa pułk dochodzi do Wielopola Skrzyńskiego i tu zatrzymuje się na trzygodzinny 

postój ubezpieczony. Płynąca równolegle do drogi rzeczka Wielopolka daje prawdziwy odpoczynek. 
Żołnierze się myją, kąpią, niektórzy nawet piorą przepocone koszule i nie zmieniane onuce. Woźnice 
prowadzą konie do wodopoju. Czas odpoczynku psuje wiadomość, że ciepłego posiłku nie będzie. 
Kuchnie wydają tylko czarną kawę, kwatermistrzowi nie udało się kupić żadnej żywności, wszystko 
wyjedli i wykupili uciekinierzy oraz oddziały, które tędy przeszły wcześniej. 

Oficerowie  sztabu  pułku  oraz  dowódcy  oddziałów  proponują  dowódcy  pułku,  aby  pozwolił 

przemęczonym  do  ostatnich  granic  ludzkiej  wytrzymałości  żołnierzom  zostawić  tornistry  i  koce, 
przyspieszyłoby to tempo marszu. Gorące chwile przeżywa dowódca pułku, trudno mu podjąć tak 
śmiałą decyzję. 

Chce  się  odwołać  do  dowódcy  dywizji,  ale  z  dywizją  ma  żadnej  łączności.  Oficer  operacyjny 

kapitan Nanuaszwili, widząc jego niezdecydowanie, powiada: 

—  Panie  pułkowniku,  nie  czas  żałować  róż,  kiedy  płoną  nasze  wsie  bombardowane  przez 

Niemców.  —  Może  to  powiedzenie,  a  może  świadomość,  że  postój  już  się  kończy,  wpłynęło  na 
przyspieszenie decyzji. 

Ciężko  jest  się  rozstawać  strzelcom  z  tornistrami,  choć  rozumieją,  że  będzie  się  maszerowało 

swobodniej. W tornistrze oprócz wyposażenia żołnierz nosi też swój osobisty „majątek”. Gdzie go 
teraz  upchnąć?  Starszy  strzelec  Dobner,  pochodzący  ze  Śląska,  ma  poważny  kłopot,  co  zrobić  z 
grubym  słownikiem  niemiecko-polskim,  który  nosi  w  tornistrze.  Jest  tłumaczem  przy  dowódcy 
łączności. Na pozostawione tornistry i koce są już amatorzy, zabierają je uciekinierzy i mieszkańcy 
Wielopola. Żołnierze zatrzymują płaszcze zrolowane przez ramię. 

Już godzina 15, postój skończony, pułk  rusza dalej.  Po dwugodzinnym  marszu czoło  kolumny 

dochodzi do wsi Szufnarowa. Coraz wyraźniej słychać szum silników lotniczych. Już widać w górze 
nadlatujący  klucz  samolotów  niemieckich.  Lecą  trójkami,  nagle  obniżają  lot,  z  rykiem  motorów 
przelatują  nad  kolumną i  z  niskiego  pułapu  koszą  pociskami  z  broni  pokładowej.  Nawracają  trzy 
razy, a po wystrzelaniu amunicji nikną za horyzontem. Pułk nie przerywa marszu, oddziały usuwają 
się  z  drogi  i  przechodzą  w  szyki  rojem.  Do  samolotów  strzelają  wszyscy,  ale  są  to  strzały 
nieprecyzyjne,  na  celowanie  nie  ma  czasu.  Z  marszu  strzelają  również  CKM-y  p-lotnicze,  ale 
niewiele mogą zrobić samolotom lecącym tak nisko. Są straty – postrzelane konie, dwóch zabitych i 
dużo rannych, których po zaopatrzeniu pozostawiono we wsi. 

Na drodze przed wsią stoi zbombardowana i porzucona kolumna wozów, obok leżą zabite konie.

*

 

Ocalałe  wozy  pełne  są  żywności  oraz  różnego  sprzętu  wojskowego.  Do  wozów  dobierają  się  już 
strzelcy,  a  szefowie  kompanii  upychają,  gdzie  się  tylko  da,  worki  z  żywnością.  Przy  drodze 
pozostawiono  park  amunicyjny,  pod  brezentową  płachtą  leżą  skrzynki  z  amunicją  małokalibrową 
oraz  granatami  ręcznymi  obronnymi.  Kompanijni  podoficerowie  broni  ładują  amunicję  i  granaty 
ręczne na biedki i wozy amunicyjne. 

                                            

*

 Był to rejon koncentracji 11 Karpackiej Dywizji Piechoty. 

background image

Szef 1 kompanii starszy sierżant Mańkowski woła strzelców i mówi: 
— Chłopaki, ja przeszedłem I wojnę światową, wierzcie mi, że żołnierz, aby przeżyć wojnę, nie 

musi mieć chleba w chlebaku, ale musi mieć zapas amunicji i granatów ręcznych. 

Amunicja, która nie zmieściła się na biedkach, zostaje na miejscu, wysadzanie jej odpada, brak 

jest ładunków wybuchowych, a poza tym, jak głosi fama, za dzień lub dwa dni my tu powrócimy, 
znad  Sanu  rusza  nasze  natarcie.  Amunicję  tę  można  by  podpalić,  ale  jest  to  nie  do  pomyślenia, 
pokutuje wpajana przez dwadzieścia lat zasada poszanowania mienia państwowego. 

Marsz  trwa.  Zrobiło  się  już  ciemno,  dochodzimy  do  drogi  Strzyżów–Rzeszów,  zatkanej 

oddziałami  11 Dywizji  maszerującymi w tym  samym  co my kierunku.  Dalej nie  przejdziemy, na 
drodze  nie  ma  miejsca.  Tak  zatrzymując  się  i  maszerując  pułk  dochodzi  do  rozwidlenia  drogi  na 
Wysoką Strzyżowską i tu znowu zatrzymuje się. Na rozwidleniu dróg stoi kolumna wozów, między 
którymi przepychają się bezładnie piesze oddziały. Obok w bryczce siedzi trzech oficerów, a ruchem 
nieudolnie kieruje oficer w stopniu kapitana. Pułk oczekuje na przejście już ponad godzinę, a tu zbite 
masy wojska i wozów przewalają się drogą bez przerwy. Kilkakrotne interwencje, by przepuścić 39 
Pułk, pozostają bez skutku. 

Tego już za wiele, kapitan Nanuaszwili podchodzi do kapitana kierującego ruchem i mówi: 
— 39 Pułk zgodnie z rozkazem dywizji maszeruje do Wysokiej Strzyżowskiej. Musimy wykonać 

w czasie wydany rozkaz, przepuść nas w pierwszej kolejności. Czekamy już prawie dwie godziny. 
Jesteśmy zdecydowani przejść siłą. 

Regulujący ruch oficer odpowiada odmownie. Wtedy nasz oficer operacyjny z dowódcą łączności, 

plutonem  regulacji  ruchu  oraz  plutonem  ze  szpicy  wchodzą  na  drogę  i  zatrzymują  ruch.  Oporne 
wozy, które usiłują jechać dalej, spychają z drogi. W powstałą lukę wkracza straż przednia, a pluton 
regulacji  ruchu  zamyka  drogę  z  obu  stron.  Kapitan  regulujący  poprzednio  ruch  na  drodze,  z 
pistoletem w ręku, krzyczy jak oszalały, chce wymusić posłuch. W Nanuaszwilim zawrzała krew, 
nagłym podbiciem ręki wytrąca krzyczącemu oficerowi pistolet, po czym wpycha kapitana do rowu. 
Całe  zajście  trwa  kilka  minut,  nie  wszyscy  wiedzą,  co  się  stało,  ale  na  drodze,  o  dziwo,  panuje 
porządek i posłuch. 

Sponiewierany kapitan wyszedł już z rowu, teraz wymieniają z Nanuaszwilim adresy, by mogli 

spotkać się po wojnie dla honorowego załatwienia sprawy. 

Marsz trwa nadal. Na drodze mieszają się związki taktyczne 24 Dywizji z oddziałami 11 Dywizji. 

Wszyscy są wyczerpani, jest im obojętne, gdzie i z kim maszerują, wystarczy chwila postoju, a walą 
się na ziemię i zasypiają. Dużo potrzeba wysiłku, by obudzić śpiących i wstawić ich do kolumny. 
Ciężko pracuje przez całą noc pluton regulacji ruchu, a z nim oficer operacyjny i dowódca łączności. 
To właśnie oni odszukują i wyciągają z maszerującej kolumny zagubione oddziały, budzą i podnoszą 
żołnierzy  na  nogi.  Na  skrzyżowaniach  i  rozwidleniach  dróg  uważają,  by  skierować  oddziały  na 
właściwą drogę. 

W takiej męce marszowej straż przednia dochodzi do lasów Kozłówka, gdzie pułk zatrzymuje się 

na postoju ubezpieczonym. Posiłku nie ma, kuchnie się zagubiły, a zmęczeni żołnierze nie upominają 
się nawet o jedzenie. Leżą pokotem na ziemi i śpią. Po godzinnym odpoczynku ruszają dalej, marsz 
jest ostrzeliwany przez dywersantów, strzelanina ustaje dopiero nad ranem. 

W czasie następnego postoju przyjeżdża z rozkazami major Tadeusz Klepacki, dowódca kawalerii 

dywizyjnej. Mówi: 

— Obrona na Wisłoku odwołana, organizuje się obrona na Sanie. Pułk wyruszy do przepraw na 

Sanie  po  osi  Węglówka–Domaradz–Bartkówka.  Tam  zorganizuje  obronę.  39  Pułk  idzie  w  straży 
tylnej  zgrupowania  oddziałów  dywizji.  Miejsce  postoju  dowództwa  dywizji  znajduje  się  w 
Dylągowej. 

Od  majora  dowiadujemy  się,  że  dowódca  11  Dywizji  opuścił  samowolnie  obronę  nad  rzeką 

Wisłok, a teraz organizuje na własną rękę obronę na linii Baryczy. Wobec takiej sytuacji dowódca 
naszej dywizji postanowił, by maszerować dalej do przepraw na Sanie. Niemcy zajęli Dębicę, od 
północy  oskrzydlają  Armię  „Karpaty”,  na  południu  niemiecka  1  Dywizja  Górska  jest  już  pod 
Sanokiem.  Wobec  tego  marsz  do  Sanu  należy  przyspieszyć,  a  Węglówkę  osiągnąć  o  świcie.  Na 

background image

przedpolu znajdują się dwa bataliony 17 Pułku oraz oddziały 155 Pułku Rezerwowego, z którymi 
brak łączności. 

Po  odjeździe  dowódcy  kawalerii  dywizyjnej  pułk  rusza  dalej.  Jest  to  marsz,  jakich  mało  zna 

historia nowoczesnej wojskowości. Pułk przedziera się przez błąkające się rozbite oddziały, przez 
kolumny wozów, przez nieliczne już grupy uchodźców. Wyczerpują się siły żołnierzy. Oddziały są 
coraz bardziej zmęczone. To ma być wyścig do przepraw na Sanie, ale wyścig ten zamienia się w 
wędrówkę z przeszkodami. W  marszu oddziały  pułku  są  porozrywane, bataliony nie istnieją  jako 
jednostki  taktyczne,  w  dodatku  z  bocznych  dróg  wchodzą  na  drogę  inne  oddziały,  rozrywają  i 
zatrzymują maszerujące kolumny nie kończącym się przejazdem taborów. Przez wzniesienia, doliny, 
potoki pułk przebija się na przełaj, aby kilometr dalej, byle bliżej do celu. 

Jesteśmy głodni i niewyspani, brakuje zaopatrzenia, żywi nas miejscowa ludność. I pomyśleć, że 

dziś, w epoce radia i motoru, żołnierze walczą nie widząc chleba i giną głodni. Nie tracimy jednak 
wiary w zwycięstwo, a ducha dodaje żołnierski humor. Wśród strzelców krąży m.in. powiedzenie: 
„Kolego, nie jest tak źle, na śniadanie Niemiec dożywia nas bombami, na obiad opędzaj się bracie 
czołgom, a na kolację smaruj nogi, by nocnym marszem odejść od wypoczywających Niemców”. 

Chcemy walczyć nadal, bombardowani i ostrzeliwani przez lotnictwo, nękani przez dywersantów. 

Zdajemy sobie sprawę, że Niemcy robią wszystko, by nie dopuścić nas do przepraw na Sanie. Wyścig 
jest nierówny, nadrabiamy nocnymi marszami, by w dzień opędzać się zmotoryzowanym zagonom 
Niemców wypoczętych i sytych, wiezionych na samochodach. 

Krok za krokiem pułk przebija się do Sanu. Ludzie są tak zmęczeni, że śpią w marszu. Zdarzają się 

wypadki, że taki śpiący piechur wali się nagle z nóg, a za nim padają następni. Na drodze śpią całe 
kolumny, co powoduje zatrzymanie ruchu. 

Po  północy  robi  się  jaśniej,  ułatwia  to  pracę  plutonowi  ruchu  oraz  oficerowi  operacyjnemu  i 

dowódcy  łączności,  ci  ludzie  tej  nocy  nie  zsiadają  z  koni.  W  czasie  objazdu  kolumny  widzą,  że 
daleko  na  drodze,  od  strony  straży  tylnej,  ukazują  się,  to  znowu  znikają  światła  reflektorów.  Ki 
diabeł,  czyżby  Niemcy  przedostali  się  w  środek  kolumny?  To  chyba  niemożliwe,  nie  słychać 
strzałów. 

Okazuje  się,  że  jeden  z  oficerów  rezerwy  za  zgodą  dowódcy  batalionu  wybrał  się  na  wojnę 

własnym  autem.  Znudzony  długotrwałym  i  nieustającym  marszem,  w  towarzystwie  trzech 
kompanów  skracał  sobie  czas  grą  w  karty  w  samochodzie.  Dwa  strzały  w  lampy  i  chłodnicę 
przerywają tę sielankę i zmuszają do dzielenia trudów marszowych razem z innymi żołnierzami. 

Ten  nocny  marsz  jest  naszą  zmorą,  przechodząca  kolumna  to  kolumna  sennych  mar.  Śpią 

piechurzy,  śpią  woźnice,  śpią  konie,  cała  kolumna  posuwa  się  śpiąc.  Okrutna  ta  wojna.  Jesteśmy 
brudni, nie goleni, bielizny i butów nie ściągaliśmy od tygodnia. Zmęczeni i zamaszerowani idziemy 
jednak dalej, chcemy przecież bić Niemców. 

 
 
 

9 września, sobota 

Marsz do Sanu 

Jest  już  po  północy,  batalion  drugi  jako  straż  przednia  pułku  przechodzi  przez  Wysoką 

Strzyżowską.  Na  drodze  robi  się  luźniej,  część  wozów  i  uchodźców  poszła  drogą  na  Strzyżów. 
Pomimo tego panuje tłok, droga jest wąska, teren górzysty. Oddziały piesze nie mogą się wyminąć. 
Kolumny przesuwają się powoli wśród ciągłych zatrzymywań i postojów, w dodatku jadą drogą dwie 
kolumny artyleryjskie, jedna usiłuje wyminąć drugą. Trzeba je przepuścić, tym bardziej że w marszu 
pułk jest bardzo rozciągnięty. 

Na  wschodzie  niebo  już  jaśnieje,  kiedy  szpica  wchodzi  do zabudowań  Węglówki.  We  wsi  nie 

widać  śladu  życia,  tylko  psy  pozamykane  w  domach  lub  stodołach  szczekają  głucho.  W  oknach 
ciemno,  drzwi  zaryglowane,  mimo  pukania  nikt  nie  otwiera,  nie  można  się  temu  dziwić,  tyle  tu 
przewaliło się wojska i ludzi. W końcu dowódca łączności „wypukał” z domu jakiegoś staruszka, 
który mówi z płaczem: 

— Panoczku, nie mamy nic do jedzenia. 

background image

Ale  gdy  usłyszał,  że  nie  chodzi  o  jedzenie,  a  tylko  o  pokazanie  drogi,  rozgadał  się  i  opisał 

dokładnie marszrutę na Domaradz i dalej na Barycz. Wszystkim dokucza głód, brakuje ciepłej strawy 
już drugi dzień, nie ma czym ugasić pragnienia, w studniach brak wody. Nagle uderza wszystkich 
przykry widok, na drodze stoją bez koni porzucone jaszcze artyleryjskie pełne pocisków. 

— Czy jest tak źle z nami, że porzuca się sprzęt tak potrzebny na wojnie? 
Jest już dzień. Drugi batalion jako straż przednia opuszcza Węglówkę. Za wsią droga wchodzi w 

głęboki wąwóz, w którym straż przednia zatrzymuje się, dalej nie przejdzie przez zapchaną wojskiem 
drogę.  Dowódca  szpicy  melduje,  że  na  drodze  znajdują  się  oddziały  11  Dywizji,  tabory  i  jakiś 
dywizjon artylerii ciężkiej. Na przodzie prowadzą walkę z Niemcami oddziały 2 Brygady Górskiej, 
które wycofały się spod Krosna. Jest godzina 7, poranek bez mgły, słońce przygrzewa już dobrze, 
niebo bezchmurne, są to doskonałe warunki dla lotnictwa. 

—  Co  będzie,  kiedy  w  tym  zatłoczonym  wąwozie  dopadnie  nas  lotnictwo?  —  niepokoją  się 

żołnierze. 

Oddział  regulacji  ruchu,  korzystając  z  postoju,  wyciąga  zagubione  plutony  i  poszczególnych 

strzelców,  którzy  wymieszali  się  w  czasie  marszu  nocnego  z  oddziałami  48  Pułku  z  11  Dywizji 
Piechoty. Zmęczeni nocnym marszem żołnierze padli na ziemię i śpią, nie reagują nawet na rozkazy. 

Nagle  w  powietrzu  słychać  ciche,  coraz  bardziej  narastające  brzęczenie,  które  przechodzi  w 

wyraźny warkot samolotu. Jest, już go widać, ma czarne krzyże, to samolot obserwacyjny. Wszyscy 
zadzierają  głowy  do  góry  i  patrzą.  Samolot  robi  okrążenie,  kładzie  się  na  skrzydło  i  zrzuca  dwie 
bomby. Wszyscy przypadają do ziemi, czekają, gdzie upadną śmiercionośne ładunki, na kogo dziś 
kolej. Ale co to? Bomby rozrywają się w powietrzu i oto zaczyna opadać deszcz z kartek. Nagle 
zaczyna  się  istne  piekło,  ludzi  ogarnia  szał.  Kto  ma  karabin,  strzela  ile  może,  CKM-y  p-lotnicze 
jazgoczą  długimi  seriami,  ale  samolot  odlatuje.  Żołnierze  podnoszą  ulotki  i  czytają:  „Polacy, 
zaprzestańcie  walki,  wasze  armie  są  rozbite,  Warszawa  poddała  się,  nie  gińcie  za  Żydów  i 
kapitalistów zachodnich, którzy pchnęli was do wojny, składajcie broń, Głównodowodzący zapewnia 
wam odejście do domów i rodzin” – po czym pogardliwie wzruszają ramionami. Ten i ów z odrazą 
spluwa na ziemię. 

Z oblicza dowódców nie schodzi troska – co będzie się działo w wąwozie, kiedy nadleci lotnictwo 

bombowe lub lotnik przekaże współrzędne do artylerii? 

W czasie tego przymusowego postoju dowódcy starają się uporządkować oddziały oraz sprawdzić 

ich  stan  liczebny.  Są  duże  braki,  zaczyna  się  dezercja,  uciekają  zwłaszcza  żołnierze  narodowości 
ukraińskiej. Dużo jest maruderów, którzy wloką się w tyle, a dołączają szybko, kiedy wydawana jest 
strawa. W kompaniach CKM-ów mnożą się wypadki dezercji żołnierzy z końmi, w taborach znikają 
cywilni woźnice, uprowadzając swoje konie, a nawet wozy. 

Jest już koło południa i nic nie wskazuje na rychły wymarsz z wąwozu, zwłaszcza że od strony 

Domaradza  strzelanina  nasila  się,  słychać  kanonadę  artylerii  oraz  wybuchy  bomb.  To  2  Brygada 
Górska oraz wchodzące w jej skład baony Obrony Narodowej walczą ze ścigającymi ich Niemcami. 
Lotnictwo  niemieckie  nie  nęka  zatrzymanej  w  wąwozie  kolumny,  bombarduje  za  to  oddziały 
walczące na przedpolu. W tym górzystym terenie Niemcy stosują w walkach swoistą taktykę. Teren 
poprzecinany  wąwozami  i  pokryty  kwaterami  leśnymi  nie  nadaje  się  do  działań  większych 
podjazdów  zmotoryzowanych.  Drogami  polnymi,  nawet  szerszymi  miedzami,  prowadzącymi 
prostopadle do kierunku naszego marszu, podjeżdżają niespodziewanie patrole motocyklowe złożone 
z  jednego  lub  dwu  motocykli.  Niemcy  oddają  do  naszej  kolumny  krótkie  serie  z  RKM-ów  i 
odskakują.  Dla  przeciwdziałania  tym  wypadom  wysłano  na  pobliskie  wzgórza  małe  patrole  z 
ręcznymi  karabinami  maszynowymi,  które  ostrzeliwując  niemieckie  patrole  motocyklowe 
uniemożliwiają im podejście do kolumny. 

W  tym  ciężkim  położeniu  dowódca  pułku  wydaje  rozkazy,  które  mają  zmniejszyć  straty  na 

wypadek  bombardowania.  II/39  rozmieszcza  się  obronnie  na  stokach  wzgórza  na  wschód  od 
Bonarówki,  połowa  CKM-ów  dozoruje  jako  obrona  przeciwlotnicza,  a  druga  połowa  zamyka 
obydwa kierunki drogi. Biedki CKM-ów i amunicyjne zostają rozstawione w terenie, a tabor bojowy 
na  poboczu  drogi.  Przeciwny  skraj  drogi  jest  pod  dozorem  plutonu  artylerii  piechoty.  Armatki 
p-pancerne rozmieszczono luźno w terenie. Na szczytach wzgórza od strony południowej rozłożyły 

background image

się trzy małe placówki, mają za zadanie sygnalizować pojawienie się Niemców. Więcej w tym terenie 
zrobić  nie  można,  jesteśmy  zamknięci  w  wąwozie  i  musimy  czekać  aż  2  Brygada  Górska  spędzi 
Niemców z trasy naszego marszu. 

Odgłosy  walki  nasilają  się,  Niemcy  wprowadzili  do  boju  artylerię,  nie  ustają  bombardowania 

lotnicze. Łączności z dywizją nie mamy, nie znamy sytuacji ogólnej, nie wiemy też, jaka sytuacja jest 
przed nami. Nie mamy łączności z  III/39,  który  idzie w straży tylnej.  I/39, maszerujący jako siła 
główna, przysłał patrol łącznikowy z meldunkiem sytuacyjnym. Batalion znajduje się około 4 km z 
tyłu, podzielony jest oddziałami 48 Pułku z 11 Dywizji Piechoty. 

Minęło już południe, walka trwa dalej. Dowódca łączności wysłany dla rozpoznania sytuacji na 

przodzie  przywozi  wiadomości:  droga  na  Domaradz  jest  zatkana  kolumnami  wozów,  oddziałami 
wojska  i  uciekinierami.  2  Brygada  Górska  walczy  z  dużym  zmotoryzowanym  podjazdem 
niemieckim,  który  usiłuje  zamknąć  drogę  naszego  wycofywania  się  na  kierunku  Brzozowa  i 
Domaradza.  Nasze  oddziały  są  już  drugi  dzień  bez  jedzenia,  ludzie  zmęczeni,  brakuje  wody  do 
pojenia koni. Choć już popołudnie i słońce nie stoi nisko, upał jest nieznośny. Strzelcy śpią lub leżą 
niezdolni do żadnego wysiłku, konie z opuszczonymi łbami stoją w swoich zaprzęgach i stękają nie 
pojone. Leniwe myśli kłębią się po głowie, a jedna powraca natrętnie, co będzie działo się w tym 
wąwozie, kiedy nadlecą niemieckie samoloty? 

Około godziny 16 zamilkły odgłosy walki, zatrzymana kolumna zaczyna posuwać się do przodu. 

Nie znamy sytuacji, maszerujemy automatycznie za wolno poruszającą się przed nami kolumną. Na 
miejscu pozostaje pułkowy pluton artylerii piechoty, który musi wymienić odparzone konie. Straż 
przednia około godziny 20 dochodzi do miejscowości Krasna, po przejściu wioski pułk zatrzymuje 
się  na  postoju  ubezpieczonym.  Jest  to  duża  dolina  nadająca  się  na  biwak,  środkiem  przepływa 
strumyk,  las  dookoła,  na  skraju  lasu  stoją  duże  zabudowania  ze  studnią  pełną  wody.  Właściciele 
folwarku są nieobecni, gospodarz zezwala na branie siana ze stogów, wydaje nawet owies dla koni. 

Wymarsz  przewidziano  o  godzinie  2,  chodzi  o  to,  by  przemaszerować  możliwie  daleko  przed 

rannym  działaniem  lotnictwa.  Kuchnie  gotują  jedzenie,  rozchodzi  się  smakowity  aromat,  strawa 
będzie dobra, zakupiono dwa wieprze i kaszę jęczmienną. 

Z batalionami I/39 i III/39 nie mamy łączności. Oficer operacyjny i dowódca łączności jadą konno 

do obu batalionów. Brak jest również łączności z dowództwem dywizji oraz kompanią zwiadu, która 
rozpoznaje gdzieś na  tyłach. Poza placówkami i  ubezpieczeniami  cały biwak zasypia kamiennym 
snem,  tylko  konie  obojętne  na  wszystko  chrupią  owies.  Spokój  nocy  zakłócają  dywersanci,  stale 
ostrzeliwują biwak oraz podają sygnały kolorowymi rakietami. Jest cicho, wszyscy śpią, o godzinie 1 
będzie wydany posiłek, potem dalszy marsz w kierunku Sanu. Na wysuniętych placówkach kiwają 
się zmęczeni i senni wartownicy, oni mają zapewnić spokój śpiącym towarzyszom broni. 

 
 
 

10 września, niedziela 

Marsz do przepraw na Sanie 

O  godzinie  1  dyżurni  ogłaszają  pobudkę.  Strzelców  nie  można  dobudzić,  nie  pomagają 

nawoływania, że w kotłach czeka ciepła strawa. Żołnierze śpią, nic nie słyszą, ci, którzy już wstali 
upadają  z  powrotem  i  zasypiają,  zmęczenie  łamie  wszystkich.  Siłą  trzeba  podnosić  śpiących,  jak 
zwykle w takich przypadkach, wśród przekleństw i krzyków. Po zjedzeniu ciepłego posiłku wraca 
świadomość. Żołnierze nalewają gorącą kawę do swoich manierek. Oddziały ustawiają się na drodze. 
Pułk  marszem  ubezpieczonym  rusza  na  Domaradz.  Nasi  „opiekunowie”,  dywersanci,  którzy 
ostrzeliwali  biwak  przez  całą  noc,  teraz  milczą.  Kolumny  posuwają  się  powoli,  na  drodze  pełno 
wojska, wozów i uciekinierów. 

Zbliża się godzina 4, pułk wychodzi z drogi polnej na szosę Domaradz–Brzozów, na tej drodze 

ruch  jest  mniejszy,  dużo  wojska,  wozów  i  wszyscy  uchodźcy  poszli  w  kierunku  Rzeszowa.  Pułk 
przeszedł już około trzech kilometrów, nagle z przeciwnej strony nadjeżdża samochód na pełnych 
światłach. To zaskakujące, Niemcy niedaleko, a tu jacyś śmiałkowie jadą z zapalonymi reflektorami. 
Samochód  podjeżdża  bliżej,  hamuje  z  piskiem  opon.  Wyskakują  z  niego  dwaj  Niemcy,  którzy 

background image

natychmiast znikają w pobliskich krzakach. Zaskoczenie jest zupełne, wprawdzie pada za nimi kilka 
strzałów, a nawet  grupa  strzelców rusza w pogoń, ale cóż można zrobić w nocy. Okazuje się, że 
samochód załadowany jest skrzynkami z wódką od „Baczewskiego”. Niemcy powracali zapewne z 
rabunku  i  po  nocy  pomylili  drogę.  Cóż  robić  z  tak  niespodziewanym  prezentem?  Potrzebujemy 
chleba, a tu otrzymujemy podarunek z alkoholu. Z ciężkim sercem nasi chłopcy spychają samochód z 
drogi do płynącej obok rzeki, wrzuciwszy uprzednio do jego wnętrza ręczny granat. 

Oficer  operacyjny  i  dowódca  łączności,  którzy  wrócili  z  wywiadu,  składają  dowódcy  pułku 

niepomyślny  meldunek.  I/39  maszeruje  z  tyłu  w  odległości  około  czterech  kilometrów  i  jest 
przemieszany z oddziałami 48 Pułku, taborami i uchodźcami. Pododdziały maszerują zwarcie. III/39, 
idący  w  straży  tylnej,  pozostaje  około  sześciu  kilometrów  za  nami.  Faktycznie  w  straży  tylnej 
znajduje się 7 i 8 kompania strzelecka, kompania CKM-ów oraz cztery armatki p-pancerne. Batalion 
ten otrzymał dodatkowo dwie armatki p-pancerne z II/39 jeszcze przed Zakliczynem. Jedna armatka 
pancerna  została  rozbita  pod  Wielopolem  Skrzyńskim  w  czasie  walki  z  niemieckim  podjazdem 
zmotoryzowanym. 9 kompania strzelecka dowodzona przez kapitana Karola Domitera oderwała się 
od swego batalionu i wysunęła około trzech kilometrów naprzód. Straty marszowe w batalionie są 
duże,  wlecze  się  wielu  maruderów,  zdezerterowało  kilku  woźniców  z  końmi.  Żołnierze  są 
przemęczeni, jedzenie z kuchni otrzymali wczoraj, najbardziej jednak dokuczają niespokojne postoje 
bez ustalonego odpoczynku. 

Dowódca  batalionu  kapitan  Gawłowski  prosi  o  wycofanie  batalionu  ze  straży  tylnej.  Oficer 

operacyjny  stwierdza,  że  to  w  obecnej  sytuacji  niemożliwe.  Spotykani  po  drodze  żołnierze  pułku, 
idący  pojedynczo  lub  grupami,  mówią,  że  na  najbliższym  postoju  dołączą  do  swoich  oddziałów. 
Niepokojący jest widok żołnierzy z rozbitych oddziałów. Idą bez broni i ekwipunku. Opowiadają o 
swoim udziale w walkach, mówią o potędze lotnictwa niemieckiego oraz niezawodności niemieckiej 
broni pancernej. Opowiadaniami tymi podważają wiarę w nasze siły. Pluton artylerii piechoty, który 
dla  uzupełnienia  koni  pozostał  pod  Bonarówką,  w  krótkim  czasie  ma  ruszyć  za  pułkiem.  Zwiad 
pułku, rozpoznający na przedpolu, jest w stałym kontakcie z dowódcą straży tylnej. 

Nastał piękny, słoneczny poranek, około godziny 6 straż przednia pułku dochodzi do Domaradza. 

Droga  na  Barycz  jest  zamknięta,  11  Dywizja  organizuje  w  tym  rejonie  obronę.  Wysunięte 
ubezpieczenia  dywizji  otrzymały  rozkaz  nieprzepuszczania  cofających  się  oddziałów.  Pułk 
zatrzymuje się, oddziały przyjmują szyk rojem i zalegają w terenie po obu stronach drogi. W takim 
uszykowaniu,  ze  względu  na  częste  naloty,  pułk  będzie  przebijał  się  na  przełaj  po  płaskiej  i 
przeważnie otwartej wyżynie aż do osiągnięcia przepraw na Sanie. 

Dowódca pułku z oficerem operacyjnym wybierają się łazikiem do Baryczy, aby spotkać się z 

dowódcą 11 Dywizji pułkownikiem Bronisławem Prugar-Ketlingiem. Spotykają się dwaj dowódcy o 
różnym  wyszkoleniu  i  nie  podporządkowanym  szczeblu  dowodzenia.  Pułkownik  Prugar-Ketling 
rozpoczął służbę wojskową jeszcze w wojsku austriackim, potem był w oddziałach generała Józefa 
Hallera  organizowanych  w  1918  roku  we  Francji.  Podpułkownik  Szymański  był  żołnierzem 
legionowej kompanii kadrowej. 

Według relacji oficera operacyjnego kapitana Nanuaszwili dowódca 39 Pułku został przyjęty z 

zimną obojętnością. Pułkownik Prugar-Ketling długo rozwodził się nad krzywdą, jaka go spotkała ze 
strony rozbitych oddziałów 24 Dywizji i 2 Brygady Górskiej

*

, które zatarasowały drogę jego dywizji 

w marszu do Węglówki. Skarżył się, że żołnierze 39 Pułku pobili jego oficera kierującego ruchem na 
drodze pod Dobrzechowem. W sytuacji ogólnej jest mało zorientowany, nie ma łączności z dowódcą 
24 Dywizji, nie zna miejsca jego postoju, wie tylko, że dowództwo tej dywizji znajduje się gdzieś za 
Sanem.  Opowiada  o  organizowanej  przez  siebie  obronie  na  linii  Baryczy,  twierdzi,  że  będzie  to 
bastion obronny, który zatrzyma na południu posuwające się oddziały niemieckie. Na propozycję 
podpułkownika  Szymańskiego,  aby  39  Pułk  podporządkować  pułkownikowi  Prugarowi,  ten 
odpowiada butnie: 

—  Nie  mam  zaufania  do  rozbitych  oddziałów  i  nie  wierzę  w  ich  zdolność  bojową.  Żołnierzy 

waszych, pułkowniku, widziałem podczas przemarszu przez Pilzno. Na waszego żołnierza nie można 

                                            

*

 2 Brygada Górska już w dniu 6 września została podporządkowana czasowo dowódcy 11 Dywizji Piechoty. 

background image

liczyć,  brak  mu  ochoty  żołnierskiej  i  ducha  zaczepnego,  a  taki  żołnierz  zawiedzie  zawsze  w 
najcięższych i najtrudniejszych chwilach. Dlatego wydałem rozkazy, by cofających się oddziałów nie 
przepuszczać przez Barycz, a kierować je na południe. 

Taki rozkaz obchodzenia Baryczy na południe spycha cofające się oddziały na bezdroża i w rejon 

działania niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. Oddziały bardziej opóźnione w marszu, jak dwa bataliony 
17 Pułku,  batalion  155 Pułku  Rezerwowego, batalion  Korpusu Ochrony Pogranicza  „Żytyń” oraz 
oddziały  2  Brygady  Górskiej,  zostają  przez  niemiecką  2  Dywizję  Górską  odcięte  i  rozproszone. 
Odcięty zostaje również tabor 39 Pułku, który wpada w ręce nieprzyjaciela. 

Obaj dowódcy żegnają się chłodno. Trudno, dowódca 11 Dywizji nie rozumie widocznie sytuacji, 

w jakiej znalazły się jego oddziały. Nie liczy się również z faktem, że niemiecka 2 Dywizja Górska 
wyprzedza od południa wycofującą się za San Armię „Karpaty”. Oficerowie wsiadają do samochodu, 
kapitan Nanuaszwili zwraca się do dowódcy pułku: 

— Pszakrew, ten strateg bawi się w obronę i nie wczuwa się w sytuację. Wydaje mu się chyba, że 

to nie wojna, a ćwiczenia na stole plastycznym. 

Taka  obrona  samotnej,  niepełnej  dywizji,  bez  odwodu,  na  drugorzędnej  linii  działania 

nieprzyjaciela nie ma  znaczenia. Pułkownik  Prugar nie  wiedział zapewne, że Niemcy  w  tym dniu 
zajęli Radymno i zagonami zmotoryzowanymi podeszli pod Sanok, wyprzedzili cofające się za San 
Armię „Kraków” i Armię „Karpaty”. 

Po  powrocie  podpułkownika  Szymańskiego  pułk  rusza  do  przepraw  na  Sanie.  Przejście  przez 

Domaradz  odbywa  się  bez  zakłóceń.  Na  skrzyżowaniu  dróg  pułkowy  pluton  regulacji  kieruje 
oddziały na drogę do Golcowa. W Domaradzu dowódca pułku spotyka podpułkownika Stanisława 
Kwapniewskiego, który wraz ze sztabem oczekuje na nadejście swojego 155 Pułku Rezerwowego. 
Podpułkownik  nie  wie,  że  dalsza  droga  na  Barycz  jest  zamknięta,  nie  zna  też  miejsca  postoju 
dowództwa 24 Dywizji. Wie tylko, że oddziały 2 Brygady Górskiej na wzgórzach na południe od 
Domaradza  odrzuciły  w  dniu  wczorajszym  po  dłuższej  walce  duży  zmotoryzowany  podjazd 
niemiecki. 

Podoficer  żywnościowy  II/39  sierżant  Szarek  w  piekarni  w  Domaradzu  kupuje  cały  wypiek 

chleba, ale 400 bochenków to i tak za mało, by obdzielić głodnych żołnierzy. 

Od strony Baryczy dochodzą głuche odgłosy wybuchów, to lotnictwo niemieckie rzuca bomby na 

oddziały 11 Dywizji. Po pewnym  czasie nadlatują dwie trójki niemieckich samolotów, nawracają 
dwukrotnie  i  ostrzeliwują  z  broni  pokładowej  biedki  CKM-ów,  amunicyjne  oraz  wozy  taborowe 
batalionu. Polna droga, którą maszeruje pułk, prowadzi przez pobojowisko. Tu dziś rano odbyła się 
walka. Stoją porozbijane motocykle, leży broń, rozbity CKM, kilka trupów w polskich mundurach. 
W  dolinie  pod  drzewami  stoi  kuchnia  polowa,  z  jej  rozbitych  kotłów  wyciekła  na  ziemię  zupa 
ziemniaczana z pokrajanymi kawałkami mięsa, obok leżą zabite konie. Miejscowi ludzie opowiadają, 
że zaciekłe walki toczyły się tu przez cały wczorajszy dzień. Naszych poległych żołnierzy nie mogli 
pochować, zrobią to dziś. Niemcy swoich zabitych i rannych zabrali ze sobą. 

Jest  pogodnie,  znowu  słońce  mocno  przygrzewa.  Idziemy  na  przełaj  drogami  polnymi  lub 

bezdrożami.  Nie  przespane  noce,  brak  pożywienia,  nieustające  marsze  odbierają  siły  nawet 
najbardziej wytrzymałym. 

Około godziny 9 dochodzi nas głos dzwonu kościelnego z niedalekiej wsi, uświadamiamy sobie, 

że  to  niedzielą  i  już  siódmy  dzień  wojny.  We  wsi  Golcowa  witają  nas  odświętnie  ubrani  ludzie 
podążający do kościoła. Mieszkańcy podają nam chleb i obdarowują, czym mogą, pokazały się nawet 
długo nie widziane papierosy. Kolumna marszowa przechodzi przez wieś nie zatrzymując się. 

Następna wioska, przez którą przechodzimy, to Izdebki, cicho tu i pusto, domy pozamykane, tylko 

dzieci wyglądają ukradkiem zza płotów i stodół. Mieszkańcy, widząc maszerujące wojsko, powoli 
wychodzą na drogę i patrzą w milczeniu, są jacyś zastraszeni. Z rozmowy dowiadujemy że około 
godziny 9 przez wieś przejechała kolumna niemieckich samochodów ciężarowych prowadzona przez 
dwa  samochody  pancerne  oraz  kilku  motocyklistów.  W  kolumnie  znajdowały  się  również  dwie 
armaty przeciwlotnicze. Niemcy pojechali w kierunku Sanu. 

Dowiadujemy się dalej, że motocykliści zastrzelili serią z pistoletu maszynowego chłopca, który 

przypatrywał  się  Niemcom  ze  strychu.  Odwiedzamy  dom  żałoby,  na  stole  przykrytym 

background image

prześcieradłem spoczywają zwłoki chłopca może dziesięcioletniego, podziurawione pociskami. Przy 
zwłokach  siedzi  matka i  zawodzi  cicho, pod oknem  siedzi  ojciec,  głowę  podparł rękoma i  patrzy 
ponuro przed siebie. Łączymy się z żałobą i tragedią rodziców, ręce odruchowo sięgają do hełmów, a 
głowy pochylają się ze smutkiem. Więcej nie możemy zrobić. Strzelcy, którzy zatrzymali się przed 
domem,  odgrażają  się  głośno,  że  pomszczą  zbrodnię  popełnioną  przez  Niemców  na  bezbronnym 
dziecku.  Żałobną  ciszę  przerywają  nagle  krótkie  serie  karabinów  maszynowych.  To  nasze 
ubezpieczenie  boczne  ostrzeliwuje  patrol  motocyklistów  niemieckich,  który  podjechał  pod  wieś  z 
pobliskiego lasu. Niemcy  znikają szybciej, niż się zjawili. W potyczce raniono  dwóch  żołnierzy z 
plutonu zwiadu rowerowego. 

Za wsią w maszerującej kompanii CKM-ów robi się zamieszanie. Biedki CKM-ów i amunicyjne 

wpadają na siebie, inne zjeżdżają z drogi, konie kłusem pędzą na przełaj, obsługa rozbiega się, by 
łapać  swoje  biedki.  Okazuje  się,  że  z  pobliskiej  stadniny  koni  wyrwały  się  cztery  ogiery,  które 
poczuwszy  klacze  w  zaprzęgach,  zaczęły  skakać  jak  oszalałe  na  konie  i  ludzi,  tratując  wszystko 
dookoła.  Nie  ma  innej  rady,  trzeba  zastrzelić  ogiery,  wywołuje  to  oburzenie  u  oficerów  zwiadu 
artyleryjskiego,  jadącego  w  kolumnie.  Zastanawiające,  że  wojna  nie  nauczyła  jeszcze  tych  ludzi 
rozsądku, a co ciekawsze, że ci oficerowie sami nie potrafią uspokoić szalejących koni. 

Melduje  się  starszy  przodownik  policji,  oddaje  swoją  drużynę  do  dyspozycji  dowódcy  pułku. 

Drużyna prezentuje się bojowo, liczy dziesięciu policjantów, na głowach mają hełmy niemieckie, są 
uzbrojeni w karabinki kawaleryjskie i ręczne pistolety maszynowe, wszyscy mają rowery. Drużynę tę 
dowódca  łączności  przydziela  do  plutonu  regulacji  ruchu.  Policjanci  mają  za  zadanie  utrzymać 
porządek na przeprawie przez San. Wkrótce drużyna policyjna znika jak przysłowiowa kamfora, nikt 
nie  umie  powiedzieć,  co  się  z  nią  stało.  Żołnierska  fama  głosi,  że  był  to  oddział  V  kolumny 
niemieckiej. 

4  kompania  strzelecka,  idąca  w  straży  przedniej  jako  szpica,  w  wiosce  Rzek  napotyka  nie 

ubezpieczoną  niemiecką  kolumnę  transportową.  Niemcy  spokojnie  spożywają  obiad,  który 
przywieźli  ze  sobą  w  dużych  termosach.  Zaskoczenie  jest  zupełne,  Niemcy  po  krótkotrwałej 
obustronnej wymianie strzałów uciekają na motocyklach i dwóch samochodach, pozostawiając na 
miejscu  cały  sprzęt.  Była  to  kolumna  amunicyjna,  składająca  się  z  8  samochodów  ciężarowych 
wyładowanych  po  brzegi  pociskami  artyleryjskimi,  granatami  ręcznymi,  amunicją  małokalibrową 
oraz skrzynkami z materiałami wybuchowymi, 2 wozów pancernych oraz 2 armat p-lotniczych. Na 
skrzynkach  z  amunicją  widnieją  napisy  „Nicht  sparen”

*

,  a  nasze  oddziały  muszą  oszczędzać 

amunicję, może nie tyle z powodu jej braku, ile raczej z braku zaopatrzenia. Strzelcy przeszukujący 
okolicę na podwórzu jednego z domów znajdują pozostawiony wasąg

**

 zaprzężony w olbrzymie kare 

konie.  To  zapewne  pojazd  zrabowany  przez  Niemców  w  jakimś  naszym  dworze.  Wasąg  jest 
wymoszczony  sianem,  w  środku  leży  płaszcz  z  odznakami  feldfebla.  Wasągiem  zaopiekował  się 
dowódca łączności, wóz będzie służył jako środek lokomocji. 

W  niemieckich  samochodach  pancernych  między  innym  wyposażeniem  wiszą  umocowane  na 

ścianach  po  obu  stronach  dwie  ciężkie,  krótkie  pałki  gumowe.  Nikt  nie  domyśla  się  ich 
przeznaczenia

***

.  Ze  zdobytej  kolumny  zabrano  amunicję  p-pancerną  do  CKM-ów.  Armaty 

rozbrojono przez wyjęcie zamków i zatkanie luf, w samochodach przestrzelono chłodnice. 

Nad wioską, zataczając koła, krąży niemiecki samolot obserwacyjny, nie wróży to nic dobrego, 

więc  pułk  pospiesznie  opuszcza  osadę.  Po  jakimś  czasie  znowu  nalatują  samoloty  i  bombardują 
pozostawioną  kolumnę  samochodową.  Sieją  też  pociskami  z  broni  pokładowej  po  naszych 
maszerujących oddziałach. Długo jeszcze widać dymy palącej się wsi i słychać dochodzące stamtąd 
głuche wybuchy. 

                                            

*

 nicht sparen (niem.) – nie oszczędzać. 

**

 wasąg – wóz, bryczka z wyplatanymi bokami. 

***

 W czasie naszych dalszych działań bojowych spotkałem w lasach janowskich byłego lekarza pułkowego kapitana E. 

Fuska  z  38  Dywizji  Rezerwowej.  Opowiadał  mi,  że  po  walkach  98  Pułku  Rezerwowego  pod  Sądową  Wisznią  i 
Mużyłowicami Narodowymi  znajdowano zwłoki naszych  żołnierzy, którzy  nie  mieli żadnych obrażeń ciała prócz 
zgrubień na głowie podeszłych krwią, pochodzących od uderzeń tępym narzędziem. Doktor Fusek twierdził, że w ten 
sposób Niemcy mordowali jeńców. 

background image

Około godziny 16 szpica zatrzymuje się przed mostem pontonowym na Sanie w miejscowości 

Wara. Pułk w tym czasie jest rozciągnięty prawie na 10 km na trasie swojego marszu. Przez most jadą 
jakieś  jaszcze  amunicyjne  oraz  tabory,  które  z  powodu  małej  nośności  mostu  są  przepuszczane 
małymi  grupkami.  Wzdłuż  drogi  oczekują  na  przejście  różne  oddziały  oraz  grupy  żołnierzy  z 
rozbitych formacji. Jak widać, na przejście przez most trzeba będzie długo czekać. Most i dojście do 
niego  są  ubezpieczone  przez  kompanię  z  batalionu  1  Pułku  Strzelców  Podhalańskich.  Dowódca 
batalionu  major  Marian  Serafiniuk  melduje  dowódcy  pułku,  że  zgodnie  z  otrzymanym  rozkazem 
będzie ubezpieczał rejon przeprawy do godziny 18, a potem odchodzi do Jawornika Ruskiego, gdzie 
zbierają  się  oddziały  24  Dywizji.  Wobec  tego  dowódca  rozkazuje  dowódcy  drugiego  batalionu 
przejąć ubezpieczenie przeprawy na Sanie. 

Po wydaniu rozkazów dowódca pułku rusza samochodem na poszukiwanie dowództwa dywizji, 

gdyż  adiutant  pułku  został  z  wozem  biurowym  w  tyle.  Do  swego  powrotu  dowództwo  pułku 
przekazuje dowódcy II/39, majorowi Bieńkowi, z zastrzeżeniem, że po nadejściu I/39 dowodzenie 
pułkiem  przejmuje  podpułkownik  Kaczała.  Tymczasem  do  przeprawy  nadchodzą  pozostałe 
kompanie  II/39,  a za nimi tabor bojowy batalionu, orkiestra pułku  oraz  wóz kapelana, na którym 
znajduje się chorągiew pułku z eskortą honorową. W miejscu oczekiwania na przeprawę robi się tłok. 

Na ten tłum ludzi głodnych i niewyspanych, wierzących zapewnieniom, że nad Sanem znajdują 

się oddziały, które przejmą dalszą walkę, wypada nagle drogą od strony Jabłonicy Ruskiej jadący z 
dużą prędkością niemiecki podjazd motocyklowy. Mija wysunięte ubezpieczenie zamykające drogę i 
z motorów ostrzeliwuje z RKM-ów czekających na przeprawę. Niemcy, narobiwszy zamieszania, 
znikają tak szybko, jak się pojawili. 

Jeszcze  nie  mija  zaskoczenie,  kiedy  z  rykiem  motorów  tuż  nad  drzewami  pojawiają  się  trzy 

samoloty niemieckie i nawracając kilkakrotnie ostrzeliwują z broni pokładowej przeprawiające się 
oddziały.  Powstaje  panika,  ludzie  rozbiegają  się,  pędzą  nie  wiadomo  gdzie,  każdy  szuka  jakiegoś 
schronienia.  Przestraszone  wyciem  motorów  i  nieustającą  strzelaniną  konie  płoszą  się  i  kłusują  z 
wozami  i  biedkami  przez  pola.  Obsługa  ciężkich  i  ręcznych  karabinów  maszynowych  strzela 
wprawdzie do szalejących samolotów, ale na tak niskim pułapie i przy tak dużej prędkości strzały są 
niecelne. Lecz cóż to się dzieje? Od strony domów wsi Wara dochodzą dźwięki tak dobrze znanego 
strzelcom pułku mazurka Bartoszu, Bartoszu. To dowódca łączności w tym strasznym zamieszaniu, 
zebrawszy kilku orkiestrantów, w ten sposób podnosi ludzi na duchu. Żołnierze zatrzymują się, jakby 
dla  wyładowania  swego  strachu  zaczynają  bezładną  strzelaninę  i  choć  samoloty  już  odleciały, 
strzelają dalej. 

W tej tragicznej chwili od strony Przemyśla nisko nad lustrem Sanu ukazuje się polski samolot. Do 

samolotu strzelają wszyscy. Jakiś strzelec z opartego o ziemię karabinu p-pancernego oddaje strzał w 
górę i krzyczy: — Trafiłem tego skurwysyna! — W innym miejscu jakiś podporucznik strzela w górę 
ze  swojego  visa  przeklinając:  —  Psiakrew,  znowu  nie  trafiłem.  —  Obserwator  w  samolocie 
przechylony przez burtę daje rękoma znaki, to jednak wzbudza większą wściekłość u strzelających. 
Nie pomagają komendy przerwania ognia. Strzelanina ustaje dopiero wtedy, gdy samolot znika za 
drzewami. 

Wypad  i  nalot  niemiecki  przynoszą  duże  straty,  są  zabici  oraz  ranni,  przy  moście  tkwią  dwie 

biedki  amunicyjne,  które  stoczyły  się  z  brzegu,  konie  leżą  z  połamanymi  nogami.  Oddziały 
porządkują się powoli i przechodzą na drugi brzeg Sanu, biedki CKM-ów i amunicyjne jako mniej 
obciążone jadą przez wodę, San z powodu długotrwałej posuchy nie stanowi większej przeszkody. 
Na drugim brzegu rzeki orkiestra pułkowa gra wiązanki pieśni żołnierskich. 

Dochodzi godzina 18, kiedy I/39 oraz pluton kolarzy kompanii zwiadu przechodzą przez most na 

wschodni  brzeg  Sanu.  Obydwa  bataliony  oraz  dowództwo  pułku  odchodzą  do  wsi  Siedliska  i 
zatrzymują  się  na  postoju.  Przejście  przez  San  ubezpiecza  1  kompania  strzelecka  z  plutonem 
CKM-ów. Niemcy nie przeszkadzają już w przeprawie, tylko ich artyleria z nieokreślonego kierunku 
prowadzi  nękający  ostrzał  drogi  do  Jawornika  Ruskiego.  Żołnierze  są  przemęczeni,  nie  nadszedł 
jeszcze  III/39,  zarządzono  więc  postój  ubezpieczony  do  godziny  22.  Bataliony  porządkują  się, 
zaczyna się poszukiwanie jedzenia, ostatnią ciepłą strawę jedliśmy po  północy. Przy  I/39 są dwie 
kuchnie polowe, przyprowadził je zaradny podoficer żywnościowy sierżant Michał Hass. Kuchnie 

background image

przygotowują jedzenie, które w zmniejszonych porcjach wydane zostanie dla obu batalionów. II/39 
jest bez kuchni polowych, zostały przy taborze pułkowym, znaleźli się jednak ochotnicy, którzy z 
podoficerem żywnościowym tego batalionu sierżantem Szarkiem udają się na ich poszukiwanie. 

U podpułkownika Kaczały melduje się dowódca 3 kompanii kapitan Edward Pycz. Jego kompania 

ubezpiecza  przejście  na  Sanie.  Podaje,  że  chce  się  wycofać  z  ubezpieczenia,  ponieważ  Niemcy 
naciskają coraz bardziej, więc nie zdoła się utrzymać, zwłaszcza że batalion z 1 Pułku  Strzelców 
Podhalańskich  wycofał  swoje  ubezpieczenia  na  Sanie.  Podpułkownik  przez  dłuższy  czas  nie 
odpowiada, a po głębokim namyśle pyta: 

—  Kapitanie,  a  czy  widzieliście  wy  Niemców,  którzy  tak  was  naciskają?  Ubezpieczenia 

wycofacie, kiedy osobiście stwierdzicie, że dłużej utrzymać się nie można  — i urywa, bo nie ma 
zwyczaju  mówić  zbyt  wiele.  Spogląda  w  oczy  swego  podkomendnego,  w  których  oprócz 
przygnębienia dostrzega dojrzałe zdecydowanie. 

Kapitan patrzy na podpułkownika nic nie mówiąc, zdaje sobie sprawę, że w czasie wojny każdy 

wykonuje tylko to, co do niego należy. Prawo wojny jest nieubłagane i nie zna litości

*

Zapada  powoli  mrok,  do  pułku  przyjeżdża  samochodem  szef  sztabu  dywizji  major  Edmund 

Różycki,  jest  zaskoczony  nieobecnością  dowódcy  pułku.  Major  z  optymizmem  opowiada,  że 
pułkownik  Schwarzenberg-Czerny  z  właściwą  sobie  energią  wziął  się  za  dowodzenie.  Umie  też 
zdobyć się na bezwzględność w stosunku do podległych mu dowódców, jeżeli nie stoją na wysokości 
zadania

**

, a przy tym wierzy szczerze w ostateczne zwycięstwo. Różycki twierdzi, że w walkach nie 

jesteśmy osamotnieni, w Dobromilu wyładowała się 38 Dywizja Rezerwowa przerzucona z Wołynia. 
Niemcy dziś rano przekroczyli górny bieg Sanu i zachodzi możliwość oskrzydlenia naszej dywizji. 
Wobec tego dowódca dywizji nie zamierza bronić linii Sanu, lecz wycofać się i w lasach na wschód 
od Birczy zorganizować obronę. 

Po wypoczynku 39 Pułk szybkim marszem podąża do Łodzinki Górnej, którą obsadza obronnie. 

W Żohatynie i Walawie ruch oddziałów jest kierowany przez dywizję. Miejsce postoju dowództwa 
dywizji znajduje się w Posadzie Rybotyckiej. 

Dla  dodania  żołnierzom  otuchy  major  Różycki  opowiada,  że  dnia  poprzedniego  eskadra  Łosi 

zbombardowała  na  rodzę  Jarosław–Radymno  niemiecką  kolumnę  pancerną  i  zniszczyła  dużo 
czołgów. Mówi dalej, że kiedy przejeżdżał przez biwak pułku, był zaskoczony dyscypliną i postawą 
żołnierską oddziałów, z czego wnosi, że pułk zachował pełną zdolność bojową. 

Po odjeździe szefa w oficerów sztabu pułku wstępuje otucha. Może nie jest jeszcze z nami tak źle, 

pomimo że od Dunajca stale się cofamy. Telefoniści przekazują do oddziałów radosną wiadomość o 
akcji naszego lotnictwa i rozbiciu niemieckiej kolumny pancernej na drodze pod Radymnem. 

Jeszcze przed wieczorem niemiecki oddział motocyklistów wsparty trzema samochodami rusza 

do ataku drogą od strony Jabłonicy Ruskiej i spędza wydzielone ubezpieczenia nad Sanem. Wypad 
niemieckiego  batalionu,  poprzedzony  silnym  wsparciem  artylerii,  opanowuje  przed  zmrokiem 
wzgórza na południe od Jawornika Ruskiego, Niemcy uzyskują w ten sposób dogodną pozycję, mają 
jak  na  dłoni  całą  drogę  do  Żohatyna.  Niemiecka  artyleria  wykorzystała  wcześniej  światło  dnia  i 
wstrzelała się na drogę. Teraz cały ruch jest pod obserwacją Niemców. 

Nasze dwa bataliony znajdujące się na postoju ubezpieczonym w Siedliskach nie są zdolne do 

jakichkolwiek działań, żołnierze są nieludzko zmęczeni, a poza tym walka musiałaby odbywać się w 
nocy. Melduje się 9 kompania, która w czasie nocnego zamieszania marszowego oderwała się od 
swego batalionu. Dowódca tej kompanii podporządkował sobie dwa CKM-y na taczankach, które 
należały przedtem do 11 Dywizji. Jest już godzina 21, a batalionu III/39 ciągle nie ma, w dodatku z 
batalionem nie można nawiązać łączności, gdyż radiostacje batalionu N-2 są tylko na podsłuchu, szef 
łączności  dywizji  nie  przydzielił  dotychczas  kodów  wywoławczych,  a  nie  wolno  prowadzić 
otwartych rozmów. 

                                            

*

 Szef 1 kompanii starszy sierżant Mańkowski opowiadał, że kapitan po powrocie z dowództwa poszedł samotnie na 

kontrolę wysuniętych ubezpieczeń i od tego czasu zaginął bez wieści. 

**

  Np.  dowódca  38  Pułku,  pułkownik  dyplomowany  F.  Grabowski  został  odesłany  do  dyspozycji  dowódcy  armii  z 

wnioskiem oddania pod sąd polowy. 

background image

Po czterogodzinnym postoju pułk rusza marszem ubezpieczonym w stronę Birczy. Po wyjściu z 

wąwozu na wysokości Jawornika Ruskiego wpada w zasadzkę ogniową, którą Niemcy przygotowali 
z  niedalekich  wzgórz.  Na  drodze  przemarszu  niemiecka  artyleria  położyła  ogień  zaporowy 
uzupełniony  przez  ostrzał  CKM-ów  i  moździerzy.  Powstaje  zamieszanie,  w  dodatku  drogę  na 
Żohatyn trzymają Niemcy, dalszy marsz jest niemożliwy. Niemcy przechodzą na wzgórze bocznymi 
przejściami,  zamykając  cofającym  się  oddziałom  drogę  do  Birczy.  Na  szczęście  Niemcom  w 
całkowitym  rozbiciu  naszych  oddziałów  przeszkadza  ciemna  noc,  nieznajomość  terenu  oraz 
zmasowany ogień 2 kompanii CKM-ów. 

Dowódca  pułku  nie  traci  zimnej  krwi,  padają  szybkie,  zdecydowane  rozkazy.  Sytuacja  zostaje 

opanowana.  Kompanie  4  i  6  mimo  ciemności  uderzają  na  niewidocznego  nieprzyjaciela.  Niemcy 
wsiadają spiesznie na motocykle i odjeżdżają. Za uciekającymi żołnierze strzelają z broni ręcznej i 
maszynowej, celują w światła reflektorów. 

Straty  są  duże,  nie  ma  sposobu,  żeby  je  dokładnie  ustalić.  Zabici  i  ranni  pozostają  na  łasce 

miejscowej ludności, a kto żyw, idzie dalej. Żołnierze są już przyzwyczajeni do niespodziewanych 
rozstań z towarzyszami broni, którym ślepy los przeznaczył rany i śmierć. Z powodu zamieszania i 
ciemności wielu żołnierzy zostaje w terenie, z nastaniem dnia z  pewnością trafią do niewoli. Cały 
tabor  pułku,  który  przy  wyjściu  z  wąwozu  został  zatrzymany  wałem  zabitych  koni  i  stłoczonych 
wozów, przepadł na zawsze, podobnie jak konie wierzchowe oficerów sztabu. 

Noc  jest  ciemna,  nieprzyjaciel  nie  rozpoznany,  zastępca  dowódcy  pułku  podejmuje  decyzję 

marszu  bocznymi  drogami  na  północ.  Rozkazuje  zatrzymać  się  na  dzienny  odpoczynek  w  lasach 
Sufczyny. Idziemy spokojnie, Niemcy nie ruszają za nami w pościg. Długo jeszcze słychać z daleka 
huk motorów, odgłosy wydawanych rozkazów, widać też błyski zanikających świateł. 

W ciemnościach nocy pułk maszeruje terenem górzystym, bezdrożami, zatrzymuje się często z 

powodu trudnych przejść oraz z uwagi na kontuzjowanych i lekko rannych idących przy kompaniach. 

Prowadzi nas znanymi sobie przejściami gajowy z Żohatyna, mówi, że jest żołnierzem 39 Pułku i 

walczył w pułku jeszcze w I wojnie światowej. W Żohatynie pozostał dowódca łączności z plutonem 
rowerzystów  z  kompanii  zwiadu,  ma  za  zadanie  zbieranie  opóźnionych  żołnierzy,  posyła  ich  za 
maszerującym pułkiem. 

 
 
 

11 września, poniedziałek 

Postój ubezpieczony w lasach Sufczyny 

Po całonocnym marszu o świcie pułk w składzie I/39, II/39 i 9 kompania z III/39 zatrzymuje się w 

lasach  koło  Sufczyny  na  całodzienny  odpoczynek.  Postój  jest  konieczny,  żołnierze  padają  z 
przemęczenia, wzmagają się też naloty lotnictwa niemieckiego. Brakuje wyżywienia, dwie kuchnie 
polowe, które wydostały się z zasadzki pod Jawornikiem Ruskim, wydają zupę grochową, nie ma 
chleba i kawy. Długotrwałe zmęczenie, nie przespane noce walą z nóg najsilniejszych, śpią wszyscy 
– czuwają tylko ubezpieczenia. 

Około godziny 10 powraca dowódca łączności, a z nim około 100 żołnierzy z różnych oddziałów, 

uzupełnią oni stany poszczególnych kompanii. Wraca też podoficer żywnościowy II/39, przywozi 
dwie kuchnie polowe oraz wóz załadowany skrzynkami ze smalcem, workami z kaszą  i grochem. 
Obie  kuchnie  przystępują  zaraz  do  wydawania  ciepłej  strawy,  zaradny  podoficer  żywnościowy 
polecił gotować jedzenie już w czasie jazdy. Opowiada, że przyprowadzenie kuchni polowych nie 
było łatwym zadaniem. Tabor pułku został w wąwozie pod Jawornikiem Ruskim, końmi i ładunkami 
na  wozach  zainteresowała  się  miejscowa  ludność,  trzeba  je  było  odbierać  siłą.  Wśród  chłopów 
zauważył uzbrojoną grupę z niebiesko-żółtymi opaskami na rękawach

*

, było też dwóch osobników w 

naszych mundurach, nie obyło się bez użycia broni. 

Po  odpoczynku  oddziały  przystępują  do  uporządkowania  się  i  czyszczenia  broni.  Kompanie 

strzeleckie  liczą  teraz  przeciętnie  po  około  120  żołnierzy.  Lepiej  przedstawiają  się  obydwie 

                                            

*

 Opaski takie nosiły grupy dywersantów ukraińskich z OUN. 

background image

kompanie CKM-ów, posiadają cały sprzęt ciężki i pełną obsługę, brakuje tylko koni. Brakuje jedynie 
6  kompanii  strzeleckiej  z  drużyną  CKM-ów  z  II/39.  Stoimy  już  kilka  godzin,  brak  nam  wszelkiej 
łączności, nie mamy wiadomości o sytuacji ogólnej. Widzimy tylko lecące na północ bombowce, a 
po  chwili  dochodzą  stamtąd  odgłosy  głuchych  wybuchów.  Nad  lasem  krążą  od  czasu  do  czasu 
samoloty  zwiadowcze,  biwak,  jak  dotychczas,  nie  jest  bombardowany.  Niedaleko  pali  się 
zbombardowana wieś Huta Brzuska, krążą pogłoski, że Niemcy źle rozpoznali nasz biwak w lesie. 

Około  południa  podpułkownik  Kaczała  wysyła  do  Birczy  na  rozpoznanie  zwiad  rowerowy. 

Przywiezione  wiadomości  nie  są  wesołe.  Batalion  1  Pułku  Strzelców  Podhalańskich  oraz  batalion 
Obrony Narodowej „Nowy Sącz” walczą pod Birczą z podjazdami niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. 
Część oddziałów 24 Dywizji z artylerią dnia wczorajszego przeszła przez Birczę i obsadza obronnie 
lasy na wschód od Birczy. Wobec takiej sytuacji podpułkownik postanawia maszerować lasami nocą, 
by nad ranem dojść do miejsca obrony w Łodzince Górnej. 

O zmroku widać od południa dużą łunę, słychać detonacje, to zapewne toczy się walka o Birczę. 

III/39 idzie w straży tylnej, około północy osiąga przeprawę na Sanie. Oczekuje tu na przejście duże 
zgrupowanie  oddziałów  i  wozów.  O  godzinie  4  batalion  przechodzi  przez  most  pontonowy  i  po 
krótkim postoju rusza do Jawornika Ruskiego. Przejście przez wąwóz jest ciężkie, wąwóz zatkały 
wozy i zabite konie, leżą też zwłoki woźniców. Wozy i biedki batalionu nie mogą się przepchać. 

Po przejściu Jawornika Ruskiego batalion zatrzymuje ogień karabinów maszynowych, Niemcy 

obsadzają  wzgórza  na  wschód  od  Żohatyna.  7  kompania  rozwija  się  i  rusza  do  natarcia,  jednak 
powstrzymuje ją silny ogień niemieckiej broni maszynowej, artylerii i moździerzy. Kompania nie ma 
już wsparcia CKM-ów, pozostały w wąwozie. Po jakimś czasie rusza niemieckie przeciwnatarcie, 
które zostaje zatrzymane i odrzucone przez walkę na bagnety. W południe rusza natarcie 8 kompanii 
wsparte już ogniem sześciu CKM-ów, które karabiniarze zdołali wyciągnąć z wąwozu. Natarcie, po 
krótkotrwałym  powodzeniu,  zatrzymuje  ogień  zaporowy  niemieckich  CKM-ów  i  artylerii, 
nacierająca kompania jest zmuszona wycofać się na stanowiska wyjściowe. Jest to możliwe, gdyż 
Niemcy  w  tym  czasie  przerzucają  ostrzał  artyleryjski  na  inne  cele.  Około  godziny  14  dowódca 
batalionu nakazuje 7 i 8 kompanii wycofać się z wałki. Straty batalionu  są duże, 7 kompania ma 
ośmiu  rannych  i  dziesięciu  zabitych,  poległ  dowódca  drugiego  plutonu.  8  kompania  straciła  50% 
swojego  stanu,  poległ  dowódca  kompanii  podporucznik  Jerzy  Głoskowski.  Przy  wycofywaniu  7 
kompanii nie ściągnięto ze stanowisk drugiego plutonu, dołącza dopiero pod wieczór do pułku w 
lasach Sufczyny, a za nim dwa CKM-y niesione na plecach przez obsługę. Batalion pozostawił w 
wąwozie pod Jawornikiem Ruskim swój tabor, kuchnie, biedki i dwa moździerze. Po tej walce do 7 
kompanii przydzielono pozostałych żołnierzy z 8 kompanii. Batalion dysponuje teraz 6 CKM-ami, 5 
RKM-ami, 2 karabinami p-pancernymi, 1 granatnikiem i pustym wozem taborowym. Do batalionu 
dołącza pułkowy pluton artylerii piechoty oraz zwiad konny pułku. W tym stanie batalion wycofuje 
się do Tarnawki i zatrzymuje się na postoju ubezpieczonym. 

W Tarnawce dołączają do batalionu 4 działony armatek p-pancernych uratowane z wąwozu pod 

Jawornikiem Ruskim oraz cztery ciężkie karabiny maszynowe, przyniesione przez karabiniarzy na 
rękach.  Po  dłuższym  postoju  III/39  marszem  ubezpieczonym  rusza  wzdłuż  Sanu  przez  Iskań  i 
Mielnów do Krasiczyna

*

 
 
 

12 września, wtorek 

Bój pod Birczą 

Nastaje  dzień,  od  strony  południowej  słychać  wybuchy  oraz  terkot  broni  maszynowej.  Pułk 

maszeruje  skrajem  lasów  koło  Boguszówki.  Nagle  po  przeciwnej  stronie  wychodzi  z  zabudowań 
Woli Korzenieckiej niemiecka kolumna marszowa, otwiera gwałtowny ogień z broni maszynowej, a 

                                            

*

  13  września  III/39  nawiązał  łączność  z  dowództwem  pułku  w  Kruhelu  Wielkim.  W  Krasiczynie  z  rozkazu  generała 

Kazimierza Łukoskiego, dowódcy grupy operacyjnej, dowódca III/39 oddał do dyspozycji dowódcy obrony Przemyśla 
pięć CKM-ów z obsługami, dwa plutony strzeleckie jako osłonę oraz trzy armatki p-pancerne. 

background image

po  chwili  zaczynają  padać  pociski  moździerzowe.  Obydwa  bataliony  rozwijają  się  i  zajmują 
stanowiska  obronne  na  wzgórzach  pod  lasem.  Teren  pagórkowaty,  poprzecinany  wąwozami  jest 
niedogodny dla działań broni pancernej. Na lewym skrzydle znajduje się wyniosłe wzgórze z dalekim 
wglądem na przedpole, obsadza je 2 kompania CKM-ów. Stoki wzgórza pod lasem zajmuje I/39 i 
II/39, a ciężkie karabiny maszynowe 1  kompanii wspierają poszczególne kompanie strzeleckie, 9 
kompania pozostaje w odwodzie pułku. 

Niemcy  otwierają  huraganowy  ostrzał  artylerii  na  wzgórze  obsadzone  przez  2  kompanię 

CKM-ów. Na lewym skrzydle obu batalionów zajmuje stanowiska dywizyjna kompania CKM-ów na 
taczankach,  która  trzyma  pod  obstrzałem  drogę  na  Rybotycze.  Już  w  czasie  walki  podjeżdżają 
niemieckie transportery i pod obstrzałem naszych CKM-ów wyładowują swoją piechotę. Opróżnione 
transportery  próbują  odjechać,  ale  nasze  CKM-y  i  moździerze  nie  pozwalają  na  to.  Dwa  płonące 
transportery tarasują pozostałym wozom drogę. 

Podpułkownik  Kaczała  rzuca  rozkaz  natarcia.  Na  prawym  skrzydle,  na  stokach  wzgórza, 

okrakiem na drodze do Birczy zajmuje stanowiska rozbity batalion 1 Pułku Strzelców Podhalańskich 
oraz rozbity batalion Obrony Narodowej „Nowy Sącz” – oba ruszają też do natarcia. Tam, naprzeciw, 
w kłębach dymu i huku wybuchających pocisków są oni, Niemcy, wróg naszego kraju. Teraz oddamy 
im nareszcie za wszystko, oddamy im za tę mękę ciągłego cofania się, za te dni bez jedzenia i nie 
przespane noce. Dziś oddamy im za to wszystko, bo pierwszy raz od rozpoczęcia wojny mamy ich 
bezpośrednio  przed  sobą.  Nasz  żołnierz,  dobrze  wyszkolony,  aż  pali  się,  by  wykazać  swoją 
sprawność i wyższość żołnierskiego rzemiosła w bezpośrednim spotkaniu z Niemcami. 

Rusza natarcie, strzelcy odważnie posuwają się do przodu, aby bliżej, aby zewrzeć się na bagnety, 

tę straszną dla Niemców broń. Nasze natarcie wspierają CKM-y i  moździerze, artyleria strzela  w 
lewo.  Skuteczną  bronią  na  pierwszej  linii  okazują  się  granatniki  piechoty  45  mm,  które  swoimi 
pociskami niszczą wykryte gniazda niemieckich karabinów maszynowych. 

Pomimo  zaciętego  parcia  do  przodu  udaje  się  Niemcom  zatrzymać  natarcie  huraganowym 

ostrzałem  artylerii.  Strzela  nawet  artyleria  ciężka.  Niemcy  jednym  batalionem  przechodzą  do 
przeciwuderzenia, które rozwija się w zorganizowane natarcie wspierane przez lotnictwo. Samoloty 
zbliżają się szybko do celu, pierwszy z eskadry chyli się gwałtownie na skrzydło prawie prostopadle 
ku przodowi i nurkując, przy wyciu silników, wypuszcza swój ładunek. Następują potężne wybuchy, 
niebo zaciąga się dymami. Samoloty szybko znikają, by po chwili wrócić, ostrzeliwują nas z broni 
pokładowej. Natarcie niemieckie zatrzymuje chwilowo 9 kompania przeciwuderzeniem na bagnety. 
Trwa zacięta walka, duże straty. Sytuacja staje się poważna.  Z prawej  strony  naciera na  wzgórze 
zajęte przez Niemców rozbity batalion Obrony Narodowej „Nowy Sącz”. Na stokach wzgórza, pod 
lasem znajdują się nasze oddziały, Niemcy jednak nacierają dalej i wypierają strzelców 4 kompanii. 
Nagle  wyskakuje  do  przodu  z  karabinem  w  ręku  jakiś  kapitan  w  mundurze  polowym,  z  Krzyżem 
Walecznych na piersi. Woła głośno: 

—  Chłopcy!  Niech  żyje  Polska!  Za  mną  na  bagnety,  hura!  —  Kapitana  szybko  zatrzymano  i 

odprowadzono do tyłu

*

. Żołnierze jednak nie ustępują, kompania zagina skrzydło i trwa uporczywie 

na  tych  straconych  stanowiskach.  Wzgórze  trudno  utrzymać,  ale  jest  to  ważny  punkt,  widać  stąd 
drogę, którą Niemcy usiłują posuwać się na Rybotycze. 

Rozgorzała  zacięta  walka,  Niemcy  usiłują  spędzić  obronę,  która  trzyma  się  na  przeciwległych 

stokach pod lasem. Strzelcy wgryźli się w ziemię i z pogardą dla śmierci powstrzymują wroga. Żaden 
z nich nie widzi w tym bohaterstwa ani nic nadzwyczajnego, jest to dla nich rzecz zwykła, wykonują 
całkiem  zwyczajnie  swoje  rzemiosło  żołnierskie,  a  każdy  stara  się  wykonywać  je  dokładnie. 
Dowódca drużyny kapral Kosuń zwraca się do dowódcy swego plutonu i mówi: 

—  Uff,  jak  gorąco,  panie  poruczniku,  jak  tu  w  tym  ogniu  wytrzymać  do  wieczora,  przecież 

dopiero południe. — Tacy to właśnie żołnierze biją się pod Boguszówką. 

                                            

*

  Był  to  oficer  z  17  Pułku  rozbitej  2  Brygady  Górskiej  „Nowy  Sącz”,  który  w  czasie  walk  pod  Krosnem  dostał 

pomieszania zmysłów. Nieszczęśliwy ten człowiek plątał się przy walczących oddziałach, zginął śmiercią żołnierza na 
polu chwały w walkach pod Rzęsną Ruską. 

background image

Podpułkownik Kaczała, który dowodzi w tej bitwie pułkiem, jest wszędzie tam, gdzie sytuacja 

wydaje się zła. Już sama jego obecność na zagrożonych odcinkach, dzielenie niebezpieczeństwa z 
podwładnymi dodaje żołnierzom bojowego ducha. 

Już dwukrotnie trzeba było wymienić obsługę karabinów maszynowych, które bocznym ostrzałem 

zadają Niemcom poważne straty i powstrzymują ich natarcie. Karabiny maszynowe nie przerywają 
ognia,  na  miejsce  zabitych  i  rannych  do  obsługi  przychodzą  nowi  żołnierze.  Ale  już  zaczyna 
brakować ludzi do uzupełnienia strat. Wtedy za jednym z karabinów maszynowych kładzie się jako 
celowniczy dowódca tej kompanii, jak kapitan tonącego okrętu chce wyjść z tej walki ostatni. Już z 
pierwszych  oddanych  serii  widać,  że  na  karabinie  maszynowym  gra  wielki  artysta,  natarcie 
niemieckie na tym odcinku zatrzymuje się, a Niemcy ponoszą straty w ludziach i sprzęcie. Mimo to 
nie ustają w natarciu, prą dalej, a na stanowiska naszej obrony wali się huragan pocisków artylerii, 
moździerzy i karabinów maszynowych. 

Porucznik  ze  swoją  drużyną  zmuszony  jest  zmienić  stanowisko.  I  w  tej  chwili  kończy  się  gra 

wielkiego  artysty,  w  czasie  przenoszenia  CKM-u  porucznik  zostaje  trafiony  serią  pocisków. 
Dowódca łączności pułku, który znajduje się w pobliżu na stanowisku obserwacyjnym, wybiega, by 
udzielić pomocy ciężko rannemu przyjacielowi. 

— Stasio — powiada — dam ci się napić trochę wody, może to ci ulży. Łyknij sobie, nieboraku — 

podaje rannemu butelkę z wódką. 

Ranny pije łapczywie i odwracając swoją umęczoną twarz do przyjaciela mówi: 
— Boże, jaka ta woda ze studni pod Boguszówką jest dobra, teraz mi ulżyło. 
Rannego porucznika towarzysze broni kładą na wóz i odsyłają do szpitala w Przemyślu. 
Około południa przyjeżdża konno do pułku szef sztabu dywizji major Różycki. Jest zaskoczony 

uczestnictwem 39 Pułku w walce, dowództwo dywizji jest przekonane, że pułk nie zdołał przebić się 
znad Sanu. Major przywozi najnowsze wieści: 

Dowódca pułku podpułkownik Szymański przebywa w dowództwie dywizji. 24 Dywizja znajduje 

się  w  obronie  przejściowej  na  skraju  lasów  na  wschód  od  Birczy  i  zamyka  drogi  na  Przemyśl  i 
Niżankowice. Niemiecka 2 Dywizja Górska uderza silnie na lewe skrzydło dywizji w kierunku na 
Rybotycze.  Dowódca  24  Dywizji  nie  ma  żadnych  odwodów,  39  Pułk  musi  wytrwać  do  czasu 
nadejścia  11  Dywizji,  która  ma  uderzyć  znad  Sanu  na  odsłonięte  skrzydło  niemieckiej  2  Dywizji 
Górskiej. Aby wesprzeć  to  uderzenie 39 Pułk  musi  być  gotowy  do natarcia przynajmniej jednym 
batalionem na górze zajęte przez Niemców. Od strony Dobromila uderza 38 Dywizja Rezerwowa. 
Miejsce  postoju  dowódcy  dywizji  znajduje  się  w  Krzeczkowej,  a  dowódcy  grupy  operacyjnej 
generała  Łukoskiego  w  Krasiczynie.  Major  Różycki  oznajmia,  że  6  września  Armię  „Karpaty” 
przemianowano na armię „Małopolska”. 

Podpułkownik Kaczała zgłasza zapotrzebowanie na amunicję, której zaczyna brakować, prosi też 

o żywność. 

Około  południa  rusza  drugie  natarcie  niemieckie,  poprzedza  je  huraganowy  ogień  artyleryjski 

wsparty  zmasowanymi  nalotami.  Słychać  nieustające  wycie  pocisków  kończące  się  kolejnymi 
wybuchami. Najgorsze są pociski z moździerzy, przed którymi nie ma się gdzie ukryć. Przelatują z 
pojękiwaniem, sypią się na głowy, a kiedy uderzają o ziemię, rozrywają się z ogłuszającym hukiem. 

Atakują dwa niemieckie bataliony wsparte ogniem moździerzy i ciężkiej broni maszynowej. Nad 

głowami wyją silniki samolotów, które to nurkują, to wznoszą się do góry, zrzucają na nas bomby i 
biją długimi seriami z broni pokładowej. Wobec lotnictwa jesteśmy bezsilni, tylko czasem odezwie 
się  ręczny  lub  ciężki  karabin  maszynowy  skierowany  ku  górze,  ale  samoloty  lecące  tak  nisko  są 
nieuchwytne. 

Na stoku wzgórza, pod lasem, zajmują stanowiska obrony p-lotniczej przybyłe z 9 kompanią dwa 

CKM-y  na  taczankach  z  11  Dywizji,  jest  to  cała  nasza  obrona  p-lotnicza.  Na  przedpolu  toczy  się 
zacięta walka ogniowa, w której niepodzielną przewagę nad Niemcami w celności ostrzeliwanych 
celów mają nasze CKM-y. Pokrywają przedpole gęstą siecią ognia zaporowego. Za stanowiskami 
I/39 stoi bateria artylerii lekkiej, stanowiąca bezpośrednie wsparcie piechoty, zwalcza ona skutecznie 
wskazywane cele. Bateria ta pomimo strat poniesionych w czasie nalotów trzyma się dzielnie, po 
zmianie stanowisk  ogniowych strzela dalej. Zaczyna brakować amunicji, milkną moździerze, a w 

background image

kompaniach  wyrzucono  już  ostatnie  granaty  ręczne.  Podoficerowie  broni  meldują,  że  wydano  z 
wozów amunicyjnych zapasowe skrzynki amunicji. Wykorzystujemy również zdobyczną amunicję 
niemiecką,  CKM-y  strzelają  niemiecką  amunicją  p-pancerną,  która  skutecznie  zwalcza  gniazda 
karabinów  maszynowych.  Karabiniarze  1  kompanii  CKM-ów,  którzy  odnaleźli  na  drodze  wozy 
niemieckiej kolumny zmotoryzowanej, rozbitej dnia poprzedniego przez batalion 1 Pułku Strzelców 
Podhalańskich, dowożą teraz na biedkach amunicję małokalibrową, konserwy, a nawet czarny chleb 
w cegiełkach, zawinięty w srebrny staniol. 

Po południu niemieckie natarcie słabnie i zatrzymuje się pod silnym ostrzałem naszej artylerii oraz 

CKM-ów. Niemcy zaczynają małymi grupami odskakiwać do tyłu. Daleko na przedpolu pojawiają 
się niemieckie samochody pancerne, ale nie mogą wesprzeć natarcia, teren nie nadaje się do działania 
tej broni. Artylerzyści kilkoma pociskami wypłaszają wozy pancerne z pola widzenia. Po godzinie 15 
milknie nasza artyleria Sytuacja pogarsza się, na lewym skrzydle dywizji Niemcy zmuszają swym 
zdecydowanym działaniem artylerię do zmiany stanowisk. Artyleria niemiecka, chcąc podpalić lasy, 
ostrzeliwuje teraz lewe skrzydło  dywizji oraz  tyły, strzela pociskami zapalającymi, swe samoloty 
Niemcy kierują również w ten rejon. Pod wieczór wprowadzają do walki pojedyncze działa o dużym 
kalibrze. Przyciągają działo, strzelają raz, podjeżdża ciągnik i działo zmienia stanowisko – trudno jest 
trafić do takiego „ruchomego celu”. 

Po  odrzuceniu  drugiego  natarcia  walka  ustaje,  Niemnie  zdołali  przełamać  naszej  obrony.  Na 

rozległym polu bitwy panuje cisza, tylko czasem huknie pojedynczy strzał armatni, czasem słychać 
strzał karabinowy, czasem terkocze karabin maszynowy i znowu wraca cisza. 

39  Pułk  zgodnie  z  rozkazem  trzyma  się  na  wyznaczonych  stanowiskach  obronnych  do  godzin 

wieczornych. Wszyscy wiedzą, że trzeba trwać tak, by dać czas 11 Dywizji na uderzenie w odsłonięte 
skrzydło nacierającej niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. Żołnierze stoją na swych posterunkach pod 
Boguszówką pomimo zmęczenia chaosem ciągłego odwrotu, mimo bezsennych nocy oraz osłabienia 
brakiem  żywności.  Około  godziny  20  przychodzi  wiadomość,  że  11  Dywizja  nie  ruszy  do 
zamierzonego natarcia

*

Przed północą wydano ciepłą strawą. Kuchnie obu batalionów odjeżdżają do Prałkowiec, pomimo 

bliskości Przemyśla brak nam zaopatrzenia. 

Pułk  otrzymuje  rozkazy  oderwania  się  i  nocnego  marszu  na  przedpola  Przemyśla.  39  Pułk  w 

składzie  dwóch  słabych  batalionów  z  pełnymi  dwoma  kompaniami  CKM-ów  i  przydzielonymi 
rozbitymi oddziałami z Brygady Górskiej ma przejść do rejonu Kruhel Wielki–Prałkowce, gdzie jako 
odwód  dywizji  zorganizuje  obronę  przejściową.  Pozostałe  oddziały  dywizji  przygotują  obronę  na 
linii  Oleszyce–Rokszyce.  Wycofywanie  się  pułku  osłania  dywizyjna  kompania  CKM-ów  na 
taczankach oraz łańcuch placówek. Dywizyjną kompanię CKM-ów na taczankach w czasie odwrotu 
spod  Birczy  ostrzeliwuje  niemiecka  artyleria  pod  kierunkiem  samolotu  obserwacyjnego.  Jeden  z 
pocisków rozbija kuchnię polową, ginie cała jej obsługa. 

4  kompania  strzelecka  jako  najdalej  wysunięta  schodzi  w  pierwszej  kolejności  ze  swoich 

stanowisk. Do kompanii dołącza ze stanu I/17 pluton strzelecki z jednym CKM-em pod dowództwem 
podchorążego  Błażkiewicza

**

.  Odwrót  odbywa  się  bez  przeszkód,  Niemcy  zachowują  się  biernie. 

Tylko  artyleria  niemiecka  od  czasu  do  czasu  prowadzi  ostrzał  nękający,  ale  jest  noc,  więc  nie 
ponosimy większych strat. 

                                            

*

 Tak została zaprzepaszczona inicjatywa rozbicia niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. Poświęcenie żołnierzy 24 Dywizji nie 

poszło jednak na marne, pozwoliło 11 Dywizji na wycofanie się spod Bachórza oraz wymknięcie się z okrążenia pod 
Łątownią koło Przemyśla. Dowódca pułku ppłk Szymański przebywał w czasie walk w dowództwie dywizji, ale nie 
pozostawał tam bezczynny. W czasie bitwy pod Birczą Niemcy zdołali przełamać obronę na południowym skrzydle i 
uchwycić drogę na północny wschód od Trójcy, zagrozili więc w ten sposób stanowiskom artylerii. Ppłk Szymański 
zorganizował kompanię strzelecką, która pod dowództwem por. Chirowskiego osłaniała stanowiska wycofującej się z 
rejonu zagrożenia artylerii.

 

**

 I/17 przy opuszczaniu swoich stanowisk „zapomniał” o plutonie pchor. Błażkiewicza, który do końca walki z uporem 

bronił  wraz z  żołnierzami lewego skrzydła  4 kompanii.  Często zdarzało się, że najniżsi stopniem podkomendni złe 
dowodzenie przełożonych wyrównywali swoją krwią i odwagą. 

background image

Całodzienna walka pod Boguszówką spowodowała duże straty, niektóre pododdziały posiadają 

zaledwie połowę swoich stanów. Do tych strat doliczyć trzeba ubytki marszowe, dezercje żołnierzy, 
szczególnie narodowości ukraińskiej, oraz tych, którzy dostali się do niewoli. 

Zapada już mrok. Oficer operacyjny i dowódca łączności po odprawie u zastępcy dowódcy pułku 

podpułkownika  Kaczały  jadą  do  Ośrodka  Zapasowego  24  Dywizji  w  Przemyślu,  by  starać  się  o 
amunicję i żywność. Jadą zdobycznym wasągiem, na którym leży ciężko kontuzjowany celowniczy 
karabinu  maszynowego.  Rannego  żołnierza  trzeba  zawieźć  do  szpitala  w  Przemyślu.  Jedzie  też 
dwóch  sierżantów  kwatermistrzów,  mają  oni  wyznaczyć  dla  obu  batalionów  kwatery  w  Kruhelu 
Wielkim i Prałkowcach. 

Po drodze oficer operacyjny pułku wstępuje do dowództwa Grupy Operacyjnej kwaterującej w 

zamku w Krasiczynie. Obu oficerów zatrzymuje ochrona dowództwa grupy, która długo sprawdza 
ich  tożsamość.  Wszędzie,  tak  w  wojsku,  jak  i  administracji  państwowej,  panuje  antyszpiegowska 
histeria. Sprawę rozstrzyga w końcu dowódca żandarmerii, który zawierza legitymacji wojskowej 
oficera operacyjnego. 

Późnym  wieczorem  obaj  oficerowie  zajeżdżają  do  Ośrodka  Zapasowego  24  Dywizji,  który 

znajduje  się  w  budynku  naprzeciw  starostwa,  na  parterze  jest  restauracja  firmy  Butz.  Niestety, 
Ośrodek Zapasowy w dniu 11 września pod dowództwem podpułkownika Tworzydły ewakuował się 
do  nowego  miejsca  postoju  w  Nadwórnej.  W  budynku  rezyduje  kapitan  Szutt,  obecnie  dowódca 
batalionu improwizowanego w obronie Przemyśla. Oficerowie cieszą się z tego  niespodziewanego 
spotkania. Kapitan zaprasza swych kolegów na kolację. Dla obu oficerów, którzy przeszli od Dunajca 
mękę wycofywania się, wiele bezsennych nocy, dni bez pożywienia, stół nakryty białym obrusem i 
światło elektryczne są jakimś innym, zapomnianym już światem, a podane dania zbyt obfite na ich 
wojenne żołądki, odwykłe od jedzenia. Restauracja na parterze jest dobrze zaopatrzona, mimo wojny 
nie brakuje tu  niczego, stołują się w niej dowództwa i  sztaby  znajdujące  się na miejscu

*

.  Kapitan 

Szutt obiecuje odstąpić swoim kolegom amunicję małokalibrową, amunicję p-pancerną oraz pociski 
do granatników piechoty, które przywiózł z magazynu pułkowego w Jarosławiu. Amunicję dowiezie 
do Prałkowiec samochód ciężarowy Berliet, weteran z I wojny światowej. 

Obu oficerom zamykają się oczy i kiwają sennie głowy, jest północ – czas już wypocząć przed 

jutrzejszymi trudami. 

 
 
 

13 września, środa 

39 Pułk w obronie przejściowej 

Wczesnym rankiem obaj oficerowie udają się do składnicy uzbrojenia, niestety, już 10 września 

magazyny amunicyjne wywieziono pociągiem do Bóbrki. Na stacji Bakończyce znajdują się jeszcze 
wagony załadowane sprzętem uzbrojenia, ale otrzymują tylko kilka skrzynek granatów ręcznych oraz 
amunicję do armatek p-pancernych. 

Miasto  robi  wrażenie  wyludnionego,  sklepy  pozamykane,  ulicami  przemykają  nieliczni 

przechodnie. Ludność opanował strach, od kilku dni powtarzają się naloty, mówi się z niepokojem o 
zbliżających  się  wojskach  niemieckich.  W  rejonie  dworca  kolejowego  sterczą  ruiny 
zbombardowanych  budynków.  Na  ulicy  przed  gmachem  starostwa  stoi  bez  obsługi  stara  armata 
austriacka 80 mm skierowana na most i ulicę 3 Maja na Zasaniu. Most na Sanie jest zaminowany, 
pilnują go posterunki, przez most przechodzi fala uciekinierów pomieszana z kolumnami wozów, 
samochodów oraz rozbitymi oddziałami wojska. 

Około południa obaj oficerowie przychodzą do kasyna garnizonowego, gdzie odbywa się narada 

wyższych  dowódców.  Naradę  prowadzi  generał  Sosnkowski,  który  rano  samolotem  przyleciał  ze 
Lwowa.  Cały  dziedziniec  kasyna  jest  zapełniony  samochodami  i  motocyklami,  w  głębi  stoją 

                                            

*

 Właściciel restauracji okazał się niemieckim rezydentem, w jego piwnicy odkryto radiostację, a rewizja mieszkania dała 

niezbite dowody działalności szpiegowskiej. Ostrzeżony wcześniej, zdołał się ukryć. Po skończonej wojnie obronnej 

września 1939 r. Butz jako Reichsdeutsch prowadził dla Niemców restaurację w kasynie garnizonowym w Jarosławiu. 

background image

osiodłane konie. Bliżej  bramy  widać dwa samochody osobowe  zapchane  walizkami i  bagażem,  w 
jednym z nich siedzi żona generała Wieczorkiewicza z dwojgiem dzieci. Koło drugiego samochodu 
kręci się totumfacki generała, starszy ogniomistrz Potykanowicz, który przykrywa brezentem bagaż 
znajdujący się na dachu samochodu. 

Oficerów  zatrzymują  na  dziedzińcu  dwaj  żandarmi  pełniący  służbę  przy  bramie.  Dowódca 

żandarmów oświadcza, że są zatrzymani do dalszego wyjaśnienia. Nie pomaga żadne tłumaczenie 
ani  też  legitymacja  służbowa  kapitana  Nanuaszwili.  Na  szczęście  z  budynku  kasyna  właśnie 
wychodzi  generał  Wieczorkiewicz.  Zna  dobrze  obu  oficerów,  wita  się  z  nimi  i  każe  zwolnić. 
Wypytuje  o  sytuację  bojową  24  Dywizji  (był  dawniej  jej  dowódcą),  a  proszony  o  pomoc  w 
zaopatrzeniu, oświadcza, że już nie jest dowódcą korpusu i teraz wyjeżdża z rodziną do Bóbrki, by 
objąć swój nowy przydział służbowy

*

Kapitan 

Nanuaszwili 

wchodzi 

do 

budynku 

kasyna, 

by 

odszukać  pułkownika 

Schwarzenberg-Czernego,  który  mrze  udział  w  naradzie.  W  tym  czasie  dowódca  łączności  pułku 
spotyka  znajomego  kapitana  Romana  Homana

**

,  dowódcę  batalionu  marszowego  38  Pułku 

wchodzącego w skład obrony Przemyśla. 

W  południe  zebrano  się  na  kwaterze  kapitana  Szutta.  Nanuaszwili  z  przejęciem  opowiada 

usłyszane od kolegów nowości. 

— Pomiędzy naszymi dwoma dowódcami odezwały się zadawnione animozje jeszcze z czasów 

legionowych. Sprawa zaogniła się tak niebywale, że generał Fabrycy, dowódca Armii „Małopolska”, 
na  naradzie  wyższych  dowódców  we  Lwowie  odmówił  współpracy  z  generałem  Sosnkowskim 
mianowanym  dowódcą  Frontu  Południowego  i  odjechał  do  sztabu  Naczelnego  Wodza  we 
Włodzimierzu Wołyńskim. 

Kapitan mówi dalej: 
— 12 września zmotoryzowany zagon niemiecki zajął zachodnie przedmieścia Lwowa. Generał 

Sosnkowski postanowił wycofać z południa Armię „Małopolska” i przebijać się na odsiecz miastu. 
11  Dywizja  znajduje  się  gdzieś  w  rejonie  Nienadowa–Babice.  Generał  Sosnkowski  jest 
niezadowolony z działania dowódcy tej dywizji, wdaje się on w niepotrzebne walki z Niemcami i 
naraża tym samym na odcięcie. A w dodatku o dywizji brak jest wiadomości. 38 Rezerwowa Dywizja 
Piechoty koncentruje się w lasach na północ od Sądowej Wiszni, chodzą pogłoski, że dowództwo 24 
Dywizji ma objąć generał Rudolf Dreszer. 

Generał Sosnkowski nie pochwala stanu przygotowań do obrony Przemyśla, a gen. Chmurowicz, 

któremu powierzono organizację obrony, jest nieobecny, przekazał dowództwo obrony miasta ppłk. 
Janowi Matuszkowi. Załoga ma bronić się do nocy 14 września, by dać czas na wycofanie się 11 i 24 
Dywizji do rejonu Mościska. 

Po obiedzie obaj oficerowie żegnają się serdecznie z gościnnym gospodarzem. Wsiadają na wóz i 

ze zdumieniem patrzą na koszyk pełen żywności. Szutt nie zapomniał o głodujących towarzyszach. 

Koło  Prałkowiec  spotykają  na  drodze  adiutanta  pułku  idącego  do  Przemyśla.  Po  krótkiej 

rozmowie  zabierają  go  ze  sobą.  W  dalszej  drodze  spotykają  znajomego  oficera  ze  sztabu  Grupy 
Operacyjnej Południe w Krasiczynie gen. Kazimierza Łukoskiego, jadącego do Przemyśla. Oficer 
opowiada, że w Krasiczynie zaczyna być niebezpiecznie, patrole niemieckie przedzierają się wzdłuż 
Sanu i podchodzą pod Mielnów i Krasice. Dowództwo Grupy Operacyjnej Południe przenosi się do 
Przemyśla, a dowództwo 24 Dywizji pozostaje Prałkowcach. 

W pułku jest ruch i zamieszanie, trwa bowiem reorganizacja. Powracających oficerów dowódca 

pułku wita słowami: 

—  Gdzie  wy  się  włóczycie,  kiedy  jesteście  potrzebni!  —  zapomniał  już  widocznie  o  swojej 

trzydniowej nieobecności w pułku. 

Dołączył  do  nas  zagubiony  batalion  III/39,  z  którego  resztek  zostaje  uformowana  2  kompania 

strzelecka pod dowództwem por. Leona Zalasińskiego, a dowódca III/39 kapitan Gawłowski zostaje 
komendantem  pozostałych  wozów  pułkowych.  Resztki  baonu  Obrony  Narodowej  „Nowy  Sącz”, 

                                            

*

 Służby i urzędy DOK nr X ewakuowały się wcześniej. 

**

 Po skończonej wojnie obronnej 1939 r. okazało się, że kapitan Homan był na usługach wywiadu niemieckiego. 

background image

który walczył z pułkiem pod Birczą, uzupełniają teraz I/39 i II/39 oraz żołnierze rezerwy przybyli z 
koszar  w  Pikulicach.  Przestaje  istnieć  orkiestra  pułkowa,  część  żołnierzy  przydzielono  jako 
sanitariuszy do pułkowego punktu opatrunkowego, a pozostali uzupełniają drużynę dowódcy pułku 
jako gońcy i trębacze sygnaliści. 

Po reorganizacji w skład pułku wchodzą: I/39

*

 i II/39 z etatowymi kompaniami CKM-ów, cztery 

moździerze 80 mm, cztery armatki p-pancerne, dwa działony artylerii piechoty 75 mm, zmniejszona 
kompania zwiadu z dwoma CKM-ami na taczankach i pięć CKM-ów z rozwiązanego III batalionu. 
Obydwa bataliony posiadają dwie centrale telefoniczne z niedużą ilością kabla oraz dwie radiostacje 
N-2. 

W  dywizji  organizuje  się  zbiorczy  pułk  pod  dowództwem  podpułkownika  Władysława 

Ziętkiewicza,  w  składzie:  batalion  17  Pułku  Piechoty,  pluton  kolarzy  17  Pułku,  batalion  1  Pułku 
Strzelców  Podhalańskich  oraz  batalion  z  resztek  Pułku  Piechoty  Korpusu  Ochrony  Pogranicza 
„Karpaty” z rozbitej 2 Brygady Górskiej, uzupełniony strzelcami z rozbitego 38 Pułku Piechoty. 

Niemiecka 2 Dywizja Górska po boju pod Birczą pozostała w terenie i nie prowadzi żadnej akcji 

bojowej. Jedynie zgrupowanie artylerii 24 Dywizji pod Niżankowicami prowadzi z powodzeniem 
całodzienny pojedynek z artylerią wroga. 

Podczas reorganizacji dołączył do pułku z plutonem strzeleckim sierżant z rozbitego 17 Pułku. 

Sierżant opowiada, że 17 Pułk w składzie dwóch batalionów wespół z resztkami batalionu Korpusu 
Ochrony Pogranicza „Żytyń” uderzył o świcie na zaplecze wroga i opanował zajętą przez Niemców 
wieś  Żohatyn,  zdobył  trzy  samochody  pancerne,  dużo  sprzętu  oraz  wziął  do  niewoli  około  stu 
jeńców. Niemcy jednak szybko otrzymali posiłki. Pułk został okrążony i w czasie przebijania się z 
czołową kompanią poległ dowódca pułku podpułkownik Beniamin Kotarba. Żołnierze z rozbitych 
oddziałów  dostali  się  przeważnie  do  niewoli.  Z  pogromu  pod  Żohatynem  wydostały  się  resztki 
batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza „Żytyń” i dołączyły do 24 Dywizji. 

Późnym 

wieczorem 

nadchodzą 

rozkazy. 

Mamy 

ruszyć 

nocy 

po 

osi 

Nehrybka–Jaksmanice–Chodnowice–Husaków.  Wymarsz  następuje  przed  północą.  W  straży 
przedniej idzie I/39, w straży tylnej II/39, przy którym znajduje się dywizyjna kompania CKM-ów na 
taczankach. Idziemy szybko, ale spokojnie. Niemcy nie ścigają. 

 
 
 

14 września, czwartek 

Bój spotkaniowy pod Boratyczami–Husakowem 

Marsz nocny jest ciężki, trzeba przebijać się przez drogę zapchaną taborami, artylerią, rozbitymi 

oddziałami,  które  idą  pojedynczo  lub  grupami,  często  bez  dowódców.  Najgorsze  są  grupy 
maruderów,  wędrują  bez  broni  podpierając  się  kijami  albo  siedzą  przy  drodze  i  gotują  na  ogniu 
posiłek.  Opowiadają  prawdziwe  czy  zmyślone  nieprawdopodobne  historie  o  swoim  męstwie,  o 
potędze  i  niezniszczalności  niemieckiej  broni  pancernej  –  opowiadaniami  tymi  osłabiają  ducha 
żołnierzy. 

Na trasie marszu, na skrzyżowaniu dróg Nehrybka–Jaksmanice, ruch oddziałów jest regulowany. 

Dowódca pułku zatrzymuje się i przygląda przechodzącym oddziałom. Przez regulowane punkty są 
przepuszczane oddziały dowodzone i zwarte, tabory, uciekinierzy, wojska niezorganizowane i nie 
dowodzone  muszą  schodzić  z  drogi.  Tak  kierowany  ruch  usprawnia  tempo  marszu.  Przy 
skrzyżowaniu dróg Nehrybka–Niżankowice stoi porzucona armata 105 mm. Źle musi być z artylerią, 
kiedy tak potrzebny sprzęt pozostawia się na drodze. 

Z Nehrybki dowódca pułku wysyła do Przemyśla terenowym samochodem oficera łącznikowego 

ze  specjalnym  poleceniem  dla  kapitana  Szutta.  Oficer  łącznikowy  po  powrocie  składa  dowódcy 
pułku relację ze swojej misji. Kapitana Szutta na jego dawnym miejscu postoju nie zastał, oddziały 
obrony  Przemyśla  wczoraj  wieczorem  wycofały  się  z  miasta  na  okoliczne  wzgórza.  Miasto  robi 
wrażenie  wymarłego,  sklepy  pozamykane,  na  rogach  ulic  stoją  uzbrojeni  członkowie  Straży 

                                            

*

 III/38 majora Józefa Böhma z byłego 38 Pułku przemianowano na I/39. 

background image

Obywatelskiej  z  niebiesko-żółtymi  opaskami  na  rękawach.  W  restauracji  zajmowanej  poprzednio 
przez wojsko siedzą podejrzane typy w mundurach i ubraniach  cywilnych, piją wódkę i prowadzą 
wrzaskliwe rozmowy. 

Oficer łącznikowy opowiada dalej, że widział, jak nacjonaliści ukraińscy i Żydzi stawiali bramę 

tryumfalną. Z opuszczonego kasyna garnizonowego ludność wynosiła meble i inny sprzęt. Za Sanem, 
na  dalekim  przedpolu  Przemyśla,  słychać  było  odgłosy  bitwy.  W  drodze  powrotnej  widział  w 
Bakończycach  przed  koszarami  5  Pułku  Strzelców  Podhalańskich  kilku  członków  Straży 
Obywatelskiej  z  niebiesko-żółtymi  opaskami  na  rękawach,  przed  bramą  leżał  trup  polskiego 
żołnierza.  Spotkał  też  tabor  11  Dywizji  Piechoty,  który  zbierał  się  do  wyjazdu.  Dowódca  taboru 
powiedział, że jego dywizja przed północą przeszła przez Przemyśl i po krótkim odpoczynku ruszyła 
do miejsca koncentracji przed Mościskami. 

Dzień jest pogodny i słoneczny, lotnictwo niemieckie od  rana obrzuca naszą kolumnę małymi 

bombami i ostrzeliwuje z broni pokładowej. W marszu towarzyszą nam stale samoloty obserwacyjne. 
Obronę p-lotniczą prowadzą CKM-y na taczankach, a w czasie krótkich postojów dołączają do nich 
CKM-y p-lotnicze znajdujące się przy oddziałach. 

Około  godziny  9  straż  przednia  dochodzi  do  wsi  Chodnowice,  pułk  zatrzymuje  się  na  postoju 

ubezpieczonym.  Żołnierze  otrzymują  ciepłą  strawę,  bo  od  tego  miejsca  wozy  i  kuchnie  pojadą 
oddzielną trasą. Koło południa ubezpieczenia alarmują, że od strony Boratycz widać nadjeżdżającą 
kolumnę  niemiecką.  To  straż  przednia  niemieckiej  2  Dywizji  Górskiej,  która  postępuje  za 
wycofującymi  się  oddziałami  24  Dywizji,  by  odciąć  jej  drogę  na  Lwów.  Podpułkownik  Kaczała, 
idący w straży przedniej, przejmuje inicjatywę w swoje ręce i niespodziewanie uderza na Niemców. 
Uderzenie I/39 jest nagłe i zaskakujące, zwłaszcza że oddziały przechodzą do walki wręcz. Toczy się 
zacięty bój na bagnety, których Niemcy panicznie się boją. Ginie na swoim punkcie obserwacyjnym 
niemiecki  dowódca  straży  przedniej,  przeszyty  serią  z  karabinu  maszynowego.  Po  półgodzinnej 
walce  niemiecki  batalion  straży  przedniej  przestaje  istnieć.  Niedobitki  Niemców  rzucają  się  do 
bezładnej  ucieczki,  1  kompania  CKM-ów  posyła  za  nimi  krótkie  serie.  To  nie  bitwa,  a  rzeźnia. 
Niemcy cofają się na wzgórze i do lasu, gdzie podeszły ich rozwinięte odwody. Na polu niedawnej 
walki  stoją  rozbite  niemieckie  samochody,  opancerzone  transportery  piechoty  i  dwa  samochody 
pancerne. Niemiecka 2 Dywizja Górska, zatrzymana w marszu znajduje się w ciężkim położeniu. 

Do  akcji  wszedł  już  II/39.  Z  impetem  uderza  na  las,  natarcie  przełamuje  obronę  niemiecką. 

Dopiero po zawziętej walce udaje się Niemcom powstrzymać uderzenie i przejść do przeciwnatarcia. 
W prawo od nacierającego II/39 zajmuje stanowiska 2 kompania CKM-ów oraz dwa działa artylerii 
piechoty, które celnymi strzałami niszczą rozpoznane cele.  Artyleria dywizyjna ostrzeliwuje silnie 
podejścia, którymi Niemcy podciągają swoje odwody. W prawo od nacierającego 39 Pułku Piechoty 
zajmuje stanowiska dywizyjna kompania CKM-ów na taczankach, a dalej, na skrzydle, zbiorczy pułk 
pułkownika Ziętkiewicza. 

Niemcy rzucają do natarcia dwa następne bataliony. Wspiera je huraganowy ostrzał artylerii oraz 

lotnictwo, które bombarduje i ostrzeliwuje z broni pokładowej. Walka trwa już trzy godziny; biorą w 
niej udział wszystkie kompanie pułku. Niemcom udaje się w końcu opanować las, powoli spychają 
resztki  obrońców  ze  wzgórza.  Natarcie  niemieckie  idzie  na  dwór  Tyszkowice,  gdzie  znajduje  się 
dowództwo  24  Dywizji.  Oddziały  zmęczone  trzygodzinną  walką  nie  wytrzymują  uderzenia, 
zwłaszcza  że  Niemcy  na  naszym  prawym  skrzydle  omijają  stanowiska  i  podchodzą  już  pod 
stanowiska  dział  75  mm,  zagrażając  oskrzydleniem  znajdujących  się  tu  oddziałów.  Obrońców 
zawodzą nerwy, powstaje panika, obsługa dział rzuca się do ucieczki pociągając za sobą znajdujące 
się obok dwie obsługi CKM-ów oraz kompanię strzelecką. Teraz ucieka cały odcinek. Za wszelką 
cenę trzeba opanować panikę! Do akcji wkracza pluton regulacji ruchu i spieszony zwiad konny, 
muszą  zatrzymać  uciekających,  choćby  siłą.  Nagle  wśród  zamieszania  słychać  dźwięki  trąbki,  to 
sygnał Wojska Polskiego. Na pole walki wchodzi dwóch trębaczy, a za nimi pojawia się chorągiew 
pułku  –  symbol  Majestatu  Rzeczypospolitej  Polskiej.  Chorągiew  niesie  starszy  sierżant  Kłęk  w 
otoczeniu pocztu, podporucznika Wańczyckiego, sierżanta Bajorskiego i plutonowego Babiarza. To 
oficer  operacyjny,  widząc  grozę  sytuacji,  polecił  wprowadzić  pułkową  chorągiew.  Panika  zostaje 
opanowana. Strzelcy zatrzymują się, wracają i porwani przez swoich dowódców plutonów i drużyn 

background image

uderzają na bagnety na, jak się wydawało, już zwycięskich Niemców. W tej walce, pełnej grozy i 
napięcia, trzeba obezwładnić jednego z żołnierzy, który zaszokowany walką krzyknął — Hurra! — 
i... natarł bagnetem na własnych towarzyszy broni. Znalazł się też kombinator, który wykorzystując 
ogólne zamieszanie próbuje pozostać w tyle. Jest  nim dowódca drużyny  CKM-ów z osłony dział 
artylerii  piechoty,  ale  kopniak  od  dowódcy  plutonu  powoduje,  że  lęk  znika  natychmiast.  Szybko 
rusza ze swoją drużyną. Nikt się temu nie dziwi, dowódca drużyny to dobry żołnierz, ale nie bohater. 

Równocześnie z ukazaniem się chorągwi na polu bitwy, na lewym skrzydle aż drży powietrze od 

głośnego „Hurra!!!” To ruszają do natarcia bataliony rezerwowego 155 Pułku, I/39 majora Böhma i 
resztki batalionu KOP „Żytyń”. Nacierają również wykruszone oddziały 39 Pułku, a z nimi resztki 
batalionu  podpułkownika  Kaczały.  Na  czele  uderza  na  bagnety  6  kompania  strzelecka  ze  swoim 
dowódcą porucznikiem Kazimierzem Czabanowskim, mistrzem w walce na bagnety. Porucznik bije 
się  dzielnie,  aż  w  końcu  pada  przeszyty  serią  pocisków  oddaną  z  parabellum  przez  niemieckiego 
oficera.  Ciężko  ranny  jest  dowódca  plutonu  tej  kompanii  podporucznik  Maciej  Kielman,  a  cała 
kompania ma duże straty, ale pomimo to prze naprzód i ściga uciekających do lasu Niemców. 

Teraz Niemcy kładą zaporę huraganowego ostrzału  artyleryjskiego, potęgę jego trudno opisać, 

niszczy  siły  żywe  i  sprzęt,  łamie  ducha  bojowego.  Ale  i  artyleria  nie  jest  w  stanie  podołać 
nacierającym Polakom, Niemcy opuszczają w końcu swoje stanowiska, wycofują się z lasu i wzgórza 
pod  wsią.  Nacierającym  wojakom  bieży  z  pomocą  natura,  krótkotrwały  deszcz  chłodzi 
zmordowanych strzelców i rozgrzane powietrze. 

Niemcy w odwecie za poniesione straty strzelają pociskami zapalającymi. W czasie tej strzelaniny 

zostaje  ciężko  ranny  sierżant  Jan  Bogucki,  który  wkrótce  umiera  z  upływu  krwi.  Lotnictwo 
niemieckie potężnie wspiera swoje nacierające oddziały, bombarduje też Husaków, gdzie na wieży 
kościoła  jest  nasz  obserwator  artyleryjski.  Nasza  artyleria,  mimo  dużych  strat  spowodowanych 
nalotami, strzela skutecznie, szczególnie pomocna jest w zwalczaniu, samochodów pancernych. Na 
polu walki leżą rozbite samochody i opancerzone transportery piechoty, którymi Niemcy przywozili 
odwody. Płoną pobliskie wsie Husaków i Chodziowice. 

Pole walki rychło zamienia się w krwawe pobojowisko tłamszone pociskami artylerii. To pole 

śmierci  pełne  poległych  i  rannych,  spod  leżących  ciał  nie  widać  ziemi.  Ten  makabryczny  widok 
budzi odrazę, bo w śmierci na polu chwały nie ma dostojeństwa. Pobojowisko to jest krwawą ofiarą 
polskiego  żołnierza  –  żołnierza  zachodzonego,  bez  zaopatrzenia,  bez  tyłowych  etapów,  bez 
żandarmów, żołnierza spełniającego jednak swój obowiązek bez żadnego przymusu. 

Nad niedawnym polem walki unosi się mdły zapach krwi, dymu i spalenizny, a ze zwałów trupów 

i rannych dochodzą jękliwe wołania: 

— Kameraden, helfen sie mir. 
— Mamo, mamo, pomóż, jak mi ciężko. 
Z dywizji przychodzą rozkazy, by na zajmowanych stanowiskach utrzymać się do godziny 21. 

Walką tą 24 Dywizja ma osłonić marsz boczny 11 Dywizji, która w stanie wyczerpania podąża w tym 
czasie do rejonu koncentracji pod Mościskami. Żołnierze prowadzą pierwszych jeńców niemieckich, 
jest ich pięciu, czterej w stopniu zugführera, w wieku około 20 lat, piąty ma stopień feldfebla, około 
30 lat, na jego szyi wisi Żelazny Krzyż. Feldfeblowi odebrano ozdobny sztylet z gotyckim napisem 
„Immer treu”. Jeńcy starają się być uprzejmi, liczą zapewne na wyrozumiałość, na przestraszonych 
twarzach  widać  pokorę  i  służalczość.  Nie  przejawiają  też  buty  i  arogancji,  jak  wtedy,  kiedy 
zwyciężają.  Przesłuchującemu  oficerowi  odpowiadają  chętnie  na  pytania,  mówią  głośno,  stoją  na 
baczność, stukają obcasami, tytułują go „Herr Oberleutnant” i ani razu nie odwołują się do złożonej 
przysięgi.  Jedynie  feldfebel  nic  nie  mówi,  tylko  od  czasu  do  czasu  rzuca  ponure  spojrzenia  na 
zeznających  kamratów.  Ożywia  się  dopiero,  kiedy  go  pytają,  gdzie  zdobył  Żelazny  Krzyż. 
Odpowiada z dumą, że w Hiszpanii, za bicie komunistów. 

Jeńcy z niemiecką dokładnością wymieniają nazwiska dowódców, numeracje oddziałów, a nawet 

przyznają, że ich pułk nie posiada już odwodów. Jeden z nich, znający kilka słów po polsku, z dużą 
przymilnością  powtarza:  —  Meine  Mutti  jest  Polak.  —  Mówi,  że  opowiadano  im,  jak  to  Polacy 
obcinają jeńcom uszy. Twierdzi, że jest Austriakiem, a Austriacy nie chcą się bić z Polakami. 

background image

Ranni, których przybywa coraz więcej, są umieszczani w dwóch dużych izbach budynku obok 

cerkwi.  Dom pachnie jabłkami,  dynią, suszonymi  ziółkami i  starością. Gospodyni,  mała  ruchliwa 
babuleńka,  pomaga,  w  czym  może,  przygotowuje  i  przynosi  ciepłą  wodę,  stara  się  usłużyć  we 
wszystkim.  Ranni  leżą  na  podłodze  na  rozesłanej  słomie  jeden  obok  drugiego.  Zapachy  domu 
mieszają się z zapachem krwi, przepoconych ciał żołnierskich i środków dezynfekcyjnych. Lekarz 
pułkowy podporucznik  Antoni  Pieszak ze  swoim  szczupłym  personelem  i  jeszcze szczuplejszymi 
środkami  opatrunkowymi  nie  ustaje  w  niesieniu  pomocy.  Rannych  nie  ma  czym  ewakuować, 
zaledwie  kilku  najbardziej  poszkodowanych  odtransportowano  wozami  konnymi  do  szpitala  w 
Mościskach. Lżej ranni po zaopatrzeniu wracają do swoich oddziałów, nie chcą iść do niewoli. 

Kapelan  pułkowy  w  hełmie  na  głowie  i  stule  na  płaszczu  żołnierskim,  z  krzyżem  w  ręku 

niezmordowanie pełni swoje obowiązki duszpasterskie. Pochyla się nad każdym rannym, rzuca kilka 
zdań pociechy, słucha ostatnich słów umierającego i udziela rozgrzeszenia in articulo mortis. 

Pod wieczór rusza jeszcze jedno w tym dniu natarcie  niemieckie, wsparte potężnym ostrzałem 

artylerii  i  trzema  samochodami  pancernymi.  Niemcom  udaje  się  odebrać  zachodni  skraj  lasu  i  tu 
natarcie zatrzymuje ogniem zaporowym dywizyjna kompania CKM-ów na taczankach. Pułk aż do 
wieczora trzyma się na zajmowanych stanowiskach, choć straty w ludziach są duże. Dokładnych cyfr 
nie sposób ustalić, mimo że zabitych liczy się dokładnie

*

Prosto  z  dywizji  przyjeżdża  motocyklem  z  przyczepą  kapitan  Jan  Lenkiewicz.  Przywozi  nowe 

rozkazy. 

—  Dywizja  marszem  nocnym  spod  Husakowa  przejdzie  do  rejonu  koncentracji 

Lipniki–Zawadów–Stajańce.  39  Pułk  przejdzie  przez  Balice  do  miejsca  postoju  Lipniki,  gdzie 
otrzyma dalsze rozkazy. 

Bój 24 Dywizji pod Husakowem już zakończony – w tej walce nie ma zwycięzców. Odchodzące 

oddziały  pozostawiają  poległych  towarzyszy  broni.  Nazwiska  ich  nie  będą  nigdy  znane,  a  czyny 
bojowe spisane, to bitwa, po której zostali Nieznani Żołnierze. 

Dywizyjna  kompania  CKM-ów  na  taczankach,  która  w  bitwie  pod  Husakowem  została 

przydzielona na stałe do 39 Pułku, po przejściu palącego się Husakowa zatrzymała się po przeciwnej 
stronie wsi i ubezpiecza postój. Nadchodzące oddziały zatrzymują się na drodze. W jednym z domów 
stojących przy drodze dowódca pułku przeprowadza odprawę dowódców batalionów i kompanii, w 
tym czasie kuchnie polowe wydają zbierającym się oddziałom ciepłą strawę. 

Cofające  się  oddziały  żegnają  czerwone  łuny  pożarów  Husakowa  i  okolicznych  wsi.  Przed 

odmarszem żołnierze oddają ostatni hołd poległym towarzyszom broni. Kopią wspólną mogiłę dla 
porucznika  Kazimierza  Czabanowskiego,  podporucznika  Edmunda  Reymana  oraz  wszystkich 
strzelców, których zdołano zebrać z pobojowiska. Przy tym smutnym obrządku obecny jest dowódca 
pułku  oraz  najbliżsi  towarzysze  broni.  Żegnają  poległych  żołnierską  piosenką:  „Śpij  kolego  w 
ciemnym grobie, niech się Polska przyśni tobie”. Potem wbijają w świeżą mogiłę drewniany krzyż 
wystrugany z gałęzi brzozy i związany kablem telefonicznym, a na nim wieszają przestrzelony hełm. 
Pogrzeb kończy kapelan, intonuje wspólną modlitwę, lecz nie wszyscy się modłą, kryją w sercach żal 
do Boga, że pozwala, by z ręki niemieckiego najeźdźcy ginęli niewinni obrońcy tego kraju. Nawet 
niebo płacze nad usypanym grobem, spadł drobny krótkotrwały deszcz. 

W  dniu,  w  którym  39  Pułk  walczył  z  niemiecką  2  Dywizją  Górską  pod  Husakowem,  dwa 

bataliony  rezerwowe  pułku,  zorganizowane  w  Przemyślu  przez  Ośrodek  Zapasowy  24  Dywizji  z 
nadwyżek  osobowych  drugiego  rzutu,  walczyły  w  obronie  Przemyśla.  Były  to  bataliony  majora 
Dyducha, kapitana Szutta i kapitana Wylegały

**

 
 
 

                                            

*

 Według oceny ogólnej straty pułku pod Boratyczami wynosiły około 50% stanu oficerów, podoficerów i strzelców. Ale 

nie była to daremna ofiara. Dzięki tej bitwie osłonięta została 11 Dywizja maszerująca w kierunku Mościsk, mogła też 
nastąpić koncentracja oddziałów 38 DP Rez. 2 Dywizja Górska niemiecka została skutecznie zatrzymana. 

**

 Według relacji kpt. Wylegały jego batalion poniósł duże straty: 68 zabitych, około 100 rannych i 30 zaginionych, sam 

dowódca został ciężko ranny. 

background image

15 września, piątek 

Postój ubezpieczony 

Marsz nocny na podstawę wyjściową do przebijania 

Marsz jest ciężki, noc ciemna i mimo że pułk maszeruje bocznymi drogami, jest tłok, w dodatku 

pada drobny deszcz. W godzinach rannych pułk dochodzi do swego miejsca  postoju w Lipnikach. 
Wieś  to  duża,  ludzie  gościnni,  ale  trudno  zdobyć  żywność,  wybrały  już  wszystko  poprzednio 
przechodzące  oddziały  i  uciekinierzy.  W  Lipnikach  będziemy  stać  przez  cały  dzień,  a  nocą 
wyruszymy dalej. Zarządzono trzygodzinny odpoczynek, do spania nie trzeba nikogo zachęcać, po 
wczorajszym boju i marszu nocnym jest niezbędne. 

Z Balic nadeszły dwa bataliony Obrony Narodowej, które nie brały udziału w obronie Przemyśla, 

oraz resztki batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza „Żytyń”. Będzie to uzupełnienie przetrzebionego 
pułku. Postój w Lipnikach ubezpiecza obrona p-lotnicza złożona z dwóch kompanii CKM-ów oraz 
dywizyjnej  kompanii  CKM-ów  na  taczankach.  Przez  Lipniki  przechodzą  różne  kolumny 
ewakuacyjne, kierują się na Rudki. Z Niemcami brak jest styczności, pomimo że od wczorajszego 
pola walki pod Husakowem dzieli nas zaledwie 25 km. Lotnictwo nie bombarduje miejsca postoju 
pułku, tylko niemiecka artyleria ostrzeliwuje las Lipniki, gdzie znalazły schronienie tabory. Zostaje 
tam lekko ranny odłamkiem dowódca tych taborów, kapitan Gawłowski. 

Po  przeprowadzonej  na  postoju  reorganizacji  pułku  zorientowano  się,  że  brakuje  walczącej 

wczoraj na wzgórzu pod Boratyczami 2 kompanii strzeleckiej razem z jej dowódcą. 

Nie wytrzymał trudów wojennych starowina kapelan, jest chory i zostaje zwolniony od dalszego 

pełnienia służby duszpasterskiej. Odjeżdża bryczką do małego zgromadzenia sióstr zakonnych. Tam 
znajdzie  schronienie  i  opiekę.  Smutno  się  żegnać  z  kapelanem,  serdecznie  go  polubiliśmy  za 
troskliwą  opiekę  nad  żołnierzami  i  pełnienie  obowiązków  duszpasterskich  w  ciężkich  warunkach 
polowych. Przy odejściu ksiądz ma tylko jedno zmartwienie, chce oddać w odpowiednie ręce płaszcz 
żołnierski i hełm, bo, jak mówi, własność państwowa nie może przepaść. 

Przed  południem  dowódca  pułku  z  oficerem  operacyjnym  wyjeżdżają  łazikiem  do  Sądowej 

Wiszni na naradę dowódców u generała Sosnkowskiego. Z naszego miejsca postoju widać unoszące 
się  nad  miasteczkiem  dymy  pożarów,  słychać  też  głuche  odgłosy  bombardowań.  Oficerowie  nie 
przywożą z narady krzepiących wiadomości. 

Sytuacja  pogarsza  się  z  dnia  na  dzień.  Generał  zmienił  pierwotny  plan  marszu  na  Gródek 

Jagielloński, zajęty już przez Niemców. Niemcy obsadzili oddziałami wydzielonymi Wereszycę, na 
kierunku  Czarnokońce–Mużyłowice–Rogoźno–Jaworów.  W  ten  sposób  Armia  „Małopolska” 
znalazła się w okrążeniu. Dlatego generał postanowił nocnym uderzeniem przebić się na północny 
wschód celem osiągnięcia lasów janowskich i połączenia się z Armią „Kraków”, przebijającą się na 
Jaworów. Następnym etapem ma być marsz na Lwów. 

Dowódca pułku  wydaje  rozkazy. Pułk  ruszy nocą, należy pozostawić niezbędny tabor,  wybrać 

najlepsze konie i wozy, zabrać kuchnie polowe i wozy amunicyjne. Pozostały tabor pułkowy pod 
dowództwem kapitana Gawłowskiego wyjedzie do Komarna, gdzie zbierają się tabory. Kapral Pajda, 
kierowca pułkowy, niszczy bezużyteczny już teraz samochód, brak jest paliwa, zapowiedziany punkt 
rozdzielczy materiałów pędnych w Mościskach okazał się fikcją, jak wszystko inne w tej wojnie. 

Żołnierze otrzymują solidne porcje zupy z mięsem, każdy z nich dostaje po grubej kromce chleba, 

podoficer żywnościowy informuje, że ta kromka chleba ma być zachowana jako żelazna porcja. 

Po południu pułk rusza na podstawę wyjściową do nocnego uderzenia przez Słomianki do lasków 

na  zachód  od  Zarzecza.  W  Chorośnicy  pozostaje  na  ubezpieczeniu  zbiorczy  pułk  podpułkownika 
Ziętkiewicza  z  przydzieloną  baterią  z  24  Pułku  Artylerii  Lekkiej.  Oddziały  idą  rozczłonkowane, 
odcinek  drogi  Słomianki–Tuligłowy  jest  stale  nękany  przez  lotnictwo  niemieckie.  Drogą  ciągną 
oddziały  artylerii  11  Dywizji,  na  poboczu  leżą  zwały  zabitych  koni  pociągowych,  stoją  lub  leżą 
przewrócone stare armaty austriackie – to Ośrodek Zapasowy Artylerii Okręgu Korpusu „Kraków” 
uszedł tak daleko, by tu zetknąć się z twardą rzeczywistością wojny. 

Nasze  oddziały  z  trudem  przebijają  się  przez  zwarte  tłumy  uciekinierów,  szosa  jest  zawalona 

różnymi pojazdami. Jadą samochody wojskowe i rządowe, wiozą rodziny oraz ich bagaże. Jadą wozy 
straży  pożarnej  z  obsługami,  samochody  wszelkiego  rodzaju,  dorożki  konne,  wozy  chłopskie,  a 

background image

wszystko  to  jest  poprzedzielane  grupami  pieszych  uchodźców  oraz  wlokących  się  maruderów. 
Miejscami wozy stoją w trzech rzędach, niektóre pozaczepiane kołami o siebie tworzą nierozerwalną 
gmatwaninę i zator nie do przebycia. Te sznury wozów i samochodów, te fale uchodźców i te masy 
wlokących się maruderów potęgują zamieszanie, przeszkadzają w przemarszu wojskom zdążającym 
do walki – a powtarzające się naloty wprowadzają chaos w szeregach. 

Właśnie zatrzymany został samochód osobowy, który niebezpiecznie wymuszał pierwszeństwo 

przejazdu.  W  samochodzie  siedzi  trzech  starszych  panów  o  dziwnym  wyglądzie  i  jedna  kobieta. 
Rozmowę prowadzi  kobieta, jej towarzysze, jak  twierdzi,  są głuchoniemi,  jadą do sanatorium we 
Lwowie. Żołnierze konfiskują kierowcy mapę tych okolic, to teraz jedyna mapa w pułku. Samochód 
przepuszczają, ostrzegają przed nieostrożną jazdą. 

Przed Tuligłowami spotykamy ów samochód po raz drugi, ale w jakże innych warunkach. Stoi 

podziurawiony pociskami, w rowie leżą nieżywi pasażerowie. Okazało się, że posterunek kontrolny 
żandarmerii  zatrzymał  auto  i  zażądał  otwarcia  bagażnika,  wtedy  trzej  „głuchoniemi”  panowie  i 
mówiąca  za  nich  dama  zaczęli  strzelać  z  pistoletów.  Trafili  jednego  z  żandarmów.  W  bagażniku 
znaleziono radiostację nadawczo-odbiorczą oraz granaty ręczne. 

O zmroku, drogami polnymi, pułk dochodzi do lasków na zachód od Zarzecza i zatrzymuje się na 

postoju ubezpieczonym. W przodzie, przed pułkiem, znajdują się tylne ubezpieczenia 11 Dywizji. Od 
strony północnej dochodzą głuche odgłosy detonacji, to walczą z Niemcami oddziały rozpoznawcze 
11 Dywizji. Z dala widać łunę nad Tuligłowami. 

W czasie postoju dołączają do pułku dwa działony armatek p-pancernych zabranych z III/39 do 

obrony Przemyśla, dołącza też z obrony Przemyśla batalion marszowy majora Dyducha. 

Jest  już  rozkaz  nocnego  przebijania  się.  Mamy  zaskoczyć  Niemców,  uderzać  się  będzie  na 

bagnety. Nie ładujemy broni. W przodzie idą ręczne karabiny maszynowe, CKM-y przy kompaniach 
strzeleckich, kompania CKM-ów na taczankach jedzie za II/39. Noc jest bardzo ciemna, pada ulewny 
deszcz. 

W  pierwszym  rzucie  uderzają  11  Dywizja  Piechoty  na  kierunku  Mużyłowice 

Narodowe–Mołoszkowice  i  38  Dywizja  Rezerwowa  na  kierunku  Czarnokońce–Wola 
Dobrostańska–Kamienobród.  Za  11  Dywizją  jako  odwód  posuwa  się  24  Dywizja  na  kierunku 
Mużyłowice Kolonia—Mołoszkowice. W takim ugrupowaniu oddziały tych trzech dywizji ruszają 
przed północą, by przebić się przez pierścień okrążenia. W nocnym boju 11 Dywizja pod Rogoźnem 
i Mużyłowicami Narodowymi oraz batalion 38 Dywizji Rezerwowej pod Czarnokońcami rozbijają 
pułk zmotoryzowany SS  „Germania” i wzmacniające go oddziały niemieckiej 4 Dywizji. 39 Pułk 
idzie w odwodzie dywizji i przed północą staje w miejscowości Dubniki. Przez cały czas marszu pada 
ulewny  deszcz,  rozmiękłe  drogi  gruntowe  są  ciężkie  do  przebycia,  marsz  odbywa  się  w 
nieprzeniknionych ciemnościach. 

 
 
 

16 września, sobota 

Marsz nocny Dubniki–Nowosiółki–Mogiła 

Bój pod Mużyłowicami Kolonią 

Po  północy  11  i  38  Dywizja  Rezerwowa  znajdują  się  już  poza  niemieckim  okrążeniem.  24 

Dywizja, idąca w drugim rzucie, po przejściu Dubnik i Nowosiółek podchodzi 39 Pułkiem do wsi 
Mogiła. 

Palą się Mogiła i Nowosiółki. 
Noc jest ciemna, ulewny deszcz zamienia szybko gruntową drogę w grzęzawisko, na którym lśni 

czarne błoto i świecą kałuże. Pułk maszeruje przez teren nocnych starć z wrogiem. Drogę zawalają 
samochody,  transportery,  armaty,  ciągniki  i  inny  sprzęt  wojskowy;  leżą  zwłoki  poległych  –  tu 
przebijał się 49 Pułk z 11 Dywizji Piechoty. Zwycięstwo to stanowi tylko mały epizod tej wojny, ale 
przechodzący  tędy  żołnierze  podnoszą  z  dumą  głowę  do  góry,  dotychczasowe  zniechęcenie  i 
rezygnacja ustępują nadziei. 

background image

Powoli  nastaje  mglisty,  deszczowy  poranek.  Straż  przednia  pułku  dochodzi  do  Mużyłowic 

Kolonii,  nagle  rozlegają  się  serie  z  broni  maszynowej.  Po  wstępnym  rozpoznaniu  okazuje  się,  że 
niemiecka  kompania  z  rozbitego  zmotoryzowanego  pułku  SS  „Germania”  okopała  się  pod  wsią. 
Walka trwa już około godziny, nasza straż przednia zalega pod silnym ostrzałem broni maszynowej i 
moździerzy, odzywają się również dwa działa. 

Idący w straży przedniej I/39 rozwija się do natarcia, a z tyłu wchodzi powoli do akcji II/39. Tak 

powolnie  rozwijającej  się  walki  nie  wytrzymuje  dowódca  zwiadu,  z  plutonem  konnym  próbuje 
obejść  skrzydło  broniących  się  Niemców.  Wyjeżdżających  zwiadowców  ostrzeliwują  z  małej 
kwatery leśnej karabiny maszynowe. Żołnierze padają z koni, dowódca zostaje trafiony pociskiem w 
głowę

*

Przy silnym wsparciu broni maszynowej i moździerzy rusza natarcie obu batalionów i zdobywa 

niemieckie stanowiska. Walka jest zacięta i bezlitosna, Niemcy biją się do ostatka. Nie ma jeńców, bo 
w walce wręcz żołnierz nie ma czasu się zastanawiać. Granatniki piechoty 45 mm swoimi pociskami 
wybijają  obsługę  dział  niemieckich  i  dwa  gniazda  karabinów  maszynowych,  to  przeważa  szalę 
zwycięstwa. 

Nie mamy możliwości pochowania naszych poległych, a żal pozostawić tych, z którymi się żyło, 

bo  dziś  tobie, a jutro mnie. Zdajemy się na kościelnego, obiecuje zająć się pochówkiem.  I znowu 
szlak bojowy pułku znaczą żołnierskie mogiły. Bataliony ściągają już na drogę do dalszego marszu 
na  Mołoszkowice,  by  dostać  się  do  lasów  na  wschód  od  tej  miejscowości,  bo  tam  organizuje  się 
obrona. 

Mużyłowice Kolonia, przez które przechodzimy, pełne są sprzętu motorowego rozbitego pułku SS 

„Germania”, stoi na podwórzach, w ogrodach, jest częściowo zniszczony i spalony. Na środku drogi 
wznosi  się  brama  tryumfalna,  którą  koloniści  niemieccy  witali  wkraczających  pobratymców 
hitlerowskich, na bramie widać napis: „Wir waren bereit und wir sind befreit”

**

. Podczas przemarszu 

przez wieś niektórzy  mieszkańcy rozdają żołnierzom  chleb i owoce, a jeden szczęściarz otrzymał 
nawet  kawałek  kiełbasy.  Dywersanci  z  tej  wsi  strzelają  do  naszych  oddziałów,  a  jej  mieszkańcy 
obdarowują żołnierzy, czym mogą – jak na jedną wieś za dużo jest rozbieżności. 

W  dalszej  drodze  musimy  zwalczać  uzbrojone  grupy  z  rozbitych  oddziałów  niemieckich  oraz 

wspierających  ich  dywersantów.  Grupy  te,  ukryte  w  małych  parcelach  leśnych,  ostrzeliwują 
przechodzące  oddziały.  Po  opadnięciu  mgły  nadlatują  niemieckie  samoloty  i  zrzucają  bomby  na 
okoliczne  wsie.  Palą  się  Mużyłowice  Narodowe,  Mużyłowice  Kolonia,  Czarnokońce.  Nalotami 
Niemcy  nękają  maszerujące  oddziały  aż  do  zmroku.  I  tak  upływają  godziny  na  monotonnym  i 
powolnym  poruszaniu  nogami  w  marszu,  a  zmęczenie  w  połączeniu  z  nerwowym  napięciem,  tak 
dobrze znane żołnierzom przed bitwą, utrzymuje się do końca. 

Po dojściu do Mołoszkowic podoficerowie żywnościowi kompanii kupują żywność, kuchnie już 

dymią,  ale  ciepłe  jedzenie  zostanie  wydane  dopiero  w  lasach  janowskich.  Odziały  zmęczone 
całonocnym marszem po rozmokłych drogach w ulewnym deszczu i całodziennymi potyczkami z 
niedobitkami  pułku  SS  „Germania”  oraz  dywersantami,  nękane  nalotami  wypatrują  tych  lasów 
janowskich  jak  zbawienia.  Może  wtedy  skończą  się  przynajmniej  naloty  lotnictwa.  Od  strony 
południowej dochodzą odgłosy wybuchów, to 38 Dywizja Rezerwowa przebija się na Janów. 

W godzinach popołudniowych 39 Pułk dochodzi do rejonu obrony w lasach janowskich. I/39 i 

II/39  obsadzają  odcinek  obrony  Karczmary,  wzgórze  336.  Na  prawym  skrzydle  na  kierunku 
Mołoszkowice  zajęły  stanowiska  dwie  kompanie  CKM-ów,  a  na  lewym  skrzydle,  przy  I/39, 
kompania  CKM-ów  na  taczankach.  Pułk  dysponuje  30  CKM-ami,  7  armatami  p-pancernymi,  2 
działonami artylerii piechoty, 6 moździerzami. Ma też karabiny p-pancerne, granatniki oraz RKM-y. 
Pod  wieczór  dołącza  zbiorczy  pułk  podpułkownika  Ziętkiewicza,  który  przygotował  obronę  na 
lewym skrzydle pułku, w rejonie kolonii Na Chmurowym do drogi Wola Dobrostańska. Organizacja 
obrony odbywała się bez styczności z nieprzyjacielem. Na prawym skrzydle pułku folwark Dwór 

                                            

*

 Tak poległ dowódca zwiadu porucznik Bukowy – jeden z najdzielniejszych żołnierzy w walkach prowadzonych przez 

39 PP Strzelców Lwowskich w czasie wojny. 

**

 Wir waren... (niem.) – Byliśmy gotowi, jesteśmy oswobodzeni. 

background image

Ewy i tereny dalej na północ obsadzają oddziały 11 Dywizji. Pomiędzy stykami obu dywizji znajduje 
się jako oddział łącznikowy zwiad pułku z dwoma CKM-ami na taczankach. I/98 pułku rezerwowego 
ugrupował się obronnie pod Kertyną oraz okrakiem na drodze do Woli Dobrostańskiej, zamykając w 
ten  sposób  drogę  do  gajówki  Jaryna.  Samą  gajówkę,  miejsce  dowodzenia  dowódcy  Armii 
„Małopolska”, ubezpiecza uzupełniony batalion Korpusu Ochrony Pogranicza „Żytyń” z rozbitej 2 
Brygady Górskiej. III/96 pułku rezerwowego wyrusza o zmroku z rozkazem obsadzenia Janowa jako 
odwodu dowódcy Armii „Małopolska”. 

Pod  wieczór  wypogadza  się,  przestaje  padać  deszcz,  podjeżdżają  kuchnie  polowe,  nareszcie 

otrzymujemy tak długo wyczekiwaną ciepłą strawę. 

Pomiędzy  batalionami  i  dowództwem  pułku  rozciągnięte  są  połączenia  telefoniczne,  to  już 

ostatnie połączenia, skończył się zapas kabla. Na dwóch radiostacjach N-2 łącznościowcy odbierają 
komunikaty z rozgłośni Warszawa i Lwów, inne rozgłośnie zamilkły. Obrona w lasach janowskich 
wydaje się być dobrze przygotowana, dodaje to zmęczonym  żołnierzom otuchy, nareszcie się tak 
usadowimy, że będzie można znowu bić Niemców. 

Jak zawsze kursują rozmaite plotki: od strony Jaworowa zbliża się Armia „Kraków”, by połączyć 

się  z  obroną  Lwowa;  we  Lwowie  jest  zorganizowana  obrona  z  dużą  ilością  broni  pancernej;  na 
rzekach  Stryj  i  Dniestr  organizuje  się  przedmoście  rumuńskie,  z  którego  ruszy  nasze  natarcie  na 
Niemców wsparte wojskami sojuszniczej Rumunii; w portach rumuńskich wyładowuje się francuskie 
czołgi i samoloty. 

I tak nadchodzi noc, Niemcy nie ścigają, bo i po co? Dobry myśliwy nie tropi rannej zwierzyny 

przed nocą, i tak się wykrwawi i padnie z braku sił. 

 
 
 

17 września, niedziela 

Obrona przejściowa pod Mołoszkowicami 

Dzisiaj niedziela, od samego rana jest pochmurnie i mglisto, nisko przewalają się chmury, siąpi 

drobny  deszcz.  Około  godziny  8  Niemcy  ruszają  jedną  kompanią  do  natarcia  celem  rozpoznania 
przez  walkę  polskich  stanowisk  oraz  słabych  punktów  obrony.  Lotnictwo  niemieckie  na  niskim 
pułapie  przeprowadza  częste  naloty  na  las,  bombarduje  szczególnie  stanowiska  artylerii  i 
ostrzeliwuje je z broni pokładowej. Naloty lotnictwa uzupełnia artyleria, która kładzie na las nawały 
ogniowe. 

Pod lasem za II/39 zajęła stanowiska bateria 75 mm z 24 Pułku Artylerii Lekkiej, bateria ustawia 

się do strzelań na wprost jako działa p-pancerne. Jest to bardzo niewygodne sąsiedztwo, ściąga uwagę 
lotnictwa i artylerii. Rozpoznanie niemieckie trwa do południa, nasze CKM-y przez ten czas milczą, 
by  nie  zdradzić  swoich  stanowisk.  Nagle  na  niebie  od  strony  południowej  pojawia  się  samolot  z 
polskimi szachownicami, robi koło i oddala się na północ. 

W południe od strony Mołoszkowic rusza drugie natarcie niemieckie w sile dwóch batalionów, 

poprzedzone  potężną  nawałą  artyleryjską  i  wsparte  zmasowanymi  nalotami.  Nasze  oddziały  w  tej 
wojnie nie spotkały się jeszcze z tak potężnym ostrzałem artylerii. Niemcy po krótkim powodzeniu 
zostają  jednak  zatrzymani,  napotykają  na  przednim  skraju  stanowisk  obronnych  doskonale 
przygotowaną  obronę  i  organizację  powiązanych  ogni  broni  maszynowej  wspieranej  ostrzałem 
naszej  artylerii.  Dużą  pomocą  są  granatniki  piechoty,  które  swoimi  pociskami  niszczą  karabiny 
maszynowe towarzyszące natarciu. Niemcy zmieniają taktykę, posuwają się teraz powoli do przodu 
małymi grupami, które są wspierane bezpośrednio wysuniętą bronią maszynową. Wrogowie nasi nie 
potrafią przełamać obrony, utrzymujemy swoje stanowiska do wieczora. Na wygasłym pobojowisku 
pozostaje sporo rozbitego sprzętu i stosy poległych i rannych. 

Na  lewym  skrzydle  drugiego  batalionu  obronę  prowadzi  I/39,  Niemcy  tu  nie  nacierają, 

ostrzeliwują tylko  artylerią stanowiska obrony. Na lewym skrzydle pułku  I/98 oraz zbiorczy pułk 
ppłk.  Ziętkiewicza  prowadzą  przez  cały  dzień  ciężkie  walki,  odrzucając  natarcia  oddziałów 
niemieckiej 1 Dywizji Górskiej usiłującej wyjść na tyły obrony, na kierunku gajówki Jaryna. Straty 
pułku w zabitych, rannych i zniszczonym sprzęcie są duże, II/39, który poniósł największe straty, ma 

background image

na stanie w kompaniach po 50 strzelców. Zostały wybite przez lotnictwo konie zwiadu konnego, a 
kompania zwiadu przestała istnieć. 

Zapada szybko zmrok, z nisko wiszących chmur siąpi drobny, uporczywy deszcz. Już nadeszły 

rozkazy do wycofania się i dalszego marszu na Janów. Przed strażą przednią jadą tabory, które w 
czasie  walki  zgrupowane  były  na  tyłach,  w  lesie  na  drodze  do  Janowa.  Są  to  tabory  różnych 
oddziałów, a przeważnie wozy 38 Dywizji Rezerwowej. 39 Pułk idzie w straży przedniej, a w straży 
tylnej maszeruje zbiorczy pułk ppłk. Ziętkiewicza. Razem ze strażą przednią jedzie konno ze swoim 
sztabem  dowódca  dywizji  płk  Schwarzenberg-Czerny.  Oddziały  przebijające  się  przez  łasy 
janowskie  wiedzą,  że  ich  dowódca  dywizji  jest  na  przodzie  i  naraża  się  na  takie  same  trudy  i 
niebezpieczeństwa, jakie ponoszą w tej wojnie jego żołnierze. 

Nocny marsz przez lasy janowskie odbywa się  w ciężkich warunkach, leje deszcz, a droga jest 

zastawiona  kozłami  z  drutu  kolczastego  i  zaporami.  W  niektórych  miejscach  znajdują  się  wąskie 
przejścia prowadzące zakosami – sprzęt ciężki tędy nie przejdzie, przeszkody te to resztki umocnień 
obronnych nad Wereszycą. Przy drodze stoi pozostawiona bateria rozbrojonych dział 75 mm, które 
ogniem na wprost rozbijały natarcia niemieckie w obronie pod Mołoszkowicami. Obsługi tych dział 
zdołały dociągnąć sprzęt do tego miejsca i tu musiały je pozostawić, gdyż wszystkie zaprzęgi konne 
zostały  wybite  w  walce.  Oddziały  posuwają  się  powoli,  trzeba  się  często  zatrzymywać,  by 
zlikwidować  przeszkody  lub  poszerzyć  przejścia  w  zaporach.  Dużo  czasu  zabiera  usuwanie 
pozostawionych wozów, powiązanych razem w przemyślny sposób drutem kolczastym. I tak idziemy 
parę minut i zatrzymujemy się, ruszamy dalej, by znowu za chwilę stanąć. Niemcy nie ścigają, tylko 
ich  artyleria  prowadzi  na  drogę  strzelanie  nękające,  a  dywersanci  urządzają  w  lesie  zasadzki 
ogniowe. 

Po północy robi się jaśniej i przestaje padać. Przemoczeni ludzie dygoczą z przejmującego zimna. 

Dwóch żołnierzy idących obok mnie w szeregu dzwoni zębami, mają gorączkę, maszerują jednak 
dalej. Na skutek przemęczenia, niewyspania i niedożywienia stan pozostałych też nie jest lepszy, w 
dodatku u tych zdrowych pogłębia się rozstrój nerwowy. 

 
 
 

18 września, poniedziałek 

Walka o Rzęsnę Ruską 

Jest już mglisty świt, 39 Pułk dochodzi do Janowa. Budynki miasteczka są częściowo spalone, a 

rozbity  sprzęt  wojskowy  zawala  drogę  i  podwórza  domów.  Ruch  przez  most  na  Wereszycy  jest 
regulowany, znajduje się tu nawet patrol żandarmerii, a obok mostu stoją dwa czołgi rozpoznawcze 
TK  –  widok  ten  napawa  otuchą.  Skraj  lasu  pod  Janowem  obsadziły  dwa  bataliony  z  38  Dywizji 
Rezerwowej oraz batalion Korpusu Ochrony Pogranicza „Żytyń”, oddziały te są bez artylerii. 

Mgła opada, powoli wychyla się poranne słońce, robi się ciepło, w przydrożnych kałużach odbija 

się bladoniebieskie niebo z białymi grzywami obłoków. W czystym poranku wymytym przez deszcz 
nad maszerującą kolumną unosi się kwaśna woń schnących mundurów i nie mytych ciał. Jak na drugą 
połowę września jest gorąco, żołnierze pocą się w mundurach. Wielu z nich nie pamięta, kiedy się 
myli czy golili, ale brud jest cząstką wojny. 

U wylotu lasów janowskich pułkownik Schwarzenberg-Czerny siedzi na pniu zwalonej sosny i 

prowadzi odprawę dowódców pułków i batalionów: 

—  Jesteśmy  otoczeni  przez  Niemców,  droga  na  Lwów  jest  zamknięta.  24  Dywizja  będzie 

przebijała się przez Rzęsnę Ruską. 39 Pułk uderza na Rzęsnę Ruską, w odwodzie idzie zbiorczy pułk 
podpułkownika  Ziętkiewicza.  Batalion  majora  Dyducha  wejdzie  w  skład  39  Pułku.  Brak  nam 
wiadomości o położeniu 11 Dywizji. 

39 Pułk po odejściu do wsi Kozice przechodzi wprost z marszu do natarcia. Teren jest dogodny, do 

Rzęsnej Ruskiej ciągną się pagórki, małe kwatery leśne, pola kukurydzy i zagony ziemniaków. Pułk 
pomimo poniesionych strat i małych stanów stanowi poważną jednostkę bojową silnie wyposażoną w 
broń maszynową, moździerze i armatki p-pancerne. 

background image

Natarcie idzie po obu stronach drogi dwoma batalionami w pierwszej linii. Wspiera je cała broń 

maszynowa oraz ogień artylerii. Strzelcy, wyczerpani  wielodniowymi bojami i  marszami, ruszają 
ostro do natarcia i pierwszym impetem zajmują skrajne domy wsi Rzęsna Ruska. Zdobywają armatę 
polską 105 mm, wkopaną na stanowisku przy drodze oraz dwa polskie CKM-y wzór 30 browning, z 
których Niemcy ostrzeliwali natarcie. Z dużej, piętrowej willi, zamienionej na prawdziwą fortecę, 
Niemcy  ryglują  ogniem  CKM-ów  partery  domów  ciągnących  się  wzdłuż  ulicy,  przygniatając  do 
ziemi wszelki ruch nacierających. Niemcy mieli dużo czasu na umocnienie się, są tu gospodarzami 
już od kilku dni. Trwa ciężki bój, walczymy o poszczególne domy, każdy z nich Niemcy zamienili na 
umocnione  gniazda  oporu.  Do  rozbijania  domów  używamy  armatek  p-pancernych,  trzeba  też 
niszczyć  gniazda  ogniowe  rozmieszczone  na  dachach  i  strychach.  Idą  w  ruch  bagnety  i  granaty 
ręczne.  Tak  zdobywając  dom  po  domu  dochodzimy  do  połowy  wsi,  dalsze  natarcie  staje  się 
niemożliwe,  brakuje  sił  do  walki.  Uderzenie,  z  początku  pomyślne,  zatrzymane  zostaje  około 
południa  ostrzałem  z  punktów  oporu  doskonale  wstrzelanej  broni  maszynowej  oraz  ognia 
moździerzy i artylerii. To beznadziejna walka, widać że próba przebicia się przez Rzęsnę Ruską do 
Lwowa  nie  ma  szans  powodzenia,  a  pułk  uwikłany  w  walkach  między  zabudowaniami  będzie 
wykrwawiał się niepotrzebnie. 

Oba  walczące  bataliony  są  mocno  przerzedzone,  dowództwo  nad  nimi  jako  całością  obejmuje 

dowódca  II/39,  dowódca  I/39  odchodzi  do  dowództwa  pułku.  Oficer  operacyjny  pułku,  widząc 
beznadziejność  zdobywania  poszczególnych  domów,  zwraca  się  do  dowódcy  pułku  ze  śmiałym 
planem. Na naszym prawym skrzydle znajduje się duży budynek stacji filtrów wodnych, z którego 
dobrze widać całą wieś. Należy obsadzić budynek plutonem CKM-ów i z tego kierunku próbować 
obejść  Niemców,  zwłaszcza  że  stanowiska  ich  są  tam  słabo  obsadzone.  Dowódca  pułku  reaguje 
gwałtownie, postępuje tak zwykle, kiedy zdaje sobie sprawę, że nie ma racji. 

— Jest pan za młody, kapitanie, by uczyć, jak się wykonuje niewykonalne rozkazy! 
W południe dowódca dywizji rozkazuje rzucić na lewe skrzydło zbiorczy pułk ppłk. Ziętkiewicza 

na pomoc nacierającemu 39 Pułkowi. Natarcie jest prowadzone chaotycznie, wychodzi rozbieżnie na 
nakazany kierunek, natyka się na ogień zaporowy CKM-ów i zalega w terenie. Przez cały czas pułk 
jest silnie bombardowany  przez lotnictwo i  ostrzeliwany z broni  pokładowej.  39 Pułk  nie ma już 
żadnych odwodów, walka we wsi powoli ustaje. Teraz chodzi tylko o honor pułku, chce utrzymać się 
do wieczora. 

Nadchodzi rozkaz, by zorganizować grupy szturmowe do nocnego uderzenia, aby w ten sposób 

wyrzucić Niemców z Rzęsnej Ruskiej. Pod wieczór rozkaz ten zostaje odwołany. Oficerowie sztabu 
pułku zorganizowali dwie obsługi moździerzy i ze stanowisk za wzgórzem, z małej kwatery leśnej, 
wspierają walczących we wsi. Niemcy szybko wykrywają dokuczliwe gniazdo moździerzy i seriami 
pocisków ciężkich moździerzy rozbijają obie obsługi. 

We  wsi  nie  ustaje  zacięta  walka  o  domy.  Dowódca  2  kompanii  CKM-ów  porucznik  Marian 

Żurawski postanawia zdobyć willę, z której Niemcy uczynili fortecę, by otworzyć drogę do dalszego 
natarcia.  Dom  naprzeciw  zamienia  w  bazę  ogniową  pod  dowództwem  starszego  sierżanta  Kłęka, 
umieszczony na strychu CKM zadaje Niemcom poważne straty. Po przeciwnej stronie, w lasku przy 
drodze, drużyna CKM-ów pod dowództwem  plutonowego Edwarda Kaczmarka ogniem  bocznym 
odcina  Niemcom  ruch  do  tyłu.  Niemcy  nie  dają  nam  długo  czekać  na  odpowiedź,  rozpoczynają 
zmasowany ostrzał artylerii, strzela nawet artyleria ciężka. Artylerię uzupełnia lotnictwo, które po 
wyrzuceniu  bomb  powraca  i  z  niskiego  pułapu  kosi  z  broni  pokładowej.  Straty  są  duże,  ginie 
pogrzebany  w  gruzach  domu  sierżant  Kłęk,  a  z  nim  cała  obsada,  ciężko  ranny  zostaje  porucznik 
Żurawski oraz dowódca II/39 major Bieniek. 

W tym czasie kapitan Zygmunt Gronkowski, strzelec wyborowy pułku, który dołączył z rozbitych 

oddziałów  spod  Żółkwi,  obsadza  budynek  filtrów  wodnych  kilkoma  strzelcami  wyborowymi, 
uzupełniając  obsadę  czterema  ręcznymi  karabinami  maszynowymi.  Budynek  stacji  filtrów  jest 
opuszczony, pilnuje go samotny strażnik cywilny uzbrojony we francuski karabin. Kapitan ze swoją 
grupą  poważnie  szachuje  Niemców,  wszelki  ich  ruch  na  tym  odcinku  jest  likwidowany  przez 
strzelców  wyborowych.  Niemcy  są  bezsilni,  nie  mają  odwodów,  by  uderzyć,  ostrzeliwują  tylko 
budynek artylerią. Jednak pod wieczór budynek stacji filtrów stoi w płomieniach, artyleria niemiecka 

background image

zrobiła swoje. Ale i nasza nie strzela na darmo, po stronie niemieckiej już pali się kilka domów. W 
walkach tych brak jest granatników piechoty, zostały zniszczone w walkach pod Mołoszkowicami. 

Około  godziny  16  w  gajówce  Żorniska  dowódcy  zbierają  się  na  odprawę  u  generała 

Sosnkowskiego. Obecni są gerałowie: Kazimierz Łukoski, Jan Chmurowicz, dowódca 24 Dywizji, 
dowódcy  pułków  i  dowódca  artylerii,  brak  dowódcy  11  Dywizji  i  jego  dowódców  pułków.  Na 
początku  odprawy  dowódca  frontu  wyraża  generałowi  Chmurowiczowi  swoje  niezadowolenie  z 
powodu  złego  przygotowania  brony  Przemyśla.  Następnie  generał  podaje,  że  Naczelny  Wódz  w 
swoim spóźnionym rozkazie nakazał zbierać się wojskom na południu, na tak zwanym przedmościu 
rumuńskim, co w dzisiejszej sytuacji jest nie do wykonania. 

—  Armia  „Małopolska”  znajduje  się  w  okrążeniu  —  mówi  gen.  Sosnkowski.  —  Oddziały  są 

przemęczone  i  o  małych  stanach  bojowych.  11  Dywizja  przepadła  i  brak  o  niej  wszelkich 
wiadomości. 38 Dywizja Rezerwowa, rozproszona w czasie przebijania, zbiera się w rejonie Janowa. 
Nadeszła wiadomość o wkroczeniu do kraju wojsk radzieckich. 

Generał po rozważeniu sytuacji politycznej i wojskowej decyduje: 
— Dowódcy pułków mogą rozwiązać według swego uznania podległe im oddziały i z żołnierzy z 

tych okolic sformować oddziały partyzanckie, opierając się o lasy  na południe od Lwowa. Należy 
zniszczyć sprzęt ciężki i przedzierać się na Węgry. Trzeba próbować w poszczególnych oddziałach 
przebicia do Lwowa. Zwolnić żołnierzy niezdolnych do wysiłków lub wyrażających chęć udania się 
do domu. Pozostawić broń żołnierzom, którzy chcą ją zatrzymać. 

Generał kończy odprawę słowami: 
— Żołnierz, który nie poszedł do niewoli, przyda się jeszcze Polsce. 
Po skończonej odprawie generał żegna się ze wszystkimi obecnymi, a dowódcę 39 Pułku pyta, czy 

ma  w  swoim  pułku  oficera,  który  zna  te  strony  i  może  przeprowadzić  na  Węgry.  Niestety,  dwaj 
oficerowie, którzy nadawaliby się do tego, są ranni, jeden w nogę, a drugi w głowę. 

Po powrocie z narady dowódca pułku zarządza odprawę dowódców batalionów i kompanii celem 

podania  do  wiadomości  wytycznych  dowódcy  frontu.  Zebrani  sprzeciwiają  się  rozwiązaniu 
oddziałów,  uważają,  że  należy  jeszcze  poczekać.  Młodzi  dowódcy  kompanii  buntują  się  przed 
powzięciem  takiej  decyzji,  uważają  ją  za  sprzeczną  z  wpajanymi  strzelcom  zasadami  obowiązku 
walki do końca – a ta końcowa chwila jeszcze nie nadeszła, Mówią, że nie ma mowy o rozkładzie i 
demoralizacji  w  oddziałach,  strzelcy  mają  wolę  walczyć  z  Niemcami  do  końca.  Postanawiają  nie 
rozwiązywać  oddziałów,  a  walkę  z  Niemcami  prowadzić  dalej  niezależnie  od  rozwijających  się 
wypadków. 

Aby chorągiew pułkowa nie dostała się w ręce wroga, żołnierze postanawiają zakopać ją w rejonie 

leśniczówki. W tej smutnej ceremonii bierze udział oficer operacyjny pułku, kapitan Nanuaszwili, 
sierżant  Opielowski,  plutonowy  Babiarz  i  plutonowy  Szpytma.  Świadkiem  jest  proboszcz  parafii 
Kozice, który przybył, by spowiadać żołnierzy. 

Podpułkownik  Kaczała  oraz  kwatermistrz  kapitan  Tomaka  dzielą  na  oddziały  pieniądze 

znajdujące  się  w  kasie  pułku.  10 000  złotych  na  żądanie  dowódcy  zabiera  do  chlebaka  kapral  z 
drużyny dowódcy pułku, ma to być podręczna kasa dowódcy pułku. 

W tym ciężkim położeniu jest jasny promyk – odnalazł się nasz serdeczny druh, kapitan Szutt. 

Kapitan, po wycofaniu się z obrony Przemyśla, przywiózł ze sobą wóz załadowany konserwami oraz 
dwie skrzynki wina i przeznaczył to wszystko dla kolegów. Został teraz „markietanką”, odwiedzają 
go wszyscy, którzy chcą się pożywić. 

W  tym  czasie  Niemcy  wzmagają  ostrzał  artylerią  i  moździerzami,  a  lotnictwo  nasila  naloty. 

Niemcy chyba zdają sobie sprawę, że nie mamy nieograniczonych zapasów amunicji, bo ostrzał ze 
wszystkich broni będących w ich dyspozycji jest coraz mocniejszy. 

Grupa strzelców wyborowych flankująca Niemców ze stacji filtrów staje się bardzo dokuczliwa. 

Niemcy  rzucają  do  natarcia  na  wieżę  filtrów  zbiorczy  oddział  żołnierzy,  w  którym  rozpoznano 
dywersantów  i  nacjonalistów  ukraińskich  z  niebiesko-żółtymi  opaskami  na  rękawach.  Oddział, 
składający się z około 100 ludzi, wyposażony w ręczne pistolety maszynowe, nasi strzelcy wyborowi 
likwidują prawie w całości, dwóch żołnierzy niemieckich biorą do niewoli. Jeńcy na mundurach mają 
numerację i odznaki pułku z 1 Dywizji Górskiej. Zeznają, że domy w Rzęsnej Ruskiej obsadzają już 

background image

od  kilku  dni,  nie  mają  odwodów,  brakuje  żywności  i  amunicji.  Obu  jeńców  zamknięto  w 
pomieszczeniu stacji filtrów, a klucz wręczono uzbrojonemu strażnikowi. 

Z walki został wycofany I/39 majora Böhma z zadaniem zorganizowania na skraju lasu obrony, w 

środku  tej  obrony  trzy  armatki  p-pancerne  tworzą  redutę.  Wycofują  się  również  do  lasu  CKM-y, 
które  były  rozmieszczone  po  obu  stronach  drogi  Na  stanowiskach  tej  obrony  mają  swoje  punkty 
dowodzenia dowódca dywizji oraz dowódca pułku. W godzinach popołudniowych z prawej strony 
Rzęsnej  Ruskiej  wychodzi  10  czołgów  niemieckich,  za  nimi  piechota,  natarcie  czołgów  wspiera 
artyleria  i  lotnictwo.  Czołgi  jadą  na  polską  linię  obrony  bez  rozpoznania,  w  szyku  zwartym,  są 
dobrymi  celami  dla  obrony  p-pancernej.  Rozszczekały  się  CKM-y  i  armatki  p-pancerne,  z  lewej 
strony pada kilka strzałów z dwóch armat 75 mm stojących pod lasem, dwa czołgi trafione, jeden 
zaczyna się palić. Pozostałe czołgi zatrzymają się jakby zdziwione, że istnieje jeszcze jakaś obrona, w 
końcu  zawracają,  ścigają  je  zajadle  pociski  armatek  p-pancernych.  Pogromu  czołgów  dokonały 
działa  z  22  Pułku  Artylerii  Lekkiej  podporządkowane  majorowi  Tomaszewskiemu.  Zabrany  do 
niewoli  ranny  czołgista  zeznaje,  że  czołgi  pochodzą  z  15  Pułku  5  Dywizji  Pancernej  pospiesznie 
rzuconej na pomoc 1 Dywizji Górskiej. Po wycofaniu się czołgów walka ustaje, jest już ciemno. 

Przez cały dzień brak jest wszelkich wiadomości o sąsiedniej 11 Dywizji, natomiast wiadomo, że 

dwa  bataliony  z  38  Dywizji  Rezerwowej  i  batalion  Korpusu  Ochrony  Pogranicza  „Żytyń”  z 
powodzeniem powstrzymywały pod Janowem natarcia niemieckiej 7 Dywizji Piechoty. 

Około godziny 20 nadchodzą rozkazy do wycofania się z Rzęsnej Ruskiej i nocnego marszu do 

Brzuchowic. Walczące oddziały ściągają na miejsce zbiórki do godziny 22. Jedyna ocalała kuchnia 
polowa wydaje szczupłe racje żywnościowe. 

Około północy dowódcy frontu udaje się nawiązać styczność z dowódcą 11 Dywizji. Okazało się, 

że po ciężkich walkach dywizja przebiła się tego dnia o świcie przez Lelechówkę i przez cały dzień 
aż do wieczora w stanie rozproszenia i wyczerpania ściągała do Brzuchowic Na wspólnej naradzie 
ustalono, że dywizja, która mimo poniesionych strat przedstawia jeszcze poważną jednostkę bojową, 
będzie  zdolna  do  akcji  przebijania  się  do  Lwowa.  Wobec  zmienionej  sytuacji  dowódca  frontu 
odwołuje decyzję o rozwiązaniu  oddziałów i  zniszczeniu  sprzętu  ciężkiego.  Niestety,  artyleria 24 
Dywizji przestała już istnieć, a 39 Pułk też zniszczył swoje moździerze i 2 działony artylerii piechoty. 

Nasz  pułk  po  całodziennym  boju  o  Rzęsną  Ruską  i  po  odparciu  wieczornego  ataku  czołgów 

poniósł duże straty. Są zabici, wielu rannych, zniszczony został sprzęt. Ale pomimo to przedstawia 
jeszcze poważną jednostkę ogniową – posiada 20 CKM-ów, w tym 8 na taczankach, 5 działonów 
armatek  p-pancernych  z  zaprzęgami,  4  karabiny  p-pancerne  oraz  sporo  ręcznych  karabinów 
maszynowych. 

Po  krótkim  odpoczynku  kolumna  marszowa  rusza  około  północy  drogami  polnymi  do  lasów 

brzuchowickich.  Na  przodzie  pułku  jedzie  konno  ze  swoim  sztabem  dowódca  dywizji  pułkownik 
Schwarzenberg-Czerny.  Kolumna  przepycha  się  powoli  i  z  powodu  panujących  ciemności  coraz 
przystaje, by po chwili ruszyć dalej. 

 
 
 

19 września, wtorek 

Marsz przez lasy koło Brzuchowic 

Marsz nocny przez lasy do Brzuchowic jest ciężki, drogę przecinają jary, aby je przejść, trzeba 

przeprzęgać konie i wyciągnąć sprzęt na drugi brzeg. Niektóre jary musi się przekopywać i zarzucać 
gałęziami. Powoli jednak zbliżamy się do Brzuchowic. 

O mglistym świcie oddziały zatrzymują się na krótki odpoczynek. A na polanie w lesie pułkownik 

Schwarzenberg-Czerny  prowadzi  odprawę  z  dowódcami  oddziałów.  Dowódca  dywizji  podaje 
wiadomość, która słuchających razi jak grom: 

— W dniu wczorajszym nasz rząd a z nim Naczelny Wódz przeszli granicę do Rumunii. — Pod 

ciężarem tych słów chylą się nisko głowy zebranych. Nikt nie pojmuje, co się stało. 

— Jak to, Naczelny Wódz porzucił swoich żołnierzy na łaskę wroga, a sam bezpiecznie siedzi za 

granicą? A gdyby choć przemówił przez radio do broniących się oddziałów, aby do tych umęczonych 

background image

żołnierzy dotarły słowa otuchy! Może wtedy byłoby lżej się bronić, a może te słowa podniosłyby nas 
na duchu? — Niestety, Naczelny Wódz zawiódł swoich żołnierzy, zmarnował wojsko i pozostawił na 
łaskę i niełaskę wroga. A żołnierz chce walczyć dalej, pomimo że zdaje sobie sprawę z bliskiego 
końca. 

— My się nie poddajemy, będziemy walczyli dalej o honor żołnierski, bo tylko on nam jeszcze 

pozostał. A dowódców oddziałów proszę, aby pomówili o tym ze swoimi podwładnymi — mówi 
pułkownik.  —  Dowódca  frontu  podjął  decyzję  przebijania  się  do  Lwowa.  Natarcie  ma  ruszyć  w 
południe.  Natarcie  prowadzi  11  Dywizja  wzdłuż  drogi  Brzuchowice–Zamarstynów  dwoma 
batalionami po lewej i resztkami jednego batalionu po prawej stronie. W drugim rzucie za nacierającą 
11 Dywizją idą oddziały 24 Dywizji. Wprawdzie pierwsza z nich po walkach pod Lelechówką, a 
druga po walkach o Rzęsną Ruską przestały istnieć jako duże jednostki, jednak są to jeszcze grupy o 
sporej wartości bojowej. Osłonę od Janowa zapewniają dwa bataliony 38 Dywizji Rezerwowej oraz 
resztki baonu Korpusu Ochrony Pogranicza „Żytyń”, które w dniu wczorajszym odrzuciły natarcie, 
mimo że nie posiadały artylerii. 

Powoli  opada  mgła,  nie  zapomina  o  nas  lotnictwo  niemieckie.  Nad  głowami  maszerujących 

oddziałów  ukazują  się  pojedyncze  samoloty,  sieją  pociskami  z  broni  pokładowej  i  rzucają  małe 
bomby dające dużo drobnych odłamków. Wysokopienny las nie chroni przed lotnikiem, samoloty 
lecą tuż nad drzewami, tak że widać twarze pilotów. Kolumna idzie dalej bez zatrzymywania się, a z 
tyłu za nią rozlegają się krzyki i jęki rannych. 

Około  południa  pułk  dochodzi  do  Brzuchowic  i  zatrzymuje  się  na  postoju.  Ludność  wylega  z 

domów,  wita  wojsko  entuzjastycznie,  rozdaje  żywność,  owoce,  papierosy.  W  tym  krótkim  czasie 
gospodynie gotują obiady i karmią żołnierzy. 

Grupa  oficerów  sztabu  pułku  spożywa  obiad  w  restauracji  na  stacji  kolejowej.  Dawno  nie 

widziany obiad z dodatkiem kufelka piwa to coś nadzwyczajnego, a dymiące talerze ustawione na 
obrusach to dla nas wielka atrakcja. Już na sam widok wnoszonych przez kelnerów talerzy kurczą się 
z przejęcia żołnierskie żołądki, nic dziwnego, organizm odzwyczaił się od jedzenia. 

Dalsza trasa marszu prowadzi obok składnicy amunicyjnej w Hołosku. Składnicę obsadzają dwa 

bataliony marszowe z baterią haubic, wycofały się one z obrony nad Wereszycą. Składnica posiada 
umocnienia  polowe  i  jest  zabezpieczana  rzędami  drutów  kolczastych.  Oficer  operacyjny  pułku 
otrzymuje od komendanta składnicy zapewnienie, że magazyny są zdolne do wydania każdej ilości i 
wszelkiego rodzaju żądanej amunicji. 

Dowiedzieliśmy się właśnie, że Niemcy zajęli około południa gruzy Janowa, a dwa bataliony 38 

Dywizji Rezerwowej oraz zbiorczy batalion Korpusu Ochrony Pogranicza „Żytyń”, broniące do tego 
czasu Janowa, wycofały się do Brzuchowic. 

W południe na sanatorium rusza natarcie 11 Dywizji, ukazują się czołgi niemieckie, które silnym 

ogniem działek i broni maszynowej zatrzymują oddziały. Natarcie zalega w terenie. Następna próba 
natarcia, wsparta ostrzałem artylerii, załamuje się na przedpolu w ogniu zapory ryglowej CKM-ów 
spod  sanatorium  oraz  wkopanych  czołgów  strzelających  z  ukrycia.  W  tym  ciężkim  położeniu, 
dywizji brakuje CKM-ów i armatek p-pancernych do bezpośredniego wsparcia, nadchodzą z pomocą 
od strony Brzuchowic oddziały 24 Dywizji. Dowódca frontu rozkazuje też wysłać z 39 Pułku dwa 
działony  armatek  p-pancernych  z  obsługami  oraz  pluton  CKM-ów  na  taczankach,  by  wsparły 
walczących. 

Drugie natarcie resztek oddziałów 11 Dywizji załamuje się, do akcji wchodzą resztki 39 Pułku ze 

swoimi  jeszcze  licznymi  CKM-ami  i  trzema  armatkami  p-pancernymi,  w  składzie:  batalion 
marszowy  majora  Dyducha,  I/39  majora  Böhma  oraz  resztki  batalionu  155  Pułku  Rezerwowego. 
Oddziały te przedłużają obronę na prawym skrzydle dywizji, gdzie bronią się resztki batalionu 48 
Pułku  podpułkownika  Jerzego  Głowackiego,  oskrzydlanego  przez  Niemców  od  strony  Hołoska 
Małego.  W  odwodzie  idzie  zbiorczy  pułk  podpułkownika  Ziętkiewicza,  w  składzie:  I/17  oraz 
improwizowany  batalion  z  resztek  1  Pułku  Strzelców  Podhalańskich  i  resztek  1  Pułku  Korpusu 
Ochrony Pogranicza „Karpaty”. Pułk równocześnie ubezpiecza od Brzuchowic. 

39 Pułk po wejściu do akcji obsadza wyjście z lasów i krótkimi uderzaniami wyrzuca Niemców z 

przedpola, na którym mieli wysunięte placówki. Teren jest dogodny do obrony, ciągną się tu duże 

background image

obszary  ziemniaczane  przeplatane  plantacjami  kukurydzy  i  małymi  parcelami  leśnymi.  Oddziały 
uderzają na Niemców, znosząc po kolei kilka punktów oporu. Trwa zacięty bój, samorzutnie tworzą 
się niewielkie grupy, które ostro prą do przodu. Zagrożeni na tym odcinku Niemcy rzucają na pomoc 
czołgi. Natarcie, mające początkowo powodzenie, zatrzymuje się w ogniu broni maszynowej. Nie 
udaje  się  nam  opanować  pierwszych  domów  Hołoska  Małego.  Walki  ograniczają  się  teraz  do 
obustronnych  wypadów  wspieranych  ostrzałem  artylerii.  Wsparci  czołgami  Niemcy  bronią  się 
twardo  do  wieczora.  Ta  walka  to  duży  sukces  taktyczny,  nasze  uderzenia  przerwały  niemieckie 
natarcie i zmusiły Niemców do użycia czołgów na kierunku drugorzędnym. Niemcy, usiłując przebić 
się na tyły, rzucają czołgi na kierunku Brzuchowice, ale zmuszamy je do wycofania się. 

Kiedy  oddziały  czołowe  24  Dywizji  były  związane  walką  z  Niemcami,  pułk  zbiorczy 

podpułkownika Ziętkiewicza, stojący w odwodzie, został bez wiedzy dowódcy dywizji rozwiązany 
przez  swego  dowódcę.  Wysłany  przez  pułkownika  Schwarzenberg-Czernego  patrol  oficerski  z 
dwoma żandarmami miał doprowadzić do dywizji podpułkownika Ziętkiewicza, nie zastał tam już 
nikogo. Stwierdzono, że amunicja znajdująca się w skrzynkach została niedbale zakopana, a broń 
ręczną,  maszynową,  trzy  armatki  p-pancerne  oraz  kilka  wozów  pozostawiono  na  miejscu,  konie 
puszczono wolno. 

Na opuszczonym biwaku kręci się podporucznik z 17 Pułku, przy pomocy kilku żołnierzy zbiera 

pozostawioną broń. Podporucznik opowiada ze łzami w oczach, że kiedy Niemcy uderzyli na las, 
podpułkownik Ziętkiewicz przemówił do żołnierzy, a potem nakazał rozwiązać pułk, przebrał się w 
ubranie narciarskie i  poszedł  z małą garstką ludzi  w niewiadomym  kierunku. Grupa żołnierzy z 1 
Pułku Strzelców Podhalańskich odmówiła rozwiązania swego oddziału i dołączyła do 39 pułku, by 
walczyć dalej. Uzgodniono z podporucznikiem, że porzuconą broń należy zniszczyć, a po armatki 
p-pancerne przysłane zostaną konie. 

Niemcy  tymczasem  wdzierają  się  do  lasu  i  opanowują  opuszczony  biwak.  Zajmują  też  wozy 

amunicyjne  39  Pułku  stojące  w  pobliskim  wąwozie.  Razem  z  wozami  zagarniają  jedyną  kuchnię 
polową, jaka nam jeszcze pozostała. Zabierają prócz tego do niewoli grupę lekko rannych żołnierzy, a 
razem z nimi adiutanta pułku kapitana Stefana Żółtowskiego, wyczerpanego fizycznie i psychicznie. 
Po niedługim czasie nasi wyrzucają Niemców z lasu i odbijają armatki p-pancerne, Niemcom udaje 
się jednak uprowadzić jeńców i wozy amunicyjne. Brakującą amunicję dowozi się teraz biedkami ze 
składnicy amunicyjnej w Hołosku. 

Na lewym skrzydle frontu walki nie ustają, kolejne natarcie resztek oddziałów 11 Dywizji, które 

wyszło  około  godziny  16  wspierane  silnym  ogniem  artyleryjskim,  Niemcy  zatrzymują  zaporą 
ryglową  CKM-ów  spod  sanatorium,  huraganowym  ostrzałem  artylerii  oraz  ostrzałem  z  czołgów 
wkopanych  w  terenie.  Dowódca  frontu,  widząc  bezskuteczność  natarć  dziennych,  nakazuje 
przygotować uderzenie nocne. Do wsparcia uderzenia nocnego odchodzą z 24 Dywizji do dyspozycji 
dowódcy 11 Dywizji dwie kompanie złożone z ochotników. Każdej z nich przydzielono jeden CKM. 
Jedną dowodzi major Böhm, drugą major Dyduch. Nocne natarcie poprzedza dziesięciominutowa 
nawała całej artylerii, strzela także bateria haubic ze składnicy amunicyjnej, dowódca frontu zabronił 
ostrzeliwania sanatorium

*

Na  odcinku  obrony  39  Pułku  pod  Hołoskiem  Małym  zacięte  walki  trwają  do  wieczora,  w 

lokalnych  starciach  niskie  stany  walczących  oddziałów  wykruszają  się  zupełnie.  Pod  wieczór 
Niemcy  rzucają  do  natarcia  czołgi,  które  wychodzą  do  akcji  pojedynczo  z  podstawy  wyjściowej. 
Ostrzelane  przez  artylerię  i  broń  przeciwpancerną  zawracają,  zwłaszcza  że  zapada  zmrok.  Z 
ostrzelanych czołgów pozostaje jeden  – płonie, z włazu zsuwają się dwaj palący się czołgiści i  z 
krzykiem „Kameraden, zu Hilfe!” upadają na ziemię. 

Jest już całkiem ciemno, na przedpole wychodzą sanitariusze, by pozbierać rannych, oraz grupa z 

łopatami  do  grzebania  poległych.  Żołnierze  kopią  oddzielny  dół  dla  niemieckich  czołgistów.  Na 
                                            

*

 Do Lwowa zdołał się przebić batalion 49 Pułku. Niestety, dowódca 11 Dywizji nie wykorzystał tego sukcesu. Niemcy 

zdołali  zamknąć  lukę  i  dalsze  natarcie  utknęło.  Kompania  majora  Böhma,  która  nacierała  na  prawym  skrzydle, 
zatrzymana ogniem zaporowym CKM-ów spod sanatorium, wycofała się na stanowiska wyjściowe, w akcji tej został 
ranny ppor. Toth, dowódca plutonu. Załoga obrony Lwowa pomimo toczących się walk w odległości 2 km od miasta nie 
wyszła z pomocą przebijającym się oddziałom Armii „Małopolska”. 

background image

świeżo usypanej mogile składają jako symbol dwa urwane płaty gąsienicy czołgu. Przy grzebaniu 
zwłok panuje cisza, tylko od czasu do czasu słychać wybuchy pocisków ognia nękającego, to Niemcy 
zakłócają wieczny spoczynek poległych. 

 
 
 

20 września, środa 

Walki pod miejscowością Hołosko Małe 

I  oto  dwudziesty  dzień  naszych  walk  zastał  nas  pod  Lwowem.  Resztki  39  Pułku  ze  swoimi  8 

CKM-ami, 4 armatkami p-pancernymi, 3 karabinami p-pancernymi, z resztkami batalionu 155 Pułku 
Rezerwowego i resztkami batalionu 1 Pułku Strzelców Podhalańskich, razem w sile około 400 ludzi, 
od rana prowadzą walki o utrzymanie wschodnich wylotów brzuchowickich lasów. Na stanowiskach 
tych bronią się od wczoraj, zdołali porobić umocnienia polowe dla broni maszynowej i p-pancernej, a 
nawet niektóre drużyny wykopały rowy strzeleckie do profilu na stojącego. 

Niemcy, którzy w poprzednim dniu ponieśli duże straty w lasach brzuchowickich, unikają lasu, 

jak mogą. Nawet patrole nie zapuszczają się między drzewa. Niemcy lasy brzuchowickie nazwali 
„Der Wald des Todes”. Nadal jednak bronią się twardo na swoich stanowiskach w Hołosku, które jest 
ich  głównym  punktem  oporu  na  tym  odcinku.  Stanowiska  wroga  są  pod  stałym  ostrzałem  naszej 
artylerii, a od czasu do czasu zasypują je nawałami pocisków artylerii również ze stanowisk obrony 
Lwowa i składnicy amunicyjnej Hołosko. Wysunięci obserwatorzy tych baterii mają dobry wgląd na 
pozycje niemieckie, co pozwala na prowadzenie strzelania kierowanego. 

Wykorzystując panującą mgłę oraz wsparcie ognia artyleryjskiego walczący od Dunajca żołnierze 

znowu ruszają do natarcia. Ci przemęczeni, niewyspani, walący się z nóg żołnierze, którzy dobrze 
poznali  gorycz  ciągłego  odwrotu  i  swoją  niższość  wobec  zmotoryzowanego  nieprzyjaciela  oraz 
bezradność  wobec  masy  jego  samolotów,  ci  żołnierze  walczą  dalej!  Wiedzą  dobrze,  że  potęga 
przeciwnika tkwi nie w sile jego piechoty, lecz w sile jego uzbrojenia oraz w lotnictwie. 

Natarcie  rusza  z  impetem,  dochodzi  do  zabudowań  miejscowości  Hołosko  Małe  i  tu  zostaje 

zatrzymane.  Niemcy  zasypują  nacierających  oraz  ich  stanowiska  wyjściowe  ogniem  CKM-ów, 
moździerzy  i  dział  artylerii.  Wychodzi  przeciwuderzenie  niemieckie,  pomimo  mgły  wsparte 
czołgami. Niemcy napotykają zacięty opór naszej piechoty okopanej w małych parcelach leśnych i 
ziemniaczyskach.  Czołgi  co  prawda  szybko  przełamują  obronę  wysuniętych  punktów  oporu  i 
podchodzą do stanowisk obronnych pod lasem, ale tam trafiają na obronę nie do przejścia. Idąca za 
czołgami piechota zostaje wybita, a czołgi  zawracają i znikają w opadającej mgle. Walka na tym 
odcinku trwa przez cały  dzień. Niemcy wkopują czołgi, są one trudne do zwalczenia, zadają duże 
straty,  a  artyleria  niemiecka  swoimi  seriami  przeoruje  wszystko.  Po  załamaniu  się  natarcia 
niemieckiego walka ustaje, Niemcy myślą, że załamaliśmy się, nie rzucają, jak to zwykle czynią, 
lotnictwa, pomimo że mgły już nie ma. 

Podczas tej krótkiej przerwy w boju żołnierze zbierają rannych i umieszczają ich w leśniczówce, 

gdzie znajduje się polowy punkt opatrunkowy; ciężko rannych nie ma gdzie ewakuować. Niemcy 
wspieram kilkoma czołgami próbują jeszcze dwukrotnie małymi grupami opanować polskie punkty 
oporu rozmieszczone pod lasem, ale próby te okazują się bezskuteczne. Walki słabną, trwa jedynie 
pojedynek artylerii, w pewnych okresach nasila się, to znów ustaje. 

W godzinach popołudniowych przychodzi ze swoim sztabem generał Sosnkowski i do zmroku 

przebywa na stanowisku dowodzenia dowódcy pułku. Generał wie, że żołnierz, do którego przybył i 
któremu zaufał, nie odda nieprzyjacielowi stanowisk, na których znajduje się jego dowódca frontu. 

W  tym  czasie  rusza  następne  natarcie  niemieckie  wsparte  15  czołgami.  Czołgi  podchodzą  do 

poszczególnych  CKM-ów  i  armatek  p-pancernych.  Obsady  bronią  zacięcie  swoich  stanowisk, 
strzelają do końca. Ginie podporucznik rezerwy Alfred Sobel, czołg wgniótł CKM do ziemi z całą 
obsługą. Żołnierze giną pod gąsienicami czołgów. Z zagrożonych stanowisk poszczególni strzelcy 
odskakują pojedynczo do lasu – robi się zamieszanie. Wtedy między uciekających żołnierzy wpadają 
z pistoletami w ręku pułkownicy Franciszek Demel i Kazimierz Wiśniewski, obaj ze sztabu generała. 
Pułkownik Demel krzyczy: 

background image

— Kto będzie uciekać, temu strzelę w łeb! 
Na to odzywa się dowódca łączności: 
—  Panie  pułkowniku,  nie  potrzeba  strzelać  w  łeb,  tu  znajduje  się  żołnierz,  który  walczy  od 

Dunajca, ten żołnierz nie opuści swego generała. My będziemy strzelali nie w łeb, ale do niemieckich 
czołgów. Broni nam wystarczy. 

Generał Sosnkowski zwraca się do jednego z uciekających: 
— Synu, dlaczego opuszczasz stanowisko, na którym znajduje się twój generał? 
—  Panie  generale,  strzelec  Mazurek  melduje,  że  nie  uciekam,  biegnę  po  amunicję,  której  już 

brakuje. 

Generał  wyciąga  z  kieszeni  płaszcza  pięć  naboi  karabinowych  w  magazynku  i  podaje 

uciekającemu strzelcowi ze słowami: 

— Synu, wracaj na stanowisko i strzelaj dalej. 
Napięta sytuacja rozładowuje się sama, strzelcy na  stanowiskach otwierają skuteczny ogień do 

nadjeżdżających czołgów. Dwa zostały rozbite, a trzeci kręci się dookoła, ma urwaną gąsienicę. 

Na stanowisko  dowódcy łączności podchodzi  może siedemnastoletni chłopaczek w harcerskim 

mundurze.  Prosi  kapitana  o  kilka  naboi  do  karabinu  przeciwpancernego,  bo,  jak  mówi,  nie  mogą 
wykończyć czołgu z urwaną gąsienicą, nie mają już naboi. Jak się okazuje, jest to jeden z sześciu 
harcerzy, którzy uzbrojeni w karabinki kawaleryjskie i znaleziony karabin przeciwpancerny przeszli 
ze Lwowa między wojskami niemieckimi i zgłosili się do walczącego pułku. 

W  późnych  godzinach  popołudniowych  natarcie  niemieckie,  mimo  silnego  wsparcia  artylerii  i 

czołgów, zostaje odparte, a przed stanowiskami obrony stoją trzy rozbite czołgi. Pod wieczór, kiedy 
walki ustały, na przedpolu ukazuje się sześć ciężkich czołgów. Z chrzęstem żelaza i hukiem motorów 
przejeżdżają  wzdłuż  frontu  kierując  się  na  Zamarstynów.  Sytuacja  bojowa  na  naszym  lewym 
skrzydle staje się krytyczna – artyleria wspierająca natarcie resztek oddziałów 11 Dywizji Piechoty 
milknie, dwa bataliony 38 Dywizji Rezerwowej osłaniające od Brzuchowic wycofują się. Niemcy 
podchodzą pod stanowiska artylerii przy składnicy amunicyjnej Hołosko. Walka jednak trwa, załoga 
składnicy

*

 broni się dalej, stanowiska bojowe na tym odcinku są utrzymane. 

Pod wieczór położenie staje się beznadziejne, wiemy, że rząd opuścił już naród, a Naczelny Wódz 

wojsko.  Stany  bojowe  oddziałów  są  niskie,  walczą  nawet  ranni,  jednak  żołnierz  nadal  wykonuje 
rozkazy dowódców i spełnia swój żołnierski obowiązek. Żołnierz ten nie bije się już o zwycięstwo, 
ale walczy o honor swojego pułku. Wiemy, że jesteśmy okrążeni i nie przebijemy się do Lwowa, ale 
chcemy walczyć do końca. 

Niemcy wprowadzają do walki coraz więcej czołgów,  które silnym ostrzałem z działek i broni 

maszynowej zatrzymują wszelki ruch i broniących się przygniatają do ziemi. Walczące oddziały nie 
przedstawiają już większej siły bojowej, jednak duch oporu jest nieugięty, a żołnierz trwa do ostatka. 
Wszystkie  nasze  natarcia  w  tym  dniu  okazują  się  nieudane.  Dowódca  frontu  gen.  Sosnkowski 
postanawia,  by  na  odcinku  Hołosko  Małe  obejść  Niemców  od  wschodu.  Jest  nawet  przewodnik, 
który  podjął  się  przeprowadzić  oddziały  przez  teren  wolny  od  Niemców.  Przed  sformowaniem 
oddziałów na przebicie się pozostałą amunicję żołnierze zakopują w wąwozie. Niszczymy armatki 
p-pancerne, zbędne CKM-y, biedki, konie puszczamy wolno. Podano, że w wypadku niepowodzenia 
oddziały  są  rozwiązane  i  każdy  z  żołnierzy  może  stanowić  sam  o  swoim  losie.  Dla  zmylenia 
dywersantów puszczamy pogłoskę, że z oddziałami na przebicie idzie gen. Sosnkowski. 

Około  godziny  20  przystępujemy  na  tym  odcinku  do  ostatniej  próby  przebicia  się  24  Dywizji 

Piechoty  do  Lwowa  –  kompania  straży  przedniej  z  39  Pułku  liczy  około  stu  żołnierzy.  Szpicą 
dowodzi kapitan Czmyr, ze szpicą idzie przewodnik. Szpica posiada sześć RKM-ów i dwa CKM-y 
bez podstaw, wszyscy żołnierze maszerują z bagnetem na broni, broń nie ładowana. Za szpicą rusza 
reszta kompanii CKM-ów z karabinami bez podstaw, przy kompanii znajduje się dowódca pułku ze 
swoim sztabem oraz kapral niosący w chlebaku pozostałość kasy pułkowej. 

Za kompanią przednią idą dwie kompanie w sile około dwustu ludzi. Za nimi ustawiła się długa, 

niejednolita kolumna, złożona z żołnierzy wszystkich stopni, z bronią i bez broni, przeważnie tych, 

                                            

*

 Składnica amunicyjna Hołosko poddała się Niemcom 21 września we wczesnych godzinach rannych. 

background image

którzy  wypadli  z  walki.  Grupa  ta  nie  przedstawia  już  żadnej  wartości  bojowej,  to  zbieranina  z 
różnych oddziałów i rodzajów broni, a każdy kombinuje, jak ocalić własną skórę. W kolumnie tej 
znajdują  się  jacyś  pół-cywile,  pół-żołnierze  w  cywilnych  kapeluszach  i  marynarkach.  Chcą  za 
wszelką cenę dostać się do Lwowa. Być może, że są wśród nich dywersanci czy szpiedzy, ale nie ma 
już żadnej władzy, która by była zdolna to sprawdzić. 

Należy  przyznać,  że  choć  są  to  ostatnie  godziny  naszej  walki,  nie  ma  niezadowolenia  czy 

niesubordynacji  między  żołnierzami.  Niezadowoleni  odeszli  sami  po  walkach  pod  Birczą  i 
Husakowem.  Tu  pozostała  elita  żołnierska  otrzaskana  w  bojach,  tu  pozostał  żołnierz  twardy  i 
zdecydowany na wszystko. 

Noc  jest  ciemna  i  parna.  Zaraz  po  wyjściu  na  teren  otwarty  szpica  trafia  na  zwartą  obronę 

niemiecką.  Wybucha  nagła  strzelanina.  Szpica  wysuwa  się  do  przodu  i  traci  styczność  z  resztą 
oddziału.  Niemcy  używają  masowo  pocisków  świetlnych  i  rakiet,  strzelają  CKM-y  i  armatki 
okopanych czołgów, odzywa się artyleria. Teren jest tak jasno oświetlony, że widać jak daleko w tyle 
ciągnie  się  kolumna,  która  przy  pierwszych  strzałach  rzuca  się  na  boki  i  rozprasza  w  terenie. 
Zatrzymana  szpica  zaczyna  się  ostrzeliwać,  terkoczą  RKM-y  i  obydwa  CKM-y  bez  podstaw. 
Obejście  między  liniami  niemieckimi  nie  udało  się,  a  przewodnik,  który  naprowadził  szpicę  na 
obronę niemiecką, nagle zapadł się pod ziemię. Gdy padły pierwsze strzały, do dowódcy łączności 
podchodzi  podporucznik  S.

*

  Rozpina  płaszcz,  ma  na  sobie  niemiecki  mundur!  Wskazując  nań 

proponuje, że sam omówi z Niemcami poddanie się oddziałów. Jednak szybko milknie, gdyż zamiast 
odpowiedzi otrzymuje silny cios kolbą w głowę. 

Po jakimś czasie strzelanina powoli cichnie, robi się ciemno. Wtedy od strony Niemców słyszymy 

donośne wołanie: 

— Polacy, nie strzelajcie, wojna jest dla was przegrana. Przewrotna Anglia pchnęła was do wojny, 

byście  walczyli  za  międzynarodowe  interesy  Żydów  i  komunistów,  Polacy,  rzucajcie  broń  i 
przechodźcie do nas, dowódca armii zapewnia wam swobodny powrót do domów. 

W  odpowiedzi  w  kierunku  wrogów  sypią  się  z  naszej  strony  strzały.  Powoli  znowu  wszystko 

cichnie,  Niemcy  jeszcze  od  czasu  do  czasu  strzelają  rakietami  na  spadochronach  i  ostrzeliwują 
widoczne cele

**

. Część kompanii ze straży przedniej cofa się do wąwozu na stanowiska wyjściowe, 

uchodzi z terenu oświetlanego rakietami. W wąwozie zbiera się również reszta żołnierzy 39 Pułku. 
Następuje gorzka dla nas chwila rozwiązania pułku. Przy pożegnaniu dowódca mówi: 

— Chłopcy, nadeszła chwila, kiedy musimy spojrzeć sobie w oczy i znieść po żołniersku to, co 

jest nie do zniesienia. Żegnamy się, ale mówię wam „do widzenia”. My się nie poddajemy. Każdy od 
tej chwili może robić, co nakazuje mu sumienie i co uważa za stosowne. Żołnierze, dziękuję wam w 
imieniu służby. 

Chylą się żołnierskie głowy, każdego coś ściska za gardło. Dziwnym zrządzeniem losu 39 Pułk 

Piechoty Strzelców Lwowskich kończy swoje walki z Niemcami i rozwiązuje się u bram Lwowa na 
historycznych terenach walk z I wojny światowej. 

Zwolnieni żołnierze rozchodzą się grupkami, jedni ruszają do domów, niszcząc swoją broń na 

miejscu, inni odchodzą z bronią, jeszcze inni postanawiają przedzierać się na Węgry. Mała grupa, 
złożona  z  dowódcy  pułku,  dowódcy  pierwszego  batalionu,  oficera  operacyjnego  pułku,  dowódcy 
łączności, dowódcy kompanii CKM-ów na taczankach, 18 strzelców z dwoma RKM-ami i CKM-ami 
bez podstaw, postanawia przedzierać się do Lwowa

***

. Przed świtem rusza na północ i po godzinnym 

marszu zatrzymuje się w osiedlu, składającym się z kilku chałup. Domy są jakby wymarłe, wszystko 
pozamykane, nigdzie nie można się dostukać. Strzelcy trafiają w jednej z piwnic na wystraszonego 
chłopa, który odmawia noclegu w stodole, prowadzi do jakiegoś wąwozu zarośniętego krzakami. Za 
zapłatę  daje  słomę,  bańkę  mleka  i  bochen  czarnego  chleba.  Chłop  jest  nieufny,  ale  też  nie  budzi 
naszego  zaufania,  obiecuje  skoro  świt  przeprowadzić  nas  do  Lwowa  znanymi  sobie  przejściami. 
Dowiadujemy się od niego, że we Lwowie są wojska Armii Czerwonej. 

                                            

*

 Za współpracę z Niemcami został z wyroku AK zastrzelony w Jarosławiu. 

**

 Po północy Niemcy wycofali się z tego odcinka. 

***

 Żołnierze, którzy przeszli do Lwowa, w parku Stryjskim złożyli broń Armii Czerwonej. 

background image

Po zjedzeniu kawałka czarnego chleba i wypiciu łyku mleka zasypiamy zmęczeni na rozrzuconej 

mokrej słomie. Niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, pada rzęsisty deszcz. 

Niebo płacze i żegna ostatnich obrońców tej umęczonej ziemi. Leżymy pokotem na ziemi, nie 

zwracamy  uwagi  na  padający  deszcz,  utrudzeni,  okryci  płaszczami,  śpimy  snem  zmęczonych 
zwierząt. 

 
 
 

21–27 września 

Przebijanie się do Jarosławia 

Skoro  świt  budzi  nas  niedaleka  gwałtowna  strzelanina  dochodząca  od  strony 

północno-wschodniej, słychać CKM-y, pukają pojedyncze strzały, odzywa się artyleria. To zapewne 
jakieś oddziały przebijają się do Lwowa. Po nocnym deszczu, przemoknięci i zziębnięci, tulimy się 
do  siebie,  by  jak  najdłużej  zatrzymać  ciepło.  Krótkotrwały  sen  pokrzepił  nas  i  dał  odpoczynek. 
Pierwszy ranek po walkach witamy zgłodniali, ale silni na duchu – przeżyliśmy wojnę, uniknęliśmy 
niewoli, jesteśmy dalej czynni, uciekamy i wierzymy, że możemy się jeszcze przydać Polsce. 

Już  dzień,  a  gospodarz,  z  którym  umówiliśmy  się  wieczorem,  nie  przychodzi.  Obawiając  się 

zdrady, podzieleni na trzy grupy, przedzieramy się do niedalekiego lasu koło Brzuchowic. Po drodze 
spotykamy  dwóch  chłopów  ukrytych  w  łanie  kukurydzy.  Mają  ze  sobą  dwa  worki  naładowane 
trzewikami  żołnierskimi.  Są  to  ludzie-hieny  żerujący  na  polu  walki,  grabią  i  ogołacają  trupy, 
napełniają kieszenie obrączkami zdjętymi z palców poległych. 

W lasach koło Brzuchowic zatrzymujemy się na naradę. Co robić dalej? Przebijanie się do Lwowa 

odpadło, pozostaje albo przedzierać się na Węgry, albo iść do Lubaczowa, gdzie był garnizon I/39. 
Przeważył pogląd dowódcy łączności: 

— Jeżeli mój głos ma zadecydować, to lepiej, żebyśmy poszli do Lubaczowa, gdzie otrzymamy 

pomoc. Tam postanowimy, co robić dalej. Wolę — mówił dalej — być w swoim kraju w najgorszym 
położeniu, niż być ubogim i uciążliwym krewnym na łaskawym garnuszku u bratanków Węgrów. 

Postanawiamy, by na zapleczu wojsk niemieckich przedzierać się do Lubaczowa, tym bardziej że 

większość strzelców idących z nami pochodzi z tamtych stron i obiecuje pomóc na miejscu. 

Idąc ciągle lasem grupa nasza przychodzi do gajówki, gdzie jeszcze wczoraj przebywał generał 

Sosnkowski.  Szopy  gajówki  i  dziedziniec  są  zawalone  rannymi,  przy  których  kręci  się  lekarz  z 
sanitariuszami. W pokoju zajmowanym przez generała została jego waliza, płaszcz i szabla, na stole 
leży  generalska  rogatywka.  Leśniczego  nie  ma,  poszedł  z  generałem,  by  wskazać  mu  drogę  na 
Węgry. 

Syn  leśniczego,  młody  wyrostek,  odprowadza  nas  pospiesznie  w  głąb  lasu  do  budy  drwali, 

siedzimy  tu  aż  do  wieczora.  W  południe  leśniczyna  przyniosła  suty  obiad.  Pod  wieczór  syn 
leśniczego  wyprowadza  nas  na  dukt  leśny  i  objaśnia,  jak  orientować  się  w  terenie.  Ruszamy  ku 
swemu przeznaczeniu. Po drodze dołączył do nas major z 53 Pułku Piechoty, ma przy sobie pistolet, 
menażkę i koc, 

Około  południa  dnia  następnego  osiągamy  północne  wyjście  lasów  brzuchowickich.  Na 

skrzyżowaniu leśnych dróg zatrzymuje nas ośmioosobowa grupa uzbrojonych chłopów, z których 
dwu ma na rękawie niebiesko-żółte opaski. Zaskoczenie jest obustronne. Uzbrojeni chłopi są bardzo 
ugodowi, widzą, że przewyższamy ich liczbą i uzbrojeniem. Przywódca, który podaje się za sołtysa, 
mówi,  że  Niemcy  nakazali  wyłapywać  uzbrojonych  żołnierzy,  za  udzielanie  pomocy  grożą 
rozstrzelaniem  zakładników,  których  zabrali  ze  wsi.  Przywódca  prosi  o  oddanie  broni,  zapewnia 
poszanowanie, chce odprowadzić nas do oddziału niemieckiego kwaterującego  we wsi.  Dowódca 
łączności wypytuje sołtysa o nazwę wsi, rodzaj kwaterującego tam wojska oraz o najkrótszą drogę do 
Lwowa. Po otrzymaniu tych wiadomości prosi chłopów o złożenie broni. Czynią to z dużym oporem, 
pod grozą wycelowanego CKM-u. Potem puszczamy chłopów wolno. 

Ledwo chłopi odeszli, a z zarośli wyłania się major z 53 Pułku, który przy spotkaniu z chłopami 

znikł.  Patrzymy  na  niego  zdumieni,  zerwał  naramienniki  z  płaszcza,  jest  bez  pasa  i  pistoletu, 
zatrzymał jednak menażkę i koc, przygotował się w ten sposób do pójścia w niewolę. Strzelcy głośno 

background image

wyrażają swoją dezaprobatę, oficer w lot pojmuje, że nie znajdzie w nas przyjaciół, jako człowiek 
honoru odchodzi samotnie. 

My też znikamy szybko, by oddalić się jak najdalej  od tego miejsca.  Idziemy wyżyną pokrytą 

łanami  kukurydzy  i  kwaterami  leśnymi.  Pod  wieczór  wchodzimy  do  lasów  ciągnących  się  aż  do 
Lubaczowa.  Zatrzymujemy  się  tu  na  noc.  Dokucza  głód,  suchary  żujemy  powoli,  aby  jeść  jak 
najdłużej i tak oszukać żołądek, pragnienie gasimy wodą z leśnego strumyka. 

Spotkanie  z  uzbrojonymi  chłopami  daje  nam  do  myślenia.  Wszyscy  wiemy,  że  będziemy 

przechodzić przez tereny zamieszkane przez Ukraińców, którzy, jak pokazało  pierwsze spotkanie, 
współpracują z Niemcami. Po naradzie postanawiamy się rozdzielić. Część pójdzie w swoje rodzinne 
strony do Lubaczowa pod opieką starszego sierżanta Mańkowskiego, który mieszka i ma rodzinę w 
Lubaczowie.  Strzelcy  zabierają  broń  ze  sobą,  dwa  CKM-y  bez  podstaw  rozbierają  na  części  i 
rozrzucają  w  lesie.  Następuje  smutne  pożegnanie,  odchodzi  ostatnia  część  rozwiązanego  pułku. 
Reszta, składająca się z siedmiu osób, rusza do Jarosławia. 

Pod  wieczór  przechodzimy  przez  otwarty  teren.  Nagle  nasza  grupa  zostaje  ostrzelana  dalekim 

ogniem z karabinu maszynowego z wioski położonej na dole. Kapitan Nanuaszwili dostaje postrzał w 
kolano. Wpadamy biegiem do lasu, jak najdalej od niebezpiecznego miejsca. Kontuzjowany kapitan 
utyka, nie może iść, trzeba go podtrzymywać. Następnego dnia jest niezdolny do marszu, gorączkuje, 
spuchnięta noga nie pozwala zrobić jednego kroku dalej. Kapitan zdaje sobie dobrze sprawę ze swego 
stanu zdrowia i nie chcąc być ciężarem dla zdrowych, decyduje się wrócić do wioski i oddać się do 
niewoli niemieckiej. Przykre jest pożegnanie z człowiekiem, z którym się przeżyło tyle ciężkich dni 
wojny, tyle wspólnych trudów. Nanuaszwili ze łzami w oczach oddaje swój pistolet i dwa granaty 
ręczne: 

— Wam może się przydać — mówi smutnym głosem. 
Na  pożegnanie  ściskamy  dłoń  przyjaciela,  nasz  druh  odchodzi...  Widzimy  tylko,  jak  sięga  do 

kieszeni po chusteczkę, zbliża ją do oczu. Patrzymy ze smutkiem za kusztykającym towarzyszem 
broni

*

Od  tego  miejsca  rozpoczynamy  wędrówkę  przez  las.  Idziemy  cały  dzień  bez  odpoczynku  na 

północ i dalej wzdłuż rzeki Szkło. Postanawiamy teraz iść nocami na przełaj, omijając osiedla i drogi. 
Mijają  dnie  i  noce  podobne  do  siebie,  w  dzień  odpoczywamy,  w  nocy  maszerujemy.  Naszym 
pożywieniem są suchary, które zagryzamy rzepą zbieraną na polach, ziemia zgrzyta nam w zębach. 
Czasem mamy możność rozpalenia małego ogniska, na którym pieczemy pałki kukurydzy. 

W lasach w rejonie Jaworowa pomyliliśmy kierunek drogi, nie pomaga wiele posiadana busola i 

mapa. Potrzebujemy pomocy. Jest około godziny 22, niedaleko od lasu widać samotną chałupinę, z 
małego okienka przebija słabe światełko. Po długim pukaniu otwiera drzwi jakiś wyrostek. W izbie 
oświetlonej  łojówką  wetkniętą  w  przecięty  ziemniak  leży  na  ławie  trup  siwowłosego,  brodatego 
starca, na przypiecku siedzi starucha i głośno odmawia różaniec. 

Baba  nie  jest  rozmowna,  w  jej  zachowaniu  wyczuwa  się  niechęć.  Na  pytania,  czy  ma  coś  do 

zjedzenia,  nie  odpowiada  i  dalej  klepie  pacierze.  Dopiero  na  widok  leżącego  na  stole  srebrnego 
dziesiątaka uśmiecha się i rusza z przypiecka. Przynosi szybko gliniany gar mleka oraz bochenek 
czarnego  chleba.  Proponuje  nawet,  że  zagrzeje  mleko.  Już  zaczęła  dmuchać  w  spopielały  żar  na 
kominie, rzucając kose spojrzenie na stół, gdzie leży srebrna dziesiątka. Pytana o drogę, niewiele 
umie powiedzieć. Mówi, że nie ma głowy do takich rzeczy, woła wnuka. Ten plącze się i nie można 
dowiedzieć się od niego nic konkretnego. Powiada, że jak idzie, to wie którędy, ale tak z głowy, to nie 
poradzi. Proponujemy, by za opłatą wyprowadził nas na właściwy kierunek. Babka nie pozwala, a 
wnuk też nie ma ochoty, zabieramy  go siłą. Po  przejściu może kilometra spostrzegamy nagle, że 
idziemy  bez  przewodnika.  Kiedy  i  gdzie  prysnął,  nie  można  się  zorientować,  zwłaszcza  że  noc 
ciemna, a my, zmęczeni, zasypialiśmy w marszu. 

Postanawiamy zanocować w lesie i za dnia zorientować się w dalszym kierunku marszu. 
Czwartej nocy naszej wędrówki, omijając Krakowiec od południa, natykamy się na mały oddział 

naszej kawalerii kwaterujący w folwarku. Oddział kwateruje bez ubezpieczenia, zmęczeni ułani śpią 

                                            

*

 Kpt. Nanuaszwili zbiegł z niewoli, walczył później w II Korpusie Polskim we Włoszech. 

background image

obok swoich koni,  które zmęczone  tak samo  jak ich jeźdźcy, wyjadają ze żłobów resztki obroku. 
Prowadzący oddział porucznik mówi, że przebijają się na Węgry, i jest bardzo zaskoczony naszym 
postanowieniem marszu do Jarosławia. Podpułkownik Kaczała tonuje: 

— Poruczniku, Polska potrzebuje nas w kraju, a nie za granicą. 
W dalszym  marszu w rejonie Wysocko wchodzimy domu  stojącego na uboczu nad Sanem. W 

izbie oświetlonej małą lampką naftową na półce pod oknem leży rytualny ubiór modlitewny. Przy 
stole założonym księgami siedzi samotny stary Żyd o wyglądzie biblijnego patriarchy, ma długą siwą 
brodę i czarną myckę na głowie. Czyta grubą księgę drukowaną hebrajskimi literami. Żyd cieszy się ż 
naszego przybycia. Mówi, że jest zapisane w księgach proroctwo: kiedy żołnierze polscy przekroczą 
San,  Polska  będzie  znowu  wolna.  Nie  rozumiemy  tego  proroctwa,  ale  chętnie  zabieramy  się  do 
jedzenia  ofiarowanego  przez  gościnnego  gospodarza.  Dostajemy  dawno  nie  widziane  specjały, 
jajecznicę,  bułkę,  masło,  herbatę.  Gospodarz  nasz  w  obawie  przed  Niemcami  wysłał  całą  swoją 
rodzinę do Lwowa, wierzy w niepowodzenie wojenne Niemców, mówi: 

— Hitler jest meszuge i musi sczeznąć. 
Żegnamy gościnnego gospodarza, choć zaprasza, by przenocować, twierdzi, że będziemy u niego 

bezpieczni.  Pytamy,  czy  nie  boi  się  Niemców,  którzy  przyjdą  wkrótce  i  do  tego  zakątka  kraju 
zabitego deskami. Stary Żyd uśmiecha się smutno i kiwa głową: 

— Raz się tylko umiera, a najlepiej na własnych śmieciach. 
26 września w nocy zatrzymujemy się nad Sanem naprzeciw rzeźni miejskiej w Jarosławiu, by 

przeprawić się na przedmieście Górnoleżajskie, gdzie podporucznik Skawiński ma rodzinę. Jest nas 
sześciu,  czterech  oficerów  i  dwóch  strzelców.  Co  robić  dalej?  Podpułkownik  Szymański  po 
rozwiązaniu  pułku  jest wyczerpany,  milczy.  Tylko  jego  nieruchome  oczy  wpatrzone  w  nas  jakby 
mówią:  „My  z  Kaczałą  jesteśmy  już  starzy,  wy,  młodzi,  działajcie  dalej”.  To  nam  wystarcza. 
Podporucznik Skawiński i ja podejmujemy krótką żołnierską decyzję. Przepłyniemy San. Nic nie jest 
w  stanie  nas  powstrzymać.  Jesteśmy  młodzi  i  pewni  siebie,  choć  zdajemy  sobie  sprawę,  że 
przeprawiając się na drugi brzeg Sanu w mundurach i uzbrojeni igramy ze śmiercią. 

Po północy jakimś porzuconym starym czółnem przepływamy na lewy brzeg. Przedostanie się do 

miasta  jest  trudne,  ulice  są  zawalone  parkującymi  samochodami,  artylerią.  Krążą  patrole,  na 
skrzyżowaniach  palą  się  ogniska,  przy  których  siedzą  z  bronią  w  ręku  żołnierze  niemieccy,  w 
dodatku ulice są oświetlone. Zaułkami, krok za krokiem, przez ogrody udaje się nam dojść do domu 
podporucznika Skawińskiego. Za Sanem w stodole u znajomego gospodarza pozostali podpułkownik 
Szymański, podpułkownik Kaczała oraz dwaj strzelcy, oczekują naszej pomocy. 

Na polach bitew września pokonała nas przewaga silnego i nowocześnie uzbrojonego przeciwnika 

– nie oznacza to jednak przegranej wojny. Wojna w Polsce dla Niemców dopiero się zaczęła.