background image

 

 

Barbara Krzysztoń 

 
 
 

Człowiek w czarnym 

kapeluszu 

 

 

background image

 

 

C

ZWARTEK 

 

20

 WRZEŚNIA

 

 
Autobus zatrzymał się na małym rynku, wybrukowanym kocimi łbami. Irena wysiadła, z 

ulgą wciągając w płuca świeże powietrze. Niezdecydowana stała przez chwilę na krawężniku 
i rozglądała się z pewnym zdziwieniem.  „Więc to jest Miastko? Mój Boże. Rzeczywiście na 
miasteczko to trochę za małe, a na wieś za duże… Po prostu Miastko” — pomyślała i jeszcze 
raz powiodła wzrokiem dookoła. 

Z  trzech  stron  małego  rynku  stały  odrapane  domki,  przeważnie  parterowe.  Jeden  bok 

niewielkiego  kwadratu  zajmował  kościół  otoczony  murem,  za  którym  kołysały  się  w 
jesiennym  wietrze  kolorowe  drzewa.  Dwie,  nie,  raczej  trzy  jednopiętrowe  kamienice  robiły 
bardzo  dostojne  i  „urzędowe”  wrażenie.  Milicja.  Ośrodek  zdrowia  i  co  jeszcze?  Tuż  koło 
przystanku autobusowego mieściła się gospoda… 

Irena  podeszła  do  pierwszej  napotkanej  kobiety,  która  przyglądała  jej  się  bez 

najmniejszego skrępowania. 

— Przepraszam panią, jak mogę dostać się do Bylic? 
— Do Bylic? — powtórzyła niespiesznie. — Autobusem albo piechotą. 
— Czy to daleko? 
— Nie. Bardzo blisko. Jak pani dobrze wyciągnie nogi, za dwadzieścia minut będzie pani 

na miejscu. A kogo pani szuka? 

— Dziękuję… 
Po  przestudiowaniu  rozkładu  jazdy  autobusów  PKS  i  spojrzeniu  na  zegarek,  który 

wskazywał piętnastą dwadzieścia, Irena zdecydowała się iść pieszo. Na szczęście pogoda była 
nie najgorsza. Wrześniowe, blade słońce wyłaniało się co chwila spoza chmur, a wiatr osuszał 
kałuże po wczorajszym deszczu. 

Szła  poboczem  szosy,  usiłując  nie  utonąć  w  błocie.  Puste,  uprzątnięte  pola  pachniały 

jesienią.  Minęła  z  rzadka  rozsiane  domki,  potem  niewielki  zagajnik  i  już  ujrzała,  położoną 
nieco  w  dole,  wieś  ciągnącą  się  wzdłuż  szosy.  Oczywiście,  kiedy  znalazła  się  koło 
najbliższych  domów,  okazało  się,  że  „chociaż  dobrze  wyciągała  nogi”,  szła  z  Miastka 
czterdzieści pięć, a nie dwadzieścia minut. 

Zaczepiła jakiegoś chłopca taplającego się w kałuży: 
— Powiedz mi, gdzie tu mieszka pan Bargieł. 
Chłopiec patrzył na nią z takim zdziwieniem, jakby spadła z księżyca. 
— Bargieł? 
— Przecież mieszka tutaj, w Bylicach — zaczęła się trochę denerwować. 
Na szczęście jej rozmową z wyrostkiem zainteresowała się jakaś kobieta, objuczona siatką 

pełną chleba. 

— Kogo pani szuka? 
— Pana Bargieła. 
— A… chodzi pani o „Królikarza”? Niech pani idzie prosto aż do geesu, a potem skręci w 

prawo. Na końcu ulicy, trochę  na osobności,  stoi dom  „Królikarza”. Taki  stary, czarny. Na 
pewno pani trafi. To bardzo blisko. 

Rzeczywiście  stał  „trochę  na  osobności”.  Wyglądał,  jakby  miał  się  za  chwilę  zawalić. 

Kiedyś mógł to być nawet całkiem ładny dom w niewielkim zielonym ogródku, ale musiało to 
być bardzo dawno. Furtka w połamanym ogrodzeniu wisiała na jednym zawiasie i oczywiście 
w  ogóle  nie  spełniała  swojej  funkcji.  Kilka  cegieł  rzuconych  w  błoto  pozwalało  jako  tako 
dobrnąć do drzwi. 

Irena  weszła  po  trzech  zbutwiałych  stopniach  na  niewielki,  zarzucony  jakimiś  gratami 

ganek. Zapukała, szarpnęła klamkę i znowu zapukała, ale w domu panowała nieprzenikniona 
cisza.  Zaczęła  walić  pięścią  w  odrapane  drzwi,  potem  spróbowała  zajrzeć  przez  bardzo 

background image

 

 

brudne  okno  do  wnętrza.  To  była  chyba  sień.  Ciemna  i  zagracona.  Bez  śladu  czyjejś 
obecności. 

Obeszła dom dookoła. Od tyłu okna  były zabite  deskami. Po podwórzu poniewierały  się 

jakieś  stare  naczynia,  resztki  słomy  i  Bóg  wie  co  jeszcze.  Wróciła  do  drzwi  frontowych  i 
znowu zaczęła się dobijać. Wreszcie zrezygnowała. Brnąc przez błoto, wyszła na ulicę. 

W  podwórku  sąsiedniego  domu  jakaś  stara  kobieta  mieszała  w  cebrzyku  otręby  z 

ziemniakami. Spojrzała na Irenę niechętnie. 

— Bargieł?… O, tam mieszka — wskazała ręką w kierunku czarnej rudery. 
— Tak, wiem. Ale nikt nie otwiera drzwi. 
—  No  to  chyba  wyjechał.  Jego  często  nie  ma  w  domu.  Ale  na  pewno  wróci.  Jutro  jest 

dzień targowy w Miastku. On tam zawsze jest. 

— Kiedy może wrócić? W nocy? 
— A kto go tam wie… Może w nocy, może rano. Ja go tam nie pilnuję. 
— Gdzie tu można przenocować? 
— Przenocować? A nie wiem, nie wiem. Niech się pani popyta. Może kto przyjmie na noc. 

— Znowu przyjrzała się Irenie nieufnie. 

— Ja przecież nie za darmo… Zapłacę… 
— Może pani coś znajdzie. Ale prędzej w Miastku. W rynku mieszka Jajowa. Ona czasem 

przyjmuje „służbowych” na noc. 

Irena podziękowała za radę i zupełnie zgnębiona poszła w stronę szosy. Tym razem miała 

więcej  szczęścia.  Gdy  dochodziła  do  przystanku,  właśnie  nadjechał  zachlapany  błotem 
autobus. 

W  Miastku  oczywiście  nie  było  hotelu.  Ktoś  jej  znowu  poradził  panią  Jajową.  Była  to 

chuda,  ruchliwa  staruszka,  niesłychanie  gadatliwa  i  troskliwa.  Natychmiast  zagrzała  Irenie 
wody  do  mycia,  przygotowała  spanie  na  wąskiej  kanapce  w  małym  pokoiku  załadowanym 
meblami,  ozdobami  i  obrazami,  od  widoku  których  dostaje  się  natychmiast  gęsiej  skórki,  i 
absolutnie nie chciała się zgodzić, żeby Irena poszła na kolację do gospody. 

— Dopłaci mi pani kilka złotych i zje w domu! Nie będzie pani chodziła między pijaków. 
Usmażyła jajecznicę i postawiła przed Ireną słabą herbatę. Sama usiadła naprzeciw gościa i 

pobrzękując łyżeczką w szklance, piła powoli coś, co nazwała „herbatką”. 

— Pani jest z Krakowa? — zagadnęła ostrożnie. 
— Tak. Z Krakowa. 
— Przyjechała pani do nas służbowo? 
—  Nie.  To  znaczy  tak.  Byłam  służbowo  w  Tarnowie,  a  skoro  już  znalazłam  się  w  tej 

okolicy,  wstąpiłam  i  do  Miastka,  bo…  obiecałam  koleżance,  że  w  Bylicach  załatwię  jej 
pewną sprawę… ale zupełnie prywatną… 

— No i co? Załatwiła pani? 
— Niestety, nie zastałam tej osoby. Może pani go zna — ożywiła się nagle — chodzi mi o 

pana Bargieła. 

— Bargieł, Bargieł?… Ach, oczywiście! Mówi pani o „Królikarzu”?! 
— Dlaczego tak go wszyscy nazywają? 
— Nie wie pani? 
— Nie znam go. Koleżanka prosiła, żeby mu doręczyć list, podała mi jego adres… Nic o 

nim nie wiem. 

— Nie mogła posłać pocztą? Dla jednego listu musi się pani tak męczyć? 
Irena wzruszyła ramionami. 
— Miał mi dać od razu odpowiedz. To moja bardzo dobra koleżanka z biura. Skoro mnie 

prosiła…  Nie  wiem,  dlaczego  zależało  jej  na  tym,  żeby  list  doręczyć  osobiście.  Ale  nie 
powiedziała mi pani, dlaczego Bargieła nazywają „Królikarzem”. 

background image

 

 

—  Bo  on  handluje  króliczymi  skórkami.  Odkąd  go  pamiętam,  zawsze  przyjeżdża  do 

Miastka w dzień targowy. Zawsze stoi w tym samym miejscu i skupuje skórki królicze. 

— Co pani powie… 
— Dlaczego to panią tak dziwi? 
—  Nie,  dlaczego…  Tylko  zastanawiam  się,  co  moja  koleżanka  może  mieć  wspólnego  z 

jakimś „Królikarzem”. 

Pani Jajowa roześmiała się. 
— A wie pani, że to samo pomyślałam o pani, kiedy pani o nim wspomniała? Niech się 

pani nie gniewa, ale taka elegancka kobieta… 

— A jak on wygląda, ten… Bargieł? 
— Stare, wstrętne dziadzisko. Wysoki, raczej tęgi, trochę siwy i ma okropną gębę. Pijanica 

i  tyle.  Chodzi  ubrany  jak  ostatni  oberwaniec,  ale  ludzie  różnie  o  nim  mówią.  Ja  w  to  nie 
wierzę, ale niektórzy twierdzą, że on ma forsy jak lodu. 

— Dorobił się na tych skórkach? 
— Proszę pani! Kto by się na czymś takim dorobił? Podobno tymi skórkami handluje tylko 

tak, dla  niepoznaki. Ma  głowę do interesów dziad cholerny.  Wie pani, tu sprzeda, tam kupi. 
Zresztą  może  to  tylko  plotki.  Ludzie  Bóg  wie  co  potrafią  wymyślić.  Dolać  pani  trochę 
wiśniówki do herbatki?  — Mimo gorących protestów Ireny wyciągnęła z kredensu karafkę. 
— Odrobinkę. Dobrze pani zrobi.  Wygląda pani  na zmęczoną.  — Sobie również  nalała.  — 
Niech  mi  pani  powie  —  zaczęła  ostrożnie  —  czy  ta  pani  koleżanka  nie  nazywa  się  Ala 
Źrebko? 

— Nie. 
— A może wyszła za mąż i zmieniła nazwisko? 
— Nie, ona jest niezamężna. 
— I nie nazywa się Ala? 
— Nie. Ale dlaczego pani pyta? Kto to jest Ala Źrebko? 
— Tak mi przyszło do głowy. To taka jedna dziewczyna z Bylic. Dwa lata temu wyjechała 

do Krakowa. Jedni mówią, że do Krakowa, inni że do Zielonej Góry. Kto ją tam wie… 

— Czy to jest jakaś krewna „Królikarza”? 
— Nie, skąd… Tak sobie pomyślałam… że to może ona przypadkiem panią przysłała. 
Pani Jajowa zabawiała Irenę jeszcze przez godzinę rozmową o Miastku, o sobie, o swoim 

mężu,  który  „pracował  na  kolei”.  To  właśnie  on  zaczął  jej  przysyłać  na  noc  delegacyjnych 
gości. I tak już zostało. 

—  Rentę  po  starym  mam  niedużą  i  te  kilka  złotych  od  czasu  do  czasu  bardzo  mi  się 

przydaje. Nieczęsto ktoś do nas przyjeżdża. Ale dobre i to. 

Irenę zaczęła ogarniać coraz większa senność. Herbatka wzmocniona domową wiśniówką 

zrobiła swoje. 

 

*

 

*

 

 
Na drugi dzień obudziła się o ósmej rano. Pani Jajowa krzątała się po kuchni. Okazało się, 

że zdążyła już oblecieć cały rynek i spenetrować teren. 

— Starego jeszcze nie ma. Może pani spokojnie zjeść śniadanie. 
— Może nie przyjedzie? — zaniepokoiła się Irena. 
—  Przyjedzie.  On  pilnuje  swojego  interesu.  Łatwo  go  znajdzie.  Stoi  ze  swoim  kramem 

zawsze w tym samym miejscu, tuż koło bednarza. Z daleka zobaczy  pani beczki do kiszenia 
kapusty. Ale niech pani je spokojnie, jeszcze go nie ma. 

Nie  było  go  również  o  dwunastej  w  południe.  Irena  obeszła  już  kilkakrotnie  cały  targ, 

zaglądając trochę z nudów, a trochę z ciekawości do każdego koszyka, do każdej furmanki, i 
znowu wróciła w to samo miejsce. 

background image

 

 

— Tego pana jeszcze nie ma? — zapytała mężczyznę, który ładował beczki na furmankę. 
— Jakiego pana? 
— No… pana Bargieła. 
— Nie było go dzisiaj. 
— Nie wie pan, co się z nim stało? 
— A skąd ja mogę wiedzieć? Już trzeci raz pani o niego pyta. Czy to mój brat albo swat? 
— Szuka pani „Królikarza”? — odezwał się ktoś obok niej. 
Odwróciła  się  szybko.  Tuż  za  nią  stał  młody  chłopak.  W  zębach  trzymał  papierosa  i 

przyglądał się jej z bezczelną miną. 

— Tak. Wie pan, gdzie on może być? 
— Nie. A czego pani od niego chce? 
—  Nie  rozumiem,  co  pana  może  to  obchodzić!  —  powiedziała  ostrym  tonem  i  chciała 

odejść, ale chwycił ją za ramię. 

— Niech pani zaczeka. Możemy go razem poszukać. 
— Proszę mnie zostawić w spokoju! — Wyszarpnęła rękę i szybko ruszyła przed siebie, 

starając się zgubić natręta w tłumie. 

Na  przystanku  autobusowym  rozgrywały  się  dantejskie  sceny.  Kobiety  z  koszykami 

usiłowały  wepchnąć  się  do  przepełnionego  autobusu.  Irena  postanowiła  drogę  do  Bylic 
przebyć jeszcze raz piechotą. 

Na  szosie  panował  ożywiony  ruch.  Co  chwila  mijały  ją  wracające  z  targu  furmanki, 

chłopcy na rowerach oglądali się za nią, gwizdali przez zęby i wymieniali głośne uwagi na jej 
temat. Była tak zajęta swoimi myślami, że w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na młodego 
mężczyznę na motorze. Zauważyła go dopiero wtedy, kiedy ją wyprzedził, zjechał na pobocze 
i zatrzymał się, czekając, aż się do niego zbliży. Zauważyła go w ostatniej chwili. To był ten 
sam chłopiec, który zaczepił ją na targu. 

— Niech pani zaczeka — powiedział, kiedy chciała go: wyminąć. — Nie miałem zamiaru 

pani obrazić. Pani mnie: źle zrozumiała. Ja naprawdę szukam „Królikarza”. Niech pani siada, 
podwiozę panią. 

— Dziękuję. Ale wolę iść pieszo. 
— No, niech się pani już nie gniewa. Przecież nic złego pani nie zrobię. Nie jesteśmy na 

dzikim pustkowiu — roześmiał się. — Zawiozę panią do Bylic. Szkoda nóg i czasu. 

Irena wahała się jeszcze. 
— Odda mi pani przysługę. Byłem u tego cholernego dziada dzisiaj rano i podejrzewam, 

że on siedzi w domu, tylko mi nie otworzył, bo wiedział, że to ja. Podwiozę panią do geesu i 
zaczekam. Jeżeli on jest w domu, to panią pewnie wpuści. No, niech pani wsiada. 

W ciągu kilku minut byli na miejscu. 
— Ja tutaj zaczekam — powiedział, zatrzymując się koło sklepu. 
— Proszę pana, bardzo panu dziękuję za podwiezienie, ale…  ja nie chcę  brać udziału w 

żadnej awanturze. 

— Nie będzie awantury. Chcę tylko wiedzieć, czy ten dziad jest w domu. — Patrzył na nią 

przez  chwilę  badawczo.  —Niech  mi  pani  powie,  czy  pani  nie  jest  przypadkiem  koleżanką 
Ali? 

— Nie. Skąd panu to przyszło do głowy? 
— Spotkałem na targu Jajową. Powiedziała mi, że przysłała panią jakaś koleżanka. Jeżeli 

to Ala, proszę mi powiedzieć prawdę. 

— Nie, to jakaś pomyłka. Nie znam żadnej Ali. 
Stał oparty o motor i przyglądał się, jak odchodzi w głąb krótkiej wiejskiej uliczki. Potem 

zapalił papierosa. 

background image

 

 

Irena znowu dobijała się do odrapanych drzwi, pukała w szybę, szarpała klamkę, wreszcie 

przyłożyła ucho do szorstkich desek i nasłuchiwała, czy w środku coś się nie poruszy. Ale w 
domu „Królikarza” panowała niczym nie zmącona cisza. 

Wyrwała z notesu kartkę i napisała pospiesznie: 
„Przyjechałam w bardzo ważnej sprawie, ale nie zastałam pana w domu. Będę próbowała 

odszukać  pana  w  Krakowie.  Gdybyśmy  się  minęli,  proszę  się  ze  mną  skontaktować  przed 
rozmową z S.K. Numer mojego telefonu do biura 21 314, do domu 34 005. 

Irena Tuszyk”. 
Kartkę  złożyła  starannie  na  pół  i  usiłowała  wsunąć  w  szparę  pod  drzwiami.  Z  daleka 

usłyszała  warkot  zbliżającego  się  motoru.  Szybko  zbiegła  z  trzech  połamanych  stopni. 
Chłopiec, który ją tu przywiózł, właśnie zatrzymał się przed domem. 

— Nie ma go? — zapytał nieufnie. 
— Nie. Chyba naprawdę go nie ma. 
— Niech pani siada. Odwiozę panią do Miastka. — Z pasją kopnął rozrusznik. 
— Dziękuję, pojadę autobusem. 
— Niech już pani przestanie się certować. I tak jadę w tamtą stronę. 
Ruszyli  w  drogę  powrotną.  Znowu  mijali  na  szosie  furmanki,  ludzi  idących  pieszo, 

rowerzystów  i  dziarskich  młodzieńców  na  motorach.  Jednak  ruch  był  teraz  już  o  wiele 
mniejszy niż w południe. 

Zbliżali  się  właśnie  do  pierwszych  zabudowań  Miastka,  kiedy  chłopiec  nagle  zatrzymał 

motor. 

— Musi pani na chwilę zsiąść — powiedział i nie patrząc na Irenę, zaczął majstrować koło 

kierownicy. 

— Zepsuło się coś? — zapytała, spoglądając z wahaniem w stronę miasteczka. 
— Nie, nic takiego. Trochę się zagrzał. — Oparł motor o pobliskie drzewo i wyciągnął z 

kieszeni papierosy. 

— Zapali pani? 
— Nie, dziękuję. Spieszę się. Chciałabym złapać autobus do Tarnowa. 
— Ma pani czas. Odjeżdża dopiero o szesnastej. 
— Muszę  jeszcze wstąpić do pani  Jajowej. Bardzo panu dziękuję za podwiezienie, dalej 

pójdę pieszo. To już naprawdę niedaleko. 

— Niechże pani zaczeka. Zaraz panią odwiozę pod sam dom Jajowej. — Znowu wyciągnął 

do niej wymiętą paczkę papierosów. — Proszę… 

Zapaliła z pewnym ociąganiem. 
— Chciałem o coś panią zapytać. 
— Tak? 
— Proszę mi powiedzieć, gdzie jest Ala. 
— Już panu mówiłam. Nie znam żadnej Ali. 
Przyglądał jej się nieufnie. 
— Jeżeli nie chce pani powiedzieć, to trudno. — Wzruszył ramionami. — Ona nie musi się 

mnie bać. Ja do niej nic nie mam. 

—  Nie  znam  jej!  W  ogóle  nie  znam  nikogo  ani  z  Miastka,  ani  z  Bylic.  Nikogo  z  tej 

okolicy! 

— No, a „Królikarza”? 
— Jego też nie znam. Znajoma mnie prosiła, żeby doręczyć mu list. Jechałam służbowo do 

Tarnowa, więc obiecałam jej, że wpadnę do Bargieła. Ale nie znam go. Nigdy go na oczy nie 
widziałam. 

— A ta znajoma nie nazywa się Ala Źrebko? 
— Nie!!! 
Oparł się o drzewo i w milczeniu dopalał papierosa. 

background image

 

 

— O co właściwie chodzi? Kto to jest, ta Ala? 
— Taka dziewczyna… 
— No i co? Wyjechała i nie dała panu adresu? Zdarza się. 
— Nikomu nie dała swojego adresu. Nawet własnej matce. Chyba że stara kłamie. 
— I nikt nie wie, co się z nią stało? Zniknęła nagle i koniec? 
— Nie nagle, nie nagle… Wyniosła się z Bylic jakieś dwa lata temu. 
— I dopiero teraz pan jej szuka? 
— Byłem w wojsku. Niedawno wróciłem. Poza tym wcale  jej  nie szukam. Ona w ogóle 

mnie  nie  obchodzi.  —  Cisnął  na  ziemię  niedopałek  papierosa.  —  A  od  „Królikarza”  radzę 
trzymać się z daleka. To stary drań. 

— Muszę się z nim zobaczyć. 
— Czy pani wie, kto to jest? 
— Nie. 
— Niech ta pani znajoma sama załatwia z nim swoje sprawy. To nie jest towarzystwo dla 

takiej dziewczyny jak pani. 

— Mówi pan o nim, jakby to był jakiś złodziej czy oszust. Co on takiego zrobił? 
— Za rękę nikt go nie złapał. Na to on jest za sprytny. Ale to lepszy cwaniak. 
— A konkretnie co on robi? 
— Handluje skórkami królików. 
— To jeszcze nic złego. A czy ma tu jakieś gospodarstwo, ziemię, rodzinę? 
— Nie, on nie jest tutejszy. Przyjechał do nas zaraz po wojnie i zaczął ten swój handelek 

skórkami. Ale ludzie mówią, że można u niego różne rzeczy sprzedać i kupić. Ma on jednak 
swój spryt. Na niczym go nie można przyłapać. Już się koło niego nawet milicja kręciła, ale 
on  licencję  na  skup  ma  i  niby  wszystko  jest  w  porządku.  Zresztą o tym  jego  bogactwie  to 
może tylko takie gadanie. 

— Na czym on mógłby tu się tak dorobić? 
— Niekoniecznie tu. Od dłuższego czasu jest tu tylko gościem. U nas zaczynał. Prawdziwe 

interesy  to  on  robi  w  Tarnowie,  Krakowie,  zresztą  diabli  wiedzą  gdzie.  Faktem  jest,  że 
przyjeżdżają do niego czasem jacyś z Tarnowa albo z okolic i do późnej nocy piją z nim w tej 
jego obskurnej norze. Rano wyjeżdżają. Widziano go też w Tarnowie, w knajpie. U nas to on 
się  nie  obłowi.  To  nie  jest  bogaty  teren.  Przed  wojną  wiele  ludzi  od  nas  wyemigrowało  za 
robotą  do  Ameryki.  Przysyłali  swoim  krewniakom  po  kilka  dolarów  w  listach.  To  nie  są 
wielkie sumy i przez PKO nie warto przekazywać, a poza tym… pani wie, ludzie niechętnie 
przyznawali  się,  że  im  ktoś  z  Zachodu  przysyła  forsę.  Dostawali  też  paczki  z  ciuchami. 
Całymi latami przyjeżdżały na każdy targ ciuchary z Krakowa i skupowały te łachy. Teraz to 
już się interes urwał. W mieście można dostać w sklepie importowane bluzeczki i co kto chce. 
Ale kiedyś to była kanada dla  handlarek.  Królikarz oczywiście  łachami się  nie  interesował, 
natomiast  podobno  skupował  od  chłopów  dolary.  Od tego  zaczął,  kiedy  tu  przyjechał.  Stąd 
chyba  poszła  plotka,  że  taki  bogaty.  Ale  przecież  nie  mógł  się  na  tym  tak  bardzo  dorobić. 
Możliwe,  że  początkowo,  zanim  zamieszkał  tu  na  stałe,  właśnie  po  te  drobne  dolary 
przyjeżdżał jedynie. A potem wrósł w tę okolicę jak grzyb. Od starego Migonia, który przepił 
cały swój dobytek, kupił rozwalający się dom. I został. 

— Czy on ma jakąś rodzinę? 
— Miał żonę i dziecko. Żona umarła, a córkę, kiedy skończyła dwanaście lat, wywiózł do 

Krakowa. Chodziła tam do szkoły, podobno nawet na Uniwersytet. Ktoś mówił, że wyszła za 
mąż. Ale nigdy się tu nie pokazuje, toteż ludzie zupełnie o niej zapomnieli. 

— Mieszka w Krakowie? 
— Nie wiem. Podobno tak. 
— A jak się nazywa? 
— Nie mam pojęcia. 

background image

 

 

— Czy ktoś mógłby mi to powiedzieć, jak pan myśli? 
— Chyba nikt. Nie było jej w Bylicach od lat. Ona musi być o wiele starsza ode mnie. Ja 

jeszcze koszulę w zębach nosiłem, kiedy ona już do szkoły chodziła. 

— Czy nie przyszło panu do głowy, że on musi gdzieś mieć drugie mieszkanie, skoro nie 

bywa  tu  po  kilka  dni?  Może  mieszka  właśnie  z  córką?  Niech  pan  sobie  przypomni.  Może 
jednak kiedyś słyszał pan jej nazwisko… 

— Nie. Ja mam dobrą pamięć. Tutaj nikt nie wie, co się z nią dzieje. Ludzie by o tym coś 

mówili, a tymczasem nikt prawie nie pamięta, że Bargieł w ogóle miał jakąś rodzinę. Jednak 
pani bardzo się nim interesuje… 

— Ach, nie… Pytam tylko tak… z ciekawości… 
—  Nie  mogę  zrozumieć,  co  za  interes  może  mieć  taka  dziewczyna  jak  pani  do  takiego 

łobuza jak „Królikarz”. 

— Ja? Już panu mówiłam, że ja do niego nic nie mam… To moja koleżanka… 
—  Niech  pani  nie  opowiada  bajek.  Zresztą  to  nie  moja  sprawa.  Ale  dobrze  pani  radzę, 

niech się pani trzyma od niego z daleka. 

— A pan? Sam pan przecież powiedział, że go pan szuka od kilku dni. 
—  Ja  to  co  innego.  Po  prostu  chcę  mu  dać  porządnie  po  pysku.  Tak,  żeby  się  nakrył 

kopytami. Jedziemy? 

— Tak, oczywiście. 
Wyminęli  trzech  podchmielonych  mężczyzn,  żeglujących  środkiem  szosy,  i  ruszyli  w 

stronę Miastka. Po kilku minutach wjechali w mały rynek, po którym wiatr przeganiał jakieś 
papiery  i  resztki  słomy.  Przed  gospodą  stała  gromada  młodych  chłopców.  Któryś  z  nich 
zagwizdał, kiedy koło nich przejeżdżali, a inni zawtórowali mu głośnym śmiechem. 

Pani  Jajowa  przywitała  Irenę  wylewnie.  W  jej  starych,  sprytnych  oczach  paliła  się  nie 

ukrywana ciekawość. 

— Jeździła pani z Władkiem do „Królikarza”? 
— Z Władkiem? Podwiózł mnie jakiś chłopak do Bylic, ale nie wiem, jak on się nazywa. 
— Władek Bieńkowski. Nie znała go pani wcześniej? 
— Nie. Zatrzymał się na szosie i zaproponował, że mnie podrzuci. A kto to jest? 
— Gospodarski syn. Z Bylic. Stary Źrebko chciał za niego Alę wydać. Upatrzył go sobie 

na zięcia i nie ma się co dziwić. Chłopak kształcony, robił Technikum Rolnicze w Tarnowie, 
bogaty. Ale z małżeństwa nic nie wyszło. Aluni nie podobała się wieś. Uciekła do miasta. Jej 
ojciec wtedy jeszcze żył. Wyklął ją i zapowiedział, żeby jej noga więcej w domu nie stanęła. 
Wiem to od swojej siostry, która wydała się za mąż w Bylicach. Stary Źrebko sądny dzień w 
chałupie urządził, ale ona na nic się nie oglądała, zabrała swoje łachy  i wyjechała. Władek, 
jak  wrócił  z  wojska,  niby  wcale  się  nią  nie  interesował,  ale  kilka  dni  temu…  Tak,  to  było 
chyba we wtorek… Pobił się z chłopakami w gospodzie. Wszyscy się dziwili, bo on bitnikiem 
nigdy  nie  był.  Hożyna  mówiła  mi,  że  poszło  o  Alę.  Podobno  któryś  mu  przygadał.  Młody, 
swój honor ma, pewnie też coś wypił, no i pięści poszły w ruch. Pani się dziwi? 

— No, nie… oczywiście… Ale co z tym wszystkim ma wspólnego Bargieł? 
Jajowa tylko machnęła ręką. 
— Mówią  niektórzy, że ona za  nim  do  miasta pojechała.  Ale  czy to prawda? Musiałaby 

chyba rozum stracić, żeby dla takiego starego pijusa dom rzucać. Po prostu nie chciała na wsi 
gnoju  przetrząsać.  Ona  też  się  zapisała  do  szkoły  w  Tarnowie.  Do  handlówki.  Ojciec  się 
wściekał, że co jej to, ale matka ją broniła. Nawet wtedy, gdy szkoły nie skończyła. Nie miała 
głowy do nauki. Przez jakiś czas pracowała w Miastku jako ekspedientka w sklepie. Źrebko 
znowu  wrzeszczał,  że  rąk  do  pracy  nie  na,  a  dziewucha  za  ladą  kuprem  kręci,  ale  matka  i 
wtedy  nią  stanęła.  „Niech  sobie  na  wyprawę  zarobi”  —  mówiła.  Ja  jej  się  przyglądałam 
nieraz.  Gdzie  jej  do  gospodarstwa!  Paznokcie  pomalowane,  głowa  wyfiokowana  i  tylko 
oczami na prawo i lewo strzelała. 

background image

 

 

Irena  przestała  słuchać  opowieści  Jajowej.  Podeszła  do  okna  i  zapatrzyła  się  w  mały 

ryneczek,  wybrukowany  kocimi  łbami.  „Co  mnie  to  wszystko obchodzi?  —  pomyślała.  Co 
mnie  obchodzi  jakaś  Ala  i  jej  chłopak?  I  to  miasteczko  małe  i  brudne,  w  którym  wszystko 
rozgrywa się między gospodą, kościołem parafialnym i sklepem geesu…” 

background image

 

 

P

IĄTEK 

 

21

 WRZEŚNIA

 

 
Irena  dojechała  do  Krakowa  późnym  wieczorem.  Zbliżała  się  już  dziesiąta.  Z  dworca 

kolejowego zadzwoniła do Stefana. Nikt nie podnosił  słuchawki.  Wykręciła  numer telefonu 
jego  ciotki,  ale  tam  również  nikt  się  nie  odezwał.  Nagle  poczuła,  że  jest  śmiertelnie 
zmęczona.  Najchętniej  usiadłaby  w  budce  telefonicznej  na  podłodze,  żeby  nie  musieć  już 
nigdzie  iść.  Na  szczęście  złapała  przed  dworcem  taksówkę.  Kiedy  grzebała  w  torebce  w 
poszukiwaniu drobnych, natrafiła na jakiś papier. Obracała go przez chwilę w palcach, jakby 
nic wiedząc, co z nim zrobić. Był to kwit z PKO… Kwit, który wczoraj rano… Wczoraj?… 
Chyba  wieki  temu…  Zaniosła  książeczkę  mieszkaniową  do  likwidacji…  Nie,  najpierw  był 
bieg do spółdzielni… potem niebotycznie zdziwione oczy urzędniczki: „Czy pani jest pewna, 
że  pani  chce  zrezygnować  z  członkostwa?  Za  rok  odebrałaby  pani  klucze…”  Wreszcie 
wypełnianie  w  półprzytomnym  pośpiechu  jakichś  formularzy  i  taksówka  do  PKO.  Za  dwa 
tygodnie będzie mogła podjąć trzydzieści tysięcy złotych. Spojrzała jeszcze raz na trzymany 
w ręku kawałek papieru i wrzuciła go z powrotem do torebki. 

W domu przywitała  ją starsza siostra, która była  akurat w burzliwym  nastroju (co jej  się 

zresztą często zdarzało). Mały nie spał i darł się jak opętany. 

— Nareszcie raczyłaś się pojawić! Jakiś idiota dzwoni do ciebie i obudził Marcina! 
— Kiedy dzwonił? 
— Dostatecznie późno, żeby zerwać dziecko z pierwszego snu! 
— Bożena, kiedy on dzwonił? 
— Godzinę temu. 
— I co mówił? 
— Nic. 
— Nie kazał mi nic powtórzyć? 
— Nie, nie raczył wydać żadnych poleceń  — powiedziała i strzeliła drzwiami od pokoju 

małego. 

Godzinę temu?… Może to był Stefan? — pomyślała Irena weszła do „swojego” pokoju, w 

którym  przed  telewizorem  siedział  Zdzisław,  ukochany  mąż  Bożenki.  W  drugim  pokoju 
drzemała  ciotka.  Ani  telewizor,  ani  wyczyny  wokalne  Marcinka  nie  przeszkadzały  jej 
specjalnie — była prawie głucha. 

—  A,  jesteś  —  zdziwił  się  umiarkowanie  Zdzisław.  —  dlaczego  nie  uprzedziłaś,  że  nie 

wrócisz na noc? 

— Przecież mówiłam, że wyjeżdżam. 
— Ale nie powiedziałaś, że wrócisz dopiero dzisiaj. Gdybym wiedział, spałbym w twoim 

pokoju.  Wolę chrapanie ciotki  niż to dzikie  wycie. Nasz pierworodny  ząbkuje.  Robi to, jak 
słyszysz, dosyć głośno. Przez całą noc nie zmrużyłem oka. 

— Bożena twierdzi, że obudził go telefon. 
— A to swoją drogą. 
W progu stanęła Bożena. 
— Czy musicie puszczać ten telewizor na całą parę? W ogóle zamknijcie to pudło! Marcin 

nie może zasnąć! 

— Kotku, czekam na wiadomości sportowe. 
— No to ścisz przynajmniej. 
Znowu strzeliła drzwiami.  W tym  samym  momencie  rozległ  się dzwonek telefonu. Irena 

wypadła z pokoju w mikroskopijnym przedpokoju prawie zderzyła się siostrą. 

— Czy to pani Irena Tuszyk? 
Głos wydał jej się znajomy. 
— Tak, słucham. 

background image

 

 

— Czy znalazła go pani? 
— Ale kto mówi? 
— Władysław Bieńkowski. 
— Pomyłka. 
—  Niech  pani  nie  odkłada  słuchawki!  To  nie  pomyłka.  Pani  sobie  przypomni,  woziłem 

panią motorem. Dzisiaj w Bylicach. 

— Ach, to pan?… Skąd pan dzwoni? 
— Z Krakowa. 
— Skąd się pan tu wziął? 
— Nieważne. Czy znalazła pani tego cholernego dziada? 
— Nie. 
— I nie wie pani, gdzie on teraz jest? 
— Nie wiem… Podobno można go czasem spotkać w „Maleńkiej” — przypomniała sobie 

nagle. 

— Co to jest? 
— Kawiarnia… Gdzieś  na  Kazimierzu… — W pośpiechu spojrzała na Bożenę, która od 

dłuższej  chwili  stała  za  jej  plecami.  —  Bardzo  przepraszam,  ale  nie  mogę  teraz  z  panem 
rozmawiać. Proszę zadzwonić jutro. — Odłożyła słuchawkę. 

—  Dlaczego  przerwałaś?  Już  tak  rozbudziliście  dziecko,  że  teraz  możesz  już  się  nie 

krępować.  Jak  masz  na  to  ochotę,  to  możesz  nawet  śpiewać  arie  operowe  pod  moim 
drzwiami. 

— Bożena, proponowałam ci, żeby przenieść telefon do mojego pokoju. 
— Oczywiście! Wtedy już nikt nie mógłby poza tobą z niego korzystać! 
— Jestem potwornie zmęczona… 
— To dlaczego nie kładziesz się spać? Musisz siedzieć przed telewizorem do północy? 
—  Bożena!  To  jest  twój  telewizor!  Wstawiłaś  go  do  mojego  pokoju,  ponieważ 

przeszkadzał  Marcinkowi.  Ja  nie  oglądam  programu  telewizyjnego.  Możesz  w  tej  chwili 
zabrać to pudło do siebie!  Razem z ukochanym  Zdzichem.  Wtedy wreszcie  będę  mogła się 
położyć. 

— Dobra jesteś! Naprawdę dobra! — W dużych oczach Bożeny zakręciły się łzy. — Nie 

mogę sobie dać rady z dzieckiem, wszystko mi leci z rąk, a ty… — Odwróciła się nie kończąc 
zdania i wpadła do małej kuchenki. Irena, zrezygnowana, poszła za nią. 

— Ach, nie becz… Przepraszam cię… — Wyjęła jej z rąk czajnik i postawiła na gazie. — 

Nie  chciałam  ci  zrobić  przykrości…  Wiem,  że  masz  kłopoty  z  Marcinkiem,  że  jesteś 
zapracowana, ale musisz zrozumieć, że ja też bywam zmęczona… 

— Ja  już  nie  mogę… Już drugą noc tak wrzeszczy… Przecież on od dłuższej chwili  nie 

płacze!  Obydwie  znieruchomiały,  nasłuchując,  a  potem  cicho  na  palcach  przeszły  przez 
korytarz  i  ostrożnie  uchyliły  drzwi  do  pokoju  Marcinka.  Mały  leżał  rozkopany  w  swoim 
łóżeczku i spał jak suseł. 

— Nareszcie… — powiedziała szeptem Bożena. — Myślałam, że to się nigdy nie skończy. 
Irena  zatrzymała  się  w  przedpokoju  przed  stolikiem,  na  którym  stał  aparat  telefoniczny. 

Już wyciągnęła rękę, podnieść słuchawkę, ale w tym momencie spotkała urażone spojrzenie 
siostry.  Odwróciła  się  niechętnie  weszła  do  kuchni.  Stała  przez  chwilę  w  oknie,  czując  za 
sobą  obecność  Bożeny,  która  usiadła  na  taborecie  wciśniętym  w  kącik  między  piecykiem 
gazowym  a  mikroskopijnym  stolikiem.  Za  ścianą  brzęczał  telewizor.  Powoli  przeszła  przez 
kuchnię  i  znowu  stanęła  na  środku  przedpokoju.  Potem  zdecydowanym  ruchem  zdjęła  z 
wieszaka płaszcz i zaczęła się szybko ubierać. 

— Gdyby ktoś dzwonił do mnie… 
— Wyłączę telefon!  — przerwała  jej w pół zdania Bożena. — Możesz być spokojna, że 

już nikt nie zadzwoni!… 

background image

 

 

Irena  nie  czekała  na  dalszy  ciąg  tyrady.  Wybiegła  z  domu,  starając  się  nie  trzaskać 

drzwiami. 

background image

 

 

S

OBOTA 

 

22

 WRZEŚNIA

 

 
Dzień  wstawał  powoli  i  niechętnie,  trochę  zamglony,  trochę  wilgotny,  pełen  chłodnego 

zapachu  jesieni. Irena obudziła się o szóstej rano. Zdawało się  jej,  że dzwoni telefon, ale w 
domu panowała niczym nie zmącona cisza. W kuchni Bożena gotowała już kleik dla małego. 
Nie odezwały się do siebie ani słowem. Irena wypiła na stojąco herbatę i wybiegła z domu. 
Postanowiła jak najwcześniej pojechać na Olszę, żeby jeszcze zastać Stefana, zanim wyjdzie 
do pracy. W taksówce ogarnęła ją trudna do opanowania senność. Zbliżali się już do osiedla, 
kiedy kierowca nagle zahamował. 

— Co się stało? — natychmiast się ocknęła. 
— Jakiś wypadek. 
Powoli  omijali  zgromadzonych  na  skraju  szosy  ludzi  oraz  stojące  na  poboczu  wozy 

milicyjne.  Umundurowany  milicjant  kierował  ruchem,  dając  znaki,  żeby  przejeżdżać  dalej. 
„Nie zatrzymywać się,  nie zatrzymywać sie, zdawał się  mówić, przynaglając  niecierpliwym 
ruchem ręki do pośpiechu. 

Irena przywarła twarzą do szyby. 
— Nie widać żadnego rozbitego wozu — powiedział flegmatycznie kierowca. 
— Proszę się zatrzymać, ja wysiadam… 
— Do osiedla jeszcze spory kawał drogi. 
— Nie szkodzi. 
— Ależ te baby są ciekawe… — mruknął, zatrzaskując za nią drzwiczki. 
Irena  prawie  biegła  z  powrotem.  Małą  grupkę  gapiów  milicjanci  trzymali  w  pewnej 

odległości od miejsca wypadku. Ludzie mówili o jakimś mężczyźnie leżącym w rowie. 

— Co to za mężczyzna? Gdzie on jest? — zapytała zatrzymując się obok jakiejś kobiety. 
— Leży w rowie. Z  jezdni prawie go nie widać. Szłam tędy godzinę temu  i  niczego nie 

zauważyłam. 

— Co mu się stało? Potrącił go samochód? 
— Nie wiadomo… Ale chyba nie. Mówią, że leżał tu całą noc. 
Irena przepychała się do przodu roztrącając ludzi. 
— Proszę się cofnąć! — powiedział młody milicjant, zagradzając jej drogę. 
— Kto to jest? 
— Proszę się cofnąć — powtórzył jak automat. 
— Ja muszę go zobaczyć. 
Przyjrzał jej się z uwagą. 
— Czy to jest ktoś z pani rodziny? 
— Skąd mogę wiedzieć, skoro go nie widziałam! 
— Pani mieszka gdzieś w pobliżu? 
— Nie! 
— Szuka pani kogoś? 
— Nie! 
— Proszę się cofnąć — powiedział ze zdwojoną energią. 
Irena  z  całym  uporem  nie  ruszała  się  z  miejsca.  „Dlaczego  ja  się  tak  denerwuję”  — 

pomyślała  nieprzytomnie  i  korzystając  z  nieuwagi  milicjanta,  podbiegła  kilka  kroków  w 
stronę  rowu.  Zatrzymała  się  na  brzegu  szosy.  Nieco  niżej  grupka  ludzi  krzątała  się  koło 
leżącej postaci. Nie zobaczyła go całego… tylko połę czarnego płaszcza, siwe gęste włosy  i 
buty… brązowe i wyjątkowo czyste jak na niego… Obok leżał czarny, wymięty kapelusz… 

Ktoś  chwycił  ją  za  ramię.  Jak  przez  watę  słyszała  czyjś  podniesiony  głos.  Cofała  się 

powoli, wreszcie odwróciła się i znowu rozpychając ludzi, wydostała się ze zbiegowiska. 

background image

 

 

Szła  w stronę osiedla  nie  oglądając się za  siebie. Taksówkarz  miał rację. To był  jeszcze 

spory kawałek drogi. Pod samym domem zaczęła biec. Wpadła na klatkę schodową. Winda 
była  zajęta,  więc  przeskakując  po  dwa  stopnie,  wbiegła  na  piąte  piętro.  Pod  drzwiami 
mieszkania Stefana nie mogła już złapać tchu. Przycisnęła dzwonek i nie zdejmowała z niego 
palca aż do chwili, kiedy w progu stanął zaspany Stefan w rozchełstanej na piersiach piżamie. 

— Irena! Czy ty musisz wpadać, jakby cię goniło stado wilków? 
—  Stefan!…  —  oparła  się  o  ścianę  łapiąc  powietrze  otwartymi  ustami.  —  Stefan!  On 

leży… tam w rowie!… 

— Kto? 
— „Królikarz”! 
— Jaki „Królikarz”?! Rany boskie, o czym ty mówisz?! 
— Bargieł! 
— Bargieł?  Bargieł  leży w rowie?  — rozejrzał się po pustym korytarzu  i popchnął  ją  w 

stronę mieszkania. — Nie stój tu… — Zamknął drzwi na zasuwę i wciągnął ją prawie siłą do 
pokoju. — Na Boga! Rusz się, co się z tobą dzieje! 

— On tam jest!… 
— Ale gdzie? 
— Niedaleko twojego domu… Nie żyje… 
— Uspokój się! No, uspokój się i przestań się trząść! Mówisz, że leży tu gdzieś niedaleko? 
— Tak. 
— To niemożliwe. 
— Ależ tak! — Milicja już tam jest… Pełno ludzi stoi i gapi się! 
— Jesteś pewna, że to on? 
— Tak… 
Stefan zaczął kręcić się po pokoju przekładając jakieś i rzeczy z miejsca na miejsce. 
— Co ty robisz? Czego szukasz? — zapytała nie spuszczając z niego wzroku. 
— Papierosów. 
Wyciągnęła z torebki klubowe. Zaciągnął się łapczywie, potem usiadł na nie zaścielonym 

tapczanie. 

— Skąd on się tutaj wziął? 
— Mnie o to pytasz? 
Milczeli przez chwilę. 
— Stefan. Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? 
— O co ci chodzi? 
— Dzwoniłam do ciebie o dziesiątej. Nikt nie odbierał telefonu. 
— Pojechałem do miasta po papierosy. 
— Mógłbyś sobie wymyślić coś mądrzejszego! Nikt nie uwierzy, że nagle o dziesiątej w 

nocy pojechałeś taki szmat drogi po głupie papierosy. 

— Po pierwsze, gdyby było wcześniej, kupiłbym je na dole, w kiosku, a po drugie, nikt nie 

musi mi wierzyć. 

— Chyba nie zdajesz sobie sprawy, w jakiej jesteś sytuacji?! Tuż koło twojego domu leży 

trup człowieka, któremu byłeś winien kupę forsy. Czy ty tego naprawdę nie rozumiesz, czy 
tylko udajesz?! 

— Nikt nie wie, że go w ogóle znałem. 
— Nikt? 
—  Kelnerka  z  „Maleńkiej”  widziała  mnie  może  dwa,  może  trzy  razy,  ale  to  nie  jest 

kobieta, która chciałaby mieć do czynienia z milicją. 

— A ten kolega? 
— Jaki kolega? 
— Ten, który ci go polecił. 

background image

 

 

— Tadek Bilikowski? 
— Przecież nie znam jego nazwiska. 
— To było dwa lata temu. Prawdopodobnie nawę o tym nie pamięta. Nikt nie będzie mnie 

łączyć z jego osobą. Równie dobrze mogą podejrzewać wszystkich mieszkańców Olszy. 

— Natomiast mnie natychmiast skojarzą z jego osobą. 
— Jakim cudem? 
— Byłam wczoraj w Bylicach. 
Stefan zerwał się na równe nogi. 
— Czyś ty zwariowała?! Po cholerę tam jeździłaś?! 
— Chciałam… chciałam z nim porozmawiać… Nie zastałam go w domu i zostawiłam pod 

drzwiami kartki z moim numerem telefonu. Podpisałam się pełnym imieniem i nazwiskiem. 

— Idiotka! Co za idiotka! Przecież oni znajdą tę kartkę! Może już wiedzą o tobie! Po co to 

zrobiłaś!? 

— Skąd mogłam wiedzieć… 
— Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy! 
— Chciałam… 
— Nic mnie to nie obchodzi, co chciałaś! Nic!!! 
Irena wstała powoli. Usta jej lekko drżały, jakby miała się za chwilę rozpłakać. 
— W porządku… Nie mówmy o tym więcej… — odwróciła się i wybiegła z pokoju. 
— Zaczekaj! — krzyknął za nią. — Zaczekaj! Musimy się zastanowić. 
Stała z ręką zaciśniętą na klamce i płakała. Podszedł i oderwał ją siłą od drzwi. 
— Dokąd  lecisz, wariatko? Dokąd? Siadaj! Milicja  będzie cię  na pewno przesłuchiwała. 

Co im powiesz? 

— Nie wiem… Coś wymyślę… W każdym razie możesz być spokojny, o tobie nawet nie 

wspomnę. 

— Nie możesz zaprzeczyć, że się znamy. Widywano nas razem. 
To powiem, że zerwaliśmy ze sobą. 
— Kiedy? 
— Miesiąc temu. 
— Dlaczego? 
— Ponieważ zakochałam się w kimś innym. 
— W kim? 
— To już moja osobista sprawa. 
— Po co pojechałaś do Bylic? 
— Chciałam pożyczyć od „Królikarza” pieniędzy. 
— Skąd znałaś jego adres? 
— Odmawiam… odmawiam odpowiedzi na to pytanie… 
—  Kretynka…  —  wzruszył  gniewnie  ramionami.  —  Rany  boskie,  przestań  wreszcie 

płakać! 

— Przepraszam cię… Nie potrafię się powstrzymać… 
— Musisz się opanować. Musisz zachowywać się zupełnie normalnie. 
— Stefan, co teraz będzie? 
— Skąd ja mogę wiedzieć? W najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy, że zrobisz 

coś takiego. 

— Co ja zrobiłam?… O co ci chodzi? 
— Pojechałaś do Bylic, ty idiotko! Musiałaś tam jechać i zostawiać swoją wizytówkę? 
— Myślałam… 
— Lepiej, żebyś nie myślała za dużo! 

background image

 

 

— Wydaje  mi  się, że widzę cię po raz pierwszy  w życiu…  Czuję się tak,  jakbym przez 

cały  długi  rok  miała  do  czynienia  z  kimś  innym,  z  kimś,  kto  nagle  odszedł,  zostawiając 
zamiast siebie zupełnie obcego człowieka… 

Zatrzymał się na środku pokoju i patrzył na nią z ironicznym uśmiechem. 
— Ładne to, co powiedziałaś. Domyślam się, że  to jest cytat z  jakiegoś amerykańskiego 

melodramatu? Lata trzydzieste? 

Zagryzła lekko usta. 
— To nie ma sensu… — powiedziała po chwili. — Pójdę już… 
—  Zaczekaj  —  przytrzymał  ją  za  rękę  —  nie  odchodź  jeszcze.  —  Usiadł  koło  niej  na 

tapczanie.  Charakterystycznym  ruchem  potarł  czoło  długimi  szczupłymi  palcami.  —  Nie 
gniewaj  się…  —  powiedział  miękko  —  zachowałem  się  jak  skończony  łobuz…  Byłem 
zdenerwowany… 

— Nie mówmy już o tym. 
— Naprawdę nie wiem, jak mam cię przepraszać. Oczywiście nie opowiadaj milicji tych 

głupstw o naszym zerwaniu. To nie ma najmniejszego sensu. 

— Ale co mam im powiedzieć? 
— Wszystko jedno… Mów, co chcesz… To już nie ma znaczenia… 
— Czy… czy ty to zrobiłeś? 
— Co ja? Chyba nie myślisz, że go zabiłem? 
— Przecież cały czas tak się zachowujesz. 
— Ja?! Co ty opowiadasz! 
— Ależ tak! 
—  Skąd!  Po  prostu  nie  chcę,  żeby  mnie  łączono  z  tą  sprawą.  Nie  mam  ochoty  być 

przesłuchiwany, wzywany, nie chcę, żeby grzebano w moich prywatnych sprawach. To chyba 
jasne?! 

— Nawet nie zapytałeś, co się właściwie stało. Przecież to mógł być wypadek! On mógł 

wpaść  pod  samochód,  mógł  się  potknąć  i  skręcić  kark,  zresztą  mogło  się  wydarzyć 
cokolwiek!  Ale ty w ogóle  nie  brałeś takiej ewentualności pod uwagę. Dlaczego  jesteś taki 
pewien, że to było morderstwo?! Dlaczego?! 

— Ależ to ty tak powiedziałaś. 
— Nie! Powiedziałam tylko, że on nie żyje! 
— O Boże! Uspokój się! Obydwoje  musimy się  uspokoić. Oczywiście,  masz rację  — w 

zakłopotaniu pocierał czoło palcami. — Oczywiście! Niepotrzebnie wpadamy w histerię. Być 
może, to był wypadek… i nikt nas o nic nie będzie pytać. Zresztą niech pytają. Ja mam alibi. 
Przegadałem  prawie  całą  noc  ze  Zdzichem  Makowieckim.  Spotkałem  go  w  barze 
„Europejskim”. Siedziałem z nim prawie do pierwszej w nocy. 

Irena patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, potem wzięła ze stołu torebkę. 
— Naprawdę muszę już iść — powiedziała zrezygnowanym głosem. 
— Będziesz w bibliotece? 
—  Nie.  Wzięłam  do  poniedziałku  bezpłatny  urlop,  chcesz,  żebyśmy  się  spotkali  po 

południu? 

—  Nie  zrozum  mnie  źle,  ale…  gdyby  cię  milicja  miała  iż  na  oku…  Chyba  sama 

rozumiesz?… 

— Oczywiście, rozumiem. 
—  Irena!  Przecież  ten  człowiek  leży  przed  moim  domem!  —  znowu  podniósł  głos.  — 

Chyba nie chcesz przyprowadzić tutaj milicji za rękę?! 

— Nie denerwuj się. Nie zrobię tego.  — Zatrzymała się jeszcze na moment w progu. — 

Stefan… Wszystko się chyba jakoś ułoży — powiedziała nie patrząc na niego i wyszła. 

Blisko godzinę błądziła bez sensu po krętych uliczkach Kazimierza. Kilka razy stawała u 

wylotu  wąskiego  zaułka,  w  głębi  którego,  wciśnięta  między  stare  odrapane  kamieniczki, 

background image

 

 

tkwiła,  skrywając  swoje  wnętrze  za  wyblakłymi  firankami,  kawiarnia  „Maleńka”.  Wreszcie 
podeszła  do  oszklonych  drzwi  i  jeszcze  raz  się  zatrzymała,  zanim  zdecydowała  się 
przekroczyć próg. 

W  niewielkiej  salce  było  prawie  pusto.  Usiadła  przy  pierwszym  z  brzegu  stoliku  i 

cierpliwie  czekała  na  zamówioną  kawę.  Przez  chwilę  z  zainteresowaniem  przyglądała  się 
trzem kelnerkom rozmawiającym z barmanką. 

— Pani Alu! Rachunek! — zawołał jakiś mężczyzna siedzący przy oknie. 
Teraz  Irena  nie  mogła  już  oderwać  wzroku  od  młodej  blondynki,  która  z  pewnym 

ociąganiem podeszła do niecierpliwych klientów. Była ładna. Trochę pospolita i zbyt mocno 
wymalowana,  ale  ładna.  Kiedy  przechodziła  koło  stolika  Ireny,  ta  wbrew  własnej  woli 
powiedziała głośno: 

— Pani Alu, czy mogę panią prosić na chwilę? 
Kelnerka  spojrzała  na  nią  ze  zdziwieniem,  jakby  usiłowała  sobie  przypomnieć,  gdzie  ją 

przedtem widziała. 

— To nie mój stolik — rzuciła prawie przez ramię i chciała odejść, ale Irena była szybsza. 
— Wiem. Mam jednak do pani ważną sprawę. 
— Słucham. 
— Proszę, niech pani na chwilę usiądzie. 
—  Kierowniczka  nie  pozwala  nam  siadać  z  klientami  —  powiedziała  i  machinalnym 

ruchem przejechała ściereczką po blacie stolika. 

Irena zawahała się. Ale tylko na moment. 
— Chciałam z panią porozmawiać o panu Bargiele. 
— O kim? Nie wiem, o kogo pani chodzi. 
— Przecież pani bardzo dobrze zna Bargieła! 
—  Znam?  To  może  za  dużo  powiedziane.  Przychodzi  i  tutaj  na  kawę…  Ale  dlaczego 

miałabym z panią o nim rozmawiać? 

— Pani Alu, niech pani na chwilę usiądzie. Proszę. Może pani o tym jeszcze nie wie, ale 

„Królikarz” nie żyje. 

Dziewczyna  była  wyraźnie  zaskoczona.  Przyglądała  się  Irenie  badawczo,  potem  powoli 

usiadła. 

— Kim pani właściwie jest?… I skąd pani wie, że on nie żyje? 
— Nieważne. 
— Pani jest z milicji? 
— Nie. Ale być może, nie będzie pani musiała zbyt długo czekać na milicję. Musi mi pani 

pomóc. 

— Och, jeżeli pani myśli, że ja o nim coś wiem, to się pani grubo myli. Pochodzimy z tej 

samej  miejscowości…  i  był  w  naszej  kawiarni  częstym  gościem.  To  wszystko,  —  zrobiła 
gest, jakby chciała wstać. Irena chwyciła ją za rękę. 

— Proszę zaczekać. Nie mam zamiaru wtrącać się do waszych spraw. Proszę panią tylko o 

pomoc. Dałam „Królikarzowi” zastaw. Chciałam go odzyskać. 

— Ale co ja mam z tym wspólnego? Nie wiem, czym on mi zajmował i jakie prowadził 

interesy. Pierwszy raz słyszę, że brał jakieś zastawy. 

—  Proszę  mi  powiedzieć,  u  kogo  on  mieszkał  w  Krakowie.  Może  miał  jakąś  rodzinę? 

Pójdę do nich i spróbuję kupić ten zastaw, zanim pojawi się tam milicja. Chcę zapłacić… to 
znaczy zwrócić to, co byłam winna Bargielowi. 

— Źle pani trafiła. Ja nic o nim nie wiem. 
— Przecież on chyba miał kogoś w Krakowie? Rodzinę, przyjaciół… 
— Może, ale ja ich nie znam. — Znowu poruszyła się, jakby chciała wstać. 
— Szkoda — powiedziała szybko Irena. — Miałam nadzieję, że odzyskam ten zastaw bez 

pomocy  milicji.  Komu  potrzebne  jest  to  całe  zamieszanie?  Nie  chciałam  narażać  na 

background image

 

 

przykrości zupełnie niewinnych ludzi. No, ale skoro inaczej się nie da… będę jednak musiała 
zwrócić się do milicji. 

— Niech mnie pani nie straszy milicją! 
— Ależ pani mnie źle zrozumiała. Wcale pani nie straszę. 
— Ja z Bargiełem nie mam nic wspólnego. 
— Doprawdy? Ludzie w Miastku są innego zdania. 
— Nie ma gorszych plotkarzy niż w Miastku. — Wzruszyła ramionami i wstała od stolika. 
—  Mam  nadzieję,  że  pan  Władysław  odnalazł  panią,  wreszcie  w  tej  kawiarni?  —  Irena 

mieszała zimną kawę w filiżance. 

— Słucham? 
— Władysław Bieńkowski. Jego również pani nie zna? 
— Co panią to obchodzi? 
— Nic a nic. Byłam po prostu ciekawa, czy nie na próżno przyjechał wczoraj do Krakowa. 

Nawiasem  mówiąc, to  ja poradziłam  mu, żeby tu przyszedł. Ale cóż z niego za pechowiec! 
Niepotrzebnie  tak  się  uganiał  za  Królikarzem”.  Akurat  tej  nocy,  kiedy  wreszcie  mógł  go 
dopaść, „Królikarz” zginął. Chyba że go jednak spotkał przedtem, nim to się stało… 

— Proszę pani, niech mi pani da wreszcie spokój! Nie wiem, o czym pani mówi. Dlaczego 

się  pani  do  mnie  przyczepiła?  Dlaczego  pani  nie  idzie  ze  swoimi  pretensjami  do  córeczki 
Bargieła? 

— Już pani mówiłam. Nie wiem, gdzie ona mieszka. Nawet nie wiem, jak się nazywa. 
Ala wahała się tylko przez chwilę. 
—  Leokadia  Bilikowska.  Ma  willę  na  Błoniach.  A  ulica,  przy  której  mieszka,  nazywa 

się… chyba Małych Sadów. 

background image

 

 

P

ONIEDZIAŁEK 

 

24

 WRZEŚNIA

 

 
Porucznik Bartkowski wszedł do pokoju swego szefa  i z  impetem zamknął drzwi. Rzucił 

na  stojący  z  boku  stolik  jakieś  papiery  i  usiadł  w  jednym  z  „reprezentacyjnych”  foteli. 
.Kapitan Derko rozmawiał 

właśnie  przez  telefon.  Po  chwili  odłożył  słuchawkę  na  widełki  i  na  moment  zatrzymał 

wzrok na swoim młodym koledze. 

— Jak widzę, jesteś w burzliwym nastroju… 
— Właśnie. 
— Można wiedzieć, co cię tak wyprowadziło z równowagi? 
— Czy my musimy zajmować się każdym rozpijaczonym facetem, któremu przyjdzie do 

głowy wyzionąć ducha gdzieś pod płotem? 

— Mówisz o sprawie Bargieła? 
— Nie chcę ci prawić komplementów, ale nie jest to robota dla takiego doświadczonego 

inspektora jak ty. Mogliby jakiegoś żółtodzioba poczęstować tym pasztetem. 

— Wydaje mi się, że ten pasztet raczej ciebie w ząbki kole. 
— Fakt. 
— Przepraszam cię, ale zapomniałem, że jesteś stworzony do wielkich rzeczy. Co innego 

ja. Nie jestem gwiazdorem i zajmuję się tym, czym powinienem się zajmować. 

— Daj spokój. Nie o to chodzi. Denerwuje mnie banalność sprawy. Jakiś facet spił się w 

trupa i wpadł do rowu. 

— Przede wszystkim nie wpadł, tylko… 
— Wiem. Ktoś go tam wrzucił. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Podaruj sobie wykład na 

temat plam opadowych i przełamania pośmiertnego. Czytałem protokół autopsji. 

— No więc? 
— Prawdopodobnie pił u kogoś na  Olszy. Zwalił się pod stół, a  jego kompan  nie  chciał 

wzywać milicji i wikłać się w to wszystko, więc zaciągnął go na szosę i sturlał do rowu. 

— Nie zaciągnął, nie było śladów… 
— Dobrze, nie zaciągnął, tylko przyniósł na piecach. Może mu w tym nawet ktoś pomagał. 

Po prostu chciał się t pozbyć trupa z mieszkania. Teraz cała masa ludzi będzie się krzątać koło 
tego, żeby się dowiedzieć, z kim i gdzie i pił. 

— Masz rację, właśnie to będziemy robić. 
Porucznik Bartkowski wzruszył nieznacznie ramionami. 
—  Poza  tym  sądzę,  że  to  nie  odbywało  się  na  Olszy.  —  Derko  zapalił  papierosa.  — 

Poprzedniego  dnia  padał  deszcz,  a  ta  dzielnica  ma  dosyć  specyficzne  błotko.  Gliniaste 
podłoże  i  pyły  z  blisko  przecież  położonej  Nowej;  Huty  dają  niepowtarzalną  mieszankę. 
Bargieł nie miał na butach ani kropli tego błota, więc należy domniemywać,; że tego dnia nie 
wędrował po ulicach Olszy. 

— Chyba że podjechał taksówką pod sam dom kumpla, u którego odbywała się libacja. 
—  Mało  prawdopodobne,  aby  zupełnie  nie  zabłocił  nóg.  Mógł  to  zrobić  choćby  przy 

wysiadaniu z taksówki. Ale oczywiście i tę możliwość należy brać pod uwagę. 

— Sądzisz więc, że ktoś przywiózł go samochodem z zupełnie innej dzielnicy i wrzucił do 

rowu? 

— Chyba tak. 
—  No,  dobrze,  ale  to  jeszcze  za  mało,  żeby  sprawą,  skierować  do  specjalistycznego 

wydziału.  Zawartość  alkoholu  we  krwi  przemawia  za  tym,  że  denat  przekroczył  śmiertelną 
dawkę, po prostu zapił się na śmierć… Chyba że… 

— Ano właśnie. 
— Doktor Ligęza dostarczył już protokół sekcji? 

background image

 

 

— Tak. 
— No i co? 
—  Obraz  sekcyjny  jest  nietypowy.  Stopień  przekrwienia  błon  śluzowych  przewodu 

pokarmowego  jest  za  niski  jak  na  śmiertelne  upojenie  alkoholowe.  Również  zawartość 
alkoholu  w  moczu  jest  zbyt  niska.  Natomiast  wystąpiło  ostre  przekrwienie  płatów 
mózgowych, świadczące o szoku alkoholowym:  Oczywiście  Ligęza  jest zbyt ostrożny, żeby 
stawiać ostateczne wnioski. Istnieje jednak możliwość, że alkohol nie został spożyty doustnie. 
Ale pewności żadnej nie ma… 

—  Dlaczego  pozwoliłeś  mi  tyle  pyskować,  zamiast  od  razu  powiedzieć,  że  masz  już 

wyniki sekcji? 

— Cóż… lubisz się wygadać, więc nie mogłem odmówić ci tej przyjemności. 
Bartkowski parsknął krótko i zerwał się z fotela. Nigdy nie mógł zbyt długo usiedzieć na 

jednym miejscu. 

— Śladów iniekcji nie było? 
— Bargieł był cukrzykiem. 
— A więc brał insulinę? 
— Od kilku miesięcy nie. Podobno czuł się ostatnio zupełnie dobrze. 
— No tak, zresztą insulinę dostawałby domięśniowo, a alkohol wstrzyknięty domięśniowo 

w ogóle nie wchodzi w rachubę. Dałby taki ślad, że nie byłoby najmniejszych wątpliwości. 

— To był chory człowiek. Mógł brać jakieś inne zastrzyki dożylne. 
— Więc były ślady po igle? 
— Niestety aż trzy. Dwa stare, sprzed kilku dni, z bardzo małymi podskórnymi wylewami 

na lewej ręce, i jeden świeży na prawej. 

— Co on brał? 
— Na razie nie wiem. 
— Czy sądzisz, że chory człowiek — przecież miał cukrzycę, a teraz leczył się na coś, brał 

jakieś zastrzyki — piłby tak na umór? Jemu w ogóle, jako diabetykowi, nie wolno było pić 
alkoholu. 

— Nic nie sądzę. Zawsze ci powtarzam, że domysły to nie moja specjalność; A tobie radzę 

zadzwonić do izby wytrzeźwień. Powiedzą ci, ilu cukrzyków do nich trafia. Pijacy nie zawsze 
liczą się z przeciwwskazaniami lekarskimi. 

— No, tak… — Bartkowski spacerował po pokoju. — A ten ślad na potylicy? 
— Nic poważnego. Niezbyt mocne uderzenie tępym przedmiotem. Zupełnie możliwe, że 

Bargieł, upadając, uderzył głową o jakiś przedmiot. Plamy na koszuli i marynarce pochodziły 
z  winiaku.  Zresztą  —  Derko  zamknął  leżącą  przed  nim  teczkę  i  lekko  pchnął  w  stronę 
porucznika — przeczytaj sobie sam… 

— A płaszcz? Na nim też były plamy z winiaku? 
— Nie. Płaszcz był czysty. 
— No, to jedno jest przynajmniej pewne. Nie pił na stojąco w jakiejś bramie. Był u kogoś i 

ten ktoś nałożył j potem na niego płaszcz i… chyba zawiózł go na Olszę samochodem. 

— Być może. 
— Mów, co chcesz, ale ja nie znoszę pijackich afer. 
— Mam nadzieję, że wpadłeś tu jak bomba nie tylko po to, żeby mi to oświadczyć? 
— Nie. Oczywiście, że nie. — Bartkowski sięgnął po rzucone na stół papiery. — Tarnów 

uzupełnił swoje informacje na temat Bargieła. Podali trochę szczegółów… W gruncie rzeczy 
nic  istotnego.  Bargieł,  w  Miastku  i  okolicy  zwany  „Królikarzem”,  zajmował  się  skupem 
króliczych skórek dla tarnowskiej garbarni. W miejscu zamieszkania cieszył się nie najlepszą 
opinią.  Handlował,  czym  się  dało.  Niektórzy  twierdzą,  że  kupował  od  chłopów  dolary  i 
pożyczał duże sumy na procent. Nigdy go na tym nie przyłapano, chociaż tamtejsza milicja 
miała na niego oko. Popijał raz z tym, raz z owym… 

background image

 

 

— Co to znaczy? 
— Chcesz wiedzieć, z kim pił? 
— Właśnie. 
— Dobrze, ale  musisz  na to zaczekać… Zatargów czy konfliktów właściwie z  nikim  nie 

miał. Poza tym nic nowego… Autorka kartki pozostawionej pod drzwiami nazywa się, jak już 
wiesz,  Irena  Tuszyk.  Ma  dwadzieścia  cztery  lata,  jest  niezamężna,  pracuje  w  Krakowie,  w 
bibliotece  publicznej.  Mieszka  w  Krakowie  przy  ulicy  Bronowickiej  z  siostrą,  jej  mężem  i 
ciotką staruszką. Zajmują niewielkie mieszkanie w spółdzielczym bloku. W czwartek i piątek 
widziano  ją  w  Bylicach  i  w  Miastku.  Nocowała  w  Miastku  u  niejakiej  Jajowej.  Wszystkim 
mówiła, że przysłała ją koleżanka z listem do Bargieła. Wyjechała autobusem do Tarnowa w 
piątek o szesnastej. 

— Kim jest ta koleżanka o inicjałach S.K.? 
— Nie wiem. W bibliotece nie pracuje nikt, czyje nazwisko zaczynałoby się od takich liter. 
— Co jeszcze? 
— Już  niewiele.  Kierowniczka  biblioteki wyraża się o niej  jak  najlepiej.  Miła, grzeczna, 

pracowita, spokojna, nikomu nie wadzi. Żadnych podejrzanych znajomości. Od kilku dni była 
nieco zdenerwowana. W  czwartek rano zadzwoniła do kierowniczki do domu, prosząc  ją  na 
wszystko o trzy dni  bezpłatnego urlopu. Tłumaczyła  się poważnymi  kłopotami rodzinnymi. 
Jej  szefowa  była  bardzo  speszona,  że  załatwiła  tę  sprawę  trochę  nieformalnie.  Tuszyk 
napisała podanie o urlop po fakcie, to znaczy dopiero dzisiaj. Jak widać, wyjazd do Miastka 
nie był zaplanowany. Wyskoczył w ostatniej chwili. 

— Znajomości? 
— Czy nie za dużo wymagasz jak na jeden dzień? 
— W porządku… — Kapitan przez chwilę bawił się długopisem. — Musimy zająć się tą 

małą. 

— Skąd wiesz, że ona jest mała? 
Derko spojrzał przeciągle na porucznika. 
—  Należy  sprawdzić,  czy  nie  miała  jakichś  kłopotów  finansowych.  Ona  albo  jej  siostra. 

Trzeba też ustalić, czy ktoś z rodziny nie nosi inicjałów S.K. i czy ma chłopaka. Jeżeli tak, to 
kto to jest, czym się zajmuje, gdzie pracuje i jaki jest jego stan majątkowy. Jeżeli możliwe, co 
ją  łączyło  z  „Królikarzem”.  Wywiadem  środowiskowymi  w  Bylicach  i  okolicy  zajmie  się 
Tarnów. Wreszcie to ich teren. 

— Nikogo od nas tam nie poślesz? 
—  Na  razie  nie…  My  musimy  przetrząsnąć  środowisko  krakowskich  cinkciarzy, 

waluciarzy, może nawet paserów i poszukać ewentualnych kontaktów z Bargiełem. 

— Ładna robótka. Nie ma co mówić — mruknął porucznik Bartkowski. 
— No i zostaje jeszcze jego rodzina. Córka… — przerzucił kilka kartek w leżącej przed 

nim  teczce  —  Leokadia  Bilikowska.  No,  tak…  Ojciec  przyjechał  do  niej  w  środę  rano.  W 
piątek wyszedł z domu i już nie wrócił. Pani Bilikowska nie wie, dokąd się udał. Nie wie też, 
czy  był  z  kimś  umówiony.  Nie  mają  wspólnych  znajomych.  Bargieł  przyjeżdżał  często  do 
Krakowa  i wtedy  mieszkał  u córki. Miał  nawet u niej pokój do własnej dyspozycji.  Ale co 
robił, dokąd chodził, z kim się spotykał, tego pani Leokadia oczywiście nie wie. Chyba złożę 
wizytę pani Bilikowskiej. 

— Nie wezwiesz jej do komendy? 
—  Nie.  To  musi  być  bardzo  gospodarna  i  zaradna  kobieta.  Jej  mąż  pracuje  w  Centrali 

Zaopatrzenia w Sprzęt Medyczny z pensją cztery  i pół tysiąca. Ona  jest zatrudniona  na pół 
etatu w Orbisie za dwa dwieście. Jak można przy takich dochodach zbudować domek, choćby 
najskromniejszy?  A  więc  po  pierwsze,  chciałbym  wiedzieć,  skąd  mieli  na  to  pieniądze,  po 
drugie, sprawdź w księgach hipotecznych, czy posesja nie jest obciążona jakimś długiem. 

background image

 

 

— Czy ty sobie zdajesz sprawę, ile ludzi będzie musiało krzątać się dniami i nocami przy 

tej  sprawie?  Oczywiście  nie  licząc  tych  z  pracowni  analitycznych  i  Zakładu  Medycyny 
Sądowej. Bo chyba jeszcze nie masz pełnej ekspertyzy chemicznej? 

— Nie, testy alkoholowe nie są jeszcze skończone. Ale czy widzisz jakieś inne wyjście? 
Porucznik Bartkowski zgniótł papierosa w popielniczce. 
— Żadnego. 
—  W  porządku.  Miło  się  z  tobą  gawędziło.  —  Kapitan  Derko  podniósł  słuchawkę 

telefoniczną. 

 

*

 

*

 

 
Leokadia Bilikowska siedziała sztywno w fotelu i nerwowo skręcała w palcach batystową 

chusteczkę do nosa. Od czasu do czasu podnosiła ją do zaczerwienionych oczu. 

— Panie kapitanie… naprawdę bardzo trudno mi teraz o tym mówić… przecież to był mój 

ojciec… Czy nie moglibyście zostawić go już w spokoju? 

— Przykro mi, że panią nachodzę w takiej chwili. Wydawało mi się, że lżej pani będzie 

rozmawiać ze mną tutaj, we własnym domu, i dlatego nie wzywaliśmy pani do komendy. 

—  Ale  po  co?  Po  co to  wszystko?  Przecież  wiadomo,  jak  to  się  stało…  —  Spojrzała  w 

stronę zamkniętych drzwi jakby w obawie, że za chwilę ktoś może wejść do pokoju. — Jeżeli 
panowie będziecie tu ciągle przychodzić, moje dzieci mogą się czegoś domyślić. 

— Jak to? O niczym nie wiedzą? 
—  Są  przekonane,  że  dziadek  umarł  nagle  na  serce…  A  jak  pan  sobie  wyobraża?  Co 

miałam im powiedzieć? Że był pijakiem, alkoholikiem i że zapił się na śmierć? 

— Czy pani ojciec istotnie tak dużo pił? 
— Ależ nie. Czasem wracał do domu na lekkim rauszu, ale znowu nie tak często… I starał 

się,  żeby  dzieci  tego  nie  widziały…  —  Zaczęła  na  nowo  płakać.  —  To  takie  straszne… 
takie…  wstydliwe…  To,  w  jaki  sposób  umarł…  Dlaczego  każecie  mi  o tym  mówić  jeszcze 
raz?  Ja,  ja przecież  nic  nie wiem.  Wyszedł z domu…  była chyba godzina  jedenasta…  i  już 
więcej go nie widziałam. Nie mam pojęcia, gdzie był, z kim pił… Czy to nie wszystko jedno? 
Dwa dni temu pański kolega rozmawiał  już przecież ze  i  mną  na ten temat… Dlaczego nie 
zostawicie nas w spokoju? 

—  Okoliczności  śmierci  pani  ojca  nie  są  zupełnie  jasne.  Dlatego  musimy  się  tym  nadal 

zajmować. 

— Jak to? Co to znaczy? 
— Po prostu wcale  nie wiadomo, czy pani ojciec  istotnie umarł  na skutek spożycia zbyt 

dużej dawki alkoholu. 

— Więc co się właściwie stało? 
— Tego właśnie chcemy się dowiedzieć. 
— Ale milicja?… Czy to znaczy, że ktoś… 
—  Być  może.  Więc  bardzo  panią  proszę  o  pomoc.  Pan  Bargieł,  jak  pani  sama  mówiła, 

często przyjeżdżał do, Krakowa. Miał na pewno tu jakichś znajomych, gdzieś; chodził, z kimś 
się spotykał. Może odwiedzali go jacyś ludzie? 

— Nikt go nie odwiedzał. Nie wiem, co robił, kiedy wychodził z domu — powtórzyła z 

uporem. 

— Czy przyjeżdżali do niego znajomi z Bylic albo z Miastka? 
— Nie, nigdy. 
— Miał jakieś zatargi czy nieporozumienia z kimś z Bylic albo z Krakowa? 
— Nic o tym nie wiem… Ja naprawdę nie znam nikogo z jego znajomych. 
— Ale ojciec mógł pani o kimś opowiadać. 

background image

 

 

—  Nie.  On  mi  niczego  nie  mówił…  Ja  nic  o  nim  nie  wiem.  Rozumie  pan?  —  Zapadło 

milczenie, które po długiej chwili przerwała pani Leokadia: — Pana to dziwi? 

— Trochę. 
—  Widzi  pan,  mój  ojciec  był  małomówny…  Poza  tym  dosyć  apodyktyczny  i  uparty. 

Między nami nigdy nie było serdeczności, tak jak to bywa w innych rodzinach. Niech mnie 
pan źle nie zrozumie. To wcale nie znaczy, że kłóciliśmy się albo że był dla mnie niedobry. 
Przeciwnie. Zawsze o mnie dbał. Właściwie wszystko mu zawdzięczam… To, że skończyłam 
szkołę,  że  mogłam  iść  na  studia…  Moja  matka  umarła,  kiedy  byłam  jeszcze  dzieckiem. 
Prawie jej nie pamiętam. Potem przez kilka lat zajmował się mną ojciec. Niewiele czasu mi 
poświęcał. Wracał późno do domu, pokrzykiwał, że w piecu nie napalone albo że jeszcze nie 
śpię.  Czasem  przyprowadzał  jakichś  mężczyzn,  z  którymi  zamykał  się  w  pokoju,  a  mnie 
posyłał  do  geesu  po  wódkę.  Dzieci  wołały  za  mną:  „Córka  »Królikarza«„  albo  po  prostu: 
„Dziadówka”…  Któregoś  dnia  ojciec  wyciągnął  mnie  zapłakaną  z  jakiegoś  kąta.  Najpierw 
wytarmosił  i  nakrzyczał,  a  wreszcie  kazał  mi  powiedzieć,  dlaczego  się  schowałam. 
Powiedziałam. Długo mi się przyglądał. Myślę, że wtedy po raz pierwszy zastanowił się nad 
moim  losem.  Nic  nie  powiedział,  ale  po  tygodniu  zawiózł  mnie  do  Krakowa  i  ulokował  u 
ciotki Teresy. To nie była moja ciotka. Tak ją tylko nazywałam. Ojciec przysyłał pieniądze na 
utrzymanie dla mnie i czasem mnie odwiedzał. Kiedy to się stało, miałam dwanaście lat. Nie 
wróciłam  już  do  Bylic.  Chociaż  na  wsi  nie  było  mi  najlepiej,  długo  nie  mogłam  się 
przyzwyczaić do nowych warunków. Kiedyś, podczas świąt, uciekłam od ciotki i pojechałam 
do  Bylic.  Nie  zastałam  ojca  w  domu.  Przez  wiele  godzin  siedziałam  na  połamanych 
schodkach  przed  naszym  domem.  Wydał  mi  się  okropny  i  jeszcze  bardziej  zaniedbany  niż 
wtedy,  gdy  i  go  opuszczałam.  Nikt  do  mnie  nie  podszedł,  nikt  się  mną  nie  zainteresował. 
Tylko  jakieś dzieciaki uczepiły  się połamanego płotu  i zaczęły wołać:  „Córka »Królikarza« 
przyjechała, córka »Królikarza«…” Ojciec wrócił późno w nocy. Co tu ukrywać, sprał mnie i 
zabronił przyjazdów do Bylic. Powiedział, że nie mam tam nic do roboty. Wiedziałam, że ma 
rację.  Na  drugi  dzień  wsadził  mnie  do  i  autobusu.  Od  tego  czasu  nie  byłam  już  u  ojca  w 
domu.  Mówię  o  tym  wszystkim,  żeby  pan  zrozumiał  i  uwierzyli  mi.  Nic  o  nim  nie  wiem. 
Ojciec mnie odwiedzał dosyć rzadko, ale dbał o mnie. Trzykrotnie zmieniałam „ciotki”, które 
się mną zajmowały. Potem mieszkałam w akademiku. Odkąd wyszłam za mąż, ojciec zaczął 
częściej  sil pokazywać. Zbudowaliśmy ten dom  z dużym trudem. Zbieraliśmy pieniądze po 
całej  rodzinie.  Ja  dostałam  trochę  grosza  od  mojej  chrzestnej,  która  sprzedała  kawał  łąki, 
zaciągnęliśmy pożyczkę  bankową, mąż też coś dostał od swojej rodziny, poza tym  sprzedał 
biżuterię po swojej matce. Tonęliśmy w długach po uszy. Ojciec miał jakieś oszczędności. W 
zasadzie  żył  w  bardzo  prymitywnych  warunkach  i  jego  potrzeby  osobiste  były  minimalne. 
Niewiele na siebie wydawał, więc mógł trochę odłożyć. Dał nam parę groszy. Powiedział, że 
kiedyś sobie je odbierze. Ostatnio bywał u nas coraz częściej. Dlatego daliśmy mu pokój do 
jego własnej dyspozycji. Był już stary. Myślałam, że niedługo przeniesie się do nas na stałe. 
Jego obecność była dla nas trochę kłopotliwa. Przyjeżdżał, kiedy chciał, robił, co chciał, i nie 
liczył  się  z  nikim.  Zachowywał  się,  jakby  dom  należał  do  niego…  Zwłaszcza  mój  mąż  nie 
lubił jego wizyt. No, ale trudno. Przecież to był mój ojciec. Nie darzył mnie wielką miłością, 
ale  jednak…  coś  mu  zawdzięczam.  Tadeusz,  mój  mąż,  pochodzi  z  zupełnie  innego 
środowiska. Jest taktowny, kulturalny… Wiem, że ojciec go drażnił, jednak starał się tego nie 
okazywać. Ojciec potrafił zachowywać się okropnie. Kiedyś na przykład mieliśmy gości, taki 
mały  brydżyk  koleżeński  dla  przyjaciół  Tadeusza.  Ojciec  wszedł  do  pokoju,  nawet  nie 
powiedział  „dzień  dobry”,  człapiąc  starymi  kapciami  podszedł  do  barku,  wyjął  butelkę 
koniaku  i  wyszedł  bez  słowa.  Perspektywa  wspólnego  mieszkania  wcale  nie  była  wesoła. 
Gdybyśmy mieli pieniądze, kupilibyśmy mu kawalerkę. No, ale o tym nawet nie mogło być 
mowy…  W każdym razie chwilowo…  Czasem  myślę, że ojciec  łożył  na  moje utrzymanie  i 
wykształcenie wcale nie z miłości rodzicielskiej. Po prostu zainwestował we mnie pieniądze, 

background image

 

 

które  na  stare  lata  miały  mu  przynosić  zysk…  Tak  to  wyglądało.  Niech  się  pan  więc  nie 
dziwi, że  niewiele  mogę panu o nim powiedzieć. Wszedł do tego domu  jak obcy  człowiek, 
który  uznał  jednak,  że  ma  do  tego  prawo.  Przyznam  szczerze,  że  nie  byłam  z  tego 
zadowolona,  ale  nie  umiałam  mu  się  przeciwstawić.  Z  dzieciństwa  wyniosłam  głębokie 
poczucie zależności od niego. Mało go znałam, ale zawsze wiedziałam, że jest gdzieś i że to 
właśnie  on  decyduje  o  moich  losach.  Był  czas,  że  się  go  nawet  wstydziłam…  Prawie 
modliłam  się,  żeby  nie  przyjeżdżał,  żeby  się  nie  pokazywał  moim  koleżankom,  a 
równocześnie zdawałam sobie sprawę, że gdyby pewnego dnia przestał przysyłać pieniądze, 
moja „ciotka” wyrzuciłaby mnie z domu. 

— Jak ojciec przyjął pani małżeństwo? 
—  Tadeusz  w  pierwszej  chwili  bardzo  mu  się  spodobał.  Oczywiście  zgodził  się  na  nasz 

ślub. 

— A gdyby się nie zgodził? 
— Myślę, że i tak wyszłabym za mąż za Tadeusza. 
— Kiedy i dlaczego zmienił zdanie o swoim zięciu? 
—  Wydaje  mi  się,  że  Tadeusz  zawsze  mu  trochę  imponował,  ale  nie  chciał  się  do  tego 

przyznać i chyba właśnie dlatego traktował go bardzo lekceważąco. Uważał, że nie umie żyć. 

— Co przez to miał na myśli? 
— Chyba to, że za mało zarabia, zbyt wolno awansuje. Mawiał, że udaje Bóg wie kogo, a 

właściwie  jest  zerem.  —  Pani  Bilikowska  nagle  się  zmieszała.  —  To  było  oczywiście 
wyłącznie zdanie ojca. Mój  mąż cieszy  się  jak najlepszą opinią u siebie w pracy…  i wśród 
przyjaciół. 

— Czy z powodu ojca dochodziło do jakichś ostrzejszych spięć w pani domu? 
— Nie. Nigdy… Pan mnie źle zrozumiał… — Jej oczy znowu wypełniły się łzami. — Ja 

go jednak kochałam… 

— Czy mogłaby pani pokazać mi pokój pana Bargieła? 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
— Jego pokój?… — powtórzyła niepewnie. — Oczywiście… Ale po co to panu? 
—  Sporo  mi  pani  powiedziała  o  swoim  ojcu,  ale  czasem  przedmioty  mogą  powiedzieć 

więcej o człowieku niż jego najbliżsi. 

— Bardzo proszę… — Wstała z pewnym ociąganiem. — Tam jest nie posprzątane… 
— Tym lepiej. 
Przeszli  przez  mały  hol  i  stanęli  w  progu  niewielkiego  pokoju,  urządzonego  typowymi 

nowoczesnymi  meblami,  takimi,  jakie  można  zobaczyć  prawie  w  każdym  mieszkaniu. 
Tapczan,  regał,  dwa  fotele,  niski  stolik–ława,  przy  kryty  cepeliowskim  bieżnikiem, 
niegustowna wisząca lampa i wysoka wąska szafa z nadstawką–pawlaczem. 

Na tapczanie leżał zwinięty szary koc. Na regale nie było ani jednej książki, natomiast stał 

na  nim,  obok  koszmarnego  porcelanowego  kotka,  duży  radioodbiornik.  Na  haku  wbitym  w 
okienną  framugę wisiała duża klatka z kolorowymi papużkami. Ptaki  skrzeczały, trzepotały 
skrzydełkami  i  czepiały  się  pazurkami  metalowych  prętów.  Tuż  obok  okna  stało  ciężkie, 
masywne  biurko.  Kapitan  podszedł  do  tego  jedynego  wyróżniającego  się  swoim  wyglądem 
mebla w pokoju. Na gładkim, prawie czarnym blacie stała duża kryształowa popielniczka. I 
nic więcej. Derko odwrócił się w stronę Bilikowskiej. 

— Jak więc pani powiedziała, ojciec wyszedł w piątek około godziny jedenastej i już nie 

wrócił do domu? 

— Tak. 
— Nie zadzwonił z miasta? 
— Nie. Nie miał tego zwyczaju. 
— I nikt do niego nie telefonował, nikt nie złożył mu wizyty? 
— Nie, nikt. 

background image

 

 

— Czy pani całe przedpołudnie spędziła w domu? 
— Nie. Wychodziłam po zakupy. 
— Jak długo pani nie było? 
— Jakieś dwie godziny. 
— Nie może więc pani wiedzieć, że w tym czasie nie było do niego telefonu. 
— No, nie… ale pytałam gosposię. Powiedziała, że nikt do niego nie dzwonił. 
— O której pani wróciła? 
—  Tuż  przed  jedenastą.  Weszłam  prosto  do  kuchni.  Drzwi  do  holu  zostawiłam  otwarte. 

Rozmawiałam  właśnie  z  gosposią,  kiedy  wychodził  ze  swojego  pokoju.  Widziałam,  jak 
zamyka drzwi na klucz, a potem idzie przez hol. Miał na sobie płaszcz i kapelusz. 

— Przepraszam panią bardzo, ale o ile się nie mylę, teraz drzwi do jego pokoju nie były 

zamknięte na klucz? 

— No, nie… — Na policzki pani Leokadii wystąpił lekki rumieniec. — Kiedy nie wrócił 

na  noc,  byliśmy  trochę  zaniepokojeni.  Na  drugi  dzień  rano  przyszło  nam  do  głowy,  że 
mogliśmy  nie  usłyszeć  jego  powrotu.  Zapukaliśmy  do  niego,  ponieważ  nie  odpowiadał, 
wystraszyliśmy się, że mu się coś stało. Wtedy otworzyliśmy jego pokój. 

— Aha. Macie państwo zapasowy klucz? 
— Nie… Wśród różnych domowych rupieci znaleźliśmy klucz uniwersalny. 
— Czyli po prostu wytrych? 
— No… coś w tym rodzaju. 
— Rozumiem. Czy pani ojciec był chory? 
— Tak, miał cukrzycę. 
— Jak się czuł ostatnio? 
— Dosyć dobrze. No, ale mimo to mogło mu się coś stać. Przecież to był stary człowiek… 
— Tak, tak… Brał insulinę? 
— Nie. Od wielu miesięcy nie brał niczego. 
— Czy ostatnio leczył się na coś? 
— Nie. 
—  Nie  korzystał  z  porady  lekarza  w  ostatnich  dniach?  Nie  zażywał  żadnych  leków,  nie 

brał jakichś zastrzyków? 

— Nie. W każdym razie ja nic o tym nie wiem. 
— Jeszcze jedno. Pani męża w piątek rano oczywiście nie było w domu? 
— Nie. Był w pracy. 
— A o której wrócił do domu? 
— Nie rozumiem… Właściwie o co panu chodzi? 
— Chyba wyraziłem się dosyć  jasno. Nie potrafi pani czy też nie chce odpowiedzieć  na 

takie proste pytanie? 

— Oczywiście, że mogę. — Była wyraźnie zniecierpliwiona. — Był już wieczór. 
— O której godzinie? — powtórzył Derko. 
Zastanawiała się tylko przez chwilę. 
— Było już trochę po ósmej. 
— Zawsze wraca tak późno z pracy? 
— Nie. 
— Czy mógłbym porozmawiać z pani gosposią? 
— Dlaczego chce pan z nią rozmawiać? Ona nic nie wie. 
—  Jeżeli  pani  sobie  nie  życzy,  żebym  tutaj  zamienił  z  nią  parę  słów,  mogę  ją  w  każdej 

chwili wezwać do komendy. Chciałem uniknąć niepotrzebnego zamieszania. 

—  Ależ  oczywiście,  proszę.  Zaraz  ją  zawołam,  choć  ona  naprawdę  nic  nie  wie  — 

powtórzyła z lekkim poirytowaniem. 

— Mimo to chciałbym z nią porozmawiać. 

background image

 

 

Bilikowska lekko wzruszyła ramionami i bez słowa wyszła z pokoju. 
Derko znowu spojrzał na biurko. Było stare i porysowane. Sczerniałe metalowe uchwyty 

przy szufladach nie były czyszczone chyba od wielu lat. Nad jednym z nich odłupany fornir 
odsłaniał kawałki jasnego drzewa. Kapitan pochylił się i uważnie obejrzał ozdobny zamek. W 
kilku  miejscach  na  ciemnym  metalowym  okuciu  błyszczały  drobne  rysy.  Przyjrzał  się  im 
uważnie  i  wyprostował  się.  Zdążył  odwrócić  się  w  stronę  drzwi,  gdy  w  progu  stanęła  pani 
Bilikowska.  Tuż  za  nią  szła  licząca  jakieś  pięćdziesiąt  lat  kobieta.  Miała  włosy  gładko 
zaczesane do tyłu, a jej ciemne, chmurne oczy patrzyły niezbyt przychylnie na kapitana. 

— Proszę, to jest pani Zuzia. Ja chyba nie będę panu potrzebna? 
— Chwileczkę, proszę zaczekać. Gdzie pani ojciec przechowywał strzykawkę? 
— O czym pan mówi? 
— Prawie każdy diabetyk ma swoją strzykawkę. 
— Tak?… Nie wiedziałam o tym. 
— Starszy pan też miał — odezwała się nagle Zuzia. — Zawsze sam ją gotował w kuchni, 

gdy miała przyjść pielęgniarka na zastrzyk. 

— Kiedy to było? — Derko zwrócił się do gosposi. 
— Och, chyba jakieś pół roku temu albo i więcej. 
— W takim razie powinna gdzieś tu być.  — Pani Leokadia spojrzała bezradnie w stronę 

regału. — Może na półce… Jeżeli pan sobie życzy, mogę poszukać. 

— Nie, nie. Dziękuję. To nie ma znaczenia. 
—  Panie  kapitanie,  bardzo  pana  przepraszam,  że  od  razu  nie  powiedziałam  o  tej 

strzykawce. Po prostu chciałam już skończyć tę rozmowę. Jestem bardzo zmęczona… 

— Nie szkodzi. Proszę się tym nie przejmować. Dziękuję pani. 
Wyszła zamykając za sobą ostrożnie drzwi. 
—  Wy  chyba  Boga  w  sercu  nie  macie  —  powiedziała  z  nagłą  pasją  pani  Zuzia.  —  To 

kobiecisko  wykończy  się  tymi  nerwami!  Mało  ma  zmartwień?  Musicie  ją  jeszcze 
prześladować?! 

—  Nikogo  nie  chcemy  prześladować,  niech  mi  pani  wierzy.  Ale  niechże  pani  usiądzie. 

Proszę. 

— Postoję — mruknęła niechętnie. 
—  Od  wielu  godzin  jestem  na  nogach,  a  nie  wypada  mi  siedzieć,  podczas  gdy  starsza 

kobieta, z którą rozmawiam, stoi. Sama pani przyzna, że to by nieładnie wyglądało? 

Znowu coś mruknęła, ale przycupnęła na brzegu fotela. 
—  Powiedziała  pani:  kobiecisko,  a  mnie  nie  bardzo  to  określenie  pasuje  do  młodej  i 

eleganckiej  pani  Bilikowskiej.  Czego  jej  brakuje?  Ma  piękny  dom,  dwoje  udanych  dzieci, 
przystojnego męża… 

— Tacy są najgorsi. 
— Ach, tak? 
— Wali się na nią jedno za drugim. Starszy pan umarł, świeć panie nad jego duszą, to i o 

co tu dużo rozpytywać? 

— W wypadku czyjegoś nagłego zgonu milicja musi ustalić, jaka była przyczyna śmierci. 
—  Czy  to  nie  wiadomo,  co  mu  się  stało?  Przecież  słyszałam,  jak  pani  mówiła,  że  był 

pijany.  Zapił się  na  śmierć. Pani  nawet się  martwiła, żeby dzieci się  nie dowiedziały,  bo to 
wstyd dla całej rodziny. Do czego tu milicję wzywać? 

— Czy pan Bargieł często pił? 
—  Wracał  czasem  podpity.  Nieraz  budziłam  się  w  środku  nocy,  jak  trzaskał  drzwiami  i 

głośno wyklinał w korytarzu. 

— Zapraszał gości na wódkę? Przychodzili do niego jacyś znajomi? 
— Nie. W domu nie pił. Chyba że sam. Wtedy zamykał się w swoim pokoju, a rano całe 

mleko z lodówki zabierał. 

background image

 

 

— No, to rzeczywiście niewesołe były te jego wizyty u córki. 
— Pani miała do niego świętą cierpliwość. Nie wypada źle mówić o zmarłych, ale to był 

pijus  i  cholernik.  Chociaż  trudno  to  córce  powiedzieć,  ale  dla  niej  to  lepiej,  że  tak  się  to 
skończyło. 

— Aż tak był dokuczliwy? 
— Proszę pana, co tu ukrywać. Państwo przez niego omal się  nie rozwiedli. Przyjeżdżał 

tutaj i wygadywał na pana Bilikowskiego. Że leń, że nic nie robi, że o dom nie dba. 

— To była prawda? 
— Ale skądże. Jak to mężczyzna, lubił, żeby w domu wszystko miał podane. Ale przecież 

jeździł  do  pracy  i  pieniądze pierwszego żonie oddawał. Starszy pan  huczał  i  huczał. Że się 
przyżenił, bo chce mieć wygodne życie, że za niego trzeba głową kręcić, jak na dom zarobić. 
Według  mnie  to  stary  chciał  mieć  wygodne  życie,  zięcia  z  domu  wygryźć  i  samemu 
zamieszkać tu na stałe. A z panią to już by sobie poradził. 

— I pani Bilikowska była skłonna się rozwodzić? 
—  Nie  tak  od  razu.  Trochę  popłakiwała  i  ojca  uspokajała,  jak  mogła.  Ale  jakieś  trzy 

miesiące temu starszy pan przyjechał i zrobił straszną awanturę. Podobno przyłapał pana na 
tym, że żonę zdradzał. „Ja ci udowodnię, co to za łajdak! Pokażę ci, jak cię nabiera ten twój 
Tadziczek, ty głupia krowo!” krzyczał. Całą noc się awanturowali. Dzieci się pobudziły, więc 
poszłam  do  nich  na  górę.  Potem  się  uciszyli,  a  rano  pan  spakował  walizkę  i  poszedł.  Pani 
Bilikowska  płakała.  Wyglądała  biedaczka,  jakby  jej  dziesięć  lat  przybyło.  Stary  chodził  po 
domu  i  odgrażał  się,  że:  „Teraz  tu  będą  zupełnie  inne  porządki”.  Ale  państwo  po  dwóch 
miesiącach pogodzili się na szczęście. Pan zaczął, przychodzić, kwiaty przynosić, jakby był 
narzeczonym.  Tylko  pani  bała  się  ojca  i  prosiła,  żeby  jeszcze  przez  jakiś  czas  mieszkał  u 
kolegi.  Pan  Bilikowski  denerwował  się,  czemu  nie  ma  się  co  dziwić.  Sama  słyszałam,  jak 
mówił do żony:  „Co to, we własnym  domu  nie  mam prawa  mieszkać?”. Pani  prosiła, żeby 
jeszcze  trochę  zaczekał,  i  obiecywała,  że  jakoś  to  z ojcem  załatwi.  Ale  z  tydzień  temu  pan 
wprowadził  się  z  powrotem.  W  tym  tygodniu  starszy  pan  przyjechał  wcześniej,  niż  się  go 
spodziewano,  to  znaczy  w  środę  rano.  Zaraz  zobaczył,  że  samochodu  w  garażu  nie  ma,  i 
zaczął się denerwować. Wymyślał pani, że dała kluczyki mężowi. Pani coś mu tłumaczyła  i 
już  biegła do telefonu, ale  ją  chwycił za rękę, aż  jej  sińce zostały.  Wtedy  nie wytrzymała  i 
zaczęła  krzyczeć,  że  dom  jest  jej  i  że  mu  nic  do  tego,  co  ona  w  nim  robi.  A  on  się  zaczął 
śmiać i uderzył ją w twarz. Taki to był ten ojczulek kochany. Miałam tego wszystkiego nie 
opowiadać panu, ale niech pan wie, o kogo się pan tak martwi. 

— Pani Bilikowska zabroniła pani o tym mówić? 
—  Wstyd  kobiecie,  to  chyba  jasne.  Jest  się  czym  chwalić,  jak  się  ma  ojca  pijaka  i 

awanturnika?  Teraz  płacze,  ale  dla  niej  lepiej,  że  stało  się  tak,  jak  się  stało.  Niech  mu  tam 
ziemia lekka będzie, ale rozpaczać nie ma po kim. 

— Sądzę, że po powrocie pana Bilikowskiego z pracy wybuchła następna awantura? 
— Nawet nie. Starszego pana nie było w domu. Gdzieś się tłukł po mieście. Wrócił późno 

w nocy i poszedł prosto do swojego pokoju. Pani oczywiście denerwowała się. Widziałam, że 
nawet  popłakiwała.  Rozmawiała  z  mężem  i  prosiła  go,  żeby  poszedł  spać  do  kolegi.  Nie 
chciał się zgodzić. Mówił, że musi wreszcie z teściem porozmawiać i rozstrzygnąć wszystko 
do końca. Ale pani nalegała, żeby tego nie robił. Tłumaczyła:  „Niech on się trochę uspokoi. 
Zaczekaj  kilka  dni.  Ja  już  nie  mogę  znieść  tych  ciągłych  awantur…”  —  pani  Zuzia  nagle 
przerwała.  Spojrzała  na  kapitana  chmurnym  wzrokiem.  —  Pan  pewnie  myśli,  że  ja 
podsłuchiwałam?  Ale  nie,  nie podsłuchiwałam. Trudno  jednak  nie słyszeć,  jak się  żyje pod 
jednym  dachem,  a  wszyscy  mówią  głośno.  Kocham  dzieci  Bilikowskich  jak  własne.  Przy 
mnie wyrastały. A dzieci powinny mieć ojca i matkę. Niechby nawet miał jakąś babę na boku, 
ale  dla  dzieci  powinni  utrzymać  rodzinę.  Tymczasem  stary  na  głowie  stawał,  żeby  ich 
pokłócić. Pijanica jeden. 

background image

 

 

— No i pan Bilikowski poszedł spać do kolegi? 
—  Tego  dnia  nie.  Uparł  się.  Ale  w  czwartek  rano  pani  znowu  zaczęła  go  molestować. 

Wrzucił do teczki ręcznik i piżamę i poszedł. Zły był. I miał swoją rację. 

— Kiedy wrócił do domu? 
— Jak to kiedy? 
— Przecież teraz chyba nie mieszka u kolegi? 
—  W  czwartek  go  nie  było,  w  piątek  też  nie.  W  sobotę,  kiedy  przyszli  po  panią  i 

powiedzieli, że ojca znaleziono nieżywego na ulicy, pani zadzwoniła do pana do biura. Już z 
milicji wrócili razem. 

— Proszę mi powiedzieć, czy tego dnia, kiedy pan Bargieł wyszedł i już nie wrócił, była 

pani cały czas w domu? 

— Tak. Byłam. 
— Czy nikt do niego nie telefonował? 
— Nie, nikt. 
— A może ktoś przyszedł po niego? 
— Nie. Siedział u siebie do jedenastej. A potem wyszedł. Pani właśnie wróciła z miasta. 
— Nie powiedział, dokąd idzie? 
— Nie. 
— Czy pan Bargieł zawsze zamykał swój pokój na klucz? 
— Tak — skrzywiła się pogardliwie. — Miał czego pilnować. Tych kilku gratów. 
— Kto u niego sprzątał? 
— Ja. Oczywiście, jak mnie wpuścił. 
— Kiedy po raz ostatni robiła pani tu porządek? 
— W zeszłym tygodniu. Chyba w czwartek. 
— Po jego śmierci nie było tu już sprzątane? 
— Nie. Pani powiedziała, że sama to zrobi. 
— Kiedy tak powiedziała? 
— Dzisiaj rano chciałam zamieść, ale pani nie pozwoliła. 
— Kiedy pani Bilikowska otworzyła pokój ojca? 
Pani Zuzia przyjrzała się podejrzliwie kapitanowi. 
— Nie wiem. Proszę się pani zapytać. Ja tu nie wchodziłam. 
— Czy pan Bargieł przyjeżdżał co tydzień do Krakowa? 
— Nie. Czasem go nie było dwa i trzy tygodnie. 
— To skąd państwo Bilikowscy mogli wiedzieć, kiedy przyjedzie? 
—  Starszy  pan  miał  w  Miastku  jakiś  sklepik  czy  stragan,  dokładnie  nie  wiem.  W  dni 

targowe, to znaczy w piątki, miał najlepszy utarg, więc nigdy wtedy nie przyjeżdżał. Pojawiał 
się w niedzielę rano i zostawał do wtorku, czasem dłużej. Ale tu nie siedział. Chodził gdzieś 
po mieście. Więc jak w niedzielę rano nie przyjechał, to wiadomo było, że będzie spokój. 

— Jak długo pani tutaj pracuje? 
— Sześć lat. 
— I zawsze pan Bargieł miał tu swój pokój? 
— Zawsze, odkąd pamiętam. Proszę pana, czy coś zginęło? 
— Dlaczego pani o to pyta? 
— Bo pan tak jakoś mówił o tym zamykaniu na klucz i sprzątaniu. Przy mnie, proszę pana, 

nigdy  nic  nie  zginęło.  Proszę  zapytać  panią  Bilikowską  albo  w  moim  poprzednim  miejscu 
pracy. Mnie nigdy nikt o coś takiego nie posądził. 

—  Ależ  nie,  proszę  się  uspokoić!  Ja  pani  o  nic  nie  podejrzewam.  Jeżeli  pani  to  tak 

zrozumiała, to bardzo przepraszam. 

— Czy mogę już iść? — zapytała chłodnym tonem. 
— Tak, tak, oczywiście. 

background image

 

 

Pani Zuzia westchnęła z wyraźną ulgą i wstała z fotela. 
— Niepotrzebnie tyle panu mówiłam. Widzę, że milicja nie ma co robić, skoro zajmuje się 

jakimś staruchem, który zapił się na śmierć. 

Kapitan Derko uśmiechnął się. 
—  Cóż  robić.  Na  tym  między  innymi  polega  nasza  praca.  Ale  proszę  jeszcze  chwilę 

zaczekać. Niech mi pani powie, kto karmił ptaki, kiedy pan Bargieł wyjeżdżał? 

— Wynosił klatkę do holu. Na drugi dzień rano zabierałam ją do kuchni i musiałam dbać o 

te jego gawrony. Jakbym innej pracy nie miała! 

— A w piątek gdzie była klatka? 
— Tym razem on jej w ogóle nie zabrał do siebie. Przyjechał w środę, ale po awanturze z 

panią widocznie zapomniał o ptakach. 

— Mógł je zabrać w czwartek. 
— W czwartek nie nocował w domu. 
— Uprzedził panią Bilikowską, że nie wróci na noc? 
— Nie. On przychodził i wychodził, kiedy chciał. Nikomu się nie opowiadał. 
— To kiedy wrócił? W piątek rano? 
— Tak. Przyszedł koło dziewiątej. 
— Mówił coś? Rozmawiał z kimś z domowników? 
—  On  rozmawiać?!  Skąd!  Zamknął  się  u  siebie  w  pokoju.  Po  raz  drugi  zobaczyłam  go 

dopiero, kiedy wychodził, o jedenastej. 

— Rozumiem. Teraz naprawdę może pani już iść. Bardzo pani dziękuję. 
Mruknęła coś pod nosem i wyszła. 
Kapitan Derko  jeszcze przez chwilę siedział w  fotelu, wreszcie wstał  i zapalił papierosa. 

Rozejrzał się po pokoju, jakby zastanawiał się, co zrobić ze zużytą zapałką, potem złamał ją 
na  pół  i  wsadził  z  powrotem  do  pudełka.  W  drzwiach  prawie  się  zderzył  z  panią  Leokadią 
Bilikowską. 

— Przepraszam — powiedziała i cofnęła się. — Chciałam zapytać, czy będę jeszcze panu 

potrzebna. Trochę źle się czuję i chętnie bym się położyła… 

— Czy mogę skorzystać z telefonu? — Derko przemilczał jej pytanie. 
— Proszę bardzo — zrobiła nieokreślony ruch ręką. 
Podszedł do stojącego w holu stolika z telefonem. 
— Czy nazwisko Irena Tuszyk coś pani mówi? — zapytał podnosząc słuchawkę. 
— Nie. Nic. 
— Jest pani tego pewna? Proszę się dobrze zastanowić. 
— Nie znam tej dziewczyny. 
Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
— Skąd pani wie, że ona jest młoda? 
— Wcale tego nie wiem… skoro jej nie znam… 
— O starszej kobiecie raczej nie mówi się: dziewczyna. 
— Słusznie. A ona jest stara? 
— Nie. Jest to rzeczywiście młoda dziewczyna — wykręcił na tarczy numer i przez chwilę 

czekał.  —  Mówi  Derko  —powiedział  do  słuchawki.  —  Czekam  na  was.  Przywieź  ze  sobą 
nakaz przeprowadzenia rewizji. Tak… tak… załatw to migiem. 

—  Panie  kapitanie!  Na  Boga,  niech  pan  tego  nie  robi!  —  Stanęła  tuż  koło  niego  z 

wyciągniętą przed siebie znieruchomiałą w pół gestu ręką. — Błagam pana! 

— Nie rozumiem. — Odłożył spokojnie słuchawkę na widełki. 
— Za chwilę wrócą dzieci ze szkoły. Co ja im powiem? 
— Nie wiem. Proszę wymyślić coś sensownego. A najlepiej niech je pani wyśle do kina 

albo do znajomych. 

— Czy to konieczne… to, co pan robi?… 

background image

 

 

— Niestety, tak. Bardzo mi przykro. Czy może mi pani dać klucz od pokoju pani ojca? 
— Nie mam klucza. 
— W takim razie wytrych, o którym pani mówiła. 
Stała  jeszcze  przez  chwilę  bez  słowa,  patrząc  na  kapitana,  potem  weszła  do  pokoju,  w 

którym  rozpoczęli  dzisiejszą  rozmowę.  Nie  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Kapitan  widział,  jak 
otworzyła  szufladę  kredensu  i  zaczęła  w  niej  czegoś  szukać.  Potem  odwróciła  się  w  jego 
stronę, podając na wyciągniętej dłoni wytrych, jakby chciała go zmusić, żeby do niej podszedł 
i sam sobie wziął to, czego zażądał. 

— Dlaczego nie powiedziała pani, że mąż w czwartek i w piątek nie nocował w domu? — 

zapytał Derko zatrzymując się w progu. 

Zmieszała się i cofnęła rękę. 
— Jak widzę, Zuzia poinformowała pana… 
— Wolałbym, żeby zrobiła to pani. 
— Dziwi się pan… dziwi się pan, że nie chciałam mówić o sprawach tak osobistych z… 

bądź  co  bądź  obcym  człowiekiem?  Moje  nieporozumienia  małżeńskie  nie  powinny  nikogo 
obchodzić. 

— Nie kieruje mną wyłącznie ciekawość. 
Nie  patrzyła  na  niego.  Położyła  wytrych  na  kredensie  i  podeszła  do  stołu.  Niepewnym 

ruchem wyciągnęła ze stojącego na nim pudełka papierosa. 

— No więc już pan wie, że byłam bliska rozwodu… Ale to już minęło. 
— Gdzie nocował pani mąż przez te dwie noce? 
— U swojego kolegi z biura. 
— Sądzę, że zna pani jego nazwisko? 
— Tak. Stefan Komylski. 

background image

 

 

Ś

RODA 

 

26

 WRZEŚNIA

 

 
Od  dwóch  dni  Irena  wracała  z  pracy  prosto  do  domu.  Nigdzie  nie  zatrzymywała  się,  z 

nikim  nie  rozmawiała  i  unikała  znajomych.  W  poniedziałek  pod  koniec  dnia  kierowniczka 
biblioteki  wciągnęła  ją  do  swojego  pokoju  i  po  zawiłym  wstępie  i  wielu  zastrzeżeniach 
wykrztusiła wreszcie, że przed południem był u niej ktoś z milicji i dopytywał o Irenę. 

— Moje dziecko, czy ty masz jakieś kłopoty? Możesz mi zaufać. Chcę ci tylko pomóc… 

— nalegała. 

Irena zapewniła ją, że nic się nie stało i że w ogóle nie wie, o co chodzi. 
— Może pani być pewna, że nie zrobiłam nic złego — usiłowała nadać swojemu głosowi 

naturalne brzmienie. 

Właściwie spodziewała się tego, że milicja zainteresuje się nią wcześniej czy później, ale 

teraz, kiedy to się stało, nagle serce podeszło jej do gardła i załomotało oszalałym rytmem. Z 
trudem  zapanowała  nad  sobą,  żeby  się  nie  rozpłakać  i  uśmiechając  się  blado,  odeszła  do 
swoich zajęć. Gdy wychodziła, czuła  na  sobie  badawcze  i zatroskane spojrzenie pani  Zofii. 
Wiedziała, że teraz nic już nie da się zrobić. Mogła tylko czekać, ale to czekanie przygnębiało 
ją  coraz  bardziej.  Początkowo  wymyślała  nieskończoną  ilość  wersji  swojej  nieszczęsnej 
wyprawy  do  Bylic,  lecz  z  biegiem  czasu  wszystkie  wydały  jej  się  zupełnie  nonsensowne. 
Wreszcie  po  dwóch  dniach  nie  była  w  stanie  sklecić  na  ten  temat  nawet  kilku  zdań,  które 
mogłyby się wydać choć trochę prawdopodobne. Stale jej się zdawało, że ktoś ją obserwuje, 
że  idzie  za  nią  ulicą.  Zaczęła  już  marzyć  o  tym,  żeby  wreszcie  coś  się  stało.  Obojętne  co. 
Niech  ją  aresztują,  oskarżą,  sądzą  —  wszystko  jedno…  Byleby  się  to  już  skończyło.  Ale 
nadeszła środa i jakoś nikt się nie pojawił, żeby jej nałożyć kajdanki. 

Wieczorem  wracała  mokrymi  od  deszczu  ulicami.  Postanowiła  przejść  się  do  domu 

piechotą  w  nadziei,  że  po  tak  długim  spacerze  będzie  mogła  wreszcie  zasnąć.  „Co  ja  im 
powiem?”  —  znowu  wróciło  natrętne  pytanie,  które  starała  się  natychmiast  wyrzucić  z 
pamięci.  Zaczęła  gwałtownie  myśleć  o  czymś  innym  i  nawet  się  nie  spostrzegła,  kiedy 
przypomniał jej się Stefan. Nie odezwał się od soboty. Zupełnie nie wiedziała, co się z nim 
dzieje. 

Z  pewnym  zdziwieniem  stwierdziła,  że  wcale  nie  ma  ochoty  go  widzieć  i  natychmiast 

poczuła  coś  na  kształt  wyrzutów  sumienia.  Przechodziła  właśnie  koło  budki  telefonicznej. 
Zawahała  się  tylko  przez  chwilę,  a  potem  stanowczym  ruchem  szarpnęła  drzwiczki.  Kiedy 
usłyszała znajome „hallo”, przez ułamek sekundy miała ochotę odwiesić słuchawkę. 

—  To  ja…  —  powiedziała  nie  wiadomo  dlaczego  podrażnionym  nieco  tonem.  — 

Dlaczego się nie odezwałeś? Niepokoję się o ciebie. 

Milczał. Był wyraźnie zaskoczony. 
— Słyszysz mnie? — zdenerwowała się nagle. 
— Tak. Oczywiście. Nie poznałem cię w pierwszej chwili. 
— Co się z tobą dzieje? 
— Nic takiego… 
— Dlaczego nie zadzwoniłeś? 
— Wydaje mi się, że nie powinniśmy się przez jakiś czas widywać… 
— Nie bój się. Nie przyjdę do ciebie. Ani dziś, ani jutro… 
— Och, nie dramatyzuj. 
— Wcale  nie dramatyzuję. Chciałam ci tylko powiedzieć, że oni  już  byli  w bibliotece… 

Wypytywali o mnie… 

— Właściwie skąd ty dzwonisz? Z domu? 
— Nie. Z budki telefonicznej. 

background image

 

 

—  No, tak…  Nie  wiem,  co  mam  ci  powiedzieć…  Myślę,  że  jesteś  mądrą  dziewczyną  i 

jakoś sobie poradzisz. 

— Na pewno. 
— No to trzymaj się, mała. Wszystko jakoś się ułoży. 
— Też tak myślę — powiedziała cicho i odwiesiła słuchawkę. 
Teraz już nie mogła powstrzymać się od płaczu. Kiedy wychodziła z budki telefonicznej, 

jakiś mężczyzna, który od dłuższej chwili stukał złotówką w szybę, spojrzał na nią zdziwiony. 

Odechciało się jej dalszego spaceru. Wsiadła w nadjeżdżający tramwaj. 
W  domu  panowała  zaskakująca  cisza.  Widocznie  Marcinek  zasnął  bez  większych 

rozróbek,  a  ukochanego  szwagra  licho  gdzieś  wyniosło,  w  związku  z  czym  telewizor  stał 
ślepy i niemy. Irena z ulgą położyła się na tapczanie i zapaliła papierosa. Wyciągnęła rękę po 
jakąś książkę i właśnie w tej chwili uchyliły się ostrożnie drzwi, i do pokoju weszła Bożena. 

— Wróciłaś? 
— Jak widzisz. 
— Dlaczego tak późno? 
— Szłam piechotą. 
— Po deszczu? 
— Zgadza się. Po deszczu. 
— Irena, dlaczego jesteś taka? 
— Jaka? Nie rozumiem, o co ci chodzi. 
— Naprawdę?… Nie czujesz tego, że jesteś opryskliwa? 
Irenie zrobiło się przykro. Usiadła, podkulając nogi pod siebie. 
— Nie gniewaj się. Po prostu jestem zmęczona. 
— Co się z tobą dzieje? 
— Nic. Dlaczego o to pytasz? 
— Stale mówisz, że jesteś zmęczona. Masz jakieś zmartwienie? 
— Ależ nie… 
— Przecież widzę, że jesteś nieswoja. 
— Nie. Zdaje ci się. 
— Dobrze, jak uważasz… — Wyciągnęła z kieszeni szlafroka jakiś papier. — Przyszło do 

ciebie wezwanie. Z milicji… Może teraz raczysz powiedzieć, o co chodzi? 

— Nie wiem… Nie mam pojęcia… — Poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. — Na kiedy 

jest to wezwanie? 

—  Na  jutro…  —  Bożena  położyła  papier  na  stole  i  skierowała  się  do  wyjścia.  Ale 

zatrzymała  się  jeszcze  w  progu.  —  Nie  napijesz  się  herbaty?  —  zapytała  niespodziewanie 
łagodnym tonem. 

Irena zapragnęła nagle ucałować swoją starszą siostrę i trochę sobie popłakać. Pomyślała, 

jakby to było dobrze, gdyby Bożena pogłaskała ją po policzku i zapytała ciepłym, miękkim 
tonem:  Co ci to, Reniu, co ci to?  — tak jak to robiła wiele, wiele lat temu, kiedy Irena była 
jeszcze zupełnie małą dziewczynką. 

—  Nie,  dziękuję  ci…  —  powiedziała  przez  ściśnięte  gardło  i  położyła  się  z  powrotem, 

odwracając twarz w stronę ściany. — Okropnie boli mnie głowa… muszę się przespać… 

Przez  dłuższą  chwilę  patrzyła  bezmyślnie  w  kolorowy  dywanik  wiszący  nad  tapczanem. 

Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  wycofując  wkład  z  książeczki  mieszkaniowej,  skrzywdziła 
Bożenę.  Skazywała  ją  na  dalsze  lata  ciasnoty  i  niewygody.  „Mój  Boże,  jak  mogłam  coś 
takiego zrobić? Jak mogłam?…” 

background image

 

 

C

ZWARTEK 

 

27

 WRZEŚNIA

 

 
Kapitan  Derko  przyglądał  się  uważnie  młodej  dziewczynie,  siedzącej  po  drugiej  stronie 

biurka.  —  Nasza  rozmowa  trwa  już  ponad  godzinę  —  powiedział  spokojnie,  zapalając 
kolejnego  papierosa.  —  To  zupełnie  nie  ma  sensu,  żeby  pani  nadal  wymyślała  jakieś 
efektowne historyjki, które — proszę się nie gniewać — są zupełnie pozbawione elementarnej 
logiki. — Czekał chwilę, ale Irena Tuszyk nie odezwała się, tylko rumieniec na jej policzkach 
stał się jeszcze ciemniejszy. — Zacznijmy wszystko od początku. Tym razem może ułatwię 
pani  zadanie.  Po  pierwsze,  osoba,  którą  tak  skrzętnie  pani  ukrywa  pod  inicjałami  S.  K.  — 
uśmiechnął się nieznacznie — jest nam znana. Chodzi o Stefana Komylskiego, starszego od 
pani  o  dziesięć  lat  mężczyznę,  z  którym  mniej  więcej  od  roku  utrzymuje  pani  dość  bliski 
kontakt. Jest wysoki, przystojny i ma nienaganne maniery oraz sporo osobistego uroku. Lubi 
wspominać  o  swoim  dobrym  pochodzeniu,  chętnie  wymienia  znane  historyczne  nazwiska, 
obdzielając nimi swoich rzekomych wujów i ciotki. Notabene, pani wie, kim był jego ojciec? 
Weterynarzem.  Jego  matka  oczywiście  nie  była  żadną  arystokratką.  Pochodziła  z  dosyć 
zamożnej  mieszczańskiej  rodziny,  od  lat  osiadłej  w  Krakowie.  Jej  siostra,  czyli  ciotka 
Albertyna, jak ją nazywa pan Komylski, mieszka do dnia dzisiejszego w Krakowie, w starym 
domu przy ulicy Pijarskiej, na którą przeniosła się zaraz po wojnie. Wróćmy jednak do pana 
Komylskiego.  Pracuje  w  Centrali  Zaopatrzenia  w  Sprzęt  Medyczny.  Zarabia  cztery  i  pół 
tysiąca miesięcznie, ale wydaje o wiele więcej. Grywa na wyścigach, i to wysoko. Zapewne 
słyszała pani o jego stryju, który trzymał konie wyścigowe? Niech pani i tę opowieść między 
bajki włoży. Poza tym pan Komylski bywa w domach, w których grywa się w karty. Chcę, 
żeby mnie pani dobrze zrozumiała. Mówię o hazardowej grze w karty. Zgadza się? 

—  Nie…  To  znaczy  o  tym  hazardzie  nic  nie  wiem…  —  Irena  przełknęła  ślinę.  —  Ale 

skoro pan wiedział, kto to jest S. K., to dlaczego pan o to pytał? Dlaczego pan udawał… 

— Niczego nie udawałem. Mogła pani mówić prawdę. Niestety, nie zrobiła pani tego. 
— Nie chciałam mówić o Stefanie… 
— Dlaczego? 
— Nie chciałam go w to mieszać. Już wystarczy, że ja mam kłopoty przez tego… przez 

Bargieła. 

— Na czym polegają pani kłopoty? 
— No… choćby na tym, że teraz tu siedzę… 
— To chyba jest skutek, a nie przyczyna. 
Irena milczała. 
—  W  czwartek,  dwudziestego  września  rano,  była  pani  w  Spółdzielni  Mieszkaniowej 

„Przyszłość” i złożyła pani rezygnację z członkostwa. O dziewiątej udała się pani do PKO w 
celu wycofania wkładu z książeczki mieszkaniowej. O dziesiątej z minutami wsiadła pani do 
pociągu  tarnowskiego.  Za  co  chciała  pani  zapłacić  „Królikarzowi”  trzydzieści  tysięcy 
złotych? 

— Zapłacić? Za nic mu nie chciałam płacić. 
— Zwrócić dług? 
— Tak… 
— Swój czy Komylskiego? 
— Proszę pana,  ja nie zrobiłam  nic złego… Naprawdę… — Rozejrzała się bezradnie po 

pokoju, potem zwiesiła głowę. 

— To nie jest zabawa w ciuciubabkę. W tej zabawie jest trup. Prawdziwy trup. I pani się 

koło niego kręciła. Muszę wiedzieć, dlaczego. 

—  Nie  kręciłam  się  koło  niego  —  podniosła  oczy  na  kapitana  —  to  był  przypadek! 

Zobaczyłam zbiegowisko i poprosiłam taksówkarza, żeby się zatrzymał… 

background image

 

 

— Zrozumiała mnie pani zbyt dosłownie — mruknął Derko. 
— Jak to? 
— Mniejsza z tym. Czy zawsze wysiada pani z taksówki na widok jakiegoś zbiegowiska? 
—  Nie…  Nie  znoszę  wypadków  ulicznych…  Ale  to  się  przecież  działo  tuż  koło  domu 

Stefana… 

— Rozumiem. I zaniepokoiło to panią? 
—  Tak…  Przyszła  mi  do  głowy  zupełnie  nonsensowna  myśl,  że  to  jemu  coś  się  stało. 

Poprzedniego dnia nie mogłam się do niego dodzwonić. Właśnie dlatego postanowiłam rano 
pojechać na Olszę, żeby go złapać, zanim wyjdzie do pracy… Dojeżdżaliśmy już prawie do 
osiedla,  kiedy  zobaczyłam  ludzi…  wozy  milicyjne…  No  i  wysiadłam…  W  rowie  leżał 
„Królikarz”…  W  pierwszej  chwili  odetchnęłam  z  ulgą,  że  to  nie  Stefan,  ale  potem 
przeraziłam się… 

— Co panią tak przestraszyło? 
— Jak to co? Człowiek, którego od dwóch dni szukałam, leżał martwy na ulicy… Już panu 

mówiłam, że nie znoszę takich widoków… Robi mi się niedobrze… Natychmiast odeszłam z 
tego miejsca. 

— I udała się pani do pana Komylskiego? 
— Tak. Do niego przecież jechałam. 
— Jak się zachował pan Komylski? 
— Był zaskoczony. Bardzo się zdenerwował. Pytał mnie w kółko, czy się nie pomyliłam, 

czy to na pewno był Bargieł… — Nagle zaczęła płakać. — Po co ja to wszystko panu mówię? 

— Myślę, że jednak będzie lepiej, gdy mi pani powie wszystko. 
Irena grzebała w torebce, pociągając nosem. Nie mogła znaleźć chusteczki. 
— Nie wiem… naprawdę nie wiem… ale ja nie potrafię… — Miała oczy coraz bardziej 

czerwone, usiłowała się jednak opanować. 

Derko wyciągnął z szuflady paczkę ligninowych chusteczek. 
— Ma pani szczęście, że przy moich skłonnościach do katarów zawsze mam coś takiego w 

biurku. Proszę. 

Zaszeleściło rozrywane celofanowe opakowanie i Irena gorliwie zaczęła rozmazywać tusz 

po policzkach. 

— Opowie pani teraz wszystko od początku? 
— Tak… — kiwnęła głową. — Muszę się tylko trochę… uspokoić… 
— Może napije się pani kawy? 
— Nie, dziękuję… albo tak… 
Derko podniósł słuchawkę telefonu. 
— Krysiu, bądź tak miła i podaj dwie kawy. Bardzo dziękuję. 
Irena spojrzała na leżącą na biurku paczkę papierosów. 
— Można? Moje już się skończyły. 
— Proszę bardzo. 
—  Wszystko  to,  co  pan  powiedział  o  Stefanie,  to  prawda.  Wiem  o  tym.  Ale  kiedy  go 

poznałam,  wydał  mi  się  zupełnie  inny…  Był  taki  męski…  opiekuńczy…  Może  dlatego,  że 
jest  o  wiele  starszy  ode  mnie…  Pewny  siebie,  ale  nie  bezczelny.  Nawet  przeciwnie,  był 
zawsze  bardzo  uprzejmy,  aż  staroświecki  w  swojej  rewerencji  wobec  pań.  To  miało  swój 
urok…  To,  co  teraz  mówię,  brzmi  strasznie  głupio.  Ale  tak  było…  —  Irena  przerwała  i 
utkwiła  niewidzące  spojrzenie  w  kobiecie,  która  właśnie  stawiała  przed  nią  szklankę 
zaparzonej po turecku kawy. Zaczekała, aż wyjdzie z pokoju i podjęła swój monolog skubiąc 
chusteczkę z ligniny: — Stefan wydawał dużo pieniędzy. Początkowo nie interesowałam się, 
skąd je ma. Sądziłam, że bardzo dobrze zarabia. Wiedziałam wprawdzie, że gra w brydża na 
pieniądze,  ale  ile  można  wygrać  w  takim  towarzyskim  brydżu?  Pięćset,  sześćset  złotych? 
Byłam trochę zawiedziona, kiedy się przekonałam, że gotów jest zawsze zostawić mnie samą, 

background image

 

 

jeżeli tylko trafi się czwórka do gry. Nigdy nie chciał mnie ze sobą zabierać na te spotkania. 
Zaczęłam  podejrzewać,  że  są  one  dla  niego  o  wiele  ważniejsze  niż  głupi  flirt  ze  mną.  — 
Zebrała  strzępki  ligniny,  zgniotła  w  kulkę  i  wrzuciła  do  popielniczki.  —  Bywał  niekiedy 
wściekły,  a  zdarzało  się,  że  znikał  na  kilka  dni.  Ale  po  jakimś  czasie  wszystko  wracało  do 
normy.  Znowu  był  pogodny  i  pełen  uroku.  Często  wyjeżdżał  służbowo  do  Warszawy… 
Któregoś dnia wspomniał w rozmowie o wyścigach, ale kiedy zaczęłam się o to dopytywać, 
powiedział, że swego czasu grał, lecz było to dawno, dawno temu… 

Naprawdę nie wiedziałam o tym, że miał jakieś kłopoty finansowe. Przeciwnie. Wydawało 

mi  się,  że  pieniądze  nie  stanowią  dla  niego  większego  problemu.  Dopiero  kilka  dni  temu 
dowiedziałam  się,  że  jest  poważnie  zadłużony…  Prawdopodobnie  sam  by  się  do  tego  nie 
przyznał, ale zupełnie przypadkowo natknęłam się na „Królikarza”… Stefan wyjechał znowu 
do Warszawy i nie wrócił we wtorek, jak obiecywał. W środę dzwoniłam do niego do pracy i 
nie zastałam go. W domu telefon również nie odpowiadał. Wieczorem pojechałam na Olszę. 
Nikt  nie  otwierał  drzwi.  Na  klatce  schodowej  spotkałam  jakiegoś  mężczyznę,  na  którego 
zwróciłam uwagę, ponieważ obrzucił mnie bardzo nieprzyjaznym i badawczym spojrzeniem. 
Stał wpatrzony w okno piątego piętra. Był odwrócony plecami do schodów. Kiedy koło niego 
przechodziłam,  obejrzał  się.  Miał  czerwoną  chropowatą  twarz,  podpuchnięte  oczy,  spod 
czarnego kapelusza wystawały siwe zmierzwione włosy. Był dosyć wysoki, barczysty, ubrany 
w stary, złachany, czarny płaszcz. Zrobiło  mi się nieprzyjemnie. Stefan  mieszka właśnie na 
piątym piętrze. Gdy znalazłam się już w korytarzu, wydało mi się, że ten mężczyzna idzie za 
mną. Zanim nacisnęłam dzwonek, obejrzałam się. Nikogo za mną nie było. Usłyszałam tylko 
ciężkie  niedbałe  kroki.  Schodził  na  dół.  Stefana  nie  było  w  domu.  Pociąg  z  Warszawy 
przychodzi o dwudziestej z minutami. Postanowiłam zaczekać w pobliskiej kawiarence. Już 
po dziewiątej znowu wróciłam pod drzwi Stefana. Ale nadal go nie było w mieszkaniu. Kiedy 
zjeżdżałam windą, ktoś zatrzymał ją na drugim piętrze. To był ten sam mężczyzna. Zrobiło mi 
się  jakoś  nieprzyjemnie.  Poczułam  od  niego  lekki  zapach  alkoholu.  Przyznam  się,  że  na 
parterze  wysiadłam  w  popłochu  i  nie  oglądając  się  za  siebie,  wybiegłam  z  tego  domu. 
Najbliższy  przystanek  autobusowy  jest  przy  ulicy  Lublańskiej.  To  właściwie  jest  szosa,  nie 
ulica. Wie pan, można nią dojechać do Nowej Huty. Koło jedynej zapalonej latarni stało kilku 
oczekujących  pasażerów.  Obejrzałam  się  i  stwierdziłam,  że  idzie  za  mną.  Na  szczęście 
nadjechał  właśnie  autobus.  Był  tak  zatłoczony,  że  w  pierwszej  chwili  wydawało  mi  się,  iż 
zgubiłam  gdzieś  tego  dziwnego  człowieka.  A  potem  przestałam  o  nim  myśleć.  Wysiadłam 
koło Dworca Głównego. Ciotka Stefana od kilku miesięcy jest w sanatorium w Zakopanem. 
Stefan ma klucze od jej mieszkania. Zagląda tam czasem i zgodnie z jej życzeniem otwiera 
okna.  Ciotce  Albertynie  zależało  na  tym,  aby  sąsiedzi  uważali,  że  ktoś  się  opiekuje  jej 
mieszkaniem,  że  nie  zostało  na  łasce  boskiej.  Wtedy,  w  środę  wieczorem,  postanowiłam 
sprawdzić,  czy  Stefan  nie  wstąpił  tam  zaraz  po  przyjeździe.  Kiedy  szłam  pustymi  ulicami, 
zdawało mi się, że znów ktoś za mną idzie. Siłą powstrzymywałam się, żeby się nie obejrzeć. 
Ale pod oświetloną bramą domu, w którym mieszka ciotka Albertyna, odwróciłam się… To 
był znowu on… Patrzył  na  mnie  bezczelnie. Powiedziałam  coś  idiotycznego… że zawołam 
milicję  czy  coś  w  tym  rodzaju…  „Z  jakiego  powodu  miałaby  pani  wzywać  milicję?  — 
zdziwił  się.  —  Przecież  to  pani  pierwsza  odezwała  się  do  mnie.  Ja  pani  nie  zaczepiłem”. 
Chciałam  już  odejść,  ale  wtedy  on  mnie  zatrzymał  i  dodał:  „Niech  pani  powtórzy  temu 
swojemu Komylskiemu, że zaczekam jeszcze tylko do soboty. Jeszcze trzy dni…” Zapytałam 
go  wówczas,  czego  chce  od  Stefana.  „Ja?  To  raczej  on  czegoś  chce  ode  mnie.  Jutro 
wyjeżdżam, ale w sobotę będę z powrotem w Krakowie. I to będzie dla Komylskiego ostatni 
termin”.  Zrobił  ruch  ręką,  jakby  chciał  uchylić  kapelusza,  ale  w  połowie  tego  gestu 
zrezygnował,  skrzywił  się  tylko  w  jakimś  ironicznym  uśmiechu  i  powiedział:  „Jest  pani 
bardzo nerwowa”… Potem odwrócił się i odszedł. 

background image

 

 

Wpadłam  do  bramy  i  przeskakując  po  dwa  stopnie,  wbiegłam  na  pierwsze  piętro. 

Dzwoniłam do mieszkania pani Albertyny jak na alarm. Bardzo długo nikt nie otwierał i już 
myślałam, że go tam nie ma, ale nagle drzwi się uchyliły i w progu stanął Stefan! 

Pomyślałam, że ukrywa się przed tamtym mężczyzną. Oczywiście wyśmiał mnie. W ogóle 

usiłował  zlekceważyć  całą  sprawę.  Powiedział,  że  ciotka  Albertyna  prosiła  go  o  przysłanie 
jakichś  ciepłych  rzeczy.  Przed  wyjazdem  do  Warszawy  nie  zdążył  tego  załatwić  i  dlatego 
prosto z dworca przyszedł tutaj, żeby przygotować dla niej paczkę… W ogóle mówił, mówił, 
mówił, a ja wiedziałam, że kłamie. Stanęłam w oknie i powiedziałam, że ten człowiek stoi po 
drugiej  stronie  ulicy…  Zaczął  krzyczeć:  „Zasłoń  okno!  Zasłoń  okno!!!”  Potem  zadzwonił 
telefon, ale Stefan nie chciał podnieść słuchawki. Zrobiłam to ja. Telefonowała jakaś znajoma 
ciotki.  Dostała  właśnie  od  niej  list,  z  którego  wynikało,  że  ciotka  w  tych  dniach  wraca  do 
domu. Po odłożeniu słuchawki zaczęłam zamęczać Stefana pytaniami. Zachowywałam się jak 
śledczy podczas przesłuchania… — Irena w popłochu spojrzała na kapitana Derkę.  — Och, 
przepraszam… 

Uśmiechnął się lekko. 
— Nic nie szkodzi. Co w rezultacie powiedział pan Komylski? 
— Był winien temu człowiekowi bardzo dużo pieniędzy… 
— Ile? 
— Sześćdziesiąt tysięcy… Nie mogłam w ogóle zrozumieć, jak to jest możliwe… Na co 

była  mu  potrzebna  taka  suma?  Okazało  się,  że  od  dwóch  lat  zaciągał  u  niego  pożyczki  na 
wysoki  procent  i  uzbierało  się  aż  tyle…  Ten  oberwaniec  był  po  prostu  lichwiarzem…  Nie 
wiedziałam, że u nas są jeszcze tacy. Stefan grał na wyścigach. Twierdził, że chciał zdobyć 
pieniądze na spłacenie długu, który początkowo nie był wielki. Oczywiście przegrywał, więc 
pożyczył znowu. I tak w kółko. Bargieł zaczął go naciskać, żądał zwrotu pieniędzy. To było 
cztery miesiące temu. Stefan był mu już winien czterdzieści tysięcy. Mimo to Bargieł zgodził 
się pożyczyć mu jeszcze dwadzieścia, ale pod zastaw… Stefan zrobił straszną rzecz… Ciotka 
była  już  wtedy  w  sanatorium.  Stefan  wziął  jej  broszkę…  bardzo  piękną  i  cenną…  Ona  ma 
trochę starej biżuterii. Trzyma ją w sekreterze. Nie wiem, jak Stefan otworzył szufladę. Nie 
ma  przecież  klucza.  Broszka  była  warta  ponad  sto  tysięcy  złotych.  Bargieł  pożyczył  mu 
dwadzieścia. Czyli w sumie Stefan był mu winien sześćdziesiąt. Ale  „Królikarz” tym razem 
wyznaczył mu termin, w którym miał otrzymać zwrot całej sumy. Ten termin upłynął tydzień 
temu.  Bargieł  zgodził  się  zaczekać  jeszcze  tydzień.  Potem,  zgodnie  z  umową,  miał  prawo 
sprzedać  zastaw.  Stefan  nie  miał  pieniędzy.  Nikt  mu  nie  chciał  pożyczyć  takiej  sumy. 
Wyjechał  więc  do  Warszawy,  ale  wrócił  z  pustymi  rękoma.  Jego  warszawscy  przyjaciele 
również  byli  bez  pieniędzy.  Pod  żadnym  pozorem  nie  chciał  spotkać  swojego  wierzyciela. 
Miał zamiar jeszcze w czwartek spróbować zdobyć jakąś gotówkę. Nie mam pojęcia skąd, ale 
to  nie  ma  znaczenia.  Sądzę,  że  tak  naprawdę  to  on  stracił  głowę,  tym  bardziej  że  jak  się 
okazało, za kilka dni miała wrócić ciotka. Był rzeczywiście w okropnej sytuacji, ale chowanie 
głowy w piasek nic nie dawało. Zaproponowałam mu, że wezmę dziesięć tysięcy pożyczki u 
siebie w pracy. Doradziłam, żeby on zrobił to samo u siebie. Miał jeszcze dwa dni, podczas 
których  mogło  mu  się  udać  zdobyć  jakąś  gotówkę.  W  każdym  razie  w  sobotę  powinien 
spotkać  się  z  Bargiełem  i  próbować  odzyskać  broszkę,  oddając  mu  część  długu.  Stefan 
twierdził,  że  „Królikarz”  nie pójdzie  na to i zażąda całości.  A poza tym oświadczył, że  nie 
weźmie  ode  mnie  pieniędzy…  O  tym,  żeby  powiedzieć  wszystko  ciotce,  nawet  nie  chciał 
słyszeć… Wróciłam do domu o pierwszej i oczywiście nie mogłam w ogóle zasnąć. Przeraził 
mnie jego stan nerwowy. Przypominał mi zwierzę złapane w sidła… Bałam się, że może… że 
może sobie coś zrobić… Panie kapitanie, niech pan tak na mnie nie patrzy. Wiem, wiem, że 
on by tego nie zrobił, ale wtedy wydawało mi się to zupełnie prawdopodobne. Przepłakałam 
całą noc, a rano poszłam do spółdzielni i wycofałam wkład z książeczki mieszkaniowej. Nie 
chciałam  prowadzić  długich  i  uciążliwych  rozmów  ze  Stefanem.  Postanowiłam  sama  to 

background image

 

 

załatwić i postawić go wobec faktu dokonanego. Miałam nadzieję, że Bargieł przyjmie kwit z 
PKO jako gwarancję na pokrycie części długu. 

— Ale dlaczego pojechała pani do Bylic, skoro jeszcze w środę widziała pani Bargieła w 

Krakowie? 

— Przecież powiedział, że wyjeżdża. Byłam przekonana, że go tam zastanę. 
— Skąd pani znała jego adres? 
—  Od  Stefana.  Tak  długo  go  męczyłam,  aż  mi  powiedział.  Nie  znał  jego  adresu 

krakowskiego. Wiedział tylko, że nazywa się Bargieł  i  mieszka w Bylicach koło Miastka… 
Proszę pana, ja już powiedziałam wszystko… Nic więcej nie wiem… 

— Bardzo mi przykro, ale musimy wyjaśnić jeszcze kilka szczegółów. 
— Powiedziałam już wszystko… 
— Może chce pani trochę odpocząć? 
— Nie. 
— A może jeszcze kawy? 
— Nie, dziękują… 
— Nadal nie rozumiem, dlaczego pojechała pani do Bylic, zamiast dać kwit z PKO panu 

Komylskiemu. 

— On by go nie przyjął. 
— Sądzi pani? 
— Nie wziąłby pieniędzy ode mnie. 
Kapitan milczał przez dłuższą chwilę. Irena poruszyła się niespokojnie i spojrzała na niego 

chmurnym okiem. 

— Proszę mi wierzyć. Nie przyjąłby ode mnie pieniędzy. Właśnie dlatego… 
— Dobrze, zostawmy to na razie. O ile dobrze panią zrozumiałem, w piątek nie mogła się 

pani dodzwonić do pana Komylskiego. Może mi pani powiedzieć, o której to było? 

— Koło dziesiątej wieczorem. 
— A o której wróciła pani z Bylic do Krakowa? 
—  Przyjechałam  pociągiem  tarnowskim  o  dwudziestej  pierwszej  pięćdziesiąt.  Z  dworca 

kolejowego telefonowałam do Stefana. Ponieważ nikt nie podnosił  słuchawki, zadzwoniłam 
do mieszkania ciotki Albertyny, ale również bezskutecznie… Potem poszłam do domu. 

— Pociąg tego dnia przyjechał punktualnie? 
— Tak. 
— Zatrzymywała się pani gdzieś? Rozmawiała z kimś? 
— Nie. — Irena wydawała się być zdziwiona. — Ale dlaczego pan o to pyta? 
— Chciałbym względnie dokładnie ustalić, o której pani dzwoniła. 
— Gdy tylko wysiadłam z pociągu, udałam się do automatu, który znajduje się w holu. 
— W takim razie była mniej więcej dwudziesta pierwsza pięćdziesiąt pięć? 
— Tak. 
— Co było potem? 
— Nic. Pojechałam do domu. 
— Tramwajem? 
— Nie, taksówką. 
— Długo pani czekała na postoju? 
— Bardzo krótko, może pięć minut. 
— Miała pani wyjątkowe szczęście. 
— Tak. To prawda… 
— Z grubsza licząc, wsiadła pani do taksówki o dwudziestej drugiej? 
— Chyba tak. Nie zastanawiałam się nad tym. 
— W takim razie o której była pani w domu? 
— Bo ja wiem… Dojechałam na miejsce chyba w ciągu dziesięciu minut. 

background image

 

 

— A  więc o dwudziestej drugiej dziesięć? Powiedzmy,  najpóźniej o dwudziestej drugiej 

piętnaście? 

— No, tak. 
— Czy domownicy już spali? 
— Nie. Szwagier oglądał telewizję. Siostra również jeszcze się nie położyła. 
— Czy dzwoniła pani z domu do Komylskiego? 
—  Nie.  Aparat  stoi  tuż  pod  drzwiami  pokoju,  w  którym  śpi  mój  siostrzeniec.  Nie 

mogłam… 

— I nie próbowała pani już w jakiś sposób skontaktować się z nim? 
— Owszem… O wpół do jedenastej wyszłam z domu i dzwoniłam z automatu. 
— I co? 
— I znowu nic. 
— Wróciła pani do domu? 
— Tak… To znaczy nie tak od razu. Chodziłam trochę po ulicach… 
— Długo pani tak wędrowała? 
— Nie wiem… Wróciłam do domu po dwunastej. 
— Jednak podziwiam panią. Po tak męczącym dniu wyszła pani  na  blisko dwugodzinny 

spacer? 

—  Proszę  pana,  to  się  tylko  wydaje  takie  nieprawdopodobne.  U  mnie  w  pokoju  był 

włączony  telewizor.  W  miniaturowej  kuchence  siostra  szykowała  się  do  prasowania 
pieluszek.  Marcinek  płakał…  Po  prostu  nie  miałam  się  gdzie  podziać…  Nie  mogłam  się 
położyć,  a  na  rozmowy  rodzinne  nie  miałam  ochoty.  Poza  tym  byłam  niespokojna  o 
Stefana… Szłam ulicami od automatu do automatu i bezskutecznie starałam się dodzwonić do 
niego,  do  domu  przy  Pijarskiej.  Potem  wlokłam  się  przez  miasto  i  po  jakichś  dwudziestu 
minutach  znowu  chciałam  zadzwonić,  ale  trafiłam  na  nieczynny  automat…  Właściwie  już 
zrezygnowałam,  kiedy  okazało  się,  że  oddaliłam  się  bardzo  od  domu.  Nie  potrafię  panu 
powiedzieć, którędy wracałam,  jakimi  szłam ulicami. Gdzieś  na  jakimś skwerku usiadłam  i 
wypaliłam  papierosa,  ale  w  pewnym  momencie  zrobiło  mi  się  głupio…  O  tej  porze  młode 
kobiety raczej nie wysiadują same na ławkach. Znowu zadzwoniłam… i… wróciłam piechotą 
do domu. Na szczęście wszyscy już spali. 

— Podczas tego nocnego spaceru spotkała pani kogoś znajomego? 
— Nie. Nikogo. 
— O której godzinie dzwoniła pani po raz ostatni do pana Komylskiego? 
— Czy ja wiem… Na pewno było już po jedenastej. Jakieś dwadzieścia po jedenastej. 
—  Czy  widziała  pani  kiedykolwiek  tę  broszkę,  którą  pan  Komylski  dał  Bargiełowi  w 

zastaw? 

—  Nie,  nigdy.  Ale  wiem,  jak  wygląda.  W  pokoju  pani  Albertyny  wisi  portret  jej  matki. 

Starsza pani ma spięty koronkowy żabot pod szyją właśnie tą broszką. 

background image

 

 

N

ADAL CZWARTEK 

 

27

 WRZEŚNIA

 

 
Stefan  Komylski  zaprzeczył,  jakoby  miał  być  winien  Józefowi  Bargiełowi  sześćdziesiąt 

tysięcy. Owszem, znał tego człowieka i pożyczał od niego pieniądze, ale nie aż takie sumy. 
Dwa  lata  temu  skontaktował  go  z  nim  jego  kolega  biurowy,  pan  Bilikowski.  Nawet  nie 
wiedział, że Bilikowski jest zięciem Bargieła. Widocznie wstydził się takiego teścia i nie ma 
się  czemu  dziwić,  że  usiłował  ten  fakt  zataić  przed  kolegami.  Komylski  dwa  lata  temu 
pożyczył  od  Bargieła  dwadzieścia  tysięcy,  ale  już  dawno  spłacił  ten  dług.  W  tym  roku  na 
wiosnę znowu otrzymał od  niego dziesięć tysięcy. Miał  je oddać do końca  bieżącego roku. 
Bargieła widział po raz ostatni chyba w czerwcu. Co robił w piątek, dwudziestego pierwszego 
września?  Był  w  pracy,  potem  wstąpił  na  kawę  do  Noworolskiego.  Nie,  z  nikim  nie  był 
umówiony. Zupełnie przypadkowo spotkał starego znajomego, z którym rozmawiał może pół 
godziny,  nie  dłużej.  Mniej  więcej  o  siedemnastej  poszedł  do  domu.  Miał  zaległą  robotę 
biurową.  Sprawozdanie  kwartalne.  Od  szóstej  do  dziesiątej  wieczorem  pracował  w  domu. 
Potem okazało się, że  nie  ma  już papierosów. Kiosk  „Ruchu”  na Olszy o tej porze  jest  już 
zamknięty. Pojechał więc do miasta. Dlaczego nie poszedł do pobliskiej kawiarni? Nie znosi 
tej budy. Poza tym robota nad sprawozdaniem nudziła go śmiertelnie. Chciał wstąpić gdzieś 
na drinka. Papierosy  były pretekstem. Miał nadzieję, że spotka kogoś znajomego. Powłóczył 
się trochę po mieście i wreszcie wylądował w  „Europejskim”. Nie wie, która była dokładnie 
godzina.  W  barze  spotkał  swojego  dobrego  znajomego,  z  którym  przegadał  prawie  dwie 
godziny.  Pili  już  drugą  kolejkę,  kiedy  spojrzał  na  zegarek.  Była  dwudziesta  trzecia.  Musiał 
więc  wejść  do  baru  grubo  przed  dwudziestą  trzecią.  Trochę  po  pierwszej  wrócił  do  domu 
taksówką. 

Komylski  mówił  to  wszystko  spokojnie,  jakby  prowadził  towarzyską  rozmowę.  Siedział 

swobodnie, w nieco nonszalanckiej pozie, z nogą założoną na nogę. Facet na zupełnym luzie 
—  jak  mawiał  porucznik  Bartkowski.  Jednak  pytaniem  o  Irenę  Tuszyk  był  wyraźnie 
zaniepokojony. 

—  Panie  kapitanie,  bardzo  pana  proszę,  żeby  pan  zostawił  tę  dziewczynę  w  spokoju  — 

powiedział  zmieniając  nagle  ton.  —  To  bardzo  młoda  i  niedoświadczona  osoba.  Jestem 
przekonany, że ze śmiercią Bargieła nie ma nic wspólnego. 

— Czy pan wie, że Irena Tuszyk w czwartek była w Bylicach i usiłowała skontaktować się 

z Bargiełem? 

— Tak, wiem o tym — przyznał niechętnie Komylski. 
— Pani Tuszyk uprzedziła pana o swoim wyjeździe? 
— Nie. Nigdy bym się na ten wyjazd nie zgodził. 
— Kiedy się pan o nim dowiedział? 
— Już po jej powrocie do Krakowa. 
— Ale dokładnie kiedy? 
—  Wcześnie  rano  w  sobotę  wpadła  do  mnie  do  domu.  Była  bardzo  zdenerwowana, 

ponieważ jadąc do mnie, minęła na drodze jakieś zbiegowisko. Oczywiście zatrzymała się i… 
zobaczyła  leżącego  w  rowie  Bargieła.  Panie  kapitanie,  to  moja  wina!  To  moja  wina,  że  ta 
dziewczyna wplątała się w jakąś aferę z tym okropnym człowiekiem. 

— Co pan chce przez to powiedzieć? 
Komylski potarł szczupłymi palcami czoło. 
—  Nigdy  sobie  nie  wybaczę,  że  dałem  jej  adres  Bargieła!  Opowiedziała  mi  jakąś 

idiotyczną  historyjkę  o  swojej  koleżance,  która  jest  w okropnej  sytuacji  finansowej  i  której 
należy natychmiast pomóc. Widzi pan — uśmiechnął się nieznacznie — ona wiecznie komuś 
musiała pomagać. To znaczy… stale jej się wydawało, że powinna coś dla kogoś zrobić. Na 
ogół  kończyło  się  to  na  opowiadaniu  i  na  fantastycznych  pomysłach.  Jest  jeszcze  bardzo 

background image

 

 

naiwna  i  dziecinna.  Wystarczyło,  że  jakiejś  staruszce  zginął  ukochany  piesek,  a  Renia  już 
wyjeżdżała z tym swoim odwiecznym: ,,Trzeba jej pomóc”. Na szczęście na ogół nie ganiała 
po całym mieście w poszukiwaniu drugiego czworonoga i nie kupowała nowego pieska. Na 
drugi  dzień  zapominała  o  całej  sprawie  i  był  spokój.  Aż  do  następnego  razu.  Gdy  mi  więc 
opowiedziała o tej swojej przyjaciółce będącej w tarapatach, w pierwszej chwili sądziłem, że 
to  kolejny  napad  jej  działalności  charytatywnej,  która  nigdy  faktycznie  nie  dochodziła  do 
skutku: Nawet trochę mnie to zdenerwowało. Ale Renia była poważnie zatroskana i na drugi 
dzień wróciła znowu do tej sprawy. Gdy się popłakała, zrobiło mi się jej żal i popełniłem to 
głupstwo… Powiedziałem, gdzie można znaleźć Bargieła. Tak, podałem jej nawet nazwę tej 
wsi.  Obiecała  mi  solennie,  że  nie  będzie  się  do  tego  mieszać,  tylko  przekaże  wiadomość 
koleżance, która musi sobie dalej już sama radzić. 

— Jak nazywała się ta koleżanka? 
— Nie wiem. Nie wymieniła jej nazwiska ani imienia. W każdym razie nie przypominam 

sobie… 

— Kiedy to było? 
—  Jakieś  pół  roku  temu.  Od  tego  czasu  nie  rozmawialiśmy  więcej  na  ten  temat.  Toteż 

byłem  po  prostu  wstrząśnięty,  kiedy  Renia  wpadła  do  mnie  tego  dnia,  gdy  znaleziono 
Bargieła, i okazało się, że go znała, mało tego, że była u niego akurat poprzedniego dnia. Na 
domiar  złego,  tak  jakby  specjalnie  chciała  ściągnąć  na  siebie  uwagę  organów  śledczych, 
zostawiła  u  niego  pod  drzwiami  jakąś  kartkę  podpisaną  pełnym  imieniem  i  nazwiskiem. 
Byłem wściekły i nakrzyczałem na nią, może zbyt ostro, ponieważ od tego dnia zaczęła mnie 
unikać.  Powiedziała  panu,  w  jakim  celu  pojechała  do  Bylic?  Oczywiście  znowu  komuś 
chciała pomóc. Nawet nie posłuchałem tego do końca. Przerwałem jej w pół zdania. Chciałem 
ją  oduczyć  wtrącania  się  w  cudze  sprawy!  Pamiętam,  że  nawet  podniosłem  głos  i 
nawymyślałem jej od idiotek. 

—  Pani  Tuszyk  chciała  nakłonić  Bargieła  do  przedłużenia  terminu  zwrotu  pańskiego 

długu. 

— Mojego długu? — twarz Komylskiego wyrażała najwyższe zdumienie. — Ależ po co? 

Miałem czas do grudnia. A. poza tym Irena o niczym nie wiedziała. 

—  Pański  termin  minął  już  dawno.  Był  pan  winien  Bargiełowi  sześćdziesiąt  tysięcy 

złotych, a ponadto Bargieł dysponował zastawem, który nie był pańską własnością. 

— Ach… więc stąd wziął pan te sześćdziesiąt tysięcy. — Komylski zamyślił się nagle. — 

Ale o jakim zastawie pan mówi? 

—  Dał  pan  Bargiełowi  broszkę,  której  wartość  znacznie  przekraczała  pański  dług.  Ta 

broszka nie należy do pana. 

— Mój Boże… a do kogo? Niech pan już powie wszystko do końca. 
— Do pańskiej ciotki Albertyny. Wziął ją pan bez wiedzy właścicielki. 
— To niemożliwe… Niemożliwe, żeby Irena naopowiadała panu takich głupstw. Nigdy w 

to nie uwierzę!… To byłoby straszne — dodał zmienionym głosem. 

— Chce pan przez to powiedzieć, że to wszystko nieprawda? 
— Oczywiście… Nie! Irena nie mogła panu tego powiedzieć! Ona nawet nie wiedziała, że 

jestem winien Bargiełowi jakieś pieniądze… Chociaż zaraz… zaraz… — Zmarszczył lekko 
brwi i w zamyśleniu dodał: — Podczas tej naszej sobotniej rozmowy powiedziała chyba coś 
takiego:  „Jesteś  mu  winien  kupę  forsy”.  Tak,  na  pewno!  Teraz  sobie  dokładnie  to 
przypominam: „Ten człowiek leży pod twoim domem, a ty jesteś mu winien kupę forsy”! Nic 
jej  na  to  nie  odpowiedziałem.  Przez  ułamek  sekundy  pomyślałem,  że  dziesięć  tysięcy  to 
znowu  nie  taka  wielka  forsa.  Byłem  bardzo  zdenerwowany,  tym  bardziej  że  czułem  się 
winien. To przecież ja pomogłem tej niemądrej, naiwnej smarkuli nawiązać kontakt z takim 
typem, jakim był Bargieł…  Dopiero po jej wyjściu zacząłem się zastanawiać nad tym, skąd 
ona  wiedziała  o  moim  długu.  W  końcu  doszedłem  jednak  do  wniosku,  że  tak  się  jej 

background image

 

 

powiedziało bez zastanowienia i przypadkowo trafiła… — Komylski znów podniósł szczupłą 
dłoń do czoła i zastygł w tym geście na moment. Po chwili spojrzał w zamyśleniu na kapitana 
i  przerwał  milczenie:  —  Czyżby  to  znaczyło,  że  już  wtedy  rozpoczęła  tę  swoją 
nieprawdopodobną mistyfikację?… Proszę mi powiedzieć, czy od niej ma pan te fantastyczne 
informacje? 

—  Pani  Irena  Tuszyk  w  dniu  wyjazdu  do  Bylic  wycofała  wkład  z  książeczki 

mieszkaniowej.  Chciała  wręczyć  Bargiełowi  trzydzieści  tysięcy  złotych.  Po to  pojechała  do 
Bylic. I to nie są fantastyczne informacje, tylko fakt. Sprawdziliśmy w PKO. 

— Nie rozumiem, dlaczego nie powiedziała mi, że ma jakieś kłopoty. Porozmawiałbym z 

Bargiełem. Mógłbym jej pomóc. 

— Czy pan miał zamiar ożenić się z panią Tuszyk? 
— Tak. 
— Mówił jej pan o tym? 
— Oczywiście. 
— Czy miał się pan spotkać z Bargiełem w sobotę? 
— Nie. Po co miałbym się z nim spotykać? 
— Czy znana jest panu treść kartki pozostawionej przez panią Tuszyk w Bylicach? 
— Nie. 
—  Brzmi  to  mniej  więcej  tak:  „Proszę  się  ze  mną  skontaktować  przed  rozmową  ze 

Stefanem Komylskim” i podpis. 

— Nic nie wiem o żadnej rozmowie. 
— Grywa pan na wyścigach? 
— Och, grywałem, ale to było wiele lat temu. To droga zabawa. Nie stać mnie na nią. 
— Przecież pan bywa często na wyścigach. 
— Owszem. Lubię konie. 
— Jest pan znaną postacią na Służewcu. 
— Chyba pan trochę przesadza. 
— I stawia pan. 
— Tylko drobne sumy. W granicach stu, dwustu złotych. 
—  Czy  broszka,  która  została  uwieczniona  na  portrecie  wiszącym  w  mieszkaniu  pani 

Albertyny Podgórskiej, jest jeszcze w posiadaniu pańskiej rodziny? 

—  Tak.  Ma  ją  właśnie  ciotka  Albertyna.  Ach,  więc  to  tę  broszkę  miałem  rzekomo  dać 

Bargiełowi? 

— Jaką ona może przedstawiać wartość? 
— To bardzo stara biżuteria. Sądzę, że warta jest ponad sto tysięcy. 
— Czy mógłbym ją zobaczyć? 
— Oczywiście — uśmiechnął się lekko. — Zrobi pan wielką przyjemność Albertynie. 
— Doprawdy? 
—  Nie  powiem,  żebym  ja  był  tym  zachwycony.  Stawia  mnie  to  w  dosyć  niezręcznej 

sytuacji. 

— Dlaczego, skoro klejnot znajduje się na swoim miejscu? 
—  Albertyna  mnie  nie  znosi.  Tak, to  prawda.  Jestem  jej  jedynym  bliskim  krewnym,  ale 

ona nie żywi do mnie zbyt ciepłych uczuć. Pańskie zainteresowanie moją osobą i precjozami 
ciotki  odda  mnie  na  żer  tej  starej  damie.  Tym  bardziej  że  przez  jakiś  czas  dysponowałem 
kluczami  od  jej  mieszkania.  Będzie  się  gubić  w  domysłach,  będzie  snuła  nie  kończące  się 
opowieści, w których mnie oczywiście przypadnie rola czarnego charakteru. 

— A czemuż pan zawdzięcza  nieprzychylność starszej pani?  — zapytał kapitan Derko z 

lekkim błyskiem wesołości w oczach, naśladując stylistykę Komylskiego. 

—  Losowi,  drogi  panie,  losowi.  Moja  matka  wyszła  za  mąż  wbrew  woli  całej  rodziny. 

Albertyna  stała  wówczas  po  stronie  rodziców.  Z  upodobaniem  wygłaszała  efektowne 

background image

 

 

prognozy na temat strasznej przyszłości młodej pary, a później o nieuniknionym wykolejeniu 
się ich jedynej latorośli. Po prostu mój ojciec był biedny jak mysz kościelna. W końcu matka 
zerwała  kontakt  z  rodziną.  Ale  po  latach  Albertyna,  która  nigdy  nie  wyszła  za  mąż,  została 
sama. Ja wbrew jej przewidywaniom skończyłem nie tylko siedem klas szkoły podstawowej, 
co według niej miało stanowić szczyt moich możliwości, ale poszedłem na wyższe studia… 
Krótko mówiąc, ciotka przyznała się do mnie. Nie wiem, czy kierowały nią uczucia rodzinne, 
czy raczej opinia środowiska. Byłem dorosły, radziłem sobie nieźle bez jej opieki, nie musiała 
się  mnie wstydzić. Ale  niechęć została. Sądzę, że ucieszyłaby się, gdyby się okazało, że jej 
przewidywania się sprawdziły, to znaczy, że jestem skończonym łobuzem.  — Roześmiał się 
jakoś sztucznie. 

—  W  tej  sytuacji  zapewne  pani  Albertyna  sporządzi  testament,  w  którym  zapisze  swoje 

antyki jakiejś dalszej rodzinie albo wręcz komuś obcemu? 

—  Raczej  nie,  W  gronie  naszych  przyjaciół  panuje  powszechna  opinia,  że  moja  matka 

została  skrzywdzona  przez  swego  ojca,  który  wszystko  oddał  Albertynie.  Ciotka  często 
zwierza  się  swoim  znajomym,  że  ze  względu  na  moją  nieżyjącą  już  matkę  musi,  acz 
niechętnie, zostawić swojemu siostrzeńcowi wszystko, co posiada… Ale na Boga! Niech pan 
nie przesadza z tym ewentualnym spadkiem!  —  Komylski  jakby dopiero teraz domyślił się, 
do czego zmierza kapitan. — Moi dziadkowie nie byli znowu tacy bogaci. 

— Ale chyba biedni też nie byli? 
—  Dziadek  miał  kram  w  Sukiennicach  —  skrzywił  lekko  wargi  w  nieco  pogardliwym 

grymasie. — Nie sądzi pan chyba, że dorobił się na tym kolosalnego majątku? 

— Dla ścisłości powiedźmy, że cztery kramy  i trzy czynszowe kamienice.  Poza tym  był 

właścicielem największego składu węgla w Krakowie. Zatrudniał piętnastu wozaków. 

Komylski wzruszył ramionami. 
—  Jak  widzę,  jest  pan  lepiej  poinformowany  ode  mnie  o  stanie  majątkowym  mojego 

dziadunia.  W  każdym  razie  te  rupiecie,  które  ma  Albertyna,  tylko  żartem  można  nazwać 
majątkiem. 

— Czy o kolekcji Kossaków chce pan mówić również w kategoriach żartobliwych? 
— Kolekcja! Pięć Kossaków, i to w dodatku z najsłabszego okresu. 
— No, jest również Rodakowski… Fałat… Poza tym trochę starej biżuterii, no i meble, o 

których sam pan wspomniał. Sądzę, że w Desie można za nie otrzymać sporą sumkę. 

Komylski  patrzył  na  kapitana  z  uwagą  i  z  pewnym  zdziwieniem,  potem  nagle  się 

roześmiał. 

—  Jest  pan  wielki!  Napawa  mnie  pan  szalonym  optymizmem.  Więc  jednak  otrzymam 

prawdziwy spadek?! 

— Czyżby nie zdawał pan sobie z tego przedtem sprawy? 
—  Wiedziałem,  że  ciotka  poutykała  jakieś  obrazy  gdzieś  po  kątach  —  ma  teraz  bardzo 

małe mieszkanie — ale zawsze wydawało mi się, że jest to niebotyczna graciarnia. Ma pan 
jednak rację! To może być bardzo wartościowa graciarnia. 

— O ile te obrazy nie są falsyfikatami. 
Tym razem Komylski był naprawdę zaskoczony. Ale natychmiast się opanował. 
—  Nie  rozumiem,  w  co  się  pan  ze  mną  bawi  —  powiedział  oschle,  a  żyły  na  jego 

skroniach uwypukliły się lekko. 

— W nic się nie bawię. Zastanawiam się tylko, na co pan liczył, zaciągając długi. 
— W każdym razie nie na Albertynę. 
— Więc na co? 
— Jestem w stanie pokryć je z moich dochodów. 
— W takim razie dlaczego od tygodnia miota się pan po całym mieście w poszukiwaniu 

kogoś, kto mógłby panu pożyczyć trochę pieniędzy? 

— To nieprawda. 

background image

 

 

— Czy pan sądzi, że w milicji pracują dyletanci? Właściwie jak pan sobie wyobraża pracę 

funkcjonariuszy MO? 

— W ogóle sobie nie wyobrażam. Nie interesuje mnie to. 
— Może zainteresują pana zeznania świadków? 
—  Panie  kapitanie,  czy  pan  nigdy  nie  usiłował  pożyczyć  przed  pierwszym  pięciuset 

złotych? — Jego twarz znowu rozpogodziła się czarującym uśmiechem. 

— Nie chodziło o pięćset złotych. 
— W takim razie to tylko plotki. 
Derko spojrzał na niego przeciągle. 
—  Ci  ludzie  byli  w  pełni  świadomi  odpowiedzialności  karnej  za  składanie  fałszywych 

zeznań. Poza tym jaki mogliby mieć interes w tym, żeby kłamać? 

— Nie wiem. Z głupoty, ze złośliwości. Skąd mogę wiedzieć? 
— Pan pracuje z Tadeuszem Bilikowskim? 
— Tak. To mój kolega biurowy. 
— Co pan wie na temat jego kłopotów rodzinnych? 
— Niewiele. Oczywiście trudno, żebym siedząc z nim w jednym pokoju, w ogóle w nich 

się nie orientował. Często odbierałem telefony od jakiejś pani o bardzo wdzięcznym głosiku 
— uśmiechnął się lekko — ale nie znam jej. Wiem, że miała na imię Kasia. Kilka miesięcy 
temu Tadeusz chodził jak podminowany. Wspominał coś o ewentualnym rozwodzie. No, ale 
potem  ta  panienka  przestała  do  niego  dzwonić.  Chyba  z  nią  zerwał  i  wszystko  wróciło  do 
normy. Ostatnio znowu  musiało się  coś wydarzyć. W czwartek przyszedł do biura zupełnie 
zmaltretowany. Powiedział, że na kilka dni musi wyprowadzić się z domu. Nawet prosił mnie, 
żebym  go  u  siebie  przenocował.  Oczywiście  nie  miałem  zamiaru  spać  z  nim  na  jednym 
tapczanie.  Dałem  mu  klucz  od  mieszkania  Albertyny  pod  warunkiem,  że  wyniesie  się 
najpóźniej we wtorek, ponieważ w środę ciotka wraca z sanatorium. Zresztą spał u niej tylko 
przez dwie noce. W sobotę zadzwoniła do niego żona i zawiadomiła go o śmierci ojca. Jak to 
bywa w takich wypadkach,  ich  nieporozumienia małżeńskie zeszły  na drugi plan. Pogodzili 
się i Tadeusz wrócił do domu. 

—  Proszę  podać  nazwisko  i  adres  znajomego,  z  którym  pan  spędził  wieczór  w 

„Europejskim” w piątek, dwudziestego pierwszego września. 

—  Zdzisław  Makowiecki.  Mieszka  przy  ulicy  Lubicz  dwadzieścia  cztery,  mieszkania… 

Nie pamiętam numeru mieszkania. 

— Nie szkodzi. Wystarczy numer domu. Proszę zaczekać w sąsiednim pokoju. Musi pan 

jeszcze podpisać protokół. 

Komylski podniósł się z krzesła powoli, bez pośpiechu. Zgniótł papierosa w popielniczce. 
— To już wszystko? — Był jakby trochę zdziwiony nagłym zakończeniem rozmowy. 
— Tak. Na razie wszystko. 
Stał jeszcze przez chwilę niezdecydowany. 
— Czy mogę pana o coś zapytać? — powiedział z pewnym wahaniem. 
— Słucham. 
— Czy to możliwe, żeby Irenę ktoś szantażował? 
— Ktoś? 
— Bargieł oczywiście. 
— Dlaczego pan tak sądzi? 
—  Ta  kartka:  „Proszę  się  ze  mną  skontaktować  przed  rozmową  ze  Stefanem 

Komylskim”…  czy  jak  tam  było…  Może  Irena  podjęła  pieniądze,  żeby  kupić  milczenie 
Bargieła? 

— Uważa pan, że Bargieł wiedział o niej coś takiego, za co warto było zapłacić trzydzieści 

tysięcy? 

background image

 

 

— Nie wiem… doprawdy nie wiem. — Znowu potarł czoło wąskimi palcami. — Wydaje 

mi się to zupełnie nieprawdopodobne, żeby Henia… 

— Tak… Nie mogę panu odpowiedzieć na pańskie pytanie. 
Kapitan Derko zamknął leżącą przed nim teczkę i również wstał. Przez chwilę patrzyli na 

siebie bez słowa, po czym Komylski płynnym ruchem zgarnął paczkę papierosów z biurka i 
wyszedł z pokoju. 

background image

 

 

S

OBOTA 

 

29

 WRZEŚNIA

 

 
Jak zwykle w sobotę w czytelni był bardzo mały ruch. Zaledwie kilka miejsc w dużej sali 

było  zajętych.  Irena  siedziała  za  swoim  biureczkiem,  wypisując  zamówienie  dla  jakiegoś 
studenta, kiedy nagle podniósłszy wzrok zobaczyła kapitana Derkę. Stał przy długim stole  i 
wertował katalog. Szybko wypełniła kartonik i odłożyła do korytka dla bibliotekarki. Kapitan 
zdawał się nie zwracać na nią uwagi. Irena podeszła do niego z pewnym ociąganiem. 

— Pan do mnie, panie kapitanie? — Starała się mówić cicho, mimo to student czekający 

na swoje książki obejrzał się zaciekawiony. 

— Wpadłem na chwilę, ale… — rozejrzał się bezradnie —chyba tutaj nie będziemy mogli 

porozmawiać? 

—  Możemy  wyjść  do  palarni.  Proszę  chwilę  zaczekać,  poproszę  koleżankę,  żeby  mnie 

zastąpiła. 

Wróciła bardzo szybko i zaprowadziła Derkę do niewielkiej, prawie pustej salki, w której 

tylko  jakiś  brodacz  okupował  stolik  przy  oknie.  Poza  nim  nie  było  nikogo.  Usiedli  w 
przeciwległym rogu. 

— Czy zawsze macie taką małą frekwencję? 
—  We  wrześniu  tak.  Rok  szkolny  dopiero  się  zaczął,  a  akademicki  zostanie  otwarty  za 

kilka  dni.  Większość  naszych  czytelników  stanowią  studenci  i  maturzyści.  Toteż  pierwszy 
szczyt zaczyna się podczas sesji zimowej. Potem utrzymuje się dosyć wysoka frekwencja aż 
do następnego szczytu, który poprzedza okres  matur i sesję  letnią. Gdyby pan przyszedł do 
nas w maju albo w pierwszych dniach czerwca, nie dostałby pan o tej porze wolnego stolika. 

— Sądziłem, że studenci korzystają z czytelni uniwersyteckiej. 
—  Na  pewno  tak,  ale  bardzo  wielu  trafia  do  nas.  Mamy  już  naszych  stałych  klientów. 

Rozmawiałam  z  koleżanką  z  czytelni  wojskowej.  U  nich  również  większość  stanowią 
studenci,  i  to  z  bardzo  różnych  uczelni,  począwszy  od  Politechniki,  a  na  Akademii  Sztuk 
Pięknych  skończywszy  —  Irena  nagle  przerwała.  Jej  chwilowe  ożywienie  raptem  zupełnie 
wygasło.  —  Ale  pan  nie  przyszedł  przecież  do  nas,  żeby  rozmawiać  o  czytelnictwie?  — 
zapytała po chwili. 

— Nie — kapitan uśmiechnął się — choć przyznam, że wolałbym pogawędzić z panią o 

książkach. 

— Więc słucham… Coś się stało? 
— Czy nie chciałaby pani uzupełnić albo zmienić swoich zeznań? 
— Dlaczego miałabym je zmieniać? 
— Widzi pani… nikt ich nie potwierdził. 
— Ale są prawdziwe. 
— Na przykład sprawa tej broszki. Stefan Komylski zaprzeczył w ogóle wszystkiemu. 
— Jak to? 
— Po prostu nie  był winien  Bargiełowi  sześćdziesięciu tysięcy,  nie dawał  mu  broszki w 

zastaw. 

Irena milczała. Ciemny rumieniec pokrył jej policzki. 
—  Nasz  pracownik  złożył  wizytę  pani  Albertynie.  Nie  wtajemniczył  jej  w  szczegóły. 

Powiedział  tylko,  że  w  dzielnicy  grasuje  wyjątkowo  przebiegła  szajka  włamywaczy 
operujących  znakomitymi  wytrychami  i  podrabianymi  kluczami.  Zabierają  wyłącznie 
biżuterię.  Poszkodowani  nieraz  po  kilku  miesiącach  dopiero  orientują  się,  że  zostali 
okradzeni.  Naiwna  bajeczka,  ale  poskutkowała.  Pani  Albertyna  Podgórską  w  obecności 
naszego pracownika sprawdziła zawartość szkatułki, w której przechowuje biżuterię. Broszka 
była na swoim miejscu. 

— Może to nie ta? 

background image

 

 

— Sądzę, że to jednak ta, o której pani mówiła. Identyczna z broszką na portrecie. 
Rumieniec  z  policzków  Ireny  zniknął.  Była  teraz  zupełnie  blada.  Popatrzyła  na  kapitana 

spłoszonym wzrokiem, potem spojrzenie jej uciekło w odległy kąt. Przełknęła ślinę, jakby jej 
nagle zaschło w gardle. 

— Nie wzięłam papierosów. Czy nie mógłby mi pan… 
Derko wyciągnął paczkę klubowych. Zapaliła starając się opanować drżenie rąk. 
—  To  znaczy,  że  się  strasznie  wygłupiłam!  —  powiedziała  nienaturalnie  swobodnym 

tonem. — Nie wiem, dlaczego Stefan opowiedział mi jakąś wymyśloną historyjkę. On trochę 
lubi dramatyzować. Zresztą mniejsza z tym. Nabrałam się, i dobrze mi tak… 

— Jeżeli przyjmiemy, że nie było żadnego długu, którego spłacenia domagał się  Bargieł, 

nie było zastawu, nie było nawet rozmowy, po której pani postanowiła jechać do Bylic… 

— Jak to?! 
— Pan  Komylski twierdzi, że  nigdy z panią  nie  rozmawiał o żadnym długu.  Więc  jeżeli 

przyjmiemy, że tego wszystkiego nie było, to pani jest w bardzo dwuznacznej sytuacji. 

— Dlaczego? 
—  Przypomnę  pani  treść  kartki  zostawionej  pod  drzwiami  Bargieła:  „Proszę  się  ze  mną 

skontaktować  przed  rozmową  z  S.K.”  Za  co  chciała  pani  zapłacić  Bargiełowi  trzydzieści 
tysięcy? 

— Ależ… za nic! Chyba pan nie myśli, że Bargieł mnie szantażował? 
— Wszystko na to wskazuje. 
— To jest nieprawda! Pojechałam do Bylic, żeby spłacić dług Stefana i odzyskać zastaw! 

— Rozpłakała się. — Co ja mam zrobić, żeby mi pan uwierzył? Chyba pan nie przypuszcza, 
że to ja zabiłam „Królikarza”? Zresztą kiedy mogłabym to zrobić? Cały dzień nie było mnie 
w Krakowie, prosto z dworca przyjechałam do domu, mogą to poświadczyć dwie osoby, nie 
licząc  mojej  ciotki.  Chyba  nie  jest  trudno  ustalić,  o  której  dokładnie  wróciłam?  Szwagier 
czekał na wiadomości sportowe… 

— O wpół do jedenastej wyszła pani ponownie z domu. 
—  No  tak,  ale…  Przecież  Bargieła  znaleziono  na  Olszy,  a  ja  podczas  mojego  nocnego 

spaceru byłam  na  Kazimierzu. Mam  na to świadka. Trochę po jedenastej widziano  mnie na 
Kazimierzu.  Do  domu  wróciłam  tuż  po  dwunastej  .  Dozorca  otwierał  mi  bramę.  Mieszkam 
przy Bronowickiej, więc w jaki sposób mogłabym w ciągu godziny dostać się z Kazimierza 
na Olszę, a potem na Bronowicką? To są trzy różne krańce miasta! 

— Nic mi pani nie mówiła o świadku. 
— Nie chciałam w to wszystko mieszać jeszcze jednej osoby. Było mi go żal… 
— Kogo? 
— Władka Bieńkowskiego. 
— Mówi pani o byłym narzeczonym Alicji Źrebko? 
— To pan o nim wie? 
— Niech pani nie będzie śmieszna. No więc co ten Władek Bieńkowski? 
Brodacz  spod  okna  wstał  i  wyszedł,  ale  prawie  równocześnie  do  palarni  wpadły  jakieś 

dwie rozgadane dziewczyny. Irena poruszyła się niespokojnie. 

— Czy mogę się panu zrewanżować? Przyniosę dwie kawy. 
— Niech pani nie robi sobie kłopotu. 
—  Proszę…  Może  jakoś  się  uspokoję.  Bardzo  mnie  to  krępuje,  że  siedzę  tutaj  taka 

zaryczana… 

— W takim razie niech pani przyniesie te kawy. 
Jej nieobecność nie trwała długo. Wróciła po paru minutach, niosąc dwie filiżanki i paczkę 

klubowych.  Usiadła  tyłem  do  chichoczących  dziewcząt  i  spokojnym  już  głosem  zaczęła 
opowiadać o swoim spotkaniu z Władysławem Bieńkowskim. 

— Kiedy mu powiedziałam przez telefon o „Maleńkiej”… 

background image

 

 

— Przepraszam — przerwał jej kapitan — ale skąd pani wiedziała o „Maleńkiej”? 
— Zapytałam Stefana, gdzie będzie szukać „Królikarza”. Miał się z nim spotkać w sobotę 

właśnie w  „Maleńkiej”. To jest kawiarnia na Kazimierzu. Podobno jedna z kelnerek zawsze 
wiedziała,  kiedy  Bargieł  miał  być  w  Krakowie.  Można  było  zostawić  u  niej  dla  niego 
wiadomość… No, więc kiedy powiedziałam Bieńkowskiemu o tej kawiarni, pomyślałam, że 
jestem skończona idiotka. Niepotrzebnie jechałam do Bylic. Należało zacząć od „Maleńkiej”. 
Gdy  to  sobie  uświadomiłam,  nie  byłam  w  stanie  czekać  do  rana.  Nałożyłam  płaszcz  i 
wyszłam  z  domu.  Było,  tak  jak  panu  powiedziałam,  wpół  do  jedenastej  i  naprawdę 
dzwoniłam  do  Stefana.  Potem  zdecydowałam  się  pojechać  na  Kazimierz.  Zanim  jednak 
znalazłam tę kawiarnię, minęła już jedenasta. Drzwi były zamknięte. Przez szybę widać było 
w  środku  światło.  Stałam  przez  chwilę  na  ulicy  i  zastanawiałam  się,  co  dalej  robić.  Wtedy 
zobaczyłam  motor,  a  potem  Bieńkowskiego.  Stał  o  dwie  bramy  dalej  i  palił  papierosa. 
Oczywiście poznał mnie. Nie spotkał „Królikarza”, ale odnalazł swoją Alę. Była kelnerką w 
„Maleńkiej”. Najpierw nie chciała z nim rozmawiać, potem doszło do publicznej awantury, a 
wreszcie  kazała  mu  iść  i  nie  pokazywać  się  więcej.  Był  wściekły.  Jednak  czekał  na  nią. 
Zaczęłam go namawiać, żeby zostawił tę dziewczynę w spokoju i wracał do Bylic. „Niech mi 
pani nie prawi morałów” — warknął i zaraz spytał: — „A co pani tu robi? Może pani również 
chce dostać posadkę kelnerki w tej budzie?” Szkoda mi było tego chłopaka. Robił wrażenie 
zupełnie  sensownego…  Nie  chciałabym,  aby  pan  pomyślał,  że  podsuwam  panu  następnego 
podejrzanego.  Bieńkowski  nie  byłby  zdolny  do  tego.  Stłuc  porządnie  po  pysku  starego 
Bargieła, to i owszem, ale zabić?… Na pewno nie… 

— Skąd pani może wiedzieć, do czego on zdolny? Dobrze go pani zna? 
— Nie… 
— Wróćmy jednak do pani… alibi. Więc pod „Maleńką” znalazła się pani po jedenastej. 

Nie może pani podać dokładniejszego czasu? 

— Owszem. Kiedy stwierdziłam, że kawiarnia jest zamknięta, spojrzałam na zegarek. Było 

pięć po jedenastej. 

— Jak długo pani rozmawiała z Bieńkowskim? 
— Kilka minut. 
— A potem? 
— Poszłam do domu,.. 
— To znaczy, że odeszła pani spod kawiarni dziesięć po dwudziestej trzeciej? 
— Mniej więcej. 
— Droga do domu zajęła pani ponad czterdzieści pięć minut? 
— Tak. Zadzwoniłam jeszcze raz do Stefana i postanowiłam wrócić do domu. Na nocne 

tramwaje czeka  się  bardzo długo, a  ja do tego  jeszcze  szmat drogi przeszłam  pieszo…  Sam 
pan przyzna, że nie mogłam w ciągu czterdziestu pięciu minut pojechać na Olszę, spotkać się 
z Bargiełem… i w ogóle… Nie mogłabym wrócić do domu zaraz po dwunastej… 

— Tak, oczywiście. Tylko widzi pani… Bargieł nie zginął na Olszy. 
— Nie rozumiem. 
— Został tam przywieziony już po śmierci. 
Irena patrzyła  na kapitana przez chwilę okrągłymi oczami, potem  jej wzrok przeniósł się 

gdzieś ponad jego głowę, żeby w końcu zatrzymać się na jakimś odległym przedmiocie. 

— Więc… nadal nie mam alibi? 
— Na to wygląda. 
— Proszę porozmawiać z Alicją Źrebko i z panią Bilikowską. 
— Co one mogą na ten temat powiedzieć? 
—  Na  drugi  dzień  po  śmierci  Bargieła  poszłam  jeszcze  raz  do  „Maleńkiej”.  Prosiłam  tę 

kelnerkę, to znaczy Alicję Źrebko, żeby mi dała adres rodziny  „Królikarza”. Miałam jeszcze 
nadzieję, że ktoś z jego bliskich odsprzeda mi ten zastaw. 

background image

 

 

— I zdobyła pani ten adres? 
— Tak. Jego córki. Ale ona  nie chciała ze  mną rozmawiać. Nic  nie wiedziała o  żadnym 

zastawie… Właściwie wyprosiła mnie za drzwi. 

— Kiedy to było? 
—  Również  w  sobotę.  Poszłam  tam  prosto  z  „Maleńkiej”.  Pani  Bilikowskiej  nie  było  w 

domu. Od gosposi dowiedziałam się, że pojechała rozpoznać… potwierdzić tożsamość ojca, 
który zginął w  jakimś wypadku. Gosposia obrugała  mnie, że  nachodzę panią Bilikowską w 
takiej chwili. Czekałam przed domem blisko dwie godziny. Wreszcie przyjechali Bilikowscy. 

— Razem? 
— Tak. 
— Czy przy rozmowie był obecny Bilikowski? 
—  Nie.  Poprosiłam  jego  żonę  o  rozmowę  w  cztery  oczy.  Zresztą  trwała  ona  bardzo 

krótko… Ale niech pan zapyta Bilikowską i jej gosposię, niech pan zapyta panią Źrebko. One 
muszą  potwierdzić  to,  co  powiedziałam.  Chciałam  odzyskać  zastaw  Stefana!  I  dlatego 
pojechałam do Bylic. 

— To nie zmienia  faktu, o którym  mówiliśmy. Broszka i dług  Komylskiego w pewnych 

okolicznościach  mogą  być  wystarczającym  motywem.  A  poza  tym  czy  mówiła  pani  tym 
osobom, że chodzi o dług Komylskiego? 

— No., nie… 
—  Ano  właśnie.  Ale  jednak  dziwię  się  pani,  że  dopiero  teraz  pani  mi  o  tym  wszystkim 

mówi. Dlaczego? 

— Szkoda mi było tego chłopaka… Władka Bieńkowskiego. Zastanawiałam się nad tym i 

doszłam  do  wniosku,  że  on  nie  mógł  tego  zrobić.  Po  prostu  byłam  przekonana,  że  Bargieł 
zginął  na Olszy, tam gdzie go znaleziono. A w takim  razie Bieńkowski  nie  mógł  go zabić, 
skoro widziałam go pod „Maleńką”. 

— Skąd pani może wiedzieć, o której godzinie zamordowano Bargieła? 
— To musiało się stać po moim powrocie z Bylic. Być może właśnie w tym czasie, kiedy 

ja  włóczyłam  się  po  mieście.  Wywnioskowałam  to  z  pytań,  które  mi  pan  zadawał. 
Interesowało pana wyłącznie, co robiłam po powrocie z Miastka. Chciał pan tylko wiedzieć, o 
której godzinie wróciłam do domu, o której z  niego wyszłam  i  jak długo spacerowałam  po 
mieście. A w tym czasie  Bieńkowski awanturował się w kawiarni, a potem czekał na swoją 
Alę pod „Maleńką”. Kiedy zadzwonił do mnie do domu, jeszcze nie wiedział, gdzie szukać 
„Królikarza”. Po rozmowie ze mną pojechał na Kazimierz. Zastałam go tam… 

— To jeszcze nic nie znaczy. Mógł to zrobić. Pani również. 
— Ależ… 
—  Pana  Komylskiego  pytałem  o  to,  co  robił  od  wyjścia  z  biura,  to  znaczy  od  godziny 

czwartej. Czy stąd wyciągnie pani wniosek, że morderstwo zostało popełnione właśnie o tej 
porze? Chyba nie. 

— No tak, ale… 
—  Dlaczego  pani  uznała,  że  ma  pani  prawo  oceniać,  co  jest  ważne,  a  co  nie  w 

prowadzonym przez nas dochodzeniu? Zastanawiam się, czy zrobiła to pani z naiwności i — 
przepraszam, że użyję tego słowa — z głupoty, czy też rozmyślnie wprowadziła mnie pani w 
błąd. 

—  Ja…  ani  razu  nie  skłamałam.  Cały  czas  mówiłam  prawdę.  Nie  opowiedziałam  panu 

tylko  o  Bieńkowskim,  ponieważ  byłam  przekonana,  że  on  nie  może  mieć  z  tym  nic 
wspólnego… 

—  I  chciała  pani  osłaniać  zupełnie  obcego  człowieka?  Nie  miała  pani  aż  takich  oporów 

mówiąc o długu Komylskiego i o tych telefonach, których właśnie w tym czasie nie odbierał. 

— Ale Stefan ma alibi! 
— Jakie znowu alibi? 

background image

 

 

— Powiedział mi, że był w  „Europejskim” ze swoim znajomym do pierwszej w nocy. O 

Boże…  —  powiedziała  nagle,  podnosząc  rękę  do  czoła…  —  Mówiąc  o  Stefanie,  chciałam 
wytłumaczyć panu, dlaczego pojechałam do Bylic. Myślałam,  że Stefan…  myślałam, że on 
nie może być brany pod uwagę, skoro „Królikarz” zginął na Olszy… 

— Ale on nie zginął na Olszy. 
Irena milczała. 
— Czy tym razem powiedziała mi pani już wszystko? 
— Tak… Wszystko. Pan mnie aresztuje? 
— Nie, ale będzie pani musiała znów przyjść do nas i złożyć oficjalne zeznanie. 
—  Czy  mógłby  mi  pan  powiedzieć,  jak  on  właściwie  zginął?  —  Patrzyła  na  koniuszek 

papierosa, z którego popiół opadł na szklany blat stołu. — Chyba mam prawo wiedzieć, co mi 
się przypisuje? 

Kapitan Derko wstał z fotela. 
— Jeżeli pani istotnie nie wie, to tym lepiej dla pani. 
Siedziała  bez  ruchu.  Nie  podniosła  nawet  głowy,  gdy  kapitan  opuszczał  palarnię.  Potem 

zgasiła  papierosa,  który  sparzył  jej  palce,  i  natychmiast  wyciągnęła  z  paczki  następnego. 
Drgnęła, kiedy usłyszała nad sobą głos pani Zofii. 

—  Reniu,  telefon  do  ciebie.  —  Kierowniczka  stała  tuż  koło  niej  i  patrzyła  na  nią 

zatroskanym wzrokiem. 

—  Nie…  proszę  powiedzieć,  że  mnie  nie  ma…  —  Irena  przywarła  plecami  do  oparcia 

fotela zaciskając równocześnie palce na poręczach. 

— Co ci się stało? Dlaczego nie chcesz odbierać telefonów? 
— Nic mi nie jest… 
— Przecież widzę. Co ci jest? 
— Nic… Naprawdę… Po prostu bardzo źle się czuję. Naprawdę bardzo źle  się czuję  — 

zaczęła płakać. 

— Jeżeli jesteś chora, to idź do domu. 
— Nie, nie pójdę… Nigdzie stąd nie pójdę! 
Pani Zofia pochyliła się nad nią. 
— Chcesz, żeby cię Jaga odprowadziła do domu? Chcesz? 
Irena potakująco skinęła głową. 

background image

 

 

P

ONIEDZIAŁEK 

 

1

 PAŹDZIERNIKA

 

 
Kelnerka  Dusia  Lecka  i  bufetowa  Halina  Wiecikowa  znały  Józefa  Bargieła  z  widzenia. 

Bywał częstym gościem w „Maleńkiej”. Zazwyczaj był z kimś umówiony. Przychodzili tu do 
niego różni mężczyźni. Starzy i młodzi. Niektórzy pokazywali się tylko raz, a potem znikali 
na zawsze. Inni należeli do stałych bywalców. Nie znały ich nazwisk. Z zaprezentowanych im 
fotografii  po  dłuższym  zastanawianiu  wybrały  kilka.  „Tak,  tego  poznaję  i  tego…  A  co  do 
tego… nie jestem pewna.” — mówiła Dusia Lecka, odkładając na bok podobizny niektórych 
panów.  Oczywiście  czarny  rynek.  Milczący,  solidarny  czarny  rynek.  Tutaj  nikt  nikogo  nie 
sypnie, jeżeli nie musi. Wszyscy są niewinni, nikt nic nie wie. Do  „Maleńkiej” przychodzili 
na kawę i taką sobie pogawędkę. 

Dusia Lecka w przeciwieństwie do powściągliwej bufetowej mówiła dużo i chętnie. 
—  Bargieł?  To  był  amant  Ali  Źrebko.  —  Wzruszyła  pogardliwie  ramionami;  —  Dziwię 

się,  że  taka  fajna  babka  jak  Ala  trzymała  się  tego  obleśnego  starucha.  No,  ale  niech  pan 
zobaczy,  jak  ona  się  ubiera.  Mieszka  w  odnajętej  kawalerce.  Niedaleko  „Maleńkiej”,  przy 
ulicy  Józefa.  Chyba  pan  sobie  nie  wyobraża,  że  z  pensji  płaci  tysiąc  pięćset  złotych 
miesięcznie? Zresztą za taką kawalerkę trzeba dać pieniążki co najmniej za rok z góry. Skąd 
wzięłaby na to forsę, jeśli nie od niego? Nigdy nas nie zapraszała do siebie. W każdym razie 
ile  razy  ktoś  pytał  o  Bargieła,  odsyłałyśmy  go  do  Ali.  Zawsze  wiedziała,  kiedy  będzie  w 
Krakowie. Bo on mieszkał gdzieś koło Tarnowa. 

W piątek był w  „Maleńkiej”. Siedział z dwoma panami. Pili chyba koniak, ale Dusia nie 

wie  dokładnie,  ponieważ  to  był  stolik  Ali.  Bargieł  wyszedł  sam.  Było  może  wpół  do 
jedenastej.  Podszedł  do  Ali  i  powiedział:  „Daj  klucze.  Czy  musisz  zabierać  moje?”  Był 
opryskliwy lak zwykle. Kiedy Ala zapytała go, czy już idzie, odburknął: „Nie twój interes”. I 
poszedł. Tamci dwaj siedzieli prawie do zamknięcia lokalu. Ale przedtem była awantura. Nie, 
nie, tamci panowie nie brali w niej udziału. Siedzieli tylko i patrzyli. Trochę się podśmiewali. 
Jakieś  pięć  minut  po  wyjściu  Bargieła  w  kawiarni  pojawił  się  młody  człowiek.  Przystojny, 
opalony…  Nikt  nawet  nie  zauważył,  jak  się  to  zaczęło.  Nagle  Ala  powiedziała  coś 
podniesionym  głosem,  a  chłopak  jak  nie  ryknie:  „A  na  to,  żeby  się  pieprzyć  z  tym  starym 
wszarzem,  to  nie  jesteś  za  delikatna?!”  Zaczęli  się  szamotać,  bo  Ala  chciała  odejść,  a  on 
trzymał ją za rękę. Wyszła szefowa i Źrebko, której w tym czasie udało się uwolnić, uciekła 
na  zaplecze.  Chłopakowi  kierowniczka  kazała  natychmiast  opuścić  lokal.  Wtedy  on 
powiedział  na  całą  kawiarnię:  „Niech  się  pani  nie  boi!  Nie  dotknę  jej  nawet  palcem. 
Brzydziłbym  się.  Chciałem  tylko  sprawdzić,  czy  to  prawda,  że  się  tak  świetnie  urządziła”. 
Roześmiał się bardzo nieprzyjemnie i dorzucił: „No i wylądowała w takiej obskurnej budzie, 
że  już  gorzej  nie  można  było!”  Potem  odwrócił  się  na  pięcie  i  wyszedł.  Ja  gdybym  miała 
wybierać  między  nim  a  Bargiełem,  nie  zastanawiałabym  się  nawet  sekundy.  Ale  Alunia 
wzruszyła tylko ramionami, kiedy }ą zapytałam, co to za jeden, i powiedziała krótko: „Taki 
wsiok!” Dozorca domu przy Józefa widywał często Bargieła. Czy nocował u tej z pierwszego 
piętra?  A,  tego  to  on  nie  wiedział.  Chyba  tak.  Urządzali  tam  u  niej  często  popijawy. 
Hałasowali. „Panie, czy pan nie wie, co to za dzielnica? Połowa mieszkańców to wasi klienci! 
Nasz  dom  i  tak  jest  najlepszy  na  całej  ulicy.  To  elegancka  kamienica.  Ona,  to  znaczy  ta 
Źrebko, nic takiego nie robiła. Że czasem u niej goście wypili? Co w tym złego? Bawili się 
grzecznie. W piątek, dwudziestego pierwszego września, nic szczególnego się nie wydarzyło. 
Dozorca  nie  przypomina  sobie,  żeby  z  mieszkania  na  pierwszym  piętrze  dochodziły  jakieś 
hałasy. Nie pamięta również, aby w nocy między jedenastą a dwunastą stał pod domem jakiś 
motor. Samochodu też nie widział. „Co on mógł widzieć! —zdenerwowała się żona dozorcy 
—  pijany  był  jak  bela!”  Ale  ona  również  niczego  nie  słyszała.  „Mój  stary  żenił  się  po 
mieszkaniu,  to  co  mogłam  słyszeć?”  —  powiedziała  ze  złością.  Lokatorzy  mieli  własne 

background image

 

 

klucze od bramy. Pani Źrebko wracała z pracy po jedenastej, chyba że miała przedpołudniową 
zmianę. O której wróciła w piątek, tego nikt nie wie. 

Rozmowy  z  sąsiadami  też  nic  nie  dały.  Jedynie  dotychczasowe  zeznania  wszystkich 

członków rodziny Bieńkowskich z Bylic zostały  całkowicie obalone. Rodzice  Władka kilka 
dni  temu  oświadczyli,  że  ich  syn  z  piątku  na  sobotę,  czyli  z  dwudziestego  pierwszego  na 
dwudziestego drugiego września  nocował w domu. Wprawdzie ktoś z sąsiadów widział go, 
jak  w  sobotę  zajechał  pod  dom  około  godziny  dziesiątej  rano,  ale  ojciec  natychmiast  to 
wyjaśnił:  „Był  rano  u  stryja  i  wrócił  o  dziesiątej”.  Jak  się  j  okazało,  rodzice  Władka 
Bieńkowskiego kłamali. Po’ prostu kryli syna, który tę noc spędził w Krakowie. Ale u kogo? 
U  Alicji  Źrebko?  Czyżby  się  pogodzili?  Bieńkowscy  nie  mieli  w  Krakowie  żadnych 
krewniaków  ani  znajomych.  Kapitan  Derko  postanowił  jednak  poszukać  jakichś  kolegów 
chłopaka.  Sporządzono  spis  młodych  ludzi,  którzy  byli  z  nim  w  tej  samej  jednostce 
wojskowej.  Czterech  z  nich  mieszkało  stale  w  Krakowie.  Szczególnie  jeden  zainteresował 
Derkę. Był to Zbigniew Kolski, mechanik samochodowy. Jego ojciec miał niewielki warsztat 
na Podgórzu. Kolski z całym uporem powtarzał, że nie widział Bieńkowskiego od powrotu z 
wojska. Nie potrafił jednak ukryć niepokoju. Jego ojciec był wyraźnie wściekły, gdy pojawiła 
się u niego  milicja. Twierdził, że nie obchodzą go kumple syna  „…i w ogóle dajcie  spokój 
chłopakowi.  Pracuje,  nie  rozrabia,  wódki  nie  pije.  Czego  od  niego  chcecie?”  —  zaczaj: 
wreszcie  wykrzykiwać.  Sprawdzono,  że  na  dziedzińcu  warsztatu  stało  tej  nocy  pięć 
samochodów. Odszukanie wozów i ich właścicieli nie sprawiło wielkich trudności, ponieważ 
pan  Kolski  nienagannie  prowadził  książki  warsztatowe.  Wątpliwe  było,  czy  dokładne 
oględziny  tych  pięciu  samochodów  przyniosą  jakieś  rezultaty.  Kapitan  jednak  nie 
zrezygnował. Cała operacja trwała dwa dni, podczas których Derko chodził zły jak wilk i ze 
zdwojoną energią zajmował się towarzystwem z „Maleńkiej”. 

background image

 

 

W

TOREK 

 

2

 PAŹDZIERNIKA

 

 
— Nasi technicy klną w żywy kamień —powiedział porucznik Bartkowski, z rozmachem 

siadając w fotelu. — Co ty chcesz znaleźć w tych samochodach? 

— Bardzo dobrze wiesz, że muszę sprawdzić te wozy. 
—  Zatrudniłeś  już  pół  wydziału.  Jedni  latają  za  Komylskim  i  tą  małą,  drudzy  niańczą 

rodzinę  Bilikowskich,  jeszcze  innych  przeganiasz  po  całym  mieście  w  poszukiwaniu 
cinkciarzy, ty sam chyba niedługo zginiesz pod stosami raportów i protokołów. Pracownicy 
archiwum na twój widok uciekają na drugi koniec korytarza. 

— Wygadałeś się już? 
— Daj spokój. Miałeś już jeden niewypał z rewizją u Bilikowskich. 
— Nie nazwałbym tego niewypałem, 
— Mityczne precjoza „Królikarza” wyparowały. 
— Ale w tej chwili  jestem przekonany, że  jednak  istniały. Powiedz, czy gdybyś  miał do 

czynienia z takim przyjemniaczkiem, jakim był  Bargieł, otwierałbyś jego pokój wytrychem, 
nie mając całkowitej pewności, że nie zrobi ci już o to awantury? Przecież to lokum Bargieła 
znajduje się na parterze. Można śmiało zajrzeć do niego przez okno i przekonać się, czy nie 
stało mu się coś złego. Poza tym, jak wiesz; zdarzało mu się nader często nie wracać na noc 
do domu i nikt z tego powodu nie szalał z niepokoju. Sądzę, że pani Leokadia użyła wytrycha, 
wiedząc  już o śmierci ojca. Poza tym,  jak wykazała ekspertyza, ktoś włamał  się do  biurka, 
którego górna szuflada została całkowicie wypatroszona. Natomiast wrzucono do niej papier 
listowy, na którym znalazły się odciski palców pani Bilikowskiej. Dokładne badanie wnętrza 
szuflady  pozwala  domniemywać,  że  przez  wiele  lat  była  w  niej  przechowywana  spora 
kasetka, której nikt nie tylko nie wyjmował, ale nawet nie przesuwał w inne miejsce. Można 
określić jej wymiary. Jak wiesz, nie ma jej tam w tej chwili. 

— No i co z tego? Pomimo że przewróciłeś cały dom do góry nogami, nie znalazłeś jej. 

Możesz więc tylko bawić się w domysły, czego podobno bardzo nie lubisz. 

— Nie lubię, to fakt — Derko lekko się skrzywił — ale mogę stawiać hipotezy robocze. 

Czyż nie? 

Porucznik Bartkowski roześmiał się głośno. 
—  A  czymżeż  jest  hipoteza  robocza  jak  nie  domysłem?  Mogę  ci  jeszcze  jedną 

zaproponować. „Królikarz” wyjął tę kasetkę sam i wyniósł z domu. Co ty na to? 

— Brałem i tę ewentualność pod uwagę. 
— No to dlaczego nie zrobiłeś rewizji u Alicji Źrebko? 
— Przypuszczasz, że trzymałaby ją u siebie w domu? 
— To samo zastrzeżenie odnosi  się do Bilikowskich.  W takim razie dlaczego prułeś  ich 

mieszkanie? 

— To zupełnie co innego. Wtedy mówiło się jeszcze o śmierci Bargieła tak, jakby zmarł z 

przepicia. Bez względu na to, czy znana im była prawdziwa przyczyna zgonu czy nie, mogli 
się nie spodziewać rewizji. W każdym razie była pewna szansa zaskoczenia ich. W przypadku 
Źrebko  nie  ma  o  tym  mowy.  Teraz  już  wiadomo,  że  szukamy  mordercy.  Cały  personel 
„Maleńkiej” plotkuje na ten temat. 

— Skąd masz pewność, że w tej kasetce było coś wartościowego? 
— Oczywiście, że nie mam żadnej pewności. Ale „Królikarz” był lichwiarzem. Nie sądzisz 

chyba, że jego kapitał obrotowy ograniczał się do tysiąca pięciuset złotych, które znaleźliśmy 
w  jego  rzeczach?  Musiał  mieć  pieniądze,  może  obcą  walutę…  Być  może  przyjmował  od 
swoich  dłużników  zastawy.  Gdzie  to  wszystko  przechowywał?  W  Bylicach  nie,  w  domu 
Bilikowskich też nie… 

— Chyba jednak Alicja Źrebko mogłaby coś na ten temat powiedzieć. 

background image

 

 

—  Twierdzi,  że  o  niczym  nie  wie.  Zeznała,  że  z  Bargiełem  utrzymywała  towarzyskie 

kontakty, ponieważ pochodził z jej rodzinnej wsi, natomiast nic nie wie o jego interesach, nie 
ma nawet pojęcia, czym się zajmował. Przyznaje, że bywał u niej w domu częstym gościem. 
Czasem przyprowadzał znajomych i przynosił jakiś alkohol. Ale to wszystko. 

— Jaka ona jest, ta Ala? 
—  Ładna,  mogłaby  być  nawet  bardzo  ładna.  Niestety,  jest  na  to  zbyt  pretensjonalna  i 

wypindrzona. Ubrana krzykliwie i bez gustu. Wiesz, jak to jest, kiedy dziewczyna z prowincji 
koniecznie chce być elegancka. Patrzyłem na nią i nie mogłem się powstrzymać od smutnej 
refleksji,  że  zrobiła  z  siebie  zwyczajnego  zdzirusa.  Miała  dom,  chłopaka,  który  by  się  z  nią 
ożenił,  rodzice  przepisaliby  na  nich  gospodarstwo,  ponieważ  dwaj  synowie  Źrebków 
wyjechali do miasta, pokończyli szkoły i na pewno już nie wrócą do Bylic. Dostałaby od ojca 
wszystko.  Zamieniła  to  na  tandetną  elegancję  i  towarzystwo  z  pogranicza  świata 
przestępczego. Ale słuchaj no, dziecinko — kapitan Derko spojrzał z ukosa na Bartkowskiego 
— co ty mnie wyciągasz na głupie rozmówki? Przecież o tym wszystkim sam dobrze wiesz. 
W każdym razie powinieneś wiedzieć. 

—  Nie  przesadzaj,  Alicji  Źrebko  nie  widziałem.  A  poza  tym  chciałem,  żebyś  się  trochę 

wygadał. Chodzisz taki wściekły, że w każdej chwili możesz eksplodować, jeżeli w porę nie 
otworzysz wentyla bezpieczeństwa. 

Derko  cisnął  jakąś  teczkę  na  biurko  i  mruknął  coś  niezrozumiałego  pod  nosem.  W  tej 

chwili  odezwał  się  telefon.  Kapitan  słuchał  z  uwagą,  przerywając  tylko  od  czasu  do  czasu 
krótkim:  „Tak…  tak…  w  porządku…”  Gdy  skończył  rozmowę,  spojrzał  przelotnie  na 
Bartkowskiego. 

— No, to mój kolejny niewypał może jednak wybuchnie — powiedział spokojnie. 
— Co się stało? 
—  Furgonetka,  która  dwudziestego  drugiego  września  stała  na  dziedzińcu  Kolskiego, 

należy  do pewnego badylarza  mieszkającego pod  Krakowem. Po odebraniu z warsztatu nie 
była  jeszcze  używana.  We  wnętrzu  wozu  znaleziono  odciski  palców  Władysława 
Bieńkowskiego. 

— Ale masz nosa! — powiedział porucznik i już krążył swoim zwyczajem po pokoju. 
 

*

 

*

 

 
Zbigniew  Kolski  był  wyraźnie  przygnębiony.  Mówił  niechętnie  i  trochę  nieskładnie. 

Skłamał,  ponieważ  nie  chciał  sypać  swojego  najlepszego  kolegi.  Nie  wierzył,  żeby 
Bieńkowski mógł popełnić jakieś przestępstwo. Istotnie, Władek przyszedł do niego w nocy z 
dwudziestego pierwszego na dwudziestego drugiego września. Było może wpół do pierwszej. 
Otworzyła mu matka. Nie chciała go wpuścić do domu i nawet powiedziała coś przykrego na 
temat  zrywania  ludzi  ze  snu  o  takiej  porze,  ale  tak  nalegał,  tak  prosił,  że  obudziła  syna. 
Wyszli na podwórko. I Bieńkowski poprosił go o wypożyczenie samochodu na dwie godziny. 
W pierwszej chwili nie chciał nawet o tym słyszeć, potem jednak złamał się i dał mu kluczyki 
od  furgonetki  i  klucze  od  bramy  wjazdowej,  żeby  nie  budził  znowu  całego  domu.  Miał 
odstawić wóz tak, żeby stary Kolski nawet tego nie zauważył. 

— Jak to? Dał mu pan klucze? Przecież mógł wszystkie wozy wyprowadzić z dziedzińca? 

— zdziwił się porucznik Bartkowski. 

— Władek? Co pan! To jest naprawdę porządny chłopak. Znam go bardzo dobrze i wiem, 

że nie tknąłby palcem cudzej rzeczy. 

Mimo to Kolski nie mógł potem zasnąć. Czekał na powrót Bieńkowskiego i kiedy usłyszał 

przed domem warkot silnika nyski, wyszedł znowu na podwórko. Było wpół do czwartej. 

—  Powiedziałem  mu,  że  jeżeli  przewoził  jakiś  trefny  towar,  to  może  wpakować  nas 

wszystkich w straszne tarapaty, a ja nie mam zamiaru siedzieć za kogoś w pudle. Oddał mi 

background image

 

 

klucze i zapewnił, że nie było to nic, o czym myślę. „Nie jestem złodziejem — powiedział — 
ale zapomnij o tym, że w ogóle u ciebie  byłem, chyba że chcesz mnie wsypać”. Oczywiście 
nie obeszło się bez awantury z ojcem. Szybko się zorientował, że dałem mu wóz. Zrobił mi 
istne piekło, a potem zakazał mówić komukolwiek o tym, że Bieńkowski był u nas w nocy. 
Nie było go, nie brał samochodu i koniec. 

Młody  Kolski  po  tej  rozmowie  z  ojcem  sprawdził,  czy  wóz  nie  jest  uszkodzony,  i  rano 

odstawił go właścicielowi. Zapomniał jednak o pewnym szczególe. Kiedy właściciel oddawał 
samochód do naprawy, Kolski–senior zanotował w swojej książce warsztatowej stan licznika 
nyski,  co  umożliwiło  ustalenie  przebiegu  wozu.  Po  odliczeniu  drogi  z  warsztatu  do 
podkarpackiej posiadłości właściciela i stwierdzeniu, że wóz później nie był używany, można 
było  w  pewnym  przybliżeniu  ustalić,  jaką  drogę  odbył  Władysław  Bieńkowski.  Ilość 
przejechanych kilometrów pasowała jak ulał do trasy: Podgórze–Kazimierz (ulica Józefa) — 
Olsza i powrót Olsza — Podgórze. 

Jeszcze  tego  samego  dnia  kapitan  Derko  uzyskał  podpisany  przez  prokuratora  nakaz 

przeprowadzenia  rewizji  u  Alicji  Źrebko.  Ekipa  z  wydziału  służby  kryminalnej  przejrzała 
każdy centymetr niewielkiej kawalerki przy ulicy Józefa. 

background image

 

 

Ś

RODA 

 

3

 PAŹDZIERNIKA

 

 
Alicja  Źrebko  siedziała  po  drugiej  stronie  biurka  w  demonstracyjnie  swobodnej  pozie  i 

kłamała  w  sposób  oczywisty.  Przyłapana,  szybko  się  wycofywała  i  spoglądała  na  Derkę 
ładnymi, nadmiernie podmalowanymi oczami z nie ukrywanym zdziwieniem, że została tak 
opacznie zrozumiana. 

— Ależ tak, właśnie to chciałam powiedzieć — mówiła z pewną kokieterią. 
Porucznik Bartkowski nie podzielał spokoju swojego szefa. Zrywał się z krzesła i zaczynał 

kręcić  się po pokoju.  Wtedy oglądała  się w  jego stronę. Siadał więc z powrotem  na swoim 
miejscu i zabawiał się zapalniczką. Źrebko znowu rzucała mu szybkie, niepewne spojrzenie, 
jakby obawiała się, że może ją czymś zaskoczyć. 

—  No  dobrze,  zacznijmy  od  początku  —  powiedział  w  którymś  momencie  z  ledwo 

dostrzegalnym zniecierpliwieniem kapitan Derko. — Przed wyjazdem z Bylic pracowała pani 
w Miastku, w sklepie geesu jako ekspedientka. Tak? 

—  Co  to  może  mieć  wspólnego  ze  śmiercią  Bargieła?  —  Tym  razem  była  naprawdę 

zdziwiona nagłą zmianą tematu. 

— Proszę odpowiadać na moje pytania. No więc? 
— Tak… — przyznała z pewnym ociąganiem — ale pracowałam tam bardzo krótko. 
—  Osiem  miesięcy,  czyli  od  marca  do  października  siedemdziesiątego  trzeciego  roku. 

Dlaczego pani stamtąd odeszła? 

— To nie była praca dla mnie. 
— Zgadza się. — Derko przerzucał leżące przed nim papiery. — Tego samego zdania była 

pani Malikowa, kierowniczka sklepu. — Alicja Źrebko wzruszyła nieznacznie ramionami. — 
Po  powrocie  z  urlopu  wypoczynkowego  stwierdziła  poważne  braki  magazynowe.  Jednak 
obiecała nie nadawać sprawie biegu służbowego, jeżeli w ciągu tygodnia zwróci pani do kasy 
brakujące dwadzieścia tysięcy złotych. Stała się w ten sposób pani wspólniczką, ale jak sama 
twierdzi,  było  jej żal głupiutkiej,  niedoświadczonej pracownicy.  Zażądała  jednak, żeby pani 
złożyła wymówienie, i to od zaraz. 

—  Ona,  ona  panu  to  wszystko  powiedziała?!  Coś  podobnego!  —  Potarła  palcami 

zaczerwieniony  policzek,  jakby  ją  niespodziewanie  zapiekł.  —  Rzeczywiście  byłam  wtedy 
głupia. Tak. Byłam głupia, że dałam  się wrobić  w to manko! Pan wie, co to jest taki  sklep 
geesu? Tam jest wszystko. Począwszy od nici i tanich kretonów w kwiatki, a na telewizorach 
skończywszy. Druga ekspedientka była na urlopie macierzyńskim. Harowałam jak dziki osioł. 
A  Malikowa  pojechała  na  urlop.  Przed  jej  wyjazdem  nie  odebrałam  porządnie  magazynu. 
Miałam do niej zaufanie. Podsunęła mi jakieś faktury do podpisania, poklepała po ramieniu, 
powiedziała:  „Radź  sobie,  dziecko”  i  pojechała.  Nie  miała  prawa  zostawiać  mnie  samej… 
Tym  bardziej  że  pracowałam  tam  od  niedawna.  Jak  wróciła,  zamknęła  sklep  na  trzy  dni  i 
wzięła się do remanentu. Cwaniara! Gdyby mi brakowało dwa, trzy tysiące, mogłabym w to 
uwierzyć. Ale dwadzieścia!? 

— Jeżeli była pani niewinna, dlaczego zgodziła się pani płacić? 
—  A  co  miałam  robić?  Przed  urlopem  zdała  mi  sklep  i  magazyn.  Sama  to  podpisałam. 

Groziła mi, że odda sprawę do prokuratora. Rodzice by mnie chyba zabili. Ale jakim cudem 
mogłabym przepuścić dwadzieścia tysięcy? 

—  To  znowu  nie  taka  wielka  sztuka.  Z  Bylic  do  Tarnowa  jest  dosyć  blisko,  można 

wyskoczyć raz i drugi z przyjaciółmi na niedzielę i wydać sporo pieniędzy. 

— Jak widzę,  już panu  nagadali…  Fakt, byłam  dwa razy z koleżanką w Tarnowie… Ile 

mogłyśmy  wydać?  Tysiąc  złotych?  Przecież  nie  więcej.  Nie  chcę  pana  okłamywać… 
Rzeczywiście pożyczyłam sobie z kasy dwa tysiące… dla koleżanki… Miała takie tam swoje 
kłopoty… Dlatego powiedziałam, że  mogłabym  uwierzyć w  braki  na dwa, trzy tysiące.  Ale 

background image

 

 

więcej  nie  wzięłam.  A  i  to  oddałabym…  choćby  z  mojej  pensji.  To  ta  stara  złodziejka 
nakradła, a potem wszystko na mnie zwaliła. Dziwię się tylko, że sama o tym mówi. Musiała 
przecież sfałszować kwity, żeby wprowadzić te dwadzieścia tysięcy do kasy. Czyli popełniła 
przestępstwo. Prawda? 

— W każdym razie pożyczyła pani pieniądze od Bargieła i wpłaciła do kasy. 
Źrebko przez chwilę milczała. 
— Tak, ale  spłaciłam  już ten dług. Nic  mu  nie  byłam winna.  — Jej  spojrzenie umknęło 

gdzieś w bok. 

— Zaraz, zaraz. Skończmy  najpierw z Bylicami. Tak  jak żądała pani  Malikowa, złożyła 

pani wymówienie i od pierwszego listopada była pani wolna. Piętnastego listopada, czyli po 
dwóch tygodniach rozpoczęła pani pracę w  „Maleńkiej”. Kierowniczką kawiarni była wtedy 
pani  Stefania  Dudzińska,  przyjaciółka  Bargieła.  Właśnie  na  jego  prośbę  przyjęła  panią  do 
pracy, a nawet na trzy miesiące do swojego domu. Mieszkała pani u niej do czasu, aż Bargieł 
wynajął  dla  pani  kawalerkę  przy  ulicy  Józefa.  Właścicielką  tego  mieszkania  jest  Adela 
Lesińska, która od dwóch lat faktycznie przebywa u swojej córki i opiekuje się wnukami. Pan 
Bargieł  zapłacił  za  rok  z  góry.  Wyniosło  to  dziewiętnaście  tysięcy.  W  siedemdziesiątym 
czwartym  wznowił  umowę,  uiszczając  opłatę  za  rok  następny.  Tymczasem  Stefania 
Dudzińska, dotychczasowa kierowniczka  „Maleńkiej”, przeszła  na emeryturę. Ale pani  była 
już  dobrze  ustawiona.  Wszyscy  bywalcy  tej  kawiarni  wiedzieli,  że  pani  Ala  może  ich 
skontaktować z Bargiełem. Wspomniała pani o spłaconym długu. Jak na razie z tego, co przed 
chwilą  powiedziałem,  wynikałoby  raczej,  że  zaciągnęła  pani  następny.  Trzydzieści  osiem 
tysięcy za opłacenie kawalerki. 

— No, dobrze… płacił za  mieszkanie. I co z tego?  — powiedziała zaczepnie.  — Nawet 

jeżeli z nim spałam, to nie powinno to nikogo obchodzić. To jest moja prywatna sprawa. — 
Nagle  rozpłakała  się.  —  Ten  stary  łajdak  zmusił  mnie  do  tego.  Wciągnął  mnie  w  swoje 
szwindle. Nawet nie wiem, jak to się stało. Byłam głupia… i tak bardzo chciałam się urwać z 
Bylic… Miałam wtedy niecałe dwadzieścia lat i wierzyłam we wszystko, co mi się mówiło… 
Pożyczył  mi  pieniądze,  a  potem  pomógł  znaleźć  pracę  w  Krakowie.  Powtarzał  w  kółko: 
„Przecież  nie  spłacisz  mi  nigdy  tych  dwudziestu  tysięcy,  jeżeli  będziesz  nadal  siedzieć  w 
Bylicach”. Straszył i obiecywał równocześnie. Bałam się go. Kazał mi napisać oświadczenie, 
że pożyczam od niego pieniądze i na co są mi one potrzebne. Wierzyłam, że może to pokazać 
ojcu  albo  milicji.  I  bałam  się.  Poza  tym…  chciałam  wyjechać  do  miasta.  Nie  lubię  wsi. 
Wynajął  tę  kawalerkę…  „Jakoś  się  rozliczymy”  —powiedział.  I  rozliczał  się!  Niech 
go’….Przyprowadzał  do  mnie,  kogo  chciał.  Opijał  u  mnie  z  kumplami  swoje  parszywe 
interesy. Pan myśli, że mówił mi cokolwiek? Nic podobnego. Nie mogłam go o nic zapytać. 
Zaraz ryczał:  „Co cię to obchodzi! Pilnuj własnego nosa”. Musiałam im szykować kanapki, 
pod  nos  podstawiać  i  czekać,  aż  sobie  pójdą.  Uważał,  że  mieszkanie  do  niego  należy. 
Przychodził,  kiedy  chciał,  zostawał  na  noc,  jak  mu  się  nie  chciało  iść  na  Błonie,  do  córki. 
Miał nawet swoje klucze. Czasem gdy wracałam z pracy, zastawałam go już w domu. Kilka 
razy  chciałam  się  wyprowadzić.  Wtedy  mówił  mi,  że  owszem,  mogę  to  zrobić,  jak  tylko 
zechcę, ale najpierw muszę mu zwrócić tamte dwadzieścia tysięcy, no i to, co dał Lesińskiej 
za  odnajęcie  mieszkania.  Sprawiał  mi  również  prezenty.  Nie  zaprzeczam.  Wcale  się  nie 
krępowałam ich przyjmować. Należało mi się to, a nawet o wiele więcej. Za to wszystko, co 
od niego wycierpiałam, i za ten wstyd, że już do domu nawet nie mam po co wracać, i za to, 
co się koło niego i jego kompanów nalatałam. — Mówiła z narastającą pasją. Oczy miała już 
zupełnie suche, a na policzki wystąpiły ostre rumieńce. — I tak bym od niego uciekła. Wcale 
nie  mam  zamiaru  udawać  zmartwionej  tym,  że  umarł,  zanim  zdążyłam  to  zrobić.  Ale  niech 
mnie  pan  nie  pyta,  czym  on  się  zajmował,  bo  tego  nie  wiem.  Chyba  handlował.  O  jego 
kompanach też nic nie wiem. Nie znam ich nazwisk, nie potrafię powiedzieć, gdzie mieszkają 
i co robią. Mogę ich wskazać palcem, jak ich zobaczę, ale nic o nich nie wiem. 

background image

 

 

— Kiedy pan Bargieł był u pani po raz ostatni? 
Źrebko spojrzała z wahaniem na Bartkowskiego i na jego dłonie splecione nieruchomo na 

biurku. 

— Nocował przy Józefa z czwartku na piątek. 
— To znaczy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego września? 
— Tak… 
— Dlaczego nie wyjechał do Bylic? Zwykle w dni targowe bywał w Miastku. 
— Nie wiem. Najpierw nazywało się, że pojedzie w czwartek na noc. Ale gdy wróciłam 

tego  dnia  z  pracy,  zastałam  go  w  domu.  Spał  na  moim  tapczanie.  Byłam  zła,  że  się  nie 
wyniósł.  Miałam  już  dosyć  wąskiej  kanapki,  na  której  się  leży  jak  na  ławce  w  poczekalni 
dworcowej. Obudziłam go. Chciałam się dowiedzieć, czy wyjedzie o piątej rano. Sklął mnie i 
natychmiast znów zasnął. Był pijany. W piątek rano wstał koło ósmej. Pokręcił się po domu i 
o wpół do dziewiątej wyszedł. Powiedział, że musi po coś iść na Błonie. 

— A dokładnie — po co? 
— Nie wiem. „Muszę wpaść po jedną rzecz na Błonie. Gdyby mnie ktoś szukał, będę koło 

siódmej w „Maleńkiej”. Tylko tyle powiedział. Nic mnie to wszystko nie obchodziło, więc się 
nie dopytywałam. Wieczorem był w „Maleńkiej”. Wyszedł o wpół do jedenastej i więcej go 
nie widziałam. I całe szczęście, bo jakby posiedział trochę dłużej, spotkałby Bieńkowskiego. 

— Dokąd udał się Bargieł po opuszczeniu kawiarni? 
— Nie wiem. 
—  Tego  dnia  przez  pomyłkę  lub  celowo  zabrała  pani  jego  klucze.  Przed  wyjściem  z 

„Maleńkiej” podszedł do pani i zażądał zwrotu. 

Źrebko zawahała się. 
— No, tak… Oddałam mu je. 
— I bardzo dobrze pani wie, że poszedł do mieszkania przy Józefa. 
— Wcale nie. 
— Usiłowała pani  nawet uprzątnąć ślady  jego bytności, ale nie  bardzo się to pani udało. 

Świeże  plamy  po  winiaku  na  dywanie  nie  dały  się  sczyścić.  Tym  samym  winiakiem 
przesiąknięte było ubranie Bargieła. Zabłocone buty, w których chodził tego dnia, zostały w 
łazience.  Prawdopodobnie  zdjął  je  po  przyjściu  do  domu.  Pomyliła  się  pani  nakładając  mu 
czyste brązowe. 

— Ja nie wiem… nie wiem, o co panu chodzi… Nie nakładałam mu żadnych butów. 
— Może zrobił to Bieńkowski? 
— Ale w jaki sposób?! 
— Bargieł wyszedł z kawiarni, jak stwierdzają świadkowie, około wpół do jedenastej. Pięć 

minut  później  przyszedł  Bieńkowski,  który  po  burzliwej  scenie  opuścił  „Maleńką”.  Była 
wtedy mniej więcej godzina dwudziesta druga czterdzieści. O dwudziestej drugiej czterdzieści 
pięć mógł znaleźć się już w mieszkaniu na Józefa. Zastałby tam Bargieła. 

— Nie! Nigdzie nie poszedł! Stał pod kawiarnią! 
— Skąd pani wie? 
— Spotkałam go, gdy wyszłam z pracy. 
— O której to było? 
— Jakieś dwadzieścia po jedenastej. 
— Mógł wrócić. 
— On nie znał mojego adresu. 
— To pani tak twierdzi. 
— Naprawdę nie znał! Tego dnia zupełnie przypadkowo odkrył mnie w tej kawiarni. 
—  Nie  tak  znowu  przypadkowo.  Od  kilku  dni  pilnie  poszukiwał  Bargieła.  I  znalazł. 

Zarówno panią, jak i jego. 

— Ani ja, ani Władek nie mieliśmy ze śmiercią „Królikarza” nic wspólnego. 

background image

 

 

—  Władysław  Bieńkowski  tej  nocy  przypomniał  sobie  o  swoim  koledze  z  wojska, 

Zbigniewie Kolskim, którego ojciec ma warsztat samochodowy na Podgórzu. Wypożyczył od 
niego  nyskę,  którą  pojechał  na  Olszę.  Czy  mam  mówić  dalej?  Czy  mam  powiedzieć 
dokładnie, co przewoził tą nyską na Olszę? 

Alicja Źrebko patrzyła na kapitana z przerażeniem w oczach. 
— Panie kapitanie… Ja tego nie zrobiłam… Władek też nie. Stał pod kawiarnią i czekał na 

mnie. Widział go nasz szatniarz. Gdy wychodziłam, uprzedził mnie:  „Niech pani uważa, ten 
pani  kawaler  kręci  się  pod  »Maleńką«.  Byłam  wściekła.  Gdy  tylko  go  zobaczyłam, 
powiedziałam  mu,  żeby  się  odczepił.  Najpierw  mi  naubliżał  od  ostatnich,  a  potem  szedł  za 
mną pod sam dom i prosił, żebym z nim porozmawiała. Chciał, abym mu powiedziała, że się 
w ogóle z „Królikarzem” nie spotykam. Przysięgał, że mi uwierzy. Kazałam mu iść do diabła, 
a  on  zaczął  się  odgrażać,  że  skuje  mordę  temu  wszarzowi.  Zostawiłam  go  na  ulicy  i 
pobiegłam  do  domu.  Drzwi  były  otwarte.  Bargieł  leżał  na  tapczanie.  Pomyślałam,  że  znów 
spił się do nieprzytomności. W całym pokoju czuć było alkohol. Na stole leżała wywrócona 
szklanka,  a  serweta  była  cała  zalana  jakąś  ciemną  wódką  gatunkową,  chyba  winiakiem,  bo 
koło tapczanu stała pusta butelka właśnie po winiaku. Dywan też był mokry. Ogarnęła mnie 
taka złość, taka złość, że zrobił sobie z mojego mieszkania melinę pijacką, że stale zastaję go 
po powrocie do domu  na  moim tapczanie!  Chciałam go obudzić  i zaczęłam go tarmosić  za 
ramię,  i  wtedy…  dopiero  wtedy  zrozumiałam,  że  on  nie  żyje.  Wystraszyłam  się,  jakbym 
zobaczyła  diabła.  Pierwszy  raz  w  życiu  dotknęłam  trupa.  Uciekłam  z  pokoju.  Przez  chwilę 
stałam w korytarzu… Pomyślałam, że teraz będę się musiała tłumaczyć, skąd on się u mnie 
wziął,  dlaczego  przychodził.  Nie  wiedziałam,  co  mam  dalej  robić.  Za  żadne  pieniądze  nie 
weszłabym  znów  do  tego  pokoju,  w  którym  on  leżał  rozwalony  na  tapczanie,  martwy, 
obrzydliwy i śmierdzący alkoholem. Wybiegłam na ulicę. Chciałam dogonić Władka i błagać 
go,  żeby  coś  zrobił.  Na  szczęście  stał  po  drugiej,  stronie  ulicy  i  patrzył  w  okna  naszej 
kamienicy. Nie mógł w pierwszej chwili zrozumieć, o czym ja mówię. Potem odepchnął mnie 
z wściekłością  i krzyknął:  „Więc  jednak!  Więc  jednak on tam  jest?!” Chciał odejść,  ale go 
zatrzymywałam i prosiłam na wszystko, żeby mi pomógł. Wreszcie poszedł ze mną na górę. 
Ubraliśmy „Królikarza” w płaszcz, Władek nałożył mu buty, a kapcie domowe rzucił w kąt. 
Kazał  mi  posprzątać,  wynieść  butelki,  przeprać  serwetę  ze  stołu,  wytrzeć  dywan.  Potem 
wyszedł.  Musiał  wykombinować  jakiś  samochód.  Gdyby  mu  się  nie  udało,  mieliśmy  go 
wynieść na ulicę. Wrócił koło pierwszej. „Mam nyskę — powiedział. — Teraz się zastanów, 
dokąd  go  zawieźć.  Ja  nie  znam  dobrze  Krakowa”.  Przypomniałam  sobie,  że  Bargieł  mówił 
coś o jakimś  „kliencie” z Olszy. Nie znałam ani jego nazwiska, ani adresu. Nie przyszło mi 
nawet  do  głowy,  że  „Królikarza”  ktoś  zabił.  Byłam  przekonana,  że  się  po  prostu  zapił  na 
śmierć.  Przecież  to  się  zdarza.  Więc  pomyślałam,  że  jak  się  go  zostawi  gdzieś  na  Olszy, 
będzie  to  wyglądało,  jakby  pił  u  tego  swojego  znajomego.  No,  nie  wiem…  Wtedy  mi  się 
wydawało, że to dobry pomysł, a Władek się gorączkował. I zawieźliśmy go tam. Dopiero na 
drugi dzień rano zaczęłam się naprawdę bać i zastanawiać. A co będzie, jak ten klient powie, 
że w ogóle nie widział Bargieła? No to co, niech to udowodni. A może potrafi to udowodnić? 
Może  nie  mieszka  sam  i  ma  świadków  na  to,  że  „Królikarza”  u  niego  nie  było?  I  znowu 
tłumaczyłam  samej sobie, że to nic nie szkodzi. Bargieł mógł być zupełnie pijany. Szedł do 
tego  faceta  i  zmogło  go  po  drodze.  To  był  stary  człowiek,  serce  miał  już  słabe  i  przecież 
chorował.  Wiem,  bo  kilka  miesięcy  temu  leczył  się.  Sama  widziałam,  jak  robił  sobie 
zastrzyki. Miał nawet własną strzykawkę. 

— Gdzie jest ta strzykawka? Zostawił ją u pani? 
—  Nie.  Zresztą  ostatnio  czuł  się  już  dobrze.  Przez  jakiś  czas  nie  pił  w  ogóle  wódki.  Z 

powrotem zaczął niedawno. Widocznie uważał, że mu już wolno. 

— Nie leczył się? Nie brał żadnych zastrzyków? 

background image

 

 

— Nie. Tylko co pewien czas robił wszystkie  badania. Nawet w ostatnim tygodniu robił 

jakieś analizy. Wrócił z ambulatorium do domu wściekły. Powiedział, że brała mu krew nowa 
pielęgniarka i kłuła go dwa razy. Ale chyba mu nic nie było. Wyniki miał zupełnie dobre. Nie 
znam się na tym i nic mnie to nie obchodziło, ale sam powiedział, że ma dobre. 

— Gdzie robił te badania? W jakiejś przychodni specjalistycznej? W szpitalu? 
—  Chodził  do  prywatnego  lekarza,  a  analizy  robił  w  spółdzielni.  Urągał,  że  lekarze 

wyciągną  z  niego  ostatnie  pieniądze,  ale  nie  wierzył  w  państwowych  lekarzy,  więc  chodził 
prywatnie. 

— U kogo się leczył? 
Wzruszyła ramionami. 
— Nie wiem. 
— Z tego, co pani mówi, wynika, że Bargieł był diabetykiem. 
Spojrzała na niego z ukosa. 
— Nic takiego nie powiedziałam. Nie wiem, kim on był. 
— Jak to? Przecież miał cukrzycę? 
— Tak. Był chory na cukrzycę. Czy to takie ważne? 
— Nie. A jakie zastrzyki brał kilka miesięcy temu? 
— Nie wiem. Nie mówił mi tego. 
— Zawsze robił je sam? 
— Nie. Chodził do pielęgniarki. Ale kilka razy… chyba w niedzielę czy w jakieś święto, 

nie pamiętam tego dokładnie, zrobił sobie sam. 

— Domięśniowo czy dożylnie? 
— Nie pamiętam. 
— No, ale gdzie je robił? W które miejsce? 
— Tutaj… — Źrebko położyła dłoń na udzie. — Nie mogłam na to patrzeć, jak sobie sam 

wbijał igłę. 

— Nie prosił pani, żeby mu pani pomogła? 
— Ja?! Nawet nie wiem, jak to się robi! 
— To nie takie trudne. 
— Nie znoszę zastrzyków. Na szczęście  nigdy  nie chorowałam  i  nie  musiałam  ich  brać. 

Ale wie pan, kelnerki muszą co jakiś czas robić wszystkie badania. Prześwietlenie i różne tam 
takie. Jak mi biorą krew, odwracam głowę, a i tak za każdym razem prawie mdleję. Koleżanki 
wyprowadzają mnie z gabinetu, bo inaczej bym upadła. Na szczęście odbywa się to raz na pół 
roku, albo i rzadziej. 

— Z kim siedział Bargieł tego dnia w „Maleńkiej”? 
— Którego dnia? — Patrzyła na kapitana zdezorientowana nagłą zmianą tematu. 
— W piątek. W piątek dwudziestego pierwszego września. 
— Ach tak… W piątek… — powtórzyła zbierając myśli. — Z jakimiś dwoma facetami. 
— Zna ich pani? 
—  Nie…  To  znaczy  jednego  z  nich  znam  z  widzenia.  Bardzo  rzadko  przychodził  do 

„Maleńkiej”. Ale poznałabym go, gdybym go zobaczyła. 

— Jego nazwisko… 
—  Mówią  na  niego  „Jubiler”.  Podobno  miał  kiedyś  zakład  jubilerski  czy  coś  w  tym 

rodzaju. 

— Stary znajomy — mruknął Bartkowski. 
— Słucham? — Alicja Źrebko obejrzała się w stronę porucznika. 
— Później pokażemy pani kilka fotografii —powiedział szybko Derko. — Postara się pani 

rozpoznać  „Jubilera”,  oczywiście,  jeżeli  jego  podobizna  znajdzie  się  wśród  tych  zdjęć.  Na 
razie wróćmy do tematu. Czym on się teraz zajmuje? 

— Nie wiem. To stary facet. Pewnie jest na emeryturze. 

background image

 

 

— On był „klientem” Bargieła? 
— Nie. Chyba nie. „Królikarz” był w stosunku do niego bardzo uprzejmy. W każdym razie 

tak mi się zdawało. No i zapłacił za niego rachunek. 

— Miał do niego jakiś interes? O czym rozmawiali? 
Wzruszyła ramionami. 
— Nie wiem… Chyba chciał mu coś sprzedać. Pokazywał mu jakieś pudełeczko, wie pan, 

takie, w jakich widuje się na wystawach biżuterię. 

— Co w nim było? Pierścionek? Bransoletka? 
—  Nie  zauważyłam.  Kiedy  podeszłam  z  kawą  do  stolika  „Królikarza”,  schował  je  do 

kieszeni.  „Jubiler” powiedział:  „To jest rzecz dla amatora. Można na tym zyskać, ale równie 
dobrze można stracić. Ja ci daję od ręki dobrą cenę”. „Królikarz” spojrzał na mnie jak na psa i 
warknął:  „Jeszcze  się zastanowię. Odpowiem  ci  w poniedziałek”. Gdy chciałam  już odejść, 
zamówił trzy koniaki. Potem jeszcze siedzieli razem z godzinę, ale już nie słyszałam, o czym 
rozmawiali. 

— A ten drugi mężczyzna? 
— Nie odzywał się. Zresztą widziałam go tylko ten raz. 
— Opuścili kawiarnię razem? 
— Nie. „Królikarz” wyszedł przed nimi. 
— A tamci dwaj? 
— Siedzieli aż do zamknięcia lokalu. 
— To znaczy do jedenastej? 
— Tak. 
— Czy któryś z nich wstawał od stolika, wychodził do toalety albo do telefonu? 
— Nie. Żaden z nich, natomiast Bargieł poszedł do telefonu. 
— Kiedy? Przed tą rozmową, którą pani powtórzyła, czy po niej? 
Alicja zastanawiała się przez chwilę. 
—  Chyba  po…  Był  w  ogóle  jakiś  zły.  Kręcił  się  niecierpliwie,  poganiał  mnie,  żebym 

prędzej podawała następny koniak, a potem wstał i poszedł do szatni. W szatni jest telefon… 
Ale może tylko kupował papierosy. 

— I zaraz” wyszedł z „Maleńkiej”? 
— Nie. Siedział jeszcze z godzinę. Wyszedł, tak jak i mówiłam, o wpół do jedenastej. 
— Gdzie pani schowała rzeczy „Królikarza”? 
— Jakie rzeczy? 
— Proszę nie powtarzać za każdym razem moich pytań. 
—  Sam  pan  widział,  że  nie  schowałam  jego  rzeczy.  Kapcie  były  w  łazience,  w  szafie 

wisiało jego stare ubranie… Co tam jeszcze było? Jakieś graty. Niczego nie chowałam. 

— Nie starała się pani odnaleźć rewersu, który mu pani dała dwa lata temu w Miastku? 
—  Tego  oświadczenia?…  Nie.  Nie  nosiłby  tego  przecież  przy  sobie…  i  na  pewno  nie 

chowałby go u mnie w domu.’ 

— A to pudełeczko, które pokazywał „Jubilerowi”? 
— Nie wiem, co się z nim stało. 
— Chyba przeszukała mu pani kieszenie? 
— Nie… Nie przyszło mi to do głowy… 
— Czyżby? Była pani tak od niego uzależniona  i  nawet pani  nie sprawdziła, czy  nie  ma 

czegoś przy sobie, co mogłoby panią skompromitować? 

— Byłam zdenerwowana… — Siedziała chwilę w milczeniu, skubiąc paznokcie.  — Czy 

pan  uważa,  że  to  ją  zabrałam  to  pudełeczko?  Niech  pan  zapyta  Władka…  Niczego  nie 
brałam… 

— Została pani sama ze zwłokami, gdy Bieńkowski poszedł po samochód. 

background image

 

 

—  No  więc…  przejrzałam  jego  kieszenie…  —  powiedziała  powoli  —  jeszcze  przy 

Władku. Nie miał przy sobie tego pudełeczka… 

— Z Olszy wróciliście razem na Józefa? 
— Władek wysadził mnie koło poczty. Musiał odstawić wóz. Przez całą drogę nie odzywał 

się do mnie. Dopiero gdy miałam wysiadać, powiedział, że zrobił coś, czego sobie nigdy nie 
wybaczy…  i że nie chce mnie więcej widzieć. — Znowu wzruszyła ramionami. —  Zabronił 
mi pokazywać się w Bylicach… Tak jakbym miała zamiar tam kiedykolwiek wrócić! A ja go 
jeszcze broniłam przed panem! Bo przecież pan go podejrzewał, prawda? 

— Czy pani naprawdę sądzi, że swoim opowiadaniem oczyściła go pani z podejrzeń? 
— No… chyba tak. Teraz pan wie, jak to było naprawdę. 
— Na razie nie mam żadnego dowodu na to, że pani powiedziała prawdę. 
— Jak to? Przecież… 
— Była pani uzależniona od Bargieła finansowo. Szantażem skłonił panią do współpracy. 

Spełniała  pani  jego  polecenia,  firmowała  mieszkanie,  które  faktycznie  było  do  jego 
dyspozycji. Mogła pani  mieć  już dosyć  niezbyt atrakcyjnego partnera i postanowiła pani za 
wszelką  cenę  uwolnić  się  od  niego.  Nienawidziła  go  pani.  Od  dawna  nosiła  się  pani  z 
zamiarem  rozwiązania  niefortunnej  spółki.  Bargieł  był  bogaty.  W  dniu  swojej  śmierci  miał 
przy  sobie  kosztowny  klejnot,  który  zniknął  bez  śladu.  Sądzę,  że  to  wszystko  może  być 
wystarczającym motywem zbrodni. 

— Jak to… — powtórzyła wpatrując się w kapitana — więc pan mnie podejrzewa? 
— Dlaczego by nie? 
— Ależ to niemożliwe! 
— Wolałaby pani, abym w Bieńkowskim widział mordercę? Również miał powody, żeby 

życzyć  „Królikarzowi”  rychłej  śmierci.  Urażona  duma,  zraniona  ambicja,  zazdrość  mogły 
pchnąć  młodego  i  impulsywnego  chłopca  do  morderstwa.  Czuł  się  ośmieszony.  Plotki  w 
Bylicach  i  w  Miastku  doprowadziły  go  do  wściekłości.  Wiedział,  że  stał  się  przedmiotem 
drwin. Właśnie z tego powodu wdał się w bójkę w gospodzie i zrobił awanturę pani matce. A 
potem przez kilka dni poszukiwał Bargieła. Odgrażał się. Wreszcie przyjechał do Krakowa i 
znalazł  go.  Krótko  mówiąc,  mogła  go  zabić  pani,  mógł  Władysław  Bieńkowski…  Albo 
zrobiliście to do spółki. 

— Nie! On już nie żył, kiedy wróciłam do domu! Boże, Boże, dlaczego pan się na mnie 

uparł?! Takie same albo i lepsze powody mieli inni! 

— Jacy inni? 
—  Bo  ja  wiem?  Choćby  jego  własny  zięć!  Bilikowscy  zbudowali  dom  za  forsę  starego. 

Willa była zapisana na córkę, ale faktycznie była własnością starego i on ani na moment nie 
pozwolił im o tym zapomnieć. Zięć nienawidził go, może nawet bardziej niż ja. Wstydził się 
tatusia szmaciarza. Leń i nierób, żył z pieniędzy „Królikarza”, jeździł jego samochodem, a na 
dodatek  znalazł  sobie  babę!  Stary  nieraz  mówił,  że  jeszcze  rok  najwyżej  i  skończy  swoje 
interesy.  Chciał  zamieszkać  u  córki,  to  znaczy  u  siebie,  i  zabawiać  się  w  kochającego 
dziadunia. Ale wystraszył się zięcia spryciarza. Bał się, że go ukochany Tadziczek wyfrycuje. 
Dlatego skorzystał z okazji, żeby  się go pozbyć,  i wyrzucił  za drzwi.  Bilikowski wcale  nie 
miał  ochoty  rezygnować  ani  z  wygodnego  domku,  ani  z  forsy  starego.  Bargieł  zmusiłby  w 
końcu córkę do rozwodu i Tadziczkowi zostałaby figa, bo willa należy wyłącznie do Leosi. 
Jeszcze  kiedy  była  w  budowie,  stary  kazał  im  podpisać  specjalną  umowę.  Chodzili  do 
notariusza. 

— Podział majątkowy musieliby przeprowadzić sądownie — wtrącił Bartkowski. 
Spojrzała na niego nieufnie. 
—  Nie  wiem…  W  każdym  razie  on  się  zrzekł  i  dom  należy  tylko  do  niej.  Gdyby  nie 

podpisali umowy, stary przerwałby budowę… A forsa? — ożywiła się znowu. —Przecież on 

background image

 

 

miał forsę. Udawał, że nie, ale miał kupę forsy. Pan mnie podpytuje o rzeczy starego. Niech 
pan poszuka na Błoniu! Niech pan ich zapyta, co zrobili z tym, co po nim zostało! 

— Jednak pan Bargieł nie był aż tak małomówny, jakby się to wydawało, skoro zwierzył 

się pani ze swoich kłopotów rodzinnych. 

— Chyba pan nie przypuszcza, że przez dwa lata nie odezwał się do mnie ani słowem? O 

czymś  musieliśmy  przecież  rozmawiać.  Zresztą  czasem  przychodził  taki  naparowany  od 
córki,  że  musiał  się  wygadać.  Ja  nawet  tego  niechętnie  słuchałam,  bo  co  mnie  to  mogło 
obchodzić, ale kiedyś kazał mi dzwonić do Leośki, to znaczy do pani Bilikowskiej. Niby że 
jakaś babka telefonuje do jej męża. Raz i drugi powiedziała mi, że nie ma go w domu. 

Kiedyś  odebrała  telefon  gosposia,  ale  na  pewno  jej  powtórzyła.  Wreszcie  zaczęła  się 

denerwować:  „Kto  dzwoni  i  kto  dzwoni.  I  w  jakiej  sprawie”.  Mówiłam:  „Znajo  ma”  i 
odkładałam słuchawkę. Zawsze pytałam o Tadzika: „Czy Tadzik jest w domu?” 

—. Więc pan Bilikowski nie miał żadnej babki, jak to pani określiła? 
— Miał, tylko że ona nie dzwoniła do niego do domu. Bargieł chciał przygotować córkę na 

„dobrą  wiadomość”.  Bał  się,  że  ona  mu  nie  uwierzy,  kiedy  jej  powie.  No  i  udało  mu  się 
znakomicie. Leośka zaczęła robić sceny | mężowi, on oczywiście wypierał się, jak mógł.  — 
Alicja j Źrebko roześmiała się. — Głupia krowa. Tak dała się podprowadzić. Kiedy wybuchła 
sprawa  z  tym  jego  romansem,  Bilikowska  miała  już  dosyć  i  zgodziła  się  na  rozwód.  Sama 
zażądała, żeby się z domu wyniósł. Mówiłam „Królikarzowi”, że nie powinien się upierać, bo 
w  razie  rozwodu  będą  się  dzielić  majątkiem  po  połowie.  Wtedy  mi  powiedział  o  tej 
umowie…  A  potem  na  mnie  huknął,  żebym  się  nie  wtrącała  do  jego  spraw  rodzinnych. 
Rodzina!  —  skrzywiła  pogardliwie  wargi.  —  Ładna  mi  rodzina.  Gdyby  mogli,  toby  sobie 
gardła popodgryzali!’ 

—  Twierdzi  pani,  że  pieniądze  i  kosztowności,  które  brał  w  zastaw,  przechowywał  u 

córki? 

— A gdzie? Może być pan pewien, że u mnie ich nie trzymał. 
— Więc jednak pożyczał pieniądze na procent i brał zastawy? 
Zmieszała się trochę. 
— No tak… Tak mi się wydaje. W każdym razie miał pieniądze, a Bilikowski wcale nie 

chciał  z  nich  zrezygnować.  —  Podniosła  nagle  głowę.  —  Przecież  on  był  w  piątek  w 
„Maleńkiej”. 

— Kto? Bilikowski? 
— Oczywiście. W pierwszej chwili nawet nie wiedziałam, że to on, bo go nigdy przedtem 

nie widziałam. Przyszedł gdzieś koło trzeciej, zaczepił Duśkę, a potem mnie. Pytał o Bargieła. 
Koniecznie chciał się z nim zobaczyć, ale bez przerwy spoglądał w stronę drzwi, jakby miał 
ochotę natychmiast dać nogę. Powiedział, że jest jego zięciem i że musi z nim porozmawiać 
w bardzo ważnej sprawie. Napisał na kartce numer swego telefonu. Śmiać mi się chciało, gdy 
sobie wyobraziłam,  jaką  minę zrobi  „Królikarz”,  zobaczywszy  na kartce numer telefonu do 
swojego własnego domu. Ale okazało się, że to był zupełnie inny numer. 

— Bargieł zadzwonił do niego? 
—  Chyba  nie.  Kiedy  mu  dałam  wieczorem  tę  kartkę,  wściekł  się,  zmiął  ją  i  wrzucił  do 

popielniczki. 

—  W  sobotę  dwudziestego  drugiego  września  była  w  „Maleńkiej”  pani  Irena  Tuszyk. 

Chciała wykupić zastaw, który dała  Bargiełowi.  Dlaczego pani twierdziła, że  nic o tym  nie 
wie? 

— Nie chciałam się w to mieszać. Ale skoro sami już wiecie… 
Po  wyjściu  Alicji  Źrebko  porucznik  Bartkowski  przez  chwilę  kręcił  się  niespokojnie. 

Wreszcie zatrzymał się przed kapitanem Derką. 

— Nie uważasz, że mogła to zrobić ona? 

background image

 

 

—  Mogła.  Ale  nie  jestem  tego  pewien.  Zauważyłeś  chyba,  że  nawet  nie  rozróżnia 

zastrzyku domięśniowego od dożylnego, nie zna najprostszej terminologii medycznej? 

— A jeżeli udaje? 
— To robi to dość umiejętnie.  Ale czas. Miała  bardzo mało czasu.  Wyszła z kawiarni o 

dwudziestej  trzeciej  dwadzieścia.  Koło  domu  była  o  dwudziestej  trzeciej  dwadzieścia  pięć. 
Towarzyszył  jej  Bieńkowski.  Po  kilku  minutach  wybiegła  ponownie  na  ulicę,  gdzie  znowu 
spotkała  swojego  byłego  narzeczonego.  Jak  mogła  w  ciągu  tak  krótkiego  czasu  ogłuszyć 
Bargieła, zrobić mu zastrzyk, w dodatku dożylnie, i do tego upozorować pijatykę? 

—  Po  pierwsze,  to  są  tylko  jej  własne  słowa.  Być  może,  Bieńkowski  przyszedł  o  wiele 

później. 

— Albo wcześniej. 
— Jeżeli tak, to niewiele wcześniej, biorąc pod uwagę zeznania Ireny Tuszyk. 
— No a po drugie? 
—  Po  drugie,  mogła  się  nosić  z  tym  zamiarem  od  dawna  i  być  przygotowana.  Miała  w 

pogotowiu  strzykawkę  i  tylko  czekała  na  okazję.  Okazja  się  nadarzyła.  Zastała  Bargieła 
pijanego, leżał nieprzytomny na tapczanie i czekał. 

— Przypominam ci o ekspertyzie doktora Ligęzy. Na jej podstawie przyjęliśmy, że Bargieł 

tego dnia wypił niewielką ilość alkoholu. 

— Po trzecie — ciągnął z uporem Bartkowski — mogli działać wspólnie. Mieliby w tym 

wypadku dość czasu. Bieńkowski zgłosił się do Kolskiego dopiero o wpół do pierwszej. 

— Jak widzę, stawiasz na Alicję Źrebko. 
— Sam przyznasz, że to jest możliwe. 
— A co z tą małą? 
— Mówisz o Tuszyk? Była koło „Maleńkiej” o dwudziestej trzeciej. 
—  Zabawne.  Za  wszelką  cenę  chciała  mieć  alibi  i  dlatego  powiedziała  o  spotkaniu  z 

Bieńkowskim. Tymczasem  nie uwolniła się od podejrzeń, ale  jemu dała alibi…  W każdym 
razie  częściowe.  Władysław  Bieńkowski  wyszedł  z  „Maleńkiej”,  jak  sam  obliczyłeś,  o 
dwudziestej drugiej czterdzieści i jak twierdzi Irena Tuszyk, jeszcze kilka minut po jedenastej 
tkwił  pod  kawiarnią.  No  a  jeżeli  Źrebko  mówi  prawdę,  to  Tuszyk  miała  pół  godziny  do 
dyspozycji,  od  jedenastej  do  wpół  do  dwunastej.  Wprawdzie  nie  znaleźliśmy  jeszcze  nic 
takiego, czym mógłby ją szantażować „Królikarz”, ale kto wie?… 

—  Te  same  pół  godziny  mógł  mieć  Bieńkowski.  Zresztą  nie  tylko  on.  Stefan  Komylski 

twierdzi, że o jedenastej pił już drugą kolejkę ze swoim kumplem w  „Europejskim”. Ale na 
dobrą sprawę Zdzisław Makowiecki nie jest wcale pewny, o której spotkał Komylskiego. Był 
na ostrej bani. O ile sobie przypomina, to właśnie Komylski powiedział:  „Siedź, jest dopiero 
jedenasta”, czy też coś w tym rodzaju, a potem:  „Siedzimy tu od jedenastej”, więc na dobrą 
sprawę kto wie, o której on przyszedł do „Europejskiego”? A Biłikowski? Nocował tego dnia 
u  ciotki  Komylskiego.  Irena  Tuszyk  dzwoniła  tam  trzykrotnie.  Podobno  nikt  nie  podnosił 
słuchawki. 

— A zastaw? Może to był jednak jej zastaw, a nie Komylskiego? 
— Daj już spokój tym domysłom. Trzeba ściągnąć „Jubilera”, niech obejrzy broszkę ciotki 

Komylskiego. Czy Tarnów zatrzymał Bieńkowskiego? 

— Tak. Powinien tu być jeszcze dzisiaj. 
— Kto przesłuchiwał szatniarza? 
— Ja. A bo co? 
— Jeszcze się pytasz! Dawaj go tu, i to migiem. Albo nie… Przejdę się sam na Kazimierz. 

Muszę  trochę  rozprostować  kości,  bo  już  grzbietu  nie  czuję.  —  Wrzucił  niecierpliwym 
ruchem  papiery  do  szuflady  biurka  i  wstał  odsuwając  energicznie  fotel.  —  Muszę  ci 
powiedzieć,  że  takiego  bałaganu  w  dochodzeniu  dawno  nie  miałem.  Masz  w  tym  niemała, 
zasługę. 

background image

 

 

Wyszedł z pokoju, trzasnąwszy z hukiem drzwiami. 
— Nie do wiary — powiedział głośno Bartkowski — Derko się wściekł! Ale o co? 
Szatniarz  w  „Maleńkiej”  potwierdził  zeznania  Alicji  Źrebko.  Widział  Władysława 

Bieńkowskiego, który kilka razy zaglądał przez szybę do wnętrza kawiarni. Przed jedenastą 
wieczorem  pan  Gienio  wyszedł  na  chwilę  „odetchnąć  świeżym  powietrzem”.  Wprawdzie 
zatrzymał się tylko w progu kawiarni, ale zauważył młodego człowieka. Stał dwa domy dalej 
i  ćmił  papierosa.  Trochę  po  jedenastej  Bieńkowski  znowu  podszedł  do  oszklonych  drzwi. 
„Kręcił  się  tu  przez  cały  czas”  —  zeznał  szatniarz.  Natomiast  „Jubilera”  nie  znał  i  chyba 
nigdy go przedtem nie widział. W ogóle na temat stałych , bywalców „Maleńkiej” niewiele 
miał do powiedzenia. I Nie pamiętał, czy  „Jubiler” albo ten drugi mężczyzna korzystali tego 
dnia z telefonu. Bargieł, owszem, przyszedł do szatni, kupił gitany i telefonował. Oczywiście 
I  pan  Gienio  zapewnił  kapitana,  że  nie  wie,  do  kogo  „Królikarz”  dzwonił.  Po  długich 
korowodach przypomniał sobie jednak strzępy tej rozmowy.  „Dobrze — powiedział Bargieł 
—  załatwimy  to  dzisiaj,  ale  nie  będę  tłuc  się  przez  całe  miasto,  i  to o tej  porze”…  i  podał 
adres pani Ali. Na Józefa. Pan Gienio nie zauważył, czy wykręcał numer telefonu z pamięci, 
czy też zaglądał do jakiegoś notesu. Kartka? Może trzymał w ręce kartkę, a może nie. 

Po powrocie do komendy kapitan zastał w swoim gabinecie Władysława Bieńkowskiego, 

którego właśnie dowieziono z Tarnowa. 

Chłopak  był  blady  jak  płótno,  palił  papierosa  za  papierosem,  ale  mówił  spokojnie,  bez 

kluczenia  i  fanaberii.  W  zasadzie  potwierdził  zeznania  Alicji  Źrebko,  dodając  kilka 
nieistotnych szczegółów. 

Kapitan nie skończył jeszcze rozmowy z Bieńkowskim, gdy zawiadomiono go, że zgłosił 

się „Jubiler”. Jak się okazało, odnalazł go Bartkowski, który natychmiast po wyjściu Derki do 
„Maleńkiej” zabrał się ostro do poszukiwania. 

„Jubiler” rozpoznał broszkę ciotki Albertyny. Wykluczył możliwość pomyłki. 
— Panie kapitanie. Przecież nie jestem nowicjuszem, a to cacko obejrzałem sobie bardzo 

dokładnie.  To  jest  na  pewno  ten  sam  klejnot,  który  w  piątek  dwudziestego  pierwszego 
września  pokazywał  mi  Bargieł.  Z  całą  pewnością  miał  go  jeszcze  przy  sobie,  kiedy 
wychodził o wpół do jedenastej z „Maleńkiej”. 

Podczas  rozmowy  z  „Jubilerem”  stanął  nagle  w  progu  porucznik  Bartkowski.  Derce 

wystarczyło  jedno  spojrzenie,  żeby  zorientować  się,  że  przychodzi  z  czymś  ważnym. 
Niespiesznie wstał od biurka i wyszedł do sąsiedniego pokoju. 

— O co chodzi? — zapytał trzymając rękę na klamce. 
— Wiesz… głupia sprawa, ale zniknął Komylski. 
— Co to znaczy zniknął?! 
— Nie ma go ani w domu, ani w pracy. Zwolnił się u szefa o drugiej i ulotnił się. 
— Przecież mieliście go pilnować. 
— Tak, ale urwał się. 
— Ach, tak? Po prostu urwał się!? — Derko powoli cedził słowa. — To go szukaj! 
— Nic innego nie robimy. Chciałem tylko, żebyś wiedział… 
— Natychmiast trzeba dostarczyć  jego zdjęcia  i rysopis komisariatowi kolejowemu MO. 

Rozejrzyjcie się również na dworcu autobusowym i w jego okolicy. Oczywiście postaw ludzi 
przed jego domem. 

— Już załatwione. Sądzisz, że on zwiał? 
— Skąd mogę wiedzieć? — Spojrzał na zegarek. — Dochodzi szósta. Być może, siedzi w 

jakiejś kawiarni i czaruje następną naiwną. I módl się, żeby tak było! 

Czas mijał, a sytuacja nie ulegała zmianie. Bartkowski gimnastykował się, jak mógł, żeby 

zatrzymać panią Albertynę Podgórską jak najdłużej w komendzie, nie udzielając jej przy tym 
zbyt  wielu  wyjaśnień,  których  stanowczo  się  domagała.  Starsza  pani  nie  taiła  swojego 

background image

 

 

niezadowolenia,  zwłaszcza  od  chwili,  gdy  porucznik  przerwał  jej  w  pół  słowa,  przeprosił  i 
zniknął jak kamfora. 

Siedziała  w  fotelu,  zaciskając  wąskie  usta,  i  stanowczo  odmawiała  wypicia  kawy  lub 

herbaty  proponowanych  jej  przez  młodego  człowieka,  który  w  przeciwległym  kącie  pokoju 
stukał pracowicie na maszynie. Na brzegu biurka leżał kwit stwierdzający, że:  „…Albertyna 
Podgórska  oddała  do  depozytu  osiemnastowieczną  broszkę  wartości…”  Tu  następował 
dokładny opis klejnotu. 

Starsza  pani  spoglądała  nieufnie  na  ten  dokument  opatrzony  podpisami  i  pieczątkami  i 

ponawiała  bezskutecznie  żądania  natychmiastowego  odszukania  oficera,  który  z  nią  przed 
chwilą rozmawiał. 

Tuż  przed  dziewiętnastą  do  gabinetu  kapitana  Derki  ponownie  wpadł  Bartkowski.  Był 

jakby zdziwiony i rozbawiony zarazem. 

— Znalazł się Komylski — powiedział od progu. 
— Gdzie? 
— U nas. 
— Jak to u nas? 
— Siedzi od trzech godzin na dole w holu. 
— Co on tam robi, do licha?! 
— Podobno chciał się koniecznie z tobą zobaczyć. Dyżurny dzwonił do nas na górę, ale 

Krysia,  zgodnie  z  twoim  poleceniem,  powiedziała,  że  jesteś  zajęty.  Uparł  się  jednak,  że 
zaczeka, i siedzi tam do tej chwili. 

Derko podniósł słuchawkę telefonu i połączył się z dyżurnym. 
—  Proszę  wydać  Stefanowi  Komylskiemu  przepustkę  i  skierować  go  do  pokoju  trzysta 

dwadzieścia  jeden.  No  przecież  siedzi  tam  u  was  na  dole  —  dodał  nieco  podniesionym 
głosem. — Niech go ktoś przypilnuje, żeby trafił do mnie natychmiast i żeby się po drodze 
nie  rozmyślił.  —  Kapitan  wstał  od  biurka  i  podszedł  do  okna.  —  Zostań,  to  może  być 
ciekawie — powiedział nie patrząc na porucznika. 

Po  kilku  minutach  rzekomy  uciekinier  wszedł  do  pokoju.  Zaraz  na  wstępie  przeprosił 

kapitana za najście. 

— Proszę, niech pan siada — Derko bez pośpiechu wrócił na swoje miejsce. — No, więc 

słucham pana. 

— Wiem, że jest pan bardzo zajęty, mówiono mi o tym, ale skoro już się zdecydowałem na 

tę  rozmowę,  nie  chciałem  rezygnować.  —  Uśmiechnął  się  kwaśno.  —  Nie  wiem,  czy 
potrafiłbym  się  zdobyć  na  powtórne  przyjście  tutaj.  Proszę  mi  więc  wybaczyć,  że  panu 
zajmuję czas, i to o tak późnej porze. 

— Sądzę, że ma pan ku temu ważne powody. Więc słucham — powtórzył Derko. 
Komylski wyciągnął papierosy. 
— Można? — zapytał i nie czekając na odpowiedź, zapalił. 
—  Po  prostu  nie  wiem,  jak  zacząć…  Nie  jest  to  dla  mnie  przyjemne,  no  ale  trudno… 

Okłamałem pana. Renia, to znaczy Irena Tuszyk, powiedziała prawdę. Istotnie, byłem winien 
Bargiełowi  sześćdziesiąt  tysięcy  złotych  i  dałem  mu  w  zastaw  broszkę  mojej  ciotki. 
Wydawało mi się, że najlepiej będzie, jeżeli zataję to przed panem. Bałem się, że zrobi pan ze 
mnie podejrzanego numer jeden. 

— A teraz już się pan nie boi? 
— Naturalnie, że tak. Ale wtedy działałem pod wpływem pierwszego impulsu. Chciałem 

odsunąć  się  od  wszystkiego  jak  najdalej,  nie  mieć  nic  wspólnego  z  tą  całą  i  aferą.  Potem 
jednak nie dawało mi to spokoju. Nie, nie; chcę panu wmawiać, że nagle wyszlachetniałem, 
ale  jednak  coś  tu  było  nie  tak…  Doszedłem  do  wniosku,  że  kwestionując  zeznania  Ireny, 
rzuciłem  na  nią podejrze  nie. Postawiłem  ją w dwuznacznej sytuacji. No, bo po co;  jeździła 
do  Bylic?  Na  dodatek  ten  list,  który  zostawiła;  pod  drzwiami  Bargieła.  Można  go  różnie 

background image

 

 

interpretować.)  Ta  głuptula  zachowała  się  wobec  mnie  bardzo  poczciwie.  Zrobiła  okropne 
zamieszanie,  ale  chciała  jak  najlepiej..  To  przecież  moja  wina,  że  w  chwili  niepotrzebnej 
szczerości  opowiedziałem  jej  o  moich  kłopotach.  Potem  wymyśliłem  jakąś  idiotyczną 
historyjkę o koleżance, dla której rzekomo Irena wzięła ode mnie adres Bargieła. Oczywiście 
to była nieprawda. W przeddzień wyjazdu Ireny do Bylic powiedziałem jej, kim jest Bargieł i 
gdzie mieszka. Popełniłem horrendalne głupstwo. Gdyby nie to, Renia nie pchałaby się w tę 
całą  awanturę,  pan  nic  by  nie  wiedział  o  żadnym  zastawie,  a  ja  siedziałbym  sobie  {  teraz 
spokojnie przed telewizorem i oglądałbym mecz piłki nożnej… Tym bardziej że udało mi się 
odzyskać broszkę. 

— W jaki sposób? 
— Ach, to był przypadek. Kiedy z panem rozmawiałem po raz pierwszy, już ją miałem, a 

raczej miała ją z powro tem w swojej szufladce ciotka Albertyna. W tej sytuacji wydawało mi 
się, że najlepiej będzie nie przyznawać się do całej historii. 

— Ale może jednak zechce pan wyjaśnić, na czym polegał ten „przypadek”. 
— Widzi pan, to nie jest takie proste. Właśnie dlatego tak długo zwlekałem z tą rozmową. 

Po  prostu  nie  chciałem  z  kolei  narażać  na  przykrości  mojego  kolegi.  No,  ale  trudno.  Irena 
chyba  bardzo  źle  zniosła  tę  swoją  przygodę.  Zachowuje  się  dosyć  dziwnie.  Kiedy  do  niej 
dzwonię, odkłada słuchawkę… Ostatnio przestała przychodzić do pracy. Podobno jest chora. 
Chciałem się z nią zobaczyć, ale jej siostra nie wpuściła mnie do domu. Głupia sprawa. Nie 
należę do osób obdarzonych  nadmiarem skrupułów  — roześmiał się  z taką swobodą, jakby 
powiedział najlepszy dowcip — ale jednak czuję się wobec tej smarkatej trochę winny. Więc 
trudno, niech Bilikowski sam martwi się o swoją skórę. — Zdusił papierosa w popielniczce i 
spojrzał Derce prosto w oczy. — Bo tę broszkę dostałem od Tadeusza Bilikowskiego. 

— W jaki sposób do tego doszło? 
— Lada dzień miała wrócić moja ciotka z sanatorium. Byłem w strasznej sytuacji. Śmierć 

Bargieła  była  dla  mnie  prawdziwym  ciosem.  Miałem  się  z  nim  spotkać  w  sobotę. 
Zamierzałem  raz  jeszcze  spróbować  nakłonić  go  do  zwrotu  mojego  zastawu.  Kiedy 
dowiedziałem  się,  że  nie  żyje,  wydało  mi  się,  że  grunt  usuwa  mi  się  spod  nóg.  Dopiero  w 
poniedziałek  przyszło  mi  do  głowy,  że  jego  najbliższa  rodzina  mogła  położyć  rękę  na  jego 
rzeczach, wśród których może znajdować się i mój zastaw. 

Postanowiłem porozmawiać na ten temat z Tadeuszem Bilikowskim. Spóźnił się tego dnia 

do pracy. Gdyby w ogóle  nie przyszedł, co byłoby zupełnie prawdopodobne ze względu na 
śmierć  teścia,  pojechałbym  do  niego  do  domu.  Ale  okazało  się  to  niepotrzebne,  ponieważ 
zjawił  się  w  biurze.  Nie  od  razu  jednak  mogłem  przystąpić  do  rzeczy.  Nie  byliśmy  sami. 
Siedzimy w pokoju we trójkę. Ja, Tadeusz i jeszcze jeden kolega. Czekałem więc na okazję, 
żeby z nim zostać sam na sam. Obserwowałem go… Gdyby nie to, prawdopodobnie niczego 
bym  nie  zauważył.  Tadeusz  był  bardzo  zdenerwowany.  Wyczyniał  jakieś  dziwne  rzeczy  z 
teczką. Schował ją do biurka, a kiedy miał wyjść na chwilę z pokoju, nagle wrócił od progu i 
sprawdził,  czy  biurko  jest  zamknięte  na  klucz.  Potem  wyciągnął  tę  teczkę,  by  po  chwili 
ponownie  ją  schować.  Byłem  zaintrygowany.  Jeszcze  bardziej  mnie  zadziwił,  gdy  koło 
pierwszej oświadczył, że jedzie do naszego magazynu, złapał teczkę i wyszedł. Wybiegłem za 
nim, ale akurat w korytarzu ktoś mnie zatrzymał, tak że kiedy znalazłem się na ulicy, on już 
odjechał. Pomyślałem, że mogę go dogonić i zaproponować rozmowę w cztery oczy gdzieś w 
jakiejś kawiarni. 

Nasz  magazyn  znajduje  się  na  drugim  krańcu  miasta.  Tadeusz  ma  samochód,  a  ja 

korzystałem z miejskich środków lokomocji. Gdy więc dotarłem do magazynu, pan Ryszard 
Zewko, nasz stary magazynier, którego znam od lat, powiedział mi, że pan Bilikowski przed 
chwilą  właśnie  odjechał.  Sprawdził  tylko  partię  zareklamowanych  sterylizatorów 
chirurgicznych  i  poszedł  sobie.  Zdziwiłem  się,  ponieważ  tę  reklamację  ja  załatwiałem.  To 
była  moja  robota.  Powiedziałem  więc:  „Wie  pan  co,  panie  Rysiu,  chciałem  się  wyręczyć 

background image

 

 

Bilikowskim, ale skoro już tu jestem, wolę sam zerknąć na te sterylizatory”. Zewko wzruszył 
tylko ramionami i mruknął: „Coście dostali takiego pietra? NIK–u się spodziewacie czy co?”, 
ale  oczywiście  wpuścił  mnie  do  magazynu.  Zacząłem  coś  notować,  przeliczać  i  tylko 
czekałem, aż stary się odczepi. Wreszcie poszedł sobie. 

Niektóre skrzynie były otwarte. Nie trwało to długo. 
Po  prostu  miałem  szczęście,  a  poza  tym  jestem  dosyć  spostrzegawczy.  W  jednym 

sterylizatorze leżał spory pakunek owinięty w plastykową folię. Już wyciągałem rękę, żeby go 
wyjąć, kiedy znowu pojawił  się pan Zewko. Zamknąłem szybko pokrywę. Poprzestawiałem 
trochę skrzynie, tak żeby ta, która mnie interesowała, znalazła się na samym dnie, nakładłem 
panu  Rysiowi  w  głowę,  żeby  nie  pozwolił  nikomu  ruszać  tego  towaru:  „To  śmierdząca 
sprawa  i  ja  za  nią  odpowiadam,  niech  nikt  mi  tego  nie  dotyka  palcem”  powiedziałem  i 
wróciłem do biura. 

Panie  kapitanie,  wiem  że  to  nieładnie  zabrzmi,  ale  nastraszyłem  trochę  Bilikowskiego. 

Tylko niech mi pan nie mówi, że to był szantaż. Nie zagroziłem mu niczym. Nie stawiałem 
żadnych warunków. Po prostu zaproponowałem, że odkupię mój zastaw. W pierwszej chwili 
był  bardzo zdziwiony. Oczywiście udawał, że o niczym  nie  wie. Powiedziałem  mu:  „Drogi 
Tadziu! Świetnie rozumiem, że  nie chcesz płacić podatku spadkowego, tym  bardziej  że  nie 
istnieje chyba taki sąd, który by uznał to, co zostało po twoim teściu, za masę spadkową. Ale 
ja nie jestem ani urzędnikiem podatkowym, ani prokuratorem. Na twoim miejscu zrobiłbym 
identycznie to samo co ty. Możesz być spokojny, tych sterylizatorów przez miesiąc nikt nie 
tknie palcem. Sądzę, że do tego czasu wszystko się jakoś ułoży. Zwracam się do ciebie jak do 
przyjaciela. Jestem w kłopotliwej sytuacji. Muszę mieć tę broszkę z powrotem. Chcę ci za nią 
zapłacić.  I  tak  nie  będziesz  mógł  jej  sprzedać,  ponieważ  moja  ciotka  na  pewno  zgłosi  na 
milicji, że ktoś jej świsnął rodzinną pamiątkę, a w tej sytuacji żadna  „Desa” nie przyjmie ci 
tego cacka. Mógłbyś to co prawda opylić na złom, ale dostałbyś wtedy tylko mamy grosz”. I 
tak dalej, i tak dalej, tłumaczyłem mu jak dziecku. Wreszcie zgodził się. Miałem mu spłacać 
dług  w  ratach,  po  tysiąc  złotych  miesięcznie.  Przez  pięć  lat,  panie  kapitanie!  —  Komylski 
rozpromienił się. — Na takie warunki Bargieł nigdy by się nie zgodził. 

— Kiedy pan Bilikowski oddał panu broszkę? 
— Na drugi dzień rano. 
— Poszedł ponownie do magazynu? 
— Nie. Widzi pan, Tadeusz nocował przez kilka nocy w mieszkaniu Albertyny. Okazało 

się, że rozpoznał tę broszkę. Pan wie, że ona jest uwieczniona na portrecie mojej babki? No, 
więc Tadek wiedział, że ten drobiazg należy do mnie i odłożył go. Sam nie wiem, w jakim 
celu.  Może  chciał  mi  zwrócić,  tylko  nie  miał  odwagi  mi  tego  zaproponować?  Nie  mam 
pojęcia.  W  każdym  razie  dobrze  się  złożyło,  że  nie  wpakował  jej  do  sterylizatora  razem  z 
innymi  rzeczami,  które tam  ukrył.  Poradziłem  mu,  żeby  nie  chodził  na  razie  do  magazynu, 
ponieważ  pan  Rysio  zorientuje  się,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Mógłby  nawet  znaleźć  ten 
pakiecik. To wreszcie nie byłoby takie trudne. 

— Więc sądzi pan, że te przedmioty są jeszcze nadal w magazynie? 
— Chyba tak. Ale oczywiście ręczyć za to nie mogę. 
— W takim razie pan Bilikowski ma do pana duże zaufanie. 
— Czy ja wiem?… Najlepiej będzie, jeżeli pan sprawdzi. Może zabrał już te rzeczy. Ale w 

takim  razie  pan  Zewko  będzie  mógł  panu  powiedzieć,  że  Tadeusz  był  w  tych  dniach  w 
magazynie. 

—  Nadal  jednak  nie  rozumiem,  dlaczego  pan  mówi  mi  o  tym  dopiero  teraz.  Co  pana 

skłoniło, żeby w ogóle nam o tym powiedzieć. Wyrzuty sumienia, skrupuły wobec pani Ireny 
Tuszyk? Naraża się pan jednak na pewne nieprzyjemności. 

—  Widzę,  że  uznał  mnie  pan  za  skończonego  łobuza,  którego  nie  stać  na  odruch 

uczciwości. Może nie powinienem się temu zbytnio dziwić. Sam odmalowałem” siebie w nie 

background image

 

 

najlepszym świetle… — sięgnął znowu po papierosa — ma pan rację… Wprawdzie sprawa 
Reni nie jest tu zupełnie bez znaczenia, ale jest jeszcze coś, o czym panu nie powiedziałem. 
Nie jestem jednak pewien, czy w ogóle powinienem o tym wspominać, bo mogą to być tylko 
moje…  urojenia.  Nie  lubię  mówić  o  odczuciach,  wrażeniach  i  o  czymś,  czego  nie  można 
konkretnie wskazać palcem… ale chyba to jest wystarczająco konkretne? — Zdecydowanym 
ruchem  odwinął  nagle  rękaw  białej,  nienagannie  wyprasowanej  koszuli.  Na  lewym 
przedramieniu  rozlewał  się  ciemny  siniec.  —  Nie  chcę  się  tu  przed  panem  rozbierać  — 
dorzucił szybko, zapinając mankiet — ale cały lewy bok mam potłuczony. Oczywiście zapyta 
pan,  co  to  ma  wspólnego  z  tym,  o  czym  mówiliśmy  przed  chwilą.  Nie  wiem,  może  nic,  a 
może jednak coś. Wczoraj wieczorem potrącił mnie jakiś samochód. Wracałem późno w nocy 
do  domu.  Szedłem  krawężnikiem  wzdłuż  zupełnie  pustej  szosy  nowohuckiej.  W  pewnym 
momencie  usłyszałem,  że  coś  nadjeżdża,  obejrzałem  się  i  w  ostatniej  chwili  uskoczyłem  w 
bok. Mimo to stuknął mnie. Zanim się pozbierałem, już go nie było. Nawet się nie zatrzymał 
drań! 

— Czy ktoś jeszcze widział ten wypadek? 
—  Chyba  nie.  Nocny  autobus,  którym  jechałem,  był  prawie  pusty.  Na  tym  samym 

przystanku  co  ja  wysiadła  chyba  tylko  jeszcze  jedna  osoba,  ale  poszła  w  przeciwnym 
kierunku. Zresztą nie wiem, może ktoś to jednak widział. 

— Jakiej marki był ten samochód? 
— Nie wiem. Oślepił mnie. A potem, kiedy już stałem na własnych nogach, zobaczyłem 

tylko  jego tylne światła. Dopiero znacznie później uświadomiłem  sobie, że widziałem  jakiś 
wóz zaparkowany niedaleko przystanku autobusowego. Trudno mi jednak powiedzieć, czy to 
był ten sam. Nawet nie jestem pewien, czy tam stał. Może mi się tylko zdawało. 

— Skoro pana potrącił, musiał wjechać na chodnik? 
— Tak, na pewno. Wtedy gdy to się stało, byłem przekonany, że to jakiś pijany facet nie 

zapanował  nad  kierownicą.  Byłem  po  prostu  wściekły  i  głośno  kląłem.  Ale  dzisiaj  rano, 
zobaczyłem,  że  wóz  Bilikowskiego  ma  wgnieciony  prawy  błotnik  i  rozbity  kierunkowskaz. 
Poczułem  się  dosyć  głupio.  Tadeusz  stawia  swoją  syrenkę  w  bocznej  uliczce  koło  naszej 
centrali. Przechodzę tamtędy, idąc do pracy. Byłem wprost zbulwersowany moim odkryciem. 
Proszę  mnie źle  nie zrozumieć. Mógł to być zwykły zbieg okoliczności… Jednak wszystko 
razem przestało mi się podobać. Szczególnie od momentu, gdy zauważyłem, że zaczął mnie 
obserwować. Muszę panu powiedzieć, że przyglądał mi się z pewnym szczególnym wyrazem 
twarzy.  Był  czujny  i  jakiś  nienaturalny.  Zaczęło  mnie  to  denerwować.  Chciałem  nawet 
rozładować sytuację i zaprosiłem go do siebie na wódkę. 

— Kiedy to było? 
—  Trzy  dni  temu.  Ale  nic  się  nie  zmieniło  między  nami.  Byliśmy  obaj  skrępowani. 

Rozmawialiśmy  o  jakichś  zupełnie  obojętnych  rzeczach  i  mieliśmy  siebie  nawzajem 
serdecznie dosyć. Oczywiście mogę nie mieć racji. Nawet usiłuję w to wierzyć, że nie mam 
racji. Może po prostu popadam w jakąś manię prześladowczą. Mimo to postanowiłem dzisiaj 
porozmawiać  z  panem.  Wreszcie  gra  nie  jest  warta  świeczki.  W  sprawie  Bargieła  jestem 
zupełnie  czysty,  nie  mam  się  czego  obawiać,  a  sądzę,  że  również  Tadeusz  nie  ma  nic 
wspólnego  ze  śmiercią  swego  teścia.  Skonfiskował  część  jego  majątku,  fakt.  To  była  zbyt 
duża pokusa jak na niego. Nic ponadto. 

— No, tak… Pan chyba rozumie, że musimy sprawdzić wszystko, o czym pan mówił? 
— Oczywiście. Ale proszę mi pozwolić odejść. 
— Nie rozumiem? 
—  Chciałbym  iść  do  domu.  Przecież  nigdzie  wam  nie  ucieknę.  W  każdej  chwili,  jeżeli 

będę potrzebny, mogę się stawić. 

— Jednak będzie pana musiał obejrzeć lekarz. 
— Po co? 

background image

 

 

— Niech pan nie zadaje naiwnych pytań. 
— Dobrze. Przyjdę jutro. 
— To będzie już dwa dni po wypadku. 
— Nic mi nie jest. 
—  Mam  nadzieję,  skoro  pan  tu  siedzi.  Ale  sam  pan  powiedział,  że  ma  pan  ślady 

potłuczenia. 

— Tak. 
— No więc musi je zobaczyć lekarz. 
Komylski wzruszył gniewnie ramionami. 
— Proszę bardzo, skoro mi nie wierzycie. 
—  Pan  będzie  uprzejmy  i  przejdzie  do  sąsiedniego  pokoju.  Postaramy  się,  żeby  lekarz 

przyszedł jak najprędzej. 

— Będę potem mógł iść do domu? 
— Oczywiście. 
— Czy pani Albertyna Podgórska jest jeszcze u nas? — zapytał Derko, kiedy zamknęły się 

drzwi za Komylskim. 

—  Nie.  Gdy  tylko  znalazł  się  jej  uroczy  siostrzeniec,  przeprosiłem  ją  pięknie  i  kazałem 

odwieźć  do  domu.  Chodziło  przecież  wyłącznie  o  to,  żeby  go  nie  powiadomiła  o  naszym 
zainteresowaniu jej broszką. A co? Nie daj Boże jest ci potrzebna? 

—  Nie,  nie.  Bardzo  dobrze  zrobiłeś,  odsyłając  ją  do  domu.  Nie  mieliśmy  prawa  jej 

zatrzymywać. Jest już ósma wieczorem! Stań na głowie i złap dyrektora Centrali Zaopatrzenia 
w Sprzęt Medyczny. Miejmy nadzieję, że siedzi w domu przed telewizorem. Ja zaraz załatwię 
nakaz  przeprowadzenia  rewizji  w  magazynie.  Spiesz  się  —  kapitan  podniósł  słuchawkę 
telefoniczną i czekając na zgłoszenie się centrali, spojrzał na porucznika.  — Nie zapomnij o 
syrence Bilikowskiego! Muszę wiedzieć wszystko o tym cholernym błotniku! 

 

*

 

*

 

 
—  Tak…  wyjęliśmy  tę  kasetę  z  biurka  mojego  teścia…  ale  nie  chcieliśmy  sobie  tego 

wszystkiego przywłaszczać. Proszę mi wierzyć. Wiem, że to tak wygląda… ale…. ale tak nie 
było. 

Były  to  pierwsze  mające  jakiś  sens  zdania,  które  Tadeusz  Bilikowski  potrafił  z  siebie 

wydobyć w ciągu ostatnich dwóch godzin. 

Kiedy przyjechano do jego zacisznego domku na Błoniach, nie zapytał nawet, o co chodzi, 

nałożył płaszcz i bez słowa wsiadł do samochodu. Pozwolił się zawieźć do magazynu Centrali 
Zaopatrzenia w Sprzęt Medyczny, patrzył w milczeniu, jak funkcjonariusz milicji wydobywa 
ze sterylizatora paczkę owiniętą w plastykową folię i tylko niecodzienna bladość jego twarzy 
świadczyła o tym, że w ogóle rozumie, co się koło  niego dzieje. Kapitan  musiał powtórzyć 
trzykrotnie pytanie, zanim Bilikowski wykrztusił: 

— Tak, to ja tutaj schowałem tę paczkę… — Potem spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na 

Derkę i zapytał; — Ale skąd pan wiedział, że ona tam jest?… 

Nie  otrzymawszy  odpowiedzi,  znowu  zapadł  w  otępienie.  Z  zupełną  obojętnością 

asystował przy spisywaniu protokołu, patrzył niewidzącymi oczyma, jak do każdego złotego 
przedmiotu  doczepiano  karteczkę,  wydawał  się  nie  słyszeć,  co  mówią  ludzie  dookoła,  bez 
słowa  protestu  ponownie  wsiadł  do  milicyjnego  samochodu,  bez  oporu  i  w  całkowitym 
milczeniu szedł korytarzami komendy, by na koniec, również nie oponując, usiąść na krześle 
w gabinecie kapitana Derki. 

Na stereotypowe pytania odpowiadał jak automat: „Tak… Bilikowski Tadeusz… urodzony 

dnia…” 

— Czy pan się dobrze czuje? — zapytał Derko, przyglądając mu się uważnie. 

background image

 

 

— Tak, oczywiście — jego wzrok uciekł w przeciwległy kąt pokoju. 
— Twierdzi pan więc, że nie miał pan zamiaru przywłaszczać sobie zawartości tej paczki. 

W takim razie dlaczego pan ją wyniósł z domu? Dlaczego pan ją ukrył w magazynie? 

—  Doszliśmy  z  żoną  do  wniosku,  że  jeżeli  te  rzeczy  trafią  w  ręce  milicji,  ulegną 

konfiskacie… Zresztą…  bo ja wiem… Sądziliśmy, że będą się do nas zgłaszać właściciele  i 
że lepiej będzie dla nas i dla nich… Po prostu chcieliśmy oddać te przedmioty właścicielom. 

—  W  paczce  znajdowały  się  również  pieniądze.  Trzysta  pięćdziesiąt  tysięcy  złotych 

polskich  i  cztery  i  pół  tysiąca  dolarów.  Komu  chciał  je  pan  zwrócić?  Czyżby  znał  pan  ich 
właścicieli? 

Bilikowski milczał. 
— Wbrew temu, co pan powiedział, nie chciał pan w pierwszej chwili zwrócić Stefanowi 

Komylskiemu broszki, którą on oddał w zastaw pańskiemu teściowi. 

— Jakiej broszki? O czym pan mówi i co z tym wszystkim ma wspólnego Stefan? 
— Tej broszki. — Kapitan położył na biurku otwarte pudełeczko. Na czarnym aksamicie 

wyścielającym  jego  wnętrze  błyszczał  w  świetle  jarzeniowej  lampy  misternie  wykonany 
klejnot. 

— Co to jest? — Bilikowski podniósł wzrok na kapitana. — Pierwszy raz to widzę. 
—  Ten  przedmiot  oddał  Stefan  Komylski  pańskiemu  teściowi  w  zastaw.  Kiedy  odkrył 

pańską kryjówkę, zażądał zwrotu broszki. I pan mu ją oddał. 

— Stefan odkrył moją kryjówkę?! Więc to on panu powiedział!… 
— Dziwi to pana? 
— Tak… Nie przypuszczałem, że on wie… Zachowywał się, jakby z niczego nie zdawał 

sobie sprawy. Ale proszę pana, z tą broszką to jakieś nieporozumienie. Nie było jej w kasetce, 
którą wyjęliśmy z biurka mojego teścia. 

— Tak, wiem o tym. 
—  Więc  w  jaki  sposób  mogłem  ją  oddać  Stefanowi?  To  jakaś  pomyłka.  Zresztą  proszę 

zapytać Komylskiego. On to na pewno wyjaśni. 

— Już to zrobił. 
— Jak to? Powiedział, że ja mu dałem tę broszkę? 
— Tak. 
—  Niemożliwe.  Dlaczego?  Przecież  widzę  ją  po raz  pierwszy  w  życiu!  Nie  kłamię.  Nie 

mam powodu kłamać. I tak już pan wszystko wie. Dlaczego miałbym upierać się przy jednym 
przedmiocie, który, jak sam pan powiedział, wrócił już do swojego właściciela? 

—  Gdzie  pan  spędził  noc  z  piątku  na  sobotę,  to  jest  z  dwudziestego  pierwszego  na 

dwudziestego drugiego września? 

— Już  mnie pan kiedyś o to pytał. Spałem w  mieszkaniu ciotki Stefana.  W czwartek po 

awanturze z teściem poprosiłem go, aby mi przez pewien czas pozwolił tam nocować. Spałem 
w tym mieszkaniu przez dwie noce. 

— O której przyszedł pan tam w piątek? 
— Gdzieś o szóstej. 
— O której wyszedł pan ponownie na miasto? 
— Nie wychodziłem. 
— W takim razie dlaczego nie odbierał pan telefonów? 
— Komylski prosił mnie o to. Nie chciał, żeby się ktoś dowiedział, że dał mi klucze. Pani 

Albertyna byłaby bardzo niezadowolona. Zażądał nawet, żebym wchodził do mieszkania tak, 
aby mnie nikt nie zobaczył. To bardzo krępujące tak zakradać się do cudzego mieszkania, no, 
ale co miałem robić… nie było innego wyjścia. 

— Przecież już raz mieszkał pan poza domem. I o ile się nie mylę, nie było to mieszkanie 

pani Albertyny Podgórskiej. Dlaczego nie skorzystał pan ponownie z tego samego adresu? 

background image

 

 

—  Nie  mogłem.  Wtedy  dostałem  klucze  od  kolegi,  który  wyjechał  na  wakacje.  Po 

miesiącu  przeniosłem  się  do  drugiego  kolegi.  Teraz  nie  miałem,  niestety,  już  takich 
możliwości…  W  lipcu  i  sierpniu  ludzie  wyjeżdżają  na  urlopy,  ale  we  wrześniu  to  nie  taka 
prosta sprawa znaleźć jakieś lokum, choćby na kilka dni. 

— Więc to pan Komylski zabronił panu odbierania telefonów? 
— Tak. Mogła zadzwonić jakaś znajoma pani Albertyny. Na pewno powtórzyłaby ciotce, 

że ktoś obcy był w jej mieszkaniu. 

— W takim razie dlaczego zostawił pan numer tego telefonu w „Maleńkiej”? Czekał pan 

na telefon od Bargieła i równocześnie nie podnosił pan słuchawki? Coś tu się nie zgadza. 

— Tak… To tak wygląda, ale… Widziałem się tego dnia z moją żoną. Byliśmy obydwoje 

doprowadzeni  do  histerii…  Chciałem  wrócić  do  domu,  ale  ona  bała  się  ojca.  Mieliśmy  już 
dosyć  tych  awantur.  Chcieliśmy  mieć  spokój.  I  wtedy  obiecałem  jej,  że  jakoś  to  załatwię. 
Wydawało  mi  się,  że  potrafię.  Poszedłem  do  „Maleńkiej”,  ale  nie  zastałem  teścia.  Wtedy 
poprosiłem  tę  kelnerkę,  aby  przekazała  mu  wiadomość,  że  czekam  na  jego  telefon. 
Oczywiście w tym momencie nie myślałem o zakazie Komylskiego… Ale potem ochłonąłem 
nieco.  Bo  właściwie  co  ja  mogłem  powiedzieć  Bargiełowi?  Że  to  jest  mój  dom  i  moja 
rodzina? On o tym dobrze wiedział i nic sobie z tego nie robił. Mogłem się tylko narazić na 
kolejną awanturę. 

— Teść panu czymś groził? 
—  Właściwie  nie…  Zażądał  od  mojej  żony  przepisania  na  jego  nazwisko  połowy  domu 

jako darowizny i zameldowania go na pobyt stały. Sądzę, że w końcu by się zgodziła na to… 
Jak  pan  zapewne  wie,  willa  jest  jej  wyłączną  własnością.  Wtedy,  w  piątek,  gdy  wróciłem  z 
„Maleńkiej”, przemyślałem to wszystko jeszcze raz. Postanowiłem przeczekać, po prostu grać 
trochę na zwłokę. A na drugi dzień poradzić się adwokata. Dlatego nie chciałem już tego dnia 
rozmawiać  z  teściem.  Proszę  mnie  zrozumieć,  straciłem  całą  odwagę.  Kiedy  wieczorem,  a 
właściwie  już  w  nocy  odezwał  się  telefon,  nie  podniosłem  słuchawki.  Wstyd  się  do  tego 
przyznać, ale stchórzyłem. 

— Skąd pan wiedział, że to był Bargieł? 
—  Tak  przypuszczałem.  Proponował  mi  już  kiedyś  na  odczepne  jakąś  sumę,  zresztą 

śmiesznie małą. Zostawiłem dla niego wiadomość w „Maleńkiej”, więc mógł pomyśleć, że się 
zgadzam. 

— O której godzinie zadzwonił? 
— Gdzieś koło dziesiątej. 
— Nie potrafi pan dokładniej określić czasu? 
— Dochodziła dziesiąta. Potem jeszcze raz zadzwonił. Wpół do jedenastej… może trochę 

po  wpół.  Też  nie  odebrałem.  Widocznie  jednak  chciał  się  ze  mną  koniecznie  zobaczyć, 
ponieważ zadzwonił po raz trzeci, już po jedenastej. 

Derko przez chwilę milczał. Przyglądał się swojemu rozmówcy, potem zapalił papierosa i 

dmuchnął przed siebie kłąb dymu. 

— Gdzie pan był wczoraj w nocy? 
— Jak to gdzie? W domu. 
— Nie wyjeżdżał pan na miasto? 
— Nie. Może to poświadczyć moja żona. 
— Gdzie pan uszkodził samochód i kiedy? 
—  Nie  wiem,  kiedy  to  się  stało.  Zostawiłem  wóz  przed  domem.  Często tak  robię.  Rano 

okazało się, że mam wgnieciony błotnik i rozbite światła. 

— Koło dwunastej w nocy widziano pański samochód na Olszy. 
— To niemożliwe. 
— W jaki sposób może pan to udowodnić? 

background image

 

 

—  Zaraz,  zaraz…  —  Bilikowski  nagle  się  zbuntował.  —  To  raczej  pan  musiałby 

udowodnić,  że  tam  byłem.  Nie  przyjdzie  to  panu  łatwo,  ponieważ  w  tym  czasie  leżałem  w 
łóżku i wszyscy domownicy mogą to poświadczyć. 

— Wszyscy? To znaczy kto? 
— Moja żona… 
— I kto jeszcze? Gosposia? Gdzie sypia pańska gosposia? 
— Oczywiście w swoim pokoju. 
—  O  ile  się  nie  mylę,  okna  jej  pokoju  wychodzą  na  ogród.  Zresztą  muszę  pana 

rozczarować.  Pytaliśmy  ją  już  o  to.  Spała,  i  to  twardo.  Nawet  gdyby  pan  dziesięć  razy 
wyszedł z domu i wrócił, ona tego nie mogła słyszeć. 

— Ale o co chodzi? 
— Wróćmy do broszki. W poniedziałek po śmierci pańskiego teścia przyniósł pan do biura 

rzeczy  wyjęte  z  jego  biurka.  Koło  godziny  trzynastej  pojechał  pan  do  waszego  magazynu. 
Potwierdził to magazynier. 

— Tak, to prawda. 
— Co było potem? 
— Nic. Wróciłem do pracy… Dosiedziałem do czwartej… i poszedłem do domu. 
— Kiedy pan wrócił z magazynu, czy zastał pan Komylskiego w biurze? 
Bilikowski zastanawiał się przez chwilę. 
— Nie. Nie było go. Podobno wyszedł. 
— Dokąd? 
— Tego nie wiem. 
— Kiedy wrócił? 
—  Nie  umiem  odpowiedzieć  na  to  pytanie.  Po  prostu  nie  zauważyłem.  W  każdym  razie 

widziałem go jeszcze tego dnia w pracy. 

— I rozmawiał pan z nim o swoim schowku w magazynie? 
— Byłbym skończonym idiotą, gdybym mu o tym powiedział. 
—  Nie  musiał  mu  pan  tego  mówić.  On  już  wiedział.  Pojechał  tego  dnia  za  panem  do 

magazynu  i  po  rozmowie  z  Ryszardem  Zewko  znalazł  pański  skarb  w  sterylizatorze 
chirurgicznym. 

— Ach, więc to tak było? 
— Po powrocie do biura zażądał od pana zwrotu broszki. 
—  Nie  miałem  tej  broszki  i  niczego  ode  mnie  nie  żądał.  W  ogóle  o  tym  ze  mną  nie 

rozmawiał.  Nie  przyszło  mi  nawet  do  głowy,  że  wie  o  tym,  co  zrobiłem.  Zachowywał  się 
zupełnie  normalnie… Do dzisiejszego dnia  nie dał  mi choćby poznać po sobie, że coś wie. 
Proszę pana, niech pan pomyśli logicznie. Gdybym podejrzewał, że on się domyśla, gdzie ja 
to schowałem, natychmiast wyjąłbym te rzeczy ze sterylizatora. 

— Nie chciał się pan zbytnio kręcić koło magazynu. Mógłby pan niechcący naprowadzić 

na ślad pana Zewkę. 

—  Nonsens.  Zresztą  gdyby  ta  broszka  była  w  moim  posiadaniu,  Stefan  nie  musiałby  ze 

mną w ogóle rozmawiać. Zabrałby ją będąc w magazynie. 

— Już panu powiedziałem, że jej tam nie było. 
— A więc? Gdzie była? 
— U pana w domu.  A przedtem w kieszeni pańskiego teścia. Miał  ją przy  sobie w dniu 

morderstwa. 

— Rozumiem… rozumiem, do czego pan zmierza… — Bilikowski patrzył na kapitana jak 

zahipnotyzowany.  Potem  zaczął  mówić  szybko,  coraz  szybciej  i  coraz  głośniej  :  —  Ale  to 
nieprawda! Ja tego nie zrobiłem! Nie zależy  mi  na tym domu ani  na tych pieniądzach! Nie 
chcę  ich!  Nigdy  ich  nie  chciałem.  To  Leośka!  To  ona  kazała  mi  zabrać  te  rzeczy.  Ja  nie 
chciałem. Parzyły mnie w palce jak rozżarzone węgle. Ja ich nie potrzebuję!  To ona! Jeżeli 

background image

 

 

Komylski rzeczywiście dostał tę broszkę od kogoś, to tylko od niej! Chyba że sam ją zabrał 
Bargiełowi.  Zabił  go  i  zabrał!…  Chociaż  nie  wydaje  mi  się  to  prawdopodobne,  żeby  dla 
takiego głupstwa warto było kogoś mordować. Ale ona, ona mogła to zrobić! Jest chciwa, jest 
nienasycona,  zawsze  chciała  mieć  forsę,  tylko  forsa  się  dla  niej  liczy!  Ze  mną  chciała  się 
rozwieść  też  dla  forsy  tatusia!  Wiedziała,  że  niczego  od  niego  już  nie  wycycka,  jeżeli  nie 
będzie mu posłuszna, a on żądał naszego rozwodu! I znalazła wyjście z sytuacji! Myślała, że 
będzie miała forsę i męża. Drugiego takiego idioty by nie znalazła, tępa wypindrzona krowa! 
Kto by ją sobie wziął na całe życie?! Córka szmaciarza! 

Derko  siedział  bez  ruchu,  oparty  o  poręcz  fotela  i  patrzył  obojętnym  wzrokiem  w 

czerwoną,  nabiegłą  krwią  twarz  miotającego  się  z  drugiej  strony  biurka  mężczyzny.  Potem 
zgniótłszy papierosa w popielniczce i nie podnosząc nawet głosu, powiedział: 

— Wyprowadzić. 
Bilikowski jeszcze w progu usiłował się wyrwać prowadzącemu go sierżantowi. 
— Ja tego nie zrobiłem! Słyszy pan?! 
— Dobrane towarzystwo — mruknął Bartkowski, gdy zatrzasnęły się za nim drzwi. 
— No, dobrze. Na dzisiaj wystarczy tego dobrego. Komylskiego trzeba zatrzymać. Jutro 

wystąpimy o sankcję prokuratora. 

— Uwierzyłeś temu człowiekowi? 
— Mówisz o Bilikowskim? 
— No tak, oczywiście. 
—  Uwierzyłem  Irenie  Tuszyk.  Nie  zna  Bilikowskiego  i  nie  mogła  się  z  nim  umówić. 

Zeznała,  że  po  powrocie  z  Bylic  dzwoniła  trzykrotnie  do  Stefana  Komylskiego  i  do  jego 
ciotki.  O  dwudziestej  pierwszej  pięćdziesiąt  pięć,  o  dwudziestej  drugiej  trzydzieści  i 
dwudziestej  trzeciej  dwadzieścia.  Bilikowski  tej  nocy  nie  opuszczał  mieszkania  ciotki 
Komylskiego, skoro słyszał te trzy telefony. Zbieramy się. Czeka nas jutro olbrzymia robota. 
Trzeba  przesłuchać  sąsiadów  Bilikowskich.  Może  ktoś  widział  Komylskiego  kręcącego  się 
koło ich samochodu. Musiał wtedy w nocy uszkodzić stojącą przed domem syrenkę. 

— Po co on to zrobił? 
—  A  jak  myślisz?  Miał  przyjść  tak  ni  z  tego,  ni  z  owego  i  opowiedzieć  nam  o  skarbie 

schowanym w sterylizatorze? Skoro nie znaleźliśmy go sami, trzeba było go nam podsunąć, a 
chwila  była raczej ostatnia, żeby to zrobić. No, a przy tym  można  było zręcznie sugerować 
zagrożenie ze strony Bilikowskiego: „To mógł być zwykły zbieg okoliczności, jednak… Nie 
chcę  rzucać  na  nikogo  podejrzeń,  ale…”,  a  na  poparcie  swojej  wersji  pokazać  sińce  i 
zadrapania, które sam sobie spreparował. Żeby nie było żadnych wątpliwości, że Bilikowski 
wiedział,  gdzie  na  niego  czekać,  zaprosił  go  uprzednio  do  siebie  do  domu.  No  dobrze, 
pogadamy  o  tym  jutro.  Aha,  trzeba  wezwać  ponownie  Irenę  Tuszyk.  Niech  jeszcze  raz 
potwierdzi czasy tych telefonów. 

 

*

 

*

 

 
Pod koniec października nadeszła fala chłodu. Skończyły się wprawdzie jesienne deszcze i 

mżawki, ale słońce nie dawało już ciepła. Irena siedziała przy swoim biureczku, wypełniając 
fiszki drobnym, równym pismem. Podnosiła od czasu do czasu głowę i spoglądała w okno, za 
którym  poruszały  się  bezlistne,  czarne  gałęzie  drzew.  Nie  zauważyła,  kiedy  do  czytelni 
wszedł Derko. Po prostu w pewnym momencie odwróciła się w stronę drzwi i zobaczyła jego 
przyciężką  sylwetkę. Poczuła, że krew znowu odpływa  jej z twarzy.  „Boże, czy zawsze tak 
będzie”, pomyślała z rozpaczą i powoli wstała, zgarniając na jeden stosik wypełnione fiszki. 

— Pan do mnie, kapitanie? — zapytała i nie miała odwagi ponownie na niego spojrzeć. 
— Jak się pani czuje, pani Ireno? — podał jej chłodną rękę. 
— Już zupełnie dobrze… Czy coś się stało? 

background image

 

 

— Nie, nic. Przechodziłem obok i pomyślałem, że mogłaby mnie pani poczęstować gorącą 

kawą. Albo tym razem ja panią zapraszam na dużą czarną, o ile może pani wyjść. 

— Nie, nie. Właśnie przed chwilą też myślałam o kawie. Ale proponuję usiąść w palarni i 

jeszcze tym razem wypić moją. Ja tylko muszę… 

— …poprosić koleżankę, żeby panią przez chwilę zastąpiła? 
Irena uśmiechnęła się. 
— Ma pan dobrą pamięć, kapitanie. 
Usiedli przy tym samym stoliku co kiedyś. Irena przyniosła dwie dymiące filiżanki. 
— W pierwszej chwili pomyślałam… — speszyła się znowu. 
— Wiem. To czasem jest trochę deprymujące, jak ludzie reagują na mój widok. 
— Przepraszam pana… 
—  Niech  pani  się  nie  przejmuje.  Już  zdążyłem  się  do  tego  przyzwyczaić  w  ciągu 

dwudziestu  lat pracy w tym zawodzie.  Ale proszę  mi powiedzieć, czy  naprawdę dobrze  się 
pani czuje. Jest pani jeszcze bardzo mizerna. 

— Tak, tak. Wszystko w porządku. Zresztą w grudniu wezmę sobie dwa tygodnie urlopu i 

wyjadę. Może w góry… — uśmiechnęła się promiennie — uwielbiam góry. A pan? 

— Przygnębiają mnie. 
— Dlaczego? 
—  Kiedyś  sporo  chodziłem,  znałem  je  dobrze.  Teraz  kiedy  na  nie  patrzę,  odczuwam 

dojmujący żal, że są już dla mnie niedostępne. Nic bardziej jak góry nie uświadamia mi, że 
się starzeję. Jednak stale do nich wracam. Wkraczam w lata sprzyjające powrotom i chociaż 
są one trochę smutne, myślę, że szczęśliwi są ludzie, którzy mogą powiedzieć o przebytych 
szlakach, iż były piękne. Ale dla pani góry są otwarte. Ma pani jeszcze wszystko przed sobą. 

— Tak, wiem… ale czasem o tym zapominam. 
— To nic. Te wszystkie ścieżki tam są, bez względu na to, czy pani o tym pamięta czy nie. 

I któregoś dnia, a życzę pani, żeby to był słoneczny dzień, wybierze pani tę, która wyda się 
pani warta wspinaczki. 

— Proszę pana… niech mi pan powie… czy sprawa Stefana jest już zamknięta? 
—  Moje  dziecko,  takie  sprawy  nie  kończą  się  tak  błyskawicznie.  Wymagają  długiej, 

żmudnej pracy wielu ludzi. Każdy szczegół musi być udokumentowany, udowodniony. Każda 
okoliczność  sprawdzona.  Nieskończona  ilość  przesłuchań,  ekspertyz.  Cała  krzątanina 
zupełnie nieefektowna, ale konieczna jeszcze trwa. 

— Ale… on jest winien? Na pewno? 
— Tak… 
—  Mój  Boże.  Jak  ja  się  pomyliłam…  Wtedy,  gdy  wróciłam  z  Bylic,  on  był…  u 

„Królikarza”? 

— Tak. 
— Dlatego nie mogłam się do niego dodzwonić… Jak on to zrobił? Teraz chyba może mi 

pan już powiedzieć? 

— Koniecznie chce pani wiedzieć? 
— Tak. Potem już nie będę o tym więcej myślała. 
—  Komylski  popełnił  pewien  kardynalny  błąd.  Wtedy  gdy  go  pani  odszukała  w 

mieszkaniu  jego  ciotki,  rozkleił  się  i  powiedział  o  swoich  kłopotach.  Nie  przypuszczał 
oczywiście, że pani zacznie działać na własną rękę. Nie miał jeszcze sprecyzowanego planu. 
Był w kompletnym popłochu. Ale potem uspokoił się i znalazł wyjście z sytuacji, jak sądził, 
najlepsze. Przygotował się do tego, co zamierzał zrobić. Zresztą nie były  to skomplikowane 
przygotowania.  Strzykawka  i  spirytus.  Miał  się  spotkać  z  „Królikarzem”  w  sobotę. 
Postanowił zaprosić go do siebie do domu, postawić na stół jakiś winiak, żeby oblać interes. 
Bargieł  sam  ułatwił  mu  sytuację.  W  piątek  wieczorem  po  rozmowie  z  „Jubilerem”,  który 
proponował mu korzystne kupno broszki, zadzwonił z, .Maleńkiej  „do Komylskiego, aby się 

background image

 

 

upewnić, że otrzyma nazajutrz pieniądze. Miał wielką ochotę sprzedać zastaw i wcale nie był 
zachwycony,  gdy  mu  Komylski  powiedział,  że  chce  zwrócić  dług  choćby  zaraz. 
Zaproponował mu, aby , ,Królikarz’’ przyjechał do niego do domu. Ale Bargieł nie chciał, jak 
sam  powiedział  przez  telefon,  tłuc  się  przez  całe  miasto  o  tak  późnej  porze  i  zaprosił 
Komylskiego  do  mieszkania  Alicji  Źrebko,  na  ulicę  Józefa.  Mieli  spotkać  i  się  o  wpół  do 
jedenastej. Komylski oczywiście nie miał pewności, że rozmowa odbędzie się w cztery oczy, 
ale  na  wszelki  wypadek  przygotował  się.  I  wszystko  poszło  jak  z  płatka.  Bargieł  był  sam. 
Wypili po jednym kieliszku: winiaku. Komylski uderzeniem w tył głowy ogłuszył go, położył 
na  tapczanie,  zdjął  marynarkę  i  zrobił  dożylny  zastrzyk  ze  spirytusu.  Potem  upozorował 
pijatykę.  Zalał  winiakiem  (notabene  przyniesionym  przez  siebie)  stół,  dywan  i  ubranie 
„Królikarza”. Sprzątnął swój kieliszek, na stole zostawił szklankę z resztą alkoholu. Wyszedł 
nie zamykając za sobą drzwi. Dochodziła już jedenasta. Wsiadł, w nocny tramwaj i dojechał 
do śródmieścia. Musiał zadbać o jakieś alibi. Wprawdzie nie przypuszczał, że ktoś go będzie 
łączył z osobą „Królikarza’’, ale na wszelki wypadek wszedł do baru hotelu „Europejskiego”. 
Spotkał tam swojego znajomego, mocno zresztą już podpitego, i wmówił mu, że siedzą razem 
przy wódce co najmniej od jedenastej. To właściwie już wszystko. 

Sądzę, że pani wyprawa do Bylic była dla niego prawdziwym szokiem. Nie spodziewał się 

tego.  Nie  przypuszczał  też,  że  pani  dowie  się  o  śmierci  „Królikarza”  i  że  będzie  mogła 
cokolwiek  na  ten  temat  powiedzieć.  To  była  nieprzewidziana  komplikacja.  Pierwsza.  Bo 
pojawiła się i druga. Oto nie wiadomo jak i dlaczego zwłoki Bargieła znalazły się pod jego 
domem.  Zupełnie  nie  umiał  sobie  tego  wytłumaczyć.  Od  tego  momentu  był  skazany  na 
improwizację.  Radził  sobie  zresztą  dość  dobrze.  Nie  można  mu  odmówić  pewnej 
pomysłowości. Najpierw sugerował, że pani była szantażowana przez Bargieła. Pozornie brał 
panią  w  obronę,  ale  naprawdę  podsuwał  nam  panią  jako  kandydatkę  na  podejrzaną  numer 
jeden. 

— Tak… A kiedy do niego zadzwoniłam, powiedział mi:  „Mam nadzieję, że jakoś sobie 

poradzisz…”  Byłam  zdziwiona.  Z  czym  miałam  sobie  poradzić?  Przecież  nic  takiego  nie 
zrobiłam… 

—  Potem  podsunął  nam  Bilikowskiego.  To  był  bardzo  ryzykowny  krok.  Komylski 

przypadkowo odkrył tajemnicę swego kolegi i wydawało mu się, że w tej sytuacji Bilikowski 
już się z tego nie wybroni. — Derko odstawił pustą filiżankę. — Pani Ireno, niech pani o tym 
już  zapomni.  To  są  brudne  sprawy.  Szkoda,  że musiała  pani  to  przeżyć.  Ale  teraz  już  czas 
wymazać to z pamięci. 

— Tak się pomyliłam… tak bardzo się pomyliłam… Wiedziałam wprawdzie, że on nie jest 

taki, jak mi się wydawał na początku naszej znajomości, ale tego, co zrobił, nigdy bym się po 
nim  nie  spodziewała.  Czuję  się  oszukana.  Nabrana.  Ale  to  jest  moja  wina.  Ulokowałam 
uczucia w nieodpowiednim człowieku. Uległam pozorom… Czy pan wie, że ja tak biegałam, 
tak  się  starałam,  aby  wyciągnąć  Stefana  z  kłopotów,  aż  zapomniałam  o  swojej  własnej 
siostrze?  Mamy  bardzo  małe  mieszkanie.  Jest  nam  ciasno  i  niewygodnie.  Mój  siostrzeniec 
niedługo zacznie chodzić. A ją zrezygnowałam z mieszkania spółdzielczego, żeby móc podjąć 
trzydzieści tysięcy z książeczki PKO. 

— I nic się już nie da zrobić? 
—  Nie  wiem.  Zamówiłam  się  do  prezesa  spółdzielni,  ale  nie  wiem,  czy  zechce  mi 

pomóc… 

— Na pewno tak. Niech się pani nie martwi. 
— A ta… Alicja Źrebko? Co z nią będzie? 
— Widzi pani, ona również na swój sposób uległa pozorom. Miasto, ciuchy, mężczyźni w 

samochodach, sztuczna biżuteria i lakier do paznokci. Chłopak po technikum rolniczym był 
dla  niej  tylko  „wsiokiem”,  a  „Królikarz”  ze  swoimi  pieniędzmi  miał  jej  otworzyć  jakieś 

background image

 

 

niebywałe  perspektywy.  W  rezultacie  stanie  przed  sądem,  a  jej  były  narzeczony  niestety 
również. 

— Władek Bieńkowski?! Przecież on nic takiego nie zrobił! 
—  No,  nie  przesadzajmy.  Ale  niech  się  pani  o  niego  nie  martwi.  Będzie  odpowiadać  z 

wolnej  stopy,  a  biorąc  pod  uwagę,  że  jego  rodzice  są  już  starzy,  a  on  jest  niezbędny  w 
gospodarstwie, na pewno dostanie wyrok w zawieszeniu. 

— Ta Alicja Źrebko jest bardzo niemądra. Chętnie bym się z nią zamieniła i pojechała na 

wieś. 

— Doprawdy? 
— Oczywiście. 
Derko roześmiał się. 
— Czy rozróżnia pani przynajmniej żyto od jęczmienia? 
—  Nie…  —  Również  się  roześmiała.  —  Wie  pan,  że  już  się  pana  nie  boję?  Och, 

przepraszam… — zaczerwieniła się. 

— Nie ma pani powodu bać się kogokolwiek. 
—  Ale  wie  pan…  —  powiedziała  z  namysłem  —  że  ja  się  bardzo  bałam  Stefana… 

Właściwie  od  początku  czułam  pewien  niepokój.  Żałowałam,  że  mi  wtedy,  przed  moim 
wyjazdem do Bylic, wszystko powiedział. I coraz bardziej czułam się nieswojo. Po pierwszej 
rozmowie z panem przestałam odbierać telefony. Poprosiłam koleżanki, aby mówiły, że mnie 
nie  ma  w  pracy.  Starałam  się  zawsze  z  kimś  wracać  do  domu.  A  potem,  kiedy  pan  mi 
powiedział, że ta broszka jest z powrotem u ciotki Albertyny, przeraziłam się. Wiedziałam już 
wtedy  na pewno, że to on…  A Stefan dzwonił do czytelni  i do domu  i kręcił się w pobliżu. 
Widziała go moja siostra. Bałam się go panicznie. On przecież musiał sobie zdawać sprawę z 
tego,  że  ja  wiem.  Prawdopodobnie  przeklinał  ten  dzień,  w  którym  powiedział  mi  o 
„Królikarzu”. 

— Przez cały czas była pani pilnowana przez naszych ludzi. 
— Tak? Nie wiedziałam o tym. 
— Naprawdę niech pani już o tym nie myśli. 
Uśmiechnęła się. 
— Postaram się. 
— No, na mnie już czas. — Podniósł z sąsiedniego fotela płaszcz i wstał trochę ociężale. 

— Życzę słonecznego urlopu w górach — powiedział wyciągając do niej rękę.